Helena Mniszek
Trędowata
Część Pierwsza I Dniało. Wstawał świt. Jasna smuga na wschodzie rozszerzała się 
dalej i dalej. Z różowej wpadała w tony blade, coraz świetlistsze, prawie 
przejrzyste, haftowane na tle złotogłowic. Powietrze, pełne surowych powiewów 
nocnych, wchłaniało słoneczne smugi, wilgocią mgły opadając na dół, z każdą 
chwilą było rzeźwiejsze, jak brylantowe. Zbudzone ptaki dzwoniły niezliczoną 
ilością świergotów. Drzewa, otulone puchami zieleni majowej, szemrały na 
powitanie jutrzenki — przedniej straży słońca. Pałac w Słodkowcach stał cichy, 
błyszcząc w różowych topielach wschodu białymi murami ścian i jaskrawą 
zielonością strzyżonych lip, które wieńcem stroiły fasadę. Za ogrodem i parkiem 
przedźwięczał już dzwonek gospodarski. W ciszy poranku brzmiał donośnie, 
kołatał, roznosząc echo po izbach mieszkań folwarcznych. Ostrym głosem zrywał 
czeladź z pościeli do roboty. Mieszkańców pałacu dźwięk ten nie obudził. Po 
chwili jednak na lewym skrzydle parterowym otworzono weneckie okno. Świeży 
oddech wiosny dmuchnął na delikatne zasłony szyb, muskając puszyste sobolowo 
złote włosy Stefci Rudeckiej, ciekawie wychylonej na świat. Była w bieliźnie, z 
warkoczem trochę roztarganym. Obudził ją odgłos dzwonka i kukułki wołającej w 
parku. Dziewczyna podskoczyła do okna. Ranek zachwycił ją, powietrze orzeźwiło, 
wciągała je w piersi z lubością. Widok kwiatów, pokrytych blaskiem rosy, 
świergot ptaków oczarował ją, rozmarzył trochę. Pąsowe usta uśmiechały się 
majowo jak poranek, ale w dużych fiołkowych oczach pozostał smutek, niezgodny z 
młodzieńczą postacią i wesołym głosem, jakim zawołała: — Cudny świat! Już nie 
zasnę, pójdę do lasu! Odbiegła od okna i zaczęła się ubierać. Włosy splotła w 
warkocz i zwinęła w ciężki węzeł z tyłu głowy; z natury falowały puszysto, 
osłaniając miękkimi zwojami drobne uszy i kąty ładnie zarysowanego czoła. 
Narzuciła na siebie skromną suknię z szarego batystu, ozdabiając ją sznurem 
różowych korali, błyszczących jak duże czereśnie. Ubrana, zajrzała do 
sąsiedniego pokoju. Ciemny od zapuszczonych firanek, wyglądał, jakby sam spał. 
Stefcia szepnęła: — Lucia śpi smacznie. Sama pójdę. Na palcach przeszła parę 
pokoi bogato i gustownie urządzonych. W ogromnej sieni pałacowej zatrzymała się 
bezradnie, ujrzawszy ciężkie oszklone drzwi zamknięte na klucz. Pomógł jej 
służący, który właśnie szedł po schodach ze szczotkami w ręku. Szeroko otworzył 
zaspane oczy na jej widok, ale uprzejmie pospieszył odkręcić zamek. Po chwili 
wbiegła do parku. Chodząc po żwirowanych uliczkach, zrywała białe smukłe 
narcyzy. Liliowy bez w bujnych kiściach opadał z krzaków, rozkołysany, pachnący. 
Kielichy narcyzów, przeczysto białe, wonne, pełne były chłodnej rosy; żółte oczy 
kwiatów w czerwonej rzęsie wyglądały jak załzawione. Dzewczyna przychylała do 
ust białe czarki i piła te łzy ze swawolnym uśmiechem. Pierwsza młodość jej 
życia i pierwsze poranne blaski słońca złożyły się w potężny hejnał szczęścia, 
spłynęły do duszy stubarwną tęczą. Podskakiwała do większych bukietów bzu, 
strząsając z pachnących pióropuszów kroplisty deszcz na swe lśniące włosy. W 
świetle słonecznych jaśni głowa jej migotała niby w srebrzystej rosie. Z więzią 
kwiatów wyszła z parku do ogrodu owocowego i tu krzyknęła z zachwytem. Wspaniale 
przystrojone kwieciem drzewa stały uroczyste. Jabłonie, w różowych pękach, miały 
wygląd młody, pieszczący wzrok. Wiśnie stały osypane bielą kwiatów, niby szeregi 
dziewcząt idących do ślubu w białych welonach. Zapach płynął duszący, gałęzie 
sypały potoki woni. Słońce malowało złotem kwiaty, wiatr niósł szumy, brzęczały 
pszczoły. Czasem, oderwany z drzewa, biały motyl unosił się w górę jak 
strząśnięty kwiat. Stefcia, upojona zapachem, odłamała parę gałązek wiśniowych, 
przypinając je do włosów, do paska, i tak ukwiecona, szła wąską uliczką, 
wysadzoną krzewami porzeczek. Uliczka wiodła do lasu za ogrodem, zwanego 
borkiem. Stefcia odchylała zroszone gałęzie, okryte nikłym, jakby spłowiałym 
kwiatem; mnóstwo tych seledynowych liszek zwisało na ciemniejsze liście, tworząc 
malowniczą grę kolorów. Szary batyst pokrywała błyszcząca mgiełka rosy, pryskała 
na twarz i ręce dziewczyny, lecz ją to bawiło. Biegła do małej bramki w 
sztachetach, otworzyła ją i brodząc w mokrej obfitej trawie, przeszła skrawek 
łąki, przedzielającej ogród owocowy od lasu. Wśród wysokich sosen i rozłożystych 
drzew liściastych zaczęła śpiewać. Koło nóg jej śmignęła wiewiórka i prędko 
wskoczyła na drzewo. Ćwierkały wróble, monotonnie stukał dzięcioł. W pobliskiej 
olszynce ślicznym sopranem wyśpiewywał słowik, z głębi lasu wołała tenorem 
kukułka, największa próżniaczka między ptakami. Świat leśny wrzał życiem, pełen 
szczebiotów, nawoływań, fruwań, pełen chrzęstu igieł sosnowych, szumu leszczyny, 
dźwięczał, huczał, brzmiał. Zbudzone echa szły daleko, rozgwarzone, wesołe. 
Uśmiechnięta dziewczyna pławiła się w słońcu, nurzając w kwiatach i zieleni. Ale 
wkrótce jej promienistość znikła. Jakaś chmura zaćmiła młodą jej twarz, matując 
blask oczu w oprawie bujnych, ciemnych rzęs. Ładne gęste brwi zsunęła na czole i 
opuszczając na mokry mech suknię, rzekła z niechęcią: — Mam się też czego 
cieszyć! Przypomniała sobie, że minął miesiąc, jak jest nauczycielką w 
Słodkowcach. Jak tan czas długo płynie! Nigdy nie myślała o zajmowaniu posady, 
nie potrzebując pracować na siebie. Ale stało się inaczej. Materialnie nic jej 
do nauczycielstwa nie zmuszało. Była córką zamożnych obywateli z Królestwa, 
którzy oprócz niej mieli jeszcze dwoje młodszych dzieci. Ona kończyła 
dziewiętnaście lat. Chodząc po lesie Stefcia wspominała okoliczności, jakie ją 
wygnały z domu. Piękna postać Emunda Prątnickiego uwypuklała się głównie i jej 
dziecinne uczucia dla tego człowieka. Kiedy powrócił ze szkoły dublańskiej, 
porwał Stefcię siłą urody. Nie badając treści zakochała się pierwszy raz w 
życiu, gwałtownie, na ślepo, bez odrobiny prawdziwej miłości. Prątnicki odurzył 
jej głowę nieco romantyczną i egzaltowaną. Stefcia, skończywszy pensję w 
Warszawie, uczęszczała na kursa zbiorowe. Wówczas miała sposobność poznać trochę 
młodzieży ze sfer uczących się. Przeważnie byli to chłopcy szlachetni, o 
idealnych porywach. Stefcia nie wyobrażała sobie innych. Prątnicki wyzyskał jej 
łatwowierność, a podniecony urodą dziewczyny, chciał ją zdobyć i maskował się 
zręcznie. Potrafił nawet zjednywać sobie państwa Rudeckich. I trwała sielanka. 
Ale ojciec Stefci, jakkolwiek wiedział, że młodzi wyznali sobie wzajemnie 
uczucia, jednakże na urzędowe oświadczyny nie pozwalał. Przeczuwał, że się tu 
spotkały dwie natury całkiem odmienne... W piękne barwy Edmunda stary obywatel 
nie wierzył. Znał "papę Prątnickiego", a ten w mętach społecznych miał pewne 
zastosowanie. W swej córce Rudecki widział tyle idealnego zapału, takie bogactwo 
uczuć, że z obawą wyczekiwał zakończenia tej sielanki. Nie wątpił, że to 
nastąpi, i bał się o Stefcię... Przeczucia go nie zawiodły. "Papa Prątnicki", 
sprzyjając zamiarowi syna, zaczął jednak z umiejętnością sędziego śledczego 
wywiadywać się o posag Stefci. Suma kilkinastu tysięcy oburzała go. Synowi 
wytłumaczył bezzasadność takiego związku i namawiał do zerwania. Dowodził mu, że 
ze swą urodą i nazwiskiem powinien ożenić się z cyfrą stutysięczną. Stefcia w 
owym czasie zaczynała już wątpić w oślepiający blask swego ideału. Robiła próby, 
szukając na nim plam. Jej inteligencja i wrażliwość popychały ją do tego. I 
nastąpił przewrót. Okopcone szkło dał jej w rękę sam "papa Prątnicki", rozpoczął 
bowiem oświadczyny jej ojcu od pytania, ile córka dostanie posagu. Słowa te 
zniweczyły wszystko. Pan Rudecki odmówił stanowczo, zadowolony, że dość wcześnie 
odkrył istotne zamiary Prątnickich. Ale Stefcia, pragnąc upewnić się w 
szlachetności Edmunda, spojrzała śmiało w jego blask duchowy, czarujący ją 
pełnią uroku. I ujrzała zaćmienie na świetlnej tarczy swych marzeń. Ujrzała 
wielkie piętna egoizmu i próżności, a zamiast wzniosłych uczuć spostrzegła 
brutalną naturę, dążącą jedynie do własnego użycia. Edmund przedstawił się jak 
ów kwiat krwiożerczy, który urodą i silnym zapachem zwabia ku sobie łatwowierne 
owady, a gdy złudzone poddadzą się magnetycznej sile, wówczas zamyka nad nimi 
kielich i bezwstydnie odkrywa prawdziwą wartość wewnętrzną. Zabija owady 
trucizną swych namiętności, wchłania je, by żywić się ich kosztem. Ona była 
zaledwo na brzegu zdradnego kielicha. Uratowano ją wcześnie od zguby. Stefcia, 
myśląc o tym, usiadła na pniu i objąwszy kolana, zwiesiła smutnie głowę. 
Pierwszy zawód życia pozostawił w jej duszy wiele goryczy! Dawna, bezgraniczna 
wiara w ludzi osłabła, znikł zapał do głębokich porywów. We własnym pojęciu 
dziewczyna nie czuła się już zdolną do uczuć gorętszych, zapominając, że ma lat 
dziewiętnaście i bujny temerament. Delikatny szron pesymizmu osiadł nikłą 
warstwą na jej idealnych marzeniach, ale zwiększał się, nawet już w Słodkowcach. 
Po zerwaniu z Edmundem Stefcia postanowiła wyjechać z domu. Palił ją wstyd i 
żal, chciała uciec jak najdalej. Śniła o szerokich światach, dalekich 
przestrzeniach, rwało ją naprzód!... Powodowana żywą naturą, tworzyła w myślach 
barwne obrazy, pelne fantazji. Bujała w lśniących wizjach, czując pewną ciasnotę 
w dotychczasowych warunkach. Po krótkiej walce wyjechała z ojcem poszukać posady 
nauczycielki. Wszelkie tłumaczenia rodziców nie odniosły skutków. W końcu ulegli 
sądząc, że to krótkotrwały kaprys, spowodowany pierwszym zawodem życiowym, ale 
obawiali się o wybór odpowiedniego miejsca. Szło dosyć trudno. Grymasiła Stefcia 
i pan Rudecki. Stefcia wydawała się niektórym paniom za ładną, szczególnie gdy 
same były pełne pretensji lub miały brzydsze córki. Po wielu niepowodzeniach 
posadę znaleziono. Baronową Elzonowską uroda Stefci nie raziła, przeciwnie — 
ujęła ją. Jednakże baronowa spytała dziewczyny, czy nie będzie się nudzić w 
Słodkowcach, gdyż mieszka tam tylko ona z córką, stary ojciec i również stary 
rezydent, dawny nauczyciel jej brata. Ale Stefcia pragnęła ciszy, nawet zgodziła 
się na warunek niepowrócenia do domu na wakacje. Przerażały ją odległe 
Słodkowce, jednak coś ją tam ciągnęło. Pan Rudecki, opowiedziawszy historię 
poprzedzającą wyjazd córki, prosił pani Elzonowskiej o troskliwą opiekę nad 
Stefcią, na co otrzymał obietnicę, wypowiedzianą dość wyniośle z odrobiną 
serdeczności. Niepokoiło go arystokratyczne pochodzenie baronowej. Arystokracji 
nie chciał dla córki, wiedząc, że nauczycielka nawet w obywatelskich domach bywa 
rozmaicie traktowaną. Drżał na myśl, że w wielkopańskim pałacu mogą jego Stefcię 
obrażać. Ale wiedział przy tym, że arystokracja rodowa jest wyjątkowo uprzejmą i 
że prawdziwy wielki pan starożytnego rodu zawsze jest grzeczniejszy od wielkiego 
pana parweniusza. Nazwisko baronowej uspakajało pana Rudeckiego. Zauważył w niej 
typ wielkiej damy, trochę sztywnej, lecz nie pozbawionej sympatyczniejszych 
stron. Uczennicę swą Stefcia poznała na miejscu. Lucia miała rok szesnasty. Dość 
wątła, wydelikacona i ładna dziewczynka, o bardzo jasnych włosach i niebieskich 
oczach, różniła się z matką powierzchownie i usposobieniem. Ze Stefcią zgodziły 
się. Wkrótce nastąpiła koleżeńska przyjaźń. Stefcia podniosła się z pnia i 
poszła w głąb lasu. — Czy ja tu wytrwam do końca? Oj, wątpię! — szepnęła. Jej 
miłość do Prątnickiego, błyskotliwa i wątła jak motyl żyjący krótko, zgasła. 
Niepokoiło ją teraz coś innego. Wszyscy byli dla niej dobrzy, szczególniej stary 
dziadek Luci, pan Maciej Michorowski, typ magnata, ale miły typ. Okazywał on jej 
wiele serca, nazywając Stenią. Mówił, że mu takie spieszczenie jej imienia 
przypomina dobre czasy z młodości. Stefcia nie wiedziała, jaki to rodzaj 
wspomnień, ale czuła dla starca wdzięczność za sympatię i ojcowską dobroć. Nie 
lubiła jego wnuka, właściciela Słodkowic, młodego ordynata Waldemara 
Michorowskiego. Mieszkał o dwie mile w ordynacji Głębowiczach i w Słodkowcach 
bywał często. Nie ominął nigdy sposobności, aby się z nią nie drażnić zuchwale. 
Ile razy on przyjeżdżał, Stefcia wpadała w najgorszy humor, złośliwe jego 
zaczepki zbywając milczeniem lub gniewem. — Ten mnie zmusi do opuszczenia 
Słodkowic — myślała z żalem. Stefcia, słysząc o nim same pochwały, zdziwiła się. 
— Więc tylko dla mnie jest takim?... Przypomina Prątnickiego, ale po 
zdemaskowaniu. Ten się nie krępuje, nie udaje idealnego; brutalność swej natury 
odsłania jawnie. A co lepsze: czy świat złudzeń czy świat marzeń, czy świat 
rzeczywistości?... To wszystko jak kwiat o pięknej barwie i czarownej woni. 
Barwa — to marzenie. Woń — to złudzenie. Rzeczywistość — to prosta łodyga i 
szara ziemia, z jakiej wyrasta. Młody Michorowski jest właśnie rzeczywistością, 
bez upiększeń. Stefcia biegała w lesie, unosząc się własnymi myślami. Każda 
sosna, polanka, nawet wiewiórki i kukułka przypominały jej Ruczajew i tęsknota 
do domu rosła... Pierwszy raz przerażona zapytała siebie, jak mogła zgodzić się 
na warunek, aby na wakacje nie powracać do rodziny. W bagnistym zakątku leśnym 
znalazła mnóstwo niezapominajek, jaskrów, gorąco żółtych pełników łąkowych i ze 
łzami w oczach zaczęła je zrywać. Całowała niezapominajki, bo jej przypominały 
olszynkę ruczajewską. Z pękiem zroszonych kwiatów zawróciła do ogrodu. Słońce, 
wzniesione już wysoko, wsiąkało w szczelinki pomiędzy liśćmi, zrzucając na 
puszystą trawę olbrzymi złoty niewód. Wtem na drodze środkowej w borku Stefcia 
ujrzała sunącego wolno jeźdźca. Aż drgnęła z gniewu. Był to Waldemar 
Michorowski. Jechał na pysznym, czarnym jak lawa wierzchowcu. Ładnie wyglądało 
na nim zamszowe siodło, żółty czaprak i uzdeczka. Koń arabski szedł z fantazją, 
nogi stawiając klasycznie, z wdzięcznie przegiętą szyją niespokojnie gryzł 
wędzidło. Ordynat siedział jak przymurowany, opięty w elegancki strój do konnych 
wycieczek, w długich botfortach. Wyglądał zgrabnie i postawnie. Jadąc stępa, 
młody pan, widocznie zamyślony, patrzał przed siebie, uderzając pejczem po 
końcach butów. Słońce nieciło iskierki na błyszczących ostrogach. Stefcia 
cofnęła się za drzewo, lecz nagłym ruchem spłoszyła z gałązki kraskę. Ptak 
zatrzepotał skrzydłami, kwiląc głośno. Michorowski spojrzał w tę stronę. Stefci 
krew uderzyła do głowy. — Zobaczył mię!... Boże!... że też ja go zawsze spotkać 
muszę! Przyklękła po rozsypane kwiaty, udając, że go nie widzi. Ale on już 
podjechał blisko, zdjął czapkę i zawołał żartobliwie: — Dzień dobry pani! Co 
pani tu robi tak rano? Gdzie pani zdobyła tyle kwiatów? Pośród tych drzew jest 
pani jak rusałka. — Toteż spotkałam wilkołaka — odparła z gniewem bez namysłu. 
On podniósł brwi i złośliwie uśmiechnięty odrzekł: — Owszem, chcę być 
wilkołakiem przy pani jako rusałce. Stefcia poczerwieniała gwałtownie. — Czy pan 
jedzie do Słodkowic? — zapytała chłodno. — Tak. Mam zamiar panią tam 
odprowadzić. — Ja sama trafię do domu. — Bardzo wątpię! Przede wszystkim nie 
udźwignie pani tego zielska. To waży cały pud. Muszę pani ulżyć. Zeskoczył z 
konia i z wytwornym ukłonem czekał na podanie ręki. Stefcia zawahała się, lecz 
podała mu ją wzburzona i prędko cofnęła. — Ależ nie objąłem palców pani... Nie! 
Stanowczo jestem zadżumiony! — zawołał rozkładając ręce komicznym ruchem. Miała 
go ochotę bić. Michorowski patrzał na nią z ironicznym uśmiechem. Ona drżała z 
gniewu pod spojrzeniem jego szarych oczu. Zebrawszy kwiaty, kiwnęła mu dumnie 
głową i rzekła odchodząc: — Żegnam pana. — Hm, pani jest energiczna, ale i ja 
muszę jechać do Słodkowic. Inna droga nie istnieje. Stefcia skręciła w las, 
wskazując na bielejący pas drogi. — Proszę, niech pan jedzie. — A pani? — Ja idę 
lasem. — Nie mogę pani zostawić w tej puszczy. Pani jest dziś tak nerwową, że 
zabłądziłaby łatwo. Postępował obok niej, prowadząc konia za uzdę. Stefcia 
zacięła wargi. Szła prędko, milcząc. On mówił wciąż głosem przesiąkniętym 
złośliwością: — Wie pani co? Niech pani siądzie na mego konia, a ja będę iść 
obok jak paź. Albo jeszcze lepiej: siądźmy razem. Na rusałkę i wilkołaka tak 
stosowniej. Stefcia nie odpowiedziała, przyśpieszając kroku. — Pani ode mnie 
ucieka jak od straszydła leśnego. Przecie ze mnie wcale ładny chłopczyk, co? Nie 
uważa pani? Żadnej odpowiedzi. — Aha! Milczenie jest znakiem potwierdzenia. 
Bardzo mię to cieszy! Oddała mi pani nareszcie sprawiedliwość. Skłonił się głową 
żartobliwie, z umyślną uniżonością. — Przede wszystkim jest pan źle wychowany — 
wybuchnęła Stefcia. — Doprawdy? Pierwszy raz słyszę! Zawsze uchodziłem za 
gentlemana. — Pan gentleman?! — zawołała ze śmiechem. Gniew zaświecił w jej 
oczach. Zmarszczył brwi i szarpiąc konia, przeszył ją oczyma. Ale trwało to 
chwilkę. Odparł z ironią: — W takim razie możemy sobie po koleżeńsku podać ręce, 
gdyż i pani nieuprzejma. — Panie ordynacie, czy pan uwolni mię dziś od swego 
towarzystwa? — O tak, pani: w Słodkowcach. — Boże! za co mię karzesz! — szeptała 
do siebie. Ordynat wybuchnął śmiechem. — Z czego się pan śmieje? Czy ze swej 
niedelikatności? — O nie, pani! Ale pierwszy raz widzę młodą pannę, którą 
widocznie przerażam. Jak mi Bóg miły, tak to dla mnie nowy objaw. — Pierwszy raz 
jest pan tak niegrzeczny dla młodej panny. Za wiele pan sobie pozwala. — Eee! 
pozwalałem sobie często więcej, ale w żadnej nie wzbudzałem tak panicznego 
strachu jak w pani. — Ja się pana boję? Pyszny pan jest! Ja pana... — Nie 
cierpię — dokończył. — Tak! — Dziękuję! Przynajmniej szczerze! Nikt na spowiedzi 
większej prawdy nie powiedział. Pani utopiłaby mię w łyżce wody. Kto by 
pomyślał, że w tak delikatnym stworzeniu tyle siedzi złości. Skandal! Pani mię 
nie cierpi! Ha! cóż robić! Możemy się pomordować w tym lesie, wolę odjechać 
samotnie. Gdyby mi pani wydrapała oczy, co powiedziałby na to cały świat 
kobiecy? Zabrakłoby krepy żałobnej w sklepach, liczba samobójczyń wzrosłaby 
zastraszająco, a panią skazałyby moje wielbicielki na gilotynę. Wskoczył na 
konia i wznosząc do góry czapkę, zawołał: — Do widzenia! Umykam! Zawrócił do 
drogi, uderzył konia ostrogami i pocwałował, roznosząc głośny tętent po lesie. 
Stefcia odetchnęła. — Nareszcie!... Pojechał... obrzydły cynik! Obraziłam go... 
Tym lepiej, nie będzie mi dokuczał. Spiesznie podążyła w stronę pałacu. Waldemar 
zrywał konia munsztukiem, smagał szpicrózgą i przez zaciśnięte wargi wyrzucał 
słowa ostre: — Romantyczka... przybiera poza królewny. Poczekaj! zdejmę ja twoją 
koronę!... Wolę diablice niż mniszki, ale nie mogę cierpieć, gdy diablica pozuje 
na westalkę. Wzruszył ramionami. — Ona podobna do księżniczki, a ja do szarana. 
W tym wypadku jestem szatanem... No... zobaczymy! I spiął konia ostrogami. II W 
ogrodowej altanie przy stoliku siedziała Lucia Elzonowska ze swą nauczycielką i 
słuchała z zajęciem wykładu literatury. Stefcia opowiadała barwnie 
najświetniejsze czasy piśmiennictwa w Polsce, przytaczając ciekawsze ustępy z 
dzieł sławnych poetów. Wymową i zapałem umiała porwać uczennicę. — Czy ty, 
Luciu, nigdy nie uczyłaś się literatury ojczystej? — spytała Stefcia, widząc 
zaciekawienie dziewczynki. — Owszem, coś tam, ale bardzo mało — odparła Lucia. — 
Poprzedniczka pani, panna Klara, dowodziła, że w naszej sferze trzeba umieć dużo 
języków obcych i obcą literaturę, o polskiej zaś mówiła, że mi się na nic nie 
przyda. — Czy panna Klara jest Polką? — Tak, ale to wielka arystokratka, 
przesiąknięta naszymi poglądami. — Jakież są wasze poglądy? — Nie wiem, czy 
potrafię wytłumaczyć, ale sądzę, że chyba polegają na... Nie, nie umiem tego 
powiedzieć. — Ja ci pomogę. Polegają na tym, aby mieć cześć dla wszystkiego, co 
francuskie, niemieckie, słowem obce, byle nie dla tego, co nasze, polskie. 
Nieprawdaż? — Skąd pani o tym tak dobrze wie? — Domyślam się. Czy twoja matka 
tak samo się zapatruje? — Naturalnie! Mama nie czyta nic po polsku, ze mną 
rozmawia tylko po francusku i wierzy jedynie w zagranicę. — A dziadzio? — 
spytała Stefcia. — O, dziadzio przeciwnie! Zawsze o to sprzeczki z mamą. 
Dziadzio mówi, że to wstyd zapomnieć o swojej narodowości — że każdy powinien 
najwięcej cenić i kochać to, co własne. Ale mamy te argumenta nie przekonują. — 
Twój dziadzio bardzo zacny człowiek. — Pani kocha dziadzia? — Szanuję go, ufam w 
jego rozum. — I dziadzio panią lubi, i ja to widzę. Ale... i Waldy jest tych 
samych poglądów. Dlaczego pani go nie znosi? — Moja Luciu, cóż mię pan Waldemar 
obchodzi? Lucia odrzekła ze śmiechem: — Wie pani, że między mamą a Waldym 
wieczne kłótnie. Teraz jeszcze pani przybyła. Biedny Waldy! — Kończmy lekcję — 
przerwała Stefcia. — Masz jeszcze napisać wypracowanie. Lucia zarzuciła jej ręce 
na szyję i rzekła pieszczotliwie: — To jutro, moja droga pani, Dziś nic nie 
napiszę, czuję to. Tak mnie pani zachwyciła literaturą, że o niczym więcej nie 
mogę myśleć. Musi mi pani dać do czytania coś naszego, a wszystkich Niemców i 
Francuzów schowam na dno szafy, niech ich tam mole jedzą. — Nie można wpadać z 
jednej ostateczności w drugą, moja Luciu. I obcych powinnaś poznać lepiej. — Ale 
naszych więcej, prawda? Dziś powiem o tym dziadziowi i Waldy, będą radzi. Waldy 
zawsze mię nazywał papużką... Często, przyjeżdżając, pytał: "Cóż tam papużkę 
nauczyli nowego?" Mama zaraz w dąsy, a panna Klara z milutkim uśmiechem mówiła: 
"Vous plaisantez, monsieur le conte" (fr. — Pan żartuje, panie hrabio). Bo ona 
go nazywała hrabią. Ale Waldy odpowiadał niby grzecznie, lecz z gniewem: "Nie 
jestem żadnym "conte". Raczy pani zapamiętać". — A cóż na to panna Klara? — 
Obrażała się. Do mnie mówiła: "Votre cousin est de t~estable. Il n~est pas sage" 
(fr. — Twój kuzyn jest obrzydliwy. On nie jest grzeczny) — i przez parę dni nie 
wychodziła do niego. Ale potem było znowu: "monsieur le comte", a Waldy ją 
przestrzegał. Tak trwało ciągle. — Widocznie pan Michorowski uważa za ulubiony 
sport dokuczanie nauczycielkom — rzekła Stefcia z przekąsem. — Ależ co znowu! 
Waldy nienawidził panny Klary, a ona się w nim kochała, ja wiem. Panna Klara to 
już zupełnie stara panna, ale w pretensjach. Jak tylko Waldy przyjechał, 
fryzowała włosy i pudrowała się, aż na suknię puder opadał. Waldy ją ogromnie 
wyśmiewał. Razu jednego na obiad przyszła upudrowana niemożliwie i opowiadała, 
że zwiedzałyśmy młyn turbinowy. Waldy, wówczas czegoś zły, rzekł bez wahania: 
"Znać to na pani". — "Dlaczego?" — spytała. — "Bo pani cała w mące". Wtedy 
gniewała się na niego przez tydzień. Stefcia wzruszyła ramionami, pomagając Luci 
składać książki i kajety, i myślała o smutnej doli nauczycielki, która w dodatku 
jest starą panną. O pannie Klarze słyszała już wiele rzeczy: kpili sobie z niej 
wszyscy, ile chcieli. Kiedyś może i ją będą wyśmiewać, choć nie jest starą 
panną. A Lucia powolnym głosem mówiła dalej, kręcąc jasną głową: — Chciałabym 
się kiedy zakochać, wie pani? To musi być przyjemne. Ale w kim? W Słodkowcach 
nie ma kandydata. Chyba pan Ksawery. Ha! ha! On ma za dużą łysinę i mówi do 
mnie: "moje dziecko". Bardzo tego nie lubię. Jest tu w Ożarowie hrabia Trestka, 
ale w nim się nie zakocham, bo ma taką gapiowatą minę. Zresztą on stara się o 
pannę Ritę. Ot! szalałabym napewno za Waldym, ale on jest moim wujecznym bratem. 
On bardzo przystojny, elegancki, ale za poważny, czasem się tylko rozdokazuje. — 
Moja Luciu, nie myśl o takich rzeczach — wtrąciła Stefcia. — Jesteś za młoda. 
Przyjdzie czas i na to. Im później, tym lepiej. — Pani tak mówi, bo sama z tego 
powodu miała dużo smutków. — Skąd wiesz? — Wiem od mamy. Stefcia poruszyła 
głową. — Mama czasem wszystko mi mówi, ale czasem nic. Zresztą cóż w tym złego? 
Przecież nie zawsze bywa taki koniec rozpaczliwy, zwykle doznaje się dużo 
szczęścia. — Ty już o tym wiesz? -spytała Stefcia ubawiona. — Ja, czytając dużo 
powieści francuskich, wiem, co znaczy miłość, lecz na sobie nigdy jej nie 
doświadczyłam. Kiedyś zapytałam Waldemara, co się wówczas czuje — bo on już może 
być doświadczony. — I cóż ci odpowiedział? Lucia machnęła ręką. — Ech, Waldy 
zawsze żartuje. Powiedział mi tak: "Kochać się to jest zupełnie to samo, co 
odrabiać lekcję arytmetyki" — bo wie, że najgorzej nie lubię rachunków. Pani 
mogłaby mi coś powiedzieć, ale pani nie powie. Będę czekać na podobne wiadomości 
z własnej praktyki. — Tylko nie zaprzątaj głowy oczekiwaniem. Powtarzam: to za 
wcześnie. Lucia zrobiła ruch, jakby sobie coś przypominając, i z wesołą mimiką 
szepnęła: — Już wiem! Otóż i zakocham się, nawet prędko, może za tydzień lub za 
dwa. Ma tu przyjechać praktykant, mówił Waldy. On ma takich kilku w 
Głębowiczach, z dobrych rodzin. I ten, co tu przyjedzie, jest podobno z dobrej 
rodziny, taki, co mu nic nie płacą i on nie płaci. Będzie mieszkał w pawilonie, 
ale jadał z nami. Chciał się tu dostać hrabia S., lecz podobno okropny laluś, 
więc Waldy odmówił. — A ten może nie zadowoli twego gustu? — rzekła Stefcia, 
myśląc o czym innym. — No, zapewne! Ale jeśli ładny, to się zakocham. W tej 
chwili wszedł do altany młody pokojowiec i rzekł służbowo: — Jaśnie pani prosi 
do stołu. Po czym, nie czekając rozkazu, zabrał książkę i niósł do pałacu z 
wielką czcią. W sali jadalnej, stylowej, z sufitem w płyty mahoniowe, wszyscy 
już byli zebrani. Pani Elzonowska, siedząc w krześle, oczekiwała na córkę. W 
ręce gniotła serwetę, miała wygląd zirytowany. Poruszała ustami z grymasem i 
podnosiła jedną brew prędko, co u niej oznaczało niezadowolenie. Obok niej 
siedział pan Maciej Michorowski, starzec osiemdziesięcioletni. Szczupły i trochę 
pochylony, robił sympatyczne wrażenie rozumnym wyrazem twarzy bladej, ozdobionej 
siwym wąsem i dwojgiem miłych szarych oczu. Rysami twarzy przypominał cesarza 
Franciszka Józefa i dziwną ufność wzbudzał w każdym. Pociągającym uśmiechem 
ujmował wszystkich, jakby mówiąc: "Szanujcie mię i kochajcie". Teraz słuchał 
wnuka, rozważając każde jego słowo. Staruszek widział w nim swe odrodzenie, 
młodość. Waldemyr, oparty o wysoką poręcz krzesła, rozdrażniony, ze 
zmarszczonymi brwiami, dowodził coś, na co się nie zgadzał, co oburzało panią 
Elzonowską. Czwartą osobą przy stole był pan Ksawery, emeryt, stary i łysy, 
wielki smakosz. Ten, widząc, że ordynat nie siada, stał również, z miną 
nieszczęśliwą. Nie zajmowała go rozmowa Waldemara z ciotką: on pożerał oczyma 
wazę, stojącą na bocznym stole, z której ulatywała woń zupy "~a la reine" (fr. — 
królewska). Zerkał strapiony na baronową i na wyfrakowanego lokaja. Lecz i ten 
oczekiwał hasła rozlewania zupy. Nareszcie Stefcia i Lucia weszły. Pani Idalia 
spojrzała bystro na Waldemara, dając mu do zrozumienia, że czas zakończyć 
rozmowę. Ale ordynat sam umilkł. Prędko podszedł do panien i ucałowawszy Lucię, 
skłonił się Stefci z wyszukaną elegancją. Ironiczny uśmiech od razu osiadł mu na 
ustach. — Po takiej poezji, jak las i kwiaty, spotykamy się przy prozaicznym 
obiedzie. Czy to pani nie razi? — spytał. Stefcia poczerwieniała. Jego słowa 
zniweczyły jej humor w jednej chwili. — Nie myślałam o tym — odparła chłodno. — 
Szkoda! A ja wątpiłem, czy panią zobaczę. W tej puszczy mógłby panią porwać jaki 
szczęśliwy wilkołak, połknąć żywcem lub unieść do swych komyszy. Bardzo rad 
jestem, że pani ocalała. — Czy i ty, Waldy, byłeś rano w borku z panną Stefanią? 
— spytała Lucia. Pani Elzonowska popatrzyła na Stefcię zmrużonymi oczyma jak 
szpareczkami i z odpowiednim grymasem ust spuściła je znowu na talerz. Waldemar 
zauważył przykrość na twarzy Stefci, spojrzał bystro na Lucię i odpowiedział 
swobodnie: — Jadąc przez las widziałem pannę Stefanię spacerującą. Stefcia 
uczuła wdzięczność dla niego. Służący obniósł zupę. Zaczęto ją spożywać w 
milczeniu. Takie ciche obiady zdarzały się tu rzadko, ale bywały ciężkie jak 
gradowa chmura. Stefcia poznała, że chmura i dziś wisi nad stołem. Pani Idalia, 
siedząc bez słowa, wyglądała, jak gdyby połknęła kij. Sztywna jej postać, chłód 
bijący z twarzy oziębiał i pana Macieja. Staruszek chciał rozweselić wszystkich, 
rzucał od czasu do czasu jakieś zdanie, ale rozmowa nie kleiła się. Zły humor 
pani domu działał przygnębiająco. Nawet pan Ksawery, chociaż nie tracił apetytu, 
spoglądał na baronową z obawą. Tylko ordynat zachował swobodę, lecz także 
milczał. Wypił dwa kieliszki starki. Po zupie lokaj ciągle dolewał maderę, 
zdziwiony, że młody pan ma tak wyjątkowe pragnienie. Po polędwicy Waldemar pił 
na umor burgunda, lecz zdziwienie służącego wzrosło, gdy podano szparagi. Zwykle 
ordynat nie lubił tej potrawy, ale dziś drugi raz kazał sobie podawać. Pani 
Elzonowska spojrzała z miną istoty wyższej, która by nie potrafiła dobierać 
jednej potrawy. Uważała to za nie estetyczne, w ich sferze niesłychane. Jej zły 
humor znalazł ujście, nie wytrzymała. Bez podniesienia oczu rzekła po francusku, 
głosem trochę syczącym, ciągnąc wyrazy: — Nie rozumiem, jak można dwa razy brać 
z półmiska. Bierze się tylko raz odpowiednią ilość dla zaspokojenia apetytu. Pan 
Maciej patrzał na córkę z wymówką w oczach. Nie rozumiał rozdrażnienia 
posuniętego aż do niegrzeczności. Ale Waldemar nie zawstydził się, przeciwnie, 
rozweseliło go to. Zerknął na ciotkę złośliwie, na Stefcię figlarnie, uśmiechnął 
się i zawołał do lokaja: — Jacenty! podaj mi jeszcze szparagi. Pani Idalia 
zacięła usta. Pan Maciej teraz na wnuka spojrzał z wymówką. Stefcia i Lucia 
wstrzymywały śmiech, tylko lekkie drgnienie kącików ust Stefci wskazywało, że ją 
ta scena ubawiła. Jednakże Waldemar to zauważył. Zaczął dowcipkować za panem 
Ksawerym, wreszcie rzekł: — Zapraszam pana do Głębowicz na całe lato, dobrze? 
Będzie pan miał wszystko, czego dusza zapragnie. Co dzień zupa "~a la reine", 
szparagi, bo ja pasjami polubiłem szparagi — co dzień gra w szachy, dziennik 
ilustrowany. Nawet na pańską intencję urządzę iluminację, którą pan tak lubi. 
Cóż, zgoda? Pan Ksawery wyjął z przepaścistej kieszeni surduta ogromną chustkę, 
dokładnie wytarł sobie łysinę i dopiero wówczas odpowiedział: — Co panu po mnie, 
panie ordynacie? Dobędę już w Słodkowcach. — W Słodkowcach będzie ktoś inny... 
młodszy. Pan nie potrafisz bawić dam! To, widzi pan, wyłączna zdolność. My obaj, 
apostołowie celibatu, trzymajmy się razem w Głębowiczach. Tu moja pani ciotka 
życzy sobie kogoś zabawniejszego. Pani Idalia wzruszyła ramionami. — Zechciej 
łaskawie nie narzucać mi własnych kaprysów — rzekła kwaśno. Waldemar poważnie 
pochylił głowę. — Zawsze jestem ma twoje usługi, kochana ciociu. Poczem rzekł do 
Stefci: — Pani wyrocznią, pani głosuje, czy pan Ksawery ma zostać w Słodkowcach, 
czy mam go zabrać do Głębowicz? — Moje zdanie zbyteczne — odparła Stefcia 
podrażniona. Waldemar utwił w niej szare, przenikliwe oczy z wyrazem trochę 
szatańskim. Potrząsnął głową i zawołał z udanym żalem. — Desperacja! Nie mam 
weny do pani. Co krok to rekuza! Pani jest dla mnie okrutną. Luciu, czemu nie 
nawrócisz panny Stefanii na moją stronę? Powinnaś tego dokazać. Dziewczynka 
spojrzała na matkę i spuściła oczy. Widocznie chciała coś odpowiedzieć, lecz 
surowa twarz matki onieśmieliła ją. Wtem przemówił pan Maciej, chcąc nadać innny 
kierunek rozmowie: — Czy będziesz nocował, Waldy? — Broń Boże! A to po co? Wydam 
ostatnie polecenia Kleczowi i jadę. Spojrzał na Stefcię i dodał: — Chyba panna 
Stefania zechce, abym został jako partner do tenisa. W takim razie zapominam 
dzisiaj o Głębowiczach i... — Waldy, proszę cię, nie żartuj — przerwał pan 
Maciej, bardzo niezadowolony. — Ależ ja wcale nie żartuję! Panna Stefania może 
mię skłonić do zostania. Więc... słucham wyroku? I pochylony patrzał na Stefcię 
zuchwałym wzrokiem. — Słucham wyroku! — powtórzył. — Stefcię oblała gorąca krew 
oburzenia. Z jaką przyjemnością cisnęłaby w twarz tego magnata serwetką lub 
talerzem Podniosła na niego oczy pełne gniewu i odrzekła: — Mówiłam panu, że nie 
grywam w tenisa, i jeszcze raz to powtarzam. — Ach! więc zostanę nauczycielem 
pani. Ręczę za świetne rezultaty. — Zbytek łaski — rzuciła gniewnie. Wldemar 
mówił dalej: — Pani jest niesłychanie do twarzy w koralach. Wyglądają 
apetycznie, jak dojrzałe wiśnie. Gdybym był wróblem, nie odpędziłaby mię pani od 
siebie, objadłbym wszystkie. Tymczasem tylko ślinkę łykam. Stefcia zbladła, 
zagryzła usta i obrzuciwszy Waldemara chłodnym wzrokiem, spuściła oczy. Obiad 
skończył się. Baronowa wstała nie spojrzawszy na nikogo i prędko wyszła z sali. 
W Słodkowcach przy powstaniu od stołu nie dziękowali sobie. Taki panował 
zwyczaj. Stefcię on raził i stale oddawała wszystkim ogólny ukłon. Pani Idalia z 
zasady na ukłon taki nie odpowiadała, a pan Maciej zawsze nawet podawał Stefci 
rękę, co ją krępowało ze względu na panią Idalię. Ordynat dla dokuczenia ciotce 
i dla własnej przyjemności również podawał Stefci rękę, wiedząc, że ją tym 
rozgniewa. Ale dziś Stefcia, chcąc uniknąć podziękowała, powstała prędzej od 
baronowej i skłoniwszy się ładnie głową panu Maciejowi, podążyła w stronę drzwi. 
Waldemar zręcznie zastąpił jej drogę i wyciągając dłoń przemówił: — Dziękuję 
pani za miłe vis_~a_vis. Stefcia cofnęła się i nie podając mu ręki przeszła, 
nawet na niego nie patrząc. Młody magnat patrzał na Stefcię zdumiony. Kiedy 
znikła za drzwiami, szarpnął ładne złotawoblond włosy i nic nie mówiąc poszedł 
do swego gabinetu. Usiadł na fotelu przed biurkiem, wyjął z kieszeni kosztowną 
cygarniczkę, wydobył cygaro i zaczął zapalać z nadzwyczajną uwagą i 
namaszczeniem. Pełne, barwne, zmysłowe usta wydymał lekko, pykając z cygara 
błękitnym dymkiem. Z brwią namarszczoną siedział, z widocznym skupieniem w 
szarych oczach. Świeciły w nich złowrogie płomyki. Po chwili poruszył się, 
wsunął ręce w kieszenie, założył nogę na nogę i rozparty wygodnie w fotelu, 
rzekł głośno, nie wyjmując z ust cygara: — Po prostu dała mi w pysk. Ubawiony 
własnymi słowami, szepnął znowu: — Zuch dziewczyna! Ale temperament ma 
piekielny!... III W parę godzin potem ordynat powstał od biurka i podając rękę 
rządcy rzekł grzecznie: — Skończyliśmy. Jeśliby zaszło coś niespodziewanego, 
proszę telefonować, będę cały czas w domu. Rządca Klecz skłonił się z 
uszanowaniem, z pewną czcią dotykając ręki Michorowskiego, zapytał zdziwiony: — 
Pan ordynat nie prędko będzie w Słodkowcach? — O tak! do tygodnia, może dłużej. 
— W takim razie muszę jeszcze trudzić pana w jednej kwestii. — Proszę. — Chcę 
mianowicie spytać, jaką czwórkę przeznacza pan ordynat na wyłączny użytek 
pałacu: karą, kasztany czy gniade? — Dlaczego pan o to pyta? — Bo kare są to 
konie bardzo delikatne. Pani baronowa często jeździ do Szal, do hrabstwa 
Ćwileckich. To jest przecie cztery mile i nietęga droga. Konie, do naszych dróg 
przyzwyczajone, przychodzą jak haki. Pani baronowa ostro jeździ. Ja sam nie mogę 
przedstawić, ale wolałbym, żeby jedna czwórka była wyłącznie przeznaczona dla 
rozjazdów, bo wówczas już bym nie odpowiadał za konie. Waldemar słuchał prędkiej 
mowy rządcy, przekładając papiery na biurku. Podniósł głowę, spojrzał na Klecza 
ze zdziwieniem i rzekł spokojnie: — Przede wszystkim stangret odpowiada za konie 
po takiej wycieczce, nie pan. Klecz zmieszał się. — Tak, właściwie. Ależ ja mogę 
odpowiadać za to, że je daję. Michorowski przesunął ręką po czole i rzekł z 
akcentem: — Proszę pana, czy mej ciotce wszystko jedno, jakimi końmi jedzie? 
Klecz zmieszał się mocniej. — Nie, pani baronowa zawsze sama dysponuje i 
rozmaicie: czasem kare, czasem kasztany. — A więc musi pozostać tak, jak jest. 
Klecz zrozumiał, że niezręcznie poruszył tę sprawę i że powinien już odejść. 
Spojrzał na ordynata: widok jego zsuniętych brwi i wydętych ust dotknął rządcę 
niemile. Oczów ordynata nie widział, gdyż były spuszczone na papiery, ale 
domyślał się, że wyraz ich nie jest zachęcający. Klecz zawsze podziwiał 
grzeczność tego magnata względem podwładnych. Lecz wiedział, że zmarszczenie 
brwi, charakterystyczne wydęcie ust i wielkopańskie zaniedbanie w całej postaci 
nie jest u niego oznaką zbyt dobrego humoru. Rzekł z ukłonem: — Przepraszam, że 
się ośmieliłem. — O, proszę pana! — odrzekł Michorowski szczególnym tonem jakby 
przebaczenia i zarazem oburzenia za te przeprosiny. Wypowiedział te słowa 
wspaniałomyślnie i karcąco. Podniósł przy tym głowę i błyskawicznie spojrzał na 
Klecza. Ten pragnął już nie być w gabinecie. — Moje uszanowanie — rzekł 
kłaniając się powtórnie. — Do widzenia! — rzucił ordynat krótko, z odpowiednim 
kiwnięciem głowy. Podniósł przy tym brwi nerwowym ruchem. Klecz wyszedł. Ordynat 
odetchnął. — Wiecznie skargi na ciotkę — mruknął zły — i zawsze Klecz. No, ale 
już dziś zrozumiał. Nie lubię dawać takich nauk. Przeszedł się po gabinecie i 
pokręcił głową. — Ten ją lubi! — rzekł prawie głośno. Zjawił się kamerdyner 
Jacenty. — Starszy pan prosi jaśnie pana do siebie. — Dobrze. Każ siodłać konia. 
Pan Maciej czytał u siebie w gabinecie, zagłębiony w staroświeckim fotelu. Na 
widok wchodzącego wnuka położył księgę na stoliku. — Przepraszam, że cię 
wezwałem. Chcę z tobą pomówić. Może byłeś zajęty? Waldemar uśmiechnął się. — 
Choćby nawet. Czy nie uważasz, dziadziu, że jesteś pierwszym? Staruszek podał mu 
rękę. — Dobry jesteś, bardzo dobry. Tym bardziej mi przykro, że ci muszę dać 
burę. Siadaj tu, nieznośny chłopcze. Wskazał mu fotel, stojący naprzeciw. 
Waldemar nie usiadł. Przez okno zaglądał do parku, gdzie śpiewały słowiki. 
Spytał z żartobliwym zabarwieniem w głosie: — Doprawdy? Cóż zawiniłem? — Mój 
drogi chłopcze, niepotrzebnie drażnisz Idalkę. — Ach, więc już ciotka dziadzia 
przekabaciła. Winszuję! — Ale cóż znowu mój Waldy! Tylko widzisz, ja nie lubię 
nerwów a ona je posiada w wysokim stopniu. Gdy je podrażnisz, mamy takie obiady 
jak dzisiejszy, co miłym nie jest. — No dobrze. Ale ostatecznie jakiego zdania 
jest dziadzio? — spytał Waldemar porywczo. — Ja stanowczo trzymam twoją stronę. 
Ten hrabia S. jest niepoczytalny. Idalka sądzi inaczej. Ona mówi, że powinniśmy 
zawsze trzymać się naszej sfery i dopomagać jedni drugim, zamiast szukać obcych 
bogów. Po części mówi prawdę, ale w tym wypadku... Waldemar wybuchnął ironicznym 
śmiechem. — Wspaniała teoria! Altriuzm ciotki rozczula mię! Ale to jest 
pseudoaltruizm. Ciotce ten hrabicz zaimponował, jakby sama była parweniuszką. 
Hrabia S. praktykantem w Słodkowcach — to ciotkę łechcze. Ale ja jestem 
krańcowym egoistą i takiego poliszynela nie wezmę na praktykanta, po części 
swego pomocnika. Ja szukam nie sfery, lecz tęgości, energii, o czym ten pan 
pojęcia nie ma. Że jeden z praktykantów w Głębowiczach jest hrabią, to nie 
dowodzi, bym szukał drugiego i brał bez względu, jaki on. Tamten w Głębowiczach 
pracuje jak każdy inny, a hrabia S. jest do niczego. Może ciotka myśli, że 
praktykant będzie tu odgrywał rolę panicza na wodach, będzie grywać w tenisa, w 
bilard i czytać głośno romanse francuskie. Pewnie, do takich zajęć hrabia S. 
byłby zdolnym, ale ja wymagam praktykanta innego i takiego mieć muszę. Zresztą 
już mam, jest umówiony, a umowy nie zerwę dla... idiosynkrazji ciotki. Mówił 
żywo, gestykulując i chodząc po gabinecie. Stanął przy oknie. — Czy dziadzio 
wie, jaką ja odbywałem praktykę u książąt Łozińskich po skończeniu Halli? — 
spytał gwałtownie. — Jeśli hrabia S. jest zdolny do podobnej, niech przyjeżdża 
zadowolić ambicję cioci. Pan Maciej machnął ręką. — Dajże spokój, znam dobrze 
tego gagatka. Uperfumowany laluś, ma dwadzieścia lilka lat i już sporą łysinę. 
Sama tualeta zajmuje mu pół dnia czasu. Byłby ci zawadą, nie pomocą. — Eee! ja 
bym nie robił ceremoni. Nie chcesz, paniczu, wstawać o piątej, to jazda do Monte 
Carlo na ruletkę. Ja chcę, aby moi praktykanci korzystali. W Słodkowcach i 
Głębowiczach mają do tego wielkie pole. Ale brać pierwszego dudka nie mam 
zamiaru. Ten S. nie skończył żadnej szkoły rolniczej. Cóż on chce, żebym mu 
wykładał agronomię od a do z, a to wtedy, jak mu przyjdzie ochota lub jak go 
znudzi tenis? Podobnym filantropem dla sfery nie jestem. Niech ciotka założy tu 
szkołę dla takich filistrów, sferzystów, gogów, tenisistów, a wówczas ja poślę 
karetę po hrabiego obitą poduszkami, żeby się nie rozbił jak pusty flakonik od 
perfum. Pan Maciej zaśmiał się. — Tego by tylko brakowało, żebyś to Idalce 
powiedział. — A powiem! Jeśli ciotka zacznie mi wmawiać miłość do naszej 
wyłysiałej sfery, to powiem. Na szczęście mieszkam w Głębowiczach, mogę tu 
rzadziej bywać, jeśli tak ciotkę irytuję. — No, mój drogi, nie myśl o tym. Ale 
wiesz co? Ten pan praktykant mógłby naprawdę mieszkać w Głębowiczach i byłby 
spokój. Jak myślisz? — Ależ w Głębowiczach mam trzech praktykantów, a tu 
żadnego. Wreszcie z Głębowicz do Słodkowic jest z górą dwie mile, więc tam 
jeździłby na obiady i noclegi? Głupstwo! To jest niemożliwe! — Więc może niech 
jada u Klecza? Waldemar usiadł i pochylony do pana Macieja rzekł poważnie, 
biorąc go za rękę: — Dziadziu, proszę być szczerym: czy dziadzio to mówi pod 
wpływem ciotki, czy z własnej niechęci, aby ten praktykant przebywał z nami? 
Jeśli dziadzio sam tego nie życzy, jeśliby mu to sprawiło przykrość, proszę 
mówić otwarcie. Cofnę umowę z tym panem i rzecz skończona. Tobie, dziadziu, nie 
chcę przyczyniać przykrości. Pan Maciej objął wnuka, ucałował go serdecznie i 
rzekł: — Jesteś, Waldy, bardzo kochanym chłopcem. Dziękuję ci za troskliwość. 
Będę szczerym: ten pan nie sprawi mi najmniejszej przykrości, owszem, lubię 
towarzystwo młodych. Zresztą wiem, że nie przyjmujesz człowieka bez wychowania, 
bo ci na to nie pozwoli twój własny smak, dobry, wytworny gust. Ja nic nie mam 
przeciw temu, nawet podzielam twe zdanie. My powinniśmy cywilizować, wszczepiać 
dobrą rasę w mniej rasowych, podnosić kulturę — a skoro jesteśmy do tego zdolni 
i powołani, nie możemy się usuwać, to nasz obowiązek jako przewodników w 
społeczeństwie. Hrabia S. nie skorzystałby u nas, a ten pan z pobytu w naszym 
gronie może wynieść dużo atomów, które z czasem mogą być dla niego pożytkiem, 
upiększeniem w życiu, za co pozostanie nam wdzięcznym. Waldemar wiedział, że 
dziadek mimo trzeźwości i rozsądku był zagorzałym fanytykiem własnej sfery i 
cześć dla niej posuwał aż do fetyszyzmu. Wyobrażał sobie, że arystokracja jest 
batutą w ręku Boga, że kieruje masą ludzi niżej umieszczonych, orkiestrą 
ludzkich wrażeń: że nadaje im odpowiednie hasło, każe tłumom patrzeć na siebie, 
zmusza do kierowania się śladem jej ruchów. Jednej wady pan Maciej nie mógł 
darować swej fikcyjnej batucie! To jest zamiłowania do cudzych farb, co ją 
czyniło podobną do maskaradowej pstrokacizny, zakrywającej właściwy grunt. Na 
wzmiankę pana Macieja, że obcując z nimi, ludzie innych sfer mogą korzystać 
wiele, Waldemar zawołał z humorem: — A tak, skorzysta, będzie nam wdzięczny. Po 
co ma nabywać atomami? Może przejąć gremialnie nerwy i kwasy ciotki, jej 
wytworne i dystyngowane minki. Nauczy się makaronizować, uważać zagranicę za 
wyrocznię, dowie się, że człowiek, który szanuje swą godność, powinen uważać 
literę "r" za barbarzyński zabytek w alfabecie; wreszcie przekonamy go, że można 
być skazanym na utratę czci i honoru nie tylko po spełnieniu podłości, ale i 
za... dobieranie drugi raz z półmiska. Wspaniałe nabytki cywilizacji, "in summo 
gradu!" (łac. — w najwyższym stopniu). Pan Maciej, zarażony żartobliwym głosem 
wnuka, śmiał się również. Wszystkie punkta wyszydzane przez Waldemara raziły go 
w córce. Zgadzał się jedynie w bałwochwalczej czci dla arystokracji, lecz i tę 
pojmował inaczej. — Mój chłopcze — rzekł z uśmiechem — mówiłeś tylko o Idalce, a 
czymże ja cywilizować bym potrafił? — Och! dziadzio wywołuje komplimenty. 
Gdybyśmy byli wszyscy do dziadzia podobni i do babki Podhoreckiej, sądziłbym o 
nas inaczej. Wówczas może stałbym się kapłanem składającym ofiary na ołtarzu 
naszej sfery. Śpiewałbym na naszą cześć hejnały i byłbym pionierem naszych 
czcigodnych haseł, ultrahumanitarnych zasad, wyborowej etyki. Lecz ponieważ u 
innych nie widzę nic podobnego, więc nie śpiewam wraz z ciotką hymnów 
pochwalnych. Wysokie czoło starego magnata zmarszczyło się, spuścił głowę i 
westchnął ciężko. Słowa wnuka wywołały w jego duszy niepokojący szept. Coś w 
sumieniu cichutko się odezwało, jakaś mała komórka wspomnień, pokryta pleśnią, 
drgnęła sprawiając ból. Tę smutną chwilę życia można by wytłumaczyć młodością, 
ale pan Maciej nie należał do ludzi, co dla złagodzenia własnych błędów 
wynajdują powody i stawiając je przed sobą jak barykady, żyją spokojnie. 
Siedział zamyślony, milczący, aż zwrócił uwagę Waldemara. Ordynat przystanął 
obok dziadka i zaglądając mu w twarz zapytał z uśmiechem: — O czym dziadzio tak 
marzy? wolno wiedzieć? Słowiki wprawdzie do tego usposabiają, bo na przykład ja 
nie jestem romantykiem, a słucham tych ćwierkań z przyjemnością. Gdyby nie 
perspektawa kolacji w towarzystwie cioci, zostałbym na noc, ale ta myśl odbiera 
mi humor i apetyt. — Bo też zostań! Co tam Idalka! Pogodzicie się z sobą. — Nie, 
wolę jechać! Wszyscy mię dziś zmęczyli, nawet i ta makolągwa, ta królewna 
przebrana za pasterkę. — Co za makolągwa? Jaka pasterka? — Ano ta — panna 
Stenia... Pan Maciej drgnął. — Stenia? Co ty mówisz, Waldemarze? Ordynat 
spojrzał zdziwiony. — Mówię o pannie Stefanii Rudeckiej. Dziadzio ją przecież 
tak nazywa. — Ach, ta!... Istotnie tak ją nazywam, bo to ładnie. Ale czymże ona 
ci dokuczyła? Ty raczej męczysz ją zawsze i dziś także. Waldemar zaśmiał się 
głośno. — Och! nie zmęczę jej, to ostrodzioba! — Jednak źle robisz, Waldy, że ją 
drażnisz. Miłe to i bardzo dobre dziecko. Jest z dobrej rodziny i wiesz przecie, 
w jakich warunkach została nauczycielką. Pracuje pilnie, choć to nie jej fach 
właściwy. Trzeba to cenić. Po co jej robić przykrości? — A cóż, kochany 
dziadziu, jeszcze jedna cecha naszej sfery: robić sobie zabawkę z takich istot 
zabłąkanych wśród nas, mieć je za przedmiot żartów, ostrzyć na nich dowcip. Pan 
Maciej popatrzył na wnuka z obawą. — Wątpię, żebyś tak mówił na serio. — Owszem, 
zupełnie serio mówię. To także jeden klejnot z drogocennego skarbca naszych 
przymiotów. — Waldy, co tobie dziś jest? — Jestem wyjątkowo prawdomówny. — 
Jesteś tylko rozgoryczony i skutkiem tego niesprawiedliwy nawet dla siebie. 
Niezdolnym byłbyś do zabawy, o jakiej wspominasz. — Być może. Zresztą wszystko 
mi jedno. — Więc czemu tak postępujesz? Waldemar podniósł rękę do góry. — Dla 
tradycji, kochany dziadziu! — Ech! zawsze kpisz. — Więc powiem prawdę. Ja jej 
nie cierpię! — Kogo? Panny Steni? — Tak, jej we własnej osobie. — Za co? Takie 
to piękne, dobre, inteligentne! Waldemar wzruszył ramionami. — Prawdopodobnie za 
to samo, za co i ona mnie. Czy ja wiem, za co? Mniejsza o to. Muszę jechać, 
konia dawno oprowadzają. W nocy zajadę do Głębowicz. Za tydzień przyjeżdżdam z 
praktakantem, ku wielkiemu zadowoleniu cioci. — Jak to! wcześniej nie będziesz? 
— Zapewne. Mam dużo zajęcia. Pan Maciej uścisnął serdecznie wnuka. — Jakże ty 
sam pojedziesz? Czemu nigdy nie weźmiesz masztalerza? — Nie lubię mieć za sobą 
gapia. — Weź stajennego. — Ależ, dziadziu! czy jestem dzieciak, żebym się miał 
bać nocy? Uścisnął dziadka, wyprostował swą męską postać i zaśmiał się głośno. — 
Idę pożegnać ciocię. Ale czy mię nie zrzuci ze schodów? — Dajże spokój. Idalka 
śpi. Pożegnam ją od ciebie. — Tym lepiej. Do widzenia! Waldemar wyszedł z 
gabinetu. Pan Maciej widział przez okno, jak wskoczył na konia i ruszył kłusem. 
Za nim w podskokach biegł duży, pyszny dog Pandur, ulubieniec ordynata. W bramie 
Waldemar spotkał Stefcię i Lucię, wracające ze spaceru. Lucia zaczęła coś mówić, 
a Stefcia na jego ukłon odpowiedziała skinieniem głowy i szła wolno w głąb 
dziedzińca, nie uważając na niego. Lucia wkrótce podążyła za nią. Waldemar stał 
w bramie, patrząc uporczywie na Stefcię, dopóki nie znikła mu z oczu. Wówczas 
uderzył konia szpicrózgą, świsnął na psa i pomknął jak wicher. Pan Maciej 
uśmiechnął się. — Mówi, że jej nie cierpi, a jednak interesuje go — szepnął do 
siebie. IV Życie Stefci płynęło w Słodkowcach spokojnie. Lekcje, rozmowy z 
Lucią, muzyka, spacery i czytanie wypełniało każdy dzień. Panią Idalię Stefcia 
widywała najczęściej przy stole, w innych godzinach dnia można ją było spotkać w 
gabinecie. Rozłożona wygodnie na szezlongu lub na bujającym fotelu, czytała, 
ciągle czytała. Na stolikach, konsolach, krzesełkach walało się pełno dzieł 
Jakuba Rousseau, Zoli, Dumasa, Bourgeta, nawet Voltaire~a obok Rochefoucaulda i 
Chateaubrianda. Najwięcej książek francuskich — czasem błysnął Dickens, Walter 
Scott lub zamajaczył Shakespeare. Niemieckie tomy spotykało się rzadko, z 
polskich ani jednego. Pani Elzonowska wystarczała sobie najzupełniej. Córkę 
oddała pod opiekę Stefci, rzadko udzielając jej posłuchania. Ojca pani Idalia 
odwiedzała jedynie w chwilach dobrego humoru, grywając z nim w szachy. W takich 
razach znosiła nawet obecność pana Ksawerego, codziennego partnera. Bywały dnie, 
że pod wpływem wrażeń zaczerpniętych z literatury stawała się przesadnie czułą 
dla córki, ojca, nawet dla Stefci. Z miłym uśmieszkiem wypytywała ją, czy jej 
czego nie brak, i po takim występie była przekonaną o swej anielskości. 
