Irena Zarzycka
Pod wiatr
ROZDZIAŁ I
Ten oddział piechoty legionowej miał wyjątkowe szczęście od samego początku 
istnienia. Zawsze znajdowali sobie najlepsze kwatery, najlepsze żarcie. Może 
dlatego, że chłopcy byli dobrani jeden w drugiego jak dębczaki, a sprytem i 
humorem śmiało mogli obdzielić cały pułk. A może, gdy ruszali na wojenkę daleką, 
spojrzały na nich jakieś dobre, uroczne oczy. Są bowiem oczy złe i takie, które 
przynoszą szczęście.
I trzeba trafu, że ten oddział właśnie znalazł w jakiejś opuszczonej chacie, w 
lesie, żywe dziecko. Była to dziewczynka. Drobna, rozczochrana, chuda i mizerna, 
ale rezolutna.
— Skąd się tu wzięłaś?
— Z lasu.
— A w lesie skąd?
— Z domu.
— Ile masz lat?
— Pewno osiem.
— A jak się nazywasz?
— Niki!
W tym miejscu żołnierze zamienili między sobą zdumione spojrzenia.
— A gdzie twoja mama?
— Pewno umarła.
— A tatuś?
— Tatusia zastrzeliły te diabły.
A jakie diabły zastrzeliły tatusia, tego dowiedzieć się nie było można. 
Żołnierze patrzyli na siebie zakłopotani.
— I co z tym zrobić?
Zapanowało milczenie, podczas którego mała uważnie obserwowała twarze 
zafrasowane, ale poczciwe, a potem podeszła do rosłego kaprala, zwanego „Józektata" i chwytając go za rękaw, oświadczyła:
— Pójdę z tobą, nie chcę tu zostać.
I mała Niki została żartobliwie nazwana „córką pułku"; ale istotnie wszyscy ci 
krwią i ogniem karmieni chłopcy, starsi, młodzi i całkiem już dojrzali, 
potracili głowy na punkcie dzieciaka, i jeżeli Niki okazywała im dziecinne, 
gorące przywiązanie, to sama była dla nich niemal bóstwem. Znaleźli ją w grudniu, 
a więc dostali ją na gwiazdkę. Stała się talizmanem, i trzeba było istotnie 
wiele sprytu, żeby ją ukryć przed władzami, które mogły na takie „ojcowanie" nie 
pozwolić. Ale żołnierzyska były związane z sobą dolą i niedolą i wierne sobie 
przyjacielsko, więc Niki chowała się między nimi, a co najdziwniejsze, brała 
udział we wszystkich walkach, i podczas gdy ziemia drżała w posadach, a dym 
osnuwał ponuro cały świat, biegała śród swoich przyjaciół jak młody psiak. Gdy 
podczas dłuższych marszów umieszczano ją w taborach, urządzała dzikie sceny z wrzaskiem i kopaniem, ale to 
wcale nie obniżało temperatury uczucia pułku w stosunku do pupilki.
I tak przeżyła śród żołnierzy, śród huku i świstu kul, prawie cztery lata, a 
potem... Potem zginęła im tak nagle, jak nagle się zjawiła. Było to w tragiczną 
noc lutową 1918 roku. Wojska szły gorączkowym marszem w stronę Rarańczy. 
Piechota dobywała ostatnich sił. Naprzód... Naprzód... Józek-tata rzucił nagle 
ochrypłym szeptem w stronę kolegów, którzy milczeli posępnie, z trudem wciągając 
mroźne powietrze:
— A gdzie nasza Niki?
Nie było odpowiedzi. Niki została w taborach, a te przecież były daleko... 
daleko jeszcze.
— Co będzie z Niki? — powtórzył Józek. Popatrzyli na siebie ponuro i szli 
jeszcze posępniejsi.
Przebili się przez austriacką zaporę, która wyrosła im na drodze do wolności, i 
zdążali naprzód, zostawiając daleko za sobą i Niki, i tabory.
Tabory, artyleria, oddziały techniczne zostały otoczone przez Austriaków, ale 
Niki tam nie było. Żołnierze, którym była powierzona, rozprawiali o tym zajadle, 
wypytywali się wzajemnie... nic... jak kamień w wodę.
I tak w pułku powstała legenda o Niki. Żołnierze rozproszyli się potem po 
świecie... Jedni zostali w polu, w dużych, wspólnych mogiłach, inni jeszcze 
poszli szukać okazji do przelewania krwi w imię wolności Ojczyzny, jeszcze inni 
siwieli z przygnębienia w obozach koncentracyjnych, ale Niki była zawsze ich 
ulubionym, kochanym wspomnieniem. Opowiadali sobie o niej niestworzone historie, 
w których urastała na jakąś nadprzyrodzoną istotę. Podobno kule się jej nie imały, podobno dotknięcie jej ręki 
goiło rany itd., itd.
W ten sposób Niki przeszła do historii pułku, ale ślad o niej zaginął, a lata 
szły niepowstrzymanie... I przyszedł rok 1923.
W tym roku właśnie jedno z małych, nadgranicznych miasteczek, będących raczej 
osadami, przeżywało sensację, która wstrząsnęła wszystkimi mieszkańcami i była 
tematem nie kończących się rozmów. Oto w pobliskim lesie pojawił się znachor, 
ach, ale co za znachor, po prostu cudotwórca! Miasteczko zaś, z dala od kolei i 
większych osiedli rzucone, wciśnięte między lasy i pola, żyło samo w sobie tak, 
jakby wyrzucone poza płot świata i jego gwaru. Do granicy niemieckiej było stąd 
dwadzieścia parę kilometrów. Doktora od czterech lat nie było tutaj. Kto 
poważniej zachorował, musiał tłuc się kilkadziesiąt kilometrów do większego 
miasteczka. Tak więc nagłe pojawienie się „cudotwórcy" wywołać musiało 
zrozumiały zachwyt. Sława jego szybko pantoflową pocztą rozeszła się po okolicy.
A znachor postawił sobie w lesie glinianą budę, pod lasem kupił kawałek pola i 
dobrze mu się działo, bo pacjenci nie skąpili darów, które przyjmował z ironiczno-dobrotliwym uśmiechem na pooranej zmarszczkami, starczej twarzy.
Zapada właśnie letni wieczór. Z miasteczka dobiega głos dzwonów, wzywających na 
Anioł Pański. Las wzdycha cichutko i radośnie, nie myśli o latach, które nad nim 
przeszły, ni o tych, które przyjdą. Roztapia się w rozkoszy ciepłego zachodu i 
czaru istnienia. Znachor siedzi na progu budy i pali fajkę, a dym owiewa mu 
twarz.
— Niki!
Z budy wysunęła się jakaś wysoka postać.
— Czas ci w drogę. Uważaj koło rowu, tam niewygodnie. Weź .płachtę.
Ciemna postać zniknęła w chacie na chwilę, potem wychodząc, mruknęła coś 
niewyraźnie i giętkim, zupełnie kocim krokiem ruszyła przed siebie wąską, 
wydeptaną ścieżką. Kiedy na niebo wpłynął księżyc, szła już między łanami 
dojrzałego zboża. Teraz można było zobaczyć wyraźnie młode rysy i wybujałą 
sylwetkę. Na pierwszy rzut oka mogło się wydawać, że jest to piękny, młody 
parobczak, ale ktoś bystry zauważyłby natychmiast, że jak na wiejskiego chłopca 
te rysy są zbyt delikatne. Malarz miałby tu wdzięczny model do postaci pazia.
W pewnej chwili chłopak skręcił sobie papierosa, zsunąwszy czapkę na tył głowy, 
rozejrzał się dokoła i podśpiewując jakąś melodię, przyśpieszył kroku. W dali na 
jasnym tle łąki, zalanej potokiem księżycowego światła, mignęła raz i drugi 
sylwetka strażnika granicznego. Przez tę łąkę należało przejść, tu było 
stosunkowo najlepiej, najmniej kręciło się straży. Potem rzeczka i las. Ale noc 
była tak jasna, że olbrzymia łąka wyglądała jak srebrne jezioro i nikt by nie 
przeszedł bez zwrócenia na siebie uwagi.
Gdzieś w dalej położonych krzewach zatrzepotał się jakiś ptak, gdzieś daleko 
zaszczekały psy, a poza tym srebrna cisza znów przędła na swoim kołowrotku. 
Chłopiec ruszył siniało przez łąkę, śpiewając na całe gardło:
Tiurli, tiurli na klarynecie,
Powiozę ciebie, Maryś, w ślubnej karecie.
Me wrócę z tobą, aż będzie świtać, A ty się o wianek nie będziesz pytać!
Przy tym kroki jego stały się nierówne, a głos ochrypły. Strażnik obchodzący 
łąkę nie mógł tego nie zauważyć i przypuszczając, że to jakiś pijany parobek, 
nie zatrzymał go nawet. Przemytnik nie szedłby przecież z takim wrzaskiem. Chcąc 
mieć jednak czyste sumienie, krzyknął w stronę chłopca:
— Ty tu po co?
— Siana pilnować! — odkrzyknął zapytany. Siano z łąki należało do 
dziesięciu gospodarzy. Stało
już w kopach i lada dzień mieli je zwozić. Strażnik machnął ręką i ruszył w 
swoją stronę, a chłopak przysiadł pod kopą i obserwował go bacznie, póki mleczne 
mgły dali nie pochłonęły niepożądanej sylwetki. Wtedy dopiero jął pełzać od kopy 
do kopy i w ten sposób dotarł do rzeki. Tu już granica była blisko: za rzeką las, 
a za lasem rów i rzadki zagajnik. Ten zagajnik był już po tamtej stronie, ale 
rzeki pilnowano dobrze. Ciemną nocą przedostanie się przez nią nie sprawiało 
zbyt wielkiej trudności, ale dziś woda jest jak lustro i każdy kształt 
zarysowuje się na niej wyraźnie.
— Cholera! — syknął chłopak i czołgał się coraz ostrożniej w stronę wierzby, 
chylącej ku wodzie rozczochraną głowę. Zdjął buty, związał rzemieniem i zawiesił 
sobie na szyi, po czym z wolna pogrążył się w wodzie. W tym miejscu rzeka od 
razu z brzega była głęboka i mimo nadzwyczajnej ostrożności ze strony chłopca 
woda plusnęła lekko, i zaraz ni stąd, ni zowąd na brzegu rozległy się kroki, 
potem szczekanie psa, potem głosy ludzkie, ale Niki już płynął nurkiem. Na 
chwilę wypłynął
z wody, by zaczerpnąć powietrza i upatrzyć sobie miejsce lądowania. Ale na 
przeciwległym brzegu stał strażnik z psem. Trzeba było popłynąć kilkanaście 
metrów pod prąd i dopiero dobijać do brzegu.
Psy wciąż ujadały zawzięcie, biegając koło wierzby i tarmosiły płachtę, 
zostawioną przez młodego przemytnika. On tymczasem parę razy, mimo 
niebezpieczeństwa, wychylał głowę na powierzchnię. Ogarniało go już obrzydliwe 
zmęczenie, mimo że pływał świetnie i za wszelką cerię chciał dostać się na brzeg. 
Gdyby choć mógł sobie płynąć normalnie, to godzina dłużej, godzina krócej nie 
stanowiła różnicy, ale, do diabła, nie był przecież dziką kaczką i to nurkowanie 
doprowadzało go do pasji. Przeciwległy brzeg, stromy i wysoki, dziś większe niż 
kiedykolwiek przedstawiał niebezpieczeństwo. Całe szczęście, że był dość gęsto 
porosły krzewami jałowca, ale za takim właśnie krzaczkiem mógł siedzieć strażnik. 
Na razie brzeg był cichy, pusty i srebrny. Chłopiec na czworakach wylazł z wody 
i piął się pod górę wolno i ostrożnie. Z daleka, z daleka usłyszał pianie koguta 
i wstrząsnął nim dreszcz chłodu. „Aha! Zaraz zacznie świtać" — pomyślał.
Jakoż istotnie, do tej pory czyściutka i szklista łąka i brzeg jęły jakby dymić; 
wstawały mgły świtania, a księżyc zbladł. Niki leżał na skraju lasu i pilnie 
tulił ucho do ziemi. Trzeba korzystać z ciszy. I biegiem puścił się naprzód, co 
parę kroków przywierając do ziemi lub do większych pni. Nagle stanął jak wryty. 
Jego bystre uszy dały mu znać, że coś jest nie w porządku. Trzasnęła jakaś 
gałązka... potem szelest. Ktoś szedł ostrożnie, ale to chyba nie strażnik. Niki 
w tych przyczajonych krokach
wyczuł strach. Wobec tego ruszył już znacznie odważniej.
Znał dobrze tę drogę. Tylekroć przemierzył ją swoimi młodymi nogami. Znał inne 
także, ale tu było stosunkowo najbezpieczniej. Strażnicy główną uwagę kierowali 
na najbardziej zadrzewioną część lasu. Wreszcie rów! Głęboki, błotnisty, 
zarośnięty sitowiem i rozmaitym wodnym zielskiem, ale do rowu jest jakieś 
dziesięć metrów gładkiej przestrzeni.
Z lewej strony chłopca ktoś wystrzelił... Daleko...może kilometr, i zaraz martwa 
polana ożyła. Psy jęły głośno ujadać... ktoś krzyczał, ktoś gwizdał przeraźliwie. 
Niki spokojnie przelazł rów i pełzał w stronę zagajnika. Jeszcze najwyżej 
dziesięć metrów i będzie bezpieczny. Ale w tej chwili zaszeleściła gwałtownie 
trawa i ostre psie zęby chwyciły w uścisk buty dyndające na karku chłopca... 
Żeby nie buty, ładną by miał chłopiec pamiątkę! Niki chwycił psa raptownie za 
kark. Szczekanie i warczenie rozległo się po całej polanie. Nie było czasu do 
stracenia. Jeżeli puści psa, ten na pewno wyrwie mu kawał mięsa na pamiątkę... 
długo szamotać się nie może, bo nadbiegną strażnicy... Noc szybko ściągała swoje 
welony z polanki i uciekała w głąb lasu. Niki, trzymając psa z całej mocy za 
skórę tuż przy głowie jedną ręką, drugą ściągał mokrą kapotę, potem 
błyskawicznie opatulił nią łeb zwierzęcia i pognał przed siebie... Za chwilę był 
bezpieczny i z uśmiechem słuchał wściekłego warczenia psa, który widać nie mógł 
się oswobodzić z powijaka.
Zorza czesała już włosy purpurowe, kiedy chłopiec wstał spod krzaka, wyprostował 
się, przeciągnął... Zdjął z szyi sznurek, do którego przyczepione było blaszane
pudełko. Otworzył je, przeliczył pieniądze i uśmiechnięty, pogwizdując sobie 
wesoło, ruszył naprzód.
Najważniejsze było to, że strażnicy go nie widzieli, nie mogli więc zapamiętać 
sobie jego twarzy. Bez bagażu łatwiej przemknąć niż z bagażem, ale jakoś to 
będzie. Słońce suszyło teraz grubą, płócienną koszulę chłopca, zapiętą szczelnie 
pod samą szyją, jego bujną, ciemną, falistą czuprynę, całowało opaloną twarz, 
teraz w blasku dnia przedziwnie młodą i zuchwałą.
A kiedy wracał wieczorem z workiem na plecach, rozszalała się burza. Pioruny 
waliły jeden po drugim. Deszcz lał strumieniami. Niebo z zachodu na wschód, z 
południa na północ przecinały błyskawice. Gosposie wiejskie powystawiały w 
oknach święte obrazy, pozapalały gromnice. Zdawało się, że świat jęczy i wyje ze 
zgrozy, taki był wicher, a przez rzekę mknął chłopiec z workiem przemytu na 
plecach. Teraz musiał szukać najpłytszego przejścia. Z workiem płynąć niepodobna, 
znał takie przejścia, tylko że tu pilnie czatowali strażnicy. Ale dziś, gdy 
drzewa padały z trzaskiem, gdy łoskot bez przerwy niemal wstrząsał ziemią, nawet 
psy, skulone, tuliły się do ludzkich nóg, czy dziś odważyliby się przemytnicy 
szwarcować?
A Niki szedł sobie skrajem lasu, tam, gdzie rosły same niemal krzaki, i od czasu 
do czasu przystawał, by poprawić ciężar na plecach. Nie bał się piorunów. 
Niebieska artyleria nie robiła na nim wrażenia. Z uśmiechem wspominał małą 
dziewczynkę pętającą się między nogami żołnierzy, śród huku i dymu... Tamta mała 
„córka pułku" nie znała strachu przed ludźmi... jakżeby ten duży Niki miał się 
bać natury? Pogrzmi, poświeci i przestanie. A jak go jaki piorun trafi, no to 
raz kozie śmierć.
Wyszedł na szosę... teraz miał jeszcze tylko parę kilometrów do przebycia. Nagle 
w pewnej odległości, na środku drogi, zauważył stojącą bryczkę. W świetle 
błyskawic ujrzał wewnątrz jakąś skuloną postać. Pod bryczką też siedział ktoś, 
owinięty w derkę. Niki śmiało podszedł i dźwięcznym głosem, w którym drżał 
śmiech, zapytał:
— A co to się stało?
Postać w bryczce wysunęła twarz z kołnierza.
— Nic! Tylko ten osioł nie chce jechać, boi się.
Śród szumu ulewy i jęku wichru, przy akompaniamencie bezustannych grzmotów 
zupełnie niesamowicie zabrzmiał śmiech chłopca.
— A to heca! Te, zuchu, wyłaź, ja powiozę. Woźnica jęknął coś spod bryczki, 
ale się nie ruszał.
— No, wyłaź, sakramencka ofermo... koniowi pod ogon się schowaj! — krzyczał 
chłopak, ciągnąc woźnicę za nogi. Nieszczęsny pasażer zaś ze zdumieniem patrzył 
na to jawiącą się w świetle błyskawic, to niknącą w mroku twarz chłopca. 
Wreszcie woźnica ulokował się w bryczce obok pasażera, a chłopak objął w 
posiadanie kozioł. Zebrał lejce i rzucił:
— No, gdzie jedziem?
— Do miasteczka.
— Fajno! Wio, małe... nie bójta się... wio, ciosie! -konie ruszyły cwałem.
Burza cichła, deszcz padał coraz leniwiej. Od czasu do czasu jeszcze gdzieś na 
wschodzie piorun przecinał zygzakiem niebo i wstrząsał ziemią. Powietrze 
zaczynało pachnieć świeżą zielenią i hreczką... Pierwsze domki miasta.
— No, bierzcie lejce, ja się wracam — rzekł chłopiec, zeskoczywszy z kozła. — 
Teraz trafisz — mówiąc to, ładował sobie worek na plecy.
— Ależ chłopcze, jedź ze mną, wyschniesz u mnie, jesteś pewno głodny... — 
zaprotestował podróżny.
— I tak wyschnę... no jazda, bo nie mam czasu.
— Masz wobec tego na pamiątkę...
— Co? Forsa? Nie trzeba. Jak pan ma papierosa, to proszę dać, i zapałki, bo 
moje zmokli.
Dostał całą garść papierosów i odszedł, pogwizdując wesoło. Doktor Andrzej 
Połoński, trzęsąc się w bryczce po nierównym bruku miasteczka, rozmyślał nad 
dziwnym chłopcem. Pies Andrzeja dopiero teraz wygramolił się spod siedzenia i 
trącał pana nosem w łydkę. Koło godziny drugiej zajechali na miejsce.
i
ROZDZIAŁ II
Dzwoniono na Anioł Pański. Różowozłoty płomień zachodu ogarniał całe miasteczko. 
Szybko, szybko mknęły tu i tam jaskółki. Pieszczotliwie muskały piersiami fale 
rzeki, płynącej cicho i leniwie, a ona uśmiechała się radośnie do kwilącego 
ptactwa purpurą schwytanych w słońcu błysków. Krowy, wracając z pola, podnosiły 
na uliczkach kłęby kurzu. Wesoło skrzypiały wozy, obładowane sianem. Wreszcie 
kurz powoli opada i słońce cichutko tonie w rzece purpurowej ze szczęścia.
Pani Połońska, wdowa po adwokacie, siada, jak zwykle, do starego fortepianu i 
gra Ave Maria Gounoda, a przed ogródkiem, dzielącym dom od ulicy, gromadzi się 
parę osób, które co dnia z jednakowym zachwytem słuchają słodkiej melodii.
Cztery lata temu, tj. w roku 1920, syn Połońskiej, doktor Andrzej, ulubieniec 
miasteczka i całej okolicy, wyruszył jako ochotnik na wojnę bolszewicką i już 
więcej nie wrócił na swoją placówkę. Był w Warszawie i dobrze mu się /^Wc^rajK 
Mieszkańcy miasteczka boleśnie odczuli jego stratę, zawojował bowiem wszystkich humorem, urodą, no i bezwzględną 
uczciwością. Potem, nie wiadomo skąd, pojawił się znachor Truś i pamięć o 
doktorze rozwiał wiatr.
Dziś słuchacze pani Połońskiej denerwowali się.
— Co to jest, jak ona gra? A może to kto inny? -zaczęto szeptać w gromadce.
— Jakoś nie sztymuje — zawyrokował czeladnik od stolarza.
A pani Połońska nie mogła opanować drżenia palców. Klawisze mieniły się jej w 
oczach, wyrywały spod rąk i uciekały hen, na drogę, którą po czterech latach 
nieobecności jechał teraz do domu jej chłopiec, jedynak ponad wszystko ukochany. 
W kuchni dopiekają się jakieś wymyślne pierożki. Służąca Stefka z zaciętymi 
wargami obraca rączkę młynka, czasem wysuwa język z przejęcia. Kawa musi być 
mielona prawie na mąkę, bo pan doktor pije po turecku.
Minuty są dzisiaj nieznośnie długie i do dziesiątej trzeba czekać... czekać... 
Połońska z trzaskiem zamknęła instrument i poszła do pokoju syna sprawdzić, czy 
wszystko jest w porządku. Pogładziła maleńkimi dłońmi poduszki, zdjęła jakąś 
nitkę z kołdry.
Serce matki wybijało niecierpliwie każdy kwadrans, dzielący ją od chłopca, a ten 
chłopiec przecież ma 36 lat. Uśmiechnęła się przez łzy do swoich wspomnień. Jak 
prędko, ach, i czemu tak okropnie prędko wyrósł, tak jakoś odskoczył od matki. 
Teraz się pewno ożeni, ano trudno. Żeby tylko znalazł godną siebie dziewczynę... 
Żeby tak Lala! Lala była córką ciotecznej siostry
Połońskiej. Piękna i bogata panna. Trzeba ją zaprosić koniecznie na ten czas, 
kiedy Lusiek tu będzie.
W jadalnym pokoju zegar specjalnie dziś uroczystym głosem oznajmił ósmą. 
Połońska pobiegła do kuchni.
— Stefciu, za dwie godziny Lusiek... pan doktor będzie. Za dwie godziny... 
Żeby się pierożki nie przypaliły. Kaczki już wstawić... lejże prędzej śmietanę.
Stefci i tak już wszystko z rąk leciało. Nie lubiła ogromnie, jak ją tak ktoś 
poganiał, ale sama była ciekawa młodego pana, którego znała tylko z fotografii.
— A jak będziesz podawała, nie stukaj obcasami, pamiętaj, włóż biały fartuch, 
ten z koronką, i nie otwieraj gapowato ust, jak to masz w zwyczaju — i staruszka 
wyszła do ogrodu, bo stanowczo w mieszkaniu było jej za ciasno. Wzięła grabie i 
po raz setny w tym tygodniu grabiła trawnik ślicznie utrzymanego ogrodu.
Po drugiej stronie domu, gdzie dawniej była poczekalnia i gabinet doktora, 
mieszkała od dwóch lat nauczycielka szkoły powszechnej, panna Marysia Lechówna 
z bratem. Ona miała dwadzieścia cztery lata, on dwadzieścia. On był bez posady, 
więc go utrzymywała, ale życie dało jej w postaci tego chłopca ciężki orzech do 
zgryzienia. Wiecznie miał jakieś projekty, jakieś długi, jakieś interesy, na 
które potrzebował pieniędzy. Co jakiś czas wyjeżdżał, niby w poszukiwaniu posady, 
i wracał obdarty i bez grosza. Nie można było jednak twierdzić, że chłopak jest 
zły. Był tylko nieprawdopodobnie lekkomyślny.
Teraz siedział na oknie, paląc papierosa. Marysia cerowała skarpetki.
— Nasza stara zwariowała, znowu grabi — rzekł * obserwując Połońską.
— Mój drogi, robiłabym to samo, gdybym miała własny ogród.
— Piękne marzenia. Maryś, daj mi złocisza.
— Znowu?
— No! Idę ci kupić ogród. Serwus, mała!
Rzucił papierosa i, przygładziwszy przed lustrem bujną czuprynę, wyjął z 
woreczka siostry złotówkę.
— Edziu, wróć wcześnie, mam wrażenie, że będzie burza...
— Wrócę, wrócę...
Panna Marysia westchnęła. Skończyła cerowanie i wyszła do ogrodu.
— Czy mogę pani pomóc? — spytała uprzejmie staruszkę.
— O, dziękuję, ja tylko tak sobie, dla zabicia czasu. Jestem dziś jak na 
szpilkach — podeszła do dziewczyny i szepnęła tajemniczo: — Jędruś dziś 
przyjeżdża!
Panna Marysia była jedyną osobą, z którą adwokatowa utrzymywała stosunki, może 
dlatego, że panienka pochodziła z lepszego domu, a Połońską nie znosiła plebsu, 
no a może i dlatego, że Marysia była śliczna jak wiosenny kwiat, a przy tym 
wyjątkowo subtelna. Mieszkając pod jednym dachem, zżyły się z sobą i długie, 
zimowe wieczory spędzały najczęściej razem. Tematem rozmów był przeważnie Lusiek. 
Teraz więc jedynie Marysi zwierzyła staruszka swą radosną tajemnicę.
Panienka zarumieniła się, a po chwili milczenia rzekła cicho:
O, jaka pani szczęśliwa. To musi być bardzo przyjemnie czekać na kogoś kochanego.
I pomyślała jednocześnie, że ona nie ma już na kogo czekać i nie czeka także 
nikt na nią. Przeniknął ją smutek tak właśnie, jak chłodne rosy przenikają 
ziemię. Bardziej niż kiedykolwiek uczuła swą samotność i sieroctwo. Patrzyła w 
zadumie na krzaki róż, teraz pod wieczór silniej pachnące, a wdychając ich woń, 
doznawała uczucia jakiejś nie nazwanej, słodkiej tęsknoty, jakby coś czarownego 
szło ku niej z zielonej gęstwiny.
— Pani ma najpiękniejsze kwiaty w całym miasteczku — rzekła nieswoim głosem.
— Moje dziecko, cóż mi pozostaje w mojej samotności? To jedyny luksus, na jaki 
sobie mogę pozwolić. Poza tym lubię słuchać pani gry na cytrze. O, musi pani 
koniecznie zagrać mojemu Łuskowi. On przepada za dobrą muzyką.
Marysia skłoniła puszystą, złotolitą główkę na znak zgody i znowu lekki 
rumieniec zabarwił jej twarzyczkę. Taką główkę, takie rysy mogła mieć 
Sienkiewiczowska Eunice.
— Proszę pani, zdaje się, że będzie burza... chmury zaciągają całe niebo i tak 
jakby gdzieś z daleka grzmiało.
Staruszka niespokojnie spojrzała na niebo.
— Nie darmo dziś jaskółki tak nisko latały. Chodźmy, panno Marysiu, pozamykać 
okna, bo się i wiatr zrywa.
Podążyły obie do mieszkania. Połońską zatrzymała się na progu.
— Niech pani zaraz do mnie przyjdzie — zawołała.
A wiatr już coraz gwałtowniej szarpał gałęzie drzew i krzewów.
W pokoju Połońskiej było czyściutko i świątecznie. Zapalono światło.
— Jak tam mój Lusiek da sobie radę, zmoknie biedak... Żeby go burza w drodze 
nie złapała, Boże drogi — mówiła staruszka, drepcząc nerwowo z pokoju do pokoju.
— Niech się pani nie martwi, gdyby nawet pana doktora burza złapała, to 
przecież są domy po drodze, schowa się.
A wtem błyskawica rozbłysła w pokoju i gruchnęło potężnie... Kobiety przeżegnały 
się niespokojnie.
— Pozamykać okiennice? — spytała drżącym głosem Marysia.
— Dobrze, dziecko. Ach, ten biedny chłopiec... co za ulewa, słyszy pani? ?
Mijał czas. Burza cichła, oddalała się, to znów z drugiej strony waliła na 
miasteczko. Połońska płakała ze zdenerwowania. Marysia siedziała na stołeczku u 
jej kolan. Zegar tylko, dostojny i opanowany, wydzwaniał godziny. Stefcia w 
kuchni drzemała przy stole. Wreszcie zdrzemnęła się i Połońska, tylko Marysia 
siedziała z szeroko otwartymi oczami. Edek nie wrócił na noc do domu, ale czynił 
to często... nie o niego teraz była niespokojna, a o tego nieznajomego chłopca, 
który w opowiadaniach staruszki i marzeniach dziewczyny wyrósł na jakiegoś 
królewicza.
Smutne i bezbarwne lata wlokła za sobą. Sześć lat belferki. Najpierw gdzieś w 
głuchej, zapadłej wsi, teraz dwa lata tutaj. Świat wydawał się biedactwu 
zaczarowanym ogrodem padyszacha, a jedyną rozrywkę stanowiła gra na cytrze, którą 
opanowała mistrzowsko, poza tym książki. O miłości mogła tylko czasem, bardzo 
rzadko zresztą, marzyć. Młodzież miasteczka, mimo wysiłków, nie zdołała pobudzić 
jej czystego serca do jakichkolwiek uczuć. Praca, i to praca ciężka, stanowiła 
więc treść życia dziewczyny.
O, jakże smutne jest takie szare życie nauczycielki... Zeszyty, zeszyty, w 
kratkę, w linie, dzienniki. Długie godziny, pełne wysiłku, w których w zakute 
głowy chce się przelać wiadomości razem ze swoją krwią i poszarpanymi nerwami. 
Władze przecież umieją tylko żądać, ale rzadko, rzadko kiedy wgryzą się w sam 
miąższ tej pracy, rzadko, och, jak rzadko rozumieją wysiłki i mękę takiej jednej, 
drugiej i setnej młodszej czy starszej osamotnionej dziewczyny, która spala się 
powoli, choćby pełna była entuzjazmu i ochoty.
Panna Marysia miała poza sobą sześć lat takiej orki na odludziach. Wycierała się 
po brudnych i cuchnących chłopskich izbach. Odmrażała w klasie ręce i nogi, 
brnęła po pas przez zaspy śnieżne do szkoły, w której, mimo nieludzkich z jej 
strony wysiłków, było wiecznie brudno i smrodliwie. Jakże może być inaczej, gdy 
50 dzieci tłoczy się w maleńkiej izdebce i w tejże izdebce ubiera się i rozbiera, 
i strzepuje śnieg lub błoto z trzewików? To jednak było już poza panną Marysią. 
Teraz szkoła w miasteczku wydała się dziewczynie rajem, ale na dnie serca była 
przecież cichutka tęsknota do innego życia...
Burza ucichła zupełnie. Połońska drzemie na dobre. Marysia czeka sama i wyobraża 
sobie pana Luśka. Nagle basowe szczekanie psa poderwało obie kobiety na równe 
nogi. Skrzypnęły drzwi i w progu stanął wysoki, uśmiechnięty mężczyzna z płaszczem przewieszonym przez ramię. Tuż przy jego nogach 
stał olbrzymi pies z kapeluszem w zębach. Z kapelusza melancholijnie kapały 
krople wody na lśniącą jak lustro posadzkę. Połońska krzyknęła, zakręciła się 
nieprzytomnie w kółko i wpadła wprost w ramiona roześmianego jedynaka. Marysia 
cichutko wysunęła się z pokoju, wpadła do siebie i usiadła na łóżko, 
przyciskając ręką mocno bijące serce. Za ścianą słyszy młody, dźwięczny, 
wibrujący męski głos. Jest jej dziwnie, tak dziwnie, że musi mocniej przycisnąć 
ręką serce, bo wprost brak jej tchu.
Pani Połońska siedzi na wprost jedynaka, pastwiącego się nad wyschniętą kaczką. 
Jakiż piękny jest ten jej „mały"! Przez cztery lata zmężniał i nabrał jakiejś 
nieokreślonej mocy, która promieniowała ze wspaniałych czarnych oczu, zarysu 
dumnych ust. Uśmiechnęła się radośnie, widząc, jak Luś rzuca się na pierożki.
— Kiciuniu! Jak dobrze w domu.
— Dobrze, synku... Jedz... Nie są one nadzwyczajne, za długo stały, ale jedz, 
jeśli smakują.
Andrzej pałaszował pierożki, zerkając na Stefkę, która chodziła niemal na 
czubkach palców. Gdy wyszła do kuchni, spytał:
— Kiciuniu, to nowy nabytek?
— Nie, prawie trzy lata. Bardzo poczciwe stworzenie.
— Widać! Taka gapsia.
Andrzej miał zwyczaj obdarowywać wszystkich specjalnymi nazwami. Matka od 
najdawniejszych lat była „Kiciunią", Stefka została teraz „Gapsią".
Kiedy doktor zaspokoił apetyt, klęknął przy matce.
Pozwól, że ci przedstawię mego przyjaciela... Taki, chodź tu.
Spod stołu wyczłapało olbrzymie psisko, ni to szare, ni czarne, ni brązowe, 
wyjątkowo kudłate, wyjątkowo wielkie, no i przy tym brodate. Najwyraźniej w 
świecie pysk miało obrośnięty sztywnymi kudłami, tworzącymi brodę.
Połońska cofnęła się lekko z krzesłem.
— Kiciuniu, nie bój się. Taki, podaj pani łapę. Psisko z godnością wyciągnęło 
grube łapsko, które
staruszka uścisnęła, chcąc zrobić synowi przyjemność.
— A teraz odejdź.
Spojrzał na swego pana piwnymi oczami i ułożył się o parę kroków na dywanie.
— A teraz, Kiciuniu, pójdziemy spać, bo ledwo zipiesz... Aha! Co to za 
złotowłose stworzenie było tu u ciebie?
— To panna Marysia, moja lokatorka.
— Prześliczna, istna Lorelei. A skąd się tu wzięła?
— Jest nauczycielką. Wynajęłam jej twój dawny gabinet i poczekalnię. Mieszka z 
bratem. On drapichrust, ale ona kochane stworzenie.
— -Musisz mi ją pokazać jeszcze.
— Ach, ty urwisie... Spać, spać...
— Ano trudno... chodź, Taki.
— Coo? Z tym potworem?
— No, Kiciuniu, tylko nie przesadzaj. On jest piękny. Taki, czy jesteś piękny?
Pies szczeknął uradowanym basem. Staruszka zatkała uszy, wołając:
— Obaj jesteście piękni, niechże on już nie szczeka, ach, ty wariacie.
— Taki, powiedz pani dobranoc, ładnie powiedz. Pies podszedł do zdumionej 
kobiety i pieszczotliwie
potarł pysk o jej dłoń. Roześmiała się, odprowadziła syna do jego sypialni i 
przy drzwiach jeszcze raz ucałowała chłopca, który szepnął jej do ucha:
— Musisz mnie poznać z tą nimfą!
— Jaką znowu nimfą?
— No, z tą Lorelei.
— Dobranoc, urwisie. Masz czas.
Ranek wstał kryształowy i pachnący. Koguty wrzeszczały z każdego podwórka. Na 
tysiąc tonów szczebiotało ptactwo. Trzaskały z batów pastuchy. To z jednego, to 
z drugiego domku rozlegało się donośne „cip, cip" gospodyń.
— A żeby cię cholera! — zaklął Andrzej, którego jakieś przenikliwsze wołanie 
poderwało z łóżka.
Kładąc się spać, otworzył okno, a teraz właziło przezeń całe miasteczko. Wstał 
więc, by je zamknąć. Śpiący był jeszcze i dlatego zły. Zamykając okno, mimo woli. 
spojrzał w głąb czyściutkiego podwórka i momentalnie zły humor prysnął. Przy 
studni nad kubłem wody stała drobna, złotowłosa dziewczyna i widać było, że boi 
się poruszyć, a Taki namiętnie obwąchiwał jej kolana i opuszczone bezwładnie 
ręce. Oczy ogromne wlepiła z przerażeniem w łeb potwora.
Andrzej szybko jął narzucać ubranie, ale właśnie pies, chcąc okazać sympatię, 
wspiął się na tylne łapy, a przednie z rozmachem i wdziękiem młodego słonia 
oparł o drobne ramiona, tak jednak niefortunnie, że Marysia zdążyła pisnąć i rozciągnęła się na ziemi jak długa. Andrzej dał skok 
przez okno i pomagając wstać biedactwu, pytał zdyszanym, niespokojnym głosem:
— Nic się pani nie stało? Nie zrobiła pani sobie krzywdy? Odejdź, Taki, ty 
ośle!
Marysia stała czerwona i zmieszana jąkając:
— Nie... tylko... tylko... taka jestem niezdara, och, Boże...
— Ależ nic podobnego, to ten bałwan; Taki, przeproś panią w tej chwili.
Pies stał cały czas spokojnie i machając ogonem spoglądał na swego pana; teraz 
oparł mu łapy o pierś i olbrzymim jęzorem zamaszyście oblizał twarz panny Marysi. 
Doktor wybuchnął śmiechem, Marysia spojrzała na niego oczami pełnymi łez, 
zawróciła na pięcie i niemal pędem biegła przed siebie do ogrodu.
To było ponad jej siły. Nie tak sobie wyobrażała spotkanie z młodym doktorem. 
Łzy upokorzenia i dziecinnej złości płynęły jej po twarzy. Usłyszała za sobą 
szybkie kroki i raptem znalazła się w męskich, silnych ramionach. Zawsze, zawsze 
przez całe życie pamiętała tę chwilę, ten bezwład, który ogarnął jej ciało, tę 
bolesną niemal słodycz! Pod złotą, rozpuszczoną falą włosów zawirowała krótka 
myśl: „Jestem jego, będę jego zawsze".
Nie wyrywała się wcale z objęcia. Stała bledziutka, z rozpuszczonymi włosami, 
tak złotymi jak samo słońce... oczy przymknęła i oddychała gwałtownie. Andrzej 
zaś, zdumiony, trzymał ją w ramionach i milczał, wreszcie opanował się i 
prowadząc dziewczynę ku ławeczce pod lipą, przemówił:
— Ależ z pani nerwowe stworzenie. Tak się zlęknąć psa. Bardzo, bardzo 
przepraszam. Nie przypuszczałem, proszę mi wybaczyć... nie chciałem pani zrobić 
przykrości, naprawdę.
Spojrzała teraz na niego nieśmiało spod ciemnych, długich rzęs.
— Jestem niemądra i proszę się ze mnie nie śmiać, już nigdy, nigdy nie urządzę 
podobnej sceny.
Powiedziała to jak dziewczynka, która obiecuje poprawę, i Połoński zapragnął 
chwycić ją znów w objęcia i wycałować. Nie uczynił tego. Chrząknął tylko i 
powiedział:
— To już drugi raz nastraszyłem panią. W nocy też pani znikła, Lorelei!
— Nie chciałam przeszkadzać. Pani Połońska tak pana oczekiwała... a że była 
burza, więc...
— No, rozumiem! Lorelei, jesteś śliczny, maleńki tchórz. Burza istotnie jest 
wspaniała. Woźnica trząsł się ze strachu i jak stanął na szosie, tak ani rusz, 
dopiero jakiś chłopiec przemówił mu do rozumu. Mówię pani, smyk, najwyżej 
szesnaście lat, maszerował sobie jak w najpiękniejszą pogodę, wyśmiał nas, 
przywiózł do miasteczka i poszedł sobie.
— Ojej! Taki zuch!
— A zuch! W dodatku, jak mi się zdaje, piękny.
— A my tak oczekiwałyśmy z godziny na godzinę pana przyjazdu.
— Pani też czekała?
Zarumieniła się mocno, spojrzała na niego i cicho odparła:
— O, tak! Ja też bardzo czekałam.
Andrzej, jak każdy doktor, był trochę cynikiem, ale teraz w obecności tej 
dziewczyny nie wiadomo dlaczego czuł się wzruszony. Taka była jakaś jasna, taka 
dziecięca. Chciałoby się do niej mówić jakieś pieszczotliwe, serdeczne wyrazy... 
Widzi ją właściwie pierwszy raz, ale naprawdę ta Lorelei jest mu dziwnie bliska. 
Nie wiedział nawet, co odpowiedzieć, więc tak niezbyt mądrze zahaczył:
— O, jestem bardzo dumny!
— Nie ma powodu, panie doktorze. Co w tym dziwnego, że taka prowincjonalna 
gąska chciała poznać pięknego królewicza. Tu czasem jest ciężko, nawet gdy się 
kocha swą pracę i nie ma górnych aspiracji.
— Pani jest naprawdę czarująca.
— O... niech pan tak nie mówi. Wiem, że tam w świecie wszyscy panowie mówią 
tak do wszystkich dziewcząt, ale ja nie miałam okazji przyzwyczaić się do tego.
— Phi! Maleńka! To wcale nietrudno. Ja panią przyzwyczaję.
Roześmiała się, i teraz, na tle zieleni, robiła wrażenie żywego, białego kwiatu.
— No, ale jeżeli to mnie popsuje i będę zarozumiała?
— To będzie rewanż, pani mnie zaczęła psuć przedtem. Swoją drogą Kiciunia jest 
wydra, że nie uprzedziła, iż pod naszym dachem zastanę taką Lorelei.
— Nie jestem Lorelei... ona robiła krzywdę, ja nie mogłabym.
— Naprawdę, nikomu?
— Nie wiem, czy nikomu, ale panu nigdy... Wziął ją za rękę i rzekł serdecznie:
— Czemu mnie nie, maleńka?
Wstała uśmiechnięta, zarumieniona i powiedziała prędko i cicho:
— Bo pan jest moim królewiczem z bajki.
Tym razem nie gonił jej, gdy uciekała do domu. Wolno szedł w stronę ganku, na 
którym stała Połońska. Tak mu było, jakby spotkał tę dziewczynę po długiej 
rozłące.
— Ach, ty wilkołaku, już zdążyłeś poznać pannę Marysię? Nie zbałamuć 
dziewczyny, bo to dziecko nie zepsute, dobre i biedne. Znajdzie sobie jakiego 
porządnego człowieka i będzie szczęśliwa — gderała Połońska z uśmiechem.
— Śliczna jest i słodka. Sam ożeniłbym się z taką.
— No, no, wariacie, nie pleć głupstw. Jeżelibym cię miała oddać jakiej 
kobiecie, to tylko bogatej, wykształconej i eleganckiej. Pani doktorowa Połońska 
musi być reprezentacyjna.
Doktor uśmiechnął się leciutko i pomyślał, że jego Kiciunia jest troszkę zabawna, 
że wybór żony będzie też trochę zależał i od jego serca, ale zbyt matkę szanował 
i czcił, by ją urazić jakimś nieopatrznym słowem, pocałował więc maleńką rękę i 
rzekł beztrosko:
— Na razie mam ciebie, Kiciuniu, i wystarczasz mi zupełnie.
Przy śniadaniu staruszka, wpatrując się w jedynaka rozmodlonymi oczyma, spytała:
— Długi masz urlop, Lusieńku?
— Jak to urlop?
— No, czy na długo przyjechałeś, synku? Roześmiał się wesoło.
— Chciałem ci zrobić niespodziankę i dlatego nie pisałem o tym, że przyjazd 
mój tu nie jest okresem odpoczynku, Kiciuniu. Po prostu wróciłem na stare śmieci i zostaję. Otwieram swój 
dawny gabinet.
Połońska zbladła i drżącym, stłumionym głosem wyjąkała:
— Tu?... Tu?... W tej dziurze?
— Kiciuniu, ja przecież cały czas marzyłem o tym. Tu trzeba puścić trochę 
świeżego powietrza, otworzyć okna w świat. Przez te cztery lata zdobyłem trochę 
gotówki, no i doświadczenia, za punkt honoru wziąłem sobie ucywilizować, 
ukulturalnić tę dziurę. A potem brykniemy w świat, Kiciuniu.
Staruszka opuściła głowę. Spod przymkniętych powiek spadły na obrus dwie krople.
— Kiciuniu najmilsza, płaczesz? Ach, jakie wy, kobiety, jesteście dziwne.
— Nie, Luśku, nie, tylko ja tak sobie marzyłam, że będziesz gdzieś w stolicy 
sławny, bogaty, szczęśliwy... a tu? Nie trzeba już ciebie tutaj, Truś wystarczy.
— Kto?
— No, Truś"ten znachor.
— Aha, pisałaś mi o nim! No, dam sobie z nim radę. Ba! I takich trzech Trusów, 
a jeszcze świat jest mój.
Przeszedł się przez pokój. Taki podniósł łeb i wodził za panem oczyma.
— Kiciuniu, a są tu jeszcze ładne dziewczęta? Ta najstarsza aptekarzówna była 
milutka.
— Wyszła za dzierżawcę z Beżowa.
— Szkoda, no, a któż tu jest jeszcze na pociechę i osłodę?
Jego beztroski nastrój wywołał uśmiech na twarzy staruszki.
— Bo ja wiem, synku. Nie bywam, nie znam... ale , myślę, że Lala przyjedzie.
— Wiwat! Więc, Kiciuniu, ponieważ moje apartamenty objęła w posiadanie Lorelei, 
musisz mi oddać tę graciarnię na pięterku. Tam sobie urządzę salony. 
Przypuszczam, że moje graty dziś przyjdą. Wiesz, tak sobie projektuję założyć tu 
małą lecznicę.
Połońska załamała ręce.
— Bój się Boga, chłopcze, przecież ty jesteś szalony!
— Zaraz szalony... Nic podobnego. Taki, chodź tu. Pies dał susa i oparł 
przednie łapy o piersi Andrzeja.
— Taki, nie daj panu ubliżać!
A wtedy psisko zaszczekało tak przeraźliwie, że Połońska omal z krzesła nie 
spadła.
— Dosyć, połóż się. Widzisz, Kiciuniu, nie będziesz mogła rzucać na mnie 
oszczerstw. To, co sobie uplanowałem, wykonam. I wierz mi, gdyby wszyscy młodzi 
lekarze pragnęli tylko zdobyć forsę i sławę, źle byłoby w Polsce. Jestem 
żołnierzem i trwam na posterunku, a poza tym gwiżdżę sobie na cały świat. Chodź, 
obejrzymy górkę.
Podreptała z synem po schodkach i otworzyła niewielkie drzwi. Z pokoju buchnął 
blask słońca i zapach kurzu. Andrzej uważnie rozglądał się dokoła. Pokój był 
istotnie ogromny, czterookienny, tylko bezlitośnie zawalony gratami.
— Kiciuniu, to wszystko trzeba stąd usunąć. Doszorować podłogę i okna. Na 
razie urządzę tu sobie gabinet i poczekalnię, a potem... no... jakoś to będzie.
— A co teraz będziesz robił, synku?
— Pójdę przypomnieć sobie stare kąty.
Zbiegł na dół i ku zdumieniu matki zapukał do drzwi panny Marysi. Otworzyła.
— To ja, przepraszam panią, czy Lorelei zechce towarzyszyć mi na spacerze? 
Boję się zbłądzić.
— Ależ ja...
— Głupstwo! Mam ochotę iść właśnie z panią. Proszę nie odmawiać.
— A Taki też pójdzie?
— Chce pani, by został?
— Nie, właśnie chcę, by szedł z nami. Będę sobie wyobrażała, że to mój pies.
— Lorelei lubi psy?
— O, bardzo!
Uśmiechnął się i podniósł brwi znacząco.
— No, a dziś rano?
— Bo to było tak niespodziewanie, zresztą on jest taki olbrzymi, niech się już 
pan nie śmieje.
— No, już fńe będę, maleńka. Proszę się ubrać, ja poczekam.
Stanął na progu domu i nabijał sobie fajkę powoli, systematycznie, niemal 
pieszczotliwie. Marysia tymczasem gorączkowo szukała kapelusza. Wreszcie 
znalazła; to był taki stary, niemodny kapelusik, w którym wyglądała jak 
pensjonarka. Przelotnie spojrzała w lustro i zaczęła znów szukać grzebienia, 
mimo że grzebień leżał na stoliku jak wół. Ale Marysi wszystko kręciło się w 
oczach. Wyszła zarumieniona, z oczami jak zroszone chabry. Andrzej spojrzał na 
nią z ukosa i bez ceremonii wziął ją pod ramię. Gwałtowny rumieniec oblał i tak 
już różową twarz, ale nie oponowała. Szła niby we śnie, uśmiechnięta i cichutka. 
Nie patrzyła na niego, po co?
Czuje przecież silną, pewną siebie, męską dłoń, obejmującą ciepłym uściskiem jej 
ramię. Ma ochotę płakać ze wzruszenia, że jest już obok niej ten ktoś, na 
którego czekało nieśmiałe, tęskniące serce. Dziwi się tylko, że bajka przyszła 
tak szybko, tak niespodziewanie.
Ludzie odwracali za nimi głowy. Pies cwałował naprzód, poszczekując basem.
— Widzisz, Lorelei? Nic się nie zmieniło. Może jest parę nowych domków więcej, 
parę ładnych panien mniej. Czy to szkoła?
— Tak, nowy gmach. Tu pracuję.
Wędrowali po wszystkich uliczkach. Podobne do siebie małe domki, kościół, apteka, 
magistrat, poczta -i to wszystko. Ale doktor tu się urodził i wychował, miał 
więc sentyment do swej „stolicy". Zresztą teraz to był teren jego pracy, jego 
szlak.
Wyszli potem na szosę i skierowali się boczną dróżką ku lasowi.
— Stęskniłem się już do swobody i tego nie zadymionego powietrza. Jestem tutaj 
młodszy i lepszy.
— Och! Przecież pan chyba zawsze jest dobry.
— Nie, maleńka. Człowiek w mieście mimo woli zupełnie oddala serce od Boga, 
zapomina o Nim, zbyt czuje się panem przyrody, zbyt nad nią triumfuje, a tu? O, 
proszę spojrzeć, Lorelei, przed siebie. Las! Jaki potężny, prawda? A my jesteśmy 
tacy mizerni, maleńcy, nasze troski i kłopoty są wobec tych zielonych 
przestrzeni troskami i kłopotami mrówek. Ale tu właśnie człowiek może odpocząć i 
żyć tak, jak żyją drzewa i owady, bez zbytniego filozofowania... tak w słońcu, w 
słońcu! Dlatego wróciłem.
Usiedli na małej polance.
— Kiciunia wspominała mi dziś, że pani gra na cytrze. Kiedy będę mógł 
posłuchać?
— Kiedykolwiek pan zechce.
— Więc dziś wieczorem.
— Dobrze!
— Zbyt może panią absorbuję, ale tak jakoś się złożyło i nie ma innej rady, 
prawda?
Popatrzyli na siebie i roześmieli się oboje. A potem jakoś dziwnie łatwo 
popłynęła rozmowa, że nim z miasteczka dobiegł ich głos dzwonów oznajmiający 
południe, doktor wiedział już o Marysi wszystko, co go interesowało.
Pani Połońska czekała niecierpliwie i postanowiła jak najszybciej napisać do 
Lali, bo a nuż Andrzej zadurzy się w Marysi, która prócz urody nie ma nic? Ach, 
ten Lusiek! Dopiero gdy usłyszała bas Takiego, rozpogodziła się.
— Stefciu! Obiad na stół.
Po obiedzie nadeszły bagaże i Połoński do wieczora rozpakowywał swoje skarby. 
Wieczorem, bardzo zmęczony, wyszedł do ogrodu i przypomniał sobie obietnicę 
Marysi. Zapukał więc do okna.
— Lorelei! Czekam na muzykę!
Usiedli w altance. Nadeszła i Połońska. Marysia na razie grała niepewnie i 
drżały jej ręce, ale potem rozegrała się jakoś. Andrzej słuchał z zachwytem i 
uśmiechniętymi oczyma błądził po białej twarzy dziewczyny. Czuła jego wzrok i 
odpowiadała nań melodią. Jeden po drugim płynęły mazurki Chopina, potem 
czardasze ogniste, potem stare, sentymentalne walce, które tak lubiła
Połońska. Sierp księżyca zawisnął nad uśpionym ogrodem. Nie drgnął ani jeden 
listek, za to żaby i świerszcze akompaniowały zawzięcie cytrze. Mocno pachniały 
róże i świeżo skoszona trawa.
Wreszcie Marysia opuściła ręce i szepnęła:
— Już nie mogę więcej. Połońska klasnęła w dłonie.
— Jezus Maria... kolacja! — i wybiegła z altany. Doktor pocałował obie ręce 
panny i rzekł:
— Jest pani prawdziwą Lorelei... muszę się bardzo pilnować. Dziękuję.
Wyprostował się i odetchnął głęboko.
— Ach, jak dobrze wrócić do siebie! Do swoich! Jak dobrze! Maleńka, idziemy 
razem na kolację.
— Nie, nie mogę, muszę już wrócić do domu, Edzio pewno przyszedł.
— No to co? Pani mu musi usługiwać?
— Nie, ale chłopiec pewno głodny. Widzi pan, ja mam go tylko jednego na 
świecie, jemu jednemu jestem potrzebna i wiem, że gdybym tylko zaczęła go 
zaniedbywać, zmarnowałby się. To jest bardzo słaby, a jednocześnie porywczy i 
zapalczywy charakter. Dużo przez niego wycierpiałam i jeszcze nieraz wycierpię, 
ale to jest mój brat.
— Szczęśliwy chłopiec. Posiada takie oddane, wierne serce!
Marysia spojrzała na doktora i pomyślała sobie, że ona sam ma już to wierne 
serce w swoich rękach, tylko na pewno nie wie, co z tym fantem zrobić. 
Przemilczała więc uwagę Andrzeja. Doszli do sieni. Tu Andrzej raz jeszcze 
ucałował drobne dłonie i powiedział serdecznie:
— Dobranoc, maleńka Lorelei.
— Dobranoc, królewiczu — odszepnęła.
Edward już był. Leżał na łóżku z rękami podłożonymi pod głowę i gwizdał z cicha. 
Na widok siostry usiadł.
— Maryśka, umieram z głodu, a ty koncerty urządzasz!
— Czemuś mnie nie zawołał, Edziu? Co robiłeś tyle czasu poza domem, chłopcze?
— Miałem interes, chcesz, bym się spowiadał z każdego kroku?
— Nie, ale zrozum, że boję się o ciebie.
— Zupełnie bez powodu.
Krzątając się koło stołu, mówiła cicho:
— Przepraszam clą, mam powody. Jeżeli znowu gdzieś grasz i przegrywasz, jeżeli 
pijesz i robisz długi, ja za to muszę odpowiadać z mojej skromnej pensji.
— O, tylko bez gderania. Oddam ci wszystko co do grosza już niedługo, kością w 
gardle mi stoi to wymawianie.
— Wstydź się, to nie jest wymawianie, oddałabym ci ostatni grosz, ale chcę 
wiedzieć, że masz z tego korzyść. To nie jest życie takie popychanie dnia za 
dniem.
— Wyjdź za pastora, Marysiu, będziesz miała pole do popisu, a teraz na moment 
przestań, bo tracę apetyt.
Westchnęła, przesunęła ręką po jego gęstej i pięknej czuprynie i wyszła do 
drugiego pokoju.
Upłynęło kilka dni. Doktor z energią zabrał się do pracy. Stolarz zrobił na 
górze przepierzenie. Połońska przy pomocy Marysi i Edwarda meblowała poczekalnię
i gabinet Andrzeja. On zaś poskładał wizyty dawnym znajomym. W oknie apteki 
wywiesił kartę zawiadamiającą o wznowieniu przyjęć i pełen nadziei czekał na 
pacjentów i czyścił swoje instrumenty, wśród których nie brakowało nawet lampy 
kwarcowej.
Marysia starała się dyskretnie doktora unikać, ale on zupełnie wyraźnie szukał 
jej towarzystwa. Musiał mieć ją koło siebie, bo była mu po prostu potrzebna. Sam 
najbardziej dziwił się temu stanowi. Nie mógł powiedzieć, że działała mu na 
zmysły i budziła pożądanie, bo to nie zgadzało się z prawdą. Owszem, były i 
takie chwile, ale rzadko. Poza tym lubił czuć jej bliskość, spoglądać na 
słoneczną główkę, godzinami słuchać jej gry. Wieczorem chciwie nadstawiał uszu, 
by złowić leciutki stukot jej pantofelków. Zaczął ją uważać za swoją własność. 
Kiedy spacerowali razem, gdy miał ochotę milczeć, to milczał, a ona szła obok 
cichutka i uśmiechnięta i od czasu do czasu tylko podnosiła ku niemu główkę. O, 
jakże lubił takie nieśmiałe, -dziecinne spojrzenie. Zaciskał wtedy silniej palce 
na jej ramieniu i bliżej przyciągał drobną postać. A gdy znów zebrało mu się na 
gadanie, miał w Marysi wymarzoną, umiejętną słuchaczkę. Sam wyraz jej 
rozchylonych ust i świecących oczu podniecał do wywnętrzania się, jak żartował.
Ale w ciche, letnie noce on spał snem zdrowym i mocnym, a ona w białej 
koszulinie klęczała przed obrazkiem Matki Boskiej i zaciskając złożone ręce aż 
do bólu, szeptała przez łzy:
— Daj mi jego serce, Panienko Święta... Nic nie chcę, żadnych w życiu radości, 
daj mi jego serce, Panienko!
I z ust jej płynął cały potok najgorętszych zaklinań, z dziewczęcą ufnością 
zwracała się do Nieba o pomoc i rozmawiała, i przekonywała Madonnę, tak jakby 
przekonywała kogoś żywego, ale gdy znowu przyszedł dzień i znalazła się w 
towarzystwie Andrzeja, twarzyczka jej była spokojna i uśmiechnięta i nikt by nie 
zgadł, że ten człowiek obok niej jest jedynym marzeniem, jedyną tęsknotą małej 
nauczycielki. Nawet bystre oczy Połońskiej nie mogły u Marysi dojrzeć śladu 
kokieterii czy zalotności. Ale za to mocno niepokoiły staruszkę objawy 
zainteresowania ze strony Andrzeja i dlatego napisała rozpaczliwy niemal list do 
matki Lali, z niecierpliwością oczekując odpowiedzi.
Tymczasem sierpień miał się już ku końcowi. Doktor otworzył gabinet, ale 
pacjenci nie zjawiali się. Poza tym Połoński zauważył, że dawni, serdeczni 
znajomi traktują go jakby z pewnego rodzaju ironią czy pobłażaniem. Nie znał 
przyczyny, nie widział powodów tego zjawiska, ale gnębiło go to mocno i 
denerwowało. Połońska często płakała przy wieczornym pacierzu. Jedynie Marysia, 
jak zawsze cicha i nieśmiała, znajdowała okazję, by zauważyć, że latem w 
miasteczku nigdy nikt nie chorował i że jesienią doktor nie będzie miał ni 
chwili wytchnienia. Ale i ona miała teraz ciężkie kłopoty z Edwardem.
Chłopak zaczął wychodzić z domu nocą i nie było go po kilka dni, potem wracał 
zmęczony, wymizerowany, ale z pieniędzmi, i najgorsze, że nic absolutnie 
wyciągnąć zeń nie mogła. Na wszystkie pytania wzruszał tylko ramionami i dawał 
jedną odpowiedź:
— Nie ukradłem, nie zrabowałem, a zarobiłem i już.
Los nawijał sobie powolutku życie na szpulkę; tak mijały dni... tygodnie. 
Jaskółki jęły zbierać się do odlotu, a rżyska cichutko osnuwało babie lato, gdy 
pewnego popołudnia miasteczko drgnęło.
Straż graniczna zrobiła rewizję u właściciela restauracji i znalazła kilkanaście 
pudełek cygar niemieckich. Restaurator Franc zaklinał się na wszystkie świętości, 
że nie ma pojęcia, skąd się u niego ten towar wziął, że to ktoś musiał podrzucić, 
ale oczywiście policja nie dawała temu wiary. I już go miano prowadzić na 
posterunek, gdy nagle, ku przerażeniu wszystkich zamilkł, tylko ustami jął 
ruszać konwulsyjnie, twarz nabrała okropnej, buraczanej barwy i olbrzymi Franc 
runął jak kłoda na ręce otaczających go policjantów. Nieludzki krzyk jego żony 
zwabił do restauracji tłumy. Ludzie tłoczyli się do drzwi i od drzwi. Baby jęły 
lamentować, gdy któraś sprytniejsza krzyknęła:
— Po Trusa!
I cały tłum jak olśniony jął powtarzać „Po Trusa, po Trusa". Starszy syn Franca 
siadł na rower i pomknął jak strzała. Zupełnie niespodziewanie na rynku zjawił 
się Połoński i szedł szybko, rozpychając tłum łokciami. Z trudem wylądował w 
sali restauracyjnej, spojrzał na leżącego i krzyknął do policjanta tonem 
kategorycznym:
— Proszę opróżnić salę natychmiast!
Po czym klęknął przy olbrzymiej bryle mięsa. W tłumie mruczano:
— Pomoże jak umarłemu kadzidło... to przecie nieboszczyk... krew go zalała...
Ale Andrzej nic nie słyszał i nic nie widział prócz olbrzymiej postaci. Po 
półgodzinnych wysiłkach Franc otworzył oczy.
— Trzeba go teraz przenieść na łóżko — zdecydował Andrzej.
I gdy chory już leżał w szerokim, małżeńskim łożu, drzwi z trzaskiem się 
otworzyły i do ??;?? wpadł wysoki, ale przygarbiony trochę starzec o ponurej, 
chudej twarzy, obrośniętej siwym, szczecinowatym włosem. Taki, który warował w 
progu, zawarczał głucho.
— Czego pan tu chce? — spytał doktor. — Zabraniam trzaskać drzwiami w pokoju 
chorego!
— Przyjechali po mnie, to jestem.
