BOLESŁAW PRUS 
LALKA 
TOM I 
ROZDZIAŁ PIERWSZY 
JAK WYGLĄDA FIRMA J. MINCEL I S. WOKULSKI 
PRZEZ SZKŁO BUTELEK? 
W początkach roku 1878, kiedy świat polityczny zajmował się pokojem sanstefańskim, 
wyborem nowego papieża albo szansami europejskiej wojny, 
warszawscy kupcy tudzież inteligencja pewnej okolicy Krakowskiego 
Przedmieścia niemniej gorąco interesowała się przyszłością galanteryjnego 
sklepu pod firmą J. Mincel i S. Wokulski. 
W renomowanej jadłodajni, gdzie na wieczorną przekąskę zbierali się 
właściciele składów bielizny i składów win, fabrykanci powozów i kapeluszy, 
poważni ojcowie rodzin utrzymujący się z własnych funduszów i posiadacze 
kamienic bez zajęcia, równie dużo mówiono o uzbrojeniach Anglii, jak o firmie 
J. Mincel i S. Wokulski. Zatopieni w kłębach dymu cygar i pochyleni nad 
butelkami z ciemnego szkła, obywatele tej dzielnicy jedni zakładali się o 
wygranę lub przegranę Anglii, drudzy o bankructwo Wokulskiego; jedni 
nazywali geniuszem Bismarcka, drudzy — awanturnikiem Wokulskiego; jedni 
krytykowali postgpowanie prezydenta MacMahona, inni twierdzili, że Wokulski 
jest zdecydowanym wariatem, jeżeli nie czymś gorszym... 
Pan Deklewski, fabrykant powozów, który majątek i stanowisko zawdzięczał 
wytrwałej pracy w jednym fachu, tudzież radca Węgrowicz, który od 
dwudziestu lat był członkiem — opiekunem jednego i tego samego Towarzystwa 
Dobroczynności, znali S. Wokulskiego najdawniej i najgłośniej przepowiadali 
mu ruinę. — Na ruinie bowiem i niewypłacalności — mówił pan Deklewski — musi 
skończyć człowiek, który nie pilnuje siç jednego fachu i nie umie uszanować 
darów łaskawej fortuny. -Zaś radca Węgrowicz po każdej również głębokiej 
sentencji swego przyjaciela dodawał: 
— Wariat! wariat!... Awanturnik!... Józiu, przynieś no jeszcze piwa. A która to 
butelka? 
— Szósta, panie radco. Służę piorunem!... — odpowiadał Józio. 
— Już szósta?... Jak ten czas leci!... Wariat! Wariat! — mruczał radca Węgrowicz. 
Dla osób posilających się w tej co radca jadłodajni, dla jej właściciela, 
subiektów i chłopców przyczyny klęsk mających paść na S. Wokulskiego i jego 
sklep galanteryjny były tak jasne jak gazowe płomyki oświetlające zakład. 
Przyczyny te tkwiły w niespokojnym charakterze, w awanturniczym życiu, 
zresztą w najświeższym postępku człowieka, który mając w ręku pewny 
kawałek chleba i możność uczęszczania do tej oto tak przyzwoitej restauracji, 
dobrowolnie wyrzekł się restauracji, sklep zostawił na Opatrzności boskiej, a 
sam z całą gotówką odziedziczoną po żonie pojechał na turecką wojnę robić 
majątek. 
— A może go i zrobi... Dostawy dla wojska to gruby interes — wtrącił pan Szprot, 
ajent handlowy, który bywał tu rzadkim gościem. 
— Nic nie zrobi — odparł pan Deklewski — a tymczasem porządny sklep diabli 
wezmą. Na dostawach bogacą się tylko Żydzi i Niemcy; nasi do tego nie mają 
głowy. 
— A może Wokulski ma głowę? 
— Wariat! wariat!... — mruknął radca. — Podaj no, Józiu, piwa. Która to?... 
— Siódma buteleczka, panie radco. Służę piorunem! 
— Już siódma?... Jak ten czas leci, jak ten czas leci... 
Ajent handlowy, który z obowiązków stanowiska potrzebował mieć o kupcach 
wiadomości wszechstronne i wyczerpujące, przeniósł swoją butelkę i szklankę 
do stołu radcy i topiąc słodkie wejrzenie w jego załzawionych oczach, spytał 
zniżonym głosem: 
— Przepraszam, ale... dlaczego pan radca nazywa Wokulskiego wariatem?... 
Może mogę służyć cygarkiem... Ja trochę znam Wokulskiego. Zawsze wydawał 
mi się człowiekiem skrytym i dumnym. W kupcu skrytość jest wielką zaletą, 
duma wadą. Ale żeby Wokulski zdradzał skłonności do wariacji, tegom nie 
spostrzegł. 
Radca przyjął cygaro bez szczególnych oznak wdzięczności. Jego rumiana 
twarz, otoczona pękami siwych włosów nad czołem, na brodzie i na policzkach, 
była w tej chwili podobna do krwawnika oprawionego w srebro. 
— Nazywam go — odparł, powoli ogryzając i zapalając cygaro — nazywam go 
wariatem, gdyż go znam lat... Zaczekaj pan... Piętnaście...siedmnaście... 
ośmnaście... Było to w roku 1860... Jadaliśmy wtedy u Hopfera. Znałeś pan 
Hopfera?... 
— Phi!... 
— Otóż Wokulski był wtedy u Hopfera subiektem i miał już ze dwadzieścia parę 
lat. 
— W handlu win i delikatesów? 
— Tak. I jak dziś Józio, tak on wówczas podawał mi piwo, zrazy nelsońskie... 
— I z tej branży przerzucił się do galanterii? — wtrącił ajent. 
— Zaczekaj pan — przerwał radca. — Przerzucił się, ale nie do galanterii, tylko do 
Szkoły Przygotowawczej, a potem do Szkoły Głównej, rozumie pan?... 
Zachciało mu się być uczonym!... 
Ajent począł chwiać głową w sposób oznaczający zdziwienie. 
— Istna heca — rzekł. — I skąd mu to przyszło? 
— No skąd! Zwyczajnie — stosunki z Akademią Medyczną, ze Szkołą Sztuk 
Pięknych... Wtedy wszystkim paliło się we łbach, a on nie chciał być gorszym 
od innych. W dzień służył gościom przy bufecie i prowadził rachunki, a w nocy 
uczył się... 
— Licha musiała to być usługa. 
— Taka jak innych — odparł radca, niechętnie machając ręką.-Tylko że przy 
posłudze był, bestia, niemiły; na najniewinniejsze słówko marszczył się jak 
zbój... Rozumie się, używaliśmy na nim, co wlazło, a on najgorzej gniewał się, 
jeżeli nazwał go kto „panem konsyliarzem”. Raz tak zwymyślał gościa, że mało 
obaj nie porwali się za czuby. 
— Naturalnie, handel cierpiał na tym... 
— Wcale nie! Bo kiedy po Warszawie rozeszła się wieść, że subiekt Hopfera chce 
wstąpić do Szkoły Przygotowawczej, tłumy zaczęły tam przychodzić na 
śniadanie. Osobliwie roiła się studenteria. 
— I poszedł też do Szkoły Przygotowawczej? 
— Poszedł i nawet zdał egzamin do Szkoły Głównej. No, ale co pan powiesz ciągnął 
radca uderzając ajenta w kolano — że zamiast wytrwać przy nauce do 
końca, niespełna w rok rzucił szkołę... 
— Cóż robił? 
— Otóż, co... Gotował wraz z innymi piwo, które do dziś dnia pijemy, i sam w 
rezultacie oparł się aż gdzieś koło Irkucka. 
— Heca, panie! — westchnął ajent handlowy. 
— Nie koniec na tym... W roku 1870 wrócił do Warszawy z niewielkim 
fundusikiem. Przez pół roku szukał zajęcia, z daleka omijając handle korzenne, 
których po dziś dzień nienawidzi, aż nareszcie przy protekcji swego dzisiejszego 
dysponenta, Rzeckiego, wkręcił się do sklepu Minclowej, która akurat została 
wdową, i — w rok potem ożenił się z babą grubo starszą od niego. 
— To nie było głupie — wtrącił ajent. 
— Zapewne. Jednym zamachem zdobył sobie byt i warsztat, na którym mógł 
spokojnie pracować do końca życia. Ale też miał on krzyż Pański z babą! 
— One to umieją... 
— Jeszcze jak! — prawił radca. — Patrz pan jednakże, co to znaczy szczęście. 
Półtora roku temu baba objadła się czegoś i umarła, a Wokulski po czteroletniej 
katordze został wolny jak ptaszek, z zasobnym sklepem i trzydziestu tysiącami 
rubli w gotowiźnie, na którą pracowały dwa pokolenia Minclów. 
— Ma szczęście. 
— Miał — poprawił radca — ale go nie uszanował. Inny na jego miejscu ożeniłby się 
z jaką uczciwą panienką i żyłby w dostatkach; bo co to, panie, dziś znaczy sklep 
z reputacją i w doskonałym punkcie!... Ten jednak, wariat, rzucił wszystko i 
pojechał robić interesa na wojnie. Milionów mu się zachciało czy kiego diabła! 
— Może je będzie miał — odezwał się ajent. 
— Ehe! — żachnął się radca. — Daj no, Józiu, piwa. Myślisz pan, że w Turcji 
znajdzie jeszcze bogatszą babę aniżeli nieboszczka Minclowa?.. Józiu!... 
— Służę piorunem!... Jedzie ósma...
— Ósma? — powtórzył radca — to być nie może. Zaraz... Przedtem była szósta, 
potem siódma... — mruczał zasłaniając twarz dłonią.- Może być, że ósma. Jak ten 
czas leci!... 
Mimo posępne wróżby ludzi trzeźwo patrzących na rzeczy sklep galanteryjny 
pod firmą J. Mincel i S. Wokulski nie tylko nie upadał, ale nawet robił dobre 
interesa. Publiczność, zaciekawiona pogłoskami o bankructwie, coraz liczniej 
odwiedzała magazyn, od chwili zaś kiedy Wokulski opuścił Warszawę, zaczęli 
zgłaszać się po towary kupcy rosyjscy. Zamówienia mnożyły się, kredyt za 
granicą istniał, weksle były płacone regularnie, a sklep roił się gośćmi, którym 
ledwo mogli wydołać trzej subiekci: jeden mizerny blondyn, wyglądający, jakby 
co godzinę umierał na suchoty, drugi szatyn z brodą filozofa a ruchami księcia i 
trzeci elegant, który nosił zabójcze dla płci pięknej wąsiki, pachnąc przy tym jak 
laboratorium chemiczne. 
Ani jednak ciekawość ogółu, ani fizyczne i duchowe zalety trzech subiektów, 
ani .nawet ustalona reputacja sklepu może nie uchroniłaby go od upadku, gdyby 
nie zawiadował nim czterdziestoletni pracownik firmy, przyjaciel i zastępca 
Wokulskiego, pan Ignacy Rzecki. 
ROZDZIAŁ DRUGI: 
RZĄDY STAREGO SUBIEKTA 
Pan Ignacy od dwudziestu pięciu lat mieszkał w pokoiku przy sklepie. W ciągu 
tego czasu sklep zmieniał właścicieli i podłogę, szafy i szyby w oknach, zakres 
swojej działalności i subiektów; ale pokój pana Rzeckiego pozostał zawsze taki 
sam. Było w nim to samo smutne okno, wychodzące na to samo podwórze, z tą 
samą kratą, na której szczeblach zwieszała się być może ćwierćwiekowa 
pajęczyna, a z pewnością ćwierćwiekowa firanka, niegdyś zielona, obecnie 
wypłowiała z tęsknoty za słońcem. 
Pod oknem stał ten sam czarny stół obity suknem, także niegdyś zielonym, dziś 
tylko poplamionym. Na nim wielki czarny kałamarz wraz z wielką czarną 
piaseczniczką, przymocowaną do tej samej podstawki — para mosiężnych 
lichtarzy do świec łojowych, których już nikt nie palił, i stalowe szczypce, 
którymi już nikt nie obcinał knotów. Żelazne łóżko z bardzo cienkim 
materacem, nad nim nigdy nie używana dubeltówka, pod nim pudło z gitarą, 
przypominające dziecinną trumienkę, wąska kanapka obita skórą, dwa krzesła 
również skórą obite, duża blaszana miednica i mała szafa ciemnowiśniowej 
barwy stanowiły umeblowanie pokoju, który ze względu na swoją długość i 
mrok w nim panujący zdawał się być podobniejszym do grobu aniżeli do 
mieszkania. 
Równie jak pokój, nie zmieniły się od ćwierć wieku zwyczaje pana Ignacego. 
Rano budził się zawsze o szóstej; przez chwilę słuchał, czy idzie leżący na 
krześle zegarek, i spoglądał na skazówki, które tworzyły jedną linię prostą. 
Chciał wstać spokojnie, bez awantur; ale że chłodne nogi i nieco zesztywniałe 
ręce nie okazywały się dość uległymi jego woli, więc zrywał się nagle, 
wyskakiwał na środek pokoju i rzuciwszy na łóżko szlafmycę, biegł pod piec do 
wielkiej miednicy, w której mył się od stóp do głów, rżąc i parskając jak 
wiekowy rumak szlachetnej krwi, któremu przypomniał się wyścig. 
Podczas obrządku wycierania się kosmatymi ręcznikami z upodobaniem patrzył 
na swoje chude łydki i zarośnięte piersi mrucząc: 
„No, przecie nabieram ciała”. 
W tym samym czasie zeskakiwał z kanapki jego stary pudel Ir z wybitym okiem 
i mocno otrząsnąwszy się, zapewne z resztek snu, skrobał do drzwi, za którymi 
rozlegało się pracowite dmuchanie w samowar. Pan Rzecki, wciąż ubierając się 
z pośpiechem, wypuszczał psa, mówił dzień dobry służącemu, wydobywał z 
szafy imbryk, mylił się przy zapinaniu mankietów, biegł na podwórze zobaczyć 
stan pogody, parzył się gorącą herbatą, czesał się nie patrząc w lustro i o wpół 
do siódmej był gotów. 
Obejrzawszy się, czy ma krawat na szyi, a zegarek i portmonetkę w kieszeniach, 
pan Ignacy wydobywał ze stolika wielki klucz i, trochę zgarbiony, uroczyście 
otwierał tylne drzwi sklepu obite żelazną blachą. Wchodzili tam obaj ze 
służącym, zapalali parę płomyków gazu i podczas gdy służący zamiatał podłogę, 
pan Ignacy odczytywał przez binokle ze swego notatnika rozkład zajęć na dzień 
dzisiejszy. 
„Oddać w banku osiemset rubli, aha... Do Lublina wysłać trzy albumy, tuzin 
portmonetek... Właśnie!... Do Wiednia przekaz na tysiąc dwieście guldenów... Z 
kolei odebrać transport... Zmonitować rymarza za nieodesłanie walizek... 
Bagatela!... Napisać list do Stasia... Bagatela...” 
Skończywszy czytać zapalał jeszcze kilka płomieni i przy ich blasku robił 
przegląd towarów w gablotkach i szafach. 
„Spinki, szpilki, portmonety... dobrze... Rękawiczki, wachlarze, krawaty... tak 
jest... Laski, parasole, sakwojaże... A tu — albumy, neseserki... Szafirowy 
wczoraj sprzedano, naturalnie!... Lichtarze, kałamarze, przyciski... Porcelana... 
Ciekawym, dlaczego ten wazon odwrócili?...Z pewnością... Nie, nie 
uszkodzony... Lalki z włosami, teatr, karuzel...Trzeba na jutro postawić w okniekaruzel, bo już fontanna spowszedniała. Bagatela!... Ósma dochodzi... 
Założyłbym się, że Klejn będzie pierwszy a Mraczewski ostatni. Naturalnie... 
Poznał się z jakąś guwernantką i już jej kupił neseser na rachunek i z rabatem... 
Rozumie się...Byle nie zaczął kupować bez rabatu i bez rachunku...” 
Tak mruczał i chodził po sklepie, przygarbiony, z rękoma w kieszeniach, a za 
nim jego pudel. Pan od czasu do czasu zatrzymywał się i oglądał jakiś 
przedmiot, pies przysiadał na podłodze i skrobał tylną nogą gęste kudły, a 
rzędem ustawione w szafie lalki, małe, średnie i duże, brunetki i blondynki, 
przypatrywały się im martwymi oczami. 
Drzwi od sieni skrzypnęły i ukazał się pan Klejn, mizerny subiekt, ze smutnym 
uśmiechem na posiniałych ustach. 
— A co, byłem pewny, że pan przyjdziesz pierwszy. Dzień dobry — rzekł pan 
Ignacy. — Paweł! gaś światło i otwieraj sklep. 
Służący wbiegł ciężkim kłusem i zakręcił gaz. Po chwili rozległo się zgrzytanie 
ryglów, szczękanie sztab i do sklepu wszedł dzień, jedyny gość, który nigdy nie 
zawodzi kupca. Rzecki usiadł przy kantorku pod oknem. Klejn stanął na 
zwykłym miejscu przy porcelanie. 
— Pryncypał jeszcze nie wraca, nie miał pan listu? — spytał Klejn. 
— Spodziewam się go w połowie marca, najdalej za miesiąc. 
— Jeżeli go nie zatrzyma nowa wojna. 
— Staś... Pan Wokulski — poprawił się Rzecki — pisze mi, że wojny nie będzie. 
— Kursa jednak spadają, a przed chwilą czytałem, że flota angielska wpłynęła na 
Dardanele. 
— To nic, wojny nie będzie. Zresztą — westchnął pan Ignacy — co nas obchodzi 
wojna, w której nie przyjmie udziału Bonaparte. 
— Bonapartowie skończyli już karierę. 
— Doprawdy?... — uśmiechnął się ironicznie pan Ignacy. — A na czyjąż korzyść 
MacMahon z Ducrotem układali w styczniu zamach stanu?... Wierz mi, panie 
Klejn, bonapartyzm to potęga!... 
— Jest większa od niej. 
— Jaka? — oburzył się pan. Ignacy. — Może republika z Gambettą?... — Może 
Bismarck?.. 
— Socjalizm... — szepnął mizerny subiekt kryjąc się za porcelanę. 
Pan Ignacy mocniej zasadził binokle i podniósł się na swym fotelu, jakby 
pragnąc jednym zamachem obalić nową teorię, która przeciwstawiała się jego 
poglądom; lecz poplątało mu szyki wejście drugiego subiekta z brodą. 
— A, moje uszanowanie panu Lisieckiemu! -zwrócił się do przybyłego. — Zimny 
dzień mamy, prawda? Która też godzina w mieście, bo mój zegarek musi się 
spieszyć. Jeszcze chyba nie ma kwadransa na dziewiątą?.. 
— Także koncept!... Pański zegarek zawsze spieszy się z rana, a późni wieczorem 
— odparł cierpko Lisiecki ocierając szronem pokryte wąsy. 
— Założę się, żeś pan był wczoraj na preferansie. 
— Ma się wiedzieć. Cóż pan myślisz, że mi na całą dobę wystarczy widok 
waszych galanterii i pańskiej siwizny? 
— No, mój panie, wolę być trochę szpakowatym aniżeli łysym — oburzył się pan 
Ignacy. 
— Koncept!... — syknął pan Lisiecki. — Moja łysina, jeżeli ją kto dojrzy, jest 
smutnym dziedzictwem rodu, ale pańska siwizna i gderliwy charakter są 
owocami starości, którą... chciałbym szanować. 
Do sklepu wszedł pierwszy gość: kobieta ubrana w salopę i chustkę na głowie, 
żądająca mosiężnej spluwaczki... Pan Ignacy bardzo nisko ukłonił się jej i 
ofiarował krzesło, a pan Lisiecki zniknął za szafami i wróciwszy po chwili 
doręczył interesantce ruchem pełnym godności żądany przedmiot. Potem zapisał 
cenę spluwaczki na kartce, podał ją przez ramię Rzeckiemu i poszedł za 
gablotkę z miną bankiera, który złożył na cel dobroczynny kilka tysięcy rubli. 
Spór o siwiznę i łysinę był zażegnany. 
Dopiero około dziewiątej wszedł, a raczej wpadł do sklepu pan Mraczewski, 
piękny, dwudziestoletni blondynek, z oczyma jak gwiazdy, z ustami jak korale, 
z wąsikami jak zatrute sztylety. Wbiegł ciągnąc za sobą od progu smugę woni, i 
zawołał: 
— Słowo honoru daję, że już musi być wpół do dziesiątej. Letkiewicz jestem, 
gałgan jestem, no — podły jestem, ale cóż zrobię, kiedy matka mi zachorowała i 
musiałem szukać doktora. Byłem u sześciu... 
— Czy u tych, którym dajesz pan neseserki? — spytał Lisiecki. 
— Neseserki?... Nie. Nasz doktor nie przyjąłby nawet szpilki. Zacny człowiek... 
Prawda, panie Rzecki, że już jest wpół do dziesiątej? Stanął mi zegarek. 
— Dochodzi dzie-wią-ta... — odparł ze szczególnym naciskiem pan Ignacy. 
— Dopiero dziewiąta?... No, kto by myślał! A tak projektowałem sobie, że dziś 
przyjdę do sklepu pierwszy, wcześniej od pana Klejna... 
— Ażeby wyjść przed ósmą — wtrącił pan Lisiecki. 
Mraczewski utkwił w nim błękitne oczy, w których malowało się najwyższe 
zdumienie. 
— Pan skąd wie?... — odparł. — No, słowo honoru daję, że ten człowiek ma zmysł 
proroczy! Właśnie dziś, słowo honoru... muszę być na mieście przed siódmą, 
choćbym umarł, choćbym... miał podać się do dymisji... 
— Niech pan od tego zacznie — wybuchnął Rzecki — a będzie pan wolny przed 
jedenastą, nawet w tej chwili, panie Mraczewski. Pan powinieneś być hrabią, nie 
kupcem, i dziwię się, że pan od razu nie wstąpił do tamtego fachu, przy którym 
zawsze ma się czas, panie Mraczewski. Naturalnie! 
— No, i pan w jego wieku latałeś za spódniczkami — odezwał się Lisiecki. — Co tu 
bawić się w morały. 
— Nigdy nie latałem! — krzyknął Rzecki uderzając pięścią w kantorek. 
— Przynajmniej raz wygadał się, że całe życie jest niedołęgą — mruknął Lisiecki 
do Klejna, który uśmiechał się, podnosząc jednocześnie brwi bardzo wysoko. 
Do sklepu wszedł drugi gość i zażądał kaloszy. Naprzeciw niego wysunął się 
Mraczewski. 
— Kaloszyków żąda szanowny pan? Który numerek, jeżeli wolno spytać? Ach, 
szanowny pan zapewne nie pamięta! Nie każdy ma czas myśleć o numerze 
swoich kaloszy, to należy do nas. Szanowny pan raczy zająć miejsce na 
taburecie. Paweł! przynieś ręcznik, zdejm panu kalosze i wytrzyj obuwie... 
Wbiegł Paweł ze ścierką i rzucił się do nóg przybyłemu. 
— Ależ, panie, ależ przepraszam!... — tłomaczył się odurzony gość. 
— Bardzo prosimy — mówił prędko Mraczewski — to nasz obowiązek. Zdaje mi 
się, że te będą dobre — ciągnął, podając parę sczepionych nitką kaloszy. Doskonałe, 
pysznie wyglądają; szanowny pan ma tak normalną nogę, że 
niepodobna mylić się co do numeru. Szanowny pan życzy sobie zapewne literki; 
jakie mają być literki?... 
— L. P. — mruknął gość, czując, że tonie w bystrym potoku wymowy grzecznego 
subiekta. 
— Panie Lisiecki, panie Klejn, przybijcie z łaski swojej literki. Szanowny pan 
każe zawinąć dawne kalosze? Paweł! wytrzyj kalosze i okręć w bibułę. A może 
szanowny pan nie życzy sobie dźwigać zbytecznego ciężaru? Paweł! rzuć 
kalosze do paki... Należy się dwa ruble kopiejek pięćdziesiąt... Kaloszy z 
literkami nikt szanownemu panu nie zamieni, a to przykra rzecz znaleźć w 
miejsce nowych artykułów dziurawe graty... Dwa ruble pięćdziesiąt kopiejek do 
kasy z tą karteczką. Panie kasjerze, pięćdziesiąt kopiejek reszty dla szanownego 
pana... 
Nim gość oprzytomniał, ubrano go w kalosze, wydano resztę i wśród niskich 
ukłonów odprowadzono do drzwi. Interesant stał przez chwilę na ulicy, 
bezmyślnie patrząc w szybę, spoza której Mraczewski darzył go słodkim 
uśmiechem i ognistymi spojrzeniami. Wreszcie machnął ręką i poszedł dalej, 
może myśląc, że w innym sklepie kalosze bez literek kosztowałyby go dziesięć 
złotych. 
Pan Ignacy zwrócił się do Lisieckiego i kiwał głową w sposób oznaczający 
podziw i zadowolenie. Mraczewski dostrzegł ten ruch kątem oka i podbiegłszy 
do Lisieckiego, rzekł półgłosem: 
— Niech no pan patrzy, czy nasz stary nie jest podobny z profilu do Napoleona 
III? Nos... wąs... hiszpanka... 
— Do Napoleona, kiedy chorował na kamień — odparł Lisiecki. 
Na ten dowcip pan Ignacy skrzywił się z niesmakiem. Swoją drogą Mraczewski 
dostał urlop przed siódmą wieczór, a w parę dni później w prywatnym katalogu 
Rzeckiego otrzymał notatkę: 
„Był na Hugonotach w ósmym rzędzie krzeseł z niejaką Matyldą???.” 
Na pociechę mógłby sobie powiedzieć, że w tym samym katalogu równie 
posiadają notatki dwaj inni. jego koledzy, a także inkasent, posłańcy, nawet służący 
Paweł. Skąd Rzecki znał podobne szczegóły z życia swych 
współpracowników? Jest to tajemnica, z którą przed nikim się nie zwierzał. 
Około pierwszej w południe pan Ignacy, zdawszy kasę Lisieckiemu, któremu 
pomimo ciągłych sporów ufał najbardziej, wymykał się do swego pokoiku, 
ażeby zjeść obiad przyniesiony z restauracji; Współcześnie z nim wychodził 
Klejn i wracał do sklepu o drugiej; potem obaj z Rzeckim zostawali w sklepie, a 
Lisiecki i Mraczewski szli na obiad. O trzeciej znowu wszyscy byli na miejscu. 
O ósmej wieczór zamykano sklep; subiekci rozchodzili się i zostawał tylko 
Rzecki. Robił dzienny rachunek, sprawdzał kasę, układał plan czynności na 
jutro i przypominał sobie: czy zrobiono wszystko, co wypadało na dziś. Każdą 
zaniedbaną sprawę opłacał długą bezsennością i smętnymi marzeniami na temat 
ruiny sklepu, stanowczego upadku Napoleonidów i tego, że wszystkie nadzieje, 
jakie miał w życiu, były tylko głupstwem. 
„Nic nie będzie! Giniemy bez ratunku!” — wzdychał przewracając się na twardej 
pościeli. 
Jeżeli dzień udał się dobrze, pan Ignacy był kontent. Wówczas przed snem 
czytał historię konsulatu i cesarstwa albo wycinki z gazet opisujących wojnę 
włoską z roku 1859, albo też, co trafiało się rzadziej, wydobywał spod łóżka 
gitarę i grał na niej Marsza Rakoczego przyśpiewując wątpliwej wartości 
tenorem. 
Potem śniły mu się obszerne węgierskie równiny, granatowe i białe linie wojsk, 
przysłoniętych chmurą dymu... Nazajutrz miewał posępny humor i skarżył się 
na ból głowy. 
Do przyjemniejszych dni należała u niego niedziela; wówczas bowiem obmyślał 
i wykonywał plany wystaw okiennych na cały tydzień. 
W jego pojęciu okna nie tylko streszczały zasoby sklepu, ale jeszcze powinny 
były zwracać uwagę przechodniów bądź najmodniejszym towarem, bądź 
pięknym ułożeniem, bądź figlem. Prawe okno przeznaczone dla galanterii 
zbytkownych mieściło zwykle jakiś brąz, porcelanową wazę, całą zastawę 
buduarowego stolika, dokoła których ustawiały się albumy, lichtarze, 
portmonety, wachlarze, w towarzystwie lasek, parasoli i niezliczonej ilości 
drobnych a eleganckich przedmiotów. W lewym znowu oknie, napełnionym 
okazami krawatów, rękawiczek, kaloszy i perfum, miejsce środkowe zajmowały 
zabawki, najczęściej poruszające się. 
Niekiedy, podczas tych samotnych zajęć, w starym subiekcie budziło się 
dziecko. Wydobywał wtedy i ustawiał na stole wszystkie mechaniczne cacka. 
Był tam niedźwiedź wdrapujący się na słup, był piejący kogut, mysz, która 
biegała, pociąg, który toczył się po szynach, cyrkowy pajac, który cwałował na 
koniu, dźwigając drugiego pajaca, i kilka par, które tańczyły walca przy 
dźwiękach niewyraźnej muzyki. Wszystkie te figury pan Ignacy nakręcał i 
jednocześnie puszczał w ruch. A gdy kogut zaczął piać łopocząc sztywnymi 
skrzydłami, gdy tańczyły martwe pary, co chwilę potykając się i zatrzymując, 
gdy ołowiani pasażerowie pociągu, jadącego bez celu, zaczęli przypatrywać mu 
się ze zdziwieniem i gdy cały ten świat lalek, przy drgającym świetle gazu, 
nabrał jakiegoś fantastycznego życia, stary subiekt podparłszy się łokciami 
śmiał się cicho i mruczał: 
— Hi! hi! hi! dokąd wy jedziecie, podróżni?... Dlaczego narażasz kark, 
akrobato?... Co wam po uściskach, tancerze?... Wykręcą się sprężyny i 
pójdziecie na powrót do szafy. Głupstwo, wszystko głupstwo!...a wam, 
gdybyście myśleli, mogłoby się zdawać, że to jest coś wielkiego!... 
Po takich i tym podobnych monologach szybko składał zabawki i rozdrażniony 
chodził go pustym sklepie, a za nim jego brudny pies. 
„Głupstwo handel... głupstwo polityka... głupstwo podróż do Turcji... głupstwo 
całe życie, którego początku nie pamiętamy, a końca nie znamy... Gdzież 
prawda?.. „ 
Ponieważ tego rodzaju zdania wypowiadał niekiedy głośno i publicznie, więc 
uważano go za bzika, a poważne damy, mające córki na wydaniu, nieraz 
mówiły: 
— Oto do czego prowadzi mężczyznę starokawalerstwo! 
Z domu pan Ignacy wychodził rzadko i na krótko i zwykle kręcił się po ulicach, 
na których mieszkali jego koledzy albo oficjaliści sklepu. Wówczas jego 
ciemnozielona algierka lub tabaczkowy surdut, popielate spodnie z czarnym 
lampasem i wypłowiały cylinder, nade wszystko zaś jego nieśmiałe zachowanie 
się zwracały powszechną uwagę. Pan Ignacy wiedział to i coraz bardziej 
zniechęcał się do spacerów. Wolał przy święcie kłaść się na łóżku i całymi 
godzinami patrzeć w swoje zakratowane okno, za którym widać było szary mur 
sąsiedniego domu, ozdobiony jednym jedynym, również zakratowanym oknem, 
gdzie czasami stał garnczek masła albo wisiały zwłoki zająca. 
Lecz im mniej wychodził, tym częściej marzył o jakiejś dalekiej podróży na 
wieś lub za granicę. Coraz częściej spotykał we snach zielone pola i ciemne 
bory, po których błąkałby się, przypominając sobie młode czasy. Powoli 
zbudziła się w nim głucha tęsknota do tych krajobrazów, więc postanowił, 
natychmiast po powrocie Wokulskiego, wyjechać gdzieś na całe lato. 
— Choć raz przed śmiercią, ale na kilka miesięcy — mówił kolegom, którzy nie 
wiadomo dlaczego uśmiechali się z tych projektów. 
Dobrowolnie odcięty od natury i ludzi, utopiony w wartkim, ale ciasnym wirze 
sklepowych interesów, czuł coraz mocniej potrzebę wymiany myśli. A 
ponieważ jednym nie ufał, inni go nie chcieli słuchać, a Wokulskiego nie było, 
więc rozmawiał sam z sobą i — w największym sekrecie pisywał pamiętnik. 
ROZDZIAŁ TRZECI: 
PAMIĘTNIK STAREGO SUBIEKTA 
„...Ze smutkiem od kilku lat uważam, że na świecie jest coraz mniej dobrych 
subiektów i rozumnych polityków, bo wszyscy stosują się do mody. Skromny 
subiekt co kwartał ubiera się w spodnie nowego fasonu, w coraz dziwniejszy 
kapelusz i coraz inaczej wykładany kołnierzyk. Podobnież dzisiejsi politycy co 
kwartał zmieniają wiarę: onegdaj wierzyli w Bismarcka, wczoraj w Gambettę, a 
dziś w Beaconsfielda, który niedawno był Żydkiem. 
Już widać zapomniano, że w sklepie nie można stroić się w modne kołnierzyki, 
tylko je sprzedawać, bo w przeciwnym razie gościom zabraknie towaru, a 
sklepowi gości. Zaś polityki nie należy opierać na szczęśliwych osobach, tylko 
na wielkich dynastiach. Metternich był taki sławny jak Bismarck, a Palmerston 
sławniejszy od Beaconsfielda i — któż dziś o nich pamięta? Tymczasem ród 
Bonapartych trząsł Europą za Napoleona I, potem za Napoleona III, a i dzisiaj, 
choć niektórzy nazywają go bankrutem, wpływa na losy Francji przez wierne 
swoje sługi, MacMahona i Ducrota. 
Zobaczycie, co jeszcze zrobi Napoleonek IV, który po cichu uczy się sztuki 
wojennej u Anglików! Ale o to mniejsza. W tej bowiem pisaninie chcę mówić 
nie o Bonapartych, ale o sobie, ażeby wiedziano, jakim sposobem tworzyli się 
dobrzy subiekci i choć nie uczeni, ale rozsądni politycy. Do takiego interesu nie 
trzeba akademii, lecz przykładu — w domu i w sklepie. 
Ojciec mój był za młodu żołnierzem, a na starość woźnym w Komisji Spraw 
Wewnętrznych. Trzymał się prosto jak sztaba, miał nieduże faworyty i wąs do 
góry; szyję okręcał czarną chustką i nosił srebrny kolczyk w uchu. 
Mieszkaliśmy na Starym Mieście z ciotką, która urzędnikom prała i łatała 
bieliznę. Mieliśmy na czwartym piętrze dwa pokoiki, gdzie niewiele było 
dostatków, ale dużo radości, przynajmniej dla mnie. W naszej izdebce 
najokazalszym sprzętem był stół, na którym ojciec powróciwszy z biura kleił 
koperty; u ciotki zaś pierwsze miejsce zajmowała balia. Pamiętam, że w 
pogodne dnie puszczałem na ulicy latawce, a w razie słoty wydmuchiwałem w 
izbie bańki mydlane. 
Na ścianach u ciotki wisieli sami święci; ale jakkolwiek było ich sporo, nie 
dorównali jednak liczbą Napoleonom, którymi ojciec przyozdabiał swój pokój. 
Był tam jeden Napoleon w Egipcie, drugi pod Wagram, trzeci pod Austerlitz, 
czwarty pod Moskwą, piąty w dniu koronacji, szósty w apoteozie. Gdy zaś 
ciotka, zgorszona tyloma świeckimi obrazami, zawiesiła na ścianie mosiężny 
krucyfiks, ojciec, ażeby — jak mówił — nie obrazić Napoleona, kupił sobie jego 
brązowe popiersie i także umieścił je nad łóżkiem. 
— Zobaczysz, niedowiarku — lamentowała nieraz ciotka — że za te sztuki będą cię 
pławić w smole. 
— I!... Nie da mi cesarz zrobić krzywdy — odpowiadał ojciec. 
Często przychodzili do nas dawni koledzy ojca: pan Domański, także woźny, ale 
z Komisji Skarbu, i pan Raczek, który na Dunaju miał stragan z zieleniną. Prości 
to byli ludzie (nawet pan Domański trochę lubił anyżówkę), ale roztropni 
politycy. Wszyscy, nie wyłączając ciotki, twierdzili jak najbardziej stanowczo, 
że choć Napoleon I umarł w niewoli, ród Bonapartych jeszcze wypłynie. Po 
pierwszym Napoleonie znajdzie się jakiś drugi, a gdyby i ten źle skończył, 
przyjdzie następny, dopóki jeden po drugim nie uporządkują świata. 
— Trzeba być zawsze gotowym na pierwszy odgłos! — mówił mój ojciec. 
— Bo nie wiecie dnia ani godziny — dodawał pan Domański. 
A pan Raczek, trzymając fajkę w ustach, na znak potwierdzenia pluł aż do 
pokoju ciotki. 
— Napluj mi acan w balię, to ci dam!... — wołała ciotka. 
— Może jejmość i dasz, ale ja nie wezmę — mruknął pan Raczek plując w stronę 
komina. 
— U... cóż to za chamy te całe grenadierzyska! — gniewała się ciotka. 
— Jejmości zawsze smakowali ułani. Wiem, wiem... 
Później pan Raczek ożenił się z moją ciotką... 
...Chcąc, ażebym zupełnie był gotów, gdy wybije godzina sprawiedliwości, 
ojciec sam pracował nad moją edukacją. 
Nauczył mię czytać, pisać, kleić koperty, ale nade wszystko — musztrować się. 
Do musztry zapędzał mnie w bardzo wczesnym dzieciństwie, kiedy mi jeszcze 
zza pleców wyglądała koszula. Dobrze to pamiętam, gdyż ojciec komenderując: 
„Pół obrotu na prawo!” albo „Lewe ramię naprzód — marsz!...”, ciągnął mnie w 
odpowiednim kierunku za ogon tego ubrania. 
Była to najdokładniej prowadzona nauka. 
Nieraz w nocy budził mnie ojciec krzykiem: „Do broni!...”, musztrował pomimo 
wymyślań i łez ciotki i kończył zdaniem: 
— Ignaś! zawsze bądź gotów, wisusie, bo nie wiemy dnia ani godziny... Pamiętaj, 
że Bonapartów Bóg zesłał, ażeby zrobili porządek na świecie, a dopóty nie 
będzie porządku ani sprawiedliwości, dopóki nie wypełni się testament cesarza. 
Nie mogę powiedzieć, ażeby niezachwianą wiarę mego ojca w Bonapartych i 
sprawiedliwość podzielali dwaj jego koledzy. Nieraz pan Raczek, kiedy mu 
dokuczył ból w nodze, klnąc i stękając mówił: 
— E! wiesz, stary, że już za długo czekamy na nowego Napoleona. Ja siwieć 
zaczynam i coraz gorzej podupadam, a jego jak nie było, tak i nie ma. Niedługo 
porobią się z nas dziady pod kościół, a Napoleon po to chyba przyjdzie, ażeby z 
nami śpiewać godzinki. 
— Znajdzie młodych. 
— Co za młodych! Lepsi z nich przed nami poszli w ziemię, a najmłodsi — diabła 
warci. Już są między nimi i tacy, co o Napoleonie nie słyszeli. 
— Mój słyszał i zapamięta — odparł ojciec mrugając okiem w moją stronę. 
Pan Domański jeszcze bardziej upadał na duchu. 
— Świat idzie do gorszego — mówił trzęsąc głową. -Wikt coraz droższy, za 
kwaterę zabraliby ci całą pensję, a nawet co się tyczy anyżówki, i w tym jest 
szachrajstwo. Dawniej rozweseliłeś się kieliszkiem, dziś po szklance jesteś taki 
czczy, jakbyś się napił wody. Sam Napoleon nie doczekałby się 
sprawiedliwości! 
A na to odpowiedział ojciec: 
— Będzie sprawiedliwość, choćby i Napoleona nie stało. Ale i Napoleon się 
znajdzie. 
— Nie wierzę -mruknął pan Raczek. 
— A jak się znajdzie, to co?.. — spytał ojciec. 
— Nie doczekamy tego. 
— Ja doczekam — odparł ojciec — a Ignaś doczeka jeszcze lepiej. 
Już wówczas zdania mego ojca głęboko wyrzynały mi się w pamięci, ale 
dopiero późniejsze wypadki nadały im cudowny, nieomal proroczy charakter. 
Około roku 1840 ojciec zaczął niedomagać. Czasami po parę dni nie wychodził 
do biura, a wreszcie na dobre legł w łóżku. 
Pan Raczek odwiedzał go co dzień, a raz patrząc na jego chude ręce i wyżółkłe 
policzki szepnął: 
— Hej! stary, już my chyba nie doczekamy się Napoleona! 
Na co ojciec spokojnie odparł: 
— Ja tam nie umrę, dopóki o nim nie usłyszę. 
Pan Raczek pokiwał głową, a ciotka łzy otarła myśląc, że ojciec bredzi. Jak tu 
myśleć inaczej, jeżeli śmierć już kołatała do drzwi, a ojciec jeszcze wyglądał 
Napoleona... 
Było już z nim bardzo źle, nawet przyjął ostatnie sakramenta, kiedy, w parę dni 
później wbiegł do nas pan Raczek dziwnie wzburzony i stojąc na środku izby, 
zawołał: 
— A wiesz, stary, że znalazł się Napoleon?... 
— Gdzie? — krzyknęła ciotka. 
— Jużci, we Francji. 
Ojciec zerwał się, lecz znowu upadł na poduszki. Tylko wyciągnął do mnie rękę 
i patrząc wzrokiem, którego nie zapomnę, wyszeptał: 
— Pamiętaj!... Wszystko pamiętaj... 
Z tym umarł. 
W późniejszym życiu przekonałem się, jak proroczymi były poglądy ojca. 
Wszyscy widzieliśmy drugą gwiazdę napoleońską, która obudziła Włochy i 
Węgry; a chociaż spadła pod Sedanem, nie wierzę w jej ostateczne zagaśnięcie. 
Co mi tam Bismarck, Gambetta albo Beaconsfield! Niesprawiedliwość dopóty 
będzie władać światem, dopóki nowy Napoleon nie urośnie. 
W parę miesięcy po śmierci ojca pan Raczek i pan Domański wraz z ciotką 
Zuzanną zebrali się na radę: co ze mną począć? Pan Domański chciał mnie 
zabrać do swoich biur i powoli wypromować na urzędnika; ciotka zalecała 
rzemiosło, a pan Raczek zieleniarstwo. Lecz gdy zapytano mnie: do czego mam 
ochotę? odpowiedziałem, że do sklepu. 
— Kto wie, czy to nie będzie najlepsze — zauważył pan Raczek. -A do jakiegoż 
byś chciał kupca? 
— Do tego na Podwalu, co ma we drzwiach pałasz, a w oknie kozaka. 
— Wiem — wtrąciła ciotka. — On chce do Mincla. 
— Można spróbować — rzekł pan Domański. — Wszyscy przecież znamy Mincla. 
Pan Raczek na znak zgody plunął aż w komin. 
— Boże miłosierny -jęknęła ciotka — ten drab już chyba na mnie pluć zacznie, 
kiedy brata nie stało... Oj! nieszczęśliwa ja sierota!... 
— Wielka rzecz! — odezwał się pan Raczek. — Wyjdź jejmość za mąż, to nie 
będziesz sierotą. 
— A gdzież ja znajdę takiego głupiego, co by mnie wziął? 
— Phi! może i ja bym się ożenił z jejmością, bo nie ma mnie kto smarować mruknął 
pan Raczek, ciężko schylając się do ziemi, ażeby wypukać popiół z 
fajki. Ciotka rozpłakała się, a wtedy odezwał się pan Domański: 
— Po co robić duże ceregiele. Jejmość nie masz opieki, on nie ma gospodyni; 
pobierzcie się i przygarnijcie Ignasia, a będziecie nawet mieli dziecko. I jeszcze 
tanie dziecko, bo Mincel da mu wikt i kwaterę, a wy tylko odzież. 
— Hę?... — spytał pan Raczek patrząc na ciotkę. 
— No, oddajcie pierwej chłopca do terminu, a potem... może się odważę — odparła 
ciotka. — Zawsze miałam przeczucie, że marnie skończę... 
— To i jazda do Mincla! — rzekł pan Raczek podnosząc się z krzesełka. — Tylko 
jejmość nie zrób mi zawodu! — dodał grożąc ciotce pięścią. 
Wyszli z Panem Domańskim i może w półtorej godziny wrócili obaj mocno 
zarumienieni. Pan Raczek ledwie oddychał, a pan Domański z trudnością 
trzymał się na nogach, podobno z tego, że nasze schody były bardzo 
niewygodne. 
— Cóż?... — spytała ciotka. 
— Nowego Napoleona wsadzili do prochowni! — odpowiedział pan Domański. 
— Nie do prochowni, tylko do fortecy. A-u... A-u... — dodał pan Raczek i rzucił 
czapkę na stół. 
— Ale z chłopcem co? 
— Jutro ma przyjść do Mincla z odzieniem i bielizną — odrzekł pan Domański. — Nie do fortecy A-u... A-u... tylko do Ham-ham czy Cham... bo nawet nie wiem... 
— Zwariowaliście, pijaki! -krzyknęła ciotka chwytając pana Raczka za ramię. 
— Tylko bez poufałości! — oburzył się pan Raczek. -Po ślubie będzie poufałość, 
teraz... Ma przyjść do Mincla jutro z bielizną i odzieniem... Nieszczęsny 
Napoleonie!... 
Ciotka wypchnęła za drzwi pana Raczka, potem pana Domańskiego i wyrzuciła 
za nimi czapkę. 
— Precz mi stąd, pijaki! 
Wiwat Napoleon! — zawołał pan Raczek, a pan Domański zaczął śpiewać: 
Przechodniu, gdy w tę stronę zwrócisz swoje oko, 
Przybliż się i rozważaj ten napis głęboko... 
Przybliż się i rozważaj ten napis głęboko. 
Głos jego stopniowo cichnął, jakby zagłębiając się w studni, potem umilkł na 
schodach, lecz znowu doleciał nas z ulicy. Po chwili zrobił się tam jakiś hałas, a 
gdy wyjrzałem oknem, zobaczyłem, że pana Raczka policjant prowadził do 
ratusza. 
Takie to wypadki poprzedziły moje wejście do zawodu kupieckiego. 
Sklep Mincla znałem od dawna, ponieważ ojciec wysyłał mnie do niego po 
papier, a ciotka po mydło. Zawsze biegłem tam z radosną ciekawością, ażeby 
napatrzeć się wiszącym za szybami zabawkom. O ile pamiętam, był tam w oknie 
duży kozak, który sam przez się skakał i machał rękoma, a we drzwiach — bęben, 
pałasz i skórzany koń z prawdziwym ogonem. 
Wnętrze sklepu wyglądało jak duża piwnica, której końca nigdy nie mogłem 
dojrzeć z powodu ciemności. Wiem tylko, że po pieprz, kawę i liście bobkowe 
szło się na lewo do stołu, za którym stały ogromne szafy, od sklepienia do 
podłogi napełnione szufladami. Papier zaś, atrament, talerze i szklanki 
sprzedawano przy stole na prawo, gdzie były szafy z szybami, a po mydło i 
krochmal szło się w głąb sklepu, gdzie było widać beczki i stosy pak 
drewnianych. 
Nawet sklepienie było zajęte. Wisiały tam długie szeregi pęcherzy 
naładowanych gorczycą i farbami, ogromna lampa z daszkiem, która w zimie 
paliła się cały dzień, sieć pełna korków do butelek, wreszcie wypchany 
krokodylek, długi może na półtora łokcia. 
Właścicielem sklepu był Jan Mincel, starzec z rumianą twarzą i kosmykiem 
siwych włosów pod brodą. W każdej porze dnia siedział on pod oknem na fotelu 
obitym skórą, ubrany w niebieski barchanowy kaftan, biały fartuch i takąż 
szlafmycę. Przed nim na stole leżała wielka księga, w której notował dochód, a 
tuż nad jego głową wisiał pęk dyscyplin, przeznaczonych głównie na sprzedaż. 
Starzec odbierał pieniądze, zdawał gościom resztę, pisał w księdze, niekiedy 
drzemał, lecz pomimo tylu zajęć, z niepojętą uwagą czuwał nad biegiem handlu 
w całym sklepie. On także, dla uciechy przechodniów ulicznych, od czasu do 
czasu pociągał za sznurek skaczącego w oknie kozaka i on wreszcie, co mi się 
najmniej podobało, za rozmaite przestępstwa karcił nas jedną z pęka dyscyplin. 
Mówię : nas, bo było nas trzech kandydatów do kary cielesnej : ja tudzież dwaj 
synowcy starego — Franc i Jan Minclowie. 
Czujności pryncypała i jego biegłości w używaniu sarniej nogi doświadczyłem 
zaraz na trzeci dzień po wejściu do sklepu. 
Franc odmierzył jakiejś kobiecie za dziesięć groszy rodzynków. Widząc, że 
jedno ziarno upadło na kontuar (stary miał w tej chwili oczy zamknięte), 
podniosłem je nieznacznie i zjadłem. Chciałem właśnie wyjąć pestkę, która 
wcisnęła się mi między zęby, gdy uczułem na plecach coś jakby mocne 
dotknięcie rozpalonego żelaza. 
— A, szelma! — wrzasnął stary Mincel i nim zdałem sobie sprawę z sytuacji, 
przeciągnął po mnie jeszcze parę razy dyscyplinę, od wierzchu głowy do 
podłogi. 
Zwinąłem się w kłębek z bólu, lecz od tej pory nie śmiałem wziąć do ust 
niczego w sklepie. Migdały, rodzynki, nawet rożki miały dla mnie smak 
pieprzu. 
Urządziwszy się ze mną w taki sposób, stary zawiesił dyscyplinę na pęku, 
wpisał rodzynki i z najdobroduszniejszą miną począł ciągnąć za sznurek kozaka. 
Patrząc na jego półuśmiechniętą twarz i przymrużone oczy, prawie nie mogłem 
uwierzyć, że ten jowialny staruszek posiada taki zamach w ręku. I dopiero teraz 
spostrzegłem, że ów kozak widziany z wnętrza sklepu wydaje się mniej 
zabawnym niż od ulicy. 
Sklep nasz był kolonialno — galanteryjno — mydlarski. Towary kolonialne 
wydawał gościom Franc Mincel, młodzieniec trzydziestokilkoletni, z rudą głową 
i zaspaną fizjognomią. Ten najczęściej dostawał dyscypliną od stryja, gdyż palił 
fajkę, późno wchodził za kontuar, wymykał się z domu po nocach, a nade 
wszystko niedbale ważył towar. Młodszy zaś, Jan Mincel, który zawiadywał 
galanterią i obok niezgrabnych ruchów odznaczał się łagodnością, był znowu 
bity za wykradanie kolorowego papieru i pisywanie na nim listów do panien. 
Tylko August Katz, pracujący przy mydle, nie ulegał żadnym surowcowym 
upomnieniom. Mizerny ten człeczyna odznaczał się niezwykłą punktualnością. 
Najraniej przychodził do roboty, krajał mydło i ważył krochmal jak automat; 
jadł, co mu podano, w najciemniejszym kącie sklepu, prawie wstydząc się tego, 
że doświadcza ludzkich potrzeb. O dziesiątej wieczorem gdzieś znikał. 
W tym otoczeniu upłynęło mi ośm lat, z których każdy dzień był podobny do 
wszystkich innych dni, jak kropla jesiennego deszczu do innych kropli 
jesiennego deszczu. Wstawałem rano o piątej, myłem się i zamiatałem sklep. O 
szóstej otwierałem główne drzwi tudzież okiennicę. W tej chwili, gdzieś z ulicy 
zjawiał się August Katz, zdejmował surdut, kładł fartuch i milcząc stawał 
między beczką mydła szarego a kolumną ułożoną z cegiełek mydła żółtego. 
Potem drzwiami od podwórka wbiegał stary Mincel mrucząc: Morgen!, 
poprawiał szlafmycę, dobywał z szuflady księgę, wciskał się w fotel i parę razy 
ciągnął za sznurek kozaka. Dopiero po nim ukazywał się Jan Mincel i 
ucałowawszy stryja w rękę, stawał za swoim kontuarem, na którym podczas lata 
łapał muchy, a w zimie kreślił palcem albo pięścią jakieś figury. 
Franca zwykle sprowadzano do sklepu. Wchodził z oczyma zaspanymi, 
ziewający, obojętnie całował stryja w ramię i przez cały dzień skrobał się w 
głowę w sposób, który mógł oznaczać wielką senność lub wielkie zmartwienie. 
Prawie nie było ranka, ażeby stryj patrząc na jego manewry nie wykrzywiał mu 
się i nie pytał: 
— No,.. a gdzie, ty szelma, latała? 
Tymczasem na ulicy budził się szmer i za szybami sklepu coraz częściej 
przesuwali się przechodnie. To służąca, to drwal, jejmość w kapturze, to 
chłopak od szewca, to jegomość w rogatywce szli w jedną i drugą stronę jak 
figury w ruchomej panoramie. Środkiem ulicy toczyły się wozy, beczki, bryczki 
— tam i na powrót... Coraz więcej ludzi, coraz więcej wozów, aż nareszcie 
utworzył się jeden wielki potok uliczny, z którego co chwilę ktoś wpadał do nas 
za sprawunkiem. 
— Pieprzu za trojaka... 
— Proszę funt kawy... 
— Niech pan da ryżu... 
— Pół funta mydła... 
— Za grosz liści bobkowych... 
Stopniowo sklep zapełniał się po największej części służącymi i ubogo 
odzianymi jejmościami. Wtedy Franc Mincel krzywił się najwięcej: otwierał i 
zamykał szuflady, obwijał towar w tutki z szarej bibuły, wbiegał na drabinkę, 
znowu zwijał, robiąc to wszystko z żałosną miną człowieka, któremu nie 
pozwalają ziewnąć. W końcu zbierało się takie mnóstwo interesantów, że i Jan 
Mincel, i ja musieliśmy pomagać Francowi w sprzedaży. 
Stary wciąż pisał i zdawał resztę, od czasu do czasu dotykając palcami swojej 
białej szlafmycy, której niebieski kutasik zwieszał mu się nad okiem. Czasem 
szarpnął kozaka, a niekiedy z szybkością błyskawicy zdejmował dyscyplinę i 
ćwiknął nią którego ze swych synowców. Nader rzadko mogłem zrozumieć: o 
co mu chodzi? synowcy bowiem niechętnie objaśniali mi przyczyny jego 
popędliwości. 
Około ósmej napływ interesantów zmniejszał się. Wtedy w głębi sklepu 
ukazywała się gruba służąca z koszem bułek i kubkami (Franc odwracał się do 
niej tyłem), a za nią — matka naszego pryncypała, chuda staruszka w żółtej sukni, 
w ogromnym czepcu na głowie, z dzbankiem kawy w rękach. Ustawiwszy na 
stole swoje naczynie, staruszka odzywała się schrypniętym głosem: 
Gut Morgen, meine Kinder! Der Kaffee ist schon fertig... 
I zaczynała rozlewać kawę w białe fajansowe kubki. 
Wówczas zbliżał się do niej stary Mincel i całował ją w rękę mówiąc : 
— Gut Morgen, meine Mutter! 
Za co dostawał kubek kawy z trzema bułkami. 
Potem przychodził Franc Mincel, Jan Mincel, August Katz, a na końcu ja. 
Każdy całował staruszkę w suchą rękę, porysowaną niebieskimi żyłami, każdy 
mówił: 
— Gut Morgen, Grossmutter! 
I otrzymywał należny mu kubek tudzież trzy bułki. 
A gdyśmy z pośpiechem wypili naszą kawę, służąca zabierała pusty kosz i 
zamazane kubki, staruszka swój dzbanek i obie znikały. 
Za oknem wciąż toczyły się wozy i płynął w obie strony potok ludzki, z którego 
co chwila odrywał się ktoś i wchodził do sklepu. 
— Proszę krochmalu... 
— Dać migdałów za dziesiątkę... 
— Lukrecji za grosz... 
— Szarego mydła... 
Około południa zmniejszał się ruch za kontuarem towarów kolonialnych, a za to 
coraz częściej zjawiali się interesanci po stronie prawej sklepu, u Jana. Tu 
kupowano talerze, szklanki, żelazka, młynki, lalki, a niekiedy duże parasole, 
szafirowe lub pąsowe. Nabywcy, kobiety i mężczyźni, byli dobrze ubrani, 
rozsiadali się na krzesłach i kazali sobie pokazywać mnóstwo przedmiotów 
targując się i żądając coraz to nowych. 
Pamiętam, że kiedy po lewej stronie sklepu męczyłem się bieganiną i 
zawijaniem towarów, po prawej — największe strapienie robiła mi myśl: czego 
ten a ten gość chce naprawdę i — czy co kupi? W rezultacie jednak i tutaj dużo 
się sprzedawało; nawet dzienny dochód z galanterii był kilka razy większy 
aniżeli z towarów kolonialnych i mydła. 
Stary Mincel i w niedzielę bywał w sklepie. Rano modlił się, a około południa 
kazał mi przychodzić do siebie na pewien rodzaj lekcji. 
Sag mir — powiedz mi: was is das? co jest to? Das is Schublade — to jest 
szublada. Zobacz, co jest w te szublade. Es ist Zimmt — to jest cynamon. Do 
czego potrzebuje się cynamon? Do zupe, do legumine potrzebuje się cynamon. 
Co to jest cynamon? Jest taki kora z jedne drzewo. Gdzie mieszka taki drzewo 
cynamon? W Indii mieszka taki drzewo. Patrz na globus — tu leży Indii. Daj 
mnie za dziesiątkę cynamon... O, du Spitzbub!... jak tobie dam dziesięć raz 
dyscyplin, ty będziesz wiedział, ile sprzedać za dziesięć groszy cynamon... 
W ten sposób przechodziliśmy każdą szufladę w sklepie i historię każdego 
towaru. Gdy zaś Mincel nie był zmęczony, dyktował mi jeszcze zadania 
rachunkowe, kazał sumować księgi albo pisywać listy w interesach naszego 
sklepu. 
Mincel był bardzo porządny, nie cierpiał kurzu, ścierał go z najdrobniejszych 
przedmiotów. Jednych tylko dyscyplin nigdy nie potrzebował okurzać dzięki 
swoim niedzielnym wykładom buchalterii, jeografii i towaroznawstwa. 
Powoli, w ciągu paru lat, tak przywykliśmy do siebie, że stary Mincel nie mógł 
obejść się beze mnie, a ja nawet jego dyscypliny począłem uważać za coś, co 
należało do familijnych stosunków. Pamiętam, że nie mogłem utulić się z żalu, 
gdy raz zepsułem kosztowny samowar, a stary Mincel zamiast chwytać za 
dyscyplinę — odezwał się: 
— Co ty zrobila, Ignac?... Co ty zrobila!... 
Wolałbym dostać cięgi wszystkimi dyscyplinami aniżeli znowu kiedy usłyszeć 
ten drżący głos i zobaczyć wylęknione spojrzenie pryncypała. 
Obiady w dzień powszedni jadaliśmy w sklepie, naprzód dwaj młodzi 
Minclowie i August Katz, a następnie ja z pryncypałem. W czasie święta 
wszyscy zbieraliśmy się na górze i zasiadaliśmy do jednego stołu. Na każdą 
Wigilię Bożego Narodzenia Mincel dawał nam podarunki, a jego matka w 
największym sekrecie urządzała nam (i swemu synowi) choinkę. Wreszcie w 
pierwszym dniu miesiąca wszyscy dostawaliśmy pensję (ja brałem 10 złotych.) 
Przy tej okazji każdy musiał wylegitymować się z porobionych oszczędności: ja, 
Katz, dwaj synowcy i służba. Nierobienie oszczędności, a raczej nieodkładanie 
co dzień choćby kilku groszy, było w oczach Mincla takim występkiem jak 
kradzież. Za mojej pamięci przewinęło się przez nasz sklep paru subiektów i 
kilku uczniów, których pryncypał dlatego tylko usunął, że nic sobie nie 
oszczędzili. Dzień, w którym się to wydało, był ostatnim ich pobytu. Nie 
pomogły obietnice, zaklęcia, całowania po rękach, nawet upadanie do nóg. Stary 
nie ruszył się z fotelu, nie patrzył na petentów, tylko wskazując palcem drzwi 
wymawiał jeden wyraz: fort! fort!... Zasada robienia oszczędności stała się już u 
niego chorobliwym dziwactwem. 
Dobry ten człowiek miał jedną wadę, oto -nienawidził Napoleona. Sam nigdy o 
nim nie wspominał, lecz na dźwięk nazwiska Bonapartego dostawał jakby ataku 
wścieklizny; siniał na twarzy, pluł i wrzeszczał: szelma! szpitzbub! rozbójnik!... 
Usłyszawszy pierwszy raz tak szkaradne wymysły nieomal straciłem 
przytomność. Chciałem coś hardego powiedzieć staremu i uciec do pana 
Raczka, który już ożenił się z moją ciotką. Nagle dostrzegłem, że Jan Mincel 
zasłoniwszy usta dłonią coś mruczy i robi miny do Katza. Wytężam słuch i — oto 
co mówi Jan: 
— Baje stary, baje! Napoleon był chwat, choćby za to samo, że wygnał hyclów 
Szwabów. Nieprawda, Katz? 
A August Katz zmrużył oczy i dalej krajał mydło. 
Osłupiałem ze zdziwienia, lecz w tej chwili bardzo polubiłem Jana Mincla i 
Augusta Katza. Z czasem przekonałem się, że w naszym małym sklepie istnieją 
aż dwa wielkie stronnictwa, z których jedno, składające się ze starego Mincla i 
jego matki, bardzo lubiło Niemców, a drugie, złożone z młodych Minclów i 
Katza, nienawidziło ich. O ile pamiętam, ja tylko byłem neutralny. 
W roku 1846 doszły nas wieści o ucieczce Ludwika Napoleona z więzienia. Rok 
ten był dla mnie ważny, gdyż zostałem subiektem, a nasz pryncypał, stary Jan 
Mincel, zakończył życie z powodów dosyć dziwnych. 
W roku tym handel w naszym sklepie nieco osłabnął już to z racji ogólnych 
niepokojów, już z tej, że pryncypał za często i za głośno wymyślał na Ludwika 
Napoleona. Ludzie poczęli zniechęcać się do nas, a nawet ktoś (może Katz?...) 
wybił nam jednego dnia szybę w oknie. 
Otóż wypadek ten, zamiast całkiem odstręczyć publiczność, zwabił ją do sklepu 
i przez tydzień mieliśmy tak duże obroty jak nigdy; aż zazdrościli nam sąsiedzi. 
Po tygodniu jednakże sztuczny ruch na nowo osłabnął i znowu były w sklepie 
pustki. 
Pewnego wieczora w czasie nieobecności pryncypała, co już stanowiło fakt 
niezwykły, wpadł nam drugi kamień do sklepu. Przestraszeni Minclowie 
pobiegli na górę i szukali stryja, Katz poleciał na ulicę szukać sprawcy 
zniszczenia, a wtem ukazało się dwu policjantów ciągnących...Proszę zgadnąć 
kogo?... Ani mniej, ani więcej — tylko naszego pryncypała oskarżając go, że to 
on wybił szybę teraz, a zapewne i poprzednio... 
Na próżno staruszek wypierał się: nie tylko bowiem widziano jego zamach, ale 
jeszcze znaleziono przy nim kamień... Poszedł też nieborak do ratusza. 
Sprawa po wielu. tłumaczeniach i wyjaśnieniach naturalnie zatarła się; ale stary 
od tej chwili zupełnie stracił humor i począł chudnąć. Pewnego zaś dnia 
usiadłszy na swym fotelu pod oknem już nie podniósł się z niego. Umarł oparty 
brodą na księdze handlowej, trzymając w ręce sznurek, którym poruszał kozaka. 
Przez kilka lat po śmierci stryja synowcy prowadzili wspólnie sklep na Podwalu 
i dopiero około 1850 roku podzielili się w ten sposób, że Franc został na miejscu 
z towarami kolonialnymi, a Jan z galanterią i mydłem przeniósł się na 
Krakowskie, do lokalu, który zajmujemy obecnie. W kilka lat później Jan ożenił 
się z piękną Małgorzatą Pfeifer, ona zaś (niech spoczywa w spokoju) zostawszy 
wdową oddała rękę swoją Stasiowi Wokulskiemu, który tym sposobem 
odziedziczył interes prowadzony przez dwa pokolenia Minclów. 
Matka naszego pryncypała żyła jeszcze długi czas; kiedy w roku 1853 wróciłem 
z zagranicy, zastałem ją w najlepszym zdrowiu. Zawsze schodziła rano do 
sklepu i zawsze mówiła: 
— Gut Morgen, meine Kinder! De, Kaffee ist schon fertig... 
Tylko głos jej z roku na rok przyciszał się, dopóki wreszcie nie umilknął na 
wieki. 
Za moich czasów pryncypał był ojcem i nauczycielem swoich praktykantów i 
najczujniejszym sługą sklepu; jego matka lub żona były gospodyniami, a 
wszyscy członkowie rodziny pracownikami. Dziś pryncypał bierze tylko 
dochody z handlu, najczęściej nie zna go i najwięcej troszczy się o to, ażeby 
jego dzieci nie zostały kupcami. Nie mówię tu o Stasiu Wokulskim, który ma 
szersze zamiary, tylko myślę w ogólności, że kupiec powinien siedzieć w 
sklepie i wyrabiać sobie ludzi, jeżeli chce mieć porządnych. 
Słychać, że Andrassy zażądał sześćdziesięciu milionów guldenów na 
nieprzewidziane wydatki. Więc i Austria zbroi się, a Staś tymczasem pisze mi; 
że — nie będzie wojny. Ponieważ nie był nigdy fanfaronem, więc chyba musi być 
bardzo wtajemniczony w politykę; a w takim razie siedzi w Bułgarii nie przez 
miłość dla handlu... 
Ciekawym, co on zrobi! Ciekawym!... 
ROZDZIAŁ CZWARTY: 
POWRÓT 
Jest niedziela, szkaradny dzień marcowy; zbliża się południe, lecz ulice 
Warszawy są prawie puste. Ludzie nie wychodzą z domów albo kryją się w 
bramach, albo skuleni uciekają przed siekącym ich deszczem i śniegiem. Prawie 
nie słychać turkotu dorożek, gdyż dorożki stoją. Dorożkarze opuściwszy kozioł 
wchodzą pod budy swoich powozów, a zmoczone deszczem i zasypane 
śniegiem konie wyglądają tak, jakby pragnęły schować się pod dyszel i nakryć 
własnymi uszami. 
Pomimo, a może z powodu tak brzydkiego czasu pan Ignacy, siedząc w swoim 
zakratowanym pokoju jest bardzo wesół. Interesa sklepowe idą wybornie, 
wystawa w oknach na przyszły tydzień już ułożona, a nade wszystko — lada 
dzień ma powrócić Wokulski. Nareszcie pan Ignacy zda komuś rachunki i ciężar 
kierowania sklepem, najdalej zaś za dwa miesiące wyjedzie sobie na wakacje. 
Po dwudziestu pięciu latach pracy — i jeszcze jakiej! — należy, mu się ten 
wypoczynek. Będzie rozmyślał tylko o polityce, będzie chodził, będzie biegał i 
skakał po polach i lasach, będzie świstał, a nawet śpiewał jak za młodu. Gdyby 
nie te bóle reumatyczne, które zresztą na wsi ustąpią... 
Więc choć deszcz ze śniegiem bije w zakratowane okna, choć pada tak gęsto, że 
w pokoju jest mrok, pan Ignacy ma wiosenny humor. Wydobywa spod łóżka 
gitarę, dostraja ją i wziąwszy kilka akordów, zaczyna śpiewać przez nos pieśń 
bardzo romantyczną: 
Wiosna się budzi w całej naturze 
Witana rzewnym słowików pieniem; 
W zielonym gaju, ponad strumieniem, 
Kwitną prześliczne dwie róże. 
Czarowne te dźwięki budzą śpiącego na kanapie pudla, który poczyna 
przypatrywać się jedynym okiem swemu panu. Dźwięki te robią więcej, gdyż 
wywołują na podwórzu jakiś ogromny cień, który staje w zakratowanym oknie i 
usiłuje zajrzeć do wnętrza izby, czym zwraca na siebie uwagę pana Ignacego. 
„Tak, to musi być Paweł” — myśli pan Ignacy. 
Ale Ir jest innego zdania; zeskakuje bowiem z kanapy i z niepokojem wącha 
drzwi, jakby czuł kogoś obcego. 
Słychać szmer w sieniach. Jakaś ręka poszukuje klamki, nareszcie otwierają się 
drzwi i na progu staje ktoś odziany w wielkie futro upstrzone śniegiem i 
kroplami deszczu. 
— Kto to? — pyta się pan Ignacy i na twarz występują mu silne rumieńce. 
— Jużeś o mnie zapomniał, stary?... — cicho i powoli odpowiada gość. 
Pan Ignacy miesza się coraz bardziej. Zasadza na nos binokle, które mu spadają, 
potem wydobywa spod łóżka trumienkowate pudło, śpiesznie chowa gitarę i toż 
samo pudełko wraz z gitarą kładzie na swoim łóżku. 
Tymczasem gość zdjął wielkie futro i baranią czapkę, a jednooki Ir 
obwąchawszy go poczyna kręcić ogonem, łasić się i z radosnym skomleniem 
przypadać mu do nóg. 
Pan Ignacy zbliża się do gościa wzruszony i zgarbiony więcej niż kiedykolwiek. 
— Zdaje mi się... — mówi zacierając ręce — zdaje mi się, że mam przyjemność... 
Potem gościa prowadzi do okna mrugając powiekami. 
— Staś... jak mi Bóg miły!... 
Klepie go po wypukłej piersi, ściska za prawą i za lewą rękę, a nareszcie 
oparłszy na jego ostrzyżonej głowie swoją dłoń wykonywa nią taki ruch, jakby 
mu chciał maść wetrzeć w okolicę ciemienia. 
— Cha! cha! cha!... — śmieje się pan Ignacy. — Staś we własnej osobie... Staś z 
wojny!... Cóż to, dopiero teraz przypomniałeś sobie, że masz sklep i przyjaciół? 
— dodaje, mocno uderzając go w łopatkę. -Niech mię diabli wezmą, jeżeli nie 
jesteś podobny do żołnierza albo marynarza, ale nigdy do kupca... Przez osiem 
miesięcy nie był w sklepie!... Co za pierś... co za łeb... 
Gość także się śmiał. Objął Ignacego za szyję i po kilka razy gorąco ucałował go 
w oba policzki, które stary subiekt kolejno nadstawiał mu, nie oddając jednak 
pocałunków. 
— No i cóż słychać, stary, u ciebie? — odezwał się gość. — Wychudłeś, pobladłeś... 
— Owszem, trochę nabieram ciała. 
— Posiwiałeś... Jakże się masz? 
— Wybornie. I w sklepie jest nieźle, trochę zwiększyły nam się obroty. W 
styczniu i lutym mieliśmy targu za dwadzieścia pięć tysięcy rubli!... Staś 
kochany!... Ośm miesięcy nie było go w domu... Bagatela... Może siądziesz? 
— Rozumie się — odpowiedział gość siadając na kanapie, na której wnet umieścił 
się Ir i oparł mu głowę na kolanach. 
Pan Ignacy przysunął sobie krzesło.Może co zjesz? Mam szynkę i trochę kawioru. 
— Owszem. 
— Może co wypijesz? Mam butelkę niezłego węgrzyna, ale tylko jeden cały 
kieliszek. 
— Będę pił szklanką — odparł gość. 
Pan Ignacy zaczął dreptać po pokoju, kolejno otwierając szafę, kuferek i stolik. 
Wydobył wino i schował je na powrót, potem rozłożył na stole szynkę i kilka 
bułek. Ręce i powieki drżały mu i sporo czasu upłynęło, nim o tyle się uspokoił, 
że zgromadził na jeden punkt poprzednio wyliczone zapasy. Dopiero kieliszek 
wina przywrócił mu silnie zachwianą równowagę moralną. 
Wokulski tymczasem jadł. 
— No, cóż nowego? -rzekł spokojniejszym tonem pan Ignacy, trącając gościa w 
kolano. 
— Domyślam się, że ci chodzi o politykę — odparł Wokulski. — Będzie pokój. 
— A po cóż zbroi się Austria? 
— Zbroi się za sześćdziesiąt milionów guldenów ?... Chce zabrać Bośnię i 
Hercegowinę. 
Ignacemu rozszerzyły się źrenice. 
— Austria chce zabrać?... — powtórzył. — Za co ? 
— Za co? — uśmiechnął się Wokulski. — Za to, że Turcja nie może jej tego zabronić. 
— A cóż Anglia? 
— Anglia także dostanie kompensatę. 
— Na koszt Turcji? 
— Rozumie się. Zawsze słabi ponoszą koszta zatargów między silnymi. 
— A sprawiedliwość? — zawołał Ignacy. 
— Sprawiedliwym jest to, że silni mnożą się i rosną, a słabi giną. Inaczej świat 
stałby się domem inwalidów, co dopiero byłoby niesprawiedliwością. 
Ignacy posunął się z krzesłem. 
— I ty to mówisz, Stasiu?... Na serio, bez żartów ? 
Wokulski zwrócił na niego spokojne wejrzenie. 
— Ja mówię — odparł. — Cóż w tym dziwnego ? Czyliż to samo prawo nie stosuje 
się do mnie, do ciebie, do nas wszystkich ?... Za dużo płakałem nad sobą, 
ażebym się miał rozczulać nad Turcją. 
Pan Ignacy spuścił oczy i umilkł. Wokulski jadł. 
— No, a jakże tobie poszło? — zapytał Rzecki już zwykłym tonem. 
Wokulskiemu błysnęły oczy. Położył bułkę i oparł się o poręcz kanapy. 
— Pamiętasz — rzekł — ile wziąłem pieniędzy, gdym stąd wyjeżdżał ? 
— Trzydzieści tysięcy rubli, całą gotówkę. 
— A jak ci się zdaje: ile przywiozłem ? 
— Pięćdzie... ze czterdzieści tysięcy... Zgadłem?... — pytał Rzecki, niepewnie 
patrząc na niego. 
Wokulski nalał szklankę wina i wypił ją powoli. 
— Dwieście pięćdziesiąt tysięcy rubli, z tego dużą część w złocie — rzekł dobitnie. 
— A ponieważ kazałem zakupić banknoty, które po zawarciu pokoju sprzedam, 
więc będę miał przeszło trzysta tysięcy rubli... 
Rzecki pochylił się ku niemu i otworzył usta. 
— Nie bój się — ciągnął Wokulski. — Grosz ten zarobiłem uczciwie, nawet ciężko, 
bardzo ciężko. Cały sekret polega na tym, żem miał bogatego wspólnika i że 
kontentowałem się cztery i pięć razy mniejszym zyskiem niż inni. Toteż mój 
kapitał ciągle wzrastający był w ciągłym ruchu. — No — dodał po chwili — miałem 
też szalone szczęście... Jak gracz, któremu dziesięć razy z rzędu wychodzi ten 
sam numer w rulecie. Gruba gra?... prawie co miesiąc stawiałem cały majątek, a 
co dzień życie. 
— I tylko po to jeździłeś tam? -zapytał Ignacy. 
Wokulski drwiąco spojrzał na niego. 
— Czy chciałeś, ażebym został tureckim Wallenrodem?... 
— Narażać się dla majątku, gdy się ma spokojny kawałek chleba!... — mruknął pan 
Ignacy, kiwając głową i podnosząc brwi. 
Wokulski zadrżał z gniewu i zerwał się z kanapy. 
— Ten spokojny chleb — mówił zaciskając pięści — dławił mnie i dusił przez lat 
sześć!... Czy już nie pamiętasz, ile razy na dzień przypominano mi dwa 
pokolenia Minclów albo anielską dobroć mojej żony? Czy był kto z dalszych i 
bliższych znajomych, wyjąwszy ciebie, który by mnie nie dręczył słowem; 
ruchem, a choćby spojrzeniem? Ileż to razy mówiono o mnie i prawie do mnie, 
że karmię się z fartucha żony, że wszystko zawdzięczam pracy Minclów, a nic, 
ale to nic — własnej energii, choć przecie ja podźwignąłem ten kramik, zdwoiłem 
jego dochody... 
Mincle i zawsze Mincle!... Dziś niech mnie porównają z Minclami. Sam jeden 
przez pół roku zarobiłem dziesięć razy więcej aniżeli dwa pokolenia Minclów 
przez pół wieku. Na zdobycie tego, com ja zdobył pomiędzy kulą, nożem i 
tyfusem, tysiąc Minclów musiałoby się pocić w swoich sklepikach i 
szlafmycach. Teraz już wiem, ilu jestem wart Minclów, i jak mi Bóg miły, dla 
podobnego rezultatu drugi raz powtórzyłbym moją grę! Wolę obawiać się 
bankructwa i śmierci aniżeli wdzięczyć się do tych, którzy kupią u mnie parasol, 
albo padać do nóg tym, którzy w moim sklepie raczą zaopatrywać się w 
waterklozety... 
— Zawsze ten sam! -szepnął Ignacy. 
Wokulski ochłonął. Oparł się na ramieniu Ignacego i zaglądając mu w oczy 
rzekł łagodnie: 
— Nie gniewasz się, stary ?. 
— Czego? Alboż nie wiem, że wilk nie będzie pilnował baranów...Naturalnie... 
— Cóż u was słychać? -powiedz mi. 
— Akurat tyle, co pisałem ci w raportach. Interesa dobrze idą, towarów przybyło, 
a jeszcze więcej zamówień. Trzeba jednego subiekta. 
— Weźmiemy dwu, sklep rozszerzymy, będzie wspaniały. 
— Bagatela! 
Wokulski spojrzał na niego z boku i uśmiechnął się widząc, że stary odzyskuje 
dobry humor. 
— Ale co w mieście słychać? W sklepie, dopóki ty w nim jesteś, musi być dobrze. 
— W mieście... 
— Z dawnych kundmanów nie ubył kto? -przerwał mu Wokulski, coraz szybciej 
chodząc po pokoju. 
— Nikt! Przybyli nowi. 
— A... a... 
Wokulski stanął jakby wahając się. Nalał znowu szklankę wina i wypił 
duszkiem. 
— A Łęcki kupuje u nas?... 
— Częściej bierze na rachunek. 
— Więc bierze... — Tu Wokulski odetchnął. — Jakże on stoi ? 
— Zdaje się, że to skończony bankrut i bodaj że w tym roku zlicytują mu 
nareszcie kamienicę. 
Wokulski pochylił się nad kanapą i zaczął bawić się z Irem. 
— Proszę cię... A panna Łęcka nie wyszła za mąż ? 
— Nie. 
— A nie wychodzi ?... 
— Bardzo wątpię. Kto dziś ożeni się z panną mającą wielkie wymagania, a 
żadnego posagu? Zestarzeje się, choć ładna. Naturalnie... 
Wokulski wyprostował się i przeciągnął. Jego surowa twarz nabrała dziwnie 
rzewnego wyrazu. 
— Mój kochany stary! — mówił biorąc Ignacego za rękę — mój poczciwy stary 
przyjacielu! Ty nawet nie domyślasz się, jakim ja szczęśliwy, że cię widzę, i 
jeszcze w tym pokoju. Pamiętasz, ilem ja tu spędził wieczorów i nocy... jak 
mnie karmiłeś... jak oddawałeś mi co lepsze odzienie... Pamiętasz ?... 
Rzecki uważnie spojrzał na niego i pomyślał, że wino musi być dobre, skoro aż 
tak rozwiązało usta Wokulskiemu. 
Wokulski usiadł na kanapie i oparłszy głowę o ścianę mówił jakby do siebie : 
— Nie masz pojęcia, co ja wycierpiałem, oddalony od wszystkich, niepewny, czy 
już kogo zobaczę, tak strasznie samotny. Bo widzisz, najgorszą samotnością nie 
jest ta, która otacza człowieka, ale ta pustka w nim samym, kiedy z kraju nie 
wyniósł ani cieplejszego spojrzenia, ani serdecznego słówka, ani nawet iskry 
nadziei... 
Pan Ignacy poruszył się na krześle z zamiarem protestu. 
— Pozwól sobie przypomnieć — odezwał się — że z początku pisywałem listy 
bardzo życzliwe, owszem, może nawet za sentymentalne. Zraziły mnie dopiero 
twoje krótkie odpowiedzi. 
— Alboż ja do ciebie mam żal ?... 
— Tym mniej możesz go mieć do innych pracowników, którzy nie znają cię tak 
jak ja. 
Wokulski ocknął się. 
— Ależ ja do żadnego z nich nie mam pretensji. Może — odrobinę — do ciebie, żeś 
tak mało pisał o... mieście... W dodatku bardzo często ginął „Kurier” na poczcie, 
robiły się luki w wiadomościach a wtedy męczyły mnie najgorsze przeczucia. 
— Z jakiej racji? Wszakże u nas nie było wojny -odparł ze zdziwieniem pan 
Ignacy. 
— Ach, tak!... Nawet dobrze bawiliście się. Pamiętam, w grudniu mieliście 
świetne żywe obrazy. Kto to w nich występował ?... 
— No, ja na takie głupstwa nie chodzę. 
— To prawda. A ja tego dnia dałbym — bodaj — dziesięć tysięcy rubli, ażeby je 
zobaczyć. Głupstwo jeszcze większe!... Czy nie tak ?... 
— Zapewne — chociaż dużo tu tłumaczy samotność, nudy... 
— A może tęsknota — przerwał Wokulski. -Zjadała mi ona każdą chwilę wolną od 
pracy, każdą godzinę odpoczynku. Nalej mi wina, Ignacy. 
Wypił, zaczął znowu chodzić po pokoju i mówić przyciszonym głosem : 
— Pierwszy raz spadło to na mnie w czasie przeprawy przez Dunaj trwającej od 
wieczora do nocy. Płynąłem sam i Cygan przewoźnik. Nie mogąc rozmawiać, 
przypatrywałem się okolicy. Były w tym miejscu piaszczyste brzegi jak u nas. I 
drzewa podobne do naszych wierzb, wzgórza porośnięte leszczyną i kępy lasów 
sosnowych. Przez chwilę zdawało mi się, że jestem w kraju i że nim noc 
zapadnie, znowu was zobaczę. Noc zapadła, ale jednocześnie zniknęły mi z oczu 
brzegi. Byłem sam na ogromnej smudze wody, w której odbijały się nikłe 
gwiazdy. 
Wówczas przyszło mi na myśl, że tak daleko jestem od domu, że dziś ostatnim 
między mną i wami łącznikiem są tylko te gwiazdy, że w tej chwili u was może 
nikt nie patrzy na nie, nikt o mnie nie pamięta, nikt!... Uczułem jakby 
wewnętrzne rozdarcie i wtedy dopiero przekonałem się, jak głęboką mam ranę 
w duszy. 
— Prawda, że nigdy nie interesowały mnie gwiazdy — szepnął pan Ignacy. 
— Od tego dnia uległem dziwnej chorobie — mówił Wokulski. — Dopóki 
rozpisywałem listy, robiłem rachunki, odbierałem towary, rozsyłałem moich 
ajentów, dopókim bodaj dźwigał i wyładowywał zepsute wozy albo czuwał nad 
skradającym się grabieżcą, miałem względny spokój. Ale gdym oderwał się od 
interesów, a nawet gdym na chwilę złożył pióro, czułem ból, jakby mi — czy ty 
rozumiesz, Ignacy ? — jakby mi ziarno piasku wpadło do serca. Bywało, chodzę, 
jem, rozmawiam, myślę przytomnie, rozpatruję się w pięknej okolicy, nawet 
śmieję się i jestem wesół, a mimo to czuję jakieś tępe ukłucie, jakiś drobny 
niepokój, jakąś nieskończenie małą obawę. 
Ten stan chroniczny, męczący nad wszelki wyraz, lada okoliczność 
rozdmuchiwała w burzę. Drzewo znajomej formy, jakiś obdarty pagórek, kolor 
obłoku, przelot ptaka, nawet powiew wiatru bez żadnego zresztą powodu budził 
we mnie tak szaloną rozpacz, że uciekałem od ludzi. Szukałem ustroni tak 
pustej, gdzie bym mógł upaść na ziemię i nie podsłuchany przez nikogo, wyć z 
bólu jak pies. 
Czasami w tej ucieczce przed samym sobą doganiała mnie noc. Wtedy spoza 
krzaków, zwalonych pni i rozpadlin wychodziły naprzeciw mnie jakieś szare 
cienie i smutnie kiwały głowami o wybladłych oczach. A wszystkie szelesty 
liści, daleki turkot wozów, szmery wód zlewały się w jeden głos żałosny, który 
mnie pytał: „Przechodniu nasz, ach! co się z tobą stało?...” 
Ach, co się ze mną stało... 
— Nic nie rozumiem — przerwał Ignacy. — Cóż to za szał ? 
— Co?... Tęsknota. 
— Za czym ? 
Wokulski drgnął. 
— Za czym? No... za wszystkim... za krajem... 
— Dlaczegożeś nie wracał ? 
— A cóż by mi dał powrót ?... Zresztą — nie mogłem. 
— Nie mogłeś? — powtórzył Ignacy. 
— Nie mogłem... i basta! Nie miałem po co wracać — odparł niecierpliwie 
Wokulski. — Umrzeć tu czy tam, wszystko jedno... Daj mi wina — zakończył 
nagle, wyciągając rękę. 
Rzecki spojrzał w jego rozgorączkowaną twarz i odsunął butelkę. 
— Daj pokój — rzekł — już i tak jesteś rozdrażniony... 
— Dlatego chcę pić... 
— Dlatego nie powinieneś pić — przerwał Ignacy. — Za wiele mówisz... może 
więcej, aniżelibyś chciał — dodał z naciskiem. 
Wokulski cofnął się. Zastanowił się i odparł potrząsając głową: 
— Mylisz się. 
— Zaraz ci dowiodę — odpowiedział Ignacy przyciszonym głosem. — Ty nie 
jeździłeś tam wyłącznie dla zrobienia pieniędzy... 
— Zapewne — rzekł Wokulski po namyśle. 
— Bo i na co trzysta tysięcy rubli tobie, któremu wystarczało tysiąc na rok ?... 
— To prawda. 
Rzecki zbliżył swoje usta do jego ucha. 
— Jeszcze ci powiem, że pieniędzy tych nie przywiozłeś dla siebie... 
— Kto wie, czyś nie zgadł. 
— Zgaduję więcej, aniżeli myślisz... 
Wokulski nagle roześmiał się. 
— Aha, więc tak sądzisz? — zawołał. — Upewniam cię, że nic nie wiesz, stary 
marzycielu. 
— Boję się twojej trzeźwości, pod wpływem której gadasz jak wariat. Rozumiesz 
mnie, Stasiu?... 
Wokulski wciąż się śmiał. 
— Masz rację, nie przywykłem pić i wino uderzyło mi do głowy. Ale — już 
zebrałem zmysły. Powiem ci tylko, że mylisz się gruntownie. A teraz, ażeby 
ocalić mnie od zupełnego upicia, wypij sam -za pomyślność moich zamiarów. 
Ignacy nalał kieliszek i mocno ściskając rękę Wokulskiemu, rzekł: 
— Za pomyślność wielkich zamiarów... 
— Wielkich dla mnie, ale w rzeczywistości bardzo skromnych. 
— Niech i tak będzie — mówił Ignacy. — Jestem tak stary, że mi wygodniej nic nie 
wiedzieć; jestem już nawet tak stary, że pragnę tylko jednej rzeczy — pięknej 
śmierci. Daj mi słowo, że gdy przyjdzie czas, zawiadomisz mnie... 
— Tak, gdy przyjdzie czas, będziesz moim swatem. 
— Już byłem i nieszczęśliwie... — rzekł Ignacy. 
— Z wdową przed siedmioma laty ? 
— Przed piętnastoma. 
— Znowu swoje — roześmiał się Wokulski. — Zawsze ten sam! 
— I tyś ten sam. Za pomyślność twoich zamiarów... Jakiekolwiek są, wiem jedno, 
że muszą być godne ciebie. A teraz — milczę... 
To powiedziawszy Ignacy wypił wino, a kieliszek rzucił na ziemię. Szkło 
rozbiło się z brzękiem, który obudził Ira. 
— Chodźmy do sklepu -rzekł Ignacy. -Bywają rozmowy, po których dobrze jest 
mówić o interesach. 
Wydobył ze stolika klucz i wyszli. W sieni wionął na nich mokry śnieg. Rzecki 
otworzył drzwi sklepu i zapalił kilka lamp. 
— Co za towary! — zawołał Wokulski. -Chyba wszystko nowe ? 
— Prawie. Chcesz zobaczyć ?... Tu jest porcelana. Zwracam ci uwagę... 
— Później... Daj mi księgę. 
— Dochodów ? 
— Nie, dłużników. 
Rzecki otworzył biurko, wydobył księgę i podsunął fotel. Wokulski usiadł i 
rzuciwszy okiem na listę, wyszukał w niej jedno nazwisko. 
— Sto czterdzieści rubli — mówił czytając. — No, to wcale niedużo... 
— Któż to? — zapytał Ignacy. — A... Łęcki... 
— Panna Łęcka ma także otwarty kredyt... bardzo dobrze — ciągnął Wokulski 
zbliżywszy twarz do księgi, jakby w niej pismu było niewyraźne. — A... a... 
Onegdaj wzięła portmonetkę... Trzy ruble ?... to chyba za drogo... 
— Wcale nie — wtrącił Ignacy. — Portmonetka doskonała, sam ją wybierałem. 
— Z którychże to ? -spytał niedbale Wokulski i zamknął księgę. 
— Z tej gablotki. Widzisz, jakie to cacka. 
— Musiała jednak dużo między nimi przerzucić... Jest podobno wymagająca... 
— Wcale nie przerzucała, dlaczego miałaby przerzucać ? — odparł Ignacy. Obejrzała 
tę... 
— Tę?.. 
— A chciała wziąć tę... 
— Ach, tę... — szepnął Wokulski biorąc do ręki portmonetkę. 
— Ale ja poradziłem jej inną, w tym guście... 
— Wiesz co, że to jednak jest ładny wyrób. 
— Tamta, którą ja wybrałem, była jeszcze ładniejsza. 
— Ta bardzo mi się podoba. Wiesz... ja ją wezmę, bo moja już na nic.:. 
— Czekaj, znajdę ci lepszą — zawołał Rzecki. 
— Wszystko jedno. Pokaż inne towary, może jeszcze co mi się przyda. 
— Spinki masz ?... Krawat, kalosze, parasol... 
— Daj mi parasol, no... i krawat. Sam wybierz. Będę dziś jedynym gościem i w 
dodatku zapłacę gotówką. 
— Bardzo dobry zwyczaj — odparł uradowany Rzecki. Prędko wydobył krawat z 
szuflady i parasol z okna i podał je ze śmiechem Wokulskiemu. — Po strąceniu 
rabatu -dodał — jako handlujący, zapłacisz siedem rubli. Pyszny parasol... 
Bagatela... 
— To już wróćmy do ciebie — rzekł Wokulski. 
— Nie obejrzysz sklepu? — spytał Ignacy. 
— Ach, co mnie to ob... 
— Nie obchodzi cię twój własny sklep, taki piękny sklep ?... — zdziwił się Ignacy. 
— Gdzież znowu, czy możesz przypuszczać... Ale jestem trochę zmęczony. 
— Słusznie — odparł Rzecki. — Co racja, to racja. Więc idźmy. 
Pozakręcał lampy i przepuściwszy Wokulskiego zamknął sklep. W sieni znowu 
spotkał ich mokry śnieg i Paweł, niosący obiad. 
ROZDZIAŁ PIĄTY: 
DEMOKRATYZACJA PANA I MARZENIA PANNY Z 
TOWARZYSTWA 
Pan Tomasz Łęcki z jedyną córką Izabelą i kuzynką panną Florentyną nie 
mieszkał we własnej kamienicy, lecz wynajmował lokal, złożony z ośmiu 
pokojów, w stronie Alei Ujazdowskiej. Miał tam salon o trzech oknach, gabinet 
własny, gabinet córki, sypialnią dla siebie, sypialnią dla córki, pokój stołowy, 
pokój dla panny Florentyny i garderobę, nie licząc kuchni i mieszkania dla 
służby, składającej się ze starego kamerdynera Mikołaja, jego żony, która była 
kucharką, i panny służącej, Anusi. 
Mieszkanie posiadało wielkie zalety. Było suche, ciepłe, obszerne, widne. Miało 
marmurowe schody, gaz, dzwonki elektryczne i wodociągi. Każdy pokój w 
miarę potrzeby łączył się z innymi lub tworzył zamkniętą w sobie całość. 
Sprzętów wreszcie miało liczbę dostateczną, ani za mało, ani za wiele, a każdy 
odznaczał się raczej wygodną prostotą aniżeli skaczącymi do oczu ozdobami. 
Kredens budził w widzu uczucie pewności, że z niego nie zginą srebra; łóżko 
przywodziło na myśl bezpieczny spoczynek dobrze zasłużonych; stół można 
było obciążyć, na krześle usiąść bez obawy załamania się, na fotelu marzyć. 
Kto tu wszedł, miał swobodę ruchu; nie potrzebował lękać się, że mu coś zastąpi 
drogę lub że on coś zepsuje. Czekając na gospodarza nie nudził się, otaczały go 
bowiem rzeczy, które warto było oglądać. Zarazem widok przedmiotów, 
wyrobionych nie wczoraj i mogących służyć kilku pokoleniom, nastrajał go na 
jakiś ton uroczysty. 
Na tym poważnym tle dobrze zarysowywali się jego mieszkańcy. 
Pan Tomasz Łęcki był to sześćdziesięciokilkoletni człowiek, niewysoki, pełnej 
tuszy, krwisty. Nosił nieduże wąsy białe i do góry podczesane włosy, tej samej 
barwy. Miał siwe, rozumne oczy, postawę wyprostowaną, chodził ostro. Na 
ulicy ustępowano mu z drogi -a ludzie prości mówili: oto musi być pan z 
panów. 
Istotnie, pan Łęcki liczył w swoim rodzie całe szeregi senatorów. Ojciec jego 
jeszcze posiadał miliony, a on sam za młodu krocie. Później jednak część 
majątku pochłonęły zdarzenia polityczne, resztę — podróże po Europie i wysokie 
stosunki. Pan Tomasz bywał bowiem przed rokiem 1870 na dworze francuskim, 
następnie na wiedeńskim i włoskim. Wiktor Emanuel, oczarowany pięknością 
jego córki, zaszczycał go swoją przyjaźnią i nawet chciał mu nadać tytuł 
hrabiego. Nie dziw, że pan Tomasz po śmierci wielkiego króla przez dwa 
miesiące nosił na kapeluszu krepę. 
Od paru lat pan Tomasz nie ruszał się z Warszawy, za mało mając już pieniędzy, 
ażeby błyszczeć na dworach. Za to jego mieszkanie stało się ogniskiem 
eleganckiego świata i było nim aż do czasu rozejścia się pogłosek, że pan 
Tomasz postradał nie tylko swój majątek, ale nawet posag panny Izabeli. 
Pierwsi cofnęli się epuzerowie, za nimi damy mające brzydkie córki, z pozostałą 
zaś resztą zerwał sam pan Tomasz i ograniczył swoje znajomości wyłącznie do 
stosunków z familią. Lecz gdy i tu zauważył zniżenie się uczuciowej 
temperatury, zupełnie wycofał się z towarzystwa, a nawet ku zgorszeniu wielu 
szanownych osób, jako właściciel domu w Warszawie, wpisał się do Resursy 
Kupieckiej. Chciano go tam zrobić prezesem, ale nie zgodził się. 
Tylko jego córka bywała u sędziwej hrabiny Karolowej i paru jej przyjaciółek, 
co znowu dało początek pogłosce, że pan Tomasz jeszcze posiada majątek i że 
zerwał z towarzystwem w części przez dziwactwo, w części dla poznania 
rzeczywistych przyjaciół i wybrania córce męża, który by ją kochał dla niej 
samej, nie dla posagu. 
Więc znowu dokoła panny Łęckiej począł zbierać się tłum wielbicieli, a na 
stoliku w jej salonie stosy biletów wizytowych. Gości jednak nie przyjmowano, 
co zresztą między nimi nie wywołało zbyt wielkiego oburzenia, ponieważ 
rozeszła się trzecia z kolei pogłoska, że Łęckiemu licytują kamienicę. 
Tym razem w towarzystwie powstał zamęt. Jedni twierdzili, że pan Tomasz jest 
zdeklarowanym bankrutem, drudzy gotowi byli przysiąc, że zataił majątek, aby 
zapewnić szczęście jedynaczce. Kandydaci do małżeństwa i ich rodziny znaleźli 
się w dręczącej niepewności. Ażeby więc nic nie ryzykować i nic nie stracić, 
składali hołdy pannie Izabeli nie angażując się zbytecznie i po cichu rzucali w 
jej domu swoje karty, prosząc Boga, ażeby ich czasem nie zaproszono przed 
wyklarowaniem się sytuacji. 
O rewizytach ze strony pana Tomasza nie było mowy. Usprawiedliwiano go 
ekscentrycznością i smutkiem po Wiktorze Emanuelu. 
Tymczasem pan Tomasz w dzień spacerował po Alejach, a wieczorem grywał w 
wista w resursie. Fizjognomia jego była zawsze tak spokojna, a postawa tak 
dumna, że wielbiciele jego córki zupełnie potracili głowy. Rozważniejsi czekali, 
ale śmielsi poczęli znowu darzyć ją powłóczystymi spojrzeniami, cichym 
westchnieniem lub drżącym uściskiem ręki, na co panna odpowiadała lodowatą, 
a niekiedy pogardliwą obojętnością. 
Panna Izabela była niepospolicie piękną kobietą. Wszystko w niej było 
oryginalne i doskonałe. Wzrost więcej niż średni, bardzo kształtna figura, bujne 
włosy blond z odcieniem popielatym, nosek prosty, usta trochę odchylone, zęby 
perłowe, ręce i stopy modelowe. Szczególne wrażenie robiły jej oczy, niekiedy 
ciemne i rozmarzone, niekiedy pełne iskier wesołości, czasem jasnoniebieskie i 
zimne jak lód. 
Uderzająca była gra jej fizjognomii. Kiedy mówiła, mówiły jej usta, brwi, 
nozdrza, ręce, cała postawa, a nade wszystko oczy, którymi zdawało się, że chce 
przelać swoją duszę w słuchacza. Kiedy słuchała, zdawało się, że chce wypić 
duszę z opowiadającego. Jej oczy umiały tulić, pieścić, płakać bez łez, palić i 
mrozić. Niekiedy można było myśleć, że rozmarzona otoczy kogoś rękoma i 
oprze mu głowę na ramieniu; lecz gdy szczęśliwy topniał z rozkoszy, nagle 
wykonywała jakiś ruch, który mówił, że schwycić jej niepodobna, gdyż albo 
wymknie się, albo odepchnie, albo po prostu każe lokajowi wyprowadzić 
wielbiciela za drzwi... 
Ciekawym zjawiskiem była dusza panny Izabeli. 
Gdyby ją kto szczerze zapytał: czym jest świat, a czym ona sama ? niezawodnie 
odpowiedziałaby, że świat jest zaczarowanym ogrodem, napełnionym 
czarodziejskimi zamkami, a ona — boginią czy nimfą uwięzioną w formy 
cielesne. 
Panna Izabela od kolebki żyła w świecie pięknym i nie tylko nadludzkim, ale nadnaturalnym. 
Sypiała w puchach, odziewała się w jedwabie i hafty, siadała na 
rzeźbionych i wyściełanych hebanach lub palisandrach, piła z kryształów, jadała 
ze sreber i porcelany kosztownej jak złoto. 
Dla niej nie istniały pory roku, tylko wiekuista wiosna, pełna łagodnego światła, 
żywych kwiatów i woni. Nie istniały pory dnia, gdyż nieraz przez całe miesiące 
kładła się spać o ósmej rano, a jadała obiad o drugiej po północy. Nie istniały 
różnice położeń jeograficznych, gdyż w Paryżu, Wiedniu, Rzymie, Berlinie czy 
Londynie znajdowali się ci sami ludzie, te same obyczaje, te same sprzęty, a 
nawet te same potrawy: zupy z wodorostów Oceanu Spokojnego, ostrygi z 
Morza Północnego, ryby z Atlantyku albo z Morza Śródziemnego, zwierzyna ze 
wszystkich krajów, owoce ze wszystkich części świata. Dla niej nie istniała 
nawet siła ciężkości, gdyż krzesła jej podsuwano, talerze podawano, ją samą na 
ulicy wieziono, na schody wprowadzano, na góry wnoszono. 
Woalka chroniła ją od wiatru, kareta od deszczu, sobole od zimna, parasolka i 
rękawiczki od słońca. I tak żyła z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc, z roku na 
rok, wyższa nad ludzi, a nawet nad prawa natury. Dwa razy spotkała ją straszna 
burza, raz w Alpach, drugi — na Morzu Śródziemnym. Truchleli najodważniejsi, 
ale panna Izabela ze śmiechem przysłuchiwała się łoskotowi druzgotanych skał i 
trzeszczeniu okrętu, ani przypuszczając możliwości niebezpieczeństwa. Natura 
urządziła dla niej piękne widowisko z piorunów, kamieni i morskiego odmętu, 
jak w innym czasie pokazała jej księżyc nad Jeziorem Genewskim albo nad 
wodospadem Renu rozdarła chmury, które zakrywały słońce. To samo przecie 
robią co dzień maszyniści teatrów i nawet w zdenerwowanych damach nie 
wywołują obawy. 
Ten świat wiecznej wiosny, gdzie szeleściły jedwabie, rosły tylko rzeźbione 
drzewa, a glina pokrywała się artystycznymi malowidłami, ten świat miał swoją 
specjalną ludność. Właściwymi jego mieszkańcami były księżniczki i książęta, 
hrabianki i hrabiowie tudzież bardzo stara i majętna szlachta obojej płci. 
Znajdowały się tam jeszcze damy zamężne i panowie żonaci w charakterze 
gospodarzy domów, matrony strzegące wykwintnego obejścia i dobrych 
obyczajów i starzy panowie, którzy zasiadali na pierwszych miejscach przy 
stole, oświadczali młodzież, błogosławili ją i grywali w karty. Byli też biskupi, 
wizerunki Boga na ziemi, wysocy urzędnicy, których obecność zabezpieczała 
świat od nieporządków społecznych i trzęsienia ziemi, a nareszcie dzieci, małe 
cherubiny, zesłane z nieba po to, ażeby starsi mogli urządzać kinderbale. 
Wśród stałej ludności zaczarowanego świata ukazywał się od czasu do czasu 
zwykły śmiertelnik, który na skrzydłach reputacji potrafił wzbić się aż do 
szczytów Olimpu. Zwykle bywał nim jakiś inżynier, który łączył oceany albo 
wiercił czy też budował Alpy. Był jakiś kapitan, który w walce z dzikimi stracił 
swoją kompanię, a sam okryty ranami ocalał dzięki miłości murzyńskiej 
księżniczki. Był podróżnik, który podobno odkrył nową część świata, rozbił się 
z okrętem na bezludnej wyspie i bodaj czy nie kosztował ludzkiego mięsa. 
Bywali tam wreszcie sławni malarze, a nade wszystko natchnieni poeci, którzy 
w sztambuchach hrabianek pisywali ładne wiersze, mogli kochać się bez nadziei 
i uwieczniać wdzięki swoich okrutnych bogiń naprzód w gazetach, a następnie 
w oddzielnych tomikach, drukowanych na welinowym papierze. 
Cała ta ludność, między którą ostrożnie przesuwali się wygalonowani lokaje, 
damy do towarzystwa, ubogie kuzynki i łaknący wyższych posad kuzyni, cała ta 
ludność obchodziła wieczne święto. 
Od południa składano sobie i oddawano wizyty i rewizyty albo zjeżdżano się w 
magazynach. Ku wieczorowi bawiono się przed obiadem, w czasie obiadu i po 
obiedzie. Potem jechano na koncert lub do teatru, ażeby tam zobaczyć inny 
sztuczny świat, gdzie bohaterowie rzadko kiedy jedzą i pracują, ale za to wciąż 
gadają sami do siebie — gdzie niewierność kobiet staje się źródłem wielkich 
katastrof i gdzie kochanek, zabity przez męża w piątym akcie, na drugi dzień 
zmartwychwstaje w pierwszym akcie, ażeby popełniać te same błędy i gadać do 
siebie nie będąc słyszanym przez osoby obok stojące. Po wyjściu z teatru znowu 
zbierano się w salonach, gdzie służba roznosiła zimne i gorące napoje, najęci 
artyści śpiewali, młode mężatki słuchały opowiadań porąbanego kapitana o 
murzyńskiej księżniczce, panny rozmawiały z poetami o powinowactwie dusz, 
starsi panowie wykładali inżynierom swoje poglądy na inżynierią, a damy w 
średnim wieku półsłówkami i spojrzeniami walczyły między sobą o podróżnika, 
który jadł ludzkie mięso. Potem zasiadano do kolacji, gdzie usta jadły, żołądki 
trawiły, a buciki rozmawiały o uczuciach lodowatych serc i marzeniach głów 
niezawrotnych. A potem — rozjeżdżano się, ażeby w śnie rzeczywistym nabrać 
sił do snu życia. 
Poza tym czarodziejskim był jeszcze inny świat — zwyczajny. 
O jego istnieniu wiedziała panna Izabela i nawet lubiła mu się przypatrywać z 
okna karety, wagonu albo z własnego mieszkania. W takich ramach i z takiej 
odległości wydawał on się jej malowniczym i nawet sympatycznym. Widywała 
rolników powoli orzących ziemię — duże fury ciągnione przez chudą szkapę roznosicieli 
owoców i jarzyn — starca, który tłukł kamienie na szosie -posłańców 
idących gdzieś z pośpiechem — ładne i natrętne kwiaciarki — rodzinę złożoną z 
ojca, bardzo otyłej matki i czworga dzieci, parami trzymających się za ręce eleganta 
niższej sfery, który jechał dorożką i rozpierał się w sposób bardzo 
zabawny — czasem pogrzeb. I mówiła sobie, że tamten świat, choć niższy, jest 
ładny; jest nawet ładniejszy od obrazów rodzajowych, gdyż porusza się i 
zmienia co chwilę. 
I jeszcze wiedziała panna Izabela, że jak w oranżeriach rosną kwiaty, a w 
winnicach winogrona, tak w tamtym, niższym świecie wyrastają rzeczy jej 
potrzebne. Stamtąd pochodzi jej wierny Mikołaj i Anusia, tam robią rzeźbione 
fotele, porcelanę, kryształy i firanki, tam rodzą się froterzy, tapicerowie, 
ogrodnicy i panny szyjące suknie. Będąc raz w magazynie kazała zaprowadzić 
się do szwalni i bardzo ciekawym wydał się jej widok kilkudziesięciu 
pracownic, które krajały; fastrygowały i układały na formach fałdy ubrań. Była 
pewna, że robi im to wielką przyjemność, ponieważ te panny, które brały jej 
miarę albo przymierzały suknie, były zawsze uśmiechnięte i bardzo 
zainteresowane tym, ażeby strój leżał na niej dobrze. 
I jeszcze wiedziała panna Izabela, że na tamtym, zwyczajnym świecie trafiają 
się ludzie nieszczęśliwi. Więc każdemu ubogiemu, o ile spotkał ją, kazała dawać 
po kilka złotych ; raz spotkawszy mizerną matkę z bladym jak wosk dzieckiem 
przy piersi oddała jej bransoletę, a brudne, żebrzące dzieci obdarzała cukierkami 
i całowała z pobożnym uczuciem. Zdawało się jej, że w którymś z tych 
biedaków, a może w każdym, jest utajony Chrystus, który zastąpił jej drogę, 
ażeby dać okazję do spełnienia dobrego czynu. 
W ogóle dla ludzi z niższego świata miała serce życzliwe. Przychodziły jej na 
myśl słowa Pisma Świętego: „W pocie czoła pracować będziesz.” Widocznie 
popełnili oni jakiś ciężki grzech, skoro skazano ich na pracę; ależ tacy jak ona 
aniołowie nie mogli nie ubolewać nad ich losem. Tacy jak ona, dla której 
największą pracą było dotknięcie elektrycznego dzwonka albo wydanie rozkazu. 
Raz tylko niższy świat zrobił na niej potężne wrażenie. 
Pewnego dnia, we Francji, zwiedzała fabrykę żelazną. Zjeżdżając z góry, w 
okolicy pełnej lasów i łąk, pod szafirowym niebem zobaczyła otchłań 
wypełnioną obłokami czarnych dymów i białych par i usłyszała głuchy łoskot, 
zgrzyt i sapanie machin. Potem widziała piece, jak wieże średniowiecznych 
zamków, dyszące płomieniami — potężne koła, które obracały się z szybkością 
błyskawic — wielkie rusztowania, które same toczyły się po szynach — strumienie 
rozpalonego do białości żelaza i półnagich robotników, jak spiżowe posągi, o 
ponurych wejrzeniach. Ponad tym wszystkim — krwawa łuna, warczenie kół, jęki 
miechów, grzmot młotów i niecierpliwe oddechy kotłów, a pod stopami dreszcz 
wylęknionej ziemi. 
Wtedy zdało się jej, że z wyżyn szczęśliwego Olimpu zstąpiła do beznadziejnej 
otchłani Wulkana, gdzie cyklopowie kują pioruny mogące zdruzgotać sam 
Olimp. Przyszły jej na myśl legendy o zbuntowanych olbrzymach, o końcu tego 
pięknego świata, w którym przebywała, i pierwszy raz w życiu ją, boginię, przed 
którą gięli się marszałkowie i senatorzy, zdjęła trwoga. 
— To są straszni ludzie, papo... — szepnęła do ojca. 
Ojciec milczał, tylko mocniej przycisnął jej ramię. 
— Ale kobietom oni nic złego nie zrobią ? 
— Tak, nawet oni -odpowiedział pan Tomasz. 
W tej chwili pannę Izabelę ogarnął wstyd na myśl, że troszczyła się tylko o 
kobiety. Więc szybko dodała: 
— A jeżeli nam, to i wam nie zrobią nic złego... 
Ale pan Tomasz uśmiechnął się i potrząsnął głową. W owym czasie dużo 
mówiono o zbliżającym się końcu starego świata, a pan Tomasz głęboko 
odczuwał to, z wielkimi trudnościami wydobywając pieniądze od swoich 
pełnomocników. 
Odwiedziny fabryki stanowiły ważną epokę w życiu panny Izabeli. Z religijną 
czcią czytywała ona poezje swego dalekiego kuzyna, Zygmunta, i zdawało się 
jej, że dziś znalazła ilustrację do Nieboskiej komedii. Odtąd często marzyła o 
zmroku, że na górze kąpiącej się w słońcu, skąd zjeżdżał jej powóz do fabryki, 
stoją Okopy Św. Trójcy, a w tej dolinie zasnutej dymami i parą było 
obozowisko zbuntowanych demokratów, gotowych lada chwila ruszyć do 
szturmu i zburzyć jej piękny świat. 
Teraz dopiero zrozumiała, jak gorąco kocha tę swoją duchową ojczyznç, gdzie 
kryształowe pająki zastępują słońce, dywany — ziemię, posągi i kolumny drzewa. 
Tę drugą ojczyznę, która ogarnia arystokrację wszystkich narodów, 
wykwintność wszystkich czasów i najpiękniejsze zdobycze cywilizacji. 
I to wszystko miałoby runąć, umrzeć albo rozpierzchnąć się!... Rycerska 
młodzież, która śpiewa z takim uczuciem, tańczy z wdziękiem, pojedynkuje się 
z uśmiechem albo skacze na środku jeziora w wodę za zgubionym kwiatkiem 
?... Mają zginąć te ukochane przyjaciółki, które okrywały ją tyloma 
pieszczotami albo siedząc u jej nóg opowiadały jej tyle drobnych tajemnic, albo 
oddalone od niej pisywały takie długie, bardzo długie listy, w których tkliwe 
uczucia mieszały się z nader wątpliwą ortografią ? 
A ta dobra służba, która ze swymi panami postępuje tak, jakby zaprzysięgała im 
dozgonną miłość, wierność i posłuszeństwo? A te modystki, które zawsze witają 
ją z uśmiechem i tak pamiętają o najdrobniejszym szczególe jej tualety, tak 
dokładnie wiedzą o jej triumfach ? A te piękne konie, którym jaskółka mogłaby 
zazdrościć lotu, a te psy mądre i przywiązane jak ludzie, a te ogrody, gdzie ręka 
ludzka powznosiła pagórki, wylewała strumienie, modelowała drzewa ?... I to 
wszystko miałoby kiedyś zniknąć ?... 
Od tych rozmyślań przybył pannie Izabeli na twarz nowy wyraz łagodnego 
smutku, który ją robił jeszcze piękniejszą. Mówiono, że już zupełnie dojrzała. 
Rozumiejąc, że wielki świat jest wyższym światem, panna Izabela dowiedziała 
się powoli, że do tych wyżyn wzbić się można i stale na nich przebywać tylko za 
pomocą dwóch skrzydeł : urodzenia i majątku. Urodzenie zaś i majątek są 
przywiązane do pewnych wybranych familii, jak kwiat i owoc pomarańczy do 
pomarańczowego drzewa. Bardzo też jest możliwym, że dobry Bóg widząc dwie 
dusze z pięknymi nazwiskami, połączone węzłem sakramentu, pomnaża ich 
dochody i zsyła im na wychowanie aniołka, który w dalszym ciągu podtrzymuje 
sławę rodów swoimi cnotami, dobrym ułożeniem i pięknością. Stąd wynika 
obowiązek oględnego zawierania małżeństw, na czym najlepiej znają się stare 
damy i sędziwi panowie. Wszystko znaczy trafny dobór nazwisk i majątków. 
Miłość bowiem, nie ta szalona, o jakiej marzą poeci, ale prawdziwie 
chrześcijańska, zjawia się dopiero po sakramencie i najzupełniej wystarcza, 
ażeby żona umiała pięknie prezentować się w domu, a mąż z powagą asystować 
jej w świecie. 
Tak było dawniej i było dobrze, według zgodnej opinii wszystkich matron. Dziś 
zapomniano o tym i jest źle : mnożą się mezalianse i upadają wielkie rodziny. 
„ I nie ma szczęścia w małżeństwach” — dodawała po cichu panna Izabela, której 
młode mężatki opowiedziały niejeden sekret domowy. 
Dzięki nawet tym opowiadaniom nabrała dużego wstrętu do małżeństwa i 
lekkiej wzgardy dla mężczyzn. 
Mąż w szlafroku, który ziewa przy żonie, całuje ją mając pełne usta dymu z 
cygar, często odzywa się: „A dajże mi spokój” , albo po prostu : „Głupia 
jesteś!...” — ten mąż, który robi hałasy w domu za nowy kapelusz, a za domem 
wydaje pieniądze na ekwipaże dla aktorek — to wcale nieciekawe stworzenie : Co 
najgorsze, że każdy z nich przed ślubem był gorącym wielbicielem, mizerniał 
nie widząc długo swej pani, rumienił się, kiedy ją spotkał, a nawet niejeden 
obiecywał zastrzelić się z miłości. 
Toteż mając lat ośmnaście, panna Izabela tyranizowała mężczyzn chłodem. 
Kiedy Wiktor Emanuel raz pocałował ją w rękę, uprosiła ojca, że tego samego 
dnia wyjechali z Rzymu. W Paryżu oświadczył się jej pewien bogaty hrabia 
francuski, odpowiedziała mu, że jest Polką i za cudzoziemca nie wyjdzie. 
Podolskiego magnata odepchnęła zdaniem, że odda swoją rękę tylko temu, kogo 
pokocha, a na co się jeszcze nie zanosi, a oświadczyny jakiegoś amerykańskiego 
milionera zbyła wybuchem śmiechu. 
Takie postępowanie na kilka lat wytworzyło dokoła panny pustkę. Podziwiano 
ją i wielbiono, ale z daleka; nikt bowiem nie chciał narażać się na szyderczą 
odmowę. 
Po przejściu pierwszego niesmaku panna Izabela zrozumiała, że małżeństwo 
trzeba przyjąć takim, jakie jest. Była już zdecydowana wyjść za mąż, pod tym 
wszakże warunkiem, aby przyszły towarzysz — podobał się jej, miał piękne 
nazwisko i odpowiedni majątek. Rzeczywiście, trafiali się jej ludzie piękni, 
majętni i utytułowani; na nieszczęście jednak, żaden nie łączył w sobie 
wszystkich trzech warunków, więc — znowu upłynęło kilka lat. 
Nagle rozeszły się wieści o złym stanie interesów pana Tomasza i — z całego 
legionu konkurentów — zostało pannie Izabeli tylko dwu poważnych : pewien 
baron i pewien marszałek, bogaci, ale starzy. 
Teraz spostrzegła panna Izabela, że w wielkim świecie usuwa jej się grunt pod 
nogami, więc zdecydowała się obniżyć skalę wymagań. Ale że baron i 
marszałek, pomimo swoich majątków budzili w niej niepokonaną odrazę, więc 
odkładała stanowczą decyzję z dnia na dzień. Tymczasem pan Tomasz zerwał z 
towarzystwem. Marszałek nie mogąc się doczekać odpowiedzi wyjechał na 
wieś, strapiony baron za granicę i — panna Izabela pozostała kompletnie samą. 
Wprawdzie wiedziała, że każdy z nich wróci na pierwsze zawołanie, ale którego 
tu wybrać ?... jak przytłumić wstręt ?... Nade wszystko zaś, czy podobna 
robić z siebie taką ofiarę mając niejaką pewność, że kiedyś odzyska majątek, i 
wiedząc, że wówczas znowu będzie mogła wybierać. Tym razem już wybierze, 
poznawszy, jak ciężko jej żyć poza towarzystwem salonów... 
Jedna rzecz w wysokim stopniu ułatwiała jej wyjście za mąż dla stanowiska. 
Oto panna Izabela nigdy. nie była zakochaną. Przyczyniał się do tego jej 
chłodny temperament, wiara, że małżeństwo obejdzie się bez poetycznych 
dodatków, nareszcie miłość idealna, najdziwniejsza, o jakiej słyszano. 
Raz zobaczyła w pewnej galerii rzeźb posąg Apollina, który na niej zrobił tak 
silne wrażenie, że kupiła piękną jego kopię i ustawiła w swoim gabinecie. 
Przypatrywała mu się całymi godzinami, myślała o nim i... kto wie, ile 
pocałunków ogrzało ręce i nogi marmurowego bóstwa ?... I stał się cud: 
pieszczony przez kochającą kobietę głaz ożył. A kiedy pewnej nocy zapłakana 
usnęła, nieśmiertelny zstąpił ze swego piedestału i przyszedł do niej w 
laurowym wieńcu na głowie, jaśniejący mistycznym blaskiem. 
Siadł na krawędzi jej łóżka, długo patrzył na nią oczyma, z których przeglądała 
wieczność, a potem objął ją w potężnym uścisku i pocałunkami białych ust 
ocierał łzy i chłodził jej gorączkę. 
Odtąd nawiedzał ją coraz częściej i omdlewającej w jego objęciach szeptał on, 
bóg światła, tajemnice nieba i ziemi, jakich dotychczas nie wypowiedziano w 
śmiertelnym języku. A przez miłość dla niej sprawił jeszcze większy cud, gdyż 
w swym boskim obliczu kolejno ukazywał jej wypiększone rysy tych ludzi, 
którzy kiedykolwiek zrobili na niej wrażenie. 
Raz był podobnym do odmłodzonego jenerała-bohatera, który wygrał bitwę i z 
wyżyn swego siodła patrzył na śmierć kilku tysięcy walecznych. Drugi raz 
przypominał twarzą najsławniejszego tenora, któremu kobiety rzucały kwiaty 
pod nogi, a mężczyźni wyprzęgali konie z powozu. Inny raz był wesołym i 
pięknym księciem krwi jednego z najstarszych domów panujących ; inny raz 
dzielnym strażakiem, który za wydobycie trzech osób z płomieni na piątym 
piętrze dostał legię honorową ; inny raz był wielkim rysownikiem, który 
przytłaczał świat bogactwem swojej fantazji, a inny raz weneckim gondolierem 
albo cyrkowym atletą nadzwyczajnej urody i siły. 
Każdy z tych ludzi przez pewien czas zaprzątał tajemne myśli panny Izabeli, 
każdemu poświęcała najcichsze westchnienia rozumiejąc, że dla tych czy innych 
powodów kochać go nie może, i -każdy z nich za sprawą bóstwa ukazywał się 
w jego postaci, w półrzeczywistych marzeniach. A od tych widzeń oczy panny 
Izabeli przybrały nowy wyraz jakiegoś nadziemskiego zamyślenia. Niekiedy 
spoglądały one gdzieś ponad ludzi i poza świat; a gdy jeszcze jej popielate 
włosy na czole ułożyły się tak dziwnie, jakby je rozwiał tajemniczy podmuch, 
patrzącym zdawało się, że widzą anioła albo świętą. 
Przed rokiem w jednej z takich chwil zobaczył pannę Izabelę Wokulski. Odtąd 
serce jego nie zaznało spokoju. 
Prawie w tym samym czasie pan Tomasz zerwał z towarzystwem i na znak 
swoich rewolucyjnych usposobień zapisał się do Resursy Kupieckiej. Tam z 
pomiatanymi niegdyś garbarzami, szczotkarzami i dystylatorami grywał w 
wista, głosząc na prawo i na lewo, że arystokracja nie powinna zasklepiać się w 
wyłączności, ale przodować oświeconemu mieszczaństwu, a przez nie 
narodowi. Za co wywzajemniając się, dumni dziś garbarze, szczotkarze i 
dystylatorzy raczyli przyznawać, że pan Tomasz jest jedynym arystokratą, który 
pojął swe obowiązki względem kraju i spełnia je sumiennie. Mogli byli dodać: 
spełnia co dzień od dziewiątej wieczór do północy. 
I kiedy w ten sposób pan Tomasz dźwigał jarzmo stanowiska, panna Izabela 
trawiła się w samotności i ciszy swego pięknego lokalu. Nieraz Mikołaj już 
twardo drzemał w fotelu, panna Florentyna, zatkawszy sobie uszy watą, na 
dobre spała, a do pokoju panny Izabeli sen jeszcze nie zapukał, odpędzany przez 
wspomnienia. Wtedy zrywała się z łóżka i odziana w lekki szlafroczek całymi 
godzinami chodziła po salonie, gdzie dywan głuszył jej kroki i tylko tyle było 
światła, ile go rzucały dwie skąpe latarnie uliczne. 
Chodziła, a w ogromnym pokoju tłoczyły się jej smutne myśli i widziadła osób, 
które tu kiedyś bywały. Tu drzemie stara księżna; tu dwie hrabiny informują się 
u prałata: czy można dziecko ochrzcić wodą różaną? Tu rój młodzieży zwraca 
ku niej tęskne spojrzenia albo udanym chłodem usiłuje podniecić w niej 
ciekawość; a tam girlanda panien, które pieszczą ją wzrokiem, podziwiają albo 
jej zazdroszczą. Pełno świateł, szelestów, rozmów, których większa część, jak 
motyle około kwiatów, krążyły około jej piękności. Gdzie ona się znalazła, tam 
obok niej wszystko bladło; inne kobiety były jej tłem, a mężczyźni 
niewolnikami. 
I to wszystko przeszło!... I dziś w tym salonie — chłodno; ciemno i pusto... Jest 
tylko ona i niewidzialny pająk smutku, który zawsze zasnuwa szarą siecią te 
miejsca, gdzie byliśmy szczęśliwi i skąd szczęście uciekło. Już uciekło!... Panna 
Izabela wyłamywała sobie palce, ażeby pohamować się od łez, których wstyd jej 
było nawet w pustce i w nocy. 
Wszyscy ją opuścili, z wyjątkiem — hrabiny Karolowej, która kiedy wezbrał jej 
zły humor, przychodziła tu i szeroko zasiadłszy na kanapie, prawiła wśród 
westchnień : 
— Tak, droga Belciu, musisz przyznać, że popełniłaś kilka błędów nie do 
darowania. Nie mówię o Wiktorze Emanuelu, bo tamto był przelotny kaprys 
króla — trochę liberalnego i zresztą bardzo zadłużonego. Na takie stosunki trzeba 
mieć więcej — nie powiem: taktu, ale — doświadczenia — ciągnęła hrabina, 
skromnie spuszczając powieki. — Ale wypuścić czy — jeżeli chcesz — odrzucić 
hrabiego Saint-Auguste, to już daruj!.. Człowiek młody, majętny, bardzo 
dobrze, i jeszcze z taką karierą!... Teraz właśnie przewodniczy jednej deputacji 
do Ojca świętego i zapewne dostanie specjalne błogosławieństwo dla całej 
rodziny, no — a hrabia Chambord nazywa go cher cousin... Ach, Boże! 
— Myślę, ciociu, że martwić się tym już za późno — wtrąciła panna Izabela. 
— Alboż ja chcę cię martwić, biedne dziecko! I bez tego czekają cię ciosy, które 
ukoić może tylko głęboka wiara. Zapewne wiesz, że ojciec stracił wszystko, 
nawet resztę twego posagu ? 
— Cóż ja na to poradzę ? 
— A jednak ty tylko możesz radzić i powinnaś -mówiła hrabina z naciskiem. Marszałek 
nie jest wprawdzie Adonisem, no — ale... Gdyby nasze obowiązki 
były do spełnienia łatwe, nie istniałaby zasługa. Zresztą, mój Boże, któż nam 
broni mieć na dnie duszy jakiś ideał, o którym myśl osładza najcięższe chwile ? 
Na koniec, mogę cię zapewnić, że położenie pięknej kobiety, mającej starego 
męża, nie należy do najgorszych. Wszyscy interesują się nią, mówią o niej, 
składają hołdy jej poświęceniu, a znowu stary mąż jest mniej wymagający od 
męża w średnim wieku... 
— Ach, ciociu... 
— Tylko bez egzaltacji, Belciu! Nie masz lat szesnastu i na życie musisz patrzeć 
serio. Nie można przecie dla jakiejś idiosynkrazji poświęcić bytu ojca, a choćby 
Flory i waszej służby. Wreszcie pomyśl, ile ty, przy twym szlachetnym 
serduszku, mogłabyś zrobić dobrego rozporządzając znacznym majątkiem. 
— Ależ, ciociu, marszałek jest obrzydliwy. Jemu nie żony trzeba, ale niańki, która 
by mu ocierała usta. 
— Nie upieram się przy marszałku, więc baron... 
— Baron jeszcze starszy, farbuje się, różuje i ma jakieś plamy na rękach. 
Hrabina podniosła się z kanapy. 
— Nie nalegam, moja droga, nie jestem swatką, to należy do pani Meliton. 
Zwracam tylko uwagę, że nad ojcem wisi katastrofa. 
— Mamy przecie kamienicę. 
— Którą sprzedają najdalej po św. Janie, tak że nawet twoja suma spadnie. 
— Jak to — dom, który kosztował sto tysięcy, sprzedadzą za sześćdziesiąt ?... 
— Bo on niewart więcej, bo ojciec za dużo wydał. Wiem to od budowniczego, 
który oglądał go z polecenia Krzeszowskiej. 
— Więc w ostateczności mamy serwis... srebra... — wybuchnęła panna Izabela 
załamując ręce. 
Hrabina ucałowała ją kilkakrotnie. 
— Drogie, kochane dziecko — mówiła łkając — że też właśnie ja muszę tak ranić ci 
serce!... Słuchaj więc... Ojciec ma jeszcze długi wekslowe, jakieś parę tysięcy 
rubli. Otóż te długi... uważasz... te długi ktoś skupił... kilka dni temu, w końcu 
marca. Domyślamy się, że to zrobiła Krzeszowska... 
— Cóż za nikczemność! — szepnęła panna Izabela. — Ale mniejsza o nią... Na 
pokrycie paru tysięcy rubli wystarczy mój serwis i srebra. 
— Są one warte bez porównania więcej, ale — kto dziś kupi rzeczy tak kosztowne 
? 
— W każdym razie spróbuję — mówiła rozgorączkowana panna Izabela. -Poproszę 
panią Meliton, ona mi to ułatwi... 
— Zastanów się jednak, czy nie szkoda tak pięknych pamiątek. 
Panna Izabela roześmiała się. 
— Ach, ciociu... Więc mam wahać się pomiędzy sprzedaniem siebie i serwisu ?... 
Bo na to, ażeby zabierano nam meble, nigdy nie pozwolę... Ach, ta 
Krzeszowska... to wykupywanie weksli... co za ohyda! 
— No, może to jeszcze nie ona. 
— Więc chyba znalazł się jakiś nowy nieprzyjaciel, gorszy od niej. 
— Może to ciotka Honorata — uspokajała ją hrabina — czy ja wiem ? Może chce 
dopomóc Tomaszowi, ale zawieszając nad nim groźbę. Lecz bądź zdrowa, moje 
kochane dziecię, adieu... 
Na tym skończyła się rozmowa w języku polskim, gęsto ozdobionym 
francuszczyzną, co robiło go podobnym do ludzkiej twarzy okrytej wysypką. 
ROZDZIAŁ SZÓSTY: 
W JAKI SPOSÓB NOWI LUDZIE UKAZUJĄ SIĘ NAD 
STARYMI HORYZONTAMI 
Początek kwietnia, jeden z tych miesięcy, które służą za przejście między zimą i 
wiosną. Śnieg już zniknął, ale nie ukazała się jeszcze zieloność; drzewa są 
czarne, trawniki szare i niebo szare: wygląda jak marmur poprzecinany 
srebrnymi i złotawymi nitkami. 
Jest około piątej po południu. Panna Izabela siedzi w swoim gabinecie i czyta 
najnowszą powieść Zoli: Une page d'amour. Czyta bez uwagi, co chwilę 
podnosi oczy, spogląda w okno i półświadomie formułuje sąd, że gałązki drzew 
są czarne, a niebo szare. Znowu czyta, spogląda po gabinecie i półświadomie 
myśli, że jej meble kryte błękitną materią i jej niebieski szlafroczek mają jakiś 
szary odcień i że festony białej firanki są podobne do wielkich sopli śniegu. 
Potem zapomina, o czym myślała w tej chwili, i pyta się w duchu: „O czym ja 
myślałam?... Ach, prawda, o kweście wielkotygodniowej...” I nagle czuje ochotę 
przejechania się karetą, a jednocześnie czuje żal do nieba, że jest takie szare, że 
złotawe żyłki na nim są tak wąskie... Dręczy ją jakiś cichy niepokój, jakieś 
oczekiwanie, ale nie jest pewna, na co czeka: czy na to, ażeby chmury się 
rozdarły, czy na to, ażeby wszedł lokaj i wręczył jej list zapraszający na 
wielkotygodniową kwestę? Już taki krótki czas, a jej nie proszą. 
Znowu czyta powieść, ten rozdział, kiedy podczas gwiaździstej nocy p. 
Rambaud naprawiał zepsutą lalkę małej Joasi, Helena tonęła we łzach 
bezprzedmiotowego żalu, a opat Jouve radził, ażeby wyszła za mąż. Panna 
Izabela odczuwa ten żal i kto wie, czy gdyby w tej chwili ukazały się na niebie 
gwiazdy, zamiast chmur, czy nie rozpłakałaby się tak jak Helena. Wszak to już 
ledwo parę dni do kwesty, a jej jeszcze nie proszą. Że zaproszą, o tym wie, ale 
dlaczego zwłóczą?... 
„Te kobiety, które zdają się tak gorąco szukać Boga, bywają niekiedy 
nieszczęśliwymi istotami, których serce wzburzyła namiętność. Idą do kościoła, 
ażeby tam wielbić mężczyznę” — mówi opat Jouve. 
„Poczciwy opat, jak on chciał uspokoić tę biedną Helenę!” — myśli panna Izabela 
i nagle odrzuca książkę. Opat Jouve przypomniał jej, że już od dwu miesięcy 
haftuje pas do kościelnego dzwonka i że go jeszcze nie skończyła. Podnosi się z 
fotelu i przysuwa do okna stolik z tamburkiem, z pudełkiem różnokolorowych 
jedwabiów, z kolorowym deseniem ; rozwija pas i zaczyna gorliwie wyszywać 
na nim róże i krzyże. Pod wpływem pracy w sercu budzi się otucha. Kto tak jak 
ona służy kościołowi, nie może być zapomnianym przy wielkotygodniowej 
kweście. Wybiera jedwabie, nawłóczy igły i szyje wciąż. Oko jej przebiega od 
wzoru do haftu, ręka spada z góry na dół, wznosi się z dołu do góry ale w myśli 
zaczyna rodzić się pytanie, dotyczące kostiumu na groby i toalety na Wielkanoc. 
Pytanie to wkrótce zapełnia jej całą uwagę, zasłania oczy i zatrzymuje rękę. 
Suknia, kapelusz, okrywka i parasolka, wszystko musi być nowe, a tu tak 
niewiele czasu i nie tylko nic nie zamówione, ale nawet nie wybrane... 
Tu przypomina sobie, że jej serwis i srebra już znajdują się u jubilera, że już 
trafia się jakiś nabywca i że dziś lub jutro będą sprzedane. Panna Izabela czuje 
ściśnięcie serca za serwisem i srebrami, lecz doznaje niejakiej ulgi na myśl o 
kweście i nowej toalecie. Może mieć bardzo piękną, ale jaką?... 
Odsuwa tamburek i ze stolika, na którym leżą Szekspir, Dante, album 
europejskich znakomitości tudzież kilka pism, bierze „Le Moniteur de la Mode” 
i zaczyna go przeglądać z największą uwagą. Oto jest toaleta obiadowa; oto 
ubiory wiosenne dla panienek, panien, mężatek, młodych mężatek i ich matek! 
oto suknie wizytowe, ceremonialne, spacerowe; sześć nowych form kapeluszy, z 
dziesięć materiałów, kilkadziesiąt barw... Co tu wybrać, o Boże?... Niepodobna 
wybierać bez naradzenia się z panną Florentyną i z magazynierką... 
Panna Izabela z niechęcią odrzuca monitora mody i siada na szezlongu w 
postaci półleżącej. Ręce splecione jak do modlitwy opiera na poręczy, głowę na 
rękach i patrzy w niebo rozmarzonymi oczyma. Kwesta wielkotygodniowa, 
nowa toaleta, chmury na niebie — wszystko miesza się w jej wyobraźni na tle 
żalu za serwisem i lekkiego uczucia wstydu, że go sprzedaje. 
„Ach, wszystko jedno!” — mówi sobie i znowu pragnie, ażeby chmury rozdarły 
się choć na chwilę. Ale chmury zgęszczają się, a w jej sercu wzmaga się żal, 
wstyd i niepokój. Spojrzenie jej pada na stolik stojący tuż obok szezlonga i na 
książkę do nabożeństwa oprawną w kość słoniową. Panna Izabela bierze do rąk 
książkę i powoli, kartka za kartką, wyszukuje w niej modlitwy: Acte de 
résignation, a znalazłszy zaczyna czytać: 
„Que votre nom soit béni á jamais, bien qui avez voulu m'éprouver par cette 
peine.”W miarę jak czyta, szare niebo wyjaśnia się, a przy ostatnich 
słowach...”et d'attendre en paix votre divin secours...” chmury pękają, ukazuje 
się kawałek czystego błękitu, gabinet panny Izabeli napełnia się światłem, a jej 
dusza spokojem. Teraz jest pewna, że modły jej zostały wysłuchane, że będzie 
miała najpiękniejszą tualetę i najlepszy kościół do kwesty. 
W tej chwili delikatnie otwierają się drzwi gabinetu; staje w nich panna 
Florentyna, wysoka, czarno ubrana, nieśmiała, trzyma w dwu palcach list i 
mówi cicho: 
— Od pani Karolowej. 
— Ach, w sprawie kwesty — odpowiada panna Izabela z czarującym uśmiechem. Cały 
dzień nie zaglądałaś do mnie, Florciu. 
— Nie chcę ci przeszkadzać. 
— W nudzeniu się?... — pyta panna Izabela. — Kto wie, czy nie byłoby nam weselej 
nudzić się w jednym pokoju. 
— List... — mówi nieśmiała osoba w czarnej sukni, wyciągając rękę do Izabeli. 
— Znam jego treść — przerywa panna Izabela. — Posiedź trochę u mnie i jeżeli nie 
zrobi ci subiekcji, przeczytaj ten list. 
Panna Florentyna siada nieśmiało na fotelu, delikatnie bierze z biurka nożyk i z 
największą ostrożnością przecina kopertę. Kładzie na biurku nożyk, potem 
kopertę, rozwija papier i cichym, melodyjnym głosem czyta list pisany po 
francusku: 
„Droga Belu! wybacz, że odzywam się w sprawie, którą tylko ty i twój ojciec 
macie prawo rozstrzygać. Wiem, drogie dziecię, że pozbywasz się twego 
serwisu i sreber, sama mi zresztą o tym mówiłaś. Wiem też, że znalazł się 
nabywca, który ofiarowuje wam pięć tysięcy rubli, moim zdaniem za mało, choć 
w tych czasach trudno spodziewać się więcej. Po rozmowie jednak, jaką miałam 
w tej materii z Krzeszowską, zaczynam lękać się, ażeby piękne te pamiątki nie 
przeszły w niewłaściwe ręce. 
Chciałabym temu zapobiec, proponuję ci więc, jeżeli zgodzisz się, trzy tysiące 
rubli pożyczki na zastaw wspomnianego serwisu i sreber. Sądzę, że dziś 
wygodniej będzie im u mnie, gdy ojciec twój znajduje się w takich kłopotach. 
Odebrać je będziesz mogła, kiedy zechcesz, a w razie mojej śmierci nawet bez 
zwracania pożyczki. 
Nie narzucam się, tylko proponuję. Rozważ, jak ci będzie wygodniej, a nade 
wszystko pomyśl o następstwach. 
O ile cię znam, byłabyś boleśnie dotkniętą usłyszawszy kiedyś, że nasze 
rodzinne pamiątki zdobią stół jakiego bankiera albo należą do wyprawy jego 
córki. 
Zasyłam ci tysiące pocałunków, 
Joanna 
P.S. Wyobraź sobie, co za szczęście spotkało moją ochronkę. Będąc wczoraj w 
sklepie tego sławnego Wokulskiego przymówiłam się o mały datek dla sierot. 
Liczyłam na jakie kilkanaście rubli, a on, czy uwierzysz, ofiarował mi tysiąc, 
wyraźnie: tysiąc rubli, i jeszcze powiedział, że na moje ręce nie śmiałby złożyć 
mniejszej sumy. Kilku takich Wokulskich, a czuję, że na starość zostałabym 
demokratką.” 
Panna Florentyna skończywszy list nie śmiała oderwać od niego oczu. Wreszcie 
odważyła się i spojrzała: panna Izabela siedziała na szezlongu blada, z 
zaciśniętymi rękami. 
— Cóż ty na to, Florciu? — spytała po chwili. 
— Myślę — odparła cicho zapytana — że pani Karolowa na początku listu 
najtrafniej osądziła swoje stanowisko w tej sprawie. 
— Co za upokorzenie! — szepnęła panna Izabela, nerwowo bijąc ręką w szezlong. 
— Upokorzeniem jest proponować komuś trzy tysiące rubli na zastaw sreber, i to 
wówczas, gdy obcy ofiarowują pięć tysięcy... Innego nie widzę. 
— Jak ona nas traktuje... My chyba naprawdę jesteśmy zrujnowani... 
— Ależ, Belciu!... — przerwała ożywiając się panna Florentyna. — Właśnie ten 
cierpki list dowodzi, że nie jesteście zrujnowani. Ciotka lubi być cierpką, ale 
umie oszczędzać nieszczęście. Gdyby wam groziła ruina, znaleźlibyście w niej 
tkliwą i delikatną pocieszycielkę. 
— Dziękuję za to. 
— I nie potrzebujesz obawiać się tego. Jutro wpłynie nam pięć tysięcy rubli, za 
które można prowadzić dom przez pół roku... choćby przez kwartał. Za parę 
miesięcy... 
— Zlicytują nam kamienicę... 
— Prosta forma, i nic więcej. Owszem, możecie zyskać, podczas gdy dzisiaj 
kamienica jest tylko ciężarem. No, a po ciotce Hortensji dostaniesz ze sto 
tysięcy rubli. Zresztą — dodała po chwili panna Florentyna podnosząc brwi — ja 
sama nie jestem pewna, czy i ojciec nie ma jeszcze majątku. Wszyscy są tego 
zdania... 
Panna Izabela wychyliła się z szezlonga i ujęła rękę panny Florentyny. 
— Florciu — rzekła zniżając głos — komu ty to mówisz?... Więc naprawdę uważasz 
mnie tylko za pannę na wydaniu, która nic nie widzi i niczego nie pojmuje?... 
Myślisz, że nie wiem — domówiła jeszcze ciszej — że już miesiąc, jak pieniądze 
na utrzymanie domu pożyczasz od Mikołaja... 
— Może właśnie ojciec chce tego... 
— Czy i tego chce, ażebyś mu co rano podkładała kilka rubli do pugilaresu? 
Panna Florentyna spojrzała jej w oczy i poruszyła głową. 
— Za dużo wiesz — odparła — ale nie wszystko. Już od dwu tygodni, może od 
dziesięciu dni widzę, że ojciec miewa po kilkanaście rubli... 
— Więc zaciąga długi... 
— Nie. Ojciec nigdy nie zaciąga długów w mieście. Każdy wierzyciel przychodzi 
z pożyczką do domu i w gabinecie ojca dostaje kwit albo procent. Nie znasz go 
pod tym względem. 
— Więc skądże teraz ma pieniądze? 
— Nie wiem. Widzę, że ma, i słyszę, że zawsze je miał. 
— Po cóż w takim razie zezwala na sprzedaż sreber? — pytała natarczywie panna 
Izabela. 
— Może chce zirytować rodzinę. 
— A kto wykupił jego weksle? 
Panna Florentyna zrobiła rękoma ruch, oznaczający rezygnację. 
— Nie wykupiła ich Krzeszowska -rzekła — to wiem na pewno. -Więc — albo 
ciotka Hortensja, albo... 
— Albo?... 
— Albo sam ojciec. Czy nie wiesz, ile rzeczy robi ojciec, ażeby zaniepokoić 
rodzinę, a potem śmiać się... 
— Za cóż chciałby mnie, nas niepokoić? 
— Myślę, że ty jesteś spokojna. Córka powinna nieograniczenie ufać ojcu. 
— Ach, tak!... — szepnęła panna Izabela zamyślając się. 
Czarno ubrana kuzynka z wolna podniosła się z fotelu i cicho wyszła. 
Panna Izabela znowu poczęła patrzeć na swój pokój, który wydał jej się 
popielatym, na czarne gałązki, które chwiały się za oknem, na parę wróbli 
świergoczących może o budowie gniazda, na niebo, które stało się jednolicie 
szarym, bez żadnej jaśniejszej prążki. W jej pamięci znowu odżyła sprawa 
kwesty i nowej toalety, ale obie wydały się jej tak małymi, tak prawie 
śmiesznymi, że myśląc o nich nieznacznie wzruszyła ramionami. 
Dręczyły ją inne pytania: czyby nie oddać serwisu hrabinie Karolowej — i — skąd 
ojciec ma pieniądze? Jeżeli miał je dawniej, dlaczego pozwolił na zaciąganie 
długów u Mikołaja?... A jeżeli nie miał, z jakiego źródła czerpie je dziś?... Jeżeli 
ona odda serwis i srebra ciotce, może stracić okazję do korzystnego pozbycia się 
ich, a jeżeli sprzeda za pięć tysięcy, pamiątki te naprawdę mogą dostać się w 
niewłaściwe ręce, jak pisała hrabina. 
Nagle przerwał się ten bieg myśli: bystre jej ucho usłyszało w dalszych 
pokojach szmer. Było to męskie stąpanie, miarowe, spokojne. W salonie stłumił 
je nieco dywan, w pokoju jadalnym wzmocniło się, w jej sypialni przycichło, 
jakby ktoś szedł na palcach. 
— Proszę, papo — odezwała się panna Izabela usłyszawszy pukanie do swych 
drzwi. 
Wszedł pan Tomasz. Ona podniosła się z szezlonga, ale ojciec nie pozwolił na 
to. Objął ją w ramiona, ucałował w głowę i zanim usiadł przy niej, rzucił okiem 
w duże lustro na ścianie. Zobaczył tam swoją piękną twarz, siwe wąsy, swój 
ciemny żakiet bez zarzutu, gładkie spodnie, jakby dopiero co wyszły od krawca, 
i uznał, że wszystko jest dobrze. 
— Słyszę — rzekł do córki uśmiechając się — że panienka odbiera korespondencje, 
które jej psują humor. 
— Ach, papo, gdybyś wiedział, jakim tonem przemawia ciotka... 
— Zapewne tonem osoby chorej na nerwy. Za to nie możesz mieć do niej żalu. 
— Gdyby tylko żal. Ja boję się, że ona ma rację i że nasze srebra mogą naprawdę 
znaleźć się na jakim bankierskim stole. 
Przytuliła głowę do ramienia ojca. Pan Tomasz spojrzał niechcący w lusterko na 
stoliku i przyznał w duchu, że oboje w tej chwili tworzą bardzo piękną grupę. 
Szczególniej dobrze odbijała obawa rozlana na twarzy córki od jego spokoju. 
Uśmiechnął się. 
— Bankierskie stoły... — powtórzył. — Srebra naszych przodków bywały już na 
stołach Tatarów, Kozaków, zbuntowanych chłopów, i nie tylko nam to nie 
uchybiało, ale nawet przynosiło zaszczyt. Kto walczy, naraża się na straty. 
— Tracili przez wojnę i na wojnie — wtrąciła panna Izabela. 
— A dziś nie ma wojny?... Zmieniła się tylko broń: zamiast kosą albo jataganem 
walczą rublem. Joasia dobrze to rozumiała sprzedając nie serwis — ale rodzinny 
majątek, albo rozbierając na wybudowanie spichlerza ruiny zamku. 
— Więc jesteśmy zwyciężeni... — szepnęła panna Izabela. 
— Nie, dziecko — odparł pan Tomasz prostując się. -My dopiero zaczniemy 
triumfować i bodaj czy nie tego boi się moja siostra i jej koteria. Oni tak 
głęboko zasnęli, że razi ich każdy objaw żywotności, każdy mój śmielszy krok dodał 
jakby do siebie. 
— Twój, papo? 
— Tak. Myśleli, że poproszę ich o pomoc. Sama Joasia chętnie zrobiłaby mnie 
swoim plenipotentem. Ja natomiast podziękowałem im za emeryturę i zbliżyłem 
się do mieszczaństwa. Zyskałem u tych ludzi powagę, która zaczyna trwożyć 
nasze sfery. Myśleli, że zejdę na drugi plan, a widzą, że mogę wysunąć się na 
pierwszy. 
— Ty, papo? 
— Ja. Dotychczas milczałem nie mając odpowiednich wykonawców. Dziś 
znalazłem takiego, który zrozumiał moje idee, i zacznę działać. 
— Któż to jest? — spytała panna Izabela, ze zdumieniem patrząc na ojca. 
— Niejaki Wokulski, kupiec, żelazny człowiek. Przy jego pomocy zorganizuję 
nasze mieszczaństwo, stworzę towarzystwo do handlu ze Wschodem, tym 
sposobem dźwignę przemysł... 
— Ty, papo? 
— I wówczas zobaczymy, kto wysunie się naprzód, choćby przy możliwych 
wyborach do rady miejskiej... 
Panna Izabela słuchała z szeroko otwartymi oczyma. 
— Czy ten człowiek — szepnęła -o którym mówisz, papo, nie jest jakim aferzystą, 
awanturnikiem?... 
— Nie znasz go więc? — spytał pan Tomasz. On jednak jest jednym z naszych 
dostawców. 
— Sklep znam, bardzo ładny — mówiła panna Izabela zamyślając się. — Jest tam 
stary subiekt, który wygląda trochę na dziwaka, ale nadzwyczajnie uprzejmy... 
Ach, zdaje mi się, że kilka dni temu poznałam i właściciela... Wygląda na 
gbura... 
— Wokulski gbur?... — zdziwił się pan Tomasz. — Jest on wprawdzie trochę 
sztywny, ale bardzo grzeczny. 
Panna Izabela wstrząsnęła głową. 
— Niemiły człowiek — odpowiedziała z ożywieniem. — Teraz przypominam go 
sobie... Będąc we wtorek w sklepie zapytałam go o cenę wachlarza... Trzeba 
było widzieć, jak spojrzał na mnie!... Nie odpowiedział nic, tylko wyciągnął 
swoją ogromną czerwoną rękę do subiekta (nawet dość eleganckiego chłopca) i 
mruknął głosem, w którym czuć było gniew: panie Morawski czy Mraczewski 
(bo nie pamiętam), pani zapytuje o cenę wachlarza. A... nieciekawego znalazł 
papo wspólnika!... — śmiała się panna Izabela. 
— Szalonej energii człowiek, żelazny człowiek — odparł pan Tomasz. — Oni tacy. 
Poznasz ich, bo myślę urządzić w domu parę zebrań. Wszyscy oryginalni, ale 
ten oryginalniejszy od innych. 
— Papa tych panów chce przyjmować?... 
— Muszę naradzać się z niektórymi. A co do naszych — dodał patrząc w oczy 
córce — zapewniam cię, że gdy usłyszą, kto u mnie bywa, ani jednego nie 
zabraknie w salonie. 
W tej chwili weszła panna Florentyna zapraszając na obiad. Pan Tomasz podał 
rękę córce i przeszli we troje do jadalnego pokoju, gdzie już znajdowała się 
waza tudzież Mikołaj odziany we frak i wielki biały krawat. 
— Śmieję się z Belci -rzekł pan Tomasz do kuzynki, która nalewała rosół z wazy. 
— Wyobraź sobie, Floro, że Wokulski zrobił na niej wrażenie gbura. Czy ty go 
znasz? 
— Któż by dziś nie znał Wokulskiego — odpowiedziała panna Florentyna podając 
Mikołajowi talerz dla pana. — No, elegancki on nie jest, ale — robi wrażenie... 
— Pnia z czerwonymi rękoma — wtrąciła ze śmiechem panna Izabela. 
— On mi przypomina Trostiego, pamiętasz, Belu, tego pułkownika strzelców w 
Paryżu -odpowiedział pan Tomasz. 
— A mnie posąg triumfującego gladiatora -melodyjnym głosem dodała panna 
Florentyna. — Pamiętasz, Belu, we Florencji, tego z podniesionym mieczem? 
Twarz surowa, nawet dzika, ale piękna. 
— A czerwone ręce?... — zapytała panna Izabela. 
— Odmroził je na Syberii — wtrąciła panna Florentyna z akcentem. 
— Cóż on tam robił? 
— Pokutował za uniesienia młodości — rzekł pan Tomasz. -Można mu to 
przebaczyć. 
— Ach, więc jest i bohaterem!... 
— I milionerem — dodała panna Florentyna. 
— I milionerem? — powtórzyła panna Izabela. — Zaczynam wierzyć, że papo zrobił 
dobry wybór przyjmując go na wspólnika. Chociaż... 
— Chociaż?... — spytał ojciec. 
— Co powie świat na tę spółkę? 
— Kto ma siłę w rękach, ma świat u nóg. 
Właśnie Mikołaj obniósł polędwicę, gdy w przedpokoju zadzwoniono. Stary 
służący wyszedł i po chwili wrócił z listem na srebrnej, a może platerowanej 
tacy. 
— Od pani hrabiny — rzekł. 
— Do ciebie, Belu — dodał pan; Tomasz biorąc list do ręki. — Pozwolisz, że cię 
zastąpię w połknięciu tej nowej pigułki. 
Otworzył list, zaczął go czytać i ze śmiechem podał pannie Izabeli. 
— Oto — zawołał — cała Joasia jest w tym liście. Nerwy, zawsze nerwy!... 
Panna Izabela odsunęła talerz i z niepokojem przebiegła papier oczyma. Lecz 
stopniowo twarz jej wypogodziła się. 
Słuchaj, Florciu — rzekła — bo to ciekawe. 
„Droga Belu! -pisze ciotka. -Zapomnij, aniołku, o moim poprzednim liście. W 
rezultacie twój serwis nic mnie nie obchodzi i znajdziemy inny, gdy będziesz 
szła za mąż. Ale chodzi mi, ażebyś koniecznie kwestowała tylko ze mną, i 
właśnie o tym miałam zamiar pisać poprzednio, nie o serwisie. Biedne moje 
nerwy! jeżeli nie chcesz ich do reszty rozstroić, musisz zgodzić się na moją 
prośbę. 
Grób w naszym kościele będzie cudowny. Mój poczciwy Wokulski daje 
fontannę, sztuczne ptaszki śpiewające, pozytywkę, która będzie grała same 
poważne kawałki, i mnóstwo dywanów. Hozer dostarcza kwiatów, a amatorowie 
urządzają koncert na organ, skrzypce, wiolonczelę i głosy. Jestem zachwycona, 
ale gdyby mi wśród tych cudów zabrakło ciebie, rozchorowałabym się. A więc 
tak?... Ściskam cię i całuję po tysiąc razy, kochająca ciotka, 
Joanna 
Post scriptum. Jutro jedziemy do magazynu zamówić dla ciebie kostium 
wiosenny. Umarłabym, gdybyś go nie przyjęła.” 
Panna Izabela była rozpromieniona. List ten spełniał wszystkie jej nadzieje. 
— Wokulski jest nieporównany! -rzekł śmiejąc się pan Tomasz. — Szturmem 
zdobył Joasię, która nie tylko nie będzie mi wymawiała wspólnika, lecz nawet 
gotowa o niego walczyć ze mną. 
Mikołaj podał kurczęta. 
— Musi to jednakże być genialny człowiek — zauważyła panna Florentyna. 
— Wokulski?... no, nie — mówił pan Tomasz. — Jest to człowiek szalonej energii, 
ale co się tyczy daru kombinowania, nie powiem, ażeby posiadał go w wysokim 
stopniu. 
— Zdaje mi się, że składa tego dowody. 
— Wszystko to są dowody tylko energii — odpowiedział pan Tomasz. — Dar 
kombinacji, genialny umysł poznaje się w innych rzeczach, choćby... w grze. Ja 
z nim dosyć często grywam w pikietę, gdzie koniecznie trzeba kombinować. 
Rezultat jest taki, że przegrałem osiem do dziesięciu rubli, a wygrałem około 
siedemdziesięciu, chociaż — nie mam pretensji do geniuszu! — dodał skromnie. 
Pannie Izabeli wypadł z ręki widelec. Pobladła i chwyciwszy się za czoło 
szepnęła: 
— A!... a!... 
Ojciec i panna Florentyna zerwali się z krzeseł. 
— Co ci jest, Belu?... — spytał zatrwożony pan Tomasz. 
— Nic — odpowiedziała wstając od stołu — migrena. Od godziny czułam, że będę ją 
mieć... To nic, papo... 
Pocałowała ojca w rękę i wyszła do swego pokoju. 
— Nagła migrena powinna by przejść zaraz — rzekł pan Tomasz. — Pójdź do niej, 
Florciu. Ja na chwilę wyjdę do miasta, bo muszę zobaczyć się z kilkoma 
osobami, ale wcześniej wrócę. Tymczasem czuwaj nad nią, kochana Florciu, 
proszę cię o to -mówił pan Tomasz ze spokojną fizjognomią człowieka, bez 
którego poleceń albo prośby nie może być dobrze na świecie. 
— Zaraz do niej pójdę, tylko tu zrobię porządek — odpowiedziała panna 
Florentyna, dla której ład w domu był sprawą ważniejszą od czyjejkolwiek 
migreny. 
Już mrok ogarnął ziemię... Panna Izabela jest znowu sama w swoim gabinecie; 
upadła na szezlong i obu rękami zasłoniła oczy. Spod kaskady tkanin 
spływających aż na podłogę wysunął się jej wąski pantofelek i kawałek 
pończoszki, ale tego nikt nie widzi ani ona o tym nie myśli. W tej chwili jej 
duszę znowu targa gniew, żal i wstyd. Ciotka ją przeprosiła, ona sama będzie 
kwestować przy najładniejszym grobie i będzie miała najpiękniejszy kostium; 
lecz mimo to — jest nieszczęśliwą... Doznaje takich uczuć, jak gdyby wszedłszy 
do pełnego salonu ujrzała nagle na swym nowym kostiumie ogromną tłustą 
plamę obrzydłej formy i koloru, jakby suknię wytarzano gdzieś na kuchennych 
schodach. Myśl o tym jest dla niej tak wstrętną, że ślina napływa jej do ust. 
Co za straszne położenie!... Już miesiąc zadłużają się u swego lokaja, a od 
dziesięciu dni jej ojciec na swoje drobne wydatki wygrywa pieniądze w karty... 
Wygrać można; panowie wygrywają tysiące, ale nie na opędzenie pierwszych 
potrzeb, i przecież — nie od kupców. Ach, gdyby można, upadłaby ojcu do nóg i 
błagała go, ażeby nie grywał z tymi ludźmi, a przynajmniej nie teraz, kiedy ich 
stan majątkowy jest tak ciężki. Za kilka dni, gdy odbierze pieniądze za swój 
serwis, sama wręczy ojcu paręset rubli prosząc, ażeby je przegrał do tego pana 
Wokulskiego, ażeby wynagrodził go hojniej, niż ona wynagrodzi Mikołaja za 
zaciągnięte długi. 
Ale czyż jej wypada zrobić to, a nawet mówić o tym ojcu?... 
„Wokulski?... Wokulski?... — szepce panna Izabela. — Któż to jest ten Wokulski, 
który dziś tak nagle ukazał się jej od razu z kilku stron, pod rozmaitymi 
postaciami. Co on ma do czynienia z jej ciotką, z ojcem?...” 
I otóż zdaje się jej, że już od kilku tygodni coś słyszała o tym człowieku. Jakiś 
kupiec niedawno ofiarował parę tysięcy rubli na dobroczynność, ale nie była 
pewna, czy to był handlujący strojami damskimi, czy futrami. Potem mówiono, 
że także jakiś kupiec podczas wojny bułgarskiej dorobił się wielkiego majątku, 
tylko nie uważała, czy dorobił się szewc, u którego ona bierze buciki, czy jej 
fryzjer? I dopiero teraz, przypomina sobie, że ten kupiec, który dał pieniądze na 
dobroczynność, i ten, który zyskał duży majątek, są jedną osobą, że to właśnie 
jest ów Wokulski, który do jej ojca przegrywa w karty, a którego jej ciotka, 
znana z dumy hrabina Karolowa, nazywa: „mój poczciwy Wokulski!...” 
W tej chwili przypomina sobie nawet fizjognomię tego człowieka, który w 
sklepie nie chciał z nią mówić, tylko cofnąwszy się za ogromne japońskie 
wazony przypatrywał się jej posępnie. Jak on na nią patrzył... 
Jednego dnia weszła z panną Florentyną na czekoladę do cukierni, przez figle. 
Usiadły przy oknie, za którym zebrało się kilkoro obdartych dzieci. Dzieci 
spoglądały na nią, na czekoladę i na ciastka z ciekawością i łakomstwem 
głodnych zwierzątek, a ten kupiec — tak samo na nią patrzył. 
Lekki dreszcz przebiegł pannę Izabelę. I to ma być wspólnik jej ojca?... Do 
czego ten wspólnik?... Skąd jej ojcu przyszło do głowy zawiązywać jakieś 
towarzystwa handlowe, tworzyć jakieś rozległe plany, o których nigdy dawniej 
nie marzył?... Chce przy pomocy mieszczaństwa wysunąć się na czoło 
arystokracji; chce zostać wybranym do rady miejskiej, której nie było i nie 
ma?... 
Ależ ten Wokulski to naprawdę jakiś aferzysta, może oszust, który potrzebuje 
głośnego nazwiska na szyld do swoich przedsiębiorstw. Bywały takie wypadki. 
Ileż to pięknych nazwisk szlachty niemieckiej i węgierskiej unurzało się w 
operacjach handlowych, których ona nawet nie rozumie, a ojciec chyba nie 
więcej. 
Zrobiło się już zupełnie ciemno; na ulicy zapalono latarnie, których blask 
wpadał do gabinetu panny Izabeli malując na suficie ramę okna i zwoje firanki. 
Wyglądało to jak krzyż na tle jasności, którą powoli zasłania gęsty obłok. 
„Gdzie to ja widziałam taki krzyż, taką chmurę i jasność?...” — zapytała się 
panna Izabela. Zaczęła przypominać sobie widziane w życiu okolice i — marzyć. 
Zdawało się jej, że powozem jedzie przez jakąś znaną miejscowość. Krajobraz 
jest podobny do olbrzymiego pierścienia, utworzonego z lasów i zielonych gór, 
a jej powóz znajduje się na krawędzi pierścienia i zjeżdża na dół. Czy on 
zjeżdża? bo ani zbliża się do niczego, ani od niczego nie oddala, tak jakby stał w 
miejscu. Ale zjeżdża: widać to po wizerunku słońca, które odbija się w 
lakierowanym skrzydle powozu i, drgając, z wolna posuwa się w tył. Zresztą 
słychać turkot... To turkot dorożki na ulicy?... Nie, to turkoczą machiny 
pracujące gdzieś w głębi owego pierścienia gór i lasów. Widać tam nawet, na 
dole, jakby jezioro czarnych dymów i białych par, ujęte w ramę zieloności. 
Teraz panna Izabela spostrzega ojca, który siedzi przy niej i z uwagą ogląda 
sobie paznogcie, od czasu do czasu rzucając okiem na krajobraz. Powóz ciągle 
stoi na krawędzi pierścienia niby bez ruchu, a tylko wizerunek słońca, odbitego 
w lakierowanym skrzydle, wolno posuwa się ku tyłowi. Ten pozorny spoczynek 
czy też utajony ruch w wysokim stopniu drażni pannę Izabelę. „Czy my 
jedziemy, czy stoimy?” — pyta ojca. Ale ojciec nie odpowiada nic, jakby jej nie 
widział; ogląda swoje piękne paznogcie i czasami rzuca okiem na okolicę... 
Wtem (powóz ciągle drży i słychać turkot) z głębi jeziora czarnych dymów i 
białych par wynurza się do pół figury jakiś człowiek. Ma krótko ostrzyżone 
włosy, śniadą twarz, która przypomina Trostiego, pułkownika strzelców (a może 
gladiatora z Florencji?), i ogromne czerwone dłonie. Odziany jest w zasmoloną 
koszulę z rękawami zawiniętymi wyżej łokcia; w lewej ręce, tuż przy piersi, 
trzyma karty ułożone w wachlarz, w prawej, którą podniósł nad głowę, trzyma 
jedną kartę, widocznie w tym celu, aby ją rzucić na przód siedzenia powozu. 
Reszty postaci nie widać spośród dymu. 
„Co on robi, ojcze?” — pyta się zalękniona panna Izabela. 
„Gra ze mną w pikietę” — odpowiada ojciec, również trzymając w rękach karty. 
„Ależ to straszny człowiek, papo!” 
„Nawet tacy nie robią nic złego kobietom” — odpowiada pan Tomasz. 
Teraz dopiero panna Izabela spostrzega, że człowiek w koszuli patrzy na nią 
jakimś szczególnym wzrokiem, ciągle trzymając kartę nad głową. Dym i para, 
kotłujące w dolinie, chwilami zasłaniają jego rozpiętą koszulę i surowe oblicze; 
tonie wśród nich -nie ma go. Tylko spoza dymu widać blady połysk jego 
oczów, a nad dymem obnażoną do łokcia rękę i — kartę. 
„Co znaczy ta karta, papo?..” — zapytuje ojca. 
Ale ojciec spokojnie patrzy we własne karty i nie odpowiada nic, jakby jej nie 
widział. 
„Kiedyż nareszcie wyjedziemy z tego miejsca?...” 
Ale choć powóz drży i słońce odbite w skrzydle posuwa się ku tyłowi, ciągle u 
stopni widać jezioro dymu, a w nim zanurzonego człowieka, jego rękę nad 
głową i — kartę. 
Pannę Izabelę ogarnia nerwowy niepokój, skupia wszystkie wspomnienia, 
wszystkie myśli, ażeby odgadnąć: co znaczy karta, którą trzyma ten człowiek?.. 
Czy to są pieniądze, które przegrał do ojca w pikietę? Chyba nie. Może ofiara, 
jaką złożył Towarzystwu Dobroczynności? I to nie. Może tysiąc rubli, które dał 
jej ciotce na ochronę, a może to jest kwit na fontannę, ptaszki i dywany do 
ubrania grobu Pańskiego?... Także nie; to wszystko nie niepokoiłoby jej. 
Stopniowo pannę Izabelę napełnia wielka bojaźń. Może to są weksle jej ojca, 
które ktoś niedawno wykupił?... W takim razie wziąwszy pieniądze za srebra i 
serwis spłaci ten dług najpierw i uwolni się od podobnego wierzyciela. Ale 
człowiek pogrążony w dymie wciąż patrzy jej w oczy i karty nie rzuca. Więc 
może... Ach!... 
Panna Izabela zrywa się z szezlonga, potrąca w ciemności o taburet i drżącymi 
rękoma dzwoni. Dzwoni drugi raz, nie odpowiada nikt, więc wybiega do 
przedpokoju i we drzwiach spotyka pannę Florentynę, która chwyta ją za rękę i 
mówi ze zdziwieniem: 
— Co tobie, Belciu?... 
Światło w przedpokoju nieco oprzytomnia pannę Izabelę. Uśmiecha się. 
— Weź, Florciu, lampę do mego pokoju. Papo jest? 
— Przed chwilą wyjechał. 
— A Mikołaj? 
— Zaraz wróci, poszedł oddać list posłańcowi. Czy gorzej boli cię głowa? — pyta 
panna Florentyna. 
— Nie — śmieje się panna Izabela -tylko zdrzemnęłam się i tak mi się coś 
majaczyło. 
Panna Florentyna bierze lampę i obie z kuzynką idą do jej gabinetu. Panna 
Izabela siada na szezlongu, zasłania ręką oczy przed światłem i mówi: 
— Wiesz, Florciu, namyśliłam się, nie sprzedam moich sreber obcemu. Mogą 
naprawdę dostać się Bóg wie w jakie ręce. Siądź zaraz, jeżeliś łaskawa, przy 
moim biurku i napisz do ciotki, że.. przyjmuję jej propozycję. Niech nam 
pożyczy trzy tysiące rubli i niech weźmie serwis i srebra. 
Panna Florentyna patrzy na nią z najwyższym zdumieniem, wreszcie 
odpowiada: 
— To jest niemożliwe, Belciu. 
— Dlaczego?... 
Przed kwadransem otrzymałam list od pani Meliton, że srebra i serwis już 
kupione. 
— Już?... Kto je kupił? — woła panna Izabela chwytając kuzynkę za ręce. 
Panna Florentyna jest zmieszana. 
— Podobno jakiś kupiec z Rosji... — mówi, lecz czuć, że mówi nieprawdę. 
— Ty coś wiesz, Florciu!... Proszę cię, powiedz!... — błaga ją panna Izabela. Jej 
oczy napełniają się łzami. 
— Zresztą tobie powiem, tylko nie zdradź tajemnicy przed ojcem prosi kuzynka. 
— Więc kto?... No, kto kupił?... 
— Wokulski — odpowiada panna Florentyna. 
Pannie Izabeli w jednej chwili obeschły oczy nabierając przy tym barwy 
stalowej. Odpycha z gniewem ręce kuzynki, przechodzi tam i na powrót swój 
gabinet, wreszcie siada na foteliku naprzeciw panny Florentyny. Nie jest już 
przestraszoną i zdenerwowaną pięknością, ale wielką damą, która ma zamiar 
kogoś ze służby osądzić, a może wydalić. 
— Powiedz mi, kuzynko -mówi pięknym kontraltowym głosem -co to za 
śmieszny spisek knujecie przeciwko mnie? 
— Ja?... spisek? powtarza panna Florentyna przyciskając rękoma piersi. — Nie 
rozumiem cię, Belu... 
— Tak. Ty, pani Meliton i ten... zabawny bohater... Wokulski... 
— Ja i Wokulski?... — powtarza panna Florentyna. Tym razem zdziwienie jej jest 
tak szczere, że wątpić nie można. 
— Przypuśćmy, że nie spiskujesz — ciągnie dalej panna Izabela — ale coś wiesz... 
— O Wokulskim wiem to, co wszyscy. Ma sklep, w którym kupujemy, zrobił 
majątek na wojnie... 
— A o tym, że wciąga papę do spółki handlowej, nie słyszałaś?... 
Wyraziste oczy panny Florentyny zrobiły się bardzo dużymi. 
— Ojca twego wciąga do spółki?... — rzekła wzruszając ramionami. — Do jakiejże 
spółki może go wciągnąć?... 
I w tej chwili przestrasza się własnych słów... 
Panna Izabela nie mogła wątpić o jej niewinności; znowu parę razy przeszła się 
po gabinecie z ruchami zamkniętej lwicy i nagle zapytała: 
— Powiedzże mi przynajmniej: co sądzisz o tym człowieku? 
— Ja o Wokulskim?... Nic o nim nie sądzę, wyjąwszy chyba to, że szuka rozgłosu 
i stosunków. 
— Więc dla rozgłosu ofiarował tysiąc rubli na ochronę? 
— Z pewnością. Dał przecie dwa razy tyle na dobroczynność. 
— A dlaczego kupił mój serwis i srebra? 
— Zapewne dlatego, ażeby je z zyskiem sprzedać — odpowiedziała panna 
Florentyna. -W Anglii za podobne rzeczy dobrze płacą. 
— A dlaczego... wykupił weksle papy? 
— Skąd wiesz, że to on? W tym nie miałby żadnego interesu. 
— Nic nie wiem — pochwyciła gorączkowo panna Izabela — ale wszystko 
przeczuwam, wszystko rozumiem... Ten człowiek chce zbliżyć się do nas... 
— Już się przecie poznał z ojcem — wtrąciła panna Florentyna 
— Więc do mnie chce się zbliżyć!... — zawołała panna Izabela z wybuchem. Poznałam 
to po... 
Wstyd jej było dodać: „po jego spojrzeniu”. 
— Czy nie uprzedzasz się, Belciu?... 
— Nie. To, czego doznaję w tej chwili, nie jest uprzedzeniem, ale raczej 
jasnowidzeniem. Nawet nie domyślasz się, jak ja dawno znam tego człowieka, a 
raczej — od jak dawna on mnie prześladuje. Teraz dopiero przypominam sobie, 
że przed rokiem nie było przedstawienia w teatrze, nie było koncertu, odczytu, 
na których bym go nie spotykała, i dopiero dziś ta... bezmyślna figura wydaje mi 
się straszną... 
Panna Florentyna aż cofnęła się z fotelikiem, szepcząc: 
— Więc przypuszczasz, żeby się ośmielił... 
— Zagustować we mnie?... — przerwała ze śmiechem panna Izabela. — Tego nawet 
nie myślałabym mu bronić. Nie jestem ani tak naiwna, ani tak fałszywie 
skromna, ażeby nie wiedzieć, że się podobam... mój Boże! nawet służbie... 
Kiedyś gniewało mnie to jak żebranina, która zastępuje nam drogę na ulicach, 
dzwoni do mieszkań albo pisuje listy z prośbą o wsparcie. Ale dziś — tylko 
zrozumiałam lepiej słowa Zbawcy: „Komu wiele dano, od tego wiele żądać 
będą.” 
— Zresztą — dodała wzruszając ramionami — mężczyźni w tak bezceremonialny 
sposób zaszczycają nas swoim uwielbieniem, że nie tylko już nie dziwię się ich 
nadskakiwaniu albo impertynenckim spojrzeniom, ale temu, gdy jest inaczej. 
Jeżeli w salonie spotkam człowieka, który mi nie mówi o swej sympatii i 
cierpieniach albo nie milczy posępnie w sposób zdradzający jeszcze większą 
sympatię i cierpienia, albo nie okazuje mi lodowatej obojętności, co ma być 
oznaką najwyższej sympatii i cierpień, wtedy -czuję, że mi czegoś brak, jak 
gdybym zapomniała wachlarza albo chusteczki... O, ja ich znam! tych 
wszystkich donżuanów, poetów, filozofów, bohaterów, te wszystkie tkliwe, 
bezinteresowne, złamane, rozmarzone albo silne dusze:.. Znam całą tę 
maskaradę i zapewniam cię, że dobrze się nią bawię. Cha! cha! cha!... jacy oni 
śmieszni... 
— Nie rozumiem cię, Belciu... — wtrąciła panna Florentyna rozkładając ręce. 
— Nie rozumiesz?... Więc chyba nie jesteś kobietą. 
Panna Florentyna zrobiła gest przeczący, a następnie powątpiewający. 
— Posłuchaj — przerwała panna Izabela. — Od roku już straciliśmy stanowisko w 
świecie. Nie zaprzeczaj, bo tak jest, wszyscy o tym wiemy. Dziś jesteśmy 
zrujnowani... 
— Przesadzasz... 
— Ach, Floro, nie pocieszaj mnie, nie kłam!... Czyżeś nie słyszała przy obiedzie, 
że nawet tych kilkanaście rubli, które ma obecnie mój ojciec, są wygrane w 
karty od... 
Panna Izabela mówiąc to drżała na całym ciele. Oczy jej błyszczały, na twarzy 
miała wypieki. 
— Otóż w takiej chwili przychodzi ten... kupiec, nabywa nasze weksle, nasz 
serwis, opętuje mego ojca i ciotkę, czyli — ze wszystkich stron otacza mnie 
sieciami jak myśliwiec zwierzynę. To już nie smutny wielbiciel, to nie 
konkurent, którego można odrzucić, to... zdobywca!... 
On nie wzdycha, ale zakrada się do łask ciotki, ręce i nogi oplątuje ojcu, a mnie 
chce porwać gwałtem, jeżeli nie zmusić do tego, ażebym mu się sama oddała... 
Czy rozumiesz tę wyrafinowaną nikczemność? 
Panna Florentyna przestraszyła się. 
— W takim razie masz bardzo prosty sposób. Powiedz... 
— Komu i co?... Czy ciotce, która gotowa popierać tego pana, ażeby mnie zmusić 
do oddania ręki marszałkowi?... Czy może mam powiedzieć ojcu, przerazić go i 
przyśpieszyć katastrofę? Jedno tylko zrobię: nie pozwolę ojcu, ażeby zaciągał 
się do jakichkolwiek spółek, choćbym miała włóczyć mu się u nóg, choćbym 
miała... zabronić mu tego w imieniu zmarłej matki... 
m. Panna Florentyna patrzy na nią z zachwytem... 
— Doprawdy, Belciu — rzekła — przesadzasz. Z twoją energią i taką genialną 
domyślnością... 
— Nic znasz tych ludzi, a ja widziałam ich przy pracy. W ich rękach stalowe 
szyny zwijają się jak wstążki. To straszni ludzie. Oni dla swoich celów umieją 
poruszyć wszystkie siły ziemskie, jakich my nawet nie znamy. Oni potrafią 
łamać, usidlać, płaszczyć się, wszystko ryzykować, nawet — cierpliwie czekać... 
— Mówisz na podstawie czytanych romansów. 
— Mówiç na mocy moich przeczuć, które ostrzegają... wołają, że ten człowiek po 
to jeździł na wojnę, ażeby mnie zdobyć. I ledwie wrócił, już mnie ze wszystkich 
stron obsacza... Ale niech się strzeże!... Chce mnie kupić? dobrze, niech 
kupuje!... przekona się, że jestem bardzo droga... Chce mnie złapać w sieci?... 
Dobrze, niech je rozsnuwa... ale ja mu się wymknę, choćby — w objęcia 
marszałka... O Boże! nawet nie domyślałam się, jak głęboką jest przepaść, w 
którą spadamy, dopóki nie zobaczyłam takiego dna. Z salonów Kwirynału do 
sklepu... To już nawet nie upadek, to hańba... 
Siadła na szezlongu i utuliwszy głowę rękoma szlochała. 
ROZDZIAŁ SIÓDMY: 
GOŁĄB WYCHODZI NA SPOTKANIE WĘŻA 
Serwis i srebra familii Łęckich były już sprzedane i nawet jubiler odniósł pany 
Tomaszowi pieniądze, strąciwszy dla siebie sto kilkadziesiąt rubli składowego i 
za pośrednictwo. Mimo to hrabina Karolowa nie przestała kochać panny Izabeli; 
owszem — jej energia i poświęcenie, okazane przy sprzedaży pamiątek, zbudziły 
w sercu starej damy nowe źródło uczuć rodzinnych. Nie tylko uprosiła pannę 
Izabelę o przyjęcie pięknego kostiumu, nie tylko co dzień bywała u niej albo ją 
wzywała do siebie, ale jeszcze (co było dowodem niesłychanej łaski) na całą 
Wielką Środę ofiarowała jej swój powóz. 
— Przejedź się, aniołku, po mieście — mówiła hrabina całując siostrzenicę — i 
pozałatwiaj drobne sprawunki. Tylko pamiętaj, żebyś mi za to w czasie kwesty 
wyglądała ślicznie... Tak ślicznie, jak to tylko ty potrafisz!... Proszę cię... 
Panna Izabela nie odpowiedziała nic, ale jej spojrzenie i rumieniec kazały 
domyślać się, że z całą gotowością spełni wolę ciotki. 
W Wielką Środę, punkt o jedenastej rano, panna Izabela już siedziała w 
otwartym powozie wraz ze swoją nieodstępną towarzyszką, panną Florentyną. 
Po Alei chodziły wiosenne powiewy roznosząc tę szczególną, surową woń, 
która poprzedza pękanie liści na drzewach i ukazanie się pierwiosnków; szare 
trawniki nabrały zielonego odcienia; słońce grzało tak mocno, że panie 
otworzyły parasolki. 
— Śliczny dzień — westchnęła panna Izabela patrząc na niebo, gdzieniegdzie 
poplamione białymi obłokami. 
— Gdzie jaśnie panienka rozkaże jechać? — spytał lokaj zatrzasnąwszy drzwiczki 
powozu. 
— Do sklepu Wokulskiego — Z nerwowym pośpiechem odpowiedziała panna 
Izabela. 
Lokaj skoczył na kozioł i spasione gniade konie ruszyły uroczystym kłusem 
parskając i wyrzucając łbami. 
— Dlaczego, Belciu, do Wokulskiego? — zapytała trochę zdziwiona panna 
Florentyna. 
— Chcę sobie kupić paryskie rękawiczki, kilka flakonów perfum... 
— To samo dostaniemy gdzie indziej. 
— Chcę tam — odpowiedziała sucho panna Izabela. 
Od paru dni męczył ją osobliwy niepokój, jakiego już raz doznała w życiu. 
Będąc przed laty za granicą w ogrodzie aklimatyzacyjnym, zobaczyła w jednej z 
klatek ogromnego tygrysa, który spał oparty o kratę w taki sposób, że mu część 
głowy i jedno ucho wysunęło się na zewnątrz. 
Widząc to panna Izabela uczuła nieprzepartą chęć pochwycenia tygrysa za ucho. 
Zapach klatki napełniał ją wstrętem, potężne łapy zwierzęcia nieopisaną trwogą, 
lecz mimo to czuła, że — musi tygrysa przynajmniej dotknąć w ucho. 
Dziwny ten pociąg wydał się jej samej niebezpiecznym i nawet śmiesznym. 
Przemogła się więc i poszła dalej; lecz po paru minutach wróciła. Znowu 
cofnęła się, przejrzała inne klatki, starała się o czym innym myśleć. Na próżno. 
Wróciła się i choć tygrys już nie spał, tylko mrucząc lizał swoje straszliwe łapy, 
panna Izabela podbiegła do klatki, wsunęła rękę i — drżąca i blada — dotknęła 
tygrysiego ucha. 
W chwilę później wstydziła się swego szaleństwa, lecz zarazem czuła to gorzkie 
zadowolenie znane ludziom, którzy usłuchają w ważnej sprawie głosu instynktu. 
Dziś zbudziło się w niej podobnego rodzaju pragnienie. 
Gardziła Wokulskim, serce jej zamierało na samo przypuszczenie, że ten 
człowiek mógł zapłacić za srebra więcej, niż były warte, a mimo to czuła 
nieprzeparty pociąg — wejść do sklepu, spojrzeć w oczy Wokulskiemu i zapłacić 
mu za parę drobiazgów tymi właśnie pieniędzmi, które pochodziły od niego. 
Strach ją zdejmował na myśl spotkania, lecz niewytłumaczony instynkt 
popychał. 
Na Krakowskim już z daleka zobaczyła szyld z napisem: J. Mincel i S. 
Wokulski, a o jeden dom bliżej nowy, jeszcze nie wykończony sklep o pięciu 
oknach frontu, z lustrzanymi szybami. Z kilku pracujących przy nim 
rzemieślników i robotników jedni od wewnątrz wycierali szyby, drudzy złocili i 
malowali drzwi i futryny, inni umocowywali przed oknami ogromne mosiężne 
bariery. 
— Cóż to za sklep budują? -spytała panny Florentyny. 
— Chyba dla Wokulskiego, bo słyszałam, że wziął obszerniejszy lokal. 
„Dla mnie ten sklep!”- pomyślała panna Izabela szarpiąc rękawiczki. 
Powóz stanął, lokaj zeskoczył z kozła i pomógł paniom wysiąść. Lecz gdy 
następnie otworzył z łoskotem drzwi do sklepu Wokulskiego, panna Izabela tak 
osłabła, że nogi zachwiały się pod nią. Przez chwilę chciała wrócić do powozu i 
uciec stąd; wnet jednak opanowała się i z podniesioną głową weszła. 
Pan Rzecki już stał na środku sklepu i zacierając ręce, witał ją niskimi ukłonami. 
W głębi pan Lisiecki, podczesując piękną brodę, okrągłymi i pełnymi godności 
ruchami prezentował brązowe kandelabry jakiejś damie, która siedziała na 
krześle. Mizerny Klejn wybierał laski młodzieńcowi, który na widok panny 
Izabeli szybko uzbroił się w binokle — a pachnący heliotropem Mraczewski palił 
wzrokiem i sztyletował wąsikami dwie rumiane panienki, które towarzyszyły 
damie i oglądały toaletowe cacka. 
Na prawo ode drzwi, za kantorkiem, siedział Wokulski schylony nad 
rachunkami. 
Gdy panna Izabela weszła, młodzieniec oglądający laski poprawił kołnierzyk na 
szyi, dwie panienki spojrzały na siebie, pan Lisiecki urwał w połowie swój 
okrągły frazes o stylu kandelabrów, ale zatrzymał okrągłą pozę, a nawet dama 
słuchająca jego wykładu ciężko odwróciła się na krześle. Przez chwilę sklep 
zaległa cisza, którą dopiero panna Izabela przerwała odezwawszy się pięknym 
kontraltem: 
— Czy zastałyśmy pana Mraczewskiego?... 
— Panie Mraczewski!... — pochwycił pan Ignacy. 
Mraczewski już stał przy pannie Izabeli, zarumieniony jak wiśnia, pachnący jak 
kadzielnica, z pochyloną głową, jak kita wodnej trzciny. 
— Przyszłyśmy prosić pana o rękawiczki. 
— Numerek pięć i pół — odparł Mraczewski i już trzymał pudełko, które mu nieco 
drżało w rękach pod wpływem spojrzenia panny Izabeli. 
— Otóż nie... — przerwała panna ze śmiechem. — Pięć i trzy czwarte... Już pan 
zapomniał!... 
— Pani, są rzeczy, których się nigdy nie zapomina. Jeżeli jednak rozkazuje pani 
pięć i trzy czwarte, będę służył w nadziei, że niebawem znowu zaszczyci nas 
pani swoją obecnością. Bo rękawiczki pięć i trzy czwarte -dodał z lekkim 
westchnieniem, podsuwając jej kilka innych pudełek — stanowczo zsuną się z 
rączek... 
— Geniusz! — cicho szepnął pan Ignacy mrugając na Lisieckiego, który 
pogardliwie ruszył ustami. 
Dama siedząca na krześle zwróciła się do kandelabrów, dwie panny do toaletki z 
oliwkowego drzewa, młodzieniec w binoklach począł znowu wybierać laski i rzeczy 
w sklepie przeszły do spokojnego trybu. Tylko rozgorączkowany 
Mraczewski zeskakiwał i wbiegał na drabinkę, wysuwał szuflady i wydobywał 
coraz nowe pudełka tłumacząc pannie Izabeli po polsku i po francusku, że nie 
może nosić innych rękawiczek, tylko pięć i pół, ani używać innych perfum, 
tylko oryginalnych Atkinsona, ani ozdabiać swego stolika innymi drobiazgami, 
jak paryskimi. 
Wokulski pochylił się nad kantorkiem tak, że żyły nabrzmiały mu na czole i wciąż 
rachował w myśli: 
„29 a 36 — to 65, a 15 to 80, a 78 — to... to...” 
Tu urwał i spod oka spojrzał w stronę panny Izabeli rozmawiającej z 
Mraczewskim. Oboje stali zwróceni do niego profilem; dostrzegł więc pałający 
wzrok subiekta przykuty do panny Izabeli, na co ona w sposób demonstracyjny 
odpowiadała uśmiechem i spojrzeniami łagodnej zachęty 
„ 29 a 36 — to 65, a 15...” — liczył w myśli Wokulski, lecz nagle pióro prysło mu 
w ręku. Nie podnosząc głowy wydobył nową stalówkę z szuflady, a 
jednocześnie, nie wiadomo jakim sposobem, z rachunku wypadło mu pytanie: 
„ I ja mam niby to ją kochać?... Głupstwo! Przez rok cierpiałem na jakąś 
chorobę mózgową, a zdawało mi się, że jestem zakochany...29 a 36... 29 a 36... 
Nigdym nie przypuszczał, ażeby mogła mi być tak dalece obojętną... Jak ona 
patrzy na tego osła... No, jest to widocznie osoba, która kokietuje nawet 
subiektów, a czy tego samego nie robi z furmanami i lokajami!... Pierwszy raz 
czuję spokój... o Boże... A tak go bardzo pragnąłem...” 
Do sklepu weszło jeszcze parę osób, do których niechętnie zwrócił się 
Mraczewski, powoli wiążąc paczki. 
Panna Izabela zbliżyła się do Wokulskiego i wskazując w jego stronę parasolką 
rzekła dobitnie: 
— Floro, bądź łaskawa zapłacić temu panu. Wracamy do domu. 
— Kasa jest tu — odezwał się Rzecki podbiegając do panny Florentyny. Wziął od 
niej pieniądze i oboje cofnęli się w głąb sklepu. 
Panna Izabela z wolna podsunęła się tuż do kantorka, za którym siedział 
Wokulski. Była bardzo blada. Zdawało się, że widok tego człowieka wywiera na 
nią wpływ magnetyczny. 
— Czy mówię z panem Wokulskim? 
Wokulski powstał z krzesła i odparł obojętnie: 
— Jestem do usług. 
— Wszakże to pan kupił nasz serwis i srebra? — mówiła zdławionym głosem. 
— Ja, pani. 
Teraz panna Izabela zawahała się. Po chwili jednak słaby rumieniec wrócił jej 
na twarz. Ciągnęła dalej: 
— Zapewne pan sprzeda te przedmioty? 
— W tym celu je kupiłem. 
Rumieniec panny Izabeli wzmocnił się. 
— Przyszły nabywca w Warszawie mieszka? — pytała dalej. 
— Rzeczy tych nie sprzedam tutaj, lecz za granicą. Tam... dadzą mi wyższą cenę dodał 
spostrzegłszy w jej oczach zapytanie. 
— Pan spodziewa się dużo zyskać? 
— Dlatego, ażeby zyskać, kupiłem. 
— Czy i dlatego mój ojciec nie wie, że srebra te są w pańskim ręku? — rzekła 
ironicznie. 
Wokulskiemu drgnęły usta. 
— Serwis i srebra nabyłem od jubilera. Sekretu z tego nie robię. Osób trzecich do 
sprawy nie mieszam, ponieważ to nie jest w zwyczajach handlowych. 
Pomimo tak szorstkich odpowiedzi panna Izabela odetchnęła. Nawet oczy jej 
nieco pociemniały i straciły połysk nienawiści. 
— A gdyby mój ojciec namyśliwszy się chciał odkupić te przedmioty, za jaką 
cenę odstąpiłby je pan teraz? 
— Za jaką kupiłem. Rozumie się z doliczeniem procentu w stosunku... sześć... do 
ośmiu od sta rocznie... 
— I wyrzekłby się pan spodziewanego zysku?... Dlaczegóż to?.. — przerwała mu z 
pośpiechem. 
— Dlatego, proszę pani, że handel opiera się nie na zyskach spodziewanych, ale 
na ciągłym obrocie gotówki. 
— Żegnam pana i... dziękuję za wyjaśnienia — rzekła panna Izabela widząc, że jej 
towarzyszka już kończy rachunki. 
Wokulski ukłonił się i znowu usiadł do swej księgi. 
Gdy lokaj zabrał paczki i panie zajęły miejsca w powozie, panna Florentyna 
odezwała się tonem wyrzutu: 
— Mówiłaś z tym człowiekiem, Belu?... 
— Tak i nie żałuję tego. On wszystko skłamał, ale... 
— Co znaczy to: a l e?... — z niepokojem zapytała panna Florentyna. 
— Nie pytaj mnie. Nic do mnie nie mów, jeżeli nie chcesz, ażebym rozpłakała się 
na ulicy... 
A po chwili dodała po francusku: 
— Zresztą, może zrobiłam źle przyjeżdżając tutaj, ale... wszystko mi jedno!... 
— Myślę, Belciu — rzekła, z powagą sznurując usta, jej towarzyszka — że 
należałoby pomówić o tym z ojcem albo z ciotką. 
— Chcesz powiedzieć — przerwała panna Izabela — że muszę pomówić z 
marszałkiem albo z baronem? Na to zawsze będzie czas; dziś nie mam jeszcze 
odwagi. 
Przerwała się rozmowa. Panie milcząc wróciły do domu; panna Izabela cały 
dzień była rozdrażniona. 
Po wyjściu panny Izabeli ze sklepu Wokulski wziął się znowu do rachunków i 
bez błędu zsumował dwie duże kolumny cyfr. W połowie trzeciej zatrzymał się i 
dziwił się temu spokojowi, jaki zapanował w jego duszy. Po całorocznej 
gorączce i tęsknocie przerywanej wybuchami szału skąd naraz ta obojętność? 
Gdyby można było jakiegoś człowieka nagle przerzucić z balowej sali do lasu 
albo z dusznego więzienia na chłodne obszerne pole, nie doznałby innych 
wrażeń ani głębszego zdumienia. 
„Widocznie przez rok ulegałem częściowemu obłąkaniu” — myślał Wokulski. — Nie było niebezpieczeństwa, nie było ofiary, której nie poniósłbym dla tej 
osoby, i ledwiem ją zobaczył, już nic mnie nie obchodzi. 
A jak ona rozmawiała ze mną. Ile tam było pogardy dla marnego kupca...” 
Zapłać temu panu!...” Paradne są te wielkie damy; próżniak, szuler, nawet 
złodziej, byle miał nazwisko, stanowi dla nich dobre towarzystwo, choćby 
fizjognomią zamiast ojca przypominał lokaja swej matki. Ale kupiec — jest 
pariasem... Co mnie to wreszcie obchodzi; gnijcie sobie w spokoju!” 
Znowu dodał jedną kolumnę nie uważając nawet, co się dzieje w sklepie. 
„Skąd ona wie — myślał dalej — że ja kupiłem serwis i srebra?... A jak 
wybadywała, czym nie zapłacił więcej niż warte! Z przyjemnością 
ofiarowałbym im ten pamiątkowy drobiazg. Winienem jej dozgonną 
wdzięczność, bo gdyby nie szał dla niej, nie dorobiłbym się majątku i 
spleśniałbym za kantorkiem. A teraz może mi smutno będzie bez tych żalów, 
rozpaczy i nadziei... Głupie życie!... Po ziemi gonimy marę, którą każdy nosi we 
własnym sercu, i dopiero gdy stamtąd ucieknie, poznajemy, że to był obłęd... 
No, nigdy bym nie przypuszczał, że mogą istnieć tak cudowne kuracje. Przed 
godziną byłem pełen trucizny, a w tej chwili jestem tak spokojny i — jakiś pusty, 
jakby uciekła ze mnie dusza i wnętrzności, a została tylko skóra i odzież. Co ja 
teraz będę robił? czym będę żył?... Chyba pojadę na wystawę do Paryża, a 
potem w Alpy...” 
W tej chwili zbliżył się do niego na palcach Rzecki i szepnął: 
— Pyszny jest ten Mraczewski, co? Jak on umie rozmawiać z kobietami! 
— Jak fryzjerczyk, którego uzuchwalono — odpowiedział Wokulski nie odrywając 
oczu od księgi. 
— Nasze klientki zrobiły go takim — odpowiedział stary subiekt, lecz widząc, że 
przeszkadza pryncypałowi, cofnął się. Wokulski znowu wpadł w zadumę. 
Nieznacznie spojrzał na Mraczewskiego i dopiero w tej chwili zauważył, że 
młody człowiek ma coś szczególnego w fizjognomii. 
„ Tak — myślał — on jest bezczelnie głupi i zapewne dlatego podoba się 
kobietom.” 
Śmiać mu się chciało i ze spojrzeń panny Izabeli, wysyłanych pod adresem 
pięknego młodzieńca, i z własnych przywidzeń, które dziś tak nagle go opuściły. 
Wtem drgnął; usłyszał imię panny Izabeli i spostrzegł, że w sklepie nie ma 
nikogo z gości. 
— No, ale dzisiaj toś się pan nie ukrywał ze swoimi amorami — mówił ze 
smutnym uśmiechem Klejn do Mraczewskiego. 
— Ale bo jak ona na mnie patrzyła, to ach!... — westchnął Mraczewski, jedną rękę 
kładąc na piersi, drugą podkręcając wąsika. — Jestem pewny — mówił — że za parę 
dni otrzymam wonny bilecik. Potem -pierwsza schadzka, potem: „ dla pana 
łamię zasady, w jakich mnie wychowano „, a potem: „ czy nie gardzisz mną?” 
Chwila wcześniej jest bardzo rozkoszną, ale w chwilę później człowiek jest tak 
zakłopotany... 
— Co pan blagujesz! — przerwał mu Lisiecki. — Znamy przecie pańskie konkiety: 
nazywają się Matyldami, którym pan imponujesz porcją pieczeni i kuflem piwa. 
— Matyldy są na co dzień, damy na święta. Ale Iza będzie największym świętem. 
Słowo honoru daję, że nie znam kobiety, która by na mnie tak piekielne robiła 
wrażenie... No, ale bo też i ona lgnie do mnie! 
Trzasnęły drzwi i do sklepu wszedł jegomość szpakowaty; zażądał breloku do 
zegarka, a krzyczał i stukał laską tak mocno, jakby miał zamiar kupić całą 
japońszczyznę. 
Wokulski słuchał przechwałek Mraczewskiego bez ruchu. Doświadczał 
wrażenia, jakby mu na głowę i na piersi spadały ciężary. 
— W rezultacie nic mnie to nie obchodzi — szepnął. 
Po szpakowatym jegomości weszła do sklepu dama żądająca parasola, później 
pan w średnim wieku chcący nabyć kapelusz, potem młody człowiek żądający 
cygarnicy, nareszcie trzy panny, z których jedna kazała podać sobie rękawiczki 
Szolca, ale koniecznie Szolca, bo innych nie używa. 
Wokulski złożył księgę, z wolna podniósł się z fotelu i sięgnąwszy po kapelusz 
stojący na kantorku skierował się ku drzwiom. Czuł brak oddechu i jakby 
rozsadzanie czaszki. 
Pan Ignacy zabiegł mu drogę. 
— Wychodzisz?... Może zajrzysz do tamtego sklepu — rzekł. 
— Nigdzie nie zajrzę, jestem zmęczony — odpowiedział Wokulski nie patrząc mu 
w oczy. 
Gdy wyszedł, Lisiecki trącił Rzeckiego w ramię. 
— Coś stary jakby. zaczynał robić bokami — szepnął. 
— No — odparł pan Ignacy — puszczenie w ruch takiego interesu jak moskiewski to 
nie chy-chy. Rozumie się. 
— Po cóż się w to wdaje? 
— Po to, żeby miał nam z czego pensje podwyższać — surowo odpowiedział pan 
Ignacy. 
— A niechże sobie zakłada sto nowych interesów, nawet w Irkucku, byle tak co 
roku podwyższał — rzekł Lisiecki. — Ja z nim się o to spierać nie będę. Ale swoją 
drogą uważam, że jest diabelnie zmieniony, osobliwie dzisiaj. Żydzi, panie, 
Żydzi — dodał — jak zwąchają jego projekta, dadzą mu łupnia. 
— Co tam Żydzi... 
— Żydzi, mówię, Zydzi!... Wszystkich trzymają za łeb i nie pozwolą, ażeby im 
bruździł jakiś Wokulski, nie Żyd ani nawet meches. 
— Wokulski zwiąże się ze szlachtą — odpowiedział Ignacy — a i tam są kapitały. 
— Kto wie, co gorsze: Żyd czy szlachcic -wtrącił mimochodem Klejn i podniósł 
brwi w sposób bardzo żałosny. 
ROZDZIAŁ ÓSMY: 
MEDYTACJE 
Znalazłszy się na ulicy Wokulski stanął na chodniku, jakby namyślając się, 
dokąd iść. Nie ciągnęło go nic w żadną stronę. Dopiero gdy przypadkiem 
spojrzał w prawo, na swój nowo wykończony sklep, przed którym już 
zatrzymywali się ludzie, odwrócił się ze wstrętem i poszedł w lewo. 
„Dziwna rzecz, jak mnie to wszystko mało obchodzi” — rzekł do siebie. Potem 
myślał o tych kilkunastu ludziach, którym już daje zajęcie, i o tych 
kilkudziesięciu, którzy od pierwszego maja mieli dostać u niego zajęcie, o tych 
setkach, dla których w ciągu roku miał stworzyć nowe źródła pracy, i o tych 
tysiącach, którzy dzięki jego tanim towarom mogliby sobie poprawić nędzny byt 
— i — czuł, że ci wszyscy ludzie i ich rodziny nic go w tej chwili nie interesują. 
„Sklep odstapię, nie zawiążę spółki i wyjadę za granicę” — myślał. 
„A zawód, jaki zrobisz ludziom, którzy w tobie położyli nadzieję?...” 
„Zawód?... Alboż mnie samego nie spotkał zawód?...” 
Wokulski idąc, poczuł jakąś niewygodę; lecz dopiero zastanowiwszy się osądził, 
że męczy go ciągłe ustępowanie z drogi; przeszedł więc na drugą stronę ulicy, 
gdzie ruch był mniejszy. 
„A jednak ten Mraczewski jest infamis! — myślał. — Jak można mówić takie 
rzeczy w sklepie? 'Za parę dni otrzymam bilecik, a potem — schadzka!'... Ha, 
sama sobie winna, nie trzeba kokietować błaznów... Zresztą — wszystko mi 
jedno”. 
Czuł w duszy dziwną pustkę, a na samym jej dnie coś jakby kroplę piekącej 
goryczy. Żadnych sił, żadnych pragnień, nic, tylko tę kroplę tak małą, że jej 
niepodobna dojrzeć, a tak gorzką, że cały świat można by nią zatruć. 
„Chwilowa apatia, wyczerpanie, brak wrażeń... Za dużo myślę o interesach” mówił. 
Stanął i patrzył. Dzień przedświąteczny i ładna pogoda wywabiły mnóstwo ludzi 
na bruk miejski. Sznur powozów i pstrokaty falujący tłum między Kopernikiem 
i Zygmuntem wyglądał jak stado ptaków, które właśnie w tej chwili unosiły się 
nad miastem dążąc ku północy. 
„Szczególna rzecz — mówił. — Każdy ptak w górze i każdy człowiek na ziemi 
wyobraża sobie, że idzie tam, dokąd chce. I dopiero ktoś stojący na boku widzi, 
że wszystkich razem pcha naprzód jakiś fatalny prąd, mocniejszy od ich 
przewidywań i pragnień. Może nawet ten sam, który unosi smugę iskier 
wydmuchniętych przez lokomotywę podczas nocy?... Błyszczą przez mgnienie 
oka, aby zagasnąć na całą wieczność, i to nazywa się życiem. 
Mijają ludzkie pokolenia 
Jak fale, gdy wiatr morzem zmęci; 
I nie masz godów ich pamięci, 
I nie masz bólów ich wspomnienia. 
Gdzie ja to czytałem?... Wszystko jedno.” 
Nieustanny turkot i szmer wydał się Wokulskiemu nieznośnym, a wewnętrzna 
pustka straszliwą. Chciał czymś się zająć i przypomniał sobie, że jeden z 
zagranicznych kapitalistów pytał go o zdanie w kwestii bulwarów nad Wisłą. 
Zdanie już miał wyrobione: Warszawa całym swoim ogromem ciąży i zsuwa się 
ku Wiśle. Gdyby brzeg rzeki obwarować bulwarami, powstałaby tam 
najpiękniejsza część miasta: gmachy, sklepy, aleje... 
„Trzeba spojrzeć, jak by to wyglądało” — szepnął Wokulski i skręcił na ulicę 
Karową. 
Przy bramie wiodącej tam zobaczył bosego, przewiązanego sznurami tragarza, 
który pił wodę prosto z wodotrysku; zachlapał się od stóp do głów, ale miał 
bardzo zadowoloną minę i śmiejące się oczy. 
„ Jużci, ten ma, czego pragnął. Ja, ledwiem zbliżył się do źródła, widzę, że nie 
tylko ono znikło, ale nawet wysychają moje pragnienia. Pomimo to mnie 
zazdroszczą, a nad nim każą się litować. Co za potworne nieporozumienie!” 
Na Karowej odetchnął. Zdawało mu się, że jest jedną z plew, które już odrzucił 
młyn wielkomiejskiego życia, i że powoli spływa sobie gdzieś na dół tym 
rynsztokiem zaciśniętym odwiecznymi murami. 
„ Cóż bulwary?... — myślał. — Postoją jakiś czas, a potem będą walić się, 
zarośnięte zielskiem i odrapane, jak te oto ściany. Ludzie, którzy je budowali z 
wielką pracą, mieli także na celu zdrowie, bezpieczeństwo, majątek, a może 
zabawy i pieszczoty. I gdzie oni są?... Zostały po nich spękane mury, jak 
skorupa po ślimaku dawnej epoki. A cały pożytek z tego stosu cegieł i tysiąca 
innych stosów będzie, że przyszły geolog nazwie je skałą ludzkiego wyrobu, jak 
my dziś koralowe rafy albo kredę nazywamy skałami wyrobu pierwotniaków. 
I cóż ma z trudu swego człowiek?... 
I z prac tych, które wszczął pod słońcem?... 
Znikomość — jego dzieła gońcem, 
A żywot jego mgnieniem powiek. 
Gdziem ja to czytał, gdzie?... Mniejsza o to.” 
Zatrzymał się w połowie drogi i patrzył na ciągnącą się u jego stóp dzielnicę 
między Nowym Zjazdem i Tamką. Uderzyło go podobieństwo do drabiny, 
której jeden bok stanowi ulica Dobra, drugi — linia od Garbarskiej do Topieli, a 
kilkanaście uliczek poprzecznych formują jakby szczeble. 
„ Nigdzie nie wejdziemy po tej leżącej drabinie — myślał. — To chory kąt, dziki 
kąt.” 
I rozważał pełen goryczy, że ten płat ziemi nadrzecznej, zasypany śmieciem z 
całego miasta, nie urodzi nic nad parterowe i jednopiętrowe domki barwy 
czekoladowej i jasnożółtej, ciemnozielonej i pomarańczowej. Nic, oprócz 
białych i czarnych parkanów, otaczających puste place, skąd gdzieniegdzie 
wyskakuje kilkupiętrowa kamienica jak sosna, która ocalała z wyciętego lasu, 
przestraszona własną samotnością. 
„ Nic, nic!...” — powtarzał tułając się po uliczkach, gdzie widać było rudery 
zapadnięte niżej bruku, z dachami porosłymi mchem, lokale z okiennicami 
dniem i nocą zamkniętymi na sztaby, drzwi zabite gwoździami, naprzód i w tył 
powychylane ściany, okna łatane papierem albo zatkane łachmanem. 
Szedł, przez brudne szyby zaglądał do mieszkań i nasycał się widokiem szaf bez 
drzwi, krzeseł na trzech nogach, kanap z wydartym siedzeniem, zegarów o 
jednej skazówce, z porozbijanymi cyferblatami. Szedł i cicho śmiał się na widok 
wyrobników wiecznie czekających na robotę, rzemieślników, którzy trudnią się 
tylko łataniem starej odzieży, przekupek, których całym majątkiem jest kosz 
zeschłych ciastek — na widok obdartych mężczyzn, mizernych dzieci i kobiet 
niezwykle brudnych. 
„ Oto miniatura kraju — myślał -w którym wszystko dąży do spodlenia i 
wytępienia rasy. Jedni giną z niedostatku, drudzy z rozpusty. Praca odejmuje 
sobie od ust, ażeby karmić niedołęgów; miłosierdzie hoduje bezczelnych 
próżniaków, a ubóstwo nie mogące zdobyć się na sprzęty otacza się wiecznie 
głodnymi dziećmi, których największą zaletą jest wczesna śmierć. 
Tu nie poradzi jednostka z inicjatywą, bo wszystko sprzysięgło się, ażeby ją 
spętać i zużyć w pustej walce — o nic.” 
Potem w wielkich konturach przyszła mu na myśl jego własna historia. Kiedy 
dzieckiem będąc łaknął wiedzy -oddano go do sklepu z restauracją. Kiedy 
zabijał się nocną pracą, będąc subiektem — wszyscy szydzili z niego, zacząwszy 
od kuchcików, skończywszy na upijającej się w sklepie inteligencji. Kiedy 
nareszcie dostał się do uniwersytetu -prześladowano go porcjami, które 
niedawno podawał gościom. 
Odetchnął dopiero na Syberii. Tam mógł pracować, tam zdobył uznanie i 
przyjaźń Czerskich, Czekanowskich, Dybowskich. Wrócił do kraju prawie 
uczonym, lecz gdy w tym kierunku szukał zajęcia, zakrzyczano go i odesłano do 
handlu... 
„ To taki piękny kawałek chleba w tak ciężkich czasach!” 
No i wrócił do handlu, a wtedy zawołano, że się sprzedał i żyje na łasce żony, z 
pracy Minclów. 
Traf zdarzył, iż po kilku latach żona umarła zostawiając mu dość spory majątek. 
Pochowawszy ją Wokulski odsunął się nieco od sklepu, a znowu zbliżył się do 
książek. I może z galanteryjnego kupca zostałby na dobre uczonym 
przyrodnikiem, gdyby znalazłszy się raz w teatrze nie zobaczył panny Izabeli. 
Siedziała w loży z ojcem i panną Florentyną, ubrana w białą suknię. Nie 
patrzyła na scenę, która w tej chwili skupiała uwagę wszystkich, ale gdzieś 
przed siebie, nie wiadomo gdzie i na co. Może myślała o Apollinie?... 
Wokulski przypatrywał się jej cały czas. 
Zrobiła na nim szczególne wrażenie. Zdawało mu się, że już kiedyś ją widział i 
że ją dobrze zna. Wpatrzył się lepiej w jej rozmarzone oczy i nie wiadomo skąd 
przypomniał sobie niezmierny spokój syberyjskich pustyń, gdzie bywa niekiedy 
tak cicho, że prawie słychać szelest duchów wracających ku zachodowi. 
Dopiero później przyszło mu na myśl, że on nigdzie i nigdy jej nie widział, ale że 
jest tak coś — jakby na nią od dawna czekał. 
„ Tyżeś to czy nie ty?...” — pytał się w duchu, nie mogąc od niej oczu oderwać. 
Odtąd mało pamiętał o sklepie i o swoich książkach, lecz ciągle szukał okazji do 
widywania panny Izabeli w teatrze, na koncertach lub na odczytach. Uczuć 
swoich nie nazwałby miłością i w ogóle nie był pewny, czy dla oznaczenia ich 
istnieje w ludzkim języku odpowiedni wyraz. Czuł tylko, że stała się ona jakimś 
mistycznym punktem, w którym zbiegają się wszystkie jego wspomnienia, 
pragnienia i nadzieje, ogniskiem, bez którego życie nie miałoby stylu, a nawet 
sensu. Służba w sklepie kolonialnym, uniwersytet, Syberia, ożenienie się z 
wdową po Minclu, a w końcu mimowolne pójście do teatru, gdy wcale nie miał 
chęci — wszystko to były ścieżki i etapy, którymi los prowadził go do zobaczenia 
panny Izabeli. 
Od tej pory czas miał dla niego dwie fazy. Kiedy patrzył na pannę Izabelę, czuł 
się absolutnie spokojnym i jakby większym; nie widząc — myślał o niej i tęsknił. 
Niekiedy zdawało mu się, że w jego uczuciach tkwi jakaś omyłka i że panna 
Izabela nie jest żadnym środkiem jego duszy, ale zwykłą, a może nawet bardzo 
pospolitą panną na wydaniu. A wówczas przychodził mu do głowy dziwaczny 
projekt: 
„ Zapoznam się z nią i wprost zapytam: czy ty jesteś tym, na co przez całe życie 
czekałem?... Jeżeli nie jesteś, odejdę bez pretensji i żalu...” 
W chwilę później spostrzegał, że projekt ten zdradza umysłowe zboczenie. 
Kwestię więc: czym jest, a czym nie jest, odłożył na bok, a postanowił, bądź co 
bądź, zapoznać się z panną Izabelą. 
Wtedy przekonał się, że między jego znajomymi nie ma człowieka, który 
mógłby go wprowadzić do domu Łęckich. Co gorsze: pan Łęcki i panna byli 
klientami jego sklepu, lecz taki stosunek, zamiast ułatwić, utrudniał raczej 
znajomość. 
Stopniowo sformułował sobie warunki zapoznania się z panną Izabelą. Ażeby 
mógł nic więcej, tylko szczerze rozmówić się z nią, należało: 
Nie być kupcem albo być bardzo bogatym kupcem. 
Być co najmniej szlachcicem i posiadać stosunki w sferach arystokratycznych. 
Nade wszystko zaś mieć dużo pieniędzy. 
Wylegitymowanie się ze szlachectwa nie było rzeczą trudną. 
W maju roku zeszłego Wokulski wziął się do tej sprawy, którą jego wyjazd do 
Bułgarii o tyle przyspieszył, że już w grudniu miał dyplom. Z majątkiem było 
znacznie trudniej; w tym przecie dopomógł mu los. 
W początkach wojny wschodniej przejeżdżał przez Warszawę bogaty 
moskiewski kupiec, Suzin, przyjaciel Wokulskiego jeszcze z Syberii. Odwiedził 
Wokulskiego i gwałtem zachęcał go do przyjęcia udziału w dostawach dla 
wojska. 
— Zbierz pieniędzy, Stanisławie Piotrowiczu, ile się da — mówił — a uczciwe 
słowo, zrobisz okrągły milionik!... 
Następnie półgłosem wyłożył mu swoje plany. 
Wokulski wysłuchał jego projektów. Do wykonania jednych nie chciał należeć, 
inne przyjął, lecz wahał się. Żal mu było opuścić miasto, w którym przynajmniej 
widywał pannę Izabelę. Ale gdy w czerwcu ona wyjechała do ciotki, a Suzin 
począł naglić go depeszami, Wokulski zdecydował się i podniósł całą gotówkę 
po żonie w ilości rs trzydzieści tysięcy, którą nieboszczka trzymała nietykalną w 
banku. 
Na kilka dni przed wyjazdem zaszedł do znajomego lekarza Szumana, z którym 
pomimo obustronnej życzliwości widywali się nieczęsto. Lekarz, Żyd, stary 
kawaler, żółty, mały; z czarną brodą, miał reputację dziwaka. Posiadając 
majątek leczył darmo i o tyle tylko, o ile było mu to potrzebnym do studiów 
etnograficznych; przyjaciołom zaś swoim raz na zawsze dał jedną receptę: 
„ Używaj wszystkich środków, od najmniejszej dozy oleju do największej dozy 
strychniny, a coś ci z tego pomoże, nawet na — nosaciznę.” 
Gdy Wokulski zadzwonił do mieszkania lekarza, ten właśnie był zajęty 
gatunkowaniem włosów rozmaitych osobników rasy słowiańskiej, germańskiej i 
semickiej i przy pomocy mikroskopu mierzył dłuższe i krótsze średnice ich 
przekrojów. 
— A, jesteś?... — rzekł do Wokulskiego odwracając głowę. — Nałóż sobie fajkę, 
jeżeli chcesz, i kładź się na kanapie, jeżeli się zmieścisz. 
Gość zapalił fajkę i położył się, jak mu kazano, doktór robił swoje. Przez pewien 
czas obaj milczeli, wreszcie odezwał się Wokulski: 
— Powiedz mi: czy medycyna zna taki stan umysłu, w którym człowiekowi 
wydaje się, że jego rozproszone dotychczas wiadomości i... uczucia złączyły się 
jakby w jeden organizm? 
— Owszem. Przy ciągłej pracy umysłowej i dobrym odżywianiu mogą 
wytworzyć się w mózgu nowe komórki albo — skojarzyć się między sobą dawne. 
No i wówczas z rozmaitych departamentów mózgu i z rozmaitych dziedzin 
wiedzy tworzy się jedna całość. 
— A co znaczy taki stan umysłu, w którym człowiek obojętnieje dla śmierci, ale 
za to poczyna tęsknić do legend o życiu wiecznym?.. 
— Obojętność dla śmierci — odpowiedział doktór — jest cechą umysłów dojrzałych, 
a pociąg do życia wiecznego — zapowiedzią nadchodzącej starości. 
Znowu umilkli. Gość palił fajkę, gospodarz kręcił się nad mikroskopem. 
— Czy myślisz — spytał Wokulski — że można... kochać kobietę w sposób idealny, 
nie pożądając jej? 
— Naturalnie. Jest to jedna z masek, w którą lubi przebierać się instynkt 
utrwalenia gatunku. 
— Instynkt — gatunek — instynkt utrwalenia czegoś i — utrwalenia gatunku!... powtórzył 
Wokulski. -Trzy wyrazy, a cztery głupstwa. 
— Zrób szóste -odpowiedział doktór, nie odejmując oka od szkła — i ożeń się. 
— Szóste?... — rzekł Wokulski podnosząc się na kanapie. — A gdzież piąte? 
— Piąte już zrobiłeś: zakochałeś się. 
— Ja?... W moim wieku?.. 
— Czterdzieści pięć lat — to epoka ostatniej miłości, najgorszej — odpowiedział 
doktór. 
— Znawcy mówią, że pierwsza miłość jest najgorsza — szepnął Wokulski. 
— Nieprawda. Po pierwszej czeka cię sto innych, ale po setnej pierwszej — już nic. 
Żeń się; jedyny to ratunek na twoją chorobę. 
— Dlaczegożeś ty się nie ożenił? 
— Bo mi narzeczona umarła — odpowiedział doktór pochyliwszy się na tył fotelu i 
patrząc w sufit. — Więc zrobiłem, com mógł: otrułem się chloroformem. Było to 
na prowincji. Ale Bóg zesłał dobrego kolegę, który wysadził drzwi i uratował 
mnie. Najpodlejszy rodzaj miłosierdzia!... Ja zapłaciłem za drzwi zepsute, a 
kolega odziedziczył moją praktykę ogłosiwszy, żem wariat... 
Znowu wrócił do włosów i mikroskopu. 
— A jaki z tego sens moralny dla ostatniej miłości? — spytał Wokulski. 
— Ten, że samobójcom nie należy przeszkadzać — odpowiedział doktór. 
Wokulski poleżał jeszeze z kwadrans, potem podniósł się, postawił w kącie 
fajkę i schyliwszy się nad doktorem ucałował go. 
— Bywaj zdrów, Michale. 
Doktór zerwał się od stołu. 
— No?.. 
— Wyjeżdżam do Bułgarii. 
— Po co? 
— Zostanę wojskowym dostawcą. .Muszę zrobić duży majątek!... — odparł 
Wokulski. 
— Albo?... 
— Albo... nie wrócę. 
Doktór popatrzył mu w oczy i mocno ścisnął go za rękę. 
— Sit tibi terra levis — rzekł spokojnie. Odprowadził go do drzwi i znowu wziął 
się do swojej roboty. 
Już Wokulski był na schodach, gdy doktór wybiegł za nim i zawołał wychylając 
się przez poręcz: 
— Gdybyś jednak wrócił, nie zapomnij przywieźć mi włosów: bułgarskich, 
tureckich i tak dalej, od obu płci. Tylko pamiętaj: w oddzielnych pakietach z 
notatkami. Wiesz przecie, jak to robić... 
...Wokulski ocknął się z tych dawnych wspomnień. Nie ma doktora ani jego 
mieszkania i nawet ich od dziesięciu miesięcy nie widział. Tu jest błotnista ulica 
Radna, tam Browarna. Na górze spoza nagich drzew wyglądają żółte gmachy 
uniwersyteckie; na dole parterowe domki, puste place i parkany, a niżej — Wisła. 
Obok niego stał jakiś człowiek w wypłowiałej kapocie z rudawym zarostem. 
Zdjął czapkę i pocałował Wokulskiego w rękę. Wokulski przypatrzył mu się 
uważniej. 
— Wysocki?... — rzekł — Co ty tu robisz? 
— Tu mieszkamy, wielmożny panie, w tym domu — odpowiedział człowiek 
wskazując na niską lepiankę. 
— Dlaczego nie przyjeżdżasz po transporta? — pytał Wokulski. 
— Czym przyjadę, panie, kiedy jeszcze na Nowy Rok koń mi padł. 
— Cóż robisz? 
— A ot tak — razem nic. Zimowaliśmy u brata, co jest dróżnikiem na Wiedeńskiej 
Kolei. Ale i jemu bieda, bo go ze Skierniewic przenieśli pod Częstochowę. W 
Skierniewicach ma trzy morgi i żył jak bogacz, a dzisiaj i on kiepski, i grunt 
wynędznieje bez dozoru. 
— No, a z wami co teraz? 
— Kobieta niby trochę pierze, ale takim, co nie bardzo mają czym płacić, a ja — ot 
tak... Marniejemy, panie... nie pierwsi i nie ostatni. Jeszcze póki wielkiego 
postu, to człowiek krzepi się mówiący: dzisiaj pościsz za dusze zmarłe, jutro na 
pamiątkę, że Chrystus Pan nic nie jadł, pojutrze na intencję, ażeby Bóg złe 
odmienił. Zaś po świętach nie będzie nawet sposobu i dzieciom wytłumaczyć, 
na jaką intencję nie jedzą... 
Ale i wielmożny pan coś markotnie wygląda? Taki już widać czas nastał, że 
wszyscy muszą zginąć — westchnął ubogi człowiek. 
Wokulski zamyślił się. 
— Komorne wasze zapłacone? — spytał. 
— Nawet nie ma, panie, co płacić, bo nas i tak wypędzą. 
— A dlaczego nie przyszedłeś do sklepu, do pana Rzeckiego? — spytał Wokulski. 
— Nie śmiałem, panie. Koń odszedł, wóz u Żyda, kubrak na mnie jak na 
dziadzie... Z czymże było przyjść i jeszcze ludziom głowę zaprzątać?... 
Wokulski wydobył portmonetkę. 
Masz tu — rzekł — dziesięć rubli na święta. Jutro w południe przyjdziesz do sklepu 
i dostaniesz kartkę na Pragę. Tam u handlarza wybierzesz sobie konia, a po 
świętach przyjeżdżaj do roboty. U mnie zarobisz ze trzy ruble na dzień, więc 
dług spłacisz łatwo. Zresztą dasz sobie radę. 
Ubogi człowiek dotknąwszy pieniędzy zaczął się trząść. Uważnie słuchał 
Wokulskiego, a łzy spływały mu po wychudzonej twarzy. 
— Czy panu powiedział kto — zapytał po chwili — że z nami jest... ot tak?... Bo już 
nam ktoś -dodał szeptem — przysyłał siostrę miłosierdzia, będzie z miesiąc. 
Mówiła, że muszę być ladaco, i dała nam kartkę na pud węgla z Żelaznej ulicy. 
Czy może pan tak sam z siebie?... 
— Idź do domu, a jutro bądź w sklepie — odparł Wokulski. 
— Idę, panie — odpowiedział człowiek kłaniając się do ziemi. 
Odszedł, lecz przystawał na drodze; widocznie rozmyślał nad niespodziewanym 
szezęściem. 
W tej chwili Wokulskiego tknęło szczególne przeczucie. 
— Wysocki!... — zawołał. — A twemu bratu jak na imię? 
— Kasper — odpowiedział człowiek wracając pędem. 
— Przy jakiej mieszka stacji? 
— Przy Częstochowie, panie. 
— Idź do domu. Może Kaspra przeniosą do Skierniewic. 
Ale ten zamiast iść, zbliżył się. 
— Przepraszam, wielmożny panie — rzekł nieśmiało — ale jak mnie kto zaczepi: 
skąd mam tyle pieniędzy?... 
— Powiedz, że na rachunek wziąłeś ode mnie. 
— Rozumiem, panie... Bóg... niech Bóg... 
Ale Wokulski już nie słuchał; szedł w stronę Wisły myśląc: 
„ Jakże oni szczęśliwi, ci wszyscy, w których tylko głód wywołuje apatię, a 
jedynym cierpieniem jest zimno. I jak łatwo ich uszczęśliwić!.. Nawet moim 
skromnym majątkiem mógłbym wydźwignąć parę tysięcy rodzin. 
Nieprawdopodobne, a przecież — tak jest.” 
Wokulski doszedł do brzegu Wisły i zdumiał się. Na kilkumorgowej przestrzeni 
wznosił się tu pagórek najobrzydliwszych śmieci, cuchnących, nieomal 
ruszających się pod słońcem, a o kilkadziesiąt kroków dalej leżały zbiorniki 
wody, którą piła Warszawa. 
„ O, tutaj — myślał — jest ognisko wszelkiej zarazy. Co człowiek dziś wyrzuci ze 
swego mieszkania, jutro wypije; później przenosi się na Powązki i z drugiej 
znowu strony miasta razi bliźnich pozostalych przy życiu. 
Bulwar tutaj, kanały i woda źródlana na górze i -można by ocalić rokrocznie 
kilka tysięcy ludzi od śmierci, a kilkadziesiąt tysięcy od chorób... Niewielka 
praca, a zysk nieobliczony; natura umie wynagradzać.” 
Na stoku i w szczelinach obmierzłego wzgórza spostrzegł niby postacie ludzkie. 
Było tu kilku drzemiących na słońcu pijaków czy złodziei, dwie śmieciarki i 
jedna kochająca się para, złożona z trędowatej kobiety i suchotniczego 
mężczyzny, który nie miał nosa. Zdawało się, że to nie ludzie, ale widma 
ukrytych tutaj chorób, które odziały się w wykopane w tym miejscu szmaty. 
Wszystkie te indywidua zwietrzyły obcego człowieka; nawet śpiący podnieśli 
głowy i z wyrazem zdziczałych psów przypatrywali się gościowi. 
Wokulski uśmiechnął się. 
„ Gdybm tu przyszedł w nocy, na pewno wyleczyliby mnie z melancholii Jutro 
już spoczywałbym pod tymi śmieciami, które -wreszcie — są tak wygodnym 
grobem jak każdy inny. Na górze zrobiłby się wrzask, ścigano by i wyklinano 
tych poczciwców, a oni — może wyświadczyliby mi łaskę. 
O, bo nie znają, w snach mogilnych 
Drzemiący, ciężkich trosk żywota 
I duch się ich już nie szamota 
W pragnieniach — tęsknych a bezsilnych... 
Ależ ja zaczynam być naprawdę sentymentalny?... muszę mieć nerwy dobrze 
rozbite. Bulwar jednak nie wytępiłby takich oto Mohikanów; przenieśliby się na 
Pragę albo za Pragę, uprawialiby w dalszym ciągu swoje rzemiosło, kochaliby 
się jak ta dwójeczka, ba, nawet mnożyliby się. Co za piękne, ojczyzno, będziesz 
miała potomstwo, urodzone i wychowane na tym śmietniku, z matki okrytej 
wysypką i beznosego ojca!... 
Moje dzieci byłyby inne; po niej wzięłyby piękność, po mnie siłę... No, ale ich 
nie będzie. W tym kraju tylko choroba, nędza i zbrodnia znajdują weselne 
łożnice, nawet przytułki dla potomstwa. 
Strach, co się tu stanie za kilka generacji... A przecie jest proste lekarstwo: praca 
obowiązkowa — słusznie wynagradzana. Ona jedna może wzmocnić lepsze 
indywidua, a bez krzyku wytępić złe i... mielibyśmy ludność dzielną, jak dziś 
mamy zagłodzoną lub chorą.” 
A potem, nie wiadomo z jakiej racji, pomyślał: 
„ Cóż z tego, że trochę kokietuje?... Kokieteria u kobiet jest jak barwa i zapach u 
kwiatów. Taka już ich natura, że każdemu chcą się podobać, nawet 
Mraczewskim... 
Dla wszystkich kokieteria, a dla mnie: 'zapłać temu panu!...' Może ona myśli, że 
ja oszukałem ich na kupnie srebra?... To byłoby kapitalne!” 
Nad samym brzegiem Wisły leżał stos belek. Wokulski uczuł znużenie, siadł i 
patrzył. W spokojnej powierzchni wody odbijała się Saska Kępa, już 
zieleniejąca, i praskie domy z czerwonymi dachami; na środku rzeki stała 
nieruchoma berlinka. Nie większym wydawał się ten okręt, który zeszłego lata 
widział Wokulski na Morzu Czarnym, unieruchomiony z powodu zepsucia się 
machin. 
„ Leciał jak ptak i nagle utknął; zabrakło w nim motoru. Spytałem się wówczas: 
a może i ja kiedyś stanę w biegu? — no, i stanąłem. Jakież to pospolite sprężyny 
wywołują ruch w świecie: trochę węgla ożywia okręt, trochę serca człowieka...” 
W tej chwili żółtawy, za wczesny motyl przeleciał mu nad głową w stronę 
miasta. 
„ Ciekawym, skąd on się wziął? — myślał Wokulski. — Natura miewa kaprysy i analogie 
— dodał. — Motyle istnieją także w rodzaju ludzkim: piękna barwa, 
latanie nad powierzchnią życia, karmienie się słodyczami, bez których giną — oto 
ich zajęcie. A ty, robaku, nurtuj ziemię i przerabiaj ją na grunt zdolny do siewu. 
Oni bawią się, ty pracuj; dla nich istnieje wolna przestrzeń i światło, a ty ciesz 
się jednym tylko przywilejem: zrastania się, jeżeli cię rozdepcze ktoś 
nieuważny. 
I tobież to wzdychać do motyla, głupi?... I dziwić się, że ma wstręt do ciebie?... 
Jakiż łącznik może istnieć między mną i nią?.. 
No, gąsienica jest także podobna do robaka, póki nie zostanie motylem. Ach, 
więc to ty masz zostać motylem, kupcze galanteryjny?... Dlaczegóż by nie? 
Ciągle doskonalenie się jest prawem świata, a ileż to kupieckich rodów w Anglii 
zostało lordowskimi mościami. 
W Anglii!... Tam jeszcze istnieje epoka twórcza w społeczeństwie; tam 
wszystko doskonali się i wstępuje na wyższe szczeble. Owszem, tam nawet ci 
wyżsi przyciągają do siebie nowe siły. Lecz u nas wyższa warstwa zakrzepła jak 
woda na mrozie i nie tylko wytworzyła osobny gatunek, który nie łączy się z 
resztą, ma do niej wstręt fizyczny, ale jeszcze własną. martwotą krępuje wszelki 
ruch z dołu. Co się tu łudzić: ona i ja to dwa różne gatunki istot, naprawdę jak 
motyl i robak. Mam dla jej skrzydeł opuszczać swoją norę i innych robaków?... 
To są moi — ci, którzy leżą tam na śmietniku, i może dlatego są nędzni, a będą 
jeszcze nędzniejsi, że ja chcę wydawać po trzydzieści tysięcy rubli rocznie na 
zabawę w motyla. Głupi handlarzu, podły człowieku!... 
Trzydzieści tysięcy rubli znaczą tyle, co sześćdziesiąt drobnych warsztatów albo 
sklepików, z których żyją całe rodziny. I to ja mam byt ich zniszczyć, wyssać z 
nich ludzkie, dusze i wypędzić na ten śmietnik?... 
No dobrze, ale gdyby nie ona, czy miałbym dziś majątek?... Kto wie, co się 
stanie ze mną i z tymi pieniędzmi bez niej? Może właśnie dopiero przy niej 
nabiorą one twórczych własności; może choć kilkanaście rodzin z nich 
skorzysta?...” 
Wokulski odwrócił się i nagle zobaczył na ziemi swój własny cień. Potem 
przypomniał sobie, że ten cień chodzi przed nim, za nim albo obok niego 
zawsze i wszędzie, jak myśl o tamtej kobiecie chodziła za nim wszędzie i 
zawsze, na jawie i we śnie, mieszając się do wszystkich jego celów, planów i 
czynów. 
„ Nie mogę wyrzec się jej” — szepnął rozkładając ręce, jakby tłumaczył się 
komuś. 
Wstał z belek i wrócił do miasta. 
Idąc przez ulicę Obożną przypomniał sobie furmana Wysockiego, któremu koń 
padł, i zdawało mu się, że widzi cały szereg wozów, przed którymi leżą padłe 
konie, cały szereg rozpaczających nad nimi furmanów, a przy każdym gromadę 
mizernych dzieci i żonę, która pierze bieliznę takim, co płacić nie mogą. 
„ Koń?.. „ — szepnął Wokulski i czegoś serce mu się ścisnęło. 
Raz w marcu przechodząc Aleją Jerozolimską zobaczył tłum ludzi, czarny wóz 
węglarski stojący w poprzek drogi pod bramą, a o parę kroków dalej 
wyprzężonego konia. 
— Co się to stało? 
— Koń złamał nogę — odparł wesoło jeden z przechodniów, który miał fiołkowy 
szalik na szyi i trzymał ręce w kieszeniach. 
Wokulski mimochodem spojrzał na delikwenta. Chudy koń z wytartymi bokami 
stał przywiązany do młodego drzewka unosząc w górę tylną nogę. Stał cicho, 
patrzył wywróconym okiem na Wokulskiego i gryzł z bólu gałązkę okrytą 
szronem. 
„ Dlaczego dziś dopiero przypomniał mi się ten koń? — myślał Wokulski dlaczego 
ogarnia mnie taki żal?” 
Szedł Oboźną pod górę, rozmarzony, i czuł, że w ciągu kilku godzin, które 
spędził w nadrzecznej dzielnicy, zaszła w nim jakaś zmiana. Dawniej — dziesięć 
lat temu, rok temu, wczoraj jeszcze, przechodząc ulicami nie spotykał na nich 
nic szczególnego. Snuli się ludzie, jeździły dorożki, sklepy otwierały gościnne 
objęcia dla przechodniów. Ale teraz przybył mu jakby nowy zmysł. Każdy 
obdarty człowiek wydawał mu się istotą wołającą o ratunek tym głośniej, że nic 
nie mówił, tylko rzucał trwożne spojrzenia jak ów koń ze złamaną nogą. Każda 
uboga kobieta wydawała mu się praczką, która wyżartymi od mydła rękami 
powstrzymuje rodzinę nad brzegiem nędzy i upadku. Każde mizerne dziecko 
wydawało mu się skazanym na śmierć przedwczesną albo na spędzanie dni i 
nocy w śmietniku przy ulicy Dobrej. 
I nie tylko obchodzili go ludzie. Czuł zmęczenie koni ciągnących ciężkie wozy i 
ból ich karków tartych do krwi przez chomąto. Czuł obawę psa, który szczekał 
na ulicy zgubiwszy pana, i rozpacz chudej suki z obwisłymi wymionami, która 
na próżno biegała od rynsztoka do rynsztoka szukając strawy dla siebie i 
szczeniąt. I jeszcze, na domiar cierpień, bolały go drzewa obdarte z kory, bruki 
podobne do powybijanych zębów, wilgoć na ścianach, połamane sprzęty i 
podarta odzież. 
Zdawało mu się, że każda taka rzecz jest chora albo zraniona, że skarży się: „ 
Patrz, jak cierpię...”, i że tylko on słyszy i rozumie jej skargi. A ta szczególna 
zdolność odczuwania cudzego bólu urodziła się w nim dopiero dziś, przed 
godziną. 
Rzecz dziwna! przecie miał już ustaloną opinię hojnego filantropa. Członkowie 
Towarzystwa Dobroczynności we frakach składali mu podziękowania za ofiarę 
dla wiecznie łaknącej instytucji; hrabina Karolowa we wszystkich salonach 
opowiadała o pieniądzach, które złożył na jej ochronę; jego służba i subiekci 
sławili go za podwyższenie im pensji. Ale Wokulskiemu rzeczy te nie sprawiały 
żadnej przyjemności, tak jak on sam nie przywiązywał do nich żadnej wagi. 
Rzucał tysiące rubli do kas urzędowych dobroczyńców, ażeby kupić za to 
rozgłos nie pytając, co się zrobi z pieniędzmi. 
I dopiero dziś, kiedy dziesięcioma rublami wydobył człowieka z niedoli, kiedy 
nikt nie mógł głosić przed światem o jego szlachetności, dopiero dziś poznał, co 
to jest ofiara. Dopiero dziś przed jego zdumionym okiem stanęła nowa, nie 
znana dotychczas część świata — nędza, której trzeba pomagać. 
„ Tak, alboż ja dawniej nie widywałem nędzy?...”szepnął Wokulski. 
I przypomniał sobie całe szeregi ludzi obdartych, mizernych, a szukających 
pracy, chudych koni, głodnych psów, drzew z obdartą korą i połamanymi 
gałęźmi. Wszystko to przecie spotykał bez wrażenia. I dopiero gdy wielki ból 
osobisty zaorał mu i zbronował duszę, na tym gruncie użyźnionym krwią własną 
i skropionym niewidzialnymi dla świata łzami wyrosła osobliwa roślina: 
współczucie powszechne, ogarniające wszystko — ludzi, zwierzęta, nawet 
przedmioty, które nazywają martwymi. 
Doktór powiedziałby, że utworzyła mi się nowa komórka w mózgu albo że 
połączyło się kilka dawnych” -pomyślał. 
„ Tak, ale co dalej?...” 
Dotychczas bowiem miał tylko jeden cel: zbliżyć się do panny Izabeli. Dziś 
przybył mu drugi: wydobyć z niedostatku Wysockiego. 
„ Mała rzecz!...” 
„ Przenieść jego brata pod Skierniewice...” — dodał jakiś głos. 
„ Drobnostka.” 
Ale poza tymi dwoma ludźmi stanęło zaraz kilku innych, za nimi jeszcze kilku, 
potem olbrzymi tłum borykający się z wszelkiego rodzaju nędzą i wreszcie cały 
ocean cierpień powszechnych, które wedle sił należało zmniejszyć, a 
przynajmniej powściągnąć od dalszego rozlewu. 
„ Przywidzenia... abstrakcje... zdenerwowanie!” — szepnął Wokulski. 
To była jedna droga. Na końcu bowiem drugiej widział cel realny i jasno 
określony — pannę Izabelę. 
„ Nie jestem Chrystusem, ażeby poświęcać się za całą ludzkość.” 
„ Więc na początek zapomnij o Wysockich” -odparł głos wewnętrzny. 
„ No, głupstwo! Jakkolwiek jestem dziś rozkołysany, ależ nie mogę być 
śmieszny — myślał Wokulski. — Zrobię, co się da i komu można, lecz osobistego 
szczęścia nie wyrzeknę się, to darmo...” 
W tej chwili stanął przed drzwiami swego sklepu i wszedł tam. 
W sklepie zastał Wokulski tylko jedną osobę. Była to dama wysoka, w czarnych 
szatach, nieokreślonego wieku. Przed nią leżał stos neseserek: drewnianych, 
skórzanych, pluszowych i metalowych, prostych i ozdobnych, najdroższych i 
najtańszych, a wszyscy subiekci byli na służbie. Klejn podawał coraz nowe 
neseserki, Mraczewski chwalił towar, a Lisiecki akompaniował mu ruchami ręki 
i brody. Tylko pan Ignacy wybiegł naprzeciw pryncypała. 
— Z Paryża przyszedł transport — rzekł do Wokulskiego. — Myślę, że trzeba 
odebrać jutro. 
— Jak chcesz. 
— Z Moskwy obstalunki za dziesięć tysięcy rubli, na początek maja. 
— Spodziewałem się. 
— Z Radomia za dwieście rubli, ale furman upomina się na jutro. 
Wokulski ruszył ramionami. 
— Trzeba raz zerwać z tym kramarstwem — odezwał się po chwili. — Interes żaden, 
a wymagania ogromne. 
— Zerwać z naszymi kupcami?... — spytał zdziwiony Rzecki. 
— Zerwać z Żydami -wtrącił półgłosem Lisiecki. -Bardzo dobrze robi szef 
wycofując się z tych parszywych stosunków. Nieraz aż wstyd wydawać reszty, 
tak pieniądze zalatują cebulą. 
Wokulski nic nie odpowiedział. Usiadł do swej księgi i udawał, że rachuje, ale 
naprawdę nie robił nic, nie miał siły. Przypomniał sobie tylko swoje niedawne 
marzenia o uszczęśliwieniu ludzkości i osądził, że musi być mocno 
zdenerwowany. 
„ Rozigrał się we mnie sentymentalizm i fantazja — myślał. — Zły to znak. Mogę 
ośmieszyć się, zrujnować...” 
I machinalnie przypatrywał się niezwykłej fizjognomii damy, która wybierała 
neseserki. Była ubrana skromnie, miała gładko uczesane włosy. Na jej twarzy 
białej i razem żółtej malował się głęboki smutek; spoza ust przyciętych 
wyglądała złość, a ze spuszczonych oczu błyskał czasami gniew, niekiedy 
pokora. 
Mówiła głosem cichym i łagodnym, a targowała się jak stu skąpców. To było za 
drogie, tamto za tanie; tu plusz stracił barwę, tam zaraz odlezie skórka, a owdzie 
ukazuje się rdza na okuciach. Lisiecki już cofnął się od niej rozgniewany, Klejn 
odpoczywał, a tylko Mraczewski rozmawiał z nią jak z osobą znajomą. 
W tej chwili otworzyły się drzwi sklepu i ukazał się w nich jeszcze 
oryginalniejszy jegomość. Lisiecki powiedział o nim, że jest podobny do 
suchotnika, któremu w trumnie zaczęły odrastać wąsy i faworyty. Wokulski 
zauważył, że gość ma gapiowato otwarte usta, a za ciemnymi binoklami nosi 
duże oczy, z których przeglądało jeszcze większe roztargnienie. 
Gość wszedł kończąc rozmowę z kimś na ulicy, lecz wnet cofnął się, aby swego 
towarzysza pożegnać. Potem znowu wszedł i znowu cofnął się zadzierając do 
góry głowę, jakby czytał szyld. Nareszcie wszedł na dobre, ale drzwi za sobą nie 
zamknął. Wypadkowo spojrzał na damę i — spadły mu z nosa ciemne binokle. 
— A... a... a!... — zawołał. 
Ale dama gwałtownie odwróciła się od niego do neseserek i upadła na krzesło. 
Do przybysza wybiegł Mraczewski i uśmiechając się dwuznacznie, zapytał: 
— Pan baron rozkaże?... 
— Spinki, uważa pan, spinki zwyczajne, złote albo stalowe... Tylko, rozumie pan, 
muszą być w kształcie czapki dżokejskiej i — z biczem... 
Mraczewski otworzył gablotkę ze spinkami. 
— Wody... -odezwała się dama słabym głosem. 
Rzecki nalał jej wody z karafki i podał z oznakami współczucia. 
— Pani dobrodziejce słabo?... Może by doktora... 
— Już mi lepiej — odparła. 
Baron oglądał spinki, ostentacyjnie odwracając się tyłem do damy. 
— A może, czy nie sądzi pan, byłyby lepsze spinki w formie podków? — pytał 
Mraczewskiego. 
— Myślę, że panu baronowi potrzebne są i te, i te. Sportsmeni noszą tylko oznaki 
sportsmeńskie, ale lubią odmianę. 
— Powiedz mi pan — odezwała się nagle dama do Klejna — na co podkowy 
ludziom, którzy nie mają za co utrzymywać koni?... 
— Otóż, proszę pana — mówił baron — wybrać mi jeszcze parę drobiazgów w 
formie podkowy... 
— Może by popielniczkę? — zapytał Mraczewski. 
— Dobrze, popielniczkę — odparł baron. 
— Może gustowny kałamarz z siodłem, dżokejką, szpicrutą? 
— Proszę o gustowny kałamarz z siodłem i dżokejką... 
— Powiedz mi pan — mówiła dama do Klejna podniesionym głosem — czy wam nie 
wstyd zwozić tak kosztowne drobiazgi, kiedy kraj jest zrujnowany?... Czy nie 
wstyd kupować konie wyścigowe... 
— Drogi panie — zawołał niemniej głośno baron do Mraczewskiego — zapakuj 
wszystkie te garnitury, popielniczkę, kałamarz i odeszlij mi do domu. Macie 
prześliczny wybór towarów... Serdecznie dziękuję...Adieu!... 
I wybiegł ze sklepu, wracając się parę razy i spoglądając na szyld nad drzwiami. 
Po odejściu oryginalnego barona w sklepie zapanowało milczenie. Rzecki 
patrzył na drzwi, Klejn na Rzeckiego, a Lisiecki na Mraczewskiego, który 
znajdując się z tyłu damy krzywił się w sposób bardzo dwuznaczny. 
Dama z wolna podniosła się z krzesła i zbliżyła się do kantorka, za którym 
siedział Wokulski. 
— Czy mogę spytać — rzekła drżącym głosem — ile panu winien jest ten pan, który 
dopiero co wyszedł?... 
— Rachunki tego pana ze mną, szanowna pani, gdyby je miał, należą tylko do 
niego i do mnie -odpowiedział Wokulski kłaniając się. 
— Panie — ciągnęła dalej rozdrażniona dama — jestem Krzeszowska, a ten pan jest 
moim mężem. Długi jego obchodzą mnie, ponieważ on zagarnął mój majątek, o 
który w tej chwili toczy się między nami proces... 
— Daruje pani — przerwał Wokulski — ale stosunki między małżonkami do mnie 
nie należą. 
— Ach, więc tak?... Zapewne, że dla kupca jest to najwygodniej. Adieu. 
I opuściła sklep trzaskając drzwiami. 
W kilka minut po jej odejściu wbiegł do sklepu baron. Parę razy wyjrzał na 
ulicę, a następnie zbliżył się do Wokulskiego. 
— Najmocniej przepraszam — rzekł usiłując utrzymać binokle na nosie — ale jako 
stały gość pański, ośmielę się w zaufaniu zapytać: co mówiła dama, która 
wyszła przed chwilą?... Bardzo przepraszam za moją śmiałość, ale w zaufaniu... 
— Nic nie mówiła, co by kwalifikowało się do powtórzenia — odparł Wokulski. 
— Bo uważa pan, jest to, niestety! moja żona... Pan wie, kto jestem... Baron 
Krzeszowski... Bardzo zacna kobieta, bardzo światła, ale skutkiem śmierci 
naszej córki trochę zdenerwowana i niekiedy... Pojmuje pan?... Więc nic?.. 
— Nic. 
Baron ukłonił się i już we drzwiach skrzyżował spojrzenia z Mraczewskim, 
który mrugnął na niego. 
— Więc tak?... — rzekł baron, ostro patrząc na Wokulskiego. 
I wybiegł na ulicę. Mraczewski skamieniał i oblał się rumieńcem powyżej 
włosów. Wokulski trochę pobladł, lecz spokojnie usiadł do rachunków. 
— Cóż to za oryginalne diabły, panie Mraczewski? — spytał Lisiecki. 
— A to cała historia! — odparł Mraczewski przypatrując się spod oka 
Wokulskiemu. -Jest to baron Krzeszowski, wielki dziwak, i jego żona, trochę 
narwana. Nawet skuzynowani ze mną, ale cóż!... — westchnął spoglądając w 
lustro. — Ja nie mam pieniędzy, więc muszę być w handlu; oni jeszcze mają, 
więc są moimi kundmanami... 
— Mają bez pracy!... — wtrącił Klejn. — Ładny porządek świata, co? 
— No, no... już mnie pan do swoich porządków nie nawracaj odparł Mraczewski. 
— Otóż pan baron i pani baronowa od roku prowadzą ze sobą wojnę. On chce 
rozwodu, na co ona się nie zgadza; ona chce przepędzić go od zarządu swoim 
majątkiem, na co on się nie zgadza. Ona nie pozwala mu trzymać koni, 
szczególniej jednego wyścigowca; a on nie pozwala jej kupić kamienicy po 
Łęckich, w której pani Krzeszowska mieszka i gdzie straciła córkę. Oryginały!... 
Bawią ludzi wymyślając jedno na drugie... 
Opowiadał lekkim tonem i kręcił się po sklepie z miną panicza, który przyszedł 
tu na chwilkę, ale zaraz wyjdzie. Wokulski mienił się siedząc na fotelu; już nie 
mógł znieść głosu Mraczewskiego. 
„ Kuzyn Krzeszowskich... — myślał. — Dostanie bilet miłosny od panny Izabeli... 
A infamis!...” 
I przemógłszy się wrócił do swej księgi. Do sklepu znowu poczęli wchodzić 
goście, wybierać towary, targować się, płacić. Ale Wokulski widział tylko ich 
cienie, pogrążony w pracy. A im dłuższe sumował kolumny, im większe 
wypadały mu sumy, tym bardziej czuł, że w sercu kipi mu jakiś gniew 
bezimienny. O co?... na kogo?... mniejsza. Dosyć, że ktoś za to zapłaci, 
pierwszy z brzegu. 
Około siódmej sklep już stanowczo wyludnił się, subiekci rozmawiali, Wokulski 
wciąż rachował. Wtem znowu usłyszał nieznośny głos Mraczewskiego, który 
mówił aroganckim tonem: 
— Co mi pan, panie Klejn, będzie zawracał głowę!... Wszyscy socjaliści są 
złodzieje, bo chcieliby dzielić się cudzym, i — szubrawcy, bo mają na dwu jedną 
parę butów i nie wierzą w chustki do nosa. 
— Nie mówiłbyś pan tak — odparł smutnie Klejn — gdybyś przeczytał choć z parę 
broszurek, nawet niedużych. 
— Błazeństwo... — przerwał Mraczewski włożywszy ręce w kieszenie. — Będę 
czytał broszury, które chcą zniszczyć rodzinę, wiarę i własność!... No, takich 
głupich nie znajdziesz pan w Warszawie. 
Wokulski zamknął księgę i włożył ją do kantorka. W tej chwili znowu weszły 
do sklepu trzy panie żądając rękawiczek. 
Targ z nimi przeciągnął się z kwadrans. Wokulski siedział na fotelu i patrzył w 
okno; gdy zaś damy wyszły, odezwał się tonem bardzo spokojnym: 
— Panie Mraczewski. 
— Co pan każe?... — spytał piękny młodzieniec biegnąc do kantorka krokiem 
kontredansowym. 
— Od jutra niech pan postara się o inne miejsce — rzekł krótko Wokulski. 
Mraczewski osłupiał. 
— Dlaczego, panie szefie?... Dlaczego?... 
— Dlatego, że u mnie już pan nie ma miejsca. 
— Jakiż powód?:.. Przecie chyba nic złego nie zrobiłem? Gdzież pójdę, jeżeli pan 
tak nagle pozbawi mnie posady? 
— Świadectwo dostanie pan dobre — odparł Wokulski. -Pan Rzecki wypłaci panu 
pensję za następny kwartał, wreszcie — za pięć miesięcy... A powód jest ten, że ja 
i pan nie pasujemy do siebie... Zupełnie nie pasujemy. — Mój Ignacy, zrób z 
panem Mraczewskim rachunek do pierwszego października. 
To powiedziawszy Wokulski wstał z fotelu i wyszedł na ulicę. 
Dymisja Mraczewskiego zrobiła takie wrażenie, że subiekci nie przemówili 
między sobą ani słowa, a pan Rzecki kazał zamknąć sklep, chociaż nie było 
jeszcze ósmej. Pobiegł zaraz do mieszkania Wokulskiego, lecz go tam nie zastał. 
Przyszedł drugi raz o jedenastej w nocy, lecz w oknach było ciemno, i pan 
Ignacy wrócił do siebie zgnębiony. 
Na drugi dzień w Wielki Czwartek, Mraczewski już nie pokazał się w sklepie. 
Pozostali koledzy jego byli smutni i czasem naradzali się między sobą po cichu. 
Około pierwszej przyszedł Wokulski. Lecz nim usiadł do kantorka, otworzyły 
się drzwi i zwykłym wahającym się krokiem wbiegł pan Krzeszowski zadając 
sobie wiele trudu nad osadzeniem binokli na nosie. 
— Panie Wokulski — zawołał roztargniony gość, prawie ode drzwi. — W tej chwili 
dowiaduję się... Jestem Krzeszowski... Dowiaduję się, że ten biedny Mraczewski 
z mojej winy otrzymał dymisję. Ależ, panie Wokulski, ja wczoraj bynajmniej 
nie miałem pretensji do pana... Ja szanuję dyskrecję, jaką okazał pan w sprawie 
mojej i mojej żony... Ja wiem, że pan jej odpowiedział, jak przystało na 
dżentelmena... 
— Panie baronie — odparł Wokulski — ja nie prosiłem pana o świadectwo 
przyzwoitości. Poza obrębem tego — co pan każe?... 
— Przyszedłem prosić o przebaczenie biednemu Mraczewskiemu, który nawet... 
— Do pana Mraczewskiego nie mam żadnej pretensji, nawet tej, ażeby do mnie 
wracał. 
Baron przygryzł wargi. Chwilę milczał, jakby odurzony szorstką odmową ; na 
koniec ukłonił się i cicho powiedziawszy: „ Przepraszam...” opuścił sklep. 
Panowie Klejn i Lisiecki cofnęli się za szafy i po krótkiej naradzie wrócili do 
sklepu, od czasu do czasu rzucając na siebie smutne, lecz wymowne spojrzenia. 
Około trzeciej po południu ukazała się pani Krzeszowska. Zdawało się, że jest 
bledsza, żółciejsza i jeszcze czarniej ubrana niż wczoraj. Lękliwie obejrzała się 
po sklepie, a spostrzegłszy Wokulskiego zbliżyła się do kantorka. 
— Panie — rzekła cicho — dziś dowiedziałam się, że pewien młody człowiek, 
Mraczewski, z mojej winy stracił u pana miejsce. Jego nieszczęśliwa matka... 
— Pan Mraczewski już nie jest u mnie i nie będzie — odparł Wokulski z ukłonem. 
— Czym więc mogę pani służyć?... 
Pani Krzeszowska miała widocznie ułożoną dłuższą mowę. Na nieszczęście 
spojrzała Wokulskiemu w oczy i... z wyrazem: „ Przepraszam...” wyszła ze 
sklepu. 
Panowie Klejn i Lisiecki mrugnęli na siebie wymowniej niż dotychczas, lecz 
poprzestali na jednomyślnym wzruszeniu ramionami. 
Dopiero około piątej po południu zbliżył się do Wokulskiego Rzecki. Oparł ręce 
na kantorku i rzekł półgłosem: 
— Matka tego Mraczewskiego, Staśku, jest bardzo biedna kobieta... 
— Zapłać mu pensję do końca roku — odparł Wokulski. 
— Myślę... Stasiu, myślę, że nie można aż tak karać człowieka za to, że ma inne 
niż my przekonania polityczne... 
— Polityczne?... — powtórzył Wokulski takim tonem, że panu Ignacemu przeszedł 
mróz po kościach... 
— Zresztą, powiem ci — ciągnął dalej pan Ignacy — szkoda takiego subiekta. 
Chłopak piękny, kobiety go pasjami lubią... 
— Piękny? — odparł Wokulski. -Więc niech pójdzie na utrzymanie, jeżeli taki 
piękny. 
Pan Ignacy cofnął się. Panowie Lisiecki i Klejn już nawet nie spoglądali na 
siebie. 
W godzinę później przyszedł do sklepu niejaki pan Zięba, którego Wokulski 
przedstawił jako nowego subiekta. 
Pan Zięba miał około lat trzydziestu ; był może tak przystojny jak Mraczewski, 
ale wyglądał nierównie poważniej i taktowniej. Nim sklep zamknięto, już 
zaznajomił się, a nawet zdobył przyjaźń swoich kolegów. Pan Rzecki odkrył w 
nim zagorzałego bonapartystę; pan Lisiecki wyznał, że on sam obok Zięby jest 
bardzo bladym antysemitą, a pan Klejn doszedł do wniosku, że Zięba musi być 
co najmniej biskupem socjalizmu. 
Słowem, wszyscy byli kontenci, a pan Zięba spokojny. 
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY: 
KŁADKI, NA KTÓRYCH SPOTYKAJĄ SIĘ LUDZIE
RÓŻNYCH ŚWIATÓW 
W Wielki Piątek z rana Wokulski przypomniał sobie, że dziś i jutro hrabina 
Karolowa i panna Izabela będą kwestowały przy grobach. 
„Trzeba tam pójść i coś dać — pomyślał i wyjął z kasy pięć złotych 
półimperiałów. — Chociaż — dodał po chwili — posłałem im już dywany, ptaszki 
śpiewające, pozytywkę, nawet fontannę!... To chyba wystarczy na zbawienie 
jednej duszy. Nie pójdę.” 
Po południu jednak zrobił sobie uwagę, że może hrabina Karolowa liczy na 
niego. A w takim razie nie wypada cofać się lub złożyć tylko pięć 
półimperiałów. Wydobył więc z kasy jeszcze pięć i wszystkie zawinął w 
bibułkę. 
„Co prawda -mówił do siebie -będzie tam panna Izabela, a tej nie można 
ofiarowywać dziesięciu półimperiałów.” 
Więc rozwinął swój rulon, znowu dołożył dziesięć sztuk złota i jeszcze namyślał 
się: „ Iść czy nie iść?...” 
„Nie — powiedział — nie będę należał do tej jarmarcznej dobroczynności.” 
Rzucił rulon do kasy i w piątek nie poszedł na groby. 
Ale w Wielką Sobotę sprawa przedstawiła mu się całkiem z nowego punktu. 
„Oszalałem! — mówił. — Więc jeżeli nie pójdę do kościoła, gdzież ją spotkam?... 
Jeżeli nie pieniędzmi, czym zwrócę na siebie jej uwagę?.. Tracę rozsądek...” 
Lecz jeszcze wahał się i dopiero około drugiej po południu, gdy Rzecki z 
powodu święta kazał już sklep zamykać, Wokulski wziął z kasy dwadzieścia 
pięć półimperiałów i poszedł w stronę kościoła. 
Nie wszedł tam jednak od razu ; coś go zatrzymywało. Chciał zobaczyć pannę 
Izabelę, a jednocześnie lękał się tego i wstydził się swoich półimperiałów. 
„Rzucić stos złota!... Jakie to imponujące w papierowych czasach i — jakie to 
dorobkiewiczowskie... No, ale co robić, jeżeli one właśnie na pieniądze 
czekają?... Może nawet będzie za mało?...” 
Chodził tam i na powrót po ulicy naprzeciw kościóła nie mogąc od niego oczu 
oderwać. 
„Już idę — myślał. — Zaraz... jeszcze chwilkę... Ach, co się ze mną stało!...” dodał 
czując, że jego rozdarta dusza nawet na tak prosty czyn nie może zdobyć 
się bez wahań. 
Teraz przypomniat sobie: jak on dawno nie był w kościele. 
„Kiedyż to?... Na ślubie raz... Na pogrzebie żony drugi raz...” 
Lecz i w tym, i w tamtym wypadku nie wiedział dobrze, co się koło niego 
dzieje; więc patrzył w tej chwili na kościół jak na rzecz zupełnie nową dla 
siebie. 
„Co to jest za ogromny gmach, który zamiast kominów ma wieże, w którym nikt 
nie mieszka, tylko śpią prochy dawno zmarłych?... Na co ta strata miejsca i 
murów, komu dniem i nocą pali się światło, w jakim celu schodzą się tłumy 
ludzi?... 
Na targ idą po żywność, do sklepów po towary, do teatru po zabawę, ale po co 
tutaj?...” 
Mimo woli porównywał drobny wzrost stojących pod kościołem pobożnych z 
olbrzymimi rozmiarami świętego budynku i przyszła mu myśl szczególna. Że 
jak kiedyś na ziemi pracowały potężne sily dźwigając z płaskiego lądu łańcuchy 
gór, tak kiedyś w ludzkości istniała inna niezmierna siła, która wydźwignęła 
tego rodzaju budowle. Patrząc na podobne gmachy można by sądzić, że w głębi 
naszej planety mieszkali olbrzymowie, którzy wydzierając się gdzieś w górę, 
podważali skorupę ziemską i zostawiali ślady tych ruchów w formie 
imponujących jaskiń. 
„Dokąd oni wydzierali się? Do innego, podobno wyższego świata. A jeżeli 
morskie przypływy dowodzą, że księżyc nie jest złudnym blaskiem, tylko realną 
rzeczywistością, dlaczego te dziwne budynki nie miałyby stwierdzać 
rzeczywistości innego świata?... Czyliż on słabiej pociąga za sobą dusze ludzkie 
aniżeli księżyc fale — oceanu?...” 
Wszedł do kościoła i zaraz na wstępie znowu uderzył go nowy widok. Kilka 
żebraczek i żebraków błagało o jałmużnę, którą Bóg zwróci litościwym w życiu 
przyszłym. Jedni z pobożnych całowali nogi Chrystusa umęczonego przez 
państwo rzymskie, inni w progu upadłszy na kolana wznosili do góry ręce i 
oczy, jakby zapatrzeni w nadziemską wizję. Kościół pogrążony był w 
ciemności, której nie mógł rozproszyć blask kilkunastu świec płonących w 
srebrnych kandelabrach. Tu i ówdzie na posadzce świątyni widać było 
niewyraźne cienie ludzi leżących krzyżem albo zgiętych ku ziemi, jakby kryli 
się ze swoją pobożnością pełną pokory. Patrząc na te ciała nieruchome można 
było myśleć, że na chwilę opuściły je dusze i uciekły do jakiegoś lepszego 
świata. 
„Rozumiem teraz — pomyślał Wokulski — dlaczego odwiedzanie kościołów 
umacnia wiarę. Tu wszystko urządzone jest tak, że przypomina wieczność.” 
Od pogrążonych w modlitwie cieniów wzrok jego pobiegł ku światłu. I zobaczył 
w różnych punktach świątyni stoły okryte dywanami, na nich tace pełne 
bankocetli, srebra i złota, a dokoła nich damy siedzące na wygodnych fotelach, 
odziane w jedwab, pióra i aksamity, otoczone wesołą młodzieżą. 
Najpobożniejsze pukały na przechodniów, wszystkie rozmawiały i bawiły się 
jak na raucie. 
Zdawało się Wokulskiemu, że w tej chwili widzi przed sobą trzy światy. Jeden 
(dawno już zeszedł z ziemi), który modlił się i dźwigał na chwałę Boga potężne 
gmachy. Drugi, ubogi i pokorny, który umiał modlić się, lecz wznosił tylko 
lepianki, i — trzeci, który dla siebie murował pałace, ale już zapomniał o 
modlitwie i z domów bożych zrobił miejsce schadzek; jak niefrasobliwe ptaki, 
które budują gniazda i zawodzą pieśni na grobach poległych bohaterów. 
„A czymże ja jestem, zarówno obcy im wszystkim?...” 
„Może jesteś okiem żelaznego przetaka, w który rzucę ich wszystkich, aby 
oddzielić stęchłe plewy od ziarna” — odpowiedział mu jakiś głos. 
Wokulski obejrzał się. „ Przywidzenie chorej wyobraźni.” Jednocześnie przy 
czwartym stole, w głębi kościoła, spostrzegł hrabinę Karolową i pannę Izabelę. 
Obie również siedziały nad tacą z pieniędzmi i trzymały w rękach książki, 
zapewne do nabożeństwa. Za krzesłem hrabiny stał służący w czarnej liberii. 
Wokulski poszedł ku nim potrącając klęczących i omijając inne stoły, przy 
których pukano na niego zawzięcie. Zbliżył się do tacy i ukłoniwszy się 
hrabinie, położył swój rulon imperiałów. 
„Boże — pomyślał — jak ja głupio muszę wyglądać z tymi pieniędzmi.” 
Hrabina odłożyła książkę. 
— Witam cię, panie Wokulski — rzekła. -Wiesz, myślałam, że już nie przyjdziesz, 
i powiem ci, że nawet było mi trochę przykro. 
— Mówiłam cioci, że przyjdzie, i do tego z workiem złota odezwała się po 
angielsku panna Izabela. 
Hrabinie wystąpił na czoło rumieniec i gęsty pot. Zlękła się słów siostrzenicy 
przypuszczając, że Wokulski rozumie po angielsku. 
— Proszę cię, panie Wokulski — rzekła prędko — siądź tu na chwilę, bo delegowany 
nas opuścił. Pozwolisz, że ułożę twoje imperiały na wierzchu, dla zawstydzenia 
tych panów, którzy wolą wydawać pieniądze na szampana... 
— Ależ niech się ciocia uspokoi — wtrąciła panna Izabela znowu po angielsku. On 
z pewnością nie rozumie... 
Tym razem i Wokulski zarumienił się. 
— Proszę cię, Belu — rzekła hrabina tonem uroczystym — pan Wokulski... który tak 
hojną ofiarę złożył na naszą ochronę... 
— Słyszałam -odpowiedziała panna Izabela po polsku, na znak powitania 
przymykając powieki. 
— Pani hrabina — rzekł trochę żartobliwie Wokulski — chce mnie pozbawić zasługi 
w życiu przyszłym, chwaląc postępki, które zresztą mogłem spełniać w 
widokach zysku. 
— Domyślałam się tego — szepnęła panna Izabela po angielsku. 
Hrabina o mało nie zemdlała czując, że Wokulski musi domyślać się znaczenia 
słów jej siostrzenicy, choćby nie znał żadnego języka. 
— Możesz, panie Wokulski — rzekła z gorączkowym pośpiechem — możesz łatwo 
zdobyć sobie zasługę w życiu przyszłym, choćby... przebaczając urazy... 
— Zawsze je przebaczam -odparł nieco zdziwiony. 
— Pozwól sobie powiedzieć, że nie zawsze — ciągnęła hrabina. — Jestem stara 
kobieta i twoja przyjaciółka, panie Wokulski — dodała z naciskiem — więc zrobisz 
mi pewne ustępstwo... 
— Czekam na rozkazy pani. 
— Onegdaj dałeś dymisję jednemu z twoich... urzędników, niejakiemu 
Mraczewskiemu... 
— Za cóż to?... — nagle odezwała się panna Izabela. 
— Nie wiem — rzekła hrabina. — Podobno chodziło o różnicę przekonań 
politycznych czy coś w tym guście... 
— Więc ten młody człowiek ma przekonania?... — zawołała panna Izabela. — To 
ciekawe!... 
Powiedziała to w sposób tak zabawny, że Wokulski poczuł, jak ustępuje mu z 
serca niechęć do Mraczewskiego. 
— Nie o przekonania chodziło, pani hrabino — odezwał się — ale o nietaktowne 
uwagi o osobach, które odwiedzają nasz magazyn. 
— Może te osoby same postępują nietaktownie — wtrąciła panna Izabela. 
— Im wolno, one za to płacą — odpowiedział spokojnie Wokulski. — Nam nie. 
Silny rumieniec wystąpił na twarz panny Izabeli. Wzięła książkę i zaczęła 
czytać. 
— Ale swoją drogą dasz się ubłagać, panie Wokulski — rzekła hrabina. — Znam 
matkę tego chłopca, i wierz mi, że przykro patrzeć na jej rozpacz... 
Wokulski zamyślił się. 
— Dobrze -odpowiedział — dam mu posadę, ale w Moskwie. 
— A jego biedna matka?... — zapytała hrabina tonem proszącym. 
— Więc podwyższę mu o dwieście... o trzysta rubli pensję — odparł. 
W tej chwili zbliżyło się do stołu kilkoro dzieci, którym hrabina zaczęła 
rozdawać obrazki. Wokulski wstał z fotelu i aby nie przeszkadzać pobożnym 
zajęciom, przeszedł na stronę panny Izabeli. 
Panna Izabela podniosła oczy od książki i dziwnym wzrokiem patrząc na 
Wokulskiego spytała: 
— Pan nigdy nie cofa swoich postanowień? 
— Nie — odpowiedział. Ale w tej chwili spuścił oczy. 
— A gdybym poprosiła za tym młodym człowiekiem?... 
Wokulski spojrzał na nią zdumiony. 
— W takim razie odpowiedziałbym, że pan Mraczewski stracił miejsce, ponieważ 
niestosownie odzywał się o osobach, które zaszczyciły go trochę łaskawszym 
tonem w rozmowie... Jeżeli jednak pani każe... 
Teraz panna Izabela spuściła oczy, zmieszana w wysokim stopniu. 
— A... a!... wszystko mi jedno w rezultacie, gdzie osiedli się ten młody człowiek. 
Niech jedzie i do Moskwy. 
— Tam też pojedzie — odparł Wokulski. — Moje uszanowanie paniom -dodał 
kłaniając się. 