Wyjeżdżała często do Szal, do siostry męża, hrabiny Ćwileckiej, lub do 
Obronnego, gdzie mieszkała księżna Podhorecka, babka Waldemara po kądzieli. 
Więcej sąsiedztw Słodkowce nie posiadały, gdzie by pani Idalia mogła bywać bez 
uchybienia sobie w jej przekonaniu. Kilka domów obywatelskich odwiedzało 
Słodkowce, uważając to za obowiązek towarzyski, a głównie dla dogodzenia własnej 
ambicji. Pan Maciej przyjmował ich uprzejmie, pani Idalia grzecznie, ale 
rewizytował ich tylko Waldemar. Pana Macieja tłumaczył wiek, panią Idalię własny 
pewnik: "Pas pour moi" (fr. — nie dla mnie), co wszyscy rozumieli, wmawiając w 
siebie, że pani Idalia często cierpi na nerwy. Jadąc do Szal lub do Obronnego, 
wstępowała czasami do sąsiadów będących poza obrębem jej dążeń. Ale nie 
zapominała nigdy nadmienić, że tylko wstąpiła, jak w jej słowniku brzmiało: "par 
politesse" (fr. — z grzeczności). Pani Idalia miała swe zasady wyłączne. W 
Słodkowcach goście zdarzali się często, z nieuprzywilejowanych jedni dążyli tam 
w celu odwiedzenia pana Macieja, innych wiodła próżność, a jeszcze innych 
nadzieja zastania ordynata. Ten młody magnat i milioner miał na siebie zwrócone 
oczy całej okolicy. Przedstawiał partię jedną z najpierwszych w kraju, dla wielu 
niedoścignioną. To tłumaczyło u niektórych żywą sympatię dla pana Macieja oraz 
łatwe składanie na nerwy i migrenę niechęci pani Idalii do życia towarzyskiego. 
Stefcia pomimo pracy tęskniła za domem. Listy jej nie wystarczały, ogarniał ją 
smutek. Obie z Lucią często widywały pana Macieja, odwiedzając go w jego 
gabinecie. Stary ten człowiek dziwnie ją rozrzewniał. Miał nadzwyczaj miły 
uśmiech. Rozmawiając z nim doznawała złudzenia, że to nie arystokrata z tej 
samej sfery, co pani Idalia. Nawet urządzenie jego mieszkania różniło się od 
urządzenia pałacu. Wszystko tu było staroświeckie, ale wesołe i bez sztywności 
panującej w wytwornych salonach przesiąkniętych etykietą. Pan Maciej często 
przesiadywał w ogrodowej altanie, słuchając czytania Stefci. Lubił jej muzykę. O 
szarej godzinie grywała mu Chopina i ulubione arie z oper. Stefcia dogadzała 
staruszkowi, z każdym dniem przywiązując się do niego więcej. Ale pan Maciej 
wpadał w melancholię, gdy Waldemar długo nie przyjeżdżał. Tęsknił do wnuka, bo 
jego wesołość, młodzieńcza postać pełna życia ożywiała starca. Cieszył go widok 
jednego potomka ich rodu z linii głębowickiej. Po tygodniu nieobecności swego 
ulubieńca pan Maciej zaczął już wpadać w smutny nastrój. Nie bawiły go szachy 
ani czytanie, nawet muzyka Stefci. Słuchał z roztargnieniem nokturnu Chopina, 
kręcąc się niespokojnie w fotelu, posyłał Lucię do okna, czy nie jedzie 
Waldemar. Na przeczącą odpowiedź mruczał: — Co to jest? Co to znaczy?... Gdy 
Stefcia skończyła grać, podziękował jej i poszedł do siebie. — Dziadzio dziś 
smutny — rzekła Lucia — a czy pani wie, dlaczego? Bo Waldy marudzi z przyjazdem. 
Dziadzio go okropnie kocha. — Niechby już przyjechał — odrzekła Stefcia. Lucia 
poszła do matki, Stefcia do swego pokoju. Stanęła w otwartym oknie i z rozkoszą 
pochłaniała oczyma grę promieni słonecznych, dziergających w złote nitki 
rozpyloną wodę fontanny. Z cichym szumem spadała fala kamiennego basenu, jak 
różowo_złota chmurka, strzepując drobne kropelki na rosnące obok kwiaty. A one 
zdawały się podnosić spragnione główki, barwne, pachnące. Słońce przesuwało 
czerwony krąg ku zachodowi, sypiąc na ziemię jaskrawe pyły. Oblewało ciepłym 
tchnieniem pysznie rozwinięte drzewa i wspaniałe dywany aksamitnych roślin. Była 
w powietrzu promienność, lenistwo nadchodzącego wieczoru, rozmarzająca 
ociężałość. Spokój wiał z natury w powodzi gorącego światła, bez podmuchu 
wiatru. Nagle w ciszę, mąconą jedynie chórami ptaków i szeptem fontanny, wpadł 
inny głos. Najpierw rozległ się turkot kół, tupot wielu koni, wreszcie 
zabrzmiały wesołe głosy ludzkie i zza gęstwiny krzewów wjechało na żwirowany 
podjazd pałacu kilka pojazdów. Pierwsze powozy zaprzężone w czwórki były 
poważniejsze, wolant i brek wypełniony po brzegi wyglądały weselej. Rozmowy i 
śmiechy dochodziły głównie z breku. Tam jasne kapelusze i suknie pań zaćmiewały 
sobą ciemne sylwetki panów. Stefcia, cofnięta w głąb pokoju, patrzała ciekawie. 
Powozy stanęły przed gankiem, brek i wolanty zatrzymały się w szeregu i 
naprzeciw jej okna towarzystwo zaczęło wysiadać. Wtem spojrzeli w stronę wjazdu. 
Panie, wymachując parasolkami, wołały: — Spóźniony! Spóźniony! pobiliśmy pana. 
Po bielejącej wśród trawników drodze pędziła wyciągniętym kłusem czwórka w lejc 
karych lśniących koni, kierowana przez ordynata. Siedział na koźle małego jak 
cacko wolancika i unosząc w górę kapelusz wymachiwał nim na powitanie. Na 
siedzeniu przyczepiony jechał stangret w czarnej liberii z czerwonym. Waldemar 
obok breku zatrzymał konie prawie na miejscu, a łagodnie. — Prześcignęliście 
mnie państwo — wołał rzucając lejce stangretowi. — Ale proszę pamiętać, że jadę 
cztery mile. To coś znaczy. Przy tym Brunon lazł jak żółw, musiałem go zsadzić z 
kozła i wówczas zacząłem was dopędzać. To mi musicie przyznać. — Konie pańskie 
ogrzewały nam plecy oddechem — zawołała młoda przystojna panna o minie zuchwałej 
i wesołych oczach. Próbowałam je gładzić, ale zbrudziłam tylko rękawiczkę. O, 
niech pan patrzy! I wyciągnęła do Waldemara rękę opiętą w jasną dunkę. — 
Przepraszam, to nie brud, tylko pot koński. Moje konie są zawsze przeczyste — 
odrzekł Waldemar. — Pan się kocha w swych koniach, prawda? — Tak, to jedyna moja 
miłość. — Bez wzajemności — dodała młoda panna z wdzięcznym uśmieszkiem. — 
"Voyons, monsieur, vous avez de la chance!" (fr. — Ależ pan ma szczęście!) — 
zawołała jedna z pań. Waldemar ukłonił się żartobliwie. — Jestem rozczulony, 
szanowne panie. Nie rozumiem tylko, po co tu stoimy. Rada starszych dawno w 
objęciach ciotki. Chodźmy również. Towarzystwo znikło w ogromnych drzwiach 
głównej sieni. Waldemar szedł ostatni, trochę się ociągając. Kiedy mijał okno 
Stefci, zwolnił kroku i spoza lip rzucił prędkie, ciekawe spojrzenie. Stefcia 
myśląc, że wszyscy przeszli, wyjrzała również i spotkali się oko w oko. 
Dostrzegła jego zaciekawienie. Na jej widok spoważniał, zdjął kapelusz i poszedł 
dalej. Stefcia postanowiła nie wychodzić. Nikt jej nie zna, a przynajmniej 
uniknie żartów Waldemara, może i docinków pani Idalii, bo to był dzień jej złego 
humoru. Uszczęśliwiona własnym pomysłem, Stefcia zaczęła nucić. Z góry dochodził 
przytłumiony gwar głosów męskich i kobiecych. Czasem dźwięknął fortepian krótko, 
urywanie, jakby ktoś przechodząc uderzył parę akordów. Niekiedy zabrzmiał głos 
dominujący, a potem głośny wybuch śmiechu. Widocznie bawiono się tam doskonale. 
Po godzinie do pokoju Stefci wpadła Lucia zdyszana, zarumieniona i zaczęła mówić 
z niebywałym ożywieniem: — Czy wie pani, szesnaście osób przyjechało, licząc z 
Waldym. Jest i ciocia Ćwilecka z córką Michalą, bo Pauli nie ma w domu, i 
księżna Podhorecka, babka Waldemara, i młodzi księstwo Podhoreccy, i Żyżemscy, i 
hrabia Trestka, i dużo, dużo gości. — Skądże tak nagły zjazd? — A tak sobie, 
taki traf. Wszyscy do nas jechali osobno i na drodze dopiero połączyli się. 
Najwięcej osób z Obronnego: jeden powóz i brek. Waldy jechał także do nas i jego 
spotkali. On nawet chciał prześcignąć brek, ale przegrał. Teraz się z niego 
pannna Rita wyśmiewa. — Któż to panna Rita? — Szeliżanka. To jakaś kuzynka czy 
przyłatana siostrzenica księżnej Podhoreckiej, ale że sierota, więc stale 
mieszka w Obronnem. Ona tu bardzo często przyjeżdża, tylko teraz długo bawiła w 
Wiedniu i dlatego jej pani nie zna. Bardzo miła i wesoła. Stefcia pomyślała, że 
to ta sama szykowna panna, która pokazywała Waldemarowi zbrudzoną rękawiczkę. — 
To przystojna panna. Prawda? — Tak, ładna. Waldy tego nie uznaje, ale mu trudno 
dogodzić. Pani ją dziś sama pozna. — Ja nie wyjdę wcale. Lucia otworzyła szeroko 
oczy. — Czemu? Jak to! Pani nie wyjdzie? Ja już chwaliłam się panią przed 
wszystkimi... — Ach, moja Luciu! — Bo ja panią bardzo kocham. Stefcia ucałowała 
dziewczynkę. — Bardzo mię to cieszy. Dziś już sama bądź z gośćmi. Mnie masz na 
co dzień. — E! co pani mówi! Ani dziadzio, ani Waldy nie zgodzą się nigdy na to, 
żeby pani sama została. Stefcia wybuchnęła śmiechem. Zapewnienie Luci, że 
Waldemar chciałby ją widzieć, ubawiło ją. Szczególniej on! A zresztą, może: 
gdyby nie wyszła, nie miałby na kim ostrzyć dowcipu. Ta myśl rozweseliła ją. Jak 
rozdokazywane dziecko porwała Lucię wpół i zaczęły walcować po pokoju, 
śpiewając. Lucia tańczyła zapamiętale. Obie prawie jednego wzrostu, fruwały, 
kręcąc się w wirze walca i śpiewając jedna przed drugą. Latał za nimi jasny 
warkocz Luci i trzepotała batystowa suknia Stefci. Na twarzy jej wykwitały 
rumieńce, fiołkowe oczy spod ciemnozłotawych obsłon błyskały ognikami, 
rozchylone różowe usta chwytały szybko powietrze, skutkiem czego śpiewany głośno 
walc wychodził urywanie. To jednak nie przeszkadzało tancerkom. Rozbawione, nie 
słyszały dwukrotnego pukania do drzwi, nie spostrzegły, że ktoś je otwiera. 
Dopiero po chwili w zawrocie tańca Stefcia osłupiała z przerażenia. We drzwiach 
stał Waldemar. Z uśmiechem patrzał na tańczące panienki i na zmieniony wyraz 
twarzy Stefci. Patrzał na jej rumieńce, na błyszczące oczy, na rozrzucone w 
tańcu włosy i dziwiła go ta przemiana. Nie widywał jej dotychczas tak wesołej. 
Umyślnie stał cicho, chcąc, by go sama spostrzegła. Wyobrażał sobie jej 
przestrach i bawiło go oczekiwanie. Jak też ona będzie wyglądała? Nie czekał 
długo. Stefcia na jego widok oniemiała. Ognista łuna zapaliła jej twarz, w 
oczach zalśnił gniew, każdy nerw zadygotał w niej z irytacji. Waldemar z 
przyjemnością napawał się grą jej rysów i błyskawicami w oczach. Patrzał na nią 
z zachwytem. Lucia przerwała niemą scenę wybuchając śmiechem. Podbiegła do 
Waldemara i ciągnąc go za rękaw na środek pokoju zawołała: — Złapałeś nas, 
Waldy, na gorącym uczynku. Myśmy sobie tak pysznie tańczyły, jakby nam orkiestra 
przygrywała. Ale żebyś ty wiedział, jak panna Stefania tańczy! Jak baletnica. 
Waldemar ukłonił się Stefci wytwornie i rzekł, przerywając mowę Luci: — Pozwoli 
pani, wyjaśnić powód mego wtargnięcia do jej sanktuarium. Dotąd nie miałem 
przyjemności widzieć pani u siebie. Może trafiłem nie w porę, lecz jestem 
uszczęśliwiony: ujrzałem panią swobodną. W mej obecności jest pani zawsze 
nastrojoną na tony możliwie syczące: przed chwilą widziałem harmonię... i cieszę 
się bardzo. Pani mię nie powita po całotygodniowym niewidzeniu? — spytał z 
odcieniem niecierpliwości, patrząc na nią tyranicznie. Stefcia podała mu rękę. — 
Pan zapewne szukał Luci. — O nie, jestem tu wyłącznie dla pani, a nawet po 
panią, ponieważ ciotka moja prosi panią na herbatę. Lucia klasnęła w dłonie. — A 
co! czy nie mówiłam, że pani nie pozwolą zostać samej?... Zaraz mówiłam! 
Zwróciła się do Waldemara. — Wiesz, Waldy? Panna Stefania zapowiadała, że nie 
wyjdzie do gości, że zostanie tu sama u siebie. — Czy pani miała naprawdę taki 
barbarzyński zamiar względem nas? Stefcia odparła prawie wesoło: — Ma pan dziwny 
sposób pytania. Istotnie chciałam pozostać u siebie. — Protestuję! w imieniu 
całego towarzystwa, które pragnie panią poznać. Stefcia znowu zesztywniała. Już 
chciała stanowczo odmówić, lecz on dostrzegł cień na jej wyrazistej twarzy i 
uprzedzając odpowiedź dodał prędko: — Proszę panią na herbatę w imieniu ciotki i 
dziadka. Jeżeli zaś moja babka i pani hra... bi... na Ćwilecka chcą panią 
poznać, proszę to zawdzięczać swej uczennicy. — A tak, ja o pani dużo mówiłam 
cioci i księżnej — potwierdziła Lucia. — Więc służę paniom. — Nie, Waldy. Jeśli 
chcesz iść razem z nami, to poczekaj w saloniku. Musimy sobie poprawić włosy. 
Wyglądamy jak strachy. — Ty — tak, ale pannie Stefanii bardzo w tym do twarzy. — 
Ach, niegodziwcze! — zawołała Lucia, wyciągając go za drzwi tak samo za rękaw, 
jak go wciągnęła. Stefcia spojrzała na młodego pana z niechęcią. Gniewał ją na 
każdym kroku. On to spostrzegł i podnosząc ramiona z komiczną miną, szedł do 
drzwi wołając: — "Hannibal ante portas!" (łac. — Hannibal u bram miasta!) Mówią 
mi to pani oczy... Uciekam, już mię nie ma! Wyszedł. Lucia zamknęła drzwi za 
nim. V W niewielkim saloniku w stylu cesarstwa kilkanaście osób bawiło się 
wesoło. Lokaje roznosili herbatę i ciastka. Goście, każdy z filiżanką, siadali i 
pili, gdzie kto chciał. Główne siły towarzystwa zajmowały jeden większy stół, 
otaczając panią domu i pana Macieja. Pani Elzonowska w świetnym humorze, 
zachwycona gośćmi, bawiła głównie Księżnę Podhorecką i swą szwagierkę hrabinę. 
Te zaś dwie damy różniły się znamiennie. Patrząc na nie można było myśleć, że 
pochodzą z innych planet. Księżna, wysoka i szczupła, o klasycznym profilu 
wielkiej damy, arystokratyczne piętno miała jak wszczepione. Uwydatniało się ono 
w każdym rysie, w ruchu, nawet w fałdach ciężkiej czarnej sukni. Wyidealizowana 
dystynkcja otaczała ją, nadając poważny a pociągający wdzięk. Białe włosy miała 
zaczesane gładko nad czołem, przykryte drogocenną czarną koronką. Żadnych 
klejnotów, oprócz obrączek i pierścienia z ogromnym szmaragdem z wyrytym herbem 
Podhoreckich. Zegarek ta wielka dama nosiła na czarnym sznureczku. Twarz miała 
drobną, bladawą, o delikatnej cerze, prawie bez zmarszczek, wyraziste rysy, duże 
czarne oczy. Piękność miniona widniała wyraźnie. Księżna mówiła niewiele 
dźwięcznym głosem i potrafiła zjednywać sobie wszystkich. Hrabina Ćwilecka był 
to typ zupełnie inny. Wzrostu średniego, pokaźnie tęga i rubaszna, miała w sobie 
coś z burżuazji, niczym nie przypominając arystokratki. Ubrana bez gustu, 
obsadzona brylantami, cała w złotych łańcuchach, świeciła i brzęczała z daleka. 
Mówiąc do księżnej z potężną gestykulacją, prędko i nerwująco, głośna, wyglądała 
jak republikanka, plebejuszka, wygrażająca pięściami przedstawicielce 
arystokracji za czasów rewolucji. Nie lubiła księżnej, nazywając ją ironicznie 
Spartanką, i chciała zawsze wykazać swą wyższość, polegającą zapewne na ilości 
klejnotów. Pomimo wewnętrznej niechęci była jednak dla księżnej uprzedzająco 
grzeczną, prawie nadskakującą. Ale księżna wiedziała, co o tym sądzić. Ona miała 
wnuka, a hrabina dwie córki, z których starsza, panna Michala, przekroczyła już 
trzydziestkę. To tłumaczyło wygórowaną uprzejmość hrabiny względem księżnej. 
Teraz obie panie rozmawiały z panią Idalią i z panem Maciejem, w towarzystwie 
kilku osób. Młodzi, porozrzucani grupami, bawili się każde po swojemu. Panna 
Rita Szeliżanka w fularowej sukni czarnej w secesyjny niebieski deseń, z dużym 
kołnierzem z kremowej koronki, przodowała w rozmowach i dowcipach. Włosy 
ciemnoblond, wytwornie zaczesane, ozdobiła kokardą z niebieskiej wstążki, 
przypiętej wysoko. Wyglądało to cokolwiek dziwacznie, ale pannie Ricie było do 
twarzy. Ona zawsze ubierała się inaczej od wszystkich, jej uczesania mogły wielu 
razić. Miała ruchy śmiałe i pełne wdzięku. Każda rzecz, będąca dla innych 
niemożliwością, z nią kojarzyła się jak najlepiej. Szczera, zabawna, dowcipna, 
była przy tym sympatyczna i zarażająca wszystkich wesołością. Księżna miała do 
niej słabość, choć często raziły ją dziwactwa wychowanki. Panna Rita z 
zamiłowaniem uprawiała sport. W Obronnem, majątku księżnej, miała własną 
stajnię, gdzie najczęściej lubiła przesiadywać. O koniach mogła mówić bez 
przerwy i teraz, siedząc na stylowym foteliku z filiżanką w ręku, rozmawiała z 
młodym paniczem, uzbrojonym w binokle. Dowodziła mu coś z zapałem, wreszcie 
stawiając energicznie filiżankę na stoliku, rzekła: — Ech, pan się nie zna na 
koniach, jeśli moim zarzuca pan brak czystości krwi. Moje konie importowane 
prosto z Anglii. To są folbluty. Niech pan zapyta ordynata: on koneser pierwszej 
wody. — Zawsze ordynat! Zawsze mię pani do niego odsyła. Czy to wyrocznia? — W 
kwestii końskiej na pewno. — Czy dlatego, że ma dziewięć muz z Apollinem? — Nie, 
ale jest prawdziwym i bezstronnym znawcą. — Więc mnie pani odmawia tych cnót? — 
Po części. Pan jest zaślepiony w swoich perszeronach i wszystko dobre widzi 
tylko w swej stajni. — Chyba pani raczy przyznać, że moja stajnia nie jest byle 
jaką. Panna Rita skrzywiła się. — Nie lubię perszeronów. — NIe lubi pani? Ha! to 
kwestia gustu. Tak samo ja nie cierpię anglików. Panna Rita zmierzyła go 
ironicznym spojrzeniem. — Więc niech pan tak mówi, ale po co wyliczać wady, 
które nie istnieją. — Dla mnie istnieją choćby w anglezowaniu, które pani 
doprowadza do granic najwyższych. — To nie wada. Jeśli tylko takie pan widzi 
jestem spokojna. Zresztą ta rasa koni zawsze bywa anglezowaną. — Ale u pani 
bajecznie! — Ech! co pan mówi! Szkoda, że znikł ordynat, prosiłabym go o 
interwencję. Pan Michorowski poszedł po Lucię i jej nauczycielkę — odezwała się 
powolnym głosem panna Michalina Ćwilecka. Przez czas rozmowy panny Rity z hrabią 
Trestką siedziała milcząca, popijając herbatę. Ubrana była dość gustownie, w 
jasną suknię, bo tak chciała matka, lecz nic jej nie bawiło, nawet zabawa innych 
nużyła ją. Miała wygląd apatyczny. Powiedziawszy krótko, gdzie jest Waldemar, 
spuściła oczy na filiżankę i zamilkła jak przedtem. Hrabia Trestka poprawił 
binokle i uśmiechnięty złośliwie, rzekł: — Jakieś fory ma ta nauczycielka, skoro 
ordynat tak się nią zajmuje. — Ale co znowu. "Il l~abhorre!" (fr. — Nie cierpi 
jej!) — zaprzeczyła panna Rita. — Tak przynyjmniej mówi Lucia. — Czyli że 
sytuacja ta sama jak przy pannie Klarze! — Zdaje się. — Czy i podobna do panny 
Klary? — Nie znam jej, ale Lucia nią zachwycona. Jeśli naprawdę ładna, strzeż 
się, panie hrabio. Trestka spojrzał na mówiącą obrażony. — "Voila une idee!" 
(fr. — Co za pomysł!). Pani ma czasami pomysły bajeczne. Ja na osoby tego 
rodzaju nigdy nie patrzę. — Chciałabym, żeby się pan zakochał w tej właśnie. — 
Mogę ją najwyżej osądzić po sportsmeńsku i wykazać wady. — O panie! o kobietach 
w ten sposób mówić nie można... — O nauczycielkach wolno. — Także nie. 
Wzbronione jest bez zastrzeżeń. Zresztą panna Rudecka jest z dobrej rodziny. — 
"Chut!" idą już — przerwał hrabia i poprawiając binokle spojrzał badawczo w 
stronę drzwi. Weszła Stefcia z Lucią i Waldemar. Stefcia pociemniało w oczach. 
Tyle głów zwróciło się do niej, tyle badawczych oczu. Stała jak pod pręgierzem. 
Rozmowy umilkły. Wszyscy obrzucili młodą nauczycielkę krytycznym spojrzeniem. 
Pani Elzonowska popatrzyła na nią przez swe szpareczki i dość pobieżnie wskazała 
ją towarzystwu okrągłym ruchem ręki. — Panna Rudecka — rzekła krótko. Kilka głów 
skinęło nieznacznie. Stefcia, zmieszana, skłoniła się wszystkim, nie wiedząc, co 
ze sobą począć. Pierwszy raz odczuła boleśnie własne położenie. Darować sobie 
nie mogła przyjścia do salonu. — Intruz — przemknęło jej przez głowę i gdyby nie 
panowanie nad sobą, wybuchnęłaby płaczem. Ale w tej chwili podszedł do niej 
Waldemar, widocznie wzburzony, jednak z dobrze udanym spokojem podał jej ramię i 
rzekł z wytworną uprzejmością: — Pozwoli pani, przedstawię ją mej babce. Stefciy 
machinalnie pozwoliła się poprowadzić do odległej kanapki. Podniósłszy oczy, 
zobaczyła pogodną twarz pana Macieja i poważną, arystokratyczną postać księżnej. 
Wtem zabrzmiał znowu niski głos ordynata. — Droga babciu, przedstawiam ci pannę 
Stefanię Rudecką, o której słyszałaś od Luci. Księżna powstała z kanapki i 
podając Stefci rękę rzekła z ujmującym uśmiechem: — Bardzo mi miło panią poznać. 
Istotnie, Lucia mi o pani opowiadała. Jest zachwycona swoją kierowniczką. 
Stefcia zręcznie pochyliła się i ucałowała rękę staruszki, przepojona 
wdzięcznością i dziwną otuchą. W oczach starej kobiety zamigotało zdziwienie. 
Uśmiechnięta, dotknęła ustami włosów dziewczyny, po czym usiadła, wskazując jej 
obok stojący fotelik. Rozpytywała ją uprzejmie o rodzinę i czy jest zadowolona z 
Luci. Rozmowę podtrzymywał pan Maciej. Na wszystkich obecnych zachowanie się 
ordynara i powitanie z księżną zrobiło wrażenie. Spojrzeli po sobie zdziwieni. 
Księżna Podhorecka wstała podając rękę nauczycielce. Co to jest i czemu się 
sufit nie wali? Zwłaszcza hrabia Trestka i hrabina Ćwilecka nie mogli tego 
pojąć. Hrabina, patrząc na księżnę, rozmawiającą z jakąś tam nauczycielką, 
wzruszyła ramionami. Gniewała się, że Waldemar ją pominął, nie przedstawiając 
Stefci. Nie szło jej o osobę, lecz pominięcie siebie uważała za lekceważenie. 
Podanie ramienia nauczycielce przez ordynata wydało się hrabinie rażącym. 
Rzuciła kilka spojrzeń na Stefcię, a widząc, że jest bardzo ładna, zaczęła 
szeptać do siedzącego jak mumia męża. Na dużych ustach miała zjadliwy uśmiach. 
Do uszu pani Idalii doleciał jeden wyraz: "ma~itresse/ (fr. — nauczycielka, 
także: kochanka), lecz udała, że go nie słyszy; poruszając nerwowo brwią, 
kończyła rozmowę ze swym sąsiadem. Tymczasem przy małym stoliku panna Rita, 
opowiedziawszy Waldemarowi spór z Trestką, usłyszała pochwałę swych koni. Hrabia 
zaczął rozmawiać z ordynatem, a Rita podeszła do księżnej i żywo podając rękę 
Stefci, rzekła z wesołym uśmiechem: — Ponieważ nikt nas nie zapoznał ze sobą, 
więc ja sama dopełniam tej ceremonii. Margeryta Szeliga we własnej osobie. Pewno 
pani o mnie jeszcze nie słyszała, bo długi czas awanturowałam się w Wiedniu. 
Stefcia, powstawszy, uścisnęła rękę młodej panny. — Owszem, Lucia mi o pani 
mówiła z wielkim zachwytem. — Tak? Widzę, że Lucia to mały reporter okolicy, 
wszystkich informuje. Zabieram panią do naszego towarzystwa. Tu grono bardzo 
szanowne, lecz tam chyba weselsze. Ciocia i dziadzio nic nie będą mieli przeciw 
temu, prawda? Księżna uprzejmie skinęła wytworną głową, a pan Maciej rzekł: — 
Owszem, wiemy, że pani potrafi zabawić, i tym śmielej polecamy jej pannę 
Stefanię. Po chwili Stefcia siedziała przy małym stoliku, gdzie zebrało się 
więcej osób. Wśród wesołej rozmowy przywykała do towarzystwa. Drażniły ją 
błyszczące binokle Trestki wciąż na nią skierowane, zaciekawiała zimna postać 
hrabianki Ćwileckiej. Panna Rita wciągnęła ją do ogólnej rozmowy tym łatwiej, że 
Stefci nie zbywało na dowcipie. Wyglądała najskromniej, ale bardzo ładnie, w 
jasnopopielatej batystowej sukni, ubranej granatową wstążką. Na twarzy miała 
żywe rumieńce, oczy w pysznych obsłonach rzęs błyszczały wesoło, kwitły pąsowe 
usta. Panna Rita spoglądała na nią z przyjemnością, reszta osób mniej więcej 
obojętnie. Trestka ciekawie przyglądał się Stefci, jakby chcąc dojrzeć jej wady. 
Zbadał dokładnie jej rysy, oczy, sposób mówienia, uczesania i przyznał w duchu, 
że jest możliwa. — "Pas mal, pas mal" (fr. — niezła) — mruczał do siebie, 
uważając to za wielką pochwałę. Obejrzał krój sukni i pokręcił głową zdziwiony, 
że nauczycielka może być tak gustownie ubrana. Zajęty oględzinami zapomniał 
chwilowo, że przegrał sprawę o konie. Panna Rita przypomniała mu ją, pytając 
ordynata: — Panie Waldemarze, jak się mają pańskie muzy z Apollinem! — Doskonale 
— odrzekł ordynat, siadając obok Stefci. — One mają piękność prawdziwie 
olimpijską, niezmienną. — Jakie to muzy? — spytała Stefcia. — Towarzyszki Apolla 
— wtrącił hrabia Trestka. — Czy pani nie wie? — Owszem, panie hrabio, znam 
dobrze mitologię. Zwróciła się do Waldemara: — Czy to pańskie konie noszą nazwę 
muz? — Tak. Pani nawet zna te konie. — A którymi pan dziś przyjechał? Nigdy nie 
mogę ich dokładnie rozpoznać. Wszystkie są czarne jak aksamit lyoński. Waldemar 
uśmiechnął się. — Dziś przyciągnęły mnie: Klio, Melpomene, Urania i Terpsychora. 
— Prawda, jak to ładnie brzmi? — zawołała panna Rita — w drugiej czwórce jest 
Talia, Kaliopa, Euterpe i Polyhymnia, a Erato jest wierzchówką pana. — Tę znam 
dobrze — rzekła Stefcia — na niej pan najczęściej przyjeżdża. — Pani ją 
zauważyła? Prawda, że cacko? — Bardzo ładna. — To nic. Nie widziała pani jeszcze 
Apollina. Ja go po prostu kocham — egzaltowała się panna Rita. Zaśmiali się 
wszyscy. — Tylko sportsmenkę mogą nawiedzać podobne uczucia — rzekł ktoś z grupy 
towarzystwa rozmawiającego dalej. — Muszę go przyprowadzić do Słodkowic: 
będziemy mieli częściej wizyty pani — żartował ordynat. — Powinien pan pannie 
Ricie ofiarować jego portret. — Albo odlać z brązu. — Co znowu! Straciłby nie 
mając właściwej barwy. — No więc z czarnego marmuru. — Śmiejcie się państwo, 
śmiejcie, a wszyscy go podziwiacie. — Prócz mnie — rzekł hrabia Trestka 
poprawiając binokle. — Bo pan ma limfatyczne gusta i dlatego wystarczają panu 
perszerony i te obrzydłe meklemburgi. Apollo w stajni pańskiej wyglądałby jak 
najezdnik. — To samo powiem o pani anglikach. Panna Rita rozpoczęła kłótnię na 
dobre. Waldemar popatrzył w oczy Stefci i rzekł wesoło: — Teraz mogą Słodkowce 
wylecieć w powietrze, a ta para nie przestanie debatować o stajni. Jak się tych 
dwoje sportsmenów spotka, już o niczym innym nie mówią i zawsze się kłócą, tak 
jak pani ze mną. — Ja się z panem nie kłócę. — Ale mnie pani tyranizuje. Bałem 
się tu jechać przez cały tydzień. — Ach, jakiż pan bojaźliwy! — No cóż? Tak mnie 
pani energicznie wyprawiła z lasu, potem przy obiedzie zostałem zlynczowany, nie 
chciała mię pani pożegnać. Czy to wszystko nie mogło odstraszyć?... Ale 
zatęskniłem do swego tyrana i oto jestem. Stefcia przygryzła wargi. Postanowiła 
nie odpowiadać na zaczepki w obawie, by kto nie usłyszał. Ale w salonie panował 
gwar licznych rozmów, a siedząca obok panna Rita fechtowała się na słowa z 
Trestką tak zawzięcie, że nic ich więcej nie obchodziło. Waldemar zauważył 
niepokój Stefci, spostrzegł wzrok szukający Luci i rzekł z przekąsem: — Chce się 
pani uzbroić przeciw mnie w nienawiść, jak Twardowski przed Mefistofelesem, ale 
Lucia już, niestety, za duża na rolę, jaką pani chce jej w tym przeznaczyć. 
Stefci zadrgały usta do śmiechu. Waldemar mówił dalej: — Ja tęskniłem za swą 
prześladowczynią, ale pani pewno błagała Boga, abym jak najdłużej się nie 
zjawiał. — Przeciwnie, chciałam, żeby pan prędzej przyjechał. Na twarzy 
Waldemara błysnęło zaciekawienie. — Doprawdy!... O, Boże! czemuż nie wiedziałem! 
Stefcia spojrzała mu prosto w oczy. — Oczekiwałam pańskiego przyjazdu, ponieważ 
dziadek pana tęsknił i zaczynał już dostawać melancholii. — To znaczy, że pani 
pragnęła mego przyjazdu dla dziadka, nie dla siebie. — Spodziewam się, że 
"pragnęła" — to za silne. Po prostu oczekiwałam. — Oto rozczarowanie! Miałem już 
złudzenie raju, tymczasem jestem jak dawniej w czyśćcu. Stefcia zaśmiała się. On 
patrzył na nią badawczo, z uśmieszkiem na pełnych, zmysłowych ustach. Po chwili 
rzekł przyciszonym głosem: — Pani dziś cudownie wygląda. Czuję, że tracę głowę. 
— Panie ordynacie! — zawołała rozgniewana dziewczyna. — Słucham panią! — 
podchwycił z żartobliwymi ognikami w oczach. Stefcia zacięła usta. Dawniej 
odpowiedziałaby mu z gniewem, lecz teraz była względem niego dobrze 
usposobiona... Przy tym bawiła ją jego mina. Brwi miał podniesione, szybko 
poruszały mu się nozdrza, z każdego rysu twarzy wydzierał tłumiony śmiech. 
Odpowiedziała: — Zaczynam żałować, że prosiłam Boga o pański przyjazd. Przez 
sympatię dla starszego pana Michorowskiego zaszkodziłam sobie... — Młodym 
Michorowskim, jak miksturą — dokończył. — Zgadł pan — zaśmiała się. — Ja zaś 
jestem pewny, że pani mię oczekiwała nie dla melancholii dziadka, lecz z powodu 
własnej tęsknoty. Czy tak? Zajrzał jej w oczy zuchwale. — Widzę, że w pańskim 
towarzystwie najbezpieczniej dla mnie być milczącą, gdyż inaczej pan staje się 
zbyt wesołym. — A pani zaraz wysuwa pazurki, łapięta śliczne, ale ostre — 
odrzekł z grymasem. — O czym państwo tak poufnie rozprawiają? — spytał z ironią 
hrabia Trestka, skierowując na Stefcię binokle. Waldemar odrzekł swobodnie: — 
Mówiliśmy o innym sporcie. Prosiłem właśnie pannę Stefanię aby nam zagrała. — 
Pani grywa na cymbałkach? — zapytał Trestka kpiącym tonem. — Nie, panie, nie 
grywam na cymbałkach — odparła Stefcia z taką samą intonacją głosu. — A to 
szkoda, bo to ma ładny ton. Waldemar ściągnął brwi. Zakipiało w nim. Spojrzał na 
Trestkę z góry i rzekł z odpowiednim akcentem: — Posądzałem pana o lepszy smak i 
większą subtelność... ucha. Trestka zrozumiał. Zbladł ze złości. Panna Rita 
uśmiechnęła się i widząc zakłopotanie hrabiego, rzekła do Stefci: — Popieram 
prośbę pana Waldemara. Stanowczo nam pani coś zagra. Ja, niestety, nie grywam, 
lecz pasjami lubię muzykę. — Owszem, pani, ale trochę potem. — Tak, jest zbyt 
głośno, a muzyka lubi ciszę. — Bo łatwiej wówczas odnajduje nerwy i gra na nich 
— dodał Waldemar. Kamerdyner zapalił lampy. Panna Rita stanęła w oknie, patrząc 
na wąski, świetlanozłoty pasek wschodzącego księżyca. Na tle szarych barw 
wieczornego nieba pięknie wyglądała czarna wstęga lasu z tym odłamkiem złota, 
strojącym czuby drzew, jak błyszczący ryngraf na piersi zakutego w ciężką zbroję 
rycerza. Panna Rita zachwycała się głośno. Stefcia i parę osób jeszcze podeszło 
do okna. Waldemar, wezwany przez Lucię, poszedł do sali jadalnej, gdyż pani 
Elzonowska chciała go widzieć. VI Duży stół, przykryty obrusem holenderskim, z 
wytkanym na środku herbem Michorowskich, zastawiony był do kolacji. Na brzegach 
stały talerze z pysznej porcelany, malowanej w nikłe wzory, jak żołnierze w 
galowych mundurach. Obok na podstawkach spoczywały z godnością srebrne noże, 
widelce i wydatne kształty łyżek deserowych. Po drugiej stronie sterczały 
sztywne serwety, niby budki szyldwachów, z ciemniejszymi plasterkami chleba 
wewnątrz. Kryształowe kosze z owocami, szklanki, kieliszki, parę wspaniałych 
bukietów uzupełniało zastawę. Przy każdym nakryciu leżały wiązanki kwiatów. 
Kwiaty rozrzucone po stole nadawały mu wygląd majowy. Kamerdyner Jacenty i 
młodsi lokaje w czarnych frakach, zdobnych w złote guzy, z pąsowymi kamizelkami, 
oraz lokaj księżnej Podhoreckiej w żółtej kurtce liberyjnej krzątali się 
pomiędzy głównym stołem a kredensem i bocznym stolikiem, gdzie stały kompoty. Na 
ścianach świeciły białe kule lamp, nad stołem zwieszony brązowy żyrandol, 
promieniejący ognikami kryształowych sopli, lał światło na srebra i kryształy. 
Kwiaty w tej powodzi, nabierając życia, pachniały odurzająco. Do sali weszła 
pani Idalia z ordynatem i rzekła do niego po francusku: — Pierwsze miejsca zajmą 
księżna z ojcem, który ją poprowadzi. Reszta osób niech się sama dobiera. To nie 
obiad proszony. Może być swoboda. Ale Ty, Waldy, powinieneś podać ramię 
Ćwileckiej. W takim razie jej mąż mnie poprowadzi. Waldemar, niezmiernie wesoły, 
odrzekł: — Czyli że dla mnie przeznacza ciocia kopalnię diamentów. Zamieniłbym 
ją z ochotą na jedną tylko perłę... — Nie żartuj. Wiem, o kim mówisz... Dziwię 
się, że cię tak zajmuje ta dziewczyna. WAldemar ściągnął brwi. — Myślałby kto, 
że ciocia mówi o swej pannie służącej. Panna Stefania nie jest z tych, które 
można zbałamucić — odparł podrażniony. — Ale po takim wystąpieniu, jak twoje 
dzisiejsze, może myśleć, że jest czymś nadzwyczajnym. Moja prezentacja 
wystarczała. Twój wyskok był zbyteczny. — Ja na tę kwestię inaczej się 
zapatruję. Zresztą od razu widać, z kim się ma do czynienia. Zwłaszcza ciocia 
nie powinna o niej mówić w ten sposób, choćby ze względu na Lucię. — Wymowny 
jesteś, mój drogi — sarknęła pani Idalia — lecz ostrzegam cię, że mogą wyniknąć 
plotki. Sama słyszałam jakieś niedorzeczne domysły Lory. — Och! pani "hrabina" 
może opowiadać, co chce. Niewielu znajdzie chętnych słuchaczy. Niech jej ciocia 
powie, aby nie próbowała robić przy mnie swych domysłów, bo wówczas nawet jej 
wyimaginowany hrabski majestat nie zamknąłby mi ust. — Jak to wyimaginowany? — 
No, chyba nie potrzebuję wykładać cioci o istotności tytułu Ćwileckich. Wiedzą o 
nim wszyscy, zwłaszcza ich własne karety z koronami i stary kamerdyner, który 
się bardzo zdziwił, kiedy mu wsadzili na guzy liberyjne dziewięć pałek. 
Wszystkie herbarze i kroniki milczą o tym tytule wcale nieuprzejmie. Pani Idalia 
zacięła usta. — Idziemy do salonu, zaraz podają. W salonie do Stefci podeszła 
hrabina Ćwilecka, usiadła na stylowym foteliku i popatrzała na Stefcię z wysoka. 
— Pani skąd pochodzi? — spytała sztywnym tonem. — Z Królestwa, pani hrabino. — 
Jak dawno pani zajmuje się nauczycielstwem? — To moje pierwsze i ostatnie 
miejsce. — Tak? pierwsze? I bratowa powierzyła pani Lucię? "C~est une 
absurdit~e!" (fr. — To absurd!) Młoda nauczycielka poczerwieniała. — Widocznie 
potrafiłam wzbudzić zaufanie — odrzekła z uśmiechem. — Ileż pani ma lat? Stefcia 
spojrzała na hrabinę zdumiona. — Dwadzieścia pięć — odparła bez namysłu. Hrabina 
popatrzała na nią przez lornetkę, osadzoną na długiej złotej rączce. — Tak! — 
rzekła z przekonaniem — wygląda pani na to. Lucia mi mówiła, że pani ma 
dziewiętnaście. Od razu wiedziałam, że to omyłka. "Comment donc!" (fr. — 
Jakżeż!). Bardzo dobrze, że pani nie ukrywa swoich lat. Moja Michala jest w 
takim razie w wieku pani, chociaż wszyscy myślą, że jest młodsza. Stefci 
zadrgały usta śmiechem, w oczach błysnęły iskierki żalu. Spojrzała na siedzącą 
opodal hrabiankę, zawsze poważną, apatyczną, wyglądającą na starszą siostrę pani 
Elzonowskiej. Hrabina mówiła dalej: — Podobno pani zostałaś nauczycielką nie z 
zamiłowania? — Tak, ale zaczynam lubić swoją pracę, dlatego głównie, że mam 
dobrą uczennicę. Podszedł Waldemar, w ślad za nim hrabia Ćwilecki. Hrabina 
krzykliwie zawołała do męża: — "Te voil~a!" (fr. — Jesteś tu!) Czy wiesz, 
Auguste? Panna Rudecka ma dwadzieścia pięć lat. Więc nie dziewiętnaście, jak 
mówiła Lucia. Mamy jednak dobre oko. Spojrzała na Stefcię i rzekła znowu: — 
Oboje z mężem uważaliśmy, że to niemożliwe. Waldemar spytał porywczo: — O czym 
tu mowa? Nie rozumiem. — O moich latach. Dodałam sobie powagi — śmiała się 
Stefcia. — Niech pani ten wywiad zapisze w dzienniku. Niesłychane! Waldemar 
mówił jakby od niechcenia, ale z widoczną ironią. Hrabia, dotknięty, spojrzał z 
niechęcią na żonę i rzekł wolno, jak zwykle: — Mylisz się, Loro. Nigdy nic 
podobnego o latach panny Rudeckiej nie mówiłem. — "Mais, mon cher", (fr. — Ależ, 
mój drogi), zapomniałeś. Hrabia nie zdążył odpowiedzieć. Wszedł kamerdyner, 
oznajmiając, że podano do stołu. W salonie zrobił się ruch. Ordynat podał ramię 
hrabinie i powiedział z widoczną irytacją: — Kwestią chronologii trzeba odłożyć 
na czas nieograniczony, teraz służę pani. Hrabina mówiła mu coś ze śmiechem, 
czego już Stefcia nie słyszała. Odeszli. Hrabia spojrzał bystro dokoła i ruszył 
do pani Idalii. Stefcia została sama. Widziała pary idące do sali jadalnej i 
była to dla niej znowu przykra chwila. Wyrzucała sobie, iż nie wyszła wcześniej, 
gdyż wtenczas ominęłoby ją powtórne wchodzenie przy wszystkich. W tej chwili 
podbiegła Lucia i wsuwając rękę pod ramię Stefci, zawołała ze śmiechem: — 
Wszystkie panie mają swoich rycerzy, a my pójdziemy z sobą. Zwiodłam pana 
Ksawerego. Mama poleciła mu, żeby panią prowadził, ale mu powiedziałam, że pani 
idzie z kim innym. Bo chyba pani woli iść ze mną. Prawda, panno Stefciu? — Ależ 
naturalnie! Doskonale zrobiłaś. Zresztą możemy sobie wyobrazić, że na przykład 
ja jestem kawalerem. — Ocho! pani do kawalera niepodobna, prędzej panna Rita, 
tylko bez tej kokardy na głowie i jak jest w amazonce. Weszły do sali jadalnej. 
Znowu kilka par oczu obrzuciło Stefcię ciekawymi spojrzeniami. Na końcu stołu 
siedział pan Ksawery, mając po obu stronach dwa miejsca dla Stefci i dla Luci. 
Gdy Stefcia usiadła, pani Elzonowska spojrzała na nią spod zmrużonych powiek i 
rzekła z intonacją w głosie: — Myślałam, że już pani nie przyjdzie. Stefcię 
oblała gorąca fala krwi. Zawahała się, co ma odpowiedzieć. Przyszedł jej z 
pomocą i tym razem Waldemar. Zagadnął o coś panią Idalię. Położenie młodej 
dziewczyny zostało uratowane. Gwar przy stole odżył na nowo. Rozmowy, śmiechy, 
dowcipy płynęły coraz gęściej. Ale dobre usposobienie Stefci minęło. Siedziała 
milcząco, prosząc Boga, aby kolacja skończyła się jak najprędzej. Wszyscy 
rozmawiali, milczała tylko ona i pan Ksawery. Ten był pochłonięty widokiem 
roznoszonych półmisków i tym, co miał na talerzu. Stefcia natomiast ciągle 
myślała, że jest intruzem, czuła się samotną jak pomiędzy wrogami. W głowie 
wirowały jej bezładne marzenia, więc: Ruczajew, przyjazd do Słodkowic, sprzeczki 
z Waldemarem, jej dzisiejsza rozmowa z hrabiną. Gdyby nie Edmund, nie poznałaby 
tego świata, nie byłaby narażona na docinki, kłujące ją dotkliwie. Wszyscy tu 
patrzą na nią jak na istotę pozbawioną praw ludzkich, nie należącą do świata. 
Patrzą jak wspaniałe rośliny egzotyczne na skromny bławatek, mimowoli zbłąkany w 
cieplarni. Stefcia spojrzała na wiązankę kwiatów, leżącą przed jej talerzem. 
Dziwnym trafem były to kwiaty polne: pierzasta brązowa trawka i białe margerytki 
z żółtymi środkami. Wzięła bukiecik do ręki, myśląc, że to jej symbol: polne, 
wątłe roślinki, rzucone między srebra i kryształy. Choć je olśnił blask i 
przepch, zwiędną i świat ginie dla nich. Podniosła głowę i nagle drgnęła. 
Patrzało na nią kilka par martwych oczu z rzeźbionych ram portretu, zdobiących 
salę. Oczy przodków Michorowskich, szare jak u Waldemara, przenikliwe, groźne, 
zdawały się wpijać w jej twarz pytając: "Skąd się tu wzięłaś, plebejuszko, w tym 
gnieździe senatorów i hetmanów? Czego tu chcesz?" Stefcię przejmował dreszcz. 
Surowe spojrzenia, spoczywające na niej ze wszystkich stron, męczyły ją... 
Spojrzenia nieprzyjazne, odpychające. — Co mię od nich dzieli tak potężnie? Owi 
sławni rycerze_przodkowie? — myślała. — Odgradzają mnie od nich korony 
dziewięciopałkowe, mitry książęce i nazwa arystokracji, uświęcona przez 
tradycję, rozpościerająca się zawsze na szczycie gmachu społeczeństwa. I czy ten 
szczyt tonął w słońcu, czy w chmurach, nigdy nie przestawał być najwyższym. Oni 
przywykli spoglądać z góry na ludzi zajmujących niższe piętra, chociażby równie 
sławnych, często więcej zasłużonych. Uważali ich za podwalinę, na której mogli 
roztaczać swą magnacką świetność i wywieszać chorągwie z herbami. A ci mniejsi 
niech śpiewają hymny na ich cześć. Jednak w tej uprzywilejowanej rasie jest 
jakiś urok nieuchwytny, działający na wytworne natury. Stefcia pomyślała, że 
powodem tego może być majestat ich wiekowego możnowładztwa. Choć nie widać na 
nich znaków podnioślejszych ani bujnych polotów, jednak otacza ich jakiś urok 
piękna zewnętrznego, są oni w społeczeństwie jakby dekoracją. Niektórzy z nich, 
jak staruszka księżna, pociągają ku sobie siłą nieprzepartą. W księżnej przebija 
wyższość rasy; widać, że to magnatka w każdej kropli krwi, prawnuczka 
karmazynów. Jest w całej pełni wielką panią, rozumiejącą swe zadanie. Stefcia 
słyszała o jej zdolności i wielkim serce. Pan Maciej, do niej podobny, ma duszę 
subtelnego arystokraty, ale jest znacznie starszy, trochę ociężały. Stefcia 
spojrzała na Waldemara. A ten?... Jest wielkim panem, rodowym karmazynem. Nie 
zrobi ujmy swoim przodkom. Przeciwnie, mogą się nim szczycić. Czynny, 
energiczny, prawdziwy pan, magnat i milioner, pojmował poważnie swe zadanie w 
społeczeństwie. Pan Maciej, wielki gaduła, opowiadał Stefci, że nie sądził 
nigdy, aby Waldemar potrafił tak się zmienić. Dawniej żył inaczej. Po skończeniu 
uniwersytetu w Bonn i szkoły rolniczej w Halli wpadł w wir życia, szalał. 
Przesiadywał za granicą, podróżował. Znał całą Europę. Zwiedzał Algier i Egipt. 
Polował w Indiach i stepach i w stepach amerykańskich, wdrapywał się na szczyt 
gór, marzył na fiordach norweskich. Zwiedzał kliniki, miewał dysputy z uczonymi, 
ciekawie zaglądał do wielkich labolatoriów chemicznych, w obserwatoriach 
mateorologicznych robił doświadczenia. Pociągały go fabryki, w dokach 
nowojorskich wtajemniczał się drobiazgowo w pracę robotników. Jego stosunki i 
miliony otwierały mu wszystkie instytucje. Miał Wstęp do zakładów Kruppa w 
Essen, w odlewniach armat pracował kilka dni, powodowany nieprzepartą chęcią 
poznania wszystkiego. Robił próby ze sławnym młotem "Frycem", miał rewolwer 
zmielony na proch przez olbrzyma fabryk esseńskich i złoty pierścień z 
brylantem, na który "Fryc" spuścił się i dotknął go, nie uszkodziwszy zupełnie. 
Na Wezuwiuszu zapalał cygaro, zwiedzał dom Napoleona I na Wyspie św. Heleny, w 
galeriach Louvre~u i w drezdeńskich przesiadywał godzinami, wpatrzony w dzieła 
sztuki. Rozrzucał pieniądze, miewał awantury i skandaliki przeważnie na tle 
erotycznym, był ulubieńcem najwykwitniejszych kół towarzyskich. Obracał się w 
sferach dworskich w Wiedniu, gdzie wśród magnaterii węgierskiej zyskał wielką 
popularność, będąc spokrewniony z kilkoma najpotężniejszymi domami przez swą 
prababkę. Tracił na kobiety, nawet trochę grał w karty, lecz to nie wchodziło w 
zakres jego namiętności. Odbył kilka pojedynków, zakończonych zwycięstwem, 
zawdzięczając to swej odwadze i ćwiczeniom w fechtunku i strzelaniu. W Jockey 
Clubie wiedeńskim zrobił raz awanturę jednemu z arcyksiążąt za to, że ten nazwał 
Polskę krajem podgolonych łbów i grzmiących języków. Sprawa oparła się o dwór i 
arcyksiążę jak niepyszny musiał przeprosić polskiego magnata. Kobiety szalały za 
nim: jedne olśniewał blask milionów i świetna partia, inne kochały go 
prawdziwie. Lecz on, choć wiedział, że jest wszędzie pożądany, jednak nie 
znalazł sobie żony. Po pięciu latach hulanki nastąpił przesyt, znudziły go 
tryumfy, miłostki, nawet podróże, powrócił na stałe do kraju. Pan Maciej 
opowiadał Stefci, że Waldemar ma trzy namiętności: konie, polowanie i kobiety, 
choć te mu już trochę zobojętniały. Polowania urządzał wspaniałe, nawet w 
czasach swych podróży; zjeżdżali wówczas do Głębowicz magnaci z całego świata. 
On sam wyjeżdżał często na polowania do swych przyjaciół, prawie do wszystkich 
domów arystokratycznych, gdzie go zawsze mile widziano. W koniach lubował się, 
lecz nie puszczał na wyścigi, mówiąc, że nazbyt je lubi, aby oddawać w ręce 
dżokejów i patrzeć, jak nogi łamią. Stefcia wiedziała to wszystko od pana 
Macieja, trochę od pana Ksawerego i sama już miała parę przykładów szlachetności 
i dobroci serca ordynata. Dwoistość jego charakteru przebijała wyraźnie; miał 
dobre serce i jednocześnie dużo złośliwości; w gniewie gwałtowny, najczęściej 
ironiczny, miał delikatny i subtelnie rozwinięty dobry smak. NIe wahał się 
jednak drażnić jej zawsze. Przy swej szlachetności, był trochę egoistą, nie 
pozwalał nikomu dotknąć jej niestosownym żartem, ale sam gniewał ją stale i 
lubował się tym. Stefcia nie lubiła go, jednakże spostrzegła, że jest on więcej 
wart od innych i od pani Idalii w pierwszym rzędzie. Zrozumiała jego wyższość 
nad Edmundem. Tamten zapewniał, że ją kocha, przysięgał jej przecież, a opuścił 
tak lekko, jakby nie wiedząc, że i ona ma serce, które mogłoby cierpieć. 
Waldemar nie lubił jej, może nawet nienawidził, jednak wyratował ją z przykrej 
chwili w salonie, a uczynił to naturalnie i wykwintnie. Stefcia spojrzała na 
niego po raz drugi. Rozmawiał z paniami ze zwykłą swobodą i pewnym zaniedbaniem, 
czasem kpiąco. Ruchy miał cokolwiek rozrzucone, lecz to nadawało właściwy jemu 
wdzięk. W zaniedbaniu jego przebijał szyk i dystynkcja zupełnie odrębna, jego 
własna. Nie był pięknym, ale miał w sobie coś nieokreślonego, co robiło 
wrażenie. Smukły i bardzo zgrabny, posiadał rysy wyraziste i płeć smagławą, 
włosy ciemnoblond, ładnie rozdzielone z boku głowy; małe wypukłości nad pysznie 
zagiętymi brwiami zdawały się skupiać w sobie energię, siłę woli i zdolności. 
Oczy miał szare, przenikliwe, o rozumnym i stanowczym wyrazie, zawsze prawie 
drwiące, często figlarne; niesłychanie piękne usta, wydatne, pąsowe, ocienione 
eleganckim, w miarę bujnym, złotawoblond wąsem, trochę najeżonym i rozczesanym 
na końcach. Na twarzy widniała głęboka myśl w połączeniu z odrobiną nudy; w 
oczach gwałtowność, czasem duma, lub też błyskały w nich iskry żartu. Z ust 
poznawało się epikurejczyka, uśmiech, jeśli nie był ironiczny, miał w sobie dużo 
łagodności. Stefcia, patrząc na niego, spotkała jego wzrok, lecz nie spuściła 
oczu. On błysnął uśmiechem, ona zagadnęła o coś pana Ksawerego. Nie miała nawet 
z kim rozmawiać. Lucia bawiła się dobrze ze swym sąsiadem, pan Ksawery myślał o 
potrawach, a jej sąsiad z drugiej strony, pan o pokaźnej tuszy, rozmawiał bez 
przerwy z całym towarzystwem zgromadzonym przy stole. Stefcia widziała przed 
sobą jego rękę białą i pulchną, jakby zrobioną z waty; w palcach kręcił wiązankę 
kwiatów. Nikt na Stefcię nie uważał. Siedziała na końcu stołu i mogła pozostać 
odosobnioną. Wolała słuchać rozmawiających. Spoglądała często na ożywioną twarz 
pani Idalii i jej duże piwne oczy, które tylko na nią patrząc stawały się 
szpareczkami. Przesuwała wzrok po jej zielonej bluzce i grubym złotym łańcuchu 
od zegarka; patrzała na pannę Ritę, rozbawioną i z apetytem zajadającą indyka. 
Widziała zadartą głowę i błyszczące szkła Trestki, kolosalną postać księcia 
Franciszka Podhoreckiego, sympatyczną drobną osóbkę jego żony, posępną twarz 
Ćwileckiego, ordynarną hrabiny. Parę razy, za przykładem wszystkich, podniosła 
przy toastach kieliszek w górę, ale nie piła nic, i jadła mało. Waldemar, 
rozlewając wino, podszedł do niej. Podniosła na niego oczy i odsunęła kieliszek. 
We wzroku Waldemara dostrzegła wyraźny błysk życzliwości, do uszu jej doleciał 
leciuchny szept: "Biedne dziecko!" Stefcia zdumiała się. Jak to? On jej nie 
wyśmiewa, on nie krytykuje? — Widocznie bardzo biednie wyglądam, skoro 
wzbudziłam jego litość — pomyślała z żalem. Po lodach pani Elzonowska powstała. 
Zrobił się ruch ogólny. W pierwszej parze odszedł od stołu pan Maciej, prowadząc 
pod rękę księżnę, w drugiej Waldemar z hrabiną Ćwilecką, dalej książę Podhorecki 
z panną Żyżemską. Ćwilecki z panią Idalią, Trestka z panną Ritą, Stefcia 
chwyciła pod rękę Lucię i szły na końcu tej wielkopańskiej procesji. Pan Ksawery 
korowód zamykał. I znowu w salonie płynęły rozmowy, przeplatane wesołymi 
śmiechami. W końcu młodsze towarzystwo zaczęło dokazywać. Panna Rita i Waldemar 
wiedli rej, dowcipkowali, pletli głupstwa, pobudzając do ciągłej wesołości. 
Pannie Ricie towarzyszył Trestka, co ją widocznie drażniło. Waldemar natomiast, 
w niesłychanym humorze, bawił Stefcię, prawiąc jej grzeczne słówka, potem 
zaczęli się po swojemu kłócić. Gdy jednak ktoś inny podszedł do nich, Waldemar 
zmienił ton i przedmiot rozmowy tak zręcznie, że Stefcia nie mogła powstrzymać 
się od śmiechu, ubawiona, wdzięczna za jego taktykę. Po raz drugi prosił ją o 
muzykę. — Proszę, niech mię pan uwolni od tego — szepnęła. — Jak pani każe — 
odrzekł skłaniając głowę — ale w zamian proszę, aby pani zagrała kiedy wyłącznie 
dla mnie. Czy dobrze? — Owszem — odparła ujęta jego ustępstwem. — Przepadam za 
Beethovenem, a pani podobno wykonywa go po mistrzowsku. Mówił mi o tym dziadek. 
— Jednak pańskiemu dziadkowi grywam najczęściej Chopina. Najbardziej lubi jego 
nokturny. — Bo dziadek mój jest marzycielem, a ja przeciwnie — odrzekł Waldemar. 
Dochodziła druga po północy, jak się goście zaczęli rozjeżdżać. Noc była jasna, 
ciepła, pełna woni i rozkosznych prądów. Nie wiał silniejszy podmuch, panowała 
cisza głęboka, upajająca i czarowna w swych matowych blaskach, jakimi obsypywała 
świat, spowijając go w srebrzystą tkaninę, usianą diamentami. Po gwarnych 
pożegnaniach wolanty i powozy ruszyły, za nimi posunął brek. Po chwili ciemne 
sylwetki koni i zaprzęgów znikły w przeczystej jasnej topieli, zalewającej pola 
i oparami otulone łąki. Stefcia na ganku dawała dobranoc pani Idalii i 
Waldemarowi. On mocno ścisnął jej rękę i przytrzymał w swej gorącej dłoni. 
Spojrzała zdziwiona, ale widząc jego palące oczy utkwione w siebie, prędko 
wysunęła rękę; szła jeszcze oddać dobranoc panu Maciejowi, pozostałemu w 
salonie. Waldemar zauważył, że przy bladym świetle księżyca jest ładniejszą niż 
zwykle i bardzo ponętną. Zagrała w nim krew. Odchodząc do swych pokoi zaciskał 
zęby z wściekłością i mruczał do siebie: — Muszę ją mieć, muszę! Drażni mię! 
Działa jak haszysz. Chcę się nią upić. I długo chodząc po sypialni, układał 
plany oblężnicze. VII Na drugi dzień rano Stefcia wstała z bólem głowy i dziwnie 
przykrym uczuciem. Było jej smutno. Ciężar niezmierny przygniatał ją, odbierając 
swobodę myśli. Lucia mówiła, że posłano już na kolej po praktykanta, jest bardzo 
ciekawa, czy ładny i... czy dobrze urodzony. W Słodkowcach jadano obiad o 
drugiej. Zaraz po skończonej lekcji wszedł do klasy lokaj, prosząc do stołu. — 
Czy pan ordynat powrócił? — spytała go Lucia. — Tak jest, przyjechał jaśnie pan 
z drugim panem z kolei, co już tu ma być na stałe. — Praktykant! — zawołała 
Lucia i po odejściu lokaja stanęła przed lustrem, poprawiając bluzkę i włosy. — 
Jak to dobrze, że już przyjechał! Ciekawam, gdzie go mama posadzi przy stole. O! 
będzie teraz weselej w Słodkowcach, a tak to tylko wtedy wesoło, jak przyjeżdża 
Waldy. Chodźmy już!... Przed drzwiami jadalnej sali Stefcia doznała wrażenia 
lęku. Weszła szybko i zbliżyła się do stołu. Wtem spojrzała na Waldemara, 
podchodzącego do niej z powitaniem, i dusza zdrętwiała w niej z przerażenia. 