— Truś — wyszeptał z trudem restaurator.
— Ach, tak! Miło mi poznać kolegę, ale porozmawiamy innym razem. Teraz chory 
musi mieć zupełny spokój.
— A, będzie miał, wieczny spokój i odpoczywanie po doktorskich rękach — 
uśmiechnął się zjadliwie znachor i wyszedł z większym jeszcze trzaskiem niż 
przedtem.
Andrzej wziął chorego za puls.
— No, panie, na razie wszystko w porządku, gdybym przyszedł minutę później, 
mielibyśmy inne miny. Proszę leżeć, żadnych wizyt, żadnych wzruszeń, pogadam z 
policją. Lekarstwa brać i... unikać innych niepożądanych leków, pan rozumie?
Chory skinął głową.
— Panie doktorze, ja nie chcę umierać — szepnął.
— Mowy nie ma. Z moich rąk nie dostanie się pan do nieba. No, do widzenia!
Wyszedł, ale zauważył, że z kąta za drzwiami ukazał się znachor i skierował się 
do wewnątrz. Andrzej zastąpił mu drogę.
— O nie, panie. Tam pan nie wejdzie. Pani Francowa! Przybiegła spłakana, 
zgnębiona.
— Mężowi jest lepiej, ale uprzedzam, nie wolno tam nikomu chodzić prócz pani. 
Nikomu prócz pani. Nikomu, a zwłaszcza temu panu. W przeciwnym razie za nic 
ręczyć nie mogę. Jutro przyjdę.
— Ile... ile jestem panu winna? — spytała lękliwie.
— Na razie nic. Do widzenia.
Gdy doktor zniknął, Truś znowu chciał wejść do chorego, ale Francowa 
rozkrzyżowała ręce na drzwiach.
— Nie! On był już trup, a doktor go uratował, ja się boję... innym razem... 
odejdźcie Truś, ja się boję.
Znachor spojrzał spod krzaczastych, siwych brwi, splunął i wyszedł. Tłum na 
rynku rozstępował się przed nim z szacunkiem.
Naprzeciwko doktora do ogrodu wybiegła Marysia. Uśmiechnęła się radośnie, ale 
widać było, że niedawno musiała płakać. Doktor podszedł, chwycił ją wpół, 
podniósł wysoko i postawiwszy znów na ziemi, rzekł wesoło:
— No, górą nasi. Żyje ten biedak, a mało mu już brakowało. Idziemy oblać 
zwycięstwo, Lorelei!
— Jak to dobrze — wykrztusiła — ale ja nie pójdę oblewać, panie doktorze, nie 
mogę, Edek taki jakiś zdenerwowany, że aż strach.
— Aż strach! — powtórzył trzęsąc głową. — Biedne maleństwo ma znów kłopot. 
Pójdziemy do tego utrapieńca.
To mówiąc zupełnie naturalnym ruchem otoczył ją ramieniem i prowadził w stronę 
ganku, nie widząc, że Marysia zbladła tak, że mało się różniła barwa jej twarzy 
od koloru jej białego fartuszka.
— No, gdzież jest ten potępieniec... panie Edwardzie! — wołał doktor 
uchylając drzwi.
Chłopiec stanął w progu. Blady był, a w oczach kryły się blaski lęku.
— Cóż to pan wyprawia, jakaś niedyspozycja, co? Siostra już rozpacza — mówił 
doktor swoim fascynującym, niefrasobliwym głosem, podając Edwardowi rękę.
— Ach, ona zawsze sobie coś uroi, potrzebuje zmartwienia — żartował chłopak, a 
jednak najwidoczniej coś go gryzło. Należał do tych typów, którym wszystkie 
przeżycia rysowały się na twarzy.
— Panie Edwardzie, proszę do mnie. Musimy oblać pierwszego pacjenta na nowych 
śmieciach, a potem pogadamy.
Pani Połońska nalewała domowej roboty wino porzeczkowe i śmiała się.
— Jeżeli zdobycie każdego pacjenta będziesz w ten sposób święcił, to smutny 
widok przedstawi moja piwnica.
— Nie bój się, Kiciuniu, to tylko ten pierwszy raz. A propos! Poznałem się ze 
sławą tutejszej okolicy, z panem Trusem.
Płomień oblał twarz Edwarda. Nikt tego nie zauważył prócz doktora.
— No i co, no i co? — spytały jednocześnie kobiety.
— A nic! Niczego sobie staruszek. Przypuszczam, że przeklął mnie do siódmego 
pokolenia włącznie. Bezczelnie mu wlazłem w drogę.
— Żeby ci tylko nie chciał szkodzić.
— Phi! Gwiżdżę na niego. Milcząca Marysia zabrała głos:
— Nie trzeba go lekceważyć, proszę pana. On ma szalony wpływ na ludzi. Czy nie 
mógłby pan porozumieć się z nim jakoś?
Pani Połońska postawiła kieliszek na tacy i zawołała:
— Nie rozumiem, jak inteligentna osoba może coś podobnego mówić. Jak to, 
Lusiek szukałby porozumienia z takim chamem?
Marysia, czerwona po białka, spuściła głowę i próbowała się tłumaczyć:
— Bo on nie jest głupi, proszę pani, w wielu wypadkach nawet radzi skutecznie.
— Zawracanie głowy. Szarlatan i basta.
Doktor widząc, że zanosi się na utarczkę, wziął Marysię pod rękę.
— Lorelei, idziemy na słońce... trzeba je pić, póki jest. Przyjdziesz do nas, 
Kiciuniu, pod lipy?
— Dobrze, dobrze...
Młodzi usiedli na trawniku pod lipą. Doktor ładował fajeczkę, Marysia przytuliła 
głowę do rozkudianego psiego łba. Edward gryzł papierosa nerwowo, wreszcie 
spytał:
— Jak pan sądzi, czy Franca czeka śledztwo?
— Oczywiście. Na razie odwlekła to choroba. Poleży parę dni i będzie musiał 
pójść na spytki.
Edward pochylił głowę.
Co pana trapi, chłopcze? — spytał nagle doktor.
— Tak coś... głupstwo.
— Lorelei, proszę sobie znaleźć robotę, a my pogadamy, może znajdzie się rada 
— zawyrokował Połoński.
Marysia spojrzała na obydwu mężczyzn, a potem odeszła do swego pokoju. Chciała 
czytać, ale litery wydały się jej niewyraźne, zamglone. Nie mogła cerować, nie 
mogła w ogóle siedzieć na miejscu. Wysunęła się więc cichutko na pole i szła 
prosto przed siebie coraz prędzej, jakby ją coś gnało.
A Edward opowiadał doktorowi:
— Byłem wtedy wściekły. Proszę sobie wyobrazić: tyle czasu bez posady, bez 
swojego grosza. Złotówkę od Maryśki przegrałem i jeszcze takich 20. Zobowiązałem 
się na drugi dzień oddać, ale skąd, psiakrew, wziąć? Poszedłem do lasu, usiadłem 
i obgryzam paznokcie. Byłem tak zdenerwowany, że nie mogłem zapalić papierosa, 
nawiasem mówiąc ostatniego. Wtem staje przede mną jakiś chłopak i podaje mi 
zapałkę, siada obok i pali spokojnie swojego. Mówię doktorowi, chłopak jak 
cherubin, żeby nie opalona twarz i dość liche ubranie, można by go wziąć za 
paniątko... Obserwowaliśmy się w milczeniu, wreszcie on pyta obojętnym głosem:
— A cóż to? Babcia kitę odwaliła i zostawiła zamiast forsy rączkę od parasola, 
co?
Nie mogłem się nie roześmiać i odparłem:
— Prawie że tak samo, tylko jeszcze gorzej.
— I tak jakoś, wie pan, mnie rozebrało, żem wykwilił wszystko przed tym 
pierwszy raz widzianym chłopcem. Nawet i to, że nigdzie długo na posadzie 
wytrzymać
nie mogę; a ten smarkacz patrzył na mnie i uśmiechał się jak zalotna dziewczyna, 
wreszcie mówi:
— Dobry z ciebie numer, a na szmugiel poszedłbyś?
— Żebym wiedział, jak i co, to bym poszedł.
— No to słuchaj... pójdziemy oba, ale jakbyś mnie, pętaku jeden, chciał na 
dudka wystrychnąć, no to zobaczysz. Lepiej się na mnie nie narywać. Masz trochę 
forsy?
— Nic!
— Jakoś będzie. Idziem.
— I niech pan sobie wyobrazi, doktorze, poszedłem. Duszę miałem na ramieniu, 
ten huncwot prowadził mnie po takich wertepach, że diabeł by zabłądził, ale my 
przeszliśmy i przynieśli cygara i jedwab. Cygara dostarczyłem Francowi, jedwab 
jednemu Żydowi. Ten chłopak nazywa się Niki i jest mimo swej szorstkości taki 
miły, że pokochałem go jak brata. Jakoś nam robota idzie, a właściwie szła dotąd, 
ale teraz, kiedy nakryto Franca, a ten wskaże mnie jako dostawcę, co zrobię, co 
zrobi Marysia?
— Gdzież mieszka ten chłopak? — spytał doktor.
— Właśnie, to jest wnuk Trusa!
Zapanowało milczenie. Doktor wyciągnął z kieszeni pudełeczko z tytoniem i 
nabijając fajkę, mówił:
— Na razie nic panu nie grozi. Franc jest zbyt słaby i na śledztwo go nie 
wezmą. Poza tym myślę, że tutejsza arystokracja postara się zatuszować sprawę 
choćby dlatego, że chętnie te cygara pali. Pan musi, widzę, mieć pracę ruchliwą, 
nie jest pan materiałem na biuralistę. Trudno! Znam i takich. Głowa do góry, 
chłopcze, wszystko będzie dobrze. Pomyślę, może gdzieś coś wykombinuję. W każdym razie na terenie miasteczka radziłbym panu dostaw nie 
przeprowadzać, bo to może mieć przykre skutki. Głowa do góry, chłopcze! Tamten 
Niki to musi być gagatek, no!
— Czarujący obwieś.
Połońska zawołała syna na obiad. Edward poszedł szukać siostry. Było mu lżej. 
Strach opadł zeń jak przykre więzy. Myślał o tym, że wieczorem pójdzie zobaczyć 
się z Nikim. Coś uradzą i jakoś to będzie.
Tymczasem na drugi dzień od samego rana zjawił się u doktora pacjent. Był to 
stary Żyd, właściciel sklepu z żelastwem.
— No, jak pan doktor uratował prawie umarłego, to może i ze mnie coś jeszcze 
zrobi. Do tej pory leczył mnie Truś. Ziółka dał pić, ziółkiem okładać. Jak 
obłożę, dobrze, potem znowu gorzej. Ja bym chciał być zupełnie zdrowy.
Połoński ostukał, opukał, dał receptę i kazał Żydowi dwie godziny dziennie 
spacerować na świeżym powietrzu, przy czym zażartował sobie z lekka i powiedział:
— No i ten spacer musi pan zaczynać zawsze z tej strony, gdzie słońce wschodzi, 
a iść w stronę, gdzie zachodzi... to lepiej działa.
Żyd zmarszczył brwi w skupieniu i powtórzył:
— Z tej strony, co wschodzi, na tę, co zachodzi... dobrze...
Z tysiącem ukłonów wyszedł, zostawiając trzy złote. Połoński roześmiał się i 
schował do szuflady pieniądze. Oczywiście powtórzył Marysi historię ze spacerem, 
ale ona rzekła poważnie:
— Dobrze pan doktor zrobił. Ludzie tutejsi dlatego ulegają Trusowi, że ma 
zawsze do pomocy jakieś gusła. Ja się obracam zawsze śród ludu, znam ich dobrze. 
Truś jest sprytny, daje zioła, które nie mogą zaszkodzić, a czasem, a nawet 
często pomagają, ale przy tym urządza cały teatr. Wiem też od dzieci ze wsi, że 
rany, krosty i wrzody Truś leczy radykalnie.
Połoński wpatrywał się w jej słodkie rysy z natężeniem.
— Wie pani, jest mi tak, jakbym panią pierwszy raz widział. Do tej pory 
uważałem panią za maleńką Lorelei, stworzoną na pociechę ludzkich oczu, a 
tymczasem Marysieńka potrafi czasem mówić jak profesor.
Od tego dnia doktor jął wprowadzać w życie Marysine rady i z dnia na dzień 
zyskiwał więcej pacjentów ze wsi, przy czym doskonale się bawił. Jednej, na 
przykład, anemicznej, niedożywionej dziewusze poradził prócz lekarstwa:
— Musisz wyszukać sobie białą kurę, koniecznie z czubkiem, i co dzień punkt 
jedenasta zjeść jajko takiej kury. Potem w niedzielę i czwartek musisz jadać 
mięso z czarnego koguta. Będziesz pamiętać? A nim go zabijesz, okręć się trzy 
razy na pięcie!
Marysia promieniała radością i dumą. Lekcje się już zaczęły i pracy miała sporo, 
ale wieczory za to jakie były wspaniałe! Do jej czyściutkiego pokoiku 
przychodził Andrzej, mogła na niego patrzeć, mogła słuchać jego opowiadań i to 
już zdawało się dziewczynie wielkim szczęściem.
Powoli wszyscy dawniejsi pacjenci, a więc burmistrz, aptekarz, sędzia itp., jęli 
wracać do Połońskiego. Andrzej
był przecież piękny, elegancki i młody, stanowił dobrą partię, trzeba było 
nawiązać z nim stosunki. Tego właśnie chciał Połoński. To była woda na jego młyn.
Któregoś dnia przyjechała ze wsi niemłoda kobiecina, skarżąc się na ustawiczne 
boleści. Połoński zbadał jak mógł najstaranniej, ale ponieważ bolesność przy 
dotyku była zbyt wielka, dał jej proszki uśmierzające na trzy dni i kazał do 
siebie przyjść, by dokładnie wybadać chory brzuch. Przed wieczorem przyleciała 
dziewucha z krzykiem, że matka umiera, że jej piana leci z ust, że krzyczy 
nieludzkim głosem, a Truś powiedział, że to pan doktor matkę otruł i nie kazał 
wcale po pana chodzić, ale ona przyleciała, bo jej żal matki.
Doktor właśnie u siebie pokazywał Marysi jakieś książki. Na dworze lało jak z 
cebra. Chwycił walizkę i jął wrzucać w nią przyrządy. Nagle Marysia rzekła:
— Niech pan też weźmie jakieś antidotum przeciwko truciznie.
Spojrzał na nią. Gorączkowo dorzucił jakieś krople i pognał niemal kłusem. Przed 
chatą kobiety był tłum, śród którego Truś czegoś dowodził gorączkowo.
Połoński szepnął do dziewczyny:
— Prowadź od tyłu chaty. Jest tam okno?
— Jest.
Okno na szczęście było otwarte. Parę skoków i Andrzej znalazł się w izbie. Koło 
łóżka wyjącej kobiety gestykulowały kumoszki. Za drzwiami słychać było głos 
Trusa:
— Dał jej takie proszki i struł wam kobietę, taki doktor... wszystkich potruje.
Połoński wziął się do pracy, która była utrudniona dlatego, że nie wiedział, 
czym struta została biedna ofiara nienawiści znachora. Ryknął na baby głosem 
heroda i wziął się do przepłukiwania żołądka chorej. Był tak rozgorączkowany i 
przejęty, że nie zwrócił uwagi na razie i na to, że niczego nie potrzebuje 
szukać, że wszystko ktoś mu podsuwa pod rękę. Wreszcie odetchnął. Przesunął ręką 
po spoconym czole i podszedł do okna.
— No jak, matko, lepiej wam? — spytała Marysia, pochylając się nad chorą.
— A lepiej, chwalić Boga. Myślałam, że zemrę.
— Nic podobnego.
Andrzej podszedł do leżącej i ujrzał uśmiechniętą twarzyczkę Marysi.
— Co pani tu robi?
— Nic... to jest... zamknęłam drzwi, żeby tu nie włazili i nie przeszkadzali 
panu.
Nie odpowiedział na razie. Wyszedł przed dom. Gromada ludzi patrzyła na niego 
groźnie. Truś uśmiechał się szyderczo.
— , Moi ludzie, chora została struta. Nie wiem, kto jej tak dogodził. Zostawiam 
ją w dobrym stanie i nic jej nie grozi. Uprzedzam jednak, że jeśli cośkolwiek 
się zmieni, to przyczyny choroby poszuka policja.
Chciał wrócić do chaty po walizkę, ale już mu ją Marysia podawała bez słowa 
razem z kapeluszem. Wziął więc do ręki walizkę, wcisnął kapelusz i ruszył 
zdecydowanym krokiem w swoją stronę, prowadząc Marysię pod ramię.
Milczeli oboje całą drogę. Deszcz skapywał mu z kapelusza na złotą, odkrytą 
głowę dziewczyny. Dopiero
gdy przeszli ogród i stanęli w sieni, Andrzej zdjął kapelusz, postawił walizkę 
na ziemi, a wziąwszy w obie dłonie mokrą główkę Marysi, ucałował mocno jej usta. 
Gdy oprzytomniała, już go nie było. Wolno weszła do swego pokoju i usiadłszy 
przy stole, zamknęła oczy.
— Marysia! Co tobie, Marysia? — skoczył ku siostrze Edward.
— Nic, kochanie, zmęczyłam się tylko — odpowiedziała.
— Zdejmij ten mokry płaszcz. Zrobię ci herbaty.
— Dobrze... dobrze... leje jak z cebra.
— Właśnie! A ty się wybrałaś na spacer.
— To był najpiękniejszy spacer w moim życiu -rzekła Marysia.
Na drugi dzień nie miała okazji zobaczyć doktora. Rano musiała iść do szkoły, on 
zaś pobiegł do chorej. Zastał wszystko w porządku. Potem wrócił, przyjął kilku 
pacjentów i bez obiadu pojechał do pobliskiego majątku, gdyż przysłali po niego 
konie. Wrócił przed wieczorem w doskonałym humorze, okazało się bowiem, że nowy 
właściciel Berezowa jest jego przyjacielem z czasów studenckich, a potem byli 
razem za granicą, razem na wojnie.
— Kiciuniu! Teraz mi pójdzie! On ma plac w naszym miasteczku, założę tu boisko 
sportowe. Pomyślimy o bibliotece... Ach, teraz wszystko się ruszy! Muszę to 
powiedzieć Lorelajce.
Połońska westchnęła... „Jeżeli Lala nie przyjedzie, będzie tragedia" — 
pomyślała.
Andrzej zapukał do sąsiadów.
— Proszę! — zawołała Marysia.
— Cóż to, moja Lorelajka sama? Gdzież hrabia Edward?
— Właśnie nie wiem.
— Smutno malutkiej?
— Nie! Pewno panu zagrać, prawda?
— Owszem, ale najpierw opowiem coś maleńkiej. Usiadł na podłodze, na dużej 
poduszce, i opowiedział o wizycie.
— Ach, jak to dobrze, jak dobrze, doktorku!
— Wobec tego proszę mi zagrać.
Grała rozpromieniona, uśmiechnięta. Na dobranoc chwycił jej obie ręce i rzekł 
stłumionym głosem:
— Lorelei, nie wiem czemu, ale zdaje mi się, że przynosisz mi szczęście. 
Jesteś moją dobrą wróżką.
— Nie wiem, czy przynoszę szczęście, wiem, że pragnęłabym przynieść, choćby za 
cenę życia.
— Marysiu, co to znaczy, czemu tak mówisz?
— Bo tak czuję.
Puścił jej dłonie, palce jego zacisnęły się jednak na ramionach dziewczyny, 
która stała prosta, tylko sztywniejsza niż zwykle. Oczy miała przymknięte, a 
serce biło tak mocno, że łopot ten dosłyszało czujne ucho doktora. Zrozumiał w 
tym momencie, że stojąca przed nim kobietka złożyła mu najwspanialszy dar, jaki 
kiedykolwiek mógł otrzymać. Podarowała mu swą miłość cicho i skromnie. Nie 
rzucała mu się na szyję, nie ofiarowała przedtem ni ust, ni spojrzeń gorących. 
Oddała proste, niewinne serce i pragnęła mu przynieść szczęście.
Andrzej był tak wzruszony, że nie mógł zdobyć się na żadne słowo, coraz mocniej 
tylko zaciskał palce na drobnych ramionach. Marysi zaś w głowie szumiało i opływała ją fala słodyczy i 
jakiegoś zatracenia się w mroku chwili.
Bo kobieta, wszystko jedno jakiej sfery, kiedy mówi mężczyźnie pierwszy raz 
„kocham", ma wrażenie, że w tej chwHi dzieje się coś niesłychanego... bo to 
„kocham" w takiej chwili jest przecież równoznaczne z „chcę być twoją 
własnością"... Przynajmniej raz w życiu czuje to każda, niezależnie od 
usposobienia i wychowania. I tak już jest dziwnie jakoś, że można słowo "kocham" 
powtórzyć w życiu dziesiątki razy dziesiątkom nowych kochanków, a za każdym 
razem to dziwne, czarodziejskie słowo budzi nowy dreszcz, nowe upojenie.
A Marysia kochała po raz pierwszy i pierwszy raz marzyła. Świat w jej oczach 
zakryły mgły, czuła tylko na swych ramionach dłonie ukochanego i zdało jej się, 
że cała zmienia się w pachnący, różany krzew, i sama w tysiącznych płatkach 
osypuje się do stóp tego królewicza.
Inną dziewczynę (bywało tak setki razy) Andrzej zamknąłby w ramionach i 
wycałował gorąco. Teraz nie mógł. No, po prostu nie mógł potraktować jej jak 
materiał na kochankę, bo instynkt mówił mu, że miłość Marysi to nie krzyk 
młodych zmysłów, nie przelotne upojenie, a coś znacznie potężniejszego, coś, 
czego może nie jest nawet wart. Jego bardzo głębokie zainteresowanie dziewczyną 
nie równoważy jej uczucia.
Po dłuższej chwili milczenia rzekł stłumionym głosem:
— Jesteś egzaltowany dzieciak, Lorelei. Śliczne, maleńkie kochanie! Niech teraz 
grzecznie pójdzie spać, a jutro pójdziemy razem po wrzosy, dobrze?
— Dobrze! — szepnęła.
Cicho stuknęły drzwi za Połońskim. Została sama. Chciało się biedactwu teraz 
szlochać z radości i bólu jednocześnie. Powiedział „kochanie", więc może kocha, 
a może tylko tak?
Podeszła do okna i patrząc na obficie spadające gwiazdy, szeptała:
— Żeby mnie pokochał... o, gwiazdy, gwiazdy!
A następny dzień niedzielny był od rana uśmiechnięty, niebo z ciszy i błękitu 
przeglądało się w wodzie i żegnało odlatujące jaskółki. Spokojnie spływały na 
ziemię czerwone liście. W kasztanowej alei dzieciaki z krzykiem napełniały 
kieszenie lśniącymi kasztanami.
Po sumie Andrzej zabrał Marysię na wrzosy. Kiedy szli przez rynek, aptekarzowa 
powiedziała do burmistrzowej:
— Wie pani co? Trzeba by się postarać, żeby tę Lechównę przenieśli z naszego 
miasteczka.
Chuda, dystyngowana połowica głowy miasta podniosła do oczu pince-nez i chwilę 
sondowała przyjaciółkę ciekawym wzrokiem, a potem rzekła z uśmiechem:
— „Rozumie"...
Tak, póki w mieście była Lechówna, miejscowe panienki nie miały żadnych atutów.
— Pomówię z mężem, może da się coś zrobić, ale ja też mam do pani interes.
Aptekarzowa omal nie podskoczyła.
— Słucham, słucham!
— Niech mi pani powie, gdzie można dostać tanio, jedwab. Pani wie, mąż jest 
skąpy, a ja nie „umie" się napraszać... wiem, że pani ma jakieś tanie źródło.
Aptekarzowa oblały płomienie.
— Ja... Mnie przysyła rodzina.
— Ach, tak... Ja pani dam pieniądze, niech pani to załatwi, potrzebuję dobrego, 
czarnego jedwabiu, może inny kolor. Ja już urządzę, by pani córki i kuzynki 
miały na karnawał pana Połońskiego do dyspozycji.
Aptekarzowa milczała długą chwilę. Ta chuda wydra już coś wy wąchała. Pewno 
zazdrości jej toalet, ale z drugiej strony... Marysia!
— Wie pani co? Chodźmy trochę na miasto, porozmawiamy.
Pani burmistrzowa i aptekarzowa wzięły się pod ręce i szły wolniutko, 
przyjacielsko rozgadane. A Edward Lech, wyglądając z okna restauracji, szepnął 
do Franca:
— Patrz pan, idzie Pat i Patachon.
Andrzej i Marysia rwali tymczasem wrzos na polance. Dziewczynie rozplotły się 
włosy, zarumieniła buzia. Szczebiotała:
— Jak się cieszę, że pan lubi kwiaty, czy wszystkie?
— No jak można robić wyjątki? Dzieła rąk ludzkich wypadają rozmaicie, ale 
Natura i Bóg tworzą rzeczy cudowne. Niech pani popatrzy choćby na wrzos, te 
misterne kielichy, te listeczki, ta nieuchwytna woń... Jak można nie lubić 
kwiatów? Czy jako twory nie są doskonalsze od nas, ludzi?
— Och tak, i wie pan, tak sobie zawsze marzę, że gdybym miała kiedyś swój dom, 
swego męża i swoje dzieci, to nauczyłabym je kochać kwiaty i wszystkie 
stworzenia. Ślicznie musiałoby być w naszym domu.
Słońce grzało dobrotliwie. Jesienna tęsknota kołysała się na srebrnych nitkach 
pajęczyny. Andrzej i Marysia
usiedli pod rozłożystą choiną na zielonozłotej kępie mchu.
— Tak maleństwu niewygodnie, proszę się o mnie oprzeć — zaproponował doktor i 
objąwszy dziewczynę wpół, przysunął ją do siebie tak, że ramię jej wsparło się o 
jego szeroką pierś, a włosy muskały podbródek.
I dopiero teraz, pierwszy raz od czasu ich znajomości, Andrzej uświadomił sobie, 
że Marysia jest nie tylko kryształowo czystą, dziewczęcą duszą, ale poza tym 
ślicznie rozkwitłą kobietą. Teraz, kiedy miał ją tuż przy sobie, różową i 
zadyszaną z wrażenia i tak bardzo rozkochaną, przestał analizować, przestał w 
ogóle myśleć. Przechylił ją nagle na swoje kolana i całował usta, oczy i włosy 
mocno i gorąco, i widział, jak bladła pod jego pieszczotą. W pewnej chwili 
objęła go za szyję i wyjąkała:
— Aneczku! Mój Aneczku!
Leciutko zaszeleściły gałęzie olszyny, rozsunęły się na chwilę, potem znów 
utworzyły zwartą, zieloną ścianę. Niki szedł szybko w głąb lasu i minę miał 
rozbawioną.
Koło trzeciej dopiero Połoński wrócił na obiad. Matka burczała żartobliwie, ale 
w głębi duszy była mocno niespokojna o Luśka. „No, jeżeli on się zakocha w tej 
małej!..."
Marysia wpadła do siebie zadyszana, z rozrzuconymi włosami. Biegła przecież 
niemal pędem przez ogród. Ujrzała bowiem w oknie Edka.
— Edeczku! Nie gniewaj się. Nie zrobiłam jeszcze obiadu... Mój drogi, 
przepraszam...
— No, no, co się z tobą dzieje? Daj, co masz. Nie mogę czekać na obiad.
— Spieszysz się gdzieś?
— Umówiłem się, gejszo złotowłosa. No, daj coś opchnąć.
Szybko nakryła stół. Ustawiła chleb, masło, sałatkę z pomidorów i kompot.
— Morowo, ale za parę dni będziesz mogła mnie z powodzeniem zaprawić cebulką i 
cytryną.
— A to czemu?
— Zamienię się w pomidora. Podajesz je 24 razy na dobę.
— No, trochę rzadziej. Widzisz, kochanie, korzystam z tej grządki od pani 
Połońskiej. Taka poczciwa...
— Grządka?
— Nie, Połońska, wie, że lubimy pomidory.
— Prawie zgadła!
Jadł prędko. Pocałował siostrę w rękę i wyszedł. Już nie pytała o nic. Chciała 
teraz zostać sama. Przytuliła dłonie do płonących policzków i usiadła w 
ulubionym miejscu przy oknie. Tak ją zastał Andrzej.
— Maleńka moja, znowu sama?
— Nie sama, z panem.
— Maryś, muszę dziś być u aptekarzostwa. Przypuszczam, że za jakieś dwie 
godziny wrócę i wtedy przyjdę do ciebie. Będziemy rysować te tablice dla twoich 
brzdąców.
— Pan jest strasznie dobry.
— Nie mówże mi pan. Tak mnie już ślicznie raz nazwałaś...
— Aneczek?
— Właśnie. Bardzo mi się to podoba. Do widzenia, maleńka.
ł
Teraz już nie wahał się pocałować dziewczyny... Wyszedł.
Po jakimś kwadransie przez ogród przeszła szybko Połońska, która odprowadziła 
syna do furtki i długo patrzyła za nim. Pod oknem Lechów zawołała:
— Panno Marysiu!
— Jestem. Słucham!
— Nie mówił pani Lusiek, po co tam idzie?
— Do państwa Kościków.
— Wiem, ale po co?
— Tego mi nie mówił.
— Mówię pani, że to wszystko nie ma sensu. Zawiązywać stosunki, po co, na co, 
z kim? Z tym malowanym pudłem, z jej pudlami w jedwabnych sukniach, z tym 
pantoflarzem?
— Ale pan doktor musi żyć z ludźmi tutejszymi, skoro na ich gruncie pracuje — 
rzekła nieśmiało nauczycielka.
Połońska wybuchnęła:
— Właśnie, po to tyle lat się kształcił, żeby na takim gruncie pracować, po to 
rzucił stolicę, gdzie miał wzięcie? Kto tu oceni jego pracę? Czy pani nie zna 
tutejszej hołoty? A gdzież się tu znajdzie panna, którą by mógł wziąć za żonę? 
Nie wylizie stąd. Taki mój los, psiakrew!
Machnęła ręką i poszła do kuchni. Jeszcze chwilę słychać było jej zdenerwowany, 
podniesiony głos, po czym zapanowała cisza.
Marysia powoli odeszła od okna i usiadła na kozetce, która służyła jednocześnie 
za łóżko Edwarda. Serce waliło jej mocno, a twarz pobladła i postarzała. Tak 
było biedactwu, jakby ją ta delikatna staruszka uderzyła
czymś ostrym w piersi. Nie myślała, nie ośmieliła się ani przez chwilę myśleć, 
by mogła zostać żoną pana doktora, ale teraz dopiero uczuła potworny ból, że 
przecież inna... a ona, Lorelei, zostanie nadal sama i nadal będzie przez okno 
patrzeć na szczęśliwe pary. A doktor, ze swą zapewne piękną i bogatą żoną, 
odjedzie w świat.
Taki bolesny grymas wykrzywił świeżą twarz Marysi, jakby nic przed sobą, a za 
sobą miała już całe życie i schodziła teraz w głąb otchłani. Bo i cóż stąd, że 
zna tak krótko Andrzeja? Poszłaby za nim na koniec świata, nabijałaby mu 
fajeczkę, z którą tak ślicznie wygląda. Grałaby na cytrze do zmęczenia i kąpała 
tego brudasa Taki. Marysia w tej chwili zazdrości psu, że ten może, gdy chce, 
oprzeć pysk o łokieć lub kolano doktora i usłyszeć:
— Ach, ty byku stary. Ty poczciwy, kochany Taki.
Słońce czerwienieje. Dzwonią na Anioł Pański. Krowy wracają z pola, wznosząc po 
uliczkach tumany kurzu. Kurz powoli opada. Połońska gra Ave Maria, a na ulicy 
słucha gromadka ludzi. Cichutko już kwilą ptaszęta. Czerwone promienie, skośnie 
z boku padające, migocą w dużych kroplach, które bezustannie płyną po bolesnej 
twarzy i wilżą złożone jak do modlitwy ręce Marysi.
O, kwiaty, przed wieczorną porą ślące wonne westchnienia ku niebu, o, kwiaty, w 
słońcu zrodzone, o, kwiaty, smutne i wesołe, uśmiechy aniołów, módlcie się za 
wszystkie samotne serca, które nie mają gdzie, nie mają komu zakwitnąć.
O, ptaki, cicho w gniazdach utulone, ptaki o radości istnienia w słońcu 
śpiewające, módlcie się za te smutne ludzkie istnienia, którym i gwiazd brak, i 
słońca.
Doktor u państwa Kościków siedział znacznie dłużej niż dwie godziny. Zebrane 
bowiem licznie towarzystwo nie chciało go puścić. Andrzej śmiał się, kokietował 
panny i obsypywał komplementami panie. Musiał oczyścić sobie teren. W trakcie 
ożywionej rozmowy rzucił projekt założenia teatru amatorskiego.
— Bójcie się Boga państwo, niepodobna przecież śniedzieć, trzeba coś robić, 
trzeba ruszyć na podbój życia. Ta garstka inteligencji, jaką przedstawiamy, musi 
bezwzględnie coś z siebie dać szerszemu ogółowi, musi wyjść ku ludziom. Mamy 
wszelkie dane, by czuć się tu dobrze, wesoło i szczęśliwie — perorował ożywiony. 
— Co robi nasza młodzież? Bezczynnie liczy upływające godziny, od czasu do czasu 
igra miłością... to mało. Wiotczeją im mięśnie, pleśnieją mózgi. Świat idzie 
naprzód, a nasza i jej podobne „stolice" cierpliwie czekają z dnia na dzień na 
poranną kawkę i partyjkę preferansa. Tam, gdzieś daleko, powstała i kwitnie 
Polska, a my patrzymy tu na nią jak przez dziurki w płocie. Wyłamać deski, 
proszę państwa, połączyć z tymi, co są tam w środku, żyć z nimi.
— E, konsyliarzu! Na naukę to my już za starzy -zaśmiał się szeroko burmistrz.
— Proszę nie przemawiać w imieniu wszystkich. Panie się nie starzeją. Panie 
będą śpiewały, tańczyły, grały w piłkę, tak jak to czynią kobiety zachodu. Wezmą 
sobie Jędrusia za kapitana, który je poprowadzi do szturmu.
Panie wybuchnęły śmiechem. Doktor naprawdę był nieoceniony. Wraz z nim przybyła 
nadzieja na nowe, nieznane wrażenia i emocje. Taki teatr na przykład... Ha! Cóż 
to za wspaniała okazja do zdobycia sławy.
Do późnego wieczoru przeciągnęła się ożywiona dyskusja. Konkretnie postanowiono, 
że w miasteczku musi powstać teatr amatorski.
Kiedy Andrzej wracał do domu, przypomniał sobie, że obiecał wstąpić do Marysi. 
Położył psu rękę na łbie i szepnął:
— Taki, cicho!
Przeszedł przez ogród i zajrzał do sieni. W mieszkaniu Połońskiej panowała cisza. 
Podszedł potem pod okno Marysi. Okiennice, niezbyt szczelne, przepuszczały 
wąziutki promyczek światła. Andrzej przez chwilę stał pod drzwiami i zastanawiał 
się, wejść czy nie. Ale coś go ciągnęło nieprzeparcie. Chciał zobaczyć zdziwioną 
(och, na pewno się zdziwi!) twarz nauczycielki.
— Waruj tu — szepnął pan, a Taki rozciągnął się pod drzwiami. Andrzej wszedł 
do kuchni bez pukania. Tu było pusto i ciemno. Przez uchylone drzwi do pokoju 
ujrzał Marysię, a właściwie jej profil i pukiel złotych włosów. „Widocznie czeka 
na tego urwipołcia. A to już blisko północ" — przemknęło przez myśl doktorowi. 
Cicho wszedł do pokoju i stanął za krzesłem Marysi.
Rysowała jakiegoś raka na dużym kartonie. Oczy miała czerwone.
— Lorelei, nie śpisz jeszcze? — spytał cicho. Obróciła raptownie głowę. 
Płomień przebiegł przez
jej blade i jakby trochę zapadnięte policzki, a potem zgasł...
— Och, to pan!
— Przelękłaś się?
— Nie! Czemu pan przyszedł tak późno?
— Przeszkodziłem dziecku? Przepraszam! Ale chciałem ci powiedzieć dobranoc — a 
widząc, że dziewczyna jest mizerna i dziwnie zgnębiona, podniósł ją z krzesła i 
objąwszy, mówił: — Martwisz się o Edwarda, maleńka? Nie trzeba. Obiecałem, że 
coś dla niego wynajdę. No, rozchmurz twarzyczkę... Lorelei, stęskniłem się do 
ciebie przecież.
Wtedy Marysia zapomniała o całej swojej męce. Otoczyła mu szyję ramionami, 
przylgnęła z całej mocy do jego rosłej, krzepkiej postaci i pomyślała, że nie 
odda go nikomu... nikomu na całym świecie.
— Ptaszyno moja. Pieszczochu ty! — uśmiechnął się
doktor wzruszony.
A potem stało się tak, że śród ciszy pachnącego pokoiku dzwonił jakoś dziwnie 
świerszcz, że Marysia, rozkochana i szczęśliwa, bardziej niż kiedykolwiek 
przypominała biały kwiat, i że Połoński usłyszał szum swojej krwi.
I dopiero o świcie wyszedł z cichego pokoiku. Marysia spała z rozrzuconymi na 
poduszce włosami. Połoński wszedł do ogrodu, zerwał czerwoną różę, wrócił i 
umieścił kwiat tuż przy śpiącej. Chwilę jeszcze z dziwnie ściśniętym sercem 
patrzył na złotą główkę, przytuloną do haftu poduszki. To jest już jego głowina. 
Mała, droga główka. Nie da zrobić krzywdy tej dziewczynie za żadną cenę, jest 
bowiem już jego własnością, jest przecież żoną.
Pochylił się i delikatnie ucałował gładkie czoło kobiety. Po czym razem z psem 
cicho poszedł do swego mieszkania na górę, by nie budzić matki. Jakoś nie miał 
ochoty na sen. Położywszy ręce pod głowę, wyciągnął
się na kozetce i rozmyślał o sytuacji,-jaką wytworzył między sobą i Marysią. 
Oczywiście zostanie jego żoną prawnie, trzeba tylko ostrożnie przygotować do tej 
niespodzianki Kiciunię. Czuł, że walka z matką będzie ciężka, ale innej rady nie 
ma. Oczyma wyobraźni ujrzał złotą, przechyloną w tył główkę Marysi i jej 
błagalny szept zadrżał mu w uszach tak wyraźnie, jakby teraz właśnie mówiła:
— Nie zrób mi krzywdy, nie zrób mi krzywdy, Aneczku!
Ale ten silnie dzwoniący świerszcz, ta cisza pokoju dziewczęcego i ta biała z 
pąsowymi jak róże ustami i głową w złocie dziewczyna! Jakże bliska, jak droga mu 
się stała. Nagle zapragnął ujrzeć jej dziecinne, ufne oczy. Zatęsknił do nich. 
Tylko parę kroków na dół i już. Ale właśnie skrzypnęły drzwi od sieni i Gapsia 
zadzwoniła wiadrami, idąc po wodę.
Wstał dzień podobny do setek innych, pogodnych jesiennych dni, ale dla Marysi 
był on zupełnie nowy, zupełnie odrębny od wszystkich, które przeżyła. 
Rozczesując długie, gęste włosy, usiłowała zebrać myśli, ale nie mogła. Szumiało 
jej w głowie. Rumieniec wstydu zalewał oczy krwią. Wiedziała tylko to, że musi 
spod dachu pani Połońskiej uciekać. Ponieważ Edward nie wrócił, a musiała już 
iść do szkoły, napisała karteczkę: „Śniadanie masz w piecyku. Wrócę o drugiej. 
M." Położyła ją w widocznym miejscu i wyszła z mieszkania. W ogrodzie usłyszała 
za sobą szybkie kroki i serce jej zadrgało.
— Maryś, poczekaj...
A ją właśnie rozpaczliwa siła popchnęła naprzód. Biegiem dopadła furtki i była 
już na ulicy, gdy Andrzej chwycił ją za ramię.
— Maleńka, nie urządzaj teatru. Czemu uciekasz? Spojrzyj mi w oczy.
— Nie mogę!
— Wróćmy wobec tego do domu i porozmawiamy.
— Ależ ja się spóźnię, ja się spóźnię — mówiła zdyszanym, błagalnym głosem.
— Głupstwo!
I Połońska ze zdumieniem i zgrozą ujrzała przez okno, że Lusiek prowadzi Marysię 
pod rękę w głąb ogrodu. Ładna historia! Gonił ją... Zakochał się! Trzeba pod 
jakimkolwiek pozorem usunąć tę dziewczynę. A winowajczyni siedziała z Andrzejem 
na ławeczce i słuchała z przymkniętymi oczyma.
— Mówię ci, Maryś, że jesteś moja i będziesz moja. Kochasz mnie, a wiesz, jak 
jesteś mi droga. Nie rób z siebie bohaterki dramatu, nie bój się niczego. Uważam 
cię za swoją żonę i będę się starał, by to uznała matka i wszyscy. Ja wiem, może 
wczoraj postąpiłem nieopatrznie, twoja subtelna, wrażliwa, prawie dziecinna 
dusza musiała doznać wstrząsu, ale sama przyznaj, maleńka, czy naprawdę bardzo 
żałujesz tego, co się stało?
Wziął ją za obie ręce i szepnął jeszcze:
— Tylko nie kłam... patrz mi w oczy. Podniosła głowę i rzekła prawie spokojnie:
— Nie żałuję! Nie będę żałować nigdy, ale wstyd mi!
— Czego, kochanie, czego?
— Sama nie wiem, och, Boże, nie wiem. Kocham cię jak nikogo na świecie, w 
marzeniach widziałam się często obok ciebie, ale trochę inaczej. Chciałam ci być pomocą i wyręką, marzyłam, 
by stać się cząsteczką twego serca, dźwigać twoje troski i pomagać zwyciężać na 
polu twojej walki, a tymczasem... a tymczasem?
Pochyliła znowu głowę i blada twarz znów spłonęła.
— Maleńka, nie wierzysz, że cię kocham? — spytał serdecznie.
— Wierzę, wierzę, ale to nie jest tak, jak bym chciała.
— Marysieńko, życie jest zawsze inne od marzeń. Trzeba je brać trzeźwo. Nie 
płacz, kochanie. Ufaj mi.
Objął ją i przytulił do siebie serdecznie. Jakże była naprawdę maleńka i 
bezbronna, i urocza w tej swojej egzaltacji i niewinności dziecka.
— Odprowadzę cię do szkoły, kochanie, ale masz być uśmiechnięta, ty, ty 
zamazana Lorelajko!
Aptekarzowa, widząc ich na rynku, pobiegła czym prędzej do burmistrzowej.
Połoński tymczasem wrócił i spokojnie przyjmował pacjentów. Po obiedzie 
przyjechał dziedzic z Berezowa z młodziutką żoną i wszyscy razem po podwieczorku 
udali się na pierwsze zebranie teatru amatorskiego. To, że pan dziedzic był z 
doktorem na ty i że zaszczycił swą obecnością zebranie, podniosło temperaturę 
uczucia dla Połońskiego, który już widział w myśli plony swej pracy.
Kiedy Lechówna wróciła ze szkoły, zastała Edwarda już w domu.
— Nie gniewaj się, Maryś, za tę noc... nie mogłem wrócić.
— Jest mi tylko przykro, Edziu, cóż poradzę gniewem. I tak nie masz już do 
mnie, widać, zaufania. A szkoda.
— Wielu rzeczy nie zrozumiałabyś lub zrozumiała opacznie. Chcę ci właśnie 
powiedzieć, że wyjeżdżam na parę dni.
— Dokąd, po co?
— Mam widoki na pewną posadę.
— Nie, Edziu, mowy nie ma. Jeżeli nie powiesz mi prawdy, nie pojedziesz. 
?
— Co, zabronisz mi?
— Zabronię!
— A to jakim sposobem?
— Po prostu jeśli wyjedziesz, nie będziesz miał gdzie wrócić. Ja muszę mieć 
pewność, że mój brat jest uczciwym człowiekiem. Ja mam prawo i obowiązek o tym 
wiedzieć.
— Słuchaj no, Maryśka, wiesz, że nie zniosę morałów. Przede wszystkim pozwól 
sobie zwrócić uwagę, że twoje postępowanie też wiele pozostawia do życzenia.
Zaczerwieniła się, potem zbladła.
— Moje?
— No! Nie mnie widzieli z doktorem w lesie w niezbyt cenzuralnej sytuacji.
— Edek! — krzyknęła rozpaczliwie i zakryła twarz rękami.
Żal mu się zrobiło siostry. Żyła przecież dotąd tylko dla niego.
— Przepraszam, Marysieńko. Nie chciałem ci dokuczyć. Nie bój się. Żywa dusza 
nie wie, prócz mnie, o tej historii. Marysieńko!
— Dobrze już, dobrze... jedz obiad, Edziu.
A sama rozłożyła zeszyty i zaczęła je poprawiać. Na pozór była zupełnie, ale to 
zupełnie spokojna. Po jakimś czasie spytała:
— Nie wiesz, Edziu, o jakimś mieszkaniu tutaj?
— Dla kogo?
— Dla nas.
— Nie rozumiein. Źle ci tutaj?
— Nie, ale wiem, że doktorowi potrzebny większy lokal. Pani Połońska 
wspomniała mi też dziś, że spodziewa się gości.
— Aha! No, poszukamy.
Podszedł do siostry i pocałował ją w rękę i policzek.
— Marysieńko, przebacz mi i daj urlop na parę dni. Słowo honoru, że nie gram 
ani też nie kradnę. Jeszcze dziś dowiem się o jakieś lokum.
— Oj, Edek, żebyś sobie tylko nie narobił kramu, pamiętaj.
Wyszedł. Marysia została sama. Widziała potem przez okno, jak Andrzej ze swymi 
gośćmi odjechał do miasta. Serce jej kurczył i kruszył ból.
Koło godziny dziesiątej wpadł Edek.
— Marycha! Mam mieszkanie. Domek sam w sobie tuż za miastem. Duży pokój, 
kuchnia, spiżarka i ogródek. Chcą czterdzieści złotych. Za tydzień możemy się 
przeprowadzić. Daj pyska.
Objęła go ramionami.
— Jesteś poczciwy, braciszku!
— A teraz przyszykuj mi trochę prowiantu na drogę.
Nie pytając już o nic, spakowała ??? zgrabnie chleb, wędlinę, papierosy i 
butelkę herbaty. Ale gdy stał już w drzwiach, rzekła cicho:
— Edziu, czy mogę cię odprowadzić?
— Ale ja idę przez las. Będziesz sama wracać.
— Nie boję się. Pozwól.
Chwilę stał niepewnie i rozmyślał, wreszcie rzekł:
— Chodź.
Szli pod rękę. Marysi było teraz jakoś lżej. Czuła, że ta jedyna istota, jaką ma 
na świecie, ten lekkomyślny brat kocha ją i jeżeli nie jest, to przynajmniej 
chce być dla niej dobry. W pewnej chwili spytała:
— Edziu, czy ty mnie kochasz tak, jak mateczkę kochałeś?
— Oj, Marycha! Gorzej ci, jak widzę. Jakże bym miał cię nie kochać? Czyż nie 
jesteś moją mamą i tatą?
— To dobrze!
Milczeli potem. Edek lubił czuć się pieszczony. Dlatego może tak często ulegał 
kobietom. Pierwsza lepsza gąska robiła na nim wrażenie i szalał z miłości 
tydzień, dwa, a potem przychodziła inna. Mówił więc sobie "ta albo żadna", aż do 
następnej zmiany dekoracji. Siostra często śmiała się zeń serdecznie, ale to nie 
psuło mu nastroju. Teraz od dwu miesięcy jakoś nie zwierzał się z utrapień 
sercowych i to niepokoiło Marysię. Szli już przez las.
— Maryś, syp już do domu. I tak masz kawał drogi.
— Do widzenia, Edziu. Wróć szczęśliwie! Szybko zawróciła. Edward patrzył za 
nią chwilę. Z
gęstwiny wysunął się Niki.
— Edek, serwus!
— Serwus... łazisz jak kot.
— Chyba jak kotka.
— Dlaczego?
— Ano tak... Morowa ta twoja siostra. Szkoda, że pęta się z tym doktorem.
— Myślę, że wyjdzie z tego ślub.
— Chyba by całkiem na głowę upadła!
— No, bo co?
— Albo nie lepiej wolność smakuje? A tak zaraz bachory i garnki. Tfu! Marne 
życie. Nie ma to jak nam, Edek, co?
— Pewnie! Ale wiesz, tak mnie ciągnęła na spytki, że miałem ochotę ją 
wytrzepać.
— No, żeby tak na mnie, psiakrew, kto łapę podniósł, to by już nie spuścił do 
sądnego dnia!
— Bo ty jesteś chłopak, ale kobiety podobno, lubią brać wnyki.
— Och, ty durniu! — syknął Niki. — No, spieszmy! Bo mamy tyli szmat drogi 
przed sobą do granicy, a tam...
— A co Truś?
— A nic! Wścieka się, aż się po tyłku piętami grzmoci. Powiada, że wykurzy te 
zawalidrogę doktorską. I ja czuję, że będzie jakaś granda.
Niki miał rację. W dwa dni potem, późnym wieczorem przed dom doktora zajechała 
bryczka. Leżąca w niej kobieta jęczała głucho. Dwóch chłopców wnosiło ją do 
gabinetu.
— Niechta pan doktor popatrzy, poroniła wczoraj i jakosiś tak bez ducha leży. 
Ino krew ciece — mówił stary chłop jakimś dziwnie mało zmartwionym głosem.
Połoński błyskawicznie wziął chorą na stół. Chirurgia wprawdzie nie była jego 
specjalnością, ale nie miał
chwili do stracenia. Tu jednak trzeba było działać natychmiast, a nic nie miał 
przygotowanego. Krzyknął więc zdenerwowany:
— Marysiu! Wpadła przestraszona.
— Ciepłej wody, ręcznik, wata! Zapalić maszynkę! A gdy podszedł do chorej i 
spojrzał na jej twarz,
dostrzegł już tam cień śmierci. Wyszedł do chłopa.
— Już po wszystkim. Trzeba ją było ratować wczoraj. Nie żyje.
Chłop ryknął i skoczył do Andrzeja.
— A cóżeś ty, łachudro, za doktor! Sameś ją uśmiercił. Chowaj ją tera — i 
wybiegł trzaskając drzwiami. Za chwilę rozległ się turkot odjeżdżających bryczek. 
Doktor wrócił do gabinetu i usiadł przy stole, opierając głowę na dłoni.
— Cóż teraz robić? — rzekł stłumionym głosem, bo na chwilę stracił orientację.
Marysia zdążyła już zetrzeć plamy krwi na podłodze. Zgasiła maszynkę i wylała 
wodę.
— Zatelefonować po policję.
Ale nim zjawiło się dwóch policjantów, od strony wsi nadciągnął tłum ludzi z 
widłami i kosami i wybił wszystkie szyby Połońskim.
— Dać tu tego drania! — krzyczano.
— Zamordował dziewuchę!
— W jego rencach skonała!
Połońska trzymała syna za rękę, szlochając rozpaczliwie.
— Nie wychodź do nich, nie wychodź!
W miasteczku też już wrzało. Aptekarz konferował z burmistrzem i komendantem 
posterunku. Wreszcie postanowili pójść na miejsce wypadku.
Gdy nadeszła policja, Andrzej odsunął matkę.
— Teraz może rozmówimy się z ludźmi.
W towarzystwie policjantów wyszedł przed dom i spytał spokojnie, ale głośno:
— Kto jest ojcem tej kobiety? Zapanowało głuche milczenie.
— Niech podejdzie do mnie jej rodzina. Nic. Cisza.
— Proszę spisać protokół, panowie — zwrócił się do policjantów.
Tymczasem od strony miasta nadszedł burmistrz, aptekarz i komendant posterunku. 
A doktor, nie zwracając uwagi na groźnie mruczących ludzi, rzekł:
— Żądam, by aresztowano człowieka, który tu chorą przywiózł.
Na te słowa z kupy ludzi jęły się odrywać ciemne sylwetki i znikać w toni nocy. 
Okazało się, że tego chłopa już nie ma. Policja zatrzymała kilku wieśniaków w 
celu przesłuchania. Jednogłośnie zeznali, że umarła dziewczyna była znana jako 
„głupia Felka". Włóczyła się po wsi i to tu, to tam posługiwała. Ostatnio 
służyła u Skowrona. On też ją przywiózł do doktora.
— A gdzie jest teraz?
— My ta nie wiemy.
— Kto wam kazał iść do doktora?
— Nikt, ktoś ta krzycoł, że dochtór zabił głupio Felke, tak my szli pomścić.
Połoński nie zdradzał zupełnie zdenerwowania. Żądał tylko, by stanowczo 
przeprowadzić ostre śledztwo celem ukarania winnych.
— Nie o mnie chodzi, ale o tę nieszczęsną dziewuchę. Użyto jej przeciw mnie. 
To poronienie było sztuczne.
Na drugi dzień zaaresztowano Skowrona. Tłumaczył, że przywiózł chorą i odjechał, 
bo się „tak ckliwo zrobiło, że zmarła bidota". Nie podburzał ludzi, broń Boże. 
Ale wyciągnięto' z niego, że żył z Felka i była już w odmiennym stanie pięć 
miesięcy.
— Może ta i poskodziła sobie, ja nie wim, ja niewinowaty.
Ostatecznie winnych nie znaleziono. Tylko Połoński stracił wszystkich swych 
pacjentów ze wsi. Truś triumfował.
Przez tych parę gorących dni prawie nie rozmawiał z Marysią sam na sam. Był 
bowiem szalenie zajęty. Opracowywał statut klubu sportowego, wybierał sztukę dla 
teatru amatorskiego. Miał zresztą pacjentów w miasteczku, no i odbywał 
konferencję z przedstawicielami inteligencji. A gdy był w domu, Połońska tak 
chytrze manewrowała, by ani na chwilę nie zostawić młodych sam na sam.
Któregoś wieczoru Marysia weszła do kuchni Połońskiej.
— Proszę pani, ja przyniosłam pieniądze za październik i... i chciałam 
powiedzieć, że się wyprowadzamy.
— Nie może być... dokąd? Kiedy? — nie hamując radości krzyknęła staruszka.
— Jak tylko Edzio przyjedzie. Znaleźliśmy tuż za miastem lokal.
— A ładne choć mieszkanko?
— Owszem, miłe.
— No, no! Będzie mi bardzo pani brak — te słowa były szczere. Połońska bardzo 
lubiła Lechównę, ale Andrzej... chodziło przecież o jego szczęście.
— I mnie będzie brak — odparła cicho Marysia i wyszła do siebie, by staruszka 
nie dojrzała jej łez.
Edward wrócił w nocy w doskonałym humorze. Ucałował siostrę i powiedział:
— No, Marycha, mamy trochę forsy. Jutro pomówię z doktorem, może mi co doradzi.
— Będziemy się jutro przeprowadzać, Edziu, dobrze? Od rana. Zajmij się tym. Ja 
nie mogę opuścić szkoły. Ale jak wrócę, to zrobię tam na miejscu porządek.
Połoński rano wyjechał do chorego pacjenta z okolicznego folwarku i wrócił 
dopiero po trzeciej. Gdy wrócił na obiad, mieszkanie Lechów było już puste, i 
Połońska oznajmiła mu z uśmiechem:
— No, synku, możesz sobie po dawnemu urządzić gabinet.
— Jak to, po dawnemu?
— Po drugiej stronie. Lechowie się wyprowadzili. W Połońskiego jakby piorun 
trzasnął.
— Co, kiedy... dlaczego?
— Bo ja wiem dlaczego? Może im tam wygodniej.
— Dokąd?
— A wiesz, zapomniałam spytać.
Zerwał się od stołu i trzasnąwszy drzwiami, wybiegł do ogrodu. Z godzinę chodził 
po alejach, Taki niespokojny pętał mu się koło nóg. Ale Połoński wiedział, gdzie
szukać Edwarda. Poszedł do restauracji. Edek grał w karty z pisarzem i 
nauczycielem.
— Panie Edku, proszę mi dać wasz adres — rzekł od razu Andrzej.
— O, Marysia się bardzo ucieszy — zawołał Edward. — Ja też mam do pana 
romans.
— Proszę wpaść do mnie z rana — odparł i pognał do Marysi.
Krzątała się właśnie śród skromnych mebelków, ustawiała je i czyściła z kurzu, 
gdy Andrzej wpadł z hałasem. Przewrócił bowiem tuż przy drzwiach stojące krzesło.
— Marysiu, dlaczegoś tak uciekła, co to znowu za historia?
Oparła szczotkę o stół i patrzyła ńa niego spokojnie.
— Pan powinien mnie zrozumieć. Ja przecież nie przed panem uciekłam, tylko... 
tylko...
— Tylko co? Nie widzę powodów.
— Tylko nie mogłam uczciwie spojrzeć w oczy twej matce, Aneczku — wybuchnęła.
— Maryś, maleńka, ależ to egzaltacja. Przecież przyjdzie dzień, w którym matka 
musi się dowiedzieć, że jesteś moja.
— Wiem, ale nim ten dzień przyjdzie, dusiłabym się w jej obecności.
Nieoczekiwanie wziął ją na ręce i przyciskając do siebie spytał:
— Kiedy przestaniesz być takim dzieciakiem, kiedy? Objęła go za szyję i 
wyszeptała słodko:
— Tak mi było źle przez tych parę dni bez ciebie. Aneczku.
Usiadł na kanapce, ale nie wypuszczał jej z ramion.
— Okropnie jestem załatany, kochanie. Chcę coś nareszcie ruszyć. Pertraktuję z 
magistratem o ten placyk za kościołem. Świetny na boisko sportowe. Będziemy grać 
w siatkówkę, Maryś, w piłkę nożną. W sobotę urządzę odczyt, już go sobie 
przyszykowałem.
— Daj ci Boże, Aneczku. Z całego serca pragnę, by ci się wszystko udało, i 
wiem, że tak będzie. Jesteś dobry, jesteś mądry, musisz zwyciężyć.
— Widzisz, maleńka, chciałbym także rozruszać wieś.
— Uda ci się, uda.
— A wiesz, maleńka, że ty jesteś coraz ładniejsza?
— Chciałabym być dla ciebie najpiękniejsza w świecie. Może ci teraz zagrać?
— O tak, Lorelajko, stęskniłem się już za twoją muzyką. Zagraj. Posiedzę z 
godzinę, a potem idę na konferencję do proboszcza. Musi mi pomóc w organizacji, 
trudno.
Usiadła przy stoliku z cytrą. A gdy patrzył na jej słodką, zarumienioną 
twarzyczkę, uświadamiał sobie coraz wyraźniej, że Marysia jest mu bardzo bliska 
naprawdę, że to, co go do niej woła, jest na pewno miłością. Gdy był z nią razem, 
czuł się taki spokojny i szczęśliwy. Mógł zwierzać się przed tym dziewczęciem ze 
swych najskrytszych myśli tak jak przed wiernym druhem. A poza tym... od owego 
wieczoru pamiętnego tęsknić zaczął do jej białych, drobnych ramion, do słodkich 
niewinnych ust, do różanego, nie tkniętego ciała. Ogarniało go wzruszenie na 
myśl, że nikt przed nim nie ruszył
jej małych, pąsowych ust, które całować jeszcze nie umiały. A miała już 24 
lata...
Marysia kładła maleńkie palce na struny tak tkliwie, jakby cytra była sercem jej 
ukochanego. Wszystkie Marysine tęsknoty, wszystkie pragnienia tuliła do tego 
serca, błagając o odzew. W pewnej chwili, gdy przerwała muzykę, szukając nut 
Rapsodii Liszta, doktor odezwał się:
— Tak bym chętnie jeszcze posiedział. Konferencje nie są zbyt interesujące, 
wiesz, Maryś?
Odpowiedziała z nieśmiałym uśmiechem:
— Czy nie wypiłbyś herbaty na moim nowym gospodarstwie?
— No! Świetnie, mam nawet ogromną ochotę.
Postukała obcasikami, pokręciła się tu, tam i postawiła na stoliku dwie szklanki 
herbaty, jakieś drobne ciasteczka, jakieś jabłka.
— Ach, ty kochana gosposiu! — pocałował ją w rękę.
Rozmawiali potem o projektowanym teatrze i za oknami jęło już szarzeć, a doktor 
jeszcze nie myślał o odejściu. Przygarnął do siebie dziewczynę, oparł policzek o 
miękką falę jej włosów i mówił coraz ciszej w miarę tego, jak pająk mroku 
rozsnuwał wkoło nich sieci; wreszcie umilkł. A wtedy gdzieś z kąta dobiegło uszu 
obojga melodyjne cykanie świerszcza. Marysia drgnęła. Doktor objął ją mocniej.
— Maryś, słyszysz, jak cudnie!
— Zapalę światło.
— Po co? Niech nam świerszczyk gra. Jak wtedy, pamiętasz? Moja ty żonuśko 
słodka!
Uścisk jego ramion był coraz silniejszy, coraz gwałtowniej całował Marysine usta. 
Ale z daleka ktoś (Marysia poznała głos brata) szedł śpiewając:
Tiurli, tiurli na klarynecie! Powiozę ciebie w ślubnej karecie!
— Edek idzie — rzekła zdyszanym, drżącym głosem.
Wyszli oboje przed dom. Doktor ucałował jej ręce.
— Do widzenia, dziecinko, do jutra.
Poszedł. Po drodze zamienił parę słów z Edwardem i zniknął w ciemnej alei.
Na drugi dzień Andrzej przysłał do szkoły zaproszenie dla nauczycielstwa na 
mające się odbyć u niego zebranie organizacyjne klubu sportowego.
Koleżanki Lechówny starały się wybadać niby dyplomatycznie, dlaczego Marysia 
zmieniła mieszkanie, ale właściwie pikowały ją zjadliwie na temat przyjaźni z 
doktorem. Dziś miały szerokie pole działania.