Hrabina podała mu rękę. 
— Dziękuję ci, panie Wokulski, za pamięć i proszę, ażebyś przyszedł do mnie na 
święcone. Bardzo cię proszę, panie Wokulski — dodała z naciskiem. 
Nagle spostrzegłszy jakiś ruch na środku kościoła zwróciła się do służącego: 
— Idźże, mój Ksawery, do pani prezesowej i proś, ażeby nam.pozwoliła swego 
powozu. Powiedz, że nam koń zachorował. 
— Na kiedy jaśnie pani rozkaże? — spytał służący. 
— Tak... za półtorej godziny. Prawda, Belu, że nie posiedzimy tu.dłużej? 
Służący podszedł do stołu przy drzwiach. 
— Więc do jutra, panie Wokulski — rzekła hrabina. — Spotkasz u mnie wielu 
znajomych. Będzie kilku panów z Towarzystwa Dobroczynności... 
„Aha!..” -pomyślał Wokulski żegnając hrabinę. Czuł dla niej w tej chwili taką 
wdzięczność, że na jej ochronę oddałby połowę majątku. 
Panna Izabela z daleka kiwnęła mu głową i znowu spojrzała w sposób, który 
wydał mu się bardzo niezwykłym. A gdy Wokulski zniknął w cieniach kościoła, 
rzekła do hrabiny: 
— Cioteczka kokietuje tego pana. Ej! ciociu, to zaczyna być podejrzane... 
— Twój ojciec ma słuszność — odparła hrabina — ten człowiek może być 
użytecznym. Zresztą za granicą podobne stosunki należą do dobrego tonu. 
— A jeżeli te stosunki przewrócą mu w głowie?... — spytała panna Izabela. 
— W takim razie dowiódłby, że ma słabą głowę — odpowiedziała krótko hrabina 
biorąc się do książki nabożnej. 
Wokulski nie opuścił kościoła, ale w pobliżu drzwi skręcił w boczną nawę. Tuż 
przy grobie Chrystusa, naprzeciw stolika hrabiny, stał w kącie pusty 
konfesjonał. Wokulski wszedł do niego, przymknął drzwiczki i niewidzialny, 
przypatrywał się pannie Izabeli. 
Trzymała w ręku książkę spoglądając od czasu do czasu na drzwi kościelne. Na 
twarzy jej malowało się zmęczenie i nuda. Czasami do stolika zbliżały się dzieci 
po obrazki; panna Izabela niektórym podawała je sama z takim ruchem, jakby 
chciała powiedzieć: ach, kiedyż się to skończy!... 
„I to wszystko robi się nie przez pobożność ani przez miłość do dzieci, ale dla 
rozgłosu i w celu wyjścia za mąż — pomyślał Wokulski. — No i ja także — dodał niemało 
robię dla reklamy i ożenienia się. Świat ładnie urządzony! Zamiast po 
prostu pytać się: kochasz mnie czy nie kochasz? albo: chcesz mnie czy nie 
chcesz? ja wyrzucam setki rubli, a ona kilka godzin nudzi się na wystawie i 
udaje pobożną. 
A jeżeli odpowiedziałaby, że mnie kocha? Wszystkie te ceremonie mają dobrą 
stronę: dają czas i możność zaznajomienia się. 
Żle to jednak nie umieć po angielsku... Dzíś wiedziałbym, co o mnie myśli: bo 
jestem pewny, że o mnie mówiła do swej ciotki. Trzeba nauczyć się... 
Albo weźmy takie głupstwo jak powóz... Gdybym miał powóz, mógłbym ją 
teraz odesłać do domu z ciotką, i znowu zawiązałby się między nami jeden 
węzeł... Tak, powóz przyda mi się w każdym razie. Przysporzy z tysiąc rubli 
wydatków na rok, ale cóż zrobię? Muszę być gotowym na wszystkich punktach. 
Powóz... angielszczyzna... przeszło dwieście rubli na jedną kwestę!... I to robię 
ja, który tym pogardzam... Właściwie jednak — na cóż będę wydawał pieniądze, 
jeżeli nie na zapewnienie sobie szczęścia? Co mnie obchodzą jakieś teorie 
oszczędności, gdy czuję ból w sercu?” 
Dalszy bieg myśli przerwała mu smutna, brzęcząca melodia. Była to muzyka 
szkatułki grającej, po której nastąpił świegot sztucznych ptaków; a gdy one 
milkły, rozlegał się cichy szelest fontanny, szept modlitw i westchnienia 
pobożnych. 
W nawie, u konfesjonału, u drzwi kaplicy grobowej, widać było zgięte postacie 
klęczących. Niektórzy czołgali się do krucyfiksu na podłodze i ucałowawszy go 
kładli na tacy drobne pieniądze wydobyte z chustki do nosa. 
W głębi kaplicy, w powodzi światła, leżał biały Chrystus otoczony kwiatami. 
Zdawało się Wokulskiemu, że pod wpływem migotliwych płomyków twarz jego 
ożywia się przybierając wyraz groźby albo litości i łaski. Kiedy pozytywka 
wygrywała Łucję z Lamermooru albo kiedy ze środka kościoła doleciał stukot 
pieniędzy i francuskie wykrzykniki, oblicze Chrystusa ciemniało. Ale kiedy do 
krucyfiksu zbliżył się jaki biedak i opowiadał Ukrzyżowanemu swoje strapienia, 
Chrystus otwierał martwe usta i w szmerze fontanny powtarzał 
błogosławieństwa i obietnice... 
„Błogosławieni cisi... Błogosławieni smutni...” 
Do tacy podeszła młoda, uróżowana dziewczyna. Położyła srebrną 
czterdziestówkę, ale nie śmiała dotknąć krzyża. Klęczący obok z niechęcią 
patrzyli na jej aksamitny kaftanik i jaskrawy kapelusz. Ale gdy Chrystus 
szepnął: „ Kto z was jest bez grzechu, niech rzuci na nią kamieniem”, padła na 
posadzkę i ucałowała jego nogi jak niegdyś Maria Magdalena. 
„Błogosławieni, którzy łakną sprawiedliwości... Błogosławieni, którzy płaczą...” 
Z głębokim wzruszeniem przypatrywał się Wokulski pogrążonemu w 
kościelnym mroku tłumowi, który z tak cierpliwą wiarą od osiemnastu wieków 
oczekuje spełnienia się boskich obietnic. 
„Kiedyż to będzie!...” — pomyślał. 
„Pośle Syn Człowieczy anioły swoje, a oni zbiorą wszystkie zgorszenia i tych, 
którzy nieprawość czynią, jako zbiera się kąkol i pali się go ogniem.” 
Machinalnie spojrzał na środek kościoła. Przy bliższym stoliku hrabina 
drzemała, a panna Izabela ziewała, przy dalszym trzy nie znane mu damy 
zaśmiewały się z opowiadań jakiegoś wykwintnego młodzieńca. 
„Inny świat... inny świat!... — myślał Wokulski. — Co za fatalność popycha mnie 
w tamtą stronę?” 
W tej chwili tuż obok konfesjonału stanęła, a potem uklękła osoba młoda, 
ubrana bardzo starannie, z małą dziewczynką. 
Wokulski przypatrzył się jej i dostrzegł, że jest niezwykle piękna. Uderzył go 
nade wszystko wyraz jej twarzy, jakby do tego grobu przyszła nie z modlitwą, 
ale z zapytaniem i skargą. 
Przeżegnała się, lecz zobaczywszy tacę wydobyła woreczek z pieniędzmi. 
— Idź, Helusiu — rzekła półgłosem do dziecka — połóż to na tacy i pocałuj Pana 
Jezusa. 
— Gdzie, proszę mamy, pocałować? 
— W rączkę i w nóżkę... 
— I w buzię? 
— W buzię nie można. 
— Ech, co tam!... — Pobiegła do tacy i pochyliła się nad krzyżem. 
— A widzi mama — zawołała powracając — pocałowałam i Pan Jezus nic nie 
powiedział. 
— Niech Helusia będzie grzeczna — odparła matka. — Lepiej uklęknij i zmów 
paciorek. 
— Jaki paciorek? 
— Trzy Ojcze nasz, trzy Zdrowaś... 
— Taki duży paciorek?... a ja taka malutka... 
— No, to zmów jedno Zdrowaś... Tylko uklęknij... Patrz się tam... 
— Już patrzę. Zdrowaś, Maria, łaski pełna... Czy to, proszę mamy, ptaszki 
śpiewają? 
— Ptaszki sztuczne. Mów paciorek. 
— Jakie to sztuczne? 
— Zmów pierwej paciorek. 
— Kiedy nie pamiętam, gdzie skończyłam... 
— Więc mów za mamą: Zdrowaś, Maria... 
— Śmierci naszej. Amen — dokończyła dziewczynka. — A z czego robią się 
sztuczne ptaszki? 
— Heluniu, bądź cicho, bo nigdy cię nie pocałuję — szepnęła strapiona matka. — Masz tu książkę i oglądaj obrazki, jak Pan Jezus był męczony. 
Dziewczynka usiadła z książką na stopniach konfesjonału i ucichła. 
„Co to za miła dziecina! — myślał Wokulski. — Gdyby była moją, zdaje się, że 
odzyskałbym równowagę umysłu, którą dziś tracę z dnia na dzień. I matka 
prześliczna kobieta. Jakie włosy, profil, oczy... Prosi Boga, ażeby 
zmartwychwstało ich szczęście... Piękna i nieszczęśliwa ; musi być wdową. 
Ot, gdybym ją był spotkał rok temu. 
I jestże tu ład na świecie?... O krok od siebie staje dwoje ludzi nieszczęśliwych; 
jedno szuka miłości i rodziny, drugie może walczy z biedą i brakiem opieki. 
Każde znalazłoby w drugim to, czego potrzebuje, no — i nie zejdą się... Jedno 
przychodzi błagać Boga o miłosierdzie, drugie wyrzuca pieniądze dla 
stosunków. Kto wie, czy paręset rubli nie byłoby dla tej kobiety szczęściem? 
Ale ona ich nie dostanie; Bóg w tych czasach nie słucha modlitwy uciśnionych. 
A gdyby jednak dowiedzieć się, kto ona jest?... Może bym potrafił jej dopomóc. 
Dlaczego wzniosłe obietnice Chrystusa nie mają być spełnione; choćby przez 
takich jak ja niedowiarków, skoro pobożni zajmują się czym innym?” 
W tej chwili Wokulskiemu zrobiło się gorąco... Do stolika hrabiny zbliżył się 
elegancki młodzieniec i coś położył na tacy. Na jego widok panna Izabela 
zarumieniła się i oczy jej nabrały tego dziwnego wyrazu, który zawsze tak 
zastanawiał Wokulskiego. 
Na wezwanie hrabiny elegant siadł na tym samym fotelu, który niedawno 
zajmował Wokulski, i zawiązała się żywa rozmowa. Wokulski nie słyszał jej 
treści, tylko czuł, że w mózgu wypala mu się obraz tego towarzystwa. 
Kosztowny dywan, srebrna taca zasypana na wierzchu garścią imperiałów, dwa 
świeczniki, dziesięć płomyków, hrabina odziana w grubą żałobę, młody 
człowiek zapatrzony w pannę Izabelę i ona -rozpromieniona.Nawet ten 
szczegół nie uszedł jego uwagi, że od blasku płomyków hrabinie świecą się 
policzki, młodemu człowiekowi koniec nosa, a pannie Izabeli oczy. 
„Czy oni kochają się? — myślał. — Więc dlaczegóż by się nie pobrali?... — Może 
on nie ma pieniędzy... Lecz w takim razie co znaczą jej spojrzenia?... Podobne 
rzucała dziś na mnie. Prawda, że panna na wydaniu musi mieć kilku albo i 
kilkunastu wielbicieli i wabić wszystkich, ażeby... sprzedać się najwięcej 
ofiarującemu!” 
Przyszedł delegowany. Hrabina podniosła się z fotelu, to samo zrobiła panna 
Izabela i przystojny młodzieniec, i wszyscy troje z wielkim szelestem poszli ku 
drzwiom zatrzymując się przy innych stolikach. Każdy z asystującej tam 
młodzieży gorąco witał pannę Izabelę, a ona każdego obdarzała tymi samymi, 
zupełnie tymi samymi spojrzeniami, które Wokulskiemu zachwiały rozum. 
Wreszcie wszystko ucichło: hrabina i panna Izabela opuściły kościół. 
Wokulski ocknął się i spojrzał bliżej siebie. Pięknej pani z dzieckiem już nie 
było. 
„Jaka szkoda!” — szepnął i uczuł lekkie ściśnięcie serca. 
Natomiast obok krzyża leżącego na ziemi wciąż klęczała młoda dziewczyna w 
aksamitnym kaftaniku i jaskrawym kapeluszu. Gdy zwróciła oczy na oświetlony 
grób, jej także błysnęło coś na wyróżowanych policzkach. Jeszcze raz ucałowała 
nogi Chrystusowi, ciężko podniosła się i wyszła. 
„Błogosławieni, którzy płaczą... Niechże przynajmniej tobie zmarły Chrystus 
dotrzyma obietnicy” — pomyślał Wokulski i wyszedł za nią. 
W kruchcie spostrzegł, że dziewczyna rozdaje jałmużnę dziadom. I opanowała 
go okrutna boleść na myśl, że z dwu kobiet, z których jedna chce się sprzedać za 
majątek, a druga już się sprzedaje z nędzy, ta druga, okryta hańbą, wobec 
jakiegoś wyższego trybunału może byłaby Iepszą i czystszą. 
Na ulicy zrównał się z nią i zapytał: 
— Dokąd idziesz? 
Na jej twarzy znać było ślady łez. Podniosła na Wokulskiego apatyczne 
wejrzenie i odparła: 
— Mogę pójść z panem. 
— Tak mówisz?... Więc chodź. 
Nie było jeszcze piątej, dzień duży; kilku przechodniów obejrzało się za nimi. 
„Trzeba być kompletnym błaznem, ażeby robić coś podobnego — pomyślał 
Wokulski idąc w stronę sklepu. -Mniejsza o skandal, ale co, u diabła, za 
projekta snują mi się po łbie? Apostolstwo?... Szczyt głupoty. 
Wreszcie — wszystko mi jedno; jestem tylko wykonawcą cudzej woli.” 
Wszedł w bramę domu, w którym znajdował się sklep, i skręcił do pokoju 
Rzeckiego, a za nim dziewczyna. Pan Ignacy był u siebie i zobaczywszy 
szczególną parę, rozłożył ręce z podziwu. 
— Czy możesz wyjść na kilka minut? — zapytał go Wokulski. 
Pan Ignacy nie odpowiedział nic. Wziął klucz od tylnych drzwi sklepu i opuścił 
pokój. 
— Dwu? — szepnęła dziewczyna wyjmując szpilkę z kapelusza. 
— Za pozwoleniem -przerwał jej Wokulski. -Dopiero co byłaś w kościeIe, 
wszak prawda, moja pani? 
— Pan mnie widział? 
— Modliłaś się i płakałaś. Czy mogę wiedzieć, z jakiego powodu? 
Dziewczyna zdziwiła się i wzruszając ramionami odparła: 
— Czy pan jest ksiądz, że się o to pyta? 
A przypatrzywszy się uważniej Wokulskiemu dodała: 
— Ech! także zawracanie głowy... Dowcipny! 
Zabierała się do odejścia, ale zatrzymał ją Wokulski. 
— Poczekaj. Jest ktoś, który chciałby ci dopomóc, więc nie spiesz się i 
odpowiadaj szczerze... 
Znowu przypatrzyła mu się. Nagle oczy jej zaśmiały się, a na twarz wystąpił 
rumieniec. 
— Wiem — zawołała — pan pewnie od tego starego pana!... On kilka razy 
obiecywał, że mnie weźmie... Czy on bardzo bogaty?... Pewnie, że bardzo... 
Jeździ powozem i siada w pierwszych rzędach w teatrze. 
— Posłuchaj mnie — przerwał — i odpowiadaj: czegoś płakała w kościele? 
— A bo, widzi pan... — zaczęła dziewczyna i opowiedziała tak cyniczną historię 
jakiegoś sporu z gospodynią, że słuchając jej Wokulski pobladł. 
„Oto zwierzę!” — szepnął. 
— Poszłam na groby — mówiła dalej dziewczyna — myślałam, że się trochę 
rozerwę. Gdzie tam, com wspomniała o starej, to aż mi łzy pociekły ze złości. 
Zaczęłam prosić Pana Boga, ażeby albo starą choroba zatłukła, albo żebym ja od 
niej wyszła. I widać Bóg wysłuchał, kiedy ten pan chce mnie zabrać. 
Wokulski siedział bez ruchu. Wreszcie zapytał: 
— Ile masz lat? 
— Mówi się, że szesnaście, ale naprawdę mam dziewiętnaście. 
— Chcesz stamtąd wyjść? 
— A — choćby do piekła. Już mi tak dokuczyli... Ale... 
— Cóż? 
— Pewno nic z tego nie będzie... Wyjdę dziś, to po świętach sprowadzą mnie i 
zapłacą jak wtedy w karnawale, com później tydzień leżała. 
— Nie sprowadzą. 
— Akurat! Mam przecie dług... 
— Duży? 
Oho!... z pięćdziesiąt rubli. Nie wiem nawet, skąd się wziął, bo za wszystko 
płacę podwójnie. Ale jest... U nas tak zawsze. A jeszcze jak usłyszą, że tamten 
pan ma pieniądze, to powiedzą, że ich okradłam, i narachują, ile im się podoba. 
Wokulski czuł, że opuszcza go odwaga. 
— Powiedz mi, czy ty zechcesz pracować? 
— A co będę miała do roboty? 
— Nauczysz się szyć. 
— To na nic. Byłam przecie w szwalni. Ale z ośmiu rubli na miesiąc nikt nie 
wyżyje. Wreszcie — jestem tyle jeszcze warta, że mogę nikogo nie obszywać. 
Wokulski podniósł głowę. 
— Nie chcesz wyjść stamtąd! 
— Ale chcę! 
— Więc decyduj się natychmiast. Albo weźmiesz się do roboty, bo darmo nikt na 
świecie chleba nie jada... 
— I to nieprawda — przerwała. — Ten stary pan nic przecie nie robi, a pieniądze ma. 
Nieraz też mówił, że mnie już o nic głowa nie zaboli... 
— Nie pójdziesz do żadnego pana, tylko do magdalenek. Albo wracaj na miejsce. 
— Magdalenki mnie nie wezmą. Trzeba zapłacić dług i mieć poręczenie... 
— Wszystko będzie załatwione, jeżeli tam pójdziesz. 
— Jakże ja do nich pójdę? 
— Dam ci list, który zaraz odniesiesz, i tam zostaniesz. Chcesz czy nie chcesz?.. 
— Ha, niech pan da list. Zobaczę, jak mi tam będzie. 
Usiadła i oglądała się po pokoju. 
Wokulski napisał list, opowiedział, gdzie ma iść, i w końcu dodał: 
— Masz wóz i przewóz. Będziesz dobra i pracowita, będzie ci dobrze; ale jeżeli 
nie skorzystasz z okazji, rób, co ci się podoba. Możesz iść. 
Dziewczyna roześmiała się. 
— To stara będzie się wściekać... To jej narobię... Cha... Cha!... Ale... może pan 
tylko naciąga? 
— Idź — odpowiedział Wokulski wskazując drzwi. 
Jeszcze raz przypatrzyła mu się z uwagą i wyszła wzruszając ramionami. 
W chwilę po jej odejściu ukazał się pan Ignacy. 
— Cóż to za znajomość? — spytał kwaśno. 
— Prawda!... — rzekł zamyślony Wokulski. — Nie widziałem jeszcze podobnego 
bydlęcia, chociaż znam dużo bydląt. 
— W samej Warszawie jest ich tysiące — odparł Rzecki. 
— Wiem. Tępienie ich do niczego nie doprowadzi, bo ciągle się odradzają, więc 
wniosek, że prędzej czy później społeczeristwo musi się przebudować od 
fundamentów do szczytu. Albo zgnije. 
— Aha!... — szepnął Rzecki. — Domyślałem się tego. 
Wokulski pożegnał go. Doświadczał takich uczuć, jak chory na gorączkę, 
którego oblano zimną wodą. 
„Nim jednak przebuduje się społeczność — myślał — widzę, że sfera mojej 
filantropii bardzo się uszczupli. Majątek mój nie wystarczyłby na 
uszlachetnianie instynktów nieludzkich. Wolę ziewające kwestarki niżeli 
modlące się i płaczące potwory.” 
Obraz panny Izabeli ukazał mu się otoczony jaśniejszym niż kiedykolwiek 
blaskiem. Krew biła mu do głowy i upokarzał się w duchu na myśl, że z 
podobnym stworzeniem mógł ją zestawić! 
„Wolęż ja wyrzucać pieniądze na powozy i konie aniżeli na tego rodzaju nieszczęścia!...” 
W Wielką Niedzielę Wokulski najętym powozem zajechał przed mieszkanie 
hrabiny. Zastał już długi szereg ekwipażów bardzo rozmaitego dostojeństwa. 
Były tam eleganckie dorożki obsługujące złotą młodzież i dorożki zwyczajne, 
wzięte na godziny przez emerytów; stare karety, stare konie, stara uprząż i 
służba w wytartej liberii, i nowe, prosto z Wiednia powoziki, przy których 
lokaje mieli kwiaty w butonierkach, a furmani opierali bat na biodrze, jak 
marszałkowską buławę. Nie brakło i fantastycznych kozaków, odzianych w 
spodnie tak szerokie, jakby tam właśnie ich panowie umieścili swoją ambicję. 
Dostrzegł też mimochodem, że w gronie zebranych woźniców służba wielkich 
panów zachowywała się w sposób pełen godności, bankierscy chcieli rej 
wodzić, za co im wymyślano, a dorożkarze byli najrezolutniejsi. Furmani zaś 
powozów najętych trzymali się blisko siebie, gardzący resztą i przez nią 
pogardzani. 
Gdy Wokulski wszedł do przysionka, siwy szwajcar w czerwonej wstędze 
ukłonił mu się głęboko i otworzył drzwi do kontramarkarni, gdzie dżentelmen w 
czarnym fraku zdjął z niego palto. Jednocześnie zaś zabiegł mu drogę Józef, 
lokaj hrabiny, który dobrze znał Wokulskiego ; przenosił bowiem z jego sklepu 
do kościoła pozytywkę i śpiewające ptaszki. 
— Jaśnie pani czeka — rzekł Józef. 
Wokulski sięgnął do kamizelki i dał mu pięć rubli czując, że poczyna sobie jak 
parweniusz. 
„Ach, jakiż ja jestem głupi! — myślał. — Nie, nie jestem; głupi. Jestem tylko 
dorobkiewicz, który w tym państwie musi opłacać się każdemu na każdym 
kroku. No, nawracanie jawnogrzesznic kosztuje więcej.” 
Szedł po marmurowych schodach ozdobionych kwiatami, a Józef przed nim. Na 
pierwszej kondygnacji miał kapelusz na głowie, na drugiej zdjął go nie wiedząc, 
czy robi stosownie, czy niestosownie. 
„W rezultacie mógłbym między nich wszystkich wejść w kapeluszu na głowie” 
— rzekł do siebie. 
Dostrzegł, że Józef mimo swego wieku, więcej niż średniego, biegł po schodach 
jak łania i na górze gdzieś się podział, a Wokulski został sam, nie wiedząc, 
dokąd udać się i komu się zameldować. Była to krótka chwila, lecz w 
Wokulskim gniew zakipiał. 
„Jakimi to oni formami obwarowali się, co? — pomyślał. — A... gdybym to mógł 
wszystko zwalić!...” 
I przywidziało mu się w ciągu kilkunastu sekund, że między nim a tym 
czcigodnym światem form wykwintnych musi się stoczyć walka, w której albo 
ten świat runie, albo — on zginie. 
„Więc dobrze, zginę... Ale zostawię po sobie pamiątkę!...” 
„Zostawisz przebaczenie i litość” — szepnął mu jakiś głos. 
„Czyżem ja aż tak nikczemny!” 
„Nie, jesteś aż tak szlachetny” 
Ocknął się — przy nim stał pan Tomasz Łęcki. 
— Witam cię, panie Stanisławie -rzekł z właściwą mu majestatycznością. — Witam cię tym goręcej, że przybycie twoje do nas łączy się z bardzo miłym 
wypadkiem w rodzinie... 
„Czyżby zaręczyła się panna Izabela?...” — pomyślał Wokulski i pociemniało mu 
w oczach. 
— Wyobraź pan sobie, że z okazji twego tu przybycia... Słyszysz, panie 
Stanisławie?... Z okazji twojej wizyty u nas ja pogodziłem się z panią Joanną, z 
moją siostrą... Ale pan zbladłeś?... Znajdziesz tu wielu znajomych.... Nie 
wyobrażaj sobie, że arystokracja jest tak straszną... 
Wokulski otrząsnął się. 
— Panie Łęcki — odparł chłodno — w moim namiocie pod Plewną bywali więksi 
panowie. I byli dla mnie tyle łaśkawi, że niełatwo wzruszę się widokiem nawet 
tak wielkich, jakich... nie znajdę w Warszawie. 
— A... A!... — szepnął pan Tomasz i ukłonił mu się. Wokulski zdumiał się. 
„Oto fagas! -.przemknęło mu przez głowę. — I ja... ja!... miałbym z takimi ludźmi 
robić sobie ceremonie?..” 
Pan Łęcki wziął go pod rękę i w sposób bardzo uroczysty wprowadził do 
pierwszego salonu, gdzie byli sami mężczyźni. 
— Widzisz pan: hrabia... — zaczął pan Tomasz. 
— Znam -odparł Wokulski, a w duchu dodał: — „Winien mi ze trzysta rubli...” 
— Bankier... — objaśniał dalej pan Tomasz. Ale nim powiedział nazwisko, bankier 
sam zbliżył się do nich i przywitawszy Wokulskiego rzekł: 
— Bój się pan Boga, z Paryża ogromnie ekscytują nas o te bulwary... Czy pan im 
odpowiedziałeś? 
— Pierwej chciałem porozumieć się z panem — odparł Wokulski. 
— Więc zejdźmy się gdzie. Kiedy pan jesteś w domu? 
— Nie mam stałej godziny, wolę być u pana. 
— To wstąp pan do mnie we środę na śniadanie i raz skończmy. 
Pożegnali się. Pan Tomasz czulej przycisnął ramię Wokulskiego. 
— Jenerał... — zaczął. 
Jenerał ujrzawszy Wokulskiego podał mu rękę i przywitali się jak starzy 
znajomi. 
Pan Tomasz stawał się coraz tkliwszym dla Wokulskiego i zaczynał dziwić się 
widząc, że kupiec galanteryjny zna najwybitniejsze osobistości w mieście, a nie 
zna tylko tych, którzy odznaczali się tytułem albo majątkiem, nic zresztą nie 
robiąc. 
Przy wejściu do drugiego salonu, gdzie było kilka dam, zastąpiła im drogę 
hrabina Karolowa. Koło niej przesunął się służący Józef. 
„Rozstawili pikiety — pomyślał Wokulski -ażeby nie skompromitować 
dorobkiewicza. Grzecznie to z ich strony, ale...” 
— Jakże się cieszę, panie Wokulski — rzekła hrabina odbierając go panu 
Tomaszowi — jakże się cieszę, że spełniłeś moją prośbę... Jest tu właśnie osoba, 
która pragnie poznać się z panem. 
W pierwszym salonie ukazanie się Wokulskiego zrobiło pewną sensację. 
— Jenerale — mówił hrabia — hrabina zaczyna nam sprowadzać kupców 
galanteryjnych. Ten Wokulski... 
— On taki kupiec jak ja i pan — odparł jenerał. 
— Mój książę — mówił inny hrabia — skąd wziął się tu ten jakiś Wokulski? 
— Zaprosiła go gospodyni — odparł książę. 
— Nie mam przesądu co do kupców — ciągnął dalej hrabia — ale ten Wokulski, 
który zajmował się dostawą w czasie wojny i zrobił na niej majątek... 
— Tak... tak... — przerwał książę. — Ten rodzaj majątków bywa zwykle niepewny, 
ale za Wokulskiego ręczę. Hrabina mówiła ze mną, a ja zapytywałem oficerów, 
którzy byli na wojnie, między innymi mojego siostrzeńca. Otóż o Wokulskim 
było jedno zdanie, że dostawa, której się on dotknął, była uczciwa. Nawet 
żołnierze, ile razy dostali dobry chleb, mówili, że musiał być pieczony z mąki 
od Wokulskiego. Więcej hrabiemu powiem — ciągnął książę — że Wokulski, który 
swoją rzetelnością zwrócił na siebie uwagę osób najwyżej położonych; miewał 
bardzo ponętne propozycje. W styczniu tego oto roku dawano mu dwakroć sto 
tysięcy rubli tylko za firmę do pewnego przedsiębiorstwa i nie przyjął... 
Hrabia uśmiechnął się i rzekł: 
— Miałby więcej o dwakroć sto tysięcy rubli... 
— Miałby, ale nie byłby dziś tutaj — odparł książę i kiwnąwszy głową hrabiemu 
odszedł. 
— Stary wariat — szepnął hrabia, pogardliwie spoglądając za księciem. 
W trzecim salonie, dokąd wszedł z hrabiną Wokulski, znajdował się bufet 
tudzież mnóstwo większych i mniejszych stolików, przy których dwójkami, 
trójkami, nawet czwórkami siedzieli zaproszeni. Kilku służących roznosiło 
potrawy i wina, a dyrygowała nimi panna Izabela, widocznie zastępując 
gospodynię. Miała na sobie bladoniebieską suknię i wielkie perły na szyi. Była 
tak piękna i tak majestatyczna w ruchach, że Wokulski patrząc na nią 
skamieniał. 
„Nawet marzyć o niej nie mogę!...” — pomyślał z rozpaczą. 
Jednocześnie we framudze okna spostrzegł młodego człowieka, który był 
wczoraj na grobach, a dziś siedział sam przy małym stoliczku nie spuszczając 
oka z panny Izabeli. 
„Naturalnie, że ją kocha!” — myślał Wokulski i doznał takiego wrażenia, jakby 
owionął go chłód grobu. 
„Jestem zgubiony” -dodał w duchu. 
Wszystko to trwało kilka sekund. 
— Czy widzisz pan tę staruszkę między biskupem i jenerałem? -odezwała się 
hrabina. — Jest to prezesowa Zasławska, moja najlepsza przyjaciółka, która 
koniecznie chce pana poznać. Jest panem bardzo zajęta — ciągnęła hrabina z 
uśmiechem — jest bezdzietna i ma parę ładnych wnuczek. Zróbże pan dobry 
wybór!... Tymczasem przypatrz się jej, a gdy ci panowie odejdą, przedstawię 
pana. A... książę... 
— Witam pana -odezwał się książę do Wokulskiego. -Kuzynka pozwoli?... 
— Bardzo proszę — odparła hrabina. — Macie tu panowie wolny stolik... Ja 
opuszczę was na chwilę... 
Odeszła. 
— Siądźmy, panie Wokulski — mówił książę. — Wybornie zdarzyło się, ponieważ 
mam do pana ważny interes. Wyobraź pan sobie, że pańskie projekta wywołały 
wielki popłoch między naszymi bawełnianymi fabrykantami... Wszak dobrze 
powiedziałem — bawełnianymi?... 
Oni utrzymują, że pan chce zabić nasz przemysł... Czy istotnie konkurencja, 
którą pan stwarza, jest tak groźna?... 
— Mam wprawdzie — odparł Wokulski — u moskiewskich fabrykantów kredyt do 
wysokości trzech, nawet czterech milionów rubli, ale jeszcze nie wiem, czy 
pójdą ich wyroby. 
— Straszna!... straszna cyfra! — szepnął książę. — Czy nie widzisz pan w niej 
istotnego niebezpieczeństwa dla naszych fabryk? 
— Ach, nie. Widzę tylko nieznaczne zmniejszenie ich kolosalnych dochodów, co 
zresztą mnie nie obchodzi. Ja mam obowiązek dbać tylko o własny zysk i o 
taniość dla nabywców; nasz zaś towar będzie tańszy. 
— Czy jednak rozważyłeś pan tę kwestię jako obywatel?... — rzekł książę ściskając 
go za rękę. — My już tak niewiele mamy do stracenia... 
— Mnie się zdaje, że jest to dość po obywatelsku dostarczyć konsumentom 
tańszego towaru i złamać monopol fabrykantów, którzy zresztą tyle mają z nami 
wspólnego, że wyzyskują naszych konsumentów i robotników. 
— Tak pan sądzisz?... Nie pomyślałem o tym. Mnie zresztą nie obchodzą 
fabrykanci, ale kraj, nasz kraj, biedny kraj... 
— Czym można panom służyć? — odezwała się nagle, zbliżywszy się do nich, 
panna Izabela. 
Książę i Wokulski powstali. 
— Jakże jesteś dziś piękna, kuzynko — rzekł książe ściskając ją za rękę. — Żałuję 
doprawdy, że nie jestem moim własnym synem... Chociaż — może to i lepiej! Bo 
gdybyś mnie odrzuciła, co jest prawdopodobne, byłbym bardzo nieszczęśliwy... 
Ach, przepraszam!... — spostrzegł się książę. — Pozwolisz, kuzynko, przedstawić 
sobie pana Wokulskiego. Dzielny człowiek, dzielny obywatel... to ci wystarczy, 
wszak prawda?.. 
— Miałam już przyjemność... — szepnęła panna Izabela odpowiadając na ukłon. 
Wokulski spojrzał jej w oczy i dostrzegł takie przerażenie, taki smutek, że go 
znowu opanowała desperacja. 
„Po com ja tu wchodził?...” — pomyślał. 
Spojrzał na framugę okna i znowu zobaczył młodego człowieka, który ciągle 
siedział sam nad nietkniętym talerzem zasłaniając oczy ręką. 
„Ach, po com ja tu przyszedł, nieszczęśliwy...” — myślał Wokulski czując taki 
ból, jakby mu serce wyrywano kleszczami. 
— Może pan choć wina pozwoli? — pytała panna Izabela przypatrując mu się ze 
zdziwieniem. 
— Co pani każe — odparł machinalnie. 
— Musimy się lepiej poznać, panie Wokulski — mówił książę. -Musisz pan 
zbliżyć się do naszej sfery, w której, wierz mi, są rozumy i szlachetne serca, ale 
— brak inicjatywy... 
— Jestem dorobkiewiczem, nie mam tytułu... — odparł Wokulski chcąc cośkolwiek 
odpowiedzieć. 
— Przeciwnie, masz pan... jeden tytuł: pracę, drugi: uczciwość, trzeci: zdolności, 
czwarty: energię... Tych tytułów nam potrzeba do odrodzenia kraju, to nam daj, 
a przyjmiemy cię jak... brata... 
Zbliżyła się hrabina. 
— Pozwoli książę?... — rzekła. — Panie Wokulski... 
Podała mu rękę i poszli oboje do fotelu prezesowej. 
— Oto jest, prezesowo, pan Stanisław Wokulski — odezwała się hrabina do 
staruszki ubranej w ciemną suknię i kosztowne koronki. 
— Siądź, proszę cię — rzekła prezesowa wskazując mu krzesło obok. — Stanisław ci 
na imię, tak?.. A z którychże to Wokulskich?... 
— Z tych... nie znanych nikomu — odparł — a najmniej chyba pani. 
— A nie służyłże twój ojciec w wojsku? 
— Ojciec nie, tylko stryj. 
— I gdzież to on służył, nie pamiętasz?... Czy nie było mu na imię także 
Stanisław? 
— Tak, Stanisław. Był porucznikiem, a później kapitanem w siódmym pułku 
liniowym... 
— W pierwszej brygadzie, drugiej dywizji — przerwała prezesowa. — Widzisz, 
moje dziecko, że nie jesteś mi tak nie znany... Żyjeż on jeszcze?... 
— Umarł przed pięcioma laty. 
Prezesowej zaczęły drżeć ręce. Otworzyła mały flakonik i powąchała go. 
— Umarł, powiadasz?... Wieczny mu odpoczynek!... Umarł... A nie zostałaż ci 
jaka po nim pamiątka? 
— Złoty krzyż... 
— Tak, złoty krzyż... I nicże więcej? 
— Miniatura stryja z roku 1828, malowana na kości słoniowej. 
Prezesowa coraz częściej podnosiła flakonik; ręce drżały jej coraz silniej. 
— Miniatura... — powtórzyła. — A wieszże, kto ją malował?.. I nicże więcej nie 
zostało?. 
— Była jeszcze paczka papierów i jakaś druga miniatura... 
— Coże siç z nimi dzieje?... — nalegała coraz niespokojniej prezesowa. 
— Te przedmioty stryj sam opieczętował na kilka dni przed śmiercią i kazał 
włożyć je do swojej trumny. 
— A... a!... — szepnęła staruszka i rzewnie się rozpłakała. 
W sali zrobił się ruch. Przybiegła zatrwożona panna Izabela, potem hrabina, 
wzięły prezesową pod ręce i z wolna wyprowadziły do dalszych pokojów. W 
jednej chwili na Wokulskiego zwróciły się wszystkie oczy. Zaczęto z cicha 
szeptać. 
Widząc, że wszyscy na niego patrzą i o nim mówią, Wokulski zmieszał się. 
Ażeby jednak pokazać obecnym, że ta osobliwa popularność nic go nie 
obchodzi, wypił jeden po drugim dwa kieliszki wina stojące na stoliku i wtedy 
spostrzegł, że jeden kieliszek, z winem węgierskim, należał do jenerała, a drugi, 
z czerwonym, do biskupa. 
„Ładnie się urządzam — rzekł do siebie. — Gotowi jeszcze powiedzieć, że 
zrobiłem afront staruszce, ażeby wypić wino jej sąsiadom...” 
Wstał z zamiarem wyjścia i zrobiło mu się gorąco na myśl o defiladzie przez 
dwa salony, w których czekają go rózgi spojrzeń i szeptów. Ale zabiegł mu 
drogę książę mówiąc: 
— Pewnie rozmawialiście państwo z prezesową o bardzo dawnych czasach, kiedy 
aż do łez doszło. Prawda, że zgadłem?... Wracając do tematu, który nam 
przerwano, czy nie sądzisz pan, że dobrze byłoby założyć w kraju polską 
fabrykę tanich tkanin?... 
Wokulski potrząsnął głową. 
— Wątpię, ażeby się to udało — odparł. — Trudno myśleć o wielkich fabrykach 
tym, którzy nie mogą zdobyć się na małe ulepszenia w już istniejących... 
— Mianowicie?... 
— Mówię o młynach — ciągnął Wokulski. — Za parę lat będziemy sprowadzali 
nawet mąkę, bo nasi młynarze nie chcą zastąpić kamieni — walcami. 
— Pierwszy raz słyszę!... Siądźmy tu — mówił książę ciągnąc go do obszernej 
framugi — i opowiedz pan, co to znaczy? 
W salonach tymczasem rozmawiano. 
— Jakaś zagadkowa figura ten pan -mówiła po francusku dama w brylantach do 
damy w strusim piórze. — Pierwszy raz widziałam prezesową płaczącą. 
— Naturalnie, historia miłosna — odpowiedziała dama z piórem. — W każdym razie 
zrobił ktoś złośliwego figla hrabinie i prezesowej wprowadzając tego 
jegomościa. 
— Przypuszczasz pani, że... 
— Jestem pewna — odparła wzruszając ramionami. — Niech pani wreszcie spojrzy 
na niego. Maniery bardzo złe, ale cóż to za fizjognomia, jaka duma!... 
Szlachetnej rasy nie ukryje się nawet pod łachmanami. 
— Zadziwiające!... — mówiła dama w brylantach. — Bo i ten jego majątek, jakoby 
zrobiony w Bułgarii... 
— Naturalnie. To zarazem tłumaczy, dlaczego prezesowa pomimo bogactw tak 
mało wydaje na siebie. 
— I książę bardzo na niego łaskaw... 
— Przez litość, czy nie za mało?... Niech tylko pani spojrzy na nich obu... 
— Sądziłabym, że nie ma ani śladu podobieństwa. 
— Zapewne, ale... ta duma, pewność siebie... Z jaką oni swobodą rozmawiają... 
Przy innym stoliku naradzali się trzej panowie. 
— No, hrabina zrobiła zamach stanu — mówił brunet z grzywką. 
— I udał się jej. Ten Wokulski trochę sztywny, ale ma w sobie coś — odpowiedział 
pan siwy. 
— W każdym razie kupiec... 
— Czymże kupiec gorszy od bankierów? 
— Kupiec galanteryjny, sprzedaje portmonetki — nalegał brunet. 
— My czasami sprzedajemy herby... — wtrącił trzeci, szczupły staruszek z siwymi 
faworytami. 
— Jeszcze zechce ożenić się tutaj... 
— Tym lepiej dla panien. 
— Ja bym mu sam oddał córkę. Człowiek, słyszę, porządny, bogaty, posagu nie 
strwoni... 
Koło nich szybko przeszła hrabina. 
— Panie Wokulski — rzekła wyciągając wachlarz w kierunku framugi. 
Wokulski przybiegł do niej. Podała mu rękę i we dwoje opuścili salon. 
Osamotnionego księcia zaraz otoczyli mężczyźni; niektórzy prosili go, ażeby 
zapoznał ich z Wokulskim. 
— Warto, warto!... — mówił zadowolony książę. — Takiego nie było jeszcze 
między nami. Gdybyśmy dawniej zbliżyli się do nich, nasz nieszczęśliwy kraj 
wyglądałby inaczej. 
Usłyszała to mijająca ich właśnie panna Izabela i — pobladła. Przystąpił do niej 
młody człowiek z wczorajszej kwesty. 
— Zmęczyła się pani? — rzekł. 
— Trochę -odpowiedziała ze smutnym uśmiechem. -Przychodzi mi do głowy 
dziwne pytanie — dodała po chwili — czy ja też potrafiłabym walczyć?... 
— Czy z sercem? — zapytał. — Nie warto... 
Panna Izabela wzruszyła ramionami. 
— Ach, gdzież znowu z sercem. Myślę o prawdziwej walce z silnym 
nieprzyjacielem. 
Ścisnęła go za rękę i opuściła salon. 
Wokulski prowadzony przez hrabinę minął długi szereg pokojów. W jednym z 
nich, z dala od zaproszonych gości, rozlegały się śpiewy i dźwięki fortepianu. 
Gdy weszli tam, uderzył go szczególny widok. Jakiś młody człowiek grał na 
fortepianie; z dwu bardzo przystojnych dam, stojących przy nim, jedna udawała 
skrzypce, druga klarnet; przy tej zaś muzyce tańczyło kilka par, między którymi 
znajdował się tylko jeden mężczyzna. 
— Oj! wy zbytnicy! -zgromiła ich hrabina. 
Odpowiedzieli wybuchem śmiechu, nie przerywając zabawy. 
Minęli i ten pokój i weszli na schody. 
— Ot, widzisz — rzekła hrabina — to jest najwyższa arystokracja. Zamiast siedzieć 
w salonie, uciekli tutaj dokazywać. 
„Jaki oni mają rozum!” -pomyślał Wokulski. 
I zdawało mu się, że między tymi ludźmi życie upływa prościej i weselej aniżeli 
między nadętym mieszczaństwem albo arystokratyzującą szlachtą. 
Na górze, w pokoju odciętym od zgiełku i nieco przyćmionym, siedziała w 
fotelu prezesowa. 
— Zostawiam was tu, moi państwo — rzekła hrabina. — Nagadajcie się, bo ja muszę 
wracać. 
— Dziękuję ci, Joasiu — odpowiedziała prezesowa. — Siądźże, proszę cię — zwróciła 
się do Wokulskiego. 
A gdy zostali sami, dodała: 
— Nawet nie wiesz, ile obudziłeś we mnie wspomnień. 
Teraz dopiero Wokulski spostrzegł, że między tą damą a jego stryjem musiał 
istnieć jakiś niezwykły stosunek. Opanowało go niespokojne zdumienie. 
„Dzięki Bogu — pomyślał — że jestem legalnym dzieckiem moich rodziców.” 
— Proszę cię — zaczęła prezesowa — mówisz, że stryj twój umarł. Gdzieże on, 
biedak, pochowany? 
— W Zasławiu, gdzie mieszkał od powrotu z emigracji. 
Prezesowa znowu podniosła chustkę do oczu. 
— Doprawdy?... Ach, ja niewdzięczna!... Byłżeś kiedy u niego?... Nie mówiłże ci 
nic... Nie oprowadzał cię?... Wszakże tam, na górze, są ruiny zamku, prawda? 
Stojąż one jeszcze? 
— Tam właśnie, do zamku, stryj co dzień chodził na spacer i całe godziny 
przesiadywaliśmy z nim na dużym kamieniu... 
— Patrzajże?... Znam ten kamień ; siedzieliśmy wtedy oboje na nim i patrzyliśmy 
to na rzekę, to na obłoki, których bieg niepowrotny uczył nas, że tak ucieka 
szczęście. Czuję to dopiero dzisiaj. A studnia jestże w zamku i zawsze głęboka? 
— Bardzo głęboka. Tylko trafić do niej trudno, bo wejście zamaskowały gruzy. 
Dopiero stryj mi ją pokazał. 
— Wieszże ty — mówiła prezesowa — że w chwili ostatniego z nim pożegnania 
myśleliśmy: czyby się do tej studni nie rzucić? Nikt by nas tam nie odszukał i na 
wieki zostalibyśmy razem. Zwyczajnie — szalona młodość... 
Otarła oczy i ciągnęła dalej: 
— Bardzo... bardzo lubiłam go; a myślę, że i on mnie trochę... kiedy tak pamiętał 
wszystko. Ale on był ubożuchny oficer, a ja na nieszczęście bogata, i do tego 
jeszcze bliska krewna dwu jenerałów. No i rozdzielono nas... Może też byliśmy 
zanadto cnotliwi... Ale cicho!... cicho!... — dodała śmiejąc się i płacząc. — Takie 
rzeczy wolno mówić kobietom dopiero w siódmym krzyżyku. 
Łkanie przerwało jej mowę. Powąchała swój flakonik, odpoczęła i zaczęła 
znowu: 
— Bywają wielkie zbrodnie na świecie, ale chyba największą jest zabić miłość. 
Tyle lat upłynęło, prawie pół wieku ; wszystko przeszło: majątek, tytuły, 
młodość, szczęście... Sam tylko żal nie przeszedł i pozostał, mówię ci, taki 
świeży, jakby to było wczoraj. Ach, gdyby nie wiara, że jest inny świat, w 
którym podobno wynagrodzą tutejsze krzywdy, kto wie, czy nie przeklęłoby się 
i życia, i jego konwenansów... Ale ty mnie nie rozumiesz, bo wy dziś macie 
mocniejsze głowy, lecz zimniejsze aniżeli my serca. 
Wokulski siedział ze spuszczonymi oczyma. Coś dławiło go, szarpało za piersi. 
Wpił sobie paznokcie w ręce i myślał, ażeby jak najprędzej stąd wyjść i już nie 
słuchać skarg, które odnawiały w nim najboleśniejsze rany. 
— A maż on, biedaczysko, jaki nagrobek? — spytała po chwili prezesowa. 
Wokulski zarumienił się. Nigdy nie przychodziło mu do głowy, ażeby zmarli 
potrzebowali czegoś więcej nad grudę ziemi. 
— Nie ma — ciągnęła prezesowa widząc jego zakłopotanie. — Nie tobie dziwię się, 
moje dziecko, żeś o nagrobku nie pamiętał, ale sobie wyrzucam, żem 
zapomniała o człowieku. 
Zadumała się i nagle, położywszy na jego ramieniu swoją wychudłą i drżącą 
rękę, rzekła zniżonym głosem: 
— Mam do ciebie prośbę... Powiedz, że ją spełnisz... 
— Z pewnością — odparł Wokulski. 
— Pozwól, ażebym ja mu postawiła nagrobek. Ale że sama jechać tam nie mogę, 
więc ty mnie wyręczysz. Weź stąd kamieniarza, niechaj rozłupie ten kamień, 
wiesz, ten, na którym siadywaliśmy na górze, pod zamkiem, i niech jedną 
połowę ustawią na jego grobie. Cokolwiek będzie kosztować, zapłacisz, a 
zwrócę ci razem z dozgonną wdzięcznością. Zrobiszże to? 
— Zrobię. 
To dobrze, dziękuję ci... Myślę, że mu przyjemniej będzie spoczywać pod 
kamieniem, który słyszał nasze rozmowy i patrzył na łzy. Ach, jak ciężko 
wspominać... A napis, wieszże jaki? — mówiła dalej. — Kiedyśmy się rozłączali, 
zostawił mi parę strofek z Mickiewicza. Pewnie czytałeś je kiedy. 
Jak cień tym dłuższy, gdy padnie z daleka, 
Tym szerzej koło żałobne roztoczy, 
Tak pamięć o mnie: im dalej ucieka, 
Tym grubszym kirem twą duszę zamroczy... 
O, prawda to!... I studnię, która miała nas połączyć ; chciałabym upamiętnić w 
jakiś sposób... 
Wokulski wstrząsnął się i patrzył gdzieś szeroko otwartymi oczyma. 
— Co tobie? — zapytała prezesowa. 
— Nic — odparł z uśmiechem. — Śmierć zajrzała mi w oczy. 
— Nie dziw się: krąży koło mnie starej, zatem muszą ją widzieć moi sąsiedzi. 
Więc zrobisz, o co cię proszę? 
— Tak. 
— Bądźże u mnie po świętach i... często przychodź. Może się trochę ponudzisz, 
ale może i ja, niedołężna, przydam ci się na co. A teraz idź już na dół, idź... 
Wokulski pocałował ją w rękę, ona go parę razy w głowę; potem dotknęła 
dzwonka. Wszedł służący. 
— Sprowadźże pana do sali — rzekła. 
Wokulski był odurzony. Nie wiedział, którędy idzie, nie zdawał sobie sprawy z 
tego, o czym rozmawiali z prezesową. Czuł tylko, że znajduje się w jakimś 
odmęcie dużych komnat, starodawnych portretów, cichych stąpań, nieokreślonej 
woni. Otaczały go kosztowne meble, ludzie pełni delikatności, o jakiej nigdy nie 
marzył, a nad tym wszystkim, jak poemat, unosiły się wspomnienia starej 
arystokratki, przesiąknięte westchnieniami i łzami. 
„Cóż to za świat?... Co to za świat?...” 
A jednak jeszcze mu czegoś brakło. Chciał choć raz spojrzeć na pannę Izabelę. 
„No, w sali ją zobaczę...” 
Lokaj otworzył drzwi do sali. Znowu wszystkie głowy zwróciły się w jego 
stronę i ucichły rozmowy jak szum odlatującego ptactwa. Nastała chwila ciszy, 
w której wszyscy patrzyli na Wokulskiego, a on nie widział nikogo, tylko 
rozgorączkowanym spojrzeniem szukał bladoniebieskiej sukni. 
„Tu jej nie ma” — pomyślał. 
— No, tylko patrzcie, jak on sobie nic z was nie robi!... — szepnął śmiejąc się 
staruszek z siwymi faworytami. 
„Musi być w drugiej sali” — mówił do siebie Wokulski. 
Spostrzegł hrabinę i zbliżył się do niej. 
— Cóż, skończyliście państwo konferencję? -spytała hrabina. -Prawda, jaka to 
miła osoba, prezesowa?... Ma pan w niej wielką przyjaciółkę, nie większą 
jednak aniżeli we mnie. Zaraz przedstawię pana... Pan Wokulski!... — dodała 
zwracając się do damy w brylantach. 
— A ja zaraz przystępuję do interesu — rzekła dama patrząc na niego z góry. — Nasze sierotki potrzebują kilku sztuk płótna... 
Hrabina lekko zarumieniła się. 
— Tylko kilku?... — powtórzył Wokulski i spojrzał na brylanty wyniosłej damy, 
reprezentujące wartość kilkuset sztuk najcieńszego płótna. — Po świętach — dodał 
— będę miał honor na ręce pani hrabiny przysłać płótno... 
Ukłonił się, jakby chciał odchodzić. 
— Chcesz nas pan pożegnać? — spytała trochę zmieszana hrabina. 
— Ależ to impertynent! — rzekła dama w brylantach do swej towarzyszki w 
strusim piórze. 
— Żegnam panią hrabinę i dziękuję za zaszczyt, jaki mi pani raczyła wyrządzić!... 
— mówił Wokulski całując gospodynię w rękę. 
— Tylko do widzenia, panie Wokulski, wszak prawda?... Dużo będziemy mieli 
interesów ze sobą. 
I w drugim salonie nie było panny Izabeli. Wokulski uczuł niepokój. 
„Przecież muszę na nią spojrzeć... Kto wie, jak prędko spotkamy się w 
podobnych warunkach” 
— A, jesteś pan — zawołał książę. — Już wiem, jaki ułożyliście spisek z panem 
Łęckim. Spółka do handlu ze Wschodem — wyborna myśl! Musicie i mnie do 
niej przyjąć... Musimy poznać się bliżej... — A widząc, że Wokulski milczy, 
dodał: — Prawda, jakim ja nudny, panie Wokulski? Ale to nic nie pomoże; 
musicie zbliżyć się do nas, pan i panu podobni i — razem idźmy. Wasze firmy są 
także herbami, nasze herby są także firmami, które gwarantują rzetelność w 
prowadzeniu interesów... 
Ściskali się za ręce i Wokulski coś odpowiedział, ale co?... — nie było mu 
wiadome. Niepokój jego wzrastał; na próżno szukał panny Izabeli. 
„- Chyba jest dalej” — szepnął, z trwogą idąc do ostatniego salonu. 
Tu pochwycił go pan Łęcki z oznakami niebywałej tkliwości. 
— Już pan wychodzisz? Więc do widzenia, drogi panie. Po świętach u mnie 
pierwsza sesja i w imię boże zaczynajmy. 
„Nie ma jej!” — myślał Wokulski, żegnając się z panem Tomaszem. 
— Ale wiesz pan — szepnął Łęcki — zrobiłeś szalony efekt. Hrabina nie posiada się 
z radości, książę mówi tylko o tobie... A jeszcze ten wypadek z prezesową... 
No... cudownie! Nie można było marzyć o zdobyciu lepszej pozycji... 
Wokulski stał już w progu. Jeszcze raz szklanymi oczyma powiódł po sali i wyszedł 
z desperacją w sercu. 
„Może wypadałoby wrócić i pożegnać ją?... Przecież zastępowała miejsce 
gospodyni...” — myślał, powoli schodząc ze schodów. 
Nagle drgnął słysząc szelest sukni w wielkiej galerii. 
„Ona...” 
Podniósł głowę i zobaczył damę w brylantach. 
Ktoś podał mu palto. Wokulski wyszedł na ulicę zatoczywszy się jak pijany. 
„Cóż mi po świetnej pozycji, jeżeli jej tam nie ma?” 
— Konie pana Wokulskiego! — zawołał z sieni szwajcar, pobożnie ściskając 
trzyrublówkę. Łzami zaszłe oczy i nieco zachrypnięty głos świadczyły, że 
obywatel ten nawet na trudnym posterunku czci jednak pierwszy dzień 
Wielkiejnocy. 
— Konie pana Wokulskiego!... Konie Wokulskiego!... Wokulski, zajeżdżaj!... powtórzyli 
stojący furmani. 
Środkiem Alei z wolna toczyły się dwa szeregi dorożek i powozów w stronę 
Belwederu i od Belwederu. Ktoś z jadących spostrzegł na chodniku 
Wokulskiego i ukłonił mu się. 
„Kolega!” — szepnął Wokulski i zarumienił się. 
Gdy sprowadzono mu powóz, zrazu chciał wsiąść, lecz rozmyślił się. 
— Wracaj, bracie, do domu — rzekł do furmana dając mu na piwo. 
Powóz odjechał ku miastu. Wokulski zmieszał się z przechodniami i poszedł w 
stronę Ujazdowskiego placu. Szedł z wolna i przypatrywał się jadącym. Wielu 
spomiędzy nich znał osobiście. Oto rymarz, który dostarcza mu wyrobów 
skórzanych, jedzie na spacer z żoną, grubą jak beczka cukru, i wcale ładną 
córką, z którą chciano go swatać. Oto syn rzeźnika, który do sklepu, niegdyś 
Hopfera, dostarczał wędlin. Oto bogaty cieśla z liczną rodziną. Wdowa po 
dystylatorze, również mająca duży majątek i również gotowa oddać rękę 
Wokulskiemu. Tu garbarz, tam dwaj subiekci bławatni, dalej krawiec męski, 
mularz, jubiler, piekarz, a oto — jego współzawodnik, kupiec galanteryjny, w 
zwykłej dorożce. 
Większa ich część nie widziała Wokulskiego, niektórzy jednak spostrzegli go i 
kłaniali mu się; lecz byli i tacy, którzy spostrzegłszy go nie kłaniali się, a nawet 
uśmiechali się złośliwie. Z całego mnóstwa tych kupców, przemysłowców i 
rzemieślników, równych mu stanowiskiem, niekiedy bogatszych od niego i 
dawniej znanych w Warszawie, on tylko jeden był dziś na święconym u hrabiny. 
Żaden z tamtych, on tylko jeden!.. 
„Mam nieprawdopodobne szczęście — myślał. — W pół roku zrobiłem majątek 
krociowy, za parę lat mogę mieć milion... Nawet prędzej... Dziś już mam wstęp 
na salony, a za rok?... Niektórym z tych, co przed chwilą ocierali się o mnie, 
przed siedemnastu laty mogłem usługiwać w sklepie, a nie usługiwałem chyba 
dlatego, że żaden nie wstąpiłby tam. Z komórki przy sklepie do buduaru 
hrabiny, co za skok!... Czy aby ja nie za prędko awansuję?” — dodał z tajemną 
trwogą w sercu. 
Był już na rozległym placu Ujazdowskim, w którego południowej części 
znajdowały się zabawy ludowe. Pomieszane dźwięki katarynek, odgłosy trąb i 
zgiełk kilkunastutysięcznego tłumu ogarniał go jak fala nadpływającej powodzi. 
Widział jak na dłoni długi szereg huśtawek, kolyszących się w prawo i w lewo 
niby ogromne wahadła o potężnym rozmachu. Potem drugi szereg -szybko 
kręcących się namiotów, z dachami w różnokolorowe pasy. Potem trzeci szereg 
— bud zielonych, czerwonych i żółtych, gdzie przy wejściu jaśniały potworne 
malowidła, a na dachu ukazywali się jaskrawo odziani pajace albo olbrzymie 
lalki. A we środku placu — dwa wysokie słupy, na które teraz właśnie wspinali 
się amatorowie frakowych garniturów i kilkurublowych zegarków. 
Wśród tych wszystkich czasowych a brudnych budynków roił się rozbawiony 
tłum. 
Wokulskiemu przypomniały się lata dziecinne. Jakże mu wtedy, 
wygłodzonemu, smakowała bułka i serdelek! Jak wyobrażał sobie siadłszy na 
konia w karuzeli, że jest wielkim wojownikiem! Jak szalonego doznawał 
upojenia wylatując do góry na huśtawce! Co to była za rozkosz pomyśleć, że 
dziś nic nie robi i jutro nic nie będzie robił — za cały rok. A z czym da się 
porównać ta pewność, że dziś położy się spać o dziesiątej i jutro, gdyby chciał, 
wstanie także o dziesiątej przeleżawszy dwanaście godzin z rzędu! 
„I to ja byłem, ja?... — mówił do siebie zdumiony. — Mnie tak cieszyły rzeczy, 
które w tej chwili tylko wstręt budzą?... Tyle tysięcy otacza mnie 
rozradowanych biedaków, a ja, bogacz przy nich, cóż mam?... Niepokój i nudy, 
nudy i niepokój... Właśnie kiedy mógłbym posiadać to, co kiedyś było moim 
marzeniem, nie mam nic, bo dawne pragnienia wygasły. A tak wierzyłem w 
swoje wyjątkowe szczęście!...” 
W tej chwili potężny krzyk wydarł się z tłumu. Wokulski ocknął się i na 
szczycie słupa zobaczył jakąś ludzką figurę. 
„Aha, triumfator!” — rzekł do siebie Wokulski, ledwie trzymając się na nogach 
pod naciskiem tłumu, który biegł, klaskał, wiwatował, wskazywał palcami 
bohatera, pytał o jego nazwisko. Zdawało się, że zdobywcę frakowego garnituru 
na rękach zaniosą do miasta, wtem — zapał ostygł. Ludzie biegli wolniej, nawet 
zatrzymywali się, okrzyki cichły, wreszcie zupełnie umilkły. Chwilowy 
triumfator zsunął się ze szczytu i w parę minut zapomniano o nim. 
„Przestroga dla mnie?...” — szepnął Wokulski ocierając pot z czoła. 
Plac i rozbawione tłumy obmierzły mu do reszty. Zawrócił do miasta. 
Środkiem Alei wciąż toczyły się dorożki i powozy. W jednym Wokulski 
zobaczył bladoniebieską suknię. 
„Panna Izabela?..” 
Serce poczęło mu bić gwałtownie. 
„Nie, nie ona.” 
O paręset kroków dalej spostrzegł jakąś piękną twarz kobiecą i dystyngowane 
ruchy. 
„Ona?... Nie. Skądżeby wreszcie ona?” 
I tak szedł przez całe Aleje, plac Aleksandra, przez Nowy Świat ciągle upatrując 
kogoś i ciągle doznając zawodu. 
„Więc to jest moje szczęście?... Kto wie, czy śmierć jest takim złem, jak 
wyobrażają sobie ludzie.” 
I pierwszy raz uczuł tęsknotę do twardego, nieprzespanego snu, którego nie 
niepokoiłyby żadne pragnienia, nawet żadne nadzieje. 
W tym samym czasie panna Izabela, wróciwszy od ciotki do domu, prawie z 
przedpokoju zawołała do panny Florentyny: 
— Wiesz?... był na przyjęciu... 
— Kto? 
— No ten, Wokulski... 
— Dlaczegoż być nie miał, skoro go zaproszono — odparła panna Florentyna. 
— Ależ to zuchwalstwo... Ależ to niesłychane... i jeszcze, wyobraź sobie, ciotka 
jest nim oczarowana, książę nieledwie mu się narzuca, a wszyscy chórem 
uważają go za jakąś znakomitość... I ty nic na to?... 
Panna Florentyna uśmiechnęła się smutnie. 
— Znam to. Bohater sezonu. W zimie był takim pan Kazimierz, a przed 
kilkunastu laty nawet... ja — dodała cicho. 
— Ależ uważaj, kim on jest?... Kupiec... kupiec... 
— Moja Belu — odpowiedziała panna Florentyna — pamiętam sezony, kiedy nasz 
świat zachwycał się nawet cyrkowcami. Przejdzie i to. 
— Boję się tego człowieka — szepnęła panna Izabela. 
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY: 
PAMIĘTNIK STAREGO SUBIEKTA 
„...Mamy tedy nowy sklep: pięć okien frontu, dwa magazyny, siedmiu 
subiektów i szwajcara we drzwiach. Mamy jeszcze powóz błyszczący jak 
świeżo wyglancowane buty, parę kasztanowatych koni, furmana i lokaja — w 
liberii. I to wszystko spadło na nas w początkach maja, kiedy Anglia, Austria, a 
nawet skołatana Turcja uzbrajały się na łeb na szyję! 
— Kochany Stasiu -mówiłem do Wokulskiego — wszyscy kupcy śmieją się, że tak 
dużo wydajemy w niepewnych czasach. 
— Kochany Ignasiu — odpowiedział mi Wokulski — a my śmiać się będziemy ze 
wszystkich kupców, kiedy nadejdą czasy pewniejsze. Dziś właśnie jest pora do 
robienia interesów. 
— Ależ europejska wojna — mówię — wisi na włosku. W takim razie na pewno 
czeka nas bankructwo. 
— Żartuj z wojny -odpowiada Staś. -Cały ten hałas uspokoi się za parę miesięcy, 
a my tymczasem zdystansujemy wszystkich współzawodników. 
No — i wojny nie ma. W naszym sklepie ruch jak na odpuście, do naszych 
składów zwożą i wywożą towary jak do młyna, a pieniądze płyną do kas nie 
gorzej od plew. Kto by Stasia nie znał, powiedziałby, że to genialny kupiec; ale 
że ja go znam, więc coraz częściej pytam się: na co to wszystko?... Warum bast 
du denn das getan?... 
Prawda, że i mnie się w podobny sposób pytano. Czyżbym już był tak stary jak 
nieboszczka Grossmutter i nie rozumiał ani ducha czasu, ani intencji ludzi 
młodszych ode mnie?... Ehe! tak źle nie jest... 
Pamiętam, że kiedy Ludwik Napoleon (późniejszy cesarz Napoleon III) uciekł z 
więzienia w roku 1846, zakotłowało się w całej Europie. Nikt nie wiedział, co 
będzie. Ale wszyscy ludzie rozsądni przygotowywali się do czegoś, a wuj 
Raczek (pan Raczek ożenił się z moją ciotką) ciągle powtarzał: 
— Mówiłem, że Bonapart wypłynie i piwa im nawarzy! Cała bieda w tym, że ja 
coś nie zdużam na nogi. 
Rok 1846 i 1847 upłynęły w wielkim rozgardiaszu. Ukazywały się coraz to 
jakieś pisemka, a znikali ludzie. Nieraz i ja myślałem: czy już nie pora wytknąć 
głowę na szerszy świat? A kiedy mnie ogarnęły wątpliwości i niepokoje, po 
zamknięciu sklepu szedłem do wuja Raczka i opowiadałem, co mnie trapi, 
prosząc, ażeby poradził mi jak ojciec. 
— Wiesz co — odpowiadał wuj uderzając się pięścią w chore kolano — poradzę ci 
jak ojciec. Chcesz, mówię ci... to idź, a nie chcesz, mówię ci... to zostań... 
Dopiero w lutym roku 1848, kiedy Ludwik Napoleon już był w Paryżu, ukazał 
mi się jednej nocy nieboszczyk ojciec, tak, jak widziałem go w trumnie. Surdut 
zapięty pod szyję, kolczyk w uchu, wąs wyszwarcowany (zrobił mu to pan 
Domański, ażeby ojciec byle jako nie wystąpił na boskim sądzie). Stanął we 
drzwiach mojej izdebki we front i rzekł tylko te słowa: 
— Pamiętaj, wisusie, czegom cię uczył!... 
„Sen mara — Bóg wiara”, myślałem przez kilka dni. Ale już sklep mi obrzydł. 
Nawet do śp. Małgosi Pfeifer straciłem skłonność i ciasno zrobiło mi się na 
Podwalu tak, żem nie mógł wytrzymać. Poszedłem znowu do wuja Raczka po 
radę. 
Pamiętam, leżał akurat w łóżku nakryty pierzyną mojej ciotki i pił gorące ziółka 
na poty. Gdy mu zaś opowiedziałem cały interes, rzekł: 
— Wiesz co, poradzę ci jak ojciec. Chcesz — idź, nie chcesz — zostań. Ale ja, 
gdyby nie podłe moje nogi, dawno bym już był za granicą. Bo i twoja ciotka, 
mówię ci — tu zniżył głos — tak okrutnie miele jęzorem, że wolałbym, mówię ci, 
słuchać baterii austriackich armat aniżeli jej trajkotu. Co mi pomoże 
smarowaniem, to mi zepsuje gadaniem...A maszże pieniądze? — spytał po chwili. 
— Znajdę z kilkaset złotych. 
Wuj Raczek kazał zamknąć drzwi mieszkania (ciotki w domu nie było) i 
sięgnąwszy pod poduszkę wydobył stamtąd klucz. 
— Naści — rzekł — otwórz ten kufer skórą obity. Będzie tam na prawo skrzyneczka, 
a w niej kieska. Podaj mi ją... 
Wydobyłem kieskę grubą i ciężką. Wuj Raczek wziął ją do ręki i wzdychając 
odliczył piętnaście półimperiałów. 
— Weź te pieniądze — mówił — na drogę i jeżeli masz jechać, to jedź... Dałbym ci 
więcej, ale może i na mnie przyjść pora... Zresztą trzeba zostawić coś babie, 
żeby sobie w razie wypadku znalazła drugiego męża... 
Pożegnaliśmy się płacząc. Wuj aż dźwignął się na łóżku i odwróciwszy mnie 
twarzą do świecy, szepnął: 
— Niech ci się jeszcze przypatrzę... Bo to, mówię ci, z tego balu nie każdy 
wraca... Wreszcie i ja sam jużem człek niedzisiejszy, a humory, mówię ci, 
zabijają prawie tak jak kule... 
Wróciwszy do sklepu, mimo spóźnionej pory, rozmówiłem się z Janem 
Minclem dziękując mu za obowiązek i opiekę. Ponieważ od roku już gadaliśmy 
o tych rzeczach, a on zawsze zachęcał mnie, ażebym szedł bić Niemców, więc 
zdawało mi się, że mój zamiar zrobi mu wielką przyjemność. Tymczasem 
Mincel jakoś posmutniał. Na drugi dzień wypłacił mi pieniądze, które miałem u 
niego, dał nawet gratyfikację, obiecał opiekować się pościelą i kufrem, na 
wypadek gdybym kiedy wrócił. Ale zwykła wojowniczość opuściła go i ani razu 
nie powtórzył swego ulubionego wykrzyknika: 
— Ehej!... dałbym ja Szwabom, żebym tak nie miał sklepu... 
Gdy zaś około dziesiątej wieczór, ubrany w półkożuszek i grube buty, 
uściskawszy go wziąłem za klamkę, ażeby opuścić izbę, w której tyle lat 
przemieszkaliśmy razem, coś dziwnego stało się z Janem. Nagle zerwał się z 
krzesła i rozkrzyżowawszy ręce krzyknął: 
— Świnia!... gdzie ty idziesz?... 
A potem rzucił się na moje łóżko szlochając jak dzieciak. 
Uciekłem. W sieni słabo oświetlonej olejnym kagankiem ktoś zastąpił mi drogę. 
Ażem drgnął. Był to August Katz, odziany jak wypadało na marcową podróż. 
— Co ty tu robisz. Auguście? — spytałem. 
— Czekam na ciebie. 
Myślałem, że chce mnie odprowadzić; więc poszliśmy na plac Grzybowski w 
milczeniu, bo Katz nigdy nic nie mówił. Fura żydowska, którą miałem jechać, 
była już gotowa. Ucałowałem Katza, on mnie także. Wsiadłem... on za mną... 
— Jedziemy razem — rzekł. 
A potem, kiedy byliśmy już za Miłosną, dodał: 
— Twardo i trzęsie, spać nie można. 
Wspólna podróż trwała niespodziewanie długo, bo aż do października 1849 
roku, pamiętasz, Katz, niezapomniany przyjacielu? Pamiętasz te długie marsze 
na spiekocie, kiedy nieraz piliśmy wodę z kałuży; albo ten pochód przez bagno, 
w którym zamoczyliśmy ładunki ; albo te noclegi w lasach i na polach, kiedy 
jeden drugiemu spychał głowę z tornistra i ukradkiem ściągał płaszcz służący za 
wspólną kołdrę?... A pamiętasz tarte kartofle ze słoniną, które ugotowaliśmy we 
czterech w sekrecie przed całym oddziałem? Tylem razy jadał od tej pory 
kartofle, ale żadne nie smakowały mi tak jak wówczas. Jeszcze dziś czuję ich 
zapach, ciepło pary buchającej z garnka i widzę ciebie, Katz, jak dla nietracenia 
czasu mówiłeś pacierz, jadłeś kartofle i zapalałeś fajkę u ogniska. 
Ej! Katz, jeżeli w niebie nie ma węgierskiej piechoty i tartych kartofli, 
niepotrzebnieś się tam pospieszył. 
A pamiętasz jeneralną bitwę, do której zawsze wzdychaliśmy odpoczywając po 
partyzanckiej strzelaninie? Ja bo nawet w grobie jej nie zapomnę, a jeżeli kiedyś 
zapyta mnie Pan Bóg, po com żył na świecie?... po to — odpowiem — ażeby trafić 
na jeden taki dzień. Ty tylko rozumiesz mnie, Katz, bośmy to obaj widzieli. A 
niby na razie wydawało się — nic. 
Na półtorej doby przedtem skupiła się nasza brygada pod jakąś wsią węgierską, 
której nazwy nie pamiętam. Fetowali nas aż miło. W winie, co prawda nie 
osobliwszym, można się było myć, a wieprzowina i papryka już nam tak 
zbrzydły, że człowiek nie wziąłby do ust tego paskudztwa, gdyby, rozumie się, 
miał co innego. A jaka muzyka, a jakie dziewuchy!... Cyganie doskonale grają, a 
każda Węgierka istny proch. Kręciło się ich, bestyjek, wszystkiego ze 
dwadzieścia, a jednak zrobiło się tak gorąco że nasi zakłuli i zarąbali trzech 
chłopów, a chłopi zabili nam drągami huzara. 
I Bóg wie czym skończyłaby się tak pięknie rozpoczęta zabawa, gdyby w chwili 
największego tumultu nie zajechał do sztabu szlachcic czwórką koni okrytych 
pianą. W kilka minut później rozeszła się po wojsku wieść, że w pobliżu 
znajdują się wielkie masy Austriaków. Zatrąbiono do porządku, tumult ucichł, 
Węgierki znikły, a w szeregach zaczęto szeptać o jeneralnej bitwie. 
— Nareszcie!... — powiedziałeś do mnie. 
Tej samej nocy posunęliśmy się o milę naprzód, w ciągu następnego dnia znowu 
o milę. Co kilka godzin, a później nawet co godzinę przylatywały sztafety. Było 
to dowodem, że w pobliżu znajduje się nasz sztab korpuśny i że zanosi się na 
coś grubego. 
Tej nocy spaliśmy na gołym polu nie stawiając nawet w kozły broni. Zaś skoro 
świt ruszyliśmy naprzód: szwadron kawalerii z dwoma lekkimi armatami, potem 
nasz batalion, a potem cała brygada z artylerią i furgonami, mając silne patrole 
po bokach. Sztafety przylatywały już co pół godziny. 
Gdy weszło słońce, zobaczyliśmy przy gościńcu pierwsze ślady nieprzyjaciela ; 
resztki słomy, wytlone ogniska, budynki rozebrane na opał. Następnie coraz 
częściej zaczęliśmy spotykać uciekających: szlachtę z rodzinami, duchownych 
rozmaitych wyznań, w końcu — chłopów i Cyganów. Na wszystkich twarzach 
malowała się trwoga; prawie każdy coś wykrzykiwał po węgiersku, wskazując 
rękoma za siebie. 
Była blisko siódma, kiedy w stronie południowo-zachodniej huknął strzał 
armatni. Po szeregach przeleciał szmer: 
— Oho! zaczyna się... 
— Nie, to sygnał... 
Padły znowu dwa strzały i znowu dwa. Jadący przed nami szwadron zatrzymał 
się ; dwie armaty i dwa jaszczyki galopem popędziły naprzód, kilku jezdnych 
pocwałowało na najbliższe wzgórza. Stanęliśmy i przez chwilę zaległa taka 
cisza, że słychać było tętent siwej klaczy dopędzającego nas adiutanta. 
Przeleciała mimo, do huzarów, dysząc i prawie dotykając brzuchem ziemi. 
Tym razem odezwało się bliżej i dalej kilkanaście armat; każdy strzał można 
było odróżnić. 
— Macają dystans! — odezwał się stary nasz major. 
— Jest z piętnaście armat — mruknął Katz, który w podobnych chwilach stawał się 
rozmowniejszy. — A że my ciągniemy dwanaście, toż będzie bal!... 
Major odwrócił się do nas na koniu i uśmiechnął się pod szpakowatym wąsem. 
zrozumiałem, co to znaczy, usłyszawszy całą gamę strzałów, jakby kto zagrał na 
organach. 
— Jest więcej niż dwadzieścia — rzekłem do Katza. 
— Osły!... — zaśmiał się kapitan i podciął swego konia. 
Staliśmy na wzniesionym miejscu, skąd widać było idącą za nami brygadę. 
Zaznaczał ją rudy obłok kurzu, ciągnący się wzdłuż gościńca ze dwie albo i trzy 
wiorsty. 
— Straszna masa wojsk! — szepnąłem. — Gdzie się to pomieści!... 
Odezwały się trąbki i nasz batalion rozłamał się na cztery kompanie 
uszykowane kolumnami obok siebie. Pierwsze plutony wysunęły się naprzód, 
my zostaliśmy w tyle. Odwróciłem głowę i zobaczyłem, że od głównego 
korpusu oddzieliły się jeszcze dwa bataliony; zeszły z gościńca i biegły pędem 
przez pola, jeden na prawo od nas, drugi na lewo. W mały kwadrans zrównały 
się z nami, przez drugi kwadrans wypoczęły i — ruszyliśmy trzema batalionami 
naprzód, noga za nogą. 
Tymczasem kanonada wzmogła się tak, że było słychać po dwa i po trzy strzały 
wybuchające jednocześnie. Co gorsze, spoza nich rozlegał się jakiś stłumiony 
odgłos, podobny do ciągłego grzmotu. 
— Ile armat, kamracie? — spytałem po niemiecku idącego za mną podoficera. 
— Chyba ze sto — odparł kręcąc głową. — Ale — dodał — porządnie prowadzą interes, 
bo odezwały się wszystkie razem. 
Zepchnięto nas z gościńca, którym w kilka minut później przejechały wolnym 
kłusem dwa szwadrony huzarów i cztery armaty z należącymi do nich 
jaszczykami. Idący ze mną w szeregu poczęli żegnać się: „ W imię Ojca i 
Syna...” — Ten i ów popił z manierki. 
Na lewo od nas huk wzmagał się: pojedynczych strzałów już nie można było 
odróżnić. Nagle krzyknięto w przednich szeregach: 
— Piechota!... piechota!... 
Machinalnie schwyciłem karabin na tuj myśląc, że pokazali się Austriacy. Ale 
przed nami oprócz wzgórza i rzadkich krzaków nie było nic. Natomiast na tle 
grzmotu armat, który prawie przestał nas interesować, usłyszałem jakiś trzask 
podobny do rzęsistego deszczu, tylko o wiele potężniejszy. 
— Bitwa!... — zawołał ktoś na froncie przeciągłym głosem. 
Uczułem, że mi na chwilę serce bić przestało, nie ze strachu, ale jakby w 
odpowiedzi na ten wyraz, który od dzieciństwa robił na mnie dziwne wrażenie. 
W szeregach pomimo marszu zrobił się ruch. Częstowano się winem, oglądano 
broń, mówiono, że najdalej za pół godziny wejdziemy w ogień, a nade wszystko 
— w grubiański sposób żartowano z Austriaków, którym nie wiodło się w tych 
czasach. Ktoś zaczął gwizdać, inny nucił półgłosem ; stopniała nawet sztywna 
powaga oficerów zamieniając się w koleżeńską zażyłość. Trzeba było dopiero 
komendy: „ Baczność i cisza!...”, ażeby nas uspokoić. 
Umilkliśmy i wyrównały się nieco pogięte szeregi. Niebo było czyste, ledwie tu 
i ówdzie bielił się nieruchomy obłok; na krzakach, które mijaliśmy, nie poruszał 
się żaden listek; nad polem, zarośniętym młodą trawą, nie odzywał się 
wystraszony skowronek. Słychać było tylko ciężkie stąpanie batalionu, szybki 
oddech ludzi, czasem szczęk uderzonych o siebie karabinów albo donośny głos 
majora, który jadąc przodem, odzywał się do oficerów. A tam, na lewo, 
wściekały się stada armat i lał deszcz karabinowych strzałów. Kto takiej burzy 
przy jasnym niebie nie słyszał, bracie Katz, ten nie zna się na muzyce!... 
Pamiętasz, jak nam wówczas dziwnie było na sercu?... Nie strach, ale tak coś 
jakby żal i ciekawość... 
Skrzydłowe bataliony oddalały się od nas coraz bardziej; wreszcie prawy 
zniknął za wzgórzami, a lewy o paręset sążni od nas dał nurka w szeroki parów i 
tylko kiedy niekiedy błysnęła fala jego bagnetów. Podzieli się gdzieś huzarzy i 
armaty, i ciągnąca z tyłu rezerwa, i został sam nasz batalion, schodzący z 
jednego wzgórza, ażeby wejść na drugie, jeszcze wyższe. Tylko od czasu do 
czasu z frontu, od tyłu albo z boków przeleciał jakiś jeździec z kartką albo z 
ustnym poleceniem od majora. Prawdziwy cud, że od tylu poleceń nie zamąciło 
mu się we łbie! 
Nareszcie, już była blisko dziewiąta, weszliśmy na ostatnią wyniosłość porosłą 
gęstymi krzakami. Nowa komenda; plutony idące jeden za drugim poczęły 
stawać obok siebie. Gdy zaś dosięgliśmy szczytu wzgórza, kazano nam pochylić 
się i zniżyć broń, a w końcu przyklęknąć. 
Wtedy (pamiętasz, Katz?) Kratochwil, który klęczał przed nami, wetknął głowę 
między dwie młode sosenki i szepnął: 
— Patrzajcie no!... 
Od stóp wzgórza, na południe, aż gdzieś do krawędzi horyzontu ciągnęła się 
równina, a na niej — jakby rzeka białego dymu, szeroka na kilkaset kroków, 
długa — czy ja wiem — może na milę drogi. 
— Tyralierzy!... — rzekł stary podoficer. 
Po obu stronach tej dziwnej wody widać było kilka czarnych i kilkanaście 
białych chmur, kotłujących się przy ziemi. 
— To baterie, a tam płoną wsie... — objaśniał podoficer. 
Wpatrzywszy się zaś lepiej, można było dojrzeć gdzieniegdzie, również po obu 
stronach długiej smugi dymu, prostokątne plamy: ciemne po lewej, białe po 
prawej. Wyglądały one jak wielkie jeże z połyskującymi kolcami. 
— To nasze pułki, a to austriackie... — mówił podoficer. — No, no!... — dodał — i sam 
sztab lepiej nie widzi... 
Z tej długiej rzeki dymu dolatywało nas nieustanne trzeszczenie karabinowych 
strzałów, a w tamtych białych chmurach szalała burza armat. 
— Phy! — odezwałeś się wtedy, Katz — i to ma być bitwa?... Miałem się też czego 
bać... 
— Zaczekaj no — mruknął podoficer. 
— Przygotuj broń!... — rozległo się po szeregach. 
Klęcząc zaczęliśmy wydobywać i odgryzać patrony. Rozległo się szczękanie 
stalowych stempli i trzask odciąganych kurków... Podsypaliśmy proch na 
panewki i znowu cisza. 
Naprzeciw nas, może o wiorstę, były dwa pagórki, a między nimi gościniec. 
Spostrzegłem, że na jego żółtym tle ukazują się jakieś białe znaki, które wkrótce 
utworzyły białą linię, a potem białą plamę. Jednocześnie z parowu leżącego o 
kilkaset kroków na lewo od nas wyszli granatowi żołnierze, którzy niebawem 
sformowali się w granatową kolumnę. W tej chwili na prawo od nas huknął 
strzał armatni i nad białym oddziałem austriackim ukazał się siwy obłoczek 
dymu. Parę minut pauzy i znowu strzał, i znowu nad Austriakami obłoczek. Pół 
minuty — znowu strzał i znowu obłoczek... 
— Her Gott! — zawołał stary podoficer — jak nasi strzelają... Bem komenderuje 
czy diabeł... 
Od tej pory szedł z naszej strony strzał za strzałem, aż ziemia drgała, ale biała 
plama tam, na gościńcu, rosła wciąż. Jednocześnie na przeciwległym wzgórzu 
błysnął dym i w stronę naszej baterii poleciał warczący granat. Drugi dym... 
trzeci dym... czwarty... 
— Mądre bestie! — mruknął podoficer. 
— Batalion!... naprzód marsz!... — wrzasnął ogromnym głosem nasz major. 
— Kompania!... naprzód marsz!... Pluton!.. naprzód marsz!... — powtórzyli 
różnymi głosami oficerowie. 
Znowu uszykowano nas inaczej. Cztery środkowe plutony zostały na tyle, cztery 
poszły naprzód, na prawo i na lewo. Podciągnęliśmy tornistry i wzięliśmy broń, 
jak się komu podobało. 
— Z górki na pazurki!... — zawołałeś wtedy, Katz. 
A w tej chwili granat przeleciał wysoko nad nami i pękł gdzieś w tyle z wielkim 
łoskotem. 
Wtedy błysnęła mi szczególna myśl. Czy bitwy nie są hałaśliwymi komediami, 
które wojska urządzają dla narodów, nie robiąc sobie zresztą krzywdy?... To 
bowiem, na co patrzyłem, wyglądało wspaniale, ale nie tak znowu strasznie. 
Zeszliśmy na równinę. Od naszej baterii przyleciał huzar donosząc, że jedna z 
armat zdemontowana. Współcześnie na lewo od nas padł granat ; zarył się w 
ziemię, ale nie wybuchnął. 
— Zaczynają nas lizać — rzekł stary podoficer. 
Drugi granat pękł nad naszymi głowami i jedna z jego skorup padła 
Kratochwilowi pod nogi. Pobladł, ale śmiał się. 
— Oho!... ho!... — zawołano w szeregu. 
W plutonach, które szły przed nami o jakieś sto kroków na lewo, zrobiło się 
zamieszanie; gdy zaś kolumna posunęła się dalej, zobaczyliśmy dwu ludzi: 
jeden leżał twarzą do ziemi, wyciągnięty jak struna, drugi siedział trzymając się 
rękoma za brzuch. Poczułem zapach prochowego dymu; Katz przemówił coś do 
mnie, alem go nie słyszał ; natomiast zaszumiało mi w prawym uchu, jakby tam 
wpadła kropla wody. 
Podoficer poszedł w prawo, my za nim. Kolumna nasza rozwinęła się we dwie 
długie linie. Na paręset kroków przed nami zakłębił się dym. Coś trąbiono, alem 
nie zrozumiał sygnału ; natomiast, słyszałem ostre poświsty nad głową i koło 
lewego ucha. O kilka kroków przede mną coś uderzyło w ziemię zasypując mi 
piaskiem twarz i piersi. Mój sąsiad strzelił; dwaj stojący za mną prawie na 
moich ramionach oparli karabiny i wypalili jeden po drugim. Ogłuszony do 
reszty, wypaliłem i ja... Nabiłem i znowu strzeIiłem. Przed front spadł czyjś 
kask i karabin, ale otoczyły nas takie kłęby dymu, żem nic dalszego nie mógł 
dojrzeć. Widziałem tylko, że Katz, który ciągle strzelał, wygląda jak obłąkany i 
ma pianę w katach ust. Szum w uszach spotęgował mi się tak, żem w końcu nic 
nie słyszał, ani huku karabinów, ani armat. 
Nareszcie dym stał się tak gęsty i nieznośny, że za wszelką cenę chciałem 
wydobyć się z niego. Cofnąłem się z początku wolno, później biegiem, widząc 
ze zdziwieniem, że i inni robią to samo. Zamiast dwu wyciągniętych szeregów 
zobaczyłem kupę uciekających ludzi. 
— ” Czego oni, u diabła, uciekają?...” — myślałem przyspieszając kroku. Nie był to 
już bieg, ale koński galop. Zatrzymaliśmy się w połowie wzgórza i tu dopiero 
spostrzegliśmy, że miejsce nasze na placu zajął jakiś nowy batalion, a na 
szczycie wzgórza walą z armat. 
— Rezerwy w ogniu!... Naprzód, łajdaki!... Świnie wam paść, psubraty!... — wołali 
czarni od dymu, rozbestwieni oficerowie, ustawiając nas na powrót w szeregi i 
płazując każdego, kto nawinął się im pod rękę 
Majora między nimi nie było. 
Powoli zmieszani w odwrocie żołnierze znaleźli się w swoich plutonach, 
ściągnęli maruderowie i batalion wrócił do porządku. Ubyło jednak ze 
czterdziestu ludzi. 
— Gdzież oni się rozbiegli? -spytałem podoficera. 
— Aha, rozbiegli się -odparł zachmurzony. 
Nie śmiałem pomyśleć, że zginęli. 
Ze szczytu wzgórza zjechało dwu furgonistów; każdy prowadził konia 
objuczonego pakami. Naprzeciw nich wybiegli nasi podoficerowie i wkrótce 
wrócili z pakietami nabojów. Wziąłem osiem, bo tyle mi brakowało w 
ładownicy, i zdziwiłem się: jakim sposobem mogłem je zgubić? 
— Wiesz ty — rzekł do mnie Katz — że już po jedynastej?... 
— A wiesz ty, że ja nic nie słyszę? -odparłem. 
— Głupiś. Przecież słyszysz, co mówię... 
— Tak, ale armat nie słyszę... Owszem, słyszę — dodałem skupiwszy uwagę. 
Grzmot armat i łoskot karabinów zlały się w jedno ogromne warczenie, już nie 
ogłuszające, ale wprost ogłupiające. Ogarnęła mnie apatia. 
Przed nami, może na pół wiorsty, bałwaniła się szeroka kolumna dymu, którą 
budzący się wiatr niekiedy rozdzierał. Wówczas na chwilę można było widzieć 
długi szereg nóg albo kasków, z połyskującymi obok nich bagnetami. Nad tamtą 
kolumną i nad naszą kolumną szumiały granaty, wymieniane pomiędzy baterią 
węgierską, która strzelała spoza nas, i austriacką, odzywającą się ze wzgórz 
przeciwległych. 
Rzeka dymu, ciągnąca się przez równinę ku południowi, kłębiła się jeszcze 
mocniej i była bardzo pogięta. Gdzie Austriacy brali górę, zgięcie szło na lewo, 
gdzie Węgrzy -na prawo. W ogóle pasmo dymu wyginało się bardziej na 
prawo, jakby nasi już odepchnęli Austriaków. Po całej równinie słała się 
delikatna mgła niebieskawej barwy. 
Dziwna rzecz: huk, choć silniejszy teraz, aniżeli był z początku, już nie robił na 
mnie wrażenia; ażeby go słyszeć, musiałem się dopiero wsłuchiwać. 
Tymczasem bardzo wyraźnie dochodził mnie szczęk nabijanych karabinów albo 
trzask kurków. 
Przyleciał adiutant, zatrąbiono, oficerowie zaczęli przemawiać. 
— Chłopcy! — wrzeszczał na całe gardło nasz porucznik, który niedawno uciekł z 
seminarium. — Zrejterowaliśmy, bo Szwabów było więcej, ale teraz zaskoczymy 
z boku ot tę kolumnę, widzicie?... Zaraz podeprze nas trzeci batalion i rezerwa... 
Niech żyją Węgry!... 
— I ja chciałbym pożyć... — mruknął Kratochwil. 
— Pół obrotu w prawo, marsz!... 
Szliśmy tak kilka minut; potem pół obrotu w lewo i zaczęliśmy spuszczać się na 
równinę, usiłując dostać się na prawy bok kolumny walczącej przed nami. 
Okolica wciąż falista ; z przodu widać przez mgłę pole zarośnięte badylami, za 
nim lasek. 
Nagle między owymi badylami spostrzegłem kilka, a potem kilkanaście 
dymków, jakby w rozmaitych punktach zapalono fajki; jednocześnie zaczęły 
nad nami świstać kule. Pomyślałem, że tak wychwalane przez poetów świstanie 
kul nie jest bynajmniej poetyczne, ale raczej ordynaryjne. Czuć tam wściekłość 
martwego przedmiotu. 
Od naszej kolumny oderwał się sznur tyralierów i pobiegł ku badylom. My 
maszerowaliśmy wciąż, jakby kule przelatujące z ukosa nie do nas adresowano. 
W tej chwili stary podoficer, który szedł na prawym skrzydle gwiżdżąc 
Rakoczego, wypuścił karabin, rozstawił ręce i zatoczył się jak pijany. Przez 
mgnienie oka widziałem jego twarz: miał z lewej strony rozdarty daszek kaska i 
czerwoną plamkę na czole. Szliśmy wciąż ; na prawym skrzydle znalazł się inny 
podoficer, młody blondynek. 
Już zrównywaliśmy się z walczącą kolumną i widzieliśmy pustą przestrzeń 
między dymem naszej i austriackiej piechoty, kiedy spoza niej wynurzył się 
długi szereg białych mundurów. Szereg podnosił się i zniżał co sekundę, a jego 
nogi migały raz po razu, jak na paradzie. 
Stanął. Nad nim błysnęła taśma stali, pochyliła się i — zobaczyłem ze sto 
wycelowanych do nas karabinów, lśniących jak igły w papierku. Potem 
zadymiło się, zgrzytnęło jak łańcuch po żelaznej sztabie, a nad nami i około nas 
przeleciał wicher pocisków. 
— Stój!... Pal!... 
Wystrzeliłem co rychlej, pragnąc zasłonić się chociaż dymem. Pomimo huku 
usłyszałem za sobą niby uderzenie kijem w człowieka; ktoś z tyłu padł 
zawadzając o mój tornister. Opanował mnie gniew i desperacja ; czułem, że 
zginę, jeżeli nie zabiję niewidzialnego wroga. Nabijałem broń i strzelałem bez 
pamięci, trochę zniżając karabin i myśląc z dziką satysfakcją, że moje kule nie 
pójdą górą. Nie patrzyłem na bok ani pod nogi ; bałem się zobaczyć leżącego 
człowieka. 
Wtem stało się coś nieoczekiwanego. W pobliżu nas zatrzeszczały bębny i 
rozległy się przeraźliwe piszczałki fajfrów. Toż samo za nami. Ktoś krzyknął: „ 
Naprzód!” i — nie wiem, z ilu piersi wybuchnął krzyk podobny do jęku albo do 
wycia. Kolumna poruszyła się z wolna, prędzej, biegiem... Strzały prawie 
ucichły i odzywały się tylko pojedyńczo... Z impetem uderzyłem o coś 
piersiami, pchano się na mnie ze wszystkich stron, pchałem się i ja... 
— Kłuj Szwaba!... — krzyczał nieludzkim głosem Katz rwąc się naprzód. A że nie 
mógł wydobyć się z ciżby, więc podniósł karabin i walił kolbą w tornistry 
stojących przed nami kolegów. 
Nareszcie zrobiło się tak ciasno, że zaczęła mi się giąć klatka piersiowa i 
uczułem brak tchu. Uniesiono mnie do góry, opuszczono, a wtedy poznałem, że 
nie stoję na ziemi, ale na człowieku, który jeszcze pochwycił mnie za nogę. W 
tej chwili wrzeszczący tłum posunął się naprzód, a ja upadłem. Lewa ręka 
poślizgnęła mi się we krwi. 
Obok mnie leżał przewrócony na bok oficer austriacki, człowiek młody, o 
bardzo szlachetnych rysach. Spojrzał na mnie ciemnymi oczyma z nieopisanym 
smutkiem i wyszeptał chrapliwym głosem: 
— Nie trzeba deptać... Niemcy są też ludźmi... 
Wsunął rękę pod bok i jęczał żałośnie. 
Pobiegłem za kolumną. Nasi byli już na wzgórzach, gdzie stały austriackie 
baterie. Wdrapawszy się za innymi, zobaczyłem jedną armatę przewróconą, 
drugą zaprzężoną i otoczoną przez naszych. 
Trafiłem na szczególną scenę. Jedni z naszych chwycili za koła armaty, drudzy 
ściągali woźnicę z siodła; Katz przebił bagnetem konia z pierwszej pary, a 
kanonier austriacki chciał zwalić go w łeb wyciorem. Schwyciłem kanoniera za 
kołnierz i nagłym ruchem w tył przewróciłem go na ziemię. Katz i jego chciał 
przebić. 
— Co robisz, wariacie?!... — zawołałem odbijając mu karabin. 
Wtedy rozwścieczony rzucił się na mnie, ale stojący obok oficer pałaszem 
odtrącił mu bagnet. 
— Czego się tu mieszasz?... — krzyknął Katz na oficera i — oprzytomniał. 
Dwie armaty były wzięte, za resztą pognali husarzy. Daleko przed nami stali 
nasi pojedynczo i w gromadach, strzelając do cofających się Austriaków. Kiedy 
niekiedy jakaś zbłąkana kula nieprzyjacielska świsnęła nad nami albo zaryła się 
w ziemię wydmuchując obłoczek kurzu. Trębacze zwoływali do szeregów. 
Około czwartej po południu pułk nasz ściągnięto; było po bitwie. Tylko na 
zachodniej krawędzi horyzontu jeszcze odzywały się pojedyncze strzały lekkiej 
artylerii, jak odgłosy burzy, która już przeszła. 
W godzinę później na rozległym placu boju w różnych punktach zagrały 
pułkowe orkiestry. Przyleciał do nas adiutant z powinszowaniem. Trębacze i 
dobosze uderzyli sygnał: do modlitwy. Zdjęliśmy kaski, chorążowie podnieśli 
sztandary i cała armia, z bronią do nogi, dziękowała węgierskiemu Bogu za 
zwycięstwo. 
Stopniowo dym opadł. Gdzie oko sięgło, widzieliśmy w rozmaitych miejscach 
jakby skrawki białego i granatowego papieru, bez ładu porozrzucane na 
zdeptanej trawie. W polu kręciło się kilkanaście furmanek, a jacyś ludzie 
składali na nich niektóre z owych skrawków. Reszta została. 
— Mieli się też po co rodzić!... — westchnął oparty na karabinie Katz, którego 
znowu opanowała melancholia. 
Było to bodaj czy nie ostatnie nasze zwycięstwo. Od tej chwili sztandary z 
trzema rzekami częściej chodziły przed nieprzyjacielem aniżeli za 
nieprzyjacielem, dopóki wreszcie pod Vilagos nie opadły z drzewców jak liście 
na jesieni. 
Dowiedziawszy się o tym Katz rzucił szpadę na ziemię (byliśmy już obaj 
oficerami) i powiedział, że teraz tylko sobie w łeb strzelić. Ja jednak pamiętając, 
że we Francji już siedzi Napoleon, dodałem mu otuchy i -przekradliśmy się do 
Komorna. 
Przez miesiąc wyglądaliśmy odsieczy: z Węgier, z Francji, nawet z nieba. 
Nareszcie twierdza kapitulowała. 
Pamiętam, że tego dnia Katz kręcił się około prochowni, a miał taki wyraz na 
twarzy jak wówczas, kiedy to chciał przebić leżącego kanoniera. Gwałtem 
wzięliśmy go w kilku pod ręce i wyprowadziliśmy z fortecy, za naszymi. 
— Cóż to — szepnął mu jeden z kolegów — zamiast iść z nami na tułactwo, 
chciałbyś zmykać do nieba?... Ej! Katz, węgierska piechota nie tchórzy i nie 
łamie słowa danego, nawet... Szwabom... 
W pięciu oddzieliliśmy się od reszty wojsk, połamaliśmy szpady, przebraliśmy 
się za chłopów i ukrywszy pod odzieżą pistolety wędrowaliśmy w stronę Turcji. 
Tropiła nas też, bo tropiła sfora Haynaua!... 
Podróż nasza po bezdrożach i lasach trwała ze trzy tygodnie. Pod nogami błoto, 
nad głowami deszcz jesienny, za plecami patrole, a przed nami wieczne 
wygnanie — oto byli nasi towarzysze. Mimo to mieliśmy dobry humor. 
Szapary ciągle gadał, że Kossuth jeszcze coś wymyśli, Stein był pewny, że 
odezwie się za nami Turcja, Liptak wzdychał do noclegu i gorącej strawy, a ja 
mówiłem, że kto jak kto, ale Napoleon nas nie opuści. Deszcz rozmiękczył nam 
odzienie jak masło, brnęliśmy w błocie wyżej kostek, poodłaziły nam podeszwy, 
a w butach grało jak na trąbce; mieszkańcy bali się sprzedać nam dzbanka 
mleka, a chłopi w jednej wsi gonili nas z widłami i kosami. Mimo to humor był, 
a Liptak pędząc obok mnie tak, aż błoto bryzgało, rzekł zadyszany: 
— Eljen Magyar!... Oto będziemy spali... Żeby tak jeszcze z kielich śliwowicy do 
poduszki!... 
W tym wesołym towarzystwie obdartusów, przed którymi nawet wrony 
uciekały, tylko Katz był pochmurny. On najczęściej odpoczywał i jakoś prędzej 
mizerniał; miał spieczone usta, a w oczach blade iskry. 
— Boję się, żeby nie dostał zgniłej gorączki — rzekł raz do mnie Szapary. 
Niedaleko rzeki Sawy, nie wiem którego dnia naszej wędrówki, znaIeźliśmy w 
pustej okolicy kilka chat, gdzie nas bardzo gościnnie przyjęto. Mrok już zapadł, 
wściekle byliśmy znużeni, ale dobry ogień i butelka śliwowicy napędziły nam 
wesołych myśli. 
— Przysięgam — wołał Szapary — że najdalej w marcu Kossuth powoła nas do 
szeregów. Głupstwo zrobiliśmy łamiąc szpady... 
— Może jeszcze w grudniu Turek wojska posunie — dodał Stein. — Ażeby się choć 
wygoić do tego czasu... 
— Moi kochani!... — jęczał Liptak zawijając się w grochowiny — kładźcie się, do 
diabła, spać, bo inaczej ani Kossuth, ani Turek nas nie rozbudzi. 
— Pewno, że nie rozbudzi! — mruknął Katz. 
Siedział na ławie naprzeciw komina i smutno patrzył w ogień. 
— Ty, Katz, niedługo w sprawiedliwość boską przestaniesz wierzyć — odezwał się 
Szapary marszcząc brwi. 
— Nie ma sprawiedliwości dla tych, którzy nie umieli zginąć z bronią w ręku! krzyknął 
Katz. — Głupi wy i ja z wami... Turek albo Francuz nadstawi za was 
karku?... Czemu, żeście wy sami nie umieli go nadstawić?... 
— Ma gorączkę — szepnął Stein. — Będzie z nim kłopot w drodze... 
— Węgry!... już nie ma Węgier! — mruczał Katz. — Równość... nigdy nie było 
równości!... Sprawiedliwość... nigdy jej nie będzie... Świnia wykąpie się nawet 
w bagnie; ale człowiek z sercem!... Darmo, panie Mincel, już ja u ciebie nie 
będę krajać mydła... 
Zmiarkowałem, że Katz jest bardzo chory. Zbliżyłem się do niego i ciągnąc go 
na grochowiny, rzekłem: 
— Chodź, Auguście, chodź... 
— Gdzież pójdę?... — odparł, na chwilę wytrzeźwiony. 
A potem dodał: 
— Z Węgier wypędzili, do Szwabów się nie zaciągnę... 
Mimo to legł na barłogu. Ogień na kominie wygasał. Dopiliśmy wódkę i 
położyliśmy się rzędem z pistoletami w garści. W szczelinach chaty wiatr jęczał, 
jakby całe Węgry płakały, a nas zmorzył sen. Śniło mi się, że jestem małym 
chłopcem i że jest Boże Narodzenie. Na stole płonie choinka, przybrana tak 
ubogo, jak my byliśmy ubodzy, a dokoła mój ojciec, ciotka, pan Raczek i pan 
Domański śpiewają fałszywymi głosami kolędę: 
Bóg się rodzi — moc truchleje. 
Obudziłem się, łkając z żalu za moim dzieciństwem. Ktoś szarpał mię za ramię. 
Był to chłop, właściciel chaty. Podniósł mnie z grochowin i wskazując w stronę 
Katza, mówił przerażony: 
— Patrzcie no, panie wojak... Z nim się coś złego stało... 
Porwał z komina łuczywo i zaświecił. Spojrzałem. Katz leżał na barłogu 
skurczony, z wystrzelonym pistoletem w ręku. Ogniste płatki przeleciały mi 
przed oczyma i zdaje mi się, żem zemdlał. 
Ocknąłem się na furze, którą właśnie dojeżdżaliśmy do Sawy. Już dniało, 
zapowiadał się dzień pogodny ; od rzeki ciągnęła surowa wilgoć. Przetarłem 
oczy, porachowałem... Było na wozie nas czterech i piąty furman. Przecież 
powinno być pięciu. Nie, powinno być sześciu!... Szukałem Katza, nie mogłem 
się dopatrzeć Nie pytałem o niego ; płacz ścisnął mnie za gardło i myślałem, że 
mnie udusi. Liptak drzemał, Stein ocierał oczy, a Szapary patrzył na bok i tylko 
pogwizdywał Rakoczego, 
chociaż ciągle się mylił. 
Ej! bracie Katz, cóżeś ty zrobił najlepszego?... Czasem zdaje mi się, żeś znalazł 
tam w niebie i węgierską piechotę, i swój wystrzelany pluton... Niekiedy słyszę 
łoskot bębnów, ostry rytm marszu i komendę: „ Na ramię broń!...” A wtedy 
myślę, że to ty, Katz, idziesz na zmianę warty przed bożym tronem... Bo 
kiepskim byłby Pan Bóg węgierski, gdyby się nie poznał na tobie! 
...Alem się też rozgadał, Boże odpuść!... Myślałem o Wokulskim, a piszę o 
sobie i o Katzu. Wracam więc do przedmiotu. W parę dni po śmierci Katza 
weszliśmy do Turcji, a przez dwa lata następne ja, już sam, tułałem się po całej 
Europie. Byłem we Włoszech, Francji, Niemczech, nawet w Anglii, a wszędzie 
nękała mnie bieda i żarła tęsknota za krajem. Nieraz zdawało mi się, że stracę 
rozum słuchając potoków obcej mowy i widząc nie nasze twarze, nie nasze 
ubiory, nie naszą ziemię. Nieraz oddałbym życie, ażeby choć spojrzeć na las 
sosnowy i chałupy poszyte słomą. Nieraz jak dziecko wołałem przez sen: „ ja 
chcę do kraju!...” A gdym się obudził zalany łzami, ubierałem się i pędem 
biegłem na ulicę, bo mi się przywidziało, że ta ulica koniecznie musi być 
Starym Miastem albo Podwalem. 
Może bym się zabił z desperacji, gdyby nie ciągłe wiadomości o Ludwiku 
Napoleonie, który już został prezydentem, a myślał o cesarstwie. Było mi lżej 
dźwigać nędzę i tłumić wybuchy żalu, kiedym słuchał o triumfach człowieka, 
który miał wykonać testament Napoleona I i zrobić porządek w świecie. 
Nie udało mu się wprawdzie, aleć — zostawił syna. Nie od razu Kraków 
zbudowano!... 
Nareszcie nie mogłem wytrzymać i — w grudniu 1851 roku przejechawszy 
wzdłuż Galicję stanąłem na komorze w Tomaszowie. Jedna mnie tylko myśl 
trapiła: 
„A nuż mnie i stąd wypędzą?...” 
Nigdy zaś nie zapomnę radości, jakiej doznałem usłyszawszy, że mam jechać do 
Zamościa. Właściwie, tom nawet nie bardzo jechał ; raczej szedłem, ale z jakąż 
uciechą! 
W Zamościu bawiłem rok z czymś. A żem dobrze drwa rąbał, więc byłem co 
dzień na świeżym powietrzu. Napisałem stamtąd list do Mincla i podobno 
otrzymałem od niego odpowiedź, nawet pieniądze; ale wyjąwszy pokwitowania 
z odbioru, bliższych szczegółów tego wypadku nie pamiętam. 
Zdaje się jednak, że Jaś Mincel zrobił inną rzecz, choć nie wspomniał o niej do 
śmierci i nawet nie lubił o tym rozmawiać. Oto chodził on do różnych 
jenerałów, którzy odbyli węgierską kampanię, i tłumaczył im, że przecież 
powinni ratować kolegę w nieszczęściu. No i uratowali mnie, tak że już w lutym 
1853 roku mogłem jechać do Warszawy. Zwrócono mi nawet patent oficerski, 
jedyną pamiątkę, jaką wyniosłem z Węgier nie licząc dwu ran: w piersi i w 
nogę. Było nawet lepiej, bo oficerowie wyprawili mi obiad, na którym gęsto 
piliśmy zdrowie węgierskiej piechoty. Od tej też pory mówię, że najtrwalsze 
stosunki zawiązują się na placu bitwy. 
Ledwiem opuścił mój dotychczasowy apartament będąc gołym jak pieprz 
turecki, zaraz zastąpił mi drogę nieznany Żydek i oddał list z pieniędzmi. 
Otworzyłem go i przeczytałem: 
„Mój kochany Ignacy! Posyłam ci dwieście złotych na drogę, to się później 
obrachujemy. Zajedź wprost do mego sklepu na Krakowskim Przedmieściu, a 
nie na Podwal, broń Boże! bo tam mieszka ten złodziej Franc ; niby mój brat, 
któremu nawet pies porządny nie powinien 
podawać ręki. Całuję cię, Jan Mincel. Warszawa, d. 16 lutego r. 1853. 
Ale, ale!... Stary Raczek, co się z twoją ciotką ożenił, to wiesz — umarł, a i ona 
także, ale pierwej. Zostawili ci trochę gratów i parę tysięcy złotych. Wszystko 
jest u mnie w porządku, tylko salopę ciotki mole trochę sponiewierały, bo bestia 
Kaśka zapomniała włożyć bakuniu. Franc kazał cię ucałować. Warszawa, d. 18 
lutego r. 1853.” 
Ten sam Żydek wziął mnie do swego domu, gdzie doręczył mi tłumoczek z 
bielizną, odzieniem i obuwiem. Nakarmił mnie rosołem z gęsiny, potem 
gotowaną, a potem pieczoną gęsiną, której do Lublina nie mogłem strawić. 
Nareszcie dał mi butelkę wybornego miodu, zaprowadził do gotowej już 
furmanki, lecz — ani chciał słuchać o żadnym wynagrodzeniu. 
— Ja bym się wstydził brać od takie osobe, co z migracje wraca — odpowiadał na 
wszystkie moje zaklęcia. 
Dopiero gdym już miał wsiąść do fury, odprowadził mnie na bok i rozejrzawszy 
się, czy kto nie podsłuchuje, szepnął: 
— Jak pan dobrodziej ma węgierskie dukaty, to ja kupię. Ja rzetelnie zapłacę, bo 
mnie potrzeba dla córki, co po pańskim Nowym Roku wychodzi za mąż... 
— Nie mam dukatów — odparłem. 
— Pan dobrodziej był na węgierskie wojne i pan nie ma dukatów... — rzekł 
zdziwiony. 
Już postawiłem nogę na stopniu fury, kiedy ten sam Żydek odciągnął mnie drugi 
raz na stronę. 
— Może pan dobrodziej ma jakie kosztowności?... Pierścionków, zygarków, 
branzeletów?... Jak zdrowia pragnę, ja rzetelnie zapłacę, bo to dla mojej córki... 
— Nie mam, bracie, daję ci słowo... 
— Nie ma pan? — powtórzył, szeroko otwierając oczy. — To po co pan chodził na 
Węgry?... 
Ruszyliśmy, a on jeszcze stał i trzymał się ręką za brodę, z politowaniem 
kiwając głową. 
Fura była wynajęta tylko dla mnie. Zaraz jednak na następnej uliczce furman 
spotkał swego brata, który miał bardzo pilny interes do Krasnegostawu. 
— Niech wielmożny pan pozwoli jego zabrać — prosił zdjąwszy czapkę. — Na złe 
droge to on będzie szedł piechotą. 
Pasażer wsiadł. Nim dojechaliśmy do bramy fortecznej, zastąpiła nam drogę 
jakaś Żydówka z tłumokiem i poczęła krzykliwie rozmawiać z furmanem. 
Okazało się, że jest to jego ciotka, która ma w Fajsławicach chore dziecko. 
— Może wielmożny pan pozwoli się jej przysiąść... To jest bardzo letka osoba... prosił 
furman. 
Za bramą wreszcie, w rozmaitych punktach szosy, znalazło się jeszcze trzech 
kuzynów mego furmana, który zabrał ich pod pozorem, że będzie mi w drodze 
weselej. Jakoż zepchnęli mnie na tylną oś wozu, deptali po nogach, palili 
szkaradny tytoń, a przede wszystkim wrzeszczeli jak opętani. Pomimo to nie 
pomieniałbym mego ciasnego kąta na najwygodniejsze miejsce we francuskich 
dyliżansach albo angielskich wagonach. Byłem już w kraju. 
Przez cztery dni zdawało mi się, że siedzę w przenośnej bożnicy. Na każdym 
popasie jakiś pasażer ubywał, inny zajmował jego miejsce. Pod Lublinem 
zsunęła mi się na plecy ciężka paka; istny cud, żem nie stracił życia. Pod 
Kurowem staliśmy parę godzin na szosie, gdyż zginął czyjś kufer, po który 
furman jeździł konno do karczmy. Przez całą wreszcie drogę czułem, że leżąca 
na moich nogach pierzyna jest gęściej zaludniona od Belgii. 
Piątego dnia, przed wschodem słońca, stanęliśmy na Pradze. Ale że fur było 
mnóstwo, a łyżwowy most ciasny, więc ledwie około dziesiątej zajechaliśmy do 
Warszawy. Muszę dodać, że wszyscy moi współpasażerowie znikli na 
Bednarskiej ulicy, jak eter octowy, zostawiając po sobie mocny zapach. Gdy zaś 
przy ostatecznym rachunku wspomniałem o nich furmanowi, wytrzeszczył na 
mnie oczy. 
— Jakie pasażery?... — zawołał zdziwiony. — Wielmożny pan to jest pasażer, ale 
tamto — same parchy. Jak my stanęli na rogatce, to nawet strażnik dwa takie 
gałgany rachował za złotówkę na jeden paszport. A wielmożny pan myśli, co 
oni byli pasażery!... 
— Więc nie było nikogo?... — odparłem. — A skądże, u licha, pchły, które mnie 
oblazły? 
— Może z wilgoci. Czy ja wiem! — odpowiedział furman. 
Przekonany w ten sposób, że na bryce nie było nikogo oprócz mnie, sam jeden, 
rozumie się, zapłaciłem za całą podróż, co tak rozczuliło furmana, że 
wypytawszy się, gdzie będę mieszkał, obiecał mi przywozić co dwa tygodnie 
tytoń przemycany. 
— Nawet teraz — rzekł cicho — mam na furze centnar. Może przynieść 
wielmożnego pana z parę funty?... 
— Żeby cię diabli wzięli!- mruknąłem chwytając mój tłumoczek. — Tego jeszcze 
brakowało, ażeby aresztowali mnie za defraudację. 
Szybko biegnąc przez ulice, przypatrywałem się miastu, które po Paryżu 
wydawało mi się brudne i ciasne, a ludzie posępni. Sklep J. Mincla na 
Krakowskim Przedmieściu łatwo znalazłem; ale na widok znanych miejsc i 
szyldów serce zaczęło mi się tak trząść, żem chwilę musiał odpocząć. 
Spojrzałem na sklep — prawie taki jak na Podwalu ; na drzwiach blaszany pałasz 
i bęben (może ten sam, który widziałem w dzieciństwie!) — w oknie talerze, koń i 
skaczący kozak... Ktoś uchylił drzwi i zobaczyłem w głębi zawieszone u sufitu: 
farby w pęcherzach, korki w siatce, nawet wypchanego krokodyla. 
Za kontuarem, blisko okna, siedział na starym fotelu Jan Mincel i ciągnął za 
sznurek kozaka... 
Wszedłem drżąc jak galareta i stanąłem naprzeciw Jasia. Zobaczywszy mnie 
(już zaczął tyć chłopak) ciężko uniósł się z fotelu i przymrużył oczy. Nagle 
krzyknął do jednego z chłopców sklepowych: 
— Wicek!... gnaj do panny Małgorzaty i powiedz, że wesele zaraz po 
Wielkiejnocy... 
Potem wyciągnął do mnie obie ręce ponad kontuarem i długo ściskaliśmy się 
milcząc. 
— Aleś też walił Szwabów! Wiem, wiem — szepnął mi do ucha. — Siadaj — dodał 
wskazując krzesło. — Kaziek! rwij do Grossmutter... Pan Rzecki przyjechał!... 
Siadłem i znowu nie mówiliśmy nic do siebie. On żałośnie trząsł głową, ja 
spuściłem oczy. Obaj myśleliśmy o biednym Katzu i o naszych zawiedzionych 
nadziejach. Wreszcie Mincel utarł nos z wielkim hałasem i odwróciwszy się do 
okna, mruknął: 
— No, co tam... 
Wrócił zadyszany Wicek. Uważałem, że surdut tego młodzieńca połyskuje od 
tłustych plam. 
— Byłeś? -spytał go Mincel. 
— Byłem. Panna Małgorzata powiedziała, że dobrze. 
— Żenisz się? — rzekłem do Jasia. 
— Phi!... cóż mam robić — odparł. 
— A Grossmutter jak się ma? 
— Zawsze jednakowo. Choruje tylko wtedy, kiedy stłuką jej dzbanek do kawy. 
— A Franc? 
— Nie gadaj mi o tym łajdaku — wstrząsnął się Jan Mincel. — Wczoraj przysiągłem 
sobie, że noga moja u niego nie postanie... 
— Cóż ci zrobił? — spytałem. 
— To podłe Szwabisko ciągle drwi z Napoleona!... Mówi, że złamał przysięgę 
rzeczypospolitej, że jest kuglarzem, któremu oswojony orzeł napluł w 
kapelusz... Nie — mówił Jan Mincel — z tym człowiekiem żyć nie mogę... 
Przez cały czas naszej rozmowy dwaj chłopcy i subiekt załatwiali interesantów, 
na których nawet nie zwracałem uwagi. Wtem . skrzypnęły tylne drzwi sklepu i 
spoza szaf wysunęła się staruszka w żółtej sukni, z dzbanuszkiem w ręku. 
— Gut Morgen, meine Kinder!... Der Kaffee ist schon... 
Pobiegłem i ucałowałem jej suche rączyny nie mogąc słowa przemówić. 
— Ignaz!... Herr Jesäs... Ignaz! — zawołała ściskając mnie. — Wo bist du so lange 
gewesen, lieber Ignaz?... 
No, przecie Grossrnutter wie, że był na wojnie. Co się tu pytać, gdzie był? wtrącił 
Jan. 
— Herr Jesäs!... Aber du hast noch keinen Kaffee getrunken?... 
— Naturalnie, że nie pił — odparł Jan w moim imieniu. 
— Du lieber Gott! Es ist ja schon zehn Uhr... 
Nalała mi kubek kawy, wręczyła trzy świeże bułki i znikła jak zwykle. 
Teraz główne drzwi otworzyły się z łoskotem i wbiegł Franc Mincel, tłuściejszy 
i czerwieńszy od brata. 
— Jak się masz, Ignacy!... — zawołał padając mi w objęcia. 
— Nie całuj się z tym durniem, który jest zakałą rodu Minclów!... rzekł do mnie 
Jan. 
— Oj! oj! co mi to za ród!... — odparł ze śmiechem Franc. — Nasz ojciec przyjechał 
taczkami we dwa psy... 
— Nie gadam z panem! -wrzasnął Jan. 
— Ja też nie do pana mówię, tylko do Ignacego — odparł Franc: — A nasz stryj ciągnął 
dalej — było przecie takie zakute Szwabisko, że wylazł z trumny po 
swoją szlafmycę, której mu tam zapomnieli włożyć... 
— Robisz mi pan afront w moim domu!... — krzyknął Jan. 
— Nie przyszedłem do pańskiego domu, tylko do sklepu za sprawunkiem... 
Wicek! — zwrócił się Franc do chłopca — daj mi korek za grosz... Tylko zawiń go 
w bibułę... Do widzenia, kochany Ignacy, wpadnij do mnie dziś wieczorem, to 
przy dobrej butelce pogadamy. A może i ten pan z tobą przyjdzie — dodał już z 
ulicy-, wskazując ręką na sinego z gniewu Jana. 
— Noga moja nie postanie u podłego Szwaba! -krzyknął Jan. 
To jednak nie przeszkodziło, że wieczorem byliśmy obaj u Franca. 
Mimochodem wspomnę, że nie było tygodnia, w ciągu którego bracia 
Minclowie nie pokłóciliby się i nie pogodzili przynajmniej ze dwa razy. Co zaś 
jest najosobliwszym, że przyczyny swarów nigdy nie wypływały z interesu 
natury materialnej. Owszem, pomimo największych nieporozumień bracia 
zawsze poręczali swoje kwity, pożyczali sobie pieniędzy i nawzajem płacili 
długi: Powody tkwiły w ich charakterach. 
Jan Mincel był romantyk i entuzjasta, Franc spokojny i zgryźliwy; Jan był 
gorącym bonapartystą, Franc republikaninem i specjalnym wrogiem Napoleona 
III. Nareszcie Franc Mincel przyznawał się do niemieckiego pochodzenia, 
podczas gdy Jan uroczyście twierdził, że Minclowie pochodzą ze starożytnej 
polskiej rodziny Miętusów, którzy kiedyś, może za Jagiellonów, a może za 
królów wybieralnych osiedli między Niemcami. 
Dość było jednego kieliszka wina, ażeby Jan Mincel zaczął bić pięściami w stół 
albo w plecy swoich sąsiadów i wrzeszczeć: 
— Czuję w sobie starożytną polską krew!... Niemka nie mogłaby mnie urodzić!... 
Mam zresztą dokumenta... 
I bardzo zaufanym osobom pokazywał dwa stare dyplomy, z których jeden 
odnosił się do jakiegoś Modzelewskiego, kupca w Warszawie za czasów 
szwedzkich, a drugi do Milera, kościuszkowskiego porucznika. Jaki by przecież 
istniał związek między tymi osobami a rodziną Minclów -nie wiem po dziś 
dzień, choć objaśnienia niejednokrotnie słyszałem. 
Nawet z powodu wesela Jana wybuchnął skandal między braćmi: Jan bowiem 
zaopatrzył się na tę uroczystość w amarantowy kontusz, żółte buty i szablę, 
podczas gdy Franc oświadczył, że nie pozwoli na taką maskaradę przy ślubie, 
choćby miał podać skargę do policji. Usłyszawszy to Jan przysiągł, że zabije 
denuncjanta, jeżeli go zobaczy, i do weselnej kolacji ubrał się w szaty swoich 
przodków Miętusów. Franc zaś był i na ślubie, i na weselu, lecz choć nie gadał z 
bratem, na śmierć zatańcowywał mu żonę i prawie do samobójstwa upił się jego 
winem. 
Nawet zgon Franca, który w roku 1856 zmarł na karbunkuł, nie obszedł się bez 
awantury. W ciągu trzech ostatnich dni obaj bracia po dwa razy wyklęli się i 
wydziedziczyli w sposób bardzo uroczysty. Mimo to Franc cały majątek zapisał 
Janowi, a Jan przez kilka tygodni chorował z żalu po bracie i — połowę 
odziedziczonej fortuny (około dwudziestu tysięcy złotych) przekazał jakimś 
trzem sierotkom, którymi nadto opiekował się do końca życia. 
Dziwna była to rodzina! 
I otóż znowu zboczyłem od przedmiotu: miałem pisać o Wokulskim,a piszę o 
Minclach. Gdybym nie czuł się tak rześkim, jak jestem, mógłbym posądzić się o 
gadulstwo zapowiadające bliską starość. 
Powiedziałem, że w postępowaniu Stasia Wokulskiego wielu rzeczy nie 
rozumiem i za każdym razem mam ochotę zapytać: -na co to wszystko?... 
Otóż kiedym wrócił do sklepu, prawie co wieczór zbieraliśmy się u Grossmutter 
na górze: Jan i Franc Minclowie, a czasem i Małgosia Pfeifer. Małgosia z Janem 
siadywali w okiennej framudze i trzymając się za ręce patrzyli w niebo; Franc 
pił piwo z dużego kufla (który miał cynową klapę), staruszka robiła pończochę, 
a ja — opowiadałem dzieje kilku lat spędzonych za granicą. 
Najczęściej, rozumie się, była mowa o tęsknotach tułaczki, niewygodach 
żołnierskiego życia albo o bitwach. W takiej chwili Franc wypijał podwójne 
porcje piwa, Małgosia przytulała się do Jana (do mnie nikt się tak nie przytulał), 
a Grossmutter gubiła oczka w pończosze. Gdym już skończył, Franc wzdychał, 
szeroko rozsiadając się na kanapie, Małgosia całowała Jana, a Jan Małgosię, 
staruszka zaś trzęsąc głową mówiła : 
— Jesäs! Jesäs!... wie is das schrecklich... Aber sag mir, lieber Ignaz, wozu also 
bist du denn nach Ungarn gegnngen? 
— No, przecie Grossmutter rozumie, że chodził do Węgier na wojnę — wtrącił 
niecierpliwie Jan. 
Lecz staruszka ciągle kręcąc głową ze zdziwienia mruczała do siebie: 
— Der Kaffe war ja immer gut und zu Mittag hat er sich doch immer 
vollgegessen... Warum bat er denn das getan?... 
— O! bo Grossmutter myśli tylko o kawie i o obiedzie -oburzył się Jan. 
Nawet kiedy opowiedziałem ostatnie chwile i straszną śmierć Katza, starowina 
wprawdzie rozpłakała się, pierwszy raz od czasu, jak ją znałem; niemniej jednak 
otarłszy łzy i wziąwszy się znowu do swej pończochy, szeptała: 
— Merkwürdig! Der Kaffee war ja immer gut und zu Mittag hat er sich doch 
immer vollgegessen... Warum hat er denn das getan? 
Toż samo ja dziś nieomal co godzinę mówię o Stasiu Wokulskim. Miał po 
śmierci żony spokojny kawałek chleba, więc po co pojechał do Bułgarii? Zdobył 
tam taki majątek, że mógłby sklep zwinąć: po co zaś rozszerzył . go? Ma przy 
nowym sklepie pyszne dochody, więc po co tworzy jeszcze jakąś spółkę?... 
Po co wynajął dla siebie ogromne mieszkanie? Po co kupił powóz i konie? Po co 
pnie się do arystokracji, a unika kupców, którzy mu tego darować nie mogą? 
A w jakim celu zajmuje się furmanem Wysockim albo jego bratem, dróżnikiem 
z kolei żelaznej? Po co kilku biednym czeladnikom założył warsztaty? Po co 
opiekuje się nawet nierządnicą, która choć mieszka u magdalenek, mocno 
szkodzi jego reputacji?... 
A jaki on sprytny... Kiedy dowiedziałem się na giełdzie o zamachu Hödla, 
wracam do sklepu i patrząc mu bystro w oczy mówię: 
— Wiesz, Stasiu, jakiś Hödel strzelił do cesarza Wilhelma... 
A on, jakby nigdy nic, odpowiada: 
— Wariat. 
— Ale temu wariatowi — ja mówię — zetną głowę. 
— I słusznie -on odpowiada — nie będzie się mnożył ród wariacki. 
Żeby mu przy tym drgnął choć jeden muskuł, nic. Skamieniałem wobec jego 
zimnej krwi. 
Kochany Stasiu, tyś sprytny, alem i ja nie w ciemię bity: wiem więcej, aniżeli 
przypuszczasz, i to mi tylko bolesne, że nie masz do mnie zaufania. Bo rada 
przyjaciela i starego żołnierza mogłaby cię uchronić od niejednego głupstwa, 
jeżeli nie od plamy... 
Ale co ja tu będę wypowiadać własne opinie; niech mówi za mnie bieg 
wypadków. 
W początkach maja wprowadziliśmy się do nowego sklepu, który obejmuje pięć 
ogromnych salonów. W pierwszym pokoju, na lewo, mieszczą się same ruskie 
tkaniny: perkale, kretony, jedwabie i aksamity. Drugi pokój zajęty jest w 
połowie na te same tkaniny, a w połowie na drobiazgi do ubrania służące: 
kapelusze, kołnierzyki, krawaty, parasolki. W salonie frontowym 
najwykwintniejsza galanteria: brązy, majoliki, kryształy, kość słoniowa. 
Następny pokój na prawo lokuje zabawki tudzież wyroby z drzewa i metalów, a 
w ostatnim pokoju na prawo są towary z gumy i skóry. 
Tak sobie to uporządkowałem; nie wiem, czy właściwie, ale Bóg mi świadkiem, 
żem chciał jak najlepiej. Wreszcie pytałem o zdanie Stasia Wokulskiego; ale on, 
zamiast coś poradzić, tylko wzruszał ramionami i uśmiechał się, jakby mówił: 
„A cóż mnie to obchodzi...” 
Dziwny człowiek! Przyjdzie mu do głowy genialny plan, wykona go w 
ogólnych zarysach, ale — ani dba o szczegóły. On kazał przenieść sklep, on zrobił 
go ogniskiem handlu ruskich tkanin i galanterii zagranicznej, on zorganizował 
całą administrację. Ale zrobiwszy to, dziś ani miesza się do sklepu: składa 
wizyty wielkim panom albo jeździ swoim powozem do Łazienek, albo gdzieś 
znika bez śladu; a w sklepie ukazuje się ledwie przez parę godzin na dzień. Przy 
tym roztargniony, rozdrażniony, jakby na coś czekał albo czegoś się obawiał. 
Ale cóż to za złote serce! 
Ze wstydem wyznaję, że było mi trochę przykro wynosić się na nowy lokal. 
Jeszcze ze sklepem pół biedy; nawet wolę służyć w ogromnym magazynie, na 
wzór paryskich, aniżeli w takim kramie, jakim był nasz poprzedni. Żal mi 
jednak było mego pokoju, w którym dwadzieścia pięć lat przemieszkałem. 
Ponieważ do lipca obowiązuje nas stary kontrakt, więc do połowy maja 
siedziałem w moim pokoiku, przypatrując się jego ścianom, kracie, która 
przypominała mi najmilsze chwile w Zamościu, i starym sprzętom. 
„Jak ja to wszystko ruszę, jak ja to przeniosę, Boże miłosierny!...”- myślałem. 
Aż jednego dnia, około połowy maja (rozeszły się wówczas wieści mocno 
pokojowe), Staś przed samym zamknięciem sklepu przychodzi do mnie i mówi: 
— Cóż, stary, czas by się przeprowadzić na nowe mieszkanie. 
Doznałem takiego uczucia, jakby ze mnie krew wyciekła. A on prawi dalej : 
— Chodźże ze mną, pokażę ci nowy lokal, który wziąłem dla ciebie w tym 
samym domu. 
— Jak to wziąłeś? — pytam. — Przecież muszę umówić się o cenę z gospodarzem. 
— Już zapłacone! — on odpowiada. 
Wziął mnie pod rękę i prowadzi przez tylne drzwi sklepu do sieni. 
— Ależ — mówię — tu lokal zajęty... 
Zamiast odpowiedzi otworzył drzwi po drugiej stronie sieni... Wchodzę... słowo 
honoru — salon!... Meble kryte utrechtem, na stołach albumy, w oknie majoliki... 
Pod ścianą biblioteka... 
— Masz tu — mówi Staś pokazując bogato oprawne książki -trzy historie 
Napoleona I, życie Garibaldiego i Kossutha, historię Węgier... 
Z książek byłem bardzo kontent, ale ten salon, muszę wyznać, zrobił na mnie 
przykre wrażenie. Staś spostrzegł to i uśmiechnąwszy się, nagle otworzył drugie 
drzwi. 
Boże miłosierny!... ależ ten drugi pokój to mój pokój, w którym mieszkałem od 
lat dwudziestu pięciu. Okna zakratowane, zielona firanka, mój czarny stół... A 
pod ścianą naprzeciw moje żelazne łóżko, dubeltówka i pudło z gitarą... 
— Jak to — pytam — więc mnie już przenieśli?... 
— Tak — odpowiada Staś — przenieśli ci każdy ćwieczek, nawet płachtę dla Ira. 
Może to się wyda komu śmiesznym, ale ja miałem łzy w oczach... 
Patrzyłem na jego surową twarz, smutne oczy i prawie nie mogłem wyobrazić 
sobie, że ten człowiek jest tak domyślny i posiada taką delikatność uczuć. Bo 
żebym mu choć wspomniał o tym... On sam odgadł, że mogę tęsknić za dawną 
siedzibą, i sam czuwał nad przeprowadzeniem moich gratów. 
Szczęśliwa byłaby kobieta, z którą by on się ożenił (mam nawet dla niego 
partię...); ale on się chyba nie ożeni. Jakieś dzikie myśli snują mu się po głowie, 
ale nie o małżeństwie, niestety!... Ile to już poważnych osób przychodziło do 
naszego sklepu niby za sprawunkami, a naprawdę w swaty do Stasia i wszystko 
na nic. 
Taka pani Szperlingowa ma ze sto tysięcy rubli gotowizną i dystylarnię. Czego 
ona już nie kupiła u nas, a wszystko dlatego, ażeby mnie zapytać : 
— Cóż, nie żeni się pan Wokulski? 
— Nie, pani dobrodziejko... 
— Szkoda! — mówi pani Szperlingowa wzdychając. — Piękny sklep, duży majątek, 
ale — wszystko to rozejdzie się... bez gospodyni. Gdyby zaś pan Wokulski 
wybrał sobie jaką poważną i majętną kobietę, wzmocniłby się nawet jego 
kredyt. 
— Święte słowa pani dobrodziejki... — ja odpowiadam. 
— Adieu! panie Rzecki — ona mówi (kładąc na kasie dwadzieścia albo i 
pięćdziesiąt rubli). — Ale niechże pan czasem nie wspomni panu Wokulskiemu o 
tym, że ja mówiłam coś o małżeństwie. Bo gotów pomyśleć, że stara baba 
poluje na niego... Adieu, panie Rzecki... 
— ”Owszem, nie zaniedbam wspomnieć mu o tym...” 
I zaraz myślę, że gdybym ja był Wokulskim, w jednej chwili ożeniłbym się z tą 
bogatą wdową. Jak ona zbudowana, Herr Jesäs!... 
Albo taki Szmeterling, rymarz. Ile razy załatwiamy rachunek, mówi: 
— Nie mógłby się, panie tego, taki, panie tego, Wokulski żenić?... 
Chłop, panie, ognisty; kark jak u byka... Żeby mnie piorun, panie tego, trzasł, 
sam oddałbym mu córkę, a w posagu dałbym im rocznie za dziesięć tysięcy, 
panie tego, rubli towaru... No? 
Albo taki radca Wroński. Niebogaty, cichutki, ale kupuje u nas co tydzień 
choćby parę rękawiczek i za każdym razem mówi: 
— Ma tu Polska nie ginąć, mój Boże, kiedy tacy jak Wokulski nie żenią się. Bo to 
nawet, mój Boże, nie potrzebuje człowiek posagu, więc mógłby znaleźć 
panienkę, która, mój Boże! i do fortepianu, i domem zarządzi, i zna języki... 
Takich swatów dziesiątki przewijają się przez nasz sklep. Niektóre matki, ciotki 
albo ojcowie po prostu przyprowadzają do nas panny na wydaniu. Matka, ciotka 
albo ojciec kupuje coś za rubla, a tymczasem panna chodzi po sklepie, siada, 
bierze się pod boki, ażeby zwrócić uwagę na swoją figurę, wysuwa naprzód 
prawą nóżkę, potem lewą nóżkę, potem wystawia rączki... Wszystko w tym 
celu, ażeby złapać Stacha, a jego albo nie ma w sklepie, albo jeżeli jest, to nawet 
nie patrzy na towar, jakby mówił: 
— Taksacją zajmuje się pan Rzecki... 
Wyjąwszy rodzin mających dorosłe córki tudzież wdów i panien na wydaniu, 
które zdają się być odważniejszymi od węgierskiej piechoty, biedny mój Stach 
nie cieszy się sympatią. Nic dziwnego — oburzył przeciw sobie wszystkich 
fabrykantów jedwabnych i bawełnianych, a także kupców, którzy sprzedają ich 
towary. 
Raz, przy niedzieli (rzadko mi się to zdarza), zaszedłem do handelku na 
śniadanie. Kieliszek anyżówki i kawałek śledzia przy bufecie, a do stołu 
porcyjka flaków i ćwiartka porteru — oto bal! Zapłaciłem niecałego rubla, ale 
moc się nałykał dymu, a moc się nasłuchał!... Wystarczy mi tego na parę lat. 
W dusznym i ciemnym jak wędzarnia pokoju, gdzie mi flaki podano, siedziało 
ze sześciu jegomościów przy jednym stole. Byli to ludzie spasieni i dobrze 
odziani; zapewne kupcy, obywatele miejscy, a może i fabrykanci. Każdy 
wyglądał tak na trzy do pięciu tysięcy rubli rocznego dochodu. 
Ponieważ nie znałem tych panów, a zapewne i oni mnie, nie mogę więc 
posądzić ich o umyślną szykanę. Proszę jednak wyobrazić sobie, co za traf, że 
właśnie gdym wszedł do pokoju, rozmawiali o Wokulskim. 
Kto mówił, z przyczyny dymu nie widziałem; wreszcie nie śmiałem podnieść 
oczu od talerza. 
— Karierę zrobił! — mówił gruby głos. — Za młodu wysługiwał się takim jak my, a 
ku starości chce mu się fagasować wielkim panom. 
— Ci dzisiejsi panowie — wtrącił jegomość dychawiczny — tyle warci co i on. 
Gdzie by to dawniej w hrabskim domu przyjmowali eks-kupczyka, który przez 
ożenek dorobił się majątku... Śmiech powiedzieć!... 
— Fraszka ożenek -odparł gruby głos zakrztusiwszy się nieco — bogaty ożenek 
nie hańbi. Ale te miliony, zarobione na dostawach w czasie wojny, z daleka 
pachną kryminałem. 
— Podobno nie kradł — odezwał się półgłosem ktoś trzeci. 
— W takim razie nie ma milionów — huknął bas. — A w takim znowu wypadku po 
co zadziera nosa!... czego pnie się do arystokracji? 
— Mówią — dorzucił inny głos — że chce założyć spółkę z samych szlachciców... 
— Aha!... I oskubać ich, a potem zemknąć — wtrącił dychawiczny. 
— Nie — mówił bas — on z tych dostaw nie obmyje się nawet szarym mydłem. 
Kupiec galanteryjny robi dostawy! Warszawiak jedzie do Bułgarii!... 
— Pański brat, inżynier, jeździł za zarobkiem jeszcze dalej — odezwał się półgłos. 
— Zapewne! — przerwał bas. — Czy może i sprowadzał perkaliki z Moskwy? Tu 
jest drugi sęk: zabija przemysł krajowy!... 
— Ehe! He!... — zaśmiał się ktoś dotąd milczący — to już do kupca nie należy. 
Kupiec jest od tego, ażeby sprowadzał tańszy towar i z lepszym zyskiem dla 
siebie. Nieprawda?... Ehe! He!... 
— W każdym razie nie dałbym trzech groszy za jego patriotyzm odparł bas. 
— Podobno jednak — wtrącił półgłos — ten Wokulski dowiódł swego patriotyzmu 
nie tylko językiem... 
— Tym gorzej -przerwał bas. -Dowodził będąc gołym! Ochłonął poczuwszy 
ruble w kieszeni. 
— O!... że też my zawsze kogoś musimy posądzać albo o zdradę kraju, albo o 
złodziejstwo! Nieładnie!... — oburzał się półgłos. 
— Coś go pan mocno bronisz?... — spytał bas posuwając krzesłem. 
— Bronię, bom trochę o nim słyszał — odpowiedział półgłos.- Furmani u mnie 
niejaki Wysocki, który umierał z głodu, nim Wokulski postawił go na nogi... 
— Za pieniądze z dostaw w Bułgarii!... Dobroczyńca!... 
— Inni, panie, zbogacili się na funduszach narodowych i — nic. Ehe! He!... 
— W każdym razie ciemna to figura — zakonkludował dychawiczny. — Rzuca się w 
prawo i w lewo, sklepu nie pilnuje, perkaliki sprowadza, szlachtę jakby chciał 
naciągnąć... 
Ponieważ chłopiec sklepowy w tej chwili przyniósł im nowe butelki, więc 
wymknąłem się po cichu. Nie wmieszałem się do tej rozmowy, gdyż znając 
Stacha od dziecka, mógłbym im powiedzieć tylko dwa wyrazy: „Jesteście 
podli...” 
I to wszystko gadają wówczas, kiedy ja drżę z obawy o jego przyszłość, kiedy 
wstając i kładąc się spać pytam: „Co on robi? po co robi? i co z tego 
wyniknie?...” I to wszystko gadają o nim dziś, przy mnie, który wczoraj 
patrzyłem, jak dróżnik Wysocki upadł mu do nóg dziękując za przeniesienie do, 
Skierniewic i udzielenie zapomogi... 
Prosty człowiek, a jaki uczciwy! Przywiózł ze sobą dziesięcioletniego syna i 
wskazując na Wokulskiego mówił: 
— Przypatrzże się, Pietrek, panu, bo to nasz największy dobrodziej...Jakby kiedy 
zechciał, żebyś. sobie uciął rękę dla niego, utnij, a jeszcze mu się nie 
wywdzięczysz... 
Albo ta dziewczyna, która pisała do niego od magdalenek: „Przypomniałam 
sobie jedną modlitwę z dziecinnych czasów, ażeby modlić się za pana:..” 
Oto ludzie prości, oto dziewczyny występne; czyliż oni i one nie mają więcej 
szlachetnych uczuć aniżeli my, surdutowcy, po całym mieście chwalący się 
cnotami, w które zresztą żaden z nas nie wierzy. Ma Staś rację, że zajął się 
losem tych biedaków, chociaż... mógłby się nimi zajmować w sposób trochę 
spokojniejszy... 
Ach! bo trwożą mnie jego nowe znajomości... 
Pamiętam, w początkach maja wchodzi do sklepu jakiś bardzo niewyraźny 
jegomość (rude faworyty, oczy paskudne) i położywszy na kantorku swój bilet 
wizytowy, mówi dosyć połamanym językiem: 
— Proszę powiedzieć pan Wokulski, ja będę dziś siódma... 
I tyle. Spojrzałem na bilet, czytam: „Wiliam Colins, nauczyciel języka 
angielskiego...” Cóż to za farsa?... Przecie chyba Wokulski nie będzie uczył się 
po angielsku?... 
Wszystko jednak zrozumiałem, gdy na drugi dzień przyszły telegramy o... 
zamachu Hödla... 
Albo inna znajomość, jakaś pani Meliton, która zaszczyca nas wizytami od 
chwili powrotu Stasia z Bułgarii. Chuda baba, mała, trajkocze jak młyn, a 
czujesz, że mówi tylko to, co chce powiedzieć. Wpada. raz, w końcu maja: 
— Jest pan Wokulski? Pewno nie ma, spodziewam się... Wszak mówię z panem 
Rzeckim? Zaraz to zgadłam... Co za piękna neseserka!... drzewo oliwkowe, 
znam się na tym. Niech pan powie panu Wokulskiemu, ażeby mi to przysłał, on 
wie mój adres, i — ażeby jutro, około pierwszej, był w Łazienkach... 
— W których, przepraszam? — spytałem, oburzony jej zuchwalstwem. 
— Jesteś pan błazen... W królewskich! — odpowiada mi ta dama. 
No i cóż!... Wokulski posłał jej neseserkę i pojechał do Łazienek. Wróciwszy 
zaś stamtąd, powiedział mi, że... w Berlinie zbierze się kongres dla zakończenia 
wojny wschodniej... I kongres jest!... 
Taż sama jejmość wpada drugi raz, zdaje mi się, pierwszego czerwca. 
— Ach! — woła — cóż to za piękny wazon!... z pewnością francuska majolika, znam 
się na tym... Powiedz pan panu Wokulskiemu, ażeby mi go przysłał, i... (tu 
dodała szeptem) i... powiedz mu pan jeszcze, że pojutrze około pierwszej... 
Gdy wyszła, rzekłem do Lisieckiego: 
— Załóż się pan, że pojutrze będziemy mieli ważną polityczną wiadomość. 
— Niby trzeciego czerwca?... — odparł śmiejąc się. 
Proszę sobie jednak wyobrazić nasze miny, kiedy przyszedł telegram 
donoszący... o zamachu Nobilinga w Berlinie!... Ja myślałem, że padnę trupem, 
Lisiecki od tej pory zaprzestał już nieprzyzwoitych żartów na mój rachunek i co 
gorsze, zawsze wypytuje mnie o wiadomości polityczne... 
Zaprawdę! strasznym nieszczęściem jest wielka reputacja. Ja bowiem od chwili, 
kiedy Lisiecki zwraca się do mnie jako do „poinformowanego”, straciłem sen i 
resztę apetytu... 
Cóż dopiero musi się dziać z moim biednym Stachem, który utrzymuje ciągłe 
stosunki z tym panem Colinsem i z tą panią Melitonową... 
Boże miłosierny, czuwaj nad nami!... 
Już kiedym się tak rozgadał (dalibóg, robię się plotkarzem), więc muszę dodać, 
że i w naszym sklepie panuje jakiś niezdrowy ferment. Oprócz mnie jest 
siedmiu subiektów (czy kiedy marzył o czymś podobnym stary Mincel!), ale nie 
ma jedności. Klejn i Lisiecki, jako dawniejsi, trzymają tylko z sobą, resztę 
zaś kolegów traktują w sposób nie powiem pogardliwy, ale trochę z góry. Trzej 
zaś nowi subiekci: galanteryjny, metalowy i gumowy, znowu tylko z sobą się 
wdają, są sztywni i pochmurni. Wprawdzie poczciwy Zięba chcąc ich zbliżyć 
biega od starych do nowych i ciągle im coś perswaduje; ale nieborak ma tak 
nieszczęśliwą rękę, że antagoniści po każdej próbie godzenia krzywią się na 
siebie jeszcze szkaradniej. 
Może gdyby nasz magazyn (z pewnością jest to magazyn, a w dodatku 
pierwszorzędny magazyn!), otóż gdyby on rozwijał się stopniowo, gdybyśmy co 
rok przybierali po jednym subiekcie — nowy człowiek wsiąknąłby między 
starych i istniałaby harmonia. Ale jak od razu przybyło pięciu ludzi świeżych, 
jak jeden drugiemu często gęsto wchodzi w drogę (bo w tak krótkim czasie nie 
można ani towarów należycie uporządkować, ani każdemu określić sfery jego 
obowiązków), jest naturalnym, że muszą wyradzać się niesnaski. No, ale co ja 
mam się wdawać w krytykę czynności pryncypała i jeszcze człowieka, .który 
ma więcej rozumu aniżeli my wszyscy... 
W jednym tylko punkcie godzą się starzy i nowi panowie, a nawet pomaga im 
Zięba, oto: jeżeli chodzi o dokuczenie siódmemu naszemu subiektowi — Szlangbaumowi. Ten Szlangbaum (znam go od dawna) jest mojżeszowego 
wyznania, ale człowiek porządny. Mały, czarny, zgarbiony, zarośnięty, słowem 
— trzech groszy nie dałbyś za niego, kiedy siedzi za kantorkiem. Ale niech no 
gość wejdzie (Szlangbaum pracuje w wydziale ruskich tkanin), Chryste 
elejson... Kręci się jak fryga; dopiero co był na najwyższej półce na prawo, już 
jest przy najniższej szufladzie na środku i w tej samej chwili znowu gdzieś pod 
sufitem na lewo. Kiedy zacznie rzucać sztuki, zdaje się, że to nie człowiek, ale 
machina parowa; kiedy zacznie rozwijać i mierzyć, myślę, że bestia ma ze trzy 
pary rąk. Przy tym rachmistrz zawołany, a jak zacznie rekomendować towary, 
podsuwać kupującemu projekta, odgadywać gusta, wszystko niezmiernie 
poważnym tonem, to słowo honoru daję, że Mraczewski w kąt!... Szkoda tylko, 
że jest taki mały i brzydki; musimy mu dodać jakiegoś głupiego a przystojnego 
chłopaka za pomocnika dla dam. Bo wprawdzie z ładnym subiektem damy 
dłużej siedzą, ale za to mniej grymaszą i mniej się targują. 
(Swoją drogą, niechaj nas Bóg zachowa od damskiej klienteli. Ja może dlatego 
nie mam odwagi do małżeństwa, że ciągle widuję damy w sklepie. Stwórca 
świata formując cud natury, zwany kobietą, z pewnością nie zastanowił się, 
jakiej klęski narobi kupcom.) 
Otóż Szlangbaum jest w całym znaczeniu porządnym obywatelem, a mimo to 
wszyscy go nie lubią, gdyż — ma nieszczęście być starozakonnym... 
W ogóle, może od roku, uważam, że do starozakonnych rośnie niechęć; nawet 
ci, którzy przed kilkoma laty nazywali ich Polakami mojżeszowego wyznania, 
dziś zwą ich Żydami. Zaś ci, którzy niedawno podziwiali ich pracę, wytrwałość 
i zdolności, dziś widzą tylko wyzysk i szachrajstwo. 
Słuchając tego, czasem myślę, że na ludzkość spada jakiś mrok duchowy, 
podobny do nocy. W dzień wszystko było ładne, wesołe i dobre; w nocy 
wszystko brudne i niebezpieczne. Tak sobie myślę, ale milczę; bo cóż może 
znaczyć sąd starego subiekta wobec głosu znakomitych publicystów, którzy 
dowodzą, że Żydzi krwi chrześcijańskiej używają na mace i że powinni być w 
prawach swoich ograniczeni. Nam kule nad głowami inne wyświstywały hasła, 
pamiętasz, Katz?... 
Taki stan rzeczy w osobliwy sposób oddziaływa na Szlangbauma. Jeszcze w 
roku zeszłym człowiek ten nazywał się Szlangowskim, obchodził Wielkanoc i 
Boże Narodzenie, i z pewnością najwierniejszy katolik nie zjadał tyle kiełbasy 
co on. Pamiętam, że gdy raz w cukierni zapytano go: 
— Nie lubisz pan lodów, panie Szlangowski? 
Odpowiedział : 
— Lubię tylko kiełbasę, ale bez czosnku. Czosnku znieść nie mogę. 
Wrócił z Syberii razem ze Stachem i doktorem Szumanem i zaraz wstąpił do 
chrześcijańskiego sklepu, choć Żydzi dawali mu lepsze warunki. Od tej też pory 
ciągle pracował u chrześcijan i dopiero w roku bieżącym wymówili mu posadę. 
W początkach maja pierwszy raz przyszedł do Stacha z prośbą. Był bardziej 
skurczony i miał czerwieńsze oczy niż zwykle. 
— Stachu — rzekł pokornym głosem — utonę na Nalewkach, jeżeli mnie nie 
przygarniesz. 
— Dlaczego żeś od razu do mnie nie przyszedł? — spytał Stach. 
— Nie śmiałem... Bałem się, żeby nie mówili o mnie, że Żyd musi się wszędzie 
wkręcić. I dziś nie przyszedłbym, gdyby nie troska o dzieci. 
Stach wzruszył ramionami i natychmiast przyjął Szlangbauma z pensją półtora 
tysiąca rubli rocznie. 
Nowy subiekt od razu wziął się do roboty, a w pół godziny później mruknął 
Lisiecki do Klejna: 
— Co tu, u diabła, tak czosnek zalatuje, panie Klejn?.. 
Zaś w kwadrans później, nie wiem już z jakiej racji, dodał: 
— Jak te kanalie Żydy cisną się na Krakowskie Przedmieście! Nie mógłby to 
parch, jeden z drugim, pilnować się Nalewek albo Świętojerskiej? 
Szlangbaum milczał, tylko drgały mu czerwone powieki. 
Szczęściem, obie te zaczepki słyszał Wokulski. Wstał od biurka i rzekł tonem, 
którego, co prawda, nie lubię: 
— Panie... panie Lisiecki! Pan Henryk Szlangbaum był moim kolegą wówczas, 
kiedy działo mi się bardzo źle. Czybyś więc pan nie pozwolił mu kolegować ze 
mną dziś, kiedy mam się trochę lepiej?... 
Lisiecki zmieszał się czując, że jego posada wisi na włosku. Ukłonił się, coś 
mruknął, a wtedy Wokulski zbliżył się do Szlangbauma i uściskawszy go 
powiedział: 
— Kochany Henryku, nie bierz do serca drobnych przycinków, bo my tu sobie po 
koleżeńsku wszyscy docinamy. Oświadczam ci także, że jeżeli opuścisz kiedy 
ten sklep; to chyba razem ze mną. 
Stanowisko Szlangbauma wyjaśniło się od razu; dziś mnie prędzej coś powiedzą 
(ba! nawet zwymyślają) aniżeli jemu. Ale czy wynalazł kto sposób przeciw 
półsłówkom, minom i spojrzeniom?... A to wszystko truje biedaka, który mi 
nieraz mówi wzdychając: 
— Ach, gdybym się nie bał, że mi dzieci zżydzieją, jednej chwili uciekłbym stąd 
na Nalewki... 
— Bo dlaczego, panie Henryku — spytałem go — raz się, do licha, nie ochrzcisz?.. 
— Zrobiłbym to przed laty, ale nie dziś. Dziś zrozumiałem, że jako Żyd jestem 
tylko nienawistny dla chrześcijan, a jako meches byłbym wstrętny i dla 
chrześcijan, i dla Żydów. Trzeba przecie z kimś żyć. Zresztą — dodał ciszej mam 
pięcioro dzieci i bogatego ojca, po którym będę dziedziczyć... 
Rzecz ciekawa. Ojciec Szlangbauma jest lichwiarzem, a syn, ażeby od niego 
grosza nie wziąć, bieduje po sklepach jako subiekt. 
Nieraz we cztery oczy rozmawiałem o nim z Lisieckim. 
— Za co — pytam — prześladujecie go? Wszakże on prowadzi dom na sposób 
chrześcijański, a nawet dzieciom urządza choinkę... 
— Bo uważa — mówi Lisiecki — że korzystniej jadać macę z kiełbasą aniżeli samą. 
— Był na Syberii, narażał się... 
— Dla geszeftu... Dla geszeftu nazywał się też Szlangowskim, a teraz znowu 
Szlangbaumem, kiedy jego stary ma astmę. 
— Kpiliście — mówię — że stroi się w cudze pióra, więc wrócił do dawnego 
nazwiska. 
— Za które dostanie ze sto tysięcy rubli po ojcu — odparł Lisiecki. 
Teraz i ja wzruszyłem ramionami i umilkłem. Źle nazywać się Szlangbaumem, 
źle Szlangowskim; źle być Żydem, źle mechesem... Noc zapada, noc, podczas 
której wszystko jest szare i podejrzane! 
A swoją drogą Stach na tym cierpi. Nie tylko bowiem przyjął do sklepu 
Szlangbauma, ale jeszcze daje towary żydowskim kupcom i paru Żydków 
przypuścił do współki. Nasi krzyczą i grożą, ale nie jego straszyć; zaciął się i nie 
ustąpi, choćby go piekli w ogniu. 
Czym się to wszystko skończy, Boże miłosierny... 
Ale, ale!... Ciągle odbiegając od przedmiotu zapomniałem kilku bardzo 
ważnych szczegółów. Mam na myśli Mraczewskiego, który od pewnego czasu 
albo krzyżuje mi plany, albo wprowadza w błąd świadomie. 
Chłopak ten otrzymał u nas dymisję za to, że w obecności Wokulskiego trochę 
zwymyślał socjalistów. Później jednakże Stach dał się ubłagać i zaraz po 
Wielkiejnocy wysłał Mraczewskiego do Moskwy podwyższając mu nawet 
pensję. 
Nie przez jeden wieczór zastanawiałem się nad znaczeniem owej podróży czy 
zsyłki. 
Lecz gdy po trzech tygodniach Mraczewski przyjechał stamtąd do nas wybierać 
towary, natychmiast zrozumiałem plan Stacha. 
Pod fizycznym względem młodzieniec ten niewiele się zmienił: zawsze 
wygadany i ładny, może cokolwiek bledszy. Mówi, że Moskwa mu się 
podobała, a nade wszystko tamtejsze kobiety, które mają mieć więcej 
wiadomości i ognia, ale za to mniej przesądów aniżeli nasze. Ja także, póki 
byłem młody, uważałem, że kobiety miały mniej przesądów aniżeli dziś. 
Wszystko to jest dopiero wstępem. Mraczewski bowiem przywiózł ze sobą trzy 
bardzo podejrzane indywidua, nazywając ich „prykaszczykami”, i — całą pakę 
jakichś broszur. Owi „prykaszczykowie” mieli niby coś oglądać w naszym 
sklepie, ale robili to w taki sposób, że nikt ich u nas nie widział: Włóczyli się po 
całych dniach i przysiągłbym, że przygotowywali u nas grunt do jakiejś 
rewolucji. Spostrzegłszy jednak, że mam na nich zwrócone oko, ile razy przyszli 
do sklepu, zawsze udawali pijanych, a ze mną rozmawiali wyłącznie o 
kobietach, twierdząc wbrew Mraczewskiemu, że Polki to „sama prelest” — tylko 
bardzo podobne do Żydówek. 
Udawałem, że wierzę wszystkiemu, co mówią, i za pomocą zręcznych pytań 
przekonałem się, iż — najlepiej znane im są okolice bliższe Cytadeli. Tam więc 
mają interesa: Że zaś domysły moje nie były bezpodstawnymi, dowiódł fakt, iż 
owi „prykaszczykowie” zwrócili nawet na siebie uwagę policji. W ciągu 
dziesięciu dni, nic więcej, tylko trzy razy odprowadzano ich do cyrkułów. 
Widocznie jednak muszą mieć wielkie stosunki, ponieważ ich uwolniono. 
Kiedym zakomunikował Wokulskiemu moje podejrzenia co do 
„prykaszczyków” — Stach tylko uśmiechnął się i odparł: 
— To jeszcze nic... 
Z czego wnoszę, że Stach musi być grubo zaawansowany w stosunkach z 
nihilistami. 
Proszę sobie jednak wyobrazić moje zdziwienie, kiedy zaprosiwszy raz Klejna i 
Mraczewskiego do siebie na herbatę przekonałem się, że Mraczewski jest 
gorszym socjalistą od Klejna... Ten Mraczewski, który za wymyślanie na 
socjalistów stracił u nas posadę!... Ze zdumienia przez cały wieczór nie mogłem 
ust otworzyć; tylko Klejn cieszył się po cichu, a Mraczewski rozprawiał. 
Jak żyję, nie słyszałem nic równego. Młodzieniec ten dowodził mi przytaczając 
nazwiska ludzi, podobno bardzo mądrych, że wszyscy kapitaliści to złodzieje, że 
ziemia powinna należeć do tych, którzy ją uprawiają, że fabryki, kopalnie i 
maszyny powinny być własnością ogółu, że nie ma wcale Boga ani duszy, którą 
wymyślili księża, aby wyłudzać od ludzi dziesięcinę. Mówił dalej, że jak zrobią 
rewolucję (on z trzema „prykaszczykami”), to od tej pory wszyscy będziemy 
pracowali tylko po ośm godzin, a przez resztę czasu będziemy się bawili, mimo 
to zaś każdy będzie miał emeryturę na starość i darmo pogrzeb. Wreszcie 
zakończył, że dopiero wówczas nastanie raj na ziemi, kiedy wszystko będzie 
wspólne: ziemia, budynki, maszyny, a nawet żony. 
Ponieważ jestem kawalerem (nazywają mnie nawet starym) i piszę ten 
pamiętnik bez obłudy, przyznam więc, że mi się ta wspólność żon trochę 
podobała. Powiem nawet, że nabrałem niejakiej życzliwości dla socjalizmu i 
socjalistów. Po co oni jednak koniecznie chcą robić rewolucję, kiedy i bez niej 
ludzie miewali wspólne żony? 
Tak myślałem, ale tenże sam Mraczewski uleczył mnie ze swoich teorii, a 
zarazem bardzo pokrzyżował moje plany. 
Nawiasowo powiem, że serdecznie chcę, ażeby się Stach ożenił. Gdyby miał 
żonę, nie mógłby tak często naradzać się z Colinsem i panią Meliton, a gdyby 
jeszcze przyszły dzieci, może zerwałby wszystkie podejrzane stosunki. Bo co to, 
żeby taki człowiek jak on, taka żołnierska natura, żeby kojarzył się z ludźmi, 
którzy bądź jak bądź nie występują na plac z bronią przeciw broni. Węgierska 
piechota i wreszcie żadna piechota nie będzie strzelać do rozbrojonego 
przeciwnika. Ale czasy zmieniają się. 
Otóż bardzo pragnę, ażeby się Stach ożenił, i nawet myślę, że upatrzyłem mu 
partię. Bywa czasem w naszym magazynie (i bywała w tamtym sklepie) osoba 
dziwnej urody. Szatynka, szare oczy, rysy cudownie piękne, wzrost okazały, a 
rączki i nóżki — sam smak!... Patrzyłem, jak raz wysiadała z dorożki, i powiem, 
że mi się gorąco zrobiło wobec tego, com ujrzał... Ach, miałby poczciwy Stasiek 
wielki z niej pożytek, bo to i ciałka w miarę, i usteczka jak jagódki... A co za 
biust!... Kiedy wchodzi ubrana do figury, to myślę, że wszedł anioł, który 
zleciawszy z nieba, na piersiach złożył sobie skrzydełka!... 
Zdaje mi się, że jest wdową, gdyż nigdy nie widuję jej z mężem, tylko z małą 
córeczką Helunią, miluchną jak cukiereczek. Stach, gdyby się z nią ożenił, od 
razu musiałby zerwać z nihilistami, bo co by mu zostało czasu od posług przy 
żonie, to pieściłby jej dziecinę. Ale i taka żoneczka niewiele zostawiłaby mu 
chwil wolnych. 
Już ułożyłem cały plan i rozmyślałem: w jaki by sposób zapoznać się z tą damą, 
a później przedstawić jej Stacha, gdy nagle -diabli przynieśli z Moskwy 
Mraczewskiego. Proszę zaś sobie wyobrazić mój gniew, kiedy zaraz na drugi 
dzień po swoim przyjeździe frant ten wchodzi do naszego sklepu z moją 
wdową!... A jak skakał przy niej, jak wywracał oczyma, jak starał się 
odgadywać jej myśli... Szczęście, że nie jestem otyły, bo wobec tych 
bezczelnych zalotów dostałbym chyba apopleksji. 
Kiedy w parę godzin wrócił do nas, pytałem go z najobojętniejszą miną, kto jest 
owa dama. 
— Podobała się panu — on mówi — co?... Szampan, nie kobieta dodał, bezwstydnie 
mrugając okiem. — Ale na nic pański apetyt, bo ona szaleje za mną... Ach, panie, 
co to za temperament, co za ciało... A gdybyś pan widział, jak wygląda w 
kaftaniku!... 
— Spodziewam się, panie Mraczewski... — odparłem surowo. 
— Ja przecież nic nie mówię! — odpowiada zacierając ręce w sposób, który wydał 
mi się lubieżnym. — Ja nic nie mówię!... Największą cnotą mężczyzny, panie 
Rzecki, jest dyskrecja, panie Rzecki, szczególniej w bardziej poufałych 
stosunkach... 
Przerwałem mu czując, że gdyby tak mówił dalej, musiałbym pogardzić tym 
młodzieńcem. Co za czasy, co za ludzie!... Bo ja, gdybym miał szczęście 
zwrócić na siebie uwagę jakiej damy, nie śmiałbym nawet myśleć o tym, a nie 
dopiero wrzeszczeć na cały głos, jeszcze w tak wielkim, jakim jest nasz, 
magazynie. 
Gdy zaś w dodatku wyłożył mi Mraczewski swoją teorię o wspólności żon, 
zaraz przyszło mi do głowy: 
— Stach nihilista i Mraczewski nihilista... Niechże się więc pierwszy ożeni, to 
drugi zaraz mu zaprowadzi wspólność... A przecie szkoda byłoby takiej kobiety 
dla takiego Mraczewskiego. 
W końcu maja Wokulski postanowił zrobić poświęcenie naszego magazynu. 
Przy tej sposobności zauważyłem, jak się czasy zmieniają... Za moich młodych 
lat kupcy także poświęcali sklepy troszcząc się o to, ażeby ceremonii dopełnił 
ksiądz sędziwy a pobożny, ażeby na miejscu była autentyczna woda święcona, 
nowe kropidło i organista biegły w łacinie. Po skończonym zaś obrządku, przy 
którym pokropiono i obmodlono prawie każdą szafę i sztukę towaru, przybijało 
się na progu sklepu podkowę, ażeby zwabiała gości, a dopiero potem -myślano 
o przekąsce, zwykle złożonej z kieliszka wódki, kiełbasy i piwa. 
Dziś zaś (co by powiedzieli na to rówieśnicy starego Mincla!) pytano przede 
wszystkim : ilu potrzeba kucharzy i lokajów, a potem : ile butelek szampana, ile 
węgrzyna i -jaki obiad? Obiad bowiem stanowił główną wagę uroczystości, 
gdyż i zaproszeni nie o to troszczyli się: kto będzie święcił, ale co podadzą do 
stołu?... 
W wigilię ceremonii wpadł do naszego magazynu jakiś jegomość 
przysadkowaty, spocony, o którym nie mógłbym powiedzieć, czy kołnierzyki 
walały mu szyję, czy też działo się na odwrót. Z wytartej surduciny wydobył 
gruby notes, włożył na nos zatłuszczone binokle i — począł chodzić po pokojach 
z taką miną, że mnie po prostu wzięła trwoga. 
„Co, u diabła — myślę — czyby kto z policji, czy może jaki sekretarz komornika 
spisuje nam ruchomości?...” 
Dwa razy zastępowałem mu drogę, chcąc jak najgrzeczniej spytać: czego by 
sobie życzył? Ale on za pierwszym razem mruknął: „Proszę mi nie 
przeszkadzać!” — a za drugim bez ceremonii odsunął mnie na bok. 
Zdumienie moje było tym większe, że niektórzy z naszych panów kłaniali mu 
się bardzo uprzejmie i zacierając ręce, jakby co najmniej przed dyrektorem 
banku, dawali wszelkie objaśnienia. 
„No — mówię w duchu — jużci chyba ten biedaczysko nie jest z towarzystwa 
ubezpieczeń. Ludzi tak obdartych tam nie trzymają...” 
Dopiero Lisiecki szepnął mi, że ten pan jest bardzo znakomitym reporterem i że 
będzie nas opisywał w gazetach. Ciepło mi się zrobiło około serca na myśl, że 
mogę ujrzeć w druku moje nazwisko, które raz tylko figurowało w „Gazecie 
Policyjnej”, gdym zgubił książeczkę. Jednej chwili spostrzegłem, że w tym 
człowieku jest wszystko wielkie: wielka głowa, wielki notes, a nawet — bardzo 
wielka przyszczypka u lewego buta. 
A on wciąż chodził po pokojach nadęty jak indyk i pisał, wciąż pisał... 
Nareszcie odezwał się: 
— Czy w tych czasach nie było u panów jakiego wypadku?... Małego pożaru, 
kradzieży, nadużycia zaufania, awantury?... 
— Boże uchowaj!- ośmieliłem się wtrącić. 
— Szkoda — odparł. — Najlepszą reklamą dla sklepu byłoby, gdyby się tak kto w 
nim powiesił... 
Struchlałem usłyszawszy to życzenie. 
— Może pan dobrodziej — odważyłem się wtrącić z ukłonem — raczy wybrać sobie 
jaki przedmiocik, który odeślemy bez pretensji... 
— Łapówka?... — zapytał spoglądając na mnie jak figura Kopernika. — Mamy 
zwyczaj — dodał — to, co nam się podoba, kupować; prezentów nie przyjmujemy 
od nikogo. 
Włożył poplamiony kapelusz na głowę na środku magazynu i z rękami w 
kieszeniach wyszedł jak minister. Jeszcze po drugiej stronie ulicy widziałem 
jego przyszczypkę. 
Wracam do ceremonii poświęcenia. Główna uroczystość, czyli obiad, odbyła się 
w wielkiej sali Hotelu Europejskiego. Salę ubrano w kwiaty, ustawiono 
ogromne stoły w podkowę, sprowadzono muzykę i o szóstej wieczór zebrało się 
przeszło sto pięćdziesiąt osób. Kogo bo tam nie było!... Głównie kupcy i 
fabrykanci z Warszawy, z prowincji, z Moskwy, ba, nawet z Wiednia i z Paryża. 
Znalazło się też dwu hrabiów, jeden książę i sporo szlachty. O trunkach nie 
wspominam, gdyż naprawdę nie wiem, czego było więcej : listków na roślinach 
zdobiących salę czy butelek. 
Kosztowała nas ta zabawa przeszło trzy tysiące rubli, ale widok tylu jedzących 
osób był zaiste okazały. Kiedy zaś wśród ogólnej ciszy powstał książę i wypił 
zdrowie Stacha, kiedy zagrała muzyka, nie wiem już jaki kawałek, ale bardzo 
ładny, i stu pięćdziesięciu ludzi huknęło: „Niech żyje”” — miałem łzy w oczach. 
Pobiegłem do Wokulskiego i ściskając go szepnąłem: 
— Widzisz, jak cię kochają... 
— Lubią szampana — odpowiedział. 
Zauważyłem, że wiwaty nic go nie obchodzą. Nie rozchmurzył się nawet, choć 
jeden z mówców (musiał być literat, bo gadał dużo i bez sensu) powiedział, nie 
wiem, w swoim czy w Wokulskiego imieniu, że... jest to najpiękniejszy dzień 
jego życia. 
Uważałem, że Stach najwięcej kręci się koło pana Łęckiego, który przed swym 
bankructwem ocierał się podobno o europejskie dwory... Zawsze ta 
nieszczęśliwa polityka!... 
Z początku uczty wszystko odbywało się bardzo poważnie; coraz któryś z 
biesiadników zabierał głos i gadał tak, jakby chciał odgadać wypite wino i 
zjedzone potrawy. Lecz im więcej wynoszono pustych butelek, tym dalej 
uciekała z tego zgromadzenia powaga, a w końcu zrobił się przecie taki hałas, 
że wobec niego prawie oniemiała muzyka. 
Byłem zły jak diabeł i chciałem zwymyślać przynajmniej Mraczewskiego. 
Odciągnąwszy go jednak od stołu zdobyłem się ledwie na te słowa : 
— No, i po co to wszystko?... 
— Po co?... — odparł patrząc na mnie błędnymi oczyma. — To tak dla panny 
Łęckiej... 
— Zwariowałeś pan!... Co dla panny Łęckiej?.. 
— No... te spółki..: ten sklep... ten obiad... Wszystko dla niej... I ja przez nią 
wyleciałem ze sklepu... — mówił Mraczewski opierając się na moim ramieniu, 
gdyż nie mógł ustać. 
— Co?... — mówię widząc, że jest zupełnie pijany. — Wyleciałeś przez nią ze 
sklepu, więc może i przez nią dostałeś się do Moskwy?.. 
— Rozu... rozumie się... Szepnęła słówko, takie... nieduże słóweczko i... dostałem 
trzysta rubli więcej na rok... Żabcia ze starym wszystko zrobi, co jej się 
podoba... 
— No, idź pan spać — rzekłem. 
— Właśnie, że nie pójdę spać... Pójdę do moich przyjaciół... Gdzie oni są?... Oni 
by sobie z Żabcią prędzej poradzili... Nie grałaby im po nosie jak staremu... 
Gdzie moi przyjaciele? — zaczął wrzeszczeć. 
Naturalnie, że kazałem go odprowadzić do numeru na górę. Domyślam się 
jednak, że udawał pijanego, ażeby mnie otumanić. 
Około północy sala była podobna do trupiarni albo do szpitala; coraz kogoś 
trzeba było wyciągać do numeru albo do dorożki. Wreszcie odnalazłszy doktora 
Szumana, który był prawie trzeźwy, zabrałem go do siebie na herbatę. 
Doktór Szuman jest także starozakonny, ale niezwykły to człowiek. Miał nawet 
ochrzcić się, gdyż zakochał się w chrześcijance; ale że umarła, więc dał spokój. 
Mówią nawet, że truł się z żalu, ale go odratowano. Dziś całkiem porzucił 
praktykę lekarską, ma spory majątek i tylko zajmuje się badaniem ludzi czy też 
ich włosów. Mały, żółty, ma przejmujące spojrzenie, przed którym trudno by 
coś ukryć. A że zna się ze Stachem od dawna, więc musi wiedzieć wszystkie 
jego tajemnice. 
Po hucznym obiedzie byłem dziwnie zafrasowany i chciałem Szumana 
pociągnąć trochę za język. Jeżeli ten dzisiaj nie powie mi czego o Stachu, to już 
chyba nigdy nic nie będę wiedział. 
Kiedy przyszliśmy do mego mieszkania i podano samowar, odezwałem się : 
— Powiedz mi, doktorze, ale szczerze, co myślisz o Stachu?... Bo on mnie 
niepokoi. Widzę, że od roku rzuca się na jakieś po prostu awantury... Ten 
wyjazd do Bułgarii, a dziś ten magazyn... spółka... powóz... Jest dziwna zmiana 
w jego charakterze... 
— Nie widzę zmiany -odparł Szuman. -Był to zawsze człowiek czynu, który, co 
mu przyszło do głowy czy do serca, wykonywał natychmiast. Postanowił wejść 
do uniwersytetu i wszedł, postanowił zrobić majątek i zrobił. Więc jeżeli 
wymyślił jakieś głupstwo, to także się nie cofnie i zrobi głupstwo kapitalne. 
Taki już charakter. 
— Z tym wszystkim — wtrąciłem — widzę w jego postępowaniu wiele 
sprzeczności... 
— Nic dziwnego — przerwał doktór. — Stopiło się w nim dwu ludzi: romantyk 
sprzed roku sześćdziesiątego i pozytywista z siedemdziesiątego. To, co dla 
patrzących jest sprzeczne, w nim samym jest najzupełniej konsekwentne. 
— A czy nie wplątał się w jakie nowe historie?.. — spytałem. 
— Nic nie wiem -odparł sucho Szuman. 
Umilkłem i dopiero po chwili spytałem znowu: 
— Cóż z nim jednak w rezultacie będzie?... 
Szuman podniósł brwi i splótł ręce. 
— Będzie źle — odparł. — Tacy ludzie jak on albo wszystko naginają do siebie, albo 
trafiwszy na wielką przeszkodę rozbijają sobie łeb o nią. Dotychczas wiodło mu 
się, ale... nie ma przecie człowieka, który by w życiu wygrywał same dobre 
losy... 
— Więc?.. — spytałem. 
— Więc możemy zobaczyć tragedię — zakończył Szuman. Wypił szklankę herbaty 
z cytryną i poszedł do siebie. 
Całą noc spać nie mogłem. Takie straszne zapowiedzi w dzień triumfu... 
Eh! stary Pan Bóg więcej wie od Szumana ; a On chyba nie pozwoli zmarnować 
się Stachowi...” 
ROZDZIAŁ JEDENASTY: 
STARE MARZENIA I NOWE ZNAJOMOŚCI 
Pani Meliton przeszła twardą szkołę życia, w której nauczyła się nawet 
lekceważyć powszechnie przyjęte opinie. 
Za młodu mówiono jej powszechnie, że panna ładna i dobra, choćby nie miała 
majątku, może jednak wyjść za mąż. Była dobrą i ładną, lecz za mąż nie wyszła. 
Później mówiono również powszechnie, że wykształcona nauczycielka zdobywa 
sobie miłość pupilów i szacunek ich rodziców. Była wykształconą, nawet 
zamiłowaną nauczycielką, lecz mimo to pupilki jej dokuczały, a ich rodzice 
drwili z niej od pierwszego śniadania do kolacji. Potem czytała dużo romansów, 
w których powszechnie dowodzono, że zakochani książęta, hrabiowie i 
baronowie są ludźmi szlachetnymi, którzy w zamian za serce mają zwyczaj 
oddawać ubogim nauczycielkom rękę. Jakoż oddała serce młodemu i 
szlachetnemu hrabiemu, lecz — nie pozyskała jego ręki. 
Już po trzydziestym roku życia wyszła za mąż za podstarzałego guwernera, 
Melitona, w tym jedynie celu, ażeby moralnie podźwignąć człowieka, który 
nieco się upijał. Nowożeniec jednak po ślubie więcej pił aniżeli przed ślubem, a 
małżonkę, dźwigającą go moralnie, czasami okładał kijem. 
Gdy umarł, podobno na ulicy, pani Meliton odprowadziwszy go na cmentarz i 
przekonawszy się, że jest niezawodnie zakopany, wzięła na opiekę psa; znowu 
bowiem powszechnie mówiono, że pies jest najwdzięczniejszym stworzeniem. 
Istotnie, był wdzięcznym, dopóki nie wściekł się i nie pokąsał służącej, co samą 
panią Meliton przyprawiło o ciężką chorobę. 
Pół roku leżała w szpitalu, w osobnym gabinecie, samotna i zapomniana przez 
swoje pupilki, ich rodziców i hrabiów, którym oddawała serce. Był czas do 
rozmyślań. Toteż gdy wyszła stamtąd chuda, stara, z posiwiałymi i 
przerzedzonymi włosami, znowu zaczęto mówić powszechnie, że — choroba 
zmieniła ją do niepoznania. 
— Zmądrzałam — odpowiedziała pani Meliton. 
Nie była już nauczycielką, ale rekomendowała nauczycielki; nie myślała o 
zamążpójściu, ale swatała młode pary; nikomu nie oddawała swego serca, ale 
we własnym mieszkaniu ułatwiała schadzki zakochanym. Że zaś każdy i za 
wszystko musiał jej płacić, więc miała trochę pieniędzy i z nich żyła. 
W początkach nowej kariery była posępna i nawet cyniczna. 
— Ksiądz — mówiła osobom zaufanym — ma dochody ze ślubów, ja z zaręczyn. 
Hrabia... bierze pieniądze za ułatwianie stosunków koniom, ja za ułatwianie 
znajomości ludziom. 
Z czasem jednak stała się powściągliwszą w mowie, a niekiedy nawet 
moralizującą, spostrzegłszy, że wygłaszanie zdań i opinii przyjętych przez ogół 
wpływa na wzrost dochodów. 
Pani Meliton od dawna znała się z Wokulskim. A że lubiła widowiska publiczne 
i miała zwyczaj wszystko śledzić, więc prędko zauważyła, że Wokulski zbyt 
nabożnie przypatruje się pannie Izabeli. Zrobiwszy to odkrycie wzruszyła 
ramionami; cóż ją mógł obchodzić kupiec galanteryjny zakochany w pannie 
Łęckiej? Gdyby upodobał sobie jakąś bogatą kupcównę albo córkę fabrykanta, 
pani Meliton miałaby materiał do swatów, Ale tak!... 
Dopiero gdy Wokulski powrócił z Bułgarii i przywiózł majątek, o którym 
opowiadano cuda, pani Meliton sama zaczepiła go o pannę Izabelę ofiarowując 
swoje usługi. I stanął milczący układ: Wokulski płacił hojnie, a pani Meliton 
udzielała mu wszelkich informacyj o rodzinie Łęckich i związanych z nimi 
osobach wyższego świata. Za jej nawet pośrednictwem Wokulski nabył weksle 
Łęckiego i srebra panny Izabeli. 
Przy tej okazji pani Meliton odwiedziła Wokulskiego w jego prywatnym 
mieszkaniu, ażeby mu powinszować. 
— Bardzo rozsądnie przystępujesz pan do rzeczy -mówiła.-Wprawdzie ze sreber 
i serwisu niewielka będzie pociecha, ale skup weksli Łęckiego jest 
arcydziełem... Znać kupca!... 
Usłyszawszy taką pochwałę Wokulski otworzył biurko, poszukał w nim i za 
chwilę wydobył paczkę weksli. 
— Te same? — rzekł pokazując je pani Meliton. 
— Tak. Chciałabym mieć te pieniądze!... — odpowiedziała z westchnieniem. 
Wokulski ujął paczkę w obie ręce i rozdarł ją. 
— Znać kupca?... spytał. 
Pani Meliton przypatrzyła mu się ciekawie i kiwając głową, mruknęła : 
— Szkoda pana. 
— Dlaczegóż to, jeżeli łaska?... 
— Szkoda pana — powtórzyła. -Sama jestem kobietą i wiem, że kobiet nie 
zdobywa się ofiarami, tylko siłą. 
— Czy tak? 
— Siłą piękności, zdrowia, pieniędzy... 
— Rozumu... — wtrącił Wokulski jej tonem. 
— Rozumu nie tyle, prędzej pięści — dodała pani Meliton z szyderczym 
uśmiechem. -Znam dobrze moją płeć i nieraz miałam okazję litować się nad 
naiwnością męską. 
— Dla mnie niech pani sobie nie zadaje tego trudu. 
— Myślisz pan, że nie będzie potrzebny? — spytała patrząc mu w oczy. 
— Łaskawa pani — odparł Wokulski — jeżeli panna Izabela jest taką, jak mi się 
wydaje, to może mnie kiedyś oceni. A jeżeli nią nie jest, zawsze będę miał czas 
rozczarować się... 
— Zrób to wcześniej, panie Wokulski, zrób wcześnie; — rzekła podnosząc się z 
fotelu. — Bo wierz mi, łatwiej wyrzucić tysiące rubli z kieszeni aniżeli jedno 
przywiązanie z serca. Szczególniej, gdy się już zagnieździ. A nie zapomnij pan dodała 
— dobrze umieścić mój kapitalik. Nie darłbyś paru tysięcy, gdybyś 
wiedział, jak ciężko nieraz trzeba na nie pracować. 
W maju i czerwcu wizyty pani Meliton stały się częstszymi, ku zmartwieniu 
Rzeckiego, który podejrzewał spisek. I nie mylił się. Był spisek, ale przeciw 
pannie Izabeli; stara dama dostarczała ważnych informacyj Wokulskiemu, ale 
dotyczących tylko panny Izabeli. Zawiadamiała go mianowicie: w których 
dniach hrabina wybiera się ze swoją siostrzenicą na spacer do Łazienek. 
W takich wypadkach pani Meliton wpadała do sklepu i zrealizowawszy sobie 
wynagrodzenie w formie kilku lub kilkunastorublowego drobiazgu, mówiła 
Rzeckiemu dzień i godzinę. 
Dziwne to bywały epoki dla Wokulskiego. Dowiedziawszy się, że jutro będą 
panie w Łazienkach, już dziś tracił spokojność. Obojętniał dla interesów, był 
rozdrażniony; zdawało mu się, że czas stoi w miejscu i że owe jutro nie 
nadejdzie nigdy. Noc miał pełną dzikich marzeń; niekiedy w półśnie, półjawie 
szeptał: 
„Cóż to jest w rezultacie?... nic!... Ach, jakież ze mnie bydlę...” 
Lecz gdy nadszedł ranek, bał się spojrzeć w okno, ażeby nie zobaczyć 
zachmurzonego nieba, i znowu do południa czas rozciągał mu się tak, że w jego 
ramach mógł był pomieścić całe swoje życie, zatrute dziś okropną goryczą. 
„Czyliż to może być miłość?...” — zapytywał sam siebie z desperacją. 
Rozgorączkowany, już w południe kazał zaprzęgać i jechać. Co chwilę zdawało 
mu się, że spotyka wracający powóz hrabiny, to znowu, że jego rwące się z 
cugli konie idą zbyt wolno. 
Znalazłszy się w Łazienkach wyskakiwał z powozu i biegł nad sadzawkę, gdzie 
zazwyczaj spacerowała hrabina lubiąca karmić łabędzie. Przychodził zawczasu, 
a wtedy padał gdzieś na ławkę, zalany zimnym potem, i siedział bez ruchu, z 
oczyma skierowanymi w stronę pałacu, zapominając o świecie. 
Nareszcie na końcu alei ukazały się dwie kobiece figury, czarna i szara. 
Wokulskiemu krew uderzyła do głowy. 
„One!... Czy mnie choć zatrzymają?.. „ 
Podniósł się z ławki i szedł naprzeciw nich jak lunatyk, bez tchu. Tak, to jest 
panna Izabela; prowadzi ciotkę i o czymś z nią rozmawia. 
Wokulski przypatruje się jej i myśli: 
„No i cóż jest w niej nadzwyczajnego?... Kobieta jak inne... Zdaje mi się, że bez 
potrzeby szaleję na jej rachunek...” 
Ukłonił się, panie się odkłoniły. Idzie dalej nie odwracając głowy, ażeby się nie 
zdradzić. Nareszcie ogląda się: obie panie znikły między zielonością. 
„Wrócę się — myśli — jeszcze raz spojrzę... Nie, nie wypada!” 
I czuje w tej chwili, że połyskująca woda sadzawki ciągnie go z nieprzepartą 
siłą. 
„Ach, gdybym wiedział, że śmierć jest zapomnieniem... A jeżeli nie jest?... Nie, 
w naturze nie ma miłosierdzia... Czy godzi się w nędzne ludzkie serce wlać 
bezmiar tęsknoty, a nie dać nawet tej pociechy, że śmierć jest nicością?” 
Prawie w tym samym czasie hrabina mówiła do panny Izabeli: 
— Coraz bardziej przekonywam się, Belu, że pieniądze nie dają szczęścia. Ten 
Wokulski zrobił świetną jak dla niego karierę, lecz cóż stąd?... Już nie pracuje w 
sklepie, ale nudzi się w Łazienkach. Uważałaś, jaką on ma znudzoną minę? 
— Znudzoną? — powtórzyła panna Izabela. -Mnie on wydaje się przede 
wszystkim zabawnym. 
— Nie dostrzegłam tego — zdziwiła się hrabina. 
— Więc... nieprzyjemnym — poprawiła się panna Izabela. 
Wokulski nie miał odwagi wyjść z Łazienek. Chodził po drugiej stronie 
sadzawki i z daleka przypatrywał się migającej między drzewami szarej sukni. 
Dopiero później spostrzegł, że przypatruje się aż dwom szarym sukniom, a 
trzeciej niebieskiej i że żadna z nich — nie należy do panny Izabeli. 
„Jestem piramidalnie głupi” — pomyślał. 
Ale nic mu to nie pomogło. 
Pewnego dnia, w pierwszej połowie czerwca, pani Meliton dała znać 
Wokulskiemu, że jutro w południe panna Izabela będzie na spacerze z hrabiną i 
— z prezesową. Drobny ten wypadek mógł mieć pierwszorzędne znaczenie. 
Wokulski bowiem od pamiętnej Wielkanocy parę razy odwiedzał prezesową i 
poznał, że staruszka jest mu bardzo życzliwa. Zwykle słuchał jej opowiadań o 
dawnych czasach, rozmawiał o swoim stryju, nawet ostatecznie umówił się o 
nagrobek dla niego. W toku tej wymiany myśli, nie wiadomo skąd, wplątało się 
imię panny Izabeli tak nagle, że Wokulski nie mógł ukryć wzruszenia; twarz mu 
się zmieniła, głos stłumił się. 
Staruszka przyłożyła binokle do oczu i wpatrzywszy się w Wokulskiego spytała 
: 
— Czy mi się tylko wydaje, czyli też panna Łęcka nie jest ci obojętną.? 
— Prawie nie znam jej... Mówiłem z nią raz w życiu... — tłumaczył się zmięszany 
Wokulski. 
Prezesowa wpadła w zamyślenie i kiwając głową, szepnęła: 
— Ha... 
Wokulski pożegnał ją, ale owe „ha!” utkwiło mu w pamięci. W każdym razie 
był pewny, że w prezesowej nie ma nieprzyjaciółki. I otóż w niecały tydzień po 
tej rozmowie dowiedział się, że prezesowa jedzie z hrabiną i z panną Izabelą na 
spacer do Łazienek. Czyżby dowiedziała się, że panie go tam spotykają?... A 
może chce ich zbliżyć? 
Wokulski spojrzał na zegarek; była trzecia po południu. 
„Więc to jutro — pomyślał — za godzin... dwadzieścia cztery... Nie, nie tyle... Za 
ileż to?...” 
Nie mógł zrachować, ile godzin upłynie od trzeciej do pierwszej w południe. 
Ogarnął go niepokój ; nie jadł obiadu ; fantazja rwała się naprzód, ale trzeźwy 
rozum hamował ją. 
„Zobaczymy, co będzie jutro. A nuż będzie deszcz albo która z pań zachoruje?” 
Wybiegł na ulicę i błąkając się bez celu, powtarzał: 
„No, zobaczymy, co będzie jutro... A może mnie nie zatrzymają?.. 
Zresztą panna Izabela jest sobie piękna panna, przypuśćmy, że nawet niezwykle 
piękna, ale tylko panna, nie nadprzyrodzone zjawisko. Tysiące równie ładnych 
chodzi po świecie, a ja też nie myślę czepiać się zębami jednej spódnicy. 
Odepchnie mnie?... Dobrze!... Z tym większym rozmachem padnę w objęcia 
innej...” 
Wieczorem poszedł do teatru, lecz opuścił go po pierwszym akcie. Znowu 
wałęsał się po mieście, a gdzie stąpił, prześladowała go myśl jutrzejszego 
spaceru i niejasne przeczucie, że jutro zbliży się do panny Izabeli. 
Minęła noc, ranek. O dwunastej kazał zaprząc powóz. Napisał kartkę do sklepu, 
że przyjdzie później, i poszarpał jedną parę rękawiczek. Nareszcie wszedł 
służący. 
„Konie gotowe!” -błysnęło Wokulskiemu. 
Wyciągnął rękę po kapelusz. 
— Książę!... — zameldował służący. 
Wokulskiemu pociemniało w oczach. 
— Proś. 
Książę wszedł. 
— Dzień dobry, panie Wokulski — zawołał. -Pan gdzieś wyjeżdża? — Zapewne do 
składów albo na kolej. Ale nic z tego. Aresztuję pana i zabieram do siebie. Będę 
nawet tak niegrzeczny, że zakwateruję się do pańskiego powozu, bo dziś swego 
nie wziąłem. Jestem jednak pewny, że wszystko to wybaczy mi pan ze względu 
na doskonałe wiadomości. 
— Raczy książę spocząć?... 
— Na chwilkę. Niech pan sobie wyobrazi — mówił książę siadając — że dopóty 
dokuczałem naszym panom bratom... Czy dobrze powiedziałem?... Dopóty ich 
prześladowałem, aż obiecali przyjść w kilku do mnie i wysłuchać projektu 
pańskiej spółki. Natychmiast więc pana zabieram, a raczej zabieram się z panem 
i — jedziemy do mnie. 
Wokulski doznał takiego wrażenia jak człowiek, który spadł z wysokości i 
uderzył piersiami o ziemię. 
Pomieszanie jego nie uszło uwagi księcia, który uśmiechnął się przypisując to 
radości z jego wizyty i zaprosin. Przez głowę mu nawet nie przeszło, że dla 
Wokulskiego może być ważniejszym spacer do Łazienek aniżeli wszyscy 
książęta i spółki. 
— A więc jesteśmy gotowi? — spytał książę powstając z fotelu. 
Sekundy brakowało, ażeby Wokulski powiedział, że nie pojedzie i nie chce 
żadnych spółek. Ale w tym samym momencie przebiegła mu myśl: 
„Spacer — to dla mnie, spółka — dla niej.” 
Wziął kapelusz i pojechał z księciem. Zdawało mu się, że powóz nie jedzie po 
bruku, ale po jego własnym mózgu. 
„Kobiet nie zdobywa się ofiarami, tylko siłą, bodaj pięści...”-przypomniał sobie 
zdanie pani Meliton. Pod wpływem tego aforyzmu chciał porwać księcia za 
kołnierz i wyrzucić go na ulicę. Ale trwało to tylko chwilę. 
Książę przypatrywał mu się spod rzęs, a widząc, że Wokulski to czerwienieje, to 
blednieje, myślał: 
„Nie spodziewałem się, że zrobię aż taką przyjemność temu poczciwemu 
Wokulskiemu. Tak, trzeba zawsze podawać rękę nowym ludziom...” 
W swoim towarzystwie książę nosił tytuł zagorzałego patrioty, prawie 
szowinisty; poza towarzystwem cieszył się opinią jednego z najlepszych 
obywateli. Bardzo lubił mówić po polsku, a nawet treścią jego francuskich 
rozmów były interesa publiczne. 
Był arystokratą od włosów do nagniotków, duszą, sercem, krwią. Wierzył, że 
każde społeczeństwo składa się z dwu materiałów: zwyczajnego tłumu i klas 
wybranych. Zwyczajny tłum był dziełem natury i mógł nawet pochodzić od 
małpy, jak to wbrew Pismu świętemu utrzymywał Darwin. Lecz klasy wybrane 
miały jakiś wyższy początek i pochodziły, jeżeli nie od bogów, to przynajmniej 
od pokrewnych im bohaterów, jak Herkules, Prometeusz, od biedy — Orfeusz. 
Książę miał we Francji przyjaciela, hrabiego (w najwyższym stopniu 
dotkniętego zarazą demokratyczną), który drwił sobie z nadziemskich 
początków arystokracji. 
— Mój kuzynie — mówił — myślę, że nie zdajesz sobie należycie sprawy z kwestii 
rodów. Cóż to są wielkie rody? Są nimi takie, których przodkowie byli 
hetmanami, senatorami, wojewodami, czyli po dzisiejszemu: marszałkami, 
członkami izby wyższej lub prefektami departamentów. No — a przecie takich 
panów znamy, nic w nich nadzwyczajnego... Jedzą, piją, grają w karty, umizgają 
się do kobiet, zaciągają długi — jak reszta śmiertelników, od których są niekiedy 
głupsi. 
Księciu na twarz występowały chorobliwe rumieńce. 
— Czy spotkałeś kiedy, kuzynie -odparł — prefekta lub marszałka z takim 
wyrazem majestatu, jaki widujemy na portretach naszych przodków?... 
— Cóż w tym dziwnego — śmiał się zarażony hrabia. — Malarze nadawali obrazom 
wyraz, o jakim nie śniło się żadnemu z oryginałów; tak jak heraldycy i historycy 
opowiadali o nich bajeczne legendy. To wszystko kłamstwa, mój kuzynie!... To 
tylko kulisy i kostiumy, które z jednego Wojtka robią księcia, a z innego 
parobka. W rzeczywistości jeden i drugi jest tylko lichym aktorem. 
— Z szyderstwem, kuzynie, nie ma rozprawy! — wybuchał książę i uciekał. Biegł 
do siebie, kładł się na szezlongu z rękoma splecionymi pod głową i patrząc w 
sufit widział przesuwające się na nim postacie nadludzkiego wzrostu, siły, 
odwagi, rozumu, bezinteresowności. To byli — przodkowie jego i hrabiego; tylko 
że hrabia zapierał się ich. Czyżby istniała w nim jaka przymieszka krwi?... 
Tłumem zwyczajnych śmiertelników książę nie tylko nie gardził, ale owszem: 
miał dla nich życzliwość, a nawet stykał się z nimi i interesował ich potrzebami. 
Wyobrażał sobie, że jest jednym z Prometeuszów, którzy mają poniekąd 
honorowy obowiązek sprowadzić tym biednym ludziom ogień z nieba na 
ziemię. Zresztą religia nakazywała mu sympatię dla maluczkich i książę 
rumienił się na samą myśl, że większa część towarzystwa stanie kiedyś przed 
boskim sądem bez tego rodzaju zasługi. 
Więc aby uniknąć wstydu dla siebie, bywał i nawet zwoływał do swego 
mieszkania rozmaite sesje, wydawał po dwadzieścia pięć i po sto rubli na akcje 
rozmaitych przedsiębiorstw publicznych, nade wszystko zaś — ciągle martwił się 
nieszczęśliwym położeniem kraju; a każdą mowę swoją kończył frazesem: 
— Bo, panowie, myślmy najpierw o tym, ażeby podźwignąć nasz nieszczęśliwy 
kraj... 
A gdy to powiedział, czuł, że z serca spada mu jakiś ciężar; tym większy, im 
więcej było słuchaczów albo im więcej rubli wydał na akcje. 
Zwołać sesję, zachęcić do przedsiębiorstwa i cierpieć, wciąż cierpieć nad 
nieszczęśliwym krajem, oto jego zdaniem były obowiązki obywatela. Gdyby go 
jednak spytano, czy zasadził kiedy drzewo, którego cień ochroniłby ludzi i 
ziemię od spiekoty? albo czy kiedy usunął z drogi kamień raniący koniom 
kopyta? — byłby szczerze zdziwiony. 
Czuł i myślał, pragnął i cierpiał — za miliony. Tylko — nic nigdy nie zrobił 
użytecznego. Zdawało mu się, że ciągłe frasowanie się całym krajem ma bez 
miary wyższą wartość od utarcia nosa zasmolonemu dziecku. 
W czerwcu fizjognomia Warszawy ulega widocznej zmianie. Puste przedtem 
hotele napełniają się i podwyższają ceny, na wielu domach ukazują się 
ogłoszenia: „Apartament z meblami do wynajęcia na kilka tygodni:” Wszystkie 
dorożki są zajęte, wszyscy posłańcy biegają. Na ulicach, w ogrodach, teatrach, 
w restauracjach, na wystawach, w sklepach i magazynach strojów damskich 
widać figury nie spotykane w zwykłym czasie. Są nimi tędzy i opaleni 
mężczyźni w granatowych czapkach z daszkami, w zbyt obszernych butach, w 
ciasnych rękawiczkach, w garniturach pomysłu prowincjonalnego krawca. 
Towarzyszą im gromadki dam, nie odznaczających się pięknością ani 
warszawskim szykiem, tudzież niemniej liczne gromadki niezręcznych dzieci, 
którym z ust szeroko otwartych wygląda zdrowie. 
Jedni z wiejskich gości przyjeżdżają tu z wełną na jarmark, drudzy na wyścigi, 
inni, ażeby zobaczyć wełnę i wyścigi; ci dla spotkania się z sąsiadami, których 
na miejscu mają o wiorstę drogi, tamci dla odświeżenia się w stolicy mętnej 
wody i pyłu, a owi męczą się przez kilkudniową podróż sami nie wiedząc po co. 
Z podobnego zjazdu skorzystał książę, ażeby zbliżyć Wokulskiego z 
ziemiaństwem. 
Książę we własnym pałacu, na pierwszym piętrze, zajmował ogromne 
mieszkanie. Część jego, złożona z gabinetu pana, biblioteki i fajczarni, była 
miejscem męskich zebrań, na których książę przedstawiał swoje lub cudze 
projekta dotyczące spraw publicznych. Zdarzało się to po kilka razy w roku. 
Ostatnia nawet sesja wiosenna była poświęcona kwestii statków śrubowych na 
Wiśle, przy czym bardzo wyraźnie zarysowały się trzy stronnictwa. Pierwsze, 
złożone z księcia i jego osobistych przyjaciół, koniecznie domagało się 
śrubowców, drugie zaś, mieszczańskie, uznając w zasadzie piękność projektu, 
uważało go jednak za przedwczesny i nie chciało dać na ten cel pieniędzy. 
Trzecie stronnictwo składało się tylko z dwu osób: pewnego technika, który 
twierdził, że śrubowce nie mogą pływać po Wiśle, i pewnego głuchego magnata, 
który na wszystkie odezwy, skierowane do jego kieszeni, stale odpowiadał: 
— Proszę trochę głośniej, bo nic nie słychać... 
Książę z Wokulskim przyjechali o pierwszej, a w kwadrans po nich zaczęli 
schodzić się i zjeżdżać inni uczestnicy sesji. Książę witał każdego z uprzejmą 
poufałością, prezentował Wokulskiego, a następnie podkreślał przybysza na 
liście zaproszonych bardzo długim i bardzo czerwonym ołówkiem. 
Jednym z pierwszych gości był pan Łęcki; wziął Wokulskiego na stronę i 
jeszcze raz wypytał go o cel i znaczenie spółki, do której należał już całą duszą, 
ale nigdy nie mógł dobrze spamiętać, o co chodzi. Tymczasem inni panowie 
przypatrywali się intruzowi i zniżonym głosem robili o nim uwagi. 
— Bycza mina! — szepnął otyły marszałek wskazując okiem na Wokulskiego. Szczeć 
na głowie jeży mu się jak dzikowi, pierś upadam do nóg, oko bystre... 
Ten by nie ustał na polowaniu! 
— I twarz, panie... — dodał baron z fizjognomią Mefistofelesa.- Czoło, panie... 
wąsik, panie... mała hiszpanka, panie. Wcale, panie... wcale... Rysy trochę, 
panie... ale całość, panie... 
— Zobaczymy, jaki będzie w interesach — dorzucił nieco przygarbiony hrabia. 
— Rzutki, ryzykowny, t e k — odezwał się jakby z piwnicy drugi hrabia, który 
siedział sztywnie na krześle, nosił bujne faworyty i porcelanowymi oczyma 
patrzył tylko przed siebie jak Anglik z „Tournal Amusant”. 
Książę powstał z fotelu i chrząknął; zebrani umilkli, dzięki czemu można było 
usłyszeć resztę opowiadania marszałka: 
— Wszyscy patrzymy na las, a tu coś skwierczy pod kopytami. Wyobraź sobie 
pan dobrodziej, że chart idący przy koniach na smyczy zdusił w bruździe 
szaraka!... 
To powiedziawszy marszałek uderzył olbrzymią dłonią w udo, z którego mógł 
był wyciąć sobie sekretarza i jego pomocnika. 
Książę chrząknął drugi raz, marszałek zmieszał się i niezwykle wielkim fularem 
otarł spocone czoło. 
— Szanowni panowie — odezwał się książę. — Poważyłem się fatygować 
szanownych panów w pewnym... nader ważnym interesie publicznym, który, jak 
to wszyscy czujemy, powinien zawsze stać na straży naszych interesów 
publicznych... Chciałem powiedzieć... naszych idei... to jest... 
Książę zdawał się być zakłopotany; wnet jednak ochłonął i mówił dalej : 
— Chodzi o inte... to jest o plan, a raczej... o projekt zawiązania spółki do 
ułatwiania handlu... 
— Zbożem — wtrącił ktoś z kąta. 
— Właściwie — ciągnął książę — chodzi nie o handel zbożem, ale... 
— Okowitą — pośpieszył ten sam głos. 
— Ależ nie!... O handel, a raczej o ułatwienie handlu między Rosją i zagranicą 
towarami, no.:. towarami... Miasto zaś nasze, pożądane jest, ażeby się stało 
centrum takowego... 
— A jakież to towary? -spytał przygarbiony hrabia. 
— Stronę fachową kwestii raczy objaśnić nam łaskawie pan Wokulski, człowiek... 
człowiek fachowy — zakończył książę. — Pamiętajmy jednak, panowie, o 
obowiązkach, jakie na nas wkłada troska o interesa publiczne i ten nieszczęśliwy 
kraj... 
— Jak Boga kocham, zaraz daję dziesięć tysięcy rubli!... — wrzasnął marszałek. 
— Na co? — spytał hrabia udający autentycznego Anglika. 
— Wszystko jedno!... — odparł wielkim głosem marszałek.- Powiedziałem: rzucę 
w Warszawie pięćdziesiąt tysięcy rubli, więc niech dziesięć pójdzie na cele 
dobroczynne, bo kochany nasz książę mówi cudownie!... z rozumu i z serca, jak 
Boga kocham... 
— Przepraszam — odezwał się Wokulski — ale nie chodzi tu o spółkę dobroczynną, 
tylko o spółkę zapewniającą zyski. 
— Otóż to!... — wtrącił hrabia zgarbiony. 
— T e k!... — potwierdził hrabia-Anglik. 
— Co mnie za zysk z dziesięciu tysięcy? — zaprotestował marszałek. — Z torbami 
bym poszedł pod Ostrą Bramę przy takich zyskach. 
Zgarbiony hrabia wybuchnął: 
— Proszę o głos w kwestii : czy należy lekceważyć małe zyski!... To nas gubi!... 
to, panowie — wołał pukając paznokciem w poręcz fotelu. 
— Hrabio — przerwał słodko książę — pan Wokulski ma głos. 
— T e k!... — poparł go hrabia-Anglik czesząc bujne faworyty. 
— Prosimy więc szanownego pana Wokulskiego — odezwał się nowy głos — ażeby 
ten publiczny interes, który nas zgromadził tu, do gościnnych salonów księcia, 
raczył nam przedstawić z właściwą mu jasnością i zwięzłością. 
Wokulski spojrzał na osobę przyznającą mu jasność i zwięzłość. Był to 
znakomity adwokat, przyjaciel i prawa ręka księcia; lubił mówić kwieciście, 
wybijając takt ręką i przysłuchując się własnym frazesom, które zawsze 
znajdował wybornymi. 
— Tylko żebyśmy zrozumieli wszyscy — mruknął ktoś w kącie zajętym przez 
szlachtę, która nienawidziła magnatów. 
— Wiadomo panom — zaczął Wokulski — że Warszawa jest handlową stacją 
między Europą zachodnią i wschodnią. Tu zbiera się i przechodzi przez nasze 
ręce część towarów francuskich i niemieckich przeznaczonych dla Rosji, z 
czego moglibyśmy mieć pewne zyski, gdyby nasz handel... 
— Nie znajdował się w ręku Żydów — wtrącił półgłosem ktoś od stołu, gdzie 
siedzieli kupcy i przemysłowcy. 
— Nie — odparł Wokulski. — Zyski istniałyby wówczas, gdyby nasz handel był 
prowadzony porządnie. 
— Z Żydami nie może być porządny... 
— Dziś jednak — przerwał adwokat księcia — szanowny pan Wokulski daje nam 
możność podstawienia kapitałów chrześcijańskich w miejsce kapitału 
starozakonnych... 
— Pan Wokulski sam wprowadza Żydów do handlu — bryznął oponent ze stanu 
kupieckiego. 
Zrobiło się cicho. 
— Ze sposobu prowadzenia moich interesów nie zdaję sprawy przed nikim ciągnął 
dalej Wokulski. -Wskazuję panom drogę uporządkowania handlu 
Warszawy z zagranicą, co stanowi pierwszą połowę mego projektu i jedno 
źródło zysku dla krajowych kapitałów. Drugim źródłem jest handel z Rosją. 
Znajdują się tam towary poszukiwane u nas i tanie. Spółka, która zajęłaby się 
nimi, mogłaby mieć piętnaście do dwudziestu procentów rocznie od wyłożonego 
kapitału. Na pierwszym miejscu stawiam tkaniny... 
— To jest podkopywanie naszego przemysłu — odezwał się oponent z grupy 
kupieckiej. 
— Mnie nie obchodzą fabrykanci, tylko konsumenci... — odpowiedział Wokulski. 
Kupcy i przemysłowcy poczęli szeptać między sobą w sposób mało życzliwy 
dla Wokulskiego. 
— Otóż i dotarliśmy do interesu publicznego! zawołał wzruszonym głosem 
książę. — Kwestia zarysowuje się tak: czy projekta szanownego pana 
Wokulskiego są objawem pomyślnym dla kraju?... Panie mecenasie... — zwrócił 
się książę do adwokata, czując potrzebę wyręczenia się nim w kłopotliwej nieco 
sytuacji. 
— Szanowny pan Wokulski — zabrał głos adwokat — z właściwą mu gruntownością 
raczy nas objaśnić: czy sprowadzanie owych tkanin, aż z tak daleka, nie 
przyniesie uszczerbku naszym fabrykom? 
— Przede wszystkim — rzekł Wokulski — owe nasze fabryki nie są naszymi, lecz 
niemieckimi... 
— Oho!... — zawołał oponent z grupy kupców. 
— Jestem gotów -mówił Wokulski — natychmiast wyliczyć fabryki, w których 
cała administracja i wszyscy lepiej płatni robotnicy są Niemcami, których 
kapitał jest niemiecki, a rada zarządzająca rezyduje w Niemczech; gdzie 
nareszcie robotnik nasz nie ma możności ukształcić się wyżej w swoim fachu, 
ale jest parobkiem źle płatnym, źle traktowanym i na dobitkę 
germanizowanym... 
— To jest ważne!... — wtrącił hrabia zgarbiony. 
— T e k... — szepnął Anglik. 
— Jak Boga kocham, doświadczam emocji słuchając!... — zawołał marszałek. — Nigdym nie myślał, że tak można zabawić się przy podobnej rozmowie... Zaraz 
wrócę... 
I opuścił gabinet, aż uginała się pod jego stopami podłoga. 
— Czy mam wyliczać nazwiska? — spytał Wokulski. 
Grupa kupców. i przemysłowców złożyła w tej chwili dowód rzadkiej 
powściągliwości nie domagając się nazwisk. Adwokat szybko podniósł się z 
Fotelu i zatrzepotawszy rękoma zawołał: 
— Sądzę, że nad kwestią miejscowych fabryk możemy przejść do porządku. 
Teraz szanowny pan Wokulski raczy nam, z właściwą mu jędrnością, objaśnić: 
jakie pozytywne korzyści z jego projektu odniesie... 
— Nasz nieszczęśliwy kraj — zakończył książę. 
— Proszę panów — mówił Wokulski -gdyby łokieć mego perkalu kosztował tylko 
o dwa grosze taniej niż dziś, wówczas na każdym milionie kupionych tu łokci 
ogół oszczędziłby dziesięć tysięcy rubli... 
— Cóż to znaczy dziesięć tysięcy rubli?... — spytał marszałek, który już powrócił 
do gabinetu, ale jeszcze nie wpadł w tok rozpraw. 
— To wiele znaczy... bardzo wiele! — zawołał hrabia zgarbiony.- Raz nauczmy się 
szanować zyski groszowe... 
— T e k... Pens jest ojcem gwinei... — dodał hrabia ucharakteryzowany na Anglika. 
— Dziesięć tysięcy rubli — ciągnął Wokulski -jest to fundament dobrobytu dla 
dwudziestu rodzin co najmniej... 
— Kropla w morzu — mruknął jeden z kupców. 
— Ale jest jeszcze inny wzgląd — mówił Wokulski — obchodzący wprawdzie tylko 
kapitalistów. Mam do dyspozycji towaru za trzy do czterech milionów rubli 
rocznie... 
— Upadam do nóg!... — szepnął marszałek. 
— To nie jest mój majątek — wtrącił Wokulski — mój jest znacznie skromniejszy... 
— Lubię takich!... — rzekł zgarbiony hrabia. 
— T e k... — dodał Anglik. 
— Owe trzy miliony rubli stanowią mój osobisty kredyt i przynoszą mi bardzo 
mały procent jako pośrednikowi — mówił Wokulski.- Oświadczam jednak, że o 
ile w miejsce kredytu podstawiłoby się gotówkę, zysk z niej wynosiłby 
piętnaście do dwudziestu procentów, a może więcej Otóż ten punkt sprawy 
obchodzi panów, którzy składacie pieniądze w bankach na niski procent. 
Pieniędzmi tymi obracają inni i zyski ciągną dla siebie. Ja zaś ofiaruję panom 
sposobność użycia ich bezpośredniego i powiększenia własnych dochodów. 
Skończyłem. 
— Pysznie! — zawołał przygarbiony hrabia. — Czy jednak nie można by dowiedzieć 
się szczegółów bliższych? 
— O tych mogę mówić tylko z moimi wspólnikami — odpowiedział Wokulski: 
— Jestem — rzekł zgarbiony hrabia i podał mu rękę. 
— T e k — dodał pseudo-Anglik wyciągnąwszy do Wokulskiego dwa palce. 
— Moi panowie! — odezwał się wygolony mężczyzna z grupy szlachty 
nienawidzącej magnatów. — Mówicie tu o handlu perkalami, który n a s nic nie 
obchodzi... Ale, panowie!... — ciągnął dalej płaczliwym głosem -m y mamy za to 
zboże w spichlerzach, m y mamy okowitę w składach, na której wyzyskują nas 
pośrednicy w sposób — że nie powiem — niegodny... 
Obejrzał się po gabinecie. Grupa szlachty gardzącej magnatami dała mu brawo. 
Promieniejąca dyskretną radością twarz księcia zajaśniała w tej chwili blaskiem 
prawdziwego natchnienia. 
— Ależ, panowie! — zawołał — dziś mówimy o handlu tkaninami, lecz jutro i 
pojutrze któż zabroni nam naradzić się nad innymi kwestiami?... Proponuję 
więc... 
— Jak Boga kocham, cudnie mówi ten kochany książę — zawołał marszałek. 
— Słuchamy... słuchamy!... — poparł go adwokat, silnie okazując, że stara się 
pohamować zapał dla księcia. 
— A więc, panowie — ciągnął wzruszony książę — proponuję jeszcze następujące 
sesje: jedną w sprawie handlu zbożem, drugą w sprawie handlu okowitą... 
— A kredyt dla rolników?... — spytał ktoś z nieprzejednanej szlachty. 
— Trzecią w sprawie kredytu dla rolników — mówił książę.- Czwartą... 
Tu zaciął się. 
— Czwartą i piątą — pochwycił adwokat — poświęcimy rozważaniu ogólnej 
ekonomicznej sytuacji... 
— Naszego nieszczęśliwego kraju — dokończył książę prawie ze łzami w oczach. 
— Panowie!... — wrzasnął adwokat obcierając nos z akcentem rozrzewnienia. — Uczcijmy naszego gospodarza, znakomitego obywatela, najzacniejszego z 
ludzi... 
— Dziesięć tysięcy rubli, jak Bo... — zawołał marszałek. 
— Przez powstanie! — szybko dokończył adwokat. 
— Brawo!... niech żyje książę!... — zawołano przy akompaniamencie łoskotu nóg i 
krzeseł. 
Grupa szlachty gardzącej arystokracją krzyczała najgłośniej. 
Książę zaczął ściskać swoich gości nie panując już nad wzruszeniem; pomagał 
mu adwokat, wszystkich całował, a sam bez ceremonii płakał. Kilka osób 
skupiło się przy Wokulskim. 
— Przystępuję na początek z pięćdziesięcioma tysiącami rubli mówił zgarbiony 
hrabia. — Na rok przyszły zaś... zobaczymy... 
— Trzydzieści, panie... trzydzieści tysięcy rubli, panie... Bardzo, panie... bardzo! dodał 
baron z fizjognomią Mefistofelesa. 
— I ja trzydzieści tysięcy... t e k!... — dorzucił hrabia-Anglik kiwając głową. 
— A ja dam dwa... trzy razy tyle, co... kochany książę. Jak Boga kocham!... rzekł 
marszałek. 
Paru oponentów z grupy kupieckiej również zbliżyło się do Wokulskiego. 
Milczeli, lecz tkliwe ich spojrzenia stokroć więcej miały wymowy aniżeli 
najczulsze słowa. 
Z kolei zbliżył się do Wokulskiego człowiek młody, mizerny, z rzadkim 
zarostem na twarzy, ale z niewątpliwymi śladami przedwczesnego zniszczenia 
w całej postaci. Wokulski spotykał go na rozmaitych widowiskach, wreszcie i 
na ulicy, jeżdżącego najszybszymi dorożkami. 
— Jestem Maruszewicz — rzekł zniszczony młody człowiek z miłym uśmiechem. — Wybaczy pan, że prezentuję się tak obcesowo i w dodatku przy pierwszej 
znajomości będę miał prośbę... 
— Słucham pana. 
Młodzieniec wziął Wokulskiego pod ramię i zaprowadziwszy go do okna mówił 
: 
— Kładę od razu karty na stół; z takimi ludźmi jak pan nie można inaczej. Jestem 
niemajętny, mam dobre instynkta i chciałbym znaleźć zajęcie. Pan tworzy 
spółkę, czy nie mógłbym pracować pod pańskim kierunkiem?... 
Wokulski przypatrywał mu się z uwagą. Propozycja, którą słyszał, jakoś nie 
pasowała do wyniszczonej figury i niepewnych spojrzeń młodzieńca. Wokulski 
uczuł niesmak, mimo to spytał: 
— Cóż pan umie? jaki pański fach? 
— Fachu, uważa pan, jeszcze nie wybrałem, ale mam wielkie zdolności i mogę 
podjąć się każdego zajęcia. 
— A na jaką pan liczy pensję? 
— Tysiąc... dwa tysiące rubli... — odparł zakłopotany młodzieniec. 
Wokulski mimo woli potrząsnął głową. 
— Wątpię — odparł — czy będziemy mieli posady odpowiadające pańskim 
wymaganiom. Niech pan jednak wstąpi kiedy do mnie... 
Na środku gabinetu przygarbiony hrabia zabrał głos. 
— A zatem — mówił — szanowni panowie, w zasadzie przystępujemy do spółki 
proponowanej przez pana Wokulskiego. Interes wydaje się bardzo dobrym, a 
obecnie chodzi tylko o bliższe szczegóły i spisanie aktu. Zapraszam więc 
panów, chcących zostać uczestnikami, do mnie na jutro, o dziewiątej 
wieczorem... 
— Będę u ciebie, kochany hrabio, jak Boga kocham — odezwał się otyły marszałek 
— i może jeszcze przyprowadzę ci z paru Litwinów; no, ale powiedz, dlaczegóż 
to my mamy zawiązywać spółki kupieckie?... Niechby już sami kupcy... 
— Choćby dlatego — odparł hrabia gorąco -ażeby nie mówiono, że nic nie robimy, 
tylko obcinamy kupony... 
Książę poprosił o głos. 
— Zresztą — rzekł — mamy na widoku jeszcze dwie spółki: do handlu zbożem i okowitą. 
Kto nie zechce należeć do jednej, może należeć do drugiej... Nadto zaś 
prosimy szanownego pana Wokulskiego, żeby w innych naszych naradach 
chciał przyjąć udział... 
— T e k!... — wtrącił hrabia-Anglik. 
— I z właściwym mu talentem raczył oświetlać kwestie — dokończył adwokat. 
— Wątpię, czy przydam się panom na co — odparł Wokulski.- Miałem wprawdzie 
do czynienia ze zbożem i okowitą, ale w wyjątkowych warunkach. Chodziło o 
duże ilości i pośpiech, nie o ceny... Nie znam zresztą tutejszego handlu 
zbożem... 
— Będą specjaliści, szanowny panie Wokulski — przerwał mu adwokat. — Oni nam 
dostarczą szczegółów, które pan raczysz tylko uporządkować i rozjaśnić z 
właściwą mu genialnością... 
— Prosimy. . bardzo prosimy!... — wołali hrabiowie, a za nimi jeszcze głośniej 
szlachta nienawidząca magnatów. 
Była blisko pląta po południu i zgromadzeni poczęli się rozchodzić. W tej chwili 
Wokulski spostrzegł, że z dalszych pokojów zbliża się do niego pan Łęcki w 
towarzystwie młodzieńca, którego już widział obok panny Izabeli podczas 
kwesty i na święconym u hrabiny. Obaj panowie zatrzymali się przy nim. 
— Pozwolisz, panie Wokulski — odezwał się Łęcki — że przedstawię ci pana 
Juliana Ochockiego. Nasz kuzyn... trochę oryginał, ale... 
— Dawno już chciałem poznać się z panem i porozmawiać — rzekł Ochocki 
ściskając go za rękę. 
Wokulski w milczeniu przypatrywał się. Młody człowiek nie dosięgnął jeszcze 
lat trzydziestu i rzeczywiście odznaczał się niezwykłą fizjognomią. Zdawało się, 
że ma rysy Napoleona Pierwszego, przysłonięte jakimś obłokiem marzycielstwa. 
— W którą stronę pan idzie? — spytał młody człowiek Wokulskiego. — Mogę pana 
podprowadzić. 
— Będzie się pan fatygował... 
— O, ja mam dosyć czasu — odpowiedział młody człowiek. 
„Czego on chce ode mnie?” -pomyślał Wokulski, a głośno rzekł:- Możemy 
pójść w stronę Łazienek... 
— Owszem -odparł Ochocki. -Wpadnę jeszcze na chwilę pożegnać się z księżną 
i dogonię pana. 
Ledwie odszedł, pochwycił Wokulskiego adwokat. 
— Winszuję panu zupełnego triumfu — rzekł półgłosem. — Książę formalnie 
zakochany w panu, obaj hrabiowie i baron toż samo... Oryginały to są, jak pan 
widział, ale ludzie dobrych chęci... Chcieliby coś robić, mają nawet rozum i 
ukształcenie, ale... energii brak!... Choroba woli, panie: cała klasa jest nią 
dotknięta... Wszystko mają: pieniądze, tytuły, poważanie, nawet powodzenie u 
kobiet, więc niczego nie pragną. Bez tej zaś sprężyny, panie Wokulski, muszą 
być narzędziem w ręku ludzi nowych i ambitnych... My, panie, my jeszcze 
wielu rzeczy pragniemy -dodał ciszej. -Ich szczęście, że trafili na nas... 
Ponieważ Wokulski nie odpowiedział nic, więc adwokat począł uważać go za 
bardzo przebiegłego dyplomatę i żałował w duszy, że sam był zanadto szczery. 
„Zresztą — myślał adwokat, patrząc na Wokulskiego spod oka — choćby 
powtórzył księciu naszą rozmowę, cóż mi zrobi?... Powiem, że chciałem go 
wybadać...” 
„O jakie on mnie ambicje posądza?...” — zapytywał się w duchu Wokulski. 
Pożegnał księcia, obiecał przychodzić odtąd na wszystkie sesje i wyszedłszy na 
ulicę odesłał powóz do domu. 
„Czego chce ode mnie ten pan Ochocki? — myślał podejrzliwie.- Naturalnie, że 
idzie mu o pannę Izabelę... Może ma zamiar odstraszyć mnie od niej?... Głupi:.. 
Jeżeli ona go kocha, nie potrzebuje tracić nawet słów; sam się usunę... Ale jeżeli 
go nie kocha, niech się strzeże usuwać mnie od niej... Zdaje się, że zrobię w 
życiu jedno kapitalne głupstwo, zapewne dla panny Izabeli. Bodajby nie padło 
na niego; szkoda chłopaka...” 
W bramie rozległo się pośpieszne stąpanie; Wokulski odwrócił się i zobaczył 
Ochockiego. 
— Pan czekał?... przepraszam!... — zawołał młody człowiek. 
— Idziemy ku Łazienkom? — spytał Wokulski. 
— Owszem. 
Jakiś czas szli milcząc. Młody człowiek był zamyślony. Wokulski zirytowany. 
Postanowił od razu chwycić byka za rogi. 
— Pan jest bliskim kuzynem państwa Łęckich? — zapytał. 
— Trochę -odpowiedział młody człowiek. -Matka moja była a ż Łęcka — rzekł z 
ironią — ale ojciec tylko Ochocki. To bardzo osłabia związki rodzinne... Pana 
Tomasza, który jest dla mnie jakimś ciotecznym stryjem, nie znałbym do dziś 
dnia, gdyby nie stracił majątku. 
— Panna Łęcka jest bardzo dystyngowaną osobą — rzekł Wokulski patrząc przed 
siebie. 
— Dystyngowana?... — powtórzył Ochocki. — Powiedz pan: bogini!... Kiedy 
rozmawiam z nią, zdaje mi się, że potrafiłaby mi zapełnić całe życie. Przy niej 
jednej czuję spokój i zapominam o trapiącej mnie tęsknocie. Ale cóż!... Ja nie 
umiałbym siedzieć z nią cały dzień w salonie ani ona ze mną w laboratorium... 
Wokulski stanął na ulicy. 
— Pan zajmuje się fizyką czy chemią?... — spytał zdziwiony. 
— Ach, czym ja się nie zajmuję!... — odparł Ochocki. — Fizyką, chemią i 
technologią... Przecież skończyłem wydział przyrodniczy w uniwersytecie i 
mechaniczny w politechnice... Zajmuję się wszystkim; czytam i pracuję od rana 
do nocy, ale — nie robię nic. Udało mi się trochę ulepszyć mikroskop, zbudować 
jakiś nowy stos elektryczny, jakąś tam lampę... 
Wokulski zdumiewał się coraz więcej. 
— Więc to pan jest tym Ochockim, wynalazcą?... 
— Ja — odparł młody człowiek. — No, ale i cóż to znaczy?... Razem nic. Kiedy 
pomyślę, że w dwudziestym ósmym roku tylko tyle zrobiłem, ogarnia mnie 
desperacja. Mam ochotę albo porozbijać swoje laboratorium i utonąć w życiu 
salonowym, do którego mnie ciągną, albo — trzasnąć sobie w łeb... Ogniwo 
Ochockiego albo — lampa elektryczna Ochockiego... jakież to głupie!... Rwać się 
gdzieś od dzieciństwa i utknąć na lampie — to okropne... Dobiegać środka życia i 
nie znaleźć nawet śladu drogi, po której by się iść chciało -cóż to za rozpacz!... 
Młody człowiek umilkł, a że byli w Ogrodzie Botanicznym, więc zdjął kapelusz. 
Wokulski przypatrywał mu się z uwagą i zrobił nowe odkrycie. Młody 
człowiek, aczkolwiek wyglądał elegancko, nie był wcale elegantem; nawet nie 
zdawał się troszczyć o swoją powierzchowność. 
Miał rozrzucone włosy, nieco zsunięty krawat, u kamizelki guzik nie zapięty. 
Można było domyślać się, że ktoś bardzo starannie czuwa nad jego bielizną i 
garderobą, z którą jednak on sam postępuje niedbale, i właśnie to niedbalstwo, 
przejawiające się w dziwnie szlachetnych formach, nadawało mu oryginalny 
wdzięk. Każdy jego ruch był mimowolny, rozrzucony, lecz piękny. Równie 
pięknym był sposób patrzenia, słuchania, a raczej niesłuchania, nawet — gubienia 
kapelusza. 
Weszli na wzgórze, skąd widać studnię zwaną Okraglakiem. Ze wszystkich 
stron otaczali ich spacerujący, ale Ochocki nie krępował się ich obecnością i 
wskazawszy kapeluszem jedną z ławek, mówił: 
— Dużo czytałem, że szczęśliwy jest człowiek, który ma wielkie aspiracje. To 
kłamstwo. Ja przecież mam niepowszednie pragnienia, które jednak robią mnie 
śmiesznym i zrażają do mnie najbliższych. Spojrzyj pan na tę ławkę... Tu, w 
początkach czerwca, około dziesiątej wieczorem, siedzieliśmy z kuzynką i z 
panną Florentyną. Świecił jakiś księżyc i nawet jeszcze śpiewały słowiki. Byłem 
rozmarzony. Nagle kuzynka odzywa się: „Znasz, kuzynie, astronomię?” „
Trochę.”- „Więc powiedz mi, jaka to gwiazda?” — „Nie wiem — odpowiedziałem 
— ale to jest pewne, że nigdy nie dostaniemy się na nią. Człowiek jest przykuty 
do Ziemi jak ostryga do skały...” W tej chwili — ciągnął dalej Ochocki — zbudziła 
się we mnie moja idea czy mój obłęd... Zapomniałem o pięknej kuzynce, a 
zacząłem myśleć o machinach latających. A ponieważ myśląc, muszę chodzić, 
więc wstałem z ławki i bez pożegnania opuściłem kuzynkę!... Na drugi dzień 
panna Flora nazwała mnie impertynentem, pan Łęcki oryginałem, a kuzynka 
przez tydzień nie chciała ze mną rozmawiać... I żebym jeszcze co wymyślił; ale 
nic, literalnie nic, choć byłbym przysiągł, że nim z tego pagórka zejdę do studni, 
urodzi mi się w głowie przynajmniej ogólny szkic machiny latającej... Prawda, 
jakie to głupie?... 
„Więc oni tu przepędzają wieczory przy księżycu i śpiewie słowika?... pomyślał 
Wokulski i poczuł straszny ból w sercu. — Panna Izabela już kocha się 
w Ochockim, a jeżeli się nie kocha, to tylko z winy jego dziwactw... No i ma 
słuszność... piękny człowiek i niezwykły...” 
— Naturalnie -prawił dalej Ochocki — ani słówka nie wspomniałem o tym mojej 
ciotce, która ile razy bodaj wpina mi jakąś szpilkę w odzienie, ma zwyczaj 
powtarzać: „Kochany Julku, staraj się podobać Izabeli, bo to żona akurat dla 
ciebie... Mądra i piękna; ona jedna wyleczyłaby cię z twoich przywidzeń...” A ja 
myślę: co to za żona dla mnie?... Gdyby chociaż mogła być moim pomocnikiem, 
jeszcze pół biedy... Ale gdzieżby ona dla laboratorium mogła opuścić salon!... 
Ma rację, to jej właściwe otoczenie; ptak potrzebuje powietrza, ryba wody... 
Ach, jaki piękny wieczór!... — dodał po chwili. — Jestem dziś podniecony jak 
rzadko. Ale... co panu jest, panie Wokulski?... 
— Trochę zmęczyłem się -odparł głucho Wokulski. -Może byśmy siedli, choćby 
o! tu... 
Usiedli na stoku wzgórza, na granicy Łazienek. Ochocki oparł brodę na 
kolanach i wpadł w zadumę, Wokulski przypatrywał mu się z uczuciem, w 
którym podziw mieszał się z nienawiścią. 
„Głupi czy przebiegły?... Po co on mi to wszystko opowiada?”- myślał 
Wokulski. 
Musiał jednak przyznać, że gadulstwo Ochockiego miało te same cechy 
szczerości i roztargnienia, jak jego ruchy i cała wreszcie osoba. Spotkali się 
pierwszy raz i już Ochocki tak z nim rozmawiał, jak gdyby znali się od dzieci. 
„Skończę z nim” — rzekł do siebie Wokulski i głęboko odetchnąwszy spytał 
głośno: 
— Zatem żeni się pan, panie Ochocki?... 
— Chybabym zwariował -mruknął młody człowiek wzruszając ramionami. 
— Jak to?... Przecież kuzynka pańska podoba się panu? 
— I nawet bardzo, ale to jeszcze nie wszystko. Ożeniłbym się z nią, gdybym miał 
pewność, że już nic w nauce nie zrobię... 
W sercu Wokulskiego obok nienawiści i podziwu błysnęła radość. W tej chwili 
Ochocki przetarł czoło jak zbudzony ze snu i patrząc na Wokulskiego nagle 
rzekł: 
— Ale, ale... Nawet zapomniałem, że mam ważny interes do pana... 
„Czego on chce?...” — pomyślał Wokulski podziwiając w duszy mądre spojrzenie 
swego rywala i nagłą zmianę tonu. Zdawało się, że przez jego usta przemówił 
inny człowiek. 
— Chcę zadać panu pytanie... nie... dwa pytania, bardzo poufne, a może nawet 
drażliwe — mówił Ochocki. -Czy nie obrazi się pan?.. 
— Słucham — odparł Wokulski. 
Gdyby stał na szafocie, nie doznałby tak strasznych wrażeń jak w tej chwili. Był 
pewny, że chodzi o pannę Izabelę i że w tym samym miejscu zdecydują się jego 
losy. 
— Pan był przyrodnikiem? -spytał Ochocki. 
— Tak. 
— I w dodatku przyrodnikiem entuzjastą. Wiem, co pan przeszedł, od dawna 
szanuję pana z tego powodu... To za mało; powiem więcej... Od roku 
wspomnienie o trudnościach, z jakimi szamotał się pan, dodawało mi otuchy... 
Mówiłem sobie: zrobię przynajmniej to, co ten człowiek, a ponieważ nie mam 
takich przeszkód, więc — zajdę dalej od niego... 
Wokulski słuchając myślał, że marzy albo że rozmawia z wariatem. 
— Skąd pan to wie?... — spytał Ochockiego. 
— Od doktora Szumana. 
— Ach, od Szumana. Ale do czego to wszystko prowadzi?... 
— Zaraz powiem -odparł Ochocki. -Byłeś pan przyrodnikiem entuzjastą i... w 
rezultacie rzuciłeś pan nauki przyrodnicze. Otóż w którym roku życia osłabnął 
pański zapał w tym kierunku?... 
Wokulski poczuł jakby uderzenie toporem w głowę. Pytanie było tak przykre i 
niespodziewane, że przez chwilę nie tylko nie umiał odpowiedzieć; ale nawet 
zebrać myśli. 
Ochocki powtórzył, bystro przypatrując się swemu towarzyszowi. 
— W którym roku?... — rzekł Wokulski. — W zeszłym roku... Dziś mam 
czterdziesty szósty rok... 
— A zatem ja do kompletnego ochłodzenia się mam jeszcze przeszło piętnaście 
lat. To mi trochę dodaje odwagi... — rzekł jakby do siebie Ochocki. 
I znowu po chwili dodał: 
— To jedno pytanie, a teraz drugie, ale — nie obraź się pan. W którym roku życia 
zaczynają mężczyźnie obojętnieć kobiety?... 
Drugi cios. Był moment, że Wokulski chciał schwycić młodzieńca za gardło i 
udusić. Upamiętał się jednak i odparł ze słabym uśmiechem: 
— Myślę, że one nigdy nie obojętnieją... Owszem, coraz wydają się droższymi... 
— Żle! — szepnął Ochocki. — Ha, zobaczymy, kto mocniejszy. 
— Kobiety, panie Ochocki. 
— Jak dla kogo, panie — odpowiedział młody człowiek wpadając znowu w 
zamyślenie. 
I zaczął mówić jakby do siebie. 
— Kobiety, ważna rzecz. Kochałem się już, zaraz, ileż to?... Cztery... sześć... ze 
siedem, tak, siedem razy... Zabiera to dużo czasu i napędza desperackie myśli... 
Głupia rzecz, miłość... Poznajesz, kochasz, cierpisz... Potem jesteś znudzony 
albo zdradzony... Tak, dwa razy byłem znudzony, a pięć razy zdradzony... 
Potem znajdujesz nową kobietę, doskonalszą od innych — a potem ona robi to 
samo, co mniej doskonałe... Ach, jakiż podły gatunek zwierząt te baby!... Bawią 
się nami, choć ograniczony ich mózg nawet nie jest w stanie nas pojąć... No, 
prawda, że i tygrys może bawić się człowiekiem... Podłe, ale miłe... Mniejsza o 
nie! A tymczasem gdy raz opanuje człowieka idea, już go nie opuszcza i nie 
zdradza nigdy... 
Położył rękę na ramieniu Wokulskiego i patrząc mu w oczy jakimś 
rozstrzelonym i rozmarzonym wzrokiem spytał: 
— Wszakże pan myślał kiedyś o machinach latających?... Nie o kierowaniu 
balonami, które są lżejsze od powietrza, bo to błazeństwo, ale — o locie machiny 
ciężkiej, napełnionej i obwarowanej jak pancernik?... Czy pan rozumie, jaki 
nastąpiłby przewrót w świecie po podobnym wynalazku?... Nie ma fortec, armii, 
granic... Znikają narody, lecz za to w nadziemskich budowlach przychodzą na 
świat istoty podobne do aniołów lub starożytnych bogów... Już ujarzmiliśmy 
wiatr, ciepło, światło, piorun... Czy więc nie sądzisz pan, że nadeszła pora nam 
samym wyzwolić się z oków ciężkości?... To idea leżąca dziś w duchu czasu... 
Inni już pracują nad nią; mnie ona dopiero nasyca, ale od stóp do głów... Co 
mnie ciotka z jej radami i prawidłami dobrego tonu!... Co mnie żeniaczka, 
kobiety, a nawet mikroskopy, stosy i lampy elektryczne?... Oszaleję albo... 
przypnę ludzkości skrzydła... 
— A gdybyś pan je nawet przypiął, to co?... — spytał Wokulski. 
— Sława, jakiej nie dosięgnął jeszcze żaden człowiek — odparł Ochocki. — To moja 
żona, to moja kobieta... Bądź pan zdrów, muszę iść... 
Uścisnął Wokulskiemu rękę, zbiegł ze wzgórza i zniknął między drzewami. 
Na Ogród Botaniczny i na Łazienki zapadał już mrok. 
„Wariat czy geniusz?... — szepnął Wokulski, czując, że sam jest w najwyższym 
stopniu rozstrojony. — A jeżeli geniusz?...” 
Wstał i poszedł w głąb ogrodu, między spacerujących ludzi. Zdawało mu się, że 
nad pagórkiem, z którego uciekł, unosi się jakaś święta groza. 
W Ogrodzie Botanicznym było prawie ciasno; na każdej ulicy tłoczyły się 
kolumny, gromady, a przynajmniej szeregi spacerujących; każda ławka uginała 
się pod ciżbą osób. Zastępowano Wokulskiemu drogę, deptano po piętach, 
potrącano łokciami; rozmawiano i śmiano się ze wszystkich stron. Wzdłuż Alei 
Ujazdowskiej, pod murem Belwederskiego ogrodu, pod sztachetami od strony 
szpitala, na ulicach najmniej uczęszczanych, nawet na zagrodzonych ścieżkach, 
wszędzie było pełno i wesoło. Im więcej ciemniało w naturze, tym gęściej i 
hałaśliwiej robiło się między ludźmi. 
„Zaczyna mi już braknąć miejsca na świecie!...” — szepnął. 
Przeszedł do Łazienek i tu znalazł spokojniejsze ustronie. Na niebie zaiskrzyło 
się kilka gwiazd, przez powietrze, od Alei, ciągnął szmer przechodniów, a od 
stawu wilgoć. Czasem nad głową przeleciał mu huczny chrabąszcz albo cicho 
przemknął nietoperz; w głębi parku kwilił żałośnie jakiś ptak, na próżno 
wzywający towarzysza; na stawie rozlegał się daleki plusk wioseł i śmiechy 
młodych kobiet. 
Naprzeciw zobaczył parę ludzi pochylonych ku sobie i szepczących. Ustąpili mu 
z drogi i ukryli się w cieniu drzew. Opanował go żal i szyderstwo. 
„Oto są szczęśliwi zakochani! — pomyślał. — Szepczą i uciekają jak złodzieje... 
Pięknie urządzony świat, co?... Ciekawym, o ile byłoby lepiej, gdyby władał 
nim Lucyper?... A gdyby mi zastąpił drogę jaki bandyta i zabił w tym kącie?...” 
I wyobrażał sobie, jaki to przyjemny musi być chłód noża wbitego w 
rozgorączkowane serce. 
„Na nieszczęście — westchnął — dziś nie wolno zabijać innych, tylko siebie 
można; byle od razu i dobrze. No!...” 
Wspomnienie o tak niezawodnym środku ucieczki uspokoiło go. Stopniowo 
pogrążał się w jakimś uroczystym nastroju; zdawało mu się, że nadchodzi 
moment, w którym powinien zrobić rachunek sumienia czy też ogólny bilans 
życia. 
„Gdybym był najwyższym sędzią — myślał — i gdyby spytano mnie, kto jest wart 
panny Izabeli: Ochocki czy Wokulski, musiałbym przyznać, że — Ochocki... O 
osiemnaście lat młodszy ode mnie (osiemnaście lat!...) i taki piękny... W 
dwudziestym ósmym roku życia skończył dwa fakultety (ja w tym wieku ledwie 
zaczynałem się uczyć...) i już zrobił trzy wynalazki (ja żadnego!). A nad to 
wszystko jest naczyniem, w którym wylęga się wielka idea... Dziwaczna to 
rzecz: machina latająca, ale faktem jest, że on znalazł dla niej genialny i jedynie 
możliwy punkt wyjścia. Machina latająca musi być cięższa, nie zaś jak balon 
lżejsza od powietrza; boć wszystko, co prawidłowo lata, począwszy od muchy, 
skończywszy na olbrzymim sępie, jest od powietrza cięższe. Ma prawdziwy 
punkt wyjścia, ma twórczy umysł, czego dowiódł bodajby swoim mikroskopem 
i lampą; któż wie zatem, czy nie uda mu się zbudować machiny latającej? A w 
takim razie będzie większym dla ludzkości od Newtona i Napoleona, razem 
wziętych... I ja mam z nim współzawodniczyć?... A jeżeli stanie kiedy kwestia: 
który z nas dwu powinien się usunąć, czyliż będę się wahał?... Cóż to za piekło 
powiedzieć sobie, że muszę moją nicość złożyć na ofiarę człowiekowi 
ostatecznie takiemu jak ja, śmiertelnemu, ulegającemu chorobom i omyłkom, a 
nade wszystko — tak naiwnemu... Boć to jeszcze dzieciak, co on mi nie 
wygadywał?...” 
Dziwny traf. Gdy Wokulski był subiektem w sklepie kolonialnym, marzył o 
perpetum mobile, machinie, która by się sama poruszała. Gdy zaś wstąpiwszy 
do Szkoły Przygotowawczej poznał, że taka machina jest niedorzecznością, 
wówczas najtajniejszym i najulubieńszym jego pragnieniem było — wynaleźć 
sposób kierowania balonami. To, co dla Wokulskiego było tylko fantastycznym 
cieniem, błąkającym się po fałszywych drogach, w Ochockim przybrało już 
formę praktycznego zagadnienia. 
„Cóż to za okrucieństwo losów! -myślał z goryczą. -Dwom ludziom dano 
prawie te same aspiracje, tylko jeden urodził się o osiemnaście lat wcześniej, 
drugi później; jeden w nędzy, drugi w dostatku; jeden nie mógł wdrapać się na 
pierwsze piętro wiedzy, drugi lekkim krokiem przeszedł dwa piętra... Jego nie 
zepchną z drogi burze polityczne, tak jak mnie; jemu nie przeszkodzi miłość, 
którą traktuje jak zabawkę; podczas gdy dla mnie, który sześć lat spędziłem na 
pustyni, uczucie to jest niebem i zbawieniem... Więcej nawet!... No i on 
triumfuje nade mną na każdym polu, choć przecież ja mam te same uczucia, tę 
samą świadomość położenia, a pracę z pewnością większą... 
Wokulski dobrze znał ludzi i często porównywał się z nimi. Lecz gdziekolwiek 
był, wszędzie widział się trochę lepszym od innych. Czy jako subiekt, który 
spędzał noce nad książką, czy jako student, który przez nędzę szedł do wiedzy, 
czy jako żołnierz pod deszczem kul, czy jako wygnaniec, który w śniegiem 
zasypanej lepiance pracował nad nauką — zawsze miał w duszy ideę sięgającą 
poza kilka lat naprzód.- Inni żyli z dnia na dzień, dla swego żołądka albo 
kieszeni. 
I dopiero dziś spotkał człowieka wyższego od siebie, wariata, który chce 
budować machiny latające!... 
„A ja czy dzisiaj nie mam idei, dla której pracuję przeszło rok, zdobyłem 
majątek, pomagam ludziom i zmuszam ich do szacunku?...” 
„Tak, ale miłość to uczucie osobiste; wszystkie zasługi towarzyszące jej są jak 
ryby zaplątane w odmęt morskiego cyklonu. Gdyby na świecie zniknęła jedna 
kobieta, a w tobie pamięć o niej, czymże byś został?... Zwyczajnym kapitalistą, 
który z nudów grywa w karty w resursie. A tymczasem Ochocki ma ideę, która 
będzie rwała go zawsze naprzód, chyba że umysł mu zagaśnie...” 
„Dobrze, a jeżeli on nic nie zrobi i zamiast zbudować machinę latającą pójdzie 
do szpitala wariatów?... Ja tymczasem faktycznie coś zrobię, a mikroskop, stos 
czy nawet lampa elektryczna z pewnością nie znaczą więcej od setek ludzi, 
którym ja daję byt. Skądże więc we mnie ta ultrachrześcijańska pokora?... Co 
kto zrobi, jeszcze nie wiadomo. Ja tymczasem jestem dziś człowiek czynu, a on 
marzyciel... Zaczekajmy z rok...” 
Rok! Wokulski wstrząsnął się. Zdawało mu się, że w końcu drogi nazwanej 
rokiem widzi tylko niezmierną otchłań, która pochłania wszystko, ale nie mieści 
w sobie nic... 
„Więc nic?... nic!... 
Instynktownie rozejrzał się. Był w głębi Łazienkowskiego parku, na jakiejś 
ulicy, do której żaden szmer nie dolatywał. Nawet gęstwina ogromnych drzew 
stała cicho. 
— Która godzina? -zapytał go nagle jakiś głos zachrypnięty. 
— Godzina?... 
Wokulski przetarł oczy. Przed nim, z mroku, wynurzył się obdarty człowiek. 
— Kiedy grzecznie pytają, to trzeba grzecznie odpowiadać — rzekł człowiek i 
podszedł bliżej. 
— Zabij mnie, to sam zobaczysz — odparł Wokulski. 
Obdarty człowiek cofnął się. Na lewo od drogi widać było parę ludzkich cieni. 
— Głupcy! — zawołał Wokulski idąc naprzód — mam złoty zegarek i kilkaset rubli 
gotówką... Bronić się nie będę, no!... 
Cienie usunęły się między drzewa i któryś rzekł zniżonym głosem: 
— Taki to, psiakrew, zejdzie, gdzie go nie posieją... 
— Bydlęta!... tchórze!... — krzyczał Wokulski prawie nieprzytomny. 
Odpowiedział mu tętent uciekających. 
Wokulski zebrał myśli. 
„Gdzie ja jestem?...Jużci, w Łazienkach, ale w którym miejscu?...Trzeba iść w 
drugą stronę” 
Obrócił się parę razy i już nie wiedział, dokąd idzie. Serce zaczęło mu bić 
gwałtownie, zimny pot wystąpił na czoło, pierwszy raz w życiu uczuł obawę 
nocy i zbłąkania... 
Przez parę minut biegł bez celu, prawie bez tchu; dzikie myśli wirowały mu w 
głowie. Wreszcie na lewo zobaczył mur, a dalej budynek. 
„Aha, Pomarańczarnia... 
Potem doszedł do jakiegoś mostka, odpoczął i oparłszy się na barierze myślał : 
„Więc do tego doszedłem?... Niebezpieczny rywal... rozbite nerwy... Zdaje mi 
się, że już dziś mógłbym napisać ostatni akt tej komedii!...” 
Prosta droga doprowadziła go do stawu, później do łazienkowskiego pałacu. We 
dwadzieścia minut był w Alejach Ujazdowskich i siadł w przejeżdżającą 
dorożkę; w kwadrans później znalazł się we własnym mieszkaniu. 
Na widok świateł i ulicznego ruchu odzyskał wesołość; nawet uśmiechał się i 
szeptał: 
„Cóż znowu za przywidzenia?... Jakiś Ochocki... samobójstwo!... Ach, głupota... 
Dostałem się przecież między arystokrację, a co będzie dalej — zobaczymy...” 
Gdy wszedł do gabinetu, służący oddał mu list pisany na jego własnym papierze 
przez panią Meliton. 
— Ta pani była tu dziś dwa raży — rzekł wierny sługa. — Raż o piąty, drugi raz o 
ószmy... 
ROZDZIAŁ DWUNASTY: 
WĘDRÓWKI ZA CUDZYMI INTERESAMI 
Wokulski powoli otwierał list pani Meliton przypominając sobie niedawne 
wypadki. Zdawało się mu, że w nieoświetlonej części gabinetu jeszcze widzi 
ciemną gęstwinę łazienkowskich drzew, niewyraźne sylwetki obdartusów, 
którzy mu zastąpili drogę, a później wzgórek ze studnią, gdzie Ochocki zwierzał 
mu się ze swych pomysłów. Lecz gdy spojrzał na światło, mgliste obrazy 
znikały. Widział lampę z zielonym daszkiem, stos papierów, brązy stojące na 
biurku i chwilami myślał, że Ochocki ze swymi machinami latającymi i jego 
własna rozpacz były tylko snem. 
„Co on za geniusz? — mówił do siebie Wokulski — to zwyczajny marzyciel!... I 
panna Izabela taka sama kobieta jak inne... Wyjdzie za mnie — dobrze; nie 
wyjdzie — to przecież nie umrę.” 
Rozłożył list i czytał: 
„Panie! Ważna wiadomość: za kilka dni Łęckim sprzedają kamienicę, a 
jedynym kupcem będzie baronowa Krzeszowska, ich kuzynka i nieprzyjaciółka. 
Wiem z pewnością, że zapłaci za dom tylko sześćdziesiąt tysięcy rubli; a w 
takim razie resztka posagu panny Izabeli, w kwocie trzydziestu tysięcy rubli, 
przepadnie. Chwila jest bardzo pomyślna, gdyż panna Izabela, postawiona 
między biedą a wyjściem za marszałka, chętnie zgodzi się na każdą inną 
kombinację. Domyślam się, że tym razem nie postąpisz Pan z nastręczającą się 
okazją jak z wekslami Łęckiego, które podarłeś w moich oczach. Pamiętaj Pan: 
kobiety tak lubią być ściskane, że dla spotęgowania efektu trzeba je niekiedy 
przydeptać nogą. Im zrobisz Pan to bezwzględniej, tym pewniej cię pokocha. 
Pamiętaj Pan !... 
Zresztą możesz Pan sprawić Beli małą przyjemność. Baron Krzeszowski 
przyciśnięty potrzebą sprzedał własnej żonie swoją ulubioną klacz, która w tych 
dniach ma się ścigać i na którą wiele rachował. O ile znam stosunki, Bela byłaby 
szczerze kontenta, gdyby ani baron, ani jego żona nie posiadali tej klaczy w dniu 
wyścigów. Baron byłby zawstydzony, że sprzedał klacz, a baronowazrozpaczona, 
gdyby klacz wygrawszy, komu innemu przyniosła zysk. Bardzo 
subtelne są te wielkoświatowe komeraże, ale spróbuj je Pan zużytkować. Okazja 
zaś nastręcza się, gdyż o ilem słyszała, niejaki Maruszewicz, przyjaciel obojga 
Krzeszowskich, ma Panu zaproponować kupno tej klaczy. Pamiętaj Pan, że 
kobiety są niewolnicami tylko tych, którzy potrafią je mocno trzymać i 
dogadzać ich kaprysom. 
Doprawdy, zaczynam wierzyć, że urodziłeś się Pan pod szczęśliwą gwiazdą. 
Szczerze życzliwa 
A.M.” 
Wokulski głęboko odetchnął; obie wiadomości były ważne. Drugi raz przeczytał 
list, podziwiając szorstki styl pani Meliton i uśmiechając się przy uwagach, jakie 
robiła nad swoją płcią. Mocno trzymać ludzi czy okoliczności to leżało w 
naturze Wokulskiego; wszystko i wszystkich chwytałby za kark, wyjąwszy pannę 
Izabelę. Ona jedna była istotą, której wobec siebie chciał zostawić 
absolutną wolność, jeżeli nie panowanie. 
Mimo woli spojrzał na bok; służący stał przy drzwiach. 
— Idź spać — rzekł. 
— Zaraz pójdę, tylko był tu jeszcze pan — odparł służący. 
— Jaki pan? 
— Zostawił bilet, leży na biurku. 
Na biurku leżał bilet Maruszewicza. 
— Aha!... Cóż ten pan mówił? 
— On niby, żeby tak, to nic nie mówił. Tylko pytał się: kiedy pan jest w domu? A 
.ja powiedziałem: koło dziesiąty ż rana, i wtedy on powiedział, że przyjdzie 
jutro o dziesiąty, ino na minutkę. 
— Dobrze, dobranoc ci! 
— Upadam do nóg, proszę łaski pana. 
Służący wyszedł, Wokulski czuł się zupełnie otrzeźwionym. Ochocki i jego 
latające maszyny zmalały mu w oczach. Miał znowu energię jak wówczas, 
kiedy wyjeżdżał do Bułgarii. Wtedy szedł po majątek, a dziś ma okazję rzucić 
jego część dla panny Izabeli. Kłuły go wyrazy listu pani Meliton: „postawiona 
między biedą i wyjściem za marszałka Otóż ona nigdy nie znajdzie się w tym 
położeniu... A wydźwignie ją nie jakiś tam Ochocki, za pomocą swojej 
maszyny, ale on... Czuł w sobie taką siłę, iż gdyby w tej chwili sufit z dwoma 
piętrami spadł mu na głowę, chyba utrzymałby go. 
Wydobył z biurka swój notatnik i począł rachować: 
„Klacz wyścigowa — głupstwo... Wydam najwyżej tysiąc rubli, z których wróci 
się przynajmniej część... Dom rs. 60 000, posag panny Izabeli rs. 30 000, razem 
rs. 90 000. Bagatela... prawie trzecia część mego majątku... W każdym razie za 
dom wróci mi się ze 60 000 albo i więcej... No!... trzeba skłonić Łęckiego, 
ażeby te 30 000 mnie powierzył, będę mu płacił 5 000 rubli rocznie jako 
dywidendę... Chyba im wystarczy?.. 
Konia oddam berejterowi, niech on zajmie się puszczeniem go na wyścigi... O 
dziesiątej będzie u mnie Maruszewicz, o jedenastej pojadę do adwokata... 
Pieniądze dostanę na ósmy procent — 7200 rubli rocznie; a że mam na pewno 
piętnaście procent... No i dom coś przynosi... A co powiedzą moi wspólnicy?,.. 
Ach, dużo mnie to obchodzi!... Mam 45 000 rubli rocznie, ubędzie 12-13 000 
rubli, zostanie 32 000 rubli... Żona moja nudzić by się nie powinna... W ciągu 
roku wycofam się z tej kamienicy, choćby ze stratą 30 000 rubli... Wreszcie to 
nie jest strata, to jej posag...” 
Północ. Wokulski zaczął się rozbierać. Pod wpływem jasno określonego celu 
uspokoiły się rozstrojone nerwy. Zgasił światło, położył się i patrząc na firanki, 
którymi bujał wiatr wpadający przez otwarte okno, zasnął jak kamień. 
Wstał o siódmej rano tak rześki i wesoły, że zwróciło to uwagę służącego, który 
zaczął kręcić się po pokoju. 
— Czegóż to chcesz? — zapytał Wokulski. 
— Ja nicz. Ino, proszę pana, stróż chce, ale nie śmie prosić, żeby pan pofatygował 
się i potrzymał mu dziecko do krztu. 
— A a a!... A pytał się, czy ja chcę, ażeby on miał dziecko? 
— Nie pytał się, bo pan był wtedy na wojnie. 
— No dobrze. Będę jego kumem. 
— To może by mnie pan teraż podarował stary szurdut, bo jakże ja będę na 
krzcinach?... 
— Dobrze, weź ten surdut. 
— A reperaczyja?... 
— O, głupi jesteś, nie nudź mnie... Każ zreperować, choć nie wiem co... 
— Bo ja chciałbym, proszę pana, akszamitny kołmirz. 
— Przyszyj sobie aksamitny kołnierz i idź do diabła. 
— Czałkiem beż potrzeby gniewa się pan, bo przecie to dla pańszkiego honoru, 
nie dla mego — odparł służący i wychodząc trzasnął drzwiami. 
Czuł, że jego pan jest w wyjątkowo dobrym usposobieniu. 
Ubrawszy się, Wokulski usiadł do rachunków, pijąc przy tym czystą herbatę. Po 
ukończeniu ich napisał depeszę do Moskwy o asygnację na sto tysięcy rubli i 
drugą do ajenta w Wiedniu, ażeby wstrzymał pewne obstalunki. 
Na kilka minut przed dziesiątą wszedł Maruszewicz. Młody człowiek wydawał 
się jeszcze bardziej zniszczonym i onieśmielonym aniżeli wczoraj. 
— Pozwoli pan — odezwał się Maruszewicz po kilku słowach powitania — że od 
razu położę karty na stół... Chodzi o oryginalną propozycję... 
— Słucham najoryginalniejszej... 
— Pani baronowa Krzeszowska (jestem przyjacielem obojga baronostwa) — mówił 
zniszczony młodzieniec — pragnie zbyć klacz wyścigową, Zaraz pomyślałem, że 
pan przy swoich stosunkach może życzyłby sobie posiadać podobnego konia... 
Jest ogromna szansa wygranej, gdyż biegają prócz niej w wyścigu tylko dwa 
konie, znacznie słabsze... 
— Dlaczegóż pani baronowa sama nie puszcza tej klaczy? 
— Ona?... Ona jest śmiertelną nieprzyjaciółką wyścigów! 
— Po cóż więc kupiła klacz wyścigową? 
— Dla dwu przyczyn — odparł młody człowiek. -Naprzód baron, potrzebując 
pieniędzy na pokrycie długu honorowego, oświadczył, że zastrzeli się, jeżeli nie 
dostanie ośmiuset rubli, choćby za swoją ukochaną klacz, a po wtóre, baronowa 
nie życzy sobie, aby jej mąż przyjmował udział w wyścigach. Więc kupiła 
klacz, ale dziś biedaczka choruje ze wstydu i rozpaczy i chciałaby pozbyć się jej 
za jakąkolwiek bądź cenę. 
— Mianowicie? 
— Osiemset rubli — odparł młody człowiek, spuszczając oczy. 
— Gdzie jest koń?. 
— W maneżu Millera. 
— A dokumenta? 
— Oto są -odpowiedział już weselej młody człowiek wydobywając paczkę 
papierów z bocznej kieszeni surduta. 
— Możemy zaraz skończyć? — spytał Wokulski przeglądając papiery. 
— Natychmiast. 
— Po obiedzie pójdziemy obejrzeć konia? 
— O, naturalnie... 
— Niech pan pisze kwit — rzekł Wokulski i wydobył pieniądze z biurka. 
— Na ośmset?... naturalnie!... — mówił młody człowiek. 
Szybko wziął papier i pióro i zaczął pisać. Wokulski zauważył, że młodzieńcowi 
trochę drżały ręce i twarz mu się mieniła. 
Kwit był napisany według wszelkich form. Wokulski położył osiem 
sturublówek i schował papiery. W chwilę później młody człowiek, ciągle 
zmieszany, opuścił gabinet ; zbiegając zaś ze schodów, myślał : 
„Podły jestem, tak, podły... Ale ostatecznie za kilka dni zwrócę babie dwieście 
rubli i powiem, że dołożył je Wokulski poznawszy bliżej zalety konia. Oni 
przecież nie zetkną się, ani baron z żoną, ani ten... kupczyk z nimi... Kwit kazał 
sobie pisać... wyborny!... Jak to znać geszefciarza i parweniusza... O! strasznie 
jestem ukarany za moją lekkomyślność...” 
O jedenastej Wokulski wyszedł na ulicę z zamiarem udania się do adwokata. 
Ledwie jednak stanął przed bramą, wnet trzej dorożkarze na widok jasnego 
paltota i białego kapelusza współcześnie zacięli konie. Jeden wjechał drugiemu 
dyszlem w otwarty powóz, trzeci zaś chcąc ich wyminąć o mało nie rozbił 
tragarza niosącego ciężką szafę. Wszczął się hałas, bitwa na baty, świstanie 
policjantów, zbiegowisko i w rezultacie — dwaj najgorętsi dorożkarze sami siebie 
własnymi powozami odwieźli do cyrkułu. 
„Zła wróżba — pomyślał Wokulski i nagle uderzył się w czoło.- Pyszny interes! mówił 
sobie — idę do adwokata, ażeby mi kupił dom, a nie wiem, ani jak dom 
wygląda, ani nawet gdzie leży.” 
Wrócił na powrót do swego mieszkania i w kapeluszu na głowie, z laską pod 
pachą, począł przerzucać kalendarz. Szczęściem słyszał, że dom Łęckich 
znajduje się gdzieś w okolicach Alei Jerozolimskiej; pomimo to upłynęło kilka 
minut, nim odszukał ulicę i numer. 
„Ładnie bym się zarekomendował adwokatowi! — myślał schodząc ze schodów. — Jednego dnia namawiam ludzi, aby mi powierzyli kapitały, a drugiego kupuję 
kota w worku. Naturalnie, że od razu skompromitowałbym albo siebie, albo... 
pannę Izabelę.” 
Skoczył w przejeżdżającą dorożkę i kazał skręcić ku Alei Jerozolimskiej. Na 
rogu wysiadł i poszedł piechotą w jedną z poprzecznych ulic. 
Dzień był piękny, niebo prawie bez obłoku, bruk bez kurzu. Okna domów 
pootwierane, niektóre dopiero myto; figlarny wiatr miotał spódnicami 
pokojówek; przy czym można było spostrzec, że warszawska służba łatwiej 
odważa. się myć okna na trzecim piętrze aniżeli własne nogi. z wielu mieszkań 
odzywały się fortepiany, z wielu podwórek katarynki albo monotonne 
nawoływania piaskarzy, szczotkarzy, tandeciarzy i im podobnych 
przedsiębiorców. Tu i ówdzie pod bramą ziewał stróż odziany w niebieską 
bluzę; kilka psów goniło się po ulicy, którą nikt nie przejeżdżał; małe dzieci 
bawiły się odzieraniem kory z młodych kasztanów, którym jeszcze nie :dążyły 
pociemnieć jasnozielone liście. 
W ogóle ulica przedstawiała się czysto, spokojnie i wesoło. Na drugim jej końcu 
widać nawet było odrobinę horyzontu i kępę drzew ; lecz wiejski ten pejzaż, 
niestosowny dla Warszawy, zasłaniano teraz rusztowaniami i ścianą z cegły. 
Idąc prawym chodnikiem dostrzegł Wokulski na lewo, mniej więcej w połowie 
ulicy, dom niezwykle żółtej barwy. Warszawa posiada bardzo wiele żółtych 
domów; jest to chyba najżółciejsze miasto pod słońcem. Ta jednak kamienica 
wydawała się żółciejszą od innych i na wystawie przedmiotów żółtych (jakiej 
zapewne doczekamy się kiedyś) otrzymałaby pierwszą nagrodę. 
Podszedłszy bliżej Wokulski przekonał się, że nie tylko on zwrócił uwagę na 
szczególną kamienicę, nawet psy, częściej tu niż na jakimkolwiek innym murze, 
składały wizytowe bilety. 
„Do licha! — szepnął — zdaje mi się, że to właśnie jest ów dom... 
Istotnie, była to kamienica Łęckich, 
Zaczął się przypatrywać. Dom był trzypiętrowy; miał parę żelaznych balkonów i 
każde piętro zbudowane w innym stylu. Za to w architekturze bramy panował 
tylko jeden motyw, mianowicie: wachlarz. Górna część wrót miała formę 
rozłożonego wachlarza, którym mogłaby się chłodzić przedpotopowa 
olbrzymka. Na obu skrzydłach bramy były wyrzeźbione ogromne prostokąty, 
które w rogach również ozdobiono do połowy otwartymi wachlarzami. 
Najcenniejszym jednak upiększeniem bramy były umieszczone w pośrodku jej 
skrzydeł dwie rzeźby przedstawiające główki gwoździ, ale tak wielkich, jakby 
nimi była przytwierdzona brama do kamienicy, a kamienica do Warszawy. 
Prawdziwą osobliwość stanowiła sień wjazdowa posiadająca bardzo lichą 
podłogę, ale za to bardzo ładne krajobrazy na ścianach. Było tam tyle wzgórz, 
lasów, skał i potoków, że mieszkańcy domu śmiało mogli nie wyjeżdżać na 
letnie mieszkania. 
Podwórko, otoczone ze wszystkich stron trzypiętrowymi oficynami, wyglądało 
jak dno obszernej studni, napełnionej wonnym powietrzem. W każdym rogu 
były drzwi, a w jednym aż dwoje drzwi; pod oknem mieszkania stróża 
znajdował się śmietnik i wodociąg. 
Wokulski mimochodem spojrzał w klatkę głównych schodów, do których 
prowadziły szklane drzwi. Schody zdawały się być mocno brudnymi; za to obok 
znajdowała się nisza, a w niej — nimfa z dzbankiem nad głową i utrąconym 
nosem. Ponieważ dzbanek miał zabarwienie amarantowe, twarz nimfy żółte, 
piersi zielone, a nogi niebieskie, można było odgadnąć, że nimfa stoi naprzeciw 
okna posiadającego kolorowe szyby. 
„No, tak!...” — mruknął Wokulski tonem, który nie zdradzał zbyt wielkiego 
zachwytu. 
W tej chwili z prawej oficyny wyszła piękna kobieta z małą dziewczynką: 
— Teraz, proszę mamy, pójdziemy do ogrodu? -pytało dziecko. 
— Nie, kochanie. Teraz pójdziemy do sklepu, a do ogrodu po obiedzie odpowiedziała 
pani bardzo przyjemnym głosem. 
Była to wysoka szatynka z szarymi oczami, o klasycznych rysach. Spojrzeli na 
siebie oboje z Wokulskim i — dama zarumieniła się. 
„Skąd ja ją znam?” -pomyślał Wokulski wychodząc z bramy na ulicę. 
Dama obejrzała się, lecz spostrzegłszy go odwróciła głowę. 
„Tak — myślał — widziałem ją w kwietniu na grobach, a później w sklepie. Nawet 
Rzecki zwracał mi na nią uwagę i mówił, że ma śliczne nogi. Istotnie ładne.” 
Cofnął się znowu w bramę i począł czytać spis mieszkańców. 
„Co?... Baronowa Krzeszowska na drugim piętrze!... Co?... co?.. Maruszewicz 
w lewej oficynie na pierwszym?... Szczególny zbieg okoliczności. Trzecie piętro 
od frontu studenci... Ale kto może być ta piękność? Prawa oficyna, pierwsze 
piętro — Jadwiga Misiewicz, emerytka, i Helena Stawska z córeczką. Z 
pewnością ona.” 
Wszedł na podwórko i oglądał się. Prawie wszystkie okna były otwarte. W 
tylnej oficynie na dole była pralnia zatytułowana paryską; na trzecim piętrze 
było słychać kucie szewskiego młotka, poniżej na gzemsie gruchało parę gołębi, 
a na drugim piętrze tej samej oficyny od kilku minut rozlegały się miarowe 
dźwięki fortepianu i krzykliwy sopran śpiewający gamę. 
— A!... a!... a!... a!... a!... a!... a!... a!... a!... a!... a!... 
Wysoko nad sobą, na trzecim piętrze, Wokulski usłyszał silny bas męski, który 
mówił: 
— O! znowu zażyła kussiny... Już z niej wyłazi soliter... Marysiu!... chodź no do 
nas... 
Jednocześnie z okna na drugim piętrze wychyliła się głowa kobiety wołającej: 
— Marysiu!... wracaj mi zaraz do domu... Marysiu!... 
„Słowo daję, że to pani Krzeszowska” — szepnął Wokulski. 
W tej chwili usłyszał charakterystyczny szelest: z trzeciego piętra padł strumień 
wody, trafił na wychyloną głowę pani Krzeszowskiej i rozprysnął się po 
podwórku. 
— Marysiu!... chodź do nas... — wołał bas. 
— Nikczemnicy!... — odpowiedziała pani Krzeszowska odwracając twarz w górę.Socjaliści!... 
nihil... 
Nowy strumień wody lunął z trzeciego piętra i zatamował jej mowę. Zarazem 
wychylił się stamtąd młody człowiek z czarnym zarostem i zobaczywszy 
cofającą się fizjognomią pani Krzeszowskiej zawołał pięknym basem : 
— Ach, to pani dobrodziejka!... Bardzo przepraszam... 