Obok Waldemara stał Edmund Prątnicki. Stefci zaszumiało w głowie, cienie zaczęły 
skakać przed oczyma, jakby padał czarny śnieg. Doznała wrażenia, że ktoś cisnął 
na nią ciężki rozpalony przedmiot. Jej twarz w jednej chwili zbielała. Stefcia 
instynktownie cofnęła się, jak na widok szerszenia, który uciął ją raz aż do 
krwi. Nieprzytomnie podała rękę Waldemarowi, spostrzegła jego oczy szeroko 
otwarte ze zdziwienia i usłyszała jego słowa: — Pozwoli pani przedstawić sobie 
pana Edmunda Prątnickiego... Panna Stefania Rudecka — dokończył. — Witam panią — 
zawołał Prątnicki z zupełną swobodą, podając jej rękę zamaszyście. — 
Nadzwyczajne spotkanie! — dodał wesoło. — Państwo się znają? — spytała pani 
Idalia. — Doskonale! Sąsiadujemy z sobą. Prawda, panno Stefanio? — Tak — odparła 
zapytana i usiadła cicho na krześle. Było jednak w niej coś takiego, że pani 
Idalia nie pytała więcej, natomiast odgadła, że między Stefcią a młodym 
praktykantem coś kiedyś musiało zajść. Zaczęła ich nieznacznie badać. Pan 
Maciej, zdziwiony zachowaniem się nauczycielki, milczał. Lucia nie mogła 
usiedzieć z ciekawości. Tylko Waldemar zrozumiał wszystko. Zmieniona twarz 
Stefci, siła wrażenia, jakiej uległa, wreszcie jej milczenie utwierdziło go w 
przekonaniu, że młody praktykant jest niedoszłym jej narzeczonym. Waldemara 
drażniła jego swoboda. Prątnicki sam jeden mówił dużo i wesoło, zerkał na 
Stefcię z uśmiechem niesmacznym, w ogóle zachowywał się hałaśliwie. Zdawał się 
nie rozumieć, że prosta delikatność nie pozwała być swobodnym wobec takiego 
spotkania. Młody Michorowski od razu powziął niekorzystne wyobrażenie o 
wychowaniu, nawet o charakterze swego praktykanta. Polecał go wpływowy obywatel. 
Waldemar znał Prątnickiego jedynie z listów, w których przedstawiał się zupełnie 
inaczej. Ordynata gniewało niespodziewane spotkanie Stefci z Prątnickim, jego 
rubaszność i odcień lekceważenia oraz drwiące uśmieszki, jakimi ją obrzucał. — 
Jak on śmie? — myślał z oburzeniem i siedział zły, nie chcąc podtrzymywać 
rozmowy. Drażniła go pani Idalia, badająca Stefcię, nawet gniewała go Lucia, 
wpatrzona z zachwytem w ładną twarz przybyłego. Waldemar wyrzucał sobie, że nie 
mówił przy Stefci nazwiska praktykanta, bo gdyby spostrzegł najmniejsze 
wrażenie, zbadałby przyczynę i cofnął wszelkie z nim układy. Teraz już za późno. 
Zgnębienie Stefci sprawiało mu ogromną przykrość. A Stefcia istotnie cierpiała. 
— Czy on wiedział o mej obecności w Słodkowcach, czy to tylko nieszczęśliwy 
zbieg okoliczności? Skąd by wiedział — może od sąsiadów Ruczajewa? i postarał 
się wejść mi w drogę. W jakim celu? — myślała gorączkowo. Była wprost ogłuszona. 
Od pierwszej chwili przerażenia ogarnęła ją rozpacz. Może on podążył za nią 
umyślnie, aby ją skłonić do opuszczenia Słodkowic? Może on przebłagał jej ojca, 
a teraz od niej zażąda słowa i ręki... A ona? już nie mogłaby powtórzyć mu, że 
go kocha, nie mogłaby mu oddać ręki bez popełninia fałszu. Zrozumiała siebie i 
swe uczucia, omyliła się strasznie... Jego swobodne powitanie zastanowiło ją. 
Chyba wiedział o jej obecności w Słodkowcach? Ta myśl wracała jej uporczywie. 
Ochłonąwszy, młoda dziewczyna słuchała jego rozmowy ze zdumieniem. Ten człowiek 
wydał jej się inny, nienaturalnie wesoły i zbyt hałaśliwy. Mówił o sobie z 
chełpliwością, znamionującą zarozumialca; dla pani Idalii, jej ojca i Waldemara 
był zanadto uniżony. Stefcię to raziło. Nie mogła pojąć, gdzie są zalety 
widziane w nim poprzednio. Ale wówczas działał na nią urokiem, ubierała go w 
tęczowe blaski, jakich w istocie nie posiadał. Stefcia przechodziła prawdziwe 
męczarnie. Drażnił ją głos Edmunda i nie rozumiała obecności jego w tym miejscu. 
Męczył ją badawczy wzrok pani Idalii i zupełne milczenie Waldemara. — Ten 
odgadnął wszystko — myślała — i teraz będzie ostrzył na mnie dowcip... Powinnam 
wyjechać stąd. Wyznam wszystko pani Idalii. Ona zrozumie mnie i odczuje. Wówczas 
powrócę do swoich, szczęśliwa i spokojna. — Nagle, na wspomnienie wyjazdu, 
Stefcia doznała niepokoju, uczuła w duszy leciuchny żal, sama nie rozumiejąc, 
dlaczego. — Dzieciństwo! — pomyślała z gniewem. Przeniknął ją dreszcz strachu na 
samo przypuszczenie, że on może po nią tu przyjechał. Teraz on jest dla niej 
niczym. Od pierwszego spojrzenia na Edmunda nie patrzała na niego więcej, 
siedząc jakby w odrętwieniu. Ale ciekawość w niej przemogła. Odczuwając zmianę w 
jego głosie, chciała zobaczyć, czy jest zmieniony z powierzchowności. Podniosła 
oczy. Nie zmienił się: pozostał bardzo pięknym chłopcem, lecz dawniej widziała w 
jego rysach inny wyraz, w oczach inną myśl. Teraz te same rysy ściągnięte 
płaskim uśmiechem, oczy zdradzają pospolitą naturę... żadnej podniosłości, ani 
odrobiny dawnego ideału. Inny człowiek! Stefcia miała wrażenie, jakby spojrzała 
z bliska na zwyczajny kamyk, w promieniach słońca wydający się klejnotem bez 
ceny. Edmund zwrócił na nią oczy. Świeciły w nich błyski cynicznego uśmiechu. 
Twarz jej poczerwieniała, nerwami zatargało oburzenie. Wtem zabrzmiał jego głos: 
— Dlaczego pani jest dziś tak milcząca, panno Stefanio? Nie poznaję pani i jako 
dobry znajomy mogę mieć pretensje, gdyż wydaje mi się pani niezadowoloną z mej 
obecności. Czy tak? Stefcię te bezczelne słowa wyprowadziły z równowagi. Zagrała 
w niej krew obrazą, podrażniona ambicja ukłuła ją żądłem. Zmierzyła Edmunda 
chłodnym wzrokiem, ale odparła spokojnie: — Nie spodziewałam się spotkać tu 
pana, nic więcej. — Ale spotkanie chyba ucieszyło panią. Bo ja na przykład 
jestem szalenie rad. Nic nie odpowiedziała, tylko zagryzła usta. W głosie jego 
czuć było wyraźnie drwiny. Prątnicki przechylił się przez stół i natarczywie 
powtórzył raz jeszcze: — Jestem niezmiernie ucieszony. — Widać to — odrzekła 
podrażniona. — Doprawdy? Ha! ha! To dobrze. Ja lubię być wesołym. — Czy pan 
zawsze ma tak... przyjemny humor? — zapytał Waldemar, poruszając się nerwowo na 
krześle. Mówił z nie ukrywaną ironią i na wyrazie "przyjemny" położył nacisk. 
Prątnicki szybko spojrzał na niego i zesztywniał: twarz młodego magnata była jak 
z lodu, na ustach widniał niesmak, w zmarszczonych brwiach jakaś przestroga, coś 
groźnego. Całą postacią mówił: "Nie zapominaj, że ja tu jestem". Młodzieniec 
zrozumiał, że jest w towarzystwie, gdzie jego "przyjemny humor" trochę razi. 
Słowa Waldemara dotknęły go i otrzeźwiły natychmiast. Nie bardzo wiedział, co 
odpowiedzieć, lecz Waldemar nie czekał odpowiedzi. Z cygarniczką w ręce, 
zwrócony do pani Idalii i Stefci, spytał grzecznie: — Panie pozwolą? Pani 
Elzonowska skinęła głową, lecz spojrzała na niego zdziwiona. Waldemar przy 
poobiedniej kawie palił cygaro, ale pozwolenie miał już udzielone raz na zawsze. 
Teraz jednak pytanie Waldemar skierował głównie do Stefci, bo gdy ona, nie 
spostrzegłszy się, nie zrobiła najmniejszego ruchu, Waldemar z wykwintną 
uprzejmością zwrócił się bezpośrednio do niej: — A pani? — O, proszę pana — 
odparła z uśmiechem. Prątnicki zagryzł wargi. Grzeczność ordynara dla 
nauczycielki była dla niego nauczką. Odczuł, że dano mu ją umyślnie. Zbyt 
lekceważąco odzywał się do Stefci i oto ten arystokrata zręcznie, a jednak 
wyraźnie dał mu do zrozumienia, że postąpił niewłaściwie. Edmund rzucił wzrokiem 
na pana Macieja, panią Idalię i przekonał się, że oni także nie ujawniali 
zachwytów nad nim. I pomyślał, że obcy ludzie biorą stronę tej dziewczyny, a on, 
który za nią szalał, nie wahał się teraz przemawiać do niej w sposób 
lekceważący. Dlaczego tak robił, nie wiedział. Wprost doznawał dzikiej 
przyjemności na widok jej rumieńców, był przekonany, że ona go kocha, i to go 
ośmielało. Dowiedział się o jej bytności w Słodkowcach od jednego z sąsiadów 
Ruczajewa, nie pomyślał nawet, że spotkanie może być dla niej przykre. On się 
cieszył i to mu wystarczało. Uplanował mścić się na niej, rozkochać ją na nowo, 
jeśli zapomniała. Wyobrażał sobie, że Stefcia, kochając go, potrafi znosić 
cierpliwie jego żarciki. Na wstępie doznał zawodu. Wprawdzie widział wrażenie, 
jakie sprawił na pannie Rudeckiej, lecz ono było inne, niż się spodziewał. 
Górowało przerażenie tak ogromne, że aż zdumiał. Lodowata twarz Stefci nie 
zdradziła ani odrobiny zadowolenia, ani cienia radości. Na jego zaczepki 
zmierzyła go tak szyderczym wzrokiem, że mimo woli uczuł dreszcz. — Co jej się 
stało? — pomyślał ze złością — skąd ta pogarda? Jednocześnie jakiś głos 
wewnętrzny syknął w nim, przypominając jego postępek sprzed paru miesięcy. To go 
rozdrażniło, postanowił jej dokuczyć. Ale Waldemar nie pozwalał jej lekceważyć. 
Prątnicki zrozumiał, że go wzięto na munsztuk i że ona ma tu obrońców, z którymi 
powinien się liczyć. Po pierwszej chwili zmieszania ogarnęła go wściekłość. 
Postanowił zemścić się na dziewczynie w inny sposób. Błysnęła mu w głowie 
genialna myśl, godna najzdolniejszego dyplomaty. Od samego początku obiadu 
zauważył niebieskie oczy Luci, spoczywające na sobie z nieukrawnym zachwytem, i 
to zapaliło w jego mózgu myśl pełną natchnienia: od razu wydała mu się ona tak 
świetną w następstwach, że mimo woli skłonił głowę, jakby z uznaniem dla samego 
siebie. Obiad się skończył. Pani Idalia powstała od stołu i Waldemar zabrał 
swego praktykanta do gabinetu dla obznajomienia go z jego zajęciami. VIII 
Przeszło kilka tygodni. Życie panny Rudeckiej stało się ciągłą walką 
najróżnorodniejszych uczuć, często bardzo sprzecznych. Obecność Edmunda działała 
na nią niepokojąco, drażniła, wprowadzając w stan nerwowego rozstroju. Stefcia 
wyznała szczerze pani Elzonowskiej, kim jest Edmund; powiedziała, że spotkanie z 
nim zanadto ją męczy, i prosiła o zwolnienie. Pani Idalia okazała jej 
współczucie z całą taktyką wielkiej damy, ale nie zgodziła się na wyjazd. 
Ponieważ jej osobiście podobał się Prątnicki, więc nie powtórzyła prośby Stefci 
ani ojcu, ani Waldemarowi. Odgadywała, że pan Maciej chciałby zapobiec 
cierpieniom Stefci, a gdyby to doszło do Waldemara, Edmund przestałby istnieć w 
Słodkowcach. Pani Idalia nie życzyła sobie tego wyjazdu. Dla niej młody, 
przystojny i wesoły praktykant stał się miłym towarzyszem codziennych obiadów i 
kolacji. Umiał jej zręcznie pochlebiać, łechtać jej ambicję, przy tym, zabawny i 
dowcipny, potrafił bawić. Zawsze z wielką życzliwością chwalił Lucię i w pani 
Idalii odczuwał jedyną przyjaciółkę i sprzymierzeńca. Waldemar nie lubił go aż 
nadto wyraźnie, pan Maciej również. Dla Stefci stał się obojętnym. Luci mówił 
grzeczności, wiedząc, że matka to lubi. O samą Lucię mniej mu chodziło. Nie 
uważał, że jego nadskakiwania robiły na dziewczynce wrażenie zupełnie nie 
pożądane. Lucia, jak sobie przepowiedziała, zadurzyła się w nim od razu. 
Pociągnęła ją jego uroda istotnie przepyszna, reszty dopełniły hołdy, do jakich 
jej jeszcze nie przyzwyczajono. Z tego powodu i stosunek jej do Stefci uległ 
zmianie. Swoboda dziewczynki znikła. Myślała zawsze, że Stefcia kocha Edmunda. 
Czuła do niej żal i obawę, aby ona nie spostrzegła jej uczuć. Stefcia odgadła 
wszystko. Bała się o spokój Luci, lecz mówić z nią o tym nie mogła, z panią 
Idalią nie śmiała. Pozostał pan Maciej, lecz jego także nie chciała dręczyć. 
Taktyka i nieszlachetność Edmunda oburzyły ją. Wszystko to składało się dla niej 
na życie pelne zmartwień i niepokoju. Przyjazdy Waldemara sprawiały jej ulgę. 
Witała go z przyjemnością zupełnie różną od dawnej niechęci. Wówczas drażnił ją, 
teraz występował w charakterze obrońcy przed Prątnickim. W obecności Waldemara 
panowała swoboda. Rozweselał wszystkich, prócz jednego Edmunda, który przy 
młodym ordynacie tracił werwę, nie pozwalał sobie na żarciki ze Stefcią, nawet 
nie pochlebiał Luci, wiedząc, że ordynat nie lubi tego. Prątnicki oddychał, gdy 
Waldemar odjeżdżał, Stefcia oddychała, gdy przyjeżdżał; czuła się przy nim 
swobodniejszą, mniej rozgoryczoną. Ich sprzeczki trwały, lecz już odmienne, 
więcej w tonie obopólnego żartu, dowcipne, nawet cięte, ale bez domieszki dawnej 
złośliwości. Nie kłócili się nigdy przy Edmundzie, za co Stefcia musiała być 
wdzięczną Waldemarowi. Rozmawiali z sobą dużo i zajmująco. Inteligencja i 
wykształcenie jego imponowały dziewczynie. Ale po każdym wyjeździe ordynata 
cierpiała podwójnie. Edmund mścił się na niej niesmacznymi żartami za rozmowy z 
Waldemarem i za to, że sam nie może w nich brać udziału, bo poruszali często 
kwestie mało mu znane. Zresztą praktykant w obecności Waldemara tracił swój 
burszowski humor, nawet pani Idalia mniej mu wierzyła przy swym kuzynie, choć 
zwykle Waldemar nie miał u niej wielkich łask. Pewnego dnia po obiedzie Stefcia 
grała w salonie. Lucia, wciśnięta w fotel, czytała ilustrowane dzienniki. Nagle 
wszedł Waldemar, niosąc sporą paczkę. Lucia z okrzykiem zerwała się pierwsza. — 
Przyjechałeś?... Jak to dobrze... Coś przywiózł?... Ordynat powitał Stefcię. — 
Mam tu dla pani obiecane książki. Jest "Korynna" i "Delphina" pani Sta~el, jest 
kilka tomików Byrona w oryginale. Czy pani jest dość silna w angielskim, aby 
czytać? Mówi pani dobrze... — I rozumiem wszystko. Nie czytałam wprawdzie w 
oryginale, lecz spróbuję — odrzekła Stefcia dziękując. — Horacego przywiozę 
innym razem. A może pani chce coś z naszej literatury. Owszem, poproszę pana o 
Lama i Mochnackiego, jeżeli pan posiada. — Ależ dobrze, mogę pani służyć i 
Skargą, i Rejem, i Kołłątajem, i kim pani zechce. Moja biblioteka na rozkazy 
pani. — Jest, widać, niewyczerpana. — Szczycę się tym, że jedna z największych w 
kraju. Ale przerwałem pani muzykę. Stanął przed pulpitem, odrzucił kilka stron w 
zeszycie z nutami i zatrzymał się na dwunastej sonacie Beethovena As_dur. — O tę 
proszę. Ślicznie pani oddaje scherzo i marsz żałobny. — Skąd pan wie? — 
Słyszałem raz, kiedy mię pani nie widziała. — O! to się muszę strzec — zaśmiała 
się Stefcia, siadając do fortepianu. Waldemar stanął za nią, ale spojrzał na bok 
i widząc Lucię zatopioną w czytaniu zawołał, klasnąwszy w dłonie: — Hola, 
panienko, to nie dla ciebie jeszcze lektura. Lucia zamknęła książkę. — Nudni 
jesteście, ty i panna Stefania. Ja dawniej czytałam nawet Zolę, a teraz nic mi 
nie wolno. Waldemar zaśmiał się. — Emancypowana pani pupilka, co? — rzekł do 
Stefci. — Pewno, że po Zoli blado wygląda Mickiewicz, jak moralne jasełka po 
pikantnej operetce. — Nieznośny jesteś! — odburknęła nadąsana Lucia. — No, 
Lucia, cicho! Przecież pan żartuje. Waldemar ucałował dziewczynkę. Ona mu się 
wyrwała i wybiegła z pokoju. Stefcia zaczęła grać z pamięci. Ordynat usiadł. 
Chwilę patrzał na grającą, oparł czoło na dłoni i zagłębiony w fotelu, 
znieruchomiał. Stefcia początkowe andante grała z roztargnieniem. Obecność 
Waldemara niepokoiła ją. Nogi miał założone jedna na drugą. Widziała eleganckie 
jego buty z ostrogami, opinające prawdziwie arystokratyczne stopy, i drażniły ją 
w dziwny sposób. Pierwszą wariację przegrała bezdźwięcznie. Waldemar poruszył 
się, odjął rękę od czoła i palcami najeżając wąsy w sposób sobie właściwy, z 
podniesieniem ust w górę, patrzał na nią badawczo. Dziewczyna dojrzała jego 
ruch, odczuła wzrok i zrozumiała, że spostrzegł jej roztargnienie. Następną 
wariację wykonała dobrze, trzecią i czwartą z brawurą i znakomitą techniką, 
piątą artystycznie z pełnią uczucia, jakby grając mówiła zarazem... Waldemar, 
wsparty na dłoni, słuchał w skupieniu. A Stefcia cieniowała piątą wariację, 
jakby haftując na klawiszach perłami i cudną pelą. Wdzięczne, lekkie nuty 
płynęły z tęsknotą, namiętnie, pieszcząc i unosząc się w błękity. Ostatnie 
akordy jęknęły rozpacznie, i nagle posypało się rzęsiste, jak złote kropelki, 
scherzo. Zadrgały szybkie nuty na klawiszach, niby łopot skrzydełek ptasich, 
zaszumiały gradem srebra, spływając hucznie w spokojniejsze trio. Przebrzmiały 
błyskotliwe nuty, zgasły. Chwila ciszy i zabrzmiał tragiczny, pełen majestatu 
marsz żałobny. Powaga, groza, potęga szły z brzmiących nut. Stefcia z wypiekami 
na twarzy, z błyszczącymi oczyma kładła w tony siłę i energię duchową, cały 
zasób swych zdolności dramatycznych. Marsz porywał, wzbudzał grę nerwów. Gdy w 
drugiej części zawarczały bębny, groza wzmogła się, krew zatrzymując w żyłach. 
Stefci tętna waliły w skroniach, grając oddychała szybko, przejęta do głębi 
duszy. Waldemar powstał, podszedł krok naprzód i oparty o konsolę kominka, z 
dreszczem w żyłach przepalał Stefcię gorejącymi oczyma. — Co za temperament, 
jaki zapał! — myślał, widząc ruch jej palców i ognie na twarzy. Olbrzymia siła 
namiętności, jakiej dawno już nie doznawał, pchała go do niej. Uczuł, że pożąda 
tej dziewczyny, że ona przepala mu krew, szarpie nerwy. I skurcz szalonej, 
namiętnej fali ściągnął jego brwi, poruszył nozdrza, drżał na ustach. Miał 
wygląd orła gotowego do zadania ciosu, szeptał już wściekły: — Ona musi być 
moją... Kobieta, która tak porywa mężczyznę, musi ulec. Zdobywałem wiele mniej 
pożądanych, więc i ją mieć będę... To ogień!... wulkan... Ale dwa ognie poparzyć 
się nie mogą... i tyle rozkoszy!... Nagły prąd pchnął go naprzód. Stefcia 
rzucała na klawisze ostatnie akordy marsza. Ordynat rozgorączkowany stanął tuż 
za nią, pochylił się. Ostatnią siłą woli panował nad sobą, by nie porwać jej w 
ramiona. Czuł rozkosz, lecz i dziwną niemożebność tego czynu. Szatan namiętności 
zapalał go, a biały, czysty duch owiewał Stefcię iluzją, jakiej nawet jego demon 
rozedrzeć nie śmiał. Waldemar walczył... Płomienie buchnęły mu na twarz, oczy 
gorzały piekłem pożądania. Nie zdołał wytrwać, pochylił głowę niżej, oddech jego 
palący, przepojony ogniem wewnętrznym sparzył szyję Stefci, jego ramiona były o 
włos od jej ramion. Dziewczyna drgnęła, odwróciła głowę, jej oczy ogromne, 
tęskne, spojrzały na Waldemara zdumione. Patrzyli na siebie. Stefcia, blada, z 
dreszczem przestrachu zerwała się z krzesełka. Ale on ją zatrzymał. — Niech pani 
gra... Błagam!... Usiadła zniewolona siłą jego głosu. On przetarł czoło i 
odsunął się. Stefcia rozsnuła piątą wariację tak lekko, że mniejszego szmeru nie 
wydaje motyl, trącając skrzydełkami o kwiaty. Jak w osłupieniu przerwała 
wariację do połowy, prędko wstała i zamykając fortepian szybko pobiegła do 
drzwi. Od okna wzburzony ordynat skłonił się jej grzecznie. — Zakończyła pani 
ślicznie. Całość wspaniała. Dziękuję. Dziewczyna wybiegła. Waldemar popatrzał za 
nią i rzekł głośno: — Ogień zamknięty w kielichu białej lilii. Podwieczorek 
zastawiono na tarasie. Waldemar, już spokojny, wesoły, unosił się nad grą 
Stefci, żartował z Luci, nawet z Prątnickim rozmawiał uprzejmiej niż zwykle. Sam 
zaproponował przejażdżkę łódką po jeziorze. Stefcia się rozchmurzyła. Popłynęli 
we czworo. Waldemar wiosłował. Prątnicki ujął mechanicznie ster w ręce, Stefcia 
i Lucia usiadły na środkowej ławeczce, zwrócone do Waldemara. Ale Lucia 
zmanewrowała tak, że za chwilę była już na wprost Edmunda. Łódka odbiła od 
brzegu. Zachód czerwcowy rzucał gorące iskry na błękitną wodę, łabędzie z 
rozpostartymi skrzydłami płynęły za łódką. Stefcia pluskała na nie wodą, ciesząc 
się z widoku rozgniewanych ptaków. Waldemar patrzał na jej ręce, jak zanurzone w 
wodzie przybierały tony perłowe, słuchał jej śmiechu i myślał: — Jak łatwo to 
zmącić... Wystarczy porwać ją za rękę i zgnieść w swojej albo przywołać szatana 
w oczy i wpić się nim w jej usta, i już ta swoboda, ten śmiech jasny zgaśnie, 
zwarzy się niby płatek konwalii na mrozie... Cóż to za dziewczyna?... Bo nie 
anielica, a ma czystość anioła... nie demon, a ma temperament i ogień szatański. 
Fenomenalne! Czyż dla zdobycia jej mam się przemienić w anioła?... Nie, tego nie 
potrafię. Zresztą nie pragnę jej anielskości. Przeciwnie, chcę, aby mi oddała to 
wszystko, co jest w niej z demona, anielskość chowając dla przyszłego męża. Mimo 
woli spojrzał na Prątnickiego. — A gdyby on nim pozostał?... Nie, potworne 
porównanie. Zamyślił się patrząc na Stefcię. — Dla kogo ona stworzona? Kto ją 
posiądzie? Bajeczna dziewczyna! Godna świetnego losu! Czy upaść w me ramiona 
wystarczy dla niej?... Na to ona jest za czysta! Obrywałem listki z 
najpiękniejszych orchidei, ale dla mimozy miałem zawsze szacunek. Ona jest 
mimozą i warta zachodu. Cierpliwości, a będę ją miał. Stefcia czuła jego wzrok 
na sobie, ale spokojnie bawiła się pluskaniem wodą na łabędzie. Wreszcie, chcąc 
przerwać milczenie, rzekła: — Pan wiele podróżował po morzu. Niech mi pan opowie 
wrażenia. Muszą być wspaniałe. — A pani nie zna morza? — Owszem, znam trochę 
Morze Bałtyckie, ale nie odbywałam dalszych podróży. — Dla mnie najmilsze wody 
Adriatyku i Oceanu Wielkiego — dwa kontrasty, jak baletnica w błękitnych gazach 
obok siłacza. Na Adriatyku lubiłem pływać łodzią żaglową samotnie lub tylko w 
towarzystwie sternika. Ale na ocean wolałem się uzbroić w potężny statek, który 
kpi sobie z groźnych fal. Nie była to jedynie ostrożność wywołana obawą, lecz i 
chęć zaimponowania temu kolosowi siłą rozumu ludzkiego. Przetrwałem na oceanie 
dwie burze i straszliwy tyfon, nawet siedziałem już w szalupie ratunkowej wśród 
ryku bałwanów. — To jest chyba okropne wrażenie — przerwała Stefcia. — Potężne! 
Jedyne w swoim rodzaju. Jakby się człowiek wziął za bary z oceanem — kto kogo 
zwycięży. Obawa śmierci ustępuje miejsca nie rezygnacji, ale zajadłości. 
Człowiek, walcząc z tytanem, zmienia się sam w tytana. Patrząc na niezmierzone 
przestrzenie rozszalałych fal, widząc piramidy wody, słuchając ryku i grzmotu, o 
jakim na lądzie nie mamy pojęcia, człowiek doznaje szacunku dla samego siebie, 
że w tych odmętach żyje, nawet potrafi zastanawiać się nad bezowocnym 
rozwścieczeniem oceanu. To jest uczucie niezmiernie dziwne i porywające. Stefcia 
patrzała na niego zdumiona. — Nie każdy chyby doznaje takich uczuć — rzekła 
kręcąc głową — trzeba mieć w sobie dużo hartu i abnegacji życia, aby ulegać 
podobnym wrażeniom. Waldemar uśmiechnął się. — No, hartu mam dosyć, a żal za 
życiem nic nie pomoże. Wówczas przeważa prosta filozofia: "Umrę, to umrę", a 
jednocześnie energia i zaciekłość szepcą: "Umrę, jeśli się dam zwalczyć". 
Niekiedy ocean zwycięża, pogrzebując tysiące ofiar, i zawsze zostawia choćby 
jedno przy życiu, jakby dla urągania jej, pochwalenia się swą mocą. Nic nie jest 
silniejszym nad tryumf obrońców statku, gdy tyfon nie zdołał go zatopić. Ja, nie 
chcąc być jedzącym tylko śliwki w czasie burzy, pracowałem albo z majtkami przy 
linach, albo przy busoli, albo z kapitanem dyrygowałem naprawieniem uszkodzonych 
miejsc. — I nie męczyło to pana? Sprawiało mi zadowolenie. Borykałem się na 
równi z załogą dla zwalczenia potworu. Na linii transatlantyckiej znali moją 
słabostkę. Lubiłem być na pokładzie, kiedy burza cichła, kiedy zapieniony ocean 
oddychał resztkami wściekłości, jakby mu tchu brakło w olbrzymich płucach. 
Statek wówczas rozwiewa żagle, kurzy tryumfalnym słupem dymu, śruba druzgoce 
spienione cielsko oceanu i rwie naprzód, posuwa statek dumna i zwycięska. Gdy 
dzieje się to przy wschodzie słońca, wrażenie spotęgowane pięknością natury 
wzbudza prąd w nerwach, jakby dreszcz rozkoszy. Zdaje się, że i niebo jest 
przyjacielem ocalonych, a wrogiem poskromionego napastnika. Do najwspanialszych 
zjawisk zaliczam burzę na morzu. — Pan lubi niebezpieczeństwa? — Podniecają mię. 
Najnie znośniejsze na statku są panie: aby trochę wichru, zaraz spazmy, płacze, 
histerie! Ciekawy jestem, jakby się pani zachowała w takim wypadku? — Nie 
spazmowałabym na pewno, lecz bałabym się okropnie. Waldemar patrzał na nią z 
uśmiechem. — Niech mi kto wytłumaczy, dlaczego kobiety są od nas lękliwsze, 
kiedy w innych razach przewyższają nas odwagą... — W czymże na przykład? — W 
czym?... Choćby w walce z nami. Wy jesteście pogromczyniami rodu męskiego i 
przedstawiacie niebezpieczeństwo poważne, choć ukryte... takie pazurki w 
aksamitnej rękawiczce. — Czyżby i pan bał się tych pazurków? — Pani wątpi? — 
Trochę. — Ma pani słuszność — zaśmiał się Waldemar. Wyciągnął wiosła z gryf i 
złożył je na swych kolanach. Płynęły cicho po spokojnej wodzie; drobne fale 
goniły za sobą błyszcząc jak mika; łódka sunęła jak liść nanufaru, bez szelestu. 
Edmund rozmawiał z Lucią o tańcach, głośno i z niesłychaną zuchwałością. 
Waldemar rzekł znowu, pochylony do Stefci: — Więc pani przeczuwa, że nie jestem 
lękliwy, nawet w tym wypadku? Nie przeczę! Chociaż batalia z kobietą bywa nieraz 
większą nieostrożnością niż targanie lwa za ucho, bo nigdy nie jest się pewnym, 
jaka wyniknie niespodzianka. Zaratustra Nietzschego powiedział: "Dwóch rzeczy 
pragnie prawdziwy mężczyzna: niebezpieczeństwa i igraszki, przeto pożąda 
kobiety, jako najniebezpieczniejszej igraszki". — Ładna teoria! Czyli że kobiety 
uważacie jako zabawkę mniej więcej ładną lub kolącą albo za oswojone zwierzątko, 
które może ugryźć. — No, czasem trzeba je dopiero oswajać. W tym właśnie leży 
niebezpieczeństwo przedsięwzięcia. Ułaskawione łatwiej skłonić do podawania 
łapy. — Pan jest bezczelny cynik! — Oj! oj! Cóż za potwarz. Przepraszam panią, 
jeślim ją obraził, ale ja dopełniłem porównania zbiorowego przez panią. Możemy 
ten sam temat omówić efektowniej. Więc: kobieta jest istotą, o którą mężczyzna 
walczy, a im ona ma większe pazurki, tym walczy o nią wytrwalej. Nie każda walka 
prowadzi do wyników pożądanych, lecz prawie każda zwycięża, gdy mężczyzna weźmie 
na kieł, naturalnie, o ile potrafi. To już jest odrębna zdolność. Ten sam 
Nietzsche powiedział: "Idziesz do kobiet — nie zapomnij bicza". To ma znaczenie 
głębokie, dowodzi, że tylko taki alegoryczny bicz energii i silnej woli może z 
kobiety zrobić baranka. Wszelkie padanie plackiem to most rzucony pod jej stopy, 
po którym ona przejdzie zawsze i bezwzględnie. — O jakim rodzaju kobiet pan 
mówi? — Wobec pani nie mógłbym mówić o innym, tylko o najwyższym. — Bo mówi pan 
zagadkowo. — Nie, pani. Wygłaszam tylko moje credo w tej sprawie. Ja mogę 
sięgnąć po kobietę będącą na najwyższym szczycie moralnym, podać jej rękę i 
sprowadzić do własnych postulatów, ale będę jej patrzeć prosto w oczy albo 
trochę z góry, lecz nie wzniosę oczu i nie padnę na kolana. Tego mię jeszcze 
życie nie nauczyło. Czy pani wolałaby, żeby jej wybrany szedł do celu z takim 
właśnie batem Nietzschego, czy żeby żebrał u niej zmiłowania na kolanach z 
wywróconymi białkami? — Wolałabym pierwsze, ale z warunkiem, żeby swej siły nie 
używał jak obucha, żeby rachował się ze mną jak z człowiekiem równym. Moja 
ambicja wymaga prostego wzroku, bez spuszczania powiek. — Pani to mówi 
nadzwyczaj śmiało — rzekł ordynat poruszając brwiami. — Śmiało?... W jakim 
znaczeniu? — Za mało ma pani doświadczenia życiowego, żeby tak stanowczo 
twierdzić. — A jednak jestem przekonana, że życie nie zmieni mego twierdzenia. — 
Ej! niech pani nie ręczy! — Czy pan mi zaprzecza wyższości moralnej? Waldemar 
był rozdrażniony. — Nie zaprzeczam, ale wątpię, czy ta moralność wytrwa na 
piedestale, ustawionym przez ambicję pani. — Co ją może zachwiać? — spytała 
zuchwale. Popatrzał jej w oczy długo i rzekł dobitnie: — Pani temperament, 
wrażliwość, młodość i jakaś potężna siła męska. To są atuty zdolne nie tylko 
zachwiać, lecz zwalić panią z piedestału, gdyż zagłuszają punkt, uważany przez 
panią za stanowczy. W źrenicach mówiącego dojrzała Stefcia dziką siłę i śmiały 
cynizm; zaimponował jej. Zanurzyła palce w wodzie i bawiąc się rozpryskiwaniem 
błyszczących kropelek, rzekła wolno, jakby do siebie: — Za wielka wiara w siłę 
męską, a za mała w naszą. — To tylko doświadczenie, że najsilniejszy pancerz nie 
ostoi się przed tym, kto ma pragnienie walki i potrafi odnaleźć w największym 
uzbrojeniu piętę Achillesa. — A jeśli taka słaba strona nie istnieje? — Dla woli 
i energii istnieje zawsze, tylko bywa różną zależnie od intelektu kobiety. 
Odszukanie właściwej przedstawia największą trudność. To kwestia sprytu 
mężczyzny. Stefcia zamyśliła się. — Czy przekonałem panią? — spytał ją z 
uśmiechem. — Daje pan dobre oświetlenie swej tezie; nie przeczę, ale... — Niech 
pani dokończy, proszę. — Ale mówi pan głównie na podstawie własnych tryumfów, o 
jakich nawet ja słyszałam. W pańskich słowach brzmi pewność siebie. Czy jednak 
zdanie pańskie może się tyczyć ogółu? — Ogół kobiet na pewno, bo z wieloma 
bardzo różnymi miałem do czynienia, a mężczyzn podobnych do mnie jest więcej. 
Tylko są kobiety opancerzone w dziwną zbroję, jakiej trudno dojrzeć, są owiane 
nimbem i ten hamuje napastników, czarując zarazem. Zwyciężyć je można, ale wobec 
nich brutalność ginie, i ten szczegół stanowi ich siłę. — A więc znalazł pan 
wyjątek! — wykrzyknęła Stefcia. — Bardzo rzadki. Są to kwiaty ginące wśród 
powodzi innych. Zresztą powtarzam: i takie kobiety mężczyzna zwalczy, ale 
inaczej. Stefcia nie odpowiedziała. Patrzała na wodę i na białe kielichy 
nenufarów, wychylone z talerzastych grubych liści. Sięgnęła po jeden kwiat, lecz 
pływał za daleko. Waldemar w milczeniu zahaczył go wiosłem i przysunął do jej 
ręki. Zerwała dziękując mu uśmiechem. On patrzył na nią, na jej rumieniec, na 
sinawe cienie, jakie rzucały na twarz ogromne rzęsy, i myślał: — Czyś ty ów 
kwiat owiany nimbem wśród powodzi innych? Moja brutalność ginie wobec uroku 
twych aksamitnych oczu... a jednak walczyć będę z twym opancerzeniem i złamię 
je. Zobaczył kępkę nenufarów i skierował tam łódkę. On wiosłem przysuwał kwiaty, 
Stefcia rwała, rzucając je Luci. Ale dziewczynkę pochłaniała rozmowa z 
Prątnickim. Opowiadał jej o świeżo czytanej powieści. Stefcia, dosłyszawszy 
kilka zdań, spojrzała znacząco na Waldemara. — Wracajmy — rzekła cicho. — 
Dlaczego? Teraz po zachodzie słońca najprzyjemniej. — Ale już prawie ciemno. — 
Jeszcze trochę... Nagle wypowiedziane głośniej słowa Edmunda zastanowiły go. 
Spojrzał na Lucię, potem na Stefcię. Ona szepnęła: — Wracajmy. Skinął głową i 
zaczął zawracać łódkę, ale Prątnicki wstrzymał ster. — Panie ordynacie, wracamy? 
— Wracamy! — Już? — Tak. Stefcia uśmiechnęła się z intonacji głosu obydwóch. — 
Taki ładny wieczór — zaoponowała Lucia. — Już późno — rzekła Stefcia — mama 
będzie o ciebie niespokojna. — Eee! to tylko pani chce wracać. Moglibyśmy 
jeszcze popływać. — Panna Stefania ma pierwszy głos — rzekł sucho Waldemar. 
Lucia umilkła, natomiast Prątnicki rzekł z ironią: — Pannie Stefanii zapewne 
zimno. Szkoda, że pani nie wzięła szala. Waldemar utwił w nim oczy, usta mu 
zadrżały gniewem, ale Stefcia powstrzymała go błagającym wzrokiem. Rzekł więc 
tylko: — Zamiast uwag, niech pan lepiej steruje. Łódka się ciągle krzywi. 
Prątnicki poczerwieniał. W milczeniu dojechali do brzegu, gdzie oczekiwała pani 
Idalia z panem Ksawerym. Księżyc oświetlał głębiny parku, błyszczał na wodzie 
srebrną siatką, ruchomą i mieniącą. Róże pachniały, nisko w krzakach świeciły 
robaczki świętojańskie. Wieczór, zalany falą ciepła, usposabiał marząco. Znad 
jeziora buchnął chór żabi. Wysokie białe lilie na trawnikach i żółte irysy 
wyglądały niby dziewice w rzymskich tunikach, przechadzające się wśród cyprysów, 
do których w cieniu wieczornym podobne były tuje. Oświetlony pałac mrugał 
rzędami okien, odbicia światła słały się na kamiennej posadzce tarasu ognistą 
smugą, srebrzyły rozkwitłe róże, drgały na listkach caprifolium, zapuszczały 
iskierki w głąb cienistej alei, jakby przywołując idących. Jasną suknię Stefci 
pokryły błyszczące plamki, na włosach igrały złote nitki, Waldemar szedł na 
końcu, mnąc w ręku żółtą różę, patrzył na jasną postać dziewczyny, z zagadką w 
swej upartej duszy. — Czym ta dziewczyna mię porywa? To ogień w kielichu białej 
lilii — powtórzył w myśli dawne porównanie. Po kolacji, gdy się wszyscy 
rozeszli, Waldemar chodził w parku otoczony psami, które łasiły się do niego 
szczekając wesoło. Ordynat obszedł aleje, błądził nad jeziorem, podchodził do 
pałacu, patrząc na światełko w oknie Stefci, przyćmione firanką. — Co ona robi? 
— myślał — czy rachunek sumienia, czy prosi Boga o zachowanie swej cnoty... czy 
rozmyśla o naszej rozmowie?... w ogóle czy ona przeczuwa niebezpieczeństwo? Czy 
jest świadoma mych pragnień?... Ordynar wzruszał ramionami i szedł dalej. Dymek 
z cygara otaczał go delikatnym obłokiem. W świetle księżyca smukła postać 
Waldemara migała na tle trawników nadmiernie wydłużona, cienka. Żwir pod stopami 
skrzypiał, czasem ordynat cmoknął na psy lub pogładził którego z nich. Przy 
bocznym pawilonie zatrzymał się na widok otwrtego okna, skąd buchało światło i 
szedł cichy szept rozmowy. Ponad krzewami spirei spojrzał w okno. Przy małym 
stoliku siedział Prątnicki z rządcą Kleczem. Grali w karty. Prątnicki bez 
surduta, w rozpiętej kamizelce, wsparty w krześle, dowodził coś z nadzwyczajną 
werwą. Miał minę bursza. Waldemar poszedł dalej, mrucząc: — Bestia! działa mi na 
nerwy. I te karty! Wprowadza nowe zwyczaje! Prątnicki zwykle wobec ordynata 
tracił humor. Odgadywał niechęć do siebie w obu Michorowskich, nie mógł za wiele 
mówić, nie mógł się chwalić, bo czuł, że to ich razi. Zaprzyjaźnił się z 
Kleczem, ponieważ wiedział, że mu imponuje. Pochlebiało mu to. Pewnego dnia, w 
końcu czerwca, Prątnicki z Kleczem byli na łąkach, gdzie robotnicy kosili trawę. 
Panowie na linijce pod lasem rozmawiali ze sobą, często wybuchając śmiechem. 
Edmund zapalił papierosa i z rękoma w kieszeniach zwracał się do zaciekawionego 
Klecza z junaklerią i minami. Mówił o Stefci: — Tak, panie! na świecie dużo jest 
kobiet, ale trzeba umieć wybierać takie, co obok dobrego smaku posiadają jeszcze 
dobrą przyprawę. To jest grunt. Stefa jest apetyczną, nie przeczę: teraz jakoś 
zblakowała, ale to esencjonalna dziewczyna!... Lecz cóż z tego? Pływa tylko w 
dwudziestu tysiączkach. Czyż to dla mnie? Miły Boże! wystarczyłoby mi akurat na 
dwie podróże za granicę. — Gdyby tak miała ze sto tysiączków, co? ha! nie 
porzuciłby jej pan — zaśmiał się Klecz rubasznie. Edmund zrobił ustami grymas 
wyrażający lekceważenie. — Tak, naturalnie, chociaż powiem panu prawdę, że ona 
trochę mdła, zanadto cnotliwa. Byłem przecież przez kilka miesięcy prawie 
narzeczonym, a dali Bóg nie udało mi się wziąć całusa ani razu, chociaż umiałem 
być natarczywym. Nie i nie... Ona nie ma temperamentu, ta dziewczyna. — Ja bym 
sądził inaczej. Panna Stefania ma bardzo żywą fizjonomię, wygląda na ognistą 
kobietę. Może pan nie umiał jej zajść, bo z kobietą to panie tak, jak z 
narowistym koniem, trzeba umieć obchodzić się. Wybuchnęli śmiechem. — Przecież 
szalała za mną — mówił dalej praktykant. — Już ja potrafię krzesać iskry, to 
moja specjalność. Zobyczy pan, ona za mąż nie prędko wyjdzie — jeśli w ogóle 
wyjdzie. Chyby ożeni się z nią jakiś świętoszek albo facet, dla którego jej 
posag będzie stanowić sumę. Ona, choć ładna, porwać nie potrafi. Mówię panu, że 
cnotliwa do obrzydliwości. A to ważny defekt w kobiecie. Z niej nikt nic nie 
wydobędzie. Klecz uśmiechnął się chytrze. — E! tak źle nie jest. Panu się nie 
udało, ale naszemu ordynatowi pewnie się poszczęści... Prątnicki szeroko 
otworzył oczy. — No! pan tak myśli na serio? Ordynat ożeniłby się z nią? Co 
znowu! Klecz parsknął śmiechem. — Ożenić się!... Co panu w głowie? ordynat z 
nauczycielką! Także myśl! On, o którego księżniczki się ubiegają... ale 
zbałamucić może i potrafi. Jemu się ona nie oprze, choć pan dowodzi, że zimna. 
Praktykant zamyślił się. — A wie pan co? — rzekł po chwili — że mnie to już do 
głowy przychodziło. On jakoś za grzeczny dla niej i zawsze jej broni. — 
Broni?... — No tak. Ja czasem żartuję z niej. On kilka razy wziął jej stronę 
nawet dość szorstko, niedelikatnie. Klecz spojrzał na Edmunda spod oka i 
mruknął: — Pewnie dał ci dobrą naukę... — Co pan mówi? — Ech! nic. Mówię, że on 
to potrafi. Prątnicki kręcił głową. — No, no! gdyby ta cnotliwa, skromna Stefcia 
została kochanką ordynata, ot, śmiałbym się... — Cieszyłby się pan, co? — 
Cieszyłbym się naprawdę. Nawet bym nie żałował, że to mnie nie spotkało. — 
Podlec! — mruknął rządca. To samo słowo padło na wąskiej ścieżce leśnej 
wyrzucone przez wściekłe usta Waldemara. Konno stał tam od kilku minut i 
wysłuchał rozmowy. Jadąc po piaszczystej drożynie wśród gęstych krzewów 
leszczyny i młodych sosen, usłyszał głośny śmiech. Przez gąszcze dojrzał kontury 
linijki i głowę konia, skubiącego trawę. Nagle wpadło mu do uszu imię Stefci, 
wymówione przez Prątnickiego ze śmiechem i z jakimś cynicznym dodatkiem. 
Zatrzymał się, a że w naturze panowała cisza, bo z oddalonych łąk gwar dochodził 
słabo, więc każde słowo praktykanta, przefiltrowane przez liście drzew, w 
akustyce leśnej padało wyraźnie. Słuchając ordynat zaciskał zęby, gniótł w ręku 
pejczę, jakby ją chciał połamać na grzbiecie Prątnickiego. Gdy Edmund mówił o 
swych nieudanych próbach ze Stefcią, Waldemar posunął konia, chcąc przerwać 
dalszy ciąg, ale usłyszał mowę o sobie i stanął. Miał wygląd złowrogi ze 
zmarszczonymi brwiami i zimną stalą w oczach. Nozdrza jego rozdęły się, 
poruszane gniewem. Oburzyły go ostatnie słowa Edmunda. Trącił konia ostrogami, 
zdecydowany wymówić miejsce Prątnickiemu i Kleczowi za ich złośliwe uwagi, ale 
się opamiętał. Jakiś głos wewnętrzny wstrzymał go szeptem: "Oni mają słuszność, 
do tego dążysz"... Ordynat ściągnął konia munsztukiem, aż Apollo osiadł na 
zadzie, wznosząc przednie kopyta w górę. Skręcił na miejscu i wolno pojechał w 
głąb lasu, wzburzony, ciskając przez zęby przekleństwa. Nie mógł się pozbyć 
myśli, że Klecz odgadł jego zamiary. To wprowadzało go w szał gniewu. Duma 
magnacka burzyła w nim krew. Jego własny rządca zna go dobrze, na pewno 
twierdzi, że mu się Stefcia nie oprze... ta dziewczyna świeża i czysta jak woda 
kryniczna... On nie ominie takiej sposobności, pragnie nasycić się krasą 
Stefci?... Ordynat zaciął wargi. — Odgadł mnie. Ja istotnie chcę ją mieć. To 
nieprawda, co Prątnicki o niej dowodzi, że nie ma temperamentu. Dziewczyna jest 
jak iskra, przy tym jakaż ponętna! Jest dumna i ambitna, lecz to nie zmniejsza 
jej uroku — przeciwnie, podwaja go... Waldemar pomimo gniewu czuł radość, że 
Edmund nazwał Stefcię cnotliwą "do obrzydliwości". Prątnicki nie ukryłby nic — 
przeciwnie, chwaliłby się. — Nie kochała go prawdziwie — pomyślał Waldemar — 
gdyż inaczej... To esencjonalna dziewczyna, w tym Prątnicki ma słuszność... A 
gdybym ja miał większe szanse?... Wzdrygnął się. To samo mówił Klecz. — Podły 
jestem — rzekł Waldemar sam do siebie i popędził cwałem. Las skończył się, 
smukłe sosny przeświecały łąką. Gdzieniegdzie stały pojedyncze, otoczone kępami 
jałowca, wreszcie i one znikły. Przed ordynatem leżała wilgotna bujna łąka. Z 
dala widniał rząd kosiarzy w białych koszulach, kosy w słońcu migały jak złoto. 
Koń zwolnił, zniżył głowę, chcąc skubać soczyste źdźbła, lecz munsztuk 
utrzymywał go w obowiązującej postawie dobrego wierzchowca. Waldemar jechał 
zamyślony. Nagle podniósł brwi, uderzył szpicrózgą po sztylpach butów; roześmiał 
się i zaczął w myśli monologować: — Ja mogę mieć względem niej zamiary, jakie mi 
się podoba. Cóż mię ona obowiązuje? Spotykam na drodze jedną więcej osobę, którą 
warto zdobyć, i koniec. Czy mi się uda... to kwestia! Wszystko zależy od miary 
jej temperamentu. Jestem lekkomyślny... no, jestem łotr, ale Prądnicki to 
ostatni szubrawiec. Cieszyć się, że ktoś zbałamucił osobę, którą się kochało, to 
jest podłość i nikczemność w wysokim stopniu, to godne tylko takiego cymbała jak 
Prątnicki! Jednak ja się z nim muszę rozstać. Psuje mi krew... I ta przyjaźń z 
Kleczem... — A jeśli Stefcia kocha go jeszcze? — szepnął mu jakiś głos. Waldemar 
wzruszył ramionami. — Więc niech nawet szaleje. Cóż mię to obchodzi? Tym 
dowiodłaby, że niewarta zachodu. Spiął konia ostrogami i pomknął jak wicher 
przez trawy, niby jakiś potężny ptak pędzący za zdobyczą. Okrążył lasek, chcąc 
pokazać się Kleczowi i Edmundowi. Opanowała go wesołość. Był pewny, że przy nim 
Prątnicki niknie w oczach Stefci, że on robi na niej wrażenie, zatem on posiada 
tysiące widoków, jakich nie ma tamten. Minął zakręt lasku i o sto kroków za sobą 
ujrzał linijkę. Odwrócił głowę udając, że nikogo nie widzi, i ostrym kłusem 
jechał środkiem łąki wprost do robotników. — O czym oni jeszcze rozprawiają? 
Chciałbym wiedzieć — szepnął z irytacją. — Może ten osioł rozmyślił się i uważa, 
że Stefcię warto zachować dla siebie. No, z takim durniem współzawodniczyć nie 
będę. To by było więcej niż śmieszne. Zbliżając się do robotników, zwolnił i z 
żakowską radością patrzał na pędzącą prawie galopem spod lasu linijkę. — Będą mi 
się tłumaczyć, że byli z tamtej strony lasu — mruknął ironicznie i cieszył się 
na myśl, jakie zrobią miny, skoro im powie, że właśnie stamtąd wraca. IX Lipcowy 
wieczór zapadł cichy i senny. Ostatnie krwiste obłoki ciemniały, otulając naturę 
szarą gazą zmierzchu; w mroku tonęły drzewa parku, zaledwo wierzchołki złociły 
się jeszcze odblaskiem zachodu, jakby słońce rzucało ziemi pożegnanie. Zanikły 
barwne kobierce kwiatów, słabo rysowały się trawniki, tylko czarne kontury 
świerków na klombach i białe posągi widniały wyraźnie. Lecz smutna pomroka nie 
trwała długo; nagle zadrgały na listkach drzew matowe blaski, ożywiły się 
posągi, raźniej strzeliły w górę tuje i piramidalne świerki. Trwające przed 
chwilą cienie, spędzone światłem, skupiły się w pojedyncze grupy, gdzieniegdzie 
tworząc czarne głębie i plamy, w innych miejscach ścieląc się delikatnym 
rysunkiem, jak cudnie tkane koronki. Niewyraźny, zmącony park stanął w 
srebrzystej szacie z lamy i lśnił, migotał listkami brzóz, z których szło 
najwięcej błyszczących ogniwek. Jakby czarami świat powołany został do życia, 
ale mistycznego, pełnego snów. Wzeszedł księżyc, odwieczny sprzymierzeniec 
ideałów, powiernik najtajniejszych wrażeń, przyjaciel poetów i lunatyków. Na 
granatowym tle nieba, wśród mozaiki obłoczków jak w kłębach dymów, płynął niby 
wielki elektryczny lampion, tylko stokroć świetlistszy, promienny, a nade 
wszystko niedościgniony. Zapalał na swym szlaku gwiazdy, oświecał mleczną drogę, 
na ziemię ciskał miliardy spojrzeń brylantowych, wkradał się nimi w każdy 
zakątek, odnajdując znane już sobie lub nowe tajniki. Stefcia siedziała przy 
oknie i z głową opartą na dłoni wlepiła oczy w oświetlone niebo, zamyślona i 
tęskna. Dzień ten przeszedł dla niej nie wesoło. Widziała Lucię rozmarzoną i to 
ją dręczyło. W postępowaniu Prątnickiego zauważyła wiele szczegółów dla niego 
niepochlebnych, dla Luci zgubnych. Dziewczynka była pod jego urokiem, każde jego 
spojrzenie, słowo działało na nią zabójczo. Edmundowi Stefcia nie ufała, 
przeczuwając, że Luci nie kocha, że mu chodzi jedynie o zdobycie bogatej 
dziedziczki. Nie dostrzegła w nim ani połowy tego zapału, z jakim dawniej starał 
się o jej względy. I ogarniał ją niepokój, pomimo wszystko żałowała Edmunda, 
będąc pewną, że czeka go zawód. Duma pani Idalii nie pozwalała się łudzić. 
Chwilami żal Stefci skierowywał się głównie na Lucię. Ją czekało rozczarowanie 
podwójne: ze strony matki i boleśniejsze ze strony Edmunda. — Daj Boże, aby to 
był szał, złuda, która przeminie, pozostawiając po sobie trochę goryczy, bez 
głębszych śladów — myślała poczciwa dziewczyna. — Gdybym ja mogła wiedzieć na 
pewno — szepnęła strapiona. W rozmyślania jej wplatały się nieuchwytne marzenia. 
Było jej dobrze i źle, dziwne połączenie uczuć! Fizycznie odczuwała spokój i 
bogaty dobrobyt razem z poezją czarownej nocy, ale duch jej leciał wyżej. 
Błądził w obłokach utopii i z nerwowym niepokojem szarpał się, spadając w szarą 
rzeczywistość. Miała złudzenie, że posiada skrzydła u ramion, lecz że przybito 
je dużymi ćwiekami do jakiejś zapory i ta trzyma ją bez ratunku. Stefcia chce 
lecieć w przestworza i czuje, że słabnie, że jej braknie sił; ćwieki tkwią w 
skrzydłach, ciążą jej, hamują lot. Majaczyła, a księżyc oświecał jej bladą 
twarz, gładził włosy i zdawał się ją pieścić, jakby wszystkie owe ognie na nią 
jedną skierował, skupiając mistyczne spojrzenia. Stary oszust! Ile on w tej 
chwili widział takich okien i rozmarzonych głów dziewczęcych, ile pieścił 
twarzy, jak przeróżne gładził włosy. A na każdą głowę siał obficie iskry, rzucał 
kaskady świetlanych uczuć. Miał ich zapas nie lada, żył przecie wieki. Stefcia, 
pogrążona w zadumie, nagle drgnęła i obejrzała się z lękiem. Drzwi skrzypnęły i 
na progu stanęła Lucia w nocnym kaftaniku, z rozpuszczonymi włosami. Oczy miała 
otwarte szeroko i niepokój w twarzy. Zanim nauczycielka spytała, dlaczego nie 
śpi, dziewczynka prędko podbiegła do niej i ręce zarzuciła jej na szyję, twarz 
rozpaloną przytuliła do jej twarzy i zaczęła szeptać: — Ja przeczułam, że pani 
nie śpi, i przyszłam, bo i ja zasnąć nie mogę... tak mię coś dręczy... i tak mi 
smutno... Odjęła ręce od szyi Stefci i robiąc nimi jakieś ruchy na wysokości 
twarzy, zawołała z trwogą: — Ot, tak coś mi stoi przed oczyma! Po czym 
przytuliła się zaraz i spytała cichutko: — Panno Steniu, dlaczego ty nie śpisz? 
Dlaczego tak siedzisz przy księżycu? Czy i ty także?... Jeszcze?... Stefcia 
drgnęła, żal błysnął w jej oczach. — Co chcesz powiedzieć, Luciu? — Czy pani 
kocha jeszcze Edmunda? — wypowiedziała jednym tchem dziewczynka. — 
Prątnickiego!... Dlaczego pytasz o to? — Pani tak gniewnie wymówiła to nazwisko. 
— Nie odpowiadasz na moje pytania, Luciu. — Bo ja chcę najpierw wiedzieć, czy 
pani go kocha. Panno Steniu, powiedz, proszę. Patrzała jej w oczy z błaganiem. 
Stefci ścisnęło się serce. — Nie kocham — odparła szybko. Dziewczynka wstrzymała 
oddech w piersi, nieufność odbiła się w jej oczach. Spytała jeszcze 
natarczywiej: — Nie kochasz? Naprawdę? Ale kochałaś, ja wiem. — Łudziłam się — 
odrzekła Stefcia szczerze. Lucia położyła jej głowę na ramieniu. — Ja się nie 
łudzę... — Ty, Luciu? — Tak, ja kocham pana Edmunda. Zapanowało milczenie. Lucia 
ukryła twarz na piersiach swej przewodniczki i przestała oddychać jakby chcąc 
usłyszeć, co ona myśli. W tej główce dziewczęcej chwila ta wydawała się 
tragiczną. Wszystkie wrażenia, zaczerpnięte z powieści francuskich, otwarcie i 
ukradkiem czytanych, skrystalizowały się w jej pojęciu, przedstawiając obecną 
chwilę czymś rozpaczliwym, prawie rujnującym świat. Z drżeniem serca czekała, co 
powie Stefcia. Może teraz, kiedy wie wszystko, przyzna się, że Edmunda kocha i 
że on do niej należy. — Ja bym umarła — myślało zrozpaczone dziewczątko. Stefcia 
starała się uspokoić zbłąkaną, ale żal ją ogarnął, że ten sam człowiek, który 
przed kilku miesiącami ją zahipnotyzował, znalazł nową ofiarę. Może także tylko 
do chwili, kiedy cała jego wartość okaże się jedynie w piękności zewnętrznej. X 
Była niedziela. Po śniadaniu pani Elzonowska zamknęła się u siebie. Lucię zabrał 
pan Maciej, który lubił czasami pogwarzyć z wnuczką lub coś jej przeczytać ze 
starych ksiąg. Stefcia usiadła do fortepianu. W odosobnionym salonie grała 
swobodnie. Różnorodność wrażeń przebijała w muzyce wyraźnie. Wtem drzwi 
szarpnięto gwałtownie. Wpadł do salonu Prątnicki. Stanął i rozglądając się 
dokoła, zapytał zdziwiony: — Gdzież jest panna Lucyna? A widząc, że Stefcia nic 
mu nie odpowiada, wprost do niej skierował powtórne pytanie: — Gdzie jest panna 
Lucyna? — U dziadka — odparła chłodno zapytana. Prątnicki strzepnął palcami w 
sposób przypominający karczmę i zawołał: — A to dopiero mamy pecha, no! Stefcię 
zastanowiły jego słowa, spojrzała na niego zdziwiona. On to spostrzegł, włożył 
ręce w kieszenie i dodał jakby od niechcenia: — Mieliśmy się tu spotkać z 
Lucią... hm... z panną Lucyną. No i trzebaż tego dziadka... fatalizm! Panna 
Rudecka wstała gwałtownie i rzekła surowym głosem: — Proszę nie mieszać Luci do 
swych... pomysłów i zaniechać wyrazu "my". Bardzo proszę. Prątnicki zatrzymał 
się na miejscu. — Cóż to za ton oratorski? — zawołał szyderczo. — Pani chce 
odgrywać wobec mnie rolę mentora? — Powtarzam, że nie pozwolę, aby się pan o 
Luci tak odzywał, nie pozwolę ze stanowiska jej nauczycielki. — Proszę!... a cóż 
to złego mówiłem? że się tu mamy spotkać?... Przed pół rokiem pani była 
względniejszą, gdy chodziło o siebie. Pod Stefcią nogi zadrżały. Omal nie 
upadła. Ale przemogła się, podniosła dumnie głowę i rzekła dobitnie: — Pan mi to 
śmie mówić? pan?... Tyle w niej było powagi, taka siła pewności brzmiała w jej 
słowach, że Prątnicki zmieszał się. Korzystając z tego, mówiła dalej: — Po panu 
mogłam się tego spodziewać, ale to jeden dowód więcej, że mam prawo zabraniać 
panu mówienia w ten sposób o Luci. — Nic nie ma pani prawa zabronić mi! — 
zawołał gwałtownie. — Owszem, na podstawie własnego doświadczenia — mówiła z 
pozornym spokojem, choć w niej wrzało. — Tu nie może być żadnych podstaw i 
porównań, bo tamto co innego, a to co innego. — Panie Prątnicki — rzekła 
poważnie — bądźmy szczerzy. Pan zajmuje się Lucią... ale czy pan obliczył 
następstwa? — A cóż to panią może obchodzić? — Powinno obchodzić. Lucia jest 
oddana pod moją opiekę, za jej spokój odpowiedzialną jestem. Zresztą nie tylko 
traktuję to jako obowiązek, dbam o nią z własnego przywiązania. — Nie zjem jej 
przecież — bąknął Prątnicki. — Wyraża się pan dość... trywialnie. Ale mniejsza o 
to. Nie chcę, aby pan zakłócał spokój Luci i mącił pogodę jej myśli. — Za to 
pani wyraża się kwieciście! — wybuchnął ze śmiechem. Zagryzła wargi i 
poczerwieniała mocniej. — Proszę, niech mi pan odpowie jeszcze słowo. Czy pan 
mówił Luci?... — O czym? — O swych uczuciach względem niej. Edmund parsknął 
krótkim, rubasznym śmiechem, w którym jego cynizm ujawnił się w całej pełni. Ale 
ten śmiech otrzeźwił go natychmiast; odwrócił się zmieszany i zbity z tropu. 
Czuł, że się zdradził, złość go porwała na Stefcię, klął w duszy ją i siebie. 