— Pani idzie na to zebranie? — spytały.
— Dlaczego miałabym nie iść? Przecież zaproszenie jest dla ogółu 
nauczycielstwa.
— No tak, ale pani gniewa się z doktorem.
— A co to za brednie? Z jakiej racji?
— No, przecież wymówił pani mieszkanie.
— Nikt mi nie wymawiał. Było mi tam niewygodnie, więc się wyprowadziłam.
— No, no, od nienawiści do miłości...
— Moje panie kochane, dajcie mi spokój. Mnie nie interesuje prywatne życie 
żadnej z was, po cóż wy wglądacie w moje? _ rzekła wreszcie Marysia zirytowana. Myślała poieiri/ żeby nie 
iść na to zebranie, ale Edward zaproponował, że będzie jej towarzyszył, bo sam 
jest ciekawy, więc ?082?.
ROZDZIAŁ III
Listopad przyszedł we mgłach i deszczach, posępny, przejmujący i rozchlapany. 
Ulice miasteczka ginęły w czarnej, gęstej mazi, ale nastrój mieszkańców w tym 
roku nie harmonizował z ołowianym niebem. Doktor zrobił ruch w interesie, jak 
żartobliwie mówił do matki. Dawne mieszkanie panny Marysi zamienił, mimo 
protestów Połońskiej, na lokal klubowy. Grano tu całymi wieczorami w szachy, w 
domino. Czyniono próby obchodu, który, w porozumieniu z burmistrzem, postanowił 
doktor urządzić 29 listopada. W godzinach przedpołudniowych rozlegały się 
dudniące echa ciosów, jakie wymierzali sobie świeżo upieczeni bokserzy, ba!, 
parę dni już panny aptekarzówny fechtowały się namiętnie. Jednym słowem, w 
małej, gnuśnej mieścinie zakipiało.
Andrzej pracował zapalczywie od samego rana do późnej nieraz nocy'i ci, co z nim 
obcowali, mogli podziwiać jego zapał i humor; ale w gruncie rzeczy doktor nosił 
w duszy robaka, który go gryzł: oto jego sprawy materialne z dnia na dzień 
smutniejszy przedstawiały
widok. Moc pieniędzy włożył w zorganizowanie klubu. Wszystkie prawie akcesoria 
kupił na swój koszt, na swój koszt zaprenumerował dzienniki i tygodniki. 
Towarzystwo małomiasteczkowe nie bardzo się kwapiło płacić i gdyby Połoński 
chciał czekać, aż będzie można zużyć kapitał powstały ze składek, klub nie 
istniałby do tej pory i w ogóle nie mógłby powstać. Trzeba było zaimponować 
ludziom, trzeba było wprowadzić ich od razu na przygotowany teren. To właśnie 
Połoński uczynił, ale dlatego chmury gromadziły się coraz gęściej nad jego głową.
Dochodu nie miał prawie żadnego. Od czasu wypadku z „głupią", wieś ignorowała go 
niemal zupełnie. Rzadko kiedy z jakiejś odleglejszej wioski przyjechał ktoś po 
radę, ale płacił groszami. Mieszkańcy miasteczka jakoś mało chorowali, ą i 
honorarium, jakie od przygodnych pacjentów doktor pobierał, było tak niskie, że 
żadną miarą nie starczało na ugruntowanie bytu. Świadomość, że częściowo jest 
zależny od matki, której nie płacił za mieszkanie i utrzymanie, zatruwała mu 
życie i radość zwycięstwa. Ale mimo tych zgryzot i niepokoju pchał dzielnie 
naprzód rozpoczętą pracę.
A tymczasem na drugim końcu miasteczka rozkwitał cicho biały kwiat Marysinej 
miłości. Andrzej stał się wszystkim w jej życiu. Godziła się w głębi duszy już 
nawet i na to, by taki stan rzeczy trwał wiecznie. Niech będzie z dala od niego, 
niech go widuje, jak obecnie, dwa, trzy razy na tydzień... ale zawsze te godziny, 
które spędzają razem, są jej największą radością i upojeniem.
Oto znany, charakterystyczny krok, potem pukanie. Marysię oblewa fala krwi. 
Szybko otwiera drzwi, a gdy doktor zrzuca z siebie okrycie, ona rozwiesza je na 
krzesełku przy piecu, by wyparowało z jesiennej mgły. Potem nastawia samowar (zawsze 
jest przygotowany), przysuwa bliżej pieca fotel z poduszką i stolik, by Połoński 
miał pod ręką popielniczkę i papierosy, które mu zawsze setkami robi z jakiegoś 
wspaniałego tytoniu, dostarczonego przez Edka, potem siada na stoliku u jego 
stóp i przytula ciepłą twarzyczkę do jego silnej, dużej dłoni.
Woda na herbatę szumi, para kłębami ulatuje pod niską powałę. Marysia cichutko 
wstaje, nalewa do szklanek sok wiśniowy (to jest ulubiony sok doktora), potem 
herbatę, i uśmiechnięta stawia wonny płyn przed ukochanym. Zdejmuje potem biały 
fartuszek i siada naprzeciw swego pana, który opowiada szybko, czasem z humorem, 
czasem z goryczą, dzieje bieżących dni. Czasem pyta ją o radę i Marysia 
odpowiada z głęboką mądrością dziecka, a intuicją kochającej kobiety. Potem znów 
siada u jego stóp i gra to, co Andrzej lubi, a on bawi się jej słonecznymi 
włosami. Taki waruje pod stołem. A potem gorący pocałunek na dobranoc. Marysia 
nie pyta „Kiedy przyjdziesz?", nie prosi go też „Przyjdź prędko" — wie przecież, 
że doktor jest zajęty. Uśmiecha się tylko do niego słodko i ufnie i świeci przez 
podwórze lampką, bo tu stale okropne błoto. Andrzej po godzinach spędzonych u 
Marysi czuje się wypoczęty, zadowolony i pełen energii, często jej o tym mówił, 
i to jest Marysi triumf i najgłębsza, najistotniejsza radość.
Edwarda wciągnął Połoński do klubu i chłopak, z natury łatwo zapalny, tak się 
przejął swą rolą instruktora, że o niczym innym z nikim nie rozmawia, tylko o 
tym, jak to Włodarski rozciągnął Młynarczyka nokautem, a jaki wspaniały sierpowy 
ma Gacek itd. Przestał
go nawet interesować szmugiel. Któregoś wieczoru, siedząc z Nikim pod kupą 
naciętej choiny, rzekł:
— Wiesz, Niki, mam już dość tego latania w tę i nazad koło granic. I ten 
wieczny strach. Ostatnim razem byłbym dostał kulkę na amen.
— A ty myślisz, że ja nie mam dość? Już by mi się czego innego chciało, już tu 
ciasno. O, żeby tak jak ty w tym klubie mordy facetom rozpłaszczać albo tak z 
karabinkiem fokusy wyprawiać, we wojsko się bawić, jak wy.
— No to przystań do nas. Kto cię zna w miasteczku?
— Dziadek nie da.
— Ty, szelmo, dziadka się pytasz? Znam cię!
— A w czym pójdę? W tych portkach i w tej kapocie?
— Ja ci pożyczę mój garnitur. A wiesz co? Wybierzemy się potem na dziewczynki.
Ciemność nie pozwoliła dojrzeć gwałtownego rumieńca, jaki oblał twarz Nikiego. 
Zerwał się tylko jak oparzony i syknął:
— Och, ty draniu, ty wieprzu oskrobany, ty... ty... idioto sakramencki, małpo 
zielona, tak bym ci teraz gębę skuł, że by cię rodzona matka nie poznała.
Edward zbaraniał, nie wiedział, co mówić, jak się tłumaczyć, bełkotał tylko:
— Ależ>Niki... Ależ, Niki...
— Idź na zbity łeb.
— Ja nie chciałem cię obrazić, Niki. Jesteśmy przyjaciółmi. No, daj łapę. Nie 
chcesz, to nie. Przecież nie jestem duchem świętym, skąd mogłem wiedzieć, że nie 
lubisz takich rzeczy. Chodź, zbujaj starego i chodź do klubu.
Niki mruczał coś jeszcze pod nosem, ale pokusa była zbyt silna.
Edward wpadł do domu zgorączkowany.
— Marysia, tu za chwilę przyjdzie mój kolega. Chcę mu pożyczyć ubranie. Bądź 
dla niego dobra, on jest bardzo nieśmiały.
— Któż to taki?
— Powiem ci później.
— No to przyjmij go w kuchni, a ja się schowam w pokoju, po co mam was 
krępować.
Edward otworzył drzwi.
— Chodź, Niki, chodź, siadaj, przyniosę ubranie. Marysia nie mogła pohamować 
ciekawości i przez
uchylone drzwi spojrzała do kuchni. Przy stole siedział ten Niki. („Jakie ładne 
imię" — pomyślała). Szczupły, ale zdaje się wysoki chłopiec zdjął czapkę i 
światło lampki padało na ciemne, falujące włosy przedziwnej gęstości o z lekka 
miedzianych tonach. Pięknie sklepione, ale niewysokie czoło, cienkie brwi, 
których końce wznosiły się zawadiacko ku górze. Koloru oczu nie można było 
dojrzeć, w każdym razie uderzały blaskiem i jakimś nawet z daleka widocznym 
wyrazem zuchwałości. Ogorzała, ale delikatna cera i małe, jakby dziewczęce usta, 
nie ocienione nawet puchem, zrobiły na Marysi dziwne wrażenie. „Skąd Edek 
wytrzasnął sobie tego kolegę? Co za wspaniała uroda" — dziwiła się Marysia; a 
już kiedy ujrzała go w garniturze brata, zdumienie jej nie miało granic.
Nagle usłyszała pytanie:
— A za tymi drzwiami co jest?
— Pokój. Tam jest siostra.
— Ja chcę zobaczyć.
— A proszę bardzo!
Chłopiec wszedł, ukłonił się oszołomionej nauczycielce i rozglądając się dokoła, 
zawyrokował spokojnie:
— No, ślicznie tu. Do licha, chciałbym tak mieszkać! Spojrzał na Marysię i 
usta jego drgnęły filuternym,
czarującym uśmiechem.
— Panią też znam. Ale teraz jest pani jeszcze ładniejsza niż latem.
— Pan mnie widział? Niki wybuchnął śmiechem.
— Ojej, jeszcze jak! Ale pani mnie nie widziała, bo pani miała zamknięte oczy.
Edward szarpnął go za łokieć.
— Chodź, chodź, bo się spóźnimy.
— A no to chodźmy. Do widzenia pani. Czy ja mogę tu jeszcze kiedy przyjść? 
Okropnie ładny pokój. Morowy pokój.
I wyszli. Marysia stała przy stoliku z otwartymi ustami dobrą minutę.
Pojawienie się nieznajomego w klubie wywołało zrozumiałą sensację. Edward szybko 
przedstawił Trusowego wnuka.
— Mój znajomy, przyjechał z kresów — i pociągnął Nikiego, chcąc go oddać pod 
opiekę doktora. Ale Niki oznajmił spokojnie:
— Co ci się tak pali? Poczekaj, obejrzę te cacka. Pomacał rękawice bokserskie, 
obejrzał rapiery i nic
sobie nie robiąc z tego, że wszyscy mu się przyglądają ciekawie, stanął przy 
stoliku, gdzie grano w domino. Wzruszył ramionami i rzekł do Edwarda:
— Krowy akurat tak samo grają. A może my tak na boksy?
Młodzież męska ożywiła się od razu.
— Dalej, panie Edward, nauczyć tego mleczaka rozumu!
Założono zapaśnikom rękawice. Stanęli naprzeciw siebie.
— No, zaczynajcie panowie — zawołał aptekarz, który rzucił szachy, by zobaczyć 
walczących.
Niki skulił się, skoczył i jak nie łupnie Edwarda w szczękę! Nim tamten zdążył 
się zorientować, został formalnie zasypany gradem ciosów.
— O! o! o! — huczało audytorium.
— Nie daj się, instruktor!
— Takiemu pętakowi dasz się okładać!
— Lu go w zęby!
Ale właśnie w tym sęk, że Edward ani rusz nie mógł zadać ciosu. Niki był giętki 
jak sprężyna, zwinny jak wąż i do tego chytry jak lis.
Urzędnik poczty, młody człowiek o nieproporcjonalnie szerokich ramionach i 
imponująco zadartym nosie, nie wytrzymał.
— Panie Edku, odejdź pan, ja tu tego gościa nauczę. Niki opuścił ręce.
— No to wio, wózek, chodź pan, panie zadarty.
Zebrani ryknęli śmiechem i nie mogli go powstrzymać na widok stojących już 
naprzeciw siebie zapaśników. Ten spocony, czerwony, szczupły, chłopak o 
dziewczęcej talii i pan Krogul — masywny, szeroki i zły.
Krogul od razu zaczął atakować, ale bezowocnie. Tańczył koło chłopca i chwilami 
zdawało się, że już, już mały
rozciągnie się na ziemi. Tymczasem Niki jakimś cudem unikał ciosu, natomiast 
jego ręce przyklejały się z trzaskiem do nie osłoniętej szczęki, ramienia lub 
piersi przeciwnika.
Nagle doktor, obserwujący dłuższą chwilę tę walkę, zawołał:
— Dosyć, dosyć, panowie! Nie jesteśmy zawodowcami Ku wielkiemu rozczarowaniu 
zebranych zapaśnicy
zdjęli rękawice. Połoński podszedł do Nikiego.
— Ja cię, zuchu, skądeś znam.
— A to dobrze, że pan ma taką dobrą pamięć -uśmiechnął się chłopak, a 
przechyliwszy głowę w stronę drugiego pokoju, zawołał:
— Kto tam tak wyje?
Nad głowami zgromadzonych przeleciał anioł ciszy. Zamarli w trwodze. W drugim 
pokoju bowiem śpiewała bratanica burmistrza przy akompaniamencie chóru pieśń 
przygotowaną na obchód. Panna nie była brzydka, tylko uważała, że ma piękny głos. 
Dlatego w dziewiczym stanie przeżyła trzydzieści lat.
Doktor połknął uśmiech i rzekł surowo:
— Nie zawsze trzeba głośno wypowiadać swe myśli, zuchu.
Ale Niki nie zmieszał się wcale.
— Phi! Jakbym miał głos jak głodny lotopirz, tobym się nie wygłupiał.
— Jak co?
— Lotopirz.
— Nietoperz! — szepnął spocony z zakłopotania Edward.
— No! — przytaknął Niki.
— Słuchaj, mały, zostaniemy przyjaciółmi, ale opanuj język — rzekł ostro 
Połoński, a podając mu cały plik tygodników dodał, zwracając się do Edwarda.
— Niech sobie to nasz kolega obejrzy, ja dokończę próby, a wy poczekajcie na 
mnie.
Niki zagłębił się w oglądaniu ilustracji, a ponieważ zbliżała się godzina 
dziesiąta, zebrana młodzież opuszczała lokal. Dziś mieli temat do rozmów bardzo 
interesujący. Krogul przekonywał kolegów, że szczeniakowi trzeba spuścić manto, 
bo obraził cały klub.
— Ale nie dziś, bo byłoby zbyt jasne, kto go nabił — tłumaczył młody, 
spokojny fryzjer.
— Możemy odłożyć na kiedy indziej, ale swoje musi dostać *- zdecydował Krogul, 
a jego przyjaciele przyrzekli pomoc.
Doktor skończył próbę, pożegnał panie, odprowadził je nawet przez ogród i wrócił 
do chłopców, którzy czekali zaciekawieni.
— No, zuchu, teraz pogadamy — rzekł siadając przy stole. — Ile masz lat?
— A z osiemnaście, ale ja ich nie liczę, niech sobie idą, rachowane czy nie, 
jednakowo przechodzą.
— Masz ochotę zapisać się do klubu?
— A pewnie!
— Ale czy ty wiesz, że tu jest prawie wojskowy regulamin?
— Jak nie wiem, to się dowiem, a co pachnie wojskiem, to dobre.
— Czym się zajmujesz?
Niki popatrzył chwilę na uczciwą twarz doktora i odparł śmiało:
— Szmugluję.
— A czy ty rozumiesz, chłopcze, że w ten sposób szkodzisz państwu?
— Wilk też szkodzi owcy, jak ją zechla, a przecie tak jest na świecie, że 
wilki owce źrą — spokojnie odparł Niki.
Doktor pominął tę uwagę milczeniem.
— My sobie jeszcze nieraz pogadamy, zuchu, przekonasz się, że śród ludzi nie 
zawsze można sobie tak spacerować, jak śród drzew, bo widzisz, mały, ludzie mają 
odciski, a nie mają tej potęgi, co drzewa. Myślę, że będziesz się wśród nas czuł 
dobrze. Przede wszystkim muszę cię zbadać.
— A to po co?
— Wyglądasz zdrowo, ale muszę wiedzieć, czy wszystkie ćwiczenia możesz wykonać 
bez szkody dla organizmu.
— Bujda, jestem zdrowy i badać się nie dam. Połoński ze zmarszczonymi natężoną 
uwagą brwiami obserwował chłopca.
— A czego się boisz?
— Nie boję się wcale.
— Zrozum, że nie mogę brać na siebie odpowiedzialności za twoje zdrowie.
— Niech pan nie zawraca gitary. Przyjmie mnie pan, to dobrze, a nie, to się 
mówi trudno.
— Ja nie odstępuję nigdy od postanowień, mój zuchu.
— No to trudno. Szkoda.
Odwrócił się i ruszył ku drzwiom. Wychodząc zapytał:
— A będzie można czasem przyjść popatrzeć?
— Owszem, aleś ty uparty jak osioł...
— Ano trudno. Miała matka dwóch synów: jeden był mądry, ale uparty, a drugi 
doktor.
Drzwi się zamknęły. Doktor pokręcił głową, ale śmiał się. Poszedł później do 
swego gabinetu i przeglądając „Śluby panieńskie", rozmyślał, jakie komu powierzy 
role. Anielę ma. Będzie nią Marysia. Wymarzona Aniela... Uśmiechnął się na 
wspomnienie słodkiej Lorelajki i poszedł spać.
Nazajutrz na zebraniu koła amatorskiego porozdawał wszystkim role i powiedział:
— Proszę państwa, nie wiem, kto się podejmie roli Gustawa, ja śród nas nie 
widzę nikogo odpowiedniego.
A wtedy panie podniosły krzyk, że Gustawem musi być sam doktor, i tak nudziły, 
że ten zaszczyt przyjął.
— No dobrze, ale chciałbym zobaczyć tę Anielę, jaką pan sobie wybierze — 
wtrącił dość zjadliwie pewien młody człowiek, który nie posiadał określonego 
zajęcia, ale jego mama miała trzy domy w miasteczku.
— Anielą będzie panna Lechówna!
Panie spojrzały po sobie i umilkły. Doktor spojrzał zdziwiony i spytał:
— Czy państwo uważacie, że rola Anieli jest nieodpowiednia dla panny Marii?
— Owszem — rzekła kwaśno burmistrzowa. -Pod względem głosu może, ale panna 
Lechówna jest wyjątkowo niepostawna.
— Za niska — dodała aptekarzowa.
— Za chuda — zawyrokowała żona naczelnika poczty.
Doktor milczał i bawił się fajką. Wreszcie rzekł:
— No tak! Kogo panie proponują?
Teraz zaczął się sądny dzień. Panie krzyczały, piszczały, kłóciły się zajadle. 
Każda miała ochotę zagrać z takim Gustawem.
— Ponieważ nie możemy dojść do porozumienia, więc może państwo w domu obmyślą 
tę sprawę i przyjdą z gotowym rezultatem. A poza tym, chcę państwu zakomunikować 
przyjemną wiadomość. W przyszłym miesiącu przyjeżdża do mnie mój przyjaciel, 
kapitan Roser, znakomity i sławny narciarz. Jeżeli na początku grudnia spadną 
śniegi, będziemy mogli trochę trenować. Narty ostatecznie może nam zrobić 
miejscowy stolarz.
Na chwilę powstał gwar między paniami. Doktor półgłosem rozmawiał z sędzią, 
najsympatyczniejszym dla niego typem śród licznych znajomych. Był to człowiek 
młody, ale brzydki i niezamożny. Nie miał szczęścia do panien i nie mógł też 
zżyć się z mieszkańcami Zgórzewa. Do doktora przylgnął od razu i dał się 
wciągnąć do klubu. Mimo to nie mógł się odzwyczaić od ironicznego uśmiechu, z 
jakim miał zwyczaj traktować wszystkie przejawy życia obywateli miejscowych. I 
teraz, spoglądając spod binokli na rozgadane panie, szepnął:
— Kołtuneria! Zazdrosne jędze! Nienawidzę tych bab, nie znoszę ich córeczek. 
Pan myśli, doktorze, że interesuje je klub czy sport, czy sztuka? Nic! Nic! 
Traktują to jako pole, na którym łatwiej będzie znaleźć męża lub kochanka, lub 
kogoś, kto będzie miał ochotę pomacać i poklepać je przy świetle księżyca.
— No, sędzio, cierpliwości, pomału, może zbudzi się i co innego. Starszych nie 
przerobię, ale z tych gąsek może jakiś płomyczek wykrzeszę.
— Syzyfowa praca.
— Nie opuszczam nigdy rąk, mecenasie.
— Ma pan jeszcze złudzenia, ja już ich nie mam. Mnie to miasteczko już kością 
w gardle stoi.
— Bo nie znalazł pan jeszcze punktu zainteresowania, tak jak ja.
— I dlatego zaciągnął mnie doktor do klubu? Ech!
— Panie sędzio. Polska nie składa się z samych stolic, ale właśnie i z takich 
małych, więcej lub mniej zabawnych miasteczek. Trzeba poruszyć te małe, 
zardzewiałe kółka i oczyścić je, a cały mechanizm ruszy prawidłowo. Przed nami 
są lata coraz jaśniejsze...
— Rodzaj patriotycznego kazania?
— Nie! Przypomnienie, że jesteśmy wszyscy żołnierzami na posterunku i musimy 
trzymać fason poty, póki nas inny oddział nie zluzuje.
— Frazesy, doktorze! Życie ucieka, a my gnijemy w takich dziurach i nie mamy 
nawet okazji do rozwinięcia skrzydeł. Ot, co!
— Pan ze swoim żółciowym humorem nie mógłby rozwinąć skrzydeł i w stolicy, ale 
charakteru nie można przerobić. Czy zna pan pannę Lechównę?
— Z widzenia. Śliczna dziewczyna.
— Pięknie gra na cytrze. Pójdziemy dziś do niej z wizytą, dobrze? Rozerwie się 
pan.
— Czy to wypada?
— Marysia... panna Lechówna nie bawi się w dworską etykietę.
— A dobrze! Dobrze!
Za niecałą godzinę maszerowali obaj ciemną, błotnistą aleją.
— Ależ mieszka biedactwo na takim wygwizdowie — zauważył sędzia.
— Sama chciała, twierdzi, że jej tu bardzo wygodnie.
— Odludzie!
— No, ma przecież brata.
— Edward? Znam go, karciarz i lekkoduch. Połoński zapukał. Usłyszeli szybkie 
kroki. Z otwartych drzwi buchnęło ciepło i światło.
— Marysiu! Przyprowadzam dziś gościa — rzekł Andrzej, całując ją w rękę. — 
Pozwól sobie przedstawić, pan Sendecki.
— Bardzo się cieszę — odparła spokojnie, ale rumieniec ubarwił jej twarz tak 
ślicznie, że sędzia koło serca poczuł miłe ciepło.
Wprowadziła ich do pokoju przepojonego zapachem rozgrzanej żywicy i róż. Było tu 
dobrze napalone i gałązki świerku i sosny, którymi przybrany miała cały pokoik, 
oddychały świeżą, leśną wonią. Poza tym Marysia rozpylała zawsze trochę wody 
kwiatowej, bo Andrzej uwielbiał róże.
Jak zwykle, gdy tylko był doktor, przysunęła i teraz stolik bliżej pieca i 
koszykowe, kryte kilimkami foteliki, na których zasiedli panowie. Palta ich 
rozwiesiła w kuchni (która służyła jednocześnie za pokój Edwarda i jadalnię); 
wróciwszy, usiadła na stołeczku, ale nie u stóp Andrzeja, jak zawsze, tylko 
nieco dalej, i oznajmiła, wskazując paluszkiem na samowar:
— Zaraz będzie herbata.
Wtedy sędzia, milczący dotąd, otworzył usta:
— Ślicznie tu u pani i dobrze... jak Boga kocham.
— Bardzo się cieszę. Może wobec tego odwiedzi mnie pan jeszcze nie raz — 
odpowiedziała, podsuwając panom papierosy,
— A pani nie pali?
— Nie, nie lubię. Panowie wracają z klubu?
— Byliśmy na zebraniu sekcji dramatycznej i obgadywaliśmy panią.
Znowu się zaczerwieniła.
— Mnie... dlaczego?
— Tylko ty, Maryś, nie wierz sędziemu, bo to śledziennik. Proponowałem, żeby 
ci powierzyć rolę Anieli.
Sędzia błysnął spod binokli zainteresowanym wzrokiem. „Są na ty? Aha — pomyślał 
— doktor ma gust!"
— Uważam, że nie jestem zbyt odpowiednia — po chwili namysłu oznajmiła Marysia 
— ale teraz wypijemy herbatę, dobrze? Czy pan sędzia lubi z sokiem?
— Nie znoszę!
— Wobec tego z cytryną i z koniakiem. Brat mnie tak pić nauczył.
— A, tak to co innego! Skądże pani wytrzasnęła tu koniak?
— Edzio przywiózł.
— To śmirus — wtrącił doktor.
Cichutko krzątała się koło stolika, a potem zdjęła fartuszek i usiadła między 
gośćmi, różowa i zadowolona.
— Wczoraj miałam ciekawą wizytę. Był tu znajomy brata, młodziutki, ale piękny 
chłopiec, jakiego jeszcze nie widziałam w życiu.
— Aha! Równie piękny, jak dziki, i nazywa się Niki
— wtrącił ze śmiechem doktor.
— O! Skąd pan wie? — podniosła brwi.
— Odwiedzał i klub. Zrobił awanturę, parę nietaktów towarzyskich i poszedł. 
Piękny istotnie. Przebrać go w damskie suknie i gotowy obraz Diany-Łowczyni.
— Żałuję, że go nie widziałem — powiedział sędzia. Doktor powtórzył 
oryginalną rozmowę, jaką miał z
chłopcem.
— No, cwany jakiś andrusiak i będą z niego ludzie!
— zauważył sędzia.
Marysia śmiała się serdecznie i tak jakoś dziecinnie i pobudzająco, że obaj 
mężczyźni nie mogli jej nie zawtórować. Sędziemu było tak dziwnie dobrze jak 
chłopcu, który wraca na święta do domu ze szkół.
Po herbacie Marysia prędziutko sprzątnęła nakrycia, ustawiła znów wazon z 
kwiatami, papierosy i popielniczki, a sama usiadła na stołeczku i wyjęła cytrę.
— Co zagrać najpierw? — spytała. — Coś poważniejszego czy może do tańca?
— Marzę o preludiach Chopina — odparł Sendecki. Obaj mężczyźni, zaciągając 
się dymem doskonałych
papierosów, z uśmiechem błogiego rozmarzenia spoglądali na jasną główkę 
dziewczyny. Andrzej był trochę dumny z wrażenia, jakie uczyniła Marysia na 
Sendeckim. Marysia jest przecież jego własnością. Taką małą, słodką
Eunice.
Pożegnali się późno. Dochodziła już bowiem jedenasta.
— No, panie sędzio — zauważył żartobliwym głosem Andrzej — zdaje się, że 
znalazł pan w Zgórzewie coś godnego uwagi.
— Nie lubię sięgać po cudzą własność — burknął sędzia.
— Prawo posiadania jest prawem silniejszego.
— Nie sprawdzałem nigdy siły swoich mięśni, nie znoszę przelewu krwi, nie 
umiem też bujać w obłokach. Z góry ustępuję pola innym.
— Mówi pan jak człowiek, który zamiast serca ma drugi woreczek żółciowy. 
Jestem pewien, że nieraz jeszcze pan tu przyjdzie.
— Nie przyjdę.
— Nie to nie! Niech pana licho porwie razem z jego anielskim humorem — 
zirytował się Połoński, ale na dobranoc uścisnęli sobie dłonie serdecznie.
W nocy poderwał nagle doktora gwałtowny dzwonek. Narzucił szlafrok i pobiegł 
otworzyć. W progu stała młoda dziewucha.
— Co się stało?
— A to pan kierownik woła, bo panna Natalia jęczy i rozpalona jak ogień, żeby 
zaraz doktor przyszedł.
— Jaki kierownik?
— Pan nauczyciel.
śród świstu jesiennej wichury, gubiąc niemal nogi w błocie, gnał doktor do 
chorej, siostry kierownika. Ten przywitał go zdenerwowany.
— Na miłość boską, doktorze, niech pan radzi! Co ja zrobię, co ja zrobię... 
Czworo dzieci, nie będzie się miał kto nimi zająć... ona tak wygląda, jakby już 
kończyła.
Panna Natalia istotnie była jego prawą ręką po śmierci żony.
Po długim badaniu Andrzej oznajmił:
— Proszę pan**'to Jest tyfus, ale powodu do rozpaczy nie ma. pani jest, widzę, 
rosła, silna i organizm może 2wyciężyć Zanotuj? panu, co trzeba robić, zapiszę 
lekarstwo i wszystko będzie dobrze. O jedno tylko proszę: niech nikt nie wie' na 
co Pani cnoruJe, wzbudziłoby to rLiepożądane zdenerwowanie w mieście.
Ale po tym pierwszym wypadku posypały się i inne. Nie byl0 dnia żeby ktoś nie 
wezwał Połońskiego. W mieście szerzył si<? tyfus. Połoński dwoił się i troił. 
Doszło do teg0/ że sypia1 dwie, trzy godziny na dobę, ale nie zaniedbał spraW 
Wubu, rzadko tylko tam bywał. Zastępował go sędzia ze swoim zgryźliwym uśmiechem, 
a trzeba przyznać, ze zastępował dzielnie, i nie tylko w. klubie, aie i u 
MaJ7si'bo odwiedzał ją prawie codziennie. I jemu, jak doktorowi, przysuwała 
fotel, szykowała herbatę z koniakiem/ 8rała ulubione melodie, tylko nie miała 
komu przytulić główki do kolan.
Tymczasem r*a wsi nie ??*o dnia' ?? kogoś nie od~ prowadzano na cmentarz. Truś 
leczył na prawo i lewo, zgarniał pieniądz, ale pomagał niewiele. Marysia 
dowiedziała się o *?? od dzieci w szkole i zawiadomiła Pcłońskiego. Wyszło teraz 
na iaw' że rozsadnikiem zarazy jest wieś. Andrzej powiadomił starostwo, zjechała 
komisja i ZatruW^a studnie w zagrodach, gdzie byli chorzy. Połoński ledwo się 
już na nogach trzymał ze zmęczenia, w połowie grudnia epidemia przycichła. 
Ludzie ze wsi znów nabrali zaufania do Połońskiego, przynajmniej ci, których 
leczył.
W związku z epidemią obchód listopadowy odłożono na święta. Andrzej zmienił 
trochę program i znów wszystko szło naprzód. Znów zaczęły się próby „Ślubów 
panieńskich", przy czym rola Anieli była jeszcze nie obsadzona, gdy pewnej nocy 
w gabinecie Andrzeja ktoś wybił szyby i stłukł lampę kwarcową, a następnej nocy, 
gdy doktor wracał od chorego ze wsi w towarzystwie Edwarda, ktoś strzelił i kula 
przeszyła Połońskiemu prawe ramię. .
Z trudem dotarł do domu, prowadzony przez drżącego Lecha. Była godzina dwunasta.
— Panie Edwardzie, trzeba posiać po Joskowicza, sam nie założę sobie opatrunku 
— szeptał sinymi z bólu wargami doktor. — Żeby się tylko Kiciunia nie 
dowiedziała. Po cichu... — ale właśnie ktoś głośno trzasnął drzwiami i do 
leżącego na kozetce Andrzeja przyskoczył
Nikt
— Edek, zagotuj wody i zaparz rumianku, prędzej! — błyskawicznie ściągnął z 
mdlejącego Andrzeja marynarkę i koszulę i oglądał ranę.
— Patałach, strzelał chyba na wiwat — mruknął.
— Co mówisz, mały? — szepnął Andrzej.
— A to, że ni ma strachu, kuli też... poszła na lasy, aby dziurkę zrobiła i 
trochę krwi upuściła, gdzie tu macie spiryt?
— Panie Edziu, na półce!
Niki starannie obmył ranę spirytusem, potem jeszcze ciepłym naparem rumianku, 
zabandażował ślicznie i oznajmił:
— Do wesela się zagoi.
— Dziękuję ci ślicznie, ale skąd się w nocy na drodze wziąłeś?
— A tak! Ja sobie często chodzę. Usłyszałem huk i gnam w tę stronę. Z daleka 
już zobaczyłem pana i Edka, pan jakoś tak opacznie szedł, to mnie coś tknęło.
— Skądże ty umiesz opatrywać rannych, od Trusa? Niki roześmiał się.
— A jakże! On znów taki mądry nie jest, ja jego nauczyłem. Ale Truś za to 
potrafi inne rzeczy. Jak pan złamie rękę albo nogę, niech pan do niego przyjdzie. 
Dobranoc.
Edward zanocował u doktora. Obaj byli przekonani, że to sprawka Trusa, ale nie 
należało rozdmuchiwać płomienia. Andrzej długo nie mógł zasnąć, wreszcie nad 
ranem zmorzył go sen, pełen zamglonych, dziwnych obrazów. W dużym, czerwonym 
kole przybliżała się i oddalała twarz Nikiego, ale włosy otaczające złocistą 
aureolą tę zuchwałą, piękną głowę, to były przecież włosy Marysi. To znów 
widział doktor kominek, a przy nim na stołeczku sędzia grał na zegarze jak na 
cytrze, a Niki w jaskrawej bluzie tańczył z Marysią... Potem wszystko zaczęło 
wirować z szaloną szybkością i doktor czuł, że leci gdzieś w pachnącą przepaść.
Obudził się. W okno zaglądało słońce. Skrzyły pięknie drzewa, oproszone śniegiem. 
Przy kozetce siedziała Połońska z czerwonymi, podpuchniętymi oczami. Nieco dalej, 
oparta plecami o szafę, stała Marysia.
— Lusieńku najdroższy, nic cię nie boli? — zapytała Połońska.
— A co ma mnie boleć? — odparł udając zdziwienie.
— No, to zwichnięte ramię. Pan Edward opowiedział mi wszystko. Poczciwa 
Marysia przyszła cię odwiedzić.
Andrzej uśmiechnął się i spytał:
— Jest tu Edzio?
— Jest na dole, w klubie.
— Lorelei, niech on tu przyjdzie, pomoże mi się ubrać. Nie będę przecież leżał.
— Ależ, Lusieńku, jak można! Poleź choć jeden dzień. Panno Marysiu, niechże mu 
pani wytłumaczy! To nie ma sensu. Zejdziesz tylko na dół i do łóżka.
— Kiciuniu, jestem zdrów jak ryba.
— Zrób to dla matki, poleź sobie.
— Kiciuniu, przecież mam pacjentów!
— A niech ich licho weźmie, dużo ci z nich przyjdzie.
— Kiciuniu, nie indycz się, gdzie jest Taki?
— Wyrzuciłam go na dół. Psisko zabłocone, brudne, cuchnące nie może spać razem 
z tobą.
— Ale ja chcę, żeby tu przyszedł.
Połońska wzruszyła ramionami i otworzyła drzwi. Pies wpadł, olbrzymimi susami 
skoczył na kozetkę i rozciągnął się na nogach Andrzeja. Wszedł Edward.
— No, niewiasty, uciekajcie stąd! Panie Edwardzie, proszę o pomoc.
— Ale pamiętaj, Lusiek, na dół i do łóżka.
— Na dół tak, ale do łóżka nie. Usiądę sobie w saloniku na kanapie.
Kobiety wyszły, Andrzej zaś chwycił Edwarda za rękę.
— Dziękuję panu za tę bajeczkę o zwichnięciu. Zeszli potem na dół. Połońska 
zniknęła na chwilę
w kuchni, a wtedy Andrzej rzekł półgłosem do Marysi:
— Zrobiłaś mi wielką przyjemność, kochanie... Chodź no tu bliżej.
Podeszła z bijącym sercem.
— Pocałuj mnie.
Przytuliła usteczka do jego oczu, potem do policzka, potem na moment do ust i 
odskoczyła raptownie, bo w drugim pokoju rozległy się kroki Połońskiej.
— To ja już pójdę, proszę pani — powiedziała do wchodzącej staruszki. — 
Zwolniłam się tylko na godzinkę.
— W takim razie Lorelei musi przyjść po obiedzie, zanudziłbym się tu na śmierć.
— Niech pani przyjdzie, panno Marysiu — dodała serdecznie Połońska.
Więc Marysia przyszła, ale zastała z piętnaście osób. Między nimi i sędziego, 
który rozpromienił się na jej widok tak, że ten fenomenalny objaw nie uszedł 
uwagi zebranych pań. Marysia chciała się cofnąć, ale sędzia już do niej podszedł, 
a i Andrzej wołał:
— Prosimy, Lorelei, prosimy!
Musiała więc przywitać się ze wszystkimi, a potem usiadła z boku, za fortepianem. 
Sędzia zaraz tam sobie przysunął krzesełko.
— Tylko niech pani sobie nie myśli, że staram się o jej rękę — mruknął.
— Wcale tego nie myślę.
— Nigdy bym się nie ożenił, z najbardziej czarującą kobietą nawet.
— A czemu?
— Bałbym się, że któregoś dnia zobaczę ją rozczochraną, w rozdeptanych 
pantoflach, bałbym się, że któregoś dnia usłyszę, jak wojuje z kuchtą, bałbym się, że któregoś dnia mój 
przyjaciel będzie ze mnie ryczał w duszy, w czułym tete-a-tete z moją małżonką.
— Po co pan opowiada takie głupstwa?
— A tak sobie.
— Przyjdzie pan do mnie na choinkę?
— Nie wiem.
— A co by pan chciał znaleźć pod drzewkiem?
— Bilet do Ameryki.
— Pomówię ze Świętym Mikołajem — i roześmiała się swoim dziecinnym, beztroskim, 
pobudliwym śmiechem, i sędzia, ku zgrozie obecnych, zawtórował jej, a co gorsza 
Andrzej, który nie wiedział nawet, o czym rozmawia ukryta w kącie para, śmiał 
się także.
— No, widzi pani? — szepnęła Kościkowa do burmistrzowej.
— Tak, tak, ale niech się pani nie kłopocze, ja mam głowę.
— Moje piękne samarytanki, chciałbym wiedzieć wreszcie, komu oddamy rolę 
Anieli.
Śród ciszy zabrała nieoczekiwanie głos Połońska:
— No! Z tego wszystkiego zapomniałam ci powiedzieć, że na święta przyjeżdża 
Lala z matką... O, to by była wspaniała Aniela!
— Kiciunir! Zapominasz, że Lala jest brunetką, to raz, a po drugie, jakże 
zdąży nauczyć się roli na Sylwestra?
— Ona już raz to grała, wiem dobrze — mówiła z uporem Połońska.
— Kto to jest ta pani Lala? — spytała burmistrzowa staruszki.
— Nie pani, tylko młoda panna, siostrzenica, córka ministra.
Burmistrzowa uszczypnęła z lekka przyjaciółkę i rzekła:
— To nie ma dwóch zdań. Uważamy, że projekt pani mecenasowej jest świetny.
Panie porozumiały się wzrokiem i zawołały
— Tak, tak. Doskonale!
A sędzia chwycił Marysię za rękę i syknął:
— Widzi pani? Widzi pani, jakie ohydne baby?
— Wcale nie widzę.
— Bo pani jest gąska.
— No, panie Romanie, żebym ja nie zaczęła robić porównań.
— Niech się pani zbiera do domu, odprowadzę panią.
Lechówna podeszła do Połońskiej i pocałowała ją w rękę.
— Już późno, proszę pani. Czas na mnie.
— Dobranoc, dziecko. Dziękuję za pamięć.
— Niech pani powie ogólne dobranoc i wiejemy.
I tej rady usłuchała, ale wychodząc, zwróciła lekko głowę w stronę Andrzeja i 
uśmiechnęła się, posyłając nieznacznie paluszkiem pocałunek. Zrozumiał i 
odpowiedział gorącymi oczami coś, co tylko ona jedna zrozumiała. Taki poszedł za 
dziewczyną aż do furtki, trącając nosem jej dłoń. Przy furtce Marysia objęła psa 
za szyję i przytulając główkę do wielkiego, kosmatego łba, szepnęła:
— Idź, Taki, z pyszczkiem do pana, idź i ucałuj go ode mnie.
Pies w podskokach zawrócił, wskoczył do salonu jak bomba i wspiąwszy się na 
tylne łapy, trącał Andrzeja w podbródek.
— Dobrze, dobrze, przyjacielu! Poczciwy, kochany Taki!
Późno rozeszło się towarzystwo, żegnane uprzejmie, ale chłodno przez Połońską. 
Ona też czuła antypatię do tej całej prowincjonalnej hałastry, zresztą niczym 
nie uzasadnioną. Nikt bowiem nigdy nie ośmielił się zrobić jej przykrości, nie 
była też nigdy tematem plotek. Od samego przyjazdu do Zgórzewa stanęła na takiej 
nieprzystępnej dla ogółu platformie, takim chińskim murem odgrodziła się od 
tutejszego życia, że nikt nie miał odwagi zaglądać jej do garnków.
— No, nareszcie! Muszę okna otworzyć — rzekła, gdy została sama z synem.
— Ej, Kiciuniu! Z ciebie też ananasik... pokrzywa.
— Bo mi to wszystko już kością w gardle stoi.
— Prześpij się, Kiciuniu, prześpij. Dobranoc. Weszła służąca.
— Proszę pana, jakiś chłopak do pana.
— Czego znów? Powiedz, że pana nie ma w domu.
— Kiciuniu! Ja jestem w domu — rzekł z naciskiem doktor — niech tu wejdzie.
Przeczucie go nie omyliło. W drzwiach stał Niki. Połońską obrażona wyszła.
— No, jak się masz, zuchu? Chodź no tu.
Niki rozejrzał się wokoło i na palcach podszedł do kanapy.
— „Przyszłem" obejrzeć panu rękę.
— Dobrze, panie chirurgu.
— To może przejdziem do doktorskiego pokoju? Tu ani wody, ani nic, a nie daj 
Boże zachlapać.
— Słuchaj, Niki^ szelmo jeden, ogromnie cię lubię.
— Ależ tam! Opowiadanie!
— Prowadź mnie, smyku.
— Przecie pan ma nogi zdrowe, po co prowadzić?
— Słaby jakiś jestem.
— Phi! Trochę krwi wyleciało. Trudno.
Weszli do gabinetu. Niki sprawnie zmienił opatrunek i mówił śmiejąc się:
— A mnie to już z dziesięć razy te łobuzy gonili. Chcą mnie nabić za to, że 
temu zadartemu klupę nadwerężyłem, ale ja mam dobre nogi, oho!
— To przychodzisz do klubu?
— . Czasem wieczorem, jak wiem, że gliny nie ma. Nie lubię ich. I chciałem 
powiedzieć, żeby pan na wieś w nocy sam nie chodził, bo Truś zły jak czort.
— No, domyślam się. Dziękuję ci, mały — i doktor pogładził chłopca po twarzy. 
Ze zdumieniem ujrzał, jak rumieniec obejmuje policzki i czoło wyrostka, który 
jednocześnie całkiem po dziewczęcemu spuścił oczy. „Co za chłopię przedziwne" — 
pomyślał doktor i z zajęciem obserwował, jak Niki sprząta po opatrunku watę, 
rumianek itp.
— Już idę! Dobranoc panu doktorowi.
— Dobranoc, zuchu. Jutro przyjdziesz?
— Jak mi się uda, to przyjdę.
Nazajutrz doktor zaraz po obiedzie poszedł do Marysi. Nie był u niej ze trzy 
tygodnie. Wczoraj na widok dziewczyny opanowała go taka tęsknota, jak jeszcze 
nigdy; do jej głosu, do uśmiechu, do drobnej, wiotkiej postaci. Przywitała go radosnym okrzykiem. A gdy zasiadł na swoim fotelu i oparł 
głowę o poduszkę, którą dla niego haftowała, gdy pod palcami poczuł miękkie, 
puszyste złoto włosów Marysi, przymknął oczy i rzekł z głębokim westchnieniem:
— No! Jestem w domu!
A gdy grała na cytrze, rzekł nagle:
— Wiesz, Marycha? Dziękuj Bogu, że mam chorą łapę.
— Dlaczego?
— Bobym cię dziś zacałował, zadusił!
— Bardzo się cieszę, że masz chorą łapę — powiedziała przekornie, przechylając 
głowę na bok.
— Zrobiłaś się obrzydliwa kokietka!
— Nie lubisz?
— Nie lubię!
— Mam sobie pójść precz?
— I to w tej chwHi nawet.
A wtedy zaszła niesłychana rzecz, coś, co wprawiło doktora w stan kompletnego 
osłupienia: oto Marysia, nieśmiała, skromna Marysia podeszła do niego i 
usiadłszy mu na kolanach, przytuliła głowę do zdrowego ramienia.
— Marycha! — szepnął.
— Co?
— Moje maleństwo najmilsze.
Byłby tak siedział do rana, ale ktoś zaczął kołatać do drzwi i Marysia musiała 
pójść otworzyć. Przyszedł Edward.
Jeszcze parę dni musiał doktor nosić rękę na temblaku i oczywiście przez ten 
czas pacjentów przyjmować nie mógł. Marysia promieniała ze szczęścia, wieczory spędzali razem, ale 
Andrzej zauważył, że dziewczyna w oczach mizernieje. Cerę miała coraz bardziej 
przezroczystą, a zwykle tak śliczne pąsowe usta nabrały smutnej barwy bladego 
koralu. Przygasły też jakoś oczy.
— Marysiu, czy ci nic nie dolega? — spytał wreszcie zaniepokojony.
— Nic... to jest właściwie... głowa mnie wciąż boli.
— Nic więcej? Gorączki nie masz?
— Nie, tylko mi wciąż tak dziwnie, tak dziwnie, tak jakoś niedobrze.
— Nie pozwoliłabyś, żebym cię zbadał?
— Och, nie, nie!
— Masz! Drugi okaz! I ta nie... Ale przecież jesteś chora, maleńka!
— Jestem zdrowa, tylko... może się czym strułam, mam takie mdłości.
Andrzejowi pociemniało w oczach. Jeżeli to jego wina! Boże drogi!
— Co tobie, Aneczku, co tobie? Powiedz — pytała, patrząc, jak chodził 
niespokojnie z pokoju do pokoju i znów z powrotem, i znowu... I znowu.
— Słuchaj, Maryś. Trzeba, byś została moją żoną pierwej, niż zostaniesz matką 
mojego dziecka — rzekł wreszcie, biorąc ją za rękę.
Nie ruszyła się z miejsca. Nie drgnęła nawet. Zastygła na chwilę przeraźliwie 
blada, z przymkniętymi oczyma.
— Malutka, no, kochanie... nie martw się, może to jeszcze zbędny strach, ale 
na wszelki wypadek ci to mówię.
Dała się całować i objąć serdecznie, ale nie mogła mówić. Coś dziwnego, jakby 
wielka śliwka stanęła jej w gardle.
— Muszę już iść, kochanie. W tym tygodniu porozmawiam z matką.
— Nie! Nie! — krzyknęła rozpaczliwie. — Nie mów, ja nie chcę... jeszcze nie.
— Jak chcesz, dziecko. Śpij spokojnie. Myślę o tobie i nie dam ci krzywdy 
zrobić.
Wyszedł. Edwarda nie było. Marysia usiadła na fotelu Andrzeja i zanurzywszy 
palce obu rąk w gęstwinie włosów, myślała uparcie: „Co robić? Co robić?" Jedno 
tylko wiedziała, że nie może wyjść za Połońskiego. Nie może, bo on jej nie kocha. 
Gdyby kochał, wszystko dziś byłoby inaczej... i dziś, i cały czas przedtem. Nie 
próbowała analizować rodzaju uczucia, jakim darzy ją Połoński, po co? Nie kocha 
i już, ale ożenić się może, bo jest szlachetny. I co ona teraz zrobi, dokąd 
pójdzie z maleństwem, jeżeli ono będzie...
Drobne palce cisnęły głowę coraz rozpaczliwiej. Zacinała zębami wargi, by nie 
krzyczeć głośno ze strachu i rozpaczy. Nie może, nie może być Aneczkowi kulą u 
nogi. Musi iść w świat, precz stąd, jak najdalej. W pewnej chwili wzrok 
dziewczyny padł na obrazek Matki Boskiej. Skoczyła od stołu i niemal z okrzykiem 
padła na kolana:
— O, Panienko Święta, o, najsmutniejsza z Matek, jeżeli będę miała maleństwo, 
chroń nas oboje, nie daj zginąć maleństwu, nie daj skrzywdzić mojego dzieciątka.
Każde słowo tej modlitwy ociekało krwią, wyrwane wprost z serca Marysi jak żywe 
istnienie. Krzakiem gorejącym była teraz dusza małej nauczycielki, cała płonęła
męką i pragnieniem. Zaprawdę żaden mężczyzna nie był wart takiej ofiarnej, 
płomiennej miłości.
Edward wrócił po północy. Marysia klęczała jeszcze przed obrazkiem, ale modlitwy 
rozpłynęły się w potokach łez. Łkanie rozrywało jej piersi.
— Marysia... Marysia, co tobie? — pytał przerażony, podnosząc ją z ziemi.
Rzuciła mu się w ramiona cała drżąca, rozgorączkowana, zalana łzami.
— Powiedz, o co chodzi, przecież mnie chyba możesz zaufać... Marysia!
Uspokoiła siC wreszcie. Obmyła twarz chłodną wodą i wziąwszy brata za ręce, 
powiedziała:
— Edziu, ja pewnie będę miała dziecko.
Drgnął i zaczerwienił się gwałtownie, ale nie mógł ani słowa przemówić, bo jej 
oczy błagały o litość.
— I doktor chce, bym za niego wyszła, a ja nie chcę. Pochylił głowę nieco 
naprzód i patrzył na siostrę tak,
jakby ją pierwszy raz widział. Wreszcie rzekł:
— Głupio robisz. Nie becz. Wyśpij się i zastanów. Jeszcze o tym pogadamy.
Ale sam zasnąć nie mógł. Kombinował długo. Od samego rana poszedł do Trusa. 
Nikiego nie było. Stary siedział sam. Edward wszedł nieśmiało.
_ ? to ty? Czego chcesz? Już nie chodzisz za granicę, co, sprzykrzyło się? Z 
doktoreczkiem sprawki, co?
_ Czego się złościcie, Truś? Nie leczę się u doktora, a że do sportu należę, to 
nic dziwnego. Jakbyście mieli dwadzieścia lat, to by was też ciągnęło.
— Tak, tak, diabłu świeczkę i księdzu ogarek... Czego chcesz? Gadaj albo idź 
do diabła.
Podszedł do starego, położył na stole dziesięć złotych i zaczął szeptać urywanie. 
Truś uśmiechał się ironicznie. Potem wstał. Pogmerał w skrzyni i dał mu jakiś 
proszek.
— Wsyp do herbaty i trzymaj pysk, pamiętaj! Ja ci tego nie dałem.
— Ale to nie trucizna?
— Paszoł won! Kogo chcę struć, to sam struję, paszoł. Edward wyszedł, ale nie 
był zbyt spokojny. Bał się
ryzykować. Sto razy miał ochotę wyrzucić proszek. Śnieg skrzypiał mu wesoło pod 
nogami. Dzień śmiał się zimowym czarem, a chłopcu niemal każdy krok sprawiał ból 
fizyczny. Gdy jednak przyszedł do domu i spojrzał na zmienioną twarz siostry, 
odrzucił precz wszystkie wątpliwości.
— Naleję ci herbaty, Maryś, nie ruszaj się — rzekł po obiedzie.
— O, jakiś ty poczciwy!
Podszedł do pieca, wsypał szybko proszek do szklanki, nalał esencji i wody.
— Pij, póki gorąca.
— Co ona taka mętna?
— Świeżo zagotowana woda, nie ustała się. Wsypała dwie łyżeczki cukru.
— Jaki dziwny smak ma ta herbata, wiesz?
— Bo jesteś od wczoraj zgorączkowana. Po tylu godzinach beku może wszystko 
inaczej smakować.
Wypiła prawie duszkiem i rzekła:
— Edziu, nie wychodź, nie zostawiaj mnie samej. Tak mi smutno.
— Widzisz, Maryś, chciałbym porozmawiać z jednym znajomym w klubie. Może 
dostanę stałą posadę.
Pochyliła głowę, by nie ujrzał łez, i usiadła nad stosem zeszytów. Edward szukał 
w szufladzie jakiejś spinki, dla zabicia czasu oczywiście, bo wcale jej nie 
potrzebował.
Nagle Marysia rzekła wystraszonym głosem:
— Edziu, mnie takie motyle w oczach latają. Skoczył do niej.
— Może z osłabienia. Połóż się, Marysiu... Coś taka blada?
— Nie wiem... Straszny szum w uszach i wszystko takie ciemne.
— Marysiu, Marysiu... nie bój się, to przejdzie. Wziął ją na ręce i zaniósł na 
kanapę.
— Poleź spokojnie, zrobię ci czarnej kawy — mówił dygocącym głosem, zielony z 
wrażenia. Wszystko mu leciało z rąk. Nie mógł znaleźć ani kawy, ani młynka, 
wysypał na stół wszystek cukier i rozlał atrament. „Żeby ktoś nadszedł, żeby 
kto!" — modlił się w duchu. Ogarniał go rozpaczliwy strach.
— Edziu, może ja umieram... ja prawie nic nie widzę!
— Marysiu, pobiegnę po doktora... nie bój się.
I właśnie ktoś zapukał. Edwardowi drżały ręce, że nie mógł odsunąć zasuwy, 
powtarzał tylko głośno:
— Zaraz... zaraz...
Wreszcie otworzył. Na widok sędziego krzyknął:
— O, dzięki Bogu!
— Co się stało? — rzekł Sendecki zdumiony.
— Marysia zasłabła, mówi, że umiera. Sędzia skoczył do pokoju i krzyknął:
— Po doktora! Ja zostanę.
Edward wybiegł bez palta. Sędzia pochylił się nad śmiertelnie bladą dziewczyną.
— Marysiu, co tobie? Boli co?
— Nic, dziwnie... tak dziwnie!
Sendecki rozejrzał się dokoła. Na stoliczku przed lustrem spostrzegł wodę 
kolońską, natarł ostrożnie skronie i kark dziewczyny. Podłożył jej pod głowę 
poduszkę, okrył pledem i swoim futrem. I krzątając się po kuchni, mówił 
krzykliwie:
— Nic pani nie będzie. To tylko anemia, przepracowanie, nerwy. Zaparzam 
kawusię i dziecko wypije z koniakiem.
Co chwila jednak stawał w progu i niespokojnym okiem rzucał na wciąż trupiobladą 
twarz i wpadnięte policzki, sprawiające mu jakiś ostry, świdrujący ból. Znowu 
podszedł do niej i ze zgrozą zauważył, że czoło Marysi pokryły gęste krople potu.
— Zimno mi — wyszeptała.
— Napijesz się kawy, dziecino, dobrze? — spytał półgłosem. Ale woda jeszcze 
się nie zagotowała, więc nalał do szklanki koniaku i objąwszy dziewczynę 
ramieniem, prosił:
— No, maleńka, wypij, zaraz będzie cieplej. Otworzyła zamglone oczy i usta 
zadrgały jej słabym
uśmiechem.
— Niech mnie pan trzyma mocno, tak się jakcś mniej boję.
Posłusznie wypiła koniak i znowu zamknęła oczy. Sędzia trzymał ją wciąż 
ostrożnie w tkliwym objęciu. „No, Panie Boże, jeżeli w ogóle jesteś, to nie 
skrzywdź
mi tego pisklęcia" — myślał, a serce biło mu bardzo mocno.
Drzwi w kuchni stuknęły mocno. Wpadł zadyszany doktor, za nim Edward.
Marysia przylgnęła do ramienia sędziego.
— Ja nie chcę, ja nie chcę badania. Niech pan mnie trzyma, niech pan nie da — 
prosiła gorączkowym głosem.
Doktor klęknął przy niej.
— Marysiu, na miłość boską, ja muszę, muszę wiedzieć, co to jest, co ci się 
stało.
— Panno Marysiu, niech pani nie kaprysi, proszę, bardzo proszę — mówił sędzia, 
porozumiewając się z doktorem oczami. Ułożył ją ostrożnie i wyszedł z Edwardem.
Po kwadransie Andrzej wyszedł do nich.
— Nie mam pojęcia... zupełnie... Nie wiem. To może być nerwowe, a może być tak 
samo zatrucie. Niech pan sobie przypomni, panie Edwardzie, czy nic nie jadła, 
nic nie piła, co by jej mogło zaszkodzić?
Edward zbladł, ale odpowiedział pewnym głosem:
— Nic. Przecież ja to samo jadłem, co i ona.
— Niech pan biegnie do apteki. Oto recepta.
— Ja pójdę — rzekł sędzia — pan może tu być potrzebny.
Poszedł bez futra, bo zostało na nogach Marysi, a że zaczął prószyć śnieg, więc 
podniósł kołnierz od marynarki. Ujrzała go tak służąca aptekarzowej i ze 
śmiechem doniosła o tym pani.
— Oho! U tej nauczycielki to się cości dzieje. Najpierw leciał pan Edek bez 
palta, potem lecieli oba Z doktorem, tera znów przyleciał pan sędzia, jest w 
aptece.
— Walerka! Biegnij tam, tylko żeby cię nie widzieli, i zobacz, co się tam 
dzieje.
Sama narzuciła płaszcz i pobiegła do burmistrzowej.
A Marysia tymczasem zaczęła jęczeć, a potem krzyczeć przeraźliwie. Doktor 
zrozumiał. Chwycił Edwarda za ramiona i jął nim trząść jak gałęzią.
— Mów prawdę! Gdzie ona była? Wychodziła z domu czy nie? Mów prawdę!
— Nie wychodziła. Prosto ze szkoły przyszła tutaj. Połoński dysponował ostro:
— Pozasuwać okna. Niech będzie woda zagotowana. Zaraz wrócę.
Wielkimi krokami biegł do domu. Potrącił jakąś owiniętą chustką postać. Ale nie 
zwrócił nawet uwagi. W mózgu świdrowała uparta myśl: „Smarkata! Głupia 
smarkata!"
Natknął się na sędziego, który też biegł, omal nóg nie łamał.
— Usnęła — skłamał doktor. — Ja tam zaraz wrócę.
— Aha! No więc jestem na razie niepotrzebny. Oto lekarstwo. Wpadnę wieczorem. 
Moje uszanowanie doktorowi.
Rozeszli się w różne strony.
Kiedy sędzia przyszedł koło dziewiątej, Marysia leżała już w łóżku, bledziutka, 
ale spokojna i przytomna. Oczywiście zerknął tylko przez uchylone drzwi. Nie 
ośmielił się wejść. Przy łóżku siedział Andrzej, Sendecki więc naciągnął palto.
— Pan będzie łaskaw pozdrowić siostrzyczkę. Przyniosłem też wina. To ją 
wzmocni.
Jeszcze raz zerknął w stronę złotej główki, pożegnał Edwarda i wyszedł. Do domu 
jakoś nie miał ochoty wracać. Skierował wzrok w stronę lasu, zastygłego w bieli 
i ciszy, i chłodnym blasku księżyca. Widno było zupełnie. Śnieg pod nogami 
rozpryskiwał się w miliony iskier. Świat znieruchomiał w opałowym rozmarzeniu. 
Dobrze było iść po jasnej, puszystej drodze. Odlatywały od człowieka wszystkie 
smutki i zamienione w mleczne kryształki ginęły w puchu iskrzącym. Wiatr zastygł 
w przezroczysty welon i owijał pieszczotliwie gwiazdy. Daleko po lewej stronie 
szosy to tu, to tam, jak rozsypane płatki jakiegoś olbrzymiego kwiatu na 
niepokalanej bieli pól, ciemniały zabudowania wsi. Po prawej stronie drogi 
milczał uparcie las. Sędzia wolał jednak mieć otwartą przestrzeń i dlatego w 
głąb nie wchodził.
Andrzej tymczasem indagował Marysię:
— Dlaczegoś to zrobiła? Dlaczego?
— Co?
— Nie udawaj. Bądźże rozsądna.
Otworzyła szeroko oczy, wielkie, czyste, szczere.
— Przysięgam, Aneczku, nie wiem, o co chodzi! Nie chciał być brutalny, wolał 
więc zmilczeć, bo ostrą
miał już odpowiedź.
— Jak się to wszystko zaczęło? — spytał.
— Już przy obiedzie Edward nalał mi herbaty. Taka była obrzydliwa, że ledwo 
wypiłam.
— Mówiłaś to Edwardowi?
— Tak, ale odparł, że może mam gorączkę. Andrzej zmarszczył brwi.
— Czy mówiłaś bratu o tym, że możesz zostać matką?
Blada twarzyczka na chwHę spłonęła.
— Tak!
Wtedy Połoński wstał gwałtownie i wyszedł do kuchni. Edward siedział nad jakimiś 
rachunkami, gdy doktor spytał bez żadnych wstępów:
— Coś ty jej, łotrze, nalał do herbaty?
— Ja... Ja?
— A wiesz, że za to się idzie do więzienia, zbrodniarzu?
Wówczas Edward wybuchnął płaczem.
— Ja nie wiedziałem. Ona wczoraj tak strasznie płakała. Mówiła, że za pana nie 
wyjdzie za skarby świata. Myślałem, że tak będzie lepiej.
— A lepiej! Od kogo miałeś to świństwo? Edward milczał.