Odpowiedział mu z mieszkania pani Krzeszowskiej spazmatyczny płacz 
niewieści : 
— O, ja nieszczęśliwa!... Przysięgnę, że to on, nikczemnik, nasadził na mnie tych 
bandytów... Wywdzięcza mi się, żem go wydobyła z nędzy!... Żem kupiła jego 
konia!... 
Tymczasem na dole praczki prały bieliznę, na trzecim piętrze szewc kuł, a na 
drugim w tylnej oficynie dźwięczał fortepian i rozlegała się wrzaskliwa gama : 
— A!... a!... a!... a!... a!... a!... a!... a!... a!... a!... a!... 
„Wesoły dom, nie ma co... — szepnął Wokulski otrzepując krople wody, które 
mu spadły na rękaw. 
Wyszedł z podwórza na ulicę i jeszcze raz obejrzawszy nieruchomość, której 
miał zostać panem, skręcił w Aleję Jerozolimską. Tu wziął dorożkę i pojechał 
do adwokata. 
W przedpokoju adwokata zastał paru obdartych Żydków i starą kobietę w 
chustce na głowie. Przez otwarte drzwi na lewo widać było szafy zapełnione 
aktami, trzech dependentów szybko piszących i kilku gości z waszecia, z 
których jeden miał fizjognomię kryminalną, a reszta — bardzo znudzone. 
Stary lokaj z siwymi wąsami i podejrzliwym wejrzeniem zdjął z Wokulskiego 
palto i zapytał: 
— Wielmożny pan na dłuższy interes? 
— Na krótszy. 
Wprowadził Wokulskiego do sali na prawo. 
— Jak mam zameldować? 
Wokulski podał bilet i został sam. W sali były sprzęty kryte amarantowym 
utrechtem jak w wagonach pierwszej klasy -kilka ozdobnych szaf z pięknie 
oprawnymi książkami, które tak wyglądały, jakby ich nigdy nie czytano — na 
stole zaś parę ilustracyj i albumów, które, zdaje się, oglądali wszyscy. W 
jednym rogu sali stał gipsowy posąg bogini Temidy z mosiężnymi wagami i 
brudnymi kolanami. 
— Pan mecenas prosi!... — odezwał się służący przez uchylone drzwi. 
Gabinet znakomitego adwokata miał sprzęty kryte brązową skórą, w oknach 
brązowego koloru firanki, a na ściennych obiciach brązowe desenie. Sam 
gospodarz odziany był w brązowy surdut i trzymał w ręku bardzo długi cybuch, 
u góry zakończony funtowym bursztynem i piórkiem. 
— Byłem pewny, że dziś powitam szanownego pana u siebie — rzekł adwokat, 
podsuwając Wokulskiemu fotel na kółkach i prostując nogą dywan, który się 
nieco zmarszczył. — Jednym wyrazem — ciągnął adwokat — możemy rachować na 
jakieś trzysta tysięcy rubli udziałów w naszej spółce. A że do rejenta pójdziemy 
jak najrychlej i gotówkę ściągniemy co do grosza, w tym może pan rachować na 
mnie... 
Wszystko to mówił akcentując ważniejsze wyrazy, ściskał Wokulskiego za rękę 
i obserwował go spod oka. 
— A tak... spółka!... — powtórzył Wokulski usiadłszy na fotelu.- To rzecz tych 
panów, ile zbiorą gotówki. 
— No, zawsze kapitał... — wtrącił adwokat. 
— Mam go bez spółki. 
— Dowód zaufania... 
— Wystarcza mi własne. 
Adwokat umilkł i pośpiesznie zaczął ssać dym z piórka. 
— Mam prośbę do mecenasa — rzekł po chwili Wokulski. 
Adwokat utopił w nim spojrzenie, pragnąc odgadnąć: co to za prośba? Od 
natury jej bowiem zależał sposób słuchania. Widocznie jednak nie odkrył nic 
groźnego, gdyż jego fizjognomia przybrała wyraz poważnej, lecz serdecznej 
życzliwości. 
— Chcę kupić kamienicę — ciągnął Wokulski. 
— Już?.. — spytał mecenas podnosząc brwi i schylając głowę. — Winszuję, bardzo 
winszuję... Dom handlowy nie na próżno nazywa się domem... Kamienica dla 
kupca jest jak strzemię dla jeźdźca; pewniej siedzi na interesach. Handel nie 
oparty na tak realnej podstawie, jaką jest dom, jest tylko kramarstwem. O jakąż 
to chodzi kamienicę, jeżeli szanowny pan raczysz mnie już zaszczycać swoim 
zaufaniem? 
— Ma być w tych dniach licytowany dom pana Łęckiego... 
— Znam — przerwał adwokat. — Mury wcale dobre, rzeczy drewniane należałoby 
stopniowo zmienić, w rezerwie ogród... Licytuje baronowa Krzeszowska do 
sześćdziesięciu tysięcy rubli, konkurentów zapewne nie będzie, kupimy 
najwyżej za sześćdziesiąt tysięcy rubli. 
— Choćby za dziewięćdziesiąt tysięcy. a nawet i więcej — wtrącił Wokulski. 
— Po co?... — skoczył na fotelu adwokat. — Baronowa poza sześćdziesiąt tysięcy 
nie wyjdzie, domów nikt dziś nie kupuje... Wcale dobry interes... 
— Dla mnie będzie dobrym nawet za dziewięćdziesiąt tysięcy. 
— Ale lepszym za sześćdziesiąt pięć tysięcy... 
— Nie chcę obdzierać mego przyszłego wspólnika. 
— Wspólnika?... — zawołał adwokat. — Ależ szanowny pan Łęcki jest stanowczym 
bankrutem; po prostu skrzywdzilbyś go pan, naddając mu jakieś kilka tysięcy 
rubli. Znam pogląd jego siostry; hrabiny, na tę sprawę... W chwili gdy pan Łęcki 
zostanie bez grosza przy duszy, jego urocza córka, którą wszyscy uwielbiamy, 
wyjdzie za barona albo marszałka... 
Oczy Wokulskiego tak dziko błysnęły, że adwokat umilkł. Przypatrywał mu się, 
rozmyślał... Nagle uderzył się ręką w czoło. 
— Szanowny pan — rzekł — jesteś zdecydowany dać dziewięćdziesiąt tysięcy rubli 
za tę ruderę?... 
— Tak — odparł głucho Wokulski. 
— Sześćdziesiąt od dziewięćdziesięciu... posag panny Izabeli...- mruknął 
adwokat. — Aha!... 
Fizjognomia i cała postawa jego zmieniła się do niepoznania. Pociągnał z 
wielkiego bursztynu ogromny kłąb dymu, rozparł się na fotelu i trzęsąc ręką w 
stronę Wokulskiego mówił: 
— Rozumiemy się, panie Wokulski. Wyznam ci, że jeszcze przed pięcioma 
minutami podejrzewałem cię, sam nie wiem o co, bo interesa twoje są czyste. 
Ale w tej chwili, wierz mi, masz we mnie tylko człowieka życzliwego i... 
sprzymierzeńca... 
— Toraz ja pana nie rozumiem — szepnął, spuszczając oczy Wokulski. 
Adwokatowi na policzkach wystąpiły ceglaste rumieńce. Zadzwonił — wszedł 
służący. 
— Nie wpuszczać tu nikogo, dopóki nie zawołam — rzekł. 
— Słucham pana mecenasa — odparł markotny lokaj. 
Znowu zostali we dwu. 
— Panie... Stanisławie — zaczął adwokat. — Pan wie, co to jest nasza arystokracja i 
jej dodatki?... Jest to parę tysięcy ludzi, którzy wysysają cały kraj, topią 
pieniądze za granicą, przywożą stamtąd najgorsze nałogi, zarażają nimi klasy 
średnie, niby to zdrowe, i -sami giną bez ratunku: ekonomicznie, fizjologicznie 
i moralnie Gdyby zmusić ich do pracy, gdyby skrzyżować z innymi warstwami, 
może... byłby z tego jaki pożytek, bo jużci są to organizacje subtelniejsze od 
naszych. Rozumie pan... skrzyżować, ale... nie wyrzucać na podtrzymanie ich 
trzydziestu tysięcy rubli. Otóż do skrzyżowania pomagam panu, ale do 
strwonienia trzydziestu tysięcy rubli — nie!... 
— Nic nie rozumiem pana — odparł cicho Wokulski. 
— Rozumiesz, tylko nie ufasz mi. Wielka to cnota nieufność, leczyć z niej pana 
nie będę. Tyle ci powiem : Łęcki — bankrut może zostać... krewnym nawet 
kupca, a tym bardziej kupca — szlachcica. Ale Łęcki z trzydziestoma tysiącami 
rubli w kieszeni!... 
— Panie mecenasie — przerwał Wokulski — czy zechce pan w moim imieniu stanąć 
do licytacji tego domu? 
— Stanę, lecz ponad to, co da pani Krzeszowska, postąpię najwyżej parę tysięcy. 
Wybacz pan, panie Wokulski, ale sam z sobą licytować się nie będę. 
— A jeżeli znajdzie się trzeci licytant? 
— Ha! w takim razie i jego zdystansuję, ażeby dogodzić pańskiemu kaprysowi. 
Wokulski wstał. 
— Dziękuję panu — rzekł — za parę słów szczerszych. Ma pan rację, ale i ja mam 
moje racje... Pieniądze przyniosę panu jutro; teraz do widzenia. 
— Żal mi pana — odpowiedział adwokat ściskając go za rękę. 
— Dlaczegóż to? 
— Dlatego, panie, że kto chce zdobyć, musi zwyciężyć, zdusić przeciwnika, nie 
zaś karmić go z własnej spiżarni. Popełniasz pan błąd, który cię raczej odsunie, 
aniżeli zbliży do celu. 
— Myli się pan. 
— Romantyk!... romantyk!... — powtarzał adwokat z uśmiechem. 
Wokulski wybiegł z domu adwokata i wsiadłszy w dorożkę kazał się wieźć w 
stronę ulicy Elektoralnej. Był zirytowany tym, że adwokat odkrył jego 
tajemnicę, i tym, że krytykował jego metodę postępowania. Naturalnie, że kto 
chce zdobyć, musi zdusić przeciwnika; ależ tu zdobyczą miała być panna 
Izabela!... 
Wysiadł przed niepozornym sklepikiem, nad którym wisiał czarny szyld z 
żółtawym napisem: „Kantor wekslu i loterii S. Szlangbauma.” 
Sklep był otwarty; za kontuarem, obitym blachą i od publiczności oddzielonym 
drucianą siatką, siedział stary Żyd z łysą głową i siwą brodą, jakby przylepioną 
do „Kuriera”. 
— Dzień dobry, panie Szlangbaum! — zawołał Wokulski. 
Żyd podniósł głowę i z czoła zsunął okulary na oczy. 
— Ach, to pan dobrodziej?... — odparł ściskając go za rękę. — Co to, czy już i pan 
potrzebuje pieniędzy?... 
— Nie — odpowiedział Wokulski rzucając się na wyplatane krzesło przed 
kontuarem. A ponieważ wstyd mu było od razu objaśnić, po co przyszedł, więc 
spytał: 
— Cóż słychać, panie Szlangbaum? 
— Żle! — odpowiedział starzec. — Na Żydów zaczyna się prześladowanie. Może to 
i dobrze. Jak nas będą kopać i pluć, i dręczyć, wtedy może upamiętają się i te 
młode Żydki, co jak mój Henryk poubierali się w surduty i nie zachowują swoje 
religie. 
— Kto was prześladuje! — odparł Wokulski. 
— Pan chce dowody?... — spytał Żyd. — Ma pan dowód w ten „Kurieru”. Ja 
onegdaj posłałem do nich szaradę. Pan zgaduje szarady?. Posłałem taką: 
Pierwsze i drugie -to zwierz kopytkowy, 
Pierwsze i trzecie — ozdabia damskie głowy ; 
Wszystkie razem na wojnie strasznie goni, 
Niech nas Pan Bóg od tego zabroni. 
Pan wie, co to?... Pierwsze i drugie — to jest: koza; pierwsze i trzecie — to jest 
koki, a wszystkie — to są: Kozaki. A pan wie, co oni mi odpisali?... Zaraz... 
Podniósł „Kurier” i czytał: 
— „Odpowiedzie od redakcje. Panu W. W. Encyklopedie większe Orgelbranda...” 
Nie to... „Panu Motylkowi. Frak kładzie się Nie to... A, jest!... „Panu S. 
Szlangbaumowi: Pańska szarada polityczna nie jest gramatyczna.” — Proszę 
pana: co tu jest z polityki? Żebym ja napisał szarade o Dizraeli albo o Bismarck, 
to byłaby polityka, ale o Kozaki to przecie nie jest polityka, tylko wojskowość. 
— Ale gdzież w tym prześladowanie Żydów,? — spytał Wokulski. 
— Zaraz powiem. Pan sam musiał bronić od prześladowcy mego Henryka; ja to 
wszystko wiem, choć nie on mi mówił. A teraz o szaradę. Jak ja pół roku temu 
odniosłem moją szaradę do pana Szymanowskiego, to on mnie powiedział: 
„Panie Szlangbaum, my te szarade drukować nie będziemy, ale ja panu radzę, co 
lepiej byś pan pisał szarade, aniżeli brał procentów.” A ja mówię: „Panie 
redaktorze, jak mnie pan da tyle za szarady, co ja mam z procenty, to ja będę 
pisał.” A pan Szymanowski na to: „My, panie Szlangbaum, nie mamy takie 
pieniądze, żeby za pańskie szarady płacić.” To powiedział sam pan 
Szymanowski, słyszy pan? Nu, a oni mnie dzisiaj piszą w „Kurierku”, że to 
niepolitycznie i niegramatycznie!... Jeszcze pół roku temu gadali inaczej. A co 
teraz drukują w gazety na Żydków!... 
Wokulski słuchał historii o prześladowaniu Żydów patrząc na ścianę, gdzie 
wisiała tabelka loteryjna, i bębniąc palcami w kontuar. Ale myślał o czym 
innym i wahał się. 
— Więc ciągle zajmujesz się szaradami, panie Szlangbaum?- spytał. 
Co to ja!... — odparł stary Żyd. — Ale ja, panie, mam po Henryku wnuczka, co mu 
dopiero dziewięć lat, i niech no pan słucha, jaki on do mnie w tamten tydzień 
list napisał. „Mój dziadku — on pisał, ten mały Michaś — ja potrzebuje takie 
szarade: 
Pierwsze znaczy dół, drugie — przeczenie. 
Wszystko razem kortowe odzienie. 
A jak dziadzio -on pisał, Michaś — zgadnie, to niech mi dziadzio przyszłe sześć 
rubli na ten kortowy interes.” Ja się rozpłakałem, panie Wokulski, jakiem 
przeczytał. Bo ten pierwszy, dół, to znaczy: spód, a przeczenie to jest nie — a 
wszystkie razem to są spodnie. Ja się spłakałem, panie Wokulski, co takie mądre 
dziecko przez upartość Henryka chodzi bez spodnie. Ale ja mu odpisałem: „Mój 
kochaneczku. Bardzo jestem kontent, że ty od dziadusia nauczyłeś się układać 
szarady. Ale żebyś ty jeszcze nauczył się oszczędności, to ja tobie na te kortowe 
odzienie posyłam tylko cztery ruble. A jak ty się będziesz dobrze uczył, to ja 
tobie po wakacje sprawie takie szarade: 
Pierwsze znaczy po niemiecku usta, drugie godzina. 
Wszystkie kupuje się dziecku — jak do gimnazje chodzić zaczyna. 
To znaczy: mundur ; pan od razu zgadł, panie Wokulski? 
— Więc i cała pańska rodzina bawi się szaradami? — wtrącił Wokulski. 
— Nie tylko moja -odpowiedział Szlangbaum. -U nas, panie, niby u Żydów, jak 
się młodzi zejdą, to oni nie zajmują się, jak u państwo, tańcami, 
komplementami, ubiorami, głupstwami, ale oni albo robią rachunki, albo 
oglądają uczone książki, jeden przed drugim zdaje egzamin albo rozwiązują 
sobie szarady, rebusy, szachowe zadanie. U nas ciągle jest zajęty rozum i 
dlatego Żydzi mają rozum, i dlatego, niech się pan nie obrazi, oni cały świat 
zawojują. U państwa wszystko się robi przez te sercowe gorączke i przez wojne, 
a u nas tylko przez mądrość i cierpliwość, 
Ostatnie wyrazy uderzyły Wokulskiego. On przecież zdobywał pannę Izabelę 
mądrością i cierpliwością... Jakaś otucha wstąpiła mu w serce, przestał wahać 
się i nagle rzekł: 
— Mam do pana prośbę, panie Szlangbaum... 
— Pańskie prośbe tyle znaczy dla mnie co rozkaz, panie Wokulski. 
— Chcę kupić dom Łęckiego... 
— Znam go. On pójdzie za sześćdziesiąt parę tysięcy. 
— Chcę, żeby poszedł za dziewięćdziesiąt tysięcy, i potrzebuję kogoś, kto by 
licytował do tej sumy. 
Żyd szeroko otworzył oczy. 
— Jak to?... Pan chce zapłacić drożej o trzydzieści tysięcy rubli?... spytał. 
— Tak. 
— Przepraszam, ale nie rozumiem. Bo żeby panu dom sprzedawali, a Łęcki chciał 
jego kupić, wtedy pan miałby interes podbijać cenę. Ale jak pan kupuje, to pan 
ma interes zniżyć wartość... 
— Mam interes zapłacić drożej. 
Starzec potrząsnął głową i odezwał się po chwili: 
— Żebym ja pana nie znał, tobym myślał, że pan robi zły interes; ale że ja pana 
znam, więc ja sobie myślę, co pan robi... dziwny interes. Nie tylko pan zakopuje 
w mury gotówkę i traci na tym z dziesięć procentów rocznie, ale jeszcze chce 
pan zapłacić trzydzieści tysięcy rubli więcej..: Panie Wokulski — dodał biorąc go 
za rękę — nie zrób pan takie głupstwo. Ja pana proszę... Stary Szlangbaum pana 
prosi... 
— Wierz mi pan, że dobrze na tym wyjdę... 
Żyd nagle podniósł palec do czoła. Błysnęły mu oczy i zęby białe jak perły. 
— Ha! Ha!... — zaśmiał się. — Nu, jaki ja już stary jestem, żem od razu tego nie 
pomiarkował. Pan panu Łęckiemu da trzydzieści tysięcy rubli... a on panu ułatwi 
interes może na sto tysięcy rubli... Git!... Ja panu dam licytanta, co on za 
piętnaście rubelków podbije cenę domu. Bardzo porządny pan, katolik, tylko 
jemu nie można dawać wadium do ręki... Ja panu dam jeszcze jakie 
dystyngowane dame, co także za dziesięć rubelków będzie podbijać... Ja mogę 
dać jeszcze z parę Żydki, po pięć rubelków... Zrobi się taka licytacja, co pan 
może zapłacić za ten dom choćby sto pięćdziesiąt tysięcy i nikt nie zmiarkuje, 
jaki jest interes... 
Wokulskiemu było trochę przykro. 
— W każdym razie sprawa zostaje między nami — rzekł. 
— Panie Wokulski — odparł Żyd uroczyście — ja myślę, że pan nie potrzebował to 
powiedzieć. Pański sekret to mój sekret. Pan ujął się za mój Henryczek, pan nie 
prześladuje Żydów... 
Pożegnali się i Wokulski wrócił do swego mieszkania. Tam zastał już 
Maruszewicza, z którym pojechał do rajtszuli obejrzeć kupioną klacz. 
Rajtszula składała się z dwu połączonych ze sobą budynków, tworzących jedną 
całość w formie szlify. W części okrągłej mieścił się maneż, w prostokątnej 
stajnie. 
W chwili gdy Wokulski z Maruszewiczem weszli tam, odbywała się lekcja 
konnej jazdy. Czterech panów i jedna dama jeździli, koń za koniem, wzdłuż 
ścian maneżu; na środku stał dyrektor zakładu, mężczyzna z miną wojskową, w 
granatowej kurtce, białych obcisłych spodniach i wysokich butach z ostrogami. 
Był to pan Miller ; komenderował jeźdźcami pomagając sobie w tej czynności 
długim batem, którym od czasu do czasu podcinał źle manewrującego konia, 
przy czym krzywił się jeździec. Wokulski zauważył naprędce, że jeden z panów, 
który jeździł bez strzemion, trzymając prawą rękę za plecami, ma minę łobuza, 
że drugi z nich pragnie zająć na koniu stanowisko środkujące między szyją a 
zadem, a czwarty wygląda tak, jakby w każdej chwili usiłował zsiąść z konia i 
już do końca życia nie ćwiczyć się w ekwitacji. Tylko dama w amazonce 
jeździła śmiało i zręcznie, co Wokulskiemu nasunęło myśl, że na świecie nie ma 
dla kobiet pozycji ani niewygodnej, ani niebezpiecznej. 
Maruszewicz zapoznał swego towarzysza z dyrektorem. 
— Właśnie czekałem na panów i natychmiast służę. Panie Szulc!... 
Wbiegł pan Szulc, młody blondyn, odziany również w granatową kurtkę, lecz 
jeszcze wyższe buty i obciślejsze spodnie. Z wojskowym ukłonem wziął do ręki 
symbol dyrekrorskiej władzy i zanim Wokulski opuścił maneż, przekonał się, że 
Szulc mimo młodego wieku energiczniej włada batem aniżeli sam dyrektor. 
Drugi bowiem pan aż syknął, a czwarty rozpoczął formalną kłótnię. 
— Pan — rzekł dyrektor do Wokulskiego — przyjmuje klacz barona ze wszelkimi 
przynależnościami : siodłami, derami i tam dalej?... 
— Naturalnie. 
— W takim razie mam u pana sześćdziesiąt rubli za stajnię, której pan 
Krzeszowski nie opłacił. 
— Trudna rada. 
Weszli do stajenki widnej jak pokój, nawet ozdobionej dywanami, niezbyt 
zresztą cennymi. Żłób był nowy i pełny, drabina toż samo, na podłodze leżała 
świeża słoma. Pomimo to bystre oko dyrektora dojrzało jakąś niestosowność, 
krzyknął bowiem: 
— Cóż to za porządek. panie Ksawery, do stu par diabłów!... Czy i w pańskiej 
sypialni konserwują się takie rzeczy? 
Drugi pomocnik dyrektora ukazał się tylko na chwilę. Spojrzał, zniknął i z 
korytarza zawołał: 
— Wojciech!... do stu tysięcy diabłów... Zaraz mi zrób porządek, bo ci to 
wszystko każę położyć na stole... 
— Szczepan!... cholero jakiś... — odezwał się trzeci głos za przepierzeniem. — Jak 
mi jeszcze raz, pieskie nasienie, tak stajnię zostawisz, to ci każę zbierać 
zębami... 
Jednocześnie rozległo się kilka tępych uderzeń, jakby ktoś pochwycił kogoś 
drugiego za głowę i uderzał nią o ścianę. Niebawem zaś przez okno stajni 
zobaczył Wokulski młodzieńca z metalowymi guzikami przy kurtce, który 
wybiegł na podwórze po miotłę i znalazłszy takową, mimochodem zwalił przez 
łeb gapiącego się Żydka. Jako przyrodnik, podziwiał Wokulski tę nową formę 
prawa zachowania siły, gdzie gniew dyrektora w tak szczególny sposób 
zawędrował aż do istoty znajdującej się poza rajtszulą. 
Tymczasem dyrektor kazał wyprowadzić klacz na korytarz. Było to piękne 
zwierzę na cienkich nóżkach, z małą główką i oczyma, z których przeglądał 
dowcip i rzewność. Klaczka w przechodzie zwróciła się do Wokulskiego 
wąchając go i chrapiąc, jakby w nim odgadła pana. 
— Już pana poznała — rzekł dyrektor. — Niech jej pan da cukru... Piękna klacz!... 
To mówiąc wydobył z kieszeni kawałek brudnej substancji, nieco zalatującej 
tytuniem. Wokulski podał to klaczy, która bez namysłu zjadła. 
— Zakładam się o pięćdziesiąt rubli, że wygra! — zawołał dyrektor. -Trzyma pan? 
— Owszem -odpowiedział Wokulski. 
— Wygra niezawodnie. Dam doskonałego dżokeja, a ten poprowadzi ją według 
mojej instrukcji. Ale gdyby została przy baronie Krzeszowskim, niech mnie 
piorun trzaśnie, przywlokłaby się trzecia do mety. Zresztą nawet nie trzymałbym 
jej na stajni... 
— Dyrektor jeszcze nie może uspokoić się — wtrącił ze słodkim uśmiechem 
Maruszewicz. 
— Uspokoić się!... — krzyknął dyrektor czerwieniejąc z gniewu.- No, niech pan 
Wokulski osądzi, czy mogę nadal utrzymywać stosunki z człowiekiem, który 
opowiadał, że ja sprzedałem w Lubelskie konia, co miał koler!... Takich rzeczy wołał, 
coraz mocniej podnosząc głos — nie zapomina się, panie Maruszewicz. I 
gdyby hrabia nie załagodził afery, pan Krzeszowski miałby dziś kulę w udzie... 
Ja sprzedałem konia, co miał koler!... Żebym miał zapłacić od siebie sto rubli, 
klacz wygra... Żeby miała paść... Przekona się pan baron... Koń miał koler!... 
Ha! Ha! Ha!... — wybuchnął demonicznym śmiechem dyrektor. 
Po obejrzeniu klaczy panowie udali się do kancelarii, gdzie Wokulski 
uregulował należne rachunki przysięgając sobie nie mówić o żadnym koniu, że 
ma koler. Na pożegnanie zaś odezwał się: 
— Czy nie mógłbym, dyrektorze, wprowadzić tę klacz na wyścigi bezimiennie? 
— Zrobi się. 
— Ale... 
— O! niech pan będzie spokojny — odparł dyrektor ściskając go za rękę. — Dla 
dżentelmena dyskrecja jest pierwszą cnotą. Spodziewam się, że i pan 
Maruszewicz... 
— O!... — potwierdził Maruszewicz trzęsąc głową i ręką w taki sposób, że o 
tajemnicy pogrzebanej w jego piersiach nic można było wątpić. 
Wracając obok maneżu Wokulski znowu usłyszał trzaśnięcie batem, po którym 
czwarty pan znowu rozpoczął kłótnię z zastępcą dyrektora. 
— To jest niedelikatność, mój panie!... — krzyczał czwarty.- Odzienie mi popęka... 
— Wytrzyma -odparł flegmatycznie pan Szulc trzaskając batem w kierunku 
drugiego pana. 
Wokulski opuścił rajtszulę. 
Gdy, pożegnawszy się z Maruszewiczem, siadał w dorożkę, przyszła mu 
szczególna myśl do głowy: 
„Jeżeli ta klacz wygra, to panna Izabela pokocha mnie...” 
I nagle zawrócił się; jeszcze przed chwilą obojętne zwierzę stało mu się 
sympatycznym i interesującym. 
Wchodząc powtórnie do stajenki usłyszał znowu charakterystyczny łoskot 
głowy ludzkiej uderzanej o ścianę. Jakoż istotnie z sąsiedniego przedziału 
wybiegł mocno zarumieniony chłopak stajenny, Szczepan, z włosami ułożonymi 
w taki wicherek, jakby mu dopiero co wyjęto z nich rękę, a zaraz po nim ukazał 
się i furman, Wojciech, który ocierał o kurtkę nieco zatłuszczone palce. 
Wokulski dał starszemu trzy ruble, młodszemu rubla i obiecał im na przyszłość 
gratyfikacje, byle tylko klaczka nie miała krzywdy. 
— Będę jej, panie, doglądał lepiej niż własnej żony -odpowiedział Wojciech z 
niskim ukłonem. — Ale i stary jej nie skrzywdzi, owszem... Na wyścigu, panie, 
pójdzie kobyłka jak szkło... 
Wokulski wszedł do stajenki i z kwadrans przypatrywał się klaczy. Niepokoiły 
go jej delikatne nóżki i sam drżał na widok dreszczów przebiegających jej 
aksamitną skórę, myślał bowiem, że może zachorować. Potem objął ją za szyję, 
a gdy oparła mu na ramieniu główkę, całował ją i szeptał: 
— Gdybyś ty wiedziała, co od ciebie zależy!... gdybyś wiedziała... 
Odtąd po parę razy na dzień jeździł do maneżu, karmił klacz cukrem i pieścił się 
z nią. Czuł, że w jego realnym umyśle zaczyna kiełkować coś jakby przesąd. 
Uważał to za dobrą wróżbę, gdy klacz witała go wesoło, lecz gdy była smutna, 
niepokój poruszał mu serce. Już bowiem jadąc do maneżu mówił sobie: „Jeżeli 
zastanę ją wesołą, to mnie panna Izabela pokocha.” 
Niekiedy budził się w nim rozsądek; wówczas opanowywał go gniew i pogarda 
dla samego siebie. 
„Cóż to — myślał — czy moje życie ma zależeć od kaprysu jednej kobiety?... Czy 
nie znajdę stu innych?... Alboż pani Meliton nie obiecywała, że mnie zapozna z 
trzema, z czterema równie pięknymi?... Raz, do licha, muszę się ocknąć!...” 
Ale zamiast ocknąć się, coraz głębiej zapadał w opętanie. Zdawało mu się w 
chwilach świadomości, że na ziemi jeszcze chyba istnieją czarodzieje i że jeden 
z nich rzucił na niego klątwę. Wtedy mówił z trwogą: 
„Ja nie jestem ten sam... Ja robię się jakimś innym człowiekiem... Zdaje mi się, 
że mi ktoś zamienił duszę!...” 
Chwilami znowu zabierał w nim głos przyrodnik i psycholog: 
„Oto -szeptał mu gdzieś w głębi mózgu — oto jak mści się natura za pogwałcenie 
jej praw. Za młodu lekceważyłeś serce, drwiłeś z miłości, sprzedałeś się na 
męża starej kobiecie, a teraz masz!... Przez długie lata oszczędzany kapitał 
uczuć zwraca ci się dziś z procentem...” 
.,Dobrze to — myślał — ale w takim razie powinienem zostać rozpustnikiem; 
dlaczegóż więc myślę o niej jednej?” 
„Licho wie — odpowiadał oponent. — Może właśnie ta kobieta najlepiej nadaje się 
do ciebie. Może naprawdę, jak mówi legenda, dusze wasze stanowiły kiedyś, 
przed wiekami, jedną całość...” 
„Więc i ona powinna by mnie kochać... — mówił Wokulski. A potem dodawał: Jeżeli 
klacz wygra na wyścigach, będzie to znakiem, że mnie panna Izabela 
pokocha... Ach! stary głupcze, wariacie, do czego ty dochodzisz?...” 
Na parę dni przed wyścigami złożył mu w mieszkaniu wizytę hrabia-Anglik, z 
którym zaznajomił się podczas sesji u księcia. 
Po zwykłym powitaniu hrabia usiadł sztywnie na krześle i rzekł: 
— Z wizytą i z interesem — t e k!...Czy wolno?... 
— Służę hrabiemu. 
— Baron Krzeszowski — ciągnął hrabia — którego klacz nabył pan, zresztą 
najzupełniej prawidłowo — t e k — ośmiela się najuprzejmiej prosić pana o 
ustąpienie mu jej. Cena nie stanowi nic... Baron porobił duże zakłady... 
Proponuje tysiąc dwieście rubli... 
Wokulskiemu zrobiło się zimno; gdyby sprzedał klacz; panna Izabela mogłaby 
nim pogardzić. 
— A jeżeli i ja mam moje widoki na tę klacz, panie hrabio? odparł. 
— W takim razie pan ma słuszne pierwszeństwo, tek -wycedził hrabia. 
— Zdecydował pan kwestię — rzekł Wokulski z ukłonem. 
— Czy tek?... Bardzo żałuję barona, ale pańskie prawa są lepsze. 
Wstał z krzesła jak automat na sprężynach pożegnawszy się dodał : 
— Kiedyż do rejenta, drogi panie, z naszą spółką?... Namyśliwszy się przystępuję 
z pięćdziesięcioma tysiącami rubli... Tek. 
— To już zależy od panów. 
— Bardzo pragnąłbym widzieć ten kraj kwitnącym i dlatego, panie Wokulski, 
posiada pan całą moją sympatię i szacunek, tek, bez względu na zmartwienie, 
jakie pan robi baronowi. Tek, był pewnym, że mu pan ustąpi konia... 
— Nie mogę. 
— Pojmuję pana — zakończył hrabia. — Szlachcic, choćby się odział w skórę 
przemysłowca, musi wyleźć z niej przy lada okazji. Pan zaś, proszę mi 
wybaczyć śmiałość, jesteś przede wszystkim szlachcicem, i to w angielskiej 
edycji, jakim każdy z nas być powinien. 
Mocno uścisnął mu rękę i wyszedł. Wokulski przyznawał w duszy, że ten 
oryginał, udający marionetkę, ma jednak dużo sympatycznych przymiotów. 
„Tak — szepnął — z tymi panami przyjemniej żyć aniżeli z kupcami. Oni są 
naprawdę ulepieni z innej gliny...” 
A potem dodał: 
„I dziwić się, że panna Izabela pogardza takim jak ja, wychowawszy się wśród 
takich jak oni... No, ale co oni robią na świecie i dla świata?... Szanują ludzi, 
którzy mogą dać piętnasty procent od ich kapitałów... To jeszcze nie zasługa.” 
„Tam do licha! -mruknął strzelając z palców -a skąd oni wiedzą, że ja kupiłem 
klacz?... Bagatela!... przecież kupiłem ją od pani Krzeszowskiej za 
pośrednictwem Maruszewicza... Zresztą za często bywam w maneżu, wie o 
mnie cała służba... Eh! zaczynam już palić głupstwa, jestem nieostrożny... Nie 
podobał mi się ten Maruszewicz...” 
ROZDZIAŁ TRZYNASTY: 
WIELKOPAŃSKIE ZABAWY 
Nareszcie nadszedł dzień wyścigów, pogodny, ale nie gorący; właśnie jak 
potrzeba. Wokulski zerwał się o piątej i natychmiast pojechał odwiedzić swoją 
klacz. Przyjęła go dość obojętnie, ale była zdrowa, a pan Miller pełen otuchy: 
— Co?... — śmiał się trącając Wokulskiego w ramię. — Palisz się pan, co?... Ocknął 
się w panu sportsmen!... My, panie, przez cały czas wyścigów jesteśmy w 
gorączce. Nasz zakładzik o pięćdziesiąt rubli stoi, co?... Jakbym je miął w 
kieszeni; mógłbyś je pan natychmiast zapłacić. 
— Zapłacę z największą przyjemnością — odparł Wokulski i myślał: „Czy klacz 
wygra?... czy go panna Izabela kiedy pokocha? czy się coś nie stanie?... A jeżeli 
klacz złamie nogę!...” 
Ranne godziny wlokły mu się, jakby do nich zaprzężono woły. Wokulski na 
chwilę tylko wpadł do sklepu, przy obiedzie nie mógł jeść, potem poszedł do 
Saskiego Ogrodu ciągle myśląc: „Czy klacz wygra i czy go panna Izabela 
pokocha?...” Przemógł się jednak i wyjechał z domu dopiero około piątej. 
W Alejach Ujazdowskich był już taki natłok powozów i dorożek, że miejscami 
należało jechać stępa, przy rogatce zaś utworzył się formalny zator i musiał 
czekać z kwadrans, pożerany niecierpliwością, zanim ostatecznie powóz jego 
wydostał się na mokotowskie pola. Na skręcie drogi Wokulski wychylił się i 
przez mgłę żółtawego kurzu, który gęsto osiadał mu twarz i odzienie, 
przypatrywał się wyścigowemu polu. Plac wydawał mu się dzisiaj 
nieskończenie wielkim i przykrym, jakby nad nim unosiło się widmo 
niepewności Z daleka przed sobą widział długi sznur ludzi uszykowanych w 
półkole, które ciągle zwiększało się dopływającymi gromadami. 
Nareszcie dojechał na miejsce i znowu upłynęło z dziesięć minut, nim służący 
powrócił z kasy z biletem. Dokoła powozu tłoczyła się ciżba bezpłatnych 
widzów i huczał gwar tysiąca głosów, a Wokulskiemu zdawało się, że wszyscy 
mówią tylko o jego klaczy i drwią z kupca, który bawi się w wyścigi. 
Nareszcie powóz puszczono wewnątrz toru. Wokulski zeskoczył na ziemię i 
pobiegł do swej klaczy usiłując zachować powierzchowność obojętnego widza. 
Po długim szukaniu znalazł ją na środku wyścigowego placu, a przy niej panów 
Millera i Szulca tudzież dżokeja z wielkim cygarem w ustach, w czapce żółtej z 
niebieskim i w paltocie narzuconym na ramiona. Jego klacz wobec ogromnego 
placu i niezliczonych tłumów wydała mu się tak małą i mizerną, że 
zdesperowany chciał wszystko rzucić i wracać do domu. Ale panowie Miller i 
Szulc mieli fizjognomie jaśniejące nadzieją. 
— Nareszcie jest pan — zawołał dyrektor maneżu i wskazując oczyma na dżokeja 
dodał: — Zapoznam panów: pan Yung, najznakomitszy w kraju dżokej — pan 
Wokulski. 
Dżokej podniósł dwa palce do żółto-niebieskiej czapki, a wyjąwszy drugą ręką 
cygaro z ust plunął przez zęby. 
Wokulski przyznał w duchu, że tak chudego i tak małego człowieka jeszcze w 
życiu nie widział. Zauważył przy tym, że dżokej ogląda go jak konia: ode łba do 
pęcin, i wykonywa krzywymi nogami ruchy, jakby miał zamiar wsiąść i 
przejechać się na nim. 
— Niechże pan powie, panie Yung, czy nie wygramy? — spytał dyrektor. 
— Och! — odpowiedział dżokej. 
— Tamte dwa konie są niezłe, ale nasza klacz znakomita — mówił dyrektor. 
— Och! -potwierdził dżokej. 
Wokulski odprowadził go na stronę i rzekł: 
— Jeżeli wygramy, będę panu winien pięćdziesiąt rubli ponad umowę. 
— Och! -odparł dżokej, a przypatrzywszy się Wokulskiemu dodał: 
— Pan jest czysty krew sportsmen, ale jeszcze pan trochu gorączkuje. Na przyszły 
rok będzie spokojniejszy. 
Znowu plunął na długość konia i poszedł w stronę trybuny, a Wokulski, 
pożegnawszy panów Millera i Szulca, popieściwszy klaczkę, wrócił do swego 
powozu. 
Teraz zaczął szukać panny Izabeli. 
Obszedł długi łańcuch powozów ustawionych wzdłuż toru, przypatrywał się 
koniom, służbie, zaglądał pod parasolki damom, ale panny Izabeli nie dostrzegł., 
„Może nie przyjedzie?” — szepnął i zdawało mu się, że cały ten plac napełniony 
ludźmi zapada wraz z nim pod ziemię. Miał też po co wyrzucać tyle pieniędzy, 
jeżeli jej tu nie będzie! A może pani Meliton, stara intrygantka, okłamała go na 
spółkę z Maruszewiczem?... 
Wszedł na schodki wiodące do trybuny sędziów i oglądał się na wszystkie 
strony. Na próżno. Gdy schodził stamtąd, zatamowali mu drogę dwaj tyłem 
stojący panowie, z których jeden, wysoki, z wszelkimi cechami sportsmena, 
mówił podniesionym głosem: 
— Czytając od dziesięciu lat, jak łają nas za zbytki, już chciałem poprawić się i 
sprzedać stajnię. Tymczasem widzę, że człowiek, który wczoraj dorobił się 
majątku, dziś puszcza konia na wyścigach... Ha! myślę, toście wy takie 
ptaszki?... Nas moralizujecie, a gdy się uda, robicie to samo?.. Otóż nie 
poprawię się, nie sprzedam stajni, nie... 
Jego towarzysz spostrzegłszy Wokulskiego trącił mówcę, który nagle urwał. 
Korzystając z chwili Wokulski chciał ich minąć, ale wysoki pan zatrzymał go. 
— Przepraszam — odezwał się dotykając kapelusza — że ośmieliłem się robić tego 
rodzaju uwagi... Jestem Wrzesiński... . — Z przyjemnością słuchałem ich odpowiedział 
z uśmiechem Wokulski — ponieważ w duchu mówię sobie to samo. 
Zresztą — staję na wyścigach pierwszy i ostatni raz w życiu. 
Podali sobie ręce z wysokim sportsmenem, który gdy Wokulski odsunął się na 
parę kroków, mruknął: 
— Dziarski chłop... 
Teraz dopiero Wokulski kupił program i z uczuciem jakby wstydu czytał, że w 
trzeciej gonitwie biega klacz Sułtanka po Alim i Klarze, należąca do X. X., 
jeżdżona przez dżokeja Yunga w żółtej kurtce z niebieskimi rękawami. Nagroda 
trzysta rubli; koń wygrywający ma być na miejscu sprzedany. 
„Oszalałem!” — mruknął Wokulski dążąc w stronę galerii. Myślał, że chyba tam 
jest panna Izabela, i projektował, że natychmiast wróci do domu, jeżeli jej nie 
znajdzie. 
Opanował go pesymizm. Kobiety wydawały mu się brzydkimi, ich barwne 
stroje dzikimi, ich kokieteria wstrętną. Mężczyźni byli głupi, tłum ordynaryjny, 
muzyka wrzaskliwa. Wchodząc na galerię śmiał się z jej skrzypiących schodów 
i starych ścian, na których było widać ślady deszczowych zacieków. Znajomi 
kłaniali mu się, kobiety uśmiechały się do niego, tu i owdzie szeptano: „Patrz! 
patrz!...” Ale on nie uważał. Stanął na najwyższej ławie galerii i ponad pstrym a 
huczącym tłumem patrzył przez lornetę na drogę, aż hen pod rogatkę, widząc 
tylko kłęby żółtego kurzu. 
„Co te galerie robią przez cały rok?” — myślał. I przywidziało mu się, że na 
próchniejących ławach zasiadają tu co noc wszyscy zmarli bankruci, pokutujące 
kokoty, wszelkiego stanu próżniacy i utracjusze, których wypędzono nawet z 
piekła, i przy smutnym blasku gwiazd przypatrują się wyścigom szkieletów 
koni, które poginęły na tym torze. Zdawało mu się, że nawet w tej chwili widzi 
przed sobą zbutwiałe stroje i czuje zapach stęchlizny. 
Zbudził go okrzyk tłumu, dzwonek i brawo... To odbył się pierwszy wyścig. 
Nagle spojrzał na tor i zobaczył wjeżdżający do szranków powóz hrabiny. 
Siedziały hrabina z prezesową, a na przodzie pan Łęcki z córką. 
Wokulski sam nie wiedział, kiedy zbiegł z galerii i kiedy wszedł do koła. Kogoś 
potrącił, ktoś pytał go o bilet... Pędził prosto przed siebie i od razu wpadł na 
powóz. Lokaj hrabiny ukłonił mu się z kozła, a pan Łęcki zawołał: 
— Otóż i pan Wokulski!... 
Wokulski przywitał się z paniami, przy czym prezesowa znacząco ścisnęła go za 
rękę, a pan Łęcki spytał: 
— Czy naprawdę kupiłeś, panie Stanisławie, klacz Krzeszowskiego? 
— Tak jest. 
— No, wiesz co, żeś mu spłatał figla, a mojej córce zrobiłeś miłą niespodziankę... 
Panna Izabela zwróciła się do niego z uśmiechem. 
— Założyłam się z ciocią — rzekła — że baron nie utrzyma swojej klaczy do 
wyścigów i wygrałam, a drugi raz założyłam się z panią prezesową, że klacz 
wygra... 
Wokulski okrążył powóz i zbliżył się do panny Izabeli, która mówiła dalej: 
— Naprawdę to przyjechałyśmy tylko na ten wyścig: pani prezesowa i ja. Bo 
ciocia udaje, że gniewa się na wyścigi... Ach, panie, pan musi wygrać... 
— Jeżeli pani zechce, wygram — odparł Wokulski patrząc na nią ze zdumieniem... 
Nigdy nie wydała mu się tak piękną jak teraz w wybuchu niecierpliwości. Nigdy 
też nie marzył, ażeby rozmawiała z nim tak łaskawie. 
Spojrzał po obecnych. Prezesowa była wesoła, hrabina uśmiechnięta, pan Łęcki 
promieniejący. Na koźle lokaj hrabiny półgłosem zakładał się z furmanem, że 
Wokulski wygra. Dokoła nich kipiały śmiech i radość. Radował się tłum, 
galerie, powozy; kobiety w barwnych strojach były piękne jak kwiaty i 
ożywione jak ptaki. Muzyka grała fałszywie, ale raźnie; konie rżały, sportsmeni 
zakładali się, przekupnie zachwalali piwo, pomarańcze i pierniki. Radowało się 
słońce, niebo i ziemia, a Wokulski poczuł się w tak dziwnym nastroju, że 
chciałby wszystko i wszystkich porwać w objęcia. 
Odbył się drugi wyścig, muzyka znowu zagrała. Wokulski pobiegł do trybuny, a 
spotkawszy Yunga, który z siodłem w ręku powracał w tej chwili od wagi, 
szepnął mu: 
— Panie Yung, musimy wygrać... Sto rubli nad umowę... Niech bodaj klacz 
padnie... 
— Och!... — jęknął dżokej przypatrując mu się z odcieniem chłodnego podziwu. 
Wokulski kazał dojechać swemu powozowi bliżej hrabiny i wrócił do pań. 
Uderzyło go to, że przy nich nikt nie stał. Wprawdzie marszałek i baron zbliżyli 
się do ich powozu, ale obojętnie przyjęci przez pannę Izabelę niebawem 
odsunęli się. Lecz młodzież kłaniała się z daleka i omijała. 
„Rozumiem — pomyślał Wokulski. -Oziębiła ich wiadomość o licytacji domu. A 
teraz — dodał w duchu, patrząc na pannę Izabelę — przekonaj się, kto naprawdę 
kocha ciebie, nie twój majątek.” 
Zadzwoniono na trzeci wyścig. Panna Izabela stanęła na siedzeniu; na twarz jej 
wystąpiły rumieńce. O parę kroków od niej przejechał na Sułtance Yung z miną 
człowieka, który się nudzi. 
— Spraw się dobrze, ty śliczna!... — zawołała panna Izabela. 
Wokulski wskoczył do swego powozu i otworzył lornetę. Był tak pochłonięty 
wyścigiem, że na chwilę zapomniał o pannie Izabeli. Sekundy rozciągały mu się 
w godziny; zdawało mu się, że jest przywiązany do trzech koni mających się 
ścigać i że każdy ich ruch niepotrzebny szarpie mu ciało. Uważał, że jego klacz 
nie ma dość ognia i że Yung jest zanadto obojętny. Mimo woli słyszał rozmowy 
otaczających go: 
— Yung weźmie.., 
— Ale... Przypatrz się pan temu gniademu... 
— Dałbym dziesięć rubli, żeby Wokulski wygrał... Utarłby nosa hrabiom... 
— Krzeszowski wściekłby się... 
Dzwonek. Trzy konie z miejsca ruszyły cwałem. 
— Yung na przodzie... 
— To właśnie głupstwo... 
— Już minęli zakręt... 
— Pierwszy zakręt, a gniady tuż za nim. 
— Drugi... Znowu wysunął się... 
— Ale gniady idzie... 
— Pąsowa kurtka w tyle... 
— Trzeci zakręt... Ależ Yung nic sobie z nich nie robi... 
— Gniady dopędza... 
— Patrzcie!... patrzcie!... Pąsowy bierze gniadego... 
— Gniady na końcu... Przegrałeś pan... 
— Pąsowy bierze Yunga... 
— Nie weźmie, już ćwiczy konia... 
— Ale... ale... Brawo Yung!... Brawo Wokulski!... Klacz idzie jak woda!... 
Brawo!... 
— Brawo!... brawo!.:. 
Dzwonek. Yung wygrał. Wysoki sportsmen wziął klacz za uzdę i 
zaprowadziwszy przed trybunę sędziów zawołał: 
— Sułtanka!... Jeździec Yung!... Właściciel anonim... 
— Co to anonim... Wokulski... Brawo Wokulski!... — wrzeszczał tłum. 
— Właściciel pan Wokulski! — powtórzył wysoki dżentelmen i odesłał klacz na 
licytację. 
Wśród tłumu zbudził się szalony zapał dla Wokulskiego. Jeszcze żaden wyścig 
tak nie rozruszał widzów: cieszono się, że warszawski kupiec pobił dwu 
hrabiów. 
Wokulski zbliżył się do powozu hrabiny. Pan Łęcki i damy starsze winszowały 
mu; panna Izabela milczała. 
W tej chwili przybiegł wysoki sportsmen. 
— Panie Wokulski — rzekł — oto są pieniądze. Trzysta rubli nagrody, ośmset za 
klacz, którą ja kupiłem... 
Wokulski z paczką banknotów zwrócił się do panny Izabeli: 
— Czy pozwoli pani, ażebym na jej ręce złożył to dla ochrony pań?... 
Panna Izabela przyjęła paczkę z uśmiechem i prześlicznym spojrzeniem. 
Wtem ktoś potrącił Wokulskiego. Był to baron Krzeszowski. Blady z gniewu 
zbliżył się do powozu i wyciągając rękę do panny Izabeli zawołał po francusku: 
— Cieszę się, kuzynko, że twoi wielbiciele triumfują... Przykro mi tylko, że na 
mój koszt... Witam panie! — dodał kłaniając się hrabinie i prezesowej. 
Twarz hrabiny powlokła się chmurą; pan Łęcki był zakłopotany, panna Izabela 
zbladła. Baron w impertynencki sposób osadził spadające mu binokle i ciągle 
patrząc na pannę Izabelę mówił: 
— Tak jest... Mam szczególniejsze szczęście do wielbicieli kuzynki... 
— Baronie... — wtrąciła prezesowa. 
— Przecież nie mówię nic złego... Mówię tylko, że mam szczęście do... 
Stojący za nim Wokulski dotknął jego ramienia. 
— Słówko, panie baronie -rzekł. 
— Ach, to pan — odparł baron przypatrując mu się. Odeszli na bok. 
— Pan mnie potrącił, panie baronie... 
— Bardzo przepraszam... 
— To mi nie wystarcza... 
— Czyżby pan chciał satysfakcji? -spytał baron. 
— Właśnie. 
— W takim razie służę — rzekł baron szukając biletu. — Ach, do licha! Nie wziąłem 
biletów... Może pan ma notatnik z ołówkiem, panie Wokulski?... 
Wokulski podał mu bilet i notatnik, w którym baron zapisał adres i swoje 
nazwisko nie omieszkawszy zrobić przy nim zakrętu. 
— Miło mi będzie -dodał kłaniając się Wokulskiemu — dokończyć rachunku za 
moją Sułtankę... 
— Postaram się zadowolić pana barona. 
Rozstali się wymieniając najpiękniejsze ukłony. 
— Rzeczywiście, awantura! — rzekł zmartwiony pan Łęcki, który widział wymianę 
grzeczności. 
Zirytowana hrabina kazała jechać do domu nie czekając końca wyścigów. 
Wokulski ledwo miał czas dopaść powozu i pożegnać się z damami. Nim konie 
ruszyły, panna Izabela wychyliła się i podając Wokulskiemu końce palców 
szepnęła: 
— Mersi, monsieur... 
Wokulski osłupiał z radości. Był jeszcze na jednym wyścigu nie widząc, co się 
koło niego dzieje, i korzystając z pauzy opuścił tor. 
Prosto z wyścigów Wokulski pojechał do Szumana. 
Doktór siedział przy otwartym oknie, w watowanym obdartym szlafroku, i robił 
korektę trzydziestostronicowej broszurki etnograficznej, do napisania której użył 
przeszło tysiąca obserwacyj i czterech lat czasu. 
Była to rozprawa o kolorze i formie włosów ludności zamieszkującej Królestwo 
Polskie. Uczony doktór głośno twierdził, że praca ta rozejdzie się najwyżej w 
kilkunastu egzemplarzach, ale po cichu — kazał odbić ich cztery tysiące i był 
pewnym drugiej edycji. Pomimo drwin ze swej ulubionej specjalności i 
narzekań, iż nikogo nie interesuje, w głębi duszy Szuman wierzył, że w świecie 
ucywilizowanym nie ma człowieka, którego by w najwyższym stopniu nie 
interesowała kwestia koloru włosów i stosunki długości ich średnic. I w tej 
właśnie chwili zastanawiał się, czyby na czele rozprawy nie należało napisać 
aforyzmu: „Pokaż mi twoje włosy, a powiem ci, kim jesteś.” 
Gdy Wokulski wszedł do jego pokoju i zmęczony upadł na kanapę, doktór 
zaczął: 
— Co to za profany z tych korektorów... Mam tu paręset cyfr o trzech znakach 
dziesiętnych i wyobraź sobie, połowa jest błędna... Oni myślą, że jakaś tysiączna 
albo nawet setna część milimetra nic nie znaczy, a nie wiedzą, laiki, że tam 
właśnie mieści się cały sens. Niech mnie diabli porwą, jeżeli w Polsce byłoby 
możliwym nie tylko wynalezienie, ale nawet drukowanie tablic 
logarytmicznych. Dobry Polak poci się już przy drugiej cyfrze dziesiętnej, przy 
piątej dostaje gorączki, a przy siódmej zabija go apopleksja... Cóż u ciebie 
słychać? 
— Mam pojedynek — odparł Wokulski. 
Doktór zerwał się z fotelu i tak prędko przybiegł do kanapy, że rozrzucone poły 
szlafroka robiły go podobnym do nietoperza. 
— Co?... pojedynek?! — krzyknął z błyszczącymi oczyma. — I może myślisz, że 
pojadę z tobą w roli lekarza?... — Będę patrzył, jak dwu dudków strzela sobie we 
łby, i może jeszcze będę musiał którego z nich opatrywać?... Ani myślę mieszać 
się do tych błazeństw!... — wrzeszczał chwytając się za głowę. — Zresztą nie 
jestem chirurgiem i od dawna pożegnałem się z medycyną... 
— Toteż nie będziesz lekarzem, tylko sekundantem. 
— A... to co innego — odparł doktór bez zająknienia. — Z kimże?... 
— Z baronem Krzeszowskim. 
— Dobrze strzela! — mruknął doktór wysuwając dolną wargę.-O cóż to? 
— Potrącił mnie na wyścigach. 
— Na wyści...?. — A cóżeś ty robił na wyścigach?... 
— Puszczałem konia i nawet wziąłem nagrodę. 
Szuman -uderzył się ręką w tył głowy i nagle rozsunąwszy Wokulskiemu jedną i 
drugą powiekę zaczął mu pilnie badać oczy. 
— Myślisz, żem zwariował? — spytał go Wokulski. 
— Jeszcze nie. Czy to — dodał po chwili — ma być żart, czy serio? 
— Zupełnie serio. Nie chcę absolutnie żadnych układów i proszę o ostre warunki. 
Doktór wrócił do swego biurka, usiadł, oparł brodę na ręku i rzekł po namyśle: 
— Spódnica, co?... Nawet koguty biją się tylko... 
— Szuman... strzeż się!... — przerwał mu Wokulski zduszonym głosem, prostując 
się na kanapie. 
Doktór znowu przypatrzył mu się badawczo. 
— Więc już tak?... — mruknął. — Dobrze. Będę twoim sekundantem. Masz rozbić 
łeb, rozbij go przy mnie; może ci co pomogę... 
— Przyślę ci tu zaraz Rzeckiego — odezwał się Wokulski ściskając go za rękę. 
Od doktora udał się do swego sklepu, krótko rozmówił się z panem Ignacym i 
wróciwszy do mieszkania położył się przed dziesiątą. Znowu spał jak kamień. 
Dla jego lwiej natury potrzebne były silne wzruszenia; przy nich dopiero dusza 
szarpana namiętnością odzyskiwała równowagę. 
Na drugi dzień, około piątej po południu, Rzecki z Szumanem jechali już do 
hrabiego-Anglika, który był świadkiem Krzeszowskiego. Obaj przyjaciele 
Wokulskiego milczeli w drodze; raz tylko odezwał się pan Ignacy: 
— I cóż doktór na to wszystko? 
— To co już raz powiedziałem -odparł Szuman. -Zbliżamy się do piątego aktu. 
Jest to albo koniec dzielnego człowieka, albo początek całego szeregu głupstw... 
— Najgorszych, bo politycznych — wtrącił Rzecki. 
Doktór wzruszył ramionami i patrzył na drugą stronę dorożki; pan Ignacy ze 
swoją wieczna polityką wydawał mu się nieznośnym. 
Hrabia-Anglik czekał na nich w towarzystwie innego dżentelmena, który 
nieustannie wyglądał przez okno na obłoki i co kilka minut poruszał krtanią w 
taki sposób, jakby coś przełykał z trudnością. Miał minę nieprzytomnego; w 
rzeczywistości był niepospolitym człowiekiem, jako myśliwiec na lwy i głęboki 
znawca egipskich starożytności. 
W gabinecie hrabiego-Anglika stał na środku stół przykryty zielonym suknem i 
otoczony czterema wysokimi krzesłami; na stole leżały cztery arkusze papieru, 
cztery ołówki, dwa pióra i kałamarz tak wielkich rozmiarów, jakby był 
przeznaczony do sitzbadów. 
Gdy wszyscy usiedli, hrabia zabrał głos. 
— Proszę panów — rzekł — baron Krzeszowski przyznaje, że mógł potrącić pana 
Wokulskiego, ponieważ jest roztargniony, człek. W konsekwencji zaś, na nasze 
żądanie... 
Tu hrabia spojrzał na swego towarzysza, który z uroczystą miną coś przełknął. 
— Na nasze żądanie — ciągnął hrabia — baron jest gotów... przeprosić nawet 
listownie pana Wokulskiego, którego wszyscy szanujemy — tek... Cóż panowie 
na to? 
— Nie mamy upoważnienia do żadnych kroków pojednawczych odparł Rzecki, w 
którym ocknął się były oficer węgierski. 
Uczony egiptolog szeroko otworzył oczy i przełknął dwa razy, raz po raz. 
Na twarzy hrabiego mignęło zdumienie; w tej chwili jednak opanował się i 
odpowiedział tonem suchej grzeczności: 
— W takim razie słuchamy warunków... 
— Niech panowie raczą je podać — odparł Rzecki. 
— O! bardzo prosimy panów — rzekł hrabia. 
Rzecki odchrząknął. 
— W takim razie ośmielę się proponować... przeciwnicy stają o dwadzieścia pięć 
kroków, idą naprzód po pięć kroków... 
— Tek. 
— Pistolety gwintowane z muszami... Strzały do pierwszej krwi...- zakończył 
Rzecki ciszej. 
— Tek. 
— Termin, jeżeli można, jutro przed południem... 
— Tek. 
Rzecki ukłonił się, nie wstając z krzesła. Hrabia wziął arkusz papieru i wśród 
ogólnego milczenia przygotował protokół, który Szuman natychmiast przepisał. 
Oba dokumenty poświadczono i niespełna w trzy kwadranse interes był gotowy. 
Świadkowie Wokulskiego pożegnali gospodarza i jego towarzysza, który znowu 
zatopił się w rozpatrywaniu obłoków. 
Gdy już byli na ulicy, Rzecki odezwał się do Szumana: 
— Bardzo mili ludzie ci panowie z arystokracji... 
— Niech ich diabli porwą!... Niech was wszystkich diabli porwą z waszymi 
głupimi przesądami!... — wrzeszczał doktór wywijając kułakiem. 
Wieczorem pan Ignacy sprowadziwszy pistolety wstąpił do Wokulskiego. Zastał 
go samotnego przy herbacie. Rzecki nalał sobie herbaty i odezwał się: 
— Uważasz, Stachu, to są ludzie wysoce honorowi. Baron, który jak wiesz, jest 
bardzo roztargniony, gotów cię przeprosić... 
— Żadnych przeprosin. 
Rzecki umilkł. Pił herbatę i tarł czoło. Po długiej pauzie rzekł: 
— Naturalnie, zapewneś pomyślał o interesach... na wypadek... 
— Nie spotka mnie żaden wypadek — odparł z gniewem Wokulski. 
Pan Ignacy posiedział jeszcze z kwadrans w milczeniu. Herbata nie smakowała 
mu, głowa go bolała. Dokończył szklanki i spojrzawszy na zegarek, opuścił 
mieszkanie przyjaciela mówiąc na pożegnanie: 
— Jutro wyjedziemy o wpół do ósmej rano. 
— Dobrze. 
Gdy pan Ignacy wyszedł, Wokulski usiadł do biurka, na arkusiku listowego 
papieru napisał kilkadziesiąt wierszy, a na kopercie położył adres Rzeckiego. 
Zdawało mu się, że wciąż słyszy niemiły głos barona: 
„Cieszę się, kuzynko, że triumfują twoi wielbiciele... Przykro mi tylko, że na 
mój kószt...” 
A gdziekolwiek spojrzał, widział piękną twarz panny Izabeli oblaną rumieńcem 
wstydu. 
W sercu gotowała mu się głucha wściekłość. Czuł, że jego ręce stają się jak 
żelazne sztaby, a ciało nabiera tak dziwnej tęgości, że chyba nie ma kuli, która 
by uderzywszy go nie odskoczyła. Przemknął mu przez głowę wyraz: śmierć, i 
na chwilę uśmiechnął się. Wiedział, że śmierć nie rzuca się na odważnych; staje 
tylko naprzeciw nich jak zły pies i patrzy zielonymi oczyma: czy nie zmrużą 
powieki? 
Tej samej nocy; jak każdej zresztą innej nocy, baron grał w karty. Maruszewicz, 
który również był w klubie, przypominał mu o dwunastej, o pierwszej i o 
drugiej, ażeby szedł spać, gdyż z rana zbudzi go o siódmej ; roztargniony baron 
odpowiadał: „Zaraz! Zaraz!...”, ale przesiedział do trzeciej, o której to godzinie 
odezwał się jeden z jego partnerów: 
— Basta! baronie. Prześpij się choć parę godzin, bo będą ci drżały ręce i 
spudłujesz. 
Słowa te, a jeszcze bardziej opuszczenie stolika przez partnerów, otrzeźwiły 
barona. Wyszedł z klubu, wrócił do domu i swemu kamerdynerowi, 
Konstantemu, kazał zbudzić się o siódmej rano. 
— Pewnie jaśnie pan robi jakieś głupstwo... — mruknął obrażony sługa. — Cóż tam 
znowu?... — pytał gniewnie, rozbierając barona: 
— A, ty błaźnie jakiś — oburzył się baron — myślisz, że ja będę się przed tobą 
tłumaczył? — Mam pojedynek, no?... bo mi się tak podoba. O dziewiątej rano 
będę się strzelał z jakimś szewcem czy fryzjerem, no?... Może mi zabronisz?... 
— A niech się jaśnie pan strzela nawet ze starym diabłem!- odparł Konstanty. — Tylkom ciekawy, kto weksle jaśnie pana zapłaci?... A komorne... a utrzymanie 
domu?... Dlatego, że jaśnie pan co kwartał ma ciekawość na Powązki, to 
gospodarz nasyła nam rejentów, a ja boję się, żebym z głodu nie umarł... Dobra 
służba!... 
— Pójdziesz mi ty!... — wrzasnął baron i pochwyciwszy kamasz rzucił nim za 
cofającym się kamerdynerem. Kamasz trafił w ścianę i o mało nie zwalił 
brązowego posążka Sobieskiego. 
Załatwiwszy się z wiernym sługą, baron legł na łóżku i począł zastanawiać się 
nad swoim opłakanym położeniem. 
„Trzeba szczęścia — wzdychał — ażeby mieć pojedynek z kupczykiem. Jeżeli ja 
go trafię, będę jak myśliwiec, który wyszedł na niedźwiedzie, a zabił chłopu 
cielną krowę. Jeżeli on mnie trafi, wyjdzie na to, jak gdyby mnie zwalił batem 
dorożkarz. Jeżeli z obu stron pudło... Nie, mamy przecież strzelać się do krwi. 
Niech mnie roztratują, jeżeli nie wolałbym tego osła przeprosić, choćby w 
kancelarii rejenta, ubrawszy się na tę uroczystość we frak i biały krawat. Ach, 
podłe czasy liberalne!... Mój ojciec kazałby takiego zucha oćwiczyć swoim 
psiarczykom, a ja muszę dawać mu satysfakcję, jak gdybym sam sprzedawał 
cynamon... Niechże już raz przyjdzie ta głupia rewolucja socjalna i wytłucze 
albo nas, albo liberałów...” 
Począł usypiać i marzył, że Wokulski zabił go. Widział, jak jego trupa dwu 
posłańców niesie do mieszkania żony, jak żona mdleje i rzuca mu się na 
zakrwawione piersi... Jak płaci wszystkie jego długi i asygnuje tysiąc rubli na 
pogrzeb i... jak on zmartwychwstaje i zabiera owe tysiąc rubli na drobne 
wydatki... 
Błogi uśmiech zaigrał na zniszczonej twarzy barona i — zasnął jak dziecię. 
O siódmej ledwie go zbudzili Konstanty i Maruszewicz. Baron w żaden sposób 
nie chciał wstawać mrucząc, że woli być zhańbionym i niehonorowym aniżeli 
zrywać się tak wcześnie. Dopiero widok karafki z zimną wodą upamiętał go. 
Baron wyskoczył z łóżka, uderzył Konstantego, zwymyślał Maruszewicza, a w 
duchu przysiągł, że Wokulskiego zabije. 
Lecz gdy już był ubrany, wyszedł na ulicę, zobaczył piękną pogodę i wyobraził 
sobie, że widzi wschód słońca, nienawiść do Wokulskiego osłabła w nim i 
postanowił tylko przestrzelić mu nogę. 
„A tak!... — dodał po chwili. — Drasnę go, a on będzie kulał do końca życia i 
będzie opowiadał: tę śmiertelną ranę otrzymałem w pojedynku z baronem 
Krzeszowskim!... To mnie urządzi... Co oni mi narobili, ci moi kochani 
sekundanci?... Jeżeli już jakiś kupczyk gwałtem chce do mnie strzelać, niech 
strzela przynajmniej wtedy, kiedy idę na spacer, ale nie w pojedynku... Straszne 
położenie!... Wyobrażam sobie, jak moja droga małżonka będzie opowiadać, że 
biję się z kupcami...” 
Zajechały powozy. Do jednego wsiadł baron z hrabią-Anglikiem, do drugiego 
milczący egiptolog z pistoletami i chirurgiem. Ruszyli w stronę Bielan, a w parę 
minut popędził za nimi lokaj barona, Konstanty, w dorożce. Wierny sługa klął 
na czym świat stoi i obiecywał, że w dwójnasób policzy swemu panu koszta tej 
wycieczki. Był jednak niespokojny. 
W lasku bielańskim baron i trzej jego towarzysze znaleźli już partię przeciwną i 
dwoma grupami udali się w gęstwinę tuż nad brzegiem Wisły. Doktór Szuman 
był zirytowany, Rzecki sztywny, Wokulski posępny. Baron gładząc swój rzadki 
zarost przypatrywał mu się z uwagą i myślał: 
„On musi dobrze karmić się, ten kupczyk. Wyglądam przy nim jak austriackie 
cygaro przy byku. Niech mnie diabli wezmą, jeżeli nie strzelę temu błaznowi 
nad głową albo... wcale nie strzelę... Tak będzie najlepiej...” 
Ale wnet przypomniał sobie, że pojedynek ma doprowadzić do pierwszej krwi. 
Wtedy baron rozzłościł się i nieodwołalnie postanowił zabić Wokulskiego z 
miejsca. 
„Niech raz te łyki oduczą się wyzywać nas...” — mówił sobie baron. 
O kilkadziesiąt kroków od niego Wokulski chodził między dwoma sosnami tam 
i na powrót jak wahadło. Teraz nie myślał o pannie Izabeli; słuchał świergotu 
ptaków, którym kipiał cały las, i pluskania Wisły podmywającej brzegi. Na tle 
odgłosów spokojnego szczęścia natury dziwnie odbijało szczękanie stempli w 
pistoletach i trzask odwodzonych kurków. W Wokulskim obudziło się drapieżne 
zwierzę; cały świat zniknął mu sprzed oczu, a został tylko jeden człowiek, 
baron, którego trupa miał zawlec do nóg obrażonej panny Izabeli. 
Postawiono ich na mecie. Baron był ciągle zakłopotany niepewnością, co zrobić 
z kupczykiem, i ostatecznie zdecydował się przestrzelić mu rękę. Na twarzy 
Wokulskiego malowała się tak dzika zajadłość, że zdumiony hrabia-Anglik 
pomyślał: 
„Tu chyba nie chodzi ani o klacz, ani o potrącenie na wyścigach!...” 
Milczący dotychczas egiptolog zakomenderował, przeciwnicy wycelowawszy 
pistolety ruszyli. Baron zmierzył Wokulskiemu w prawy obojczyk i zniżając 
pistolet, delikatnie przycisnął cyngiel. W ostatniej chwili pochyliły mu się 
binokle; pistolet zboczył na włos, wypalił i — kula przeleciała o kilka cali od 
ramienia Wokulskiego. 
Baron zasłonił twarz lufą i patrząc spoza niej myślał: 
Nie trafi osioł... Mierzy w głowę...” 
Nagle uczuł mocne uderzenie w skroń; zaszumiało mu w uszach, czarne płatki 
przeleciały przed oczyma... Wypuścił broń z ręki i przyklęknął. 
— W głowę!... — krzyknął ktoś. 
Wokulski rzucił pistolet na ziemię i zeszedł z mety. Wszyscy pobiegli do 
klęczącego barona, który jednakże zamiast umierać, mówił wrzaskliwym 
głosem: 
— Szczególny wypadek! Mam dziurę w twarzy, ząb wybity, a kuli nie widać... 
Przecie jej nie połknąłem... 
Wtedy egiptolog podniósł i obejrzał starannie pistolet barona. 
— A!... — zawołał — to jasne... Kula w pistolet, a zamek w szczękę... Pistolet 
zdezelowany; bardzo interesujący strzał... 
— Czy pan Wokulski jest zadowolony? — spytał hrabia-Anglik. 
— Tak. 
Baronowi chirurg obandażował twarz. Spomiędzy drzew nadbiegł wystraszony 
Konstanty, 
— A co! — mówił. — Przepowiadałem, że się jaśnie pan doigra. 
— Milcz, błaźnie!... — wybełkotał baron. — Jedź mi zaraz do pani baronowej i 
powiedz kucharce, że jestem ciężko ranny... 
— Proszę — rzekł uroczyście hrabia-Anglik — ażeby przeciwnicy podali sobie ręce. 
Wokulski zbliżył się do barona i uścisnął go. 
— Piękny strzał, panie Wokulski — mówił z trudnością baron, mocno potrząsając 
Wokulskiego za rękę. -Zastanwia mnie, że człowiek pańskiego fachu... Ale 
może pana to obraża?... 
— Wcale nie! 
— Otóż, że człowiek pańskiego fachu, bardzo zresztą szanownego, tak dobrze 
strzela... Gdzie moje binokle?... Ach, są... Panie Wokulski, proszę o słówko na 
osobności... 
Oparł się na ramieniu Wokulskiego i odeszli kilkanaście kroków w las. 
— Jestem oszpecony — mówił baron — wyglądam jak stara małpa chora na fluksję. 
Nie chcę z panem drugiej awantury, bo widzę, że masz szczęście... Więc 
powiedz mi pan: za co właściwie zostałem kaleką?... Bo nie za potrącenie... dodał 
patrząc mu w oczy. 
— Obraziłeś pan kobietę... — odparł cicho Wokulski. 
Baron cofnął się o krok. 
— Ach... c'est ca!... — rzekł. — Rozumiem... Jeszcze raz przepraszam pana, a tam... 
wiem, co mi należy zrobić... 
— I pan mi przebacz, baronie — odpowiedział Wokulski. 
— Mała rzecz... bardzo proszę... nic nie szkodzi — mówił baron targając go za 
rękę. — Nie powinienem być oszpecony, a co do zęba... Gdzie mój ząb, 
doktorze?... proszę zawińąć go w papierek... A co do zęba, od dawna . już 
powinienem wprawić sobie nowe. Nie uwierzysz pan, panie Wokulski, jak mam 
popsute zęby... 
Pożegnali się wszyscy bardzo zadowoleni, Baron dziwił się, skąd człowiek tego 
fachu tak dobrze strzela, hrabia-Anglik więcej niż kiedykolwiek był podobny do 
marionetki, a egiptolog znowu zaczął obserwować obłoki. W drugiej zaś partii — Wokulski był zamyślony, Rzecki zachwycony odwagą i uprzejmością barona, a 
tylko Szuman zły. I dopiero gdy ich kareta zjechała z górki obok klasztoru 
kamedułów, doktór spojrzał na Wokulskiego i mruknął: 
— A to bydlęta!... I że ja na takich błaznów nie sprowadziłem policji... 
W trzy dni po dziwnym pojedynku siedział Wokulski zamknięty w gabinecie z 
niejakim panem Wiliamem Colins. Służący, którego od dawna intrygowały te 
konferencje odbywające się po kilka razy na tydzień, ścierał kurze w pokoju 
obocznym i od czasu do czasu przysuwał bądź oko, bądź ucho do dziurki od 
klucza. Widział na stole jakieś książki i to, że jego pan coś pisze na kajecie; 
słyszał, że gość zadaje Wokulskicmu jakieś pytania, na które on odpowiada 
czasem głośno i od razu, czasem półgłosem i nieśmiało... Ale o czym by 
rozmawiali w tak niezwykły sposób? lokaj nie mógł odgadnąć, ponieważ 
rozmowa toczyła się w obcym języku. 
„Jużci, to nie po niemieczku — mruczał służący — bo przecie wiem, że się mówi 
po niemiecku: bite majn her... I nie po francuszku, bo nie mówią mąsie, bążur, 
jendi... I nie po żydowszku, i nie po nijakiemu, więc po jakiemu.?... Musi stary 
wymyślać teraz fajn spekulację, kiedy gada tak, że go sam diabeł nie zrozumie... 
i wspólnika znalazł... Niech go wątroba!... 
Wtem zadzwoniono. Czujny sługa odsunął się na palcach ode drzwi gabinetu, z 
hałasem wszedł do przedpokoju i po chwili wróciwszy zapukał do pana. 
— Czego chcesz? — niecierpliwie zapytał go Wokulski wychylając głowę 
spomiędzy drzwi. 
— Przyszedł ten pan, czo już u nas bywał — odparł służący i zapuścił wzrok do 
pracowni. Ale oprócz kajetu na stole i rudych faworytów na obliczu pana 
Colinsa nie dopatrzył nic szczególnego. 
— Dlaczegóż nie powiedziałeś, że mnie nie ma w domu? — spytał gniewnie 
Wokulski. 
— Żapomniałem — odparł służący marszcząc brwi i machając ręką. 
— Prośże go, ośle, do sali — rzekł Wokulski i zatrzasnął drzwi gabinetu. 
Niebawem w sali ukazał się Maruszewicz. Już był zmieszany, a zmieszał się 
jeszcze bardziej, poznawszy, że Wokulski wita go z wyraźną niechęcią. 
— Przepraszam... może przeszkadzam... może ważne zajęcia... 
— Nie mam w tej chwili żadnego zajęcia -odpowiedział pochmurnie Wokulski i 
lekko zarumienił się. Maruszewicz dostrzegł to. Był pewny, że w mieszkaniu 
albo kluje się coś, albo — jest kobieta. W każdym razie odzyskał odwagę, którą 
zresztą miał zawsze wobec ludzi zakłopotanych. 
— Chwileczkę tylko zabiorę szanownemu panu — mówił już śmielej zniszczony 
młody człowiek, wdzięcznie wywijając laseczką i kapeluszem. — Chwileczkę. 
— Słucham — rzekł Wokulski. Usiadł z impetem na fotelu i wskazał gościowi 
drugi. 
— Przychodzę przeprosić drogiego pana — mówił z afektacją Maruszewicz — że nie 
mogę służyć mu w sprawie licytacji domu państwa Łęckich... 
— A pan skąd wiesz o tej licytacji?.. — nie na żarty zdziwił się Wokulski. 
— Nie domyśla się pan? — zapytał z całą swobodą przyjemny młody człowiek 
nieznacznie mrugając okiem, bo jeszcze nie był pewnym swego. — Nie domyśla 
się drogi pan?.. To ten poczciwy Szlangbaum... 
Nagle zamilkł, jakby w otwartych ustach ugrzązł mu nie dokończony frazes, a 
lewa ręka z laseczką i prawa z kapeluszem opadły na poręcze fotelu. 
Tymczasem Wokulski nawet nie poruszył się, tylko utopił w nim jasne 
spojrzenie. Śledził nieznacznie fale przebiegające po obliczu Maruszewicza, jak 
myśliwy śledzi ugor, po którym przebiegają płochliwe zające. Przypatrywał się 
młodzieńcowi i myślał: 
„Ach, więc to on jest tym porządnym katolikiem, którego Szlangbaum 
wynajmuje do licytacji za piętnaście rubelków, ale nie radzi dawać mu wadium 
do ręki?... Oho!... I przy odbiorze ośmiuset rubli za klacz Krzeszowskiego był 
jakiś zmieszany... Aha!... I wiadomość o nabyciu przeze mnie klaczy on 
rozgłosił... Służy od razu dwom bogom: baronowi i jego małżonce... Tak, ale on 
za dużo wie o moich interesach... Szlangbaum popełnił nieostrożność.” 
Tak rozmyślał Wokulski i spokojnym wzrokiem przypatrywał się 
Maruszewiczowi. Zniszczony zaś młody człowiek, który w dodatku był bardzo 
nerwowy, wił się pod jego spojrzeniem jak gołąbek pod wzrokiem okularnika. 
Naprzód nieco pobladł, potem chciał oprzeć znużone oczy na jakimś obojętnym 
przedmiocie, którego na próżno szukał po suficie i ścianach pokoju, a nareszcie, 
oblany zimnym potem, uczuł, że nie może wyrwać swego błędnego wzroku 
spod wpływu Wokulskiego. Zdawało mu się, że chmurny kupiec kleszczami 
pochwycił mu duszę i że niepodobna mu się oprzeć. Więc jeszcze parę razy 
ruszył głową i nareszcie z całym zaufaniem utonął w spojrzeniu Wokulskiego. 
— Panie — rzekł słodkim głosem. — Widzę, że z panem muszę grać w otwarte 
karty... Więc powiem od razu... 
— Niech się pan nie fatyguje, panie Maruszewicz. Ja już wiem, co potrzebuję 
wiedzieć. 
— Bo pan dobrodziej złudzony plotkami wyrobił sobie o mnie nieprzychylną 
opinią... A tymczasem ja, słowo honoru, mam jak najlepsze skłonności... 
— Niech pan wierzy, panie Maruszewicz, że moich opinii nie opieram na 
plotkach. 
Wstał z fotelu i spojrzał w inną stronę, co pozwoliło Maruszewiczowi nieco 
oprzytomnieć. Młody człowiek szybko pożegnał Wokulskiego, opuścił 
mieszkanie i pędem biegnąc przez schody, myślał: 
„No, słyszał kto?... Taki kramarz chce mi imponować! Była chwila, słowo 
honoru, że chciałem go uderzyć kijem... Impertynent, słowo honoru... Gotów 
pomyśleć, że ja się go boję, słowo honoru... O Boże, jak ciężko karzesz mnie za 
lekkomyślność!... Podli lichwiarze nasyłają mi komornika, za parę dni muszę 
spłacić dług honorowy, a ten kupczyk, ten... łajdak!... Ja bym tylko chciał 
wiedzieć: co się takiemu zdaje, co on sobie o mnie wyobraża?.Nic, tylko to.Ale, 
słowo honoru, on musiał kogoś zamordować, bo takiego spojrzenia nie może 
mieć człowiek przyzwoity. Naturalnie, przecie o mało nie zabił 
Krzeszowskiego. Ach, nędzny zuchwalec!... on śmiał w taki sposób patrzeć na 
mnie... na mnie, jak Boga kocham!...” 
Mimo to na drugi dzień przyjechał znowu z wizytą do Wokulskicgo, a nie 
znalazłszy go w mieszkaniu, kazał dorożkarzowi stanąć przed sklepem. 
W sklepie przywitał go pan Ignacy rozkładając ręce w taki sposób, jakby cały 
sklep oddawał mu do rozporządzenia. Wewnętrzny głos jednak mówił staremu 
subiektowi, że gość ten nie kupi przedmiotu droższego nad pięć rubli i kto wie, 
czy jeszcze nie każe zapisać sobie na rachunek. 
— Pan Wokulski?... — spytał Maruszewicz nie zdejmując kapelusza z głowy. 
— W tej chwili nadejdzie — odpowiedział pan Ignacy z niskim ukłonem. 
— W tej chwili, to znaczy?... 
— Najpóźniej za kwadransik — odparł Rzecki. 
— Zaczekam. Każ pan wynieść rubla dorożkarzowi — mówił młody człowiek, 
niedbale rzucając się na krzesło. Nogi mu jednakże zastygły na myśl, że stary 
subiekt może nie kazać wynieść rubla dorożkarzowi. Ale Rzecki polecenie 
spełnił, choć już nie kłaniał się gościowi. 
W parę minut wszedł Wokulski. 
Maruszewicz zobaczywszy wstrętną figurę kupczyka, doświadczył tak 
rozmaitych uczuć, że nie tylko nie wiedział, co mówi, ale nawet o czym myśli. 
Pamiętał tylko, że Wokulski zaprowadził go do gabinetu za sklepem, gdzie 
znajdowała się żelazna kasa, i powiedział sobie, że uczucia,jakich doznaje na 
widok Wokulskiego, są lekceważeniem pomieszanym ze wzgardą. Później 
przypomniał sobie, że afekta te starał się zamaskować wyszukaną grzecznością, 
która nawet w jego oczach wyglądała na pokorę. 
— Co pan każe? — spytał go Wokulski, gdy już usiedli. (Maruszewicz nie umiałby 
ściśle oznaczyć chwili aktu zajmowania miejsca w przestrzeni) Mimo to zaczął, 
niekiedy zacinając się: 
— Chciałem szanownemu panu dać dowód życzliwości... Pani baronowa 
Krzeszowska, jak pan wie, chce kupić dom państwa Łęckich... Otóż jej 
małżonek, baron, położył veto na pewnej części jej funduszów, bez których 
kupno nie może mieć miejsca... Otóż... dziś... baron chwilowo znajduje się w 
kłopocie... Brak mu... brak mu tysiąca rubli... chciałby zaciągnąć pożyczkę, bez 
której... bez której, pojmuje pan, nie będzie mógł dość energicznie opierać się 
woli żony... 
Maruszewicz otarł pot z czoła widząc, że Wokulski znowu przypatruje mu się 
badawczo. 
— Więc to baron potrzebuje pieniędzy? 
— Tak — szybko odparł młody człowiek. 
— Tysiąca rubli nie dam, ale tak trzysta... czterysta... I to na kwit z podpisem 
barona. 
— Czterysta! — powtórzył machinalnie młody człowiek i nagle dodał: — Za godzinę 
przywiozę kwit barona... Pan tu będzie? 
— Będę... 
Maruszewicz opuścił gabinet i za godzinę istotnie wrócił z kwitem podpisanym 
przez barona Krzeszowskiego. Wokulski przeczytawszy dokument włożył go do 
kasy i w zamian dał Maruszewiczowi czterysta rubli. 
— Baron postara się w jak najkrótszym czasie... — mruczał Maruszewicz. 
— Nic pilnego — odpowiedział Wokulski. -Podobno baron chory? 
— Tak... trochę... Jutro lub pojutrze wyjeżdża... Zwróci w najkrótszym... 
Wokulski pożegnał go bardzo obojętnym ruchem głowy. 
Młody człowiek prędko opuścił sklep, zapomniawszy nawet zwrócić Rzeckiemu 
rubla wziętego na dorożkę. Gdy zaś znalazł się na ulicy, odetchnął i począł 
myśleć: 
„Ach, podły kupczyk!... Ośmielił się dać mi czterysta rubli zamiast tysiąca... 
Boże, jak srogo karzesz mnie za lekkomyślność... Bylem się odegrał, słowo 
honoru, cisnę mu w oczy te czterysta rubli i tamtych dwieście... Boże, jak nisko 
upadłem... 
Przyszli mu na myśl kelnerzy różnych restauracyj, markierzy bilardów i 
szwajcarzy hotelowi, od których również bardzo rozmaitymi sposobami 
wydobywał pieniądze. Ale żaden z nich nie wydał mu się tak wstrętnym i 
godnym pogardy jak Wokulski. 
„Słowo honoru — myślał -dobrowolnie wlazłem mu w te obrzydliwe łapy... 
Boże, jak karzesz mnie za lekkomyślność...” 
Lecz Wokulski po odejściu Maruszewicza był kontent. 
„Zdaje mi się — myślał — że jest to hultaj dużej ręki, a przy czym sprytny. Chciał 
ode mnie posady, lecz sam ją znalazł: śledzi mnie i donosi innym. Mógłby mi 
narobić kłopotu, gdyby nie te czterysta rubli, które wziął, jestem pewny, za 
sfałszowanym podpisem. Krzeszowski przy całym swoim bzikostwie i 
próżniactwie jest człowiek uczciwy... (Czy próżniak może być uczciwym?...) W 
żadnym razie nie poświęciłby interesów czy kaprysów swojej żony za pożyczkę 
wziętą ode mnie...” 
Zrobiło mu się przykro; oparł głowę na rękach i przymknąwszy oczy marzył 
dalej: 
„Co ja jednak wyrabiam?... Świadomie pomagam hultajowi do zrobienia 
łotrostwa. Gdybym dziś umarł, pieniądze te musiałby masie zwrócić 
Krzeszowski... Nie, to Maruszewicz poszedłby do kozy... No, to go nie minie...” 
Po chwili ogarnął go jeszcze czarniejszy pesymizm. 
„Cztery dni temu o mało nie zabiłem człowieka, dziś dla drugiego postawiłem 
most do więzienia i — wszystko dla niej za jedno: merci... No, dla niej także 
zrobiłem majątek, daję pracę kilkuset ludziom, pomnożę bogactwa kraju... 
Czymże byłbym bez niej? Małym, galanteryjnym kupcem. A dziś mówią o mnie 
w całej Warszawie, ba!... Odrobina węgla porusza okręt dźwigający dolę 
kilkuset ludzi, a miłość porusza mnie. A jeżeli mnie spali tak, że zostanę tylko 
garścią popiołu?... O Boże jaki to nędzny świat... Ma rację Ochocki. Kobieta jest 
podłym zwierzęciem: bawi się tym, czego nawet nie może zrozumieć...” 
Był tak pogrążony w bolesnych medytacjach, że nie usłyszał otwierania drzwi 
do pokoju i szybkich kroków za sobą. Dopiero ocknął się poczuwszy dotknięcie 
czyjejś ręki. Odwrócił głowę i zobaczył mecenasa z dużą teką pod pachą i 
posępnym wyrazem na twarzy. 
Wokulski zerwał się zmieszany, posadził gościa na fotelu ; znakomity adwokat 
ostrożnie położył swoją rękę na stole i szybko pocierając sobie jednym palcem 
kark rzekł półgłosem: 
— Panie... panie... panie Wokulski! Kochany panie Stanisławie!... Co to... co to wyrabiasz 
pan dobrodziej?... Protestuję... replikuję... zakładam apelację od 
wielmożnego pana Wokulskiego, letkiewicza, do kochanego pana Stanisława, 
który z chłopca sklepowego został uczonym i miał nam zreformować handel 
zagraniczny. Panie... panie Stanisławie — tak nie można 
To mówiąc pocierał sobie kark z obu stron i krzywił się, jakby miał pełne usta 
chininy. 
Wokulski spuścił oczy i mruczał; adwokat mówił dalej: 
— Panie drogi — jednym słowem — źle słychać. Hrabia Sanocki, pamięta pan, ten 
stronnik groszowych oszczędności, chce zupełnie wycofać się ze spółki... A wie 
pan dlaczego? Dla dwu powodów: naprzód, bawisz się pan w wyścigi, a po 
wtóre — bijesz go pan na wyścigach. Razem z pańską klaczą ścigał się jego koń i 
— przegrał. Hrabia jest bardzo zmartwiony i mruczy: „Po diabła mam składać 
kapitały? Czy po to, ażeby kupcom dawać możność ścigania się ze mną i 
chwytania mi nagród sprzed nosa?...” 
Na próżno przekonywałem go — ciągnął odpocząwszy adwokat że przecież 
wyścigi są takim dobrym interesem jak każdy inny, a nawet lepszym, gdyż w 
ciągu kilku dni na ośmiuset rublach zarobiłeś pan trzysta; ale hrabia od razu 
zamknął mi usta: 
„Wokulski — odparł -całą wygraną i wartość konia oddał damom na ochronkę, a 
oprócz tego Bóg wie ile zapłacił Yungowi i Millerowi...” 
— Czy mi nawet tego robić nie wolno! — wtrącił Wokulski. 
— Wolno, panie, wolno — potakiwał słodko znakomity adwokat.- Wolno robić, ale 
robiąc to — powtarzasz pan tylko stare grzechy, zresztą daleko lepiej spełniane 
przez innych. Ani zaś ja, ani książę, ani ci hrabiowie nie po to zbliżyli się do 
pana, ażebyś odgrzewał dawne potrawy, tylko — ażebyś wskazał nam nowe 
drogi. 
— Więc niech się cofną od spółki — odburknął Wokulski — ja ich nie wabię... 
— I cofną się — mówił adwokat trzęsąc ręką — zrób no pan tylko jeszcze jeden 
błąd... 
— Albożem narobił ich tak wiele!... 
— Pyszny pan jesteś — złościł się mecenas uderzając ręką w kolano. — A pan 
wiesz, co mówi hrabia Liciński, ten niby-Anglik, ten: „t e k”?. On mówi: 
„Wokulski jest to skończony dżentelmen, strzela jak Nemrod, ale... to żaden 
kierownik interesu kupieckiego. Bo dzisiaj rzuci miliony w przedsiębiorstwo, a 
jutro wyzwie kogo na pojedynek i wszystko narazi...” 
Wokulski aż cofnął się z fotelem. Ten zarzut nawet nie przyszedł mu do głowy. 
Mecenas spostrzegłszy wrażenie postanowił kuć żelazo, póki gorące, 
— Jeżeli tedy, kochany panie Stanisławie, nie chcesz zmarnować tak pięknie 
rozpoczętej sprawy, więc już nie brnij dalej. A nade wszystko nie kupuj 
kamienicy Łęckich. Bo gdy włożysz w nią dziewięćdziesiąt tysięcy rubli, daruj, 
ale spółka rozwieje się jak dym z fajki. Ludzie widząc, że umieszczasz duży 
kapitał na sześć lub siedem procent, stracą wiarę do owych procentów, jakieś im 
obiecywał, a nawet... Pojmujesz... Gotowi podejrzewać... 
Wokulski zerwał się od stołu. 
— Nie chcę żadnych spółek!... — krzyknął. — Nie żądam od nikogo łaski, raczej 
wyświadczam ją innym. Kto mi nie ufa, niech sprawdzi cały interes... Przekona 
się, żem go nie mistyfikował, ale — i nie będzie moim wspólnikiem. Hrabiowie i 
książęta nie mają monopolu na fantazje... Ja mam także moje fantazje i nie 
lubię, ażeby mi się wtrącano... 
— Powoli... powoli... uspokój się, kochany panie Stanisławie — mitygował 
adwokat, na powrót sadowiąc go na fotelu. — Więc nie cofasz się od kupna?... 
— Nie; ta kamienica ma dla mnie większą wartość aniżeli spółka z panami całego 
świata. 
— Dobrze... dobrze... Więc może byś na pewien czas podstawił kogo zamiast 
siebie. W razie ostatecznym nawet ja pożyczę ci firmy, a o zabezpieczenie 
własności nie ma kłopotu. Najważniejsza rzecz — nie zniechęcać ludzi, którzy już 
są. Arystokracja, raz zasmakowawszy w interesach publicznych, może do nich 
przylgnie, a za rok, za pół roku pan staniesz się i nominalnym właścicielem 
kamienicy. Cóż, zgoda? 
— Niech i tak będzie — odparł Wokulski. 
— Tak — mówił adwokat — tak będzie najlepiej. Gdybyś pan sam kupił ten 
budynek, znalazłbyś się w fałszywej pozycji nawet wobec państwa Łęckich. 
Zazwyczaj nie lubimy tych, którzy coś po nas dziedziczą, to jedno. A po wtóre kto 
zaręczy, że nie zaczęłyby snuć im się różne kombinacje po głowach?... 
Nużby pomyśleli: kupił za drogo albo za tanio?... Jeżeli za drogo — jak śmie 
robić nam łaskę, a jeżeli za tanio, to — wyzyskał nas... 
Ostatnich wyrazów adwokata Wokulski prawie nie słyszał pochłonięty innymi 
myślami, które go jeszcze mocniej opanowały po odejściu gościa. 
„Jużci — mówi do siebie — adwokat ma rację. Ludzie mnie sądzą i nawet 
wyrokują: ale że robią to poza moimi plecami, więc nie wiem o niczym. Dziś 
dopiero przychodzi mi na myśl wiele szczegółów. Już od tygodnia kupcy 
związani ze mną mają kwaśne miny, a przeciwnicy — triumfują. W sklepie także 
coś jest... Ignacy chodzi smutny, Szlangbaum zamyślony. Lisiecki stał się 
opryskliwszy niż dawniej, jakby przypuszczał, że niedługo wylecę z budy. Klejn 
ma minę żałosną (socjalista! gniewa się na wyścigi i pojedynki...), a frant Zięba 
już zaczyna kręcić się przy Szlangbaumie... Może przeczuwa w nim przyszłego 
właściciela sklepu?... Ach, wy kochani ludzie!...” 
Stanął na progu gabinetu i kiwnął na Rzeckiego; stary subiekt istotnie był jakiś 
niewyraźny i swemu pryncypałowi nie patrzył w oczy. 
Wokulski wskazał mu krzesło i przeszedłszy się parę razy po ciasnym pokoju, 
rzekł: 
— Stary!... Powiedz otwarcie: co mówią o mnie? 
Rzecki rozłożył ręce. 
— Ach, Boże, co mówią... 
— Gadaj prosto z mostu -zachęcał go Wokulski. 
— Prosto z mostu?... Dobrze. Jedni mówią, że zaczynasz wariować... 
— Brawo!... 
— Drudzy, że... drudzy, że chcesz zrobić szwindel... 
— Niech mnie... 
— A wszyscy — że zbankrutujesz, i to w niedługim czasie. 
— Jak wyżej — wtrącił Wokulski — a ty, Ignacy, co sam myślisz? 
— Ja myślę — odparł bez wahania — że wklepałeś się w jakąś grubą awanturę... z 
której nie wyjdziesz cały... Chyba że cofniesz się w porę, na co zresztą masz 
dosyć rozumu. 
Wokulski wybuchnął. 
— Nie cofnę się! — zawołał. — Człowiek spragniony nie cofa się od krynicy. Mam 
zginąć, niech zginę pijąc... Czego wy zresztą chcecie ode mnie?... Od 
dzieciństwa żyłem jak ptak spętany: w służbach, w więzieniach, a choćby i w 
tym nieszczęsnym małżeństwie, do którego zaprzedałem się... A dziś, kiedy 
rozwinęły mi się skrzydła, zaczynacie na mnie wrzeszczeć jak swojskie gęsi na 
dziką, która zerwała się do lotu... Co mi tam jakiś głupi sklep albo spółka!... Ja 
chcę żyć, ja chcę... 
W tej chwili zapukano do drzwi gabinetu. Ukazał się Mikołaj, służący Łęckiego, 
z listem. Wokulski gorączkowo pochwycił pismo, rozerwał kopertę i przeczytał: 
„Szanowny Panie! Córka moja koniecznie życzy sobie bliżej poznać Pana. Wola 
kobiety jest świętą: ja więc proszę Pana na jutro do nas, na obiad (około szóstej), 
a Pan — nawet nie próbuj wymawiać się. Proszę przyjąć zapewnienie wysokiego 
szacunku. 
T. Łęcki” 
Wokulski tak osłabł, że musiał usiąść. Przeczytał list drugi, trzeci, czwarty raz... 
Nareszcie oprzytomniawszy odpisał panu Łęckiemu, a Mikołajowi dał pięć 
rubli. 
Pan Ignacy wybiegł tymczasem na parę minut do sklepu, a gdy Mikołaj wyszedł 
na ulicę, wrócił do Wokulskiego i rzekł, jakby na nowo zaczynając rozmowę: 
— Zawsze jednak, kochany Stachu, rozejrzyj się w sytuacji, a może sam się 
cofniesz... 
Wokulski cicho gwiżdżąc zasadził kapelusz i oparłszy rękę na ramieniu starego 
przyjaciela, odparł: 
— Posłuchaj. Gdyby mi się ziemia rozstąpiła pod nogami... rozumiesz?... Gdyby 
mi niebo miało zawalić się na łeb — nie cofnę się, rozumiesz?... Za takie 
szczęście oddam życie... 
— Za jakie szczęście?.. — spytał Ignacy. 
Ale Wokulski już wyszedł przez tylne drzwi. 
ROZDZIAŁ CZTERNASTY: 
DZIEWICZE MARZENIA 
Od Wielkiejnocy panna Izabela często myślała o Wokulskim, a we wszystkich 
medytacjach uderzał ją niezwykły szczegół: człowiek ten przedstawiał się coraz 
inaczej. 
Panna Izabela miała dużo znajomości i niemały spryt do charakteryzowania 
ludzi. Otóż każdy z jej dotychczasowych znajomych posiadał tę własność, że 
można go było streścić w jednym zdaniu. Książę był to patriota, jego adwokat bardzo 
zręczny, hrabia Liciński pozował na Anglika, jej ciotka była dumną, 
prezesową — dobrą, Ochocki — dziwakiem, a Krzeszowski — karciarzem. Słowem: 
człowiek — była to jakaś zaleta albo wada, niekiedy zasługa, najczęściej tytuł lub 
majątek, który miał głowę, ręce i nogi i ubierał się więcej albo mniej modnie. 
Dopiero w Wokulskim poznała nie tylko nową osobistość, ale niespodziewane 
zjawisko. Jego niepodobna było określić jednym wyrazem, a nawet stoma 
zdaniami. Nie był też do nikogo podobny, a jeżeli w ogóle można go było z 
czymś porównywać, to chyba z jakąś okolicą, przez którą jedzie się cały dzień i 
gdzie spotyka się równiny i góry, lasy i łąki, wody i pustynie, wsie i miasta. I 
gdzie jeszcze, spoza mgieł horyzontu, wynurzają się jakieś niejasne widoki, już 
niepodobne do żadnej rzeczy znanej. Ogarniało ją zdumienie i pytała się: czy to 
jest gra podnieconej imaginacji, czy naprawdę istota nadludzka, a przynajmniej poza 
salonowa? 
Wtedy zaczęła sobie rejestrować doznane wrażenia. 
Pierwszy raz — wcale go nie widziała, czuła tylko zbliżający się jakiś ogromny 
cień. 
Był ktoś, który rzucił parę tysięcy rubli na dobroczynność i na ochronę jej 
ciotki; potem ktoś grał z jej ojcem w karty w resursie i co dzień przegrywał; 
potem ktoś, który wykupił weksle jej ojca (może to nie Wokulski?...), następnie 
jej serwis, a następnie dostarczył różnych rzeczy do przyozdobienia grobu 
Pańskiego. 
Ten ktoś był to zuchwały dorobkiewicz, który od roku ścigał ją spojrzeniami w 
teatrach i na koncertach. Był to cyniczny brutal, który dorobił się majątku na 
podejrzanych spekulacjach po to, ażeby kupić sobie reputację u ludzi, a ją, 
pannę Izabelę Łęcką, u jej ojca!... 
Z tej epoki pamiętała tylko jego grubo ciosaną figurę, czerwone ręce i szorstkie 
obejście, które obok grzeczności innych kupców wydawało się nieznośnym, a na 
tle wachlarzy, sakwojażów, parasoli, lasek i tym podobnych galanteryj — po 
prostu śmieszne. Był to przebiegły i bezczelny kupczyk, który w swoim sklepie 
pozował na upadłego ministra. Był wstrętny, nawet śmiertelnie nienawistny, 
gdyż poważył się udzielać im zasiłki w formie kupna serwisu albo przegranych 
w karty do ojca. 
Dziś jeszcze myśląc o tym, panna Izabela szarpała na sobie suknię. Niekiedy 
rzuciwszy się na szezlong biła pięściami sprężyny i szeptała: 
— Nikczemnik!... nikczemnik!... 
Sam widok niedoli, w jaką staczał się jej dom, już napełniał ją rozpaczą. A cóż 
dopiero, gdy ktoś wdarł się za zasłonę jej najskrytszych tajemnic i śmiał 
opatrywać rany, które ukryłaby przed samym Bogiem. Wszystko mogłaby 
przebaczyć, oprócz tego ciosu, jaki zadano jej dumie. 
Tu zaszła zmiana dekoracji. Wystąpił inny człowiek, który bez cienia 
dwuznacznej myśli powiedział jej w oczy, że kupił serwis, żeby zrobić na nim 
interes. A zatem on czuł, że panny Izabeli Łęckiej wspierać nie wolno, i gdyby 
to nawet zrobił, nie tylko nie szukałby rozgłosu albo wdzięczności, ale nawet nie 
śmiałby myśleć o tym. 
Ten sam człowiek wypędził ze sklepu Mraczewskiego, który poważył się 
złośliwie o niej mówić. Na próżno wrogowie panny Izabeli, baron i baronowa 
Krzeszowscy, wstawiali się za tym młodzieńcem; na próżno odezwała się za 
nim hrabina ciotka, która rzadko dziękowała, a jeszcze rzadziej prosiła. 
Wokulski nie ustąpił... Lecz jedno słówko jej, panny Izabeli, pokonało 
nieugiętego człowieka; nie tylko cofnął się, ale nawet dał Mraczewskiemu 
lepszą posadę. Nie robi się takich ustępstw dla kobiety, której się nie czci. 
Szkoda tylko, że prawie w tej samej chwili w jej czcicielu odezwał się pyszny 
dorobkiewicz, który na kwestyjną tacę rzucił rulon półimperiałów. Ach, jakież 
to było kupieckie!... I jak on nic nie rozumie po angielsku, nie ma wyobrażenia 
o języku, który jest modnym!... 
Trzecia faza. Zobaczyła Wokulskiego w salonie ciotki w pierwszy dzień 
Wielkiejnocy i spostrzegła, że on o całą głowę przerasta towarzystwo. 
Najarystokratyczniejsi ludzie ubiegali się o znajomość z nim, a on, ten brutalny 
parweniusz, odrzynał się od nich jak ogień od dymu. Chodził niezręcznie, ale 
śmiało, jakby salon ten był jego niezaprzeczoną własnością i posępnie słuchał 
komplimentów, którymi go zasypywano. Potem wezwała go do siebie 
najczcigodniejsza z matron, prezesowa, i po kilku minutach rozmowy z nim 
rzewnie zapłakała... Czyżby ten z czerwonymi rękoma parweniusz?... 
Teraz dopiero spostrzegła panna Izabela, że Wokulski ma twarz niepospolitą. 
Rysy wyraziste i stanowcze, włos jakby najeżony gniewem, mały wąs, ślad 
bródki, kształty posągowe, wejrzenie jasne i przejmujące... Gdyby ten człowiek 
zamiast sklepu posiadał duże dobra ziemskie — byłby bardzo przystojnym; gdyby 
urodził się księciem -byłby imponująco piękny. W każdym razie przypominał 
Trostiego, pułkownika strzelców, i — naprawdę — posąg gladiatora zwycięzcy. 
W tym czasie od panny Izabeli odsunęli się prawie wszyscy. 
Wprawdzie starsi panowie jeszcze obsypywali ją grzecznościami z powodu 
piękności i elegancji, za to młodzi, szczególnie utytułowani lub majętni, 
traktowali ją chłodno a krótko; gdy zaś, zmęczona samotnością i banalnymi 
frazesami, nieco żywiej odezwała się do którego, patrzył na nią z wyraźnym 
przestrachem jakby lękając się, że ona chwyci go za szyję i natychmiast 
pociągnie do ołtarza. 
Świat salonów kochała panna Izabela na śmierć i życie, wyjść z niego mogła 
tylko do grobu, ale z każdym rokiem, a nawet miesiącem, mocniej gardziła 
ludźmi; pojąć nie mogła, ażeby kobietę, tak jak ona piękną, dobrą i dobrze 
wychowaną, świat opuszczał dlatego tylko, że nie ma majątku!.,. 
„Cóż to za ludzie, Boże miłosierny!...” — szeptała nieraz, patrząc spoza firanek 
na przejeżdżające powozy elegantów, którzy pod rozmaitymi pozorami 
odwracali głowę od jej okien, ażeby się nie kłaniać. Czyżby sądzili, że ona 
wygląda ich?... 
A przecież istotnie ona do nich wyglądała!... 
Wówczas gorące łzy napływały jej do oczu; gryzła z gniewu piękne usta i 
szarpiąc taśmy zasłaniała okna firankami. 
„Cóż to za ludzie!... Cóż to za ludzie!...” — powtarzała, wstydząc się jednak sama 
przed sobą rzucić na nich jakiś ostrzejszy epitet, gdyż należeli do świata. 
Nikczemnikiem, według jej wyobrażeń, można było nazwać tylko Wokulskiego. 
Na domiar szyderstwa losu z całej niegdyś falangi zostało jej tylko dwu 
wielbicieli. Ochockim nie łudziła się: on więcej zajmował się jakąś latającą 
maszyną (co za obłęd!) aniżeli nią. Za to asystowali jej, zresztą nie narzucając 
się zbytecznie, marszałek i baron. Marszałek nasuwał jej na myśl zabitego i 
oparzonego wieprza, jakie czasem spotykała w rzeźniczych furgonach na ulicy; 
baron znowu wydawał się jej podobnym do niewyprawionej skóry, których całe 
stosy można widywać na wozach. Obaj stanowili dziś ostatnie jej otoczenie, 
nawet skrzydła, jeżeli jak mówiono, była naprawdę aniołem!... Okropna 
kombinacja dwu tych starców prześladowała pannę Izabelę dniem i nocą. 
Czasem zdawało się jej, że jest potępiona i że już za życia rozpoczęło się dla 
niej piekło. 
W podobnych chwilach jak topielec, który zwraca oczy do światła na dalekim 
brzegu, panna Izabela myślała o Wokulskim. I w bezmiarze goryczy doznawała 
cienia ulgi wiedząc, że jednak szaleje za nią człowiek niepospolity, o którym 
dużo mówiono w towarzystwie. Wtedy przychodzili jej na myśl sławni 
podróżnicy albo zbogaceni przemysłowcy amerykańscy, którzy przez szereg lat 
ciężko pracowali w kopalniach, a których od czasu do czasu z daleka 
pokazywano jej na paryskich salonach. 
„Widzi pani tego — szczebiotała jakaś hrabianka, niedawno wypuszczona z 
klasztoru, pochylając wachlarz w pewnym kierunku -widzi pani tego pana, 
który wygląda, na woźnicę omnibusów... To podobno jakiś wielki człowiek, 
który coś odkrył, tylko nie wiem co: kopalnię złota czy też biegun północny... 
Nawet nie pamiętam, jak się nazywa, ale zapewnił mnie jeden margrabia z 
akademii, że ten pan mieszkał dziesięć lat pod biegunem, nie... mieszkał pod 
ziemią... Okropny człowiek!... Ja będąc na jego miejscu umarłabym z samego 
strachu... A pani czy także by umarła?... 
Gdyby Wokulski był takim podróżnikiem, a przynajmniej górnikiem, który 
zrobił miliony, dziesięć lat mieszkając pod ziemią!... Ale on był tylko kupcem, 
w dodatku — galanteryjnym!... Nie umiał nawet po angielsku, co chwilę odzywał 
się w nim dorobkiewicz, który w młodym wieku restauracyjnym gościom 
przynosił jedzenie z kuchni. Taki człowiek, co najwyżej, mógł by być dobrym 
doradcą, nawet nieocenionym przyjacielem (w gabinecie, gdy nie ma gości). 
Nawet... mężem, boć spotykają ludzi straszne nieszczęścia. Ale kochankiem... 
No, to byłoby po prostu śmieszne... W razie potrzeby najarystokratyczniejsze 
damy kąpią się w błotnych wannach; lecz bawić się w błocie mógłby tylko 
szaleniec. 
Czwarta faza. Panna Izabela kilka razy spotkała Wokulskiego w Łazienkach i 
nawet raczyła odpowiadać na jego ukłony. Między zielonymi drzewami i obok 
posągów grubianin ten wydał jej się znowu innym aniżeli za kontuarem sklepu. 
Gdybyż on miał dobra ziemskie, z parkiem, pałacem, sadzawką?... Prawda, że 
dorobkiewicz, ale podobno szlachcic, synowiec oficera... Przy marszałku i 
baronie wygląda jak Apollo, arystokracja coraz więcej mówi o nim, a ten 
wybuch łez prezesowej?... 
Nadto prezesowa w oczywisty sposób popierała Wokulskiego u swojej 
przyjaciółki hrabiny i jej siostrzenicy, panny Izabeli. Parogodzinne spacery z 
ciotką po Łazienkach były tak nudne, a pogadanki o modach, ochronach i 
projektowanych w świecie małżeństwach tak dokuczliwe, iż panna Izabela miała 
nawet trochę żalu do Wokulskiego, że nie zbliża się do nich w czasie spaceru i 
choć z kwadrans nie porozmawia. Dla osoby z towarzystwa ciekawą jest 
rozmowa z tego rodzaju ludźmi, a pannie Izabeli chłopi na przykład wydawali 
się nawet zabawnymi swym odrębnym językiem i logiką. 
Chociaż kupiec galanteryjny, a do tego jeżdżący własnym powozem, nie musi 
być tak zabawny jak chłop... 
Bądź co bądź panna Izabela nie doznała przykrej niespodzianki usłyszawszy 
pewnego dnia od prezesowej, że pojedzie z nią i z hrabiną do Łazienek i — że 
zatrzyma Wokulskiego. 
— Nudzimy się, niech więc nas bawi — mówiła staruszka. 
Gdy zaś około pierwszej wjeżdżając do łazienkowskiego parku prezesowa ze 
znaczącym uśmiechem rzekła do panny Izabeli: 
— Mam przeczucie, że go tu gdzieś spotkamy... 
Panna Izabela lekko zarumieniła się i postanowiła wcale nie rozmawiać z 
Wokulskim, a przynajmniej traktować go z góry, ażeby sobie nic nie wyobrażał. 
O miłości, naturalnie, w owym „wyobrażaniu sobie” mowy być nie mogło. 
Panna Izabela jednak nie życzyła sobie nawet poufałej życzliwości. 
„I ogień jest przyjemny, szczególnie w zimie — myślała — ale... w pewnym 
oddaleniu.” 
Tymczasem Wokulskiego nie było w Łazienkach. 
„Jak to, on nie czekał? — mówiła do siebie panna Izabela — chyba jest chory...” 
Nie sądziła, ażeby Wokulski miał jakiś pilniejszy interes na świecie aniżeli 
widzenie się z nią; gdyby się zaś spóźnił, postanowiła nie tylko traktować go z 
góry, ale nawet okazać mu niezadowolenie. 
„Jeżeli punktualność — mówiła sobie dalej — jest grzecznością królów, to już co 
najmniej powinna być obowiązkiem kupców!.. „ 
Upłynęło pół godziny, godzina, dwie — należało wracać do domu, a Wokulski 
nie przychodził ; nareszcie panie wsiadły do karety: hrabina zimna jak zwykle, 
prezesowa nieco roztargniona, a panna Izabela rozgniewana. Oburzenie nie 
zmniejszyło się, gdy wieczorem ojciec powiedział jej, że od południa był na 
sesji u księcia, gdzie Wokulski przedstawił projekt olbrzymiej spółki handlowej 
i w zblazowanych magnatach obudził formalny zapał, 
— Od dawna przeczuwałem — zakończył pan Łęcki — że przy pomocy tego 
człowieka uwolnię się od troskliwości mojej familii i znowu stanę, jak 
powinienem! 
— Ale do spółki, ojcze, potrzeba pieniędzy — odparła panna Izabela lekko 
wzruszając ramionami. 
— Dlatego też pozwalam sprzedać naszą kamienicę; wprawdzie długi pochłoną ze 
sześćdziesiąt tysięcy rubli, ale zawsze zostanie mi jeszcze — co najmniej czterdzieści. 
— Ciotka mówiła, że za kamienicę nikt nie da więcej nad sześćdziesiąt... 
— Ach, ciotka!... — oburzył się pan Tomasz. — Ona zawsze mówi to, co mogłoby 
mnie zmartwić albo poniżyć. Sześćdziesiąt tysięcy daje Krzeszowska, która 
utopiłaby nas w łyżce wody... mieszczanka!... Ale rozumie się, ciotka jej 
potakuje, bo tu chodzi o mój dom, o moje stanowisko... 
Zarumienił się i zaczął sapać; lecz nie chcąc gniewać się przy córce, pocałował 
ją w czoło i poszedł do swego gabinetu. 
„A może ojciec ma rację?... — myślała panna Izabela. — Może on naprawdę jest 
praktyczniejszy od wszystkich, którzy go tak surowo sądzą? Przecież ojciec 
pierwszy poznał się na tym... Wokulskim... 
A jednak cóż za gbur z tego człowieka. Nie przyszedł do Łazienek, choć 
prezesowa z pewnością musiała go zaangażować. Zresztą może i lepiej: pięknie 
byśmy wyglądały, gdyby spotkał nas kto znajomy na spacerze z kupcem 
galanteryjnym!” 
Przez parę dni następnych panna Izabela słyszała tylko o Wokulskim. Salony 
rozbrzmiewały jego nazwiskiem. Marszałek przysięgał, że Wokulski musi 
pochodzić ze starożytnego rodu, a baron, znawca męskiej piękności (po pół dnia 
spędzał przed lustrem), twierdził, że Wokulski jest — „wcale... wcale...” Hrabia 
Sanocki zakładał się, że jest to pierwszy rozumny człowiek w kraju — hrabia 
Liciński głosił, że ten kupiec wzorował się na angielskich przemysłowcach, a 
książę — tylko zacierał ręce i uśmiechając się mówił: „Aha?...” 
Nawet Ochocki, odwiedziwszy któregoś dnia pannę Izabelę, opowiedział jej, że 
byli z Wokulskim na spacerze w Łazienkach. 
— O czymżeście rozmawiali?... — zapytała zdziwiona. — Bo chyba nie o machinach 
latających... 
— Bah! -odmruknął zamyślony kuzynek. -Wokulski jest chyba jedynym 
człowiekiem w Warszawie, z którym można o tym mówić. To numer... 
„Jedyny rozumny... jedyny kupiec... jedyny, który może dogadać się z 
Ochockim?.. — myślała panna Izabela. — Czymże jest naprawdę ten człowiek?... 
Ach! już wiem...” 
Zdawało jej się, że odgadła Wokulskiego. Jest to ambitny spekulant, który chcąc 
wedrzeć się do salonów pomyślał o ożenieniu się z nią, zubożałą panną 
znakomitego rodu. Nie w innym też celu skarbił sobie względy jej ojca, hrabiny 
ciotki i całej arystokracji. Przekonawszy się jednak, że i bez niej wciśnie się 
między wielkich panów, nagle ostygnął w miłości i... nawet nie przyszedł do 
Łazienek!... 
„Winszuję mu — mówiła sobie. — Ma wszystkie zalety potrzebne do zrobienia 
kariery: niebrzydki, zdolny, energiczny, a nade wszystko bezczelny i 
nikczemny... Jak on śmiał udawać zakochanego we mnie i z jaką łatwością... 
Doprawdy, że ci parweniusze zdystansują nas nawet w obłudzie... Cóż to za 
nędznik!...” 
Oburzona chciała zapowiedzieć Mikołajowi, ażeby nigdy nie wpuścił 
Wokulskiego za próg salonu... Najwyżej do gabinetu pana, gdyby do nich 
przyszedł z interesem. Lecz przypomniawszy sobie, że Wokulski wcale nie 
zapraszał się do nich, zarumieniła się ze wstydu. 
Wtem dowiedziała się od pani Meliton o nowym zatargu barona 
Krzeszowskiego z żoną i o tym, że baronowa kupiła od niego klacz za osiemset 
rubli, ale -że pewnie ją zwróci, gdyż za kilka dni ma odbyć się wyścig, a baron 
porobił duże zakłady. 
— Może nawet państwo baronowie pogodzą się przy tej okazji zauważyła pani 
Meliton. 
— Ach, cóż bym dała za to, ażeby baron nie dostał klaczy i przegrał zakłady!.. zawołała 
panna Izabela. 
W parę zaś dni dowiedziała się pod wielkim sekretem od panny Florentyny, że 
baron nie odzyska swojej klaczy, gdyż kupił ją Wokulski... 
Tajemnica była jeszcze tak zachowywaną, że kiedy panna Izabela poszła z 
wizytą do ciotki, zastała hrabinę i prezesowę naradzające się nad pogodzeniem 
państwa Krzeszowskich za pomocą owej klaczy. 
— Nic z tego nie będzie — wtrąciła ze śmiechem panna Izabela.-Baron nie 
dostanie swojej klaczy. 
— Może założysz się? — spytała chłodno hrabina. 
— Owszem, jeżeli wygram od cioci tę bransoletę z szafirów... 
Zakład stanął, dzięki czemu hrabina i panna Izabela były wysoce 
zainteresowane w wyścigach. 
Przez chwilę panna Izabela lękała się: powiedziano jej, że baron daje 
Wokulskiemu czterysta rubli odstępnego i że hrabia Liciński podjął się między 
nimi pośrednictwa. Nawet szeptano w salonie hrabiny, że Wokulski nie dla 
pieniędzy, ale dla hrabiego musi zgodzić się na ten układ. A wówczas panna 
Izabela pomyślała: 
„Zgodzi się, jeżeli jest chciwym parweniuszem, ale nie zgodzi się, jeżeli...” 
Nie śmiała dokończyć frazesu. Wyręczył ją Wokulski. Nie sprzedał klaczy i sam 
puścił ją w szranki. 
„On jednakże nie jest tak nikczemnym” — rzekła do siebie. 
I pod wpływem tej idei rozmawiała z Wokulskim na wyścigach bardzo 
łaskawie. 
Jednakże nawet za ten drobny objaw życzliwości panna Izabela robiła sobie w 
duchu wymówki: 
„Po co on ma wiedzieć, że nas interesuje jego wyścig?.., Nie więcej od innych. 
A po co ja mu powiedziałam, że <<musi wygrać...>>? Albo co znaczyła jego 
odpowiedź: <<wygram, jeżeli pani zechce...>>? On już zapomina, kim jest. Ale 
mniejsza, jeżeli za parę grzecznych słówek Krzeszowski rozchoruje się ze 
złości.” 
Krzeszowskiego nienawidziła panna Izabela. Kiedyś umizgał się do niej, a 
odtrącony, mścił się. Wiedziała, że nazywał ją za oczy — starzejącą się panną, 
która wyjdzie za swego lokaja. Tego było dosyć, ażeby pamiętać mu całe życie. 
Lecz baron, nie poprzestając na nieszczęsnym frazesie, nawet wobec niej 
zachowywał się cynicznie, drwiąc z jej starych wielbicieli i robiąc aluzje do ich 
majątkowej ruiny. Że zaś i panna Izabela od niechcenia przypominała mu jego 
żonę, mieszczankę, z którą połączył się dla pieniędzy, a nic od niej nie mógł 
wydobyć, więc toczyła się między nimi walka ostra, czasami nawet przykra. 
Dzień wyścigów był dla panny Izabeli triumfem, dla barona — klęską i wstydem. 
Wprawdzie przyjechał na plac i udawał bardzo wesołego, ale w sercu kipiał mu 
gniew. Gdy zaś jeszcze zobaczył, że Wokulski nagrodę i cenę konia złożył na 
ręce panny Izabeli, stracił władzę nad sobą i przybiegłszy do powozu zrobił 
skandal. 
Dla panny Izabeli impertynenckie spojrzenia barona i otwarte nazwanie 
Wokulskiego jej wielbicielem były strasznym ciosem. Zabiłaby barona, gdyby 
to uchodziło dobrze wychowanym kobietom. Cierpienie jej było tym 
dokuczliwsze, że hrabina słuchała jego wybuchu spokojnie, prezesowa z 
zakłopotaniem, a ojciec nie odzywał się nawet, od dawna uważając 
Krzeszowskiego za wariata, którego należy nie drażnić, ale traktować 
pobłażliwie. 
W takiej chwili (kiedy już zaczęto spoglądać na nich z innych powozów) 
przyszedł pannie Izabeli na pomoc Wokulski. I nie tylko przerwał baronowi tok 
jego niezadowoleń, ale wyzwał go na pojedynek. O tym żadne z nich nie 
wątpiło; prezesowa wprost zlękła się o swego faworyta, a hrabina zrobiła 
uwagę, że Wokulski nie mógł postąpić inaczej, ponieważ baron zbliżając się do 
powozu potrącił go i nie przeprosił. 
— Więc sami powiedzcie — mówiła wzruszonym głosem prezesowa — czy godzi 
się pojedynkować o taką drobnostkę? Wszyscy przecież wiemy, że Krzeszowski 
jest roztargniony i półgłówek... Najlepszy dowód w tym, co nam nagadał... 
— To prawda — odezwał się pan Tomasz — ależ Wokulski nie ma obowiązku 
wiedzieć o tym, a upomnieć się musiał. 
— Pogodzą się! — wtrąciła niedbale hrabina i kazała jechać do domu. 
Wtedy to panna Izabela dopuściła się najgorszego wykroczenia przeciw swoim 
pojęciom i... w znaczący sposób ścisnęła Wokulskiego za rękę. 
Już dojeżdżając do rogatek, nie mogła sobie tego darować. 
„Jak można było zrobić coś podobnego?... Co sobie taki człowiek pomyśli?...” mówiła 
w duchu. Ale wnet ocknęło się w niej uczucie sprawiedliwości i musiała 
przyznać, że t e n człowiek nie jest byle jakim. 
„Ażeby zrobić mi przyjemność (bo z pewnością nie miał innych powodów), 
podstawił baronowi nogę kupując konia... Całą wygraną (stanowczy dowód 
bezinteresowności) złożył na ochronę, i to na moje ręce (baron widział to). A 
nade wszystko, jakby odgadując moje myśli, wyzwał go na pojedynek... No, 
dzisiejsze pojedynki kończą się zwykle szampanem; ale zawsze baron przekona 
się, że jeszcze nie jestem tak starą... Nie, w tym Wokulskim jest coś... Szkoda 
tylko, że jest galanteryjnym kupcem. Przyjemnie byłoby mieć takiego 
wielbiciela, gdyby... gdyby zajmował inne stanowisko w świecie.” 
Wróciwszy do domu, panna Izabela opowiedziała pannie Florentynie o 
wyścigowych przygodach, a w godzinę — już nie myślała o nich. Gdy zaś ojciec 
późno w nocy doniósł jej, że Krzeszowski wybrał na sekundanta hrabiego 
Licińskiego, który bezwarunkowo żąda, ażeby Wokulski został przeproszony 
przez barona, panna Izabela zrobiła pogardliwy grymas ustami. 
„Szczęśliwy człowiek! — myślała. — Mnie obrażają, a jego będą przepraszać. Ja, 
gdyby ktoś przy mnie obraził ukochaną, nie pozwoliłabym się przeprosić. On, 
naturalnie, zgodzi się...” 
Gdy już położyła się do łóżka i zaczęła usypiać, nagle przyszła jej nowa myśl: 
„A jeżeli Wokulski nie zechce przeprosin?... Przecież ten sam hrabia Liciński 
układał się z nim o klacz i nic nie wskórał!... Ach, Boże, co też mi się snuje po 
głowie” — odpowiedziała sobie wzruszając ramionami i zasnęła. 
Na drugi dzień do południa ojciec, ona i panna Florentyna byli pewni, że 
Wokulski pogodzi się z baronem i że nawet inaczej nie wypada mu postąpić. 
Dopiero po południu pan Tomasz wyszedł na miasto i wrócił na obiad bardzo 
zakłopotany. 
— Cóż to, ojcze? — spytała go panna Izabela, uderzona wyrazem jego twarzy. 
— Fatalna historia! — odparł pan Tomasz rzucając się na skórzany fotel. — Wokulski odrzucił przeproszenie, a jego sekundanci postawili ostre warunki. 
— I kiedyż to?... — spytała ciszej. 
— Jutro przed dziewiątą — odpowiedział pan Tomasz i otarł pot z czoła. — Fatalna 
historia — ciągnął dalej. — Między naszymi wspólnikami popłoch, bo 
Krzeszowski strzela doskonale... Gdyby zaś ten człowiek zginął, wszystkie moje 
rachuby na nic. Straciłbym w nim prawą rękę... jedynego możliwego 
wykonawcę moich planów... Jemu jednemu powierzyłbym kapitały i jestem 
pewny, że miałbym co najmniej osiem tysięcy rubli rocznie... Los prześladuje 
mnie nie na żarty!... 
Zły humor pana domu źle oddziałał na innych; obiadu nikt nie jadł. Po obiedzie 
pan Tomasz zamknął się w gabinecie i chodził wielkimi krokami, co było 
dowodem niezwykłego wzruszenia. 
Panna Izabela także poszła do swego gabinetu i jak zwykle w chwilach 
zdenerwowania położyła się na szezlongu. Opanowały ją posępne myśli. 
„Krótko trwał mój triumf — mówiła sobie. -Krzeszowski naprawdę dobrze 
strzela... Jeżeli zabije jedynego człowieka, który dziś ujmuje się za mną, to co? 
Pojedynek jest istotnie barbarzyńskim zabytkiem. Bo Wokulski (biorąc go ze 
strony moralnej) więcej jest wart od Krzeszowskiego, a jednak... może zginąć!... 
Ostatni człowiek, w którym pokładał nadzieję mój ojciec.” 
Tu odezwała się w pannie Izabeli rodowa pycha. 
„No — mój ojciec nie potrzebuje przecież łaski Wokulskiego; powierzyłby mu 
swój kapitał, otoczyłby go protekcją, a on płaciłby mu procenta; w każdym razie 
szkoda go...” 
Przyszedł jej na myśl stary rządca ich niegdyś majątku, który służył u nich 
trzydzieści lat i którego bardzo lubiła, bardzo mu ufała; może Wokulski obojgu 
im zastąpiłby nieboszczyka, a jej rozsądnego powiernika i — zginie!... 
Jakiś czas leżała z zamkniętymi oczyma nie myśląc o niczym; potem przyszły 
jej do głowy niesłychanie dziwne kombinacje. 
„Co za szczególny traf! — mówiła w sobie. — Jutro walczyć będą z jej powodu 
dwaj ludzie, którzy ją śmiertelnie obrazili: Krzeszowski złośliwymi drwinami, 
Wokulski — ofiarami, jakie ośmielił się ponosić dla niej. Ona mu już prawie 
przebaczyła i kupno serwisu, i owe weksle, i owe przegrane w karty do ojca, z 
ktorych przez parę tygodni utrzymywał się cały dom... (Nie, jeszcze mu nie 
przebaczyła i nie przebaczy nigdy!...) Ale choćby nawet, to jednak — za jej 
obrazę ujęła się sprawiedliwość boska... I kto jutro zginie?... Może obaj. W 
każdym razie ten, który poważył się pannie Izabeli Łęckiej ofiarować pomoc 
pieniężną. Człowiek taki, jak kochanek Kleopatry, żyć nie może...” 
Tak myślała zanosząc się od płaczu; żal jej było oddanego sługi, a może 
powiernika; ale korzyła się przed wyrokami Opatrzności, która nie przebacza 
obrazy wyrządzonej pannie Łęckiej. 
Gdyby Wokulski mógł w tej chwili zajrzeć w jej duszę, uciekłby z przestrachem 
i uleczyłby się ze swego obłędu. 
Swoją drogą panna Izabela nie spała przez całą noc. Ciągle stał jej przed oczyma 
obraz jakiegoś francuskiego malarza przedstawiający pojedynek. Pod grupą 
zielonych drzew dwaj czarno ubrani mężczyźni mierzyli do siebie z pistoletów. 
Potem (czego już nie było na obrazie) jeden z nich padł uderzony kulą w głowę. 
Był to Wokulski. Panna Izabela nawet nie poszła na jego pogrzeb nie chcąc 
zdradzić się ze wzruszeniem. Ale w nocy parę razy płakała. Żal jej było tego 
nadzwyczajnego parweniusza, tego wiernego niewolnika, który swoje zbrodnie 
względem niej odpokutował śmiercią dla niej. 
Zasnęła dopiero o siódmej rano i spała jak drewno do południa. Przed samą 
dwunastą obudziło ją nerwowe pukanie do drzwi sypialni. 
— Kto tam? 
— Ja -odpowiedział jej ojciec radosnym głosem. -Wokulski nietknięty, baron 
raniony w twarz! 
— Czy tak?... 
Miała migrenę, więc została w łóżku do czwartej po południu. Była kontenta, że 
baron został ranny, a zdziwiona, że opłakany przez nią Wokulski nie zginął. 
Wstawszy tak późno panna Izabela wyszła przed obiadem na krótki spacer w 
Aleje. 
Widok pogodnego nieba, pięknych drzew, przelatujących ptaków i wesołych 
ludzi zatarł ślady jej nocnych przywidzeń; gdy zaś jeszcze z kilku 
przejeżdżających powozów spostrzeżono ją i powitano, w sercu jej ocknęło się 
zadowolenie. 
„Jednakże Pan Bóg jest łaskawy — myślała -gdy ocalił człowieka, który może się 
nam przydać. Ojciec tak liczy na niego, a i ja nabieram ufności. O ileż mniej w 
życiu doznałabym zawodów mając rozumnego i energicznego przyjaciela.” 
Słówko „przyjaciel” nie podobało się jej. Przyjacielem panny Izabeli mógłby 
być człowiek co najmniej posiadający majątek ziemski. Ale kupiec galanteryjny 
kwalifikował się tylko na doradcę i wykonawcę. 
Po powrocie do domu zaraz poznała, że jej ojciec jest w wybornym humorze. 
— Wiesz — mówił — byłem z powinszowaniem u Wokulskiego. To dzielny 
człowiek, istotny dżentelmen! Już ani myśli o pojedynku i nawet zdaje się 
żałować barona. Nic nie pomoże, szlachecka krew musi się odezwać, bez 
względu na kondycję... 
A potem odprowadziwszy córkę do gabinetu i rzuciwszy parę razy okiem w 
zwierciadło dodał: 
— No i powiedz sama, czy można nie ufać w opiekę boską? Śmierć tego 
człowieka byłaby dla mnie ciężkim ciosem — i — został uratowany! Muszę z nim 
zawiązać bliższe stosunki, a wtedy zobaczymy, kto wyjdzie lepiej: czy książę na 
swoim wielkim adwokacie, czy ja na moim Wokulskim. Jak sądzisz? 
— To samo myślałam przed chwilą — odpowiedziała panna Izabela uderzona 
zgodnością przeczuć jej własnych i ojca — papuś koniecznie powinien mieć przy 
sobie zdolnego i zaufanego człowieka. 
— Który w dodatku sam garnie się do mnie -dodał pan Tomasz.-Bystry 
człowiek! on to pojmuje, że więcej zrobi i lepszą zyska reputację pomagając 
dźwigać się dawnemu rodowi, aniżeli gdyby sam wyrywał się naprzód. Bardzo 
rozumny człowiek — powtórzył pan Tomasz. -Choć chwilowo zdobył sobie 
księcia i całą arystokrację, mnie jednak okazuje najwięcej przywiązania. I nie 
będzie tego żałował, gdy odzyskam stanowisko... 
Panna Izabela patrzyła na cacka ustawione na biurku i myślała, że jednak ojciec 
łudzi się trochę, sądząc, iż Wokulski garnie się do niego. Nie prostowała jednak 
omyłki, a na odwrót, przyznawała w duchu, że należy trochę więcej zbliżyć się z 
tym kupcem i przebaczyć mu jego stanowisko społeczne. Adwokat... kupiec... to 
prawie na jedno wychodzi: jeżeli zaś adwokat może być poufałym księcia, 
dlaczegóż by... kupiec (ach, jakie to niesmaczne!) nie mógł zostać powiernikiem 
domu Łęckich? 
Obiad, wieczór i kilka dni następnych zeszły pannie Izabeli bardzo przyjemnie. 
Zastanowiła ją jedna okoliczność, że w ciągu tak krótkiego czasu odwiedziło ich 
więcej osób aniżeli dawniej w ciągu miesiąca. Bywały godziny, że w pustym 
niegdyś salonie teraz rozlegał się gwar śmiechów i rozmów, aż wypoczęte 
meble dziwiły się natłokowi, a w kuchni szeptano, że pan Łęcki musiał odebrać 
jakieś wielkie pieniądze. Nawet damy, które jeszcze na wyścigach nie mogły 
poznać panny Izabeli, przyszły teraz do niej z wizytami; młodzi zaś panowie, 
aczkolwiek nie przychodziłi, poznawali ją na ulicy i kłaniali się z szacunkiem. 
I pan Tomasz miewał teraz gości. Odwiedził go hrabia Sanocki zaklinając, 
ażeby Wokulski przestał już bawić się wyścigami i pojedynkami, a zajął się 
spółką. Był hrabia Liciński i opowiadał dziwy o dżentelmenerii Wokulskiego. 
Lecz nade wszystko przyjeżdżał tu parę razy książę z prośbą do pana Tomasza, 
ażeby Wokulski bez względu na zajście z baronem nie zniechęcał się do 
arystokracji i pamiętał o nieszczęśliwym kraju. 
— I niech mu też kuzyn — zakończył książę — wyperswaduje pojedynki. To 
niepotrzebne; to dobre dla ludzi młodych, ale nie dla poważnych i zasłużonych 
obywateli... 
Pan Tomasz był zachwycony, szczególnie gdy pomyślał, że wszystkie te owacje 
spotykają go w przeddzień sprzedaży domu; rok temu bliskość podobnego 
wypadku odstraszała ludzi... 
„Zaczynam odzyskiwać należne mi stanowisko” — szepnął pan Tomasz i nagle 
obejrzał się. Zdawało mu się, że za nim stoi Wokulski. Więc dla uspokojenia się 
powtórzył parę razy: 
„Wynagrodzę go... wynagrodzę... może być pewnym mego poparcia” 
Trzeciego dnia po pojedynku Wokulskiego pannie Izabeli przyniesiono 
kosztowne pudełko i list, który ją wstrząsnął. Poznała pismo barona. 
„Kochana kuzyneczko! Jeżeli przebaczysz mi moje nieszczęsne ożenienie, ja w 
zamian daruję ci moją małżonkę, która już mnie samemu dokuczyła. Jako zaś 
materialny symbol zawartego między nami pokoju na zawsze, posyłam ci ząb, 
który mi wystrzelił W-ny Wokulski, zdaje mi się — za to, co ośmieliłem się 
powiedzieć ci na wyścigach. Upewniam cię, kochana kuzynko, że jest to ten 
sam ząb, którym cię dotychczas gryzłem i już gryźć nigdy nie będę. Możesz go 
wyrzucić na ulicę, lecz pudełeczko racz zachować na pamiątkę. Przyjmij ten 
drobiazg od człowieka dziś trochę chorego i wierzaj -nie najgorszego, a będę 
miał nadzieję, że kiedyś zapomnisz mi moich niedorzecznych złośliwości. 
Kochający cię i pełen głębokiego szacunku kuzyn Krzeszowski. 
P. S. Jeżeli mego zęba nie wyrzucisz za okno, przyszlij mi go na powrót, abym 
mógł ofiarować go mojej niezapomnianej małżonce. Będzie miała martwić się 
czym przez kilka dni, co podobno biedaczce jest zalecone przez doktorów. Ten 
zaś pan Wokulski jest bardzo miłym i dystyngowanym człowiekiem i wyznaję, 
że serdecznie go polubiłem, choć mi taką zrobił krzywdę.” 
W kosztownym pudełku znajdował się istotnie ząb owinięty w bibułkę. 
Panna Izabela po krótkim namyśle odpisała bardzo życzliwy list baronowi 
oświadczając, że już nie gniewa się i że przyjmuje pudełeczko, a ząb z należytą 
czcią odsyła jego właścicielowi. 
Tu już nie można było wątpić, że tylko dzięki Wokulskiemu baron pojednał się 
z nią i prosił o przebaczenie. Panna Izabela nieledwie roztkliwiła się swoim 
triumfem, a dla Wokulskiego uczuła jakby wdzięczność. Zamknęła się w swoim 
gabinecie i poczęła marzyć. 
Marzyła, że Wokulski sprzedał swój sklep, a kupił dobra ziemskie, lecz pozostał 
naczelnikiem spółki handlowej przynoszącej ogromne zyski. Cała arystokracja 
przyjmowała go u siebie, ona zaś, panna Izabela, zrobiła go swoim 
powiernikiem. On podźwignął ich majątek i podniósł go do dawnej świetności; 
on spełniał wszystkie jej zlecenia; on narażał się, ile razy była tego potrzeba. On 
wreszcie wyszukał jej męża, odpowiedniego znakomitości domu Łęckich. 
Wszystko to robił, ponieważ kochał ją miłością idealną, więcej niż własne życie. 
I czuł się zupełnie szczęśliwym, jeżeli uśmiechnęła się do niego, życzliwiej 
spojrzała albo po jakiejś wyjątkowej zasłudze serdecznie uścisnęła go za rękę. 
Gdy zaś Pan Bóg dał jej dzieci, on wyszukiwał im bony i nauczycieli, 
powiększał ich majątek, a nareszcie, gdy ona zmarła (w tym miejscu łzy 
zakręciły się w pięknych oczach panny Izabeli), on zastrzelił się na jej grobie... 
Nie, przez delikatność, którą ona w nim rozwinęła, zastrzelił się o kilka grobów 
dalej. 
Wejście ojca przerwało ciąg jej fantazji. 
— Podobno pisał do ciebie Krzeszowski? — zapytał ciekawie pan Tomasz. 
Córka wskazała mu list leżący na biurku i złote pudełko. Pan Tomasz kręcił 
głową Czytając list, a nareszcie rzekł: 
— Zawsze wariat, chociaż dobry chłopak. Ale... Wokulski oddał ci rzeczywistą 
przysługę: zwyciężyłaś śmiertelnego wroga. 
— Myślę, ojcze, że należałoby tego pana zaprosić kiedy na obiad... Chciałabym 
go poznać bliżej. 
— Właśnie od kilku dni miałem cię o to samo prosić!... — odpowiedział 
uradowany pan Tomasz -niepodobna trzymać się na zbyt etykietalnej stopie z 
człowiekiem tak użytecznym. 
— Naturalnie -wtrąciła panna Izabela -przecież nawet wierną służbę 
dopuszczamy do niejakiej poufałości. Uwielbiam twój rozum i takt, Belu!... zawołał 
pan Tomasz i zachwycony, pocałował ją naprzód w rękę, potem w 
czoło. 
ROZDZIAŁ PIĘTNASTY: 
W JAKI SPOSÓB DUSZĘ LUDZKĄ SZARPIE 
NAMIĘTNOŚĆ, A W JAKI ROZSĄDEK 
Otrzymawszy od pana Łęckiego zaproszenie na obiad, Wokulski wybiegł ze 
sklepu na ulicę. Ciasny pokój dusił go, a rozmowa z Rzeckim, w ciągu której 
subiekt udzielał mu przestróg i upomnień, wydawała mu się nadzwyczajnie 
głupią; nie jestże to śmieszne, ażeby stary i wystygły kawaler, wierzący tylko w 
sklep i w Bonapartych, zarzucał mu szaleństwo!... 
„Cóż ja robię złego — myślał Wokulski — że się kocham?... Może trochę za 
późno, ależ przez całe życie nie pozwalałem sobie na podobny zbytek. Kochają 
się miliony ludzi, kocha się cały świat czujący, dlaczegóż mnie jednemu 
miałoby to być zabronione? Jeżeli zaś ten zasadniczy punkt ma rację bytu, to ma 
ją wszystko, co robię. Kto się chce żenić, musi posiadać majątek, więc zdobyłem 
majątek. Musi zbliżyć się do wybranej kobiety — ja też zbliżyłem się. 
Musi troszczyć się o jej byt materialny i chronić od nieprzyjaciół — a ja robię i 
jedno, i drugie. Czy zaś w tym dobijaniu się o szczęście skrzywdziłem kogo? 
czy zaniedbuję obowiązków względem społeczeństwa i bliźnich?... Ach, ci 
kochani bliźni i to społeczeństwo, które nigdy nie troszczyło się o mnie i 
stawiało mi wszelkie przeszkody, a zawsze upomina się o ofiary z mojej 
strony... Lecz właśnie to, co oni dziś nazywają szaleństwem, popycha mnie do 
pełnienia jakichś fikcyjnych obowiązków. Gdyby nie ono, siedziałbym dziś jak 
mól w książkach i kilkaset osób miałoby mniejsze zarobki. Więc czego oni chcą 
ode mnie?” — pytał sam siebie w rozdrażnieniu. 
Ruch na świeżym powietrzu uspokoił go; doszedł do Alei Jerozolimskiej i 
skręcił nią ku Wiśle. Owiał go rześki wiatr wschodni i zbudził te nieokreślone 
uczucia, które tak żywo przypominają wiek dziecinny. Zdawało mu się, że 
jeszcze na Nowym Świecie był dzieckiem i że jeszcze czuje w sobie drgające 
fale młodej krwi. Uśmiechał się do piaskarza wiozącego swój towar nędznym 
koniem w podługowatej skrzyni, a żebrząca wiedźma wydała mu się bardzo 
miłą staruszką; cieszył go świst rozlegający się w fabryce i chciał pogadać z 
gromadką rozkosznych malców, którzy ustawiwszy się na przydrożnym pagórku 
ciskali kamieniami na przechodzących Żydów. Uporczywie odsuwał od siebie 
myśl o dzisiejszym liście i jutrzejszej wizycie u Łęckich; chciał być trzeźwym, 
ale namiętność przemogła. 
„Dlaczego oni mnie zaprosili? — pytał czując lekki dreszcz wewnętrzny. — Panna 
Izabela chce się ze mną poznać... Ależ oczywiście dają mi do zrozumienia, że 
mogę się żenić!... Byliby chyba ślepi albo idioci, żeby nie spostrzegli, co się ze 
mną dzieje wobec niej...” 
Począł tak drżeć, że mu zęby szczękały; wtedy odezwał się przygłuszony 
rozsądek. 
„Za pozwoleniem. Od jednego obiadu i jednej wizyty jeszcze bardzo daleko do 
dłuższej znajomości. Na tysiąc zaś dłuższych znajomości ledwie jedna prowadzi 
do oświadczyn; na dziesięć oświadczyn — ledwie jedne są przyjęte, a i z tych 
ledwie połowa kończy się małżeństwem. Trzeba więc być zupełnym wariatem, 
ażeby nawet przy dłuższej znajomości myśleć o małżeństwie, za którym jest 
ledwie jedna, a przeciw któremu ze dwadzieścia tysięcy szans... Jasne czy 
niejasne?” 
Wokulski musiał przyznać, że jest jasne. Gdyby wszelka znajomość prowadziła 
do małżeństwa, każda kobieta musiałaby mieć po kilkudziesięciu mężów, każdy 
mężczyzna po kilkadziesiąt żon, księża nie daliby sobie rady ze ślubami, a cały 
świat zamieniłby się w jeden wielki szpital wariatów. On zaś, Wokulski, nie 
tylko nie był jeszcze dobrym znajomym panny Łęckiej, ale dopiero znajdował 
się w przededniu do zrobienia z nią znajomości. 
„Więc cóż zyskałem — spytał — po bułgarskich niebezpieczeństwach i tutejszych 
wyścigach lub pojedynkach?...” 
„Zyskałeś większą szansę — objaśnił rozsądek — przed rokiem miałeś może jedną 
sto — albo jedną dwudziestomilionową prawdopodobieństwa, że się z nią 
ożenisz, a za rok możesz mieć jedną dwudziestotysięczną...” 
„Za rok?... — powtórzył Wokulski i znowu owionął go jakiś chłód surowy. 
Wydarł mu się jednak i zapytał: — A jeżeli panna Izabela pokocha mnie albo już 
kocha?...” 
„Naprzód — należałoby wiedzieć, czy panna Izabela może kochać 
kogokolwiek...” 
„Alboż nie jest kobietą?” 
„Trafiają się kobiety z defektem moralnym, niezdolne kochać nici nikogo, prócz 
swoich przelotnych kaprysów, podobnież i mężczyźni; jest to tak dobra wada, 
jak: głuchota, ślepota albo paraliż, tylko mniej widoczna.” 
„Przypuśćmy...” 
„Dobrze — mówił dalej głos, który Wokulskiemu przypominał zgryźliwe 
zrzędzenie doktora Szumana — gdyby więc ta pani w ogóle mogła kogoś kochać, 
to nasuwa się drugie pytanie: czy pokocha ciebie?” 
„Przecież tak wstrętny nie jestem.” 
„Owszem, możesz nim być, jak najpiękniejszy lew jest wstrętnym dla krowy 
albo orzeł dla gęsi. Widzisz, mówię ci nawet komplimenta: porównywam cię ze 
lwem i orłem, które mimo wszystkich zalet budzą jednak odrazę w samicach 
innego gatunku. Unikaj zatem samic innego niż twój gatunku... 
„Wokulski ocknął się i rozejrzał. Był już niedaleko Wisły, obok drewnianych 
śpichrzów, a przejeżdżające furmanki zasypywały go czarnym pyłem. Szybko 
zwrócił się ku miastu i począł rozważać samego siebie. 
„We mnie jest dwu ludzi — mówił — jeden zupełnie rozsądny, drugi wariat. Który 
zaś zwycięży?... Ach, o to się już nie troszczę. Ale co zrobię, jeżeli wygra ten 
mądry?... Cóż to za okropna rzecz posiadając wielki kapitał uczuć złożyć go 
samicy innego gatunku: krowie, gęsi albo czemuś jeszcze gorszemu?... Cóż to 
za upokorzenie śmiać się z triumfów jakiegoś byka albo gąsiora, a jednocześnie 
płakać nad własnym sercem, tak boleśnie rozdartym, tak haniebnie 
podeptanym?... Czy warto żyć dalej w podobnych warunkach?” 
I na samą myśl o tym Wokulski uczuł pragnienie śmierci, ale tak zupełnej, żeby 
nawet resztki jego popiołów nie zostały na ziemi. 
Stopniowo jednak uspokoił się i wróciwszy do domu począł zastanawiać się już 
całkiem chłodno nad tym: czy na jutrzejszy obiad włożyć frak, czy surdut?... 
Albo czy do jutra nie zajdzie jakaś nieprzewidziana przeszkoda, która znowu mu 
nie pozwoli zbliżyć się do panny Izabeli? Potem jeszcze zrobił rachunek 
ostatnich handlowych obrotów, wysłał parę telegramów do Moskwy i 
Petersburga, a nareszcie napisał list do starego Szlangbauma proponując, ażeby 
mu pożyczył swego nazwiska w celu nabycia kamienicy Łęckich. 
„Mecenas ma rację — myślał. — Lepiej kupić ten dom pod cudzą firmą. Inaczej 
mogliby mnie podejrzewać o chęć wyzyskania ich albo -co gorsze — posądzić o 
zamiar robienia im łaski!...” Jednakże pod powłoką obojętnych zajęć kipiała w 
nim burza. Rozsądek głośno wołał, że jutrzejszy obiad niczego nie oznacza i nie 
zapowiada. A nadzieja cicho... cicho szeptała, że — może jest kochanym, a może 
dopiero nim będzie. 
Ale cicho... tak cicho, że Wokulski z największą uwagą musiał się 
przysłuchiwać jej szeptowi. Dzień następny, pełen znaczenia dla Wokulskiego, 
nie odznaczył się żadną osobliwością ani w Warszawie, ani w naturze. Tu i 
ówdzie na ulicy kłębił się kurz wzniecony miotłami stróżów, dorożki pędziły 
bez pamięci albo zatrzymywały się bez powodu, a nieskończony potok 
przechodniów ciągnął się w jedną i drugą stronę chyba po to, ażeby utrzymywać 
ruch w mieście. Niekiedy pod ścianą domów przesuwali się ludzie obdarci, 
skuleni, z rękami wbitymi w rękawy, jakby to był nie czerwiec, ale styczeń. 
Czasem na środku ulicy przewinął się chłopski wózek napełniony blaszanymi 
konwiami, a powożony przez zuchowatą babę w granatowym kaftanie i 
czerwonej chustce na głowie. 
Wszystko to roiło się między dwoma długimi ścianami kamienic pstrej barwy, 
nad którymi górowały wyniosłe fronty świątyń. Na obu zaś końcach ulicy, niby 
pilnujące miasta szyldwachy, wznosiły się dwa pomniki. Z jednej strony król 
Zygmunt, stojący na olbrzymiej świecy, pochylał się ku Bernardynom, 
widocznie pragnąc coś zakomunikować przechodniom. Z drugiego końca 
nieruchomy Kopernik, z nieruchomym globusem w ręku, odwrócił się tyłem do 
słońca, które na dzień wychodziło spoza domu Karasia, wznosiło się nad pałac 
Towarzystwa Przyjaciół Nauk i kryło się za dom Zamoyskich jakby na przekór 
aforyzmowi: „Wstrzymał słońce, wzruszył ziemię.” Wokulski, który w tym 
właśnie kierunku wyglądał ze swego balkonu, mimo woli westchnął 
przypomniawszy sobie, że jedynymi wiernymi przyjaciółmi astronoma byli 
tragarze i tracze, nie odznaczający się, jak wiadomo, zbyt dokładną znajomością 
zasługi Kopernika. 
„Wiele mu z tego — myślał -że w kilku książkach nazywają go chlubą narodu... 
Pracę dla szczęścia — rozumiem, ale pracy dla fikcji nazywającej się 
społeczeństwem czy sławą — już bym się nie podjął. Społeczność niech sama 
myśli o sobie, a sława... Co mi przeszkadza wyobrażać sobie, że już posiadam 
sławę na przykład na Syriuszu? A przecież Kopernik nie jest dziś w lepszym 
położeniu odnośnie do ziemi i tyle go obchodzi statua w Warszawie, co mnie 
piramida na jakiejś Wedze!... Trzy wieki sławy oddam za chwilę szczęścia i 
dziwię się tylko mojej głupocie, że kiedyś inaczej myślałem.” 
Jakby w odpowiedzi na to spostrzegł po drugiej stronie ulicy Ochockiego; 
wielki maniak szedł wolno, ze spuszczoną głową i rękoma w kieszeniach. 
Prosty ten zbieg wypadków głęboko wstrząsnął Wokulskim; przez chwilę 
uwierzył nawet w przeczucia i pomyślał z radosnym zdumieniem: 
„Czy mi to nie zapowiada, że on będzie miał sławę Kopernika, a ja szczęście?... 
A budujże sobie machiny latające, tylko zostaw mi swoją 
kuzynkę!... — Cóż znowu za przesądy?.. — opamiętał się po chwili. 
— Ja i przesądy!...” W każdym razie bardzo podobało mu się zdanie, że Ochocki 
będzie miał nieśmiertelną sławę, a on — żywą pannę Izabelę. Serce napełniła mu 
otucha. Żartował z siebie, lecz mimo to czuł, że jakoś więcej ma spokoju i 
odwagi. 
„Więc przypuśćmy — mówił — że w rezultacie po wszystkich moich zabiegach odtrąci 
mnie... No?... słowo honoru, że natychmiast wezmę utrzymankę i będę z 
nią siadał w teatrze obok loży państwa Łęckich. Zacna pani Meliton, a może i 
ten... Maruszewicz wynajdą mi kobietę mającą podobne do niej rysy (za 
kilkanaście tysięcy rubli można i to nawet znaleźć). Od stóp do głów owinę ją w 
koronki, zasypię klejnotami, a wtedy przekonamy się, czy wobec niej nie 
zblednie panna Izabela. -Niechże sobie potem idzie za mąż, choćby za 
marszałka i barona...” 
Ale na myśl o zamążpójściu panny Izabeli opanowała go wściekłość i rozpacz. 
W takiej chwili — chciałby cały świat nabić dynamitem i rozsadzić. Lecz znowu 
oprzytomniał: 
„No i cóż bym zrobił, gdyby podobało się jej wyjść za mąż?... Nie, nawet gdyby 
podobało się jej mieć kochanków: raz mego subiekta, drugi raz jakiego oficera, 
trzeci raz furmana albo lokaja... No i cóż bym na to poradził?...” Poszanowanie 
cudzej osobistości i swobody było w nim tak wielkie, że przed nim uginał się 
nawet jego obłęd. 
„Cóż zrobię?... cóż zrobię?...” — powtarzał ściskając dłońmi rozgorączkowaną 
głowę. 
Na godzinę wpadł do sklepu, załatwił kilka interesów i wrócił do siebie; o 
czwartej służący wydobył mu z komody bieliznę i przyszedł fryzjer ogolić go i 
uczesać. 
— Cóż słychać, panie Fitulski? — zapytał fryzjera. 
— Nic, a będzie gorzej; kongres berliński myśli o zduszeniu Europy, Bismarck o 
zduszeniu kongresu, a Żydzi — o ogoleniu do reszty nas...opowiadał młody 
artysta, piękny jak serafin, zręczny — jakby uciekł z żurnala krawców. 
Zawiązał Wokulskiemu ręcznik na szyi i mydląc mu policzki z szybkością 
piorunu, mówił dalej: 
— W mieście, panie, cicho do czasu, a zresztą nic. Byłem wczoraj z 
towarzystwem na Saskiej Kępie, ale cóż to, , panie, za ordynaryjna młodzież!... 
Pokłócili się w tańcu i proszę mego pana wyobrazić sobie...Główkę trochę 
wyżej s'il vous plait... 
Wokulski podniósł głowę trochę wyżej i zobaczył, że jego operator nosi złote 
spinki przy bardzo brudnych mankietach. 
— Pokłócili się w tańcu — ciągnął elegant błyskając mu brzytwą przed oczyma — i 
proszę sobie wyobrazić, że jeden chcąc kopnąć drugiego w wystawę — uderzył 
damę!... Zrobił się hałas... pojedynek...Mnie naturalnie wybrano na sekundanta i 
właśnie byłem dziś w kłopocie, bom miał tylko jeden pistolet, kiedy przed 
półgodziną przychodzi do mnie obrażający i mówi, że nie głupi strzelać się i że 
obrażony — może mu oddać, byle tylko raz... Główkę na prawo, s'il vous plait... 
No wie pan, byłem tak oburzony (przed półgodziną), że porwałem faceta za 
galeryjkę, kolanem w antresolę i — won! za drzwi. Z takim błaznen strzelać się 
niepodobna, n'est-ce pas?... Teraz na lewo, s'il vous plait . 
Skończył golić, umył Wokulskiemu twarz i owinąwszy go w strój podobny do 
śmiertelnej koszuli delikwentów, mówił dalej: 
— Że też nigdy u pana dobrodzieja nie spostrzegłem ani śladu kobiety: 
przychodzę przecież w rozmaitych godzinach... 
Wziął do rąk grzebień i szczotkę i zaczął czesać. 
— Przychodzę w rozmaitych godzinach, a oko, panie, mam na te rzeczy... no!... 
Pomimo to nigdy ani rąbka spódniczki, ani pantofelka, ani kawałka wstążki! A 
przecież nawet raz u jednego kanonika zdarzyło mi się widzieć gorset; prawda, 
że znalazł go na ulicy i właśnie chciał bezimiennie odesłać do redakcji. A, panie, 
u oficerów, szczególniej zaś u huzarów!... (Główkę na dół, s'il vous plait...) 
Czyste zatrzęsienie!...U jednego, panie, spotkałem aż cztery młode damy i 
wszystkie — uśmiechnięte... Od tej pory, daję słowo honoru, zawsze kłaniam mu 
się na ulicy, choć mnie opuścił i winien mi pięć rubli. Ale, panie, jeżeli za 
krzesło na koncert Rubinsteina mogłem dać sześć rubli, toż bym chyba nie 
żałował pięciu rubli dla takiego wirtuoza... Może by trochę poczernić włosy, je 
suppose pue oui? 
— Bardzo panu dziękuję — odparł Wokulski. 
— Domyślałem się tego — westchnął fryzjer. — W szanownym panu nie ma śladu 
pretensji, a to źle!... Znam kilka baletniczek, które chętnie zawarłyby z panem 
stosuneczki, a słowo honoru daję, że warto! Prześlicznie zbudowane, 
muskulatura dębowa, biust jak materac na sprężynach, ruchy pełne gracji i 
wcale nie przesadzone wymagania, szczególniej za młodu. Bo kobieta, panie, im 
starsza, tym droższa, zapewne i dlatego nikt nie ciągnie na sześćdziesięciolatki, 
że już nie ma na nie ceny. Rotszyld by zbankrutował!... Początkującej zaś da 
pan trzy tysiące rubelków na rok, kilka prezencików i będzie panu wierna.:. 
Ach, te kobietki!... Dostałem przez nie scjatyki, lecz nie mogę się na nie 
gniewać... 
Skończył swoją sztukę, ukłonił się według najpiękniejszych zasad i wyszedł z 
uśmiechem; patrząc na jego wspaniałą minę i portfel, w którym nosił szczotki i 
brzytwy, można by go wziąć za urzędnika z ministerium. 
Wokulski po jego odejściu nawet nie pomyślał o młodych i niewymagających 
baletniczkach; zajmowało go wielkiej doniosłości pytanie, które streścił w dwu 
wyrazach, frak czy surdut? „Jeżeli włożę frak, wyjdę na eleganta pilnującego się 
przepisów. które mnie w rezultacie nic nie obchodzą. A jeżeli włożę surdut, 
mogę Łęckich obrazić. Zresztą niechże znajdzie się ktoś obcy... Nie ma rady, 
jeżeli zdobyłem się na takie błazeństwa, jak własny powóz i koń wyścigowy, to 
już frak muszę włożyć!” 
Tak medytując śmiał się z tej otchłani dzieciństw, do której spychała go 
znajomość z panną Izabelą. 
„Ach, mój stary Hopferze! -mówił — o wy, moi koledzy uniwersyteccy i 
syberyjscy, czy który z was wyobrażał sobie mnie zajmującego się podobnymi 
kwestiami?...” 
Ubrał się w garnitur frakowy i stanąwszy przed lustrem uczuł zadowolenie. Ten 
obcisły strój najlepiej uwydatniał jego atletyczne kształty. 
Konie czekały od kwadransa i było już wpół do szóstej. Wokulski włożył lekki 
paltot i opuścił mieszkanie. Siadając do powozu był bardzo blady i bardzo 
spokojny, jak człowiek, który idzie naprzeciw niebezpieczeństwu. 
ROZDZIAŁ SZESNATY: 
„ONA” -„ON” — I CI INNI 
Tego dnia, kiedy Wokulski miał przyjść na obiad, panna Izabela wróciła od 
hrabiny o piątej. Była trochę rozgniewana i bardzo rozmarzona, razem prześliczna. 
Spotkało ją dziś szczęście i zawód. Wielki tragik włoski, Rossi, znany jej i 
ciotce jeszcze z Paryża, przyjechał na występy do Warszawy. Natychmiast 
odwiedził hrabinę i troskliwie wypytywał się o pannę Izabelę. Miał być dziś 
drugi raz i hrabina specjalnie dla niego zaprosiła siostrzenicę. Tymczasem Rossi 
nie przyszedł; przysłał tylko list, w którym przepraszał za zawód i 
usprawiedliwiał się niespodziewaną wizytą jakiejś wysoko położonej osoby. 
Przed paroma laty, właśnie w Paryżu, Rossi był ideałem panny Izabeli; kochała 
się w nim, i nawet nie kryła swych uczuć, o ile, rozumie się, było to możliwym 
dla panienki jej stanowiska. Znakomity artysta wiedział o tym, bywał co dzień w 
domu hrabiny, grał i deklamował wszystko, co mu kazała panna Izabela, a 
wyjeżdżając do Ameryki ofiarował jej włoski egzemplarz Romea i Julii z 
dedykacją: „Mdła mucha więcej ma mocy, czci i szczęścia aniżeli Romeo...” 
Wiadomość o przybyciu Rossiego do Warszawy i o tym, że jej nie zapomniał, 
wzruszyła pannę Izabelę. Już o pierwszej w południe była u ciotki. Co chwilę 
wstawała do okna, każdy turkot przyspieszał bicie jej serca, za każdym 
uderzeniem dzwonka drgała; zapominała się w rozmowie, na twarz jej wystąpiły 
silne rumieńce... No — i Rossi nie przyszedł!... 
A tak dziś była piękną. Ubrała się umyślnie dla niego, w jedwabną sukienkę 
kremowej barwy (z daleka wyglądało to jak zmięte płótno), miała brylantowe 
kolczyki (nie większe od ziarn grochu) w uszach i pasową różę na ramieniu. I 
tyle. Ale niech żałuje Rossi, że jej nie widział! 
Po czterogodzinnym oczekiwaniu wróciła do domu oburzona. Mimo jednak 
gniewu wzięła do rąk egzemplarz Romea i Julii i przeglądając go myślała : 
"Gdyby też nagle wszedł tu Rossi?” 
Nawet byłoby lepiej tu niż u hrabiny. Bez świadków mógłby jej szepnąć jakieś 
gorętsze słówko; przekonałby się, że ona szanuje jego pamiątki, a nade 
wszystko -przekonałby się (o czym tak głośno mówi duże lustro), że w tej 
sukni, z tą różą i na tym błękitnym fotelu wygląda jak bóstwo. 
Przypomniała sobie, że na obiedzie ma być Wokulski, i mimo woli wzruszyła 
ramionami. Galanteryjny kupiec po Rossim, którego podziwiał cały świat, 
wydał jej się tak śmiesznym, że po prostu ogarnęła ją litość. Gdyby Wokulski w 
tej chwili znalazł się u jej nóg, ona może nawet wsunęłaby mu palce we włosy i 
bawiąc się nim jak wielkim psem czytałaby tę oto skargę Romea przed 
Laurentym: 
„Niebo jest tu, gdzie mieszka Julia. Lada pies, kot, lada mysz marna żyje w 
niebie, może patrzeć na nią; tylko — Romeo nie może! Mdła mucha więcej ma 
mocy, więcej czci i szczęścia aniżeli Romeo. Jej wolno dotykać drogiej ręki Julii 
i z płonących ust kraść nieśmiertelne zbawienie. Mucha ma tę wolność, ale 
Romeo nie ma, bo on wygnany!... O księże, złe duchy wyją, gdy w piekle 
usłyszą ten wyraz; maszże ty serce, ty, święty spowiednik i przyjaciel, drzeć ze 
mnie pasy tym strasznym słowem — wygnanie...” 
Westchnęła. — Kto wie, ile razy powtarza sobie te zdania wielki tułacz myśląc o 
niej?... I może nawet nie ma powiernika!... Wokulski mógłby być takim 
powiernikiem; on chyba wie, jak za nią można rozpaczać, bo on narażał dla niej 
życie. 
Odwróciwszy kilka kartek wstecz znowu czytała: 
„Romeo! czemuż ty jesteś Romeo? Rzuć tę nazwę albo... przysięgnij być 
wiernym mojej miłości, a wtedy ja wyprę się rodu Kapuletów...Zresztą — tylko 
twoje nazwisko jest dla mnie nieprzyjazne, boś ty w istocie dla mnie nie 
Monteki... O, weź inną nazwę, bo czym jest nazwa?:.. To, co zwiemy różą, pod 
inną nazwą również by pachniało: tak i Romeo, bez nazwy Romeo, przecieżby 
całą swą wartość zatrzymał. Więc, Romeo — rzuć twoją nazwę, a w zamian za to, 
co nawet nie jest cząstką ciebie, weź mnie... ach!... całą...” 
Jakież było dziwne między nimi podobieństwo: on — Rossi, aktor, a ona — panna 
Łęcka. Rzuć nazwisko, rzuć swój zawód... Tak, ale cóżby wtedy zostało... 
Zresztą nawet księżniczka krwi mogłaby wyjść za Rossiego i świat tylko 
podziwiałby jej poświęcenie... 
Wyjść za Rossiego?... Dbać o jego garderobę teatralną, a może przyszywać mu 
guziki do nocnych koszul?... 
Panna Izabela wstrząsnęła się. Kochać go bez nadziei — to dosyć...Kochać i 
czasami porozmawiać z kim o tej tragicznej miłości... Możeby z panną 
Florentyną. Nie, ona nie ma dosyć uczucia. Daleko lepiej nadawałby się do tego 
Wokulski. Patrzyłby jej w oczy, cierpiałby za siebie i za nią, ona opowiadałaby 
mu bolejąc nad własnym i nad jego cierpieniem i w taki sposób bardzo 
przyjemnie upływałyby im godziny. Kupiec galanteryjny w roli powiernika!... 
Można by zresztą zapomnieć o tym kupiectwie. 
W tej samej porze pan Tomasz zakręcając siwego wąsa spacerował po swym 
gabinecie i myślał: „Wokulski jest to człowiek ogromnie zręczny i energiczny! 
Gdybym miał takiego plenipotenta (tu westchnął), nie pozbyłbym się 
majątku...No, już stało się: za to dziś go mam... Z kamienicy zostanie mi 
czterdzieści, nie — pięćdziesiąt, a może i sześćdziesiąt tysięcy rubli... Nie, nie 
przesadzajmy, niech pięćdziesiąt tysięcy, no — niechby tylko czterdzieści 
tysięcy... Dam mu to, on będzie mi płacił z osiem tysięcy rubli rocznie, resztę 
zaś (jeżeli interes pójdzie w jego rękach, jak się spodziewam), resztę procentów 
— każę kapitalizować... Za pięć, sześć lat suma podwoi się, a już za dziesięć może 
wzrosnąć w czwórnasób... Bo to w operacjach handlowych pieniądze 
szalenie się mnożą... Ale co ja mówię!... Wokulski, jeżeli jest naprawdę 
genialnym kupcem, powinien mieć i z pewnością ma sto za sto. A w takim razie 
spojrzę mu w oczy i powiem bez ogródki: <<Dawaj ty innym, mój dobrodzieju, 
piętnaście albo dwadzieścia procent rocznie, ale nie mnie, który się na tym 
rozumiem.>> I on, naturalnie, zobaczywszy, z kim ma do czynienia, zmięknie 
od razu i może nawet wykaże taki dochód, o jakim mi się nie śniło..” Dzwonek 
w przedpokoju uderzył dwa razy. Pan Tomasz cofnął się w głąb gabinetu i 
usiadłszy na fotelu wziął do rąk tom przygotowanej na ten cel ekonomii 
Supińskiego. Mikołaj otworzył drzwi i za chwilę ukazał się Wokulski. 
— A... witam!... — zawołał pan Tomasz wyciągając do niego rękę. 
Wokulski nisko ukłonił się przed białymi włosami człowieka, którego rad był 
nazywać swoim ojcem. 
— Siadajże, panie Stanisławie... Może papierosa?... Proszę cię... Cóż tam 
słychać?... Czytam właśnie Supińskiego: tęga głowa!... Tak, narody nie 
umiejące pracować i oszczędzać zniknąć muszą z powierzchni ziemi...Tylko 
oszczędność i praca!... Pomimo to nasi wspólnicy zaczynają grymasić, co?... 
— Niech robią, jak im wygodniej — odparł Wokulski. -Ja na nich nie zyskam ani 
jednego rubla. 
— Ale ja nie opuszczę cię, panie Stanisławie — rzekł pan Tomasztonem 
przekonania. I dodał po chwili: — W tych dniach sprzedaję, to jest dopuszczam 
do sprzedaży mego domu. Miałem z nim duży kłopot: lokatorowie nie płacą, 
rządcy złodzieje, a wierzycieli hipotecznych musiałem zaspokajać z własnej 
kieszeni. Nie dziw się, że mnie to w końcu znudziło... 
— Naturalnie -wtrącił Wokulski. 
— Mam nadzieję — ciągnął pan Tomasz — że zostanie mi z niego pięćdziesiąt, a 
choćby czterdzieści tysięcy rubli... 
— Ile ma pan nadzieję wziąć za ten dom? 
— Sto, do stu dziesięciu tysięcy rubli... Cokolwiek jednakże dostanę, tobie 
oddam, panie Stanisławie. 
Wokulski pochylił głowę na znak zgody i pomyślał, że jednak pan Tomasz za 
swoją kamienicę nie dostanie więcej nad dziewięćdziesiąt tysięcy rubli. Tyle 
bowiem miał w tej chwili do dyspozycji, a nie mógł zaciągać długów bez 
narażania swego kredytu. 
— Tobie oddam, panie Stanisławie — mówił pan Łęcki. — I właśnie chciałem 
zapytać się, czy przyjmiesz?... 
— Ależ rozumie się... 
— I jaki mi dasz procent? 
— Gwarantuję dwudziesty, a jeżeli interesa pójdą lepiej, to i wyższy — odparł 
Wokulski dodając w duchu, że więcej nad piętnaście procent nie mógłby dać 
komu innemu. 
„Filut!... — pomyślał pan Tomasz. — Sam ma ze sto procentów, a mnie daje 
dwadzieścia...” 
Głośno jednak rzekł: 
— Dobrze, kochany panie Stanisławie. Przyjmuję dwadzieścia procent, bylebyś 
mi mógł wypłacić z góry. 
— Będę płacił z góry... co pół roku — odpowiedział Wokulski lękając się, ażeby 
pan Tomasz nie wydał pieniędzy zbyt prędko. 
— I na to zgoda — rzekł pan Tomasz tonem wielkiej serdeczności. — Wszystkie zaś 
zyski — dodał z lekkim akcentem — wszystkie zyski wyższe nad dwadzieścia 
procent, proszę cię, ażebyś nie dawał mi ich do ręki, choćbym... błagał, 
rozumiesz?... ale żebyś dołączał do kapitału. Niech rośnie, prawda?... 
— Panie proszą — rzekł w tej chwili Mikołaj ukazując się we drzwiach gabinetu. 
Pan Tomasz uroczyście podniósł się z fotelu i ceremonialnym krokiem 
wprowadził gościa do salonu. 
Później niejednokrotnie Wokulski usiłował zdać sobie sprawę z salonu i ze 
sposobu, w jaki tam wszedł; ale całości faktu nie mógł sobie przypomnieć. 
Pamiętał, że przede drzwiami ukłonił się parę razy panu Tomaszowi, że potem 
owionęła go jakaś miła woń, skutkiem czego ukłonił się damie w kremowej 
sukni z pąsową różą przy ramieniu, a potem -innej damie wysokiej i czarno 
ubranej, która patrzyła na niego z przestrachem. Przynajmniej tak mu się 
zdawało. 
Dopiero po chwili spostrzegł, że damą w kremowej sukni była panna Izabela. 
Siedziała na fotelu, z nieporównanym wdziękiem pochylona w jego stronę, i 
łagodnie patrząc mu w oczy mówiła: 
— Ojciec mój, jako pański wspólnik, będzie musiał odbyć długą praktykę, zanim 
potrafi zadowolnić pana. W jego imieniu proszę o pobłażliwość. 
Wyciągnęła rękę, której Wokulski ledwo śmiał dotknąć. 
— Pan Łęcki — odparł -jako wspólnik, potrzebuje mieć tylko zaufanego adwokata 
i buchaltera, którzy co pewien czas skontrolują rachunki. Reszta należy do nas. 
Zdawało mu się, że powiedział coś bardzo głupiego, i zarumienił się. 
— Pan musi mieć dużo zajęcia przy takim magazynie... — wtrąciła czarno ubrana 
panna Florentyna i przestraszyła się jeszcze mocniej. 
— Nie tak wiele. Do mnie należy dostarczanie funduszów obrotowych i 
zawiązywanie stosunków z nabywcami i odbiorcami. Rodzajem zaś towaru i 
oceną jego wartości zajmuje się administracja sklepu. 
— Czy to można w każdym razie spuścić się na obcych — westchnęła panna 
Florentyna. 
— Mam doskonałego plenipotenta, a zarazem przyjaciela, który lepiej prowadzi 
interesa, niżbym ja to potrafił. 
— Szczęśliwy jesteś, panie Stanisławie... — pochwycił pan Łęcki. — Nie 
wyjeżdżasz w tym roku za granicę? 
— Chcę być w Paryżu na wystawie. 
— Zazdroszczę panu — odezwała się panna Izabela. — Od dwu miesięcy marzę 
tylko o wystawie paryskiej, ale papo jakoś nie okazuje skłonności do wyjazdu... 
— Nasz wyjazd całkowicie zależy od pana Wokulskiego — odpowiedział ojciec. Radzę 
ci więc jak najczęściej zapraszać go na obiad i podawać smaczny, ażeby 
miał dobry humor. 
— Zaręczam, że ile razy będzie pan na nas łaskaw, sama zajrzę do kuchni. Czy 
jednak dobre chęci wystarczą w tym wypadku... 
— Z wdzięcznością przyjmuję obietnicę — odparł Wokulski. — Nie wpłynie to 
jednak na termin wyjazdu państwa do Paryża, ponieważ zależy on tylko od ich 
woli. 
— Merci... — szepnęła panna Izabela. 
Wokulski schylił głowę. „Znam ja to <<merci>>! -pomyślał — płaci się za nie 
kulami...” 
— Państwo pozwolą do stołu?... — wtrąciła panna Florentyna. Przeszli do 
jadalnego pokoju, gdzie na środku stał okrągły stół nakryty na cztery osoby. 
Wokulski znalazł się przy nim między panną Izabelą i jej ojcem, naprzeciw 
panny Florentyny. Już był zupełnie spokojny, tak spokojny, że aż go to 
przerażało. Opuścił go szał miłości nawet pytał sam siebie: czy ona jest kobietą, 
którą kochał?... Bo czy podobna kochać się tak jak on i siedząc o krok od 
przyczyny swego obłędu czuć taką ciszę w duszy, tak niezmierną ciszę?... Myśl 
miał tak swobodną, że nie tylko dokładnie widział każde drgnienie fizjognomii 
swoich współbiesiadników, ale jeszcze (co już było zabawne), patrząc na pannę 
Izabelę, robił sobie następujący rachunek: 
„Suknia. Piętnaście łokci surowego jedwabiu po rublu — piętnaście rubli... 
Koronki z dziesięć rubli, a robota z piętnaście... Razem — czterdzieści rubli 
suknia, ze sto pięćdziesiąt rubli kolczyki i dziesięć groszy róża...” 
Mikołaj zaczął podawać potrawy. Wokulski bez najmniejszego apetytu zjadł 
kilka łyżek chłodniku, zapił portweinem, potem spróbował polędwicy i zapił ją 
piwem. Uśmiechnął się, sam nie wiedząc czemu, i w przystępie jakiejś 
żakowskiej radości postanowił robić błędy przy stole. Na początek 
skosztowawszy polędwicy położył nóż i widelec na podstawce obok talerza. 
Panna Florentyna aż drgnęła, a pan Tomasz z wielką werwą począł opowiadać o 
wieczorze w Tuileriach, podczas którego na żądanie cesarzowej Eugenii tańczył 
z jakąś marszałkową menueta. 
Podano sandacza, którego Wokulski zaatakował nożem i widelcem. Panna 
Florentyna o mało nie zemdlała, panna Izabela spojrzała na sąsiada z pobłażliwą 
litością, a pan Tomasz... zaczął także jeść sandacza nożem i widelcem. 
„Jacyście wy głupi!” — pomyślał Wokulski czując, że budzi się w nim coś niby 
pogarda dla tego towarzystwa. Na domiar odezwała się panna Izabela, zresztą 
bez cienia złośliwości: 
— Musi mnie papa kiedy nauczyć, jak się jada ryby nożem. 
Wokulskiemu wydało się to wprost niesmaczne. 
„Widzę, że odkocham się tu przed końcem obiadu...” — rzekł do siebie. 
— Moja droga -odpowiedział pan Tomasz córce — niejadanie ryb nożem to 
doprawdy przesąd... Wszak mam rację, panie Wokulski? 
— Przesąd?... nie powiem — rzekł Wokulski. — Jest to tylko przeniesienie zwyczaju 
z warunków, gdzie on jest stosowny, do warunków, gdzie nim nie jest. 
Pan Tomasz aż poruszył się na krześle. 
— Anglicy uważają to prawie za obrazę... — wydeklamowała panna Florentyna. 
— Anglicy mają ryby morskie, które można jadać samym widelcem; nasze zaś 
ryby ościste może jedliby innym sposobem... 
— O, Anglicy nigdy nie łamią form -broniła się panna Florentyna. 
— Tak — mówił Wokulski — nie łamią form w warunkach zwykłych, ale w 
niezwykłych stosują się do prawidła: robić, jak wygodniej. Sam zresztą 
widywałem bardzo dystyngowanych lordów, którzy baraninę z ryżem jedli 
palcami, a rosół pili prosto z garnka. 
Lekcja była ostra. Pan Tomasz jednak przysłuchiwał się jej z zadowoleniem, a 
panna Izabela prawie z podziwem. Ten kupiec, który jadał baraninę z lordami i 
wygłaszał tak śmiało teorię posługiwania się nożem przy rybach, urósł w jej 
wyobraźni. Kto wie, czy teoria nie wydała się jej ważniejszą aniżeli pojedynek z 
Krzeszowskim. 
— Więc pan jest nieprzyjacielem etykiety? — spytała. 
— Nie. Nie chcę tylko być jej niewolnikiem. 
— Są jednak towarzystwa, w których ona przestrzega się zawsze. 
— Tego nie wiem. Ale widziałem najwyższe towarzystwa, w których o niej 
zapominano w pewnych warunkach. 
Pan Tomasz lekko schylił głowę; panna Florentyna zsiniała, panna Izabela 
patrzyła na Wokulskiego prawie życzliwie. Nawet więcej niż prawie... Bywały 
mgnienia, w których marzyło się jej, że Wokulski jest jakimś Harun-alRaszydem ucharakteryzowanym na kupca. W sercu jej budził się podziw, nawet 
— sympatia. Z pewnością ten człowiek może być jej powiernikiem; z nim będzie 
mogła rozmawiać o Rossim. 
Po lodach zupełnie zdetonowana panna Florentyna została w jadalni, a reszta 
towarzystwa przeszła na kawę do gabinetu pana. Właśnie Wokulski skończył 
swoją filiżankę, kiedy Mikołaj przyniósł panu Tomaszowi na tacy list mówiąc: 
— Czeka na odpowiedź, jaśnie panie. 
— Ach, od hrabiny... — rzekł pan Tomasz spojrzawszy na adres. -Pozwolicie 
państwo... 
— Jeżeli pan nie ma nic przeciw temu — przerwała panna Izabela uśmiechając się 
do Wokulskiego — to przejdziemy do salonu, a ojciec tymczasem odpisze... 
Wiedziała, że list ten napisał pan Tomasz sam do siebie; koniecznie bowiem 
potrzebował choć pół godziny przedrzemać się po obiedzie. 
— Nie obrazi się pan? — spytał pan Tomasz ściskając Wokulskiego za rękę. 
Opuścili z panną Izabelą gabinet i weszli do salonu. Ona z gracją jej tylko 
właściwą usiadła na fotelu wskazując mu drugi, zaledwie o parę kroków 
odległy. 
Wokulskiemu, kiedy znalazł się z nią sam na sam, krew uderzyła do głowy. 
Wzburzenie spotęgowało się, gdy spostrzegł, że panna Izabela patrzy na niego 
jakimś dziwnym wzrokiem, jakby go chciała przeniknąć do dna i przykuć do 
siebie. To już nie była ta panna Izabela z kwesty wielkotygodniowej ani nawet z 
wyścigów; to była osoba rozumna i czująca, która ma go o coś serio zapytać i 
chce mu coś szczerego powiedzieć. 
Wokulski był tak ciekawy tego, co mu powie, i tak stracił wszelką władzę nad 
sobą, że chyba zabiłby człowieka, który by m w tej chwili przeszkodził. Patrzył 
na pannę Izabelę w milczeniu i czekał. 
Panna Izabela była zakłopotana: dawno już nie doznała takiego zamętu uczuć 
jak w tej chwili. Przez myśl przebiegały jej zdania: „kupił serwis” — „przegrywał 
umyślnie w karty do ojca” — „znieważył mnie”, a potem: „kocha mnie” — „kupił 
konia wyścigowego” -„pojedynkował się” -„jadał baraninę z lordami w 
najwyższych towarzystwach...” Pogarda, gniew, podziw, sympatia kolejno 
potrącały jej duszę jak krople gęsto padającego deszczu; na dnie zaś tej burzy 
nurtowała potrzeba zwierzenia się komuś ze swych kłopotów codziennych i ze 
swych rozmaitych powątpiewań, i ze swej tragicznej miłości do wielkiego 
aktora. 
„Tak, on może być... on będzie moim powiernikiem!...” — myślała panna Izabela 
topiąc słodkie spojrzenie w zdumionych oczach Wokulskiego i lekko pochylając 
się naprzód, jakby chciała go pocałować w czoło. Potem ogarniał ją 
bezprzyczynowy wstyd : cofała się na poręcz fotelu, rumieniła się i z wolna 
opuszczała długie rzęsy, jakby ją sen morzył. Patrząc na grę jej fizjognomii 
Wokulskiemu przypomniały się cudowne falowania zorzy północnej i owe 
dziwne melodie, bez tonów i bez słów, które niekiedy odzywają się w ludzkiej 
duszy niby echa lepszego świata. Rozmarzony, przysłuchiwał się 
gorączkowemu tykotaniu stołowego zegara i biciu własnych pulsów i dziwił się, 
że te dwa tak szybkie zjawiska prawie wloką się w porównaniu z biegiem jego 
myśli. 
„Jeżeli jest jakie niebo — mówił sobie — błogosławieni nie doznają wyższego 
szczęścia aniżeli ja w tej chwili.” 
Milczenie trwało już tak długo, że zaczęło być nieprzyzwoitym. Panna Izabela 
opamiętała się pierwsza. 
— Pan miał — rzekła — nieporozumienie z panem Krzeszowskim. 
— O wyścigi... — wtrącił pośpiesznie Wokulski. — Baron nie mógł mi darować, że 
kupiłem jego konia... 
Chwilę patrzyła na niego z łagodnym uśmiechem. 
— Potem miał pan pojedynek, który... bardzo nas zaniepokoił...-dodała ciszej. — A 
potem... baron przeprosił mnie — zakończyła szybko, spuszczając oczy. — W 
liście napisanym z tego powodu do mnie baron mówi o panu z wielkim 
szacunkiem i przyjaźnią... 
— Jestem bardzo... bardzo szczęśliwy.- bąkał Wokulski. 
— Z czego, panie? 
— Że okoliczności złożyły się w taki sposób... Baron jest człowiekiem 
dystyngowanym... 
Panna Izabela wyciągnęła rękę i zostawiwszy ją na chwilę w rozpalonej dłoni 
Wokulskiego rzekła: 
— Pomimo niewątpliwej dobroci barona ja jednak tylko panu dziękuję. 
Dziękuję... Są przysługi, których się nieprędko zapomina, i doprawdy... — tu 
zaczęła mówić wolniej i ciszej — doprawdy, ulżyłby pan memu sumieniu żądając 
czegoś, co by zrównoważyło pańską...uprzejmość... Wokulski puścił jej rękę i 
wyprostował się na krześle. Był tak odurzony, że nie zwrócił uwagi na ten mały 
wyraz „uprzejmość”. 
— Dobrze — odparł. — Jeżeli pani każe, przyznam się nawet... do zasługi. Czy w 
zamian wolno mi zanieść prośbę do pani?... 
— Tak. 
— A więc — mówił rozgorączkowany — proszę o jedno: ażebym mógł służyć pani, 
o ile mi siły starczą. Zawsze i we wszystkim. 
— Panie!... — przerwała z uśmiechem panna Izabela — ależ to jest podstęp. Ja chcę 
spłacić jeden dług, a pan chce mnie zmusić do zaciągania nowych. Czy to 
właściwe?... 
— Co w tym niewłaściwego?... Alboż nie przyjmuje pani usług nawet od 
posłańców publicznych?... 
— Ale im płaci się za to — odpowiedziała figlarnie patrząc mu w oczy. 
— I ta tylko jest między mną i nimi różnica, że im płacić potrzeba, a mnie nie 
wypada. Nawet nie można. 
Panna Izabela kręciła głową. 
— To, o co proszę — mówił dalej Wokulski -nie przechodzi granicy 
najzwyklejszych stosunków ludzkich. Panie zawsze rozkazujecie — my zawsze 
spełniamy, oto wszystko. Ludzie należący do tej co i pani sfery towarzyskiej 
wcale nie potrzebowaliby prosić o podobną łaskę; dla nich jest ona codziennym 
obowiązkiem, nawet prawem. Ja zaś dobijałem się, a dzisiaj błagam o nią, gdyż 
spełnianie zleceń pani byłoby dla mnie pewnym rodzajem nobilitacji. Boże 
miłosierny! Jeżeli furmani i lokaje mogą nosić barwy pani, z jakiej racji ja nie 
miałbym zasługiwać na ten zaszczyt? 
— Ach, o tym pan mówi?... Dawać panu mojej szarfy nie potrzebuję; pan sam 
wziął ją gwałtem. A odbierać?... Już za późno, choćby ze względu na list 
barona. 
Znowu podała mu rękę, którą Wokulski ze czcią ucałował. W obocznym pokoju 
rozległy się kroki i wszedł pan Tomasz wyspany, promieniejący. Jego piękna 
twarz miała tak serdeczny wyraz, że Wokulski pomyślał : 
„Nędznikiem będę, jeżeli twoje trzydzieści tysięcy rubli, przyniosą ci dziesięciu 
tysięcy rocznie.” Jeszcze z kwadrans posiedzieli we troje, rozmawiając o 
niedawnej zabawie w Dolinie Szwajcarskiej na cel dobroczynny, o przybyciu 
Rossiego i o wyjeździe do Paryża. Nareszcie Wokulski z żalem opuścił miłe 
towarzystwo obiecując przychodzić częściej i współcześnie z nimi jechać do 
Paryża. 
— Zobaczy pan, jak tam będzie wesoło — rzekła panna Izabela na pożegnanie. 
ROZDZIAŁ SIEDMNASTY: 
KIEŁKOWANIE ROZMAITYCH ZASIEWÓW I 
ZŁUDZEŃ 
Było już wpół do dziewiątej wieczorem, kiedy Wokulski wracał do domu. 
Słońce niedawno zaszło, lecz silny wzrok mógł już dopatrzeć większe gwiazdy 
przebłyskujące na zlotawolazurowym niebie. Po ulicach rozlegał się wesoły 
gwar przechodniów; w sercu Wokulskiego zasiadł radosny spokój. 
Przypominał sobie każdy ruch, każdy uśmiech, każde spojrzenie i każdy wyraz 
panny Izabeli, z podejrzliwą troskliwością wyszukując w nich śladu niechęci 
albo dumy. Na próżno. Traktowała go jak równego sobie i jak przyjaciela, 
zapraszała, aby ich częściej odwiedzał, ba!... nawet żądała, aby ją o co prosił... 
„A gdybym się był w tej chwili oświadczył — przyszło mu na myśl — to co?...” 
I pilnie wpatrywał się w rysy jej widma, które mu napełniało duszę; ale — znowu 
nie dostrzegł ani śladu niechęci. Owszem — figlarny uśmiech. 
„Odpowiedziałaby — myślał — że za mało jeszcze się znamy, że powinienem 
zasłużyć na nią... Tak... niezawodnie tak by odpowiedziała” — powtarzał, ciągle 
przypominając sobie niewątpliwe oznaki sympatii. 
„W ogóle — mówił — byłem niesprawiedliwie uprzedzony do wielkich panów. A 
oni są przecie takimi jak i my ludźmi; może nawet mają więcej subtelnych 
uczuć. Wiedząc, że jesteśmy goniącymi za zyskiem gburami, unikają nas. Ale 
poznawszy w nas uczciwe serca, przygarniają do siebie... Cóż to za rozkoszna 
żona może być z takiej kobiety! Naturalnie, że powinienem na nią zasłużyć. 
Jeszcze jak!...” 
I pod wpływem tych myśli czuł, że budzi się w nim jakaś wielka życzliwość, 
która ogarnia naprzód dom Łęckich, potem dalszą ich rodzinę, potem jego sklep 
i wszystkich ludzi, którzy w nim pracowali, potem wszystkich kupców, którzy 
mieli z nim stosunki, a nareszcie — cały kraj i całą ludzkość. Zdawało się 
Wokulskiemu, że każdy uliczny przechodzień jest jego krewnym, bliższym lub 
dalszym; wesołym lub smutnym. I niewiele brakowało, ażeby stanąwszy na 
chodniku zaczepiał jak żebrak ludzi i pytał: „Może który z was czego 
potrzebuje?... Żądajcie, rozkazujcie, proszę was... weimieniu...” 
„Podle mi dotychczas życie schodziło — mówił sobie. — Byłem egoistą. Ochocki oto 
wspaniała dusza: chce przypiąć skrzydła ludzkości i dla tej idei zapomina o 
własnym szczęściu. Sława, naturalnie, jest głupstwem, ale praca dla 
pomyślności ogółu — to grunt... — A potem dodał z uśmiechem: — Ta kobieta już 
zrobiła ze mnie bogacza i człowieka z reputacją, lecz jeżeli uprze się, zrobi ze 
mnie — czy ja wiem co?... Chyba świętego męczennika, który swoją pracę, nawet 
życie odda dla dobra innych... Naturalnie, że oddam, gdy ona tego zechce!...” 
Sklep jego był już zamknięty, ale przez otwory okiennic wyglądało światło. 
Coś jeszcze robią” — pomyślał Wokulski. 
Skręcił w bramę i przez tylne drzwi wszedł do sklepu. Na progu zetknął się z 
wychodzącym Ziębą, który pożegnał go niskim ukłonem; w głębi zaś sklepu 
było jeszcze kilka osób. Klejn wdrapywał się na drabinkę, ażeby coś poprawić 
na półkach. Lisiecki ubierał się w palto, za kantorem nad księgą siedział Rzecki, 
a przed, nim stał jakiś człowiek płakał. 
— Stary jedzie! — zawołał Lisiecki. 
Rzecki przysłaniając oczy ręką spojrzał na Wokulskiego; Klejn ukłonił mu się 
parę razy ze szczytu drabinki, a płaczący człowiek zwrócił się nagle i z głośnym 
jękiem objął go za nogi. 
— Co to jest?... — spytał zdziwiony Wokulski poznając w płaczącym starego 
inkasenta Obermana. -Zgubił czterysta kilkadziesiąt rubli — odparł Rzecki 
surowo. — Naturalnie, że nie było nadużycia, głowę dam za to, ale i firma tracić 
nie może, tym bardziej że pan Oberman ma u nas kilkaset rubli oszczędności. 
Jedno więc z dwojga — prawił rozdrażniony Rzecki — albo pan Oberman zapłaci, 
albo pan Oberman straci miejsce... Piękne robilibyśmy interesa mając 
wszystkich takich inkasentów jak pan Oberman... 
— Zapłacę, panie — mówił szlochając inkasent — zapłacę, ale niech mi pan rozłoży 
choć na parę lat. Toż te pięćset rubli, co mam u panów, to mój cały majątek. 
Chłopiec skończył szkoły i chce uczyć się na doktora, a i starość za pasem... 
Bóg i pan wie, co się człowiek napracuje, nim zbierze taki grosz... Musiałbym 
się drugi raz urodzić, ażeby znowu go zebrać... 
Klejn i Lisiecki, obaj ubrani, czekali na wyrok pryncypała. 
— Tak — odezwał się Wokulski — firma nie może tracić. Oberman zapłaci. 
— Słucham pana — wyszeptał nieszczęśliwy inkasent. 
Panowie Klejn i Lisiecki pożegnali się i wyszli. Za nimi, wzdychając zabierał 
się i Oberman do opuszczenia sklepu. Lecz gdy zostali tylko we trzech, 
Wokulski dodał szybko: 
— Oberman, zapłacisz, a ja ci zwrócę... 
Inkasent rzucił mu się do nóg. 
— Za pozwoleniem!... za pozwoleniem — przerwał Wokulski podnosząc go. Jeżeli 
słówko powiesz komu o naszym układzie, cofnę prezent, uważasz, 
Oberman?... Inaczej wszyscy zechcą gubić pieniądze. Idź więc do domu i 
milcz... 
— Rozumiem. Niech Bóg zeszle na pana wszystko najlepsze — odparł inkasent i 
wyszedł, na próżno starając się ukryć radość. 
— Już zesłał najlepsze — rzekł Wokulski myśląc o pannie Izabeli. Rzecki był 
niekontent. 
— Wiesz, mój Stachu — odezwał się, gdy zostali sami — że lepiej zrobisz nie 
mieszając się do sklepu. Z góry wiedziałem, że całej sumy nie każesz mu 
zwracać; ja sam nie żądałbym tego., Ale ze sto rubli, tytułem kary, powinien był 
gałgan zapłacić... Zresztą, pal diabli, można mu było i wszystko darować: ale 
należało choć z parę tygodni utrzymać w niepewności... Inaczej lepiej od razu 
zamknąć budę. 
Wokulski śmiał się. 
— Lękałbym się -odparł — gniewu boskiego, gdybym w takim dniu skrzywdził 
człowieka. 
— W jakim dniu?... — spytał Rzecki, szeroko otwierając oczy. 
— Mniejsza o to. Dziś dopiero widzę, że trzeba być litościwym. 
— Byłeś nim zawsze i aż zanadto — oburzył się pan Ignacy — i przekonasz się, że dla 
ciebie ludzie takimi nie będą. 
— Już są -rzekł Wokulski i podał mu rękę na pożegnanie. 
— Już są?... — powtórzył pan Ignacy przedrzeźniając go. — Już są!... Nie życzę ci, 
abyś potrzebował kiedy wystawiać na próbę ich współczucia... 
— Mam je bez prób. Dobranoc. 
— Masz!... masz!:. Zobaczymy, jak ono będzie wyglądało w razie potrzeby. 
Dobranoc, dobranoc... — mówił stary subiekt, z hałasem chowając księgi. 
Wokulski szedł do swego mieszkania i myślał: 
„Trzeba nareszcie złożyć wizytę Krzeszowskiemu... Pójdę jutro...W całym 
znaczeniu przyzwoity człowiek... przeprosił pannę Izabelę. Jutro podziękuję mu 
i — niech mnie licho weźmie -jeżeli nie spróbuję dopomóc. Choć z takim 
próżniakiem i letkiewiczem ciężka sprawa...Ale mniejsza o to, spróbuję... On 
przeprosił pannę Izabelę, ja wydobędę go z długów.” Uczucia spokoju i 
niezachwianej pewności tak w tej chwili górowały nad wszelkimi innymi w 
duszy Wokulskiego, że gdy wrócił do domu, zamiast marzyć (co mu się zwykle 
zdarzało), wziął się do roboty. Wydobył gruby kajet, już w większej części 
zapisany, potem książkę z polsko-angielskimi ćwiczeniami i zaczął pisać zdania 
wymawiając je półgłosem i usiłując jak najdokładniej naśladować nauczyciela 
swego, pana Wiliama Colinsa. 
W kilkuminutowych zaś przerwach myślał to o jutrzejszej wizycie u barona 
Krzeszowskiego i o sposobie wydobycia go z długów, to o Obermanie, którego 
wybawił z nieszczęścia. 
„Jeżeli błogosławieństwo ma jaką wartość — mówił do siebie — cały kapitał 
błogosławieństw Obermana, wraz ze składanym procentem, ceduję jej...” 
Potem przyszło mu na myśl, że nie jest to zbyt świetnym prezentem dla panny 
Izabeli — uszczęśliwić jednego tylko człowieka. Całego świata — nie może; ale 
warto by z okazji bliższego poznania się z panną Izabelą podźwignąć bodaj 
kilka osób. 
„Drugim będzie Krzeszowski — myślał — ale ratować takich zuchów — żadna 
zasługa... Aha!...” Uderzył się ręką w czoło i porzuciwszy ćwiczenia angielskie 
wydobył archiwum swoich korespondencyj prywatnych. Była to safianowa 
okładka, gdzie podług dat umieszczał nadchodzące listy, których spis znajdował 
się na początku. 
„Aha! — mówił — list mojej magdalenki i jej opiekunek, stronica sześćset trzy...” 
Znalazł stronicę i z uwagą przeczytał dwa listy: jeden pisany elegancko, drugi jakby 
go kreśliła dziecinna ręka. W pierwszym zawiadomiono go, że taka to a 
taka Maria, niegdyś dziewczyna złego prowadzenia, obecnie nauczyła się szyć 
bielizny, krawiectwa i odznacza się pobożnością, posłuszeństwem, łagodnością i 
dobrymi obyczajami. W drugim liście sama owa Maria... dziękowała mu za 
dotychczasową pomoc i prosiła tylko o wyszukanie jakiego zajęcia. 
„Niech już wielmożny i dobrotliwy pan — pisała — kiedy z łaski Boga ma takie 
duże fundusze, na mnie grzeszną ich nie wydaje. Bo ja teraz sama sobie 
poradzę, bylem miała o co ręce zaczepić, a ludzi, co potrzebują gorzej niż ja, 
nieszczęśliwa, zhańbiona, w Warszawie nie brak...” 
Wokulskiemu przykro się zrobiło, że podobna prośba kilka dni czekała na 
odpowiedź. Natychmiast odpisał i zawołał służącego. 
— List ten -rzekł -odeślesz rano do magdalenek... 
— Żrobi się — odparł służący usiłując zapanować nad ziewaniem. 
— Sprowadzisz mi także furmana Wysockiego, tego z Tamki, wiesz?... 
— O jeszcze nie miałbym wiedzieć. Ale pan słyszał... 
— Tylko żeby mi tu przyszedł z rana... 
— O!... czemu nie. Ale pan słyszał, że Oberman zgubił wielkie pieniądze? Był tu 
z wieczora i przysięgał, że zabiję się albo zrobi sobie co złego, jeżeli pan nie 
okaże nad nim litości. Ja mówię: „Nie bądźcie głupi, nie żabijajcie się, 
poczekajcie... Nasz stary ma miętkie szercze...”A on gada: „Ja se też tak 
kalkuluję, ale zawsze będzie heca, bo mi choć trochę strącą, a tu syn idzie na 
medyka, a tu starość chwyta człowieka za poły...” 
— Proszę cię, idź spać — przerwał mu Wokulski. 
— Pójść pójdę — odparł z gniewem służący — ale u pana to taka służba, że gorzej 
niż w kryminale: nawet szpać nie można iść, kiedy się chce... 
Zabrał list i wyszedł. 
Na drugi dzień około dziewiątej rano służący obudził Wokulskiego, donosząc 
mu, że czeka Wysocki. 
— Niech no wejdzie. Po chwili wszedł furman. Był przyzwoicie ubrany, miał 
czerstwą cerę i wesołe spojrzenie. Zbliżył się do łóżka i ucałował Wokulskiemu 
ręce. 
— Mój Wysocki, podobno przy twoim mieszkaniu jest wolny pokój? 
— A tak, wielmożny panie, bo mi stryjek umarł, a jego bestie lokatory nie chciały 
płacić, więcem wygnał. Na wódkę to łobuz ma, a na komorne go nie stać... 
— Ja wynajmę od ciebie ten pokój -mówił Wokulski -tylko trzeba go 
odczyścić... Furman patrzył na Wokulskiego zdziwiony. 
— Będzie tam mieszkać młoda szwaczka -mówił dalej Wokulski. -Niech stołuje 
się u was, niech jej twoja żona pierze bieliznę...Niech zobaczy czego jej brak? 
Na sprzęty i na bieliznę ja dam pieniędzy... Potem będziecie uważali, czy nie 
sprowadza kogo do domu... 
— O ni! — zawołał z ożywieniem furman. — Ile razy będzie wielmożnemu panu 
potrzebna, ja ją sam zawiodę; ale żeby kto zaś z miasta — to ni!... Z takiego 
interesu wielmożny pan mógłby się tylko nabawić nieszczęścia... 
— Głupiś, mój Wysocki. Ja jej widywać nie potrzebuję. Byle była porządna w 
domu, schludna, pracowita, to niech sobie chodzi, gdzie chce. Tylko niech do 
niej nie chodzą. Więc rozumiesz: trzeba w pokoju odświeżyć ściany, umyć 
podłogę, kupić sprzęty tanie, ale nowe i dobre, znasz się na tym?... 
— I jak jeszcze. Ilem się w życiu mebli nawoził... 
— Dobrze. A twoja żona niech zobaczy, co jej potrzeba z bielizny i odzienia, i da 
mi znać. 
— Rozumiem wszystko, wielmożny panie — odparł Wysocki, znowu całując go w 
rękę. 
— Ale... A cóż z twoim bratem?... 
— Niezgorzej, wielmożny panie. Siedzi, dziękować Bogu i wielmożnemu panu, w 
Skierniewicach, ma grunt, najął parobka i tera z niego wielki pan. Za parę lat 
jeszcze ziemi dokupi, bo stołuje się u niego jeden dróżnik i stróż, i dwa 
smarowniki. Nawet mu tera kolej pensji dodała... 
Wokulski pożegnał furmana i zaczął się ubierać. „Chciałbym przespać ten czas, 
dopóki znowu jej nie zobaczę” — myślał Wokulski. 
Do sklepu nie chciało mu się iść. Wziął jakąś książkę i czytał postanawiając 
sobie między pierwszą i drugą wybrać się do barona Krzeszowskiego. 
O jedenastej w przedpokoju rozległ się dzwonek i trzask otwieranych drzwi. 
Wszedł służący. 
— Jakaś panna czeka... 
— Proś do sali — rzekł Wokulski. 
W sali zaszeleściła kobieca suknia. Wokulski, stanąwszy na progu, zobaczył 
swoją magdalenkę. Zdumiały go nadzwyczajne zmiany w niej. Dziewczyna była 
czarno ubrana, miała bladawą, ale zdrową cerę i nieśmiałe spojrzenie. 
Spostrzegłszy Wokulskiego zarumieniła się i zaczęła drżeć. — Niech pani siądzie, 
panno Mario — odezwał się wskazując jej krzesło. 
Usiadła na brzegu aksamitnego sprzętu, jeszcze mocniej zawstydzona. Powieki 
szybko zamykały się jej i otwierały; patrzyła w ziemię, a na rzęsach jej błysnęły 
krople łez. Inaczej wyglądała przed dwoma miesiącami. 
— Więc już pani umie krawieczyznę, panno Mario? 
— Tak. 
— I gdzież pani ma zamiar umieścić się? 
— Może by do jakiego magazynu albo w służbę... do Rosji... 
— Dlaczegóż tam? 
— Tam podobno łatwiej dostać robotę, a tu... któż mnie przyjmie? -szepnęła. 
— A gdyby tu jaki skład brał u pani bieliznę, czy nie opłaciłoby się zostać? 
— O tak... Ale tu trzeba mieć własną maszynę i mieszkanie; i wszystko... Kto 
tego nie ma, musi iść w służbę. 
Nawet głos jej się zmienił. Wokulski pilnie przypatrywał się jej, nareszcie rzekł: 
— Zostanie pani tymczasem w Warszawie. Mieszkać będzie pani na Tamce, przy 
rodzinie furmana Wysockiego. To bardzo dobrzy ludzie. Pokój będzie pani 
miała osobny, stołować się będzie pani u nich, a maszyna i wszystko, co się 
okaże potrzebnym do szycia bielizny, znajdzie się także. Rekomendacje do 
składu bielizny dam pani, a po paru miesiącach zobaczymy, czy utrzyma się 
pani z tej roboty. — Oto adres Wysockich. Proszę tam zaraz pójść, kupić z 
Wysocką sprzęty, dopilnować, ażeby uporządkowali pokój. Maszynę przyślę 
pani jutro... A oto pieniądze na zagospodarowanie się. Pożyczam je; zwróci mi 
je pani ratami, jak już zacznie iść robota. 
Podał jej kilkadziesiąt rubli zawiniętych w kartkę do Wysockiego. A kiedy ona 
wahała się, czy ma brać, wcisnął jej zwitek w rękę i rzekł: 
— Proszę, bardzo proszę natychmiast iść do Wysockich. Za parę dni on 
przyniesie pani list do składu bielizny. W nagłym wypadku proszę odwołać się 
do mnie. Żegnam panią... 
Ukłonił się i cofnął do swego gabinetu. 
Dziewczyna chwilę jeszcze postała na środku sali; potem otarła łzy i wyszła 
pełna jakiegoś uroczystego zdziwienia. 
„Zobaczymy, jak powiedzie się jej w nowych warunkach” — rzekł do siebie 
Wokulski i znowu zasiadł do czytania. 
O pierwszej w południe udał się Wokulski do barona Krzeszowskiego, po 
drodze wyrzucając sobie, że tak późno składa wizytę swojemu eksprzeciwnikowi. 
„Mniejsza o to -pocieszał się. -Nie mogłem go przecie nachodzić, kiedy był 
chory. A bilet posłałem.” 
Zbliżywszy się do domu, w którym lokował się baron, Wokulski mimochodem 
zauważył, że ściany kamienicy mają tak niezdrową barwę zielonawą, jak 
Maruszewicz żółtawą, i że rolety w mieszkaniu Krzeszowskiego są podniesione: 
„Widać już zdrów — myślał. — Nie wypada jednak od razu pytać o jego długi. 
Zrobię to za drugą lub trzecią wizytą; potem, spłacę lichwiarzy i biedny baron 
odetchnie. Nie mogę być obojętnym dla człowieka, który przeprosił pannę 
Izabelę...” 
Wszedł na piętro i zadzwonił. W mieszkaniu słychać było kroki, ale nie 
śpieszono się z otwieraniem. Zadzwonił drugi raz. Chodzenie, a nawet 
przesuwanie sprzętów odbywało się w dalszym ciągu za drzwiami, ale znów nie 
otwierano. Zniecierpliwiony, szarpnął dzwonek tak gwałtownie, że o mało go 
nie urwał. Wówczas dopiero zbliżył się ktoś do drzwi i począł flegmatycznie 
zdejmować łańcuszek, kręcić kluczem i odciągać zasuwkę mrucząc: 
— Widać swój... Żyd by tak nie dzwonił... 
Nareszcie otworzyły się drzwi i stanął w progu lokaj Konstanty. Na widok 
Wokulskiego przymrużył oczy i wysunąwszy dolną wargę spytał: 
— A co to?... Wokulski odgadł, że nie cieszy się łaskami wiernego sługi, który 
był przy pojedynku. 
— Pan baron w domu? — spytał. 
— Pan baron leży chory i nikogo nie przyjmuje, bo teraz jest doktór. 
Wokulski wydobył swój bilet i dwa ruble. 
— Kiedyż mniej więcej można odwiedzić pana? 
— Bardzo, bardzo nie zaraz... — odparł trochę łagodniej Konstanty. -Bo pan jest 
chory z postrzału i doktorzy kazali mu dziś — jutro jechać do ciepłych krajów 
albo na wieś. 
— Więc przed wyjazdem nie można widzieć się?... 
— O, wcale nie można... — Doktorzy ostro nakazali nie przyjmować nikogo. Pan 
ciągle w gorączce... 
Dwa stoliki do kart, z których jeden miał złamaną nogę, a drugi gęsto zapisane 
sukno, tudzież kandelabry z niedopałkami świec woskowych kazały 
powątpiewać o dokładności patologicznych określeń Konstantego. 
Mimo to Wokulski jeszcze dodał mu rubla i odszedł, bynajmniej niezadowolony 
z przyjęcia. 
„Może baron — myślał -po prostu nie chce mojej wizyty? Ha! w takim razie 
niech płaci lichwiarzom i zabezpiecza się od nich aż czterema sposobami 
zamknięć...” , 
Wrócił do siebie. 
Baron istotnie miał zamiar wyjechać na wieś i nie był zdrów, ale i nie tak chory. 
Rana w policzku goiła mu się bardzo powoli; nie dlatego, ażeby miała być 
ciężką, ale że organizm pacjenta był mocno podszarpany. W chwili wizyty 
Wokulskiego baron był wprawdzie obwiązany jak stara kobieta na mrozie, ale 
nie leżał w łóżku, tylko siedział na fotelu i miał przy sobie nie doktora, ale 
hrabiego Licińskiego. 
Właśnie narzekał przed hrabią na opłakany stan zdrowia. 
— Niech diabli wezmą — mówił — tak podłe życie! Ojciec zostawił mi wprawdzie 
pół miliona rubli w dziedzictwie, ale zarazem cztery choroby, z których każda 
warta milion... Co za niewygoda bez binoklil...No i wyobraź sobie hrabia: 
pieniądze rozeszły się, ale choroby zostały. Że zaś ja sam dorobiłem sobie parę 
nowych chorób i trochę długów, więc — sytuacja jasna: byłem się szpilką 
zadrasnął, muszę posyłać po trumnę i rejenta. 
— Tek! — odezwał się hrabia. — Nie sądzę jednak, ażebyś pan w podobnej sytuacji 
rujnował się na rejentów. 
— Właściwie to mnie rujnują komornicy... 
Baron, opowiadając, niecierpliwie chwytał odgłosy dolatujące go z przedpokoju, 
ale — nic nie mógł zmiarkować. Dopiero gdy usłyszał zamykanie drzwi, 
zasuwanie zatrzasku i zakładanie łańcucha, nagle wrzasnął: 
— Konstanty ... 
Po chwili wszedł służący nie zdradzając zbytecznego pośpiechu. 
— Kto był?... Pewnie Goldcygier... Powiedziałem ci, ażebyś z tym łotrem nie 
wdawał się w żadne rozprawy, tylko porwał za łeb i zrzucił ze schodów. 
Wyobraź pan sobie — zwrócił się do Licińskiego -ten podły Żyd nachodzi mnie 
ze sfałszowanym wekslem na czterysta rubli I ma bezczelność żądać zapłaty!... 
— Trzeba wytoczyć proces, tek... 
— Ja nie wytoczę... Nie jestem prokuratorem, który ma obowiązek ścigać 
fałszerzy. Zresztą nie chcę dawać inicjatywy do gubienia jakiegoś zapewne 
biedaka, który zabija się pracą nad naśladowaniem cudzych podpisów... Czekam 
więc, ażeby Goldcygier wystąpił z akcją, a dopiero wówczas nikogo nie 
oskarżając przyznam, że to nie mój podpis. 
— A właśnie, że to nie był Goldcygier — odezwał się Konstanty. 
— Więc kto?... Rządca... może krawiec?... 
— Nie... Ten pan... — rzekł służący i podał bilet Krzeszowskiemu. — Porządny 
człowiek, alem go wygnał, kiedy tak pan baron kazał... 
— Co?.- spytał zdziwiony hrabia spoglądając na bilet. 
— Nie kazałeś pan przyjmować Wokulskiego?... 
— Tak — potwierdził baron. — Licha figura, a przynajmniej... nie do towarzystwa... 
Hrabia Liciński z pewnym akcentem poprawił się na fotelu. 
— Nie spodziewałem się usłyszeć takiego zdania o tym panu... od pana... Tek... 
— Nie bierz pan tego, co mówię, w jakimś hańbiącym znaczeniu — pośpieszył 
objaśnić baron. -Pan Wokulski nie zrobił nic podłego, tylko... takie małe 
świństewko, które może uchodzić w handlu, ale nie w towarzystwie... 
Hrabia z fotelu, a Konstanty z progu uważnie przypatrywali się 
Krzeszowskiemu. 
— Sam hrabia osądź -mówił dalej baron. -Klacz moją ustąpiłem pani 
Krzeszowskiej (przed Bogiem i ludźmi prawnie zaślubionej mi małżonce) za 
osiemset rubli. Pani Krzeszowska na złość mnie (nie wiem nawet za co!) 
postanowiła koniecznie ją sprzedać. No i trafił się nabywca, pan Wokulski, 
który korzystając z afektu kobiety postanowił zarobić na klaczy... dwieście 
rubli!... dał bowiem za nią tylko sześćset... 
— Miał prawo, tek — wtrącił hrabia. 
— Eh! Boże... Wiem, że miał prawo... Ale człowiek, który dla pokazania się 
wyrzuca tysiące rubli, a gdzieś w kącie zarabia na histeryczkach po dwadzieścia 
pięć procent, taki człowiek nie jest smaczny... To nie dżentelmen... Zbrodni nie 
popełnił, ale... jest tak nierówny w stosunkach, jak ktoś, kto rozdając znajomym 
w prezencie dywany i szale wyciągałby nieznajomym chustki do nosa. 
Zaprzeczy pan temu... 
Hrabia milczał i dopiero po chwili odezwał się: 
— Tek!... Czy to jednak pewne? 
— Najpewniejsze. Układy między panią Krzeszowską i tym panem prowadził 
mój Maruszewicz i wiem to od niego. 
— Tek. W każdym razie pan Wokulski jest dobrym kupcem i naszą spółkę 
poprowadzi... 
— Jeżeli was nie okpi... Tymczasem Konstanty, wciąż stojąc na progu, zaczął z 
politowaniem kiwać głową, aż zniecierpliwiony odezwał się: 
— Eh!... co też pan wygaduje... Tfy... zupełnie jak dziecko... 
Hrabia spojrzał na niego ciekawie, a baron wybuchnąt: 
— A ty co, błażnie, odzywasz się, kiedy cię nie pytają?... 
— Naturalnie, że się odzywam, bo pan i gada, i robi całkiem jak dziecko...,ja 
jestem tylko lokaj, ale przecie wolałbym wierzyć takiemu, co mi daje dwa ruble 
za wizytę, aniżeli takiemu, co ode mnie po trzy ruble pożycza i wcale nie 
śpieszy się z oddawaniem. Ot, co jest, dziś pan Wokulski dał mi dwa ruble, a 
pan Maruszewicz... 
— Won!... — wrzasnął baron chwytając za karafkę, na widok której Konstanty 
uznał za pożyteczne oddzielić się od swego pana grubością drzwi. — A to łotr 
fagas!... — dodał baron, widocznie bardzo zirytowany. 
— Pan ma słabość do tego Maruszewicza? — spytał hrabia. 
— Ale bo to poczciwy chłopak... Z jakich on mnie sytuacji nie wyprowadzał... ile 
daje mi dowodów nieledwie psiego przywiązania ... 
— Tek!... — mruknął zamyślony hrabia. Posiedział jeszcze kilka minut, nic nie 
mówiąc, i nareszcie pożegnał barona. 
Idąc do domu hrabia Liciński kilka razy powracał myślą do Wokulskiego. 
Uważał za rzecz naturalną, że kupiec zarabia nawet na wyścigowym koniu; 
swoją drogą czuł jakiś niesmak do podobnych operacyj, a już całkiem miał za 
złe Wokulskiemu, że wdaje się z Maruszewiczem, figurą co najmniej 
podejrzaną. 
„Zwyczajnie, zbogacony parweniusz! — mruknął hrabia. — Przedwcześnie 
zachwycaliśmy się nim, chociaż... spółkę może prowadzić...Rozumie się, przy 
pilnej kontroli z naszej strony.” 
W parę dni, około dziewiątej rano, Wokulski odebrał dwa listy: jeden od pani 
Meliton, drugi od książęcego adwokata. 
Niecierpliwie otworzył pierwszy, w którym pani Meliton napisała tylko te 
słowa: „Dziś w Łazienkach o zwykłej godzinie.” Przeczytał go parę razy, po 
czym z niechęcią wziął się do listu adwokata, który zapraszał go również dzisiaj 
na godzinę jedenastą rano na konferencję w sprawie kupna domu Łęckich. 
Wokulski głęboko odetchnął; miał czas. 
Punkt o jedenastej był w gabinecie mecenasa, gdzie już zastał starego 
Szlangbauma. Mimo woli zauważył, że siwy Żyd bardzo poważnie wygląda na 
tle brązowych sprzętów i obić i że mecenasowi jest bardzo do twarzy w 
pantoflach z brązowego safianu. 
— Pan ma szczęście, panie Wokulski — odezwał się Szlangbaum. — Ledwie panu 
zachciało się kupić dom, a już domy idą w górę. Ja powiadam, słowo daję, że 
pan w pół roku odzyska swój nakład na tę kamienicę i jeszcze co zarobi! A ja 
przy panu... 
— Myślisz pan? — odparł niedbale Wokulski. 
— Ja nie myślę — mówił Żyd — ja już zarabiam. Wczoraj adwokat pani baronowej 
Krzeszowskiej pożyczył ode mnie dziesięć tysięcy rubli do Nowego Roku i dał 
osiemset rubli procentu. 
— Cóż to, i ona już nie ma pieniędzy? -spytał Wokulski adwokata. 
— Ma w banku dziewięćdziesiąt tysięcy rubli, ale na tym baron położył areszt. 
Piękną napisali intercyzę, co?... — zaśmiał się adwokat. — Mąż kładzie areszt na 
pieniądzach będących niewątpliwą własnością żony, z którą toczy proces o 
separację... Ja, co prawda, takich intercyz nie pisywałem, cha, cha!... — śmiał się 
adwokat ciągnąc dym z wielkiego bursztyna. 
— Na cóż baronowa pożycza od pana te dziesięć tysięcy, panie Szlangbaum? rzekł 
Wokulski. 
— Pan nie wie? — odparł Żyd. — Domy idą w górę, i adwokat wytłumaczył pani 
baronowej, że kamienicy pana Łęckiego nie kupi taniej niż za siedemdziesiąt 
tysięcy rubli. Ona wolałaby kupić ją za dziesięć tysięcy, no, ale co zrobi?... 
Mecenas usiadł przed biurkiem i zabrał głos. 
— Zatem, szanowny panie Wokulski, kamienicę państwa Łęckich (lekko schylił 
głowę) kupuje, w imieniu pańskim, nie ja, tylko obecny tu (ukłonił się) pan S. 
Szlangbaum 
— Mogę kupić, czemu nie — szepnął Żyd. — Ale za dziewięćdziesiąt tysięcy rubli, 
nie taniej — wtrącił Wokulski — i przez li-cy-ta-cję... — dodał z naciskiem. 
— Czemu nie? To nie moje pieniądze!.. Chce pan płacić, będzie pan miał 
konkurentów do licytacji... Żebym ja miał tyle tysięcy, ile tu w Warszawie, 
można wynająć do każdy interes bardzo porządne osoby i katoliki, to ja bym był 
bogatszy od Rotszylda. 
— Więc będą porządni konkurenci — powtórzył mecenas. — Doskonale. Teraz ja 
oddam panu Szlangbaumowi pieniądze... 
— To niepotrzebne — wtrącił Żyd. 
— A następnie spiszemy akcik, mocą którego pan S. Szlangbaum zaciąga od 
wielmożnego S. Wokulskiego dług w kwocie dziewięćdziesięciu tysięcy rubli i 
takowy zabezpiecza na nowo nabytej przez siebie kamienicy. Gdyby zaś pan S. 
Szlangbaum do dnia 1 stycznia 1879 roku powyższej sumy nie zwrócił... 
— I nie wrócę. 
— W takim razie kupiona przez niego kamienica po jaśnie wielmożnych Łęckich 
przechodzi na własność wielmożnego S. Wokulskiego. -W tej chwili może 
przejść... Ja nawet do niej nie zajrzę — odparł Żyd machając ręką. 
— Wybornie! — zawołał mecenas. — Na jutro będziemy mieli akcik, a za tydzień... 
dziesięć dni, kamienicę. Bodajbyś pan tylko nie stracił na niej z kilkunastu 
tysięcy rubli, szanowny panie Stanisławie. 
— Tylko zyskam — odparł Wokulski i pożegnał mecenasa i Szlangbauma. 
— Ale, ale... — pochwycił mecenas odprowadziwszy Wokulskiego do salonu. — Nasi hrabiowie tworzą spółkę, tylko nieco zmniejszają udziały i żądają bardzo 
szczegółowej kontroli interesu. 
— Mają rację. 
— Szczególniej ostrożnym okazuje się hrabia Liciński. Nie rozumiem, co się z 
nim stało... 
— Daje pieniądze, więc jest ostrożny. Dopóki dawał tylko słowo, był śmielszy... 
— Nie, nie, nie!... — przerwał mu adwokat. — W tym coś jest i ja to wyśledzę... 
Ktoś nam buty uszył... 
— Nie wam, ale mnie — uśmiechnął się Wokulski. — W rezultacie, wszystko mi 
jedno i nawet wcale bym się nie gniewał, gdyby panowie ci nie przystępowali 
do spółki... 
Jeszcze raz pożegnał adwokata i pobiegł do sklepu. Tam znalazło się kilka 
ważnych interesów, które zatrzymały go nadspodziewanie długo. Dopiero o 
wpół do drugiej był w Łazienkach. Surowy chłód parku, zamiast uspokoić, 
podniecał go. Biegł tak szybko, że chwilami przychodziło mu na myśl: czy nie 
zwraca uwagi przechodniów? Wtedy zwalniał kroku i czuł, że niecierpliwość 
piersi mu rozsadza. 
„Już ich pewno nie spotkam!” — powtarzał z rozpaczą. 
Tuż nad sadzawką, na tle zielonych klombów, spostrzegł popielaty płaszczyk 
panny Izabeli. Stała nad brzegiem w towarzystwie hrabiny i ojca i rzucała 
pierniki łabędziom, z których jeden nawet wyszedł z wody na swoich brzydkich 
łapach i umieścił się u stóp panny Izabeli. 
Pierwszy zobaczył go pan Tomasz. 
— Cóż za wypadek! — zawołał do Wokulskiego. — Pan o tej porze w Łazienkach?.. 
Wokulski ukłonił się paniom zauważywszy z rozkosznym zdziwieniem 
rumieniec na twarzy panny Izabeli. 
— Bywam tu, ile razy przepracuję się... To jest dosyć często... 
— Szanuj siły, panie Wokulski... — ostrzegł go pan Tomasz; uroczyście grożąc 
palcem... — A propos — dodał półgłosem — wyobraź pan sobie, że za moją 
kamienicę już baronowa Krzeszowska chce dać siedemdziesiąt tysięcy rubli... Z 
pewnością wezmę sto tysięcy, a może i sto dziesięć... Błogosławione są te 
licytacje!... 
— Tak rzadko widuję pana, panie Wokulski — wtrąciła hrabina -że muszę zaraz 
załatwić interes... — Do usług pani... 
— Panie! — zawołała z komiczną pokorą składając ręce — proszę o sztukę perkalu 
dla moich sierot... Widzi pan, jak nauczyłam się przymawiać o jałmużnę? 
— Pani hrabina raczy przyjąć dwie sztuki?... 
— Tylko w takim razie, jeżeli druga będzie sztuką grubego płótna... 
— O ciociu, tego już za wiele!... — przerwała jej panna Izabela ze śmiechem. Jeżeli 
pan nie chce stracić majątku — zwróciła się do Wokulskiego — niech pan 
stąd ucieka. Zabieram pana w stronę Pomarańczarni, a ci państwo niech tu 
odpoczywają... 
— Belu, nie boisz się?... — odezwała się ciotka. 
— Chyba ciocia nie wątpi, że w towarzystwie pana nie spotka mnie nic złego... 
Wokulskiemu uderzyła krew do głowy; na ustach hrabiny mignął 
niedostrzegalny uśmiech. Była to jedna z tych chwil, kiedy natura hamuje swoje 
wielkie siły i zawiesza odwieczne prace, ażeby uwydatnić szczęście istot 
drobnych i znikomych. 
Wiatr zaledwie dyszał, i tylko po to, ażeby chłodzić śpiące w gniazdach pisklęta 
i ułatwić lot owadom śpieszącym na weselne gody. Liście drzew chwiały się tak 
delikatnie, jakby poruszał je nie materialny podmuch, ale cicho prześlizgujące 
się promienie światła. Tu i owdzie, w przesiąkłych wilgocią gęstwinach, mieniły 
się barwne krople rosy jak odpryski spadłej z nieba tęczy. 
Zresztą wszystko stało na miejscu: słońce i drzewa, snopy światła i cienie, 
łabędzie na stawie, roje komarów nad łabędziami, nawet połyskująca fala na 
lazurowej wodzie. Wokulskiemu zdawało się; że w tej chwili odjechał z ziemi 
bystry prąd czasu zostawiając tylko parę białych smug na niebie — i od tej pory 
nie zmieni się już nic; wszystko zostanie tak samo na wieki. Że on z panną 
Izabelą będzie wiecznie chodził po oświetlonej łące, oboje otoczeni zielonymi 
obłokami drzew, spośród których gdzieniegdzie, jak para czarnych brylantów, 
błyskają ciekawe oczy ptaka. Że on już zawsze będzie pełen niezmiernej ciszy, 
ona zawsze tak rozmarzona i oblana rumieńcem, że przed nimi zawsze, jak 
teraz, będą lecieć całujące się w powietrzu te oto dwa białe motyle. 
Byli w połowie drogi do Pomarańczarni, kiedy panna Izabela, widać już 
zakłopotana tym spokojem w naturze i między nimi, poczęła mówić: 
— Prawda, jaki ładny dzień? W mieście upał, tu przyjemny chłód. Bardzo lubię 
Łazienki o tej godzinie: mało osób, więc każdy może znaleźć kącik wyłącznie 
dla siebie. Pan lubi samotność? 
— Nawykłem do niej. 
— Pan nie był na Rossim?.. — dodała rumieniąc się jeszcze mocniej. — Rossiego 
nie widział pan?... — powtórzyła patrząc mu w oczy ze zdziwieniem. 
— Nie byłem, ale... będę... 
— My z ciocią byłyśmy już na dwu przedstawieniach. 
— Będę na każdym... 
— Ach, jak to dobrze! Przekona się pan, co to za wielki artysta. Szczególniej 
znakomicie gra Romea, chociaż... już nie jest pierwszej młodości... Ciocia i ja 
znamy go osobiście jeszcze z Paryża... Bardzo miły człowiek, ale nade wszystko 
genialny tragik... W jego grze najprawdziwszy realizm kojarzy się z 
najpoetyczniejszym idealizmem... 
— Musi być istotnie wielkim — wtrącił Wokulski — jeżeli budzi w pani tyle 
podziwu i sympatii. 
— Ma pan słuszność. Wiem, że w życiu nie zrobię nic nadzwyczajnego, ale 
umiem przynajmniej oceniać ludzi niezwykłych... Na każdym polu... nawet — na 
scenie... Niech pan sobie jednak wyobrazi, że Warszawa nie ocenia go jak 
należy?... 
— Czy podobna?... Jest przecie cudzoziemcem... 
— A pan jest złośliwy — odparła z uśmiechem -ale policzę to na karb Warszawy, 
nie Rossiego... Doprawdy, wstydzę się za nasze miasto!... Ja gdybym była 
publicznością (ale publicznością rodzaju męskiego!), zasypałabym go wieńcami, 
a ręce spuchłyby mi od oklasków...Tu zaś oklaski są dość skąpe, a o wieńcach 
nikt nie myśli... My istotnie jesteśmy jeszcze barbarzyńcami... 
— Oklaski i wieńce są rzeczą tak drobną, że... na najbliższym przedstawieniu 
Rossi może mieć ich raczej za wiele aniżeli za mało — rzekł Wokulski. 
— Jest pan pewny? — spytała, wymownie patrząc mu w oczy. 
— Ależ... gwarantuję, że tak będzie... 
— Będę bardzo zadowolona, jeżeli spełni się pańskie proroctwo; może już 
wrócimy do tamtych państwa? 
— Ktokolwiek robi pani przyjemność, zasługuje na najwyższe uznanie... 
— Za pozwoleniem!- przerwała mu śmiejąc się. — W tej chwili powiedział pan 
kompliment samemu sobie... 
Zwrócili się od Pomarańczarni z powrotem. 
— Wyobrażam sobie zdumienie Rossiego — mówiła dalej panna Izabela — jeżeli 
spotkają go owacje. On już zwątpił i — prawie żałuje, że przyjechał do 
Warszawy... Artyści nie wyłączając największych są to szczególni ludzie: bez 
sławy i hołdów nie mogą żyć, jak my bez pokarmu i powietrza. Praca, choćby 
najpłodniejsza, ale cicha, albo poświęcenie to nie dla nich. Oni koniecznie 
muszą wysuwać się na pierwszy plan, zwracać na siebie spojrzenia wszystkich, 
panować nad sercami tysięcy... Sam Rossi mówi, że wolałby o rok wcześniej 
umrzeć na scenie wobec pełnego i wzruszonego teatru aniżeli o rok później w 
nielicznym otoczeniu. Jakie to dziwne!... 
— Ma rację, jeżeli pełny teatr jest dla niego najwyższym szczęściem. 
— Pan sądzi, że są szczęścia, które warto opłacić krótszym życiem? -spytała 
panna Izabela. 
— I nieszczęścia, których warto uniknąć w ten sposób — odpowiedział Wokulski. 
Panna Izabela zamyśliła się i od tej pory szli oboje w milczeniu. 
Tymczasem siedząc nad sadzawką i w dalszym ciągu karmiąc łabędzie hrabina 
rozmawiała z panem Tomaszem. 
— Nie uważasz — mówiła — że ten Wokulski jest jakby zajęty Belą?.. 
— Nie sądzę. 
— Nawet bardzo; dzisiejsi kupcy umieją robić śmiałe projekta. 
— Od projektu do wykonania ogromnie daleko — odparł nieco zirytowany pan 
Tomasz. -Choćby jednakże nawet tak było, nic mnie to nie obchodzi. Nad 
myślami pana Wokulskiego nie panuję, a o Belcię jestem spokojny. 
— Ja, w rezultacie, nic mam nic przeciw temu — dodała hrabina.-Cokolwiek 
nastąpi, oczywiście zgadzam się z wolą boską, jeżeli zyskują na tym ubodzy... 
Ciągle zyskują... Moja ochrona będzie niedługo pierwszą w mieście, i tylko 
dlatego, że ten pan ma słabość do Belci... 
— Dajże spokój... Wracają!... — przerwał pan Tomasz. 
Istotnie panna Izabela z Wokulskim ukazali się na końcu drogi. 
Pan Tomasz przypatrzył im się z uwagą i dopiero teraz spostrzegł, że dwoje tych 
ludzi harmonizują ze sobą wzrostem i ruchami. On, o głowę wyższy i silnie 
zbudowany, stąpał jak eks-wojskowy; ona, nieco drobniejsza, lecz 
kształtniejsza, posuwała się jakby płynąc. Nawet biały cylinder i jasny paltot 
Wokulskiego godził się z popielatym płaszczykiem panny Izabeli. „Skąd mu ten 
biały cylinder?.. „ — pomyślał pan Tomasz z goryczą. Potem nasunęła mu się 
dziwna kombinacja: że Wokulski jest to parweniusz, który za prawo noszenia 
białego cylindra powinien by mu płacić przynajmniej pięćdziesiąt procent od 
wypożyczonego kapitału. — Aż sam wzruszył ramionami. 
— Jak tam pięknie, ciociu, w tamtych alejach! — zawołała zbliżając się panna 
Izabela. — My z ciocią nigdy nie bywamy w tamtej stronie. Łazienki tylko wtedy 
są przyjemne. kiedy można chodzić po nich szybko i daleko. 
— W takim razie poproś pana Wokulskiego, ażeby ci częściej towarzyszył odpowiedziała 
hrabina tonem jakiejś osobliwej słodyczy. 
Wokulski ukłonił się, panna Izabela nieznacznie ściągnęła brwi, a pan Tomasz 
rzekł: 
— Może byśmy wrócili do domu... 
— Ja myślę — odparła hrabina. 
— Pan jeszcze zostaje, panie Wokulski? 
— Tak. Czy mogę panie odprowadzić do powozu? 
— Prosimy. Belu, podaj mi rękę. 
Hrabina z panną Izabelą poszły naprzód, za nimi pan Tomasz z Wokulskim. Pan 
Tomasz czuł w sobie tyle goryczy, kwasu i ciężaru na widok białego cylindra, 
że nie chcąc być niegrzecznym zmuszał się do uśmiechu. A nareszcie, pragnąc 
w jakiśkolwiek sposób zabawić Wokulskiego, znowu zaczął mówić mu o swej 
kamienicy, z której ma nadzieję otrzymać czterdzieści albo i pięćdziesiąt tysięcy 
czystego zysku. 
Cyfry te ze swej strony źle podziałały na humor Wokulskiego, który mówił 
sobie, że ponad trzydzieści tysięcy rubli już nic nie jest w stanie dołożyć. 
Dopiero gdy podjechał powóz i pan Tomasz usadowiwszy damy i siebie 
zawołał: „Ruszaj” w Wokulskim znikło uczucie niesmaku, a ocknął się żal po 
pannie Izabeli. 
„Tak krótko!” — szepnął patrząc z westchnieniem na łazienkowską szosę, na 
którą w tej chwili wjechała zielona beczka straży polewająca drogę. 
Poszedł jeszcze w stronę Pomarańczarni, tą samą ścieżką co pierwej, upatrując 
na miałkim piasku śladu bucików panny Izabeli. Coś się tu zmieniło. Wiatr dął 
silniej, zmącił wodę w sadzawce, porozganiał motyle i ptaki, a za to napędził 
więcej obłoków, które raz po raz przyćmiewały blask słońca. 
„Jak tu nudno!” — szepnął i zawrócił do szosy. 
Wsiadł do swego powozu i przymknąwszy oczy nasycał się jego lekkim 
kołysaniem. Zdawało mu się; że jak ptak siedzi na gałęzi, którą wiatr chwieje w 
prawo i w lewo, do góry i na dół, a potem nagle roześmiał się przypomniawszy 
sobie, że to lekkie kołysanie kosztuje go około tysiąca rubli rocznie. 
„Głupiec jestem, głupiec! — powtarzał. — Po co ja się pnę między ludzi, którzy 
albo nie rozumieją moich ofiar, albo śmieją się z niezgrabnych wysiłków. Na co 
mi ten powóz?... Czy nie mógłbym jeździć dorożką albo tym oto trajkoczącym 
omnibusem z płóciennymi firanami?.. „ Stanąwszy przed domem przypomniał 
sobie obietnicę daną pannie Izabeli co do owacyj dla Rossiego. 
„Naturalnie, że będzie miał owacje, ba! jeszcze jakie... Jutro przedstawienie... 
Nad wieczorem posłał służącego do sklepu po Obermana. Siwy inkasent 
przybiegł natychmiast, z trwogą pytając się w duszy: czy Wokulski nie 
rozmyślił się i nie każe mu zwrócić zgubionych pieniędzy?... 
Ale Wokulski przywitał go bardzo łaskawie i nawet zabrał do swego gabinetu, 
gdzie z pół godziny rozmawiali. O czym.?... 
Pytanie: o czym Wokulski mógł rozmawiać z Obermanem, bardzo zaciekawiało 
lokaja. Jużci, o zgubionych pieniądzach... Troskliwy sługa przykładał kolejno 
oko i ucho do dziurki od klucza, dużo widział, dużo słyszał, ale nic nie mógł 
zrozumieć. Widział, że Wokulski daje Obermanowi całą paczkę pięciorublówek 
i słyszał takie oto wyrazy: 
— W Teatrze Wielkim... na balkonie i paradyzie... woźnemu wieniec, bukiet 
przez orkiestrę... .,Co ta besztyja, stary, już zaczyna handlować biletami do 
teatru czy co?.. 
Usłyszawszy w gabinecie szmer ukłonów służący uciekł do przedpokoju, aby 
tam przyłapać Obermana. Gdy zaś inkasent wyszedł, odezwał się: 
— Cóż, skończyło się z pieniądzmi?... Dużom ja tu śliny żepszuł ażeby stary 
pofolgował panu Obermanowi, i nareszcie wymogłem nanim, że mi powiedział: 
„Zobaczymy, zrobi się, co się da!.” No i widzę, pan Oberman dobił dziś targu... 
Cóż, stary w dobrym humorze!... 
— Jak zwykle -odparł inkasent. 
— Aleście się nagadali z nim. Musi, że o czymś więcej niż o pieniądzach... Może 
i o teatrze, bo stary paszjami lubi teatr... 
Ale Oberman spojrzał na niego wilczym okiem i wyszedł milcząc. Służący w 
pierwszej chwili otworzył usta ze zdumienia, lecz ochłonąwszy pogroził za nim 
pięścią. 
— Poczekaj!... — mruknął — żapłaczę ja ci... Wielki pan, patrzcie go... Ukradł 
czterysta rubli i już nie chce gadać z człowiekiem!. 
ROZDZIAŁ 
ZDUMIENIA, PRZYWIDZENIA I OBSERWACJE 
STAREGO SUBIEKTA 
Dla pana Ignacego Rzeckiego nadeszła znowu epoka niepokojów i zdumień. 
Ten sam Wokulski, który rok temu poleciał do Bułgarii, a przed kilkoma 
tygodniami jak magnat bawił się w wyścigi i pojedynki, ten sam Wokulski 
nabrał dziś nadzwyczajnego gustu do widowisk teatralnych. I jeszcze żeby choć 
polskich, ale — włoskich... On, który nie rozumiał po włosku ani wyrazu! 
Już blisko tydzień trwała ta nowa mania, która dziwiła i gorszyła nie samego 
tylko pana Ignacego. 
Raz na przykład stary Szlangbaum, oczywiście w jakiejś ważnej sprawie, przez 
pół dnia szukał Wokulskiego. Był w sklepie -Wokulski dopiero co wyszedł ze 
sklepu kazawszy pierwej odnieść aktorowi Rossiemu duży wazon z saskiej 
porcelany. Pobiegł do mieszkania -Wokulski dopiero co opuścił mieszkanie i 
pojechał do Bardeta po kwiaty. Stary Żyd ażeby go dopędzić, krzywiąc się wziął 
dorożkę; ale ponieważ ofiarowywał dorożkarzowi złoty i groszy osiem za kurs, 
zamiast czterdziestu groszy, więc nim dobili targu za złoty i groszy osiem — i 
dojechali do Bardeta, Wokulski już opuścił zakład ogrodniczy. 
— A gdzie on pojechał, nie wie pan? — zapytał Szlangbaum ogrodniczka, który za 
pomocą krzywego noża między najpiękniejszymi kwiatami szerzył zniszczenie. 
— Czy ja wiem, podobno do teatru — odparł ogrodniczek z taką miną, jakby owym 
krzywym nożem chciał gardło poderżnąć Szlangbaumowi. 
Żyd, któremu to właśnie przyszło na myśl, cofnął się czym prędzej z oranżerii i 
jak kamień wyrzucony z procy wpadł w dorożkę. Ale woźnica (porozumiawszy 
się już widać z krwiożerczymi ogrodnikami) oświadczył, iż za żadne w świecie 
skarby nie pojedzie dalej, chyba że kupiec da mu czterdzieści groszy za kurs i 
jeszcze zwróci dwa grosze urwane przy pierwszym kursie. 
Szlangbaum poczuł słabość około serca i w pierwszej chwili chciał albo 
wysiąść, albo zawołać policji. Przypomniawszy sobie jednak, jaka teraz w 
świecie chrześcijańskim panuje złość i niesprawiedliwość, i zajadłość na 
Żydów, zgodził się na wszystkie warunki bezwstydnego dorożkarza i jęcząc 
pojechał do teatru. 
Tu — naprzód nie miał z kim gadać, potem nie chciano z nim gadać, aż nareszcie 
dowiedział się, że pan Wokulski był dopiero co, ale że w tej chwili pojechał w 
Aleje Ujazdowskie. Słychać nawet turkot jego powozu w bramie... 
Szlangbaumowi opadły ręce. Piechotą wrócił do sklepu Wókulskiego, przy 
okazji po raz setny z rzędu wyklął swego syna za to, że nazywa się Henrykiem, 
chodzi w surducie i jada trefne potrawy, a nareszcie poszedł żalić się przed 
panem Ignacym. 
— Nu — mówił lamentującym głosem -co ten pan Wokulski wyrabia 
najlepszego!... Ja miałem taki interes, żeby on za pięć dni mógł od swego 
kapitału zarobić trzysta rubli... I ja zarobiłbym ze sto rubli...Ale on sobie jeździ 
teraz po mieście, a ja na same dorożki wydałem dwa złote i groszy 
dwadzieścia... Aj! co to za rozbójniki te dorożkarze... 
Naturalnie, że pan Ignacy upoważnił Szlangbauma do zrobienia interesu i nie 
tylko zwrócił mu pieniądze wydane na dorożki, ale jeszcze na własny koszt 
kazał go odwieźć na ulicę Elektoralną, co tak rozczuliło starego Żyda, że 
odchodząc zdjął ze swego syna rodzicielskie przekleństwo i nawet zaprosił go 
do siebie na szabasowy obiad. 
„Bądź jak bądź — mówił do siebie Rzecki — głupia historia z tym teatrem, nade 
wszystko z tym, że Stach zaniedbuje interesa...” 
Innym razem wpadł do sklepu powszechnie szanowany mecenas, prawa ręka 
księcia, prawny doradca całej arystokracji, zapraszając Wokulskiego na jakąś 
wieczorną sesję. Pan Ignacy nie wiedział, gdzie posadzić znakomitą osobę i jak 
cieszyć się z honoru wyrządzonego przez mecenasa jego Stachowi. Tymczasem 
Stach nie tylko nie wzruszył się dostojnymi zaprosinami na wieczór, ale wprost 
odmówił, co nawet trochę dotknęło mecenasa, który zaraz wyszedł i pożegnał 
ich obojętnie. 
— Dlaczegożeś nie przyjął zaprosin?... — zapytał zrozpaczony pan Ignacy. 
— Bo muszę być dzisiaj w teatrze — odpowiedział Wokulski. 
Prawdziwa wszelako zgroza opanowała Rzeckiego, gdy w tym samym dniu 
inkasent Oberman przyszedł do niego przed siódmą wieczorem prosząc o 
zrobienie dziennego obrachunku . 
— Po ósmej... po ósmej.. — odpowiedział mu pan Ignacy. — Teraz nie ma czasu. 
— A po ósmej ja nie będę miał czasu — odparł Oberman. 
— Jak to?... co to?... 
— A tak, że o wpół do ósmej musze być z naszym panem w teatrze... — mruknął 
Oberman, nieznacznie wzruszając ramionami. 
W tej samej chwili przyszedł pożegnać go uśmiechnięty pan Zięba. 
— Pan już wychodzi, panie Zięba, ze sklepu?... O trzy kwadranse na siódmą?... spytał 
zdumiony pan Ignacy, szeroko otwierając oczy. 
— Idę z wieńcami dla Rossiego — szepnął grzeczny pan Zięba z jeszcze milszym 
uśmiechem. Rzecki schwycił się obu rękoma za głowę. 
— Powariowali z tym teatrem! — zawołał. — Może jeszcze i mnie tam wyciągną?... 
No, ale to ze mną sprawa!... 
Czując, że lada dzień i jego zechce namawiać Wokulski, ułożył sobie pan 
Ignacy mowę, w której nie tylko miał oświadczyć, że nie pójdzie na Włochów, 
ale jeszcze miał zreflektować Stacha mniej więcej tymi słowy: 
— Daj spokój... co ci po tych głupstwach!... — i tak dalej. 
Tymczasem Wokulski, zamiast namawiać go, przyszedł raz około szóstej do 
sklepu, a zastawszy Rzeckiego nad rachunkami — rzekł: 
— Mój drogi, dziś Rossi gra Makbeta, siądź z łaski swej w pierwszym rzędzie 
krzeseł (masz tu bilet) i po trzecim akcie podaj mu to album... 
I bez żadnych ceremonii, a nawet bez dalszych wyjaśnień doręczył panu 
Ignacemu album z widokami Warszawy i warszawianek, co razem mogło 
kosztować z pięćdziesiąt rubli!... 
Pan Ignacy uczuł się głęboko obrażony. Wstał ze swego fotela, zmarszczył brwi 
i już otworzył usta, ażeby wybuchnąć, kiedy Wokulski opuścił nagle sklep 
nawet nie patrząc na niego. 
No i naturalnie pan Ignacy musiał pójść do teatru, ażeby nie zrobić przykrości 
Stachowi. 
W teatrze trafił się panu Ignacemu cały szereg niespodzianek. 
Przede wszystkim wszedł on na schody prowadzące na galerię, gdzie bywał 
zwykle za swoich dawnych, dobrych czasów. Dopiero woźny przypomniał mu, 
że ma bilet do pierwszego rzędu krzeseł, obrzucając go przy tym spojrzeniami, 
które mówiły, że ciemnozielony surdut pana Rzeckiego, album pod pachą, a 
nawet fizjognomia a la Napoleon III wydają się niższym organom władzy 
teatralnej mocno podejrzanymi. 
Zawstydzony, zeszedł pan Ignacy na dół do frontowego przysionka ściskając 
pod pachą album i kłaniając się wszystkim damom, około których miał zaszczyt 
przechodzić. Ta uprzejmość, do której nie nawykli warszawiacy, już w 
przysionku zrobiła wrażenie. Zaczęto pytać się: kto to jest? a chociaż nie 
poznano osoby, w lot jednakże spostrzeżono że, cylinder pana Ignacego 
pochodzi sprzed lat dziesięciu, krawat sprzed pięciu, a ciemnozielony surdut i 
obcisłe spodnie w kratki sięgają nierównie dawniejszej epoki. Powszechnie 
brano go za cudzoziemca; lecz gdy spytał kogoś ze służby: którędy iść do 
krzeseł? — wybuchnął śmiech. 
— Pewnie jakiś szlachcic z Wołynia -mówili eleganci. -Aleco on ma pod 
pachą?... 
— Może bigos albo pneumatyczną poduszkę... 
Osmagany szyderstwem, oblany zimnym potem, dostał się nareszcie pan Ignacy 
do upragnionych krzeseł. Było ledwie po siódmej i widzowie dopiero zaczęli się 
gromadzić; ten i ów wchodził do krzeseł w kapeluszu na głowie, loże były puste 
i tylko na galeriach czerniała masa ludu, a na paradyzie już wymyślano i wołano 
policji. 
„O ile się zdaje, zebranie będzie bardzo ożywione” — mruknął z bladym 
uśmiechem nieszczęśliwy pan Ignacy sadowiąc się w pierwszym rzędzie. 
Z początku patrzył tylko na prawą dziurkę w kurtynie ślubując, że nie oderwie 
od niej oczu. W parę minut jednakże ochłonął ze wzruszenia, a nawet nabrał 
takiego animuszu, że począł oglądać się. Sala wydała mu się jakaś niewielka i 
brudna i dopiero gdy zastanawiał się nad przyczynami tych zmian, przypomniał 
sobie, że ostatni raz był w teatrze na występie Dobrskiego w Halce, mniej 
więcej przed szesnastoma laty. 
Tymczasem sala napełniała się, a widok pięknych kobiet, zasiadających w 
lożach, do reszty orzeźwił pana Ignacego. Stary subiekt wydobył nawet małą 
lornetkę i zaczął przypatrywać się fizjognomiom; przy tej zaś okazji zrobił 
smutne odkrycie, że i jemu przypatrują się z amfiteatru, z dalszych rzędów 
krzeseł, bal nawet z lóż... Gdy zaś przeniósł swoje zdolności psychiczne od oka 
do ucha, pochwycił wyrazy latające jak osy: 
— Cóż to za oryginał?... 
— Ktoś z prowincji. 
— Ale skąd on wyrwał taki surdut?... 
— Uważasz pan jego breloki przy dewizce? Skandal!... 
— Albo kto się tak dziś czesze?... 
Niewiele brakowało, ażeby pan Ignacy upuścił swoje album i cylinder i uciekł z 
gołą głową z teatru. Na szczęście, w ósmym rzędzie krzeseł zobaczył znajomego 
fabrykanta pierników, który w odpowiedzi na ukłon Rzeckiego opuścił swoje 
miejsce i zbliżył się do pierwszego rzędu. 
— Na miłość boską, panie Pifke — szepnął zalany potem — usiądź pan na moim 
miejscu i oddaj mi swoje . 
— Z największą chęcią — odparł głośno rumiany fabrykant. — Cóż, źle tu panu?... 
Pyszne miejsce!... 
— Doskonałe. Ale ja wolę dalej... Gorąco mi... 
— Tam tak samo, ale mogę usiąść. A co to masz pan za paczkę?... 
Teraz dopiero Rzecki przypomniał sobie obowiązek. 
— Uważa pan, drogi panie Pifke, jakiś wielbiciel tego... tego Rossiego... 
— Ba, któż by Rossiego nie uwielbiał! -odpowiedział Pifke. -Mam libretto do 
Makbeta, może panu dać?... 
— Owszem. Ale... ten wielbiciel, uważa pan, kupił u nas kosztowne album i 
prosił, ażeby po trzecim akcie wręczyć je Rossiemu... 
— Zrobię to z przyjemnością! — zawołał otyły Pifke pchając się na miejsce 
Rzeckiego. 
Pan Ignacy miał jeszcze kilka bardzo przykrych chwil. Musiał wydobyć się z 
pierwszego rzędu krzeseł, gdzie zebrani eleganci spoglądali na jego surdut i na 
jego krawat, i na jego aksamitną kamizelkę z ironicznymi uśmiechami. Potem 
musiał wejść do ósmego rzędu krzeseł, gdzie wprawdzie bez ironii patrzono na 
jego garnitur, ale gdzie musiał potrącać o kolana siedzących dam... 
— Stokrotnie przepraszam — mówił zawstydzony. — Ale tak ciasno... 
— Potrzebujesz pan nie mówić brzydkie słowo — odpowiedziała mu jedna z dam, 
w której nieco podmalowanych oczach pan Ignacy nie dojrzał jednak gniewu za 
swój postępek. Był przecież tak zażenowany, że chętnie poszedłby do 
spowiedzi, byle oczyścić się z plamy owych potrącań. Nareszcie znalazł krzesło 
i odetchnął. Tu przynajmniej nie zwracano na niego uwagi, częścią z powodu 
skromnego miejsca, jakie zajmował, częścią, że teatr był przepełniony i już 
zaczęło się widowisko. 
Gra artystów z początku nie obchodziła go, oglądał się więc po sali i przede 
wszystkim spostrzegł Wokulskiego. Siedział on w czwartym rzędzie i 
wpatrywał się bynajmniej nie w Rossiego, ale w lożę, którą zajmowała panna 
Izabela z panem Tomaszem i hrabiną. Rzecki parę razy w życiu widział ludzi 
zamagnetyzowanych i zdawało mu się, że Wokulski ma taki wyraz fizjognomii, 
jak gdyby był zamagnetyzowany przez ową lożę. Siedział bez ruchu, jak 
człowiek śpiący z szeroko otwartymi oczyma. 
Kto by jednakże tak oczarował Wokulskiego? Pan Ignacy nie mógł się 
domyślić. Zauważył przecie inną rzecz: ile razy nie było Rossiego na scenie, 
panna Izabela obojętnie oglądała się po sali albo rozmawiała z ciotką. Lecz gdy 
wyszedł Makbet-Rossi, przysłaniała twarz do połowy wachlarzem i cudownymi, 
rozmarzonymi oczyma zdawała się pożerać aktora. Czasami wachlarz z białych 
piór opadał jej na kolana, a wtedy Rzecki na twarzy panny Izabeli spostrzegał 
ten sam wyraz zamagnetyzowania, który go tak zdziwił w fizjognomii 
Wokulskiego. Spostrzegł jeszcze inne rzeczy. Kiedy piękne oblicze panny 
Izabeli wyrażało najwyższy zachwyt, wtedy Wokulski pocierał sobie ręką 
wierzch głowy. A wówczas, jakby na komendę, z galerii i z paradyzu odzywały 
się gwałtowne oklaski i wrzaskliwe okrzyki: „Brawo, brawo Rossi!...” Zdawało 
się nawet panu Ignacemu, że gdzieś w tym chórze odróżnia zmęczony głos 
inkasenta Obermana, który pierwszy zaczynał wrzeszczeć a ostatni milknąć. 
„Do diabła! — pomyślał -czyżby Wokulski dyrygował klakierami?” 
Ale wnet odpędził to nieusprawiedliwione podejrzenie. Rossi bowiem grał 
znakomicie i klaskaĺi mu wszyscy z równym zapałem. Najmocniej jednak pan 
Pifke, jowialny fabrykant pierników, który stosownie do umowy po trzecim 
akcie z wielkim hałasem podał Rossiemu album. Wielki aktor nie kiwnął nawet 
głową Pifkemu; natomiast złożył głęboki ukłon w kierunku loży, gdzie siedziała 
panna Izabela, a może — tylko w tym kierunku. 
„Przywidzenia!... przywidzenia!... — myślał pan Ignacy opuszczając teatr po 
ostatnim akcie. — Stach przecie nie byłby aż tak głupi...” 
W rezultacie jednak pan Ignacy nie był niezadowolony z pobytu w teatrze. Gra 
Rossiego podobała mu się; niektóre sceny, jak morderstwo króla Dunkana albo 
ukazanie się ducha Banka, zrobiły na nim potężne wrażenie, a już całkiem był 
oczarowany zobaczywszy, jak Makbet bije się na rapiery. 
Toteż wychodząc z teatru nie miał pretensji do Wokulskiego; owszem, zaczął 
nawet podejrzewać, że kochany Stach tylko dla zrobienia mu przyjemności 
wymyślił komedię z wręczeniem podarunku Rossiemu. 
„On wie, poczciwy Stach -myślał — że tylko przynaglony mogłem pójść na 
włoskich aktorów... No i dobrze się stało. Pysznie gra ten facet i muszę 
zobaczyć go drugi raz... Zresztą — dodał po chwili — kto ma tyle pieniędzy co 
Stach, może robić prezenta aktorom. Ja wprawdzie wolałbym jaką ładnie 
zbudowaną aktorkę, ale... Ja jestem człowiek innej epoki, nawet nazywają mnie 
bonapartystą i romantykiem...” 
Myślał tak i mruczał po cichu, gdyż nurtowała go inna myśl, którą chciał w 
sobie zagłuszyć: „Dlaczego Stach tak dziwnie przypatrywał się loży, w której 
siedziała hrabina, pan Łęcki i panna Łęcka?... Czyliżby?... Eh! cóż 
znowu...Wokulski ma przecież zbyt wiele rozumu, ażeby mógł przypuszczać, że 
coś z tego być może... Każde dziecko pojęłoby od razu, że ta panna, w ogóle 
zimna jak lód, dziś szaleje za Rossim... Jak ona na niego patrzyła, jak się nawet 
czasami zapominała i jeszcze gdzie, w teatrze, wobec tysiąca osób!... Nie, to 
głupstwo. Słusznie nazywają mnie romantykiem...” 
I znowu usiłował myśleć o czym innym. Poszedł nawet (mimo późnej nocy) do 
restauracji, gdzie grała muzyka złożona ze skrzypców, fortepianu i arfy. Zjadł 
pieczeń z kartoflami i z kapustą, wypił kufel piwa, potem drugi kufel, potem 
trzeci i czwarty... nawet siódmy... Zrobiło mu się tak jakoś raźnie, że cisnął 
arfiarce na talerz dwie czterdziestówki i zaczął śpiewać pod nosem. A potem 
przyszło mu do głowy, że — koniecznie, ale to koniecznie powinien 
zaprezentować się czterem Niemcom, którzy przy bocznym stoliku jedzą 
pekeflejsz z grochem. „Dlaczego ja miałbym się im prezentować?... Niech oni 
mnie się zaprezentują” — myślał pan Ignacy. 
I w tej chwili opanowała go idea, że tamci czterej panowie powinni mu się 
zaprezentować, jako starszemu wiekiem tudzież byłemu oficerowi węgierskiej 
piechoty, która przecież porządnie biła Niemców. Zawołał nawet usługującą 
dziewczynę w celu wysłania jej do owych czterech panów jedzących pekeflejsz, 
gdy wtem muzyka złożona ze skrzypców, arfy i fortepianu zagrała... 
Marsyliankę. 
Pan Ignacy przypomniał sobie Węgry, piechotę, Augusta Katza i czując, że mu 
łzy nabiegają do oczu, że się lada chwilę rozpłacze, porwał ze stołu swój 
cylinder sprzed wojny francusko -pruskiej i rzuciwszy na stół rubla wybiegł z 
restauracji. 
Dopiero gdy na ulicy owionęło go świeże powietrze, oparł się o słup latarni 
gazowej i spytał: 
— Do diabła, czyżbym się upił?... Ba! siedm kufli... 
Wrócił do domu starając się iść jak najprościej i teraz dopiero przekonał się, że 
warszawskie chodniki są nadzwyczaj nierówne: co kilkanaście kroków bowiem 
musiał zbaczać albo w stronę rynsztoka, albo w stronę kamienic. Potem (dla 
przekonania samego siebie, że jego umysłowe zdolności znajdują się w 
kwitnącym stanie) zaczął rachować gwiazdy na niebie. 
— Raz... dwa... trzy... siedm... siedm... Co to jest siedm?... Ach, siedem kufli 
piwa... Czyżbym naprawdę?... Po co ten Stach wysłał mnie do teatru!... 
Do domu trafił od razu i od razu znalazł dzwonek. Zadzwoniwszy jednak aż 
siedm razy na stróża, uczuł potrzebę oparcia się o kąt, zawarty między bramą i 
ścianą, i usiłował zliczyć, nie z potrzeby, ale ot, tak sobie: ile też upłynie minut, 
zanim mu stróż otworzy? W tym celu wydobył zegarek z sekundnikiem i 
przekonał się, że — już jest wpół do drugiej. 
— Podły stróż! -mruknął. -Ja muszę wstać o szóstej, a on do wpół do drugiej 
trzyma mnie na ulicy... 
Szczęściem, stróż natychmiast otworzył furtkę, przez którą pan Ignacy krokiem 
zupełnie pewnym, a nawet więcej niż pewnym, bardzo pewnym, przeszedł całą 
sień czując, że jego cylinder siedzi mu trochę na bakier, ale tylko troszeczkę. 
Następnie bez żadnej trudności znalazłszy drzwi swego mieszkania usiłował po 
kilka razy na próżno wprowadzić klucz do zamku. Czuł dziurkę pod palcem, 
ściskał w ręce klucz tak mocno jak nigdy i mimo to nie mógł trafić. 
— Czyliżbym naprawdę?... 
W tej właśnie chwili otworzyły się drzwi, a współcześnie jego jednooki pudel Ir, 
nie podnosząc się z pościeli, parę razy szczeknął: 
— Tak... tak!... 
— Milcz, ty podła świnio!... — mruknął pan Ignacy i nie zapalając lampy, rozebrał 
się i położył do łóżka. 
Sny miał okropne. Śniło mu się czy tylko przywidywało, że ciągle jest w teatrze 
i że widzi Wokulskiego z szeroko otwartymi oczyma, zapatrzonego w jedną 
lożę. W loży tej siedziała hrabina, pan Łęcki i panna Izabela. Rzeckiemu 
zdawało się, że Wokulski patrzy tak na pannę Izabelę. 
— Niepodobna! — mruknął. -Stach nie jest aż tak głupi... 
Tymczasem (wszystko w marzeniu) panna Izabela podniosła się z fotelu i 
wyszła z łoży, a Wokulski za nią, wciąż patrząc jak człowiek zamagnetyzowany. 
Panna Izabela opuściła teatr, przeszła plac Teatralny i lekkim krokiem wbiegła 
na ratuszową wieżę, a Wokulski za nią, wciąż patrząc jak człowiek 
zamagnetyzowany. A potem z ganku ratuszowej wieży panna Izabela, uniósłszy 
się jak ptak, przepłynęła na gmach teatralny, a Wokulski chcąc lecieć za nią, 
runął z wysokości dziesięciu piętr na ziemię. 
— Jezus Maria!... — jęknął Rzecki zrywając się z łóżka. 
— Tak!... tak!... — odszczeknął mu Ir przez sen. 
— No, już widzę, że jestem zupełnie pijany -mruknął pan Ignacy kładąc się 
znowu i niecierpliwie naciągając kołdrę, pod którą drżał. 
Kilka minut leżał z otwartymi oczami i znowu przywidziało mu się, że jest w 
teatrze, akurat po zakończeniu trzeciego aktu, w chwili kiedy fabrykant Pifke 
miał podać Rossiemu album Warszawy i jej piękności. Pan Ignacy wytęża 
wzrok (Pifke bowiem jego zastępuje), wytęża wzrok i z najwyższym 
przerażeniem widzi, że niecny Pifke zamiast kosztownego albumu podaje 
Włochowi jakąś paczkę owiniętą w papier i niedbale zawiązaną szpagatem. 
I jeszcze gorsze rzeczy widzi pan Ignacy. Włoch bowiem uśmiecha się 
ironicznie, odwiązuje szpagat, odwija papier i wobec panny Izabeli, 
Wokulskiego, hrabiny i tysiąca innych widzów ukazuje... żółte nankinowe 
spodnie z fartuszkiem na przodzie i ze strzemiączkami u dołu. Właśnie te same, 
których pan Ignacy używał w epoce sławnej kampanii sewastopolskiej ... 
Na domiar okropnośći nędzny Pifke wrzeszczy: „Oto jest dar panów: Stanisława 
Wokulskiego, kupca, i Ignacego Rzeckiego, jego dysponenta!” Cały teatr 
wybucha śmiechem; wszystkie oczy i wszystkie wskazujące palce skierowują 
się na ósmy rząd krzeseł i właśnie na to krzesło, gdzie siedzi pan Ignacy. 
Nieszczęśliwy chce zaprotestować, lecz czuje, że głos zastyga mu w gardle, a na 
domiar niedoli on sam — zapada się gdzieś. Zapada się w niezmierny, 
niezgłębiony ocean nicości, w którym będzie spoczywał na wieki wieczne nie 
objaśniwszy widzów teatralnych, że nankinowe spodnie z fartuszkiem i 
strzemiączkami wykradziono mu podstępem ze zbioru jego osobistych 
pamiątek. 
Po nocy fatalnie spędzonej Rzecki obudził się dopiero o trzy kwadranse na 
siódmą. Własnym oczom nie chciał wierzyć, patrząc na zegarek, ale w końcu 
uwierzył. Uwierzył nawet w to, że wczoraj był nieco podchmielony; o czym 
zresztą wymownie świadczył lekki ból głowy i ogólna ociężałość członków. 
Wszystkie te jednak chorobliwe objawy mniej trwożyły pana Ignacego aniżeli 
jeden straszny symptom, oto: nie chciało mu się iść do sklepu!...Co gorsze: nie 
tylko czuł lenistwo, ale nawet zupełny brak ambicji; zamiast bowiem wstydzić 
się swego upadku i walczyć z próżniaczymi instynktami, on, Rzecki, 
wynajdywał sobie powody do jak najdłuższego zatrzymania się w pokoju. 
To zdawało mu się, że Ir jest chory, to, że rdzewieje nigdy nieużywana 
dubeltówka, to znowu, że jest jakiś błąd w zielonej firance, która zasłaniała 
okno, a nareszcie, że herbata jest za gorąca i trzeba ją pić wolniej niż zwykle. 
W rezultacie pan Ignacy spóźnił się o czterdzieści minut do sklepu i ze 
spuszczoną głową przekradł się do kantorka. Zdawało mu się, że każdy z 
„panów” (a jak na złość wszyscy przyszli dziś na czas!), że każdy z najwyższą 
wzgardą patrzy na jego podsiniałe oczy, ziemistą cerę i lekko drżące ręce. 
„Gotowi jeszcze myśleć, że oddawałem się rozpuście!” — westchnął nieszczęsny 
pan Ignacy. Potem wydobył księgi, umaczał pióro i niby to zaczął rachować. 
Był przekonany, że cuchnie piwem jak stara beczka, którą już wyrzucono z 
piwnicy, i zupełnie serio począł rozważać: czy nie należało podać się do dymisji 
po spełnieniu całego szeregu tak haniebnych występków? „Spiłem się... późno 
wróciłem do domu... późno wstałem... o czterdzieści minut spóźniłem się do 
sklepu...” 
W tej chwili zbliżył się do niego Klejn z jakimś listem. 
— Było na kopercie napisane: „bardzo pilno”, więc otworzyłem — rzekł mizerny 
subiekt podając papier Rzeckiemu. 
Pan Ignacy otworzył i czytał: 
„Człowieku głupi czy nikczemny! Pomimo tylu życzliwych ostrzeżeń kupujesz 
jednak dom, który stanie się grobem twego w tak nieuczciwy sposób zdobytego 
majątku...” 
Pan Ignacy rzucił okiem na wiersz ostatni, ale nie znalazł podpisu: list był 
anonimowy. Spojrzał na kopertę — miała adres Wokulskiego. Czytał dalej: 
„Jaki zły los postawił cię na drodze pewnej szlachetnej damy, której o mało nic 
zabiłeś męża, a dziś chcesz jej wydrzeć dom, gdzie zmarła jej ukochana 
córka?... I po co to robisz?... Dlaczego płacisz, jeżeli prawda, aż 
dziewięćdziesiąt tysięcy rubli za kamienicę niewartą siedmdziesięciu tysięcy?... 
Są to sekreta twojej czarnej duszy, które kiedyś sprawiedliwość boska odkryje, a 
zacni ludzie ukarzą pogardą. Zastanów się więc, póki czas. Nie gub swej duszy i 
majątku i niezatruwaj spokoju zacnej damie, która w nieutulonym żalu po 
stracie córki tę jedną ma dziś pociechę, że może przesiadywać w pokoju, gdzie 
nieszczęśliwe dziecię oddało Bogu ducha. Upamiętaj się, zaklinam cię życzliwa...” 
Skończywszy czytanie pan Ignacy potrząsnął głową. 
— Nic nie rozumiem — rzekł. — Chociaż bardzo wątpię o życzliwości tej damy. 