Stefcia zbladła. W śmiechu jego odezwała się taka ironia, taki bezwstyd, że nie 
można było łudzić się. Jego nagłe zamilknięcie dowodziło, że i jemu wybuch ten 
wydał się zbyt przeźroczystym. — Och, jakiż niski człowiek! — myślała. Prątnicki 
podszedł do niej tak blisko, że musiała się cofnąć, i rzekł zdławionym głosem: — 
Przed panią zwierzać się nie będę. Proszę mię nie męczyć pytaniami. — Ja już nic 
więcej wiedzieć nie chcę. Niech się pan usunie. — A jeśli pani chce bruździć 
między mną a panną Lucyną — mówił rozgorączkowany, zastępując jej drogę — to ja 
potrafię się zdobyć na odwet... — Doprawdy?!... Nie wiedziałam... — To się pani 
dowie! — wybuchnął. Krew jej uderzyła do głowy. Mierząc go sztywnym wzrokiem, 
rzekła chłodno: — O! proszę! niech się pan nie zapomina! — Czy ja kocham pannę 
Lucynę, czy nie, nikomu nic do tego. Ostrzegam! — Mnie o pana nie chodzi, tylko 
o Lucię. — Żeby się nie zakochała we mnie? Cóż pani ma przeciwko temu? — Pan 
pyta?... Prątnicki spojrzał uważnie na Stefcię. Wydała mu się śliczną w gniewie. 
Przysunął się i usiłował wziąść ją za rękę. — Zazdrość przez ciebie przemawia — 
szepnął — ty mnie jeszcze kochasz. Panna Rudecka odskoczyła gwałtownie. Uczuła 
lód we krwi. Gniew i pogarda rozsadzały jej piersi. Wyrzuciła z siebie ze 
wstrętem: — O głupoto!... bezczelna głupoto! — Jak pani śmie!... jak pani śmie! 
— krzyknął czerwony z gniewu. — Niech pan wychodzi natychmiast!... Proszę! — 
wołała Stefcia wskazując drzwi. Za oknami rozległ się suchy trzask motoru. 
Prątnicki spojrzał w okno. Przed gankiem stał pąsowy samochód z Głębowicz, 
błyszczący lakierami. Wysiadał z niego Waldemar, oddając korbę palaczowi. — 
Niech pan wyjdzie natychmiast! — powtórzyła rozgorączkowana Stefcia, nic nie 
słysząc. Ale Edmund już sam ruszył do drzwi, gotowy do prędkiego wyjścia. Na 
progu stanął, zaśmiał się szyderczo i syknął zjadliwie: — Odchodzę, odchodzę! 
przyjechał obrońca... Jego radzę przyjąć łaskawiej... Życzę powodzenia!... 
Wyszedł, trzasnąwszy drzwiami. Stefcia upadła na krzesło wyczerpana, oddychając 
mocno. Ściskała dłońmi skronie i wybuchnęła płaczem. Niepowstrzymane łzy gradem 
płynęły z jej oczu. Wtem zerwała się, wybiegła z salonu, dążąc do siebie. 
Usłyszała w korytarzu głos ordynata. XI Obiad przeszedł ponuro. Stefcia miała 
wypieki na twarzy i ciemne obwódki pod oczyma, zdradzające niedawne łzy. Lucia 
rzucała wzrokiem w stronę matki, uparcie milcząc. Pan Maciej był niespokojny. 
Waldemar groźny. Tylko pani Idalia, mniej sztywna niż zwykle, rozmawiała z 
Prątnickim o czymś zabawnym, co jednak nikogo, nie wyłączając jej samej, nie 
bawiło. Edmund udawał wesołość, krztusił się własnymi dowcipami, ale widząc 
ogólny nastrój siedział jak złapany. Nawet służba odczuwała chmurne usposobienie 
państwa: kamerdyner usługiwał prawie bez szelestu, chodząc na palcach; młodszy 
lokaj, znosząc półmiski, nie otwierał drzwi, ale je uchylał delikatnie. Wszyscy 
doznali ulgi, gdy powstano od stołu. Pani Elzonowska z Lucią pojechały do Szal. 
Stefcia nigdy tam nie jeździła, odgadując, że hrabina Ćwilecka jej nie lubi. 
Razem z paniami pojechał konno Waldemar oglądać folwarki. W pałacu słodkowickim 
zapanowała względna cisza. Na blaszanym dachu gruchały gołębie, z klombów 
dochodziły krzykliwe rozmowy turkawek, brodzące po trawnikach pawie odzywały się 
charakterystycznym wrzaskiem. Stefcia, zamknięta w swoim pokoiku, usłyszała 
lekkie pukanie do drzwi. — Proszę. Wszedł kamerdyner Jacenty. — Jaśnie pan 
starszy prosi panienkę do różanej altany, jeśli to panience nie zrobi różnicy. 
Stefcia doznała miłego uczucia. — Proszę powiedzieć panu, że idę natychmiast. Z 
przyjemnością myślała o spędzeniu nudnego popołudnia w towarzystwie staruszka. W 
altanie pan Maciej siedział na ławce, mając nogi okryte skórą tygrysią. Był 
zamyślony i ponury. Na widok Stefci twarz mu się rozjaśniła. Wskazując jej ławkę 
obok siebie, rzekł z miłym uśmiechem: — Siądź tu, moje dziecko. Przepraszam, żem 
cię wzywał. Chciałem z tobą trochę pomówić. Może nie chcesz?... Jestem stary 
nudziarz — co? Pan Maciej mówił do wszystkich po imieniu; Stefcię prawie zawsze 
tak nazywał. — Ależ, proszę pana, z największą przyjemnością — odrzekła 
dziewczyna siadając. Staruszek podniósł blade oczy w górę i wpatrzył się w 
zieloną siatkę lisków różanych na tle błękitnego nieba. Jakieś wspomnienia z 
dawnych lat spływały na niego, nadając jego starym oczom dziwną rzewność i cień 
smutku. Chwilę siedział milcząc, przeniesiony w inne czasy. Wreszcie zaczął 
mówić głosem spokojnym, często przerywając: — Nic się świat nie zmienia, nic. 
Zawsze jest młody i pełen życia... Tylko ludzie na nim więdną, rozpadają się w 
popiół, a na ich miejscu wyrastają nowi, ci najmłodsi, by z czasem także 
spopieleć. I dziwna rzecz, moje dziecko, że my, starzy, już zmęczeni życiem, 
pragnący spoczynku, nie narzekamy jednak na świat. To życie sterało nas, a 
pozostało miłym. Narzekają młodzi. Zły objaw!... Czy to wpływ ogólnej newrizy, 
czy wyższego kultu umysłów, czy też, przeciwnie, skarłowacenia mózgów? Patrzą z 
pogardą na wszystko, co ich otacza, dążąc do czegoś nieziemskiego. Lecz 
najprędzej to wpływ zdolności analitycznych. Więc postęp. Myśmy tego nie zaznali 
w tym stopniu, żeby nam życie zmarniało. My mieliśmy żywą wiarę. Dziś i to 
blednie, dziś więcej mamy filozofów, analizujących istotę Boga, więcej ateuszów 
niż ludzi głęboko wierzących. A to źle! To grunt, z którego wyrasta tyle 
nieszczęścia wśród ludzi. Pan Maciej umilkł i zamyślony patrzał przed siebie, 
odszukując w owych wspomnieniach młode lata, pełne zapału, wiary, tak różne od 
dzisiejszej apatii. Stefcia, patrząc na staruszkę, odgadywała jego myśli i z 
ciekawością pytała siebie, jaką była historia tego starca?... On jął mówić 
dalej: — Zmienił się świat. NIe jesteśmy jaskiniowcami. Ludzie wznoszą się 
bajecznie ponad czasy anty dy luwialne, muszą baczniej spoglądać dokoła siebie! 
I każda rzecz budzi ich wątpliwości, nie wystarcza im istota rzeczy, chcą 
atomów, znajdują je i rozczarowują się. Chcą wieczności w życiu, ale na 
powstawaniu i zaniku świat stoi. Każdy kwiat zwiędnąć musi, to trudno! — Lecz 
żyjąc umila nam niejedną chwilę. Teraźniejszym ludziom to nie wystarcza, oni 
chcą analizy nawet w szczęściu. A przecież ten sam kwiat, rozdrobniony na 
cząstki, jest garstką śmiecia; przekonają się o tym, rozczarują, chcą znowu 
złożyć na nowo, ale złożą nędznie, więc najczęściej rzucą... I tak jest ze 
wszystkim. Starzec westchnął żałośnie i poruszył głową. — Tak jest i z religią 
dzisiejszą. "Nach Conossa gehen wir nicht!" (niem. — Nie pójdziemy do Canossy!). 
Przerażający prąd aluwialnych objawów, ale zabójczy!... Pan Maciej umilkł, 
spuścił głowę na piersi. Dziewczyna siedziała zamyślona. Po chwili podniosła na 
niego oczy i spytała z żalem: — Dlaczego pan tak smutnie mówi i młode pokolenie 
przedstawia w tak złych ramach? — Nie w złych, dziecko, w nowych. — Więc pełnych 
nadziei! — Gdybyż nie były już spaczone... — Ale dlaczego?... czym? Zresztą nie 
wszyscy — mówiła, unosząc się, Stefcia. Pan Maciej spojrzał na nią z dobrym 
uśmiechem. — Niewiele jest takich zdrojowych kwiatów jak ty, dziecko, niewiele 
takich krystalicznych dusz. Jedną taką znałem, ale to już dawno... Może ciebie 
to razi, co mówię. Ale i ty nie jesteś wolną od goryczy życia, i na ciebie padł 
cień ogólnej epidemii... analizy... Całość zbadałaś w szczegółach i cierpisz, 
zawiodłaś się. A to nie kwiat, prawda?... łodyga, prosta łodyga... i trochę 
śmiecia. Tu rozbiór przydał się. Gorzej byłoby, gdyby nastąpił poniewczasie. 
Gdyby tak los sprzyjał wszystkim zawsze w porę, byłoby mniej niedoli na ziemi. — 
O czym pan mówi? — szepnęła Stefania z dreszczem trwogi. Zagadnięty spojrzał na 
nią badawczo. — Czy nieszczera, czy głupia? — pomyślał. — Moje dziecko, 
powtarzam, że może ci to niepotrzebnie mówię. Widzę, że mię nie rozumiesz. — 
Ależ owszem, już rozumiem, tylko... — Tylko co? — Boję się... czy pan mnie 
rozumie. Uśmiech błysnął na ustach staruszka. — Przepraszam pana — rzekła cicho 
dziewczyna, nie chcąc go dotknąć. — Nic nie szkodzi, moje dziecko, ale zaraz 
musisz mi się tłumaczyć. Widzisz, jestem starym człowiekiem, lecz mam dobre oczy 
i bardzo jeszcze świeżą wrażliwość. Zwłaszcza jeśli jeśli kto jest mi 
sympatycznym, odczuwam każdą przykrość czy też przyjemność, jakiej on doznaje. 
Otóż w tobie zauważyłem wielką zmianę... domyślasz się zapewne. Widzę, że cię to 
męczy, nawet szkodzi twemu zdrowiu. I ty doznałaś zawodu, analizując. 
Przekonałaś się, że on niewart twych myśli, że tonie brylant, ale prosty 
pomalowany kamyk, prawda? — Tak, panie — odrzekła wzruszona — ale przyczyną tego 
nie jest moja własna analiza, lecz okoliczności. W owych czasach brałam go, 
jakim był, wierząc, że jest właśnie brylantem. — W jakich czasach? — spytał 
staruszek z naciskiem. — W czasach, kiedy kochałam się w nim. To był dziecinny 
szał. — A teraz już minął? — Jest mi najzupełniej obojętny. — Czy jesteś szczerą 
ze mną, moje dziecko? W głosie pana Macieja czuć było nieufność. — Nie byłabym 
szczerszą z rodzonym ojcem. Starzec wziął jej rękę i przysunął do siebie, a gdy 
ona ze czcią pochyliła mu się do ramienia, pocałował ją w głowę. Wdzięczna za 
ten objaw życzliwości, Stefcia gorąco ucałowała raz jeszcze ramię pana Macieja. 
A on zaczął wesoło zrzędzić: — No i patrzcie! Ta panienka wyprowadziła mnie 
starego w pole, gdyŻ byłem przekonany, że dawne czasy, o jakich mówiłaś, 
istnieją jeszcze; że poznajesz go lepiej i cierpisz nad tym, że ideał zaczyna 
się zacierać i przybiera formy bardzo pospolite. A ty traktujesz go na zimno. 
Ale czemuż jesteś taką zmienioną, niespokojną, nieledwie mógłbym powiedzieć, że 
wyglądasz, jakbyś się czego obawiała. Zagadnięta tak obcesowo, zawahała się, czy 
powiedzieć o Luci. Starzec dopomógł jej, bo rzekł znowu: — A zwłaszcza od paru 
dni jesteś nieswoja. Dziś nawet płakałaś. I Lucia jakaś dziwna... BArdzo mię to 
zastanawia. A ty nie domyślasz się powodu? Bądź szczera. Stefcia postanowiła 
powiedzieć wszystko. — Owszem, wiem na pewno co gnębi Lucię. To samo i mnie 
doprowadza do rozpaczy. Wiem od samej Luci, zwierzyła mi się... Właściwie nie 
powinno zdradzać... — Przede mną możesz i powinnaś. Lucia to jeszcze dziecko, 
trzeba wiedzieć wszystko, co ona myśli, a zwłaszcza co ją męczy. Więc? — Lucia 
jest pod wpływem Prątnickiego. — Po prostu kocha się w nim — poprawił pan 
Maciej. — Domyślałem się tego. To źle, za wczesny wiek... i za marny przedmiot 
miłości... Ale może ci przykrość sprawiam? — dodał, ujrzawszy bladość Stefci. — 
Przykro mi ze względu na Lucię. Czeka ją coś podobnego, co i mnie spotkało. Pan 
Maciej pomyślał chwilę. — Tak, po Luci ja poznałem to samo, nawet dziś, gdy była 
u mnie. Biedna dziewczynina! Oto dzisiejsze pokolenie, paczone od dziecka i w 
szesnastu latach już pełne goryczy. Lucia zdaje się odgadywać wiele rzeczy. Jej 
zgnębienie aż nadto jasno o tym świadczy. Ale o nim nic nie wiesz? Bo on 
wyraźnie zabiega o nią. Ale co ci jest?... Stefcia spuściła oczy. Wielka 
przykrość odbiła się na jej twarzy. Nie uszło to oka pana Macieja. — Czy wiesz 
co o nim? — powtórzył natarczywie. — Zdaje mi się, że tak. — Więc jego zamiary 
względem Luci... — Niczym się nie różnią od tych, jakie miał niegdyś względem 
mnie. — Naturalnie! — rzekł starzec i machnął ręką. — Jemu chodzi o posag. 
Zwiesił głowę na piersi i przymknął oczy. Wyszukiwał już w starym mózgu rady na 
uchronienie wnuczki od zmarnowania pierwszych, wiośnianych uczuć. — Ja panu 
opowiem rozmowę moją z Prątnickim — rzekła Stefcia gorączkowo. — Pan sam osądzi. 
Może ja źle zrozumiałam. Pan Maciej podniósł głowę. — Rozmawiałaś z nim o tym? — 
Tak wypadkowo. Powtórzyła całą scenę z Prątnickim aż do przyjazdu ordynata. 
Podczas opowiadania mieniła się na twarzy, oczy jej zachodziły łzami, to znów 
sypały iskry oburzenia. Pan Maciej słuchał uważnie. — Jaka podobna do tamtej... 
— szepnął do siebie parę razy. Gdy skończyła, ozwał się: — Zrozumiałaś go 
dobrze, moje dziecko. Niechcący wypowiedział się wyraźnie. Ale jakież było 
zakończenie waszej rozmowy? Musiał coś więcej powiedzieć nad to, co powtórzyłaś. 
Prawda? — On delikatnością się nie odznacza — odrzekła wymijająco. — Domyślam 
się. Zapewne powiedział ci coś przykrego wychodząc, kiedy zobaczył Waldemara 
przed oknami. Czy tak? Wymowne milczenie dziewczyny było potwierdzeniem domysłu 
pana Macieja. — Bezczelny! — szepnął z oburzeniem. W ogrodzie zaskrzypiał żwir 
pod prędkimi krokami. Do altany wszedł Waldemar, ubrany jak do konnej jazdy. 
Stanął trochę zdziwiony na widok dziadka ze Stefcią, zdjął kapelusz i zawołał z 
humorem: — "Honna soit qui mal y pense!" (fr. — Hańba temu, kto o tym źle 
pomyśli!) Po zamienieniu kilku słów z żartobliwie nastrojonym ordynatem Stefcia 
pożegnała panów, wracając do siebie. Chciała uspokoić się. Pan Maciej pozostał w 
altanie z Waldemarem. XII Słońce spływało ku zachodowi, gdy pan Maciej, 
prowadzony przez Waldemara, powracał do pałacu. Klasycznie wyglądała para tych 
ludzi. Znać było na nich ten sam styl, ale w szczegółach i formie różnice 
występowały znamienne. Dziadek przypominał starego orła, patriarchę rodu, 
zmęczonego lotem życia, o skrzydłach już zwiniętych, może nawet połamanych. Typ 
patrycjuszowski minionej epoki, tradycyjnie zachowanej i bardzo szanownej. Wnuk, 
to młody orzeł, spadkobierca rodzinnego berła i starego gniazda, pełen życia i 
siły, z rozwiniętymi szeroko skrzydłami i bujnym lotem młodzieńczym. Tradycyjny 
potomek rodu, patrycjusz wyjęty niby żywcem ze starych pergaminów z życiorysami 
pradziadów lecz z odwiecznych portretów ich dostojnych postaci, ale już odarty z 
pleśni wieków, udoskonalony przez mistrza postępu. Ten sam, co powyższy typ, ale 
w odmłodzeniu, orzeł tej samej skały, lecz z bystrzejszym wzrokiem, obejmującym 
obszerniejsze horyzonty. W starej, karmazynowej krwi miał świeże krople, produkt 
odmiennych prądów nowego wieku, posiadał ustrój nerwowy słabszy od dawnych 
pokoleń i zmienione pod wpływem nowoczesnej atmosfery barwy zasad. Nad przodkami 
górował bystrością umysłu, bogactwem natury i wrażliwości. Jedynie typowa 
gwałtowność, charakter stanowczy, trochę feudalny, i siła temperamentu nie 
uległy w nim ogólnej zmianie, chyba w drobnych szczegółach. Ale tu przyczyną 
było odmienne tło; zamiast pergaminu zamierzchłych lat tłem nowoczesnym był 
elegancki welin. Patrząc na niego, jak prowadził dziadka, widocznie zirytowany, 
niemal złowrogi, przede wszystkim poznawało się w nim Michorowskiego, potomka 
tych, którzy w chwilach niezadowolenia wyciągali miecze z pochew, a w chwilach 
gniewu broczyli je krwią. Po rozmowie z dziadkiem Waldemar zaledwo zdołał 
powstrzymać się od gniewu. Gdyby mu było wolno dać folgę oburzeniu, wywołałby 
gwałtowną burzę w pałacu. Ale zmógł się. Szedł krokiem nerwowym, chwilami 
przystając, aby dorównać miarowym stąpaniom pana Macieja, i pejczem uderzał 
gwałtownie po sztylpach butów. W oczach gniewne błyski mieszały się z zimną 
ironią, usta krzywił sarkazm, brwi ściągała groźna zawziętość. Pan Maciej 
zaniepokoił się. — Pamiętaj, Waldy, co mi obiecałeś — rzekł patrząc w oczy 
wnuka. — Gwałtownością narazisz Stefcię. Prątnicki awantury jej nie zrobi, ale 
dobrą sławę tej dziewczyny może szarpać. Będzie przekonany, że się tobie 
poskarżyła, i gotów myśleć Bóg wie co. — Ależ co znowu! — oburzył się Waldemar. 
— Przecie potrafię zapanować nad sobą. Zresztą najlepiej będzie, gdy zaraz 
odjadę. — To właśnie najgorsze. — Prawie konieczne. Jestem tak podrażniony, że 
drobnostka może mię wyprowadzić z równowagi pomimo mej woli. Niech ten... osioł 
przy kolacji odezwie się do niej z czymś niewłaściwym lub zacznie umizgać się do 
Luci... nie ręczę za siebie. Wolę go nie widzieć wcale. — Idalka dziś nie 
powróci na pewno. — Wszystko jedno — rzucił zły. Uderzył szpicrutą po gałęzi, aż 
grad liści posypał się pod nogi, i cisnął jakieś przekleństwo. — Co zamierzasz 
czynić! — spytał pan Maciej. — Czekać pierwszej sposobności i tego gagatka 
wyprawić. — Drażliwa materia. Gdyby był płatny, zapłaciłbyś mu za cały rok, 
skończone, ale tak!... — Zaproponuję mu przeniesienie się do Głębowicz, lecz w 
ten sposób, że powinien zrozumieć, czego chcę. — A jeśli się zgodzi? — O to 
jestem spokojny! Zresztą innego sposobu nie widzę bez narażenia jej... Stefci... 
Pan Maciej spojrzał na niego ukradkiem. — Jak on się o niej wyraża! — pomyślał. 
Wszedłszy do pałacu, Waldemar kazał podawać samochód, sam zaś zeszedł na dół do 
parterowego salonu, blisko pokoju Stefci. Mrok zapadał szybko, salon ginął w 
szarych barwach wieczornych, gdzieniegdzie połyskując złoceniami ram i 
kryształem pająków. Ordynar spojrzał na zegarek i zadzwonił. Nadbiegł młody 
pokojowiec. — Niech tu przyjdzie Jacenty — rzekł Waldemar. — Światła i 
pospuszczać sztory! — rzucił krótko kamerdynerowi. Jacenty spełnił polecenie i 
chciał odejść. — Czekaj! — zawołał ordynat. — Idź do panny Stefanii i oświadcz, 
że pragnę się pożegnać. Jacenty wyszedł. Ordynat zaczął chodzić po salonie. Po 
chwili weszła Stefcia. Na twarzy miała silne rumieńce. WAldemar pospieszył ku 
niej. — Chciałem się z panią pożegnać. Zaraz jadę. — Jak to? Nie zaczeka pan na 
kolację? — Nie, pani, spieszę do domu. — Otrzymał pan jaką złą wiadomość? — 
Dlaczego pani o to pyta? — Bo widzę, że pan zirytowany. — Ach tak! pani to 
zauważyła? Jestem nawet wściekle zły, lecz nie z powodu wieści z Głębowicz. 
Rozmawiałem z dziadkiem, opowiedział mi wszystko... Mgła przesłoniła oczy 
dziewczyny. Niezmierna przykrość odbiła się na jej twarzy. Była chwila 
kłopotliwego milczenia. — Więc nie zostaje pan? Zatem do widzenia — rzekła 
Stefcia wyciągając rękę. Waldemar ścisnął ją w swej dłoni i nie puszczając, 
rzekł dziwnie miękko: — NIech pani będzie spokojną. Domyślałem się wiele, teraz 
wiem wszystko i dołożę wszelkich starań, aby się pani więcej nie męczyła... — 
Dziękuję panu. Tu głównie chodzi o Lucię. — Najwięcej o panią. Tamto dzieciństwo 
prędko przeminie bez poważniejszych następstw. Niech pani nie bierze tego tak 
tragicznie. Swoją drogą dołożę starań, aby w Słodkowcach zapanowała dawna 
swoboda. Stefcię przestraszyły te słowa. — Ależ ja nie chcę, aby z mego powodu 
wynikły jakieś nieporozumienia... Nie chcę mu... nie chcę nikomu szkodzić. Była 
ogromnie zmieszana, bo Waldemar nie puszczał jej ręki. Chciała ją wysunąć, lecz 
ujął ją jeszcze mocniej. — Niech pani mi wierzy i ufa — rzekł stanowczo. — 
Postąpię, jak można najtaktowniej. Ale wyjazd tego pana wszystkim poprawi 
humory, nie wyłączając zbłąkanej Luci, a już mnie bez kwestii. Wesoło spojrzał w 
jej oczy i rzekł: — Czas jechać. Do widzenia! Niech pani się niczym nie martwi, 
proszę bardzo. Skłonił się i wyszedł. — Jaka szlachetna i jaka śliczna! — 
szepnął w korytarzu. Stefcia powróciła do siebie. Wzięła książkę ze stolika i 
otworzyła, chcąc czytać, lecz myśli plątały się, nie rozumiała ani słowa. W 
uszach brzmiał jej niski głos Waldemara, na ręce czuła uścisk jego dłoni. 
Siedziała nieruchomo, w obawie spłoszenia błogiego spokoju. Rozległ się łoskot 
samochodu, głos na ganku i zapadła cisza. — Pojechał — szepnęła do siebie 
Stefcia. — Ale jacy to inni ludzie; ten i tamten. .nv Część Pierwsza (c.d.) XIII 
Prątnicki miał minę zwycięską, wchodząc do stajni. Spotkał Lucię, powracającą z 
cieplarni, widział jej rumieniec i z kilku słów dziewczynki upewnił się co do 
jej uczuć. Sam skorzystał, aby uścisnąć rączkę dziewczęcia i szepnąć parę 
czułych frazesów. — Jestem na dobrej drodze — powtarzał sobie. — Ta mała kocha 
się we mnie najwidoczniej. Podkręcił wąsika z miną człowieka zadowolonego z 
siebie i ze swej przyszłości. — Benedykt! konie dla mnie! — zawołał do starego 
stangreta. — Kasztany czy gniade? — spytał Benedykt. — Zaprzęgaj czwórkę karych 
arabów do żółtego amerykana. Stangret wytrzeszczył na niego oczy. — Kare araby?! 
— Ogłuchłeś, widzę. Zaprzęgaj prędzej! Z szorowni wyszedł Klecz. — Dokąd pan 
chce jechać? — spytał Edmunda po niemiecku. — Do miasta. Muszę być w składzie 
rolniczym, aby dowiedzieć się o żniwiarkę. Żniwiarka naprawiona. Nie ma pan po 
co jechać. — Ordynat sam mi to polecił. — Może być, ale dawniej. Teraz tylko 
poślemy furmankę. Muszę jechać — upierał się Prątnicki. — Ha! jedź pan, ale nie 
radzę karymi końmi. — A to dlaczego? — Tak... Nie radzę... Daleki kurs... — Do 
Szal chyba dalszy, a baronowa jeździ nimi zawsze. Klecz rzucił na niego znaczące 
spojrzenie. — Różnica! — rzekł lakonicznie. — Nie widzę żadnej! — zawołał 
Prątnicki. Zrozumiał, co Klecz chciał powiedzieć, ale postanowił nie ustępować. 
— Czemu nie zaprzęgasz? — krzyknął na Benedykta. — Panie, po przyjacielsku panu 
radzę nie brać tej czwórki — rzekł Klecz. — To ulubione konie ordynata. Może im 
się stać co złego, potem bieda. Pal je licho! Niech pan jedzie kasztanami, konie 
jak spławy. Albo gniade niech pan weźmie. Podobno baronowa ma dziś jechać do 
Obronnego. Zadysponuje kare i co wtedy? — To dla niej założy się gniadą czwórkę 
— rzekł Prątnicki już zły. Zwrócił się znowu do Benedykta: — Zaprzęgaj żywo! 
Rozumiesz! Stangret wzruszył ramionami i poszedł spełnić rozkaz, mrucząc pod 
nosem niepochlebne życzenia dla praktykanta. Klecz machnął ręką. — Twarda 
sztuka!... niech go diabli! — rzekł do siebie. Po kilku minutach Edmund siedział 
w amerykanie i zgarnął lejce czwórki. Następnie, zanim stajenny zdołał się 
usadowić, trzasnął z bata z ironicznym uśmieszkiem, pożegnał Klecza, puścił 
konie tęgiego kłusa i zniknął na zakręcie drogi. Rządca i stangret spojrzeli na 
siebie. — Żeby się chociaż co złego nie stało — mruknął Klecz. A Benedykt rzekł 
rozkładając ręce: — Jak pan praktykant znarowi konie, ja nie będę odpowiadał 
przed ordynatem. Kiedy pan rządca pozwolił, to co ja winien? — Przecie pan 
Prątnicki umie jeździć. Co tam Benedykt prawi! — odrzekł Klecz, sam 
zaniepokojony. Nieobecność Prątnickiego na obiedzie zadziwiła panią Idalię, a 
zasmuciła Lucię. Dziewczynka nie rozumiała, dlaczego wyjechał dziś, po tak miłym 
spotkaniu sam na sam. Smutek jej wzmógł się, gdy pani Idalia oznajmiła, że po 
oboedzie jadą do Obronnego odwiedzić księżnę Podhorecką. Gdy Lucia została sama 
ze Stefcią, zarzuciła jej ręce na szyję, szepcząc z rozkapryszoną miną: — Tak 
bym wolała zostać w domu! Tak mi się nie chce jechać!... — Przecież dawniej 
lubiłaś bywać w Obronnem — uśmiechnęła się Stefcia. — Ach! dawniej!... to co 
innego. I w oczach jej błysnęło rozmarzenie, tak nie dostosowane do tej 
dziewczęcej postaci, jak niewłaściwą byłaby silna woń róży dla niezapominajki. 
Pani Idalia, kończąc ubieranie się, rozkazała zaprzęgać konie do landa. W parę 
minut potem Jacenty zastukał do jej pokoju. — Proszę jaśnie pani, stangret mówi, 
że można jechać tylko gniadą czwórką lub kasztanami. — Ale ja kazałam zaprzęgać 
kare — rzekła pani z przyciskiem. — Stangret powiada, że karych nie ma. — Gdzież 
się podziały? — Pan praktykant pojechał do miasta. Pani Idalia zwróciła się 
gwałtownie na krześle ku Jacentemu i spod przymrużonych powiek spojrzała na 
niego bacznie. — Pan Prątnicki... karą czwórką... do miasta? — Tak mówi 
stangret. — Rządca wiedział od rana, że pojadę. Jakże mógł dać te konie? — Pan 
praktykant powiedział, że jaśnie pani pojedzie gniadymi. — To nie może być! — 
zawołała wzburzona baronowa. — Niech Benedykt przyjdzie do kredensu. Jacenty 
wyszedł. Pani Idalia powstała z krzesła szarpiąc nerwowo rękawiczki. — Skandal! 
— wołała do siebie. — Ja dysponuję konie, a mnie powiadają, że koni nie ma? On 
za wiele sobie pozwala. Waldy go rozzuchwalił. To do niczego nie podobne. 
"Voil~a qu.il est ridicule!" (fr. — Coś śmiesznego!) Wzburzenie jej rosło. 
Tymczasem przed stajnią zebrała się narada. Jacenty, Benedykt i kilku stajennych 
mieli miny zakłopotane. Szukali rządcy, ale Klecz wyruszył w pole. Nie było 
rady, trzeba iść do pałacu. Gdy Benedykt z Jacentym weszli w obręb dziedzińca, 
stangret zdrętwiał z przestrachu. Dokoła gazonu pokojowiec oprowadzał karego 
wierzchowca z Głębowicz. Przyjechał ordynat... — No! — zawołał Benedykt — Jaśnie 
pan zawsze przyjeżdża wtedy, jak się go nikt nie spodziewa, ale dziś to już 
trafił! Waldemar zastał ciotkę bardzo rozgniewaną. Ledwo raczyła się z nim 
przywitać. — Co się stało? — spytał zdziwiony. — Widzę, że ten twój protegowany 
ma tu większe prawa ode mnie! A! tegom się nie spodziewała! Waldemar słuchał 
spokojnie, chodząc po pokoju. Gdy skończyła, parsknął śmiechem. — Mój 
protegowany? Paradna jest ciocia. Nie wiem, kto go dotychczas protegował więcej. 
Z pewnością nie ja. — Jednak się teraz śmiejesz. Nie obeszło cię to ani trochę. 
— Przeciwnie, jestem zachwycony tym wypadkiem. — "Voyons!" jesteś bardzo 
uprzejmy. — Ależ, ciociu, państwo oboje wyrządziliście mi wielką przysługę: 
ciocia, że dziś chciała jechać, a ten pan, że właśnie dziś pojechał. — NIe 
rozumiem cię. — Moja ciociu, nie ulega wątpliwości, że ten pan zdobywa sobie tu 
jakieś prawa, ale to wina cioci — nie moja. — Powtarzam, że nie rozumiem cię — 
przerwała pani Idalia wzruszając ramionami. — Ciocia widzi jego zabiegi około 
Luci? Tak czy nie? — Odbiegasz od przedmiotu. — Właśnie do niego dążę. Niech mi 
ciocia odpowie. — Asystuje Luci. Więc cóż z tego? — Ale ciocia to widzi i 
pozwala na to. Pani Idalia zerwała się z krzesła. — Ach! mój drogi, nie widzę w 
tym nic złego, że z sobą flirtują. Cóż to szkodzi? — Sądzę, że dla Luci jeszcze 
taki flirt zbyteczny — rzekł Waldemar chłodno. — Przeciwnie. Lucia ma szesnaście 
lat, niech się wprawia. Dla dziewczyny w tym wieku to nawet konieczne. — Czy i 
to byłoby koniecznym, gdyby się zakochała?... — Chociażby, w Prątnickim może się 
nawet kochać. Waldemar spojrzał na nią, nie wierząc własnym uszom. — Za 
pozwoleniem. Co znaczy ten dodatek "nawet" i w ogóle to w "Prątnickim"? — Sądzę, 
że rozumiesz. — Niestety, nie. Pani Idalia wybuchnęła: — Gdyby Prątnicki był z 
naszej sfery, lecz niestosowny jako partia, wówczas inaczej bym się na to 
zapatrywała, ale tak... — A tak wolno im się kochać? No to może wolno im będzie 
pobrać się? — spytał z ironią. — Drażnisz mię, mój drogi! — Ja tylko pytam. Więc 
jemu wolno z nią flirtować, jej wolno kochać się. Ciocia na to pozwala, on to 
widzi. No i nie bądźże tu w dobrym humorze! To jest kwintesencja jego 
dzisiejszej przejażdżki. Pełen dobrych myśli pojechał karymi końmi, a cioci 
zadysponował gniade, uważając, że przyszła teściowa może mu ustąpić w takiej 
drobnostce. — Waldy, co ty mówisz? — Nic więcej, tylko prawdę. — Ależ... 
Czyżby?... — zastanowiła się. — Tak, tak... to właśnie! — zawołał Waldemar 
podchwytując myśl ciotki, która nagle zbladła. — On śmiał marzyć o Luci? — O! 
dlaczegoż by nie? On jest bardzo odważny. — To niemożliwe!... Nie, nie! To by 
było szczytem zuchwalstwa! — mówiła pani Idalia wzburzonym głosem. — Moja 
ciociu! On miał twoją protekcję, czegóż potrzeba więcej? Może śmiało powiedzieć: 
"veni, vidi, vici" (łac. — przyszedłem, zobaczyłem, zwyciężyłem) — drwił 
Waldemar. Ciotka spojrzała na niego. — Skąd wiesz o tym, Waldy? — spytła 
nieufnie. — Od dziadka, który jest lepszym badaczem od cioci. Zresztą i sam 
widzę dużo. Pani Elzonowska poruszyła się gwałtownie na krześle. Waldemar 
chodził po pokoju. Myśli rozsadzały mu głowę. Przde wszyskim jedna: że choćby 
nawet Prątnicki był innym człowiekiem i kochał Lucię, nie dano mu by jej 
dlatego, że należy do "niższej" sfery społecznej. — Co za barbarzyński przesąd! 
— mówił sobie w duchu. — Więc ona, Elzonowska, nie może zostać żoną Prątnickiego 
dla nazwiska. Jakież to dzikie!... I ja sam do tego dopomagam. Dajmy na to, że 
dla wielu przyczyn. Za Prątnickim nie przemawia nic prócz dziecinnego zadurzenia 
się Luci. Lecz gdyby Prątnicki był innym człowiekiem, nie byłoby w Słodkowcach 
Stefci... I tu także inna sfera... Przekleństwo! — szepnął do siebie. Baronowa 
ocknęła się z odrętwienia. — Powiedz mi, Waldy, dlaczego mówiłeś przed chwilą, 
że ja i ten... Prątnicki zrobiliśmy ci przysługę — spytała. WAldemar przesunął 
ręką po czole, jakby odpędzając od siebie natrętne myśli. — Bo ja czekam 
sposobności, żeby uwolnić się od niego. — Ach! rozumiem! I sposobność znalazłeś. 
To bardzo dobrze! — Chyba ciocia nie myśli, że głównym powodem będzie jego 
spacer dzisiejszy. — A cóż więcej? — Jak to co? Czy ciocia życzy sobie, aby on 
tu nadal pozostał? — Wobec tego, o czym się dowiedziałam, broń Boże! Ale przecie 
mu wyraźnie drzwi wskazać nie możesz. — Dam do zrozumienia w sposób jak 
najoględniejszy, że jest tu zbyteczny. WSzedł Jacenty oznajmiając, że Benedykt 
czeka. Pani Idalia rzekła do Waldemara po francusku: — Kazałam mu przyjść 
wytłumaczyć się. Ale teraz tobie go zostawiam. Wzruszył ramionami. — On nic nie 
winien, tylko rządca. Ja bym cioci radził jechać i kwestię końską pozostawić na 
boku. Winienem jej wdzięczność, ale wysuwać ją na pierwszy plan nie ma powodu. 
Więc jedzie ciocia, tak? Nie czekając na odpowiedź, zwrócił się do Jacentego: — 
Niech Benedykt zaprzęga kasztany. Po odejściu kamerdynera Waldemar spytał: — Czy 
z ciocią jedzie tylko Lucia? — Jedzie z nami Rudecka. Gniew zadrgał na ustach 
Waldemara. — To dobrze. Tylko mogłaby ją ciocia nazywać cokolwiek mniej 
urzędownie. Baronowa rzuciła na niego krytyczne spojrzenie. Chciała coś odrzec, 
lecz Waldemar szybko skłonił się jej, dodając: — Proszę być gotową. Czas jechać. 
Wyszedł i mruknął do siebie z gniewem: — Chciała mnie znowu poczęstować sferą. 
XIV Błękitna tafla jeziora mieniła się opalowo, zapalała się mnóstwem złotych 
iskierek, płynąc jaskrawą szarfą. Chwilami pokrywał ją ciemny błękit lub 
szmaragdowa tęcza albo stawała nagle nieruchomo, nie wytwarzając barw, i 
odbijała tylko poszarpane obłoki. Jakieś zygzaki szły po fali, niby tysiące 
ogni, wzdymały się, rozświetlały, pozostawiając po sobie zwał piany. Z jednej 
strony błyszcząca szyba wody zaciemniała się równą linią od bujnej masy drzew 
parkowych. Ogromne korony wierzb, smukłe olchy, potężne graby, klony i drżące, 
rozpuszczone włosy brzóz spadały na lustrzany kryształ leżący u ich stóp. Na 
brzegach szumiały mięsiste tataraki i kępy trzcin o rozwianych kitach. 
Pojedynczo strzelały w górę na sztywnych łodygach ciemne, podłużne słupki 
stawowej rogóżki. Białe szmatki piany drżały u podnóża trzcin; to woda, 
spadająca gwałtownie w zawiłą masę korzeni, szumi, wydając suchy szelest, i 
pieni się z gniewu. Lecz i na środkowym szlaku zamajaczyła biała plamka, niby 
mały skrawek obłoku, spadły na wodę, zwabiony roziskrzoną falą... Oto druga 
plamka... trzecia... całe mnóstwo spada na płynące złoto i znów wzlatuje w górę, 
unosząc na swej bieli kilka świetlistych iskierek. To nie obłoki — to stado mew, 
lśniące, pełne świergotu. Mewy cieszą się ciepłem i słoneczną roztoczą, śpiewają 
radosny hejnał, zanurzając śnieżne pióra w tęczowej topieli. Nad samą wodą 
sykają smukłe ważki, zwane panienkami; brudząc przeczysty lazur powietrza, kręcą 
się krzykliwe komary. Rzeźwe podmuchy poruszają liśćmi drzew, wywołując szumy, 
tajemniczą gwarę przyrody. Czasem zakwili głośniej mewa, czasem odezwą się żaby 
lub z głośnym pluskiem rzuci się ryba, pozostawiając po sobie szerokie obręcze 
wody. Zresztą cicho było na jeziorze, tylko park huczał niezliczoną ilością 
głosów ptasich. Krzyczały makolągwy, gwizdały wilgi, świstał kos, gruchała 
synogarlica. Niżej, na gałęziach, kłóciły się z sobą liczne zastępy, całe 
pospólstwo wróbli, infanteria armii ptasiej. Waldemar Michorowski zatrzymał się 
w swym spacerze po krętej uliczce nad wodą. Nagle poprzez zielone sklepienie 
drzew prysnął gorący promyk słoneczny, zamigotał dokoła niego, zadrgał w jego 
stalowych źrenicach i krwawą kroplą rozbłysł na rubinie szpilki w krawacie, 
Waldemar spojrzał w górę. — Szczególny promień. Ukłuł mię jak igłą. Gdybym był 
zabobonny... Ach, cóż znowu!... Poszedł dalej. Dziwił się, że nie może zebrać 
myśli; rwały się, nasuwając wciąż jedno pytanie. — Dlaczego jestem taki 
wrażliwy? Co znaczy ten objaw? Jakiś promyk rozświetlił mię, jak ten przed 
chwilą spadły ze słońca... Promyk! Czy ona może być promykiem? Jest również 
słoneczna, czy jednak równie gorąca? Zaśmiał się ironicznie. — Może była, ale 
ostygła, wyczerpana ogrzewaniem kogo innego. W wyobraźNi mignęła mu postać 
Stefci i Prątnickiego. Wzruszył ramionami i rzekł prawie głośno ze śmiechem: — 
Ogromnie głupi jestem! Cóż promyk? Skoro jest słoneczny — ogrzać się nim. Po co 
te rozważania bezcelowe? Spojrzał na jezioro. — Na przykład te mewy — myślał — 
pławią się w blaskach i biorą na swe skrzydła tyle tęczy, ile się zmieści. Jaki 
one mają rozum!... Nie należy omijać żadnego promyka, kraść każdą tęczę 
bezwzględnie — oto jest umiejętność korzystania z życia. Na rozpatrywaniu 
wszystkiego, badaniu szczegółów marnuje się tylko bezowocnie czas i w rezultacie 
nie otrzymuje się wyników, bo przedmiot powszednieje, przestaje budzić zajęcie. 
— Czy to prawda, czy paradoks? — zastanowił się. — Więc chcę, aby była prawda. 
Mogę sobie na to pozwolić. Za jeziorem, na drodze, obramowanej murem zboża, 
ujrzał sunące prędko łby i grzbiety końskie oraz górny kontur żółtego amerykana. 
Siedziały w nim dwie ciemne sylwetki, odrzynające się wypukło na tle złotego 
łanu pszenicy. Waldemar patrzał chwilę, wreszcie wybuchnął śmiechem: — O! tam 
jedzie promienisty! — zawołał wesoło i zawrócił do pałacu. Kolację spożyto w 
milczeniu, pan Maciej był apatyczny, Waldemar zimny, Prątnicki niespokojny. 
Edmund nie spodziewał się zastać ordynata. Zmieszał się podwójnie, gdy mu 
powiedziano o wyjeździe pań. Czuł się zazwyczaj swobodniejszym wobec pani 
Elzonowskiej i Luci. Wszedłszy do sali jadalnej, zauważył sztywność obu panów, 
postanowił więc nadrabiać miną. Opowiadał wesoło o bytności swej w składzie 
narzędzi rolniczych. Dowcipnie krytykował firmę i panów, z którymi tam 
rozmawiał. Ale spostrzegł, że opowiadanie jego nie robi wrażenia na obu 
Michorowskich, i zaczął mówić głównie do pana Ksawerego. Zniżonym głosem spytał 
starego rezydenta: — Czy panie dziś nie wrócą? — Chyba nie — odparł pan Ksawery. 
— Pojechały do Obronnego, tam zawsze nocują. — Szkoda. — Dlaczego pan tak 
żałuje? Nie ma pan przecie osobistego interesu do żadnej z pań? — Owszem, mam 
bardzo pilny. — Ciekawym, jaki, bardzom ciekaw — rzekł pan Ksawery patrząc na 
praktykanta żartobliwie. Edmund odczuł cień lekkiej ironii w głosie rezydenta i 
pomyślał: — A temu co się dzisiaj stało? — Więc jakiż to interes? — powtórzył 
pan Ksawery. Staruszek, zjadłszy ogromnie dużo, był w bardzo dobrym 
usposobieniu. Prątnicki pokręcił głową. — O, tego nie mogę powiedzieć nikomu. — 
Aż tak! Ho, ho! A o którąż z pań tu chodzi, jeżeli wolno choć o to zapytać? — 
Mam osobisty interes do swego ideału — rzekł z zagadkowym uśmiechem zapytany. — 
A nie będę niedyskretny, jeżeli zapytam, jakiej natury jest ten interes? — Pan 
zbytnio ciekawy! Przypuśćmy, że pragnę jej opowiedzieć o mej tęsknocie i ujrzeć 
rumieniec na jej buzi. Waldemar mimo woli słyszał wszystko. Wzburzony, chciał 
wstać i wyrzucić za drzwi Prątnickiego. Ale opanował się, może pod wpływem 
błagalnego spojrzenia pana Macieja. — Jaki pan pewny tego rumieńca! — zauważył 
pan Ksawery. — A gdyby panu nie udało się go wywołać? — Pan wątpi? Panienki 
zawsze łase na słodkie słówka i mają rumieńce na zawołanie. Zwłaszcza Stefa do 
rumieńców skłonna. Już ja ją znam... Tu Edmund spostrzegł, że posunął się za 
daleko, więc umilkł. Ale ordynat nie mógł dłużej panować nad sobą. Skruszył w 
palcach cygaro, zasypując nim obrus, i gwałtownie powstał. Przeprosił pana 
Macieja i wyszedł z sali. Stary Michorowski powiedział dobranoc obu panom, coś 
do nich przemówił i także wyszedł. Prątnicki, niemile dotknięty, stracił humor, 
a stary rezydent, podając mu rękę, pomyślał: — Czy nie przegalopowałeś, 
kawalerze? Waldemar biegał po swym gabinecie, chcąc się uspokoić. Po godzinie 
rozkazał Jacentemu prosić Edmunda. Ordynat siedział przy biurku z miną spokojną 
i obojętną, tak że praktykant, nie widząc niezadowolenia na jego twarzy, 
odzyskał swobodę. — Czym mogę służyć? — spytał podchodząc elastycznie do biurka. 
WAldemar wskazał mu krzesło. — Proszę, niech pan siada. Chcę z panem pomówić. 
Młody człowiek zmieszał się i usiadł w milczeniu. — Właściwie — rzekł Waldemar — 
mam wyrazić panu mój zamiar, który powziąłem od pewnego czasu — zamiar dotyczący 
pana. — Mnie? — Tak. Chcę panu zaproponować przeniesienie się na stałe do 
Głębowicz. Sądzę, że to panu różnicy nie zrobi, a teren do pracy tam będzie 
nawet większy... Mówił tonem naturalnym i uprzejmie, ale z lodowatym chłodem. W 
Prątnickiego jakby nagły grom ugodził. Spodziewał się wszystkiego prócz 
przeniesienia do Głębowicz. Nie wiedział, co o tym sądzić. BEzwiednie bąknął: — 
Dlaczego, panie ordynacie... tak nagle?... Nie jestem przygotowany. — To 
najmniejsza, kwestia paru mil drogi, przeprowadzka niedaleka. Edmund jeszcze 
chciał się bronić. — Czy pan niezadowolony z mych czynności gospodarczych w 
Słodkowcach? — zapytał z uniżonością, która obudziła niesmak w Waldemarze. — Z 
gospodarczych? Nie. Tylko w ogóle jest pan odpowiedniejszy do Głębowicz. — 
Odpowiedniejszy?... Dlaczego? z jakich względów?... Michorowski tracił 
cierpliwość. — O panie, względy są różne — rzekł strząsając w popielniczkę 
popiół z cygara. Prątnicki zrozumiał. Nie chciano go tu. Lecz jaki główny powód? 
Pragnął dowiedzieć się koniecznie. Rzekł po krótkim milczeniu: — Panie 
ordynacie, jeśli dzisiejszą swą wycieczką naraziłem się panu, w takim razie 
przepraszam bardzo, istotnie popełniłem błąd. Waldemar podniósł głowę. — Czy ja 
panu robiłem wymówki, że mię pan przeprasza? — spytał. — Postąpił pan 
niewłaściwie, lecz jest to rzecz drobniejsza. — Przede wszystkim nie wiedziałem, 
że pani baronowa miała dziś jechać — bronił się Prątnicki. Ordynat skrzywił usta 
z niesmakiem. Nie lubił wykrętów. — No, o tym pan wiedział, bo nawet 
zadysponował pan gniadą czwórkę dla ciotki. Ale powtarzam, to rzecz drobniejsza. 
Głównie chodzi o to, że nie nadaje się pan do miejscowego otoczenia w 
Słodkowcach. Pan rozumie?... Nie odpowiada pan właściwym warunkom, traktując je 
nazbyt podmiotowo, co znowu nie zgadza się z pewną skalą naszych pojęć. TEraz 
łuska spadła z oczu Edmunda. Spostrzeżono jego zamiary i dają mu odprawę. 
Projekt przeniesienia go do Głębowicz to tylko delikatne wskazanie drogi, którą 
ma się wycofać. Jego plany przekreślone zostały ręką ordynata bardzo stanowczo. 
Prątnicki był zgnębiony, przegrał na całej linii, bez możliwości odwrotu. 
Spojrzał na ordynata. Waldemar, paląc, patrzał przed siebie na marmurowy 
kałamarz z takim wyrazem twarzy, jakby chciał rzec: — Czemu nie wychodzisz? Ja 
już skończyłem. Edmund czuł, że powinien odejść, ale jeszcze się wahał, 
niepewny, czy to zupełne usunięcie, czy tylko przeniesienie. Waldemara to 
wahanie się drażniło. Zirytowany wstał i podając mu rękę rzekł mu krótko: — 
Zatem skończone. Dobranoc panu. Praktykant zerwał się z krzesła i odpowiedział z 
fałszywą swobodą: — Postaram się zadowolić pana ordynata. — Dziękuję. Będzie to 
korzystniej dla obu stron. Ukłonili się sobie i Prątnicki wyszedł z podniesioną 
głową, którą za drzwiami zwiesił smutnie. — Psiakrew — dostałem arbuza — mruknął 
zły — bo to przecie arbuz prywatny, nie urzędowa dymisja. Ale jak on to 
delikatnie zrobił, po pańsku. Arystokrata! — dodał ze zjadliwą ironią. W 
przedpokoju lokaj chciał mu podać palto, ale Edmund odtrącił go z gniewem. — Idź 
do diabła! — Oho! — zawołał służący zamykając drzwi za nim. Waldemar wszedł do 
sypialni pana Macieja. Staruszek, leżąc w łóżku, czytał dzienniki. Na widok 
wnuka odsunął lampę. — Czemu tak długo nie przychodziłeś? — Rozmawiałem z 
Prątnickim. Już skończone — odpowiedział Waldemar siadając obok łóżka. — 
Wymówiłeś mu miejsce? — W zasadzie tak. Zaproponowałem mu przejazd do Głębowicz. 
— I zgodził się? — To byłoby niepożądane, ale zrozumiał, czego się od niego 
chce. — Powiedz prawdę: wywołała to dzisiejsza rozmowa przy kolacji. Czy tak? — 
Tylko przyspieszyła. — A wywołała głównie dlaczego? — Dziadzio się o to pyta? 
nie mogłem nigdy znosić jego dowcipów, zwłaszcza takich... Powstał i zaczął 
chodzić po pokoju. Pan Maciej milczał. Światło lampy, padając ukośnie, oświecało 
jego białe włosy i szerokie bruzdy na twarzy. Czoło miał sfałdowane, oczy 
przymknięte, na zwiędłych ustach osiadł bolesny wyraz. Długo siedział pogrążony 
w głębokiej zadumie, z pochylonymi barkami, jakby gniótł go jakiś ciężar 
niezmierny. Na tle dywanu jego starcza postać odrzynała się wypukło; spływały na 
nią gnębiące wspomnienia z przeszłości, pod ich brzemieniem zginał głowę coraz 
niżej. Nagle podniósł zmarszczone czoło, spojrzał na wnuka i rzekł z naciskiem: 
— Waldemarze, bądź szczery. Tobie głównie o nią chodzi! Z głębi ciemnego pokoju 
odezwał się głos przytłumiony, o pięknym, niskim brzmieniu: — Tak! — Boże, nie 
odmawiaj Swego zmiłowania! — szepnęły drżące wargi starca. Zasłoniwszy oczy 
rękoma, modlił się cicho, powtarzając z przejęciem: — Za moje winy nie karz go, 
Panie! Panie! Odpuść mi... Zaniechaj zemsty!... XV Pożegnanie z paniami odbyło 
się uroczyście. Prątnicki nadrabiał miną, co bolało Lucię. Pani Idalia ze 
wspaniałością wielkiej damy wyrzekła do niego parę słów zakrawających na 
serdeczność. Brzmiało to trochę fałszywie. Pan Maciej z uprzejmym uśmiechem 
życzył odjeżdżającemu szczęścia. Waldemar pożegnał go swobodnie, pan Ksawery 
obojętnie. Nikt nie wyraził żalu z powodu jego wyjazdu. Pani Elzonowska 
powiedziała Luci i Stefci, że Edmund ma jakieś inne zamiary i dlatego wyjeżdża. 
Lucia płakała całą noc i dzień, przy pożegnaniu miała czerwone oczy. Edmund 
spoglądał na nią z uśmiechem, jak na swą ofiarę. Widok spłakanych oczu 
dziewczynki nie wzruszał go, natomiast pod pokrywką wesołości czuł się wściekle 
zły, że minęła go taka świetna partia. Lucia była pewna, że on zechce zostać z 
nią sam na sam i że jej coś powie na pożegnanie. Przypominała sobie czytane 
ukradkiem romanse, a w nich miłosne schadzki, bileciki i zaklinania. Myślała, że 
i między nimi nastąpi to samo. Może będą do siebie pisywać? Wprawdzie byłyby 
trudności, ale to tym lepiej. Chciała się z nim spotkać, wychodziła kilka razy 
do parku, przekonana, że on już tam oczekuje na nią. Nie uszło to baczności 
Stefci; spotkała Lucię w cieniu na ławeczce głośno płaczącą. Usiadła przy niej i 
utuliła w swych ramionach. Wówczas dziewczynka przyznała się, że wyszła, aby 
spotkać Edmunda, i teraz płacze po nim jak po umarłym. — Dlaczego jak po 
umarłym? — zapytała nauczycielka. — Czy rozmawiałaś z nim? Lucia odparła z 
płaczem: — Chciałam z nim pomówić, myśląc, że i on tego pragnie. On przechodził 
tędy aleją, widział mnie, był blisko... Zawołałam: "Panie Edmundzie!" — a on 
stanął i spytał: "Czym mogę służyć?" — ale tak jakoś zimno i z takim dziwnym, 
wymuszonym uśmiechem... Potem ukłonił się i poszedł. On mnie nie kocha, on dla 
mnie umarł! Stefci zaledwie udało się ją uspokoić. Pożegnanie Edmunda ze Stefcią 
i Lucią odbyło się wobec wszystkich. Waldemar, przewidując, że Prątnicki może 
obrazić Stefcię w chwili pożegnania, stał obok niej. Istotnie Edmund miał zamiar 
w ironiczny sposób życzyć Stefci powodzenia, wiedząc, że ją tym dotknie, lecz 
obecność ordynata wstrzymała go. Z jednakową obojętnością podał rękę Stefci i 
Luci. Ani jedno słowo nie zostało wymówione z obu stron. Tylko ręka dziewczynki 
zadrżała w jego dłoni, na co nawet nie zwrócił uwagi. Wyszedł na ganek jak 
zwycięzca, wsiadł do wolantu z miną bohatera. Do pojazdu odprowadził go Jacenty 
i pokojowcy, zadowoleni z wyjazdu nie lubianego powszechnie praktykanta. Gdy 
wolant ruszył, Lucia, stojąca w oknie, wybuchnęła głośnym płaczem ku wielkiemu 
zdumieniu baronowej, która nie posądzała córki o tak żywe uczucia względem 
człowieka z innej sfery. Po wyjwździe Prątnickiego zrobiło się raźniej w pałacu. 
Stefci odetchnęła lżej. Tylko baronowa z początku nudziła się, lecz tęsknota i 
łzy Luci utwierdziły ją w przekonaniu, że wyjazd praktykanta był koniecznym. 
Pewnego dnia, w czasie bytności ordynata, przyjechała konno panna Rita 
Szeliżanka, a w pół godziny po niej zjawił się hrabia Trestka. Właśnie całe 
towarzystwo siedziało na werandzie. Rita na widok swego prześladowcy skrzywiła 
się i rzekła z gniewem do Waldemara: — To jest bajeczne, jak gdyby był moim 
patronem... Ordynat wzruszył ramionami: myślał o czym innym. Trestka, ujrzawszy 
pannę Ritę, udał zdumienie tak artystycznie, że aż mu binokle spadły z nosa. — 
Pani tu? — zawołał. — Co za szczęśliwy traf. — Doprawdy? "Voyons!" pan ma talent 
kompozytorski, jak widzę. — Dlaczego? — No, bo przecie wiedziałeś pan, że dziś 
będę w Słodkowcach, alboś się dowiedział w Obronnem. Po co to udawać! — Nic nie 
wiedziałem, "Comme j.aime Dieu!" (fr. — jak Boga kocham!). To niby specjalnie 
dla pani miałem tu przyjechać? — Zdaje mi się. — Skandal! — oburzył się Trestka. 
Nerwowym ruchem poprawił binokle; rzucając spod szkieł wesołe spojrzenie na 
Stefcię, rzekł z dowcipną miną: — Pani się myli. Ja do Słodkowic przyjeżdżam nie 
tylko dla pani, "Mais encore" (fr. — ale jeszcze...) — Niech się pan nie broni. 
My rozumiemy. Gdy panna Rita jest u nas, wówczas dąży pan tu głównie dla niej — 
rzekł Waldemar. — Ale ja nie to chciałem rzec! — zaprzeczył Trestka. — Ale myśmy 
tak zrozumieli, panie. Trestka przygryzł usta i zamilkł. Panna Rita zerknęła na 
Stefcię, po czym zbliżyła się do Waldemara. — Dziękuję panu — szepnęła z 
uśmiechem. — Za co mi pani dziękuje? — spytał rozdrażniony ordynat. — Za to, że 
pan jest gentlemanem. — Muszę nim być za kogoś, niestety. — To właśnie zasługa. 
Po podwieczorku powstał projekt spaceru po parku. Panna Rita wzięła pod rękę 
Stefcię i wysunęła się z nią naprzód, panowie szli za nimi. Lucia chodziła sama 
zamyślona, błądząc po uliczkach. Po kilku wstępnych słowach panna Rita spytała: 
— Jak się pani podoba młody Michorowski? — Owszem... bardzo sympatyczny. Panna 
Rita podskoczyła. — Tylko sympatyczny? Myślałam, że pani oceni go głębiej. Ja 
mam dla niego cześć. Porównać go na przykład z Trestką... — No, tu nie może być 
porównania. — Bo wypadłoby ono na niekorzyść Trestki. Tak, ma pani słuszność: to 
dwóch ludzi nie mających z sobą nic wspólnego oprócz jednakowej liczby lat. 
Ordynat ma kolosalne powodzenie w świecie. Kobiety za nim szaleją. Cóż, kiedy 
jest bajecznie wybredny. Do jego wielbicielek i ja się zaliczam, ale również bez 
wzajemności. Stefcia spojrzała na nią uśmiechnięta. Przypomniała sobie pierwszy 
przyjazd panny Rity i jej słowa wypowiedziane przed gankiem do Waldemara. Panna 
Rita mówiła dalej: — Po cóż mam się ukrywać! Że kocham ordynata, wiedzą wszyscy, 
począwszy od mej opiekunki księżnej, a skończywszy na nim samym. Ale złudzeń nie 
mam żadnych. Dawno się ich pozbyłam, a raczej nie miałam wcale. Ta, którą on 
wybierze, w niczym nie będzie do mnie podobna. On ma gust bardzo subtelny, takie 
jak ja mogą zachwycać najwyżej Trestkę. To się nazywa inaczej "pech" w życiu. 
Mnie zajmuje pan Waldemar, a ja interesuję tego hrabicza. Czy to nie jest po 
prostu niedołęstwo losu? Bo skoro ja się podobam takiemu Trestce, to widać 
niewiele więcej jestem warta od niego. A w takim razie on powinien mieć 
wzajemność. Czy nie mam racji? — Ale cóż znowu! — zawołała Stefcia. — Pan 
Trestka niewart nawet podnieść oczu na nią. Tyle szczerości było w jej słowach, 
że panna Rita z życzliwością przypatrywała się jej przez chwilę. — Pani ma dobry 
gust! Ja sama wiem, że jestem więcej warta od niego, chociaż znowu nie tak 
dalece, jak pani mówi. Dobrego gustu dowiodła pani również, odtrącając 
Prątnickiego. To typ bardzo nieciekawy i także niewart pani. Stefci przykro się 
zrobiło. Odrzekła z prostotą: — Nie, pani, ja go nie odtrąciłam. To tylko 
okoliczności złożyły się dla mnie tak szczęśliwie. — Ale inicjatywa zerwania od 
pani wyszła? — Nie, zerwał mój ojciec. — Który go zapewne lepiej znał? — 
Niewątpliwie. — Bądź co bądź za usunięcie tego pana ze Słodkowic należy się 
ordynatowi wdzięczność. A czy pani wie, jaki jest główny powód wyjazdu 
Prątnickiego? Domyśla się pani? — Główną przyczyną była Lucia i zabiegi 
Prątnickiego? — odpowiedziała zagadnięta. Uśmiech przemknął się po ustach Rity. 
— Tak się to mówi. Ale to znaczy, że pani nic nie wie. Prątnicki usunięty 
jedynie dla pani. — Dla mnie?!... — Tak, a raczej z powodu pani. On pani 
dokuczał, co gniewało ordynata, a denerwowało pana Macieja. Nie mogli na to 
pozwolić. Jedna Idalka była bierna, ale kto ją zna, ten wie, że inną być nie 
potrafi. Ta kobieta ma ciało i kości, lecz wątpię, czy ma krew... chyba tak 
błękitną, że aż zwodniałą. W ostatniej chwili oburzyły ją zamiary tego pana, 
jednak przedtem bawił ją znakomicie. Wyprawił go stąd głównie pan Waldemar. Mogę 
panią śmiało zapewnić, że w obu Michorowskich ma pani wielkich, wyjątkowych 
przyjaciół. Nacisk na wyrazie "wyjątkowych" nie podobał się Stefci. Odrzekła 
żywo: — Wdzięczną im jestem bardzo, ale chyba i pani Elzonowska mi sprzyja? — 
Ona panią bardzo lubi, a Lucia rozkochana w pani. — To dobra dziewczyna. 