— Mogła skończyć. Wiem, domyślam się, kto cię uraczył lekiem. Wstyd, psiakrew. 
Inteligentny chłopiec!
Wrócił do pokoju. Delikatnie pocałował Marysię w czoło.
— Poleżysz, maleńka, najmniej tydzień, dobrze? Nie odpowiedziała.
U burmistrzowej tego wieczoru było z dziesięć pań. Z każdą minutą historia 
zasłabnięcia nauczycielki rosła i nabierała pozorów skandalu. Kobiety szeptały z 
wypiekami na twarzach. Parmy uśmiechały się domyślnie i złośliwie.
Gdy PołońsKi wrócił do domu, matka krzyknęła:
— Lusieńku! Niespodzianka. Lala jutro przyjeżdża!
— A to dobrze — rzekł dość obojętnie.
— , Bądź dla nich uprzejmy, mój synku. Tak mało mam krewnych czy znajomych. Weź 
pod uwagę, że to są prawie jedyne osoby, z którymi żyję.
— Dobrze, dobrze, Kiciuniu. Nie masz dla mnie herbatki? Jestem zmęczony.
Spojrzała na niego zdziwiona. Po raz pierwszy przyznał się, że jest zmęczony, po 
raz pierwszy w życiu.
Andrzej zaś istotnie uległ chwilowej depresji. Nie obchodziło go teraz nic, ani 
Marysia, ani Lala, ani klub. I w ogóle nastrój jego miał nutę zasadniczą: „A 
niechże to wszystko diabli wezmą". Z taką duchową zgagą poszedł spać.
Od rana do południa dnia następnego miał kilku pacjentów. Potem próbę chóru. 
Potem znów przysłano konie z folwarku, gdzie leczył rządcę, tak że wrócił 
dopiero na szóstą. Wybierał się właśnie do Marysi, gdy usłyszał trąbkę 
samochodową przed furtką.
Zebrana w klubie młodzież deptała sobie palce przy oknach. Panie, które tu dziś 
miały zebranie matek w sprawie urządzenia gwiazdki dla najbiedniejszych 
mieszkańców, nie mogły skakać do okna (niestety), ale siedziały jak na szpilkach. 
Tylko dziedziczka Beżowa, którą, ku radości burmistrzowej, doktor wciągnął do 
pracy, spytała zdziwiona:
— Czego panie są dziś takie zdenerwowane?
W trakcie kiedy opowiadały jej potworną plotkę o nauczycielce, bo trzeba było 
przecież jakoś sytuację ratować, Andrzej wybiegł przed dom i witał serdecznie 
pannę, która siedziała przy kierownicy.
— Otwórz bramę, Jędruś, przecież nie zostawię tej bombonierki na ulicy!
Z trudem wjechała przez ogród na podwórze do szopy.
— To twoje auto?
— A czyjeż by? Boże, w takim składzie rupieci będzie rezydowało! No, prowadź 
mnie do domu.
— A gdzie ciocia?
— Mama? Prysnęła do Paryża. Wyładniałeś, Jędrek!
— Laleczko! Dziecinko! Nareszcie!
I Połońska chwyciła ją w serdeczny uścisk. Lala zrzuciła płaszcz i szczelnie 
przylegającą do głowy sportową czapkę. Nagle Andrzej krzyknął:
— Lala, coś ty zrobiła z włosami?
Dawna piękna brunetka miała teraz jasne, krótkie, ufryzowane włosy.
— No co? W Paryżu utleniłam i obcięłam. A któż to nosi teraz długie? Mój drogi, 
w Warszawie wszyscy się za mną oglądają. Zostałam nazwana „królewską blondynką". 
Skąd to taki hałas?
— Tu jest klub, Laleczko. Klub sportowy!
— Męski czy żeński?
— Koedukacyjny! — zaśmiał się Andrzej.
— Zdechnę ze śmiechu! Prowincjonalne gąsięta w klubie. Pokaż mi to curiosum. 
Ciocia mi przecież opisywała tutejsze typKi i tę blondwarkoczowatą piękność, 
sielską Marysię. Ach! Będę tu używać!
Wzięła Andrzeja pod rękę i przylgnęła do niego, wysoka, zgrabna, pachnąca, 
rozdokazywana.
— Oj, Lalu, czarownico!... No, chodź, pokażę ci klub. Weszła śmiało z miną 
udzielnej księżnej. Panowie
otwierali oczy i z rozkoszą wdychali woń kosztownych
perfum. W drugim pokoju siedziały obywatelki Zgórzewa.
— Panie pozwolą sobie przedstawić naszą Anielę -rzekł Andrzej.
— Kogo? — krzyknęła bezceremonialnie i z obojętną grzecznością podawała rękę 
zebranym.
— Objaśnię ci później...
— Wymarzona Aniela — westchnęła głośno pani Kościkowa.
— Wymarzona! — powtórzył chór. Dziedziczka Beżowa milczała dyskretnie.
— Nie będę paniom przeszkadzała. Zresztą jestem sama trochę zmęczona. 
Prowadziłam auto od samej Warszawy.
— Nadzwyczajne! — krzyknęła Kościkowa.
— Kwestia przyzwyczajenia i treningu. Dobranoc paniom — i Lala wyszła, z 
trudem hamując śmiech.
Jej wesoły, donośny głos dźwięczał w całym mieszkaniu oczarowanej siostrzenicą 
Połońskiej. Zaglądała do każdego kąta, ożywiła fortepian jakimś skocznym 
fokstrotem i bez przerwy gadała i śmiała się. Andrzej zupełnie zapomniał o 
Marysi. Lala wniosła ze sobą czar i woń stolicy. Tylko Taki patrzył na nią spode 
łba.
— Wybierasz się za mąż, Laleczko?
— Ja? A po co? Wolę mieć stu kochanków niż jednego mazgaja. Daj no papierosa.
Gdy Połońska oznajmiła, że najwyższy czas udać się na spoczynek, panna Lala 
podeszła do kuzyna, objęła go za szyję i ucałowała w same usta, a potem śmiejąc 
się zawołała:
— Tak powinieneś mnie przywitać, mamucie!
Na drugim końcu miasteczka zasypiała Marysia. Sędzia naprzeciw niej usadowił się 
w fotelu i patrzył na nią jak wierny pies. Edward obiecał wrócić najdalej na 
dziesiątą. Teraz dochodziła dwunasta.
Na całym świecie zasypiały grzecznie małe dziewczynki i większe dziewczęta 
rozmarzone myślami o zbliżającej się gwiazdce i na całym świecie matki marzyły o 
największych radościach dla swoich pociech. Na całym świecie błąkali się po 
ulicach bezdomni i patrząc w roziskrzone niebo, oczekiwali stamtąd zmiłowania na 
tę, w aureoli jasności i anielskich skrzydeł, idącą noc. Na całym świecie 
zasypiały samotne, sieroce ludzkie pisklęta...
Bo tak jest jakoś dziwnie czy okrutnie na ziemi, że najpiękniejsze, najczystsze 
ludzkie istnienia kwitną w błocie i konają cicho, do syta nakarmione łzami i 
goryczą. Może nad nimi płaczą gwiazdy spadające. Może o nich szumi wicher 
jesienny. Na ziemi nikt o nich nie wspomina.
Edward wrócił o czwartej nad ranem.
ROZDZIAŁ IV
Kochana Mamusiu!
Halo! Jak się czujesz w stolicy świata? Czy dałaś sobie ufarbować wtosy? Jeżeli 
nie, to śpiesz, śpiesz na Boga, albowiem karnawał za pasem i musisz być młodą 
mamą mbdziutkięj córki.
A Ja tu mam używanie... Co za zabawa! Tytuł mojego papy oraz moja kochana 
limuzyńka niemało przyczyniły się do zdobycia berła w tej zabawnej dziurze. 
Króluję, powiadam ci, króluję! Nadaję ton życiu „miasta". W tej chwili porywa 
mnie kurcz śmiechu. Te stare babska, cuchnące pomadkowymi mydłami i perfumami, 
których zapach przyprawia mnie o szok nerwowy, te wydry i ich wydrzęta 
poobcinały sobie włosy i wyglądąjąjak tresowane pudle. Ja oczywiście każdej 
prawię tysiące stodkich komplementów i ubieram się od rana w wieczorowe suknie, 
aby pękać ze śmiechu, gdy tutejsze piękności czynią to samo.
Aha! Jestem, a właściwie byłam Anielą w „Ślubach panieńskich". Publiczka 
obsypała mnie kwiatami, choć sbwo daję, Klara grała świetnie. Muszę przyznać Andrzęjowi, że całość Sylwestra wypadła zupełnie ?? żliwie. Widziałam, też tę Jego 
dawną flamę. Takie bladolice, niebieskookie cielątko. Podobno na skutek 
skandalicznego prowadzenia się dostała dymy. Ta „milutka dzieweczka" przyjmowała 
u siebie panów Jak typowa grandę amoureuse. Miała też biedactwo pewien zabieg 
Kosmetyczny". Ładne mamy kierowniczki młodzieży, co? Andrzej rycersko Jej 
bronił.. No, oczywiście, niektórzy panowie sktonni są do okazywania wdzięczności 
za przyjemnie spędzone chwile. Poza tym Jednak Jest o0romnie mn4 zajęty i zdaje 
się, że dopnę swego. Już tni się stan panieński uprzykrzył A on Jest szalenie 
interesujący (Andrzej, nie stan) i, słowo dąjęt działa na mnie. Poza tym Jestem 
władczynią wszystkich rześkich serc tutejszych. Embarras de richesses. Ach! 
Chciałabym zostać gwiazdą filmową. Miałabym prócz serc moc pieniędzy.
Jest tu jeden tylko typek, który patrzy na mnie wilkiem, miejscowy sędzia 
Przypuszczam, że kocha się we mnie, a że Jest brzydki i nie ma szans, więc... No, 
rozumiesz, prawda?
Czarująco sielsko spędziłam wieczór wigilijny. Najpierw była tu rzewna 
uroczystość w klubie, gdzie namiętnie łamano opłatki i oczy, później w domu. 
Ciotka po Wilii (pysznie przyrządza rybę) grała kolędy, a my z Andrzejem 
całowaliśmy się na kanapie. Mam zamiar do Warszauiy wrócić w lutym, wpaść Jak 
kometa w punkcie kuWnacyjnym karnawału Jako młoda doktorowa. Uważam, że 
przyprawianie rogów staremu mężowi Jest koniecznością. Ale młodemu i pięknemu... 
???! ?? szczijt perwersji. Na to może się zdobyć tylko bcirdzo piękfl0- i bardzo 
mądra kobieta.
Adieu, chere Maman! Baw się przynajmniej w dziesiątej części tak Jak Ja, a 
odmłodniejesz o lat trzydzieści. Całuję Cię w nosek.
Twoja Lala
— Ciociu, czy nie chcesz dołączyć jakiejś karteczki do mojej mamy?
— Owszem, owszem, nie zaklejaj listu, dziecinko. Połońska usiadła przy biurku 
i pisała szybko, z rozpromienioną twarzą. Oddała potem kartkę Lali.
— Sama pójdziesz na pocztę?
— Sama. Obiecałam burmistrzowej, że tam wstąpię.
— A dokąd to panna Lala ucieka?
— Bałamucić urząd pocztowy. Odprowadź mnie, Jędrusiu.
— Z przyjemnością.
Po chwili maszerowali pod rękę, rozbawieni, przez miasteczko. Taki szedł za nimi 
z podwiniętym ogonem. Nie lubił tej krzykliwej osoby. Nie znosił zapachu, jaki 
ją otaczał. Taki tęsknił do małej, cichej nauczycielki.
Marysia przeleżała Wigilię w łóżku. Edward z sędzią ubrali choinkę, którą 
przyniósł Niki. Sędzia został na kolacji, bo to było z góry przewidziane; ale 
najciekawsze, że Niki zasiadł też do wigilijnego stołu. W pewnej chwili sędzia 
wręczył Marysi olbrzymie pudło czekolady, które przyszło aż z Warszawy, i flakon 
perfum. Marysia zaś nieśmiało wyciągnęła spod poduszki paczkę.
— Ja zrobiłam panu szalik. Niech pan nosi, a tamten trzeba wyrzucić, bo jest 
okropnie podarty.
Prezent Andrzeja leżał w szufladzie. Ślicznie haftowana poduszeczka, na którą 
upadło wiele, wiele Mary siny eh łez.
Z Nikim przełamała się opłatkiem i rzekła:
— Życzę, by pan wyrósł na dzielnego człowieka. Nie wiem, czym mogłabym panu 
zrobić przyjemność, ale proszę sobie wybrać parę książek z półki, dobrze?
A pod maską spokojnego uśmiechu w głębi serca Marysi szalał ból.
Niki wracał do Trusa zadumany. Książki oczywiście ukrył w kupie chrustu, a potem 
wszedł do chaty i powiedział:
— Dziadku, zapalę świeczki, dobrze?
— Gdzie, jakie świeczki?
— A na gaiku. Edzio mi dał, mam też opłatek.
— Parada znowu!
— Zapalę, dziadku...
— A zapal se.
Niki skoczył jak zając na dwór, przyniósł malusieńką choinkę, wstawił ją do 
wiaderka i pousadzał na niej świeczki, po czym je zapalił. Truś patrzył 
czerwieniejącymi oczyma i milczał nachmurzony, ale gdy Niki podszedł do niego z 
opłatkiem, chwycił go za ramiona i przycisnął do piersi.
— A co, dziadku, ładnie?
— Oj, dziewucho, dziewucho, moje młode lata... matka... Ach! Cholera, nie 
życie!
I zakrył oczy suchymi, twardymi dłońmi.
— Wicie, dziadku, tak było we wojsku. Zapalali my sobie gaik, a Józek-tata 
dawał mi pierniki i cukierki... Dobre czasy byli, hej...
— A to ci ze mną źle?
— Nie, tylko mnie tak czasem rozbierze.
— I mnie rozebrało. Oj, starość, starość, Niki!
— Drzewa w lesie stare, a jakie silne, dziadku!
— Drzewa nie myślą, drzewa nie płaczą. Może ta i dusze mają, ale serca nie, 
może ta i czucie nawet mają, ale na miejscu stoją, świata nie widzą, a świat 
pazury do serca zapuszcza. Ho, ho, i tobie, znajdko, i tobie nieraz zapuści!
— Nie dam się.
— Och, ty mucho! Cóżeś to za ważna, że nie dasz się, co?
— A nie dam i już. Macie, dziadku, kawałek ryby, a to placek, Edzio dał.
— A ty ciągle Edzio i Edzio. Cóżeś tak za nim slipie zgubiła?
— O, znowu! Milczałby dziadek lepiej. Takie głupstwa pleść..
— A ty mi do Edka nie łaź. Zobaczy cię tam kto niepotrzebny.
— A jużci, zara!
— A żebyś wiedziała, że zaraz po świętach fajna robota się szykuje. Pójdę i ja 
z wami.
— Po co?
— Bo tak trzeba. Za parę dni pójdziesz do Edka, niech się szykuje.
Ale kiedy Niki drugiego stycznia poszedł do Edka, zastał go pakującego walizkę.
— A ty gdzie się wybierasz? — spytał zdumiony.
— Ja nie, Marysia wyjeżdża. Straciła posadę, przyszedł papier z ministerstwa 
czy z inspektoratu, nie wiem.
— A, do diabła! No a ty?
— A ja? Cóż ja, nie będę przecież sam tu mieszkał, poszukam sobie 
skromniejszego lokalu.
— A co ona robi? Pewno płacze, co?
— Nie, nie płacze. Rozmawia z sędzią. Marysia słuchała słów Sendeckiego:
— Źli są ludzie, dziecinko. Wygryźli cię stąd. Gdzie pójdziesz, maleńka, sama 
i bezbronna? Nie pozwolę na to. Zostań moją żoną. Chyba czujesz, że oddałbym za 
ciebie życie.
— Nie mogę, proszę pana, bo kocham innego. Nie potrafiłabym tak żyć, co ja 
zrobię!
— Ten inny jest drań, jak wszyscy inni. Ale trudno. Głową muru nie przebiję. 
Zrobię natomiast, co będę uważał za stosowne.
— A ja pana proszę na wszystko, niech pan nad tym całym zdarzeniem przejdzie 
do porządku dziennego. Bardzo proszę. Tyle jest istnień ludzkich, tyle krzywd na 
świecie. Nie poradzimy nic oboje. Żal mi mojej klasy, mojego pokoiku i tych 
wieczorów. Och, jak żal! Ale trudno. Jeżeli życie ma mnie zgnieść, to i tak 
zgniecie przecież.
— Więc niech pani zrobi mi jedno ustępstwo. Proszę odłożyć wyjazd do pojutrza, 
dobrze?
Pomyślała chwilę.
— Dobrze.
— Niech ci Bóg da zdrowie, dziecko. Dziękuję! Więc jutro mogę wpaść wieczorem, 
jak zwykle, dobrze?
— O, tak.
Już wychodził, gdy nagle Marysia zatrzymała go.
— Chcę panu coś powiedzieć.
Podeszła do niego i kładąc mu ręce na ramionach rzekła cicho:
— Podobno nic na świecie nie mija bez śladu. Chciałabym, żeby moja wdzięczność i 
przywiązanie zamieniły się panu w szczęście, które pan na pewno znajdzie. Ludzie 
nie są źli, tylko nieszczęśliwi, naprawdę. I może pan sobie znajdzie kiedyś też 
taką sierotę jak ja, która pana pokocha. Może będzie też grała na cytrze?
Wspięła się na palce i pocałowała delikatnie. Ten pocałunek pachniał sędziemu 
całe życie. Nazajutrz od samego rana pojechał do majątku, oddalonego o 
czterdzieści kilometrów. Miał tam znajomego dzierżawcę, bo właściciel stale 
przebywał w Krakowie. Dzierżawca, starszy człowiek, poważny, zawsze zapracowany, 
powitał sędziego z radosnym zdziwieniem.
— A to co za święto? Cóż mecenasa sprowadza? Nie widzieliśmy się rok czasu!
— Nie umarł pan z tęsknoty, to już dobrze. Jak zdrowie małżonki?
— Ano pomalutku. Gdera biedactwo od rana do nocy, bo jej się przykrzy, pracy 
ma też dużo.
— Ja do was przyjechałem z prośbą.
— Co się da, to się zrobi.
Sędzia krótko i węzłowato, ale z nieodzowną zjadliwością opowiedział historię 
panny Lechówny i kończył:
— Przygarnijcie ją w charakterze praktykantki czy sekretarki, czy coś w tym 
guście, tylko za życie, na jakieś dwa, trzy miesiące. Przez ten czas chcę jej w 
Warszawie czy gdzieś jakieś zajęcie wytrzasnąć.
— Ostatecznie to by się nawet przydało dla mojej żony. Chodźmy, spytamy.
Pani Jadwiga nie oponowała.
A dobrze! Dzieciaki zjechały na święta, trzeba je oporządzić, a tu nie ma komu. 
Bóg dał tylko dwie ręce człowiekowi. Jak można sierocie pomóc, to czemu nie. 
Tylko niech pan uprzedzi, że jestem kostyczna i gderliwa.
— No, no! Dobrze!
Zostanie pan na obiedzie, prawda?
— Chciałbym jak najprędzej wracać.
Jeszcze pan zdąży. To jutro przyślemy po nią konie Tylko żeby się. tu nie mazała, 
bo tego nie znoszę.
— Pani nigdy nie płakała?
Może nawet za wiele, to wolę też łez nie oglądać. Antośka! Podawaj obiad, prędko!
Z powrotem konie szły jak wiatr. Sędziemu marzły uszy, zakrył więc głowę 
szalikiem od Marysi i tak wpadł do miasta. Koło poczty zauważył Andrzeja z Lalą. 
Kazał zatrzymać konie.
— Doktorze! — zawołał. Andrzej podszedł szybko.
Serwus, mecenasie! Co słychać? A nic! Jeśli pan chce zobaczyć pannę Marysię, to 
trzeba się śpieszyć, bo jutro już stąd wyjeżdża.
— Gdzie, po co, do kogo?
Do kogo? Do mnie. No, jazda! Andrzej został zupełnie oszołomiony.
Co ci ta kreatura mówiła, Jędrusiu?
Nic głupstwo! Bardzo cię przepraszam, Laleczko, ale muszę teraz coś załatwić.
O! No to ja wpadnę do burmistrzowej. Może przyjdziesz po mnie?
— Postaram się.
I szybkim krokiem pomaszerował do Marysi Taki skakał i szczekał radośnie. Na 
widok Andrzeja dziewczynie wszystka krew zbiegła do serca, tak że łopotać 
zaczęło jak szalone. Nie mogła złapać tchu, nie mogła wydać głosu.
— Marysieńko! Tak dawno nie byłeiri/ przebacz mi Mam gości i wiesz, tyle było 
spraw _ mówił całując jej ręce.
— Nic! To nic... ja wiem — wyszeptała nie ruszając się z miejsca.
Spojrzał trochę zdziwiony. Uderzyła go jakaś zmiana w jej zachowaniu.
— Coś tu jest nie w porządku; powiedział mi sędzia, że gdzieś wyjeżdżasz. Czy 
to prawda?
— Prawda. Dostałam dymisję!
— Jezus Maria! Za co?
— Za niemoralne prowadzenie się. Mieszkańcy miasteczka napisali skargę, no i 
to wystarczyło.
Andrzej usiadł na krześle. Milczał. Ta wiadomość uderzyła go jak grom. Marysia 
uklękła przy Takim i tu-?? głowę do jego kudłów. Pies uradowany oblizał raz i 
drugi mizerną buzię nauczycielki. Dopiero teraz z jej oczu jęły spływać perełki, 
ginące w gęstych kudłach psa.
„Gdyby mnie tak ktoś teraz nabił po pySku, byłbym zadowolony" — myślał Andrzej. 
Przypomniał sobie, że parę razy mimo woli słyszał rozmowę pań, częściowo tylko, 
ale rozumiał, że mówią o Marysi. Gdy się zbliżał zmieniały temat. Przecież nawet 
z Lalą posprzeczał się o nią, gdyż twierdziła uparcie, że cale miasto jest na 
nią oburzone. Skąd te wiadomości Lala miała? Ach że też nie wypytał, nie wybadał, nie rozwikłał sytuacji. Teraz już za późno, za 
późno!
— Dokąd jedziesz, Marysiu? — spytał zgnębionym głosem.
— Nie wiem, może do Warszawy.
— Masz pieniądze?
— Mam.
Wstał i wziął ją za ręce.
— To wszystko przeze mnie. Nigdy sobie tego nie daruję, ale i ty jesteś winna, 
czemuś nie zgodziła się zostać moją żoną, czemu?
— Bo wyjdę za mąż tylko za człowieka, który w zamian za moją miłość odda mi 
swoje serce, nie nerwy, któremu będę potrzebna tak jak krew w żyłach, który 
będzie dumny, jeżeli zostanie ojcem, pan rozumie? Dla mnie miłość nie jest grą, 
jest czymś tak samo ważnym jak życie. Jest takim samym darem Boga jak życie i 
tak samo nie składa się z samych miękkich płateczków, ale ma ciernie i pali 
nieraz jak życie. Dlatego jest w niej coś świętego. Nie zniosłabym więc, by mnie 
traktowano jak zabawkę. Dumna jestem, że kochając, mogę odejść, ale nie 
ścierpiałabym, gdyby ktoś z mego uczucia zrobił ciepłe pantofle. Kochanką 
takiego człowieka mogłabym może zostać, żoną nigdy, za skarby świata! Jakiś czas 
łudziłam się, że kochasz mnie, ale przyszedł pewien dzień i już po złudzeniach! 
Może tak i lepiej, Aneczku.
Umilkła, ale patrzyła mu prosto w oczy.
— Maryś, czy chcesz zupełnie zapomnieć o mnie? — rzekł zdławionym głosem.
— Nie! Nie chcę!
— Napiszesz?
— Może.
— Napisz, proszę cię, bardzo cię proszę. Będę odpisywał. Przecież to 
niemożliwe, żeby to wszystko, cośmy przeżyli, rozwiało się jak mgły.
— Nie wiem. Idź już teraz i więcej nie przychodź, dobrze? Ja... ja też mam 
nerwy.
Porwał ją nagle w ramiona.
— Nie zapomnę cię nigdy, Marysiu! Nigdy!
— Sędzia mnie nauczył, że słowo „nigdy" jest taką samą bańką mydlaną, jak 
słowo „zawszę". Bądź zdrów, Aneczku, i niech ci się wszystko udaje!
Pocałował ją mocno i wybiegł. Był tak wzruszony, że usta mu drżały jeszcze nawet 
w domu. Zapomniał, że miał wstąpić po Lalę. Wróciła do domu późno, rozbawiona, 
roześmiana, jak zawsze.
— Jędruś jeszcze nie wrócił? — spytała ciotki.
— Wrócił zły, skwaszony. Jest u siebie. Pojęcia nie mam, co się stało!
Lala energicznie wtargnęła do gabinetu.
— Jędruś, co to za kwarantanna?
— Mam przykrość, Laleczko. Daruj, że nie wstąpiłem po ciebie.
— Nie możesz mi powiedzieć?
— Kiedy indziej, Lalu, dobrze?
Nie mógł dziś mówić, bo czuł, że temperament uniósłby go za daleko. Bał się 
obrazić lub zrobić przykrość tej pięknej pannie, do której czuł coś więcej niż 
zwykłą przyjaźń czy sympatię. Oszołomiła go temperamentem, humorem, inteligencją, 
a poza tym niebywałą nonszalancją, z jaką traktowała zagadnienia życia. Nie 
udawała niewiniątka, wiedział, że jest w miarę zepsuta,
ale tu, w tej dziurze, gdzie od wielu tygodni nie widział dobrze ubranej kobiety 
i nie mógł z nikim porozmawiać o literaturze czy sztuce, Lala zabłysła jak 
wróżka z bajki. Dziś promienie jej czaru osłabły. W oczach Andrzeja, zadumanych 
i posępnych, inna królowała postać. Jakże nieludzko skrzywdził biedne, bezbronne 
dziecko. I niczym nie zdoła wynagrodzić jej tej krzywdy. Marysia budziła w nim 
dziś nie tylko współczucie i wstyd, ale podziw. Zrozumiał, że ta mała, skromna 
nauczycielka o twarzy Eunice jest materiałem na cudownego człowieka i bez 
wątpienia Lala nie dorosła do półdziecięcej jeszcze duszy Marysi; ale taką 
cudowną roślinkę trzeba hodować, bo inaczej zmarnieje.
Tarł czoło dłonią. Lala, siedząc na poręczy fotela, paliła papierosa.
— Wiesz co, Jędrek? Buchnę ciotce z piwnicy butelczynę i utopimy zgryzotę!
Sędzia w tym czasie oznajmił Marysi, że ma dla niej posadę.
— Na razie będzie tam pani tytułem próby, bezpłatnie. Później... phi! Co tu 
mówić o później. Może akurat przyjdzie dżuma, nowa wojna lub trzęsienie ziemi i 
wszyscy pofatygujemy się jako bezrobotni do Najwyższego Komitetu w Niebie. Niech 
więc pani spakuje manatki, mebelki wezmę na razie do siebie na przechowanie, a 
gdy pani wyjdzie za mąż, złożę je w prezencie ślubnym małżonkowi jako rzewną 
pamiątkę z czasów dziewictwa wybranki. Pani chlebo- i mlekodawczyni jest 
cudownego usposobienia, kubek w kubek do mnie podobna.
— To mi starczy. Dziękuję panu! Strasznie dziękuję!
Tylko błagam, niech mi pani nie wpada w ramiona. Tego bym nie strawił. A poza 
tym uprzedzam, że mróz bierze ostry i należy na drogę ubrać się bardzo ciepło.
— Dobrze.
— Czego pani znów pokapuje jak stary parasol?
— Tak... widzi pan, zawsze byłam razem z Edziem.
— No, moja pani, trudno. Posada to nie zakład dobroczynny. Edek jest stary 
chłop i wiecznie spódnicy " trzymać się nie powinien. Na razie musi tu mieszkać, 
bo przecież zapłacone jest do lutego, tak? No więc. Proszę mi teraz zagrać!
— Ja się chcę o coś spytać.
— No?
— Czy pan odwiedzi mnie kiedy tam, na tej mojej posadzie?
— A rzeczywiście! Będę osiemdziesiąt kilometrów gnał po śniegu jak zakochany 
dureń. Za kogo mnie pani ma, do licha? Osła i barana sobie ze mnie robi!
Marysia uśmiechnęła się i przesunąwszy palcem po ostrych wąsikach sędziego, 
rzekła:
— No to dobrze! Będę panu wtedy cały czas grała. Nazajutrz miasteczko znów 
miało sensację. Przed
mieszkanie panny Marysi zajechał ogromny powóz, a po godzinie wracał z 
nauczycielką i walizkami. Panienka miała kolana i nogi owinięte futrem i widać 
było, że czuje się dobrze. Powóz zatrzymał się na chwilę na rynku i wtedy wsiadł 
sędzia.
Kiedy przejeżdżali koło domu Połońskich, słaby rumieniec zapalił się, ale i 
zgasł natychmiast na subtelnej twarzy Lechówny. Andrzej miał właśnie pacjenta i 
nie
widział odjeżdżającej, ale zauważyła ją Lala i rzekła do ciotki:
— Oho! Ta małomiasteczkowa Pompadour znalazła sobie nowego opiekuna.
— Moje dziecko, taka nieśmiała dziewczyna, taka skromniutka i kto by się 
spodziewał? Podobno i pisarz, i ten nowy adwokat, i poczciarz, i wszyscy... 
Dlatego wolała mieszkać oddzielnie... No!
— Cicha woda! Takie są najgorsze!
— Całe szczęście, że przyjechałaś i w porę odciągnęłaś Luśka, moje dziecko 
drogie! Tak bym chciała, żebyście się jak najprędzej pobrali.
— Mnie się bardzo nie śpieszy, no ale jak Andrzej poprosi...
— Poprosi, poprosi. Bądź pewna!
Kiedy powóz dojechał do lasu, sędzia kazał stanąć.
— No, królowo, stop! Wysiadam! Nos do góry. Nie beczeć, bo to fatalnie wpływa 
na oczy i cerę. Co za licho? Taki! A to dopiero!
W istocie, pies, szczekając przeraźliwie, dopadł powozu, wskoczył na futro i 
kładł Marysi to na piersi, to na ramię łeb, to ją oblizywał znienacka.
— Taki! Taki! Śliczny! Kochany! Dobry Taki! Bądź zdrów, pamiętaj o Marysi i 
wracaj do pana... Już do pana!
Powoli zlazł z powozu i stanął niezdecydowanie na
drodze.
— Do pana, Taki '- głośniej zawołała Marysia. Powoli, powoli, z opuszczonym 
ogonem wracał w
stronę Zgórzewa, oglądając się często. Marysia siłą hamowała wybuch płaczu. 
Wreszcie sędzia rzekł:
— Za chwilę i ja tak będę szedł jak ten pies. Tylko z mego powodu nikt nie 
będzie pociągał nosem. No! Powodzenia, mała! — pochylił się szybko, pocałował 
dziewczynę w policzek i krzyknął: — Jazda!
Ale jeszcze jeden pocałunek spadł na Marysię nieoczekiwanie. Na zakręcie szosy, 
gdy powóz zjeżdżał na polną drogę, pojawił się Niki. Zgrabnie skoczył w biegu na 
stopnie i ucałował Marysię głośno, w oba policzki. Roześmiał się, zeskoczył i 
zniknął w krzakach zagajnika.
Kiedy Lechówna stanęła na miejscu, niebo wyiskrzyły już gwiazdy. Psy szczekały 
przeraźliwie. Na ganek wyszła wysoka kobieta.
— Dobry wieczór. Nie zmarzła pani?
— Nie. Dziękuję. Czy pani jest moją szefową?
— Czym? Jestem Bohdańska. Niech no pani wchodzi do środka, bo zimno.
Trochę zmieszana, trochę przerażona, Marysia znalazła się w dużym i ciepłym 
korytarzu. Panował tu wspaniały rozgardiasz. Gdzieś zza drzwi dobiegały 
wojownicze wrzaski. Ściągnęła szybko palto i kapelusz i stanęła niezdecydowanie. 
Wysoka osoba wyciągnęła rękę.
— Nie zrobimy tu pani krzywdy. Strasznie wątło pani wygląda. Nie będę zresztą 
mówić „pani", tylko „ty". Mogłabyś, zdaje się, być moją córką. Ile masz lat?
— Dwadzieścia cztery.
— Już? No to mój najstarszy syn ma dwadzieścia. Chodźmy do pokoju.
W pokoju przy dużym stole siedział Bohdański otoczony swymi pociechami. Wszyscy 
utkwili oczy w Marysi. Rządca wstał.
— Czekamy na panią. Jak tam droga?
— Bardzo miła _ odparła Marysia, podając mu rękę.
— Pani pozWoli/ że przedstawię moje wojsko: Alin-. ka, Jadzia, Wojtek. Stach, 
najstarszy, nie przyjechał.
Marysia zauważyła, że dziewczynki są wyjątkowo ładne a chłopcy rośh i zgrabni. 
Powiedziała z uśmiechem'to, co jej przyszło na myśl:
Taka szkoda, że państwo zaraz rozjedziecie się do
szkół!
A niech jadą. Będę miała trochę spokoju. I tak muszę przedłużyć im to 
wałkonienie się, bo trzeba ich obreperować.
O! To się szybko zrobi! Ja mam wprawę. I tak Marysia Lechówna weszła w nowe 
życie. Kiedy leżała już w łóżku, uprzytomniła sobie, że mimo gburowatości i 
pewnego prostactwa pani Bohdańska jest bardzo miła i jakoś do siebie ciągnie. 
Panie z miasteczka i koleżanki ze szkoły przemawiały do niej zawsze bardzo 
słodko, a jednakCzuj się tak, jakbyś była moją córką — to były słowa które Bohdańska powiedziała 
jej na dobranoc. O! Błogosławione słowa szorstkiej, spracowanej kobiety, żyjącej 
z dala od perfumowanego świata!
Czarna jest ziemia do siewu i twarda, ale w zamian za pracę i krwawy trud daje 
człowiekowi niewysłowione szczęście plonu. Rozjaśnia oczy, czaruje tysiącem 
różnorodnych wont szepce cicho o istnieniu Boga i daje możność oglądania Go w 
Jego dziełach. Czarna jest ziemia ale nie ma w niej fałszu ni obłudy. Nie ma 
przekupstwa i zdrady. Bocian zjada żaby, żaby polują na
muchy. Jastrząb poluje na zające, ale to jest prawo życia, nie okrucieństwo. 
Jednakim prawem istnieje tu ślepa glista i drapieżny wilk. Tylko z dala od 
natury ludzie wymyślni inne prawa. Inne jest prawo niedoli, a inne złota. Ale 
ponad tym wszystkim uśmiecha się ironicznie Los.
Upłynęło parę dni. Lala zdołała rozruszać Andrzeja. Zresztą tylu miał teraz 
pacjentów, tyle zajęcia w klubie, że na te rozmyślania o przeszłym czasu nie 
stało. W tych dniach Lala otrzymała list od matki:
Moja kochana Lalu!
Zadowolona Jestem z twego humoru, z tego, że ci u ciotki dobrze, że znalazłaś 
przyjaciół itd. Każda matka cieszy się radością dziecka, aleja drżę o ciebie, 
Lalu. Jesteś taka lekkomyślna z tym swoim traktowaniem życia Jak balowej salt 
Czy niezbyt trzpiotowato zachowujesz się wobec Twego przyszłego męża?
Widzisz, dziecko, po skandalu z tym fordanserem nie możesz mieć, przynajmniej na 
razie, szans na zdobycie męża w naszej sferze. A masz Już dwadzieścia osiem lat, 
musisz zejść trochę niżej. Nąjmożliwszy jest Andrzej, ale o ile go znam, wiem, 
że jest poważny, myślący i naprawdę niegłupi chłopiec. Że robisz na nim wrażenie, 
to pewne, ale widzisz, dziecko, często, bardzo często jest tak, że mężczyzna 
czuje pociąg, ba!, nawet szaleje dla jednej kobiety, a żeni się z drugą. Dlatego 
też radzę ci, córuchno, bądź uważna i postaraj się, by dojrzał w tobie materiał 
na kucharkę i matkę twoich dzieci Wtedy będziesz miała szanse.
Biedna ta nauczycielka, Lalu! Pomyśl sama, ile kobiet z naszej sfery robi to 
samo na szerszą jeszcze skalę i jakoś im to uchodzi. Czy myślisz, że Twoja
eskapada z tym podlecem miała inny koloryt moralny? Nie mogę, nie mogę ci tego 
zapomnieć! Tak sobie zwichnąć karierę, ach, Lala! Ja w twoim wieku jeszcze 
umiałam się rumienić! Co za czasy! Zaklinam Cię na wszystko, bądź uważna! Jeśli 
wyjdziesz za Andrzeja, postaram się, by dostał jakąś wybitniejszą placówkę.
Moje dziecko, z tymi włosami nie mogę jakoś podjąć decyzji Pomyśl jak będzie 
kpił stryj Rudolf. A prezesował Ty wiesz, oni oboje są ludźmi dawnego pokroju, a 
mają przy tym tak szalone stosunki, że muszę być z nimi dobrze, bo gdyby (co nie 
daj Boże!) Twoje małżeństwo z Jędrkiem spalito na panewce, to może Cię Wkręcę 
gdzieś na jakąś posadę. Będziesz miała rozrywkę, korzyść, no i nowe znajomości, 
prawda?
Tymczasem całuję Cię mocno! Pisz często.
Twoja Matka
Lala po przeczytaniu tego listu parsknęła śmiechem. Biedna, poczciwa Maman! Nie 
może strawić tej przygody. No, a co do Andrzeja, to zobaczymy. Ha! Strzeliła 
palcami i nucąc Marsyliankę szła na górę do gabinetu doktora.
— Halo, Jędruś! Można?
— A, proszę, proszę, kochany gościu.
— Jędruś, mam zmartwienie!
— Co się stało?
— Mama mi każe wracać.
— A to po co?
— Pisze, że nie wypada tak długo korzystać z waszej uprzejmości.
— No wiesz! Podobne ceregiele w rodzinie.
— Nie jesteśmy wcale tak bliską rodziną.
— Jak to nie?
— No, twoja mama i moja mama są ciotecznymi siostrami.
— To jest daleki stopień pokrewieństwa, uważasz? A ja ci mówię, że ksiądz 
nawet ślubu nie chciałby nam dać.
— Ojej! — krzyknęła Lala i niby zmieszana wykrzyknikiem ukryła twarz w 
dłoniach.
Andrzej podniósł wysoko brwi.
— Wiesz, Lalu, to mi daje dużo do myślenia. Śmiem, wyobraź sobie, przypuszczać, 
że wolałabyś...
— Za wiele nie przypuszczaj — żywo przerwała. -Ostatecznie, po co mam kłamać, 
wolałabym wyjść za ciebie niż za stu innych. Jesteś przystojny, dobrze zbudowany 
i mądry, umiesz całować i... no w ogóle!
— I ty, taka piękna, taka bogata panna, zdecydowałabyś się poślubić 
prowincjonalnego lekarza? Ty, która masz u stóp setki serc w stolicy?
— Mój drogi, nie lubię nosić duszy jak sztandar na kiju. Widocznie mam powody, 
dla których wybieram ciebie, ale pokrewieństwo...
— Ach, są przecież indulty, Laleczko, tylko wiesz co? Łatwiej związać dwoje 
ludzi niż ich potem rozwiązać.
— Po cóż by się mieli rozwiązywać?
— Wiem, że lubisz tłum dokoła siebie, a ja musiałbym może prędko zadowolić się 
zaszczytną funkcją wiernego, dozgonnego przyjaciela, podczas gdy rolę kochanka 
powierzyłabyś komu innemu. A ja nie strawiłbym tego, wiesz?
— No chyba, że wiem, i dlatego właśnie... dlatego właśnie jesteś muszy od 
wszystkich moich niewolników.
— Lalu, stwierdzam po raz setny, że jesteś śliczny, kochany dzieciak, który 
wstydzi się, że jest prawy i czysty, i wkłada maskę światowej na wskroś kobiety. 
To jest jeszcze jeden twój urok więcej. Więc naprawdę śliczna panna Lala chce 
zostać żoną łapiducha?
— Jeżeli łapiduch nie ma innych widoków na przyszłość... to chyba.
Andrzej zamiast odpowiedzi chwycił ją wpół, posadził sobie na kolanach i całował 
raz po raz. Lala po chwili wyrwała się z objęć i uciekła na dół. Andrzej został 
sam, podniecony, oszołomiony i przynajmniej na razie szczęśliwy. Panna zaś 
pobiegła na pocztę i zadepeszowała do matki: Andrzej chce zostać pantojlarzem. 
Przujęłam, Lala.
Następnych kilka dni upłynęło pod znakiem słonecznej pogody, zarówno na niebie, 
jak i w sercach ludzi, a przynajmniej ludzi zamieszkujących Zgórzewo. Klub 
rozwijał się imponująco. Ku wielkiej radości doktora udział swój zgłosiło kilku 
parobczaków ze wsi. Panie z miasta bywały w domu Połońskiej i adorowały Lalę. 
Ich mężowie zaś przyjemnie spędzali czas, grając w szachy lub preferansa, a 
ostatnio w ping-ponga, który wprowadziła Lala.
Tymczasem Los chodził sobie po mlecznej drodze i obmyślał nowe figle. Sędzia 
przychodził do klubu jak dawniej i ku niebywałemu zdziwieniu pań był dla nich 
uprzedzająco grzeczny i szarmancki, a nawet Lali przestał posyłać zabójcze 
spojrzenia i kilka razy usiłował okazać jej swoje zainteresowanie. Panna mówiła 
ze śmiechem Andrzejowi:
— Widzisz, Jędruś, aha... jeszcze parę dni, a rozsmaruję tego zaciętego 
antyfeministę na bułeczce.
— Jesteś genialna. Ale ja mam wrażenie, że ten śledziennik coś knuje. To jest 
zawzięta natura, choć w gruncie rzeczy serce ma dobre.
Lala jednak w dalszym ciągu uważała Sendeckiego za swą ofiarę.
Wreszcie któregoś miłego wieczoru w klubie sędzia wypuścił pierwszą strzałę. 
Dotychczas o Marysi Lechównie mowy nie było zupełnie. Panie dopięły swego i 
były szczęśliwe. Tematu tego jednak wolały nie poruszać. Sędzia też go nie 
podejmował, póki nie utwierdził ogółu w przekonaniu, że nauczycielka była w jego 
życiu tylko epizodzikiem. Teraz, gdy zyskał zaufanie, czekał na okazję. I 
właśnie tego wieczoru panna aptekarzówna grała w ping-ponga z kuzynką burmistrza, 
a sędzia emablował starsze panie.
— Cóż za piękne włosy ma kuzynka szanownej pani — rzekł burmistrzowej. — 
Uwielbiam brunetki!
— A to się panu gust zmienił, bo, o ile pamiętam, blondynka była ostatnią 
pasją.
— Moją? Blondynka? Co za blondynka?
— No, ta Lechówna!
— Ach! Panna Lechówna! O, proszę pani, cóż z tego, jakże ja, chudopachołek, 
mogłem wznosić oczy ku takiej gwieździe. Przecież to jest teraz figura!
— Jaka figura? — spytały niemal bez tchu kobiety, otaczając sędziego zwartym 
kołem.
— Nie mogę nic powiedzieć. Jestem związany słowem honoru. Mógłbym się narazić, 
panie rozumieją.
— Przecież ona dostała dymisję! — krzyknęła Kościkowa.
— Dymisję? To nie była dymisja, to było dyplomatyczne posunięcie!
— Ale przecież... — jęknęła Kościkowa, ale szarpnięcie przyjaciółki za łokieć 
nie pozwoliło jej dokończyć, tylko biust jej huśtał gwałtownie wielką, złotą 
broszkę. Sędzia utkwił wzrok w czarnych włosach panny Kazi i myślał: „Poczekaj, 
Maryś, poczekaj. Nie będą mogły sypiać".
Panie w milczeniu spoglądały na siebie.
— Niech nam pan powie, gdzie ona teraz jest?
— Ależ nie mogę. Doszłoby to do naszego doktorka, który na pewno chciałby ją 
odwiedzić, bo przecież prosił ją o rękę nie raz, a właśnie to jest niewskazane, 
panie wiedzą, rozumieją. Doktor Andrzej jest zamożny, ale jeszcze nie ma tyle, 
by stanowił partię dla panny Marii — mówił poważnie sędzia, a w duszy chichotał 
złośliwie i posyłał w stronę „maleńkiej" tysiąc serdecznych słów, których nigdy 
nie zdołałby wypowiedzieć.
— No, a pan Edward też nie wie?
— Edzio jest smarkacz i dlatego nikt mu tajemnicy nie powierza.
. Tego wieczoru, gdy towarzystwo z klubu wracało w progi domów, można było 
zauważyć jakiś ogólny niepokój. Rozmawiano szeptem i tajemniczo.
Burmistrz rzekł do żony, zdejmując futro w przedpokoju:
— Żebym tylko nie musiał pokutować za twoją niechęć do Lechówny. Już czuję, że 
ona musi mieć jakiegoś poważnego protektora.
— To wszystko z winy Kościkowej, ona mnie do tego namówiła. Popatrz, czy to 
możliwe, by Marysia odmówiła Połońskiemu?
— A pewno! Jak ma tam kogoś w ministerstwie.
— A jakże! Siedziałaby tu dwa lata.
— Mogła być z powodzeniem nasłana, żeby wywąchać tutejsze stosunki.
Burmistrzowa chwyciła się oburącz za głowę.
— Jezus Maria, to jeszcze będzie bigos! Trzeba będzie pomówić z Lalą, ona też 
ma wpływy. Córka ministra! Niech się dowie o tej Lechównie.
— Muszę się zakrzątnąć koło miasta, niech wiedzą, że mają opiekuna, niech 
czują obywatele! Orkiestrę urządzę, ulice każę brukować. Do „Strzelca" wstąpię, 
jakby co do czego przyszło, żeby coś było... — mruczał, ściągając buty, a potem 
runął jak kloc na łóżko i dorzucił:
— I to wszystko, psiakrew, o jedną gęś, na stare lata spokoju nie ma — dobiegł 
już senny głos spod pierzyny.
Niespokojną noc miały wszystkie panie, które podpisywały skargę na Marysię. 
Sędzia takiego plonu małej ploteczki nawet się nie spodziewał. Nazajutrz 
Kościkowa już o dziesiątej pobiegła do burmistrzowej. Ta przyjęła ją chłodno.
— Ładnego bigosu pani narobiła! — rzekła surowo.
— To ja? To przecież wszystkie panie.
— Z pani namowy. Ale uprzedzam, gdyby z całej tej awantury miała wyjść jakaś 
nieprzyjemność dla mnie albo dla męża, potrafię wyświetlić sytuację i wskazać 
winnych naprawdę. Ja nie potrzebuję konkurentów dla swoich córek, bo ich nie mam.
Kościkowa zbladła i zalała się łzami.
— Pani jest bez serca, za moją sympatię, za moją życzliwość, w ten sposób... 
— wyjąkała.
Ale żona „ojca obywateli" nie była bez serca. Objęła aptekarzową za ramiona i 
pocieszała:
— Paniusiu, po co zaraz płakać, lepiej obmyślić, co robić, jak naprawić tę 
chryję.
Uradziły ostatecznie w dyplomatyczny sposób wyciągnąć jak najwięcej wiadomości 
od sędziego, atoli panna Lala dowiedziała się zaraz po obiedzie o kłopocie 
mieszkanek Zgórzewa. Wyśmiała ich obawy i zaatakowała sędziego:
— No, Sokratesie! Cóż pan tu puścił za plotkę o tej złotowłosej gazeli?
Sędzia odparł spokojnie:
— Gdybym był plotkarzem, obecne tu piękne panie nie tolerowałyby mnie w swoim 
towarzystwie. To, co powiedziałem, jest najszczerszą prawdą. Panna Lechówna 
zajęła taką pozycję w świecie, że ani ja, ani doktor nie mamy prawa nawet oczu 
do niej wznosić. W każdym razie, gdy ją pani spotka, proszę wspomnieć, że całe 
miasteczko wspomina ją z głębokim żalem i sympatią. Prawda?
— No oczywiście, oczywiście, oczywiście — przytaknęły panie.
— Słowo daję, że to zakrawa na żart karnawałowy. Taka szara myszka, taka 
prowincjonalna nauczycielka miałaby wypłynąć na świecie jako ktoś mający 
znaczenie? Horrendalne!
— Panno Lalu śliczna, na świecie są rzeczy, nie będę cytował. Pani Pompadour 
nie była klasyczną pięknością, a przecież... a du Barry? Kiedy pani wraca do 
Warszawy?
— Jak mnie narzeczony puści — odparła z uśmiechem.
— Któż jest tym najszczęśliwszym spośród ziemskich szczęśliwców?
— Ponieważ pan nie jest plotkarzem, powiem panu do ucha. Zobaczymy, jak szybko 
rozejdzie się ta wiadomość.
— Och, panno Lalu, my powinnyśmy wiedzieć najpierw, jako pani serdeczne 
przyjaciółki.
— Przed serdecznymi przyjaciółkami trzeba się strzec najwięcej — zawołała Lala 
ze śmiechem i pociągnęła którąś z młodych na ping-ponga.
Jeszcze dwa dni upłynęły spokojnie. Doktor pracował z zapałem. Panie 
zastanawiały się nad nową zagadką: kto mógł być narzeczonym Lali? Chyba nie ten 
narciarz, który tu jest od tygodnia i chyba nie... no, oczywiście nie doktor, 
przecież taki bliski kuzyn. No i co to za partia dla córki ministra? O Marysi 
zapomniały od razu.
A w gruncie rzeczy żadna z tych wielkości zgórzewskich nie była zła, tylko 
życie w małych, rzuconych w takie zapadłe kąty miasteczek przytłumia wszystkie 
szlachetniejsze instynkty. Bezwolnie, bezopornie dają się ludziska przerabiać na 
zjadaczy chleba. Ciasny krąg zainteresowań z biegiem czasu urasta do jedynego 
pola, na którym można wyładować temperament, i staje się potworem, wciągającym 
dusze w cuchnący, lepki odmęt.
Doktor chciał otworzyć okna na świat. Otworzył! Ba, zrobił nawet przeciąg. 
Święcie też wierzył, że potrafi wyciągnąć powoli mieszkańców z mułu codzienności. 
Dlatego tu trwał. Lala umilała mu życie z całą swoją wielkoświatową werwą. Był 
jej wdzięczny, był zadurzony mocno, był szczęśliwy. Marzył, że wspólne pożycie 
da im wiele miłych, dobrych dni, ale przychodziły chwile, w których ze 
zdumieniem stwierdzał, że brak mu wieczorów spędzanych u Marysi, tego nastroju, 
który tam panował, tej uśmiechniętej ciszy, a może, może słodkich, wiernych oczu 
dziewczyny.
Kiedy rozmyślał o tym, dochodził do wniosku, że takie dwubarwne uczucie jest 
wspólne prawie wszystkim mężczyznom. W domu żona, którą się kocha, poza domem 
kochanka, którą też się uwielbia. Ale zbyt wiele czasu zabierała mu praca, by 
chciał jeszcze analizować siebie i swój charakter, i jego reakcje na stany 
uczuciowo-erotyczne. Ale przyszedł dzień, a właściwie noc, która do spokojnego 
domu Połońskich wniosła ferment, a do duszy doktora burzę.
Luty był pogodny, suchy, mroźny. Wieczory ciche, prześwietlone szklanym blaskiem 
księżyca. W jeden z takich wieczorów grupa narciarzy z miasteczka, z doktorem na 
czele, wracała z wycieczki w pysznych humorach. Dalekie, białosrebrne, pachnące 
lasem i przestrzenią bez końca i jakąś niesłychaną rześką młodością pola 
stłumiły opary kuchennych plotek. Całe towarzystwo ze śpiewem i śmiechem 
wkroczyło do miasteczka. Pani burmistrzowa, coraz smuklejsza, osypała śniegiem 
sędziego, co dało asumpt do ogólnej bijatyki. Zmachani, ale zadowoleni zasnęli 
ojcowie miasta i ich małżonki
oraz młodsze i starsze pociechy snem zdrowym i krzepiącym.
Sierp księżycowy wolniuteńko sunął po niebie i patrzył na wielkie, wielkie 
obszary pól, gdzie pod iskrzącą pierzynką spały zdrowym snem ziarna zbóż, a 
śniły o słońcu. Na ciche, tajemnicze obszary lasów, gdzie młode i stare drzewa 
pod wspaniałym dachem z szafiru i złota zasypiały snem zdrowym, krzepiącym, a 
śniły o jutrze i słońcu. Na brudne, miejskie zaułki, tulące we wnękach murów 
nędzarzy, sinych z zimna i głodnych... tym sen nie zdołał zmrużyć oczu, ale za 
to marzyli o słońcu.
A setki tysięcy głodnych i bezdomnych istot, patrząc na księżyc, zazdrościło mu 
spokoju i wiecznej, obojętnej martwoty, z jaką sunął po niebie, i zazdrościło 
tego niebieskiego dachu, pod którym krążył.
I czymże są sprawy jednego, maleńkiego miasteczka wobec uśmiechu księżyca, który 
widzi miliony takich miasteczek i jednakowo zostaje obojętny? I czymże są 
zawieruchy i burze w sercach ludzkich wobec niezmierzonej obojętności 
wszechświata?
Koło godziny drugiej gwałtowny dzwonek, raz po raz przecinający ciszę domu, 
poderwał Andrzeja na nogi. Usłyszał potem odgłos kłótni, szamotania i do pokoju 
wpadł Niki z czupryną w nieładzie i poszarpanej kurtce.
— Co się stało, chłopcze?
— Prędko, niech pan leci — dyszał chłopiec -Truś umiera, zastrzelili go.
Doktor bez chwili wahania przygotował się do drogi. Szli tak szybko, że trudno 
było mówić, bo mroźny wiatr
kłuł w oczy. Dopiero gdy wpadli w las, doktor rzucił pytanie:
— Przemyt, co?
— Aha! Ledwośmy drapnęli, wszystko zostało.
— Gdzie dostał?
— W biodro. Oj, chodźmy prędzej, bo wykituje.
— Co staremu strzeliło do łba?
— A, powiada, skuczno w domu siedzieć samemu, a interes też był do ubicia 
ważny.
— Daleko jeszcze?
— A tu już, za choiną.
Andrzej, chcąc wejść do lepianki, musiał się porządnie schylić. Nie miał czasu 
na lustrowanie wnętrza, zresztą w chałupie było prawie ciemno. Maleńka, dymiąca 
lampka ledwo oświetlała kąt izby. Tam, w tym kącie na pryczy leżał starzec. 
Twarz ziemistej barwy, usta sine, spoza których widniały żółte zęby, policzki 
wpadnięte głęboko zrobiły na doktorze dziwnie przykre wrażenie. Zwłaszcza że 
oczy rannego, szeroko otwarte, bez drgnienia patrzyły gdzieś w cień.
— Dziadku, jest doktor, dajcie obejrzeć ranę.
— Po cholerę go sprowadziłaś, paszoł won na cztery wiatry! — wyjęczał stary.
— No, Truś, bez komedii. Nie jesteście dzieciakiem ani takim głupcem, za 
jakiego chcecie teraz uchodzić. Przyszedłem do chorego, nie do wroga, i nic o 
was nie wiem, i nie chcę wiedzieć — powiedział doktor zupełnie spokojnym tonem i 
ściągnął kożuch okrywający starca.
Niki krzątał się przy kominie. W izbie zapachniał rumianek. Starzec podczas 
badania zemdlał dwa razy
i doktor doszedł do przekonania, że tu w tej ciemnej izbie mowy nie ma o 
racjonalnym opatrunku. Należało też wyjąć kulę, tkwiącą gdzieś głęboko w 
mięśniach. Na razie zrobił, co mógł, by ulżyć starcowi, i zwrócił się do chłopca:
— Słuchaj, mały, pójdziesz do mnie i przyniesiesz dużą lampę z gabinetu.
— Nie pójdzie, nigdzie. Po co? Ja już kończę. Wszystka krew ze mnie wyciekła — 
szeptał stary — niech tu będzie.
— Chcę was ratować, Truś.
— Nie potrza, ale Niki mi żal.
— Rana nie jest taka groźna — tłumaczył doktor, stosując jednocześnie zastrzyk 
kamfory z kokainą.
— Ej, panie doktorze, kury macać, babom języki oglądać, co to, pan nie widzi, 
że jak takiemu staremu tyle juchy wyjdzie, to już ślus?
— Nie trzeba tyle mówić, Truś.
— No, a ja chcę mówić. We łbie szumi... Adju Fruziu. Chodź tu, Niki, bliżej, 
żebym cię widział.
Doktor był bezsilny wobec oporu tego starca, wobec tej zadymionej, ciemnej izby. 
Cóż jego wiedza mogła teraz dokazać? Rzekł więc tylko: 
>
— A może posłać chłopca po wino, wzmocni was.
— Mam wino, mam u siebie, mam swoje, nie doktorskie, dobre, zdrowe.
Niki w milczeniu wyciągnął ze skrzyni jakąś butlę, nalał do szklanki 
cieinnoczerwonego płynu. Doktor uniósł delikatnie głowę starca, a Niki przytknął 
mu do ust szklankę. Wypił odpoczywając, potem utkwił wzrok w Andrzeju.
— No co? Cieszy się pan, że Trusa odstawia na tamten świat?
— Wprost przeciwnie. Dałbym wiele za to, żeby was utrzymać przy życiu.
— No! No!
— Jesteście dla mnie tylko człowiekiem, Truś, chorym człowiekiem, któremu 
pragnę pomóc, i dlatego proszę jeszcze raz, przestańcie mówić. Trzeba usnąć.
— Usnę, usnę. Niki, chodź tu do dziadka — rzekł cicho jakimś niespodziewanie 
miękkim głosem. — Połóż mi ręce na oczach. Tak. Niki, masz pamiętać o dziadku, 
słyszysz?
— Słyszę.
— Pacierz za mnie mów. Ten, co mnie nauczyłaś.
Doktor poczuł, że coś go chwyta za gardło. Jakieś potężne wzruszenie, a 
jednocześnie to „nauczyłaś" uderzyło weń jak cios. Milczał, trzymając rękę na 
pulsie starego.
— Jest tu kto, Niki?
— Doktor, ale się nie bójcie, dziadku... on nie jest świnia, to dobry chłop.
— Dobry? Zobaczym. Odejdź, Niki.
Chłopiec odstąpił od pryczy i siadł na skrzyni, a starzec szepnął:
— To ja strzeliłem do pana.
— Wiedziałem — rzekł spokojnie doktor. Starzec mrugnął oczyma.
— Nie nazywam się Truś, nazywam się Michał Kowalik... słyszał pan o nim?
— Czytałem — odparł Andrzej, siłą hamując drżenie głosu.
Zapadło długie milczenie. Starzec przymknął oczy. Andrzej spoglądał na Niki i w 
głowie mu wirowało. Więc to jest ten Kowalik, który zamordował kochankę i jej 
matkę, trzy razy uciekał z więzienia i miał na sumieniu dwóch strażników! To 
jest ten Kowalik! Kim jest Niki? Nagle stary poruszył ręką.
— Nic pan nie mówi — rzekł chrapliwie.
— Cóż mówić? Chciałbym, żebyście usnęli, sen wzmacnia.
— Mam panu jeszcze coś do powiedzenia, o coś prosić; tak, Truś będzie prosił 
pierwszy raz w życiu.
— Zrobię wszystko, co w mojej mocy — rzekł gorąco doktor.
Starzec odetchnął parę razy i szepnął:
— Niki jest dziewczyną, moja znajda. Pan jej da opiekę; moja znajda. Ona nie 
jest biedna. Zebrałem dla niej groszy. To jest dziewucha... Co ty — powiada — 
byku, umarłemu buty ściągasz? A Jak cię w nich zakatrupią
— powiada — w kradzionych do nieba pójdziesz? I cię tam wpuszczą? — powiada. 
Jak cię Święty Pieter gwizdnie w mordę, to w piekle będziesz zęby zbierał — 
powiada. Taki skrzył, takie małe. Mogłem toto zgnieść jedną ręką. Moja znajda! 
Niki, chodź tu prędko, połóż mi ręce na oczach. Dobra jest... tak, Niki, śpiewaj 
dziadkowi
— szept był coraz bardziej chrypliwy, coraz bardziej urywany.
Andrzej podał starcowi trochę wina.
— Wojenko, wojenko, cóżeś ty za pani? — zaczęła Niki pięknym, czystym altem. 
Chwilę śpiewała, potem spojrzała uważnie na starca i gładząc mu twarz, zaczęła 
uroczyście: — Wszystkie nasze dzienne sprawy...
Śpiewała powoli i ten miękki alt kobiecy napełnił mroczną/ podobną do jaskini 
izbę jakąś powagą i dostojeństwem. Doktor patrzył w zuchowatą twarz śpiewającej 
z zapartym oddechem. Nagle dojrzał, jak spod opuszczonych rzęs spływają powoli 
dwie duże krople. Zarysowały na policzkach srebrny ślad i spadły na czoło starca. 
Doktor zagryzł wargi. Nerwy wypowiadały mu posłuszeństwo. Starzec drgnął, 
uśmiechnął się i otworzył
oczy.
— Nikt ?*? gwizdnie mnie Święty Pieter w mordę?
— Nie gwizdnie, dziadku.
_ ??? ??, jucho, żal dziadka?
— Żal_ opiewaj dalej, śpiewaj.
Śpiewała, a chory szeptał:
_ YJidzl pan? Bez księdza się obejdzie. Śpiewanie dziecka otworzy mi niebieską 
chałupę. Ej, panie, co tu na świecie dobrego? Mocniejszy dusi słabszego dla 
zabawy. Zwierzęta są lepsze, nie kłamią, nie zdradzają. Nie daj skrzywdzić mojej 
dziewuchy.
Dygocącymi dłońmi poszukał głowy dziewczyny, która nie przestawała śpiewać. 