Klejn lękliwie obejrzał się dokoła sklepu, a widząc, że ich nikt nie śledzi, zaczął 
szeptać: 
— Bo to, uważa pan, nasz stary podobno kupuje dom Łęckiego, który właśnie 
jutro mają wierzyciele sprzedać przez licytację... 
— Stach... to jest... pan Wokulski kupuje dom? 
— Tak, tak...- potakiwał Klejn głową. — Ale kupuje nie na własne imię, tylko za 
pośrednictwem starego Szlangbauma... Tak przynajmniej mówią w domu, bo i 
ja tam mieszkam. 
— Za dziewięćdziesiąt tysięcy rubli?... 
— Właśnie. A że baronowa Krzeszowska chciałaby kupić tę kamienicę za 
siedmdziesiąt tysięcy rubli, więc anonim zapewne pochodzi od niej. Nawet 
założyłbym się, że od niej, bo to piekielna baba... 
Gość, przybyły do sklepu z zamiarem kupienia parasola, oderwał Klejna od 
Rzeckiego. Panu Ignacemu zaczęty krążyć po głowie bardzo szczególne myśli. 
„Jeżeli ja — mówił do siebie — przez zmarnowanie jednego wieczora narobiłem 
tyle zamętu w sklepie, to niby — jakiego zamętu w interesach narobi Stach, który 
marnuje dziś dnie i tygodnie na teatry włoskie, i zresztą — nawet nie wiem na 
co?...” 
W tej chwili jednak przypomniał sobie, że w sklepie z jego winy zamęt jest 
niewielki, prawie go nie ma, i że interes handlowy w ogóle idzie świetnie. 
Nawet co prawda to i sam Wokulski, pomimo dziwnego trybu życia, nie 
zaniedbuje obowiązków kierownika instytucji. 
„Ale po co on chce uwięzić dziewięćdziesiąt tysięcy rubli w murach?...Skąd się 
i tu znowu biorą ci Łęccy?... Czyliżby... Eh! Stasiek taki głupi nie jest...” 
Swoją drogą niepokoiła go myśl kupna kamienicy. „Zapytam się Henryka 
Szlangbauma” — rzekł, wstając od kantorka. 
W oddziale tkanin mały, zgarbiony Szlangbaum z czerwonymi oczyma i 
wyrazem zajadłości na twarzy kręcił się jak zwykle, skacząc po drabince albo 
nurzając się między sztukami perkalu. Tak już przywykł do swojej gorączkowej 
roboty, że choć nie było interesantów, on ciągle wydostawał jakąś sztukę, 
odwijał i zawijał, ażeby następnie umieścić ją na właściwym miejscu. 
Zobaczywszy pana Ignacego Szlangbaum zawiesił swoją jałową pracę i otarł pot 
z czoła. 
— Ciężko, co?... — rzekł. 
— Bo po co pan przekładasz te graty, skoro nie ma gości w sklepie? — odparł 
Rzecki. 
— Bah!... gdybym tego nie robił, zapomniałbym, gdzie co leży...stawy 
zaśniedziałyby w członkach... Zresztą — jużem przywykł... Pan ma jaki interes do 
mnie?... 
Rzecki stropił się na chwilę. 
— Nie... Tak chciałem zobaczyć, jak panu tu idzie — odpowiedział pan Ignacy 
rumieniąc się, o ile to było możliwe w jego wieku. 
„Czyżby i on mnie posądzał i śledził?.. — błysnęło w głowie Szlangbaumowi i 
gniew go ogarnął. — Tak, ma ojciec rację.... Dziś wszyscy huzia! na Żydów. 
Niedługo już trzeba będzie zapuścić pejsy i włożyć jarmułkę...” 
„On coś wie!” — pomyślał Rzecki i rzekł głośno: 
— Podobno... podobno szanowny ojciec pański kupuje jutro kamienicę... 
kamienicę pana Łęckiego?... 
— Nic o tym nie wiem -odpowiedział Szlangbaum spuszczając oczy. W duchu 
zaś dodał: 
„Mój stary kupuje dom dla Wokulskiego, a oni myślą i pewnie mówią: ot, 
patrzajcie, znowu Żyd, lichwiarz, zrujnował jednego katolika i pana z panów...” 
„Coś wie, tylko gadać nie chce — myślał Rzecki. — Zawsze Żyd...” 
Pokręcił się jeszcze po sali, co Szlangbaum uważał za dalszy ciąg posądzeń i 
śledzenia go, i wrócił do siebie, wzdychając. 
„To jest okropne, że Stach ma więcej zaufania do Żydów aniżeli do mnie...” 
„Po co on jednak kupuje ten dom, po co wdaje się z Łęckimi...A może nie 
kupuje?... Może to tylko pogłoski?...” 
Tak się lękał uwięzienia w murach dziewięćdziesięciu tysięcy rubli gotówki, że 
cały dzień tylko o tym myślał. Była chwila, że chciał wprost zapytać 
Wokulskiego, ale -zabrakło mu odwagi. „Stach -mówił w sobie — wdaje się dziś 
tylko z panami, a ufa Żydom. Co jemu po starym Rzeckim!...” 
Więc postanowił pójść jutro do sądu i zobaczyć, czy naprawdę stary 
Szlangbaum kupi dom Łęckich i czy, jak mówił Klejn, dolicytuje go do 
dziewięćdziesięciu tysięcy rubli. Jeżeli to się sprawdzi, będzie znakiem, że 
wszystko inne jest prawdą. 
W południe wpadł do sklepu Wokulski i zaczął rozmawiać z Rzeckim 
wypytując go o wczorajszy teatr i o to: dlaczego uciekł z pierwszego rzędu 
krzeseł, a album kazał doręczyć Rossiemu przez Pifkego. Ale pan Ignacy miał w 
sercu tyle żalów i tyle wątpliwości co do swego kochanego Stacha, że 
odpowiadał mu półgębkiem i z nachmurzoną twarzą. 
Więc i Wokulski umilknął i opuścił sklep z goryczą w duszy. 
„Wszyscy odwracają się ode mnie — mówił sobie — nawet Ignacy...Nawet on... 
Ale ty mi to wynagrodzisz!... — dodał już na ulicy, patrząc w stronę Alei 
Ujazdowskiej. 
Po wyjściu Wokulskiego ze sklepu Rzecki ostrożnie wypytał się „panów”, w 
którym sądzie i o której godzinie odbywają się licytacje domów. Potem uprosił 
Lisieckiego o zastępstwo na jutro między dziesiątą z rana a drugą po południu i 
z podwójną gorliwością zabrał się do swoich rachunków. Machinalnie (choć bez 
błędu) dodawał długie jak Nowy Świat kolumny cyfr, a w przerwach myślał: 
Dzisiaj zmarnowałem blisko godzinę, jutro zmarnuję z pięć godzin, a wszystko 
dlatego, że Stach więcej ufa Szlangbaumom aniżeli mnie...Na co jemu 
kamienica?... Po jakiego diabła wdaje się z tym bankrutem Łęckim?... Skąd mu 
strzeliło do łba latać na włoski teatr i jeszcze dawać kosztowne prezenta temu 
przybłędzie Rossiemu?.:.” 
Nie podnosząc głowy od ksiąg siedział przy kantorku do szóstej, a tak był 
zatopiony w robocie, że już nie tylko nie przyjmował pieniędzy, ale nawet nie 
widział i nie słyszał gości, którzy roili się i hałasowali w sklepie jak olbrzymie 
pszczoły w ulu. Nie spostrzegł też jednego najmniej spodziewanego gościa, 
którego „panowie” witali okrzykami i głośnymi pocałunkami. 
Dopiero gdy przybysz stanąwszy nad nim krzyknął mu w ucho: 
— Panie Ignacy, to ja!... 
Rzecki ocknął się, podniósł głowę, brwi i oczy w górę i zobaczył 
Mraczewskiego... 
— Hę?... — spytał pan Ignacy przypatrując się młodemu elegantowi, który opalił 
się, zmężniał, a nade wszystko utył. 
— No, co... no, co słychać?... — ciągnął pan Ignacy podając mu rękę. — Co z 
polityki?... 
— Nic nowego — odparł Mraczewski. — Kongres w Berlinie robi swoje, Austriacy 
wezmą Bośnię. — No, no, no... żarty, żarty!... A o małym Napoleonku co 
słychać? 
— Uczy się w Anglii w szkole wojskowej i podobno kocha się w jakiejś aktorce. 
— Zaraz kocha się!... — powtórzył drwiąco pan Ignacy. — A do Francji nie 
wraca?... Jakże się pan miewasz?... Skądeś się tu wziął?...No, gadaj prędko zawołał 
Rzecki wesoło, uderzając go w ramię. — Kiedyżeś przyjechał?... 
— A to cała historia! — odpowiedział Mraczewski rzucając się na fotel. Przyjechaliśmy 
tu dziś z Suzinem o jedenastej... Od pierwszej do trzeciej 
byliśmy z nim u Wokulskiego, a po trzeciej wpadłem na chwilę do matki i na 
chwilę do pani Stawskiej:.. Pyszna kobieta, co?... 
— Stawska?... Stawska?... — przypominał sobie Rzecki trąc czoło. 
— Znasz ją pan przecie. Ta piękna, co to ma córeczkę... Co to się tak podobała 
panu... 
— Ach, ta!... wiem... Nie mnie się podobała — westchnął Rzecki — tylko myślałem, 
że dobra byłaby z niej żona dla Stacha... 
— Paradny pan jesteś — roześmiał się Mraczewski. — Przecież ona ma męża... 
— Męża? 
— Naturalnie. Zresztą znane nazwisko. Przed czterema laty uciekł biedak za 
granicę, bo posądzali go o zabicie tej... 
— Ach, pamiętam!... Więc to on?... Dlaczegóż nie wrócił, boć przecie okazało 
się, że nie winien?... 
— Rozumie się, że nie winien — prawił Mraczewski. — Ale swoją drogą, jak 
dmuchnął do Ameryki, tak po dziś dzień nie ma o nim wiadomości. Pewnie 
biedak gdzieś zmarniał, a kobieta została ani panną, ani wdową... Okropny 
los!... Utrzymywać cały dom z haftu, z gry na fortepianie, z lekcyj 
angielskiego... pracować cały dzień jak wół i jeszcze nie mieć męża... Biedne te 
kobiety!... My byśmy, panie Ignacy, tak długo nie wytrwali w cnocie, co?... O, 
wariat stary... 
— Kto wariat? — spytał Rzecki, zdumiony nagłym przejściem w rozmowie. 
— Któż by, jeżeli nie Wokulski — odparł Mraczewski. — Suzin jedzie do Paryża i 
chce go gwałtem zabrać, bo ma tam robić jakieś ogromne zakupy towarów. 
Nasz stary nie zapłaciłby grosza za podróż, miałby książęce życie, bo Suzin im 
dalej od żony, tym szerzej rozpuszcza kieszeń... E i jeszcze zarobiłby z dziesięć 
tysięcy rubli. 
— Stach... to jest nasz pryncypał zarobiłby z dziesięć tysięcy? — spytał Rzecki. 
— Naturalnie. Ale cóż, kiedy tak już zgłupiał... 
— No, no... panie Mraczewskil... — zgromił go pan Ignacy. 
— Ale słowo honoru, że zgłupiał. Bo przecież wiem, że jedzie na wystawę do 
Paryża, i to lada tydzień... 
— Tak. 
— Więc nie wolałby jechać z Suzinem, nic nie wydać i jeszcze tyle zarobić?... 
Przez dwie godziny błagał go Suzin: „Jedź ze mną, Stanisławie Piotrowiczu”, 
prosił, kłaniał się i na nic... Wokulski nie i nie!...Mówił, że ma tutaj jakieś 
interesa... 
— No, ma... — wtrącił Rzecki. 
— O tak, ma... — przedrzeźniał go Mraczewski. — Największy jego interes jest nie 
zrażać Suzina, który pomógł mu zrobić majątek, dziś daje mu ogromny kredyt i 
nieraz mówił do mnie, że nie uspokoi się, dopóki Stanisław Piotrowicz nie 
odłoży sobie choć z milion rubli... I takiemu przyjacielowi odmawiać tak 
drobnej usługi, zresztą bardzo dobrze opłaconej! — oburzał się Mraczewski. 
Pan Ignacy otworzył usta, lecz przygryzł je. O mało że się nie wygadał w tej 
chwili, iż Wokulski kupuje dom Łęckiego i że tak wielkie prezenta daje 
Rossiemu. 
Do kantorka zbliżył się Klejn z Lisieckim. Mraczewski spostrzegłszy, że są nie 
zajęci, zaczął rozmawiać z nimi, a pan Ignacy znowu został sam nad swoją 
księgą. 
„Nieszczęście! — myślał. — Dlaczego ten Stach nie jedzie darmo do Paryża i 
jeszcze zniechęca do siebie Suzina?... Jaki zły duch spętał go z tymi Łęckimi... 
Czyżby?... Eh! przecie on aż tak głupi nie jest...A swoją drogą, szkoda tej 
podróży i dziesięciu tysięcy rubli... Mój Boże! jak się to ludzie zmieniają. 
Schylił głowę i posuwając palcem z dołu do góry albo z góry na dół, sumował 
kolumny cyfr długich jak Nowy Świat i Krakowskie Przedmieście. Sumował 
bez błędu, nawet z cicha mruczał, a jednocześnie myślał sobie, że jego Stach 
znajduje się na jakiejś fatalnej pochyłości. „To darmo — szeptał mu głos ukryty 
na samym dnie duszy — to darmo!... Stach wklepał się w grubą awanturę... I z 
pewnością w polityczną awanturę, bo taki człowiek jak on nie wariowałby dla 
kobiety, choćby nawet była nią sama — panna... Ach, do diabła! omyliłem 
się...Wyrzeka się, gardzi dziesięcioma tysiącami rubli, on, który ośm lat temu 
musiał pożyczać ode mnie po dziesięć rubli na miesiąc, ażeby za to wykarmić 
się jak nędzarz... A teraz rzuca w błoto dziesięć tysięcy rubli, pakuje w 
kamienicę dziewięćdziesiąt tysięcy, robi aktorom prezent po kilkadziesiąt rubli... 
Jak mi Bóg miły, nic nie rozumiem! I to niby jest pozytywista, człowiek realnie 
myślący... Mnie nazywają starym romantykiem, ale przecież takich głupstw nie 
robiłbym... No, chociaż jeżeli zabrnął w politykę...” 
Na tych medytacjach upłynął mu czas do zamknięcia sklepu. Głowa go trochę 
bolała, więc wyszedł na spacer na Nowy Zjazd i wróciwszy do domu wcześnie 
spać się położył. 
„Jutro — mówił do siebie — zrozumiem ostatecznie, co się święci. Jeżeli 
Szlangbaum kupi dom Łęckiego i da dziewięćdziesiąt tysięcy rubli, to znaczy, 
że go naprawdę Stach podstawił i już jest skończonym wariatem... A może też 
Stach nie kupuje kamienicy, może to wszystko plotki?.. 
„Zasnął i śniło mu się, że w oknie jakiegoś wielkiego domu widzi pannę Izabelę, 
do której stojący obok niego Wokulski chce biec. Na próżno zatrzymuje go pan 
Ignacy, aż pot oblewa mu cale ciało. Wokulski wyrywa się i znika w bramie 
kamienicy. 
„Stachu, wróć się!...” — krzyczy pan Ignacy widząc, że dom poczyna się chwiać. 
Jakoż dom zawala się. Panna Izabela, uśmiechnięta, wylatuje z niego jak ptak, a 
Wokulskiego nie widać... 
„Może wbiegł na podwórko i ocalał...” — myśli pan Ignacy i budzi się z mocnym 
biciem serca. Nazajutrz pan Ignacy budzi się na kilka minut przed szóstą; 
przypomina sobie, że to dziś właśnie licytują kamienicę Łęckiego, że ma 
przypatrzeć się temu widowisku, i zrywa się z łóżka jak sprężyna. Biegnie boso 
do wielkiej miednicy, oblewa się cały zimną wodą i patrząc na swoje 
patykowate nogi mruczy: 
„Zdaje mi się, że trochę utyłem.” 
Przy skomplikowanym procesie mycia się pan Ignacy robi dziś taki zgiełk, że 
budzi Ira. Brudny pudel otwiera jedyne oko, jakie mu pozostało, i snadź 
dostrzegłszy niezwykłe ożywienie swego pana zeskakuje z kufra na podłogę. 
Przeciąga się, ziewa, wydłuża w tył jedną nogę, potem drugą nogę, potem na 
chwilę siada naprzeciw okna, za którym słychać bolesny krzyk zarzynanej kury, 
i zmiarkowawszy, że naprawdę nic się nie stało, wraca na swoją pościel. Jest 
przy tym tak ostrożny czy może rozgniewany na pana Ignacego za fałszywy 
alarm, że odwraca się grzbietem do pokoju, a nosem i ogonem do ściany, jak 
gdyby panu Ignacemu chciał powiedzieć: 
„Już ja tam wolę nie widzieć twojej chudości.” 
Rzecki ubiera się w oka mgnieniu i z piorunującą szybkością wypija herbatę nie 
patrząc ani na samowar, ani na służącego, który go przyniósł. Potem biegnie do 
sklepu jeszcze zamkniętego, przez trzy godziny rachuje bez względu na ruch 
gości i rozmowy „panów” i punkt o dziesiątej mówi do Lisieckiego: 
— Panie Lisiecki, wrócę o drugiej... 
— Koniec świata! — mruczy Lisiecki. — Musiało trafić się coś nadzwyczajnego, 
jeżeli ten safanduła wychodzi o takiej porze do miasta... 
Stanąwszy na chodniku przed sklepem pan Ignacy dostaje ataku wyrzutów 
sumienia. 
„Co ja dziś wyrabiam?... — myśli. — Co mnie obchodzą licytacje, choćby pałaców, 
nie tylko kamienic?.. „ 
I waha się: czy iść do sądu, czy wracać do sklepu? W tej chwili widzi na 
Krakowskim przejeżdżającą dorożkę, a w niej damę wysoką, chudą i mizerną, w 
czarnym kostiumie. Dama właśnie patrzy na ich sklep, a Rzecki w jej zapadłych 
oczach i lekko posiniałych ustach spostrzega wyraz głębokiej nienawiści. 
„Dalibóg, że to baronowa Krzeszowska... — mruczy pan Ignacy. — Oczywiście, 
jedzie na licytację... Awantura!... 
Budzą się w nim jednak wątpliwości. Kto wie, czy baronowa jedzie do sądu; 
może to wszystko plotki?... „Warto sprawdzić” — myśli pan Ignacy, zapomina o 
swoich obowiązkach dysponenta i najstarszego subiekta. I poczyna iść za 
dorożką. Nędzne konie wloką się tak powoli, że pan Ignacy może obserwować 
wehikuł na całej przestrzeni do kolumny Zygmunta. W tym miejscu dorożka 
skręca na lewo, a Rzecki myśli: 
„Rozumie się, że jedzie baba na Miodową. Taniej kosztowałaby ja podróż na 
miotle...” 
Przez dom Rezlera (który przypomina mu onegdajszą pijatykę!) i część 
Senatorskiej pan Ignacy dostaje się na Miodową. Tu przechodząc około składu 
herbaty Nowickiego wstępuje na chwilę, ażeby powiedzieć właścicielowi: 
„dzień dobry!”, i szybko ucieka, dalej mrucząc: 
„Co on sobie pomyśli zobaczywszy mnie o tej godzinie na ulicy?..Naturalnie 
pomyśli, że jestem najpodlejszy dysponent, który zamiast siedzieć w sklepie, 
łajdaczy się po mieście... Oto los!...” Przez pozostałą część drogi do sądu trapi 
pana Ignacego sumienie. Przybiera ono postać olbrzyma z brodą, w żółtym 
jedwabnym kitlu i takich że spodniach, który dobrodusznie a zarazem ironicznie 
patrzącemu w oczy mówi: 
„Powiedz mi pan, panie Rzecki, jaki to porządny kupiec wałęsa się o tej porze 
po mieście? Pan jesteś taki kupiec jak ja baletnik...” 
I pan Ignacy czuje, że nie może nic odpowiedzieć surowemu sędziemu. Rumieni 
się, potnieje i już chce wracać do swoich ksiąg (w taki jednakże sposób, ażeby 
go zobaczył Nowicki), gdy nagle widzi przed sobą dawny pałac Paca. 
„Tu będzie licytacja!” — mówi pan Ignacy i zapomina o skrupułach. Olbrzym z 
brodą, w żółtym jedwabnym kitlu, rozpływa się przed oczyma jego duszy jak 
mgła. 
Rozejrzawszy się w sytuacji pan Ignacy przede wszystkim spostrzega, że do 
gmachu sądowego prowadzą dwie olbrzymie bramy i dwoje drzwi. Następnie 
widzi cztery różnej wielkości gromady starozakonnych z minami bardzo 
poważnymi. Pan Ignacy nie wie, dokąd iść, idzie jednak do tych drzwi, przed 
którymi stoi najwięcej starozakonnych, domyślając się, że tam właśnie odbywa 
się licytacja. 
W tej chwili przed gmach sądu zajeżdża powóz, a w nim pan Łęcki. Pan Ignacy 
nie może pohamować czci dla jego pięknych, siwych wąsów i podziwu dla jego 
humoru. Pan Łęcki bowiem nie wygląda tak jak bankrut, któremu licytują 
kamienicę, ale jak milioner, który przyjechał do rejenta, ażeby podnieść drobną 
sumę stu kilkudziesięciu tysięcy rubli. 
Pan Łęcki wysiada uroczyście z powozu, triumfalnym krokiem zbliża się do 
drzwi sądowych, a jednocześnie z drugiej strony ulicy przybiega do niego 
dżentelmen mający wszelakie pozory próżniaka, który jednakże jest adwokatem. 
Po bardzo krótkim, a nawet niedbałym powitaniu pan Łęcki pyta dżentelmena: 
— Cóż?... kiedyż?... 
— Za godzinkę... może trochę dłużej... — odpowiada dżentelmen. 
— Wyobraź pan sobie — mówi z dobrotliwym uśmiechem pan Łęcki — że przed 
tygodniem jeden mój znajomy wziął dwakroć za dom, który go kosztował sto 
pięćdziesiąt tysięcy. A że mój kosztował mnie sto tysięcy, więc powinienem 
wziąć w tym stosunku ze sto dwadzieścia pięć... 
— Hum!... hum!... — mruczy adwokat. 
— Będziesz się pan śmiał.- ciągnie pan Tomasz — z tego, co powiem (bo wy 
lubicie żartować z przeczuć i snów), a jednak dziś śniło mi się, że mój dom 
poszedł za sto dwadzieścia tysięcy... Mówię to panu przed licytacją, uważasz?... 
Za parę godzin przekonasz się, że nie należy śmiać się ze snów... Są rzeczy na 
niebie i ziemi... 
— Hum!... hum!... — odpowiada adwokat i obaj panowie wchodzą w pierwsze 
drzwi gmachu. „Chwała Bogu! — myślał pan Ignacy. — Jeżeli Łęcki weźmie sto 
dwadzieścia tysięcy za swój dom, to znaczy, że Stach nie zapłaci za niego 
dziewięćdziesięciu tysięcy rubli.” 
Wtem ktoś lekko dotyka jego ramienia. Pan Ignacy ogląda się i widzi za sobą 
starego Szlangbauma. 
— Czy może pan mnie szuka.? -pyta sędziwy Żyd, bystro patrząc mu w oczy. 
— Nie, nie... — odpowiada zmieszany pan Ignacy. 
— Pan nie ma do mnie żaden interes?. -powtarza Szlangbaum mrugając 
czerwonymi powiekami. 
— Nie, nie... 
— Git! — mruczy Szlangbaum i odchodzi między swoich współwyznawców. 
Panu Ignacemu robi się zimno: obecność Szlangbauma w tym miejscu budzi w 
nim nowe podejrzenie. Aby je rozproszyć, pan Ignacy pyta stojącego przy 
drzwiach woźnego, gdzie odbywają się licytacje. Woźny wskazuje mu schody. 
Pan Ignacy biegnie na górę i wpada do jednej sali. Uderza go tłum 
starozakonnych, słuchających z największym skupieniem jakiejś mowy. Rzecki 
poznaje, że w tej chwili toczy się tu sprawa przed sądem, że przemawia 
prokurator i że chodzi o grube oszustwo. W sali jest duszno; mowę prokuratora 
tłumi nieco hałas dorożek. Sędziowie wyglądają, jakby drzemali, adwokat 
ziewa, oskarżony ma minę, jakby chciał oszukać sąd najwyższej instancji, 
starozakonni przypatrują mu się ze współczuciem, a oskarżenia słuchają z 
uwagą. Niektórzy przy każdym silniejszym zarzucie prokuratora krzywią się i 
syczą: „aj-waj!...” 
Pan Ignacy opuszcza salę; nie dla tej sprawy tu przyszedł. 
Znalazłszy się w przedsionku, pan Ignacy chce iść na drugie piętro; 
jednocześnie omija go schodząca stamtąd baronowa Krzeszowska w 
towarzystwie mężczyzny, który ma powierzchowność znudzonego nauczyciela 
języków starożytnych. Jest to jednak adwokat; o czym świadczy srebrny 
znaczek przypięty do klapy bardzo wytartego fraka; szaraczkowe zaś spodnie 
kapłana sprawiedliwości są na kolanach tak wytłoczone, jak gdyby ich 
właściciel, zamiast bronić swoich klientów, nieustannie oświadczał się bogini 
Temidzie. 
— Więc jeżeli dopiero za godzinę -mówi jękliwym głosem pani Krzeszowska — w 
takim razie pójdę teraz do Kapucynów... Nie sądzi pan. 
— Nie sądzę, ażeby wizyta pani u Kapucynów wpłynęła na przebieg licytacji odpowiada 
znudzony adwokat. 
— Gdyby jednak pan mecenas szczerze chciał, gdyby pobiegał... 
Mecenas w wytłoczonych spodniach niecierpliwie potrząsa ręką. 
— Ach, pani dobrodziejko — mówi — ja już tyle nabiegałem się w sprawie tej 
licytacji, że choćby dzisiaj należy mi się spoczynek. W dodatku mam za kilka 
minut urzędówkę o zabójstwo... Widzi pani te piękne damy?... Wszystkie idą 
słuchać mojej obrony... Efektowna sprawa!... 
— Więc pan mecenas opuszcza mnie? — wykrzykuje baronowa. 
— Ależ będę... będę na sali — przerywa jej adwokat — będę przy licytacji, tylko 
niech mi pani zostawi choć parę minut do pomyślenia o moim zabójcy... 
I wpada w otwarte drzwi, nakazując woźnemu, ażeby nikogo nie wpuszczał. 
— O Boże! -mówi baronowa na cały głos -nędzny zabójca ma obrońcę, ale 
biedna, samotna kobieta na próżno szuka człowieka, któryby ujął się za jej 
honorem, za jej spokojem, za jej mieniem... 
Ponieważ pan Ignacy nie chce być tym człowiekiem, więc śpiesznie ucieka na 
dół, potrącając młode, piękne i eleganckie kobiety, które przypędziła tu żądza 
wysłuchania sławnego procesu o zabójstwo. To lepsze aniżeli teatr; aktorzy 
bowiem urzędowego widowiska grają jeżeli nie lepiej, to z pewnością celniej od 
dramatycznych. 
Na schodach wciąż rozlegają się lamentacje pani Krzeszowskiej i śmiechy 
młodych, pięknych i eleganckich kobiet, śpieszących na oglądanie zabójcy, 
pokrwawionej odzieży, siekiery, którą zabił swoją ofiarę, i spoconych sędziów. 
Pan Ignacy ucieka z sieni aż na drugą stronę ulicy; na rogu Kapitulnej i 
Miodowej wpada do cukierni i kryje się w tak ciemnym kącie, w którym nie 
mogłaby już poznać go nawet pani Krzeszowska. 
Każe sobie podać filiżankę pienistej czekolady, zasłania się podartą gazetą i 
widzi, że w tym małym pokoiku znajduje się drugi, jeszcze ciemniejszy kąt, w 
którym mieści się pewien okazałej tuszy jegomość i jakiś zgarbiony Żyd. Pan 
Ignacy myśli, że okazały jegomość jest co najmniej hrabią i właścicielem 
wielkich dóbr na Ukrainie, a Żyd jego faktorem; tymczasem zaś słucha toczącej 
się między nimi rozmowy 
— Panie dobrodzieju — mówi zgarbiony Żyd — żeby nie to, że pana dobrodzieja 
nikt nie zna w Warszawie, to ja bym panu za ten interes nie dał nawet dziesięć 
rubli. A tak zarobi pan dobrodziej dwadzieścia pięć... 
— I wystoję się z godzinę w dusznej sali! -odmrukuje jegomość. 
— Prawda — ciągnie dalej Żyd — że w naszym wieku ciężko stoić, no, ale takie 
pieniądze to też nie chodzą piechotą... A jaką pan będzie miał reputację, kiedy 
się dowiedzą, że pan dobrodziej chciał kupić kamienicę za osiemdziesiąt tysięcy 
rubli?... 
— Niech będzie. Ale dwadzieścia pięć rubli gotówką na stół... 
— Niech Bóg zabroni! — odpowiada Żyd. — Pan dobrodziej dostanie do ręki pięć 
rubli, a dwadzieścia pójdzie na dług tego nieszczęśliwego Seliga Kupferman, co 
już przez dwa lata grosza od pana nie widział, choć ma wyrok. 
Okazały pan uderza ręką w stół marmurowy i chce wychodzić. Zgarbiony Żyd 
chwyta go za połę surduta, znowu sadza na krześle i ofiaruje sześć rubli 
gotówką. 
Po kilkuminutowym targu strony godzą się na osiem rubli, z których siedem 
będą wypłacone po licytacji, a rubel natychmiast. Żyd opiera się, ale 
majestatyczny pan jednym argumentem rozcina jego wahania: 
— Przecież, do diabła, muszę oddać za herbatę i ciastka! 
Żyd wzdycha, z zatłuszczonej portmonetki wydobywa najbardziej podarty 
papierek i wyprostowawszy go kładzie na marmurowym stole. Następnie wstaje 
i leniwie opuszcza ciemny pokoik, a pan Ignacy przez dziurkę gazety poznaje w 
nim starego Szlangbauma. 
Pan Ignacy śpiesznie dopija czekoladę i ucieka z cukierni na ulicę. Już obrzydła 
mu licytacja, której ma pełne uszy i pełną głowę. Chce w jakiś sposób 
przepędzić zbywający mu czas i spostrzegłszy otwarty kościół Kapucynów 
kieruje się do niego będąc pewnym, że w świątyni znajdzie spokój, przyjemny 
chłodek, a nade wszystko, że tam przynajmniej nie usłyszy o licytacji. 
Wchodzi do kościoła i istotnie znajduje ciszę i chłód, a nadto nieboszczyka na 
katafalku otoczonego świecami, które się jeszcze nie palą, i kwiatami, które już 
nie pachną. Od pewnego czasu pan Ignacy nie lubi widoku trumny, więc skręca 
na lewo i widzi klęczącą na posadzce w czarnym stroju kobietę. Jest to 
baronowa Krzeszowska, kornie zgięta ku ziemi; bije się w piersi i co chwilę 
podnosi chustkę do oczu. 
„Jestem pewny, iż modli się o to, ażeby dom Łęckiego poszedł za sześćdziesiąt 
tysięcy rubli” — myśli pan Ignacy. Lecz że i widok pani Krzeszowskiej nie 
wydaje mu się ponętnym, więc cofa się na palcach i przechodzi na prawą stronę 
kościoła. 
Tu znajduje się tylko parę kobiet: jedna półgłosem odmawia różaniec, druga śpi. 
Zresztą nikogo więcej, tylko spoza filaru wychyla się średniego wzrostu 
mężczyzna energicznie wyprostowany, pomimo siwych włosów, i szepczący 
modlitwę z zadartą głową. 
Rzecki poznaje w nim pana Łęckiego i myśli: 
„Jestem pewny, że ten prosi Boga, ażeby jego dom poszedł za sto dwadzieścia 
tysięcy rubli...” Potem śpiesznie opuszcza kościół zastanawiając się, w jaki też 
sposób dobry Bóg zadowoli sprzeczne żądania pani baronowej Krzeszowskiej i 
pana Tomasza Łęckiego? 
Nie znalazłszy, czego szukał, ani w cukierni, ani w kościele, pan Ignacy zaczyna 
spacerować po ulicy, niedaleko sądowego gmachu. Jest bardzo zmieszany; zdaje 
mu się, że każdy przechodzień patrzy mu drwiąco w oczy, jakby mówił: „Nie 
wolałbyś to, stary łobuzie, pilnować sklepu?”, i że z każdej dorożki wyskoczy 
który, z „panów” donosząc mu, że sklep spalił się lub zawalił. Więc znowu 
myśli: czyby nie lepiej było dać za wygraną licytacji, a wrócić do swoich ksiąg i 
kantorka, gdy nagle słyszy rozpaczliwy krzyk. 
To jakiś Żydek wychylił się przez okno sali sądowej i coś wrzasnął do gromady 
swoich współwyznawców, którzy na to hasło rzucili się do drzwi tłocząc się, 
potrącając spokojnych przechodniów i tupiąc niecierpliwie nogami jak 
spłoszone stado owiec w ciasnej owczarni. „Aha, już zaczęła się licytacja!.” mówi 
do siebie pan Ignacy idąc za nimi na górę. 
W tej chwili czuje, że ktoś pochwycił go z tyłu za ramię, i odwróciwszy głowę 
widzi owego majestatycznego pana, który od Szlangbauma dostał w cukierni 
rubla zadatku. Okazały pan widocznie bardzo się śpieszy, gdyż obu pięściami 
toruje sobie drogę pośród zbitej masy ciał starozakonnych wołając: 
— Na bok, parchy, kiedy ja idę na licytację!... 
Żydzi wbrew swoim zwyczajom usuwają się i patrzą na niego z podziwem. 
— Jakie on musi mieć pieniądze! — mruczy jeden z nich do swego sąsiada. 
Pan Ignacy, który jest nieskończenie mniej śmiałym aniżeli okazały jegomość, 
zamiast pchać się jak on, zdaje się na łaskę i niełaskę losu. Prąd starozakonnych 
ogarnia go ze wszystkich stron. Przed sobą widzi zatłuszczony kołnierz, brudny 
szalik i jeszcze brudniejszą szyję ; za sobą czuje zapach świeżej cebuli ;z prawej 
strony jakaś szpakowata broda opiera mu się na obojczyku, a z lewej silny 
łokieć uciska mu rękę aż do ścierpnięcia. 
Gniotą go, popychają, szarpią za odzież. Ktoś chwyta go za nogi, ktoś sięga do 
kieszeni, ktoś uderza go między łopatki. Nadchodzi chwila, w której pan Ignacy 
sądzi, że połamią mu klatkę piersiową. Podnosi oczy do nieba i widzi, że jest we 
drzwiach. Już, już... zaduszą go...Nagle czuje przed sobą puste miejsce, uderza 
głową w czyjeś wdzięki, nie dosyć starannie zasłonięte połą surduta, i — jest w 
sali. 
Odetchnął... Za nim rozlegają się krzyki i wymyślania licytantów, a od czasu do 
czasu upomnienia woźnego: 
— Czego panowie tak się tłoczą... Cóż to, panowie są bydło czy co?.. 
„Nie wiedziałem, że tak trudno dostać się na licytację!..” -wzdycha pan Ignacy. 
Mija dwie sale, tak puste, że nie widać w nich ani krzesła na podłodze, ani 
gwoździa w ścianie. Sale te tworzą przysionek jednego z wydziałów 
sprawiedliwości, lecz są widne i wesołe. Przez otwarte okna wlewają się tu 
potoki słonecznych blasków i gorący lipcowy wiatr nasycony warszawskimi 
pyłami. Pan Ignacy słyszy świergot wróbli i nieustanny turkot dorożek i doznaje 
dziwnego uczucia dysharmonii. 
„Czy podobna — mówi — ażeby sąd wyglądał tak pusto jak nie wynajęte 
mieszkanie i — tak wesoło?...” 
Zdaje mu się, że zakratowane okna i szare ściany, połyskujące wilgocią, a 
obwieszone kajdanami, nierównie lepiej odpowiadałyby sali, w której skazują 
ludzi na wieczne lub doczesne więzienia. 
Ale otóż i sala główna, do której biegną wszyscy starozakonni i gdzie skupia się 
cały interes licytacji. Jest to pokój tak rozległy, że można by w nim tańcować we 
czterdzieści par mazura, gdyby nie niska bariera, która dzieli go na dwie części: 
cywilną i licytacyjną. W części cywilnej znajduje się kilka wyplatanych kanap, 
w części licytacyjnej — estrada, a na niej duży stół, mający formę rogala 
pokrytego zielonym suknem. Za stołem spostrzega pan Ignacy trzech 
dygnitarzów, mających łańcuchy na szyi i senatorską powagę na obliczach; są to 
komornicy: Na stole przed każdym dygnitarzem leży stos papierów 
reprezentujących wystawione na sprzedaż nieruchomości. Zaś między stołem i 
barierą, tudzież przed barierą, tłoczy się ciżba interesantów. Wszyscy oni mają 
zadarte głowy i patrzą na komorników ze skupieniem ducha, którego mogliby 
im pozazdrościć natchnieni asceci przypatrujący się świętym wizjom. 
W sali pomimo otwartych okien unosi się woń środkująca między zapachem 
hiacyntu i starego kitu. Pan Ignacy domyśla się, że jest to woń chałatów. 
Wyjąwszy turkot dorożek, w sali jest dosyć cicho. Komornicy milczą, zatopieni 
w swoich aktach, licytanci również milczą, zapatrzeni w komorników; reszta zaś 
publiczności, zebrana w cywilnej połowie izby i podzielona na grupy, 
wprawdzie szemrze, ale po cichu. Nie mają interesu, ażeby ich słyszano. 
Tym więc głośniej rozlega się jęk baronowej Krzeszowskiej, która trzymając 
swego adwokata za klapy fraka mówi z gorączkowym pośpiechem: 
— Błagam pana, nie odchodź... No... dam panu wszystko, co zechcesz... 
— Tylko, pani baronowo, bez żadnych pogróżek! — odpowiada adwokat. 
— Ja przecież nie grożę, ale nie opuszczaj mnie pan!... — deklamuje z 
prawdziwym uczuciem baronowa. 
— Przyjdę na licytację, ależ teraz muszę iść do mego zabójcy... 
— Tak!... więc nędzny morderca więcej budzi w panu współczucia aniżeli 
opuszczona kobieta, której mienie, honor, spokój.... 
Nagabany adwokat ucieka tak szybko, że jego spodnie wydają się jeszcze 
bardziej wytłoczonymi na kolanach, aniżeli są w istocie. Baronowa chce za nim 
biec, lecz w tej chwili pada w objęcia jakiegoś jegomości, który używa bardzo 
szafirowych okularów i ma fizjognomię zakrystiana. 
— O co pani chodzi, droga pani? — mówi słodko jegomość w szafirowych 
okularach. — Żaden adwokat nie podbije pani ceny domu... to ja jezdem od tego... 
Desz pani jeden procent od każdego tysiąca rubli wyżej nad sumę początkową i 
dwadzieścia rubelków na koszta... Baronowa Krzeszowska odskakuje od niego i 
wygiąwszy się w tył jak artystka grająca tragiczną rolę odpowiada mu jednym 
tylko wyrazem: 
— Szatanie!... 
Jegomość w okularach poznaje, że źle trafił, i cofa się skonsternowany. 
Jednocześnie zabiega mu drogę inny jegomość, mający minę skończonego 
łajdaka, i coś mu szepcze przez kilka minut z bardzo ożywioną gestykulacją. 
Pan Ignacy jest pewny, że ci dwaj panowie pobiją się; oni jednak rozchodzą się 
bardzo spokojnie, a jegomość z miną łajdaka zbliża się do baronowej 
Krzeszowskiej i mówi półgłosem: 
— Jeżeli pani baronowa coś zaryzykuje, możemy nie dopuścić nawet do 
siedemdziesięciu tysięcy rubli. 
— Zbawco!.. — woła baronowa. — Widzisz przed sobą kobietę skrzywdzoną i 
osamotnioną, której mienie, honor i spokój... 
— Co mi tam honor -mówi jegomość z łajdacką fizjognomią. -Da pani dziesięć 
rubli zadatku? Odchodzą oboje w najdalszy kąt sali i przed oczyma pana 
Ignacego kryją się za grupą starozakonnych. W tej grupie znajduje się stary 
Szlangbaum i młody bez zarostu, tak blady i wycieńczony, że pan Ignacy sądzi, 
iż bardzo niedawno musiał wstąpić w związki małżeńskie. Stary Szlangbaum 
coś wykłada wycieńczonemu Żydkowi, któremu coraz więcej baranieją oczy; co 
by mu jednak wykładał? pan Ignacy nie może się domyśleć. 
Odwraca się więc w drugą stronę sali i spostrzega o parę kroków od siebie pana 
Łęckiego z jego adwokatem, który widocznie nudzi się i chciałby gdzieś iść. 
— Gdyby choć sto piętnaście... no — sto dziesięć tysięcy!... — mówi pan Łęcki. Przecież 
pan adwokat musisz znać jakie sposoby... 
— Hum!... hum!... — mówi adwokat, tęsknie spoglądając na drzwi. — Pan żąda zbyt 
wysokiej ceny... Sto dwadzieścia tysięcy za dom, za który dawano 
sześćdziesiąt... 
— Ależ, panie, on kosztował mnie sto tysięcy... 
— Tak... Hum!... hum!... Trochę pan przepłacił... 
— Ja też — przerywa mu pan Łęcki — żądam tylko stu dziesięciu... I zdaje mi się, że 
kiedy jak kiedy, ale w tym razie powinien by mi pan adwokat dopomóc... Są 
przecież jakieś sposoby, których ja nie znam nie będąc prawnikiem... 
— Hum!... hum!... — mruczy adwokat. Na szczęście jeden z kolegów(odziany 
również we frak ze srebrnym znaczkiem) wywołuje go z sali; w minutę zaś 
później zbliża się do pana Łęckiego jegomość w szafirowych okularach, z miną 
zakrystiana, i mówi: 
— O co panu chodzi, panie hrabio?... Żaden adwokat nie podbije panu ceny 
domu... Od tego ja jezdem... Desz pan hrabia dwadzieścia rubli na koszta i jeden 
procent od każdego tysiąca nad sześćdziesiąt tysięcy... 
Pan Łęcki patrzy na zakrystiana z wielką pogardą; kładzie nawet obie ręce w 
kieszenie spodni (co jemu samemu wydaje się dziwnym)i mówi: 
— Dam jeden procent od każdego tysiąca wyżej nad sto dwadzieścia tysięcy 
rubli... 
Zakrystian w szafirowych okularach kłania się, poruszając przy tym lewą 
łopatką, i odpowiada: 
— Przepreszem pana hrabiego... 
— Stój! — przerywa pan Łęcki. — Wyżej nad sto dziesięć... 
— Przepreszem. 
— Nad sto. 
— Przepreszem. 
— Niech was pioruny!....Więc ile chcesz?... 
— Jeden procencik od sumy wyższej nad siedemdziesiąt i dwadzieścia rubelków 
na koszta...- mówi kłaniając się do ziemi zakrystian. 
— Dziesięć rubli weźmiesz? — pyta fiołkowy z gniewu pan Łęcki. 
— Ja i rubelkiem nie pogardzę... 
Pan Łęcki wydobywa wspaniały pugilares, z niego cały pęk szeleszczących 
dziesięciorublówek i jedną z nich daje zakrystianowi, który schyla się do ziemi. 
— Zobaczy jaśnie wielmożny pan... — szepcze zakrystian. 
Obok pana Ignacego stoi dwóch Żydów: jeden wysoki, śniady, z brodą tak 
czarną, że wpada w kolor granatowy, drugi łysy, z tak długimi faworytkami, że 
walają mu klapy surduta. Dżentelmen z faworytami na widok 
dziesięciorublówek pana Łęckiego uśmiecha się i mówi półgłosem do pięknego 
bruneta: 
— Pan wydzysz te pyniądze u ten szlachcic... Pan słyszysz, jak ony klaskają?... 
Ony tak czeszą szę, że mnie widzą... Pan to rozumysz, panie Cynader?.. 
— Łęcki jest pański klient? — pyta piękny brunet. 
— Dlaczego on nie ma bycz mój? 
— Co on ma? — mówi brunet. 
— On ma... on ma — szostre w Krakowie, która, rozumysz pan, zapysała dla jego 
córki... 
— A jeżeli ona nic nie zapisała?... 
Dżentelmen z faworytami na chwilę tropi się. 
— Tylko mi pan nie mów takie głupie gadanie!... Dlaczego szostra z Krakowa nie 
ma im zapysać, kiedy ona jest chora?.. 
— Ja nic nie wiem — odpowiada piękny brunet. (Pan Ignacy przyznaje w duchu, że 
tak pięknego mężczyzny nigdy jeszcze nie widział.) 
Ale on ma córkę, panie Cynader... — mówi niespokojnie właściciel bujnych 
faworytów. — Pan zna jego córkę, tę pannę Izabelę, panie Cynader?... Ja sam 
dałbym jej, no bez targu, sto rubli... — Ja bym dał sto pięćdziesiąt — mówi piękny 
brunet — ale swoją drogą Łęcki to niepewny interes. 
— Niepewny?... A pan Wokulski to co?... 
— Pan Wokulski, no... to jest wielki interes — odpowiada brunet. — Ale ona jest 
głupia i Łęcki jest głupi, i oni wszyscy są głupi. I oni zgubią tego Wokulskiego, 
a on im nie da rady... 
Panu Ignacemu pociemniało w oczach. 
„Jezus, Maria! — szepcze. — Więc już nawet przy licytacjach mówią o Wokulskim 
i o niej... I jeszcze przewidują, że go zgubi... Jezus Maria!...” , 
Około stołu zajętego przez komorników robi się mały zamęt; wszyscy widzowie 
pchają się w tamtym kierunku. Stary Szlangbaum również zbliża się do stołu, a 
po drodze kiwa na zniszczonego Żydka i nieznacznie mruga na okazałego pana, 
z którym niedawno rozmawiał w cukierni. 
Współcześnie wbiega adwokat pani Krzeszowskiej; nie patrząc na nią zajmuje 
miejsce przed stołem i mruczy do komornika: 
— Prędzej, panie, prędzej, bo dalibóg! nie mam czasu... 
W kilka zaś minut po adwokacie wchodzi do sali nowa grupa osób. Jest tam 
para małżonków należących, zdaje się, do profesji rzeźniczej, jest stara dama z 
kilkunastoletnim wnukiem i dwu panów: jeden czerstwy i siwy, drugi 
kędzierzawy, wyglądający na suchotnika. Obaj mają potulne fizjognomie i 
podniszczone odzienia, lecz na ich widok Żydzi poczynają szemrać i pokazywać 
palcami z wyrazem podziwu i szacunku. 
Obaj stają tak blisko pana Ignacego, że ten mimo woli musi wysłuchać rad, 
jakich siwy jegomość udziela kędzierzawemu: 
— Rób, mówię tobie, Ksawery, jak ja. Ja nie śpieszę się, jak Boga kocham. Już 
trzy lata, mówię tobie, chcę kupić niewielki domik, ot taki sobie za sto, za 
dwieście tysięcy, na stare lata, ale nie śpieszę się. Wyczytuję ja sobie, które 
chaty idą na licytacje, ogląduję ja ich sobie powoli, kalkuluję ja sobie w głowie, 
a potem — zachodzę ja sobie tu i słucham, co ludzie dają. I kiedy, mówię tobie, 
już nabrałem doświadczenia i w tym roku chciałem już co kupić, ceny jak raz w 
niepraktykowany sposób skoczyły, psiakrew, i muszę na nowo kalkulować... 
Ale jak we dwu poczniem się przysłuchiwać, to mówię tobie; ubijemy interes... 
— Czycho!... — zawołano od stołu. 
W sali ucichło, a pan Ignacy słucha opisu kamienicy położonej tui tu, mającej 
trzy oficyny i trzy piętra, plac, ogród itd. W trakcie tego ważnego aktu pan 
Łęcki robi się na przemian blady i fioletowy, a pani Krzeszowska co chwilę 
podnosi do nosa kryształowy flakonik w złotej oprawie. 
— Znam ten dom! — wykrzykuje nagle jegomość w szafirowych okularach z miną 
zakrystiana. — Znam ten dom!... Z zamkniętymi oczami wart sto dwadzieścia 
tysięcy rubli... 
— Co pan zawracasz! — odzywa się stojący obok baronowej Krzeszowskiej pan z 
fizjognomią łajdaka. — Co to za dom?... Rudera... trupiarnia!... 
Pan Łęcki robi się bardzo fioletowy. Kiwa na zakrystiana i pyta go szeptem: 
— Kto jest tamten łotr?... — Tamten?... — pyta zakrystian. — To szubrawczyna!... 
Niech pan hrabia nie zważa na niego I mówi na cały głos: — Słowo honoru, za 
ten dom śmiało można dać sto trzydzieści tysięcy... 
— Kto jest ten nikczemnik? — pyta baronowa jegomościa z łajdacką miną. — Kto 
jest ten w niebieskich okularach?... 
— Tamten?... — odpowiada zapytany. — To znany szubrawiec... niedawno siedział 
na Pawiaku... Niech pani na niego nie zważa... Plunąć nie warto... 
— Cicho tam!... — woła urzędowy głos od stołu. 
Zakrystian mruga na pana Łęckiego uśmiechając się familiarnie i pcha się do 
stołu między licytantów. Jest ich czterech: adwokat baronowej, okazały pan, 
stary Szlangbaum i zniszczony Żydek, obok którego staje zakrystian. 
— Sześćdziesiąt tysięcy i pięćset rubli — mówi cicho adwokat pani Krzeszowskiej. 
— Dalibóg! więcej nie warto wtrąca jegomość z miną łajdaka. 
Baronowa triumfalnie spogląda na pana Łęckiego. 
— Sześćdziesiąt pięć... — odzywa się majestatyczny pan. 
— Sześćdziesiąt pięć tysięcy i sto rubli — bełkocze blady Żydek. 
— Sześćdziesiąt sześć... — dodaje Szlangbaum. 
— Siedemdziesiąt tysięcy! — wrzeszczy zakrystian. 
— Ach! ach! ach!... — wybucha płaczem baronowa upadając na wyplataną 
kanapkę. 
Jej adwokat szybko odchodzi od stołu i biegnie bronić zabójcy. 
— Siedemdziesiąt pięć tysięcy!... — woła okazały pan. 
— Umieram!... — jęczy baronowa. 
W sali robi się ruch. Stary Litwin chwyta pod rękę baronowę, którą odbiera mu 
Maruszewicz, nie wiadomo skąd przybyły na ten uroczysty wypadek. Zanosząca 
się od płaczu baronowa, wsparta na Maruszewiczu, opuszcza salę złorzecząc 
przy tym swemu adwokatowi, sądowi, licytantom i komornikom. Pan Łęcki 
blado uśmiecha się, a tymczasem zniszczony Żydek mówi: — Osiemdziesiąt 
tysięcy i sto rubli... 
— Osiemdziesiąt pięć... — wtrąca Szlangbaum. 
Pan Łęcki cały zamienia się we wzrok i słuch. Wzrokiem dostrzega już tylko 
trzech licytantów, a słuchem chwyta wyrazy otyłego pana: 
— Osiemdziesiąt osiem tysięcy... 
— Osiemdziesiąt osiem i sto rubli — mówi mizerny Żydek. 
— Niech będzie dziewięćdziesiąt — kończy stary Szlangbaum uderzając ręką w 
stół. -Dziewięćdziesiąt tysięcy — mówi komornik — po raz pierwszy... 
Pan Łęcki zapomniawszy o etykiecie pochyla się do zakrystiana i szepcze mu: 
— Licytujże pan !... 
— Co się pan tak skrobiesz?... — pyta zakrystian zniszczonego Żydka. 
— A co się pan rozbijasz? — odzywa się do zakrystiana drugi komornik. -Kupisz 
pan dom czy co?... Wynoś się pan!... 
— Dziewięćdziesiąt tysięcy po raz drugi!... — woła komornik. 
Pan Łęcki robi się szary na twarzy. 
— Dziewięćdziesiąt tysięcy rubli po raz... trzeci!... — powtarza komornik i uderza 
małym młotkiem o zielone sukno. 
— Szlangbaum kupił!... — odzywa się jakiś głos na sali. Pan Łęcki toczy dokoła 
błędnym wzrokiem i teraz dopiero spostrzega swego adwokata. 
— A, panie mecenasie — mówi drżącym głosem — tak się niegodzi!... 
— Co się nie godzi?.. 
— Nie godzi się... to jest nieuczciwie!... — powtarza wzburzony pan Łęcki. 
— Co się nie godzi?.. — odpowiada już nieco podrażniony adwokat. — Po spłaceniu 
hipotecznych długów zyskuje pan trzydzieści tysięcy rubli... 
— Ale mnie ten dom kosztował sto tysięcy, a mógł był pójść, gdyby lepiej pil-nowa-no... za sto dwadzieścia tysięcy... 
— Tak — potwierdza zakrystian — dom wart ze sto dwadzieścia tysięcy... 
— O!... słyszy pan, panie mecenasie?... — mówi pan Łęcki. — Gdyby się 
dopilnowano... 
— Ależ, panie, proszę mi nie mówić impertynencyj!... Słucha pan rad pokątnych 
doradców, łotrów z Pawiaka... 
— O, bardzo proszę... — odpowiada obrażony zakrystian. — Nie każdy jest łotrem, 
kto siedział na Pawiaku... A co do udzielania rad... 
— Tak... dom był wart sto dwadzieścia tysięcy!... — odzywa się całkiem 
nieoczekiwany sprzymierzeniec w osobie jegomościa z łajdacką miną. 
Pan Łęcki patrzy na niego szklanymi oczyma, ale jeszcze nie może zorientować 
się w sytuacji. Nie żegna się z adwokatem, nakłada w sali kapelusz i wychodząc 
mruczy: 
„Straciłem przez Żydów i adwokatów ze trzydzieści tysięcy rubli... Można było 
dostać sto dwadzieścia tysięcy...” 
I stary Szlangbaum już wychodzi; wtem zastępuje .mu drogę pan Cynader, ów 
piękny brunet, któremu równego nigdy nie widział pan Ignacy. 
— Co to pan za interesa robi, panie Szlangbaum? — mówi piękny brunet. — Ten 
dom można było kupić za siedemdziesiąt jeden tysięcy. On dziś więcej 
niewart... 
— Dla jednego niewart, dla drugiego wart; ja zawsze robię tylko dobre interesa odpowiada 
zamyślony Szlangbaum. 
Nareszcie i Rzecki opuszcza salę, w której odbywa się inna licytacja i gromadzi 
się nowa publiczność. Pan Ignacy z wolna schodzi ze schodów i myśli: 
„A więc dom kupił Szlangbaum, i to za dziewięćdziesiąt tysięcy, jak 
przepowiedział Klejn. No, ależ Szlangbaum to przecie nie Wokulski... Stach nie 
zrobiłby takiego głupstwa... Nie!... I z tą panną Izabelą farsa, plotki...” 
ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY: 
PIERWSZE OSTRZEŻENIE 
Była pierwsza w południe, kiedy pan Ignacy zbliżał się do sklepu, zawstydzony 
i niespokojny. Jak można zmarnować tyle czasu... w porze największego ruchu 
interesantów?... A nuż w dodatku stało się jakie nieszczęście?:.. I co za 
satysfakcja włóczyć się po ulicach w upał, wśród kurzu i zapachu prażonych 
asfaltów!... 
Istotnie, dzień był wyjątkowo gorący i jaskrawy: chodniki i kamienie ziały 
żarem, blaszanych szyldów ani latarniowych słupów nie można było dotknąć 
ręką, a z nadmiaru światła panu Ignacemu zachodziły łzami oczy i czarne płatki 
zasłaniały mu pole widzenia. 
„Gdybym był Panem Bogiem -myślał -połowę lipcowych upałów 
zachowałbym na grudzień...” 
Nagle spojrzał na wystawę sklepową (właśnie mijał okna) i osłupiał. Wystawa 
już drugi tydzień nie odnowiona!... Te same brązy, majoliki, wachlarze, te same 
neseserki, rękawiczki, parasole i zabawki!... Czy widział kto podobne 
zgorszenie? 
„Ależ ja jestem podły człowiek! -mruknął do siebie. -Onegdaj spiłem się, dziś 
włóczę się... Diabli wezmą budę, jak amen w pacierzu...” 
Ledwie wszedł do sklepu, niepewny, co mu więcej cięży: serce czy nogi — gdy w 
tej chwili porwał go Mraczewski. Już był ostrzyżony na sposób warszawski, 
uczesany i uperfumowany jak dawniej i przez amatorstwo obsługiwał 
przychodzących gości, sam będąc gościem, jeszcze z tak dalekich okolic. 
Miejscowi panowie nie mogli wyjść z podziwu. 
— A bój się pan Boga, panie Ignacy -zawołał -trzy godziny czekam na pana! 
Wyście tu wszyscy głowy potracili... 
Wziął go pod ramię i nie zważając na paru obecnych gości, którzy ze 
zdumieniem patrzyli na nich, pędem zaciągnął Rzeckiego do gabinetu, gdzie 
stała kasa. 
Tu osiwiałego w swoim zawodzie subiekta pchnął na twardy foteli stanąwszy 
przed nim z załamanymi rękoma, jak zrozpaczony Germont przed Violettą, 
rzekł: 
— Wiesz pan co... Wiedziałem, że po moim wyjeździe stąd interes się 
rozprzęgnie; alem nie przypuszczał, że tak prędko... No, bo że pannie siedzisz w 
sklepie, mniejsza: dziury nie będzie. Ale jakie ten stary głupstwa wyrabia, to 
przecie skandal!... 
Zdawało się; że panu Ignacemu brwi posuną się ze zdziwienia na wierzch czoła. 
— Przepraszam!... — zawołał podnosząc się z fotelu. 
Ale Mraczewski zmusił go do siedzenia. 
— Przepra... 
— Już tylko niech się pan nie odzywa! — przerwał mu pachnący młody człowiek. Pan 
wie, co się dzieje?... Suzin dziś na noc jedzie do Berlina zobaczyć 
Bismarcka, a potem -do Paryża na wystawę. Koniecznie, słyszy pan?... 
koniecznie namawia Wokulskiego, ażeby z nim jechał. I ten dur... 
— Panie Mraczewski!... Kto pana ośmielił... 
— Ja już z natury jestem śmiały, a Wokulski wariat!... Dziś dopiero dowiedziałem 
się prawdy... Pan wie, ile stary mógłby zarobić na tym interesie w Paryżu z 
Suzinem?... Nie dziesięć, ale pięćdziesiąt tysięcy rubli, panie Rzecki!... I ten 
osioł nie tylko że nie chce dziś jechać, ale jeszcze mówi, że — nie wie, kiedy 
pojedzie. On nie wie, a Suzin może czekać z tą sprawą najwyżej kilka dni. 
— Cóż Suzin?... — cicho spytał naprawdę zmieszany pan Ignacy. 
— Suzin?... Jest zły, a co gorsza — rozżalony. Mówi, że Stanisław Piotrowicz już 
nie ten, co był, że gardzi nim..: słowem, awantura!... Pięćdziesiąt tysięcy rubli 
zysku i darmo podróż. No, niech pan sam powie, czy w tych warunkach nawet 
święty Stanisław Kostka nie pojechałby do Paryża?... 
— Z pewnością! -mruknął pan Ignacy. — Gdzież Stach... to jest, pan Wokulski? dodał 
podnosząc się z fotelu. 
— Jest w pańskim mieszkaniu i pisze tam rachunki dla Suzina. Zobaczysz pan; co 
stracicie przez ten figiel. 
Drzwi gabinetu uchyliły się i stanął w nich Klejn z listem w ręku. 
— Przyniósł lokaj Łęckich do starego -rzekł. -Może pan mu odda, bo dziś, 
bestia, czegoś taki zły... 
Pan Ignacy wziął do rąk bladoniebieską kopertę ozdobioną wizerunkiem 
niezapominajek, lecz wahał się, czy ma iść. Tymczasem Mraczewski spojrzał 
mu przez ramię na adres. 
— List od Belci — zawołał — jestem w domu!... — I śmiejąc się wybiegł z gabinetu. 
„Do diabła! -mruknął pan Ignacy -czyżby te wszystkie plotki miały być 
prawdą?... Więc on dla niej wydaje na kupno kamienicy dziewięćdziesiąt 
tysięcy i traci na Suzinie pięćdziesiąt?... Razem sto czterdzieści tysięcy rubli... A 
ten powóz, a te wyścigi, a te ofiary na cele dobroczynne?... A... a ten Rossi, 
któremu tak gorąco przypatruje się panna Łęcka jak Żyd dziesięciorgu 
przykazaniom?... Ehe!... schowam ja do kieszeni ceremonie...” Zapiął 
marynarkę na guzik pod szyją, wyprostował się i poszedł z listem do swego 
mieszkania. W tej chwili dopiero zauważył, że mu trochę skrzypią buty, i poczuł 
niejaką ulgę. W mieszkaniu pana Ignacego nad stosem papierów siedział 
Wokulski bez surduta i kamizelki i pisał. 
— Aha!... — zawołał podnosząc głowę na widok Rzeckiego.- Nie gniewasz się, że 
ci tu gospodaruję jak u siebie? 
— Pryncypał robi ceremonie!... -odezwał się z przekąsem pan Ignacy. -Jest tu 
list od... tych... od Łęckich... 
Wokulski spojrzał na adres, gorączkowo rozerwał kopertę i czytał... czytał... 
Raz, drugi i trzeci przeczytał list. Rzecki coś przewracał w swoim biurku, a 
spostrzegłszy, że jego przyjaciel skończył już czytanie i zamyślony oparł głowę 
na ręku, rzekł suchym tonem: 
— Jedziesz dziś do Paryża z Suzinem? 
— Ani myślę. 
— Słyszałem, że to jakiś wielki interes... Pięćdziesiąt tysięcy rubli... 
Wokulski milczał. 
— Więc jedziesz jutro albo pojutrze, bo podobno Suzin ma na twój przyjazd 
zaczekać parę dni? — Nie wiem jeszcze, kiedy pojadę. 
— To źle, Stachu. Pięćdziesiąt tysięcy rubli to majątek; szkoda go stracić... Jeżeli 
dowiedzą się, że wypuściłeś z rąk taką sposobność... 
— Powiedzą, żem zwariował -przerwał mu Wokulski. 
Znowu zamilkł i nagle odezwał się: 
— A gdybym miał do spełnienia ważniejszy obowiązek aniżeli zyskanie 
pięćdziesięciu tysięcy?... — Polityczny? -spytał cicho Rzecki z trwogą w oczach, 
ale i z uśmiechem na ustach. 
Wokulski podał mu list. 
— Czytaj — rzekł. — Przekonasz się że są rzeczy lepsze od polityki. 
Pan Ignacy z niejakim wahaniem wziął list do ręki, lecz na powtórny rozkaz 
Wokulskiego przeczytał: 
„Wieniec jest prześliczny i już z góry w imieniu Rossiego dziękuję panu za ten 
podarunek. Nieporównane jest to dyskretne rozmieszczenie szmaragdów między 
złotymi listkami. Musi Pan koniecznie przyjechać do nas, jutro na obiad, 
ażebyśmy się naradzili nad pożegnaniem Rossiego, a także nad naszą podróżą 
do Paryża. Wczoraj papo powiedział mi, że jedziemy najdalej za tydzień. 
Naturalnie jedziemy razem, gdyż bez miłego Pańskiego towarzystwa podróż 
straciłaby dla mnie połowę wartości. A więc do widzenia. 
Izabela Łęcka” 
— Nie rozumiem -rzekł pan Ignacy, obojętnie rzucając list na stół. -Dla 
przyjemności podróżowania z panną Łęcką, a choćby radzenia nad prezentami 
dla... dla jej ulubieńców nie rzuca się w błoto pięćdziesięciu tysięcy... jeżeli nie 
więcej... 
Wokulski powstał z kanapy i oparłszy się obu rękoma na stole, zapytał: -A 
gdyby mi się podobało rzucić dla niej cały majątek w błoto, to co?.. 
Żyły nabrzmiały mu na czole, gors koszuli gorączkowo falował na piersiach. W 
oczach zapalały mu się i gasły te same iskry, jakie już widział Rzecki w chwili 
pojedynku z baronem. 
— To co?.. — powtórzył Wokulski. 
— To nic — odpowiedział spokojnie Rzecki. — Przyznałbym tylko, że omyliłem się, 
nie wiem już który raz w życiu... 
— Na czym? 
— Dziś na tobie. Myślałem, że człowiek, który naraża się na śmierci... na plotki 
dla zdobycia majątku, ma jakieś ogólniejsze cele... 
— A dajcież mi raz spokój z tym waszym ogółem!... -wykrzyknął Wokulski 
uderzając pięścią w stół. -Co ja robiłem dla niego, o tym wiem, ale... cóż on 
zrobił dla mnie!... Więc nigdy nie skończą się wymagania ofiar, które mi nie 
dały żadnych praw?... Chcę nareszcie raz coś zrobić dla samego siebie... Uszami 
wylewają mi się frazesy, których nikt nie wypełnia... Własne szczęście — to dziś 
mój obowiązek... inaczej...w łeb bym sobie palnął, gdybym już nic nie widział 
dla siebie oprócz jakichś fantastycznych ciężarów. Tysiące próżnują, a jeden 
względem nich ma obowiązki!... Czy słyszano coś potworniejszego?... 
— A owacje dla Rossiego to nie ciężar? — spytał pan Ignacy. 
— Nie robię ich dla Rossiego. 
— Tylko dla dogodzenia kobiecie... wiem... Ze wszystkich kas oszczędności ta 
jest najmniej pewną — odparł Rzecki. 
— Jesteś nieostrożny!... — syknął Wokulski. 
— Powiedz — byłem... Tobie się zdaje, że dopiero ty wynalazłeś miłość. Znam i ja 
ją, bah!... Przez kilka lat kochałem się jak półgłówek, a tymczasem moja 
Heloiza romansowała z innymi. Boże mój!... ile mnie kosztowała każda 
wymiana spojrzeń, które chwytałem w przelocie... W końcu w moich oczach 
wymieniano nawet uściski... Wierz mi, Stachu, ja nie jestem tak naiwny, jak 
myślą. Wiele w życiu widziałem i doszedłem do wniosku, że my wkładamy zbyt 
dużo serca w zabawę nazywaną miłością 
— Mówisz tak, boenie znasz — wtrącił pochmurnie Wokulski. 
— Każda jest wyjątkową, dopóki nam karku nie nadkręci. Prawda, że nie znam t e 
j, ale znam inne. Ażeby nad kobietami odnosić wielkie zwycięstwa, trzeba być 
w miarę impertynentem i w miarę bezczelnym: dwie zalety, których ty nie 
posiadasz. I dlatego ostrzegam cię: niedużo ryzykuj, bo zostaniesz 
zdystansowany, jeżeli już nie zostałeś. Nigdym do ciebie o tych rzeczach nie 
mówił, prawda? nawet nie wyglądam na podobną filozofię... Ale czuję, że grozi 
ci niebezpieczeństwo, więc powtarzam: strzeż się! i w podłej zabawie nie 
angażuj serca, bo ci je w asystencji lada chłystka oplują. A w tym wypadku, 
mówię ci, człowiek doznaje tak przykrych wrażeń, że... Bodajbyś ich lepiej 
nie... doczekał!... 
Wokulski siedząc na kanapie zaciskał pięści, ale milczał. W tej chwili zapukano 
do drzwi ukazał się Lisiecki. 
— Pan Łęcki chce się z panem widzieć. Może tu wejść? — zapytał subiekt. 
— Niech pan poprosi... -odparł Wokulski, śpiesznie wciągając kamizelkę i 
surdut. 
Rzecki wstał z krzesła, smutno pokiwał głową i opuścił swoje mieszkanie. 
„Myślałem, że jest źle -mruknął będąc już w sieni. -Alem nie myślał, że jest aż 
tak źle...” 
Ledwie Wokulski zdążył jako tako ogarnąć się, wszedł pan Łęcki, a za nim 
woźny sklepowy. Pan Tomasz miał oczy krwią nabiegłe i sine plamy na 
policzkach. Rzucił się na fotel i oparłszy głowę na tylnej krawędzi, ciężko 
dyszał. Woźny stał w progu z zakłopotaną miną i przebierając palcami po 
metalowych guzikach swojej liberii czekał na rozkazy. 
— Wybacz, panie Stanisławie, ale... proszę cię wody z cytryną...wyszeptał pan 
Tomasz. 
— Sodowej wody, cytryny i cukru... Biegnij! — rzekł Wokulski do woźnego. 
Woźny wyszedł zawadzając wielkimi guzami o drzwi pokoju. 
— To nic -mówił pan Tomasz z uśmiechem. -Krótka szyja, upał i irytacja... 
Chwilę odpocznę... Zatrwożony Wokulski zdjął mu krawat i rozpiął koszulę. 
Potem zlał ręcznik wodą kolońską, którą znalazł na biurku Rzeckiego, i z 
synowską troskliwością wytarł choremu kark, twarz i głowę. 
Pan Tomasz uścisnął mu rękę. 
— Już mi lepiej... Bóg zapłać... — a potem dodał półgłosem: -podobasz mi się w 
tej roli siostry miłosierdzia. Bela nie potrafiłaby zrobić delikatniej... No, ona 
stworzona do tego, ażeby jej usługiwano... 
Woźny przyniósł syfon i cytryny. Wokulski przyrządził limoniadę i napoił pana 
Tomasza, któremu stopniowo poczęły znikać sine plamy z policzków. 
— Idź do mego mieszkania -rzekł Wokulski do woźnego — i każ zaprząc konie. 
Niech zajedzie przed sklep. 
— Kochany... kochany jesteś... — mówił pan Tomasz, mocno ściskając go za rękę i 
z wdzięcznością spoglądając na niego zaczerwienionymi oczyma. — Nie 
przywykłem do podobnej troskliwości, ponieważ Belcia nie zna się na tych 
rzeczach. 
Nieumiejętność panny Izabeli w opiekowaniu się chorymi w przykry sposób 
uderzyła Wokulskiego. Ale tylko na chwilę. Powoli pan Tomasz zupełnie 
odzyskał siły. Obfity pot wystąpił na czoło, głos wzmocnił się i tylko sieć 
czerwonych żyłek na oczach świadczyła jeszcze o minionym ataku. Przeszedł 
się nawet po pokoju, przeciągnął się i zaczął: 
— A... nie masz pojęcia, panie Stanisławie, jak się dziś zirytowałem. Czy dasz 
wiarę? dom mój sprzedano za dziewięćdziesiąt tysięcy!... 
Wokulski drgnął. 
— Byłem pewny — mówił pan Łęcki — że wezmę choć ze sto dziesięć tysięcy... Już 
na sali słyszałem dokoła siebie głosy, że kamienica warta sto dwadzieścia... Ale 
cóż — zapragnął kupić ją Żyd, podły lichwiarz, ten Szlangbaum... Porozumiał się 
z konkurentami, a kto wie, czy i nie z moim adwokatem, i -straciłem 
dwadzieścia albo trzydzieści tysięcy... 
Teraz Wokulski wyglądał na apoplektyka, ale milczał. 
— A tak rachowałem -prawił pan Łęcki — że od pięćdziesięciu tysięcy dasz mi z 
dziesięć tysięcy rocznie. Na utrzymanie domu wychodzi mi sześć do ośmiu 
tysięcy, więc za resztę moglibyśmy z Belą co roku wyjeżdżać za granicę. 
Obiecałem nawet dziecku, że za tydzień pojedziemy do Paryża... Akurat!... 
Sześć tysięcy rubli ledwie wystarczą na nędzne istnienie, a o podróżach ani 
myśleć... Nikczemny Żyd...Nikczemne społeczeństwo, które tak ulega 
lichwiarzom, że nie śmie z nimi walczyć nawet przy licytacji... A co mnie 
najwięcej boli, powiem ci, to okoliczność, że za tym nędznym Szlangbaumem 
może ukrywać się jaki chrześcijanin, nawet arystokrata... 
Głos znowu zaczął mu się stłumiać i znowu na twarz wystąpiło sinawe 
zabarwienie. Usiadł i napił się wody. 
— Podli!... podli!.. — szeptał. 
— Niech się pan uspokoi — rzekł Wokulski. — Ile mi pan da gotówką? 
— Prosiłem adwokata naszego księcia (bo mój adwokat to łajdak), ażeby odebrał 
należną mi sumę i tobie doręczył ją, panie Stanisławie...Razem trzydzieści 
tysięcy. A że obiecujesz mi od nich dwadzieścia procent, więc mam sześć 
tysięcy rubli rocznie na całe utrzymanie. Nędza... ruina!... 
— Sumę pańską — odpowiedział Wokuĺski — mogę umieścić w lepszym interesie. 
Będzie pan miał dziesięć tysięcy rocznie... 
— Co mówisz?... 
— Tak. Trafia mi się wyjątkowa okazja... 
Pan Tomasz zerwał się z fotelu. 
— Zbawco... dobrodzieju!... -mówił wzruszonym głosem. -Jesteś 
najszlachetniejszym z ludzi... Ale -dodał cofając się i rozkładając ręce -czy 
tylko ty nie stracisz?... 
— Ja?... Przecież jestem kupcem. 
— Kupiec!... Także mi mów!... — zawołał pan Tomasz: — Dzięki tobie przekonałem 
się, że wyraz kupiec jest dziś synonimem wielkoduszności, delikatności, 
bohaterstwa... zacny!... 
I rzucił mu się na szyję, omal nie płacząc. Wokulski po raz trzeci usadowił go na 
fotelu, a w tej chwili zapukano do drzwi. 
— Proszę. 
Wszedł Henryk Szlangbaum, blady, z błyskawicami w oczach. Stanął przed 
panem Tomaszem i kłaniając mu się rzekł: 
— Panie -ja jestem Szlangbaum, właśnie syn tego „podłego” lichwiarza, na 
którego pan tyle wymyślał w sklepie przy moich kolegach i gościach... 
— Panie... nie wiedziałem... wszelką satysfakcję jestem gotów...a najpierwej przepraszam... 
Byłem bardzo zirytowany... — mówił wzruszony pan Tomasz. 
Szlangbaum uspokoił się. 
— Proszę pana -odparł -zamiast dawać mi satysfakcję, niech pan posłucha, co 
powiem. Dlaczego mój ojciec kupił pański dom? o tona dziś mniejsza. Że zaś 
pana nie oszukał -dam stanowczy dowód. Ojciec natychmiast odstąpi panu ten 
dom za dziewięćdziesiąt tysięcy...Więcej powiem — wybuchnął — nabywca odda 
go panu za siedemdziesiąt... 
— Henryku!... — wtrącił Wokulski. 
— Już skończyłem. Żegnam pana -odpowiedział Szlangbaum i nisko ukłoniwszy 
się panu Tomaszowi wyszedł z pokoju. 
— Co za przykra farsa! -odezwał się po chwili pan Tomasz. -Istotnie, 
wypowiedziałem w sklepie parę gorzkich wyrazów o starym Szlangbaumie, ale 
pod słowem, nie wiedziałem, że jego syn tu jest... Zwróci mi dom za 
siedemdziesiąt tysięcy, za który dal dziewięćdziesiąt... Paradny!... Cóż ty na to, 
panie Stanisławie?.. 
— Może dom naprawdę wart tylko dziewięćdziesiąt... -nieśmiało odpowiedział 
Wokulski. Pan Tomasz zaczął zapinać na sobie odzież i krawat. 
— Dziękuję ci, panie Stanisławie -mówił -i za pomoc, i za zajęcie się moimi 
interesami... Co za farsa z tym Szlangbaumem!... Ale... ale... Belcia prosi cię 
jutro na obiad... Pieniądze odbierz od adwokata naszego księcia, a co do 
procentu, który będziesz łaskaw... 
— Wypłacę go natychmiast z góry za pół roku. 
— Bardzo ci wdzięczny jestem — ciągnął pan Tomasz całując go w oba policzki. No, 
do widzenia zatem, do jutra... A nie zapomnij o obiedzie... 
Wokulski wyprowadził go przez podwórze do bramy, gdzie już czekał powóz. 
— Straszny upał! -mówił pan Tomasz, z trudnością przy pomocy Wokulskiego 
siadając do powozu. -Cóż znowu za farsa z tymi Żydami?... Dał 
dziewięćdziesiąt tysięcy; a gotów odstąpić za siedemdziesiąt... Pocieszne... 
słowo honoru!... 
Konie ruszyły w stronę Alei Ujazdowskiej. W drodze do domu pan Tomasz był 
odurzony. Nie czuł upału, tylko ogólne osłabienie i szum w uszach. Chwilami 
zdawało mu się, że każdym okiem widzi inaczej albo że obydwoma widzi 
gorzej. Oparł się w rogu powozu chwiejąc się za każdym silniejszym ruchem jak 
pijany. 
Myśli i uczucia plątały mu się w dziwny sposób. Czasem wyobrażał sobie, że 
jest otoczony siecią intryg, z której wydobyć go może tylko Wokulski. To 
znowu, że jest ciężko chory i że tylko Wokulski pielęgnować by go potrafił. To 
znowu, że umrze zostawiając zubożałą i od wszystkich opuszczoną córkę, którą 
zaopiekować by się mógł tylko Wokulski. A nareszcie pomyślał, że dobrze jest 
mieć własny powóz, tak lekko niosący jak ten, którym jedzie -i -że gdyby 
poprosił Wokulskiego, on zrobiłby mu z niego prezent. 
„Straszny upał!” — mruknął pan Tomasz. 
Konie stanęły przed domem, pan Tomasz wysiadł i nawet nie kiwnąwszy głową 
stangretowi poszedł na górę. Ledwie wlókł ociężałe nogi, a gdy znalazł się w 
swym gabinecie, padł na fotel w kapeluszu i tak siedział parę minut ku 
najwyższemu zdumieniu służącego, który uznała za stosowne poprosić 
panienkę. 
— Musiał dobrze pójść interes — rzekł do panny Izabeli — bo jaśnie pan coś... jakby 
trochę tego... Panna Izabela, która mimo pozornego chłodu z największą 
niecierpliwością oczekiwała na powrót ojca i rezultat licytacji domu, poszła do 
gabinetu o tyle szybko, o ile można to było pogodzić z zasadami przyzwoitości. 
Zawsze bowiem pamiętała, że pannie z jej nazwiskiem nie wolno zdradzać 
żywszych uczuć, nawet wobec bankructwa. Pomimo przecież jej panowania nad 
sobą Mikołaj poznał (z silnych wypieków na twarzy), że jest wzruszona, i 
jeszcze raz dodał półgłosem: 
— O! dobrze musiał pójść interes, bo jaśnie pan... tego... Panna Izabela 
zmarszczyła piękne czoło i zatrzasnęła za sobą drzwi gabinetu. Jej ojciec wciąż 
siedział w kapeluszu na głowie. 
— Cóż, ojcze? — spytała z odcienim niesmaku, patrząc w jego czerwone oczy. 
— Nieszczęście... ruina!... -odparł pan Tomasz z trudem zdejmując kapelusz. Straciłem 
trzydzieści tysięcy rubli... 
Panna Izabela pobladła i usiadła na skórzanym szezlongu. 
— Podły Żyd, lichwiarz, odstraszył konkurentów, przekupił adwokata i... 
— Więc już nic nie mamy?... -szepnęła. — Jak to nic?... Mamy trzydzieści tysięcy 
rubli, a od nich dziesięć tysięcy rubli procentu... Zacny ten Wokulski!... Nie 
miałem pojęcia o podobnej szlachetności... A gdybyś wiedziała. jak on mnie 
dziś pielęgnował... 
— Dlaczego pielęgnował?... 
— Miałem mały atak z gorąca i irytacji... 
— Jaki atak?.. -Krew uderzyła mi do głowy... ale to już przeszło... Podły 
Żyd...no, ale Wokulski — powiadam ci, że to coś nadludzkiego. 
Zaczął płakać. 
— Papo, co tobie?... Ja poszlę po doktora.... -zawołała panna Izabela klękając 
przed fotelem. 
— Nic, nic... uspokój się... Pomyślałem tylko, że gdybym umarł, Wokulski jest 
jedynym człowiekiem, któremu mogłabyś zaufać... 
— Nie rozumiem... — Chciałaś powiedzieć: nie poznajesz mnie, prawda?... Dziwi 
cięto, że twój los mógłbym powierzyć kupcowi?... Ale widzisz... kiedy w 
nieszczęściu jedni sprzysięgli się przeciw nam, inni opuścili nas, on pospieszył z 
pomocą, a może mi nawet życie uratował... My, apoplektycy, niekiedy bardzo 
blisko ocieramy się o śmierć... Więc gdy mnie cucił, pomyślałem, kto by się 
tobą uczciwie zaopiekował? Bo nie Joasia ani Hortensja, ani nikt... Tylko 
majętne sieroty znajdują opiekunów... 
Panna Izabela spostrzegłszy, że ojciec stopniowo odzyskuje siły i władzę nad 
sobą, powstała z klęczek i usiadła na szezlongu. 
— Zatem, ojcze, jakąż rolę przeznaczasz temu panu? — spytała chłodno. 
— Rolę? powtórzył przypatrując się jej uważnie. 
— Rolę...doradcy... przyjaciela domu... opiekuna... Opiekuna tego mająteczku, 
jaki by ci pozostał... 
— O, pod tym względem ja go już dawniej oceniłam. Jest to człowiek energiczny 
i przywiązany do nas... Zresztą mniejsza z tym — dodała po chwili. — Jakże papo 
skończył z kamienicą? 
— Mówię ci jak. Łotr Żyd dał dziewięćdziesiąt tysięcy, więc nam zostało 
trzydzieści. A że poczciwy Wokulski będzie mi płacił od tej sumy dziesięć 
tysięcy... Trzydzieści trzy procent, wyobraź sobie. -Jak to trzydzieści trzy? przerwała 
panna Izabela. — Dziesięć tysięcy to dziesięć procent... 
— Ale gdzież znowu! Dziesięć od trzydziestu to znaczy trzydzieści trzy procent. 
Wszakże procent znaczy: pro centum — „za sto”, rozumiesz? 
— Nie rozumiem -odpowiedziała panna Izabela potrząsając głową. 
— Rozumiem, że dziesięć to znaczy dziesięć; ale. jeżeli w języku kupieckim 
dziesięć nazywa się trzydzieści trzy, to niech i tak będzie. 
— Widzisz, że nie rozumiesz. Zaraz wyjaśniłbym ci to, ale -takim znużony, że 
się trochę prześpię... 
— Może posłać po doktora? -spytała panna Izabela podnosząc się z siedzenia. Boże 
uchowaj!... — zawołał pan Tomasz i zatrząsł rękoma. — Niechbym się tylko 
wdał w doktorów, a z pewnością bym nie żył... 
Panna Izabela nie nalegała dłużej; ucałowała ojca w rękę i w czoło i poszła do 
swego buduaru, głęboko zadumana. 
Niepokój trapiący ją od kilku dni: jak się skończy licytacja? opuścił ją tak, że 
śladu nie zostało po nim. Więc mają jeszcze dziesięć tysięcy rubli rocznie i 
trzydzieści tysięcy rubli gotówką?... Zatem pojadą na wystawę paryską, potem 
może do Szwajcarii, a na zimę znowu do Paryża. Nie!... Na zimę wrócą do 
Warszawy, ażeby znowu otworzyć dom. I jeżeli znajdzie się jaki majętny 
człowiek, niestary i niebrzydki (jak na przykład baron albo marszałek... br!...), 
wreszcie nie parweniusz i niegłupi... (No, głupi może sobie być; w ich 
towarzystwie mądrym jest tylko Ochocki, a i to dziwak!) Jeżeli znajdzie się taki 
epuzer — panna Izabela zdecyduje się ostatecznie... 
„Wyborny jest papa z tym Wokulskim!” — myślała panna Izabela chodząc tam i 
na powrót po swoim gabinecie. 
Wokulski moim opiekunem!... Wokulski może być bardzo dobrym doradcą, 
plenipotentem, zresztą opiekunem majątku... Ale tytuł opiekuna może nosić 
tylko książę, zresztą nasz kuzyn i dawny przyjaciel rodziny ...” 
Wciąż chodziła po pokoju tam i na powrót ze skrzyżowanymi na piersiach 
rękoma i nagle przyszło jej na myśl: skąd ojciec tak dziś rozczulił się nad 
Wokulskim?... Jaką czarodziejską siłą ten człowiek pozyskawszy całe jej 
otoczenie obecnie zdobył już ostatnią pozycję, ojca!... Ojciec, pan Tomasz 
Łęcki, płakał... On, z którego oczu od śmierci matki nie stoczyła się ani jedna 
łza... 
„Muszę jednak przyznać, że jest to bardzo dobry człowiek -rzekła w sobie. — Rossi nie byłby tak zadowolony z Warszawy, gdyby nie troskliwość 
Wokulskiego. No, ależ moim opiekunem, nawet w razie nieszczęścia, nie 
będzie... Co do majątku, owszem, niech nim rządzi; ale opiekunem!... Ojciec 
musi być ogromnie osłabiony, jeżeli wpadł na podobną kombinację...” Około 
szóstej wieczorem panna Izabela będąc w salonie usłyszała dzwonek w 
przedpokoju, a potem niecierpliwy głos Mikołaja: 
— Mówiłem: jutro przyjść, bo dziś pan chory. 
— Co ja zrobię, kiedy pan jak ma pieniądze, to jest chory, a jak jest zdrów, to nie 
ma pieniędzy?... — odpowiedział inny głos nieco zacinający z żydowska. 
W tej chwili rozległ się w przedpokoju szelest kobiecej sukni i wbiegła panna 
Florentyna mówiąc: 
— Cicho!.. na Boga, cicho!... Niech pan Szpigelman przyjdzie jutro...Przecież pan 
Szpigelman wie, że są pieniądze... 
— Właśnie ja dlatego dzisiaj przychodzę już trzeci raz. A jutro przyjdą inni i ja 
znów będę czekał... Krew uderzyła do głowy pannie Izabeli, która nie zdając 
sobie sprawy z tego, co robi, nagle weszła do przedpokoju. 
— Co to jest?... — zapytała panny Florentyny. 
Mikołaj wzruszył ramionami i na palcach wyszedł do kuchni. 
— To ja jestem, panno hrabianko... Dawid Szpigelman -odpowiedział niewielki 
człowiek z czarnym zarostem i w czarnych okularach.- Ja do pana hrabiego 
przyszedłem na mały interes... -Kochana Belu... -odezwała się panna 
Florentyna chcąc wyprowadzić kuzynkę. 
Ale panna Izabela wyrwała się jej z rąk i zobaczywszy, że gabinet ojca jest 
wolny, kazała tam wejść Szpigelmanowi. 
— Zastanów się, Belu, co robisz?... — upominała ją panna Florentyna. 
— Chcę raz dowiedzieć się prawdy — rzekła panna Izabela. 
Zamknęła drzwi gabinetu, siadła na fotelu i patrząc w okulary Szpigelmanowi 
zapytała: 
— Jaki interes ma pan do mego ojca? 
— Przepraszam pannę hrabiankę -odpowiedział przybysz kłaniając się — to jest 
bardzo mały interes. Ja tylko chcę odebrać moje pieniądze... 
— Ile? 
— Zbierze się może z osiemset rubli... 
— Dostanie pan jutro. 
— Przepraszam pannę hrabiankę, ale ja już od pół roku co tydzień dostaję same 
tylko jutro, a nie widzę ani procentu, ani kapitału. 
Panna Izabela poczuła brak oddechu i ściskanie serca. Wnet jednakże 
zapanowała nad sobą. 
— Pan wiesz, że ojciec mój odbiera trzydzieści tysięcy rubli... Prócz tego 
(mówiła, sama nie wiedząc dlaczego!) będziemy mieli dziesięć tysięcy rocznie... 
Pańska sumka przepaść nie może, chyba pan rozumie... 
— Skąd dziesięć?... — spytał Żyd i zuchwale podniósł głowę 
— Jak to skąd? — odparła oburzona. — Procent od naszego majątku. 
— Od trzydziestu tysięcy?... -wtrącił Żyd z uśmiechem, myśląc, że chcą go 
wyprowadzić w pole. 
— Tak. 
— Przepraszam pannę hrabiankę -ironicznie odparł Szpigelman — ja dawno robię 
pieniędzmi, ale takiego procentu nigdy nie widziałem. Od trzydziestu tysięcy 
pan hrabia może mieć trzy tysiące, i jeszcze na bardzo niepewnej hipotece. Ale 
co mnie do tego... Mój interes jest, żebym ja odebrał moje pieniądze. Bo jak 
jutro przyjdą inni, to oni znowu będą lepsi od Dawida Szpigelmana, a jak pan 
hrabia resztę odda na procent, to ja będę musiał czekać rok... 
Panna Izabela zerwała się z fotelu. 
— Więc ja pana zapewniam, że jutro dostaniesz pieniądze! -zawołała patrząc na 
niego z pogardą. 
— Słowo? -spytał Żyd delektując się w duszy jej pięknością. 
— Słowo daję, że jutro będziecie wszyscy spłaceni... Wszyscy, i to co do 
grosza!... 
Żyd ukłonił się do ziemi i cofając się tyłem, opuścił gabinet. 
— Zobaczę, jak panna hrabianka dotrzyma słowa... — rzekł na odchodnym. 
Stary Mikołaj znowu był w przedpokoju i z taką gracją otworzył drzwi 
Szpigelmanowi, że ten już z sieni zawołał: 
— Co się pan tak rozbijasz, panie kamerdyner?... 
Blada z gniewu panna Izabela biegła do sypialni ojca. Zastąpiła jej drogę panna 
Florentyna. 
— Dajże spokój, Belciu — mówiła składając ręce — ojciec taki chory... 
— Zapewniłam tego człowieka, że wszystkie długi będą spłacone, i muszą być 
spłacone... Choćbyśmy mieli nie jechać do Paryża... 
Właśnie pan Tomasz w pantoflach i bez surduta z wolna przechadzał się po 
sypialni, kiedy weszła córka. Spostrzegła, że ojciec wygląda bardzo mizernie, że 
ma obwisłe ramiona, obwisłe siwe wąsy, obwisłe powieki i jest pochylony jak 
starzec; ale uwagi te powstrzymały ją tylko od wybuchu, nie zaś od załatwienia 
interesu. 
— Przepraszam cię, Belu, że mnie widzisz w takim negliżu... Cóż się stało?... 
— Nic, ojcze — odparła hamując się. — Był tu jakiś Żyd... 
— Ach, pewnie ten Szpigelman... Dokuczliwa bestia jak komar w lesie!... zawołał 
pan Tomasz chwytając się za głowę. — Niech jutro przyjdzie... 
— Właśnie przyjdzie, on i... inni... 
— Dobrze... bardzo dobrze... Dawno już myślałem załatwić ich...No, chwała 
Bogu, że ochłodziło się chociaż trochę... 
Panna Izabela była zdumiona spokojem ojca i jego złym wyglądem. Zdawało 
się, że od południa przybyło mu kilka lat wieku. Usiadła na krześle i oglądając 
się po sypialni spytała jakby od niechcenia: 
— Dużo im papo winien? 
— Niewiele... drobiazg... parę tysięcy rubli... 
— To są te pieniądze, o których mówiła ciotka, że je ktoś w marcu wykupił?.. 
Pan Łęcki stanął na środku pokoju i strzeliwszy palcami zawołał: 
— A bodajże cię!... O tamtych na śmierć zapomniałem... 
— Zatem mamy więcej długów niż parę tysięcy?... — Tak... tak... Trochę więcej... 
Myślę, że pięć do sześciu tysięcy... Poproszę poczciwego Wokulskiego, to mi to 
załatwi... 
Panna Izabela mimo woli wstrząsnęła się. 
— Szpigelman mówił -rzekła po chwili -że od naszej sumy nie można mieć 
dziesięciu tysięcy rubli procentu. Najwyżej trzy tysiące, i to na niepewnej 
hipotece... 
— Ma rację — na hipotece, ale przecież handel to nie hipoteka... Handel może dać 
trzydzieści od trzydziestu... Ale... a skąd Szpigelman wie o naszym procencie? spytał 
pan Tomasz zamyśliwszy się nieco. 
— Ja mu powiedziałam niechcący... — tłomaczyła się zarumieniona panna Izabela. 
— Szkoda, żeś mu to powiedziała... wielka szkoda!... o takich rzeczach lepiej nie 
mówić... 
— Czy to co złego? — szepnęła. 
— Złego?... No, nic złego, mój Boże... Ale zawsze lepiej, gdy ludzie nie znają ani 
wysokości, ani źródła dochodów... Baron, wreszcie sam marszałek nie mieliby 
reputacji milionerów i filantropów, gdyby znano wszystkie ich sekreta... 
— Dlaczegóż to, ojcze?... — Dziecko jeszcze jesteś -mówił nieco zakłopotany pan 
Tomasz -jesteś idealistka, więc... mogłoby cię to zrazić do nich... Ale masz 
przecie rozum. Baron, widzisz, utrzymuje jakąś spółkę z lichwiarzami, a fortuna 
marszałka urosła głównie ze szczęśliwych pogorzeli, no... i trochę z handlu 
bydłem w czasie wojny sewastopolskiej... 
— Więc tacy są moi konkurenci?... — szepnęła panna Izabela. 
— To nic nie znaczy, Belu!... Mają pieniądze i duży kredyt, a to główna rzecz uspakajał 
ją pan Tomasz. 
Panna Izabela potrząsnęła głową, jakby chcąc odpędzić przykre myśli. 
— Więc my, papo, już nie pojedziemy do Paryża... 
— Dlaczego, moje dziecko, dlaczego?... 
— Jeżeli papo zapłaci pięć albo sześć tysięcy tym Żydom... 
— O to się nie lękaj. Poproszę Wokulskiego, ażeby wystarał mi się o taką sumę 
na sześć albo na siedem procent, i będziemy płacili na jej rzecz jakieś czterysta 
rubli rocznie. No, a mamy przecie dziesięć tysięcy. 
Panna Izabela zwiesiła głowę i cicho przebierając palcami po stole, dumała. 
— Czy ty, ojcze — rzekła po namyśle — nie obawiasz się Wokulskiego?... 
— Ja?... — krzyknął pan Tomasz i pięściami uderzył się w piersi. -Ja obawiam się 
Joasi, Hortensji, nawet naszego księcia i zresztą ich wszystkich razem, ale nie 
Wokulskiego. Gdybyś widziała, jak on dziś obcierał mnie wodą kolońską... A z 
jaką trwogą patrzył na mnie!... To najszlachetniejszy człowiek, jakiego 
spotkałem w życiu... On nie dba o pieniądze, interesów na mnie robić nie może, 
ale dba o moją przyjaźń... Bóg mi go zesłał, i jeszcze w chwili, w której... w 
której zaczynam czuć starość, a może śmierć... 
I powiedziawszy to pan Tomasz zaczął mrugać powiekami, z których znowu 
spadło mu kilka łez. 
— Papo, ty jesteś chory!... — zawołała przestraszona panna Izabela. 
— Nie, nie!... To upał, irytacja, a nade wszystko... żal do ludzi. Pomyśl tylko: był 
kto u nas dzisiaj?... Nikt, bo myślą, żeśmy już wszystko stracili... Joanna boi się, 
żebym od niej nie pożyczył na jutrzejszy obiad...To samo baron i książę... 
Jeszcze baron dowiedziawszy się, że zostało nam trzydzieści tysięcy, przyjdzie 
tu... dla ciebie. Bo pomyśli, że choćby się z tobą ożenił bez posagu, to jednak 
nie będzie potrzebował wydawać pieniędzy na mnie... Ale uspokój się: gdy 
usłyszą, że mamy dziesięć tysięcy rubli rocznie, wrócą tu wszyscy, a ty znowu 
będziesz jak dawniej królowała w twoim salonie... Boże, jaki ja dziś jestem 
zdenerwowany!... — mówił pan Tomasz obcierając załzawione oczy. 
— Ja poszlę po doktora, papo?... 
Ojciec zamyślił się. 
— To już jutro, jutro... do jutra może mi samo przejdzie... 
W tej chwili rozległo się pukanie do drzwi. 
— Kto tam?... Co tam?... — zapytał pan Tomasz. 
— Pani hrabina przyjechała — odpowiedział z korytarza głos panny Florentyny. 
— Joasia?!... — zawołał pan Tomasz z radosnym zdziwieniem. -Wyjdźże do niej, 
Belciu... Muszę się trochę ogarnąć... No, no!... Założę się, że już wie o 
trzydziestu tysiącach... Wyjdźże, Belu... Mikołaj!... 
Zaczął kręcić się po sypialni szukając rozmaitych części ubrania, a tymczasem 
panna Izabela wyszła do ciotki już oczekującej na nią w salonie. 
Zobaczywszy pannę Izabelę hrabina pochwyciła ją w objęcia. 
— Jakiż Bóg dobry — zawołała — że zesłał wam tyle szczęścia I Cóż to, podobno 
Tomasz wziął za kamienicę dziewięćdziesiąt tysięcy, i twój posag ocalony?... 
Nigdy bym nie przypuszczała. 
— Ojciec, ciociu, spodziewał się wziąć więcej i tylko jakiś Żyd, nowonabywca, 
odstręczył konkurentów — odpowiedziała trochę urażona panna Izabela. 
— Ach, moje dziecko, że też nie przekonałaś się jeszcze o niepraktyczności ojca. 
On może wyobrażać sobie, że dom wart był miliony, a ja swoją drogą wiem od 
ludzi kompetentnych, że co najwyżej wart jest siedemdziesiąt parę tysięcy. 
Przecież co dzień od kilku dni sprzedają się kamienice z licytacji, wiadomo, 
jakie są i co za nie płacą. Zresztą niema o czym mówić; ojciec niech wyobraża 
sobie, że go oszukano, a ty, Belu, módl się za zdrowie tego Żyda, który dał wam 
dziewięćdziesiąt tysięcy... Ale a propos: wiesz, że Kazio Starski wrócił?... 
Silny rumieniec wystąpił na twarz panny Izabeli. 
— Kiedy? skąd?... — zapytała zmieszana. 
— Obecnie z Anglii, dokąd przyjechał prosto z Chin. Zawsze piękny i obecnie 
jedzie do babki, która zdaje się, odda mu majątek. 
— To w sąsiedztwie cioci? — Właśnie o tym chcę mówić. Ogromnie dopytywał się 
o ciebie, a ja będąc przekonana, że już chyba wyleczyłaś się ze swych kaprysów, 
radziłam mu, ażeby was jutro odwiedził. 
— Jak to dobrze!... — zawołała uradowana. panna Izabela. 
— A widzisz!... — odpowiedziała hrabina całując ją. — Ciotka zawsze o tobie myśli. 
Dla ciebie jest to wyborna partia, którą tym łatwiej będzie zrobić, że Tomasz ma 
kapitalik, który powinien mu wystarczyć, a Kazio coś słyszał o zapisie ciotki 
Hortensji dla ciebie. No, przypuszczam, że Starski jest trochę zadłużony. W 
każdym razie to, co mu zostanie z majątku babki, z tym, co ty możesz wziąć po 
Hortensji, powinno by wam na jakiś czas wystarczyć. A później zobaczymy. On 
ma jeszcze stryja, ty masz mnie, więc wasze dzieci nie doznają biedy. 
Panna Izabela w milczeniu ucałowała ręce ciotki. W tej chwili była tak piękna, 
że hrabina schwyciwszy ją w objęcia pociągnęła do lustra i śmiejąc się rzekła: 
— No, proszę cię, tylko mi jutro tak wyglądaj, a przekonasz się, że w sercu Kazia 
odnowią się zabliźnione rany... Choć szkoda, żeś go wtedy odrzuciła!... 
Mielibyście dziś ze sto albo i sto pięćdziesiąt tysięcy rubli więcej... Wyobrażam 
sobie, że ten biedny chłopak z rozpaczy musiał bardzo wydawać pieniądze. Ale, 
ale... — dodała hrabina — czy prawda, że chcecie jechać z ojcem do Paryża?.. 
— Mamy zamiar. 
— Proszę cię, Belu -upominała ją ciotka -tego nie rób. Ja właśnie chcę wam 
zaproponować, ażebyście u mnie spędzili tę resztkę lata. I musisz to zrobić, 
choćby ze względu na Starskiego. Pojmujesz, że młody chłopak na wsi będzie 
się nudził, będzie marzył... Możecie widywać się co dzień, a w takich 
warunkach najłatwiej będzie przywiązać go, a nawet... zobowiązać... 
Panna Izabela zarumieniła się mocniej niż poprzednio i spuściła piękną głowę. 
— Ciociu! — szepnęła. 
— Ach, moje dziecko, tylko nie baw się ze mną w dyplomatkę. Panna w twoim 
wieku już powinna wyjść za mąż, a nade wszystko nie powtarzać dawnych 
błędów. Kazio jest wyborną partią: nieprędko sprzykrzy ci się, no... a gdyby się 
sprzykrzył, to... już będzie mężem i na wiele rzeczy musi być pobłażliwym, tak 
jak i ty dla niego. Gdzież ojciec? 
— Ojciec trochę niezdrów... 
— Wielki Boże!... Chyba zanadto wzruszyło go niespodziewane szczęście... 
— Ojciec właśnie zachorował z gniewu na tego Żyda... 
— On wiecznie w złudzeniach! -odparła hrabina podnosząc się z kanapy. Wstąpię 
do niego na chwilę i pogadam o waszych wakacjach. Co zaś do ciebie, 
Belu, spodziewam się, że potrafisz skorzystać z czasu. 
Po półgodzinnej, poufałej konwersacji z panem Tomaszem hrabina pożegnała 
siostrzenicę, jeszcze raz polecając jej Starskiego. 
Około dziewiątej pan Tomasz, wbrew zwyczajowi, poszedł spać, a panna 
Izabela wezwała do swego pokoju na rozmowę kuzynkę Florentynę. 
— Wiesz, Floro -rzekła siadając w półleżącej pozycji na szezlongu -powrócił 
Kazio Starski i jutro ma być u nas. 
— Aaa!... — szepnęła panna Florentyna, jakby wypadek ten był już jej wiadomy. — Wiec nie gniewa się?... — spytała akcentując ostatni frazes. 
— Zapewne... Zresztą nie wiem... — uśmiechnęła się panna Izabela. — Ciotka mówi, 
że jest bardzo piękny... 
— I zadłużony... Ale cóż to szkodzi. Kto dzisiaj nie ma długów! 
— Cóż byś powiedziała, Floro, gdybym... 
— Gdybyś za niego wyszła?... Naturalnie, powinszowałabym wam obojgu. Ale co 
na to powie baron, marszałek, Ochocki, a nade wszystko... Wokulski?... 
Panna Izabela podniosła się gwałtownie. 
— Moja droga, skądże znowu przychodzi ci do głowy ten... Wokulski?... 
— Nie mnie on przychodzi do głowy -odparła panna Florentyna skubiąc taśmę 
swego stanika — tylko przypominam sobie, coś mi mówiła jeszcze w kwietniu... 
że ten człowiek od roku ścigał cię spojrzeniami, że osacza cię ze wszystkich 
stron... 
Panna Izabela roześmiała się. 
— Ach, pamiętam!... Rzeczywiście, tak mi się wówczas zdawało... Dziś jednak, 
kiedym go poznała trochę lepiej, widzę, że nie należy do tej kategorii ludzi, 
których można się lękać. Uwielbia mię po cichu, to prawda! ależ tak samo 
będzie mnie uwielbiał nawet wówczas, gdybym wyszła za... za mąż... 
Wielbicielom tego, co Wokulski, gatunku wystarcza spojrzenie, uścisk ręki... 
— Czy jesteś tego pewna? 
— Najzupełniej. Zresztą przekonałam się, że to, co wydawało mi się sidłami z 
jego strony, jest tylko interesem. Ojciec pożycza mu trzydzieści tysięcy rubli i 
kto wie, czy wszystkie jego zabiegi nie do tego były skierowane... 
— A jeżeli jest inaczej? — zapytała panna Florentyna, ciągle bawiąc się obszyciem 
swego stanika. -Moja droga, dajże spokój! — oburzyła się panna Izabela. -Co ci 
na tym zależy, ażeby psuć mi humor? 
— Tyś to powiedziała, żei ludzie umieją cierpliwie czekać, usidlać, nawet 
wszystko ryzykować i łamać... 
— Ale nie Wokulski. 
— Przypomnij sobie barona. 
— Baron obraził go publicznie. 
— A ciebie przeprosił. 
— Ach, Floro, proszę cię, nie dręcz mnie!... -wybuchnęła panna Izabela. Gwałtem 
chcesz zrobić demona z kupczyka, może dlatego, że... tyle straciliśmy 
na kamienicy... że ojciec jest chory i że... Starski wrócił.... 
Panna Florentyna zrobiła gest, jakby chcąc jeszcze coś powiedzieć, ale 
pohamowała się. 
— Dobranoc, Belu — rzekła. — Może teraz masz rację... 
I wyszła. 
Przez całą noc śnił się pannie Izabeli Starski jako mąż, Rossi jako pierwszy 
platoniczny kochanek, Ochocki jako drugi, a Wokulski jako plenipotent ich 
majątku. Dopiero około dziesiątej rano obudziła ją panna Florentyna donosząc, 
że przyszedł Szpigelman i jeszcze jeden Żyd. 
— Szpigelman?... Ach, prawda!... Zapomniałam o nim. Powiedz mu, niech 
przyjdzie później... Czy papo wstał? 
— Wstał od godziny. Mówiłam mu właśnie o Żydach, a on prosi cię, ażebyś 
napisała list do Wokulskiego.... 
— Po co?... 
— Żeby był łaskaw przyjść do nas w południe i uregulować rachunki tych Żydów. 
— Prawda, że Wokulski ma nasze pieniądze -rzekła panna Izabela. -Ale mnie 
pisać o tym do niego nie wypada. Napisz ty, Floro, w imieniu ojca... O, tu jest 
papier, na moim biurku... 
Panna Florentyna napisała żądany list, a tymczasem panna Izabela zaczęła się 
ubierać. Wiadomość o Żydach zrobiła na niej wrażenie zimnej wody, a myśl o 
Wokulskim zaniepokoiła ją. 
„Więc my naprawdę nie możemy obejść się bez tego człowieka?... mówiła w 
duszy. — No, jeżeli ma nasze pieniądze, to naturalnie musi spłacać nasze długi...” 
— Bardzo go proś -rzekła do panny Florentyny -ażeby przyjechał jak 
najśpieszniej... Bo gdyby tych obrzydliwych Żydów zastał u nas Starski... 
— Zna on ich dawniej aniżeli my — szepnęła Flora. 
— W każdym razie byłoby to okropne. Ty nie wiesz, jakim tonem przemawiał do 
mnie wczoraj ten... ten... 
— Szpigelman — wtrąciła panna Florentyna. — O, to zuchwały Żyd... 
Zapieczętowała list i wyszła z nim do przedpokoju, ażeby wyprawić 
czekających tam Żydów. Panna Izabela uklękła przed alabastrowym posążkiem 
Matki Boskiej błagając ją, ażeby posłaniec zastał Wokulskiego w domu i ażeby 
Starski nie spotkał się u nich z Żydami. Alabastrowa Matka Boska wysłuchała 
próśb panny Izabeli; w godzinę bowiem, przy śniadaniu, Mikołaj doręczył jej 
trzy listy. Jeden był od ciotki hrabiny. Zawiadamiała w nim, że dziś między 
drugą i trzecią przyjdą do jej ojca lekarze na konsylium, że Kazio Starski 
wyjeżdża przed wieczorem i że może wpaść do nich lada chwilę. 
„Pamiętajże; droga Belciu -kończyła ciotka -postępować tak, ażeby chłopiec 
myślał o tobie przez drogę i na wsi, dokąd wy z ojcem za kilka dni musicie 
przyjechać. Ja już urządziłam się w ten sposób, że ani w Warszawie nie widział 
żadnej panny, ani na wsi nie spotka (prócz ciebie, duszko) żadnej innej kobiety. 
Chyba poczciwą swoją babkę prezesową i jej mało interesujące wnuczki.” 
Panna Izabela lekko skrzywiła usta; nie podobał jej się ten nacisk. 
— Ciotka tak mnie proteguje -rzekła do panny Florentyny — jakbym już straciła 
wszelką nadzieję... Nie podoba mi się to!... 
I w jej duszy nieco przyćmił się wizerunek pięknego Kazia Starskiego. 
Drugi list był od Wokulskiego, który donosił, że będzie służyć o godzinie 
pierwszej. 
— Na którą kazałaś przyjść Żydom, Floro? — spytała panna Izabela. 
— Na pierwszą. 
— Chwała Bogu! Byle o tej porze nie wpadł do nas Starski -rzekła panna Izabela 
biorąc do ręki trzeci list. 
— Jakiś znajomy mi charakter? — dodała. — Czyje to pismo, Floro?... 
— Czy nie poznajesz? -odpowiedziała panna Florentyna spojrzawszy na kopertę. 
— Krzeszowskiej... 
Rumieniec gniewu wystąpił na twarz panny Izabeli. 
— Ach, prawda!... — zawołała rzucając list na stół. -Proszę cię, Floro, odeszlij jej 
to i dopisz na wierzchu: „nieczytane...” Czego ona od nas chce, ta szkaradna 
kobieta!... 
— Łatwo możesz się dowiedzieć — szepnęła panna Florentyna. -Nie, nie i... nie!... 
Nie chcę żadnych listów od tej nieznośnej baby... Pewnie znowu jakaś szykana, 
bo ona nic innego nie pisuje...Proszę cię, Floro, natychmiast odeszlij ten list i... 
albo zresztą zobacz, co pisze... Ostatni raz przyjmę jej bazgraninę... 
Panna Florentyna powoli otworzyła kopertę i zaczęła czytać. Stopniowo na jej 
obliczu ciekawość ustąpiła miejsca zdziwieniu, a potem zmieszaniu. 
— Nie wypada mi tego czytać — szepnęła oddając list pannie Izabeli. 
„Droga panno Izabelo! pisała baronowa. -Wyznaję, że dotychczasowym 
postępowaniem mogłam zasłużyć na niechęć Pani i ściągnąć na siebie gniew 
miłosiernego Boga, który tak troskliwie opiekuje się Wami. Dlatego cofam 
wszystko, upokarzam się przed Tobą, droga Pani, i błagam, ażebyś mi 
przebaczyła. Bo czy nie jest dowód łaski Nieba nad Wami, choćby w zesłaniu 
Wam tego Wokulskiego? Człowiek ułomny jak inni stał się narzędziem 
Najwyższej Ręki, ażeby mnie ukarać, a Was wynagrodzić. Nie dość bowiem, że 
ranił mi w pojedynku męża (któremu również niech Bóg przebaczy wszystkie 
podłości, jakich się względem mnie dopuścił), ale jeszcze nabył kamienicę, w 
której zgasło moje ukochane dziecko, i pewnie każe sobie płacić duże komorne. 
Wy zaś nie tylko patrzycie na moje klęski, ale jeszcze zyskaliście dwadzieścia 
tysięcy rubli więcej, niż była warta kamienica. 
W zamian za moją skruchę, droga Pani, racz wyrobić u W-go Wokulskiego 
(który nie wiem, za co gniewa się na mnie), ażeby mi prolongował kontrakt na 
dalsze lata i nie wypędzał przesadnymi żądaniami z domu, gdzie moja jedyna 
córka skończyła życie. Należy to jednak robić ostrożnie, gdyż W-ny Wokulski z 
niewiadomych mi powodów nie życzy sobie, ażeby o jego nabytku mówiono. 
Nie tylko, zamiast sam kupić kamienicę (jak uczciwy człowiek), podstawił 
lichwiarza, Szlangbauma, ale jeszcze, ażeby nadpłacić dwadzieścia tysięcy rubli 
nad moją sumę, sprowadził do sądu fałszywych licytantów. Dlaczego tak 
tajemniczo postępuje? lepiej niż ja musicie Wy wiedzieć, drodzy Państwo, 
którzy podobno umieściliście u niego swój kapitalik. Mały on jest, ale przy łasce 
bożej (która tak oczywiście czuwa nad Wami) i znanej obrotność W-go 
Wokulskiego przyniesie zapewne procent, który wynagrodzi Państwu gorycze 
ich dotychczasowego położenia. Polecając siebie sercu drogiej Pani, a nasze 
obustronne stosunki niezawodnej sprawiedliwości boskiej, pozostaję zawsze 
wierną, choć pogardzaną ich kuzynką i uniżoną sługą. 
Krzeszowska” 
Czytając panna Izabela była blada jak papier. Podniosła się od stołu, zwinęła list 
i podniosła rękę, jakby z zamiarem rzucenia go komuś w oczy. Nagle, zdjęta 
strachem, chciała gdzieś uciec czy kogoś zawołać; lecz w tej chwili opamiętała 
się i poszła do ojca. 
Pan Łęcki w pantoflach i płóciennym szlafroku leżał na kanapie i czytał 
„Kuriera”. Bardzo czule przywitał się z córką, a gdy usiadła, uważnie 
przypatrzył się jej i rzekł: 
— Czy światło złe w tym pokoju, czy mi się zdaje, że panienka jest nie w 
humorze?... 
— Jestem trochę rozstrojona. 
— Właśnie uważam, ale to z gorąca. A powinnaś dziś -dodał grożąc jej z 
uśmiechem -powinnaś dziś, figlarko, dobrze wyglądać, bo ten Kazio, jak 
mówiła mi wczoraj ciotka, jest do wzięcia... Panna Izabela milczała, ojciec 
prawił dalej: 
— Prawda, że chłopak trochę zbałamucony ciągłym lataniem po święcie, trochę 
zadłużony, ale -młody, przystojny, no i szalał za tobą. Joasia ma nadzieję, że 
prezesowa utrzyma go na wsi przez parę tygodni, a reszta należy już do ciebie... 
I wiesz, może by to było nieźle?...Nazwisko piękne... fortuna jakoś zlepi się z 
różnych kawałków... Przy tym człowiek światowy, bywalec, nawet rodzaj 
bohatera, jeżeli to prawda, że opłynął kulę ziemską... 
— Miałam list od Krzeszowskiej — przerwała mu panna Izabela. -Oo?... cóż pisze 
ta wariatka? — Pisze, że nasz dom kupił nie Szlangbaum, ale Wokulski i że za 
pomocą podstawionych licytantów dał za niego o dwadzieścia tysięcy rubli 
więcej, aniżeli wart. 
Mówiąc to zdławionym głosem, patrzyła z trwogą na ojca; obawiała się jakiegoś 
wybuchu. Ale pan Tomasz uniósł się tylko na kanapie i strzeliwszy palcami 
zawołał: 
— Czekaj!... czekaj ... wiesz, że to może być prawda... 
— Jak to! — zerwała się z krzesła panna Izabela. — Więc on śmiałby nam darować 
dwadzieścia tysięcy, a ojciec mówi o tym tak spokojnie?.. 
— Mówię spokojnie, bo gdybym zaczekał ze sprzedażą, wziąłbym nie 
dziewięćdziesiąt, ale sto dwadzieścia tysięcy... 
— Ależ czekać nie mogliśmy, skoro kamienicę puszczono na licytację... 
— Toteż że nie mogliśmy czekać, straciliśmy, a Wokulski zyska, gdyż może 
czekać. Panna Izabela po tej uwadze nieco uspokoiła się. 
— Więc papo nie uznaje w tym żadnego dobrodziejstwa z jego strony! Bo 
wczoraj mówił papo o Wokulskim w taki sposób, jakby czuł, że jest przez niego 
oplątany... 
— Cha! cha! cha!..: — roześmiał się pan Tomasz -Cudowna jesteś... nieoceniona. 
Wczoraj byłem trochę rozstrojony, nawet bardzo i... coś...coś... zaświtało mi w 
głowie... Ale dzisiaj... Cha! cha! cha!... Niechże sobie wreszcie Wokulski 
przepłaca kamienice. Od tego on kupiec, żeby wiedział, ile i za co płaci. Straci 
na jednym, zyska na drugim. — Ja, co najwyżej, mogę mu tego nie brać za złe, że 
staje do licytacji mego majątku... Chociaż miałbym prawo podejrzewać jakiś 
nieczysty interes takim na przykład... podstawianiu Szlangbauma... 
Panna Izabela serdecznie uściskała ojca. 
— Tak -rzekła -papo ma rację. Nie umiałam tylko zdać sobie z tego sprawy. 
Takie podstawienie Żydów przy kupnie najjaśniej dowodzi, że ten pan bawiąc 
się w przyjaźń robi interesa... 
— Naturalnie! -potwierdził pan Tomasz. -Czyliżbyś nie miała rozumieć tak 
prostej rzeczy. Niezły to może człowiek, ale zawsze kupiec... kupiec!... 
W przedpokoju rozległo się mocne dzwonienie. 
— To pewnie on. Wyjdę, papo, i zostawię panów samych. 
Opuściła sypialnię ojca, lecz w przedpokoju, zamiast Wokulskiego, zobaczyła 
aż trzech Żydów, głośno rozprawiających z Mikołajem i panną Florentyną. 
Uciekła do sali i przez myśl przebiegły jej wyrazy: 
„Boże!... dlaczego on nie przychodzi...” 
W sercu jej kipiała burza uczuć. Panna Izabela potakując zdaniom ojca 
rozumiała jednak, że to nieprawda, co on mówi, że Wokulski nie zrobił na 
kamienicy interesu, ale stracił, i tylko dlatego, ażeby ich wydźwignąć z 
najfatalniejszej pozycji. Lecz przyznając to, czuła nienawiść: „Podły! podły!... szeptała. 
— Jak on śmiał...” 
Tymczasem w przedpokoju Żydzi rozpoczęli formalną kłótnię z panną 
Florentyną. Oświadczyli, że nie ruszą się, dopóki nie dostaną pieniędzy, że 
panna hrabianka dała wczoraj słowo... A gdy Mikołaj otworzył im drzwi do 
sieni, poczęli mu wymyślać: 
— To jest rozbój! ... to oszustwo!... Pieniądze państwo umieją brać i wtedy 
umieją gadać: mój kochany panie Dawid!... Ale jak przyjdzie... 
— A to co znaczy? — odezwał się w tej chwili nowy głos. 
Żydzi umilkli. 
— Co to jest?... Co pan tu robisz, panie Szpigelman?.. 
Panna Izabela poznała głos Wokulskiego. 
— Ja, nic... Padam do nóg wielmożnego pana... My tylko za interesem do pana 
hrabi... -tłumaczył się; zupełnie innym tonem, przed chwilą hałaśliwy 
Szpigelman. 
— Kazali nam państwo dziś przyjść po pieniądze... — wtrącił inny Żyd. 
— Właśnie panna hrabianka wczoraj dała słowo, że będziemy dziś spłaceni 
wszyscy, i co do grosza... 
— Będziecie -przerwał Wokulski. -Jestem pełnomocnikiem pana Łęckiego i 
dziś, o szóstej, załatwię z wami rachunki w moim kantorze. 
— Nic nagłego... Po co się wielmożny pan ma tak śpieszyć... — odparł Szpigelman. 
— Proszę przyjść o szóstej do mnie, a Mikołaj niechaj tu żadnych interesantów 
nie przyjmuje, kiedy pan chory. 
— Rozumiem, wielmożny panie!... A nasz pan czeka w pokoju sypialnym odparł 
Mikołaj. 
Gdy zaś Wokulski odszedł, powypychał Żydów za drzwi mówiąc: -Poszły 
parchy!... Won!... 
— Ny!... ny!... co się pan tak gniewa?... — mruczeli bardzo zmieszani Żydkowie. 
Pan Tomasz przywitał Wokulskiego ze wzruszeniem; trochę drżały mu ręce i 
trzęsła się głowa. 
— No, patrz — mówił — co wyrabiają ci Żydzi, te... te gałgany!... Nachodzą dom... 
przestraszają mi córkę... . 
— Kazałem im przyjść o szóstej do mego kantoru i jeżeli pan pozwoli, ureguluję 
rachunki. Duża to suma?... — zapytał Wokulski. 
— Drobiazg, prawie nic... Jakieś pięć do sześciu tysięcy rubli... 
— Pięć do sześciu?... — powtórzył Wokulski. — Oni trzej tyle mają u pana?... 
— Nie. Im jestem winien ze dwa tysiące, może trochę więcej... Ale, powiadam ci, 
panie Stanisławie (bo to cała awantura!), ktoś w marcu wykupił moje 
dawniejsze weksle. Kto? nie wiem; jednakże, na wszelki wypadek, chcę być 
przygotowany. Wokulskiemu wyjaśniła się twarz. 
— Niech pan spłaca długi -odparł -w miarę zgłaszania się wierzycieli. Dziś 
zepchniemy tych, którzy mają późniejsze weksle. Więc to wyniesie dwa do 
trzech tysięcy?... 
— Tak, tak... No, ale proszę cię, panie Stanisławie, co za fatalność!...Ty 
wypłacasz mi za pół roku pięć tysięcy... Czy byłeś łaskaw przynieść pieniądze? 
— Naturalnie. 
— Bardzo ci jestem wdzięczny. Cóż to jednak za fatalność, że właśnie w chwili, 
kiedy mamy z Belcią i... z tobą jechać do Paryża, Żydzi wydzierają mi dwa 
tysiące! Rozumie się, z Paryża nic. -Dlaczego? -rzekł Wokulski. — Ja pokryję 
należność, a pan nie potrzebuje naruszać swego procentu. Śmiało możecie 
państwo jechać do Paryża. 
— Nieoceniony!... — zawołał pan Tomasz rzucając mu się w objęcia. Bo widzisz, 
mój drogi — dodał uspokoiwszy się -ja właśnie myślałem, czybyś nie mógł mi 
zaciągnąć gdzie pożyczki dla spłacenia żydowskich długów, tak... na... siedem, 
sześć procent. 
Wokulski uśmiechnął się z finansowej naiwności pana Tomasza. 
— Owszem -rzekł nie mogąc pohamować dobrego humoru -będzie pan miał 
pożyczkę. Tym Żydom oddamy jakieś trzy tysiące rubli, a pan będzie płacił 
procentu... Ileż pan chce? 
— Siedem... sześć... 
— Dobrze -mówił Wokulski -pan będzie płacił sto osiemdziesiąt rubli procentu, 
a kapitał zostanie nienaruszony. 
Pan Tomasz, po raz już niewiadomo który, zaczął mrugać powiekami i znowu 
ukazały się łzy. 
— Zacny... szlachetny!... — mówił ściskając Wokulskiego. — Bóg cię zesłał... 
— Sądzi pan, że mogę robić inaczej?... — szepnął Wokulski. Zapukano. 
Wszedł Mikołaj i oznajmił lekarzy. 
— Aha!... — zawołał pan Tomasz — to siostra przysyła mi tych panów. Mój Boże! 
nigdy się jeszcze nie leczyłem, a dziś... Proszę cię, panie Stanisławie, idź teraz 
do Beli... Mikołaj, zamelduj pana Wokulskiego panience. 
„Oto jest moja nagroda... Moje życie!...” -pomyślał Wokulski idąc do 
Mikołajem. 
W przedpokoju spotkał lekarzy, obu znajomych sobie, i gorąco polecił pana 
Tomasza ich opiece. W salonie czekała go panna Izabela. Była trochę blada, ale 
tym piękniejsza. Przywitał ją i rzekł wesoło: 
— Bardzo jestem szczęśliwy, że podobał się pani wieniec dla Rossiego. 
Zatrzymał się. Uderzył go szczególny wyraz twarzy panny Izabeli, która 
patrzyła na niego z lekkim zdziwieniem, jakby widziała go pierwszy raz w 
życiu. 
Przez chwilę oboje milczeli, wreszcie panna Izabela strzepując jakiś pyłek z 
popielatej sukni spytała: 
— Wszakże to pan kupił naszą kamienicę? -I przypatrywała mu się 
przymrożonymi oczyma. Wokulski tak był zaskoczony, że w pierwszej chwili 
stracił mowę. Zdawało mu się, że w nim nagle zatrzymał się proces myślenia. 
Bladł i czerwienił się, a nareszcie odzyskawszy przytomność odparł 
przyciszonym głosem: 
— Tak, ja kupiłem. 
— Dlaczegóż pan podstawił Żyda do licytacji? 
— Dlaczego?... -powtórzył Wokulski patrząc na nią jak wylęknione dziecko. — Dlaczego?.. Jestem, widzi pani, kupcem i... takie uwięzienie kapitału mogłoby 
zaszkodzić memu kredytowi... 
— Pan już od dawna interesuje się naszymi sprawami. Zdaje się, że w kwietniu... 
tak, w kwietniu nabył pan nasz serwis?... -mówiła ciągle tym samym tonem 
panna Izabela. 
Ten ton otrzeźwił Wokulskiego, który podniósł głowę i odparł oschle: 
— Serwis państwa jest w każdej chwili do odebrania. 
Teraz panna Izabela spuściła oczy. Wokulski spostrzegł to i znowu zmieszał się. 
— Więc dlaczego pan to zrobił? -spytała cicho. -Dlaczego pan tak nas... 
prześladuje? 
Można było myśleć, że rozpłacze się. Wokulski stracił wszelką władzę nad sobą. 
— Ja państwa prześladuję!... -rzekł zmienionym głosem. -Czyliż znajdziecie 
sługę... nie... psa... wierniejszego ode mnie?... Od dwu lat o jednym tylko myślę, 
ażeby usunąć wam z drogi każdą przeszkodę... 
W tej chwili zadzwoniono. Panna Izabela drgnęła, Wokulski umilkł. Mikołaj 
otworzył drzwi do salonu i rzekł: 
— Pan Starski. 
Jednocześnie ukazał się na progu mężczyzna średniego wzrostu, zręczny, 
śniady, z małymi faworytami i wąsikami, i bardzo nieznaczną łysiną. Miał 
fizjonomię na pół wesołą, na pół drwiącą i od razu zawołał: 
— Jakżem kontent, kuzynko, że cię znowu mogę przywitać!... 
Panna Izabela w milczeniu podała mu rękę; mocny rumieniec oblał jej twarz, a 
w oczach zamigotało rozmarzenie. Wokulski cofnął się do bocznego stołu. 
Panna Izabela przedstawiła panów: — Pan... Wokulski... Pan Starski... 
Nazwisko Wokulskiego było zaakcentowane w taki sposób, że Starski 
kiwnąwszy mu głową usiadł o kilka kroków, zwrócony bokiem. W odpowiedzi 
Wokulski usiadł przy małym stoliku pod ścianą i zaczął oglądać album. 
— Kuzynek podobno wraca z Chin? — spytała panna Izabela. 
— Teraz z Londynu i jeszcze ciągle myślę, że jestem w okręcie -odpowiedział 
Starski, dość wyraźnie kalecząc polszczyznę. 
Panna Izabela zaczęła mówić po angielsku. 
— Spodziewam się, że tym razem kuzynek zabawi w kraju dłużej? 
— To zależy — odparł również po angielsku Starski. 
— Kto jest ten?.. — dodał rzucając okiem na Wokulskiego. 
— Plenipotent mego ojca. Od czegóż to zależy?... 
— Myślę, że kuzynka nie potrzebuje się pytać — odpowiedział z uśmiechem młody 
człowiek. — To zależy — od hojności mojej babki... 
— A ładnie... spodziewałam się komplimentu pod moim adresem... 
— Podróżnicy nie mówią komplimentów, gdyż wiedzą, że pod każdą szerokością 
jeograficzną komplimenta dyskredytują mężczyznę w oczach kobiet. -W 
Chinach zrobił kuzyn to odkrycie? — W Chinach, w Japonii, a nade wszystko w 
Europie. 
— I myśli kuzyn stosować tę zasadę w Polsce? 
— Spróbuję i jeżeli pozwolisz, kuzynko, w twoim towarzystwie. Gdyż podobno 
mamy razem spędzić wakacje. Czy tak?.. 
— Tak przynajmniej chce ciotka i ojciec. Mnie się jednak nie uśmiecha to, że 
kuzyn ma zamiar sprawdzać swoje etnograficzne spostrzeżenia. 
— Byłby to tylko odwet z mojej strony. 
— Ach, więc walka?... — spytała panna Izabela. 
— Spłacanie dawnych długów często prowadzi do zgody. 
Wokulski z taką uwagą przeglądał album, że żyły nabrzmialy mu na czole. 
— Ale zemsta nie prowadzi — odparła panna Izabela. 
— Nie zemsta, tylko przypomnienie, że jestem wierzycielem kuzynki. 
— Więc to ja mam spłacać dawne długi?.. -zaśmiała się panna lzabela. -A, 
kuzyn nic stracił czasu w podróży. 
— Wolałbym go nie stracić na wakacjach — rzekł Starski, znacząco spoglądając jej 
w oczy. 
— To będzie zależało od metody odwetu — odpowiedziała panna Izabela i znowu 
zarumieniła się. -Jaśnie pan prosi pana! -rzekł Mikołaj stając we drzwiach 
salonu. 
Rozmowa urwała się, Wokulski złożył album, wstał z krzesła i ukłoniwszy się 
pannie Izabeli i Starskiemu, z wolna poszedł za służącym. 
— Ten pan nie rozumie po angielsku?... Czy on nie obrazi się, żeśmy z nim nie 
rozmawiali?... — spytał Starski. 
— O, nie -odpowiedziała panna Izabela. 
— Tym lepiej ; bo zdawało mi się, że nie był zadowolony z naszego towarzystwa. 
— Toteż porzucił je — zakończyła niedbale panna Izabela. 
— Przynieś mi kapelusz z sali — rzekł do Mikołaja już w drugim pokoju Wokulski. 
Mikołaj zabrał kapelusz i zaniósł go do sypialni pana Tomasza. W przedpokoju 
usłyszał, że Wokulski oburącz ściskając głowę szepnął: 
— Boże miłosierny!... 
Gdy Wokulski wszedł do pokoju pana Tomasza, lekarzy już nie było. 
— No i wyobraź sobie -zawołał pan Łęcki -co za fatalizm!...Konsylium 
zabroniło mi jechać do Paryża i pod karą śmierci kazało wynosić się na wieś. Na 
honor, nie wiem nawet, gdzie uciec przed tymi upałami... Ale i na ciebie także 
działają, bo jesteś zmieniony... Prawda, jakie to gorące mieszkanie?.. 
— O, tak. Może pozwoli pan -mówił Wokulski wydobywając z kieszeni gruby 
pakiet -że oddam pieniądze. 
— Ehe... doprawdy... 
— Tu jest pięć tysięcy rubli jako procent do połowy stycznia. Niech pan z łaski 
swojej policzy. A tu jest kwit. 
Pan Łęcki kilka razy porachował stos nowych sturublówek i podpisał dokument. 
Odłożywszy zaś pióro rzekł: 
— Dobrze, to jedno... A teraz co się tyczy długów... 
— Suma dwa do trzech tysięcy rubli, którą pan winien Żydom, dziś będzie 
spłacona... 
— Ale ja, proszę cię, panie Stanisławie, nie chcę darmo... Proszę cię, ażebyś jak 
najskrupulatniej odtrącał sobie procent... 
— Sto dwadzieścia do stu osiemdziesięciu rubli rocznie. 
— Tak, tak... — potakiwał pan Tomasz. — Ale... gdybym, ale...potrzebował jeszcze 
jakiej kwoty, to mam się do kogo udać u ciebie? 
— Drugą połowę procentu otrzyma pan w połowie stycznia -odparł Wokulski. 
— O tym wiem. Ale widzisz, panie Stanisławie, gdybym tak potrzebował jakiejś 
części mego kapitału... Nie darmo, pojmujesz... Chętnie zapłacę procent... 
— Szósty... — wtrącił Wokulski. 
— Tak, szósty... siódmy. 
— Nie, panie. Pański kapitał przynosi trzydzieści trzy procent rocznie, więc nie 
mogę go pożyczać na siedem... 
— Dobrze. W takim razie nie pozbawiaj się mego kapitału, ale...Uważasz... może 
mi jednak coś wypaść... 
— Wycofać swój kapitał może pan nawet w połowie stycznia roku przyszłego. 
— Boże uchowaj!... Ja mego kapitału nie odbiorę ci nawet za dziesięć lat... 
— Ale ja pański kapitał wziąłem tylko na rok... 
— Jak to?... Dlaczego?... — dziwił się pan Tomasz, coraz szerzej otwierając oczy. 
— Dlatego, że nie wiem, co będzie od dziś za rok. Nie co roku zdarzają się 
wyjątkowo dobre interesa. 
— A propos — rzekł pan Tomasz po chwili przykrego zdumienia.- Co też mówią w 
mieście: że to ty, panie Wokulski, kupiłeś mój dom?... 
— Tak, panie, ja kupiłem pański dom. Ale przed upływem pół roku mogę go panu 
odstąpić na korzystnych warunkach. 
Pan Łęcki poczuł rumieniec na twarzy. Nie chcąc jednak dawać za wygranę 
zapytał wielkopańskim tonem: 
— I ile byś też chciał odstępnego, panie Wokulski?... Nic. Oddam go panu za 
dziewięćdziesiąt tysięcy, a nawet... może taniej... 
Pan Tomasz cofnął się, rozłożył ręce, następnie padł na swój wielki fotel i 
znowu kilka łez spłynęło mu po twarzy. 
— Doprawdy, panie Stanisławie -mówił, lekko łkając -widzę, że najlepsze 
stosunki... mogą zepsuć pieniądze... Czy ja mam ci za złe, żeś kupił ten dom?... 
Czy ja robię ci wyrzuty?... Ty zaś przemawiasz do mnie tak, jakbyś się obraził. 
— Przepraszam pana -przerwał Wokulski. -Ale istotnie jestem trochę 
rozdrażniony... zapewne z gorąca... 
— O, z pewnością! -zawołał pan Tomasz powstając z fotelu i ściskając go za 
rękę. -Więc... przebaczmy sobie nawzajem cierpkie słówka... Ja się na ciebie 
nie gniewam, bo wiem... co to jest upał... 
Wokulski pożegnał go i wstąpił do salonu. Starskiego już tam nie było, panna 
Izabela siedziała sama. Zobaczywszy go podniosła się; twarz jej była 
pogodniejsza. 
— Pan wychodzi? — Właśnie chcę panią pożegnać. 
— A o Rossim nie zapomni pan? — rzekła ze słabym uśmiechem. 
— O, nie. Poproszę, ażeby mu oddano wieniec. 
— Pan sam go nie wręczy?... Dlaczegóż to?... -Dziś w nocy jadę do Paryża odpowiedział 
Wokulski. 
Ukłonił się i wyszedł. 
Przez chwilę panna Izabela stała zdumiona; następnie pobiegła do pokoju ojca. 
— Co to znaczy, papo? Wokulski pożegnał się ze mną bardzo chłodno i 
powiedział, że — dziś w nocy wyjeżdża do Paryża. 
— Co?... co?... co?... — zawołał pan Tomasz chwytając się oburącz za głowę. -On 
z pewnością obraził się... 
— Ach... prawda!... Wspomniałam mu o kupnie naszej kamienicy... 
— Chryste!... i cóżeś ty zrobiła?... A... wszystko stracone... Teraz rozumiem... 
Naturalnie, że się obraził... No -dodał po chwili -ale kto mógł przypuścić, że 
jest tak obraźliwy?... Taki sobie zwyczajny kupiec ... 
TOM II 
ROZDZIAŁ PIERWSZY: 
PAMIĘTNIK STAREGO SUBIEKTA 
I wyjechał!... Pan Stanisław Wokulski, wielki organizator spółki do handlu 
przewozowego, wielki naczelnik firmy, która ma w obrocie ze cztery miliony 
rubli rocznie, wyjechał do Paryża jak pierwszy lepszy pocztylion do Miłosny... 
Jednego dnia mówił (do mnie samego), że nie wie, kiedy pojedzie, a na drugi 
dzień — szast... prast... i już go nie ma. 
Zjadł elegancki obiadek u jaśnie wielmożnych państwa Łęckich, wypił kawę, 
wykłuł zęby i — jazda. Naturalnie. Pan Wokulski nie jest przecie lichym 
subiektem, który musi żebrać u pryncypała o urlop raz na kilka lat. Pan 
Wokulski jest kapitalistą, ma ze sześćdziesiąt tysięcy rubli rocznie, żyje za pan 
brat z hrabiami i książętami, pojedynkuje się z baronami i wyjeżdża, kiedy chce. 
A wy, moi płatni oficjaliści, kłopoczcie się o interesa. Przecie za to macie pensje 
i dywidendy. 
I to jest kupiec?... To jest błazeństwo, mówię, nie kupiectwo!.. 
No, można wyjechać nawet do Paryża i nawet po wariacku, ale nie w takich 
czasach. Tu, panie, kongres berliński nawarzył piwa — tu, panie, Anglia, panie, 
za Cypr, Austria za Bośnię... Włochy krzyczą wniebogłosy: „Dajcie nam Triest, 
bo będzie źle!...” Tu już słyszę, panie w Bośni krew leje się potokami i (byle 
żniwa skończyć) wojna buchnie przed zimą jak amen w pacierzu... A on 
tymczasem daje nura do Paryża!... 
Cyt!...?... ...Po co on tak nagle wyjechał do Paryża?... Na wystawę?... Cóż go 
obchodzi wystawa. A może w tym interesie, który miał zrobić z Suzinem?... 
Ciekawym, na jakich to interesach zyskuje się po pięćdziesiąt tysięcy rubli, tak 
sobie od ręki?... Oni mi mówią o wielkich maszynach do nafty czy do kolei, czy 
też do cukrowni?... Ale czy wy, aniołki, zamiast po nadzwyczajne maszyny, nie 
jedziecie po zwykłe armaty?... Francja, tylko patrzeć, jak weźmie się za łeb z 
Niemcami... Mały Napoleonek niby to siedzi w Anglii; ale przecież z Londynu 
do Paryża bliżej niż z Warszawy do Zamościa... 
Ej!... panie Ignacy — nie śpiesz się ty z sądami o panu W. (w takich razach lepiej 
nie wymawiać całego nazwiska), nie potępiaj go, bo możesz się ośmieszyć. Tu 
gotuje się jakaś gruba kabała: ten pan Łęcki, który kiedyś bywał u Napoleona 
III, i ten niby aktor Rossi, Włoch...(Włochy gwałtem upominają się o Triest...), i 
ten obiad u państwa Łęckich przed samym wyjazdem, i to kupno kamienicy. 
Panna Łęcka piękna, bo piękna, ale przecie jest tylko kobietą i dla niej Stach nie 
popełniałby tylu szaleństw... W tym jest coś z p... (w takich razach 
najwłaściwiej mówić skróceniami). W tym jest jakieś duże P. 
Będzie już ze dwa tygodnie, jak wyjechał biedny chłopak, może na zawsze... 
Listy pisze krótkie i suche, o sobie nie mówi nic, a mnie tak nurtuje smutek, że 
nieraz, dalibóg, miejsca znaleźć nie mogę. (No, chyba nie za nim; tylko tak, z 
przyzwyczajenia.) 
Pamiętam, kiedy wyjeżdżał. Już zamknęliśmy sklep i właśnie przy tym oto 
stoliku piłem herbatę (Ir wciąż mi niedomaga), gdy naraz wpada do pokoju lokaj 
Stacha: 
— Pan prosił — wrzasnął i uciekł. (Co to za zuchwały gałgan, a co za próżniak!... 
Trzeba było widzieć minę, z jaką stanął we drzwiach i powiedział: „Pan prosi!” 
Bydlę.) 
Chciałem go zmonitować: błaźnie jakiś, twój pan jest panem tylko dla ciebie; 
ale poleciał na złamanie karku. 
Szybko dokończyłem herbatę, Irowi nalałem trochę mleka do miseczki 
poszedłem do Stacha. Patrzę, w bramie jego lokaj kokietuje od razu aż trzy 
dziewuchy jak łanie. No, myślę, taki wałkoń i czterem dałby radę, chociaż... (Z 
tymi kobietami sam diabeł nie dojdzie porządku. Na przykład pani Jadwiga, 
szczuplutka, malutka, eteryczna, a już trzeci mąż dostaje przy niej suchot.) 
Wchodzę na górę. Drzwi do mieszkania nie zamknięte, a sam Stach przy świetle 
lampy pakuje walizkę. Coś mnie tknęło. 
— Cóż to znaczy? — pytam. 
— Jadę dziś do Paryża — odpowiedział. 
— Wczoraj mówiłeś, że jeszcze nie tak prędko pojedziesz?... 
— Ach, wczoraj!... — odparł. 
Cofnął się od walizki i pomyślał chwilę; potem dodał szczególnym tonem: 
— Jeszcze wczoraj... myliłem się... 
Wyrazy te zastanowiły mnie w przykry sposób. Spojrzałem na Stacha z uwagą i 
ogarnęło mnie zdziwienie. Nigdy bym nie sądził, ażeby człowiek niby to zdrów, 
a w każdym razie nie raniony, mógł zmienić się tak w przeciągu kilku godzin. 
Pobladł, oczy zapadły, prawic zdziczał... 
— Skądże ta nagła zmiana... projektu? — spytałem czując, że nie o to pytam, co 
bym chciał wiedzieć. 
— Mój kochany — odparł — alboż ty nie wiesz, że nieraz jedno słowo zmienia 
projekta, nawet ludzi... A nie dopiero cała rozmowa! -dodał szeptem. 
Wciąż pakując i zbierając różne graty wyszedł do sali. Upłynęła minuta — nie 
wracał; dwie... nie wraca... Spojrzałem przez uchylone drzwi zobaczyłem, że 
stoi oparty o poręcz krzesła patrząc bezmyślnie w okno. 
— Stachu... 
Ocknął się — i znowu powrócił do pakowania zapytując: 
— Czego chcesz? 
— Tobie coś jest. 
— Nic. 
— Już dawno nie widziałem cię takim. 
Uśmiechnął się. 
— Zapewne od czasu — odparł — kiedy to dentysta źle wyrwał mi ząb, i w dodatku 
zdrowy... 
— Dziwnie mi wygląda to twoje wybieranie się w drogę — rzekłem. — Może masz 
mi co powiedzieć?... 
— Powiedzieć?... Ach, prawda... W banku mamy około stu dwudziestu tysięcy 
rubli, więc pieniędzy wam nie zabraknie... Dalej... Cóż dalej?.. — pytał sam 
siebie. — Aha!... Nie rób już sekretu, że ja kupiłem kamienicę Łęckich. Owszem, 
zajdź tam i ponaznaczaj komorne według dawnych cen. Pani Krzeszowskiej 
możesz podnieść jakieś kilkanaście rubli, niech się trochę zirytuje; ale biedaków 
nie duś... Mieszka tam jakiś szewc, jacyś studenci; bierz od nich, ile dadzą, byle 
płacili regularnie. 
Spojrzał na zegarek, a widząc, że ma jeszcze czas, położył się na szezlongu i 
leżał milcząc, z rękoma nad głową i przymkniętymi oczyma. Widok ten był nad 
wszelki wyraz żałosny. Usiadłem mu przy nogach i rzekłem: 
— Tobie coś jest, Stachu?... Powiedz, co ci jest. Z góry wiem, że nie pomogę, ale 
widzisz... Zgryzota jest jak trucizna: dobrze ją wypluć... 
Stasiek znowu uśmiechnął się (jak ja nie lubię tych jego półuśmiechów) i po 
chwili odparł: 
— Pamiętam (dawne to dzieje!), siedziałem w jednej izbie z jakimś frantem, który 
był dziwnie szczery. Opowiadał mi niestworzone rzeczy o swojej rodzinie, o 
swoich stosunkach, o swoich wielkich czynach, a potem — bardzo uważnie 
słuchał moich dziejów. No — i dobrze z nich skorzystał... 
— Cóż to znaczy?.. — spytałem. 
— To znaczy, mój stary, że ponieważ ja nic chcę z ciebie wydobywać żadnych 
zeznań, więc i przed tobą nie mam potrzeby ich robić. 
— Jak to — zawołałem — w taki sposób traktujesz zwierzenie się przed 
przyjacielem? 
— Daj spokój — rzekł podnosząc się z kanapy. — To może dobre, ale dla 
pensjonarek... Ja zresztą nie mam z czego zwierzać się nawet przed tobą. Jakim 
ja znużony!... — mruknął przeciągając się. 
Teraz dopiero wszedł ten łajdak lokaj: wziął walizę Stacha i dał znać, że konie 
stoją przed domem. Siedliśmy do powozu, Stach i ja, ale przez drogę do kolei 
nie zamieniliśmy ani wyrazu. On patrzył na gwiazdy świszcząc przez zęby, a ja 
myślałem, że jadę — chyba na pogrzeb. 
Na dworcu Kolei Wiedeńskiej złapał nas doktór Szuman. 
— Jedziesz do Paryża? — zapytał Stacha. 
— A ty skąd wiesz? 
— O, ja wszystko wiem. Nawet to, że tym samym pociągiem jedzie pan Starski. 
Stach wstrząsnął się. 
— Co to za człowiek? — rzekł do doktora. 
— Próżniak, bankrut... jak zresztą wszyscy oni — odparł Szuman. -No i ekskonkurent... 
— dodał. 
— Wszystko mi jedno. Szuman nie odpowiedział nic, tylko spojrzał spod oka. 
Zaczęto dzwonić i świstać. Podróżni tłoczyli się do wagonów; Stach uścisnął 
nas za ręce. 
— Kiedy wracasz? — zapytał go doktór. 
— Chciałbym... nigdy -odpowiedział Stach i usiadł do pustego przedziału 
pierwszej klasy. Pociąg ruszył. Doktór zamyślony patrzył na oddalające się 
latarnie, a ja... O mało się nie rozpłakałem... 
Kiedy woźni poczęli zamykać drzwi peronu, namówiłem doktora na 
przechadzkę po Alejach Jerozolimskich. Noc była ciepła, niebo czyste; nie 
pamiętam, ażebym kiedykolwiek widział więcej gwiazd. A ponieważ Stach 
mówił mi, że w Bułgarii często patrzył na gwiazdy, więc (zabawny projekt!) i ja 
postanowiłem od tej pory co wieczór spoglądać w niebo. (A może istotnie na 
którym z migotliwych świateł spotkają się nasze spojrzenia czy myśli i on nie 
będzie czuł się już tak osamotniony jak wtedy?) 
Nagle (nie wiem nawet skąd) zrodziło się we mnie podejrzenie, że 
niespodziewany wyjazd Stacha ma związek z polityką. Postanowiłem więc 
wybadać Szumana i chcąc zażyć go z mańki, rzekłem: 
— Coś mi się zdaje, że Wokulski jest... jakby zakochany?... 
Doktór zatrzymał się na chodniku i usiadłszy na swej lasce zaczął się śmiać w 
sposób, który aż zwracał uwagę na szczęście nielicznych przechodniów. 
— Cha! cha!... czyś pan dopiero dzisiaj zrobił tak piramidalne odkrycie?... Cha!... 
cha!... podoba mi się ten starzec!... 
Głupi był koncept. Przygryzłem jednak usta i odparłem: 
— Zrobić to odkrycie było łatwo, nawet dla ludzi... mniej wprawnych ode mnie 
(zdaje się, że mu troszkę dogryzłem). Ale ja lubię być ostrożny w 
przypuszczeniach, panie Szuman... Zresztą, nie sądziłem, ażeby mogła wyrabiać 
z człowiekiem podobne hece rzecz tak zwyczajna jak miłość. 
— Mylisz się, staruszku — odparł doktór machając ręką. — Miłość jest rzeczą 
zwyczajną wobec natury, a nawet, jeżeli chcesz, wobec Boga. Ale wasza głupia 
cywilizacja, oparta na poglądach rzymskich, dawno już zmarłych i 
pogrzebanych, na interesach papiestwa, na trubadurach, ascetyzmie, kastowości 
i tym podobnych badaniach, z naturalnego uczucia zrobiła... wiesz co?... Zrobiła 
nerwową chorobę!... Wasza niby to miłość rycersko — kościelno — romantyczna 
jest naprawdę obrzydliwym handlem opartym na oszustwie, które bardzo 
słusznie karze się dożywotnimi galerami, zwanymi małżeństwem. Biada jednak 
tym, co na podobny jarmark przynoszą serca... Ile on pochłania czasu, pracy, 
zdolności, ba! nawet egzystencyj... Znam to dobrze — mówił dalej, zadyszany z 
gniewu — bo choć jestem Żydem i zostanę nim do końca życia, wychowałem się 
jednak między waszymi, a nawet zaręczyłem się z chrześcijanką...No i tyle nam 
porobiono udogodnień w naszych zamiarach, tak czule zaopiekowano się nami 
w imię religii, moralności, tradycji i już nie wiem czego, że ona umarła, a ja 
próbowałem się otruć... Ja, taki mądry, taki łysy!... 
Znowu stanął na chodniku. 
— Wierz mi, panie Ignacy — kończył schrypniętym głosem — że nawet między 
zwierzętami nie znajdziesz tak podłych bydląt jak ludzie. W całej naturze 
samiec należy do tej samicy, która mu się podoba i której on się podoba. Toteż u 
bydląt nie ma idiotów. Ale u nas!... Jestem Żyd, więc nie wolno mi kochać 
chrześcijanki... On jest kupiec, więc niema prawa do hrabianki... A ty, który nie 
posiadasz pieniędzy, nie masz praw do żadnej zgoła kobiety... Podła wasza 
cywilizacja!... Chciałbym bodaj natychmiast zginąć, ale przywalony jej 
gruzami... 
Szliśmy wciąż ku rogatkom. Od kilku minut zerwał się wiatr wilgotny i dął nam 
prosto w oczy; na zachodzie poczęły znikać gwiazdy zasłaniane przez chmury. 
Latarnie trafiały się coraz rzadziej. Kiedy niekiedy w Alei zaturkotał wóz 
obsypując nas niewidzialnym pyłem; spóźnieni przechodnie uciekali do domów. 
„Będzie deszcz!... Stach już jest około Grodziska” — pomyślałem. 
Doktór nasunął kapelusz na głowę i szedł zirytowany, milcząc. Mnie było coraz 
markotniej, może z powodu wzrastającej ciemności. Nie powiedziałbym tego 
nikomu nigdy, ale nieraz mnie samemu przychodzi na myśl, że Stach... 
naprawdę już nic dba o politykę, ponieważ cały zatonął w fałdach sukienki tej 
panny. Zdaje się, że mu nawet coś o tym wspomniałem onegdaj i że to, co on mi 
odpowiedział, bynajmniej nie osłabiło moich podejrzeń. 
— Czy podobna — odezwałem się — ażeby Wokulski tak dalece już zapomniał o 
sprawach ogólnych, o polityce, o Europie... 
— Z Portugalią — wtrącił doktór. 
Ten cynizm oburzył mnie. 
— Pan sobie drwisz — rzekłem. — Nie zaprzeczysz jednak, że Stach mógł zostać 
czymś lepszym aniżeli nieszczęśliwym wielbicielem panny Łęckiej. To był 
działacz społeczny, nie jakiś tam kiepski wzdychacz... 
— Masz pan rację — potwierdził doktór — ale cóż stąd?... Machina parowa przecież 
nie młynek do kawy, to wielka machina; ale gdy w niej zardzewieją kółka, 
stanie się gratem bezużytecznym i nawet niebezpiecznym. Otóż w Wokulskim 
jest podobne kółko, które rdzewieje i psuje się... 
Wiatr dął coraz mocniej; miałem pełne oczy piasku. 
— I skąd właśnie na niego padło takie nieszczęście? — odezwałem się. (Ale niedbałym 
tonem, ażeby Szuman nie myślał, że żądam informacji.) 
— Na to złożyło się i usposobienie Stacha, i stosunki wytworzone przez 
cywilizację — odparł doktór. 
— Usposobienie?... On nigdy nie był kochliwy. 
— Tym się zgubił — ciągnął Szuman. — Tysiąc centnarów śniegu, rozdzielonego na 
płatki, tylko przysypują ziemię nie szkodząc najmniejszej trawce; ale sto 
centnarów śniegu zbitych w jedną lawinę burzy chałupy i zabija ludzi. Gdyby 
Wokulski kochał się przez całe życie co tydzień w innej, wyglądałby jak pączek, 
miałby swobodną myśl i mógłby zrobić wiele dobrego na świecie. Ale on, jak 
skąpiec, gromadził kapitały sercowe, no i widzimy skutek tej oszczędności. 
Miłość jest wtedy piękną, kiedy ma wdzięki motyla; ale gdy po długim letargu 
obudzi się jak tygrys, dziękuję za zabawę!... Co innego człowiek z dobrym 
apetytem, a co innego ten, któremu głód skręca wnętrzności... 
Chmury podnosiły się coraz wyżej; zawróciliśmy prawie od rogatek. 
Pomyślałem, że Stach musi już być około Rudy Guzowskiej. 
A doktór wciąż prawił, coraz mocniej rozgorączkowany, coraz gwałtowniej 
wywijając laską: 
— Jest higiena mieszkań i odzieży, higiena pokarmów i pracy, których nie 
wypełniają klasy niższe, i to jest powodem wielkiej śmiertelności między nimi, 
krótkiego życia i charłactwa. Ale jest również higiena miłości, której nie tylko 
nie przestrzegają, lecz po prostu gwałcą klasy inteligentne, i to stanowi jedną z 
przyczyn ich upadku. Higiena woła: „Jedz, kiedy masz apetyt!”, a wbrew niej 
tysiąc przepisów chwyta cię za poły wrzeszcząc: „Nie wolno!... będziesz jadł, 
kiedy my cię upoważnimy, kiedy spełnisz tyle a tyle warunków postawionych 
przez moralność, tradycję, modę...” Trzeba przyznać, że w tym razie najbardziej 
zacofane państwa wyprzedziły najbardziej postępowe społeczeństwa, a raczej 
ich klasy inteligentne. 
I przypatrz się, panie Ignacy, jak zgodnie w kierunku ogłupienia ludzi pracuje 
pokój dziecinny i salon, poezja, powieść i dramat. Każą ci szukać ideałów, 
samemu być idealnym ascetą i nie tylko wypełniać, ale nawet wytwarzać jakieś 
sztuczne warunki. A co z tego wynika w rezultacie?... Że mężczyzna, zwykle 
mniej wytresowany w tych rzeczach, staje się łupem kobiety, którą tylko w tym 
kierunku tresują. I otóż cywilizacją naprawdę rządzą kobiety!... 
— Czy w tym jest co złego? — spytałem. 
— A niech diabli wezmą! — wrzasnął doktór. — Czy nie spostrzegłeś, panie Ignacy, 
że jeżeli mężczyzna pod względem duchowym jest muchą, to kobieta jest 
jeszcze gorszą muchą, gdyż pozbawioną łap i skrzydeł. Wychowanie, tradycja, a 
może nawet dziedziczność, pod pozorem zrobienia jej istotą wyższą, robią z niej 
istotę potworną. I ten próżnujący dziwoląg, ze skrzywionymi stopami, ze 
ściśniętym tułowiem, czczym mózgiem, ma jeszcze obowiązek wychowywać 
przyszłe pokolenia ludzkości!... Cóż więc im zaszczepia.?... Czy dzieci uczą się 
pracować na chleb?... Nie, uczą się ładnie trzymać nóż i widelec. Czy uczą się 
poznawać ludzi, z którymi kiedyś żyć im przyjdzie?... Nie, uczą się im podobać 
za pomocą stosownych min i ukłonów. Czy uczą się realnych faktów, 
decydujących o naszym szczęściu i nieszczęściu?... Nie, uczą się zamykać oczy 
na fakty, a marzyć o ideałach. Nasza miękkość w życiu, nasza niepraktyczność, 
lenistwo, fagasostwo i te straszne pęta głupoty, które od wieków gniotą 
ludzkość, są rezultatem pedagogiki stworzonej przez kobiety. A nasze znowu 
kobiety są owocem klerykalno — feudalno -poetyckiej teorii miłości, która jest 
obelgą dla higieny i zdrowego rozsądku... 
W głowie mi szumiało od wywodów doktora, a on tymczasem ciskał się na ulicy 
jak szalony. Na szczęście błysnęło, upadły pierwsze krople deszczu, a 
zacietrzewiony mówca nagle ochłonął i skoczywszy w jakąś dorożkę kazał 
odwieźć się do domu. 
Stach był już chyba około Rogowa. Czy też domyślił się, żeśmy tylko o nim 
mówili? i co on, biedak, czuł mając jedną burzę nad głową, a drugą, może 
gorszą, w sercu? 
Phi! co za ulewa, co za kanonada piorunów... Zwinięty w kłębek Ir odszczekuje 
im przez sen stłumionym głosem, a ja kładę się do łóżka, nakryty tylko 
prześcieradłem. Gorąca noc. Panie Boże, opiekuj się tymi, którzy w podobną 
noc uciekają aż za granicę przed nieszczęściem. Nieraz dość jest małego figla, 
aby rzeczy, dawne jak ludzkie grzechy, pokazały się nam w nowym zupełnie 
oświetleniu. 
Ja na przykład znam Stare Miasto od dziecka i zawsze wydawało mi się, że jest 
ono tylko ciasne i brudne. Dopiero kiedy pokazano mi jako osobliwość rysunek 
jednego z domów staromiejskich (i to jeszcze w „Tygodniku Ilustrowanym”, z 
opisem!), nagle spostrzegłem, że Stare Miasto jest piękne... Od tej pory chodzę 
tam przynajmniej raz na tydzień i nie tylko odkrywam coraz nowe osobliwości, 
ale jeszcze dziwię się, żem ich nie zauważył dawniej. 
Tak samo z Wokulskim. Znam go ze dwadzieścia lat i ciągle myślałem, że on 
jest z krwi i kości polityk. Głowę dałbym sobie uciąć, że Stach niczym więcej 
nie zajmuje się, tylko polityką. Dopiero pojedynek z baronem i owacje dla 
Rossiego zbudziły we mnie podejrzenia, że on może być zakochany. O czym już 
dziś nie wątpię, szczególnie po rozmowie z Szumanem. 
Ale to fraszka, bo i polityk może być zakochany. Taki Napoleon I kochał się na 
prawo i na lewo i mimo to trząsł Europą. Napoleon III także miał sporo 
kochanek, a słyszę, że i syn wstępuje w jego ślady i już wynalazł sobie jakąś 
Angielkę. 
Jeżeli więc słabość do kobiet nie kompromituje Bonapartych, dlaczego miałaby 
uwłaczać Wokulskiemu?... 
I właśnie kiedym tak rozmyślał, zaszedł drobny wypadek, który przypomniał mi 
dzieje pogrzebane od lat kilkunastu, a i samego Stacha przedstawił w innym 
świetle. Och, on nie jest politykiem; on jest czymś zupełnie innym, z czego 
sobie nie umiem nawet dobrze zdać sprawy. Czasem zdaje mi się, że jest to 
człowiek skrzywdzony przez społeczeństwo. Ale o tym cicho!... Społeczność 
nikogo nie krzywdzi... Gdyby raz przestano w to wierzyć, Bóg wie, jakie 
okazałyby się pretensje. Może nawet nikt by już nie zajmował się polityką, tylko 
myślałby o wyrównywaniu rachunków ze swymi najbliższymi. Lepiej więc nie 
zaczepiać tych kwestji. (Jak ja dużo gadam na starość, a wszystko nie to, o czym 
chcę powiedzieć.) 
Jednego tedy wieczora piję u siebie herbatę (Ir jest wciąż osowiały), aż 
otwierają się drzwi i ktoś wchodzi. Patrzę, figura otyła, twarz nalana, nos 
czerwony, łeb siwy. Wącham, czuć w pokoju jakby wino i stęchliznę. 
„Ten szlachcic — myślę — jest albo nieboszczykiem, albo kiprem?...Bo żaden inny 
człowiek nie będzie pachniał stęchlizną...” 
— Cóż, u diabła!... — dziwi się gość: — Takeś już zhardział, że nie poznajesz 
ludzi?... 
Przetarłem oczy. Ależ to żywy Machalski, kiper od Hopfera!... Byliśmy razem 
na Węgrzech, później tu, w Warszawie; ale od piętnastu lat nie widzieliśmy się; 
gdyż on mieszka w Galicji i ciągle jest kiprem. 
Naturalnie, przywitaliśmy się jak bliźnięta, raz, drugi, i trzeci... 
— Kiedyżeś przyjechał? — pytam. 
— Dziś rano — on mówi. 
— A gdzieżeś był do tej pory? 
— Zajechałem na Dziekankę, ale było mi tak tęskno, żem zaraz poszedł do 
Lesisza, do piwnicy... To, panie, piwnice!... żyć, nie umierać... 
— Cóżeś tam robił? 
— Trochę pomagałem staremu, a zresztą siedziałem. Niegłupim chodzić po 
mieście, kiedy jest taka piwnica. 
Oto prawdziwy kiper dawnej daty!... Nie dzisiejszy elegant, co, bestia, woli iść 
na wieczór tańcujący aniżeli siedzieć w piwnicy. I nawet do piwnicy bierze 
lakierki... Ginie Polska przy takich podłych kupcach!... 
Gadu, gadu, przesiedzieliśmy do pierwszej w nocy. Machalski przenocował u 
mnie, a o szóstej rano znowu poleciał do Lesisza: 
— Cóż będziesz robił po obiedzie? — pytam. 
— Po obiedzie wstąpię do Fukiera, a na noc wrócę do ciebie — odpowiedział. 
Był z tydzień w Warszawie. Nocował u mnie, a dnie spędzał w piwnicach. 
— Powiesiłbym się — mówił — żeby mi przyszło tydzień włóczyć się po dworze. 
Ścisk, upał, kurzawa!... świnie mogą żyć tak jak wy, ale nie ludzie. 
Zdaje mi się, że przesadza. Bo choć i ja wolę sklep aniżeli Krakowskie 
Przedmieście, jednakże co sklep, to nie piwnica. Zdziwaczał chłop na swoim 
kiprostwie. 
Naturalnie, o czymże mieliśmy rozmawiać z Machalskim, jeżeli nie o dawnych 
czasach i o Stachu? I tym sposobem stanęła mi przed oczyma historia jego 
młodości, jakbym ją widział wczoraj. 
Pamiętam (był to rok 1857, może 58 ), zaszedłem raz do Hopfera, u którego 
pracował Machalski. 
— A gdzie pan Jan? — pytam chłopca. 
— W piwnicy. 
Zaszedłem do piwnicy. Patrzę, mój pan Jan przy łojówce ściąga lewarem wino z 
beczki do butelek, a we framudze majaczą jakieś dwa cienie: siwy starzec w 
piaskowym surducie, z pliką papierów na kolanach, i młody chłopak z krótko 
ostrzyżonym łbem i miną zbója. To był Stach Wokulski i jego ojciec. Siadłem 
cicho (bo Machalski nie lubił, ażeby mu przeszkadzano przy ściąganiu wina), a 
siwy człowiek w piaskowym surducie prawił jednostajnym głosem do owego 
młodzika: 
— Co to wydawać pieniądze na książki?... Mnie dawaj, bo jak będę musiał 
przerwać proces, wszystko zmarnieje. Książki nie wydobędą cię z upodlenia, w 
jakim teraz jesteś, tylko proces. Kiedy go wygram i odzyskamy nasze dobra po 
dziadku, wtedy przypomną sobie, że Wokulscy stara szlachta, i nawet znajdzie 
się familia... W zeszłym miesiącu wydałeś dwadzieścia złotych na książki, a 
mnie akurat tyle brakowało na adwokata... Książki!... zawsze książki... Żebyś 
był mądry jak Salomon, póki jesteś w sklepie, będą tobą pomiatali, chociażeś 
szlachcic, a twój dziadek z matki był kasztelanem. Ale jak wygram proces, jak 
wyniesiemy się na wieś... 
— Chodźmy stąd, ojcze — mruknął chłopak, spode łba patrząc na mnie. 
Stary, posłuszny jak dziecko, zawinął swoje papiery w czerwoną chustkę i 
wyszedł z synem, który musiał go podtrzymywać na schodach. 
— Cóż to za odmieńcy? — pytam Machalskiego, który właśnie skończył robotę i 
usiadł na zydlu. — Ach!... — machnął ręką. — Stary ma pomieszane klepki, ale 
chłopak zdatny. Nazywa się Stanisław Wokulski. Bystra bestia!... 
— Cóż on zrobił? — pytam. 
Machalski objaśnił palcami świecę i nalawszy mi kieliszek wina mówił: 
— On tu jest u nas ze cztery lata. Do sklepu albo do piwnicy nie bardzo... Ale 
mechanik!... Zbudował taką maszynę, co pompuje wodę z dołu do góry, a z góry 
wylewa ją na koło, które właśnie porusza pompę. Taka maszyna może obracać 
się i pompować do końca świata; ale coś się w niej skrzywiło, więc ruszała się 
tylko kwadrans. Stała tam na górze, w pokoju jadalnym, i Hopferowi zwabiała 
gości; ale od pół roku coś w niej pękło. 
— Otóż jaki!... — mówię. 
— No, jeszcze nie taki bardzo — odparł Machalski. — Był tu jeden profesor z 
gimnazjum realnego, obejrzał pompę i powiedział, że na nic się nie zda, ale że 
chłopak zdolny i powinien uczyć się. Od tej pory mamy sądny dzień w sklepie. 
Wokulski zhardział, gościom odmrukuje, w dzień wygląda, jakby drzemał, a za 
to uczy się po nocach i kupuje książki. Jego znowu ojciec wolałby te pieniądze 
użyć na proces o jakiś tam majątek po dziadku... Słyszałeś przecie, co mówił. 
— Cóż on myśli robić z tą nauką? — rzekłem. 
— Mówi, że pojedzie do Kijowa, do uniwersytetu. Ha! niech jedzie — prawił 
Machalski — może choć jeden subiekt wyjdzie na człowieka. Ja mu tam nie 
przeszkadzam; kiedy jest w piwnicy, nie napędzamy go do roboty; niech sobie 
czyta. Ale na górze dokuczają mu subiekci i goście. 
— A co na to Hopfer? 
— Nic — ciągnął Machalski zakładając nową łojówkę w żelazny lichtarz z rączką. 
— Hopfer nie chce go odstręczać od siebie, bo Kasia Hopferówna durzy się 
trochę w Wokulskim, a może chłopak odzyska majątek po dziadku?... 
— I on durzy się w Kasi? — spytałem. 
— Ani na nią spojrzy, dzika bestia! — odparł Machalski. 
Zaraz wówczas pomyślałem, że chłopak z tak otwartą głową, który kupuje 
książki i nie dba o dziewczęta, mógłby być dobrym politvkiem; więc jeszcze 
tego dnia zapoznałem się ze Stachem i od tej pory żyjemy ze sobą nie 
najgorzej... Stach był jeszcze ze trzy lata u Hopfera i przez ten czas porobił dużo 
znajomości ze studentami, z młodymi urzędnikami rozmaitych biur, którzy na 
wyścigi dostarczali mu książek, ażeby mógł zdać egzamin do uniwersytetu. 
Spośród tej młodzieży wyróżniał się niejaki pan Leon, chłopak jeszcze młody 
(nie miał nawet dwudziestu lat), piękny, a mądry... a zapalczywy!... Ten jakby 
był moim pomocnikiem w politycznej edukacji Wokulskiego: kiedy bowiem ja 
opowiadałem o Napoleonie i wielkim posłannictwie Bonapartych, pan Leon 
mówił o Mazzinim, Garibaldim i im podobnych znakomitościach. A jak on 
umiał podnosić ducha!... 
— Pracuj — mówił nieraz do Stacha — i wierz, bo silna wiara może zatrzymać 
słońce w biegu, a nie dopiero polepszyć stosunki ludzkie. 
— A może mnie wysłać do uniwersytetu? — zapytał Stach. 
— Jestem pewien — odparł Leon z zaiskrzonymi oczyma -że gdybyś choć przez 
chwilę miał taką wiarę jak pierwsi apostołowie, jeszcze dziś znalazłbyś się w 
uniwersytecie... 
— Albo u wariatów — mruknął Wokulski. 
Leon począł biegać po pokoju i trząść rękoma. 
— Co za lód w tych sercach!... co za chłód!... co za upodlenie!... wołał — jeżeli 
nawet taki człowiek jak ty jeszcze nie ufa. Więc przypomnij sobie; coś już zrobił 
w tak krótkim czasie: tyle umiesz, że mógłbyś dzisiaj zdawać egzamin... 
— Co ja tam zrobię!... — westchnął Stach. 
— Ty jeden niewiele. Ale kilkudziesięciu, kilkuset takich jak ty i ja... Czy wiesz, 
co możemy zrobić?... 
W tym miejscu załamał mu się głos: Leon dostał spazmów. Ledwieśmy go 
uspokoili. 
Innym razem pan Leon wyrzucał nam brak ducha poświęcenia. 
— A wiecież wy — mówił — że Chrystus mocą poświęcenia sam jeden zbawił 
ludzkość?... O ileż więc świat by się udoskonalił, gdyby na nim ciągle były 
jednostki gotowe do ofiary z życia!... 
— Czy mam oddawać życie za tych gości, którzy mi wymyślają jak psu, czy za 
tych chłopców i subiektów, którzy drwią ze mnie? — pytał Wokulski. 
— Nie wykręcaj się! — zawołał pan Leon. — Chrystus zginął nawet za swoich 
katów... Ale między wami nie ma ducha... Duch w was gnije... Posłuchaj zaś, co 
mówi Tyrteusz: „O Sparto, ruń! nim pomnik twej wielkości, naddziadów grób, 
meseński skruszy młot i na żer psom rozrzuci święte kości, i przodków cień 
odegna od twych wrót...Ty, ludu, nim wróg w pętach cię powlecze, ojców twych 
broń na progach domów złam i w przepaść rzuć... Niech nie wie świat, że 
miecze były wśród was, lecz serca zbrakło wam!...” Serca!... — powtórzył pan 
Leon. 
Już to Stach w przyjmowaniu teorii pana Leona był bardzo ostrożny; ale młody 
chłopak umiał wszystkich przekonywać jak Demostenes. 
Pamiętam, że pewnego wieczora na licznym zebraniu ludzi młodszych i 
starszych spłakaliśmy się wszyscy, kiedy pan Leon opowiadał o tym 
doskonalszym świecie, w którym zginie głupstwo, nędza i niesprawiedliwość. 
— Od tej chwili — mówił z uniesieniem — nie będzie już różnic między ludźmi. 
Szlachta i mieszczanie, chłopi i Żydzi, wszyscy będą braćmi... 
— A subiekci?... — odezwał się z kąta Wokulski. 
Lecz przerwa ta nie zmieszała pana Leona. Nagle zwrócił się do Wokulskiego, 
wyliczył wszystkie przykrości, jakie Stachowi wyrządzano w sklepie, 
przeszkody, jakie stawiano mu w pracy nad nauką, i zakończył w ten sposób: 
— Abyś zaś uwierzył, że jesteś nam równym i że cię kochamy jak brata, abyś 
mógł uspokoić twoje serce rozgniewane na nas, oto ja... klękam przed tobą i w 
imieniu ludzkości błagam cię o przebaczenie krzywd. 
Istotnie, ukląkł przed Stachem i pocałował go w rękę. Zebrani rozczulili się 
jeszcze bardziej, podnieśli w górę Stacha i Leona i przysięgli, że za takich ludzi, 
jak oni, każdy oddałby życie. Dziś, kiedy przypominam sobie owe dzieje, 
chwilami zdaje mi się, że to był sen. Co prawda, nigdy przedtem ani później nie 
spotkałem takiego entuzjasty jak pan Leon. W początkach roku 1861 Stach 
podziękował Hopferowi za miejsce. Zamieszkał u mnie (w tym pokoiku z 
zakratowanym oknem i zielonymi firankami), rzucił handel, a natomiast począł 
chodzić na akademickie wykłady jako wolny słuchacz. 
Dziwne było jego pożegnanie ze sklepem; pamiętam to, bo sam po niego 
przyszedłem. Hopfera ucałował, a następnie zeszedł do piwnicy uściskać 
Machalskiego, gdzie zatrzymał się kilka minut. Siedząc na krześle w jadalnym 
pokoju słyszałem jakiś hałas, śmiechy chłopców i gości, alem nie podejrzywał 
figla. 
Naraz (otwór prowadzący do lochu był w tej samej izbie) widzę, że z piwnicy 
wydobywa się para czerwonych rąk. Ręce te opierają się o podłogę i tuż za nimi 
ukazuje się głowa Stacha raz i drugi. Goście i chłopcy w śmiech. 
— Aha! — zawołał jeden stołownik — widzisz, jak trudno bez schodów wyjść z 
piwnicy? A tobie zachciewa się od razu skoczyć ze sklepu do uniwersytetu!... 
Wyjdźże, kiedyś taki mądry... Stach z głębi znowu wysunął ręce, znowu chwycił 
się za krawędź otworu i wydźwignął się do połowy ciała. Myślałem, że mu krew 
tryśnie z policzków. 
— Jak on się wydobywa... Pysznie się wydobywa!... — zawołał drugi stołownik. 
Stach zaczepił nogą o podłogę i po chwili był już w pokoju. Nie rozgniewał się, 
ale też nie podał ręki żadnemu koledze, tylko zabrał swój tłomoczek i szedł ku 
drzwiom. 
— Cóż to, nie żegnasz się z gośćmi, panie doktór!... — wołali zanim stołownicy 
Hopfera. 
Szliśmy przez ulicę nie mówiąc do siebie. Stach przygryzał wargi, a mnie już 
wówczas przyszło na myśl, że to wydobywanie się z piwnicy jest symbolem 
jego życia, które upłynęło na wydzieraniu się ze sklepu Hopfera w szerszy 
świat. 
Proroczy wypadek!... bo i do dziś dnia Stach ciągle tylko wydobywa się na 
wierzch. I Bóg wie, co by dla kraju mógł zrobić taki jak on człowiek, gdyby na 
każdym kroku nie usuwano mu schodów, a on nie musiał tracić czasu i sił na 
samo wydzieranie się do nowych stanowisk. Przeniósłszy się do mnie pracował 
po całych dniach i nocach, aż mnie nieraz złość brała. Wstawał przed szóstą i 
czytał. Około dziesiątej biegł na kursa, potem znowu czytał. Po czwartej szedł 
na korepetycję do kilku domów (głównie żydowskich, gdzie mu Szuman 
wyrobił stosunki) i wróciwszy do domu znowu czytał i czytał, dopóki zmorzony 
snem nie położył się już dobrze po północy. 
Miałby z owych lekcji nie najgorsze dochody, gdyby od czasu do czasu nie 
odwiedzał go ojciec, który zmienił się tylko o tyle, że nosił tabaczkowy surdut 
zamiast piaskowego, a swoje papiery obwijał w chustkę niebieską. Zresztą 
został taki sam jak wówczas, kiedy go poznałem. Siadał przy stoliku syna, kładł 
na kolanach papiery — i mówił głosem cichym i jednostajnym: 
— Książki... zawsze książki!... Tracisz pieniądze na naukę, a mnie brakuje na 
proces. Żebyś skończył dwa uniwersytety, nie wyjdziesz z dzisiejszego 
upodlenia, dopóki nie odzyskamy naszych dóbr po dziadku. Wtedy dopiero 
ludzie przyznają, żeś ty szlachcic, równy innym...Wtedy znajdzie się familia... 
Czas wolny od nauki poświęcał Stach na próby z balonami. Wziął dużą butlę i w 
niej za pomocą witriolu preparował jakiś gaz (już nawet nie pamiętam jaki) i 
napełniał nim balon nieduży wprawdzie, ale przygotowany bardzo sztucznie. 
Była pod nim maszynka z wiatraczkiem...No i latało to pod sufitem, dopóki nie 
zepsuło się przez uderzenie o ścianę. 
W takim razie Stach znowu łatał swój balon, naprawiał maszynkę, napełniał 
butlę rozmaitymi paskudztwami i znowu próbował, bez końca. Raz butla pękła, 
a witriol mało mu nie wypalił oka. Lecz co jego to obchodziło, skoro bodaj za 
pomocą balonu chciał „wydobyć się” ze swej marnej pozycji. 
Od czasu jak Wokulski osiedlił się u mnie, przybyła naszemu sklepowi nowa 
kundmanka: Kasia Hopfer. Nie wiem, co tak podobało się jej u nas — moja broda 
czy tusza Jana Mincla? Bo dziewczyna miała ze dwadzieścia norymberskich 
sklepów bliżej domu, ale przychodziła do naszego po kilka razy na tydzień. 
„A to proszę włóczki, a to proszę jedwabiu, a to igieł za dziesięć groszy..” Po 
taki sprawunek biegła wiorstę drogi w deszcz czy pogodę, a kupując za parę 
groszy szpilek przesiadywała w sklepie po pół godziny i rozmawiała ze mną. 
— Dlaczego to panowie nigdy nie przychodzą do nas z... panem Stanisławem? mówiła 
rumieniąc się. — Ojciec tak panów kocha i... my wszyscy... 
Z początku dziwiłem się niespodzianej miłości starego Hopfera i dowodziłem 
pannie Kasi, że zbyt mało znam jej ojca, ażebym miał składać mu wizyty. 
Ale ona wciąż swoje: 
— Pan Stanisław musi gniewać się na nas, nie wiem nawet za co, bo przynajmniej 
tatko i... my wszyscy jesteśmy bardzo życzliwi. Pan Stanisław chyba nie może 
się skarżyć, ażeby z naszej strony doznał najmniejszej przykrości... Pan 
Stanisław... 
I tak mówiąc o panu Stanisławie kupowała jedwab zamiast włóczki albo igły 
zamiast nożyczek. Co zaś najgorsze, że z tygodnia na tydzień mizerniało 
biedactwo. Ile razy przyszła do nas po swoje drobne sprawunki, zdawało mi się, 
że wygląda trochę lepiej. Ale gdy zgasł na jej twarzy rumieniec chwilowego 
wzruszenia, przekonywałem się, że jest coraz bledsza, a jej oczy stają się coraz 
smutniejsze i głębsze. 
A jak ona wypytywała się: „Czy pan Stanisław nigdy nie zachodzi tu do 
sklepu?...” Jak patrzyła na drzwi prowadzące do sieni i do mego mieszkania, 
gdzie o kilka kroków od niej zmarszczony Wokulski nie domyślając się, że tu 
tęsknią za nim, siedział nad książkami. 
Żal mi się zrobiło biedaczki, więc raz, kiedyśmy z Wokulskim pili wieczorem 
herbatę, odezwałem się: 
— Nie bądźże ty głupi i zajdź kiedy do Hopfera. Stary ma duże pieniądze. 
— A po cóż ja mam do niego chodzić... — odparł. — Byłem już chyba dosyć... 
Przy tych wyrazach wstrząsnął się. 
— Po to masz chodzić, że Kasia jest w tobie zakochana — rzekłem. 
— Dajże mi pokój z Kasią!... — przerwał. — Dziewczyna dobra z kościami, nieraz 
ukradkiem przyszywała mi oberwany guzik do paltota albo podrzucała mi 
kwiatek na okno, ale ona nie dla mnie, ja nie dla niej. 
— Gołąbek, nie dziecko!... — wtrąciłem. 
— W tym całe nieszczęście, bo ja nie jestem gołąbek. Mnie przywiązać mogłaby 
taka tylko kobieta jak ja sam. A takiej jeszczem nie spotkał. 
(Spotkał taką w szesnaście lat później i dalibóg, że nie ma się czym cieszyć!...) 
Powoli Kasia przestała bywać w sklepie, a natomiast stary Hopfer złożył wizytę 
obojgu państwu Janom Minclom. Musiał im coś mówić o Stachu, gdyż na drugi 
dzień zbiegła na dół pani Małgorzata Minclowa i dalejże do mnie z pretensjami: 
— Cóż to za lokatora ma pan Ignacy, za którym panny szaleją?... Cóż to za jakiś 
Wokulski?... Jasiu — zwróciła się do męża — dlaczego ten pan u nas nie był?... My 
go musimy wyswatać, Jasiu... Niech on zaraz przyjdzie na górę... 
— A niech sobie idzie na górę — odparł Jan Mincel -ale już co swatać, to nie będę. 
Jestem uczciwy kupiec i nie myślę zajmować się stręczycielstwem. 
Pani Małgorzata ucałowała go w spoconą twarz, jakby to był jeszcze miodowy 
miesiąc, a on łagodnie odsunął ją i obtarł się fularem. 
— Heca z tymi babami! — mówił. — Koniecznie chcą ludzi wciągać w nieszczęście. 
Swataj sobie, swataj, nawet Hopfera, nie tylko Wokulskiego; ale pamiętaj, że ja 
za to płacić nie będę. 
Od tej pory, ile razy Jaś Mincel poszedł na piwo albo do resursy, pani 
Małgorzata zapraszała do siebie na wieczór mnie i Wokulskiego. Stach zwykle 
szybko wypijał herbatę, nawet nie patrząc na panią Janowę; potem wsadziwszy 
ręce w kieszenie myślał zapewne o swoich balonach i milczał jak drewno, a 
nasza gospodyni nawracała go do miłości. 
— Czy podobna, panie Wokulski, ażeby pan nigdy nie kochał się? -mówiła. — Ma 
pan, o ile wiem, ze dwadzieścia osiem lat, prawie tyle co ja... I kiedy ja już od 
dawna uważam się za starą babę, pan wciąż jest niewiniątkiem... 
Wokulski przekładał nogę na nogę, ale wciąż milczał. 
— O! panna Katarzyna smaczny to kąsek — mówiła gospodyni. -Oko ładne... (choć 
zdaje mi się, że ma skazę na lewym czy prawym?) figurka niczego, chociaż 
musi mieć jedną łopatkę wyższą (ale to dodaje wdzięku). Nosek wprawdzie nie 
w moim guście, a usta trochę za duże, ale cóż to za dobra dziewczyna!... Gdyby 
tak trochę więcej rozumu...No, ale rozum, panie Wokulski, przychodzi kobietom 
dopiero około trzydziestego roku... Ja sama, kiedy byłam w wieku Kasi, byłam 
głupiutka jak kanarek... . 
Kochałam się w moim dzisiejszym mężu!... 
Już za trzecią wizytą pani Małgorzata przyjęła nas w szlafroczku (był to bardzo 
ładny szlafroczek, obszyty koronkami), a na czwartą ja wcale nie zostałem 
zaproszony, tylko Stach. Nie wiem, dalibóg, o czym gadali. To przecie jest 
pewne, że Stach wracał do domu coraz więcej znudzony, narzekając, że mu 
baba czas zabiera, a znowu pani Małgorzata tłomaczyła mężowi, że ten 
Wokulski jest bardzo głupi i że niemało jeszcze musi napracować się, nim go 
wyswata. 
— Pracuj, kochanie, pracuj nad nim — zachęcał ją mąż — bo szkoda dziewczyny, no 
i Wokulskiego. Strach pomyśleć, że taki porządny chłopak, który tyle lat był 
subiektem, który może odziedziczyć sklep po Hopferze, chce zmarnować się w 
uniwersytecie. Tfy!... 
Utwierdzona w dobrych postanowieniach, pani Jasiowa już nie tylko w wieczór 
zapraszała Wokulskiego na herbatę, na którą on po największej części nie 
chodził, ale jeszcze sama nieraz zbiegała do mego pokoju, troskliwie wypytując 
Stacha, czy nie jest chory, i dziwiąc się, że się jeszcze nie kochał, on, prawie 
starszy od niej (myślę, że ona była trochę starsza od niego). Jednocześnie 
zaczęła kobieta dostawać jakichś płaczów i śmiechów, wymyślać mężowi, który 
na całe dnie uciekał z domu, i występować z pretensjami do mnie, że jestem 
niedołęga, że nie rozumiem życia, że przyjmuję na lokatorów ludzi 
podejrzanych... 
Słowem wywiązały się takie awantury w domu, że Jaś Mincel schudł, pomimo 
że coraz więcej pił piwa, a ja myślałem: jedno z dwojga... Albo podziękuję 
Minclowi za obowiązek, albo wypowiem lokal Stachowi. 
Skąd, u licha, dowiedziała się o moich troskach pani Małgorzata? nie mam 
świadomości. Dość, że wpadła raz wieczorem do mego pokoju, powiedziała mi, 
że jestem jej wrogiem i że muszę być bardzo podły, skoro wymawiam 
mieszkanie tak dzielnemu człowiekowi, jak Wokulski... Potem dodała, że jej 
mąż jest podły, że Wokulski jest podły, że wszyscy mężczyźni są podli, i 
nareszcie na mojej własnej kanapie dostała spazmów. Sceny takie powtarzały 
się przez kilka dni z rzędu i nie wiem, do czego by doszły, gdyby nie położył im 
kresu jeden najdziwaczniejszych wypadków, jakie widziałem. 
Pewnego razu zaprosił Machalski mnie i Wokulskiego do siebie na wieczór. 
Poszliśmy tam dobrze po dziewiątej i gdzież by, jeżeli nie do jego ulubionej 
piwnicy, w której przy migotaniu trzech łojowych świeczek zobaczyłem 
kilkanaście osób, a między nimi pana Leona. Nigdy chyba nie zapomnę 
gromady tych, po największej części młodych twarzy, które ukazywały się na tle 
czarnych ścian piwnicy, wyglądały spoza okutych beczek albo rozpływały się w 
ciemności. 
Ponieważ gościnny Machalski już na schodach przyjął nas ogromnymi 
kielichami wina (i to wcale dobrego), a mnie wziął w szczególną opiekę, muszę 
więc przyznać, że od razu zaszumiało mi w głowie, a w kilka minut później 
byłem kompletnie zapity. Usiadłem więc z dala od uczty, w głębokiej framudze, 
i odurzony, w półśnie, półjawie, współbiesiadnikom. 
Co się tam działo, dobrze nie wiem, bo najdziksze fantazje przebiegały mi po 
głowie. Marzyło mi się, że pan Leon mówi, jak zwykle, o potędze wiary, o 
upadku duchów i o potrzebie poświęcenia, czemu głośno wtórowali obecni. 
Zgodny chór jednakże osłabnął, gdy pan Leon zaczął tłomaczyć, że należałoby 
nareszcie wypróbować owej gotowości do czynu. Musiałem być bardzo 
nietrzeźwy, skoro przywidziało mi się, że pan Leon proponuje, ażeby kto z 
obecnych skoczył z Nowego Zjazdu na bruk idącej pod nim ulicy, i że na to 
wszyscy umilkli jak jeden mąż, a wielu pochowało się za beczki. 
— Więc nikt nie zdecyduje się na próbę?!... — krzyknął pan Leon załamując ręce. 
Milczenie. W piwnicy zrobiło się pusto. 
— Więc nikt?... nikt?... 
— Ja — odpowiedział jakiś prawie obcy mi głos. 
Spojrzałem. Przy dogorywającej świeczce stał Wokulski. 
Wino Machalskiego było tak mocne, że w tej chwili straciłem przytomność. 
Po uczcie w piwnicy Stach przez kilka dni nie pokazał się w mieszkaniu. 
Nareszcie przyszedł — w cudzej odzieży, zmizerowany, ale z zadartą głową. 
Wtedy pierwszy raz usłyszałem w jego głosie jakiś twardy ton, który do dziś 
dnia robi mi przykre wrażenie. 
Od tej pory zupełnie zmienił tryb życia. Swój balon z wiatrakiem rzucił w kąt, 
gdzie go niebawem zasnuła pajęczyna; butlę do robienia gazów oddał stróżowi 
na wodę, do książek nawet nie zaglądał. I tak leżały skarbnice ludzkiej 
mądrości, jedne na półce, inne na stole, jedne zamknięte, inne otwarte, a on 
tymczasem... 
Niekiedy po parę dni nie bywał w domu, nawet na nocleg; to znowu wpadał z 
wieczora i w odzieniu rzucał się na nie posłane łóżko. Czasami zamiast niego 
przychodziło kilku nie znanych mi panów, którzy nocowali na kanapce, na 
łóżku Stacha, nawet na moim własnym, nie tylko nie dziękując mi, ale nawet nie 
mówiąc: jak się nazywają i w jakiej branży pracują. A znowu kiedy indziej 
zjawiał się sam Stach i siedział w pokoju parę dni bez zajęcia, rozdrażniony, 
ciągle nadsłuchujący, jak kochanek, który przyszedł na schadzkę z mężatką, lecz 
zamiast niej spodziewa się zobaczyć męża. 
Nie posądzam, ażeby Małgosia Minclowa miała być tą mężatką, gdyż i ona 
wyglądała, jakby ją giez ukąsił. Z rana oblatywała kobieta ze trzy kościoły, 
widocznie pragnąc niepokoić z kilku stron miłosiernego Boga. Zaraz po 
obiedzie zbierała się u niej jakaś sesja dam, które w oczekiwaniu doniosłych 
wypadków opuszczały mężów i dzieci, ażeby zajmować się plotkami. Nad 
wieczorem zaś schodzili się do niej panowie; ale ci, nawet nie gadając z panią 
Małgorzatą, odsyłali ją do kuchni. 
Nic dziwnego, że przy takim chaosie w domu i mnie w końcu zaczęły się 
mieszać klepki. Zdawało mi się, że w Warszawie jest ciaśniej i że wszyscy są 
odurzeni. Co godzinę oczekiwałem jakiejś nieokreślonej niespodzianki, lecz 
mimo to wszyscy mieliśmy doskonały humor i głowy pełne projektów. 
Tymczasem Jaś Mincel, dręczony w domu przez żonę, od samego rana szedł na 
piwo i wracał aż wieczorem. Wynalazł nawet przysłowie: „Co tam!... Raz kozie 
śmierć...”, które powtarzał do końca życia. 
Nareszcie pewnego dnia Stach Wokulski całkiem zniknął mi z oczu. Dopiero we 
dwa lata napisał do mnie list z Irkucka prosząc, abym mu przysłał jego książki. 
W jesieni, w roku 1870 (właśnie wróciłem od Jasia Mincla, który już leżał w 
łóżku), siedzę sobie w moim pokoju po wieczornej herbacie, nagle ktoś puka do 
drzwi. 
— Herein! — mówię. 
Drzwi skrzyp... Patrzę, stoi na progu jakaś brodata bestia, w paltocie z foczej 
skóry, odwróconej włosem na wierzch. 
— No — mówię — niech mnie diabli wezmą, jeżeliś ty nie Wokulski. 
— On sam — odpowiada jegomość w foczej skórze. 
— W imię Ojca i Syna!... — mówię. — Kpisz — mówię — czy drogę pytasz?... skądeś 
się tu wziął? Chyba że jesteś duszą zmarłą... 
— Jestem żywy — on mówi — nawet jeść mi się chce. 
Zdjął czapkę, zdjął futro, usiadł przy świecy. Jużci Wokulski. Broda jak u zbója, 
pysk jak u Longina, co to Chrystusowi Panu bok przebił, ale -oczywisty 
Wokulski... 
— Wróciłeś — mówię — czyś tylko przyjechał? 
— Wróciłem. 
— Cóż kraj tamtejszy? 
— Niczego. 
— Phi!... A ludzie? — pytam. 
— Niezgorsi. 
— Fiu!... A z czego żyłeś? 
— Z lekcji — mówi — jeszcze przywiozłem ze sześćset rubli. 
— Fiu!... fiu!... A co myślisz robić? 
— No, jużci do Hopfera nie wrócę — odparł uderzając pięścią w stół. — Chyba nie 
wiesz — dodał — że jestem uczonym; mam nawet rozmaite podziękowania od 
petersburskich naukowych towarzystw... 
„Subiekt od Hopfera — został uczonym!... Stach Wokulski ma podziękowania od 
petersburskich towarzystw naukowych!... Istna heca...” — pomyślałem. 
Co tu dużo gadać. Uplacował się chłopak gdzieś na Starym Mieście i przez pół 
roku żył ze swej gotówki kupując za nią dużo książek, ale mało jedzenia. 
Wydawszy pieniądze począł szukać roboty, i wtedy trafiła się rzecz dziwna. 
Kupcy nie dali mu roboty, gdyż był uczonym, a uczeni nie dali mu także, 
ponieważ był eks-subiektem. Został tedy, jak Twardowski, uczepiony między 
niebem a ziemią. Może rozbiłby sobie łeb gdzie pod Nowym Zjazdem, gdybym 
od czasu do czasu nie przyszedł mu z pomocą. 
Strach, jak ciężkim było jego życie. Zmizerniał, sposępniał, zdziczał...Ale nie 
narzekał. Raz tylko, kiedy mu powiedziano, że dla takich jak on nie ma tu 
miejsca, szepnął: 
— Oszukano mnie... 
W tym czasie umarł Jaś Mincel. Wdowa pogrzebała go po chrześcijańsku, przez 
tydzień nie wychodziła ze swych pokojów, a po tygodniu zawołała mnie na 
konferencję. 
Myślałem, że będziemy mówili z nią o interesach sklepowych, tym bardziej że 
spostrzegłem butelkę dobrego węgrzyna na stole. Ale pani Małgorzata ani 
zapytała o losy sklepu. Zapłakała na mój widok, jakbym jej przypomniał tydzień 
temu pochowanego nieboszczyka, i nalawszy mi wina spory kieliszek rzekła 
jękliwym głosem: 
— Kiedy zgasł mój anioł, myślałam, że tylko ja jestem nieszczęśliwa... 
— Co za anioł? — spytałem nagłe. — Może Jaś Mincel?... Pozwoli pani, że choć 
byłem szczerym przyjacielem nieboszczyka, nie myślę jednak nazywać aniołem 
osoby, która nawet po śmierci ważyła ze dwieście funtów... 
— Za życia ważył ze trzysta... słyszałeś pan? — wtrąciła niepocieszona wdowa. 
Wtem znowu zasłoniła twarz chustką i rzekła szlochając: — O pan nigdy nie 
będziesz miał taktu, panie Rzecki... O! co za cios!... Prawda, że nieboszczyk, 
dokładnie mówiąc, nigdy nie był aniołem, osobliwie w ostatnich czasach, ale 
zawsze straszne spotkało mnie nieszczęście... Nieopłakane, niepowetowane!... 
— No, przez ostatnie pół roku... 
— Co pan mówisz — pół roku?... — zawołała. — Nieszczęśliwy mój Jaś był ze trzy 
lata chory, a z osiem... Ach, panie Rzecki! Iluż nieszczęść w małżeństwie jest 
źródłem to okropne piwo... Przez osiem lat, panie, jakbym nie miała męża... Ale 
co to był za człowiek, panie Rzecki!...Dziś dopiero czuję cały ogrom mego 
nieszczęścia... 
— Bywają większe — odważyłem się wtrącić. 
— O tak! — jęknęła biedna wdowa. — Ma pan zupełną rację, bywają większe 
nieszczęścia. Ten na przykład Wokulski, który podobno już wrócił... Czy 
prawda, że dotychczas nie znalazł żadnego zajęcia? 
— Najmniejszego. 
— Gdzież jada? gdzie mieszka?... — Gdzie jada?... Nie wiem nawet, czy w ogóle 
jada. A gdzie mieszka?... Nigdzie. 
— Okropność! — zapłakała pani Małgorzata. — Zdaje mi się — dodała po chwili — że 
spełnię ostatnią wolę mego kochanego nieboszczyka, jeżeli poproszę pana, 
ażebyś... 
— Słucham panią. 
— Ażebyś dał mu mieszkanie u siebie, a ja będę wam przysyłać na dół po dwa 
obiady, dwa śniadania... 
— Wokulski tego nie przyjmie -odezwałem się. Na to pani Małgorzata znowu w 
płacz. Z rozpaczy po śmierci męża wpadła nawet w taki gniew zapalczywy, że 
nazwała mnie ze trzy razy niedołęgą, człowiekiem nie znającym życia, 
potworem... Nareszcie powiedziała mi, żebym poszedł precz, gdyż ona sama da 
sobie radę ze sklepem. Potem przeprosiła mnie i zaklęła na wszystkie 
sakramenta, abym nie obrażał się za słowa, które jej żal dyktuje. 
Od tego dnia bardzo rzadko widywałem się z naszą pryncypałową. W pół roku 
zaś później Stach powiedział mi, że... żeni się z panią Małgorzatą Mincel. 
Popatrzyłem na niego... Machnął ręką. 
— Wiem — powiedział — że jestem świnia. Ale... jeszcze najmniejsza z tych, jakie 
tu u was cieszą się publicznym szacunkiem. 
Po hucznym weselu, na którym (nie wiem nawet skąd) znalazło się mnóstwo 
przyjaciół Wokulskiego (a jedli, bestie!... a pili zdrowie państwa młodych garncami!...), 
Stach sprowadził się na górę, do swojej żony. O ile pamiętam, za 
całą garderobę miał cztery paki książek i naukowych instrumentów, a z mebli chyba 
tylko cybuch i pudło na kapelusz. 
Subiekci śmieli się (naturalnie po kątach) z nowego pryncypała; mnie zaś było 
przykro, że Stach tak od ręki zerwał ze swoją bohaterską przeszłością i 
niedostatkiem. Dziwna bowiem jest natura ludzka: im mniej sami mamy 
skłonności do męczeństwa, tym natarczywiej żądamy go od bliźnich. 
— Sprzedał się starej babie — mówili znajomi — ten niby to Brutus... Uczył się, 
awanturował się i... kłap!... 
W liczbie zaś najsurowszych sędziów znajdowali się dwaj odpaleni konkurenci 
pani Małgorzaty. 
Stach jednakże bardzo prędko zamknął ludziom usta, ponieważ od razu wziął się 
do roboty. Może w tydzień po ślubie przyszedł o ósmej rano do sklepu, zajął 
przy biurku miejsce nieboszczyka Mincla i obsługiwał gości, rachował, 
wydawał resztę, jak gdyby był tylko płatnym subiektem. Zrobił nawet więcej, bo 
już w drugim roku wszedł w stosunki z moskiewskimi kupcami, co bardzo 
korzystnie oddziałało na interesa. Mogę powiedzieć, że za jego rządów potroiły 
się nasze obroty. 
Odetchnąłem widząc, że Wokulski nie myśli darmo jeść chleba; a i subiekci 
przestali się uśmiechać przekonawszy się, że Stach w sklepie więcej pracuje niż 
oni, i w dodatku — ma jeszcze niemałe obowiązki na górze. My odpoczywaliśmy 
przynajmniej w święta; podczas gdy on, nieborak, właśnie w święto od rana 
musiał brać żonę pod pachę i maszerować — przed południem do kościoła, po 
południu — z wizytami, wieczorem do teatru. 
Przy młodym mężu w panią Małgorzatę jakby nowy duch wstąpił. Kupiła sobie 
fortepian i zaczęła uczyć się muzyki od jakiegoś starego profesora, ażeby — jak 
mówiła — „nie budził w Stasieczku zazdrości”. Godziny zaś wolne od fortepianu 
przepędzała na konferencjach z siewcami, modystkami, fryzjerami i dentystami 
robiąc się przy ich pomocy co dzień piękniejszą. A jaka ona była tkliwa dla 
męża!... Nieraz przesiadywała po kilka godzin w sklepie, tylko wpatrując się w 
Stasiulka. Dostrzegłszy zaś, że między kundmankami trafiają się przystojne, 
cofnęła Stacha z sali frontowej za szafy i jeszcze kazała mu zrobić tam budkę, w 
której, siedząc jak dzikie zwierzę, prowadził księgi sklepowe. 
Pewnego dnia słyszę w owej budce straszny łoskot... Wpadam ja, wpadają 
subiekci... Co za widok!... Pani Małgorzata leży na podłodze przywalona 
biurkiem i oblana atramentem, krzesełko złamane, Stach zły i zmieszany... 
Podnieśliśmy płaczącą z bólu jejmość i z rozmaitych jej półsłówek 
domyśliliśmy się, że to ona sama narobiła tego rwetesu usiadłszy niespodzianie 
na kolanach mężowi. Kruche krzesło złamało się pod dubeltowym ciężarem, a 
jejmość chcąc ratować się od upadku chwyciła za biurko i z całym kramem 
obaliła je na siebie. 
Stach z wielkim spokojem przyjmował hałaśliwe dowody małżeńskiej czułości, 
na pociechę topiąc się w rachunkach i korespondencjach kupieckich. Jejmość 
zaś, zamiast ochłonąć, gorączkowała się coraz bardziej; a gdy jej małżonek, 
znudzony siedzeniem czy też dla załatwienia jakiego interesu, wyszedł kiedy na 
miasto, biegła za nim... podpatrywać, czy nie idzie na schadzkę!... 
Niekiedy, osobliwie podczas zimy, Stach wymykał się na tydzień z domu do 
znajomego leśnika, polował tam całe dnie i włóczył się po lasach. Wówczas 
pani już trzeciego dnia jechała w pogoń za swym kochanym zbiegiem, chodziła 
za nim po gąszczu i w rezultacie -przywoziła chłopa do Warszawy. 
Przez dwa pierwsze lata tego rygoru Wokulski milczał. W trzecim roku począł 
co wieczór zachodzić do mego pokoju na gawędkę o polityce. Czasami, gdyśmy 
się rozgadali o dawnych czasach, on obejrzawszy się po pokoju nagle urywał 
poprzednią rozmowę i zaczynał jakąś nową: 
— Słuchaj mnie, Ignacy... 
Wtedy jednakże, jakby na komendę, wpadała z góry służąca wołając: 
— Pani prosi!... pani chora!... 
A on, biedak, machał ręką i szedł do jejmości nie zacząwszy nawet tego, co 
chciał mi powiedzieć. 
Po upływie trzech lat takiego życia, któremu zresztą nie można Było nic 
zarzucić, poznałem, że stalowy ten człowiek zaczyna się giąć w aksamitnych 
objęciach jejmości. Pobladł, pochylił się, zarzucił swoje uczone książki, a wziął 
się do czytania gazet i każdą chwilę wolną przepędzał ze mną na rozmowie o 
polityce. Czasami opuszczał sklep przed ósmą i zabrawszy jejmość szedł z nią 
do teatru albo z wizytą, a nareszcie — zaprowadził u siebie przyjęcia wieczorne, 
na których zbierały się damy, stare jak grzech śmiertelny, i panowie, już 
pobierający emeryturę i grający w wista. 
Stach jeszcze z nimi nie grał; chodził dopiero około stolików i przypatrywał się. 
— Stachu — mówiłem nieraz — strzeż się!... Masz czterdzieści trzy lat... W tym 
wieku Bismarck dopiero zaczynał karierę... 
Takie albo tym podobne wyrazy budziły go na chwilę. Rzucał się wtedy na fotel 
i oparłszy głowę na ręku myślał. Wnet jednak biegła do niego pani Małgorzata 
wołając: 
— Stasiulku! znowu się zamyślasz, to bardzo źle... A tam panowie nie mają 
wina... 
Stach podnosił się, wydostawał nową butelkę z kredensu, nalewał wino w osiem 
kieliszków i obchodził stoły, przypatrując się, jak panowie grają w wista. 
W ten sposób powoli i stopniowo lew przerabiał się na wołu. Kiedym go widział 
w tureckim szlafroku, w haftowanych paciorkami pantoflach i w czapeczce z 
jedwabnym kutasem, nie mogłem wyobrazić sobie, że jest to ten sam Wokulski, 
który przed czternastoma laty w piwnicy Machalskiego zawołał: 
— Ja... 
Kiedy Kochanowski pisał: „Na lwa srogiego bez obrazy siędziesz i na 
ogromnym smoku jeździć będziesz” — z pewnością miał na myśli kobietę... To są 
ujeżdżacze i pogromcy męskiego rodu! 
Tymczasem w piątym roku pożycia pani Małgorzata nagle poczęła się 
malować... Zrazu nieznacznie, potem coraz energiczniej i coraz nowymi 
środkami... Usłyszawszy zaś o jakimś likworze, który damom w wieku miał 
przywracać świeżość i wdzięk młodości, wytarła się nim pewnego wieczora tak 
starannie od stóp do głów, że tej samej nocy wezwani na pomoc lekarze już nie 
mogli jej odratować. I zmarło biedactwo niespełna we dwie doby na zakażenie 
krwi, tyle tylko mając przytomności, aby wezwać rejenta i cały majątek 
przekazać swemu Stasiulkowi. Stach i po tym nieszczęściu milczał, ale osowiał 
jeszcze bardziej. Mając kilka tysięcy rubli dochodu przestał zajmować się 
handlem, zerwał ze znajomymi i zagrzebał się w naukowych książkach. 
Nieraz mówiłem mu: wejdź między ludzi, zabaw się, jesteś przecie młody i 
możesz drugi raz ożenić się... 
Na nic wszystko... 
Pewnego dnia (w pół roku po śmierci pani Małgorzaty) widząc, że mi chłopak w 
oczach dziadzieje, podsunąłem mu projekt: 
— Idź, Stachu, do teatru... Grają dziś Violettę; przecież byliście na niej z 
nieboszczką ostatni raz.... 
Zerwał się z kanapy, na której czytał książkę, i rzekł: 
— Wiesz... masz rację... Zobaczę, jak to dziś wygląda... 
Poszedł do teatru i... na drugi dzień nie mogłem go poznać: w starcu ocknął się 
mój Stach Wokulski: Wyprostował się, oko nabrało blasku, głos siły... 
Od tej pory chodził na wszelkie przedstawienia, koncerty i odczyty. 
Wkrótce pojechał do Bułgarii, gdzie zdobył swój olbrzymi majątek, a w parę 
miesięcy po jego powrocie jedna stara plotkarka (pani Meliton) powiedziała mi, 
że Stach jest zakochany... 
Roześmiałem się z tej gawędy, bo przecież kto się kocha, nie wyjeżdża na 
wojnę. Dopiero teraz, niestety! Zaczynam przypuszczać, że baba miała rację... 
Chociaż z tym odrodzonym Stachem Wokulskim człowiek nie jest pewny. A 
nuż?... O, to śmiałbym się z doktora Szumana, który tak żartuje z polityki!... 
ROZDZIAŁ DRUGI: 
PAMIĘTNIK STAREGO SUBIEKTA 
Sytuacja polityczna jest tak niepewna, że wcale by mnie nie zdziwiło, gdyby 
około grudnia wybuchła wojna. 
Ludziom ciągle się zdaje, że wojna może być tylko na wiosnę; widać 
zapomnieli, że wojny: pruska i francuska, rozpoczynały się w lecie. Nie 
rozumiem zaś, skąd wyrósł przesąd przeciw kampaniom zimowym?... W zimie 
stodoły są pełne, a droga jak mur; tymczasem na wiosnę u chłopa jest 
przednówek, a drogi jak ciasto; przejedzie bateria i możesz się w tym miejscu 
kąpać. Lecz z drugiej strony — zimowe noce, które ciągną się po kilkanaście 
godzin, potrzeba ciepłej odzieży i mieszkań dla wojska, tyfus... Doprawdy, 
nieraz dziękuję Bogu, że mnie nie stworzył Moltkem; on musi kręcić głową, 
nieborak!... 
Austriacy, a raczej Węgrzy już na dobre wleźli do Bośni i Hercegowiny, gdzie 
ich bardzo niegościnnie przyjmują. Znalazł się nawet jakiś Hadżi Loja, podobno 
znakomity partyzant, który im napędza dużo zgryzot. Szkoda mi węgierskiej 
piechoty, ale też i dzisiejsi Węgrzy diabła warci. Kiedy ich w roku dusił 
szwarcgelber, krzyczeli: każdy naród ma prawo bronić swojej wolności!... A 
dziś co?... Sami pchają się do Bośni, gdzie ich nie wołano, a broniących się 
Bośniaków nazywają złodziejami i rozbójnikami. 
Dalibóg, coraz mniej rozumiem politykę! I kto wie, czy Stach Wokulski nie ma 
racji, że przestał się nią zajmować (jeżeli przestał?...). 
Ale co ja rozprawiam o polityce, skoro w moim własnym życiu zaszła ogromna 
zmiana. Kto by uwierzył, że już od tygodnia nie zajmuję się sklepem; 
tymczasowo, rozumie się, bo inaczej chyba oszalałbym nudów. 
Rzecz jest taka. Pisze do mnie Stach z Paryża (prosił mnie o to samo przed 
wyjazdem), ażebym się zaopiekował kamienicą, którą kupił od Łęckich. „Nie 
miała baba kłopotu!...”, myślę, ale cóż robić?... Zdałem sklep Lisieckiemu i 
Szlangbaumowi, a sam — jazda w Aleje Jerozolimskie na zwiady. 
Przed wyjściem pytam Klejna, który mieszka w Stachowej kamienicy, aby mi 
powiedział, jak tam idzie. Zamiast odpowiedzieć, wziął się za głowę. 
— Jest tam jaki rządca? — Jest — mówi Klejn krzywiąc się. — Mieszka na trzecim 
piętrze od frontu. — Dosyć!... — mówię — dosyć, panie Klejn!... — (Nie lubię 
bowiem słuchać cudzych opinii pierwej, nim zobaczę na własne oczy. Zresztą 
Klejn, chłopak młody, łatwo mógłby wpaść w zarozumiałość pomiarkowawszy, 
że starsi zapytują go o informacje.) 
Ha! trudno... Posyłam tedy do odprasowania mój kapelusz, płacę dwa złote, na 
wszelki wypadek biorę do kieszeni krócicę i maszeruję gdzieś aż za kościół 
Aleksandra. 
Patrzę: dom żółty o trzech piętrach, numer ten sam, bal... nawet już na tabliczce 
znajduję nazwisko Stanisława Wokulskiego... (Widocznie kazał ją przybić stary 
Szlangbaum.) 
Wchodzę na podwórko... oj! niedobrze... Pachnie bestia jak apteka. Śmietnik 
naładowany do wysokości pierwszego piętra, wszystkimi zaś rynsztokami płyną 
mydliny. Dopiero teraz spostrzegłem, że na parterze w dziedzińcu znajduje się 
„Pralnia paryska”, z dziewuchami jak dwugarbne wielbłądy. To dodało mi 
otuchy. 
Wołam tedy: „Stróż!...”” Przez chwilę nie widać nikogo, nareszcie pokazuje się 
baba tłusta i tak zasmolona, że nie mogę pojąć, jakim sposobem podobna ilość 
brudu mieści się w sąsiedztwie pralni, i do tego paryskiej. 
— Gdzie stróż? — pytam dotykając ręką kapelusza. 
— A czego to?... — odwarknęła baba. 
— Przychodzę w imieniu właściciela domu. 
— Stróż siedzi w kozie — mówi baba. 
— Za cóż to? 
— O ... ciekawy pan!... — wrzasnęła. — Za to, że mu gospodarz pensji nie płaci. 
Ładnych rzeczy dowiaduję się na wstępie! 
Naturalnie poszedłem od stróża do rządcy, na trzecie piętro. Już na drugim 
piętrze słyszę krzyk dzieci, jakieś trzaskanie i głos kobiety wołającej: 
— A gałgany!... a nicponie!... a masz!... a masz!... 
Drzwi otwarte, we drzwiach jakaś jejmość w nieco białym kaftaniku wali troje 
dzieci rzemieniem, aż świszcze. 
— Przepraszam — mówię — czy nie przeszkadzam?... Na mój widok dzieci 
rozpierzchły się w głąb mieszkania, a jejmość w kaftaniku chowając za siebie 
rzemień zapytała zmieszana: 
— Czy nie pan gospodarz?... 
— Nie gospodarz, ale... przychodzę w jego imieniu do szanownego małżonka 
pani... Jestem Rzecki... 
Jejmość chwilę przypatrywała mi się z niedowierzaniem, nareszcie rzekła: 
— Wicek, biegnij do składu po ojca... A pan może pozwoli do saloniku... 
Między mną i drzwiami wyrwał się obdarty chłopak i dopadłszy schodów 
począł zjeżdżać na poręczy na dół. Ja zaś, zażenowany, wszedłem do saloniku, 
którego główną ozdobę stanowiła kanapa z wyłażącym na środku włosieniem. 
— Oto los rządcy — odezwała się pani wskazując mi nie mniej obdarte krzesło. — Mój mąż służy niby to bogatym panom, a gdyby nie chodził do składu węgli i 
nie przepisywał u adwokatów, nie mielibyśmy co włożyć w usta. Oto nasze 
mieszkanie, niech pan spojrzy — mówiła — za trzy ciupy dopłacamy sto 
osiemdziesiąt rubli rocznie... 
Nagle od strony kuchni doleciało nas niepokojące syczenie. Jejmość w kaftaniku 
wybiegła szepcząc po drodze: 
— Kaziu! idź do sali i uważaj na tego pana... 
Istotnie, weszła do pokoju dziewczynka bardzo mizerna, w brązowej sukience i 
brudnych pończoszkach. Usiadła na krześle przy drzwiach i wpatrywała się we 
mnie wzrokiem o tyle podejrzliwym, o ile smutnym. Nigdy bym doprawdy nie 
sądził, że na stare lata wezmą mnie za złodzieja... 
Siedzieliśmy tak z pięć minut milcząc i obserwując się wzajemnie, gdy nagle 
rozległ się krzyk i łoskot na schodach i, w tej chwili wbiegł z sieni ów obdarty 
chłopak, zwany Wickiem, za którym ktoś gniewnie wołał: 
— A szelmo!... dam ja ci... 
Odgadłem, że Wicek musi mieć żywy temperament i że ten, kto mu wymyśla, 
jest jego ojcem. Jakoż istotnie ukazał się sam pan rządca w poplamionym 
surducie i w spodniach u dołu oberwanych. Miał przy tym gęsty, szpakowaty 
zarost i czerwone oczy. 
Wszedł, grzecznie ukłonił mi się i zapytał: 
— Wszak mam honor z panem Wokulskim? 
— Nie, panie, jestem tylko przyjacielem i dysponentem pana Wokulskicgo... 
— A tak!... — przerwał mi wyciągając do uścisku rękę. — Miałem przyjemność 
zauważyć pana w sklepie... Piękny sklep! — westchnął. — Z takich sklepów rodzą 
się kamienice, a... a z majątków ziemskich — takie oto mieszkania... 
— Pan dobrodziej miał majątek? — spytałem. 
— Ba!... Ale co tam... Zapewne chce pan poznać bilans tej kamienicy? — odparł 
rządca. — Otóż powiem krótko. Mamy dwa rodzaje lokatorów: jedni już od pół 
roku nie płacą nikomu, inni płacą magistratowi kary lub zaległe podatki za 
gospodarza. Przy tym stróż nie odbiera pensji, dach zacieka, cyrkuł ekscytuje 
nas, ażebyśmy wywieźli śmiecie, jeden lokator wytoczył nam proces o piwnicę, 
a dwu lokatorów procesją się o obelgi z powodu strychu... Co się zaś tyczy dodał 
po chwili, nieco zmieszany — co się zaś tyczy dziewięćdziesięciu rubli, 
które ja będę winien szanownemu panu Wokulskiemu... 
— Nie niepokój się pan — przerwałem mu. — Stach, to jest pan Wokulski, zapewne 
umorzy pański dług do października, a następnie zawrze z panem nowy układ. 
Ubogi eks-właściciel majątku ziemskiego serdecznie uściskał mi obie ręce. 
Taki rządca, który miał kiedyś własne dobra, wydawał mi się bardzo ciekawą 
osobistością; ale jeszcze ciekawszym wydał mi się dom, który nie przynosi 
żadnych dochodów Z natury jestem nieśmiały: wstydzę się rozmawiać z 
nieznanymi ludźmi, a prawie boję się wchodzić do cudzych mieszkań... (Boże 
miłosierny! jak ja już dawno nie byłem w cudzym mieszkaniu...) Tym razem 
jednak wstąpił we mnie jakiś diabeł i koniecznie zapragnąłem poznać lokatorów 
tej dziwnej kamienicy. 
W roku 1849 bywało goręcej, a przecie szedł człowiek naprzód!... 
— Panie — odczuwałem się do rządcy — czy byłbyś łaskaw... przedstawić mnie 
niektórym lokatorom... Stach... to jest pan Wokulski...prosił mnie o — zajęcie się 
jego interesami, dopóki nie wróci z Paryża... 
— Paryż!... — westchnął rządca. — nam Paryż jeszcze z roku 1859. Pamiętam, jak 
przyjmowali cesarza, kiedy wracał z kampanii włoskiej... 
— Pan — zawołałem — pan widziałeś triumfalny powrót Napoleona do Paryża?... 
Wyciągnął do mnie rękę i odparł: 
— Widziałem lepszą rzecz, panie... Podczas kompanii byłem we Włoszech i 
widziałem, jak Włosi przyjmowali Francuzów w wigilię bitwy pod Magentą... 
— Pod Magentą?... W roku 1859?... — spytałem. 
— Pod Magentą, panie... 
Popatrzyliśmy sobie w oczy z tym eks-obywatelem, który nie mógł zdobyć się 
na wywabienie plam ze swego surduta. Popatrzyliśmy sobie — mówię — w oczy. 
Magenta... Rok 1859 ... Eh! Boże miłosierny... 
— Powiedz pan — rzekłem — jak to was przyjmowali Włosi w wigilię bitwy pod 
Magentą? 
Ubogi eks-obywatel siadł na wydartym fotelu i mówił: — W roku 1859, panie 
Rzecki... Zdaje mi się, że mam honor... 
— Tak, panie, jestem Rzecki, porucznik, panie, węgierskiej piechoty panie... 
Znowu popatrzyliśmy sobie w oczy. Eh! Boże miłosierny... 
— Mów pan dalej, panie szlachcicu — rzekłem ściskając go za rękę. 
— W roku 1859 — prawił eks-obywatel — byłem o dziewiętnaście lat młodszy niż 
dziś i miałem z dziesięć tysięcy rubli rocznie... Na owe czasy! panie Rzecki... 
Co prawda, brało się nie tylko procent, ale i coś z kapitału. Więc, jak przyszło 
uwłaszczenie... 
— No — rzekłem — chłopi są także ludźmi, panie... 
— Wirski — wtrącił rządca. 
— Panie Wirski — rzekłem — chłopi... 
— Wszystko mi jedno — przerwał — czym są chłopi. Dość, że w roku miałem z 
dziesięć tysięcy rubli dochodu (łącznie z pożyczkami) i byłem we Włoszech. 
Ciekawy byłem, jak wygląda kraj, z którego wypędzają Szwaba... A żem nie 
miał żony i dzieci, nie miałem dla kogo oszczędzać życia, więc przez 
amatorstwo jechałem z przednią strażą francuską... Szliśmy pod Magentę, panie 
Rzecki, choć nie wiedzieliśmy jeszcze, ani dokąd idziemy, ani kto z nas jutro 
zobaczy zachodzące słońce... Pan zna to uczucie, kiedy człowiek niepewny jutra 
znajdzie się w kompanii ludzi również niepewnych jutra?... 
— Czy ja znam!... — Jedź pan dalej, panie Wioski... 
— Niech mnie kaczki zdepczą -mówił ubogi eks-obywatel — że to są 
najpiękniejsze chwile w życiu. Jesteś młody, wesół, zdrów, nie masz na karku 
żony i dzieci, pijesz i śpiewasz, i co chwilę spoglądasz na jakąś ciemną ścianę, 
za którą ukrywa się nasze jutro... Hej! — wołasz — lejcie mi wina, bo nie wiem, co 
jest za tą ciemną ścianą... Hej!... wina. Nawet pocałunków... Panie Rzecki szepnął 
nachylając się rządca. 
— Więc tedy, jakeście szli z przednią strażą pod Magentę?...-przerwałem mu. 
— Szliśmy z kirasjerami — mówił rządca. — Pan znasz kirasjerów, panie Rzecki?... 
Na niebie świeci jedno słońce, ale w szwadronie kirasjerów jest sto słońc... 
— Ciężka to jazda — wtrąciłem. — Piechota gryzie ją jak stalowy dziadek orzechy... 
— Zbliżamy się tedy, panie Rzecki, do jakiejś włoskiej mieściny, aż chłopi 
tamtejsi dają znać, że niedaleko stoi korpus austriacki. Szlemy ich tedy do 
miasteczka z rozkazem, a właściwie z prośbą, ażeby mieszkańcy, gdy nas 
zobaczą, nie wydawali żadnych okrzyków... 
— Rozumie się — rzekłem. — Kiedy nieprzyjaciel w sąsiedztwie... 
— W pół godziny — ciągnął rządca — jesteśmy w mieście. Ulica wąska, po obu 
stronach naród, ledwie można przejechać czwórkami, a w oknach i na balkonach 
kobiety... Jakie kobiety, panie Rzecki!...Każda ma w ręku bukiet z róż. Ci, 
którzy stoją na ulicy, ani pary z ust...bo Austriacy blisko... Ale tamte, co na 
balkonach, skubią, panie, swoje bukiety i spoconych, pyłem okrytych kirasjerów 
zasypują listkami z róż jak śniegiem... Ach, panie Rzecki, gdybyś widział ten 
śnieg: amarantowy, różowy, biały, i te ręce, i te Włoszki... Pułkownik tylko 
dotykał ręką ust na prawo, i na lewo słał pocałunki. A tymczasem śnieg 
różanych listków zasypywał złote kirysy, hełmy i parskające konie... Na domiar 
jakiś stary Włoch, z krzywym kijem i siwymi włosami do kołnierza, zastąpił 
drogę pułkownikowi. Schwycił za szyję jego konia, pocałował goi krzyknąwszy: 
Eviva Italia !, padł trupem na miejscu... — Taka była nasza wigilia przed 
Magentą! To mówił eks-obywatel, a z oczu spływały mu łzy na poplamiony 
surdut. 
— Niech mnie diabli wezmą, panie Wirski! — zawołałem — jeżeli Stach nie odda 
panu darmo tego mieszkania. 
— Sto osiemdziesiąt rubli dopłacam! -szlochał rządca. 
Obtarliśmy oczy. 
— Panie — mówię — Magenta Magentą, a interes interesem. Może przedstawisz 
mnie pan kilku lokatorom. — Chodź pan — odpowiedział rządca zrywając się z 
obdartego fotelu. -Chodź pan, pokażę panu najosobliwszych... 
Wybiegł z saloniku i wtykając głowę do drzwi, zdaje mi się kuchennych, 
zawołał: 
— Maniu! ja wychodzę... A z tobą, Wicek, obrachujemy się wieczorem... 
— Ja nie gospodarz, żeby się tatko ze mną rachował — odpowiedział mu dziecięcy 
głos. 
— Daruj mu pan — szepnąłem do rządcy. 
— Akurat!... — odparł. — Nie zasnąłby, gdyby nie dostał wałów. Dobry chłopak mówił 
— sprytny chłopak, ale szelma!... 
Wyszliśmy z mieszkania i zatrzymaliśmy się przede drzwiami obok schodów. 
Rządca ostrożnie zapukał, a mnie wszystka krew uciekła z głowy do serca, a z 
serca do nóg. Może nawet z nóg uciekłaby do butów i gdzieś het! po schodach 
aż do bramy, gdyby nie odpowiedziano z wnętrza: 
— Proszę!... 
Wchodzimy. 
Trzy łóżka. Na jednym z książką w ręku i nogami opartymi o poręcz leży jakiś 
młody człowiek z czarnym zarostem i w studenckim mundurku; na dwu zaś 
innych łóżkach pościel wygląda tak, jakby przez ten pokój przeleciał huragan i 
wszystko do góry nogami przewrócił. Widzę też kufer, pustą walizkę tudzież 
mnóstwo książek leżących na półkach, na kufrze i na podłodze. Jest nareszcie 
kilka krzeseł giętych i zwyczajnych i niepoliturowany stół, na którym 
przyjrzawszy się uważniej spostrzegłem wymalowaną szachownicę i 
poprzewracane szachy. 
W tej chwili mdło mi się zrobiło; obok szachów bowiem spostrzegłem dwie 
trupie główki: w jednej był tytoń, a w drugiej... cukier!... 
— Czego to? — zapytał młody człowiek z czarnym zarostem nie podnosząc się z 
łóżka. 
— Pan Rzecki, plenipotent gospodarza... — odezwał się rządca wskazując na mnie. 
Młody człowiek oparł się na łokciu i bystro patrząc na mnie rzekł: 
— Gospodarza?... W tej chwili ja tu jestem gospodarzem i wcale sobie nie 
przypominam, ażebym mianował plenipotentem tego pana... 
Odpowiedź była tak uderzająco prosta, że obaj z Wirskim osłupieliśmy. Młody 
człowiek tymczasem ociężale podniósł się z łóżka i bez zbytniego pośpiechu 
począł zapinać spodnie i kamizelkę. Pomimo całej systematyczności, z jaką 
oddawał się temu zajęciu, jestem pewny, że przynajmniej połowa guzików jego 
garderoby pozostała nie zapiętą. 
— Aaa!... — ziewnął. 
— Niech panowie siadają — rzekł manewrując ręką w taki sposób, że nie 
wiedziałem, czy każe nam umieścić się w walizie czy na podłodze. 
— Gorąco, panie Wirski — dodał — prawda?... Aaa!... 
— Właśnie sąsiad z przeciwka skarży się na panów dobrodziejów... — odparł z 
uśmiechem rządca. — O cóż to? 
— Że panowie chodzą nago po pokoju... 
Młody człowiek oburzył się. 
— Zwariował stary czy co?... On może chce, żebyśmy się ubierali w futra na taką 
spiekotę?... Bezczelność! słowo honoru daję... 
— No — mówił rządca — niech panowie raczą uwzględnić, że on ma dorosłą córkę. 
— A cóż mnie do tego?... Ja nie jestem jej ojcem. Stary błazen! słowo honoru, i 
przy tym łże, bo nago nie chodzimy. 
— Sam widziałem... — wtrącił rządca. 
— Słowo honoru, kłamstwo! -zawołał młody człowiek rumieniąc się z gniewu. — Prawda, że Maleski chodzi bez koszuli, ale w majtkach, a Patkiewicz chodzi bez 
majtek, lecz za to w koszuli. Panna Leokadia więc widzi cały garnitur. 
— Tak, i musi zasłaniać wszystkie okna — odparł rządca. 
— To stary zasłania, nie ona — odparł student machając ręką. -Ona wygląda przez 
szpary między firanką a oknem. Zresztą, proszę pana: jeżeli pannie Leokadii 
wolno drzeć się na całe podwórko, to znowu Maleski i Patkiewicz mają prawo 
chodzić po swoim pokoju, jak im się podoba. Mówiąc to młody człowiek 
spacerował wielkimi krokami. Ile razy zaś stanął do nas tyłem, rządca mrugał na 
mnie i robił miny oznaczające wielką desperację. Po chwili milczenia odezwał 
się: 
— Panowie dobrodzieje winni nam są za cztery miesiące... — O, znowu swoje!... wykrzyknął 
młody człowiek wsadzając ręce w kieszenie. — Ileż razy jeszcze 
będę musiał powtarzać panu, ażeby pan o tych głupstwach nie gadał ze mną, 
tylko albo z Patkiewiczem, albo z Maleskim?... To przecie tak łatwo pamiętać: 
Maleski płaci za miesiące parzyste, luty, kwiecień, czerwiec, a Patkiewicz za 
nieparzyste: marzec, maj, lipiec... 
— Ależ nikt z panów nigdy nie płaci! — zawołał zniecierpliwiony rządca. 
— A któż winien, że pan nie przychodzi we właściwej porze?!...wrzasnął młody 
człowiek wytrząsając rękoma. — Sto razy słyszałeś pan, że do Maleskiego należą 
miesiące parzyste, a do Patkiewicza nieparzyste... 
— A do pana dobrodzieja?... 
— A do mnie, łaskawy panie, żadne -wołał młody człowiek grożąc nam pod 
nosami — bo ja z zasady nie płacę za komorne. Komu mam płacić?... Za co?... 
Cha! cha dobrzy sobie... 
Począł chodzić jeszcze prędzej po pokoju śmiejąc się i gniewając. Nareszcie 
zaczął świstać i wyglądać przez okno, hardo odwróciwszy się tyłem do nas... 
Mnie już zabrakło cierpliwości. 
— Pozwoli pan zrobić uwagę — odezwałem się — że takie nieuszanowanie umowy 
jest dość oryginalne... Ktoś daje panu mieszkanie, a pan uważa za stosowne nie 
płacić mu. 
— Kto mi daje mieszkanie?!... — wrzasnął młody człowiek siadając na oknie i 
huśtając się w tył, jakby miał zamiar rzucić się z trzeciego piętra. — Ja sam 
zająłem to mieszkanie i będę w nim dopóty, dopóki mnie nie wyrzucą. 
Umowy!... paradni są z tymi umowami... Jeżeli społeczeństwo chce, ażebym mu 
płacił za mieszkanie, to niechaj samo płaci mi tyle za korepetycje, żeby z nich 
wystarczyło na komorne... Paradni są!... Ja za trzy godziny lekcji co dzień mam 
piętnaście rubli na miesiąc, za jedzenie biorą ode mnie dziewięć rubli, za pranie 
i usługę trzy...A mundur, a wpis?... I jeszcze chcą, żebym za mieszkanie płacił. 
Wyrzućcie mnie na ulicę — mówił zirytowany — niech mnie złapie hycel i da 
pałką w łeb... Do tego macie prawo, ale nie do uwag i wymówek... 
— Nie rozumiem pańskiego uniesienia — rzekłem spokojnie. 
— Mam się czego unosić! — odparł młody człowiek huśtając się coraz mocniej w 
stronę podwórka: — Społeczeństwo, jeżeli nie zabiło mnie przy urodzeniu, jeżeli 
każe mi się uczyć i zdawać kilkanaście egzaminów, zobowiązało się tym 
samym, że mi da pracę ubezpieczającą -mój byt... Tymczasem albo nie daje mi 
pracy, albo oszukuje mnie na wynagrodzeniu... Jeżeli więc społeczność 
względem mnie nie dotrzymuje umowy, z jakiej racji żąda, abym ja jej 
dotrzymywał względem niego. Zresztą co tu gadać, z zasady nie płacę 
komornego, i basta: Tym bardziej że obecny właściciel domu nie budował tego 
domu; nie wypalał cegieł, nie rozrabiał wapna, nie murował, nie narażał się na 
skręcenie karku. Przyszedł z pieniędzmi, może ukradzionymi, zapłacił innemu, 
który może także okradł kogo, i na tej zasadzie chce mnie zrobić swoim 
niewolnikiem. Kpiny ze zdrowego rozsądku! 
— Pan Wokulski — rzekłem powstając z krzesła — nie okradł nikogo... Dorobił się 
majątku pracą i oszczędnością... 
— Daj pan spokój! — przerwał młody człowiek. -Mój ojciec był zdolnym 
lekarzem, pracował dniem i nocą, miał niby to dobre zarobki oszczędził... 
raptem trzysta rubli na rok! A że wasza kamienica kosztuje dziewięćdziesiąt 
tysięcy rubli; więc na kupienie jej za cenę uczciwej pracy mój ojciec musiałby 
żyć i zapisywać recepty przez trzysta lat... Nie uwierzę zaś, ażeby ten nowy 
właściciel pracował od trzystu lat... 
W głowie zaczęło mi krążyć od tych wywodów; młody człowiek zaś mówił 
dalej: 
— Możecie nas wypędzić, owszem!... Wtedy dopiero przekonacie się, coście 
stracili. Wszystkie praczki, wszystkie kucharki z tej kamienicy stracą humor, a 
pani Krzeszowska już bez przeszkody zacznie śledzić swoich sąsiadów, 
rachować każdego gościa, który przychodzi do nich wizytą, i każde ziarno 
kaszy, które sypią do garnka... Owszem, wypędźcie nas!... Wtedy dopiero panna 
Leokadia zacznie wyśpiewywać swoje gamy i wokalizy z rana sopranem, a po 
południu kontraltem... I diabli wezmą dom, w którym my jedni jako tako 
utrzymujemy porządek! 
Zabraliśmy się do odejścia. 
— Więc pan stanowczo nie zapłaci komornego? -spytałem. 
— Ani myślę. — Może choć od października zacznie pan płacić? 
— Nie, panie. Niedługo już. będę żył, więc pragnę przeprowadzić choćby jedną 
zasadę: jeżeli społeczność chce, ażeby jednostki szanowały umowę względem 
niej; niechaj sama wykonywa ją względem jednostek. Jeżeli ja mam komuś 
płacić za komorne, niech inni tyle płacą mi za lekcje, żeby mi na komorne 
wystarczyło. Rozumie pan?... 
— Nie wszystko, panie — odparłem. 
— Nic dziwnego — rzekł młody człowiek. — Na starość mózg więdnie i nie jest 
zdolny przyjmować nowych prawd... 
Ukłoniliśmy się sobie nawzajem i wyszliśmy obaj z rządcą. Młody człowiek 
zamknął za nami drzwi, lecz za chwilę wybiegł na schody i zawołał: 
— A niechaj komornik przyprowadzi ze sobą dwu stójkowych, bo mnie będą 
musieli wynosić z mieszkania... 
— Owszem, panie! — odpowiedziałem mu z grzecznym ukłonem, myśląc w głębi 
duszy, że nie godzi się jednak wyrzucać takiego oryginała. 
Kiedy szczególny młodzieniec ostatecznie cofnął się do pokoju i zamknął drzwi 
na klucz dając tym sposobem do zrozumienia, że konferencję z nami uważa za 
skończoną, zatrzymałem się w połowie schodów i rzekłem do rządcy: 
— Widzę, macie tu kolorowe szyby, co? 
— O, bardzo kolorowe. 
— Ale są zakurzone... 
— O, bardzo zakurzone -odparł rządca. 
— I myślę — dodałem — że ten młody człowiek pod względem niepłacenia 
komornego dotrzyma słowa, co? 
— Panie — zawołał rządca — on to nic. On mówi, że nie zapłaci, no i nic płaci; ale 
tamci dwaj nic nie mówią i także nie płacą. To są, panie Rzecki, nadzwyczajni 
lokatorowie!... Oni jedni nigdy nie robią mi zawodu. 
Mimo woli, i nie wiem nawet dlaczego, pokręciłem głową, choć przeczuwam, 
że gdybym był właścicielem podobnego domu, kręciłbym głową cały dzień. 
— Więc tu nikt nie płaci, a przynajmniej nie płaci regularnie? -zapytałem eksobywatela. 
— I nie ma się czemu dziwić — odparł pan Wirski. — W domu, z którego od tylu lat 
komorne pobierają wierzyciele, najuczciwszy lokator musi się znarowić. 
Pomimo to mamy kilku bardzo punktualnych, na przykład baronowa 
Krzeszowska... 
— Co?!... — zawołałem. — Ach, prawda, że baronowa tu mieszka...Chciała nawet 
kupić ten dom... 
— I kupi go — szepnął rządca — tylko, panowie, trzymajcie się ostro!... Kupi go, 
choćby miała oddać cały swój majątek... A niemały to majątek, choć pan baron 
mocno go nadszarpnął... Wciąż stałem na połowie schodów, pod oknem z 
żółtymi, czerwonymi i niebieskimi szybami. Wciąż stałem zapatrzony we 
wspomnienie pani baronowej, którą widziałem zaledwie kilka razy w życiu i 
zawsze przedstawiała mi się jako osoba bardzo ekscentryczna. Umie być 
pobożną i zawziętą, pokorną i ordynaryjną... 
— Cóż to za kobieta, panie Wirski? — spytałem. — To niezwykła kobieta, panie... 
— Jak wszystkie histeryczki — mruknął eks-obywatel. -Straciła córeczkę, mąż ją 
porzucił... Same awantury!... 
— Pójdziemy do niej, panie — rzekłem schodząc na drugie piętro. Czułem w sobie 
takie męstwo, że baronowa nie tylko nic trwożyła mnie, lecz prawie pociągała. 
Ale kiedy stanęliśmy pode drzwiami i rządca zadzwonił, doznałem kurczu w 
łydkach. Nie mogłem ruszyć się z miejsca i tylko dlatego nie uciekłem. W 
jednej chwili opuściła mnie odwaga, przypomniałem sobie sceny z licytacji... 
Obrócił się klucz w zamku, stuknęła zasuwka i w uchylonych drzwiach ukazała 
się twarz niestarej jeszcze dziewczyny, ubranej w biały czepeczek. 
— A kto to? -spytała dziewczyna. 
— Ja, rządca. 
— Czego pan chce? 
— Przychodzę z pełnomocnikiem właściciela. 
— A ten pan czego chce? 
— Ten pan jest właśnie pełnomocnikiem 
— Więc jak mam powiedzieć?... 
— Powiedz pani — odparł już zirytowany rządca — że przychodzimy pogadać o 
lokalu... 
— Aha! 
Zamknęła drzwi i odeszła. Upłynęło ze dwie albo trzy minuty, zanim wróciła na 
powrót i po otworzeniu wielu zamków wprowadziła nas do pustego salonu. 
Dziwny był widok tego salonu. Meble okryte ciemnopopielatymi pokrowcami, 
to samo fortepian, to samo pająk zawieszony u sufitu; nawet stojące w kątach 
kolumny z posążkami miały także popielate koszule. W ogóle robił on wrażenie 
pokoju, którego właściciel wyjechał zostawiwszy tylko służbę bardzo dbałą o 
porządek domu. 
Za drzwiami było słychać rozmowę na głos kobiecy i męski. Kobiecy należał do 
baronowej; męski znałem dobrze, ale nie mogłem sobie przypomnieć, czyj jest. 
— Przysięgłabym — mówiła baronowa — że utrzymuje z nią stosunki. Onegdaj 
przysłał jej przez posłańca bukiet... 
— Hum!... Hum!... — wtrącił głos męski. 
— Bukiet, który ta obrzydliwa kokietka, dla oszukania mnie, kazała natychmiast 
wyrzucić za okno... 
— Przecież baron na wsi... tak daleko od Warszawy... — odparł mężczyzna. 
— Ale ma tu przyjaciół — zawołała baronowa. — I gdybym nie znała pana, 
przypuszczałbym, że pośredniczysz mu w tych bezeceństwach. 
— Ależ, pani!... — zaprotestował głos męski. I w tej samej chwili rozległy się dwa 
pocałunki, sądzę, że w rękę. 
— No, no, panie Maruszewicz, bez czułości!... Znam ja was. Obsypujecie 
pieszczotami kobietę, dopóki wam nie zaufa, a potem trwonicie jej majątek i 
żądacie rozwodu... 
„Więc to Maruszewicz — pomyślałem. — Ładna para...” 
— Ja jestem zupełnie inny — odparł ciszej męski głos za drzwiami i znowu 
rozległy się dwa pocałunki, z pewnością w rękę. 
Spojrzałem na eks-obywatela. Podniósł oczy do sufitu, a ramiona prawie do 
wysokości uszu. 
— Frant!... — szepnął wskazując na drzwi. 
— Znasz go pan?... 
— Bah!... 
— Więc — mówiła baronowa w drugim pokoju — niechże pan zaniesie do Św. 
Krzyża te dziewięć rubli na trzy wotywy, na intencję, ażeby Bóg go upamiętał... 
Nie — dodała po chwili nieco zmienionym głosem. — Niech będzie jedna wotywa 
za niego, a dwie za duszę mojej nieszczęśliwej dzieweczki... 
Przerwało jej ciche szlochanie. 
— Niechże się pani uspokoi!... — łagodnie reflektował ją Maruszewicz. 
— Idź pan już, idź!... — odparła. 
Nagle otworzyły się drzwi salonu i jak wryty stanął na progu Maruszewicz, za 
którym ujrzałem żółtawą twarz i zaczerwienione oczy pani baronowej. Rządca i 
ja podnieśliśmy się z krzeseł, Maruszewicz cofnął się w głąb drugiego pokoju i 
widocznie wyszedł innymi drzwiami, a pani baronowa zawołała gniewnie: 
— Marysia!... Marysia!... 
Wbiegła dziewczyna w białym, jak wyżej, czepeczku, w ciemnej sukni i białym 
fartuchu. W ubraniu tym wyglądałaby na dozorczynię chorych, gdyby jej oczy 
nie rzucały za wiele iskier. 
— Jak mogłaś wprowadzić tu tych panów? — zapytała ją baronowa. 
— Pani przecie kazała prosić... 
— Głupia... precz!... — syknęła baronowa. Następnie zwróciła się do nas: 
— Czego pan chce, panie Wirski? 
— Pan Rzecki jest plenipotentem właściciela domu — odparł rządca. 
— A, a!... To dobrze... — mówiła baronowa, powoli wchodząc do salonu i nie 
prosząc nas, ażebyśmy usiedli. Rysopis tej damy: czarna suknia, żółtawa twarz, 
sinawe usta, zaczerwienione z płaczu oczy i włosy gładko uczesane. 
Skrzyżowała ręce na piersiach jak Napoleon I i patrząc na mnie rzekła: 
— A, a, a!... To pan jest plenipotentem, zdaje mi się, że pana Wokulskiego... Czy 
tak?... Niechże mu pan powie, że albo ja wyprowadzę się z tęgo mieszkania, za 
które płacę mu siedemset rubli bardzo regularnie, wszak prawda, panie Wirski?.. 
Rządca ukłonił się. 
— Albo -ciągnęła baronowa -pan Wokulski usunie ze swego domu te brudy i 
niemoralność... 
— Niemoralność? — spytałem. 
— Tak, panie — potwierdziła baronowa kiwając głową. — Te praczki, które przez 
cały dzień śpiewają jakieś wstrętne piosenki na dole, a wieczorem śmieją się nad 
moją głową u tych... studentów... Ci zbrodniarze, którzy na mnie rzucają z góry 
papierosy albo leją wodę...Ta nareszcie pani Stawska, o której nie wiem, czym 
jest: wdową czy rozwódką, ani z czego się utrzymuje... Ta pani bałamuci mężów 
żonom cnotliwym, a tak strasznie nieszczęśliwym... 
Zaczęła mrugać oczyma i rozpłakała się. 
— Okropność!... — mówiła łkając. — Być przykutą do tak wstrętnego domu przez 
pamięć dla dziecka, której nic już nie wydrze z serca. Wszakże ona biegała po 
tych wszystkich pokojach... Ona bawiła się tam, od podwórza... I wyglądała 
oknem, przez które mnie, matce-sierocie, wyjrzeć dzisiaj nie wolno... Chcą mnie 
wypędzić stąd... wszyscy chcą mnie wypędzić... wszystkim zawadzam... A 
przecież ja stąd nie mogę wyprowadzić się, bo każda deska tej podłogi nosi 
ślady jej nóżek...w każdej ścianie uwiązł jej śmiech albo płacz... 
Upadła na kanapę i zaniosła się od łkania. 
— Ach! — płakała — ludzie są okrutniejsi od zwierząt... Chcą mnie wygnać stąd, 
gdzie moja dziecina wydała ostatnie tchnienie... Jej łóżeczko i wszystkie 
zabawki leżą na swoich miejscach... Sama ścieram kurze w jej pokoju, ażeby nie 
poruszyć najmniejszego sprzętu... Każdy cal podłogi wydeptałam kolanami, 
wycałowałam ślady mojej dzieciny, a oni mnie chcą wygnać!... Wygnajcież stąd 
pierwej mój ból, moją tęsknotę, moją rozpacz... 
Zasłoniła twarz i szlochała rozdzierającym głosem. Spostrzegłem, że rządcy nos 
czerwienieje, a i ja sam uczułem łzy pod powiekami. 
Rozpacz baronowej po zmarłym dziecku tak mnie rozbroiła, że nie miałem 
odwagi mówić z nią o podwyższeniu komornego. Płacz zaś jej tak znowu 
denerwował, że gdyby nie wzgląd na drugie piętro, wyskoczyłbym chyba 
oknem. 
W rezultacie chcąc za jakąkolwiek cenę utulić szlochającą kobietę, odezwałem 
się z całą łagodnością: 
— Proszę pani, niech się pani uspokoi... Czego pani żąda od nas?...Czym możemy 
służyć?... 
W głosie moim było tyle współczucia, że rządcy nos jeszcze bardziej 
poczerwieniał. Pani baronowej zaś obeschło jedno oko, lecz jeszcze płakała 
drugim, na znak, że nie uważa swojej akcji za skończoną, a mnie za pobitego. 
— Żądam... żądam — mówiła wśród westchnień — żądam, aby mnie nie wypędzano 
z miejsca, gdzie umarło moje dziecko... i gdzie wszystko mi je przypomina. Nie 
mogę, no... nie mogę oderwać się od jej pokoju... nie mogę ruszyć jej sprzętów i 
zabawek... Podłością jest w taki sposób wyzyskiwać niedolę. 
— Któż ją wyzyskuje? — spytałem. — Wszyscy, począwszy od gospodarza, który 
każe mi płacić siedemset rubli... 
— A, wybacz, pani baronowa — zawołał rządca. — Siedem pysznych pokoi, dwie 
kuchnie jak salony, dwie schówki... Niech pani komu odstąpi ze trzy pokoje: 
przecież są dwa frontowe wejścia. 
— Nic nikomu nie odstąpię — odparła stanowczo — gdyż jestem pewna, że mój 
zbłąkany mąż lada dzień opamięta się i powróci... 
— W takim razie trzeba płacić siedemset rubli... 
— Jeżeli nie więcej... — szepnąłem. Pani baronowa spojrzała tak, jakby chciała 
mnie spalić wzrokiem i utopić we łzach. Oj! co to za setna kobietka... Aż mi 
zimno, kiedy o niej pomyślę. 
— Mniejsza o komorne — rzekła. 
— Bardzo rozsądnie! — pochwalił ją Wirski kłaniając się. 
— Mniejsza o pretensje gospodarza... Ale przecież nie mogę płacić siedmiuset 
rubli za lokal w podobnym domu... 
— Czego pani baronowa chce od domu? — spytałem. 
— Ten dom jest hańbą uczciwych ludzi — zawołała gestykulując rękoma. — Więc 
nie od siebie, ale w imieniu moralności proszę... 
— O co? 
— O usunięcie tych studentów, którzy mieszkają nade mną, nie pozwalają mi 
wyjrzeć oknem na podwórze i demoralizują wszystkie... 
Nagle zerwała się z kanapy. 
— O! słyszy pan? -rzekła wskazując na drzwi, które prowadziły do pokoju od 
strony dziedzińca. 
Istotnie, usłyszałem głos ekscentrycznego brunecika, który z trzeciego piętra 
wołał: 
— Marysiu!... Marysiu, chodź do nas... 
— Marysiu! -krzyknęła baronowa. 
— Przecież jestem... Czego pani chce? — odparła nieco zarumieniona służąca. 
— Ani mi się rusz z domu!... Oto ma pan... — mówiła baronowa — tak jest po całych 
dniach. A wieczorem chodzą do nich praczki... Panie! — zawołała składając 
pobożnie ręce — wygnajcie tych nihilistów, bo to źródło zepsucia i 
niebezpieczeństwa dla całego domu... Oni w trupich główkach trzymają herbatę 
i cukier... Oni kośćmi ludzkimi poprawiają węgle w samowarze... Oni chcą tu 
kiedy przynieść całego nieboszczyka ... 
Zaczęła znowu tak płakać, iż myślałem, że dostanie spazmów. 
— Panowie ci — rzekłem — nie płacą komornego, więc bardzo być może... 
Baronowej obeschły oczy. 
— Ależ naturalnie — przerwała mi — że musicie ich wypędzić...Lecz, panie! zawołała 
— jakkolwiek są oni źli i zepsuci, to przecież gorszą od nich jest ta... ta 
Stawska!... 
Zdziwiłem się zobaczywszy płomień nienawiści, jaki błysnął w oczach pani 
baronowej przy wymówieniu nazwy: Stawska. 
— Pani Stawska tu mieszka? — spytałem mimo woli. — Ta piękna?.. 
— O... nowa ofiara!... — wykrzyknęła baronowa wskazując na mnie z pałającymi 
oczyma zaczęła mówić głębokim głosem: 
— Ależ, człowieku siwowłosy, zastanów się, co robisz?... Wszakże to kobieta, 
której mąż oskarżony o zabójstwo uciekł za granicę... A z czego ona żyje?... Z 
czego się tak stroi?... 
— Pracuje kobiecisko jak wół — szepnął rządca. 
— O... i ten!... — zawołała baronowa. — Mój mąż (jestem pewna, że to on) przysyła 
jej ze wsi bukiety... Rządca tego domu kocha się w niej i bierze od niej komorne 
z dołu co miesiąc... 
— Ależ, pani!... — zaprotestował eks-obywatel, a jego oblicze stało się tak rumiane 
jak nos. 
— Nawet ten poczciwy niedołęga -Maruszewicz — ciągnęła baronowa — nawet on 
po całych dniach wygląda do niej oknem... 
Dramatyczny głos baronowej przeszedł znowu w szlochanie. 
— I pomyśleć — jęczała — że taka kobieta ma córkę, córkę... którą wychowuje dla 
piekła, a ja... O! wierzę w sprawiedliwość... wierzę w miłosierdzie boskie, ale 
nie rozumiem... tak... nic nie rozumiem tych wyroków, które mnie pozbawiły; a 
jej zostawiają dziecko... tej... tej... Panie! — wybuchnęła z nową siłą głosu możesz 
zostawić nawet tych nihilistów, ale ją... musisz wygnać!... Niech lokal 
po niej stoi pustką...będę za niego płacić, byle ona nie miała dachu nad głową... 
Ten wykrzyknik już całkiem mi się nie podobał. Dałem znak rządcy, że 
wychodzimy, i kłaniając się rzekłem ozięble: 
— Pozwoli pani baronowa, że w tej sprawie zadecyduje sam gospodarz, pan 
Wokulski. Baronowa rozkrzyżowała ręce jak człowiek trafiony kulą w piersi. 
— Ach!... więc tak?... — szepnęła. — Więc już i pan, i... ten, ten...Wokulski 
związaliście się z nią?... Ha!... zaczekam tedy na sprawiedliwość boską... 
Wyszliśmy, nie zatrzymywani dłużej; na schodach zatoczyłem się jak pijany. 
— Co pan wiesz o tej pani Stawskiej? — zapytałem Wirskiego. 
— Najuczciwsza kobieta — odparł. — Młode to, piękne i pracuje na cały dom... Bo 
emerytura jej matki ledwie starczy na komorne... 
— Ma matkę? 
— Ma. Także dobra kobiecina. 
— A ile płacą za lokal? 
— Trzysta rubli — odpowiedział rządca. — To, panie, jakbyśmy z ołtarza 
zdejmowali... 
— Pójdziemy do tych pań — rzekłem. 
— Z największą chęcią! — zawołał. -A co o nich plecie ta wariatka, niech pan nie 
słucha. Ona nienawidzi Stawskiej, nie wiem nawet za co. Chyba za to, że jest 
piękna i ma córeczkę jak cherubinek... 
— Gdzie mieszkają? 
— W prawej oficynie, na pierwszym piętrze. 
Nie pamiętam nawet, kiedy zeszliśmy ze schodów frontowych, a kiedy 
minęliśmy podwórko i weszliśmy na pierwsze piętro oficyny. Tak ciągle stała 
mi przed oczyma pani Stawska i Wokulski... Mój Boże! jaka by to była piękna 
para; ale i cóż z tego, kiedy ona ma męża. Chociaż są to sprawy, do których 
najmniej miałbym ochoty mieszać się. Mnie się wydaje tak, im wydałoby się 
owak, a losowi jeszcze inaczej... 
Los! los!... on dziwnie zbliża ludzi. Gdybym przed laty nie zeszedł do piwnicy 
Hopfera, do Machalskiego, nie poznałbym się z Wokulskim. Gdybym jego 
znowu nie wyprawił do teatru, on może nie spotkałby się panną Łęcką. Raz 
mimo woli nawarzyłem mu piwa i już nie chcę powtarzać tego po raz drugi. 
Niech sam Bóg radzi o swej czeladzi... 
Gdy stanęliśmy pode drzwiami mieszkania pani Stawskiej, rządca uśmiechnął 
się filuternie i szepnął: 
— Uważa pan... naprzód dowiemy się, czy młoda jest w domu. Jest co widzieć, 
panie!... 
— Wiem, wiem... 
Rządca nie dzwonił, ale zapukał raz i drugi. Nagle drzwi otworzyły się dość 
gwałtownie i stanęła w nich gruba i niska służąca z zawiniętymi rękawami i z 
mydłem na rękach, których mógłby jej pozazdrościć atleta. 
— O, to pan rządca!... — zawołała. — Myślałam, że. znowu jaki tam... 
— Cóż, dobijał się kto?... — spytał Wirski z akcentem oburzenia w głosie. 
— Nie dobijał się nijaki — z chłopska odparła służąca — ino jeden przysłał dziś 
bukiet. Mówią, że to ten Marusiewicz z przeciwka... 
— Łotr! — syknął rządca. 
— Mężczyzny wszystkie takie. Niech mu się co podoba, to zara będzie lazł jak 
ćma w ogień. 
— A panie obie są? — spytał Wirski. 
Gruba służąca spojrzała na mnie podejrzliwie. 
— Pan rządca z tym panem? 
— Z tym panem. To plenipotent gospodarza. 
— A młody on czy stary? — badała dalej, przypatrując mi się jak sędzia śledczy. 
— Widzisz przecie, że stary!... — odparł rządca. 
— W średnim wieku... — wtrąciłem. (Oni, dalibóg, niedługo piętnastoletnich 
chłopców zaczną nazywać starymi.) 
— Są obie panie — mówiła służąca. — Tylo co do pani młodszej przyszła jedna 
dziewczynka wydawać lekcje. Ale pani starsza jest w swoim pokoju. 
— Phy! — mruknął rządca. — Wreszcie... powiedz pani starszej... 
Weszliśmy do kuchni, gdzie stała balia pełna mydlin i dziecinnej bielizny. Na 
sznurze zawieszonym w pobliżu komina suszyły się również dziecinne 
spódniczki, koszule i pończoszki. (Jak to zaraz znać, że w mieszkaniu jest 
dziecko!) 
Spoza uchylonych drzwi usłyszeliśmy głos już starszej kobiety. 
— Z rządcą?... jakiś pan?.. — mówiła niewidzialna dama. — Może to Ludwiczek, bo 
akurat śnił mi się... 
— Niech panowie idą — rzekła służąca otwierając drzwi do saloniku. 
Salonik nieduży, koloru perłowego. Szafirowe sprzęty, pianino, w obu oknach 
pełno kwiatów białych i różowych, na ścianach premia Towarzystwa Sztuk 
Pięknych, na stole lampa ze szkłem w formie tulipana. Po cmentarnym salonie 
pani Krzeszowskiej z meblami w ciemnych pokrowcach wydało mi się tu 
weselej. Pokój wyglądał, jakby oczekiwano na gościa. Ale jego sprzęty zanadto 
symetrycznie ustawione dokoła stołu świadczyły, że gość jeszcze nie przyjechał. 
Po chwili z przeciwległych drzwi wyszła osoba w wieku poważnym, ubrana w 
popielatą suknię. Uderzył mnie prawie biały kolor jej włosów, obok twarzy 
mizernej, lecz niezbyt starej i bardzo regularnej. Rysy tej damy były mi gdzieś 
znajome. 
Tymczasem rządca zapiął swój poplamiony surdut na dwa guziki i ukłoniwszy 
się z elegancją prawdziwego szlachcica rzekł: 
— Pozwoli pani zaprezentować: pan Rzecki, plenipotent naszego gospodarza, a 
mój kolega... Spojrzeliśmy sobie obaj w oczy. Wyznaję, że byłem trochę 
zdziwiony naszym koleżeństwem. Wirski spostrzegł to i dodał z uśmiechem: 
— Mówię: kolega, gdyż obaj widzieliśmy równie ciekawe rzeczy będąc za 
granicą. 
— Szanowny pan był za granicą? no proszę!... — odezwała się staruszka. 
— W roku 1849 i nieco później -wtrąciłem. 
— A czy szanowny pan nie zetknął się gdzie przypadkowo z Ludwikiem 
Stawskim? 
— Ależ, pani dobrodziejko! — zawołał Wirski śmiejąc się i kłaniając. — Pan Rzecki 
był za granicą przed trzydziestu laty, a zięć pani wyjechał dopiero przed 
czterema... 
Staruszka machnęła ręką, jakby odganiając muchę. 
— Prawda! — rzekła — co też ja plotę... Ale tak ciągle myślę o Ludwiczku... 
Niechże: panowie raczą spocząć... 
Usiedliśmy, przy czym eks-obywatel znowu ukłonił się poważnej damie, a ona 
jemu. 
Teraz dopiero spostrzegłem, że popielata suknia staruszki jest w wielu 
miejscach pocerowana, i dziwna melancholia ogarnęła mnie na widok tych 
dwojga ludzi w poplamionym surducie i w pocerowanej sukni, którzy 
zachowywali się jak książęta. Nad nimi już przeszedł wszystko wyrównywający 
pług czasu. 
— Bo zapewne pan nie wie o naszym zmartwieniu — rzekła poważna dama 
zwracając się do mnie: — Mój zięć przed czterema laty miał bardzo przykrą 
sprawę, najniesłuszniej... Zamordowano tu jakąś straszną lichwiarkę... Ach, 
Boże! nie ma o czym mówić... Dosyć, że ktoś z bliskich ostrzegł go, że na niego 
pada posądzenie... Najniewinniej, panie... 
— Rzecki — wtrącił eks-obywatel. 
— Najniesprawiedliwiej, panie Rzecki... No i on... biedak, uciekł zagranicę. W 
roku zeszłym znalazł się istotny morderca, ogłoszono niewinność Ludwika, ale i 
cóż, kiedy on już od dwu lat nie pisał... 
Tu pochyliła się do mnie z fotelu i rzekła szeptem: 
— Helenka, córka moja, panie... 
— Rzecki — odezwał się rządca. 
— Córka moja, panie Rzecki, rujnuje się... szczerze mówię, że się rujnuje na 
ogłoszenia po zagranicznych pismach, a tu nic i nic... Kobieta młoda. panie... 
— Rzecki — podpowiedział Wirski: 
— Kobieta młoda, panie Rzecki, niebrzydka. 
— Prześliczna! — wtrącił rządca z zapałem. 
— Byłam trochę do niej podobna — ciągnęła sędziwa dama wzdychając i kiwając 
głową eks-obywatelowi. -Jest tedy córka moja niebrzydka i młoda, już jedno 
dziecko ma i... może tęskni za innymi. Chociaż, panie Wirski, przysięgam; że 
nigdy od niej o tym nie słyszałam... Cierpi i milczy, ale że cierpi, domyślam się. 
Ja także miałam trzydzieści lat... 
— Kto z nas ich nie miał! — ciężko westchnął rządca. 
Skrzypnęły drzwi i wbiegła mała dziewczynka z drutami w ręku. 
— Proszę babci! — zawołała — ja nigdy nie skończę kaftanika dla mojej lalki... 
— Heluniu! — odezwała się staruszka surowo. — Ty nie ukłoniłaś się... 
Dziewczynka zrobiła dwa dygi, na które ja odpowiedziałem niezręcznie, a pan 
Wirski jak hrabia, i mówiła dalej, pokazując babce druty, przy których chwiał 
się czarny, włóczkowy kwadracik. 
— Proszę babci, nadejdzie zima i moja lalka nie będzie miała w czym wyjść na 
ulicę... Proszę babci, znowu mi spadło oczko. 
(Prześliczne dziecko... Boże miłosierny! dlaczego Stach nie jest jego ojcem. 
Może nie szalałby tak...) 
Babcia przepraszając nas wzięła włóczkę i druty, a w tej chwili weszła do salonu 
pani Stawska... Muszę sobie przyznać, że ja na jej widok zachowałem się z 
godnością; ale Wirski zupełnie stracił głowę. Zerwał się krzesła jak student, 
zapiął surdut jeszcze na jeden guzik, powiem nawet: zarumienił się, i zaczął 
bełkotać: 
— Pozwoli pani zaprezentować sobie: pan Rzecki, plenipotent naszego 
gospodarza... 
— Bardzo mi przyjemnie -odpowiedziała pani Stawska kłaniając mi się ze 
spuszczonymi oczyma. Ale silny rumieniec i ślad obawy na jej twarzy upewniły 
mnie, że nie jestem przyjemnym gościem. 
„Poczekaj! — myślę. I wyobraziłem sobie, że na moim miejscu jest w tym pokoju 
Wokulski. -Poczekaj, zaraz cię przekonam, że nie masz się nas czego lękać.” 
Tymczasem pani Stawska usiadłszy na krześle była tak zmieszana, że zaczęła 
coś poprawiać około sukienki swojej córeczki. Jej matka również straciła 
humor, a rządca kompletnie zbaraniał. „Poczekajcie!” — myślę i przybrawszy 
bardzo surowy wyraz twarzy odezwałem się: 
— Panie dawno mieszkają w tym domu? 
— Pięć lat... — odpowiada pani Stawska rumieniąc się jeszcze mocniej. Jej matka 
aż drgnęła na fotelu. 
— Ile panie płacą? — Dwadzieścia pięć rubli miesięcznie... — szepnęła młoda pani. 
Jednocześnie pobladła, zaczęła skubać sukienkę i z pewnością mimo woli 
rzuciła na Wirskiego takie błagalne spojrzenie, że... że gdybym był Wokulskim, 
zaraz bym się o nią oświadczył... 
— Jesteśmy — dodała jeszcze ciszej — jesteśmy winne panom za lipiec... 
Zachmurzyłem się jak Lucyper i nabrawszy tyle tchu, ile było powietrza w 
mieszkaniu, rzekłem: 
— Nic panie nie są nam winne do... do października. Właśnie Stach... — to jest pan 
Wokulski, pisze mi, że to istny rozbój brać trzysta rubli za trzy pokoje na tej 
ulicy. Pan Wokulski nie może pozwolić na podobne zdzierstwo i kazał mi 
zawiadomić panie, że ten lokal od października będzie do wynajęcia za dwieście 
rubli. A jeżeli panie nie życzą sobie... 
Rządca aż posunął się w tył z fotelem. Staruszka złożyła ręce, a pani Stawska 
patrzyła na mnie wielkimi oczyma. Oto dopiero oczy!... i jak ona nimi umie 
patrzeć!... Przysięgam, że gdybym był Wokulskim, oświadczyłbym się jej na 
poczekaniu. Z męża już pewnie nie ma nawet kosteczki, jeżeli nie pisał przez 
dwa lata. Wreszcie, od czego są rozwody?... na co Stach ma taki majątek?... 
Znowu skrzypnęły drzwi i ukazała się w nich może dwunastoletnia 
dziewczynka, w pasterce na głowie i z paczką kajetów w ręce. Było to dziecko z 
twarzą rumianą i pełną, lecz nie zdradzającą zbyt wielkiej inteligencji. Ukłoniła 
się nam, ukłoniła się pani Stawskiej i jej matce, ucałowała w oba policzki małą 
Helenkę i wyszła, oczywiście do domu. Następnie wróciła się z kuchni i 
zarumieniona powyżej oczu, spytała pani Stawskiej: 
— Pojutrze o której mogę przyjść? 
— Pojutrze, kochanko... Przyjdź o czwartej — odpowiedziała pani Stawska 
również zmieszana. Gdy dziewczynka ostatecznie wyszła, matka pani Stawskiej 
odezwała się niezadowolonym tonem: 
— I to nazywa się lekcja, Boże odpuść... Helenka pracuje z nią przynajmniej 
półtorej godziny i za taką lekcję bierze czterdzieści groszy... 
— Mateczko! — przerwała pani Stawska, błagalnie patrząc na nią. 
(Gdybym był Wokulskim, już bym z nią wracał od ślubu. Co to za kobieta!... co 
za rysy... co za gra fizjognomii... W życiu nie widziałem nic podobnego!... A 
rączka, a figurka, a wzrost; a ruchy, a oczy, oczy!...) 
Po chwili kłopotliwego milczenia odezwała się znowu młoda pani: 
— Bardzo jesteśmy wdzięczne panu Wokulskiemu za warunki, na jakich zostawia 
nam ten lokal!... Jest to chyba jedyny wypadek, ażeby gospodarz sam zniżał 
komorne. Ale nie wiem, czy... wypada nam korzystać z jego uprzejmości?... 
— To nie uprzejmość, pani, to uczciwość szlachetnego człowieka! -wtrącił 
rządca. — Mnie pan Wokulski również zniżył komorne i przyjąłem... Ulica, 
proszę pani, trzeciorzędna, ruch mały... 
— Ale o lokatorów na niej łatwo — wtrąciła pani Stawska. 
— Wolimy dawnych, znanych nam już ze spokojności i porządku odpowiedziałem. 
— Ma pan słuszność — pochwaliła mnie siwowłosa dama. — Porządek w 
mieszkaniu to pierwsza zasada, której przestrzegamy... Nawet jeżeli Helunia 
potnie kiedy papierki i rzuci je na podłogę, zaraz zmiata je Franusia... 
— Przecie ja, proszę babci, wycinam tylko koperty, bo piszę list do tatki, ażeby 
już wracał — odezwała się dziewczynka. 
Po obliczu pani Stawskiej przeleciał cień jakby żalu i zmęczenia. 
— I nic, żadnej wiadomości? — spytał rządca. 
Młoda pani z wolna potrząsnęła głową; ale jestem pewny, czy nie westchnęła, 
ale tak cicho... 
— Oto los młodej i niebrzydkiej kobiety! — zawołała starsza dama. — Nie panna, 
nie mężatka... 
— Mateczko! ... 
— Nie wdowa, nie rozwódka, słowem — nie wiadomo co i nie wiadomo za co... 
Ty, Helenko, mów sobie co chcesz, a ja ci powiadam, że Ludwik już nie żyje... 
— Mateczko!... mateczko!... 
— Tak — ciągnęła matka z uniesieniem. — My go tu wszyscy oczekujemy każdego 
dnia, o każdej godzinie, ale to na nic... Albo umarł, albo zaparł się ciebie, więc 
nie masz obowiązku czekać... 
Obu paniom łzy nabiegły do oczu: matce z gniewu, a córce... Czyja wiem?... 
Może z żalu za złamanym życiem. 
Nagle przeleciała mi przez głowę myśl, którą (gdyby nie o mnie chodziło) 
poczytałbym za genialną. Zresztą mniejsza o jej nazwę. Dość, że było w mojej 
twarzy i całej postaci coś takiego, że gdy poprawiłem się na krześle, założyłem 
nogę na nogę i odchrząknąłem, wszyscy wlepili we mnie spojrzenia — nawet 
mała Helenka. 