Biedactwo! ma do mnie trochę żalu za wyjazd Prątnickiego, odgaduje, że 
rozmawiałam o tym z panem Maciejem. — Ech! to dziecinada! — zawołała panna Rita 
— prędko się zaczęła i prędko się skończy. — Daj Boże! Zawsze mię to martwi. 
Dochodziły do cieplarni. Stary ogrodnik podlewał kwiaty wazonowe, dopomagała mu 
czereda ogrodniczków. Słońce zaszło za drzewa parku, spływając ognistą kulą 
coraz niżej, różowa łuna oświecała kwiaty, lśniła na szybach cieplarni. Stefcia 
zaczęła pokazywać Ricie ulubione kwiaty, wymieniając nazwy. Ożywiona, 
uśmiechnięta, podnosiła ciężkie doniczki, wąchając rośliny. Panna Rita, w 
długiej amazonce, oparta o szyby cieplarni, przyglądała się jej z uwagą. Dziwił 
ją ogrodnik, który patrzał na Stefcię jak w tęczę. Stary ten człowiek, od 
niepamiętnych lat zajmujący stanowisko w Słodkowcach, był wiecznie ponury i 
najczęściej nie mówił, ale burczał na wszystkich. Tylko Waldemar posiadał jego 
łaski, a teraz i Stefcia zdołała je pozyskać. Panna Rota myślała o Stefci. — Czy 
ona może być porównaną do tych kwiatów cieplarnianych?... Stanowczo nie. Ona to 
kwiat bujny, pełen życia, ogrzewany słońcem, a nie sztucznym ciepłem, kwiat 
wdzięczny, z delikatnym i orzeźwiającym zapachem, niepodobny do wazonowych, 
sztywnie poprzywiązywanych do palików. My jesteśmy obrazem tych kwiatów — 
myślała dalej Rita — wzięci w ramy naszej sfery, jak one w wazony, przymocowani 
do naszych przesądów, jak one do palików. — O czym pani tak rozmyśla? — zapytała 
Stefcia. — Myślę, że pani jest ogromnie różna od tych doniczkowych roślin. Pani 
przypomina stepy, usiane kwiatami, raźne, buńczuczne, a pełne poezji i rzewnej 
muzyki. Stefcia zaśmiała się. — Porównanie zbyt pochlebne dla mnie, ale ładne — 
rzekła. — To nie moje porównanie, tylko ordynata. Jeszcze panią mało znałam, 
kiedy pan Waldemar określił mi ją w ten sposób. A! Otóż i oni. Nadeszli panowie. 
Trestka patrzał na Stefcię z podniesioną głową, Waldemar szedł zamyślony. Rita 
odezwała się do niego: — Czy pamięta pan porównanie panny Stefanii do 
ukwieconego stepu? Ja dziś przyznaję panu słuszność zupełną. Michorowski 
spojrzał na pannę Ritę, potem na Stefcię i spytał: — Dlaczego to pani dziś 
przyszło na myśl? — Bo panna Stefania wśród tych kwiatów przypomina bardziej niż 
kiedykolwiek łąkę. — Nie, zawsze stepy — rzekł Waldemar — bujne, szerokie stepy 
ukraińskie. Łąka — to ciasne określenie. Pani ma w sobie coś lotniejszego. 
Zrobił szeroki ruch ręką. Stefcia znów zaśmiała się. — Ee! moi państwo, to już 
za wiele komplementów. — Pani tak mówi w celu wywołania jeszcze większych — 
rzekł Walemar przekornie i poszedł do oranżerii. Gdy się oddalił, Trestka 
poprawił dwoma palcami binokle i zawołał z miną znawcy: — Mnie przyszło na myśl 
inne porównanie. Oto panna Rita jest jak posąg Pallas Ateny. Tylko brak pani 
tarczy, hełmu i dzidy. Ale wszystko to posiada pani... moralnie — rzekł z 
zagadkowym uśmiechem. — Bardzo mnie to cieszy. To znaczy, że moralną dzidą ranię 
pana, moralną tarczą bronię się przed panem i... co tam jeszcze moralnego 
posiadam więcej? Zresztą dość o tym! Teraz pannę Stefanię proszę porównać do 
jakiej boginii. — Panna Stefania jest jak Wenus, która świeżo wyszła z piany 
morskiej. — A pan jak satyr, któremu nie brak złośliwości — odparła Stefcia. — 
Doskonale! i rogów niech pani doda — zawołała roześmiana panna Rita. — Pan jest 
niemożliwy, panie Trestka. Już widzę, że nigdy nie nauczę pana dobrego smaku. 
Jakże można było porównać mnie do tej obrzydłej, starej Pallas Ateny? Myślałam, 
że zostanę Dianą. Pannie Stefie należała się Hebe, bogini młodości, albo Psyche. 
Wówczas i pan może by został przynajmniej Hermesem. — Dziękuję pani za taki 
zaszczyt. — Nie podoba się panu? Ha! to trudno! Na Jowisza nie ma pan 
kwalifikacji. Ale dokądże poszedł ordynat? — Rozmawia z ogrodnikiem. — Jestem! — 
zawołał Michorowski — zaraz będę służył paniom. Po chwili wszyscy wracali do 
pałacu. Tym razem panna Rita szła z Trestką naprzód. Stefcia postępowała obok 
Waldemara. Szli wąską uliczką, wysadzoną po obu stronach malwami. Wysokie 
ukwiecone krzaki tworzyły różnokolorowy mur; delikatny zapach miodowy rozchodził 
się z płaskich kwiatów, zmieszany z zapachem kwitnących lip i ciepłym powiewem 
jeziora. Poprzez masę liści i krzewów fala posyłała gorące oddechy na kwiaty, 
muskając je leciuchno, jakby kołysząc do snu. Roje komarów i drobnych muszek 
sypały się na gałęzie i szerokie liście kwiatów. Cisza była wielka i jakaś 
tęsknota płynąca jakby z poszumu olbrzymich modrzewi i bełkotania uderzających o 
brzegi fal jeziora. Waldemar milczał, towarzyszka jego również, on zamyślony, 
ona rozbawiona. Nareszcie ona odezwała się pierwsza: — Dlaczego pan bez humoru? 
Zatrzymał na niej przenikliwy wzrok. — Jestem zdenerwowany, co mi się w 
ostatnich czasach zdarza często. Przy tym drażni mię Trestka. Stefcia 
dopowiedziała sobie w duchu, że drażni go z powodu ciągłego asystowania pannie 
Ricie. Przypomniała sobie, że ta ostatnia kocha się w Waldemarze bez 
wzajemności. Kto wie, czy istotnie bez wzajemności... Uczuła lekkie ukłucie w 
sercu. Po krótkim wahaniu rzekła: — Od pana tylko zależy, aby hrabia Trestka 
przestał go drażnić. — Ode mnie? No tak. Trochę mitguję jego ogródkowe dowcipy, 
lecz nie zawsze jest to możliwe bez wywołania skandalu. Trestka jest przede 
wszystkim źle wychowany albo pozuje na takiego sądząc, że mu z tym do twarzy. 
Przy tym niesmaczny cynik. Stefcia nie zrozumiała, co Waldemar przez to rozumie, 
ale odrzekła, idąc za własną myślą: — Panna Rita traktuje go dość pobieżnie. 
Dziwię się, że on, taki skądinąd sprytny, tego nie widzi. — Panna Rita ma się z 
kim przekomarzać o konie i to ją bawi — odparł obojętnie. — Ja myślę, że prędzej 
nudzi — zauważyła Stefcia. WAldemar stanął. — Panno Stefanio, czy nie moglibyśmy 
znaleźć czegoś ciekawszego do rozmowy? Trestka, panna Rita i ich uczucia — to 
temat tak niezabawny. — Przepraszam pana — rzekła Stefcia chłodno — nie 
zastanowiłam się, że robię panu przykrość tą rozmową. Ale pan sam rozpoczął. — 
Ja mówiłem o Trestce, nie o pannie Ricie. — Ale to, co pan mówił, odnosiło się 
do niej. — Ani trochę! — zawołał podnosząc brwi w górę i zaprzeczając ruchem 
głowy. Patrzał w oczy Stefci, pełne gniewnych iskierek, uśmiechnął się i rzekł: 
— Widzę, że my się z panią nie rozumiemy. — Być może. Jak zawsze zresztą — 
odparła rozdrażniona. — Co pani myślała, mówiąc o pannie Ricie? Proszę mi 
powiedzieć. — Wybaczy pan, ale tak dalece żałuję swych słów, że nie chcę ich 
powtarzać. Istotnie popełniłam niedyskrecję. Spojrzał na nią uważnie. — A, 
rozumiem... Bajecznie! Można pani powinszować zmysłu spostrzegawczego. Więc pani 
sądziła, że Trestka mię drażni z powodu zajmowania się panną Ritą? I pani mogła 
myśleć o tym choć przez chwilę? Stefcia szła prędko, zła na siebie i na niego. 
Trzymany w ręku płaski kwiat malwy rwała palcami, nie odpowiadając. Waldemar 
patrzał na nią wzburzony, lecz nie doczekawszy się odpowiedzi, wzruszył 
ramionami i zawołał: — Pani mię czasem tak drażni, że nawet nie mogę spokojnie 
mówić! Dlaczego pani nie odpowiada, panno Stefanio? — Nie chcę pana rozdrażnić 
jeszcze więcej. Zresztą nic już nie mam do powiedzenia. — To najłatwiejsze! — 
wybuchnął. — Stanowczo nie można z panią rozmawiać. — Toteż niech się pan nie 
trudzi. Zmarszczył brwi, usta zadrgały mu gniewem. — Pani jest uprzejma! — rzekł 
z ironią. — Muszę nią być dla zrównoważenia pańskiej uprzejmości. — Moja jest 
inna. — O tak! pod bardziej ostrym kątem. — Nie, pani, tylko pod innym. Stanęli 
pod filarami werandy. — Co to? Państwo się znowu kłócą? — spytała Rita widząc 
silne rumieńce Stefci i poruszenie Waldemara. Ale on zaprzeczył. — Och! nie. 
dowodzę tylko pannie Stefanii, że kobieta powinna być domyślna i tak łapać 
wszystko, co się dokoła niej dzieje, jak motyle w siatkę. — Kobieta powinna być 
przede wszystkim pikantna — zawyrokował Trestka. — Jak ja, na przykład. Prawda? 
— zaśmiała się nerwowo Rita. Trestka zaczął się rozwodzić o kobietach, a 
Waldemar spojrzał bokiem na Stefcię i pomyślał: — O! i tej tego nie brak. Wtem 
zagadnęła panna Rita: — Kiedyż pan nas zawiezie do Głębowicz? mamy już dawno 
obiecane. — Ja nie oznaczam dnia, to od pań zależy. Bramy głębowickie są otwarte 
codziennie na przyjęcie gości. — A zatem walna i stanowcza narada dziś z pańskim 
dziadkiem i Idalką. Chodźmy. Panna Rita i Trestka poszli naprzód. Gdy Stefcia 
wchodziła w drzwi, idący za nią Waldemar rzekł zniżonym głosem: — Jestem 
niezmiernie rad, że pani pozna Głębowicze. Panią proszę szczególniej o przyjazd. 
Wszyscy znają moją siedzibę prócz pani. Dziękuję — odpowiedziała obojętnie. — 
Czy pani gniewa się na mnie? — spytał zastępując jej drogę. Podniosła na niego 
oczy. — Panie ordynacie, proszę mi pozwolić przejść. — Nie ustąpię, aż mi pani 
powie, o co proszę: gniewa się pani na mnie? — Nie. — Pozwalam sobie wątpić o 
szczerości pani odpowiedzi. Dotknąłem panią, lecz sam byłem wściekły. Teraz 
przepraszam. Pani mi nie poda ręki na zgodę? Panna Rudecka prędko wyciągnęła 
dłoń, którą on uścisnął mocno, pochylając nisko głowę. Nie zauważyli panny Rity, 
stojącej na schodach, ale ona widziała ich doskonale. Poruszyła się nerwowo i 
zawołała zmienionym głosem: — Skoro przymierze zawarte, proszę na kolację. 
Idalka czeka. Waldemar i Stefcia w milczeniu wstępowali na schody. Rita mówiła 
nienaturalnym tonem, kładąc nacisk na każdy wyraz: — Nie powinniśmy tak długo 
spacerować po parku. Teraz wieczory są zbyt upajające... zwłaszcza ta malwowa 
uliczka... — Czy oświadczył się pani hrabia Trestka? — spytał szorsko Waldemar. 
Zagadnięta zbladła. — Nie, ale może... ja mu się oświadczę — odparła prędko i 
szeleszcząc jedwabiami pobiegła naprzód. Stefci zaczęły bić mocno pulsa w 
skroniach. XVI Żniwa. Łany żyta i pszenicy chylą ociężałe głowy. Przeciągły 
chrzęst słomy znamionuje dojrzałość ziarna. Szum przelatuje po polach, jakby 
żałosny dreszcz, przeczucie śmierci... A świat tak piękny! Czysty błękit, złoto 
słońca, ciepłe powiewy łączą się w całość barwną i upajającą. Lato! lato w całej 
pełni, w całej krasie! znojne, wyciskające pot na czołach robotników pochylonych 
w pracy, a tak bogate i rozśpiewane. W zbożach krzyczą przepiórki, na łąkach drą 
się derkacze, odzywają żaby, potężnym chórem zawodzą drobne ptaszęta. Każdego 
ranka głośno i wrzaskliwie nad przestrzenią dojrzałych zbóż. Ścięte łany 
bezmiernie smutne jeżą się krótko przy ziemi. Długie ich włosy, powiązane w 
snopki, stoją w stożkach niby pomniki na cmentarzu. Zboża, jeszcze nie skoszone, 
chylą głowy nad pobojowiskiem towarzyszy i dumają żałośnie nad złą dolą, która 
ich nie minie. Cicho szepcą pacierze przy akompaniamencie organów ptasich. 
Zdziwione przepiórki wysuwają główki na pustą przestrzeń i wystraszone martwotą, 
cofają się w gęsty las żółtej, słodko szumiącej słomy. Gdy słońce wypływa całą 
tarczą na błękit nieba, wszystko milknie, inne głosy panoszą się, tłumiąc 
świergoty i rozpraszając ptasie wiece. Nie można już śpiewać nad ściętymi 
snopkaami, bo ostry zgrzyt sierpów kładzie koniec marzeniom. Jeszcze większe 
przerażenie wzbudzają groźne machiny, sunące na nieszczęsne łany. Z daleka je 
słychać. Okropne skrzydła, spiętrzone na grzbietach, hurkot i trzask oznajmiają 
zbliżanie się tych potworów, ciągnionych przez konie. Machiny wchodzą na łany i 
rozpoczynają dzieło śmierci. Trzask nie ustaje, żelazne zębiska bez miłosierdzia 
mordują smukłą pszenicę i dziarskie żyto. Wielkie skrzydła nabierają rozmachu, 
ściętych nieboraków odsuwając masami na bok. Ostre zęby niosą śmierć, one zaś 
odgarniają trupy, i tak bez przerwy. Drugie potwory, ścinając, wiążą nieszczęsne 
łodygi w duże snopki i wyrzucają je w górę jak piłki. Wystraszone ptaszęta, nie 
chcąc patrzeć na rzeź, frunęły do lasu; przepiórki piechotą uciekały jak 
najdalej, a nad polem zniszczenia i grozy świeci słońce jasne, złociste, 
obojętne na to, co się dzieje. Zostają tylko ludzie, pracujący wesoło, ze 
śpiewami. NIe czują, że taką czynią klęskę. Po południu, kiedy już słońce 
pochyliło się na zachód, drogą pomiędzy polami pszenicy, gdzie pracowały 
żniwiarki i samowiązałki, jechała niewielka grupa jeźdźców. Dwie amazonki i dwaj 
panowie dążyli ostrym kłusem w równej linii. Panna Rita na rosłym folblucie, w 
czarnej amazonce i w cylinderku, wyglądała zwycięsko. Obok niej Trestka, w 
angielskiej czapeczce, miał na koniu ruchy wężowe. Druga para to Waldemar i 
Stefcia. On w eleganckim kostiumie i wysokich, czarnych botfortach z ostrogami, 
jakie nosili wojskowi w czasach napoleońskich, siedział jak przymurowany do 
karego wierzchowca, araba czystej krwi. Jechał wybornie i wyglądał na siodle 
posągowo. Było w nim coś, co przypominało wodza. Stefcia, w granatowej 
angielskiej sukni i małym kapeluszu, jechała śmiało, a zarazem wdzięcznie na 
karej arabce Erato, wierzchówce Waldemara. Ordynat jechał blisko, czuwał nad 
każdym jej ruchem, często sam powstrzymywał klacz, robiąc Stefci rozmaite uwagi. 
— Pani już chyba jeździła konno? — spytał — bo to na pierwszy debiut nie 
wygląda. — Owszem, trochę próbowałam, ale na męskim siodle i na kucu. Na tak 
pysznym rumaku znajduję się pierwszy raz. — Więc jest pani stworzona na 
amazonkę. Ja się na tym znam — zawyrokował Trestka. Stefcia spojrzała na 
Waldemara, jakby pytając: "Co ty powiesz, bo z tamtego zdaniem się nie liczę". 
Ordynat popatrzał chwilę w oczy dziewczyny. Zrozumiał nieme pytanie, uśmiechnął 
się i skinął głową twierdząco. — Dobrze wyglądam? — spytała uparta Stefcia. — 
Caca! — rzekł z uśmiechem. Na twarzy Stefci zapaliła się przelotna łuna 
rumieńca, charakterystyczna u niej. Robiło to wrażenie, jakby twarz zakwitła. 
Silnie trąciła klacz pejczem. Erato z fantazją ruszyła naprzód i z miejsca 
zaczęła unosić. Suknia Stefci pobudzała ją, bijąc w oczy. Wzniósł się kłąb 
kurzu. Panna Rita krzyknęła, Trestka zaczął wołać: — Niech pani ściąga cugle... 
mocno... mocno! Ale Waldemar już puścił swego konia wyciągniętym galopem. Apollo 
zdawał się ziemi nie dotykać. Za nim ruszyli z kopyta dwaj masztalerze, jadący z 
tyłu. Lecz Rita wstrzymała ich ręką. — Jeśli ordynat nie dogoni sam, to i wy nic 
nie zrobicie, a większy tętent straszy klacz. Jednak oboje z Trestką i 
masztalerze popędzili prędzej. Ale Stefcia i Waldemar znikli im z oczu, 
przesłonieni kurzawą pyłu. Erato, stuliwszy uszy, gnała jak wicher, tuż za nią 
cwałował Apollo. Waldemar miał oczy utkwione w Stefcię, lecz widząc, że się 
mocno trzyma i nie traci przytomności, nie wołał na nią, bojąc się płoszyć 
klacz. W kilku szalonych skokach zrównał się z Erato i pochwycił cugle ściągając 
je silnie. Wierzchówka, poczuwszy silną rękę, zwolniła pęd. Wówczas ordynat jął 
zrzędzić: — Miałem panią za co chwalić! Ładnie, bardzo ładnie!... Stefcia 
oddychała szybko, trochę blada i przestraszona, ale uśmiechnęła się do niego 
wesoło. — Powinien pan chwalić, bo zamiast spaść, siedzę na siodle. Nawet nogi 
ze strzemion wyjęłam. — Umyślnie? — Tak, na wszelki wypadek. — No, wie pani, że 
nie posądzałem pani jako nowicjuszki o tyle przytomności. Brawo! brawo! a ja 
pędziłem jak wariat. Włosy mi na głowie powstawały na myśl, że pani może spaść. 
Stefcia spostrzegła, że był blady i widocznie przerażony. Chciała mu podać rękę, 
ale on miał obie zajęte, więc szepnęła gorąco: — Bardzo panu dziękuję, bardzo... 
i przepraszam. — Za co? — Za... zmęczenie... — Prędzej za to, że się 
wystraszyłem jak żak, co mi się nieczęsto zdarza. — I cóż by mi się stało, 
gdybym spadła? przeszłabym chrzest konnej jazdy. — Pani jest jeszcze wielki 
dzieciak... Nadjechała panna Rita, Trestka i masztalerze. — Uf! mam tremę z 
powodu pani! — wołał młody hrabia. — Pędziliśmy tak, że ledwo żyję. Jeśli 
dostanę ataku sercowego, to będzie pani winna, tym bardziej że nie jestem tu 
potrzebny, jak widzę. — Panie hrabio, zakończenie psuje efektowną całość — 
rzekła Stefcia z udaną powagą. Panna Szeliżanka winszowała jej dzielnego 
trzymania się na koniu, po czym skręcili na pole do żniwiarzy. Ogromny pas 
złotej pszenicy chylił się posłusznie przed żniwiarkami. Samowiązałki sunęły 
równo, wyrzucając gotowe snopki; dalej widniał rząd przegiętych dziewczyn i 
kobiet w kraśnych spódnicach i białych koszulach; sierpy migały w ich burakowych 
rękach; postępowały raźno naprzód z uznojonymi czołami, lecz pieśnią na ustach. 
Wielka praca rąk, mechanizm maszyn i bogate łany nadawały polu wygląd bardzo 
postępowy. Wozy długie, mocne, zaprzężone w rosłe, spasione konie, przeważnie 
gniadej maści, zabierały gotowe kopy, zwożąc je do stodół po folwarkach i do 
lokomobil, młócących wśród pól. Fornale, ogromne chłopy, w białych płóciennych 
ubiorach i słomkowych kapeluszach, mieli typowy wygląd tubylców. Gdy konne 
towarzystwo zbliżyło się do samowiązałek, podjechał do nich rządca, również na 
koniu, młody człowiek i energiczny. Skłonił się z wesołą swobodą. Ordynat 
przedstawił go paniom. — Pan Ostrożęcki, mój pomocnik, więcej, moja prawa ręka. 
— Tylko lewa, panie ordynacie — odrzekł wesoło rządca. Panie skinęły głowami z 
uśmiechem. — A gdzie są panowie praktykanci? — zapytał Waldemar. — Zostawiłem 
ich bliżej rezydencji. Ze mną są dwaj ekonomowie z Brzozowa i Romnów. — A 
samowiązałki nie psują się? Mechanik dobry? — Znakomity! jak najlepszy Anglik. 
Trestka podsunął konia bliżej i zapytał: — Chciałbym się dowiedzieć, skąd pan 
sprowadził te samowiązałki, bo widzę system amerykański, a firmę warszawską. — 
To są krajowe, nasza praca i żelazo. Sprowadziłem montera z fabryki Mac_Cormicka 
i pod jego dyrekcją firma warszawska zrobiła to samo. — Ale ten nie wygląda na 
Amerykanina? — Rodowity warszawiak, tylko uczeń tamtego. Trestka kręcił głową. — 
No i dobrze działają? Nie psują się co kwadrans? — Bardzo rzadko. A zresztą 
zagranicznym zdrza się to również. Ludzie obznajmieni, mechanik dobry i robota 
idzie pomyślnie. — Nadzwyczajne rzeczy — mruknął zdziwiony Trestka. — Gdyby tak 
wszyscy robili za przykładem pana — rzekła Stefcia. Trestka wybuchnął: — Toby 
wszystkie zagraniczne firmy zbankrutowały! — Bądź pan spokojny — rzekł Waldemar. 
— Nie jesteśmy tak dalece kulturalni, żeby fabryki amerykańskie bezpośrednio 
miały się na nas oglądać. Na swe maszyny Ameryka i Anglia mają dosyć własnych 
konsumentów, nie licząc obcokrajowców. — Ja bym nie ufał myszynom u nas 
wyrabianym. — Toteż je pan z daleka omija — rzekła panna Rita. — A ja ufam — 
mówił Waldemar — patrz pan, co im brak? Działają dobrze, wyglądają tak samo jak 
zagraniczne, bo system jest ich, a że praca naszych rąk i materiał krajowy, to 
chyba ujmy im nie przynosi. Wkrótce towarzystwo pożegnało rządcę i zawróciło do 
Słodkowic. Waldemar rzekł do Stefci: — Widziała pani jeden narożnik głębowicki, 
ale czy pani nie zmęczona? Bo jak na pierwszy spacer, to trochę za daleko. — Co 
znowu! nie jestem filigranowa, mogłabym dotrzeć do samych Głębowicz. — Nie, tam 
pojedziemy brekiem. Minęli szereg żniwiarek i zbliżali się do barwnego sznura 
żniwiarzy z sierpami. Panował wśród nich gorączkowy ruch. Waldemar przeczuł, co 
to znaczy, bo się uśmiechnął. W tej chwili parobcy i kobiety podbiegli, 
trzymając w rękach poskręcane w olbrzymi wieniec kłosy i składając w miejscowym 
języku krzykliwe życzenia, otoczyli kołem jadących. Waldemar dał im kilka sztuk 
złota. Nastąpiło wielkie całowanie rąk i butów ordynata, który ze śmiechem 
bronił się od napaści. Stefcię rozrzewniła ta scena. Chociaż moneta stała się 
ważnym powodem do rozczuleń, jednak w serdecznym garnięciu się prostych ludzi do 
ordynata przebijało jeszcze coś innego. Był on ich panem i ulubieńcem. To 
rzucało się wszędzie w oczy, począwszy od rządcy; wyższa administracja i cała 
służba zwracała się do niego z wyjątkowymi oznakami uwielbienia, wychodzącymi 
poza granice zwykłego szacunku należnego pracodawcy. Bali się go wprawdzie, ale 
i czcili prawdziwie. Panna Szeliżanka myślała to samo i rzekła do Waldemara: — 
Pan wśród swych majątków i ludzi robi na mnie wrażenie udzielnego księcia. Aż 
serce rośnie, gdy się patrzy na porządki i dyscyplinę niemal wojskową. I jak to 
wszystko jest ujęte w ramy miłości dla pana. To właśnie najbardziej zastanawia. 
Nasi ludzie rzadko kochają, gdy się ich trzyma w rękach, a kiedy im wszystko 
wolno, przestają szanować. U pana inaczej. Jest dyscyplina, wielki posłuch, 
szacunek i miłość ludu. To fenomenalne! Niech mi pan powie, czym się to dzieje? 
— Bardzo proste — odparł Waldemar — wymagam wiele od ludzi i trzymam ich nawet 
trochę feudalnie, ale dbam o wszystkie ich potrzeby. Dobrze jedzą, dobrze 
mieszkają, nie tyranizuję ich i jestem sprawiedliwy. Oto cała umiejętność. Nie 
gnębię ich sądami, tylko sam wymierzam kary, naturalnie nie cielesne. Roześmiał 
się. — Przy tym lud tutejszy jest dobry — dodał. — Nie wszędzie. To także 
przywilej pańskich dóbr — odrzekła Rita. — Widocznie wszyscy Michorowscy 
trzymali się tego systemu. — Ale nie wszyscy byli tak lubiani jak pan. Pan 
Maciej nigdy nie cieszył się taką popularnością ani też pański ojciec. — Mamę 
wspominają zawsze, nazywając aniołem. — Bo córka ciotki Podhoreckiej nie mogła 
być inną. Zna pan stosunek włościan w Obronnem do cioci, na rękach ją noszą. Ale 
to co innego: ciocia jest kobietą i nie zajmuje się zarządem ani gospodarstwem, 
o ludzi natomiast również bardzo dba. U pana ten stosunek idealny bardziej 
zastanawia. Trestka zrzucił nerwowo binokle, co znaczyło, że chce mówić. — 
Słuchamy! — zawołali wszyscy ze śmiechem. Trestka popatrzał osowiałym wzrokiem i 
rzekł machnąwszy ręką: — Ja tam jestem zawsze na złej stopie z chłopstwem i ani 
myślę się starać o zmianę stosunku. Mam dbać o ich chałupy i żołądki, kiedy oni 
mi wypasają łąki i zboża. — NIech pan ureguluje serwituty. — Nie mam czasu. 
Zresztą przyzwyczaiłem się już do procesów. Nie ciążą mi. — Jest się czym 
chwalić — wzruszyła ramionami panna Rita. — NIe ma pan czasu! A cóż pan robi, 
ciekawam?... — Staram się o panią — rzekł zapytany z szorstką otwartością. 
Waldemar i Stefcia wybuchnęli śmiechem. — Czyli wynika z tego, że pani jest 
bezpośrednią przyczyną ciągłych procesów pana Trestki — powiedział ordynat. — Na 
które jednak pan Trestka znajduje czas — wtrąciła złośliwa Rita. — Myli się 
pani! Wszelkie procesy prowadzi mój administrator. Ja w Ożarach tym się nie 
zajmuję. — Tylko czym? — Oborą i młynem parowym. Panna Rita zaśmiała się. — A 
prawda! Przypominam sobie opowiadanie naszego stangreta! Kiedyś niechcący 
usłyszałam w stajni, że dziedzic ożarowski cały dzień siedzi w młynie i bicze 
kręci. Musi ich pan mieć ogromny zapas. Trestka nic nie odpowiedział. Wjechali 
na pola słodkowickie, gdzie znowu szeregi żniwiarek i żniwiarzy pod dozorem 
rządcy Klecza pustoszyły łany złotej pszenicy. Zapadał z wolna wieczór. XVII 
Czerwony brek z szosy wytoczył się na boczną drogę, wysadzaną po bokach 
topolami. Kara czwórka rwała tęgiego kłusa, migały w słońcu brązy uprzęży, 
dzwoniły bogate rzędy, konie parskały wyrzucając łbami. Ranek był orzeźwiający, 
pełen świeżych powiewów i nasiąkły rosą po nocnym deszczu. Tu i ówdzie na drodze 
błyszczały małe lusterka wody. Wysokie przydrożne topole i łany zbóż wykąpane 
zbierały na liście i kłosy mnóstwo złotych promieni. Kurz leżał, przybity 
wilgocią, w powietrzu nie unosił się najmniejszy pyłek. Cały świat wyglądał jak 
niepokalanie czysty namiot z błękitnych iluzji, białych muślinów, złotych nici i 
brylantowych ozdób. Ptaki, zwilżając gardła rosą, zbieraną z liści, śpiewały 
rozgłośnie. Skrzyp koników polnych dźwięczał ostro, lecz wesoło. Wszędzie 
powietrze, powietrze... powietrze! Bezmiar — nieskończoność! Błękit, kryształ 
bezpylny, rosisty, działał i na dusze ludzkie. W breku nie było cieniów i 
nieprzyjaznych pyłków, tylko ożywcza rosa wesela, przeźroczystość uśmiechów. 
Śpiewały ptaki, konie parskały, ludzie śmiali się i bawili. Brek połyskiwał w 
słońcu czerwienią, jaśniały suknie pań, twarze zaróżowił zdrowy rumieniec 
poranku. Kara czwórka pędziła, jakby konie miały skrzydła. Brek chwiał się i 
huśtał na resorach. — Panie Waldemarze, pan nas dziś wyrzuci, zanim dojedziemy 
do Głębowicz — zawołała hrabianka Paula Ćwilecka, siedząca po prawej stronie 
breku między hrabią Trestką i młodym Wilhelmem Szeligą, bratem panny Rity. Spod 
ogromnego kapelusza spojrzała zalotnie na swych sąsiadów, potem na siedzącego 
naprzeciw barona Weyhera i szczebiotała znowu: — Który z panów pragnie zastąpić 
ordynata w powożeniu, niech podniesie dłoń do góry. — Proszę się nie fatygować, 
bo ja się zastąpić nie dam — zawołał z kozła Waldemar. — My pana zrzucimy. — 
Ciekawym, jak? — Po prostu zejdzie pan na naszą prośbę. — Nie, ja nie jestem 
taki grzeczny. — Wszystko to przez pannę Ritę. Pan Waldemar pysznie jedzie, 
tylko pani tam niepotrzebna — wołał Trestka. Oparł się o poręcz kozła, pochylił 
głowę, jakby chcąc zajrzeć w twarz Ricie. Ale spiorunowała go wzrokiem. — Siedź 
pan cicho, kiedy panu dobrze. A nie, to marsz na koniec breku. — Chyba siądę na 
kolanach pana Wilhelma... — Pomieścicie się państwo. Zresztą Wiluś przejdzie na 
pańskie miejsce. — Protestuję! Mnie tu dobrze — odparł student wznosząc oczy na 
siedzącą naprzeciw Stefcię. — A co? widzi pani? Panu Wilusiowi tam dobrze, a 
mnnie tu dobrze. Tylko brak pani na vis_~a_vis. — Bardzo ładnie! — oburzyła się 
Lucia. — To znaczy, że ja nie jestem vis_~a_vis. — Jest pani, "mais oui!" (fr. — 
ależ tak!). Tylko pannie Ricie nie do twarzy na koźle. — A jeszcze mniej na 
vis_~a_vis pana! — odcięła się młoda panna. — Ja państwa pogodzę — wtrąciła się 
Paula. — Niech pan Trestka odbierze lejce z rąk ordynata i będzie wprawdzie nie 
vis_~a_vis, lecz "~a c~ot~e..." (fr. — obok (siebie)). — Na pewno nie za długo 
leżelibyśmy w rowie — zaśmiała się Rita. — "Voil~a! c.est le mot!" (fr. — Oto 
właściwe słowo!). W rowie — wtrącił baron Weyher z uśmiechem na wąskich ustach. 
Trestka rzucił mu złe spojrzenie. — Najlepiej niech pan baron powozi w 
asystencji panny Pauli — odciął się zirytowany. — Raczej ja w asystencji barona. 
Omylił się pan. Trestka machnął ręką, jakby mówiąc: "Mało mię to obchodzi". — No 
więc dobrze? — spytał głośno. — Ja nie chcę. Tam na koźle pewnie błoto bryzga. 
Nie lubię być blisko koni — rzekła hrabianka. — Ja również nie powożę. Tego 
sportu nie uprawiam — wysylabizował baron. — Ale może moja sąsiadka i pan 
Wilhelm?... Stefcia pokręciła głową. — Niepotrzebnie o tym rozprawiamy, bo pan 
ordynat dowiezie nas do miejsca i jak sam mówi, nie da się zastąpić. — Dziękuję 
pani za poparcie — zawołał Waldemar. — Zresztą my będziemy śpiewali — rzekł 
Wiluś. — Doprawdy? — spytała hrabianka Paula mrużąc oczki. — To dopiero projekt 
— wtrąciła Stefcia. — Ale niebawem w czyn się zmieni. Więc co pani woli? — "Ich 
liebe dich" (niem. — Kocham cię) czy "Du liebst mich?" (niem. — Kochasz mnie) — 
ozwał się Trestka. — Najpewniej: "Wir lieben uns" (niem. — Kochamy się) — 
dodała, śmiejąc się, Paula. — My będziemy śpiewali po polsku — rzekła Stefcia. — 
Coś, co przypomina Heidelberg albo Sacr~e_Coeur? — wycedził baron. — Dlaczego 
Sacr~e_Coeur? — No więc może jakiś inny klasztor. — Ale dlaczego? Trestka 
podniósł głowę do góry i poprawiając binokle rzekł krzykliwie: — To dziwne! Ja 
nie uważam, żaby panna Stefania trąciła zakonnicą. — Za to on trąci 
bonifratrami! — mruknął Waldemar. Rita parsknęła śmiechem. — "Qu.est_ce Que 
c.est Que" (fr. — Co to jest) "trąci" — zapytał baron. — "C.est le mot dur, 
monsieur" (fr. — To twarde słowo) — odrzekła Stefcia z ładnym uśmiechem. — "Ah, 
oui!" (fr. — Ach, tak!) Do barona zwrócił się młody Szeliga: — Dlaczego pan 
myślał, że panna Stefania wychowana w klasztorze? — Bo jest jakaś inna. "Est_ce 
Que je sais?" (fr. — Czy ja wiem?). Nie umiem tego określić. Może nieprzeciętna? 
"Mon Dieu!" (fr. — Mój Boże!) zawsze nie tak. — Ja panu pomogę. Jest 
kryształowa, biała jak śniegi tatrzańskie. Ale to nie klasztor urobił ją taką, 
to natura. — Co? — Tak, natura! Student zakreślił szeroki krąg i z błyszczącymi 
oczyma zawołał: — Ta natura złota, błękitna, otaczała ją od kolebki i stworzyła 
na podobieństwo swoje. Nie zaćmił jej miejski kurz, nie zbrukał brud moralny. 
Oddychała kryształem i stała się nim. Wchłonęła w siebie błękit i złoto... — 
Jednak "Journal des Modes", musiała przeglądać, bo się wcale ładnie ubiera — 
przerwał Trestka. Zaśmiano się. — Mam wrażenie, że siedzę na cenzurowanym — 
rzekła Stefcia. Hrabianka Paula skrzywiła się. — Fi! cenzurowane... To już 
niemodne. Baron pokiwał głową i gładząc bokobrody spojrzał uważnie na studenta. 
— Pan to ładnie powiedział... o tym krysztale. "Oui, c.est tr~es beau!" (fr. — 
Tak, to bardzo piękne!). Superlatyw nie bardzo wyszkany, ale poetyczny i 
wdzięczny. "Superbe!..." (fr. — Wspaniałe!) — Pamięta pan ukwiecone stepy? — 
szepnęła Rita do Waldemara. — Stepy?... A tak! — odrzekł zamyślony. — Określenie 
Wilusia podobne do pańskich stepów. Nieprawdaż?... Nie słyszał pan, co mówił 
Wiluś? — Słyszałem. Patrzał na szerokie łany pszenicy, lśniącej atłasem, 
rosistej, bujnej, i myślał: — To ona! Patrzał na lazury nieba bez chmurki, na 
srebrną toń powietrza i myślał: — To ona! Tak czysta, taka biała, złota, 
kryształowa... Dowcipny smarkacz! Ale czego on się nią tak zachwyca? Bo to 
określenie... Obejrzał się. — Rozmawiają z sobą... Wtem konie szarpnęły 
gwałtownie. Ordynat ściągnął lejce, aż kopytami wryły się w ziemię, i strzelił z 
bata z niesłychaną irytacją. Na breku powstał krzyk. — Konie ponoszą! — 
krzyczała hrabianka. — Waldy, co robisz? — wtórowała Lucia. Panna Rita patrzała 
na Waldemara spod rzęs i stopniowo twarz jej traciła kolory, usta zaciskały się 
bólem. — Niech pan stanie — szepnęła — ja przesiądę się. — Nie stanę, bo 
rozhukałem konie. Proszę się nie ruszać. Rozkazujący ton jego głosu podziałał na 
nią dziwnie. Doznała nieokreślonego wrażenia. Usta jej zadrgały, na bladą twarz 
wystąpiło kilka różowych plamek, zdawała się wahać nad czymś, wreszcie spytała 
swobodnie: — Nie chce pan, żebym się przesiadła, dlatego że konie rozbiegane, 
lecz gdyby nie to?... — Nie śmiałbym się sprzeciwiać. — Och! rozumiem!... 
Zacięła usta i gorączkowo potrząsała batem, wyrwanym z rąk Waldemara. — Co pani 
robi? — zdziwił się. — Chcę, aby nas konie ponosiły. — Jeśli ja nie zechcę, to 
to nie nastąpi. — Taki pan pewny? — Najpewniejszy! — Ach, Boże! gdybym mogła... 
— Wybić mię tym batem. Co?... — Coś na kształt tego. — Każdy dbałym jest o 
własne bezpieczeństwo, ja również, więc... może pani przesiadać. Ściągnął lejce. 
Czwórka stanęła w miejscu, przy czym konie, nagle zatrzymane, poślizgnęły się 
nieco na tylnych nogach. — Może pani przesiadać — powtórzył z uśmiechem. Panna 
Rita popatrzała mu prosto w oczy. — Wie pan, że pan jest... — NIeznośny! Wiem o 
tym. — Arogant! — Spełniłem życzenie pani. — Och! TRestka zerwał się z ławki. — 
Dlaczego stanęliśmy? A! nareszcie namyśliła się pani!... Któraż z pań teraz na 
kiziołek? — Będziemy ciągnęły węzełki — rzekła Rita. — Doskonale! Waldemar 
skrzywił usta. Panna Rita rzuciła mu szeptem przez ramię: — Dostanie pan Lucię. 
Ja w tym. Panna Rita wiązała węzełek na chusteczce, po czym wysunęła stuloną 
dłoń, z której wyglądały trzy jednakowe białe rożki, jak listki rozkwitłe, i 
obracając się do towarzystwa, rzekła: — Proszę, niech panie ciągną. — Fi! to 
taki brzydki zwyczaj — grymasiła hrabianka. — Bardzo dobry. Panna Rita rożek z 
ukrytym węzełkiem skierowała najbliżej Luci, pragnąc, aby dziewczynce się 
dostał. — Proszę ciągnąć. Hrabianka chwyciła za rożek środkowy, Lucia za 
ostatni, Stefcia wzięła pierwszy z brzegu. Rita przygryzła usta i roztworzyła 
dłoń. — Panna Stefania! — zawołali wszyscy. Wilhelm Szeliga był zły. Stefcia 
poczerwieniała. Waldemar rzucił tryumfujące spojrzenie na Ritę i zaczął z 
nadzwyczajną uprzejmością pomagać jej do przejścia na brek. Nastąpiło 
zamieszanie. Rita kłóciła się z Trestką, a Stefcia, stojąc na schodkach, 
żartowała z Wilhelma, który ją zapewniał, że ciągnienie węzełków to barbarzyński 
zabytek. — Proszę panią! — zawołał na nią Waldemar. Stefcia zręcznie przeszła 
pomiędzy siedzącymi, jak smukły narcyz w swej białej muślinowej sukni, świeżej i 
szumiącej. Głowę strojną w bujne fale ciemnozłotych włosów, zwiniętych w ciężki 
węzeł na tyle głowy, osłaniał duży ogrodowy kapelusz, przybrany puchem muślinu i 
pękiem delikatnej seledynowej trawy. Zaróżowiona, roześmiana, z błyszczącymi 
oczyma, dziewczyna była śliczna w swym pomieszaniu, z jakim prześlizgiwała się 
przez środek breku. Waldemar podał jej rękę, ścisnął mocno, a drugą wziął ją 
powyżej łokcia. — No... hop!... Wskoczyła na ławkę, niesiona prawie przez niego, 
przeszła barierkę i ze śmiechem usiadła obok ordynata. Ona zawołał na konie, 
brek potoczył się raźno naprzód. — Rasowa! — rzekł z cicha baron Weyher. — Jak 
pan mówi? — podchwycił student. — Rasowa! Pan pewnie powie: "Natura"? — Tak, ale 
wy się na tym nie rozumiecie. Stefcia doznała jakby uderzenia w serce. Bliskość 
Waldemara działała na nią potężnie. On był widocznie poruszony. Krew węgierska, 
której miał w sobie trochę, zagrała w nim, nozdrza zaczęły latać, oczy zabłysły 
ogniem. Milczeli oboje. On myślał: — Co się ze mną dzieje? Mniejszego doznawałem 
wrażenia w dżungli, gdym czatował na lwy. Co ta dziewczyna ma w sobie?... Paula 
spod koronki kapelusza spoglądała na Stefcię z niechęcią. W duszy jej nurtowało. 
Nie kochała się w Michorowskim, ale rachowała na niego. Drażniło ją, że on jej 
nie hołdował, lecz podobała mu się ta "cudza" dziewczyna. Hrabiankę gniewał 
Wilhelm Szeliga za to, że porównał Stefcię do kryształu, i baron, że nazwał ją 
rasową, a przedtem powiedział, że jest inna. Pewnie że inna, bo z innej sfery... 
— Za wiele wzbudza zainteresowania ta nauczycielka — myślała panna Ćwilecka. — A 
jaka swobodna! Jakbyśmy dla niej byli równi. Jest rozzuchwalona. Lucia uważa ją 
jak siostrę. Albo Rita! Traktuje jak koleżankę. Pan Maciej spieszcza jej imię na 
Stenię, ordynat robi jej honory. Wszystko to nie ma sensu, będzie o sobie 
myślała Bóg wie co!... Gniewne rozmyślania hrabianki przerwała Lucia wołaniem: — 
Powozy nas doganiają Wszyscy się obejrzeli. W pewnej odległości za brekiem 
sunęły dwie czwórki prawie w jednym rzędzie; ponad głowami koni widniały sztywne 
postacie stangretów i baldachimy parasolek. — Nie rozumiem, jakim sposobem mogli 
nas dogonić. Przecie wcześniej wyjechaliśmy — rzekł Trestka. — Widać karosze 
pana ordynata zmarniały — wtrąciła ironicznie panna Rita. Waldemar odwrócił się 
rozbawiony. — Raczy pani przypomnieć sobie, żeśmy stali na drodze dobry 
kwadrans, zawdzięczając jej przesiadaniu. — Czy panu źle? — Mnie? Bajecznie! 
Krzywda się panu dzieje? — Cóż znowu! ale niech pani nie krzywdzi karych. 
Pojazdy zrównały się. Pierwsze lando mieściło w sobie księżnę Podhorecką, pana 
Macieja i księcia Franciszka z żoną. W drugim powozie jechała pani Elzonowska i 
hrabiostwo Ćwileccy ze starszą hrabianką Michaliną. Waldemar zatrzymał konie, 
stanęli i stangreci. — Cóż państwo tak wolno jadą? — woła książę Podhorecki. — 
Nie spodziewaliśmy się was dogonić — dodał pan Maciej. Waldemar zgarnął lejce w 
jedną rękę, drugą z batem oparł na poręczy kozła za plecami Stefci i wychylony 
przed nią, zawołał wesoło: — Mieliśmy na drodze katastrofę. — Katastrofę? Jaką? 
— Zbuntowała nam się panna Rita. Był rozbawiony, szare oczy śmiały mu się, usta 
płonęły, spod nastrzępionych wąsów błyskały zęby. Zgrabnie przegięty, pełen 
szykownej a niedbałej elegancji, miał w sobie coś junackiego. Pyszny w swej 
postaci magnata, pociągał oczy wszystkich. Przy nim Stefcia, biała i różowa, 
wiotka i dziwnie wdzięczna, również pełna uśmiechów, wyglądała bardzo ładnie. 
Razem tworzyli parę niesłychaną. Obie księżne przyglądały im się ciekawie, z 
drugiego powozu pani Elzonowska przez swe typowe szpareczki i hrabina przez 
lornetkę. Hrabinę dotknęło, że Stefcia siedzi obok ordynata. Po odezwaniu się 
Waldemara panna Rita stanęła w breku i machając rękawiczką, zaczęła wołać: — 
Niech państwo nie wierzą. Ordynat jest dziś anormalny, plecie jak w malignie. — 
Jak to? Czy nie zrobiła mi pani awantury?... Rita zaczęła się tłumaczyć, a wtem 
wycedziła hrabina Ćwilecka: — Kiedyż nareszcie dojedziemy do Głębowicz? Szalony 
kawał. — Chwytam wiorsty rozpaczliwie i pozostało nam już tylko pięć — odrzekł 
Waldemar. — A! to dobrze! — Więc nie traćmy czasu. Do widzenia! — Z pół godziny. 
— O ile nie będzie nowego strejku panny Rity — żartował ordynat. — Panie, bo się 
zemszczę! — Byle nie w tej chwili. Brek ruszył naprzód, powozy jechały wolniej. 
Młoda księżna mówiła do męża po cichu: — Uważałeś, jaka to ładna para: Waldy i 
panna Stefania? "Une tr~es belle fille" (fr. — Bardzo piękna panna.) — 
Widziałem, że są rozpromienieni. — O czym mówicie? — spytała starsza księżna. — 
O młodej parze na koźle breku. — A tak! Waldy jest jak odrodzony. — A ona 
kwitnie — dodał pan Maciej. — Dopełniają się wzajemnie. Inna rozmowa toczyła się 
w powozie. Hrabina rzekła z gniewem do pani Idalii: — Wiesz? To jest natręctwo 
tej dziewczyny. — Co? — spytała pani Idalia. — No, to... to... pakowanie się na 
kozioł obok ordynata. — Słyszałaś, co mówiła Rita? Ciągnęli węzełki. — Już tylko 
ty jej nie broń. Jest arogantka! Dziwię się, że pozwalasz na jej wybryki. — NIe 
widzę żadnych. "C.est une noble fille" (fr. — To jest szlachetna panna), Lucia 
ją bardzo kocha. Pani Idalia była dziś w wyjątkowo dobrym humorze. Spostrzegła 
to hrabina i już nic więcej nie powiedziała, zaczęła tylko sapać z irytacji. W 
breku tymczasem wrzało. Rozmawiali wszyscy, hrabianka Paula z baronem, panna 
Rita z Trestką, Lucia i Wiluś śpiewali krakowiaki, zanosząc się od śmiechu. Na 
koźle Waldemar mówił do Stefci: — Widzi pani te dwa białe słupy po bokach drogi? 
To są graniczne. Już jesteśmy na gruntach głębowickich. Nigdy może nie czułem 
tyle szczęścia z posiadania tych obszarów ziemskich, jak w tej chwili, i to z 
powodu pani. — Z mego powodu? Jakim sposobem? — spytała Stefcia zdziwiona. 
Waldemar uśmiechnął się. — A choćby dlatego, że te ukwiecone własne łany mogę 
pani pokazać, że panią wiozę do siebie. Czy to samo nie może już dać pewnej dozy 
zadowolenia? Spojrzała mu prosto w oczy. — Takie niepodobne do pana to, co pan 
powiedział — rzekła poważnie. Popatrzał na nią ciekawie. — A do kogo? — zapytał. 
— Choćby do pana Szeligi, bo ja wiem zresztą. — Niech mi to pani wytłumaczy. — 
Po co, kiedy pan sam doskonale to rozumie. — Przyznam się pani, że niezupełnie. 
— Niepodobne to do pana, bo jest zbyt szablonowe. — O!... — Zresztą pan był 
nieszczery, mówiąc tak... — Jak mi Bóg miły, skandal! Dlaczego miałem być 
nieszczery? Wilusiowi wolno porównywać panią do kryształów, błękitów, złota, a 
ja nie mogę wypowiedzieć tego, co czuję? Dlaczego Wiluś może?... — Bo to Wiluś! 
— zaśmiała się ubawiona Stefcia z ładnym grymasem ust. — A ja jestem Waldy... — 
A pan jest ordynat Waldemar Michorowski. Żachnął się zły. — Ordynat głębowicki, 
właściciel Słodkowic, Grabonowa, Biało_Czerkas i czegoś tam jeszcze z 
przyległościami, niech pani doda dla okrągłości — przedrzeźniał ją zirytowany. — 
A tak, ordynat, magnat, wielki pan, arystokrata — powtórzyła wesoło Stefcia. 
Waldemar wzruszył ramionami. Po czym zaczął mówić wolno, nie patrząc na Stefcię: 
— Jak mię pani drażni! Ale zrozumiałem i powiem pani coś. Uwierzy pani, dobrze, 
nie — to trudno, ja będę szczery. Wszystkie tytuły i godności, jakimi mię pani 
obdarzyła, posiadam. Lecz ponieważ obracają się one w dusznej atmosferze, więc 
często uczuwam brak powietrza. Zawsze wolałem szerokie pola i rwałem się do 
nich, druzgocąc oszklenia sferowe, którymi barykadują nas od dziecka. Jesteśmy 
egzotyczni, kochamy się w kameliach, stroimy w tuberozy, nie przypuszczając, że 
na naszych łanach rosną bardzo piękne bławatki. Wiemy, że one istnieją, lecz są 
od nas tak oddalone przesądem, że nasze magnacko_arystokratyczne nogi nie zadają 
sobie trudu w odszukaniu ich, po prostu nie interesują nas. Czasem los zdarzy, 
że taki bławatek przypadkiem zabłąka się w naszych cieplarniach, i wówczas 
doznajemy różnych wrażeń: zdziwienia, ciekawości, coś na nas wionie swojskiego, 
obudzi się w naszej krwi ojczysta kropla, diabelnie przytłoczona 
cudzoziemszczyzną. Poczujemy się dziećmi swego kraju i ten, co zawsze czuł 
pociąg do szerokich pól, teraz poczuje pragnienie. Ojczyste pola staną mu się 
drogimi. Umilkł na chwilę i mówił znowu: — Pani jest właśnie dla mnie takim 
bławatkiem. Pani wśród nas jest niejako typową przedstawicielką rodzinnego 
kraju. Bo my, jakkolwiek możemy mieć równą i słuszną pretensję do owego 
przedstawicielstwa, jednak jesteśmy zbyt skosmopolityzowani, by odpowiadać 
wielkości zadania. Pani jest symbolem naszych złotych niw. Wiluś miał słuszność, 
porównując panią do natury, on zauważył to również prędko, jak ja. Na mnie pani 
od pierwszej chwili zrobiła wrażenie kwiatu zrodzonego na bujnych polach. 
Jednocześnie jest pani niezaprzeczenie mimozą. Podniósł głowę i spojrzał na 
Stefcię. — Wypowiedziałem otwarcie, co myślę o pani. I powtarzam, że czuję się 
szczęśliwym z posiadania obszarów ziemnych w naszej ojczyźNie, szczęśliwym nie z 
powodu, że ziemia ta jest zapładniaczką mej kieszeni, lecz dlatego, że czuję się 
jej synem, że jest mi droga. Kochałem ją od dziecka i dbałem o nią, lecz uczucie 
to dopiero teraz spotężniało, dzięki pani. Jestem pani za to nieskończenie 
wdzięczny. Podał jej dłoń serdecznie i uścisnął. Była chwila, że chciał jej rękę 
podnieść do ust, lecz powstrzymał się. Na twarzy Stefci odbiło się wzruszenie, 
usta jej drżały. Podniosła oczy na niego i spotkała jego szare źrenice, 
błyszczące ogniem, pełne szlachetnej a wspaniałej dumy i dziwnie miękkie w 
spojrzeniu, jakim ją ogarniał. — Czy i teraz pani powie, że jestem nieszczery? — 
spytał cicho. — O nie! teraz mówi pan inaczej, ziemia pańska może być dumną z 
takiego syna. Jest pan prawdziwym Michorowskim — odrzekła z żywością. Zaśmiał 
się trochę ironicznie. — Proszę nie chwalić mnie jeszcze, bo może na to nie 
zasłużyłem. Przecie w moją miłość dla kraju nie wierzą. Nazbyt długo byliśmy de 
Michorowscy, bym ja się stał od razu Michorowskim, bez obcych dodatków. Któż mi 
zaufa, że przekonania, jakie we mnie żyją, są istotnie już wkorzenione w mej 
duszy, a nie pełzają po niej z pobudek mniej społecznych, a prędzej osobistych? 
— Niech pan nie psuje wrażenia analizą, to najgorszy system — przerwała Stefcia. 
— Wystarcza, że pan to przekonanie posiada, że odczuwa je w całej pełni. To już 
jest bardzo wiele, jak na pana de Michorowskiego. Zaśmiali się oboje. — Ma pani 
słuszność, nie przedstawiajmy się gorszymi, niż jesteśmy, i cieszmy się chwilą 
jak obecna. Nachylił do niej głowę i spytał z uśmiechem: — Czy i pani się 
cieszy? Stefcia wesoło błysnęła oczyma. — Cieszę się — odparła. — I dobrze pani 
tu na koziołku? — Znakomicie! — Czyli że po Wilusiu nie jestem starym 
nudziarzem. Co? — Cóż znowu! — Magnatem, wielkim panem, arystokratą — mówił z 
wesołą przekorą. — Tymi pan pozostanie zawsze. — Dobrze, dobrze! nie chcę być 
tylko teraz. W tej chwili jestem Michorowskim, wielbię bławatki i jeden z nich 
bardzo cacy wiozę do swych łanów. To mię uszczęśliwia. Czemu się pani zasępiła — 
spytał nagle, patrząc na nią uważnie. — Ja?... Bynajmniej — odparła obojętnie. — 
Pani jest jak roślina_czułek, stula listki za byle dotknięciem. Wiem, co pani 
pomyślała: że jestem magnatem, który dla fantazji zrzuca z siebie magnacką 
purpurę i ubiera się w bławatek. A że panią tak nazwałem, więc to się 
niepodobało. Czy tak? — Jeśli nawet jestem bławatkiem, to w każdym razie nie 
takim, w jaki można się ubrać. — Zwłaszcza magnatowi_arystokracie. Prawda? — 
Nikomu! Spojrzał na nią przeciągle. — Mimoza! — szepnął w duchu, a głośno 
zawołał: — Skandal! Zaczynamy schodzić z rersów, panno Stefanio. Nastąpi 
wykolejenie, a Głębowicze już widać. Odłóżmy kłótnię na inny raz. Zgoda? — O ile 
pan znowu z relsów nie zejdzie... — Dobrze! obiecuję to pani. Chcę, abyśmy w 
Głębowiczach byli w zgodzie, chcę panią widzieć wesołą, tak jak obecnie. Ja 
jestem szelenie wesół i szczęśliwy. — Czy dlatego, że dojeżdżamy do Głębowicz? — 
spytała figlarnie. — Tak, i że za chwilę będę jadł śniadanie — odrzekł z pasją. 
STefcia parsknęła śmiechem. Waldemar zaśmiał się również i palnął z bata. — Ech! 
jestem na panią taki zły — zawołał puszczając konie w cwał. Brek potoczył się ze 
zdwojhoną szybkością. — Panie! cóż to znowu? Pan nas roztrzęsie! — wołała panna 
Rita. — "Au nom de Dieu!" (fr. — Na Boga!) wypadniemy — krzyczała hrabianka 
chwytając za ramiona Trestkę i Wilhelma. Waldemar stanął. Jedną ręką powoził, 
drugą z batem wparł się pod bok i potrząsając lejcami, wołał na konie: — 
Pędźcie, muzy, pędźcie!... Konie rwały z kopyta, aż grudki żwiru sypały się 
gradem spod kół. — Panie Waldemarze, czy pan zwariował? — krzyczała, szarpiąc go 
za rękaw, panna Szeliżanka. — Być może. Stefcia, Lucia i Wilhelm zanosili się od 
śmiechu, patrząc na wystraszone miny hrabianki, barona i nieszczęśliwego 
Trestki, któremu w dodatku spadły binokle z nosa. Szukał ich dokoła siebie klnąc 
różnymi językami. Nareszcie znalazł i zawołał z niesłychanym zacięciem: — 
Psiakrew, są! — Przecie przemówił po polsku — zaśmiał się Waldemar. To wzbudziło 
ogólną wesołość. Dojeżdżali do kamiennego mostu nad bystrą rzeką. Poza nią wśród 
mnóstwa drzew, na górze, widniały potężne mury zamku, najeżone basztami i 
wieżyczkami. Na głównej baszcie w stylu staroświeckim powiewała chorągiew z 
herbem Michorowskich. Olbrzymie drzewa parku, otaczające zwartą masą zamek, 
ciągnęły się wzdłuż rzeki. Brek zahuczał na moście jak bęben, głucho zastukały 
kopyta i konie z kamiennej grobli wpadły w mroczną świerkową aleję. Na końcu 
wznosiła się wielka murowana brama, wyłożona kamiennymi płytami, z żelazną 
kratą, z herbem na szczycie, szeroko rozwarta. Przed bramą był drugi most 
kamienny, który zwisał nad fosą, biegnącą wzdłuż wału i muru okalającego park. 
Głęboki kanał napełniała świeża woda, przeprowadzona z rzeki. Miało to wygląd 
forteczny, ale malowniczy, bo drzewa parku i mur z żelazną sztachetką na 
wierzchu cudownie odbijały w wodzie. Na moście stały słupy z matowymi balonami 
lamp elektrycznych. Takież wysokie żelazne słupy stróżowały obok bramy i koło 
budki odźwiernego, która była właściwie piękną grotą z płyt kamiennych, tonącą w 
zwojach bluszczu. Gdy Brek wtoczył się w aleję świerkową, Waldemar usiadł i 
powstrzymał konie. Jechali wolno. Wszyscy umilkli. Powaga i majestat wiały od 
ciemnych, strzelistych świerków, stojących podwójnym rzędem jak stróże 
odwiecznego zamku ordynacji. Odczuwało się tu wielkość i potęgę — coś, co 
zmuszało do pochylenia głowy. Wszyscy doznali podobnego wrażenia. Tylko Waldemar 
miał wzniesioną głowę. On witał stróżujące świerki jak swych poddanych. A one 
szumiały poważnie i chyliły czuby w powitalnym ukłonie, widząc w nim pana i 
dziedzica starożytnej siedziby. Baron Weyher ciekawie patrzał dokoła. Nie 
widział jeszcze zamku, ale zaimponowała mu już aleja. Hrabia Trestka spoglądał 
na wierzchołki świerków, podtrzymując ręką kapelusz. — Tytany!... tytany! — 
mówił szeptem — nigdy nie mogę się im napatrzeć. Panna Rita i hrabianka 
siedziały zamyślone, może usiłując odgadnąć, kiedy tu wjedzie ordynat w 
poszóstnej karecie, mając obok siebie młodą żonę, kto będzie tą wybraną. A 
myśląc tak, może obie w najgłębszej komórce duszy siebie widziały w tej roli. 
Waldemar jechał poważny. Czuł, że jego własność imponuje wszystkim. Doznawał 
różnych uczuć: dumy i pewnej melancholii. Mówił sobie w duchu: — Co mi z tego? I 
nagle uczuł tęsknotę... Pierwszy raz pomyślał, że w tym przepychu, w tej 
wspaniałej rezydencji jest sam, zupełnie sam. Uśmiechnął się. — No, przynajmniej 
nie w tej chwili. Spojrzał nieznacznie na Stefcię. Siedziała cicha, jakby 
przytłoczona majestatem olbrzymich świerków, rzucających na nią cienie. Trochę 
przybladła. Ogarniał ją chłód, nurtował w niej nieokreślony niepokój. — Co ja tu 
robię?... Ja... obok tego magnata... Zabłąkałam się... bławatek w cieplarni — 
szeptało w jej duszy. Jak Waldemarowi przed chwilą, tak i jej przyszło na myśl, 
że w tym przepychu, w tej wspaniałej magnackiej rezydencji jest sama, zupełnie 
sama. Wzdrygnęła się. Waldemar spostrzegł to i pochylony do niej, patrzał na nią 
długo, uważnie. — Jaka pani wrażliwa — rzekł ze wzruszeniem. Uśmiechnęła się: 
zrozumiał ją. Zrobiło jej to przyjemność. On szepnął: — Bławatek! Podniosła na 
niego zdziwione oczy. — Czy odgadłem? — Tak. Wjechali na most. Panna Rita i 
hrabianka zawołały razem: — Ach, jak tu pięknie! — Niezrównany jest widok tej 
fosy i mostu. — A brama i domek strażniczy! I stare to, i piękne. — Niedługo 
nazwą panie stary cylinder ordynata niezrównanym — zżymał się Trestka. Hrabianka 
parsknęła śmiechem. Rita wzruszyła ramionami. Brek minął wyniosły krzyż w 
ogrodzeniu ze skalnych odłamów i bramę. Kopyta koni zatętniały na kamiennych 
płytach. Odźwierny salutował przyjeżdżających. Wjechali na dużą przestrzeń 
wyżwirowaną i gładką jak plac mustry. Na środku stała smukła kolumna kamienna ze 
stopniami w kwadrat. Na niej płaskorzeźba, przedstawiająca popiersie przodka 
Michorowskich, założyciela zamku z XV wieku. Medalion otaczały oznaki wojskowe 
rzeźbione w kamieniu, napisy i daty. Obok pomnika słupy z elektrycznymi lampami. 