Kościste, brudne palce oplotły pochyloną głowę, a potem wolno opadły na kożuch.
Niłci przestała śpiewać i odjęła dłonie od twarzy starca.
_ jConiec — rzekła cicho.
Pochylił się nad znieruchomiałym ciałem.
_ Koniec — powtórzył, ale nie ruszał się z miejsca. Nie mógł. Wszystko, co tu 
widział i słyszał, wprawiło go w stan jakiejś dziwnej martwoty. Zdawało mu się,
że już całe wieki siedzi w tej dusznej izbie. Nie wiedział, co ma robić, co 
mówić. Może to wszystko jest snem? Do przytępionej świadomości doszedł głos Niki.
— No, nie ma pan tu co robić. Odprowadzę pana!
Machinalnie złożył swą walizkę. Włożył palto i kapelusz. Wyszedł za dziewczyną 
na dwór. Świeże, mroźne powietrze owionęło mu twarz i zakręciło w głowie. 
Przystanął.
— Poczekaj, Niki, odpocznę.
Spojrzała zdziwiona, a on usiadł na kępie chrustu. Gdzieś w dali zapiał kogut 
jeden, drugi, gdzieś zaszczekał pies. Doktor wyciągnął fajkę, nabił ją powoli, 
systematycznie, gładził długo wskazującym palcem prawej ręki jej brzeg dokoła, 
dokoła, wreszcie zapalił. Myśli zbite w pogmatwany kłąb jęły się jakoś rozwijać, 
rozsnuwać. Ciężar gniotący mózg ustępował. Po dłuższej chwili doktor spojrzał na 
parobczaka palącego papierosa i spytał:
— Dlaczego chodzisz po męsku, skoro jesteś dziewczyną?
— Truś tak chciał. Dziewuchą trudno się uchować. Chłopcy nie daliby mi spokoju. 
Zarobić trudniej.
— Masz z czego wyprawić mu pogrzeb?
— Co tam będę wyprawiać. Stolarza poproszę, trumnę mi zbije. Dół wykopiem pod 
tą sosną i już. Krzyżyk postawim, niech śpi. Będą mu sosny grać.
— Ludzie we wsi cię znają?
— Trochę znają, trochę nie. Wiedzą, że Truś ma wnuka, to i tyle.
— Jak się właściwie nazywasz?
— Bo ja wiem? Józek-tata mówił, że powinnam się nazywać Leguńska.
— Co za Józek-tata?
— Ten z Legionów. Znaleźli mnie w lesie, ale szczeniak byłam. Cztery lata my 
razem żyli. „Córka pułku" na mnie mówili, a potem w nocy, jak nogę dawali, to z 
wozu spadłam, a jak spadłam, to tu, w krzaki, bo tu strzelają, potem mnie Truś 
znalazł, na drugi dzień. Patrzę, chodzi taki drab po polu, znalazł w rowie 
zabitego, dawaj buty z niego ściągać. Podskoczyłam i nie dam. Chciał lać, ale 
mówię: „Co ty myślisz, stara łamago, że się ciebie boję?" Jak go nie trzasnę 
bykiem w piersi. Od tego dnia była śtama. Włóczyli my się po całej Polsce. 
Nauczyłam go robić opatrunki, bo nieraz w pułku widziałam, on znów zioła znał, 
kości zestawiać umiał. Potem na szmugiel zaczęlim chodzić. No i tak. Morowy był 
chłop. Boksować mnie nauczył i dużo, dużo rzeczy.
— Tak! Co teraz chcesz ze sobą robić?
— Phi! Forsy mam dość. Pójdę w świat.
— Nie, Niki, nie pójdziesz w świat, bo ten świat połknąłby i twoje pieniądze, 
i ciebie. Na razie zabieram cię do siebie. Dam ubranie, będziesz u mnie, 
rozumiesz? Będziesz się uczyć, a później zobaczymy.
— Co ja u pana będę robić?
— Sam dobrze nie wiem. Oczywiście znajdę ci jakieś zajęcie. Truś mnie o to 
prosił; zresztą, żal mi cię... Jesteś bardzo samotna, dziewczyno!
— I mam już chodzić w sukniach?
— Oczywiście. Wnuk Trusa zginął. Jest dziewczyna. Muszę ci wyrobić jakieś 
papiery, bo tak to cóż... Właściwie nie istniejesz, nie ma cię...
— Phi! Drzewa nie mają papierów i dobrze im.
— Ale ty nie jesteś drzewem. Pódziesz ze mną teraz.
— Teraz nie. Zostanę z dziadkiem. Rano polecę do wsi do stolarza.
— Bądź zdrowa, Niki.
Słuchała chrzęstu kroków ginącego w cieniach nocy doktora. Potem przesunęła 
palcami po czuprynie, spojrzała w niebo...
— No, jak ty tam wędrujesz, dziadku, po niebieskich drogach? — szepnęła.
Wróciła do chaty, zawinęła się w kożuch, siadła na progu w otwartych drzwiach i 
z nosem wtulonym w kudły futra usnęła.
Andrzej wrócił do siebie przed szóstą rano. Oczywiście ciemność leżała jeszcze 
na dworze gęsta i sen czuwał nad miasteczkiem. Doktor poszedł prosto do swego 
gabinetu. Umył się, usiadł przy biurku i pykał fajkę, a Taki położył mu pysk na 
kolanach i patrzył z wyrzutem, jakby mówił: „Czemuś mnie nie wziął ze sobą na 
spacer, gdzieżeś to bywał, panie? Czy nie pora położyć się uczciwie do łóżka?" 
Ale pan gładził machinalnie duży łeb i myślał... myślał... Jak wytłumaczy 
Kiciuni i Lali obecność w domku Niki? Co powiedzą na tę niezwykłą historię 
mieszkańcy miasteczka? Ile trzeba będzie zwalczyć znowu plotek, niechęci, intryg? 
Ach, Marysia doradziłaby mu!
Poczuł gwałtowną chęć usłyszenia głosu dziewczęcia, tego ciepłego, cichego głosu. 
Niki, Niki, co za wspaniały, oryginalny typ! Trzeba się czegoś o niej dowiedzieć. 
Trzeba napisać do kolegów wojskowych, niech się
przepytają o tę „córkę pułku". Do rana siedział przy biurku. Koło dziewiątej 
zszedł na dół na śniadanie.
— Jak ty wyglądasz, Luśku! — krzyknęła Połońska.
— Jędrusiu, pewno nie spałeś? — spytała Lala pieszczotliwie.
— Nie spałem, wezwano mnie do Trusa. Umarł.
— Nie może być! — wyjąkała staruszka.
— O! Ubył ci konkurent — uśmiechnęła się Lala.
— Nie cieszę się, Lalu. Jakoś dziwnie wzięła mnie ta śmierć. To było zupełnie, 
zupełnie... trudno mi wyrazić, jak w kinie, jak w powieści. Konający starzec i 
nad nim dziewczyna, która śpiewa Wszystkie nasze dzienne sprawy. Mówię wam, moje 
panie, ten widok mógł wstrząsnąć.
— Wiedział, że umiera?
— Wiedział. Prosił, bym zajął się wnukiem, a raczej wnuczką. Bo ten Niki, 
znacie go, widziałyście go nieraz, to dziewczyna.
Dwa okrzyki zdumienia zadrżały w powietrzu. A potem Połońska spytała oburzona:
— Jak to, i ty będziesz się zajmował tą, tą dziewczyną?
— Obiecałem staremu, Kiciuniu. Cóż ona zrobi z sobą?
— Niech idzie do służby — rezolutnie zdecydowała Lala.
— Nie ma żadnych papierów, żadnych świadectw, nic.
— Lusieńku, nie narażaj się znowu, Bóg wie co to za numer! Może złodziejka. 
A
— WięC/ Kiciuniu, myślę wziąć ją tutaj. Ja potrzebuję sprytnej pomocnicy, 
która by zajęła się porządkami w
moim gabinecie. To jest dobry materiał. Potem zobaczymy.
— Nie jestem zbyt zadowolona, Lusieńku.
— Zycie, Kiciuniu, przynosi nie tylko same zadowolenia. Gdzie to się .noja 
królewna wybiera w takiej pięknej czapeczce?
— Umówiłam się na ślizgawkę. Wiesz, chciałabym zobaczyć tę córkę rozbójnika 
— zażartowała. 
— Zobaczysz nie raz. Bądź dla niej dobra, Lalu, jako przyszła pani domu — 
rzekł, całując ją w rękę.
Połońska poczerwieniała z radości.
— Lusieńku, czy to ma znaczyć, że...
— Że tu siedzi pani doktorowa, chciałaś spytać? Może, może — i znów pocałował 
jej białą, piękną, pachnącą dłoń. Nie myślał o tym, co robił. Wszystkie jego 
czynności, nawet słowa, były machinalne.
Wstał od stołu i oparł dłoń o łeb Takiego mówiąc:
— Przelecimy się, piesku, trzeba orzeźwieć przed pracą.
Lala spojrzała na Połońska i podniosła lekko brwi. Po czym, składając serwetkę, 
rzekła niedbale, chociaż cień urazy drżał w jej głosie:
— Jędruś, widzę, że potrzeba ci samotności. Musisz być porządnie rozstrojony.
Objął dziewczynę i mówił z uśmiechem:
— Nie na tyle, by nie widzieć twojej urody, Lalu -a mówiąc to myślał: „Po 
kiego licha jej to mówię, po kiego licha!"
Taki spoglądał panu w oczy i kręcił ogonem, a doktorowi całującemu dłonie matki 
przemknęło przez głowę: „Pies uczciwszy jest od człowieka".
A daleko od miasteczka, pośród zaśnieżonych pól, w niewielkim szarym domu, panna 
Marysia prędko, prędziutko biegała po pokojach w białym czystym fartuszku, ale 
nie miała już zapadniętych policzków ni ciemnych kręgów pod oczyma. Pani domu z 
serdecznym, macierzyńskim uśmiechem spoglądała na pomocnicę. „Cóż to za skarb 
taka dziewczyna w domu!" Jakoś cieplej, jakoś jaśniej zrobiło się we dworze, 
odkąd sędzia przywiózł to chuchro. Chuchro było wyjątkowo pracowite i wyjątkowo 
zaradne, a poza tym miało wielki zapas dobrej woli i energii, o którą nikt by 
jej nie posądzał. Przywiązała się do swej chlebodawczyni całym sercem i 
szorstkość rządczyni wcale jej nie raziła. Przeciwnie, Marysia lubiła ten 
szorstki, kategoryczny ton i po kilkunastu dniach swego tutaj pobytu stała się w 
domu po prostu nieodzowna.
Dzieciaki obreperowane, obszyte, z żalem wyjechały do szkół, ale pani Jadwiga 
miała już teraz wierną, oddaną duszę, samotność nie dusiła jej jak zmora. 
Marysia grała na cytrze, Marysia śpiewała, Marysia śmiała się i nie pozwoliła 
pani rządczyni na melancholię. Toteż nie raz, nie dwa pani Jadwiga z 
westchnieniem mówiła do męża:
— Żeby to nasz student był starszy, co? Już byśmy mieli synową jak złoto.
A rządca, kurząc machorkę, kiwał głową. Myślał tak samo.
I na tęsknotę do Andrzeja Marysi zabrakło czasu. Tylko gdy zasypiała w ciepłym, 
choć maleńkim pokoiku, serce jej ściskało się gwałtownym bólem i pragnieniem, 
żeby go zobaczyć na chwileczkę, usłyszeć ten ponad
wszystko ukochany głos. „Aneczku, Aneczku! Przecież cię kocham zawsze tak samo. 
Nigdy nie przestanę, nigdy!"
I z takim westchnieniem usypiała, by raniutko znów zrywać się do pracy, do 
biegania, do cerowania, ach, i do liczenia. Wciąż, wciąż trzeba było liczyć, 
obliczać kwaterki, litry, kilogramy i dbać, i uważać, by służba nie kradła.
Ale z tym wszystkim Marysia czuła się dobrze i zdrowo. Pan rządca, po 
porozumieniu z żoną, postanowił płacić Marysi 25 zł miesięcznie. Była warta 
znacznie więcej, ale o grosz tak trudno. I ani dziewczynie przez myśl nie 
przeszło, co o niej szepcą w mieście, ani przez myśl nie przeszło, jak sędzia 
zabawił się bajką o niej puszczoną.
ROZDZIAŁ V
Cały dzień Andrzej był w nastroju dziwnego oczekiwania i naprężenia. Czy Niki 
pochowała starego, czy przyjdzie? I sam sobie zadawał pytanie, puszczając kłęby 
dymu w okno: „Co mnie właściwie tak wzięło? Co mnie właściwie ta dziewczyna 
obchodzi?" Odpowiedzi szukał w rozumnych, niemal ludzkich oczach Takiego, który 
merdał ogonem, ale był zdziwiony zachowaniem się pana. Czuł niepokój, który 
oplątywał doktora misterną, drgającą siecią.
Przed wieczorem, gdy Połoński był w klubie, Lala i Kiciunia konferowały ze Stefą.
— Gdyby tu zjawiła się jaka dziewczyna do pana doktora, każ jej poczekać w 
kuchni, a przyleć do mnie i powiedz. Muszę z nią pomówić pierwej niż pan doktor.
— Ale ciociu, ona może przyjść w męskim ubraniu, więc pamiętaj, Stefka, jeżeli 
przyjdzie chłopak, to też niech czeka. I masz uważać przez okno, żeby ten gość 
nie wszedł do klubu, tylko do kuchni. Rozumiesz?
Stefka, jak zwykle z zachwytem wpatrzona w Lalę, odparła posłusznie:
— O tak, rozumiem!
— To ja teraz, cioteczko, wpadnę do klubu. Zobaczę, co Jędruś wyczynia ze 
swymi wielbicielkami. Ach! Jakie będą wściekłe, gdy się dowiedzą o naszym 
małżeństwie!
_ Ko! Już z góry ryczę ze śmiechu!
Zastała Andrzeja w bokserskich rękawicach. Taki siedział na oknie i wpatrywał 
się melancholijnie w ciemność. Może myślał, że w takie ciemne wieczory chętnie 
odbywał spacery na kraniec miasteczka, gdzie drobna postać ludzka, o białych, 
ciepłych dłoniach witała go pieszczotliwym głosem. Taki miał wierniejsze serce 
od swego pana. Taki pamiętał dłużej.
_ Jędrusiu — rzekła Lala — mam dziś ochotę potańczyć!
Kilkanaście par oczu zawisło na twarzy Andrzeja.
_ Ano, to się da zrobić. Trzeba tylko posłać do pani burmistrzowej i poprosić o 
pożyczenie gramofonu.
Kilku młodych chłopców zaofiarowało swe usługi, a Lala pieszczotliwie wzięła 
doktora pod rękę i mówiła:
_ O wszystkim doktor myśli, o chorych, o sportach, o odczytach, a zapomina, że 
przecież jest karnawał, i to na ukończeniu, a my nic! Proponuję urządzić bal.
— Bal, bal! — krzyknęli zebrani i jęli jeden przez drugiego rozprawiać na ten 
temat.
Doktor uśmiechał się uprzejmie, kiwał głową, podnosił rękę chcąc przemówić i 
uspokoić rozszalały nagle tłum, a w gruncie rzeczy czuł, że ma ochotę plunąć na 
to wszystko i pójść w las z Takim. Ale był zbyt opanowany, zbyt mu zależało na 
tym tłumie, by tak uczynić.
— Dobrze, dzieci, dobrze! — krzyknął wreszcie -urządzimy bal! Ale że ja nie 
jestem specjalistą od tych spraw, składam berło w ręce panny Lali. Rządź się tu, 
królowo, jak szara gęś i użeraj z poddanymi, a ja pójdę przejrzeć korespondencję.
Lala chciała go zatrzymać, ale w jednej chwili została otoczona, ściśnięta, 
zasypana gradem pytań i wykrzykników.
Doktor szybko szedł po schodach na swoją górkę. Taki, uradowany, omal go nie 
wywrócił na ostatnim stopniu. Andrzej położył się na kozetce, zapalił fajkę i 
rzekł głośno:
— No, przyjacielu, mamy spokój. Jak myślisz, Niki przyjdzie czy nie?
Ale pies wtłoczył mu łeb pod pachę i zmrużył oczy. Nareszcie ma pana dla siebie.
Stefcia ze stukiem4vpadła do pani Połońskiej.
— Proszę pani, proszę pani... jest!
Staruszka zarzuciła włóczkowy szal, bo w kuchni było zawsze chłodno, i 
podreptała za służącą. Niki w swoim starym, męskim ubraniu stała na środku 
kuchni bez śladu zmieszania. W ręku trzymała tobołek.
— Dobry wieczór. Jestem. Co mam robić? — spytała spokojnie.
Połońska skinęła trochę obrażona, że smarkata nie całuje jej w rękę.
— Przede wszystkim powinnaś się przebrać -rzekła sucho. ?
— Nie mam innych rzeczy.
— Poproś Stefcię, może ci pożyczy.
— Nie będę nikogo o nic prosiła. W pożyczonym nie potrzebuję chodzić, bo mogę 
sobie, co potrza, kupić.
— A następnie zapamiętaj sobie dobrze, że nasz dom to nie jest oberża ni las. 
Tu trzeba się zachowywać przyzwoicie. Pana doktora nie nudź i nie zawracaj mu 
głowy. Jutro znajdę ci odpowiednią pracę. Jeżeli będziesz posłuszna, 
przynauczysz się i może być z ciebie porządna służąca — mówiła surowym tonem 
Połońska.
Niki wysłuchała tego wszystkiego i spytała:
— Gdzie pan doktor?
— To ciebie niech nie obchodzi. Pan doktor nie może zajmować się sprawami 
wszystkich dokoła, ma i tak dość kłopotów.
— Niech no pani tyle nie gada, bo ja do pani nie przyszłam ani pani kuchtą nie 
będę. Głowy zawracać panu doktorowi nie potrzebuję, bo nie ja jego, a on mnie 
prosił, żeby przyjść. Co znowu za hrabini! Więcej świństwa się pewno znajdzie 
tutaj, jak w lesie!
Bez pośpiechu otworzyła drzwi do sieni i krzyknęła:
— Panie doktorze! A gdzie pan jest?
Połońska została nieruchoma w kuchni. Stefka załamała ręce i patrzyła na swoją 
panią. Na górze gwałtownie zaszczekał Taki. Otworzyły się drzwi i Andrzej 
radosnym, młodzieńczym głosem zawołał:
— Tu, tu! Chodź, Niki, nie bój się psa!
Niki w trzech susach była na górze, mówiąc ze śmiechem:
— Ja, psa? Którego? Chodź tu, draniu!
A ponieważ Taki nie ruszał się z miejsca i warczał z cicha, podeszła do niego.
— Jak się będziesz stawiał, to cię pogryzę.
Pochowaliście Trusa? — spytał Andrzej.
— A jużci. Pochowalim. Ciężko było chować, bo ziemia zmarznięta.
— Zostajesz więc u mnie, tak?
— Bo ja wiem? Pana matka taka ważna, od razu na mnie z pyskiem, a to mam 
słuchać, a to pana nie nudzić, a to zachowywać się przyzwoicie, tak to ja nie 
chcę. Kuchtą niczyją nie będę. Trudno.
— Nie będziesz, Niki. Damy sobie radę. Będziesz na razie moją pomocnicą. Czy 
chcesz?
— A pewnie! Ja pana bardzo lubię. Edka też.
— A co się z nim stało?
— Bo ja wiem? Uciekał z nami. Może się gdzie kryje, może go przymknęli. Gdzie 
będę spać?
— Tutaj, w poczekalni. Tam jest wygodna kanapka.
— Phi! Jak żyję, nie spałam na żadnej kanapce.
— Widzisz, Niki, wchodzisz teraz w nowe życie. Powinnaś patrzeć, uważać i 
uczyć się.
— Czego?
— Obcowania z ludźmi. Słyszysz, mała, musisz się trochę zmienić.
— Po co mam się zmieniać?
— Żeby ci było łatwiej coś zdobyć. Przecież nie będziesz u mnie wiecznie.
— A pewno, że nie. Wściekłabym się.
Doktor w tej chwili uczuł coś w rodzaju zawodu.
— Widzisz, Niki, chcę ci pomóc. Chcę ci dać w rękę coś, z czym mogłabyś dać 
sobie radę w życiu. Masz 18 lat, jesteś młoda, ale żeby zdobyć wykształcenie 
jakie takie, jaki taki zawód, to już dość późno.
— Ano, to nie moja wina. ?
— Pewno! Dziś jeszcze napiszę list do kolegi, może się czegoś dowie o tym 
tacie-Józku! Wyrobię ci papiery.
— Dobrze! Och, dobrze!
— Chciałbym też, żebyś jutro ubrała się w sukienkę i razem z nami usiadła przy 
stole do śniadania.
— No, no! Starsza pani znów będzie hałasować.
— To już moja rzecz.
— Ano to dobrze. To ja panu coś dain. Sięgnęła za koszulę i wydostała mały 
woreczek.
— Niech mi pan to schowa albo niech pan to sobie weźmie! Tu jest dziesięć 
tysięcy złotych. Dziadek dla mnie uskładał. A tu w tobołku mam jeszcze parę 
pierścionków i zegarek, fajny tytoń, ale ja wolę machorkę i cygara. To dla pana, 
i ta papierośnica. Co mi po forsie?
Doktor słuchał oszołomiony.
— Dobrze, Niki — rzekł po długiej chwili namysłu — schowam ci to wszystko. 
Możesz kiedyś tego potrzebować. Poproszę kuzynkę, by ci kupiła suknię i bieliznę.
— E, bieliznę to ja mam, jedwabie fajne, my szmuglowali. Mam schowaną, dziś 
nie mogłam dostać. Miałam toto wszystko do swojego kupca zanieść, ale teraz to 
po co? Nie będę już chodzić za granicę. Chyba Edek. Teraz, ostatni raz, to my 
piękne futra nieśli i pończochy, i takie cacka na szyję, ale jak nas zaczęli 
ganiać, a strzelać, no to serwus! Wszystko przepadło.
Połoński myślał, że przede wszystkim trzeba będzie dziewczynę oduczyć tego 
okropnego żargonu.
— To teraz, Niki, poczekaj tutaj. Przyniosę ci coś do zjedzenia i pójdziesz 
spać. A jutro zaczynamy nowe życie, mała!
W milczeniu odprowadziła go do drzwi oczami. Wrócił za kwadrans, przyniósł jej 
kawałek mięsa, chleb z masłem i mleko.
— Jeszcze dziś nic nie jadłam — oświadczyła spokojnie, zabierając się do 
kolacji. A gdy skończyła, przeciągnęła się i rzekła:
— O raju! Jak się teraz kropnę spać! Roześmiał się. Był zdecydowanie 
oczarowany tą
dziewczyną, która nie zdawała sobie sprawy z tego, że jest kobietą i to piękną, 
choć )e) uroda była zupełnie inna niż uroda pań i panien, jakie doktor znał lub 
widywał.
— No to dobranoc, mała. Śpij spokojnie. Nikt ci tu krzywdy nie śmie zrobić.
— A bo ja bym sobie dała? Dobranoc.
Był już przy drzwiach, kiedy zawołała cicho:
— Panie!
— Potrzebujesz jeszcze czego?
— Nie, ja się tylko chciałam spytać, czy pan nie myśli źle o Trusie? Przecież 
ja wiem, znam jego sprawki, ale nie trzeba go kląć, i tak pewno ciężko mu iść 
pod niebieską bramę.
— Bądź spokojna, Niki. Nie mam do niego żalu, niech śpi w spokoju.
Wyszedł wzruszony. Na dole, oczywiście, musiał stoczyć walną rozprawę z matką, 
której długo i energicznie perswadował, że Niki nie będzie tu w charakterze 
służącej, tylko wychowanicy.
— Za młody jesteś na taką wychowankę — argumentowała uparcie.
Ale Andrzej miał cierpliwość i batalię wygrał. Trochę urazy miał do Lali, że 
stała zawzięcie po stronie matki,
ale radość z odniesionego zwycięstwa stłumiła to uczucie. Taki był miły, że Lala 
obiecała na jutro dostarczyć dla tej wychowanicy Andrzeja spódniczkę i sweter.
Nazajutrz obie panie z biciem serca czekały przy stole na pojawienie się 
Hotentotki, jak przezwała Niki Lala. Wreszcie słychać bas psa, śmiech Andrzeja i 
jakiś rumor. Za chwilę doktor stanął w drzwiach, trzymając przybłędę za ramię. 
Taki okazywał nadzwyczajny humor.
Niki w sukience wyglądała zupełnie inaczej niż wczoraj i obie panie musiały w 
duchu przyznać, że jest piękna urodą jakiegoś dzikiego kwiatu. Teraz dopiero 
można było zauważyć jej wspaniałą figurę, postać rosłą, gibką, trochę może zbyt 
chłopięcą, ale skończenie foremną. Lala pomyślała nawet ze strachem; „Jeżeli 
podrosną jej włosy... no! Ładna historia".
Niki śmiało powiedziała „dzień dobry" i spytała Połońskiego:
— Gdzie mam siedzieć?
Połońska wskazała jej miejsce między sobą a Lalą, naprzeciw Andrzeja, ale Niki 
odpowiedziała:
— E, wolę bliżej pana. Nie chcę, żeby się kto ze mnie nabijał.
— Nikt nie będzie się śmiał. Zostań na swoim miejscu — rzekła Połońska, 
podsuwając jej kawę.
Jadła z apetytem, obserwując Andrzeja, i zachowywała się bez zarzutu, ale cały 
czas milczała. Lala natomiast zasypała doktora gradem pytań i tkliwości. Od 
czasu do czasu gładziła go po ręku, od czasu do czasu przytulała głowę do 
ramienia, jakby chcąc zaznaczyć wobec tej nieznajomej, że ma do Andrzeja 
specjalne prawa. Doktor opowiadał z ożywieniem, był czuły i serdeczny,
ale całą jego uwagę i wszystkie myśli pochłaniała siedząca naprzeciw dziewczyna, 
której piękne, czerwone usta drgały ironicznym uśmiechem.
Wreszcie Lala, uważając, że trzeba zacząć rozmowę, spytała:
— Jak się czujesz w sukni?
— A nie bardzo, ale mus nie łaska. Doktor mówi, że trzeba, to niech będzie, 
jak mi się sprzykrzy, to włożę portki.
— Mówi się spodnie, Niki.
— Dobrze. Spodnie.
— Nie wypada, żeby młoda dziewczyna chodziła w spodniach — rzuciła Połońska.
— A kogo to obchodzi? Kto mi je kupił, za czyje pieniądze? Co to komu nos 
wsadzać w cudze sprawy? Zawracanie głowy.
— Sama nie zechcesz chodzić po męsku, gdy przekonasz się, jak pięknie 
wyglądasz w sukience — uśmiechnął się Andrzej.
— Jak mnie Edek zobaczy, to zdechnie ze śmiechu! Chciał mnie wziąć na 
dziewczynki! — i wybuchnęła śmiechem głośnym, zdrowym, ukazując oślepiająco 
białe zęby.
Panie zamieniły pełne zgrozy spojrzenia. Lala wstała od stołu.
— Nie, Andrzeju, tak być nie może. Nie przywykłam siedzieć przy stole razem z 
takimi mętami społecznymi.
Niki też wstała.
— Co? Kto tu jest męt społeczny, co to za wyzwiska? A ty, kukło porcelanowa, 
czego się czepiasz?
— Wyjdź, wyjdź w tej chwili — krzyknęła Połońska.
Niki pobladła i spojrzała na doktora.
— Ej, panie, żeby mi pana nie było żal, to bym tu narobiła bigosu.
— Idź, Niki, na górę — odparł spokojnym głosem — zaraz przyjdę do ciebie.
— Mogę wziąć psa?
— Możesz.
Za chwilę, gwiżdżąc wesoło, biegła na górę.
— Nie spodziewałem się, Lalu, po tobie takiego braku serca. Wczoraj obiecałaś, 
że się nią zajmiesz, dziś upokarzasz ją. Wobec tego, co zaszło, proszę, Kiciuniu, 
przysłać mi obiad na górę na dwie osoby.
— Lusieńku! Dla tej dziewki ordynarnej, jak możesz!
— Dla ciebie, Kiciuniu, to jest dziewka, dla mnie materiał na człowieka, na 
wartościowego człowieka.
Lala płakała. Połońska dała znak na migi Andrzejowi, że powinien ją przeprosić. 
Podszedł, objął, pocałował raz, drugi i szeptał:
— Czemu Lala kaprysi, może zazdrosna?
— Wstydź się, Jędrek, nie myślałam, że tak ze mną postąpisz — wyszlochała.
— Jak ja postąpiłem?
— Ty wiesz!
— Nie wiem. Jesteś cudna i milutka, ale nie znoszę grymasów — i wyszedł, 
zostawiając obie kobiety zdumione.
Na górze zastał Niki leżącą z psem na podłodze. Bawili się doskonale.
— No, mała, pokażę ci książki, chodź.
Podeszła krokiem kota. Ten chód od dawna czarował doktora. Jeszcze wtedy, gdy 
nie wiedział, że zuchowaty
urwis jest dziewczyną. Słuchała uważnie, gdy jej tłumaczył, jak trzeba układać 
książki. Oglądała narzędzia ze skupieniem i zainteresowaniem.
— Widzisz, Niki, musisz tu utrzymać porządek, musisz nauczyć się pomagać mi 
przy opatrunkach, szykować narzędzia, bandaże, watę... Dobrze?
— Dobra jest.
— A po obiedzie będziemy się razem uczyć.
— Ja bym też chciała w klubie być.
— Będziesz, Niki. Ale patrz, słuchaj i uważaj, jak się zachowują inne 
dziewczęta.
— Ja tam nie jestem małpa, żebym za kim powtarzała.
Długo tłumaczył, jak małemu dziecku, konieczność zdobycia sztuki obcowania z 
ludźmi. Dopiął swego. Obiecała posłuszeństwo. Siedziała na stole paląc 
skręconego z machorki papierosa i patrzyła prosto w twarz doktora pysznymi 
oczyma o bujnych rzęsach, które nie znały tuszu. Oczy, złotoszare, czyste, 
błyszczące oczy, oczy zdrowego zwierzątka.
— Ja wiem — rzekła w pewnej chwili — że jestem cham, ale mnie z tym dobrze, a 
jak mi dobrze, to co się mam musztrować? Pan i pana rodzina jest ze świata, ja 
jestem z lasu. Ja od maleńkości musiałam trzymać się pazurami życia. Ja lubię 
się rozpychać łokciami, wy sobie ustępujecie z drogi. Pan myśli, że ja bym nie 
umiała tak chodzić, tak podrygiwać, tak mówić, jak te panny z miasta? Oho! 
Jeszcze może lepiej, ale nie chcę. Ja lubię być wolna, pan wie? Ja lubię 
wiedzieć, że od nikogo nic nie potrzebuję, że wszystko robię z własnej woli...
— Rozumiem to, Niki, ale tylko wielcy ludzie mogą sobie pozwolić na takie 
wyzwolenie swej woli, a i to nie zawsze. My, szary tłum, jesteśmy zwykle zależni 
od innych, stojących ponad nami, od okoliczności, od stanu majątkowego i tak 
dalej, i tak dalej...
— Czy ja nie mogę być wielkim człowiekiem?
— Ach, mała głuptasińska! Najpierw trzeba się uczyć, uczyć...
— Dobrze! A teraz pójdę do lasu, przyniosę swoje manatki. Wczoraj się tam za 
dużo ludzi kręciło. Nie mogłam schowka otworzyć.
— Wracaj prędko, Niki — wyrwało się doktorowi.
I tak nagle, tak nieoczekiwanie Lala znikła z horyzontu myśli Połońskiego. Jak 
gdyby ktoś po prostu wyjął z ramki jedną fotografię, a włożył inną. Lala 
przestała istnieć, przestała interesować doktora. Zjawił się ktoś nowy. Trudno. 
Nie kochał jeszcze tej drugiej, ale szedł ku miłości na oślep, nie zdając sobie 
nawet z tego sprawy. Nie myślał też o zerwaniu małżeństwa z kuzynką, po co? Lala 
jest reprezentacyjna, towarzyska, właśnie taka, jakiej potrzeba doktorowi na 
prowincji, gdzie tak się ceni blichtr. Postanowił jednak odwlec ślub.
Gdy nadeszła pora obiadu, w gabinecie zjawiła się zapłakana Połońska.
— Lusieńku, ty mi tego nie zrobisz, musisz zejść na dół na obiad. Lala jest 
tak zdenerwowana. Płacze i czuję, że ma zamiar pakować rzeczy. Ona cię kocha, 
ona jest taka subtelna, nie powinieneś ranić serc, Luśku, przecież to 
dziewuszysko z lasu niewarte jednej naszej łzy.
— Widzisz, Kiciuniu, na tym punkcie nie pogodzimy się. Niki dla mnie ma taką 
wartość, jak dzieło sztuki,
wspaniałe dzieło. Chcę, by tu była, chcę na nią patrzeć, obserwować.
— Ależ, synu — przerwała Połońska — przecież ona nigdy nie będzie na naszym 
poziomie.
— Będzie może na wyższym. Przeczuwam wiele wspaniałych tajemnic w tej 
dziewczynie. Dlatego muszę ją zatrzymać. Chcę, by Lala to zrozumiała.
Ze dwadzieścia minut jeszcze Połońska usiłowała syna przekonać, że jego zamiar 
jest co najmniej fantastyczny, ale wobec zdecydowanego oporu ustąpiła.
— Tylko niechże to dzikie stworzenie milczy, błagam cię, Luśku! Będzie z nami 
siedziała, trudno.
Ucałował matkę i obiecał, że Niki nie obrazi na pewno delikatnych uszek Lali, a 
gdy staruszka, zadowolona, opuściła gabinet, usiadł na oknie i czekał na 
wychowankę. Nadeszła niebawem, niosąc spory tobół na ramieniu.
— No, koniec! — zawołała. — To już wszystko, chałupy tylko nie mogłam zabrać, 
dobrze się tam żyło! — rzuciła ciężar na ziemię.
— I tu ci będzie dobrze, Niki.
— Tak dobrze to nie. Zawsze bez ludzi lepiej. Truś mi nieraz opowiadał. Ludzie 
są źli jak szerszenie.
— Przekonasz się, że tak nie jest, mała.
— Co mi tam pan będzie bujał, a ta kukła pańska dobra? Albo starsza pani. Co 
tu gadać!
Popatrzył na jej czerwoną od mrozu twarz i wolał nic nie odpowiadać.
— A teraz, Niki, idziemy na obiad.
— Mam znowu usłyszeć hałas? Nie ma tak dobrze.
— Zaręczam ci, że wszystko pójdzie normalnie, nikt ci już uwagi nie zwróci.
?, ? dziwo, przy obiedzie istotnie był spokój. Lala, jeszcze trochę nadąsana, 
udawała, że wcale nie widzi gościa. Połońska przez miłość do syna ukryła swą 
niechęć tak głęboko, że Andrzej poczuł wzruszenie, zaś Niki, siedząc przy stole, 
jadła w milczeniu, tylko jej oczy miały dziwnie ironiczny, pogardliwy wyraz, 
który nie uszedł uwagi Andrzeja.
Kiedy wszyscy wstali od stołu, Niki rzekła „dziękuję" i zwróciła się do Andrzeja:
— Pójdę teraz z psem na spacer.
— Idź, ale wracaj niedługo. Dam ci robotę. Kiedy zniknęła z uradowanym Takim 
za drzwiami,
Lala rzekła trochę złośliwie:
— Teraz pewno trudno ci będzie dla mnie czas znaleźć.
— Nic podobnego. Całe dwie godziny jestem na twoje usługi.
— A potem?
— Potem ???? zebranie u burmistrza i pogadankę historyczną w klubie, potem 
chciałbym przejrzeć pisma i załatwić korespondencję.
— I ja przez ten czas mogę się nudzić, prawda?
— Lalusiu, czy to wymówki?
— O, broń Boże. Chciałabym tylko wiedzieć, co zamierzasz ze mną robić.
— Nie rozumiem.
— Szkoda. Ja tu wiecznie siedzieć nie mam zamiaru, zresztą to nawet dość 
głupio wygląda.
— Jednym słowem, chcesz wyjechać.
— Owszem, ale jako twoja żona, Jędrusiu. Nie zostawię cię przecież tak na 
swobodzie — rzekła wesoło.
— Moja żona, Lalu, nie będzie nigdzie wyjeżdżała ode mnie — rzekł poważnie.
— A to znowu dlaczego?
— Po cóż by miała zostawiać mnie samego, skoro zgodziła się żyć ze mną?
— I tak w tej dziurze byś mnie trzymał? Nie pozwoliłbyś jechać do Warszawy, 
żebym się rozerwała? To okrucieństwo!
— Wiem, Lalu. Jesteś przecież wolna. Możesz w każdej chwili cofnąć swoją 
ofertę.
— Jędrusiu!
— Moja droga, nie jesteśmy dziećmi. Ja bez ciebie nie odbiorę sobie życia, ty 
oczywiście tym bardziej. Póki nazywają cię panną Lalą, możesz robić, co chcesz; 
kiedy zostaniesz panią Lalą, ja też będę miał coś niecoś do powiedzenia — mówił 
doktor powoli i słuchał tego tak, jakby słowa nie z jego własnej piersi padały. 
Coś tam w sercu dla Lali pękło, coś się zerwało.
— Jędruś! Obrażasz mnie!
— Przesada. Zbyt cię lubię, bym miał obrażać. Po prostu mówię to, co czuję.
— Wyjadę jutro i nie zobaczysz mnie nigdy! Wystarczy ci czerwona, ordynarna 
dziwka, ty... działaczu społeczny! — krzyknęła tupiąc nogą.
— Jesteś bardzo nerwowa, Lalu!
Wybiegła, trzasnąwszy drzwiami, prosto do Połońskiej, która drzemała w saloniku. 
Doktor zapalił fajkę i bez pośpiechu poszedł na górę wybrać parę książek dla 
Niki. Z dołu, z klubu dobiegały wesołe okrzyki młodzieży oraz nie skoordynowane 
jeszcze brzęczenie skrzypiec, to cienki głosik fletu, to basowa gama na trąbce, trochę chrypliwa, to znów jakiś pasaż fortepianowy. Po dziesięciu minutach 
takich prób i strojenia instrumentów nastała cisza, a potem orkiestra zagrała 
równo i dość poprawnie Mazurka Dąbrowskiego.
Połoński uśmiechnął się z zadowoleniem i przymknął oczy. Miałby odejść ze swojej 
placówki? Od swoich chłopaków w strzeleckich mundurach, od tego klubu? Od tej 
orkiestry, którą z takim trudem skompletował? Miałby odejść w przededniu 
otwarcia biblioteki, w chwili, kiedy dziura jęła otwierać oczy, kiedy jęła 
rozumieć, że poza napełnieniem brzucha i plotkami jest jeszcze coś? Nie! Za 
skarby świata! Żadna kobieta nie zdoła tak opętać jego serca.
Nagle usłyszał szczekanie psa, a potem gwałtowne kroki na schodach. Tylko Niki 
biegała w ten sposób, po trzy stopnie naraz. Nim zdążył zwrócić głowę w stronę 
drzwi, wpadła jak bomba do pokoju i krzyknęła:
— Jest Edek! Potrzebuje forsy. Ja mu dam, trzeba mu dać koniecznie.
— Co się właściwie stało, gdzie go spotkałaś i na co potrzebuje pieniędzy?
— To mój interes. Niech pan prędko daje forsę, on się nigdzie nie może pokazać, 
bo go capną. Postrzelił strażnika.
— Gdzie on jest?
— Przecie nie na rynku.
— Słuchaj, Niki, ja nie mam prawa do tych pieniędzy, ale czy nie uważasz, że 
szkoda tak nimi rzucać?
— A po diabła mi pieniądze. Żyłam bez nich do dziś, przecież nie wiedziałam, 
że dziadek grosze zbija dla mnie. Prędko, bo muszę lecieć.
— Ile chcesz mu dać, Niki?
— Bo ja wiem? Ze dwa tysiące... dałabym więcej, ale przechla albo przegra.
— Dobrze. Ale wiesz co? Chciałbym się z nim zobaczyć.
Milczała chwilę, drapiąc się w czuprynę.
— No, dobra jest. Pan potrafi trzymać język za zębami. Idziemy.
Mrok już zapadł i na szczęście mieszkańcy miasteczka nie zwrócili uwagi na 
spiesznie idącą parę. Niki prowadziła doktora w las krętymi drogami i dopiero po 
godzinie dotarli do chaty Trusa. Dziewczyna gwizdnęła cichutko i odsunąwszy 
drewniany skobel, weszła do środka z doktorem. Za chwilę wsunęła się szczupła 
postać.
Cała trójka w milczeniu przeszła do niskiej, ciemnej komórki za piecem. Doktor 
zaświecił latarkę i rzekł:
— Niezupełnie dobrze pan wygląda. Edward machnął ręką.
— Wpadłem. Muszę wiać z tych stron. Biedna Marysia!
— Co pan ma zamiar dalej robić?
— Nie wiem, nic nie wiem. Pożyczam od Niki pieniędzy i pryskam do stolicy, 
może się gdzie zaczepię. Listów gończych za mną nie wyślą, bo mnie nie złapali. 
Będą śledzić, podejrzewają zapewne... z tym jednym się szarpałem, ale jakoś 
wyliżę.
A doktor rzekł poważnie:
— Życzę panu tego z całego serca i naprawdę najwyższy czas znaleźć zajęcie i 
wytrwać przy nim. Dam panu adres mego przyjaciela, lotnika. Może on coś dla
pana zrobi. Obszerny list do niego wyślę sam. Niech pan pomyśli o siostrze. Niki 
nagle przerwała:
— Edek, tak, tak! Och, tak! Zostaniesz lotnikiem, będziesz latał, będziesz 
widział całą ziemię, będziesz na nią gwizdał, będziesz jechał w burzę, w wichurę, 
w chmury,' będziesz wolny jak ptak!
W słabym świetle latarki błyskały jej zęby jak drogie kamienie i oczy podobne 
były teraz do oczu kota polującego na zdobycz. Andrzeja olśniła ta jej nowa 
uroda. Edward był nie mniej zahipnotyzowany siłą niskiego, chłopięcego głosu, 
spojrzeniem fosforyzujących źrenic dziewczyny, którą do dziś dnia uważał za 
chłopca. Nie żałował niczego nigdy w życiu, ale teraz nie miał ochoty rozłączyć 
się z Niki. Milczał i siedział nieruchomo na jakiejś wystającej belce. Schował 
bilet z adresem i pieniądze, a potem wstał tak nagle, że uderzył głową w niski 
pułap.
— Dziękuję, panie doktorze, dziękuję ci, Niki. Czas mi w drogę.
Uścisnął wyciągniętą dłoń doktora. Niki poklepała go po ramieniu, ale nim się 
spostrzegła, chwycił ją za rękę i pocałował.
— Zwariowałeś! — syknęła i wyszła naprzód. Mężczyźni opuścili chatę 
dopiero, gdy usłyszeli jej
gwizdanie. ;
Niki milczała przez cały czas powrotnej drogi, dopiero w domu, pomagając 
doktorowi ściągnąć futro, mruknęła:
— Ej, niedługo ja tu posiedzę, niedługo. Odwrócił gwałtownie głowę. 
s fc
— Dlaczego?
— Za ciepło, za ciasno, za duszno. Chce się w świat.
Nie odpowiedział. Polecił jej zrobić porządek na biurku, w bibliotece i w szafce 
z narzędziami, po czym zszedł do klubu, ale ani na moment nie zniknęły mu z 
wyobraźni drapieżne, płomienne oczy Niki.
Następny dzień miał wypełniony od rana awanturami i łzami matki, która 
rozpaczała, że Lala wyjeżdża, i gromy ciskała na głowę Niki. Oczywiście nie było 
mowy o wspólnym obiedzie, ale wychowanka Trusa zjadła swoją porcję z apetytem na 
górze. Taki, który nie znosił domowych rewolucji, nie odstępował nóg doktora i 
przypominał sobie mały pokoik i białe ręce panienki, która częstowała go mlekiem.
Za to przy końcu tygodnia otrzymał doktor depeszę: Tata-Józek znaleziony, 
przyjeżdżamy po córkę.
Połoński schował depeszę i zawołał Niki, która właśnie w ogrodzie ćwiczyła 
jakieś nieprawdopodobne łamańce na śniegu. W oknie kuchni przyglądała się temu 
Połońska ze Stefcią, wreszcie staruszka oświadczyła tonem bezapelacyjnym:
— To jasne jak dzień. Jej rodzice byli cyrkowcami, a ona też jest cyrkówką i 
koniec.
Niki otrzepała spodnie ze śniegu (w sukni chodziła dwa dni i za skarby świata 
nie chciała jej więcej włożyć) i pocwałowała do gabinetu.
— Słuchaj, mała/poznałabyś twego tatę-Józka, o którym mi opowiadałaś?
— Bo ja wiem? Może bym poznała.
— Chciałabyś go zobaczyć?
— Bo ja wiem? Chyba tak. Przypominalibyśmy sobie różne historie.
— Nie tęskniłaś do nich nigdy?
Oczy jej wyrażały w tej chwili bezbrzeżne zdumienie.
— Tęsknić? To znaczy, że ma mi się bez nich przykrzyć, tak?
Skinął głową.
— Bo ja wiem? Dawniej może się i przykrzyło, ale potem Truś mnie nauczył, że 
za ludźmi nie trzeba się oglądać, nie warto, lepiej myśleć o sobie.
— A ty jednak myślisz nie tylko o sobie, mała. Zajęłaś się losem Edwarda.
Zmarszczyła brwi i cień rumieńca przemknął po ogorzałej twarzy.
— No to co? Tak mi się podobało.
A doktorowi na widok rumieńca zrobiło się dziwnie przykro.
Ku wielkiemu zdziwieniu Zgórzewa w niedzielę o czwartej po południu przed dom 
Połońskich zajechał samochód, z którego wysiadło czterech oficerów. Stefka 
wybiegła do sieni na ich spotkanie, z góry schodził doktor. Olbrzymiego wzrostu 
major zwrócił się wprost do niego:
— Pan jest Połoński? Ładnie. Pan ma naszą Niki! Gdzie ona jest?
Andrzej zaśmiał się. "
— Zaraz, zaraz. Panowie zechcą wpierw odpocząć po drodze, zjeść obiad, który 
czeka od dwóch godzin, a na deser będzie Niki!
Oficerowie, ujęci serdecznym przyjęciem, bez długich ceremonii zasiedli do 
obiadu i ku szalonej radości
Stefki twierdzili, że to nie jest w ogóle obiad, tylko marzenie, a pani 
Połońskiej opowiadali chaotycznie historię „córki pułku". Zrozumiała z tego 
tylko tyle, że Niki jednak nie była cyrkówką i dziwiła się, ogromnie się dziwiła, 
co w tej ordynarnej dziewusze widzą ci eleganccy oficerowie, że mówią o niej z 
takim wzruszeniem, że patrzą wciąż na drzwi.
Wreszcie major Juzer, dawniejszy tata-Józek, nie wytrzymał. 
4*
— Panie doktorze! Wszystko pięknie, ale dajcie nam już naszą Niki, bo 
zdemolujemy dom!
Połoński położył rękę na głowie psa:
— Taki, idź, szukaj Niki, daj tu Niki, wołaj, idź!
Psisko skoczyło ku drzwiom, a jego basowe szczekanie wprawiło w ruch wszystkie 
szyby. Gdzieś stuknęły, gdzieś skrzypnęły jakieś drzwi, ktoś dudnił po schodach, 
ktoś gwiżdżąc szedł przez sąsiedni pokój. Oficerowie jak na komendę wstali od 
stołu. Połońska coraz szerzej otwierała oczy. Nie! Stanowczo jest za stara na 
takie niespodzianki. W drzwiach stanęła Niki, oczywiście w męskim ubraniu, i 
ściągnąwszy brwi, spoglądała na milczących panów.
A oni, którzy z biciem serca oczekiwali zjawienia się małej, patrzyli teraz w 
niemym zdumieniu na tego szczupłego chłopca, o płonących ociach i ustach jak 
wyzwanie! To ma być ich dziewczynka, ich maleńka Niki, ich brzdąc o 
roztarmoszonej, pełnej słomy czuprynie i usmolonym nosie, który z bezmierną 
czułością wycierali? Ich maleńka, blada panienka, która nie lubiła myć szyi?
Spodziewali się czego innego. Och, zupełnie czego innego! Może myśleli, że ujrzą 
bladą, smutną dziewczynę, może marzyli o rozkosznym podlotku. Milczenie zawisło w pokoju jak gradowa 
chmura. Nagle Niki uśmiechnęła się szeroko, radośnie, postąpiła dwa kroki, 
stuknęła przepisowo obcasami, przyłożywszy jednocześnie dwa palce do czoła i 
wyprężona po wojskowemu, rzekła:
— Niki, „córka pułku", melduje posłusznie tacie, że się znalazła, że jej 
diabli nie wzięli i że bardzo dobrze, że tata przyjechał.
I teraz dopiero oficerowie ujrzeli swoją Niki, poznali jej głos zabawnie niski. 
Major chwycił ją w ramiona.
— Ach, ty czorcie wenecki, co z ciebie wyrosło?
Z kolei inni oficerowie (dawniej, za czasów ojcowania, nie mieli gwiazdek) 
ściskali jej ręce, ale jakoś żaden z nich nie odważył się jej pocałować. Odżyły 
wspomnienia. Zdawało się żołnierzyskom, że oto znów siedzą gdzieś w polu przy 
ognisku, ze swoją maleńką, ukrytą przed zimnem w fałdach ich płaszczy. Wtedy 
Niki była wcieleniem domu. Koiła ich tęsknotę, była uśmiechem i czymś 
nieskończenie cennym; teraz, gdy trudy i krwawe znużenia walk mieli poza sobą, 
Niki stała się żywą pamiątką czasów, w których szli dopiero zdobywać sobie 
ojczyznę, kosztem wielu łez, krwi i tęsknoty.
Okazało się, że Niki pamięta wszystko dobrze, doskonale.
— Czemu nigdy nie opowiadałaś mi o tym, Niki? — spytał Połoński, słuchając 
rozmowy przyjaciół jak jakiejś wspaniałej bajki.
— A co miałam się rozgadywać z byle kim — odparła niezbyt grzecznie.
— No, mała, maszeruj spać! My sobie tu jeszcze pogwarzymy.
Nie protestowała. Zasalutowała znów z uśmiechem i znikła razem z psem.
— Panowie oczywiście przenocują. Miejsca jest dość, zarządziłem wszystko.
Przyjęli zaproszenie, bo, prawdę mówiąc, nie mieli ochoty szukać kwater w 
miasteczku. Zresztą było jeszcze do omówienia sporo spraw, związanych z losem 
dziewczyny.
— Do szkoły za późno. Paroletni pobyt z tym starym wycisnął na niej swoje 
piętno, ale tak jak jest, w świat iść nie może. Palcami by dziewuchę wytykali. 
Trzeba też wytrzasnąć dziecku (dla majora Niki wciąż była dzieckiem) jakieś 
nazwisko. Pomówię z żoną i prawdopodobnie ją zaadoptujemy. Żeby nie to, że moja 
pani wciąż choruje, bez wahania zabrałbym Niki do siebie na stałe — dowodził 
major.
— A ja właśnie proponuję, by panowie zostawili ją u nas. Oczywiście będę 
składał sumienne raporty -rzekł Połoński.
Długo jeszcze debatowali, popijając wino, wreszcie udali się na spoczynek, syci 
wrażeń dnia.
Ale kiedy nazajutrz zeszli się znów przy śniadaniu ze swą pupilką, zrozumieli, 
że ta Niki jest już kimś zupełnie obcym. Świadomość ta nie była dla nich 
rewelacją, przedsmak jej mieli już wczoraj. Nie mogli też winić ani siebie, ani 
dziewczyny. Po prostu zmieniły się warunki, tak jak dekoracje teatralne, a w 
nich zmieniły się i serca. Maleńka Niki, „córka pułku", została śliczną, rzewną 
legendą, o której miło jest wspominać. Gdy tak siedziała przy stole doktora, 
prosta, bezceremonialna, ze swą piękną, zuchwałą twarzą, w której gorzały kocie 
oczy, robiła
wrażenie jakiejś barbarzyńskiej królowej, która z jednako zimną krwią pokraje 
szynkę na talerzu i człowieka, mającego czelność przeciwstawić się jej rozkazom; 
choć dzisiaj uległa perswazjom Połońskiej i włożyła sukienkę. Staruszce chodziło 
o to, by zaznaczyć, że ta ważna osoba jest pod dobrą opieką.
Przed obiadem goście zwiedzili klub, nie szczędząc słów uznania dla organizatora, 
potem major odbył krótką konferencję z doktorem w cztery oczy i po obiedzie 
goście wyjechali. Na pożegnanie major wziął w obie dłonie głowę Niki i rzekł 
poważnie:
— No, mała, ucz się, pracuj, rośnij zdrowo na morową kobietkę. Gdyby ci 
kiedykolwiek było źle, zwróć się do nas. Jesteśmy przecież „ojcami".
Pocałował ją w czoło, ale tylko Połoński zauważył dziwny, boleśnie ironiczny 
uśmieszek, który rozchylił jej usta. Pozostali oficerowie ściskali ją za ręce. 
Wreszcie auto zniknęło na zakręcie.
Doktor spojrzał na Niki.
— Smutno ci? — spytał.
Ruszyła ramionami i roześmiała się. Potem, gwizdnąwszy na psa, jak szalona 
skoczyła na drogę i pędem biegła przed siebie. Doktor zrozumiał, że w tej 
tajemniczej duszy coś kipi, coś wre, ale postanowił nie narzucać się dziewczynie, 
którą oddano mu pod opiekę. Chwilę jeszcze gonił wzrokiem znikającą sylwetkę, a 
potem, zapaliwszy fajkę, wolno skierował się do mieszkania, aby pogadać z 
Kiciunią.
Niki tymczasem biegła przed siebie z trudem już chwytając oddech, ale właśnie 
uczucie zmęczenia podniecało jej upór. „Jeszcze dalej, muszę, muszę, muszę!
— myślała, zwierając coraz silniej zęby. — Nie poddam się!"
Ale jakiś korzeń czy krzak, czy gałązka wsunęła się podstępnie pod omdlewające 
stopy dziewczyny i Niki runęła w śnieg jak długa. Zaklęła i usiadła, pocierając 
rozbity nos. Ale ten bieg bezsprzecznie ulżył jej, nie czuła już chęci 
mordowania wszystkich, jak w chwili, kiedy tata-Józek i inni wsiadali do auta. 
Nienawidziła ich za to, że zostawiali ją znów tak na łaskę i niełaskę losu, u 
obcych ludzi; za to, że mieli już swoje domy, swoje żony i dzieci, a ona, ta 
ubóstwiana kiedyś „córka pułku", była już tylko wspomnieniem. Rację miał Truś 
szydząc z miłości, tęsknoty, przywiązania, rację miał Truś ucząc ją, by nigdy 
przed nikim nie uchylała rąbka swej duszy. Najmniej doskonały stwór to człowiek 
ze swymi tęsknotami i pragnieniami. „To wszystko śmiech i głupstwo, pamiętaj, 
Niki!" Tak mówił, a dziewczyna słuchała z natężeniem tej kwintesencji 
tysiącznych opowiadań, które mroziły jej krew w żyłach. Och! A Truś umiał 
opowiadać! Ho! Ho! I pokazywać umiał młodym oczom różne rzeczy.
— Niki, widzisz tego grubasa w futrze? Patrz, jak mu czapkują, jaki ważny, a 
wiesz czemu, czemu ważny? Bo ma forsę; w spadku dostał, a przedtem był batiar i 
łajdus ostatniego rzędu, a teraz wypłynął i głos ma gdzie chce, i ci, co 
przedtem patrzeć na niego nie chcieli, teraz mu basują, widzisz, Niki? Forsa 
światem rządzi! Tobie nic nie wolno, boś biedna. Ty musisz zginąć.
Niki przytakiwała, ale w jej duszy tliło się już zarzewie buntu. Dziś doznała 
upokorzenia. Ludzie, dla których w głębi serca kryła i pielęgnowała uczucie, 
którego nawet Trusowe nauki nie zbrukały, opuścili ją ot
tak, jak przelotną znajomą, dlaczego? Czy dlatego, że nie umiała się łasić?
Wracała późnym wieczorem z dumnie podniesioną głową.
ROZDZIAŁ VI
Zima na wsi jest piękna, zwłaszcza jak śniegu nawali tyle, że wkoło nic, tylko 
biel nieskalana, tylko ogromna, biała pustynia czy mleczne morze na chwilę w 
bezruchu skamieniałe. Gościńce znaczą się jedynie rzędem na baczność, pod drut 
telegraficzny wyprężonych słupów. Cisza w krąg taka, że zda się słychać szept 
płatków śniegu, otulających puszystym futerkiem skostniałe drzewa. Cisza i 
słodycz dziwna, miękka, przytulna. Ale jeszcze chyba piękniejsza jest wiosna, 
mimo roztopów, mimo trudnego do przebrnięcia błocka... Jakże jest wspaniała 
wiosna w swoim krew burzącyfn, tajemnym zapachu, w tych mgłach gęstych, 
przedwieczornych, dźwięczących jakimś niesamowitym szeptem rozkoszy, jakże 
uroczna jest w zieleniejącej fali zbóż i traw, w seledynowych koronkach 
młodziutkich liści!
Połoński zawsze tęsknił do wiosny spędzonej z dala od wielkomiejskiego gwaru i w 
tym roku czekał na nią z takim samym upragnieniem, choć pracował jak wół i nie 
miał nadziei na żadne dolce far niente w młodym
słońcu. Swój klub trzymał żelazną garścią. Młodzież była mu tak oddana, jak 
tylko mógł marzyć, trzeba więc było nie ustawać w pracy, a podciągać, podciągać, 
podciągać wciąż w górę i młodszych, i starszych, podniecać ambicje, zachęcać, by 
snuli nowe projekty, nowe marzenia. Ale że Połoński był szczęściarz, więc mu się 
wiodło. Teraz, jak tylko ustali się pogoda, klubowcy będą własnymi rękami 
budować „Dom Ludowy" z salami dla klubu, z prawdziwą salą gimnastyczną itp. Zaś 
w opróżnionej połowie domku Połońskiej doktor myślał uruchomić nareszcie swą 
wymarzoną lecznicę.
Tęskniła do wiosny i młodzież miasteczka. Tyle nowych rozrywek szło ku nim z jej 
podmuchami. Tenis, piłka nożna, strzelanie... Ach! Nic nie rozumieli ci starzy i 
młodzi chłopcy, jak mogli do tej pory wegetować, jak mogli do tej chwili nie 
wiedzieć o wszystkich spotkaniach międzynarodowych, o których teraz czytali 
zajadle. Pan burmistrz z aptekarzem już nawet znaleźli sobie faworytów, których 
oczywiście znali tylko z ilustracji, niemniej do oczu sobie w ich obronie 
skakali.
Czekał wiosny niecierpliwie sędzia. Jakoś łatwiej będzie mu odwiedzać Marysieńkę. 
I Niki, obojętna zwykle i spokojna, często teraz patrzyła w niebo z rozdętymi 
nozdrzami, chwytała woń pierwszych podmuchów wiosny. O! Jak będzie lecieć w pole, 
w las, na wyścigi z wiatrem szumiącym, w uszach.
Ale kiedy wreszcie nadszedł rozśpiewany maj, kiedy upragniona wiosna zaczęła w 
okna małego domku rzucać tysiące głosów i woni, Połoński ze zgrozą poczuł, że 
coś go dławi, że do pracy brak mu sił i ochoty, że za gardło chwyta nieprzemożna, 
potężna siła, której nie śmiał nazwać po imieniu, bo czuł, że go obezwładnia
tęsknota do kobiety. Chwilami wmawiał w siebie, że brak mu Marysi na tle 
rozszalałej zieleni, że to na jej cichy głos czeka w nocnych chórach żab i 
słowików, to znów na Lali wesoły śmiech.
Ale gdy wzrok jego padał na smukłą, silną, chłopięcą sylwetkę Niki, z dziką 
pasją pracującej w ogrodzie od świtu do nocy, gdy usłyszał jej niski, energiczny 
głos, gdy przelotnie pochwycił spojrzenie jej kocich źrenic, już wiedział: 
kochał Niki. Wzięła go swą coraz pyszniej rozkwitającą urodą, swoją dumą i 
tajemniczym, pogardliwym milczeniem, swą doskonałą obojętnością na wszystko, co 
się wokół niej działo, i czuł, że dla tej dziewczyny gotów jest popełnić 
największe szaleństwo. Ale ona nigdy ani słowem, ani spojrzeniem nie zdradzała 
najmniejszego zainteresowania. Mogło się zdawać, że jest nie do zdobycia, a to 
powiększało jeszcze żar w sercu doktora. Siadywał na ławce w ogrodzie i głodnymi 
oczami wHka śledził ruchy dziewczyny, która z ironicznym na poły, na poły 
przekornym w kącikach ust uśmiechem dźwigała konwie wody, kopała lub gracowała 
ścieżki. Z tym samym uśmieszkiem grała w siatkówkę i rzucała oszczepem lub 
dyskiem, ku rozpaczy wszystkich pań zdobywając pierwsze miejsca. Nikt nie 
ośmielił się jej lekceważyć, żadna z kobiet, nawet słynąca z uszczypliwości 
burmistrzowa, nie mogła jej przypiąć łatki. Bały się. Niki nie przebierała w 
słowach. Gryzła nimi jak młody pies. A poza tym, cóż? Nie stała nikomu'na drodze, 
bo lekceważyła tak samo mężczyzn, jak i kobiety, a pierwsza nie zaczepiała. 
Pogodzcno się z je] obecnością w domu doktora tak samo, jak z nieobecnością Lali 
czy Marysi.