— Znajomość nasza — rzekłem — zbyt jest krótką, ażebym śmiał... 
— Wszystko jedno! — przerwał mi pan Wirski. -Dobre usługi przyjmuje się nawet 
od nieznajomych. 
— Znajomość nasza — mówiłem skarciwszy go wzrokiem — jest wprawdzie 
niedługa. Pozwolą panie jednak, ażebym nie tyle ja, ile pan Wokulski użył 
swoich wpływów do odszukania małżonka pani... 
— Aaa!... — jęknęła starsza dama w sposób, którego nie mógłbym uważać za 
objaw radości. 
— Mateczko! — wtrąciła pani Stawska. 
— Heluniu — rzekła babcia stanowczo — idź do swojej lalki i rób jej kaftanik. 
Oczko już znalazłam, idź... 
Dziewczynka była trochę zdziwiona, może nawet zaciekawiona, ale ucałowała 
ręce babci i matce i wyszła ze swymi drutami. 
— Proszę pana — ciągnęła staruszka — jeżeli mamy mówić szczerze, to mnie nie 
tyle chodzi... To jest... nie wierzę, ażeby Ludwik żył. Kto przez dwa lata nie 
pisze... 
— Mamo, dosyć!... 
— O nie! — przerwała matka. — Jeżeli ty jeszcze nie czujesz swego położenia, to 
już ja je rozumiem. Nie można żyć z taką wieczną nadzieją czy groźbą... 
— Mamo droga, o moim szczęściu i obowiązkach ja tylko mam prawo... 
— Nie mów mi o szczęściu — wybuchnęła matka. — Ono skończyło się w dniu, 
kiedy twój mąż uciekł przed sądem, który dowiedział się o jakichś ciemnych 
jego stosunkach z lichwiarką. Że był niewinny, wiem, na to gotowa byłam 
przysiąc. Ale nie rozumiem ani ja, ani ty, po co on u niej bywał. 
— Mamo!... przecież ci panowie są obcy... — zawołała z desperacją pani Stawska. 
— Ja obcy?... — spytał rządca tonem wymówki; ale powstał z krzesełka i ukłonił 
się. 
— I pan nie jesteś obcy, i ten pan — rzekła staruszka wskazując na mnie. — To musi 
być uczciwy człowiek... 
Teraz ja ukłoniłem się. 
— Więc mówię panu — ciągnęła staruszka, bystro patrząc mi w oczy -żyjemy w 
ciągłej niepewności co do mego zięcia i niepewność ta zatruwa nam spokój. Ale 
ja, wyznam szczerze, więcej boję się jego powrotu... 
Pani Stawska zasłoniła twarz chustką i wybiegła do swego pokoju. 
— Płacz sobie, płacz... — mówiła grożąc za nią rozdrażniona staruszka. — Takie łzy, 
chociaż bolesne, lepsze są od tych, które co dzień wylewasz... 
— Panie — zwróciła się do mnie — przyjmę wszystko, co nam Bóg zeszle, ale czuję, 
że gdyby ten człowiek wrócił, zabiłby do reszty szczęście mojego dziecka. 
Przysięgnę — dodała ciszej — że ona go już nie kocha, choć sama nie wie o tym, 
ale jestem pewna, że... pojechałaby do niego, gdyby ją wezwał!... 
Tłumione łkanie przerwało jej mowę. Spojrzeliśmy po sobie z Wirskimi 
pożegnaliśmy sędziwą damę. 
— Pani -rzekłem na odchodnym — nim rok upłynie, przyniosę wiadomość o jej 
zięciu. A może — szepnąłem z mimowolnym uśmiechem — sprawy ułożą się tak, 
że... wszyscy będziemy zadowoleni...Wszyscy... nawet ci, których tu nie ma!... 
Staruszka spojrzała na mnie pytającym wzrokiem, alem nic nie odpowiedział. 
Jeszcze raz pożegnałem ją i wyszliśmy obaj z rządcą nie dopytując się już o 
panią Stawską. 
— A niechże pan zagląda do nas choćby co wieczór!... — zawołała sędziwa dama, 
gdy już byliśmy w kuchni. Naturalnie, że będę zaglądał... Czy uda mi się moja 
kombinacja ze Stachem? Bóg raczy wiedzieć. Tam gdzie serce wchodzi w grę, 
na nic wszelkie rachuby. Ale spróbuję rozwiązać ręce kobiecie, a i to coś 
znaczy. 
Po opuszczeniu mieszkania pani Stawskiej i jej matki rozeszliśmy się z rządcą 
domu, bardzo z siebie zadowoleni. To jakiś dobry człeczyna. Ale kiedy 
wróciwszy do siebie zastanowiłem się nad skutkami mego przeglądu lokatorów, 
ażem się schwycił za głowę. 
Miałem uregulować finanse kamienicy i otóż uregulowałem je tak, że na pewno 
dochód zmniejszył się o trzysta rubli rocznie. Ha! może tym rychlej Stach 
opatrzy się i sprzeda swój nabytek, który wcale nie był mu potrzebny. 
Ir wciąż mi niedomaga. Polityka stoi w jednej mierze: ciągła niepewność... 
ROZDZIAŁ TRZECI: 
SZARE DNIE I KRWAWE GODZINY 
W kwadrans po wyjeździe z Warszawy koleją warszawsko — bydgoską doznał 
dwu szczególnych, choć zupełnie różnych uczuć: owionęło go świeże powietrze, 
a on sam wpadł w jakiś dziwny letarg. 
Poruszał się swobodnie, był trzeźwy, myślał jasno i szybko, tylko nic go nie 
obchodziło; ani kto z nim jedzie, ani którędy jedzie, ani dokąd jedzie. Apatia ta 
rosła w miarę oddalania się od Warszawy. Za Pruszkowem prawie ucieszyły go 
krople deszczu, przez otwarte okno padające do wnętrza wagonu; później nieco 
ożywiła go gwałtowna burza za Grodziskiem; miał nawet pragnienie, ażeby go 
piorun zabił. Ale gdy burza przeszła, wpadł znowu w obojętność i nie 
interesował się niczym; nawet tym, że jego sąsiad z prawej strony spał mu na 
ramieniu, a sąsiad z przeciwka zdjął kamasze i oparł mu na kolanach nogi, w 
czystych zresztą skarpetkach. 
Około północy napadło na niego coś jakby sen, a może tylko jeszcze większa 
obojętność. Zasłonił firanką latarnię wagonu, przymknął oczy i myślał, że ta 
osobliwa apatia skończy się ze wschodem słońca. Ale nie skończyła się; 
owszem, do rana wzrosła i rosła coraz bardziej. Nie było mu z nią dobrze ani 
źle; tak sobie. 
Potem wzięto od niego paszport, potem zjadł śniadanie, kupił nowy bilet, kazał 
przenieść rzeczy do innego pociągu i ruszyli dalej. Nowa stacja, nowa zmiana 
pociągów, nowa jazda... Wagon drżał i turkotał, lokomotywa co pewien czas 
świstała, zatrzymywała się... Do przedziału zaczęli siadać ludzie mówiący po 
niemiecku, dwoje, troje... Potem całkiem zniknęli ludzie mówiący po polsku i 
wagon napełnił się samymi Niemcami. 
Zmieniał się też krajobraz. Ukazały się lasy otoczone wałami i złożone z drzew 
stojących w tak równej odległości jak żołnierze. Znikły drewniane chaty kryte 
słomą i coraz częściej zaczęły się pojawiać piętrowe domki kryte dachówką, 
otoczone ogródkami. Znowu postój, znowu jedzenie. Jakieś ogromne miasto... 
Ach! to chyba Berlin... Znowu jazda...Do wagonu siadają ludzie wciąż mówiący 
po niemiecku, ale jakby innym akcentem. Potem noc i sen... Nie, to nie sen, to 
tylko apatia. 
Zjawia się dwu Francuzów w przedziale. Krajobraz całkiem odmienny; szerokie 
horyzonty, wzgórza, winnice. Tu i ówdzie wielki dom piętrowy, stary, ale 
krzepki, zasłonięty drzewami, zawinięty jakby w bluszcze. Znowu rewizja 
walizki. Zmiana pociągów, do wagonu wchodzi dwu Francuzów i jedna 
Francuzka i robią taki hałas, jakby ich było z dziesięcioro. Są to ludzie 
widocznie dobrze wychowani; pomimo to śmieją się, kilka razy zmieniają 
miejsca i przepraszają Wokulskiego, lecz za co, on sam nie wie. 
Na jednej ze stacji Wokulski pisze kartkę do Suzina: „Paris-Grand Hôtel”, i daje 
ją konduktorowi wagonu razem z jakimś banknotem, nie troszcząc się ani o to, 
ile dał, ani o to, czy depesza dojdzie. Na następnej stacji ktoś wsuwa mu w rękę 
cały zwitek banknotów i jadą dalej;. Wokulski spostrzega, że znowu jest noc, i 
znowu zapada w stan, który może być snem, a może tylko utratą przytomności. 
Ma oczy zamknięte, pomimo to myśli, że śpi i że ten dziwny stan zobojętnienia 
opuści go w Paryżu. 
„Paryż!... Paryż!... (mówi sobie ciągle śpiąc). Wszakże od tylu lat o nim tylko 
marzyłem. To przejdzie... Wszystko przejdzie!...” 
Godzina dziesiąta rano, nowa stacja. Pociąg staje pod dachem; hałas, krzyk, 
bieganina. Wokulskiego napada od razu trzech Francuzów ofiarujących mu 
usługi. Nagle ktoś chwyta go za ramię. 
— No, Stanisławie Piotrowiczu, twoje szczęście, żeś przyjechał... 
Wokulski przypatruje się przez chwilę jakiemuś olbrzymowi z czerwoną twarzą 
i konopiastą brodą, wreszcie mówi: 
— Ach, Suzin! 
Padają sobie w objęcia. Suzinowi towarzyszy jeszcze dwu Francuzów z których 
jeden odbiera Wokulskiemu bilet na rzeczy. 
— Twoje szczęście, żeś przyjechał — mówi Suzin całując go jeszcze raz. Myślałem, 
że się skręcę w tym Paryżu bez ciebie... 
„Paryż...” — myśli Wokulski. 
— O mnie mniejsza — ciągnie dalej Suzin. -Takeś zhardział pomiędzy waszą 
parszywą szlachtą, że o mnie już nie dbasz. Ale dla ciebie samego szkoda 
pieniędzy... Straciłbyś z pięćdziesiąt tysięcy rubli... 
Dwaj Francuzi, towarzyszący Suzinowi, ukazują się znowu i mówią im, że już 
mogą jechać. Suzin bierze pod rękę Wokulskiego i wyprowadza go na plac, 
gdzie stoi mnóstwo omnibusów i powozów jedno- i dwukonnych, z woźnicami 
umieszczonymi z przodu lub z tylu. Przeszedłszy kilkanaście kroków trafiają na 
dwukonny powóz z lokajem. Siadają i jadą. 
— Patrzaj — mówi Suzin — to ulica Lafayette, a ot bulwar Magenta. Jedziem wciąż 
Lafayettem aż do hotelu przy Operze. Powiadam tobie, cud, nie miasto! No, a 
jak zobaczysz Elizejskie Pola, a potem między Sekwaną i Rivoli... Eh! ja tobie 
mówię, cud, nie miasto... Kobiety tylko trochę zanadto wypychają się. Ale tu 
inszy smak... Na wszelki sposób cieszę się, żeś przyjechał; pięćdziesiąt albo i 
więcej tysięcy rubli to nie nic... Ot, widzisz, Opera, a ot bulwar Kapucyński, a 
ot, nasza chata... 
Wokulski spostrzega ogromny pięciopiętrowy gmach, formy klinowatej, na 
wysokości drugiego piętra otoczony żelazną balustradą, przy szerokiej ulicy 
wysadzonej niezbyt starymi drzewami, pełnej omnibusów, powozów, ludzi 
konnych i pieszych. Ruch jest tak wielki, jak gdyby co najmniej połowa 
Warszawy biegła na zobaczenie jakiegoś wypadku; ulica jest tak gładka jak 
posadzka. Widzi, że jest w samym środku Paryża, lecz nie doznaje ani 
wzruszenia, ani ciekawości. Nic go nie obchodzi. 
Powóz wjeżdża we wspaniałą bramę, lokaj otwiera drzwiczki, wysiadają. Suzin 
bierze Wokulskiego pod rękę i prowadzi do małego pokoiku, który po chwili 
zaczyna wznosić się w górę. 
— A ot winda — mówi Suzin. — Ja mam tu dwa mieszkania. Jedno na pierwszym 
piętrze za sto franków dziennie, drugie na trzecim za dziesięć franków. I dla 
ciebie wziąłem za dziesięć franków. Trudna racja -wystawa!... 
Wychodzą z windy na korytarz i po chwili znajdują się w eleganckim saloniku, 
który posiada mahoniowe meble, szerokie łóżko pod baldachimem i szafę 
mającą zamiast drzwi ogromne lustro. 
— Siadaj, Stanisławie Piotrowiczu. Chcesz jeść czy pić, tu czy w sali? No, 
pięćdziesiąt tysięcy twoje... Bardzom kontent... 
— Powiedz mi — po raz pierwszy odezwał się Wokulski — za cóż to ja mam dostać 
pięćdziesiąt tysięcy?... 
— Może i więcej. 
— Dobrze, ale za co? 
Suzin rzuca się na fotel, opiera ręce na brzuchu i wybucha śmiechem. 
— Ot, za to samo, że się pytasz!... Inny nie pyta, za co weźmie pieniądze, tylko 
dawaj... A ty jeden chcesz wiedzieć, za co zarobisz takie pieniądze. Ach, ty 
gołąbku!... 
— To nie jest odpowiedź. 
— Zaraz ja tobie odpowiem — mówi Suzin. — Najpierw za to, żeś ty mnie jeszcze w 
Irkucku przez cztery lata rozumu uczył. Żeby nie ty, ja nie byłbym ten Suzin co. 
dziś. No, a ja, Stanisławie Piotrowiczu, ja nie wasz człowiek: za dobro daję 
dobro... 
— I to nie odpowiedź -wtrącił Wokulski. 
Suzin wzruszył ramionami. 
— Już ty w tej izbie nie chciej ode mnie objaśnienia; a tam na dole sam 
zrozumiesz. Może być, kupię trochę galanterii paryskich, a może być, 
kilkanaście statków kupieckich. Ja po francusku ani w ząb i po niemiecku też, 
więc trzeba mi człowieka takiego jak ty... 
— Nie znam się na statkach. 
— Bądź spokojny. Znajdziem tu inżynierów kolejowych i morskich, i 
wojskowych... Mnie nie o nich chodzi, ale o człowieka, który by gadał za mnie dla 
mnie. Zresztą, mówię tobie, jak zejdziemy tam na dół, miej ty dwie pary 
oczów i dwie pary uszów, ale jak wyjdziemy stamtąd, nie miej ty nawet 
pamięci. Ty to potrafisz, Stanisławie Piotrowiczu, a o resztę nie pytaj się. Ja 
zarobię dziesięć procent, tobie dam dziesięć procent od mego zarobku i sprawa 
skończona. A na co to, dla kogo i przeciw komu — nie pytaj. 
Wokulski milczał. 
— O czwartej przyjdą do mnie fabrykanci amerykańscy i francuscy. Możesz 
zejść? — spytał Suzin. 
— Dobrze. 
— A teraz przejedziesz się po mieście? 
— Nie. Teraz pójdę spać. 
— No, to i dobrze. Chodźże do twego mieszkania. 
Opuścili numer Suzina i o kilkanaście kroków dalej weszli do podobnego 
zupełnie saloniku: Wokulski rzucił się na łóżko, Suzin wyszedł na palcach i 
zamknął drzwi. 
Po odejściu Suzina Wokulski przymknął oczy i usiłował zasnąć. Może nie tyle 
zasnąć, ile odpędzić od siebie jakąś myśl natrętną, przed którą uciekł z 
Warszawy. Przez pewien czas zdawało mu się, że jej niema, że została tam i że 
dopiero szuka go stroskana, tułając się od Krakowskiego Przedmieścia do Alei 
Ujazdowskiej. 
„Gdzie on jest?... gdzie on jest?...” — szeptało widmo. 
„A jeżeli poleci za mną?... — spytał samego siebie Wokulski. — No, już chyba tu 
mnie nie znajdzie w tak wielkim mieście, w takim ogromnym hotelu...” 
„A może mnie już szuka?...” — pomyślał. 
Zamknął oczy jeszcze mocniej i począł huśtać się na materacu; który wydał mu 
się nadzwyczajnie szerokim i wyjątkowo sprężystym. Był pogrążony w dwu 
szmerach. Za drzwiami, na hotelowym korytarzu, ludzie rozmawiali i biegali, 
jakby w tej chwili stało się coś; za oknem, na ulicy, rozlegał się nieokreślony 
hałas, na który składają się turkoty licznych wozów, dźwięki dzwonów, głosy 
ludzkie, trąbki, wystrzały i Bóg nie wie co, a wszystko przytłumione i odległe. 
Potem przywidziało mu się, że jakiś cień zagląda do jego okna, a później, że po 
długim korytarzu ktoś chodzi ode drzwi do drzwi, puka i pyta: 
„Czy nie ma go tu?...” 
Istotnie ktoś chodził, pukał i nawet zapukał do jego drzwi; lecz nie odebrawszy 
odpowiedzi poszedł dalej. 
„Nie znajdzie mnie!... nie znajdzie...” — myślał Wokulski. 
Wtem otworzył oczy i włosy powstały mu na głowie. Naprzeciw siebie zobaczył 
taki sam pokój jak jego, takie samo łóżko z baldachimem, a na nim... siebie!... 
Było to jedno z najsilniejszych wstrząśnień, jakich doznał w życiu, 
sprawdziwszy własnymi oczyma, że tu, gdzie uważał się za zupełnie samotnego, 
towarzyszy mu nieodstępny świadek... on sam!... 
„Co za oryginalne szpiegowanie... — mruknął. — Głupie te szafy z lustrami.” 
Zerwał się z łóżka, jego sobowtór zerwał się równie szybko. Pobiegł do okna tamten 
także. Otworzył gorączkowo walizkę, ażeby przebrać się, i tamten 
również zaczął przebierać się, widocznie z zamiarem wyjścia na miasto. 
Wokulski czuł, że musi uciec z tego pokoju. Widmo, przed którym wyjechał z 
Warszawy, było już tu i stało za progiem. 
Umył się, włożył czystą bieliznę, przebrał się. Było ledwie wpół do pierwszej. 
„Trzy i pół godziny — pomyślał. — Coś trzeba z nimi zrobić...” 
Ledwie otworzył drzwi, już znalazł się służący z frazesem: 
— Monsieur?... 
Wokulski kazał zaprowadzić się do schodów, dał służącemu franka i zbiegł z 
trzeciego piętra na dół, jak człowiek, którego ścigają. 
Wyszedł przed bramę i zatrzymał się na chodniku. Ulica szeroka, wysadzona 
drzewami. W jednej chwili przelatuje około niego ze sześć powozów i żółty 
omnibus, naładowany podróżnymi wewnątrz i na dachu. Na prawo, gdzieś 
bardzo daleko, widać plac, na lewo — pod hotelem — niedużą markizę, a pod nią 
gromadę mężczyzn i kobiet, którzy siedzą przy okrągłych stoliczkach, prawie na 
chodniku, i piją kawę. Panowie są jak wydekoltowani, mają w dziurkach od 
guzików kwiaty lub wstążeczki i zakładają nogi na kolana akurat tak wysoko, 
jak przystoi w sąsiedztwie pięciopiętrowych domów; kobiety szczupłe, małe, 
śniade, z ognistymi spojrzeniami, lecz skromnie ubrane. 
Wokulski idzie w lewo i za węgłem tego samego hotelu, w tymże samym 
hotelu, widzi drugą markizę i drugą gromadę ludzi, pijących coś obok chodnika. 
Tu siedzi ze sto osób, jeżeli nie więcej; panowie mają miny impertynentów, 
damy są ożywione, przyjacielskie i pełne prostoty. Powozy jedno — i dwukonne 
toczą się w dalszym ciągu, gromady pieszych pędzą co chwilę w jedną i drugą 
stronę, przesuwa się żółty i zielony omnibus, tym zaś przecinają drogę 
omnibusy brunatne, wszystkie napełnione wewnątrz, wszystkie obładowane 
podróżnymi na dachach. Wokulski znajduje się na środku placu, z którego 
rozchodzi się siedem ulic. Liczy raz i drugi — siedem ulic... Gdzie iść? Chyba w 
kierunku drzew... Akurat dwie ulice, przecinające się pod kątem prostym, są 
zadrzewione... 
„Pójdę w kierunku ściany hotelu” -myśli Wokulski. 
Robi pół obrotu w lewo i staje zdumiony. 
W głębi na lewo widać jakiś potężny gmach. 
Na parterze — szereg arkad i posągów, na pierwszym piętrze olbrzymie kolumny 
kamienne i nieco mniejsze marmurowe, ze złoconymi kapitelami. Na wysokości 
dachu w kątach orły i złocone posągi, unoszące się nad złoconymi figurami 
rozhukanych koni. Dach bliżej płaski, dalej kopuła zakończona koroną, a 
jeszcze dalej — dach trójkątny, również dźwigający na szczycie grupę figur. 
Wszędzie marmur, brąz, złoto, wszędzie kolumny, posągi i medaliony... 
„Opera?... — myśli Wokulski. — Ależ tu jest więcej marmurów i brązów aniżeli w 
całej Warszawie!...” 
Przypomina sobie swój sklep, ozdobę miasta, rumieni się i idzie dalej. Czuje, że 
Paryż na pierwszym kroku przytłoczył go, i — jest kontent. 
Ruch powozów, omnibusów i ludzi pieszych zwiększa się w zastraszający 
sposób. Co kilka kroków werandy, okrągłe stoliki, ludzie siedzący przy 
chodnikach. Za powozem, który ma z tyłu lokaja, toczy się wózek ciągniony 
przez psa, mija go omnibus, potem dwaj ludzie z tragami, potem większy wóz 
na dwu kołach, potem dama i mężczyzna konno i znowu nieskończony szereg 
powozów. Bliżej chodnika — wózek z bukietami, drugi z owocami, naprzeciw 
pasztetnik, roznosiciel gazet, handlarz starzyzny, szlifierz, roznosiciel książek... 
— M'rchand d'habits... 
— „Figaro”!... — Exposition!... 
— „Guide Parisien!”... trois francs!... trois francs!... 
Ktoś wsuwa Wokulskiemu książkę w rękę, on płaci trzy franki i przechodzi na 
drugą stronę ulicy. Idzie szybko, lecz pomimo to widzi, że wszystko go 
wyprzedza: powozy i piesi. Oczywiście, jest to jakiś olbrzymi wyścig; więc 
przyśpiesza kroku, a choć jeszcze nikogo nie wyścignął, już zwraca na siebie 
powszechną uwagę. Jego przede wszystkim atakują roznosiciele gazet i książek, 
na niego patrzą kobiety, z niego w drwiący sposób uśmiechają się mężczyźni. 
Czuje, że on, Wokulski, który tyle hałasu robił w Warszawie, tutaj jest 
onieśmielony jak dziecko i... dobrze mu z tym... Ach, jakże pragnąłby znowu 
zostać dzieckiem z owej epoki, kiedy to jego ojciec naradzał się z przyjaciółmi: 
czy go oddać do kupca, czy do szkół? 
W tym miejscu ulica nieco zgina się na prawo. Wokulski pierwszy raz 
spostrzega dom trzypiętrowy i napełnia go jakaś rzewność. Dom trzypiętrowy 
między pięciopiętrowymi!... cóż to za miła niespodzianka... 
Nagle — mija go powóz z groomem na koźle, wiozący dwie kobiety. Jedna 
całkiem mu nie znana, druga... 
„Ona?... — szepcze Wokulski. — Niepodobieństwo!...” 
Mimo to czuje, że siły go opuszczają. Na szczęście, jest obok kawiarnia. Rzuca 
się na krzesło, tuż przy chodniku; zjawia się garson, o coś pyta, a następnie 
przynosi mazagran. Jednocześnie jakaś kwiaciarka przypina mu różę do tużurka, 
a roznosiciel gazet kładzie przednim „Figaro”. Wokulski tej rzuca dziesięć 
franków, temu franka, pije mazagran i zaczyna czytać: „Jej K. M. Królowa 
Izabela...” 
Mnie gazetę i chowa ją do kieszeni, nie dokończywszy mazagranu płaci za 
niego i — wstaje od stołu. Garson patrzy spod oka, dwaj goście, bawiący się 
cienkimi laseczkami, zakładają nogi jeszcze wyżej, a jeden z nich 
impertynencko przypatruje mu się przez monokl. 
„Gdybym tego franta uderzył w twarz? -myśli Wokulski. -Jutro pojedynek i 
może zabiłby mnie... Ale gdybym ja jego zabił?.. „ 
Przeszedł około franta i spojrzał mu w oczy. Elegantowi monokl spadł na 
kamizelkę i opuściła go ochota do półuśmieszków. 
Wokulski idzie dalej i z największą uwagą przypatruje się kamienicom Cóż tu 
za sklepy!... Najlichszy z nich lepiej wygląda aniżeli jego, który jest 
najpiękniejszym w Warszawie. Domy ciosowe; prawie na każdym piętrze 
wielkie balkony albo balustrady biegnące wzdłuż całego piętra. 
„Ten Paryż wygląda, jakby wszyscy mieszkańcy czuli potrzebę ciągłego 
komunikowania się jeżeli nie w kawiarniach, to za pomocą ganków” — myśli 
Wokulski. 
I dachy są jakieś oryginalne, wysokie, obładowane kominami, najeżone 
blaszanymi kominkami i szpicami. I na ulicach co krok wyrasta albo drzewo, 
albo latarnia, albo kiosk, albo kolumna zakończona kulą. Życie kipi tu tak silnie, 
że nie mogąc zużyć się w nieskończonym ruchu powozów, w szybkim biegu 
ludzi, w dźwiganiu pięciopiętrowych domów z kamienia, jeszcze wytryskuje ze 
ścian w formie posągów lub płaskorzeźb, z dachów w formie strzał i z ulic w 
postaci nieprzeliczonych kiosków. 
Wokulskiemu zdaje się, że wydobyty z martwej wody wpadł nagle w ukrop, 
który „burzy się i szumi, i pryska...” On, człowiek dojrzały i w swoim klimacie 
gwałtowny, poczuł się tu jak flegmatyczne dziecko, któremu imponuje wszystko 
i wszyscy. 
Tymczasem dokoła niego wciąż „wre i kipi, i szumi, i pryska”; nie widać końca 
tłumów ani powozów, ani drzew, ani olśniewających wystaw, ani nawet samej 
ulicy. Wokulski stopniowo zapada w odurzenie. Przestaje słyszeć hałaśliwą 
rozmowę przechodniów, potem głuchnie na krzyki handlarzy ulicznych, 
wreszcie na turkot kół. Potem zdaje mu się, że już gdzieś widział takie domy, 
taki ruch, takie kawiarnie; później myśli, że ostatecznie jest to nic wielkiego, a 
nareszcie budzą się w nim zdolności krytyczne, i mówi sobie, że — jakkolwiek w 
Paryżu częściej można słyszeć język francuski aniżeli w Warszawie, to jednak 
akcent tutejszy jest gorszy i wymowa mniej wyraźna. 
Tak rozważając zwalnia kroku i zaczyna nie ustępować z drogi. I kiedy myśli, 
że dopiero teraz Francuzi zaczną go wytykać palcami, spostrzega ze 
zdziwieniem, że już coraz mniej zwracają na niego uwagę. Po jednogodzinnym 
pobycie na ulicy stał się zwyczajną kroplą paryskiego oceanu. 
„To i lepiej!” — mruczy. 
Do tej chwili co kilkadziesiąt kroków, na prawo i na lewo, rozsuwały się domy i 
widać było jakąś boczną ulicę. Teraz jednolita ściana domów ciągnie się przez 
kilkaset kroków. Zaniepokojony, pośpiesza i ku wielkiemu zadowoleniu dociera 
nareszcie do bocznej ulicy; skręca trochę na prawo i czyta: Rue St. Fiacre. 
Uśmiecha się, przychodzi mu bowiem na myśl jakiś romans Pawła Kocka. 
Znowu boczna ulica i znowu czyta: Rue du Sentier. 
„Nie znam” — mówi do siebie. O kilkadziesiąt kroków dalej widzi: Rue 
Poissonniere, która mu przypomina jakąś sprawę kryminalną, a potem cały 
szereg krótkich uliczek wychodzących naprzeciw teatru „Gymnase”. 
„Cóż to znowu?...” — myśli spostrzegłszy na lewo ogromny budynek, 
niepodobny do żadnego z tych, jakie znał dotychczas. Jest to olbrzymi prostokąt 
z kamienia, a w nim brama z półkolistym sklepieniem. Oczywiście brama, która 
stoi na przecięciu się dwu ulic. Obok niej budka, gdzie zatrzymują się 
omnibusy; prawie naprzeciw kawiarnia i chodnik oddzielony od środka ulicy 
krótką żelazną balustradą. 
O paręset kroków dalej druga podobna brama, a między nimi szeroka ulica 
ciągnąca się na prawo i lewo. Ruch nagle potęguje się; tędy bowiem 
przejeżdżają aż trzy gatunki omnibusów i tramwaje. 
Wokulski spogląda na prawo i znowu widzi dwa szeregi latarń, dwa szeregi 
kiosków, dwa szeregi drzew i dwa szeregi pięciopiętrowych domów ciągnących 
się na długość Krakowskiego Przedmieścia i Nowego Światu. Końca ich nic 
widać, tylko gdzieś het, daleko, ulica podnosi się ku niebu, dachy zniżają się ku 
ziemi i wszystko znika. 
„No, choćbym miał zbłądzić i spóźnić się na sesję, pójdę w tamtą stronę!...” myśli. 
Wtem na skręcie wymija go młoda kobieta, której wzrost i ruchy robią na 
Wokulskim silne wrażenie. 
„Ona?... Nie... Naprzód, ona została w Warszawie, a po wtóre — spotykam już 
drugą taką... Złudzenia...” 
Ale siły opuszczają go, a nawet pamięć. Stoi na przecięciu się dwu ulic 
wysadzonych drzewami i absolutnie nie wie, skąd przyszedł. Ogarnia go strach 
paniczny, znany ludziom, którzy zbłądzili w lesie; szczęściem, nadjeżdża 
jednokonka, której furman uśmiecha się do niego w sposób bardzo przyjacielski. 
— Grand Hôtel — mówi Wokulski siadając. 
Dorożkarz dotyka ręką kapelusza i woła: 
— Naprzód, Lizetka... Ten szlachetny cudzoziemiec postawi ci za fatygę kwartę 
piwa. 
Następnie, odwróciwszy się bokiem do Wokulskiego, mówi: 
— Jedno z dwojga, obywatelu: albo dopiero dziś przyjechaliście, albo jesteście po 
dobrym śniadaniu... 
— Dziś przyjechałem -odpowiada Wokulski, uspokojony widokiem jego pełnej, 
czerwonej twarzy bez zarostu. 
— I piliście trochę, to zaraz widać — wtrąca dorożkarz. — A taksę znacie?.. 
— Wszystko jedno. 
— Naprzód, Lizetka!... Bardzo podobał mi się ten cudzoziemiec i myślę, że tylko 
tacy powinni pokazywać się na naszej wystawie. Czy aby jesteście pewni, 
obywatelu, że mamy jechać do Grand Hôtel?... — zwraca się do Wokulskiego. 
— Najzupełniej. 
— Naprzód, Lizetkal Ten cudzoziemiec zaczyna mi imponować. — Czy nie 
jesteście, obywatelu, z Berlina?... 
— Nie. 
Dorożkarz przypatruje mu się chwilę, wreszcie mówi: 
— Tym lepiej dla was. Nie mam wprawdzie pretensji do Prusaków, choć zabrali 
nam Alzację i spory kawał Lotaryngii, ale zawsze nie lubię mieć Niemca za 
kołnierzem. Skądże jesteście, obywatelu? 
— Z Warszawy. 
— Ah, ca... Piękny kraj... bogaty kraj... Naprzód, Lizetka!... Więc pan jesteś 
Polak?... Znam Polaków!... Oto plac Opery, obywatelu, a oto Grand Hôtel... 
Wokulski rzucił trzy franki dorożkarzowi, pędem wbiegł do bramy, a z niej na 
trzecie piętro. Ledwie stanął przed swoim numerem, już ukazał się uśmiechnięty 
służący i oddał mu bilet Suzina i pakiet listów. 
— Dużo interesantów... dużo interesantek! — rzekł służący patrząc na niego 
figlarnie. 
— Gdzież oni? 
— Są w salonie przyjęć, są w czytelni, są w sali jadalnej... Pan Jumart 
niecierpliwi się... 
— Któż jest pan Jumart? — spytał Wokulski. — Marszałek dworu pańskiego i pana 
Siuzę... Bardzo zdolny człowiek i duże mógłby panu oddać usługi, gdyby był 
pewny tak... z tysiąc franków gratyfikacji... — mówił wciąż figlarnie służący. 
— Gdzież on jest? 
— Na pierwszym piętrze, w pańskim salonie przyjęć. Pan Jumart jest bardzo 
zdolny człowiek, ale i ja może przydałbym się waszej ekscelencji, jakkolwiek 
nazywam się Miler. Naprawdę jednak jestem Alzatczyk i na honor, zamiast brać 
od pana, jeszcze płaciłbym dziesięć franków dziennie, byleśmy raz skończyli z 
Prusakami. 
Wokulski wszedł do numeru. 
— Nade wszystko niech panowie strzegą się tej baronowej... która już czeka w 
czytelni, a ma niby to przyjść dopiero o trzeciej... Przysięgnę, to Niemka... 
Jestem przecie Alzatczyk!... Ostatnie zdania Miler wypowiedział zniżonym 
głosem i cofnął się na korytarz. 
Wokulski otworzył bilet Suzina i czytał: „Sesja dopiero o ósmej — pisał Suzin masz 
czasu dosyć, więc załatw się z tymi interesantami, a nade wszystko z 
babami. Ja już, dalibóg, za stary, żeby im wszystkim dogodzić.” 
Wokulski zaczął przeglądać listy. Po większej części były to reklamy kupców, 
fryzjerów, dentystów, prośby o wsparcie, propozycje wyjawienia jakichś 
tajemnic, jedna odezwa od Armii Zbawienia. 
Z całego mnóstwa tych korespondencyj uderzyła Wokulskiego następna: 
„Osoba młoda, elegancka i przystojna pragnie zwiedzać z panem Paryż na 
wspólny koszt. Odpowiedź złożyć u szwajcara hotelu.” 
„Oryginalne miasto!” — mruknął Wokulski. 
Drugi, jeszcze ciekawszy list pochodził od owej baronowej... która od trzeciej 
miała czekać na schadzkę w czytelni. 
„To jeszcze pół godziny...” 
Zadzwonił i kazał przynieść do numeru śniadanie. W kilka minut podano mu 
szynkę, jaja, befsztyk, jakąś nieznaną rybę, kilka butelek rozmaitych trunków i 
maszynkę kawy czarnej. Jadł z wilczym ąpetytem, pił nie gorzej, wreszcie kazał 
Milerowi zaprowadzić się do owej sali przyjęć. 
Służący wyszedł z nim na korytarz, dotknął dzwonka, coś powiedział przez tubę 
i wprowadził Wokulskiego do windy. W minutę później Wokulski był na 
pierwszym piętrze, a gdy opuszczał windę, zastąpił mu drogę jakiś 
dystyngowany pan, z niedużymi wąsami, we fraku i białym krawacie. 
— Jumart... — odezwał się ten pan z ukłonem. 
Poszli kilkanaście kroków korytarzem i Jumart otworzył drzwi wspaniałego 
salonu. Wokulski o mało nie cofnął się zobaczywszy złocone meble, olbrzymie 
lustra i ściany ozdobione płaskorzeźbami. Na środku stał duży stół pokryty 
kosztownym obrusem i przywalony stosem papierów. 
— Mogę wprowadzić interesantów? — spytał Jumart. -Ci nie są, zdaje mi się, 
niebezpieczni. Tylko na baronowę... ośmielę się zwrócić uwagę... Czeka w 
czytelni. 
Ukłonił się i wyszedł z powagą do innego salonu, który zdawał się być 
poczekalnią. 
„Czy ja, do licha, nie wpadłem w jaką awanturę?” — pomyślał Wokulski. 
Ledwie Wokulski usiadł na fotelu i zaczął przeglądać papiery, wszedł lokaj w 
błękitnym fraku ozdobionym złotymi haftami i podał mu bilet na tacy. Na 
bilecie był napis: „Pułkownik”, i jakieś nic nie mówiące nazwisko. 
— Prosić. Po chwili ukazał się mężczyzna pięknego wzrostu, z siwą hiszpanką, 
takimiż wąsami i czerwoną wstążeczką przy klapie surduta: 
— Wiem, że mało ma pan czasu — odezwał się gość, lekko kłaniając się. — Mój 
interes jest krótki. Paryż — miasto wspaniałe pod każdym względem: czy chodzi 
o zabawę, czy o naukę ; ale potrzebuje wytrawnego przewodnika. Ponieważ 
znam wszystkie muzea, galerie, teatry, kluby, monumenta, instytucje rządowe i 
prywatne, słowem wszystko...więc jeżeli pan życzy sobie... 
— Niech pan raczy zostawić swój adres — odpowiedział Wokulski. 
— Władam czterema językami, mam znajomości w świecie artystycznym, 
literackim, naukowym i przemysłowym... 
— W tej chwili nie mogę panu dać odpowiedzi -przerwał Wokulski 
— Mam zgłosić się czy czekać na pańskie wezwanie? — spytał gość 
— Tak, odpowiem panu listownie. 
— Polecam się pamięci — odparł gość. Wstał z krzesła i ukłoniwszy się wyszedł. 
Lokaj przyniósł drugi bilet i niebawem ukazał się drugi gość. Był to człowiek 
pulchny i rumiany i wyglądał na właściciela sklepu bławatnego. Kłaniał się na 
całej przestrzeni ode drzwi do stołu. 
— Co pan każe? — spytał Wokulski. 
— Jak to, nie odgadł pan przeczytawszy nazwisko Escabeau?..Hannibal 
Escabeau?... — zdziwił się przybyły. — Karabin Escabeau daje siedemnaście 
strzałów na minutę; ten zaś, który będę miał honor zaprezentować panu, 
wyrzuca trzydzieści kul... 
Wokulski miał tak zdziwioną minę, że Hannibal Escabeau sam począł się 
dziwić. 
— Sądzę, że nie omyliłem się? -spytał gość. 
— Omylił się pan — odparł Wokulski. -Jestem kupcem galanteryjnym i karabiny 
nic mnie nie obchodzą. 
— Mówiono mi jednak... poufnie... — rzekł z naciskiem Escabeau — że panowie... 
— Źle pana poinformowano. 
— Ach, w takim razie przepraszam... To może być pod innym numerem... mówił 
gość cofając się i kłaniając. 
Nowy występ błękitnego fraka i białych spodni i nowy gość; tym razem mały, 
szczupły, czarny, z niespokojnym wejrzeniem. Ten prawie przybiegł do stołu, 
padł na krzesło, obejrzał się na drzwi i przysunąwszy się do Wokulskiego zaczął 
przyciszonym głosem: 
— Pewnie dziwi to pana, ale... rzecz jest ważna... zbyt ważna...W tych dniach 
zrobiłem olbrzymie odkrycie co do rulety... Trzeba tylko sześć do siedmiu razy 
dublować stawkę... 
— Wybaczy pan, ale ja się tym nie zajmuję -przerwał mu Wokulski: 
— Nie ufa mi pan?... To całkiem naturalne... Ale mam właśnie przy sobie małą 
ruletę... Możemy spróbować... 
— Przepraszam pana, w tej chwili nie mam czasu. 
— Trzy minuty, panie... minutkę... — Ani pół minuty. 
— Więc kiedyż mam przyjść? — pytał gość z miną bardzo zdesperowaną. 
— W każdym razie nieprędko. 
— Niechże mi pan przynajmniej pożyczy sto franków na oficjalne próby... 
— Mogę służyć pięcioma -odparł Wokulski sięgając do kieszeni. 
— O nie, panie, dziękuję... Nie jestem awanturnikiem... Zresztą...niech pan da... 
jutro odniosę... Pan może się tymczasem namyśli... 
Następny gość, człowiek okazałej tuszy, ze sznurem miniaturowych orderów na 
klapie surduta, proponował Wokulskiemu: dyplom doktora filozofii, order lub 
tytuł, i wydawał się bardzo zdziwionym, gdy propozycji nie przyjęto. Odszedł, 
nawet nie pożegnawszy się. 
Po nim nastąpiła paru minutowa przerwa. Wokulskiemu zdawało się, że w 
poczekalni słyszy szelest kobiecej sukni. Wytężył ucho... W tej chwili lokaj 
zameldował baronowę... 
Znowu długa pauza i ukazała się w salonie kobieta tak piękna i dystyngowana, 
że Wokulski mimo woli powstał z fotelu. Mogła mieć około czterdziestu lat; 
wzrost okazały, rysy bardzo regularne, postawa wielkiej damy. 
Milcząc wskazał jej fotel. Gdy zaś usiadła, spostrzegł, że jest wzburzona i 
szarpie w rękach haftowaną chusteczkę. Nagle odezwała się, dumnie patrząc mu 
w oczy: 
— Pan mnie zna? 
— Nie, pani. 
— Nie widział pan nawet moich portretów? 
— Nie. 
— Więc chyba nigdy pan nie był ani w Berlinie, ani w Wiedniu. 
— Nie byłem. 
Dama głęboko odetchnęła. 
— Tym lepiej — rzekła — będę śmielszą. Nie jestem baronowa...jestem zupełnie 
kim innym. Ale o to mniejsza. Chwilowo znalazłam się w trudnym położeniu... 
potrzebuję dwudziestu tysięcy franków... A ponieważ nie chcę w tutejszych 
lombardach zastawiać moich klejnotów, więc... Pojmuje pan? 
— Nie, pani. 
— Więc... mam do zbycia ważną tajemnicę... 
— Nie mam prawa nabywać tajemnic — odpowiedział już zmieszany Wokulski. 
Dama poruszyła się na fotelu. 
— Nie ma pan prawa?... Więc po cóż pan tu przyjechał?... — rzekła z lekkim 
uśmiechem. 
— A jednak nie mam... 
Dama podniosła się. 
— Tu — mówiła wzruszona -jest adres, pod którym można się zgłosić do mnie w 
ciągu dwudziestu czterech godzin, a tu... notatka, która może panu da trochę do 
myślenia... Żegnam. Wyszła z szelestem. Wokulski spojrzał na notatkę i znalazł 
w niej szczegóły dotyczące osoby jego i Suzina, które zazwyczaj stanowią treść 
paszportów. 
„No tak!... — myślał. — Miler przeczytał mój paszport i zrobił z niego wyciąg, 
nawet nie bez błędów... Woklusky... Cóż, u diabła czy oni mnie uważają za 
dziecko?...” 
Ponieważ nikt z gości już nie przychodził, Wokulski wezwał do siebie Jumarta. 
— Co pan rozkaże? — spytał elegancki marszałek dworu. 
— Chciałem z panem pomówić. 
— Prywatnie?... W takim razie pozwoli pan, że usiądę. Przedstawienie skończone, 
kostiumy idą do składu, aktorzy stają się równi sobie. 
Mówił to nieco ironicznym tonem i zachowywał się, jak przystało na człowieka 
bardzo dobrze wychowanego. Wokulski dziwił się coraz więcej. 
— Powiedz mi pan — rzekł — co to są za ludzie? 
— Ci, którzy byli u pana? — spytał Jumart. — Ludzie jak inni: przewodnicy, 
wynalazcy, pośrednicy... Każdy pracuje, jak umie, i stara się swoją pracę zbyć 
najkorzystniej. A że lubią zarobić, jeżeli się da, więcej niż warto, to już cecha 
Francuzów: 
— Pan nie jesteś Francuzem? 
— Ja?... urodziłem się w Wiedniu, kształciłem się w Szwajcarii i w Niemczech, 
długi czas mieszkałem we Włoszech, Anglii, Norwegii, Stanach 
Zjednoczonych... Moje zaś nazwisko najlepiej streszcza narodowość: tym 
jestem, w czyjej mieszkam oborze; wołem między wołami, koniem między 
końmi. A że wiem, skąd mam pieniądze i na co je wydaję, i ludzie o mnie 
wiedzą, więc zresztą nic mnie nie obchodzi. 
Wokulski przypatrywał mu się z uwagą. 
— Nie rozumiem pana — rzekł. 
— Widzi pan — mówił Jumart przebierając palcami po stole — za dużo zwiedziłem 
świata, ażebym miał troszczyć się o czyjąś narodowość. Dla mnie istnieją tylko 
cztery narodowości bez względu na języki. Numer pierwszy mają ci, o których 
wiem: — skąd biorą pieniądze i na co je wydają. Numer drugi — ci, o których 
wiem, skąd biorą, ale nie wiem, na co wydają. Numer trzeci ma znane wydatki, 
choć nieznane dochody, a numer czwarty noszą ci, których nie znam ani źródła 
dochodów, ani wydatków. O panu Escabeau wiem, że ma dochody z fabryki 
trykotaży, a wydaje pieniądze na zbudowanie jakiejś piekielnej broni, więc 
szanuję go... zaś o pani baronowej:.. nie wiem, ani skąd bierze pieniądze, ani na 
co je wydaje; i dlatego jej nie ufam. 
— Ja jestem kupcem, panie Jumart — odpowiedział Wokulski, niemile draśnięty 
wykładem powyższej teorii. 
— Wiem o tym. I jeszcze jest pan przyjacielem pana Siuzę, co także daje pewien 
procent. Nie do pana zresztą stosowały się moje uwagi; wypowiedziałem je jako 
odczyt, który mam nadzieję, opłaci mi się. 
— Jesteś pan filozofem — mruknął Wokulski. 
— Nawet doktorem filozofii dwu uniwersytetów — odparł Jumart. 
— I spełniasz pan rolę... 
— Służącego?... chciałeś pan powiedzieć — przerwał śmiejąc się Jumart. — Pracuję, 
panie, aby żyć i zabezpieczyć sobie rentę na starość. A o tytuł nie dbam: tyle ich 
już miałem!... Świat podobny jest do amatorskiego teatru: więc nieprzyzwoicie 
jest pchać się w nim do ról pierwszych, a odrzucać podrzędne. Wreszcie, każda 
rola jest dobra, byle grać ją z artyzmem i nie brać jej zbyt poważnie. 
Wokulski poruszył się. Jumart wstał z krzesła i ukłoniwszy się elegancko, rzekł: 
— Polecam panu moje usługi. Następnie wyszedł z salonu. 
„Mam gorączkę czy co?... — szepnął Wokulski ściskając głowę rękoma. Wiedziałem, 
że Paryż jest dziwny, ale żeby był aż tak dziwny...” 
Kiedy Wokulski spojrzał na zegarek, było dopiero wpół do czwartej. 
„Przeszło cztery godziny do sesji” -mruknął czując, że ogarnia go trwoga na 
myśl: co robić z czasem? Widział tyle nowych rzeczy, rozmawiał z tyloma 
nowymi ludźmi i jest dopiero wpół do czwartej!... 
Trapił go nieokreślony niepokój, czuł brak czegoś... „Może by znowu co zjeść? nie. 
Może czytać? — nie. Może rozmawiać? — już mam dosyć tej rozmowy..” 
Ludzie obrzydli mu; najmniej wstrętnymi byli ci chorzy na manię wynalazków i 
ten Jumart ze swoją klasyfikacją człowieczego gatunku. 
Nie miał odwagi wracać do swego numeru z wielkim lustrem; cóż mu więc 
postało, jeżeli nie oglądanie paryskich osobliwości. Kazał zaprowadzić się do 
sali jadalnej Grand Hôtel. Wszystko tu pyszne i ogromne, począwszy od ścian, 
sufitu i okien, skończywszy na liczbie i długości stołów. Ale Wokulski nie 
przypatrywał się; utkwił oczy w jednym z olbrzymich złoconych pająków i 
myślał: 
„Kiedy ona dosięgnie wieku baronowej... ona, przywykła do wydawania 
dziesiątków tysięcy rubli rocznie, kto wie, czy nie pójdzie też drogami 
baronowej?... Przecie i ta kobieta była młodą, i za nią mógł szaleć taki wariat jak 
ja, i ona nie pytała, skąd się biorą pieniądze... Dziś już wie skąd: z handlu 
tajemnicami ... Przeklęta sfera, która hoduje takie piękne i takie kobiety...” 
W sali było mu ciasno, więc wybiegł przed hotel utopić się w ulicznym gwarze. 
„Pierwej szedłem na lewo — myślał — teraz pójdę w prawo...” 
Wędrówka na oślep w niezmiernym mieście była jedyną rzeczą mającą dla 
niego jakiś gorzki powab. 
„Gdybym między tymi tłumami mógł zgubić samego siebie...”-szepnął. 
Skręcił tedy na prawo. Wyminął nieduży plac i wszedł na bardzo duży, obficie 
zasadzony drzewami. Na środku jego stał gmach prostokątny, otoczony 
kolumnami jak grecka świątynia; wielkie drzwi śpiżowe, okryte płaskorzeźbą, 
na szczycie frontonu również płaskorzeźba przedstawiająca, zdaje się, sąd 
ostateczny. 
Wkoło obszedł gmach myśląc o Warszawie. Z jakim trudem dźwigają się 
tamtejsze budowle nieduże, nietrwałe i płaskie, gdy tu siła ludzka, jakby dla 
rozrywki, wznosi olbrzymy i tak dalece jest niewyczerpana pracą, że jeszcze 
zalewa je ozdobami. 
Naprzeciw zobaczył niedługą ulicę, a za nią ogromny plac, na którym majaczyła 
wysmukła kolumna. Poszedł w tamtą stronę. Im bardziej zbliżał się, tym wyżej 
rosła kolumna i plac się rozszerzał. Przed i za kolumną biły duże wodotryski; na 
prawo i na lewo ciągnęły się już żółknące kępy drzew jak ogrody; w głębi widać 
było rzekę, nad którą co chwilę rozsnuwał się dym szybko przelatującego 
parostatku. 
Na placu kręciło się niewiele stosunkowo powozów; natomiast było dużo dzieci 
z matkami i bonami. Krążyli wojskowi różnej broni i gdzieś grała orkiestra. 
Wokulski zbliżył się do obelisku i ogarnęło go zdumienie. Znajdował się na 
środku obszaru mającego ze dwie wiorsty długości i z półszerokości. Za sobą 
miał ogród, przed sobą bardzo długą aleję. Po obu jej stronach ciągnęły się 
skwery i pałace, a daleko, na wzgórzu, wznosiła się ogromna brama. Wokulski 
czuł; że w tym miejscu może mu zabraknąć przymiotników i stopni 
najwyższych. 
— To jest plac Zgody, to obelisk z Luxor (oryginalny, panie!), za nami Ogród 
Tuileryjski, przed nami Pola Elizejskie, a tam, na końcu...Łuk Gwiazdy... 
Wokulski obejrzał się: przy nim kręcił się jakiś pan w ciemnych okularach i 
nieco podartych rękawiczkach. 
— Możemy tam podejść... Boski spacer!... Czy widzisz pan ten ruch... — mówił 
nieznajomy. Nagle umilkł, szybko odszedł i zniknął między dwoma 
przejeżdżającymi powozami. Natomiast zbliżył się jakiś wojskowy w krótkiej 
pelerynie, z kapturem na plecach. Wojskowy chwilę przypatrzył się 
Wokulskiemu i rzekł z uśmiechem: 
— Pan cudzoziemiec?... Niech pan będzie ostrożny ze znajomościami w Paryżu. 
Wokulski machinalnie dotknął bocznej kieszeni surduta i już nie znalazł tam 
srebrnej papierośnicy. Zarumienił się, podziękował wojskowemu w pelerynie, 
lecz nie przyznał się do straty. Przyszły mu na myśl definicje Jumarta i 
powiedział sobie, że już zna źródło dochodów pana w podartych rękawiczkach, 
choć nie wie jeszcze o jego wydatkach. 
„Jumart ma rację — szepnął. — Złodzieje są mniej niepewni od ludzi, którzy nie 
wiadomo skąd czerpią dochody...” 
I przypomniał sobie, że w Warszawie jest bardzo wielu takich. „Może dlatego 
nie ma tam gmachów i łuków triumfalnych...” 
Szedł Polami Elizejskimi i odurzał się ruchem nieskończonych sznurów karet i 
powozów, między którymi przesuwali się jeźdźcy i amazonki. Szedł odpędzając 
od siebie posępne myśli, które krążyły nad nim jak stada nietoperzów. Szedł i 
lękał się spojrzeć za siebie; zdawało mu się, że na tej drodze, kipiącej 
przepychem i weselem, on sam jest jak zdeptany robak, który wlecze za sobą 
wnętrzności. 
Dotarł do Łuku Gwiazdy i powoli zawrócił się z powrotem. Gdy znowu dosięgał 
placu Zgody, zobaczył, poza Tuileryjskim Ogrodem, ogromną czarną kulę, która 
szybko szła w górę, zatrzymała się pewien czas i powoli opadła na dół. 
„Ach, to tu jest balon Giffarda? — pomyślał. — Szkoda, że nie mam dziś czasu!...” 
Z placu skręcił w jakąś ulicę, gdzie na prawo ciągnął się ogród oddzielony 
żelaznymi sztachetami i słupami, na których stały wazony, a na lewo — szereg 
kamienic z pólokrągłymi dachami, z lasem kominów i kominków, z nie 
kończącymi się balustradami... Szedł powoli i z trwoga myślał, że ledwie po 
ośmiogodzinnym pobycie Paryż zaczyna go nudzić... 
„Bah! — szepnął. — A wystawa, a muzea, a balon?.. „ 
Idąc wciąż ulicą Rivoli, około siódmej dotarł do placu, na którym wznosiła się, 
samotna jak palec, wieża gotycka, otoczona drzewami i niskim płotem z prętów 
żelaznych. Stąd znowu rozbiegało się kilka ulic ; Wokulski uczuł znużenie, 
kiwnął na fiakra i po upływie pół godziny znalazł się w hotelu spotkawszy po 
drodze znajomą już bramę St. Denis. 
Sesja z fabrykantami okrętów i odnośnymi inżynierami przeciągnęła się do 
północy, przy udziale bardzo wielu butelek szampana. Wokulski, który musiał 
wyręczać w rozmowie Suzina i robił dużo notatek, dopiero przy tej pracy 
uspokoił się zupełnie. Rześko pobiegł do swojego numeru i zamiast dręczyć się 
lustrem, wziął do poduszki plan Paryża umieszczony w Przewodniku. 
„Bagatela! — mruknął. — Około stu wiorst kwadratowych powierzchni, dwa 
miliony mieszkańców, kilka tysięcy ulic i kilkanaście tysięcy powozów 
publicznych...” 
Potem przejrzał długi spis najznakomitszych budowli paryskich i ze wstydem 
pomyślał, że chyba nigdy nie zorientuje się w tym mieście. 
„Wystawa... Nôtre-Dame... Hale Centralne... Plac Bastylii... Magdalena... 
Ścieki... No, dajcie mi spokój!” — mówił. 
Zgasił świecę. Na ulicy było cicho; przez okno napływał szary blask świateł 
odbitych chyba od obłoków. Ale Wokulskiemu szumiało i dzwoniło w uszach, a 
przed oczyma ukazywały mu się to ulice gładkie jak posadzka, to drzewa 
otoczone żelaznymi koszykami, to gmachy budowane z ciosowego kamienia, to 
znowu ciżba ludzi i powozów wychodzących nie wiadomo skąd i biegnących 
nie wiadomo dokąd. Przypatrując się tym pierzchliwym widziadłom usypiał i 
myślał, że jednak ten pierwszy dzień w Paryżu upamiętni mu się na całe życie. 
Potem marzyło mu się, że to morze domów i las posągów, i nieskończone 
szeregi drzew zwalają się na niego i że on sam już śpi w niezmiernym grobowcu 
samotny, cichy, prawie szczęśliwy. Śpi, o niczym nie myśli, o nikim nie 
pamięta, i tak przespałby wieki, gdyby, ach! nie ta kropla żalu, która leży w nim 
czy obok niego, tak mała, że jej nie dojrzy ludzkie oko, a tak gorzka, że 
mogłaby cały świat zatruć. 
Od dnia, w którym po raz pierwszy skąpał się w Paryżu, zaczęło się dla 
Wokulskiego życie prawie mistyczne. Poza obrębem kilku godzin, które 
poświęcał naradom Suzina z budowniczymi okrętów, Wokulski był zupełnie 
swobodny i używał tego czasu na najnieporządniejsze zwiedzanie miasta. 
Wybierał jakąś miejscowość według alfabetu w Przewodniku i nawet nie patrząc 
na plan jechał tam otwartym powozem. Wdrapywał się na schody, obchodził 
gmachy, przebiegał sale, zatrzymywał się przed ciekawszymi okazami i tym 
samym fiakrem, wynajętym na cały dzień, przenosił się do innej miejscowości, 
znowu według alfabetu. A ponieważ największym niebezpieczeństwem, jakiego 
lękał się, był brak zajęcia, więc wieczorami oglądał plan miasta, wykreślał już 
obejrzane punkta i robił notatki. 
Niekiedy w wycieczkach towarzyszył mu Jumart i prowadził go do miejsc, o 
których nie wspominają przewodniki: do składów kupieckich, do warsztatów 
fabrycznych, do mieszkań rękodzielników, do kwater studenckich, do kawiarni i 
restauracyj na ulicach czwartego rzędu. I tu dopiero Wokulski poznawał 
właściwe życie Paryża. 
W ciągu tych wędrówek wchodził na wieże: St. Jacques, Nôtre-Dame i 
Panteonu, wjeżdżał windą na Trocadero, zstępował do ścieków paryskich i do 
ozdobionych trupimi głowami katakumb, zwiedzał wystawę powszechną, 
Louvre i Cluny, Lasek Buloński i cmentarze, kawiarnie de la Rotonde, du Grand 
Balcon i fontanny, szkoły i szpitale, Sorbonę i salę fechtunku, hale i 
konserwatorium muzyczne, bydłobójnie i teatry, giełdę, Kolumnę Lipcową i 
wnętrza świątyń. Wszystkie te widoki tworzyły dokoła niego chaos, któremu 
odpowiadał chaos panujący we własnej duszy. 
Nieraz przebiegając myślą oglądane przedmioty: od pałacu wystawy, mającego 
dwie wiorsty w obwodzie, do perły w koronie Burbonów, niewiększej od ziarna 
grochu, pytał: czego ja chcę.?... I okazywało się, że nie chciał niczego. Nic nie 
przykuwało jego uwagi, nie przyśpieszało bicia serca, nie pobudzało go do 
czynów. Gdyby za cenę pieszej podróży od cmentarza Montmartre do cmentarza 
Montparnasse ofiarowano mu cały Paryż pod warunkiem, żeby go to zajęło i 
rozgrzało, nie przeszedłby tych pięciu wiorst. Przechodził zaś ich dziesiątki 
dziennie dlatego tylko, ażeby zagłuszyć wspomnienia. 
Nieraz zdawało mu się, że jest istotą, która dziwnym zbiegiem wypadków 
urodziła się przed kilkoma dniami tu, na bruku paryskim, i że wszystko, co mu 
przychodziło na pamięć, jest złudzeniem, jakimś snem przedbytowym, który 
nigdy nie istniał w rzeczywistości. Wówczas mówił sobie, że jest zupełnie 
szczęśliwy, jeździł z jednego końca Paryża na drugi i jak szaleniec garściami 
rozrzucał luidory. 
„Wszystko jedno!” — mruczał. 
Ach, gdyby tylko nie ta kropla żalu, tak mała, a tak gorzka! 
Czasami na tle szarych dni, w których zdawało mu się, że na jego głowę wali się 
cały świat pałaców, fontann, rzeźb, obrazów i machin, trafiał się wypadek, który 
przypominał mu, że on nie jest złudzeniem, ale rzeczywistym człowiekiem, 
chorym na raka w duszy. 
Był raz w teatrze „Varietes” na ul. Montmartre, o paręset kroków od swego 
hotelu. Miano grać trzy wesołe sztuczki, między nimi jedną operetkę. Poszedł 
tam, ażeby odurzyć się błazeństwem, i prawie natychmiast po podniesieniu 
kurtyny usłyszał na scenie frazes wypowiedziany płaczliwym głosem: 
„Kochanek wszystko wybaczy kochance, wyjąwszy drugiego kochanka...” — Niekiedy trzeba wybaczyć trzech albo i czterech!... — odezwał się ze śmiechem 
siedzący obok niego Francuz. 
Wokulski uczuł brak powietrza, zdawało mu się, że ziemia rozstępuje się pod 
nim i sufit upada na niego. Nie mógł wytrzymać w teatrze; wstał z krzesła, na 
nieszczęście położonego gdzieś we środku teatru, i oblany zimnym potem, 
depcząc po nogach sąsiadów, uciekł z przedstawienia. Biegł w stronę hotelu i 
wpadł do pierwszej narożnej kawiarni. O co go pytano, co odpowiedział, nic 
pamięta. Wiedział tylko, że podano mu kawę i karafkę koniaku, naznaczoną 
kreskami, które odpowiadały objętości kieliszka. 
Wokulski pił i myślał; 
„Starski to jest ten drugi kochanek, Ochocki trzeci... A Rossi?...Rossi, któremu 
ja urządzałem klakę i znosiłem mu do teatru prezenta...Czymże on był?... Głupi 
człowieku, ależ to jest Mesalina, jeżeli nie ciałem, to duchem... I ja, ja mam 
szaleć dla niej?... Ja!...” 
Czuł, że oburzenie uspokaja go; gdy przyszło do rachunku, przekonał się, że... 
karafka była pusta... 
„A jednakże ten koniak uspakaja...” — pomyślał. 
Odtąd, ile razy przypomniała mu się Warszawa albo ile razy spotkał kobietę 
mającą coś szczególnego w ruchach, w ubiorze czy fizjognomii, wpadał do 
kawiarni i wypijał karafkę koniaku. Tylko wówczas śmiało przypominał sobie 
pannę Izabelę i dziwił się, że taki jak on człowiek mógł kochać taką jak ona 
kobietę. 
„Przecież chyba zasługuję na to — myślał — ażebym był pierwszymi ostatnim...” 
Karafka koniaku wypróżniała się, a on opierał głowę na rękach i drzemał, ku 
wielkiej uciesze garsonów i gości. 
I znowu po całych dniach zwiedzał wystawę, muzea, studnie artezyjskie, szkoły 
i teatry nie dlatego, ażeby coś poznać, ale żeby zagłuszyć wspomnienia. 
Powoli, na tle głuchych, nieokreślonych cierpień, poczęło się w nim rodzić 
pytanie: czy istnieje jaki porządek w budowie Paryża? Czy jest przedmiot, z 
którym można by go porównać, i ład, pod który dałoby się go podciągnąć? 
Widziany z Panteonu i z Trocadero, Paryż przedstawiał się jednakowo: było to 
morze domów, przecięte tysiącem ulic, nierówne dachy wyglądały jak fale, 
kominy jak odpryski, a wieże i kolumny jak większe fale. 
„Chaos! — mówił Wokulski. — Zresztą nie może być inaczej tam, gdzie zbiegają 
się miliony usiłowań. Wielkie miasto jest jak obłok kurzu; ma przypadkowe 
kontury, lecz nie może mieć logiki. Gdyby ją miało, już od dawna wykryliby ten 
fakt autorowie przewodników; bo i od czegóż oni są?...” 
I przyglądał się planowi miasta wyśmiewając własne wysiłki. 
„Tylko jeden człowiek, i w dodatku genialny człowiek, może wytworzyć jakiś 
styl, jakiś plan — myślał. 
— Ale żeby miliony ludzi, pracujących przez kilka wieków i nie wiedzących 
jeden o drugim, wytworzyło jakąś logiczną całość, jest to wprost niepodobne.” 
Powoli jednakże, ku największemu zdziwieniu, spostrzegł, że ów Paryż 
budowany przez kilkanaście wieków, przez milion ludzi, nie wiedzących o sobie 
i nie myślących o żadnym planie, ma jednakże plan, tworzy całość, nawet 
bardzo logiczną. 
Uderzyło go naprzód to, że Paryż jest podobny do olbrzymiego półmiska, o 
dziewięciu wiorstach szerokości z północy na południe i o jedynastu — długości 
ze wschodu na zachód. Półmisek ten w stronie południowej jest pęknięty .i 
przedzielony Sekwaną, która przecina go łukiem biegnącym od kąta 
południowo-wschodniego przez środek miasta i skręca do kąta południowozachodniego. 
Ośmioletnie dziecko mogłoby wyrysować taki plan. 
„No dobrze — myślał Wokulski — ale gdzież tu jest jakiśkolwiek ład w ustawieniu 
osobliwych budynków... Nôtre-Dame w jednej stronie, Trocadero w innej 
stronie, a Louvre, a giełda, a Sorbona!... Chaos, i tyle...” 
Lecz gdy pilniej zaczął rozglądać się w planie Paryża, spostrzegł to, czego nie 
dojrzeli rodowici paryżanie (co byłoby mniej dziwne) ani nawet K. Baedeker, 
roszczący sobie prawo do orientowania się po całej Europie. 
Paryż pomimo pozornego chaosu ma plan, ma logikę, chociaż budowało go 
przez kilkanaście wieków miliony ludzi nic wiedzących o sobie i bynajmniej nic 
myślących o logice i stylu. 
Paryż posiada to, co można by nazwać kręgosłupem, osią krystalizacji miasta. 
Lasek Vincennes leży w stronie południowo-wschodniej, a kraniec Lasku 
Bulońskiego w północno-zachodniej stronie Paryża. Otóż: owa oś krystalizacji 
miasta podobna jest do olbrzymiej gąsienicy (mającej prawie sześć wiorst 
długości), która znudziwszy się w Lasku Vincennes poszła na spacer do Lasku 
Bulońskiego. 
Ogon jej opiera się o plac Bastylii, głowa o Łuk Gwiazdy, korpus prawie 
przylega do Sekwany. Szyję stanowią Pola Elizejskie, gorset Tuileries i Louvre, 
ogonem jest Ratusz, Nótre-Dame i nareszcie Kolumna Lipcowa na placu 
Bastylii. 
Gąsienica ta posiada wiele nóżek krótszych i dłuższych. Idąc od głowy pierwsza 
para jej nóżek opiera się na lewo: o Pole Marsowe, pałac Trocadero i wystawę, 
na prawo aż o cmentarz Montmartre. Druga para (nóżki krótsze) na lewo sięga 
do Szkoły Wojskowej, Hoteludes Invalides, i Izby Deputowanych, na prawo 
kościoła Magdaleny i Opery. Potem idzie (wciąż ku ogonowi) na lewo Szkoła 
Sztuk Pięknych, na prawo Palais Royal, bank i giełda; na lewo Institut deFrance 
i mennica, na prawo Hale Centralne; na lewo Pałac Luksemburski, muzeum 
Cluny i Szkoła Medyczna, na prawo plac Republiki, z koszarami ks. 
Eugeniusza. 
Niezależnie od osi krystalizacyjnej i prawidłowości w ogólnym konturze miasta 
Wokulski przekonał się jeszcze (o czym zresztą mówiły przewodniki), że w 
Paryżu istnieją całe dziedziny prac ludzkich i jakiś porządek w ich układzie. 
Pomiędzy placem Bastylii i placem Rzeczypospolitej skupia się przemysł i 
rzemiosła; naprzeciw nich, po drugiej stronie Sekwany, leży „dzielnica 
łacińska”, gniazdo uczących się i uczonych. Między Operą, placem 
Rzeczypospolitej i Sekwaną gromadzi się handel wywozowy i finanse; między 
Nótre-Dame, Instytutem Francuskim i cmentarzem Montparnasse gnieżdżą się 
szczątki arystokracji rodowej. Od Opery do Łuku Gwiazdy ciągnie się dzielnica 
bogatych dorobkiewiczów, a naprzeciw nich, po lewej stronie Sekwany, obok 
Hotelu Inwalidów i Szkoły Wojskowej jest siedziba militaryzmu i 
wszechświatowych wystaw. 
Obserwacje te zbudziły w duszy Wokulskiego nowe prądy, o których pierwej 
nie myślał albo myślał niedokładnie. Zatem wielkie miasto, jak roślina i 
zwierzę, ma właściwą sobie anatomię i fizjologię. Zatem — praca milionów ludzi, 
którzy tak głośno krzyczą o swojej wolnej woli, wydaje te same skutki, co praca 
pszczół budujących regularne plastry, mrówek wznoszących ostrokrężne kopce 
albo związków chemicznych układających się w regularne kryształy. 
Nie ma więc w społeczeństwie przypadku, ale nieugięte prawo, które jakby na 
ironię z ludzkiej pychy, tak wyraźnie objawia się w życiu najkapryśniejszego 
narodu, Francuzów! Rządzili nimi Merowingowie i Karlowingowie, Burboni i 
Bonapartowie, były trzy republiki i parę anarchii, była inkwizycja i ateizm, 
rządcy i ministrowie zmieniali się jak krój sukien albo obłoki na niebie... Lecz 
pomimo tylu zmian, tak na pozór głębokich, Paryż coraz dokładniej przybierał 
formę półmiska rozdartego przez Sekwanę; coraz wyraźniej rysowała się na nim 
oś krystalizacji, biegnąca z placu Bastylii do Łuku Gwiazdy, coraz jaśniej 
odgraniczały się dzielnice: uczona i przemysłowa, rodowa i handlowa, 
wojskowa i dorobkiewiczowska. 
Ten sam fatalizm spostrzegł Wokulski w historii kilkunastu głośniejszych rodzin 
paryskich. Dziad, jako skromny rzemieślnik, pracował przy ulicy Temple po 
szesnaście godzin na dobę; jego syn skąpawszy się w cyrkule łacińskim założył 
większy warsztat przy ulicy Św. Antoniego. Wnuk, jeszcze lepiej zanurzywszy 
się w naukowej dzielnicy, przeniósł się jako wielki handlarz na bulwar 
Poissonniere, zaś prawnuk, już jako milioner, zamieszkał w sąsiedztwie Pól 
Elizejskich po to, ażeby..jego córki mogły chorować na nerwy przy bulwarze St. 
Germain. I tym sposobem ród spracowany i zbogacony około Bastylii, zużyty 
około Tuileries, dogorywał w pobliżu Nôtre-Dame. Topografia miasta 
odpowiadała historii mieszkańców. 
Wokulski rozmyślając o tej dziwnej prawidłowości w faktach, uznawanych za 
nieprawidłowe, przeczuwał, że jeżeli co mogłoby go uleczyć z apatii, to chyba 
tego rodzaju badania. 
„Jestem dziki człowiek — mówił sobie — więc wpadłem w obłęd, ale wydobędzie 
mnie z niego cywilizacja.” 
Każdy zresztą dzień w Paryżu przynosił mu nowe idee albo rozjaśniał tajemnice 
jego własnej duszy. 
Raz, gdy siedział przed kawiarnią pijąc mazagran, zbliżył się do werendy jakiś 
uliczny tenor i przy akompaniamencie arfy zaśpiewał: 
Au printemps, la feuille repousse 
Et la flteur embellit les prés, 
Mignonette, en foulant la mousse, 
Suivons les papillons diaprés. 
Vois les se poser sur les roses; 
Comme eux aussi je veux poser 
Ma lévre sur tes lévres closes, 
Et te ravir un doux baiser! 
I natychmiast kilku gości powtórzyło ostatnią strofę: 
Vois les se poser sur les roses; 
Comme eux aussi je veux poser 
Ma lévre sur tes lévres closes, 
Et te ravir un doux baiser! 
„Głupcy! — mruknął Wokulski. — Nie mają co powtarzać, tylko takie 
błazeństwa.” 
Wstał zachmurzony i z bólem w sercu przesuwał się pomiędzy potokiem ludzi 
tak ruchliwych, krzykliwych, rozmawiających i śpiewających jak dzieci 
wypuszczone ze szkoły. 
„Głupcy! głupcy!...” — powtarzał. 
Nagle przyszło mu na myśl: czy to on raczej nie jest głupi?... 
„Gdyby ci wszyscy ludzie -mówił sobie — byli podobni do mnie, Paryż 
wyglądałby jak szpital smutnych wariatów. Każdy trułby się jakimś widziadłem, 
ulice zamieniłyby się w kałuże, a domy w ruinę. Tymczasem oni biorą życie, 
jakim jest, uganiają się za praktycznymi celami, są szczęśliwi i tworzą 
arcydzieła. 
A ja za czym goniłem? Naprzód -za perpetuum mobile i kierowaniem balonami, 
potem za zdobyciem stanowiska, do którego nie dopuszczali mnie moi właśni 
sprzymierzeńcy, nareszcie za kobietą, do której prawie nie wolno mi się zbliżyć. 
A zawsze albo poświęcałem się, albo ulegałem ideom wytworzonym przez 
klasy, które chciały mnie zrobić swoim sługą i niewolnikiem.” 
I wyobrażał sobie, jak by to było, gdyby zamiast w Warszawie przyszedł na 
świat w Paryżu. Przede wszystkim dzięki mnóstwu instytucyj mógłby więcej 
nauczyć się w dzieciństwie. Później, nawet dostawszy się do kupca, doznałby 
mniej przykrości, a więcej pomocy w studiach. Dalej, nie pracowałby nad 
perpetuum mobile przekonawszy się, że w tutejszych muzeach istnieje wiele 
podobnych machin, które nigdy nie funkcjonowały. Gdyby zaś wziął się do 
kierowania balonami, znalazłby gotowe modele, całe grupy podobnych jak on 
marzycieli, a nawet pomoc w razie praktyczności pomysłów. 
A gdyby nareszcie, posiadając majątek, zakochał się w arystokratycznej pannie, 
nie napotkałby tylu przeszkód w zbliżeniu się do niej. Mógłby ją poznać i albo 
wytrzeźwiałby, albo zdobyłby jej wzajemność. W żadnym zaś wypadku nie 
traktowano by go jak Murzyna w Ameryce. Zresztą, czy w tym Paryżu można 
zakochać się tak jak on do szaleństwa? 
Tu zakochani nie rozpaczają, ale tańczą, śpiewają i w ogóle najweselej pędzą 
życie. Gdy nie mogą zdobyć się na małżeństwo urzędowe, tworzą wolne stadło; 
gdy nie mogą przy sobie chować dzieci, oddają je na mamki. Tu miłość nigdy 
chyba nie doprowadziła do obłędu rozsądnego człowieka. 
„Dwa ostatnie lata mojej egzystencji — mówił Wokulski — schodzą na uganianiu 
się za kobietą, której może bym się nawet wyrzekł poznawszy ją dokładniej. 
Cała moja energia, nauka, zdolności i taki ogromny majątek toną w jednym 
afekcie dlatego tylko, że ja jestem kupcem, a ona jakąś tam arystokratką... 
Czyliż ten ogół w mojej osobie nie krzywdzi samego siebie...” 
Tu Wokulski dosięgnął najwyższego punktu samokrytyki: poznał 
niedorzeczność swego położenia i postanowił wydobyć się. 
„Co robić, co robić?... — myślał. — Jużci to, co robią inni.” 
A cóż oni robią?... Przede wszystkim — nadzwyczajnie pracują, po szesnaście 
godzin na dobę, bez względu na niedzielę i święta. Dzięki czemu spełnia się tu 
prawo doboru, wedle którego tylko najsilniejsi mają prawo do życia. Chorowity 
zginie tu przed upływem roku, nieudolny w ciągu kilku lat, a zostają tylko 
najsilniejsi i najzdolniejsi. Ci zaś dzięki pracy całych pokoleń takich jak oni 
bojowników znajdują tu zaspokojenie wszelkich potrzeb. 
Olbrzymie ścieki chronią ich od chorób, szerokie ulice ułatwiają im dopływ 
powietrza; Hale Centralne dostarczają żywności, tysiące fabryk — odzieży i 
sprzętów. Gdy paryżanin chce zobaczyć naturę, jedzie za miasto albo do 
„lasku”, gdy chce nacieszyć się sztuką, idzie do galerii Louvre'u, a gdy pragnie 
zdobyć wiedzę, ma muzea i gabinety. 
Praca nad szczęściem we wszystkich kierunkach — oto treść życia paryskiego. Tu 
przeciw zmęczeniu zaprowadzono tysiące powozów, przeciw nudzie setki 
teatrów i widowisk, przeciw nieświadomości setki muzeów, bibliotek i 
odczytów. Tu troszczą się nie tylko o człowieka, ale nawet o konia dając mu 
gładkie gościńce; tu dbają nawet o drzewa, przenoszą je w specjalnych wozach 
na nowe miejsce pobytu, chronią żelaznymi koszami od szkodników, ułatwiają 
dopływ wilgoci, pielęgnują w razie choroby. 
Dzięki troskliwości o wszystko przedmioty znajdujące się w Paryżu przynoszą 
wielorakie korzyści. Dom, sprzęt, naczynie jest nie tylko użyteczne, ale i piękne, 
nie tylko dogadza muskułom, ale i zmysłom. I na odwrót — dzieła sztuki są nie 
tylko piękne, ale i użyteczne. Przy łukach triumfalnych i wieżach kościołów 
znajdują się schody ułatwiające wejście na szczyt i spoglądanie na miasto z 
wysokości. Posągi i obrazy są dostępne nie tylko dla amatorów, ale dla artystów 
i rzemieślników, którzy w galeriach mogą zdejmować kopie. 
Francuz, gdy coś wytwarza, dba naprzód o to, ażeby dzieło jego odpowiadało 
swemu celowi, a potem — ażeby było piękne. I jeszcze niekończąc na tym 
troszczy się o jego trwałość i czystość. Prawdę tę stwierdzał Wokulski na 
każdym kroku i na każdej rzeczy, począwszy od wózków wywożących śmiecie 
do otoczonej barierą Wenus milońskiej. Odgadł również skutki podobnego 
gospodarstwa, że nie marnuje się tu praca: każde pokolenie oddaje swoim 
następcom najświetniejsze dzieła poprzedników dopełniając je własnym 
dorobkiem. 
Tym sposobem Paryż jest arką, w której mieszczą się zdobycze kilkunastu, 
jeżeli nie kilkudziesięciu wieków cywilizacji... Wszystko tu jest, zacząwszy od 
potwornych posągów asyryjskich i mumii egipskich, skończywszy na ostatnich 
rezultatach mechaniki i elektrotechniki, od dzbanków, w których przed 
czterdziestoma wiekami Egipcjanki nosiły wodę, do olbrzymich kół 
hydraulicznych z Saint-Maur. 
„Ci, którzy stworzyli te cuda — myślał Wokulski — albo je gromadzili w jedno 
miejsce, ci nie byli jak ja szalonymi próżniakami...” 
Tak sobie mówiąc czuł, że wstyd go ogarnia. 
I znowu załatwiwszy w ciągu paru godzin interesa Suzina włóczył się po 
Paryżu. Błądził po nieznanych ulicach, tonął wśród krociowego tłumu, zanurzał 
się w pozorny chaos rzeczy i wypadków i na dnie jego znajdował porządek i 
prawo. To znowu, dla odmiany, pił koniak, grał w karty i w ruletę albo oddawał 
się rozpuście. 
Zdawało mu się, że w tym wulkanicznym ognisku cywilizacji spotka go coś 
nadzwyczajnego, że tu zacznie się nowa epoka jego życia. Zarazem czuł, że 
rozpierzchnięte dotychczas wiadomości i poglądy zbiegają się w pewną całość, 
w jakiś system filozoficzny, który tłumaczył mu wiele tajemnic świata i jego 
własnego bytu. 
„Czym ja jestem?” — pytał się nieraz i stopniowo formułował sobie odpowiedź: 
„Jestem człowiek zmarnowany. Miałem ogromne zdolności i energię, lecz — nie 
zrobiłem nic dla cywilizacji. Ci znakomici ludzie, jakich tu spotykam, nie mają 
nawet połowy moich sił i mimo to zostawiają po sobie machiny, gmachy, 
utwory sztuki, nowe poglądy. Lecz ja co zostawię?... Chyba mój sklep, który 
dziś upadłby, gdyby go nie pilnował Rzecki... A przecież nie próżnowałem: 
szarpałem się za trzech ludzi i gdyby mi nie pomógł przypadek, nie miałbym 
nawet tego majątku, jaki posiadam!.. „ 
Później przyszło mu na myśl: na co to, on strwonił siły i życie?... 
Na walkę z otoczeniem, do którego nie przystawał. Gdy miał ochotę uczyć się, 
nie mógł, ponieważ w jego kraju potrzebowano nie uczonych, ale — chłopców i 
subiektów sklepowych. Gdy chciał służyć społeczeństwu, choćby ofiarą 
własnego życia, podsunięto mu fantastyczne marzenia zamiast programu, a 
potem — zapomniano o nim. Gdy szukał pracy, nie dano mu jej, lecz wskazano 
szeroki gościniec do ożenienia się ze starszą kobietą dla pieniędzy. Gdy 
nareszcie zakochał się i chciał zostać legalnym ojcem rodziny, kapłanem 
domowego ogniska, którego świętość wszyscy dokoła zachwalali, postawiono 
go w położeniu bez wyjścia. Tak, że nie wie nawet, czy kobieta, za którą szalał, 
jest zwykłą kokietką o przewróconej głowie, czy może taką jak on zbłąkaną 
istotą, która nie znalazła właściwej dla siebie drogi. Sądząc jej czyny, jest to 
panna na wydaniu, która szuka najlepszej partii; patrząc w jej oczy, jest to 
anielska dusza, której konwenanse ludzkie spętały skrzydła. 
„Gdyby mi wystarczyło kilkadziesiąt tysięcy rubli rocznie i komplet do wista, 
byłbym w Warszawie najszczęśliwszym człowiekiem — mówił do siebie. — Ale 
ponieważ oprócz żołądka mam duszę, która łaknie wiedzy i miłości, więc 
musiałbym tam zginąć. W tej strefie nie dojrzewają ani pewnego gatunku 
rośliny, ani pewnego gatunku ludzie... 
Strefa!... Raz będąc w obserwatorium rzucił okiem na klimatyczną mapę Europy 
i zapamiętał, że średnia temperatura Paryża jest o pięć stopni wyższą aniżeli 
Warszawy. Znaczy, że ów Paryż ma rocznie więcej o dwa tysiące stopni ciepła 
aniżeli Warszawa. A że ciepło jest siłą, i to potężną, jeżeli nie jedyną siłą 
twórczą, więc... zagadka rozwiązana... 
„Na północy jest chłodniej -myślał — świat roślinny i zwierzęcy jest mniej 
obfity, a więc o żywność dla człowieka trudniej. Nie dość na tym: ten sam 
człowiek musi jeszcze wkładać mnóstwo pracy w budowę ciepłych mieszkań i 
przygotowanie ciepłej odzieży. Francuz w porównaniu z mieszkańcem północy 
ma więcej wolnych sił i czasu, a nie potrzebując zużywać ich na zaspokojenie 
potrzeb materialnych obraca je na twórczość duchową. Jeżeli do ciężkich 
warunków klimatycznych dodać jeszcze arystokrację, która opanowała 
wszystkie oszczędności narodu i utopiła je w bezmyślnej rozpuście, to zaraz 
wyjaśni się, dlaczego ludzie niezwykle zdolni nie tylko nie mogą rozwijać się 
tam, ale wprost muszą ginąć.” „No, już ja nie zginę!...” — mruknął głęboko 
zniechęcony. 
I w tej chwili, po raz pierwszy, jasno zarysował mu się projekt niewracania do 
kraju. 
„Sprzedam sklep — myślał — wycofam moje kapitały i osiądę w Paryżu. Nie będę 
zawadzał tym, którzy mnie nie chcą... Będę tu zwiedzał muzea, może wezmę się 
do jakiej specjalnej nauki i życie upłynie mi, jeżeli nie w szczęściu, to 
przynajmniej bez boleści...” 
Powrócić go do kraju i zatrzymać w nim mógł już tylko jeden wypadek, jedna 
osoba... Ale ten wypadek nie nadchodził, a natomiast zdarzały się inne, coraz 
bardziej odsuwające go od Warszawy i coraz mocniej przykuwające do Paryża. 
ROZDZIAŁ CZWARTY: 
WIDZIADŁO 
Pewnego dnia, jak zwykle, załatwiał się z interesantami w salonie przyjęć. Już 
odprawił jegomościa, który ofiarował się staczać za niego pojedynki, drugiego, 
który jako brzuchomówca chciał odegrać rolę w dyplomacji, i trzeciego, który 
obiecywał mu wskazać skarby zakopane przez sztab Napoleona I nad Berezyną, 
kiedy lokaj w błękitnym fraku zameldował: 
— Profesor Geist. 
— Geist?... — powtórzył Wokulski i doznał szczególnego uczucia. Przyszło mu na 
myśl, że żelazo za zbliżeniem się magnesu musi doznawać podobnych wrażeń. 
— Prosić... 
Po chwili wszedł człowiek bardzo mały i szczupły, z twarzą żółtą jak wosk. Na 
głowie nie miał ani jednego siwego włosa. 
„Ile on może mieć lat?...” — pomyślał Wokulski. 
Gość tymczasem bystro mu się przypatrywał, i tak siedzieli minutę, może dwie, 
taksując się nawzajem. Wokulski chciał ocenić wiek przybysza, Geist zdawał się 
badać go. 
— Co pan rozkaże? — odezwał się wreszcie Wokulski. 
Gość poruszył się na krześle. 
— Co ja tam mogę rozkazać! — odparł wzruszając ramionami. -Przyszedłem 
żebrać, nie rozkazywać... 
— Czym mogę służyć? -spytał Wokulski, twarz bowiem gościa wydała mu się 
dziwnie sympatyczną. 
Geist przeciągnął ręką po głowie. 
— Przyszedłem tu z czym innym — rzekł — a mówić będę o czym innym. Chciałem 
panu sprzedać nowy materiał wybuchowy... 
— Ja go nie kupię — przerwał Wokulski. 
— Nie?... — spytał Geist. — A jednak — dodał — mówiono mi, że panowie staracie się 
o coś podobnego dla marynarki. Zresztą mniejsza... Dla pana mam coś innego... 
— Dla mnie? — spytał Wokulski, zdziwiony nie tyle słowami; ile spojrzeniem 
Geista. 
— Onegdaj puszczałeś się pan balonem captif — mówił gość. 
— Tak. 
— Jesteś pan człowiek majętny i znasz się na naukach przyrodniczych. 
— Tak — odparł Wokulski. 
— I była chwila, że chciałeś pan wyskoczyć z galerii?... — pytał Geist. 
Wokulski cofnął się z krzesłem. 
— Niech pana to nie dziwi — mówił gość. — Widziałem w życiu około tysiąca 
przyrodników, a w moim laboratorium miałem czterech samobójców, więc 
znam się na tych klasach ludzi... Za często spoglądałeś pan na barometr, ażebym 
nie miał odkryć przyrodnika, no, a człowieka myślącego o samobójstwie 
poznają nawet pensjonarki. 
— Czym mogę służyć? — spytał jeszcze raz Wokulski ocierając pot z twarzy. 
— Powiem niedużo — rzekł Geist. — Pan wie, co to jest chemia organiczna?... 
— Jest to chemia związków węgla... 
— A co pan sądzisz o chemii związków wodoru?... 
— Że jej nie ma. 
— Owszem, jest — odparł Geist. — Tylko zamiast eterów, tłuszczów, ciał 
aromatycznych daje nowe aliaże... Nowe aliaże, panie Siuzę, z bardzo 
ciekawymi własnościami... 
— Cóż mnie to obchodzi -rzekł głucho Wokulski -jestem kupcem. 
— Nie jesteś pan kupcem, tylko desperatem -odparł Geist. -Kupcy nie myślą o 
skakaniu z balonu... Ledwiem to zobaczył, zaraz pomyślałem: „To mój 
człowiek!...” Ale znikłeś mi pan z oczu po wyjściu z ganku... Dziś traf zbliżył 
nas powtórnie... Panie Siuzę, my musimy pogadać o związkach wodoru, jeżeli 
jesteś pan bogaty... 
— Przede wszystkim nie jestem Siuzę... 
— To mi wszystko jedno, gdyż potrzebuję tylko majętnego desperata — rzekł 
Geist. 
Wokulski patrzył na Geista nieledwie z trwogą; w głowie zapalały mu się 
pytania: kuglarz czy tajny agent — wariat, a może naprawdę, jaki duch?... Kto 
wie, czy szatan jest legendą i czy w pewnych chwilach nie ukazuje się 
ludziom?... Faktem jest jednak, że ten starzec, o niezdecydowanym wieku, 
wytropił najtajemniejszą myśl Wokulskiego, który w tych czasach marzył o 
samobójstwie, ale jeszcze tak nieśmiało, że sam przed sobą nie miał odwagi 
sformułować tego projektu. 
Gość nie spuszczał z niego oka i uśmiechał się z łagodną ironią; gdy zaś 
Wokulski otworzył usta, ażeby zapytać go o coś, przerwał mu: 
— Nie fatyguj się pan... Z tyloma już ludźmi rozmawiałem o ich charakterze i o 
moich wynalazkach, że z góry odpowiem na to, o czym chcesz się 
poinformować. Jestem profesor Geist, stary wariat, jak mówią we wszystkich 
kawiarniach pod uniwersytetem i szkołą politechniczną. Kiedyś nazywano mnie 
wielkim chemikiem, dopóki... nie wyszedłem poza granicę dziś obowiązujących 
poglądów chemicznych. Pisałem rozprawy, robiłem wynalazki pod imieniem 
własnym lub moich wspólników, którzy nawet sumiennie dzielili się ze mną 
zyskami. Ale od czasu gdym odkrył zjawiska nie mieszczące się w rocznikach 
Akademii, ogłoszono mnie nie tylko za wariata, ale za heretyka i zdrajcę... 
— Tu, w Paryżu? — szepnął Wokulski. 
— Oho! — roześmiał się Geist — tu, w Paryżu. W jakimś Altdorfie Iub Neustadzie 
kacerzem i zdrajcą jest ten, kto nie wierzy w pastorów, Bismarcka, w 
dziesięcioro przykazań i konstytucję pruską. Tu wolno kpić z Bismarcka i 
konstytucji, ale za to pod grozą odszczepieństwa trzeba wierzyć w tabliczkę 
mnożenia, teorię ruchu falistego, w stałość ciężarów gatunkowych itd. Pokaż mi 
pan jedno miasto, w którym nie ściskano by sobie mózgów jakimiś dogmatami, 
a — zrobię je stolicą świata i kolebką przyszłej ludzkości... 
Wokulski ochłonął; był pewny, że ma do czynienia z maniakiem. 
Geist patrzył na niego i wciąż uśmiechał się. 
— Kończę, panie Siuzę — mówił dalej. — Porobiłem wielkie odkrycia w chemii, 
stworzyłem nową naukę, wynalazłem nieznane materiały przemysłowe, o 
których ledwie śmiano marzyć przede mną. Ale... brakuje mi jeszcze kilku 
niezmiernie ważnych faktów, a już nie mam pieniędzy. Cztery fortuny utopiłem 
w moich badaniach, zużyłem kilkunastu ludzi; dziś zaś potrzebuję nowej fortuny 
i nowych ludzi... 
— Skądże do mnie nabrał pan takiego zaufania? — pytał Wokulski już spokojny. 
— To proste — odparł Geist. 
— O zabiciu się myśli wariat, łajdak albo człowiek dużej wartości, któremu za 
ciasno na świecie. 
— A skąd pan wiesz, że ja nie jestem łotrem? 
— A skąd pan wiesz, że koń nie jest krową? — odpowiedział Geist. — W czasie 
moich przymusowych wakacji, które niestety, ciągną się po kilka lat, zajmuję się 
zoologią i specjalnie badam gatunek człowieka. W tej jednej formie, o dwu 
rękach, odkryłem kilkadziesiąt typów zwierzęcych począwszy od ostrygi i 
glisty, skończywszy na sowie i tygrysie. Więcej ci powiem: odkryłem mieszańce 
tych typów: skrzydlate tygrysy, węże z psimi głowami, sokoły w żółwich 
skorupach, co zresztą już przeczuła fantazja genialnych poetów. I dopiero wśród 
całej tej menażerii bydląt albo potworów gdzieniegdzie odnajduję prawdziwego 
człowieka, istotę z rozumem, sercem i energią. Pan, panie S i u z ę, masz 
niezawodnie cechy ludzkie i dlatego tak otwarcie mówię z panem; jesteś jednym 
na dziesięć, może na sto tysięcy... 
Wokulski zmarszczył się, Geist wybuchnął: 
— Co? może sądzisz pan, że pochlebiam ci dla wytumanienia kilku franków?... 
Jutro będę jeszcze raz u pana i przekonam cię, jak w tej chwili jesteś 
niesprawiedliwy i głupi... 
Zerwał się z krzesła, ale Wokulski zatrzymał go. 
— Nie gniewaj się, profesorze — rzekł — nie chciałem pana obrazić. Ale mam tu 
prawie co dzień wizyty różnego gatunku filutów... 
— Jutro przekonam pana, żem nie filut ani wariat — odpowiedział Geist. — Pokażę 
ci coś, co widziało zaledwie sześciu albo siedmiu ludzi, którzy... już nie żyją... 
O, gdyby oni żyli!... — westchnął. 
— Dlaczego dopiero jutro? 
— Dlatego, że mieszkam daleko stąd, a nie mam na fiakra. 
Wokulski uścisnął go za rękę. 
— Nie obrazisz się, profesorze? — spytał — jeżeli... 
— Jeżeli dasz mi na fiakra?... Nie. Wszakże z góry powiedziałem ci, że jestem 
żebrakiem, i kto wie, czy nie najnędzniejszym w Paryżu?... 
Wokulski podał mu sto franków. 
— Daj spokój — uśmiechnął się Geist — wystarczy dziesięć... Kto wie, czy jutro nie 
dasz mi stu tysięcy... Duży masz majątek? 
— Około miliona franków. 
— Milion! — powtórzył Geist chwytając się za głowę. — Za dwie godziny wrócę tu. 
Bodajbym stał ci się tak potrzebny, jak ty mnie jesteś... 
— W takim razie może pozwolisz, profesorze, do mego numeru, na trzecie piętro. 
Tu lokal urzędowy... 
— Wolę, wolę na trzecie piętro... Za dwie godziny będę — odparł Geist i szybko 
wybiegł z pokoju. Po chwili ukazał się Jumart. 
— Wynudził pana stary — rzekł do Wokulskiego -co?. 
— Cóż to za człowiek? — spytał niedbale Wokulski. Jumart wyciągnął naprzód 
dolną wargę. 
— Wariat to on jest — odparł — ale jeszcze za moich studenckich czasów był 
wielkim chemikiem. No i porobił jakieś wynalazki, ma nawet podobno kilka 
dziwnych okazów, ale... 
Stuknął się palcem w czoło. 
— Dlaczego nazywacie go wariatem? 
— Nie można inaczej nazywać człowieka — odpowiedział Jumart — który sądzi, że 
uda mu się zmniejszyć ciężar gatunkowy ciał czy tylko metalów, bo już nie 
pamiętam... 
Wokulski pożegnał go i poszedł do swego numeru. 
„Cóż to za dziwne miasto — myślał — gdzie znajdują się poszukiwacze skarbów, 
najemni obrońcy honoru, dystyngowane damy, które handlują tajemnicami, 
kelnerzy rozprawiający o chemii i chemicy, którzy chcą zmniejszać ciężar 
gatunkowy ciał!...” 
Przed piątą w numerze zjawił się Geist; był jakiś rozdrażniony i zamknął za 
sobą drzwi na klucz. 
— Panie Siuzę — rzekł — wiele mi na tym zależy, ażebyśmy się porozumieli.:. 
Powiedz mi, czy masz jakie obowiązki: żonę, dzieci? — Chociaż — nie zdaje mi 
się... 
— Nie mam nikogo. 
— I majątek masz? Milion... 
— Prawie. 
— A powiedz mi — mówił Geist — dlaczego ty myślisz o samobójstwie?... 
Wokulski wstrząsnął się. 
— To było chwilowe — rzekł. — Doznałem zawrotu w balonie... 
Geist kręcił głową. 
— Majątek masz — mruczał — o sławę, przynajmniej dotychczas, nie dobijasz się... 
Tu musi być kobieta!... — zawołał. 
— Może — odparł Wokulski, bardzo zmieszany. 
— Jest kobieta! — rzekł Geist. — To źle. O niej nigdy nie można wiedzieć: co zrobi 
i dokąd zaprowadzi... W każdym razie słuchaj — dodał patrząc mu w oczy. — Gdyby ci kiedy jeszcze raz przyszła ochota próbować... Rozumiesz?... Nie 
zabijaj się, ale przyjdź do mnie... 
— Może zaraz przyjdę... — rzekł Wokulski spuszczając oczy. 
— Nie zaraz! — odparł żywo Geist. — Kobiety nigdy nie gubią ludzi od razu. Czy 
już skończyłeś z tamtą osobą rachunki?.. 
— Zdaje mi się... 
— Aha! dopiero zdaje ci się. To źle. Na wszelki wypadek zapamiętaj radę. W 
moim laboratorium bardzo łatwo można zginąć, i jeszcze jak!... 
— Coś pan przyniósł, profesorze? -zapytał go Wokulski. 
— Źle! źle!... — mruczał Geist. — Muszę szukać kupca na mój materiał 
wybuchowy. A myślałem, że połączymy się... 
— Pierwej pokaż pan, coś przyniósł — przerwał Wokulski. 
— Masz rację... — odparł Geist i wydobył z kieszeni średniej wielkości pudełko. — Zobacz — rzekł — za co to ludzi nazywają szaleńcami!... 
Pudełko było z blachy, zamknięte w szczególny sposób; Geist po kolei dotykał 
sztyftów osadzonych w różnych punktach, od czasu do czasu rzucając na 
Wokulskiego spojrzenia gorączkowe i podejrzliwe. Raz nawet zawahał się i 
zrobił taki ruch, jakby chciał schować pudełko; ale opamiętał się, dotknął 
jeszcze paru szyftów i — wieko odskoczyło. 
W tej chwili opanował go nowy atak podejrzliwości. Starzec padł na kanapę, 
ukrył pudełko za siebie i trwożnie spoglądał to na pokój, to na Wokulskiego. 
— Głupstwa robię!... — mruczał. — Co za nonsens narażać wszystko dla pierwszego 
lepszego z ulicy... 
— Nie ufasz mi pan?... — spytał niemniej wzruszony Wokulski. 
— Nikomu nie ufam — mówił zgryźliwie starzec. -Bo jaką mi dać kto może 
rękojmię?... Przysięgę czy słowo honoru?... Za stary jestem, aby wierzyć w 
przysięgi... Tylko wspólny interes jako tako zabezpiecza od najpodlejszej 
zdrady, a i to nie zawsze... 
Wokulski wzruszył ramionami i usiadł na krześle. 
— Nie zmuszam pana — rzekł — do dzielenia się ze mną twoimi kłopotami. Mam 
dosyć własnych. Geist nie spuszczał z niego oka, lecz stopniowo uspakajał się. 
W końcu odezwał się: 
— Przysuń się tu do stołu... Spojrzyj, co to jest? 
Pokazał mu metalową kulkę ciemnej barwy. 
— Zdaje mi się, że to jest metal drukarski. 
— Weź w rękę... Wokulski wziął kulkę i aż zdziwił się, tak była ciężka. 
— To jest platyna — rzekł. 
— Platyna? powtórzył Geist z drwiącym uśmiechem. — Oto masz platynę... 
I podał mu tej samej wielkości kulkę platynową. Wokulski przekładał obie z rąk 
do rąk; zdziwienie jego wzrosło. 
— To jest chyba ze dwa razy cięższe od platyny?... — szepnął. 
— A tak... tak!... — śmiał się Geist. — Nawet jeden z moich przyjaciół akademików 
nazwał to „komprymowaną platyną”... Dobry wyraz, co? na oznaczenie metalu, 
którego ciężar gatunkowy wynosi 30,7,... Oni tak zawsze. Ile razy uda im się 
wynaleźć nazwę dla nowej rzeczy, zaraz mówią, że ją wytłumaczyli na zasadzie 
już poznanych praw natury. Przepyszne osły... najmędrsze ze wszystkich, jakimi 
roi się tak zwana ludzkość... A to znasz? — dodał. 
— No, to jest sztabka szklana -odparł Wokulski. 
— Cha! cha!... — śmiał się Geist. — Weź do ręki, przypatrz się... Prawda, że 
ciekawe szkło?... Cięższe od żelaza, z odłamem ziarnistym, wyborny 
przewodnik ciepła i elektryczności, pozwala się strugać... Prawda, jak to szkło 
dobrze udaje metal?... Może chcesz je rozgrzać albo kuć młotem?.. 
Wokulski przetarł oczy. Nie ulega kwestii, że takiego szkła nie widziano na 
świecie. 
— A to?... — spytał Geist pokazując mu inny kawałek metalu. 
— To chyba stal... 
— Nie sód i nie potas?... — pytał Geist. 
— Nie.. 
— Weźże do rąk tę stal... 
Tu już podziw Wokulskiego przeszedł w pewien rodzaj zaniepokojenia: owa 
rzekoma stal była lekką jak płatek bibułki. 
— Chyba jest pusta w środku?... 
— Więc przetnij tę sztabkę, a jeżeli nie masz czym, przyjedź do mnie. Zobaczysz 
tam nierównie więcej podobnych osobliwości i będziesz mógł robić z nimi 
próby, jakie ci się podoba. Wokulski oglądał po kolei ów metal cięższy od 
platyny, drugi metal przeźroczysty, trzeci lżejszy od puchu... Dopóki trzymał je 
w rękach, wydawały mu się rzeczami najnaturalniejszymi pod słońcem: cóż jest 
bowiem naturalniejszego aniżeli przedmiot, który oddziaływa na zmysły? Lecz 
gdy oddał próbki Geistowi, ogarniało go zdziwienie i niedowierzanie, 
zdziwienie i obawa. Więc znowu oglądał je, kręcił głową, wierzył i wątpił na 
przemian. 
— No i cóż? — zapytał Geist. 
— Czy pokazywał pan to chemikom? 
— Pokazywałem. 
— I cóż oni?... 
— Obejrzeli, pokiwali głowami i powiedzieli, że to blaga i kuglarstwo, którym 
poważna nauka zajmować się nie może. 
— Jak to, więc nawet nie robili prób? — spytał Wokulski. 
— Nie. Niektórzy z nich wprost mówili, że mając do wyboru między 
pogwałceniem „praw natury” a złudzeniami własnych zmysłów, wolą nie 
dowierzać zmysłom. I jeszcze dodawali, że robienie poważnych doświadczeń z 
podobnymi kuglarstwami może obłąkać zdrowy rozsądek i stanowczo wyrzekli 
się doświadczeń. 
— I nie ogłaszasz pan o tym? 
— Ani myślę. Owszem, ta bezwładność mózgów daje mi najlepszą gwarancję 
bezpieczeństwa tajemnicy moich wynalazków. W przeciwnym razie 
pochwycono by je, prędzej lub później odkryto by metodę postępowania i 
znaleziono by to, czego bym im dać nie chciał... 
— Mianowicie?... — przerwał mu Wokulski. 
— Znaleziono by metal lżejszy od powietrza — spokojnie odparł Geist. 
Wokulski rzucił się na krześle; przez chwilę obaj milczeli. 
— Dlaczegóż ukrywasz pan przed ludźmi ów transcendentalny metal? — odezwał 
się wreszcie Wokulski. 
— Dla wielu powodów -odparł Geist. — Naprzód chcę, ażeby ten produkt wyszedł 
tylko z mojego laboratorium, choćbym nawet nie ja sam go otrzymał. A po 
wtóre, podobny materiał, który zmieni postać świata, nie może stać się 
własnością tak zwanej dzisiejszej ludzkości. Już za wiele nieszczęść mnoży się 
na ziemi przez nieopatrzne wynalazki. 
— Nie rozumiem pana. 
— Więc posłuchaj — mówił Geist. — Tak zwana ludzkość, mniej więcej na dziesięć 
tysięcy wołów, baranów, tygrysów i gadów, mających człowiecze formy, 
posiada ledwie jednego prawdziwego człowieka. Tak było zawsze, nawet w 
epoce krzemiennej. Na taką tedy ludzkość w biegu wieków spadały rozmaite 
wynalazki. Brąz, żelazo, proch, igła magnesowa, druk, machiny parowe i 
telegrafy elektryczne dostawały się bez żadnego wyboru w ręce geniuszów i 
idiotów, ludzi szlachetnych i zbrodniarzy... A jaki tego rezultat?... Oto ten, że 
głupota i występek dostając coraz potężniejsze narzędzia mnożyły się i 
umacniały, zamiast stopniowo ginąć. Ja — ciągnął dalej Geist — nie chcę 
powtarzać tego błędu i jeżeli znajdę ostatecznie metal lżejszy od powietrza, 
oddam go tylko prawdziwym ludziom. Niech oni raz zaopatrzą się w broń na 
swój wyłączny użytek; niechaj ich rasa mnoży się i rośnie w potęgę, a zwierzęta 
i potwory w ludzkiej postaci niechaj z wolna wyginą. Jeżeli Anglicy mieli 
prawo wypędzić wilków ze swej wyspy, istotny człowiek ma prawo wypędzić z 
ziemi przynajmniej tygrysy ucharakteryzowane na ludzi... 
„On ma jednakże tęgiego bzika” — pomyślał Wokulski. Później dodał głośno: 
— Cóż więc panu przeszkadza do wykonania tych zamiarów? 
— Brak pieniędzy i pomocników. Do ostatecznego odkrycia potrzeba wykonać 
około ośmiu tysięcy prób, co, lekko licząc, jednemu człowiekowi zabrałoby 
dwadzieścia lat pracy. Ale czterech ludzi zrobi to samo w ciągu pięciu do 
sześciu lat... 
Wokulski wstał z krzesła i zamyślony, począł chodzić po numerze; Geist nie 
spuszczał z niego oka. 
— Przypuśćmy — odezwał się Wokulski — że, ja mógłbym panu dać pieniądze i 
jednego, a nawet... dwu pomocników... Lecz gdzie dowód, że pańskie metale nie 
są jakąś dziwną mistyfikacją, a pańskie nadzieje złudzeniami? 
— Przyjdź do mnie, obejrzyj, co jest, sam zrób kilka doświadczeń, a przekonasz 
się. Innego sposobu nie widzę — odparł Geist. 
— I kiedy można by przyjść?... 
— Kiedy zechcesz. Daj mi tylko kilkadziesiąt franków, gdyż nie mam za co kupić 
potrzebnych preparatów. A oto mój adres — zakończył Geist podając zabrudzoną 
notatkę. 
Wokulski wręczył mu trzysta franków. Starzec zapakował swoje okazy, 
zamknął pudełko i rzekł na odchodne: 
— Napisz do mnie list na dzień przed przybyciem. Prawie ciągle siedzę w domu 
ocierając kurze z moich retort!... 
Po odejściu Geista Wokulski był jak odurzony. Spoglądał na drzwi, za którymi 
zniknął chemik, to na stół, gdzie przed chwilą okazywano mu nadnaturalne 
przedmioty, to znowu dotykał swoich rąk i głowy lub chodził stukając głośno 
obcasami po pokoju dla przekonania się, że nie marzy, ale czuwa. 
„A przecież faktem jest — myślał — że człowiek ten pokazał mi jakieś dwa 
materiały: jeden cięższy od platyny, drugi znakomicie lżejszy od sodu. Nawet 
zapowiedział mi, że szuka metalu lżejszego od powietrza!... 
Gdyby w rzeczach tych nie tkwiło jakieś niepojęte oszustwo — rzekł głośno — już 
miałbym ideę, dla której warto się skazać na całe lata niewoli. Nie tylko 
znalazłbym pochłaniającą pracę i spełnienie najśmielszych marzeń młodości, ale 
jeszcze widziałbym przed sobą cel, wyższy nad wszystkie, do jakich 
kiedykolwiek rwał się duch ludzki. Kwestia żeglugi powietrznej byłaby 
rozstrzygniętą, człowiek dostałby skrzydeł.” 
I znowu wzruszał ramionami, rozkładał ręce i mruczał: 
„Nie, to niepodobna!...” 
Brzemię nowych prawd czy nowych złudzeń tak go gniotło, że uczuł 
konieczność podzielenia go z kimkolwiek, choćby tylko w części. biegł więc na 
pierwsze piętro do paradnej sali przyjęć i wezwał Jumarta. 
Właśnie gdy zastanawiał się, w jaki sposób rozpocząć z nim tę dziwną 
rozmowę, Jumart sam mu ją ułatwił. Ledwie bowiem ukazał się w sali, rzekł z 
dyskretnym uśmiechem: 
— Stary Geist wyszedł od pana bardzo ożywiony. Przekonał pana czy też został 
pobity?... 
— No, mówieniem nikt nikogo chyba nie przekona, tylko faktami -odparł 
Wokulski. 
— Więc były i fakta?... 
— Tymczasem dopiero zapowiedź ich... Powiedz mi pan jednak — ciągnął 
Wokulski — co byś sądził, gdyby Geist pokazał ci metal pod każdym względem 
przypominający stal, lecz dwa lub trzy razy lżejszy od wody?... Gdybyś 
podobny materiał oglądał na własne oczy, dotykał go własnymi rękoma?... 
Uśmiech Jumarta przerodził się w jakiś ironiczny grymas. 
— Cóż bym miał powiedzieć, dobry Boże, nad to, że profesor Palmieri jeszcze 
większe cuda pokazuje za pięć franków od osoby... 
— Co za Palmieri? — spytał zdziwiony Wokulski. 
— Profesor magnetyzmu — odparł Jumart — znakomity człowiek...Mieszka w 
naszym hotelu i trzy razy dziennie pokazuje magnetyczne sztuki w sali mogącej 
od biedy pomieścić ze sześćdziesiąt osób... Jest właśnie ósma, więc w tej chwili 
zaczyna się przedstawienie wieczorne. Jeżeli pan chce, możemy tam pójść; ja 
mam wstęp darmo... 
Na twarz Wokulskiego wystąpił tak silny rumieniec, że oblał mu czoło, a nawet 
szyję. 
— Chodźmy — rzekł — do owego profesora Palmieri. — W duchu zaś dodał: 
„Więc ten wielki myśliciel, Geist, jest kuglarzem, a ja głupcem, który płaci 
trzysta franków za widowisko warte pięć franków... Jakże on mnie złapał!...” 
Weszli na drugie piętro do salonu urządzonego równie bogato jak inne w tym 
hotelu. Większą jego część już zapełniali widzowie starzy i młodzi, kobiety i 
mężczyźni, ubrani elegancko i bardzo zajęci profesorem Palmierim, który 
właśnie kończył krótką prelekcję o magnetyzmie. Był to mężczyzna średnich lat, 
zawiędły, brunet, z rozczochraną brodą i wyrazistymi oczyma. Otaczało go parę 
przystojnycb kobiet i kilku młodych mężczyzn o twarzach mizernych i 
apatycznych. 
— To są media — szepnął Jumart. -Na nich Palmieri pokazuje swoje sztuki. 
Widowisko, trwające około dwu godzin, polegało na tym, że Palmieri za 
pomocą wzroku usypiał swoje media, w taki jednak sposób, że mogły one 
chodzić, odpowiadać na pytania i wykonywać rozmaite czynności. Prócz tego 
uśpieni przez magnetyzera w miarę jego rozkazów objawiali bądź niezwykłą siłę 
muskularną, bądź jeszcze niezwyklejszą nieczułość lub nadwrażliwość 
zmysłów. 
Ponieważ Wokulski pierwszy raz widział podobne zjawiska i bynajmniej nie 
ukrywał niedowierzania, więc Palmieri zaprosił go do pierwszego rzędu krzeseł. 
Tu po kilku próbach Wokulski przekonał się, że zjawiska, na które patrzy, nie są 
kuglarstwem, lecz polegają na jakichś nieznanych właściwościach systemu 
nerwowego. 
Ale najwięcej zajęły, a nawet przeraziły go dwa doświadczenia mające pewien 
związek z jego własnym życiem. Polegały one na wmawianiu w medium rzeczy 
nie istniejących. 
Jednemu z uśpionych podał Palmieri korek od karafki mówiąc, że podał mu 
różę. W tej chwili medium zaczęło wąchać korek okazując przy tym wielkie 
zadowolenie. 
— Co pan robisz? — zawołał Palmieri do medium — wszakże to asafetyda... 
I medium natychmiast z obrzydzeniem odrzuciło korek wycierając ręce i 
narzekając, że cuchną. Innemu podał chustkę do nosa, a gdy powiedział mu, że 
chustka waży sto funtów, uśpiony począł uginać się, drżeć i potnieć pod jej 
ciężarem. 
Wokulski widząc to sam spotniał. 
„Już rozumiem — pomyślał — tajemnicę Geista. On mnie zamagnetyzował...” 
Lecz najboleśniejszego uczucia doznał wówczas, gdy Palmieri, uśpiwszy 
jakiegoś wątłego młodzieńca, owinął ręcznikiem łopatkę od węgli i wmówił w 
swoje medium, że jest to młoda i piękna kobieta, którą trzeba kochać. 
Zamagnetyzowany ściskał i całował łopatkę, klękał przed nią i robił najczulsze 
miny. Gdy ją włożono pod kanapę, popełznął za nią na czworakach jak pies, 
odepchnąwszy pierwej czterech silnych mężczyzn, którzy chcieli go zatrzymać. 
A gdy nareszcie Palmieri schował ją mówiąc, że umarła. młody człowiek wpadł 
w taką rozpacz, że tarzał się po podłodze i bił głową o ścianę. 
W tej chwili Palmieri dmuchnął mu w oczy i młodzian obudził się ze 
strumieniami łez na policzkach, wśród oklasków i śmiechu obecnych. 
Wokulski uciekł z sali straszliwie rozdrażniony. 
„A więc wszystko jest kłamstwem!... Rzekome wynalazki Geista i jego 
mądrość, moja szalona miłość i nawet ona... Ona sama jest tylko złudzeniem 
oczarowanych zmysłów... Jedyną rzeczywistością, która nie zawodzi i nie 
kłamie, jest chyba — śmierć...” 
Wybiegł z hotelu na ulicę, wpadł do kawiarni i kazał podać koniak. Tym razem 
wypił półtorej karafki, a pijąc myślał, że ten Paryż, w którym znalazł najwięcej 
mądrości, największe złudzenia i ostateczne rozczarowania, stanie się chyba 
jego grobem. 
„Na co mam już czekać?... czego dowiem się?... Jeżeli Geist jest ordynarnym 
oszustem i jeżeli można kochać się w łopatce od węgli, jak ja w n i e j, to cóż mi 
jeszcze pozostaje?... „ Wrócił do hotelu rozmarzony koniakiem i zasnął w 
ubraniu. A gdy obudził się o ósmej rano, pierwszą jego myślą było: 
„Nie ma kwestii, że Geist za pomocą magnetyzmu oszukał mnie co do owych 
metali. Lecz... kto magnetyzował mnie wówczas, kiedy oszalałem dla tej 
kobiety?...” 
Nagle błysnął mu projekt, ażeby zasięgnąć informacji u Palmieriego. Przebrał 
się więc i szybko zeszedł na drugie piętro. 
Mistrz tajemniczej sztuki już czekał na gości; ale że gości jeszcze nie było, więc 
Wokulskiego przyjął natychmiast, pobrawszy z góry dwadzieścia franków 
opłaty za naradę. 
— Czy — zapytał Wokulski — w każdego może pan wmówić, że łopatka od węgli 
jest kobietą i że chustka waży sto funtów?... 
— W każdego, kto da się uśpić. 
— Więc proszę mnie uśpić i powtórzyć na mnie sztukę z chustką Palmieri zaczął 
swoje praktyki; wpatrywał się Wokulskiemu w oczy, dotykał mu czoła, pocierał 
ręce od obojczyków do dłoni... Nareszcie odsunął się od niego zniechęcony. 
— Pan nie jesteś medium -rzekł. 
— A gdybym ja miał w życiu wypadek taki, jak ów jegomość z chustką? — spytał 
Wokulski. 
— To jest niemożliwe, pana niepodobna uśpić. Zresztą, gdybyś był uśpiony i miał 
złudzenie, że chustka waży sto funtów, to znowu obudziwszy się nie 
pamiętałbyś pan o tym. 
— A czy nie sądzisz pan, że ktoś zręczniej może magnetyzować... 
Palmieri obraził się. 
— Nie ma lepszego magnetyzera ode mnie! — zawołał. — Zresztą i ja pana uśpię ale 
na to trzeba kilkumiesięcznej pracy... To będzie kosztowało dwa tysiące 
franków... Nie myślę darmo tracić mego fluidu... 
Wokulski opuścił magnetyzera wcale niezadowolony. Jeszcze nie wątpił, że 
panna Izabela mogła oczarować go; miała przecież dosyć czasu. Ale znowu 
Geist nie mógł go uśpić w ciągu paru minut. Zresztą Palmieri twierdzi, że 
uśpieni nie pamiętają swoich przywidzeń; on zaś pamięta każdy szczegół wizyty 
starego chemika. 
Jeżeli więc Geist nie uśpił go, więc nie jest oszustem. Więc jego metale istnieją 
i... odkrycie metalu lżejszego od powietrza jest możliwe!... 
„Oto miasto — myślał — w którym więcej przeżyłem w ciągu jednej godziny 
aniżeli w Warszawie przez całe życie... Oto miasto!...” 
Przez kilka dni Wokulski był bardzo zajęty. 
Przede wszystkim wyjeżdżał Suzin zakupiwszy kilkanaście statków. 
Najzupełniej legalny zysk z tej operacji był ogromny — tak ogromny że cząstka 
przypadająca na Wokulskiego pokryła wszystkie wydatki, jakie w ciągu 
ostatnich miesięcy poniósł w Warszawie. 
Na parę godzin przed pożegnaniem się Suzin i Wokulski jedli śniadanie w 
swoim paradnym numerze i naturalnie rozmawiali o zyskach. 
— Masz bajeczne szczęście — odezwał się Wokulski. 
Suzin pociągnął łyk szampana i oparłszy na brzuchu ręce ozdobione 
pierścieniami rzekł: 
— To nie szczęście, Stanisławie Piotrowiczu, to miliony. Nożykiem tniesz 
wiklinę, a toporem dęby. Kto ma kopiejki, robi interesa kopiejkowe i kopiejki 
zyskuje; ale kto ma miliony, musi zyskiwać miliony. Rubel, Stanisławie 
Piotrowiczu, jest jak zapracowana szkapa: kilka lat musisz czekać, zanim urodzi 
ci nowego rubla; ale milion jest mnożny jak świnia: co rok daje kilkoro. Za dwa 
albo za trzy lata, Stanisławie Piotrowiczu, i ty zbierzesz okrągły milionik, a 
wtedy przekonasz się, jak zanim gonią inne pieniądze. Chociaż z tobą!... 
Suzin westchnął, zmarszczył brwi i znowu wypił szampana. 
— Cóż ze mną? — spytał Wokulski. 
— A ot, co z tobą — odparł Suzin. — Ty, zamiast w takim mieście robić interesa dla 
siebie do swego handlu, ty nic... Ty sobie wałęsasz się z głową na dół albo do 
góry, na nic się nie patrząc, albo nawet (wstyd powiedzieć chrześcijaninowi!) 
latasz w powietrze balonem... Cóż ty bałaganowym skoczkiem myślisz zostać, 
ha?... No i nareszcie, powiem tobie, Stanisławie Piotrowiczu, ty obraziłeś na 
siebie jedną bardzo dystyngowaną damę, tę ot baronowę... A przecie u niej 
można było i w karty pograć, i ładne kobiety znaleźć; i dowiedzieć się o 
niejednej rzeczy. Radzę tobie, daj ty jej co zarobić przed wyjazdem: nie dasz 
adwokatowi rubla, on tobie sto wyciągnie. Ach, ty ojcze rodzony... 
Wokulski słuchał z uwagą. Suzin znowu westchnął i ciągnął dalej: 
— I z czarownikami naradzasz się (pfy! nieczysta siła...), na czym, mówię tobie, 
nie zyskasz rozbitej kopiejki, a możesz na siebie obrazić Boga. 
Nieładnie!... Najgorsze, co ty myślisz, że nikt nie wie, co tobie dolega? 
Tymczasem wszyscy wiedzą, że masz jakieś moralne cierpienie, tylko jeden 
myśli, że chciałbyś kupować tu fałszywe bankocetle, a inny dogaduje się, że rad 
byś zbankrutować, jeżeli już nie jesteś bankrut. 
— I ty w to wierzysz? — spytał Wokulski. 
— Aj! Stanisławie Piotrowiczu, już komu, ale tobie nie godzi się awansować 
mnie na durnia. Ty myślisz: ja nie wiem, że tobie chodzi o kobietę?... Nu, 
kobieta smaczna rzecz i bywa, że nawet innemu solidniemu człowiekowi 
przewróci mózgi. Baw więc się i ty, kiedy masz pieniądze. Ale ja tobie, 
Stanisławie Piotrowiczu, powiem jedno słówko, chcesz?.. 
— Proszę cię. 
— Kto prosi, żeby mu ogolić brodę, nie gniewa się na zdrapanie. Otóż, gołąbku, 
powiem tobie przypowieść. Znajduje się w tej Francji jakaś cudowna woda na 
wszystkie choroby (nie pomnę jej nazwiska).Więc słuchaj mnie: są tacy, którzy 
przychodzą tam na kolanach i prawie nie śmią spojrzeć; a są inni, którzy tę 
wodę bez ceremonii piją i nawet zęby płuczą... Ach, Stanisławie Piotrowiczu, ty 
nie wiesz, jak ten pijący grubo żartuje z modlącego się... Zobacz więc, czy nie 
jesteś takim, a gdybyś był, pluń na wszystko... Ale co tobie?... Boli? 
prawda...No, pokosztuj wina... 
— Czyś słyszał co o niej? — głucho spytał Wokulski. 
— Klnę się, żem nic nadzwyczajnego nie słyszał — odparł Suzin uderzając się w 
piersi. — Kupcowi trzeba subiektów, a kobiecie bijących przed nią czołem, 
choćby dla zasłonięcia tego zucha, który nie bije pokłonów. Rzecz całkiem 
naturalna. Tylko ty, Stanisławie Piotrowiczu, nie wchodź między czeredę, a 
jeżeliś wszedł, podnieś głowę. Pół miliona rubli kapitału to przecie nie plewy; z 
takiego kupca nie powinni naśmiewać się ludzie. 
Wokulski podniósł się i przeciągnął jak człowiek, któremu zrobiono operację 
rozpalonym żelazem. 
„Może tak nie być, a może... tak być!... — pomyślał. — Ale jeżeli tak jest... część 
majątku oddam szczęśliwemu wielbicielowi za to; że mnie wyleczył!...” 
Wrócił do siebie i pierwszy raz całkiem spokojnie począł przebiegać myślą 
wszystkich adoratorów panny Izabeli, których widywał z nią lub o których tylko 
słyszał. Przypominał sobie ich znaczące rozmowy, tkliwe spojrzenia, dziwne 
półsłówka, wszystkie sprawozdania pani Meliton, wszystkie sądy, jakie krążyły 
o pannie Izabeli wśród podziwiającej ją publiczności. Wreszcie głęboko 
odetchnął: zdawało mu się, że znalazł jakąś nitkę, która może wyprowadzić go z 
labiryntu. 
„Wyjdę z niego chyba do pracowni Geista” — pomyślał czując, że już wpadło mu 
w serce pierwsze ziarno pogardy. 
„Ma prawo, ma wszelkie prawo!... — mruczał uśmiechając się. — Ale też wybór, 
czy może nawet wybory... Ehej, jakieżem ja podłe bydlę; a Geist uważa mnie za 
człowieka!...” 
Po wyjeździe Suzina Wokulski po raz drugi odczytał dziś wręczony mu list 
Rzeckiego. Stary subiekt mało pisał o interesach, ale bardzo dużo o pani 
Stawskiej, nieszczęśliwej a pięknej kobiecie, której mąż gdzieś zginął. 
„Do śmierci zobowiążesz mnie — mówił Rzecki -jeżeli coś obmyślisz dla 
ostatecznego wyjaśnienia: czy Ludwik Stawski żyje, czy umarł?” Po czym 
następował rejestr dat i miejscowości, w których zaginiony przebywał 
opuściwszy Warszawę. 
„Stawska?... Stawska?... — myślał Wokulski. — Już wiem!... To ta piękna pani z 
córeczką, która mieszka w moim domu... Co za dziwny zbieg wypadków: może 
po to kupiłem dom Łęckich, ażeby poznać w nim tę drugą?... Nic mnie ona nie 
obchodzi, skoro tu ostanę, ale dlaczegóż nie miałbym jej dopomóc, jeżeli prosi 
Rzecki... Ach! wybornie... Będę miał zaraz powód dać prezent baronowej, którą 
mi tak rekomendował Suzin...” 
Wziął adres baronowej i pojechał w okolice Saint-Germain. 
W sieni domu, w którym mieszkała, był kramik antykwariusza. Wokulski 
rozmawiając ze szwajcarem mimo woli rzucił okiem na książki i z radosnym 
zdziwieniem spostrzegł egzemplarz poezji Mickiewicza, tej edycji, którą czytał 
jeszcze jako subiekt Hopfera. Na widok wytartych okładek i spłowiałego 
papieru cała młodość stanęła mu przed oczyma. 
Natychmiast kupił książkę i o mało nie ucałował jej jak relikwię. 
Szwajcar, któremu frank podbił serce dla Wokulskiego, zaprowadził go aż do 
drzwi apartamentów baronowej, z uśmiechem życząc przyjemnej zabawy. 
Wokulski zadzwonił i zaraz na wstępie zobaczył lokaja w pąsowym fraku. 
„Aha!” — mruknął. 
W salonie, rzecz naturalna, były złocone meble, obrazy, dywany i kwiaty. Po 
chwili ukazała się baronowa z miną osoby obrażonej, która gotowa jednak 
przebaczyć. Istotnie przebaczyła mu. W krótkiej rozmowie Wokulski wyłożył 
cel wizyty, napisał nazwisko Stawskiego i miejsc, w których przebywał, usilnie 
prosząc, ażeby baronowa przez swoje liczne stosunki dała mu o zaginionym 
dokładną wiadomość. 
— To jest możliwe — odparła wielka dama — ale... czy nie zniechęcą pana koszta?... 
Musimy odwołać się do policji niemieckiej, angielskiej, amerykańskiej... 
— Więc?... 
— Więc wyda pan ze trzy tysiące franków? 
— Oto są cztery tysiące — odparł Wokulski podając jej czek, na którym wypisał 
odnośną sumę. 
— Kiedyż mam spodziewać się odpowiedzi?... 
— Tego nie jestem w stanie oznaczyć — rzekła baronowa — może za miesiąc, może 
za rok. Sądzę jednak — dodała surowo — że o rzeczywistości poszukiwań nie 
wątpi pan? 
— Tak dalece nie wątpię, że zostawię u Rotszylda kwit jeszcze na dwa tysiące 
franków, płatnych po otrzymaniu wiadomości o tym człowieku. 
— Pan wkrótce wyjeżdża? 
— O nie. Zabawię jakiś czas. 
— Ach, zachwycił pana Paryż!... — rzekła baronowa z uśmiechem. — Spodoba się 
panu jeszcze bardziej z okien mego salonu. Przyjmuję co wieczór. 
Pożegnali się oboje bardzo zadowoleni: baronowa z pieniędzy swojego klienta, 
Wokulski, że jednym zamachem spełnił radę Suzina i prośbę Rzeckiego. 
Teraz Wokulski został w Paryżu zupełnie osamotniony, bez żadnego 
obowiązkowego zajęcia. Znowu zwiedzał wystawę, teatry, nieznane ulice, 
pominięte sale w muzeach...Znowu podziwiał olbrzymie siły Francji, 
prawidłowość w budowie i życiu milionowego miasta, wpływ łagodnego 
klimatu na przyśpieszony rozwój cywilizacji... Znowu pił koniak, jadał 
kosztowne potrawy albo grał w karty w salonie baronowej, gdzie zawsze 
przegrywał... 
Taki sposób przepędzania czasu wyczerpywał go znakomicie, ale nie dawał ani 
kropli radości. Godziny wlokły mu się jak doby, dnie nie miały końca, a noce 
spokojnego snu. Bo choć spał twardo, bez żadnych marzeń przykrych albo 
przyjemnych, chociaż tracił świadomość, nie mógł jednakże pozbyć się uczucia 
niezgruntowanej goryczy, w której tonęła jego dusza na próżno szukająca tam 
dna albo brzegów. 
„Dajcie mi jakiś cel... albo śmierć!...” — mówił nieraz, patrząc w niebo. A w 
chwilę później śmiał się i myślał: 
„Do kogo ja mówię?... Kto mnie wysłucha w tym mechanizmie ślepych sił, 
których stałem się igraszką? Cóż to za okrutna dola nie być do niczego 
przywiązanym, niczego nie pragnąć, a tak wiele rozumieć...” 
Zdawało mu się, że widzi jakąś niezmierną fabrykę, skąd wybiegają nowe 
słońca, nowe planety, nowe gatunki, nowe narody, a w nich ludzie i serca, które 
szarpią furie: nadzieja, miłość i boleść. Któraż z nich najgorsza? Nie boleść, bo 
ona przynajmniej nie kłamie. Ale ta nadzieja, która tym głębiej strąca, im wyżej 
podniosła... Ale miłość, ten motyl, którego jedno skrzydło nazywa się 
niepewnością, a drugie oszustwem... 
„Wszystko jedno — mruczał. — Jeżeli już musimy odurzać się czymś, odurzajmy 
się czymkolwiek. Ale czym?...” 
Wówczas w głębi mroku, nazywającego się naturą, ukazywały się przed nim 
jakby dwie gwiazdy. Jedna blada, ale niezmienna -to był Geist i jego metale; 
druga iskrząca się jak słońce albo nagle gasnąca, a tą była ona... 
„Co tu wybrać? — myślał — jeżeli jedno jest wątpliwe, a druga a niedostępna i 
niepewna. Bo choćbym nawet dosięgnął jej, czy ja jej kiedy uwierzę?... czy 
nawet mógłbym uwierzyć?...” Z tym wszystkim czuł, że zbliża się chwila 
decydującej walki pomiędzy jego rozumem i sercem. Rozum ciągnął go do 
Geista, serce do Warszawy. Czuł, że lada dzień coś z tego musi wybrać: albo 
ciężką pracę, która wiodła do nadzwyczajnej sławy, albo płomienną namiętność, 
która obiecywała chyba to, że spali go na popiół. 
„A jeżeli i to, i tamto jest złudzeniem, jak owa łopatka albo chustka ważąca sto 
funtów?...” Poszedł jeszcze raz do magnetyzera Palmieriego i zapłaciwszy 
należne dwadzieścia franków za konferencję, począł zadawać mu pytania: 
— Więc twierdzisz pan, że mnie nie można zamagnetyzować? 
— Co to jest nie można! — oburzył się Palmieri. — Nie można od razu, gdyż nie 
jesteś pan medium. Ale można by z pana zrobić medium, jeżeli nie w kilka 
miesięcy, to w kilka lat. 
Zatem Geist stanowczo nie otumanił mnie” — pomyślał Wokulski. Głośno zaś 
dodał: 
— A kobieta, panie Palmieri, może zamagnetyzować człowieka? 
— Nie tylko kobieta, ale nawet drzewo, klamka, woda, no, słowem, wszystko, 
czemu magnetyzer nada władzę. Ja mogę moje media magnetyzować bodajby 
szpilką ; mówię im: w tę szpilkę przelewam mój fluid i zaśniesz pan, kiedy na 
nią spojrzysz. Tym więc łatwiej mógłbym przekazać moją władzę jakiejś 
kobiecie. Byle, rozumie się, osoba magnetyzowana była medium. 
— I wtedy do owej kobiety przywiązałbym się tak jak pańskie medium do łopatki 
od węgli?.. — spytał Wokulski. 
— Bardzo naturalnie — odpowiedział Palmieri spoglądając na zegarek. 
Wokulski opuścił go i włócząc się po ulicach myślał: 
„Co do Geista, mam prawie dowód, że nie łudził mnie za pomocą magnetyzmu: 
nie starczyłoby na to czasu. Ale co do niej, nie mam pewności, że nie 
oczarowała mnie w ten sposób. Czasu było dosyć, ale... któż mnie zrobił jej 
medium?..” 
Im więcej porównywał swoją miłość dla panny Izabeli z uczuciami ogółu 
mężczyzn dla ogółu kobiet, tym bardziej wydawała mu się nienaturalną. Bo jak 
można zakochać się w kimś od jednego rzutu oka? Albo jak można szaleć za 
kobietą, którą widzi się raz na kilka miesięcy, i tylko po to, ażeby przekonać się, 
że ona nie dba o nas? 
„Bah! — mruknął — rzadkie spotkania właśnie nadają jej charakter ideału. Kto 
wie, czy zupełnie nie rozczarowałbym się poznawszy ją dokładniej?” 
Zdziwiło go, że od Geista nie miał żadnej wiadomości. 
„Czyby uczony chemik po to wziął trzysta franków, ażeby już wcale mi się nie 
pokazywać...' — pomyślał. 
Ale sam zawstydził się tych podejrzeń. 
„Może chory?” — szepnął. 
Wziął fiakra i pojechał według adresu, daleko za wały miasta, w okolicę 
Charenton. 
Na wskazanej ulicy fiakier zatrzymał się przed murowanym parkanem; spoza 
niego widać było dach i górną część okien domu. 
Wokulski wysiadł z powozu i zbliżył się do żelaznej furtki w murze, 
zaopatrzonej w młotek. Po kilkunastu uderzeniach furtka nagle uchyliła się i 
Wokulski wszedł na dziedziniec. 
Dom był jednopiętrowy, bardzo stary; mówiły o tym ściany pokryte pleśnią, 
mówiły okna zakurzone, gdzieniegdzie wybite. W środku ściany frontowej 
znajdowały się drzwi, do których wchodziło się po kilku stopniach kamiennych 
dość zrujnowanych. 
Ponieważ furtka już zamknęła się z głuchym łoskotem, a nie było widać 
szwajcara, który ją otwierał, więc Wokulski stał na środku dziedzińca zdziwiony 
i zakłopotany. Nagle w oknie pierwszego, a zarazem jedynego piętra ukazała się 
jakaś głowa w czerwonej czapce i znajomy głos zawołał: 
— Czy to wy, panie Siuzę?... Dzień dobry! 
Głowa znikła, lecz otwarty lufcik świadczył, że nie była złudzeniem. Wreszcie 
po kilku chwilach zgrzytnęły drzwi środkowe, otworzyły się i stanął w nich 
Geist. Był ubrany w podarte niebieskie spodnie, drewniane sandały na nogach i 
brudny flanelowy kaftanik na grzbiecie. 
— Powinszuj mi, panie Siuzę! — mówił Geist. — Sprzedałem mój materiał 
wybuchowy anglo-amerykańskiej kompanii i zdaje się, zrobiłem niezły interes. 
Sto pięćdziesiąt tysięcy franków gotówką z góry i dwadzieścia pięć centimów 
od każdego sprzedanego kilograma. 
— No, w tych warunkach chyba zarzuci pan swoje metale — rzekł uśmiechając się 
Wokulski. Geist spojrzał na niego z pobłażliwą wzgardą. 
— Warunki te -odparł -o tyle zmieniły moje położenie, że na parę lat nie 
potrzebuję się troszczyć o majętnego wspólnika. Lecz co do metalów, właśnie w 
tej chwili pracuję nad nimi, spojrzyj... 
Otworzył drzwi na lewo od sieni. Wokulski zobaczył rozległą, kwadratową salę, 
bardzo chłodną. Na środku jej stał ogromny cylinder, podobny do kadzi: stalowa 
ściana jej miała z łokieć grubości i była w czterech miejscach ściśnięta 
potężnymi obręczami. Do górnego dna byly przytwierdzone jakieś aparaty: 
jeden podobny do klapy bezpieczeństwa, spod której od czasu do czasu 
wydobywał się obłoczek pary i szybko niknął w powietrzu, drugi przypominał 
manometr, którego skazówka jest w ruchu. 
— Kocioł parowy?.. — spytał Wokulski. — Dlaczegóż takie grube ściany? 
— Dotknij go — rzekł Geist. 
Wokulski dotknął i syknął z bólu. Na palcach wyskoczyły mu pęcherze, lecz nie 
z gorąca, tylko z zimna... Kadź była straszliwie zimna, co zresztą czuło się w 
całej sali. 
— Sześćset atmosfer ciśnienia wewnętrznego — dodał Geist nie zważając na 
przygodę od Wokulskiego który aż wstrząsnął się usłyszawsy taką cyfrę. 
— Wulkan!... — szepnął. 
— Dlatego namawiałem cię, ażebyś mnie pracował — odparł Geist.- Jak widzisz, 
łatwo tu o wypadek... Chodźmy na górę... 
— Kocioł zostawi pan bez dozoru? — spytał Wokulski. 
— O, przy tej robocie nie potrzeba niańki; wszystko robi się samo i nie może być 
niespodzianek. Wszedłszy na górę znaleźli się w dużym pokoju o czterech 
oknach. Głównym jego umeblowaniem były stoły, literalnie zarzucone 
retortami, miseczkami i rurkami ze szkła, porcelany, nawet z ołowiu i miedzi. 
Na podłodze pod stołami i w kątach leżało kilkanaście bomb artyleryjskich, 
między nimi kilka pękniętych. Pod oknami stały wanienki kamienne lub 
miedziane, napełnione kolorowymi płynami; wzdłuż jednej ze ścian ciągnęła się 
ława czy tapczan, a na niej ogromny stos elektryczny. 
Dopiero odwróciwszy się Wokulski spostrzegł przy samych drzwiach żelazną 
szafę wmurowaną w ścianę, łóżko okryte podartą kołdrą, z której. wyłaziła 
brudna wata, pod oknem stolik z papierami, a przed nim fotel obity skórą, 
popękaną i wytartą. 
Wokulski spojrzał na starca obutego w drewniane sandały jak najuboższy 
wyrobnik, potem na jego sprzęty, z których wyzierała nędza, i pomyślał, że 
przecie ten człowiek za swoje wynalazki mógłby mieć miliony. Wyrzekł się ich 
jednak dla dobra jakiejś przyszłej, doskonalszej ludzkości... Geist wydął mu się 
w tej chwili jak Mojżesz, który do obiecanej ziemi prowadzi jeszcze nie 
urodzone pokolenia. 
Ale stary chemik tym razem nie odgadł myśli Wokulskiego; przypatrzył mu się 
pochmurnie i rzekł: 
— Cóż, panie Siuzę, niewesołe miejsce, niewesoła robota?... Od czterdziestu lat 
żyję w ten sposób. W tych aparatach uwięzło już kilka milionów i może dlatego 
ich posiadacz nie bawi się, nie ma służby, a czasami nawet nie ma co jeść... To 
nie dla pana zajęcie — dodał machnąwszy ręką. 
— Mylisz się, profesorze — odparł Wokulski. — Zresztą w grobie nie jest chyba 
weselej... 
— Co tam grób... głupstwo... sentymentalizm!... — mruknął Geist. -W naturze nie 
ma grobów ani śmierci; są różne formy bytu, z których jedne pozwalają nam być 
chemikami, inne tylko preparatami chemicznymi. Cała zaś mądrość polega na 
tym, ażeby korzystać ż nadarzającej się okazji, nie tracić czasu na błazeństwa, 
lecz coś zrobić. 
— Rozumiem to — odparł Wokulski — ale... Wybacz pan, pańskie odkrycia są tak 
nowe... 
— I ja rozumiem — przerwał Geist. -Moje odkrycia są tak nowe, że... uważasz je 
pan za oszustwo!... Pod tym względem nie są mędrszymi od ciebie członkowie 
Akademii, masz więc dobre towarzystwo... Aha!...Chciałbyś jeszcze raz 
zobaczyć moje metale, wypróbować je?... Dobrze, bardzo dobrze... 
Pobiegł do żelaznej szafy, otworzył ją w sposób bardzo skomplikowany i po 
kolei począł wydobywać sztabki metalu cięższego od platyny, lżejszego od 
wody, to znowu przezroczystego... Wokulski oglądał je, ważył, ogrzewał, kuł, 
przepuszczał przez nie prąd elektryczny, ciął nożycami. Na próbach tych zeszło 
mu parę godzin; w rezultacie jednak przekonał się, że przynajmniej pod 
względem fizycznym ma do czynienia z autentycznymi metalami. 
Skończywszy próby Wokulski wyczerpany upadł na fotel; Geist pochował 
swoje okazy, zamknął szafę i śmiejąc się zapytał: 
— No i cóż: fakt czy złudzenie? 
— Nic nie rozumiem — szepnął Wokulski ściskając rękoma skronie — głowa mi 
pęka!... Metal trzy razy lżejszy od wody... niepojęta rzecz!... 
— Albo metal o jakie dziesięć procent lżejszy od powietrza, co?...śmiał się Geist. 
— Ciężar gatunkowy obalony... prawa natury podkopane, co?... Cha! cha! Nic z 
tego wszystkiego. Prawa natury, o ile je znamy, nawet przy moich metalach 
pozostaną nietknięte. Rozszerzą się tylko nasze pojęcia o własnościach ciał i ich 
budowie wewnętrznej, no i rozszerzą się granice ludzkiej techniki. 
— A ciężar gatunkowy? — spytał Wokulski. 
— Posłuchaj mnie — przerwał mu Geist — a wnet zrozumiesz, na czym polega 
istota moich odkryć, chociaż, pośpieszam dodać, naśladować ich nie potrafisz. 
Tu nie ma ani cudów, ani oszustwa; tu są rzeczy tak proste, że pojąć je mógłby 
uczeń szkoły elementarnej. 
Wziął ze stołu stalowy sześcian i podawszy go Wokulskiemu mówił: 
— Oto jest decymetr sześcienny, pełny, odlany ze stali; weź go w rękę, ile waży? 
— Z osiem kilogramów... 
Podał mu drugi sześcian tej samej wielkości, również stalowy, pytając: 
— A ten ile waży? 
— No, ten waży z pół kilograma:.. Ale on jest pusty... — odparł Wokulski. 
— Doskonale! A ta sześcienna klatka ze stalowego drutu ile waży? — spytał Geist 
podając ją Wokulskiemu. 
— Ta waży kilkanaście gramów... 
— Otóż widzisz — przerwał Geist. — Mamy trzy sześciany tej samej wielkości i z 
tego samego materiału, które jednak są nierównej wagi. A dlaczego? Gdyż w 
pełnym sześcianie jest najwięcej cząstek stali, w pustym mniej, a w drucianym 
najmniej. Wyobraź więc sobie, że udało mi się zamiast pełnych cząstek 
budować klatkowate cząstki ciał, a zrozumiesz tajemnicę wynalazku. Polega on 
na zmianie budowy wewnętrznej materiałów, co nawet dla dzisiejszej chemii nie 
jest żadną nowością. Cóż, jakże tam?... 
— Kiedy widzę okazy, wierzę — odparł Wokulski — kiedy pana słucham, 
rozumiem. Ale gdy wyjdę stąd... Rozłożył ręce w sposób desperacki. 
Geist znowu otworzył szafę, poszukał i wydobywszy mały skrawek metalu, 
barwą przypominającego mosiądz, podał Wokulskiemu 
— Weź sobie to jako amulet przeciw powątpiewaniu o moim rozumie czy 
prawdomówności. Ten metal jest około pięciu razy lżejszy od wody, dobrze 
więc będzie ci przypominał naszą znajomość. Przy tym — dodał śmiejąc się — ma 
on wielką zaletę: nie obawia się żadnych odczynników chemicznych... Prędzej 
zniknie, aniżeli zdradzi mój sekret... A teraz idź już, panie S i u z ę, odpocznij i 
namyśl się: co masz zrobić ze sobą? 
— Przyjdę tu — szepnął Wokulski. 
— O nie! nie zaraz!... — odparł Geist. — Jeszcze nic ukończyłeś swoich rachunków 
ze światem; a że i ja mam na parę lat pieniądze, więc nie nalegam. Przyjdziesz 
tu, kiedy ci już nic nie zostanie z dawnych złudzeń... 
Niecierpliwie ścisnął go za rękę i popychał ku drzwiom. Na schodach pożegnał 
go jeszcze raz i cofnął się do laboratorium. Gdy Wokulski wyszedł na 
dziedziniec, furtka już była otwarta, a gdy wyminął ją i stanął obok swego 
fiakra, zatrzasnęła się. 
Wróciwszy do miasta Wokulski przede wszystkim kupił złoty medalion, 
umieścił w nim skrawek nowego metalu i zawiesił na szyi jak szkaplerz. Chciał 
przespacerować się, ale spostrzegł, że ruch uliczny męczy go; więc poszedł do 
siebie. 
„Czemu ja się wracam? — szeptał. — Dlaczego nie idę do Geista do roboty?...” 
Usiadł na fotelu i utonął we wspomnieniach. Widział sklep Hopfera, stołowe 
pokoje i gości, którzy drwili z niego; widział swoją maszynę o wieczystym 
ruchu i model balonu, któremu usiłował nadać kierunek. Widział Kasię Hopfer, 
która mizerniała z miłości dla niego... 
„Do roboty!... Dlaczego ja nie idę do roboty?.. „ 
Wzrok jego machinalnie padł na stół, gdzie leżał niedawno kupiony Mickiewicz. 
„Ile ja to razy czytałem!...” — westchnął biorąc książkę do ręki. 
Książka otworzyła się sama i Wokulski przeczytał: 
„Zrywam się, biegnę, składam na pamięć wyrazy, którymi mam złorzeczyć 
okrucieństwu twemu, składane, zapomniane już po milion razy...Ale gdy ciebie 
ujrzę, nic pojmuję, czemu znowu jestem spokojny, zimniejszy nad głazy, aby 
goreć na nowo, milczeć po dawnemu.” 
„Teraz już wiem, przez kogo jestem tak zaczarowany...” 
Uczuł łzę pod powieką, lecz pohamował się i nie splamiła mu twarzy. 
„Zmarnowaliście życie moje... Zatruliście dwa pokolenia!.. szepnął. — Oto skutki 
waszych sentymentalnych, poglądów na miłość.” 
Złożył książkę i cisnął nią w kąt pokoju, aż rozleciały się kartki. Książka odbiła 
się od ściany, spadła na umywalnię i ze smutnym szelestem stoczyła się na 
podłogę. 
„Dobrze ci tak! tam twoje miejsce... — myślał Wokulski. — Bo któż to miłość 
przedstawiał mi jako świętą tajemnicę? Kto nauczył mnie gardzić codziennymi 
kobietami, a szukać niepochwytnego ideału?... Miłość jest radością świata, 
słońcem życia, wesołą melodią w pustyni a ty co z niej zrobiłeś?... Żałobny 
ołtarz, przed którym śpiewają się egzekwie nad zdeptanym sercem ludzkim!” 
Wtem nasunęło mu się pytanie: 
„Jeżeli poezja zatruła twoje życie, to któż zatruł ją samą? I dlaczego 
Mickicwicz, zamiast śmiać się i swawolić jak francuscy pieśniarze, umiał tylko 
tęsknić i rozpaczać? 
Bo on, tak jak i ja, kochał pannę wysokiego urodzenia, która mogła stać się 
nagrodą nie rozumu, nie pracy, nie poświęceń, nawet nie geniuszu, ale... 
pieniędzy i tytułu...” 
„Biedny męczenniku! — szepnął Wokulski. — Tyś oddał narodowi, coś miał 
najlepszego; lecz cóżeś winien, że przelewając w niego własną duszę, razem z 
nią przelałeś cierpienia, jakimi nasycali ciebie? To oni są winni twoim, moim i 
naszym nieszczęściom...” 
Podniósł się z fotelu i ze czcią zebrał porozdzierane kartki. 
„Nie dość, że byłeś umęczony przez nich, ale jeszcze miałbyś odpowiadać za ich 
występki?... To oni winni, oni, że twoje serce, zamiast śpiewać, jęczało jak 
dzwon rozbity.” 
Położył się na kanapie i znowu myślał: „Szczególny kraj, w którym od tak 
dawna mieszkają obok siebie dwa całkiem różne narody: arystokracja i 
pospólstwo. Jeden mówi, że jest szlachetną rośliną, która ma prawo ssać glinę i 
mierzwę, a ten drugi albo przytakuje dzikim pretensjom, albo nie ma siły 
zaprotestować przeciw krzywdzie. 
A jak się to wszystko składało na uwiecznienie monopolu jednej klasy i 
zdławienie w zarodku każdej innej! Tak silnie wierzono w powagę rodu, że 
nawet synowie rzemieślników i handlarzy albo kupowali herby, albo podszywali 
się pod jakieś zubożałe rody szlachetne. 
Nikt nie miał odwagi nazwać się dzieckiem swoich zasług, a nawet ja, głupiec, 
wydałem kilkaset rubli na kupno szlacheckiego patentu. 
I ja miałbym tam wracać?... Po co?... Tu przynajmniej mam naród żyjący 
wszystkimi zdolnościami, jakimi obdarowano człowieka. Tu naczelnych miejsc 
nie obsiada pleśń podejrzanej starożytności, ale wysuwają się naprzód istotne 
siły: praca, rozum, wola, twórczość, wiedza, nawet piękność i zręczność, a 
nawet choćby szczere uczucie. Tam zaś praca staje pod pręgierzem, a triumfuje 
rozpusta! Ten, kto dorabia się majątku, nosi tytuł sknery, kutwy, dorobkiewicza; 
ten, kto go trwoni, nazywa się: hojnym, bezinteresownym, wspaniałomyślnym... 
Tam prostota jest dziwactwem, oszczędność wstydem, uczoność równoznaczny 
z obłędem, artyzm symbolizuje się dziurawymi łokciami. Tam, chcąc zdobyć 
miano człowieka, trzeba posiadać albo tytuł z pieniędzmi, albo talent wciskania 
się do przedpokojów. I ja bym tam miał wracać?...” 
Począł chodzić po pokoju i liczyć: 
„Geist jeden, ja drugi, Ochocki trzeci... Ze dwu jeszcze znajdziemy i za cztery 
albo pięć lat wyczerpalibyśmy owe osiem tysięcy doświadczeń, potrzebnych do 
znalezienia metalu lżejszego niż powietrze. No, a wtedy co?... Co stanie się z 
dzisiejszym światem na widok pierwszej machiny latającej, bez skrzydeł, bez 
skomplikowanych mechanizmów, a trwałej jak okręt pancerny?” 
Zdawało mu się, że szmer uliczny za jego oknami rozszerza się i potęguje 
ogarniając cały Paryż, Francję i Europę. I że wszystkie głosy ludzkie zlewają się 
w jeden ogromny okrzyk: „Sława!... sława!... sława!...” 
„Oszalałem?” — mruknął. 
Szybko rozpiął kamizelkę i wydobywszy spod koszuli złoty medalion otworzył 
go. Skrawek metalu, podobnego do mosiądzu i lekkiego jak puch, był na swoim 
miejscu. Geist nie łudził go; droga do olbrzymiego wynalazku była na oścież 
otwarta. 
„Zostaję! — szepnął. — Bóg ani ludzie nie przebaczyliby mi zaniedbania podobnej 
sprawy.” 
Mrok już zapadał. Wokulski zaświecił gazowe lampy nad stołem, wydobył 
papier i pióro i zaczął pisać: 
„Mój Ignacy! Chcę pogadać z tobą o bardzo ważnych rzeczach, a ponieważ do 
Warszawy już nie wrócę, proszę cię więc, ażebyś jak najśpieszniej...” 
Nagle rzucił pióro: jakaś trwoga opanowała go na widok napisanych przez 
siebie wyrazów: „do Warszawy już nie wrócę...” 
„Dlaczego nie mam wrócić?.. „ — szepnął. 
„A po co?... Może po to, ażeby znowu spotkać pannę Izabelę, znowu stracić 
energię?...” 
„Raz nareszcie muszę zamknąć te głupie rachunki...” 
Chodził i myślał: 
„Oto dwie drogi: jedna wiedzie do nieobliczonych reform ludzkości, druga do 
podobania się, a nawet, przypuśćmy, do zdobycia kobiety. Co wybrać?... Bo 
jużci jest faktem, że każdy nowy a ważny materiał, każda nowa siła to nowe 
piętro cywilizacji. Brąz stworzył cywilizację klasyczną, żelazo wieki średnie; 
proch zakończył wieki średnie, a węgiel kamienny rozpoczął wiek 
dziewiętnasty. Co się tu wahać: metale Geista dadzą początek takiej cywilizacji, 
o jakiej nie marzono, i kto wie, czy wprost nie uszlachetnią gatunku ludzkiego... 
A z drugiej strony cóż mam?... Kobietę, która przy takich jak ja parweniuszach 
nie wahałaby się kąpać. Czym jestem w jej oczach obok tych wykwintnisiów, 
dla których pusta rozmowa, koncept, kompliment stanowią najwyższą treść 
życia. Co ta czereda, nie wyłączając jej samej, powiedziałaby na widok 
obdartego Geista i jego niezmiernych odkryć? Tak są ciemni, że nawet nie 
dziwiliby się temu. 
Przypuśćmy wreszcie, żebym się z nią ożenił, a wtedy co?... Natychmiast do 
salonu dorobkiewicza wleliby się wszyscy jawni i tajni wielbiciele, kuzyni 
rozmaitego stopnia, czy ja wiem wreszcie kto!...I znowu musiałbym zamykać 
oczy na ich spojrzenia, głuchnąć na ich komplimenta, dyskretnie usuwać się od 
ich poufnych rozmów — o czym? O mojej hańbie czy głupocie?... Po roku tego 
życia spodliliby mnie tak, że może zniżyłbym się do zazdrości o podobne 
indywidua... 
Ach, czy nie wolałbym rzucić serce głodnemu psu aniżeli oddać je kobiecie, 
która nawet nie domyśla się, jaka jest różnica między nimi a mną. 
Basta!.” 
Znowu usiadł przy stole i zaczął list do Geista. Nagle przerwał: 
„Paradny jestem — rzekł głośno — chcę pisać zobowiązanie nieuregulowawszy 
moich interesów...” 
„Oto zmieniły się czasy! — myślał. — Dawniej taki Geist byłby symbolem szatana, 
z którym walczy o duszę ludzką anioł w postaci kobiety. A dzisiaj... kto jest 
szatanem, a kto aniołem?...” 
Wtem zapukano do drzwi. Wszedł garson i podał Wokulskiemu duży list. 
„Z Warszawy — szepnął. — Od Rzeckiego?... Przysyła mi jakiś drugi list... Ach, 
od prezesowej!... Co, może donosi mi o ślubie panny Izabeli? 
Rozerwał kopertę, lecz przez chwilę wahał się z odczytaniem. Serce zaczęło mu 
bić śpieszniej. „Wszystko jedno!” -mruknął i zaczął: 
„Mój kochany panie Stanisławie! Dobrze, widać, bawisz się, podobno nawet w 
Paryżu, kiedy zapominasz o swoich przyjaciołach. A grób śp. biednego stryja 
twego wciąż czeka na obiecany kamień i ja także chciałabym poradzić się ciebie 
o budowę cukrowni, do której namawiają mnie na stare lata. Wstydź się, panie 
Stanisławie a nade wszystko żałuj, że nie widzisz rumieńca na twarzy Beli, która 
w tej chwili jest u mnie i spiekła raczka usłyszawszy, że piszę do ciebie. 
Kochane dziecko! Mieszka u ciotki w sąsiedztwie i często mnie odwiedza. 
Domyślam się, że zrobiłeś jej jakąś dużą przykrość; nie ociągaj się więc z 
przeprosinami i jak najrychlej przyjeżdżaj prosto do mnie. Bela zabawi tu 
jeszcze kilka dni i może uda mi się wyjednać ci przebaczenie...” 
Wokulski zerwał się od stołu, otworzył okno i postawszy w nim chwilę 
przeczytał drugi raz list prezesowej; oczy zaiskrzyły mu się, na twarz wystąpiły 
wypieki. 
Zadzwonił raz, drugi, trzeci... Wreszcie sam wybiegł na korytarz wołając: 
— Garson!.. Hej, garson!... 
— Do usług... 
— Rachunek. 
— Jaki?.. 
— Cały rachunek za ostatnie pięć dni... Cały, nie rozumiesz?... 
— Czy zaraz?... — zdziwił się garson. 
— Natychmiast i... powóz na dworzec kolei północnej... Natychmiast! 
ROZDZIAŁ PIĄTY: 
CZŁOWIEK SZCZĘŚLIWY W MIŁOŚCI 
Wróciwszy z Paryża do Warszawy, Wokulski zastał drugi list prezesowej. 
Staruszka nalegała, ażeby natychmiast przyjeżdżał i zabawił u niej parę tygodni. 
„Nie myśl, panie Stanisławie — kończyła — że zapraszam cię z powodu twoich 
świeżych awansów, dla pochwalenia się znajomością z tobą. Tak czasem bywa, 
ale nie u mnie. Chcę tylko, ażebyś odpoczął po swych ciężkich trudach, a może i 
rozerwał się w moim domu, gdzie oprócz gospodyni, starej nudziarki, znajdziesz 
jeszcze towarzystwo młodych i ładnych kobiet.” 
Dużo mnie obchodzą młode i ładne kobiety! — mruknął Wokulski. W następnej 
zaś chwili przyszło mu na myśl: o jakich to awansach pisze prezesowa? Czyby 
już nawet na prowincji wiedziano o jego zarobku, choć sam nikomu o tym nie 
wspomniał? 
Słowa prezesowej przestały go jednak dziwić, gdy naprędce rozejrzał się w 
interesach. Od dnia wyjazdu do Paryża obroty jego handlu znowu wzrosły i 
wzrastały z tygodnia na tydzień. W stosunki z nim weszło kilkudziesięciu 
nowych kupców, a cofnął się ledwie jeden, dawny, napisawszy przy tym ostry 
list, że ponieważ on nie ma arsenału, tylko zwyczajny sklep bławatny, więc nie 
widzi interesu nadal utrzymywać stosunków z firmą JW-go Wokulskiego, z 
którym na Nowy Rok ureguluje wszelkie rachunki. Ruch towarów był tak 
wielki, że pan Ignacy na własną odpowiedzialność wynajął nowy skład, zgodził 
ósmego subiekta i dwu ekspedytorów. Kiedy Wokulski skończył przeglądać 
księgi (na usilną prośbę Rzeckiego wziął się do nich w parę godzin po powrocie 
z banhofu),pan Ignacy otworzył kasę ogniotrwałą i z uroczystą miną wydobył 
stamtąd list Suzina. 
— Cóż to za ceremoniał? — spytał ze śmiechem Wokulski. 
— Korespondencje od Suzina muszą być szczególnie pilnowane — odparł Rzecki z 
naciskiem. Wokulski wzruszył ramionami i przeczytał list. Suzin proponował 
mu na zimowe miesiące nowy interes, prawie tej samej doniosłości co paryski. 
— Cóż ty na to? — zapytał pana Ignacego objaśniwszy, o co chodzi. 
— Mój Stachu — odparł subiekt spuszczając oczy — tak ci ufam, że gdybyś nawet 
spalił miasto, jeszcze byłbym pewny, że zrobiłeś to w szlachetnym celu. 
— Jesteś nieuleczony marzyciel, mój stary! — westchnął Wokulski i przerwał 
rozmowę. Nie miał wątpliwości, że Ignacy znowu posądza go o jakieś 
polityczne knowania. 
Nie sam Rzecki myślał w taki sposób. Wstąpiwszy do swego mieszkania 
Wokulski znalazł całą pakę biletów wizytowych i listów. Przez czas 
nieobecności odwiedziło go około setki ludzi wpływowych, utytułowanych i 
majętnych, z których co najmniej połowy dotychczas nie znał... Jeszcze większą 
osobliwość stanowiły listy. Były to prośby bądź o wsparcie, bądź o protekcję do 
rozmaitych władz cywilnych i wojskowych lub też anonimy po największej 
części wymyślające mu... Jeden nazywał go zdrajcą, inny fagasem, który tak 
wprawił się do służby u Hopfera, że dziś dobrowolnie wdziewa na siebie liberię 
arystokracji, a nawet więcej niż arystokracji. Inny anonim zarzucał mu opiekę 
nad kobietą złego życia, inny donosił, że pani Stawska jest kokietką i 
awanturnicą, a Rzecki oszustem, który w nowo nabytym domu wykrada mu 
komorne i dzieli się z rządcą, niejakim Wirskim. 
„Muszą zdrowe plotki krążyć o mnie...” — pomyślał patrząc na stertę papierów. 
Na ulicy także, o ile miał czas zwracać uwagę, spostrzegł, że jest przedmiotem 
ogólnego zainteresowania. Mnóstwo osób kłaniało mu się; czasem zupełnie 
obcy wskazywali na niego, gdy przechodził; byli jednakże i tacy, którzy z 
widoczną niechęcią odwracali od niego głowę. Między nimi zauważył dwu 
znajomych, jeszcze z Irkucka, co go dotknęło w przykry sposób. 
„Cóż ci znowu — szepnął — dostali bzika?...” 
Na drugi dzień swego pobytu w Warszawie odpisał Suzinowi, że propozycje 
przyjmuje i że w połowie października będzie w Moskwie. Późnym zaś 
wieczorem wyjechał do prezesowej, której majątek leżało kilka mil od niedawno 
wybudowanej kolei. 
Na dworcu spostrzegł, że i tu jego osoba robi wrażenie. Sam zawiadowca 
przedstawił się i kazał mu dać oddzielny przedział; nadkonduktor zaś prowadząc 
go do wagonu rzekł, że to on właśnie miał zamiar ofiarować mu wygodne 
miejsce, gdzie by można spać, pracować albo rozmawiać bez przeszkód. 
Po długim staniu pociąg z wolna ruszył. Była już noc duża, bezksiężycowa i 
bezobłoczna, a na niebie więcej gwiazd niż zwykle. Wokulski otworzył okno i 
przypatrywał się konstelacjom. Przyszły mu na myśl syberyjskie noce, gdzie 
niebo bywa niekiedy prawie czarne, zasiane gwiazdami jak śnieżycą, gdzie Mała 
Niedźwiedzica krąży prawie nad głową, a Herkules, kwadrat Pegaza, Bliźnięta 
świecą niżej niż u nas nad horyzontem. 
„Czy dziś umiałbym astronomię, ja, subiekt Hopfera, gdybym tam nie był? pomyślał 
z goryczą. — A słyszałbym co o odkryciach Geista, gdyby mnie Suzin 
gwałtem nie zaciągnął do Paryża?” 
I oczyma duszy widział szerokie i niezwykłe życie swoje, jakby rozpięte między 
dalekim Wschodem i dalekim Zachodem. „Wszystko, co umiem, wszystko, co 
mam, wszystko, co zrobić jeszcze mogę; nie pochodzi stąd. Tu znajdowałem 
tylko upokorzenie, zawiść albo wątpliwej wartości poklask, gdy mi się wiodło; 
lecz gdyby mi się nie powiodło, zdeptałyby mnie te same nogi, które dziś się 
kłaniają...” 
„Wyjadę stąd — szeptał — wyjadę!... Chyba że ona mnie zatrzyma...Bo co mi da 
nawet ten majątek, jeżeli nie mogę go zużytkować w taki sposób, jaki mnie 
najlepiej przypada do gustu? Co warte życie, pleśniejące między resursą, 
sklepem i prywatnymi salonami, gdzie trzeba grać w preferansa, ażeby nie 
obmawiać, albo obmawiać, ażeby nie grać w preferansa?...” „Ciekawym — rzekł 
do siebie po chwili — w jakim celu tak znacząco zaprasza mnie prezesowa? A 
może to panna Izabela?...” Zrobiło mu się gorąco i z wolna uczuł jakąś 
przemianę w duszy. Przypomniał sobie swego ojca i stryja, Kasię Hopfer, która 
tak go kochała, Rzeckiego, Leona, Szumana, księcia i tylu, tylu innych ludzi, 
którzy złożyli mu dowody niewątpliwej życzliwości. Co warta cała jego nauka i 
majątek, gdyby dokoła siebie nie miał serc przyjaznych; na co zdałby się 
największy wynalazek Geista, gdyby nie miał być orężem, który zapewni 
ostateczne zwycięstwo rasie ludzi szlachetniejszych i lepszych?... 
„Jest i u nas niemało do zrobienia -szepnął. -Są i u nas ludzie, których warto 
wydźwignąć albo wzmocnić... Za stary jestem na robienie epokowych 
wynalazków, niech się tym zajmują Ochoccy... Ja wolę innym przysporzyć 
szczęścia i sam być szczęśliwym...” 
Przymknął oczy i zdawało mu się, że widzi pannę Izabelę, która patrzy na niego 
w dziwny, jej tylko właściwy sposób i łagodnym uśmiechem przytakuje jego 
zamiarom. 
Zapukano do drzwi przedziału i po chwili ukazał się nadkonduktor mówiąc: 
— Pan baron Dalski pyta się, czy może tu przyjść. Jedzie tym samym wagonem. 
— Pan baron?... — powtórzył Wokulski. — Owszem, niech będzie łaskaw.... 
Nadkonduktor cofnął się i przymknął drzwi, a Wokulski przypomniał sobie, że 
baron jest członkiem spółki do handlu ze Wschodem i jednym z niewielu już 
konkurentów panny Izabeli. „Czego on chce ode mnie? — myślał Wokulski. Może 
i on jedzie do prezesowej, ażeby na świeżym powietrzu złożyć pannie 
Izabeli stanowczą deklarację?... Jeżeli go nie uprzedził ten Starski...” 
W korytarzu wagonowym słychać było kroki i rozmowę; drzwi przedziału 
znowu usunęły się i ukazał się nadkonduktor, a obok niego bardzo szczupły pan, 
z malutkimi wąsikami szpakowatymi, jeszcze mniejszą bródką prawie siwą i 
dobrze siwiejącą głową. 
„Chyba nie on? myślał Wokulski. — Tamten był zupełnie czarny...” 
— Najmocniej przepraszam, że niepokoję panaĺ — rzekł baron chwiejąc się z 
powodu ruchu pociągu. — Najmocniej... Nie ośmieliłbym się przerywać 
samotności, gdyby nie to, że chcę zapytać: czy pan nie jedzie do naszej 
czcigodnej prezesowej, która pana już od tygodnia oczekuje? 
— Właśnie do niej jadę. Witam pana barona. Niechże pan siądzie. 
— A to doskonale! — zawołał baron — bo i ja tam jadę. Prawie od dwu miesięcy 
mieszkam tam. To jest... panie... nie tyle mieszkam, ile ciągle dojeżdżam. To od 
siebie, gdzie mi dom odnawiają, to z Warszawy... Teraz wracam z Wiednia, 
gdzie kupowałem meble, ale zabawię prezesowej tylko parę dni, bo, panie, 
muszę zmienić wszystkie obicia w pałacu, założone nie dawniej jak dwa 
tygodnie temu. Ale cóż robić...nie podobały się, więc obedrzemy, nie ma rady!... 
Śmiał się i mrugał oczyma, a Wokulskiego zimno przeszło. „Dla kogo te 
meble?... Komu nie podobały się obicia?...” pytał sam siebie z trwogą. 
— Szanowny pan -ciągnął baron — już skończył swoją misję. Winszuję!... — dodał 
ściskając go za rękę. — Od pierwszego, panie, rzutu oka uczułem dla pana 
szacunek i sympatię, która teraz zamienia się w prawdziwą cześć... Tak, panie. 
Nasze usuwanie się od politycznego życia zrobiło nam wiele szkody. Pan 
pierwszy złamałeś nierozsądną zasadę abstynencji i za to, panie, cześć... 
Musimy się przecie interesować sprawami państwa, w którym znajdują się nasze 
majątki, gdzie leży nasza przyszłość... 
— Nie rozumiem pana, panie baronie — przerwał mu nagle Wokulski. 
Baron tak zmieszał się, że przez chwilę siedział bez ruchu i głosu. Nareszcie 
wybąkał: 
— Przepraszam!... Doprawdy nie miałem zamiaru... Ale sądzę, że moja przyjaźń 
dla czcigodnej prezesowej, która, panie, tak... 
— Skończmy, panie, z wyjaśnieniami — rzekł ze śmiechem Wokulski ściskając go 
za rękę. -Kontent pan z wiedeńskich sprawunków? 
— Bardzo... panie... bardzo... Chociaż, czy pan uwierzy, była chwila, że za radą 
szanownej prezesowej miałem zamiar fatygować pana w Paryżu... 
— Chętnie służyłbym. O cóż to chodziło? 
— Chciałem mieć stamtąd garnitur brylantowy — mówił baron. -Ale że w Wiedniu 
trafiły mi się pyszne szafiry... Właśnie mam je przy sobie i jeżeli pan pozwoli... 
Pan jest znawcą klejnotów?... 
„Dla kogo te szafiry?” -myślał Wokulski. Chciał poprawić się na siedzeniu, ale 
poczuł, że nie może podnieść ręki ani wyprostować nóg. 
Baron tymczasem wyjął z rozmaitych kieszeni cztery safianowe pudełka, 
ustawił je na ławce i po kolei zaczął otwierać. 
— Oto bransoleta — mówił — prawda, jaka skromna, jeden kamień... Brosza i 
kolczyki już są ozdobniejsze; kazałem nawet zmienić oprawę... A to naszyjnik... 
Proste to, ale smaczne i może dlatego ładne...Ale ogień jest, prawda, panie?... 
Mówiąc tak, przesuwał szafiry przed oczyma Wokulskiego, przy migotliwym 
blasku świecy. 
— Nie podobają się panu? — spytał nagle baron spostrzegłszy, że jego towarzysz 
nie odpowiada. 
— Owszem, bardzo piękne. Komuż to baron wiezie taki prezent? 
— Mojej narzeczonej — odparł baron tonem zdziwienia. — Sądziłem, że prezesowa 
wspomniała panu o naszym szczęściu rodzinnym... 
— Nic. 
— A właśnie dziś jest pięć tygodni, jak oświadczyłem się i zostałem przyjęty. 
— Komu się pan oświadczył?... Prezesowej?... — rzekł innym już głosem 
Wokulski. 
— Ależ nie!... — zawołał baron cofając się. — Oświadczyłem się pannie Ewelinie 
Janockiej, wnuczce prezesowej... Nie pamięta jej pan? Była u hrabiny w tym 
roku na święconem, nie zauważył jej pan?... 
Długa chwila upłynęła, zanim Wokulski skombinował, że panna Ewelina 
Janocka nie jest panną Izabelą Łęcką, że baron nie oświadczył się pannie Izabeli 
i że nie dla niej wiezie szafiry. 
— Przepraszam pana — odezwał się do zaniepokojonego barona — ale jestem tak 
rozstrojony, że po prostu nie wiedziałem, co mówię... 
Baron zerwał się z siedzenia i prędko zaczął chować pudełka. 
— Co za nieuwaga z mojej strony! — zawołał. — Właśnie dostrzegłem w oczach 
pańskich znużenie i mimo to ośmieliłem się spłoszyć panu sen... 
— Nie, panie, spać nie mam zamiaru i miło mi będzie odbyć resztę drogi w 
pańskim towarzystwie. To chwilowe osłabienie, które już przeszło. 
Baron z początku robił ceremonie i chciał wychodzić, ale widząc, że Wokulski 
istotnie orzeźwił się, usiadł zapewniając, że tylko na parę minut. Czuł potrzebę 
wygadania się przed kimś ze swoim szczęściem. 
— Bo co to za kobieta! — mówił baron z coraz żywszą gestykulacją. Kiedym ją, 
panie, poznał, wydała mi się zimna jak posąg i tylko zajęta strojami. Dopiero 
dziś widzę, jakie to skarby uczuć...Stroić się lubi jak każda kobieta, ale cóż to za 
rozum!... Nikomu bym tego nie powiedział, co teraz powiem panu, panie 
Wokulski. Ja bardzo młodo zacząłem siwieć i nie bez tego, ażebym od czasu do 
czasu nie dotknął wąsów fiksatuarem. No i kto by, panie, pomyślał: ledwie 
spostrzegła to, raz na zawsze zabroniła mi fiksatuarować się; powiedziała, że 
ona ma szczególne upodobanie do siwych włosów i że dla niej prawdziwie 
pięknym może być tylko siwy mężczyzna. „A o szpakowatych co pani myśli?” zapytałem. 
„Że są tylko interesującymi” — odpowiedziała... A jak ona to mówi!... 
Czy aby nic nudzę pana, panie Wokulski? 
— Ależ, panie!.. Bardzo mi miło spotkać człowieka szczęśliwego. 
— Prawdziwie jestem szczęśliwy, i to w sposób, który dla mnie samego jest 
niespodzianką — ciągnął baron. -Bo o ożenieniu się zawsze myślałem, już od 
kilku lat zalecają mi to doktorzy. No i projektowałem, że wezmę sobie, panie, 
kobietę piękną, dobrze wychowaną z nazwiskiem i prezencją, bynajmniej nie 
wymagając od niej jakiejś romantycznej miłości. Tymczasem ma pan: sama 
miłość zastępuje mi drogę i jednym spojrzeniem roznieca pożar w sercu... 
Doprawdy, panie Wokulski, jestem zakochany... nie — jestem szalony... Nikomu 
bym tego nie powiedział, ale panu, dla którego od pierwszej chwili uczułem 
nieledwie braterską sympatię... Jestem szalony!... Myślę tylko o niej, kiedy śpię 
— śni mi się, kiedy jej nie widzę — jestem, panie, formalnie chory. Brak apetytu, 
smutne myśli, jakieś ciągłe lękanie się... 
Tego, co panu teraz powiem, panie Wokulski, błagam, ażeby pan nie powtarzał 
nawet przed samym sobą. Chciałem ją wziąć na próbę; jest to niskie, nieprawda, 
panie? ale trudno, człowiek niełatwo wierzy w szczęście. Chcąc ją tedy wziąć na 
próbę (ale nikomu ani słóweczka o tym, panie!)"kazałem napisać projekt 
interczy, według którego, gdyby małżeństwo nie doszło do skutku z 
czyjejkolwiek winy (rozumie pan?) — ja płacę pięćdziesiąt tysięcy rubli pannie za 
zawód. Serce mi drętwiało z obawy, że... a nuż porzuci mnie?... Lecz co pan 
powie? Kiedy jej prezesowa wspomniała o tym projekcie, panna w płacz... „Cóż 
to -mówiła -on myśli, że wyrzeknę się go dla jakichś pięćdziesięciu tysięcy 
rubli? Bo jeżeli mnie posądza o interesowność i nie uznaje żadnych wyższych 
pobudek w sercu kobiety, to przecie powinien rozumieć, że za pięćdziesiąt 
tysięcy nie oddam miliona...” 
Kiedy mi to powtórzyła prezesowa, wbiegłem do pokoju panny Eweliny i nie 
powiedziawszy ani słówka upadłem jej do nóg... teraz w Warszawie zrobiłem 
testament, a w nim mianowałem ją jedyną i wyłączną spadkobierczynią, 
choćbym umarł przed ślubem. Cała moja rodzina przez całe życie nie dała mi 
tyle szczęścia, ile to dziecko w ciągu kilku tygodni. A co będzie później?... Co 
będzie później, panie Wokulski?.. Nikomu nie zadałbym podobnego pytania zakończył 
baron, mocno targając go za rękę. -No, dobranoc... 
„Zabawna historia! -mruknął Wokulski po odejściu barona. -Ten staruszek 
naprawdę wdeptał się po szyję...” 
I nie mógł odpędzić wizerunku barona, który jak cień coraz to wypływał na 
amarantowe tło siedzenia. Więc patrzył na jego chudą twarz, na której płonął 
ceglasty rumieniec, na włosy jakby posypane mąką, na oczy wielkie a 
zapadnięte, w których tlił się blask niezdrowy. Komiczne i smutne wrażenie 
robiły wybuchy namiętności w człowieku, który nieustannie zasłaniał sobie 
gardło, sprawdzał, czy okno jest dobrze zamknięte, i siedział w przedziale coraz 
na innym miejscu z obawy przeciągów. 
„Ubrał się! — myślał Wokulski. -Czy podobna, ażeby młoda panna mogła 
zakochać się w takiej mumii? Z pewnością jest o dziesięć lat starszy ode mnie, a 
jaki niedołężny, jaki przy tym naiwny!... 
Dobrze, ale jeżeli ta panna naprawdę go kocha?... Boć trudno przypuścić, ażeby 
go oszukiwała. W ogóle biorąc, kobiety są szlachetniejsze od mężczyzn ; nie 
tylko mniej spełniają występków, lecz i poświęcają się nierównie częściej od 
nas. Jeżeli więc z trudnością znalazłby się tak podły mężczyzna, który od rana 
do nocy kłamałby dla pieniędzy, to czy można posądzać o coś podobnego 
kobietę, młodą pannę wychowaną wśród uczciwej rodziny? 
Oczywiście coś jej strzeliło do głowy i musi być także zadurzona, jeżeli nie w 
jego wdziękach, to w stanowisku. Inaczej musiałaby zdradzić się, że gra 
komedię, a baron musiałby spostrzec to, bo miłość patrzy przez mikroskop. 
A jeżeli młoda dziewczyna może pokochać takiego dziada, to dlaczegóż by 
mnie nie miała pokochać tamta?...” 
„Zawsze wracam do swego! — szepnął. — Ta myśl stała się już rodzajem 
monomanii...” 
Odsunął okno zamknięte przez barona i dla odpędzenia natrętnych wspomnień 
począł znowu przyglądać się niebu. Kwadrat Pegaza opuszczał się już na 
zachód, a na wschodzie podnosił się Byk, Orion, Pies Mały i Bliźnięta. 
Przypatrywał się gwiazdom wielokrotnym, gęsto rozsianym w tej okolicy nieba, 
i przyszła mu na myśl ta dziwna, niewidzialna siła przyciągania, która odległe 
światy wiąże w jedną całość potężniej, niżby to mogły zrobić jakiekolwiek 
materialne łańcuchy. 
„Przyciąganie — przywiązanie, toż to w gruncie jedno i to samo: siła tak wielka, 
że wszystko za sobą porywa, a tak płodna, że tryska z niej wszelkie życie. 
Pozbawmy ziemię jej przywiązania do słońca, a odleci gdzieś w przestrzeń i za 
parę lat stanie się bryłą lodu. Wtrąćmy jakąś tułaczą gwiazdę w sferę 
słonecznego systemu, a kto wie, czy i na niej nie rozbudzi się życie? Dlaczego 
więc baron ma wyłamywać się spod prawa przywiązania, które przenika całą 
naturę? I czy pomiędzy nim a jego panną Eweliną jest większa przepaść aniżeli 
między ziemią i słońcem? Co się tu dziwić szaleństwom ludzi, jeżeli w ten sam 
sposób szaleją światy...” 
Tymczasem pociąg szedł wciąż z wolna, długo zatrzymując się na stacjach. 
Powietrze zrobiło się chłodne, na wschodzie zaczęły blednąć gwiazdy. 
Wokulski zamknął okno i legł na bujającej kanapie. 
„Jeżeli — myślał — młoda kobieta mogła zakochać się w baronie, to dlaczegóż 
bym ja... Bo przecież go nie oszukuje... Kobiety są w ogóle szlachetniejsze od 
nas... mniej kłamią...” 
— Proszę pana, tu panowie wysiadają... Pan baron już pije herbatę. 
Wokulski ocknął się: nad nim stał konduktor i budził go w najuprzejmiejszy 
sposób. — Jak to, już dzień? — spytał zdziwiony. — O, już jest dziewiąta i od pół 
godziny stoimy na stacji. Nie budziłem pana, bo pan baron nie kazał, ale że 
pociąg zaraz idzie dalej... 
Wokulski szybko wysiadł. Stacja była nowa, jeszcze niezupełnie wykończona. 
Pomimo to dano mu wody do umycia się i oczyszczono odzież. Rozbudził się 
już zupełnie i wszedł do małego bufetu, gdzie rozpromieniony baron pił trzecią 
szklankę herbaty. 
— Dzień dobry! — zawołał baron, z familiarną poufałością ściskając Wokulskiego 
za rękę. — Panie gospodarzu, herbaty dla pana... Ładny dzień, prawda, akurat do 
spaceru końmi. Ale też zrobili nam figla! 
— Cóż się stało? 
— Musimy czekać na konie — prawił baron. — Całe szczęście, że o drugiej w nocy 
pchnąłem depeszę o pańskim przyjeździe. Bo onegdaj także wysłałem do 
prezesowej depeszę z Warszawy, ale mówi mi zawiadowca, żem się omylił i 
zamówił konie na jutro. Szczęście, panie, żem telegrafował dziś z drogi. O 
trzeciej posłali stąd sztafetę, o szóstej prezesowa odebrała telegram, o ósmej 
najpóźniej wysłano konie. Poczekamy jeszcze z godzinę, ale za to lepiej pozna 
pan okolicę. Bardzo, panie, ładna miejscowość... 
Po śniadaniu wyszli na peron. Okolica z tego punktu wydawała się płaska i 
prawie bezleśna; tu i ówdzie widać było kępę drzew, a wśród niej grupę 
murowanych budynków. 
— To są dwory? -spytał Wokulski. 
— A tak... dużo szlachty mieszka w tej stronie. Ziemia doskonale uprawna; ma 
pan łubin, koniczynę... 
— Wsi nie widzę — wtrącił Wokulski. 
— Bo to dworskie grunta, a pan zna przysłowie: Na dworskim polu dużo stert, na 
chłopskim dużo ludzi. 
— Słyszałem -rzekł nagle Wokulski — że u prezesowej zbiera się dużo gości. 
— Ach, panie! — zawołał baron — kiedy trafi się dobra niedziela, to jakbyś pan był 
na balu w cesursie: zjeżdża się po kilkadziesiąt osób. A nawet dziś powinni 
byśmy znaleźć grono stałych gości. No, przede wszystkim bawi tam moja 
narzeczona. Dalej -jest pani Wąsowska, milutka wdóweczka, lat trzydzieści, 
ogromny majątek. Zdaje mi się, że krąży około niej Starski. Zna pan 
Starskiego?... Niemiła figura: arogant, panie, impertynent... Dziwię się, 
doprawdy, że kobieta z takim rozumem i gustem jak pani Wąsowska może 
znajdować przyjemność w towarzystwie podobnego lekkoducha. 
— Któż więcej? — pytał Wokulski. 
— Jest jeszcze Fela Janocka, stryjeczna siostra mojej pani; bardzo miłe dziecko, 
ma z osiemnaście lat. No, jest Ochocki... 
— Jest?... Cóż on tam robi? 
— Kiedym wyjeżdżał, po całych dniach łowił ryby. Ale ponieważ gust zmienia 
mu się często, więc nie jestem pewny, czy nie zobaczę go teraz jako myśliwca... 
Ale cóż to za szlachetny młody człowiek, co za wiedza!... No i zasługi już ma; 
zrobił kilka wynalazków. 
— Tak, to niepospolity człowiek — rzekł Wokulski. — Któż jeszcze bawi u 
prezesowej?... 
— Stale to już nikt, ale bardzo często przyjeżdżają na kilka dni, czasem na 
tydzień, pan Łęcki z córką. Dystyngowana osoba — mówił dalej baron — pełna 
rzadkich przymiotów. Pan wreszcie ich zna? Szczęśliwy ten, komu odda serce i 
rękę! Co to, panie, za wdzięk, co za rozum; doprawdy, czcić ją można jak istną 
boginię... Nie znajduje pan? 
Wokulski oglądał się po okolicy nie mogąc zdobyć się na odpowiedź. 
Szczęściem, wybiegł w tej chwili posługacz stacyjny donosząc baronowi, że 
zajechał powóz. 
— Wybornie! — zawołał baron i dał mu parę złotych. — Odnieś, kochanku, nasze 
rzeczy, a my, panie, jedźmy... Za dwie godziny pozna pan moją narzeczoną. 
ROZDZIAŁ SZÓSTY: 
CZŁOWIEK SZCZĘŚLIWY W MIŁOŚCI 
Wróciwszy z Paryża do Warszawy, Wokulski zastał drugi list prezesowej. 
Staruszka nalegała, ażeby natychmiast przyjeżdżał i zabawił u niej parę tygodni. 
„Nie myśl, panie Stanisławie — kończyła — że zapraszam cię z powodu twoich 
świeżych awansów, dla pochwalenia się znajomością z tobą. Tak czasem bywa, 
ale nie u mnie. Chcę tylko, ażebyś odpoczął po swych ciężkich trudach, a może i 
rozerwał się w moim domu, gdzie oprócz gospodyni, starej nudziarki, znajdziesz 
jeszcze towarzystwo młodych i ładnych kobiet.” 
Dużo mnie obchodzą młode i ładne kobiety! — mruknął Wokulski. W następnej 
zaś chwili przyszło mu na myśl: o jakich to awansach pisze prezesowa? Czyby 
już nawet na prowincji wiedziano o jego zarobku, choć sam nikomu o tym nie 
wspomniał? 
Słowa prezesowej przestały go jednak dziwić, gdy naprędce rozejrzał się w 
interesach. Od dnia wyjazdu do Paryża obroty jego handlu znowu wzrosły i 
wzrastały z tygodnia na tydzień. W stosunki z nim weszło kilkudziesięciu 
nowych kupców, a cofnął się ledwie jeden, dawny, napisawszy przy tym ostry 
list, że ponieważ on nie ma arsenału, tylko zwyczajny sklep bławatny, więc nie 
widzi interesu nadal utrzymywać stosunków z firmą JW-go Wokulskiego, z 
którym na Nowy Rok ureguluje wszelkie rachunki. Ruch towarów był tak 
wielki, że pan Ignacy na własną odpowiedzialność wynajął nowy skład, zgodził 
ósmego subiekta i dwu ekspedytorów. Kiedy Wokulski skończył przeglądać 
księgi (na usilną prośbę Rzeckiego wziął się do nich w parę godzin po powrocie 
z banhofu),pan Ignacy otworzył kasę ogniotrwałą i z uroczystą miną wydobył 
stamtąd list Suzina. 
— Cóż to za ceremoniał? — spytał ze śmiechem Wokulski. 
— Korespondencje od Suzina muszą być szczególnie pilnowane — odparł Rzecki z 
naciskiem. Wokulski wzruszył ramionami i przeczytał list. Suzin proponował 
mu na zimowe miesiące nowy interes, prawie tej samej doniosłości co paryski. 
— Cóż ty na to? — zapytał pana Ignacego objaśniwszy, o co chodzi. 
— Mój Stachu — odparł subiekt spuszczając oczy — tak ci ufam, że gdybyś nawet 
spalił miasto, jeszcze byłbym pewny, że zrobiłeś to w szlachetnym celu. 
— Jesteś nieuleczony marzyciel, mój stary! — westchnął Wokulski i przerwał 
rozmowę. Nie miał wątpliwości, że Ignacy znowu posądza go o jakieś 
polityczne knowania. 
Nie sam Rzecki myślał w taki sposób. Wstąpiwszy do swego mieszkania 
Wokulski znalazł całą pakę biletów wizytowych i listów. Przez czas 
nieobecności odwiedziło go około setki ludzi wpływowych, utytułowanych i 
majętnych, z których co najmniej połowy dotychczas nie znał... Jeszcze większą 
osobliwość stanowiły listy. Były to prośby bądź o wsparcie, bądź o protekcję do 
rozmaitych władz cywilnych i wojskowych lub też anonimy po największej 
części wymyślające mu... Jeden nazywał go zdrajcą, inny fagasem, który tak 
wprawił się do służby u Hopfera, że dziś dobrowolnie wdziewa na siebie liberię 
arystokracji, a nawet więcej niż arystokracji. Inny anonim zarzucał mu opiekę 
nad kobietą złego życia, inny donosił, że pani Stawska jest kokietką i 
awanturnicą, a Rzecki oszustem, który w nowo nabytym domu wykrada mu 
komorne i dzieli się z rządcą, niejakim Wirskim. 
„Muszą zdrowe plotki krążyć o mnie...” — pomyślał patrząc na stertę papierów. 
Na ulicy także, o ile miał czas zwracać uwagę, spostrzegł, że jest przedmiotem 
ogólnego zainteresowania. Mnóstwo osób kłaniało mu się; czasem zupełnie 
obcy wskazywali na niego, gdy przechodził; byli jednakże i tacy, którzy z 
widoczną niechęcią odwracali od niego głowę. Między nimi zauważył dwu 
znajomych, jeszcze z Irkucka, co go dotknęło w przykry sposób. 
„Cóż ci znowu — szepnął — dostali bzika?...” 
Na drugi dzień swego pobytu w Warszawie odpisał Suzinowi, że propozycje 
przyjmuje i że w połowie października będzie w Moskwie. Późnym zaś 
wieczorem wyjechał do prezesowej, której majątek leżało kilka mil od niedawno 
wybudowanej kolei. 
Na dworcu spostrzegł, że i tu jego osoba robi wrażenie. Sam zawiadowca 
przedstawił się i kazał mu dać oddzielny przedział; nadkonduktor zaś prowadząc 
go do wagonu rzekł, że to on właśnie miał zamiar ofiarować mu wygodne 
miejsce, gdzie by można spać, pracować albo rozmawiać bez przeszkód. 
Po długim staniu pociąg z wolna ruszył. Była już noc duża, bezksiężycowa i 
bezobłoczna, a na niebie więcej gwiazd niż zwykle. Wokulski otworzył okno i 
przypatrywał się konstelacjom. Przyszły mu na myśl syberyjskie noce, gdzie 
niebo bywa niekiedy prawie czarne, zasiane gwiazdami jak śnieżycą, gdzie Mała 
Niedźwiedzica krąży prawie nad głową, a Herkules, kwadrat Pegaza, Bliźnięta 
świecą niżej niż u nas nad horyzontem. 
„Czy dziś umiałbym astronomię, ja, subiekt Hopfera, gdybym tam nie był? pomyślał 
z goryczą. — A słyszałbym co o odkryciach Geista, gdyby mnie Suzin 
gwałtem nie zaciągnął do Paryża?” 
I oczyma duszy widział szerokie i niezwykłe życie swoje, jakby rozpięte między 
dalekim Wschodem i dalekim Zachodem. „Wszystko, co umiem, wszystko, co 
mam, wszystko, co zrobić jeszcze mogę; nie pochodzi stąd. Tu znajdowałem 
tylko upokorzenie, zawiść albo wątpliwej wartości poklask, gdy mi się wiodło; 
lecz gdyby mi się nie powiodło, zdeptałyby mnie te same nogi, które dziś się 
kłaniają...” 
„Wyjadę stąd — szeptał — wyjadę!... Chyba że ona mnie zatrzyma...Bo co mi da 
nawet ten majątek, jeżeli nie mogę go zużytkować w taki sposób, jaki mnie 
najlepiej przypada do gustu? Co warte życie, pleśniejące między resursą, 
sklepem i prywatnymi salonami, gdzie trzeba grać w preferansa, ażeby nie 
obmawiać, albo obmawiać, ażeby nie grać w preferansa?...” „Ciekawym — rzekł 
do siebie po chwili — w jakim celu tak znacząco zaprasza mnie prezesowa? A 
może to panna Izabela?...” Zrobiło mu się gorąco i z wolna uczuł jakąś 
przemianę w duszy. Przypomniał sobie swego ojca i stryja, Kasię Hopfer, która 
tak go kochała, Rzeckiego, Leona, Szumana, księcia i tylu, tylu innych ludzi, 
którzy złożyli mu dowody niewątpliwej życzliwości. Co warta cała jego nauka i 
majątek, gdyby dokoła siebie nie miał serc przyjaznych; na co zdałby się 
największy wynalazek Geista, gdyby nie miał być orężem, który zapewni 
ostateczne zwycięstwo rasie ludzi szlachetniejszych i lepszych?... 
„Jest i u nas niemało do zrobienia -szepnął. -Są i u nas ludzie, których warto 
wydźwignąć albo wzmocnić... Za stary jestem na robienie epokowych 
wynalazków, niech się tym zajmują Ochoccy... Ja wolę innym przysporzyć 
szczęścia i sam być szczęśliwym...” 
Przymknął oczy i zdawało mu się, że widzi pannę Izabelę, która patrzy na niego 
w dziwny, jej tylko właściwy sposób i łagodnym uśmiechem przytakuje jego 
zamiarom. 
Zapukano do drzwi przedziału i po chwili ukazał się nadkonduktor mówiąc: 
— Pan baron Dalski pyta się, czy może tu przyjść. Jedzie tym samym wagonem. 
— Pan baron?... — powtórzył Wokulski. — Owszem, niech będzie łaskaw.... 
Nadkonduktor cofnął się i przymknął drzwi, a Wokulski przypomniał sobie, że 
baron jest członkiem spółki do handlu ze Wschodem i jednym z niewielu już 
konkurentów panny Izabeli. „Czego on chce ode mnie? — myślał Wokulski. Może 
i on jedzie do prezesowej, ażeby na świeżym powietrzu złożyć pannie 
Izabeli stanowczą deklarację?... Jeżeli go nie uprzedził ten Starski...” 
W korytarzu wagonowym słychać było kroki i rozmowę; drzwi przedziału 
znowu usunęły się i ukazał się nadkonduktor, a obok niego bardzo szczupły pan, 
z malutkimi wąsikami szpakowatymi, jeszcze mniejszą bródką prawie siwą i 
dobrze siwiejącą głową. 
„Chyba nie on? myślał Wokulski. — Tamten był zupełnie czarny...” 
— Najmocniej przepraszam, że niepokoję panaĺ — rzekł baron chwiejąc się z 
powodu ruchu pociągu. — Najmocniej... Nie ośmieliłbym się przerywać 
samotności, gdyby nie to, że chcę zapytać: czy pan nie jedzie do naszej 
czcigodnej prezesowej, która pana już od tygodnia oczekuje? 
— Właśnie do niej jadę. Witam pana barona. Niechże pan siądzie. 
— A to doskonale! — zawołał baron — bo i ja tam jadę. Prawie od dwu miesięcy 
mieszkam tam. To jest... panie... nie tyle mieszkam, ile ciągle dojeżdżam. To od 
siebie, gdzie mi dom odnawiają, to z Warszawy... Teraz wracam z Wiednia, 
gdzie kupowałem meble, ale zabawię prezesowej tylko parę dni, bo, panie, 
muszę zmienić wszystkie obicia w pałacu, założone nie dawniej jak dwa 
tygodnie temu. Ale cóż robić...nie podobały się, więc obedrzemy, nie ma rady!... 
Śmiał się i mrugał oczyma, a Wokulskiego zimno przeszło. „Dla kogo te 
meble?... Komu nie podobały się obicia?...” pytał sam siebie z trwogą. 
— Szanowny pan -ciągnął baron — już skończył swoją misję. Winszuję!... — dodał 
ściskając go za rękę. — Od pierwszego, panie, rzutu oka uczułem dla pana 
szacunek i sympatię, która teraz zamienia się w prawdziwą cześć... Tak, panie. 
Nasze usuwanie się od politycznego życia zrobiło nam wiele szkody. Pan 
pierwszy złamałeś nierozsądną zasadę abstynencji i za to, panie, cześć... 
Musimy się przecie interesować sprawami państwa, w którym znajdują się nasze 
majątki, gdzie leży nasza przyszłość... 
— Nie rozumiem pana, panie baronie — przerwał mu nagle Wokulski. 
Baron tak zmieszał się, że przez chwilę siedział bez ruchu i głosu. Nareszcie 
wybąkał: 
— Przepraszam!... Doprawdy nie miałem zamiaru... Ale sądzę, że moja przyjaźń 
dla czcigodnej prezesowej, która, panie, tak... 
— Skończmy, panie, z wyjaśnieniami — rzekł ze śmiechem Wokulski ściskając go 
za rękę. -Kontent pan z wiedeńskich sprawunków? 
— Bardzo... panie... bardzo... Chociaż, czy pan uwierzy, była chwila, że za radą 
szanownej prezesowej miałem zamiar fatygować pana w Paryżu... 
— Chętnie służyłbym. O cóż to chodziło? 
— Chciałem mieć stamtąd garnitur brylantowy — mówił baron. -Ale że w Wiedniu 
trafiły mi się pyszne szafiry... Właśnie mam je przy sobie i jeżeli pan pozwoli... 
Pan jest znawcą klejnotów?... 
„Dla kogo te szafiry?” -myślał Wokulski. Chciał poprawić się na siedzeniu, ale 
poczuł, że nie może podnieść ręki ani wyprostować nóg. 
Baron tymczasem wyjął z rozmaitych kieszeni cztery safianowe pudełka, 
ustawił je na ławce i po kolei zaczął otwierać. 
— Oto bransoleta — mówił — prawda, jaka skromna, jeden kamień... Brosza i 
kolczyki już są ozdobniejsze; kazałem nawet zmienić oprawę... A to naszyjnik... 
Proste to, ale smaczne i może dlatego ładne...Ale ogień jest, prawda, panie?... 
Mówiąc tak, przesuwał szafiry przed oczyma Wokulskiego, przy migotliwym 
blasku świecy. 
— Nie podobają się panu? — spytał nagle baron spostrzegłszy, że jego towarzysz 
nie odpowiada. 
— Owszem, bardzo piękne. Komuż to baron wiezie taki prezent? 
— Mojej narzeczonej — odparł baron tonem zdziwienia. — Sądziłem, że prezesowa 
wspomniała panu o naszym szczęściu rodzinnym... 
— Nic. 
— A właśnie dziś jest pięć tygodni, jak oświadczyłem się i zostałem przyjęty. 
— Komu się pan oświadczył?... Prezesowej?... — rzekł innym już głosem 
Wokulski. 
— Ależ nie!... — zawołał baron cofając się. — Oświadczyłem się pannie Ewelinie 
Janockiej, wnuczce prezesowej... Nie pamięta jej pan? Była u hrabiny w tym 
roku na święconem, nie zauważył jej pan?... 
Długa chwila upłynęła, zanim Wokulski skombinował, że panna Ewelina 
Janocka nie jest panną Izabelą Łęcką, że baron nie oświadczył się pannie Izabeli 
i że nie dla niej wiezie szafiry. 
— Przepraszam pana — odezwał się do zaniepokojonego barona — ale jestem tak 
rozstrojony, że po prostu nie wiedziałem, co mówię... 
Baron zerwał się z siedzenia i prędko zaczął chować pudełka. 
— Co za nieuwaga z mojej strony! — zawołał. — Właśnie dostrzegłem w oczach 
pańskich znużenie i mimo to ośmieliłem się spłoszyć panu sen... 
— Nie, panie, spać nie mam zamiaru i miło mi będzie odbyć resztę drogi w 
pańskim towarzystwie. To chwilowe osłabienie, które już przeszło. 
Baron z początku robił ceremonie i chciał wychodzić, ale widząc, że Wokulski 
istotnie orzeźwił się, usiadł zapewniając, że tylko na parę minut. Czuł potrzebę 
wygadania się przed kimś ze swoim szczęściem. 
— Bo co to za kobieta! — mówił baron z coraz żywszą gestykulacją. Kiedym ją, 
panie, poznał, wydała mi się zimna jak posąg i tylko zajęta strojami. Dopiero 
dziś widzę, jakie to skarby uczuć...Stroić się lubi jak każda kobieta, ale cóż to za 
rozum!... Nikomu bym tego nie powiedział, co teraz powiem panu, panie 
Wokulski. Ja bardzo młodo zacząłem siwieć i nie bez tego, ażebym od czasu do 
czasu nie dotknął wąsów fiksatuarem. No i kto by, panie, pomyślał: ledwie 
spostrzegła to, raz na zawsze zabroniła mi fiksatuarować się; powiedziała, że 
ona ma szczególne upodobanie do siwych włosów i że dla niej prawdziwie 
pięknym może być tylko siwy mężczyzna. „A o szpakowatych co pani myśli?” zapytałem. 
„Że są tylko interesującymi” — odpowiedziała... A jak ona to mówi!... 
Czy aby nic nudzę pana, panie Wokulski? 
— Ależ, panie!.. Bardzo mi miło spotkać człowieka szczęśliwego. 
— Prawdziwie jestem szczęśliwy, i to w sposób, który dla mnie samego jest 
niespodzianką — ciągnął baron. -Bo o ożenieniu się zawsze myślałem, już od 
kilku lat zalecają mi to doktorzy. No i projektowałem, że wezmę sobie, panie, 
kobietę piękną, dobrze wychowaną z nazwiskiem i prezencją, bynajmniej nie 
wymagając od niej jakiejś romantycznej miłości. Tymczasem ma pan: sama 
miłość zastępuje mi drogę i jednym spojrzeniem roznieca pożar w sercu... 
Doprawdy, panie Wokulski, jestem zakochany... nie — jestem szalony... Nikomu 
bym tego nie powiedział, ale panu, dla którego od pierwszej chwili uczułem 
nieledwie braterską sympatię... Jestem szalony!... Myślę tylko o niej, kiedy śpię 
— śni mi się, kiedy jej nie widzę — jestem, panie, formalnie chory. Brak apetytu, 
smutne myśli, jakieś ciągłe lękanie się... 
Tego, co panu teraz powiem, panie Wokulski, błagam, ażeby pan nie powtarzał 
nawet przed samym sobą. Chciałem ją wziąć na próbę; jest to niskie, nieprawda, 
panie? ale trudno, człowiek niełatwo wierzy w szczęście. Chcąc ją tedy wziąć na 
próbę (ale nikomu ani słóweczka o tym, panie!)"kazałem napisać projekt 
interczy, według którego, gdyby małżeństwo nie doszło do skutku z 
czyjejkolwiek winy (rozumie pan?) — ja płacę pięćdziesiąt tysięcy rubli pannie za 
zawód. Serce mi drętwiało z obawy, że... a nuż porzuci mnie?... Lecz co pan 
powie? Kiedy jej prezesowa wspomniała o tym projekcie, panna w płacz... „Cóż 
to -mówiła -on myśli, że wyrzeknę się go dla jakichś pięćdziesięciu tysięcy 
rubli? Bo jeżeli mnie posądza o interesowność i nie uznaje żadnych wyższych 
pobudek w sercu kobiety, to przecie powinien rozumieć, że za pięćdziesiąt 
tysięcy nie oddam miliona...” 
Kiedy mi to powtórzyła prezesowa, wbiegłem do pokoju panny Eweliny i nie 
powiedziawszy ani słówka upadłem jej do nóg... teraz w Warszawie zrobiłem 
testament, a w nim mianowałem ją jedyną i wyłączną spadkobierczynią, 
choćbym umarł przed ślubem. Cała moja rodzina przez całe życie nie dała mi 
tyle szczęścia, ile to dziecko w ciągu kilku tygodni. A co będzie później?... Co 
będzie później, panie Wokulski?.. Nikomu nie zadałbym podobnego pytania zakończył 
baron, mocno targając go za rękę. -No, dobranoc... 
„Zabawna historia! -mruknął Wokulski po odejściu barona. -Ten staruszek 
naprawdę wdeptał się po szyję...” 
I nie mógł odpędzić wizerunku barona, który jak cień coraz to wypływał na 
amarantowe tło siedzenia. Więc patrzył na jego chudą twarz, na której płonął 
ceglasty rumieniec, na włosy jakby posypane mąką, na oczy wielkie a 
zapadnięte, w których tlił się blask niezdrowy. Komiczne i smutne wrażenie 
robiły wybuchy namiętności w człowieku, który nieustannie zasłaniał sobie 
gardło, sprawdzał, czy okno jest dobrze zamknięte, i siedział w przedziale coraz 
na innym miejscu z obawy przeciągów. 
„Ubrał się! — myślał Wokulski. -Czy podobna, ażeby młoda panna mogła 
zakochać się w takiej mumii? Z pewnością jest o dziesięć lat starszy ode mnie, a 
jaki niedołężny, jaki przy tym naiwny!... 
Dobrze, ale jeżeli ta panna naprawdę go kocha?... Boć trudno przypuścić, ażeby 
go oszukiwała. W ogóle biorąc, kobiety są szlachetniejsze od mężczyzn ; nie 
tylko mniej spełniają występków, lecz i poświęcają się nierównie częściej od 
nas. Jeżeli więc z trudnością znalazłby się tak podły mężczyzna, który od rana 
do nocy kłamałby dla pieniędzy, to czy można posądzać o coś podobnego 
kobietę, młodą pannę wychowaną wśród uczciwej rodziny? 
Oczywiście coś jej strzeliło do głowy i musi być także zadurzona, jeżeli nie w 
jego wdziękach, to w stanowisku. Inaczej musiałaby zdradzić się, że gra 
komedię, a baron musiałby spostrzec to, bo miłość patrzy przez mikroskop. 
A jeżeli młoda dziewczyna może pokochać takiego dziada, to dlaczegóż by 
mnie nie miała pokochać tamta?...” 
„Zawsze wracam do swego! — szepnął. — Ta myśl stała się już rodzajem 
monomanii...” 
Odsunął okno zamknięte przez barona i dla odpędzenia natrętnych wspomnień 
począł znowu przyglądać się niebu. Kwadrat Pegaza opuszczał się już na 
zachód, a na wschodzie podnosił się Byk, Orion, Pies Mały i Bliźnięta. 
Przypatrywał się gwiazdom wielokrotnym, gęsto rozsianym w tej okolicy nieba, 
i przyszła mu na myśl ta dziwna, niewidzialna siła przyciągania, która odległe 
światy wiąże w jedną całość potężniej, niżby to mogły zrobić jakiekolwiek 
materialne łańcuchy. 
„Przyciąganie — przywiązanie, toż to w gruncie jedno i to samo: siła tak wielka, 
że wszystko za sobą porywa, a tak płodna, że tryska z niej wszelkie życie. 
Pozbawmy ziemię jej przywiązania do słońca, a odleci gdzieś w przestrzeń i za 
parę lat stanie się bryłą lodu. Wtrąćmy jakąś tułaczą gwiazdę w sferę 
słonecznego systemu, a kto wie, czy i na niej nie rozbudzi się życie? Dlaczego 
więc baron ma wyłamywać się spod prawa przywiązania, które przenika całą 
naturę? I czy pomiędzy nim a jego panną Eweliną jest większa przepaść aniżeli 
między ziemią i słońcem? Co się tu dziwić szaleństwom ludzi, jeżeli w ten sam 
sposób szaleją światy...” 
Tymczasem pociąg szedł wciąż z wolna, długo zatrzymując się na stacjach. 
Powietrze zrobiło się chłodne, na wschodzie zaczęły blednąć gwiazdy. 
Wokulski zamknął okno i legł na bujającej kanapie. 
„Jeżeli — myślał — młoda kobieta mogła zakochać się w baronie, to dlaczegóż 
bym ja... Bo przecież go nie oszukuje... Kobiety są w ogóle szlachetniejsze od 
nas... mniej kłamią...” 
— Proszę pana, tu panowie wysiadają... Pan baron już pije herbatę. 
Wokulski ocknął się: nad nim stał konduktor i budził go w najuprzejmiejszy 
sposób. — Jak to, już dzień? — spytał zdziwiony. — O, już jest dziewiąta i od pół 
godziny stoimy na stacji. Nie budziłem pana, bo pan baron nie kazał, ale że 
pociąg zaraz idzie dalej... 
Wokulski szybko wysiadł. Stacja była nowa, jeszcze niezupełnie wykończona. 
Pomimo to dano mu wody do umycia się i oczyszczono odzież. Rozbudził się 
już zupełnie i wszedł do małego bufetu, gdzie rozpromieniony baron pił trzecią 
szklankę herbaty. 
— Dzień dobry! — zawołał baron, z familiarną poufałością ściskając Wokulskiego 
za rękę. — Panie gospodarzu, herbaty dla pana... Ładny dzień, prawda, akurat do 
spaceru końmi. Ale też zrobili nam figla! 
— Cóż się stało? 
— Musimy czekać na konie — prawił baron. — Całe szczęście, że o drugiej w nocy 
pchnąłem depeszę o pańskim przyjeździe. Bo onegdaj także wysłałem do 
prezesowej depeszę z Warszawy, ale mówi mi zawiadowca, żem się omylił i 
zamówił konie na jutro. Szczęście, panie, żem telegrafował dziś z drogi. O 
trzeciej posłali stąd sztafetę, o szóstej prezesowa odebrała telegram, o ósmej 
najpóźniej wysłano konie. Poczekamy jeszcze z godzinę, ale za to lepiej pozna 
pan okolicę. Bardzo, panie, ładna miejscowość... 
Po śniadaniu wyszli na peron. Okolica z tego punktu wydawała się płaska i 
prawie bezleśna; tu i ówdzie widać było kępę drzew, a wśród niej grupę 
murowanych budynków. 
— To są dwory? -spytał Wokulski. 
— A tak... dużo szlachty mieszka w tej stronie. Ziemia doskonale uprawna; ma 
pan łubin, koniczynę... 
— Wsi nie widzę — wtrącił Wokulski. 
— Bo to dworskie grunta, a pan zna przysłowie: Na dworskim polu dużo stert, na 
chłopskim dużo ludzi. 
— Słyszałem -rzekł nagle Wokulski — że u prezesowej zbiera się dużo gości. 
— Ach, panie! — zawołał baron — kiedy trafi się dobra niedziela, to jakbyś pan był 
na balu w cesursie: zjeżdża się po kilkadziesiąt osób. A nawet dziś powinni 
byśmy znaleźć grono stałych gości. No, przede wszystkim bawi tam moja 
narzeczona. Dalej -jest pani Wąsowska, milutka wdóweczka, lat trzydzieści, 
ogromny majątek. Zdaje mi się, że krąży około niej Starski. Zna pan 
Starskiego?... Niemiła figura: arogant, panie, impertynent... Dziwię się, 
doprawdy, że kobieta z takim rozumem i gustem jak pani Wąsowska może 
znajdować przyjemność w towarzystwie podobnego lekkoducha. 
— Któż więcej? — pytał Wokulski. 
— Jest jeszcze Fela Janocka, stryjeczna siostra mojej pani; bardzo miłe dziecko, 
ma z osiemnaście lat. No, jest Ochocki... 
— Jest?... Cóż on tam robi? 
— Kiedym wyjeżdżał, po całych dniach łowił ryby. Ale ponieważ gust zmienia 
mu się często, więc nie jestem pewny, czy nie zobaczę go teraz jako myśliwca... 
Ale cóż to za szlachetny młody człowiek, co za wiedza!... No i zasługi już ma; 
zrobił kilka wynalazków. 
— Tak, to niepospolity człowiek — rzekł Wokulski. — Któż jeszcze bawi u 
prezesowej?... 
— Stale to już nikt, ale bardzo często przyjeżdżają na kilka dni, czasem na 
tydzień, pan Łęcki z córką. Dystyngowana osoba — mówił dalej baron — pełna 
rzadkich przymiotów. Pan wreszcie ich zna? Szczęśliwy ten, komu odda serce i 
rękę! Co to, panie, za wdzięk, co za rozum; doprawdy, czcić ją można jak istną 
boginię... Nie znajduje pan? 
Wokulski oglądał się po okolicy nie mogąc zdobyć się na odpowiedź. 
Szczęściem, wybiegł w tej chwili posługacz stacyjny donosząc baronowi, że 
zajechał powóz. 
— Wybornie! — zawołał baron i dał mu parę złotych. — Odnieś, kochanku, nasze 
rzeczy, a my, panie, jedźmy... Za dwie godziny pozna pan moją narzeczoną. 
ROZDZIAŁ SIÓDMY: 
WIEJSKIE ROZRYWKI 
Z kwadrans upłynął, zanim upakowano rzeczy w powozie. Nareszcie Wokulski i 
baron usiedli, furman w piaskowej liberii machnął batem w powietrzu i para 
dzielnych siwych koni ruszyła wolnym kłusem. 
— O, panią Wąsowską rekomenduję panu -mówił baron. -Brylant, nie kobieta, a 
jaka oryginalna!... Ani myśli iść drugi raz za mąż, choć lubi pasjami, ażeby ją 
otaczano. Trudno jej, panie, nie uwielbiać, a uwielbiać rzecz niebezpieczna. 
Starskiemu płaci dzisiaj za wszystkie jego bałamuctwa. Pan zna Starskiego? 
— Widziałem go raz... 
— Dystyngowany człowiek, ale nieprzyjemny — mówił baron — antypatia mojej 
narzeczonej. Tak działa jej na nerwy, że biedaczka traci humor w jego 
towarzystwie. I nie dziwię się, bo to są wprost przeciwne natury: ona poważna on 
letkiewicz, ona uczuciowa, nawet sentymentalna -on cynik. 
Wokulski słuchając gawędy barona oglądał się po okolicy, która powoli 
zmieniała fizjognomię. W pół godziny za stacją ukazały się na widnokręgu lasy, 
bliżej wzgórza; droga wiła się między nimi, wbiegała na ich szczyty lub spadała 
na dół. 
Na jednym z takich wzniesień furman zwrócił się do nich i wskazując batem 
przed siebie rzekł: 
— O, państwo tam jadą brekiem... 
— Gdzie? kto? — zawołał baron, prawie wspinając się na kozioł.- A tak, to oni... 
Żółty brek i gniada czwórka... Ciekawym, kto jedzie? Niech no pan spojrzy... 
— Zdaje mi się, że widzę coś pąsowego odparł Wokulski. 
— A, to pani Wąsowska. Ciekawym, czy jest i moja narzeczona?...dodał ciszej. 
— Jest kilka pań -rzekł Wokulski, któremu w tej chwili przypomniała się panna 
Izabela. „Jeżeli jedzie z nimi, to dobra wróżba” — pomyślał. 
Oba ekwipaże szybko zbliżały się do siebie. Na breku gwałtownie strzelano z 
bata, wołano, wywijano chustkami, w powozie zaś baron coraz wychylał się i 
drżał ze wzruszenia. 
Powóz stanął, ale rozpędzony brek przeleciał około niego jak burza śmiechu i 
okrzyków i zatrzymał się o kilkadziesiąt kroków dalej. Widocznie naradzano się 
nad czymś w sposób hałaśliwy i zapewne coś uradzono, gdyż towarzystwo 
wysiadło, a brek pojechał dalej. 
— Dzień dobry, panie Wokulski — zawołał z kozła ktoś wywijając długim batem. 
Wokulski poznał Ochockiego. 
Baron pobiegł w stronę towarzystwa. Naprzeciw wysunęła się dama w białej 
narzutce, z białą koronkową parasolką i szła powoli z wyciągniętą do niego 
ręką, z której zdawał się opadać szeroki rękaw. Baron już z daleka zdjął 
kapelusz i dopadłszy narzeczonej, prawie zanurzył się w jej rękawie. Po 
wybuchu czułości, który o ile był krótkim dla niego, o tyle wydał się bardzo 
długim dla widzów, baron nagle oprzytomniał i rzekł: 
— Pozwoli pani, że przedstawię pana Wokulskiego, mego najlepszego 
przyjaciela... Ponieważ zabawi tu dłużej, więc w tej chwili obliguję go, ażeby w 
czasie mojej nieobecności zastępował przy pani moje miejsce... 
Znowu złożył kilka pocałunków w głąb rękawa, skąd do Wokulskiego wysunęła 
się prześliczna ręka. Wokulski uścisnął ją i poczuł lodowaty chłód; spojrzał na 
damę w białej narzutce i zobaczył pobladłą twarz z wielkimi oczyma, w których 
widać było smutek i obawę. 
„Szczególna narzeczona!” — pomyślał. 
— Pan Wokulski!,.. — zawołał baron zwróciwszy się do dwu pań i mężczyzny, 
którzy już zbliżyli się do nich. — Pan Starski... — dodał. 
— Już miałem przyjemność... — odezwał się Starski uchylając kapelusz. 
— I ja — odparł Wokulski. 
— Jakże teraz usadowimy się? -spytał baron na widok nadjeżdżającego breku. 
— Jedźmy wszyscy razem! — zawołała młoda blondynka, w której Wokulski 
domyślił się panny Felicji Janockiej. 
— Bo w naszym powozie są dwa miejsca... — słodko zauważył baron. 
— Rozumiem, ale nic z tego — odezwała się pięknym kontraltem dama w pąsowej 
sukni — Narzeczeni pojadą z nami, a do powozu niech siądą, jeżeli chcą, pan 
Ochocki z panem Starskim. 
— Dlaczego ja? — zawołał z wysokości kozła Ochocki. 
— Albo ja? — dodał Starski. 
— Bo pan Ochocki źle powozi, a pan Starski jest nieznośny — odpowiedziała 
rezolutna wdówka. Teraz Wokulski spostrzegł, że dama ta ma pyszne 
kasztanowate włosy i czarne oczy, a całą fizjognomię wesołą i energiczną. 
— Już mi pani daje dymisję! — westchnął komicznie Starski. 
— Pan wie, że ja zawsze daję dymisję wielbicielom, którzy mnie nudzą. No, ale 
siadajmy, moi państwo. Narzeczeni naprzód. Fela obok Ewelinki. 
— O nie! -zaprotestowała blondynka. -Siądę na końcu, bo babcia nie pozwala mi 
siadać przy narzeczonych. 
Baron z większą elegancją aniżeli zręcznością podsadził narzeczoną i sam usiadł 
naprzeciw niej. Potem wdówka zajęła miejsce obok barona, Starski obok 
narzeczonej, a panna Felicja obok Starskiego. 
— Prosimy — odezwała się wdówka do Wokulskiego zbierając w fałdy swoją 
pąsową suknię, która rozesłała się na połowie ławki. 
Wokulski usiadł naprzeciw panny Felicji i spostrzegł, że dziewczynka patrzy na 
niego z pełnym zachwytu podziwem, rumieniąc się co chwilę. 
— Czy nie moglibyśmy prosić pana Ochockiego, ażeby lejce oddał stangretowi? rzekła 
wdówka. 
— Moja pani, cóż mi pani wiecznie robi jakieś awantury! — oburzył się Ochocki. Właśnie, 
że ja będę powoził. 
— Więc daję słowo honoru, że wybiję pana, jeżeli nas wywrócisz. 
— To się jeszcze pokaże — odparł Ochocki. 
— Słyszeliście państwo, ten człowiek mi grozi! — zawołała wdówka. — Czy nie ma 
tu nikogo, który by się za mną ujął? 
— Ja panią pomszczę — wtrącił Starski dosyć lichą polszczyzną. -Przesiądźmy się 
we dwoje do tamtego powozu. 
Piękna wdowa wzruszyła ramionami, baron znowu całował rączki swojej 
narzeczonej, która uśmiechając się rozmawiała z nim półgłosem, ale ani na 
chwilę nie straciła wyrazu smutku i obawy. 
Podczas gdy Starski przekomarzał się z wdową, a panna Felicja rumieniła się, 
Wokulski patrzył na narzeczoną. Spostrzegła to, odpowiedziała mu 
pogardliwym wejrzeniem i nagle z bezbrzeżnego smutku przeszła do dziecinnej 
wesołości. Sama podała rękę baronowi do nowego pocałunku, a nawet 
niechcący potrąciła go nóżką. Jej wielbiciel był tak wzruszony, że pobladł i 
posiniały mu usta. 
— Ależ pan nie ma idei o powożeniu! — krzyknęła wdowa usiłując potrącić 
Ochockiego drutem parasolki. 
W tej chwili Wokulski wyskoczył. Jednocześnie konie lejcowe skręciły na 
środek drogi, dyszlowe poszły za nimi i brek silnie pochylił się na lewo. 
Wokulski podparł go, konie, ściągnięte przez stangreta, stanęły. 
— Czy nie mówiłam, że ten potwór wywróci nas! — zawołała wdowa. — Cóż to 
znowu, panie Starski?... 
Wokulski spojrzał na brek i w ciągu jednej chwili zobaczył taką scenę: panna 
Felicja pokładała się ze śmiechu, Starski upadł twarzą na kolana pięknej 
wdówki, baron tarmosił za kark stangreta, a jego narzeczona, blada z trwogi, 
jedną ręką chwyciła za pręt kozła, drugą wpiła w ramię Starskiego. 
Mgnienie oka -brek wyprostował się i wszystko wróciło do porządku. Tylko 
panna Felicja zaniosła się od śmiechu. 
— Nie rozumiem, Felu, jak można śmiać się w takiej chwili — odezwała się 
narzeczona. 
— Dlaczego nie mam się śmiać?... Cóż mogło stać się złego?.,. Przecież jedzie z 
nami pan Wokulski... — mówiła panienka. Spostrzegła się jednak i zarumieniona 
bardziej niż kiedykolwiek, naprzód ukryła twarz w dłonie, a potem spojrzała na 
Wokulskiego w sposób, który miało oznaczać, że jest bardzo obrażona. 
— Co do mnie, gotów jestem zaabonować kilka podobnych wypadków — odezwał 
się Starski, wymownie patrząc na wdówkę. 
— Pod warunkiem, że ja będę zabezpieczona od dowodów pańskiej tkliwości. 
Felu, usiądź na moim miejscu — odpowiedziała wdowa marszcząc się i siadając 
naprzeciw Wokulskiego. 
— Cóż znowu, sama pani dziś powiedziała, że wdowom wszystko wolno. 
— Ale wdowy nie na wszystko pozwalają. Nie, panie Starski, pan musi oduczyć 
się swoich japońskich zwyczajów. 
— To są zwyczaje wszechświatowe — odparł Starski. 
— W każdym razie nie z tej połowy świata, do której ja przywykłam — odcięła 
wdówka krzywiąc się i patrząc na drogę. 
W breku zrobiło się cicho. Baron z zadowoleniem poruszał szpakowatymi 
wąsikami, a jego narzeczona posmutniała jeszcze bardziej. Panna Felicja, 
zająwszy miejsce wdówki obok Wokulskiego, odwróciła się do swego sąsiada 
prawie tyłem, od czasu do czasu rzucając mu przez ramię pogardliwe i 
melancholijnie spojrzenia. Ale za co? tego nie wiedział. 
— Pan dobrze jeździ konno? — zapytała Wokulskiego pani Wąsowska. 
— Z czego pani wnosi? 
— Ach, Boże! zaraz z czego? Pierwej niech pan odpowie na moje pytanie. 
— Nieszczególnie, ale jeżdżę. 
— Właśnie że musi pan dobrze jeździć, gdyż od razu zgadł pan, co zrobią konie w 
rękach takiego mistrza jak pan Julian. Będziemy jeździli razem... Panie 
Ochocki, od dzisiejszego dnia daję panu urlop ze spacerów. 
— Bardzo się z tego cieszę — odparł Ochocki. 
— A, ładnie w taki sposób odpowiadać damom! -zawołała panna Felcia. 
— Wolę odpowiadać aniżeli odbywać z nimi spacery. Kiedyśmy ostatni raz 
jeździli z panią Wąsowską, w ciągu dwu godzin sześć razy zsiadałem z konia, a 
pięciu minut nie miałem spokojności. Niech teraz pan Wokulski spróbuje. 
— Felu, powiedz temu człowiekowi, że z nim nie rozmawiam — odezwała się 
wdówka wskazując na Ochockiego. 
— Człowieku, człowieku!... — zawołała Felcia. — Ta pani z wami nie rozmawia... 
Ta pani mówi, że jesteście ordynarni. 
— A co, już zatęskniła pani do towarzystwa ludzi z dobrymi manierami — odezwał 
się Starski. — Niech pani spróbuje, może dam się przeprosić. 
— Dawno pan wyjechał z Paryża? -zapytała wdówka Wokulskiego. 
— Jutro będzie tydzień. 
— A ja już nie widziałam go cztery miesiące. Kochane miasto... 
— Zasławek!..-krzyknął Ochocki i zamachnął batem do ogromnego wystrzału, 
który mu się jednak nie udał, ponieważ bicz, niezbyt szczęśliwie rzucony w tył, 
zaplątał się między parasolki dam i kapelusze panów. 
— Nie, moi państwo — zawołała wdówka — jeżeli chcecie mnie miewać na 
przejażdżkach, to wiążcie tego człowieka. On jest po prostu niebezpieczny... 
Na breku znowu wszczął się hałas, ponieważ Ochocki miał swoje stronnictwo w 
osobie panny Felicji, która utrzymywała, że jak na początkującego, dobrze 
powozi i że najwytrawniejszym furmanom zdarzają się wypadki. 
— Moja Felciu — odparła wdówka — jesteś w tym wieku, że u ciebie każdy będzie 
dobrym furmanem, kto ma ładne oczy. 
— Dopiero dziś będę miał dobry apetyt... — mówił baron do swej narzeczonej, lecz 
spostrzegłszy, że mówi za głośno, począł znowu szeptać. 
Znajdowali się już na terytorium należącym do prezesowej i właśnie Wokulski 
przypatrywał się rezydencji. Na dość wysokim, choć łagodnym wzgórzu 
wznosił się piętrowy pałac z dwoma parterowymi; skrzydłami. Za nim zieleniły 
się stare drzewa parku, przed nim rozścielała się jakby wielka łąka, 
poprzecinana ścieżkami, tu i ówdzie ozdobiona klombem, posągiem albo 
altanką. U stóp wzgórza połyskiwała obszerna płachta wody, oczywiście 
sadzawka, na której kołysały się łódki i łabędzie. Na tle zieloności pałac 
jasnożółtej barwy z białymi słupami wyglądał okazale i wesoło. Na prawo i na 
lewo od niego widać było między drzewami murowane budynki gospodarskie. 
Przy odgłosie wystrzałów z bata, które tym razem udawały się Ochockiemu, 
brek po marmurowym moście zajechał przed pałac zawadziwszy tylko jednym 
kołem o trawnik. Podróżni wysiedli, Ochocki jednak nie oddał lejców, lecz 
jeszcze odprowadził ekwipaż do stajni. 
— A niech pan pamięta, że o pierwszej śniadanie! -zawołała panna Felicja. Do 
barona zbliżył się stary służący w czarnym surducie. 
— Jaśnie pani — rzekł — jest teraz w spiżarni. Może panowie pozwolą do siebie. 
I zaprowadziwszy ich do prawej oficyny wskazał Wokulskiemu obszerny pokój, 
którego otwarte okna wychodziły do parku. Po chwili wbiegł chłopiec w 
liberyjnej kurtce, przyniósł wody i zajął się rozpakowaniem walizy. 
Wokulski wyjrzał oknem. Przed nim rozciągał się trawnik ozdobiony kępami 
starych świerków, modrzewi, lip, poza którymi daleko było widać lesiste 
wzgórza. Tuż przy oknie stał krzak bzu, a w nim gniazdo, do którego zlatywały 
się wróble. Ciepły wiatr wrześniowy co chwilę wpadał do pokoju siejąc w nim 
niepochwytne wonie. 
Gość patrzył na obłoki, jakby dotykające wierzchołków drzew, na snopy 
światła, które przepływały między ciemnymi gałęźmi świerków było mu dobrze. 
Nie myślał o pannie Izabeli. Jej wizerunek, palący mu duszę, rozwiał się wobec 
prostych powabów natury; chore serce umilkło i pierwszy raz od dawna zaległy 
w nim ukojenie i cisza. 
Przypomniawszy jednak sobie, że jest tu z wizytą, szybko począł się ubierać. 
Ledwie skończył, delikatnie zapukano do drzwi i wszedł stary służący. 
— Jaśnie pani prosi do stołu. Wokulski udał się za nim... Minął korytarz i po 
chwili znalazł się w obszernym pokoju jadalnym, którego ściany do połowy 
były przysłonięte taflami z ciemnego drzewa. Panna Felicja rozmawiała w oknie 
z Ochockim, przy stole zaś między panią Wąsowską i baronem siedziała 
prezesowa na fotelu z wysoką poręczą. 
Zobaczywszy swego gościa wstała i wyszła parę kroków naprzód. 
— Witam cię, panie Stanisławie -rzekła — i dziękuję, żeś posłuchał mojej prośby. 
Gdy zaś Wokulski pochylił się do jej ręki, pocałowała go w czoło, co na 
obecnych zrobiło pewne wrażenie. 
— Siadajże, o, tu, koło Kazi. A ty, proszę cię, pamiętaj o nim. 
— Pan Wokulski zasługuje na to — odparła. wdówka. — Gdyby nie jego 
przytomność, pan Ochocki połamałby nam kości. 
— Cóż znowu?... 
— Nie umie powozić nawet parą koni, a rwie się do czwórki. Już wolałam go, 
kiedy sobie po całych dniach łapał ryby. 
— Boże! jakie szczęście, że nie ożenię się z tą kobietą — westchnął Ochocki, 
serdecznie witając Wokulskiego. 
— O panie, panie!... Tylko jeżeli ofiarujesz mi się na męża, to lepiej zostań 
furmanem — zawołała pani Wąsowska. 
— Ci zawsze kłócą się! — rzekła ze śmiechem prezesowa. Weszła panna Ewelina 
Janocka, a w parę minut po niej, drugimi drzwiami, Starski. 
Powitali prezesowę, która odpowiedziała im życzliwie, lecz z powagą. Podano 
śniadanie. 
— U nas, panie Stanisławie — mówiła prezesowa — jest taki zwyczaj, że schodzimy 
się wszyscy obowiązkowo tylko do stołu. Poza tym każdy robi, co mu się 
podoba. Radzę ci więc, jeżeli boisz się nudów, pilnować się Kazi Wąsowskiej. 
— Ja też od razu biorę do niewoli pana Wokulskiego — odparła wdówka. 
— Och!... — szepnęła prezesowa spojrzawszy przelotnie na gościa. Panna Felicja 
zarumieniła się, nie wiadomo który już raz dzisiaj, i kazała Ochockiemu, ażeby 
nalał jej wina. 
— Nie, nie... proszę wody — poprawiła się. Ochocki spełnił zlecenie trzęsąc przy 
tym głową i rozkładając ręce sposób desperacki. 
Po śniadaniu, w ciągu którego panna Ewelina rozmawiała tylko z baronem, a 
Starski umizgał się do czarnookiej wdowy, goście pożegnawszy gospodynią 
rozeszli się. Ochocki poszedł na strych pałacu, gdzie w pokoiku, świeżo na ten 
cel zbudowanym, urządzał obserwatorium meteorologiczne, baron z narzeczoną 
wybrali się do parku, a prezesowa zatrzymała Wokulskiego. 
— Powiedzże mi — rzekła — bo to pierwsze wrażenia bywają najtrafniejsze, jak ci 
się podoba pani Wąsowska? 
— Wygląda na dzielną i wesołą kobietę. 
— Masz rację. A baron? 
— Mało go znam. To stary człowiek. 
— O, stary, bardzo stary — westchnęła prezesowa — a pomimo to chce mu się żenić. 
A co powiesz o jego narzeczonej? 
— Wcale jej nie znam, chociaż dziwi mnie, że upodobała sobie barona, który 
zresztą może być najzacniejszym człowiekiem. 
— Tak, to jest dziwna dziewczyna — mówiła prezesowa — i powiem ci, że 
zaczynam tracić dla niej serce. Do jej małżeństwa nie mieszam się, skoro 
niejedna panna jej zazdrości, a wszyscy mówią, że robi świetną partię. Ale to, co 
miała dostać po mojej śmierci; przejdzie na innych. Kto ma krocie barona, nie 
potrzebuje moich dwudziestu tysięcy. 
Czuć było rozdrażnienie w głosie staruszki. Niebawem pożegnała Wokulskiego 
radząc mu przejść się po parku. 
Wokulski wyszedł na dziedziniec i około lewej oficyny, gdzie była kuchnia, 
skręcił do parku. Później bardzo często przychodziły mu na myśl dwa 
najpierwsze spostrzeżenia, jakie zrobił w Zasławku. 
Przede wszystkim niedaleko kuchni zobaczył budę, a przed nią na łańcuchu psa, 
który spostrzegłszy obcego począł tak szczekać, wyć i rzucać się, jakby dostał 
wścieklizny. Widząc, że mimo to pies ma wesołe oczy i kręci ogonem, 
Wokulski pogłaskał go, co okrutnego zwierza wprawiło w taki humor, że nie 
pozwolił gościowi odejść od siebie. Wył, chwytał za ubranie, kładł się na ziemi, 
jakby domagając się pieszczot, a przynajmniej widoku ludzkiej twarzy. 
„Dziwny pies łańcuchowy!” — pomyślał Wokulski. 
W tej chwili z kuchni wyszło nowe dziwo: stary parobek otyły. Wokulski, który 
jeszcze nigdy nie spotkał otyłego chłopa, wdał się z nim w rozmowę. 
— Po co wy tego psa trzymacie na łańcuchu? 
— Ażeby był zły i nie puszczał do dom złodziejów — odparł uśmiechając się 
parobek. 
— Więc dlaczegóż od razu nie weźmiecie złego kundla? 
— Kiej dziedziczka nie utrzymałaby złego psa. U nas to i pies musi być łaskawy. 
— A wy, ojcze, co tu robicie? 
— Jo jestem pasiecznik, ale przódy byłem rataj. Ino jak mi wół złamał ziobro, to 
mi jaśnie pani kazała do pasieki. 
— I dobrze wam? 
— Z początku to ckliło mi się bez roboty, ale późni przywykem i jestem. 
Pożegnawszy chłopa Wokulski skręcił do parku i długi czas przechadzał się po 
lipowej alei nie myśląc o niczym. Zdawało mu się, że przyjechał tu nasycony, 
zatruty zgiełkiem Paryża, hałasem Warszawy, dudnieniem kolei żelaznych i że 
wszystkie te niepokoje, wszystkie boleści, jakie przeżył, w tej chwili parują z 
niego. Gdyby go zapytano: czym jest wieś? odpowiedziałby, że jest ciszą. 
Wtem usłyszał szybki bieg za sobą. Gonił go Ochocki niosąc na ramieniu dwie 
wędki. 
— Nie było tu panny Felicji? — zapytał. — Miała przyjść o wpół do trzeciej i iść ze 
mną na ryby... Ale taka to babska punktualność. Może pan pójdzie z nami? Nie 
ma pan ochoty. To może pan woli grać ze Starskim w pikietę?... Do tego on 
zawsze gotów, wyjąwszy, jeżeli znajdzie komplet do preferansa. 
— Cóż tu robi ten pan Starski? 
— Jakże co? Mieszka u swojej ciotecznej babki a razem chrzestnej matki, 
prezesowej Zasławskiej, i jak teraz, martwi się, że zapewne nieodziedziczy po 
niej majątku. Ładny grosz, ze trzysta tysięcy rubli!... Ale prezesowa uważa, że 
lepiej wesprzeć nim podrzutków aniżeli kasę Monaco. Biedny chłopak! 
— Cóż mu złego? 
— Ale ba!... Po babci urwało się, z Kazią zerwało się i choć w łeb sobie strzel. 
Wiedz pan — ciągnął Ochocki majstrując coś koło wędek — że kiedyś obecna pani 
Wąsowska, jeszcze jako panna, miała słabość do Starskiego. Kazio i Kazia, jaka 
dobrana para, co?... Zdaje się, że nawet pod wpływem tej idei pani Kazia 
zjechała do nas przed trzema tygodniami (a ma także grosz po nieboszczyku, 
bodaj czy nie tyle, co prezesowa!) .Byli nawet. ze sobą kilka dni dobrze i nawet 
Kazio na rachunek posagu zrealizował nowy weksel u pachciarza, gdy wtem... 
coś się zepsuło. Pani Wąsowska po prostu kpi sobie z Kazia, a on tylko udaje 
dobrą minę. Słowem, kiepsko! Trzeba będzie wyrzec się podróży i osiąść na 
piaszczystym folwarku, dopóki nie umrze stryjcio, co prawda już dawno chory 
na kamień. 
— Ale co dotychczas robił pan Starski? 
— No, przede wszystkim robił długi. Trochę grał, trochę podróżował (zdaje mi 
się jednak, że głównie po paryskich i londyńskich knajpach, bo w te jego Chiny 
wierzyć mi się nie chce), ale specjalnie trudnił się bałamuceniem młodych 
mężatek. W tym to on mistrz i już ma tak ustaloną reputację, że mężatki wcale 
mu się nie opierają, a panny wierzą, że do której zacznie się umizgać Starski, 
natychmiast dostanie męża. Takie dobre zajęcie jak każde inne!... „Zapewne szepnął 
Wokulski, już nieco spokojniejszy o rywala. -Ten nie zbałamuci panny 
Izabeli.” Dochodzili do końca parku, poza sztachetami którego widać było 
szereg murowanych budynków. 
— O, ma pan, jaka to oryginalna kobieta z tej prezesowej! — rzekł Ochocki 
wskazując na sztachety. -Widzi pan te pałace?... To wszystko czworniaki, 
mieszkania parobków. A tamten dom — to ochrona dla parobcząt; bawi się ich ze 
trzydzieści sztuk, wszystkie umyte i obłatane jak książątka... A ta znowu willa to 
przytułek dla starców, których w tej chwili jest czworo; uprzyjemniają sobie 
wakacje czyszcząc włosień na materace do gościnnych pokojów. Tułałem się po 
rozmaitych okolicach kraju i wszędzie widziałem, że parobcy mieszkają jak 
świnie, a ich dzieci harcują po błocie jak prosięta... Ale kiedym tu pierwszy raz 
zajechał, przetarłem oczy. Zdawało mi się, że jestem na wyspie Utopii albo na 
kartce nudnego a cnotliwego romansu, w którym autor opisuje, jakimi 
szlachcice być powinni, lecz jakimi nigdy nie będą. Imponuje mi ta staruszka... 
A gdybyś pan jeszcze wiedział, jaką ona ma bibliotekę, co czyta... Zgłupiałem, 
kiedy raz zażądała, abym jej objaśnił pewne punkta transformizmu, którym 
dlatego tylko brzydzi się, że uznał walkę o byt za fundamentalne prawo natury. 
Na końcu alei ukazała się panna Felicja. 
— Cóż, idziemy, panie Julianie? — zapytała Ochockiego. 
— Idziemy i pan Wokulski z nami. 
— Aaa?... — zdziwiła się panienka. 
— Pani nie życzy sobie? — spytał Wokulski. 
— Owszem, ale... myślałam, że panu będzie przyjemniej w towarzystwie pani 
Wąsowskiej. 
— Moja panno Felicjo! — zawołał Ochocki — tylko proszę nie bawić się w 
uszczypliwość, bo się to pani nie udaje. 
Obrażona panna poszła naprzód w stronę sadzawki, panowie za nią. Łowili ryby 
do piątej wieczorem, na spiekocie, gdyż dzień był gorący. Ochocki złapał 
dwucalowego kiełbia, a panna Felicja oberwała sobie koronkę u rękawa. 
Skutkiem czego wybuchnął między nimi spór o to, że młode panny nie mają 
pojęcia o trzymaniu wędki, a panowie nie mogą jednej chwili usiedzieć bez 
gadania. Pogodził ich dopiero dzwonek wzywający na obiad. 
Po obiedzie baron oddalił się do swego pokoju (o tej godzinie zawsze chorował 
na migrenę), reszta zaś towarzystwa miała zebrać się w parku, w altanie, gdzie 
zwykle jadano owoce. 
Wokulski przyszedł tam w pół godziny. Myślał, że będzie pierwszy, tymczasem 
zastał już wszystkie panie, którym Starski coś wykładał. Siedział rozparty na 
brzozowym fotelu i mówił z miną znudzoną, uderzając szpicrózgą w koniec 
buta: 
— Jeżeli w historii odegrały jakąś rolę małżeństwa, to bynajmniej nie te ze 
skłonności, ale te z rozsądku. Co wiedzielibyśmy dziś o Jadwidze albo o Marii 
Leszczyńskiej, gdyby panie te nie umiały zdecydować się na rozsądny wybór? 
Czym byłby Stefan Batory albo Napoleon I, gdyby nie pożenili się z kobietami 
mającymi wpływy? Małżeństwo jest zbyt doniosłym aktem, ażeby przystępując 
do niego można było radzić się tylko serca. To nie jest poetyczny związek dwu 
dusz, to jest ważny wypadek dla mnóstwa osób í interesów. Niech ja dziś ożenię 
się z pokojówką, choćby z guwernantką, a już jutro będę zgubiony w mojej 
sferze. Nikt mnie nie zapyta: jaka była temperatura moich uczuć? ale jakie mam 
dochody na utrzymanie domu i kogo wprowadzam do rodziny? 
— Co innego małżeństwa polityczne, a co innego małżeństwo dla pieniędzy z 
człowiekiem, którego się nie kocha — odpowiedziała prezesowa patrząc w ziemię 
i bębniąc palcami po stole. -To gwałt zadany najświętszym uczuciom. 
— Ach, kochana babciu — odparł Starski z westchnieniem — łatwo to mówić o 
swobodzie uczuć, kiedy się ma dwadzieścia tysięcy rubli rocznie. „Podły 
pieniądz! brzydki pieniądz!” — wołają wszyscy. Ale dlaczegóż to wszyscy, 
począwszy od parobka, skończywszy na ministrze, krępują swoją wolność pracą 
obowiązkową? Za co górnik i marynarz narażają życie? Naturalnie, za ów podły 
pieniądz, bo podły pieniądz daje swobodę choć przez parę godzin na dzień, choć 
przez parę miesięcy na rok, choć przez kilka lat w życiu. Wszyscy obłudnie 
gardzimy pieniędzmi, lecz każdy z nas wie, że jest to mierzwa, z której wyrasta 
wolność osobista, nauka, sztuka, nawet idealna miłość. Gdzież to wreszcie 
urodziła się miłość rycerzy i trubadurów? Z pewnością nie między szewcami i 
kowalami, a nawet nie między doktorami i adwokatami. Wypielęgnowały ją 
klasy majętne, które utworzyły kobietę z delikatną cerą i białą ręką, które 
wydały mężczyznę mającego dosyć czasu na ubóstwianie kobiety. 
Jest tu wreszcie między nami przedstawiciel ludzi czynu, pan Wokulski, który, 
jak mówi sama babcia, niejednokrotnie złożył dowody bohaterstwa. Co go 
ciągnęło do niebezpieczeństw?... Naturalnie pieniądz, który dziś w jego ręku jest 
potęgą... Zrobiło się cicho, wszystkie panie spojrzały na Wokulskiego. Ten 
odparł po chwili milczenia: 
— Tak, ma pan rację, zdobyłem mój majątek wśród ciężkich przygód, ale czy pan 
wie, dlaczegom go zdobywał?... 
— Za pozwoleniem — przerwał Starski — nie robię panu zarzutu, tylko owszem, 
uważam to za chlubny przykład dla wszystkich. Skądże pan jednak wie, czy 
człowiek, który żeni się lub wychodzi za mąż dla pieniędzy, nie ma również na 
widoku szlachetnych celów? Moi rodzice podobno pobrali się z czystej miłości; 
jednak przez całe życie nie byli szczęśliwi, a o mnie, owocu ich uczuć, to już nie 
ma co mówić... Tymczasem moja czcigodna babka, tu obecna, wyszła za mąż 
wbrew skłonności i dziś jest błogosławieństwem całej okolicy. Nawet lepiej dodał 
całując prezesową w rękę -gdyż, poprawia błędy moich rodziców, którzy 
tak byli zajęci miłością, że zapomnieli o majątku dla mnie... Zresztą — mamy 
drugi dowód w osobie uroczej pani Wąsowskiej... 
— O, mój panie — przerwała zarumieniona wdowa — mówisz tak, jakbyś był 
prokuratorem sądu ostatecznego. Ja także odpowiem jak pan Wokulski: czy 
wiesz, dlaczegom to zrobiła?... 
— Ale pani to zrobiła i babcia to zrobiła, i my wszyscy to samo zrobimy — mówił 
z ironicznym chłodem Starski. — Wyjąwszy, rozumie się, pana Wokulskiego, 
który ma akurat tyle pieniędzy, ile ich potrzeba dla pofolgowania uczuciom... 
— I ja tak samo zrobiłem — odezwał się stłumionym głosem Wokulski. 
— Ożenił się pan dla majątku? — spytała wdówka szeroko otwierając oczy. 
— Nie dla majątku, ale dlatego, ażeby mieć pracę i nie umrzeć głodu. Znam 
dobrze to prawo, o którym mówi pan Starski... 
— A co? — wtrącił Starski patrząc na babkę. 
— I dlatego, że znam, żałuję tych, którzy muszą mu ulegać — zakończył Wokulski. 
— Jest to chyba największe nieszczęście w życiu. 
— Masz rację — rzekła prezesowa. 
— Zaczyna mnie pan interesować, panie Wokulski — dodała pani Wąsowska 
wyciągając do niego rękę. Panna Ewelina przez cały czas rozmowy była 
schylona nad haftem. W tej chwili podniosła głowę i spojrzała na Starskiego z 
takim wyrazem rozpaczy, że Wokulski zdziwił się... Ale Starski wciąż uderzał 
szpicrózgą koniec swego buta, gryzł cygaro i uśmiechał się na pół drwiąco, na 
pół smutnie. Za altanką rozległ się głos Ochockiego: 
— Widzisz, mówiłem ci, że tu jest pani... 
— No, to w altance, ale nie w krzakach — odpowiedziała młoda dziewczyna z 
koszykiem w ręku. 
— Ach, głupia jesteś! — mruknął Ochocki wchodząc i niespokojnie patrząc na 
damy. 
— Oho! pan Julian znowu wkracza do nas jako triumfator -rzekła wdówka. 
— Ależ słowo honoru daję, że tylko dla skrócenia drogi szedłem przez klomby tłumaczył 
się Ochocki. 
— I tak pan zjechał z drogi, jak dziś wioząc nas... 
— No, słowo honoru daję... 
— Już lepiej podprowadź mnie, zamiast się tłomaczyć -przerwała prezesowa. 
Ochocki podał jej rękę, ale miał minę tak zakłopotaną i kapelusz tak wsadzony 
na bakier, że pani Wąsowska nie mogła pohamować nadmiaru wesołości, co na 
twarzy panny Felicji wywołało nową serię rumieńców, a Ochockiego zmusiło 
do rzucenia wdówce kilku gniewnych spojrzeń. Całe towarzystwo skręciło na 
lewo i boczną aleją szło do budynków folwarcznych. Naprzód prezesowa z 
Ochockim, za nimi dziewczyna z koszykiem, potem wdówka z panną Felicją, 
Wokulski, a za nim panna Ewelina ze Starskim. Przy furtce hałas na przodzie 
spotęgował się, a w tej chwili Wokulskiemu przywidziało się, że słyszy za sobą 
cichą rozmowę. 
— Czasem zdaje mi się, że wolałabym w grobie leżeć... — szepnęła panna Ewelina. 
— Odwagi... odwagi... — odpowiedział jej tym samym tonem Starski. 
Wokulski teraz dopiero zrozumiał cel wyprawy na folwark, gdy w dziedzińcu 
wybiegło naprzeciw prezesowej całe stado kur, którym ona rzucała ziarno z 
kosza. Za kurami ukazała się ich dozorczyni, stara Mateuszowa, donosząc pani, 
że wszystko jest dobrze, tylko że z rana krążył nad dziedzińcem jastrząb, a po 
południu jedna z kur trochę udławiła się kamieniem, ale już ją minęło. 
Po przeglądzie drobiu prezesować obejrzała obory i stajnie, gdzie parobcy, po 
większej części ludzie dojrzałego wieku, składali jej raporta. Tu o mało nie 
zdarzył się wypadek. Ze stajni bowiem nagle wybiegło spore źrebię i rzuciło się 
na prezesową przednimi nogami jak pies, który staje na dwu łapach. 
Szczęściem, Ochocki pohamował figlarne zwierzę, a prezesowa dała mu zwykłą 
porcję cukru... 
— On babcię kiedy skaleczy — odezwał się niezadowolony Starski. — Kto widział 
przyzwyczajać do takich pieszczot źrebięta, z których później wyrastają konie! 
— Zawsze mówisz rozsądnie — odpowiedziała mu prezesowa głaszcząc źrebaka, 
który kładł głowę na jej ramieniu, a później biegł za nią tak, że parobcy musieli 
go zawracać do stajni. Nawet niektóre krowy poznawały swoją panią i witały ją 
stłumionym rykiem, podobnym do mruczenia 
„Dziwna kobieta” — pomyślał Wokulski patrząc na staruszkę, która umiała 
budzić miłość dla siebie nie tylko w sercach zwierząt, lecz nawet ludzi. 
Po kolacji prezesowa poszła spać, a pani Wąsowska zaproponowała spacer po 
parku. Baron, lubo niechętnie, zgodził się na projekt; włożył gruby paltot, szyję 
okręcił chustką i wziąwszy pod rękę narzeczoną wysunął się z nią naprzód. O 
czym mówili? Nikt nie wie, tyle tylko widziano, że ona była blada, on miał 
wypieki na twarzy. 
Około jedenastej w nocy wszyscy rozeszli się, a baron pokaszlując odprowadził 
Wokulskiego do jego pokoju. 
— Cóż, przypatrzył się pan mojej narzeczonej?... Jaka ona piękna!...Obraz 
westalki, panie, prawda? A jeszcze kiedy na jej buzi ukaże się ten wyraz 
dziwnej melancholii, uważał pan, jest tak czarująca, że... oddałbym za nią życie. 
Nikomu bym tego nie powiedział, wyjąwszy pana, ale wie pan, ona robi na mnie 
takie wrażenie, że nie wiem, czy ośmielę się kiedykolwiek pieścić ją... chcę 
tylko modlić się do niej... Po prostu panie, klęczałbym u jej nóg i patrzył w 
oczy, szczęśliwy, gdyby mi pozwoliła, panie, pocałować brzeg swojej sukni... 
Ale czy nie nudzę pana? 
Gwałtownie zakaszlał się, tak że mu oczy krwią zabiegły. Odpocząwszy mówił 
dalej: 
— Ja nieczęsto kaszlę, ale dziś trochę zaziębiłem się... i nawet nie zawsze jestem 
skłonny do zaziębień, tylko w jesieni i na nowiu. No, ale to przejdzie, bo 
właśnie onegdaj zaprosiłem na konsylium Chałubińskiego i Baranowskiego i ci 
mi powiedzieli, że bylem się szanował, będę zdrów... Pytałem ich również 
(mówię to tylko panu), co sądzą o moim małżeństwie. Ale oni powiedzieli, że 
małżeństwo to taka rzecz osobista... Zwróciłem ich uwagę, że lekarze berlińscy 
od dawna już kazali mi się żenić. To im dało do myślenia i zaraz któryś rzekł: 
„A to szkoda, wielka szkoda, że pan natychmiast nie spełnił ich zalecenia...” 
Toteż, powiem panu, obecnie jestem zdecydowany skończyć przed 
adwentem...Znowu napadł go kaszel. Odpoczął i nagle spytał Wokulskiego 
zmienionym głosem: 
— Wierzy pan w życie przyszłe? 
— Dlaczego?... 
— Bo widzi pan, ta wiara chroni człowieka od rozpaczy. Ja na przykład 
rozumiem, że ani sam nie będę już tak szczęśliwy, jak bym mógł być kiedyś, ani 
jej nie dam zupełnego szczęścia. Jedyną zaś pociechę mam w tej myśli, że 
spotkamy się na innym, lepszym świecie, gdzie oboje będziemy młodzi. 
Przecież ona — dodał zadumany — będzie i tam należała do mnie, gdyż Pismo 
święte uczy: „Co zwiążecie na ziemi, będzie związane w niebie...” Pan może nie 
wierzy w to, tak jak i Ochocki; niech pan jednak przyzna, że... czasem... wierzy 
pan i wcale nie dałby pan słowa, że tak nie będzie?... 
Zegar za ścianą wybił północ, baron zerwał się wylękniony i pożegnał 
Wokulskiego. W kilka minut później jego zanoszący się kaszel było słychać w 
drugim końcu oficyny. 
Wokulski otworzył okno. Przy kuchni piały ogromnymi głosami koguty 
kałakuckie, w parku kwilił puszczyk; na niebie urwała się jedna gwiazda i 
spadła gdzieś za drzewami. Baron wciąż kaszlał. 
„Czy wszyscy zakochani są tak ślepi jak on? — myślał Wokulski. -Bo dla mnie, i 
chyba dla każdego tutaj, jest jasne, że ta panna wcale go nie kocha. Może nawet 
kocha Starskiego... 
Nie rozumiem jeszcze sytuacji — ciągnął dalej — ale najprawdopodobniej jest tak: 
panna idzie za mąż dla pieniędzy, a Starski swymi teoriami umacnia ją w tym 
zamiarze. A może i on podkochuje się w niej?... Niepodobna. Prędzej już się nią 
znudził i gwałtem namawia do zamążpójścia. Chociaż... Nie, to byłaby 
potworna kombinacja. Tylko kobiety publiczne mają kochanków, którzy 
prowadzą nimi handel. Co za głupie przypuszczenie!... Starski może istotnie być 
jej przyjacielem i radzić to, w co sam wierzy. On przecież mówi otwarcie, że 
sam ożeni się tylko z bogatą kobietą. Zasada taka dobra jak każda inna, 
powiedziałby Ochocki. Słusznie prezesowa mówiła kiedyś, że dzisiejsze 
pokolenie ma mocne głowy i zimne serca. Nasz przykład zniechęcił ich do 
sentymentalizmu, więc wierzą w potęgę pieniędzy, co zresztą dowodzi 
rozsądku. Nie, ten Starski sprytny człowiek; może trochę hulaka, próżniak, ale 
sprytu mu nie brak. Ciekawym tylko, za co tak na nim używa pani Wąsowska?... 
Zapewne ma do niego słabość, a że ma i pieniądze, więc w rezultacie pobiorą 
się. Zresztą — co mnie to obchodzi... 
Ciekawym, dlaczego prezesowa dziś nie wspominała o pannie Izabeli? No, już 
ja pytać się nie będę... Od razu wzięliby nas na języki...” 
Zasnął i marzyło mu się, że jest baronem zakochanym i chorym, a Starski 
odgrywa przy nim rolę przyjaciela dom. Ocknął się i roześmiał... Już to 
wyleczyłoby mnie od razu” — szepnął. 
Ranek znowu zeszedł mu na łapaniu ryb z panną Felicją i Ochockim. Gdy zaś o 
pierwszej wszyscy zebrali się na śniadanie, pani Wąsowska odezwała się: 
— Babcia pozwoli nam osiodłać dwa konie: mnie i panu Wokulskiemu, prawda? A 
potem zwróciwszy się do Wokulskiego dodała: 
— Za pół godziny jedziemy. Od tej chwili zaczyna pan służbę przy mnie. 
— Państwo tylko we dwoje pojadą? -spytała zapłoniona panna Felicja.. 
— Czy i ty miałabyś chęć jechać z panem Julianem? 
— Tylko proszę... bez żadnych dysponowań moją osobą — zaprotestował Ochocki. 
— Felcia zostanie ze mną -wtrąciła prezesowa. 
Pannie Felicji krew i łzy napłynęły do oczu. Spojrzała na Wokulskiego naprzód 
z gniewem, potem ze wzgardą, a nareszcie wybiegła z pokoju pod pozorem 
znalezienia chustki. Gdy wróciła, wyglądała jak Maria Stuart przebaczająca 
swoim oprawcom i miała czerwony nosek. 
Punkt o drugiej przyprowadzono dwa piękne wierzchowce. Wokulski stanął 
przy swoim, a w parę minut ukazała się pani Wąsowska. Miała obcisłą 
amazonkę, kształty Junony, kasztanowate włosy zebrane w jeden węzeł. 
Końcem nogi oparła się na ręku stangreta i jak sprężyna rzuciła się na siodło. 
Szpicrózga drżała w jej ręce. Wokulski tymczasem spokojnie dopasowywał 
strzemiona. 
— Prędzej, panie, prędzej — wołała ściągając lejce koniowi, który kręcił się w koło 
i przysiadał na zadzie. — Za bramą ruszamy galopem... Avanti, Savoya!... 
Nareszcie Wokulski siadł na konia, pani Wąsowska niecierpliwie uderzyła 
swego szpicrózgą i wyjechała za folwark. Droga ciągnęła się aleją lipową, 
mającą z wiorstę długości. Po obu stronach leżało szare pole, a na nim tu i 
ówdzie widać było sterty pszenicy, duże jak chaty. Niebo czyste, słońce wesołe, 
z daleka dolatywał jęk młocarni. 
Kilka minut jechali kłusem. Potem pani Wąsowska położyła rękojeść szpicrózgi 
na ustach, pochyliła się i poleciała galopem. Welon kapelusza chwiał się za nią 
jak popielate skrzydło. 
— Avanti! avanti!... 
Znowu biegli kilka minut. Nagle pani osadziła konia na miejscu, była 
zarumieniona i zadyszana. 
— Dosyć — rzekła — teraz pojedziemy wolno. Uniosła się na siodle i uważnie 
patrzyła w stronę błękitnego lasu, który było widać daleko na wschodzie. Aleja 
skończyła się; jechali polem, na którym zieleniły się grusze i szarzały sterty. 
— Powiedz mi pan — rzekła — czy to wielka przyjemność dorabiać się majątku? 
— Nie — odparł Wokulski po chwilowym namyśle. 
— Ale wydawać przyjemnie? 
— Nie wiem. 
— Nie wiesz pan? A jednak cuda opowiadają o pańskim majątku. Mówią, że 
masz pan ze sześćdziesiąt tysięcy rocznie... 
— Dziś mam znacznie więcej, ale wydaję bardzo mało. 
— Ileż? 
— Z dziesięć tysięcy. 
— Szkoda. Ja w roku zeszłym postanowiłam wydać masę pieniędzy. Plenipotent i 
kasjer zapewniają mnie, że wydałam dwadzieścia siedem tysięcy... Szalałam, no 
— i nie spłoszyłam nudów... Dziś, myślę sobie, zapytam pana: jakie robi wrażenie 
sześćdziesiąt tysięcy wydanych w ciągu roku? ale pan tyle nie wydajesz. 
Szkoda. Wiesz pan co?... Wydaj kiedy sześćdziesiąt, no — sto tysięcy na rok i 
powiedz mi pan: czy to robi sensację i jaką? Dobrze?... 
— Z góry mogę pani powiedzieć, że nie robi. 
— Nie?... Więc na cóż są pieniądze?:.. Jeżeli sto tysięcy rubli rocznie nie daje 
szczęścia, cóż go da? 
— Można je mieć przy tysiącu rubli. Szczęście każdy nosi w sobie. 
— Ale je skądsiś bierze do siebie. 
— Nie, pani. 
— I to mówi pan, taki człowiek niezwykły? 
— Gdybym nawet był niezwykłym, to tylko przez cierpienia, nie przez szczęście. 
A tym mniej nie przez wydatki. Pod lasem ukazał się tuman kurzu. Pani 
Wąsowska chwilę popatrzyła, potem nagle zacięła konia i skręciła na prawo, w 
pole, bez drogi. 
— Avanti!... avanti!... 
Jechali z dziesięć minut, a teraz Wokulski zatrzymał konia. Stał na wzgórzu, nad 
łąką tak piękną jak marzenie. Co w niej było pięknym, czy zieloność trawy, czy 
kręty bieg rzeczułki, czy drzewa pochylające się nad nią, czy pogodne niebo? 
Wokulski nie wiedział. 
Ale pani Wąsowska nie zachwycała się. Pędziła z góry na złamanie karku, jakby 
chcąc zaimponować swemu towarzyszowi odwagą. Gdy Wokulski powoli 
zjechał z góry, zwróciła do niego konia i zawołała niecierpliwie: 
— Ach, panie, czy pan zawsze taki nudny? Przecież nic po to wzięłam pana na 
spacer, ażeby ziewać. Proszę mnie bawić, tylko zaraz... 
— Zaraz?... Dobrze. Pan Starski jest to bardzo zajmujący człowiek. 
Pochyliła się na siodło, jakby padając w tył, i przeciągle spojrzała Wokulskiemu 
w oczy. 
— Ach! — zawołała ze śmiechem — nie spodziewałam się usłyszeć tak banalnego 
frazesu od pana... Pan Starski zajmujący... Dla kogo?...Chyba dla takich... 
takich... łabędzic jak panna Ewelina, bo na przykład już dla mnie przestał nim 
być... 
— Jednakże... 
— Nie ma jednakże. Był nim kiedyś, kiedym miała zamiar stać się męczennicą 
małżeństwa. Na szczęście, mój mąż znalazł się tak uprzejmie, że prędko umarł, 
a pan Starski jest tak nieskomplikowany, że nawet przy moim zasobie 
doświadczenia poznałam się na nim w tydzień. Ma zawsze taki sam zarost a la 
arcyksiążę Rudolf i ten sam sposób uwodzenia kobiet. Jego spojrzenia, 
półsłówka, tajemniczość znam tak dobrze jak krój jego żakietu. Zawsze tak 
samo unika panien bez posagu, jest cynicznym z mężatkami, a wdychającym 
przy pannach, które mają wyjść za mąż. Mój Boże, ilu ja podobnych spotkałam 
w życiu!... Dziś trzeba mi czegoś nowego... 
— W takim razie pan Ochocki... 
— O tak, Ochocki jest zajmujący, a mógłby nawet być niebezpieczny, ale — na to 
ja musiałabym drugi raz się urodzić. To człowiek nie z tego świata, do którego 
ja należę sercem i duszą... Ach, jaki on naiwny, a jaki wspaniały! Wierzy w 
idealną miłość, z którą zamknąłby się w swoim laboratorium i był pewnym, że 
go nigdy nie zdradzi... Nie, on nie dla mnie... 
— Cóż znowu z tym siodłem! -zawołała nagle. -Mój panie, popręg mi się 
odpiął... proszę zobaczyć... Wokulski zeskoczył z konia. 
— Zsiądzie pani? — zapytał. 
— Ani myślę. Niech pan tak obejrzy. Zaszedł z prawej strony -popręg był mocno 
przypasany.- Ależ nie tam... O, tu... Tu coś psuje się, około strzemienia. 
Zawahał się, lecz odsunął jej amazonkę i włożył rękę pod siodło. Nagle krew 
uderzyła mu do głowy: wdówka w taki sposób ruszyła nogą, że jej kolano 
dotknęło twarzy Wokulskiego. 
— No i cóż?... No i cóż?... — pytała niecierpliwie. 
— Nic — odparł. — Popręg jest mocny... 
— Pocałowałeś mnie pan w nogę?!... — krzyknęła. 
— Nie. Wtedy trzasnęła konia szpicrózgą i poleciała cwałem szepcząc: 
„Głupiec czy kamień!...” 
Wokulski powoli siadł na konia. Niewysłowiony żal ścisnął mu serce, gdy 
pomyślał: 
„Czy i panna Izabela jeździ konno?... I kto też jej poprawia siodło?...” 
Kiedy dojechał do pani Wąsowskiej, wybuchnęła śmiechem: 
— Cha! cha! cha!... Jesteś pan nieoceniony!... — A potem zaczęła mówić niskim, 
metalowym głosem: — Na karcie mojej historii zapisał się piękny dzień odegrałam 
rolę Putyfarowej i znalazłam Józefa...Cha! cha! cha!... Jedna tylko 
rzecz napełnia mnie obawą: że pan nawet nie potrafisz ocenić, jak ja umiem 
zawracać głowy. W takiej chwili stu innych na pańskim miejscu powiedziałoby, 
że żyć beze mnie nie mogą, że zabrałam im spokój, i tam dalej... A ten 
odpowiada krótko: nie!...Za to jedno: „nie” powinieneś pan dostać w królestwie 
niebieskim krzesło pomiędzy niewiniątkami. Takie wysokie krzesełko z poręczą 
przodu... Cha! cha! cha!... Tarzała się na siodle ze śmiechu. 
— I co by pani z tego przyszło, gdybym odpowiedział jak inni? 
— Miałabym jeden triumf więcej. 
— A z tego co pani przyjdzie? 
— Zapełniam sobie pustkę życia. Z dziesięciu tych, którzy mi się oświadczają, 
wybieram jednego, który wydaje mi się najciekawszym, bawię się nim, marzę o 
nim... 
— A potem? 
— Robię przegląd następnej dziesiątki i wybieram nowego 
— I tak często? 
— Choćby co miesiąc. Co pan chce — dodała wzruszając ramionami — to miłość 
wieku pary i elektryczności. 
— A tak. Nawet przypomina kolej żelazną. 
— Lecí jak burza i sypie iskry?... 
— Nie. Jeździ prędko i bierze pasażerów, ilu się da. 
— O, panie Wokulski!... 
— Nie chciałem obrazić pani: sformułowałem tylko to, com słyszał. Pani 
Wąsowska przygryzła usta. Jechali jakiś czas milcząc. Po chwili znowu zabrała 
głos pani Wąsowska. 
— Już określiłam sobie pana: pan jesteś pedant. Co wieczór, nie wiem o której, 
ale zapewne przed dziesiątą, robisz pan rachunki, potem idziesz spać, ale przed 
spaniem mówisz pacierz, głośno powtarzając: Nie pożądaj żony bliźniego 
twego. Czy tak?... 
— Niech pani mówi dalej. 
— Nie będę nic mówić, bo mnie już i rozmowa z panem dręczy. Ach, ten świat 
daje nam same zawody!... Kiedy kładziemy pierwszą suknię z trenem, kiedy 
idziemy na pierwszy bal, kiedy pierwszy raz kochamy — zdaje się nam, że otóż 
jest coś nowego... Lecz po chwili przekonywamy się, że to już było albo że to 
jest — nic... Pamiętam, w roku zeszłym, w Krymie, jechaliśmy w kilka osób 
bardzo dziką drogą, po której kiedyś snuli się rozbójnicy. I właśnie gdy 
rozmawiamy o tym, wysuwa się spoza skały dwu Tatarów... Chwała Bogu! 
myślę, ci zechcą nas zabić, bo miny mieli okropne, choć bardzo przystojni 
ludzie. A oni, wie pan, z jaką wystąpili propozycją?... Ażeby kupić od nich 
winogron!... Panie! Oni nam sprzedawali winogrona, kiedy ja myślałam o 
bandytach. Chciałam ich wybić ze złości, naprawdę. Otóż — pan dzisiaj 
przypomniał mi tych Tatarów... Prezesowa przez kilka tygodni tłomaczyła mi, 
że pan jesteś oryginalny człowiek, zupełnie inny od innych, a tymczasem widzę, 
że pan jesteś najzwyklejszy pedant. Czy tak? 