Plac równoległy z podłużnym gmachem zamku okalały z dwóch stron potężne drzewa 
parkowe, idące w nieskończoną głąb. Z prawej strony wysuwała się olbrzymia 
okrągła baszta ze strzelnicami i galerią, dalej wieża kaplicy. Przy wjeździe pod 
sklepioną bramą czworoboku zamkowego stały po dwu stronach krótkie armaty, 
moździerze, zabytki odległych lat. Przypominało to zamek obronny, jakim był w 
istocie przed wiekami. — Co za gmach! — mówił baron Weyher. — Ależ pan mógłby 
się nie obawiać napadów tatarskich. — Niejeden taki napad odparł ten zamek w 
czasach wojen z pogaństwem — odrzekł ordynat w zamyśleniu — ale wówczas inaczej 
wyglądał. Miał zwodzone mosty, na tym placu stały cekhauzy wojskowe, mustrowały 
się chorągwie husarskie i pancerne; tu odbywały się turnieje, a w czasie 
oblężenia żołnierze biwakowali. Stefcia pod wrażeniem potężnych murów i ich 
tradycji czuła się dziwnie małą. Bujna wyobraźNia przedstawiała jej przeszłość 
jak na jawie. Widziała rycerstwo, walczące o pierścień na turniejach, i 
wojewodzianki Michorowskie w kontusikach i wieńcach na głowie, z długimi kosami, 
rozdające nagrody zwycięzcom. Widziała hetmanów, sprawujących skrzydlate 
chorągwie, i wymarsz wojsk na obronę ojczyzny. Słyszała dźwięk kopii husarskich, 
szum skrzydeł i buńczuków i nabożną pieśń żołnierską: Bogurodzica_dziewica,@ 
Bogiem sławiona Maryja!@ Twego Syna gospodzina@ Matko zwolena Maryja,@ zyszczy 
nam, spuści nam!@ Stefcia przymknęła oczy pod wpływem wizji z przeszłości. 
Ocucił ją turkot kół na kamiennej posadzce. Akustyka sklepionych murów bramy 
potęgowała grzmot jadącego breku. Konie szły stępa. Cała czwórka, pochylając 
głowy i wygięte szyje, uderzała z góry kopytami, jakby drażniąc się i lubując 
stukiem o tafle kamienne. Stefcia na widok wewnętrznego dziedzińca wydała okrzyk 
zdumienia. Waldemar zatoczył ręką koło i wskazując jej środkowy gmach zamku z 
tarasem, dywanem kwiatów i srebrnym pióropuszem wodotrysku, rzekł serdecznie 
zniżonym głosem: — Jestem szczęśliwy, że przywiozłem panią, symbol pól i łąk, do 
tego gniazda, nie sfery i przesądów, nie do egzotycznego trephauzu, lecz pod 
ojczystą strzechę Michorowskich, gdzie bławatek będzie się czuł swobodnym i 
wesołym. Tyle brzmiało poczciwych nut w jego głosie, tak serdecznie płynęły jego 
słowa, że Stefcia spojrzała mu w oczy z wdzięcznością. — Pan jest bardzo dobry — 
szepnęła. — Chciałbym nim być — odrzekł równie cicho. Jechali obok klombów 
dywanowych i piramidalnych krzewów. Wionęło na nich zapachem róż i 
charakterystyczną wonią wykwintnych roślin i kwiatów cieplarnianych. Wyniosłe 
mury zamku, wspaniała gra kolorów otoczenia, słoneczne blaski, rozsiewane hojnie 
dokoła, składały się na całość imponującą. Wszyscy się rozweselili. Z szumem i 
gwarnie brek podjechał pod marmurowe filary ganku. Kilku służących w czarnej 
liberii z pąsowym zbiegło ze schodów. Kamerdyner wysoki, postawny, z siwymi 
bokobrodami na wygolonej twarzy, w liberii od innych wspanialszej, schodził 
powoli, jakby czując swą godność wobec starego sługi, który obecnego ordynata 
widział jeszcze w kolebce. XVIII Głębowicze, odwieczna siedziba Michorowskich, 
mogła zajmować pierwszorzędne miejsce wśród najwspanialszych rezydencji kraju. 
Staroświecka powaga i przepych, cechy jej główne, uwydatniały magnacką potęgę. 
Lecz trochę ciężki styl feudalny łagodziły nowożytne freski komfortu, z wielkim 
smakiem i umiejętnością wplecione w stare ramy zamierzchłych czasów. Wydlądało 
to jak delikatny haft na ciężkiej brokateli i tworzyło całość wspaniałą. Gmach 
zamkowy był potężny. Środkowy korpus ogromny, poprzerzynany szeregami wysokich 
okien, kilkopiętrowy, stanowił silne oparcie dla bocznych skrzydeł, ozdobionych 
wieżyczkami, i wysokiej okrągłej baszty, na której powiewała chorągiew 
Michorowskich. Na wieży umieszczono obserwatorium meteorologiczne. Dwie boczne 
odnogi zamku, niezbyt długie, zamykała niby klamrą trzecia poprzeczna, którą 
nazywano "Nad arkadami" z powodu wysokich sklepień w bramie. Tu na parterze 
znajdowała się starożytna sala sejmikowa, a na pierwszym piętrze — zbrojownia. 
Wewnętrzny dziedziniec otaczały krużganki proste i narożne, zdobne w murowane 
filary i poręcze. Wielki gazon kwiatowy okrążał nisko strzyżony żywopłot. Tam, 
wśród karłowatych piramidalnych krzewów, rozrzuconych pojedyńczo na trawniku, 
wśród kwiatowego dywanu, stał wodotrysk z zielonego marmuru z basenem 
napełnionym wodą i mitologiczną grupą na skale. Grupa przedstawiała Neptuna i 
Nimfę owiniętą wężem. Z paszczy węża i ze skały, w którą Neptun uderzał 
trójzębem, wytryskiwały długie sznury wody, spadające do basenu rozwianą 
kaskadą. Na prawym narożniku zamkowego korpusu wznosił się taras nieduży, 
sięgający pierwszego piętra, z żelazną poręczą, oplecioną różami. Cały ten ogród 
wiszący ozdabiały drzewa cyprysów, kulistych pomarańcz, cedrów i mirtów. Portyk, 
wsparty na ośmiu kamiennych filarach, miał na szczycie herb Michorowskich. 
Schody i posadzka z jasnych kamiennych płyt. Nad drzwiami widniał napis z 
wypukłych liter: "Gość w dom, Bóg w doM". Gmach zamkowy od strony rzeki otaczały 
pyszne tarasy na sklepionych arkadach kamiennych i mnarmurowych, sięgające 
drugiego piętra. Głębowicze słynęły ze swych tarasów i gustownych urządzeń. 
Parter zamkowy zdobiła długa weranda z białego marmuru, opleciona bluszczem, z 
alabastrowymi posągami bogów greckich. W jednym załomie murów świecił rżniętymi 
szybami ścian wyniosły półokrągły ogród zimowy. Z tarasów roztaczały się piękne 
widoki parku i angielskich ogrodów; więc: słynna dolina róż, groty układane ze 
skał, jedna z czerwonej gliny, druga biała, w kształcie świątyni greckiej; biały 
pawilon letni, mieszczący w sobie akwarium, plac tenisowy z ładną altaną, gdzie 
podczas gry stawiano chłodniki; wreszcie wspaniałe wiadukty zielone do spacerów 
i grupy drzew egzotycznych na pluszowych trawnikach, i wijące się wstęgi ulic. 
Mnóstwo kwiatów, posągów, altanek, tuneli zielonych. Sadzawki w kępach irysów z 
bielą łabędzi, fontanny, marmurowe ławki i mostki. Na górce usypanej umyślnie 
stał wysoki, biały marmurowy słup z rzeźbioną figurą Matki Boskiej Łaskawej, 
otoczony cyprysami. Stok góry zamkowej do rzeki wykładały niezmiernie szerokie, 
białe marmurowe schody, zakończone dość wąską platformą, tworzącą przystań. Tu 
na brzegach wznosiły się potężne dwie syreny, również z marmuru. Schody i łodzie 
na rzece obok przystani były jednym z piękniejszych widoków w parku. Wszędzie 
stały gęsto słupy elektryczne. Wspaniałość książęca i niewysłowiony czar 
porywały wzrok, pobudzały zmysły. Czuło się tu miliony i silną, kochającą rękę, 
która kierowała wszystkim, nie żałując wkładu na utrzymanie starej siedziby 
pradziadów. Waldemar kochał Głębowicze, czuł do nich przywiązanie synowskie, a 
typowy poważny ton, panujący tu wszechwładnie pomimo nowoczesnych dodatków, był 
jego chlubą. Zamek, park, zwierzyniec utrzymywał tak samo wzorowo, jak i budynki 
gospodarskie. Stajnie głębowickie Waldemar wprost pieścił, czyniąc z nich istne 
pałace. Ale do ozdób zamku i parku nie dodawał już nic nowego, siły swe i 
zdolności kierując na działalność pożyteczniejszą. Prócz stajni do jego 
namiętności należała jeszcze zbrojownia i zwierzyniec. Charakterystycznym był w 
zamku pokój sypialny ordynata, odróżniający się od ogólnego przepychu spartańską 
prostotą. Niezbyt duży, zawierał sprzęty konieczne i wyłącznie dębowe. NIe miał 
firanek, dywanów ani rzeczy ozdobnych. Łóżko dębowe okrywała wielka skóra 
białego niedźwidzia, upolowanego przez ordynata w podróży na Północ. Nad łóżkiem 
wisiała ulubiona broń w kilku odmianach, a naprzeciw duży portret matki, 
Elżbiety Jauszowej, w ciężkich bogatych ramach, w głowach zaś łóżka — pamiątkowy 
krucyfiks żelazny z szesnastego wieku. Ten magnat i milioner osobiście posiadał 
skromne wymagania. Pan Maciej, chodząc po Głębowiczach, cieszył się, z uśmiechem 
przypominał sobie, jak wszyscy z powątpiewaniem patrzyli na ulepszenia 
wprowadzane przez młodego ordynata, krytykowali go, nie wierząc, aby taki magnat 
i hulaka mógł coś dobrego sprawić. Wiedzieli, że skończyŁ Hallę, lecz niektórzy 
nawet w to nie bardzo wierzyli, dopiero po dłuższym czasie, widząc jego energię 
i świetne wyniki, zrozumieli, że ten hulaka potrafi być dzielnym obywatelem 
kraju i sumiennym pracownikiem. Na przepych i znakomite urządzenia głębowickie 
goście spoglądali z podziwem, ale różnym: pan Maciej i księżna POdhorecka z 
dumą, Trestka z zazdrością, Książę Podhorecki z żalem. — Miałem i ja kiedyś 
wiele, teraz mam tylko długi — myślał. Baron Weyher na równi ze Stefcią pierwszy 
raz zwiedzał Głębowicze, chodził więc trochę odurzony, mrucząc pod wąsem: — 
Drugi Wersal! drugi Wersal! Hrabina Ćwilecka i panna Paula rozmarzyły się, z 
panią Idalią przebiegały cieplarnie, głosząc zachwyty nad każdym kwiatkiem. 
Pannę Ritę trudno było wyciągnąć ze stajni: mówiła, że choć raz chce się uraczyć 
końmi głębowickimi. Tylko hrabia Ćwilecki z panną Michaliną spacerowali sennie 
po parku bez marzeń i zachwytów. Stefci towarzyszył Wilhelm Szeliga. Lucia 
biegała sama, widocznie czymś podniecona. Waldemar dla wszystkich gości miał 
czas, przyjmował ich po królewsku, dając zupełną swobodę. Nikt nie czuł się tu 
skrępowanym, każdy szedł, dokąd chciał, rozmawiał, z kim chciał, i zabawa szła 
wybornie. Ale z Lucią Stefcia miała kłopot. Nie mogła jej zatrzymać przy sobie, 
widziała w dziewczynce jakieś wzburzenie. Przepych Głębowicz działał na Lucię 
dziwnie, jakkolwiek znała go już dawniej i od dziecka przywykła do zbytku. 
Słodkowce posiadały również wspaniałe urządzenie, jednak inne. MNiej tam było 
stylu, mniej powagi i wielkości magnackiej, jaka tu wyzierała z każdego zakątka. 
Na Lucię to robiło wrażenie. Dziewczynka, rozgorączkowana, podbiegła do Stefci i 
biorąc jej rękę, rzekła z naciskiem: — Mam pani coś powiedzieć, ale tylko pani. 
Wilhelm Szeliga, trochę zły, odszedł na stronę. Lucia podprowadziła Stefcię na 
koniec alei do wielkiego wodotrysku, skąd szeroki widok padał na zamek z 
zarasami, na trawniki, dywany, posągi i widną z daleka oszkloną pomarańczarnię. 
Tam Lucia stanęła, zakreśliła ręką w powietrzu wielkie koło i rzekła uroczyście: 
— Wspaniałe! Prawda? Stefcia, trochę zdziwiona, spojrzała na nią. — Wspaniałe? — 
powtórzyła dziewczynka. — Bardzo! — odparła Stefcia, czując się sama pod wpływem 
majestatu płynącego z zamku. Lucia z rumieńcami na twarzy mocno ścisnęła ręKę 
Stefci i zaczęła mówić przyciszonym głosem: — Widzi pani, może i ja kiedyś będę 
miała taki zamek, takie salony, park i tarasy. Będę miała przepych, wspaniałą 
rezydencję, bogactwa i tytuły. Takie życie przeznaczone dla mnie, takie, a nie 
inne! — Dlaczego to mówisz, Luciu? — spytała Stefcia, niemile tknięta wybuchem 
dziewczynki. — Ja pni powiem! Oto przyszło mi na myśl, że tylko w naszej sferze 
mogę mieć to wszystko, ten cały przepych. A ja go tak lubię! Gdybym wyszła za 
Edmunda, nie miałabym setnej części tego, prawda? Jakiś tam skromny dworek o 
kilku pokojach, otoczony jaśminem, z nasturcją na klombach. Nie posiadałabym 
salonów ani sali portretowej... Bo cóż Prątniccy? Czy oni mogli mieć jakich 
przodków? Jak to dobrze, żem się urodziła w naszej sferze... — O zapewne! — 
odrzekła Stefcia z goryczą. — Toteż Opatrzność czuwała nad nim i nad tobą. — Nad 
nim?... chyba tylko nade mną? Dla niego byłoby łaską Opatrzności, gdyby się ze 
mną ożenił. — Moja Luciu, nie sądź wszystkich miarą swych pieniędzy i sfery. — 
Jak to?... więc ja nie byłabym dla niego świetną partią? — Byłabyś bez 
wątpienia, ale właśnie ta świetna partia stałaby się jego nieszczęściem, 
gniotłaby go, dusiła. Ty, wychowana w zbytkach, nie chciałabyś samego dobrobytu, 
on nie miałby za co otoczyć cię przepychem, używałby na to twych pieniędzy, co 
miłym nie jest; zresztą i one nie wystarczyłyby na zaspokojenie twych wymagań. — 
Ależ moja sfera, parantela — czy to nic nie znaczy, nie wystarcza? — Nie wiem, 
mnie by nie wystarczyło! Ale to zależy od osobistych poglądów. Może Prątnicki 
byłby zadowolony... — Na pewno więcej ode mnie! — A gdybyś go prawdziwie 
kochała? — To nic nie znaczy. Ja miałabym tylko miłość, on wszystko. On zawsze 
wygrałby, ja bym przegrała. Stefcia zawołała z żalem: — Ach, Luciu! przypomnij 
sobie, coś mówiła przed miesiącem: że jedynym twym pragnieniem zostać żoną 
Edmunda. Wiem, że to było dzieciństwo, że on niewart prawdziwego uczucia, bo sam 
go nie posiada, ale jakże różne są twe zapatrywania w tak krótkim czasie. A 
gdyby on miał wszelkie zalety, zasługiwał na szacunek i miłość twoją, czy i 
wówczas on by wygrywał? Powiedz! — Pani mię nie rozumie. Ja mówię o partii i o 
sferze. — Więc osobista wartość człowieka nic nie znaczy, tylko pieniądze i 
sfera?... O moja Luciu! tak jeszcze jesteś młoda, a już masz spaczone pojęcia. — 
To nie są spaczone, tylko nasze — odrzekła Lucia z dąsem. — Winszuję! jeśli już 
teraz tak myślisz, co będzie potem? — Nigdy więcej nie popełnię takiego 
głupstwa, żeby się zakochać w człowieku nie z naszej sfery. — O tak, powinnaś 
tego sobie raz na zawsze zabronić, bo takie głupstwa często źle się kończą. Tyle 
smutku i żalu brzmiało w głosie Stefci, że Lucia spojrzała na nią badawczo. 
Nagle zarzuciła jej ręce na szyję i zawołała przymilnie: — Niech się pani tylko 
nie gniewa, moja dobra panno Steniu! — Ja się na ciebie, Luciu, nie gniewam, ale 
mi przykro. — Za pana Edmunda?... — Nie za Edmunda, tylko że ty jesteś 
przesiąknięta podobnymi zasadami. — To Głębowicze tak na mnie wpłynęły. 
Szczęśliwy Waldy!... Z głębi alei dało się słyszeć wołanie. — Mama mnie woła. 
Biegnę! — krzyknęła dziewczynka i pędem wpadła w mroczną głąb. Stefcia poszła w 
stronę zamku. Całe towarzystwo znajdowało się w parku, ale ona chciała pozostać 
samą. Idąc pomiędzy krzewami róż wchłaniała śliczny zapach, z rozkoszą 
zatapiając głowę w masie aksamitnych kwiatów. Czuła się upojoną barwami i wonią. 
Rozdrażnienie po rozmowie z Lucią zastąpiła teraz ociężałość prawie senna. Gmach 
zamkowy przytłaczał ją; ogromne mury, wieżyce i baszta z rozwianą chorągwią 
robiły na niej wrażenie ciężaru, który ją gniótł. Doznała niemal fizycznej 
potrzeby stracenia z oczu wyniosłych ścian. Postanowiła wejść do środka, 
przekonana, że nie zastanie tam nikogo. Szybko przebiegła tarasy, werandę i 
zaraz w pierwszym salonie spotkała starego kamerdynera. Powitał ją ukłonem. 
Stefcia spytała go, którędy iść do gościnnych pokoi. Stary sługa wskazał ręką 
rząd salonów i rzekł z uszanowaniem: — Na lewym skrzydle, drugie piętro. Może 
hrabianka każe się zaprowadzić? Spojrzała na niego z szeroko otwartymi oczyma. — 
Co znaczy ten tytuł? Bierze mnie widać za kogo innego. Kamerdyner stał w pozie 
wyczekującej. — Mylicie się, Andrzeju, ja nie jestem hrabianką — rzekła z 
wesołym uśmiechem. Teraz stary sługa otworzył szeroko oczy, ale natychmiast 
zapanowawszy nad zdziwieniem, rzekł z nowym ukłonem: — Przepraszam jaśnie panią. 
Stefcia lekko wzruszyła ramionami i poszła w głąb zamku, myśląc: — Zanadto są tu 
przyzwyczajeni do tytułów. Mijała salony, wspaniałe gabinety. Przeszła zieloną 
salę bilardową, białą salę balową ze sklepieniami, zdobną w malowidła i rzeźby w 
stylu Odrodzenia, następnie okrągłą karmazynową salę posłuchalną, aż znalazła 
się w ogromnej sieni zamkowej. Stąd biegło w różne strony kilka korytarzy i 
wiodły szerokie schody z białego marmuru, zakończone na wysokości pierwszego 
piętra galerią, wspartą na filarach. Schody wyściełał karmazynowy dywan, ale 
główną ich ozdobą była żelazna, rzeźbiona balustrada, osłaniająca również i 
galerię. Wyniosłe ściany sieni, wyłożone płytami z szarego granitu, miały sufit 
sklepiony, wysokości trzeciego piętra. Równolegle z drugim piętrem otaczał sień 
dokoła wąski balkon żelazny z poręczą w kształcie ukośnej kraty. Wychodziło nań 
kilkoro drzwi z wewnętrznych pokoi. Pośrodku sieni naprzeciw klatki schodowej 
stała okrągła grupa drzew egzotycznych. Wśród nich basen z białego marmuru z 
tryskającą wysoko fontanną. Kuliste drzewa cieplarniane zdobiły schody i 
galerię, elektryczne lampy mieściły się u szczytu sklepień. Posadzka z tafli 
kamiennych tworzyła bardzo piękne wzory. Stefcia zatrzymała się długo w tej 
sieni, podziwiając jej piękność. Zainteresował ją wielki zegar z kurantem, w 
kształcie wysokiej a wąskiej szafki, ozdobiony popiersiem brązowym króla 
Zygmunta Augusta. Jako antyk wiekowy nadawał otoczeniu ton staroświecki. Na 
piętrze rozpoczął się nowy szereg salonów. Stefcia wśród tych bogactw straciła 
zupełnie kierunek. Nie mogła odgadnąć, czy jest w głównym korpusie zamkowym, czy 
na którym skrzydle. Idąc spoglądała na m akaty, kobierce i gobeliny. Migały jej 
przed oczyma bogate ramy obrazów, wielkie żyrandole z brązu, malachitu lub całe 
z weneckiego kryształu, zwieszające się ze wspaniałych sufitów płaskich i 
sklepionych, zdobnych w malowidła i rzeźby. Postać jej odbiła się w ogromnych 
zwierciadłach lub całych ścianach lustrzanych, w których szeregi sal przybierały 
rozmiary nieskończone. Stawała często przed jakimś obrazem, posągiem albo grupą 
roślin, szczególnie cudownych palm wachlarzowych, i przebiegając szkliste 
posadzki, miękkie dywany, szła coraz dalej w głąb zamku. W końcu zaczął ją 
ogarniać lęk. Zbłądziła, ale jak wyjść z tego labiryntu, nie miała pojęcia. 
Nareszcie weszła do sali bardzo długiej, ze sklepionym sufitem, zdobnej w 
płaskorzeźby i posadzkę dębową. Szeregi okien, ocienionych głębokimi niszami, 
niewiele dawały światła, tak że sala była mroczna i dziwnie surowa w tonie. Pod 
ścianami i na środku stały sofy kryte złotogłowiem. Staroświecki kominek 
przykrywała bogata wschodnia opona. Jakaś powaga zdawała się chodzić po tej 
olbrzymiej sali. Stefcia spojrzała w górę i dreszcz ją przeniknął. Ze wszystkich 
ścian spoglądało na nią mnóstwo wyrazistych oczu: sala była zawieszona 
portretami. Przodkowie Michorowskich naturalnej wielkości stali tu oprawni w 
mahoniowe ramy, okute brązem. Patrzały na Stefcię poważne twarze dawnych 
wojewodów, hetmanów i senatorów. Przybrani byli w złote ryngrafy, w aksamitne 
delie, złotogłów, w sobole i gronostaje lub zakuci całkowicie w srebrne blachy. 
Innych zdobiły fraki, peruki z koronkowymi żabotami lub świetne mundury 
wojskowe. Wszyscy mieli typowe, trochę wydatne usta, wyraziste rysy i oczy 
szare, przenikliwe, z wyrazem zuchwalstwa, energii i odrobiną szyderstwa. Mrok 
panujący w sali nadawał martwym postaciom pozory życia. Skąpe światło dochodzące 
z zewnątrz pełzało po karmazynach i bogatych futrach szat, po woskowych rękach i 
twarzach. Stefcia miała wrażenie, że postacie te poruszają się, że martwe szare 
oczy spoglądają na nią zdziwione, a usta mówią: — Czego chcesz? Skąd się 
wzięłaś?... Wstrząsnęła się. Już drugi raz doznała podobnego wrażenia, drugi raz 
portrety Michorowskich przerażały ją wymową martwych oczu. Zabłąkała się w tej 
sali i jest sama pod pręgierzem tylu spojrzeń. Chciała wyjść, odwróciła głowę w 
stronę drzwi i nagle wzrok jej padł na wielki portret w pełnym oświetleniu, 
przedstawiający wyniosłą postać kobiecą. W ciężkiej aksamitnej sukni, ozdobionej 
brabanckimi koronkami, w perłach, stała młoda jeszcze kobieta, z głową 
spuszczoną na piersi i smutkiem w czarnych oczach. Bujne czarne włosy ocieniały 
ładny owal twarzy, wąskie usta wyrażały ból, nie dający się ukryć nawet na 
portrecie. Strój i uczesanie znamionowało niedawną epokę. Stefcię zaciekawiła ta 
postać. Podeszła bliżej, chciała koniecznie wiedzieć, kogo portret przedstawia. 
Na ciemnym tle obrazu, z boku, widniał wyraźnie malowany herb z mitrą książęcą, 
pod nim napis: Gabriela z książąt de Bourbon Maciejowa Michorowska, ordynatowa 
głębowicka. Potem następowała data urodzenia i śmierci. Więc to jest babka 
Waldemara, żona pana Macieja? księżniczka Bourbon? Ale dlaczego tak bezmiernie 
smutna? Nawet na portrecie widać, że to nieszczęśliwa kobieta. Stefcia podeszła 
bliżej, wpatrzona w postać babki Waldemara. I dwie te kobiety — jedna malowana, 
w aksamitach, druga żywa, w białym muślinie, patrzyły sobie w oczy, jakby się 
rozumiejąc. Głębokie czarne źrenice Michorowskiej ogarniały dziewczynę żałosnym 
spojrzeniem, jakieś westchnienia szły od niej i beznadziejność, i pełna goryczy 
melancholia. Oczy te zdawały się mówić: "Zmęczyło mię życie, nie zaznałam 
szczęścia ani odrobiny, tylko wiele bólu i zgryzoty... Nic nie pomogły bogactwa, 
nic tytuły, nic dostojeństwa... byłam kobietą nieszczęśliwą". Stefcia czytała w 
jej smutnej twarzy skargę. Dlaczego ta kobieta cierpiała?... czego brakło w jej 
życiu?... jaka chmura złożyła w jej oczy tyle posępnych cieni?... I w tej sali, 
pełnej uwiecznionych w portretach postaci, przedstawiała typ najbardziej 
zbolały. Stygmat cichego dramatu piętnował jej czoło, perły, rozsypane na jej 
piersiach, świeciły jak łzy spadłe z bezbrzeżnie smutnych oczu. Wszystkie 
postacie kobiece na portretach miały uśmiechnięte twarze, klejnoty i kwiaty w 
dłoniach. Barwne stroje polskie, kontusiki mieszały się tu z obcisłymi sukniami 
z początku XIX stulecia lub z balonami krynolin. Głowy, jedne w staroświeckich 
kornetach, w perukach, inne zdobne w koki i pukle, w klejnotach, piórach i 
kwiatach. Ona jedna odbijała nawet strojem: jej ciemna aksamitna suknia, ciężkie 
koronki i sznury pereł miały ton poważny, pełen majestatu. Ani kwiatka przy 
niej, nic tchnącego wesołością i życiem. Białą arystokratyczną rękę, ozdobioną 
kilkoma pierścieniami, opierała o poręcz fotelu, druga zwisła na sukni ruchem 
apatycznym. Stefci spojrzała po sali, lęk coraz większy a niepojęty wypełzał z 
mrocznych kątów i sunął do niej groźny, nieubłagany. Oczy portretów biczowały ją 
ostrym wzrokiem. Miała wrażenie, że ją wypędzają z sali, że gniewają się na nią 
za wtargnięcie do przybytku ich pośmiertnej chwały, że mówią do niej: — Ruszaj 
stąd, dziewczyno. Tu miejsce nie dla ciebie, to nie twój świat. Idź, bo cię 
zgnieciemy wielkością!... Stefcia zadrżała. Działo się z nią coś niezwykłego... 
Jakieś nie wypowiedziane słowa falowały na jej ustach, nie dokończone myśli, 
tętna zupełnie nowe napełniały jej mózg i serce. Uczuć podobnych nie znała 
dotąd: była to fala obca, ale silna, dopominająca się o zrozumienie. Czuła, że 
błądzi w jakiejś abstrakcji, jeszcze przysłoniętej mgłą, ale już powodującej 
niewytłumaczony lęk. Szczupła twarz Stefci zbladła, fiołkowe oczy świeciły mocno 
podniecone wrażeniem i wewnętrzną gorączką. Spojrzała raz jeszcze na martwe 
twarze i podnosząc ręce do głowy, szepnęła: — Idę, wyjdę stąd... nie wrócę... 
nie! Utkwiła pałające źrenice w zbolałej twarzy babki Waldemara i szepnęła 
znowu: — Idę, pani... idę... Ale oczy Michorowskiej spoglądały na nią łagodnie. 
Smutne, pełne żalu i goryczy, zdawały się mówić: — Biedne dziecko... spiesz... 
żal mi cię, polny kwiatku... ale... uciekaj do swoich!... — Boże! Boże! — 
jęknęła dziewczyna, uniesiona wizją. Każdy nerw dygotał w niej, wrodzona 
wrażliwość znalazła silną podnietę. Pochłonięta halucynacją zmysłów, wpatrzona w 
portret, nie słyszała kroków w sąsiednim salonie. Nagle w obsłonach ciemnej 
kotary stanęła przed nią wytworna postać Waldemara. W Ręku niósł pęk żółtych, 
herbacianych róż. — Ach! — krzyknęła Stefcia, cofając się w tył. Widok jego w 
tej sali, przy tym portrecie, sprawił na niej silne wrażenie. — Co pani?... co 
pani? — zawołał przybyły, porywając jej ręce w swe gorące dłonie. Róże rzucił na 
sofę i pochylony patrzał na Stefcię badawczo. — Przestraszyłem panią?... Panno 
Stefanio, czemu pani taka zmieniona, co się stało?... Dziewczyna odzyskała 
swobodę. Przy nim nie czuła obawy. Wsuwając ręce z jego dłoni, rzekła: — Będzie 
się pan ze mnie śmiał, ale istotnie przestraszyło mnie nagłe ukazanie się pana. 
— Wzięła mię pani za jakiegoś pradziadka, wyskakującego ze ściany, czy tak? — 
Pradziadka?... NIe!... — A ja pani szukałem po całym zamku. Andrzej wprowadził 
mnie na ślad. — Ja zbłądziłam, zaszłam do tej sali zupełnie wypadkowo. — I 
rozmawiała pani z mymi przodkami? Spojrzała na niego zdziwiona. — Pan jest 
jasnowidzący! — Więc odgadłem? — Po części. Ja tylko odpowiadałam, oni mówili do 
mnie. — Co mówili? — Nakazywali mi wyjść stąd — rzekła z przymuszonym uśMiechem. 
— Panno Stefanio!... TEn wykrzyk zdziwił Stefcię. Brzmiało w nim pytanie i żal. 
Prędko powtórzyła: — Gniewali się na mnie za wtargnięcie do ich przybytku. Tylko 
ta pani miała dla mnie lepsze spojrzenie. Wskazała na portret. Waldemar odwrócił 
głowę, popatrzał i rzekł poważnie: — To moja babka, Maciejowa Michorowska, 
bardzo dobra i bardzo nieszczęśliwa kobieta... może właśnie dlatego 
nieszczęśliwa, że dobra. — Dlaczego? — spytała Stefcia. — Och! to smutna 
historia. Nie chciałbym pani zasmucać. — Proszę, niech mi pan opowie jej dzieje 
— szepnęła z prośbą. Waldemar przepalał ją wzrokiem. Postąpił parę kroków i 
biorąc róże z sofy rzekł stłumionym głosem: — Rwałem je myśląc o pani i niosłem 
dla niej... Mój ulubiony kolor... Proszę... Podał jej rozkwitły, woniejący pęk, 
ogarniając postać dziewczyny gorącym spojrzeniem. — Czy pani lubi smutne 
historie? — dodał prędko, chcąc przywrócić jej swobodę, bo spostrzegł, że biorąc 
kwiaty, zmieszała się. — O tak! lubię... Dziękuję panu za róże. Śliczne! — Więc 
opowiem pani historię babki, ale uprzedzam, że smutna, bo babka miała wiele 
cierpień w życiu. — Wyjdźmy stąd — rzekła Stefcia — będą nas szukać. — Wszyscy 
grają w tenisa i są zadowoleni. Nie widzę racji im przeszkadzać. — Ale Lucia 
sama. Może mię potrzebować. — Co do Luci mogę panią zapewnić, że się dobrze bawi 
z Wilusiem Szeligą. Pozostaniemy tu. — Nie, nie! Trzeba iść. Podbiegła do drzwi. 
Waldemar zastąpił jej drogę i rzekł energicznie: — W tej sali panują prawa 
feudalne! Nie puszczę pani: historię babki trzeba wysłuchać przed jej 
portretem... Jest pani w tej chwili moją wasalką. Stefcia komicznym ruchem 
załamała ręce. — Suwerenie, zlituj się! uwolnij mię! — zawołała wesoło. — O nie! 
żadnej łaski. Jest pani w mej mocy, nikt cię nie wyzwoli, gdy ja nie zechcę. Mam 
za sobą całe szeregi popleczników. Wskazał na portrety. — Ależ oni mnie nie 
chcą, wypędzają!... Waldemar pochylił się do niej i rzekł z naciskiem: — Gdy ja 
zechcę, oni zechcieć muszą! Stefcia zaczęła tracić pewność siebie. Postanowiła 
wyjść koniecznie. Lecz w tej chwili zaszło coś dziwnego. Oto w parku rozległ się 
krzyk, głos wpadł do sali i akustyczne ściany powtórzyły go kilkakrotnie. 
Zdawało się, jakby portrety przemówiły. Na Stefci, rozstrojonej do najwyższego 
stopnia, głos ten po słowach Waldemara zrobił wrażenie wprost piorunujące. 
Rzuciła się naprzód z okrzykiem przestrachu. Waldemar chwycił ją za ręce powyżej 
łokcia i przysuwając do siebie, szepnął: — Nie bój się... Przy mnie nic ci nie 
grozi... Trzymał ją mocno, spłonioną, z silnie bijącym sercem. — Nie obawiaj 
się, jestem przy tobie — powtórzył stłumionym głosem. Oczy jego piekły, pąsowe 
usta drżały, w skroniach biły tętna. Chwila ciszy... pierwszego upojenia!... 
NIewidzialne dreszcze łączyły ich z sobą, zlewając się w jeden prąd, pełen 
czaru. Waldemar nie przerywał go ani poruszeniem, ani słowem. Chciał go wyzyskać 
do ostatka... rozpłomieniała go bliskość Stefci, rozczulała jej słabość. Czuł, 
że ją ta chwila męczy, ale że biedaczka jednocześnie boi się poruszyć, by nie 
uleciała spłoszona. To go rozrzewniło. Stefcia była jak nieprzytomna. Pierwszy 
raz w życiu zadrgał w jej duszy jakiś nowy dźwięk. Doznała obawy przed tym, do 
którego miała już ufność zupełną. Szarpnęła się i rzekła przerywanym głosem: — 
Chodźmy stąd... już chodźmy! — A moja historia? — spytał. — Opowie mi ją pan 
innym razem. — O nie! drugi raz nieprędko może nastąpić podobna chwila, trzeba z 
niej korzystać. Podprowadził wahającą się Stefcię do małej kanapki naprzeciw 
portretu i rzekł z uśmiechem, już spokojny i pewny siebie: — Niech pani spocznie 
tu... Ja obok. O tak. A teraz proszę słuchać dziejów babki. Dziewczyna nie 
znalazła siły sprzeciwiać mu się. Jego stanowczość imponowała jej. Usiadła na 
kanapce. W białej sukni z pękiem żółtych róż w ręku tworzyła bardzo ładną plamę 
na ciemnej materii. Waldemar zaczął mówić dźwięcznym barytonem, chociaż dzisiaj 
nieco stłumionym w brzmieniu: — Babka moja była ofiarą nieszczęśliwej miłości... 
kochała człowieka, z którym nie pozwolono jej połączyć się. Słuchającą przeszedł 
leciuchny dreszcz. Podniosła oczy na twarz portretu z wyrazem głębokiego 
współczucia. Waldemar mówił dalej: — Była księżniczką z rodziny starożytnej, 
noszącej w swym herbie koronę królewską. Miała wielu znakomitych starających 
się. Odrzuciła wszystkich, kochając ubogiego chłopca, sekretarza w dobrach jej 
ojca. Kochali się wzajemnie pierwszą miłością, tak potężną, że mogłaby wszystko 
zwalczyć. On milczał, przeczuwając, że mu jej nie dadzą. Cierpiał skrycie. Ale 
ona, młoda, wypieszczona przez ludzi i warunki życia, naginające się zawsze do 
jej woli, nawet kaprysu, nie chciała milczeć. Wyznała rodzicom miłość do młodego 
Gwidona, prosząc ich o błogosławieństwo. Spotkał ją zawód. Ojciec, książę de 
Bourbon, człowiek poglądów bardzo rojalistycznych, przesiąkłych feudalizmem, 
ambitny i dumny, odtrącił wyznania córki. Młodziutką Gabrielę wywiózł do Paryża, 
a Gwidona pozbawił posady. Biedny chłopak, kochając gorąco, przy tym również 
ambitny, nie zniósł tak strasznego ciosu: wkrótce zakończył życie samobójstwem, 
pożegnawszy się listownie z Gabrielą. Księżniczka, pogrążona w bezgranicznej 
rozpaczy, chciała wstąpić do klasztoru, ale tyran ojciec nie pozwolił na to. 
Musiała się bawić, musiała znosić hołdy licznych konkurentów, lecz opierała się 
stanowczo rozkazom ojca, który zmuszał ją do zamążpójścia. Tak przeszło kilka 
lat. Tymczasem dziadek mój Maciej przechodził mniej więcej to samo. Będąc 
ułanem, gdzieś na balu poznał i pokochał młodą osobę, córkę obywatelską. Nosiła 
ona imię pani. Waldemar spojrzał w oczy Stefci z jakimś rzewnym uśmiechem. Ona 
drgnęła i przybladła. Spostrzegł to. Delikatnie ujął jej rękę. — Co pani jest, 
panno Stefanio?... Wysunęła rękę z jego dłoni i zanurzając twarz w różach 
rzekła: — Nic... nic... niech pan mówi dalej. — Teraz następuje okres 
najsmutniejszy. Muszę tu obwiniać mego dziadka. Kochał swoją Stenię bardzo, 
ale... — Stenię? — zawołała Stefcia. — Tak spieszczał jej imię i na jej pamiątkę 
panią tak samo nazywa. Pani podobno jest portretem tamtej. Ona była również 
pierwszej młodości, również wiośniana, tchnąca życiem i promieniejąca urodą. 
Posiadała świeżość uczuć, głęboką wiarę, miłość do świata i ludzi. POkochała 
dziadka z całej duszy. Zaręczyli się, ale nieszczęście, stugłowe fatum, stanęło 
na ich drodze. Tu właśnie muszę oskarżać dziadka. Nie miał dość stanowczości, 
aby zwalczyć przesądy i zastarzałe pojęcia swej rodziny. NIe pozwolono mu pojąć 
za żonę tej, którą kochał, która ze wszech miar zasługiwała na to, która 
wreszcie była może więcej warta od niejednej protegowanej przez jego sferę i 
rodzinę. On chciał wprawdzie przełamać zaporę dzielącą go od szczęścia, ale 
walczył za krótko. Zagrożony wydziedziczeniem, pod groźbą niebłogosławieństwa 
uległ złej sile, nie mając odwagi stawić jej czoła do końca. Bardzo zacny i 
prawy, nie posiadał jednak dostatecznej siły woli. Brakło mu hartu, za słaby, 
zanadto ulegający wpływom miał charakter. Nie potrafił powiedzieć nieodwołalnie: 
"Ja chcę!" — miłość swą pozostawił w sercu, nie ujawniając jej w czynach. 
Fanatyzm sferowy spaczył jego najdroższe uczucia, złamał dane słowo, może go 
nawet chwilowo przekonał; zaręczyny zostały zerwane, życie i serce biednej 
kobiety stargane na zawsze. Zaraz potem wysłano mego dziadka za granicę, aby tam 
zapomniał... Jakie szyderstwo! Jaka ironia!... W Paryżu dziadek poznał Gabrielę 
de Bourbon i tak prababka moja, zaprzyjaźniona z domem księstwa, ułożyła z ojcem 
Gabrieli to małżeństwo. Księżniczka, zmęczona życiem, poddała się woli ojca. 
Dziadek, powodowany już nie wiem czym, zgodził się również. Ślub odbył się w 
Rzymie, lecz młoda para kroku tego żałowała całe życie. Byli bardzo 
nieszczęśliwi. Oboje mieli serca wystygłe, gorycz płynęła w ich żyłach. Oboje 
wyrzucali sobie chwilę zaślubin, dręczyli swe sumienia. Ona kochała do zgonu 
pamięć człowieka, który z jej powodu zginął, on stale nosił w sercu miłość dla 
tamtej i żal, że zwichnął jej szczęście. Nie było spokoju ani harmonii. Złośliwe 
fatum rzuciło na nich ciężką chmurę, wszelkie promyki światła płynącego ze 
świata rozjaśnić jej nie mogły. Pozostali w cieniu do końca. Ona niedługo żyła. 
Smutek, ciągła walka, nieskończona wewnętrzna rozterka podkopały wątły organizm. 
Wkrótce rozwinęła się choroba sercowa i suchoty. Zmarła na południu w dość 
młodym wieku. Wówczas dziadek oddał ordynację memu ojcu, sam zamieszkał w 
Słodkowcach, dokąd w kilkanaście lat potem sprowadził owdowiałą ciotkę Idalię z 
malutką Lucią. Waldemar umilkł. Siedział z pochyloną głową i głęboką zmarszczką 
pomiędzy brwiami. Nagle wyprostował się, przeciągnął dłoń po czole i rzekł z 
westchnieniem: — Teraz na innej planecie może znalazła spokój, daremnie szukany 
na ziemi. — Czy pan ją pamięta? — spytała głucho Stefcia. — Była moją chrzestną 
matką, pamiętam ją trochę. Dużo opowiadała mi o niej babka Podhorecka, która 
bardzo ją kochała. Spojrzał uważnie na Stefcię, na jej rozpalone usta, wilgotne 
oczy, i rzekł dziwnie łagodnym głosem: — Zmęczyłem panią... prawda? Taka pani 
widocznie przejęta, nawet wzruszona. Podniosła na niego oczy. — Żal mi ludzi, 
którzy się tak strasznie męczą, tak cierpią... — O tak! żal zawiedzionej nadziei 
i największego bogactwa na świecie — uczuć. — Pan to pojmuje? — spytała Stefcia. 
Zmarszczył brwi. — A pani wątpi? — Myślałam, że... w pańskiej sferze nie nazywa 
się miłości bogactwem... że się jej nie ceni... — Jednak dziadek Maciej cenił i 
pojmował miłość i moja babka również. — I oboje zmarnowali ją — dokończyła 
Stefcia. — To znowu co innego. Brakło im sił do zbudowania dla swojej miłości 
odpowiednich podstaw. Nie umieli ustawić jej na takim piedestale, z którego nikt 
strącić by jej nie potrafił. Niech pani wierzy jednak, że są wśród nas inni, o! 
być może gorsi od dziadka pod każdym względem, ale więcej energiczni, nawet 
uparci. Gdy ci zechcą dopiąć celu, złamią wszystko, pójdą przebojem, ale dopną 
go. Do takich ja się zaliczam. Mam tysiące wad, lecz posiadam niezłomną 
odporność na wszelkie złe siły. Przy tym, jak wszyscy Michorowscy, jestem trochę 
egoistą, więc szczęścia nie pozwoliłbym sobie wydrzeć za nic i nikomu. Zgnieść 
by mnie nie zdołali: ja bym zgniótł tych, co by się ważyli stanąć ze mną do 
podobnej walki. Nie zastraszyłaby mnie groza wydziedziczenia ani przekleństwo. 
Jestem bezwzględny, dobrze! ale czuję w sobie potrzebę szczęścia innego, niż 
posiadam, i gdybym do niego dążył, nikt nie śmiałby stawić mi zapory! Ordynat 
mówił z pałającymi oczyma, z rozdętymi nozdrzami i zmarszczoną brwią. Jego szare 
źrenice zdawały się wtórować słowom, biła od nich wielka siła temperamentu, 
energia i wola, nie znająca dla siebie żadnych granic. Stefcia z odrzuconą głową 
i rozchylonymi nieco ustami wpatrywała się z podziwem w jego męskie, wyraziste 
rysy. Imponował jej. Czuła, że to, co mówi, jest zaledwie cząstką tego, co 
potrafi. Przeciwności mogą się o niego obijać jak o skałę. Przeszedł ją 
instynktownie dreszcz, mimo woli odsunęła się lekko. On ochłonął, popatrzał na 
nią i ubawiony wyrazem jej twarzy, powiedział z uśmiechem: — Pani boi się mnie? 
Czyż jestem taki straszny? Mogę zresztą nim być, ale nie dla pani. Trochę mię 
pani dotknęła zapytaniem, czy pojmuję głębię uczuć; odpowiem z szorstką 
otwartością: nie pojmowałem, lecz... zaczynam pojmować!... Stefcia wstała, 
zwróciła się do swego towarzysza i rzekła prędko: — Dziękuję panu za 
opowiedzenie mi tej smutnej historii. Chodźmy już... Okropnie długo 
siedzieliśmy... w tej feudalnej sali. — Podziękowania nie poprze uściśnienie 
ręki? — spytał wyciągając dłoń. Żywym ruchem podała mu swoją. Ujął ją silnie, 
pochylił się i przycisnął do niej gorące usta. Stefcia zdrętwiała, płomienie 
uderzyły jej na twarz, w głowie zaszumiało wirem. Pocałunek ten palił ją, czuła 
na sobie oczy Waldemara. Prędko wyrwała rękę, podążając w stronę drzwi. Chciała 
uciec z tej sali i spod jego wzroku. On wolno poszedł za nią. XIX Całe 
towarzystwo zgrupowane było na tarasie. Tenis z powodu braku kostiumów nie 
bardzo się udawał. Zamyślano o nowej zabawie. Stefcia i Waldemar przyszli w 
porę: oglądano się za nimi. Żółte róże w ręku Stefci zrobiły wrażenie; patrzano 
trochę podejrzliwie. — Gdzieście państwo byli? Panna Stefania wygląda jak corso 
kwiatowe — rzekł ironicznie Trestka. Zaczepiona zaśmiała się. — Ale co? Ładne 
róże, prawda? A Waldemar powiedział: — Przypomina mi się bajka o zaczarowanym 
dworze królewskim: wyglądacie państwo wszyscy jak pośnięci. — A pan wkracza 
pomiędzy nas jak tryumfator na zwycięskim rydwanie — podchwyciła Rita mrużąc 
oczy. — Przy którym nie brakuje nawet i branki — dodał Trestka. — Ach! więc to 
milczenie jest rodzajem hołdu dla nas?... — Och nie! tak dalece zachwyceni nie 
jesteśmy, ja przynajmniej — zaśmiała się nerwowo Rita. Waldemar spojrzał na nią 
z ironicznym uśmieszkiem. — Widzę, że tenis nie był zabawnym. — Czy wszyscy 
państwo już grali? — spytała Stefcia. — Ja nie grałem. Rozpoczniemy na nowo — 
rzekł Wiluś Szeliga. — Ja z wami także — zawołała, podbiegając, Lucia. Waldemar 
zwrócił się do Stefci: — Mówiła mi pani kiedyś, że nie uprawia tego sportu. — 
Cóż znowu? Panna Stefania gra po mistrzowsku! — Złapałem więc panią na 
kłamstwie! A!... ładnie! — A może pani nie chciała grać wyłącznie z panem? — 
wtrącił Szeliga. — Ani jedno, ani drugie — odrzekła Stefcia. — Tenisa nauczyłam 
się dopiero w Słodkowcach i wówczas, gdy mi go pan proponował, nie umiałabym 
utrzymać rakiety. — No, to pani nie może grać jeszcze po mistrzowsku! — 
zawyrokował krzykliwie Trestka. — Toteż jest to jedynie zdanie Luci. Zgodzili 
się wszyscy jeszcze na jedną partię. — Pozwoli pani służyć sobie za partnera? — 
zapytał Waldemar. Stefcia skłoniła głową. Wiluś Szeliga zmarszczył się. Rita 
zagryzła usta. Gracze stanęli po bokach siatki, Stefcia z ordynatem i panna Rita 
z Wilusiem. Partia zapowiadała się dobrze z powodu udziału ordynata i panny 
Rity. Wiluś był wypróbowany w grze, tylko Stefcia niepewna. Trestka drażnił się 
z nią, dowodząc, że będą ją dopiero uczyli, i zbierał zdania, kto wygra. 
Powstały zakłady. Stefcia żartowała z Trestki, bawił ją Wiluś w roli 
pokrzywdzonego bohatera. Waldemar tłumaczył jej główne zasady gry, twierdząc, że 
muszą wygrać. Stanęli w wyzywających postawach. Stefcia widząc, że suknia jej 
zawadza, podpięła ją zręcznie z obu stron i świecąc lakierkami pantofelków 
podniosła rakietę w górę, wołając: — Zaczynamy? — "Vogue la gal~ere!" (fr. — 
Niech się dzieje, co chce!) — rzuciła panna Rita. — Muszę wygrać! — dodała 
patrząc bystro na stojącego naprzeciw ordynata. Waldemar skłonił się z uśmiechem 
trochę szyderczym. Wyglądało to, jakby przyjął walkę. Partia się zaczęła. Rita 
grała gorączkowo i z irytacją. Gniewał ją spokój Waldemara, który wszystkie jej 
ciosy odbijał zręcznie, prawie mechanicznie, z zimną krwią. Rzucane przez nią 
piłki zdawał się lekceważyć, mimo to nigdy nie hybił, a całą uwagę zwróconą miał 
na grę Stefci. Czuwał nad każdym jej ruchem. Wiluś, zły, nie ukrywał swego 
humoru, grał impetycznie. Lecz towarzystwo przyglądało się głównie Stefci. 
Dziewczyna podniecona, wesoła, grała z życiem. Ruchy miała swobodne, wdzięczne 
już z natury. Czasem podskakiwała w górę, biegnąc jak strzała do piłki, czasem 
wydawała przeciągły okrzyk, gdy dobrze trafiła. Waldemar robił jej uwagi, które 
ją aż zniecierpliwiły. — Niech mię pan nie poprawia, ja i sama umiem grać. — Oto 
wdzięczność niewieścia za dobre chęci — zaśmiał się ordynat. — A pewnie. Bo jak 
wygram, to całą zasługę pan sobie przypisze. — Pani już wygrała. Teraz na mnie 
kolej. — Mój panie! co to za konszachty? — zawołała panna Rita. — Ot, ma pan! 
Cisnęła piłkę z taką siłą, że ta potoczyła się na brzeg placu. Stefcia 
krzyknęła, podbiegła pędem i w samą porę odbiła piłkę pod nogi Wilusia. — 
Uratowałam pana! — zawołała chwytając prędko powietrze. — Dziękuję! Pani 
bajecznie przyczyni się do naszego zwycięstwa — rzekł znacząco. Panna Rita 
zagryzła wargi i obrzuciła Stefcię niechętnym spojrzeniem. — Byłam pewna, że pan 
przegra, ale to jeszcze nie koniec! — Czekam nowego ataku — rzucił ordynat. — 
Ryzykuje pani za wiele — wtrącił Trestka — tam grają kolosalne siły i mają wenę: 
przeczuwam porażkę na całej linii. — Niech pan będzie cicho. "Qui ne risque 
rien, n.a rien!" (fr. — Kto nie ryzykuje, ten nic nie ma!) — "Mais Qui rusQue 
trop, aussi n.a rien" (fr. — Ale kto ryzykuje za wiele, także nic nie ma) — 
odrzekł Trestka zły. — O czym państwo mówią? — spytał ordynat. — Niewiniątko!... 
— Panie ordynacie, piłka! piłka! — krzyknęła Stefcia. Waldemar cofnął się, 
przegiął zgrabnie i z siłą odbił nadlatującą piłkę — wprost na pannę Ritę. — 
Wiluś, trzymaj! — krzyknęła ona z kolei. Ale już było za późno; wygrała Stefcia 
i Waldemar. — Brawo, panno Stefanio! Możemy sobie podzięKować i powinszować, 
tryumfujemy! — wołał ordynat. Trestka popatrzał na Ritę. — A co, nie mówiłem? To 
ciekawa gra. — Nudny pan jest. Mogłam wygrać. To przez Wilusia wszystko. — Moja 
droga, ty gapiłaś się, a ja miałem za ciebie grać — odciął się zaperzony 
student. — Prawda! tym bardziej że gapiłeś się i ty. — "Voil~a c.est le mot" — 
zaśmiał się baron Weyher. Całe towarzystwo, rozbawione tenisem, poszło w stronę 
doliny róż, skąd szły upajające zapachy i śliczny widok uderzał oczy. Wejście do 
doliny zamykała gotycka brama z żelaznej rzeźbionej kraty, opleciona różami. 
Taka sama krata, opięta różami, otaczała całą dolinę. Każde przęsło zakończały 
rzeźbione wazy pełne róż w ten sposób rosnących. W dolinie były altany, tunele, 
piramidy pnących sztamowych róż, które w festonach spływały powodzią kwiatów. Na 
trawnikach stały olbrzymie plecione kosze z białego drutu, napełnione różami, 
całe gaje, zacisza i gąszcze. Wśród nich bielały posągi bóstw mitologicznych, 
wazony alabastrowe i z marmuru na wysokich słupach. Kaskady róż spływały w 
marmurowe baseny, wśród tej grzywy kwiatów biły cienkie strumienie wodotrysków. 
Gdzieniegdzie świeciły białe żelazne ławeczki wyginane w tył i takie same 
fotele; w jednej kępie róż stały dwa małe foteliki z różowego marmuru, jak 
bombonierki. Karłowate, niskopienne róże zdobiły obie strony uliczek, tworząc 
dywany, wiły się w desenie na trawnikach i oplatały posągi. Wszędzie róże i 
róże, jak wonny, pachnący ocean. Dolina miała urok cudownego snu. Chciało się 
tarzać w różach. — Bajeczne! bajeczne! — mówił zdumiony baron Weyher, nie 
wierząc własnym oczom. Panowie rzucali na panie różami, rozpoczęło się małe 
corso. — Do Głębowicz chyba zjeżdża mnóstwo zwiedzających. To Wersal krajowy — 
rzekł baron Weyher. — O tak! dość dużo! — odrzekł Waldemar. — Jest nawet stary 
lokaj pełniący rolę cicerona. — Czy to się odbywa tylko w nieobecności pana? — 
Nie zawsze. Często spotykam osoby zwiedzające w parku, zwierzyńcu lub w 
fabrykach. Jedynie zamek jest wówczas wyłączony. Zresztą okolica zna go już 
dobrze. Raz przyjmowałem owocami kilka pań z sąsiedztwa w różanej altanie i 
naturalnie oprowadziłem je po zamku, gdyż były ciekawe palmiarni. — Jak to! z 
sąsiedztwa? Któż to taki? — spytała hrabianka Paula. — Obywatelki z okolicznych 
dworów. — Ach tak!... — skrzywiła usta ironicznie. — Musiały być piękne? — I 
wykształcone, i dystyngowane także. — Och! Po tym wykrzykniku hrabianka odeszła 
w inną stronę. — Co to za głosy dziecinne — spytała Stefcia, kiedy mijali 
żelazną kratę, ogradzającą park. — To z ochronki — odrzekł Waldemar. Otworzył 
żelazną furtkę i Stefcia stanęła zdumiona. Na wielkiej przestrzeni ogrodu, na 
zielonej murawie, pośród klombów kwitnących krzewów bawiło się około dwustu 
dzieci, od niemowląt do dwunastu i czternastu lat — dziewczynki w różowych 
kretonowych sukienkach, chłopcy w granatowych bluzkach. W oddali widniał duży 
piętrowy budynek, biały z czerwonym dachem, otoczony kwiatami, z tablicą na 
froncie. Na niej czerniał napis: "Ochrona Opieki Świętej Elżbiety". Na 
rozległych trawnikach stały słupy z drabinami do gimnastyki oraz inne podobne 
przyrządy. Dzieci miały dla siebie ogródki, wózki i małe osiołki; mniejsze 
bawiły się w piasku. Stefcia i jeszcze kilka osób lubowało się widokiem tej 
sielanki, gdy wtem pośród dzieci zapanował ruch i krzyk. Wszystkie biegły do 
furtki, wyciągając rączki i przepychając się jedno przez drugie. — Pan oldynat! 
pan oldynat! pan... pan... Maleństwa przy ziemi wrzeszczały: — Pan dobji, Pan 
dobji! Dzieci z hałasem opadły ordynata ze wszystkich stron. Starsze, 
przywitawszy się, stały na boku, powściągając młodsze. — Pan dobji! pan 
oldynat!... — No! cicho, dzieciaki! — wołał roześmiany Waldemar — nie hałasować, 
przywitać się z paniami! Cóż tu u was słychać, co? Zaczęło się powitanie z 
gośćmi i różne opowieści o wydarzeniach niezwykłych. — Osiołek lozblikał się 
Antosiowi i wywlócił wózek! — wołała, śmiejąc się, jakaś dziewczynka. — Marynia 
rozdarła sukienkę Zosi i pani ochroniarka kazała jej klęczeć. — Micio Zielak noś 
sobie zbil... — Jak one pana kochają, to jednak coś bajecznego! — mówił Weyher. 
— Czy to dzieci służbowe? — spytała Ćwilecka. — Tak, pani, dzieci służby 
dworskiej, trochę biedaków ze wsi i bardzo dużo zupełnych sierot, nawet 
podrzutków. Uczą się tu i bawią do czasu pójścia do szkoły. Waldemar zwrócił się 
do dzieci: — Gdzie jest pani ochroniarka? — W ochronce. Uczy starsze dzieci. — A 
Stefcia Gołąbkówna? Nie widzę jej. — Ot, biegnie Stefcia! — zawołało kilka 
głosów. Jakaś mała figurka toczyła się jak kula. Dziewczynka różowa, z 
warkoczykiem złotych włosów, dopadła do ordynata i chwytając go za nogi zaczęła 
się piąć na ręce, wołając przeraźliwie: — Pan dobli! na lęce, na lęce! Wszyscy 
zaczęli się śmiać prócz hrabiny Ćwileckiej i pani Idalii, które wzruszały 
ramionami. Waldemar podniósł dziecko do góry, pohuśtał i pocałował w czoło, po 
czym oddał Stefci. — To pani imienniczka, a moja faworytka. Liczy zaledwo trzy 
wiosny życia. W ochronce jest od paru miesięcy. Kochamy się bardzo. No! Idź do 
pani — rzekł do dziewczynki. Dziecko, trzymając za szyję ordynata, spojrzało 
nachmurzone, ale zaraz wyciągnęło rączki. — Ladna pani, pani dobla! — - Chrzci 
panią moim imieniem — rzekł cicho Waldemar. Stefcia pochwyciła dziewczynkę i 
ucałowała. Nadeszły dozorczynie z powitaniem. Waldemar pokazał gościom 
wewnętrzny gmach ochrony i przedstawił ochroniarkę, starszą już, inteligentną 
kobietę, której, za przykładem księżnej, wszyscy podawali ręce. Zwiedzono 
jeszcze szkołę i kaplicę obok, po czym całe towarzystwo powróciło do parku. 
Waldemar zaprojektował przejażdżkę łodzią. Zgodzono się chętnie. Dzień był 
piękny i do obiadu pozostało jeszcze parę godzin. Poszli w stronę przystani. 
Park, oświetlony popołudniowym słońcem, wyglądał jak morze zieloności, jasnych 
drgających plam, pełen cieni, bujnbych traw, żółtych żwirowanych uliczek, 
wijących się kręto, i szerszych dróg powozowych. Pełno życia, śmiechu w naturze 
i pomiędzy ludźmi. Wszyscy szli razem i stanęli na marmurowych płytach 
przystani. Baron Weyher oglądał schody z ciekawością i kręcił głową. — Bajeczne! 
— mówił. — Cała góra ujęta w marmur. A dekoracja!... Coś podobnego widzi się 
tylko za granicą. Pan Maciej rozglądał się za czymś i nagle szybko podszedł na 
brzeg przystani. Stanął przy pąsowej łodzi w kształcie gondoli weneckiej, z 
nałożonym srebrnym napisem: "Stefania". — Odświeżona... zupełnie nowa! — szepnął 
zdumiony, patrząc na przepyszne adamaszki baldachimu. Twarz mu drgnęła, poruszył 
ustami i ze skupieniem patrzył na błyszczący w słońcu srebrny napis. Staruszek 
ciężko westchnął. Ale i wszyscy dojrzeli wspaniałą łódź. Panna Rita rzekła do 
Trestki: — Widział pan kiedy tę gondolę? — Tak, w starej szacie... teraz 
odnowiona... — Hm!... Hrabianka Paula zaszczebiotała szeptem: — Czy to imię 
tej... "Comment donc!" (fr. — Jak jej tam!), w której się kochał pan Maciej? — 
Tak, na jej cześć zbudowana, ale to już dawno. — Ordynat odnowił ją. Dobry 
pomysł — rzekł Trestka. — Szanuje widać "les vieilles histoires" (fr. — stare 
historie) swego dziada — odrzekła hrabianka z ironicznym półuśmiechem. — Albo 
własne, "Pensez bien, contesse!" (fr. — Pomyśl, hrabianko!) Hrabianka popatrzyła 
na Trestkę pytająco: miał bardzo ciekawą mionę. Spojrzała na pannę Ritę i 
zdumina podniosła brwi. — Czy to możliwe? Nikt jej nie odpowiedział. Waldemar 
podszedł do dziadka. Pan Maciej spojrzał mu w oczy badawczo. — Mógłbym ci 
podziękować, Waldy, za odnowienie, gdyby... — Gdyby co, dzidziu? — Gdybyś to 
zrobił tylko dla tradycji — rzekł prędko i odszedł w inną stronę. Trochę 
szatański błysk zaświecił w oczach Waldemara, gdy patrzał za odchodzącym 
dziadkiem. — Którą łodzią jedziemy? — pytał książę Podhorecki. — Panie 
Michorowski, pan decyduje — wołała panna Rita. — Wybór łodzi zależy wyłącznie od 
pań. — Więc jedźmy tą błękitną. Waldemar skinął na wioślarzy, a ci, poubierani w 
pasiaste koszule, podprowadzili natychmiast błękitną łódź pod kamienne schodki. 