Aż raz pewnego wieczoru, kiedy maj niefrasobliwy trząsł, płatkami jaśminów i 
ludzkimi sercami i plótł z promieni księżyca siatki na nieśmiałe uśmiechy, 
szepty i spojrzenia, doktor położył dłoń na ramieniu dziewczyny obok siedzącej i 
spytał:
— Czy ty wiesz, Niki, co to jest miłość?
Wydęła czerwone wargi, nie malowane, a takie czerwone i lśniące, jakby właśnie w 
nich i tylko w nich płonął ogień życia.
— Miłość? Jak dla kogo! Dla pana to może coś innego, a co innego dla mnie. Ja 
tam jej nie. potrzebuję, bo mi jej nikt nie da. Ja też swoje serce mam dla 
siebie. Jak będę chciała mieć dziecko, to sobie chłopca poszukam i już, ale na 
razie nie chcę.
— A czego chcesz, Niki? Powiedz, czego chcesz? Jesteś z nami tyle czasu, a nie 
znam cię. Dałbym, uczyniłbym wszystko, by ci sprawić radość. Nauczyłaś się wiele, 
zrozumiałaś chyba, że nikt tu nie jest ci wrogiem, a jednak żyjesz nie z nami, a 
obok nas. Nie krępuję cię, chodzisz gdzie i kiedy masz ochotę, nie narzucam ci 
żadnej pracy; wszystko, co czynisz, z własnej czynisz woli, a jednak... Powiedz 
mi, Niki, czego chcesz?
Stanęła przed nim i rozłożyła gwałtownie ręce.
— Czego? Och! Lecieć, lecieć gdzieś naprzód. Nałapać tyle powietrza, żeby aż 
bolało w piersi. Gdzieś walczyć, coś zdobywać, a może zerwać gwiazdy i pleść z 
nich wianki jak ze stokrotek, a może pięścią uderzać w księżyc jak w bęben, żeby 
po całym świecie dudniło. Nie wiem! Ale po coś jestem, do licha, nie mogę tak 
tkwić w jednym miejscu i z rozdziawioną gębą patrzeć na ludzi dokoła albo ich 
naśladować jak małpa w cyrku.
Śmiać mi się chce ze wszystkiego i z tego, co pan tu robi, też. Co komu 
przyjdzie z tych śpiewów, z tych orkiestr, z tych skoków? Pan się męczy dla kogo, 
dla ludzi? A oni, jak przyjdzie fantazja, gwizdną na pana, a jak pan zbiednieje, 
to zupełnie zapomną. Niech mi pan nie przerywa, wiem, że usłyszę: „Idea, idea, 
zdrowa ojczyzna itd." Ale moją ojczyzną jest cały świat, gardzę ludźmi, lubię 
psy, bo nie znają fałszu ni pieniędzy, za które kupuje się serca, szacunek, 
znaczenie. Włóczyłam się w życiu z Trusem dość, ale wtedy byłam jeszcze głupia. 
Teraz, och, teraz zrobię zawsze wszystko, co zechcę, zdobędę sobie prawo życia 
sama, bez niczyjej łaski, ja, przybłęda, dziewczyna bez nazwiska, nie potrzebuję 
dźwigać tego, co mi w paszporcie major przyczepił. Ze świata przyszłam i w świat 
pójdę sama. Co zdobędę, to moje, i jeżeli gdzieś w niebie spotkam się z Trusem, 
powiem mu: „Widzicie, dziadku, wzięłam sobie, co chciałam, i przyszłam". Nas tam 
Pan Bóg nie będzie pytał o nazwiska.
, Zamilkła i uniósłszy twarz ku górze, patrzyła w księżyc. Doktor był tak 
oszołomiony wybuchem, że siedział bez ruchu jak zaklęty. MHczenie trwało już 
dłuższą chwilę i Niki zrobiła ruch, jakby chciała odejść, ale wtedy chwycił jej 
rękę.
— Czekaj, usiądź, porozinawiamy jeszcze. Właściwie na pytanie nie odpowiedziałaś, 
bo to ty, to twoja młodość, twój temperament, tęsknota do miłości w tobie 
krzyczała, a ty jeszcze tego nie rozumiesz lub nie chcesz rozumieć. Mówisz, żeś 
przyszła ze świata. Nie, mała, tyś przyszła z Polski, polscy żołnierze cię 
przygarnęli i nauczyli kochać, a oni nie za pieniądze dali ci swoje serce, i nie 
wolno ci ludźmi gardzić, boś sama człowiekiem, i nie wolno ci śmiać się z niczyich ideałów, bo i ty kiedyś będziesz miała 
jakąś ideę czy ideał.
— Nie będę miała.
— Głupstwo. Śpisz jeszcze, Niki, a zmysły w tobie krzyczą, chcesz gwiazdki z 
nieba, bo nie umiesz się zastanawiać. Jesteś żywiołem, Niki, ale nie umiesz ani 
kochać, ani nienawidzić. Jak mi cię żal, mała! Wstydzisz się ludzkich uczuć, a 
cóż ty potrafisz lepszego zrobić chociażby ode mnie? Przemkniesz jak meteor i 
zgaśniesz, i nic po tobie nie zostanie, jak nic nie pozostało po Trusie.
— Zostało. Ja go pamiętam.
— To mało, Niki. Ty jesteś piękne, duże, silne nic. Tupnęła nogą.
— Proszę milczeć, nie pozwolę sobie ubliżać! Słyszy pan?
— Nie chcę ci ubliżyć, Niki, to prawda, co mówię, i prawdą też jest, że chcę, 
byś była inna, bo kocham cię, Niki.
Odrzuciła w tył głowę, w oczach jej zalśnił wyraz zdumienia, graniczącego ze 
strachem.
— Co? Co?
— Słyszałaś dobrze. Chcę cię mieć dla siebie, tylko dla siebie, Niki, i chcę 
ciebie nauczyć miłości.
— Słyszałam, o takich naukach. Pan i tę nauczycielkę tak uczył. Och! Ale ja 
nie jestem cielę i nie jestem zabawką. Moje szczęście to moja wolność! Dziś tu, 
jutro tam, a potem znów gdzie indziej, ale zawsze tam, gdzie mnie się podoba. 
Pan myśli, że ja tu długo posiedzę u pana? Ech!
Andrzeja ogarnął nagle obłędny strach, że może ją utracić. Nie panując nad sobą, 
chwycił ją za obie ręce.
— Nie pozwolę ci odejść, Niki, zostań, proszę cię, spróbuj mi wierzyć. Nie mam 
zamiaru bawić się tobą. Chcę ci dać dom, Niki, chcę, byś czuła, że jesteś u 
siebie. Zostań moją żoną, dziewczyno!
Popatrzyła na niego.
— Aha! Pan mi da swoje nazwisko, dom i kochającą świekrę, a ja za to mam być 
pana niewolnicą, czy tak? O nie! Ja tak nie potrafię.
— Jesteśmy wolnymi ludźmi, Niki, nie przeszło mi nawet przez myśl nic 
podobnego. Kocham cię i chcę ciebie, nikogo na całym świecie prócz ciebie. 
Odpowiedz mi, Niki.
Ukryła twarz w dłoniach, co )e) się pierwszy raz zdarzyło od czasu, gdy ją 
doktor poznał. Wzruszony, gładził jej puszystą głowę. Teraz Niki nie nosiła już 
męskiej fryzury.
— Co mi powiesz, Niki? — szepnął.
Opuściła ręce. Brwi miała lekko zmarszczone, a w oczach jakieś podejrzane 
szkliwo.
— No cóż! Dobrze! Tylko niech pan pamięta, co pan powiedział. Jesteśmy wolnymi 
ludźmi.
— A ty, Niki, pamiętaj tylko jedno: że cię kocham.
Uśmiechnęła się i nagle w jej zamglonych oczach błysnęły już całkiem wyraźnie 
łzy i spadły na ogorzałe policzki. W tej samej chwui poczuła na nich gorące usta 
mężczyzny i w tej samej chwili przemknęło jej przez głowę: „Co tam teraz robi 
Edek? Jak on się zdziwi, żeby się tylko nie śmiał".
I jakoś bezwiednie otoczyła ramionami szyję doktora i myśląc, co by też 
powiedział lub uczynił Edward w takiej sytuacji, wybuchnęła śmiechem, a po policzkach dalej spływały gorące, 
wielkie krople.
Kiedy Połoński oznajmił matce o swoim postanowieniu, zemdlała.
ROZDZIAŁ VII
W końcu czerwca panna Marysia ze swoją chlebodawczynią były tak spracowane, że 
żałowały sobie nawet godzinki dziennie na jakiś spacer lub przejrzenie 
dzienników. Za parę.dni zjeżdżała dzieciarnia i trzeba było znowu prać, szyć, 
cerować i łatać, ale mimo tej pracy Marysia kwitła jak róża i biedny sędzia, 
składający co tydzień wizytę, coraz bardziej klął swą brzydotę i doktora, o 
którym nie wątpił, że tkwi jeszcze w sercu nauczycielki. Mimo to nie wzdychał, 
nie robił tragicznych min. Przyjeżdżał zmachany na rowerze i siadał nad porcją 
kwaśnego mleka, za którym przepadał, potem grał w szachy z rządcą lub w króla z 
paniami, brał w skórę chronicznie i prosił, by Marysia na pociechę grała na 
cytrze. I tak było wszystko spokojnie, stereotypowo do tej niedzieli właśnie. 
Przede wszystkim przyjechał dopiero o czwartej po południu, a zwykle proszono go 
na obiad na drugą, następnie widać było od razu, że jest niewyraźny, tak że 
rządczyni zagadnęła szczerze:
— Albo pan jest chory, albo pan się gdzieś śpieszy, albo jest nas w tym pokoju 
za dużo.
— Właśnie to ostatnie — odparł z lekkim ukłonem.
— Trzeba było tak od razu gadać. Chodź, stary, ze mną, a ty, Marysiu, możesz 
tu wytrzeć kurze.
Panna Marysia spojrzała ogromnymi oczami na Sendeckiego i zaczerwieniła się 
mocno.
— Niech pani tylko nie myśli, że będę znów prosił o jej rękę. Wcale nie. 
Przywiozłem tylko list od doktora. Nie wiem, co on tam pisze, ale jeśli pani ma 
do mnie zaufanie, proszę ten list przeczytać przy mnie, dobrze? A poza tym, hm... 
ja bym nigdy nie radził nikomu zawracać z drogi, to jest, co tu dużo gadać, po 
prostu boję się dla pani nowych rozczarowań. Pani rozumie?
Ale Marysia całą duszą biegła już naprzeci v listowi, który kołysał się w 
dłoniach sędziego. Wymodliła sobie ten skrawek białego papieru, wołała o to we 
wszystkie wiosenne wieczory, prosiła gwiazdy i księżyc, prosiła wiatry, i te 
gwałtowne, strząsające kwiat z wiśni, i te ciepłe, duszące, co łaskoczą usta jak 
pocałunki, i jest! Oto jest!
Obróciła parę razy w rękach kopertę, bojąc się rozerwać, by nie uszkodzić 
wewnątrz kartki, a może skaleczy jakie żywe, gorące słowo? Sędzia podał jej 
scyzoryk. Rozcięła ostrożnie i wydobywszy arkusz, jęła czytać:
Maleńka Lorelei!
Nie dałaś mi znaku życia o sobie i Ja nie znam twego adresu, ale sędzia obiecał 
ten list dostarczyć twym małym, miłym rączkom. Właściwie mogłem napisać Już 
dawno, ale tak Jakoś, boja wiem! Dopiero dziś uczułem gwałtowną potrzebę 
porozmawiania z Tobą, z kimś bliskim i dobrym. Marysieńko! Dziwne
to, że mając świadomość, że cię skrzywdziłem, że może i w tej chwili krzywdzę 
Twoje czyste, prawe serce, zwierzam się właśnie Tobie, właśnie Tobie! Żenię się 
Marysiu, nie, nie z Lalą, z Niki! Sędzia zapewne doniósł ci o tym, że Niki to 
dziewczyna, znasz pewno Jej historię. Kocham Ją. No, w przeciwnym razie nie 
powziąłbym tego postanowienia, ale, wiesz, wczoraj, przedwczoraj, dziś, na parę 
dni przed ślubem ogarnia mnie lęk. Ty sobie nie wyobrażasz, co się w miasteczku 
dziato, gdy spadliśmy z ambony. Oczywiście cała płeć piękna inteligencji 
wystąpiła z klubu. Wierni zostali mi tylko strzelcy", ale to Jest młodzież, ci 
starsi rzucili mnie bez skrupułów. Pocieszam się tym, że zorganizują sobie coś, 
co im zastąpi klub, ale oczywiście Ja i moi sprzymierzeńcy będziemy tam na 
czarnej liście. I tu straciłem pacjentów, domyślasz się, maleńka. I teraz 
powiedz mi, czy nie przeholowałem, czy warto łamać karierę, czy warto dać się 
okradać z radości twórczego wysiłku dla kobiety? Za kilka dni będę miał żonę, 
ale straciłem przyjaciół, straciłem owoc prawie całorocznej pracy. Żal mi matki
Marysieńko! U ciebie zawsze odpoczywałem, pamiętasz? Przyślij mi parę 
serdecznych słów. Jest mi dziwnie ciężko. Chciałbym Cię zobaczyć.
) 
Andrzej
Sędzia z niepokojem śledził najpierw rumieniec, potem bladość Marysi i drżenie 
jej słodko wykrojonych ust, trzepotanie rzęs, ale czekał w milczeniu.
— Nie potrzebuję zawracać z drogi, panie sędzio -rzekła wreszcie składając 
list starannie.
— No to dobrze. Czy mam już sobie pojechać?
— Nie! Proszę opowiedzieć mi coś o narzeczonej doktora.
— Aha! Więc doktor prosi panią o błogosławieństwo! Cóż mogę pani o niej 
powiedzieć. Jest to piękna dziewczyna, zdrowa i silna jak koń, co pani chyba 
dawniej zauważyła. Połońscy trochę ją oszlifowali, ale powierzchownie. Poza tym, 
według mnie, ona na żonę, na panią domu stanowczo się nie nadaje i Andrzej przy 
jej boku nie będzie szczęśliwy, co daj Boże amen.
— Czemu, czemu pan mu źle życzy?
— A, ja już jestem taki dla wszystkich. Oczywiście pani dziś grać nie będzie.
— Owszem, będę.
— Aha! A na struny będą kapać łzy. Dziękuję. Lubię kinodramaty, ale w stolicy.
— Proszę się nie obawiać. Niech pan przyniesie cytrę.
Wyszedł pochrząkując. Marysia została przy oknie i zamglonymi oczami błądziła po 
gęstej zieleni. Przełknęła bohatersko raz i drugi, by uniknąć tego okropnego 
dławienia w gardle, i mocno zaciskała palce na liście. Gdy Sendecki zjawił się 
z instrumentem i zerknął na nią niespokojnie, uśmiechnęła się:
— Może pan być pewny, że dramatu nie będzie. Oczywiście Chopina, prawda?
Skinął głową i przetarł binokle, a gdy Marysia zaczęła grać, nie patrzył na nią 
wcale, ale zanurzywszy palce w szczeciniastej czuprynie, myślał z pasją o 
doktorze: „Ach, ty durniu! Rzucić taką perłę, taki skarb, takiego człowieka dla 
jakiegoś pędziwiatra, ach, ty durniu!"
Potem, gdy wszyscy zasiedli do podwieczorku, Marysia w swoim pokoju odpisywała 
Połońskiemu i nazajutrz sędzia z samego rana zjawił się u doktora.
Niki boso, w jakimś kusym i na piersiach rozchełstanym szlafroku, pełła 
truskawki, doktor siedział na swej ławeczce i czytał gazetę.
— Pan sędzia idzie — krzyknęła dziewczyna i skinieniem głowy odpowiedziała na 
ukłon, i widać było że wcale się nie krępuje swoim mocno nieskomplikowanym 
strojem.
Andrzej odrzucił gazety i ruszył przez trawnik na spotkanie Sendeckiego.
— Sielanka! — uśmiechnął się sędzia. — Brakuje panu tylko baranków.
— Baranków nie ma, ale jest pies. Co mi pan dobrego powie?
— Ja? Chyba nic. Mam list dla pana.
Oczy Andrzeja zabłysły żywiej. Pochwyctf kopertę.
— Gdzie pan ukrywa Marysię, sędzio, niechże pan raz zdradzi tajemnicę.
— A po co? Zapewniam doktora, że dziewczyna ma spokój, jest zdrowa, wyładniała 
jeszcze i uważam że jest jej bez pana zupełnie znośnie. Wpadnę przed wieczorem 
na tenisa, dobrze?
— Bardzo proszę, bardzo proszę.
Odprowadził sędziego do furtki. Niki patrzyła za nimi przykładając dłoń do oczu, 
szlafrok zsunął się z jej brązowych ramion.
— Niki, włóż jakąś mniej balową suknię, jesteś bardzo pięknie zbudowana, ale 
jak ujrzą cię moi pacjenci, to będą się mocno dziwić — zauważył doktor, 
pożegnawszy Sendeckiego.
— A niech się dziwią, mnie tak jest wygodnie i nic więcej mnie nie obchodzi.
Pokręcił głową i usiadł w cieniu, by przeczytać list.
Mój drogi Aneczku!
Cóż mogę odpisać na Twój list? Chyba tylko: bądź szczęśliwy i nie daj się 
opanować smutkowi ni zniechęceniu. Ja o nic nie mogę mieć żalu do Ciebie. 
Dziękuję Ci za wszystkie chwile radosne, które z Tobą przeżyłam. Ty mnie 
nauczyłeś kochać i to jest wiele, bardzo wiele, a że Twoje serce zabrał kto inny, 
to przecież nie Twoja wina, Aneczku. Zresztą nie o tym chcę mówić.
Piszesz, że straciłeś przyjaciół i owoce całorocznej pracy. Nieprawda! Nie 
straciłeś plonu, kto inny tylko będzie go zbierał, ale przecież nie dla swojej 
przyjemności pracowałeś, prawda? Tylko dla tych, którzy teraz od Ciebie 
odstępują, ale to głupstwo, Aneczku, skoro osiągnąłeś cel to wszelkie sentymenty 
powinny być odsunięte w cień. Oni wszyscy raz pchnięci do czynu, jak sam 
zaznaczasz, już nie zgnuśnieją, najwyżej zapomną o Tobie.
Ale wtedy też nie będziesz sam. Będziesz miał żonę kochającą i kochaną, no i z 
dala, z dala moje serce, które w każdej chwili jak ptak krąży ponad Twoją gtową 
i modli się za Twój spokój, za Twoje szczęście.
I możesz o mnie zupełnie zapomnieć, Aneczku, możesz zapomnieć, jak wyglądam i 
jak mi na imię, a pamiętać tylko to, że jest gdzieś jakieś serce, które stoi 
przy Tobie w złej czy w dobrej doli
Nie umiem pisać listów, nie pisałam ich nigdy. Może tak, patrząc w gwiazdy, 
myślą tylko zapełniam całe arkusze do Ciebie, więc teraz trudno mi wyrazić
to, co czuję. Nie bądź smutny, Aneczku. Jesteś przecież taki duży, taki silny, 
taki mądry, wszystko Ci się uda, wszystko osiągniesz.
Ucałuj ode mnie Twą przyszłą żonę i bądźcie szczęśliwi.
Marysia
Doktorowi tak drżały palce, że nie mógł utrzymać cienkiej ćwiarteczki, na której 
kwitły Marysine słowa. Dużo by dał za to, by znaleźć się teraz przy niej. I Niki 
twierdzi, że nie ma prawdziwej miłości na świecie? A wszak serce tej małej 
nauczycielki to gorejący krzew.
— Chodź no tu, Niki — zawołał nagle. Podeszła bez pośpiechu.
— Czy pamiętasz pannę Marysię Lechównę?
— Siostrę Edka? No chyba. Bardzo ją lubiłam.
— Kazała cię ucałować.
— A to dobrze. Niech jej pan podziękuje. To dobra dziewczyna.
Ponieważ pacjenci dziś się nie zjawHi, doktor postanowił pojechać do przyjaciół, 
do Beżowa. Niki, ubrana po sportowemu, wyglądała wspaniale, i Połońska, obserwuT 
jąca z okna wyjazd młodych, pomyślała: „Ha! Może to wola boża. Ta smarkata ma 
nawet dobrą prezencję".
Właściciele Beżowa wiedzieli już o projektowanym małżeństwie Połońskiego i 
przyjęli gości serdecznie jak zwykle. Niki była małomówna, ale zachowywała się 
poprawnie o tyle, że nie wprawiała w zakłopotanie towarzystwa. A dziś zebrało 
się tutaj kilkanaście osób przeważnie ze sfer ziemiańskich. Wprawdzie panna 
paląca machorkę i pijąca na równi z mężczyznami była zjawiskiem dość dziwacznym, 
ale fakt, że przyjechała w towarzystwie doktora, cieszącego się w
tych sferach dużym szacunkiem, ratował sytuację. Trudno. Takie czasy, dzisiejsza 
młodzież! Ale doktor miał swoją drogą kilka emocji. Po podwieczorku całe 
towarzystwo siedziało na trawniku przed domem, ale Niki znikła. Doktor 
niespokojnie raz i drugi rozejrzał się dokoła. Nie ma, przepadła. Wreszcie, 
zaniepokojony na dobre, spytał szeptem dziedzica:
— Nie widziałeś, dokąd poszła ta koza?
— Owszem, ale nie wypada mi jej przeszkadzać. Wziął pod rękę Andrzeja i wyszli 
na dziedziniec, na
którym stały powozy i bryczki gości. Niki razem z woźnicami siedziała na kupie 
desek, gryzła kiełbasę i gestykulowała, prowadząc ożywioną rozmowę. Widać było, 
że czuje się dobrze.
— Będziesz miał z nią ciężki orzech do zgryzienia -rzekł ze współczuciem 
dziedzic.
— Tak, tak! No trudno!
Ale jakiś niesmak osiadł w duszy Połońskiego i gdy wracali, był taki milczący i 
zadumany, że Niki spytała:
— O co znów panu chodzi?
— Nic; tak sobie myślę, że pragnąłbym bardzo, by ci moje towarzystwo było 
milsze niż np. towarzystwo furmanów.
Roześmiała się głośno.
— Aha! Rozumiem, ale pan sam wie, że ja z wami nie mam o czym rozmawiać, 
prawda?
— Dlaczego więc nie chcesz się uczyć, Niki?
— Bo to nie ma sensu. Co mi z tego przyjdzie? Zresztą czytam wszystkie książki, 
co mi pan daje. W książkach jest co innego, w życiu też zupełnie co innego. Ci 
tam, prości
ludzie, mówią to, co myślą, co czują, wy się wciąż okłamujecie i już.
— Jesteś jeszcze taka młodziutka, Niki, że wielu rzeczy nie rozumiesz, ale z 
czasem dojdziesz do przekonania, że pewna polityka jest niezbędna.
— Ja tam nigdy politykować nie będę, bo nie chcę. Więcej na ten temat doktor 
mówić nie próbował. Jasne
było, że Niki nie należy do typów, które można było przekonać rozumowaniem. Ona 
miała już wyrobiony światopogląd, przy którym tkwiła z iście kobiecym uporem.
Wieczorem po kolacji Połońska położyła dłoń na głowie Niki. „Kimkolwiek byłaby 
ta dziewczyna, Lusiek ją kocha, a więc i ja muszę poszukać w swym sercu dla niej 
uczucia, choć to kosztuje mnie ruinę marzeń całego życia" — myślała, i rzekła 
łagodnie:
— Chciałabym z tobą porozmawiać, moje dziecko.
Dziewczyna poruszyła brwiami nieznacznie i postawiła talerz z resztkami jadła na 
ziemi dla psa. Staruszka nie znosiła takiego nieporządku, ale tym razem Niki nie 
chciała jej zrobić na złość, uczyniła to machinalnie. Połoński poruszył się 
niespokojnie, a Kiciunia, trzymając wciąż dłoń na głowie przyszłej synowej, 
dodała:
— Ale pójdziemy do mego pokoju, dobrze? Dziewczyna nie rzekła ani słowa, 
dopiero gdy znalazły
się w czyściutkim, miłym pokoju staruszki, pełnym kwiatów i dywanów, przystanęła 
w progu.
— Pani znów będzie ha mnie krzyczeć? — spytała takim spokojnym tonem, jakby 
pytała ??., czy ma otworzyć okno.
— Ależ nic podobnego. Cóż ty uważasz mnie za jakąś czarownicę czy co? — 
odparła urażona Połońska.
— Nie widziałam nigdy czarownicy, ale wiem, że pani lubi gderać, a ja nie 
lubię słuchać.
— Usiądź, Niki, nie mam zamiaru ci dokuczać, chcę tylko, byś zrozumiała, że 
jako żona Andrzeja wchodzisz do naszej rodziny, będziesz, a właściwie powinnaś 
wiedzieć, że jesteśmy twymi najbliższymi, do tej pory byłaś sama...
— Byłam sama i zostanę samą, bo wy jesteście ze świata lakierowanych paznokci 
i farbowanych włosów, ja nie. Pani dlatego do mnie przemawia teraz łagodnie, bo 
chce, żebym była dobra dla doktora lub żebym wam nie przyniosła wstydu, ale ja 
wiem swoje: że pani z ochotą wyrzuciłaby mnie na zbity pysk. Cały czas, co 
jestem tutaj, widzę dokoła siebie kłamstwo i fałsz. Kiedy byłam mała, wśród 
prostych żołnierzy, nie widziałam tego, nie czułam. Truś otworzył mi oczy. On 
był gałgan, ja wiem, ale się z tym nie krył.
— Moja droga, nie podnoś głosu i weź pod uwagę, że mam siwe włosy i nie 
potrzebuję słuchać obelg.
— Ja nie chcę pani dokuczyć, ale nie chcę, żebyście mnie przerabiali, żebym 
musiała być słodka i uśmiechnięta, kiedy czuję co innego.
— Niki, poczekaj, tu wcale nie o to chodzi. Odpowiedz mi tylko, czy kochasz 
Andrzeja? Widzisz, ten chłopiec to moje życie. Żeniąc się z tobą, zyskuje dużo 
wrogów. Czy potrafisz ocenić jego serce, co mu dasz w zamian?
Dziewczyna milczała chwilę, ale nie spuszczała oczu z twarzy staruszki.
— Bo ja wiem? Ja doktora bardzo lubię, najwięcej ze wszystkich ludzi. Nikt w 
życiu mnie jeszcze nie całował, a to jest bardzo przyjemne. Lubię to, lubię 
słuchać, jak mówi, że jestem piękna, ale, proszę pani, wcale mi świat nie wiruje
w oczach i wcale nie mdleję z rozkoszy, jak to opisują w książkach, które są u 
pana doktora, więc nie wiem, czy go kocham — odparła z wahaniem.
Ale nie zdawała sobie sprawy z tego właśnie, że w tej chwili skłamała, bo nie 
doktor był najbardziej ulubionym człowiekiem, tylko Edward, i na wspomnienie, że 
chłopak mógłby ją też całować, nie omdlewała wprawdzie z rozkoszy, ale twarz jej 
barwiła się krwią.
Połońska westchnęła i pokiwała głową.
— Boję się, Niki, o niego, o was oboje. Proszę cię, panuj nad sobą, zrób taką 
ofiarę dla niego choćby tylko wtedy, gdy jesteście śród ludzi. Niki, na Boga, 
ludzie muszą cię szanować, żona doktora nie może być pośmiewiskiem. Niki, 
znajdziesz we mnie matkę, o to jedno cię proszę w zamian, nie łam życia Łuskowi.
— Jakie to wszystko nudne! — krzyknęła Niki. — Po co się, do wszystkich 
diabłów, ze mną żeni? Ja przecież mogę żyć bez niego. Pójdę sobie stąd i już. 
Mało to silnych dziewuch potrzeba do roboty?
— Ale on bez ciebie nie może żyć, boś go oczarowała sama nie wiem czym. 
Dlaczego, powiedz mi, dlaczego przyjęłaś jego oświadczyny? To jest błędne koło, 
ja tego wszystkiego nie mogę zrozumieć!
— Dlaczego? Bo ja wiem? Tak mi się to spodobało, że będę wreszcie czymś, tak 
jakbym zaczęła włazić na drabinę do nieba. Doktor mi wciąż powtarza, że sama 
zginę, że nic nie zwojuję; może być. Sama widzę, że będzie mi łatwiej jako żonie 
doktora niż tak, przynajmniej mnie do paki nie wsadzą za włóczęgostwo.
Połońska chwyciła się za głowę.
— Och! Jakie to wszystko okropne, okropne!
— ??! Zawracanie głowy. Jakby się ożenił z tym malowanym pudłem, panną Lalą, 
to by jej drapnął w miesiąc po ślubie, a ona by może jeszcze wcześniej spuściła 
mu całą forsę i przyprawiła rogi. Niech pani nie płacze. Co ma być, to będzie. 
Ja pana doktora nie zjem, a pani nie ugryzę, chyba że pani sama zacznie. No, 
niech pani nie płacze, mówię!
I podszedłszy do szlochającej staruszki, objęła jej ramiona i poklepywała 
uspokajająco, a potem nachyliła się i niezgrabnie pocałowała w rękę. Kiedy 
Połońska wytarła zapłakane oczy i podniosła głowę, synowej już nie było.
W parę dni potem Edward Lech, pracujący na lotnisku w Warszawie jako pomocnik 
mechanika w warsztatach, przeczytał w gazecie krótką wzmiankę:
Jutro, tj. dnia 30 czerwca o godzinie 13 p.p. w kościele Św. Krzyża odbędzie się 
ślub p. Niki Juzerówny, przybranej córki p. Majora Juzera, zwanej „córką pułku" 
w czasie wojny, z p. doktorem Andrzejem Potonskim, porucznikiem rezerwy.
Edward rzucił gazetę na ziemię i pędem niemal pobiegł do swego szefa, myśląc po 
drodze: „Poszaleli! Jak Boga kocham, poszaleli. Niki! Taka wspaniała dziewczyna 
wychodzi'za mąż jak każda pospolita gęś!"
— Panie szefie, czy mogę poprosić na jutro o zwolnienie w południe choć na 
godzinkę?
— A co się stało?
Chłopak milczał, ale rumieniec, jaki zabarwił mu policzki, był bardzo wymowny.
— Randka?
— Gorzej, panie szefie, ślub!
— Co, twój?
— Nie, nie mój, ja się nigdy nie ożenię, lubię być wolny.
— Przypuszczam, że nie jest to ślub twej babki, bobyś się tak nie palił, no 
ale nie moja rzecz. Daję ci dwie godziny. Tylko bez opóźnienia, bo z twoją 
punktualnością to trochę gorzej. Wczoraj znów zegary nie były puszczone, boś się 
gdzieś zawieruszył. Odjazd!
Edwarda pracę bardzo ceniono. Był przyjęty warunkowo jako pomocnik jednego z 
mechaników, a po kilku tygodniach znał się na rzeczy jakby tu wzrósł na lotnisku; 
a że był zawsze wesoły i dowcipny, oficerowie lubili go bardzo, a mechanicy 
starsi popijali sobie z nim często i gęsto. Otrzymawszy zwolnienie, poszedł 
podzielić się z towarzyszami nowiną, która stała mu kością w gardle. Trzeba ją 
było wypluć, bo inaczej udławiłby się. Sam nie wiedział czemu, ale miał ochotę 
płakać ze złości. Opowiadał towarzyszom pracy o Niki szybko i gorączkowo, ale to 
mu wcale nie ulżyło.
Nazajutrz od jedenastej sterczał w kościele, który powoli jął napełniać tłum. 
Połoński miał przecież moc znajomych w Warszawie, a major i jego koledzy 
postarali się o to, by możliwie jak największą liczbę kolegów zawiadomić o 
ślubie pupilki. Natłoczyło się więc wojskowych bez liku. O godzinie dwunastej, 
punktualnie, przed kościół zajechało auto i wszystkie oczy zawisły na wchodzącej 
parze. Niki ubrana była w białą sportową sukienkę i beret. Smukła, wysoka, 
opalona, z ustami jak wiśnie, wyglądała pysznie na tle munduru Połońskiego i 
przez tłum przebiegł szmer:
— Jaka ładna, jaka ładna!
Edwardowi na widok dziewczyny uczyniło się niemal chłodno: taki dziwny dreszcz 
przebiegł jego ciało i osłabił na moment członki. Potrząsnął głową i machinalnie 
pociągnął palcami po czuprynie. Niki stała już przy ołtarzu i
widział tylko jej plecy. Ceremonia nie trwała długo, Edward jednak nie mógł 
doczekać się chwili, kiedy Niki odwróci się do niego. Nareszcie! Ale w tej samej 
chwui otoczył ją tłum mundurów i cywilów.
Przyjmowała życzenia z uśmiechem, ale w jej sercu szumiało wzruszenie. Poznawała 
twarze „tatuńciów" z pułku, stanęły dziewczynie w oczach tamte dawne, umarły 
czasy. Wielu, wielu żołnierzy, do których wtedy miała gorące^ dziecinne 
przywiązanie, teraz zabrakło, wielu jednak stawiło się na wieść o ślubie „córki 
pułku" i Niki uczuła wdzięczność dla nich i dla majora. Była jednak trochę 
oszołomiona i wytrącona ze zwykłej równowagi. Nagle usłyszała stłumiony głos: 
„Niki!"
Odwróciła głowę. Przez tłum ciekawskich przedzierał się ku niej* Edward. Stanęła 
i czekała, aż dotrze do niej, wiosłując łokciami, ale w czasie tych kilkunastu 
sekund usłyszała gwałtowny łoskot swego serca. Nareszcie chłopak podszedł. Miał 
przygotowane słowa życzeń, ale zamiast nich zdołał wyszeptać tylko:
— Niki!
— Uważasz, że zrobiłam głupstwo? — spytała półgłosem, podając mu rękę.
— Myślę, myślę... no! Przepadło. Bądź szczęśliwa.
— Dziękuję.
Ta krótka wymiana słów była za długa dla widzów i Niki zniknęła znowu, 
zasłonięta czyjąś dużą sylwetką. Edward pchał się teraz ku wyjściu. Miał ochotę 
płakać, ale i młoda mężatka przestała się uśmiechać.
W mieszkaniu majora, który urządzał przyjęcie, był tłok i gwar. Teraz dopiero ci 
wszyscy, którzy pamiętali Niki jako śmieszną smarkulę, mogli jej się przyjrzeć i 
zamienić
więcej niż kilka słów. Siedziała na parapecie z papierosem w ręku i odpowiadała 
krótko na setne chaotyczne pytania. Połoński obserwował ją, stojąc opodal z 
majorową, która się śmiała:
— No, czy to nie wspaniałe? W pięć lat po ślubie wyprawiam wesele swojej 
dorosłej córce i zyskuję przemiłego zięcia!
— .Gdyby wszyscy z nas mieli mieć takie teściowe, żemlibyśmy się od rana do 
wieczora — odparł Połoński.
— Stanowczo powinien pan zamieszkać w Warszawie.
— To właśnie moje jedyne marzenie — wtrąciła Kiciunia — ale cóż, Lusiek nie 
chce.
— Nie chce? Cóż to znaczy nie chce? Już my tu ściągniemy doktora. Będzie 
leczył przyszywaną teściową, moja w tym głowa — oświadczyła energicznie majorowa, 
a Połońska chwyciła jej ręce.
— Byłabym pani całe życie wdzięczna — szepnęła. Niki do tej pory zachowywała 
się zupełnie correct i
nawet Kiciunia nie mogła dojrzeć nic niestosownego, ale kiedy przy stole zaczęły 
krążyć kieliszki coraz gęściej, ze zgrozą szepnęła do majorowej:
— Jezus Maria! Ona się upije!
— Sądząc z tego, co mi o naszej pupilce opowiadał mąż, nie ma obawy — 
roześmiała się majorowa.
A Niki istotnie piła jak dragon i była w coraz lepszym humorze. Obecne przv 
stole panie (było ich zresztą niewiele) dawno skapitulowały, ale ?? to mężczyźni 
czuli się doskonale. Znów odżyły wspomnienia, każdy dorzucał garść szczegółów. 
Niki też coraz częściej zabierała głos, wreszcie jęła opowiadać o Trusie. Powoli 
gwar ucichł. Wszystkie oczy zawisły na pięknej, młodej twarzy, która w
tej chwili znów była twarzą młodego, zuchwałego chłopaka, dumnego ze swej 
brawury. Wyobraźni słuchaczy narzucały się obrazy malowane soczyście, jaskrawo. 
Niki opowiadała stylem zwięzłym, ale dosadnym, ku coraz większemu przerażeniu 
kobiet, swoje włóczęgi z Trusem bez śladu zmieszania. Mężczyźni byliby słuchali 
do rana, ale Juzerowa, widząc zgorszone miny pań, wstała od stołu.
— Może przejdziemy do salonu — rzekła niewinnie — okropnie tu gorąco!
Krótki hałas wywołany odstawieniem krzeseł i panie otoczyły majorową. Niki 
znikła w salonie.
— Panimajorowo! To okropne! Ładna doktorowa! Ależ to skandal! Przemytniczka! 
Włóczęga — posypał się grad wykrzykników.
— Moje drogie panie! Ja się z nią przecież nie żenię. Dajcie mi żyć! — 
broniła się Juzerowa.
— Że też major mógł takiemu stworzeniu dać swoje nazwisko!
— Trzeba było dać kilkadziesiąt złotych odczepnego i już!
— A tu wprowadzaćą pod dach pani majorowej! Nie! Skandal!
Juzerowa broniła męża jak mogła, ale niewiele wskórała. Panie żegnały się, 
zabierając swych niewolników, tak że wkrótce została tylko garść najbliższych 
przyjaciół majora i kilku kawalerów. Oczywiście żadna z pań nie uważała za 
stosowne pożegnać się z młodziutką doktorową. Odczuł to boleśnie i Połoński, i 
jego matka.
Koło godziny siódmej państwo młodzi odjechali do hotelu. Połońską zatrzymali 
Juzerowie.
— Czy jesteś zadowolona, Niki? — spytał Połoński siadając obok żony i biorąc 
ją za rękę.
— Z czego?
— Że jesteś już panią doktorową, że jesteś już moja, że będziemy teraz zawsze 
razem.
— Zawsze razem to znów nie będziemy, bobym się urwała; że jestem już pana, to 
też nie jest powód do zadowolenia. Tylko pies się cieszy, jak ma właściciela, a 
że jestem doktorową? No! Owszem! Wolałabym przecież być księżną, bo to większa 
figura.
— Jutro wyjedziemy z Warszawy nad morze. Czy chcesz?
— Naturalnie, że chcę. Nie widziałam morza. A czy pan wie, gdzie mieszka Edek?
Połońskiego ogarnęła fala goryczy, żalu i dzikiej pasji. W takiej chwili, w tym 
pierwszym sam na sam po ślubie ona pyta o tamtego smarkacza. Wstał, chwycił ją 
dość gwałtownie za ramiona i potrząsnął mocno kilkakroć.
— Niki, zrozum, że cię kocham. Czy ty jesteś z lodu? Jak do ciebie mówić, czym 
wzruszyć?
Jej przechylona w tył głowa falowała gęstą pianą puszystych włosów. Z gardła 
dziewczyny wydobył się zdławiony śmiech.
— Czego pan się tak irytuje, czego pan chce od mnie? Ja pierwszy raz w życiu 
wyszłam za mąż i nie wiem, co mam robić i jak się zachować. Czy koniecznie 
trzeba płakać i mieć czerwony nochal?
Odpowiedź zawierała dużo zdrowego sensu i Połoński, gdyby nie był tak 
zdenerwowany, znalazłby na pewno taktowne rozwiązanie sytuacji, ale on już w 
oczach miał mgłę. Wplątał palce w jej gęste włosy i przycisnął usta do
gorących ust dziewczyny z taką siłą, że zgasił ironiczny uśmieszek w ich kąciku 
drzemiący. Przez chwilę Niki próbowała rozluźnić ucisk opasujących ją ramion, 
ale Połoński był znacznie silniejszy. Z przyzwyczajenia wzruszyła ramionami i 
opuściła ręce.
Morze! Morze ogromne! Wieczna tęsknoto! Nieustający oddechu Wieczności! 
Niezgłębione spojrzenie ziemi. Jak dobrze jest spoglądać w twą migotliwą w 
blasku słonecznego dnia źrenicę, jak dobrze wdychać twą woń szepczącą o 
bezkresnych przestrzeniach i nieuchwytnych tajemnicach. Morze! Potężny 
czarodzieju! Kto raz uchwyci twoje spojrzenie, będzie cię w duszy nosił po kres 
żywota! Uczysz tęsknić i miłować, uczysz walczyć i zdobywać, patrzeć i szukać, 
patrzeć i myśleć, patrzeć i pragnąć. Morze! Wszechludzka ojczyzno marzeń! 
Najpiękniejsze zwierciadło niebios! Gwiazdy szukają się nawzajem w twojej toni, 
księżyc rozpuszcza włosy, by je nasycić wonią ziemi. Słońce szuka w twych 
głębinach wspomnień nocy, której nigdy zobaczyć nie może. Błyskawice trzaskasz w 
złociste drzazgi i depczesz z pogardliwym pomrukiem, a przecież białe, bezbronne 
mewy tulisz często do piersi. O! Jakże potężne i jak dziwne jesteś, morze!
Połoński ogromnie był ciekawy, jakie wrażenie zrobi Bałtyk na Niki. Stanąwszy 
nad brzegiem, ruszyła kilkakrotnie nozdrzami, rozchyliła usta i wyciągnęła szyję, 
a potem rozłożyła szeroko ręce i krzyknęła:
— Ho! Ho!
Ale fale, tego dnia groźnie szumiące, zagłuszyły jej okrzyk. Zwróciła głowę w 
stronę doktora:
— Ja tam kiedyś polecę, przez tę wodę!
— Gdzie, Niki? Machnęła dłonią.
— A tam! Tak jak te ptaki! Albo popłynę w małej łódce, jak będzie największa 
burza.
— Nie wróciłabyś, kochanie, z takiej wycieczki.
— Co ty wiesz? Właśnie, że wróciłabym.
— No, no, to ja teraz będę musiał mojego zucha ????-wać, żeby mi nie drapnął.
— Jak będę chciała, to nie upilnuje mnie sam diabeł, i też drapnę.
Objął pieszczotliwie ramiona żony i rzekł stłumionym głosem:
— Przecież ci ze mną dobrze, kochanie, prawda?
— Do tej pory nie jest źle, ale znowu tak dobrze też nie jest.
— Dlaczego?
— Bo mam wrażenie, że jestem na cieniuśkim łańcuszku. Złości mnie to ciągłe 
przebieranie się, złości mnie, że wciąż za mną łazisz. Wczoraj padał deszcz i 
musiałam razem z tobą siedzieć w domu, a ja właśnie miałam ochotę pobiegać po 
mokrym piasku. Tobie jednak chodziło o to, co ludzie powiedzą.
Połoński westchnął. Nie! Stanowczo jego wpływ na żonę był minimalny. Ona miała 
swoją wolę. Jakież potężne uczucie musiałoby zawrzeć w jej sercu, jakiemu 
uczuciu podporządkowałaby swoje „chcę"? I doktor, tak zawsze opanowany, płonął 
cały od stóp do głów niepohamowanym pragnieniem obudzenia w sercu Niki takiej 
miłości.
Upłynęło znów kilka dni. Niki spędzała cały czas nad wodą, budząc podziw i 
zachwyt swą przepięknie foremną
figurą, to znów grozę swymi wyczynami pływackimi. Gdy zziajana, w oblepionym 
kostiumie, siadała koło doktora, wyciągała mu z kieszeni machorkę i skręciwszy 
papierosa, paliła z flegmą, nie widząc ciekawych spojrzeń plażowiczów. Obiady 
jedli czasem w swoim pokoju, co niemiłosiernie nudziło młodą doktorową, a czasem 
brali po prostu chleb i kiełbasę lub jakieś inne mięso i szli na dalekie spacery. 
Wieczorem za to Niki musiała doktorowi dotrzymać towarzystwa na dancingach. Miał 
on tu wielu znajomych i zupełnie odseparować się od ludzi nie mógł. Panie 
darzyły doktora szczególnymi względami, a on specjalnie to wykorzystywał, 
pragnąc obudzić w żonie zazdrość, ale na próżno. Gdy tańczył z eleganckimi 
paniami, Niki siedziała przy stoliku w swojej prostej, sportowej sukni i ćmiła 
papierosy z lekkim, ironicznym uśmieszkiem, na liczne zaproszenia mężczyzn 
odpowiadając „Nie tańczę".
— Jak taka piękna kobieta może nie tańczyć? — spytał raz pewien mocno 
emablujący ją pan.
— Nie lubię. Jak ktoś chce mnie wyściskać, to niekoniecznie trzeba na środku 
sali.
— Ma pani wyjątkowo dosadne określenia.
— Ja tylko mówię to, co wy myślicie.
Nie można jednak było dostrzec żadnych objawów antypatii w stosunku do młodej 
pary, mimo że Niki rzadko kiedy gryzła się w język. Zyskała po prostu opinię 
pięknej i ciętej weredyczki, a panie nawet licznie zaczęły naśladować jej genre, 
widząc, że działa on specjalnie na płeć brzydką. Niki nie miała powodów do 
niezadowolenia.
Aż któregoś poobiedzia wracała samotnie z dalekiej wyprawy do chat rybaków, z 
którymi już parę dni temu zawarła przyjaźń. Kieszenie miała wypełnione muszlami,
włosy i ręce z daleka już zalatywały rybą, a w zębach tkwiła fajka, dar starego 
Kaszuba, któremu Niki specjalnie do gustu przypadła. Ojej sukni trudno było 
nawet powiedzieć „przyniszczona". A naprzeciwko szło właśnie jakieś eleganckie 
towarzystwo. Kilka pań, kilku panów. W pierwszej chwili Niki chciała obejść z 
daleka ludzi, ale potem, wzruszywszy ramionami, szła prosto i w chwili, kiedy 
mijała rozbawioną grupkę, dwóch panów ukłoniło jej się grzecznie. Skinęła głową 
obojętnie i obrzuciła szybkim, bystrym spojrzeniem spacerowiczów. Wtedy jej oczy 
spotkały się z oczami panny Lali. Lala natomiast przystanęła i wbrew przepisom 
dobrego tonu obejrzała się.
— A ta co tu robi? — wykrzyknęła tonem pełnym zdumienia.
— Przecież to jest młoda Połońska. Ogromn[e ekscentryczna dama — pośpieszył 
objaśnić jeden z panów.
— Nie może być! Zona? Żona? Ożenił się z tą przemytniczką? Ależ to skandal! 
— krzyknęła Lala.
Do wieczora cała Gdynia wiedziała o zbrodni doktora a przy kolacji panie 
ostentacyjnie odwracały głowy, nie widząc młodej pary. To samo powtórzyło się 
nazajutrz. Za Połońska biegły tłumione chichoty i szepty. Mężczyźni, dotychczas 
adorujący świeżo upieczoną mężatkę, starali się unikać z nią spotkania, ale Niki 
traktowała te objawy z pogardliwym uśmiechem. Cierpiał tylko Pofoński. 
Przyszłość widział w coraz czarniejszych barwach. Niki okazywała mu teraz dużo 
serca. Kilka razy sama zaproponowała przejażdżkę we dwoje, kilka razy pierwsza 
otoczyła mu szyję ramieniem i chwytała ostrymi zębami za ucho jak młody psiak 
lub tarmosiła mu bez litości piękną, czarną czuprynę. W ogóle pieszczoty Niki 
miały w sobie coś dziwnego, były to raczej figle młodego kota. Ale doktor właśnie w tych, dotąd nie 
zaznanych pieszczotach, znalazł czar i był wciąż pod ich urokiem. Tylko raz, gdy 
zasnęła przy jego boku z rękami splecionymi pod głową, doktorowi ni stąd, ni 
zowąd zamajaczyła złotowłosa główka Marysi, tak jak ją widział wtedy, gdy 
zasnęła w jego objęciu. Główka białej, sennej, rozkochanej róży.
Wreszcie Połoński oznajmił żonie, że czas wracać do Zgórzewa. Trzy tygodnie 
próżniactwa to dość.
— Szkoda. Ładnie tu! — powiedziała krótko.
I wrócili do domu. Połońska powitała młodych łzami i pobladłą, zmizerowaną 
twarzą. Jedynie Taki szczekał szaleńczo i rozgłośnie i skakał na piersi swemu 
panu, to znów oblizywał z rozmachem brązową buzię pani.
— Kiciuniu najmilsza! Jak ty wyglądasz, co się stało?
— To się stało, Lusieńku, że zginiemy z głodu, bo Zgórzewo ma już nowego 
doktora. Sprowadzili go sobie z Krakowa.
Płomień przebiegł ciało doktora. Wrażenie, jakiego doznał w tej chwili, było 
straszne. Tak się czuł jak mały chłopiec, kiedy ukochany profesor wyrzucił go za 
drzwi za nie popełnione przewinienie.
— To nic, Kiciuniu — rzekł drżącym głosem — przeniesiemy się do Warszawy i 
wszystko...
Ale Niki przerwała:
— Niech pani się nie martwi. Ja mam trochę forsy. Andrzej mi schował, a 
zresztą, mogę znów chodzić na szmugiel i basta!
Połońska zatrzepotała dłońmi.
— Nie pleć, nie pleć, myślałam, żeś trochę zmądrzała! Co za pomysły! Chodźcie 
na kolację.
Tymczasem przyszedł sędzia. Połoński witał go serdecznie i zmusił do zajęcia 
miejsca przy stole.
— Podobno mam konkurenta? — zagadnął żartobliwie, ale sędzia wyczuł, że doktor 
wstydzi się niecierpliwości, z jaką wyczekuje odpowiedzi, więc odparł z flegmą:
— Phi! Tu by i trzech takich nie było za dużo. Siedemnaście tysięcy 
mieszkańców i moc starych panien.
— Jestem tego samego zdania. Kiciunia tylko ma różne wątpliwości. Co słychać z 
moim klubem?
— A dobrze. Ten doktor został prezesem stowarzyszenia, noszącego pięknie 
brzmiący tytuł „Kultura", i dwa razy na tydzień urządzają tańcówki. A pana 
strzelcy co dzień dopytują się o swego mistrza.
— Kochane chłopy.
— Wielu odpadło, ale wielu zostało. Jak się pani podobał Bałtyk?
— Bardzo! Chciałabym zawsze tam mieszkać — odpowiedziała Niki.
Po kolacji Niki bez ceremonii ziewnęła, przeciągnęła się i rzekła do męża:
— To ja już idę spać. Dobranoc.
Mężczyźni zostali sami. Połoński położył rękę na głowie psa. Było mu w tej chwHi 
dobrze, jak zwykle w domu. Ach! Gdyby tak jeszcze Marysia! Przymknął oczy. 
Doleciała go przez otwarte okno woń róż. Marysia! Nie wytrzymał.
— No, a cóż słychać u panny Lechówny?
— Ano kwitnie! Po wakacjach jedzie z dzieciarnią do Warszawy. Stancja za drogo 
kosztuje, więc ojciec wynajmie im dwa pokoje i Marysia będzie gospodarować. Obie 
stro-, ny są zadowolone. Nie będę teraz doktorowi przeszkadzał. Żona czeka. 
Dobranoc.
I sędzia wyszedł, a Połoński usiadł na parapecie okna i pykając fajkę, myślał, 
że Niki przyszła do niego jak burza i jak burza zrujnowała plony jego pracy.
Ale po źle przespanej nocy wstał raniutko i poszedł do swego gabinetu. Wszystko 
było tu czyściutko posprzątane i lśniące, przygotowane do pracy, co go mile 
zdziwiło i nastroiło weselej, więc przy śniadaniu zwrócił się do matki:
— Dziękuję ci, Kiciuniu, za porządek w gabinecie. Staruszka otworzyła oczy, 
ale Niki rzekła zawsze jednakowo spokojnym głosem:
— To ja zrobiłam.
Nie uważała za stosowne kryć się z tym, co czyniła, czy to było dobre, czy złe. 
Połońską raziła taka niesubtelność, ale Andrzej szanował w żonie jej szczerość.
Ostatnie dni lipca przeszły nad małym domkiem i nie przyniosły żadnych wstrząsów. 
Doktor z zapałem zajmował się garstką swych chłopaków, miał nawet kilku 
pacjentów ze wsi, i tęsknił za pracą w klubie, ale organizować innego nie chciał, 
nie chciał być powodem rozłamu w małym społeczeństwie, wolał sam usunąć się w 
cień, mimo podrażnionej ambicji.
Niki całe dnie spędzała poza domem, nie wiadomo gdzie. Ilekroć pojawiła się na 
ulicach miasteczka, ze wszystkich okien wychylały się głowy, a pod jej adresem 
padały różne epitety i uwagi. Tylko że młoda doktorowa mało sobie z tego robiła 
i jak na złość paradowała w męskich spodniach i sportowej koszulce, to znów w 
kusej sukni i boso, a gdy Połoński robił jej uwagi, odpowiadała niezmiennie:
— Nic mnie nie obchodzi, co gadają, robię, co chcę, i już.
Tymczasem w pierwszych dniach sierpnia Połoński otrzymał list z Warszawy, że w 
jednym ze szpitali wakuje posada, na którą właśnie jego upatrzono. I doktor 
cicho opuścił miasteczko. Żegnał go serdecznie tylko sędzia i strzelcy. Połońską 
szlochała, obchodząc po raz ostatni swój ogródek. Tyle lat marzyła o wyjeździe, 
ale teraz, w ten ostatni dzień było jej boleśnie bez granic.
Każde pożegnanie ma w sobie coś ze śmierci. Uciekają w dal chwile i przedmioty. 
Tylko słońce wraca jednako co dzień, co miesiąc i co rok, jedni ludzie się 
rozchodzą, ? ???? już spotykają, jeśli się w ogóle spotkają.
A Niki, siadając na bryczkę, pogwizdywała beztrosko.
— Cieszysz się, że wyjeżdżasz? — spytała zapłakana staruszka.
— O tak! Jadę sobie zdobyć nowe, piękne życie.
V
ROZDZIAŁ ???
Trzy miesiące spędzone w Warszawie, bo teraz był już koniec października, 
zrobiły swoje i Połońska śmiało mogła twierdzić, że synowa wyszlachetniała. To 
było właśnie jej wyrażenie. Wyszlachetniała! A Niki tylko nauczyła się milczenia 
i pewnego pozowania. Kiedy przyjechali do Warszawy, Połoński musiał dzień w 
dzień łykać gorzkie pigułki upokorzeń, albowiem plotki o pochodzeniu i 
przeszłości Niki przybrały kolosalne rozmiary i domy, w których przedtem doktor 
był nie tylko mile, ale bardzo serdecznie przyjmowany, teraz dały do zrozumienia, 
że po takim skandalicznym ożenku Andrzej powinien o nich zapomnieć. Ostatecznie 
można tolerować jego samego, tj. bez tego niepotrzebnego dodatku, można go nawet 
przyjmować, jest przecież taki czarujący, ale o rewizytach mowy nie ma. Andrzej 
był jednak zbyt dumny, by tak rozstrzygać kwestię, i dlatego zerwał z wszystkimi, 
którzy nie chcieli znać jego żony. A że prócz takich miał jeszcze maleńkie kółko 
przyjaciół rozsądnych, którym przeszłość Niki była najzupełniej
obojętna, więc w ich gronie mógł czuć się po dawnemu, a Niki widząc, że mimo 
wszystko mąż cierpi i tęskni do rodzaju pracy, jaką miał w Zgórzewie, mitygowała 
swój temperament, jak umiała.
Mimo to o pani Połońskiej powstał cały szereg anegdot, z których śmiała się cała 
Warszawa. Opowiadano ma przykład, jak to któregoś słonecznego dnia na ulicy Nowy 
Świat pokazała się piękna doktorowa w samych pończochach, pantofle zaś niosła w 
ręku, i tak maszerowała aż do Królewskiej. Dopiero tam spotkał ją przyjaciel 
Andrzeja, wsadził do dorożki i odwiózł do domu. Okazało się, że Niki kupiła 
pantofle na wysokich obcasach i rozbolały ją nogi.
— No dobrze, ale czemu pani, na litość boską, od razu nie wsiadła do dorożki?
— Przecież wybrałam się na spacer, zresztą do domu nie tak daleko.
Andrzejowy przyjaciel zamilkł, ałe potem opowiedział to swojej żonie, no a dalej 
poszła ploteczka z wiatrem.
W teatrze, na psychologicznym dramacie zasnęła smacznie i chrapała ku zgorszeniu 
sąsiadów, na operze w najtragiczniejszych momentach wybuchała niepowstrzymanym 
śmiechem i mimo rozpaczliwych gestów Andrzeja śmiała się głośno, wołając przy 
tym:
— Oj, nie wytrzymam! O rany! Pęknę! Musiał ją wyprowadzić.
Za to uwielbiała kino i chodziła zawsze do podrzędniejszych na sensacje. Tu jej 
się nikt nie przyglądał przez lorgnon, nikt się nie gorszył, jak tupała, gdy 
antrakt był przydługi, lub wykrzykiwała podczas akcji ze wzburzenia. Te wszystkie historie z najdrobniejszymi komentarzami znała cała elegancka 
Warszawa, właśnie ta, do której Niki nie miała dostępu.
Powoli jednak Połońska przestała być gwoździem dnia. Przyzwyczajono się nawet, 
że od czasu do czasu można ją było widzieć w towarzystwie męża gdzieś w lokalu. 
Siedziała w charakterystyczny, niedbały sposób, paląc papierosa, słuchała z 
zajęciem muzyki, a gdy ktoś ze znajomych przysiadł się do stolika, witała 
niezmiennie wszystkich jednakowym skinieniem głowy i leciutkim w kąciku ust 
uśmiechem. I to już była poza.
Andrzej wracał na obiad zwykle o czwartej, przyjmował pacjentów od piątej do 
siódmej, a potem coraz częściej myślał, że dobrze byłoby usiąść na fotelu i 
położyć rękę na delikatniejszych od jedwabiu włosiętach Marysi. Niki bowiem 
rzadko, bardzo rzadko kiedy zostawała w domu i nikt nie wiedział, gdzie się 
młoda kobieta sama włóczy. A ona siedziała albo w kinie, albo szła nad Wisłę i 
wynajętą łódką robiła dalekie spacery, byle nie siedzieć w mieszkaniu. Nie 
znosiła tego, dusiła się w tych czterech pokojach, tak samo jak pies, który 
tęsknił do zgórzewskich pól, gdzie mógł się wyhasać do woli. Połoński widywał 
żonę tylko W sypialni i pomimo że w jej ramionach zawsze ogarniały go płomienie, 
coraz częściej chwytał się na tęsknocie do Marysi.
W połowie października Niki wywołała nową sensację: zapisała się do szkoły 
pilotów i rzuciła się w wir pracy z taką zajadłą pasją, jakby całą wiedzę 
lotniczą chciała wypić jednym haustem. I pewnego dnia na lotnisku spotkała się z 
Edwardem. Jemu na widok Niki poczerwieniała twarz, zerwał czapkę z głowy i 
miętosił
ją w rękach nerwowo, ale kobieta, podszedłszy z radosnym uśmiechem, rzekła:
— Och, Edek! Tak chciałam cię spotkać.
I gdy pochylił się do jej ręki, objęła go za szyję i pocałowała w skroń, a potem, 
nagle zmieszana, czerwona po białka, stała milcząc, i czuła, że gdyby w tej 
chwili w miejscu, gdzie stoi, ukazała się dziura, skoczyłaby bez wahania.
Wreszcie Edward zagaił rozmowę:
— No i co słychać, Niki?
Nagłym ruchem usiadła na ziemi, wskazując mu miejsce koło siebie. Wsparci 
ramionami, patrzyli sobie w oczy. W odległości kilkudziesięciu metrów startował 
samolot. Tuż obok przeszła grupa oficerów, ze zdziwieniem obserwując młodą parę. 
Ale Niki i Edward widzieli tylko swoje oczy.
— Uczę się latać, Edek! — szepnęła, myśląc jednocześnie, jak to okropnie 
dobrze patrzeć z tak bliska w oczy mężczyzny.
— Tak! — odszepnął, a potem dodał: — Zawsze myślałem o tobie, Niki.
— Przykrzy mi się w domu. Pamiętasz nasz las, Edek?
— Och, pewno! A pamiętasz, jakżeśmy dwa dni siedzieli w rowie, bo nie można 
było nosa pokazać?
— A jaka to była jazda koło zagajnika, coś się wysypał razem z cygarami!
— A tyś się nie grzmotnęła o jałowiec? Co to zająca udusiłaś, pamiętasz?
— A jak chciałeś mnie wziąć na barana, bom sobie nogę zwichnęła?
— A jak ci proponowałem dziewczynki, co? Niki zmarszczyła brwi.
— Często chodzisz teraz? Tylko nie łżyj!
— Owszem, chodzę, ale rzadko. Częściej one do mnie!
— No to słuchaj, ty, ty drabie! Ja nie chcę. Nie pozwalam, rozumiesz?
— Jak to nie pozwalasz? Co ty mi możesz zabronić? A ty nie masz męża? — 
rzekł ostro.
Bawiąc się guzikiem, odparła wolno:
— To nie ma nic do rzeczy. Teraz nie będziesz chodził do żadnej, będziesz 
czekał.
— Na co? — spytał bez tchu.
— Będziesz czekał, aż ja do ciebie przyjdę — rzekła podnosząc głowę, i znów, 
jak wtedy w kościele, usłyszała łomot swego serca i dziwny dreszcz, który 
przebiegł jej wzdłuż młodego, sprężystego grzbietu. Ramię jej, oparte o ramię 
chłopaka, pochwyciło drżenie napiętych muskułów towarzysza i odpowiedziało 
miękkim, przytulnym ruchem.
Minęła długa, długa chwila, a potem Edward spytał:
— A ty, Niki, naprawdę?
— Tak! Ale teraz już muszę stąd iść, a może masz czas?
— Mam!
— No to chodźmy do kina.