— Tak 
— Widzi pan, jak ja się znam na ludziach. Może byśmy jeszcze pojechali 
galopem. Albo — nie, już mi się nie chce, jestem zmęczona. Ach... gdybym choć 
raz w życiu spotkała prawdziwie nowego człowieka... 
— A z tego co by pani przyszło? 
— Miałby jakiś nowy sposób postępowania, mówiłby mi nowe rzeczy, czasami 
rozgniewałby mnie do łez, potem sam śmiertelnie obraziłby się na mnie, a 
potem — naturalnie musiałby przepraszać. O, ten zakochałby się we mnie do 
szaleństwa! Wpiłabym mu się tak w serce i pamięć, że nawet w grobie nie 
zapomniałby o mnie... No, taką miłość -rozumiem. 
— A pani co by mu dała w zamian? -spytał Wokulski, któremu robiło się coraz 
ciężej i smutniej. 
— Czy ja wiem? Może i ja zdecydowałabym się na jakie szaleństwo... 
— Teraz ja powiem, co by ten nowy człowiek dostał od pani mówił Wokulski 
czując, że zbiera w nim gorycz. — Naprzód, dostałby długą listę wielbicieli 
dawniejszych, następnie, drugą listę wielbicieli, którzy nastąpią po nim, a w 
czasie antraktu miałby możność sprawdzania... czy na koniu dobrze leży 
siodło... 
— To nikczemne, co pan powiedziałeś! — krzyknęła pani Wąsowska ściskając 
szpicrózgę. 
— Tylko powtórzenie tego, co słyszałem od pani: Jeżeli jednak mówię za śmiało 
na tak krótką znajomość... 
— Owszem, słucham... Może pańskie impertynencje będą ciekawsze aniżeli ta 
chłodna grzeczność, którą od dawna umiem na pamięć. Naturalnie, taki 
człowiek jak pan gardzi takimi kobietami jak ja... No, śmiało... 
— Za pozwoleniem. Przede wszystkim nie używajmy zbyt silnych wyrazów, 
które wcale nie odpowiadają spacerowej sytuacji. Między nami nie ma mowy o 
uczuciach, tylko o poglądach. Otóż, moim zdaniem, w poglądzie pani na miłość 
istnieją nie dające się pogodzić kontrasty. 
— Proszę? — zdziwiła się wdówka: — To, co pan nazywasz kontrastami, ja 
najdoskonalej godzę w życiu. 
— Mówi pani o częstej zmianie kochanków... 
— Jeżeli łaska, nazwijmy ich wielbicielami. 
— A następnie, chce pani znaleźć jakiegoś nowego i nietuzinkowego człowieka, 
który by nawet w grobie nie zapomniał o pani. Otóż, o ile ja znam ludzką naturę, 
jest to cel nie do osiągnięcia. Ani pani z rozrzutnej w swoich względach nie 
stanie się oszczędną, ani człowiek nietuzinkowy nie zechce zająć miejsca pośród 
kilku tuzinów... 
— Może o tym nie wiedzieć — przerwała wdówka. 
— Ach, więc mamy i mistyfikację, dla udania się której potrzeba, ażeby bohater 
pani był ślepy i głupi. Ale choćby takim był wybrany, czy sama pani miałaby 
odwagę zwodzić człowieka, który by aż tak panią kochał?... 
— Dobrze, więc powiedziałabym mu wszystko kończąc w ten sposób: pamiętaj, 
że Chrystus przebaczył Magdalenie, od której przecie ja jestem mniej grzeszna, 
no i przynajmniej mam równie piękne włosy... 
— I to by mu wystarczyło? 
— Ja sądzę. 
— A gdyby mu nie wystarczyło? 
— Zostawiłabym go w spokoju i odeszłabym. 
Ale pierwej wpiłaby mu się pani w serce i w pamięć tak, ażeby pani nawet w 
grobie nie zapomniał!... — wybuchnął Wokulski. — Piękny świat, ten wasz świat... 
I miłe są te kobiety, przy których, kiedy im człowiek w najlepszej wierze oddaje 
własną duszę, jeszcze musi spoglądać na zegarek, ażeby nie spotkał swoich 
poprzedników i nie przeszkadzał następcom. Pani, nawet ciasto, ażeby wyrosło, 
potrzebuje dłuższego czasu; czy więc podobna wielkie uczucie wyhodować w 
takim pośpiechu, na takim jarmarku?... 
Niech pani skwituje z wielkich uczuć, to pozbawia snu i odbiera apetytu. Po co 
kiedyś zatruwać życie jakiemuś człowiekowi, którego zapewne dziś jeszcze pani 
nie zna? Po co sobie samej mącić dobry humor? Lepiej trwać przy programie 
prędkich i częstych zwycięstw, które innym nieszkodzą, a pani jakoś zapełniają 
życie. 
— Już pan skończył, panie Wokulski? 
— Chyba że tak... 
— Więc teraz ja panu powiem. Wszyscy jesteście podli... 
— Znowu silny wyraz. 
— Pańskie były silniejsze. Wszyscy jesteście nędznicy. Kiedy kobieta, w pewnej 
epoce życia, marzy o idealnej miłości, wyśmiewacie jej złudzenia i domagacie 
się kokieterii, bez której panna jest dla was nudna, a mężatka głupia. A dopiero 
gdy dzięki zbiorowym usiłowaniom pozwoli prawić sobie banalne oświadczyny, 
patrzeć słodko w oczy, ściskać za ręce, wówczas z ciemnego kąta wyłazi jakiś 
oryginalny egzemplarz w kapturze Piotra z Amiens i uroczyście wyklina kobietę 
stworzoną na obraz i podobieństwo Adamowych synów. „Tobie już nie wolno 
kochać, ty już nie będziesz nigdy prawdziwie kochana, bo miałaś nieszczęście 
znaleźć się wśród jarmarku, boś straciła złudzenia!” A któż ją z nich okradł, 
jeżeli nie pańscy rodzeni bracia?... I cóż to za świat, który naprzód obdziera z 
ideałów, a potem skazuje obdartego?... 
Pani Wąsowska wydobyła chustkę z kieszeni i poczęła ją gryźć. Na rzęsach 
błysnęła jej łza i spadła na końską grzywę. 
— Jedź pan już sobie — zawołała — jesteś pan drażniąco płytki. Jedź pan... jedź i 
przyszlij mi Starskiego; jego bezczelność jest zabawniejsza od pana 
księżowskiej powagi... Wokulski ukłonił się i pojechał naprzód. Był zgryziony i 
zakłopotany 
— Gdzie pan jedziesz?... nie tędy... Ach, prawda, gotów pan jesteś zbłądzić, a 
później mówić wszystkim przy obiedzie, żem cię sprowadziła z prostej drogi. 
Proszę za mną... Jadąc o kilka kroków za panią Wąsowską, Wokulski rozmyślał: 
„Więc to taki świat? Jedne w nim sprzedają się ludziom prawie zgrzybiałym, a 
inne traktują ludzkie serca jak polędwicę. Dziwna to jednak kobieta z tej pani!... 
bo złą nie jest, ma nawet szlachetne porywy...” 
W pół godziny wjechali `znowu na wzgórza, z których widać było dwór 
prezesowej. Pani Wąsowska nagle zawróciła konia i bystro patrząc na 
Wokulskiego spytała: 
— Między nami pokój czy wojna?... 
— Czy mogę być szczerym ? 
— Proszę. 
— Mam dla pani głęboką wdzięczność. W jednej godzinie dowiedziałem się od 
pani więcej aniżeli przez całe życie. 
— Ode mnie?... Zdaje się panu. Mam w sobie parę kropli krwi węgierskiej, więc 
kiedy wsiądę na konia, szaleję i plotę niedorzeczności. Notabene — nie cofam nic 
z tego, com powiedziała, ale mylisz się pan, jeżeli sądzisz, żeś mnie już poznał. 
A teraz pocałuj mnie pan w rękę; jesteś pan rzeczywiście interesujący. 
Wyciągnęła rękę, którą Wokulski ucałował, szeroko otwierając oczy ze 
zdziwienia. 
ROZDZIAŁ ÓSMY: 
POD JEDNYM DACHEM 
W tej samej porze, kiedy Wokulski z panią Wąsowską kłócił się albo galopował 
po łące, z majątku hrabiny do Zasławka dojeżdżała panna Izabela. Wczoraj 
otrzymała od prezesowej list, wyprawiony przez umyślnego posłańca, a dziś na 
wyraźne żądanie swej ciotki wyjechała, lubo niechętnie. Była pewna, że w 
Zasławku już znajduje się mocno protegowany przez prezesową Wokulski; taka 
więc nagła podróż wydała jej się niewłaściwą. 
„Choćbym nawet musiała kiedyś wyjść za niego — mówiła sobie to jeszcze nie 
mam racji śpieszyć na powitanie”. 
Ale ponieważ rzeczy spakowano, powóz zajechał, a nawet z przedniego 
siedzenia wyglądała już jej pokojówka, więc panna Izabela zdecydowała się na 
wyjazd. 
Pożegnanie jej z rodziną było pełne znaczenia. Pan Łęcki, ciągle rozstrojony, 
przecierał oczy, a hrabina wsunąwszy jej w rękę aksamitny woreczek z 
pieniędzmi pocałowała ją w czoło i rzekła: 
— Nie radzę ani odradzam. Masz rozum, wiesz, jakie jest położenie, więc sama 
musisz coś postanowić i przyjąć konsekwencje. 
Co postanowić?:.. jakie przyjąć konsekwencje?... o tym nie wspomniała hrabina. 
Tegoroczny pobyt na wsi głęboko zmodyfikował niektóre poglądy panny 
Izabeli; nie sprawiło tego jednak świeże powietrze ani piękne krajobrazy, ale 
wypadki i możność spokojnego zastanowienia się nad nimi. 
Przyjechała tu na wyraźne żądanie ciotki, dla Starskiego, o którym powszechnie 
mówiono, że odziedziczy majątek po prezesowej. Tymczasem prezesowa 
przypatrzywszy się swemu ciotecznemu wnukowi oświadczyła, że co najwyżej 
zapisze mu tysiąc rubli dożywotniej renty, która zapewne bardzo mu się przyda 
na starość. Cały zaś majątek postanowiła zapisać na podrzutków i ich 
nieszczęśliwe matki. 
Od tej chwili Starski w oczach hrabiny stracił wszelką wartość. Stracił ją i u 
panny Izabeli oświadczywszy pewnego razu, że nigdy nie ożeniłby się z „gołą 
panną”; raczej z Chinką albo z Japonką, byle miała kilkadziesiąt tysięcy rubli 
rocznie. 
— Za mniejszy dochód nie warto ryzykować przyszłości -powiedział. Ponieważ 
tak powiedział, więc panna Izabela przestała go traktować jako poważnego 
epuzera. Ale ponieważ mówiąc to, z cicha westchnął spojrzał na nią przelotnie, 
więc panna Izabela pomyślała, że piękny Kazio musi mieć jakąś sercową 
tajemnicę i że szukając bogatej żony robi ofiarę. Dla kogo?... Może dla niej... 
biedny chłopiec, ale trudno. Kiedyś może znajdzie się sposób osłodzenia jego 
cierpień, lecz dziś należy go trzymać z daleka. Co przychodziło tym łatwiej, że 
Starski począł gwałtownie zalecać się do bogatej pani Wąsowskiej i krążyć z 
daleka około panny Eweliny Janockiej, zapewne dla zatarcia do reszty śladów, 
że kiedyś kochał się w pannie Izabeli. 
„Biedny chłopiec, ale trudno. Życie ma swoje obowiązki, które trzeba spełnić, 
choć są ciężkie.” 
W taki sposób Starski, może najstosowniejszy dla panny Izabeli epuzer, 
wykreślony został z listy jej konkurentów. Nie mógł żenić się z panną ubogą, 
musiał szukać żony bogatej; były to dwie nieprzebyte między nimi przepaście. 
Drugi jej konkurent, baron, wykreślił się sam; zaręczywszy się z panną Eweliną. 
Panna Izabela czuła wstręt do barona, dopóki starał się o jej względy; lecz gdy 
ją tak nagle opuścił, prawie że się zatrwożyła. Jak to, więc na świecie są kobiety, 
dla których można wyrzec się jej?!... Jak to, więc może nadejść chwila, w której 
pannę Izabelę opuszczą nawet tak podeszłego wieku wielbiciele?...Zdawało jej 
się, że ziemia drży jej pod nogami, i pod wpływem nie określonych obaw, jakie 
ją wówczas ogarnęły, panna Izabela odezwała się do prezesowej o Wokulskim 
dosyć życzliwie. Kto wie nawet, czy nie powiedziała tych słów: 
— Co się też dzieje z panem Wokulskim? Bardzo żałuję, że może mieć żal do 
mnie. Nieraz wyrzucam sobie, że nie postępowałam z nim tak, jak zasługiwał. 
Spuściła oczy i zarumieniła się w ten sposób, że prezesowej wydało się 
koniecznym zaprosić Wokulskiego na wieś. 
„Niech się sobie przypatrzą na świeżym powietrzu -myślała staruszka — a 
będzie, co Bóg da. On brylant między mężczyznami, ona także dobre dziecko, 
więc może się porozumieją. Bo że on ma do niej słabość, to prawie bym się 
założyła.” 
W kilka dni panna Izabela ochłonąwszy z nieprzyjemnych wrażeń poczęła 
żałować swojej wzmianki o Wokulskim przed prezesową. 
„Jeszcze gotów pomyśleć, że wyszłabym za niego...”- rzekła do siebie. 
Tymczasem prezesowa zwierzyła się przed bawiącą u niej panią Wąsowską, że 
przyjedzie do Zasławka Wokulski, bardzo bogaty wdowiec, człowiek ze wszech 
miar niepospolity, którego chciałaby ożenić i który kto wie, czy nie kocha się w 
pannie Izabeli... 
Pani Wąsowska bardzo obojętnie słuchała o majątku, o wdowieństwie i o 
matrymonialnych kwalifikacjach Wokulskiego. Lecz gdy prezesowa nazwała go 
człowiekiem niepospolitym, zaciekawiła się; dowiedziawszy się zaś, że może 
kochać pannę Izabelę, rzuciła się jak rumak szlachetnej krwi, niebacznie 
dotknięty ostrogą. 
Pani Wąsowska była najlepszą kobietą, nie myślała powtórnie wychodzić za 
mąż, a tym mniej odbierać innym paniom konkurentów. Dopóki jednak żyła na 
świecie, nie mogła pozwolić na to, ażeby jaki mężczyzna mógł kochać się w 
jakiejś innej kobiecie, nie w niej. Żenić się dla interesu ma prawo; pani 
Wąsowska gotowa mu była nawet pomagać, ale uwielbiać -można było tylko ją. 
Nie dlatego nawet, ażeby uważała się za najpiękniejszą, ale że... taką już miała 
słabość. 
Dowiedziawszy się, że panna Izabela dziś przyjeżdża, pani Wąsowska gwałtem 
zabrała na spacer Wokulskiego. Gdy zaś na gościńcu pod lasem zobaczyła 
tuman kurzu, wzniecony przez powóz jej rywalki, skręciła na łąkę i tam zrobiła 
wielką scenę z siodłem, która jej się nieudała. 
Tymczasem panna Izabela dojechała do dworu. Całe towarzystwo przyjęło ją na 
ganku witając prawie tymi samymi wyrazami. 
— Wiesz — szepnęła jej prezesowa — przyjechał Wokulski. 
— Tylko pani nam brakło — zawołał baron -ażeby Zasławek był podobny do raju. 
Bo już mamy tu bardzo przyjemnego towarzysza znakomitego gościa... Panna 
Felcia Janocka wzięła na bok pannę Izabelę i ze łzami w głosie poczęła jej 
opowiadać: 
— Wiesz, przyjechał tu pan Wokulski... Ach, gdybyś wiedziała, co to za 
człowiek!... Ale wolę ci nic nie mówić, bo i ty jeszcze pomyślisz, że jestem nim 
zajęta... No i wyobraź sobie: pani Wąsowska kazała mu jechać ze sobą na 
spacer, sam na sam... Gdybyś wiedziała, jak się biedak rumienił!... A ja za nią. 
Bo i ja chodziłam z nim na ryby, ale tylko tu, do sadzawki, i jeszcze był z nami 
pan Julian. Ale żebym miała tylko z nim jechać konno?... Za nic w świecie!... 
wolałabym umrzeć... 
Uwolniwszy się od witających panna Izabela poszła do przeznaczonego dla niej 
pokoju. 
„Drażni mnie ten Wokulsk” — szepnęła. 
W gruncie rzeczy nie było to rozdrażnienie, ale coś innego. Jadąc tu panna 
Izabela czuła niechęć do prezesowej za jej gwałtowne zaprosiny, do ciotki, że jej 
kazała natychmiast jechać, a nade wszystko do Wokulskiego. „Więc naprawdę mówiła 
sobie — chcą mnie oddać temu parweniuszowi?... A, zobaczy, jak na tym 
wyjdzie!...” 
Była pewna, że pierwszym człowiekiem, który ją powita, będzie Wokulski, i 
postanowiła traktować go z najwyższą pogardą. Tymczasem Wokulski nie tylko 
nie wybiegł na jej spotkanie, ale pojechał na spacer z panią Wąsowską. To w 
przykry sposób dotknęło pannę Izabelę i pomyślała: 
„Zawsze kokietka z niej, choć już ma lat trzydzieści!..” 
Gdy baron nazwał Wokulskiego znakomitym gościem, panna Izabela uczuła 
jakby dumę, ale było to bardzo przelotne uczucie. Gdy zaś panna Felicja w 
niedwuznaczny sposób zdradziła się, że jest o Wokulskiego zazdrosną, pannę 
Izabelę ogarnął jakby niepokój, ale tylko na chwilę. 
„ Naiwna jest ta Felcia” — rzekła do siebie. 
Krótko mówiąc: przez całą drogę planowana wzgarda dla Wokulskiego całkiem 
zniknęła wobec mieszaniny takich uczuć jak lekki gniew, lekkie zadowolenie i 
lekka obawa. W tej chwili Wokulski przedstawiał się pannie Izabeli inaczej niż 
dotychczas. Nie był to już jakiś tam, kupiec galanteryjny, ale człowiek, który 
wracał z Paryża, miał ogromny majątek i stosunki, którym zachwycał się baron, 
którego kokietowała Wąsowska... 
Ledwie panna Izabela miała czas przebrać się, do pokoju jej weszła prezesowa. 
— Moja Belu — rzekła staruszka ucałowawszy ją jeszcze raz — dlaczegóż to Joasia 
nie chce przyjechać do mnie? 
— Papo jest niezdrów, więc nie chce go opuszczać. 
— Proszę cię... proszę cię, tylko tego mi nie mów. Nie przyjedzie, bo nie chce 
spotkać się z Wokulskim, oto cały sekret..: — mówiła nieco wzruszona 
prezesowa. — On dla niej wtedy dobry, kiedy sypie pieniądze na jej ochronę... 
Powiem ci, Belu, że twoja ciotka nigdy już nie będzie mieć rozumu... 
W pannie Izabeli odezwały się dawne gorycze. 
— Może ciocia nie uważa za stosowne okazywać tylu względów kupcowi — rzekła 
rumieniąc się. 
— Kupiec!... kupiec!... — wybuchnęła prezesowa. — Wokulscy są tak dobrą szlachtą 
jak Starscy, a nawet Zasławscy... A co się tyczy kupiectwa... Moja Belu, 
Wokulski nie sprzedawał tego, co dziadek twojej ciotki... Możesz jej to 
powiedzieć przy okazji. Wolę uczciwego kupca aniżeli dziesięciu austriackich 
hrabiów. Znam ja dobrze wartość ich tytułów. 
— Przyzna pani jednak, że urodzenie... 
Prezesowa roześmiała się ironicznie. 
— Wierz mi, Belu, że urodzenie jest najmniejszą zasługą tych, którzy się rodzą. A 
co do czystości krwi... Ach, Boże! wielkie to szczęście, że nie bardzo 
zajmujemy się sprawdzaniem tych rzeczy. Powiadam ci, że o czyimś urodzeniu 
nie warto rozmawiać z ludźmi starymi jak ja. Tacy bowiem zwykle pamiętają 
dziadów i ojców i nieraz dziwią się: dlaczego wnuk jest podobny do 
kamerdynera, a nie do ojca. No, wiele się tłumaczy zapatrzeniem. 
— Pani jednak bardzo lubi pana Wokulskiego — szepnęła panna Izabela. 
— Tak jest, bardzo! — zawołała z mocą staruszka. — Kochałam jego stryja, przez 
całe życie byłam nieszczęśliwa dlatego tylko, że oderwano mnie od niego, i to z 
tych samych pobudek, dla których twoja ciotka usiłuje dziś lekceważyć 
Wokulskiego. Ale on nie da sobą pomiatać, o nie!... — mówiła prezesowa. — Kto z 
takiej nędzy potrafił wydobyć się, kto bez cienia zarzutu zrobił majątek, 
wykształcił się tak jak on, ten może nie dbać o opinie salonów. Wiesz chyba, 
jaką on dziś gra rolę i po co jeździł do Paryża... Otóż zapewniam cię, że nie on 
do salonów; ale salony do niego przyjdą, a pierwszą będzie twoja ciotka, jeżeli 
zdarzy się interes. Ja znam salony lepiej niż ty, moje dziecko, i wierz mi, że one 
bardzo prędko znajdą się w przedpokoju Wokulskiego. To nie taki próżniak jak 
Starski ani marzyciel jak książę, ani półgłówek jak Krzeszowski... To człowiek 
czynu... Szczęśliwą będzie kobieta, którą on wybierze za żonę... Na 
nieszczęście, nasze panny mają więcej wymagań aniżeli doświadczenia i serca. 
Choć nie wszystkie... No, ale przepraszam cię, jeżeli wypowiedziałam ostrzejszy 
wyraz. Zaraz będzie obiad. 
Po tych słowach prezesowa wyszła zostawiając pannę Izabelę pogrążoną w 
głębokim namyśle. 
„ Z pewnością mógłby zastąpić barona, o, jeszcze i jak... — mówiła w sobie 
panna Izabela. — Tamto człowiek zużyty i śmieszny, tego przynajmniej szanują 
ludzie. Kazia Wąsowska zna się na tym, toteż wzięła go na spacer... Ha, 
zobaczymy, czy pan Wokulski potrafi być wiernym...Ładna wierność jeździć z 
inną kobietą na spacery!... To bardzo po rycersku...” 
Prawie w tej chwili Wokulski wracał z panią Wąsowską z przejażdżki i na 
folwarcznym dziedzińcu zobaczył powóz, od którego odprzęgano konie. Tknęło 
go jakieś nieokreślone przeczucie, ale nie śmiał pytać; nawet udał, że nie patrzy 
na powóz. Przed pałacem oddał konia chłopcu, a innemu chłopcu kazał 
przynieść wody do swego pokoju. I właśnie kiedy miał zapytać, kto przyjechał? 
coś ścisnęło go za gardło i nie mógł słowa przemówić. 
„Co za głupstwo! — myślał. — Choćby nawet i ona, więc cóż z tego?... jest taką 
samą kobietą jak pani Wąsowska, panna Felicja, panna Ewelina... A ja znowu 
nie jestem takim jak baron...” 
Ale tak mówiąc czuł, że ona dla niego jest inną niż inne kobiety i że gdyby 
zażądała, złożyłby u jej nóg majątek, nawet życie. 
„Głupstwo! głupstwo!... — szeptał chodząc po pokoju. — Jest tu przecie jej 
wielbiciel, pan Starski, z którym umawiali się, że wesoło przepędzą wakacje... 
Pamiętam te spojrzenia, ach..:” 
Gniew w nim zakipiał. 
„Zobaczymy, panno Izabelo: kim ty jesteś i co jesteś warta? Teraz ja będę 
twoim sędzią...” — pomyślał. Zapukano do drzwi, wszedł stary lokaj Obejrzał się 
po pokoju i rzekł przyciszonym głosem: 
— Jaśnie pani kazała powiedzieć, że jest panna Łęcka i że jeżeli jaśnie pan gotów, 
to prosi na obiad... 
— Powiedzcie, że natychmiast służę — odparł Wokulski. Po wyjściu służącego 
chwilę postał w oknie patrząc na park oświetlony ukośnymi promieniami słońca 
i na krzak bzu, na którym wesoło świegotały ptaki. Patrzył, ale serce nurtowała 
mu głucha obawa na myśl, w jaki sposób przywita się z panną Izabelą... 
„ Co ja jej powiem i jak będę wyglądał? „ Zdawało mu się, że wszystkie oczy 
zwrócą się na nich i że on musi skompromitować się jakimś niewłaściwym 
czynem. 
„Alboż nie powiedziałem jej, że jestem dla nich wiernym sługą... jak pies!... 
Trzeba jednak iść tam...” 
Wyszedł, znowu wrócił do siebie i znowu wyszedł na korytarz. Zbliżał się do 
drzwi powoli, noga za nogą, czując, że zamiera w nim wszelka energia, że jest 
jak prostak, który ma stanąć przed królem. 
Wziął za klamkę, lecz zatrzymał się... W pokoju jadalnym rozlegał się śmiech 
kobiecy. Pociemniało mu w oczach, chciał uciec i powiedzieć przez służącego, 
że jest chory. Nagle usłyszał za sobą czyjeś kroki i popchnął drzwi. 
W głębi pokoju zobaczył całe towarzystwo, a przede wszystkim pannę Izabelę 
rozmawiającą ze Starskim. Ona tak samo patrzyła na Starskiego. a on miał ten 
sam ironiczny uśmiech jak wówczas w Warszawie. 
Wokulski w jednej chwili odzyskał energię; fala gniewu uderzyła mu do mózgu. 
Wszedł z podniesioną głową, przywitał prezesowę i ukłonił się pannie Izabeli, 
która zarumieniwszy się wyciągnęła do niego rękę. 
— Witam panią. Jakże się miewa pan Łęcki? 
— Papo trochę przyszedł do siebie... Zasyła panu ukłony... 
— Bardzo jestem obowiązany za łaskawą pamięć. A pani hrabina? 
— Ciocia jest zupełnie zdrowa. Prezesowa siadła na fotelu; obecni poczęli 
zajmować miejsca przy stole. 
— Panie Wokulski, pan siada przy mnie — odezwała się pani Wąsowska. 
— Z największą chęcią, o ile żołnierz ma prawo siadać w obecności swego 
komendanta. 
— Czy już wzięła cię pod komendę, panie Stanisławie? — zapytała z uśmiechem 
prezesowa. 
— Ale jak! Nieczęsto odbywa się podobną musztrę... 
— Mści się za to, że wodziłam go po manowcach — wtrąciła pani Wąsowska. 
— Po manowcach jeździć najprzyjemniej — odparł Wokulski. 
— Byłem pewny, że tak będzie, ale nie sądziłem, że tak prędko...odezwał się 
baron ukazując swój piękny garnitur sztucznych zębów. 
— Niech mi kuzyn przysunie sól — rzekła panna Izabela do Starskiego. 
— Służę... Ach, rozsypałem!... Pokłócimy się. 
— Już chyba nam ten wypadek nie grozi — odparła panna Izabela z komiczną 
powagą. 
— Czy zobowiązaliście się nigdy nie kłócić? -zapytała pani Wąsowska. 
— Nie mamy zamiaru nigdy przepraszać się — odpowiedziała panna Izabela. 
— Ładnie! — rzekła pani Wąsowska. — Na pańskim miejscu, panie Kazimierzu, 
teraz straciłabym wszelką nadzieję. 
— Alboż mi ją wolno było kiedy mieć! — westchnął Starski. 
— Prawdziwe szczęście dla nas obojga... — szepnęła panna Izabela. Wokulski 
słuchał i patrzył Panna Izabela rozmawiała naturalnie, w bardzo spokojny 
sposób, żartując ze Starskiego, który wcale nie zdawał się tym martwić. 
Natomiast od czasu do czasu spoglądał ukradkiem na pannę Ewelinę Janocką, 
która szepcząc z baronem, rumieniła się i bladła. 
Wokulski uczuł, że z serca zsuwa się mu ogromny ciężar. 
„Oczywiście — myślał — jeżeli w tym towarzystwie Starski zajmuje się kimś, to 
tylko panną Eweliną, a ona nim...” 
W tej chwili obudziła się w nim radość i wielka życzliwość dla oszukiwanego 
barona. 
„Już ja go nie będę ostrzegał!” -rzekł w duchu. A potem dodał, że takie 
zadowolenie z cudzej biedy jest jednak bardzo podłym uczuciem. 
Obiad skończył się, panna Izabela zbliżyła się do Wokulskiego. 
— Wie pan — rzekła — jakiego doznałam uczucia na widok pana? Oto żalu. 
Przypomniałam sobie, że mieliśmy we troje jechać do Paryża: ja, ojciec i pan, i 
że z naszej trójki los był dobry tylko dla pana. Bawił się pan przynajmniej?... Za 
nas troje?... Musi mi pan odstąpić trzecią część doznanych wrażeń. 
— A gdyby nie były wesołe? 
— Dlaczego? — Choćby dlatego, że pani nie było tam, gdzie mieliśmy być razem. 
— O ile wiem, umie pan jednak bawić się dobrze tam, gdzie mnie nie ma odparła 
panna Izabela i odeszła. 
— Panie Wokulski!... — zawołała pani Wąsowska. Lecz spojrzawszy na niego i na 
pannę Izabelę rzekła tonem niechęci: 
— Albo nie... już nic... Daję panu na dziś urlop. Moi państwo, chodźmy do parku. 
Panie Ochocki... 
— Pan Ochocki ma mnie dziś uczyć meteorologü — odezwała się panna Felicja. 
— Meteorologii?... — powtórzyła pani Wąsowska. 
— A tak... Właśnie zaraz idziemy na górę do obserwatorium... 
— Czy pan tylko meteorologię ma zamiar wykładać? -spytała pani Wąsowska. — Na wszelki jednak wypadek radziłabym zapytać babci, co ona sądzi o tej 
meteorologii... 
— Pani zawsze musi mi zrobić jakiś skandal! — oburzył się Ochocki. — Pani może 
ze mną jeździć po wertepach, ale pannie Felicji nie wolno nawet zajrzeć do 
obserwatorium. 
— Ależ zaglądajcie sobie, moi kochani, tylko już raz idźmy do parku. Baronie... 
Belu... Wyszli. W pierwszą parę pani Wąsowska z panną Izabelą, za nimi 
Wokulski, dalej baron z narzeczoną, a na końcu panna Felicja z Ochockim, 
który rozrzucał rękoma i prawił: 
— Nic nigdy nie pozna pani nowego, chyba cudacki kapelusz albo siódmą czy 
ósmą figurę kontredansa, jeżeli jaki półgłówek wymyśli ją. Nic i nigdy!... dodał 
dramatycznym głosem — bo zawsze znajdzie się jakaś baba... 
— Fe! panie Julianie, któż tak mówi?... 
— Tak, nieznośna baba, która będzie uważać to za nieprzyzwoite, że pani ze mną 
pójdzie do laboratorium... 
— Bo może to naprawdę jest źle... 
— Tak, źle!... Dekoltować się do pasa jest dobrze, brać lekcje śpiewu od jakiegoś 
Włocha, który nie czyści paznokci... 
— Ale widzi pan... Bo gdyby młode panny ciągle sam na sam przebywały z 
młodymi ludźmi, to mogłaby się która zakochać... 
— Więc cóż z tego? Niech się kocha... Czy lepiej, ażeby i nie kochała się, i była 
głupia?... Pani jest dzika kobieta, panno Felicjo... 
— O panie... 
— No, niech mi pani nie zawraca głowy swymi wykrzyknikami. Albo pani chce 
uczyć się meteorologii, a w takim razie idźmy na górę... 
— Ale z Ewelinką albo z panią Wąsowską. 
— Dobrze, dobrze... Dajmy już spokój tej zabawie — zakończył Ochocki, na znak 
gniewu kładąc ręce w kieszenie. Młoda para rozmawiała tak krzykliwie, że 
słychać ją było w całym parku, ku wielkiemu zadowoleniu pani Wąsowskiej, 
która zanosiła się ze śmiechu. Gdy umilkli, do uszu Wokulskiego doleciał szept 
barona i panny Eweliny. 
— Prawda — mówił baron — jak ten Starski traci?... Z każdym dniem, panie, traci. 
Pani Wąsowska żartuje z niego, panna Izabela lekceważy go w najwyższym 
stopniu, a nawet nie zajmuje się nim panna Felicja. Zauważyła pani?... 
— Tak — cicho szepnęła narzeczona. 
— Jest to jeden z tych młodych ludzi, których całą ozdobę stanowiły widoki na 
duży spadek. Czy nie mam racji?.. 
— Tak. 
— Gdy zaś upadła nadzieja zapisu prezesowej, Starski przestał być interesujący. 
Wszak prawda?... — Tak — odparła panna Ewelina z ciężkim westchnieniem. Siądę 
tu — dodała głośno — a pan może mi przyniesie szal z 
pokoju...Przepraszam... Wokulski odwrócił głowę. Panna Ewelina upadła na 
ławkę blada i zmęczona, a baron wdzięczył się do niej. 
— Idę natychmiast — rzekł. — Panie Wokulski... — dodał spostrzegłszy Wokulskiego 
— może pan zechce mnie zastąpić... Biegnę i wracam za chwilę... Pocałował 
narzeczoną w rękę i poszedł ku pałacowi. Teraz dopiero Wokulski spostrzegł, że 
baron ma nogi bardzo cienkie i nieosobliwie nimi włada. 
— Pan dawno zna barona? — spytała panna Ewelina Wokulskiego. — Przejdźmy się 
trochę ku altance... 
— Właśnie dopiero w tych dniach miałem przyjemność zbliżyć się z nim. 
— On dla pana jest z wielkim uwielbieniem... Mówi, że pierwszy raz spotkał 
człowieka tak miłego w rozmowie... Wokulski uśmiechnął się. 
— Zapewne — rzekł — dlatego, że on sam ciągle mówi do mnie o pani. Panna 
Ewelina mocno się zarumieniła. 
— Tak, to bardzo zacny człowiek, bardzo mnie kocha... Jest wprawdzie między 
nami różnica wieku, ale i cóż to szkodzi? Doświadczone panie utrzymują, że im 
mąż starszy, tym wierniejszy, a wszakże dla kobiety przywiązanie męża jest 
wszystkim, prawda, panie? Każda z nas szuka w życiu miłości, kto mi zaś 
zaręczy, że spotkam drugą, podobną do tej?... Są ludzie młodsi od niego, 
przystojniejsi, może nawet zdolniejsi; żaden z nich jednak nie powiedział mi z 
tak serdecznym zapałem, że ostatnie szczęście jego życia jest w moim ręku. Czy 
można się temu oprzeć, choćby nawet zezwolenie z naszej strony wymagało 
pewnej ofiary, niech pan sam powie? Zatrzymała się w alei i patrzyła mu w 
oczy, z niepokojem oczekując na odpowiedź. 
— Nie wiem, pani. To sprawa uczuć osobistych — odparł. 
— To źle, że mi pan tak odpowiada. Babcia mówi, że pan jest człowiekiem 
wielkiego charakteru; ja dotychczas nigdy nie spotykałam ludzi z wielkim 
charakterem, a sama mam bardzo słaby. Nie umiem oprzeć się niczemu, Lękam 
się odmawiać... Może źle robię, a przynajmniej niektóre osoby dają mi do 
zrozumienia, że źle robię wychodząc za barona. Czy i pan tak sądzi? Czy pan 
potrafiłby usunąć się od kogoś, kto by powiedział, że pana kocha nad własną 
duszę, że bez wzajemności pana niewielka reszta życia, jaka została, zejdzie mu 
w osamotnieniu rozpaczy? Gdyby ktoś w oczach pańskich zapadał w przepaść i 
błagało ratunek, czy nie podałby mu pan ręki i w ten sposób nie przykuł się do 
niego, dopóki nie nadeszłaby pomoc? 
— Nie jestem kobietą i nigdy nie byłem proszony o spętanie mego życia na czyjąś 
korzyść, więc nie wiem, co bym zrobił — odparł wzburzony Wokulski. — To tylko 
wiem jako mężczyzna, że nie potrafiłbym żebrać nawet o miłość. I jeszcze pani 
powiem — dodał patrzącej na niego z odchylonymi ustami -nie tylko nie 
prosiłbym, ale wprost nie przyjąłbym wyżebranej ofiary z czyjegoś serca. Takie 
dary zwykle bywają tylko połowiczne... Boczną ścieżką biegł do nich Starski, 
bardzo zaaferowany, mówiąc: 
— Panie Wokulski, damy szukają pana w lipowej alei... Jest moja babka, pani 
Wąsowska... Wokulski zawahał się, co ma zrobić w tej chwili. 
— O, niech się pan mną nie krępuje — rzekła, mocniej niż zwykle zaczerwieniona, 
panna Ewelina. -Zresztą zaraz nadejdzie baron i we troje dogonimy państwa... 
Wokulski pożegnał ich i poszedł. „Piękne rzeczy! — myślał. — Panna Ewelina 
przez litość wychodzi za barona i zapewne przez litość romansuje ze Starskim... 
Rozumiem kobietę, która wychodzi za mąż dla pieniędzy, choć to głupi rodzaj 
zarobku... Rozumiem nawet mężatkę, która po szczęśliwym pożyciu nagle 
zakocha się i oszukuje męża... Nieraz zmusza ją do tego obawa skandalu, dzieci, 
tysiące pęt... Ale panna oszukująca narzeczonego jest zupełnie nowym 
zjawiskiem...” 
— Panno Ewelino!... Panno Ewelino!... — wołał baron zbliżając się w stronę 
Wokulskiego. Ten nagle skręcił i wpadł między gazony. 
„Ciekawym — szepnął — co mu powiem, jeżeli mnie spotka?... Po diabła ja 
wlazłem w to błoto?...” 
— Panno Ewelino!... Panno Ewelino!... — wołał baron już znacznie dalej. 
„ Słowik wabi samiczkę — myślał Wokulski. — Właściwie jednak, czy można 
absolutnie potępiać nawet tę kobietę?... Sama przyznaje głośno, że nie ma 
charakteru, a po cichu — że trzeba jej pieniędzy, których nie posiada i bez 
których, jak ryba bez wody, żyć nie potrafi. Więc cóż ma robić?... Wychodzi 
nieszczęśliwa bogato za mąż. A że jednocześnie serce odzywa się w niej, 
wielbiciel namawia ją, ażeby szła za mąż, i oboje sądzą, że pieszczota starego 
męża nie zepsuje im smaku, więc robią nowy wynalazek: zdradę przed ślubem, 
nie starając się nawet o patent. Wreszcie może są aż tak cnotliwi, że umówili 
się, iż zdradzą go dopiero po ślubie... Bardzo ładne towarzystwo!... Społeczność 
wytwarza niekiedy ciekawe produkta... I pomyśleć, że, każdemu z nas może 
trafić się podobny specjał!... Doprawdy, należałoby trochę mniej ufać poetom, 
kiedy zachwalają miłość jako najwyższe szczęście...” 
— Panno Ewelino!... Panno Ewelino!... — odzywał się jękliwie baron. 
„Cóż to za podła rola — szepnął Wokulski. -Wolałbym w łeb sobie strzelić 
aniżeli wyjść na podobnego błazna.” 
W bocznej alei, przy folwarku, spotkał panie, z którymi była prezesowa i jej 
pokojówka ze swym koszem. 
— A, jesteś — rzekła staruszka do Wokulskiego — to dobrze. Poczekajcież tutaj na 
Ewelinkę z baronem, który ją może nareszcie znajdzie — dodała lekko marszcząc 
brwi -a my z Kazią pójdziemy do koni. 
— Pan Wokulski mógłby także poczęstować cukrem swego konia, który tak go 
dziś dobrze nosił — wtrąciła nieco zadąsana pani Wąsowska. 
— Dajże mu spokój — przerwała prezesowa. — Mężczyźni lubią tylko jeździć, ale 
nie pieścić się. 
— Niewdzięcznicy! — szepnęła pani Wąsowska podając rękę prezesowej. Odeszły 
i wkrótce znikły za furtką. Pani Wąsowska obejrzała się, lecz spostrzegłszy, że 
Wokulski patrzył na nią, szybko odwróciła głowę. 
— Czy szukamy narzeczonych? — spytała panna Izabela. 
— Jak pani każe — odparł Wokulski. 
— To może lepiej zostawić ich w spokoju. Podobno szczęśliwi nie lubią 
świadków. — Pani nigdy nie była szczęśliwa?... 
— Ach, ja!... Owszem... Ale nie w ten sposób jak Ewelinka i baron. Wokulski 
uważnie spojrzał na nią. Była zamyślona i spokojna jak posągí greckich bogiń. 
„,No, już ta nie będzie oszukiwać” — pomyślał Wokulski. Szli jakiś czas w 
milczeniu ku najdzikszej stronie parku. Kiedy niekiedy spomiędzy starych 
drzew mignęło okno pałacu, połyskując czerwonymi blaskami zachodu. 
— Pan był pierwszy raz w Paryżu? — spytała panna Izabela. 
— Pierwszy. 
— Prawda, jakie to cudowne miasto?!... — zawołała nagle, patrząc mu w oczy. — Niech mówią, co chcą, ale Paryż, nawet zwyciężony, nie przestał być stolicą 
świata. Czy i na panu zrobił takie wrażenie?... 
— Imponujące. Zdaje mi się, że po kilkutygodniowym pobycie przybyło mi sił i 
odwagi. Naprawdę, tam dopiero nauczyłem się być dumnym z tego, że pracuję. 
— Niech mi pan to objaśni. 
— Bardzo łatwo. U nas praca ludzka wydaje mierne rezultaty: jesteśmy ubodzy i 
zaniedbani. Ale tam praca jaśnieje jak słońce. Cóż to za gmachy, od dachów do 
chodników pokryte ozdobami jak drogocenne szkatułki. A te lasy obrazów i 
posągów, całe puszcze machin, a te odmęty wyrobów fabrycznych i 
rękodzielniczych!... Dopiero w Paryżu zrozumiałem, że człowiek jest tylko na 
pozór istotą drobną i wątłą. W rzeczywistości jest to genialny i nieśmiertelny 
olbrzym, który z równą łatwością przerzuca skały, jak i rzeźbi z nich coś 
subtelniejszego od koronek. 
— Tak odpowiedziała panna Izabela. — Arystokracja francuska miała możność i 
czas stworzyć te arcydzieła. 
— Arystokracja?... — spytał Wokulski. Panna Izabela zatrzymała się w alei. 
— Chyba nie zechce pan twierdzić, że galerie Luwru stworzyła Konwencja albo 
przedsiębiorcy artykułów paryskich? 
— Z pewnością, że nie, ale też nie stworzyli ich magnaci. Jest to zbiorowe dzieło 
francuskich budowniczych, mularzy, cieślów, wreszcie malarzy i rzeźbiarzy 
całego świata, którzy nic wspólnego nie mają z arystokracją. Wyborne jest to 
wieńczenie próżniaków zasługami i pracą ludzi genialnych, a choćby tylko pracujących!... 
— Próżniacy i arystokracja! — zawołała panna Izabela. — Myślę, że zdanie to jest 
raczej silne aniżeli słuszne. 
— Pozwoli mi pani zadać jedno pytanie? -spytał Wokulski. 
— Słucham. 
— Naprzód cofnę wyraz: próżniacy, jeżeli on panią razi, a następnie... Niech mi 
pani raczy wskazać człowieka z tej sfery, o jakiej mówimy, który by coś robił?... 
Znam tych panów około dwudziestu, są to również znajomi pani. Cóż więc robią 
oni wszyscy począwszy od księcia, najzacniejszej w świecie osobistości, który 
wreszcie może tłomaczyć się wiekiem, a skończywszy... choćby na panu 
Starskim, który swoich wiecznie trwających wakacyj nie może tłomaczyć nawet 
położeniem majątkowym. 
— Ach, mój kuzynek!... On chyba nigdy nie miał zamiaru służyć w czymkolwiek 
za przykład. Zresztą nie mówimy o naszej arystokracji, tylko o francuskiej. 
— A tamci co robią? 
— O, panie Wokulski, tamci dużo robili. Przede wszystkim stworzyli Francję, 
byli jej rycerzami, wodzami, ministrami i kapłanami. A nareszcie zgromadzili te 
skarby sztuki, które pan sam podziwia. 
— Niech pani powie: tamci dużo rozkazywali i wydawali pieniędzy, stworzył 
jednak Francję i sztukę kto inny. Tworzyli ją źle wynagradzani żołnierze i 
marynarze, przywaleni podatkami rolnicy i rękodzielnicy, a nareszcie uczeni i 
artyści. Jestem człowiekiem doświadczonym i zapewniam panią, że łatwiej 
projektować aniżeli wykonywać i łatwiej wydawać pieniądze aniżeli je 
gromadzić. 
— Pan jest nieprzejednanym wrogiem arystokracji. 
— Nie, pani, nie mogę być wrogiem tych, którzy w niczym mi nie szkodzą. Sądzę 
tylko, że zajmują oni uprzywilejowane miejsca bez zasługi i że dla utrzymania 
się na nich apostołują w społeczeństwach pogardę dla pracy, a cześć dla 
próżniaczego zbytku. 
— Jest pan uprzedzony, gdyż nawet i ta, jak pan mówi, próżnująca arystokracja 
odgrywa ważną rolę na świecie. To, co pań nazywa zbytkiem, jest właściwie 
wygodą, przyjemnością i polorem, której od arystokracji uczą się nawet niższe 
stany i tym sposobem cywilizują się. Słyszałam od bardzo liberalnych ludzi, że 
w społeczeństwach muszą być klasy pielęgnujące nauki, sztuki i wykwintne 
obyczaje, raz dlatego, ażeby inni mieli w nich żywe wzory, a po wtóre, ażeby 
mieli podnietę do szlachetnych czynów. Toteż w Anglii i Francji niejeden 
człowiek, nawet prostego pochodzenia, skoro tylko zdobędzie majątek, przede 
wszystkim urządza sobie dom, aby mógł w nim przyjąć ludzi z dobrego 
towarzystwa, a następnie stara się tak postępować, ażeby sam został przyjęty. 
Silny rumieniec wystąpił na twarz Wokulskiego. Panna Izabela nie patrząc 
spostrzegła to i mówiła dalej 
— Nareszcie to, co pan nazywa arystokracją, a co ja nazwałabym klasą wyższą, 
stanowi dobrą rasę. Może być, że pewna część jej za wiele próżnuje; lecz gdy 
który weźmie się do czegokolwiek, natychmiast odznaczy się: energią, 
rozumem, a choćby tylko szlachetnością. Przepraszam, że zacytuję tutaj słowa, 
które często książę powtarzał mi o panu: „Gdyby Wokulski nie był dobrym 
szlachcicem, nie byłby tym, czym jest dzisiaj...” 
— Myli się książę — odparł sucho Wokulski. — Tego, co posiadam i co umiem, nie 
dało mi szlachectwo, ale ciężka praca. Robiłem więcej, więc mam więcej niż 
inni. 
— Ale czy mógłby pan robić więcej urodziwszy się kimś innym? — spytała panna 
Izabela. — Mój kuzyn Ochocki jest przyrodnikiem i demokratą, jak pan, a mimo 
to wierzy w dobre i złe rasy, tak samo jak książę. On również przytaczał pana 
jako dowód dziedziczności. „Wokulski -mówił — od losu ma powodzenie, ale 
tęgość ducha ma od rasy.” 
— Bardzo jestem wdzięczny tym wszystkim, którzy robią mi zaszczyt 
zaliczaniem do jakiejś uprzywilejowanej rasy — rzekł Wokulski. — Pomimo to 
nigdy nie uwierzę w przywileje bez pracy i zawsze będę wyżej stawiał źle 
urodzone zasługi od dobrze urodzonych pretensyj. 
— Więc według pana nie jest zasługą pielęgnowanie delikatniejszych uczuć i 
wykwintniejszych obyczajów? 
— Owszem, jest, ale taką rolę w społeczeństwie odgrywają kobiety. Im natura 
dała tkliwsze serca, ruchliwszą wyobraźnię, subtelniejsze zmysły, i one to, nie 
zaś arystokracja, utrzymują w życiu codziennym wykwintność, w obyczajach 
łagodność, a nawet umieją budzić w nas najwznioślejsze uczucia. Tą lampą, 
której blaski ozłacają drogę cywilizacji, jest kobieta. Ona też bywa niewidzialną 
sprężyną czynów wymagających niezwykłego natężenia sił... Teraz panna 
Izabela zarumieniła się. 
Szli jakiś czas w milczeniu. Słońce już schowało się za widnokrąg, a między 
drzewami parku na zachodzie błyszczał sierp księżyca. Wokulski, głęboko 
zamyślony, porównywał w duchu dwie dzisiejsze rozmowy, jedną z panią 
Wąsowską, drugą z panną Izabelą. 
„Jakie to inne kobiety!... I czy nie miałem racji przywiązać się do tej oto...” 
— Czy mogę zadać panu drażliwe pytanie? — odezwała się nagle panna Izabela 
miękkim głosem. 
— Choćby najdrażliwsze. 
— Prawda, że wyjeżdżał pan do Paryża bardzo obrażony na mnie?. 
Chciał odpowiedzieć, że to było coś gorszego od obrazy, gdyż posądzenie o 
obłudę, ale milczał. 
— Jestem winną wobec pana... Posądzałam pana... 
— Czy nie o malwersację w nabyciu domu ojca pani za pośrednictwem Żydów? spytał 
uśmiechając się Wokulski. 
— O nie! — odparła żywo. — Przeciwnie, posądzałam pana o czyn wysoce 
chrześcijański, którego jednak nie mogłabym nikomu przebaczyć. Przez chwilę 
myślałam, że nasz dom kupił pan... za drogo... 
— Dziś chyba uspokoiła się pani. 
— Tak. Już wiem, że baronowa Krzeszowska chce za niego dać dziewięćdziesiąt 
tysięcy. 
— Doprawdy? Jeszcze nie rozmawiała ze mną, choć przewidywałem, że to 
nastąpi. 
— Bardzo cieszę się, że się tak stało, że pan nic nie straci, gdyż...dopiero teraz 
mogę panu podziękować z całego serca — mówiła panna Izabela podając mu 
rękę. — Rozumiem doniosłość pańskiej usługi. Mój ojciec miał być skrzywdzony, 
po prostu obdarty przez baronowę, a pan uratował go od ruiny, może od 
śmierci... Takich rzeczy nie zapomina się... Wokulski pocałował ją w rękę. 
— Już wieczór — rzekła zmieszana — wracajmy do domu... Całe towarzystwo 
pewnie wyszło z parku... 
„Jeżeli ona nie jest aniołem, to ja jestem psem!...” — pomyślał Wokulski. 
Wszyscy już byli w pałacu, gdzie wkrótce podano kolację. Wieczór zeszedł 
wesoło. Około jedynastej Ochocki odprowadził Wokulskiego do jego 
mieszkania. 
— Cóż? — rzekł Ochocki — słyszę, że rozmawialiście państwo z kuzynką Izabelą o 
arystokracji?... Przekonałeś ją pan, że to hołota?... 
— Nie! Panna Izabela zanadto dobrze broni swoich tez. Jak ona świetnie 
rozmawia!... — odparł Wokulski usiłując ukryć pomieszanie. 
— Musiała panu mówić, że arystokracja pielęgnuje nauki i sztuki, że jest 
mistrzynią dobrych obyczajów, a jej stanowisko celem, do którego dążą 
demokraci, i tym sposobem uszlachetniają się... Ciągle słyszę te argumenta; 
uszami już mi się wylewają. 
— Sam pan wierzysz jednak w dobrą krew -rzekł przykro dotknięty Wokulski. 
— Rozumie się... Ale ta dobra krew musi być ciągle odświeżana, gdyż inaczej 
prędko się psuje — odpowiedział Ochocki. — No, ale dobranoc panu. Zobaczę, co 
mówi aneroid, gdyż barona łamie po kościach i jutro możemy mieć słotę. 
Ledwie wyszedł Ochocki, w pokoju Wokulskiego ukazał się baron, kaszlący, 
rozgorączkowany, ale uśmiechnięty. 
— A, a... ładnie! — mówił, a powieki drgały mu nerwowo ładnie... zdradził mnie 
pan... zostawił pan moją narzeczoną samą w parku... Żartuję... żartuję — dodał 
ściskając Wokulskiego za rękę — ale... Choć naprawdę mógłbym mieć do pana 
pretensję, gdyby nie to, że wróciłem dość wcześnie i... akurat zetknąłem się z 
panem Starskim, który z przeciwnego końca alei szedł ku naszej stronie... 
Wokulski już po raz drugi tego wieczora zarumienił się jak wyrostek. 
„Po co ja wpadłem w tę sieć intryg i oszustw!” — pomyślał, ciągle jeszcze 
rozdrażniony słowami Ochockiego. Baron zakaszlał się i odpocząwszy prawił 
dalej zniżonym głosem: 
— Niech pan jednak nie przypuszcza, że jestem zazdrosny o narzeczoną... Byłoby 
to bardzo niskie z mojej strony... To nie kobieta, to anioł, któremu każdej chwili 
powierzyłbym cały majątek, życie. Co mówię, życie?... złożyłbym w jej ręce 
życie wieczne, tak spokojny, tak pewny o siebie jak to, że jutro słońce wejdzie... 
Słońca mogę nie zobaczyć, bo, mój Boże, każdy z nas jest śmiertelny, ale... Ale 
o nią nie mam obawy, cienia obawy, daję panu słowo, panie Wokulski... Oczom 
własnym nie wierzyłbym, nie tylko czyimś tam podejrzeniom albo 
półsłówkom... — zakończył głośniej. 
Ale, widzi pan — zaczął po chwili — ten Starski to obrzydliwa figura. Nikomu nie 
powiedziałbym tego, ale... wie pan, jak on postępuje z kobietami?... Myśli pan, 
że wzdycha, umizga się, błaga o dobre słówko, o uścisk ręki?... Nie, on je 
traktuje jak samice, w najbrutalniejszy sposób... Działa im na nerwy rozmową, 
spojrzeniami... 
Baron zaciął się, oczy mu krwią nabiegły; Wokulski słuchał go i nagle rzekł 
cierpkim tonem: 
— Kto wie, mój baronie, czy Starski nie ma racji. Nas nauczono widzieć w 
kobietach anioły i tak też je traktujemy. Jeżeli one jednak są przede wszystkim 
samicami, to my wydajemy się w ich oczach głupsi i niedołężniejsi, niż 
jesteśmy, a Starski musi triumfować. Ten jest panem kasy, kto posiada właściwy 
klucz do zamku, baronie! — zakończył ze śmiechem. 
— Pan to mówisz, panie Wokulski?... 
— Ja, panie, i nieraz pytam się, czy my nie zanadto ubóstwiamy kobiety, czy w 
ogóle nie traktujemy ich zbyt poważnie; poważniej i uroczyściej niż siebie 
samych 
— Panna Ewelina należy do wyjątków!... — zawołał baron. 
— Istnieniu wyjątków nie przeczę, kto wie jednak, czy taki Starski nie odkrył 
ogólnego prawidła. 
— Może być — odparł zirytowany baron — ale to prawidło nie stosuje się do panny 
Eweliny. I jeżeli chronię ją... a raczej nie życzę jej stosunków ze Starskim, gdyż 
ona sama się chroni, to tylko dlatego, ażeby podobny człowiek nie skalał jej 
czystej myśli jakim wyrazem... No, ale pan jest znużony... Przepraszam za 
wizytę w tak niewłaściwej porze. 
Baron wyszedł, cicho zamykając drzwi; Wokulski został sam, pogrążony w 
niewesołych myślach: 
„Co ten Ochocki mówił, że argumenta panny Izabeli już mu się wylewają 
uszami? Więc to, co słyszałem od niej, nie było wybuchem zadraśniętego 
uczucia, ale dawno wyuczoną lekcją?... Więc jej dowodzenia, uniesienia, a 
nawet wzruszenia są tylko sposobami, za pomocą których dobrze wychowane 
panny czarują takich jak ja głupców?... 
A może po prostu on kocha się w niej i chce ją zdyskredytować w moich 
oczach?... No, jeżeli kocha, po cóż ją ma dyskredytować; niech powie, a ona 
niech wybiera... Naturalnie, że Ochocki ma więcej szans aniżeli ja; tak jeszcze 
nie straciłem rozumu, ażeby tego nie oceniać...Młody, piękny, genialny... Ha!... 
niech wybiera: sławę czy pannę Izabelę... 
Zresztą — ciągnął dalej w myśli — co mnie obchodzi, że panna Izabela używa 
zawsze tych samych argumentów w swoich dysputach. Ani ona nie jest Duchem 
Świętym, ażeby wymyślać coraz nowe, ani ja jestem taką osobliwością, ażeby 
dla mnie warto było silić się na oryginalność. Niech sobie mówi, jak chce... 
Ważniejsze to, że chyba do niej nie stosuje się ogólne prawidło o kobietach... 
Pani Wąsowska to przede wszystkim piękna samica, ale ona nie... 
Czy nie tak samo mówił baron o swojej pannie Ewelinie?...” 
Lampa gasła. Wokulski zdmuchnął ją i rzucił się na łóżko. 
Przez dwa następne dnie padał deszcz i goście zasławscy nie opuszczali pałacu. 
Ochocki wziął się do książek i prawie nie pokazywał się, panna Ewelina 
chorowała na migrenę, panny Izabela i Felicja czytały francuskie ilustracje, a 
reszta towarzystwa, pod przewodnictwem prezesowej, zasiadła do wista. 
Przy tej okazji Wokulski spostrzegł, że pani Wąsowska zamiast kokietować go, 
do czego ciągle nastręczała się sposobność, zachowuje się bardzo obojętnie. 
Uderzyło go zaś, że gdy Starski chciał ją raz pocałować w rękę, wyrwała ją i 
obrażona zapowiedziała mu, ażeby nigdy nie ważył się tego robić. Gniew jej był 
tak szczery, że sam Starski zdziwił się i zmieszał, a baron, choć mu nie szła 
karta, był w doskonałym humorze. 
— Czy i mnie nie pozwoli pani ucałować swej rączki?... — rzekł baron w jakiś czas 
po owym wypadku. 
— Panu owszem -odparła podając mu rękę. Baron ucałował ją jak relikwię 
spoglądając z triumfem na Wokulskiego, który pomyślał, że jego utytułowany 
przyjaciel może nie ma powodu do zbyt wielkiej uciechy,. Starski z takim 
zajęciem patrzył w karty, że zdawał się nie uważać na to, co zaszło. 
Na trzeci dzień wypogodziło się, a na czwarty było już tak pięknie i sucho, że 
panna Felicja zaproponowała spacer na rydze. 
Prezesowa tego dnia kazała podać wcześniej drugie śniadanie, a później obiad. 
Około wpół do pierwszej przed pałac zajechał brek i pani Wąsowska dała hasło 
do wsiadania. 
— Śpieszymy się, bo szkoda czasu... Gdzie twój szal, Ewelinko?.. Służące niech 
siądą do bryczki i zabiorą kosze. A teraz — dodała, przelotnie spojrzawszy na 
Wokulskiego -każdy z panów wybierze sobie damę... 
Panna Felicja chciała protestować, ale w tej chwili baron podskoczył do panny 
Eweliny, a Starski do pani Wąsowskiej, która przygryzając usta rzekła: 
— Myślałam, że już mnie pan nigdy nie wybierze... I posłała Wokulskiemu 
piorunujące wejrzenie. 
— To my, kuzynko, będziemy trzymać się razem — odezwał się Ochocki do panny 
Izabeli. — Ale w takim razie musi pani siąść przy koźle, bo ja powożę. 
— Pani Wąsowska nie pozwala, bo pan wywróci! — zawołała panna Felicja, której 
los przeznaczył Wokulskiego. 
— Owszem, niech powozi, niech wywraca... — rzekła pani Wąsowska. — Jestem 
dziś w takim usposobieniu, że zgadzam się na łamanie nam nóg... Biedny ten 
rydz, który dostanie się w moje ręce!... 
— Jestem pierwszy z nich — odezwał się Starski — jeżeli chodzi o zjedzenie... 
— Owszem, jeżeli zgodzisz się pan na poprzednie ucięcie głowy -odpowiedziała 
pani Wąsowska. 
— Już jej dawno nie mam... 
— Nie dawniej, aniżeli ja to spostrzegłam... ale siadajmy i jedźmy... 
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY: 
LASY, RUINY I CZARY 
Ruszyli. Baron, jak zwykle, szeptał z narzeczoną, Starski w gwałtowny sposób 
umizgał się do pani Wąsowskiej, która ku zdumieniu Wokulskiego przyjmowała 
to dość życzliwie, a Ochocki powoził czwórką. Tym razem jednak jego 
furmański entuzjazm hamowało sąsiedztwo panny Izabeli, do której odwracał 
się co chwilę. 
„Wesoły ptaszek z tego Ochockiego! — myślał Wokulski. -Do mnie mówi, że 
argumentacja panny Izabeli wylewa mu się uszami, a teraz z nią tylko 
rozmawia... Oczywiście, chciał mnie do niej zrazić...” 
I wpadł w bardzo posępny humor, był już bowiem pewny, że Ochocki kocha się 
w pannie Izabeli i że z takim współkonkurentem prawie nie ma walki. 
„Młody, piękny, zdolny... — mówił w sobie. — Nie miałaby chyba oczu albo 
rozumu, gdyby wybierając między nim i mną nie oddała jemu pierwszeństwa... 
Lecz nawet i w tym razie musiałbym przyznać, że ma szlachetną naturę, jeżeli 
gustuje w Ochockim, nie w Starskim. Biedny baron, a jeszcze biedniejsza jego 
narzeczona, która tak widocznie durzy się w Starskim. Trzeba mieć bardzo pustą 
głowę i serce...” 
Przyglądał się jesiennemu słońcu, szarym ścierniskom i pługom z wolna 
orzącym ugory i pełen głębokiego smutku w duszy, wyobrażał sobie chwilę, w 
której już zupełnie straci nadzieję i ustąpi miejsca przy pannie Izabeli 
Ochockiemu. 
„Cóż robić?... Cóż robić, jeżeli go wybrała... Moje nieszczęście, żem ją 
poznał...” 
Wjechali na wzgórze, gdzie roztoczył się przed nimi rozległy horyzont, 
obejmujący kilka wiosek, lasy, rzekę i miasteczko z kościołem. Brek chwiał się 
w obie strony. 
— Pyszny widok! — zawołała pani Wąsowska. 
— Jak z balonu, którym kieruje pan Ochocki — dodał Starski trzymając się 
poręczy. 
— Pan jeździł balonem? — zapytała panna Felicja. 
— Balonem pana Ochockiego?.:. 
— Nie, prawdziwym... 
— Niestety! nie jeździłem żadnym — westchnął Starski — ale w tej chwili 
wyobrażam sobie, że jadę bardzo lichym. 
— Pan Wokulski pewnie jeździł — rzekła tonem głębokiego przekonania panna 
Felicja. 
— Ależ, Felu, o co ty niedługo zaczniesz posądzać pana Wokulskiego! — zgromiła 
ją pani Wąsowska. 
— Istotnie jeździłem... — odparł zdziwiony Wokulski. 
— Jeździł pan?... ach, jak to dobrze! — zawołała panna Felicja . — Niech nam pan 
opowie... 
— Jeździł pan?... — odezwał się z kozła Ochocki. — Hola!... Niech pan zaczeka z 
opowiadaniem, zaraz tam przyjdę. Rzucił lejce furmanowi, choć zjeżdżali z 
góry, zeskoczył z kozła i po chwili siadł w breku naprzeciw Wokulskiego. 
— Jeździł pan?.. — powtórzył. — Gdzie?... Kiedy?... 
— W Paryżu, ale tym uwięzionym balonem. Pół wiorsty w górę, prawie żadna 
podróż -odparł nieco zmieszany Wokulski. 
— Niech pan mówi... To musi być olbrzymi widok?... Jakich uczuć doznawał 
pan?.. — mówił Ochocki. Był dziwnie zmieniony: oczy rozszerzyły mu się, na 
twarz wystąpił rumieniec. Patrząc na niego trudno było wątpić, że w tej chwili 
zapomniał o pannie Izabeli. 
— To musi być szalona przyjemność... Mów pan... — pytał natarczywie, 
schwyciwszy Wokulskiego za kolano. 
— Widok jest istotnie wspaniały -odpowiedział Wokulski -ponieważ horyzont 
ma kilkadziesiąt wiorst w promieniu, a cały Paryż i jego okolice wyglądają jak 
na wypukłej mapie. Ale podróż nie jest miła; może tylko pierwszy raz... 
— Jakież wrażenie?.. 
— Dziwaczne. Człowiek myśli, że sam pojedzie w górę; nagle widzi, że nie on 
jedzie, ale ziemia szybko zapada mu się pod nogami. Jest to zawód tak 
niespodziany i przykry, że... chciałoby się wyskoczyć... 
— Cóż więcej?... — nalegał Ochocki. 
— Drugim dziwowiskiem jest horyzont, który ciągle widać na wysokości wzroku. 
Skutkiem tego ziemia wydaje się wklęsłą jak ogromny, głęboki talerz. 
— A ludzie?... domy?... — Domy wyglądają jak pudełka, tramwaje jak duże 
muchy, a ludzie jak czarne krople, które szybko biegną w różnych kierunkach, 
ciągnąc za sobą długie cienie. W ogóle jest to podróż przeładowana 
niespodziankami. 
Ochocki zamyślił się i patrzył przed siebie nic wiadomo na co... Parę razy 
zdawało się, że chce wyskoczyć z breka i że go drażni towarzystwo, w którym 
też zapanowała cisza. 
Dojechali do lasu, za nimi dwie służące w bryczce. Panie wzięły do rąk koszyki. 
— A teraz każda dama ze swoim kawalerem w inną stronę! -zakomenderowała 
pani Wąsowska. — Panie Starski, ostrzegam, że jestem dziś w wyjątkowym 
humorze, a co znaczy u mnie wyjątkowy humor, wie o tym pan Wokulski dodała 
śmiejąc się nerwowo. — Panie Ochocki, Belu, proszę do lasu, i nie 
pokazujcie się, dopóki... nie zbierzecie całego kosza rydzów... Felu!... 
— Ja pójdę z Michalinką i z Joasią! — szybko odpowiedziała panna Felicja patrząc 
na Wokulskiego w taki sposób, jakby to on był owym wrogiem, przeciw 
któremu należało uzbroić się we dwie służące. 
— No, idźmyż, kuzynie — rzekła do Ochockiego panna Izabela widząc, że 
towarzystwo weszło już w las. — Ale weź mój koszyk i sam zbieraj rydze, bo 
mnie to, przyznam się, nie bawi. 
Ochocki wziął koszyk i rzucił go na bryczkę. 
— Co mi tam wasze rydze! — odparł zachmurzony. — Straciłem dwa miesiące na 
rybach, grzybach, bawieniu dam i tym podobnych głupstwach... Inni przez ten 
czas jeździli balonem... Wybierałem się do Paryża, ale prezesowa tak nalegała, 
żebym u niej wypoczął... I pięknie wypocząłem... Zgłupiałem do reszty... Już 
nawet nie umiem myśleć porządnie... straciłem zdolności... Eh! dajcie mi święty 
spokój z rydzami... Jestem taki zły!... 
Machnął ręką, potem obie włożył do kieszeni i poszedł w las ze spuszczoną 
głową mrucząc po drodze. 
— Miły towarzysz! — odezwała się z uśmiechem panna Izabela do Wokulskiego. Już 
będzie z nim tak do końca wakacyj... Byłam pewna, że zepsuje mu się 
humor, jak tylko Starski wspomniał o balonach... 
„Błogosławione te balony! — pomyślał Wokulski. — Taki współzawodnik przy 
pannie Izabeli nie jest niebezpieczny...” I w tej chwili uczuł, że kocha 
Ochockiego. 
— Jestem pewny — rzekł do panny Izabeli — że kuzyn pani zrobi wielki wynalazek. 
Kto wie, czy nie stanie się on epoką w dziejach ludzkości... — dodał myśląc o 
projektach Geista. 
— Tak pan sądzi? -odpowiedziała dosyć obojętnie panna Izabela. — Może być... 
Tymczasem kuzynek jest chwilami impertynent, z czym mu niekiedy bywa do 
twarzy, ale chwilami jest nudny, co nie przystoi nawet wynalazcom. Kiedy na 
niego patrzę, przychodzi mi na myśl historyjka o Newtonie. Był to podobno 
bardzo wielki człowiek, czy tak, panie?... Ale i cóż, kiedy jednego dnia siedząc 
przy jakiejś panience wziął ją za rękę i... czy pan uwierzy?... zaczął czyścić 
swoją fajkę jej małym palcem!... No, jeżeli do tego prowadzi geniusz, dziękuję 
za genialnego męża!... Przejdźmy się trochę po lesie, dobrze, panie? 
Każdy wyraz panny Izabeli padał Wokulskiemu na serce jak kropla słodyczy. 
„Więc ona lubi Ochockiego (bo któż by go nie lubił?), ale za niego nie 
wyjdzie!...” 
Szli wąską drogą, która stanowiła granicę dwu lasów: na prawo rosły dęby i 
buki, na lewo sosny. Między sosnami od czasu do czasu błysnął czerwony stanik 
pani Wąsowskiej albo biała okrywka panny Eweliny. W jednym miejscu 
rozwidlała się droga i Wokulski chciał skręcić, ale panna Izabela zatrzymała go. 
— Nie, nie — rzekła — tam nie idźmy, bo stracimy z oczu całe towarzystwo, a dla 
mnie las tylko wtedy jest piękny, kiedy w nim widzę ludzi. W tej chwili na 
przykład rozumiem go... Niech no pan spojrzy...prawda, jak ta część jest 
podobna do ogromnego kościoła?... Te szeregi sosen to kolumny, tam boczna 
nawa, a tu wielki ołtarz... Widzi pan, widzi pan... Teraz między konarami 
pokazało się słońce jak w gotyckim oknie... Co za nadzwyczajna rozmaitość 
widoków! Tu ma pan buduar damski, a te niskie krzaczki to taburety. Nie brak 
nawet lustra, które zostało po onegdajszym deszczu... A to ulica, prawda?... 
Trochę krzywa, ale ulica... A tam znowu rynek czy plac... Czy pan widzi to 
wszystko?... 
— Widzę, o ile mi pani pokazuje — odpowiedział Wokulski z uśmiechem. — Trzeba 
jednak mieć bardzo poetycką fantazję, ażeby spostrzec te podobieństwa. 
— Doprawdy?... A ja zawsze myślałam, że jestem uosobioną prozą. 
— Może być, że jeszcze nie miała pani sposobności odkryć wszystkich swoich 
zalet — odparł Wokulski, niekontent, że zbliża się do nich panna Felicja. 
— Jak to, nie zbieracie państwo rydzów? — dziwiła się panna Felicja. — Cudowne 
rydze; jest ich takie mnóstwo, że nam nie wystarczy koszyków i będziemy 
chyba musiały sypać je do bryczki. Dać ci, Belu, koszyk?... 
— Dziękuję ci! 
— A panu?... 
— Nie wiem, czy potrafiłbym odróżnić rydza od muchomora odpowiedział 
Wokulski. 
— Ślicznie! — zawołała panna Fela. -Nie spodziewałam się od pana takiej 
odpowiedzi... Powiem to babci i poproszę, ażeby żadnemu z panów nie 
pozwoliła jeść rydzów, a przynajmniej nie te, które ja zbieram. 
Kiwnęła głową i odeszła. 
— Obraził pan Felcię — rzekła panna Izabela. — To nie godzi się...ona jest panu tak 
życzliwa. 
— Panna Felicja ma przyjemność w zbieraniu rydzów, ja wolę słuchać wykładu 
pani o lesie. 
— Bardzo mi to pochlebia — odpowiedziała, lekko rumieniąc się, panna Izabela ale 
jestem pewna, że prędko znudzi pana mój wykład. Bo dla mnie nie zawsze 
las jest piękny, czasem bywa okropny. Gdybym tu była sama, z pewnością nie 
widziałabym ulic, kościołów i buduarów. Kiedy jestem sama, las mnie przeraża. 
Przestaje być dekoracją, a zaczyna być czymś, czego nie rozumiem i czego się 
boję. Głosy ptaków są jakieś dzikie, czasem podobne do nagłego krzyku boleści, 
a czasem do śmiechu ze mnie, że weszłam między potwory... Wtedy każde 
drzewo wydaje mi się istotą żywą, która chce mnie owinąć gałęźmi i udusić; 
każde ziele w zdradziecki sposób oplątuje mi nogi, ażeby mnie już stąd nie 
wypuścić... A wszystkiemu temu winien kuzynek Ochocki, który tłomaczył mi, 
że natura nie jest stworzona dla człowieka..: Według jego teorii wszystko żyje i 
wszystko żyje dla siebie... 
— Ma rację — szepnął Wokulski. 
— Jak to, więc i pan w to wierzy? Więc według pana ten las nie jest przeznaczony 
na pożytek ludziom, ale ma jakieś swoje własne interesa, nie gorsze od 
naszych... 
— Widziałem ogromne lasy, w których człowiek ukazywał się raz na kilka lat, a 
jednak rosły bujniej aniżeli nasze... 
— Ach, niech pan tak nie mówi!... To jest poniżanie wartości ludzkiej, nawet 
niezgodne z Pismem świętym. Bóg oddał przecie ludziom ziemię na mieszkanie, 
a rośliny i zwierzęta na pożytek... 
— Krótko mówiąc, według pani natura powinna służyć ludziom, a ludzie klasom 
uprzywilejowanym i utytułowanym?... Nie, pani. I natura, i ludzie żyją dla 
siebie, i tylko ci mają prawo władać nimi, którzy posiadają więcej sił i więcej 
pracują. Siła i praca są jedynymi przywilejami na tym świecie. Niejednokrotnie 
też tysiącletnie, ale bezwładne drzewa upadają pod ciosami kolonistówdorobkiewiczów, 
a pomimo to w naturze nie zachodzi żaden przewrót. Siła i 
praca, pani, nie tytuł i nie urodzenie... 
Panna Izabela była rozdrażniona. 
— Tu może mi pan mówić — rzekła — co pan chce, tu uwierzę we wszystko, bo 
dokoła widzę tylko pańskich sprzymierzeńców. 
— Czy oni nigdy nie staną się sprzymierzeńcami pani?! 
— Nie wiem... może... Tak często teraz słyszę o nich, że kiedyś mogę uwierzyć w 
ich potęgę. 
Weszli na polankę zamkniętą wzgórzami, na których rosły pochylone sosny. 
Panna Izabela usiadła na pniu ściętego drzewa, a Wokulski niedaleko niej na 
ziemi. W tej chwili na brzegu polanki ukazała się pani Wąsowska ze Starskim. 
— Czy nie chcesz, Belu — wołała — wziąć sobie tego kawalera? 
— Protestuję! — odezwał się Starski. — Panna Izabela jest całkiem zadowolona ze 
swego towarzysza, a ja z mojej towarzyszki... 
— Czy tak, Belu? 
— Tak, tak! — zawołał Starski. 
— Niech będzie tak... — powtórzyła panna Izabela bawiąc się parasolką i patrząc w 
ziemię. 
Pani Wąsowska i Starski znikli na wzgórzu, panna Izabela coraz niecierpliwiej 
bawiła się parasolką. Wokulskiemu pulsa biły w skroniach jak dzwony. 
Ponieważ milczenie trwało zbyt długo, więc odezwała się panna Izabela: 
— Prawie rok temu byliśmy w tym miejscu na wrześniowej majówce... Było ze 
trzydzieści osób z sąsiedztwa... O, tam palono ogień... 
— Bawiła się pani lepiej niż dziś? 
— Nie. Siedziałam na tym samym pniu i byłam jakaś smutna...Czegoś mi 
brakło... I co mi się bardzo rzadko zdarza, myślałam: co też będzie za rok?... 
— Dziwna rzecz!... — szepnął Wokulski. — Ja także mniej więcej rok temu 
mieszkałem z obozem w lesie, ale w Bułgarii... Myślałem: czy za rok żyć będę 
i... 
— I o czym jeszcze? 
— O pani. Panna Izabela niespokojnie poruszyła się i pobladła. 
— O mnie?.. — spytała. — Alboż pan mnie znał?.. 
— Tak. znam panią już parę lat, ale niekiedy zdaje mi się, że znam panią od 
wieków... Czas ogromnie wydłuża się, kiedy o kimś myślimy ciągle, na jawie i 
we śnie... 
Podniosła się z pnia, jakby chcąc uciekać: Wokulski także powstał. 
— Niech pani przebaczy, jeżeli mimowolnie zrobiłem jej przykrość. Może, 
według pani, tacy jak ja nie mają prawa myśleć o pani?... W waszym świecie 
nawet ten zakaz jest możliwy. Ale ja należę do innego...W moim świecie paproć 
i mech tak dobrze mają prawo patrzeć na słońce jak sosny albo... grzyby. 
Dlatego niech mi pani wręcz powie: czy wolno mi, czy nie wolno myśleć o 
pani? Na dziś nie żądam nic innego. 
— Ja pana prawie nie znam — szepnęła, widocznie zakłopotana, panna Izabela. 
— Ja też dziś nic nie żądam. Pytam się tylko, czy nie uważa pani za obrazę dla 
siebie tego, że ja myślę o pani, nic — tylko myślę. Znam opinię klasy, wśród 
której wychowała się pani, o takich ludziach jak ja i wiem, że to, co mówię w tej 
chwili, nazwać można zuchwalstwem. Niech mi więc pani powie wprost, a 
jeżeli aż taka istnieje między nami różnica, nie będę się już dłużej starał o 
względy pani... Wyjadę dziś lub jutro bez cienia pretensji, owszem, zupełnie 
wyleczony. 
— Każdy człowiek ma prawo myśleć... — odparła panna Izabela, coraz mocniej 
zmieszana. 
— Dziękuję pani. Tym słówkiem dała mi pani poznać, że w jej przekonaniu nie 
stoję niżej od panów Starskich, marszałków i im podobnych... Rozumiem, że 
nawet w tych warunkach mogę jeszcze nie zyskać sympatii pani... Do tego 
bardzo daleko... Ale wiem przynajmniej, że już mam ludzkie prawa i że pani 
będzie od tej pory sądzić moje czyny, nie tytuły, których nie posiadam. 
— Jest pan przecie szlachcicem, a mówi prezesowa, że tak dobrym, jak Starscy, a 
nawet Zasławscy... 
— Owszem, jeżeli pani życzy sobie, jestem szlachcicem, nawet lepszym od 
niejednego z tych, jakich spotykałem w salonach. Na moje nieszczęście, wobec 
pani, jestem także i kupcem. 
— No, kupcem można być i można nic być, to zależy od pana...odparła już 
śmielej panna Izabela. 
Wokulski zamyślił się. 
W tej chwili w lesie poczęto hukać i zwoływać się, a w parę minut później całe 
towarzystwo ze sługami, koszami i rydzami znalazło się na polance. 
— Wracajmy do domu — rzekła pani Wąsowska — bo mnie te rydze znudziły i czas 
na obiad. 
Kilka dni następnych upłynęły Wokulskiemu w sposób dziwny; gdyby go 
zapytano: czym były dla niego? zapewne odpowiedziałby, że snem szczęścia, 
jedną z tych epok w życiu, dla których, może być, natura powołała na świat 
człowieka. 
Obojętny widz może nazwałby takie dnie jednostajnymi, a nawet nudnymi. 
Ochocki sposępniał i od rana do wieczora albo kleił, albo puszczał oryginalnej 
formy latawce: Pani Wąsowska z panną Felicją czytały albo zajmowały się 
szyciem ornatu dla miejscowego proboszcza. Starski z prezesową i baronem 
grali w karty. 
I tym sposobem Wokulski i panna Izabela nie tylko byli zupełnie osamotnieni, 
ale jeszcze musieli być ciągle razem. 
Chodzili po parku, czasem w pole, siedzieli pod wiekową lipą na podwórzu, ale 
najczęściej pływali po stawie. On wiosłował, ona od czasu do czasu rzucała 
okruchy ciastek łabędziom, które cicho sunęły za nimi. Niejeden podróżny 
zatrzymywał się na gościńcu za stawem i zdziwiony przypatrywał się 
niezwykłej grupie, którą tworzyły: biała łódka z siedzącą w niej parą i dwa białe 
łabędzie ze skrzydłami podniesionymi jak żagle. 
Później Wokulski nie umiał nawet przypomnieć sobie, o czym mówili w 
podobnych chwilach. Najczęściej milczeli. Raz zapytała go: dlaczego ślimaki 
pływają pod powierzchnią wody? drugi raz — dlaczego obłoki mają tak rozmaitą 
barwę? Tłomaczył jej i wówczas zdawało mu się, że całą naturę od ziemi do 
nieba ogarnia w jednym uścisku i składa jej pod nogi. 
Pewnego dnia przyszło mu na myśl, że gdyby kazała mu rzucić się w wodę i 
umrzeć, umarłby błogosławiąc ją. 
Podczas tych wodnych przejażdżek, a także podczas spacerów w parku i 
zawsze, — gdy byli razem, czuł jakiś niezmierny spokój, jakby cała dusza jego i 
cała ziemia od wschodnich do zachodnich kresów napełniona była ciszą, wśród 
której nawet turkot wozu, szczekanie psa albo szelest gałęzi wypowiadały się w 
cudownie pięknych melodiach. Zdawało mu się, że już nie chodzi, lecz pływa w 
oceanie mistycznego odurzenia, że już nie myśli, nie czuje, nie pragnie, tylko 
kocha. Godziny umykały gdzieś jak błyskawiceé zapalające się i gasnące na 
dalekim nieboskłonie. Dopiero był -ranek — już południe — już wieczór i — noc 
pełna przebudzeń i westchnień. Niekiedy myślał, że dobę podzielono na dwa 
nierówne okresy czasu: dzień krótszy od mgnienia powiek i noc długą jak 
wieczność dusz potępionych. 
Pewnego dnia wezwała go do siebie prezesowa. 
— Siadajże, panie Stanisławie — rzekła — cóż, dobrze się u mnie bawisz? Drgnął 
jak człowiek przebudzony. 
— Ja?... — spytał. 
— Nudziłżebyś się? 
— Za rok takich nudów oddałbym życie. 
Staruszka potrząsnęła głową. 
— Tak czasem się zdaje — odpowiedziała. — Nie wiem, kto tam napisał, że 
człowiek jest wtedy najszczęśliwszy, kiedy dokoła siebie widzi to, co nosi w 
sobie samym... Ale ja mówię, że mniejsza, dlaczego jest szczęśliwy, byle nim 
był... Wybaczysz mi, jeżeli cię obudzę?... 
— Słucham panią — odparł, mimo woli blednąc. Prezesowa wciąż przypatrywała 
mu się i z lekka chwiała głową. 
— No, przecie nie myśl, że obudzę cię złymi wiadomościami. Zbudzę cię w 
zwykły sposób. Myślałżeś co o tej cukrowni, którą mi tu radzą budować?... 
— Jeszcze nie... 
— Nic pilnego. Ale o stryju zupełnie już zapomniałeś. A on, biedak, leży 
niedaleko stąd, o trzy mile, w Zasławiu... Może byście tam jutro pojechali. 
Okolica ładna, są ruiny zamku... Moglibyście bardzo przyjemnie czas 
przepędzić i zrobić coś z tym kamieniem nagrobnym. 
Wiesz co — dodała staruszka wzdychając — namyśliłam się... Nie trzeba rozbijać 
kamienia pod zamkiem. Zostaw go tam i tylko każ wyryć na nim te wiersze: 
„Na każdym miejscu i o każdej dobie...” Znasz to?.. 
— O tak, znam... 
— Pod zamkiem więcej bywa ludzi niż na cmentarzu, prędzej przeczytają i może 
zamyślą się nad ostatecznym kresem wszystkiego na tym świecie, nawet 
miłości... 
Wokulski wyszedł od prezesowej silnie rozstrojony. „Co znaczy jej 
rozmowa?...” — pomyślał. Na szczęście, spotkał pannę Izabelę idąca w stronę 
stawu i zapomniał o wszystkim. 
Na drugi dzień istotnie całe towarzystwo pojechało do Zasławia. Mijali lasy, 
zielone pagórki, wąwozy z żółtymi ścianami. Okolica była piękna, jeszcze 
piękniejsza pogoda, ale Wokulski nie uważał na nic, zatopiony w smutnych 
myślach... Już nie był sam z panną Izabelą, jak wczoraj jeszcze; nawet nie 
siedział w breku blisko niej, tylko naprzeciw panny Felicji, a nade wszystko... 
Ale to już mu się tylko zdawało i nawet śmiał się w duszy ze swych przywidzeń. 
Zdawało mu się, że Starski w jakiś dziwny sposób spojrzał na pannę Izabelę i że 
ją oblał rumieniec. 
„Ach, głupstwo — mówił do siebie -po cóż miałaby mnie oszukiwać!... Ona 
mnie, który przecie nie jestem nawet jej narzeczonym.” 
Otrząsnął się ze swych przywidzeń i tylko było mu trochę przykro, że Starski 
siedzi obok panny Izabeli. Ale tylko trochę... 
„No, przecież nie zabronię jej — myślał — siadać, przy kim zechce. I nie zniżę się 
do zazdrości, która bądź jak bądź jest podłym uczuciem, a najczęściej gruntuje 
się na pozorach... Zresztą, gdyby chcieli wymieniać ze Starskim tkliwe 
spojrzenia, nie robiliby tego tak jawnie. Szaleniec jestem...” 
W parę godzin znaleźli się na miejscu. 
Zasław, niegdyś miasteczko, dziś licha osada, stoi w nizinie otoczonej mokrymi 
łąkami. Oprócz kościoła i dawnego ratusza wszystkie budowle, są parterowe, 
drewniane i stare. Na środku cynku, a raczej placu pełnego ostów i jam, wznosi 
się piętrowa kupa śmieci i studnia pod dziurawym dachem opartym na czterech 
zgniłych słupach. 
Z powodu szabasu rynek był pusty, a wszystkie kramiki zamknięte. Dopiero o 
wiorstę za miastem, w południowej stronie, leżała grupa wzgórz. Na jednym 
stały ruiny zamku, składające się z dwu wież sześciokątnych, gdzie ze szczytów 
i okien zwieszały się bujne zielska; na drugim rosła kępa starych dębów. 
Gdy podróżni zatrzymali się w rynku, Wokulski wysiadł, ażeby zobaczyć się z 
proboszczem, Starski zaś objął komendę. 
— Więc my — rzekł — jeździmy brekiem do tych dębów i tam zjemy, co Bóg dał, a 
kucharze przygotowali. Następnie brek wróci się tu po pana Wokulskiego... 
— Dziękuję — odparł Wokulski. — Nie wiem, jak długo zabawię, i wolę iść 
piechotą. Zresztą muszę jeszcze wstąpić do ruin... 
— I ja z panem — odezwała się panna Izabela. — Chcę zobaczyć ulubiony kamień 
prezesowej... — dodała półgłosem. — Proszę mi dać znać, jak pan tam będzie. 
Brek odjechał, Wokulski wstąpił na plebanię i w ciągu kwadransa skończył 
interes. Proboszcz oświadczył mu, że nikt w mieście nie będzie miał pretensji, 
jeżeli na kamieniu zamkowym znajdzie się jaki napis, byle nie nieprzyzwoity i 
nie bezbożny... Dowiedziawszy się zaś, że chodzi pamiątkę po nieboszczyku 
kapitanie Wokulskim, którego znał osobiście, proboszcz obiecał zająć się 
ułatwieniem tej sprawy. 
— Jest tu — rzekł — niejaki Węgiełek, sprytny hultaj, trochę kowal, trochę stolarz, 
więc może on potrafi wyrzeźbić na kamieniu, co potrzeba. Zaraz ja po niego 
poślę. W ciągu następnego kwadransa zjawił się i Węgiełek, chłopak 
dwudziestokilkoletni, z fizjonomią wesołą i inteligentną. Dowiedziawszy się od 
księżego sługi, że można coś zarobić, ubrał się w szaraczkowy surdut z krótkim 
stanem i połami do ziemi i obficie wytarł sobie włosy słoniną. 
Ponieważ Wokulskiemu było pilno, więc pożegnał proboszcza i poszedł z 
Węgiełkiem w stronę ruin. 
Gdy znaleźli się za nieczynną dziś rogatką osady, Wokulski zapytał chłopaka: — Dobrze umiesz pisać, mój bracie? 
— Oj, oj!... Przecie mi nieraz ze sądu dawali do przepisywania, choć nie mam 
lekkiej ręki. A te wiersze, co pan ekonom z Otrocza pisywał do leśniczanki, to 
wszystko moja robota. On tyle, że kupował papier i jeszcze mi do tej pory nie 
dopłacił czterdzieści groszv za pisanie. A o zakręty to tak się dopominał... 
— I na kamieniu potrafisz pisać? 
— Niby wklęsło, nie wypukło?... Co nie mam potrafić. Podjąłbym się pisania 
nawet na żelazie, a choćby na szkle i literami, jakimi chcąc: pisanymi, 
drukowanymi; niemieckimi, żydowskimi... Przecie ja tu, nie chwaląc się, 
wszystkie szyldy malowałem w mieście. 
— I tego krakowiaka, co wisi nad szynkiem? 
— A jużci. 
— A gdzieżeś ty widział takiego krakowiaka? 
— U pana Zwolskiego jest furman, co się nosi z krakowska, więcem se jego 
obejrzał. 
— I widziałeś, że ma obie nogi na lewym boku? 
— Proszę łaski pana, ludzie z prowincji nie patrzą na nogi, ino na butelkę. Jak 
dojrzy butelkę i kieliszek, to już nie chybi, ale trafi prosto do Szmula. 
Wokulskiemu coraz więcej podobał się rezolutny chłopak. 
— Nic ożeniłeś się jeszcze? — zapytał go. 
— Nie. z taką, co chodzi w chustce, to ja się nie ożenię, a kapeluszowa mnie by 
nie chciała. 
— I cóż tu robisz, kiedy nie ma szyldów do malowania? 
— O tak, panie: trochę to, trochę owo, a razem nic. Dawniej robiłem 
stolarszczyznę i nie mogłem nadążyć. Za jakie parę lat odłożyłbym z tysiąc 
rubli. Ale spaliłem się tamtego roku i już nie mogę przyjść do siebie. Drzewo, 
warsztaty, wszystko poszło na węgiel, a mówię łasce pana, był taki ogień, że 
najtwardsze pilniki stopiły się jak smoła. Kiedym spojrzał na pogorzel, tom ino 
plunął ze złości, ale dziś nawet mi szkoda tej śliny... 
— Odbudowałeś się? Masz warsztat? 
— Ehe! panie... Odbudowałem w ogrodzie chałupę jak barak, żeby matka miała 
gdzie gotować, ale warsztaty... Toż by na to, panie, trzeba pięćset rubli 
gotowego grosza, słowo honoru daję, jak mi Bóg miły...Ileż to przecie lat ojciec 
nieboszczyk harował, nim postawił dom i zebrał naczynie. 
Zbliżali się do ruin. Wokulski rozmyślał. 
— Słuchaj, Węgiełek — rzekł nagle — podobasz mi się. Będę w tej okolicy — dodał, 
cicho wzdychając — będę jeszcze z tydzień... A jeżeli wyrzeźbisz mi dobrze 
napis, wezmę cię do Warszawy na jakiś czas...Tam przekonam się, co jesteś 
wart, i... może odnajdą się twoje warsztaty. 
Chłopak pochylał głowę na prawo i na lewo, przypatrując się Wokulskiemu. 
Nagle przyszło mu na myśl, że musi to być bardzo bogaty pan, a może nawet z 
takich panów, których niekiedy Bóg zsyła, ażeby opiekowali się ludźmi 
biednymi, i — zdjął czapkę. 
— Cóżeś stanął? Nakryj głowę... — rzekł Wokulski. 
— Przepraszam pana... może ja co złego powiedziałem?... Ale u nas, panie, to 
tacy panowie nie bywają... Podobno bywali dawnymi czasy...Nawet ojciec 
nieboszczyk gadał, że sam widział takiego pana, co wziął z Zasławia sierotę i 
zrobił z niej wielką panią, a jegomości zostawił tyle pieniędzy, że z nich 
wybudowali nową dzwonnicę... 
Wokulski uśmiechał się patrząc na zakłopotaną minę chłopaka i z dziwnym 
uczuciem myślał, że za swój jednoroczny dochód mógłby uszczęśliwić stu 
kiĺkudziesięciu takich jak ten oto... 
„Pieniądz naprawdę jest wielką potęgą, tylko trzeba go umieć użyć...” Byli już 
pod górą zamkową, kiedy z sąsiedniej odezwał się głos panny Felicji: 
— Panie Wokulski, my tu jesteśmy!... 
Wokulski podniósł oczy i zobaczył między dębami wesoły ogień, dokoła 
którego siedziało zasławskie towarzystwo. O kilkanaście kroków z boku 
chłopak kredensowy i pokojówka nastawiali samowar. 
— Niech pan zaczeka, idę do pana! — zawołała panna Izabela podnosząc się z 
dywanu. 
Starski podskoczył do niej. 
— Sprowadzę kuzynkę -rzekł. 
— O, dziękuję, sama zejdę -odpowiedziała panna Izabela cofając się. Potem 
zaczęła iść ze stromej ściany z taką swobodą i wdziękiem, jakby to była ulica w 
parku. 
„Podły jestem z moimi posądzeniami” — szepnął Wokulski. W tej chwili 
przywidziało mu się, że jakiś tajemniczy głos każe mu robić wybór między 
tysiącami takich jak Węgiełek, którzy potrzebują pomocy, i jedną kobietą, która 
schodziła tam z góry. 
„Już zrobiłem wybór!...” — pomyślał Wokulski. 
— Ale do zamku nie wejdę sama, musi mi pan podać rękę — rzekła panna Izabela 
stanąwszy przy Wokulskim. 
— Może państwo pozwolą lżejszą drogą — odezwał się Węgiełek. 
— Prowadź! 
Okrążyli górę i poczęli wspinać się na jej szczyt łożyskiem wyschłego potoku. 
— Jaki dziwny kolor tych kamieni — odezwała się panna Izabela patrząc na 
kawały wapienia poplamionego brunatnymi piętnami. 
— Ruda żelazna — odparł Wokulski. 
— O nie — wtrącił Węgiełek — to nie ruda, to krew... 
Panna Izabela cofnęła się. 
— Krew?... — powtórzyła. 
Stanęli na szczycie wzgórza, zasłonięci od reszty towarzystwa walącym się 
murem. Z tego miejsca widać było dziedziniec zamkowy zarośnięty cierniem i 
berberysem. Pod jedną z wież stał oparty o jej ścianę olbrzymi granit. 
— Oto jest kamień — rzekł Wokulski. 
— Ach, ten.., Ciekawam, jak go tu wnieśli?... Mój człowieku, co mówiliście o 
krwi? — spytała panna Izabela Węgiełka. 
— To dawna historia — odparł Węgiełek — jeszcze mi ją dziaduś opowiadał... 
Wreszcie tu wszyscy o niej wiedzą. 
— Opowiedzcie ją -nalegała panna Izabela. -Między ruinami bardzo lubię 
słuchać legend. Nad Renem pełno tego... 
Weszła na dziedziniec, ostrożnie wymijając cierniste krzaki, i usiadła na 
kamieniu. 
— Opowiedzcie historię o tej krwi... 
Węgiełek wcale nie zmieszał się tą propozycją; owszem, uśmiechnął się i 
zaczął: 
— W dawnych czasach, kiedy jeszcze mój dziaduś łapał ptaki między dębami, po 
tych kamieniach, cośmy nimi szli, płynęła woda. Teraz ona pokazuje się tylko 
na wiosnę albo po wielkim deszczu, ale za małości dziadusia szła przez cały rok. 
I był strumień w tym miejscu. 
Na dnie potoku, jeszcze za małości dziadusia, leżał jeden spory kamień, jakby 
nim kto dziurę zatykał. W rzeczy samej była tam dziura, właśnie nawet okno do 
podziemiów, gdzie są zachowane wielkie skarby, jakich by na całym świecie nie 
znalazł. A między tymi majątkami, na szczerozłotym łóżku, śpi panna, może 
nawet jaka hrabini, bardzo śliczności i bogato odziana. Mówią, że za to samo, co 
ona ma we włosach, kupiłby wszystkie dobra od Zasławia do Otrocza. 
Ta zaś panna śpi przez taki interes, że jej ktoś wbił złotą szpilkę w głowę, może 
ze zbytków, a może i z nienawiści; Bóg ich tam wie. Tak śpi i nie ocknie się, 
dopóki jej kto szpilki z głowy nie wyciągnie i potem się z nią nie ożeni. Ale to 
rzecz ciężka i nawet niebezpieczna, bo tam w podziemiach pilnują skarbów i 
samej panny różne straszydła. A jakie one są, to wiem dobrze, bo póki mi się 
dom nie spalił, chowałem taki jeden ząb jak pięść, który ząb dziaduś znalazł w 
tym miejscu (sprawiedliwie mówię i nic nie kłamię). A jeżeli jeden ząb był jak 
pięść (widziałem go przecie i miałem w rękach przez długie czasy), to już łeb 
musiał być jak piec, a cała osoba chyba jak stodoła... Więc borykać się z takim 
było trudno i jeszcze nie z jednym, ale z wieloma. Dlatego najśmielszy 
człowiek, choćby mu się i jak spodobała panna, a jeszcze lepiej jej majętności, 
wejść do podziemiów nie miał odwagi, ażeby go co nie ujadło... 
O tej pannie i o tych majątkach -prawił dalej Węgiełek -wiedzieli ludzie od 
dawna; takim sposobem, że dwa razy do roku, na Wielkanoc i na święty Jan, 
usuwał się kamień, co leżał na dnie potoku i jeżeli kto stał wtedy nad wodą, 
mógł zajrzeć do otchłani i widzieć tamtejsze dziwy. 
Jednej Wielkanocy (dziadusia jeszcze wtedy nie było na świecie)przyszedł tu do 
zamku młody kowal z Zasławia. Stanął nad potokiem i myśli: „Nie mogłyby się 
to mnie pokazać skarby?... Zaraz bym wlazł do nich, choćby przez 
najciaśniejszą dziurę, naładowałbym kieszenie i już nie potrzebowałbym dymać 
miechem.” Ledwie tak pomyślał, aż naraz — usuwa się kamień, a mój ci kowal 
widzi wory pieniędzy, misy ze szczerego złota i tyle drogiej odzieży jak na 
jarmarku... 
Ale najpierwej wpadła mu przed oczy śpiąca panna, taka, mówił dziaduś, 
śliczna, że kowal stanął słupem. Spała se i tylko jej łzy płynęły, a co która 
upadła, czy na jej koszulę, czy na łóżko, czy na podłogę, zaraz zamieniała się w 
klejnot. Spała i wzdychała z bólu od szpilki; a co westchnęła, to na drzewach 
nad potokiem zaszelepały liście z żalu nad jej strapieniem. 
Już kowal chciał wejść do podziemiów; ale że czas przeszedł, więc znowu 
kamień zamknął się, aż zabulgotało w potoku. Od tego dnia mój kowal nie mógł 
sobie miejsca znaleźć na świecie. Robota leciała mu z ręki. Gdzie nie spojrzał, 
widział ino potok jak szybę, a za nią pannę, której łzy płynęły. Aż pomizerniał, 
bo go coś ciągle trzymało za serce rozpalonymi obcęgami. Zwyczajnie 
zamroczyło go. Kiedy już całkiem nie mógł wytrzymać z tęskności, poszedł do 
jednej baby, co znała się na ziołach, dał jej srebrnego rubla i spytał o radę. 
— Ano — mówi baba — nie ma tu inszej rady, tylo musisz doczekać świętego Jana i 
kiedy się kamień odłoży, musisz leźć w otchłań. Byleś pannie wyjął szpilkę z 
głowy, obudzi się, ożenisz się z nią i będziesz wielki pan, jakiego świat nie 
widział. Tylko wtedy o mnie nie zapomnij, że ci dobrze poradziłam. I to se 
spamiętaj: kiedy cię strachy otoczą, a zaczniesz się bać, zaraz przeżegnaj się i 
umykaj w imię boskie... Cała sztuka w tym, żebyś się nie zląkł; złe nie ima się 
niebojącego człowieka. 
— A powiedzcież mi — mówi kowal — jak poznać, że człowieka strach zdejmuje?... 
— Takiś ty?.. — mówiła baba. — No, to już idź do otchłani, a jak wrócisz, o mnie 
pamiętaj. 
Dwa miesiące chodził kowal do potoku, a na tydzień przed świętym Janem 
wcale się stąd nie ruszył, tylko czekał. I doczekał. W samo południe kamień 
odsunął się, a mój kowal z siekierą w garści skoczył w jamę. 
Co się tam — mówił dziaduś — koło niego nie działo, włosy na głowie stają. 
Otoczyły go przecie takie poczwary, że inny umarłby od samego ich wejrzenia. 
Były — mówił dziaduś — niedopyrze wielkie jak psy, ale ino wachlowały nad nim 
skrzydliskami. To zastąpiła mu drogę ropucha, duża jak ot ten kamień, to wąż 
zaplątał mu się między nogi, a kiedy kowal ciapnął go, wąż zaczął płakać 
ludzkim głosem. Były wilki takie na niego zajadłe, że co im piana padła z pyska, 
to buchnęła płomieniem, a w opoce wypalała dziury. Wszystkie te potwory 
siadały mu na plecach, chwytały go za surdut, za rękawy, ale żaden nie śmiał go 
skrzywdzić. Bo widzieli, że się kowal nie boi, zaś przed nie bojącym się złe 
umyka jak cień przed człowiekiem. „Zginiesz tu, kowalu!...” — wołały strachy, 
ale on tylko ściskał siekierę w garści i przepraszam... tak im odpowiadał, że 
wstyd państwu powtórzyć... Dobrał się nareszcie mój kowal do złotego łóżka, 
gdzie już nawet poczwary nie miały dostępu, ino stanęły wkoło, kłapiący 
zębami. On zaraz zobaczył w głowie panny złotą szpilkę, szarpnął i wyciągnął ją 
do połowy... Aż krew trysnęła... Wtem panna łapie go rękami za surdut i woła z 
wielkim płaczem: 
— Czego mi ból robisz, człowieku!... Wtedy dopiero kowal się zląkł... zatrząsł się 
i ręce mu opadły. Strachom tego tylko było trzeba. Który miał największy pysk, 
skoczył na kowala i tak go kłapnął, że krew trysnęła przez okno i poplamiła 
kamienie, co państwo na własne oczy widzieli. Ale przy tym bestia wyłamał 
sobie ząb duży jak pięść, co go później mój dziaduś znalazł w potoku. Od tej 
pory kamień zatkał okno do podziemiów, że go już nikt znaleźć nie może. Potok 
wysechł, a panna została w otchłani na pół rozbudzona. Płacze teraz już tak 
głośno, że ją czasem i pastuchy słyszą na łąkach, i będzie płakać wiek wieków. 
Węgiełek skończył. Panna Izabela spuściła głowę i końcem parasolki rysowała 
jakieś znaki na gruzach. Wokulski nie śmiał spojrzeć na nią. Po długim 
milczeniu odezwał się do Węgiełka: 
— Ciekawa jest twoja historia... ale powiedz no mi: w jaki sposób zabierzesz się 
do wycięcia napisu?... 
— Kiedy nie wiem, co mam wyciąć? 
— Prawda. 
Wokulski wydobył noteskę, ołówek i napisawszy podał chłopcu. -Tylko cztery 
wiersze!... — rzekł Węgiełek. — Za trzy dni, panie, będzie gotowe... Na tym 
kamieniu można wyciąć bodaj calowe litery... Oj, zapomniałem sznurka, żeby 
wymierzyć. Zejdę, panie, do furmanów, to może oni mi dadzą... Zaraz wrócę. 
Węgiełek zbiegł ze wzgórza. Panna Izabela spojrzała na Wokulskiego. Była 
blada i wzruszona. 
— Co to za wiersze?... — spytała wyciągając rękę. Wokulski podał jej kartkę; 
zaczęła czytać półgłosem: 
— „Na każdym miejscu i o każdej dobie, gdziem z tobą płakał, gdziem z tobą się 
bawił, zawsze i wszędzie będę ja przy tobie, bom wszędzie cząstkę mej duszy 
zostawił...” 
Dokończyła szeptem. Usta jej drżały, oczy zaszły łzami. Przez chwilę mięła 
kartkę w palcach, potem z wolna odwróciła głowę i kartka upadła na ziemię... 
Wokulski przykląkł, ażeby podnieść papier. Wtem dotknął sukni panny Izabeli i 
już nie wiedząc, co robi, schwycił ją za rękę. 
— Obudzisz się, ty moja królewno... — rzekł. 
— Nie wiem... może... — odpowiedziała. 
— Hop!... hop!... — zawołał z dołu Starski. — A chodźcie już, państwo, bo obiad 
wystygnie... 
Panna Izabela obtarła oczy i prędko opuściła ruinę. Za nią wyszedł Wokulski. 
— Cóżeście państwo tak długo robili? — pytał ze śmiechem Starski podając rękę 
pannie Izabeli, która przyjęła ją pośpiesznie. 
— Słyszeliśmy nadzwyczajną historię!... — odpowiedziała panna Izabela. — Doprawdy, nigdy nie myślałam, że w tym kraju mogą istnieć podobne legendy i 
że mogą je w tak zajmujący sposób opowiadać ludzie prości... Cóż nam dasz na 
obiad, kuzynie? Ach, ten chłopak jest niezrównany!... Poproście go, ażeby ją 
wam powtórzył... 
Wokulskiego nie raziło już to, że panna Izabela idzie ze Starskim pod rękę, że 
opiera się na nim, a nawet, że go kokietuje. Wzruszenie, którego był świadkiem, 
i jedno nic nie znaczące jej słówko rozproszyło wszystkie jego obawy. Ogarnęło 
go spokojne zamyślenie, w którym nie tylko Starski, ale całe towarzystwo 
zniknęło mu sprzed oczu. 
Pamiętał, że wszedł na górę pod dęby, że coś jadł z wielkim apetytem, że był 
wesoły, rozmowny i nawet umizgał się do panny Felicji. Ale o czym mówili?... 
co on im sam odpowiadał, nie wiedział... 
Zachodziło słońce, a na niebie pokazały się chmury, kiedy Starski kazał służbie 
sprzątnąć naczynia, kosze i dywan, a paniom zaproponował powrót. 
Siedli do breku w tym samym porządku co pierwej. Otuliwszy Ewelinę szalami 
baron pochylił się do Wokulskiego i szepnął z uśmiechem: 
— Jeżeli jeszcze jeden dzień będziesz pan w takim humorze jak dzisiaj, 
pozawracasz głowy wszystkim paniom. 
— Ach, tak!... — odparł Wokulski wzruszając ramionami. Usiadł na końcu breka, 
naprzeciw panny Felicji. Ochocki umieścił się przy furmanie i ruszyli. 
Niebo chmurzyło się, ciemność zapadała coraz szybciej. Na breku pomimo to 
było bardzo wesoło, dzięki kłótni pani Wąsowskiej z Ochockim, który 
zapomniał o swych latawcach i przełożywszy nogi przez poręcz kozła, odwrócił 
się do towarzystwa. Nagle, chcąc zapalić papierosa, potarł zapałkę i oświetlił 
cały brek, najlepiej zaś Starskiego. 
W tej chwili Wokulski gwałtownie cofnął się; coś mignęło mu przed oczyma. 
„Głupstwo!... — pomyślał — piłem za wiele...' 
Pani Wąsowska parsknęła króciutkim śmiechem, lecz wnet opanowała się i 
zaczęła mówić: 
— Cóż to za oryginalny sposób siedzenia, panie Ochocki!... Fe, jutro musi pan 
klęczeć!... Ach, niegodziwiec, ależ on niedługo postawi komu nogi na 
kolanach... Odwróćże się pan natychmiast, bo każę furmanowi, ażeby pana 
zostawił na drodze... 
Wokulskiemu zimny pot wystąpił na czoło; ale wzruszył ramionami i myślał: 
„Przywidzenia... przywidzenia!... Co za głupstwo...” 
I nadludzkim wysiłkiem woli odegnał w końcu przywidzenia. Znowu odzyskał 
humor í bardzo wesoło począł rozmawiać z panią Wąsowską. 
Gdy zaś wrócili do Zasławka późno w nocy, spał jak zabity i nawet śniło mu się 
coś zabawnego. 
Nazajutrz, gdy przed śniadaniem wyszedł Wokulski na spacer, pierwszą osobą, 
którą spotkał na dziedzińcu, była pokojówka panny Izabeli; niosła kilka sukien, 
a za nią chłopak dźwigał kufer. 
„Cóż to jest?... — pomyślał. — Dziś niedziela, więc chyba nie wyjedzie... Nie 
może wyjechać w niedzielę... zresztą wspomniałaby mi coś o tym ona lub 
prezesowa...” 
Poszedł nad staw, obleciał park wokoło, jakby chcąc zgubić w drodze złe 
przeczucia. Na próżno. Uczepiła go się myśl, że panna Izabela może wyjechać. 
Tłumił ją i przytłumił o tyle, że już nie rysowała mu się jasno, tylko gdzieś na 
dnie serca drażniła go nieznacznie. 
Przy śniadaniu zdawało mu się, że prezesowa przywitała go czulej niż zwykle, 
że wszyscy zachowują się uroczyściej, że panna Felicja wpatruje się w niego 
uporczywie i jakby z wyrzutem. Po śniadaniu znowu przywidziało mu się, że 
prezesowa dała jakiś znak pani Wąsowskiej. 
„Oczywiście jestem chory” — myślał 
Wnet jednak ozdrowiał, gdy panna Izabela oświadczyła, że chce przejść się po 
parku. 
— Ma kto z państwa ochotę iść ze mną? — spytała. Wokulski zerwał się z krzesła, 
inni siedzieli. Więc znalazł się sam z panną Izabelą w ogrodzie i znowu 
powrócił mu ten spokój, jaki miał zawsze w jej obecności. 
W połowie alei odezwała się panna Izabela: 
— Bardzo mi żal będzie Zasławka... „Żal?...” — pomyślał Wokulski, a ona prędko 
mówiła dalej: 
— Muszę już jechać. Ciocia pisała jeszcze we środę, ażeby wracać, ale prezesowa 
nie pokazała mi listu, zatrzymała mnie. Dopiero kiedy wczoraj przybył umyślny 
posłaniec... 
— Jedzie pani jutro? — spytał Wokulski. 
— Dziś po drugim śniadaniu... — odpowiedziała spuszczając głowę. 
— Dziś!... — powtórzył. 
Właśnie przechodzili mimo sztachet, za którymi na dziedzińcu folwarcznym stał 
powóz, ten sam, którym przyjechała panna Izabela. Nawet około dyszla furman 
układał zaprzęgi. Ale na Wokulskim ani wiadomość, ani przygotowania do 
wyjazdu nie zrobiły tym razem wrażenia. 
„No cóż — myślał — kto przyjechał, musi odjechać... Rzecz całkiem naturalna...” 
Nawet dziwił go ten spokój. 
Przeszli jeszcze kilkanaście kroków pod zwieszającymi się gałęźmi i nagle opanowała 
go straszna rozpacz. zdawało mu się, że gdyby w tej chwili zajechał 
powóz po pannę Izabelę, on rzuciłby się pod koła i nie pozwoliłby jej jechać. 
Niechby go roztratowali i niechby już raz przestał cierpieć. 
Wnet jednak przyszła nowa fala spokoju i Wokulski znowu dziwił się, skąd mu 
się biorą takie żakowskie myśli. Przecież panna Izabela ma prawo jechać, kiedy 
chce, gdzie chce i z kim jej się podoba... 
— Długo pani jeszcze zabawi na wsi? — spytał. 
— Najwyżej miesiąc. 
— Miesiąc!... — powtórzył. — Czy przynajmniej wolno mi będzie po tym miesiącu 
odwiedzać państwa?... 
— O tak, bardzo prosimy... — odparła. — Mój ojciec jest wielkim przyjacielem 
pana. 
— A pani? 
Zarumieniła się i milczała. 
— Nie odpowiada pani... — rzekł Wokulski. — Nie domyśla się pani nawet, jak jest 
mi drogie każde jej słowo, których tak mało słyszałem... I oto dziś odjeżdża pani 
nie zostawiając mi nawet cienia nadziei... 
— Może czas to zrobi — szepnęła. 
— Bodajby zrobił! -W każdym razie coś pani powiem. Widzi pani, w życiu 
można spotkać ludzi weselszych ode mnie, eleganckich, z tytułami, nawet z 
majątkiem większym niż mój... Ale przywiązania jak moje — chyba pani nie 
znajdzie. Bo jeżeli miłość mierzy się wielkością cierpień, takiej jak moja może 
jeszcze nie było na świecie. 
I nie mam nawet prawa skarżyć się o to na kogokolwiek. Los to robi. Jakimiż bo 
on dziwnymi drogami prowadził mnie do pani! Ile klęsk musiało spaść na ogół, 
zanim ja, ubogi chłopak, mogłem zdobyć ukształcenie, które mi dziś pozwala 
mówić z panią. Jaki traf popchnął mnie do teatru, gdzie pierwszy raz 
zobaczyłem panią. A na majątek, który posiadam; czy może nie złożył się szereg 
cudów?... 
Kiedy dziś myślę o tych rzeczach, zdaje mi się, że jeszcze przed urodzeniem 
naznaczone mi było zejść się z panią. Gdyby mój biedny stryj nie kochał się za 
młodu i nie umarł osamotniony, ja dziś nie znajdowałbym się w tym miejscu. I 
nie jestże to dziwne, że ja sam, zamiast bawić się kobietami, jak robią inni, 
unikałem ich dotychczas i prawie świadomie czekałem na jedną, na panią... 
Panna Izabela nieznacznie otarła łzę... Wokulski nie patrząc na nią mówił: 
— Nie dalej jak teraz, kiedy byłem w Paryżu, miałem przed sobą dwie drogi. 
Jedna prowadzi do wielkiego wynalazku, który może zmieni dzieje świata, 
druga do pani. Wyrzekłem się tamtej, bo mnie tu przykuwa niewidzialny 
łańcuch: nadzieja, że mnie pani pokocha. Jeżeli to jest możliwym, wolę 
szczęście z panią od największej sławy bez pani; bo sława to liczman, za który 
własne szczęście poświęcamy dla innych .Ale jeżeli się łudzę, tylko pani może 
zdjąć ze mnie to zaklęcie. Powiedz, że nie masz i nie będziesz miała nic dla 
mnie i... Wrócę tam, gdzie może od razu powinienem był zostać. 
— Czy tak?... — dodał biorąc ją za rękę. 
Nie odpowiedziała nic... 
— Więc zostaję... — rzekł po chwili. — Będę cierpliwym, a pani sama da mi znak, 
że spełniły się moje nadzieje. 
Wrócili do pałacu. Panna Izabela była trochę zmieniona, ale rozmawiała ze 
wszystkimi wesoło. Wokulskiemu znowu powrócił spokój. Nie rozpaczał już, że 
panna Izabela odjeżdża; powiedział sobie, że zobaczy ją za miesiąc, i to mu 
obecnie wystarczało. Po śniadaniu zajechał powóz; zaczęto się żegnać. Na 
ganku panna Izabela szepnęła do pani Wąsowskiej: 
— Mogłabyś też, Kaziu, już nie dręczyć tego biedaka... 
— Kogóż to? 
— Twego imiennika. 
— Ach, Starskiego... Zobaczymy. 
Panna Izabela podała rękę Wokulskiemu. 
— Do widzenia! — szepnęła z akcentem w głosie. Odjechała. Całe towarzystwo 
stało w ganku patrząc na powóz, który z początku oddalał się, potem skręcił za 
stawem, znikł za pagórkiem, znowu ukazał się i nareszcie został po nim tylko 
tuman żółtego kurzu. 
— Bardzo piękny dzień — rzekł Wokulski. 
— O, bardzo ładny — odparł Starski. 
Pani Wąsowska spod spuszczonych brwi przypatrywała się Wokulskiemu. 
Powoli rozeszli się wszyscy. Wokulski został sam. Wstąpił do swego pokoju, 
lecz wydał mu się bardzo pusty; potem chciał iść do parku, ale coś go stamtąd 
odepchnęło... Potem przywidziało mu się, że panna Izabela jeszcze musi być w 
pałacu, i w żaden sposób nie mógł zrozumieć, że wyjechała, że jest już o milę od 
Zasławka i że każda sekunda oddalają od niego. 
„A jednak wyjechała! — szepnął. — Wyjechała, więc i cóż?...” Poszedł nad staw i 
przypatrywał się białej łódce, dokoła której błyszczała woda, aż oczy bolały. 
Nagle jeden z łabędzi, pływających przy tamtym brzegu, spostrzegł go i 
rozpuściwszy skrzydła, szelestem przyleciał do czółna. 
I dopiero w tej chwili schwycił Wokulskiego taki smutek, taki niezmierny 
niezgruntowany smutek, jak gdyby już miał rozstać się z życiem... 
Zatopiony we własnej goryczy, Wokulski nie bardzo uważał, co się dokoła 
niego dzieje. Mimo to nad wieczorem spostrzegł; że towarzystwo zasławskie po 
powrocie z parku jest skwaszone. Panna Felicja zamknęła się z panną Eweliną w 
jej pokoju, baron był rozdrażniony, a Starski ironiczny i zuchwały. 
Po obiedzie wezwała Wokulskiego do siebie prezesowa. Na staruszce również 
było znać ślady irytacji, którą starała się opanować. 
— Myślałżeś co, panie Stanisławie, o tej cukrowni? — rzekła wąchając swój 
flakonik, co było znakiem wzruszenia. — Pomyśl o tym, proszę cię, i pogadaj ze 
mną, bo już mi zbrzydły te komeraże... 
— Ma pani jakie zmartwienie? -spytał Wokulski. Machnęła ręką. 
— Ech! zmartwienie... Chciałabym tylko, ażeby albo skojarzył się ten mariaż 
Eweliny z baronem, albo żeby się zerwał... Albo niechaj sobie jadą ode mnie oni 
oboje czy Starski... Wszystko jedno... 
Wokulski spuścił głowę i milczał zgadując, że umizgi Starskiego do narzeczonej 
barona musiały już przybrać bardziej widoczne formy. Lecz cóż jego to 
obchodziło? 
— Głupiutkie są te panny — zaczęła po chwili prezesowa. — Im się zdaje, że jak 
złapie która bogatego męża, a poza nim przystojnego kochanka, to już wypełni 
sobie życie... Głupiutkie. Ani wiedzą, że wnet sprzykrzy się stary mąż i pusty 
kochanek i że prędzej czy później każda zechce poznać prawdziwego człowieka. 
A jeżeli się taki trafi, na jej nieszczęście, co ona mu da?... Czy wdzięki, które 
sprzedała, czy serce zaszargane z takimi oto Starskimi?... 
I pomyśleć, że prawie każda z nich musi przejść podobną szkołę, zanim pozna 
ludzi. Przedtem, choćby się jej trafiał najszlachetniejszy, nie oceni go. Wybierze 
starego bogacza albo śmiałego hultaja, w ich towarzystwie zmarnuje życie, a 
dopiero kiedyś chce się odrodzić... Zwykle za późno i na próżno!.. 
Co mnie jednak dziwi najmocniej — prawiła — to okoliczność, że na podobnych 
lalkach nie poznają się mężczyźni. Dla żadnej kobiety, począwszy od 
Wąsowskiej, kończąc na mojej pokojówce, nie jest to sekret, że w Ewelinie nie 
zbudził się jeszcze ani rozum, ani serce; wszystko w niej śpi... A tymczasem 
baron widzi w niej bóstwo i durzy się, biedak, że ona go kocha! 
— Dlaczegóż go pani nie ostrzeże? — odezwał się Wokulski stłumionym głosem. 
— Dajże spokój, to się na nic nie zda... Czy ja mu raz dawałam do zrozumienia, 
że Ewelina dziś jest tylko zepsute dziecko i lalka? Może kiedyś coś z niej 
wyrośnie, ale w tej chwili!... akurat Starski dla niej dobry. 
— Cóż — dodała po przerwie — pomyślisz o tej cukrowni?... Każ sobie jutro 
osiodłać konia, przejedź się po polach sam, a jeszcze lepiej z Wąsowską... To 
kobieta dużo warta, mówię ci... 
Wokulski opuścił prezesowę przerażony. 
„Co ona mówi — myślał — o baronie i Ewelinie?... Czy po prostu nie ostrzega 
mnie?... Starski bodajże umizga się nie tylko do panny Eweliny. Co to było tam 
w breku?... Ach, wolałbym w łeb sobie palnąć...” 
Wnet jednak opamiętał się. 
„W breku — myślał -było albo przywidzenie, albo fakt. Jeżeli przywidzenie, w 
takim razie krzywdziłbym niewinną, a jeżeli fakt... No, to przecież nie będę 
rywalem tego uwodziciela z operetki i nie poświęcę życia dla kobiety 
przewrotnej. Wolno jej romansować, z kim chce, ale nie wolno oszukiwać 
człowieka, którego jedynym występkiem jest, że ją kocha... Trzeba wyjeżdżać z 
tej Kapui i wziąć się do roboty. W laboratorium Geista lepiej zapełnię życie 
aniżeli w salonach...” 
Około dziesiątej wieczór wszedł do jego pokoju baron strasznie zmieniony. Z 
początku śmiał się i dowcipkował, następnie zadyszany upadł na krzesło, a po 
chwili rzekł: 
— Uważa pan, szanowny panie Wokulski, ja czasami myślę, nie z własnego 
doświadczenia, bo moja narzeczona jest najszlachetniejszą kobietą... ale czasami 
myślę, że kobiety to nas niekiedy zwodzą... 
— Tak, niekiedy. 
— Może nie jest to ich wina -mówił baron — trzeba jednak przyznać, że niekiedy 
pozwalają bałamucić się zręcznym intrygantom... 
— O, pozwalają. 
Baron drżał tak, że chwilami zęby mu szczękały. 
— Nie sądzisz pan — zapytał po namyśle — że jednak należałoby temu zapobiec?... 
— W jaki sposób?... — Choćby usuwając kobietę od stosunków z intrygantami... 
Wokulski głośno roześmiał się... — Można kobietę uwolnić od intrygantów, ale 
czy podobna uwolnić ją od jej własnych instynktów?... Co pan poradzisz, jeżeli 
ten, który w pańskich oczach jest tylko bałamutem czy intrygantem, dla niej jest 
— samcem tego co ona gatunku?... 
Stopniowo opanowywał go wściekły gniew. Chodził po pokoju i mówił: 
— Jaka walka jest możliwa z prawem natury, według którego suka, choćby 
najlepszej rasy, nie pójdzie za lwem, ale za psem? Postaw jej pan całą menażerię 
najszlachetniejszych zwierząt, a ona wyrzeknie się jej dla kilku psów... I trudno 
się temu dziwić, gdyż one stanowią jej gatunek. 
— Więc według pana nie ma rady? — spytał baron. 
— Dziś żadnej, a kiedyś będzie jedna: szczerość w ludzkich stosunkach i wolny 
wybór. Gdy kobieta nie będzie potrzebowała udawać miłości ani kokietować 
wszystkich, wówczas od razu odsunie tych, którzy jej nie są mili, i pójdzie za 
tym, który jej przypada do gustu. Wówczas nie będzie oszukiwanych ani 
oszukujących, stosunki uporządkują się w sposób naturalny. 
Po odejściu barona Wokulski położył się. Nie spał całą noc, ale wrócił do 
równowagi. 
„Co ja mam za pretensje do panny Izabeli? — myślał. — Przecież nie mówiła, że 
mnie kocha; dała mi ledwie cień nadziei, że to może kiedyś nastąpi. Jest w 
porządku, gdyż prawie mnie nie zna. I co za przywidzenia snują mi się po 
głowie!... Starski?... Ależ ona chce wyswatać go z panią Wąsowską, więc chyba 
romansować z nim nie myśli. Prezesowa?... Prezesowa lubi pannę Izabelę, sama 
mi o tym mówiła, wreszcie kazała mi tu przyjechać... Mam czas. Poznam się z 
nią bliżej, a jeżeli mnie pokocha, będę szczęśliwy i mogę być spokojny. Jeżeli 
nie — wrócę do Geista. Na wszelki wypadek sprzedam kamienicę i sklep, a 
zostanę przy spółce do handlu z Rosją. To mi da za parę lat ze sto tysięcy rubli 
rocznie, a jej nie narazi na tytuł kupcowej galanterii.” 
Nazajutrz po pierwszym śniadaniu kazał osiodłać konia i wyjechał pod pozorem 
obejrzenia okolicy. Nie myśląc skręcił na drogę, gdzie wczoraj toczył się powóz 
panny Izabeli i gdzie zdawało mu się, że jeszcze widać ślady kół... Potem, 
również machinalnie, zawrócił w stronę lasu, dokąd tak niedawno jeździli na 
rydze. W tym miejscu śmiała się, tu rozmawiała z nim, tu spoglądała na 
okolicę... 
Podejrzenia, gniewy, wszystko w nim wygasło. 
Zamiast nich począł wpływać mu do serca żal strugą tak cienką jak łzy, a palącą 
jak ogień wieczny... 
Wjechawszy do lasu zsiadł z konia i prowadził go za cugle. 
Oto ścieżka, którą wówczas szli oboje, ale wydaje się jakaś inna. Ta część lasu 
miała być podobna do kościoła -dziś ani śladu podobieństwa. Dokoła szaro i 
cicho. Słychać tylko krakanie wron, które w tej chwili przelatują nad lasem, i 
krzyk spłoszonej wiewiórki, co wdrapując się na drzewo szczeka jak mały 
piesek. 
Wokulski doszedł do polanki, gdzie wówczas rozmawiali z panną Izabelą; 
znalazł nawet pień, na którym siedziała. Wszystko jest, jak było; tylko jej nie 
ma... Na krzakach leszczyny już żółkną liście, z sosen zwiesza się smutek, jak 
sieci pajęcze. Taki nieujęty, a tak go omotał! 
„Co za głupstwo — myślał — robić się zależnym od jednej ludzkiej istoty! 
Wszakże ja dla niej tylko pracowałem, o niej myślę, nią żyję. Co gorsze — dla 
niej porzuciłem Geista... No, ale cóż lepszego miałbym u Geista? Byłbym tak 
samo zależny jak dziś, tylko zamiast pięknej kobiety panem moim byłby stary 
Niemiec. I tak samo pracowałbym, nawet ciężej; z tą różnicą, że dziś pracuję dla 
mego szczęścia, a wówczas dla szczęścia innych, którzy tymczasem bawiliby się 
i kochaliby się na mój rachunek. 
Zresztą, czy ja mam prawo narzekać? Rok temu ledwie śmiałem marzyć o 
pannie Izabeli, a dziś już ją znam, staram się nawet o jej wzajemność... Czy ja ją 
aby znam?... Jest zakamieniałą arystokratką, no ale nie rozejrzała się jeszcze w 
świecie... Ma duszę poetyczną czy może tak się tylko przedstawia... Kokietka 
ona jest, ale i to się zmieni, jeżeli mnie pokocha... Słowem — nie jest źle, a za 
rok...” 
W tej chwili koń jego wyrzucił głową i zarżał; odpowiedziało mu w głębi lasu 
inne rżenie i tętent. Niebawem na końcu ścieżki pokazała się amazonka, w 
której Wokulski poznał panią Wąsowską. 
— Hop! hop!... — zawołała śmiejąc się. Zeskoczyła z konia i oddała cugle 
Wokulskiemu. 
— Przywiąż go pan — rzekła. — Ach, jak ja pana już znam!... Pytam się przed 
godziną prezesowej: gdzie Wokulski? 
„Pojechał w pole oglądać miejsce na cukrownię.” 
„Akurat! — myślę. — On pojechał do lasu marzyć.' 
Kazałam sobie podać konia, i otóż znajduję pana siedzącego na pniu, 
rozgorączkowanego... Cha!... cha!... cha!... 
— Czy tak śmiesznie wyglądam? — Nie! dla mnie nie wygląda pan śmiesznie, ale 
jak by tu powiedzieć?... niespodziewanie. Wyobrażałam sobie pana całkiem 
inaczej. Kiedy mi powiedziano, że pan jest kupcem, który w dodatku szybko 
zrobił majątek, pomyślałam: 
„Kupiec?... Zatem przyjechał na wieś albo starać się o posażną pannę, albo 
wydobyć od prezesowej pieniądze na jakieś przedsiębierstwa.” 
W każdym razie sądziłam, że pan jest człowiek zimny, rachunkowy, który 
chodząc po lesie taksuje drzewo, a na niebo nie patrzy, bo to nie daje procentu. 
Tymczasem cóż widzę?... Marzyciela, średniowiecznego trubadura, który 
wymyka się do lasu, ażeby wzdychać i wypatrywać zeszłotygodniowe śladye
stóp! Wiernego rycerza, który kocha na życie i śmierć jedną kobietę, a innym 
robi impertynencje. Ach, panie Wokulski, jakie to zabawne... jakie to 
niedzisiejsze!... 
— Już pani skończyła? — spytał zimno Wokulski. 
— Już... Teraz pan zabierze głos?... 
— Nie, pani. Zaproponuję, ażebyśmy wracali do domu. Panią Wąsowską oblał 
mocny rumieniec. 
— Za pozwoleniem — rzekła biorąc konia za uzdę. — Czy nie myślisz pan, że 
mówię w ten sposób o pańskiej miłości, ażeby sama wydać się za pana?... 
Milczysz pan... Otóż mówmy serio. Była chwila, żeś mi się pan podobał; była i już 
przeszła. Ale choćby nie przeszła, choćbym miała umrzeć z miłości dla 
pana, co zapewne nie nastąpi, bo nie straciłam jeszcze ani snu, ani apetytu, nie 
oddałabym się panu, słyszysz pan... choćbyś mi się u nóg włóczył. Nie 
mogłabym żyć z człowiekiem, który tak kochał inną kobietę, jak pan to robisz. 
Jestem za dumna. Wierzy mi pan? 
— Tak! 
— Przypuszczam. Jeżeli więc dziś drasnęłam pana moimi żartami, to tylko przez 
życzliwość dla pana. Imponuje mi pańskie szaleństwo, chciałabym, ażebyś był 
szczęśliwy, i dlatego mówię: wyrzuć pan z siebie średniowiecznego trubadura, 
bo już mamy wiek dziewiętnasty, w którym kobiety są inne, niż pan je sobie 
wyobraża, o czym wiedzą nawet dwudziestoletni chłopcy. 
— Jakież są? 
— Ładne, miłe, lubią was wszystkich prowadzić za nos, a kochają się tylko o tyle, 
o ile robi im to przyjemność. Na miłość dramatyczną nie zgodzi się żadna, a 
przynajmniej nie każda... Musiałaby pierwej znudzić się miłostkami, a następnie 
znaleźć dramatycznego kochanka. 
— Krótko mówiąc, insynuuje pani, że panna Izabela... 
— O, ja nic nie insynuuję pannie Izabeli — żywo zaprotestowała pani Wąsowska. Jest 
w niej materiał na dzielną kobietę i ten, kogo ona pokocha, będzie 
szczęśliwy. Zanim jednak pokocha!... Pomóż mi pan wsiąść... 
Wokulski podsadził ją i sam wsiadł na swego konia. Pani Wąsowska była 
rozdrażniona. Jakiś czas jechała naprzód, milcząc; nagle odwróciła się i rzekła: 
— Ostatnie słowo. Znam ludzi lepiej, niż pan sądzisz, i... lękam się pańskiego 
rozczarowania. Otóż gdyby ono kiedy nadeszło, przypomnij sobie moją radę: 
nie działaj pod wpływem uniesienia, tylko czekaj. Wiele rzeczy na pozór 
wygląda gorzej aniżeli w rzeczywistości. 
„Szatan!” — mruknął Wokulski. Cały świat zaczął przed nim krążyć i nabiegać 
krwią. 
Jechali, nic już nie mówiąc do siebie. Wróciwszy do Zasławka Wokulski 
poszedł do prezesowej. 
— Jutro jadę — rzekł. — A cukrowni niech pani nie stawia. 
— Jutro?.. — powtórzyła staruszka. — A cóż będzie z kamieniem? 
— Właśnie, jeżeli pani pozwoli, pojadę na Zasław. Obejrzę kamień, zresztą mam 
tam jeszcze interes. 
— Ha! jedź z Bogiem... nie masz tu co robić. A w Warszawie zachodźże do mnie. 
Wrócę jednocześnie z hrabiną i z Łęckimi... Wieczorem wpadł do niego 
Ochocki. 
— Do licha! — krzyknął — tyle miałem z panem do pogadania...Ale cóż, pan ciągle 
okładałeś się babami, a teraz wyjeżdżasz... 
— Nie lubisz pan kobiet? — rzekł z uśmiechem Wokulski. — Może masz rację ... 
— Nie to, żebym nie lubił. Ale od czasu, jak przekonałem się, że wielkie damy 
nie różnią się od pokojówek, wolę pokojówki. 
Te baby — prawił — to wszystko gęsi nie wyłączając najmądrzejszych. Wczoraj na 
przykład pół godziny tłomaczyłem Wąsowskiej, na co przyda się kierowanie 
balonami. Mówiłem o zniknięciu granic, o braterstwie ludów, o olbrzymich 
postępach cywilizacji... Ona patrzyła mi w oczy tak, iż głowę oddałbym, że 
mnie rozumie. A kiedy skończyłem, zapytała: 
— Panie Ochocki, czemu się pan nie żeni?... — Słyszałeś pan!... Naturalnie, przez 
drugie pół godziny wykładałem jej, że ani myślę się żenić, że nie ożeniłbym się 
ani z panną Felicją, ani z panną Izabelą, ani nawet z nią. Diabli mi po żonie, 
która by się szastała po moich laboratoriach w sukni z długim ogonem, 
wyciągałaby mnie na spacery, wizyty, teatry... Dalibóg, nie znam ani jednej 
kobiety, w której ciągłym towarzystwie nie zgłupiałbym w pół roku. 
Umilkł i chciał odchodzić. 
— Słówko — rzekł Wokulski. -Kiedy pan wróci do Warszawy, niech pan do mnie 
wstąpi. Może zakomunikuję panu wiadomość o wynalazku, który wprawdzie 
zabierze połowę życia, ale... przypadnie panu do gustu. 
— Balony?... — spytał Ochocki z pałającym wzrokiem. 
Coś lepszego. Dobranoc. Na drugi dzień około południa Wokulski pożegnał 
dom prezesowej. W parę godzin później był w Zasławiu. Odwiedził proboszcza 
i kazał Węgiełkowi zabierać się w drogę do Warszawy. Załatwiwszy to poszedł 
do ruin zamkowych. Na kamieniu już był wyryty czterowiersz. Wokulski 
przeczytał go kilka razy i zatrzymał wzrok na słowach: 
„ Zawsze i wszędzie będę ja przy tobie...” 
„A jeżeli nie?...” — szepnął. 
Na myśl o tym opanowała go rozpacz. W tej chwili miał jedno tylko pragnienie: 
ażeby ziemia rozstąpiła się pod nim i pochłonęła go razem z tymi ruinami, z tym 
kamieniem i z tym napisem... 
Gdy wrócił do miasteczka, konie już były nakarmione; przy powozie stał 
Węgiełek z zieloną skrzynką. 
— A czy wiesz, kiedy tu wrócisz? -zapytał go Wokulski. 
— Kiedy Bóg da, panie -odparł Węgiełek. 
— Siadaj. 
Sam rzucił się na poduszki powozu i ruszyli. Z daleka stara kobieta przeżegnała 
ich na drogę. Węgiełek spostrzegł ją i zdjął czapkę. 
— Niech mama będzie zdrowa!... — zawołał z kozła. 
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY: 
PAMIĘTNIK STAREGO SUBIEKTA 
„Mamy tedy rok 1879. 
Gdybym był przesądny, a nade wszystko gdybym nie rozumiał, że po 
najgorszych czasach nadchodzą dobre, lękałbym się tego roku 1879. Bo jeżeli 
jego poprzednik zakończył się źle, to już on zaczął się jeszcze gorzej. 
Anglia, na przykład, w końcu roku zeszłego wdeptała w wojnę z Afganistanem i 
w grudniu było nawet z nimi źle. Austria miała dużo kłopotów w Bośni, a w 
Macedonii wybuchło powstanie. W październiku i listopadzie były zamachy na 
króla Alfonsa hiszpańskiego i króla Humberta włoskiego. Obaj wyszli cało. 
Również w październiku umarł hr. Józef Zamoyski, wielki przyjaciel 
Wokulskiego. Myślę nawet, że jego śmierć w niejednej sprawie pokrzyżowała 
plany Stachowi. 
Rok 1879 dopiero się zaczął, ale niechaj go kaczki zdepczą !... Anglicy, jeszcze 
nie wygrzebawszy się z Afganistanu, już mają wojnę w Afryce, gdzieś na 
Przylądku Dobrej Nadziei, z jakimiś Zulusami. Tu zaś, w Europie, ani mniej ani 
więcej, tylko — wybuchła dżuma w okolicach Astrachania i lada dzień może do 
nas zajrzeć. 
Co my mamy przez tę dżumę !... Kogo spotkam, mówi: „Co, dobrze wam 
sprowadzać perkaliki z Moskwy? Zobaczysz pan, że razem z nimi sprowadzicie 
morową zarazę.” A ile się to odbiera anonimów wymyślających na czym świat 
stoi ! Zdaje mi się jednak, że autorami ich są przede wszystkim kupcy, nasi 
współzawodnicy, albo też fabrykanci perkalików łódzkich. Ci utopiliby nas w 
łyżce wody, choćby żadnej dżumy nie było. Naturalnie, że nawet setnej części 
tych wymysłów nie powtarzam Wokulskiemu; myślę jednak, że on sam słyszy 
ich i czyta więcej aniżeli ja. 
Właściwie mówiąc, chciałem na tym oto miejscu napisać historię niesłychanej 
sprawy, sprawy kryminalnej, którą pani baronowa Krzeszowska wytoczyła 
komu?... Nikt by nie zgadł!... Oto tej pięknej, tej poczciwej, tej kochanej pani 
Helenie Stawskiej. Ale taka mnie pasja ogarnia, że nie mogę myśli zebrać. Więc 
dla rozerwania uwagi napiszę sobie o czym innym. 
Wytoczyła pani Stawskiej proces kryminalny o kradzież!... Jej, o kradzież... 
Naturalnie, że wyszliśmy z tego błota jak triumfatorowie. Ale co nas to 
kosztowało... Ja na przykład, dalibóg, nie mogłem sypiać po nocach blisko przez 
dwa miesiące. A jeżeli dzisiaj lubię wieczorem wstąpić na piwo, czego nigdy nie 
robiłem, i nawet siedzę w knajpie do pół nocy, to po prostu robię to ze 
zmartwienia. Jej, tej świętej kobiecie, wytoczyć proces o kradzież!... Na to, Bóg 
mi świadkiem, trzeba być taką półwariatką jak pani baronowa. 
Za to też nam zapłaciła dzika baba dziesięć tysięcy rubli... Ach, gdyby to ode 
mnie zależało, wydusiłbym ze sto tysięcy. Niechby płakała, niechby 
spazmowała, niechby nawet umarła... Niegodziwa kobieta! 
Ale myślmy o czym innym, nie o ludzkich niegodziwościach. 
Właściwie mówiąc, kto wie, czy poczciwy Stach nie był mimowolną przyczyną 
nieszczęścia pani Stawskiej; a nawet może nie tyle on, ile ja... Ja go do niej 
gwałtem prowadziłem, ja radziłem Stachowi, ażeby nie odwiedzał tej poczwary, 
pani baronowej, ja wreszcie pisałem do Wokulskiego, kiedy był w Paryżu, 
ażeby zasięgnął tam wiadomości o Ludwiku Stawskim. Krótko mówiąc: ja, nikt 
inny, tylko ja rozdrażniłem tę jędzę Krzeszowską. Odpokutowałem też przez 
dwa miesiące!... 
Ha, trudno. Panie Boże, jeżeli jesteś, zbaw pomimo to duszę moją, jeżeli ją mam 
— jak mówił pewien żołnierz z czasów rewolucji francuskiej. 
(Ach, jak ja się starzeję, jak ja się starzeję!... zamiast od razu przystąpić do 
rzeczy, baję, kręcę, nudzę... Choć, dalibóg, krew by mnie chyba zalała, gdybym 
miał od razu napisać o tym potwornym, o tym haniebnym procesie...) 
Zaraz, niech zbiorę myśli. 
Stach przez wrzesień był na wsi u prezesowej Zaslawskiej. Po co on tam jeździł, 
co robil?... domyśleć się nie mogę. Ale z paru listów, które do mnie napisał, 
widzę, że musiało mu się dziać nieosobliwie. Jaki diabeł sprowadził tam pannę 
Izabelę Łęcką?... Eh! przecież nią się już chyba nie zajmuje. I będę chłystkiem, 
jeżeli go nie wyswatam z panią Stawską. Wyswatam, odprowadzę ich do 
ołtarza, dopilnuję, ażeby przysiągł jak się należy, a potem... Może sobie w łeb 
palnę, czy ja wiem?... 
(Stary głupcze!... i tobież to myśleć o takim aniele?... Zresztą ja o niej wcale nie 
myślę; osobliwie od czasu, kiedy przekonałem się, że ona kocha Wokulskiego. 
Niechże go sobie kocha, byle oboje byli szczęśliwi. A ja?... Ej, Katz, mój stary 
przyjacielu, miałżebyś być odważniejszy ode mnie?...) 
W listopadzie, właśnie w tym samym dniu, kiedy zawalił się dom na ulicy 
Wspólnej, Wokulski wrócił z Moskwy. I znowu nie wiem, co tam robił, dość, że 
zarobił około siedemdziesięciu tysięcy rubli... Takie zyski przechodzą moje 
pojęcie, ale przysięgnę, że interes, do którego Stach należał, musiał być 
uczciwy. 
W parę dni po jego powrocie przychodzi do mnie jeden solidny kupiec i mówi: 
— Kochany panie Rzecki, nie mam zwyczaju mieszać się do cudzych spraw, ale ostrzeż 
pan Wokulskiego (nie ode mnie, tylko od siebie), że ten jego wspólnik 
Suzin to wielki hultaj i zapewne niedługo zbankrutuje..: Ostrzeż go pan, bo 
szkoda człowieka... Zawsze Wokulski, jakkolwiek wszedł na fałszywą drogę, 
zasługuje na wśpółczucie... 
— Co pan nazywasz fałszywą drogą? — pytam. 
— No jużci, panie Rzecki — mówi on — kto jeździ do Paryża, kupuje okręty w 
czasie nieporozumień z Anglią i tak dalej, ten, panie Rzecki, nie odznacza się 
obywatelskimi cnotami. 
— Panie drogi — ja mówię -a czymże kupno okrętów różni się od kupna chmielu? 
Chyba większym zarobkiem... 
— No — mówi znowu on — panie Rzecki, nie będziemy rozprawiali o tej materii. 
Gdyby to zrobił kto inny, nie miałbym nic przeciw temu, ale Wokulski!... Obaj 
przecie znamy jego przeszłość, a ja może lepiej niż pan, bo nieraz świętej 
pamięci Hopfer robił u mnie przez niego obstalunki. 
— Pan — mówię do owego kupca — rzucasz podejrzenia na Wokulskiego? 
— Nie, panie -mówi znowu on — ja tylko powtarzam, co gada całe miasto. Nie 
myślę bynajmniej szkodzić Wolkulskiemu, osobliwie w opinii pana, który jesteś 
jego przyjacielem (i słusznie, boś patrzył na tego człowieka, kiedy był inny niż 
dziś), ale... Przyznaj pan, że ten człowiek szkodzi naszemu przemysłowi... Nie 
sądzę również jego patriotyzmu, panie Rzecki, ale... szczerze panu powiem (bo 
przecie wobec pana muszę być szczery), że te perkaliki moskiewskie... Rozumie 
pan?.. 
Byłem wściekły. Gdyż jakkolwiek jestem eks-porucznikiem węgierskiej 
piechoty, nie mogę jednak pojąć: czym perkaliki niemieckie są lepsze od 
moskiewskich? Ale z moim kupcem nie było gawędy. W taki sposób bestia 
podnosił brwi, tak ruszał ramionami, a tak rozkładał ręce, iż w końcu 
pomyślałem, że on jest wielki patriota, a ja gałgan, choć w tym czasie, kiedy on 
nabijał kieszenie rublami i imperiałami, mnie paręset kul przeleciało nade 
łbem... 
Naturalnie, że opowiedziałem o tym Stachowi, który wysłuchawszy odparł: 
— Uspokój się, mój kochany. Ci sami ludzie, którzy mnie ostrzegają, że Suzin 
jest hultaj, przed miesiącem pisali do Suzina, że ja jestem bankrut, szachraj, ekspowstaniec. 
Po rozmowie z tym poczciwym kupcem, którego nawet nazwiska nie wymienię, 
i po wszystkich anonimach, jakie odebrałem, postanowiłem sobie zapisywać 
rozmaite opinie wypowiadane przez dobrych ludzi o Wokulskim. 
A więc tedy na pierwszą porcję: Stach jest złym patriotą, ponieważ tanimi 
perkalikami zepsuł trochę interesa łódzkim fabrykantom..Bene!... Zobaczymy, 
co będzie dalej. 
W październiku, jakoś w tym czasie, kiedy Matejko skończył malować bitwę 
grunwaldzką (duży to obraz i okazały, tylko nie trzeba go pokazywać 
żołnierzom, którzy przyjmowali udział w bitwach), wpada do sklepu 
Maruszewicz, ten przyjaciel pani baronowej Krzeszowskiej. Widzę — magnat 
całą gębą! Na brzuchu, a raczej w tym miejscu, gdzie ludzie mają brzuch, złota 
dewizka gruba na pół palca, a długa -że choć psy na niej ciągnij. W krawacie 
brylantowa spinka, na rękach nowe rękawiczki, na nogach nowe buty, na całym 
ciele (mizerne to ciało, pożal się Boże!) nowy garnitur. Przy tym mina, jakby 
jednej nitki nie miał na kredyt, tylko wszystko za gotówkę. (Później Klejn, który 
mieszka w tym samym domu, objaśnił mnie,. że Maruszewicz grywa w karty i 
że od pewnego czasu szczęście mu służy.) 
Wpada tedy mój elegant do sklepu w kapeluszu na głowie, z hebanową laseczką 
w ręku i rozejrzawszy się niespokojnie (on bo ma jakieś niepewne spojrzenie), 
pyta: 
— Pan Wokulski jest?... Ach, pan Rzecki!... Na słówko... 
Weszliśmy za szafy. 
— Z wyborną nowiną przychodzę — mówi, czule ściskając mnie za rękę. Możecie 
panowie sprzedać swoją kamienicę, tę po Łęckim... Baronowa 
Krzeszowska ją kupi. Już wyprocesowała od męża swoje kapitały i (jeżeli 
potraficie się targować) da, dziewięćdziesiąt tysięcy rubli, a nawet może coś 
odstępnego... 
Musiał spostrzec zadowolenie na mojej twarzy (mnie to kupno kamienicy nigdy 
nie przypadało do gustu), bo ścisnął mnie za rękę jeszcze mocniej, o ile taki 
zdechlak może coś mocno robić, i słodko uśmiechając się (mdło mi od tej 
słodyczy) zaczął szeptać: 
— Mogę panom oddać usługę... ważną usługę... Pani baronowa badzo polega na 
moim zdaniu i... jeżeli ja... 
Tu dostał lekkiego kaszlu. 
— Rozumiem — odezwałem się zgadując, z kim mam do czynienia. — Pan 
Wokulski zapewne nie będzie robił trudności co do porękawicznego... 
— Ależ proszę pana — zawołał — cóż znowu!... Tym bardziej że ze stanowczą 
propozycją przyjdzie do panów adwokat baronowej. Zresztą nie o mnie chodzi... 
To, co mam, zupełnie mi wystarcza... Ale znam pewną ubogą rodzinę, której na 
moją rekomendację panowie zechcecie coś... 
— Proszę pana — przerwałem mu — wolimy złożyć jakąś sumę wprost na pańskie 
ręce, o ile naturalnie interes dojdzie do skutku. 
— O, że dojdzie, mogę ręczyć honorem! — zapewnił pan Maruszewicz. 
Ponieważ jednak ja wcale nie dałem mu słowa, że otrzyma porękawiczne, więc 
chwilę pokręcił się po sklepie i opuścił go gwiżdżąc. 
Nad wieczorem powiedziałem o tym Stachowi; ale on zbył mnie milczeniem, co 
mnie nawet zastanowiło. Więc na drugi dzień pobiegłem do naszego adwokata 
(który zarazem jest adwokatem księcia) i zakomunikowałem mu wiadomość 
Maruszewicza. 
— Daje dziewięćdziesiąt tysięcy rublil... — zdziwił się adwokat (jest to bardzo 
znakomity człowiek). — Ależ, drogi panie Rzecki, teraz kamienice idą w górę, a 
nawet na przyszły rok wybudują ze dwieście nowych domów... W tych 
warunkach, drogi panie Rzecki, jeżeli sprzedamy im nasz dom za sto tysięcy 
rubli, zrobimy im łaskę.:. Pani baronowa bardzo pali się do tej kamienicy (jeżeli 
podobnego wyrażenia wolno używać o damach tak dystyngowanych) i możemy 
wyciągnąć z niej nierównie większą sumę, drogi panie Rzecki. 
Pożegnałem znakomitego adwokata i wróciłem do sklepu mocno postanawiając 
nie mieszać się już do sprzedaży kamienicy. Teraz dopiero, zresztą nie po raz 
pierwszy, przyszło mi na myśl, że Maruszewicz jest to wielki frant. 
Obecnie uspokoiwszy się o tyle, że już mogę zebrać myśli, opiszę wstrętny 
proces pani baronowej z tym aniołem, z tą doskonałą kobietą, panią Stawską: 
Gdybym go nie napisał, za rok albo dwa nie wierzyłbym własnej pamięci, że 
mogło zdarzyć się ćoś równie potwornego. 
Zapamiętajże sobie tedy, kochany Ignacy, że pani baronowa Krzeszowska 
naprzód od dawna nie cierpiała pani Stawskiej myśląc, że wszyscy w niej się 
kochają, a po drugie, że taż pani baronowa chciała jak najtaniej kupić od 
Wokulskiego kamienicę. To są dwa ważne fakta, których doniosłość dziś 
dopiero rozumiem. (Jak ja się starzeję, Boże miłosierny, jak ja się starzeję!...) 
U pani Stawskiej, od czasu zaznajomienia się z nią, bywałem dosyć często. Nie 
powiem co dzień. Czasami raz na kilka dni, a czasem i dwa razy w ciągu dnia. 
Byłem przecie opiekunem tej kamienicy, to jedno. Dalej, musiałem donieść pani 
Stawskiej, żem pisał do Wokulskiego w sprawie odnalezienia jej męża. Dalej, 
wypadło mi być u niej z zawiadomieniem, że Wokulski nie dowiedział się nie 
stanowczego. Potem odwiedzałem ją, ażeby z okien jej mieszkania poznać 
obyczaje Maruszewicza, który lokował się w oficynie naprzeciw niej. Następnie 
chodziło mio zbadanie pani Krzeszowskiej i jej stosunku do mieszkających nad 
nią studentów, na których ciągle się skarżyła. 
Ktoś obcy mógłby myśleć, że bywam u pani Stawskiej za często. Ja jednak po 
dojrzałej rozwadze doszedłem do przekonania, żem bywał za rzadko. W jej 
mieszkaniu miałem przecie doskonały punkt obserwacyjny na całą kamienicę, 
no i przy tym byłem życzliwie przyjmowany. Pani Misiewiczowa (zacna matka 
pani Heleny), ile razy przyszedłem, witała mnie otwartymi rękoma, mała 
Helunia wskakiwała mi na kolana, a sama pani Stawska ożywiała się na mój 
widok i mówiła, że w tych godzinach, które u niej przepędzam, zapomina o 
swoich kłopotach !... 
Czy wobec podobnych przyjęć mogłem nie bywać często? Dalibóg, myślę, że 
bywałem za rzadko i że gdybym miał więcej rycerskich usposobień, 
powinienem był tam siedzieć od rana do wieczora. Niechby się nawet pani 
Stawska ubierała przy mnie. Cóż by mi to szkodziło? 
W czasie tych wizyt zrobiłem kilka ważnych spostrzeżeń. 
Naprzód ci studenci, z trzeciego piętra od frontu, byli to istotnie ludzie 
niespokojnego ducha. Do godziny drugiej po północy śpiewali i krzyczeli, 
czasami nawet ryczeli i w ogóle starali się wydawać jak najwięccj głosów 
nieludzkich. W ciągu dnia, gdy choćby jeden z nich był w domu, a zawsze był 
któryś, jeżeli tylko pani baronowa Krzeszowska wychyliła głowę przez lufcik 
(robiła to po kilkanaście razy na dzień), zawsze jej ktoś usiłował wylać z góry 
wodę na głowę. 
Powiem nawet, że między nią a mieszkającymi nad nią studentami wytworzył 
się pewien rodzaj sportu; polegający na tym, że ona wyjrzawszy przez lufcik 
starała się jak najprędzej cofnąć głowę, a oni usiłowali wylewać na nią wodę jak 
najczęściej i w jak największych ilościach. 
Wieczorami zaś ci młodzi ludzie, nad którymi już nikt nie mieszkał i nikt nie 
mógł ich oblewać wodą, wieczorami zwoływali do siebie praczki i służące z 
całej kamienicy. Wówczas w lokalu pani baronowej rozlegały się krzyki i płacze 
spazmatyczne. 
Drugie moje spostrzeżenie odnosiło się do Maruszewicza, który mieszkał prawie 
vis ú vis pani Stawskiej. Człowiek ten prowadzi bardzo osobliwy tryb życia 
cechujący się niezwykłą regularnośeią. Regularnie nie płaci komornego. 
Regularnie co parę tygodni wynoszą mu mnóstwo gratów z mieszkania: jakieś 
posągi, lustra, dywany, zegary... Ale co ciekawsze — również regularnie do 
lokalu przynoszą mu nowe lustra, nowe dywany, nowe zegary i posągi... 
Po każdym fakcie wynoszenia rzeczy pan Maruszewicz przez kilka następnych 
dni ukazuje się w jednym ze swych okien. Goli się w nim, czesze, fiksatuaruje, 
nawet ubiera się, rzucając bardzo dwuznaczne spojrzenia w kierunku okien pani 
Stawskiej. Lecz gdy jego lokal napełni się nowymi artykułami wygody i zbytku, 
wówczas pan Maruszewicz zasłania swoje okna na kilka dni sztorami. 
Wtedy (rzecz nie do uwierzenia) palą się u niego dniem i nocą światła, a w 
mieszkaniu słychać głosy wielu mężczyzn, czasami nawet i kobiet... 
Alo co mi tam do cudzych interesów! 
Jednego dnia, w początkach listopada, rzekł do mnie Stach: 
— Podobno bywasz u tej pani Stawskiej? 
Gorąco mi się zrobiło. 
— Przepraszam cię — zawołałem — jak mam to rozumieć?... 
— W najzwyczajniejszy sposób — odparł. — Przecież chyba nie składasz jej wizyt 
oknem, tylko drzwiami. Zresztą składaj sobie, jak chcesz, a przy pierwszej 
sposobności oświadcz tym paniom, że miałem list z Paryża... 
— O Ludwiku Stawskim? — spytałem. 
— Tak. 
— Znaleźli go nareszcie? 
— Jeszcze nie, ale już są na tropie i spodziewają się niedługo rozstrzygnąć 
kwestię jego pobytu. 
— Może biedak umarł! — zawołałem ściskając Wokulskiego.- Proszę cię, Stachu dodałem 
nieco ochłonąwszy ze wzruszenia — zróbże mi łaskę, odwiedź te panie i 
sam zakomunikuj im wiadomość... 
— A cóż to ja jestem grabarz, żeby robić ludziom tego rodzaju przyjemności? oburzył 
się Wokulski. 
Gdy mu jednak zacząłem przedstawiać, jakie to zacne kobiety, jak wypytywały 
się: czy ich kiedy nie odwiedzi?... a gdy jeszcze napomknąłem, że warto by 
rzucić okiem na kamienicę, zaczął mięknąć. 
— Mało dbam o tę kamienicę — rzekł wzruszając ramionami — sprzedam ją lada 
dzień... 
Ale w końcu dał się namówić i pojechaliśmy tam około pierwszej w południe. 
Na podwórku spostrzegłem, że sztory w lokalu Maruszewicza są starannie 
zasłonięte. Widocznie miał już nowy garnitur mebli. 
Stach niedbale rozejrzał się po oknach domu i bez najmniejszej uwagi słuchał 
mego sprawozdania o melioracjach. Daliśmy nową podłogę w bramie, 
wyreperowaliśmy dachy, odmalowaliśmy ściany, myliśmy schody co tydzień. 
Słowem, z zaniedbanej zrobiliśmy wcale okazałą kamienicę. Wszystko było w 
porządku nie wyłączając dziedzińca i wodociągów; wszystko — oprócz 
komornego. 
— Zresztą — zakończyłem — bliższych informacji o komornym udzieli ci twój 
rządca, pan Wirski, po którego zaraz poszlę stróża... 
— A dajże mi spokój z komornem i rządcą — mruknął Stach.- Idźmy już do tej 
pani Stawskiej i wracajmy do sklepu. 
Weszliśmy na pierwsze piętro lewej oficyny, gdzie czuć było zapach 
gotowanych kalafiorów; Stach zmarszczył się, a ja zapukałem do kuchni. 
— Są panie? — zapytałem grubej kucharki. 
— Jeszcze by też nie były, jak pan przychodzi — odpowiedziała mrużąc oczy. . 
— Widzisz, jak nas przyjmują!... -szepnąłem po niemiecku do Stacha. 
W odpowiedzi kiwnął głową i wysunął wargę. 
W saloniku matka pani Stawskiej, jak zwykle, robiła pończochę; zobaczywszy 
nas uniosła się nieco z fotelu i zdziwiona przypatrywała się Wokulskiemu. 
Z drugiego pokoju wyjrzała Helcia. 
— Mamo — szepnęła tak głośno, że zapewne słychać ją było na dziedzińcu przyszedł 
pan Rzecki i jeszcze jakiś pan. 
W tej chwili wyszła do nas i pani Stawska. 
Widząc obie damy odezwałem się: 
— Nasz gospodarz, pan Wokulski, przychodzi złożyć paniom uszanowanie i 
zakomunikować wiadomości... 
— O Ludwiczku?.. — pochwyciła pani Misiewiczowa. — Czy żyje?.. 
Pani Stawska pobladła, a potem równie szybko zarumieniła się. Była w tej 
chwili tak piękna, że nawet Wokulski przypatrywał się jej, jeżeli nie z 
zachwytem, to przynajmniej z życzliwością. Jestem pewny, że z miejsca 
zakochałby się w niej, gdyby nie ten podły zapach kalafiorów zalatujący z 
kuchni. 
Siedliśmy. Wokulski zapytał panie, czy są zadowolone z lokalu, a następnie 
opowiedział im, że Ludwik Stawski był przed dwoma laty w New Yorku, a 
następnie przeniósł się do Londynu pod przybranym nazwiskiem. Napomknął z 
lekka, że Stawski był wówczas chory i że za parę tygodni spodziewa się o nim 
stanowczych wiadomości. 
Słuchając tego pani Misiewiczowa kilka razy odwołała się do pomocy chustki... 
Pani Stawska była spokojniejsza, tylko parę łez stoczyło się jej po twarzy. Aby 
ukryć wzruszenie, zwróciła się z uśmiechem do córeczki i rzekła półgłosem: 
— Podziękuj, Heluniu, panu, że nam przyniósł wiadomości o tatce. 
Znowu łzy jej błysnęły, ale opanowała się. Tymczasem Helunia zrobiła dyg 
przed Wokulskim, a następnie przypatrzywszy mu się wielkimi oczyma, nagle 
schwyciła go za szyję i ucałowała w same usta. 
Nieprędko zapomnę zmian, jakim uległa fizjognomia Stacha wobec tak 
niespodzianych pieszczot. Ponieważ, o ile wiem, jeszcze nigdy nie pocałowało 
go żadne dziecko, więc w pierwszej chwili cofnął się zdziwiony; potem objął 
Helunię za ramiona, wpatrywał się w nią ze wzruszeniem i pocałował w głowę. 
Byłbym przysiągł, że wstanie z krzesła i powie pani Stawskiej: 
Pozwól pani, ażebym zastąpił ojca tej kochanej dziecinie...” 
Ale... nie powiedział tego; spuścił głowę i wpadł w zwykłą sobie zadumę. 
Dałbym połowę mojej rocznej pensji, ażeby dowiedzieć się: o czym on wtedy 
inyślał? Może o pannie Łęckiej?... Eh, znowu starość wyłazi... Cóż panna 
Łęcka? ani umywała się do Stawskiej! 
Po paruminutowym milczeniu Wokulski spytał: 
— Zadowolone panie z sąsiadów?... 
— Jak z których — odezwała się pani Misiewiczowa. 
— Owszem, bardzo -wtrąciła pani Stawska. Przy tym spojrzała na WokuIskiego i 
zarumieniła się. 
— Czy i pani Krzeszowska jest równie miłą sąsiadką? -spytał Wokulski. 
— O panie!... — zawołała pani Misiewiczowa podnosząc palec w górę. 
— To nieszczęśliwa kobieta — przerwała pani Stawska. — Straciła córkę. 
Mówiąc to obracała w palcach rąbek chusteczki i spod swoich cudownych rzęs 
usiłowała patrzeć... jużci nie na mnie. Ale powieki musiały jej ciężyć jak ołów, 
więc tylko rumieniła się coraz mocniej i stawała się coraz poważniejszą, jak 
gdyby ją który z nas obraził. 
— A któż to jest ten pan Maruszewicz? — mówił dalej Wokulski, jakby nie myśląc 
nawet o obecnych damach. 
— Letkiewicz, , urwis... — prędko odpowiedziała pani Misiewiczowa. 
— Ależ mateczko, to tylko oryginał!... — poprawiła ją córka. W tej chwili miała 
oczy tak wielkie i źrenice tak rozszerzone jak chyba jeszcze nigdy. 
— Bo ci.studenci to podobno bardzo niesforni — rzekł Wokulski patrząc na 
fortepian. 
— Zwyczajnie młodzi — odparła pani Misiewiczowa i głośno utarła nos 
— Widzisz, Heluniu, znowu odpina ci się kokardka — rzekła pani Stawska 
nachylając się do córeczki, może aby ukryć zakłopotanie na samą wzmiankę o 
niesfornościach studenckich. 
Znudził mnie już Wokulski swoją rozmową. Istotnie, trzeba być albo 
półgłówkiem, albo źle wychowanym człowiekiem, ażeby tak piękną kobietę 
wypytywać o współlokatorów! Przestałem go też słuchać i machinalnie 
począłem wyglądać na podwórze. 
I oto, com zobaczył... W jednym z okien Maruszewicza uchyliła się roleta i 
przez szparę z boku można było dojrzeć, że ktoś patrzy w naszą stronę. 
„Szpieguje nas ten poczciwiec!” — pomyślałem. Zwróciłem oczy ku drugiemu 
piętru od frontu. Masz pociechę!... W najdalszym pokoju pani baronowej 
Krzeszowskiej oba lufciki otwarte, a w głębi widać... ją samą, jak przypatruje 
się lokalowi pani Stawskiej przez teatralną lornetkę. 
„Że też Pan Bóg nie ukarze tej jędzy...” — rzekłem do siebie, pewny, że z tego 
lornetowania wyniknie kiedy skandal. 
Modliłem się nie na próżno. Kara boska już wisiała nad głową intrygantki, w 
postaci śledzia, który wysuwał się z lufcika na trzecim piętrze. Śledzia owego 
trzymała jakaś tajemnicza ręka, odziana w granatowy rękaw ze srebrnym 
galonem, spoza ręki zaś co kilka sekund wychylała się mizerna twarz ze 
złośliwym uśmiechem. 
Nie trzeba było mojej przenikliwości, ażeby zgadnąć, że był to jeden z nie 
płacących komornego studentów, który tylko czekał na ukazanie się baronowej 
w lufciku, ażeby na nią puścić śledzia. 
Ale baronowa była ostrożna, więc mizerny studencina nudził się. Przekładał 
opatrznościowego śledzia z jednej ręki do drugiej i zapewne dla zabicia czasu 
robił bardzo nieprzystojne miny do dziewcząt z paryskiej pralni. 
Właśnie kiedy zastanawiałem się, że zamach, przygotowywany na baronowę 
przez studenta ze śledziem, spełznie na niczym, Wokulski wstał z krzesła i 
zaczął żegnać damy. 
— Tak prędko panowie odchodzą! -szepnęła pani Stawska i w tej chwili 
ogromnie zmieszała się. 
— Może panowie będą łaskawi częściej... — dodała pani Misiewiczowa. 
Ale safanduła Stach, zamiast poprosić panie, ażeby pozwoliły mu bywać co 
dzień albo nawet ażeby go stołowały (co ja niezawodnie powiedziałbym będąc 
na jego miejscu), ten... ten dziwak, zapytał się: czy nie potrzebują jakich 
reperacyj w mieszkaniu... 
— O, już wszystko, co było potrzebne, zrobił poczciwy pan Rzecki — odparła pani 
Misiewiczowa zwracając się do mnie z sympatycznym uśmiechem. (Szczerze 
mówiąc, nawet nie lubię takich uśmiechów u osób w pewnym wieku.) 
W kuchni Stach zatrzymał się na sekundę, widać drażnił go zapach kalafiorów, 
więc rzekł do mnie: 
— Trzeba by tu urządzić jaki wentylator albo co... 
Na schodach nie mogłem już wytrzymać i zawołałem: 
— Gdybyś tu bywał częściej, sam byś poznał, jakie melioracje należałoby 
zaprowadzić w tym domu. Ale co ciebie obchodzi dom albo nawet taka piękna 
kobieta! 
Wokulski stanął w sieni i patrząc na rynnę mruknął: 
— Phy!... gdybym ją poznał wcześniej, może bym się z nią ożenił: 
Usłyszawszy to doznałem dziwnego uczucia: byłem kontent, a jednocześnie 
jakby mnie kto w serce kolnął. 
— A tak, to już się nawet nie ożenisz? — spytałem. 
— Kto wie?... — odparł. — Może się i ożenię... Ale nie z nią. 
Usłyszawszy zaś to, doznałem jeszcze dziwniejszego uczucia; było mi żal, że 
pani Stawska nie dostanie Stacha za męża, a jednocześnie jakby mi kto zdjął 
ciężar z piersi. 
Ledwie wyszliśmy na dziedziniec, patrzę, a pani baronowa wychyla się ze 
swego lufcika i woła, oczywiście do nas: 
— Panie !... Proszę !... 
Nagle — rozdzierającym głosem krzyknęła: „Ach nihiliści...”, i cofnęła się w głąb 
pokoju. 
Jednocześnie o kilka kroków od nas spadł na podwórze śledź, na którego stróż 
rzucił się z taką drapieżnością, że nawet mnie nie spostrzegł. 
— Nie zajdziesz do pani baronowej? — zapytałem Stacha. — Ona, zdaje się, ma do 
ciebie interes. 
— Niech mi da święty spokój!- odparł machnąwszy ręką. 
Na ulicy zawołał dorożkę i wróciliśmy do sklepu nie rozmawiając ze sobą. 
Jestem jednak pewny, że myślał o pani Stawskiej i że gdyby nie te podłe 
kalafiory... 
Taki byłem nieswój, taki zmartwiony, że zamknąwszy sklep poszedłem na piwo. 
Spotkałem tam radcę Węgrowicza, który wciąż psy wiesza na Wokulskim, ale 
miewa bardzo szczęśliwe pomysły polityczne... i kłóciliśmy się z nim do 
północy. Węgrowicz ma rację: istotnie widać z gazet, że w Europie na coś się 
zanosi. Kto wie, czy po Nowym Roku mały Napoleonek (nazywają go Lulu, 
zrobi on wam lulu!) nie przeniesie się z Anglii do Francji... Prezydent 
MacMahon za nim, ks. Broglie za nim, w narodzie większość za nim.:. Można 
by się założyć, że zostanie cesarzem jako Napoleon IV, a na wiosnę zacznie 
taniec z Niemcami. Teraz przecie Niemcy nie pójdą do Paryża; nie udaje się 
dwa razy ta sama sztuka. 
Otóż tedy... Co ja chciałem powiedzieć?... Aha! We trzy, może we cztery dni po 
naszej wizycie u pani Stawskiej przychodzi Stach do sklepu i podaje mi list, ale 
adresowany do niego. 
— Przeczytaj no — rzekł ze śmiechem. 
Otworzyłem — czytam: 
„Panie Wokulski! Wybacz, że nie nazywam cię szanownym, ale trudno dawać 
taki tytuł człowiekowi, od którego już wszyscy odwracają się ze wstrętem. 
Nieszczęsny człowieku! Jeszcze nie zrehabilitowałeś się ze swych dawniejszych 
występków, a już hańbisz się nowymi. Dziś o niczym więcej nie mówi całe 
miasto, tylko o twoich odwiedzinach u kobiety tak źle prowadzącej się jak 
Stawska. Już nie tylko miewasz z nią schadzki na mieście, nie tylko zakradasz 
się do niej po nocach, co by jeszcze dowodziło, żeś niezupełnie wstyd zatracił, 
ale nawet odwiedzasz ją w biały dzień, wobec służby, młodzieży i uczciwych 
mieszkańców tej skompromitowanej kamienicy. 
Nie łudź się jednak, nieszczęsny, że sam tylko romans z nią prowadzisz. 
Pomaga ci jeszcze twój rządca, ten nędznik Wirski, i ten osiwiały w rozpuście 
twój plenipotent Rzecki. 
Muszę dodać, że Rzecki nie tylko uwodzi ci twoją kochanicę, ale jeszcze okrada 
cię w dochodach z domu: pozniżał bowiem komorne niektórym lokatorom, a 
przede wszystkim tej Stawskiej. Skutkiem tego dom twój już nic niewart, ty sam 
stoisz nad brzegiem przepaści i zaprawdę! wielką wyrządziłby ci łaskę 
szlachetny dobroczyńca, który by zechciał kupić tę ruderę po Łęckich z małą dla 
ciebie stratą. 
Gdyby więc znalazł się taki dobrodziej, pozbądź się ciężaru, weź z 
wdzięcznością, co się da, i uciekaj za granicę, pierwej, nim sprawiedliwość 
ludzka okuje cię w kajdany i wtrąci do lochów: Czuwaj nad sobą!... strzeż się!... 
i posłuchaj rady życzliwego przyjaciela” 
— Zuch baba, co? — zapytał Wokulski spostrzegłszy, żem już skończył czytanie. 
— Niech ją diabli porwą!- zawołałem domyślając się, że mówi o autorce listu. — Ja, według niej, osiwiałem w rozpuście!... Ja kradnę!... Ja romansuję!... 
Przeklęta jędza. 
— No, no, uspokój się, bo już widzę jej adwokata — rzekł Stach. 
Istotnie, w tej chwili wszedł do sklepu człeczyna w starym futrze, wypłowiałym 
cylindrze i ogromnych kaloszach. Wszedł, rozejrzał się jak ajent śledczy, 
zapytał Klejna, kiedy będzie pan Wokulski, potem nagle udał, że dopiero nas 
spostrzega, i przybliżywszy się do Stacha szepnął : 
— Wszak pan Wokulski?... Czy mogę mieć z panem króciutką konferencję na 
osobności? 
Stach mrugnął na mnie i poszliśmy we trzech do mego mieszkania. Gość 
rozebrał się, przy czym zauważyłem, że jego spodnie są jeszcze bardziej 
wytarte, a zarost mocniej zjedzony przez mole niż futro. 
— Prezentuję się panom — rzekł wyciągając do Wokulskiego prawą, a do mnie 
lewą rękę. — Jestem adwokat... 
Tu wymienił nazwisko i — tak został z rękoma w powietrzu. Dziwnym bowiem 
trafem ani Stach, ani ja nie czuliśmy ochoty do uściskania go. 
Poznał to, ale nie zmieszał się. Owszem, z najlepszą miną zatarł ręce i rzekł 
śmiejąc się: 
— Panowie nawet nie pytają: jaki mnie tu interes sprowadza 
— Domyślamy się, że pan sam powiesz -odparł Wokulski. 
— Racja! — zawołał gość. — Otóż mówię krótko. Jest tu jeden bogaty, ale bardzo 
skąpy Litwin (Litwini są bardzo skąpi!), który prosił mnie, ażebym mu 
nastręczył do nabycia jaką kamienicę. Mam ich z piętnaście, ale przez szacunek 
dla pana, panie Wokulski, bo wiem, co pan robisz dla kraju, nastręczyłem mu 
pańską, tę po Łęckim, i po dwutygodniowej pracy nad nim tylem zrobił, że 
gotów dać... Zgadnijcie panowie: ile?... Osiemdziesiąt tysięcy rublil... Co? 
Kokosowy interes. Nieprawdaż?... 
Wokulski zaczerwienił się z gniewu, a przez chwilę myślałem, że wyrzuci 
gościa za drzwi. Pohamował się jednak i odparł, ale już tym swoim tonem, tym 
ostrym i nieprzyjemnym: 
— Znam tego Litwina, nazywa się baronowa Krzeszowska 
— Co?... — zdziwił się adwokat. 
— Ten skąpy Litwin daje nie osiemdziesiąt, ale dziewięćdziesiąt tysięcy za mój 
dom, pan zaś proponujesz mi niższą cenę, ażeby więcej zarobić... 
— Hę! Hę! hę... — zaczął śmiać się adwokat. — Któż by inaczej robił, szanowny 
panie Wokulski? 
— Powiedz pan zatem swojemu Litwinowi — przerwał mu Stach że sprzedam 
kamienicę, ale za sto tysięcy rubli. I to do Nowego Roku. Po Nowym Roku cenę 
podniosę. 
— Ależ to jest nieludzkie, co pan mówi!... — wybuchnął gość. — Pan chce tej 
nieszczęśliwej kobiecie wydrzeć ostatni grosz... Co świat na to powie, zastanów 
się pan!... 
— Co powie świat, o to nie dbam — rzekł Wokulski. — A jeżeli zechce mnie 
moralizować, tak jak pan, pokażę mu drzwi. O, tam są drzwi, widzisz pan, panie 
adwokacie? 
— Daję panu dziewięćdziesiąt dwa tysiące rubli i ani grosza więcej — odparł 
adwokat. 
— Niech pan włoży futro, bo się pan zaziębi na dziedzińcu... 
— Dziewięćdziesiąt pięć... — wtrącił adwokat i szybko zaczął się ubierać. 
— No, żegnam pana... — rzekł Wokulski otwierając drzwi. Adwokat nisko ukłonił 
się i wyszedł, zza proga zaś dodał słodkim tonem : 
— To ja tu przyjdę za parę dni. Może szanowny pan będźie lepiej dysponowany... 
Stach zamknął mu drzwi przed nosem. 
Po wizycie obrzydliwego adwokata wiedziałem już, co myśleć. Pani baronowa z 
pewnością kupi kamienicę Stacha, ale pierwej użyje wszelkich środków, ażeby 
coś utargować. Znam te środki! Jednym z nich był ów list anonimowy, w 
którym szkaluje panią Stawską, a o mnie mówi, że osiwiałem w rozpuście. 
Skoro zaś kupi kamienicę, przede wszystkim wypędzi z niej studentów, a 
zapewne i biedną panią Helenę. Gdybyż choć na tym ograniczyła swoją 
nienawiść... 
Teraz już mogę opowiadać galopem wszystkie wypadki, które później nastąpiły. 
Otóż po wizycie tego adwokata tknęło mnie złe przeczucie. Postanowiłem dziś 
jeszcze odwiedzić panią Stawską i ostrzec ją, ażeby się miała na baczności przed 
baronową. Nade wszystko zaś, ażeby jak najrzadziej siadała w oknie. 
Te panie bowiem, obok zdobiących je cnót, mają fatalny zwyczaj, że ciągle 
siedzą w oknie. Pani Misiewiczowa sobie, pani Stawska sobie, Helunia sobie i 
nawet kucharka Marianna też sobie. I nie dość, że siedzą cały dzień, ale jeszcze 
siedzą wieczorami przy lampach i nawet nie zapuszczają rolet, chyba przed 
udaniem się na spoczynek. Toteż widać wszystko, co się dzieje w ich 
mieszkaniu, jak w latarni. 
Dla uczciwych sąsiadów taki sposób przepędzania czasu byłby najlepszym 
dowodem ich zacności: pokazują się wszystkim cały dzień, bo nie mają czego 
ukrywać. Gdym sobie jednak przypomniał, że te kobiety są ciągle szpiegowane 
przez Maruszewicza i przez panią baronowę, i gdy jeszcze pomyślałem, jak 
baronowa nienawidzi pani Stawskiej -ogarnęły mnie najgorsze przeczucia. 
Tego samego wieczora chciałem pobiec do moich szlachetnych przyjaciółek i 
zakląć na wszystkie świętości, ażeby tak ciągle nie przesiadywały w oknach i 
nie narażały się na śledztwo baronowej. Tymczasem akurat o wpół do dziewiątej 
zachciało mi się pić i — zamiast do pań, poszedłem na kufelek. 
Był już tam radca Węgrowicz i Szprot, ajent handlowy. Właśnie mówili coś o 
tym domu, co zawalił się przy ulicy Wspólnej, kiedy naraz Węgrowicz trąca 
swoim kuflem w mój kufel i mówi: 
— Niejeden się to jeszcze dom zawali przed Nowym Rokiem! 
A Szprot mrugnął okiem. 
Nie podobało mi się jego mruganie, bo nigdy nie lubiłem przemrugiwać się z 
lada błaznem, więć pytam: 
— Cóż to, panie, mają znaczyć pańskie pantominy? 
On śmieje się głupowato i mówi: 
— Przecież pan wie lepiej aniżeli ja, co to znaczy. Wokulski sprzedaje sklep... 
Męko Chrystusowa!... Żem go nie trzasnął kuflem w łeb, dziwię się samemu 
sobie. Na szczęście, pohamowałem pierwszy impet, wypiłem dwa kufle piwa 
jeden po drugim i pytam go niby spokojnym głosem: 
— Po cóż by Wokulski miał sklep sprzedać i komu? 
— Komu?... — wtrąca Węgrowicz. — Alboż to mało Żydów w Warszawie? — Złożą 
się we trzech, bodaj w dziesięciu, i zaparszywią Krakowskie Przedmieście z 
łaski jaśnie wielmożnego pana Wokulskiego, co trzyma własny powóz i jeździ 
do arystokracji na letnie mieszkanie. Mój Boże!... pamiętam, jak mi to 
biedactwo podawało rozbratel u Hopfera... Nie ma teraz, jak jeździć na wojnę i 
rewidować tureckie kieszenie. 
— Ale po co by sprzedawał sklep? — pytam szczypiąc się w kolano, ażeby nie 
wybuchnąć na tego dziada. 
— Dobrze robi, że sprzedaje! — odparł Węgrowicz wziąwszy w garść już nie wiem 
który kufel piwa. -Co on ma robić między kupcami, taki pan, taki... dyplomata, 
taki... nowator, co nam tu nowe towary sprowadza ?... 
— Mnie się zdaje, że jest inny powód — wtrącił Szprot. — Wokulski stara się o 
pannę Łęcką, a choć zrazu dostał odkosza, jednak dziś znowu tam bywa, więc 
musi mieć widoki... A że panna Łęcka nie wyszłaby za galanteryjnego kupca, 
choćby on był dyplomatą i nowatorem... 
W oczach zaczęły mi ognie latać. Uderzyłem kuflem w stół i krzyknąłem : 
— Kłamiesz pan, wszystko pan kłamiesz, panie Szprot!... A oto mój adres... dodałem 
rzucając mu bilet na stół. 
— Co mi pan dajesz adresy? — odparł Szprot. — Mam panu przysłać partię kortu 
czy co?... 
— Satysfakcji żądam od pana — krzyknąłem, wciąż bijąc w stół. 
— Tere-fere! — mówi Szprot i kręci palcem w powietrzu. — Łatwo panu żądać 
satysfakcji, boś oficer węgierski. Zamordować człowieka albo nawet dwu czy 
samemu dać się porąbać to u pana chleb z masłem... Ale ja, panie, jestem ajent 
handlowy, mam żonę, dzieci i terminowe interesa... 
— Zmuszę pana do pojedynku! 
— Co to zmuszę?... Ciupasem mnie pan sprowadzisz czy co?... A jakbyś mi pan 
coś podobnego powiedział po trzeźwemu, tobym poszedł do cyrkułu i daliby 
panu pojedynek... 
— Jesteś pan bez honoru! — zawołałem. 
Teraz on zaczął bić w stół. 
— Kto bez honoru?... Komu pan to mówisz?... Nie płacę weksli czy daję zły 
towar, czym bankrutował?... Zobaczymy w sądzie, kto ma honor!... 
— Uspokójcie się! — prosił radca Węgrowicz. — Pojedynki to były w modzie 
dawniej, nie teraz... Podajcie sobie ręce... 
Wstałem od stołu zalanego piwem, zapłaciłem w bufecie i wyszedłem. Noga 
moja więcej nie postanie w tej podłej dziurze... 
Naturalnie, że po takim wzburzeniu nie mogłem już być u pani Stawskiej. Z 
początku myślałem nawet, że całą noc spać nie będę. Alem jakoś zasnął. A gdy 
Stach przyszedł na drugi dzień do sklepu, zapytałem go : 
— Wiesz, co mówią?... Że sklep sprzedajesz?... 
— A choćbym sprzedał, cóż by w tym było złego?... 
(Prawda! Cóż by w tym było złego?... Że też mi tak prosta myśl nie przyszła do 
głowy.) 
— Ale bo widzisz — szepnąłem — mówią jeszcze, że żenisz się z panną Łęcką... 
— Gdyby tak... Więc i cóż? — odparł. 
(Jużci, ma rację! Cóż to, jemu nie wolno żenić się, z kim by chciał, nawet z 
panią Stawską?... Że też nie zorientowałem się i bez potrzeby zrobiłem awanturę 
temu Szprocinie.) 
Naturalnie, ponieważ tego wieczora musiałem pójść nie tyle na piwo, ile ażeby 
pogodzić się z niesłusznie obrażonym Szprotem, więc znowu nie byłem u pani 
Stawskiej i nie ostrzegłem, ażeby nie siadała w oknie. 
Tak więc nie bez przykrości dowiedziałem się, że do Wokulskiego między 
kupcami wzrasta niechęć, że sklep nasz będzie sprzedany i że Stach żeni się z 
panną Łęcką. Mówię: żeni się, bo on nie mając pod tym względem pewności nie 
wyraziłby się tak stanowczo, nawet przede mną. 
Dziś już na pewno wiem, za kim on tęsknił w Bułgarii, dla kogo zębami i 
pazurami zdobywał majątek... Ha, wola boska!... 
No i patrzcie, jak. ja odbiegam od przedmiotu. Ale teraz już na dobre zajmę się 
awanturą pani Stawskiej i opowiem z szybkością błyskawicy. 
ROZDZIAŁ JEDYNASTY: 
PAMIĘTNIK STAREGO SUBIEKTA 
„Jednego wieczora, zaraz po ósmej, poszedłem do tych pań. Pani Stawska 
swoim zwyczajem w ostatnim pokoju odrabiała lekcje z jakimiś panienkami, a 
pani Misiewiczowa z Helunią... znowu swoim zwyczajem siedziały w oknie. 
Nie rozumiem, co mogły widzieć po nocy, ale że ich wszyscy widzieli, to 
pewne. Nawet przysiągłbym, że pani baronowa w jednym ze swoich 
nieoświetlonych okien siedzi z lornetą i penetruje pierwsze piętro, bo rolety jak 
zwykle nie były zasunięte. 
Cofnąłem się tedy za firankę, ażeby choć mnie ta poczwara nie widziała, i 
prosto z mostu pytam pani Misiewiczowej: 
— Bez obrazy pani dobrodziejki, dlaczego panie tak ciągle siedzicie w oknach?... 
To niedobrze... 
— Ja się cugów nie boję — odparła szanowna dama — a mam w tym wielką 
przyjemność. Bo imaginuj sobie pan, co Helunia odkryła. Czasami okna bywają 
w takim porządku oświetlone, że układa się z nich jakby abecadło... Heluniu! zwróciła 
się do dziecka — a nie ma tam jakiej literki?... 
— Jest, babciu, i nawet dwie. Jest H i jest T. 
— Prawda! — potwierdziła staruszka. — Jest H i jest T. Niechże pan spojrzy... 
Spojrzałem. Istotnie, naprzeciw nas były oświetlone dwa okna na trzecim 
piętrze, trzy na drugim i dwa na pierwszym w taki sposób, że tworzyły znak: H 
Zaś w tylnej oficynie pięć okien trzeciego piętra, jedno drugiego, jedno 
pierwszego i jedno na parterze, również oświetlone, tworzyły znak: T 
— Przez te okna, panie — mówiła babcia — (choć rzadko układają się z nich literki) 
Helunia nabrała ciekawości do abecadła, a i teraz jeszcze bawi się najlepiej, 
jeżeli potrafi, złożyć z oświetlonych okien jakąś formę. Dlatego nawet nie 
zapuszczamy rolek wieczorem. 
Wzruszyłem ramionami, bo i jakże tu bronić dziewczynce, ażeby wyglądała 
oknem, jeżeli się ona tym tak ładnie bawi! 
— Jak tu nie wyglądać oknem — westchnęła pani Misiewiczowa -kiedy to nasza 
jedyna przyjemność. Czy my gdzie bywamy? Czy kogo widujemy?... Od czasu 
jak Ludwik wyjechał, zerwały się nasze stosunki z ludźmi. Dla jednych jesteśmy 
za ubogie, dla innych podejrzane... 
Otarła oczy chustką i mówiła dalej : 
— O, Ludwiczek źle zrobił, że wyjechał; bo choćby go nawet uwięzili, okazałaby 
się jego niewinność i znowu bylibyśmy razem. A teraz on Bóg wie gdzie, a 
Stawska... Mówi pan, żeby nie wyglądać!... Przecież ona, biedactwo, ciągle 
czeka, nasłuchuje i wypatruje, czy Ludwik nie wraca, a przynajmniej czy nie 
będzie od niego listu? Niech tylko kto biegnie prędzej przez dziedziniec, ona 
zaraz do okna myśląc, że to bryftrygier. A jeżeli kiedy do nas wstąpi bryftrygier 
(my, panie Rzecki, bardzo rzadko odbieramy listy), to gdybyś pan widział 
Helenkęl...Mieni się, blednie, drży... 
Nie śmiałem ust otworzyć, a staruszka odpocząwszy prawiła: 
— I ja sama lubię siedzieć w oknie, osobliwie kiedy jest ładny dzień i czyste 
niebo, bo wtedy staje mi w pamięci mój mąż nieboszczyk jak żywy... 
— Tak — szepnąłem — przypomina go pani niebo, gdzie on mieszka obecnie. 
— Nie pod tym względem, panie Rzecki — przerwała. — Że on jest w niebie, to 
wiem, bo gdzieżby mógł być taki spokojny człowiek? Ale jak patrzę na niebo i 
na ścianę tej kamienicy, zaraz przychodzi mi na myśl szczęśliwy dzień naszego 
ślubu... Klemens nieboszczyk miał wtedy na sobie szafirowy frak i żółte 
nankinowe spodnie, zupełnie tego koloru co nasza kamienica... 
O, panie Rzecki — mówiła staruszka płacząc — wierz mi, że dla takich jak my 
nieraz okno starczy za teatr, koncert i znajomości. Bo i na co my już mamy 
patrzeć? 
Nie potrafię opisać, jak mi się zrobiło smutno, kiedy z powodu marnego 
wyglądania oknem usłyszałem taki dramat... Nagle w drugim pokoju zrobił się 
szelest... Uczennice pani Stawskiej skończywszy lekcję zabierały się do domu, a 
ich przecudna nauczycielka uszczęśliwiła mnie swoim widokiem. 
Kiedym ją witał, miała zimne ręce, a na boskiej twarzy wyraz zmęczenia i 
smutku. Zobaczywszy mnie jednak raczyła się uśmiechnąć. (Drogi anioł! jakby 
domyślała się, że jej słodki uśmiech na cały tydzień rozświetla mi ciemności 
życia.) 
— Mówiła panu mama — rzekła pani Stawska — jaki nas dziś spotkał honor? 
Aha, prawda, zapomniałam... — wtrąciła pani Misiewiczowa. 
Tymczasem dwie panienki wyszły dygając i zostaliśmy sami, jakby w kółku 
familijnym. 
— Niech pan sobie wyobrazi — mówiła pani Stawska — że miałyśmy dziś wizytę 
baronowej... W pierwszej chwili prawie zlękłam się, bo ona, biedaczka, nie ma 
przyjemnej powierzchowności, taka blada, tak zawsze czarno ubrana, takie ma 
jakieś spojrzenie... Ale rozbroiła mnie w jednej chwili, kiedy zobaczywszy 
Helunię rozpłakała się i upadła przed nią na kolana wołając: takie było moje 
małe biedactwo i już nie żyje!... 
Zimno mi się zrobiło, kiedym tego słuchał. Nie chcąc jednak może na próżno 
przerażać pani Stawskiej, nie śmiałem zakomunikować jej moich przeczuć. 
Zapytałem tylko: 
— I czego ona chce od pani? 
— Przyszła mnie prosić, ażebym pomogła jej w uporządkowaniu bielizny, sukien, 
koronek, słowem, całego gospodarstwa. Ona spodziewa się, że wkrótce mąż do 
niej wróci, i chce poodświeżać jedne drobiazgi, inne zakupić. A że jak mówi, 
nie ma gustu, więc prosi mnie do pomocy i obiecujc mi płacić po dwa ruble za 
trzy godziny co dzień. 
— A pani co na to? 
— Mój Boże, cóż miałam robić?... Naturalnie, że przyjęłam z podziękowaniem. 
Jest to wprawdzie chwilowe zajęcie, ale bardzo przyszło mi w porę, bo właśnie 
onegdaj (nie rozumiem nawet z jakiego powodu) straciłam jedną lekcję muzyki, 
za pięć złotych godzina... 
Westchnąłem domyślając się, że powodem utraty lekcji mógł być jaki list 
anonimowy, w pisaniu których pani Krzeszowska odznacza się wielką 
biegłością. Ale -nie powiedziałem nic. Bo czy mogłem radzić pani Stawskiej, 
aby odrzuciła dwa ruble dziennie? 
Oj, Stachu, Stachu!.:. dlaczego byś ty się z nią nie miał ożenić?...Panna Łęcka 
zajechała ci w głowę... Bodajbyś tego nie żałował. 
Od tej pory, ile razy przyszedłem do moich zacnych przyjaciółek, pani Stawska 
opowiadała mi jak najszczegółowiej historię swoich stosunków z baronową 
Krzeszowską, u której bywała co dzień i rozumie się, zamiast trzech, pracowała 
pięć i sześć godzin, wciąż za owe dwa ruble. 
Pani Stawska jest bardzo pobłażliwą kobietą, niemniej jednak, o ile mogłem 
wymiarkować z jej oględnych wyrażeń, zarówno mieszkanie baronowej, jak i 
całe otoczenie dziwiło i robiło przykrość pani Stawskiej. 
Przede wszystkim baronowa wcale nie korzysta ze swego obszernego 
apartamentu. Salon, buduar, pokój sypialny, jadalny, pokój barona, wszystko 
stoi pustką. Meble i lustra pozasłaniane pokrowcami; z roślin, jakie tam były 
kiedyś, dziś są patyki albo tylko wazony pełne próchna zamiast ziemi ; na 
kosztownych obiciach kurz. Jada także Bóg wie po jakiemu, nie biorąc czasem 
przez parę dni nic ciepłego w usta, i trzyma na tak wielki dom tylko jedną 
służącę, której w dodatku wymyśla od rozpustnic i złodziejek. 
Kiedy ją zapytała pani Stawska, czy jej nie smutno żyć w tej pustce — odparła: 
— Cóż mam robić, nieszczęsna sierota i prawie wdowa? Chyba jak mego 
występnego męża natchnie dobry Bóg, ażeby żałował za swoje niecne czyny i 
wrócił do mnie, chyba wtedy zmieni się nieco moje pustelnicze życie. O ile zaś 
mogę wnosić ze snów i przeczuć, jakie na mnie zsyła niebo podczas gorących 
modłów, mąż mój powinien by nawrócić się lada dzień, bo już i pieniędzy, i 
kredytu nie ma ten nieszczęśliwy opętaniec... 
Pani Stawska słysząc to zrobiła w duchu uwagę, że los barona, po jego 
nawróceniu się, może nie być godnym zazdrości. 
Osoby odwiedzające baronowę także nie wzbudzały zaufania w pani Stawskiej. 
Najczęściej bywały tam jakieś stare, niemiłej powierzchowności kobiety, z 
którymi w przedpokoju półgłosem rozmawiała o swym mężu. Niekiedy zjawiał 
się Maruszewicz albo jakiś adwokat w starym futrze. Tych panów baronowa 
brała do pokoju jadalnego, ale rozmawiając z nimi, płakała i wymyślała tak 
głośno, że w całym domu było słychać. 
Na nieśmlałą uwagę pani Stawskiej, dlaczego nie żyje z familią baronowa 
odpowiedziała : 
— Z jaką, kochana pani? Ja już nie mam nikogo, a choćbym nawet miała, nie 
mogłabym przyjmować u siebie ludzi tak chciwych i ordynarnych. Familia zaś 
mego męża wypiera się mnie, gdyż nie pochodzę ze szlachty; co im zresztą nie 
przeszkadzało wytumanić ode mnie ze dwieście tysięcy rubli. Dopóki 
pożyczałam im na wieczne nieoddanie, politykowali ze mną ; ale gdy się 
opatrzyłam, zerwali stosunki i nawet oni to namawiali mego nieszczęśliwego 
męża, ażeby położył mi areszt na majątku. O, co ja przeżyłam z tymi ludźmil... dodała 
płacząc. 
Jedyny pokój (mówi pani Stawska), w którym baronowa cały dzień spędza, jest 
pokoik jej zmarłej córeczki. Ma to być bardzo smutny i dziwaczny zakątek, 
wszystko w nim bowiem zostało jak za życia nieboszczki. Jest więc łóżeczko, na 
którym co kilka dni zmienia się pościel, szafka z ubraniem, które równie często 
trzepie się i czyści w salonie, bo na dziedziniec nie pozwoliłaby baronowa 
wynieść tych świętych pamiątek. Jest mały stolik z książkami i z kajetem 
otwartym na tej stronie, na której biedne dziecko pisało ostatni raz: „Najświętsza 
Panno, form...” I nareszcie jest półka, pełna lalek małych i dużych, ich łóżeczek 
i ich garderoby. 
Pani Stawska w tym właśnie pokoju ceruje koronki albo jedwabie, których 
baronowa ma pełno. Czy się w nie będzie kiedy ubierać? — pani Stawska nie 
może zgadnąć. 
Jednego dnia baronowa zapytała panią Stawską, czy zna Wokulskiego. Lecz 
choć odebrała odpowiedź, że pani Helena zna go bardzo mało, zaczęła mówić: 
— Wyrządzi mi kochana pani wielką łaskę, prawdziwe dobrodziejstwo, jeżeli 
wstawi się za mną do tego pana w ważnym dla mnie interesie. Ja chcę kupić tę 
kamienicę i daję mu już dziewięćdziesiąt pięć tysięcy rubli, a on przez upór, bo 
przez nic innego, żąda stu tysięcy. On mnie chce zrujnować, ten człowiek!... 
Niech mu pani powic, że on mnie zabije... że ściągnie na siebie karę boską za 
taką chciwość... — krzyczała i płakała pani baronowa. 
Pani Stawska, bardzo zmięszana, odpowiedziała baronowej, że w żaden sposób 
nie może mówić o tym z Wokulskim. 
— Nie znam go... Zaledwie raz był u nas... Zresztą, czy wypada mi wtrącać się do 
podobnych rzeczy? 
— O, pani wszystko mogłaby z nim zrobić — odparła baronowa.- Ale jeżeli pani 
nie chce uratować mnie od śmierci — wola boska... Niech więc pani przynajmniej 
spełni chrześcijański obowiązek i powie temu człowiekowi, jak jestem dla pani 
życzliwa... 
Pani Stawka usłyszawszy to podniosła się z krzesła, ażeby wyjść. Ale baronowa 
rzuciła jej się na szyję i tak przepraszała, tak zaklinała, aby jej przebaczyć, że 
zacnej pani Helenie łzy zakręciły się w oczach i została. 
Opowiedziawszy to wszystko pani Stawka zakończyła pytaniem, które miało ton 
jakby prośby: 
— Więc pan Wokulski nie chce sprzedać tej kamienicy? 
— Owszem -odpowiedziałem rozdrażniony -sprzeda kamienicę, sprzeda sklep... 
Wszystko sprzeda... 
Mocny rumieniec oblał twarz pani Stawskiej ; odwróciła krzesło tyłem do lampy 
i spytała cichym głosem: 
— Dlaczego?... 
— Albo ja wiem! — rzekłem czując tę okrutną przyjemność, jaką sprawia 
dręczenie bliźnich. — Albo ja wiem!... Mówią, że chce się żenić... 
— Aha — wtrąciła pani Misiewiczowa. — Mówią coś o pannie Łęckiej. 
— Czy to prawda?..: — szepnęła pani Stawska. Nagle przycisnęła ręką piersi, jakby 
jej tchu zabrakło, i wyszła do drugiego pokoju. 
„Ładny interes! — pomyślałem. — Widziała go raz i już mdleje...” 
— Nic wiem, po co by on się żenił — rzekłem do pani Misiewiczowej. — Bo on 
chyba nawet nie może mieć szczęścia do kobiet. 
— Ach, co też pan mówi, panie Rzecki! — oburzyła się staruszka. — On nie może 
mieć szczęścia do kobiet? 
— No, przecież nie jest piękny... 
— On?... Ależ on kompletnie piękny człowiek!... Cóż to za budowa, jaka 
szlachetna fizjognomia, a co za oczy!... Pan się chyba nie znasz, panie Rzecki. A 
ja wyznam (bo mi to wolno w moim wieku), że lubo widziałam wielu pięknych 
mężczyzn (Ludwik był także bardzo przystojny), przecież takiego jak Wokulski 
widzę pierwszy raz. On między tysiącem zwróciłby uwagę... 
Dziwiłem się w duchu tym. pochwałom. Bo choć wiem, że Stach jest bardzo 
przystojny, to jednak żeby aż tak... Ha, nie jestem kobietą! 
Kiedy około dziesiątej wieczór żegnałem moje damy, pani Stawka była 
zmieniona i smutna i skarżyła się, że ją głowa boli. Ot, osioł Stach! Taka kobieta 
szaleje za nim od jednego spojrzenia, a on, wariat, ugania się za panną Łęcką. I 
czy jest jaki porządek na tym świecie? 
Gdybym to ja był Panem Bogiem... Ale co to gadać na próżno. 
Mówią coś o kanalizacji Warszawy. Był nawet u nas książę i zaprosił Stacha na 
sesję w tej materii. Skończywszy zaś rozmowę o kanalizacji zagadnął go o 
kamienicę. Byłem przy tym i wszystko dobrze pamiętam. 
— Czy prawda (przepraszam, że zapytuję o podobne rzeczy), czy prawda, panie 
Wokulski, że za swój dom chce pan od baronowej Krzeszowskiej sto 
dwadzieścia tysięcy?... 
— Nieprawda — odpowiedział Stach. — Chcę sto tysięcy i nie odstąpię od nich. 
— Baronowa to jakaś dziwaczka, histeryczka, ale... nieszczęśliwa kobieta — mówił 
książę. — Chce kupić ten dom raz dlatego, że w nim umarła jej ukochana 
córeczka, a po wtóre, ażeby zabezpieczyć resztę funduszów przed swoim 
mężem, który lubi trwonić pieniądze... Może by więc pan zrobił jej jakąś ulgę. 
To tak pięknie robić dobrze nieszczęśliwym!... — zakończył książę z 
westchnieniem. 
Wyznaję, że choć jestem tylko subiektem, zadziwiła mnie ta dobroczynność z 
cudzej kieszeni. Stach uczuł to jeszcze mocniej, bo odpowiedział twardym 
tonem: 
— Więc dlatego, że baron trwoni pieniądze; a jego żonie podoba się mieć mój 
dom, ja mam tracić kilka tysięcy rubli. Z jakiej racji? 
— No, nie obrażaj się pan, szanowny panie — rzekł książę ściskając Wokulskiego 
za rękę. — Wszyscy przecież żyjemy z ludźmi ; oni nam pomagają do naszych 
celów, więc i my mamy niejakie obowiązki... 
— Mnie bodaj czy kto pomaga, a wielu przeszkadza — odparł Stach. 
Pożegnali się bardzo chłodno. Zauważyłem nawet, że książę był niekontent. 
Osobliwi ludzie! Nie dość, że Wokulski, stworzywszy spółkę do handlu z 
cesarstwem, dał im okazję zarabiania piętnastu procent od ich kapitałów, oni 
jeszcze chcą, ażeby na ich słowo darowywał baronowej kilka tysięcy rubli.:. 
Ale co to za frant baba i gdzie ona nie trafi!... Bo już nawet był u Stacha jakiś 
ksiądz z religijnym upomnieniem, ażeby sprzedał baronowej kamienicę za 
dziewięćdziesiąt pięć tysięcy. A ponieważ Stach odmówił, więc zapewne 
niedługo usłyszymy, że jest bezbożnikiem. 
Teraz następuje wypadek główny, który opowiem z szybkością uderzenia 
piorunu. 
Kiedy znowu zaszedłem wieczorem do pani Stawskiej (było to w dzień objęcia 
rządów przez cesarza Wilhelma, po historii z Nobilingiem), kiedy zaszedłem 
tam, moje bóstwo, ta nieoceniona kobieta była w cudnym humorze i pełna 
zachwytu dla... baronowej... 
— Niech pan sobie wyobrazi — mówiła — jaka ta pani Krzeszowska, mimo swoich 
dziwactw, jest zacna kobieta. Spostrzegła, że mi smutno bez Heluni, i prosiła 
mnie raz na zawsze, ażebym brała Helunię ze sobą do niej na te parę godzin... 
— Na te sześć godzin za dwa ruble?... — wtrąciłem. 
— Nie, przecie nie sześć, najwyżej cztery... Helunia bawi się tam doskonale, bo 
choć jej niczego dotykać nie wolno, ale za to jak ona się przypatruje zabawkom 
po nieboszczce... 
— To takie piękne zabawki? -spytałem robiąc sobie pewien plan w duchu. 
— Prześliczne! — mówiła z ożywieniem pani Stawska. — Szczególniej jest tam 
jedna ogromna lalka, która ma ciemne włosy, a kiedy nacisnąć ją... tu, pod 
gorsem — dodała zarumieniona. 
— Czy nie w brzuszek?... za pozwoleniem pani — spytałem. 
— Tak — rzekła prędko. — Wtedy lalka rusza oczyma i woła mama!... Ach, jaka ona 
zabawna, sama bym ją chciała mieć. Nazywa się Mimi. Kiedy Helunia 
zobaczyła ją pierwszy raz, złożyła ręce i stanęła jak posąg. A kiedy pani 
Krzeszowska dotknęła jej i lalka zaczęła mówić, 
Helunia zawołała : 
„Ach, mamo, jaka ona piękna, jaka ona mądra!... czy ja ją mogę pocałować w 
buzię?...” 
I pocałowała ją w koniec lakierowanego bucika. 
Od tej pory mówi przez sen o tej lalce; ledwie obudzi się, chce iść do pani 
baronowej, a kiedy tam jest, gotowa przez cały czas wpatrywać się w lalkę 
złożywszy ręce jak do pacierza. 
Doprawdy — zakończyła pani Stawka półgłosem (Helunia bawiła się w drugim 
pokoju) — byłabym bardzo szczęśliwa, gdybym mogła kupić jej taką lalkę... 
Z pewnością musi to być bardzo droga zabawka -wtrąciła pani Misiewiczowa 
— Co tam droga, moja mamo. Kto wie, czy kiedykolwiek będę mogła sprawić jej 
tyle szczęścia, ile dziś jedną lalką — odpowiedziała pani Stawska. 
— Zdaje mi się — rzekłem — że u nas znajdzie się taka właśnie lalka. I gdyby pani 
raczyła wstąpić do sklepu... 
Nie śmiałem zrobić prezentu pojmując, że matce przyjemniej będzie, jeżeli sama 
przyczyni się do radości dziecka. 
Helunia, choć rozmawialiśmy zniżonym głosem, usłyszała widać, że mówimy o 
lalce, i wybiegła z drugiego pokoju z błyszczącymi oczyma. Ażeby zwrócić jej 
uwagę na inny przedmiot, spytałem: 
— Cóż, podoba ci się, Heluniu, pani baronowa? 
— Tak sobie — odpowiedziało dziecko opierając się na moim kolanie i patrząc na 
matkę. (Mój Boże, dlaczego ja nie jestem jej ojcem?) 
— A rozmawia z tobą? 
— Niewiele. Raz tylko wypytywała się, czy mnie bardzo pieści pan Wokulski. 
— Tak?... I cóż ty na to? 
— Ja powiedziałam, że nie wiem, który to pan Wokulski. A wtedy pani baronowa 
mówi... Ach, jak pański zegarek głośno puka. Niech pan pokaże... 
Wydobyłem zegarek i podałem go Heli. 
— Cóż pani baronowa mówi? — spytałem. 
— Pani baronowa mówi: „Jak to, nie wiesz, który jest pan Wokulski? Przecież 
ten, co u was bywa z tym roz... z tym rozpsotnikiem Rzeckim...” Cha! cha! 
cha!... pan jest psotnik... Niech mi pan pokaże zegarek we środku... 
Spojrzałem na panią Stawską. Była tak zdziwiona, że nawet zapomniała 
upomnieć Helunię. 
Po herbatce z suchymi bułeczkami (bo jak mówiła służąca, masła nie można 
było dziś dostać), pożegnałem zacne damy przysięgając sobie, że gdybym był na 
miejscu Stacha, nie odstąpiłbym baronowej kamienicy niżej stu dwudziestu 
tysięcy rubli. 
Tymczasem jędza ta wyczerpawszy rozmaite protekcje i lękając się, ażeby 
Wokulski albo nie podniósł ceny, albo nawet nic sprzedał kamienicy komu 
innemu, zdecydowała się ostatecznie kupić ją za sto tysięcy rubli! Była podobno 
wściekła przez kilka dni, dostała spazmów, zbiła służącą, zwymyślała swego 
adwokata w biurze rejentalnym, ale podpisała akt nabycia. Przez kilka 
następnych dni po kupieniu naszej kamienicy było cicho. 
To jest o tyle cicho, że już nie słyszeliśmy nic o pani baronowej, tylko jej 
lokatorowie wpadali do nas z pretensjami. 
Najpierw przybiegł szewc, ten z trzeciego piętra w tylnej oficynie, płacząc, że 
nowa właścicielka podwyższyła mu komorne o trzydzieści rubli na rok. Gdym 
mu zaś w ciągu pół godziny wytłomaczył, że nas to nic nie obchodzi, otarł oczy, 
zmarszczył się i pożegnał mnie słowami: 
— Pan Wokulski to widać nie ma Boga w sercu, żeby sprzedać dom takiemu, co 
krzywdzi ludzi!... 
Słyszeliście państwo coś podobnego?... 
Na drugi dzień zjawia się właścicielka paryskiej pralni. Ma aksamitną salopę, 
dużo godności w ruchach i jeszcze więcej stanowczości w fizjognomii. Siada w 
sklepie na fotelu i ogląda się, jakby miała zamiar kupić parę japońskich 
wazonów, a następnie zaczyna: 
— A, dziękuję panu!... Porządnie pan ze mną wyszedł, nie ma co mówić... Kupił 
pan kamienicę w lipcu, a sprzedał ją w grudniu, rychtyg jak na handel, nie 
uprzedzając o.tym nikogo... 
Robi się czerwona i prawi dalej: 
— Dziś ta flądra przysyła do mnie jakiegoś draba z wymówieniem komornego. 
Nie wiem nawet, co jej do łba strzeliło, bo płacę przecież regularnie... A ona mi 
wymawia komorne, ta lafirynda, i jeszcze rzuca cień na mój zakład... Mówi, że 
moje panny wdzięczyły się do studentów, co łże, i myśli... Ona sobie myśli, że 
ja w środku zimy znajdę lokal... że się wyprowadzę z domu, do którego 
przywykli moi kundmani... Ależ ja mogę na tym stracić kilka tysięcy rubli, a kto 
mi to zwróci?.. 
Było mi na przemian zimno i gorąco, kiedym słuchał tej perory wypowiadanej 
silnym kontraltem przy gościach. Ledwiem babę wyciągnął do mego mieszkania 
i uprosiłem, ażeby nam wytoczyła proces o szkody i straty. 
W parę godzin po babie -traf! wpada student, ten brodacz, co to z zasady nie 
płaci komornego. 
— A, jak się pan masz? — mówi. — Czy prawda, że ta diablica Krzeszowska kupiła 
od was dom? 
— Prawda — mówię ja, a w duchu jestem pewny, że ten chyba już mnie bić 
zechce. 
— A do licha!... — mówi brodacz strzelając z palców. — Taki był dobry gospodarz z 
tego Wokulskiego (PS. Stach nie widział od nich ani grosza za lokal) i sprzedał 
dom... Więc Krzeszowska może nas wylać z chałupy? 
— Hum! Hum!... — odpowiedziałem. 
— I wyleje — dodał z westchnieniem. — Już był tam u nas jakiś bursz z żądaniem, 
ażebyśmy się wynosili... Ale zjedzą diabła, czy nas ruszą bez procesu, a jeżeli 
ruszą... Zrobimy uciechę całemu domowi! Żegnam pana. 
„No — myślę — że przynajmniej ten nie ma do nas pretensji. Zdaje się jednak, że 
oni naprawdę gotowi są zrobić uciechę baronowej...” 
Nareszcie na następny dzień wpada Wirski. 
— Wiesz, kolego — mówi wzburzony -wymówiła mi baba rządcostwo i każe 
wynosić się od Nowego Roku. 
— Wokulski — odparłem -już pomyślał o panu: dostaniesz posadę przy spółce do 
handlu z cesarstwem... 
I tak słuchając jednych, uspakajając drugich, pocieszając trzecich, 
przetrzymałem jakoś atak główny. Zrozumiałem również, że baronowa sroży się 
między lokatorami jak Tamerlan, i czułem instynktowny niepokój o śliczną i 
cnotliwą panią Helenę. 
W drugiej połowie grudnia patrzę — otwierają się drzwi i wchodzi pani Stawska. 
Śliczna jak nigdy (ona jest zawsze śliczna, i wtedy kiedy jest wesoła, i kiedy ma 
minę zakłopotaną). Patrzy na mnie swymi czarującymi oczyma i mówi cichym 
głosem: 
— Czy zechce mi pan pokazać tę lalkę? 
Lalka (a nawet trzy podobne) od dawna była przygotowana, ale tak się 
zmieszałem, że przez parę minut nie mogłem jej znaleźć. Śmieszny jest Klejn ze 
swoimi minami; on gotów myśleć, że ja kocham się w pani Stawskiej. 
W końcu wydobywam pudło — są trzy duże lalki: brunetka, blondynka i 
szatynka. Każda ma prawdziwe włosy, każda, naciśnięta w brzuszek, przewraca 
oczyma i wydaje głos, który dla pani Stawskiej brzmi jak „mama”, dla Klejna 
jak „tata”, a dla mnie jak „u-hu”... 
— Prześliczna! — mówi Stawka — ale naprawdę musi być bardzo droga... 
— Proszę pani — odpowiadam — jest to towar, którego się pozbywamy , więc 
możemy go odstąpić bardzo tanio. Zaraz pójdę po pryncypała... 
Stach pracował za szafami, lecz gdy mu powiedziałem, że jest pani Stawka i po 
co przyszła, rzucił rachunki i wbiegł do sklepu w doskonałym humorze. 
Spostrzegłem nawet, że przypatruje się pani Stawskiej tak życzliwie, jakby na 
nim robiła silne wrażenie. No, przynajmniej teraz!... chwała Bogu. 
Targ w targ, wytłomaczyliśmy pani Helenie, że lalkę, jako towar wybrakowany i 
nie znajdujący nabywców, możemy oddać za trzy ruble: blondynkę albo 
brunetkę. 
— Wezmę tę -odpowiedziała biorąc szatynkę -ponieważ jest zupełnie taka jak 
baronowej. Helcia będzie zachwycona. 
Kiedy przyszło do płacenia, panią Stawską znowu napadły skrupuły; zdawało jej 
się, że taka lalka musi być warta z piętnaście rubli, i dopiero połączonym 
usiłowaniom moim, Wokulskiego i Klejna udało się ją przekonać, że biorąc trzy 
ruble jeszcze mamy zarobek. 
Wokulski wrócił do swoich zajęć, a ja zapytałem pani Heleny: co nowego w 
domu i w jakich jest stosunkach z baronową. 
— Już w żadnych — odparła rumieniąc się. — Pani Krzeszowska zrobiła mi taką 
scenę za to, że musiała zapłacić sto tysięcy za kamienicę, że ja nie 
protegowałam jej u pana Wokulskiego, i tak dalej, że... pożegnałam ją i już tam 
nigdy nie pójdę. Naturalnie, wymówiła nam komorne od Nowego Roku. 
— A czy pani zwróciła należność? 
— Ach!... — westchnęła pani Stawka upuszczając na ziemię mufkę, którą Klejn 
zaraz podniósł. 
— Więc nie? 
— Nie... powiedziała, że nie ma teraz pieniędzy ani pewności, czy mój rachunek 
jest dokładny. 
Naśmieliśmy się oboje z panią Stawską z dziwactw baronowej i pożegnaliśmy 
się pełni otuchy. Gdy zaś wychodziła, Klejn otworzył jej drzwi tak szarmancko, 
że jedno z dwojga: albo już ją uważa za naszą pryncypałowę, albo — sam kocha 
się w niej. Półgłówek!... On także mieszka w domu baronowej i niekiedy bywa 
u pani Stawskiej ; ale podczas wizyt siedzi tak strasznie smutny, że Helunia 
pewnego wieczora zapytała babki: czy pan Klejn nie brał dziś olejku?... 
Marzyciel! Komu to myśleć o podobnej kobiecie... 
A teraz opiszę tragedię, na wspomnienie której gniew mnie dusi. 
W wigilię Wigilii r. 1878 jestem w sklepie, kiedy po południu odbieram od pani 
Stawskiej list, ażebym przyszedł wieczorem. Pismo uderzyło mnie, znać było 
wzruszenie; więc pomyślałem, że może odebrała wiadomość o mężu. 
„Pewnie wraca — pomyślałem. — Diabli z tymi zaginionymi mężami, którzy po 
kilku latach opamiętują się.” 
Ku wieczorowi wpada Wirski zadyszany i zmieszany; ciągnie mnie do mego 
mieszkania, zamyka drzwi, nie zdejmując futra rzuca się na fotel i mówi: 
— Wiesz pan, po co wczoraj Krzeszowska siedziała w mieszkaniu Maruszewicza 
do północy?.. 
— Do północy, u Maruszewicza?.. 
— Tak, i jeszcze z tym łotrem swoim adwokatem?... Hultaj Maruszewicz 
wypatrzył ze swych okien, że pani Stawka ubiera lalkę, a baronowa poszła do 
niego z lornetką, ażeby to sprawdzić... 
— Więc i cóż?... — pytam. 
— To, że baronowej przed kilkoma dniami zginęła lalka po nieboszczce córce i że 
dziś ta wariatka posądza panią Stawską... 
— O co? 
— O kradzież lalki!... 
Przeżegnałem się. 
— Śmiej się pan z tego — rzekłem — lalka u nas kupiona... 
— Wiem -odparł. -Z tym wszystkim dziś, o dziewiątej, pani baronowa wpadła z 
rewirowym do mieszkania pani Stawskiej, kazała zabrać lalkę i spisać protokół. 
Już poszła skarga do sądu... 
— Oszalałeś, panie Wirski. Lalka przecież u nas... 
— Wiem, wiem, ale co to wszystko znaczy, kiedy już jest skandal — mówił Wirski. 
— Co najgorsze (wiem to od rewirowego), że pani Stawka nie chcąc, ażeby 
Helunia dowiedziała się o lalce, z początku nie chciała jej pokazać, prosiła, 
ażeby mówić cicho, rozpłakała się... Rewirowy mówi, że sam był zakłopotany, 
bo przede wszystkim nie wiedział, po co go baronowa ciągnie do mieszkania 
pani Stawskiej. Ale jak zaczęła jędza wrzeszczeć: „Okradła mnie!... lalka 
zginęła tego samego dnia, kiedy Stawka była ostatni raz u mnie... aresztujcie ją, 
bo odpowiadam całym majątkiem za prawdziwość skargi!...” — tak tedy mój 
rewirowy wziął lalkę do cyrkułu i poprosił ze sobą panią Stawską... Skandal, no, 
straszny skandal... 
— A cóż wy na to?... — zawołałem wściekły z gniewu. 
— Mnie nie było już w domu. Służąca pani Stawskiej pogorszyła sprawę 
wymyślając rewirowemu na ulicy, za co nawet siedzi w kozie... Ta znowu 
właścicielka paryskiej pralni, ażeby przypochlebić się baronowej, wymyślała 
pani Stawskiej... Tyle tylko mamy dziś satysfakcji, że poczciwe studenciny 
wylały na łeb baronowej coś tak obrzydliwego, że się domyć nie może... 
— Ależ sąd!... ależ sprawiedliwość!... — krzyczałem. 
— Sąd panią Stawską uniewinni — rzekł — to przecie jasna sprawa. Ale co skandal 
jest, to jest... Biedna kobieta zgubiona; już nawet dziś poodprawiała uczennice i 
sama nie poszła na lekcje... Zapłakują się obie z matką. 
Rozumie się, że nie czekając na zamknięcie sklepu (teraz zdarza mi się to coraz 
częściej), pobiegłem do pani Stawskiej, a nawet pojechałem dorożką. 
W drodze przyszła mi jedna z najszczęśliwszych myśli, ażeby o sprawie 
zawiadomić Wokulskiego, do którego też wstąpiłem, niepewny, czy jest w 
domu, bo coraz częściej przesiadywał na służbie u panny Łęckiej. 
Wokulski był u siebie, ale jakiś rozstrojony; konkury oczywiście nie wychodziły 
mu na zdrowie. Gdym mu jednak opowiedział historię pani Stawskiej z 
baronową i z lalką, chłopak ożywił się, podniósł głowę i błysnęły mu oczy. 
(Nieraz spostrzegłem, że najlepszym lekarstwem na nasze własne kłopoty jest 
cudze nieszczęście.) 
Wysłuchał mnie z zajęciem (smutne myśli pierzchnęły mu gdzieś) rzekł : 
— Zuch baba z tej baronowej... ale pani Stawka może spać spokojnie; sprawę ma 
jasną jak słońce. Czy to wreszcie na nią jedną rzuca się ludzka podłość! 
— Dobrze ci tak mówić — odparłem — bo jesteś mężczyzna, a nade wszystko masz 
pieniądze... Tymczasem ona, biedaczka, skutkiem tej awantury już dziś straciła 
wszystkie lekcje, a raczej sama się ich wyrzekła. Z czego więc będzie żyć?... 
— Aj!... — syknął Wokulski uderzając się w czoło. — Nie pomyślałem o tym... 
Przeszedł się parę razy po pokoju (silnie marszcząc brwi), potrącił krzesło, 
zabębnił na szybie i nagle stanął przede mną. , 
— Dobrze! — rzekł. — Jedźże do tych pań, a ja tam będę za godzinę. Zdaje mi się, 
że zrobimy interes z panią Milerową... 
Spojrzałem na niego z uwielbieniem. Pani Milerowa straciła niedawno męża, 
kupca galanteryjnego tak jak i my; cały zaś jej sklep, majątek, kredyt zależał od 
Wokulskiego. Więc już prawie zgadywałem, co Stach zrobi dla pani Stawskiej... 
Cwałuję tedy na ulicę, buch w dorożkę, jadę jak trzy lokomotywy i wpadam jak 
raca kongrewska do tej pięknej, tej szlachetnej, tej nieszczęśliwej, tej od 
wszystkich opuszczonej pani Heleny. Mam pełne piersi wesołych okrzyków i 
otwierając drzwi chcę zawołać ze śmiechem: „Kpijcie, panie, z całego 
świata!...” Wtem wchodzę i — cały mój dobry humor zostaje za progiem. Bo 
proszę sobie wyobrazić, com znalazł. W kuchni Marianna ma zawiązaną głowę i 
obrzmiałą fizjognomię, niewątpliwy dowód, że była dziś w cyrkule. Na kominie 
ciemno, naczynia od obiadu nie pozmywane, samowar nie nastawiony, a nad 
spuchniętą biedaczką siedzi stróżowa, dwie służące i mleczarka, z minami jak 
na pogrzebie. 
Chłód przeleciał mi po kościach, ale wchodzę do salonu. Prawie ten sam widok. 
Na środku siedzi w fotelu pani Misiewiczowa, również z obwiązaną głową, a 
dokoła niej pan Wirski, pani Wirska, właścicielka paryskiej pralni, która znowu 
pokłóciła się z baronową, i jeszcze jakichś parę dam, które rozmawiają 
półgłosem, ale za to ucierają nosy o całą oktawę wyżej aniżeli w codziennych 
okolicznościach. Na domiar spostrzegam pod piecem panią Stawską, która 
siedzi na stołeczku biała jak kreda. 
Słowem, atmosfera katakumbowa, twarze blade lub żółte, oczy załzawione, 
nosy zaczerwienione. Tylko Helunia trzyma się jako tako. Siedzi przy 
fortepianie ze swą dawną laleczką i jej rękoma od czasu do czasu uderza w 
klawisz mówiąc: 
— Cicho, Zosiu, cicho... Nie graj, bo babcię głowa boli. 
Proszę dodać do tego przyćmione światło lampy, która trochę filuje, i... 
poodsłaniane rolety, a każdy pojmie, jakie mnie uczucia ogarnęły. 
Ujrzawszy mnie pani Misiewiczowa zaczęła wylewać chyba już resztki łez. 
— Ach, więc przyszedłeś, szlachetny panie Rzecki?... nie wstydzisz się biednych 
kobiet okrytych hańbą?... O, nie całujże mnie w rękę!... Nieszczęśliwa nasza 
rodzina... Niedawno Ludwiczek posądzony, a teraz na nas przyszła kolej... 
Musimy się stąd wynieść choćby na koniec świata... Mam pod Częstochową 
siostrę, tam pojedziemy dokonać złamanego życia... 
Szepnąłem Wirskiemu, ażeby delikatnie wyprosił stąd gości, i zbliżyłem się do 
pani Stawskiej. 
— Wolałabym nie żyć... -rzekła mi na powitanie. 
Wyznaję, że po kilkuminutowym pobycie zupełnie skołowaciałem. Byłbym 
przysiągł, że pani Stawka, jej matka, a nawet jej obecne tu przyjaciółki są 
naprawdę zhańbione i że nam wszystkim nie pozostaje nic innego, tylko śmierć. 
Pragnienie śmierci nie przeszkodziło mi jednak poprawić filującej lampy, która 
zaczęła już cały pokój zasypywać delikatną, ale bardzo czarną sadzą. 
— No, moje panie — odezwał się nagle Wirski — wynośmy się stąd, bo pan Rzecki 
musi pogadać z panią Stawską. 
Wizytujące damy, w których współczucie nie osłabiło ciekawości, oświadczyły, 
że i one mogą z nami pogadać. Ale Wirski tak zamaszyście zaczął podawać im 
salopy, że zakłopotane biedaczki ucałowawszy panią Stawską, panią 
Misiewiczowę; Helunię i panią Wirską (myślałem, że w końcu zaczną całować 
krzesełka) wyniosły się nareszcie i nadto zmusiły małżonków Wirskich do 
wyjścia razem z nimi. 
— Kiedy sekret, to sekret — rzekła najrezolutniejsza z nich. Państwo także nie 
jesteście tu potrzebni. 
Nastąpił nowy atak pożegnań; pocałunków, pocieszeń i ledwie że wyszli na 
złamanie karku całą bandą, ceremoniując się jeszcze we drzwiach i na schodach. 
Ach, te baby!... Czasem myślę, że Pan Bóg po to stworzył Ewę, ażeby omierzić 
Adamowi pobyt w raju. 
Zostaliśmy nareszcie w kółku familijnym, ale salonik był już tak nasycony 
kopciem i smutkiem, że ja sam straciłem wszelką energię. Biadającym głosem 
poprosiłem panią Stawską, ażeby mi było wolno otworzyć lufcik, i tonem 
mimowolnego wyrzutu poradziłem jej, ażeby przynajmniej od tej pory 
zasłaniała rolety w oknach. 
— Pamięta pani -rzekłem do pani Misiewiczowej — jak ja dawno zwracałem 
uwagę na te rolety?... Gdyby były zasłonięte, pani Krzeszowska nie mogłaby 
śledzić, co się dzieje w mieszkaniu pań. 
— Prawda, ale któż się tego spodziewał? — odparła pani Misiewiczowa. 
— Takie już nasze szczęście — szepnęła pani Stawska. 
Usiadłem na fotelu, splotłem ręce tak, że mi kości w nich trzeszczały, i ze 
spokojną rozpaczą przysłuchiwałem się jękliwym opowiadaniom pani 
Misiewiczowej o hańbie, jaka na ich rodzinę spada co kilka lat, o śmierci, która 
jest kresem ludzkich cierpień, o nankinowych spodniach śp. Misiewicza i 
mnóstwie tym podobnych rzeczy. Nim upłynęła godzina, byłem pewny, że 
sprawa o lalkę skończy się aktem jakiegoś ogólnego samobójstwa, przy którym 
ja, konając u nóg pani Stawskiej, ośmielę się wyznać, że ją kocham. 
Wtem ktoś mocno zadzwonił do kuchni. 
— Rewirowy! — krzyknęła pani Misiewiczowa. 
— Panie przyjmują? — zapytał gość Marianny głosem tak pewnym, że od razu 
odzyskałem otuchę. , 
— Jest Wokulski — rzekłem do pani Stawskiej i pokręciłem wąsa. 
Na cudnej twarzy pani Heleny ukazał się rumieniec podobny do listka bladej 
róży na śniegu. Boska kobieta!... O, dlaczegóż ja nie jestem Wokulskim... 
Dopieroż bym... 
Wszedł Stach. Pani Helena wysunęła się na jego spotkanie. 
— Nie gardzi pan nami?... — spytała zdławionym głosem. 
Wokulski ze zdziwieniem popatrzył jej w oczy i... dwa razy, raz po raz... dwa 
razy, żebym tak zdrów był, pocałował ją w rękę. Z jaką zaś zrobił to tkliwością, 
najlepszy dowód, że nie było słychać zwykłego w takich razach mlaśnięcia. 
— Ach, więc przyszedłeś, szlachetny panie Wokulski?... nie wstydzisz się 
nieszczęśliwych kobiet okrytych hańbą... — zaczęła nie wiem już który raz pani 
Misiewiczowa swoją mowę powitalną. 
— Za pozwoleniem -przerwał jej Wokulski. -Położenie pań jest niewątpliwie 
przykre, ale nie widzę powodu do desperacji. Za parę tygodni sprawa wyjaśni 
się, a dopiero wtedy będzie mogła rozpaczać, ale nie żadna z pań, tylko ta 
wariatka baronowa: Jak się masz, Heluniu — dodał całując dziewczynkę. 
Głos jego był tak spokojny i stanowczy, a całe zachowanie tak naturalne, że pani 
Misiewiczowa przestała jęczeć, a pani Stawka jakby raźniej spojrzała na mnie. 
— Więc cóż mamy robić, szlachetny panie Wokulski, który nie wstydziłeś się... zaczęła 
pani Misiewiczowa. 
— Trzeba czekać na proces — przerwał Wokulski — dowieść w sądzie pani 
baronowej, że kłamie, wytoczyć jej sprawę o oszczerstwo i jeżeli pójdzie za to 
do kozy, nie darować ani jednej godziny. Jakiś miesiąc przepędzony w celi zrobi 
jej bardzo dobrze. Zresztą mówiłem już z adwokatem, który jutro przyjdzie do 
pań. 
— Bóg cię zesłał, panie Wokulski... — zawołała już zupełnie naturalnym głosem 
pani Misiewiczowa zrywając ż głowy chustkę. 
— Przyszedłem tu w ważniejszym interesie — rzekł Stach do pani Stawskiej (pilno 
mu widać było pożegnać ją, temu osłu!). — Pani rzuciła swoje lekcje? 
— Tak. 
— Niech je pani rzuci raz na zawsze. To licha praca i niepopłatna. Niech się pani 
weźmie do handlu. 
— Ja?.. 
— Tak, pani. Pani umie rachować? 
— Uczyłam się buchalterii... — szepnęła pani Stawska. Była tak czegoś wzruszona, 
że usiadła. 
— Wybornie. Otóż spadł tu na mnie jeszcze jeden sklep z jego właścicielką, 
wdową. Ponieważ prawie cały kapitał należy do mnie, więc w interesie tym 
muszę mieć kogoś ze swej ręki; wolałbym zaś kobietę ze względu na 
właścicielkę sklepu. Czy więc przyjmie pani miejsce kasjerki z płacą... 
tymczasem siedemdziesięciu pięciu rubli na miesiąc? 
— Słyszysz, Helenko? — zwróciła się do córki pani Misiewiczowa robiąc przy tym 
desperacko zdziwioną minę. 
— Więc powierzyłby pan swoją kasę mnie, której wytoczono...- rzekła pani 
Stawka i rozpłakała się. 
Wnet jednak obie damy uspokoiły się, a w pół godziny później piliśmy wszyscy 
herbatę, nie tylko rozmawiając, ale nawet śmiejąc się... 
Wokulski to sprawił... Jedyny w świecie człowiek! I jak go tu nie kochać? Co 
prawda, może i ja miałbym równie dobre serce, tylko brak mi do niego 
bagatelki... pół miliona rubli, które posiada kochany Stach. 
Zaraz po Bożym Narodzeniu zainstalowałem panią Stawską w sklepie 
Milerowej, która przyjęła nową kasjerkę bardzo serdecznie i przez pół godziny 
tłomaczyła mi, jaki ten Wokulski jest szlachetny, mądry, przystojny... Jak to on 
sklep uratował od bankructwa, a ją i dzieci od nędzy, i jak by to było dobrze, 
gdyby się taki człowiek ożenił. 
Figlarna kobiecinka, pomimo swoich trzydziestu pięciu lat!... Ledwie jednego 
męża odwiozła na Powązki, a już (dałbym sobie rękę uciąć) sama przejechałaby 
się drugi raz za mąż, naturalnie za Wokulskiego. Nie zliczyłbym, dalibóg, ile 
tych bab ugania się za Wokulskim (czy też za jego krociami?). 
Pani Stawka ze swej strony zachwyca się wszystkim: i posadą, która przynosi jej 
pensję, jakiej nie miała nigdy, i nowym mieszkaniem, które jej znalazł Wirski. 
Rzeczywiście niezłe mieszkanko: mają przedpokój, kuchenkę ze zlewem i 
wodociągiem, trzy pokoiki wcale zgrabne, a nade wszystko ogródek. 
Tymczasem rosną w nim trzy zeschłe kije i leży kupa cegieł; ale pani Stawka 
wyobraża sobie, że w ciągu lata zrobi z tego raj. Raj, który można by nakryć 
chustką od nosa!... 
Rok 1879 zaczął się zwycięstwem Anglików w Afganistanie, którzy pod 
jenerałem Robertsem weszli do Kabulu. Pewnie sos Kabu1 zdrożeje!... Ale 
Roberts chwat; nie ma jednej ręki i pomimo to łupi Afgańczyków, aż się wata 
sypie... Chociaż takich dzikusów walić nietrudno; lecz zobaczyłbym ja cię, 
panie Roberts, jak byś ty sobie poczynał mając sprawę z węgierską piechotą!... 
Wokulski także miał po Nowym Roku batalię z tą spółką, którą założył do 
handlu z cesarstwem. Myślę, że jeszcze jedna sesja, a rozpędzi swoich 
wspólników na cztery wiatry. Cóż to za dziwni ludzie, choć wszystko 
inteligencja: przemyśłowcy, kupcy, szlachta, hrabiowie! On im stworzył spółkę, 
a oni uważają go za wroga tej spółki i sobie tylko przypisują zasługę. On im daje 
siedem procent za pół roku, a ci jeszcze się krzywią i chcieliby pozniżać pensje 
pracownikom. 
A ci kochani pracownicy, za których ujada się Wokulski!... Co oni na niego 
wygadują, jak nazywają go wyzyskiwaczem (nb. w naszym interesie są 
największe pensje i gratyfikacje!), a jak jedni pod drugimi kopią doły... 
Ze smutkiem widzę, że od pewnego czasu między naszymi ludźmi zaczynają 
kwitnąć nie znane przedtem obyczaje: mało robić, głośno narzekać, a po cichu 
snuć intrygi i puszczać plotki. Ale co mi tam do cudzych spraw... 
A teraz z nadzwyczajną szybkością dokończę opowiadania o tragedii, która 
powinna była wstrząsnąć każde szlachetne serce. 
Już nawet zapomniałem o szkaradnym procesie pani Krzeszowskiej przeciw tej 
niewinnej, tej czystej, tej cudnej pani Stawskiej, kiedy, jakoś w końcu stycznia, 
spadły na nas dwa gromy: wieść o tym, że w Wietlance wybuchła dżuma, i awizacje 
z sądu do Wokulskiego i do mnie na jutro. Mnie nogi pocierpły i tak 
mi to cierpnięcie szło od pięt do kolan, później do żołądka, celując oczywiście w 
stronę serca. Myślę: „Dżuma albo paraliż?...” Ale że Wokulski przyjął awizację 
bardzo obojętnie, więc i ja nabrałem otuchy. 
Idę tedy wieczorem, wciąż pełen otuchy, do tych pań, już na nowe ich 
mieszkanie, gdy naraz słyszę na środku ulicy: brzęk-brzęk... brzęk brzęk!... O 
rany boskie, ależ to aresztantów prowadzą!... Co za okropna wróżba... 
Oj, jakież mnie smutne myśli opanowały: „A jeżeli sąd nie uwierzy nam (boć 
przecie omyłki są możliwe) i jeżeli tę najszlachetniejszą kobietę wtrącą do 
więzienia, choćby na tydzień, choćby na jeden dzień — cóż wtedy?... Ona tego 
nie przeżyje ani ja... Gdybym zaś przeżył, to chyba tylko — ażeby biedna Helunia 
miała opiekę...” 
Tak ja muszę żyć. Ale jakie to będzie życie!... 
Wchodzę do tych dam... A, znowu cała awantura! Pani Stawka siedzi blada na 
stołeczku, a pani Misiewiczowa ma na głowie chustkę zmoczoną w wodzie 
uśmierzającej. Pachnie staruszka o dwa łokcie kamforą i mówi lamentującym 
głosem: 
— O, szlachetny panie Rzecki, który nie wstydzisz się nieszczęśliwych, 
zhańbionych kobiet... Wyobraź sobie, co za nieszczęście: jutro sprawa Helenki... 
i tylko pomyśl: co będzie, jeżeli się sąd omyli i tę nieszczęśliwą kobietę skaże 
do rot aresztanckich?... Ale uspokój się, Helciu, bądź odważna, może to Bóg 
odwróci... Chociaż tej nocy miałam sen okropny... 
(Ona miała sen, ja spotkałem aresztantów... Nie obejdzie się bez katastrofy.) 
— Ale — mówię — cóż znowu! Sprawa nasza jest jak złoto, wygramy ją... Zresztą 
co tam taka sprawa; gorsza historia z dżumą...- dodałem, ażeby zwrócić uwagę 
pani Misiewiczowej, w innym kierunku. 
I piękniem trafił... Gdyż jak moja staruszka nie wrzaśnie: 
— Dżuma?... tu?... w Warszawie?... A co, Helenko, nie mówiłam?... Aaa... już 
zginęliśmy wszyscy!... Bo to w czasie dżumy każdy zamyka się w domu... 
jedzenie podają sobie na drągach... trupów ściągają do dołów hakami... 
Uuu... widzę, że mi się rozhulała starowina, więc żeby ją pohamować na 
punkcie dżumy, napomknąłem znowu o procesie, na co ta kochana pani 
odpowiedziała mi długim wywodem o hańbie ścigającej jej rodzinę, o 
możliwym uwięzieniu pani Stawskiej, o tym, że się rozlutował samowar... 
Krótko mówiąc, ostatni wieczór przed sprawą, kiedy właśnie najpotrzebniejsza 
była energia, ostatni ten wieczór upłynął nam pomiędzy dżumą i śmiercią a 
hańbą i kryminałem. W głowie mi się zamieszało tak, że kiedym się znalazł na 
ulicy, nie wiedziałem, gdzie iść: w lewo czy w prawo? 
Na drugi dzień (sprawa miała być o dziesiątej) już o ósmej pojechałem do moich 
pań i nie zastałem nikogo. Wszystkie poszły do spowiedzi: matka, córka, 
wnuczka i kucharka, i jednały się z Bogiem do wpół do dziesiątej, a ja 
nieszczęśliwy (był przecie styczeń) spacerowałem przed bramą na mrozie i 
myślałem: 
„Ładny interes! Spóźnią się do sądu, jeżeli się już nie spóźniły, sąd wyda wyrok 
zaoczny i naturalnie, nie tylko skaże panią Stawską, ale jeszcze uzna ją za 
zbiegłą, roześle listy gończe... Tak zawsze z tymi babami!...” 
Nareszcie przyszły wszystkie cztery z Wirskim (czy i ten pobożny człowiek 
chodził dziś do spowiedzi?) i — dwoma dorożkami pojechaliśmy na sprawę: ja z 
panią Stawską i Helunią, a Wirski z panią Misiewiczową i kucharką. Szkoda 
jeszcze, że nie wzięły ze sobą rondli, samowara i naftowej kuchenki!... Przed 
sądem spotkaliśmy powóz Wokulskiego, którym przyjechał on i adwokat. 
Czekali nas przy schodach tak zabłoconych, jak gdyby przeszedł tędy batalion 
piechoty — i mieli miny zupełnie spokojne. Założyłbym się nawet, że rozmawiali 
o czym innym, nie o pani Stawskiej. 
— O, zacny panie Wokulski, który nie wstydzisz się biednych kobiet, okrytych... zaczęła 
pani Misiewiczowa. 
Ale Stach podał jej rękę, adwokat pani Stawskiej, Wirski wziął za rączkę 
Helunię, a ja asystowałem Mariannie i tak weszliśmy do biura sędziego pokoju. 
Sala przypomniała mi szkołę; sędzia siedział na wzniesieniu jak profesor na 
katedrze, a naprzeciw niego, w dwu szeregach ławek, mieścili się oskarżeni i 
świadkowie. W tej chwili tak żywo stanęły mi w pamięci młode lata; że mimo 
woli rzuciłem okiem na piec, pewny, że zobaczę woźnego z rózgą i ławkę, na 
której nas bito w skórę. Chciałem nawet przez roztargnienie krzyknąć: „Póki 
życia, nie będę, panie profesorze!...”, alem się w porę opamiętał. 
Zaczęliśmy rozsadzać nasze damy w ławkach i spierać się przy tej okazji z 
Żydkami, którzy, jak mi to później objaśniono, są najcierpliwszymi audytorami 
spraw sądowych, szczególniej o kradzież i oszustwo. Znaleźliśmy nawet miejsce 
dla poczciwej Marianny, która usiadłszy zrobiła taką minę, jakby miała zamiar 
przeżegnać się i zmówić pacierz. 
Wokulski, nasz adwokat i ja uplanowaliśmy się w pierwszej ławce, obok 
jegomości z rozerwanym paltotem i podbitym okiem, na którego brzydko 
spoglądał jeden z obecnych rewirowych. 
„Pewnie znowu jakiś zatarg z policją” — pomyślałem. 
Nagle usta same otworzyły mi się z podziwu; ujrzałem bowiem przed katedrą 
sędziego pokoju całą gromadę znanych mi osób. Na lewo od stołu — pani 
Krzeszowska, jej robaczywy adwokat i ten hultaj Maruszewicz, a na prawo dwaj 
studenci. Jeden z nich odznaczał się bardzo wytartym mundurem i niezwykle 
obfitą wymową; drugi miał jeszcze mocniej wytarty mundur, kolorowy szalik na 
szyi i wyglądał, dalibóg, jak emigrant z przedpogrzebowego domu. 
Przypatrzyłem mu się lepiej. Tak, to on, to jest ten sam mizerny młody 
człowiek, który podczas pierwszej bytności Wokulskiego u pani Stawskiej rzucił 
baronowej śledzia na głowę. Kochany chłopak!... Ale też nie zdarzyło mi się 
widzieć nic równie chudego i żółtego... 
W pierwszej chwili myślałem, że między tymi przyjemnymi młodzieńcami i 
baronową toczy się proces właśnie o owego śledzia. Wnet jednak przekonałem 
się, że chodzi o co innego, że mianowicie pani Krzeszowska zostawszy 
właścicielką domu chce z niego wyrzucić swoich najzapamiętalszych wrogów, a 
zarazem najniewypłacalniejszych lokatorów. 
Sprawa między baronową a młodymi ludźmi w tej chwili dosięgła najwyższego 
punktu. 
Jeden ze studentów, ładny chłopak z wąsikami i faworytami, wspinając się na 
palcach albo opadając na obcasy opowiadał coś sędziemu; przy czym prawą 
ręką wykonywał okrągłe ruchy, a lewą kokieteryjnie zakręcał wąsik, wysoko 
podnosząc mały palec, ozdobiony pierścionkiem bez oczka. 
Drugi młodzieniec milczał posępnie i krył się za kolegę. W postawie jego 
zauważyłem pewną osobliwość: przyciskał on do piersi obie ręce, a dłonie 
rozłożył w taki sposób, jakby w nich trzymał książkę albo obrazek. 
— Więc jak się panowie nazywacie? — spytał sędzia. 
— Maleski — odparł z ukłonem właściciel faworytów — i Patkiewicz... — dodał 
wskazując gestem pełnym dystynkcji na ponurego towarzysza. 
— A trzeci pan gdzie? 
— Jest cierpiący -odparł krygując się pan Maleski. -Jest to nasz sublokator i 
zresztą bardzo rzadko mieszka z nami. 
— Jak to? Bardzo rzadko mieszka? Gdzież on siedzi w dzień? 
— W uniwersytecie, w prosektorium, czasem na obiedzie. 
— No, a w nocy? 
— Pod tym względem mogę panu sędziemu dać tylko poufne objaśnienia. 
— A gdzież on zapisany w księgi? 
— O, zapisany jest ciągle w naszym domu, ponieważ nie chciałby robić władzom 
subiekcji — objaśnił pan Maleski z miną lorda. 
Sędzia zwrócił się do pani Krzeszowskiej. 
— Cóż, pani wciąż nie chce trzymać tych panów? 
— Za żadne skarby! -jęknęła pani baronowa. -Po całych nocach ryczą, tupią, 
pieją, gwiżdżą... Nie ma służącej w domu, której by nie zwabiali do siebie... 
Ach, Boże!... — krzyknęła odwracając głowę. 
Sędzia był zdziwiony wykrzyknikiem, ale ja nie... Spostrzegłem bo wiem, że 
pan Patkiewicz nie odejmując rąk od piersi nagle wywrócił oczy i opuścił dolną 
szczękę w taki sposób, że zrobił się podobny do stojącego trupa. Jego twarz i 
cała postawa istotnie mogła przerazić nawet zdrowego człowieka 
— Najokropniejsze jest to, że ci panowie wylewają oknem jakieś płyny... 
— Czy na panią? — spytał zuchwale pan Maleski. 
Baronowa posiniała z gniewu, ale umilkła; wstyd jej było przyznać się. 
— Cóż dalej? — rzekł sędzia. 
— Ale najgorsze ze wszystkiego (przez co nawet wpadłam w nerwową chorobę), 
że ci panowie po kilka razy na dzień stukają do mego okna trupią główką... 
— Tak panowie robią? — zapytał sędzia. 
— Będę miał honor objaśnić pana sędziego — odparł Maleski, z postawą 
człowieka, który chce odtańczyć menueta. — Nam usługuje stróż domu 
mieszkający na dole; ażeby więc nie marnować się schodzeniem i wchodzeniem 
na trzecie piętro, mamy u siebie długi sznur, wieszamy na nim, co jest pod ręką 
(może czasem zdarzyć się i trupia główka), i... pukamy do jego okna — zakończył 
tak słodkim tonem, że trudno było przestraszyć się równie delikatnego pukania. 
— Ach, Boże!... — krzyknęła znowu pani baronowa zataczając się. 
— Oczywiście, chora kobieta — mruknął Maleski. 
— Nie chora! — zawołała baronowa. — Ale wysłuchaj mnie, panie sędzio!... Ja nie 
mogę patrzeć na tego drugiego... bo on ciągle robi miny jak nieboszczyk... Ja 
niedawno straciłam córkę!.:. — zakończyła ze łzami. 
— Słowo honoru, że ta pani ma halucynacje — rzekł Maleski. Kto tu jest podobny 
do nieboszczyka?... Patkiewicz?... taki przystojny chłopak!... — dodał 
wypychając naprzód mizernego kolegę, który...w tej chwili właśnie już po raz 
piąty udawał trupa. 
W sali wybuchnął śmiech; sędzia dla uratowania powagi zanurzył głowę w 
papierach i po dłuższej pauzie surowo zapowiedział, że śmiać się nie wolno i że 
każdy, zakłócający porządek, ulegnie karze pieniężnej. 
Korzystając z zamieszania Patkiewicz szarpnął kolegę za rękaw i szepnął 
ponuro : 
— Cóż ty, świnio Maleski, kpisz sobie ze mnie w publicznym miejscu.? 
Bo jesteś przystojny, Patkiewicz. Kobiety wściekają się za tobą. 
— To przecież nie dlatego... — mruknął Patkiewicz znacznie spokojniejszym 
tonem. 
— Kiedyż panowie zapłacą dwanaście rubli kopiejek pięćdziesiąt za miesiąc 
styczeń? — spytał sędzia. 
Pan Patkiewicz tym razem udał człowieka, który ma bielmo na lewym oku i 
lewą część twarzy sparaliżowaną; pan Małeski zaś pogrążył się w głębokim 
zamyśleniu. 
— Gdybyśmy — rzekł po chwili — mogli zostać do wakacyj, to... Ale tak!... Niech 
nam pani baronowa zabierze umeblowanie. 
Ach, nic już nie chcę, nic... Tylko wyprowadźcie się, panowie! Nie mam żadnej 
pretensji o komorne... — zawołała baronowa. 
— Jak się ta kobieta kompromituje — szepnął nasz adwokat. Włóczy się po sądach, 
bierze takiego szubrawca na doradcę... 
— Ale my mamy do pani pretensję o szkody i straty! -odezwał się Maleski. — Kto 
słyszał o tej porze wymawiać przyzwoitym ludziom komorne?... Gdybyśmy 
nawet znaleźli lokal, to będzie taki podły, że przynajmniej ze dwu z nas umrze 
na suchoty... 
Pan Patkiewicz zapewne w celu dodania większej wagi słowom mówcy zaczął 
poruszać uchem i skórą na głowie; co w sali wywołało nowy atak wesołości. 
— Pierwszy raz widzę coś podobnego! — rzekł nasz adwokat. 
— Taką sprawę? -spytał Wokulski. 
— Nie, ale żeby człowiek uchem ruszał. To artysta!... 
Sędzia tymczasem napisał i przeczytał wyrok, mocą którego panowie: Maleski i 
Patkiewicz, zostali skazani na zapłacenie dwunastu rubli i pięćdziesięciu 
kopiejek komornego tudzież na opuszczenie lokalu przed 8 lutym. 
Tu zdarzył się fakt nadzwyczajny. Pan Patkiewicz usłyszawszy wyrok doznał 
tak silnego wstrząśnienia moralnego, że twarz zrobiła mu, się zieloną i zemdlał. 
Szczęściem, spadając trafił w objęcia pana Maleskiego; inaczej 
strasznie rozbiłby się nieborak. 
Naturalnie w sali odezwały się głosy współczucia, kucharka pani Stawskiej 
zapłakała. Żydki zaczęły pokazywać palcami na baronowę i chrząkać. 
Zakłopotany sędzia przerwał posiedzenie i kiwnąwszy głową Wokulskiemu 
(skąd oni się znają?)” poszedł do swego pokoju, a dwaj stójkowi prawie 
wynieśli na rękach nieszczęśliwego młodzieńca, który tym razem był naprawdę 
podobny do trupa. 
Dopiero w przedpokoju, gdy złożono go na ławce, a jeden z obecnych zawołał, 
ażeby oblać go wodą; chory nagle zerwał się i rzekł groźnie: 
— No, no!... tylko bez głupich żartów... 
Po czym natychmiast sam ubrał się w palto, energicznie naciągnął niezbyt całe 
kalosze i lekkim krokiem opuścił sądową salę ku zdziwieniu stójkowych, 
oskarżonych i świadków. 
W tej chwili zbliżył się do naszej ławki jakiś oficjalista sądowy i szepnął 
Wokulskiemu, że sędzia prosi go na śniadanie. Stach wyszedł, a pani 
Misiewiczowa zaczęła nawoływać mnie rozpaczliwymi znakami. 
— Jezus! Maria!... — rzekła — nie wiesz pan, po co sędzia wezwał tego 
najszlachetniejszego z ludzi?.. Pewnie chce mu powiedzieć, że Helenka 
zgubiona!... O, ta niepoczciwa baronowa musi mieć wielkie stosunki... już jedną 
sprawę wygrała i pewnie będzie to samo z Helenką... O, ja nieszczęśliwa!... , 
czy nie masz, panie Rzecki, jakich kropli trzeźwiących? 
— Pani słabo? 
— Jeszcze nie, choć tu jest zaduch... Ale strasznie boję się o Helenkę... Jeżeli ją 
skażą, zemdleje, i może umrzeć, jeżeli prędko jej nie otrzeźwimy... Czy nie 
sądzisz, kochany panie, że dobrze bym zrobiła, gdybym upadła do nóg sędziemu 
i zaklęła go.... 
— Ależ, pani, to wszystko niepotrzebne... Właśnie mówił nasz adwokat, że 
baronowa może by i chciała cofnąć skargę, tylko już nie wolno. 
— Ależ my ustąpimy! — zawołała staruszka. 
— O, co to, to nie, szanowna pani — odezwałem się trochę niecierpliwie. -Albo 
wyjdziemy stąd kompletnie oczyszczeni, albo... 
— Umrzemy, chcesz powiedzieć? — przerwała staruszka. — O, nie mów tego... Pan 
nawet nie wiesz, jak przykro w moim wieku słyszeć o śmierci... 
Cofnąłem się od zrozpaczonej staruszki i podszedłem do pani Stawskiej. 
— Jakże się pani czuje? 
— Doskonale! — odpowiedziała z mocą. — Jeszcze wczoraj bałam się okropnie; ale 
już po spowiedzi lżej odetchnęłam, a od chwili kiedy tu jestem, czuję się 
zupełnie spokojną. 
Uścisnąłem ją za rękę długo... długo... tak, jak umieją ściskać tylko prawdziwie 
kochający, i pobiegłem do swej ławki, gdyż Wokulski, a za nim sędzia weszli do 
sali. 
Serce mi uderzyło jak młot. Spojrzałem wokoło. Pani Misiewiczowa widocznie 
modliła się z zamkniętymi oczyma, pani Stawka była bardzo blada, lecz 
zdecydowana, pani baronowa szarpała swoją salopę, a nasz adwokat spoglądał 
na sufit i tłumił ziewanie. 
W tej chwili i Wokulski spojrzał na panią Stawską i — niech mnie diabli wezmą, 
jeżeli nie dostrzegłem w jego oczach rzadko trafiającego się tam wyrazu 
rozczulenia!... 
Żeby jeszcze parę takich procesów, jestem pewny, że zakochałby się w niej na 
śmierć. 
Sędzia przez parę minut coś pisał, a skończywszy zawiadomił obecnych, że 
teraz toczyć się będzie sprawa Krzeszowskiej przeciw Stawskiej o kradzież 
lalki. 
Jednocześnie zawezwał strony i ich świadków na środek. 
Stałem przy ławkach, dzięki czemu mogłem słyszeć rozmowę dwu kumoszek, z 
których młodsza i czerwona na twarzy tłomaczyła starszej : 
— To, widzi pani: ta ładna pani ukradła tamtej pani lalkę... 
— Także miała się na co łakomić!... 
— Ha, trudno. Nie każdy może kraść magle... 
— To pani ukradłaś magle — odezwał się spoza kumoszek gruby głos. — Nie ten 
złodziej, co zabiera swoją własność, ale ten, co da piętnaście rubli zadatku i 
myśli, że już kupił... 
Sędzia wciąż pisał, a ja chciałem przypomnieć sobie mowę, którą ułożyłem 
wczoraj na obronę pani Stawskiej, a na pohańbienie baronowej. Ale że mi się w 
głowie plątały wyrazy i zdania, więc zacząłem oglądać się po sali. 
Pani Misiewiczowa wciąż modliła się w ławce po cichu, a siedząca za nią 
Marianna płakała. Pani Krzeszowska miała szarą twarz, przycięte usta i 
spuszczone oczy; ale z każdego fałdu jej ubrania wyglądała złość... Obok niej 
stał Maruszewicz wpatrzony w ziemię, a za nim służąca baronowej, tak 
przestraszona, jakby ją miano prowadzić na szafot... 
Nasz adwokat tłumił ziewanie. 
Wokulski ściskał pięści, a pani Stawka spoglądała kolejno na wszystkich z 
takim łagodnym spokojem, że gdybym był rzeźbiarzem, wziąłbym ją za model 
do posągu oskarżonej niewinności. 
Wtem, pomimo protestu Marianny, Helunia wybiegła na salę i schwyciwszy 
matkę za rękę spytała półgłosem: 
— Mamo, czego ten pan kazał mamie tu przyjść?... Ja coś powiem do uszka: 
pewnie mama była niegrzeczna i teraz będzie stać w kącie... 
— To wyuczone!... — rzekła czerwona kumoszka do starszej. 
— Żebyś pani tak zdrowa była! — mruknął za nią gruby głos. 
— Pan będziesz zdrów za moją krzywdę... — odparła z gniewem kumoszka. 
— A pani skonasz na konwulsje i będą cię w piekle maglować na moich maglach 
— odrzekł jej antagonista. 
— Ciszej! — zawołał sędzia. -Co pani Krzeszowska mówi o sprawie? 
— Wysłuchaj mnie, panie sędzio! -zaczęła deklamować pani baronowa 
wysunąwszy nogę naprzód. — Po zmarłym dziecku została mi, jako najdroższa 
pamiątka; lalka, która bardzo podobała się tej oto pani — wskazała na Stawską — i 
jej córce... 
— Oskarżona bywała u pani? 
— Tak, wynajmowałam ją do szycia... 
— Alem jej nic nie zapłaciła! — huknął z końca sali Wirski. 
— Ciszej! — zgromił go sędzia. — Tak i cóż? 
— W dniu, w którym tę panią oddaliłam od siebie — mówiła baronowa — zginęła 
mi lalka. Myślałam, że umrę z żalu, i zaraz na nią powzięłam podejrzenie... 
Miałam dobre przeczucia, gdyż w kilka dni później przyjaciel mój, pan 
Maruszewicz, zobaczył z okna, że ta pani (która mieszka vis á vis niego) ma u 
siebie moją lalkę i dla niepoznaki przebiera ją w inną suknię. 
Wtedy poszłam do jego mieszkania z moim doradcą prawnym i zobaczyłam 
przez lornetkę, że moja lalka jest rzeczywiście u tej pani. Na drugi dzień więc 
udałam się do niej, zabrałam lalkę, którą tu widzę na stole, i podałam skargę. 
— A pan Maruszewicz jest pewny, że to ta sama lalka, która była u pani 
Krzeszowskiei? — spytał sędzia. 
— To jest... właściwie mówiąc... pewności nie mam żadnej. 
— Tak dlaczegóż pan Maruszewicz powiedział to pani Krzeszowskiej? 
— Właściwie... ja nie w tym znaczeniu... 
— Nie kłam pan! — zawołała baronowa. — Przybiegłeś do mnie, śmiejąc się, 
powiedziałeś, że Stawka ukradła lalkę i że to do niej podobne... 
Maruszewicz zaczął mienić się, potnieć i nawet przestępować z nogi na nogę, co 
jest chyba dowodem wielkiej skruchy. 
— Podlec — mruknął Wokulski dosyć głośno. 
Spostrzegłem jednak, że uwaga ta nie wzmocniła w Maruszewiczu otuchy. 
Owszem, zdawał się być jeszcze więcej zmięszany. 
Sędzia zwrócił się do służącej pani Krzeszowskiej. 
— U was była ta lalka? 
— Nie wiem która... — szepnęła zapytana. 
Sędzia wyciągnął do niej lalkę, ale służąca milczała mrugając oczyma i 
załamując ręce. 
— Ach, to Mimi!... — zawołała Helunia. 
— O, panie sędzio! — krzyknęła baronowa. — Córka świadczy przeciw matce... 
— Znasz tę lalkę? — spytał sędzia Heluni. 
— O, znam!... Zupełnie taka sama była u pani tam w pokoiku... 
— Czy to jest ta sama? 
— O, nie, nie ta... Tamta miała popielatą sukienkę i czarne buciki, a ta ma 
brązowe buciki!... 
— Nu, tak... — mruknął sędzia kładąc lalkę na stole. — Co pani Stawka powie?... dodał. 
— Lalkę tę kupiłam w sklepie pana Wokulskiego... 
— A ile pani dała za nią?... — syknęła baronowa. 
— Trzy ruble. 
— Cha! Cha! Cha!... — zaśmiała się baronowa. — Ta lalka kosztuje piętnaście... 
— Kto pani sprzedał tę lalkę? — zapytał sędzia Stawskiej. 
— Pan Rzecki — odparła rumieniąc się. 
— Co powie pan Rzecki?... — rzekł sędzia. 
Tu właśnie była pora wypowiedzieć moją mowę. Jakoż zacząłem: 
— Szanowny sędzio!... Z bolesnym zdumieniem przychodzi mi... To jest... widzę 
przed sobą triumfującą złość i tego... uciśnioną... 
Nagle tak mi zaschło w ustach, że już nie mogłem słowa przemówić. 
Szczęściem, odezwał się Wokulski: 
— Rzecki był tylko obecny przy kupnie, lalkę ja sprzedałem. 
— Za trzy ruble? — spytała baronowa błysnąwszy oczyma jaszczurki. 
— Tak, za trzy ruble. Jest to towar wybrakowany, którego się pozbywamy. 
— Czy i mnie pan sprzedałby taką lalkę za trzy ruble? — indagowała baronowa. 
— Nie! Pani już nic i nigdy nie sprzedadzą w moim sklepie. 
— Jaki pan ma dowód, że ta lalka jest kupiona u pana? — spytał sędzia. 
— Otóż to! -zawołała baronowa. -Jaki dowód?... 
— Ciszej!... — zgromił ją sędzia. 
— Gdzie pani swoją lalkę kupiła? -spytał baronowę Wokulski. 
— U Lessera. 
— Więc mamy dowód — rzekł Wokulski. -Lalki takie sprowadzałem z zagranicy 
w kawałkach: oddzielnie głowy, oddzielnie korpusy. Niech więc pan sędzia 
odpruje głowę, a wewnątrz znajdzie moją firmę. 
Pani baronowa zaczęła się niepokoić. 
Sędzia wziął do rąk lalkę, która tyle narobiła zgryzoty, i urzędowym 
scyzorykiem rozciął jej naprzód stanik, a następnie począł z wielką uwagą 
odpruwać głowę od tułowia. Helenka, z początku zdziwiona, przypatrywała się 
tej operacji, następnie zwróciła się do matki mówiąc półgłosem: 
— Mamo, dlaczego ten pan rozbiera Mimi? Przecież ona będzie się wstydzić... 
Nagle zrozumiawszy, o co chodzi, wybuchnęła płaczem i kryjąc twarz w suknię 
pani Stawskiej, zawołała: 
— Ach, mamo, po co on ją kraje?... To strasznie boli... O mamo, mamo, już nie 
chcę, ażeby Mimi krajali... 
— Nie płacz, Heluniu, Mimi będzie zdrowa i jeszcze ładniejsza — uspakajał ją 
Wokulski, wzruszony nie mniej od Helenki. 
Tymczasem głowa Mimi spadła na papiery. Sędzia spojrzał wewnątrz i podając 
maskę pani baronowej rzekł: 
— Nu, niech pani przeczyta, co tam napisano? 
Baronowa przycięła usta i milczała. 
— To niech pan Maruszewicz przeczyta głośno, co tam jest. 
— Jan Mincel i Stanisław Wokulski... — jęknął Maruszewicz. 
— Zatem nie Lesser? 
— Nie. 
Przez cały ten czas służąca baronowej zachowywała się w sposób bardzo 
dwuznaczny: czerwieniła się, bladła, kryła się między ławki... 
Sędzia patrzył na nią spod oka ; nagle rzekł : 
— Teraz panna nam powie, co to było z lalką? Tylko proszę prawdę, bo panna 
stanie do przysięgi... 
Zagadnięta, z najwyższym przestrachem schwyciła się za głowę i przypadłszy 
do stołu, prędko odpowiedziała: 
— Lalka stłukła się, panie... 
— Ta wasza lalka, od pani Krzeszowskiej?... 
— Ta... 
— Nu, to stłukła się jej tylko głowa, a reszta gdzie?... 
— Na strychu, panie... Oj, co ja będę miała! 
— Nic panna nie będzie miała; gorzej byłoby nie odpowiedzieć prawdy. A pani 
oskarżycielka słyszy, co jest?... 
Baronowa spuściła oczy i skrzyżowała ręce na piersi jak męczennica. 
Sędzia zaczął pisać. Siedzący w drugiej ławce (maglarz oczywiście) odezwał się 
do damy czerwonej na twarzy: 
A co, ukradła?... Widzisz pani, co się teraz zrobiło z paninej gęby?... Hę?.. 
— Jak kobieta jest ładna, to się i z kryminału wygrzebie — rzekła czerwona dama 
do swojej sąsiadki. 
— Ale pani się nie wygrzebiesz... — mruknął maglarz. 
— Głupiś pan!... 
— Paniś głupsza... 
— Ciszej!... — zawołał sędzia. 
Kazano nam wstać i usłyszeliśmy wyrok najzupełniej uniewinniający panią 
Stawską. 
— Teraz — zakończył sędzia skończywszy czytanie — może pani podać skargę o 
potwarz. 
Zeszedł na salę, uścisnął za rękę panią Stawską i dodał: 
— Bardzo mi przykro, żem panią sądził, i bardzo mi przyjemnie, że mogę 
powinszować. 
Pani Krzeszowska dostała spazmów, a dama z czerwoną twarzą mówiła do swej 
sąsiadki: 
— Na ładną buzię to i sędzia jest pażyrny... Ale nie tak to będzie w dniu 
ostatecznym! — westchnęła. 
— Cholera!... jak to bluźni... — mruknął maglarz. 
Poczęliśmy wychodzić. Wokulski podał rękę pani Stawskiej, ż którą wysunął się 
naprzód, ja zaś ostrożnie zacząłem sprowadzać panią Misiewiczowę z brudnych 
schodów. 
— Mówiłam, że się tak skończy — upewniała mnie staruszka — ale pan to nie 
miałeś wiary... 
— Ja nie miałem wiary?.. 
— Tak, chodziłeś jak struty... Jezus Maria... A to co?.. 
Ostatnie te słowa skierowane były do mizernego studenta, który wraz ze swoim 
towarzyszem czekał przed bramą, widocznie na panią Krzeszowską, a myśląc, 
że ona wychodzi, ucharakteryzował się na trupa przed... panią Misiewiczową!... 
Wnet poznał swoją omyłkę i zawstydził się tak; że pobiegł parę kroków 
naprzód. 
— Patkiewicz!... Stójże... już idą... — zawołał pan Maleski. 
— Niech cię diabli porwą!... — wybuchnął pan Patkiewicz. — Ty zawsze musisz 
mnie skompromitować. 
Usłyszawszy jednak hałas w bramie zawrócił się i jeszcze raz pokazał 
nieboszczyka... Wirskiemu!... 
To już młodych ludzi ostatecznie zdetonowało; więc poszli do domu bardzo 
rozgniewani na siebie i każdy inną stroną ulicy. 
Nimeśmy jednak dopędzili ich dorożkami, już znowu szli razem i ukłonili się 
nam z wielką galanterią. 
ROZDZIAŁ DWUNASTY: 
PAMIĘTNIK STAREGO SUBIEKTA 
Wiem ja, dlaczego tak szeroko rozpisałem się o sprawie pani Stawskiej. Oto 
dlaczego... 