Biały maszt łopotał, poruszany wiatrem, fala cicho pluskała, kołysząc łódką; 
zagięty jej dziób rytmicznym ruchem zdawał się kłaniać towarzystwu. Jednakże dla 
wszystkich za mało było miejsca w błękitnej; ordynat skinął, aby podprowadzono 
pąsową gondolę. Sam usadowił w niej księżnę babkę i pana Macieja, po czym 
spytał: — Kto tu siada więcej? — Ja pierwsza — rzekła hrabina Ćwilecka, 
podnosząc dumnie głowę. — Paula, "vous aussi" (fr. — ty także). — "Oh! non, 
maman!" (fr. — O! nie, mamo!) Ja wolę kolor błękitny! — zaśmiała się figlarnie 
hrabianka. — Więc ja z mamą — rzekła panna Michalina i lękliwie weszła do łodzi. 
Waldemar wprowadził jeszcze parę osób. — Panie Trestka, pan wiosłuje. Tak? — Nie 
tęgo, ale mogę ryzykować. — Więc dodam panu wioślarza. Proszę kierować błękitną. 
— A pan? — Ja prowadzę gondolę. — Wioślarz niepotrzebny, ja panu pomogę — 
zawołała Stefcia. Wskoczyła prędko do błękitnej łodzi, biorąc wiosła. — Pan 
steruje, ja będę wiosłowała, bo nie znam drogi, a są tu podobno jakieś zakręty. 
— Ja również nie znam drogi. Przy tym nic nie widzę, taki blask. — Skandal! 
możemy sobie powinszować — rzekła panna Rita — ci państwo potopią nas. "Une 
belle chance!" (fr. — Ładna perspektywa!)... Wiluś, bierz wiosła od tego pana, 
bo grozi nam katastrofa. — Ani myślę ustępować. Panno Stefanio, jazda!... 
Stefcia poruszyła wiosłami, łódź zachybotała się mocniej i brzeg powoli zaczął 
się oddalać. — Płyniemy jak na Grand Canale. Patrzcie państwo: czy ordynat nie 
wygląda na gondoliera? — rzekła hrabianka Paula. Trestka wzruszył ramionamu. — 
Chyba dlatego tylko, że stoi na cyplu łodzi, bo zresztą cóż więcej?... — A 
śmiała postawa, a pewność ruchów, a malowniczość pozy? — A rozmarzenie w oczach? 
— dorzuciła panna Rita. — Już tego to pani nie widzi — zaoponował Trestka. — 
Przeczuwam!... — Co to! Muzyka? — zawołała Stefcia. Wszyscy podnieśli głowy. Od 
zwierzyńca dolatywały ciche dźwięki strun i nagle buchnął grzmot instrumentów. 
Odezwała się orkiestra szumną fanfarą, sunąc po falach dźwiękliwie. Masa tonów 
zgodnym i wspaniałym hejnałem płynęła ponad lśniącą wodą, bijąc o burty pąsowej 
i błękitnej łodzi. Wszystkie twarze uśmiechnęły się, oczy błyszczały wesoło. 
Chwilę trwała cisza, po czym pytania i wykrzykniki rozległy się jednocześnie: — 
Nowa niespodzianka ordynata! — To głębowicka orkiestra. Stefcia, rozpromieniona, 
zdwoiła pęd łódki. W oczach jej błyskały skry. — Kocham muzykę, ale dla jej 
miłości nie myślę tonąć. Panno Stefanio, co pani robi? Wypadniemy! — krzyczał 
Trestka. — Nic, nic, panie hrabio. Ja płynę w takt. — Bylebyśmy się nie 
wywrócili w takt. To byłoby mniej zabawne. Baron Weyher musnął z zadowoleniem 
swe żółte baczki i rzekł słodko: — Hrabianka dobrze mówiła, że płyniemy jak na 
Grand Canale. "Oui, c.est tr~es beau" (fr. — Tak, to bardzo piękne), jak spacer 
dożów. — Ale gdzież jest doża — spytała Stefcia. — Tylko ordynat może być takim 
nowoczesnym dożą — rzekła panna Rita. TRestka żachnął się. — Tylko ordynat! 
zawsze tylko ordynat. Dziwię się, że mu pani dotąd piedestału nie postawiła. — 
Składałabym mu hekatomby, gdyby chciał, ale... nie chce. — Osobliwa 
szczerość!... — Co oni grają? — spytał Wiluś. — Powitalną fanfarę dla nas. — 
Przedtem, ale teraz coś z motywów ludowych. Wcale ładnie grają. — Jest ich 
przecie dwudziestu, to nie byle pozytywka. Mogliby koncerty dawać. — A wszystko 
młodzi chłopcy w strojach narodowych. To już innowacja ordynata, dawniej podobno 
muzykanci chodzili we frakach i byli przeważnie cudzoziemcami. — Ordynat wiele 
wprowadził nowości — zauważył baron. — O tak! Głębowicze są nie do poznania — 
potwierdziła panna Rita. — Nie mówię o rezydencji, lecz o całym w ogóle 
urządzeniu. Organizacja majątku znakomita. Ordynat ma już wielkie zasługi 
obywatelskie, choć taki młody. — Zasługi obywatelskie polegające na urządzeniu 
orkiestry włościańskiej? — wtrącił złośliwie Trestka. Stefcia rozgniewała się. — 
A chociażby nawet! To zasługa, że popiera sztukę na miejscu, w kraju, zamiast 
szukać obcych cudaków we frakach. — Doprawdy... "Voyons!" Myślałem, że pani 
pasjami lubi fraki — szydził Trestka. — Jeśli to miał być dowcip, to się panu 
nie udał — odcięła się Stefcia. Trestka spojrzał na nią obrażony. — Dobrze! ale 
co właściwie widzą panie tak krańcowo obywatelskiego w ordynacie? Panna Rita o 
mało nie podskoczyła. — Co? pan się pyta? Więc chyba pan nie zna Głębowicz i ich 
urządzeń. Ale niechże pan zajrzy do wewnętrznej administracji, do fabryk, do tej 
samej szkoły i ochronki, którą pan dziś zwiedzał. Już nie mówię o gospodarstwie 
rolnym. Czyż pan nie widzi, jakie tam wszystko kulturalne, postępowe? — Pardon! 
to robią pieniądze. Proszę mi dać miliony ordynata, a dokażę tego samego! — O 
panie! gdybyś pan miał te majątki, zrobiłbyś z nich jakąś Szwabię lub drugą 
Brazylię, gdzie byłby stek włóczęgów z całego świata. Miliony przegrałbyś pan w 
bakarata. Co tu mówić! właśnie zasługą ordynata jest popieranie przemysłu w 
kraju. On podtrzymuje dobrobyt, dając zarobek tysiącom ludzi. W jego fabrykach i 
dobrach nie ma ani jednego cudzoziemca, a mimo to kultura i postęp kwitną, jest 
ogólne zadowolenie tych mas ludzkich, nienasyconych nigdy, według opinii 
publicznej. A niech pan policzy szkoły zakładane przez ordynata, jego dbałość o 
oświatę ludu, o szpitale, o ochronki dla dzieci i starców, a warsztaty dla 
uczących się rzemieślników? Gdzie pan to więcej znajdzie u naszych magnatów? A 
rolnictwo. Niech pan zobaczy gospodarstwo włościańskie w dobrach ordynata, czy 
tam już socha ma zastosowanie? Włościanie tu są ludźmi stosunkowo 
ucywilizowanymi, w przyszłości analfabetów wśród nich nie będzie, bo staraniem 
ordynata dzieci mają się gdzie uczyć. On młodzież włościańską i ze swej służby 
wysyła do niższych szkół agronomicznych w kraju, sam przyjmuje na praktykę 
inteligentnych, młodych rolników i urabia ich na swoją modłę. Mając mnósto 
wyręczycieli, zarządza osobiście majątkami, wnikając wszędzie, nie uchyla się 
przy tym od szranków szeroko społecznych; on jest inicjatorem nowego towarzystwa 
rolniczego, a w bliskiej przyszłości zostanie prezesem, bo już dziś ma głosy za 
sobą. I to nie są zasługi obywatelskie? to jeszcze mało? A przecież ordynat ma 
zaledwie 32 lata, to zupełnie młody człowiek. Który w jego wieku zdołał już tyle 
zrobić, niech mi pan powie? Który z was pieniądze zatrzymuje w kraju zamiast 
wzbogacać nimi zagranicę? — Dużo ich wydał i ordynat, pochłonęła Halla, Bonn i 
pięć lat bąblerki po całym świecie. Napęczniały nimi wszelkie kluby i jedwabne 
sakiewki "de beaut~es europ~eennes" (fr. — piękności europrejskich) i nie tylko 
"europ~eennes". Ordynat miał wenę i w Moulin Rouge. — Mój panie!... — No cóż? 
Panny Luci nie ma z nami, a panna Stefania chyba się nie zgorszy. Czy pani 
bardzo niewinna?... — Raczy pan mną nie interesować się — odparła zagniewana. — 
Bałbym się, choćbym chciał. Ja nie mam weny. — "vous ~etes d~etestable!" (rf. — 
Pan jest obrzydliwy!) — zawołała hrabianka Paula. — I o tym wiem! — Pan mówi, że 
ordynat dużo puścił pieniędzy? Puszczał, bo miał z czego. Niektórzy robią to 
samo nie mając. Używał życia w całej pełni, ale u takiego człowieka, jak on, 
nastąpił przesyt prędko. Inny na jego miejscu grzązłby do końca i zapychał 
banknotami świat cały — niedaleko szukając, pan pierwszy. — Pod żadnym względem 
rywalizować z ordynatem nie mam pretensji. — Bardzo rozsądnie z pańskiej strony. 
Hrabianka Paula i Stefcia roześmiały się. — Jednak na tej błękitnej kwitną 
komplementy — rzekła Stefcia. — Ponieważ są tu dziś wszyscy w wyjątkowych 
humorach — odparł Trestka poprawiając binokle. — Pani imienniczka ciszej się 
zachowuje. — Moja imienniczka?... — Tak, gondola Stefania, ale daleko od nas 
odpłynęli. — Marnie wiosłujecie państwo, skoro pan Waldemar sam jeden 
prześcignął was — zaśmiała się Rita. — Nic dziwnego: ultra uniwersalny! Stefcia 
pilniej zaczęła wiosłować. Pochylona nad gryfami, zamyśliła się głęboko. 
Całodzienne wrażenia, począwszy od rozmowy na breku, wirowały w jej głowie, 
nabrzmiałe pewnym niepokojem. Starała się zagłuszyć w sobie scenę w sali 
portretowej, lecz nie mogła. Mimo woli czuła, że było to coś więcej nad zwykłą 
rozmowę i że swoboda jej w obcowaniu z Waldemarem ulegnie zmianie. To ją 
przerażało. Bała się zagłębiać w analizę niepochwytnej nuty, której dźwięk 
zaczynała słyszeć. Potem gondola... Stefcia doskonale zauważyła zachowanie się 
panny Rity, doszły jej uszu słowa Trestki i porozumiewawcze uśmiechy, połączone 
ze spoglądaniem na nią i na Waldemara. Z kilku podchwyconych szczegółów rozmowy 
ogólnej i z zachowania się ordynata doszła do wniosku, że gondola odnowiona 
została na jej cześć. Jej miłość własną napawała pewną dumą uprzejmość ordynata, 
była mu za nią wdzięczna, ale uczucia te zagłuszała obawa opinii całego 
towarzystwa. Grzeczności Waldemara okazywane jej miały swój właściwy styl 
klasyczny, nawet nie rycerski, ale miękki, w dobrym smaku. Jego zainteresowanie 
się nią nie raziło jaskrawo, tylko dla osobiście zainteresowanych było wyraźne, 
dla Stefci już konieczne. Lecz większość towarzystwa brała tę kwestię 
podmiotowo, co uwypuklało delikatne efekty hołdów ordynata, czyniąc je bardziej 
widocznymi. Waldemar wzbudzał w Stefci podziw. Uprzykrzony dawniej magnat, dziś 
wesoły towarzysz, imponował jej. Przestraszał ją trochę swą energią i pewnym 
akcentem feudalizmu, pozostałym w krwi jego po zamierzchłych czasach. Ale 
wzbudzał w niej zarazem nieograniczoną ufność i jakiś pociąg drażniący. Czuła 
się swobodniejszą w jego towarzystwie; on był jej obrońcą przed pociskami 
własnej sfery, nawet sprzymierzeńcem. Waldemar od pamiętnej sceny, gdy grała 
sonatę Beethovena, nie nadużywał jej zaufania nawet słowem. W sali portretowej 
przestraszył ją znowu. Zwykle w obcowaniu z nią sam na sam, co zresztą nieczęsto 
się zdarzało, dziwnie poważniał, i to Stefcię drażniło. Dziewczyna, pogrążona w 
myślach, nie zauważyła, że i całe towarzystwo na łódce siedziało cicho. Wszyscy, 
zasłuchani w grzmiącą orkiestrę, spoglądali na złoto_srebrne fale rzeki, 
ścigając oczyma gondolę, również poważną i milczącą. Muzyka, chociaż wesoła, 
spadała na tych ludzi smutną nutą, budziła pragnienia, tęsknoty... Szumem swych 
skrzydeł zdmuchiwała uśmiechy z młodych twarzy. Każdy prządł złote nici marzeń 
na kołowrotku własnej imaginacji, umyślnie cierpiąc na daltonizm, by nie ujrzeć 
szarej przędzy rzeczywistości. Świetność spaceru, bogata natura okalająca rzekę 
i ów delikatny pyłek czaru, wsiąkły w nastrój chwili, działał na zmysły, 
podniecał, dla wielu był ciężkim brzemieniem niedoścignionych ideałów... Gdyby 
konwenanse nie grały w tonie tych ludzi pierwszorzędnej roli, niejedno ciche 
westchnienie spłynęłoby w łyskliwą toń. Ale byli to ludzie z jedwabnego świata, 
może nie zawsze czysto jedwabni, lecz wypolerowani tak, że ani supełek 
wewnętrznej natury, ani włókienko istotnej prawdy nie uwydatniło się szczerze 
spoza atłasowej powierzchni. Każdy udawał zasłuchanego w muzyce lub patrzał w 
obłoki, jakby licząc plamiące je mewy. Nikt nie wyjawiłby swych rojeń, nawet 
panna Rita, zwykle uważana za mało jedwabną. Stefcia stosowała się do ogólnej 
metody, choć może ona była najbliżej złotej rzeczywistości. Przybyli do brzegu. 
Przystań, wyłożona płytami kamiennymi, miała po obu stronach schodów dwa wykute 
z kamienia odyńce z potężnymi kłami. Cały zastęp służby zwierzynieckiej wysypał 
się na spotkanie. Wszyscy młodzi chłopcy, przystojni, poubierani w ciemnozielone 
kurtki. Na piersiach mieli pendenty z żółtej skóry, podtrzymujące krótkie 
szpady, oraz rewolwery w olstrach, pasy i noże myśliwskie w oprawie rogowej, 
kołnierze haftowane w złote świerki i ciemnozielone czapki z rogami jelenia i 
głową dzika nad skórzanym daszkiem, również haftowane złotem; z ramion spadały 
złote sznury; z prawej strony na piersiach każdy miał wypolerowaną blachę z 
herbem Michorowskich i mitrą książęcą. Towarzystwo powiększyło się: Waldemar 
przedstawił gościom trzech praktykantów głębowickich. Wszyscy rozbiegli się po 
szerokich ulicach zwierzyńca, ubawieni spacerem w lesie, utrzymanym wzorowo i 
pełnym zwierzyny. Po zielonych polannkach śmigały bure sarny na nogach jak 
sprężyny, ogromne sztuki jeleni z lasem rogów na głowach sunęły poważnie, bez 
obawy; plamiste daniele skubały trawę, grupując się w większym cieniu. Często 
zatętniał ciężki bieg łosia, łomot gałłęzi i głuche rechotanie zwiastowało 
bliskość odyńców. Ze wszystkich kępin trawy, z krzaków sypały się zające; szare 
kuropatwy, wystraszone gwarem, wzlatywały w górę z właściwym furknięciem. Świat 
zwierząt na ziemi zagłuszały górne sfery ptaków, najrozmaitsze krzyki, kwilenia 
i świsty brzmiały wśród rozłożystych koron drzewnych niby druga orkiestra. 
Rozśpiewany las poprawił humor całego towarzystwa. I znowu szły barwne rozmowy, 
wyprzedzały się dowcipy, głośne wybuchy śmiechu płoszyły czworonożnych 
mieszkańców kniei. Na jednej polance stało kilka słupów z białymi tarczami, na 
których wymalowane czerwone i niebieskie kółka służyły do strzałów amatorskich. 
Trestka i baron Weyher natychmiast zabrali się do tego: jeden gorączkowo, drugi 
z flegmą. Łowczy dostarczył im flowerów i rozpoczęli strzelanie. Baron dowodził, 
że mu to przypmina "tir aux pigeons" (fr. — strzelanie do gołębi) w Monte Carlo, 
tylko jest mniej zabawne. Za przykładem panów poszły i panie. Pierwsza hrabianka 
Paula chybiła trzy razy do czerwonego asa; próbował Wiluś Szeliga — nie trafił, 
próbował Trestka i baron Weyher, również bez skutku. Trestka krzyczał, że cel za 
mały i złe flowery, zawsze i wszędzie wynajdywał błędy. Niepowodzenie 
rozgorączkowało wszystkich. Podszedł książę Podhorecki z Ćwileckim i walili w 
nieszczęsną tablicę, aż drzazgi się z niej sypały, lecz czerwony as świecił nie 
poruszony. Wreszcie panna Rita chwyciła flower i zaczęła mierzyć, ale Trestka 
szepnął szyderczo: — Mierzy pani do niezwyciężonego. Wszelkie zabiegi na nic. 
Radzę zaniechać. Odwróciła się zdziwiona. — Jak to! Co pan mówi?... — Że ten as 
tak samo trudny do zdobycia, jak jego właściciel — odrzekł Trestka z wybuchem 
szczerości. — Panie! proszę raz zleźć z tych swoich alegorii. Mam ich dosyć! — 
Czyż nie powiedziałem wyraźnie?... — Aż nadto! Bystro spojrzała dokoła i oddając 
flower Stefci, rzekła z ironicznym uśmiechem: — Proszę, niech pani jeszcze 
spróbuje tego niedoścignionego celu. W tej chwili zbliżył się Waldemar. — Pani 
umie strzelać? — zapytał. — Umiem. — A to ciekawym! Stefcia, która słyszała 
krótką rozmowę panny Rity z Trestką, wzięła flower spokojnie i odstąpiwszy kilka 
kroków, wymierzyła w środek niebieskiego kółka na zwartej tablicy z rzędu. — 
Ależ nie tak! pani mierzy zupełnie w inną stronę — krzyczał Trestka. — Bo ja 
mierzę do niebieskiej tarczy. Strzał huknął. Stefcia drgnęła, podniosła głowę i 
bystro patrząc poprzez dym zawołała: — A co, panie Trestka, trafione?... — 
"Parfa~itement!" (fr. — Znakomicie!) w sam środek. Co prawda, duże koło to nie 
czerwony as! Czemu pani nie strzelała do asa? O to chodziło. — Nie chciałam — 
odparła krótko. — Bała się pani kompromitacji? — zapytała z intencją Rita. 
Stefcia zapłonęła. — Nie narażałam się na nią. Waldemar śledził ich nieznacznie. 
Zrozumiał wszystko. — Teraz ja, "va banque!" (fr. — o cały bank, o całą sumę w 
grze hazardowej) — rzekła panna Rita. Huknął drugi strzał. — Trafione na pewno! 
— zawołała. Trestka zrewidował tablicę. — Ani trochę! Mówiłem, że to nie dla 
pani cel. Trzeba było słuchać. Młoda panna zacięła wargi. — A więc jeszcze raz 
panna Stefania! Koniecznie! — Ja panią zastąpię! — podchwycił Waldemar. Nim kto 
zdołał zaprzeczyć, chwycił flower, przymierzył i wypalił. Tablica zadygotała, 
rozszczepiła się na dwoje i spadła w trawę z przebitym na wylot asem. Waldemar 
zwrócił się do Stefci z miną zupełnie obojętną, jakby nie rozumiejąc, o co im 
głównie chodziło. — Strzelałem w pani imieniu — rzekł z lekkim ukłonem. Stefcia 
pokręciła głową. — Nie chciałabym być pańskim przeciwnikiem w pojedynku. Strzela 
pan jak Nemrod. — A ja przeciwnie! — rzekł TRestka. — Jak mi życie obrzydnie, to 
pana wyzwę. Przynajmniej od razu buch! na tamtą stronę. — Trzymaj się pan tej — 
pewniejsza! — zaśmiał się Waldemar. Panna Rita bez słowa odeszła w głąb lasu. Na 
obiad nie chciano wracać do zamku. Ordynat urządził nową niespodziankę. Gdy całe 
towarzystwo szło w stronę rzeki, bo Trestka głosował za łapaniem ryb, nagle 
zabrzmiał głośny, melodyjny dźwięk trąb. Zatrzymali się wszyscy zdumieni. — Co 
to znaczy? co to za sygnał? — Zaproszenie na obiad! — oświadczył Waldemar. — 
Służę państwu. I podał ramię księżnej Podhoreckiej. Pośród rozłożystych dębów, w 
cieniu, na polance, towarzystwo ujrzało długi stół zastawiony do obiadu. Naokoło 
wysokie słupy, strojne w dębowe wieńce i chorągiewki z barwami Michorowskich, 
takież wieńce i chorągiewki pozawieszane w poprzek polanki tworzyły rodzaj 
sklepienia nad stołem; bielizna stołowa tkana w herby i desenie przedstawiające 
sceny myśliwskie. Srebra, kryształy, porcelana, wszystko z myśliwskimi 
inicjałami. Krzesła z rogów łosi. Kosze z owocami na stole miały podstawy z 
rogów jeleni. Przez baldachim z wieńców i liści słońce rzucało drgające plamy na 
bogactwo stołu, nadając mu wygląd jeszcze świetniejszy. Zamiast lokajów stał 
szereg strzelców zwierzynieckich, przeznaczonych do obsługi, w strojnej liberii, 
z pistoletami i nożami. Dowodził nimi główny kamerdyner zamkowy. Między drzewami 
przeświecała altana płócienna, przeznaczona dla służby i kucharzy. — Zobaczysz 
pan coś podobnego do sławnych polowań głębowickich — mówił książę Podhorecki do 
barona. — Ordynat ma pyszne leśniczówki, ale co za knieje. Powiadam panu 
zwierzyna na tysiące się liczy. Obiad trwał długo. Pomysł Waldemara okazał się 
doskonałym, wesołość panowała niezmącona. Nie tylko młodzież, ale nawet pani 
Idalia i hrabina Ćwilecka wyszły ze swej majestatycznej oprawy, były wesołe i 
naturalniejsze niż zwykle. Waldemar celował w dowcipnej rozmowie, Trestka 
najgłośniej krzyczał. Wznoszono toasty, przy których straż leśna wykonywała 
huczne fanfary na trąbach. Orkiestra w przerwach między toastami grała ciągle i 
las brzmiał gwarem, roznosząc echo zabawy aż na fale rzeki złoconej słońcem. 
Stefcia z początku była trochę sztywna: praktykanci Waldemara przypomnieli jej 
Prątnickiego i minione przykrości. Ale Wiluś Szeliga, prowadząc ją do obiadu, 
prędko rozproszył niemiłe wspomnienia. Przy tym ci panowie w niczym osobiście 
nie mogli przypominać Prątnickiego; mieli bledszą urodę, ale klasyczniejsze 
obejście i zupełnie zastosowane do towarzystwa. Stefcia z przyjemnością 
zauważyła, że Waldemar jest z nimi swobodny i wesoły jak z Wilusiem lub Trestką, 
bez różnicy, co sprawiało, że i oni zwracali się do ordynata z uszanowaniem, 
lecz bez cienia uniżoności. Stosunek ten prawie przyjacielski pomiędzy 
zwierzchnikiem i podwładnymi akcentował poglądy Waldemara dalekie od przesądów 
jego sfery. Stefcia zauważyła jeszcze coś innego, co ją dziwiło i gniewało. 
Widziała, że jest przedmiotem cichej uwagi całej służby. Począwszy od 
kamerdynera i łowczego wszyscy przyglądali się jej badawczo i z szacunkiem, 
obsługiwano ją uprzedzająco, a gdy Waldemar wzniósł jej zdrowie, fanfara na 
trąbach zabrzmiała głośniej, z wyraźnym staraniem. Praktykanci spoglądali na nią 
jak ludzie dobrze wychowani, bez natarczywości, ale ciekawie, przenosząc wzrok z 
niej na ordynata. Stefcię to zaniepokoiło, już zaczynała tracić swobodę. 
Wyjaśnienie nastąpiło niebawem. Waldemar, obnosząc wino, podszedł do niej. 
Odsunęła kieliszek. — Ja już dziękuję. Pochylił się nad nią i szepnął z 
uśmiechem: — Teraz wzniosę toast na cześć młodości i szczęścia, uosobienia pani. 
Taki toast wypić trzeba do dna. — Dobrze, ale nie chcę być uosobieniem 
nietrzeźwości — rzekła sucho. — Umie się pani bronić od tego — powiedział 
porywczo i odszedł ze zmarszczoną brwią. Wiluś, siedzący obok, rzekł do niej z 
ciekawą miną: — Czy pani wie, za kogo ją tu niektórzy biorą w Głębowiczach? — Za 
kogo? — spytała zdziwiona. — Za hrabiankę Barską, domniemaną narzeczoną 
ordynata. — Taaak!?... Stefcia zesztywniała. Przypomniał jej się tytuł nadany 
przez kamerdynera w zamku. To tłumaczyło zachowanie się służby... Przeszedł ją 
leciuchny dreszcz, ognie uderzyły do głowy. Powtarzała w myśli: — Hrabianka 
BArska... narzeczona ordynata. Nigdy o niej nie słyszałam. Jaka ona jest? jak 
wygląda?... Dlaczego pan powiedział "domniemana"" — spytała głośno. — Bo nie 
rzeczywista — odrzekł student, wzruszając ramionami. — Chcą ordynata ożenić z 
Barską, ale on się nie spieszy, chociaż to jedna z najpierwszych partii w kraju. 
Domniemana narzeczona czeka z upragnieniem, lecz wątpię, czy skutecznie, bo 
ordynat grymasi. — A dlaczego mnie biorą za nią? Czy jestem podobna?... — Nikt 
jej w Głębowiczach nie widział, ja również, ale służba zapewne wie coś o 
projektach matrymonialnych względem ordynata i odgaduje, że pani jest ową 
wybraną, ponieważ panią widzi po raz pierwszy i... Zawahał się. — I co? — 
podchwyciła śmiało Stefcia. Wiluś spojrzał na nią z ukosa. — Nic! po prostu 
przeczuwają w pani przyszłą ordynatową. Stefcia zmarszczyła brwi. Zrozumiała, że 
Wiluś nie dopowiedział swej myśli, że chciał wytknąć zachowanie się ordynata 
względem niej. — Muszę ich rozczarować co do siebie — rzekła oschle. Było jej 
przykro. Ukrywała wrażenie, nadrabiając wesołością, ale jej się nie udawało. 
Rozmawiała, dowcipkowała, lecz już jak zwarzona. Gdyby Wiluś lepiej uważał, 
spostrzegłby w niej zmianę, wywołaną swymi słowami. Ale on tego nie widział. 
Bawił Stefcię w czasie obiadu i nie odstępował potem, gdy w łunie zachodu 
wracali łodziami do zamku. Długo jeszcze park, oświetlone tarasy i zamek 
dźwięczały życiem. Przy wspaniałej kolacji, błyszczącej od starożytnych sreber, 
kryształów i porcelany saskiej, ponowiły się toasty i szumne fanfary orkiestry. 
Pyszna stylowa sala jadalna, wyłożona mahoniem, z brązami, z sufitem sklepionym, 
zdobnym w płaskorzeźby, tonęła w srebrno bieli lamp elektrycznych, rozbrzmiewała 
gwarem błyskotliwych rozmów; płynęły upajające tony muzyki. Urok tej książęcej 
wystawności działał na wszystkich, przebiegał prądem we krwi, zapalał mózgi, 
drażnił, porywał... Zegar na wieży zamkowej wydzwaniał północ, gdy powozy i brek 
wtoczyły się znowu w aleję świerkową. Jechali w takim samym porządku jak rano, 
bo ordynat odprowadzał gości do Słodkowic, gdzie mieli nocować. Tylko Lucię pani 
Elzonowska zabrała do powozu, bojąc się dla niej nocnego chłodu. Jej miejsce na 
breku zajęła panna Michalina. Hrabianka Paula prowadziła cichą rozmowę z 
baronem. Panna Rita drażniła Trestkę, mówiąc, że będzie spała. Stefcia siedziała 
obok ordynata, bo Waldemar tak stanowczo podał jej rękę, że nie mogła na to nie 
przystać z obawy zwrócenia uwagi. Gdy brek wjechał w aleję, masy czarnych 
świerków poruszyły się głuchym poszumem, nocny wiatr wpełznął w zbite korony, 
hucząc nimi jękliwie. Łoskot ostrych gałęzi przeszedł z brzegu w brzeg, niby 
groźny pomruk. Stefcia, otulona płaszczem, podniosła głowę do góry, patrząc na 
oświetlone srebrem czuby grzmiących tytanów. Waldemar nachylił się do niej. — 
Moje świerki mówią pani do widzenia — rzekł miękko, lecz z akcentem. — Groźnie 
szumią — szepnęła. — To są moje druhy, a więc i pani także. One do nas 
przemawiają i ja je rozumiem. Podobały się pani Głębowicze? — Śliczne! — Twoje! 
— wyszeptały bezpamiętne usta jego. Grzmot kopyt na kamiennym moście zgłuszył 
ciche słowa i realnym swym dźwiękiem ocucił Stefcię, której serce na chwilę 
zamarło. Brek wpadł między srebrne zboża, malowane księżycem, znowu pełne gwaru 
i rozmowy. XX W gabinecie Waldemara, wybitym ciemnokarmazynową skórą, snuły się 
błękitne pasemka dymu, roznosząc woń dobrych cygar. Kilku zebranych panów 
gawędziło wesoło. Jedni siedzieli, inni przechodzili z miejsca na miejsce, jeden 
leżał rozciągnięty na karmazynowym szezlongu. Był to Trestka. Leżąc na wznak, 
ręce podsunął pod głowę i pykając z cygara, patrzał uparcie w sufit na 
wymalowaną scenę powitania Odyseusza z Nauzykaą. Waldemar siedział na poręczy 
fotelu w niedbałej pozie i przysłuchiwał się wesołym żartom towarzyszy. Sam 
trochę mroczny, nieczęsto mówił, jednak nie krępował wesołości, a każde z 
rzadkich jego słów było jakby podnietą. Do niego zwracali się głównie, on 
wyglądał na arbitra wśród tej wytwornej młodzieży. Zjechała tu cała śmietanka 
arystokracji bliższej i dalszej, wszystko panicze, napiętnowani cechą 
zagraniczną. Jedni w stylu wiedeńskich jokey_clubistów lub modernizowani na 
sposób paryski, inni nosili poważny ton synów Brytanii. Wśród nich Waldemar 
przedstawiał typ najwięcej patrycjuszowski. Chociaż Zachód polakierował go na 
ogólną modłę międzynarodowej elegancji, jednak nie zdołał go przekształcić 
zupełnie. Pozostał najmniej egzotycznym. Młody ordynat nie odznaczał się wybitną 
pięknością, ale posiadał wydatny typ, zwracał uwagę, przykuwał oczy. Był jednym 
z tych magnatów, którzy, nie nosząc swego majestatu przed sobą, mają go 
bezwiednie w sobie. Nie myśląc o tym, był zawsze i wszędzie panem i ta jego 
pańskość, noszona z pewną niedbałością, zwracała na niego oczy. Wyróżniał się i 
wszystko mu uchodziło; żył, jak chciał, mówił, co chciał, nie stosując się do 
ogólnych przepisów, tylko do własnej etyki. Ale ta nie zawiodła go nigdy. Jego 
subtelność i przeczulenie estetyczne nie dozwalało szrankom zakreślonym przez 
jego swobodę czynów wejść w niezgodę z ich regułą. I owa estetyka stała się tak 
dalece nim samym, że wyłączała wszelkie wahania. Nie mógł jej przekroczyć bez 
skrzywdzenia samego siebie. Odznaczała go przy tym znamienna wypukłość 
charakteru, co go czyniło odrębnym. Umysłowo stał bardzo wysoko, inteligencją 
wznosił się nad poziom swego otoczenia, ale własna opinia mało go obchodziła, 
nie dbał o to, co o nim powiedzą. Posiadał niesłychanie żywy temperament, 
rzutkość i szaloną energię, lecz nie łączył z tym rubasznej krewkości, 
przeciwnie, miał wyraz trochę znudzony, w niedbałych ruchach pewną apatyczność. 
Jego stalowe źrenice miewały wielką różnorodność wyrazu: ironii, dowcipu, 
czasami błyskały w nich zimne połyski stali; często wybuchowe ognie lub płomyki 
łagodności i wzruszeń. Nie umiały być rysimi ani nazbyt kobiecymi w wyrazie. 
Męskość jego zyskiwała na tym, nie tracąc nic z uroku. Jego stanowczość, raz 
okazana, była niezłomną, ale sam z sobą odbywał walki bardzo uporczywe. 
Wiedział, czego chce i do czego dąży, lecz nie zawsze miał pewność, czy 
racjonalnie chce i czy dobrą obiera drogę. Filizofował, analizował, każdą rzecz 
przefiltrowywał przez swe zdolności umysłowe, lecz gdy w końcu powiedział sobie: 
"Eureka!" — zdanie jego wychodziło skrystalizowane, z cechą wyłączną. Ale nie 
zawsze potrafił być drobiazgowym krytykiem samego siebie: zdarzały się wypadki, 
że żądania swe rzucał ze śmiałością i bezwzględną energią. Gwałtowność rodowa w 
połączeniu z jakąś dozą feudalizmu brała wówczas górę nad filozofem. Potrafił 
wybuchać dziko, jak wszyscy Michorowscy. Tylko przodkowie jego nie znali 
samoosobowej krytyki, nie analizowali swych czynów. On jeśli dał się unieść 
chwili zbyt popędliwie, za to potem przeprowadzał ją przez wszystkie tory swych 
filozoficznych, etycznych i estetycznych poglądów i nie zawsze czuł się 
zadowolony; wówczas wpadał w groźne rozdrażnienie, ale młoda, żywa natura i 
energia nie pozwalały mu długo nurtować się w sobie. Rozdrażnienie mijało, 
pozostawiając odrobinę niesmaku, a samoosobowy krytycyzm jego wzmagał się. 
Człowiek ten był pewnym siebie i swych czynów, ale nie zarozumiały, bo nie każdą 
myśl wypuszczał w świat, nie każdą uważał za doskonałą. Po przyjęciu w 
Głębowiczach Waldemar odprowadził swych gości do Słodkowic i tam przenocował. 
Rano zerwało się w nim tysiące zapytań i wątpliwości, na które nie mógł znaleźć 
odpowiedzi, pożegnał się i wyjechał. Szalała w nim burza. Zły, wściekły na 
siebie, nie mógł sobie darować postępowania ze Stefcią. Scena w sali portretowej 
i słowa jego na breku dręczyły go jak gorzki wyrzut. Obawiał się trochę 
spotkania ze Stefcią, myślał, że ona po tym, co od niego słyszała, przywita go 
albo nadąsana, albo z tryumfalnym uśmieszkiem, tak częstym u panien w podobnych 
warunkach. Nie chciał jej gniewu, lecz stokroć więcej obawiał się tego 
uśmieszku, może przeczuwając, że stałby się on zaporą rzucającą na Stefcię 
wielki cień. A tego instynktownie dopuścić nie chciał. Na breku po jego 
znaczącym słowie ona siedziała cicha, przytłoczona, mówiła mało i z przymusem, 
nie do niego zresztą, bo i on zamilkł. Na szczęście panna Rita zamiast spać 
rozgadała się na dobre i podtrzymując rozmowę zamaskowała niezwykłe usposobienie 
jego i Stefci. Waldemar po nie spanej nocy doszedł do przekonania, które 
sformułował w ten sposób: — Wczoraj rozważała, dziś zrozumiała i okaże mi to. Na 
tę myśl zaciskał zęby z jakąś złością. — NIechże nie próbuje, bo chybi. I czuł, 
że samym posądzeniem krzywdzi Stefcię, jednak napadał na nią z zajadłością. Był 
rozdrażniony, przywitał ją chłodno, bez cienia życzliwości, a choć czuł jej 
zdziwiony wzrok na sobie, pozostał sztywnym aż do wyjazdu. Wyjazd przyspieszył 
umyślnie; chciał uciec od jej widoku, bo czuł, że się na niej zawiódł, że mylnie 
ją sądził i że jest względem niej winnym. Taktowna dziewczyna nie okazała mu nic 
z tego, co przypuszczał, nie dojrzał w niej tryumfu ani gniewu, jedynie trochę 
zdziwienia z powodu jego chłodu. To go wzruszyło najniepotrzebniej, jak sam 
myślał, i przechyliło szalę na korzyść Stefci. — Co ona ci zawiniła, że 
postępujesz z nią jak z pierwszą lepszą? — powtarzał sobie wracając do 
Głębowicz. I wciśnięty w kąt powozu przeprowadzał z goryczą własną krytykę. 
Przypominał wczorajszy ranek, jak jechał z nią razem na koźle breku, słyszał w 
myśli jej słowa, jej śmiech. Widział ją przed sobą, porównywał wczorajszą do 
dzisiejszej i burzył się coraz bardziej. Pogoda dopomagała mu do czarnych myśli. 
Wczorajszy świetlisty poranek znikł. Powietrze było szare, nabrzmiałe deszczem 
wiszącym w chmurach. Na ziemię padał drobniutki mokry pył. Świat cały stał w 
jakiejś melancholijnej, ponurej ciszy. Drzewa, szumiące wczoraj, dziś milczały 
skupione w sobie; łany zbóż, wczoraj wesołe i wyjaśnione, stały cicho pod 
ciężarem wilgotnej szarzyzny dnia. Czasem na przydrożnych topolach zakrzyczały 
ptaki, ale i one milkły na odgłos kopyt końskich, stukających po bitym gościńcu. 
Powóz na gumach sunął cicho, lecz Waldemara gniewał nawet tupot koni. Miał 
jednak tyle przytomności, że nie robił o to awantury stangretowi. Monologował w 
myśli: — Stefcia była wczoraj zastosowana do pogody, a pogoda do niej, i ja ją 
zmąciłem, pogodę Stefci... Cóż ona mogła innego o mnie pomyśleć nad to, że byłem 
pijany? Piłem przecie dosyć szampana. Ba! a scena w sali portretowej?... Róże 
mogły się tłumaczyć uprzejmością gospodarza względem gościa, chociaż to już 
wykręt... ale pocałowanie ręki i niektóre słowa — zbyteczne. Najgorszy brek... Z 
taką dziewczyną trzeba się liczyć, bo bardzo łatwo można stracić w jej oczach. 
Mimoza! gotowa mię posądzić o instynkta godne Prątnickiego, tylko w innym 
kierunku... A do diabła! co ja u licha narobiłem!... Waldemar nie mógł z sobą 
dojść do ładu. W Głębowiczach rozdrażnienie mijało, a przychodziła rozwaga. Snuł 
się po parku, po zwierzyńcu, gdzie już sprzątnięto ślady wczorajszej uczty. I 
wszędzie przypominał Stefcię. Tu grał z nią w tenisa. "Jak ładnie miała podpiętą 
suknię!" — tu z nią rozmawiał, na tej uliczce rwał dla niej róże, a przedtem 
widział ją z daleka, jak zanurzała swą jasną twarz w masie aksamitnych kwiatów, 
i chciał te kwiaty zerwać własnymi rękoma. Potem spacer po rzece. Rozgniewała go 
wskakując tak prędko w błękitną łódź i wiosłując z Trestką. A strzelanie w 
zwierzyńcu?... Ten przestrzelony przez niego as... Poszedł w tę stronę i z 
oburzeniem zobaczył, że tablicę już zabrano, stał tylko słup mokry od deszczu. 
Waldemar w pierwszej chwili chciał wołać strzelca zwierzynieckiego i spytać, 
dlaczego tablicę usunęli bez jego wiedzy. Ale się pomiarkował. "Po co ten 
nieporządek? Dobrze, że zabrane"... Najdłużej przebył w sali portretowej! Usiadł 
na kanapce i wpatrując się w portret babki myślał: — Po co jej opowiedziałem tę 
historię?... Nabije sobie głowę romantyzmem, a to się na nic nie zdało. Idylle, 
marzenia, wszystko to oklepane paradoksy! Istnieje tylko pożądanie! jedyna 
prawda z nagromadzenia pojedynczych głópstw pod nazwą miłości. W pożądanie 
wierzę i ono mnie popycha do niej, nic więcej. A że jest czysta jak kryształ i 
taka jasna, to tym lepiej. Każdy woli pióra łabędzie niż kawki. Dojrzał na 
posadzce kilka zielonych i żółtych listków róży, pozostałych po wczorajszym 
bukiecie Stefci. Podniósł je z chciwością i nagle przypomniał scenę, jak się ona 
przestraszyła głosu z zewnątrz i chciała uciekać, a on jej nie puścił. Trzymał 
wtedy jej ręce, schowane w swych dłoniach, i przyciągał ku sobie. Patrzała na 
niego wylękła, taka jakaś mimowolnie poddana, oczy mrużyła tak rozkosznie... 
Wprawdzie trwało to zaledwie chwilkę, ale co to było!... Waldemar zgniótł listki 
w dłoni. — Pożądanie! I to pożądanie — rzekł z ironicznym uśmieszkiem, zdążając 
do drzwi. W progu stanął i spojrzał na zmięte listki, rzucone na posadzce. — 
Łowczy utrzymuje większy porządek w zwierzyńcu niż kamerdyner w zamku, ale ten 
widać szanuje pamiątki... I wyszedł wzruszając ramionami. Przez kilka następnych 
dni nie mógł się uspokoić; do jednego tylko doszedł wniosku: że jeżeli pożądanie 
jest dominującym uczuciem w składniku miłości, to Stefcia nie zalicza się do 
wyznawczyń tej teorii. Więc budzi się w niej coś innego? jakieś uczucie bardziej 
duchowe?... Może odżywa... obudził je Prątnicki... Na wspomnienie tego nazwiska 
Waldemar zaciskał zęby, ten objaw niepokoił go. Wiedział, że Stefcia 
Prątnickiego nie kochała, lecz ogarniał go niesmak na samo połączenie ich 
nazwisk; przeczuwał, że wzbudza w Stefci uczucia silniejsze od zwykłej sympatii, 
i nie zdawał sobie sprawy, dlaczego czuł się dumnym oraz jaki to był rodzaj 
dumy. W wielu podobnych wypadkach w życiu odczuwał jedynie tryumf, ale dumę i 
jakieś wewnętrzne zadowolenie odnajdywał pierwszy raz i dziwił się. Dlaczego ta 
dziewczyna wywiera wrażenie zupełnie odmienne od znanych dotychczas? dlaczego 
pociąga nieprzepartą siłą, staje mu się upragnioną, niemal drogą?... Ona, którą 
przed paru miesiącami, chłostał często cynicznym dowcipem, prześladował, 
drażnił... Za co? dlaczego?!... Zrobiła na nim wrażenie od pierwszej chwili, gdy 
ją zobaczył obok ciotki, w landzie, jadącą z kolei. Zachwyciła go od razu, 
przesiadł się do nich i zaczął ją badać. Ale natychmiast zauważył, że ona to 
spostrzega i że ją to gniewa. Zdziwił się. Młoda, ładna panna nie lubiąca 
uporczywego wzroku młodego mężczyzny wprawiła go w zdumienie, jak nowe zjawisko. 
Życie przyzwyczaiło go do czego innego. Kobiety aż nadto okazywały mu względów, 
i to kobiety wysokich sfer, magnatki. A ta dziewczyna ze szlacheckiego domu, 
taka ładna i dziwnie wytworna, z niechęcią, a nawet obrazą w oczach przyjmowała 
jego hołdy. Wprawdzie wzrok jego, skierowany na nią, miał sporą dozę ironii i 
nieufności, bo tak spoglądał na wszystkie panny świeżo poznane, przeczuwając w 
nich tysiące wadeczek bardzo pospolitych. Na każdą nową spoglądając, myślał: — 
Już ja się tobą nie zajmę. Stefcia nie wzbudziła podobnej myśli, przeciwnie — 
zajęła go od razu, interesowała coraz więcej. I wiedziony jakąś nieuzasadnioną 
złością, mścił się na niej, sam sobie robiąc na przekór. Ale potem coś zaczęło 
się zmieniać. Po pamiętnym obiedzie, kiedy Stefcia cofnęła mu swą rękę. Waldemar 
zastanowił się: — Po co ja ją dręczę?... Umyślnie długo nie przyjeżdżał do 
Słodkowic, pragnąc zapomnieć o niej. Chciał wyrzucić z myśli jej drobną twarz, 
przyćmioną smutkiem. On wywoływał na niej ten wyraz, on nie dawał spokoju tej 
dziewczynie tak delikatnej i wytwornej, on ją dręczył, jakby przez złość, że mu 
się podoba. Po tygodniu uczuł pragnienie ujrzenia jej. Przyjechał do Słodkowic 
razem z całą gromadą gości i tam przyzwyczajenie wzięło znowu górę. Przechodząc 
koło jej okna rzucił w nie figlarne spojrzenie i napotkał jej twarz 
zaciekawioną; ale na jego widok cofnęła się nagle, jakby przerażona, i aż 
zbladła. Coś w nim zadrgało żalem. — Ona się mnie po prostu boi... Zobaczył ją 
potem rozbawioną. TAńczyła z Lucią pełna życia i swobody, taki ładny miała 
uśmiech!... Więc tylko przed nim ukrywa wesołość, on ją paraliżuje?... I zmienił 
się. Odtąd nie pomijał sposobności, aby zrobić jej przyjemność, co w jego 
warunkach było dość łatwym. Z rozkoszą zauważył, że i Stefcia zaczyna się 
przeistaczać. Poweselała, lubiła jego rozmowę, nie unikała go jak dawniej i w 
jego towarzystwie przestała tracić swobodę. Waldemar widział te zmiany i cieszył 
się, lecz od jakiegoś czasu ogarnął go niepokój. — Za wiele o niej myślę! Pobyt 
jej w Głębowiczach dopełniał miary, Waldemar zrozumiał, że za daleko zaszedł. 
Cofać się nie mógł, zabraniała mu tego własna etyka, iść naprzód jeszcze nie 
chciał. Takt Stefci ujął go ze względu na nią, zdenerwował ze względu na siebie. 
Jest pewna, żem był pijany, i chce być wyrozumiałą. To go drażniło niesłychanie. 
Tak przebył kilka dni, do Słodkowic nie jechał, ale czuł, że pomimo chęci 
Stefcia nie schodzi mu z myśli. Aż pewnego dnia zjechali do Głębowicz koledzy 
Waldemara, bliżsi i dalsi znajomi, na miesięczny "Jour fixe" (fr. — stały dzień 
przyjęć towarzyskich) męski. Jechali z ochotą. Ciągnęła ich wesoła swoboda, 
panująca w tej magnackiej rezydencji. Każdy mógł się tu czuć jak u siebie, co 
niektórym, zwłaszcza nie posiadającym wspaniałych gniazd, sprawiało zadowolenie 
ambicji i jakąś rozkosz fizyczną. Książęca atmosfera przepychu, płynąca z 
każdego kąta, uprzejmość ordynata, liczna wygalonowana służba, znakomite cygara 
i wytworna kuchnia dodawały uroku zawsze oczekiwanym zebraniom. Tym razem wiodła 
wszystkich świeża wiadomość, interesująca bardzo wysokie sfery towarzyskie: 
hrabianka Barska odmówiła ręki księciu Lignickiemu. Fakt sprawił wrażenie. Pewna 
liczba hrabianek i księżniczek liczyła na widoki, jakie się dla nich otwierały. 
Wielu dawniej odepchniętych konkurentów hrabianki na nowo miało zamiar rozpocząć 
kampanię. Ale przede wszystkim trzeba się było dowiedzieć, co na to mówi 
Michorowski, jaką jest jego opinia? Wszyscy wiedzieli, że odmowa hrabianki 
nastąpiła z jego przyczyny — nie bezpośrednio, lecz w nawiasach. Barscy liczyli 
na ordynata, uważając go za pierwszą partię w kraju. Hrabianka, delikatnie 
pomijając świetność przyszłego z nim związku, kochała go po swojemu. Nikt nie 
śmiał posuwać naprzód swych starań bez wybadania poglądu ordynata. Każdy z 
możliwych pretendentów do ręki hrabianki, jadąc do Głębowicz, zachowywał dobrze 
udaną obojętność, każdy mniej więcej chciał mówić miną: "Cóż mnie obchodzi 
hrabianka Barska i jej wybór?" Ale jednocześnie każdy oczekiwał zdania ordynata. 
Wiedziano, że jeśli on ujawni swe zamiary względem hrabianki, nie pozostanie im 
nic więcej nad wycofanie się od brzegu. Jeden Trestka był w tej sprawie 
neutralnym, ale za to krytycznym widzem. Ordynat wiadomości przyjął obojętnie: 
wiedział już o tym. Mówił jak o rzeczy niewielkiego znaczenia. I prędko 
przeszedł do innego tematu. To wywołało zdziwienie i niepokój. Trestka, który 
się doskonale bawił, rzekł do jednego z panów: — Ordynat widocznie uważa odmowę 
hrabianki za konieczną. Wiedział zapewne o rezultacie starań księcia, może nawet 
są po słowie?... TRestka kłamał z satysfakcją. WSzystkich dziwiło niezwykłe 
usposobienie ordynata i jego wyraźne zdenerwowanie; nie wiedzieli, jak mają to 
rozumieć. Czy przeczuł ich zamiary względem hrabianki?... Tylko Trestka domyślał 
się istotnego powodu — odgadywał w tym Stefcię. Ale pomimo wszystkiego bawiono 
się dobrze. Przed kolacją grano w bilard, potem sławne wina głębowickie jeszcze 
więcej rozochociły gości. W gabinecie i przytykającej doń fajczarni wrzało 
życiem. Waldemar zapraszał na polowania jesienne. Trestka, usłyszawszy to, 
zerwał się z szezlongu. — Czy i w Słodkowcach będą obławy? — spytał poprawiając 
binokle. — Zapewne! Cóż panu na tym zależy? — zdziwił się Waldemar. Kilku panów 
parsknęło śmiechem. — Trestka jest bajeczny! Chodzi mu o to, czy goniąc dziki 
nie będzie pozbawiony widoku panny Szeliżanki, bez której on jest zerem, a w 
Słodkowcach prędzej się to może zdarzyć. Waldemar wzruszył ramionami. — Spotkasz 
ją pan w Głębowiczach, bo na polowaniach będą obecne panie. Zresztą nim to 
nastąpi, zmienią się może warunki, zdobędziesz pan większe prawa. — A to jakim 
sposobem? — No! zostaniesz narzeczonym. Trestka popatrzał zdziwiony, po chwili 
dopiero odrzekł: — Wątpię, by to nastąpić mogło. Młody habia Brochwicz, kolega z 
Halli i osobisty przyjaciel Waldemara, uśmiechnął się i rzekł dowcipnie: — Mamy 
przed sobą wystawę. O ile słyszałem, panna Rita wystawia swe folbluty. Strzeż 
się pan, by twoje perszerony ich nie prześcignęły, bo wówczas... — We sto koni 
jej nie dogoni — dokończył Waldemar. Odpowiedziano śmiechem. Brochwich mówił 
dalej: — Tak. Wówczas możesz powiedzieć: "tout est fini!" )fr. — wszystko 
skończone!), a nawet powinieneś omijać złoty medal, najwyżej możesz mieć list 
pochwalny. — Ja swoich koni nie prowadzę. — Bardzo praktycznie! Baron Weyher 
musnął żółte faworyty. — A propos wystawy — rzekł cedząc słowa — czy ordynat 
będzie miał stajnię? — Za parę dni właśnie jadę w tej sprawie. Na wystawę 
prowadzę dziesięć zarodowych klaczy. — Czy muzy? — O nie! tylko tej samej rasy i 
kare. Czwórek nie rozrywam. Będzie i Apollo. — Ten chyba jako ozdoba? — 
Dekoracja, która może się stać przyczyną choroby panny Rity — podchwycił 
Brochwicz. — Słyszałem, że i baronowa Elzonowska wybiera się na wystawę z 
dziadkiem pańskim i panną Lucią — rzekł młody Żnin. — Tak, jadą całym domem. — 
Ach! więc będzie i panna Rudecka! — zawołał Brochwicz. — Wluś Szeliga 
naopowiadał mi o niej cuda. Bardzom jej ciekaw. Czy istotnie ładna? TRestka 
rzucił ukośne spojrzenie na ordynata. — Bardzo ładna i bardzo nieprzystępna — 
rzekł serio. — To zaleta! — Przeciwnie, to wada — odezwał się Żnin. — 
Nieprzystępność jest wadą mężatek, nie panien. — Brochwicz! czyś ty trzeźwy? — 
Najzupełniej! — Bo wiesz, że dowodzisz niesłychanie! Trestka potrząsnął głową. — 
W zasadzie ma słuszność. Zbyt wielka cnota była dobrą w katakumbach rzymskich. 
Dziś zarówno mężatkom, jak i pannom nie jest w niej do twarzy. — Mówisz na 
podstawie własnych krzywd, ale panna Rita zalicza się do ultrapostępowych. — 
Widać nie w każdym kierunku. Brochwicz przerwał: — Moi panowie, sąd o pannie 
Ricie zostawmy wyłącznie Trestce. Chodzi nam obecnie o pannę Rudecką... jakie 
ona ma imię?... Stefania, zdaje mi się. — Tak, urocza Stefcia! — O niej 
najwięcej powiedzieć nam może ordynat jako częsty gość w Słodkowcach... a może i 
praktyk?... Waldy! jakiego jest rodzaju cnota uroczej Stefci: katakumbowa czy 
współczesna? Warto by zanotować. Ale... co tobie jest?... Waldemar był blady, 
widocznie wzburzony. Jego ściągnięte brwi, rozdęte nozdrza i ironicznie 
skrzywione usta miały w sobie coś złowrogiego. Skierował na Brochwicza zimne, 
stalowe oczy i odrzekł krótko: — Do panny Stefanii Rudeckiej podobna rozmowa nie 
może mieć zastosowania. Ton jego głosu zabrzmiał szorstko. Nastąpiło milczenie, 
trochę przykre. Brochwicz poczerwieniał i spuścił oczy. Trestka zerwał binokle, 
potem zaczął je starannie na nowo wkładać. Miał przy tym minę mówiącą: "Byłem na 
śladzie, teraz jestem w domu!" Weyher, gładząc faworyty, patrzał na Waldemara 
wzrokiem pełnym uznania i szacunku, a nawet szepnął cicho: — Gentleman! Inni 
rzucali na siebie zdziwione spojrzenia. Waldemar milczał paląc cygaro. Dał im 
czas do rekolekcji. Pierwszy odezwał się Brochwicz: — Wybacz nam, Waldy. 
Mówiliśmy nieoględnie, przyznaję, lecz jesteśmy wytłumaczeni, gdyż prócz Trestki 
i barona nikt z nas nie zna panny Rudeckiej. Grzeczność kolegi ujęła Waldemara. 
Odrzekł z uśmiechem: — Ja też chciałem jedynie zaznaczyć, że trzeba się liczyć z 
dowcipami o nieznanej osobie, zwłaszcza o młodej pannie. Drugi cios! Ale przez 
głowę Waldemara przeleciała błyskawiczna myśl, trochę gorzka: — Ogromnie 
dotychczas oszczędzałem znane mi ze słyszenia panny, a ich moralizuję... Jestem 
dureń!... Nie przedłużał już milczenia, rozpoczął nową rozmowę. Wesoły nastrój 
powrócił prędko. Pod koniec wieczoru książę Zaniecki podniósł powtórnie kwestię 
małżeństwa hrabianki Barskiej. On był najwięcej interesowny, a zachowanie się 
Waldemara pogłębiło jego nadzieje. Postanowił upewnić się i po jakimś wstępie 
zapytał: — NIe wiecie, panowie, czy Barscy będą na wystawie, czy też jadą za 
granicę? — Będą na wystawie — odpowiedział ktoś z gości. A Waldemar rzekł: — 
Tylko Lignicki czmychnął do Rzymu, zapewne dla odbycia żałoby, w rzeczywistości 
dla znalezienia nowej partii w świecie czarnym, któremu hołduje. — Ciekawe, co 
by nastąpiło, gdyby się ożenił z Barską. Ona, przeciwnie, należy do białych. — 
Może by sam zbielał albo polakierował ją na czarno — zaśmiał się Brochwicz. — A 
że Melania jest śniada i nie do twarzy jej w czarnym, więc wycofała się z tego 
za pośrednictwem kosza. — Na wystawie rozpocznie się nowy turniej. Do jej 
pierścienia przygotujcie, panowie, kopie — rzekł Waldemar trochę ironicznie. 
Wszystkie oczy spoczęły na nim. Zapanowała chwila ciszy. Waldemar popatrzył na 
nich zdziwiony. — Cóż mię tak oglądacie? A Trestka palnął na głos: — Oni mają 
"UN pressentiment" (fr. — przeczucie), że w tej gonitwie trafią na przeszkodę. — 
Jaką mianowicie? — W osobie pańskiej, którego kopia ma szanse zwycięstwa. 
Waldemar wzruszył ramionami, puścił kłąb dymu i odrzekł obojętnie: — W takim 
razie jesteście "plus royalistes que le roi" (fr. — więksi rojaliści niż sam 
król). Posądzacie mnie o zamiary, jakich nie mam. Słowa te zrobiły wrażenie. 
Książę Zaniecki miał ochotę dziękować Waldemarowi, ale zdołał powstrzymać wybuch 
wdzięczności. Uważał, że dla utrzymania się w tonie prawdziwego lorda należy 
zachować zimną krew zawsze i wszędzie. Ale Brochwicz miał więcej polskiej krwi w 
sobie, a przynajmniej nie starał się jej przefarbować, zawołał przeto z całą 
szczerością: — No! jeżeli ty, Waldy, wycofujesz się z turnieju, nastąpi 
prawdziwa i ostra walka, do której i ja się zapisuję. NIech co chce będzie! — 
Brawo, Brochwicz! — zawołał Trestka. — Ale ty, Waldy, naucz mię, jak się to 
zdobywa laury u panien, bo, co prawda, nie bardzo wiem. — Spytaj o to Trestkę. 
On prowadzi kampanię od trzech lat. Ja się na tym nie znam. Brochwicz komicznym 
ruchem załamał ręce. — On się na tym nie zna! Słyszeliście? Trestka zabrał głos: 
— Nietrafnie ordynat wysyła pana do mnie na studia, bo chociaż prowadzę kampanię 
od trzech lat, ale bez rezultatów, panu zaś głównie, chodzi o finał, czy tak? — 
Zapewne, byle pomyślny. — Nie wątpimy. Książę Zaniecki obrzucił Brochwicza 
szyderczym spojrzeniem. — Słuchaj no, Jurek — rzekł Waldemar — na co ci czyjeś 
rady? Zaczynaj samodzielnie i niebawem dojdziesz do finału, ba! nawet do 
epilogu. — Tak mówisz? Ha, to trudno, trzeba się zdobyć na odwagę! Waldemar 
podniósł brwi. — Uprzedzam cię, że jeśli z takim wykrzyknikiem będziesz się 
zbliżał do Barskiej, to lepiej od razu zamów sleeping i ruszaj za Lignickim do 
Rzymu, a dla odmiany obróć oczy na Kwirynał,. Brochwicz ukłonił się z udaną 
powagą. — POjadę tam, ale w podróż poślubną. — Jesteś nieoceniony! — Phy, ale 
czy hrabianka postawi nad tym swoje "accent grave" (fr. — znak pisarski, dosł.: 
akcent poważny), to kwestia — szydził Trestka. — Wypijmy za pomyślność sprawy! — 
zawołał Waldemar. — Szampana! Zaczęto wznosić toasty, wesołość buchała już 
niezmącona, wino płynęło. Przy dźwiękach kieliszków rozbrzmiewał pełen życia, 
tryskający młodością i weselem "Gaudeamus"! Część Pierwsza (c.d.) XXI Wrzesień 
pierwszego dnia ozłocił świat cudną pogodą. Słońce zalewało pola, błękit nieba 
miał tony czyste, ale już trochę bledsze w kolorycie. Rżyska żółciały, 
napiętrzone stertami. Leciuchny pierwszy odcień jesieni bujał w powietrzu. 
Umilkły przepiórki, zbożowe terkotki, w trawach i ugorach ćwierkały koniki 
polne. Gniada czwórka ze Słodkowic rwała pomiędzy polami, ciągnąc za sobą 
strojne lando i strojne postacie siedzących w nim kobiet. Pani Elzonowska, 
Stefcia i Lucia jechały do kościoła. Niedzielne tłumy pobożnych sunęły bokiem 
drogi w barwnych strojach, rozweselone pomyślnym ukończeniem zbiorów, hałaśliwe. 
Pani Idalia razem z pogodą była słoneczna. Wesoło zagadywała siedzącą obok 
Stefcię, często spoglądając na nią z prawdziwym upodobaniem. Stefcia wyglądała 
niesłychanie. Szaroniebieski jedwabny płaszczyk otulał ją miękkimi zwojami, 
czyniąc jej jasną płeć bardziej przejrzystą. Rozmawiała z ożywieniem, oczy jej 
błyszczały, jednak dostrzegało się w nich tęsknotę; wyraz dawniej nie znany 
malował się w twarzy. Czasami ciemne gęste brwi zsuwała niecierpliwie, jakby 
przed natrętną myślą, której odepchnąć nie mogła. Ale ten niepokój nadawał jej 
twarzy nowego uroku, co z wesołym ożywieniem tworzyło połączenie szczególne i 
śliczne. W kościele zebrało się dużo okolicznej inteligencji, wiele osób z tych 
niższych sfer, z którymi Słodkowice nie zawierały bliższych stosunków. Wszyscy 
po zamianie ukłonów z panią Idalią i Lucią spoglądali na nie z tym mimowolnym 
uszanowaniem, jakie nakazuje sobie starożytność rodu i wysokie stanowisko 
społeczne. Na innych wywierał wrażenie nawet wspaniały zaprzęg i mitry książęce 
na okularach koni i że panie te są mieszkankami pałacu. Panny i młodzież 
patrzyli głównie na Stefcię, robiąc przy tym rozmaite uwagi. Mężczyźni 
przypatrywali się jej urodzie i wszyscy musieli przyznać, że jest ładna, bardzo 
wytworna i zupełnie pałacowa. Panie zaczęły ją cicho krytykować; jeden z panów 
szepnął: "sznytowa dziewczyna", i przymiotnik ten zyskał uznanie w kółku męskim. 