I roześmieli się jednocześnie. A gdy szli Żelazną do jakiejś zakazanej dziury, 
Niki zaproponowała:
— Ale wiesz co? Chodźmy na gapę. To daleko przyjemniej. Możemy kupić bilety i 
schować, jakby co do czego, to są, ale będziemy się pchać tak, jakbyśmy ich nie 
mieli. Dobrze?
— Pirsza klasa!
Gdy Niki stanęła pod drzwiami swego mieszkania, zmarszczyła brwi i widocznie 
namyślała się czy wahała. Wreszcie wzruszyła ramionami i zadzwoniła.
Połońska już spała, Andrzej siedział w sypialni i czytał.
— Niki, co tak późno!
— Ano, tak się złożyło.
— Nie widzę cię całymi dniami.
— No to co? Tęsknisz do mnie?
I stanęła przed nim z oczami płonącymi, z ustami jak wyzwanie. Piersi jej drżały 
lekko, a w całej postaci było coś, co zdumiało i oczarowało doktora. Objął żonę 
wpół i przycisnął mocno.
— Niki, jesteś teraz piękna jak pragnienie! Co się z tobą stało?
— Bo ja wiem?
Nagle, otoczywszy mu szyję ramionami, ugryzła go w usta i zaśmiała się dziwnie. 
„Czyżby nareszcie zagrały w niej zmysły?" — pomyślał doktor. I obsypując 
pocałunkami giętkie, sprężyste ciało, urzeczonymi oczyma łowił na twarzy żony 
nigdy dotąd nie widzianą grę uczuć. Jego palce, chciwie błądzące po gorącym 
atłasie skóry, chwytały każdy dreszcz, jaki przebiegał ten wspaniały, żywy posąg.
— Spojrzyj na mnie, Niki, chcę zobaczyć twoje oczy. Ale ona nie chciała unieść 
powiek. A nazajutrz była
znów chłodna i biernie obojętna. Więc Połoński zrozumiał, że ten wczorajszy 
wieczór, na którego wspomnienie oblewał go żar, był tak jakby ukradziony. Niki 
myślała o kimś innym, ale o kim? I Połońskiego o&arnpła nagle wściekłość.
— Słuchaj, Niki, daję ci wiele swobody, ale nie chrp byś wałęsała się po nocy 
nie wiadomo gdzie.
— Zapominasz, że nie mam trzech lat. Będę rohiła to, co zechcę.
— To, co ja zechcę. Jesteś moją żoną. Dosyć było kompromitacji. Chcesz 
koniecznie nowych awantur?
— Widziały gały, co brały. Ja za tobą nie latałam. Jestem wolnym człowiekiem i 
przestań mi wreszcie wiercić dziurę w brzuchu.
Uderzył nagle ręką w stół.
— Tak nie może być! Ja muszę wiedzieć, to rou;sz gdzie i z kim bywasz. Nosisz 
moje, i tak dość ośmieszone, nazwisko, dość tego. Chcę cię mieć dla siebie
Niki straciła cierpliwość i rzekła dobitnie:
— Andrzej, radzę ci, zamknij pysk, bo jak cię łuPne tym wazonem, to wszystkie 
gwiazdy, a w nich swoie nazwisko zobaczysz. Wolna droga, możesz sobie iść ode 
mnie, możesz i mnie w trąbę puścić. Ja się nie utoDic Chodź, Taki.
Ale Taki nie ruszył się z miejsca. Wyszła wiec trzasnąwszy drzwiami, i gwizdała 
w trzecim pokoju Zajadle Połoński usiadł przy stole, a pies nieśmiało położył mu 
pysk na kolanach i lekko ruszał ogonem.
Od czasu tej awantury Niki całe dnie spęd2aja na lotnisku, a wkrótce zaczęła 
latać. Kiedy pierwszy samodzielnie miała prowadzić aparat, pobiegła d0 ph warda 
i chwyciwszy go za ręce, powiedziała przez za ciśnie te zęby:
X 
— Edek, żebyś wiedział, żebyś myślał, że ma się stać tak, jak ja zechcę.
— Tak!
— Nie bój się o mnie, złego diabli nie wezmą, Łdek. Dziś, gdy wrócę, coś ci 
powiem. Ach, Edek, nie b^dę niczym, rozumiesz?
— Tak, Niki.
— No, serwus! Masz o mnie pietra?
— Nie! Ale jak wrócisz, urżniemy się, co?
— A pewno!
I poleciała. Na początku był moment, że zrobiło jej się zupełnie czarno w oczach 
i czoło okrył zimny pot. Ba, nie tylko czoło. Całe ciało zwilgotniało pod 
uciskiem nieprzezwyciężonego, potwornego strachu. Bo cóż? Ziemia tak niedaleko 
niby, ale nie ma do niej w tym momencie powrotu, chyba na skrzydłach śmierci, a 
tu przed kobietą przestrzeń, połykająca ją małą i bezradną, i bezbronną. I jest 
zupełnie sama, i nie ma gdzie uciekać, i nie można przycupnąć w rowie... „Jesteś 
wielkie, piękne, sHne nic".
— A do stu diabłów! — krzyknęła nagle i potrząsnęła głową, jakby ten ruch miał 
być egzorcyzmem przed mackami lęku. Zmarszczyła brwi, skuliła się trochę.w sobie, 
jak do skoku, i wytężyła wzrok w dal, jakby szukając jakiejś specjalnej, znanej 
drogi, i od tej chwili była już panią siebie i sterów.
Jej lądowanie wywołało szczery podziw instruktora i lotników wojskowych. 
Otoczono ją całą gromadą, tak że nie mogła się przedostać z tłoku i 
zniecierpliwiona zawołała:
— Nie zawracajcie mi pięty, moje dzieci. Dużo mi przyjdzie z waszego gadania, 
idę się upić!
Oczywiście kompanów chętnych naliczyła moc, ale zrobiła im zawód, bo zniknęła 
razem z Edwardem. Poszli sobie oboje do knajpki, gdzie zwykle zbierała się dość 
mętna publiczność, i pogryzając marynowanego śledzia, popijali zdrowo.
— No i jak ci było, Niki, tam na górze?
— A dobrze. Najpierw, wiesz, miałam pietra. Choroba, tak mi się zdawało, jakby 
wokół mnie było morze, a ja, uważasz, sama na środku, ani w te, ani we wte i 
sobie myślałam: „No, Niki, koniec, aleluja z barszczem, nie będziesz się więcej 
po Świecie pętać", a potem znów to sobie mówię tak: „Panie Boże, dużo rzeczy 
potrafisz, bo przecie stworzyłeś wszystko, pomóż mi teraz. O nic Cię nigdy nie 
prosiłam, ale teraz zabierz sobie ten mó' strach do worka i grzmotnij nim o 
ziemię, to już jakoś wyliżę". A potem przypomniałam sobie, co instruktor mówił, 
że człowiek jest mądrzejszy od maszyny i musi ją wziąć krótko za pysk, no i taka 
się zrobiłam zła, powiadam ci, że chciało mi się gryźć, a jak mi to przeszło i 
zobaczyłam, że maszynka idzie jak ta lala, a już ziemię mam w nosie, to ci mówię, 
jakbym skrzydła miała. Jakby te stery były nie u maszyny, ale ze mnie wyrastały. 
Ech! Byczo, byczo! Przelecę Atlantyk!
Edward spojrzał na rozpłomienioną kobietę i odsunął jej sprzed nosa kieliszek.
— No! Masz na dziś dosyć. Wracaj do domu.
— Oszalałeś? Myślisz, że się upiłam? Wcale nie, musiałam powiedzieć ci to, co 
myślałam już dawno. Czytałam o takich cwaniakach. Ho, ho! Nie myśl, że te głupie
romansidła czytałam (tu uderzyła pięścią w stół, ku przerażeniu Lecha), co komu 
z tego przyjdzie, że jakaś tam malowana lala kąpie się w mleku albo się puszcza 
z dziesięcioma naraz, a potem są jej portrety. Nie, ja, „córka pułku", ja, 
przemytniczka, ja, wyśmiewana żona doktora pokażę, co umiem, co mogę!
— Niki, ciszej, gapią się.
— No to co? Co mi zrobią? Edek, zrobimy sobie maszynkę, chyba potrafisz, i 
polecę. Woda mi się do pasa pokłoni. Ha, ha! I gwizdać będę na wyścigi z wiatrem. 
Ty wiesz, jak to wicher szumi, tam w górze, Edek!
Patrzył na nią z podziwem, z uwielbieniem i strachem. „Urżnęła się — myślał 
— ale pomysły ma, no!"
— Nie jestem pijana, wcale nie jestem pijana. Pamiętasz, jak tośmy sobie 
śpiewali:
Tiurli, tiurli na klarynecie
Powiozę cię, Maryś, w ślubnej karecie...
Oparta o stół łokciami, przechyliła korpus naprzód i roześmiana, czerwona, z 
płonącymi oczami kończyła:
Me wrócim z tobą, aż będzie świtać, A ty się o wianek nie będziesz pytać!
Edward nalał ostatek wódki do kieliszka, roześmiał się także i wypił. Jakiś 
zamglony obraz wykwitał z oparów dymu, zalegającego knajpę, jakaś ochota, jakiś 
projekt począł świtać w podnieconej wyobraźni chłopca.
ścisnął rękę Niki.
— Wiesz co? Chodźmy na powietrze. Duszno tutaj.
I wyszli.
Tego jeszcze wieczoru Niki, siedząc przy kolacji z mężem i teściową, oznajmiła 
spokojnie:
— Latałam dziś sama bez instruktora. Połońska zbladła, doktor zaś uśmiechnął 
się.
— Wiem, że jesteś zuch, ale nie skręć sbie karku.
— Phi! Nie płakałbyś długo. Słuchaj, czy dużo forsy trzeba na swój aeroplan?
— Chcesz sobie kupić? — spytał z uśmiechem.
— Tak się pytam.
— No, jakieś dwadzieścia tysięcy.
— O! To dużo.
— A owszem, nie na naszą kieszeń, Niki.
— A jakby kupić jakiś rozbity gruchot? Doktor spojrzał na nią bystro.
— Ty coś knujesz, mała!
— A nie wolno mi?
— Owszem, owszem, tylko szczędź mi skandalu na wszelki wypadek, dobrze?
Stara Połońska parokrotnie otwierała usta, chcąc się wtrącić do rozmowy, ale 
ostatecznie wolała przemilczeć. Nastrój w tym domu i tak pozostawiał wiele do 
życzenia. Za wszelką cenę pragnęła spokoju dla syna, ale wiedziała z 
doświadczenia, że ilekroć Andrzej wspominał o wstydzie lub skandalu, jakie 
powoduje młoda doktorowa, rozmowa kończy się awanturą, i dlatego nie raz, nie 
dwa stawała po stronie synowej, mitygując Andrzeja.
— Niech robi, co chce, daj jej spokój, nie jest dzieckiem.
Tylko że Andrzej coraz częściej był zdenerwowany, coraz trudniejszy w pożyciu. 
Dziś też Połońska dostrzegła w oczach syna niepokojące błyski. Dlatego właśnie
milczała. Ale Niki uśmiechnęła się pogardliwie i skręcała sobie z flegmą 
papierosa. Doktor zaczął znów rozmowę:
— Przygotuj się na jutro, Niki. Pójdziemy na bankiet, doktor Stefan wyjeżdża 
na stałe do Paryża.
— Nie możesz iść sam?
— Nie mogę. Wszyscy będą z żonami, a ja także mam żonę, której nie chcę się 
wstydzić. Zrób to dla mnie, Niki, ubierz się starannie i hamuj swój ostry 
języczek, dobrze?
— Do diabła z bankietami! Muszę znów wkładać pantofle z obcasami i suknię; w 
której gubię nogi. No, ale dobrze.
Usiadła na podłodze przy piecu i bawiła się targaniem psa za uszy i ogon, ale 
Taki lubił te figle. Doktor w zadumie śledził oboje i patrząc na zaróżowioną i 
uśmiechniętą twarz Niki, myślał, co by to była za rozkosz mieć ją zawsze taką 
miękko kobiecą, jak w tej chwili, gdy sprawiała wrażenie dużego, rozbawionego 
dzieciaka, na tym dywaniku przed piecem, na tle kołtuniastego psiska. Ale 
Połoński wiedział, że to są tylko momenty, że Niki nigdy nie pokocha domu ni 
ciszy, nigdy nie zrozumie czaru domowego ogniska. Ona jest stworzona do walki, 
tak jak Marysia do kochania. Niki powinna była urodzić się chłopcem, za jakiego 
kilka lat uchodziła. We krwi miała zamiłowanie do przygód, sama zawsze była 
nastawiona na branie przeszkód. Pogarda śmierci, lekceważenie opinii i jej 
wybitna nonszalancja zacierały niemal wszystkie uroki kobiecości, którymi hojnie 
obdarzyła ją natura. Teraz, po kilku miesiącach wspólnego pożycia, doktor 
patrzył na żonę znacznie, znacznie trzeźwiej, i teraz, paląc swą ulubioną fajkę, 
patrzył na młody, piękny kark kobiety, i myślał smętnie: „Czy kiedykolwiek znajdzie ta amazonka człowieka, który rozpęta jej kobiecość i rzuci ją 
sobie do stóp?"
W ciszy pokoju odezwał się cichutko akord cytrowy, a,le Połoński nie odwrócił 
się. Wiedział, że to gra jego tęsknota i jego marzenia.
O dziewiątej rano Niki pognała na lotnisko. Dzień był obrzydliwie zaflegmiony, 
zamazany. Samoloty cicho stały w hangarach, ale mechanicy zawsze coś do roboty 
mają, więc kiedy odnalazła Edwarda, wyszedł do niej umazany jak nieboskie 
stworzenie, ale zadowolony. Jego koledzy z daleka kłaniali się młodej kobiecie z 
szacunkiem i podziwem, była ich ulubienicą i mówili o niej: „fajna kobita, klasa 
kobita, chojrak kobita".
Teraz zasalutowała im z daleka, przykładając ręce do beretu, i chwyciwszy 
Edwarda za ramię, oświadczyła:
— Mam iść dziś na bankiet. Co ty na to?
— No co! Ja bym też poszedł, żeby mnie prosili, zwłaszcza gdybym wiedział, że 
będą tam ładne dziewuszki.
— Znowu zaczynasz?
— Już, już, a to z ciebie wydra. Wiesz, miałem też taką jedną znajomą, 
zazdrosną babę, ale poty jej tłumaczyłem, że zazdrość to paskudztwo, póki się 
nie rozgniewała naprawdę i...
— No i co?
— I nie umarła.
— Stary kawał! Jakoś wszyscy ci twoi znajomi i znajome umierają, ale ja nie 
mam zamiaru.
— Miałem przyjaciela, który też nie miał zamiaru kity odwalić.
— I dlatego kwiatki na nim rosną. Przestań żartować i odpowiadaj: iść czy nie 
iść?
— To tak, jakbyś pytała: pić czy nie pić. Pić! Ale wiesz co? Tam nie pij za 
dużo i nie wygadaj się czasem o naszej tajemnicy. W ogóle bądź damą, a potem 
razem będziemy z tego rechotać.
— Dobra jest! Edziu, pytałeś się już?
— Jeszcze nie. O drugiej przyjdzie ten porucznik, wiesz, taki wesoły, zapytam 
go.
Zaciskając mocniej palce na ramieniu chłopaka, szeptała namiętnie:
~ Musi się udać, słyszysz? Musi, ja chcę!
— Ba! Miałem jednego znajomego, który...
— Edek!
— No już! Przymykam się. Bądź dziś damą, Niki, a jutro znów będziesz latać, 
jeśli się pogoda trochę wyklaruje.
— Przyjdź wieczorem. Chcę, żebyś mnie zobaczył w tej nowej sukni.
— A no! A co by na to doktor powiedział?
— Jesteś moim gościem. Przyjdziesz?
— Przyjdę!
— Tylko nie zrób kawału, ja cię znam. Na twoje słowo bardzo liczyć nie można.
Zaczerwieniony odparł prędko i gorąco:
— Niki, w stosunku do ciebie nigdy nie złamałem słowa.
— Dobrze. Czekam na ciebie o szóstej. Serwus! Ale nie poszła jeszcze do domu, 
tylko do hangaru
pogadać z mechanikami. Oglądała śrubki i śrubeczki, dotykała palcami skrętów 
stali i ogromne, przepiękne
oczy wlepiała w maszyny z jakąś dziką miłością. Za chwilę zjawiło się paru 
lotników, adorujących koleżankę. Można z nią było pogadać, ot tak, i przyjemnie 
było patrzeć na tę rozpromienioną twarz młodej kobiety, która nie przychodziła 
tu dla flirtu, ale z rozchylonymi zachwytem ustami słuchała fachowych opowiadań.
Koło godziny szóstej po obiedzie doktor przyjmował ostatniego pacjenta, gdy 
właśnie zadźwięczał dzwonek i Niki pobiegła sama otworzyć. Taki poruszył uszami 
i szczeknął przyjaźnie. Połońska była w kuchni i Niki wprowadziła Edwarda do 
sypialni, nowocześnie, bez łóżek, urządzonej. Taki podskoczył radośnie i oparł 
łapy na ramionach chłopca. Poznał go i cieszył się po swojemu. Lech, trochę 
zakłopotany, usiadł na krześle i z nie ukrywanym zdumieniem patrzył na Niki, 
która już ubrana stała przed nim jak bogini, w ciemnozielonej, aksamitnej sukni, 
odsłaniającej klasyczne ramiona.
— No, jak ci się podobam?
— Jesteś... szkoda gadać, Niki! Nigdy sobie nic podobnego nie wyobrażałem. 
Niech się schowają wszystkie gwiazdy filmowe.
Przeszła parę razy po pokoju.
— Obejrzyj mnie ze wszystkich stron.
— Uhm! No, teraz to bym z tobą nigdzie na gapę nie poszedł. Tylko, Niki, nie 
stawiaj takich wielkich kroków. Do licha! Jesteś podobna do ogromnego kota.
— Jeszcze nie widziałam zielonego kota. Chcesz papierosa?
W tej chwHi weszła Połońska. Zdumiona stanęła przy drzwiach i nie mogła 
powstrzymać okrzyku:
— A pan co tu robi?
Edward jednak odzyskał równowagę i całując dłoń staruszki, odparł:
— Podziwiam panią doktorową i jej toaletę. Przypuszczam, że to pani gust, 
prawda?
I Kiciunia musiała się uśmiechnąć. Edward urwipołeć, to trudno, ale miał dużo 
wdzięku, to trzeba mu przyznać. Nie może go, zresztą, wyrzucać za drzwi dlatego, 
że Marysia straciła opinię, zresztą, kto wie, może nie było tak strasznie. Te 
myśli skłoniły staruszkę do przybrania pobłażliwej miny.
— Cóż pan porabia, młody człowieku?
— Odrabiam dawne zaległości, pracuję jako pomocnik mechanika, a jednocześnie 
chodzę na kursy mechaników.
— A to pięknie, pięknie, chłopcze. A cóż to, Niki, już się wystroiłaś? 
Przecież dopiero o ósmej wychodzicie.
— Muszę się przyzwyczaić do tej sukni, no i chciałam ją pokazać Edwardowi.
— No i cóż pan sądzi o tym postrzeleńcu? Oszlifowała się trochę, prawda?
— Och, to było do przewidzenia. W pani rękach i ja bym wyszedł na brylant 
pierwszorzędnej wartości!
— Łobuz ??? był i takim został. Proszę z nami zjeść podwieczorek.
Sama nie wiedziała, czemu rada była tej niespodzianej wizycie. Przed uczyma 
staruszki zamajaczył domek w Zgórzewie i ten ulubiony, piękny ogródek. O! Jak 
dobrze byłoby znów tam powrócić.
Nie mniej zdziwiony Połoński przywitał Edwarda grzecznie, choć niemile 
dźwięczało mu w uszach to ciągłe serdecznie-poufałe „ty" w stosunku do żony. 
Podejrzliwymi oczami chwytał uśmiechy młodych, naprzeciw siebie siedzących. Wyczuwał 
między nimi jakąś intymność, coś, czego nie mógł określić, a co rzucało się w 
oczy. I w dodatku Niki była dziś tak piękna i tak kobieca, że zagryzał wargi, 
ilekroć jej obnażone, złotawe ramię wysuwało się w stronę gościa serdecznym 
ruchem troskliwości.
— Wsuwaj te bułki, Edek, to mama piekła. W środku są konfitury, a wiem, że 
jesteś pies na dobre rzeczy.
A potem, kiedy mieli już wstawać od stołu, Niki (och, to było coś, co zdławiło w 
piersi doktora oddech) otoczyła mu szyję ramionami i przechyliwszy policzek aż 
tak, żeby dotykał ust doktora, rzekła miękko i zalotnie, rzucając mu ukośne spod 
rzęs spojrzenie:
— Czy jestem ładna?
Objął jej kibić i przycisnął mocno, jakby chcąc podkreślić swoje prawa:
— Czarująca!
Edward z namaszczeniem strząsnął serwetką popiół ze stołu na dywan. Wkrótce 
pożegnał Połońskich, odprowadzony uśmiechniętymi filuternie oczami Niki.
Zjawienie się młodej doktorowej na bankiecie wywołało zrozumiałą sensację. Panie 
od razu jęły sobie przypominać historyjki i kawały na jej temat kursujące. 
Panowie bezapelacyjnie stwierdzili, że jest piękna i interesująca, i tajemnicza. 
Tajemnicza może dlatego, że mówiła mało, ruszała się wolno i leniwie, a na 
ustach drzemał przyczajony uśmieszek. Podczas licznych przemówień bawiła się 
leniwie serwetką, a w pewnej chwili przechylając głowę w stronę 
sąsiada,.szepnęła spokojnie:
— I po co to tyle gadać? Ja bym wyraziła wszystkie te mowy w kilku słowach.
— W jakich? Jestem szalenie ciekawy.
Niki zamrugała powiekami, przez myśl przemknęło jej błaznowanie Edka: „Miałem 
jednego znajomego, który też był ciekawy, i dlatego zamknęli go na parę lat", i 
powiedziała:
— No, mniej więcej w ten deseń: „Panie doktorze! Bardzo się cieszymy, że pan 
wyjeżdża, bo każdy z nas czeka na opróżnione przez pana stanowisko".
Sąsiad roześmiał się dyskretnie i puścił powiedzonko w kurs.
Po kolacji jedna z pań ze słodkim uśmieszkiem zapytała Niki:
— Jakże się pani czuje w nowej skórze?
— Nie zmieniam skóry, proszę pani, jedna wystarcza mi najzupełniej.
— Oczywiście, oczywiście. W każdym razie musi pani być ciężko w tym naszym 
kulturalnym świecie.
Niki popatrzyła na piękną panią lekko zmrużonymi oczami i wybuchnęła głośnym 
śmiechem. Wystarczyło. Interlokutorka zwinęła fascynujący wachlarz i odeszła 
oburzona, ale to nie mogło odstręczyć innych pań, żądnych skandalu i sensacji. 
Toteż po chwili obok Niki wykwitły dwie nowe, pachnące, eleganckie sylwetki.
— Pani doktorowa jest w wyśmienitym humorze.
— Ja prawie zawsze jestem w humorze, jeżeli mnie tylko pantofle nie gniotą.
— Woli pani zapewne chodzić boso.
— Niekoniecznie. Lubię tylko mieć wygodne obuwie.
— Nie nudzi się pani tutaj wśród nas?
— A dlaczego?
— Pani zdaje się woli towarzystwo męskie, no i w ogóle bezceremonialne.
— Ech, to właśnie paniom się tylko zdaje. Mnie jest zupełnie wszystko jedno, 
jacy mnie ludzie otaczają. Kobiety są wszędzie jednakowe, zawsze zazdrosne i 
chytre, mężczyźni egoiści.
— Gdzież pani zdążyła sobie wyrobić takie zdanie? Z kobietami naszej sfery 
spotyka się pani chyba rzadko.
Niki ruszyła ramionami i dość hałaśliwie wytarła nos.
— Co tu tyle gadać: kiedy pokazałam się pierwszy raz w klubie w Zgórzewie jako 
dziewczyna, tamte panie i panny akurat miały takie same miny, jak wy tutaj, a 
chłopaki czepiali się innie zupełnie podobnie, jak tutejsi panowie z waszej 
sfery. Gdybym była stara, brzydka niedojda, nie zwrócHiby na mnie uwagi ani 
tamci, ani wy tutaj, ale że jestem młoda, ładna, od nikogo nic nie potrzebuję i 
mam wszystkich w nosie, no to wypominają mi przeszłość i śmieją się zjadliwie po 
kątach, ale gdybym tak sypnęła tysiącami, pies z kulawą nogą nie spytałby, skąd 
pochodzę. To jest właśnie wasz świat kulturalny. Słabego bije się po mordzie, a 
przed silnym pada na nos. Ja jestem prosta kobieta, nie byłam w szkołach, wielu 
rzeczy nie rozumiem, ale dużo rzeczy widziałam, które budzą we mnie śmiech. 
Pogardzacie mną, ponieważ byłam przemytniczką, ale w przemycane jedwabie się 
stroicie. Jeżeli kradłam, bo i to się zdarzało, to dlatego, by nie zdechnąć z 
głodu. W waszym kulturalnym świecie robią tak częściej, aby forsę przepuścić na 
dziewczynki i inne głupstwa. Bo u was można kupić nawet serce, a
sprzedać duszę, tylko że takie interesy, taki szmugiel załatwiacie po cichutku, 
a strzelacie w bezbronnego ptaka tylko zza płotu, prawda?
Wszystko to Niki powiedziała spokojnym głosem, nie podnosząc go ani o ton, tak 
jakby rozmawiała o pogodzie. Panie wytrwale mHczały. Żadna odpowiedź nie 
zrównoważyłaby ciężaru, jakim przygniotła Niki ich strojne ramiona. Uśmiechała 
się teraz lekko i nie zwracając uwagi na wydłużone oblicza elegantek, zapaliła 
papierosa. W tej chwili zaszeleściła obok niej jedwabna suknia i młoda blondynka 
o wesołej czuprynie chwyciła ją za rękę.
— Proszę mi darować, że podsłuchiwałam. Nie znamy się, jestem Rominowa, 
zresztą to nic nie mówi. Pani. jest wspaniała, nadzwyczajna, byłabym dumna, 
gdyby pani zechciała uważać mnie za przyjaciółkę.
— Wątpię, czy by to było wielką przyjemnością. Zresztą nigdy nie miałam 
przyjaciółki i nie wiem, co się z taką osobą robi.
Rominowa wybuchnęła wesołym, dziecinnym śmiechem.
— Och! Trzeba tylko mieć do niej zaufanie i odwiedzać ją od czasu do czasu.
— No to chyba nie brak pani przyjaciółek!
— Tak, ale ja koniecznie chcę i panią.
— Ano, zobaczymy. Czy prędko się skończy ta zabawa?
— Chyba niedługo. Może pani chce posłuchać muzyki? Za chwilę będzie grał jeden 
ze sławnych skrzypków.
— Dlaczego nie, ja lubię muzykę — i przeszły do sąsiedniej sali.
Wśród pań powstało lekkie zamieszanie z powodu wybryku Oleńki Rominowej. Była 
ona dość ekscentryczna, ale ogólnie lubiana z powodu swej zawsze wesołej, 
niefrasobliwej minki, dobrego humoru i wspaniałych przyjęć, jakie urządzała. 
Zresztą jej mąż miał bardzo poważne i wpływowe stanowisko. Ponieważ zwariowana 
Oleńka zamanifestowała sympatię dla doktorowej, innym paniom nie wypadało, 
przynajmniej w jej obecności, bojkotować nowej faworytki. Bankiet więc w miłym 
nastroju przeciągnął się do czwartej rano.
Doktor w drodze powrotnej rzekł do Niki:
— Byłaś dziś ogromnie grzeczna, kochana żoneczko!
Uśmiech w kąciku ust zastąpił odpowiedź.
Nazajutrz padał śnieg z deszczem od samego rana. Ulice pokryła lepka maź, 
rozpryskująca się na pończochy i płaszcze przechodniów. Niki mimo to pognała na 
lotnisko. Na widok Edwarda zamachała rękami i z daleka już krzyczała:
— No co, no co, zapytałeś?
— Nie możesz głośniej wrzeszczeć? Spróbuj! Zmarszczyła brwi, ale ciszej już 
dodała:
— No, tylko bez uwag, nie lubię. Co ci odpowiedział?
— Za jakieś dziesięć tysięcy możesz taki dychawiczny, emerytowany gruchocik 
dostać.
Niki machnęła trzy kozły i zerwawszy beret z głowy, jęła nim wywijać, krzycząc 
przy tym wniebogłosy:
— Hurra! Hurra! Górą nasi! Wygrałam, wygrałam!
Edward patrzył na te dzikie wyczyny, a gdy ochrypła, rzekł z flegmą:
— Niki, znałem jedną, co też tak wygrała i dlatego ją zamknęli, wiesz?
Wsunęła mu rękę pod ramię i rzekła już spokojnie:
— Chodźmy do hangaru, pogadamy. Usiedli na jakiejś pace i zaczęła:
— Mam osiem tysięcy, tobie dałam dwa, to jest dziesięć.
— Ale kobieto, ja ci przecież teraz nie mogę oddać tej forsy. Nie jestem 
czarodziejem.
— To nic. Mam trochę cacek po Trusie, opylę i kwita. A potem po trochu będę 
kupowała potrzebne części, a ty będziesz montował, i to będzie nasza maszynka, 
słyszysz? Edek, słyszysz?
Edward nagle zaczął wierzgać nogami, walić dłońmi o pakę i ryczeć:
— Hurra! Hurra! Górą nasi! Hurra!
— Oszalałeś?
— Nie, ja się cieszę na twój sposób.
— Idiota!
— Dziękuję. A co zrobimy z hangarem?
— A zbudujemy we dwójkę. Zresztą, pójdę dziś jeszcze do tej figury od lotniska 
i załatwię to.
— Dobrze. A teraz słuchaj. Dostałem list od Marysi. Mam jej znaleźć mieszkanie, 
bo zaraz po świętach przyjeżdża tu z dzieciakami.
— A to klasa. Lubiłam ją. Powiem doktorowi, niech się cieszy!
— I nie będziesz zazdrosna?
— Upiłeś się czy co? Ja zazdrosna o chłopa?
Wstała, jakby ją coś ukłuło, i zawołała:
— Nie mogę wytrzymać. Lecę do kancelarii.
— Powodzenia, Niki. Jeżeli załatwisz pomyślnie, nie drzyj tam pyszczka i nie 
pokazuj cudów, moja droga.
Załatwiła pomyślnie. Miała miejsce na hangar. Teraz trzeba było tylko zdobyć 
pieniądze. Kiedy przyszła do domu, jęła grzebać w szufladzie, w której doktor 
schował biżuterię. Wydostała z powodzi bibułek swoje cacka i ważyła je w ręku 
uśmiechnięta. Zawinęła potem wszystko razem i włożyła do swojej mało eleganckiej, 
ale pakownej torby.
Połoński tego dnia był wyjątkowo zmęczony i zaraz po kolacji się położył. Niki, 
czesząc włosy, spoglądała na niego ukradkiem, wreszcie palnęła:
— Panna Marysia przyjedzie do Warszawy.
I widziała rumieniec, który przemknął po twarzy męża. >
— A ty skąd wiesz?
— Edek mówił.
— Co dzień się z nim widujesz, uważasz, że to sprawia mi przyjemność?
— Chciałbyś mieć w życiu same przyjemności? Tak dobrze nie ma.
— Już ludzie zaczynają mówić o waszej przyjaźni -gderał. Tak, on, wyrozumiały, 
postępowy doktor Połoński gderał, by zatuszować jakąś przedziwną radość, jakąś 
tęsknotę i wzruszenie, które mu przyniosła nieoczekiwana wiadomość.
— Ludzie mają widać mało do roboty — zauważyła z flegmą.
— Porucznik Rencki też parę razy mnie informował o waszych czułych pogawędkach, 
a to jest chyba dość poważny człowiek.
— Co? Ta oferma? Chłop jak pięć minut, baba kolanem może go przykryć, i 
zaczyna kłaść nos tam, gdzie nie potrzeba? Poradź mu, żeby mi nie właził w drogę, 
dobrze?
— Niki, ja ze względu na twoje dobro. Edward jest chłopiec miły, ogładzony, 
ale to karciarz i za byle spódniczką się trzęsie. Nie chcę, byś z jego powodu 
narażała się na przykrość.
Nie odpowiedziała. Usta jej drgnęły i rumieniec dłuższą chwilę całował gładkie 
policzki. Dopiero gdy już nasunęła kołdrę niemal pod nos, mruknęła:
— Ciekawam, kto go widział z tymi spódniczkami?
— Moja droga, ja nie mam ochoty być sędzią śledczym.
— Szkoda! — i odwróciła się energicznie na prawy bok.
Przed samymi świętami Edward oświadczył przyjaciółce:
— Jadę na trzy dni do Maryśki. Znalazłem fajne dwa pokoje z kuchnią. Spędzę u 
niej święta i przywiozę dziewuchę, żeby tu wszystko przygotowała. Pomożesz nam, 
dobrze? A dzieciarnia zjedzie nieco później.
— Dobrze. Sprzedam cacka i mam forsę. Zaraz po świętach zaczynamy.
— No, wspaniale, Niki.
ROZDZIAŁ IX
Już po świętach. Tyle było przygotowań, tyle bieganiny, tyle oczekiwania. A 
potem świeczki na choince wypaliły się i drzewko cicho skonało. Dzieci zdążyły 
popsuć zabawki i pozjadać pierniki. Ostatnie echa kolęd wsiąkły w gwiezdne 
szlaki. Zapełniły się biura i urzędy szarym, jazgotliwym tłumem. Już po świętach.
Tylko Połoński dopiero teraz właśnie jął z dnia na dzień oczekiwać. Jeżeli 
Marysia przyjechała, spotka ją, zobaczy ją za wszelką cenę. Ale nie chciał pytać 
żony. Czekał, aż sama coś o tym wspomni. I z dnia na dzień mimo woli z 
niecierpliwością witał każdy powrót Niki z miasta. Może teraz coś powie. I 
tęsknił coraz goręcej do kobiecości, której tyle miała Marysia, do atmosfery 
ciepłej ciszy domu, jaką potrafiła wytworzyć. Do jej nieśmiałych, miłosnych 
uniesień i pieszczot. Niki, jak zawsze, żyła nie z nim, a obok niego. I kiedy on 
płonął, ona pozostawała jednakowo chłodna. A gdy czasem całowała usta męża 
drapieżnie i gorąco, czuł, że to nie jemu ofiaruje te pieszczoty. Budził się w 
nim i gniew,
i żal, i zniechęcenie, i wszystko razem wydało się paskudne i przesycone gorzką 
nudą.
A Marysia przyjechała i z pomocą Edwarda i Niki przygotowała dla swoich pupilów 
mieszkanie, i cierpliwie słuchała gorączkowych zwierzeń żony doktora Połońskiego, żony jej Aneczka, bo Niki teraz musiała się wygadać za wszystkie 
czasy, znalazła kogoś, do kogo miała zaufanie. Mówiła więc o swoim małżeństwie, 
o kłopotach doktora, o tych „ofermach ze Zgórzewa" i o tych z Warszawy, wreszcie 
o swoim lataniu.
Na razie Niki wpadała co dzień i chodząc po pokojach i gestykulując, mówiła, nie 
mitygowana przez nikogo. Marysia wodziła za nią oczyma, myśląc: „Więc to ty 
zabrałaś mi serce Aneczka, to ty! I nie umiałaś postarać się, by był szczęśliwy. 
Dlaczego?" Ale nie przerywała rozgadanej dziewczynie, bo czuła dla niej i 
sympatię, i szacunek, i litość, jaką czuje człowiek naprawdę kulturalny, kiedy 
widzi w klatce leśnego ptaka. I tak jakoś mimo woli instynktownie jęła traktować 
doktorową jakby swą dużą córkę. Gdy ta wpadała rozczochrana, z przekrzywionym 
kapeluszem, krzywo zapiętą bluzką lub zgoła niewłaściwie założoną spódnicą, 
Marysia najpierw podawała jej papierosy, podsuwała krzesełko i pytała słodko:
— No, Niki, kochanie, latałaś dzisiaj? A cóż twoja maszynka?
I podczas gdy młoda kobieta mówiła, Marysia delikatnie poczesywała jej włosy, 
poprawiała kołnierzyk, bluzkę itp.
Wreszcie przyjechały dzieci; Niki nie lubiła ich towarzystwa. Przychodziła więc 
tylko wtedy, gdy wiedziała, że zastanie Marysię samą. Aż tu pewnego dnia po obiedzie rzekła do męża:
— Nie masz ochoty pójść ze mną na spacer?
— Owszem. Piękny dzień, możemy iść.
Przeszli więc od placu Trzech Krzyży do Łazienek i z powrotem, gdy Niki 
zauważyła, że ma interes na rogu Żurawiej.
— No to ja poczekam. Wstąp i załatw prędko.
— Chodź ze mną, przecież nie zaprowadzę cię do jaskini zbójeckiej.
— Co ty knujesz, Niki?
Pociągnęła go za rękaw i tak prowadziła na drugie piętro. Zadzwoniła. Ktoś 
zdejmował łańcuch. Szczęknęły drzwi i stanęła w nich Marysia. Niki, nie 
zwracając uwagi na jej pobladłą twarz, zawołała:
— Przyprowadziłam pani gościa. No co, źle? Wejdź, wejdź dalej, Jędrek. Kalosze 
zostaw w przedpokoju, panna Marysia nie ma służącej. A gdzie bachory?
— Na ślizgawce — cicho odparła Marysia.
— A to ja do nich polecę. Zaraz wracam! Zniknęła, trzasnąwszy drzwiami. Doktor 
i Marysia
stali naprzeciw siebie, nie mogąc mówić z wrażenia.
— Dobrze wyglądasz, Lorelei — szepnął po chwili.
— Tak!
Odwróciła się nagle. Przysunęła fotel w stronę pieca (ten sam koszykowy fotel), 
przyniosła papierosy i popielniczkę, stawiając je na stoliczku obok, a wyjmując 
szklanki z kredensu, zapytała cicho:
— Napije się pan herbaty ze mną, dobrze? Skinął głową.
— A potem pani... a potem zagrasz mi, Marysiu?
ą
— Zagram.
Lecz kiedy usiadła na stołeczku (och, na tym samym) i wzięła pierwsze akordy, 
prysnął jej hart i spokój. Zasłoniła dłońmi twarz i rozpłakała się jak dziecko, 
a Połoński, gładząc pochyloną głowę, szeptał:
— Marysiu, nie płacz, Marysiu! Bo nigdy nie będę mógł przyjść do ciebie, a tak 
szalenie mi tego brak. W ostatnich czasach pracować nie mogę zupełnie. Kiedy 
Niki zapowiedziała twój przyjazd, chodziłem jak błędny, Marysiu!
Podniosła głowę.
— Jestem cały dzień bardzo zajęta, ale ilekroć będzie panu smutno, proszę 
przyjść z Niki. Ona jest kochana.
— W ostatnich dniach bardzo się zmieniła na korzyść. Czy to czasem nie twój 
wpływ, Marysiu?
— Może i mój. Z nią trzeba umieć postępować. A gdzie teraz jest Taki?
— Przyprowadzę go. Zobaczysz, jaki będzie rad!
Dzieciaki, ku wielkiej rozpaczy, Marysi, wróciły ze ślizgawki dopiero o ósmej. 
Okazało się, że Niki wyciągnęła je na jakiś spacer, który sobie bardzo chwaliły.
— Tak nam było dobrze, ciociu (na Marysię mówiły „ciociu"), biegaliśmy i wolno 
nam było krzyczeć i walić śniegiem. Niki prowadziła atak i jakiegoś grubasa 
wyrżnęła taką pacyną w brzuch, aż się ludzie śmieli. Ach! Dobrze było!
Doktor śmiał się, Niki ruszała ramionami i oglądała rozdartą spódnicę, a Marysia 
załamała ręce.
— A ja was i waszą Niki wytargam za uszy. Coś podobnego!
Niech ciocia spróbuje, ale Niki ciocię grzmotnie bykiem i aleluja.
Doktor uśmiechnięty patrzył, jak Marysia przyczesywała głowy rozbawionej 
czwórki, jak krzątała się koło stołu, szykując kolację, i czuł, że dobrze mu 
jest tutaj jak nigdy. Wesoły gwar dzieciaków, szum samowara (Marysia przywiozła 
go oczywiście z sobą, a dzieciaki nazwały „panem szu-szu"), pieszczotliwy głos 
Lorelei, która ku wielkiej radości doktora nie obcięła włosów, to wszystko 
napełniło serce mężczyzny uśmiechniętym ciepłem i tęsknotą. Gdyby Marysia była 
jego żoną... Ale czas był wracać. Pożegnał więc Marysię i jej wychowanków i 
wyszedł z żalem. Niki w drodze powrotnej milczała uparcie. Coś tam sobie ważyła 
pod roztarganą czupryną. Za to dzieciaki, póki Marysia nie zapakowała ich do 
łóżek, mówiły o Niki z niebywałym entuzjazmem. Chłopcy bezapelacyjnie orzekli, 
że Niki jest „najwspanialszą kobietą na świecie, jeszcze lepszą niż chłopak", i 
planowali sobie następny, wspólny spacer.
Przez kilka następnych dni pogoda była trochę mglista, ale mimo to Niki latała 
na szkolnych samolotach, nie chcąc tracić czasu. Potem razem z Edwardem gorliwie 
siedziała na wykładach w szkole mechaników, której była tylko wolną słuchaczką. 
Doktor długo namyślał się, nim zdecydował znowu odwiedzić swoją Lorelei, ale 
wreszcie poszedł, mimo że w duszy wołał do siebie ostro: „Nie wolno ci, nie masz 
prawa okradać dziewczyny ze spokoju, nie wolno ci rozdrapywać na nowo 
zabliźnionych ran". Ale tęsknota okazała się silniejsza niż głos rozsądku i 
sumienia i to był krok wstecz, krok w czarowną krainę przeszłości, o której 
wskrzeszeniu marzył.
Pewnego wieczoru Niki na wykładzie zauważyła, że Edward jakoś niespokojnie 
patrzy na zegarek, wreszcie cichutko i zręcznie wymyka się z ławek, myśląc, że 
kobieta, zasłuchana i skupiona, wcale tego nie zauważy. Niki jednak zorientowała 
się w lot. Przeczekała minutę i ruszyła za chłopcem. Wieczór był ciemny, 
popadywał śnieg, ale Niki nie traciła z oczu jego smukłej sylwetki. Wszedł do 
jakiejś kawiarni. Stanęła pod oknem, ale nic nie mogła dostrzec, wobec czego 
energicznie pchnęła drzwi i bystrymi oczami obrzuciła wnętrze. Jest! To jego 
czupryna, jego plecy. Naprzeciw siedzi efektowna blondyneczka i widać, że jest 
ogromnie zadowolona. Niki poznała ją od razu. To była siostra jednego z 
wojskowych pilotów, która dość często odwiedzała lotnisko.
Niki wyszła z kawiarni i wytrwale chodziła wielkimi krokami tam i z powrotem 
przed lokalem, póki przytulona do siebie parka nie znalazła się na ulicy. Poszli 
do kina. Niki wróciła do domu. Doktora jeszcze nie było. Wiedziała, gdzie można 
go znaleźć. Połońska cerowała jakieś skarpetki. Śród ciszy tykały jednostajnie 
zegary. Niki rzuciła się na tapczan, myśląc zawzięcie i mściwie: „Czekaj, ty 
drabie! Czekaj, ty drabie!"
I nazajutrz, gdy ujrzała Edwarda, nie podała mu ręki, tylko syknęła:
— Już zaczynasz swoje? Już ci za dużo oleju wleli do głowy, musisz uciekać z 
budy, co?
— Zauważyłaś? No, no!
— Nie jestem ślep^ i mówię ci, niech ta malowana kukła nie zabiera ci czasu, 
bo jak jeszcze raz spotkam was razem, to i tobie, i jej ślepie wydrapię!
— E, moja pani! Nie bądź znowu taka ważna, bo nie lubię. Nie jestem twoim 
niewolnikiem, robię tak, jak mi się podoba.
— Jesteś fałszywy jak kot. Łamiesz naszą umowę.
— Wcale nie. Chętnie będę pracował dla ciebie, ale przecież nie zapisałem ci 
duszy. Dziewuszka podoba mi się i już.
Niki otworzyła usta, jakby chcąc natychmiast odpowiedzieć, machnęła jednak ręką 
i zawróciła na pięcie, idąc do swego hangaru, który już stał, tylko maszynki w 
nim jeszcze nie było. W połowie drogi dogonił ją Edward.
— Niki, nie bądź gęsią, nie obrażaj się o takie głupstwa. Gotów jestem sobie 
pomyśleć, że... nie, to komiczne, że to zazdrość.
— Tobie też musiała doniczka na mózg upaść. Zazdrość! Miałabym o kogo być 
zazdrosna. A idź do diabła razem z twoimi dziewuszkami.
Bez pożegnania opuściła lotnisko i pomaszerowała do majora Juzera, który obiecał 
jej pomoc w kupieniu maszyny. Po godzinnej konferencji poszła odwiedzić Marysię. 
Ta wyczuła od razu, że coś jest nie w porządku, poczęstowała więc przyjaciółkę 
zalewajką, za którą Niki przepadała, rozczesała delikatnie zwichrzoną szopę na 
głowie doktorowej i wreszcie wydobyła z pudła cytrę. Niki leżała na łóżku, 
patrząc w sufit, nagle rzekła:
— Wyprowadzam się od doktora.
Marysi oczy zastygły z wyrazein przerażenia.
— Co się pani tak gapi? Wyprowadzam się i już.
— A gdzież będziesz mieszkać, Niki? Co się stało, dlaczego?
— Bo już mam dosyć tego małżeństwa. Tak mnie coś znowu napadło, że nie mogę 
już wytrzymać, tak bym go chciała zlać!
— Kogo?
— Kogo, kogo... no, doktora. Pani mi pozwoli spać w kuchni i da jeść, a ja za 
to posprzątam, poszoruję podłogi, popiorę bieliznę i węgla z piwnicy przyniosę. 
Ja już tak dłużej nie mogę. Niech mi pani pomoże. Ja umiem być wdzięczna.
— A jak doktor nie pozwoli ci na to?
Niki skoczyła z łóżka jak wystrzelona z armaty.
— Co, mnie? Mnie nie pozwoli? A cóż to, dziecko jestem czy jego pies?
Marysia tarła dłońmi czoło.
— Nie wiem, nie wiem, co mam robić. Wszystkie te wasze sprawy przechodzą 
granicę mego rozumu. Jak to? Żona ucieka od dobrego męża/który ją kocha i nie 
krzywdzi jej, ucieka bez powodu, i ja, ja właśnie mam jej pomóc? Niki, to jest 
okropne.
— Zawracanie głowy. Zaraz okropne, zaraz kino. Co tu okropnego? Doktor kocha 
nie mnie, tylko panią, a pani też aż piszczy do niego, a mnie akurat obchodzi on 
tyle, co zeszłoroczny śnieg. Zgadza się pani, to dobrze, a nie, to pójdę do 
kantoru.
— Jezus Maria — szeptała Marysia, zasłoniwszy oczy dłońmi.
— Jest też na co wzywać imienia boskiego. Wstydziłaby się pani! No, dalej, 
proszę mi odpowiedzieć.
Marysia wstała i chodząc po pokoju, mówiła wolno:
— Próżno bym ci tłumaczyła, kochanie, dlaczego twój szalony pomysł zrobił na 
mnie takie wrażenie. Ty
sama nie zdajesz sobie sprawy, w jakiej sytuacji stawiasz mnie wobec doktora. 
Nie mam wyboru. Nie mogę jednak pozwolić, by żona człowieka tak poważnego 
wysługiwała się obcym ludziom. Zostań ze mną, Niki, i wiedz, że czy w złej, czy 
dobrej doli jestem ci jednakowo oddana. Ale kuchtą tu nie będziesz.
— Właśnie będę. Taka sama godna praca, jak i urzędniczki. Ona w biurze, ja w 
kuchni.
— Będzie mi przykro, Niki — rzekła Marysia błagalnie, jakby chciała uprosić u 
doktorowej litości dla swego tak dziś torturowanego serduszka.
Niki chwyciła jej maleńkie dłonie i ściskając mocno, powiedziała:
— Zawsze czułam, że pani jest lepsza od wszystkich. Gdybym pamiętała matkę... 
och, przecież wiadomo, że ją miałam, może była taka jak pani?
Marysia nie odpowiedziała, ale spod jej przymkniętych powiek spadło na głowę 
Niki kilka kropelek.
— Ja teraz pójdę po swoje rzeczy. Doktor może wcale nie wiedzieć, że jestem u 
pani. Tak będzie najlepiej.
Z rezolutną miną spakowała w domu niewielką swą walizeczkę i podeszła do 
staruszki, która obserwowała synową z przerażeniem.
— No, do widzenia, będziecie teraz mieli w domu spokój. Niech mama zostaje z 
Bogiem — pocałowała ją w rękę, poklepała głowę zaniepokojonego psa i wyszła. 
Staruszka podreptała kilka kroków tu i tam, spojrzała na wysuniętą, pustą 
szufladę i pobiegła do kuchni, wołając:
— Stefka! Stefka!
— A co się stało?
— Biegnij do pana doktora do szpitala, żeby zaraz przyszedł, zaraz!
— O rety! Paniusiu kochana, paniusia chora?
— Nie, nie. Idź prędko.
Stefka gnała, roztrącając przechodniów. W szpitalu nie chcieli jej dopuścić do 
Połońskiego, ale narobiła wrzasku i wkrótce w triumfie przyprowadziła doktora, 
który z przerażeniem wpadł do pokoju matki.
— Kiciuniu najdroższa, co się stało?
— Niki, Niki uciekła z walizką.
— Kiedy?
— Przed pół godzinką. Pożegnała się ze mną i wyszła.
Doktor westchnął głęboko.
— Myślałem, że coś znacznie gorszego. Jak sobie opali skrzydła, powróci.
— Jak to? I nie będziesz jej szukał, nic?
— Nie będę, nie chcę rozgłosu, nie chcę nowych sensacji. Kiciuniu, mam już 
tego dość, słowo daję, zupełnie dość. Jedynym moim pragnieniem jest znowu 
zamieszkać gdzieś śród pól i lasów i pracować, pracować, pracować. Tutaj takich 
jak ja są dziesiątki, a ja chcę widzieć owoce swoich wysiłków.
— Znowu otwierać okna na świat? — szepnęła.
— Tak, Kiciuniu, zgadłaś. Organizować, tworzyć, pokonywać trudności. Ja teraz 
rozumiem Niki. Było jej duszno ze mną. Czego płaczesz, kochana?
— Wiesz, obawiam się, że będzie mi brak tej wariatki.
— Zostaliśmy znów we trójkę, Kiciuniu — rzekł, gładząc pieszczotliwie łeb 
Takiego, i myślał jednocześnie, czy powiedzieć matce, że widuje się z Marysią, 
czy
nie. Ostatecznie przemilczał. Trzeba oszczędzać nerwy staruszki.
A Niki zaniosła walizkę na Żurawią i oświadczyła dzieciakom, które wróciły ze 
szkoły:
— Będę tu u was mieszkać, ale nikomu o tym pary z ust, bo sobie pójdę. Jestem 
dlatego, żeby pomóc waszej cioci i nikogo to nie ma obchodzić. Zrozumiano?
Nie zrozumiały, ale podniosły jadosny wrzask. Ta pani, która pozwoliła się tykać 
i umiała walić bykiem i boksować, była warta nawet milczenia.
Zjedli obiad w radosnym nastroju, bo Niki opowiadała o letnisku w jej tylko 
właściwy sposób, a potem trzeba było odrabiać lekcje. Niki zaś wyszła, 
zapowiadając, że nie wróci przed dziewiątą.
O szóstej przyszedł Połoński. Na twarz Marysi buchnęły takie płomienie, gdy 
oświadczył o zniknięciu żony, że spytał zdziwiony: . — Lorelei, ty wiesz coś 
o tym?
— Wiem, ale nie mogę, nie mogę powiedzieć.
— Nie będę wypytywał. Ostatecznie na lotnisku i tak się dowiem, czy jest tutaj, 
czy wyjechała, ale nie chcę nawet tam chodzić.
— Może to i lepiej.
Dzieciaki przy stole zamieniły szybkie spojrzenia. Na szczęście Połoński ich nie 
zauważył.
Upłynęły dwa tygodnie i tak się szczęśliwie składało, że Połoński odwiedzał 
Marysię w godzinach, kiedy Niki była poza domem. Ze względu na dzieci nie 
siedział nigdy zbyt długo. Ale ta godzinka czy dwie, które u dziewczyny spędzał, 
wystarczyły, by wszystkie tęsknoty, wszystkie nadzieje i skryte marzenia 
opanowały mu
\
serce, by zrozumiał, że miłość do Niki była tylko szałem czy zachwytem, czy też 
po prostu upartym pragnieniem zwycięstwa. Zrozumiał, że ten płomień już zgasł i 
jedna jest na świecie dziewczyna dla niego: właśnie Marysia. I dałby pół życia 
za to, by tak jak ongiś usiadła u jego stóp i oparła złocistą, ciepłą główkę o 
jego kolana. Ale Marysia trzymała się w karbach i była tylko serdeczną 
przyjaciółką. Nikt nie widział, nikt nie czuł męki dziewczyny.
Niki od trzech dni miała już w swoim hangarze maszynę, smętnie wyglądający 
gruchot, który kosztował dziewięć tysięcy złotych. Ale dla młodej kobiety było 
to nieziemskie szczęście. Zwołała wszystkich mechaników i kazała im podziwiać 
cacko, a potem skrupulatnie zapisała według ich rad, co należy w nim zmienić, 
dodać czy poprawić. Wreszcie poszła z Edwardem na wódkę. Tak było pierwszego 
dnia. Dwa następne dni Niki spędziła przy rozebranej maszynie, z gorączką 
wyczekując pojawienia się Edwarda, a gdy ten wreszcie przychodził, oboje w 
milczeniu zaczynali pracę, którą na razie polegała na dokładnym oczyszczeniu 
części, które miały się na coś przydać.
Wreszcie czwartego dnia Niki oświadczyła:
— Mam jeszcze pięć kawałków, to jest guzik. Trzeba mi jeszcze drugie tyle, jak 
to zdobyć?
— Pytanie. Jesteś jak herod! Mało jest banków w Warszawie?
— Tylko bez grandy, Edek. Mówię poważnie. A może znów na granicę?
— Idź do licha! Także pomysł. To już mój z bankiem lepszy.
— Jeżeli nie zdobędę tej gotówki, wścieknę się.
— Poproś męża, może ci skąd wytrzaśnie.
— Zwiałam od niego.
— Coo? Co?
— No co! Zwiałam i już. Chciałam być samodzielna to raz, a po drugie, widzisz, 
nie będziesz mi oczu wykluwał i jak cię teraz spotkam z tą twoją Genowefą, to 
jej pysk przerobię na kotlet.
Edwardowi zakręciło się w głowie.
— Nic nie rozumiem — stęknął.
— Tu nie ma nic do rozumienia. Masz pracować razem ze mną, a wszystkie 
głupstwa na bok. Inaczej do niczego nie dojdziemy. To, co sobie postanowiłam, to 
wykonam, a ty musisz mi pomóc, a jak ci się odwidzi, strzelę w łeb i po krzyku.
— No! Słodki cukiereczek jesteś, cacuszko, nie ma co, ale wiesz? Znałem jedną 
taką, co chciała do mnie strzelać, i już na niej brzózka rośnie. Ja cię bardzo 
lubię, Niki, ale mi nie groź i nie wydawaj żadnych rozkazów, bo mi się znudzi. 
Już taki jestem.
Niki utkwiła oczy w twarzy Edwarda, ale milczała. Dopiero w kilka dni potem 
wybuchł skandal. Nie zauważona spotkała Edka z jego, jak się pogardliwie 
wyraziła, „Genowefą", usłyszała, że mówią sobie „ty" i umawiają się na spotkanie 
po obiedzie. Oblał ją war krwi. Poczekała, aż flirtująca para się rozejdzie i 
połykając ślinę, podążyła za blondyneczką. Tuż przy wyjściu z lotniska zaczepiła 
ją.
— Proszę pani!
Panna stanęła, obrzucając zdziwionym wzrokiem postać w brudnym kombinezonie.
— Co takiego?
— Ja bym chciała pani poradzić, że lepiej tego chłopca zostawić w spokoju. On 
nie ma ani czasu, ani pieniędzy na zabawy z panienkami. Musi pracować, bo go 
znowu wyleją, więc mówię grzecznie, niech się pani odczepi.
— A to co za arogancja? Nie znam pani. Proszę mnie nie zatrzymywać.
— Musi pani dać słowo, że nie będzie go więcej widywać i zawracać mu głowy.
— Czy to pani kochanek? Wątpię. Pan Edward ma lepszy gust. Proszę mi w tej 
chwili zejść z drogi. Czupiradło jakieś!*
Tego było dla Niki za wiele. Chwyciła nagle pannę wpół, wcisnęła sobie pod lewe 
ramię, a prawą, mocną dłoń wprawiła w szybki ruch. Kilkanaście klapsów odezwało 
się raz za razem, po czym osoba w brudnym kombinezonie odetchnęła, wyprostowała 
grzbiet, postawiła oszołomioną ofiarę, a podając jej kapelusz, który leżał 
rozpaczliwie pognieciony na ziemi, rzekła:
— W porządku. Mam nadzieję, że pani teraz dość długo nie będzie mogła siedzieć 
— i oddaliła się sprężystym, cichym krokiem.
Obita panna rzuciła wokół załzawionymi oczami, wydobyła z torebki lusterko, 
uporządkowała włosy, przypudrowała rozognioną twarz i wyszła na ulicę. Na 
szczęście nie było w pobliżu nikogo, nikt nie widział jej hańby.
Niki przez jednego z mechaników wywołała Edwarda i stojąc przed nim z rękoma w 
kieszeniach, powiedziała spokojnie:
— Twojej Genowefie sprawiłam lanie, uważasz. Muszę ci powiedzieć, że zachowała 
się przyzwoicie, bez wrzasków. Myślę, że teraz da ci spokój raz na zawsze.
Edward zbladł i Niki przez moment miała wrażenie, że dostanie w łeb żelazną 
śrubą, którą trzymał w ręku.
— Gdzie ona jest? — syknął.
— Poszła do domu.
— Niki! Doprowadzisz do tego, że cię skrzywdzę, przecież ty jesteś wściekłe 
zwierzę!
— Nie skrzywdzisz mnie. Przypomnisz sobie, że nie taka jedna z drugą lala, ale 
ja, wściekłe zwierzę, poratowałam cię, wymoczku jeden, w biedzie! Nikt inny, 
tylko ja dałam ci poznać, jak pachnie swoboda. Nie boję się ciebie nic a nic. 
Niech sobie inni szukają spódniczek, niech się gniotą po cukierniach, ty nie 
należysz tam. My dwoje, słyszysz! Ty i ja!
Głos kobiety niski, namiętny głos, w którym kipiała krew, zawsze robił na 
chłopcu wrażenie. I te jej oczy ogromne, płonące, w których można było zatonąć 
jak w falach o zachodzie słońca.
— Przecież muszę ją przeprosić za twój wybryk -wyjąkał.
— Phi! Jeżeli pójdziesz do niej, to myślę, że wyrzuci cię za drzwi, więc po co? 
Idź teraz do swojej roboty, a jak skończysz, to wal do naszego hangaru. 
Marciniak mi dziś tam coś kuje i kręci. Za jakieś trzy, tygodnie polecę na 
swojej maszynie sama, a potem z tobą, chcesz?
— No pewno!
\
— A widzisz? — roześmiała się triumfalnie i pobiegła w stronę swojej budy.
Tegoż dnia wieczorem, wracając do domu, na schodach spotkała Połońskiego. W 
pierwszej chwili chciała zawrócić, ale myśl jakaś błyskawiczna przykuła ją do 
miejsca. Połoński zdjął kapelusz.
— Dobry wieczór, Niki, co tutaj robisz?
— Gram na fortepianie!
— Czy nie uważasz, że twoja ucieczka i w ogóle twoje postępowanie jest zwykłą 
dziecinadą?
— Wcale tego nie uważam. Nie mogłam żyć ani z tobą, ani obok ciebie. Wybrałam 
inną drogę.
— Nie chciałbym, żebyś na tej innej drodze opaliła sobie skrzydełka, Niki.
— Nie! Wiesz co? Odprowadzę cię, porozmawiamy.
Wyszli na ulicę w milczeniu. Doktor spod oka obserwował żonę. Była różowa, 
świeża, lekko uśmiechnięta i wyglądała jak obraz zdrowia i zadowolenia. Dziwne 
uczucie żalu ogarnęło mężczyznę. Żalu i jakby wstydu, że przy swojej znajomości 
życia i ludzi nie potrafił opanować tej natury. Poświęcił jej przecież tyle, 
tyle!
— Co mi chcesz powiedzieć, Niki?
— Właśnie myślę, jak by to najlepiej wyrazić. Widzisz, jest tak: byłeś dla 
mnie bardzo dobry, uczyłeś mnie.
— Och, niewiele cię nauczyłem — wtrącił gorzko.
— Zaraz, zaraz, nie przerywaj, bo się zatnę. Więc byłeś dobry, podobałam ci 
się, chciałeś ze innie zrobić idealną żonę i matkę swoich dzieci. Chciałeś przy 
mnie i w moich ramionach odpoczywać, chciałeś, a przynajmniej marzyłeś o tym, że 
będziesz gdzieś w cichym kątku pracował dla ludzi, a ja przy tobie będę w ogrodzie sadziła kwiatki, no i 
taka, no wiesz, taka sielanka. Ale ja się zupełnie do tego nie nadaję, nie umiem. 
Mnie w domu jest ciasno, bo mój dom to cały świat. Ja nie znoszę ciszy i spokoju, 
i dostatku. Ja lubię czasem poczuć głód i zimno, bo potem wszystko wydaje się 
piękniejsze. Lubię walczyć i zwyciężać, nie znoszę pęt, choćby one były złote. 