Na świecie jest dużo niedowiarków i ja sam bywam czasami niedowiarkiem i 
wątpię o Opatrzności Boskiej. Nieraz też, kiedy źle idą polityczne interesa albo 
kiedy patrzę na nędzę ludzką i na triumfy łajdaków (jeżeli taki wyraz wolno 
wymawiać), nieraz myślę sobie: 
„Stary głupcze, nazywający się Ignacym Rzeckim! Ty wyobrażasz sobie, że 
Napoleonidzi wrócą na tron, że Wokulski zrobi coś nadzwyczajnego, bo jest 
zdolny, i będzie szczęśliwym, bo jest uczciwy?... Ty myślisz, ośla głowo, że 
chociaż hultajom zrazu dzieje się dobrze, a ludziom poczciwym źle, to jednakże 
w końcu źli zostaną pohańbieni, a dobrzy sławą okryci?... Tak sobie 
imaginujesz?... Więc głupio sobie imaginujesz!... Na świecie nie ma żadnego 
porządku, żadnej sprawiedliwości, tylko walka. O ile w tej walce zwyciężają 
dobrzy, jest dobrze, o ile źli; jest źle; ale ażeby istniała jakaś potęga protegująca 
tylko dobrych, tego sobie wcale nie wyobrażaj... Ludzie są jak liście, którymi 
wiatr ciska; gdy rzuci je na trawnik, leżą na trawniku, a gdy rzuci w błoto — leżą 
w błocie...” 
Tak sobie nieraz myślałem w chwilach zwątpienia; lecz proces pani Stawskiej 
doprowadził mnie do wręcz przeciwnych rezultatów, do wiary, że dobrym 
ludziom prędzej czy później stanie się sprawiedliwość. 
Bo zastanów się tylko... Pani Stawka jest zacności kobieta, więc powinna być 
szczęśliwą; Stach jest wyższym nad wszelką wartość człowiekiem, więc — i on 
powinien być szczęśliwy. Tymczasem Stach jest ciągle rozdrażniony i smutny 
(aż mi się czasem płakać chciało, kiedym na niego patrzył), a pani Stawka miała 
sprawę o kradzież... 
Gdzież więc jest sprawiedliwość nagradzająca dobrych?... 
Zaraz ją zobaczysz, o człowieku małej wiary! Ażeby zaś lepiej przekonać cię, że 
na tym świecie jest porządek, zapisuję tu następujące proroctwa : 
Po pierwsze — pani Stawka wyjdzie za mąż za Wokulskiego i będzie z nim 
szczęśliwa. 
Po drugie — Wokulski wyrzeknie się swojej panny Łęckiej, a ożeni się z panią 
Stawską i będzie z nią szczęśliwy. 
Po trzecie -mały Lulu jeszcze w tym roku zostanie cesarzem Francuzów pod 
imieniem Napoleona IV, zbije Niemców na bryndzę i zrobi sprawiedliwość na 
całym świecie, co mi jeszcze przepowiadał śp. mój ojciec. 
Że Wokulski ożeni się z panią Stawską i że zrobi coś nadzwyczajnego, o tym 
już dziś nie mam najmniejszej wątpliwości. Jeszcze się, co prawda, nie zaręczył 
z nią, jeszcze się nawet nie oświadczył, zresztą... jeszcze nawet on sam sobie z 
tego nie zdaje sprawy. Ale ja już widzę... Jasno widzę, jak rzeczy pójdą, i głowę 
dam sobie uciąć, że tak będzie... Ja mam nos polityczny! 
Bo tylko uważ, co się dzieje. 
Na drugi dzień po procesie Wokulski był wieczorem u pani Stawskiej i siedział 
do jedynastej w nocy. Na trzeci dzień był w sklepie u Milerowej, przejrzał 
księgi i oddawał wielkie pochwały pani Stawskiej, co nawet trochę ubodło 
Milerowę. Na czwarty zaś dzień... 
No, on wprawdzie nie był ani u Milerowej, ani u pani Stawskiej, ale za to mnie 
zdarzyły się dziwne wypadki. 
Przed południem (jakoś nie było gości w sklepie) ni stąd, ni zowąd przychodzi 
do mnie kto?... Młody Szlangbaum, ten starozakonny, który pracuje w ruskich 
tkaninach. 
Patrzę mój Szlangbaum zaciera ręce, wąs do góry, głowa pod sufit... Myślę: 
„Zwariował czy co?...” A on — kłania mi się, ale z głową zadartą, i mówi 
dosłownie te wyrazy: 
— Spodziewam się, panie Rzecki, że cokolwiek nastąpi, będziemy dobrymi 
przyjaciółmi... 
Myślę: „Tam do diabła, czy Stach nie dał mu dymisji?..” Więc odpowiadam : 
— Możesz być pewny, panie Szlangbaum, mojej życzliwości, cokolwiek bądź 
nastąpi, byleś nie popełnił nadużycia, panie Szlangbaum... 
Na ostatnie słowa położyłem nacisk, bo mi mój pan Szlangbaum wyglądał tak, 
jakby miał zamiar albo nasz sklep kupić (co wydaje mi się 
nieprawdopodobnym), albo kasę okraść... Czego, lubo jest uczciwy 
starozakonny, nie uważałbym za rzecz niemożliwą. 
On to widać zmiarkował, bo uśmiechnął się nieznacznie i wyszedł do swojego 
oddziału. W kwadrans później wpadłem tam niby niechcący, ale zastałem go jak 
zwykle przy robocie. Owszem, powiedziałbym nawet, że pracował gorliwiej niż 
zwykle: wbiegał na drabinki, wydobywał sztuki rypsu i aksamitu, wkładał je na 
powrót do szaf, słowem kręcił się jak bąk. 
„Nie — myślę — już ten chyba nas nie okradnie...” 
Spostrzegłem, co mnie również zastanowiło, że pan Zięba jest uniżenie grzeczny 
dla Szlangbauma, a na mnie patrzy trochę z góry, choć jeszcze nie bardzo: 
„Ha! — myślę -chce Szlangbaumowi wynagrodzić dawne krzywdy, a wobec 
mnie, najstarszego subiekta, zachowuje godność osobistą. Bardzo uczciwie robi, 
zawsze bowiem należy trochę zadzierać głowy wobec wyższych, a być 
uprzedzająco grzecznym dla niższych...” 
Wieczorkiem zaszedłem do restauracyjki na piwko. Patrzę, jest pan Szprot i 
radca Węgrowicz. Ze Szprotem od tamtej afery, co to o niej mówiłem, jesteśmy 
na stopie obojętności, ale z radcą witam się kordialnie. A on do mnie: 
— No i co, już?... 
— Przepraszam — mówię — ale nie rozumiem. (Myślałem, że robi aluzję do procesu 
pani Stawskiej.) Nie rozumiem — mówię — panie radco. 
— Czego nie rozumiesz — on mówi — tego, że sklep sprzedany?... 
— Przeżegnaj się pan, panie radco — ja mówię — jaki sklep? 
Poczciwy radca był już po szóstym kuflu, więc zaczyna się śmiać i mówi : 
— Phy! ja się przeżegnam, ale panu to się i przeżegnać nie pozwolą, jak z 
chrześcijańskiego chleba przejdziesz na żydowską chałę; wszak ci to; jak 
gadają, Żydzi wasz sklep kupili... 
Myślałem, że dostanę apopleksji. 
— Panie radco — mówię — jesteś pan zbyt poważnym człowiekiem, ażebyś nie miał 
powiedzieć, skąd ta wiadomość. 
— Całe miasto gada — odparł radca — a zresztą niech obecny tu pan Szprot pana 
objaśni. 
— Panie Szprot — mówię kłaniając się — nie chciałbym ubliżyć panu, tym więcej, 
że żądałem od pana satysfakcji, a pan odmówiłeś mi jej jak hultaj... Jak hultaj, 
panie Szprot... Oświadczam panu jednak, że albo powtarzasz, albo sam 
fabrykujesz plotki... 
— Co to jest?!... — wrzasnął Szprot, znowu jak niegdyś bijąc pięścią w stół. Odmówiłem, 
gdyż nie jestem od dawania satysfakcji panu ani nikomu. Z tym 
wszystkim powtarzam, że sklep wasz kupują Żydzi... 
— Jacy Żydzi? 
— Diabeł ich wie: Szlangbaumy, Hundbaumy, czy ja ich zresztą znam!... 
Taka mnie porwała wściekłość, żem kazał przynieść piwa, a radca Węgrowicz 
mówi : 
— Z tymi Żydami to może być kiedyś głupia awantura. Tak nas duszą, tak nas ze 
wszystkich miejsc wysadzają, tak nas wykupują, że trudno poradzić z nimi. Już 
my ich nie przeszachrujemy, to darmo, ale jak przyjdzie na gołe łby i pięści, 
zobaczymy, kto kogo przetrzyma... 
— Pan radca ma rację! — dodał Szprot. — Tak wszystko ci Żydzi zagarniają, że w 
końcu trzeba im będzie siłą odbierać, dla utrzymania równowagi. Bo zobaczcie 
tylko, panowie, co się dzieje choćby z takimi kortami... 
— No — mówię — jeżeli nasz sklep kupią Żydzi, to i ja się z wami połączę; jeszcze 
moja pięść coś zaważy... Ale tymczasem, na miłosierdzie boskie, nie 
rozpuszczajcie plotek o Wokulskim i nie drażnijcie ludzi przeciw Żydom, bo już 
i bez tego panuje rozgoryczenie... 
Wróciłem do domu z bólem głowy, wściekając się na cały świat. Budziłem się 
kilka razy w ciągu nocy, a po każdym zaśnięciu śniło mi się, że Żydzi naprawdę 
sklep nasz kupili i że ja, aby nie umrzeć z głodu, chodziłem po podwórzach z 
katarynką, na której był napis: „Ulitujcie się nad biednym, starym oficerem 
węgierskim!” 
Dopiero z rana wpadłem na jedyną myśl prostą i rozsądną, ażeby stanowczo 
rozmówić się ze Stachem i jeżeli istotnie sklep sprzedaje, wystarać się o 
miejsce. 
Ładna kariera po tylu latach służby! Gdyby człowiek był psem, to by mu 
przynajmniej w łeb strzelili... Ale że jest człowiekiem, więc musi wycierać obce 
kąty, niepewny zresztą, czy nie zbilansuje życia w rynsztoku. 
Przed południem Wokulski nie był w sklepie, więc około drugiej wybrałem się 
do niego. Może chory? 
Idę i w bramie domu, w którym mieszka, wpadam na doktora Szumana. Gdy 
powiedziałem mu, że chcę odwiedzić Stacha, odparł : 
— Nie chodź pan tam. Jest rozdrażniony i lepiej zostawić go w spokoju. Zajdź 
pan lepiej do mnie na herbatę... A propos, czy ja mam pańskie włosy? 
— Zdaje mi się — odpowiedziałem — że niedługo oddam panu moje włosy razem ze 
skórą. 
— Chcesz się pan wypchać? 
— Powinien bym, bo świat jeszcze nie widział podobnego mi głupca: 
— Pociesz się pan — odparł Szuman — są głupsi. Ale o cóż to chodzi? 
— Mniejsza, o co mnie chodzi, ale słyszałem, że Stach sklep sprzedaje Żydom... 
No, a ja już do nich w służbę nie pójdę. 
— Cóż to, czy i pana ogarnia antysemityzm? 
— Nie; ale co innego nie być antysemitą, a co innego służyć Żydom. 
— Któż więc im będzie służył?... Bo ja, choć jestem Żyd, także nie wdzieję liberii 
tych parchów. Zresztą -dodał -skądże panu takie myśli przychodzą? Jeżeli 
sklep zostanie sprzedany, pan będziesz miał świetną posadę przy spółce handlu 
z cesarstwem... 
— Niepewna to ta spółka — wtrąciłem. 
— Bardzo niepewna — odpowiedział Szuman -bo za mało w niej Zydów, a za 
wielu magnatów. Ale pana i to nie obchodzi, bo... Tylko nie wydaj mnie z 
sekretu... Otóż pana to nic nie obchodzi, co się stanie ze sklepem i spółką, gdyż 
Wokulski zapisał panu dwadzieścia tysięcy rubli... 
— Mnie?... zapisał?... cóż to znaczy?... — wykrzyknąłem zdziwiony. 
Akurat weszliśmy do mieszkania Szumana i doktor kazał podać samowar. 
— Co znaczy ten zapis? — spytałem, trochę nawet zaniepokojony. 
— Zapis... zapis!... — mruczał Szuman chodząc po pokoju i pocierając sobie tył 
głowy. — Co znaczy? nie wiem, dość, że Wokulski zrobił go. Widocznie chce 
być przygotowany na wszelki wypadek jako rozsądny kupiec!... 
— Czyby znowu pojedynek?... 
— Eh! cóż znowu... Wokulski za dużo ma rozumu, ażeby dwa razy popełniał to 
samo głupstwo. Tylko, kochany panie Rzecki, kto z taką babą ma do czynienia, 
ten musi być przygotowany... 
— Z jaką babą?... z panią Stawską?... — spytałem. 
— Co za pani Stawska! — mówił doktór. — Tu chodzi o grubszą rybkę, o pannę 
Łęcką, w którą ten wariat wdeptał bez ratunku. Już zaczyna poznawać, jakie to 
ziółko, cierpi, gryzie się, ale oderwać się od niej nie może. Najgorsza rzecz 
spóźnione amory, osobliwie, kiedy trafią na takiego diabła jak Wokulski. 
— Cóż się znowu stało? Przecie wczoraj był w ratuszu na balu? 
— Właśnie był dlatego, że ona była, a i ja tam byłem dlatego, że oni oboje byli. 
Ciekawa historia! — mruknął doktór. 
— Czy nie mógłbyś pan mówić jaśniej? -spytałem niecierpliwie. 
— Dlaczegóż by nie, tym bardziej że wszyscy widzą to samo — mówił doktór. — Wokulski szaleje za panną, ona go bardzo mądrze kokietuje, a wielbiciele... 
czekają. 
Awantura — ciągnął Szuman, precz chodząc po pokoju i trąc sobie głowę. — Dopóki panna Izabela była bez grosza i bez konkurenta, pies do nich nie 
zaglądał. Ale gdy znalazł się Wokulski, bogaty, z wielką reputacją i stosunkami, 
które nawet przeceniają, dokoła panny Łęckiej zgromadził się taki rój więcej lub 
mniej głupich, wyniszczonych i ładnych kawalerów, że przecisnąć się między 
nimi nie można. A każdy wzdycha, przewraca oczy, szepcze tkliwe półsłówka, 
czule za rączkę ściska w tańcu... 
— I cóż ona na to? 
— Marna kobieta! — rzekł doktór machając ręką. — Zamiast gardzić hołotą, która ją 
w dodatku po kilka razy opuszczała, ona upaja się ich towarzystwem. Wszyscy 
to widzą, a co najgorsze — widzi sam Wokulski... 
— Więc dlaczego, do diabła, nie puści jej?... Już kto jak kto, ale chyba on kpić ze 
siebie nie pozwoli. 
Podano samowar; Szuman odprawił służącego i nalał herbatę. 
— Widzisz pan — rzekł — on by ją niezawodnie puścił, gdyby mógł oceniáć rzeczy 
rozsądnie. Była taka chwila wczoraj na balu, że w naszym Stachu obudził się 
lew i kiedy przyszedł do panny Łęckiej, ażeby z nią zamienić parę wyrazów, 
przysiągłbym, że jej powie: „Dobranoc pani, już poznałem jej karty i ogrywać 
się nimi nie pozwolę!” Taką miał minę, kiedy szedł do niej. Ale i cóż z tego?... 
Panna raz spojrzała, szepnęła, ścisnęła go za rękę i mój Stach był taki 
szczęśliwy przez całą noc, taki szczęśliwy, że... dziś miałby ochotę w łeb sobie 
wypalić, gdyby nie czekał na drugie spojrzenie, szept i uścisk ręki... Nie widzi, 
cymbał, że ona zupełnie takimi samymi słodyczami obdzielała dziesięciu, nawet 
w znakomicie większych dozach. 
— Cóż to za kobieta? 
— Jak setki i tysiące innych. Piękna, rozpieszczona, ale bez duszy. Dla niej 
Wokulski tyle wart, o ile ma pieniądze i znaczenie: jest dobry na męża, 
naturalnie, w braku lepszego. Ale na kochanków to już ona wybierze sobie 
takich, którzy do niej więcej pasują. 
A tymczasem on — prawił Szuman — czy to w piwnicy Hopfera, czy to na stepie 
tak się karmił Aldonami, Grażynami, Marylami i tym podobnymi chimerami, że 
w pannie Łęckiej widzi bóstwo. On się już nie tylko kocha, ale uwielbia ją, 
modli się, padałby przed nią na twarz... Przykre go czeka zbudzenie!... Bo choć 
to romantyk pełnej krwi, jednak nie będzie naśladować Mickiewicza, który nie 
tylko przebaczył tej, co z niego zadrwiła, ale jeszcze tęsknił do niej po zdradzie, 
bal nawet ją unieśmiertelnił... Piękna nauka dla naszych panien: jeżeli chcesz 
być sławną, zdradzaj najgorętszych wielbicieli!... My, Polacy, jesteśmy skazani 
na głupców nawet w tak prostej rzeczy jak miłość... 
— I myślisz doktór, że Wokulski będzie taki błazen?... — spytałem czując, że 
burzy się we mnie krew jak pod Vilagos: 
Szuman aż skoczył na krześle. 
— O, do licha, nie!... — zawołał. — Dziś może szaleć, dopóki mówi sobie: „A nuż 
mnie kocha, a nuż jest taką, jak myślę?...” Ale gdyby nie ocknął się 
spostrzegłszy, że z niego żartują, ja... ja pierwszy, jakem Żyd, plunąłbym mu w 
oczy... Taki człowiek może być nieszczęśliwym, ale nie wolno mu być 
podłym... 
Dawno już nie widziałem Szumana tak rozdrażnionego. Żyd, bo Żyd, ma to 
wypisane od czuba do pięty, ale rzetelny przyjaciel i człowiek z poczuciem 
honoru. 
— No — rzekłem — uspokój się, doktorze. Mam dla Stacha lekarstwo. 
I opowiedziałem mu wszystko, co wiem o pani Stawskiej, dodając: 
— Umrę, mówię ci, doktorze, umrę albo... ożenię Stacha z panią Stawską. To 
kobieta, która ma i rozum, i serce, i za miłość zapłaci miłością, a jemu takiej 
trzeba. 
Szuman kiwał głową i wznosił brwi. 
— Ha! próbuj pan... Na żal po kobiecie jedynym lekarstwem może być tylko 
druga kobieta. Chociaż obawiam się, czy kuracja już nie jest spóźniona... 
— Stalowy to człowiek — wtrąciłem. 
— I dlatego niebezpieczny — odparł doktór. -Trudno zatrzeć, co się raz w takim 
zapisze, i trudno skleić, co pęknie. 
— Pani Stawka zrobi to. 
— Bodajby. 
— I Stach będzie szczęśliwy. 
— Oho!... 
Pożegnałem doktora pełen otuchy. Kocham, bo kocham panią Helenę, ale dla 
niego... wyrzeknę się jej. 
Byle nie było za późno! Ale nie... 
Nazajutrz w południe wpadł do sklepu Szuman; z jego uśmieszków i ze sposobu 
przygryzania warg poznałem, że mu coś dolega i nastraja go na ton ironiczny: 
— Byłeś doktór u Stacha? — spytałem. — Jakże dziś... 
Pociągnął mnie za szafy i począł mówić zirytowanym głosem: 
— Oto patrz pan, do czego doprowadzają baby nawet takich ludzi jak Wokulskil 
Wiesz pan, dlaczego on rozdrażniony?.. 
— Przekonał się, że panna Łęcka ma kochanka 
— Gdybyż się przekonał!... to może by go radykalnie uleczyło. Ale ona za 
sprytna, ażeby taki naiwny wielbiciel spostrzegł, co się dzieje za kulisami. 
Zresztą, w tej chwili chodzi o co innego. Śmiech powiedzieć, wstyd 
powiedzieć!... — zżymał się doktór. 
Uderzył się w łysinę i mówił ciszej: 
— Jutro bal u księcia, gdzie, naturalnie, będzie panna Łęcka. I czy pan wiesz, że 
książę do tej chwili nie zaprosił Wokulskiego, choć z innymi zrobił to już od 
dwu tygodni!... A czy uwierzyłbyś pan, że Stach chory z tego powodu?... 
Doktór zaśmiał się piskliwie, wyszczerzając popsute zęby, a ja dalibóg zarumieniłem 
się ze wstydu.! 
— Teraz rozumiesz pan, na jakiej pochyłości może znaleźć się człowiek?... spytał 
Szuman. — Już drugi dzień truje się, że go jakiś książę nie zaprosił na bal... 
On, ten nasz kochany, ten nasz podziwiany Stach... 
— I on sam powiedział to panu? 
— Bah! -mruknął doktór -właśnie, że nie powiedział. Gdyby miał siłę 
powiedzieć, potrafiłby odrzucić tak dalece spóźnione zaproszenie. 
— Myślisz pan, że go zaproszą? 
— Och! Niezaproszenie kosztowałoby piętnaście procent rocznie od kapitału, 
który książę ma w spółce. Zaprosi go, zaprosi, gdyż, dzięki Bogu, Wokulski jest 
jeszcze rzeczywistą siłą. Ale pierwej, znając jego słabość dla panny Łęckiej, 
podrażni go, pobawi się nim jak psem, któremu pokazuje się i chowa mięso, 
ażeby nauczyć go chodzenia na dwu łapach. Nie bój się pan, oni go nie 
wypuszczą od siebie, na to są za mądrzy; ale go chcą wytresować, ażeby pięknie 
służył, dobrze aportował, a choćby i kąsał tych, którzy im nie są mili. 
Wziął swoją bobrową czapkę i kiwnąwszy mi głową, wyszedł. Zawsze dziwak. 
Cały dzień upłynął mi marnie; nawet parę razy omyliłem się w rachunkach. 
Wtem, kiedym już myślał o zamknięciu sklepu, zjawił się Stach. Zdawało mi 
się, że przez parę tych dni schudł. Obojętnie przywitał się z naszymi panami i 
zaczął przewracać w biurku. 
— Szukasz czego? — spytałem. 
— Czy nie było tu listu od księcia?... — odparł nie patrząc mi w oczy. 
— Odsyłałem ci wszystkie listy do mieszkania... 
— Wiem, ale mógł się który zostać, zarzucić... 
Wolałbym rwać ząb aniżeli usłyszeć to pytanie. Więc Szuman miał rację: Stach 
gryzie się, że go książę na bal nie zaprosił! 
Gdy sklep zamknięto i panowie wyszli, Wokulski rzekł: 
— Co dziś robisz ze sobą? Nie zaprosiłbyś mnie na herbatę? 
Naturalnie, zaprosiłem go z radością i przypomniałem sobie dobre czasy, kiedy 
Stach przepędzał u mnie prawie każdy wieczór. Jakże daleko te czasy! Dziś on 
był posępny, ja zakłopotany i choć obaj mieliśmy sobie dużo do powiedzenia, 
żaden z nas nie patrzył drugiemu w oczy. Nawet zaczęliśmy rozmawiać o 
mrozie i dopiero szklanka herbaty, w której było pół szklanki araku, rozwiązała 
mi trochę usta. 
— Wciąż mówią — odezwałem się — że sprzedajesz sklep. 
— Już go prawie sprzedałem — odparł Wokulski. 
— Żydom?... 
Zerwał się z fotelu i wsadziwszy ręce w kieszenie zaczął chodzić po pokoju. 
— A komuż go sprzedam?... — spytał. — Czy tym, którzy nie kupią sklepu, gdyż 
mają pieniądze, czy tym, którzy by go dlatego tylko kupili, że nie mają 
pieniędzy? Sklep wart ze sto dwadzieścia tysięcy rubli, mam je rzucić w błoto? 
— Strasznie ci Żydzi wypierają nas... 
— Skąd?... Z tych pozycyj, których nie zajmujemy albo do zajmowania których 
sami ich zmuszamy, pchamy ich, błagamy, aby je zajęli. Mego sklepu nie kupi 
żaden z naszych panów, ale każdy da pieniądze Żydowi, aby on go kupił i... 
płacił dobre procenta od wziętego kapitału. 
— Czy tak?... 
— Naturalnie, że tak, wiem przecie, kto Szlangbaumowi pożycza pieniędzy... 
— To Szlangbaum kupuje? 
— A któż by inny? Klejn, Lisiecki czy Zięba?... Ci nie znaleźliby kredytu, a 
znalazłszy, może by go zmarnowali. 
— Będzie kiedyś awantura z tymi Żydami -mruknąłem. 
— Bywały już, trwały przez osiemnaście wieków i jaki rezultat?.. W 
antyżydowskich prześladowaniach zginęły najszlachetniejsze jednostki, a 
zostały tylko takie, które mogły uchronić się od zagłady. I oto jakich mamy dziś 
Żydów: wytrwałych, cierpliwych, podstępnych, solidarnych, sprytnych i po 
mistrzowsku władających jedyną bronią, jaka im pozostała — pieniędzmi. Tępiąc 
wszystko, co lepsze, zrobiliśmy dobór sztuczny i wypielęgnowaliśmy 
najgorszych. 
— Czy jednak pomyślałeś, że gdy twój sklep przejdzie w ich ręce, kilkudziesięciu 
Żydów zyska popłatną pracę, a kilkudziesięciu naszych ludzi straci ją? 
— To nie moja wina -odparł zirytowany Wokulski. -Nie moja wina, że ci, z 
którymi łączą mnie stosunki, domagają się, ażebym sklep sprzedał. Prawda, że 
społeczność straci, ale też i społeczność chce tego. 
— A obowiązki?.. 
— Jakie obowiązki?!... — wykrzyknął. — Czy względem tych, którzy nazywają 
mnie wyzyskiwaczem, czy tych, którzy mnie okradają? Spełniony obowiązek 
powinien coś przynosić człowiekowi, gdyż inaczej byłby ofiarą, której nikt od 
nikogo nie ma prawa wymagać. A ja co mam w zysku? Nienawiść i oszczerstwa 
z jednej strony, lekceważenie z drugiej. Sam powiedz: czy jest występek, 
którego by mi nie zarzucano i za co?... Za to, żem zrobił majątek i dałem byt 
setkom ludzi. 
— Oszczercy są wszędzie. 
— Ale nigdzie w tym stopniu co u nas. Gdzie indziej taki jak ja uczciwy 
dorobkiewicz miałby wrogów, ale miałby też uznanie, które wynagradza 
krzywdy... A tu... 
Machnął ręką. 
Jednym łykiem wypiłem znowu pół szklanki araku z herbatą, na odwagę. Stach 
tymczasem usłyszawszy kroki w sieni stanął przy drzwiach. Odgadłem, że tak 
czeka na książęce zaprosiny!... 
Już mi w głowie szumiało, więc zapytałem: 
— A czy ci, ci, dla których sprzedajesz sklep, ocenią cię lepiej?... 
— A jeżeli ocenią?... — spytał zamyśliwszy się. 
— I będą cię lepiej kochać aniżeli ci, których opuszczasz? 
Przybiegł do mnie i bystro popatrzył mi w oczy. 
— A jeżeli będą kochać?... — odparł. 
— Jesteś pewny?... 
Rzucił się na fotel. 
— Czy ja wiem?... — szepnął. — Czy ja wiem?... Co jest pewnego na tym świecie? 
— I czy nigdy nie przyszło ci na myśl — mówiłem coraz śmielej — że możesz być 
nie tylko wyzyskiwany i oszukiwany, ale jeszcze wyśmiewany i lekceważony?... 
Powiedz, nigdyś o tym nie pomyślał?... Wszystko jest możliwe na świecie, a w 
takim wypadku należy się zabezpieczyć, jeżeli nie od zawodu, to przynajmniej 
od śmieszności. 
Do diabła! — zakończyłem uderzając szklanką w stół — można ponosić ofiary 
mając z czego, ale nie można pozwalać na maltretowanie siebie... 
— Kto mnie maltretuje? — krzyknął zrywając się. 
— Wszyscy ci, którzy cię nie szanują tak, jakeś na to zasłużył. 
Przestraszyłem się własnej śmiałości, ale Wokulski nic nie odpowiedział. 
Położył się na kozetce i splótł ręce pod głową, co było objawem niezwykłego 
wzruszenia. Potem zaczął mówić o interesach sklepowych głosem zupełnie 
spokojnym. 
Około dziewiątej otworzyły się drzwi i wszedł lokaj Wokulskiego. 
— Jest list od księcia!... — zawołał. 
Stach przygryzł wargi i nie podnosząc się wyciągnął rękę. 
— Daj — rzekł — i idź spać. 
Służący wyszedł. Stach powoli otworzył kopertę, przeczytał i — rozdarłszy list na 
kilka kawałków, rzucił go pod piec. 
— Cóż to jest? — spytałem. 
— Zaproszenie na bal jutrzejszy — odparł sucho. 
— Nie idziesz? 
— Ani myślę. 
Osłupiałem... I nagle w tym osłupieniu przyszła mi najgenialniejsza myśl pod 
słońcem. 
— Wiesz co? — rzekłem — a może byśmy jutro poszli do pani Stawskiej na 
wieczór?... 
Usiadł na kozetce i odparł z uśmiechem: 
— A wiesz, że to będzie nieźle!... Wcale miła kobieta i dawnom już tam nie był. 
Trzeba by przy okazji posłać parę zabawek tej małej. 
Lodowata ściana, jaka utworzyła się między nami, pękła. 
Obaj odzyskaliśmy dawną szczerość i do północy rozmawialiśmy o przeszłych 
czasach. Na dobranoc powiedział mi Stach: 
— Człowiek niekiedy głupieje, ale też niekiedy odzyskuje rozum... Bóg ci zapłać, 
mój stary! 
Złoty, kochany Stach!... Żebym miał pęknąć, ożenię go z panią Stawską!... 
W dzień balu u księcia ani Stach, ani Szlangbaum nie byli w sklepie. Odgadłem, 
że muszą układać się o sprzedaż naszego interesu. 
W każdym innym razie podobny wypadek zatrułby mi humor na całą dobę. Ale 
dziś ani myślałem o zniknięciu naszej firmy i zastąpieniu jej szyldem 
żydowskim. Co mi tam sklep! byle Stach był szczęśliwy, a przynajmniej 
wydobył się ze swoich zgryzot. Muszę go ożenić, ażeby pioruny biły!... 
Z rana wysłałem do pani Stawskiej liścik donosząc, że przyjdziemy dziś na 
herbatę obaj z Wokulskim. Do listu ośmieliłem się załączyć pudełko zabawek 
dla Heluni. Był tam las ze zwierzętami, całe umeblowanie dla lalki, mały serwis 
i mosiężny samowar. Razem za rs 13 kop. 60 towaru z opakowaniem. 
Muszę jeszcze,coś wymyślić dla pani Misiewiczowej. Tym sposobem zrobię 
obcążki z babuni i z wnuczki i tak nimi piękną mamę ścisnę za serce, że musi 
kapitulować przed świętym Janem... 
(Aj, do licha! a ten mąż za granicą?... No, co tam mąż, niechby się pilnował... 
Zresztą, za jakiś dziesiątek tysięcy rubli dostaniemy rozwód z nieobecnym i 
zapewne już nieżyjącym.) 
Po zamknięciu sklepu idę do Stacha. Lokaj otwiera mi drzwi i trzyma w ręku 
wykrochmaloną koszulę. Przechodząc przez pokój sypialni widzę na krześle 
frak, kamizelkę... Oj, czy z naszej wizyty nie miałoby nic być?.. 
Stach w gabinecie czytał angielską książkę. (Czort wie, na co jemu ta 
angielszczyzna? Przecie można ożenić się będąc nawet głuchoniemym...) 
Przywitał mnie serdecznie, chociaż nie bez pewnego wahania. „Trzeba wziąć 
byka za rogi!” — pomyślałem i nie kładąc czapki na stole mówię: 
— No, chyba nie ma co czekać. Idźmy, bo te panie spać się pokładą. 
Wokulski złożył książkę i zamyślił się. 
— Brzydki wieczór — rzekł — śnieżyca. 
— Innym ta śnieżyca nie przeszkodzi jechać na bal, więc dlaczegóż nam miałaby 
psuć wieczorek -odpowiedziałem z głupia frant. 
Jakbym kolnął Stacha. Zerwał się z krzesła i kazał podać futro. Służący 
ubierając go mówił: 
— Tylko niech pan żara wracza, bo już pora ubierać się i fryzjer przyjdzie. 
— Nie potrzeba — odparł Stach. 
— Przecie nie uczesany nie pójdzie pan tańczować... 
— Nie idę na bal. 
Służący rozłożył ze zdziwieniem ręce i rozstawił nogi. 
— Czo pan dziś wyrabia? — zawołał. — Pan tak robi, jakby pan miał źle w głowie... 
Pan Łęczki tak prosił... 
Wokulski prędko wyszedł z pokoju i zatrzasnął drzwi pod nosem zuchwałemu 
famulusowi. 
„Aha! — myślę — więc książę spostrzegł, że Stach może nie przyjść, i na 
przeprosiny wysłał tego niby teścia!... Szuman ma rację, że oni go nie zechcą 
wypuścić, no, ale my wam go odbierzemy! „W kwadrans byliśmy u pani 
Stawskiej. Rozkosz jak nas przyjęto!... 
Marianna wysypała kuchnię piaskiem, pani Misiewiczowa ubrała się w 
jedwabną suknię tabaczkowego koloru, a pani Stawka miała dziś takie śliczne 
oczy, rumieńce i usta, że można się było na śmierć zacałować przy tej pięknej 
kobiecie. 
Nie chcę się uprzedzać, ale dalibóg! Stach spoglądał na nią z wielkim zajęciem 
przez cały wieczór.. Nie miał nawet czasu spostrzec, że Helunia ubrała się w 
nową szarfę. 
Co to był za wieczór!... Jak pani Stawka dziękowała nam za zabawki, jak ona 
osładzała Wokulskiemu herbatę, jak go parę razy trąciła brzegiem rękawa... Dziś 
już jestem pewny, że Stach będzie tu przychodził jak najczęściej, z początku ze 
mną, później beze mnie. 
W środku kolacji zły czy dobry duch skierował oczy pani Misiewiczowej na 
„Kurier” 
— Widzisz, Helenko — rzekła do córki — że to dziś bal u księcia. 
Wokulski sposępniał i zamiast w oczy pani Stawskiej zaczął patrzeć w talerz. 
Wziąwszy na odwagę odezwałem się nie bez ironii: 
— Piękne to musi być towarzystwo u takiego księcia! Stroje, elegancja... 
— Nie tak piękne, jak się wydaje — odpowiedziała staruszka. — Stroje bardzo 
często nie popłacone, a elegancja!... Zapewne, inna musi być w salonie z 
hrabiami i książętami, a inna w garderobie z biednymi robotnicami.(O! jakże mi 
staruszka w porę wystąpiła ze swoją krytyką. „Słuchajże, Stasiu” — pomyślałem i 
pytam dalej:) 
— Więc te wielkie damy nie bardzo są eleganckie w stosunkach z 
pracownicami?... 
— Proszę pana!... — odparła pani Misiewiczowa trzęsąc ręką. Znamy tu jedną 
magazynierkę, której te panie dają roboty, bo jest bardzo zręczna i tania. Łzami 
się nieraz zalewa, kiedy od nich wraca. Ile się trzeba naczekać z przymierzeniem 
sukni, z poprawieniem, z rachunkiem... A jaki ton w rozmowie, jakie 
impertynencje, jakie targi... Ta magazynierka mówi (jak dobrze życzę!), że woli 
mieć do czynienia z czterema Żydówkami aniżeli z jedną wielką damą. Choć 
teraz i Żydówki psują się: gdy która zbogaci się, zaraz zaczyna mówić tylko po 
francusku, targować się i grymasić. 
Chciałem spytać: czy panna Łęcka nie stroi się u tej magazynierki? ale żal mi 
było Stacha. Tak mienił się na twarzy, biedaczysko!... 
Po herbacie Helunia zaczęła ustawiać na dywanie dziś otrzymane zabawki, co 
chwilę wykrzykując z radości; pani Misiewiczowa i ja usiedliśmy pod oknem 
(staruszka nie może odzwyczaić się od tych okien!), a Wokulski i pani Stawska 
uplacowali się na kanapie : ona z jakąś siatką, on z papierosem. 
Ponieważ starowina z wielkim ogniem zaczęła mi opowiadać, jakim 
doskonałym naczelnikiem powiatu był śp. jej mąż, więc nie bardzo słyszałem, o 
czym rozmawiała pani Stawka z Wokulskim. A musiało to być interesujące, 
gdyż mówili półgłosem: 
„Ja panią widziałem w roku zeszłym u Karmelitów przy grobach.” 
„A ja pana najlepiej zapamiętałam, kiedy pan w lecie był w tej kamienicy, gdzie 
mieszkałyśmy. I nie wiem dlaczego, zdawało mi się...” 
— A co to był za kłopot z tymi paszportami!... Bóg wie, kto brał, komu oddawał, 
czyje wpisywał nazwisko... — opowiadała pani Misiewiczowa. 
„...Owszem, ile tylko razy pan zechce...” — mówiła rumieniąc się pani Stawska. 
„...I nie będę natrętny?...' 
— Piękna para! -rzekłem półgłosem do pani Misiewiczowej. 
Spojrzała na nich i wzdychając odparła: 
— Cóż z tego, choćby nieszczęśliwy Ludwik już nawet nie żył? 
— Miejmy w Bogu ufność... 
— Że żyje?... — spytała staruszka, wcale nie zdradzając zachwytu. 
— Nie, nie o tym mówię..: Ale... 
— Mamo, ja już spać chcę — odezwała się Helunia. 
Wokulski wstał z kanapki i pożegnaliśmy damy. 
„Kto wie — pomyślałem — czy ten jesiotr nie połknął już haczyka?...” 
Na dworze wciąż sypał śnieg; Stach odwiózł mnie do domu i nie wiem, z jakiej 
racji czekał w sankach, aż wejdę w bramę. 
Wszedłem, ale zatrzymałem się w sieni. I dopiero, kiedy stróż zamknął bramę, 
usłyszałem na ulicy dzwonki odjeżdżających sanek. 
„Takiś to ty? — pomyślałem. — Zobaczymy, dokąd teraz pójdziesz...” 
Wstąpiłem do siebie, włożyłem mój stary płaszcz, cylinder i tak przebrany, w 
pół godziny wyszedłem na ulicę. 
W mieszkaniu Stacha było ciemno, zatem nie siedzi w domu. Więc gdzież 
jest?... 
Kiwnąłem na przejeżdżające sanki i w parę minut wysiadłem niedaleko domu, w 
którym mieszka książę. 
Na ulicy stało kilka karet, inne jeszcze zajeżdżały; ale już pierwsze piętro było 
oświetlone, muzyka grała, a w oknach od czasu do czasu migały cienie 
tańczących. 
„Tam jest panna Łęcka” — pomyślałem i czegoś serce mi się ścisnęło. 
Rozejrzałem się po ulicy. Uf! jakie tumany śniegu... Ledwie można dojrzeć 
targane przez wiatr płomyki gazowe. Trzeba iść spać. 
Chcąc złapać sanki przeszedłem na drugi chodnik i... prawie otarłem się o 
Wokulskiego... stał pod drzewem zasypany śniegiem, zapatrzony w okna. 
„Więc to tak?... O, żebyś zdechł, mój kochanku, musisz ożenić się z panią 
Stawską.:” 
Wobec takiego niebezpieczeństwa postanowiłem działać energicznie. Więc 
zaraz na drugi dzień wybrałem się do Szumana i mówię: 
— A wiesz, doktór, co się stało ze Stachem? 
— Cóż, złamał nogę? 
— Gorzej. Bo jakkolwiek, pomimo dwukrotnych zaproszeń, nie był na balu u 
księcia, lecz około północy wymknął się pod jego dom i stojąc na śnieżycy 
patrzył w okna. Rozumiesz pan? 
— Rozumiem. Na to nie trzeba być psychiatrą. 
— Zatem — mówię dalej — nieodwołalnie postanowiłem ożenić Stacha w tym 
jeszcze roku, nawet przed świętym Janem. 
— Z panną Łęcką? — pochwycił doktór. — Radzę nie mieszać się do tego. 
— Nie z panną Łęcką, ale z panią Stawską. 
Szuman zaczął bić się po głowie. 
— Szpital wariatów! — mruczał. — Nie brak ani jednego... Pan, oczywiście, masz 
wodę w głowie, panie Rzecki — dodał po chwili. 
— Pan mnie obrażasz! — krzyknąłem zniecierpliwiony. 
Stanął przede mną i schwyciwszy mnie za klapy surduta mówił zirytowanym 
głosem : 
— Słuchaj pan... Użyję porównania, które powinieneś zrozumieć Jeżeli masz 
pełną szufladę, na przykład, portmonetek, czy możesz w tę samą szufladę 
nakłaść, na przykład, krawatów?... Nie możesz. Więc jeżeli Wokulski ma pełne 
serce panny Łęckiej, czy możesz mu tam wpakować panią Stawską?... 
Odczepiłem mu ręce od moich klap i odparłem: 
— Wyjmę portmonetki i włożę krawaty, rozumiesz pan, panie uczony?:.. 
I zaraz wyszedłem, bo już mnie jego arogancja rozdrażniła. Myśli, że wszystkie 
rozumy pozjadał. 
Od doktora pojechałem do pani Misiewiczowej. Stawska była w swoim sklepie, 
Helunię wyprawiłem do drugiego pokoju, do zabawek, a sam przysiadłem się do 
staruszki i bez żadnych wstępów zaczynam : 
— Pani dobrodziejko!... Czy sądzi pani, że Wokulski jest godnym człowiekiem?... 
— Ach, dobry panie Rzecki, jak możesz o to pytać?... W swoim domu zniżył nam 
komorne, wydobył Helenkę z takiej hańby, dał jej posadę na siedemdziesiąt pięć 
rubli, Heluni przysłał tyle zabawek... 
— Za pozwoleniem — przerywam. — Jeżeli więc zgadza się pani, że to człowiek 
zacny, to muszę pani dodać, pod największym sekretem, że jest bardzo 
nieszczęśliwy... 
— W imię Ojca i Syna!... — przeżegnała się staruszka. — On nieszczęśliwy, on, 
który ma taki sklep, spółkę, taki straszny majątek?... On, który niedawno 
sprzedał kamienicę?... Chyba że ma długi, o których ja nic nie wiem. 
— Długów ani grosza — mówię — a po zlikwidowaniu interesu ma ze sześćset 
tysięcy rubli, choć dwa lata temu miał ze trzydzieści tysięcy rubli, rozumie się, 
oprócz sklepu... Ale, pani dobrodziejko!...pieniądze nie stanowią wszystkiego, 
bo człowiek oprócz kieszeni ma jeszcze i serce... 
— Przecież słyszałam, że się żeni, nawet z piękną osobą, z panną Łęcką? 
— Tu jest nieszczęście; Wokulski nie może, nie powinien żenić się... 
— Czyżby miał defekt?... Taki zdrowy mężczyzna... 
— Nie powinien żenić się z panną Łęcką, to nie dla niego partia. Dla niego trzeba 
by żony takiej:.. 
— Takiej jak moja Helenka... — wtrąciła spiesznie pani Misiewiczowa. 
— Otóż to!... — zawołałem. — Nie tylko takiej, ale wprost tej samej... Jej samej, 
pani Heleny Stawskiej, trzeba nam za żonę. 
Staruszka rozpłakała się. 
— Czy wiesz, kochany panie Rzecki — mówiła szlochając — że to jest moje 
najmilsze marzenie... Bo, że poczciwy Ludwiczek już umarł, za to głowę sobie 
dam uciąć... Tyle razy mi się śnił, a zawsze albo nagi, albo jakiś inny, nie ten... 
— Zresztą — mówię — choćby nie umarł, dostaniemy rozwód. 
— Naturalnie. Za pieniądze wszystkiego można dostać. 
— Otóż to!... Cała rzecz w tym, ażeby pani Stawka nie opierała się... 
— Zacny panie Rzecki! — zawołała starowina. — Ależ ona, przysięgnę, już dziś 
kocha się, biedactwo, w Wokulskim... Humor jej się zepsuł, po nocach nie 
sypia, tylko wzdycha, mizernieje kobiecisko, a kiedyście tu byli wczoraj, cóż się 
z nią działo... Ja, matka, poznać jej nie mogłam... 
— Więc — basta!... — przerwałem. — Moja głowa w tym, ażeby Wokulski bywał tu 
jak najczęściej, a pani... niech dobrze usposabia panią Helenę. Wyrwiemy 
Stacha z rąk tej panny Łęckiej i... bodaj przed świętym Janem wesele... 
— Bój się Boga, ależ Ludwiczek?... 
— Umarł, umarł... — mówię. — Głowę sobie dam uciąć, że już nie żyje... 
— Ha, w takim razie wola boska.. 
— Tylko... proszę panią o sekret. To gruba gra. 
— Za kogóż to mnie masz, panie Rzecki? — obraziła się staruszka. — Tu... tu... dodała 
stukając się w piersi — tu każda tajemnica leży jak w grobie. A tym więcej 
tajemnica mego dziecka i tego szlachetnego człowieka: 
Oboje byliśmy głęboko wzruszeni. 
— Cóż — rzekłem po chwili, zabierając się do wyjścia — cóż, czy przypuściłby kto, 
że taka drobna rzecz jak lalka może przyczynić się do uszczęśliwienia dwojga 
ludzi? 
— Jak to lalka? 
— No, jakże?... Gdyby pani Stawka nie kupiła u nas lalki, nie byłoby procesu, 
Stach nie wzruszyłby się losem pani Heleny, pani Helena nie pokochałaby go, a 
więc i nie pobraliby się... Bo, ściśle rzeczy biorąc, jeżeli w Stachu zbudziło się 
jakieś gorętsze uczucie dla pani Stawskiej, to dopiero od owego procesu. 
— Zbudziło się, powiadasz pan?... 
— Bah! Czy to pani nie widziała, jak wczoraj szeptali na tej kanapie?... Wokulski 
dawno już nie był tak ożywiony, nawet wzruszony jak wczoraj... 
— Bóg cię zesłał, kochany panie Rzecki! — zawołała staruszka i na pożegnanie 
pocałowała mnie w głowę. 
Dziś kontent jestem z siebie i choćbym nie chciał, muszę przyznać, że mam 
metternichowską głowę. Jak to ja wpadłem na myśl zakochania Stacha w pani 
Helenie, jak ja to wszystko ułożyłem, ażeby im nie przeszkadzano!... 
Bo dziś nie mam już najmniejszej wątpliwości, że i pani Stawka, i Wokulski 
wpadli w zastawioną na nich pułapkę. Ona w ciągu paru tygodni zmizerniała 
(ale jeszcze lepiej wyładniała, bestyjka!), a on formalnie traci głowę. Jeżeli tylko 
nie jest wieczorem u Łęckich, co zresztą trafia się nieczęsto, bo panna wciąż 
baluje, to zaraz chłopak sprowadza się do pani Stawskiej i siedzi tam choćby do 
północy. A jak się wtedy ożywia, jak jej opowiada historie o Syberii, o 
Moskwie, o Paryżu!... Wiem, bo choć nie bywam wieczorami, ażeby im nie 
przeszkadzać, to zaraz na drugi dzień wszystko opowiada mi pani 
Misiewiczowa, rozumie się pod najwiçkszym sekretem. 
Jedno mi się tylko nie podobało. 
Dowiedziawszy się, że Wirski załazi czasem do naszych pań i, naturalnie, 
płoszy gruchającą parę, wybrałem się, ażeby go ostrzec. 
Właśnie już ubrany wychodzę z domu, gdy wtem spotykam w sieni Wirskiego. 
Naturalnie, zawracam się, zapalam światło, pogadaliśmy trochę o polityce... 
Następnie zmieniam przedmiot rozmowy i zaczynam obcesowo : 
— Chciałem też panu poufnie zakomunikować... 
— Wiem już, wiem!... — on mówi śmiejąc się. 
— Co pan wiesz? 
— A że Wolkulski kocha się w pani Stawskiej. 
— Rany boskie! — wołam. — A panu to kto powiedział?... 
— No, przede wszystkim nie bój się pan zdradzenia sekretu mówi on poważnie. W 
naszym domu sekret to jak w studni... 
— Ale kto panu powiedział? 
— Mnie, widzisz pan, powiedziała żona, która dowiedziała się o tym od pani 
Kolerowej... 
— A ona skąd? 
— Pani Kolerowej powiedziała pani Radzińska, a pani Radzińskiej pod 
najświętszym słowem powierzyła tę tajemnicę pani Denowa, wiesz pan, ta 
przyjaciółka pani Misiewiczowej. 
— Jakaż nieostrożna pani Misiewiczowa!... 
— Ale! — mówił Wirski — cóż miała robić, nieboga, jeżeli Denowa wpadła na nią z 
góry, że Wokulski przesiaduje u nich do rana, że to jakieś nieczyste sprawy... 
Naturalnie, zatrwożona staruszka powiedziała jej, że tu nie chodzi o figle, ale o 
sakrament, i że może pobiorą się około świętego Jana. 
Aż mnie głowa zabolała, ale cóż robić? Aj, te baby, te baby!... 
— Cóż słychać na mieście? — pytam Wirskiego, ażeby raz skończyć kłopotliwą 
rozmowę. 
— Awantury — mówi -awantury z baronową! Ale daj mi pan cygaro, bo to dwie 
duże historie. 
Podałem mu cygaro, a on opowiedział rzeczy, które ostatecznie przekonały 
mnie, że źli prędzej czy później muszą być ukarani, dobrzy wynagrodzeni i że w 
najzakamienialszym sercu tli się przecież iskra sumienia. 
— Dawnoś pan był u naszych dam? — zaczyna Wirski.- Ze cztery... z pięć dni... odparłem. 
— Pojmujesz pan, że nie chcę przeszkadzać Wokulskiemu, a... i panu 
radzę to samo. Młoda z młodym prędzej porozumie się aniżeli z nami, starymi. 
— Za pozwoleniem! — przerywa Wirski. — Mężczyzna pięćdziesięeioletni nie jest 
starym; jest dopiero dojrzałym... 
— Jak jabłko, które już spada. 
— Masz pan rację: mężczyzna pięćdziesięcioletni jest bardzo skłonny do upadku. 
I gdyby nie żona i dzieci... Panie Ignacy!... panie Rzecki!... 
niech mnie diabli wezmą, jeżelibym się nie ścigał z młodymi. Ale, panie, żonaty 
człowiek to kaleka: kobiety na niego nie patrzą, chociaż... panie Ignacy... 
W tym miejscu oczy mu się zaiskrzyły i zrobił taką pantominę, że jeżeli jest 
naprawdę pobożnym, jutro powinien iść do spowiedzi. 
Już to w ogóle uważam, że ze szlachtą jest tak: do nauki ani do handlu nie ma 
głowy, do roboty go nie napędzisz, ale do butelki, do wojaczki i do sprośności 
zawsze gotów, choćby nawet trumną zalatywał. Paskudniki! 
— Wszystko to dobrze — mówię — panie Wirski, ale cóżeś mi pan miał 
opowiedzieć? 
— Aha! właśnie o tym myślałem — mówi on, a dymi cygarem jak kocieł asfaltu. Otóż 
tedy, pamiętasz pan tych studentów z naszej kamienicy, co mieszkali nad 
baronową?... 
— Maleski, Patkiewicz i ten trzeci. Co nie miałbym pamiętać takich diabłów. 
Jowialne chłopaki! 
— Bardzo, bardzo! — potwierdza Wirski. — Niech mnie Bóg skarze, jeżeli przy tych 
urwipołciach można było utrzymać młodą kucharkę dłużej jak osiem miesięcy. 
Panie Rzecki! mówię ci, że oni we trzech zaludniliby wszystkie ochrony... Ich 
tam, widać, w uniwersytecie uczą tego. Bo za moich czasów, na wsi, jeżeli 
ojciec mający młodego syna dał trzy, a cztery krowy na rok... fiu!... fiu!... to już 
zaraz obrażał się nawet ksiądz proboszcz, ażeby mu nie psuć owieczek. A ci, 
panie... 
— Miałeś pan mówić o baronowej — wtrąciłem, bo nie lubię, jeżeli głupstwa 
trzymają się szpakowatej głowy. 
— Właśnie... Otóż tedy... A najgorszy bestia to ten Patkiewicz, co trupa udaje. Jak 
zapadł wieczór, a ten pokraka wylazł na schody, to mówię ci, taki był pisk, 
jakby stado szczurów tamtędy przechodziło... 
— Miałeś pan przecie o baronowej... 
— Właśnie też... Otóż tedy, mości dobrodzieju... No i Maleskiemu nic nie brak!... 
Otóż tedy, jak panu wiadomo, baronowa uzyskała wyrok na chłopaków, ażebysię wyprowadzili ósmego. Tymczasem ci ani weź... Ósmy, dziewiąty, 
dziesiąty... oni siedzą, a pani Krzeszowskiej rośnie wątróbka z irytacji. W 
końcu, naradziwszy się z tym swoim niby adwokatem i z Maruszewiczem, na 
dzień 15 lutego pchnęła im komornika z policją. 
Drapie się tedy komornik z policją na trzecie piętro, stuk -puk! drzwi u 
chłopców zamknięte, ale ze środka pytają się: „Kto tam?”- „W imieniu prawa 
otwórzcie!” — mówi komornik. — „Prawo prawem -mówią mu ze środka — ale my 
nie mamy klucza. Ktoś nas zamknął, pewnie pani baronowa.” — „Panowie żarty 
robicie z władzy — mówi komornik — a panowie wiecie, że powinniście się 
wyprowadzić.” — „Owszem — mówią ze środka — ale przecież dziurką od klucza 
nie wyjdziemy. Chybaby...” 
Naturalnie, komornik wysyła stróża po ślusarza i czeka na schodach z policją. W 
jakie pół godziny przychodzi i ślusarz: otworzył ten zwyczajny zamek 
wytrychem, ale angielskiemu zatrzaskowi nie może dać rady. Kręci, wierci — na 
próżno... Dyma znowu po narzędzia, na co znowu schodzi mu z pół godziny, a 
tymczasem w podwórzu zbiegowisko, wrzask, a na drugim piętrze pani 
baronowa dostaje najstraszniejszych spazmów. 
Komornik ciągle czeka na schodach, aż tu wpada do niego Maruszewicz. 
„Panie! — wola — zobacz no, co ci dokazują...” Komornik wybiega na dziedziniec 
i widzi taką scenę: 
Okno na trzecim piętrze otwarte (miarkuj pan, w lutym!) i z owego okna lecą na 
podwórze: sienniki, kołdry, książki, trupie główki i tam dalej. Niedługo 
poczekawszy zjeżdża na sznurze kufer, a po nim łóżko. 
No i cóż pan na to?” — woła Maruszewicz. 
„Trzeba spisać protokół — mówi komornik. -Zresztą wyprowadzają się, więc 
może nie warto im przeszkadzać.” 
Wtem -nowa szopka. W otwartym oknie na trzecim piętrze ukazuje się krzesło, 
na krześle siada Patkiewicz, dwaj koledzy spychają go i — mój Patkiewicz jedzie 
z krzesłem na sznurach na dół!... To już i komornika zemdliło, a jeden stójkowy 
przeżegnał się. 
„Kark skręci... — mówią baby. — Jezus Maria! ratuj duszę jego...” Maruszewicz, 
jako człowiek nerwowy, uciekł do pani Krzeszowskiej, a tymczasem krzesełko z 
Patkiewiczem zatrzymuje się na wysokości drugiego piętra, przy oknie 
baronowej. 
„Skończcież, panowie, z tymi żartami!” -woła komornik do dwu kolegów 
Patkiewicza, którzy go spuszczali. 
„Ale ba! kiedy nam się sznur zerwał...” — mówią tamci. 
„Ratuj się, Patkiewicz!” — woła z góry Maleski. 
Na dziedzińcu awantura. Baby (ile, że niejedna mocno interesowała się 
zdrowiem Patkiewicza) zaczynają wrzeszczeć, stójkowi osłupieli, a komornik 
zupełnie stracił głowę. 
„Stań pan na gzymsie!... Bij w okno...” — woła do Patkiewicza. 
Memu Patkiewiczowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Zaczyna tedy pukać 
do okna baronowej tak, że sam Maruszewicz nie tylko mu otworzył lufcik, ale 
jeszcze własnoręcznie wciągnął chłopa do pokoju. 
Nawet baronowa przybiegła zatrwożona i mówi do Patkiewicza: 
„Boże miłosierny! potrzebne też to panu takie figle” 
„Inaczej nie miałbym przyjemności pożegnać szanownej pani”- odpowiada 
Patkiewicz i słyszę, pokazał jej takiego nieboszczyka, że baba runęła na wznak 
na podłogę wołając: 
„Nie ma mnie kto bronić!... Nie ma już mężczyzn!... Mężczyzny!... 
Mężczyzny!...” 
Krzyczała tak głośno, że ją było słychać na całym dziedzińcu, i nawet komornik 
bardzo opacznie wytłomaczył sobie jej wołania, bo powiedział do stójkowych : 
„Ot, w jaką chorobę wpadła biedna kobieta!... Trudno, już ze dwa lata jest w 
separacji z mężem.” 
Patkiewicz, jako medyk, pomacawszy puls baronowej, kazał jej zadać waleriany 
i najspokojniej wyszedł. A tymczasem w ich lokalu ślusarz wziął się do 
odbijania angielskiego zatrzasku. Kiedy już skończył swoją czynność i dobrze 
drzwi pokaleczył, Maleski nagle przypomniał sobie, że oba klucze: od zamku i 
od zatrzasku — ma w kieszeni. 
Ledwie baronowa. doszła do przytomności, zaraz ów adwokat począł ją 
namawiać, ażeby wytoczyła proces i Patkiewiczowi, i Maleskiemu. Ale baba 
jest już tak zrażona do procesów, że tylko zwymyślała swego doradcę i 
przysięgła, iż od tej pory żadnemu studentowi nie wynajmie lokalu, choćby na 
wieki miał stać pustkami. 
Potem, jak mi mówiono, z wielkim płaczem zaczęła namawiać Maruszewicza, 
ażeby on nakłonił barona do przeproszenia jej i do sprowadzenia się do niej. 
„Ja wiem — szlochała — że on już nie ma ani grosza, że za mieszkanic nie płaci i 
nawet ze swoim lokajem jada na kredyt. Mimo to; wszystko mu zapomnę i 
popłacę długi, byle nawrócił się i sprowadził do domu. Bez mężczyzny nie 
mogę rządzić takim domem... umrę tu w ciągu roku...” 
W tym widzę karę boską -zakończył Wirski odmuchując cygaro. -A 
narzędziem tej kary będzie baron... 
— A druga historia? — spytałem. 
— Druga jest krótsza, ale za to ciekawsza. Wyobraź pan sobie, że baronowa, 
baronowa Krzeszowska, złożyła wczoraj wizytę pani Stawskiej... 
Oj! do licha... — szepnąłem. — To zły znak... 
— Wcale nie — rzekł Wirski. — Baronowa przyszła do pani Stawskiej, spłakała się, 
dostała spazmów i prosiła obie damy prawie na klęczkach, ażeby jej zapomniały 
ów proces o lalkę, bo inaczej nie będzie mieć spokoju do końca życia. 
— I one obiecały zapomnieć? 
— Nie tylko obiecały, ale jeszcze ucałowały ją i nawet przyrzekły wyjednać jej 
przebaczenie u Wokulskiego. o którym baronowa odzywa się z wielkimi 
pochwałami... 
— Oj, do diabła!... — zawołałem. — Po cóż one z nią rozmawiały o Wokulskim?... 
Gotowe nieszczęście... 
— Ale, co pan mówisz! — reflektował mnie Wirski. -To kobieta skruszona, żałuje 
za grzechy i niezawodnie poprawi się. 
Była już północ, więc sobie poszedł. Nie zatrzymywałem go, bo mnie trochę 
zraził swą wiarą w skruchę baronowej. Ha! zresztą kto ją tam wie, może się i 
naprawdę nawróciła?... 
Post scriptum. Byłem pewny, że MacMahonowi uda się zrobić zamach na rzecz 
małego Napoleonka. Tymczasem dziś dowiaduję się, że MacMahon upadł, 
prezydentem rzeczypospolitej został mieszczanin Grévy, a mały Napoleonek 
pojechał na wojnę, do jakiegoś Natalu do Afryki. 
Trudna rada — niech się chłopak uczy wojować. Za jakie pół roku wróci okryty 
sławą, tak że go sami Francuzi gwałtem zaczną ciągnąć do siebie, a my 
tymczasem — ożenimy Stacha z panią Heleną. 
O, bo ja, kiedy uwezmę się na co, to mam metternichowskie sposoby i 
rozumiem naturalny bieg rzeczy. 
Niech więc żyje Francja z Napoleonidami, a Wokulski z panią Stawską!... 
ROZDZIAŁ TRZYNASTY: 
DAMY I KOBIETY 
W minionym karnawale i w bieżącym wielkim poście fortuna po raz trzeci czy 
czwarty znowu łaskawym okiem spojrzała na dom pana Łęckiego. 
Jego salony były pełne gości, a do przedpokoju sypały się bilety wizytowe jak 
śnieg. I znowu pan Tomasz znalazł się w tej szczęśliwej pozycji, że nie tylko 
miał kogo przyjmować, ale nawet mógł robić wybór pomiędzy odwiedzającymi. 
— Pewnie już niedługo umrę — mówił nieraz do córki. -Mam jednak tę 
satysfakcję, że ludzie ocenili mnie choć przed śmiercią. 
Panna Izabela słuchała tego z uśmiechem. Nie chciała rozpraszać ojcowskich 
złudzeń, ale była pewna, że rój wizytujących jej składa hołdy — nie ojcu. 
Wszakże pan Niwiński, najwykwintniejszy aranżer, najczęściej z nią tańczył, nie 
z ojcem. Pan Malborg, wzór dobrych manier i wyrocznia mody, z nią 
rozmawiał, nie z ojcem, a pan Szastalski, przyjaciel poprzedzających, nie przez 
ojca, tylko przez nią czuł się nieszczęśliwym i niepocieszonym. Pan Szastalski 
wyraźnie jej to oświadczył, a chociaż sam nie był ani najwykwintniejszym 
tancerzem jak pan Niwiński, ani wyrocznią mody jak pan Malborg, był jednak 
przyjacielem panów: Niwińskiego i Malborga. Mieszkał blisko nich, z nimi 
jadał, z nimi sprowadzał sobie angielskie lub francuskie garnitury, damy zaś 
dojrzałe nie mogąc w nim dopatrzeć żadnych innych zalet nazywały go 
przynajmniej poetycznym. 
Dopiero drobny fakt, jedno zdanie zmusiło pannę Izabelę do szukania w innym 
kierunku tajemnicy jej triumfów. 
Podczas pewnego balu rzekła do panny Pantarkiewiczówny: 
— Nigdy tak dobrze nie bawiłam się w Warszawie jak tego roku. 
— Bo jesteś zachwycająca — odpowiedziała krótko panna Pantarkiewiczówna 
zasłaniając się wachlarzem, jakby chciała ukryć mimowolne ziewnięcie... 
— Panny „w tym wieku” umieją być interesujące — odezwała się na cały głos pani 
z de Ginsów Upadalska do pani z Fertalskich Wywrotnickiej. 
Ruch wachlarza panny Pantarkiewiczówny i słówko pani z de Ginsów 
Upadalskiej zastanowiły pannę Izabelę. Za dużo miała rozumu, ażeby nie 
zorientować się w sytuacji, jeszcze tak jaskrawo oświetlonej. 
„Cóż to za wiek? — myślała. — Dwadzieścia pięć lat jeszcze nie stanowią <<tego 
wieku>>... Co one mówią?...” 
Spojrzała na bok i zobaczyła utkwione w siebie oczy Wokulskiego. Ponieważ 
miała do wyboru albo przypisać swoje triumfy „temu wiekowi”, albo 
Wokulskiemu, więc... poczęła zastanawiać się nad Wokulskim. 
Kto wie, czy nie był on mimowolnym twórcą uwielbień, które ją ze wszech 
stron otaczały?... 
Zaczęła przypominać sobie. Przede wszystkim ojciec pana Niwińskiego miał 
kapitały w spółce, którą założył Wokulski, a która (o czym było wiadomo nawet 
pannie Izabeli) przynosiła wielkie zyski. Następnie pan Malborg, który ukończył 
jakąś szkołę techniczną (z czym się nie zdradzał), za pośrednictwem 
Wokulskiego (co w najgłębszej zachował dyskrecji) starał się o posadę przy 
kolei. I rzeczywiście, dostał taką, która posiadała jedną wielką zaletę, że nie 
wymagała pracy, i jedną straszną wadę, że nie dawała trzech tysięcy rubli pensji. 
Pan Malborg miał nawet o to żal do Wokulskiego; lecz ze względu na stosunki 
ograniczał się na wymawianiu jego nazwiska z ironicznym półuśmiechem. 
Pan Szastalski nie miał kapitałów w spółce ani posady przy kolei. Ale ponieważ 
dwaj jego przyjaciele, panowie Niwiński i Malborg, mieli do Wokulskiego 
pretensję, więc i on miał do Wokulskiego pretensję, którą formułował 
wzdychając obok panny Izabeli i mówiąc: 
— Są ludzie szczęśliwi, którzy... 
O tym, jak wyglądają ci „którzy...”, panna Izabela nigdy nie mogła się 
dowiedzieć. Tylko przy wyrazie „którzy” przychodził jej na myśl Wokulski. 
Wtedy zaciskała drobne pięści i mówiła do siebie: 
„Despota... tyran...” 
Choć Wokulski nie zdradzał najmniejszej skłonności ani do tyranii, ani do 
despotyzmu. Tylko przypatrywał się jej i myślał: 
„Tyżeś to czy... nie ty?.. „ 
Czasami na widok młodszych i starszych elegantów otaczających pannę Izabelę, 
której oczy błyszczały jak brylanty albo jako gwiazdy, po niebie jego 
zachwytów przelatywał obłok i rzucał mu na duszę cień nieokreślonej 
wątpliwości. Ale Wokulski na cienie zamykał oczy. Panna Izabela była jego 
życiem, szczęściem, słońcem, którego nie mogły zaćmić jakieś przelotne 
chmurki, może nawet zgoła urojone. 
Niekiedy przychodził mu na myśl Geist, zdziczały mędrzec wśród wielkich 
pomysłów, który wskazywał mu inny cel aniżeli miłość panny Łęckiej. Ale 
wówczas starczyło Wokulskiemu jedno spojrzenie panny Izabeli, ażeby go 
otrzeźwić z mrzonek. 
„Co mi tam ludzkość! — mówił wzruszając ramionami. — Za całą ludzkość i za 
całą przyszłość świata, za moją własną wieczność... nie oddam jednego jej 
pocałunku...” I na myśl o tym pocałunku działo się z nim coś niezwykłego. 
Wola w nim słabła, czuł, że traci przytomność, i ażeby odzyskać ją, musiał 
znowu zobaczyć pannę Izabelę w towarzystwie elegantów. I dopiero wówczas, 
gdy słyszał jej szczery śmiech i stanowcze zdania, kiedy widział jej ogniste 
spojrzenia rzucane na panów: Niwińskiego, Malborga i Szastalskiego, przez 
mgnienie oka zdawało mu się, że spada przed nim zasłona, poza którą widzi 
jakiś inny świat i jakąś inną pannę Izabelę. Wtedy, nie wiadomo skąd, zapalała 
się przed nim jego młodość pełna tytanicznych wysiłków. Widział swoją pracę 
nad wydobyciem się z nędzy, słyszał świst pocisków, które kiedyś przelatywały 
mu nad głową, a potem widział laboratorium Geista, gdzie rodziły się 
niezmierne wypadki, i spoglądając na panów: Niwińskiego, Malborga i 
Szastalskiego; myślał: 
„Co ja tu robię?..: Skąd ja modlę się do jednego z nimi ołtarza?.:” 
Chciał roześmiać się, ale znowu wpadał w moc obłędu. I znowu wydawało mu 
się, że takie jak jego życie warto złożyć u nóg takiej jak panna Izabela kobiety. 
Bądź jak bądź, pod wpływem nieostrożnego słówka pani z de Ginsów 
Upadalskiej, w pannie Izabeli poczęła wytwarzać się zmiana na korzyść 
Wokulskiego. Z uwagą przysłuchiwała się rozmowom panów odwiedzających 
jej ojca i w rezultacie spostrzegła, że każdy z nich ma albo kapitalik, który chce 
umieścić u Wokulskiego; „bodajby na piętnaście procent”, albo kuzyna, 
któremu chce wyrobić posadę, albo pragnie poznać się z Wokulskim dla jakichś 
innych celów. Co się zaś tycze dam, te albo również chciały kogoś protegować, 
albo miały córki na wydaniu i nawet nie taiły się, że pragną odbić Wokulskiego 
pannie Izabeli, albo, o ile nie były zbyt dojrzałymi, rade były uszczęśliwić go 
same. 
— Oto być żoną takiego człowieka! — mówiła z Fertalskich Wywrotnicka. 
— Choćby nawet i nie żoną! — odparła z uśmiechem baronowa von Ples, której 
mąż od pięciu lat był sparaliżowany. 
„Tyran... despota...” — powtarzała panna Izabela czując, że lekceważony przez 
nią kupiec zwraca ku sobie wiele spojrzeń, nadziei i zazdrości. 
Pomimo resztek pogardy i wstrętu, jakie w niej jeszcze tlały, musiała przyznać, 
że ten szorstki i ponury człowiek więcej znaczy i lepiej wygląda aniżeli 
marszałek, baron Dalski, a nawet aniżeli panowie: Niwiński, Malborg i 
Szastalski. 
Najsilniej jednak wpłynął na postanowienia jej książę. 
Książę, na którego prośbę Wokulski nie tylko w grudniu roku zeszłego nie 
chciał ofiarować pani Krzeszowskiej dziesięciu tysięcy rubli, ale nawet w 
styczniu i lutym roku bieżącego nie dał ani grosza na protegowanych przez 
niego ubogich, książę na chwilę stracił serce do Wokulskiego. Wokulski zrobił 
księciu przykry zawód. Książę sądził i wierzył, iż ma prawo tak sądzić, że 
człowiek podobny Wokulskiemu, raz posiadłszy książęcą życzliwość, powinien 
wyrzec się nie tylko swoich gustów i interesów, ale nawet majątku i osoby. Że 
powinien lubić to, co lubi książę, nienawidzieć tego, co nienawidzi książę, 
służyć tylko księcia celom i dogadzać tylko jego upodobaniom. Tymczasem ten 
parweniusz (aczkolwiek niewątpliwie dobry szlachcic) nie tylko nie myślał być 
książęcym sługą, ale nawet odważył się być samodzielnym człowiekiem; nieraz 
sprzeczał się z księciem, a co gorsza, wręcz odmawiał jego żądaniom. 
„Szorstki człowiek... interesowny... egoista!...” — myślał książę, ale coraz 
mocniej dziwił się zuchwalstwu dorobkiewicza. 
Traf zdarzył, że pan Łęcki, nie mogąc już ukryć zabiegów Wokulskiego o pannę 
Izabelę, zapytał księcia o zdanie o Wokulskim i o radę. 
Otóż książę, pomimo rozmaitych słabości, był z gruntu uczciwym człowiekiem. 
W sądzie o ludziach nie polegał na własnym upodobaniu, ale zasięgał opinii. 
Poprosił więc pana Łęckiego o parę tygodni zwłoki „dla uformowania sobie 
zdania”, a ponieważ miał rozmaite stosunki i jakby własną policję, 
podowiadywał się więc różnych rzeczy. 
Naprzód tedy zauważył, że szlachta, lubo o Wokulskim odzywa się z przekąsem 
jako o dorobkiewiczu i demokracie, w cichości jednak chełpi się nim: 
Znać, że nasza krew, choć przystał do kupców! 
Ile razy zaś chodziło o przeciwstawienie kogoś żydowskim bankierom, 
najzakamienialsi szlachcice wysuwali naprzód Wokulskiego. 
Kupcy, a nade wszystko fabrykanci, nienawidzili Wokulskiego, najcięższe 
jednak zarzuty, jakie mu stawiali, były te: „To szlachcic... wielki pan... 
polityk!...”, czego znowu książę w żaden sposób nie mógł mu brać za złe... 
Najciekawszych jednak wiadomości dostarczyły księciu zakonnice. Był jakiś 
furman w Warszawie i jego brat dróżnik na Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej, 
którzy błogosławili Wokulskiego. Byli jacyś studenci, którzy głośno opowiadali, 
że Wokulski daje im stypendia; byli rzemieślnicy, którzy zawdzięczali mu 
warsztaty, byli kramarze, którym Wokulski pomógł do założenia sklepów. 
Nie brakło nawet (o czym siostry mówiły z pobożną zgrozą i rumieniąc się), nie 
brakło nawet kobiety upadłej, którą Wokulski wydobył z nędzy, oddał do 
magdalenek i ostatecznie zrobił z niej uczciwą kobietę, o ile (mówiły siostry) 
taka osoba może być uczciwą kobietą. 
Relacje te nie tylko zdziwiły, ale wprost przestraszyły księcia. I naraz Wokulski 
spotężniał w jego opinii. Był przecie człowiekiem, który ma swój własny 
program, ba! nawet prowadzi politykę na własną rękę, i który ma wielkie 
znaczenie wśród pospólstwa... 
Toteż kiedy książę w oznaczonym terminie przyszedł do pana Łęckiego, nie 
omieszkał jednocześnie zobaczyć się z panną Izabelą. W znaczący sposób 
uścisnął ją i powiedział te zagadkowe słowa: 
— Szanowna kuzynko, trzymasz w ręku niezwykłego ptaka... Trzymajże go i 
pieść tak, ażeby wyrósł na pożytek nieszczęśliwemu krajowi... 
Panna Izabela bardzo zarumieniła się; odgadła, że owym niezwykłym ptakiem 
jest Wokulski. 
„Tyran... despota!...” — pomyślała. 
Pomimo to w stosunku Wokulskiego do panny Izabeli pierwsze lody były 
przełamane. Już decydowała się wyjść za niego... 
Pewnego dnia, kiedy pan Łęcki był trochę niezdrów, a panna Izabela czytała w 
swoim gabinecie, dano jej znać, że w salonie czeka pani Wąsowska. Panna 
Izabela natychmiast wybiegła tam i zastała, oprócz pani Wąsowskiej, kuzynka 
Ochockiego, który był bardzo zachmurzony: 
Obie przyjaciółki ucałowały się z demonstracyjną czułością, ale Ochocki, który 
widział nie patrząc, spostrzegł, że albo jedna z nich, albo obie mają do siebie 
jakąś pretensję, zresztą niewielką. 
„Czyby o mnie?... — pomyślał. — Nie trzeba się zbytecznie angażować...” 
— A, i kuzynek jest tutaj! — rzekła panna Izabela podając mu rękę — czegóż taki 
smutny? 
— Powinien być wesoły — wtrąciła pani Wąsowska — gdyż przez całą drogę, od 
banku do was, umizgał się do mnie, i to z dobrym skutkiem. Na rogu Alei 
pozwoliłam mu odpiąć dwa guziki u rękawiczki i pocałować się w rękę. Gdybyś 
wiedziała, Belu, jak on nie umie całować... 
— Tak?... — zawołał Ochocki rumieniąc się powyżej czoła .Dobrze! Od tej pory 
nigdy nie pocałuję pani w rękę... Przysięgam... 
— Jeszcze dziś przed wieczorem pocałujesz mnie pan w obie — odparła pani 
Wąsowska. 
— Czy mogę złożyć uszanowanie panu Łęckiemu? — spytał uroczyście Ochocki i 
nie czekając na odpowiedź panny Izabeli wyszedł z salonu. 
— Zawstydziłaś go — rzekła panna Izabela. 
— To niech się nic umizga, kiedy nie umie. W podobnych wypadkach 
niezręczność jest śmiertelnym grzechem. Czy nieprawda? 
— Kiedyżeś przyjechała? 
— Wczoraj rano — odpowiedziała pani Wąsowska. — Ale dwa razy musiałam być 
w banku, w magazynie, zrobić porządki u siebie. Tymczasem asystuje mi 
Ochocki, dopóki nie znajdę kogoś zabawniejszego. Jeżeli mi kogo odstąpisz... dodała 
z akcentem. 
— Cóż znowu za pogłoski! — rzekła rumieniąc się panna Izabela. 
— Które doszły aż: do mnie na wieś. Starski opowiadał mi, nie bez zazdrości, że 
w tym roku, jak zawsze zresztą byłaś królową. Podobno Szastalski zupełnie 
głowę stracił. 
— I obaj jego równie nudni przyjaciele — wtrąciła panna Izabela z uśmiechem. — Wszyscy trzej kochali się we mnie co wieczór, każdy oświadczał mi się w takich 
godzinach, ażeby nie przeszkadzać innym, a później wszyscy trzej zwierzali się 
przed sobą ze swoich cierpień. Ci panowie wszystko robią na spółkę. 
— Atyco na to? 
Panna Izabela wzruszyła ramionami. 
— Ty mnie pytasz? — rzekła. 
— Słyszałam również — mówiła pani Wąsowska — że Wokulski oświadczył się... 
Panna Izabela zaczęła bawić się kokardą swej sukni. 
— No, zaraz: oświadczył się!... Oświadcza mi się, ile razy mnie widzi: patrząc na 
mnie, nie patrząc, mówiąc, nie mówiąc... jak zwykle oni. 
— A ty? 
— Tymczasem przeprowadzam mój program. 
— Wolno wiedzieć, jaki? 
— Owszem, nawet zależy mi, ażeby nie był tajemnicą. Naprzód, jeszcze u 
prezesowej... Jakże ona się ma? 
— Bardzo źle — odparła pani Wąsowska. — Starski już prawie nie opuszcza jej 
pokoju, a rejent przyjeżdża co dzień, ale zdaje się na próżno... Więc co do 
programu?... 
— Jeszcze w Zasławku — ciągnęła panna Izabela — wspomniałam o pozbyciu się 
tego sklepu (tu oblał ją rumieniec); który też ma być sprzedany najpóźniej w 
czerwcu. 
— Pysznie. Cóż dalej? 
— Następnie mam kłopot z tą spółką handlową. On, rozumie się, rzuciłby ją 
natychmiast, ale ja się zastanawiam. Przy spółce dochody wynoszą około 
dziewięćdziesięciu tysięcy rubli, bez niej tylko trzydzieści tysięcy, więc 
pojmujesz, że można wahać się. 
— Widzę, że zaczynasz znać się na cyfrach. 
Panna Izabela pogardliwie rzuciła ręką. 
— Ach, już chyba nigdy nie poznam się z nimi. Ale on mi to wszystko tłomaczy, 
trochę ojciec... i trochę ciotka. 
— I mówisz z nim tak wprost?... 
— No, nie... Ale ponieważ nam nie wolno pytać się o wiele rzeczy, więc musimy 
tak prowadzić rozmowę, ażeby nam wszystko powiedziano. Czyżbyś tego nie 
rozumiała? 
— Owszem. I cóż dalej? — badała pani Wąsowska nie bez odcienia 
niecierpliwości. 
— Ostatni warunek dotyczył strony czysto moralnej. Dowiedziałam się, że nie ma 
żadnej rodziny, co jest jego największą zaletą, i zastrzegłam sobie, że utrzymam 
wszystkie moje dotychczasowe stosunki... 
— A on zgodził się bez szemrania? 
Panna Izabela trochę z góry spojrzała na przyjaciółkę. 
— Wątpiłaś? — rzekła. 
— Ani przez chwilę. Więc Starski, Szastalski... 
— Ależ Starski, Szastalski, książę, Malborg... no wszyscy, wszyscy, których 
podoba mi się wybrać dziś i na przyszłość, wszyscy muszą bywać w moim 
domu. Czy może być inaczej?... 
— Bardzo słusznie. I nie obawiasz się scen zazdrości? 
Panna Izabela zaśmiała się. 
— Ja i sceny!... Zazdrość i Wokulski... Cha! Cha! Cha!... Ależ nie ma na świecie 
człowieka, który ośmieliłby się zrobić mi scenę, a tym bardziej on... Nie masz 
pojęcia o jego uwielbieniu, poddaniu się... A jego bezgraniczna ufność, nawet 
zrzeczenie się wszelkiej osobistości do prawdy rozbrajają mnie... I kto wie, czy 
to jedno nie przywiąże mnie do niego. 
Pani Wąsowska nieznacznie przygryzła usta. 
— Będziecie bardzo szczęśliwi, a przynajmniej... ty — rzekła pohamowawszy 
westchnienie. — Chociaż..: 
— Widzisz jakieś: chociaż? -spytała panna Izabela z nieudanym zdziwieniem. 
— Powiem ci coś — ciągnęła pani Wąsowska tonem niezwykłego u niej spokoju. — Prezesowa bardzo lubi Wokulskiego, zdaje mi się, że go bardzo dobrze zna, 
choć nie wiem skąd, i często rozmawiała ze mną o nim. I wiesz, co mi raz 
powiedziała?... 
— Ciekawam?... — odparła panna Izabela, coraz mocniej zdziwiona. 
— Powiedziała mi: obawiam się, że Bela wcale nie rozumie Wokulskiego. zdaje 
mi się, że z nim igra, a z nim igrać nie można. I jeszcze zdaje mi się, że oceni go 
za późno... 
— Tak powiedziała prezesowa? — rzekła chłodno panna Izabela. 
— Tak! Zresztą powiem ci wszystko. Swoją rozmowę zakończyła słowami, które 
dziwnie mnie poruszyły... „Wspomnisz sobie moje słowa, Kaziu, że tak będzie, 
bo umierający widzą jaśniej...” 
— Czy z prezesową aż tak źle? 
— W każdym razie niedobrze — sucho zakończyła pani Wąsowska czując, że 
rozmowa zaczyna się rwać. 
Nastała chwila milczenia, którą szczęściem przerwało wejście Ochockiego. Pani 
Wąsowska znowu bardzo serdecznie pożegnała pannę Izabelę i rzucając na 
swego towarzysza ogniste spojrzenie rzekła: 
— Więc teraz jedziemy do mnie na obiad. 
Ochocki zrobił wielką minę, która miała oznaczać, że nie pojedzie z panią 
Wąsowską. Nachmurzywszy się jednak jeszcze bardziej, wziął kapelusz i 
wyszedł. 
Gdy wsiedli do powozu, odwrócił się bokiem do pani Wąsowskiej i spoglądając 
na ulicç zaczął: 
— Żeby ta Bela raz już skończyła z Wokulskim tak albo owak... 
— Zapewne wolałbyś pan: tak, ażeby zostać jednym z przyjaciół domu? Ale to się 
na nic nie zdało -rzekła pani Wąsowska. 
— Bardzo proszę, moja pani -odparł z oburzeniem. -To nie mój fach... 
Zostawiam to Starskiemu i jemu podobnym... 
— Więc cóż panu zależy na tym, ażeby Bela skończyła? 
— Bardzo wiele. Dałbym sobie głowę uciąć, że Wokulski zna jakąś ważną 
tajemnicę naukową, ale jestem pewny, że nie odkryje mi jej, dopóki sam będzie 
w takiej gorączce... Ach, te kobiety z ich obrzydliwą kokieterią... 
— Wasza jest mniej obrzydliwa? -spytała pani Wąsowska. 
— Nam wolno. 
— Wam wolno... pyszny sobie!... — oburzyła się. — I to mówi człowiek postępowy, 
w wieku emancypacji!.:. 
— Niech licho weźmie emancypację! — odparł Ochocki. — Piękna emancypacja. 
Wy chciałybyście mieć wszystkie przywileje: męskie i kobiece, a żadnych 
obowiązków... Drzwi im otwieraj, ustępuj im miejsca, za które zapłaciłeś, 
kochaj się w nich, a one... 
— Bo my jesteśmy waszym szczęściem — odpowiedziała drwiąco pani Wąsowska. 
— Co to za szczęście?... Sto pięć kobiet przypada na stu mężczyzn, więc czym się 
tu drożyć? 
— Toteż pańskie wielbicielki, garderobiane, zapewne nie drożą się. 
— Naturalnie! Ale najnieznośniejsze są wielkie damy i służące z restauracji. Co 
to za wymagania, jakie grymasy!... 
— Zapominasz się pan — rzekła dumnie pani Wąsowska. 
— No, to pocałuję w rączkę -odparł, natychmiast wykonując swój zamiar. 
— Proszę nie całować w tę rękę... 
— Więc w tamtą... 
— A co, nie powiedziałam, że przed wieczorem pocałujesz mnie pan w obie ręce? 
— Ach, jak Boga kocham!... Nie chcę być u pani na obiedzie... tu wysiadam... 
— Zatrzymaj pan powóz. 
— Po co?... 
— No, jeżeli chcesz tu wysiąść... 
— Właśnie, że tu nie wysiądę... O, ja nieszczęśliwy z takim podłym 
usposobieniem!... 
Wokulski przychodził do państwa Łęckich co kilka dni i najczęściej zastawał 
tylko pana Tomasza, który witał go z ojcowską czułością, a następnie po parę 
godzin rozmawiał o swoich chorobach lub o swoich interesach dając z lekka do 
zrozumienia, że uważa go już za członka rodziny. 
Panny Izabeli zazwyczaj nie było wtedy w domu: była u hrabiny ciotki, u 
znajomych albo w magazynach. Jeżeli zaś Wokulski trafił szczęśliwie, 
rozmawiali ze sobą krótko i o rzeczach obojętnych, gdyż panna Izabela nawet i 
wówczas albo wybierała się gdzieś, albo u siebie przyjmowała wizyty. 
W parę dni po odwiedzinach pani Wąsowskiej Wokulski zastał pannę Izabelę. 
Podając mu rękę, którą jak zwykle z religijną czcią ucałował, rzekła: 
— Wie pan, że z prezesową jest bardzo niedobrze... 
Wokulski stropił się. 
— Biedna, zacna staruszka... Gdybym był pewny, że moje przybycie nie 
przestraszy jej, pojechałbym... Czy aby ma opiekę? 
— O tak — odparła panna Izabela. — Są tam baronostwo Dalscy rzekła z uśmiechem 
— bo Ewelinka już wyszła za barona. Jest Fela Janocka i... Starski... 
Twarz jej oblał lekki rumieniec i umilkła. 
„Oto skutki mego nietaktu — pomyślał Wokulski. — Spostrzegła, że ten Starski 
wydaje mi się niesmacznym, i teraz miesza się na lada wspomnienie o nim. 
Jakże to podle z mojej strony!” 
Chciał powiedzieć coś życzliwego o Starskim, ale uwięzły mu wyrazy. Aby 
więc przerwać kłopotliwe milczenie, rzekł: 
— Gdzież w tym roku wybiorą się państwo na lato? 
— Czy ja wiem? Ciotka Hortensja jest trochę słaba, więc może pojedziemy do 
niej do Krakowa. Ja jednak, muszę przyznać, miałabym ochotę do Szwajcarii, 
gdyby to ode mnie zależało. 
— A od kogóż? — spytał Wokulski. 
— Od ojca... Zresztą, czy ja wiem, co się jeszcze stanie? — odpowiedziała 
rumieniąc się i spoglądając na Wokulskiego w sposób jej tylko właściwy. 
— Przypuściwszy, że wszystko stanie się według woli pani rzekł — czy mnie 
przyjęłaby pani za towarzysza?... 
— Jeżeli pan zasłuży... 
Powiedziała to takim tonem, że Wokulski stracił władzę nad sobą, już nie 
wiadomo po raz który w tym roku. 
— Czym ja mogę zasłużyć na łaskę pani? — spytał biorąc ją za rękę. -Chyba 
litość... Nie, nie litość. Jest to uczucie równie przykre dla ofiarowującego, jak i 
dla przyjmującego. Litości nie chcę. Ale niech pani tylko pomyśli, co ja pocznę, 
tak długo nie widząc pani? Prawda, że i dziś widujemy się bardzo rzadko; pani 
nawet nie wie, jak wlecze się czas tym, którzy czekają... Ale dopóki mieszka 
pani w Warszawie, mówię sobie: zobaczę ją pojutrze... jutro... Zresztą mogę 
zobaczyć każdej chwili, jeżeli nie panią, to przynajmniej ojca, Mikołaja, a 
choćby ten dom... 
Ach, mogłaby pani spełnić uczynek miłosierny i jednym słowem zakończyć nie 
wiem... moje cierpienia czy przywidzenia... Wszak zna pani to zdanie, że 
najgorsza pewność jest lepsza od niepewności... 
— A jeżeli pewność nie jest najgorsza?... — spytała panna Izabela nie patrząc mu 
w oczy. 
W przedpokoju zadzwoniono, a po chwili Mikołaj podał bilety panów 
Rydzewskiego i Pieczarkowskiego. 
— Proś — rzekła panna Izabela. 
Do salonu weszli dwaj bardzo eleganccy młodzi ludzie, z których jeden 
odznaczał się cienką szyją i dość wyraźną łysiną, a drugi powłóczystymi 
spojrzeniami i subtelnym sposobem mówienia. Weszli rzędem, jeden obok 
drugiego; trzymając kapelusze na tej samej wysokości. Jednakowo ukłonili się, 
jednakowo usiedli, jednakowo założyli nogę na nogę, po czym pan Rydzewski 
zaczął pracować nad utrzymaniem swojej szyi w kierunku pionowym, a pan 
Pieczarkowski zaczął mówić bez wytchnienia. 
Mówił o tym, że obecnie świat chrześcijański obchodzi wielki post za pomocą 
rautów, że przed wielkim postem był karnawał, w czasie którego bawiono się 
wyjątkowo dobrze, i że po wielkim poście nastąpi czas najgorszy, w którym nie 
wiadomo, co robić. Następnie zakomunikował pannie Izabeli, że podczas 
wielkiego postu obok rautów odbywają się odczyty, na których można bardzo 
przyjemnie czas spędzać, jeżeli się siedzi obok znajomych dam, i że 
najwykwintniejsze przyjęcia w tym poście są u państwa Rzeżuchowskich. 
— Coś zachwycającego, coś oryginalnego!... powiadam pani — mówił. — Kolacja, 
rozumie się, jak zwykle: ostrygi, homary, ryby, zwierzyna, ale na zakończenie, 
dla amatorów, wie pani co?... Kasza!... Prawdziwa kasza... jakaż to?... 
— Tatarska — wtrącił pierwszy i ostatni raz pan Rydzewski. 
— Nie tatarska, ale tatarczana. Coś cudownego, coś bajecznego!... Każde ziarnko 
wygląda tak, jakby oddzielnie gotowane... Formalnie zajadamy się nią: ja, 
książę Kiełbik, hrabia Śledziński... Coś przechodzącego wszelkie pojęcie... 
Podaje się zwyczajnie, na srebrnych półmiskach. 
Panna Izabela z takim zachwytem patrzyła na mówiącego, w taki sposób każdy 
jego wyraz podkreślała ruchem, uśmiechem lub spojrzeniem, że Wokulskiemu 
zaczęło robić się ciemno w oczach. Więc wstał i pożegnawszy towarzystwo 
wybiegł na ulicę. 
„Nie rozumiem tej kobiety! — pomyślał. -Kiedy ona jest sobą, z kim ona jest 
sobą?...” 
Ale po przejściu paruset kroków na mrozie ochłonął. 
„W rezultacie — myślał — cóż w tym nadzwyczajnego? Musi żyć z ludźmi, do 
których nawykła; a jeżeli z nimi żyje, musi słuchać ich błazeńskiej rozmowy. Co 
ona zaś temu winna, że jest piękna jak bóstwo i że dla każdego jest bóstwem?... 
Chociaż:.. gust do podobnego towarzystwa... Ach, jakiż ja jestem nikczemny, 
zawsze i zawsze nikczemny!..” 
Ile razy po wizycie u panny Izabeli jak dokuczliwe muchy rzucały się na niego 
wątpliwości, biegł do pracy. Przeglądał rachunki, uczył się angielskich słówek, 
czytał nowe książki. A gdy i to nie pomagało, szedł do pani Stawskiej, u niej 
spędzał cały wieczór i dziwna rzecz, w jej towarzystwie znajdował jeżeli nie 
zupełny spokój, to przynajmniej ukojenie... 
Rozmawiali o rzeczach najzwyklejszych. Najczęściej ona opowiadała mu o tym, 
że w sklepie Milerowej interesa idą coraz lepiej, ponieważ ludzie dowiedzieli 
się, że sklep ten w większej części należy do pana Wokulskiego. Potem mówiła, 
że Helunia robi się coraz grzeczniejsza, a jeżeli jest kiedy niegrzeczną, wówczas 
babcia straszy ją, że powie przed panem Wokulskim, i — dziecko zaraz się 
uspakaja. Potem jeszcze napomykała o panu Rzeckim, który bywa tu niekiedy i 
jest bardzo lubiany przez babcię, ponieważ opowiada jej mnóstwo szczegółów z 
życia pana Wokulskiego. I że babcia równie lubi pana Wirskiego, który po 
prostu zachwyca się panem Wokulskim. 
Wokulski patrzył na nią zdziwiony. W pierwszych czasach zdawało mu się, że 
słucha pochlebstw, i — uczuł przykrość. Lecz pani Stawska opowiadała to z tak 
naiwną prostotą, że powoli zaczął odgadywać w niej najlepszą przyjaciółkę, 
która jakkolwiek przecenia go, jednak mówi bez cienia obłudy. 
Spostrzegł również, że pani Stawska nigdy nie zajmuje się sobą. Kiedy skończy 
ze sklepem, myśli o Heluni, służy matce, troszczy się interesami służącej i 
mnóstwa ludzi obcych, po największej części biedaków, którzy niczym 
odwdzięczyć się jej nie mogli. Gdy zaś i tych kiedy zabrakło, wówczas zagląda 
do klatki kanarka, ażeby mu zmienić wodę albo dosypać ziarna. 
„Anielskie serce!...” — myślał Wokulski. Pewnego zaś wieczora rzekł do niej : 
— Wie pani, co mi się zdaje, kiedy patrzę na panią? 
Spojrzała na niego zalękniona. 
— Zdaje mi się, że gdyby pani dotknęła człowieka ciężko poranionego, nie tylko 
ból by go opuścił, ale chyba zagoiłyby mu się rany. 
— Pan myśli, że jestem czarodziejką? — spytała bardzo zakłopotana. 
— Nie, pani. Ja myślę, że tak jak pani wyglądały kobiety święte. 
— Pan Wokulski ma rację — potwierdziła pani Misiewiczowa. 
Pani Stawska zaczęła się śmiać. 
— O, ja i święta!... — odparła. — Gdyby kto mógł zajrzeć w moje serce, dopiero 
przekonałby się, jak dalece zasługuję na potępienie... Ach, ale teraz wszystko mi 
jedno!... — zakończyła z desperacją w głosie. 
Pani Misiewiczowa nieznacznie przeżegnała się. Wokulski nie zwrócił na to 
uwagi. 
Myślał o innej. 
Swoich uczuć dla Wokulskiego pani Stawska nie umiałaby określić. 
Z widzenia znała go od lat kilku, nawet wydawał jej się przystojnym 
człowiekiem, ale nic ją nie obchodził. Potem Wokulski zniknął z Warszawy, 
rozeszła się wieść, że pojechał do Bułgarii, a później, że zrobił wielki majątek. 
Dużo mówiono o nim, i pani Stawka zaczęła się nim interesować jako 
przedmiotem publicznej ciekawości. Gdy zaś jeden ze znajomych powiedział o 
Wokulskim: „To człowiek diabelnie energiczny „, pani Stawskiej podobał się 
frazes: „diabelnie energiczny”, i postanowiła lepiej przypatrzeć się 
Wokulskiemu. 
Z tą intencją nieraz zachodziła do sklepu. Parę razy wcale nie znalazła tam 
Wokulskiego, raz widziała go, ale z boku, a raz zamieniła z nim parę słów i 
wtedy zrobił na niej szczególne wrażenie. Uderzył ją kontrast pomiędzy 
zdaniem: „diabelnie energiczny”, a jego zachowaniem się; wcale nie wyglądał 
na diabelnego, był raczej spokojny i smutny. I jeszcze dostrzegła jedną rzecz: 
oto — miał oczy wielkie i rozmarzone, takie rozmarzone... 
„Piękny człowiek!” — pomyślała. 
Pewnego dnia w lecie zetknęła się z nim w bramie domu, gdzie mieszkała. 
Wokulski spojrzał na nią ciekawie, a ją ogarnął taki wstyd, że zarumieniła się 
powyżej oczu. Była zła na siebie za ten wstyd i za ten rumieniec i długi czas 
miała pretensję do Wokulskiego, że tak ciekawie na nią spojrzał. 
Od tej pory nie mogła ukryć zakłopotania, ile razy wymawiano przy niej to 
nazwisko; czuła jakiś żal, nie wiedziała jednak, czy do niego, czy do siebie? Ale 
najprędzej do siebie, gdyż pani Stawska nigdy do nikogo nie .czuła żalu; a 
wreszcie — cóż on temu winien, że ona jest taka zabawna i bez powodu wstydzi 
się?... 
Gdy Wokulski kupił dom, w którym mieszkała, i gdy Rzecki za jego wiedzą 
zniżył im komorne, pani Stawska (lubo jej wszyscy tłomaczyli; że bogaty 
właściciel nie tylko może, ale nawet ma obowiązek zniżać komorne) poczuła dla 
Wokulskiego wdzięczność. Stopniowo wdzięczność zamieniła się w podziw, 
gdy począł bywać u nich Rzecki i opowiadać mnóstwo szczegółów z życia 
swojego Stacha. 
— To nadzwyczajny człowiek! — mówiła jej nieraz pani Mîsiewiczowa. 
Pani Stawska słuchała w milczeniu, lecz powoli doszła do przekonania, że 
Wokulski jest najbardziej nadzwyczajnym człowiekiem, jaki istniał na ziemi. 
Po powrocie Wokulskiego z Paryża stary subiekt częściej odwiedzał panią 
Stawską i robił przed nią coraz poufniejsze zwierzenia. Mówił, rozumie się, pod 
największym sekretem, że Wokulski jest zakochany w pannie Łęckiej i że on, 
Rzecki, wcale tego nie pochwala. 
W pani Stawskiej zaczęła budzić się niechęć do panny Łęckiej i współczucie dla 
Wokulskiego. 
Już wówczas przyszło jej na myśl, ale tylko na chwilę, że Wokulski musi być 
bardzo nieszczęśliwy i że miałby wielką zasługę ten, kto by wydobył go z sideł 
kokietki. 
Później spadły na panią Stawską dwie duże klęski: proces o lalkę i utrata 
zarobków. Wokulski nie tylko nie wyparł się znajomości z nią, co przecież mógł 
zrobić, ale jeszcze uniewinnił ją w sądzie i ofiarował jej korzystne miejsce w 
sklepie. 
Wówczas pani Stawska wyznała przed samą sobą, że ten człowiek obchodzi ją i 
że jest jej równie drogim jak Helunia i matka. 
Odtąd zaczęło się dla niej dziwne życie. Ktokolwiek przyszedł do nich, mówił 
jej wprost albo z ogródkami o WokuIskim. Pani Denowa, pani Kolerowa i pani 
Radzińska tłomaczyły jej, że Wokulski jest najlepszą partią w Warszawie; 
matka napomykała, że Ludwiczek już nie nie, a zresztą choćby żył, nie 
zasługuje na jej pamięć. Nareszcie Rzecki a każdą bytnością opowiadał, że jego 
Stach jest nieszczęśliwy, że trzeba go ocalić; a ocalić go może tylko ona. 
— W jaki sposób?... — zapytała, sama niedobrze rozumiejąc, co mówi. 
— Niech go pani pokocha, to znajdzie się sposób — odparł Rzecki. 
Nie odpowiedziała nic, ale w duszy robiła sobie gorzkie wyrzuty, że nie potrafi 
kochać Wokulskiego, choćby chciała. Już serce jej wyschło; zresztą ona sama 
nie jest pewna, czy ma serce. Wprawdzie myślała wciąż o Wokulskim podczas 
zajęć sklepowych czy w domu; czekała jego odwiedzin, a gdy nie przyszedł, 
była rozdrażniona i smutna. Często śnił jej się, ale to przecie nie miłość; ona nie 
jest zdolna do miłości. Jeżeli miałaby powiedzieć prawdę, to już nawet męża 
przestała kochać. Zdawało jej się, że wspomnienie o nieobecnym jest jak 
drzewo w jesieni, którego opadają liście całymi tumanami i zostaje tylko czarny 
szkielet. 
„Gdzie mnie tam do kochania! — myślała. -We mnie już namiętności wygasły.” 
Rzecki tymczasem wciąż wykonywał swój chytry plan. z początku mówił jej, że 
panna Łęcka zgubi Wokulskiego, potem, że tylko inna kobieta mogłaby go 
otrzeźwić; potem wyznał, że Wokulski jest znacznie spokojniejszy w jej 
towarzystwie, a nareszcie (ale o tym wspomniał w formie domysłu), że 
Wokulski zaczyna ją kochać. 
Pod wpływem tych zwierzeń pani Stawska szczuplała, mizerniała, nawet zaczęła 
się trwożyć. Opanowała ją bowiem jedna myśl: co ona odpowie, jeżeli Wokulski 
wyzna, że ją kocha?... Wprawdzie serce w niej już od dawna zamarło, ale czy 
będzie miała odwagę odepchnąć i go przyznać, że ją nic nie obchodzi? Czy 
mógł jej nie obchodzić człowiek taki jak on, nie dlatego, że mu coś 
zawdzięczała, ale że był nieszczęśliwy i że ją kochał. „Która kobieta — myślała 
sobie — potrafi nie ulitować się nad sercem tak głęboko zranionym, a tak cichym 
w swojej boleści?” 
Zatopiona w wewnętrznej walce, z której nie miała się nawet przed kim 
zwierzyć, pani Stawska nie spostrzegła zmiany w postępowaniu pani Milerowej, 
nie zauważyła jej uśmiechów i półsłówek. 
— Jakże się miewa pan Wokulski ? — pytała jej nieraz kupcowa. — O, dziś jest pani 
mizerniutka... Pan Wokulski nie powinien już pozwolić, ażeby pani tak 
pracowała... 
Pewnego dnia, było to jakoś w drugiej połowie marca, pani Stawska wróciwszy 
do domu zastała matkę zapłakaną. 
— Co to znaczy mamo ?... Co się stało ?... — spytała. 
— Nic, nic, moje dziecko... Co ci mam życie zatruwać plotkami !...Boże 
miłosierny, jacy ci ludzie niegodziwi. 
— Pewnie mama odebrała anonim. Ja co parę dni odbieram anonimy, w których 
nawet nazywają mnie kochanką Wokulskiego, no i cóż ?...Domyślam się, że to 
sprawka pani Krzeszowskiej, i rzucam listy do pieca. 
— Nic, nic, moje dziecko...Gdybyż to anonimy... Ale była dziś u mnie ta 
poczciwa Denowa z Radzińską i ... Ale co ja ci mam życie zatruwać !.. One 
mówią ( słychać to podobno w całym mieście ), że ty zamiast do sklepu 
chodzisz do Wokulskiego... 
Pierwszy raz w życiu w pani Stawskiej obudziła się lwica. Podniosła głowę, 
oczy jej błysnęły i odpowiedziała twardym tonem : 
— A gdyby tak było, więc i cóż ?... 
— Bój się Boga, co mówisz ?... — jęknęła matka składając ręce. 
— No, ale gdyby tak było ? — powtórzyła pani Stawska. 
— A mąż ? 
— Gdzież on jest ?... Zresztą niech mnie zabije... 
— A córka ?... a Helunia ?... — wyszeptała staruszka. 
— Nie mówmy o Heluni, tylko o mnie... 
— Heleno... dziecko moje ... Ty przecież nie jesteś... 
— Jego kochanką ?... Tak, nie jestem, bo on tego jeszcze nie zażądał. Co mnie 
obchodzi pani Denowa czy Radzińska albo mąż, który mnie opuścił... Już nie 
wiem, co się ze mną dzieje...To jedno czuję, że ten człowiek zabrał mi duszę. 
— Bądźże przynajmniej rozsądna... Zresztą... 
— Jestem nią, dopóki być mogę... Ale ja nie dbam o taki świat, który dwoje ludzi 
skazuje na tortury za to tylko, że się kochają. 
Nienawidzieć się wolno — dodała z gorzkim uśmiechem — kraść, zabijać... 
wszystko, wszystko wolno, tylko nie wolno kochać... Ach, moja mamo, jeżeli ja 
nie mam racji, więc dlaczegóż Jezus Chrystus nie mówił ludziom: bądźcie 
rozsądni, tylko — kochajcie się? 
Pani Misiewiczowa umilkła, przerażona wybuchem, którego nigdy nie 
oczekiwała. Zdawało się, że niebo spada jej na głowę, kiedy z ust tej gołębicy 
bryzgnęły zdania, jakich dotychczas nie słyszała, nie czytała, jakie jej samej nie 
przeszły przez myśl, nawet kiedy była w tyfusie. 
Na drugi dzień był u niej Rzecki; przyszedł z miną zakłopotaną, gdy mu 
wszystko opowiedziała, wyszedł złamany. 
Bo właśnie dziś w południe zdarzył mu się taki wypadek. 
Do sklepu, do Szlangbauma, przyszedł kto?... Maruszewicz i rozmawiał z nim 
blisko godzinę. Inni subiekci, od czasu gdy dowiedzieli się, że Szlangbaum 
kupuje sklep, natychmiast wobec niego spokornieli. Ale pan Ignacy zhardział i 
po odejściu Maruszewicza zaraz zapytał: 
— Cóż pan masz za interesa z tym łotrem, panie Henryku? 
Ale i Szlangbaum już zhardział, więc odpowiedział panu Rzeckiemu, 
wysunąwszy pierwej dolną wargę: 
— Maruszewicz chce dla barona pożyczyć pieniędzy, a dla siebie chciałby jakiejś 
posady, bo już gadają na mieście, że Wokulski odstępuje mi swoją spółkę. Za to 
obiecuje mi, że baron będzie odwiedzał mój dom z baronową... 
— I pan przyjmiesz taką jędzę? -spytał Rzecki. 
— Dlaczegóż by nie?:.. Baron będzie dla mnie, a baronowa dla mojej żony. W 
duszy jestem demokratą, ale co pocznę, kiedy wobec głupich ludzi salon lepiej 
wygląda z baronami i hrabiami aniżeli bez ich. Wiele robi się dla stosunków, 
panie Rzecki. 
— Winszuję. 
— Ale, ale... — dodał Szlangbaum. — Mówił mi jeszcze Maruszewicz, iż po mieście 
kursuje, że Stasiek wziął na utrzymanie tę... tę... Stawską... Czy to prawda, panie 
Rzecki?... 
Stary subiekt plunął mu pod nogi i wrócił do swego biurka. 
Nad wieczorem zaszedł do pani Misiewiczowej, ażeby się z nią naradzić, i tu 
dowiedział się z ust matki, że pani Stawska dlatego tylko nie jest kochanką 
Wokulskiego, ponieważ on tego nie żądał... 
Opuścił panią Misiewiczową strapiony. 
„Niechby sobie była jego kochanką — mówił w duchu. — Ojej!... ile to dam bardzo 
renomowanych są kochankami jeszcze jak lichych facetów... Ale to gorsze, że 
Wokulski wcale o niej nie myśli. Tu jest awantura!... Ha, trzeba coś poradzić.” 
Ale że sam już nie znajdował rady, więc poszedł do doktora Szumana. 
ROZDZIAŁ CZTERNASTY: 
W JAKI SPOSÓB ZACZYNAJĄ OTWIERAĆ SIĘ OCZY 
Doktór siedział przy lampie z zieloną umbrelką i pilnie przeglądał stos 
papierów. 
— Cóż — spytał Rzecki — znowu doktór pracuje nad włosami?... 
Phi! co za mnóstwo cyfr... Jak sklepowe rachunki. 
— Bo też to są rachunki z waszego sklepu i waszej spółki — odparł Szuman. 
— A pan skąd je masz? 
— Mam tego dosyć. Szlangbaum namawia mnie, ażebym mu powierzył mój 
kapitał. Ponieważ wolę mieć sześć tysięcy aniżeli cztery tysiące rocznie, więc 
jestem gotów wysłuchać jego propozycji. Ale że nie lubię działać na ślepo, więc 
zażądałem cyfr. No, i jak widzę, zrobimy interes. 
Rzecki był zdumiony. 
— Nigdy nie myślałem — rzekł — ażebyś pan zajmował się podobnymi kwestiami. 
— Bom był głupi — odparł doktór wzruszając ramionami.- W moich oczach 
Wokulski zrobił fortunę, Szlangbaum robi ją, a ja siedzę na paru groszach jak 
kamień na miejscu. Kto nie idzie naprzód, cofa się. 
— Ależ to nie pańska specjalność zbijanie pieniędzy!... 
— Dlaczego nie moja? Nie każdy może być poetą albo bohaterem, ale każdy 
potrzebuje pieniędzy — mówił Szuman. — Pieniądz jest spiżarnią 
najszlachetniejszej siły w naturze, bo ludzkiej pracy. On jest sezamem, przed 
którym otwierają się wszystkie drzwi, jest obrusem, na którym zawsze można 
znaleźć obiad, jest lampą Aladyna, za której potarciem ma się wszystko, czego 
się pragnie. Czarodziejskie ogrody, bogate pałace, piękne królewny, wierna 
służba i gotowi do ofiar przyjaciele, wszystko to ma się za pieniądze... 
Rzecki przygryzł wargi. 
— Nie zawsze — rzekł — byłeś pan tego zdania. 
— Tempora mutantur et nos mutamur in illis — spokojnie odpowiedział doktór. Dziesięć 
lat zmarnowałem na badaniu włosów, wydałem tysiąc rubli na druk 
broszury o stu stronicach i... pies nie wspomniał ani o niej, ani o mnie. Sprobuję 
dziesięć następnych lat poświęcić operacjom pieniężnym i jestem z góry pewny, 
że mnie będą kochać i podziwiać. Bylem otworzył salon i kupił ekwipaż... 
Chwilę milczeli nie spoglądając na siebie. Szuman był pochmurny, Rzecki 
prawie zawstydzony. 
— Chciałbym — odezwał się nareszcie — pogadać z panem o Stachu... 
Doktór niecierpliwie odsunął od siebie papiery. 
— Co ja mu pomogę — mruknął. — To nieuleczony marzyciel, który już nie 
odzyska rozsądku. Fatalnie posuwa się do ruiny materialnej i moralnej, tak jak 
wy wszyscy i cały wasz system. 
— Jaki system?.. 
— Wasz, polski system... 
— A co doktór postawisz na jego miejsce? 
— Nasz, żydowski... 
Rzecki aż podskoczył na krześle. 
— Jeszcze miesiąc temu nazywałeś pan Żydów parchami?... 
— Bo oni są parchy. Ale ich system jest wielki: on triumfuje, kiedy wasz 
bankrutuje. 
— A gdzież on siedzi, ten nowy system? 
— W umysłach, które wyszły z masy żydowskiej, ale wzbiły się do szczytów 
cywilizacji. Weź pan Heinego, Börnego, Lassalle'a, Marksa, Rotszylda, 
Bleichrödera, a poznasz nowe drogi świata. To Żydzi je utorowali: ci 
pogardzani, prześladowani, ale cierpliwi i genialni. 
Rzecki przetarł oczy; zdawało mu się, że śni na jawie. Wreszcie rzekł po chwili: 
— Wybacz, doktór, ale... czy pan nie żartujesz ze mnie?... Pół roku temu 
słyszałem od pana coś zupełnie innego... 
— Pół roku temu — odparł rozdrażniony Szuman — słyszałeś pan protesty przeciw 
starym porządkom, a dziś słyszysz nowy program. Człowiek nie jest ostrygą, 
która tak przyrasta do swojej skały, że dopiero trzeba ją nożem odrywać. 
Człowiek patrzy dokoła siebie, myśli, sądzi i w rezultacie odpycha dawne 
złudzenia przekonawszy się, że są złudzeniami... Ale pan tego nie pojmujesz ani 
Wokulski... Wszyscy bankrutujecie, wszyscy... Całe szczęście, że wasze miejsca 
zajmują świeże siły. 
— Nic pana nie rozumiem. 
— Zaraz mnie pan zrozumiesz — prawił doktór gorączkując się coraz mocniej. Weź 
pan rodzinę Łęckich, co oni robili? Trwonili majątki: trwonił dziad, ojciec i 
syn, któremu w rezultacie zostało trzydzieści tysięcy ocalonych przez 
Wokulskiego i -piękna córka dla dopełnienia niedoborów. 
A co tymczasem robili Szlangbaumowie? Pieniądze. Zbierał je dziad i ojciec, 
tak że dziś syn, do niedawna skromny subiekt, za rok będzie trząsł naszym 
handlem. A oni to rozumieją, bo stary Szlangbaum jeszcze w styczniu napisał 
szaradę: 
„Pierwsze po niemiecku znaczy wąż, drugie roślina, wszystko do góry się 
wspina...” I zaraz mi objaśnił, że to znaczy: 
Szlang — Baum. Kiepska szarada, ale porządna robota — dodał śmiejąc się doktór. 
Rzecki spuścił głowę. Szuman mówił dalej: 
— Weź pan księcia, co on robi? Wzdycha nad „tym nieszczęśliwym krajem”, i 
tyle. A pan baron Krzeszowski? Myśli, ażeby wydobyć pieniądze od żony. A 
baron Dalski? Usycha ze strachu, ażeby go nie zdradziła żona. Pan Maruszewicz 
poluje na pożyczki, a gdzie nie może pożyczyć, tam wykpiwa; zaś pan Starski 
siedzi przy dogorywającej babce, ażeby podsunąć jej do podpisania testament 
ułożony według jego myśli. 
Inni, więksi i mniejsi panowie, przeczuwając, że cały interes Wokulskiego 
przejdzie w ręce Szlangbauma, już składają mu wizyty. Nie wiedzą, biedaki! że 
on co najmniej o pięć procent zniży im dochody... Najmądrzejszy zaś z nich, 
Ochocki, zamiast wyzyskać lampy elektryczne swego systemu, myśli o 
machinach latających. Ba!... zdaje mi; się, że od kilku dni radzi o nich z 
Wokulskim. Zawsze znajdzie swój swego: marzyciel marzyciela... 
— No, już chyba Stachowi nie będziesz doktór nic zarzucał -przerwał 
niecierpliwie Rzecki. 
— Nic, oprócz tego, że nigdy nie pilnował fachu, a zawsze gonił za mrzonkami. 
Będąc subiektem chciał zostać uczonym, a zacząwszy uczyć się postanowił 
awansować na bohatera. Majątek zrobił nie dlatego, że był kupcem, ale że 
oszalał dla panny Łęckiej; a dziś, kiedy jej dosięga, co wreszcie bardzo jest 
niepewne, już zaczyna naradzać się z Ochockim... Słowo honoru, nie pojmuję: o 
czym finansista może rozmawiać z takim Ochockim?... Lunatycy!... 
Rzecki szczypał się w nogę, ażeby doktorowi nie zrobić awantury. 
— Uważa pan — odezwał się po chwili — przyszedłem do pana w sprawie już nie 
tylko Wokulskiego, ale kobiety... Kobiety, panie Szuman, a przeciw tym nic pan 
chyba nie znajdziesz do powiedzenia. 
— Wasze kobiety są akurat tyle warte co i mężczyźni. Wokulski za dziesięć lat 
mógłby być milionerem i potęgą w tym kraju, ale ponieważ związał losy swoje z 
panną Łęcką, więc sprzedał sklep doskonale procentujący, rzuci spółkę, wcale 
nie gorszą od sklepu, a potem strwoni majątek. Albo ten Ochocki!... Inny, na 
jego miejscu, już pracowałby nad oświetleniem elektrycznym, skoro udał mu się 
wynalazek. Tymczasem on hula po Warszawie z tą ładną panią Wąsowską, dla 
której więcej znaczy dobry tancerz aniżeli największy wynalazca 
Żyd zrobiłby inaczej Gdyby był elektrotechnikiem, znalazłby sobie kobietę, 
która albo siedziałaby z nim w pracowni, albo — handlowała elektrycznością. A 
gdyby był finansistą, jak Wokulski, nie kochałby się na oślep, tylko szukałby 
żony bogatej. Wreszcie może by wziął ubogą i piękną, ale wtedy musiałyby 
procentować jej wdzięki. Ona prowadziłaby mu salon, zwabiała gości, 
uśmiechałaby się do możnych, romansowałaby z najmożniejszymi, słowem, na 
wszelki sposób popierałaby interes firmy, zamiast ją gubić. 
— I w tym wypadku byłeś pan przed pół rokiem innego zdania -wtrącił Rzecki. 
— Nie przed pół rokiem, ale przed dziesięcioma laty. Ba! trułem się po śmierci 
narzeczonej, ale to właśnie jeden więcej argument przeciw waszemu 
systematowi. Dziś aż cierpnę, kiedy pomyślę, że albo mogłem umrzeć, licho wie 
po co, albo ożenić się z kobietą, która strwoniłaby mi majątek. 
Rzecki podniósł się z krzesła. 
— Więc teraz — rzekł — ideałem pańskim jest Szlangbaum. 
— Ideałem nie, ale dzielnym człowiekiem. 
— Który wydobył rachunki sklepowe... 
— Ma do tego prawo. Wszak od lipca zostanie właścicielem. 
— A tymczasem demoralizując kolegów, swoich przyszłych subiektów?... 
— On ich rozpędzi!... 
— I ten pański ideał, kiedy prosił Stacha o posadę, to już wówczas myślał o 
zagarnięciu naszego sklepu? 
— Nie zagarnia, tylko kupuje! — zawołał doktór. — Może wolałbyś pan, ażeby 
sklep zmarniał nie znalazłszy nabywcy?... I kto z was mądrzejszy: pan, który po 
kilkudziesięciu latach nie masz nic, czy on, który w ciągu roku zdobywa taką 
fortecę, nikomu notabene nie robiąc krzywdy, a Wokulskiemu płacąc 
gotówką?... 
— Może masz pan rację, ale mnie jakoś się to nie wydaje — mruknął Rzecki 
potrząsając głową. 
— Nie wydaje się panu, bo należysz do tych, co sądzą, że ludzie jak kamienie 
muszą porastać mchem nie ruszając się z miejsca. Dla pana Szlangbaumy 
zawsze powinni być subiektami, Wokulscy zawsze pryncypałami, a Łęccy 
zawsze jaśnie wielmożnymi... Nie, panie! Społeczeństwo jest jak gotująca się 
woda: co wczoraj było na dole, dziś pędzi w górę... 
— A jutro znowu spada na dół — zakończył Rzecki. — Dobranoc, doktorze. 
Szuman ścisnął go za rękę. 
— Gniewasz się pan? 
— Nie... Tylko nie wierzę w ubóstwienie pieniędzy. 
— To stan przejściowy. 
— A któż panu zaręczy, że marzycielstwo Wokulskich albo Ochockich nie jest 
stanem przejściowym? Machina latająca śmieszna to rzecz na pozór, ale tylko na 
pozór; wiem coś o jej wartości, bo przez całe lata tłomaczył mi to Stach. Lecz 
gdyby takiemu na przykład Ochockiemu udało się ją zbudować, pomyśl pan, co 
byłoby więcej warte dla świata: czy spryt Szlangbaumów, czy marzycielstwo 
Wokulskich i Ochockich? 
— Tere-fere — przerwał doktór. — Już ja na tych godach nie będę. 
— Ale gdybyś pan był, musiałbyś chyba trzeci raz zmienić program. 
Doktór zmieszał się... 
— No, co tam — rzekł. — Jakiż to interes miałeś pan do mnie? 
— Tej biednej Stawskiej... Ona naprawdę zakochała się w Wokulskim. 
— Ehe!... takimi sprawami już mógłbyś pan mnie nie zajmować — ofuknął go 
doktór. — Kiedy jedni zbogacają się i rosną w siłę, a inni bankrutują, on mi 
zawraca głowę amorami jakiejś pani Stawskiej. Nie trzeba było bawić się w 
swata!... 
Rzecki opuścił doktora tak zmartwiony, że nawet nie uważał na brutalność jego 
ostatnich słów. 
Dopiero na ulicy spostrzegł się i uczuł żal do Szumana. 
„Ot, przyjaźń żydowska!” — mruknął. 
Wielki post nie był tak nudny, jak obawiano się w modnym świecie. 
Naprzód Opatrzność zesłała wezbranie Wisły, co dało powód do publicznego 
koncertu i kilku prywatnych wieczorów z muzyką i deklamacją. Następnie w 
szeregu prelegentów na Osady Rolne wystąpił jeden krakowianin, nadzieja partii 
arystokratycznej, na którego odczyt wybrało się najlepsze towarzystwo. Potem 
Szegedyn uległ powodzi, co znowu wywołało wprawdzie nieduże składki, ale za 
to ogromny ruch w salonach. Odbył się nawet w domu hrabiny teatr amatorski, 
na którym odegrano dwie sztuki w języku francuskim i jedną w angielskim. 
We wszystkich tych filantropijnych zajęciach panna Izabela przyjmowała 
czynny udział. Bywała na koncertach, zajmowała się wręczeniem bukietu 
uczonemu krakowianinowi, występowała w żywym obrazie w roli anioła litości 
i grała w sztuce Musseta Nie igra się z miłością. Panowie Niwiński, Malborg, 
Rydzewski i Pieczarkowski prawie zasypali ją bukietami, a pan Szastalski 
zwierzył się kilku damom, że prawdopodobnie w tym jeszcze roku będzie 
musiał odebrać sobie życie. 
Gdy rozeszła się wieść o zamierzonym samobójstwie, pan Szastalski stał się 
bohaterem rautów, a panna Izabela zyskała przydomek okrutnej. Kiedy panowie 
powymykali się na wista, wówczas damy pewnego wieku miały największą 
przyjemność w tym, ażeby za pomocą dowcipnych manewrów zbliżyć pannę 
Izabelę z Szastalskim. Z nieopisanym współczuciem przypatrywały się przez 
lornetki cierpieniom młodego człowieka; prawie starczyło im to za koncert. 
Gniewały się tylko na pannę Izabelę widząc, że ona rozumie swoje 
uprzywilejowane stanowisko, a każdym ruchem i spojrzeniem zdaje się mówić: 
patrzcie, to mnie on kocha, przeze mnie jest nieszczęśliwy!... 
Wokulski znajdował się niekiedy w tych towarzystwach, widział lornetki dam 
skierowane na Szastalskiego i pannę Izabelę, nawet słyszał uwagi, które 
brzęczały mu około uszu jak osy, ale nic nie rozumiał. Nim wreszcie nikt się nie 
zajmował, odkąd dowiedziano się, że jest poważnym konkurentem. 
— Nieszczęśliwa miłość budzi daleko więcej interesu -szepnęła raz panna 
Rzeżuchowska do pani Wąsowskiej. 
— Kto wie, gdzie tu naprawdę jest miłość nieszczęśliwa, a nawet tragiczna!... odpowiedziała 
pani Wąsowska patrząc na Wokulskiego. 
W kwadrans później panna Rzeżuchowska kazała przedstawić sobie 
Wokulskiego, a w ciągu następnego kwadransa zawiadomiła go (spuszczając 
przy tym oczy), że jej zdaniem najpiękniejszą rolą kobiety jest pielęgnować 
ranione serca, które cierpią w milczeniu. 
Pewnego dnia przy końcu marca Wokulski przyszedłszy do panny Izabeli zastał 
ją w doskonałym humorze. 
— Wyborna wiadomość! — zawołała witając się z nim niezwykle gorąco. — Czy 
wie pan, że przyjechał ten znakomity skrzypek Molinari... 
— Molinari?... — powtórzył Wokulski. — Ach, tak, widziałem go w Paryżu. 
— Tak pan chłodno o nim mówi? -zdziwiła się panna Izabela.- Czyby jego gra 
nie podobała się panu?... 
— Przyznam się pani, że nawet nie uważałem, jak on gra. 
— To niepodobna!... to chyba nie słyszał go pan... Pan Szastalski (no, on zawsze 
przesadza) powiedział, że tylko słuchając Molinariego mógłby umrzeć bez żalu. 
Pani Wywrotnicka jest nim zachwycona, a pani Rzeżuchowska ma zamiar 
wydać dla niego raut. 
— O ile mi się zdaje, jest to dosyć mierny skrzypek. 
— Ależ, panie!... Pan Rydzewski i pan Pieczarkowski mieli sposobność widzieć 
jego album, złożone z samych recenzyj... Pan Pieczarkowski mówi, że 
Molinariemu ofiarowali to jego wielbiciele. Otóż wszyscy europejscy 
recenzenci nazywają go genialnym. 
Wokulski potrząsnął głową. 
— Widziałem go w sali, gdzie najdroższe miejsce kosztowało dwa franki. 
— To niepodobna, to chyba nie on... On dostał order od ojca świętego, od szacha 
perskiego, ma tytuł... Miernych skrzypków nie spotykają takie odznaczenia. 
Wokulski z podziwem przypatrywał się zarumienionej twarzy i błyszczącym 
oczom panny Izabeli. Były to tak silne argumenta, że zwątpił we własną pamięć 
i odparł: 
— Może być... 
Ale pannę Izabelę w przykry sposób dotknęła jego obojętność dla sztuki. 
Sposępniała i przez resztę dnia rozmawiała z Wokulskim dosyć chłodno. 
„Głupiec jestem! — pomyślał wychodząc. — Zawsze muszę się wyrwać z czymś, 
co jej robi przykrość. Jeżeli jest melomanką, może uważać za świętokradztwo 
moje zdanie o Molinarim...” 
I przez cały następny dzień gorzko wyrzucał sobie nieznajomość sztuki, 
prostactwo, niedelikatność, a nawet brak szacunku dla panny Izabeli. 
„Z pewnością — mówił — znakomitszym jest ten skrzypek, który na niej zrobi 
wrażenie, aniżeli ten, który by mnie się podobał. Trzeba być arogantem, ażeby 
wypowiadać sądy tak stanowcze, tym bardziej że musiałem nie poznać się na 
jego grze...” 
Wstyd go ogarnął. 
Na trzeci dzień otrzymał od panny Izabeli krótki liścik: 
„Panie — pisała. — Musi mi pan ułatwić zaznajomienie się z Molinarim, ale to 
koniecznie, koniecznie... Obiecałam Cioci, że skłonię go, ażeby zagrał u niej na 
ochronę; pojmuje więc pan, ile mi na tym zależy.” 
W pierwszej chwili zdawało się Wokulskiemu, że zbliżenie się do genialnego 
skrzypka będzie jednym z najtrudniejszych zadań, jakie mu kazano rozwiązać. 
Szczęściem, przypomniał sobie, że ma znajomego muzyka, który nie tylko 
poznał się z Molinarim, ale już chodził za nim i przesiadywał u niego jak cień. 
Kiedy zwierzył się z kłopotu przed muzykiem, ten naprzód szeroko otworzył 
oczy, potem zmarszczył brwi, w końcu zaś, po długim namyśle, odparł: 
— O, to sprawa trudna, bardzo trudna, ale dla pana postaramy się. Tylko muszę 
go przygotować, dobrze usposobić... I wie pan, jak zrobimy?... Niech pan jutro 
zajdzie do hotelu o pierwszej w południe; ja tam będę na śniadaniu. Wtedy niech 
pan wywoła mnie nieznacznie przez służącego, a już ja wyrobię panu audiencję. 
Te ostrożności i ton, jakim je wypowiadano, przykro dotknęły Wokulskiego; 
mimo to w oznaczonym terminie poszedł do hotelu. 
— Pan Molinari w domu? — zapytał szwajcara. 
Szwajcar, człowiek znajomy, wyprawił pomocnika na górę, sam zaś zaczął 
bawić Wokulskiego rozmową: 
— To, wielmożny panie, mamy ruch w hotelu z tym Włochem!... 
Schodzą się państwo jak do cudownego obrazu, ale najwięcej kobiety... 
— Oho?... 
— Tak, wielmożny panie. Taka najpierwej przysyła mu list, potem bukiet, a 
nareszcie sama przychodzi za woalką, bo myśli, że jej nikt nie pozna... To, 
panie, śmiech dla całej służby!... On nie każdą przyjmuje, choć która da jego 
lokajowi ze trzy ruble. Ale czasem, jak trafi mu się dobry humor, to nieraz 
dobiera sobie chłopisko jeszcze dwa numery, każdy w innej stronie korytarza, i 
w każdym inną rozwesela... Taki, bestia, zajadły. 
Wokulski spojrzał na zegarek. Upłynęło z dziesięć minut na czekaniu, więc 
pożegnał szwajcara i poszedł na schody czując, że gniew zaczyna w nim kipieć. 
„Tęgi blagier! — myślał. — Ale też i miłe te kobietki...” 
W drodze spotkał go zadyszany pomocnik szwajcara. 
— Pan Molinari — rzekł — kazał prosić, ażeby jaśnie pan chwilkę zaczekał... 
Wokulski chciał schwycić za kark posłańca, ale pohamował się i zawrócił na 
dół. 
— Jaśnie pan odchodzi?... Co mam powiedzieć panu Molinaremu?... 
— Powiedz mu, ażeby... Rozumiesz? 
— Powiem, jaśnie panie, tylko on nie zrozumie — odpowiedział zadowolony lokaj, 
a wpadłszy do szwajcara rzekł: 
— Przynajmniej znalazł się choć jeden pan, co się poznał na tym kundlu 
Włochu... O, hycel! łeb to zadziera, ale nim ci da, człeku, dziesiątczynę, to ją 
pierwej ze trzy razy obejrzy... Legawa suka go urodziła, pokrakę... Zgnilec... 
obieżyświat... kopernik !... 
Była chwila, że Wokulski uczuł żal do panny Izabeli. Jak można zapalać się do 
człowieka, z którego nawet hotelowa służba żartuje!... Jak można zapisywać się 
na długą listę jego wielbicielek... Czy w końcu godziło się zmuszać go, ażeby 
szukał znajomości z takim płytkim blagierem!... 
Ale wnet ochłonął; przyszła mu bardzo słuszna uwaga, że panna Izabela nie 
znając Molinariego daje się tylko unosić prądowi jego reputacji. 
„Pozna go i ochłonie — pomyślał. -Tylko już ja nie będę im służył za 
pośrednika.” 
Kiedy Wokulski wrócił do domu, zastał u siebie Węgiełka, który czekał na 
niego od godziny. 
Chłopak wyglądał po warszawsku, ale był trochę mizerny. 
— Wychudłeś, zbladłeś — rzekł Wokulski przypatrzywszy mu się. Łajdaczysz się 
czy co?... 
— Nie, panie, tylko dziesięć dni chorowałem. Coś mi się zrobiło na szyi takie 
paskudne, że mnie doktór pokrajał. Ale już wczoraj poszedłem do roboty. 
— Potrzebujesz pieniędzy? 
— Nie, panie. Chciałem tylko opowiedzieć się względem powrotu do Zasławia. 
— Już cię korci. A nauczyłeś się czego? 
— Ojej! I ze ślusarką się trochę... i według stolarki... Koszyków nauczyłem się też 
wcale pięknych i rysować. A nawet jakby przyszło do malowania, to też... 
Mówiąc to kłaniał się, rumienił i miętosił czapkę w ręku. 
— Dobrze — odezwał się po chwili Wokulski. — Na narzędzia dostaniesz sześćset 
rubli. Wystarczy?... A kiedy chcesz wracać? 
Chłopak zaczerwienił się jeszcze mocniej i pocałował Wokulskiego w rękę. 
— Bo ja jeszcze, z przeproszeniem łaski pańskiej, chciałbym się ożenić... Tylko 
nie wiem... 
Poskrobał się w głowę. 
— Z kimże to? — spytał Wokulski. 
— Z tą panną Marianną, co mieszka u furmanów Wysockich. Ja też mieszkam w 
tym domu, tylko na górze. 
„Chce się żenić z moją magdalenką?” — pomyślał Wokulski. Przeszedł się po 
pokoju i rzekł: 
— A dobrze ty znasz pannę Mariannę? 
— Co nie mam znać? Przecie widujemy się co dzień trzy razy, a czasami to i 
przez całą niedzielę albo ja siedzę u niej, albo oboje u Wysockich. 
— No tak. Ale czy wiesz, czym ona była przed rokiem?, 
— Wiem, panie. Ledwiem tu przyjechał z łaski pańskiej, zaraz Wysocka mówi do 
mnie: „Uważaj, młody, bo ona się puszczała...” Takim sposobem od pierwszego 
dnia wiedziałem, co ona za jedna; okpistwa ze mną nie robiła żadnego. 
— I jakże się stało, że chcesz żenić się z nią? 
— Bóg wie, panie, ani tak, ani owak. Nawet z początku to śmiałem się z niej i jak 
kto przechodził za oknem, mówiłem: „Pewno i ten znajomy panny Marianny, 
boś panna nie z jednego pieca chleb jadła.” A ona nic, tylko spuści głowę, kręci 
maszyną, aż warczy, i ognie jej na twarz biją. 
Później spostrzegłem się, że mi ktoś łata bieliznę; więc na Boże Narodzenie 
kupiłem jej za dziesięć złotych parasol, a ona sześć chustek perkalowych z 
moim nazwiskiem. A Wysocka mówi: „Nie daj się, młody, bo to probantka!...” 
Więcem se do głowy nie dopuszczał, choć gdyby nie była ladaco, już bym się w 
zapusty ożenił. 
Akurat w Popielec Wysocki rozpowiedział mi, jak się z nią zrobił ten interes, 
niby z panną Marianną. Zgodziła ją jakaś pani w aksamitach do służby, no i 
miała służbę, niech ręka boska broni! Coraz chce uciekać, ale ją łapią i mówią: 
„Albo siedź tu, albo oddamy cię do kryminału za złodziejstwo.” „Cóżem ja 
ukradła” — ona mówi. „Nasze dochody, psiawiaro!” — oni krzyczą. I tak by 
siedziała (rozpowiadał Wysocki) do sądnego dnia, gdyby jej pan Wokulski nie 
zobaczył w kościele. Wtedy ją wykupił i wyratował. 
— Mów dalej, mów -odezwał się Wokulski spostrzegłszy, że Węgiełek waha się. 
— Zaraz mnie tknęło — ciągnął Węgiełek — że to nie żadne łajdactwo, tylko 
nieszczęście. I pytam się Wysockiego: „Ożeniłby się pan z panną Marianną?” „I 
z jedną babą jest utrapienie” — on mówi. „Ale żeby pan Wysocki był w 
kawalerskiej kondycji, to co?” „Eh mówi — kiedy już nie mam ciekawości do 
kobiet.” Widząc ja, że stary nie chce gadać, takem go zaklął, że mi w końcu 
powiedział: „Nie ożeniłbym się, bo nie miałbym przekonania, że się w niej stary 
obyczaj nie odezwie. Kobieta jak dobra, to dobra, ale jak się rozwydrzy, niczym 
diabeł.” 
Tymczasem na początku świętego postu zesłał Pan Bóg miłosierny na mnie 
takiego bolaka, żem musiał leżeć w domu, i jeszcze doktór mnie pokrajał. Aż tu 
panna i Marianna jak nie zacznie do mnie chodzić, łóżko prześciełać, pokrajanie 
mi opatrywać... Mówił doktór, żeby nie jej opatrunki, tobym z tydzień dłużej 
leżał. Mnie nieraz złość brała, osobliwie, jak mnie trzęsło, więc jednego dnia 
mówię: „Co sobie panna Marianna robi subiekcję?... Panna myśli, że ja się z 
panną ożenię, a ja chybabym zgłupiał, żeby się z taką wiązać, co się dziesięciu 
wysługiwała.” 
A ona na to nic, tylko spuściła głowę i łzy jej kap... kap... 
„Przecie ja rozumiem — mówi — żeby się pan Węgiełek ze mną nie ożenił... 
Aż mnie, z przeproszeniem łaski pańskiej, zemdliło z wielkiej litości, kiedym to 
usłyszał. I zaraz powiedziałem Wysockiej: „Wie pani Wysocka co, może ja się z 
panną Marianną ożenię...' 
A ona na to: „Nie bądź głupi, bo...” 
Kiedy nie śmiem mówić — dodał nagle Węgiełek, znowu całując Wokulskiego w 
rękę. 
— Mów śmiało. 
— „Bo — rzekła mi pani Wysocka -jakbyś się ożenił z panną Marianną, to może 
byś obraził pana Wokulskiego za jego łaskę nad nami wszystkimi... Kto zaś wie, 
czy panna Marianna do niego nie chodzi...” 
Wokulski zatrzymał się przed nim. 
— Tego się lękasz? — spytał. — Daję ci słowo honoru, że nigdy nie widuję tej 
panny. 
Węgiełek odetchnął 
— To i chwała Bogu. Bo jedno, że nie śmiałbym przecie panu włazić w drogę za 
jego dobroć, a po drugie... 
— Cóż po drugie? 
— Po drugie, widzi pan, że ona się puszczała, to przez nieszczęście, źli ludzie ją 
skrzywdzili i temu ona nie winna. Ale żeby ona teraz nade mną chorym płakała, 
a do wielmożnego pana chodziła, to już byłaby taka szelma jak wściekły pies, co 
to tylko zabić, ażeby ludzi nie kąsał. 
— A zatem?... — spytał Wokulski. 
— Ha, cóż? ożenię się po świętach — odparł Węgiełek. — Przecie ona za nie swoje 
grzechy cierpieć nie może. Nie jej to była wola. 
— Masz jeszcze jaki interes? 
— Już nic. 
— Więc bywaj zdrów, a przed ślubem wstąp do mnie. Ona będzie miała pięćset 
rubli posagu, no i co potrzeba na bieliznę i gospodarstwo. 
Węgiełek opuścił go bardzo wzruszony. 
„Oto logika prostych serc! — pomyślał Wokulski. — Pogarda dla występku, 
miłosierdzie dla nieszczęścia” 
Naiwny mieszczanin w jego oczach wyrósł na posłannika odwiecznej 
sprawiedliwości, który zdeptanej kobiecie przyniósł spokój i przebaczenie. 
W końcu marca u państwa Rzeżuchowskich odbył się wielki raut z Molinarim; 
Wokulski także otrzymał zaproszenie zaadresowane piękną rączką panny 
Rzeżuchowskiej. 
Przybył tam dosyć późno, właśnie w chwili kiedy mistrz dał się uprosić do 
uszczęśliwienia słuchaczy koncertem własnej kompozycji. 
Jeden z miejscowych muzyków usiadł towarzyszyć mu na fortepianie, drugi 
przyniósł mistrzowi skrzypce, trzeci odwracał nuty akompaniatorowi, czwarty 
stał za mistrzem w zamiarze podkreślania fizjognomią i gestami piękniejszych 
albo trudniejszych ustępów. 
Ktoś poprosił obecnych o spokojność, damy usiadły w półkole, mężczyźni 
zgromadzili się za ich krzesłami, koncert zaczął się. 
Teraz Wokulski spojrzał na skrzypka i przede wszystkim spostrzegł pewne 
podobieństwo między nim i Starskim. Molinari miał takież same niewielkie 
faworyciki, jeszcze mniejsze wąsiki i ten sam wyraz znużenia, jaki cechuje ludzi 
posiadających szczęście u płci pięknej. Grał dobrze i wyglądał przyzwoicie, lecz 
było widać po nim, że już pogodził się z rolą półbożka łaskawego dla swoich 
wiernych. 
Od czasu do czasu skrzypce odezwały się głośniej, stojący za mistrzem muzyk 
robił minę zachwyconą, a po sali przebiegał cichy i krótki szmer. Pomiędzy 
uroczyście nastrojonymi mężczyznami i zasłuchanymi, zamyślonymi, 
rozmarzonymi lub drzemiącymi damami Wokulski dostrzegał kobiece 
fizjognomie napiętnowane niezwykłym wyrazem. Były tam namiętnie 
odrzucone głowy, zarumienione policzki, pałające oczy, rozchylone i drgające 
usta, jakby pod wpływem narkotyku. 
„Straszna rzecz! — pomyślał Wokulski. — Cóż to za chore indywidua wprzęgają 
się do triumfalnego wozu tego pana... 
Wtem spojrzał na bok i zrobiło mu się zimno... Zobaczył pannę Łęcką bardziej 
odurzoną i roznamiętnioną od innych. Nie wierzył własnym oczom. 
Mistrz grał z kwadrans, ale Wokulski nie słyszał już ani jednej nuty. Rozbudził 
go dopiero przeciągły grzmot oklasków. Potem znowu zapomniał, gdzie jest, ale 
za to doskonale widział, jak Molinari szepnął coś do ucha panu 
Rzeżuchowskiemu, jak pan Rzeżuchowski wziął go pod rękę i — przedstawił 
pannie Izabeli. 
Przywitała go rumieńcem i wejrzeniem nieopisanego zachwytu. A ponieważ 
proszono na kolację, mistrz podał jej rękę i zaprowadził do sali jadalnej. Przeszli 
tuż obok niego, Molinari potrącił go łokciem, ale tak byli zajęci sobą, że panna 
Izabela nawet nie spostrzegła Wokulskiego. Potem usiedli we czworo przy 
jednym stoliku: pan Szastalski z panną Rzeżuchowską, Molinari z panną 
Izabelą, i było znać, że jest im bardzo dobrze razem. 
Wokulskiemu znowu zdawało się, że z oczu spada mu zasłona, poza którą widać 
zupełnie inny świat i inną pannę Izabelę. Ale w tej samej chwili uczuł taki zamęt 
w głowie, ból w piersiach, szał w nerwach, że uciekł do przedpokoju, a stamtąd 
na ulicę obawiając się, że traci rozum. 
„Boże miłosierny! — szepnął — zdejmijże ze mnie to przekleństwo...” 
O kilka kroków od Molinariego, przy mikroskopijnym stoliczku, siedziała pani 
Wąsowska z Ochockim. 
— Moja kuzynka zaczyna mi się coraz mniej podobać — rzekł Ochocki patrząc na 
pannę Izabelę. — Widzi ją pani?... 
— Od godziny — odparła pani Wąsowska. -Ale zdaje mi się, że i Wokulski coś 
spostrzegł, bo był bardzo zmieniony. Żal mi go. 
— O, niech pani będzie spokojna o Wokulskiego. Prawda, że dziś jest rozbity, ale 
jeżeli się raz ocknie... Takich nie zabijają wachlarzem. 
— Więc może być dramat. 
— Żadnego — rzekł Ochocki. — Ludzie o skoncentrowanych uczuciach wówczas 
tylko są niebezpieczni, jeżeli nie mają rezerw... 
— Mówisz pan o tej pani... jakże ona... Sta... Star?... 
— Boże uchowaj, tam nic nie ma i nigdy nie było. Zresztą dla zakochanego 
mężczyzny nie stanowi rezerwy inna kobieta. 
— Więc cóż? 
— Wokulski ma silny umysł i wie o cudownym wynalazku, którego wykończenie 
naprawdę przewróciłoby świat... 
— I pan wiesz o nim? 
— Treść znam, dowód widziałem; nie znam tylko bliższych szczegółów. 
Przysięgam — mówił zapalając się Ochocki — że dla takiej sprawy można by 
poświęcić nawet dziesięć kochanek! 
— Więc i mnie poświęciłbyś, niewdzięczniku? 
— Alboż pani jest moją kochanką?... Nie jestem przecie lunatykiem. 
— Ale kochasz się we mnie. 
— Może jeszcze tak jak Wokulski w Izabeli?... Ani myślę... Choć każdej chwili 
jestem gotów... 
— W każdej chwili jesteś pan źle wychowany. Ale... tym lepiej, że się we mnie 
nie kochasz. 
— I nawet wiem, dlaczego lepiej. Pani wzdycha do Wokulskiego. 
Panią Wąsowską oblał mocny rumieniec; zmieszała się tak, że wachlarz upadł 
jej na posadzkę. Ochocki podniósł go. 
— Nie chcę grać z panem komedii, mój potworze — odparła po chwili. -Obchodzi 
mnie tak, że... robię wszystko, co jest w mojej mocy, ażeby dostał Belę, 
ponieważ... ją kocha ten szaleniec... 
— Przysięgam, że spomiędzy znajomych mi dam jesteś pani jedyną kobietą, która 
naprawdę coś warta... Ale dosyć o tym. Od czasu kiedym poznał, że Wokulski 
kocha Belę (a jak on ją kocha!), moja kuzynka robi na mnie dziwne wrażenie. 
Dawniej uważałem ją za wyjątkową, dziś wydaje mi się pospolitą, dawniej 
wzniosła, dziś jest płaska... Ale to tylko chwilami i jeszcze ostrzegam, że mogę 
się mylić. 
Pani Wąsowska uśmiechnęła się. 
— Podobno — rzekła — ile razy mężczyzna patrzy na kobietę, szatan zakłada mu 
różowe okulary. 
— Czasami zdejmuje. 
— Ale nie bez cierpień — odpowiedziała pani Wąsowska. — Wiesz pan co — dodała ponieważ 
jesteśmy prawie kuzynami, mówmy sobie t y... 
— Bardzo dziękuję. 
— Dlaczego? 
— Nie mam zamiaru być wielbicielem pani. 
— Ja proponuję panu przyjaźń. 
— Właśnie. Jest to mostek, po którym... 
W tej chwili panna Izabela wstała nagle od swego stolika i podeszła do nich; 
była wzburzona. 
— Porzucasz mistrza? -spytała ją pani Wąsowska. 
— Ależ to jest impertynent! — rzekła panna Izabela tonem, w którym czuć było 
gniew. 
— Bardzom kontent, kuzynko, że tak prędko poznałaś się na tym poliszynelu odezwał 
się Ochocki. — Może pani siądzie? 
Ale panna Izabela rzuciła na niego piorunujące spojrzenie, zaczęła rozmawiać z 
Malborgiem, który właśnie zbliżył się do niej, i odeszła do sali. 
Na progu, spoza wachlarza, spojrzała w stronę Molinariego, który bardzo 
wesoło rozmawiał z panną Rzeżuchowską... 
— Zdaje mi się, panie Ochocki — rzekła pani Wąsowska — że prędzej zostaniesz 
naszym Kopernikiem, aniżeli nauczysz się ostrożności! Jak mogłeś wobec 
Izabeli nazwać tego pana poliszynelem?... 
— Ona przecież nazwała go impertynentem... 
— Niemniej interesuje się nim. 
— No, proszę ze mnie nie żartować. Jeżeli nie interesuje się człowiekiem, który ją 
ubóstwia... 
— To właśnie będzie interesować się takim, który ją lekceważy. 
— Pociąg do ostrych sosów jest oznaką nietęgiego zdrowia zauważył Ochocki. 
— Która tu jest zdrowa! — rzekła pani Wąsowska, pogardliwie obwodząc 
wzrokiem towarzystwo. — Podaj mi pan rękę i idźmy do salonu. 
Na przejściu spotkali księcia, który z wielkim zadowoleniem przywitał panią 
Wąsowską. 
— Cóż, mości książę, Molinari?... — zapytała. 
— Ma bardzo ładny ton... Bardzo... 
— I będziemy przyjmować go u siebie? 
— O tak... w przedpokoju... 
W parę minut dowcip księcia obleciał wszystkie sale... Pani Rzeżuchowska z 
powodu nagłej migreny musiała puścić gości. 
Gdy pani Wąsowska rozmawiając po drodze ze znajomymi weszła z Ochockim 
do salonu, zobaczyła już pannę Izabelę siedzącą w towarzystwie Molinariego. 
— Kto z nas miał rację? — rzekła trącając Ochockiego wachlarzem. — Biedny 
Wokulski!... 
— Zapewniam panią, że jest mniej biednym aniżeli panna Izabela. 
— Dlaczego? 
— Bo jeżeli kobiety kochają tylko tych, którzy je lekceważą, to moja kuzynka 
bardzo prędko będzie musiała oszaleć za Wokulskim. 
— Powiesz mu pan?... — oburzyła się pani Wąsowska. 
— Nigdy! Jestem przecie jego przyjacielem, a już to samo wkłada na mnie 
obowiązek nieostrzegania o niebezpieczeństwach. Ale jestem także mężczyzną i 
dalibóg, czuję, że gdy między mężczyzną i kobietą zacznie się tego rodzaju 
walka... 
— To przegra mężczyzna. 
— Nie, pani. Przegra kobieta, i to na łeb na szyję. Przecież dlatego kobiety 
wszędzie są niewolnicami, że lgną do tych, którzy je lekceważą. 
— Nie bluźnij pan. 
Ponieważ Molinari zaczął rozmawiać z panią Wywrotnicką, pani Wąsowska 
zbliżyła się do panny Izabeli, wzięła ją pod rękę i zaczęły spacerować po 
salonie. 
— Pogodziłaś się jednak z tym impertynentem? — zapytała pani Wąsowska. 
— Przeprosił mnie — odparła panna Izabela. 
— Tak prędko? A czy choć obiecał poprawę? 
— Moją będzie rzeczą, ażeby nie potrzebował się poprawiać. 
— Był tu Wokulski — mówiła pani Wąsowska — i dosyć nagle wyszedł. 
— Dawno? 
— Kiedyście siedli do kolacji; stał nawet w tych drzwiach. 
Panna Izabela zmarszczyła brwi. 
— Moja Kaziu — rzekła — wiem, o co ci chodzi. Otóż oświadczam ci raz na 
zawsze, że ani myślę wyrzekać się dla Wokulskiego moich sympatii i upodobań. 
Małżeństwo nie jest więzieniem, a ja mniej niż kto inny nadaję się na więźnia. 
— Masz słuszność. Czy jednakże dla kaprysu godzi się drażnić takie uczucia? 
Panna Izabela zmieszała się. 
— Więc cóż mam robić? 
— To już od ciebie zależy. Jeszcze nie jesteś z nim związana... 
— Ach, tak!... już pojmuję... — uśmiechnęła się panna Izabela. 
Stojący pod oknem pan Malborg z panem Niwińskim przypatrywali się obu 
damom przez binokle. 
— Piękne kobiety! — westchnął pan Malborg. , 
— A każda w innym guście — dodał pan Niwiński. 
— Którą byś wolał? 
— Obie. 
— A ja Izabelkę, a potem... Wąsowską. 
— Jak one tulą się do siebie... jak się uśmiechają!... To wszystko, ażeby nas 
podrażnić. Sprytne są te kobietki. 
— A w gruncie mogą się nienawidzieć. 
— No, przynajmniej nie w tej chwili — zakończył pan Niwiński. 
Do spacerujących pań zbliżył się Ochocki. 
— Czy i kuzynek należy do spisku przeciw mnie? — zapytała panna Izabela. , 
— Do spisku nigdy; mogę z panią być tylko w otwartej wojnie. 
— Z panią? w otwartej wojnie?... Cóż to znaczy. Wojny prowadzą się w celu 
zawarcia korzystnego pokoju! 
— To nie mój system. 
— Czy tak?... — rzekła panna Izabela z uśmiechem. — Więc załóżmy się, że 
kuzynek złożysz broń; bo wojnę uważam już za rozpoczętą. 
— Przegrasz ją, kuzynko, nawet w tych punktach, w których liczysz na 
najzupełniejsze zwycięstwo — odpowiedział uroczyście Ochocki. 
Panna Izabela sposępniała. 
— Belu — szepnęła do niej przechodząca w tej chwili hrabina wyjeżdżamy. 
— Cóż, Molinari obiecał?... — zapytała tym samym tonem panna Izabela. 
— Wcale go nie prosiłam -odpowiedziała dumnie hrabina. 
— Dlaczego, ciociu?... 
— Zrobił niekorzystne wrażenie. 
Gdyby doniesiono pannie Izabeli, że umarł Wokulski z powodu Molinariego, 
wielki skrzypek nie straciłby nic w jej oczach. Ale wiadomość, że zrobił złe 
wrażenie, dotknęła ją w niemiły sposób. 
Pożegnała artystę chłodno, prawie wyniośle. 
Pomimo znajomości trwającej ledwie kilka godzin Molinari żywo zainteresował 
pannę Izabelę. 
Kiedy późno wróciwszy do domu spojrzała na swego Apollina, zdawało jej się, 
że marmurowy bożek ma coś z postawy i rysów skrzypka. Zarumieniła się 
przypomniawszy sobie, że posąg bardzo często zmieniał fizjognomię; nawet 
przez krótką chwilę był podobny do Wokulskiego. Uspokoiła się jednak uwagą, 
że dzisiejsza zmiana jest ostatnią, że dotychczasowe jej upodobania polegały na 
omyłkach i że Apollo, jeżeli mógł kogoś symbolizować, to tylko Molinariego 
Nie mogła zasnąć, w sercu jej walczyły najsprzeczniejsze uczucia: gniew, 
obawa, ciekawość i jakaś tkliwość. Czasem nawet budziło się zdumienie, kiedy 
przypominała sobie zuchwałe czyny skrzypka. Przy pierwszych słowach 
powiedział, że jest najpiękniejszą kobietą, jaką zna; idąc na kolację namiętnie 
przytulał jej ramię i oświadczył, że ją kocha. 
A przy kolacji, bez względu na obecność Szastalskiego i panny Rzeżuchowskiej, 
tak natarczywie szukał pod stołem jej ręki, że... cóż miała zrobić?... 
Podobnie gwałtownych uczuć nie spotkała jeszcze nigdy. On naprawdę musiał 
ją pokochać od pierwszego wejrzenia, szalenie, na śmierć. Czy jej wreszcie nie 
szepnął (co nawet zmusiło ją do opuszczenia stolika), że bez namysłu oddałby 
życie za kilka dni spędzonych z nią razem. 
„I na co on się narażał mówiąc coś podobnego” — pomyślała panna Izabela. Nie 
przyszło jej do głowy, że co najwyżej narażał się na opuszczenie towarzystwa 
przed końcem kolacji. 
„Co za uczucie!... co za namiętność!...” — powtarzała w duchu. 
Przez dwa dni panna Izabela nie wychodziła z domu i nikogo nie przyjmowała. 
W trzecim dniu zdawało jej się, że Apollo, jakkolwiek wciąż podobny do 
Molinariego, chwilami przypomina Starskiego. Tegoż dnia po południu przyjęła 
panów Rydzewskiego i Pieczarkowskiego, którzy oświadczyli jej, że Molinari 
opuszcza już Warszawę, że zraził do siebie całe towarzystwo, że jego album z 
recenzjami jest blagą, ponieważ nie umieszczono w nim krytyk 
nieprzychylnych. Dodali w końcu, że tak mierny skrzypek i pospolity człowiek 
tylko w Warszawie mógł doznać podobnych owacyj. 
Panna Izabela była oburzona i przypomniała panu Pieczarkowskiemu, że nie kto 
inny, tylko on chwalił artystę. Pan Pieczarkowski zdziwił się i powołał się na 
świadectwo obecnego pana Rydzewskiego i nieobecnego Szastalskiego, że 
Molinari od pierwszej chwili nie budził w nim zaufania. 
Przez następne dwa dni panna Izabela uważała wielkiego artystę jako ofiarę 
zawiści. Powtarzała sobie, że tylko on jeden zasługuje na jej współczucie i że 
nigdy o nim nie zapomni. 
W tym czasie pan Szastalski przysłał jej bukiet fiołków, a panna Izabela nie bez 
wyrzutów spostrzegła, że Apollo zaczyna być podobnym do Szastalskiego i że 
Molinari szybko zaciera się w jej pamięci. 
Prawie w tydzień po koncercie, kiedy bez światła siedziała w swoim pokoju, 
przed oczyma jej stanęła dawno zapomniana wizja. Zdawało jej się, że w 
towarzystwie ojca zjeżdża powozem z jakiejś góry w dolinę napełnioną 
chmurami dymów i pary. Spomiędzy chmur wysunęła się olbrzymia ręka 
trzymająca kartę, na którą pan Tomasz patrzył z niespokojną ciekawością. „Z 
kim ojciec gra?...” — pomyślała. W tej chwili wionął wiatr i z tumanów ukazała 
się twarz Wokulskiego, także w olbrzymich rozmiarach. 
„Rok temu miałam toż samo widzenie — rzekła do siebie panna Izabela. — Co to 
znaczy?... 
I dopiero teraz przypomniała sobie, że Wokulski nie był u nich od tygodnia. 
Po raucie u państwa Rzeżuchowskich Wokulski wrócił do siebie w niezwykłym 
nastroju ducha. Atak szału minął go i ustąpił miejsca apatycznemu spokojowi. 
Wokulski nie spał całą noc, ale stan ten nie wydawał mu się przykrym. Leżał 
spokojnie, nie myślał o niczym i tylko ciekawie przysłuchiwał się bijącym 
godzinom. Pierwsza... druga... trzecia... 
Na drugi dzień wstał późno i do południa, pijąc herbatę, znowu przysłuchiwał 
się biciu zegara. Jedynasta... dwunasta... pierwsza... Jakie to nudne!... 
Chciał coś czytać, ale nie chciało mu się pójść do biblioteki po książkę ; więc 
położył się na szezlongu i zaczął myśleć o teorii Darwina. 
„Co to jest dobór naturalny? Jest to skutek walki o byt, w której giną istoty nie 
posiadające pewnych uzdolnień, a zwyciężają więcej uzdolnione. Jaka jest 
najważniejsza zdolność: czy pociąg płciowy? Nie, wstręt do śmierci. Istoty, 
które nie miałyby wstrętu do śmierci, musiałyby wyginąć najpierwej. Gdyby 
człowieka nie hamował wstręt do śmierci, ten najmędrszy zwierz nie dźwigałby 
kajdan życia. W poezji staroindyjskiej są ślady, że istniała kiedyś ludzka rasa 
mająca mniejszy wstręt do śmierci aniżeli my. No i rasa ta wyginęła, a jej 
potomkowie są albo niewolnikami, albo ascetami. 
A co to jest wstręt do śmierci? Naturalnie, instynkt polegający na złudzeniu. Są 
osoby mające wstręt do myszy, która jest zupełnie niewinnym stworzeniem, 
albo nawet do poziomek, które są wcale smaczne. (Kiedy to ja jadłem 
poziomki?... Aha, w końcu września roku zeszłego w Zasławku.... Zabawna 
miejscowość ten Zasławek; ciekawym, czy jeszcze żyje prezesowa i czy ma 
wstręt do śmierci?...) 
Bo cóż to jest obawa śmierci?... Złudzenie! Umrzeć jest to nie być nigdzie, nic 
nie czuć i o niczym nie myśleć. W iluż ja miejscach dziś nie jestem: nie jestem 
w Ameryce, w Paryżu, na księżycu, nie jestem nawet w moim sklepie i nic mnie 
nie trwoży. A o ilu ja rzeczach nie myślałem przed chwilą i o ilu nie myślę? 
Myślę tylko o jakiejś jednej rzeczy, a nie myślę o miliardzie innych rzeczy, nie 
wiem nawet o nich i nic mnie to nie obchodzi. 
Cóż więc może być przykrego w tym, że nie będąc w milionie miejsc, tylko w 
jakimś jednym, i nie myśląc o miliardzie rzeczy, tylko o jakiejś jednej, przestanę 
być i w tym jednym miejscu i myśleć o tej jednej rzeczy?... Istotnie, obawa 
śmierci jest najkomiczniejszym złudzeniem, jakiemu od tylu wieków ulega 
ludzkość. Dzicy boją się piorunu, huku broni palnej, nawet zwierciadła; a my, 
niby to ucywilizowani, lękamy się śmierci!...” 
Wstał, wyjrzał przez okno i z uśmiechem przypatrywał się ludziom, którzy 
gdzieś biegli, kłaniali się sobie, asystowali damom. Przypatrywał się ich 
gwałtownym ruchom, wielkiemu zainteresowaniu, bezświadomej szarmanterii 
mężczyzn, automatycznej kokieterii kobiet, obojętnym minom dorożkarzy, męce 
ich koni i nie mógł oprzeć się uwadze, że całe to życie, pełne niepokoju i 
udręczeń, jest kapitalnym głupstwem. 
Tak przesiedział cały dzień. Następnego przyszedł Rzecki i przypomniał mu, że 
dziś jest dzień pierwszego kwietnia i że panu Łęckiemu trzeba zapłacić dwa 
tysiące pięćset rubli procentów. 
— A prawda — odparł Wokulski. — Odwieź mu tam... 
— Myślałem, że sam odwieziesz. 
— Nie chce mi się... 
Rzecki kręcił się po pokoju, chrząkał, nareszcie rzekł: 
— Pani Stawka jest jakaś markotna. Może byś ją odwiedził? 
— A prawda, że już dawno u niej nie byłem. Pójdę wieczorem. 
Odebrawszy taką odpowiedź Rzecki już nie zatrzymywał się. Bardzo czule 
pożegnał Wokulskiego, wpadł do sklepu po pieniądze, potem siadł w dorożkę i 
kazał jechać do pani Misiewiczowej. 
— Przybiegłem tylko na chwilę, bo mam załatwić pilny interes — zawołał 
uradowany. — Wie pani, Stach będzie tu dzisiaj... Zdaje mi się (ale mówię to pani 
w największej tajemnicy), że Wokulski już stanowczo zerwał z Łęckimi... 
— Czyby tak?... — rzekła pani Misiewiczowa składając ręce. 
— Jestem prawie pewny, ale... żegnam panią... Stach będzie dziś wieczorem... 
Istotnie, Wokulski był wieczorem i co ważniejsza, zaczął bywać każdego 
wieczora. Przychodził dosyć późno, kiedy Helunia już spała, a pani 
Misiewiczowa odchodziła do swego pokoju, i z panią Stawską przepędzał po 
parę godzin. Zwykle milczał i słuchał jej opowiadań o sklepie Milerowej albo o 
brukowych wypadkach. Sam odzywał się rzadko, a wtedy wypowiadał 
aforyzmy; nawet nie mające związku z tym, co do niego mówiono. 
Raz rzekł bez powodu: 
— Człowiek jest jak ćma: na oślep rwie się do ognia, choć go boli i choć się w 
nim spali. Robi to jednak dopóty — dodał po namyśle dopóki nie oprzytomnieje. I 
tym różni się od ćmy... 
„Mówi o pannie Łęckiej!...” — pomyślała pani Stawka i serce jej spieszniej 
uderzyło. 
Innym razem opowiedział jej dziwaczną historię: 
— Słyszałem o dwu przyjaciołach, z których jeden mieszkał w Odessie, a drugi w 
Tobolsku; nie widzieli się kilka lat i bardzo tęsknili za sobą. 
Nareszcie przyjaciel tobolski, nie mogąc wytrzymać dłużej, postanowił zrobić 
odeskiemu niespodziankę i nie uprzedzając go pojechał do Odessy. Nie zastał go 
jednak w domu, ponieważ jego przyjaciel odeski, również stęskniony, pojechał 
do Tobolska... 
Interesa nie pozwoliły im zetknąć się w czasie powrotu. Zobaczyli się więc 
dopiero po kilku latach i wie pani, co się pokazało?.. 
Pani Stawska podniosła na niego oczy. 
— Oto obaj, szukając się, tego samego dnia zjechali się w Moskwie, stanęli w 
tym samym hotelu i w sąsiednich numerach. Los czasami mocno żartuje z 
ludzi... 
— W życiu chyba nieczęsto się tak trafia... — szepnęła pani Stawska. 
— Kto wie?... Kto wie?... — odparł Wokulski. 
Pocałował ją w rękę i wyszedł zamyślony. 
„Z nami tak nie będzie!...” — pomyślała, głęboko wzruszona. 
Podczas wieczorów przepędzanych w domu pani Stawskiej Wokulski 
stosunkowo był najbardziej ożywiony, trochę jadł i rozmawiał. 
Lecz przez resztę dnia zapadał w apatię. Prawie nie jadł, tylko wypijał mnóstwo 
herbaty, nie zajmował się interesami, nie był na kwartalnym posiedzeniu spółki, 
nic nie czytał, a nawet nie myślał. Zdawało mu się, że potęga, której nie umiałby 
nazwać, wyrzuciła go poza obręb wszelkich spraw, nadziei, pragnień i że jego 
życie, podobne dziś do martwego ciężaru, toczy się wśród pustki. 
„Przecież w łeb sobie nie wypalę — myślał. — Gdybym choć zbankrutował, ale 
tak!... Pogardzałbym sam sobą, gdyby z tego świata miała mnie wymieść 
spódnica... Trzeba było zostać w Paryżu... Kto wie, czy już dziś nie posiadałbym 
broni, która prędzej czy później wytępi potwory z ludzką twarzą.” 
Rzecki odgadując, co się z nim dzieje, zachodził w różnych porach dnia i 
próbował wciągnąć go w rozmowę. Ale ani stan pogody, ani handel, ani 
polityka nie obchodziły Wokulskiego. Raz się tylko ożywił, gdy pan Ignacy 
zrobił wzmiankę, że Milerowa prześladuje panią Stawską. 
— O cóż jej chodzi? 
— Może zazdrości, że bywasz u pani Stawskiej, że jej płacisz dobrą pensję. 
— Uspokoi się Milerowa — rzekł Wokulski — jak oddam sklep Stawskiej, a ją 
zrobię kasjerką. 
— Bój się Boga, dajże spokój!... — zawołał przestraszony Rzecki. — Zgubiłbyś tym 
panią Stawską. 
Wokulski zaczął chodzić. 
— Masz rację. Ale swoją drogą, jeżeli baby kłócą się, trzeba je rozdzielić... 
Namów Stawską, ażeby sama na siebie założyła sklep, a my jej dostarczymy 
funduszów. Od razu o tym myślałem, a teraz widzę, że nie warto dłużej 
odkładać. 
Pan Ignacy, naturalnie, w tej chwili pobiegł do swoich pań i zawiadomił je o 
wielkiej nowinie. 
— Nie wiem, czy nam wypada przyjmować taką ofiarę? — odezwała się 
zakłopotana pani Misiewiczowa. 
— Cóż to za ofiara? — zawołał Rzecki. — Spłacicie nas panie w ciągu paru lat, i 
basta. Jakże pani sądzi?... — zapytał Stawskiej. 
— Zrobię tak, jak zechce pan Wokulski. Każe mi otworzyć sklep otworzę; każe 
zostać u Milerowej, zostanę 
— Ależ, Helenko!... — zreflektowała ją matka. — Pomyśl, na co się narażasz 
mówiąc w podobny sposób?... Całe szczęście, że nas nie słyszy nikt obcy. 
Pani Stawska umilkła ku wielkiemu zmartwieniu pani Misiewiczowej, którą 
przerażała stanowczość córki dotychczas tak łagodnej i uległej. 
Pewnego dnia Wokulski przechodząc ulicą spotkał karetę pani Wąsowskiej. 
Ukłonił się i szedł dalej bez celu; wtem dopędził go służący. 
— Jaśnie pani prosi... 
— Co się z panem dzieje?... — zawołała piękna wdówka, gdy Wokulski zbliżył się 
do powozu. -Siądź no pan, przejedziemy się po Alejach. 
Wsiadł, pojechali. 
— Co to znaczy? — ciągnęła pani Wąsowska. — Wyglądasz pan okropnie, już 
blisko dziesięć dni nie byłeś u Beli... No, mówże pan coś!... 
— Nie mam nic do powiedzenia. Nie jestem chory i nie sądzę, ażeby pannie 
Izabeli były potrzebne moje wizyty. 
— A jeżeli są potrzebne? 
— Nigdy nie miałem tych złudzeń; dziś mniej niż kiedykolwiek. 
— No, no... mój panie... mówmy jasno. Jesteś pan zazdrośnik, a to poniża 
mężczyznę w oczach kobiet. Zirytowałeś się pan Molinarim... 
— Myli się pani. Tak dalece nie jestem zazdrosny, że wcale nie przeszkadzam 
pannie Izabeli wybierać pomiędzy mną i panem Molinarim. Wiem przecie, że w 
tym wypadku obaj mamy równe prawa. 
— O panie, to już zbyt ostre! — zgromiła go pani Wąsowska. -Cóż to, więc biedna 
kobieta, jeżeli raczy ją uwielbiać jeden z was, nie może rozmawiać z innymi?... 
Nie spodziewałam się, ażeby taki człowiek jak pan w taki haremowy sposób 
traktował kobietę. Zresztą o co panu chodzi?.. Gdyby nawet Bela kokietowała 
Molinariego, to i cóż?... Trwało to jeden wieczór i skończyło się tak 
wzgardliwym pożegnaniem go ze strony Beli, że aż przykro było patrzeć. 
Zgnębienie opuściło Wokulskiego. 
— Pani łaskawa, nie udawajmy, że się nie rozumiemy. Pani wie, że dla 
mężczyzny kochającego kobieta jest świętością jak ołtarz. Słusznie czy 
niesłusznie, ale tymczasem tak jest. Otóż jeżeli pierwszy lepszy awanturnik 
zbliża się do tej świętości jak do krzesła i postępuje z nią jak z krzesłem, a ołtarz 
prawie zachwyca się podobnym traktowaniem, wówczas... pojmuje pani?... 
Zaczynamy przypuszczać, że ów ołtarz jest naprawdę tylko krzesłem. Jasno się 
wytłumaczyłem?... 
Pani Wąsowska rzuciła się na poduszkach powozu. 
— O panie, aż nadto jasno!... Co byś pan jednak powiedział, gdyby kokieteria 
Beli była tylko niewinnym odwetem, a raczej ostrzeżeniem?.. 
— Do kogo wystosowanym? 
— Do pana; wszakże pan ciągle zajmujesz się panią Stawską?... 
— Ja?... Kto to powiedział?... 
— Przypuśćmy, że naoczni świadkowie: pani Krzeszowska, pan Maruszewicz... 
Wokulski pochwycił się za głowę. 
— I pani wierzy temu? 
— Nie, ponieważ zapewnił mnie Ochocki, że tam nic nie ma; czy jednak Belę 
uspokoił kto w podobny sposób i czy mogłaby na tym poprzestać, to już inna 
sprawa: 
Wokulski ujął ją za rękę. -Pani droga — szepnął — cofam wszystko, com 
powiedział z powodu tego Molinariego... Przysięgam pani, że czczę pannę 
Izabelę i że największym dla mnie nieszczęściem jest moje nierozważne słowo... 
Teraz dopiero widzę, czego się dopuściłem, mówiąc to... 
Był tak wzruszony, że pani Wąsowskiej żal go się zrobiło. 
— No, no — rzekła — niech pan się uspokoi i nie przesadza... Pod słowem honoru 
(choć kobiety podobno nie mają honoru) zapewniam pana, że to, o czym 
mówiliśmy, zostanie między nami. Zresztą jestem pewna, że nawet Bela 
przebaczyłaby panu jego wybuch. Była to niegodziwość, ale... zakochanym 
wybacza się nie takie niegodziwości. 
Wokulski ucałował jej obie ręce, które mu wydarła. 
— Proszę się do mnie nie umizgać, bo dla zakochanej kobiety mężczyzna jest 
ołtarzem... A teraz wysiadaj pan, idź, o tam, do Beli i... 
— I co pani? 
— I przyznaj, że umiem dotrzymywać obietnic. 
Głos jej drgnął, ale Wokulski nie spostrzegł tego. Wyskoczył z karety i pobiegł 
do kamienicy zajmowanej przez pana Łęckiego, gdzie właśnie stanęli. 
Gdy Mikołaj otworzył mu drzwi, kazał zameldować się pannie Łęckiej. Była 
sama i przyjęła go natychmiast, zarumieniona i zmieszana. 
— Tak dawno nie był pan u nas — rzekła. -Czy pan był chory?... 
— Gorzej, pani — odpowiedział nie siadając. — Ciężko obraziłem panią bez 
powodu... 
— Pan mnie?.. 
— Tak, pani, obraziłem panią podejrzeniami. Byłem — mówił stłumionym głosem 
— byłem na koncercie u państwa Rzeżuchowskich... Wyszedłem nawet nie 
pożegnawszy się z panią... Już nie chcę mówić dalej... Czuję tylko, że ma pani 
prawo nie przyjmować mnie jako człowieka, który nie ocenił pani... śmiał 
posądzać... 
Panna Izabela głęboko spojrzała mu w oczy i wyciągając rękę rzekła: 
— Przebaczam... niech pan siada. 
— Niech pani nie spieszy się z przebaczeniem, bo ono może podnieść moje 
nadzieje... 
Zamyśliła się. 
— Mój Boże, i cóż na to poradzę?... niechże już pan ma nadzieję, jeżeli tak o nią 
chodzi... 
— I to pani mówi, panno Izabelo?... 
— Tak widać było przeznaczone — odpowiedziała z uśmiechem. 
Namiętnie ucałował jej rękę, której mu nie broniła, potem odszedł do okna i coś 
zdjął z szyi. 
— Niech pani przyjmie to ode mnie — rzekł i podał jej złoty medalion z 
łańcuszkiem. 
Panna Izabela ciekawie zaczęła się przyglądać. 
— Dziwny prezent, nieprawdaż — mówił Wokulski otwierając medalion. — Widzi 
pani tę blaszkę lekką jak pajęczyna?... A jednak jest to klejnot, jakiego nie 
posiada żaden skarbiec, nasienie wielkiego wynalazku, który może ludzkość 
przemienić. Kto wie, czy z tej blaszki nie urodzą się okręty napowietrzne. Ale 
mniejsza o nie... Oddając go pani, składam moją przyszłość... 
— Więc to jest talizman? 
— Prawie. Jest to rzecz, która mogła mnie wyciągnąć z kraju, a cały mój majątek 
i resztę życia utopić w nowej pracy. Może byłaby ona stratą czasu, maniactwem, 
ale w każdym razie myśl o niej była jedyną rywalką pani. Jedyną... — powtórzył z 
naciskiem. 
— Myślał pan opuścić nas? 
— Nawet nie dawniej jak dziś rano. Dlatego oddaję pani ten amulet. Odtąd, 
oprócz pani, już nie mam innego szczęścia na świecie; została mi pani albo 
śmierć. 
— Jeżeli tak, więc biorę pana do niewoli — rzekła panna Izabela i zawiesiła 
medalion na szyi. A kiedy przyszło wsunąć go za stanik, spuściła oczy i 
zarumieniła się. 
„Otom podły -pomyślał Wokulski. -I, ja taką kobietę podejrzywałem... Ach, 
nędznik...” 
Kiedy wrócił do siebie i wpadł do sklepu, był tak rozpromieniony, że pan Ignacy 
nieledwie przeraził się. 
— Co tobie? — zapytał 
— Powinszuj mi. Jestem narzeczonym panny Łeckiej. 
Ale Rzecki, zamiast winszować, mocno pobladł. 
— Miałem list od Mraczewskiego — rzekł po chwili. — Suzin, jak wiesz, jeszcze w 
lutym wysłał go do Francji... 
— Więc?... — przerwał Wokulski. 
— Ano pisze mi teraz z Lyonu, że Ludwik Stawski żyje i mieszka w Algierze, 
tylko pod nazwiskiem Ernesta Waltera. Podobno handluje winem. Przed rokiem 
ktoś go widział. 
— Sprawdzimy to — odpowiedział Wokulski i spokojnie zanotował w katalogu 
adres. 
Odtąd każde popołudnie spędzał u państwa Łęckich, a nawet raz na zawsze 
został zaproszony na obiady. 
W kilka dni przyszedł do niego Rzecki. 
— Cóż, mój stary! — zawołał Wokulski. — Jakże tam z księciem Lulu?... Gniewasz 
się jeszcze na Szlangbauma, że śmiał sklep kupić?.. 
Stary subiekt pokręcił głową. 
— Pani Stawska — rzekł — już nie jest u Milerowej... trochę chora... Mówi coś o 
wyjeździe z Warszawy... Może byś tam wstąpił?.. 
— Prawda, trzeba by zajść — odparł pocierając czoło. — Mówiłeś z nią o sklepie? 
— Owszem; pożyczyłem jej nawet tysiąc dwieście rubli. 
— Z twoich biednych oszczędności?... Dlaczegóż nie ma pożyczyć ode mnie?... 
Rzecki nic nie odpowiedział. 
Przed drugą Wokulski pojechał do pani Stawskiej. Była bardzo mizerna; jej 
słodkie oczy wydawały się jeszcze większe i jeszcze smutniejsze. 
— Cóż to — spytał Wokulski — słyszałem, że pani chce opuścić Warszawę? 
— Tak, panie... Może mąż powróci... — dodała stłumionym głosem. 
— Mówił mi o tym Rzecki i pozwoli pani, że postaram się o sprawdzenie tej 
wiadomości... 
Pani Stawska zalała się łzami. 
— Pan taki dobry dla nas — szepnęła. — Niechże pan będzie szczęśliwy... 
O tej samej godzinie pani Wąsowska była z wizytą u panny Izabeli i 
dowiedziała się od niej, że Wokulski został przyjęty. 
— Nareszcie..: — rzekła pani Wąsowska. — Myślałam, że nigdy się nie zdecydujesz. 
— Więc zrobiłam ci przyjemną niespodziankę — odpowiedziała panna Izabela. — W 
każdym razie jest to idealny mąż: bogaty, nietuzinkowy, a nade wszystko 
człowiek gołębiego serca. Nie tylko nie jest zazdrosny, ale nawet przeprasza za 
podejrzenia. To mnie ostatecznie rozbroiło... Prawdziwa miłość ma zawiązane 
oczy. Nic mi nie odpowiadasz? 
— Myślę... 
— O czym? 
— Że jeżeli on tak zna ciebie, jak ty jego, to oboje bardzo się nie znacie. 
— Tym przyjemniej zejdzie nam miodowy miesiąc. 
— Życzę... 
ROZDZIAŁ PIĘTNASTY: 
POGODZENI MAŁŻONKOWIE 
Od połowy kwietnia pani baronowa Krzeszowska nagle zmieniła tryb życia. 
Do tej pory dzień schodził jej na wymyślaniu Mariannie, na pisywaniu listów do 
lokatorów o to, że schody są zaśmiecone, na wypytywaniu stróża: czy nie zdarł 
kto karty wynajmu mieszkań? czy praczki z paryskiej pralni nocują w domu 
albo czy rewirowy nie miał do niej jakiego interesu? Nie zapominała przy tym 
upominać go, ażeby w razie zgłoszenia się konkurenta o lokal na trzecim piętrze 
bacznie przypatrywał się, szczególniej ludziom młodym, a gdyby to byli 
studenci, ażeby odpowiadał, że lokal już wynajęty. 
— Uważaj, Kacprze, co ci mówię — kończyła — bo stracisz miejsce, jeżeli mi tu 
zakradnie się jaki student. Mam już dosyć tych nihilistów, rozpustników, 
ateuszów, którzy znoszą trupie główki. 
Po każdej takiej konferencji stróż wróciwszy do swej komórki rzucał czapkę na 
stół i wykrzykiwał: 
— Albo się, psia mać, powieszę, albo dłużej nie wytrzymam z taką panią! W 
piątek na targ -idź, stróżu, do apteki po dwa razy na dzień lataj, do magla drałuj 
i choroba wie, gdzie nie chodź. Przecie już mi zapowiedziała, że będę z nią 
jeździł na cmentarz do porządkowania grobu!... Słychane to rzeczy na 
świecie?... Odejdę stąd na święty Jan, żebym miał dać komu dwadzieścia rubli 
odstępnego... 
Ale od połowy kwietnia pani baronowa złagodniała. 
Złożyło się na to kilka okoliczności. 
Przede wszystkim któregoś dnia odwiedził ją nieznany adwokat z poufnym 
zapytaniem, czy pani baronowa nie wie czego o funduszach pana barona... 
Gdyby zaś takowe gdzie istniały, o czym zresztą wątpi adwokat, należałoby je 
wskazać dla uwolnienia pana barona od kompromitacji. Wierzyciele jego 
bowiem gotowi są chwycić się ostatecznych środków. 
Pani baronowa solennie upewniła adwokata, że jej małżonek, baron, pomimo 
całej przewrotności i udręczeń, jakie jej zadał, żadnych funduszów nie posiada. 
W tym miejscu dostała spazmów, co skłoniło adwokata do szybkiego odwrotu. 
Gdy zaś kapłan sprawiedliwości opuścił jej mieszkanie, nader szybko powróciła 
do zdrowia i zawoławszy Marianny rzekła do niej niezwykle spokojnym 
głosem: 
— Trzeba by, moja Marysiu, założyć świeże firanki, bo mam przeczucie, że 
nieszczęśliwy nasz pan nawróci się... 
W parę dni później był u baronowej książę w swojej własnej osobie. Zamknęli 
się oboje w najodleglejszym pokoju i mieli długą konferencję, w trakcie której 
pani parę razy zaniosła się od płaczu, a raz zemdlała. O czym by jednak mówili, 
tego nie wie nawet Marianna. Tylko po odejściu księcia baronowa kazała 
natychmiast wezwać pana Maruszewicza, a gdy przybiegł, rzekła dziwnie 
łagodnym głosem, przeplatając mowę westchnieniami : 
— Zdaje mi się, panie Maruszewicz, że mój zbłąkany mąż nareszcie się 
opamięta... Bądź więc łaskaw, jedź do miasta i kup męski szlafrok i parę 
pantofli. Weź na twoją miarę, bo wy obaj, biedacy, jesteście jednakowo 
szczupli... 
Pan Maruszewicz ruszył brwiami, ale wziął pieniądze i zrobił sprawunek. 
Baronowej cena czterdziestu rubli za szlafrok i sześciu za pantofle wydała się 
nieco wysoką, ale pan Maruszewicz odpowiedział, że nie zna się na cenie, że 
kupował w pierwszorzędnych magazynach, i już nie mówiono o tym. 
Znowu po kilku dniach do mieszkania pani Krzeszowskiej zgłosiło się dwu 
Żydków zapytując, czy pan baron jest w domu... Pani baronowa, zamiast wpaść 
na nich z krzykiem, jak to zwykle robiła, kazała im bardzo spokojnym tonem 
wyjść za drzwi. Potem zawoławszy Kacpra rzekła 
— Zdaje mi się, kochany Kacprze, że nasz biedny pan sprowadzi się do nas dziś 
albo jutro. Trzeba położyć sukno na schodach od drugiego piętra... Tylko 
uważaj, moje dziecko, ażeby nie pokradli prętów... I sukno trzeba co kilka dni 
trzepać... 
Od tej chwili już nie wymyślała Mariannie, nie pisywała listów, nie dręczyła 
stróża... Tylko po całych dniach, z rękoma założonymi na piersi, chodziła po 
swym rozległym mieszkaniu, blada, cicha, zirytowana. 
Na turkot dorożki, zatrzymującej się przed domem, biegła do okna; na odgłos 
dzwonka rzucała się do progu i spoza przymkniętych drzwi salonu nasłuchiwała, 
kto rozmawia z Marianną. 
Po paru dniach takiego trybu życia zrobiła się jeszcze bledszą i jeszcze bardziej 
rozdrażnioną. Biegała coraz prędzej po coraz mniejszej przestrzeni, często 
upadała na krzesło lub fotel z biciem serca, a nareszcie położyła się do łóżka. 
— Każ zdjąć sukno ze schodów -rzekła do Marianny schrypniętym głosem. — Panu znowu musiał jakiś łotr pożyczyć pieniędzy... 
Ledwie to powiedziała, energicznie zadzwoniono do drzwi. Pani baronowa 
posłała naprzód Mariannę, a sama tknięta przeczuciem, pomimo bólu głowy, 
zaczęła się ubierać. Wszystko leciało jej z rąk. 
Tymczasem Marianna, uchyliwszy drzwi zaczepione na łańcuch, zobaczyła w 
sieni jakiegoś bardzo dystyngowanego jegomościa z jedwabnym parasolem i 
ręczną walizką. Za jegomościem, który pomimo starannie ogolonych wąsów i 
bujnych faworytów wyglądał nieco na kamerdynera, stali tragarze z kuframi i 
tłomokami. 
— A co to?.. — machinalnie zapytała służąca. 
— Otworzyć drzwi, obie połowy!... — odparł jegomość z walizką. Rzeczy pana 
barona i moje... 
Drzwi otworzyły się, jegomość kazał tragarzom złożyć kufry i tłomoki w 
przedpokoju i zapytał: 
— Gdzie tu gabinet jaśnie pana?... 
W tej chwili przybiegła baronowa w nie zapiętym szlafroku, z włosami w 
nieładzie. 
— Co to?... — zawołała wzruszonym głosem. — Ach, to ty, Leonie... Gdzie pan?.. 
— Zdaje się, że jaśnie pan u Stępka... Chciałbym złożyć rzeczy, ale nie widzę ani 
gabinetu pana, ani pokoju dla mnie. 
— Zaczekajże mówiła gorączkowo baronowa. — Zaraz Marianna wyniesie się z 
kuchni, to ty tam... 
— Ja w kuchni?... — spytał jegomość nazwany Leonem. — Chyba jaśnie pani 
żartuje. Według umowy z panem mam mieć swój pokój... 
Pani baronowa zmieszała się. 
— Co ja mówię!... — rzekła. — To wiesz, mój Leonie, wprowadź się tymczasem na 
trzecie piętro, do mieszkania po studentach... 
— Tak to rozumiem — odparł Leon. -Jeżeli tam jest z parę pokoików, to mogę 
nawet mieszkać z kucharzem... 
— Jak to z kucharzem? 
— Bo przecie jaśnie państwo bez kucharza obejść się nie mogą. Bierzcie te rzeczy 
na górę — zwrócił się do tragarzy. 
— Co wy robicie?... — krzyknęła baronowa widząc, że zabierają wszystkie kufry i 
tłomoki. 
— Biorą moje rzeczy. Nieście! — komenderował Leon. 
— A gdzież pana barona?... 
— O, proszę... — odparł służący podając Mariannie ręczną walizkę i parasol. 
— A pościel?... garderoba?... sprzęty?... — zawołała pani łamiąc ręce. 
— Niechże jaśnie pani nie robi skandalu przy służbie!... — zgromił ją Leon. — Wszystkie te rzeczy jaśnie pan powinien mieć w domu... 
— Prawda... prawda!... — szepnęła upokorzona baronowa. 
Zainstalowawszy się na górze, gdzie mu jeszcze musiano zanieść łóżko, stół, 
parę krzeseł i miednicę z dzbankiem wody, pan Leon ubrał się we frak, biały 
krawat, świeżą koszulę (trochę ciasną na niego), wrócił do pani baronowej i 
poważnie zasiadł w przedpokoju. 
— Za pół godziny — rzekł do Marianny spoglądając na złoty zegarek — jaśnie pan 
powinien być, bo co dzień sypia od godziny czwartej do piątej. — Cóż, nudno tu 
pannie? — dodał. -No, ale ja pannę rozruszam... 
— Marianno!... Marianno, chodź tutaj!... — zawołała ze swego pokoju baronowa. 
— Cóż panna zaraz tak lecisz? — zapytał Leon. — Ucieknie starej interes czy co?... 
Niech trochę poczeka... 
— Kiedy boję się, bo strasznie zła — szepnęła Marianna wydzierając mu się z rąk. 
— Zła, boś ją sama panna zepsuła. Im tylko pozwolić, toby zaraz człowiekowi 
kołki na łbie ciosali... Z baronem będziesz panna miała lżej, bo to koneser... Ale 
ubrać się panna musisz inaczej, nie tak po tercjarsku. My nie lubimy zakonnic. 
— Marysia!... Marysia!... 
— No, to idź już panna, tylko powoli — upominał ją Leon. 
Wbrew przewidywaniom Leona baron przybył do swej małżonki nie o czwartej, 
ale dopiero około piątej. 
Był ubrany w nowy tużurek i świeży kapelusz, w ręku trzymał laseczkę ze 
srebrną końską nogą. Miał minę spokojną, ale pod tymi pozorami wierny sługa 
dostrzegł mocne wzruszenie. Już w przedpokoju binokle dwa razy spadły 
baronowi, a lewa powieka drgała mu bez porównania częściej aniżeli przed 
pojedynkiem albo nawet przy sztosie. 
— Zamelduj mnie pani baronowej — rzekł pan Krzeszowski nieco przytłumionym 
głosem. 
Leon otworzył drzwi salonu i prawie groźnie zawołał: 
— Jaśnie pan!... 
A gdy baron wszedł, zamknął za nim drzwi, odprawił Mariannę, która 
przybiegła z kuchni, i — sam zaczął podsłuchiwać. 
Pani baronowa, siedząca z książką na kanapie, na widok męża powstała. Gdy 
baron złożył jej głęboki ukłon, chciała odkłonić się, ale znowu upadła na 
kanapę. 
— Mężu mój... — szepnęła zasłaniając twarz rękoma. — O! Co ty robisz... 
— Przykro mi bardzo — rzekł baron kłaniając się po raz drugi — że składam pani 
uszanowanie w takich warunkach... 
— Ja wszystko gotowa jestem przebaczyć, jeżeli... 
— Jest to bardzo zaszczytne dla nas obojga -przerwał baron — ponieważ i ja 
gotów jestem zapomnieć pani wszystko, co dotyczy mojej osoby. Na 
nieszczęście, raczyła pani wprowadzić w grę moje nazwisko, które lubo w 
historii świata nie odznaczyło się żadną niezwykłością, zasługuje przecież na to, 
aby je oszczędzano. 
— Nazwisko?... — powtórzyła baronowa. 
— Tak, pani — odparł baron kłaniając się po raz trzeci, ciągle z kapeluszem w 
ręku. — Daruje pani, że dotknę tej niemiłej sprawy, ale... Od pewnego czasu 
nazwisko moje figuruje we wszystkich sądach... W tej chwili na przykład 
podoba się pani mieć aż trzy procesy: dwa z lokatorami, a jeden z jej byłym 
adwokatem, który nie uchybiając mu, jest skończonym łotrem. 
— Ależ, mężu! — zawołała baronowa zrywając się z kanapy. — Wszakże w tej 
chwili ty masz jedynaście procesów o trzydzieści tysięcy rubli długów... 
— Przepraszam!... Mam siedemnaście procesów o trzydzieści dziewięć tysięcy 
rubli długów, jeżeli mnie pamięć nie myli. Ale to są procesy o długi. Między 
nimi nie ma ani jednego, który wytoczyłbym uczciwej kobiecie o kradzież 
lalki... Między moimi grzechami nie ma ani jednego anonimu, który by 
spotwarzał niewinną, a spomiędzy moich wierzycieli ani jeden nie musiał 
uciekać z Warszawy wygnany przez oszczerstwa, jak się to zdarzyło niejakiej 
pani Stawskiej dzięki troskliwości pani baronowej Krzeszowskiej... 
— Stawska była twoją kochanką... 
— Przepraszam. Nie twierdzę, że nie starałem się o jej względy, ale przysięgam 
na honor, że jest to najszlachetniejsza kobieta, jaką spotkałem w życiu. Niech 
pani nie obraża ten superlatyw zastosowany do osoby obcej i niech pani raczy 
mi wierzyć, że pani Stawska jest kobietą, która nawet moje... moje starania 
zostawiała bez odpowiedzi. A ponieważ, pani baronowo, ja mam honor znać 
przeciętne kobiety, więc... moje świadectwo coś znaczy... 
— W rezultacie czego chcesz, mój mężu? — zapytała pani baronowa już pewnym 
głosem. 
— Chcę... bronić nazwiska, które oboje nosimy. Chcę... nakazać w tym domu 
szacunek dla baronowej Krzeszowskiej. Chcę zakończyć procesy i dać pani 
opiekę... Dla dopięcia tego celu zmuszony jestem prosić panią o gościnność. 
Gdy zaś ureguluję stosunki... 
— Opuścisz mnie? 
— Zapewne. 
— A twoje długi? 
Baron powstał z krzesła. 
— Moje długi niech panią nie interesują — odparł tonem głębokiego przekonania. Jeżeli 
pan Wokulski, zwyczajny szlachcic, mógł w ciągu paru lat zrobić miliony, 
człowiek z moim nazwiskiem potrafi spłacić czterdzieści tysięcy długów. I ja 
pokażę, że umiem pracować... 
— Jesteś chory, mój mężu — odparła baronowa. — Przecie wiesz, że pochodzę z 
rodziny, która zrobiła swój majątek, i dlatego mówię ci, że ty nie potrafisz 
zapracować nawet na własne utrzymanie... Ach, nawet na wykarmienie 
najuboższego człowieka!... 
— Zatem pani odrzucasz moją opiekę, którą ofiaruję jej pod wpływem próśb 
księcia i dbałości o honor nazwiska? 
— Ale owszem!... Zacznijże się nareszcie mną opiekować, bo dotychczas... 
— Co do mnie — przerwał baron z nowym ukłonem — będę się starał zapomnieć o 
przeszłości... 
— Zapomniałeś o niej dawno... Nie byłeś nawet na grobie naszej córki... 
W taki sposób baron zainstalował się w mieszkaniu swojej żony. Przerwał 
procesy z lokatorami, byłemu adwokatowi baronowej oświadczył, że każe mu 
dać baty, jeżeli kiedykolwiek wyrazi się bez szacunku o swojej klientce, do pani 
Stawskiej napisał list z przeprosinami i posłał jej (aż pod Częstochowę) 
ogromny bukiet. Nareszcie przyjął kucharza i wraz ze swoją małżonką złożył 
wizyty rozmaitym osobom z towarzystwa, powiedziawszy pierwej 
Maruszewiczowi, który ogłosił to po mieście, że jeżeli która z dam nie odda im 
rewizyty, wówczas baron od jej męża zażąda satysfakcji. 
W salonach zgorszono się dzikimi pretensjami barona; rewizyty jednak złożyli 
państwu Krzeszowskim wszyscy i prawie wszyscy zawarli z nimi bliższe 
stosunki. 
W zamian pani baronowa, co z jej strony było dowodem nadzwyczajnej 
delikatności, nic nikomu nie mówiąc spłacała długi męża. Niektórym z 
wierzycieli robiła impertynencje, wobec innych płakała, prawie wszystkim 
odtrącała jakieś sumy na rachunek lichwiarskich procentów, irytowała się, ale płaciła. 
Już w osobnej szufladzie jej biurka leżało kilka funtów mężowskich weksli, 
kiedy zdarzył się następny wypadek. 
Sklep Wokulskiego w lipcu miał objąć w posiadanie Henryk Szlangbaum; a 
ponieważ nowy nabywca nie życzył sobie przejmować ani długów, ani 
wierzytelności dawnej firmy, więc pan Rzecki na gwałt regulował rachunki. 
Między innymi posłał notatkę na paręset rubli baronowi Krzeszowskiemu, z 
prośbą o rychłą odpowiedź. 
Notatka, jak wszystkie tego rodzaju dokumenta, dostała się w ręce baronowej, 
która zamiast zapłacić, odpisała Rzeckiemu list impertynencki, gdzie nie brakło 
wzmianki o szachrajstwie, o nieuczciwym kupnie klaczy, i tak dalej. 
Akurat we dwadzieścia cztery godzin po wysłaniu tego listu w lokalu państwa 
Krzeszowskich zjawił się Rzecki oświadczając, że chce się widzieć z baronem. 
Baron przyjął go bardzo życzliwie, choć nie ukrywał zdziwienia spostrzegłszy, 
że były sekundant jego przeciwnika jest mocno rozdrażniony. 
— Przychodzę do pana z pretensją — zaczął stary subiekt. — Onegdaj ośmieliłem się 
przysłać panu rachunek... 
— Ach, tak... jestem coś winien panom... Ileż to wynosi? 
— Dwieście trzydzieści sześć rubli kopiejek trzynaście... 
— Jutro postaram się zaspokoić panów... 
— To nie wszystko — przerwał mu Rzecki. — Wczoraj bowiem od szanownej 
małżonki pańskiej otrzymałem ten oto list... 
Baron przeczytał podany mu papier, zamyślił się i odparł: 
— Przykro mi bardzo, że baronowa użyła tak nieparlamentarnych wyrazów, ale... 
co do tej klaczy — to ma rację... Pan Wokulski (czego mu zresztą nie mam za złe) 
dał mi istotnie za klacz sześćset, a wziął kwit na osiemset rubli. 
Rzecki pozieleniał z gniewu. 
— Panie baronie, boleję nad tym wypadkiem, ale... jeden z nas dwu jest ofiarą 
mistyfikacji... grubej mistyfikacji, panie!... A oto dowód... 
Wydobył z kieszeni dwa arkusze i jeden z nich podał Krzeszowskiemu. Baron 
rzucił okiem i zawołał: 
— Więc to ten łotr Maruszewicz?... Ależ honorem ręczę, że oddał mi tylko 
sześćset rubli i jeszcze dużo mówił o interesowności pana Wokulskiego... 
— A to?... — spytał Rzecki podając drugi papier. 
Baron obejrzał dokument z góry na dół i z dołu do góry. Usta mu pobladły. 
— Teraz wszystko rozumiem — rzekł. — Ten kwit jest sfałszowany, a sfałszowany 
przez Maruszewicza. Ja nie pożyczałem pieniędzy od pana Wokulskiego!... 
— Niemniej jednak pani baronowa nazwała nas szachrajami... 
Baron podniósł się z fotelu. 
— Wybacz pan — rzekł. — W imieniu mojej żony uroczyście przepraszam i 
niezależnie od satysfakcji, jaką gotów jestem dać panom, zrobię, co potrzeba, 
ażeby naprawić krzywdę wyrządzoną panu Wokulskiemu... Tak, panie. Złożę 
wizyty wszystkim moim przyjaciołom i oświadczę im, że pan Wokulski jest 
dżentelmenem, że zapłacił za klacz osiemset rubli i że obaj staliśmy się ofiarami 
intryg tego łotra Maruszewicza: Krzeszowscy, panie... panie... 
— Rzecki. 
— Szanowny panie Rzecki, Krzeszowscy nigdy i nikogo nie oczerniali. Mogli 
błądzić, ale w dobrej wierze, panie... 
— Rzecki. 
— Szanowny panie Rzecki. 
Na tym zakończyła się rozmowa; stary subiekt bowiem pomimo nalegań barona 
nie chciał ani słuchać usprawiedliwień, ani nawet widzieć się z panią baronową. 
Baron odprowadziwszy Rzeckiego do drzwi, nie mogąc wytrzymać, odezwał się 
do Leona: 
— Ci kupcy to jednak honorowi ludzie. 
— Mają gotówkę, jaśnie panie, mają kredyt — odparł Leon. 
— Głupcze jakiś!... więc my już nie mamy honoru dlatego, że nie mamy 
kredytu?... 
— Mamy, jaśnie panie, ale na inszy sposób. 
— Spodziewam się, że nie na kupiecki sposób!... — odparł dumnie baron. 
I kazał sobie podać garnitur wizytowy. 
Prosto od barona Rzecki udał się do Wokulskiego i treściwie opowiedział mu o 
nadużyciach Maruszewicza, o skrusze barona, a nareszcie oddał sfałszowane 
dokumenta radząc wytoczenie procesu. 
Wokulski słuchał go poważnie, nawet kiwał głową, ale patrzył nie wiadomo 
gdzie i myślał nie wiadomo o czym. 
Stary subiekt zmiarkowawszy, że nie ma tu co robić dłużej, pożegnał swego 
Stacha i rzekł na odchodne: 
— Widzę, że jesteś diabelnie zajęty, więc najlepiej zrobisz, jeżeli od razu oddasz 
sprawę adwokatowi. 
— Dobrze... dobrze... — odparł Wokulski nie zdając sobie sprawy z tego, co mówi 
pan Ignacy. Właśnie w tej chwili myślał o ruinach zasławskiego zamku, wśród 
których pierwszy raz zobaczył łzy w oczach panny Izabeli. 
„Jaka ona szlachetna!... Jaka delikatność uczuć!... Jeszcze nieprędko poznam 
wszystkie skarby tej pięknej duszy...” 
Po dwa razy dziennie bywał u pana Łęckiego, a jeżeli nie u niego, to 
przynajmniej w tych towarzystwach, gdzie mógł spotkać się z panną Izbelą, 
patrzeć na nią i zamienić choć parę wyrazów. To mu na dziś wystarczało, a o 
przyszłości nie śmiał myśleć. 
„Zdaje mi się, że umrę u jej nóg... — mówił sobie. — No i co z tego?... Umrę 
patrząc na nią i może przez całą wieczność będę ją widział. Któż wie, czy życie 
przyszłe nie zamyka się w ostatnim uczuciu człowieka?... 
I powtarzał za Mickiewiczem: 
„A po dniach wielu czy po latach wielu, kiedy mi każą mogiłę porzucić, 
wspomnisz o twoim sennym przyjacielu i spłyniesz z nieba, aby go ocucić... 
Znowu mnie złożysz na twym łonie białym... znowu mnie ramię kochane 
otoczy... Zbudzę się — myśląc, że chwilkę drzemałem, całując lica, patrząc w 
twoje oczy...” 
W kilka dni wpadł do niego baron Krzeszowski. 
— Byłem już u pana dwa razy! — zawołał majstrując około binokli, które, zdaje 
się, stanowiły jedyny kłopot jego życia. 
— Pan? spytał Wokulski. I nagle przypomniał sobie opowiadanie Rzeckiego i to, 
że na swym stole znalazł wczoraj dwa bilety barona. 
— Domyśla się pan, z czym przychodzę? -mówił baron. -Panie Wokulski, czy 
mam przeprosić pana za mimowolną krzywdę?... 
— Ani słowa więcej, baronie!... — przerwał Wokulski ściskając go. — Drobna to 
sprawa. Zresztą gdybym nawet utargował na pańskiej klaczy dwieście rubli, czy 
potrzebowałbym się z tym kryć?... 
— To prawda!... — odparł baron uderzając się w czoło. — Że też mi wcześniej nie 
przyszła podobna myśl... A propos zarobku, czy nie wskazałbyś mi pan sposobu 
szybkiego zbogacenia się? Potrzebuję na gwałt stu tysięcy rubli w ciągu roku... 
Wokulski uśmiechnął się. 
— Śmiejesz się pan, mój kuzynie (bo sądzę, że już mogę pana tak nazywać?). 
Śmiejesz się, a przecież sam na uczciwej drodze zdobyłeś miliony w ciągu dwu 
lat?... 
— Niecałych — dodał Wokulski. — Ale to majątek nie wypracowany, tylko 
wygrany. Wygrałem, kilkanaście razy z rzędu dublując stawkę jak szuler, a cała 
moja zasługa polega na tym, że grałem nie fałszowanymi kartami. 
— Więc znowu szczęście! -krzyknął baron obrywając binokle. -A ja, mój 
kuzynie, ani za grosz nie mam szczęścia. Pół majątku przegrałem, drugą połowę 
zjadły kobietki i — choć w łeb sobie strzel!... 
Nie, ja stanowczo nie mam szczęścia!... Oto i teraz. Myślałem, że osioł 
Maruszewicz zbałamuci baronowę... Dopieroż miałbym spokój w domu!... Jaka 
byłaby ona pobłażliwa na moje drobne grzechy... Ale i cóż?... Baronowa ani 
myśli mi się sprzeniewierzyć, a tego błazna czekają roty aresztanckie... Proszę 
cię, wsadź go tam koniecznie, bo jego łotrostwa nawet mnie już zaczynają 
nudzić. 
A więc — zakończył — między nami zgoda. Dodam tylko, że odwiedziłem 
wszystkich znajomych, do których mogły dojść moje nieostrożne słowa o 
klaczy, i najskrupulatniej rzecz wyjaśniłem... Maruszewicz niech idzie du 
więzienia; tam dla niego najwłaściwsze miejsce, a ja na jego nieobecności 
zyskam parę tysięcy rubli rocznie... Byłem także u pana Tomasza i u panny 
Izabeli i również wytłomaczyłem nasze nieporozumienie... Strach, jak ten łotr 
umiał ze mnie wyciskać pieniądze! Choć już od roku nic nie mam, on jednak 
zawsze ode mnie pożyczał. Genialny hultaj!... Czuję, że jeżeli nie przeflancują 
go do ciężkich robót, nie będę umiał uwolnić się od niego. Do widzenia, 
kuzynie. 
Nie upłynęło dziesięć minut po wyjściu barona, kiedy służący zameldował 
Wokulskiemu jakiegoś pana, który koniecznie chce się widzieć, ale nie mówi 
swojego nazwiska. 
„Czyżby Maruszewicz?...” — pomyślał Wokulski. 
Istotnie, wszedł Maruszewicz, blady, z pałającymi oczyma. 
— Panie! — rzekł ponurym głosem, zamykając drzwi gabinetu. — Widzisz przed 
sobą człowieka, który postanowił... 
— Cóżeś pan postanowił? 
— Postanowiłem zakończyć życie... Ciężka to chwila, ale trudno. Honor... 
Odpoczął i mówił dalej wzburzony: 
— Mógłbym wprawdzie pierwej zabić pana, który jesteś przyczyną moich 
nieszczęść... 
— O, nie rób pan ceremonii — rzekł Wokulski. 
— Pan żartuje, a ja doprawdy mam broń przy sobie i jestem gotów... 
— Sprobuj no pan swojej gotowości. 
— Panie! tak nie przemawia się do człowieka stojącego nad grobem. Jeżelim 
przyszedł, to tylko, ażeby dać panu dowód, że pomimo błędów mam serce 
szlachetne. 
— I dlaczegóż to stajesz pan nad grobem? -spytał Wokulski. 
— Ażeby ocalić honor, który chcesz mi pan wydrzeć 
— O!... zachowajże pan ten drogi skarb — odparł Wokulski i wydobył z biurka 
fatalne dokumenta. — Czy o te papiery panu chodzi? 
— Pan pytasz?... pan naigrawasz się z mojej rozpaczy! 
— Uważa pan, panie Maruszewicz — mówił Wokulski przeglądając papiery mógłbym 
panu w tej chwili wypowiedzieć kilka morałów albo nawet przez 
pewien czas zostawić pana w niepewności. Ale że obaj jesteśmy już pełnoletni, 
więc... 
Rozdarł papiery i kawałki ich oddał Maruszewiczowi. 
— Więc niech pan zachowa sobie to na pamiątkę. 
Maruszewicz ukląkł przed nim. 
— Panie! — zawołał — darowałeś mi życie... Wdzięczność moja... 
— .Nie bądź pan śmieszny — przerwał mu Wokulski. — O życie pańskie byłem 
zupełnie spokojny, tak jak jestem pewny, że kiedyś dostaniesz się do więzienia. 
Cała rzecz, że ja nie chcę panu ułatwiać tej podróży. 
— O, pan jesteś nielitościwy! — odparł Maruszewicz, machinalnie otrzepując 
spodnie. — Jedno życzliwsze słowo, jeden cieplejszy uścisk ręki może 
wprowadziłby mnie na nowe tory. Ale pan nie możesz się na to zdobyć... 
— No, żegnam pana, panie Maruszewicz. Niech tylko panu nie przyjdzie koncept 
podpisać kiedy mego nazwiska, bo wówczas... Rozumie pan? 
Maruszewicz wyszedł obrażony. 
„To dla ciebie, dla ciebie, ty ukochana, ubył dziś jeden więzień. Straszna to 
rzecz uwięzić kogoś, nawet złodzieja i oszczercę” — pomyślał Wokulski. 
Przez chwilę jeszcze toczyła się w nim walka. Raz — wyrzucał sobie, że mogąc 
uwolnić świat od hultaja nie zrobił tego, to znowu myślał, co działoby się z nim, 
gdyby tak jego samego uwięziono, oderwano od panny Izabeli na całe miesiące, 
może na lata. 
„Cóż to za okropność już nigdy jej nie zobaczyć... Kto zresztą wie, czy 
miłosierdzie nie jest najlepszą sprawiedliwością?... Jaki ja się robię 
sentymentalny!...” 
ROZDZIAŁ SZESNASTY: 
TEMPUS FUGIT, AETERNITAS MANET 
Jakkolwiek sprawa z Maruszewiczem załatwiła się we cztery oczy, jednak wieść 
o niej rozeszła się... Wokulski powiedział o tym Rzeckiemu i kazał wykreślić z 
księgi rzekomy dług barona. Maruszewicz zaś opowiedział baronowi dodając, 
że baron już nie powinien gniewać się na niego, ponieważ dług został umorzony 
a on, Maruszewicz, ma zamiar poprawić się. 
— Czuję — mówił wzdychając — że byłbym inny, gdybym miał choć ze trzy tysiące 
rubli rocznie... Nikczemny świat, na którym tacy jak ja ludzie muszą się 
marnować!... 
— No, daj spokój, Maruszewicz — uspakajał go baron. — Kocham cię, ale przecie 
wszyscy wiedzą, że jesteś hultaj. 
— Zaglądałeś, baron, w moje serce?... wiesz, jakie tam uczucia?... O, gdyby 
istniał jakiś trybunał, który umie czytać w duszy człowieka, zobaczylibyśmy, 
kto z nas lepszy: ja czy ci, co mnie sądzą i potępiają!..: 
W rezultacie tak Rzecki, jak baron, jak książę i paru hrabiów, którzy dowiedzieli 
się o „nowym figlu” Maruszewicza, wszyscy przyznawali, że Wokulski postąpił 
szlachetnie, ale nie po męsku. 
— To bardzo piękny czyn — mówił książę — ale... nie w stylu Wokulskiego. On mi 
wyglądał na jednego z tych ludzi, którzy w społeczeństwie stanowią siłę 
tworzącą rzeczy dobre, a karcącą łotrów. Tak jak postąpił Wokulski z 
Maruszewiczem, mógłby zrobić każdy ksiądz... Obawiam się, że ten człowiek 
traci energię. 
W rzeczywistości Wokulski nie stracił energii, ale zmienił się pod wieloma 
względami. Sklepem na przykład nie zajmował się, nawet czuł do niego wstręt, 
ponieważ tytuł kupca galanteryjnego szkodził mu w oczach panny Izabeli. 
Natomiast zaczął goręcej zajmować się spółką do handlu z cesarstwem, 
ponieważ ona przynosiła ogromne dochody, a tym samym zwiększała majątek, 
który chciał ofiarować pannie Izabeli. 
Prawie od chwili kiedy oświadczył się i został przyjęty, opanowała go dziwna 
rzewność i współczucie. Zdawało mu się, że nie tylko nie umiałby nikomu 
zrobić przykrości, ale nawet sam nie umiałby się bronić przeciw krzywdom, 
byle te nie dotykały panny Izabeli. 
Natomiast czuł niepokonaną potrzebę robienia dobrze innym. Oprócz zapisu dla 
Rzeckiego, przeznaczył Lisieckiemu i Klejnowi, swoim byłym subiektom, po 
cztery tysiące rubli, tytułem wynagrodzenia szkód, jakie wyrządził im 
sprzedając sklep Szlangbaumowi. Przeznaczył również około dwunastu tysięcy 
rubli na gratyfikacje dla inkasentów, woźnych, parobków i furmanów. 
Węgiełkowi nie tylko sprawił huczne wesele, ale jeszcze do sumy obiecanej 
młodemu małżeństwu dołożył kilkaset rubli. Ponieważ w tym czasie furmanowi 
Wysockiemu urodziła się córka, więc trzymał ją do chrztu; gdy zaś sprytny 
ojciec dał dziecku imię Izabeli, Wokulski złożył dla niej pięćset rubli na posag. 
Imię to było mu bardzo drogie. Nieraz, gdy siedział samotny, brał papier i 
ołówek i bez końca pisał: Izabela... Iza... Bela... a potem palił, ażeby nazwisko 
ukochanej nie wpadło w obce ręce. Miał zamiar kupić pod Warszawą mały 
folwark, zbudować willę i nazwać ją Izabelinem. Przypomniał sobie, że w czasie 
jego wędrówek po górach uralskich pewien uczony, który znalazł nowy minerał, 
radził się: jak by go nazwać? I wyrzucał sobie, że nie znając wówczas panny 
Izabeli, nie wpadł jednakże na pomysł nazwania go izabelitem. Nareszcie 
przeczytawszy w gazetach o znalezieniu nowej planetoidy, której znalazca 
również kłopotał się o danie jej nazwiska, chciał przeznaczyć dużą nagrodę 
temu z astronomów, który odkryje nowe ciało niebieskie i nazwie je :Izabelą. 
Odurzające przywiązanie do jednej kobiety nie wykluczało jednak myśli o 
drugiej. Niekiedy przypominał sobie panią Stawską, o której wiedział, że 
wszystko gotowa była dla niego poświęcić, i czuł jakby wyrzuty sumienia. 
„No, co ja zrobię?... — mówił. — Com winien, że tę kocham, a tamtą... Gdybyż 
ona zapomniała o mnie i była szczęśliwą.” 
Na wszelki sposób postanowił zabezpieczyć jej przyszłość i stanowczo 
dowiedzieć się o jej mężu. 
„Niech przynajmniej nie potrzebuje troszczyć się o jutro... Niechaj ma posag dla 
dziecka...” 
Co kilka dni widywał pannę Izabelę w licznych towarzystwach, otoczoną 
młodszymi i starszymi ludźmi. Ale już nie raziły go ani umizgi mężczyzn, ani 
jej spojrzenia i uśmiechy. 
„Taką ma naturę — myślał — nie umie ani śmiać się, ani patrzeć inaczej. Jest jak 
kwiat albo jak słońce, które mimo woli uszczęśliwia wszystkich, dla wszystkich 
jest piękne.” 
Pewnego dnia otrzymał telegram z Zasławia wzywający go na pogrzeb 
prezesowej. 
„Zmarła?... — szepnął. — Jaka szkoda tej zacnej kobiety!... Dlaczego ja nie byłem 
przed jej śmiercią?.. „ 
Zmartwił się, posmutniał, ale -nie pojechał na pogrzeb staruszki, która dała mu 
tyle dowodów życzliwości. Nie miał odwagi rozstać się z panną Izabelą nawet 
na kilka dni... 
Już zrozumiał, że nie należy do siebie, że wszystkie jego myśli, uczucia i 
pragnienia, wszystkie zamiary i nadzieje przykute są do tej jednej kobiety. 
Gdyby ona umarła, nie potrzebowałby się zabijać; jego dusza sama odleciałaby 
za nią jak ptak, który tylko chwilę odpoczywa na gałęzi. Zresztą nawet nie 
mówił z nią o miłości, jak nie mówi się o ciężarze ciała albo o powietrzu, które 
człowieka napełnia i ze wszystkich stron otacza. Jeżeli w ciągu dnia wypadło 
mu pomyśleć o czym innym niż o niej, wstrząsał się ze zdumienia jak człowiek, 
który cudem znalazłby się w nie znanej sobie okolicy. 
Nie była to miłość, ale ekstaza. 
Pewnego dnia, już w maju, wezwał go pan Łęcki. 
— Wyobraź sobie — rzekł do Wokulskiego — musimy jechać do Krakowa. 
Hortensja jest chora, chce widzieć Belę (zdaje się, że chodzi o zapis), no, a 
zapewne rada by poznać ciebie... Możesz jechać z nami?... 
— Każdej chwili — odparł Wokulski. -Kiedyż to? 
— Powinni byśmy jechać dziś, ale zapewne zejdzie do jutra. 
Wokulski obiecał być gotowym na jutro. Kiedy pożegnał pana Tomasza i 
wstąpił do panny Izabeli, dowiedział się od niej, że jest w Warszawie Starski... 
— Biedny chłopak! — mówiła śmiejąc się. — Dostał po prezesowej tylko dwa 
tysiące rubli rocznie i dziesięć tysięcy ciepłą ręką, Radzę mu, ażeby ożenił się 
bogato, ale on woli jechać do Wiednia, a stamtąd zapewne do Monte Carlo... 
Mówiłam, ażeby jechał z nami. Będzie weselej, nieprawdaż?... 
— Zapewne — odparł Wokulski — tym bardziej że weźmiemy osobny wagon. 
— Więc do jutra! 
Wokulski załatwił najpilniejsze interesa, na kolei zamówił wagon salonowy do 
Krakowa, a około ósmej wieczór, wyekspediowawszy swoje rzeczy, był u 
państwa Łęckich. Wypili herbatę we troje i przed dziesiątą udali się na kolej. 
— Gdzież pan Starski? — zapytał Wokulski. 
— Czy ja wiem? — odpowiedziała panna Izabela. — Może wcale nie pojedzie... to 
taki lekkoduch!... 
Już siedzieli w wagonie, ale Starskiego jeszcze nie było. Panna Izabela 
przygryzała usta, co chwilę wyglądając oknem. Nareszcie po drugim dzwonku 
Starski ukazał się na peronie. 
— Tutaj, tutaj!... — zawołała panna Izabela. Ale ponieważ młody człowiek nie 
dosłyszał jej, więc wybiegł Wokulski i wprowadził go do saloniku. 
— Myślałam, że już pan nie przyjdzie — rzekła panna Izabela. 
— Niewiele do tego brakowało — odparł Starski witając się z panem Tomaszem. Byłem 
u Krzeszowskiego i niech sobie kuzynka wyobrazi, od drugiej po 
południu do dziewiątej graliśmy... 
— I naturalnie przegrał pan?... 
— Rozumie się... Szczęście ucieka od takich jak ja... — dodał spoglądając na nią. 
Panna Izabela lekko się zarumieniła. 
Pociąg ruszył. Starski usiadł po lewej stronie panny Izabeli i zaczął z nią 
rozmawiać w połowie po polsku, w połowie po angielsku, coraz częściej 
wpadając w angielszczyznę. Wokulski siedział na prawo od panny Izabeli, nie 
chcąc jednak przeszkadzać w rozmowie wstał stamtąd i usiadł za panem 
Tomaszem. 
Pan Łęcki, trochę niezdrów, odział się w hawelok, w pled i jeszcze położył 
kołdrę na nogach. Kazał pozamykać wszystkie okna w wagonie i przyćmić 
latarnie, które go raziły. Obiecywał sobie, że zaśnie, nawet czuł, że go sen 
morzy; tymczasem wdał się w rozmowę z Wokulskim i szeroko zaczął mu 
opowiadać o siostrze Hortensji, która za młodu była do niego bardzo 
przywiązana, o dworze Napoleona III, który z nim kilka razy rozmawiał, o 
uprzejmości i miłostkach Wiktora Emanuela i o mnóstwie innych rzeczy. 
Wokulski słuchał go uważnie do Pruszkowa. Za Pruszkowem zmęczony i 
jednostajny głos pana Tomasza zaczął go męczyć. Za to coraz wyraźniej 
wpadała mu w ucho rozmowa panny Izabeli ze Starskim, prowadzona po 
angielsku. Usłyszał nawet kilka zdań, które go zainteresowały, i zadał sobie 
pytanie: czy nie należałoby ostrzec ich, że on rozumie po angielsku? 
Już chciał powstać z siedzenia, kiedy wypadkiem spojrzał w przeciwległą szybę 
wagonu i zobaczył w niej jak w lustrze słabe odbicie panny Izabeli i Starskiego. 
Siedzieli bardzo blisko siebie, oboje zarumienieni, choć rozmawiali tonem tak 
lekkim, jakby chodziło o rzeczy obojętne. 
Wokulski jednakże spostrzegł, że obojętny ton nie odpowiada treści rozmowy; 
czuł nawet, że tym swobodnym tonem chcą kogoś w błąd wprowadzić. I w tej 
chwili; pierwszy raz od czasu jak znał pannę Izabelę, przeleciały mu przez myśl 
straszne wyrazy: „fałsz!... fałsz!...” 
Przycisnął się do ławki wagonu, patrzył w szybę i — słuchał. Zdawało mu się, że 
każde słowo Starskiego i panny Izabeli pada mu na twarz, na głowę, na piersi 
jak krople ołowianego deszczu... 
Już nie myślał ich ostrzegać, że rozumie, co mówią, tylko słuchał i słuchał... 
Właśnie pociąg wyjechał z Radziwiłłowa, a pierwszy frazes, który zwrócił 
uwagę Wokulskiego, był ten: 
— Wszystko możesz mu zarzucić — mówiła panna Izabela po angielsku. — Nie jest 
młody ani dystyngowany; jest zanadto sentymentalny i czasami nudny, ale 
chciwy?... Już dosyć, kiedy nawet papo nazywa go zbyt hojnym... 
— A sprawa z panem K?... — wtrącił Starski. 
— O klacz wyścigową?... — Jak to zaraz znać, że wracasz z prowincji. Niedawno 
był u nas baron i powiedział, że jeżeli kiedy, to w tej sprawie pan, o którym 
mówimy, postąpił jak dżentelmen. 
— Żaden dżentelmen nie uwolniłby fałszerza, gdyby nie miał z nim jakichś 
zakulisowych interesów — odparł z uśmiechem Starski. 
— A baron ile razy uwalniał go? — spytała panna Izabela. 
— I akurat baron ma rozmaite grzeszki, o których wie pan M. Źle bronisz swoich 
protegowanych, kuzynko -mówił drwiącym tonem Starski. 
Wokulski przycisnął się do ławki wagonu, ażeby nie zerwać się i nie uderzyć 
Starskiego. Ale pohamował się. „Każdy ma prawo sądzić innych — myślał. Zresztą 
zobaczymy, co będzie dalej!...” 
Przez kilka chwil słyszał tylko turkot kół i zauważył, że wagon się chwieje. 
„Nigdy nie czułem takiego chwiania się wagonu” — rzekł do siebie. 
— I ten medalion — drwił Starski — jest całym prezentem przedślubnym?... Niezbyt 
hojny narzeczony: kocha jak trubadur, ale... 
— Zapewniam cię — przerwała panna Izabela — że oddałby mi cały majątek... 
— Bierzże go, kuzynko, i mnie pożycz ze sto tysięcy... A cóż, znalazła się ta 
cudowna blaszka?... 
— Właśnie że nie, i jestem bardzo zmartwiona. Boże, gdyby on się kiedy 
dowiedział... 
— Czy o tym, że zgubiliśmy jego blaszkę, czy że szukaliśmy medalionu? szepnął 
Starski przytulając się do jej ramienia. 
Wokulskiemu mgłą zaszły oczy. 
„Tracę przytomność?...” — pomyślał chwytając za pas przy oknie. Zdawało mu 
się, że wagon zaczyna skakać i lada moment nastąpi wykolejenie. 
— Wiesz, że jesteś zuchwały!... — mówiła przyciszonym głosem panna Izabela. 
— To właśnie stanowi moją siłę — odparł Starski. 
— Zlituj się... Ależ on może spojrzeć!... Znienawidzę cię... 
— Będziesz szaleć za mną, bo nikt nie zdobyłby się na to... Kobiety lubią 
demonów... 
Panna Izabela przysunęła się do ojca. Wokulski patrzył w przeciwległą szybę i 
słuchał. 
— Oświadczam ci — mówiła zirytowana — że nie wejdziesz za próg naszego 
domu... A gdybyś ośmielił się... powiem mu wszystko... 
Starski roześmiał się. 
— Nie wejdę, kuzynko, dopóki sama mnie nie wezwiesz; jestem zaś pewny, że 
nastąpi to bardzo prędko. W tydzień znudzi cię ten ubóstwiający mąż i 
zapragniesz weselszego towarzystwa. Przypomnisz sobie łobuza kuzynka, który 
ani przez jedną chwilę w życiu nie był poważnym, zawsze dowcipnym, a 
niekiedy bezczelnie śmiałym... I pożałujesz tego, który zawsze gotów do 
uwielbiania cię, nigdy nie był zazdrosnym, umiał ustępować innym, szanował 
twoje kaprysy... 
— Wynagradzając sobie na innych drogach — wtrąciła panna Izabela. 
— Właśnie!... Gdybym tak nie robił, nie miałabyś mi czego przebaczać i 
mogłabyś lękać się wymówek z mojej strony... 
Nie zmieniając pozycji objął ją prawą ręką, a lewą ściskał jej rączkę, ukrytą pod 
płaszczykiem. 
— Tak, kuzynko — mówił. -Takiej jak ty kobiecie nie wystarczy powszedni chleb 
szacunku ani pierniczki uwielbień... Tobie niekiedy potrzeba szampana, ciebie 
musi ktoś odurzyć choćby cynizmem. 
— Cynikiem być łatwo... 
— Ale nie każdy ośmieli się być nim. Zapytaj tego pana, czy on wpadłby kiedy na 
myśl, że jego miłosne modlitwy są mniej warte od moich bluźnierstw?.. 
Wokulski już nie słyszał dalszej rozmowy; uwagę jego pochłonął inny fakt: 
zmiana, która szybko poczęła odbywać się w nim samym. Gdyby wczoraj 
powiedziano mu, że będzie niemym świadkiem podobnej rozmowy, nie 
uwierzyłby; myślałby, że każdy wyraz zabije go albo przyprawi o szaleństwo. 
Kiedy się to jednak stało, musiał przyznać, że od zdrady, rozczarowania i 
upokorzeń jest coś gorszego. 
Ale co?... Oto — jazda koleją, Jak ten wagon drży... jak on pędzi!... 
Drżenie pociągu udziela się jego nogom, płucom, sercu, mózgowi; w nim 
samym wszystko drży, każda kosteczka, każde włókno nerwowe... 
A ten pęd przez pole nie ograniczone niczym, pod ogromnym sklepieniem 
nieba!... I on musi jechać, nie wiadomo jak jeszcze daleko... może z pięć, może 
z dziesięć minut!... 
Co tam Starski albo i panna Izabela... Jedno warte drugiego!... Ale ta kolej, ach, 
ta kolej... to drżenie... 
Zdawało mu się, że się rozpłacze, że zacznie krzyczeć, że wybije okno i 
wyskoczy z wagonu... Gorzej. Zdawało mu się, że będzie błagać Starskiego, aby 
go ratował... Przed czym?... Była chwila, że chciał schować się pod ławkę, 
prosić obecnych, ażeby na nim usiedli, i tak dojechać do stacji... 
Zamknął oczy, zaciął zęby, schwycił się rękoma za frędzle obicia; pot wystąpił 
mu na czoło i spływał po twarzy, a pociąg drżał i pędził... Nareszcie rozległ się 
świst jeden... drugi i pociąg zatrzymał się na stacji. 
„Jestem ocalony” — pomyślał Wokulski. 
Jednocześnie obudził się pan Łęcki. 
— Co to za stacja? — spytał Wokulskiego. 
— Skierniewice — odpowiedziała panna Izabela. 
Konduktor otworzył drzwi. Wokulski zerwał się z siedzenia. Potrącił pana 
Tomasza, zatoczył się na przeciwną ławkę, potknął się na stopniu i wbiegł do 
bufetu. 
— Wódki!... — zawołał. 
Zdziwiona bufetowa podała mu kieliszek. Podniósł go do ust, ale uczuł 
ściskanie w gardle i nudności i postawił kieliszek nietknięty. 
W wagonie Starski rozmawiał z panną Izabelą. 
— No, już daruj, kuzynko — rzekł — ale z takim pośpiechem nie wychodzi się z 
wagonu przy damach. 
— Może chory? — odpowiedziała panna Izabela czując jakiś niepokój. 
— W każdym razie jest to choroba nie tyle niebezpieczna, ile nie cierpiąca 
zwłoki... Czy każesz sobie co podać, kuzynko? 
— Niech mi dadzą wody sodowej. 
Starski poszedł do bufetu; panna Izabela wyglądała oknem. Jej nieokreślony 
niepokój wzrastał. 
„W tym coś jest... — myślała. — Jak on dziwnie wyglądał...” 
Wokulski z bufetu poszedł na koniec peronu. Kilka razy odetchnął głęboko, 
napił się wody z beczki, przy której stała jakaś uboga kobieta i paru Żydków. 
Powoli oprzytomniał, a spostrzegłszy nadkonduktora rzekł : 
— Kochany panie, weź do rąk jaki papier... 
— Co to panu?... 
— Nic. Weź pan z biura jakiś papier i przed naszym wagonem powiedz, że jest 
telegram do Wokulskiego. 
— Do pana?... 
— Tak... 
Nadkonduktor mocno się zdziwił, ale poszedł do telegrafu. W parę minut 
wyszedł z biura i zbliżywszy się do wagonu, w którym siedział pan Łęcki z 
córką, zawołał: 
— Telegram do pana Wokulskiego!... 
— Co to znaczy?... pokaż pan... — odezwał się zaniepokojony pan Tomasz. 
Ale w tej chwili obok nadkonduktora stanął Wokulski, odebrał papier, spokojnie 
otworzył go i choć w tym miejscu było zupełnie ciemno, udał, że czyta. 
— Co to za telegram?... — zapytał go pan Tomasz. 
— Z Warszawy — odparł Wokulski. — Muszę wracać. 
— Wraca pan?... — zawołała panna Izabela. — Czy jakie nieszczęście?... 
— Nie, pani. Mój wspólnik wzywa mnie. 
— Zysk czy strata?... — szepnął pan Tomasz wychylając się przez okno. 
— Ogromny zysk -odparł tym samym tonem Wokulski. 
— A... to jedź..: — poradził mu pan Tomasz. 
— Ale po cóż ma pan tu zostawać? — zawołała panna Izabela.- Musi pan czekać na 
pociąg, a w takim razie lepiej niech pan jedzie z nami naprzeciw niego. 
Będziemy jeszcze parę godzin razem... 
— Bela wybornie radzi — wtrącił pan Tomasz. 
— Nie, panie — odpowiedział Wokulski. — Wolę stąd pojechać na lokomotywie 
aniżeli tracić parę godzin. 
Panna Izabela przypatrywała mu się szeroko otwartymi oczyma. W tej chwili 
spostrzegła w nim coś zupełnie nowego i — zainteresował ją. 
„Jaka to bogata natura!” — pomyślała. 
W ciągu paru minut Wokulski bez powodu spotężniał w jej oczach, a Starski 
wydał się małym i zabawnym. 
„Ale dlaczego on zostaje?... Skąd się tu wziął telegram?.. „ — mówiła w sobie i 
po nieokreślonym niepokoju ogarnęła ją trwoga. 
Wokulski znowu zwrócił się ku bufetowi, aby znaleźć posługacza, który 
wyjąłby mu rzeczy, i zetknął się ze Starskim. 
— Co panu jest?... — zawołał Starski wpatrując się w niego przy świetle 
padającym z sali. 
Wokulski wziął go pod ramię i pociągnął za sobą wzdłuż peronu. 
— Niech pana to nie gniewa, panie Starski, co powiem — rzekł głuchym głosem. Pan 
myli się co do siebie... W panu jest tyle demona, ile trucizny w zapałce... I 
wcale pan nie posiada szampańskich własności... Pan ma raczej własności 
starego sera, co to podnieca chore żołądki, ale prosty smak może pobudzić do 
wymiotów... Przepraszam pana... 
Starski słuchał oszołomiony. Nic nie rozumiał, a jednak zdawało mu się, że coś 
rozumie. zaczął przypuszczać, że ma przed sobą wariata. 
Odezwał się drugi dzwonek, podróżni tłumem wybiegli z bufetu do wagonów. 
— I jeszcze dam panu radę, panie Starski. Przy korzystaniu ze względów płci 
pięknej lepszą jest tradycyjna ostrożność aniżeli więcej lub mniej demoniczna 
śmiałość. Pańska śmiałość demaskuje kobiety. A że kobiety nie lubią być 
demaskowane, więc możesz pan stracić u nich kredyt, co byłoby nieszczęściem i 
dla pana, i dla pańskich pupilek. 
Starski wciąż nie rozumiał, o co chodzi. 
— Jeżeli pana czym obraziłem — rzekł — gotów jestem dać satysfakcję... 
Zadzwoniono po raz trzeci. 
— Panowie, proszę siadać!... — wołali konduktorzy. 
— Nie, panie -mówił Wokulski zwracając się z nim do wagonu państwa Łęckich. 
— Gdybym czuł potrzebę satysfakcji od pana, już byś nie żył, bez dodatkowych 
formalności. To raczej pan masz prawo żądać ode mnie satysfakcji, że 
ośmieliłem się wejść do tego ogródka, gdzie pielęgnujesz swoje kwiaty... Będę 
w każdym czasie do dyspozycji... Pan wie, gdzie mieszkam?... 
Zbliżyli się do wagonu, przy którym już stał konduktor. Wokulski siłą 
wprowadził Starskiego na stopnie, popchnął go do saloniku, a konduktor 
zatrzasnął drzwi. 
— Cóż to, nie żegnasz się, panie Stanisławie? zapytał zdziwiony pan Tomasz. 
— Przyjemnej podróży!... — odparł kłaniając się. 
W oknie stanęła panna Izabela. Nadkonduktor świsnął, odpowiedziano mu z 
lokomotywy. 
— Farawell, miss Iza, farewell! — zawołał Wokulski. 
Pociąg ruszył. Panna Izabela rzuciła się na ławkę naprzeciw ojca; Starski 
odszedł w drugi kąt saloniku. 
„No... no... no!... — mruknął do siebie Wokulski. — Zbliżycie wy się jeszcze przed 
Piotrkowem...” 
Patrzył na odchodzący pociąg i śmiał się. 
Został na peronie sam i przysłuchiwał się szumowi odlatującego pociągu; szum 
niekiedy słabnął, czasem milknął, znowu potężniał i nareszcie ucichł. 
Potem słyszał stąpanie rozchodzącej się służby, przesuwanie stołków w bufecie; 
potem w bufecie zaczęły gasnąć światła i ziewający kelner zamknął szklane 
drzwi, które wyskrzypiały jakiś wyraz. 
„Zgubili moją blaszkę szukając medalionu!... — myślał Wokulski. — Ja jestem 
sentymentalny i nudny... Ona oprócz powszedniego chleba szacunku i 
pierniczków uwielbień jeszcze musi mieć szampana... Pierniczki uwielbień to 
dobry dowcip!... Ale jakiego to ona lubi szampana?... Ach, cynizmu!... Szampan 
cynizmu — także dobry dowcip... No, przynajmniej opłaciła mi się nauka 
angielskiego...” 
Błąkając się bez celu, wszedł między dwa sznury zapasowych wagonów. Przez 
chwilę nie wiedział: dokąd iść? — i nagle doznał halucynacji. Zdawało mu się, że 
stoi we wnętrzu ogromnej wieży, która zawaliła się nie wydawszy łoskotu. Nie 
zabiła go, ale otoczyła ze wszystkich stron wałem gruzów, spośród których nie 
mógł się wydostać. Nie było wyjścia!... 
Otrząsnął się i widzenie znikło. 
„Oczywiście, morzy mnie senność — myślał. — Właściwie mówiąc nie spotkała 
mnie żadna niespodzianka; wszystko można było z góry przewidzieć, ja nawet 
wszystko to widziałem... Jakie ona ze mną płaskie rozmowy prowadziła!... Co ją 
zajmowało?... Bale, rauty, koncerta, stroje... Co ona kochała?... Siebie. zdawało 
jej się, że cały świat jest dla niej, a ona po to, ażeby się bawić. Kokietowała... 
ależ tak, najbezwstydniej kokietowała wszystkich mężczyzn; ze wszystkimi 
kobietami walczyła o piękność, hołdy i toalety... Co robiła?... Nic. 
Przyozdabiała salony. Jedyną rzeczą, za pomocą której mogła zdobyć sobie byt 
materialny, była jej miłość, fałszywy towar!... A ten Starski... Cóż Starski? taki 
pasożyt jak i ona... Był zaledwie epizodem w jej życiu pełnym doświadczeń. Do 
niego przecież nie mogę mieć pretensji: znalazł swój swoją. Ani do niej... Tak, 
to Mesalina przez imaginację!... Ściskał ją i szukał medalionu, kto chciał, nawet 
ten Starski, biedak, który z powodu braku zajęcia musiał zostać uwodzicielem... 
Niegdyś wierzyłem, że są tu na ziemi, 
Białe anioły z skrzydłami jasnemi... 
Piękne anioły!... jasne skrzydła!... Pan Molinari, pan Starski i Bóg wie ilu 
jeszcze... Oto skutki znajomości kobiet z poezji ! 
Trzeba było poznawać kobiety nie przez okulary Mickiewiczów, Krasińskich 
albo Słowackich, ale ze statystyki, która uczy, że każdy biały anioł jest w 
dziesiątej części prostytutką; no i jeżeli spotkałoby cię rozczarowanie, to choć 
przyjemne...” 
W tej chwili rozległ się jakiś ryk: nalewano wody do kotła czy do rezerwoaru. 
Wokulski przystanął. Zdawało mu się, że w tym przeciągłym i melancholijnym 
dźwięku słyszy całą orkiestrę wygrywającą inwokację z Roberta Diabła. „Wy, 
co spoczywacie tu, pod zimnym śmierci głazem...” Śmiech, płacz, żal, pisk, 
niesforne okrzyki, wszystko to odzywało się razem, a nad wszystkim unosił się 
głos potężny, pełen beznadziejnego smutku. 
Byłby przysiągł, że słyszy taką orkiestrę, i znowu uległ halucynacji. Zdawało 
mu się, że jest na cmentarzu, pośród otwartych grobów, z których wymykały się 
wstrętne cienie. Po chwili każdy cień stawał się piękną kobietą, między którymi 
ostrożnie przesuwała się panna Izabela wabiąc go ręką i spojrzeniem... 
Ogarnęła go taka trwoga, że przeżegnał się, i widma znikły. 
„Basta! — pomyślał — ja tu rozum stracę...” 
I postanowił zapomnieć o pannie Izabeli. 
Była już druga po północy. W biurze telegrafu paliła się lampa z zielonym 
daszkiem i słychać było pukanie aparatu. Obok dworca przechadzał się jakiś 
człowiek, który zdjął czapkę. 
— Kiedy jedzie pociąg do Warszawy? -spytał go Wokulski. 
— O piątej, wielmożny panie -odparł człowiek robiąc ruch, jakby chciał 
pocałować go w rękę. -Ja, wielmożny panie, jestem... 
— Dopiero o piątej!... — powtórzył Wokulski. — Końmi można... A z Warszawy o 
której? 
— Za trzy kwadranse. Ja, wielmożny panie... 
— Za trzy kwadranse... — szepnął Wokulski. — Kwadranse... kwadranse... powtarzał 
czując, że niedokładnie wymawia literę r. 
Odwrócił się od nieznajomego i wzdłuż plantu poszedł w kierunku Warszawy. 
Człowiek patrzył za nim, kręcił głową i zniknął w ciemnościach. 
„Kwadranse... kwadranse... — mruczał Wokulski. — Język mi kołowacieje?... Jaka 
dziwna plątanina wypadków; uczyłem się, ażeby zdobyć pannę Izabelę, a 
nauczyłem się, aby ją stracić... Albo i Geist. Po to zrobił wielki wynalazek, po to 
powierzył mi święty depozyt, ażeby pan Starski miał jeden więcej powód do 
swoich poszukiwań... Wszystkiego mnie pozbawiła, nawet ostatniej nadziei... 
Gdyby w tej chwili zapytano mnie: czy ja istotnie znałem Geista? czym widział 
jego dziwny metal? Nie umiałbym odpowiedzieć i już sam nie wiem, czy to nie 
było złudzeniem... Ach, gdybym mógł o niej nie myśleć... Choćby przez 
kilkanaście minut... 
Otóż nie będę o niej myślał...” 
Noc była gwiaździsta, pola ciemne, wzdłuż kolei w wielkich odstępach paliły 
się sygnałowe latarnie. Wokulski idąc rowem potknął się o spory kamień i w 
jednej chwili stanęły mu przed oczyma ruiny zamku w Zasławiu, kamień, na 
którym siedziała panna Izabela, i jej łzy. Ale tym razem poza łzami błysnęło 
spojrzenie pełne fałszu. 
„Otóż nie będę o niej myślał... Pojadę do Geista, będę pracował od szóstej rano 
do jedynastej w nocy, będę musiał uważać na każdą zmianę ciśnienia, 
temperatury, natężenia prądu... Nie zostanie mi ani jednej chwili...” 
Zdawało mu się, że ktoś za nim idzie. Odwrócił się, ale nie dojrzał nic. 
Natomiast spostrzegł, że lewym okiem widzi gorzej niż prawym, co 
niewymownie zaczęło go drażnić. 
Chciał wrócić się do ludzi, ale uczuł, że nie zniósłby ich widoku. Już samo 
nawet myślenie męczyło go, prawie bolało. 
„Nie wiedziałem, że człowiekowi może ciężyć własna dusza...”- mruknął. 
„Ach, gdybym mógł nie myśleć...” 
Daleko na wschodzie zamajaczył blask i ukazał się wąski sierp księżyca 
oblewając krajobraz niewymownie ponurym światłem. I nagle ukazało się 
Wokulskiemu nowe widzenie. Był w cichym i pustym lesie; pnie sosen rosły 
pochylone w dziwaczny sposób, nie odzywał się żaden ptak, wiatr nie poruszał 
najmniejszej gałązki. Nie było nawet światła, tylko półmrok. Wokulski czuł, że 
ten mrok, żal i smutek wypływał z jego serca i że to wszystko zakończy się 
chyba z życiem, jeżeli się zakończy... 
Spomiędzy sosen, gdziekolwiek spojrzał, przeglądały płaty szarego nieba; każdy 
zamieniał się w drgającą szybę wagonu, w której widać było blady obraz panny 
Izabeli w uścisku Starskiego. 
Wokulski już nie mógł oprzeć się widzeniom: opanowały go, pożarły mu wolę, 
skrzywiły myśl i zatruły serce. Duch jego stracił wszelką samodzielność: 
rządziło nim lada rażenie, odbijające się w tysiącznych, coraz posępniejszych, 
coraz boleśniejszych formach, jak echa w pustej budowli. 
Znowu potknął się o kamień i ten nie znaczący fakt obudził w nim straszliwe 
medytacje. 
Zdawało mu się, że kiedyś, kiedyś... on sam był kamieniem, zimnym, ślepym, 
nieczułym. 
A gdy leżał pyszny w swojej martwocie, której największe ziemskie kataklizmy 
nie zdołały ożywić, w nim czy nad nim odezwał się głos zapytujący: 
„Chcesz zostać człowiekiem?” 
„Co to jest człowiek?...” — odparł kamień. 
„Chcesz widzieć, słyszeć, czuć?...” 
„Co to jest czuć?...” „Więc czy chcesz zaznać coś zupełnie nowego? Czy chcesz 
istnienia, które w jednej chwili doświadcza więcej aniżeli wszystkie kamienie w 
ciągu miliona wieków?” 
„Nie rozumiem — odparł kamień — ale mogę być wszystkim.” 
„A jeżeli — pytał głos nadnaturalny — po tym nowym bycie pozostanie ci wieczny 
żal?...” 
„Co to jest żal?... Mogę być wszystkim.” 
„Więc niech się stanie człowiek” — odpowiedziano. 
I stał się człowiek. Żył kilkadziesiąt lat, a w ciągu nich tyle pragnął i tyle 
cierpiał, że martwy świat nie zaznałby tego przez całą wieczność. Goniąc za 
jednym pragnieniem znajdował tysiące innych, uciekając przed jednym 
cierpieniem wpadł w morze cierpień i tyle odczuł, tyle przemyślał, tyle 
pochłonął sił bezświadomych, że w końcu obudził przeciw sobie całą naturę. 
„Dosyć!... — poczęto wołać ze wszystkich stron. — Dosyć!... ustąp innym miejsca 
w tym widowisku...” 
„Dosyć!... dosyć!... już dosyć!... — wołały kamienie, drzewa, powietrze, ziemia i 
niebo. — Ustąp innym!... niech i oni poznają ten nowy byt...” 
Dosyć!... Więc znowu ma zostać niczym, i to w chwili, kiedy ów wyższy byt 
jako ostatnią pamiątkę daje mu tylko rozpacz po tym, co stracił, i żal za tym, 
czego nie dosięgnął!... 
„Ach, gdyby już słońce weszło! — szepnął Wokulski. -Wracam do Warszawy... 
zabiorę się do jakiejkolwiek roboty i skończę z tymi głupstwami, które mi 
rozstrajają nerwy... Chce Starskiego? niech ma Starskiego!... Przegrałem na 
niej? Dobrze !... Za to wygrałem na innych rzeczach... Wszystkiego nie można 
posiadać...” 
Od kilku chwil czuł na wąsach jakąś gęstą wilgoć. 
„Krew?” — pomyślał. Otarł usta i przy świetle zapałki zobaczył 
na chustce pianę. 
„Wściekłem się czy co, u diabła?...” 
Wtem z daleka zobaczył dwa światła, powoli zbliżające się w jego 
stronę; za nimi majaczyła ciemna masa, za która ciągnął gęsty snop 
iskier. 
„Pociąg?...” — rzekł do siebie, i przywidziało mu się, że jest to ten 
sam pociąg, którym jedzie panna Izabela. Znowu zobaczył salonik oświetlony 
latarnią przysłoniętą niebieskim klamotem, a w kącie dostrzegł pannę Izabelę w 
objęciach Starskiego.. 
„Tak kocham... tak kocham... — szepnął. — I nie mogę zapomnieć!...” W tej chwili 
opanowało go cierpienie, na które w ludzkim języku już nie ma nazwiska. 
Dręczyła go zmęczona myśl, zbolałe uczucie, zdruzgotana wola, całe istnienie... 
I nagle uczuł już nie pragnienie, ale głód i żądzę śmierci. 
Pociąg z wolna zbliżał się. Wokulski nie zdając sobie sprawy z tego, co robi, 
upadł na szyny. Drżał, zęby mu szczękały, schwycił się oburącz podkładów, 
miał usta pełne piasku... Na drogę padł blask latarń, szyny zaczęły cicho 
dźwięczeć pod toczącą się lokomotywą... 
„Boże, bądź miłościwy...” — szepnął i zamknął oczy. 
Nagle uczuł ciepło i gwałtowne szarpnięcie, które strąciło go z szyn... Pociąg 
przeleciał o kilka cali od głowy obryzgując go parą i gorącym popiołem. Na 
chwilę stracił przytomność, a gdy ocknął się, zobaczył jakiegoś człowieka, który 
siedział mu na piersiach i trzymał za ręce. 
— Co wielmożny pan robi najlepszego?... — mówił człowiek.- Kto słyszał takie 
rzeczy... Przecie Bóg... 
Nie dokończył. Wokulski zepchnął go z siebie, pochwycił za kołnierz i jednym 
szarpnięciem rzucił na ziemię. 
— Czego chcesz ode mnie, ty podły!... — zawołał. 
— Panie... wielmożny panie... ja przecie jestem Wysocki... 
— Wysocki?... Wysocki?... — powtórzył Wokulski. — Kłamiesz, Wysocki jest w 
Warszawie... 
— Ale ja jego brat, dróżnik. Przecie mi wielmożny pan sam miejsce tu wyrobił 
jeszcze w przeszłym roku, po Wielkanocy... I gdzieżbym ja mógł patrzeć na 
takie nieszczęście pana?... Zresztą, panie, na kolei nie wolno włazić pod 
maszynę... 
Wokulski zamyślił się i puścił go. 
„Wszystko zwraca się przeciw mnie, cokolwiek zrobiłem dobrego”- szepnął. 
Był bardzo zmęczony, więc usiadł na ziemi, obok dzikiej gruszki, co w tym 
miejscu rosła, nie większa od dziecka. W tym czasie wiał wiatr i poruszał 
listkami drzewa wywołując szelesty, które nie wiadomo skąd przypomniały 
Wokulskiemu dawne lata. 
Gdzie moje szczęście!...” — pomyślał. 
Uczuł ściskanie w piersiach, które stopniowo doszło do gardła. Chciał 
odetchnąć, lecz nie mógł; myślał, że się dusi, i objął rękoma drzewko które 
wciąż szeleściło. 
„Umieram!...” — zawołał. 
Zdawało mu się, że go krew zalewa, że mu pękają piersi, wił się z bólu i nagle 
zaniósł się od płaczu. 
„Boże miłosierny... Boże miłosierny!...” — powtarzał wśród łkań. 
Dróżnik przypełznął do niego i ostrożnie wsunął mu rękę pod głowę. 
— Płacz, wielmożny panie!... — mówił nachylając się nad nim.-Płacz, wielmożny 
panie, i wzywaj boskiego imienia... Nie będziesz go wzywał nadaremnie... „Kto 
się w opiekę poda Panu swemu, a całym sercem szczerze ufa jemu, śmiele rzec 
może, mam obrońcę Boga, nie spadnie na mnie żadna straszna trwoga... Ciebie 
on z sideł zdradzieckich wyzuje...” Co tam, wielmożny panie, dostatki, co 
największe skarby!... Wszystko człowieka zawodzi, tylko jeden Bóg nie 
zawiedzie... 
Wokulski przytulił twarz do ziemi. Zdawało mu się, że z każdą łzą spada mu z 
serca jakiś ból, jakiś zawód i rozpacz. Wykolejona myśl poczęła układać się do 
równowagi. Już zdawał sobie sprawę z tego, co robił, i już zrozumiał, że w 
chwili nieszczęścia, kiedy go wszystko zdradziło, jeszcze pozostała mu wierną 
ziemia, prosty człowiek i Bóg... 
Powoli uspokajał się, łkania coraz rzadziej rozdzierały mu piersi, uczuł niemoc 
w całym ciele i twardo zasnął. 
Świtało, kiedy się obudził; usiadł, przetarł oczy, zobaczył obok siebie 
Wysockiego i wszystko sobie przypomniał. 
— Długo spałem? — zapytał. 
— Może kwadrans... może pół godziny — odparł dróżnik. 
Wokulski wyjął pugilares, wydobył kilka sturublówek i podając je Wysockiemu 
rzekł : 
— Uważasz... Wczoraj byłem pijany... Nie mówże nic i nikomu, co się tu stało. A 
oto masz... dla dzieci... 
Dróżnik pocałował go w nogi. 
— Myślałem — rzekł — że jaśnie pan stracił wszystko i dlatego... 
— Masz rację! — odparł w zamyśleniu Wokulski — straciłem wszystko... oprócz 
majątku. Nie zapomnę o tobie, chociaż... Wolałbym już nie żyć. 
— Ja też zaraz mówiłem, że taki pan nie szukałby nieszczęścia, choćby stracił 
wszystkie pieniądze. Zrobiła to złość ludzka... Ale i na nią przyjdzie koniec. 
Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy, przekona się pan... 
Wokulski podniósł się z ziemi i zaczął iść do stacji. Nagle zwrócił się do 
Wysockiego. 
— Jak będziesz w Warszawie — rzekł — wstąp do mnie... Ale ani słowa o tym, co 
się tu stało... 
— Tak mi Boże dopomóż, że nie powiem — odparł Wysocki i zdjął czapkę. 
— A na drugi raz... — dodał Wokulski kładąc mu rękę na ramieniu — na drugi raz... 
Gdybyś spotkał takiego człowieka... rozumiesz?... gdybyś spotkał, nie ratuj go... 
Kiedy kto chce dobrowolnie stanąć ze swoją krzywdą przed boskim sądem, nie 
zatrzymuj go... 
Nie zatrzymuj!... 
ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY: 
PAMIĘTNIK STAREGO SUBIEKTA 
Sytuacja polityczna zarysowuje się coraz wyraźniej. Mamy już dwie koalicje. Z 
jednej strony Rosja z Turcją, z drugiej Niemcy, Austria i Anglia. A jeżeli tak 
jest, więc znaczy, że lada chwilę może wybuchnąć wojna, w której zostaną 
rozstrzygnięte bardzo, ale to bardzo ważne sprawy. 
Czy tylko będzie wojna? bo my zawsze lubimy się łudzić. Otóż będzie, tym 
razem niezawodnie. Mówił mi Lisiecki, że ja co roku zapowiadałem wojnę i 
nigdy się nie sprawdziło. Głupi on, uczciwszy uszy... Co innego było w tamtych 
latach, a co innego dziś. 
Czytam na przykład w gazetach, że Garibaldi agituje we Włoszech przeciw 
Austrii. Dlaczegóż on agituje?... Bo spodziewa się wielkiej wojny. I nie na tym 
koniec, gdyż w kilka dni później słyszę, że jenerał Türr na wszystkie świętości 
zaklina Garibaldiego, ażeby nie robił kłopotu Włochom... 
Co to znaczy?... To znaczy, przetłomaczone na ludzki język, że: „Wy, Włosi, 
nie ruszajcie się, bo i bez tego Austria da wam Triest, jeśli wygra: Gdyby zaś z 
waszej winy przegrała, nie dostaniecie nic...” 
To są ważne zapowiedzi te agitacje Józia Garibaldiego i uspakajania Türra. 
Józio agituje, bo widzi wojnę na długość ręki, a Tűrr uspakaja, bo widzi dalsze 
interesa. 
Ale czy zaraz wybuchnie wojna? w końcu czerwca czy w lipcu?... 
Tak by myślał niedoświadczony polityk, ale nie ja. Niemcy bowiem nie 
rozpoczęliby wojny nie zabezpieczywszy się od Francji. 
Jakże się zaś zabezpieczą?... Szprot mówi, że na to nie ma sposobu, ale ja widzę, 
że jest, i jeszcze bardzo prosty. O, Bismarck to sprytny ptaszek, zaczynam się do 
niego przekonywać!... 
Bo i po co Niemcy i Austria wciągnęły do związku Anglię?... Rozumie się po to, 
ażeby mieć plaster na Francję i ją namówić do przymierza. Zrobi się to w 
następujący sposób: 
W wojsku angielskim służy młody Napoleonek, Lulu, i bije się z Zulusami w 
Afryce jak jego dziadek, Napoleon Wielki. Kiedy zaś Anglicy skończą wojnę, 
mianują Napoleonka jenerałem i powiedzą do Francuzów te słowa : 
— Moi kochani! Macie tu Bonapartego, który wojował w Afryce i okrył się tam 
nieśmiertelną chwałą jak jego dziad. Zróbcie go więc waszym cesarzem jak 
dziada, a my za to wypolitykujemy u Niemców Alzację i Lotaryngię. Zapłacicie 
im kilka miliardów, no, ale to lepsze aniżeli przeprowadzić nową wojnę, która 
będzie kosztowała z dziesięć miliardów i jest dla was wątpliwa... 
Francuzi, naturalnie, zrobią Lulu cesarzem, odbiorą swoją ziemię, zapłacą, 
wejdą w przymierze z Niemcami, a wtedy Bismarck mając tyle pieniędzy 
pokaże swoją sztukę!... 
O, Bismarck mądra ryba i jeżeli kto, to tylko on może taki plan przeprowadzić. 
Ja już od dawna czułem, że to frant szpakami karmiony, i miałem do niego 
słabość, chociaż się z nią taiłem... To, panie, ziółko!... Jest on ożeniony z 
Puttkamerówną; wiadomo zaś, że Puttkamerowie są spokrewnieni z 
Mickiewiczem. Przy tym podobno pasjami lubi Polaków; a nawet synowi 
następcy tronu niemieckiego radził uczyć się po polsku... 
No, jeżeli w tym roku nie będzie wojny... Dopieroż to Lisieckiemu powiem 
bajkę o kpie! On, biedak, myśli, że polityczna mądrość polega na tym, ażeby w 
nic nie wierzyć. Głupstwo!.. Polityka polega na kombinacjach, które wynikają z 
porządku rzeczy. 
A więc niech żyje Napoleon IV!... Bo chociaż dzisiaj nikt o nim nie myśli, ja 
przecie jestem pewny, że w tym rozgardiaszu on główną odegra rolę. A jeżeli 
potrafi się wziąć do rzeczy, to nie tylko odzyska Alzację i Lotaryngię darmo; ale 
jeszcze granice Francji może posunąć do Renu na całej linii. Byle Bismarck nie 
spostrzegł się za wcześnie i nie zmiarkował, że posługiwać się Bonapartym 
znaczy to samo, co lwa zaprzęgać do taczek. Zdaje mi się nawet, że w tej jednej 
kwestii Bismarck przerachuje się. I powiem prawdę, że nie będę go żałował, bo 
nigdy nie miałem do niego zaufania. 
Jakoś z moim zdrowiem nie jest dobrze. Nie powiem, ażeby mi coś dolegało, ale 
ot tak... Chodzić wiele nie mogę, apetyt straciłem, nawet nie bardzo chce mi się 
pisać. 
W sklepie prawie nie mam zajęcia, już tam bowiem rządzi Szlangbaum, a ja tylko 
na przyprzążkę załatwiam interesa Stacha. Przed październikiem ma nas 
Szlangbaum spłacić zupełnie. Biedy nie zaznam, bo poczciwy Stach zapewnił 
mi półtora tysiąca rubli dożywotniej pensji; ale jak sobie człowiek pomyśli, że 
niedługo nic już nie będzie znaczył w sklepie, do niczego nie będzie miał już 
prawa... 
Nie warto żyć... Gdyby nie Stach i nie Napoleonek, to czasem jest mi tak ciężko 
na świecie, że zrobiłbym sobie co... Kto wie, stary kolego Katz, czy nie 
najmądrzej postąpiłeś? Nie masz wprawdzie żadnych nadziei, ale też i nie boisz 
się zawodów... Nie twierdzę, ażebym się ich lękał, bo przecie ani Wokulski, ani 
Bonaparte... Ale zawsze... tak coś... 
Jaki ja jestem zmęczony; już nawet ciężko mi pisać. Tak bym gdzie pojechał... 
Mój Boże, dwadzieścia lat nie wyjrzałem za warszawskie rogatki!... A tak mi 
czasami tęskno, ażeby jeszcze choć raz przed śmiercią spojrzeć na Węgry... 
Może na dawnych polach bitew znalazłbym bodaj kości kamratów... Ej, Katz, 
ej, Katz!... pamiętasz ty ten dym, ten świst, te sygnały?... Jaka wtedy była 
zielona trawa i jak świeciło nam słońce?... 
Nic nie pomoże, muszę wybrać się w podróż, spojrzeć na góry i lasy, wykąpać 
się w słońcu i w powietrzu szerokich równin i zacząć nowe życie. Może nawet 
wyniosę się gdzie na prowincję, w sąsiedztwo pani Stawskiej, bo i cóż więcej 
pozostaje emerytowi?... 
Ten Szlangbaum dziwny człowiek; anibym myślał znając go biedakiem, że on 
tak potrafi zadzierać nosa. Już, widzę, zapoznał się przez Maruszewicza z 
baronami, przez baronów z hrabiami, a tylko jeszcze nie może dostać się do 
księcia, który z Żydami jest bardzo grzeczny, ale i bardzo z daleka. 
I kiedy tak Szlangbaum zadziera nosa, w mieście na Żydów krzyk. Ile razy 
wstąpię na piwo, zawsze ktoś napada mnie i wymyśla, że Stach sprzedał sklep 
Żydom. Radca narzeka, że Żydzi zabierają mu trzecią część emerytury ; Szprot 
utyskuje, że Żydzi popsuli mu interesa ; Lisiecki płacze, że mu Szlangbaum 
wymówił miejsce od świętego Jana, a Klejn milczy. 
Już i w gazetach zaczynają pisać przeciw Żydom, ale co dziwniejsze, że nawet 
doktór Szuman, choć sam starozakonny, miał raz ze mną taka rozmowę : 
— Zobaczysz pan, że przed upływem kilku lat z Żydami będzie jakaś awantura. 
— Za pozwoleniem — mówię — przecie sam doktór niedawno chwaliłeś ich!... 
— Chwaliłem, bo to genialna rasa, ale podłe charaktery. Wyobraź pan sobie, że 
Szlangbaumy, stary i młody, mnie chcieli okpić, mnie... 
„Aha! — myślę sobie — zaczynasz się znowu nawracać, kiedy cię połaskotali za 
kieszeń...” 
I mówiąc prawdę, do reszty straciłem serce dla Szumana. 
A co oni wygadują na Wokulskiego!... Marzyciel, idealista, romantyk... Może za 
to, że nigdy nie zrobił świństwa. 
Kiedy Klejnowi opowiedziałem moją rozmowę z Szumanem, nasz mizerny 
kolega odparł: 
— On mówi, że dopiero za kilka lat będzie awantura z Żydami?... Uspokój go 
pan, będzie wcześniej... 
— Rany Chrystusowe! — mówię — dlaczego ma być?... 
— Bo m y dobrze ich znamy, choć się i do n a s umizgają... — odpowiedział Klejn. 
— To migdały! ale przerachowali się... M y wiemy, do czego oni są zdolni, gdyby 
mieli siłę. 
Uważałem Klejna za człowieka bardzo postępowego, może nawet zanadto 
postępowego, ale teraz myślę, że to jest wielki zacofaniec. Zresztą, co znaczą 
owe: m y — n a s?... 
I to ma być wiek, który nastąpił po XVIII, po tym XVIII wieku, co napisał na 
swoich sztandarach: wolność, równość, braterstwo?... Za cóż ja się, u diabła, 
biłem z Austriakami?... Za co ginęli moi kamraci?.. 
Facecje! Przywidzenia! wszystko to odrobi cesarz Napoleon IV. 
Wówczas i Szlangbaum przestanie być arogantem, i Szuman przestanie chełpić 
się swoim żydostwem, i Klejn nie będzie im groził. 
A niedalekie to czasy, bo nawet Stach Wokulski... 
Ach, jaki ja jestem zmęczony... Muszę gdzieś wyjechać. 
Nie jestem przecie taki stary, ażebym miał myśleć o śmierci; ale mój Boże, 
kiedy z wody wyjmą rybę, choćby najmłodszą i najzdrowszą, musi zdychać, 
gdyż nie ma właściwego sobie żywiołu... 
Bodaj czy ja nie stałem się taką rybą wyciąganą z wody; w sklepie już 
rozpanoszył się Szlangbaum i ażeby zamanifestować swoją władzę, wypędził 
szwajcara i inkasenta za to tylko, że nie okazywali mu dosyć szacunku. 
Kiedy prosiłem za biedakami, odparł z gniewem: 
— Patrz pan, jak oni mnie traktują, a jak Wokulskiego!... Jemu nie kłaniali się tak 
nisko, ale w każdym ruchu, w każdym spojrzeniu było widać, żeby za nim 
poszli w ogień... 
— Więc i pan, panie Szlangbaumie, chcesz, ażeby za tobą szli w ogień? spytałem. 
— Naturalnie. Przecie jedzą mój chleb, mają u mnie zarobki! ja im płacę pensję... 
Myślałem, że Lisiecki, który posiniał słuchając tych bredni, palnie go w ucho. 
Pohamował się jednak i tylko spytał: 
— A czy wiesz pan, dlaczego my za Wokulskim poszlibyśmy w ogień?... 
— Bo on ma więcej pieniędzy — odparł Szlangbaum. 
— Nie, panie. Bo on ma to, czego pan nie masz i mieć nie będziesz — rzekł 
Lisiecki bijąc się w piersi. 
Szlangbaum zaczerwienił się jak upiór. 
— Co to jest?... — zawołał. — Czego ja nie mam?... My nie możemy razem 
pracować, panie Lisiecki... pan obrażasz moje obrządki religijne.:. 
Schwyciłem Lisieckiego za rękę i odciągnąłem za szafy. Śmieli się wszyscy 
panowie z tej obrazy Szlangbauma... Tylko Zięba (on jeden zostaje przy sklepie) 
zaperzył się i zawołał: 
— Pryncypał ma rację... nie można drwić z wyznania, bo wyznanie to święta 
rzecz!... Gdzież wolność sumienia?... gdzie postęp?... cywilizacja?... 
emancypacja?... 
— Lizus bestia — mruknął Klejn, a potem rzekł mi do ucha: 
— Czy nie ma Szuman racji, że oni muszą się doczekać awantury?.. 
Widziałeś go pan, jaki był, kiedy do nas nastał, a jaki jest dzisiaj?... 
Naturalnie, że zgromiłem Klejna, bo i co on ma za prawo straszyć swoich 
współobywateli awanturami? Nie mogę jednak ukryć przed sobą, że 
Szlangbaum mocno zmienił się w ciągu roku. 
Dawniej był potulny, dziś arogant i pogardliwy; dawniej milczał, kiedy go 
krzywdzono, dziś sam rozbija się bez powodu. Dawniej mianował się Polakiem, 
dziś chełpi się ze swego żydostwa. Dawniej nawet wierzył w szlachetność i 
bezinteresowność, a teraz mówi tylko o swoich pieniądzach i stosunkach. Może 
być źle!... 
Za to wobec gości jest uniżony, a hrabiom, a nawet baronom właziłby pod 
podeszwy. Ale wobec swoich podwładnych istny hipopotam: ciągle parska i 
depcze ludzi po nogach. To nawet nie jest pięknie... Swoją drogą radca, Szprot, 
Klejn i Lisiecki nie mają racji grozić mu jakimiś awanturami. 
Cóż więc ja dziś znaczę w sklepie przy takim smoku? Gdy chcę zrobić 
rachunek, on zagląda mi przez ramię; wydam jaką dyspozycję, on ją zaraz 
głośno powtarza. Ze sklepu usuwa mnie coraz bardziej, przy znajomych 
gościach ciągle mówi: „Mój przyjaciel Wokulski... mój znajomy baron 
Krzeszowski... mój subiekt Rzecki...” Gdy zaś jesteśmy sami, nazywa mnie 
„kochanym Rzesiem”... 
Parę razy w najdelikatniejszy sposób dałem mu do zrozumienia, że te 
pieszczotliwe nazwiska nie robią mi przyjemności. Ale on, biedak, nawet nie 
poznał się na tym; ja zaś mam zwyczaj długo czekać, nim komu nawymyślam. 
Lisiecki robi to z miejsca, więc Szlangbaum szanuje go. 
Swoją drogą Szuman miał rację mówiąc wtedy, że my, z dziada pradziada, 
myślimy: jak trwonić pieniądze? a oni: jak by je zrobić? Pod tym względem 
byliby już dziś pierwszymi na świecie, gdyby ludzka wartość zasadzała się tylko 
na pieniądzach. Ale co mi tam!... 
Ponieważ w sklepie nie mam wiele zajęcia, więc coraz częściej myślę o podróży 
do Węgier. Przez dwadzieścia lat nie widzieć ani zboża, ani lasu... To strach!... 
Zacząłem się już starać o paszport; myślałem, że mi zejdzie z miesiąc. 
Tymczasem wziął się do tego Wirski i paf!... traf!... wyrobił mi paszport w ciągu 
czterech dni. Ażem się przestraszył... 
Nie ma co, trzeba wyjechać choćby na kilka tygodni. Zdawało się, że 
przygotowania do wyjazdu zabiorą mi trochę czasu... Gdzie tam!...Znowu 
wmieszał się Wirski, jednego dnia kupił mi podróżny kufer, drugiego dnia 
spakował mi rzeczy i mówi: „Jedź!...” 
Ażem się rozgniewał. Czego oni, u diabła, chcą mnie sięç pozbyć.?... Kazałem 
im na złość rozpakować rzeczy i kufer nakryć dywanem, bo mnie to już drażni. 
Ale swoją drogą, tak bym gdzieś pojechał... tak bym jechał... 
Muszę jednak pierwej trochę sił nabrać. Wciąż brak mi apetytu, chudnę, źle 
sypiam, choć przez cały dzień jestem senny; miewam jakieś zawroty, bicia 
serca... Ech! wszystko to przejdzie... 
Klejn także zaczyna się zaniedbywać. Spóźnia się do sklepu, znosi jakieś 
książeczki, chodzi na sesje nie wiadomo z kim... Ale to najgorsze, że z sumy 
przeznaczonej mu przez Wokulskiego wziął już tysiąc rubli i wydał w ciągu 
jednego dnia. Na co?... 
Pomimo to wszystko dobry chłopak! A najlepszą miarą jego poczciwości jest 
fakt, że nawet baronowa Krzeszowska nie wyrzuciła go ze swego domu, gdzie 
po dawnemu mieszka na trzecim piętrze, zawsze cichutki, nikomu nie mącąc 
wody. 
Gdyby tylko wydobył się z tych niepotrzebnych stosunków; bo z Żydami może 
nie być awantury, ale z nim!... 
Niech go tam Pan Bóg oświeca i chroni. 
Zabawną historię i pouczającą opowiedział mi Klejn. Uśmiałem się do łez, a 
zarazem przybył mi jeden więcej dowód sprawiedliwości boskiej nawet w 
drobiazgowych rzeczach. 
„Krótki jest triumf bezbożników” — mówi, zdaje mi się, Pismo święte czy może 
jaki ojciec Kościoła. Ktokolwiek zresztą powiedział, jest niezawodnym, że 
zdanie to sprawdziło się i na baronowej, i na Maruszewiczu. 
Wiadomo, że baronowa raz pozbywszy się Maleskiego i Patkiewicza 
zapowiedziała stróżowi, ażeby pod żadnym pozorem nie wynajmował 
mieszkania na trzecim piętrze studentom, choćby miało stać pustką. 
Rzeczywiście, pokój studencki przez parę miesięcy był nie zajęty, ale pani miała 
przynajmniej satysfakcję. 
Tymczasem wrócił do niej mąż, baron, i naturalnie objął zarząd kamienicy. A 
ponieważ baron ciągle potrzebuje pieniędzy, więc mocno korcił go i ów pusty 
pokój, i zakaz baronowej, który zmniejszał dochody o sto dwadzieścia rubli 
rocznie. 
Nade wszystko jednak buntował go Maruszewicz (już się pogodzili!...), który 
znowu ciągle od Krzeszowskiego pożycza pieniędzy. 
— Co baron — mówił mu nieraz — masz sprawdzać, czy kandydat na lokatora jest, 
czy nie jest studentem? Na co ten kłopot? Byle nie przyszedł w mundurze, to już 
nie student; a jak z góry za miesiąc zapłaci, to brać, i kwita. 
Baron mocno wziął do serca te rady; nakazał nawet stróżowi, ażeby gdy trafi się 
lokator, nie pytając przysłał go na górę. Stróż, rozumie się, powiedział o tym 
swej żonie, a żona Klejnowi, któremu znowu chciało się mieć sąsiadów najlepiej 
odpowiadających jego gustowi. 
Więc w parę dni po owej dyspozycji zjawia się u barona jakiś elegant z dziwną 
fizjognomią, a jeszcze dziwniej ubrany: jego spodnie nie pasowały do 
kamizelki, kamizelka do surduta, a krawat do wszystkiego. 
— W domu pana barona jest kawalerski pokój do wynajęcia — mówił elegant — za 
dziesięć rubli miesięcznie? 
— A tak — mówi baron — może go pan obejrzy. 
— O, to zbyteczne! Jestem pewny, że pan baron nie wynajmowałby złego 
mieszkania. Czy mogę dać zadatek? 
— Proszę — odpowiada baron. -A ponieważ pan ufasz mi na słowo, więc i ja nie 
będę żądał bliższych informacyj... 
— O, jeżeli pan baron życzy sobie... 
— Między ludźmi dobrze wychowanymi wystarcza wzajemne zaufanie — odparł 
baron. — Mam więc nadzieję, że ani ja, ani moja żona, a nade wszystko moja 
żona nie będzie miała powodu skarżyć się na panów... 
Młody człowiek gorąco ścisnął go za rękę. 
— Daję panu słowo — rzekł — że nigdy nie zrobimy przykrości pańskiej żonie, 
która może niesłusznie uprzedziła się... 
— Dość! Dość!... panie — przerwał baron. Wziął zadatek i wydał kwit. 
Po wyjściu młodzieńca wezwał do siebie Maruszewicza. 
— Nie wiem -rzekł strapiony baron — czy nie palnąłem głupstwa... bo lokatora już 
mam, ale sądząc z opisu obawiam się, czy nie będzie nim jeden z tych młodych 
ludzi, których właśnie wypędziła moja żona... 
— Wszystko jedno! . — odparł Maruszewicz — byle z góry płacili. 
Na drugi dzień z rana wprowadzili się do pokoiku trzej młodzi ludzie, ale tak 
cicho, że nikt ich nawet nie widział. Nikt nawet nie uważał, że wieczorami 
sesjonują z Klejnem. Zaś w kilka dni później wpadł do barona mocno 
zirytowany Maruszewicz wołając: 
— A wie baron, że to istotnie są ci hultaje, których wyrzuciła baronowa. Maleski, 
Patkiewicz... 
— Wszystko jedno — odpowiada baron. -Żonie mojej nie dokuczają, więc byle 
płacili... 
— Ale mnie dokuczają! — wybuchnął Maruszewicz. — Jeżeli okno otworzę, jeden z 
nich strzela do mnie grochem przez świstułę, co wcale nie jest przyjemne. Gdy 
się zaś zejdzie u mnie parę osób albo któraś z dam (dodał ciszej), bębnią mi 
grochem w okna tak, że wysiedzieć nie można... To mi przeszkadza... to mnie 
kompromituje. Ja pójdę na skargę do cyrkułu!... 
Baron naturalnie opowiedział o tym swoim lokatorom prosząc ich, aby nie 
strzelali do okien Maruszewicza. Ci przestali strzelać, ale za to jeżeli 
Maruszewicz przyjmuje u siebie jaką damę, co trafia mu się dosyć często, zaraz 
jeden z chłopaków wychyla się przez okno i wrzeszczy : 
— Stróżu! stróżu!... a nie wiecie, jaka to pani poszła do pana Maruszewicza? 
Naturalnie, stróż nie wie nawet, czy jaka poszła, ale po podobnym zapytaniu 
dowiaduje się o tym cała kamienica. 
Maruszewicz jest wściekły na nich; tym bardziej że baron na jego skargi 
odpowiada : 
— Sam mi radziłeś, ażebym nie trzymał pustego lokalu... 
I baronowa spokorniała, bo z jednej strony boi się męża, a z drugiej studentów. 
Takim sposobem baronowa za swoją złość i mściwość, a Maruszewicz za 
intrygi, z jednej i tej samej ręki ponoszą karę; uczciwy zaś Klejn ma 
towarzystwo, jakiego pragnął. 
O, jest sprawiedliwość na świecie!... 
Ten Maruszewicz, dalibóg, jest bezwstydny! 
Przyleciał dziś do Szlangbauma ze skargą na Klejna. 
— Panie — mówił — jeden z pańskich oficjalistów, który mieszka w domu 
baronowej Krzeszowskiej, po prostu kompromituje mnie... 
— Jak on pana kompromituje? — zapytał Szlangbaum otwierając oczy. 
— On bywa u tych studentów, których okno wychodzi na podwórze. A oni, panie, 
zaglądają w moje okna, strzelają do mnie grochem, a jeżeli zbierze się kilka 
osób, wrzeszczą, że u mnie jest szulernia!... 
— Pan Klejn już nie będzie u mnie służył od lipca — odparł Szlangbaum. — Więc 
niech pan rozmówi się z panem Rzeckim, oni znają się dawniej. 
Maruszewicz z kolei wpadł na mnie i znowu opowiedział historię studentów, 
którzy nazywają go szulerem albo kompromitują damy bywającc u niego. 
„Porządne damy!” — pomyślałem, głośno zaś odparłem: 
— Pan Klejn cały dzień siedzi w sklepie, więc nie może odpowiadać za swoich 
sąsiadów. 
— Tak, ale pan Klejn ma z nimi jakieś konszachty, namówił ich, ażeby znowu 
sprowadzili się do kamienicy, bywa u nich, przyjmuje ich u siebie. 
— Młody chłopak — odparłem — woli przestawać z młodymi. 
— Ale ja z tego powodu nie chcę cierpieć!... Niech więc ich uspokoi albo... 
wszystkim wytoczę proces. 
Dzika pretensja, ażeby Klejn uspakajał studentów, a może jednał u nich 
sympatię dla Maruszewicza! Swoją drogą, ostrzegłem Klejna i dodałem, że 
byłby to bardzo przykry wypadek, gdyby on, subiekt Wokulskiego, miał proces 
o jakieś studenckie awantury. 
Klejn wysłuchał i wzruszył ramionami. 
— Co mnie to obchodzi!- odparł. — ja może powiesiłbym takiego nicponia, ale mu 
w okna grochu nie rzucam i nie nazywam go szulerem. Co mnie do jego 
szulerki?... 
Ma rację! Toteż nie odezwałem się ani słowa więcej. 
Trzeba jechać... trzeba jechać!... Żeby tylko Klejn nie wdeptał się w jakie 
głupstwo. Strach, co to za dzieciaki: chcieliby świat przebudować, a 
jednocześnie robią tak płaskie figle. 
Albo jestem w grubym błędzie, albo znajdujemy: się w przededniu 
nadzwyczajnych wypadków. 
W maju jednego dnia pojechał Wokulski z panną Łęcką i z panem Łęckim do 
Krakowa i wyraźnie mi zapowiedział, że nie wie, kiedy wróci, może dopiero za 
miesiąc. 
Tymczasem wrócił nie za miesiąc, ale na drugi dzień, taki sponiewierany, że 
litość brała patrzeć na niego. Okropność, co się zrobiło z tym człowiekiem przez 
jedną dobę! 
Kiedym go pytał: co się stało? dlaczego wrócił? z początku wahał się, a potem 
powiedział, że otrzymał telegram od Suzina i że pojedzie do Moskwy. Lecz 
znowu po upływie doby rozmyślił się i oświadczył, że do Moskwy nie pojedzie. 
— A jeżeli to ważny interes?... — spytałem. 
— Pal diabli interesa! — mruknął i machnął ręką. 
Teraz po całych dniach nie wychodzi z domu i po większej części leży. Byłem u 
niego, ale przyjął mnie rozdrażniony; od lokaja zaś dowiedziałem się, że nikogo 
nie każe przyjmować. 
Posłałem mu Szumana, ale Stach i z Szumanem nie chciał gadać, tylko 
powiedział mu, że nie potrzebuje doktorów. Szumanowi to jednak nie 
wystarczyło; a że jest trochę wścibski, więc zaczął śledztwo na własną rękę i 
dowiedział się dziwacznych rzeczy. 
Mówił, że Wokulski wysiadł z pociągu około północy w Skierniewicach, 
udając, że otrzymał telegram, że potem zniknął sprzed stacji i wrócił dopiero 
nad ranem, powalany ziemią i jakby pijany. Na stacji myślą, że on naprawdę 
podchmielił sobie i zasnął gdzieś w polu. 
Wyjaśnienie to nie trafiło do przekonania ani mnie, ani Szumanowi. Doktór 
twierdzi, że Stach musiał zerwać z panną Łęcką i może nawet próbował jakiej 
niedorzeczności... Ale ja myślę, że on naprawdę miał telegram od Suzina. 
W każdym razie trzeba jechać, dla zdrowia. Jeszcze nie jestem inwalidem i dla 
chwilowego osłabienia nie mogę się wyrzekać przyszłości. 
Jest tu Mraczewski i mieszka u mnie. Wygląda chłopak jak bernardyński 
prowincjał, zmężniał, opalił się, utył. A ile on świata obleciał przez parę 
ostatnich miesięcy... 
Był w Paryżu, potem w Lyonie; z Lyonu wpadł pod Częstochowę do pani 
Stawskiej i z nią przyjechał do Warszawy. Potem odwiózł ją pod Częstochowę, 
siedział z tydzień i podobno pomógł jej do urządzenia sklepu. Następnie poleciał 
aż do Moskwy, stamtąd znowu wrócił pod Częstochowę, do pani Stawskiej, 
znowu u niej siedział trochę i obecnie jest u mnie. 
Mraczewski twierdzi, że Suzin wcale nie telegrafował do Wokulskiego, a przy 
tym jest pewny, że Wokulski zerwał z panną Łęcką. Musiał nawet coś mówić 
pani Stawskiej, gdyż ten anioł, nie kobieta, będąc przed paroma tygodniami w 
Warszawie raczyła mnie odwiedzić i mocno wypytywała się o Stacha. 
„A czy zdrów?... a czy bardzo zmieniony i smutny?... a czy już nigdy nie 
wydobędzie się ze swej rozpaczy?...” 
Z jakiej rozpaczy?... Gdyby nawet zerwał z panną Łęcką, to jeszcze, dzięki 
Bogu, nie brak kobiet i jeżeli Stach zechce, może się ożenić choćby z panią 
Stawską. 
Złote, diamentowe kobiecisko, jak ona go kochała i kto wie, czy teraz nie 
kocha?... Dalibóg, śmiałbym się, żeby Stach powrócił do niej Taka piękna, taka 
szlachetna, tyle w niej poświęcenia... Jeżeli jest ład na świecie (o czym niekiedy 
wątpię), to Wokulski powinien by się ożenić ze Stawską. 
Ale musi się spieszyć, bo jeżeli się nie mylę, naprawdę zaczyna o niej myśleć 
Mraczewski. 
— Panie! — mówi nieraz do mnie załamując ręce. — Panie, co to za kobieta, co to za 
kobieta... Gdyby nie ten nieszczęsny jej mąż, już bym się jej oświadczył. 
— A przyjęłaby cię? — pytam. 
— Otóż nie wiem — westchnął. 
Padł na krzesło, aż zatrzeszczało, i mówił: 
— Kiedy ją spotkałem pierwszy raz po jej wyjeździe z Warszawy, jakby we mnie 
piorun trzasł, tak mi się podobała... 
— No, ona i dawniej robiła na tobie wrażenie. 
— Ale nie takie. Po przyjechaniu z Paryża do Częstochowy byłem rozmarzony, a 
ona taka blada, z takimi smutnymi oczyma, że zaraz pomyślałem: nuż mi się 
uda?... i dalejże w umizgi. Tymczasem ona po pierwszych słowach odpycha 
mnie, a gdym upadł przed nią na kolana i przysiągłem, że ją kocham... 
rozbeczała się!... Ach, panie Ignacy, te łzy... zupełnie straciłem głowę, 
zupełnie... Gdyby raz tego jej męża diabli wzięli albo gdybym miał pieniądze na 
rozwód... Panie Ignacy!... po tygodniu życia z tą kobietą albo umarłbym, albo 
jeździłbym wózkiem... Tak, panie... Dziś dopiero czuję, jak ją kocham. 
— A gdyby ona kochała się w innym? — pytam. 
— W kim?... Może w Wokulskim?... Cha! cha!... Kto w tym mruku może się 
kochać?... Kobiecie potrzeba okazywać uczucie, namiętność, mówić jej o 
miłości, ściskać za ręce, a jeżeli można, to i... A czy ten głaz potrafiłby coś 
podobnego?... Wystawał do panny Izabeli jak wyżeł do kaczki, bo mu się 
zdawało, że wejdzie w stosunki z arystokracją i że panna ma posag. Ale gdy 
poznał stan rzeczy, uciekł ze Skierniewic. O panie, z kobietami tak nie można... 
Wyznaję, że nie podobają mi się zapały Mraczewskiego. Jak zacznie padać do 
nóg, skomleć, płakać, to w końcu zawróci głowę pani Stawskiej. A Wokulski 
może tego żałować, bo, na mój honor oficerski, była to jedyna kobieta dla niego. 
Ale zaczekajmy, a tymczasem jedźmy... jedźmy!... 
Brr!... Otóż i pojechałem... Kupiłem bilet do Krakowa, na Dworcu WarszawskoWiedeńskim 
siadłem do wagonu i kiedy już było po trzecim dzwonku, 
wyskoczyłem... 
Nie mogę ani na chwilę rozstać się z Warszawą i ze sklepem..., Żyć bym bez 
nich nie potrafił... 
Rzeczy odebrałem z kolei dopiero na drugi dzień, gdyż zajechały aż do 
Piotrkowa. 
Jeżeli wszystkie moje plany spełnią się w taki sposób, to winszuję... 
ROZDZIAŁ OSIEMNASTY: 
DUSZA W LETARGU 
Leżąc albo siedząc w swoim pokoju Wokulski machinalnie przypominał sobie, 
w jaki sposób ze Skierniewic powrócił do Warszawy. 
Około piątej rano kupił na dworcu bilet pierwszej klasy, nie był jednak pewny, 
czy takiego żądał, czy dano mu go bez żądania. Następnie wsiadł do przedziału 
drugiej klasy i zastał tam księdza, który przez cały czas podróży wyglądał 
oknem, tudzież rudego Niemca, który zdjął kamasze i oparłszy nogi w brudnych 
skarpetkach na przeciwległej ławce, spał jak zarżnięty. Wreszcie naprzeciw 
siebie miał jakąś starą damę, którą tak bolały zęby, że nawet nie obrażała się na 
postępowanie swego sąsiada w skarpetkach. 
Wokulski chciał porachować liczbę osób jadących w przedziale i z wielkim 
trudem zmiarkował, że bez niego jest ich trzy, a z nim cztery. Potem zaczął 
rozmyślać: dlaczego trzy osoby i jedna osoba stanowią razem cztery osoby -i 
zasnął. 
W Warszawie opamiętał się dopiero w Alejach Jerozolimskich, już jadąc 
dorożką. Kto mu jednak wyniósł walizkę, jakim sposobem on sam znalazł się w 
dorożce? o tym nie wiedział i nawet nic go to nie obchodziło. 
Do swego mieszkania dostał się ledwie po półgodzinnym dzwonieniu, choć była 
blisko ósma rano. Otworzył mu służący zaspany, rozebrany, przerażony jego 
nagłym powrotem. Wszedłszy zaś do sypialni Wokulski przekonał się, że 
wierny sługa spał na jego własnym łóżku. Nie robił mu jednak wymówek, lecz 
kazał podać samowar. 
Służący, otrzeźwiony, ale i zakłopotany, szybko zmienił prześcieradła i 
poszewki, Wokulski zaś zobaczywszy świeżo posłane łóżko nie pił herbaty, ale 
rozebrał się i legł spać. 
Spał do piątej po południu, a potem, umywszy się i ubrawszy jak do wyjścia, 
całkiem mimo woli usiadł na fotelu w salonie i drzemał do wieczora. Gdy zaś na 
ulicach zapłonęły latarnie, kazał podać światło i przynieść befsztyk z restauracji. 
Zjadł go z apetytem, popił winem i około północy znowu poszedł spać. 
Na drugi dzień odwiedził go Rzecki, ale jak długo siedział i o czym rozmawiali, 
nie pamięta. Tylko następnej nocy, kiedy obudził się na chwilę, zdawało mu się, 
że widzi Rzeckiego z twarzą bardzo zafrasowaną. 
Potem zupełnie stracił rachubę czasu, nie spostrzegał różnic pomiędzy dniem i 
nocą, nie uważał, ażeby godziny mijały za prędko albo za wolno. W ogóle nie 
zajmował się czasem, który dla niego jakby nie istniał. Czuł tylko pustkę w 
sobie i naokoło siebie i nie był pewny, czy nie powiększyło się jego mieszkanie. 
Raz przywidziało mu się, że leży na wysokim katafalku, i zaczął myśleć o 
śmierci. Zdawało mu się, że musi umrzeć koniecznie na paraliż serca; ale ani 
przerażało go to, ani cieszyło. Niekiedy z ciągłego siedzenia na fotelu cierpły 
mu nogi, a wówczas myślał, że idzie śmierć, i z obojętną ciekawością uważał, 
jak szybko owo cierpnięcie posuwa się do serca? Obserwacje te chwilowo robiły 
mu jakby cień przyjemności, ale i one rozpływały się w apatii. 
Służącemu nakazał nie przyjmować nikogo; pomimo to kilka razy odwiedził go 
doktór Szuman. 
Na pierwszej wizycie wziął go za puls i kazał pokazać język. 
— Może angielski?... — spytał Wokulski, lecz wnet opamiętał się i wyrwał rękę. 
Szuman bystro popatrzył mu w oczy. 
— Nie jesteś zdrów — rzekł — co ci dolega? 
— Nic. Czy znowu zajmujesz się praktyką? 
— Spodziewam się! — zawołał Szuman .- a pierwszą kurację zrobiłem na samym 
sobie: uleczyłem się z marzycielstwa. 
— Bardzo pięknie — odparł Wokulski. — Rzecki wspominał mi coś o twoim 
wyleczeniu. 
— Rzecki jest półgłówek... stary romantyk... To rasa już ginąca! Kto chce żyć, 
musi trzeźwo patrzeć na świat... Uważaj no i po kolei zamykaj oczy. Kiedy ci 
powiem: lewe... prawe... prawe... Załóż nogę na nogę... 
— Co ty robisz, mój kochany?... — zapytał Wokulski. 
— Badam cię. 
— O!... I masz nadzieję zbadać? 
— Spodziewam się. 
— A potem? 
— Będę cię leczył. 
— Z marzycielstwa? 
— Nie, z neurastenii. 
Wokulski uśmiechnął się i rzekł po chwili: 
— Czy możesz wyjąć człowiekowi jego mózg i włożyć na to miejsce inny? 
— Tymczasem nie... 
— No, to daj spokój leczeniu. 
— Mogę podsunąć ci nowe pragnienia... 
— Już je mam. Chciałbym zapaść się pod ziemię, choć tak głęboko jak... studnia 
w zasławskim zamku... I jeszcze chciałbym, ażeby mnie zasypały gruzy, mnie i 
mój majątek, i nawet ślad tego, że kiedykolwiek istniałem. Oto moje pragnienia, 
owoc wszystkich poprzednich. 
— Romantyzm!... — zawołał Szuman klepiąc go po ramieniu. Ale i to przejdzie. 
Wokulski już nic nie odpowiedział. Gniewał się za swoje ostatnie wyrazy i 
dziwił się: skąd nagle przyszła mu taka otwartość?... Głupia otwartość!... Co 
komu do jego pragnień?... Po co on to mówił?... Po co jak bezwstydny żebrak 
odsłonił swoje rany? 
Po wyjściu doktora spostrzegł, że coś się w nim zmieniło; oto na tle dotychczas 
bezwzględnej apatii pojawiło się jakieś uczucie. Był to bezimienny ból, z 
początku bardzo mały, który szybko powiększył się i stanął w mierze. W 
pierwszej chwili można go było porównać do delikatnego ukłucia szpilką, a 
później do jakiejś zawady w sercu, nie większej od laskowego orzecha. już 
żałował apatii kiedy przyszło mu na myśl zdanie Feuchterslebena: 
„Radowałem się w mojej boleści; bo zdawało mi się, żem spostrzegł w sobie tę 
płodną walkę, która tworzyła i tworzy wszystko na tym świecie, gdzie bez 
przerwy walczą nieskończone siły.” 
„Jednakże co to jest?” — spytał siebie czując, że w jego duszy miejsce apatii 
zajmuje głucha boleść. I wnet odparł: 
„Aha, jest to budzenie się świadomości...” 
Powoli w jego umyśle, dotychczas jakby zasnutym mgłą, począł zarysowywać 
się obraz. Wokulski ciekawie wpatrywał się w niego i dostrzegł — sylwetkę 
kobiety w objęciach mężczyzny... Obraz ten miał z początku słaby blask 
fosforycznego światła, potem stał się różowym... żółtawym... zielonawym... 
błękitnym... wreszcie zupełnie czarnym jak aksamit. Potem zniknął na kilka 
chwil i znowu zaczął ukazywać się kolejno we wszystkich barwach, począwszy 
od fosforycznej, kończąc na czarnej. 
Jednocześnie ból wzmagał się. 
„Cierpię, więc jestem!...” — pomyślał śmiejąc się Wokulski. 
Tak upłynęło kilka dni na wpatrywaniu się już to w ów obraz zmieniający 
barwę, już to w ból, który zmieniał natężenie. Czasami zupełnie ginął, pojawiał 
się drobny jak atom, rósł, wypełniał serce, całą istotę, cały świat... I w chwili 
kiedy już przekroczył wszelką miarę, znowu niknął ustępując miejsca 
absolutnemu spokojowi i zdziwieniu. 
Z wolna zaczęło się rodzić w duszy coś nowego: pragnienie pozbycia się i tych 
bólów, i tych obrazów. Było to podobne do iskry zapalającej się na tle nocy. 
Jakaś słaba otucha błysnęła Wokulskiemu. 
„Czy tylko aby potrafię jeszcze myśleć?” — rzekł do siebie. 
Ażeby sprawdzić to, zaczął przypominać sobie tabliczkę mnożenia, potem 
mnożyć liczby dwucyfrowe przez jednocyfrowe i dwucyfrowe przez 
dwucyfrowe. Nie dowierzając sobie zapisywał rezultaty działań, a potem 
sprawdzał je... Mnożenia na papierze zgadzały się z pamięciowymi i Wokulski 
odetchnął. 
„Jeszcze nie straciłem rozumu!” — pomyślał z radością. 
Zaczął wyobrażać sobie rozkład własnego mieszkania, ulice Warszawy, Paryż... 
Otucha rosła; spostrzegł bowiem, że nie tylko dokładnie pamięta, ale że jeszcze 
ćwiczenia te przynoszą mu pewien rodzaj ulgi. Im więcej myślał o Paryżu, im 
żywiej przedstawiały mu się tamtejszy ruch, budowle, targi, muzea, tym mocniej 
zacierała się sylwetka kobiety spoczywającej w objęciach mężczyzny... 
Już zaczął spacerować po mieszkaniu i oczy jego przypadkowo zatrzymały się 
na stosie ilustracji. Były tam kopie z galerii drezdeńskiej i monachijskiej, Don 
Quichot z rysunkami Dorégo, Hogart... 
Przypomniał sobie, że skazani na gilotynę najznośniej przepędzają czas 
oglądając rysunki... I odtąd całe dnie schodziły mu na przeglądaniu rysunków. 
Skończywszy jedną książkę, brał się do drugiej, trzeciej... i znowu powracał do 
pierwszej. 
Ból głuchnął; widziadła ukazywały się coraz rzadziej, otucha rosła... 
Najczęściej jednak przeglądał Don Quichota, który robił na nim potężne 
wrażenie. 
Przypomniał sobie tę dziwną historię człowieka, przez kilkanaście lat żyjącego 
w sferze poezji — tak jak on, który rzucał się na wiatraki jak on, był druzgotany jak 
on, który zmarnował życie uganiając się za ideałem kobiety — jak on, i 
zamiast królewny znalazł brudną dziewkę od krów — znowu jak on!... 
„A jednakże ten don Quichot był szczęśliwszy ode mnie! — myślał. — Dopiero 
nad grobem zaczął budzić się ze swych złudzeń... A ja?...” 
Im dłużej przypatrywał się rysunkom, im bardziej oswajał się z nimi, tym mniej 
pochłaniały jego uwagę. Spoza don Quichota, Sancho Pansy i mulników 
Dorégo, spoza Walki kogutów i Ulicy pijackiej Hogarta coraz częściej 
pokazywało mu się wnętrze wagonu, drgająca szyba, a w niej niewyraźny obraz 
Starskiego i panny Izabeli... 
Wtedy odrzucił ilustracje i zaczął czytać książki znane mu jeszcze z epoki 
dzieciństwa albo z piwnicy Hopfera. Z niewymownym wzruszeniem odświeżał 
w pamięci: Żywot św. Genowefy, Różę z Tannenburgu, Rinaldiniego, Robinsona 
Kruzoe, a nareszcie — Tysiąc i jedną nocy. Znowu zdawało mu się, że już nie 
istnieje czas ani rzeczywistość i że jego raniona dusza uciekłszy z ziemi błądzi 
po jakichś czarodziejskich krainach, gdzie biją tylko szlachetne serca, gdzie 
podłość nie stroi się w maskę obłudy, gdzie rządzi wieczna sprawiedliwość 
kojąca bóle i nagradzająca krzywdy... 
I tu uderzył go jeden dziwny szczegół. Kiedy z własnej literatury wyniósł 
złudzenia, które zakończyły się rozkładem jego duszy — ukojenie i spokój 
znajdował tylko w literaturach obcych. 
„Czy my naprawdę -myślał z trwogą -jesteśmy narodem marzycieli i czy już 
nigdy nie zejdzie anioł, który by poruszył betsedejską sadzawkę obłożoną tylu 
chorymi?...” 
Pewnego dnia przyniesiono mu z poczty gruby pakiet. 
„Z Paryża?... — rzekł. — Tak z Paryża. Ciekawym, co to?...” 
Ale ciekawość jego nie była dość silną, ażeby zachęcić go do otworzenia i 
przeczytania listu. 
„Taki gruby list!... Komu, u licha, chce się dziś tyle pisać?” 
Rzucił pakiet na biurko i w dalszym ciągu wziął się do czytania Tysiąca i jednej 
nocy. 
Co za rozkosz dla zmęczonego umysłu te pałace z drogich kamieni, drzewa, 
których owocami były klejnoty!... Te kabalistyczne słowa, przed którymi 
ustępowały mury, te cudowne lampy, dzięki którym można było zwalczać 
nieprzyjaciół, przenosić się w mgnieniu oka o setki mil... A ci potężni 
czarodzieje!... Co za szkoda, że taka władza dostawała się ludziom złośliwym i 
nikczemnym!... 
Odkładał książkę i śmiejąc się sam z siebie marzył, że on jest czarodziejem, 
który posiada dwie bagatelki: władzę nad siłami natury i zdolność stawania się 
niewidzialnym... 
„Myślę — rzekł — że po kilku latach mojej gospodarki świat wyglądałby inaczej... 
Najwięksi hultaje zmieniliby się na Sokratesów i Platonów.” 
Wtem spojrzał na list paryski i przypomniał sobie Geista i jego słowa: 
„Ludzkość składa się z gadów i tygrysów, między którymi ledwie jeden na całą 
gromadę znajdzie się człowiek... Dzisiejsze niedole pochodzą stąd, że wielkie 
wynalazki dostawały się bez różnicy ludziom i potworom... Ja nie popełnię tego 
błędu i jeżeli ostatecznie znajdę metal lżejszy od powietrza, oddam go tylko 
prawdziwym ludziom. Niech oni choć raz zaopatrzą się w broń na swój 
wyłączny użytek; niechaj ich rasa mnoży się i rośnie w potęgę...” 
„Niezawodnie byłoby lepiej — mruknął — gdyby tacy Ochoccy i Rzeccy mieli siłę, 
a nie Starscy i Maruszewicze...” 
„To jest cel!... — myślał w dalszym ciągu. — Gdybym był młodszy... Chociaż... 
No i tutaj bywają ludzie, i tu jest niemało do zrobienia...” 
Zaczął znowu czytać historię z Tysiąca nocy, lecz spostrzegł, że i ona już nie 
absorbuje go. Dawny ból zaczął nurtować serce, a przed oczyma coraz 
wyraźniej rysowała się sylwetka panny Izabeli i Starskiego. 
Przypomniał sobie Geista w drewnianych sandałach, później jego dziwny dom 
otoczony murem... I nagle przywidziało mu się, że ten dom jest pierwszym 
stopniem olbrzymich schodów, na szczycie których stoi posąg niknący w 
obłokach. Przedstawiał on kobietę, której nie było widać głowy ani piersi, tylko 
spiżowe fałdy sukni. Zdawało mu się, że na stopniu, którego dotykają jej nogi, 
czerni się napis: „Niezmienna i czysta.” Nie rozumiał, co to jest, ale czuł, że od 
stóp posągu napływa mu w serce jakaś wielkość pełna spokoju. I dziwił się, że 
on, który był zdolnym doświadczać podobnego uczucia, mógł kochać czy 
gniewać się na pannę Izabelę albo zazdrościć jej Starskiemu!... 
Wstyd uderzył mu na twarz, choć nikogo nie było w pokoju. 
Widzenie znikło. Wokulski ocknął się. Był znowu tylko człowiekiem zbolałym i 
słabym, ale w jego duszy huczał jakiś potężny głos niby echo kwietniowej 
burzy, grzmotami zapowiadającej wiosnę i zmartwychwstanie. 
Pierwszego czerwca odwiedził go Szlangbaum. Wszedł zakłopotany; ale 
przypatrzywszy się Wokulskiemu nabrał otuchy. 
— Nie odwiedzałem cię do tej pory — zaczął — bo wiem, żeś był niezdrów i nie 
chciałeś nikogo widywać. No, ale dzięki Bogu, już wszystko przeszło... 
Kręcił się na krześle i spod oka rzucał spojrzenia na pokój; może spodziewał się 
znaleźć w nim więcej nieładu. 
— Masz jaki interes? -zapytał go Wokulski. 
— Nie tyle interes, ile propozycję... Właśnie kiedy dowiedziałem się, żeś chory, 
przyszło mi na myśl... Uważasz... tobie potrzeba dłuższego wypoczynku, 
usunięcia się od wszelkich zajęć, więc przyszło mi na myśl, czybyś nie zostawił 
u mnie tych stu dwudziestu tysięcy rubli... Miałbyś bez kłopotu dziesiąty 
procent. 
— Aha!... — wtrącił Wokulski. — Ja moim wspólnikom bez kłopotu, nawet dla 
siebie, płaciłem piętnaście. 
— Ale teraz cięższe czasy... Zresztą chętnie dam piętnasty procent, jeżeli mi 
zostawisz swoją firmę... 
— Ani firmy, ani pieniędzy -odparł niecierpliwie Wokulski:- Firma bodajby 
nigdy nie istniała, a co do pieniędzy... Tyle ich mam, że mi wystarczy procent, 
jaki dają papiery. Aaa... i tego za dużo. 
— Więc chcesz odebrać swój kapitał na święty Jan? — spytał Szlangbaum. 
— Mogę ci go zostawić do października, nawet bez procentu, pod warunkiem, że 
zatrzymasz przy sklepie tych ludzi, którzy zechcą zostać. 
— Ciężki warunek, ale,.. 
— Jak chcesz. 
Nastała chwila milczenia. 
— Cóż myślisz robić ze spółką do handlu z cesarstwem? — zapytał Szlangbaum. — Bo mówisz tak, jakbyś się i z niej chciał wycofać... 
— Jest to bardzo prawdopodobne. 
Szlangbaum zarumienił się, chciał coś powiedzieć, ale dał spokój. Pogadali 
jeszcze o rzeczach obojętnych i Szlangbaum wyszedł żegnając się z nim bardzo 
serdecznie. 
„On, widzę, ma zamiar wszystko odziedziczyć po mnie — myślał Wokulski. Ha! 
niech dziedziczy... świat należy do tych, którzy go biorą.” 
Swoją drogą Szlangbaum rozmawiający z nim w tej chwili o swoich interesach 
wydał mu się zabawny. 
„Wszyscy w sklepie skarżą się na niego — myślał — mówią, że głowę zadziera, że 
wyzyskuje... Co prawda, o mnie mówili to samo...” 
Spojrzenie jego znowu padło na biurko, gdzie od kilku dni leżał list z Paryża. 
Wziął go do rąk, ziewnął, ale nareszcie odpieczętował. 
Była to korespondencja od baronowej mającej dyplomatyczne stosunki, tudzież 
kilka urzędowych aktów. Przejrzał je i przekonał się, że są to dowody śmierci 
Ernesta Waltera, inaczej Ludwika Stawskiego, który zmarł w Algierze: 
Wokulski zamyślił się. 
„Gdybym przed trzema miesiącami dostał te papiery, kto wie, co by dziś było?... 
Stawska — piękna, a nade wszystko jaka szlachetna... jaka szlachetna!... Czy ja 
wiem, może ona naprawdę mnie kochała?... Stawska mnie, a ja tamtą... Co za 
ironia losu!...” 
Rzucił papiery na biurko i przypomniał sobie ten mały, czysty salonik, w którym 
tyle wieczorów przepędził z panią Stawską, gdzie czuł się tak spokojnym. 
„No — mówił — i odrzuciłem szczęście, które samo wpadło mi w ręce... Ale czy 
może być szczęściem to, czego nie pragniemy?... I jeżeli ona choć przez jeden 
dzień tyle cierpiała co ja?... 
Okrutne jest to urządzenie świata, na którym dwoje ludzi nieszczęśliwych z tego 
samego powodu nie mogą sobie pomóc...” 
Dokumenta o śmierci Stawskiego leżały kilka dni, a Wokulski jeszcze nie 
zdecydował się, co z nimi zrobić. 
Z początku wcale o nich nie myślał, potem, gdy mu coraz częściej wpadały w 
oczy lub pod rękę, zaczął doświadczać wyrzutów sumienia. 
„Ostatecznie — mówił — sprowadziłem je dla pani Stawskiej, więc trzeba to oddać 
pani Stawskiej; ale gdzie ona jest?... Nie wiem... Zabawna byłaby historia, 
gdybym się z nią ożenił... Miałbym towarzystwo. Helunia miłe dziecko... 
miałbym cel w życiu. No, ale ona sama nie zrobiłaby interesu... Cóż bym jej 
wreszcie powiedział? Jestem chory, potrzebuję dozorczyni i dlatego ofiaruję 
pani kilkanaście tysięcy rubli rocznie... Nawet pozwolę się pani kochać, chociaż 
sam... Mam już dosyć miłości...” 
Dzień schodził za dniem, a Wokulski nie wymyślił sposobu odesłania papierów 
pani Stawskiej. Trzeba by dowiedzieć się, gdzie mieszka, napisać list 
rekomendowany, oddać go na pocztę... W końcu przypomniał sobie, że 
najprostszą rzeczą będzie wezwać Rzeckiego (z którym nie widział się od kilku 
tygodni) i jemu oddać dokumenta: Lecz chcąc wezwać Rzeckiego, trzeba 
dzwonić na lokaja, posłać go do sklepu... 
„Aaa... dajcież mi spokój !” — mruknął. 
Wziął się znowu do czytania, tym razem podróży. Zwiedził Stany Zjednoczone, 
Chiny, ale papiery pani Stawskiej nie dawały mu spokoju. Rozumiał, że coś 
trzeba zrobić z nimi, a czuł, — że on nic nie zrobi. 
Taki stan ducha jego samego zaczął dziwić. 
„Myślę przecież prawidłowo — mówił — no, o ile nie przeszkadzają mi 
wspomnienia... Czuję prawidłowo... ach, nawet zanadto prawidłwo ! Tylko... nie 
chce mi się załatwić tego interesu i zresztą żadnego... Jest to więc modna dzisiaj 
choroba woli... Pyszny wynalazek !... Ależ ja, u diabła, nigdy nie stosowałem się 
do mody... W końcu, co mi tam moda czy nie moda; jest mi z nią dobrze, 
zatem... 
Właśnie kończył podróż do Chin, kiedy przyszło mu na myśl, że gdyby on miał 
wolę, to mógłby prędzej czy później zapomnieć i o pewnych wypadkach, i o 
pewnych osobach. 
„A tak mnie to dręczy... tak dręczy.!...” — szepnął. 
Już zupełnie stracił rachubę czasu. 
Pewnego dnia gwałtem wszedł do niego Szuman. 
— No, jakże tam? — spytał. — Czytamy, widzę... powieści, dobrze... podróże, 
doskonale... Nie miałbyś ochoty wyjść na spacer? Ładny dzień, a przez pięć 
tygodni chyba nacieszyłeś się swoim mieszkaniem... 
— Ty z dziesięć lat cieszyłeś się swoim — odparł Wokulski. 
— Racja! Ale ja miałem zajęcie, badałem ludzkie włosy i myślałem o sławie. 
Nade wszystko zaś nie miałem na karku interesów cudzych i swoich. Przecież 
za kilka tygodni będzie sesja tej spółki do handlu z cesarstwem... 
— Wycofuję się z niej... 
— Proszę... Dobra myśl — mówił z ironią Szuman. — I jeszcze, ażeby cię lepiej 
ocenili, pozwól im wziąć na dyrektora Szlangbauma. On ich urządzi!... tak jak 
mnie... Genialna rasa te Żydki, ale cóż to za łajdaki!... 
— No, no, no... 
— Tylkoż ty ich nie broń przede mną — zawołał gniewnie Szuman -bo ja ich nie 
tylko znam, ale i odczuwam... Dałbym gardło, że już w tej chwili Szlangbaum 
kopie pod tobą doły w owej spółce, i jestem pewny, że się tam wkręci, bo 
jakżeby polska szlachta mogła obejść się bez Żyda... 
— Widzę, że nie lubisz Szlangbaunla? 
— Owszem, nawet podziwiam go i chciałbym naśladować, ale nie potrafię! A 
właśnie teraz zaczyna się budzić we mnie instynkt przodków: skłonność do 
geszefciarstwa... O naturo! jakżebym chciał mieć z milion rubli, ażeby zrobić 
drugi milion, trzeci... i stać się młodszym bratem Rotszylda. Tymczasem nawet 
Szlangbaum wyprowadza mnie w pole... Tak długo kręciłem się w waszym 
świecie, żem w końcu utracił najcenniejsze przymioty mojej rasy... Ale to 
wielka rasa: oni świat zdobędą, i nawet nie rozumem, tylko szachrajstwem i 
bezczelnością... 
— Więc zerwij z nimi, ochrzcij się... 
— Ani myślę. Naprzód, nie zerwę z nimi, choćbym się ochrzcił, a jestem znowu 
taki fenomenalny Żydziak, że nie lubię blagować. Po wtóre — jeżeli nie zerwałem 
z nimi, kiedy byli słabi, nie zerwę dziś, kiedy są potężni. 
— Mnie się zdaje, że właśnie teraz są słabsi — wtrącił Wokulski. 
— Czy dlatego, że ich zaczynają nienawidzieć ?... 
— No, nienawiść zbyt silne słowo. 
— Dajże spokój, nie jestem ślepy ani głupi... Wiem, co mówi się o Żydach w 
warsztatach, szynkach, sklepach, nawet w gazetach...I jestem pewny, że lada rok 
wybuchnie nowe prześladowanie, z którego moi bracia w Izraelu wyjdą jeszcze 
mędrsi, jeszcze silniejsi i jeszcze solidarniejsi... A jak oni wam kiedyś zapłacą!... 
Szelmy spod ciemnej gwiazdy, ale muszę uznać ich geniusz i nie mogę wyprzeć 
się sympatii... Czuję, że dla mnie brudny Żydziak jest milszym od umytego 
panicza; a kiedy po dwudziestu latach pierwszy raz zajrzałem do synagogi i 
usłyszałem śpiewy, na honor, łzy mi w oczach stanęły... Co tu gadać... Pięknym 
jest Izrael triumfujący i miło pomyśleć, że w tym triumfie uciśnionych jest 
cząstka mojej pracy!... 
— Szuman, zdaje mi się, że masz gorączkę... 
— Wokulski, jestem pewny, że masz bielmo, i to nie na oczach, ale na mózgu... 
— Jakże możesz wobec mnie mówić o takich rzeczach?.. 
— Mówię, bo naprzód, nie chcę być gadem, który kąsa podstępnie, a po wtóre... 
ty, Stachu, już nie będziesz z nami walczył... Jesteś złamany, i to złamany przez 
swoich... Sklep sprzedałeś, spółkę porzucasz... Kariera twoja skończona. 
Wokulski spuścił głowę na piersi. 
— Pomyśl zresztą — ciągnął Szuman — kto dziś jest przy tobie?... Ja, Żyd, tak 
pogardzony i tak skrzywdzony jak ty... I przez tych samych ludzi... przez 
wielkich panów... 
— Robisz się sentymentalny — wtrącił Wokulski. 
— To nie sentymentalizm!... Bryzgali nam w oczy swoją wielkością, reklamowali 
swoje cnoty, kazali nam mieć ich ideały... A dziś, powiedz sam: co warte są te 
ideały i cnoty, gdzie ich wielkość, która musiała czerpać z twojej kieszeni?... 
Rok tylko żyłeś z nimi, niby na równej stopie, i co z ciebie zrobili?... Więc 
pomyśl, co musieli zrobić z nami, których gnietli i kopali przez całe wieki?... I 
dlatego radzę ci: połącz się z Żydami. Zdublujesz majątek i jak mówi Stary 
Testament, zobaczysz nieprzyjacioły twoje u podnóżka nóg twoich... Za firmę i 
dobre słowo oddamy ci Łęckich, Starskiego i nawet jeszcze kogo na 
przykładkę... Szlangbaum to nie dla ciebie wspólnik, to błazen. 
— A jak zagryziecie owych wielkich panów, to co?... 
— Z konieczności połączymy się z waszym ludem, będziemy jego inteligeneją, 
której dziś nie posiada... Nauczymy go naszej filozofii, naszej polityki, naszej 
ekonomii i z pewnością lepiej wyjdzie na nas aniżeli na swoich 
dotychczasowych przewodnikach... Przewodnikach!... — dodał ze śmiechem. 
Wokulski machnął ręką. 
— Mnie się zdaje — rzekł — że ty, który chcesz wszystkich leczyć na 
marzycielstwo, sam jesteś marzycielem. 
— A toż znowu?... — zapytał Szuman. 
— Tak... Nie macie .gruntu pod nogami, a chcecie innych brać za łeb... Myślcie 
wy lepiej o uczciwej równości z innymi, nie o zdobywaniu świata, i nie leczcie 
cudzych wad przed uleczeniem własnych, które mnożą wam nieprzyjaciół. 
Zresztą ty sam nie wiesz, czego się trzymać: raz gardzisz Żydami, drugi raz 
oceniasz ich zbyt wysoko... 
— Gardzę jednostkami, szanuję siłę gromady. 
— Wprost przeciwnie, aniżeli ja, który gardzę gromadami, a niekiedy szanuję 
jednostki. 
Szuman zamyślił się. 
— Rób, jak chcesz — rzekł biorąc za kapelusz. — Faktem jest jednak, że jeżeli ty 
wyjdziesz ze swojej spółki, to ona wpadnie w ręce Szlangbauma i całej zgrai 
parszywych Żydziaków. Tymczasem gdybyś został, mógłbyś tam wprowadzić 
ludzi uczciwych i przyzwoitych, którzy mają niewiele wad, a wszystkie 
żydowskie stosunki. 
— Tak czy owak, spółkę opanują Żydzi. 
— Ale bez twej pomocy zrobią to Żydzi chederowi, a z tobą zrobiliby 
uniwersyteccy. 
— Czy to nie wszystko jedno! — odparł Wokulski wzruszając ramionami. 
— Nie wszystko. Nas z nimi łączy rasa i wspólne położenie, ale dzielą poglądy. 
My mamy naukę, oni Talmud, my rozum, oni spryt; my jesteśmy trochę 
kosmopolici, oni partykularyści, którzy nie widzą dalej poza swoją synagogę i 
gminę. Gdy chodzi o wspólnych nieprzyjaciół, są wybornymi 
sprzymierzeńcami, ale gdy o postęp judaizmu... wówczas są dla nas nieznośnym 
ciężarem! Dlatego w interesie cywilizacji leży, ażeby kierunek spraw był w 
naszych rękach. Tamci mogą tylko zaplugawić świat chałatami i cebulą, ale nie 
posunąć go naprzód... Pomyśl o tym, Stachu!... 
Uściskał Wokulskiego i wyszedł pogwizdując arię: „Rachelo, kiedy Pan w 
dobroci niepojęty...” 
„Tak tedy — myślał Wokulski — zanosi się na walkę między Żydami postępowymi 
i zacofanymi o naszą skórę, a ja mam brać w niej udział jako sprzymierzeniec 
tych albo tamtych... Piękna rola!:.. Ach, jak mnie to nudzi i nuży...” 
Zaczął marzyć, i znowu zobaczył odrapany mur domu Geista i nieskończoną 
ilość schodów, na szczycie których siedział posąg spiżowej bogini, z głową w 
chmurach i z zagadkowym napisem u stóp: „Niezmienna i czysta...” 
Przez chwilę, kiedy patrzył na fałdy jej sukni, śmiać mu się chciało i z panny 
Izabeli, i ż jej triumfującego wielbiciela, i z własnych cierpień. 
„Czy to podobna?... czy to podobna?... — szepnął. — Ażebym ja...” 
Ale posąg wnet zniknął, a ból powrócił i rozsiadł się w jego sercu jak wielki 
pan, któremu nikt nie sprosta. 
W parę dni po wizycie Szumana zjawił się u Wokulskiego Rzecki. Był bardzo 
mizerny, podpierał się laską i tak zmęczył się wejściem na pierwsze piętro, że 
zadyszany upadł na krzesło i z trudnością mówił. 
Wokulski przeraził się. 
— Co tobie, Ignacy?... — zawołał. 
— Et, nic!... Trochę starość, trochę... Ot, nic!... 
— Ależ ty lecz się, mój drogi, wyjedź gdzie... 
— Powiem ci, że próbowałem wyjeżdżać... Już nawet byłem na kolei. Ale 
ogarnęła mnie taka tęsknota za Warszawą i... za naszym sklepem — dodał ciszej że... 
Iii... co tam!... Przepraszam cię, żem tu przyszedł... 
— Ty mnie przepraszasz, kochany stary?.. Ja myślałem, że gniewasz się na mnie. 
— Ja na ciebie?... — odparł Rzecki wpatrując się w niego z przywiązaniem. — Ja na 
ciebie?... — Ale co tam!... Przypędziły mnie tu interesa i ciężki kłopot... 
— Kłopot? 
— Wyobraź sobie, że Klejn aresztowany... 
Wokulski cofnął się z krzesłem. 
— Klejn i ci dwaj... pamiętasz?... Ten Maleski i Patkiewicz... 
— Za co? 
— Oni mieszkali w domu baronowej Krzeszowskiej, no i trochę, co prawda, 
szykanowali tego... tego Maruszewicza... On groził, a ci jeszcze lepiej... W 
końcu poleciał na skargę do cyrkułu... Zeszła policja, zrobił się jakiś skandal i 
wszystkich trzech wzięto do kozy. 
— Dzieciaki... dzieciaki!... — szepnął Wokulski. 
— Ja to samo mówiłem — ciągnął Rzecki. -Naturalnie, nic im się nie stanie, ale 
zawsze niemiła historia. Ten osioł Maruszewicz sam przestraszony... Wpadł do 
mnie, przysięgał, że on temu nie winien... Nie mogłem już wytrzymać i 
odpowiedziałem mu: „Żeś pan nie winien, jestem pewny; ale i to pewne, że w 
naszych czasach Pan Bóg opiekuj się hultajami... Bo naprawdę to pan 
powinieneś siedzieć dziś pod kluczem za fałszowanie podpisów" ale nie te 
lekkoduchy...” Aż rozpłakał się. Przysiągł, że odtąd wejdzie na dobrą drogę i że 
jeżeli dotychczas nie wszedł na nią, to tylko z twojej winy. 
„Byłem pełen najszlachetniejszych zamiarów — mówił — ale pan Wokulski, 
zamiast podać mi rękę, zamiast utwierdzić w zacnych intencjach, zbył mnie 
lekceważeniem...” 
— Poczciwa dusza! — roześmiał się Wokulski. — Cóż więcej? 
— W mieście gadają — mówił Rzecki — że opuszczasz spółkę... 
— Tak... 
— I że odstępujesz ją Żydom. 
— No, przecież moi wspólnicy nie są starą garderobą, ażebym mógł ich 
odstępować — wybuchnął Wokulski. -Mają pieniądze, mają głowy na karkach... 
Niech znajdą ludzi i niech sobie radzą. 
— Kogo oni tam znajdą, a choćby znaleźli, komu zaufają, jeżeli nie Żydom!... A 
Żydzi na serio myślą o tym interesie. Nie ma dnia, ażeby nie odwiedził mnie 
Szuman albo Szlangbaum, a każdy namawia, ażebym ja po tobie prowadził 
spółkę... 
— Właściwie ty ją dziś prowadzisz. 
Rzecki machnął ręką. 
— Twoimi pomysłami i pieniędzmi! — odparł. — Ale mniejsza... Z tego widzę, że 
Szuman należy do jednej partii, a Szlangbaum do drugiej i że potrzebują 
sztromanów... Przede mną jeden na drugiego wiesza psy, ale wczoraj słyszałem, 
że obie partie już mają się porozumieć. 
— Mądrzy! — szepnął Wokulski. 
— Ale ja do nich straciłem serce — odparł Rzecki. — Jestem przecie stary kupiec i 
mówię ci, że u nich wszystko stoi na bladze, szacherce i tandecie. 
— Nie bardzo im wymyślaj — wtrącił Wokulski — boć to przecie my ich 
wyhodowaliśmy... 
— Nie my!... — zawołał gniewnie Rzecki — oni wszędzie tacy... Gdziekolwiek ich 
spotkałem: w Peszcie, Konstantynopolu, w Paryżu i w Londynie, zawsze 
widziałem jedną zasadę: dawać jak najmniej, a brać jak najwięcej, tak we 
względzie materialnym, jak i w moralnym... Blichtr... zawsze blichtr!... 
Wokulski zaczął chodzić. po pokoju. 
— Szuman miał rację — rzekł — że wzrasta do nich niechęć, kiedy nawet ty... 
— Ja nie jestem niechętny... ja już schodzę z pola... Ale spojrzyj tylko, co się tu 
dzieje?... Gdzie oni nie włażą, gdzie nie otwierają sklepów, do czego nie 
wyciągają rąk?... A każdy, byle zajął jakie stanowisko, prowadzi za sobą cały 
legion swoich, bynajmniej nie lepszych od nas, nawet gorszych. Zobaczysz, co 
zrobią z naszym sklepem: jacy to tam będą subiekci, jakie towary... I ledwie 
zagarnęli sklep, już wkręcają się między arystokrację, już biorą się do twojej 
spółki... 
— Nasza wina... Nasza wina!... — powtarzał Wokulski. — Nie możemy odmawiać 
ludziom prawa do zdobywania stanowisk, ale możemy bronić własnych. 
— Ty sam opuszczasz stanowisko. 
— Nie przez nich; oni ze mną uczciwie wychodzili. 
— Boś był im potrzebny. Z ciebie i twoich stosunków zrobili szczebel... 
— No, co tam — przerwał Wokulski — obaj nie przekonamy, się... Ale, ale... Mam 
tu urzędowe papiery o śmierci Ludwika Stawskiego. 
Rzecki zerwał się z fotelu. 
— Męża pani Heleny?... Gdzie?... — mówił rozgorączkowany. — Ależ to ocalenie 
dla nas wszystkich!... 
Wokulski podał dokumenta, które Rzecki schwycił drżącymi rękoma. 
— Wieczny odpoczynek i... chwała Bogu!... — prawił czytając.- No, kochany 
Stachu, dziś nie ma już żadnej przeszkody... Zeń się z nią... Ach, gdybyś 
wiedział, jak ona cię kocha... Zaraz doniosę o tym biedaczce, a papiery ty sam 
zawieź i... oświadcz się z miejsca... Już widzę, spółka będzie uratowana, a może 
i sklep... Paruset ludzi, których uchronisz od nędzy, pobłogosławi was... Co to 
za kobieta!... Przy niej dopiero znajdziesz spokój i szczęście... 
Wokulski stanął przed nim i pokiwał głową. 
— A ona ze mną znajdzie szczęście? — spytał. 
— Szalenie cię kocha... Ty nawet nie domyślasz się... 
— A wie ona: co kocha?... Czy ty nie widzisz, że ja już jestem tylko ruiną, 
najgorszą, bo moralną... Zatruć komu szczęście potrafię, ale dać!... 
I jeżeli mógłbym dać coś światu, to chyba pieniądze i pracę, ale... nie dla 
dzisiejszych ludzi i jak najdalej od nich. 
— Eh, przestań!... — zawołał Rzecki. — Ożeń się z nią, a zaraz inaczej spojrzysz... 
Wokulski śmiał się smutno. 
— Tak... ożenić się!... Spętać dobrą i niewinną istotę, wyzyskiwać 
najszlachetniejsze uczucia, a myślą być gdzie indziej... I może jeszcze za rok lub 
dwa wymawiać, że dla niej porzuciłem wielkie zamiary... , 
— Polityka?... — szepnął tajemniczo Rzecki. 
— Co tam polityka!... już miałem czas i okazje rozczarować się do niej... Jest coś 
ważniejszego od polityki... 
— Może wynalazek tego Geista?... — pytał Rzecki. 
— A ty skąd wiesz? 
— Od Szumana. 
— Ach, prawda!... Zapomniałem, że Szuman musi wiedzieć o wszystkim. To 
także talent... 
— I bardzo pomocny. Swoją drogą, radzę ci: pomyśl o pani Stawskiej, bo... 
— Ty mi ją odbijesz?... — uśmiechnął się Wokulski. — Odbij, odbij!... Gwarantuję 
wam, że nie zaznacie biedy. 
— Tfy! dajże spokój!... Ziemia by się zapadła, gdyby taki stary grat jak ja myślał 
o podobnej kobiecie. Ale jest tu ktoś niebezpieczniejszy... Mraczewski... Szaleje 
za nią, mówię ci, i już pojechał do niej trzeci czy czwarty raz... Serce kobiety nie 
kamień... 
— O!... Mraczewski?... Już nie bawi się w socjalizm? 
— Ale skąd! on mówi, że byle człowiek odłożył pierwszy tysiąc rubli, a jeszcze 
poznał taką piękną kobietę jak Stawka, zaraz polityka wywietrzeje mu z głowy. 
— Biedny Klejn był innego zdania — rzekł Wokulski. 
— .Co tam Klejn, narwaniec!... Dobry chłopak, ale żaden subiekt... Mraczewski, 
oto była perła!... Piękny, paplał po francusku, a jak on spoglądał na klientki, jak 
podkręcał wąsy!... Ten zrobi interes na świecie i zdmuchnie ci panią Stawską... 
Zobaczysz!... 
Zabrał się do wyjścia, ale jeszcze stanął i rzekł: 
— Żeń się z nią, Stachu, żeń... Uszczęśliwisz kobietę, uratujesz spółkę, a może i 
sklep ocalisz. Co tam wynalazki!... Rozumiałbym cele polityczne w tych 
czasach, kiedy mogą zajść najdonioślejsze wypadki. Ale te machiny latające... 
Chociaż może i one przydałyby się? — dodał po namyśle. -Ha! zresztą rób, jak 
chcesz, ale prędko decyduj się co do Stawskiej, bo czuję, że Mraczewski nie 
zaśpi gruszek w popiele. To frant! Machiny latające... Phy! czy ja wiem?... 
Może i to... może i to na coś się przyda. 
Wokulski został sam. 
„Paryż czy Warszawa?... — myślał. — Tam wielki cel, ale niepewny, tu paruset 
ludzi... Na których nie mogę patrzeć...” — dodał po chwili. 
Zbliżył się do okna i jakiś czas wyglądał na ulicę, po prostu ażeby się przemóc. 
Ale wszystko drażniło go: ruch powozów, bieganina pieszych, ich zafrasowane 
lub uśmiechnięte twarze. Najbardziej zaś rozstrajał go widok kobiet. Zdawało 
mu się, że każda jest uosobieniem głupoty i fałszu. 
„Każda znajdzie swego Starskiego, prędzej lub później — myślał.- Każda go 
szuka.” 
Wkrótce znowu odwiedził Wokulskiego Szuman. 
— Mój drogi — zawołał od progu śmiejąc się — choćbyś miał mnie wyrzucić za 
drzwi, będę cię prześladował wizytami... 
— Ale owszem, przychodź jak najczęściej — odparł Wokulski. 
— Więc zgadzasz się?... Wybornie!... To połowa kuracji...Co znaczy jednakże 
silny mózg!... Po niecałych siedmiu tygodniach ciężkiej mizantropii już 
zaczynasz tolerować gatunek człowieczy, i to jeszcze w mojej osobie... Cha! 
Cha! Cha!... Cóż by było, gdyby wpuścić do twej klatki jakąś szykowną 
kobietkę... 
Wokulski zbladł. 
— No, no... wiem, że jeszcze za wcześnie... Choć już pora, ażebyś zaczął 
ukazywać się między ludźmi. To uleczyłoby cię do reszty. Bo weź za przykład 
mnie — prawił Szuman. — Dopóki siedziałem w czterech ścianach, nudziłem się 
jak diabeł w dzwonnicy; a dziś ledwiem pokazał się w świecie, już mam tysiące 
rozrywek. Szlangbaum chce mnie okpić i z jednego zdziwienia wpada w drugie, 
dzień po dniu przekonywając się, że choć mam tak naiwną minę, przecież z góry 
przewidziałem wszystkie jego cugi. To nawet zjednało mi u niego szacunek... 
— Dosyć skromna zabawa — wtrącił Wokulski. 
— Zaczekaj ! Drugą uciechę sprawiają mi moi współwyznawcy ze sfer 
finansowych, ponieważ zdaje im się, że ja mam nadzwyczajny spryt do 
interesów i że pomimo to będą mną mogli kierować, jak im się podoba... 
Wyobrażam sobie ich bolesne rozczarowanie, kiedy przekonają się, że ani 
jestem dość sprytnym do interesów, ani dość głupim, ażeby stać się pionkiem w 
ich rękach... 
— A tak namawiałeś mnie do wejścia w spółkę z nimi?.. 
— To co innego. Ja i dziś jeszcze cię namawiam. Na ostrożnej spółce z 
rozumnymi Żydami nikt nigdy nie stracił, przynajmniej finansowo. Ale co 
innego być wspólnikiem, a co innego pionkiem, jakim mnie chcą zrobić... Ach, 
te Żydziaki !... zawsze szelmy, w chałatach czy we frakach... 
— Co ci jednak nie przeszkadza uwielbiać ich, a nawet łączyć się ze 
Szlangbaumen!?... 
— To znowu co innego — odparł Szuman. — Żydzi, moim zdaniem, są 
najgenialniejszą rasą w świecie, a przy tym moją rasą, więc ich podziwiam i w 
gromadzie kocham. A co do porozumienia ze Szlangbaumem... Bój się Boga, 
Stachu! czyby to była rzecz rozsądna z nasze strony, gdybyśmy się żarli między 
sobą wówczas, kiedy idzie o uratowanie tak świetnego interesu jak spółka do 
handlu z cesarstwem?... Ty ją rzucasz, więc albo runie, albo złapią ją Niemcy i 
w każdym razie kraj straci. A tak i kraj zyska, i my... 
— Coraz mniej rozumiem cię — wtrącił Wokulski. — Żydzi są wielcy i Żydzi są 
szelmy... Szlangbauma trzeba wyrzucić ze spółki i trzeba go znowu przyjąć... 
Raz Żydzi na tym zyskują, to znowu kraj zyska... Kompletny chaos!.. 
— Masz, Stachu, mózg przewrócony... To żaden chaos, najjaśniejsza prawda... W 
tym kraju tylko Żydzi tworzą jakiś ruch przemysłowy i handlowy, a więc każde 
ich ekonomiczne zwycięstwo jest czystym zyskiem dla kraju... Nie mam racji?... 
— Muszę się nad tym zastanowić — odparł Wokulski. — No, a jaką jeszcze masz 
uciechę?.. 
— Największą. Wyobraź sobie, że na pierwszą wieść o moich przyszłych 
sukcesach finansowych już chcą mnie żenić... Mnie, z moją żydowską mordą i 
łysiną!... 
— Kto?... z kim?.. 
— Naturalnie, że nasi znajomi, a z kim?... Z kim zechcę. Nawet z chrześcijanką, i 
to z pięknej familii, byłem się ochrzcił... 
— A ty?.. 
— Wiesz co, że gotowem to zrobić przez ciekawość. Po prostu dla dowiedzenia 
się: w jaki sposób przekona mnie o swej miłości chrześcijanka piękna, młoda, 
dobrze wychowana, a nade wszystko z porządnej familii?... Tu już miałbym 
miliony zabaw. Bawiłbym się widząc jej konkury o moją rękę i serce. Bawiłbym 
się słysząc, jak mówi o swej wielkiej ofierze dla dobra rodziny, a może nawet 
ojczyzny. Bawiłbym się w końcu śledząc, w jaki sposób powetowałaby sobie 
swoją ofiarę: czy oszukiwałaby mnie starą metodą, to jest potajemnie, czy nową, 
to jest jawnie, i może nawet żądając mego przyzwolenia?... 
Wokulski schwycił się za głowę. 
— Okropność... — szepnął. 
Szuman patrzył na niego spod oka. 
— Stary romantyku!... stary romantyku!... — mówił. — Chwytasz się za głowę, bo w 
twojej chorej wyobraźni ciągle jeszcze pokutuje chimera idealnej miłości, 
kobiety z anielską duszą... Takich jest ledwie jedna na dziesięć, więc masz 
dziewięć przeciw jednemu, że na taką nie trafisz. A chcesz poznać normę?..: 
więc rozejrzyj się w stosunkach ludzkich. Albo mężczyzna jak kogut uwija się 
między kilkunastoma kurami, albo kobieta, jak wilczyca w lutym, wabi za sobą 
całą zgraję ogłupiałych wilków czy psów... I powiadam ci, że nie ma nic 
bardziej upadlającego jak ściganie się w takiej gromadzie, jak zależność od 
wilczycy... W tym stosunku traci się majątek, zdrowie, serce, energię, a w końcu 
i rozum... Hańba temu, kto nie potrafi wydobyć się z podobnego błota! 
Wokulski siedział milczący, z szeroko otwartymi oczyma. Wreszcie rzekł 
cichym głosem: 
— Masz rację... 
Doktór pochwycił go za rękę i gwałtownie targając nią zawołał: 
— Mam rację?... ty to powiedziałeś?... A więc — jesteś ocalony!... Tak, jeszcze 
będą z ciebie ludzie... Pluń na wszystko, co minęło: na własną boleść i na cudzą 
nikczemność... Wybierz sobie jaki cel, jakikolwiek, i zacznij nowe życie. Rób 
dalej majątek czy cudowne wynalazki, żeń się ze Stawską czy zawiąż drugą 
spółkę, byłeś czegoś pragnął i coś robił. Rozumiesz? I nigdy nie pozwól 
nakrywać się spódnicą... Rozumiesz? Ludzie twojej energii rozkazują, nie 
słuchają, prowadzą, nie zaś są prowadzeni... Kto mając do wyboru ciebie i 
Starskiego wybrał Starskiego, ten dowiódł, że niewart nawet Starskiego... Oto 
moja recepta, pojmujesz?... A teraz bądź zdrów i zostań z własnymi myślami. 
Wokulski nie zatrzymywał go. 
— Gniewasz się? — rzekł Szuman. — Nie dziwię się, wypaliłem ci tęgiego raka; a 
to, co jeszcze zostało, samo zginie. Bywaj zdrów. 
Po odejściu doktora Wokulski otworzył okno i rozpiął koszulę. Było mu duszno, 
gorąco i zdawało mu się, że go krew zaleje. Przypomniał sobie Zasławek i 
oszukiwanego barona, przy którym on sam odegrywał wówczas prawie taką 
rolę, jak dzisiaj przy nim Szuman... 
Zaczął marzyć i obok wizerunku panny Izabeli w objęciach Starskiego ukazała 
mu się teraz gromada zziajanych wilków uganiających się po śniegu za 
wilczycą... A on był jednym z nich!... 
Znowu ogarnął go ból, a zarazem wstręt i obrzydzenie do samego siebie. 
„Jakim ja nikczemny i głupi!... — zawołał uderzając się w czoło. Żeby tyle 
widzieć, tyle słyszeć i jednakże dojść do podobnego upodlenia... Ja... ja... 
ścigałem się ze Starskim i Bóg wie z kim jeszcze.” 
Tym razem śmiało wywołał w pamięci obraz panny Izabeli; śmiało 
przypatrywał się jej posągowym rysom, popielatym włosom, oczom mieniącym 
się wszystkimi barwami, od niebieskiej do czarnej. I zdawało mu się, że na jej 
twarzy, szyi, ramionach i piersiach widzi, jak piętna, ślady pocałunków 
Starskiego... 
„Miał rację Szuman — pomyślał — jestem naprawdę uleczony...” 
Powoli jednak gniew ostygł w nim, a jego miejsce znowu zajął żal i smutek. 
Przez kilka następnych dni Wokulski już nic nie czytał. Prowadził ożywioną 
korespondencję z Suzinem i dużo rozmyślał. 
Myślał, że w obecnym położeniu, prawie od dwu miesięcy zamknięty w swoim 
gabinecie; już przestał być człowiekiem i zaczyna robić się czymś podobnym do 
ostrygi, która, siedząc na jednym miejscu, bez wyboru przyjmuje od świata to, 
co jej rzuci przypadek. 
A jemu co dał przypadek? 
Najpierw podsunął książki, z których jedne oświeciły go, że jest don Quichotem, 
a inne obudziły w nim pociąg do cudownego świata, w którym ludzie posiadają 
władzę nad wszelkimi siłami natury. 
Więc chciał już nie być don Quichotem i zapragnął posiadać władzę nad siłami 
natury. 
Potem kolejno wpadali do niego Szlangbaum i Szuman, od których dowiedział 
się, że dwie partie żydowskie walczą między sobą o odziedziczenie po nim 
kierunku spółką. W całym kraju nie było nikogo, kto by mógł dalej rozwijać 
jego pomysły; nikogo, prócz Żydów, którzy występowali z całą kastową 
arogancją, przebiegłością, bezwzględnością i jeszcze kazali mu wierzyć, że jego 
upadek, a ich triumf — będzie korzystnym dla kraju... 
Wobec tego poczuł taki wstręt do handlu, spółek i wszystkich zysków, że dziwił 
się samemu sobie: jakim sposobem on mógł, prawie przez dwa lata, mieszać się 
do podobnych rzeczy? 
„Zdobywałem majątek dla niej!... — pomyślał. — Handel... ja i handel!... I to ja 
zgromadziłem przeszło pół miliona rubli w ciągu dwu lat, ja zmieszałem się z 
ekonomicznymi szulerami, stawiałem na kartę pracę i życie, no... i wygrałem... 
Ja — idealista, ja — uczony, ja, który przecie rozumiem, że pół miliona rubli 
człowiek nie mógłby wypracować przez całe życie, nawet przez trzy życia... A 
jedyną pociechą, jaką jeszcze wyniosłem z tej szulerki, jest pewność, żem nie 
kradł i nie oszukiwał... Widocznie Bóg opiekuje się głupcami...” 
Potem znowu wypadek przyniósł mu wiadomość o śmierci Stawskiego w liście 
z Paryża i od tej chwili kolejno budziły się w nim wspomnienia pani Stawskiej i 
Geista. 
„Mówiąc prawdę -myślał — powinien bym ten wyszulerowany majątek zwrócić 
ogółowi. Biedy i ciemnoty u nas pełno, a ci ludzie biedni ciemni są jednocześnie 
najczcigodniejszym materiałem... Jedyny zaś na to sposób byłby ożenić się ze 
Stawską. Ona z pewnością nie tylko nie paraliżowałaby moich zamiarów, ale 
byłaby najwierniejszą pomocnicą. Ona przecież zna pracę i biedę, i jest taka 
szlachetna!...” 
Tak rozumował, ale czuł co innego: pogardę dla łudzi, których chciał 
uszczęśliwić. Czuł, że pesymizm Szumana nie tylko poderwał w nim 
namiętność dla panny Izabeli, ale jeszcze zatruł jego samego. Trudno mu było 
opędzić się przed skutkami słów, że rodzaj ludzki albo składa się z kur 
kokietujących koguta, albo z wilków uganiających się za wilczycą. I że 
gdziekolwiek zwróci się, ma dziewięć razy więcej szans, że trafi na zwierzę 
aniżeli na człowieka!... 
„Niech go diabli wezmą z taką kuracją” — szepnął. 
Teraz począł zastanawiać się nad Szumanem. 
Trzej ludzie upatrywali w człowieczym gatunku cechy mocno zwierzęce: on 
sam, Geist i Szuman. Ale on sądził, że zwierzęta w ludzkiej postaci są 
wyjątkami, ogół zaś składa się z dobrych jednostek. Geist twierdził, przeciwnie, 
że ogół ludzki jest bydlęcym, a jednostki dobre są wyjątkami; ale Geist wierzył, 
że z czasem rozmnożą się ci dobrzy ludzie, że opanują całą ziemię — i od 
kilkudziesięciu lat pracował nad wynalazkiem, który by umożliwił ten triumf. 
Szuman także twierdził, że ogromna większość ludzi są zwierzętami, lecz ani 
wierzył w lepszą przyszłość, ani w nikim nie budził tej otuchy. Dla niego ludzki 
rodzaj był już skazany na wiekuiste bydlęctwo, wśród którego odróżniali się 
tylko Żydzi, jak szczupaki między karasianii. 
„Piękna filozofia!” — myślał Wokulski. 
Czuł jednak, że w jego zranionej duszy, jak w świeżo zaoranym polu, pesymizm 
Szumana bystro się pleni. Czuł, że gaśnie w nim nie tylko miłość, ale nawet żal 
do panny Izabeli. Bo jeżeli cały świat składa się z bydląt, to nie ma dobrej racji 
ani szaleć za jednym z nich, ani gniewać się za to, że jest zwierzęciem, nie 
lepszym i zapewne nie gorszym od innych. 
„Piekielna jego kuracja! — powtarzał. — Ale kto wie, czy nie słuszna?... Ja fatalnie 
zbankrutowałem na moich poglądach; kto mi zaręczy, że i Geist nie myli się w 
swoich albo że nie ma racji Szuman?... Rzecki bydlę, Stawska bydlę, Geist 
bydlę, ja sam bydlę... Ideały — to malowane żłoby, w których jest malowana 
trawa, niezdolna nikogo nasycić!... Więc co się poświęcać dla jednych albo 
uganiać za drugimi?... Po prostu trzeba się wyleczyć, a potem na odmianę jadać 
polędwicę albo ładne kobiety i popijać to dobrym winem... Czasami coś 
przeczytać, czasami gdzie wyjechać, wysłuchać koncertu i tak doczekać starości 
„ 
Na tydzień przed sesją, która miała zdecydować o losach spółki, wizyty u 
Wokulskiego stały się coraz częstszymi. Przychodzili kupcy, arystokracja, 
adwokaci zaklinając go, ażeby nie opuszczał stanowiska i nie narażał instytucji, 
która przecież jest jego dziełem. Wokulski przyjmował interesantów z tak 
lodowatą obojętnością, że nawet nie mieli ochoty wypowiedzieć mu swoich 
argumentów; mówił, że jest znużony i chory i że musi się wycofać. 
Interesanci odchodzili bez nadziei; każdy jednak przyznawał, że Wokulski musi 
być ciężko chory. Wychudł, odpowiadał krótko i cierpko, a w oczach paliła mu 
się gorączka. 
— Zabił się chciwością! — mówili kupcy. 
Na parę dni przed ostatecznym terminem Wokulski wezwał swego adwokata i 
prosił go o zawiadomienie wspólników, że stosownie do zawartej z nimi 
umowy, wycofuje kapitał i usuwa się ze spółki. Inni mogą zrobić to samo. 
— A pieniądze? -spytał adwokat. 
— Dla nich już są gotowe w banku; ja zaś mam rachunki z Suzinem. 
Adwokat pożegnał go strapiony. Tegoż dnia przyjechał do Wokulskiego książę. 
— Słyszę nieprawdopodobne rzeczy! — zaczął książę ściskając go za rękę. — Adwokat pański zachowuje się tak, jakby pan naprawdę miał zamiar nas 
opuścić... 
— Czy książę myślał, że żartuję?... 
— No, nie... Ja myślę, że pan spostrzegł jakieś niedogodności w naszej umowie 
i... 
— I targuję się, ażeby zmusić was do podpisania innej, która zmniejszy wasze 
procenta, a zwiększy moje dochody... — pochwycił Wokulski. — Nie, książę, 
usuwam się zupełnie na serio. 
— Więc robi pan zawód swoim wspólnikom... 
— Jaki? Panowie sami zawiązaliście ze mną spółkę tylko na rok i sami żądaliście 
takiego prowadzenia interesów, ażeby w ciągu miesiąca po rozwiązaniu umowy 
każdy wspólnik mógł wycofać swój wkład. To było wasze wyraźne żądanie. Ja 
zaś przekroczyłem je o tyle, że zwrócę pieniądze nie w miesiąc dopiero, ale w 
godzinę po rozwiązaniu spółki. 
Książę upadł na fotel. 
— Spółka zostanie -rzekł cicho — ale na miejsce pana wejdą do niej 
starozakonni... 
— To już z wyboru panów. 
— Żydowszczyzna w naszej spółce!... — westchnął książę. — Oni nawet na 
posiedzeniach gotowi rozmawiać po żydowsku... Nieszczęsny kraj! nieszczęsny 
język!... 
— Nie ma obawy — wtrącił Wokulski. — Większość naszych wspólników ma 
zwyczaj rozmawiać na sesjach po francusku i językowi nic się nie stało, więc 
chyba nie zaszkodzi mu i kilka frazesów w żargonie. 
Książę zarumienił się. 
— Ależ starozakonni, panie... obca rasa... Teraz jeszcze zaczęła się przeciw nim 
jakaś niechęć... 
— Niechęć tłumu niczego nie dowodzi. Lecz któż zresztą broni panom zebrać 
odpowiednie kapitały, jak to zrobili Żydzi, i powierzyć je nie Szlangbaumowi, 
ale któremu z chrześcijańskich kupców? 
— Nie znamy takiego, któremu można by zaufać. 
— A Szlangbauma znacie?... 
— Przy tym u nas nie ma ludzi dość zdolnych — wtrącił książę.- To są subiekci, 
nie finansiści... 
— A ja czym byłem?... Także subiektem i nawet restauracyjnym chłopcem; mimo 
to spółka przyniosła zapowiedziany dochód. 
— Pan jesteś wyjątkiem... 
— Któż panom zaręczy, że nie znaleźlibyście więcej takich wyjątków w 
piwnicach i za kontuarami. Poszukajcie. 
— Starozakonni sami do nas przychodzą... 
— Otóż to!... — zawołał Wokulski. — Żydzi przychodzą albo wy do nich, ale 
chrześcijański parweniusz do was nawet przyjść nie może, bo tyle napotyka 
zawad po drodze... Wiem coś o tym. Wasze drzwi tak szczelnie są zamknięte 
przed kupcem i przemysłowcem, że albo trzeba je zbombardować setkami 
tysięcy rubli, ażeby się otworzyły, albo wciskać się jak pluskwa... Uchylcie 
trochę tych drzwi, a może będziecie mogli obchodzić się bez Żydów. 
Książę zasłonił rękoma oczy. 
— O, panie Wokulski, to... bardzo słuszne, co pan mówi, ale i bardzo gorzkie... 
bardzo okrutne... Mniejsza jednak... Rozumiem pański żal do nas, ależ... są 
jakieś obowiązki względem ogółu... 
— No, ja nie uważam tego za pełnienie obowiązków, że od mego kapitału miałem 
piętnaście procent rocznie. I nie sądzę, ażebym był gorszym obywatelem 
poprzestając na pięciu... 
— Ależ my wydajemy te pieniądze — odparł już obrażony książę. — Ludzie żyją 
około nas... 
— I ja będę wydawał. Pojadę na lato do Ostendy, na jesień do Paryża, na zimę do 
Nizzy... 
— Przepraszam!... Nie tylko za granicą żyją z nas ludzie.. Iluż tutejszych 
rzemieślników... 
— Czeka na swoje należności po roku i dłużej -pochwycił Wokulski. — My obaj, 
mości książę, znamy takich protektorów krajowego przemysłu, mieliśmy ich 
nawet w naszej spółce... 
Książę zerwał się z fotelu. 
— Aaa!... to się nie godzi, panie Wokulski — mówił zadyszany.- Prawda, są wśród 
nas duże wady, są grzechy, ale żadnego z nich nie popełniliśmy względem 
pana... Miałeś naszą życzliwość... szacunek... 
— Szacunek!... — zawołał śmiejąc się Wokulski. — Czy książę sądzi, że nie 
zrozumiałem, na czym on polegał i jakie zapewniał mi stanowisko między 
wami?... Pan Szastalski, pan Niwiński, nawet... pan Starski, który nigdy nic nie 
robił i nie wiadomo skąd brał pieniądze, o dziesięć pięter stali wyżej ode mnie w 
waszym szacunku. Co mówię... Lada zagraniczny przybłęda bez trudu dostawał 
się do waszych salonów, które ja musiałem dopiero zdobywać, choćby... 
piętnastym procentem od powierzonych mi kapitałów!... To oni, to ci ludzie, nie 
ja, posiadali wasz szacunek, ba! mieli nierównie rozleglejsze przywileje... Choć 
każdy z tych wyżej oszacowanych mniej jest wart aniżeli mój szwajcar 
sklepowy, bo on coś robi i przynajmniej nie gnoi ogółu... 
— Panie Wokulski, krzywdzisz nas... Rozumiem, o czym pan mówisz, i na mój 
honor, wstydzę się... Ależ my nie odpowiadamy za występki jednostek... 
— Owszem, wy wszyscy odpowiadacie, bo owe jednostki wyrosły pośród was, a 
to, co książę nazywasz występkiem, jest tylko owocem waszych poglądów, 
waszej pogardy dla wszelkiej pracy i wszelkich obowiązków. 
— Żal mówi przez pana... — odparł książę zabierając się do wyjścia. — Żal słuszny, 
ale może niewłaściwie skierowany... Żegnam pana. Więc zostawiasz nas na 
pastwę starozakonnym?... 
— Mam nadzieję, że porozumiecie się z nimi lepiej niż z nami rzekł Wokulski z 
ironią. 
Książę miał łzy w oczach. 
— Myślałem — mówił wzruszony — że będziesz pan złotym mostem między nami a 
tymi, którzy... coraz więcej odsuwają się od nas... 
— Chciałem być mostem, ale podpiłowano go i zawalił się... — odpowiedział 
Wokulski kłaniając się. 
— Wracajmy więc do okopów Świętej Trójcy!... 
— To jeszcze nie okopy... to dopiero spółka z Żydami. 
— Tak pan mówisz?... — zapytał książę blednąc. — A więc ja... nie należę do tej 
spółki... Nieszczęsny kraj!... 
Kiwnął głową i wyszedł. 
Nareszcie odbyła się sesja rozstrzygająca losy spółki do handlu z cesarstwem. 
Przede wszystkim zarząd, utworzony przez Wokulskiego, złożył sprawozdanie 
za rok ubiegły. Okazało się, że obroty przewyższały kilkanaście razy kapitał, 
który przyniósł nie piętnaście, ale osiemnaście procent zysku. Wspólnicy 
słuchając tego byli wzruszeni i na wniosek księcia podziękowali zarządowi i 
nieobecnemu Wokulskiemu przez powstanie. 
Potem podniósł się adwokat Wokulskiego i oświadczył, że jego klient z powodu 
choroby wycofuje się nie tylko od zarządu, ale nawet od udziału w spółce. 
Wszyscy od dawna byli przygotowani na tę wiadomość, niemniej zrobiła 
wrażenie bardzo przygnębiające. Korzystając z przerwy książę poprosił o głos i 
zawiadomił obecnych, że skutkiem usunięcia się Wokulskiego i on występuje ze 
spółki. Co powiedziawszy zaraz opuścił salę obrad; na odchodne zaś rzekł do 
któregoś ze swoich przyjaciół. 
— Nigdy nie miałem zdolności do operacji handlowych, a Wokulski jest jedynym 
człowiekiem, któremu mogłem powierzyć honor mego nazwiska. Dziś nie ma 
jego, więc i ja nie mam tu co robić. 
— Ale dywidenda?... — szepnął przyjaciel. 
Książę spojrzał na niego z góry. 
— To, com robił, robiłem nie dla dywidendy, ale dla nieszczęśliwego kraju odparł. 
— Chciałem do naszej sfery wlać trochę świeżej krwi i świeższych 
poglądów; muszę jednak wyznać, żem przegrał, i to nie z winy Wokulskiego... 
Biedny ten kraj!... 
Wyjście księcia, aczkolwiek nieoczekiwane, zrobiło mniejsze wrażenie; obecni 
bowiem już byli uprzedzeni, że spółka utrzyma się. 
Teraz wystąpił jeden z adwokatów i drżącym głosem odczytał bardzo piękną 
mowę, której treścią było to, że z usunięciem się Wokulskiego spółka traci nie 
tylko kierownika, ale i pięć szóstych kapitału. „Powinna by więc upaść -ciągnął 
mówca — i gruzami swoimi zasypać cały kraj, tysiące pracowników, setki 
rodzin...” 
Tu przerwał czekając na efekt. Ale obecni zachowywali się obojętnie, z góry 
wiedząc, co nastąpi dalej. 
Adwokat zabrał znowu głos i wezwał obecnych, ażeby nie tracili męstwa. 
„Znalazł się bowiem zacny obywatel, człowiek fachowy, nawet przyjaciel i 
wspólnik Wokulskiego, który jest zdecydowany jak Atlas niebo podeprzeć 
zachwianą spółkę. Mężem tym, który chce obetrzeć łzy tysiącom, ocalić kraj od 
ruiny, handel popchnąć na nowe drogi...” 
W tym miejscu wszyscy obecni zwrócili głowy ku krzesłu, na którym siedział 
spotniały i zarumieniony Szlangbaum. 
— Mężem tym — zawołał adwokat — jest pan... 
— Mój syn, Henryś... — odezwał się głos z kąta. 
Ponieważ ten efekt nie był oczekiwany, więc sala zatrzęsła się od śmiechu. 
Swoją drogą zarząd spółki udał radosne zdziwienie, zapytał obecnych: czy chcą 
przyjąć pana Szlangbauma na wspólnika i kierownika? a otrzymawszy 
jednomyślne zezwolenie, wezwał nowego kierownika na fotel prezydialny. 
Tu znowu zrobiło się małe zamieszanie. .Natychmiast bowiem zażądał głosu 
Szlangbaum ojciec i wypowiedziawszy kilka pochwał synowi i zarządowi, 
postawił wniosek, że spółka nie może gwarantować wspólnikom więcej nad 
dziesięć procent rocznego zysku. 
Powstał hałas, kilkunastu mówców zabrało głos i po bardzo ożywionych 
rozprawach uchwalono, że spółka przyjmuje nowych członków wskazanych 
przez pana Szlangbauma, a kierunek spraw powierza temuż panu 
Szlangbaumowi. 
Ostatnim epizodem było przemówienie doktora Szumana, którego wezwano na 
członka zarządu, ale który odmawiając przyjęcia tak zaszczytnego stanowiska w 
szyderczy sposób pozwolił sobie zażartować ze spółki między arystokracją i 
Żydami. 
„Jest to jakby nieślubne małżeństwo — mówił. — Ale ponieważ z takich związków 
rodzą się niekiedy genialne dzieci, miejmy więc nadzieję, że i nasza spółka 
wyda jakieś niezwykłe owoce...” 
Zarząd był zaniepokojony, garstka obecnych oburzona; ale większość dała 
doktorowi rzęsiste brawo. 
Wokulski najdokładniej znał przebieg sesji: przez cały bowiem następny tydzień 
odwiedzano go i zasypywano listami lub anonimami. 
Przy tej sposobności odkrył w sobie nowy i dziwny nastrój duszy. Zdawało mu 
się, że pękły w nim wszystkie nici łączące go z ludźmi, że są mu obojętni, że go 
nic nie obchodzi, co ich obchodzi. Słowem, że jest podobny do aktora, który 
skończywszy rolę na scenie, gdzie przed chwilą śmiał się, gniewał lub płakał, 
zasiadł obecnie między widzami i na grę swoich kolegów patrzy jak na zabawę 
dzieci. 
„Czego oni się tak rzucają?... Co to za głupstwa!...” — myślał. 
Zdawało mu się, że spoza świata patrzy na ten świat, a jego sprawy widzi z 
jakiejś nowej strony, której dotychczas nie spostrzegał. 
Przez parę pierwszych dni nachodzili go wspólnicy, pracownicy albo klienci 
spółki, niezadowoleni z wejścia Szlangbauma, a może zatrwożeni o swoją 
przyszłość. Ci po największej części namawiali go, ażeby wrócił na porzucone 
stanowisko, które jeszcze może zająć, gdyż kontrakt ze Szlangbaumem nie 
podpisany. 
Niektórzy w tak smutnych barwach przedstawiali swoje położenie, a nawet 
płakali, że Wokulski doznał wzruszenia. 
Lecz zarazem odkrył w sobie taką obojętność, taki brak współczucia dla cudzej 
niedoli, że sam się zadziwił. 
Coś we mnie umarło!...” — myślał i odprawił interesantów z niczym. 
Potem przyszła druga fala odwiedzających, którzy pod pozorem podziękowania 
mu za oddane usługi chcieli zaspokoić ciekawość i zobaczyć, jak wygląda ten 
niegdyś silny człowiek, o którym teraz mówiono, że całkiem zniedołężniał. 
Ci już nie prosili go, ażeby wszedł znowu do spółki, tylko wychwalali jego 
minioną działalność i mówili, że nieprędko znajdzie się działacz podobny do 
niego. 
Trzecia fala gości odwiedzała Wokulskiego nie wiadomo po co. Bo nawet już 
nie mówili mu komplementów, ale coraz częściej wspominali o Szlangbaumie, 
jego energii i zdolnościach. 
Z gromady wizytujących wyróżnił się furman Wysocki. Przyszedł pożegnać się 
ze swoim dawnym chlebodawcą; chciał nawet coś powiedzieć, lecz nagle 
rozpłakał się, ucałował go w obie ręce i wybiegł z pokoju. 
Mniej więcej to samo powtarzało się w listach... W jednych znajomi i 
nieznajomi zaklinali go, ażeby nie cofał się od interesów, ustąpienie jego 
bowiem będzie klęską dla kraju. Inni chwalili jego minioną działalność lub 
żałowali go; jeszcze inni radzili mu połączyć się ze Szlangbaumem, jako z 
człowiekiem bardzo zdolnym i myślącym o dobru ogółu. Za to w anonimach 
wymyślano mu bez miłosierdzia, że zgubiwszy rok temu przemysł krajowy 
przez sprowadzanie obcych wyrobów, dziś zgubił handel sprzedawszy go 
Żydom. Nawet wymieniano sumę. 
Wokulski całkiem spokojnie rozmyślał nad tymi rzeczami. Zdawało mu się, że 
już jest zmarłym człowiekiem, który patrzy na własny pogrzeb. Widział tych, co 
żałowali go, co go chwalili, co mu złorzeczyli; widział swego następcę, do 
którego dziś zaczęły zwracać się sympatie ogółu, a nareszcie zrozumiał, że jest 
zapomniany i nikomu niepotrzebny. Był podobny do rzuconego w wodę 
kamienia, nad którym w pierwszej chwili powstaje wir i zamęt, a później tylko 
rozbiegają się fale coraz mniejsze, coraz mniejsze... I w końcu nad miejscem, 
gdzie upadł, tworzy się gładkie zwierciadło wody, gdzie znowu przebiegają fale, 
lecz zrodzone już w innych punktach, wywołane przez kogo innego. 
„No, ale co dalej?... — mówił do siebie. — Z nikim nie żyję... nic nie robię... cóż 
dalej?...” 
Przypomniał sobie, że Szuman radził mu upatrzyć jakiś cel w życiu. Rada dobra, 
ale... jak ją wykonać, kiedy on sam nie czuł żadnego pragnienia, nie miał sił ani 
ochoty?... Był jak zeschły liść, który tam pójdzie, gdzie nim wiatr rzuci. 
„Kiedyś przeczuwałem ten stan — myślał — ale dziś widzę, że nie miałem o nim 
pojęcia...” 
Pewnego dnia usłyszał w przedpokoju głośny spór. Wyjrzał i zobaczył 
Węgiełka, którego lokaj nie chciał puścić do pokoju. 
— Ach, to ty! — rzekł Wokulski. — Chodźże no... Co u was słychać? 
Węgiełek z początku przypatrywał mu się z miną niespokojną; stopniowo 
jednak ożywił się i nabrał otuchy. 
— Mówili — rzekł z uśmiechem — że wielmożny pan już na ostatnich nogach, ale, 
widzę, łgali. Zmizerniał pan, bo zmizerniał, ale na księżą oborę to już żadnym 
sposobem pan nie patrzy... 
— Cóż słychać? -powtórzył Wokulski. 
Węgiełek szeroko opowiedział mu, że już ma dom, lepszy od tamtego, co się 
spalił, i że ma mnóstwo roboty. Dlatego właśnie przyjechał do Warszawy, ażeby 
kupić materiały i zabrać choćby ze dwu pomocników. 
— Fabrykę mógłbym założyć, mówię wielmożnemu panu!... — zakończył 
Węgiełek. 
Wokulski słuchał go milcząc. Nagle zapytał: 
— A z żoną jesteś szczęśliwy? 
Cień przeleciał po twarzy Węgiełka. 
— Dobra kobieta, wielmożny panie, ale... Wreszcie przed panem powiem jak 
przed Bogiem... Trochę nam już nie tak... Zawsze to prawda, że czego oczy nie 
widzą, tego sercu nie żal; ale jak raz zobaczą... 
Otarł łzy rękawem. 
— Co to znaczy!... — zdziwił się Wokulski. 
— Ot, nic. Wiem przecie, kogo wziąłem, alem był spokojny, bo kobieta dobra, 
cicha, pracowita i przywiązana do mnie jak ten pies. No, ale co z tego?.. 
Dopótym był spokojny, dopókim nie zobaczył jej dawnego gacha czy jak tam... 
— Gdzie?... 
— W Zasławiu, panie — ciągnął Węgiełek. — Jednej niedzieli poszliśmy z Marysią 
na zamek; chciałem jej pokazać ten potok, gdzie zginął kowal, i ten kamień, co 
na nim wielmożny pan kazał mi wyciąć napis. Wtem patrzę, jest powóz pana 
barona Dalskiego, co ożenił się z wnuczką nieboszczki pani Zasławskiej... 
Dobra to była pani, niech jej Bóg da wieczne odpocznienie!... 
— Znasz barona? — spytał Wokulski. 
— Ojej! — odparł Węgiełek — przecie pan baron gospodaruje teraz dobrami po 
nieboszczce, dopóki się tam coś nie zrobi. A ja już za jego rządów wyklejałem 
pokoje i poprawiałem okna. Znam go!... rzetelny pan i hojny... 
— Cóż dalej? 
— Więc mówię wielmożnemu panu, stoimy w zamku z Marysią i patrzymy na 
potok, aż ci na jeden raz włażą między gruzy: pani baronowa, niby wnuczka 
nieboszczki, i ten psubrat Starszczak... 
Wokulski rzucił się na krześle. 
— Kto?... — szepnął. 
— Ten pan Starski, także wnuk po nieboszczce pani Zasławskiej, co się 
podlizywał jej za życia, a teraz chce zwalić testament, bo mówi, że babka przed 
śmiercią zwariowała... Taki to on! Odpoczął i ciągnął dalej: 
— Wzięli się z panią baronową pod ręce, patrzyli na nasz kamień, ale więcej 
gadali ze sobą i chichotali. Wtem Starszczak ogląda się. Zobaczył moją żonę i 
roześmiał się do niej nieznacznie, a ona tak zbielała jak chusta... 
„Co ci to, Maryś?... „ — mówię. A ona: „Nic mi...” A tymczasem pani baronowa i 
ten bisurman zbiegli z górki zamkowej i poszli między leszczynę. „Co ci to? 
mówię jeszcze raz do Marysi. — Ino mi gadaj prawdę, bom zmiarkował, że się z 
tym cholerą znasz...” A ona siadła na ziemi i w płacz: „Żeby go Bóg skarał! mówi 
— przecie on najpierwszy mnie zgubił...' 
Wokulski przymknął oczy. Węgiełek zirytowanym głosem opowiadał : 
— Jakem to usłyszał, wielmożny panie, myślałem, że polecę za nim i choć przy 
pani baronowej, nogami go zabiję na miejscu. Taki mnie żal zdjął. Ale wnet 
przyszło mi do głowy: „Po cóżeś się, durny, z nią ożenił? Wiedziałeś przecie, co 
za jedna...” I w tym momencie serce mi zemdlało, żem się nawet bał zejść z 
górki, a na żonę wcalem nie spojrzał. Ona mówi: „Gniewasz się?...” A ja: 
„Pewnieście się tu spotykali?...” „Bogiem się świadczę — ona odpowiada -żem 
go tylko wtedy widziała...” „I dobrzeście się sobie przypatrzyli!... — ja mówię.Bodajem był pierwej oślepł, nimem na cię spojrzał; bodajem zdechł, niżem się z 
tobą poznał...” A ona pyta się z płaczem: „Za co się gniewasz?...” Ja jej wtedy 
powiedziałem, pierwszy i ostatni raz: „Świnia jesteś, i tyle...” — bom już nie 
mógł wytrzymać. Wtem patrzę, leci sam pan baron, zakaszlany, aż posiniał, i 
pyta: 
„Nie widziałeś, Węgiełek, mojej żony?...” Mnie coś wtedy do łba strzeliło, żem 
mu odpowiedział: „Widziałem, jaśnie panie, poszła w krzaki z panem Starskim. 
Już mu zabrakło pieniędzy na kupowanie dziewcząt, to teraz chwyta się 
mężatek...” No, jak on na mnie wtedy spojrzał, choć i pan baron!... 
Węgiełek ukradkiem otarł oczy. 
— Ot, takie jest moje życie, wielmożny panie. Byłem spokojny, dopókim nie 
zobaczył jednego gacha; ale teraz na kogo spojrzę, wydaje mi się, że i on mój 
szwagier... A od żony, choć jej o tym nie gadam, to tak mnie odpycha... tak 
mnie odpycha, jakby co między mną i nią stało... Nawet pocałować jej nie mogę 
po dawnemu i żeby nie święta przysięga, to mówię panu, już bym porzucił dom 
i leciał gdzie na cztery strony.., A wszystko tylko z tego idzie, żem do niej 
przywiązany. Bo żebym ja jej nie lubił, to co mi tam!... Gospodyni staranna, 
dobrze gotuje, pięknie szyje i w domu cichutka jak pajęczyna. Niechby tam 
miała gachów. 
Ale żem ją lubił, więc przez to taki mam żal i złość, że się we mnie wszystko 
pali na popiół... 
Węgiełek drżał z gniewu. 
— Z początku, wielmożny panie, jakeśmy się pobrali, tom ino wyglądał dzieci. 
Ale dziś to mnie strach bierze, ażebym zamiast mojego dziecka nie zobaczył 
gachowego. Bo przecie wiadomo, że jak wyżlica ma raz szczenięta z kundlem, 
to później żebyś jej dawał wyżły najlepsze, zawsze się odezwie kundel w 
pomiocie, widać przez zapatrzenie... 
— Muszę wyjść — rzekł nagle Wokulski — więc bądź zdrów... A przed wyjazdem 
wstąp jeszcze do mnie... 
Węgiełek pożegnał go bardzo serdecznie, w przedpokoju zaś rzekł do lokaja : 
— Coś waszemu panu dolega... Zrazu tom myślał, że zdrów, choć źle wygląda; 
ale on, widać, nietęgi... Niech się wami Pan Bóg opiekuje!... 
— A widzisz, mówiłem ci, żebyś tam nie właził i dużo nie gadał odparł 
pochmurnie lokaj wypychając go do sieni. 
Po odejściu Węgiełka Wokulski wpadł w głęboką zadumę. „Stali naprzeciw 
mego kamienia i śmieli się!... — szepnął. — Nawet kamień musiał zbezcześcić, 
niewinny kamień.” 
Przez chwilę zdawało mu się, że znalazł nowy cel, chodziło tylko o wybór; czy 
wypalić w łeb Starskiemu wymieniwszy mu pierwej listę osób, którym 
zrujnował szczęście, czyli też — zostawić go przy życiu, lecz doprowadzić do 
ostatecznej nędzy i upodlenia?... 
Ale wnet przyszedł rozmysł i wydało mu się rzeczą dziecinną, a nawet 
niesmaczną, ażeby on miał poświęcać majątek, pracę i spokojność dla zemsty 
nad tego rodzaju człowiekiem. 
„Wolałbym zastanawiać się nad tępieniem myszy polnych albo karaluchów, bo 
one są rzeczywistą klęską, a taki Starski... licho wie, co to jest?... Zresztą 
niepodobna, ażeby człowiek tak ograniczony mógł być wyłączną przyczyną tylu 
nieszczęść. On jest tylko iskrą, która podpala już gotowe materiały...” 
Położył się na szezlongu i myślał: 
„Mnie urządził — dlaczego?... Miał wspólniczkę najzupełniej godną siebie, no i 
drugą wspólniczkę: moją głupotę. Jak można było od razu nie poznać się na tej 
kobiecie i zrobić ją bożyszczem dlatego tylko, że pozowała na istotę wyższą?... 
Urządził też Dalskiego, ale kto winien Dalskiemu, że oszalał na starość dla 
osoby, której wartość moralna leżała jak na półmisku... Przyczyną klęsk świata 
nie są Starscy ani im podobni, ale przede wszystkim głupota ich ofiar. A znowu 
ani Starski, ani panna Izabela, ani pani Ewelina nie spadli z księżyca, tylko 
wyhodowali się w pewnej sferze, epoce i wśród pewnych pojęć. Oni są jak 
wysypka, która sama przez się nie stanowi choroby, ale jest objawem zakażenia 
społecznych soków. Co się tu mścić nad nimi, po co ich tępić...” 
Tego wieczora Wokulski pierwszy raz wyszedł na ulicę i przekonał się, jak jest 
osłabiony. Kręciło mu się w głowie od turkotu dorożek i ruchu przechodniów, i 
po prostu bał się zbyt daleko odchodzić od mieszkania. Zdawało mu się, że nie 
dojdzie do Nowego Światu, że nie trafi z powrotem albo że mimo woli zrobi 
jakiś śmieszny skandal. Nade wszystko zaś lękał się spotkania znajomej twarzy. 
Wrócił zmęczony i wzburzony, ale tej nocy spał dobrze. 
W tydzień po odwiedzinach Węgiełka wpadł Ochocki. zmężniał, opalił się i 
wyglądał na młodego szlachcica. 
— A pan skąd? — zapytał go Wokulski. 
— Prosto z Zasławka, gdzie siedzę prawie od dwu miesięcy -odparł Ochocki. — A 
niechże ich w końcu diabli wezmą, w jakie wpadłem awantury!... 
— Pan?... 
— Ja, ja, panie, i w dodatku bez winy. Włosy panu powstaną na głowie!... 
Zapalił papierosa i prawił: 
— Nie wiem, czyś pan słyszał, że nieboszczka prezesowa, oprócz drobnej części, 
cały swój majątek zapisała na cele dobroczynne. Szpitale, domy podrzutków, 
szkółki, sklepy wiejskie et caetera... A książę, Dalski i ja należymy do grona 
wykonawców jej woli... Bardzo dobrze!... 
Już zaczynamy wykonywać, a raczej starać się o zatwierdzenie testamentu, gdy 
wtem (będzie z miesiąc) wraca z Krakowa Starski i oświadcza nam, że w 
imieniu pokrzywdzonej rodziny wytoczy proces o zwalenie testamentu. 
Naturalnie, książę ani ja nie chcemy o tym słyszeć; ale baron, którego 
podburzyła żona, zbuntowana przez Starskiego, otóż baron zaczyna mięknąć... 
Nawet z tej racji przemówiliśmy się parę razy, a książę wprost zerwał z nim 
stosunki... 
Tymczasem co się dzieje — mówił Ochocki zniżając głos. — Pewnej niedzieli 
baron z żoną i ze Starskim pojechali do Zasławia na spacer. Co tam zaszło?... 
nie wiem, dość, że rezultat jest następujący. Baron jak najenergiczniej 
oświadczył, że testamentu obalić nie pozwoli, ale to jeszcze nic... Bo tenże 
baron stanowczo rozwodzi się ze swoją ubóstwianą małżonką (słyszałeś pan 
?...). Ale i to jeszcze nic: gdyż baron przed dziesięcioma dniami strzelał się ze 
Starskim i dostał kulą po wierzchu żeber... Mówię panu, jakby mu kto hakiem 
rozdarł skórę od prawej do lewej strony piersi... zły stary, wrzeszczy, wymyśla, 
gorączkuje, ale żonie kazał natychmiast wyjechać do familii i jestem pewny, że 
jej nie przyjmie... To twarda sztuka!... A tak się bestia zawziął, że na łożu 
boleści kazał felczerowi, ażeby mu, na złość żonie, ufarbował łeb i zarost i dziś 
wygląda na dwudziestoletniego trupa. 
Wokulski uśmiechnął się. 
— Z panią dobrze zrobił — rzekł — ale ufarbował się niepotrzebnie. 
— No i po żebrach dostał niepotrzebnie — wtrącił Ochocki.- A niewiele 
brakowało, ażeby prześwidrował mózgownicę Starskiemu!... Kule zawsze ślepe. 
Mówię panu, żem przechorował ten wypadek. 
— I gdzież teraz jest ten bohater? — spytał Wokulski. 
— Starski?... Dmuchnął za granicę, i nie tyle przed impertynencjami, które go 
zaczęły spotykać, ile przed wierzycielami. Panie! co to za majster... Przecież on 
ma ze sto tysięcy rubli długów. 
Nastało długie milczenie. Wokulski siedział tyłem do okna ze spuszczoną 
głową, Ochocki cicho pogwizdując rozmyślał. 
Nagle ocknął się i zaczął mówić jakby do siebie: 
— Co to za dziwna plątanina -życie ludzkie! Kto by się spodziewał, że taki 
cymbał Starski może zrobić tyle dobrego... I właśnie z racji, że jest cymbałem... 
Wokulski podniósł głowę i pytająco spojrzał na Ochockiego. 
— Prawda, że dziwne?... — ciągnął Ochocki — a przecież tak jest. Gdyby Starski 
był człowiekiem przyzwoitym i nie awanturował się z młodą panią baronową, 
Dalski niezawodnie poparłby jego pretensje do testamentu, ba! dałby mu nawet 
pieniędzy na proces, gdyż zyskałaby na tym i jego żona. Ale że Starski jest 
cymbał, więc naraził się baronowi i... uratował zapisy. Tym sposobem nawet nie 
urodzone jeszcze pokolenia chłopów zasławskich powinny błogosławić 
Starskiego za to, że umizgał się do baronowej... 
— Paradoks!... — wtrącił Wokulski. 
— Paradoks!... To są przecie fakta... A cóż pan sądzisz, czy Starski nie ma 
zasługi, że uwolnił barona od takiej żony?... Mówiąc między nami, to żaba, nie 
kobieta. Myślała tylko o strojach, zabawach i kokietowaniu, ja nawet nie wiem, 
czy ona co kiedy czytała, czy na co patrzyła z uwagą... Istny kawał mięsa przy 
kości, który udawał, że ma duszę, a miał zaledwie żołądek... Pan jej nie znałeś, 
pan nie wyobrażasz sobie, co to jest za automat i jak tam pod wszelkimi 
pozorami człowieczeństwa nie było nic ludzkiego... Że baron nareszcie poznał 
się na niej, toż to jakby wygrał wielki los... 
— Boże miłosierny! — szepnął Wokulski. 
— Co pan mówi? — zapytał Ochocki. 
— Nic. 
— Ale ocalenie zapisów nieboszczki prezesowej i uwolnienie barona od takiej 
żony to dopiero cząstka zasług Starskiego... 
Wokulski przeciągnął się na krześle. 
— Bo wyobraź pan sobie, że ten cymbał swoimi umizgami może przyczynić się 
do faktu rzeczywiście doniosłego — mówił Ochocki.- Rzecz jest taka. Ja nieraz 
napomykałem Dalskiemu (i zresztą wszystkim, którzy mają pieniądze), że warto 
by założyć w Warszawie gabinet doświadczalny do technologii chemicznej i 
mechanicznej. Bo pojmujesz pan, u nas nie ma wynalazków przede wszystkiem 
dlatego, że nie ma ich gdzie robić... Naturalnie, baron słuchał moich wywodów 
jednym uchem, a drugim je wypuszczał. Coś mu z tego jednak ugrzęzło w 
mózgu, bo dziś, kiedy Starski połaskotał go po sercu i po żebrach, mój baron, 
rozmyślając nad sposobami wydziedziczenia żony, gadał ze mną po całych 
dniach o pracowni technologicznej. A na co się to zda?... A czy ludzie istotnie 
zrobią się mądrzejsi i lepsi, gdyby im ufundować pracownię?... A ile by 
kosztowała i czy ja podjąłbym się urządzenia podobnej instytucji?... Kiedym zaś 
wyjeżdżał, rzeczy tak stanęły, że baron wezwał do siebie rejenta i spisali jakiś 
akt, który, o ile mogę wnosić z półsłówek, dotyczy właśnie pracowni. Zresztą 
Dalski prosił mnie, ażeby mu wskazać facetów zdolnych do dyrygowania tym 
interesem. No i patrz pan, czy to nie ironia losu, ażeby takie zero jak Starski, 
taki gatunek publicznego mężczyzny na pociechę nudzących się mężatek ażeby 
ten frant był zarodkiem technologicznej pracowni!... I niechże mi teraz 
dowodzą, że na świecie jest coś niepotrzebnego. 
Wokulski otarł pot z twarzy, która przy białej chustce wydawała się prawie 
popielatą. 
— Ale może ja pana męczę?... — zapytał Ochocki. 
— Owszem, niech pan mówi... Chociaż... zdaje mi się, że pan trochę przecenia 
zasługi tego... pana, a już całkiem zapomina pan... 
— O czym?... 
— O tym, że pracownia technologiczna wyrośnie z cierpień, z gruzów ludzkiego 
szczęścia. I nawet nie zadaje pan sobie pytania, jaką drogą przeszedł baron od 
miłości dla swojej żony do... pracowni technologicznej!... 
— A cóż mnie to obchodzi! — zawołał Ochocki wyrzucając rękoma. — Kupić 
postęp społeczny za cierpienia choćby najokropniejsze jednostki to, dalibóg! 
tanie kupno... 
— A czy pan przynajmniej wiesz, jakie bywają cierpienia jednostek? — spytał 
Wokulski. 
— Wiem! Wiem!... Wyrywali mi przecież bez chloroformu paznogieć u nogi, i 
jeszcze u wielkiego palca... 
— Paznogieć? — powtórzył w zamyśleniu Wokulski. — A czy pan zna ten dawny 
aforyzm: „Niekiedy duch ludzki rozdziera się i walczy z samym sobą”?... Kto 
wie, czy to nie gorsze od wyrywania paznogcia, a może od zdarcia całej skóry? 
— Iii... to jakaś niemęska dolegliwość! — odparł krzywiąc się Ochocki. -To może 
kobiety doświadczają czegoś podobnego przy porodach... Ale mężczyzna... 
Wokulski roześmiał się głośno. 
— Śmiejesz się pan ze mnie?... — ofuknął Ochocki. 
— Nie, tylko z barona... A pan dlaczego nie podjąłeś się zorganizować pracowni 
technologicznej? 
— Dajże mi pan spokój ! Wolę pojechać do gotowej pracowni, a nie dopiero 
tworzyć nową, z której bym nie doczekał się owoców i sam zmarniał. Na to 
trzeba mieć zdolności administracyjne i pedagogiczne, a już bynajmniej nie 
myśleć o machinach latających... 
— Więc?... — spytał Wokulski. 
— Jakie więc?... Byłem odebrał mój kapitalik, jaki jeszcze mam na hipotece, a o 
który od trzech lat nie mogę się doprosić, zmykam za granicę i na serio biorę się 
do roboty. Tutaj można nie tylko rozpróżniaczyć się, ale zgłupieć i skwaśnieć... 
— Pracować wszędzie można. 
— Facecje!... — odparł Ochocki. — Bo nawet, pominąwszy brak pracowni, tu przede 
wszystkim nie ma naukowego klimatu. To jest miasto karierowiczów, między 
którymi istotny badacz uchodzi za gbura albo wariata. Ludzie uczą się nie dla 
wiedzy, ale dla posady; a posadę i rozgłos zdobywają przez stosunki, przez 
baby, przez rauty, czy ja wiem wreszcie przez co!... Skąpałem się w tej 
sadzawce. Znam prawdziwie uczonych, nawet ludzi z geniuszem, którzy nagle 
zatrzymani w swym rozwoju wzięli się do dawania lekcyj albo do pisania 
artykułów popularnych, których nikt nie czyta, a choćby czytał, nie rozumie. 
Rozmawiałem z wielkimi przemysłowcami myśląc, że skłonię ich do popierania 
nauki, choćby dla praktycznych wynalazków. I wiesz pan, com poznał?... Oto 
oni mają takie wyobrażenie o nauce jak gęsi o logarytmach. A wiesz pan, jakie 
wynalazki zainteresowałyby ich?... Tylko dwa: jeden, który by wpłynął na 
zwiększenie dywidend, a drugi, który by nauczył ich pisać takie kontrakty 
obstalunkowe, żeby na nich można było okpić kundmana bądź na cenie, bądź na 
towarze. Przecież oni, dopóki myśleli, że pan zrobisz szwindel na tej spółce do 
handlu z cesarstwem, nazywali pana geniuszem; a dziś mówią, że pan masz 
rozmiękczenie mózgu, ponieważ dałeś swoim wspólnikom o trzy procent 
więcej, aniżeli obiecałeś. 
— Wiem o tym -odparł Wokulski. 
— No, więc spróbujże pan między takimi ludźmi pracować dla nauki. Zdechniesz 
z głodu albo zidiociejesz!... Ale za to jeżeli będziesz pan umiał tańczyć, grać na 
jakim instrumencie, występować w teatrze amatorskim, a nade wszystko bawić 
damy, aaa... to zrobisz pan karierę. Natychmiast ogłoszą pana za znakomitość i 
zajmiesz takie stanowisko, na którym dochody dziesięć razy przeniosą wartość 
pańskiej pracy. Rauty i damy, damy i rauty!... A ponieważ ja nie jestem 
lokajem, ażebym miał fatygować się na rautach, a damy uważam za bardzo 
pożyteczne, ale tylko do rodzenia dzieci, więc umknę stąd, chociażby do 
Zurychu. 
— A do Geista nie pojechałbyś pan? — spytał Wokulski. 
Ochocki zamyślił się. 
— Tam potrzeba setek tysięcy rubli, których ja nie mam — odparł. — Zresztą, 
choćbym je miał, musiałbym pierwej przekonać się, co to jest naprawdę... Bo 
owe zmniejszanie ciężaru gatunkowego ciał wygląda mi na bajkę. 
— Przecież pokazywałem panu blaszkę — rzekł Wokulski. 
— Aha, prawda... Niech no ją pan pokaże!... — zawołał Ochocki. 
Wokulskiemu wystąpił na twarz chorobliwy rumieniec i szybko zniknął. 
— Już jej nie mam!... — rzekł stłumionym głosem. 
— Cóż się z nią stało? — zdziwił się Ochocki. 
— Mniejsza!... Przypuść pan, że upadła gdzieś w kanał... Ale czy do Geista 
pojechałbyś pan mając na przykład pieniądze?.. 
— Owszem, pojechałbym, ale najpierwej dla sprawdzenia faktu. Bo to, co ja 
wiem o materiałach chemicznych, wybacz pan, ale nie godzi się z teorią 
zmienności ciężarów gatunkowych poza pewną granicą. 
Obaj umilkli, a wkrótce Ochocki opuścił Wokulskiego. 
Wizyta Ochockiego zbudziła w Wokulskim nowy prąd myśli. Poczuł nie tylko 
chęć, ale żądzę przypomnienia sobie doświadczeń chemicznych i tego samego 
dnia wybiegł na miasto, ażeby kupić retort, cucek, epruwetek tudzież 
rozmaitych preparatów. 
Pod wpływem tej myśli wyszedł śmiało na ulicę, nawet wsiadł w dorożkę; na 
ludzi patrzył obojętnie i nie doznawał przykrości widząc, że jedni ciekawie 
przypatrują mu się, inni go nie poznają, a inni nawet uśmiechają się złośliwie na 
jego widok. 
Ale już w magazynie szkieł, a jeszcze bardziej w składzie materiałów 
aptecznych przyszło mu na myśl, jak dalece osłabła w nim nie tylko energia, ale 
wprost ludzka samodzielność, jeżeli rozmowa z Ochockim przypomniała mu 
chemię, którą nie zajmował się od kilku lat!.. 
„Wszystko jedno — mruknął — jeżeli mi to czas zapełni” 
Na drugi dzień zakupił wagę precyzyjną i kilka bardziej skomplikowanych 
narzędzi i wziął się do roboty jak uczeń, który dopiero zaczyna studia. 
Na początek otrzymał wodór, co przypomniało mu czasy akademickie, kiedy to 
wyrabiało się wodór we flaszce owiniętej ręcznikiem, przy pomocy puszek od 
szuwaksu. Jakie to były szczęśliwe czasy!... Potem przyszły mu na myśl balony 
jego pomysłu, a potem Geist, który utrzymywał, że chemia związków wodoru 
zmieni dzieje ludzkości... 
„No, a gdybym tak ja za parę lat trafił na ów metal, którego Geist poszukuje? rzekł 
do siebie. — Geist twierdzi, że odkrycie zależy od wypróbowania kilku 
tysięcy kombinacji; jest to więc loteria, a ja mam szczęście... Gdybym zaś 
znalazł taki metal, co wówczas powiedziałaby panna Izabela?.. „ 
Gniew zakipiał w nim na to wspomnienie. 
„Ach — szepnął — chciałbym być sławnym i potężnym, ażebym mógł jej dowieść, 
jak nią gardzę...” 
Potem przyszło mu na myśl, że pogarda nie objawia się ani gniewem, ani chęcią 
upokorzenia kogoś, i znowu zabrał się do roboty. 
Elementarne doświadczenia z wodorem sprawiały mu najwięcej przyjemności, 
toteż powtarzał je najczęściej. 
Jednego dnia zrobił sobie harmonijkę fizyczną i tak głośno na niej wygrywał, że 
nazajutrz odwiedził go sam właściciel domu zapytując z całą uprzejmością, czy 
nie zgodziłby się na odstąpienie swojego mieszkania od kwartału. 
— A ma pan kandydata? — spytał Wokulski. 
— To jest... tak jakby... Prawie mam — odpowiedział zakłopotany gospodarz. 
— W takim razie odstąpię. 
Gospodarz trochę zdziwił się gotowości Wokulskiego, ale pożegnał go bardzo 
zadowolony. Wokulski śmiał się. 
„Oczywiście — myślał — uważa mnie za bzika albo za bankruta... Tym lepiej!... 
Prawdę bowiem powiedziawszy, mogę doskonale mieszkać w dwu pokojach 
zamiast ośmiu.” 
Potem przychodziły chwile, że nie wiadomo dlaczego żałował pośpiechu w 
odstąpieniu mieszkania. Ale wówczas przypomniał sobie barona i Węgiełka. 
„Baron — mówił — rozwodzi się z żoną, która romansowała z innym; Węgiełek 
stracił serce do swojej dlatego tylko, że na własne oczy zobaczył jednego z jej 
gachów... Cóż bym więc ja powinien zrobić?...” 
I znowu zabierał się do analiz, z przyjemnością widząc, że nie bardzo stracił 
wprawę. 
Zajęcia te wybornie go pochłaniały. Niekiedy przez kilka godzin z rzędu nie 
myślał o pannie Izabeli, a wtedy czuł, że jego zmęczony mózg naprawdę 
wypoczywa. Nawet przygasła w nim obawa ludzi i ulic, i zaczął coraz częściej 
wychodzić na miasto. 
Jednego dnia pojechał aż do Łazienek; zrobił więcej, gdyż spojrzał w aleję, po 
której niegdyś spacerował z panną Izabelą. Wtem zwabione przez kogoś 
łabędzie rozpuściły skrzydła i uderzając nimi o wodę przyleciały do brzegu. 
Zwykły ten widok straszne zrobił wrażenie na Wokulskim: przypomniał mu 
odjazd panny Izabeli z Zasławka... Jak szalony uciekł z parku, wpadł do dorożki 
i z zamkniętymi oczyma zajechał do domu. 
Tego dnia nie zajmował się niczym, a w nocy miał dziwny sen. 
Śniło mu się, że stanęła przed nim panna Izabela i ze łzami w oczach 
zapytywała go, czemu ją porzucił... Wszakże owa podróż do Skierniewic, 
rozmowa ze Starskim i jego umizgi były tylko snem. Wszakże jemu się to tylko 
śniło... 
Wokulski zerwał się z pościeli i zapalił światło. 
„Co tu jest snem?... — pytał się. — Czy podróż do Skierniewic, czy jej żal i 
wyrzuty?...” 
Do rana nie mógł zasnąć, trapiły go kwestie i wątpliwości największej wagi. 
„Czy osoby, siedzące w słabo oświetlonym wagonie, mogły odbić się w szybie myślał 
— i czy to, co widziałem wówczas, nie było halucynacją?... Czy posiadam 
w tym stopniu język angielski, ażebym nie mógł przesłyszeć się co do znaczenia 
niektórych wyrazów?... Jak ja wyglądam wobec niej, jeżelim zrobił tak straszny 
afront bez powodu?... 
Przecież kuzyni, i jeszcze znający się od dziecka, mogą prowadzić nawet dość 
drastyczne rozmowy nie zdradzając niczyjego zaufania?... 
Co ja zrobiłem, nieszczęśliwy, jeżelim się omylił tylko pod wpływem 
nieusprawiedliwionej zazdrości!... Wszakże ten Starski kochał się w baronowej, 
panna Izabela wiedziała o tym i już chyba nie miałaby wstydu romansując z 
cudzym kochankiem...” 
Potem przypomniał sobie swoje życie obecne, tak puste, tak okropnie puste!... 
Zerwał z dotychczasowymi zajęciami, zerwał z ludźmi i już nie miał przed sobą 
nic, no — nic. Co dalej pocznie?... Czy ma czytać fantastyczne książki? Czy robić 
bezcelowe doświadczenia? Czy jechać gdzie? Czy ożenić się ze Stawską?... 
Ależ cokolwiek z tego wybierze, gdziekolwiek pójdzie, nigdy nie pozbędzie się 
ani żalu, ani uczucia samotności! 
„No, a baron?... — rzekł do siebie. — Ożenił się ze swoją panną Eweliną i co?... 
Myśli dziś o założeniu pracowni technologicznej, on, który może nawet nie 
rozumie, co znaczy technologia...” 
Dzień i kąpiel pod prysznicem nadały znowu inny kierunek myślom 
Wokulskiego. 
„Mam, co najmniej, trzydzieści do czterdziestu tysięcy rubli rocznie; wydam na 
siebie dwa do trzech tysięcy, cóż zrobię z resztą, co z majątkiem, który mnie 
wprost przytłacza?... Za taką sumę mógłbym ustalić byt tysiącowi rodzin ; ale co 
mi z tego, jeżeli jedne z nich będą nieszczęśliwymi jak Węgiełek, a inne 
odwdzięczą mi się tak jak dróżnik Wysocki?...” 
Znowu przypomniał sobie Geista i jego tajemniczy warsztat, w którym 
wykluwał się zarodek nowej cywilizacji. Tam włożony majątek i praca 
opłaciłaby się milion milionów razy. Tam był i cel kolosalny, i sposób 
zapełnienia czasu, a w perspektywie sława i potęga, jakiej nie widziano na 
świecie... Pancerniki unoszące się w powietrzu!... czy mogło być coś 
niezmierniejszego w skutkach?... 
„A jeżeli nie ja znajdę ów metal, tylko ktoś inny, co jest bardzo 
prawdopodobne?...” — pytał sam siebie. 
„No to i cóż? — odpowiadał. -W najgorszym razie należałbym do tych kilku, 
którzy wynalazek posunęli naprzód. Taka sprawa warta przecie ofiary z 
bezużytecznego majątku i bezcelowego życia. Więc lepiej tu zmarnować się w 
czterech ścianach albo zgłupieć przy preferansie aniżeli tam sięgać po 
bezprzykładną chwałę.?...” 
Stopniowo w duszy Wokulskiego coraz wyraźniej począł zarysowywać się jakiś 
zamiar; lecz im dokładniej pojmował go, im więcej odkrywał w nim zalet, tym 
lepiej czuł, że do wykonania brakuje mu energii, a nawet pobudki. 
Wola jego była zupełnie sparaliżowana; ocucić ją mogło tylko silne 
wstrząśnienie. Tymczasem wstrząśnienie nie przychodziło, a codzienny bieg 
wypadków pogrążał Wokulskiego w coraz głębszej apatii. 
„Już nie ginę, ale gniję” — mówił do siebie. 
Rzecki, który odwiedzał go coraz rzadziej, patrzył na niego z przerażeniem. 
— Żle robisz, Stachu — odzywał się nieraz. — Żle, źle, źle!... Lepiej nie żyć aniżeli 
tak żyć... 
Pewnego dnia służący oddał Wokulskiemu list zaadresowany kobiecą ręką. 
Otworzył go i przeczytał: 
„Muszę się z panem widzieć, czekam dziś o trzeciej po południu ; 
Wąsowska” 
„Czego ona może chcieć ode mnie?...” — zapytał zdumiony. 
Ale przed trzecią pojechał. 
Punkt o trzeciej Wokulski znalazł się w przedpokoju Wąsowskiej. Lokaj, nawet 
nie pytając, kim jest, otworzył drzwi do salonu, po którym szybkimi krokami 
spacerowała piękna wdowa. 
Była w ciemnej sukni, doskonale uwydatniającej jej posągową figurę; rude 
włosy, jak zwykle, były zebrane w ogromny węzeł, ale zamiast szpilki tkwił w 
nich wąski sztylecik ze złotą rękojeścią. 
Na jej widok ogarnęło Wokulskiego osobliwe uczucie radości i rozrzewnienia; 
podbiegł do niej i gorąco ucałował jej rękę. 
— Nie powinna bym mówić z panem!... — rzekła pani Wąsowska wydzierając mu 
rękę 
— W takim razie po cóż mnie pani wezwała? — odparł zdziwiony. Zdawało mu 
się, że go na wstępie oblano zimną wodą. 
— Niech pan siada. 
Wokulski siadł milcząc; pani Wąsowska wciąż chodziła po salonie. 
— Doskonale się pan popisuje, nie ma co mówić!... — zaczęła po chwili 
wzburzonym głosem. -Naraził pan osobę z towarzystwa na plotki, jej ojca na 
chorobę, całą rodzinę na przykrości... Zamyka się pan po parę miesięcy w domu, 
robi pan zawód kilkunastu ludziom, którzy mu nieograniczenie ufali, a potem 
nawet poczciwy książę wszystkie pańskie dziwactwa nazywa „przyczynkiem do 
działalności kobiet...” Winszuję panu... Gdybyż to jeszcze zrobił jaki student... 
Nagle umilkła... Wokulski był strasznie zmieniony. 
— Ach, cóż znowu, przecież mi pan chyba nie zemdlejesz?.. — rzekła 
przestraszona. — Dam panu wody albo wina... 
— Dziękuję pani — odparł. Jego twarz bardzo szybko odzyskała naturalną barwę i 
spokojny wyraz. — Widzi pani, że naprawdę nie jestem zdrów. 
Pani Wąsowska zaczęła mu się pilnie przypatrywać. 
— Tak — mówiła — trochę pan zeszczuplał, ale z tą brodą jest panu wcale nieźle... 
Nie powinien pan jej golić... Wygląda pan interesująco... 
Wokulski rumienił się jak dzieciak. Słuchał pani Wąsowskiej i dziwił się czując, 
że jest wobec niej nieśmiały, prawie zawstydzony. 
„Co się ze mną dzieje?..,” — pomyślał. 
— W każdym razie powinien pan zaraz wyjechać na wieś — ciągnęła dalej. — Kto 
słyszał siedzieć w mieście na początku sierpnia?... O, basta, mój panie... 
Pojutrze zabieram pana do siebie, bo inaczej cień nieboszczki prezesowej nie 
dałby mi spokoju... Od dzisiejszego dnia przychodzi pan do mnie na obiady i 
kolacje; po obiedzie jedziemy na spacer, a pojutrze... bądź zdrowa, Warszawo!... 
Dosyć tego... 
Wokulski był tak zahukany, że nie umiał zdobyć się na odpowiedź. Nie 
wiedział, co zrobić z rękoma, i czuł, że na twarz biją mu ognie. 
Zadzwoniła. Wszedł lokaj. 
— Proszę podać wina — rzekła pani Wąsowska. — Wiesz, tego maślacza... Panie 
Wokulski, niech pan zapali papierosa. 
Wokulski natychmiast zapalił papierosa modląc się w duszy, żeby mógł 
zapanować nad drżeniem rąk. Lokaj przyniósł wino i dwa kieliszki; pani 
Wąsowska nalała oba. 
— Pij pan — rzekła. 
Wokulski wypił duszkiem. 
— O tak, to lubię!... Za pańskie zdrowie! — dodała pijąc. — A teraz musi pan wypić 
za moje... 
Wokulski wypił drugi kieliszek. 
— A teraz wypije pan za spełnienie moich zamiarów... Proszę... proszę... tylko 
natychmiast... 
— Za pozwoleniem pani — odparł — ale ja nie chcę upić się. 
— Więc pan nie życzy mi spełnienia zamiarów? 
— Owszem, ale muszę je pierwej poznać. 
— Doprawdy?... — zawołała pani Wąsowska. — A to coś zupełnie nowego... 
Dobrze, niech pan nie pije. 
Zaczęła patrzeć w okno uderzając nogą w podłogę. Wokulski zamyślił się. 
Milczenie trwało parę minut, nareszcie przerwała je pani. 
— Słyszałeś pan, co zrobił baron?... Jak się to panu podoba?... 
— Dobrze zrobił — odparł Wokulski już zupełnie spokojnym tonem. 
Pani Wąsowska zerwała się z fotelu. 
— Co?!... — zawołała. — Pan bronisz człowieka, który okrył hańbą kobietę?... 
Brutala, egoistę, który dla dogodzenia zemście nie cofnął się przed najniższymi 
środkami... 
— Cóż on zrobił? 
— Ach, więć pan nic nie wiesz... Wyobraź pan sobie, że zażądał rozwodu z żoną i 
ażeby skandal zrobić jeszcze głośniejszym, strzelał się ze Starskim... 
— To prawda — rzekł Wokulski po namyśle. — Bo przecież, nie mówiąc nikomu, 
mógł był tylko sobie w łeb strzelić zapisawszy pierwej żonie majątek. 
Pani Wąsowska wybuchnęła gniewem. 
— Z pewnością — rzekła — tak by zrobił każdy mężczyzna mający iskrę 
szlachetności i poczucia honoru... Wolałby się sam zabić aniżeli ciągnąć pod 
pręgierz biedną kobietę, słabą istotę, nad którą tak łatwa jest zemsta, kiedy się 
ma za sobą majątek, stanowisko i przesądy publiczne!... Ale po panu nie 
spodziewałam się tego... Cha! cha! cha!... I to jest ten nowy człowiek, ten 
bohater, który cierpi i milczy... O, wy wszyscy jesteście jednakowi!... 
— Przepraszam, ale... o co właściwie ma pani pretensję do barona? 
Z oczu pani Wąsuwskiej posypały się błyskawice. 
— Kochał baron Ewelinę czy nie?... — zapytała. 
— Wariował za nią! 
— Otóż nieprawda, on udawał, że ją kocha, kłamał, że ubóstwia... Ale przy 
najpierwszej sposobności dowiódł, że nawet nie traktował jej jak równego sobie 
człowieka, ale jak niewolnicę, której za chwilę słabości można założyć powróz 
na szyję, wyciągnąć na rynek, okryć sromotą... O, wy panowie świata, 
obłudnicy!... Dopóki was zaślepia zwierzęcy instynkt, włóczycie się u nóg, 
gotowiście spełnić podłość, kłamiecie, ty najdroższa... ty ubóstwiana... za ciebie 
oddałbym życie... Kiedy zaś biedna ofiara uwierzy waszym 
krzywoprzysięstwom, zaczynacie się nudzić, a jeżeli i w niej odezwie się 
ludzka, ułomna natura, depczecie ją nogami... .Ach, jakie to oburzające, jakie to 
nikczemne... Czy mi pan co nareszcie odpowiesz?... 
— Czy pani baronowa nie romansowała z panem Starskim?- zapytał Wokulski. 
— O!... zaraz romansowała. Flirtowała go, zresztą miała do niego feblik... 
— Feblik?... Nie znałem tego wyrazu. Więc jeżeli miała feblik do Starskiego, to 
po cóż wyszła za barona? 
— Bo ją o to błagał na klęczkach... groził, że odbierze sobie życie... 
— Przepraszam, ale... Czy on ją błagał tylko o to, ażeby raczyła przyjąć jego 
nazwisko i majątek, czy też i o to, ażeby nie miała feblika do innych 
mężczyzn?... 
— A wy?... a mężczyźni?... co wyrabiacie przed ślubem i po ślubie?... Więc 
kobieta... 
— Proszę pani, nam, jeszcze kiedy jesteśmy dziećmi, tłomaczą, żeśmy zwierzęta i 
że jedynym sposobem uczłowieczenia się jest miłość dla kobiety, której 
szlachetność, niewinność i wierność trochę powściągają świat od zupełnego 
zbydlęcenia. No, i my wierzymy w tę szlachetność, niewinność et caetera, 
ubóstwiamy ją, padamy przed nią na kolana... 
— I słusznie, bo jesteście daleko mniej warci od kobiet. 
— Uznajemy to na tysiące sposobów i twierdzimy, że wprawdzie mężczyzna 
tworzy cywilizację, ale dopiero kobieta uświęca ją i wyciska na niej idealniejsze 
piętno... Jeżeli jednak kobiety mają nas naśladować pod względem owej 
zwierzęcości, to niby czymże będą lepsze od nas, a nade wszystko: za co mamy 
je ubóstwiać?... 
— Za miłość. 
— I to piękna rzecz! Ale jeżeli pan Starski otrzymuje miłość za swoje wąsiki i 
spojrzenia, to znowu inny pan nie ma racji dawać za nią nazwiska, majątku i 
swobody. 
— Ja pana coraz mniej rozumiem — rzekła pani Wąsowska.- Uznajesz pan, że 
kobiety są równe mężczyznom czy nie?.. 
— W sumie są równe, w szczegółach nie! Umysłem i pracą przeciętna kobieta jest 
niższą od mężczyzny; ale obyczajami i uczuciem ma być od niego o tyle 
wyższą, że kompensuje tamte nierówności. Przynajmniej tak nam to ciągle 
mówią, my w to wierzymy i pomimo wielu niższości kobiet stawiamy je wyżej 
od nas... Jeżeli zaś pani baronowa zrzekła się swoich zalet, a że się ich od dawna 
zrzekła, tośmy widzieli wszyscy, więc nie może dziwić się, że straciła i 
przywileje. Mąż pozbył się jej jako nieuczciwego wspólnika. 
— Ależ baron to niedołężny starzec!... 
— Po cóż za niego wyszła, po co nawet słuchała jego miłosnych paroksyzmów? 
— Więc pan nie pojmujesz tego, że kobieta może być zmuszoną do sprzedania 
się?... — zapytała pani Wąsowska blednąc i rumieniąc się. 
— Pojmuję, pani, bo... ja sam kiedyś... sprzedałem się, tylko nie dla zyskania 
majątku, ale z nędzy... 
— Cóż dalej? 
— Ale żona moja przede wszystkim z góry nie posądzała mnie o niewinność, a ja 
jej, co prawda, nic obiecywałem miłości. Byłem bardzo lichym mężem, ale za 
to, jak człowiek kupiony, byłem najlepszym subiektem i najwierniejszym jej 
sługą. Chodziłem z nią po kościołach, koncertach, teatrach, bawiłem jej gości i 
faktycznie potroiłem dochody ze sklepu. 
— I nie miałeś pan kochanek? 
— Nie, pani. Tak gorzko odczuwałem moją niewolę, żem po prostu nie śmiał 
patrzeć na inne kobiety. Niech więc pani przyzna, że mam prawo być surowym 
sędzią pani baronowej, która sprzedając się wiedziała, że nie kupowano od 
niej... jej pracy... 
— Okropność! — szepnęła pani Wąsowska patrząc w ziemię. 
— Tak, pani. Handel ludźmi jest rzeczą okropną, a jeszcze okropniejszą handel 
samym sobą. Ale dopiero transakcje zawierane w złej wierze są rzeczą 
haniebną. Gdy się taka sprawa wykryje, następstwa muszą być bardzo przykre 
dla strony zdemaskowanej. 
Jakiś czas oboje siedzieli milcząc. Pani Wąsowska była zirytowana, Wokulski 
sposępniał. 
— Nie!... — zawołała nagle — ja muszę z pana wydobyć zdanie stanowcze... 
— O czym? 
— O różnych kwestiach, na które mi pan odpowie jasno i wyraźnie. 
— Czy to ma być egzamin? 
— Coś na kształt tego. 
— Słucham panią. 
Można było myśleć, że się waha; przemogła się jednak i zapytała: 
— Więc utrzymuje pan, że baron miał prawo odepchnąć i zniesławić kobietę?... 
— Która go oszukała?... Miał. 
— Co pan nazywa oszustwem? 
— Przyjmowanie uwielbień barona pomimo feblika, jak pani mówi, do pana 
Starskiego. 
Pani Wąsowska przygryzła usta. 
— A baron ile miał takich feblików?... 
— Zapewne tyle, na ile mu starczyło ochoty i okazji — odparł Wokulski. — Ale 
baron nie pozował na niewinność, nie nosił tytułu specjalisty od czystości 
obyczajów, nie był za to otaczany hołdami... Gdyby baron zdobył czyjeś serce 
twierdząc, że nigdy nie miał kochanek, a miał je, byłby także oszustem. Co 
prawda, nie tego w nim szukano. 
Pani Wąsowska uśmiechnęła się. 
— Wyborny pan jesteś!... A któraż kobieta twierdzi czy zapewnia was, że nie 
miała kochanków?... 
— Ach, więc pani ich miała... 
— Mój panie!... — wybuchnęła wdówka zrywając się. 
Wnet jednak opamiętała się i rzekła chłodno: 
— Zastrzegam sobie u pana niejaką względność w wyborze argumentów. 
— Na co to?... Przecież oboje mamy równe prawa, a ja wcale się nie obrażę, jeżeli 
pani zapyta mnie o liczbę moich kochanek. 
— Nie ciekawam. 
Zaczęła chodzić po salonie. W Wokulskim zadrgał gniew., ale go opanował. 
— Tak, przyznaję panu — mówiła -że nie jestem wolną od przesądów. No, ale ja 
jestem tylko kobietą, mam mózg lżejszy, jak utrzymują wasi antropologowie: 
zresztą jestem spętana stosunkami, nałogami i Bóg wie czym!... Gdybym jednak 
była rozumnym mężczyzną jak pan i wierzyła w postęp jak pan, umiałabym 
otrząsnąć się z tych naleciałości, a choćby tylko uznać, że prędzej lub później 
kobiety muszą być równouprawnione. 
— Niby pod względem tych feblików?... 
— Niby... niby... — przedrzeźniała go. — Właśnie mówię o tych feblikach... 
— O!... to po cóż mamy czekać na wątpliwe rezultaty postępu? Już dziś jest 
bardzo wiele kobiet równouprawnionych pod tym względem. Tworzą nawet 
potężne stronnictwo, nazywające się kokotami... Ale dziwna rzecz: posiadając 
względy mężczyzn, panie te nie cieszą się życzliwością kobiet... 
— Z panem nie można rozmawiać, panie Wokulski — upomniała go wdówka. 
— Nie można ze mną rozmawiać o równouprawnieniu kobiet? 
Pani Wąsowskiej zapłonęły oczy i krew uderzyła na twarz. Usiadła gwałtownie 
na fotelu i uderzywszy ręką w stół, zawołała: 
— Dobrze!... otóż wytrzymam pański cynizm i będę mówiła nawet o kokotach... 
Dowiedzże się pan, że trzeba mieć bardzo niski charakter, ażeby zestawiać te 
damy, które sprzedają się za pieniądze, z kobietami uczciwymi i szlachetnymi, 
które oddają się z miłości... 
— Ciągle pozując na niewinność... 
— Chociażby. 
— I po kolei oszukując naiwnych, którzy temu wierzą. 
— A co im szkodzi oszustwo?... — zapytała, zuchwale patrząc mu w oczy. 
Wokulski zaciął zęby, ale opanował się i mówił spokojnie: 
— Proszę pani, co by też powiedzieli o mnie moi wspólnicy, gdybym ja zamiast 
sześciu kroć stu tysięcy rubli majątku, jak to ogłoszono, miał sześć tysięcy i nie 
protestował przeciw pogłoskom?... Chodzi przecież tylko o dwa zera... 
— Wyłączmy kwestie pieniężne — przerwała pani Wąsowska. 
— Aha!... A więc co sama pani powiedziałaby o mnie, gdybym ja na przykład 
nazywał się nie Wokulski, ale — Wolkuski i za pomocą tak małego przestawienia 
liter zdobył życzliwość nieboszczki prezesowej, wcisnął się do jej domu i tam 
miał honor poznać panią?... Jak by pani nazwała ten sposób robienia znajomości 
i pozyskiwania ludzkich wzglądów?... 
Na ruchliwej twarzy pani Wąsowskiej odmalowało się uczucie wstrętu. 
— Jakiż to znowu ma związek ze sprawą barona i jego żony?...- odparła. 
— Ma, proszę pani, ten związek; że na świecie nie wolno przywłaszczać sobie 
tytułów. Kokota może być zresztą użyteczną kobietą i nikt nie ma prawa robić 
jej wymówek za specjalność; ale kokota maskująca się pozorami tak zwanej 
nieskazitelności jest oszustką. A za to już można robić wymówki. 
— Okropność!... — wybuchnęła pani Wąsowska. — Ale mniejsza... 
Powiedz mi pan jednak, co świat traci na podobnej mistyfikacji?... 
Wokulskiemu zaczęło szumieć w uszach. 
— Świat niekiedy zyskuje, jeżeli jakiś naiwny prostak wpada w obłęd zwany 
miłością idealną i za cenę największych niebezpieczeństw zdobywa majątek, 
aby go złożyć u stóp swego ideału... Ale świat czasem traci, jeżeli ten wariat 
odkrywszy mistyfikację upada złamany, do niczego niezdolny... Albo... nie 
rozporządziwszy majątkiem rzuca się... To jest: strzela się z panem Starskim i 
dostaje kulą po żebrach... Świat traci, pani, jedno zabite szczęście, jeden 
zwichnięty umysł, a może i człowieka, który mógł coś zrobić... 
— Ten człowiek sam sobie winien... 
— Ma pani rację: byłby winien, gdyby spostrzegłszy się nie postąpił jak baron i 
nie zerwał ze swoim ogłupieniem i hańbą... 
— Krótko mówiąc — rzekła pani Wąsowska — mężczyźni nie zrzekną się 
dobrowolnie swoich dzikich przywilejów wobec kobiet... 
— To jest: nie uznają przywileju zwodzenia... 
— Kto zaś odrzuca układy — mówiła z uniesieniem -ten rozpoczyna walkę... 
— Walkę?.. — powtórzył śmiejąc się Wokulski. 
— Tak, walkę, w której strona silniejsza zwycięży... A kto silniejszy, to dopiero 
zobaczymy!... — zawołała potrząsając ręką. 
W tej chwili stała się rzecz dziwna. Wokulski nagle schwycił panią Wąsowską 
za obie ręce i umieścił je między trzema palcami swojej. 
— Cóż to znaczy?... — zapytała blednąc. 
— Próbujemy, kto silniejszy — odparł. 
— No... już dosyć żartów... 
— Nie, pani, to nie są żarty... To tylko mały dowód, że z panią, jako 
reprezentantką walki, mogę zrobić, co mi się podoba. Tak czy nie? 
— Puść mnie pan — zawołała szarpiąc się — bo zawołam na służbę... 
Wokulski puścił jej ręce. 
— Ach, więc będziecie panie walczyć z nami przy pomocy służby?... Ciekawym, 
jakiego wynagrodzenia zażądaliby ci sprzymierzeńcy i czy pozwoliliby nie 
dotrzymywać zobowiązań? 
Pani Wąsowska przypatrywała mu się naprzód z lekką trwogą, potem z 
oburzeniem, w końcu wzruszyła ramionami. 
— Wie pan, co mi na myśl przyszło? 
— Żem oszalał. 
— Coś na kształt tego. 
— Wobec tak pięknej kobiety i przy takiej dyskusji byłoby to rzeczą naturalną. 
— Ach, jakiż płaski kompliment!... — zawołała z grymasem.- W każdym razie 
muszę wyznać, żeś mi pan trochę zaimponował. Trochę... Ale nie wytrzymałeś 
pan w roli, puściłeś mi ręce, i to mnie rozczarowało... 
— O, ja potrafiłbym nie puścić rąk. 
— A ja potrafiłabym zawołać na służbę... 
— A ja, przepraszam panią, potrafiłbym zakneblować usta. . 
— Co?..: co?... 
— To, co powiedziałem. 
Pani Wąsowska znowu się zadziwiła. 
— Wie pan — rzekła zakładając po napoleońsku ręce — że pan jest albo bardzo 
oryginalny, albo... bardzo źle wychowany... 
— Wcale nie jestem wychowany... 
— Więc istotnie oryginalny — szepnęła. — Szkoda, że z tej strony nie dałeś się pan 
poznać Beli... 
Wokulski osłupiał. Nie na dźwięk tego imienia, ale z powodu zmiany, jaką 
uczuł w sobie. Panna Izabela wydała mu się całkiem obojętną, a natomiast 
zaczęła go interesować pani Wąsowska. 
— Trzeba jej było — ciągnęła — od razu wyłożyć swoje teorie tak jak mnie, a nie 
wynikłyby między wami nieporozumienia. 
— Nieporozumienia?.. — spytał Wokulski szeroko otwierając oczy. 
— Tak, bo o ile wiem, ona panu gotowa przebaczyć. 
— Przebaczyć?... 
— Jesteś pan, widzę, jeszcze bardzo... osłabiony — mówiła obojętnym tonem jeżeli 
nie czujesz, że postępek pański był brutalny... Wobec pańskich 
ekscentryczności nawet baron wygląda na eleganckiego człowieka. 
Wokulski roześmiał się tak szczerze, iż jego samego to zaniepokoiło. Pani 
Wąsowska mówiła dalej: 
— Śmiejesz się pan?... Wybaczam, ponieważ rozumiem taki śmiech... Jest to 
najwyższy stopień cierpienia... 
— Przysięgam pani, że od dziesięciu tygodni nie czułem się tak swobodnym... 
Boże mój!... nawet od paru lat... Zdaje mi się, że przez cały ten czas szarpała mi 
mózg jakaś straszna zmora i przed chwilą znikła... Teraz dopiero czuję, że 
jestem ocalony, i to dzięki pani... 
Głos mu drżał. Wziął ją za obie ręce i całował prawie namiętnie. Pani 
Wąsowskiej zdawało się, że dostrzegła w jego oczach coś na kształt łez. 
— Ocalony!... Uwolniony!... — powtarzał. 
— Posłuchaj mnie pan — mówiła zimno, cofając ręce. — Wszystko wiem, co 
między wami zaszło... Postąpiłeś pan niegodziwie podsłuchując rozmowę, którą 
znam w najdrobniejszych szczegółach, a nawet więcej... Była to najzwyklejsza 
flirtacja... 
— Ach, więc to jest flirtacja?... — przerwał. — To, co robi kobietę podobną do 
restauracyjnej serwetki, którą każdy może obcierać usta i palce?... To jest 
flirtacja, bardzo dobrze!... 
— Milcz pan!... — zawołała pani Wąsowska. — Nie przeczę, że Bela postąpiła źle, 
ale... osądź pan sam siebie, jeżeli powiem, że ona pana... 
— Kocha, czy tak? — spytał Wokulski bawiąc się swoją brodą. 
— O, kocha!... Dopiero żałuje pana. Nie chcę się wdawać w szczegóły, dość, 
jeżeli powiem, że widywałam ją prze dwa miesiące prawie co dzień... Że przez 
ten czas mówiła tylko o panu i że najulubieńszym miejscem jej przejażdżek 
jest... zamek zasławski!... Ile razy siadała na tym wielkim kamieniu z napisem, 
ile razy widziałam łzy w jej oczach... A nawet raz rozpłakała się na dobre, 
powtarzając wyryty tam dwuwiersz : 
Wszędzie i zawsze będę ja przy tobie, 
Bom wszędzie cząstkę mej duszy zostawi! 
Cóż pan na to?... 
— Co ja na to?.. — powtórzył Wokulski. — Przysięgam, że jedynym moim 
życzeniem w tej chwili jest, ażeby zaginął najdrobniejszy ślad mojej znajomości 
z panną Łęcką... A przede wszystkim ten nieszczęśliwy kamień, który ją tak 
roztkliwia. 
— Gdyby to była prawda, miałabym piękny dowód męskiej stałości 
— Nie, miałaby pani tylko dowód cudownej kuracji — mówił wzruszony. — O 
Boże!... zdaje mi się, że mnie ktoś na parę lat zamagnetyzował, że przed 
dziesięcioma tygodniami zbudzono mnie nieumiejętnie i że dopiero dziś 
ocknąłem się naprawdę... 
— Pan to mówisz na serio?... 
— Czyliż pani nie widzi, jaki jestem szczęśliwy?... Odzyskałem siebie i znowu 
należę do siebie... Niech mi pani wierzy, że jest to cud, którego najzupełniej nie 
rozumiem, ale który porównać można tylko z przebudzeniem z letargu 
człowieka, który już leżał w trumnie. 
— I czemu pan to przypisuje?... — zapytała spuszczając oczy. 
— Przede wszystkim pani... A następnie temu, że nareszcie zdobyłem się na jasne 
sformułowanie przed kimś rzeczy, którą od dawna rozumiał, alem nie miał 
odwagi uznać. Panna Izabela to kobieta innego gatunku aniżeli ja i tylko jakieś 
obłąkanie mogło mnie przykuć do niej. 
— I co pan zrobi po tym ciekawym odkryciu? 
— Nie wiem. 
— Nie znalazł pan czasem kobiety swego gatunku?.. 
— Może. 
— Zapewne jest nią ta pani... pani Sta... Sta... 
— Stawska?... Nie. Prędzej byłaby nią pani. 
Pani Wąsowska podniosła się z fotelu z miną bardzo uroczystą. 
— Rozumiem — rzekł Wokulski. — Mam już odejść? 
— Jak pan uważa. 
— I na wieś nie pojedziemy razem? 
— O, to z pewnością... Chociaż... nie bronię panu przyjechać tam... 
Zapewne będzie u mnie Bela... 
— W takim razie nie przyjadę. 
— Nie twierdzę, że będzie. 
— I zastałbym tylko samą panią? 
— Przypuszczam. 
— I rozmawialibyśmy tak jak dzisiaj?... Jeździlibyśmy na spacer jak wówczas?.. 
— I naprawdę rozpoczęłaby się między nami wojna -odparła pani Wąsowska. 
— Ostrzegam, żebym ją wygrał. 
— Doprawdy?... I może zrobiłby mnie pan swoją niewolnicą?.. 
— Tak. Przekonałbym, że potrafię mieć władzę, a później u nóg pani błagałbym, 
ażebyś przyjęła mnie za swego niewolnika... 
Pani Wąsowska odwróciła się i wyszła z salonu. Na progu zatrzymała się chwilę 
i z lekka odwracając głowę rzekła: 
— Do widzenia... na wsi!... 
Wokulski opuścił jej mieszkanie jak pijany. Znalazłszy się na ulicy szepnął : 
„Oczywiście, zgłupiałem.” 
Spojrzał za siebie i zobaczył w oknie panią Wąsowską, która wyglądała spoza 
firanki. 
„Do licha ! — pomyślał. — Czy ja znowu nie wlazłem w jaką awanturę?...” 
Idąc ulicą Wokulski wciąż zastanawiał się nad zmianą, jaka w nim zaszła. 
Zdawało mu się, że : otchłani, w której panuje noc i obłęd, wydobył się na jasny 
dzień. Pulsa biły mu silniej, oddychał szerzej, myśli toczyły się z niezwykłą 
swobodą; czuł jakąś rześkość w całym organizmie i nie dający się opisać spokój 
w sercu. 
Już nic drażnił go ruch uliczny, a cieszyły tłumy. Niebo miało ciemniejszą 
barwę, domy wyglądały zdrowiej, a nawet kurz, nasycony potokami światła był 
piękny. 
Największą jednak przyjemność robił mu widok młodych kobiet, ich giętkich 
ruchów, uśmiechających się ust i wabiących spojrzeń. Kilka z nich spojrzały mu 
prosto w oczy z wyrazem słodkiej tkliwości i kokieterii; Wokulskiemu serce 
uderzyło śpieszniej, jakiś prąd drażniący przeleciał po nim od stóp do głów. 
„Ładne!...” — pomyślał. 
Wnet jednak przypomniał sobie panią Wąsowską i musiał przyznać, że 
spomiędzy tych ładnych ona jest najładniejsza, a co lepiej, najponętniejsza... Co 
to za figura, jaki wspaniały kontur nogi, a płeć, a oczy mające w sobie coś z 
brylantów i aksamitu... Byłby przysiągł, że czuje zapach jej ciała, że słyszy 
spazmatyczny śmiech, i w głowic zaszumiało mu na samą myśl zbliżenia się do 
niej. 
„Co to musi być za wściekła kobieta!... — szepnął. — Kąsałbym ją...” 
Widmo pani Wąsowskiej tak go prześladowało i drażniło, że nagle przyszedł mu 
projekt odwiedzić ją jeszcze dziś wieczorem. 
„Przecież zaprosiła mnie na obiady i kolacje — mówił do siebie czując, że w nim 
coś kipi. — Wyrzuci mnie za drzwi?... Po cóż by mnie kokietowała. Że nie ma do 
mnie wstrętu, wiem nic od dzisiaj, no, a ja, dalibóg, mam na nią apetyt, który 
także coś wart...” 
Wtem przeszła obok niego jakaś szatynka z fiołkowymi oczyma i twarzą 
dziecka, a Wokulski spostrzegł ze zdziwieniem, że i ta mu się podoba. 
O kilkanaście kroków od swojego domu usłyszał wołanie: 
— Hej!... hej!... Stachu!... 
Wokulski odwrócił głowę i pod werandą cukierni zobaczył Szumana. Doktór 
zostawił nie dokończoną porcję lodów, rzucił na stół srebrną czterdziestówkę i 
wybiegł do niego. 
— Idę do ciebie — mówił Szuman biorąc go pod rękę. -Wiesz co, że dawno już nie 
miałeś tak byczej miny... Założę się, że wrócisz do spółki i porozpędzasz tych 
parchów... Co za Fizjognomia... co za oko... Dziś dopiero poznaję dawnego 
Stacha!... 
Minęli bramę, schody i weszli do mieszkania. 
— A ja w tej chwili myślałem, że grozi mi jakaś nowa choroba... rzekł Wokulski 
ze śmiechem. — Chcesz cygaro? 
— Dlaczego grozi? 
— Wyobraź sobie, że może od godziny ogromne wrażenie robią na mnie 
kobiety... Jestem przestraszony... 
Szuman roześmiał się na cały głos. 
— Pyszny jesteś... Zamiast wydać obiad na znak radości, to ten się boi... A cóż ty 
myślisz, że wówczas byłeś zdrów, kiedyś wariował za jedną kobietą? Dziś jesteś 
zdrów, kiedy ci się wszystkie podobają, i nie masz nic pilniejszego jak postarać 
się o względy tej, która ci najlepiej przypadnie do gustu. 
— Bah!... A gdyby to była wielka dama?... 
— Tym lepiej... tym lepiej... Wielkie damy są daleko smaczniejsze od pokojówek. 
Kobiecość ogromnie zyskuje na szyku i inteligencji, a nade wszystko na dumie. 
Jakie czekają cię idealne rozmowy, jakie miny pełne godności... Ach, powiadam 
ci, to ze trzy razy więcej warte... 
Po twarzy Wokulskiego przeleciał cień. 
— Oho! -zawołał Szuman — już widzę obok ciebie długie ucho tego patrona, na 
którym Chrystus wjeżdżał do Jerozolimy. Czego się krzywisz?... Właśnie 
umizgaj się tylko do wielkich dam, bo one mają ciekawość do demokracji. 
W przedpokoju rozległ się dzwonek i wszedł Ochocki. Spojrzał na 
zacietrzewionego doktora i zapytał: 
— Przeszkadzam panom? 
— Nie — odparł Szuman — możesz pan nawet być pomocny. Bo właśnie radzę w tej 
chwili Stachowi, ażeby leczył się romansem, ale... nie idealnym. Z ideałami już 
dosyć... 
— A wie pan, że tego wykładu i ja gotów jestem posłuchać — rzekł Ochocki 
zapalając podane cygaro. 
— Awantura! -mruknął Wokulski. 
— Żadna awantura — prawił Szuman. -Człowiek z twoim majątkiem może być 
kompletnie szczęśliwy, do rozsądnego bowiem szczęścia potrzeba: co dzień 
jadać inne potrawy i brać czystą bieliznę, a co kwartał zmieniać miejsce pobytu i 
kochanki. 
— Zabraknie kobiet -wtrącił Ochocki. 
— Zostaw pan to kobietom, a już one postarają się, ażeby ich nie zabrakło odparł 
szyderczo doktór. — Przecież ta sama dieta stosuje się i do kobiet. 
— Ta kwartalna dieta?.. — spytał Ochocki. 
— Naturalnie. Dlaczegóż one mają być gorsze od nas? 
— Nie ciekawa to jednak służba w dziesiątym lub dwudziestym kwartale. 
— Przesąd!... przesąd!... — mówił Szuman. — Ani się pan spostrzeżesz, ani się 
domyślisz, szczególniej, jeżeli cię zapewnią, że jesteś dopiero drugim lub 
czwartym, i to tym prawdziwie kochanym, tym od dawna przeczuwanym... 
— Nie byłeś u Rzeckiego? -spytał Szumana Wokulski. 
— No, jemu już nie zapiszę recepty na miłość — odparł doktór.- Stary kapcanieje... 
— Istotnie, źle wygląda — dorzucił Ochocki. 
Rozmowa przeszła na stan zdrowia Rzeckiego, potem na politykę, w końcu 
Szuman pożegnał ich. 
— Bestia cynik!... — mruknął Ochocki. 
— Nie lubi kobiet — dodał Wokulski -a w dodatku miewa gorzkie dnie i wtedy 
wygaduje herezje. 
— Czasami nie bez racji — rzekł Ochocki. — Ale też dobrze trafił ze swymi 
poglądami... Bo akurat przed godziną miałem uroczystą rozmowę z ciotką, która 
koniecznie namawia mnie, abym się ożenił, i dowodzi, że nic tak nie 
uszlachetnia człowieka, jak miłość zacnej kobiety... 
— On nie radził panu, tylko mnie. 
— Ja też właśnie, gdym słuchał jego wywodów, myślałem o panu. Wyobrażam 
sobie, jak byś pan wyglądał zmieniając co kwartał kochanki, gdyby kiedy stanęli 
przed panem ci wszyscy ludzie, którzy dziś pracują na pańskie dochody, i 
zapytali: „Czym się wywdzięczasz nam za nasze trudy, nędzę i krótsze życie, 
którego część tobie oddajemy?... Czy pracą, czy radą, czy przykładem?...” 
— Jacyż dziś ludzie pracują na moje dochody? -spytał Wokulski. — Wycofałem 
się z interesów i zamieniam majątek na papiery. 
— Jeżeli na listy zastawne ziemskie, to przecież kupony od nich płacą parobcy; a 
jeżeli na jakieś akcje, to znowu ich dywidendy pokrywają robotnicy kolejowi, 
cukrowniani, tkaccy, czy ja zresztą wiem jacy?.. 
Wokulski jeszcze bardziej spochmurniał. 
— Proszę pana — rzekł — czy ja potrzebuję myśleć o tym?... Tysiące żyją z 
procentów i nie troszczą się podobnymi pytaniami. 
— Ale ba!- mruknął Ochocki. — Inni to nie pan... Ja mam wszystkiego półtora 
tysiąca rubli rocznie, a jednak bardzo często przychodzi mi na myśl, że taka 
suma stanowi utrzymanie trzech albo czterech ludzi i że jacyś faceci ustępują dla 
mnie ze świata albo muszą ograniczać swoje, już i tak ograniczone potrzeby... 
Wokulski przeszedł się po pokoju. 
— Kiedy pan jedziesz za granicę? — nagle zapytał. 
— I tego nie wiem — odparł kwaśno Ochocki. -Mój dłużnik nie zwróci mi 
pieniędzy wcześniej jak za rok. Spłaci mnie dopiero nową pożyczką, a tej dziś 
niełatwo zaciągnąć. 
— Duży daje procent? 
— Siódmy. 
— A pewna to lokacja? 
— Pierwszy numer po Towarzystwie Kredytowym. 
— A gdybym ja panu dał gotówkę i wszedł w pańskie prawa, wyjechałbyś pan za 
granicę? 
— Jednej chwili!... — zawołał Ochocki zrywając się. — Cóż ja tu wysiedzę?... 
Chyba z desperacji ożenię się bogato, a później będę robił tak, jak radzi Szuman. 
Wokulski zamyślił się. 
— Cóż by to było złego ożenić się? — rzekł półgłosem. 
— Dajże mi pan spokój!... Ubogiej żony nie wykarmię, bogata wciągnęłaby mnie 
w sybarytyzm, a każda byłaby grobem moich planów. Dla mnie trzeba jakiejś 
dziwnej kobiety, która by razem ze mną pracowała w laboratorium; a gdzież 
znajdę taką?... 
Ochocki zdawał się być mocno rozstrojony i zabrał się do wyjścia. 
— Więc, kochany panie — mówił żegnając się z nim Wokulski sprawę pańskiego 
kapitału obgadamy. Ja gotów jestem spłacić pana. 
— Jak pan chce... Nie proszę o to, ale byłbym bardzo wdzięczny. 
— Kiedy pan wyjeżdżasz do Zasławka? 
— Jutro, właśnie przyszedłem pożegnać pana. 
— A więc interes gotów — zakończył ściskając go Wokulski.- W październiku 
możesz pan mieć pieniądze. 
Po.wyjściu Ochockiego Wokulski położył się spać. Doznał dziś tylu silnych i 
sprzecznych wrażeń, że nie umiał ich uporządkować. Zdawało mu się, że od 
chwili zerwania z panną Izabelą wchodził na jakąś straszną wysokość, otoczoną 
przepaściami, i dopiero dziś dosięgnął jej szczytów, a nawet zeszedł na drugi 
skłon, gdzie ujrzał jeszcze niewyraźne, lecz całkiem nowe horyzonty. 
Jakiś czas snuły mu się przed oczyma roje kobiet, a między nimi najczęściej 
pani Wąsowska; to znowu widział gromady parobków i robotników, którzy 
zapytywali go, co im dal w zamian za swoje dochody. 
Nareszcie twardo zasnął. 
Obudził się o szóstej rano, a pierwszym wrażeniem było uczucie swobody i 
rześkości. 
Wprawdzie nie chciało mu się wstawać, lecz nie doznawał żadnego cierpienia i 
nie myślał o pannie Izabeli. To jest myślał, ale mógł nie myśleć; w każdym razie 
wspomnienie jej nie nurtowało go w sposób jak dotychczas bolesny. 
Ten brak cierpień znowu zatrwożył go. 
„Czy to nie przywidzenie?” -pomyślał. 
Przypomniał sobie historię dnia wczorajszego; pamięć i logika dopisywały mu. 
„Może i wolę odzyskam?” — szepnął. 
Na próbę postanowił, że wstanie za pięć minut, wykąpie się, ubierze i 
natychmiast pójdzie na spacer do Łazienek. Patrzył na posuwającą się skazówkę 
zegarka i z niepokojem zapytał: „A może ja się nawet na to nie zdobędę ?.. „ 
Skazówka dosięgła pięciu minut i Wokulski wstał bez pośpiechu, ale też i bez 
wahania. Sam nalał sobie wody do wanny, wykąpał się, wytarł, ubrał i już w pół 
godziny szedł do Łazienek. 
Uderzyło go, że przez cały ten czas nie myślał o pannie Izabeli, tylko o pani 
Wąsowskiej. Oczywiście, coś się w nim wczoraj zmieniło: może zaczęły działać 
jakieś sparaliżowane komórki w mózgu?... Myśl o pannie Izabeli straciła nad 
nim władzę. 
„Co to za dziwna plątanina -mówił. -Tamtą wyrugowała pani Wąsowska, a 
panią Wąsowską może zastąpić każda inna kobieta. Jestem więc naprawdę 
uleczony z obłędu...” 
Przeszedł nad stawem i obojętnie przypatrywał się czółnom i łabędziom. Potem 
skręcił w aleję ku Pomarańczarni, na której byli wtedy oboje, i powiedział sobie, 
że... zje śniadanie z apetytem. Ale gdy wracał tą samą drogą, opanował go 
gniew i z dziką radością złośliwego dzieciaka poprzednie ślady własnych stóp 
zacierał nogą. 
„Gdybym mógł wszystko tak zetrzeć... I tamten kamień, i ruiny... Wszystko!...” 
W tej chwili uczuł, że budzi się w nim niepokonany instynkt niszczenia 
pewnych rzeczy; lecz zarazem zdawał sobie sprawę, że jest to objaw 
chorobliwy. Wielką też robiło mu satysfakcję, że nie tylko spokojnie może 
myśleć o pannie Izabeli, ale nawet oddawać jej sprawiedliwość. 
„O co ja się irytowałem? — mówił do siebie. — Gdyby nie ona, nie zdobyłbym 
majątku... Gdyby nie ona i nie Starski, za pierwszym razem nie wyjechałbym do 
Paryża i nie zbliżyłbym się z Geistem, a pod Skierniewicami nie uleczyłbym się 
z głupoty... Wszakże to moi dobrodzieje ci państwo... Nawet powinien bym 
wyswatać tę dobraną parę, a przynajmniej ułatwiać im schadzki... I pomyśleć, że 
z takiej mierzwy kiedyś wykwitnie metal Geista!...” 
W Ogrodzie Botanicznym było cicho i prawie pusto. Wokulski wyminął studnię 
i z wolna począł wstępować na ocieniony pagórek, na którym przeszło rok temu 
po raz pierwszy rozmawiał z Ochockim. Zdawało mu się, że wzgórze jest 
podwaliną tych ogromnych schodów, na szczycie których ukazywał mu się 
posąg tajemniczej bogini. Ujrzał ją i teraz i ze wzruszeniem spostrzegł, że 
chmury otaczające jej głowę rozsunęły się na chwilę. Zobaczył surową twarz, 
rozwiane włosy, a pod spiżowym czołem żywe, lwie oczy, które wpatrywały się 
w niego z wyrazem przygniatającej potęgi. Wytrzymał to spojrzenie i nagle 
uczuł, że rośnie... rośnie... że już przenosi głową najwyższe drzewa parku i sięga 
prawie do obnażonych stóp bogini. 
Teraz zrozumiał, że tą czystą i wieczną pięknością jest Sława i że na jej 
szczytach nie ma innej uciechy nad pracę i niebezpieczeństwa. 
Wrócił do domu smutniejszy, ale wciąż spokojny. Zdawało mu się, że podczas 
tej przechadzki nawiązał się jakiś węzeł między jego przyszłością a ową odległą 
epoką, kiedy jeszcze jako subiekt i student budował machiny o wiecznym ruchu 
albo dające się kierować balony. Kilkanaście zaś ostatnich lat były tylko 
przerwą i stratą czasu. 
„Muszę gdzieś wyjechać — rzekł do siebie — muszę odpocząć, a później... 
zobaczymy...” 
Po południu wysłał długą depeszę do Suzina do Moskwy. 
Na drugi dzień, około pierwszej, kiedy Wokulski jadł śniadanie, wszedł lokaj 
pani Wąsowskiej i oświadczył, że pani czeka w powozie. 
Gdy wybiegł na ulicę, pani Wąsowska kazała mu wsiąść. 
— Zabieram pana — rzekła. 
— Czy na obiad?... 
— O nie, tylko do Łazienek. Bezpieczniej mi będzie rozmawiać z panem przy 
świadkach i na wolnym powietrzu. 
Ale Wokulski był pochmurny i milczał. 
W Łazienkach wysiedli z powozu, minęli pałacowy taras i zaczęli spacerować 
po alei dotykającej amfiteatru. 
— Musi pan wejść między ludzi, panie Wokulski — zaczęła pani Wąsowska. — Musi ocknąć się pan ze swej apatii, bo inaczej minie pana słodka nagroda... 
— Och?... aż tak... 
— Niezawodnie. Wszystkie damy są zainteresowane pańskimi cierpieniami i 
założę się, że niejedna chciałaby odegrać rolę pocieszycielki. 
— Albo pobawić się moim rzekomym cierpieniem jak kot poranioną 
myszą?...Nie, pani, ja nie potrzebuję pocieszycielek, ponieważ wcale nie cierpię, 
a już najmniej z winy dam... 
— Proszę?... — zawołała pani Wąsowska. — Myślałby kto, że naprawdę nie 
otrzymałeś pan ciosu z małych rączek... 
— I dobrze by myślał — odparł Wokulski. — Jeżeli zadał mi kto ciosy, to 
bynajmniej nie płeć piękna, ale... czy ja wiem co?... może fatalność. 
— Zawsze jednak za pośrednictwem kobiety... 
— A nade wszystko mojej własnej naiwności. Prawie od dzieciństwa szukałem 
jakiejś rzeczy wielkiej i nieznanej; a ponieważ kobiety widywałem tylko przez 
okulary poetów, którzy im przesadnie pochlebiają, więc myślałem, że kobieta 
jest ową rzeczą wielką i nieznaną. Omyliłem się i w tym leży sekret mego 
chwilowego zachwiania, na którym zresztą udało mi się zrobić majątek. 
Pani Wąsowska zatrzymała się w alei. 
— No, wie pan co, że jestem zdumiona!... Nie widzieliśmy się od onegdaj, a dziś 
przedstawia mi się pan jako całkiem inny człowiek, coś w rodzaju starego 
dziada, który lekceważy kobiety... 
— To nie lekceważenie, to spostrzeżenie. 
— Mianowicie?... — zapytała pani Wąsowska. 
— Że jest gatunek kobiet, które po to tylko żyją na świecie, ażeby drażnić i 
podniecać namiętności mężczyzn. Tym sposobem ogłupiają ludzi rozumnych, 
upadlają uczciwych i utrzymują w równowadze głupców Mają licznych 
wielbicieli i dzięki temu wywierają na nas taki wpływ jak haremy na Turcję. 
Widzi więc pani, że damy nic mają powodu roztkliwiać się nad moimi 
cierpieniami ani prawa bawić się mną. Nic należę do ich referatu. 
— I nawet zrywasz pan z miłością?... — zapytała ironicznie pani Wąsowska. 
W Wokulskim zakipiał gniew... 
— Nie, pani — odparł — tylko mam przyjaciela pesymistę, który mi wytłumaczył, że 
nierównie korzystniej jest kupić miłość za cztery tysiące rubli rocznie, a 
wierność za pięć tysięcy aniżeli za to, co nazywamy uczuciem. 
— Piękna wierność!... — szepnęła pani Wąsowska. 
— Przynajmniej z góry zapowiada, czego się mamy od niej spodziewać. 
Pani Wąsowska przygryzła wargi i skręciła w stronę powozu. 
— Powinien by pan zacząć apostołować swoje nowe poglądy. 
— Ja myślę, proszę pani, że na to szkoda czasu, bo jedni nigdy ich nie 
zrozumieją, a inni nic uwierzą bez osobistego doświadczenia. 
— Dziękuję panu za prelekcję — rzekła po chwili. — Zrobiła na mnie tak silne 
wrażenie, że nawet nie proszę pana, ażebyś mnie odwiózł do domu... Jesteś pan 
dziś w wyjątkowo złym humorze, sądzę jednak, że to minie... Ale... ale... Oto 
list — dodała wsuwając mu w rękę kopertę — który niech pan przeczyta. 
Popełniam niedyskrecję, ale wiem, że mnie pan nie zdradzi, a postanowiłam 
sobie ostatecznie rozwikłać nieporozumienie między panem i Belą. Jeżeli mi się 
zamiar uda, niech pan spali, jeżeli nie... niech mi pan ten list przywiezie na 
wieś... Adieu! 
Siadła do powozu i zostawiła Wokulskiego na ogrodowej szosie. 
„Do licha, czyżbym ją obraził?... — rzekł do siebie. — A szkoda, bo warta 
grzechu!...” 
Szedł powoli w stronę Alei Ujazdowskiej i myślał o pani Wąsowskiej. 
„Głupstwo!... przecież jej nie oświadczę, że mam na nią apetyt... A zresztą, 
choćbym trafił na dobrą chwilę, co bym dał jej w zamian?.. Nawet nie mógłbym 
powiedzieć, że ją kocham.” 
Dopiero w domu Wokulski otworzył list panny Izabeli. 
Na widok drogiego niegdyś pisma przeleciała po nim błyskawica żalu; ale 
zapach papieru przypomniał mu te dawne, bardzo dawne czasy, kiedy jeszcze 
zachęcała go do urządzania owacyj Rossiemu. 
„To był jeden paciorek z różańca, na którym panna Izabela odprawiała 
nabożeństwo!...” — szepnął z uśmiechem. 
Zaczął czytać. 
„Moja droga Kaziu! Jestem tak zniechęcona do wszystkiego i tak jeszcze nie 
mogę zebrać myśli, że dziś dopiero zdobywam się na opowiedzenie ci 
wydarzeń, jakie u nas zaszły od twego wyjazdu. 
Już wiem, ile mi zapisała ciotka Hortensja: oto sześćdziesiąt tysięcy rubli; razem 
więc mamy dziewięćdziesiąt tysięcy rubli, które poczciwy baron obiecuje 
umieścić na siedem procent, co wyniesie około sześciu tysięcy rubli rocznie. Ale 
trudno, trzeba nauczyć się oszczędności. 
Nie umiem ci opowiedzieć, jak się nudzę, a może tylko tęsknię... Ale i to 
przejdzie. Ten młody inżynier ciągle u nas bywa, co parę dni. Z początku bawił 
mnie rozmową o mostach żelaznych, a obecnie opowiada, jak się kochał w 
osobie, która wyszła za innego, jak za nią rozpaczał, jak stracił nadzieję 
zakochania się po raz drugi i jak by pragnął uzdrowić się przez nową, lepszą 
miłość. Wyznał mi jeszcze, że niekiedy pisuje wiersze, w których jednak opiewa 
tylko wdzięki natury... Czasami płakać mi się chce z nudów, ale że bez 
towarzystwa umarłabym, więc udaję, że słucham, i niekiedy pozwalam mu 
ucałować moją rączkę...” 
Wokulskiemu żyły nabrzmiały na czole... Odpoczął i czytał dalej: 
„Papo coraz słabszy. Płacze po kilka razy na dzień i byleśmy porozmawiali pięć 
minut sami, robi mi wymówki, wiesz za kogo!... Nie uwierzysz, jak mnie to 
rozstraja. 
W ruinach zasławskich bywam co parę dni. Coś mnie tam ciągnie, nie wiem piękna 
natura czy samotność. Kiedy jestem bardzo nieszczęśliwa, piszę różne 
rzeczy ołówkiem na spękanych ścianach i z radością myślę: jak dobrze, że to 
wszystko pierwszy deszcz zmyje. 
Ale, ale... Zapomniałam o najważniejszym! Wiesz: marszałek napisał do ojca 
list, w którym najformalniej oświadcza się o moją rękę. Całą noc płakałam, nie 
dlatego, że mogę zostać marszałkową, ale... że się to tak łatwo stać może!... 
Pióro wypada mi z ręki. Bądź zdrowa i wspomnij czasami o twej nieszczęśliwej 
Beli.” 
Wokulski zmiął list. 
„Tak pogardzam i... jeszcze ją kocham!” — szepnął. 
Głowa mu pałała. Chodził tam i na powrót z zaciśniętymi pięściami i uśmiechał 
się do własnych marzeń. 
Nad wieczorem otrzymał telegram z Moskwy, po którym natychmiast wysłał 
depeszę do Paryża. Następny zaś dzień, od rana do późnej nocy spędził ze swym 
adwokatem i rejentem. 
Kładąc się spać pomyślał: 
„Czy tylko ja nie zrobię głupstwa?... No, przecież zbadam rzeczy na miejscu... 
Czy może istnieć metal lżejszy od powietrza, to inna kwestia, ale że coś w tym 
jest — nie ma wątpliwości... Zresztą szukając kamienia filozoficznego znaleziono 
chemię; kto zatem wie, co się napotka teraz?... W rezultacie wszystko mi jedno, 
byle wydobyć się z tego błota...” 
Dopiero nazajutrz w południe przyszła odpowiedź z Paryża, którą Wokulski 
parę razy odczytał, W chwilę później oddano mu list od pani Wąsowskiej, gdzie 
na kopercie, w miejsce pieczątki, znajdował się wizerunek Sfinksa. 
— Tak — mruknął z uśmiechem Wokulski — twarz ludzka i tułów zwierzęcia: nasza 
zaś imaginacja dodaje wam skrzydeł. 
„Niech pan do mnie wpadnie na kilka minut — pisała pani Wąsowska — gdyż 
mam bardzo ważny interes, a dzisiaj chciałabym jechać.” 
„Zobaczymy ten ważny interes!” — rzekł do siebie. 
W pół godziny później był u pani Wąsowskiej; w przedpokoju stały już gotowe 
do drogi kufry. Pani przyjęła go w swoim gabinecie do pracy, w którym przecie 
ani jeden szczegół nie przypominał pracy. 
— A, pan jest bardzo grzeczny! — zaczęła obrażonym tonem pani Wąsowska. — Wczoraj cały dzień czekałam na pana, a pan ani się pokazał... 
— Przecież zabroniła mi pani przychodzić do siebie — odparł zdziwiony Wokulski. 
— Jak to?... Czyliż wyraźnie nie zaprosiłam pana na wieś?... Ale mniejsza, 
policzę to na karb pańskiej ekscentryczności... Drogi panie, mam do pana 
bardzo ważny interes. Chcę niedługo wyjechać za granicę i chcę poradzić się 
pana: kiedy najlepiej kupić franki, teraz czy przed wyjazdem?.. 
— Kiedyż pani jedzie?... 
— Tak... w listopadzie... w grudniu... — odparła rumieniąc się. 
— Lepiej przed samym wyjazdem. 
— Tak pan sądzi? 
— Przynajmniej tak wszyscy robią. 
— Ja właśnie nie chcę robić jak wszyscy! — zawołała pani Wąsowska. 
— To niech pani kupi teraz. 
— A jeżeli do grudnia franki stanieją? 
— To niech pani odłoży kupno do grudnia. 
— No, wie pan co — mówiła drąc jakiś papier — że jesteś pan jedyny do rady... 
Czarno to czarno, biało to biało... Cóż z pana za mężczyzna? Mężczyzna w 
każdej chwili powinien być stanowczy, a przynajmniej wiedzieć, czego chce... 
Cóż, odniósł mi pan list Beli? 
Wokulski milcząc oddał list. 
— Doprawdy? — zawołała ożywiona. -Więc pan jej nie kochasz?... A w takim 
razie rozmowa o niej nie powinna panu robić przykrości. Bo ja muszę... 
pogodzić was albo... Niech się już biedna dziewczyna nie dręczy... Pan się do 
niej uprzedziłeś... pan wyrządzasz jej krzywdę... To nieuczciwie... tak nie 
postępuje człowiek honorowy, aby zbałamuciwszy kogoś rzucał jak zwiędły 
bukiet... 
— Nieuczciwie! -powtórzył Wokulski. -Niech mi pani z łaski swej powie, jaka 
uczciwość może pozostać w człowieku, którego wykarmiono albo cierpieniem i 
upokorzeniem, albo upokorzeniem i cierpieniem? 
— Ale obok tego miałeś pan i inne chwile. 
— O tak, parę życzliwych spojrzeń i kilka dobrych słówek, które dziś mają w 
moich oczach tę jedną wadę, że były... mistyfikacją. 
— Ale ona dziś tego żałuje i gdybyś pan zwrócił się... 
— Po co? 
— Ażeby pozyskać jej serce i rękę. 
— Zostawiając drugą dla znanych i nieznanych wielbicieli?... Nie, pani, już mam 
dosyć tych wyścigów, w których byłem bity przez panów Starskich, 
Szastalskich i licho nie wie jakich jeszcze!... Nie mogę odegrywać roli eunucha 
przy moim ideale i upatrywać w każdym mężczyźnie szczęśliwego rywala czy 
niepożądanego kuzyna. 
— Jakież to niskie!... — zawołała pani Wąsowska. — Więc za jeden błąd, zresztą 
niewinny, poniewierasz pan niegdyś ukochaną kobietę?.. 
— Co do liczby owych błędów, to pozwoli pani, ażebym miał własna opinię; a co 
do niewinności... Boże miłosierny! w jak nędznym jestem położeniu, skoro 
nawet nie mam pojęcia, dokąd sięgała ich niewinność. 
— Pan przypuszczasz?.. — surowo zapytała go pani Wąsowska. 
— Ja już nic nie przypuszczam — odparł chłodno Wokulski.- Wiem tylko, że w 
moich oczach, pod pozorami obojętnej życzliwości, toczył się najzwyklejszy 
romans, i — to mi wystarcza. Rozumiem żonę, która oszukuje męża; bo ona może 
się tłumaczyć pętami, jakie wkłada na nią małżeństwo. Ale ażeby kobieta wolna 
oszukiwała obcego sobie człowieka... Cha!... cha!... cha!... to już jest, dalibóg, 
zamiłowanie do sportu... Przecież miała prawo przenosić nade mnie Starskiego 
i ich wszystkich... Ale nie! Jej jeszcze było potrzeba mieć w swoim orszaku 
błazna, który ją naprawdę kochał, który dla niej wszystko był gotów poświęcić... 
I dla ostatecznego zhańbienia natury ludzkiej właśnie z mojej piersi chciała 
zrobić parawan dla siebie i adoratorów... Czy pani domyśla się, jak musieli 
drwić ze mnie ci ludzie, tak tanio obsypywani względami?... I czy pani czuje, co 
to za piekło być tak śmiesznym jak ja, a zarazem tak nieszczęśliwym, tak 
oceniać swój upadek i tak rozumieć, że jest niezasłużony?... 
Pani Wąsowskiej drżały usta; z trudnością powstrzymywała się od łez. 
— Czy to nie jest imaginacja? -wtrąciła. 
— Eh, nie, pani... Skrzywdzona ludzka godność to nie imaginacja. 
— A zatem?.. 
— Cóż być może? — odparł Wokulski. — Spostrzegłem się, odzyskałem siebie, a 
dziś mam tę tylko satysfakcję, że triumf moich współzawodników, przynajmniej 
co do mnie, nie był zupełny. 
— I to jest nieodwołalne?... 
— Proszę pani, rozumiem kobietę, która oddaje się z miłości albo sprzedaje się z 
nędzy. Ale na zrozumienie tej duchowej prostytucji, którą prowadzi się bez 
potrzeby, na zimno, przy zachowaniu pozorów cnoty, na to już brakuje mi 
zmysłu. 
— Więc są rzeczy, których się nie przebacza? — spytała cicho. 
— Kto i komu ma przebaczać?... Pan Starski chyba nigdy nie obrazi się o takie 
rzeczy, a może nawet będzie rekomendował swoich przyjaciół. O resztę zaś 
można nie dbać mając liczne i tak dobrane towarzystwo. 
— Jeszcze słówko — rzekła pani Wąsowska powstając. — Wolno wiedzieć, jakie 
pan ma zamiary?... 
— Gdybyżem ja sam wiedział!... 
Podała mu rękę. 
— Żegnam pana. 
— Życzę pani szczęścia... 
— O!... — westchnęła i szybko weszła do następnego pokoju. 
„Zdaje mi się — myślał Wokulski schodząc ze schodów — że w tej chwili 
załatwiłem dwa interesa... Kto wie, czy Szuman nie ma racji?.. „ 
Od pani Wąsowskiej pojechał do mieszkania Rzeckiego. Stary subiekt był 
bardzo mizerny i ledwie podniósł się z fotelu. Wokulskiego głęboko poruszył 
jego widok. 
— Czy ty się gniewasz, stary, że tak dawno nie byłem u ciebie?- rzekł ściskając 
go za rękę. 
Rzecki smutnie pokiwał głową. 
— Alboż ja nie wiem, co się z tobą dzieje?... — odparł. — Bieda... bieda na 
świecie!... Coraz gorzej... 
Wokulski usiadł zamyślony, Rzecki począł mówić: 
— Widzisz, Stachu, ja już miarkuję, że mi czas iść do Katza i do moich 
piechurów, co tam gdzieś wyszczerzają na mnie zęby, żem maruder... Wiem, że 
cokolwiek postanowisz ze sobą, będzie mądre i dobre, ale... Czy nie byłoby 
praktycznie, gdybyś się ożenił ze Stawską?... Przecież to jakby twoja ofiara... 
Wokulski schwycił się za głowę. 
— Boże miłosierny! — zawołał — a kiedyż ja się wyplączę z tych babskich 
stosunków?... Jedna pochlebia sobie, że ja stałem się jej ofiarą, druga jest moją 
ofiarą, trzecia chciała zostać moją ofiarą, a jeszcze znalazłby się z dziesiątek 
takich, z których każda przyjęłaby mnie i mój majątek w ofierze... Zabawny 
kraj, gdzie baby trzymają pierwsze skrzypce i gdzie nie ma żadnych innych 
interesów, tylko szczęśliwa albo nieszczęśliwa miłość! 
— No, no, no... — odparł Rzecki — ja cię przecież za kark nie ciągnę!... Tylko, 
widzisz, mówił mi Szuman, że tobie na gwałt potrzeba romansu... 
— Iii.. nie!... Mnie bardziej potrzeba zmiany klimatu i to lekarstwo już sobie 
zapisałem. 
— Wyjeżdżasz? 
— Najdalej pojutrze do Moskwy, a potem... gdzie Bóg przeznaczy... 
— Masz co na myśli? -spytał tajemniczo Rzecki. 
Wokulski zastanowił się. 
— jeszcze nic nie wiem; waham się, jakbym siedział na dziesięciopiętrowej 
huśtawce. Czasami zdaje mi się, że coś zrobię dla świata... 
— Oj, to... to... 
— Ale chwilami ogarnia mnie taka desperacja, że chciałbym, ażeby mnie ziemia 
pochłonęła i wszystko, czegom tylko dotknął. 
— To nierozsądne... nierozsądne... — wtrącił Rzecki. 
— Wiem... Toteż nie dziwiłbym się ani temu, gdybym kiedy narobił hałasu, ani 
temu, gdybym skończył wszelkie rachunki ze światem... 
Siedzieli obaj do późnego wieczora. 
W kilka dni rozeszła się wieść, że Wokulski gdzieś wyjechał nagle i może na 
zawsze. 
Wszystkie jego ruchomości, począwszy od sprzętów, skończywszy na powozie i 
koniach, nabył hurtem Szlangbaum za dosyć niską cenę. 
ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY: 
PAMIĘTNIK STAREGO SUBIEKTA 
„Od kilku miesięcy utrzymuje się pogłoska, że w dniu 26 czerwca bieżącego 
roku zginął w Afryce książę Ludwik Napoleon, syn cesarza. I to jeszcze zginął 
w bitwie z dzikim narodem, o którym nie wiadomo, ani gdzie mieszka, ani jak 
się nazywa ; bo przecie Zulusami nie może nazywać się żaden naród. 
Tak wszyscy mówią. Nawet miała tam pojechać cesarzowa Eugenia i przywieźć 
zwłoki syna do Anglii. Czy tak jest w rzeczy samej, nie wiem, bo już od lipca 
nie czytuję gazet i nie lubię rozmawiać o polityce. 
Głupia jest polityka! Dawniej nie było telegramów i artykułów wstępnych, a 
przecie świat posuwał się naprzód i każdy człowiek rozsądny mógł zorientować 
się w sytuacji politycznej. Dziś zaś są telegramy, artykuły wstępne i ostatnie 
wiadomości, ale wszystko służy do bałamucenia w głowach. 
Gorzej nawet, niż bałamucą, bo odejmują serca ludziom. I gdyby nie Kenig albo 
poczciwy Sulicki, to człowiek przestałby wierzyć w sprawiedliwość boską. 
Takie się dziś rzeczy wypisują w gazetach!... 
Co zaś do księcia Ludwika Napoleona, to mógł on zginąć, ale może się też i 
ukrył gdzie przed ajentami Gambetty. Ja tam do pogłosek nie przywiązuję wagi. 
Klejna wciąż nie ma, a Lisiecki przeniósł się do Astrachania nad Wołgę. Na 
odjezdne powiedział mi, że tu niedługo zostaną tylko Żydzi, a reszta zżydzieje. 
Lisiecki zawsze był gorączka. 
Moje zdrowie jakoś nietęgie. Męczę się tak łatwo, że już bez laski nie wychodzę 
na ulicę. W ogóle nic mi nie jest, tylko czasem napada mnie dziwny ból w 
ramionach i duszność. Ale to przejdzie, a nie przejdzie — to wszystko mi jedno. 
Tak się jakoś zmienia świat na złe, że niedługo nie będę mógł z nikim gadać i w 
nic wierzyć. 
W końcu lipca Henryk Szlangbaum wyprawiał urodziny jako właściciel sklepu i 
naczelnik naszej spółki. A choć i w połowie nie wystąpił tak jak Stach w roku 
zeszłym, jednakże zbiegli się wszyscy przyjaciele i nieprzyjaciele Wokulskiego 
i pili zdrowie Szlangbauma... aż okna się trzęsły. 
Oj, ludzie, ludzie!... za pełnym talerzem i butelką wleźliby do kanału, a za 
rublem to już nawet nie wiem gdzie. 
Fiu! Fiu!... Pokazano mi dzisiaj kurierek, w którym pani baronowa Krzeszowska 
nazywa się jedną z najzacniejszych i najlitościwszych naszych niewiast za to, że 
dała dwieście rubli na jakiś przytułek. Widocznie zapomniano o jej procesie z 
panią Stawską i awanturach z lokatorami. 
Czyby mąż tak babę ujeździł?... 
Przeciw Żydom ciągle rosną kwasy. Nie brak nawet pogłosek o tym, że Żydzi 
chwytają chrześcijańskie dzieci i zabijają na mace. 
Kiedy słyszę takie historie, dalibóg, że przecieram oczy i zapytuję samego 
siebie: czy ja teraz majaczę w gorączce, czyli też cała moja młodość była 
snem?.. 
Ale najbardziej gniewa mnie uciecha doktora Szumana z tego fermentu. 
— Dobrze tak parchom!... — mówi. — Niech im zrobią awanturę, niech ich nauczą 
rozumu. To genialna rasa, ale takie szelmy, że nie ujeździsz ich bez bata i 
ostrogi... 
— Mój doktorze — odpowiedziałem, bo już mi zbrakło cierpliwości — jeżeli Żydzi 
są takie gałgany, jak pan mówisz, to im nawet i ostrogi nie pomogą. 
— Może ich nie poprawią, ale napędzą im nową porcję rozumu i nauczą silniej 
trzymać się za ręce — odparł. — A gdyby Żydzi byli solidarniejsi... no!... 
Dziwny człowiek z tego doktora. Uczciwy to on jest, a nade wszystko rozumny; 
ale jego uczciwość nie wypływa z uczucia, tylko — albo ja wiem? — może z 
nałogu; a rozum ma tego gatunku, że łatwiej mu sto rzeczy wyśmiać i zepsuć 
aniżeli jedną zbudować. Kiedy z nim rozmawiam, czasami przychodzi mi na 
myśl, że jego dusza jest jak tafla lodu : nawet ogień może się w niej odbić, ale 
ona sama nigdy się nie rozgrzeje. 
Stach wyjechał do Moskwy, zdaje mi się po to, ażeby uregulować rachunki z 
Suzinem. Ma u niego z pół miliona rubli (kto mógł przypuścić coś podobnego 
przed dwoma laty!), ale co zrobi z taką masą pieniędzy, ani się domyślam. 
Już to Stach był zawsze oryginał i robił niespodzianki. Czy nam teraz jakiej nie 
przygotowuje?... aż się lękam. 
A tymczasem Mraczewski oświadczył się pani Stawskiej i po krótkim wahaniu 
został przyjęty. Gdyby, jak projektuje sobie Mraczewski, otworzyli sklep w 
Warszawie, wszedłbym do spółki i przy nich bym zamieszkał. I mój Boże! 
niańczyłbym dzieci Mraczewskiego, choć myślałem, że podobny urząd 
mógłbym pełnić tylko przy dzieciach Stacha... 
Życie jest okrutnie ciężkie... 
Wczoraj dałem pięć rubli na nabożeństwo na intencją księcia Ludwika 
Napoleona. Tylko na intencją, bo może nie zginął, choć tak wszyscy gadają... 
Gdyby zaś... Nie znam ja się na teologii, ale zawsze bezpieczniej wyrobić mu 
stosunki na tamtym świecie. Bo nużby?... 
Naprawdę jestem niezdrów, choć Szuman mówi, że wszystko idzie dobrze. 
Zabronił mi: piwa, kawy, wina, prędkiego chodzenia, irytacji... Wyborny 
sobie!... Taką receptę to i ja potrafię zapisać; ale potraf ty ją sam wykonać... 
On mówi ze mną tak, jakby podejrzywał, że ja niepokoję się losem Stacha. 
Zabawny człowiek!... A cóż to Stach nie jest pełnoletni albo czy ja go już nie 
żegnałem na siedem lat? Lata minęły, Stach wrócił i znowu puścił się na 
awanturę. 
Teraz będzie to samo; jak nagle zniknął, tak nagle powróci... 
A jednakże ciężko żyć na świecie. I nieraz myślę sobie: czy naprawdę jest jaki 
plan, wedle którego cała ludzkość posuwa się ku lepszemu, czyli też wszystko 
jest dziełem przypadku, a ludzkość czy nie idzie tam, gdzie ją popchnie większa 
siła?... Jeżeli dobrzy mają górę, wówczas świat toczy się ku dobremu, a jeżeli 
gałgany są mocniejsi, to idzie ku złemu. Zaś ostatecznym kresem złych i 
dobrych jest garść popiołu. 
Jeżeli jest tak, nie dziwię się Stachowi, który nieraz mówił, że chciałby jak 
najprędzej sam zginąć i zniszczyć wszelki ślad po sobie. Ale mam przeczucie, 
że tak nie jest. 
Chociaż... Czy to ja nie miałem przeczuć, że książę Ludwik Napoleon zostanie 
cesarzem Francuzów?... Ha! jeszcze zaczekajmy, bo mi ta jego śmierć, w bitwie 
z gołymi Murzynami, jakoś dziwnie wygląda... 
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY: 
... ? ... 
Pan Rzecki istotnie niedomagał; według własnej opinii z powodu braku zajęcia, 
według Szumana z powodu sercowej choroby, która nagle rozwinęła się w nim i 
szła dosyć szybko pod wpływem jakichś zmartwień. 
Zajęć miał niewiele. Z rana przychodził do sklepu niegdyś Wokulskiego, 
obecnie Szlangbauma, lecz bawił tam, dopóki nie zaczęli się schodzić subiekci, 
a nade wszystko goście. Goście bowiem, nie wiadomo nawet dlaczego, 
przypatrywali mu się ze zdziwieniem, a subiekci, dziś z wyjątkiem pana Zięby 
starozakonni, nie tylko nie okazywali mu szacunku, do którego przywykł, ale 
nawet wbrew upomnieniom Szlangbauma traktowali go w sposób lekceważący. 
W tym stanie rzeczy pan Ignacy coraz częściej myślał o Wokulskim. Nie z racji, 
ażeby lękał się jakiegoś nieszczęścia, ale — ot tak sobie. 
Z rana około szóstej myślał: czy Wokulski wstaje, czy śpi o tej porze i gdzie 
jest? W Moskwie czy może już wyjechał z Moskwy i dąży do Warszawy? W 
południe przypominał sobie te czasy, kiedy prawie nie było dnia, ażeby Stach 
nie jadł z nim obiadu, wieczorem zaś, szczególniej kładąc się do łóżka, mówił: 
„Zapewne Stach jest u Suzina... To dopiero używają!... A może wraca w tej 
chwili do Warszawy i w wagonie zabiera się do spania?...” 
Ilekroć zaś wszedł do sklepu, a robił to po kilka razy na dzień, mimo niechęci 
subiektów i drażniącej grzeczności Szlangbauma, zawsze myślał, że jednak za 
czasów Wokulskiego było tu inaczej. 
Martwiło go, ale tylko trochę, że Wokulski nie dawał znać o sobie. Uważał to 
przecież za zwykłe dziwactwo. 
„Nie bardzo rwał się on do pisania, kiedy był zdrów, więc cóż dopiero teraz, 
kiedy jest tak rozbity — myślał. — Oj, te baby, te baby!...” 
W dniu nabycia przez Szlangbauma sprzętów i powozu Wokulskiego pan 
Ignacy położył się do łóżka. Nie dlatego, ażeby miało mu to robić przykrość, bo 
przecie powóz i zbytkowne sprzęty były rzeczami wcale niepotrzebnymi, ale 
dlatego, że podobne sprawunki robią się tylko po ludziach już umarłych. 
„No, a Stach, dzięki Bogu, jest zdrów!...” — mówił do siebie. 
Pewnego wieczora, kiedy pan Ignacy siedząc w szlafroku rozmyślał, jak to on 
urządzi sklep Mraczewskiemu, ażeby zakasować Szlangbauma, usłyszał 
gwałtowne dzwonienie do przedpokoju i szczególny hałas w sieni. 
Służący, który już zabierał się do spania, otworzył drzwi. 
— Jest pan? — zapytał głos znany Rzeckiemu. 
— Pan chory. 
— Co to chory!... Kryje się przed ludźmi. 
— Może, panie radco, zrobimy subiekcję... — odezwał się inny głos. 
— Co to subiekcję!... Kto nie chce mieć subiekcji w domu, niech przychodzi do 
knajpy... 
Rzecki podniósł się z fotelu, a jednocześnie ukazał się we drzwiach jego 
sypialni radca Węgrowicz i ajent Szprot... Spoza nich wychylała się jakaś 
kudłata głowa i oblicze nie pierwszej czystości. 
— Nie chciała przyjść góra do Mahometów, więc Mahomeci przyszli do góry!... zawołał 
radca. — Panie Rzecki... panie Ignacy!... co pan najlepszego 
wyrabiasz?... Przecież od czasu jakeśmy pana ostatni raz widzieli, odkryliśmy 
nowy gatunek piwa... Postaw tu, kochanku, i zgłoś się jutro — dodał zwracając 
się do zasmolonego kudłacza. 
Na to wezwanie kudłaty człowiek, ubrany w wielki fartuch, postawił na 
umywalni kosz wysmukłych butelek i trzy kufle. Potem zniknął, jak gdyby był 
istotą złożoną ze mgły i powietrza, nie zaś z dwustu funtów ciała. 
Pan Ignacy zdziwił się na widok wysmukłych butelek; uczucie to jednak nie 
łączyło się z żadną przykrością. 
— Na miłość boską, cóż się z panem dzieje? — zaczął znowu radca rozkładając 
ręce, jakby cały świat chciał ogarnąć w jednym uścisku.- Tak dawno nie byłeś 
pan między nami, że Szprot nawet zapomniał, jak wyglądasz, a ja pomyślałem, 
że zaraziłeś się od swego przyjaciela, co to ma bzika... 
Rzecki sposępniał. 
— Więc właśnie dziś — prawił radca — kiedy na pańskim przyjacielu wygrałem od 
Deklewskiego kosz piwa nowej marki, mówię do Szprota: wiesz pan co, 
zabierzmy piwo i chodźmy do starego, a może się chłop rozrusza... Cóż to, 
nawet nie prosisz nas, ażebyśmy usiedli?... 
— Ależ bardzo proszę — odpowiedział Rzecki. 
— I stolik jest... — mówił radca oglądając się po pokoju — i miejsce, widzę, 
zaciszne. Ehe, he!... my tu będziem mogli złazić się do chorego na partyjkę co 
wieczór... Szprot, dobądź, synu, trybuszonik i zabierz się do szkliwa... Niech 
poczciwiec zaznajomi się z nową marką... 
— Jakiż to zakład wygrał radca? — zapytał Rzecki, któremu znowu fizjognomia 
zaczęła się wyjaśniać. 
— Zakład o Wokulskiego. Widzisz pan, było tak. Jeszcze w styczniu roku 
zeszłego, kiedy to Wokulski awanturował się po Bułgarii, ja powiedziałem do 
Szprota, że pan Stanisław jest wariat, że zbankrutuje i źle skończy... Tymczasem 
dzisiaj, wyobraź sobie, Deklewski utrzymuje, że to on to powiedział... 
Naturalnie, założyliśmy się o kosz piwa, Szprot rozstrzygnął na moją stronę i 
jesteśmy u ciebie... 
W ciągu tego wyjaśnienia pan Szprot ustawił na stole trzy kufle i odkorkował 
trzy butelki. 
— No, tylko spojrzyj, panie Ignacy — mówił radca podnosząc napełniony kufel. — Kolor starego miodu, piana jak śmietana, a smak szesnastoletniej dziewczyny. 
Skosztujże... Co to za smak i co to za posmak?... Gdybyś zamknął oczy, 
przysiągłbyś, że to jest A l e... O! uważasz?... Ja powiadam, że przed takim 
piwem należałoby płukać usta. Powiedzże sam: piłeś kiedy coś podobnego?... 
Rzecki wypił pół kufla. 
— Dobre — rzekł. — Skądże jednak przyszło radcy do głowy, że Wokulski 
zbankrutował? 
— Bo nikt w mieście nie mówi inaczej. Przecież człowiek, który ma pieniądze, 
sens w głowie i nikogo nie zarwał, nie ucieka z miasta Bóg wie gdzie... 
— Wokulski wyjechał do Moskwy. 
— Tere, fere!... Tak wam powiedział, ażeby zmylić ślady. Ale sam się złapał, 
skoro wyrzekł się nawet swoich pieniędzy... 
— Czego się wyrzekł?... — spytał już rozgniewany pan Ignacy. 
— Tych pieniędzy, które ma w banku, a nade wszystko u Szlangbauma... Przecież 
to razem wyniesie ze dwakroć sto tysięcy rubli... Kto więc taką sumę zostawia 
bez dyspozycji, po prostu rzuca ją w błoto, ten jest albo wariat, albo... 
zmajstrował coś takiego, że już nie czeka na wypłatę... W całym mieście rozlega 
się tylko jeden głos oburzenia przeciw temu... temu... że go nie nazwę 
właściwym imieniem... 
— Radco, zapominasz się!... — zawołał Rzecki. 
— Rozum tracisz, panie Ignacy, ujmując się za takim człowiekiem -odparł 
gwałtownie radca. -Bo tylko pomyśl. Pojechał po majątek, gdzie?... na wojnę 
turecką... Na wojnę turecką!... czy rozumiesz doniosłość tych słów?... Tam 
zrobił majątek, ale w jaki sposób?... Jakim sposobem można w pół roku zrobić 
pół miliona rubli?.. 
— Bo obracał dziesięcioma milionami rubli — odparł Rzecki — więc nawet zrobił 
mniej, niżby mógł... 
— Ale czyje to były miliony? 
— Suzina... kupca... jego przyjaciela... 
— Otóż to!... Ale mniejsza; przypuśćmy, że w tym razie nie zrobił żadnego 
świństwa... Co to jednakże za interesa prowadził on w Paryżu, a później w 
Moskwie, na czym również grubo zarobił?... A godziło się to zabijać krajowy 
przemysł, ażeby dać osiemnaście procent dywidendy kilku arystokratom dla 
wkręcenia się pomiędzy nich?... A pięknie to sprzedawać całą spółkę Żydom i 
nareszcie uciekać zostawiając setki ludzi w nędzy lub w niepewności?... To tak 
robi dobry obywatel i człowiek uczciwy?... No, pijże, panie Ignacy!... — zawołał 
trącając jego kufel swoim. — Nasze kawalerskie!... Panie Szprot, pokaż, co 
umiesz... nie kompromituj się przy chorym... 
— Hola!... — odezwał się doktór Szuman, który od kilku chwil stał na progu nie 
zdejmując kapelusza z głowy. — Hola!... A cóż to wy, moi panowie, jesteście 
ajentami domu pogrzebowego, że mi w taki sposób urządzacie pacjenta?... 
Kazimierz! — zawołał na służącego wyrzuć mi te butelki do sieni... A panów 
proszę, ażebyście pożegnali chorego... Szpital, choćby na jedną osobę, nie jest 
knajpą... To pan tak wykonywasz moje zlecenia?.. — zwrócił się do Rzeckiego.To 
pan mając wadę serca będziesz mi urządzał pijatyki?... Może jeszcze 
zaprosicie sobie dziewczęta?... Dobrej nocy panom... — rzekł do radcy i Szprota a 
na drugi raz nie otwierajcie mi tu piwiarni, bo was zaskarżę o zabójstwo... 
Panowie radca Węgrowicz i ajent Szprot wynieśli się tak szybko, że gdyby nic 
gęsty dym ich cygar, można by myśleć, że nikogo nie było w pokoju. 
— Otwórz okno!... — mówił doktór do służącego. — Oj, to! To!... dodał patrząc 
ironicznie na Rzeckiego. — Twarz w płomieniach, oczy szkliste, pulsa biją tak, że 
słychać na ulicy... 
— Słyszałeś pan, co on mówił o Stachu?.. — spytał Rzecki. 
— Ma rację — odparł Szuman. — Całe miasto mówi to samo, chociaż myli się 
tytułując Wokulskiego bankrutem, bo on jest tylko półgłówkiem z tego typu, 
który ja nazywam polskimi romantykami. 
Rzecki patrzył na niego prawie wylękniony. 
— Nie patrz pan tak na mnie — ciągnął spokojnym głosem Szuman — raczej 
zastanów się, czy nie mam racji. Wszakże ten człowiek ani razu w życiu nie 
działał przytomnie... Kiedy był subiektem, myślał o wynalazkach i o 
uniwersytecie; kiedy wszedł do uniwersytetu, zaczął bawić się polityką. Później, 
zamiast robić pieniądze, został uczonym i wrócił tu tak goły, że gdyby nie 
Minclowa, umarłby z głodu... Nareszcie zaczął robić majątek, ale — nie jako 
kupiec, tylko jako wielbiciel panny, która od wielu lat ma ustaloną reputację 
kokietki. Nie koniec na tym, już bowiem mając w ręku i pannę, i majątek, rzucił 
oboje, a dzisiaj — co robi i gdzie jest?... Powiedz pan, jeżeliś mądry?... 
Półgłówek, skończony półgłówek! — mówił Szuman machając ręką. — Czystej 
krwi polski romantyk, co to wiecznie szuka czegoś poza rzeczywistością... 
— Czy doktór powtórzy to Wokulskiemu, gdy wróci?... — spytał Rzecki. 
— Sto razy mu tak mówiłem, a jeżeli teraz nie powiem, to tylko dlatego, że nie 
wróci... 
— Co nie ma wrócić szepnął Rzecki blednąc. 
— Nie wróci, bo albo sobie gdzieś łeb rozbije, jeżeli odzyska rozsądek, albo 
weźmie się do jakiejś nowej utopii. Choćby do wynalazków tego mitycznego 
Geista, który także musi być patentowanym wariatem. 
— A doktór nie uganiałeś się nigdy za utopiami? 
— Tak, ale robiłem to odurzywszy się w waszej atmosferze. Opatrzyłem się 
jednak w porę i ta okoliczność pozwala mi stawiać jak najdokładniejsze 
diagnozy podobnych chorób... No, zdejmij pan szlafrok, zobaczymy, jakie 
skutki wywołał wieczór spędzony w wesołym towarzystwie... 
Zbadał Rzeckiego, kazał mu natychmiast iść do łóżka, a na przyszłość nie robić 
ze swego mieszkania szynkowni. 
— Pan to także jesteś okazem romantyka; tyle tylko, żeś miał mniej sposobności 
do robienia głupstw -zakończył doktór. 
Po czym wyszedł zostawiając Rzeckiego w bardzo ponurym nastroju. 
„Już tam twoje gadanie więcej mi zaszkodzi aniżeli piwo” — pomyślał Rzecki, a 
po chwili dodał półgłosem: 
„Mógłby jednakże Stach choć słówko napisać... Bo licho wie, jakie domysły 
snują się człowiekowi po głowie!...” 
Przykuty do łóżka pan Ignacy nudził się piekielnie. Więc dla zabicia czasu 
odczytywał, po raz nie wiadomo który, historię konsulatu i cesarstwa albo rozmyślał 
o Wokulskim. 
Oba te jednak zajęcia, zamiast uspakajać, drażniły go... Historia przypominała 
mu cudowne dzieje jednego z największych triumfatorów, na którego dynastii 
Rzecki opierał wiarę w przyszłość świata, a która to dynastia w jego oczach 
padła pod oszczepem zulusa. Rozmyślania zaś o Wokulskim prowadziły go do 
wniosku, że ukochany przyjaciel, a tak niezwykły człowiek, co najmniej 
znajdował się na drodze do jakiegoś moralnego bankructwa. 
„Tyle chciał zrobić, tyle mógł zrobić i nic nie zrobił!... — powtarzał pan Ignacy 
ze smutkiem w sercu. — Gdybyż choć napisał, gdzie jest i jakie ma zamiary... 
Gdyby chociaż dał znać, że żyje!...” 
Od pewnego bowiem czasu trapiły pana Rzeckiego niejasne, ale złowrogie 
przeczucia. Przychodził mu na myśl jego sen, kiedy po przedstawieniu Rossiego 
marzyło mu się, że Wokulski skoczył za panną Izabelą z wieży ratuszowej. To 
znowu przypominał sobie dziwne, a nic dobrego nie zapowiadające zdania 
Stacha: „Chciałbym zginąć sam i zniszczyć wszelkie ślady mego istnienia!” 
Jak łatwo podobne życzenie może się spełnić u człowieka, który mówił tylko to, 
co czuł, i umiał wykonywać to, co mówił!... 
Codziennie odwiedzający go doktór Szuman wcale nie dodawał mu otuchy i już 
prawie znudził go powtarzaniem jednej i tej samej zwrotki: 
— Doprawdy, że trzeba być albo kompletnym bankrutem, albo wariatem, ażeby 
zostawiwszy tyle pieniędzy w Warszawie, nie wydać żadnej dyspozycji, a nawet 
nie donieść, gdzie jest!... 
Rzecki kłócił się z nim, ale w duszy przyznawał mu rację. 
Pewnego dnia doktór wpadł do niego w porze niezwykłej, bo o godzinie 
dziesiątej rano. Cisnął kapelusz na stół i zawołał: 
— A co, nie miałem racji, że to jest półgłówek!... 
— Cóż się stało?... — zapytał pan Ignacy, z góry wiedząc, o kim mowa. 
— Stało się, że już przed tygodniem ten wariat wyjechał z Moskwy i... zgadnij 
pan dokąd?... 
— Do Paryża?... 
— Ale gdzie zaś!... Wyjechał do Odessy, stamtąd ma zamiar udać się do Indyj, z 
Indyj do Chin i Japonii, a później przez Ocean Spokojny do Ameryki... 
Rozumiem podróż, nawet naokoło świata, sam bym mu ją radził. Ale ażeby nie 
napisać słówka, zostawiając, bądź jak bądź, ludzi życzliwych i ze dwakroć sto 
tysięcy rubli w Warszawie, na to, dalibóg! trzeba mieć w wysokim stopniu 
rozwiniętą psychozę... 
— Skądże te wiadomości? — spytał Rzecki. 
— Z najlepszego źródła, bo od Szlangbauma, któremu zbyt wiele zależy na tym, 
ażeby dowiedzieć się o projektach Wokulskiego. Ma mu przecież w początkach 
października zapłacić sto dwadzieścia tysięcy rubli... No, a gdyby kochany 
Stasio w łeb sobie palnął czy utonął, czy umarł na żółtą febrę... Rozumiesz 
pan?... Wówczas moglibyśmy albo całemu kapitałowi ukręcić szyję, albo 
przynajmniej obracać nim z pół roku bez procentu... Pan już chyba poznałeś 
Szlangbauma? On przecież mnie... mnie chciał okpić! 
Doktór biegał po pokoju i gestykulował rękoma w taki sposób, jak gdyby sam 
był dotknięty początkami psychozy. Nagle zatrzymał się przed panem Ignacym, 
popatrzył mu w oczy i schwycił za rękę. 
— Co... co... co?... Puls przeszło sto?... Miałeś pan dziś gorączkę?... 
— Jeszcze nie. 
— Jak to: nie?... Przecież widzę... 
— Mniejsza!. — odparł Rzecki. — Czyby jednakże Stach zrobił coś podobnego?... 
— Ten nasz dawny Stach, pomimo romantyzmu, może by nie zrobił; ale ten pan 
Wokulski, zakochany w jaśnie wielmożnej pannie Łęckiej, może zrobić 
wszystko... No, i jak pan widzisz, robi, na co go stać... 
Od tej wizyty doktora pan Ignacy sam zaczął zeznawać, że jest z nim niedobrze. 
„To byłoby zabawne — myślał — gdybym ja tak w tych czasach dał nura?... Phy! 
trafiało się to lepszym ode mnie... Napoleon I... Napoleon III... mały Lulu... 
Stach... No, cóż Stach?... przecież jedzie teraz do Indyj...” 
Zadumał się, wstał z łóżka, ubrał się jak należy i poszedł do sklepu ku 
wielkiemu zgorszeniu Szlangbauma, który wiedział, że panu Ignacemu 
zabroniono podnosić się. 
Za to przez następny dzień było mu gorzej; odleżał więc dobę i znowu na parę 
godzin zaszedł do sklepu. 
— Cóż on sobie myśli, że sklep to trupiarnia?... — rzekł jeden ze starozakonnych 
subiektów do pana Zięby, który z właściwą sobie szczerością znalazł, że ten 
koncept jest doskonały. 
W połowie września odwiedził pana Rzeckiego Ochocki, który na kilka dni 
przyjechał tu z Zasławka. 
Na jego widok pan Ignacy odzyskał dobry humor. 
— Cóż pana tu sprowadza!... — zawołał, gorąco ściskając kochanego przez 
wszystkich wynalazcę. 
Ale Ochocki był pochmurny. 
— Cóż by innego, jeżeli nie kłopoty! — odparł. — Wiesz pan, że umarł Łęcki... 
— Ojciec tej... tej?... — zdziwił się pan Ignacy. 
— Tej... tej!... I nawet bodaj czy nie przez nią... 
— W imię Ojca i Syna... — przeżegnał się Rzecki. — Iluż ludzi ma zamiar zgubić ta 
kobieta?... Bo, o ile wiem, a zapewne i dla pana nie jest to tajemnicą, że jeżeli 
Stach wpadł w nieszczęście, to tylko przez nią... 
Ochocki pokiwał głową. 
— Możesz mi pan powiedzieć, co się stało z Łęckim?... — ciekawie zapytał pan 
Ignacy. 
— Żaden to sekret — odparł Ochocki. -W początkach lata oświadczył się o pannę 
Izabelę marszałek... 
— Ten... ten?... Mógł być moim ojcem — wtrącił Rzecki. 
— Może też dlatego panna przyjęła go, a przynajmniej nie odrzuciła. Więc stary 
zebrał manatki po dwu swoich żonach i przyjechał na wieś do hrabiny... do 
ciotki panny Izabeli, u której mieszkała wraz z ojcem... 
— Oszalał. 
— Trafiało się to i mędrszym od niego — ciągnął Ochocki. Tymczasem, pomimo 
że marszałek zaczął uważać się za konkurenta, panna Izabela co parę dni, a 
później nawet i co dzień jeździła sobie w towarzystwie pewnego inżyniera do 
ruin starego zamku w Zasławiu... Mówiła, że jej to rozpędza nudy... 
— I marszałek nic?... 
— Marszałek, naturalnie, milczał, ale kobiety perswadowały pannie, że tak robić 
nie wypada. Ona zaś ma w tych razach jedną odpowiedź: „Marszałek powinien 
być kontent, jeżeli wyjdę za niego, a wyjdę nie po to, aby wyrzekać się moich 
przyjemności...” 
— I pewnie marszałek przydybał ich na czym w owych ruinach? — wtrącił Rzecki. 
— Ii... nie!... nawet tam nie zaglądał. A gdyby i zajrzał, przekonałby się, że panna 
Izabela brała z sobą naiwnego inżynierka po to, ażeby w jego asystencji tęsknić 
za Wokulskim... 
— Za Wo-kul-skim?... 
— Przynajmniej tak domyślano się — mówił Ochocki. — Tym razem ja sam 
zwróciłem jej uwagę, że w towarzystwie jednego wielbiciela nie wypada tęsknić 
za drugim. Ale ona odpowiedziała mi swoim zwyczajem: „Niech będzie 
kontent, że pozwalam mu patrzeć na siebie...” 
— To osioł ten inżynier!... 
— Nie bardzo, gdyż pomimo całej naiwności spostrzegł się i pewnego dnia, a 
nawet przez wszystkie dnie następne nie pojechał z panną tęsknić między 
gruzami. Jednocześnie zaś marszałek, zazdrosny o inżyniera, zaprzestał 
konkurów i wyniósł się na Litwę w sposób tak demonstracyjny, że panna 
Izabela i hrabina dostały spazmów, a poczciwy Łęcki nawet nie kiwnąwszy 
palcem umarł na apopleksję... 
Skończywszy opowiadać Ochocki objął się rękoma za głowę i śmiał się. 
— I pomyśleć tu — dodał — że tego rodzaju kobieta tylu ludziom głowy zawróciła... 
— Ależ to potwór!... — zawołał Rzecki. 
— Nie. Nawet niegłupia i niezła w gruncie rzeczy, tylko... taka jak tysiące innych 
z jej sfery. 
— Tysiące?... 
— Niestety!... — westchnął Ochocki. — Wyobraź pan sobie klasę ludzi majętnych 
lub zamożnych, którzy dobrze jedzą, a niewiele robią. Człowiek musi w jakiś 
sposób zużywać siły; więc jeżeli nie pracuje, musi wpaść w rozpustę, a 
przynajmniej drażnić nerwy... I do rozpusty zaś, i do drażnienia nerwów 
potrzebne są kobiety piękne, eleganckie, dowcipne, świetnie wychowane, a 
raczej wytresowane w tym właśnie kierunku... Toż to ich jedyna kariera... 
— I panna Izabela zaciągnęła się w ich szeregi?... 
— To jest, właściwie zaciągnęli ją... Przykro mi to mówić, ale panu mówię, 
ażebyś wiedział, o jaką to kobietę potknął się Wokulski... 
Rozmowa urwała się — zaczął ją Ochocki pytając: 
— Kiedyż on wraca? 
— Wokulski?... — odparł pan Ignacy. — Przecież wyjechał do Indyj, Chin, 
Ameryki... 
Ochocki rzucił się na krześle. 
— To niepodobna!... — zawołał. — Chociaż... — dodał po namyśle. 
— Czy ma pan jakie wskazówki, że tam nie pojechał?.. — zapytał Rzecki 
zniżonym głosem. 
— Żadnych. Tylko dziwię się nagłej decyzji... Kiedym tu był ostatnim razem, 
obiecał mi załatwić pewien interes... Ale... 
— I niezawodnie załatwiłby go ten dawny Wokulski. Ten nowy zaś zapomniał nie 
tylko o pańskich interesach... Przede wszystkim o własnych... 
— Że on wyjedzie -mówił Ochocki jakby do siebie -tego można było 
spodziewać się, ale nie podoba mi się ta nagłość. Pisał do pana?.. 
— Ani litery, i do nikogo — odparł stary subiekt. 
Ochocki kręcił głową. 
— Musiało się tak stać — mruknął. 
— Dlaczego musiało się stać?... — wybuchnął Rzecki. — Cóż to on bankrut czy 
może nie miał zajęcia?... Taki sklep, spółka to fraszki? A nie mógł ożenić się z 
kobietą piękną, zacną... 
— Znalazłoby się więcej takich kobiet — wtrącił Ochocki.- Wszystko to było dobre 
— mówił ożywiając się — ale nie dla człowieka z jego usposobieniem... 
— Jak pan to rozumiesz? — pochwycił Rzecki, któremu rozmowa o Wokulskim 
sprawiała taką przyjemność jak o kochance. — Jak pan to rozumiesz?... Poznałeś 
pan bliżej tego człowieka?... — pytał natarczywie, a oczy mu błyszczały. 
— Poznać go łatwo. Był to jednym słowem człowiek szerokiej duszy. 
— Oto właśnie!... — odezwał się Rzecki wybijając takt palcem i wpatrując się w 
Ochockiego jak w obraz. — Co pan jednak rozumiesz przez tę szerokość?... 
Pięknie powiedziane!... Wytłomacz to pan, a jasno!... 
Ochocki uśmiechnął się. 
— Widzi pan — rzekł — ludzie małej duszy dbają tylko o swoje interesa, nie sięgają 
myślą poza dzień dzisiejszy i mają wstręt do rzeczy nieznanych. Byle im było 
spokojnie i suto... Taki zaś facet jak on troszczy się interesami tysięcy, patrzy 
nieraz o kilkadziesiąt lat naprzód, a każda rzecz nieznana i nierozstrzygnięta 
pociąga go w sposób nieprzeparty. To nawet nie jest żadna zasługa, tylko mus. 
Jak żelazo bez namysłu rusza się za magnesem albo pszczoła lepi swoje 
komórki, tak ten gatunek ludzi rzuca się do wielkich idei i niezwykłych prac... 
Rzecki ściskał go za obie ręce i drżał ze wzruszenia. 
— Szuman — rzekł — mądry doktór Szuman mówi, że Stach jest wariat, polski 
romantyk. 
— Głupi Szuman ze swoim żydowskim klasycyzmem!... — odparł Ochocki. — On 
nawet nie domyśla się, że cywilizacji nie stworzyli ani filistrowie, ani 
geszefciarze, lecz właśnie tacy wariaci... Gdyby rozum polegał na myśleniu o 
dochodach, ludzie do dzisiejszego dnia byliby małpami... 
— Święte słowa... piękne słowa!... — powtarzał subiekt. — Wytłomaczże pan 
jednak: jakim sposobem człowiek, podobny Wokulskiemu, mógł... tak oto... 
zaawanturować się?.. 
— Proszę pana, ja się dziwię, że to tak późno nastąpiło!... — odparł Ochocki 
wzruszając ramionami. — Przecież znam jego życie i wiem, że ten człowiek 
prawie dusił się tutaj od dzieciństwa. Miał aspiracje naukowe, lecz nie było ich 
czym zaspokoić; miał szerokie instynkta społeczne, ale czego dotknął się w tym 
kierunku, wszystko padało... Nawet ta marna spółczyna, którą zatożył, zwaliła 
mu na łeb tylko pretensje i nienawiści... 
— Masz pan rację!... masz pan rację!... — powtarzał Rzecki.- A teraz ta panna 
Izabela... 
— Tak, ona mogła go uspokoić. Mając szczęście osobiste, łatwiej pogodziłby się 
z otoczeniem i zużyłby energię w tych kierunkach, jakie są u nas możliwe. Ale... 
nietęgo trafił... 
— A co dalej?... 
— Czy ja wiem?.. — szepnął Ochocki. — Dziś jest on podobny do wyrwanego 
drzewa. Jeżeli znajdzie grunt właściwy, a w Europie może go znaleźć, i jeżeli 
ma jeszcze energię, to wlezie w jakąś robotę i bodaj czy nie zacznie naprawdę 
żyć... Ale jeżeli wyczerpał się, co także w jego wieku jest możliwym... 
Rzecki podniósł palec do ust. 
— Cicho!... cicho!... — przerwał. — Stach ma energię... o, ma!... On jeszcze 
wypłynie... wypły... 
Odszedł od okna i oparłszy się o futrynę zaczął szlochać. 
— Taki jestem chory — mówił — taki rozdrażniony... — Bo ja mam podobno wadę 
serca... Ale to przejdzie... przejdzie... Tylko dlaczego on tak ucieka... kryje się... 
nie pisze?..: 
— Ach, jak ja rozumiem — zawołał Ochocki — ten wstręt człowieka rozbitego do 
rzeczy, które mu przypominają przeszłość!... Jak ja to znam, choćby z małego 
doświadczenia... Wyobraż pan sobie, że kiedy zdawałem w gimnazjum egzamin 
dojrzałości, musiałem w pięć tygodni przejść kursa łaciny i greki z siedmiu klas, 
bom się tego nigdy nie chciał uczyć. No i jakoś wykręciłem się na egzaminie, 
ale tak przedtem pracowałem, żem się przepracował. 
Od tej pory nie tylko nie mogłem patrzeć na książki łacińskie albo greckie, ale 
nawet myśleć o nich. Nie mogłem patrzeć na gmach szkolny, unikałem 
kolegów, którzy pracowali razem ze mną, ale nawet musiałem opuścić owe 
mieszkanie, gdzie uczyłem się dzień i noc. Trwało to parę miesięcy i naprawdę 
nie pierwej uspokoiłem się, ażem... Wiesz pan, com zrobił? Rzuciłem do pieca 
wszystkie podręczniki greckie i łacińskie i spaliłem bestie!... Paskudziło się to z 
godzinę, ale kiedy ostatecznie kazałem popioły wysypać na śmietnik, 
ozdrowiałem! Chociaż i dziś jeszcze dostaję bicia serca na widok greckich liter 
albo łacińskich wyjątków: panis, piscis, crinis... Aaa... jakie to obrzydliwe... 
Nie dziwże się pan — kończył Ochocki — że Wokulski umyka stąd aż do Chin... 
Długie udręczenie może doprowadzić człowieka do wścieklizny... Chociaż i to 
przechodzi... 
— A czterdzieści sześć lat, panie?... — zapytał Rzecki. 
— A silny organizm?... a tęgi mózg?... No, ale zagadałem się... Bywaj mi pan 
zdrów... 
— Co, może wyjeżdżasz pan?... 
— Aż do Petersburga — odparł Ochocki. -Muszę pilnować testamentu nieboszczki 
Zasławskiej, który chce obalić wdzięczna rodzina. Posiedzę tam, bodaj czy nie 
do końca października. 
— Jak tylko będę miał wiadomość od Stacha, zaraz panu doniosę. Tylko przyślij 
mi pan adres. 
— I ja panu dam znać, tylko zachwycę języka... Chociaż wątpię... Do widzenia!... 
— Rychłego powrotu... 
Rozmowa z Ochockim orzeźwiła pana Ignacego. Zdawało się, że stary subiekt 
nabrał sił nagadawszy się z człowiekiem, który nie tylko rozumiał ukochanego 
Stacha, ale i przypominał go w wielu punktach. 
„On był taki sam — myślał Rzecki. — Energiczny, trzeźwy, a mimo to zawsze 
pełen idealnych popędów...” 
Można powiedzieć, że od tego dnia zaczęła się rekonwalescencja pana Ignacego. 
Opuścił łóżko, potem szlafrok zamienił na surdut, bywał w sklepie i nawet 
często wychodził na ulicę. Szuman zachwycał się trafnością swojej kuracji, 
dzięki której choroba serca zatrzymała się w rozwoju. 
— Co będzie dalej — mówił do Szlangbauma — nie wiadomo. Ale fakt, że od kilku 
dni stary ma się lepiej. Odzyskał apetyt i sen, a nade wszystko opuściła go 
apatia. Z Wokulskim miałem to samo. 
Naprawdę zaś Rzecki pokrzepiał się nadzieją, że prędzej lub później będzie miał 
list od swego Stacha. 
„Już może jest w Indiach — myślał — więc w końcu września powinien bym mieć 
wiadomość.. .No, o spóźnienie w takich razach nietrudno; ale za październik 
dam głowę...” 
Rzeczywiście, w epokach wskazanych nadeszły wiadomości o Wokulskim, lecz 
bardzo dziwne. 
W końcu września wieczorem odwiedził pana Ignacego Szuman i śmiejąc się 
rzekł: 
— Tylko uważaj pan, jak ten półgłówek zainteresował ludzi. Pachciarz z 
Zasławka mówił Szlangbaumowi, że furman nieboszczki prezesowej widział 
niedawno Wokulskiego w lesie zasławskim. Opisywał nawet, jak był ubrany i 
na jakim koniu jechał... 
— Może być!... — wtrącił ożywiony pan Ignacy. 
— Farsa!... Gdzie Krym, gdzie Rzym, gdzie Indie, a gdzie Zasławek?... — odparł 
doktór. — Tym bardziej że prawie jednocześnie inny Żydek, handlujący węglami, 
widział znowu Wokulskiego w Dąbrowie... A nawet więcej, bo jakoby 
dowiedział się, że ów Wokulski kupił od jednego górnika, pijaczyny, dwa 
naboje dynamitowe... No, już tego głupstwa chyba i pan nie zechcesz bronić?... 
— Ale cóż by to znaczyło?... 
— Nic. Widocznie Szlangbaum musiał między Żydkami ogłosić nagrodę za 
dowiedzenie się o Wokulskim, więc teraz każdy będzie upatrywał Wokulskiego 
bodajby w mysiej jamie... I święty rubel tworzy jasnowidzących!... — zakończył 
doktór śmiejąc się ironicznie. 
Rzecki musiał przyznać, że pogłoski nie miały sensu, a wyjaśnienie ich przez 
Szumana było najzupełniej racjonalne. Pomimo to niepokój o Wokulskiego 
wzmógł się. 
Niepokój jednak zamienił się w istotną trwogę wobec faktu nieulegającego już 
żadnej wątpliwości. Oto w dniu pierwszego października jeden z rejentów 
zawezwał do siebie pana Ignacego i pokazał mu akt, zeznany przez 
Wokulskiego przed wyjazdem do Moskwy. 
Był to formalny testament; w którym Wokulski rozporządził pozostałymi w 
Warszawie pieniędzmi, z których siedemdziesiąt tysięcy rs leżały w banku, zaś 
sto dwadzieścia tysięcy rs. u Szlangbauma. 
Dla osób obcych rozporządzenie to było dowodem niepoczytalności 
Wokulskiego; Rzeckiemu jednak wydało się całkiem logiczne. Testator zapisał: 
ogromną sumę stu czterdziestu tysięcy rubli Ochockiemu, dwadzieścia pięć 
tysięcy rs. Rzeckiemu, dwadzieścia tysięcy rs. Helence Stawskiej. Pozostałe zaś 
pięć tysięcy rs. podzielił między swoją dawną służbę albo biedaków, którzy 
mieli z nim stosunki. Z tej sumy otrzymali po pięćset rubli: Węgiełek, stolarz z 
Zasławia, Wysocki, furman z Warszawy, i drugi Wysocki, jego brat, dróżnik ze 
Skierniewic. 
Wokulski rzewnymi słowami prosił obdarowanych, ażeby zapisy przyjęli jak od 
zmarłego; rejenta zaś zobowiązał do nieogłaszania aktu przed pierwszym 
październikiem. 
Między ludźmi, którzy znali Wokulskiego, zrobił się hałas, posypały się plotki, 
insynuacje, obrazy osobiste... Szuman zaś w rozmowie z Rzeckim wypowiedział 
taki pogląd: 
— O zapisie dla pana dawno wiedziałem... Ochockiemu dał blisko milion złotych, 
ponieważ odkrył w nim wariata tego co sam gatunku... No i prezent dla córeczki 
pięknej pani Stawskiej rozumiem — dodał z uśmiechem -jedno mnie tylko 
intryguje... 
— Cóż mianowicie.? — spytał Rzecki przygryzając wąsy. 
— Skąd się wziął między obdarowanymi ów dróżnik Wysocki?:.. zakończył 
Szuman. 
Zanotował jego imię i nazwisko i wyszedł zamyślony. 
Wielki był niepokój Rzeckiego o to, co mogło się stać z Wokulskim, dlaczego 
zrobił zapis i dlaczego przemawiał w nim jak człowiek myślący o bliskiej 
śmierci... Wnet jednak trafiły się wypadki, które obudziły w panu Ignacym iskrę 
nadziei lub do pewnego stopnia wyjaśniły dziwne postępowanie Wokulskiego. 
Przede wszystkim Ochocki, zawiadomiony o darze, nie tylko natychmiast 
odpowiedział z Petersburga, że zapis przyjmuje i że całą gotówkę chce mieć w 
początkach listopada, ale jeszcze zastrzegł sobie u Szlangbauma procent za 
miesiąc październik. 
Nadto zaś napisał do Rzeckiego list z zapytaniem: czy pan Ignacy nie dałby mu 
ze swego kapitału dwudziestu jeden tysięcy rubli gotowizną, w zamian za sumę 
płatną na święty Jan, którą Ochocki miał na hipotece wiejskiego majątku? 
„Bardzo zależy mi na tym -kończył swój list — ażeby wszystko, co posiadam, 
mieć w ręku, gdyż w listopadzie stanowczo muszę wyjechać za granicę. 
Objaśnię to panu przy osobistej rozmowie...” 
„Dlaczego on tak nagle wyjeżdża za granicę i dlaczego zbiera wszystkie 
pieniądze?... — zapytywał sam siebie Rzecki. — Dlaczego w końcu odkłada 
wyjaśnienia do rozmowy osobistej?...” 
Naturalnie, że przyjął propozycję Ochockiego; zdawało mu się, że w tym 
nagłym wyjeździe i niedomówieniach tkwi jakaś otucha. 
„Kto wie — myślał — czy Stach pojechał do Indyj ze swoim półmilionem?... Może 
oni obaj z Ochockim zejdą się w Paryżu, u tego dziwnego Geista?... Jakieś 
metale... jakieś balony!... Widocznie chodzi im o utrzymanie tajemnicy, 
przynajmniej do czasu...” 
W tym jednak razie pomieszał mu rachunki Szuman powiedziawszy przy jakiejś 
okazji: 
— Dowiadywałem się w Paryżu o tego sławnego Geista myśląc, że Wokulski 
może się o niego zechce zaczepić. No, ale Geist, niegdyś bardzo zdolny chemik, 
jest dziś skończonym wariatem... Cała Akademia śmieje się z jego pomysłów!... 
Drwiny całej Akademii z Geista mocno zachwiały nadziejami Rzeckiego. Jużci, 
jeżeli kto, to tylko Akademia Francuska mogłaby ocenić wartość owych metali 
czy balonów... A jeżeli mędrcy zadecydowali, że Geist jest wariatem, to już 
chyba Wokulski nie miałby co robić u niego. 
„Gdzie i po co w takim razie wyjechał? — myślał Rzecki. — Ha, oczywiście, 
wyjechał w podróż, bo mu tu było źle... Jeżeli Ochocki musiał opuścić 
mieszkanie, w którym dokuczyła mu tylko gramatyka grecka, to Wokulski mógł 
tym bardziej wynieść się z miasta, gdzie mu tak dokuczyła kobieta... I gdybyż to 
tylko ona!... Czy był kiedy człowiek bardziej szkalowany od niego?...” 
„Ale dlaczego on zrobił prawie testament i jeszcze napomykał w nim o 
śmierci?...” — dodawał pan Ignacy. . 
Tę wątpliwość rozjaśniła mu wizyta Mraczewskiego. Młody człowiek 
przyjechał do Warszawy niespodzianie i przyszedł do Rzeckiego z miną 
zakłopotaną. Rozmawiał urywkowo, a w końcu napomknął, że pani Stawska 
waha się przyjąć darowizny Wokulskiego i że jemu samemu dar ten wydaje się 
niepokojącym... 
— Dzieciak jesteś, mój kochany!... — oburzył się pan Ignacy.- Wokulski zapisał jej 
czy Helci dwadzieścia tysięcy rubli, bo polubił kobietę; a polubił ją, bo w jej 
domu znajdował spokój w najcięższych czasach dla siebie... Wiesz przecie, że 
kochał się w pannie Izabeli?.. 
— To wiem — odparł nieco spokojniej Mraczewski — ale wiem i o tym, że pani 
Stawska miała do Wokulskiego słabość... 
— Więc i cóż?... Dziś Wokulski jest dla nas wszystkich prawie umarłym i Bóg 
wie, czy go kiedy zobaczymy. 
Mraczewskiemu twarz rozjaśniła się. 
— To prawda — rzekł — to prawda!... Pani Stawska może przyjąć zapis od 
zmarłego, a ja nie potrzebuję się obawiać wspomnień o nim... 
I wyszedł bardzo kontent z tego, że Wokulski może już nie żyje. 
„Stach miał rację — myślał pan Ignacy — nadając taką formę swoim zapisom. 
Umniejszył kłopotu obdarowanym, a nade wszystko tej poczciwej pani 
Helenie...” 
W sklepie Rzecki bywał ledwie raz na kilka dni, jedyne zaś jego zajęcie, 
notabene bezpłatne, polegało na układaniu wystawy w oknach, co zwykle robił 
w nocy z soboty na niedzielę. Stary subiekt bardzo lubił to układanie, a 
Szlangbaum sam go o nie prosił w nadziei, że pan Ignacy umieści swój kapitał 
w jego kantorze na niewysoki procent. 
Ale i te rzadkie odwiedziny wystarczyły panu Ignacemu do zorientowania się, 
że w sklepie zaszły gruntowne zmiany na gorsze. Towary, lubo pokaźne na oko, 
były liche, choć zarazem zniżyła się trochę ich cena; subiekci w arogancki 
sposób traktowali publiczność i dopuszczali się drobnych nadużyć, które nie 
uszły uwagi Rzeckiego. Nareszcie dwu nowych inkasentów dopuściło się 
malwersacji na sto kilkadziesiąt rubli. 
Kiedy pan Ignacy wspomniał o tym Szlangbaumowi, usłyszał odpowiedź : 
— Proszę pana, publiczność nie zna się na dobrym towarze, tylko na tanim... A co 
do malwersacji, te się wszędzie trafiają. Skąd zresztą wezmę innych ludzi? 
Pomimo tęgiej miny Szlangbaum jednak martwił się, a Szuman drwił z niego 
bez miłosierdzia. 
— Prawda, panie Szlangbaum — mówił doktór — że gdyby w kraju zostali sami 
Żydzi, wyszlibyśmy z torbami z interesu! Bo jedni okpiwaliby nas, a drudzy nie 
daliby się łapać na nasze sztuki... 
Mając dużo wolnego czasu pan Ignacy dużo rozmyślał i dziwił się, że teraz po 
całych dniach zaprzątały go kwestie, które dawniej nawet nie przeszły mu przez 
głowę. 
„Dlaczego nasz sklep upadł?... — mówił do siebie. — Bo gospodaruje w nim 
Szlangbaum, nie Wokulski. A dlaczego nie gospodaruje Wokulski?... Bo jak to 
wspomniał Ochocki, Stach dusił się tutaj prawie od dzieciństwa i nareszcie 
musiał uciec na świeże powietrze...” 
I przypomniał sobie najwydatniejsze momenta z życia Wokulskiego. Kiedy 
chciał uczyć się, jeszcze jako subiekt Hopfera, wszyscy mu dokuczali. Kiedy 
wstąpił do uniwersytetu, zażądano od niego poświęceń. Kiedy wrócił do kraju, 
nawet pracy mu odmówiono. Kiedy zrobił majątek, obrzucono go 
podejrzeniami, a kiedy zakochał się, ubóstwiana kobieta zdradziła go w 
najnikczemniejszy sposób... 
„Trzeba przyznać — rzekł pan Ignacy — że w takich warunkach zrobił, co mógł 
najlepszego...” 
Ale jeżeli Wokulskiego siła faktów wypchnęła z kraju, dlaczego sklepu po nim 
nie odziedziczył bodajby on sam, Rzecki, nie zaś Szlangbaum?... 
Bo on, Rzecki, nigdy o tym nie myślał, ażeby posiadać własny sklep. On 
walczył za interesa Węgrów albo czekał, aż Napoleonidzi świat przebudują. I 
cóż się stało?... Świat nie poprawił się, Napoleonidzi wyginęli, a właścicielem 
sklepu został Szlangbaum. 
„Strach, ile się u nas marnuje uczciwych ludzi — myślał. — Katz palnął sobie w 
leb, Wokulski wyjechał, Klejn Bóg wie gdzie, a Lisiecki musiał także się 
wynosić, bo dla niego nie było tu miejsca...” 
Wobec tych medytacyj pan Ignacy doznawał wyrzutów sumienia, pod wpływem 
których począł mu się zarysowywać jakiś plan na przyszłość... 
„Wejdę — mówił — do spółki z panią Stawską i z Mraczewskim. Oni mają 
dwadzieścia tysięcy rubli, ja dwadzieścia pięć tysięcy, więc za taką sumę 
możemy otworzyć porządny sklep choćby pod bokiem Szlangbaumowi...” 
Projekt ten tak go opanował, że pod jego wpływem czuł się nawet zdrowszym. 
Wprawdzie coraz częściej doznawał bólu w ramionach i duszności, ale nie 
zważał na to... 
„Pojadę na kurację choćby za granicę — myślał -pozbędę się tych głupich 
duszności i wezmę się do roboty naprawdę... Cóż to, czy tylko Szlangbaum ma 
robić u nas majątek?...” 
Czuł się młodszym i rzeźwiejszym, choć Szuman nie radził mu wychodzić na 
ulicę i zalecał unikać wzruszeń. 
Sam doktór jednakże często zapominał o własnym przepisie. 
Raz wpadł do Rzeckiego z rana, wzburzony tak, że zapomniał włożyć krawata 
na szyję. 
— Wiesz pan — zawołał -pięknych rzeczy dowiedziałem się o Wokulskim!... 
Pan Ignacy położył na stole nóż i widelec (właśnie jadł befsztyk z borówkami) i 
uczul ból w ramionach. 
— Cóż się stało?... — zapytał słabym głosem. 
— Pyszny jest Staś!... — mówił Szuman. — Odnalazłem tego dróżnika Wysockiego 
w Skierniewicach, wybadałem go i wiesz pan, com odkrył?... 
— Skądże mogę wiedzieć?... — spytał Rzecki, któremu na chwilę zrobiło się 
ciemno w oczach. 
— Wyobraź pan sobie — mówił zirytowany Szuman — że... to bydlę... to zwierzę... 
wtedy w maju, kiedy jechał z Łęckimi do Krakowa, rzucił się w Skierniewicach 
pod pociąg!... Wysocki go uratował... 
— Ehl... — mruknął Rzecki. 
— Nie: eh!... tylko tak jest. Z czego widzę, że kochany Stasieczek, obok 
romantyzmu, miał jeszcze manię samobójstwa... Założyłbym się o cały mój 
majątek, że on już nie żyje!... 
Nagle umilkł spostrzegłszy straszną zmianę na twarzy pana Ignacego. Zmieszał 
się niesłychanie, sam prawie zaniósł go na łóżko i przysiągł sobie, że już nigdy 
nie będzie zaczepiać tych kwestyj. 
Ale los zrządził inaczej. 
W końcu października bryftrygier oddał Rzeckiemu list rekomendowany pod 
adresem Wokulskiego. 
List pochodził z Zasławia, pismo było niewprawne. 
„Czyby od Węgiełka...” — pomyślał pan Ignacy i otworzył kopertę. 
„Wielmożny panie ! — pisał Węgiełek. — Najpierwej dziękujemy wielmożnemu 
panu za pamięć o nas i za te pięćset rubli, którymi nas wielmożny pan znowu 
obdarzył, i za wszystkie dobrodziejstwa, które otrzymaliśmy z jego 
szczodrobliwej ręki, dziękujemy: matka moja, żona moja i ja... Po drugie zaś 
wszyscy troje zapytujemy się o zdrowie i życie wielmożnego pana i czy pan 
szczęśliwie do dom powrócił. Pewno, że tak jest, bo inaczej nie wysłałby nam 
pan swego wspaniałego daru. Tylko żona moja jest bardzo o wielmożnego pana 
niespokojna i po nocach nie sypia, a nawet chciała, ażebym sam do Warszawy 
pojechał, zwyczajnie jak kobieta. 
Bo to u nas, wielmożny panie, we wrześniu, tego samego dnia, kiedy wielmożny 
pan idąc na zamek spotkał moją matkę przy kartoflach, trafiło się wielkie 
zdarzenie. Tylko co matka wróciła z pola i nastawiła wieczerzę, aż tu w zamku 
dwa razy tak strasznie huknęło, jak pioruny, a w miasteczku szyby się zatrzęsły. 
Matce garnczek wypadł z rąk i zaraz mówi do mnie: 
<<Leć na zamek, bo tam może bawi się jeszcze pan Wokulski, więc żeby go 
nieszczęście nie spotkało.>> I ja też zaraz poleciałem. 
Chryste Panie! Ledwieżem poznał górę. Z czterech ścian zamku, co się jeszcze 
mocno trzymały, została tylko jedna, a trzy zmielone prawie na mąkę. Kamień, 
cośmy, na nim rok temu wycięli wiersze, rozbity na jakie dwadzieścia 
kawałków, a w tym miejscu, gdzie była zawalona studnia, zrobił się dół i 
gruzów nasypało w niego więcej niż na stodołę. 
Ja myślę, że to mury same zawaliły się ze starości; ale matka mówi, że to może 
kowal nieboszczyk, com o nim wielmożnemu państwu rozpowiadał, że on taką 
psotę zrobił. 
Nic nie mówiąc nikomu o tym, że wielmożny pan szedł wtedy na zamek, przez 
cały tydzień grzebałem między gruzami, czy, broń Boże, nie stało się 
nieszczęście. I dopiero, kiedym śladu nie znalazł, ucieszyłem się tak, że na tym 
miejscu święty krzyż stawiam, cały z drzewa dębowego, nie malowany, ażeby 
była pamiątka, jako wielmożny pan od nieszczęścia się ocalił. Ale moja żona, 
kobiecym obyczajem, wciąż się niepokoi... Więc dlatego pokornie upraszam 
wielmożnego pana, ażeby nam dał znać o sobie, że żyje i że zdrów jest... 
Ksiądz proboszcz jegomość taki poradził mi wyciąć napis na krzyżu: 
Non omnis moriar... 
Ażeby ludzie wiedzieli, że choć stary zamek, pamiątka z czasów dawnych, w 
gruzy się rozleciał, to przecie nie wszystek zginął i jeszcze niemało zostanie po 
nim do widzenia nawet dla naszych wnuków...” 
„A zatem Wokulski był w kraju!...” — zawołał ucieszony Rzecki i posłał po 
doktora prosząc go, ażeby przyszedł natychmiast. 
W niecały kwadrans zjawił się Szuman. Dwa razy przeczytał podany mu list i ze 
zdziwieniem przypatrywał się ożywionej fizjognomii pana Ignacego. 
— Cóż doktór na to?... — zapytał triumfalnie Rzecki. 
Szuman zdziwił się jeszcze mocniej. 
— Co ja na to?... — powtórzył. — Że stało się, co przepowiadałem Wokulskiemu 
jeszcze przed jego wyjazdem do Bułgarii. Przecież to jasne, że Stach zabił się w 
Zasławiu. 
Rzecki uśmiechnął się. 
— Ależ zastanów się, panie Ignacy — mówił doktór, z trudnością hamując 
wzruszenie. — Pomyśl tylko : widziano go w Dąbrowie, jak kupował naboje, 
potem widziano go w okolicach Zasławka, a nareszcie w samym Zasławiu. 
Myślę, że w zamku musiało coś kiedyś zajść między nim a tą... tą potępienicą. 
Bo nawet mnie raz wspomniał, że chciałby zapaść się pod ziemię tak głęboko 
jak studnia zasławska... 
— Gdyby zechciał się zabić, mógłby to zrobić dawniej... Zresztą i pistolet by 
wystarczył, nie dynamit — odparł Rzecki. 
— Toteż zabijał się... Ale że w każdym calu była to wściekła bestia, więc mu 
pistolet nie wystarczał... Jemu trzeba było lokomotywy, ażeby zginąć... 
Samobójcy umieją być wybredni, wiem o tym!... 
Rzecki kręcił głową i uśmiechał się. 
— Więc co pan myślisz, u diabła?... — zawołał zniecierpliwiony Szuman. — Czy 
masz jaką inną hipotezę.?... 
— Mam. Stacha po prostu dręczyły wspomnienia tego zamku, więc chciał go 
zniszczyć, jak Ochocki zniszczył grecką gramatykę, kiedy się na niej 
przepracował. Jest to także odpowiedź dana tej pannie, która podobno co dzień 
jeździła tęsknić do tych gruzów... 
— Ależ to byłoby dzieciństwo!... Czterdziestoletni chłop nie może postępować 
jak uczeń... 
— Kwestia temperamentu — odparł Rzecki spokojnie. -Jedni odsyłają pamiątki, a 
on swoją wysadził w powietrze... Szkoda tylko, że tej Dulcynei nie było między 
gruzami. 
Doktór zamyślił się. 
— Wściekła bestia!... Ale gdzież by teraz się podział, jeżeliby żył?... 
— Teraz właśnie podróżuje z lekkim sercem. A nie pisze, bośmy mu już widać 
wszyscy obrzydli... — dokończył ciszej pan Ignacy.- Zresztą, gdyby tam zginął, 
pozostałby jakiś ślad... 
— Swoją drogą, nie przysiągłbym, że pan nie masz racji, chociaż... ja w to nie 
wierzę — mruknął Szuman. 
Kiwał smutnie głową i mówił: 
— Romantycy muszą wyginąć, to darmo; dzisiejszy świat nie dla nich... 
Powszechna jawność sprawia to, że już nie wierzymy ani w anielskość kobiet, 
ani w możliwość ideałów. Kto tego nie rozumie, musi zginąć albo dobrowolnie 
sam ustąpić... 
Ale jaki to człowiek stylowy!... — zakończył. — Umarł przywalony resztkami 
feudalizmu. Zginął, aż ziemia zadrżała... Ciekawy typ, ciekawy... 
Nagle schwycił kapelusz i wybiegł z pokoju mrucząc: 
— Wariaty!... wariaty!... cały świat mogliby zarazić swoim obłędem... 
Rzecki wciąż uśmiechał się. 
„Niech mnie diabli wezmą — mówił do siebie — jeżeli co do Stacha nie mam 
racji!... Powiedział pannie: adieu! i pojechał... Oto cały sekret. Byle wrócił 
Ochocki, dowiemy się prawdy...” 
Był w tak dobrym usposobieniu, że wydobył spod łóżka gitarę, naciągnął struny 
i przy jej akompaniamencie zaczął nucić: 
Wiosna się budzi w całej naturze, 
Witana nowym słowików pieniem... 
W zielonym gaju, ponad strumieniem, 
Kwitnęły dwie piękne róże... 
Ostry ból w piersiach przypomniał mu, że nie powinien się męczyć. 
Niemniej czuł w sobie ogromną energię. 
„Stach — myślał — wziął się do jakiejś wielkiej roboty, Ochocki jedzie do niego, 
więc muszę i ja pokazać, co umiem... Precz z marzeniami!... Napoleonidzi już 
nie poprawią świata i nikt go nie poprawi, jeżeli i nadal będziemy postępować 
jak lunatycy... Zawiążę spółkę z Mraczewskimi, sprowadzę Lisieckiego, znajdę 
Klejna i spróbujemy, panie Szlangbaum, czy tylko ty masz rozum... Do licha, co 
może być łatwiejszego aniżeli zrobienie pieniędzy, jeżeli chce się tego? 
A jeszcze z takim kapitałem i takimi ludźmi!...” 
W sobotę po rozejściu się subiektów wieczorem pan Ignacy wziął od 
Szlangbauma klucz od tylnych drzwi sklepu, ażeby na przyszły tydzień ułożyć 
wystawę w oknach. 
Zapalił jedną lampę, z głównego okna wydobył przy pomocy Kazimierza 
żardynierkę i dwa wazony saskie, a na ich miejsce ustawił wazony japońskie i 
starorzymski stolik. Następnie kazał służącemu iść spać, miał bowiem zwyczaj 
własnoręcznie rozkładać przedmioty drobne, a osobliwie mechaniczne zabawki. 
Nie chciał zresztą, ażeby prosty człowiek wiedział, że on sam najlepiej bawi się 
sklepowymi zabawkami. 
Jak zwykle, tak i tym razem wydobył wszystkie, zapełnił nimi cały kontuar i 
wszystkie jednocześnie nakręcił. Po raz tysiączny w życiu przysłuchiwał się 
melodiom grających tabakierek i patrzył, jak niedźwiedź wdrapuje się na słup, 
jak szklana woda obraca młyńskie koła, jak kot ugania się za myszą, jak tańczą 
krakowiacy, a na wyciągniętym koniu pędzi dżokej. 
I przypatrując się ruchowi martwych figur po tysiączny raz w życiu powtarzał : 
„Marionetki!... Wszystko marionetki!... Zdaje im się, że robią, co chcą, a robią 
tylko, co im każe sprężyna, taka ślepa jak one...” 
Kiedy źle kierowany dżokej wywrócił się na tańczących parach, pan Ignacy 
posmutniał. 
„Dopomóc do szczęścia jeden drugiemu nie potrafi — myślał — ale zrujnować 
cudze życie umieją tak dobrze, jak gdyby byli ludźmi...” 
Nagle usłyszał łoskot. Spojrzał w głąb sklepu i zobaczył wydobywającą się spod 
kontuaru ludzką figurę. 
„Złodziej?...” — przeleciało mu przez głowę. 
— Bardzo przepraszam, panie Rzecki, ale... ja zaraz przyjdę odezwała się figura z 
oliwkową twarzą i czarnymi włosami. Pobiegła do drzwi, otworzyła je 
pośpiesznie i znikła. 
Pan Ignacy nie mógł podnieść się z fotelu; ręce mu opadły, nogi odmówiły 
posłuszeństwa. Tylko serce uderzało w nim jak dzwon rozbity, a w oczach 
zrobiło mu się ciemno. 
„Cóż, u diabła, ja się zląkłem? — szepnął. — Wszakże to jest ten... ten Izydor 
Gutmorgen... tutejszy subiekt... Oczywiście, coś skradł i uciekł... Ale dlaczego 
ja się zląkłem?...” 
Tymczasem pan Izydor Gutmorgen po dłuższej nieobecności wrócił do sklepu, 
co jeszcze więcej zadziwiło Rzeckiego. 
— Skądeś się pan tu wziął?... czego pan chcesz?... — zapytał go pan Ignacy. 
Pan Gutmorgen zdawał się być mocno zakłopotany. Spuścił głowę jak 
winowajca i przebierając palcami po kontuarze, mówił: 
— Przepraszam pana, panie Rzecki, ale pan może myśli, że ja co ukradłem?... 
Niech mnie pan zrewiduje... 
— Ale co pan tu robisz? — zapytał Rzecki. Chciał się podnieść z fotelu, lecz nie 
mógł. 
— Mnie pan Szlangbaum kazał zostać tu dziś na noc... 
— Po co?... 
— Bo, widzi pan, panie Rzecki... z panem przychodzi tu do ustawiania ten 
Kazimierz... Więc pan Szlangbaum kazał mnie pilnować ,ażeby on czego nie 
wyniósł... Ale że mnie się trochę niedobrze zrobiło, więc... ja pana bardzo 
przepraszam... 
Rzecki już powstał z siedzenia. 
— Ach, wy kundle!... — zawołał w najwyższej pasji. — To wy mnie uważacie za 
złodzieja?... I za to, że wam darmo pracuję?... 
— Przepraszam pana, panie Rzecki — wtrącił z pokorą Gutmorgen — ale... po co 
pan darmo pracuje?... 
— Niechże was milion diabłów porwie!... — krzyknął pan Ignacy. Wybiegł ze 
sklepu i starannie zamknął drzwi na klucz. 
„Posiedźże sobie do rana, kiedy ci niedobrze!... I zostaw pamiątkę swemu 
pryncypałowi” — mruknął. 
Pan Ignacy nie mógł spać całą noc. A ponieważ jego lokal dzieliła tylko sień od 
sklepu, więc około drugiej usłyszał ciche pukanie wewnątrz sklepu i stłumiony 
głos Gutmorgena, który mówił: 
— Panie Rzecki, niech pan otworzy... Ja zaraz wrócę... 
Wkrótce jednak wszystko ucichło. 
„O gałgany!... — myślał Rzecki przewracając się na łóżku. — To wy mnie 
traktujecie jak złodzieja... Poczekajcież!... 
Około dziewiątej z rana usłyszał, że Szlangbaum uwolnił Gutmorgena, a 
następnie zaczął kołatać do jego drzwi. Nie odezwał się jednak, a kiedy 
przyszedł Kazimierz, zapowiedział mu, ażeby nigdy nie puszczał tu 
Szlangbauma. 
„Wyniosę się stąd — mówił — bodaj od Nowego Roku... Żebym miał mieszkać na 
strychu albo wziąć numer w hotelu... Mnie zrobili złodziejem!... Stach powierzał 
mi krocie, a ten, bestia, lęka się o swoje tandeciarskie towary...” 
Przed południem napisał dwa długie listy: jeden do pani Stawskiej proponując, 
ażeby sprowadziła się do Warszawy i zawiązała z nim spółkę ; drugi do 
Lisieckiego zapytując : czyby nie zechciał powrócić i objąć posady w jego 
sklepie?... 
Przez cały czas pisania i odczytywania listów złośliwy uśmiech nie schodził mu 
z twarzy. 
„Wyobrażam sobie minę Szlangbauma — myślał — kiedy otworzymy mu przed 
nosem sklep konkurencyjny... he!... he!... he!... On mnie kazał pilnować... 
Dobrze mi tak, kiedym pozwolił rozpanoszyć się temu filutowi... He! He! He!” 
W tej chwili trącił rękawem pióro, które z biurka upadło na podłogę. Rzecki 
schylił się, ażeby je podnieść, i nagle uczuł dziwny ból w piersiach, jakby mu 
kto przebił płuca wąskim nożykiem. Na chwilę zaćmiło mu się w oczach i 
doznał lekkich mdłości; więc nie podnosząc pióra wstał z fotelu i położył się na 
szezlongu. 
„Będę ostatnim cymbałem — myślał — jeżeli za parę lat Szlangbaum nie wyjdzie 
na Nalewki... Stary głupiec ze mnie!... troszczyłem się o Bonapartych i o całą 
Europę, a tymczasem wyrósł mi pod bokiem tandeciarz, który każe mnie 
pilnować jak złodzieja... No, ale przynajmniej nabrałem doświadczenia; 
wystarczy mi go na całe życie... Przestaniecie wy mnie teraz nazywać 
romantykiem i marzycielem...” 
Coś jakby zawadzało mu w lewym płucu. 
„Astma?... — mruknął. — Muszę ja się na serio wziąć do kuracji. Inaczej za pięć, 
sześć lat zostałbym kompletnym niedołęgą... Ach, gdybym się był spostrzegł 
dziesięć lat temu!...” 
Przymknął oczy i zdawało mu się, że widzi całe swoje życie, od chwili obecnej 
aż do dzieciństwa, rozwinięte na kształt panoramy, wzdłuż której on sam płynął 
dziwnie spokojnym ruchem... Uderzało go tylko, że każdy miniony obraz 
zacierał mu się w pamięci tak nieodwołalnie, iż w żaden sposób nie mógł 
przypomnieć sobie tego, na co patrzył przed chwilą. Oto obiad w Hotelu 
Europejskim z powodu otwarcia nowego sklepu... Oto stary sklep, a w nim 
panna Łęcka rozmawia z Mraczewskim... Oto jego pokój z zakratowanym 
oknem, gdzie przed chwilą wszedł Wokulski, kiedy powrócił z Bułgarii... 
„Zaraz... Co to ja poprzednio widziałem...” — myślał. 
Oto piwnica Hopfera, gdzie poznał się z Wokulskim... A oto pole bitwy, gdzie 
niebieskawy dym unosi się nad liniami granatowych i białych mundurów... A 
oto stary Mincel siedzi na fotelu i ciągnie za sznurek wiszącego w oknie 
kozaka... 
„Czy ja to wszystko istotnie widziałem, czy mi się tylko śniło?... Boże 
miłosierny...” — szepnął. 
Teraz zdawało mu się, że jest małym chłopcem i że podczas gdy jego ojciec 
rozmawiał z panem Raczkiem o cesarzu Napoleonie, on wymknął się na strych i 
przez dymnik patrzył na Wisłę w stronę Pragi... Stopniowo jednak obraz 
przedmieścia zatarł mu się przed oczyma i został tylko dymnik. Z początku był 
on wielki jak talerz, później jak spodek, a potem zmalał do rozmiarów srebrnej 
dziesiątki... 
Jednocześnie ze wszystkich stron ogarnęła go niepamięć i ciemność, a raczej 
głęboka czarność, wśród której tylko ów dymnik świecił jak gwiazda o 
nieustannie zmniejszającym się blasku. 
Nareszcie i ta ostatnia gwiazda zgasła... 
Może zobaczył ją znowu, ale już nie nad ziemskim horyzontem. 
Około drugiej w południe przyszedł służący pana Ignacego, Kazimierz, z 
koszem talerzy. Hałaśliwie nakrył do stołu, a widząc, że pan nie budzi się, 
zawołał: 
— Proszę pana, obiad wystygnie... 
Ponieważ pan Ignacy nie ruszył się i tym razem, więc Kazimierz zbliżył się do 
szezlonga i rzekł: 
— Proszę pana.... 
Nagle cofnął się, wybiegł do sieni i zaczął pukać do tylnych drzwi sklepu, w 
którym jeszcze był Szlangbaum i jeden z jego subiektów. 
Szlangbaum otworzył drzwi. 
— Czego chcesz?... — szorstko zapytał służącego. 
— Proszę pana... naszemu panu coś się stało... 
Szlangbaum ostrożnie wszedł do pokoju, spojrzał na szezlong i również cofnął 
się... 
— Biegnij po doktora Szumana!... — zawołał. — Ja tu nie chcę wchodzić... 
W tej samej porze u doktora był Ochocki i opowiadał mu, że wczoraj z rana 
powrócił z Petersburga, a w południe odprowadzał na pociąg wiedeński swoją 
kuzynkę pannę Izabelę Łęcką, która wyjechała za granicę. 
— Wyobraź pan sobie — zakończył — że wstępuje do klasztoru!... 
— Panna Izabela?... — zapytał Szuman. — Cóż to, czy ma zamiar nawet Pana Boga 
kokietować, czy tylko chce po wzruszeniach odpocząć, ażeby pewniejszym 
krokiem wyjść za mąż? 
— Daj jej pan spokój... to dziwna kobieta... — szepnął Ochocki. 
— One wszystkie wydają się nam dziwne — odparł zirytowanym głosem doktór dopóki 
nie sprawdzimy, że są tylko głupie albo nędzne... O Wokulskim nie 
słyszałeś pan czego? 
— A właśnie... — odpowiedział. Lecz nagle zatrzymał się i umilkł. 
— Cóż, wiesz pan co o nim?... Czy może robisz z tego tajemnicę stanu?... nalegał 
doktór. 
W tej chwili wpadł Kazimierz wołając:- Panie doktorze, coś się stało naszemu 
panu. Prędzej, panie! 
Szuman zerwał się, razem z nim Ochocki. Siedli w dorożkę i pędem zajechali 
przed dom, w którym mieszkał Rzecki. 
W bramie zastąpił im drogę Maruszewicz z mocno zafrasowaną miną. 
— No, wyobraź pan sobie — zawołał do doktora — taki miałem do niego ważny 
interes... Chodzi przecież o mój honor... a ten tymczasem umarł sobie!... 
Doktór i Ochocki w towarzystwie Maruszewicza weszli do mieszkania 
Rzeckiego. W pierwszym pokoju był już Szlangbaum, radca Węgrowicz i ajent 
Szprot. 
— Gdyby pił radzika — mówił Węgrowicz — dosięgnąłby stu lat... A tak... 
Szlangbaum spostrzegłszy Ochockiego schwycił go za rękę i zapytał: 
— Pan nieodwołalnie chce odebrać pieniądze w tym tygodniu?... 
— Tak. 
— Dlaczego tak prędko?... 
— Bo wyjeżdżam. 
— Na długo?... 
— Może na zawsze — odparł szorstko i wszedł za doktorem do pokoju, gdzie 
leżały zwłoki. 
Za nim na palcach weszli inni. 
— Straszna rzecz! — odezwał się doktór. — Ci giną, wy wyjeżdżacie... Któż tu w 
końcu zostanie?... 
— My!... -odpowiedzieli jednogłośnie Maruszewicz i Szlangbaum. 
— Ludzi nie zabraknie... — dorzucił radca Węgrowicz. 
— Nie zabraknie... ale tymczasem idźcie, panowie, stąd!... — krzyknął doktór. 
Cała gromada z oznakami oburzenia cofnęła się do przedpokoju. Został tylko 
Szuman i Ochocki. 
— Przypatrz mu się pan... — rzekł doktór wskazując na zwłoki.- Ostatni to 
romantyk!... Jak oni się wynoszą... Jak oni się wynoszą... 
Szarpał wąsy i odwrócił się do okna. 
Ochocki ujął zimną już rękę Rzeckiego i pochylił się, jakby chcąc mu coś 
szepnąć do ucha. Nagle w bocznej kieszeni zmarłego spostrzegł wysunięty do 
połowy list Węgiełka i machinalnie przeczytał nakreślone wielkimi literami 
wyrazy: Non omnis moriar... 
— Masz rację... — rzekł jakby do siebie. 
— Ja mam rację?... — zapytał doktór. — Wiem o tym od dawna. 
Ochocki milczał. 