Jeden mężczyzna nie wystarczy mi na całe życie. Dziś możesz mi się podobać, a 
jutro zobaczę kogoś innego i wydasz mi się śmieszny i nudny, a mimo to muszę 
tkwić przy tobie, bo... bo jestem twoja. A w ogóle mężczyźni nie są mi do 
szczęścia potrzebni. Ot tak, czasem dla chwilki przyjemności czy — jak tam to 
nazywasz — rozkoszy. Nie cierpię niewoli nawet wtedy, gdy... no, kocham. To, co 
mi się podoba, muszę mieć za wszelką cenę. Nawet za cenę życia. Bo cóż? Lepiej 
krótko żyć, a dobrze, niż długie, długie lata patrzeć na wszystko przez szybę i 
oblizywać się. Ci moi wychowawcy tam, w okopach, gwizdali sobie na śmierć, na 
wyścigi z kulami, bo chcieli mieć Polskę. No i mają, prawda? Ja też nie boję się 
śmierci wcale a wcale, bo chcę mieć swobodę. Może nigdy nie będę miała dzieci, 
nie wiem nawet, czy umiałabym je wychowywać, to i cóż? Ale za to mogę zrobić coś 
innego. Nie wszystkie kobiety muszą być podobne do panny Marysi. Jestem może zła, 
bardzo zła, ale już się nie zmienię. I dlatego, wiesz, daj ty mi wolną drogę, 
zapomnij o mnie, weź sobie Marysię za żonę i będzie wam jak w raju. Ja nie chcę 
być w raju, bobym tam dostała konwulsji z nudów i w końcu zatłukłabym jakiegoś 
świętego. I sobie myślę, że Pan Bóg, który stworzył i wilka, i lwa, i baranka, 
wcale się o to na Niki nie gniewa i nie patrzy na mnie przez to, no
jakże tam... aha, lorgnon, tylko sobie gładzi brodę i mówi: „No, no, tylko bez 
kawałów, nie małpuj, Niki". Widzisz, mnie nawet łatwiej jest mówić na powietrzu 
niż w domu. Pewnie, że jakby dużo było takich jak ja, to też niekoniecznie 
działoby się na świecie, ale dobrze jest jak jest. Daj mi żyć, kochajcie się z 
Marysią, a ja będę was mile wspominać. No, zgoda?
Andrzej cały czas szedł z oczyma wbitymi w ziemię. Niki mówiła wolno, ale 
dobitnie, przerywać jej nie chciał, bo właśnie zrozumiał, że gdyby każde słowo 
jego odpowiedzi miało blask słońca, Niki je zdmuchnie jak bańkę mydlaną. Jego i 
jej światy były tak różne i tak bezmiernie, bezmiernie od siebie dalekie! 
Wilkowi nie zaimponuje obroża, choćby wysadzana brylantami. Pozostało jedno: dać 
tej kobiecie, temu żywiołowi wolną drogę i zawrócić bez upokorzenia. Przystanął.
— Zrobię wszystko, co w mej mocy, Niki, by rozwód nastąpił szybko. Mam trochę 
znajomości. Jakoś to się załatwi. Jesteś stale w Warszawie, prawda? Gdzie można 
cię spotkać?
— Prawie zawsze na lotnisku.
— Dobrze, dobranoc, Niki.
Pocałował ją w rękę i już wszedł do bramy. Nagle odwrócił się.
— Jeszcze jedno, Niki. Czy kochasz kogoś? Zawahała się z odpowiedzią.
— No, jeżeli nie chcesz powiedzieć, to nie będę natrętny. Przepraszam.
— Och, nie, tylko myślę, jak jest naprawdę. Zdaje mi się, że kocham.
— Tak! No, bądź zdrowa!
— Ale przecież ty tu nie mieszkasz?
— Muszę odwiedzić panią Rominową. Słyszałem, że ciężko zachorowała i nie 
wiadomo, co to iest. W dodatku ma takie straszne przejście z mężem.
— A co się stało?
— Nie czytujesz gazet? Inżyniera aresztowano, jakaś finansowa afera. Podobno 
nie dowiedziono mu winy, w każdym razie do wyświetlenia sprawy jest zamknięty.
— O! Idę do niej z tobą.
— Ależ to nie ma sensu.
— Niech cię głowa o sens nie boli. Otworzyła im drzwi zapłakana pokojówka.
— Proszę pana, jak to dobrze, że pan przyszedł, pani straciła przytomność. 
Krzyczy i płacze, nie wiem, co robić, jestem sama. Jak przedtem, to drzwi się 
nie zamykały, a teraz pies z kulawą nogą nie zajrzy. Kucharka odeszła. Przecież 
nie mogę pani samej zostawić. Dziś posiedziała przy niej stróżka. Poleciałam do 
pani mecenasowej, żeby przyszła, a pani mecenasowa nakrzyczała, że jej mogę 
chorobę do domu przynieść, żebym do tego złodzieja, tak na pana inżyniera, 
poszła, a ja nie mam ani grosika — ukryła twarz w fartuszku i szlochała 
rozpaczliwie.
Doktor szybkimi krokami dążąc do sypialni, zerknął na Niki i zauważył, że 
szczęki miała mocno zaciśnięte. Śliczna pani Oleńka istotnie była nieprzytomna. 
Doktor pochylił się nad nią, a potem odwróciwszy głowę, rzekł do żony:
— Trzeba wezwać karetkę pogotowia. To jest tyfus, a zdaje mi się, że i 
zapalenie mózgu.
— Chcesz ją zabrać do szpitala? Nie potrzeba.
— Ależ ona musi mieć opiekę.
— Będzie miała opiekę. Ja tu zostaję przy niej. Mnie się choroba nie czepia. 
Chorowałam na tyfus i Truś mnie wyleczył. Wiem, co robić.
— On wielu posłał na tamten świat, nie zawracaj głowy, dzwoń prędko.
— Bo go nie słuchali ze wszystkim. Jędrek, ja tu zostanę. Włos jej z głowy nie 
spadnie.
— Szalona jesteś, Niki, przecież to nie katar, to są choroby, które...
— Przestań. Zrób, co do ciebie należy, zarządź, co trzeba, i odejdź.
— Zostawię ci wobec tego trochę pieniędzy. W nocy zadzwonię. Raniutko będę z 
kolegą.
— Mam pieniądze.
— Skąd?
— Skąd? Ukradłam! Nie bój się, moje własne, jeszcze Trusowe, no i te cacka 
sprzedałam. Na maszynkę wyszło mi już sporo, ale coś niecoś jeszcze jest. 
Uciekaj teraz.
Wobec zdecydowanej postawy Niki ustąpił. Znał zresztą jej spryt. W Zgórzewie 
pomagała mu nieraz. Ale nadmiar wrażeń dzisiejszego dnia przyprawił doktora o 
ból głowy. Szybko szedł do domu. Nie myślał już teraz ani o Marysi, ani o żonie. 
Jedynym pragnieniem było pomóc małej, miłej pani Oleńce.
A tymczasem Niki według wskazówek doktora posłała po lód. Energicznym tonem 
wydała zarządzenia pokojówce, która pochlipując jeszcze, mówiła:
— To moja pani już nie pójdzie do szpitala? Jeszcze wczoraj płakała i prosiła, 
że woli w domu umrzeć. Och,
niech panienka jej pHnuje, to jest taka dobra, młodziutka pani.
— Tylko nie rycz, cały fartuch masz usmąrkany. Tu są pieniądze. Przyniesiesz 
lód i te lekarstwa. Jazda!
Pokojówka od razu umilkła. Za chwilę trzasnęły drzwi wejściowe. Niki syknęła:
— Jak te, psiakrew, cicho chodzi. Nieboszczykiem by zatrzęsło.
Na palcach, zdjąwszy przedtem buciki, weszła do sypialni, położyła chorej 
kompres na głowę, wyjęła pieniądze zza stanika (zawsze je tam nosiła, w woreczku 
miała tylko drobne) i włożyła pod poduszkę. Następnie usiadła na krawędzi łóżka 
i gładziła lekko obie dygocące dłonie chorej; i widać owo dotknięcie miało 
przedziwną moc, bo w parę minut maleńkie, białe, trzepoczące dłonie miękko 
ułożyły się na jedwabiu kołdry. Niki do powrotu pokojówki kilkanaście razy 
zmieniała okład na głowie chorej. Dała jej potem lekarstwo, przygotowała wodę z 
cytryną, zmierzyła temperaturę, która wynosiła 39,6" i znów usiadła, i znów 
gładziła ręce i ramiona chorej, mówiąc przy tym spokojnym głosem:
— Wszystko w porządku, nic ci nie będzie, mała laleczko, pojedziesz ze mną na 
spacer w swoim ślicznym futerku i będziesz się śmiać, a Niki poleci sobie w górę 
wysoko, wysoko jak skowronek i zerwie ci z nieba jedną gwiazdeczkę, a może i 
więcej, a może ci promień słońca przyniesie, ale będziesz go musiała trzymać 
przez rękawiczkę, bo parzy. Zawsze będziesz zdrowa, maleńka hrabino, 
Biedroneczko, Niki nie zrobi ci krzywdy.
O godzinie trzeciej w nocy pani Oleńka otworzyła oczy i spytała 
cicho: ,
— Kto tu jest?
— Ja, Niki. Niech się pani o nic nie martwi. Wszystko w porządku.
— Bardzo, bardzo głowa boli.
— To też nic strasznego. Przynajmniej pani czuje, że ją ma.
— Czy jestem bardzo chora?
— Ale gdzie tam! Tylko niech pani nic nie mówi, szkoda słów.
— Ale ja chcę wiedzieć.
Niki musiała mocno ugryźć się w język, by nie warknąć po swojemu. Położyła 
dłonie na ramionach chorej i rzekła jak mogła najdelikatniej:
— Pani Oleńka musi teraz spać, bo to najlepiej.
— Tak mnie wszystko boli, dokucza, gorąco.
Niki odsunęła poduszkę z brzegu, a dźwignąwszy chorą, przesunęła ją lekko w 
swoje ramiona, cała głowa z mokrymi włosami oparła się o pierś kobiety, drobna 
figura przylgnęła do Niki.
— Tak mi dobrze — szepnęła Oleńka.
— Cicho, cicho, trzeba spać.
I w niespełna godzinę chora spała w mocnym, choć delikatnym ujęciu ramion Niki. 
Telefon od doktora przyjęła pokojówka, która oznajmiła, że pani ma gorączkę, ale 
śpi. '
O ósmej przybiegł Połoński z innym doktorem. Inżynierowa była przytomna, mimo 
silnej gorączki. Okazało się, że na razie niebezpieczeństwo nie grozi. Tyfus 
jest przecież uleczalny, wymaga tylko wielkiej opieki. Gorzej z mózgiem, ale 
ponieważ od dwóch dni nie pogorszyło się,vbyła nadzieja uratowania.
— Jak się czujesz, Niki? — spytał Połoński, myjąc ręce.
— A dobrze. Przyślij mi tylko moją skrzynkę, tę, co stoi na strychu.
— Do czego ci potrzebna?
— Potrzebna.
— Nie jesteś zmęczona?
— Wcale.
— Będę tu o trzeciej. Teraz wpadnę do domu jeszcze po ten twój bagaż.
— Dobry chłop jesteś. %
— I ty, Niki. Muszę cię szanować i podziwiać.
— Idź, idź, nie lubię gadania. Nie jestem dobra, dobry jest placek z serem.
A kiedy przysłano jej prostą, drewnianą skrzynkę, wyjęła z niej jakieś torebki, 
jakieś paczuszki, długo wąchała i przebierała w palcach, wreszcie poszła do 
kuchni i sama gotowała mocno pachnące ziółka, które dawała chorej co godzina.
Dni płynęły, a świat zniknął poza oszklonymi drzwiami sypialni. Wszystko 
oddaliło się gdzieś w nieskończoność i Niki czuła się jak ptak zamknięty w 
ciasnej, dusznej klatce. Zbladła, zmizerniała, schudła, lecz trudrio było sobie 
wyobrazić lepszą od niej pielęgniarkę. Ani na chwilę nie zostawiła chorej bez 
troskliwej, czułej opieki. Świty słoneczne i świty mgliste witały ją siedzącą 
przy łóżku Biedronki, która miała wszystko na czas. Zlecenia lekarzy Niki 
wykonywała z przedziwną wprawą, tak jakby od lat pielęgnowała chorych. Kiedy 
inżynierowa zaczynała bredzić (wprawdzie coraz rzadziej), Niki delikatnie 
otulała ją pledem i brała na ręce, tak jak dziecko, siadała z nią na fotelu i kołysała lekko w ramionach, mówiąc cichym głosem 
to, co jej podsuwał kobiecy instynkt. Znalazła nowy zapas pieszczotliwych słów, 
zabawnych nazw. Jej głos, wciąż gimnastykowany, nabrał przedziwnej melodyjności. 
Ruchy zgubiły gdzieś poprzednią szorstkość, a chód bardziej niż kiedykolwiek 
przypominał płynny i miękki chód kota. Rominowa czuła się w jej obecności tak, 
jak w objęciach męża, i wodziła za swą opiekunką pełnymi gorącego przywiązania 
oczami. Kiedy grymasiła przy braniu lekarstw, Niki obiecywała:
— Jeżeli pani wypije, opowiem coś.
Chore biedactwo piło obrzydliwe mikstury i jakieś tajemnicze ziółka, które 
gotowała Niki, byle tylko usłyszeć jakąś niebywałą sensację, przy której zwykle 
zasypiała. I to były chwile, które Niki chwytała dla siebie i z właściwą swemu 
charakterowi pasją studiowała mapy lotnicze, zaciągając się przy tym ulubionym 
dymem machorki.
Doktor Połoński z całym oddaniem poświęcił się pacjentce, ale musiał przyznać, 
że to, co czyniła Niki, wykraczało poza wszelkie granice, toteż mówił o niej w 
domu z taką czcią i szacunkiem, że matka raz spytała:
— Ty ją jeszcze kochasz, Lusieńku?
— Podziwiam ją, Kiciuniu, nie mogę jej z nikim porównać. Dlatego zgodziłem się 
na rozWód, że nie jestem godny, by dla mnie poświęcała życie. Niech idzie tam, 
dokąd ciągnie ją jej wielkie, wspaniałe, choć może trochę dzikie serce.
— Już się nie ożenisz? — a zauważywszy rumieniec na twarzy syna, dorzuciła:
— A Lala jest w Warszawie i pewno przebaczyłaby ci twoją zdradę.
Przysunął krzesło do fotela matki i rzekł pieszczotliwie:
— Kiciuniu, chciałbym ci coś opowiedzieć, daj mi jednak słowo, że nie będziesz 
ani płakać, ani gderać, ani wyrzekać. Widzisz, serca ludzkie chodzą bardzo 
różnymi drogami, bo gdyby wszystkie na jednej się spotkały, panowałby tam 
niemiłosierny zamęt... Więc wysłuchasz cierpliwie?
— Tak, synku.
I wtedy doktor opowiedział całą historię Marysi, niczego nie ukrywając. Słowa 
padały mocne i gorące i sam Andrzej czuł, jak zrzuca z siebie jakiś od dawna 
gniotący go ciężar. I zobaczył też tak jasno, jak nigdy przedtem, wielką miłość 
Marysi i swoją własną. Kończył:
— Dlatego, Kiciuniu, skoro tylko otrzymam rozwód, zabieram swoją maleńką i 
jedziemy tym razem na Kresy Wschodnie, do małego, głuchego miasteczka. I znów 
tam będę otwierał okna na świat, będziemy pracować i organizować razem, a ty, 
Kiciuniu, obsadzisz znowu ogródek różami. Będziemy sobie słuchać słowiczych 
koncertów i żabich rewii, będziemy w święto jeździć do kościoła małą bryczuszką, 
jak lubisz, prawda? Chcemy z Marysią zbierać plon ze swego zagonu. No i będziemy 
wszyscy razem, Kiciuniu, czekać na wnuka.
Staruszka wzięła głowę syna w drżące, \trochę pożółkłe dłonie, i wyszeptała:
— Może to właśnie będzie szczęście, Lusieńku. Tak, tak, nie można go nikomu 
ofiarowywać, człowiek musi sam je zdobyć.
I zaraz nazajutrz wybrała się z wizytą do przyszłej synowej.
Rominowa kryzys przetrwała szczęśliwie i wracała dość szybko do zdrowia. 
Oczywiście nie opuszczała jeszcze łóżka, ale któregoś dnia, gdy Niki czesała jej 
włosy, rzekła wolno:
— Niki, choćbym nie wiem jak chciała, choćbym dała sobie rękę uciąć, nie wiem, 
jak pani podziękować za wszystko. Pani uratowała mi życie!
Dawniej Niki burknęłaby coś niewyraźnie, teraz wobec tego przezroczystego 
kurczęcia, któremu ofiarowała miesiąc swojej swobody, miesiąc tęsknoty do 
maszynki, zdobyła się na coś innego. Pieszczotliwie dotknęła ustami skroni 
chorej i powiedziała:
— A dziś przyjdzie pan inżynier.
Oleńka chwilę milczała, a potem, ukrywszy twarz w poduszkach, wybuchnęła 
gwałtownym szlochaniem.
— No, niech pani nie płacze, mała Biedroneczko. Zawsze mówiłam, że wszystko 
będzie dobrze. Pan już od paru dni jest w domu, ale doktor zabronił mówić, bo 
wzruszenie pani szkodzi. Okazało się, że pan inżynier jest całkiem czysty, więc 
przymknęli kogo innego. Teraz państwo sobie wyjedziecie na słoneczko, niech pani 
przestanie beczeć, a ja też już zacznę latać, latać! No, jeżeli pani w tej 
chwili nie uspokoi się, to zawinę w pled i wyrzucę na podwórko, i niech panią 
kominiarz porwie.
— Nie mogę przestać, nie mogę, Niki. Jesteś kochana i taka dobra, i taka 
szlachetna. Żadna z moich tak zwanych przyjaciółek niewarta jest twego jednego 
pantofla. Czy ty i teraz nie chcesz zostać moją przyjaciółką? Czy nie chcesz być 
moją kochaną, kochaną siostrzyczką?
I Niki nie odepchnęła wątłych, wyciągniętych do siebie ramion, ale objęła 
inżynierową i całując, rzekła wesołym, ale wzruszonym głosem:
— Wszystko w porządku, Biedroneczko.
Kiedy prasa rozniosła wiadomość o dowiedzionej niewinności inżyniera, do 
mieszkania Oleńki jęły napływać listy i bileciki, ale doktor zabronił wszelkich 
wizyt, a inżynier nie dawał żonie czytać serdecznych wynurzeń i usprawiedliwień 
znajomych. Nie chciał jej rozgoryczać.
Tymczasem Juzer, który od Połońskiego wiedział o całej sprawie, knuł wraz z 
kilkoma przyjaciółmi niespodziankę dla pupilki. Poszedł na lotnisko z fachowcem, 
obejrzał na wpół zmontowany samolot. Była to sportowa awionetka. Wziął kosztorys 
brakujących części, a w kilka dni potem dwaj mechanicy wraz z Edwardem zamknęli 
się w hangarze. Edward promieniał. Wszystkie jego myśli skierowane były do Niki 
i tylko do niej. Zapomniał o kartach, zapomniał o dziewuszkach. Co też powie ten 
dragon w spódnicy, jak zobaczy swą maszynkę?
Wreszcie któregoś wiosennego południa zmizerowana, ale zuchowata jak zwykle 
Niki zjawiła się na lotnisku. Obrzuciła z daleka swój hangar tęsknym wzrokiem i 
poszła witać się z mechanikami, którzy prawie wszyscy wylegli na plac, aby 
zobaczyć ulubienicę.
— Coś długo pani nie było, aż miesiąc, a myśmy tu chodzili i czekali, kiedy 
się pani objawi.
— Ano, chwyciło mnie, chorowałam!
— Pewno pani dziś sobie polata.
— Pewno. Jest jaka maszynka wolna? Tylko zdaje mi się, że ją zwalę. 
Odzwyczaiłam się.
— Ehe! Wszystko pójdzie jak po maśle, a czemu to pani nie idzie do swojej 
maszynki?
— A tak jakoś.
— Śmiało, siniało, paniusiu, może tam akurat coś przybyło. Kręcą się tam dziś 
od rana.
Niki spojrzała przerażonym niemal wzrokiem na zebranych, którzy z szerokimi, 
dobrodusznymi uśmiechami rozchodzili się z wolna. Pognała w stronę hangaru i z 
daleka ujrzała już majora Juzera, paru oficerów, paru cywilów. Z wnętrza budy 
mechanicy wytaszczali maszynkę. W kilku susach dopadła do niej i stanęła 
zadyszana. Samolot był gruntownie wyczyszczony, zmontowany, przybrany kwiatami i 
wstążką z napisem: „Jedynaczce pułku — ojcowie".
I wtedy Niki poczuła, że dzieje się z nią coś dziwnego. Krew oblała ją 
purpurowym rumieńcem, serce zaczęło jakiś opętany taniec. Z trudnością 
wyszeptała, dotykając palcem śmigła:
— To naprawdę moje?
Edward, blady ze wzruszenia, skinął głową. Z dzikim krzykiem rzuciła się na 
szyję Juzerowi.
— Tato, tato-Józek, nie mogę, nie mogę — i rozpłakała się jak każda pierwsza 
lepsza gęś.
Wszystkich obecnych ogarnęło niezwykłe wzruszenie. Przypomnieli sobie, jak 
kiedyś urządzili maleńkiej choinkę na postoju w zapadłej wsi. Nie mieli wtedy 
nic prócz miłości i jak najlepszych chęci, a dziewczynka tak samo skakała koło 
drzewka, ozdobionego świeczkami. Pod choinką kiwał głową drewniany pajac, 
którego z uniesienia ściskała w drobnych ramionkach. Teraz, o, teraz...
Zza węgła wychyliła się majorowa.
— Przestań, Niki, chlipać, zmoczysz ojcu nowy mundur. Guziki zardzewieją.
Oczywiście Niki postanowiła oblecieć „Jedynaczkę", bo z punktu tak ją nazwała, 
ale po namyśle zdecydowała:
— Nie, poproszę instruktora i poćwiczę jeszcze na szkolnym. Mogłabym moją 
wysypać, dawno nie latałam.
I wśród uśmiechów, pełnych serdeczności, na zalanej słońcem płaszczyźnie Niki 
wystartowała.
Od tego dnia młoda lotniczka równo ze świtem zjawiała się na lotnisku, gdzie 
czekał na nią Edward. Milcząc wprawiał śinigło w ruch i Niki leciała. Teraz 
zaczęła próbować akrobatyki, która — choć bez wątpienia Edek widział już 
znacznie lepsze — przyprawiała go o dreszcz trwogi.
Zbliżały się wakacje. Marysia miała z dziećmi jechać na wieś. W opuszczonym na 
dwa miesiące mieszkaniu postanowiła zostawić Niki. Jeden był tylko wielki kłopot. 
Przecież właściwie lotniczka nie miała z czego żyć, nie zarabiała, a za dumna 
była, by przyjąć ofiarowaną przez doktora i jego matkę pomoc. Póki mieszkała z 
Marysią, czuła, że zarabia sobie na życie. Teraz zostawał wprawdzie dach nad 
głową, ale powietrze to bardzo niepożywny pokarm. Trzeba pieniędzy... 
pieniędzy... Przecież stale nie będzie mieszkała z Marysią, choćby dlatego, że 
ta zaraz po wakacjach wychodzi za Połońskiego. Ale że w charakterze Niki nie 
leżało rozmyślanie nad przyszłością, machnęła przeto ręką i żyła chwilą. Teraz 
ostatnie grosze kładła w kupno benzyny.
Któregoś dnia na lotnisku zjawiła się limuzyna pani Rominowej. Niki właśnie 
majstrowała coś koło swojej
„Jedynaczki". Na widok przybyłej uśmiechnęła się radośnie i wyciągnęła brudną 
rękę, ale natychmiast cofnęła ją z przerażeniem, zerknąwszy na jasne rękawiczki 
Oleńki.
— No, no, Niki, bez głupstw. Rękawiczki są do prania — zawołała piękna pani i 
objęła serdecznym uściskiem przyjaciółkę.
— Przyjechaliśmy panią porwać — rzekł Romin.
— Mnie, stąd? Na Boga!
— Czekaj, wariacie. Przede wszystkim pozwól, że oddamy ci dług, Niki.
— Jaki znowu dług?
— Ten, który włożyłaś mi pod poduszkę, Niki. Pokojówka wszystko powiedziała 
mężowi. Utrzymywałaś mnie cały czas. Na szczęście mężowi zwrócono przyaresztowane pieniądze. Oto są twoje, Niki, kochanie. Za mądra jesteś, byś miała 
urządzać ceregiele z przyjęciem twej własności — mówiła Rominowa, kładąc do 
kieszeni kombinezonu paczkę banknotów.
— A poza tym, ponieważ wyjeżdżamy z żoną dopiero w końcu lipca, a ona ogromnie 
do pani tęskni, przeto ośmielam się prosić panią, by zechciała zamieszkać u nas 
jako najmilszy, najdroższy gość — dorzucił inżynier.
Niki milczała, ważąc w myśli pytanie, co na to powie Marysia, która przecież 
okazała jej tyle serca.
— Ano! Właściwie dobrze byłoby tak. Tylko ja okropnie nie lubię być na 
utrzymaniu u kogoś to raz, a po drugie, Marysia pomyślałaby, że ją rzucam, 
ponieważ u niej mi się znudziło, zresztą jestem jej potrzebna.
— Mnie też jesteś potrzebna, Niki.
— Ale ją znałam pierwej niż ciebie, Biedroneczko. Jak Marysia wyjedzie, 
przyjdę na jakiś czas do ciebie.
— Kochanie!
— Zaraz „kochanie". Zrobię tak, bo mi będzie z tym wygodnie i już. Nie lubię 
się bawić w czułości. Myślę tylko o sobie.
— No to właśnie bardzo ładnie, ale teraz może pani odstąpi raz od swej zasady 
i pojedzie z nami na spacer do Wilanowa, zgoda?
— Mowy nie ma. Za jakąś godzinkę, dwie będzie burza i muszę lecieć.
— Burza?" Dzień jak marzenie! Co ty pleciesz?
— Zobaczycie!
— I wybiera się pani w burzę pod niebo?
— Właśnie. Błyskawice muszą ochrzcić „Jedynaczkę". Wichura musi ją ucałować. 
Linki mi zadzwonią pieśń o śmierci i zwycięstwie.
Od strony lotniska wojskowego szedł Edward. Niki krzyknęła na niego i mówiła, 
zakładając okulary:
— No, serwus, Biedroneczko. Mówiłam ci, że z takiej przyjaciółki niewiele 
będziesz miała pociechy.
Zagrał motor. Rominowie zostali, śledząc z przejęciem oddalającą się awionetkę, 
która już lekko poderwała się z ziemi i leciała w słońce.
— Ma kobieta tupet — mruknął Romin, kręcąc głową.
— Oj, ma, aż się o nią boję.
— Nie trzeba, proszę pani — wtrącił Edward z przemiłym uśmiechem — najwyżej 
maszynkę rozbije, jej nic się nie stanie.
— Dlaczego?
— Bo ona jest już taki herod. Właśnie niedawno skapotował jej szkolny samolot; 
myśleliśmy, że choć się wylęknie, ale gdzie tam! Wylazła zadowolona i zanosiła 
się od śmiechu. Teraz za tydzień ma egzamin przed komisją. Zapędzi wszystkich w 
kozi róg. Już ja to czuję — mówił z taką dumą, że Rominowie uśmiechnęli się do 
siebie porozumiewawczo.
— No, a jak zda, to co uzyska?
— Oficjalny tytuł lotniczki. Będzie mogła wozić pasażerów, stawać do zawodów, 
o tym przecież marzy.
— Oby zdała! Życzymy jej tego jak najszczerzej. Do widzenia panu.
Za godzinę istotnie rozszalała się burza. Rominowa była już w domu i przytulona 
do męża szeptała:
— Co tam Niki robi? Boże drogi! Władeczku, zadzwoń na lotnisko.
Pioruny waliły ostro jeden za drugim. Deszcz i wichura potrząsały w parkach 
liście i szarpały na strzępy puszyste koronki wiosennego kwiecia. Kiście bzu 
tłukły się o siebie jakby w przystępie szalonej rozpaczy. Lotnisko skrył mrok i 
tylko błyskawice siekły w ciemności jak razy ognistej szpicruty. Około godziny 
szóstej śród szumu deszczu i głuchego echa dalekich już grzmotów Edward wraz z 
kolegami, pełen lęku i gorączkowego wyczekiwania, usłyszał warkot maszyny. 
Wszyscy wylegli z hangarów. Niki okrążyła lotnisko i wśród owacyjnych krzyków 
wylądowała jak najprawidłowiej w świecie.
— A pani znajomi mało telefonu nie rozbiją — śmiał się jeden z obecnych 
oficerów.
— Złego diabli nie wezmą! — machała ręką i zwrócona do zachwyconych mechaników 
dodała:
— Dajcie no, chłopy, fajkę.
Za tydzień gazety rozniosły, że śród zdających egzamin lotników znajduje się 
żona doktora Połońskiego, a potem, że właśnie ta jedynaczka kursu zdała z 
najlepszym wynikiem, uzyskując prawo jazdy na liniach powietrznych jako pilotka 
komunikacyjna.
Lato! Dni skwarne i duszne. Słońce obija się jak złotoskrzydły ptak między 
rozpalonymi murami miasta. Ludzie chodzą powoli po ocienionych stronach ulicy. 
Setki dzieciaków pławią się w rozkoszy dosytu ciepła. Tym, które nigdy nie 
widziały wsi, dobrze jest tak w kurzu i słońcu. Czasem jakaś piękna pani 
przemknie obok z naręczem kwiatów; lecą za nią wołając:
— Pani, pani, daj kwiatka!
A gdy dostaną, ostrożnie dotykają brudnymi rączynami wonnych płatków i śnią 
wtedy jakieś nie słyszane nigdy bajki. Coś, co gdzieś, kiedyś może być. Patrzą z 
przedziwną tęsknotą na świeżą purpurę maków lub szafir chabrów i kwiatek jest 
dla nich czymś znacznie droższym przez chwHę niż upragniona lalka. Potem 
kolorowa gwiazda blednie i kona w kurzu. Sen się prześnił. Dzieciarnia wraca do 
berka lub klipy.
W biurach i magazynach tysiące serc śnią o wolności, o rozkoszy letniego dnia, 
spędzonego gdzieś ponad taflą wody na miękkim ścielisku traw. I Niki jest między 
tymi, których dusi tęsknota. Miasto ją przytłacza. Te gorące mury, ten brak 
przestrzeni, woń benzyny. Dnie całe lata na swojej maszynce, to znów wypożycza 
łódkę i płynie
z biegiem Wisły. Dobija gdzieś w ustronne miejsce, skąd może ogarnąć wzrokiem 
fale zbóż i leży w słońcu półnaga, złotobrązowa i cicha. Często nie wraca na noc 
do domu. Uwiąże łódkę przy brzegu i zasypia, wsłuchana w granie polnej orkiestry.
Marysia odjechała już z dziećmi na wieś. Za nią podążył doktor z matką. Połońska 
postanowiła bowiem osobiście rozmówić się z panią Jadwigą, Andrzej zaś chciał 
wystąpić w roli oficjalnego narzeczonego u opiekunów Marysi. Miał przy tym 
zamiar odwiedzić przyjaciela w Bezowie, no i sędziego. Rominowie także już 
wyjechali, zostawiając mieszkanie opiece Niki, która właściwie nie miała się 
gdzie podziać. Pieniądze jakoś bardzo szybko się rozpłynęły i młoda kobieta 
coraz częściej zastanawiała się, co robić, z czego żyć? Z czego wziąć na benzynę, 
na smary? Nikomu jednak, nawet Edwardowi, nie mówiła o swych kłopotach, zresztą 
sama się nimi zbytnio nie przejmowała. Dopiero gdy wydała ostatnią złotówkę, 
uczuła pewien niepokój. Krótko to jednak trwało i oto w dwa dni potem pracowała 
na dniówkę w jednym z ogrodów podmiejskich, od wschodu do zachodu słońca. 
Wracała potem do miasta na lotnisko i przewietrzała „Jedynaczkę".
Edward widywał ją teraz rzadko i tęsknił do niej coraz gwałtowniej. Coraz 
dotkliwiej odczuwał brak towarzystwa Niki. Gdzież się podziały dni, w których 
mógł wciąż widzieć choćby z daleka smukłą, a silną postać? Jakoś mu obrzydły 
dziewczęta, obrzydła praca mechanika, choć było „niekuniecznie". Dbpiero gdy 
Niki wpadała na lotnisko, błyskały mu oczy radośnie, ale cóż? Odlatywała ze 
śmiechem i znów był sam. Stracił zwykłą żartobliwą pewność siebie. Dawniej 
widział, że Niki myśli o nim, że jest jej bliski, że uważa go za kogoś równego sobie. Teraz tak 
jakby odeszła, jakby już ktoś inny... Na myśl o tym chłopak zaciskał pięści i 
wreszcie któregoś dnia, gdy jak zwykle zadyszana wpadła na lotnisko, chwycił ją 
za ramiona i spytał:
— Niki, powiedz mi, gdzie ty jesteś całymi dniami? Co robisz? Czy już i 
„Jedynaczka" przestała cię interesować?
— A ciebie co to obchodzi?
— Widać obchodzi.
— To rychło w czas się pytasz. Nie wiesz, że powietrzem żyć nie można? 
Spytałeś się, czy po wyjeździe Marysi i Biedronki mam z czego żyć? To cię nie 
obchodziło, prawda? A ja latałam jak kot z pęcherzem, żeby gdzieś ręce zaczepić, 
bo inaczej diabli wezmą i mnie, i moją „Jedynaczkę".
Stał pobladły i milczący, myśląc ze zgrozą: „Boże, jakiż ze mnie głupiec, jaki 
podlec!"
— Nie rób miny trupa na urlopie. Mam już pracę, tylko powiadam ci, Edek, jak 
coś się nie zmieni, jak będzie mi wciąż upływał tak dzień za dniem jednostajnie, 
to chyba rozwalę „Jedynaczkę" razem ze swoim łbem.
Potrząsnął głową rozpaczliwie.
— Niki, żebym ci mógł oddać te dwa tysiące, żebymmógł.
— Ale nie możesz i co tu gadać!
— Słuchaj! Ja o tym dawno myślę, jesteś przecież już wolna. Niki, wyjdź za 
mnie. Jakoś razem damy sobie radę, a mnie jest tak źle bez ciebie!
Popatrzyła na niego, a potem wybuchnęła śmiechem.
— Źle beze mnie, jaki czuły! Nie wiesz, czy mnie jest źle bez ciebie, nie 
wiesz, czy dobrze by było z tobą. O nie, mały. Drugi raz nie dam się nabrać, nie 
wyjdę za nikogo. Wolę zdechnąć z głodu, ale wolna. Chcesz ze mną polecieć 
dzisiaj?
— Nie. Chcę z tobą rozmawiać.
— No, to bądź zdrów! Cały dzień wącham ziemię, chcę poczuć zapach księżyca i 
gwiazd.
Nazajutrz Niki nie poszła do pracy. Wynajęła sobie łódkę i koło południa 
zatrzymała się przy jakiejś łące, z której skoszono trawę. W pobliskim zbożu 
tajemniczo a namiętnie grały świerszcze. Pszczoły nad łanem koniczyny huczały 
jak organy. Mdlały kwiaty i motyle ponad kwiatami w miłosnym uniesieniu. Niki 
wyciągnęła swoje długie, złote ciało nad brzegiem rzeki i spoglądała na białe, 
prawie nieruchome obłoczki. I wtedy przyszedł jej na myśl wiersz, który kiedyś 
czytał doktor o „Południcy", a Niki wierzyła i w południcę, i w boginki leśne. 
Wysoko w toni nieba śpiewał skowronek. Cichuteńko pluskała woda. „Południca, 
południca, jak to idzie?" — myślała Niki, zmarszczywszy brwi. I zdało się jej, 
że i skowronek, i woda, i świerszcze, i pszczoły ponad łanem koniczyny 
podpowiadały słowa, których nauczył ją Andrzej, a które teraz szumiały w młodej 
krwi kobiety.
Letnie południe, senne, gorące ? Omdlałą ciszę złotem rozpyla. Ziemia 
miłośnie wpatrzona w słońce, Nabrzmiałych piersi grona rozchyla. Letnie południe, 
senne, gorące O tajemnicy szepce istnienia.
Ziemia miłośnie wpatrzona w słońce Śpiewa potężną pieśń upojenia.
Niki przeciągnęła się leniwie. Ciało jej przebiegł dreszcz. Zerwała wysokie 
źdźbło trawy i gryząc je, przypominała sobie dalej:
Między chabry, między maki Południca się przewala, Głośnym śmiechem straszy 
ptaki, Usta żarzy, krew rozpala. Hejże, hejże, chłopcze młody. Dziewczę bujne, 
dziewczę hoże, Na radosne wzywam gody! Chodźcie kochać tu, we zboże, Tu nam 
zagra łan jak dzwony, Tu pachnące ślubne łoże. Rzucam w oczy mak czerwony, 
Chodźcie kochać tu, we zboże!
Wysoko w podniebiu zagrał motor. Aeroplan płynął jak łabędź, tnący piersią 
szafirowe fale, a Niki leżała uśmiechnięta, z ustami nabrzmiałymi krwią. Tam, w 
górze maszyna i jej serce, i wszystkie nerwy grały rytmem pieśni miłosnej ziemi, 
która, zda się, szeptała do ucha Niki kusząco:
Letnie południe, senne, gorące Płynie na skrzydłach złocistej ciszy, Ziemia 
pokornie wpatrzona w słońce, Jak wielkie serce miłością dyszy. Letnie południe, 
senne, gorące
O tajemnicy szepce istnienia, A rozpalone, ogromne słońce W owoc dojrzały kwiaty 
zamienia.
I z ust Niki wydarł się namiętny, triumfalny okrzyk. Wieczorem przytrzymała rękę 
Edwarda w swojej i rzekła tajemniczo:
— Dziś jest pełnia.
— No to co?
— Masz trochę pieniędzy?
— Och, tak. Kilkanaście złotych.
— Wynajmiemy sobie łódkę i pojedziemy daleko, daleko, na całą noc.
Serce mu dziwnie zadrgało.
— Dobrze — odparł szeptem.
I pojechali w noc, srebrzystymi skrzydłami kładącą się na wodzie. W powietrzu, 
na mlecznych tumanach księżyc kołysał ciszę. Łódka mknęła szybko. Młodzi nie 
zamienili ani słowa. Świat składał im do stóp wszystkie wonie, wszystkie czary 
letniej nocy. Wreszcie dopłynęli do małego lasku.
— Tu możemy łódkę uwiązać — zdecydowała Niki. Weszli w lasek nieduży i 
dość rzadki, ale księżyc
rozpylał się w nim migotliwym srebrem. Od strony pól wiał miękki i ciepły, 
upajający wiatr. Gdzieś z daleka dochodziło rechotanie żab.
— Dobrze tu — szepnęła Niki.
— Dobrze tu z tobą — odszepnął.
Cisza, księżyc, leciutki chlupot wody. Młodzi utonęli w sobie oczyma. Powoli, 
bez tchu prawie, Edward wyciągnął ramię i objął nim kibić kobiety. Na twarz Niki
padł słaby, spomiędzy drzew wychylony promyk i już tam został, Całując 
pieszczotliwie zamknięte oczy i rozchylone usta, czerwone, czerwone, och, jakie 
czerwone! I gdy nad nimi pochyliła się głowa chłopca, Niki miękko i sennie 
oplotła mu szyję ramieniem i szepnęła cichutko a może jej się tylko zdawało, że 
szepnęła:
— Kochany!
— Niki, moja Niki!
Wrócili rano prosto na lotnisko. Była niedziela. Słońce cicho i jakby na palcach 
chodziło między hangarami. A oni dwoje siedzieli przed swoją budą.
— Taki jestem szczęśliwy, Niki. To był coś cudownego. I gdyby przyszło jeszcze 
tysiąc podobnych nocy, tę jedną zapamiętam do końca życia, i ciebie, ciebie, 
Niki, nie mógłbym zapomnieć teraz. Widzisz, jakoś tak dotąd dni mi się plotły 
nijako, ot, byle zbyć. Ty wiesz, nie lubię myśleć, nie lubię zastanawiać się nad 
tym, co mi przynoszą godziny. Nigdy długo nie byłem wierny jednej dziewczynie, 
nigdy nie myślałem o małżeństwie, bo po co? Którą chciałem mieć, to i tak miałem, 
chciałem grać, no to lu! Ale od czasu, jak poznałem ciebie, jakoś mi tak było 
niewyraźnie, chociaż nigdy nie>przypuszczałem, że mogę się w tobie zakochać. Ty 
nawet w sukni zostałaś chłopcem. Ale raz, tam, szłaś na bal i zobaczyłem, że 
jesteś piękna, taka piękna, że nie można nawet marzyć o tym, by do ciebie 
wywalać gały jak do każdej innej. Potem, potem... boja wiem... Myślę, Niki, że 
miłość przychodzi jak błyskawica, jak oznaka burzy i potem się wszystko w 
człowieku kotłuje, przewala i nie ma już spokoju.
J
— Tak, i dla mnie miłość jest burzą. Ja nie mogę inaczej, nie umiem i dlatego 
nigdy za mąż nie wyjdę. Boję się tej ciszy, jaka potem może nastąpić.
— Nawet za mnie, Niki, nie mogłabyś?
— Nie! Jesteś najładniejszy, najmilszy ze wszystkich chłopców, jakich znam, 
ale tak wiecznie gruchać, wiecznie to jedno łóżko, to uczucie zależności... brr!
— Pokazałaś mi, Niki, jakiś nowy, nieznany świat. Nie umiem określić, czy zły, 
czy dobry, wiem, że piękny.
— No, jak piękny, to już dobrze. Chcesz dziś ze mną polatać?
— Tak, i teraz już wiem, że człowiek, jeśli chce być szczęśliwy, musi mieć 
jakiś cel.
— A pewno! I wiedz jeszcze jedno, że miłość do kobiety, lub odwrotnie, to 
jeszcze nie wszystko. Według mnie, to jest taka niedziela życia, prawda?
— Może — odparł zadumany, pomyślał jednak, że pragnąłby z Niki mieć taką 
niedzielę zawsze, a potem dorzucił:
— I ty się nigdy nie zmienisz, Niki?
— Nie wiem.
Przed wieczorem zerwał się silny wiatr, gnający przed sobą żałosne strzępy liści. 
Deszcz „posikiwał", według określenia Niki, która z Edwardem oliwiła 
„Jedynaczkę" po kilkugodzinnym locie. Z dala dudniły grzmoty. Nagle przed 
lotniskiem zagrała trąbka samochodu. Edward wyjrzał z hangaru. Jakaś męska 
postać kłusem niemal biegła w stronę dyrekcji* Nie zainteresował się tym i 
wrócił do Niki.
— Nie masz ochoty na kino? — spytał.
— Naturalnie, że mam.
— No to idziemy.
Ubrała się i wyszli razem. Tymczasem przed gmachem dyrekcji zebrało się kilku 
ludzi, rozmawiających z ożywieniem.
— Wariat chyba poleci w nocy, w taką pogodę.
— A to chłopa przyparło! Niki przystanęła.
— A co się stało? — spytała.
— Jeden gość koniecznie chce, by go zawieźć do Grudziądza zaraz, ale przecież 
w taką pogodę...
Nie słuchała dalej, odwróciła głowę i rzekła do Edwarda:
— Goń, szykuj maszynę, galopem!
Energicznie weszła do kancelarii.'Zastała tam paru znajomych lotników i jakiegoś 
zdenerwowanego młodego człowieka. Wszyscy mieli niewyraźne miny. Podeszła do 
szefa.
— Mogę wiedzieć, o co chodzi?
— Widzi pani, narzeczoną tego pana spotkał wypadek.
— Strzeliła do siebie, jest kona;'ąca... Muszę pojechać zaraz, za wszelką cenę, 
natychmiast, bo może być za późno. Każda minuta decyduje... Na Boga, panowie!
— W taką pogodę nie możemy ryzykować, burza coraz gwałtowniejsza.
— Trzeba być straceńcem.
— My też mamy swoich bliskich.
Niki spokojnie zwinęła sobie papierosa i spytała nieszczęśliwca:
— No, a jakby pan nie dojechał?
— Nie myślę o tym. Muszę jej powiedzieć, muszę zobaczyć, oddam cały majątek!
— Nikt tu nie leci na pana majątek. Proszę za mną.
— Jedzie pani? — zerwał się szef.
— A dlaczego nie? — ruszyła ramionami i pół godziny potem, śród świstu wiatru 
i plusku bez przerwy spadających kropel, groźnie zawarczał motor „Jedynaczki".
Niki była w swoim żywiole. Musiała walczyć, musiała przechytrzyć śmierć, krążącą 
w mroku, ukoronowaną błyskawicami. Musiała trzymać w garści serce maszyny i jej 
nerwy. Skrzydła „Jedynaczki" u swoich czuła ramion, stalowe linki zdały się 
jakoby jej własnymi żyłami. Musiała zwyciężyć, bo groźna i ciemna noc syciła 
płuca dziewczyny odurzającą wonią bezkresu, a ona tę woń umiłowała. I zwyciężyła. 
Wylądowała normalnie.
W Grudziądzu była cały czas pogoda. Jedynie przed wieczorem popadał deszcz. Niki 
dopiero teraz poczuła głód i zmęczenie. Weszła więc do jakiejś restauracji w 
ogródku. Ponieważ nie miała z sobą żadnego płaszcza, tylko lotniczy kombinezon, 
więc pojawienie się jej w restauracji wywołało ogólną sensację. Nie przywykli tu 
ludzie do takich widoków. Młoda kobieta zajadała kiełbasę z kapustą, aż jej się 
uszy trzęsły i zdawała się nie widzieć setek oczu uparcie w nią wlepionych. 
Tymczasem do stolika jęli podchodzić oficerowie. Słyszeli o niej. Cieszą się, że 
mogą poznać osobiście młodą sławę. Telefonowano z warszawskiego lotniska, by 
otoczyć pupilkę opieką.
Tych wszystkich relacji i zachwytów wysłuchiwała Niki z olimpijskim spokojem. 
Wypiła parę kieliszków
wódki, zakurzyła swoją rybacką fajeczkę (używała jej tylko w uroczystych 
momentach), co znów było powodem niesamowitego zdziwienia gości, i bujając 
melancholijnie nogą, oznajmiła:
— Może mi panowie wskażą, gdzie tu się można uczciwie wyspać.
— O, mamy bardzo porządne hotele.
— Hotele? Nie! To nie dla mnie. Zresztą nie mam grosza przy duszy. Jeżeli ktoś 
ma wolne łóżko, niech mi je wypożyczy na noc.
Spojrzeli po sobie w niemym zdumieniu. Roześmiała się.
— No, no! Przecież nie myślę o połowie łóżka, tylko o całym i wyłącznie dla 
siebie.
— W takim razie, jeżeli pani łaskawa, proszę skorzystać z mego kawalerskiego 
pokoiku, ja się przytulę u kolegi — rzekł prędko młody ułan w obawie, by ktoś 
inny go nie ubiegł.
— Rzeczywiście „pokoik", to stajnia, koleżanko. Jak deszcz pada, to my chłopca 
wędką przez okno wyciągamy. Ja mam luksus. Wszystkie wygody.
— Aha! I bliźnięta przez ścianę, a początkującą primadonnę nad głową. 
Bliźnięta w dzień śpią, a w nocy odrabiają zaległości. Primadonna kładzie się 
późno, a zaczyna ćwiczyć razem ze wschodem słońca i skowronkiem.
— No tak. Wolę wodę niż bliźnięta. Panie poruczniku, jestem pana gościem.
— A, to my jesteśmy poszkodowani.
— Wcale nie. Od was pożyczę forsy na tę kapustę. Możecie uregulować rachunek.
Wyszła, otoczona całym sztabem rozbawionych oficerów. Kiedy rano o siódmej 
porucznik przyszedł pod drzwi zapytać, jak spała „dziewczynka z nieba", 
gospodyni oświadczyła mu:
— Ta pani kazała oddać klucze i podziękować. Pokręcił głową i wszedł do pokoju 
zasmucony. Tak
pragnął jeszcze zobaczyć śmiałą, śliczną kobietę, a tu nic... odjechała. Łóżko 
było zasłane i na nim duża, zabazgrana karta:
Serwus, poruczniku. Spałam Jak królewna, ale pod komodą są myszy. Jak pan będzie 
generałem, odstąpię mu swoje łóżko.
Niki
Na warszawskim lotnisku zgotowano kobiecie owację, w której brali udział i 
wojskowi lotnicy. Niki trochę zaszumiało w głowie od pochwał i komplementów. 
Była bardzo szczęśliwa, ale ponad tym wzruszeniem górowała jedna, uparta myśl: 
„To wszystko jeszcze nic, to wszystko jeszcze nic!"
I tegoż dnia udała się na długą konferencję z szefem lotniska. Wyszła mocno 
przygnębiona. Usiadła na skrzydle swej „Jedynaczki" i gryzła paznokcie z miną 
ponurą i zawziętą. Tak ją zastał Edward.
— Co się stało, Niki?
— Chodź tutaj.
Objęła go za szyję i szeptała długo, długo. Coraz mocniejsze rumieńce biły jej 
na twarz, coraz goręcej lśniły oczy i jemu, i jej.
— Tak! Tak, Niki. Zrobimy to!
Tymczasem w parę dni później Niki otrzymała przekaz na tysiąc złotych i list.
Szanowna Pani. Proszę przyjąć pieniądze jako słaby dowód wdzięczności za to, co 
Pani uczyniła dla mnie i dla ukochanej kobiety. Lotniczce pieniądze przydadzą 
się więcej niż kwiaty, prawda?
Pasażer
Do pracy w ogrodzie więcej nie poszła. Natomiast w jej hangarze zaczęły się 
dziać tajemnicze rzeczy, bo nikogo nie chciała tam wpuścić prócz Edwarda. 
Spędzali tam oboje całe noce. Niki godzinami prowadziła fachowe rozmowy z każdym 
z lotników niemal. Wypytywała o najbłahsze szczegóły lotów, prosiła, by jej 
opowiadali historie nieszczęśliwych wypadków i ich przyczyny. Jeżeli oblatywała 
swą „Jedynaczkę", czyniła to w czasie najgorszej pogody.
— Co pani wyprawia, kobieto! Chce pani potrzaskać maszynę?
— Nie. Chcę ją zahartować.
— A gdzież się pani wybiera?
— Na księżyc.
— Hm! Dość odpowiedzialny lot. Proszę stamtąd o depeszę.
— Przyślę na pewno, a czy to prawda, że porucznik Strzelecki zamierza 
przelecieć Atlantyk?
— Ano, wybiera się.
— On ma maszynkę tego typu co „Jedynaczka"?
— Aha! No, ale „Jedynaczka" nie wytrzymałaby takiego spaceru.
— A to czemu?
— Przecież to tylko odnowiony gruchot.
— A niech ją pan obejrzy.
— Teraz?
— Nie. Teraz nie, muszę ją elegancko wyczyścić.
— Pani jest chyba jedyną lotniczką. która się tym zajmuje.
— A kiedy wybiera się porucznik Strzelecki? Zdaje mi się, że to pan jest tam 
najważniejszym macherem.
Mechanik stropił się. Właściwie nie wolno mu było nic opowiadać, ale Niki była 
przecież swoja kobieta i tak niewinnie pytała.
— Ano, za jakiś tydzień, dwa, trzy.
— A maszyna już całkiem gotowa?
— Prawie.
Tu nastąpił treściwy i fachowy wykład, którego Niki słuchała z zaciśniętymi z 
emocji zębami. Poczęstowała potem towarzysza papierosem i oddaliła się do swego 
hangaru. Przed wieczorem wysłała ekspresem list do Rominowej.
Biedronko! Na litość Boga, potrzebuję paru tysięcy złotych. Możesz liczyć na 
mnie, że oddam w przeciągu miesiąca. Prędko, prędko przysyłaj.
I w parę dni potem otrzymała odpowiedź:
Niki najdroższa! Nie mam tyle na razie. Wiesz, gdzie schowałam biżuterię, zastaw 
ją, weź, ile ci potrzeba. Jestem zupełnie spokojna, że nie zginie, że pieniądze 
zużyjesz na coś szlachetnego.
Twoja Biedronka
I jeszcze dwa tygodnie hangar „Jedynaczki" był tajemniczo zamknięty. Któregoś 
dnia zajechał tam samochód ciężarowy i wyładowano zeń jakieś skrzynie.
Śród lotników jęły krążyć różne gadki.
— Co ona robi? Może konstruuje sama jakąś maszynkę?
— Wybiera się na księżyc.
— Ech, do takiej szalonej głowy wszystko podobne. Wreszcie w końcu sierpnia, w 
piękny i słoneczny
poranek wytoczono „Jedynaczkę" przed hangar, a Niki podeszła do każdego z 
mechaników, podając mu rękę. Nigdy tego przedtem nie czyniła.
Edward był trupioblady, ale uśmiechnięty; i on żegnał się ze wszystkimi. Nagle 
wpadł na niego kierownik:
— A pan gdzie, dobrodzieju? W godzinach służbowych, co to za nowa moda?!
— Panie szefie, znałem takiego jednego, co chciał zabronić i...
— No i cóż? Cóż ty sobie kpiny stroisz, smarkaczu?!
— Ano nic. Jemu też zabronili chodzić po ziemi, wygląda sobie spod pelerynki 
św. Piotra na lotnisko.
Szef osłupiał, mechanicy zbaranieli, a Niki krzyknęła:
— Wsiadaj prędko!
— Nie pozwolę na to, co pani sobie myśli?
— Zaraz, zaraz!
Wlazła za Edwardem, któryś z młodszych puścił śmigło w ruch, zagrał motor. 
„Jedynaczka" ruszyła, za chwilę lekko oderwała się od ziemi i krążyła ponad 
lotniskiem. W pewnym momencie do stóp zdumionych całym zajściem ludzi upadła 
paczka. Rozwijali ją szybko, gorączkowo, nic! Papier jeden, drugi, dziesiąty. 
Wreszcie
pudełko, wewnątrz kartka: Serwus Panowie! Wylądujemy w Ameryce. Życzcie nam 
szczęścia.
Zapadło głuche milczenie, potem wybuch śmiechu.
— A to kawalarka dopiero, tak nas nabrać! Na „Jedynaczce" przez Atlantyk... Ha, 
ha, ha!
— A jeśli naprawdę?
— Stuknij się, ośle, w głowę! Po prostu zakpiła z nas.
— Mnie to jakoś nie sztymuje! Ostatnie tygodnie jakieś cudeńka wyczyniała z 
„Jedynaczką", bo ani razu nie leciała przecież.
— No, no, za parę godzin wróci. O Atlantyku mowy nie ma.
Ale wieść o tym kawale rozniosła się po całym lotnisku, a wkrótce po mieście. 
Niki wieczorem nie wróciła. Gazety wszczęły alarm. Dano znać wszystkim okrętom. 
Szukano zwariowanej pary na ziemi, na wodzie i pod niebem. Prasa robiła kokosy. 
Na wszystkie strony dźwięczały druty telegrafów. Tak, tak. Jest. Leci. Widziano 
ją na Niemcami. Zatrzymała się dla nabrania benzyny na jednym z lotnisk Francji, 
ale potem ślad zaginął.
Połońscy byli właśnie wraz z Marysią w Bezowie. Przyjechał tu i sędzia. Kiciunia 
płakała.
— Jaka ona tam była, to była, ale szkoda młodego życia. Obojga szaleńców 
szkoda.
— Dodatek głosi, że widziano aeroplan nad wybrzeżem.
— Tak, widziano wczoraj o piątej po południu. Kto wie, jakie tam teraz wichry 
biją im w twarz, kto wie, z jakim trudem wydziera się śmierci z ramion, by w 
końcu ulec, a może zginęli już oboje?
Sędzia odparł melancholijnie:
— Co ma wisieć, nie utonie, prawda, panno Marysiu? A ona, przechyliwszy nieco 
w bok słoneczną głowę,
rzekła w zadumie:
— Tam gdzieś, między obłokami a bezmierną głębią wody, pomocną dłoń może im 
podać tylko Bóg. Dlatego modlę się i za nią, i za brata. Zresztą śmierć nie 
będzie dla nich tak okrutna. Kochają się.
— Jestem dziwnie spokojny, że wrócą, a ty co na to, przyjacielu? Gdzie Niki, 
gadaj!
Taki oparł łapy o kolana doktora i szczekał zawzięcie prosto w twarz panu. Ale 
to nie był znak niepokoju. Przeciwnie. Szczekał i wywijał ogonem radośnie.
— No, widzicie? Wszystko w porządku — rzekł doktor.
Rominowa, która następnego dnia po wyjeździe Niki wróciła do Warszawy, biegała 
po mieszkaniu jak szalona.
— I to ja jej pomogłam w tym szalonym postanowieniu! Ja sama! Och, jeżeli 
zginie...
— A w czymże ty jej pomogłaś? — spytał inżynier.
— Pożyczyłam jej pieniędzy — krzyknęła z płaczem.
— Ty, a skąd?
— Zastawiłam biżuterię. Bez twojej wiedzy, nie gniewaj się, wiedziałam, że nie 
masz takiej sumy, o jaką prosiła, nie chciałam ci nic mówić, ale teraz...
W milczeniu bębnił palcami po stole.
— Tak, tak..,Duża ofiara i z jej, i z twojej strony... no trudno — rzekł 
wreszcie.
A ślepy Los chodził sobie po lasach i górach, w siedmiomilowych butach wędrował 
śród chmur i gwiazd i nową gotował niespodziankę, bo oto z Ameryki drugiego dnia 
późnym wieczorem przyszła wiadomość, że młoda para jest całkowicie zdrowa, że 
jedzie w eskorcie do Nowego Jorku, gdzie na bohaterów już czekają tłumy.
Wszystkie gazety zapełniły się fotografiami obojga. Historia niesłychanego 
przelotu była tematem rozmów na ulicach, w restauracjach, w domach prywatnych. 
Lotnicy pili na cześć nieobecnych zwycięzców. A tyinczasem oni w Ameryce 
goszczeni byli jak udzielni książęta, obsypani podarunkami i dowodami sympatii, 
i setką propozycji.
Jednak któregoś dnia, podczas bankietu, którym kolonia polska podejmowała 
lotniczkę, ta oświadczyła:
— No, za parę dni jedziemy z powrotem.
I nie pomogły żadne błagania ni perswazje.
— Nie macie nic do gadania. Mogę tu przyjechać sto razy, jak mi się zechce, 
mogę nawet przyjść piechotą, ale teraz „córka pułku" musi osobiście złożyć 
raport swoim ojcom.
Zaproponowano jej natychmiast posadę pilotki komunikacyjnej.
— Dobrze. Proszę zarezerwować ją dla mnie. Za jakieś dwa miesiące tu wrócę, 
jeżeli mi nic innego nie przyjdzie do głowy.
I znów rozjęczały się druty, prasa rozkrzyczała na alarm, zabiły wszystkie serca 
trwogą. Przeleci, czy nie przeleci? Czy nie rzuca wyzwania losowi nieopatrznie, 
po dziecinnemu?
Ale oznaczonego dnia nieprzeliczone mrowie głów zaległo lotnisko. Od wczesnego 
ranka wartowały tłumy, by powitać kobietę, która stała się im tak droga, jak 
cząstka ich serca. Te wszystkie panie, które z niej szydziły, ci wszyscy panowie, 
którzy opowiadali na jej temat pieprzne anegdotki, teraz ze ściśniętymi trwogą 
krtaniami, wyczekiwali „dziewczynki z nieba". Tłumy... tłumy... tłumy. Hangar 
Niki tonie w kwiatach. Błyski galowych mundurów. Delegacje wszystkich pułków 
lotniczych. I wreszcie koło godziny szóstej po południu warkot motorów.
Krzyk. Wrzask rozkołysanego oceanu ludzkiego! „Jedynaczka" wylądowała. Ciemna 
fala otoczyła i pochłonęła samolot. Niki znalazła się w ramionach lotników, za 
nią Edward. Nagle roześmiana kobieta podniosła rękę. Zaległa na moment cisza.
— Małpa tanx została, tam w maszynce! — krzyknęła 
Niki. ..-.-.
Śród huraganu oklasków i śmiechu wydobyto nieszczęsną, półżywą małpkę i 
doręczono Edwardowi. Naprzeciw Niki tymczasem kroczyli przedstawiciele lotnictwa 
z szefem na czele, cały szereg wyższych oficerów i przedstawicieli rządu. Młoda 
kobieta zsunęła się na ziemię, wyprężyła po wojskowemu i przykładając palce do 
czoła, rzekła uroczyście:
— Niki Juzerówna, „córka pułku", wychowanka polskich żołnierzy, melduje swój 
powrót z wyprawy przez Atlantyk.
W kilka dni potem Niki, obsypana zaszczytami, syta chwały i miłości, Niki, oczko 
w głowie Warszawy, siedziała z Edwardem przed hangarem i gryząc pestki z dyni, rzekła:
— Edziu, dosyć mam tych uroczystości. Jeszcze ciepło, jedziemy w las.
I po cichutku gdzieś wywędrowali. Po tygodniu wrócili zadowoleni, tryskający 
zdrowiem. I kiedyś, na kolacji u Rominów, podczas liczniejszego zebrania, Niki 
oświadczyła, patrząc ze śmiechem na Edwarda:
— No, to wszystko bardzo ładnie, ale jedziemy do Ameryki. Biedronko, małpę 
zostawię ci na pocieszenie.
— Coo? I znów „Jedynaczką"? Niki! Na Boga! Chcesz śmierci szukać?
— Wcale nie „Jedynaczką". Teraz chcę zobaczyć, jak to się choruje na morską 
chorobę.