Wiedzieli o Stefci, że jest córką zamożnego obywatela z Królestwa. Objaśniał ich 
Wiluś Szeliga, który w czasie wakacji włóczył się po okolicy. Ze słów jego 
odgadli, że student kochał się w pannie Rudeckiej, śledzono ją z tym większym 
zaciekawieniem. Przed samym rozpoczęciem sumy zrobił się ruch przed zakrystią i 
wszedł Waldemar. Wrażenie wzrosło. Oderwane od Stefci spojrzenia spoczęły na 
ordynacie. Był on rzadkim gościem w tym kościele. Pani Idalia na jego widok 
podniosła brwi zdziwione. Stefcia oblała się gwałtownym rumieńcem. 
Nieprzewidziane ujrzenie jego wstrząsnęło nią silnie. Od owego ranka, kiedy był 
dla niej tak chłodnym, nie widziała go wcale. Upłynął miesiąc, on nie 
przyjeżdżdał. Teraz nagle zjawił się w kościele, w którym prawie nie bywał. Może 
przeczuł, że i one są tutaj? Waldemar podszedł do stalli, powitał panie i zajął 
miejsce obok Stefci, siedzącej z brzegu. Pani Idalia pochyliła głowę w tył i 
spytała szeptem: — Waldy, czy jedziesz z Głębowicz? — Nie, byłem w Słodkowicach 
— brzmiała odpowiedź. — "Tiens"! (fr. — Ach, tak!) więc wiedziałeś, że tu 
jesteśmy? — Wiedziałem. — Dobrze zrobiłeś — Waldy! — wtrąciła szeptem Lucia. 
Waldemar wyprostował się i teraz dopiero zauważył pełne ławki naprzeciw. Na 
gęste ukłony odpowiedział długim skinieniem głowy. Do Stefci nie mówił nic; parę 
razy spojrzał bokiem na jej ładny profil, schylony nad książką, i żywe kolory na 
twarzy. Wiedział, że on je wywołał, spostrzegł wrażenie, jakie zrobił na niej 
wejściem do kościoła. Był zadowolony i podniecony, czuł dziwną ulgę, że ją ma 
przy sobie. Z rozkoszą śledził każde jej poruszenie i oddech; nie patrząc 
wiedział, jak ubrana. I wszystko mu się podobało, wszystko miało dla niego urok. 
Po dłuższym niewidzeniu znalazł ją jeszcze ładniejszą i bardziej upragnioną. 
Zaczynał ją po swojemu analizować, ale prędko spostrzegł, że wobec niej na nic 
się to nie zdało, i uległ wrażeniu. A Stefcia dopiero teraz odczuła, że pomimo 
starań nie zdołała o nim zapomnieć, że ta nieokreślona tęsknota, jakiej nie 
mogła zrozumieć, była za nim. Świadomość tego sprawiała jej ból i nieznaną 
rozkosz. Słowa modlitwy mieszała z myślami, nic nie odczuwając silniej nad to, 
że on siedzi obok, że po miesiącu rozłączenia znowu są razem i tak blisko. 
Ostrożnie spojrzała na jego rękę, opartą o pulpit ławki. Widziała końce rękawów 
palta i brzeżek mankietów. Kiedy dawał pieniądze na tacę, błysnął na jego palcu 
ogromny brylant. Stefcia musiała więc użyć całego wysiłku pamięci, ażeby 
przypomnieć sobie, że ten brylant widziała zawsze u niego. Na razie była pewną, 
że jest to pierścień zaręczynowy. Słyszała o odmowie hrabianki Barskiej 
Lignickiemu, potem Waldemar wyjechał z Głębowicz. W Słodkowicach komentowano ten 
wyjazd, łącząc go bezpośrednio z hrabianką. Pani Idalia twierdziła, że teraz 
nastąpią zaręczyny. Pan Maciej wątpił, ale stanowczo nie przeczył. Tylko panna 
Rita śmiała się z urojeń słodkowickich, a Trestka dowodził głośno, że hrabiance 
Barskiej "ordynackie niebezpieczeństwo" nie grozi ani trochę. Ta para miała 
pewniki niezbite. Wtem Lucia pociągnęła Stefcię za rękę. — Czego oni tak na nas 
patrzą? Czy my dzicy? Zapytana podniosła oczy na ławki. Wszyscy spoglądali na 
Waldemara, przenosząc wzrok z niego na nią. Ogarnął ją niesmak. — Jacy 
niedelikatni! — pomyślała. Lucia z kolei zaczepiła Waldemara: — Waldy, nie 
pozwalasz się modlić! — Komu?... tobie?... — Tym państwu naprzeciw. Waldemar nic 
nie odpowiedział. I on zauważył uporczywy wzrok przeciwległych ławek, ale już do 
tego przywykł; natomiast myślał patrząc na modlącą się Stefcię: — Czy ona się 
modli naprawdę?... Był pewnym, że ona jest pod wrażeniem jego obecności; to go 
upajało, nie chciał się rozczarowywać. Jednocześnie wzruszał go widok jej 
pobożnego skupienia. Stefcia po pierwszym wstrząśnieniu, ochłonąwszy, zatopiła 
się w modlitwie. Nigdy może nie miała tak szczerego natchnienia. W duszy jej 
śpiewał jakiś sonet radosny. Zrywały się w niej nieznane uczucia, ogarniał ją 
spokój, słodycz zalewała serce. Dziękując Bogu za tę chwilę, pragnęła przedłużyć 
ją do nieskończoności. On siedział przy niej, dotykał jej ramieniem, czuła wzrok 
jego na sobie i była szczęśliwą. Jej spokój wewnętrzny odmalował się na twarzy 
niebywałym wyrazem. Waldemar patrzał na nią z czułością nie znaną sobie dotąd. 
Odgadywał, że jest szczęśliwą, że jej modlitwa płynie ze szczęścia, i wierzył, 
że modli się szczerze. Był poruszony, uwidoczniało się to we wzroku, jakim ją 
ogarniał. — Taka kobieta, gdy modli się, jest aniołem — powtarzał w myśli. Wobec 
niej pesymizm jego ginął, cynik i filozof przeistaczał się, skrywał za ścianę 
bardziej idealną. Ta dziewczyna wchodziła mu do duszy wolno, ale stale, wsiąkała 
w jego istotę, pobudziła pragnienia. Oboje siedzieli w milczeniu, ale tak jak on 
i ona odczuwali się wzajemnie. Gdy ksiądz odszedł od ołtarza, pani Idalia 
powstała pierwsza. Na cmentarzu spotkali całe towarzystwo. Pani Idalia, w 
świetnym usposobieniu, witała się uprzejmie, łaskawa i promieniejąca. Waldemar 
witał panie. Otoczyli go starsi i młodzi mężczyźni. Każdy chciał zamienić choć 
parę słów z ordynatem, jeden przed drugim pragnął okazać, że jest na lepszej 
stopie z tym świetnym przedstawicielem magnaterii. Pani Elzonowska raczyła 
zapytać kilka pań, dlaczego tak rzadko odwiedzają Słodkowice. Nie robiła tego w 
formie zaprosin, ale przez grzeczność. Stefcia spojrzała na nią zdziwiona; 
nieczęsto zdarzał się dumnej pani podobny humor. Kilka panien, zawiedzionych 
obojętnością Waldemara, podeszło do Stefci i Luci. Posypały się liczne pytania i 
lakoniczne odpowiedzi. Lucia milczała, jakby zalękniona. Na dany znak przez 
Waldemara podjechało lando ze Słodkowic i amerykan głębowicki, zaprzężony w 
cztery muzy. Waldemar usiadł z paniami na przednim siedzeniu obok Luci. Jeszcze 
trochę ukłonów — i pojechali. Za nimi potoczył się pąsowy amerykan. Skoro tylko 
lando ruszyło, Lucia, korzystając z rozmowy matki z Waldemarem, rzekła do Stefci 
po francusku: — Ach, nareszcie! Ja się ich instynktownie boję!... — TEraz ja 
powtórzę twe zapytanie: czy oni dzicy? — odrzekła Stefcia z bladym uśMiechem. — 
Ach! nie dzicy, ale jacyś inni, nie nasza sfera... — Za wcześnie ci, Luciu, 
decydować o tym — rzekł ostro Waldemar. Lucia zmieszała się, spojrzała z 
przestrachem na matkę, zwiesiła głowę i szepnęła: — Przepraszam... Pani Idalia 
spytała niecierpliwie: — Czy długo bawiłeś, Waldy, w Orzelsku u Barskich? — Nie 
byłem tam wcale. Pani Idalia zrobiła wielkie oczy. Ogromne zdziwienie odmalowało 
się na jej twarzy. — "Voyons"! Nie byłeś u Barskich? Gdzież byłeś tak długo? — 
Skąd takie przypuszczenie? Ja w Orzelsku?... Jestem w komitecie organizacyjnym 
wystawy i w tej sprawie jeździłem do W., przy tym musiałem się zająć 
umieszczeniem koni, które prowadzę. — Więc chyba nie wiesz, co zaszło u 
Barskich? Waldemar uśmiechnął się ubawiony. — Owszem, wiem od początku do końca. 
— Do jakiego końca? — Ciocia mówi o odmowie hrabianki Lignickiemu? A więc znam 
tę sprawę od początku starań księcia do kosza, jaki mu ofiarowano. — I cóż na to 
mówisz? — Nic. Życzę hrabiance Melanii nowego zwycięstwa i narzeczonego. — 
Którym będzie? — O! tak dalece nie przewiduję. Do startu staną legiony, ale kto 
otrzyma palmę... pewno i hrabianka jeszcze nie wie, cóż mówić o mnie — drwił z 
komiczną miną. Pani Idalia wybuchnęła: — Wiesz równie dobrze, jak ona i my 
wszyscy, kto najprędzej otrzyma ową palmę. — Niestety! nie jestem domyślny. — 
Ach, Waldy! irytujesz mię. "Vol~a que tu es ridicule"! (fr. — Oto, jaki jesteś 
śmieszny!). Otrzymanie jej od ciebie zależy. — Ale ja nie będę się o nią starał 
— odrzekł dobitnie, już podrażniony. — Dlaczego? — Pozwoli ciocia, ale to jest 
już wyłącznie moja rzecz. Kwestia rozstrzygnęła się. Pani Idalia spochmurniała 
jak noc. Wtem zawołała Lucia: — Bardzo się z tego cieszę. Nie cierpię tej 
Melanii Barskiej. — "Lucie, soyez tranquille" — (fr. — bądź spokojna — zgromiła 
ją matka. Biednej Luci nic się dziś nie udawało. Waldemar zaczął inną rozmowę. 
Mówił o przyszłej wystawie, urządzenie jej porównywał do wystaw zagranicznych, 
wygłaszając zdania bardzo trafne i oryginalne. Stefci nie narzucał się, ale 
zręcznie wciągał ją w rozmowę, także właściwie oboje tylko mówili. Lucia 
siedziała nadąsana, pani Idalia ponura. Tak dojechali do Słodkowic. Do pana 
Macieja siedzącego w swym gabinecie wpadła pani Idalia i ze wzburzeniem 
zapytała: — Czy papo rozmawiał z Waldemarem? Czy papo wie o wszystkim? Starzec 
spojrzał na nią zdziwiony. — Widziałem go zaledwie chwilę, bo dowiedziawszy się, 
że jesteście w kościele, pojechał za wami, nawet koni nie zmieniał. — Więc papo 
nic nie wie?... — Co się stało? Na Boga, mów!... — Och! niechże się papo nie 
przejmuje. Jest źle, ale nic nie grozi temu... temu beniaminkowi. Niech sobie 
papo wyobrazi, że on nie był w Orzelsku i z całą bezczelnościę dowodzi mi, że 
nie myśli zupełnie o hrabiance. N.est-il pas fou (fr) Czyż nie jest szalony?) 
Pan Maciej uśmiechnął się. — Moja Idalko, nie pojmuję twego wzburzenia. Dawno 
wiedziałem, że Barska nie dla niego. Nawet mówiłem ci o tym. — Ależ dlaczego? 
gdzie znajdzie odpowiedniejszą partię, nazwisko, posag? — Przepraszam cię! 
Waldemar może pozwolić sobie na wybór żony dowolny, bez oglądania się na posag i 
partię — a co do nazwiska, to tych mamy więcej w kraju, nawet lepszych!... — A 
cóż on może mieć przeciw samej Melanii? Panna piękna, kształcona za granicą, 
"une fille tr~es gentille!" (fr. — bardzo miła panna)... — Widocznie on ma inne 
zapatrywania. Zresztą może jej wszystkie zalety uznawać, ale... nie jest ona w 
jego stylu. — Niechże papo na niego wpłynie. Pan Maciej rzucił się na fotelu. — 
O nie! tego nie żądaj, tego się nie spodziewaj! oboje z twoją matką byliśmy 
nieszczęśliwi dzięki podobnym wpływom. Nie ja będę je odnawiał! — Przesada! "La 
majest~e de la bagatelle!" (fr. — Majestat drobnostki!) — sarknęła pani Idalia. 
— Do czego to podobne! Melania odrzuca najlepsze partie dla niego, a on grymasi. 
Będzie żałował poniewczasie, jak mu ją odbiją, co możliwe, bo to dumna 
dziewczyna! Baronowa wyszła z gabinetu. Pan Maciej, patrząc na nią, szepnął: — 
Przesada, że ja i Gabriela byliśmy nieszczęśliwi; przesada, że zbrodnią jest 
zabić lub nakazać miłość; przesada, że drogę do szczęścia trzeba samemu torować, 
chcąc mieć lekką starość. Wszystko przesada! Gdzież smutna prawda?... Starzec 
opuścił głowę na piersi XXII Na drugi dzień pan Maciej wstał w usposobieniu 
niezwykłym. Rozmyślał. Waldemar zastanawiał go coraz więcej. Miesiąc spowodował 
w nim różnicę znamienną. Pani Idalia tłumaczyła ojcu, że powodem tego jest 
hrabianka Melania, że Waldemar jak zwykle żartuje i nie chce wyznać, ale 
widocznie kocha się w Barskiej. Pan Maciej stanowczo nie uwierzył. On jeden 
spostrzegł, że Waldemar walczy, że przechodzi jakąś chwilę przełomową i trzeba 
mu zostawić swobodę, niczym nie rozdrażniać. Wiedział, że są natury nawet 
szczere, które w pewnych okresach życia zamykają się w sobie, nie pozwalając 
nikomu zedrzeć osłaniającej je powłoki, że podrażnione mogą zdziałać coś na 
przekór sobie, zniweczyć to, co się dopiero wykuwało, i zerwać osobiste 
szczęście. W tym wypadku pan Maciej miał poważne obawy, bo znał wnuka i jego 
gwałtowność. Z przenikliwością starych ludzi przeczuwał coś, co go napełniało 
przerażeniem. POdczas długiej nieobecności Waldemara dawne obawy znikły, teraz 
powróciły spotęgowane. Po bardzo delikatnej rozmowie z Waldemarem pan Maciej 
doszedł do podejrzeń, przed którymi instynktownie bronił się; ukochany wnuk 
zaciężył mu jakoś, nie dopowiedziane słowa wisiały im obu na ustach, ale nie 
mogli jeszcze i nie chcieli się porozumieć. Waldemar odjechał przed wieczorem, 
nie obiecując być prędko. Pana Macieja bolało to, lecz nie wstrzymywał go. Nie 
wspomniał nawet, że na drugi dzień imieniny Stefci, choć przed miesiącem byłby 
to na pewno powiedział. Pierwszy raz wyjazd wnuka sprawił mu ulgę, ale całą noc 
nie spał, a rano wstał rozstrojony nerwowo, z silnym bólem głowy. O dziesiątej 
kazał służącemu prosić do siebie Stefcię. Weszła smutna i miała zapłakane oczy. 
Biała, gładka suknia czyniła ją bledszą niż zwykle, tylko usta pałały gorącym 
pąsem, a oczy zza łez świeciły nienaturalnie. Ucałowała serdecznie ramię pana 
Macieja. Starzec wzruszył się, uścisnął jej głowę i posadził naprzeciw siebie. — 
Czego płakałaś, dziecko? — zapytał trzymając jej ręce. Stefcia zagryzła wargi, 
zaczęła prędko mrugać powiekami, bo ją piekły nowe łzy. — Czego płakałaś? — Bo 
smutno mi... TEn dzień... zawsze... przepędzałam w domu — odpowiedziała cicho. — 
Czy tylko ten powód?... Spojrzała na niego bystro. — Tylko ten... nic więcej! — 
zawołała prędko. Pan Maciej cofnął się, puścił jej ręce i opadł na fotel. Jej 
okrzyk "nic więcej" zdradził ją w oczach podejrzliwego starca. Czuł, że poza 
tęsknotą do rodziny jest jeszcze coś, czego nie chciał nazwać. Patrzył na nią 
uparcie i szepnął do siebie: — Stenia... druga Stenia... — Kto? — zapytała 
dziewczyna z nagłym poruszeniem. Pan Maciej pokiwał głową. — Nie znasz jej, 
dziecko. Kiedyś, kiedyś była taka Stenia podobna do ciebie, ale... to już dawno. 
Stefcia przypomniała sobie historię Waldemara w sali portretowej w Głębowiczach. 
Żal ścisnął jej serce i spuściła oczy. Pan Maciej wziął ze stolika pudełeczko 
oprawne w zamsz, otworzył je i z białego aksamitu zdjął miniaturę w formie 
dużego medalionu z gustowną emalią na złocie. Miniatura przedstawiała młodego 
człowieka w mundurze ułanów polskich, z gwiazdą na piersiach i orderem Virtuti 
Militari. Pan Maciej, pokazując ją Stefci, rzekł wzruszony: — Jest to moja 
podobizna z czasów, kiedy byłem najszczęśliwszym... kochałem taką jak ty Stenię, 
Myślałem, że ona i świat cały do mnie należą... Ha! minęła młodość!... Ale... co 
ci jest, dziecko?... Stefcia, spojrzawszy na portrecik, drgnęła. — Ja to gdzieś 
widziałam... ja to znam! Starzec zatrzymał na niej uważny wzrok. — Widziałaś tę 
miniaturę? Gdzie, jakim sposobem? Chyba się mylisz, dziecko! A może... Idalka ci 
pokazywała? — Nie, nie... ale widziałam na pewno. — Może taki sam portret mój 
spotkałaś w jakim bardzo starym piśmie? To możliwe! dawniej byłem człowiekiem 
trochę interesującym ogół. Stefcia kręciła głową z powątpiewaniem. — Może być — 
rzekła wreszcie bez przekonania. Pan Maciej podał jej miniaturę. — Przygotowałem 
to dla ciebie na upominek imieninowy. Sądziłem, że będziesz rada z dawnej 
podobizny człowieka bardzo ci życzliwego. Stefcia pochyliła się do niego 
serdecznie. — Dziękuję bardzo. To dla mnie będzie wielką pamiątką. Czy 
zasłużyłam na nią? To jak relikwie rodzinne. — Miałem takich kilka egzemplarzy, 
rozdałem członkom rodziny i mam dla siebie jeden. TEn ostatni przeznaczyłem dla 
ciebie, dziecko... Tyś taka do niej podobna, do mojej Steni. Pokażę ci jeszcze 
kiedy i jej miniaturę... mam jedną tylko i to moje relikwie. Starzec, wzruszony, 
ścisnął głowę Stefci i rzekł dziwnie miękko: — Baw się dobrze, dziecko. Dziś 
twoje święto, nie płacz i bądź szczęśliwa. Tyś jeszcze taka młoda. Wróciwszy do 
siebie, Stefcia przyglądała się miniaturze z nieokreślonym wrażeniem. Twarz 
przypominała Waldemara. Zmieniał ją tylko ubiór i sposób noszenia włosów. 
Zresztą były to te same rysy. Stefcia starała się przypomnieć sobie, gdzie i 
kiedy widziała już podobny medalion. Wspomnienie mętne łączyło się uparcie z jej 
dzieciństwem w pierwszych latach. Patrzała na miniaturę, utonęła w niej 
wzrokiem. Podobieństwo Waldemara wydało jej się wybitniejszym. Szepnęła: — Czy 
znowu nie przyjedzie tak długo? Dlaczego wczoraj odjechał, dlaczego 
zmieniony?... Stefcia myślała o nim ciągle, nie chcąc przyznać sama przed sobą, 
że przykrym był dla niej wyjazd jego w przeddzień jej imienin. Broniła się przed 
tą goryczą, chciała być wesołą i nie mogła. Dławił ją żal, czuła pustkę dokoła 
siebie. Przed obiadem Lucia namówiła ją na pieszy spacer. Poszły do lasu za 
ogrodem. Tam Stefcia przypomniała sobie spotkanie z Waldemarem w maju, jego 
docinki i szyderstwo. Przypominała swój gniew, ostre odpowiedzi i niechęć, jaką 
wówczas czuła do szydzącego magnata. Bała się go, wzbudzał w niej paniczny 
strach. Zaciekawiał ją, drażnił, imponował jej zawsze i to ją gniewało, że źle 
czy dobrze, lecz musiała o nim myśleć. Dziś uczucia zmieniły się: instynktowny 
lęk przed nim nie zniknął, nawet wzmocnił się, lecz w innym kierunku. Uczuć 
dzisiejszych nie chciała nazwać po imieniu, zamykając przd nimi oczy. Lucia, 
widząc jej zamyślenie, odbiegła opodal. W jej młodej główce powstawały domysły, 
których nie miała przed kim wynurzyć, matki obawiając się, przed dziadkiem nie 
chcąc. Podejrzenia swe trzymała w tajemnicy, bojąc się zdradzić. Nie uszła jej 
uwagi zmiana stosunku Waldemara do Stefci. Lucia widziała, że się tu zmieniło 
wszystko, i zrozumiała kierunek. Waldemar zdumiewał ją. Stefcię zaczęła badać. I 
ona uległa zmianie. Jej dawna wesołość stała się mniej bujną. Lucię to 
zastanowiło. Tak idąc, każda zajęta swymi myślami, znalazły się na drodze 
leśnej. Lucia szła prędko, wkrótce wyprzedziła Stefcię. Nagle na skręcie drogi 
stanęła zdziwiona. Naprzeciw niej jechała czwórka rozpędzonych koni. Lucia 
poznała zaprząg głębowicki i orientując się, momentalnie skoczyła w bok do lasu. 
Zgadła, że Waldemar wiedział o imieninach Stefci i że przyjeżdża głównie dla 
niej; chciała z boku zobaczyć ich powitanie. Stefcia nie zauważyła manewru 
dziewczynki, ale nie widząc jej przed sobą, zawołała na nią, Lucia nie 
odpowiedziała. Wtem zatętniał głośny bieg koni i z załomu drogi wypadła na nią 
strojna, brzęcąca czwórka dobrze znanych karych arabów. Amerykanem powoził sam 
Waldemar, stangret siedział z tyłu. Stefcia zatrzęsła się. Ognie uderzyły jej do 
głowy. Stanęła jak wryta, całą siłą woli nakazując sobie spokój. Waldemar 
spostrzegł ją. Błyskawica zaświeciła mu w oczach. Gwałtnownie wstrzymał konie i 
uniósł kapelusz z głowy. Zeskakując z amerykana, zawołał na stangreta: — Jedź na 
skraj lasu. Tam staniesz. Stefcia oprzytomniała, widząc ordynata przed sobą. 
Uścisnął silnie jej rękę. Przez chwilę trwała cisza. On rzekł niskim głosem: — 
Jak to dobrze. Spotkałem panią znowu w tym borku. — Jak w maju. Teraz jesień! — 
Można i w zimie stworzyć sobie maj. Stefcia milczała. — Zapomniałem ujrzawszy 
panią o jedynym celu mej podróży. Dziś pani święto... Pospolitych życzeń nie 
znoszę... ponieważ jednak szablon trzeba zachować... Stefcia przerwała: — Nie, 
po co? Dość, że pan przyjechał. To dowodzi pamięci, to wystarcza... Dziękuję!... 
Podniósł do ust jej rękę z wytwornym pochyleniem głowy. Gorące dotknięcie jego 
ust sprawiło na niej wrażenie prądu elektrycznego. Mówiącego wyrazu jego oczu 
nie zniosła — spuściła powieki. Szli obok siebie w milczeniu, po czym on rzekł 
znowu: — Imieniny są dla mnie najnieznośniejszym dniem w roku. Nie lubię 
biletów, które są konwencjonalnym, ale często fałszywym szyldem. Sam rozsyłam je 
rzadko. Do osób, które mię bliżej obchodzą, zjawiam się osobiście — dodał z 
lekkim skinieniem głowy w jej stronę. Różowy obłok wionął na twarz Stefci. On 
mówił dalej: — Nie umiem składać życzeń "wszelkich pomyślności, szczęścia". 
POdobne frazesy nie sprawiają mi ulgi wówczas, gdy naprawdę chciałbym komuś 
nieba przychylić, nieba według mego pojęcia, jakie może nie istnieje na ziemi. 
Ale do tego nie potrzeba koniecznie imienin. Wyrażanie uczuć jest jak opłatek, 
którym się łąamią tylko w Wigilię. Imieniny to jako odpust: wszyscy się zbiegają 
do solenizanta, ale najczęściej chodzi o ten pospolity "acte de pr~esence" (fr. 
— obecność dla formy), co jest według mnie najgłupszą instytucją na świecie. 
Stefcia uśmiechnęła się. — Jednak i pan został dziś członkiem tej znienawidzonej 
instytucji. Waldemar zmarszczył brwi. — Nie, pani. Mój przyjazd dzisiejszy można 
postawić w nawiasy jedynie obok zdania wypowiedzianego przeze mnie wpierw. Do 
osób dla mnie obojętnych przyjeżdżam zaproszony na bal, ale nigdy w dzień. 
Stefcia zmieszała się, zaczęła wołać głośno: — Luciu! Luciu! Waldemar zapytał ze 
zdziwieniem: — Pani nie jest samą? — Jestem z Lucią, ale gdzieś mi się podziała. 
Wtem zaszeleściały gałęzie i Lucia z rozpędem wybiegła z krzaków. Twarz miała 
rozognioną i błyxszczące oczy. — Gdzie biegałaś tak długo? — spytała Stefcia. — 
Zapędziłam się za orzechami. Jakie mnóstwo! — Gdzież one są? Nazbierałaś, skoro 
takie mnóstwo? — pytał Waldemar, patrząc badawczo na dziewczynkę. Lucia spuściła 
oczy. — Nie zbierałam, jadłam tylko. Zresztą daleko biegałam. — Dziwna rzecz, 
nie widać na tobie śladów tej dalekiej podróży po krzakach. Stefcia zaśmiała 
się. — I niewiele zużyłaś na to czasu, bo znikłaś mi przed samym przyjzdem pana. 
Oj ty!... Ale czemu się nie witasz? — Zaaferowana orzechami — rzekł z dziwnym 
uśmieszkiem Waldemar. Lucia czerwona powitała Waldemara trochę nieśmiało. 
Zrozumiała, że odgadł cel jej wyprawy, i zlękła się. Teraz miała już pewność, że 
Waldemar jest zajęty Stefcią. Z ukrycia swego widziała ich doskonale. Słów 
dosłyszeć nie mogła, zaledwo kilka wyrazów, ale pocałunek złożony przez 
Waldemara na ręce Stefci wydał jej się dokumentem bardzo ważnym. — Waldy, czy 
przyjechałeś konno, czy powozem? — zagadnęła po chwili z naiwną minką. — 
Amerykanem. Może to już czas wracać? Stracił ochotę do rozmowy przy Luci. 
Spojrzał na zegarek: dochodziła druga. Lucia zawołała, że czas na obiad. 
Zwrócili się w stronę powrotną. Gdy zrównali się z końmi, Waldemar zaproponował 
przejażdżkę. Usadowił Stefcię i Lucię na przednim siedzeniu, sam stanął za nimi, 
stangreta odsyłając piechotą do Słodkowic. — Niech pani powozi — rzekł i oddał 
lejce Stefci. Dziewczyna rozbawiła się, ranne smutki pierzchły. Ze śmiechem 
zgarnęła lejce karej czwórki i ruszyła kłusem. On stał pochylony nad nią, 
drażnił konie trzaskaniem z bata, dawał jej wskazówki, napawał się jej 
bliskością, pochłaniał oczyma jej włosy. Niby poprawiając lejce, skierował konie 
na inną drogę, mijając Słodkowce. Stefcia spostrzegła to. — Jedziemy w inną 
stronę! — zawołała. — To właśnie dobrze. Po co się mamy spieszyć? — Ale ja 
głodna jestem — żaliła się Lucia — z obiadem czekają! Stefcia, nic nie mówiąc, 
skręciła lejce. Rozhukana czwórka zawróciła na miejscu i zaczęła się plątać. — 
Co pani robi? — krzyknął Waldemar chwytając lejce. Szarpnął i zrównał konie, 
lecz w tej samej chwili orczyk uderzył dyszliwą klacz w nogę. Rzuciła się 
gwałtownie i cała czwórka zaczęła ponosić. — Cicho, Luciu! — wołała Stefcia, bo 
dziewczynka płakała głośno. Waldemar ściągnął lejce z taką siłą, aż konie 
stawały dęba, ale nie mógł wstrzymać od razu. Amerykan chwiał się na obie 
strony, kamyki żwiru ze świstem wylatywały spod kół. Stefcia chwyciła za lejce, 
wyciągnięte jak struny. — Niech pani puści, proszę się mnie trzymać! — Lucia, 
nie krzycz, bo straszysz konie, nic złego nie ma — uspokajał Waldemar. Jego 
pewność podziałała na Stefcię. Konie zaczęły istotnie zwalniać, piana leciała 
kawałami z ich boków. Stefcia podniosła wzrok i z podziwem patrzała na męską 
postać Waldemara, na jego siłę i spokój, z jakim wstrzymywał ponoszącą czwórkę. 
Stał wyprostowany, równy, jakby nie przeszkadzał mu żaden wysiłek fizyczny. 
Tylko lejce wpiły mu się w dłonie, aż pękały rękawiczki, na skroniach wystąpiło 
mu kilka kropel potu, brwi miał zmarszczone i rozdęte nozdrza. Nagle na 
zapatrzoną Stefcię spłynęło z góry jego spojrzenie: spokojne, ale zabójcze. 
Przejęło ją dreszczem. Patrzyli na siebie. On uśmiechnął się lekko, więcej 
oczyma niż ustami, i z poufałą serdecznością pochylając się szepnął: — Nie boi 
się pani?... Głos jego miał tony pieściwe. — Nie — odrzekła cicho. Gdyby mogła 
być zupełnie szczerą, powiedziałaby mu, że było jej dobrze jak nigdy. Bojąc się, 
aby on z jej oczu nie wyczytał tej spowiedzi duchowej, spuściła powieki 
zaróżowiona, szczęśliwa. Jeszcze trochę wysiłku i spienione konie zwolniły. 
Gęsta para buchała z nich na kształt dymu, rozdęte chrapy wyrzucały wulkaniczne 
oddechy, ziejąc strumieniami piany, oczy sypały iskry. Czarne grzbiety miały 
wygląd aksamitu zlanego wodą. Niespokojne i podniecone szalonym biegiem, gryzły 
wędzidła rzucając łbami. Miały pozór poskromionych, lecz wściekłych tytanów. 
Gorąca arabska krew kipiała w nich, sieć żyłek jak splątane sznurki wiła się na 
ich ciałach; uderzały w ziemię kopytami z dziką zajadłością i znać było, że 
tylko uległy potężnej sile i woli człowieka, lecz byle odrobina swobody, a znowu 
zerwą się z szałem i hukiem pruć powietrze jak stado centaurów. Waldemar 
przeczuł to i miał się na baczności, trzymał silnie wodze w ręku, a gdy Stefcia 
prosiła go, aby jej oddał lejce, poruszył przecząco głową. — Ależ pan zmęczony, 
proszę odpocząć, ja pojadę wolno — prosiła Stefcia. — Nie, pani, jeszcze nie 
czas, muszę je uspokoić, aż będą jak baranki. Teraz nie pani im, ale one pani 
podyktowałyby warunki. — Będę silnie trzymała, zobaczy pan. Pochylił się nad nią 
z uśmiechem. — Niech się "dzidzi" nie upiera. Stefcia oniemiała. — Waldy, po 
jakiemu ty nazywasz pannę Stefanię? — zawołała oburzona Lucia. — To po 
australsku, stosowane z powiedzeniem w Honolulu — zauważyła ironicznie Stefcia. 
— W każdym razie ta nazwa ze złośliwością nie licuje — odpowiedział rozdrażniony 
Waldemar. Stefcia zagryzła wargi. — Pokłóćcie się państwo! już tak dawno nie 
słyszałam tego — wołała Lucia. — Siedź tam cicho, mała, i uważaj, abyś nie 
wypadła, bo puszczam konie. Stefcia spojrzała na niego z prośbą w oczach i 
szepnęła błagalnie: — Nie, nie, one takie rozhukane. Znowu poniosą. Waldemar 
popatrzał na nią długo spod lekko zmrużonych powiek. — A "dzidzi"... będzie 
grzeczne? — zapytał przeciągle. Zaśmiała się. — Będę, tylko proszę o lejce. 
Stefcia znowu powoziła, a Waldemar, patrząc na nią, rozcierał zmęczone dłonie. 
Rozpędzony amerykan wpadł w bramę pałacową, gdy pani Idalia siedziała z ojcem w 
otwartym oknie jego gabinetu. Mając słaby wzrok, nie poznała jadących. — Papo! 
ktoś jedzie do nas. Pan Maciej wyjrzał i zdziwił się. — Waldemar jedzie! — Ależ 
jakieś panie także. — Lucia i Stefcia, nawet ona powozi. Widocznie spotkał je i 
zabrał. Konie stanęły. Stangret zjawił się jak spod ziemi. Wszyscy troje 
wyskoczyli ze śmiechem. Panny pobiegły do siebie. Waldemar wszedł do gabinetu. 
Po pierwszych przywitaniach pan Maciej zapytał: — Gdzieżeście tak pomęczyli 
konie? Jak z wody wyjęte. — Trochę się nam rozhukały muzy. — Co? nosiły! — 
krzyknęła pani Idalia. — Niech się ciocia nie boi, wszystko dobrze. Najlepszy 
dowód, żeśmy cali. — Lucia musiała się przestraszyć. — Toteż krzyczała jak 
najęta. — A czy wiesz, że mamy dziś solenizantkę? — spytał pan Maciej, patrząc 
na swe buty. — Dlatego przyjechałem — odrzekł Waldemar nieco szorstko. — I na 
wiązanie nakarmiłeś ją strachem — śmiała się baronowa. Pan Maciej pochylił 
głowę. Niespodziewany przyjazd wnuka i jego słowa zaniepokoiły go. Pani Idalia 
podchwyciła: — A propos! chciałabym dziś zrobić jaką przyjemność Stefci, żeby ją 
trochę zabawić. Cóż tak na mnie patrzysz, Waldy?... W przechadzce swej zatrzymał 
się na środku pokoju i stał, patrząc ze zdumieniem na ciotkę. — Co cię tak 
dziwi, Waldy? — powtórzyła. — Troskliwość cioci względem panny Stefanii. Coś 
niesłychanego! Mówił wzruszając ramionami, ale widocznie zrobiły mu przyjemność 
słowa ciotki. Ożywił się znacznie. — "Tiens"! ja ją bardzo lubię — mówiła 
baronowa. — Ona ma w sobie coś takiego, co mimo woli bierze. Miałam dziś 
prawdziwy kłopot, co jej ofiarować, no i wybrałam sześć tomów Heinego "En luxe" 
(fr. — w luksusowym wydaniu). Chyba dosyć, prawda? — A czy wszystkie kartki były 
w tych tomach? — Co ty pleciesz, Waldy? — O nic! w ciocinych tomach to się 
zdarza periodycznie. Autorowie w postaci pojedynczych kartek wychodzą sobie na 
świat Boży niby na wilegiaturę. Sam widziałem kidyś, jak się Bourget bił z 
Szekspirem na dywanach w buduarze cioci. Rochefoucauld, Dickens, Zola podróżują 
sobie razem pod konsole, kanapy, aż je lokaj w końcu pakuje do kosza i w 
przykładnej zgodzie idą na całopalenie. Pan Maciej zaczął się śmiać, ale 
baronowa obraziła się. — Zawsze jesteś nieznośny! — rzekła wstając. Waldemar 
podskoczył i zatrzymał ją, mówiąc ze śmiechem: — Ciociu, no już dobrze! Nie moja 
wina, że autorzy cioci są tak żywego temperamentu. Mniejsza o nich! Radźmy teraz 
nad rozrywką dla panny Stefanii. — Radź sobie sam — rzekła nachmurzona. Waldemar 
porwał ją wpół i okręcił parę razy w tempie walca. — "Voyons, Waldy, tu es fou!" 
(fr. — Co robisz... oszalałeś!). Co cię wprawiło w taki humor? — Sześć tomów 
HCheinego "en, luxe" i ciocia... która jest dziś cudowna! Pani Idalia śmiała 
się, ale jej ojciec sposępniał. Zrozumiał, czym nie lubiana zwykle ciotka ujęła 
Waldemara. Siadano do stołu, gdy lokaj oznajmił pannę Ritę. Wbiegła 
roztrzepiotana, wesoła i nie uważając na nikogo, rzuciła się do Stefci z 
życzeniami. Bez ceremonii ucałowała ją serdecznie. — Całe snopy życzeń wiozłam 
dla pani — wołała wstrząsając rękoma Stefci. — Ja myślałem, że pani przynajmniej 
z jakim Anglikiem wystąpi? Co tam same życzenia! — żartował ordynat. — A pan 
może swego Apolla ofiarował? — zagadnęła z komicznym zaciekawieniem. — Ja? cóż 
ja? — tłumaczył się wzruszając ramionami. — Nie ofiarował pan Apolla? To wstyd, 
panie! — Apolla nie, ale cztery muzy miałam dziś w ręku — śmiała się 
solenizantka. — Które tak były tym zachwycone, że aż ponosiły. — Niech pan nie 
żartuje. — JesteM jak na sanskryckim kazaniu — wołała Rita. Stefcia opowiedziała 
jej przygodę rannego spaceru. — A gdzież jest pani "attach~e"? (fr. — 
asystujący, nadskakujący) — spytał Waldemar. Panna Rita rozejrzała się. — 
Trestka? Jak to, nie ma go tu jeszcze? Wszyscy się zaśmiali. Podczas obiadu Rita 
mówiła do Stefci: — Moja ciocia przysyła pani pełno życzeń. Nawet Dobrzysia śle 
pani ukłony, choć ją mało zna. — Chyba wcale. Któż to taki? — spytała Stefcia. — 
Dama do towarzystwa cioci. — Ach, prawda! zapomniałam. — Bajeczna Dobrzysia z 
bajeczną twarzą, bo ma wąsy i brodę — żartował Waldemar. — NIech pan nie kpi, to 
wielka pańska przyjaciółka, wiecznie pana chce swatać. — Z taką samą z wąsami? — 
Nie, ale z Bar...ską. Waldemar ściągnął brwi, lecz odpowiedział ze śmiechem: — 
Przedstawię jej innego kandydata. Panna Rita parsknęła krótkim śmiechem i 
zaczęła znowu trzepać: — Dla pana nie wiozę nic od księżnej, bo nie wiedziałam, 
że go tu zastanę. — Dziś obowiązkowo. — Przecież pan jest nieprzyjacielem 
wszelkich "szopek imieninowych". — Są okoliczności, w których to określenie nie 
ma zastosowania. — A! za... pewne!... Obiad przeszedł wesoło. Pod koniec zjawił 
się nieodzowny Trestka, powitany żartami i wybuchem wesołości. Grano w tenisa. 
Stefcia z Trestką przegrali partię przeciw Waldemarowi i pannie Ricie. Wówczas 
partnerzy zmienili się. Waldemar stanął obok Stefci, mówiąc coś do niej z 
zajęciem. Trestka, patrząc na nich, szepnął do sąsiadki: — Żałuję, że nie mam 
aparatu. Zdjąłbym ich w obecnym stadium. — Następne może być ciekawsze — 
brzmiała głucha odpowiedź. — Nie sądzę. — Dlaczego? — "~Ca n.ira pas plis haut" 
(fr. — To wyżej nie pójdzie). Panna Rita roześmiała się głośno. — To dowodzi, że 
nie znasz pan ordynata. Ale ja go znam i... wiele przeczuwam. Wtem ordynat 
zawołał: — Zaczynajmy! Co tam spiskujecie? — Odzwierciedlamy was — rzekł 
Trestka. — Pod każdym względem — dodała Rita. Waldemar pokazywał Stefci 
uszkodzoną rakietę, nie słyszeli więc ostatnich słów. Trestka podszedł bliżej do 
panny Rity i spytał poważnie: — Pani mówi: pod każdym względem? Tam panuje 
obopólna harmonia. Czy mogę to wziąć za nadzieję?... Zaśmiała się ironicznie. — 
Pan przecież nie wierzy w stałość tamtej harmonii. — Dla pani gotówem uwierzyć, 
a nawet dopomóc. — Obejdą się bez tego! — Więc żadnej nadziei?... — Nudny pan 
jesteś. Proszę ciskać piłkę. Plac tenisowy nie nadaje się do podobnych 
rozczulań. Trestka odstąpił z nową nadzieją, ale chmurny. Na ordynata rzucił złe 
spojrzenie, jakby mówiąc: "To przez ciebie". Wieczorem zebrali się wszyscy w 
małym saloniku pani Idalii na poufnej rozmowie. Pan Maciej opowiadał kilka 
wydarzeń wybitniejszych ze swej młodości, spędzonej w wojsku polskim. Nie 
poruszał osobistej historii... Zaledwie kilku słowami napomknął o tym, co się 
wówczas w jego sercu działo. Wszyscy słuchali w skupieniu. Jakiś cichy, 
patriarchalny nastrój, zapanował w gronie tych ludzi, nieczęsty gość w pałacu. 
Słuchając dziejów starca, każdy myślał o sobie, co go czeka w życiu? jakie 
koleje zejdą się, aby utworzyć tę sieć, po której stąpać będzie? jakie struny 
zadźwięczą na utworzenie tonów jego istnienia? Czy przeznaczone im są świeże 
poranki, tchnące szczęściem i majową wonią, czy smętniejsze wieczory z bladym 
księżycem spokoju, czy upalne dnie walk lub chłosty zimnych wichrów losu. 
Uroczysty nastrój spłynął tu niespodziany, a silny. Biały starzec panował nad 
pochylonymi głowami słuchaczy. Słowa jego wbijały się do ich dusz, znajdując 
oddźwięk w sercach. Jakieś oddalone echa walk, wielkich myśli, patriotycznych 
zapałów, tragedii wzniecały dreszcze niepokojące i w oczy ciskały iskry. Ci 
ludzie nie mieli teraz nazwisk, tytułów, ale jednakową krew, kipiącą warem. 
Łączył ich serdeczny prąd miłości dla ojczyzny, jej dziejowe dramaty napełniały 
dusze smutkiem. Wszyscy obecnie byli dziećmi swego kraju, którego rany bolały 
ich jak własne — więcej: jak rany konającej matki. Etykieta znikła, kryjąc się w 
bogatych oponach i rzeźbach ścian. Na miejsce jej sfrunął cichy anioł pokoju, 
łącząc tych ludzi jakby w jedną rodzinę, skupioną pod skrzydłami siwego starca; 
poruszał im jedne tętna w piersi, napełniał jedną nadzieją i myślami niemal 
jednakimi, bo wszyscy, choć może w odmienny sposób, odczuwali te same 
pragnienia, ten sam głód szczęścia. Pod natłokiem pokrewnych uczuć zdawali się 
zmieniać powierzchownie. Pani Idalia, surowa zwolenniczka etykiety, nie uważała, 
że Lucia siedzi na dywanie z głową opartą na kolanach Stefci, że Stefcia, 
zasłuchana, ma rozluźnione włosy, a Waldemar, siedząc blisko niej, zamyślony, 
bawi się kwiatkiem wypadłym z włosów dziewczyny. Nie widziała, że panna Rita 
oparła łokcie na stoliku, chowając w dłoniach bladą twarz, że Trestka podniósł 
głowę do góry w niebywały sposób i zagłębiony w fotelu, szukał na suficie gwiazd 
nadziei, skąpionych mu na ziemi. Spokój i różność chwili, tak daleki od 
codziennej, przyćmił w nICH mAGNACKIE pIęTNO, wIELKOść uSUNąŁ rAZEM z eTYKIETą w 
bOGACTWO oTOCZENIA. Wśród przepychu zebrana gromadka przypominała szczęśliwą 
rodzinę, zebraną w skromnym dworku szlacheckim, wśród bielonych ścian i zapachu 
rezedy, płynącego z doniczek u okna, gdzie w takie ciche wieczory stary ojciec 
opowiada baśnie przy akompaniamencie ćwierkania świerszczów i szumu starych 
grusz nad strzechą słomianą. Jedynie raził wykwint ubiorów. Tylko grupa Stefci i 
Luci nie psuła harmonii. Obie w białych, gładkich sukniach, z kwiatami we 
włosach, mogły się nadawać do wyniosłych ścian pałacu, jak i do niskich 
wiejskiego dworku. Wtem zaszeleściała aksamitna kotara i w tę cichą grupę ludzi 
wpadł nagle służbowy głos kamerdynera, jak huczne uderzenie w trąby tam, gdzie 
melodyjnie dźwięczała fujarka: — Proszę jaśnie państwa, kolacja podana! Cichy 
obraz wiejskiego dworku zniknął, wygalowany kamerdyner przypomniał pałac, 
obudził wielkość magnacką. Etykieta wypełzła na widownię. Pierwsza pani Idalia 
ocknęła się i podała jej rękę. Wstała, elegancko zgarniając suknię, i wzrokiem 
krytycznym obrzuciła niedbałe pozy wszystkich. — Moi państwo, obudźcie się, 
idziemy do stołu! — zawołała z lekką ironią. Pan Maciej podniósł się z 
westchnieniem, żałując minionej chwili. Lucia pod wzrokiem matki zerwała się 
zaróżowiona, Stefcia poprawiała włosy. Trestka nerwowo nasadzał binokle. Wstając 
spojrzał boleśnie na Ritę. Ona, odjąwszy ręce od twarzy, rzuciła powłóczyście 
oczyma na Waldemara. Gdy wszedł kamerdyner, Waldemar zmiął kwiatek w ręku i 
mruknął przez zęby: — NIech cię diabli!... TEraz był zły na panią Idalię, a gdy 
powtórzyła: "Obudźcie się państwo" — zacisnął usta i szepnął: — Wściekła baba! W 
ten sposób witał powracającą etykietę w osobie pani Idalii. Po kolacji nikt nie 
miał ochoty na weselszą zabawę. Panna Rita i Trestka odjechali wkrótce. Nawet 
Waldemar nie chciał nocować. Pojechał do domu w usposobieniu mrocznym, ale z 
przebłyskami jutrzenki w duszy. XXIII Nad wielkim jeziorem w Słodkowcach 
zaczynała się rozciągać niewyraźNa przędza świtu. Woda leżała we śnie, milcząca, 
przybita ciszą w naturze. Gęsta mgła łączyła mleczną powierzchnię jeziora z 
takim samym kolorytem nieba. Nigdzie głosu, żaden oddech nie znamionował życia. 
Słaba pomroka ranna wchłaniała w siebie coraz więcej jasnyxh pasem. Poczynający 
się dzień w zaraniu zapowiadał pogodę. Niewidoczną była jeszcze, ale wyczutą. O 
słońcu, że się ma ukazać, szemrało coś w białej mgle. Niewidoczne laufry różanej 
jutrzenki wirowały wśród szarych pasem; gdzie przeszły z radosną nowiną, tam 
robiło się jaśniej. Gdy w locie dotknęły wody, fala leciutko błysnęła 
zmatowionym srebrem. Złoto, drogie kamienie miały przyjść potem, tymczasem 
spokojne błyski srebra zapowiadały przyszłe bogactwo fali. Moment dokonywanego 
aktu w naturze, mistyczna chwila budzenia się poranku roztaczała poważną ciszę. 
Ożywić naturę mogły tylko głosy, zlane z nią, spojone nie rozdzielnie: rozgwary 
ptasie i brzęczące korowody owadów. Ale rojne te gminy trwały jeszcze w 
uśpieniu. Zaledwie gdzieniegdzie wśród gałęzi zatrzepotały skrzydła budzącego 
się ptaszka, gdzieniegdzie lekkie bzyknięcie świadczyło, że powstający brzask 
wpełznął w zaciszne skrytki kory na drzewach, w zwinięte listki i w małe norki 
na piasku lub w trawie. Czasem wśród drzew zakwilił cichy głos, jakby obudzony 
ptak poziewał, strzepując resztkę snu z powiek. Ale z wolna tych kwileń i bzykań 
było coraz więcej. Świat się ocknął, w nieruchomym powietrzu zadrgało coś, 
zakręciło się, wionęło. To wstająca jutrzenka wysłała lekkie podmuchy różanych 
piersi na rozpędzenie mglistych pasem, szarych włókien snujących się nad wodą, 
powtulanych w kępy drzew. Żwawe, rześkie oddechy spełniały swe zadanie. Jak 
dzwonek sygnaturki kościelnej porusza pobożnych, nagląc do modlitwy, tak tu i 
tam kręcące się prądy rozsuwały czystą jasność dnia, budziły rozmarzone snem 
ptaki, motyle, nieprzejrzaną mgłę muszek i komarów. Szare włókna, wysłańcy 
świtu, uciekając przed wysłańcami dnia, przypadały do ziemi, wsiąkały w trawę i 
drzewa, zamieniając się w gęstą wilgoć, jakby w łzy żalu za tak krótkim 
panowaniem. Lekkie podmuchy rozpanoszyły się wszechwładnie. W przejrzystym 
powietrzu nad wodą igrały swobodnie raźne, wesołe. Jednolitość nieba i wody 
znikła, przedzielał ją teraz duży szmat żółtego ugoru za jeziorem i widna z 
daleka czarna aksamitka lasu. Woda marszczyła się w drobniutką łuskę srebrną, 
coraz bardziej szlifowaną, coraz jaśniejszą, aż nagle sypnęły na nią cudne, 
różowe perły uriańskie i potop mieniących się opali. Niebo powitało jutrzenkę 
rumianą, złocistą, młodą i wyspaną, świeżą i uśmiechniętą. Świat stanął jak w 
złotej koronie. Delikatny róż rozbłysł na drgających listkach drzew, przesunął 
się na posępnych czubach świerków, zalśnił atłasem na żółtym ugorze, czarną 
wstęgą lasu owinął różowo_błękitnawą niepochwytną iluzją. Śliczna jutrzenka szła 
w górę nieba, rozsypując dokoła snopy promieni z boskich oczu. Świeciła, mieniła 
się, kąpała w wodzie, krasząc ją swym rumieńcem. Świat zdumiał się! Chwilę stał 
oniemiały z zachwytu, po czym zerwał się dokoła głośny szum pochwalny. Drzewa 
poruszyły czubami, zakołysały się liście, sypiąc roje różnobarwnych motyli. 
Zaintonowało kilka donośnych głosów ptasich i wnet zagrzmiała cała lutnia 
hucznie, wesoło, tryumfująco! Wrzask ptaków, brzęk muszek i komarów, plusk 
wystrojonej fali — wszystko krzyczało, podając sobie wzajemnie wieść radosną: — 
Różowa pani na niebie... prowadzi słońce... Dzień, dzień! pogoda, radość! I 
hymny przepojone szczęściem leciały ku niebu wysoko, a musiano je tam słyszeć, 
bo jasny strop nieba stawał się coraz błękitniejszym. Niebo uśmiechało się do 
ziemi, a ziemia, śpiewając, słała również swe uśmiechy. Nagle po opalowej fali 
popłynęła rzeka roztopionego złota, złotem zaświeciły drzewa, złoto sypało się w 
powietrzu. Wzeszło słońce! piękne, majestatyczne, szczerozłote! Wrzawa powstała 
jeszcze większa, lutnia ptasia rozigrała się. Szczebioty, śmiechy, świsty, 
fruwania napełniły przestwory powietrzne, bijąc w złoty pył, którym przesiąkły, 
jak w kastaniety. Wołania rwały się w górę. — Słońce, słońce, król nasz! Dzwońmy 
mu, śpiewajmy, niech świeci, niech grzeje, niech złoci. Król! Król! A wspaniała, 
oślepiająca blaskiem tarcza królewskiego majestatu wznosiła się w górę poważnie, 
wolno, rozrzucając na ziemię miliardy iskier i błogosławiąc. "Urbi et orbi"! 
(łac. — Miastu i światu!) Stefcia spuściła głowę na piersi. Uśmiech radosny 
znikł z jej twarzy. Jakby na przekorę roześmianej naturze, dziewczyna 
posmutniała. Siedziała na kamiennej ławeczce nad brzegiem jeziora, wtulonej w 
zwoje brzóz. W nocy spać nie mogła i jeszcze przed świtem, w zupełnej pomroce, 
wyszła cicho z pałacu i przybiegła tu, na brzeg jeziora. Myślała o słońcu, czy 
wzejdzie... Jej wieczór imieninowy zostawił coś niezatartego w jej duszy i 
myślach. Odczuwała, że jasność ta wschodzi w nią z innej, równie rozbudzonej 
światłości. Wiedziała, że jest świt, lecz jakiego dnia? Czy wzejdzie słońce, czy 
chmurny połysk stali? Ogarnęło ją zamyślenie i trwoga. Powoli mroki nikły i jej 
twarz jaśniała, w oczach coraz więcej błyszczało iskier, w duszy nadziei. 
Nieruchoma, zapatrzona i zasłuchana w głosy natury od samego ich poczęcia, 
wchłaniała w siebie tyle barw, tyle złota, ile ich brała fala i kryształ 
powietrza. Aż rozjaśniła się promiennie, uroczyście. Słońce wzeszło! Razem z 
lutnią ptasią i ona wznosiła pieśni, choć milczące, ale równie piękne. Natura 
powtarzała to, co się działo w jej duszy. — Słońce, słońce! Czy dla mnie?... 
Znak zapytania zawisnął chmurą na świetlnym obrazie. Słońce wzeszło, brzmiały 
hymny radosne... Ale czy dla niej?... czy dla niej?... XXIV Wystawa! Magiczne 
słowo, ściągające do środowisk ludzkich — jeszcze więcej ludzi, do zbiorników 
cywilizacji, wyczynów kultury — jeszcze więcej dowodów pomysłowości ludzkiej i 
genialnych zdobyczy wiedzy. Rojne ulice wielkiego miasta wypełniły się 
podwójnie, w hotelach brakło mieszkań, w ogrodach, restauracjach, cukierniach — 
wszędzie brzmiał niezwykły gwar. Na dworcu kolejowym ruch ześrodkowywał się. Co 
chwila wpadały pod halę pociągi wypełnione publiką. Głównie jednak znać było 
zwiększenie przyjezdnych w pierwszej i drugiej klasie. Trzecia pozostała 
jednakowo pełna, bez różnicy. Czasem wysiadł ktoś z zielonego wagonu, dążący 
również na wystawę, jakiś skromny wystawca lub kupiec inwentarza, mający dużo 
pieniędzy, a mało wymagań. Takich, którzy by jechali na wystawę dla 
przyjemności, tu się nie spotykało: do nich należały niebieskie i żółte bilety. 
Niezwykły, świąteczny charakter przybrało miasto. Dopomagała do tego śliczna 
pogoda. Wrzesień całe swe złoto jesienne sypał na strojne ulice, ogrody i 
przybrany we flagi plac wystawowy — ciskał gorące, jasne smugi na twarze i 
stroje zebranych tłumów. Środkiem głównej ulicy jechało wspaniałe lando, 
zaprzężone w cztery czarne, piękne araby. Uprząż lśniła od lakierów i nabijanych 
brązów. Stangret i lokaj w pysznej liberii wyglądali typowo. W głębi, na 
ciemnokarmazynowych poduszkach landa siedział Waldemar, wytworny, ubrany z pełną 
smaku elgancją. Często zdejmował kapelusz na powitanie znakomych lub oddawał 
ukłony. Strojny zaprząg i strojna postać właściciela robiła wrażenie; na 
chodnikach rozległy się pytania i odpowiedzi uświadomionych: — Czyje to 
konie?... Kto to jedzie?... — To z Głębowicz. Ordynat Michorowski. — TEn magnat? 
On ma najwspanialszą stajnię na wystawie. Waldemar jechał na kolej, gdzie miał 
spotkać dziadka i panie ze Słodkowic. Na dworcu była już panna Rita, Trestka i 
Wiluś. Ten gorączkowo chodził po peronie w oczekiwaniu pociągu. Trestka żartował 
z niego, że opuścił kursa i tu przyjechał nie na wystawę, ale dla tego pociągu, 
jaki ma nadejść, i że z tęsknoty jest nieprzytomny. Student odcinał się Trestce, 
jak umiał, lecz nie przeczył. Waldemar gryzł wąsy. Drażniło go to. Ale gdy po 
danym sygnale wyszedł na peron i zobaczył Wilusia, który stał na samym brzegu 
asfaltu, wychylony naprzód i wpatrzony w zbliżający się pociąg, nie wytrzymał i 
przechodząc koło niego rzekł z pewną ironią: — Szkoda, że pan z bukietem nie 
wystąpił. Student spojrzał na niego żałośnie, spuścił oczy i poczerwieniał. 
Pociąg wpadł pod halę dworca. Waldemar szedł wolno i przeglądał okna pierwszej 
klasy. W jednym błysnęła twarzyczka Luci, potem ukazali się: pan Maciej i pani 
Idalia. Waldemar zaniepokojony, wskoczył do środka, zanim jeszcze pociąg stanął; 
Stefcia, pochylona nad ławką, zawiązywała jakąś paczkę. Ordynat szybko podszedł 
do niej, podali sobie ręce w milczeniu. Spojrzał głęboko w jej oczy i przycisnął 
do ust jej rękę. Stefcia oblała się rumieńcem jak ogniem. Ten cichy hołd jego 
wstrząsnął nią. Lucia, widząc to, już się nie zdziwiła. Panna Rita, Trestka i 
Wiluś weszli równocześnie. Zaczęły się przywitania i głośna, urywana rozmowa. 
Niedługo potem po głównej ulicy toczyło się znowu lando ordynata, wiozące pana 
Macieja, baronową, Lucię i Wilusia Szeligę. W drugim powozie parokonnym, także z 
Głębowicz, jechała panna Rita ze Stefcią, Waldemar i Trestka. Rita mówiła: — Wie 
pan? moje konie robią wenę. Pańskich nie prześcignęły, ale jednak są na 
wysokości... — Moich koni czy aspiracji pani? — Złośliwy! Do pańskiej stajni 
jeszcze nie dorosłam. — Zabawne zestawienie! — A ja jestem szczęśliwy, żem 
żadnej szkapy nie przyprowadził — rzekł krzykliwie Trestkas. — Tak, to zwiększa 
pańskie szanse — zauważył z uśmiechem Waldemar. — Właśnie o to mi chodziło. 
Panna Rita utkwiła w nich obu ostry wzrok, który jednak nie miał własności 
zabójczych, bo się panowie tylko uśmiechnęli zamiast przestraszyć. — O co to 
panu chodziło? i o jakich to szansach pan mówi, panie ordynacie? Waldemar zrobił 
komicznie poważną minę. — Ja mówiłem o wyścigu hipicznym, łaskawa pani 
sportsmenko. — Jak to? — Bo każdy z nas może wyścig przegrać, a kto koni nie 
posiada, ten ma zawsze szanse wygrania przez to samo, że nie będzie grał. — 
Paradoks! A pan? Trestka był zaskoczony. — Ja? Ja mniej więcej to samo, co 
ordynat. — Mój kochany panie, pozwól sobie na większą odwagę — zaśmiał się 
Waldemar. Panna Rita wzruszyła ramionami i zawołała do Stefci: — Co pani sądzi o 
tych oto panach? — Że są w jakimś konflikcie z panią i że się państwo wzajemnie 
nie rozumiecie. — Ech! nie powiedziała pani tego, czego chciałam. W hotelu 
zebrało się już całe towarzystwo. Po powitaniach i przebraniu się wszyscy zeszli 
do dolnej sali restauracyjnej na śniadanie. Było osób do dwudziestu. Dość ładna, 
lecz nie europejska sala przybrała natychmiast wygląd bardziej zachodni. Księżna 
Podhorecka i Maciej Michorowski nadawali główny ton zebraniu. Waldemar 
uświetniał je; zresztą wszystkie twarze rozpromienione, brzydsze lub 
piękniejsze, ale przeważnie rasowe, miały pewną cechę wyłączną. Gustowne 
uczesania i stroje pań przy mniej lub więcej wytwornych postaciach męskich 
tworzyły całość zupełnie cywilizowaną i bardzo estetyczną. Ale w mieście tym nie 
wszyscy byli oswojeni z towarzystwem tego pokroju, zwłaszcza tak licznym: kilka 
osób, siedzących przy stolikach, po wejściu i rozlokowaniu się patrycjatu 
cichaczem wyszło do drugiej sali. Wesołość zapanowała niezmącona, lecz utrzymana 
w tonie zastosowanym do stylowych postaci głównych: księżnej i pana Macieja. Nie 
przeszkadzało to młodym bawić się z bujną swobodą. Sala, trochę za ciasna i za 
mało wykwintna, nieźle się jednak nadawała do utworzenia całości przygodnie 
wystarczającej. Kieliszki były z mierniejszego kryształu, choć restaurator 
powyciągał, co miał najlepszego, ale wina lały się dobre, a szkło, było 
napełnione klasycznie i przy ożywionej temperaturze, dźwięczy zawsze jednakowo. 
XXV Wszystkie pawilony wystawy brzmiały życiem. Mijały się z sobą rozmaite 
światy, różne sfery, jedną pchane myślą: obejrzenia, co najciekawsze. Ścierały 
się dysputy, największe tłumy dążyły na główny plac do rotundy drobnego 
przemysłu, ubranej w wieńce i chorągiewki, a przy wejściu w cieplarniane 
rośliny. Tam panowała zupełna rzeczpospolita. W dziale wyrobów wełnianych i 
hafciarskich aż mieniło się od jasnych sukien kobiecych. Płeć piękna otaczała 
gromadnie drewniane lalki, na których pozawieszano trofea jednego z pierwszych 
magazynów strojów damskich. W jakimś kącie przyjezdny kupiec sprzedawał jaskrawe 
hafty wschodnie. Tam znowu piętrzyły się koszyki, koszyczki, bombonierki z 
gładkiej i malowanej słomy. Dział stolarski miał kilka pysznych okazów, 
ozdobionych wypalaniem i ręczną malaturą. Wszędzie gwar, huk ludzkiej fali, 
tysiące krzyżujących się rozmów. Często zwiększały hałas próbne pasaże na 
licznie tu wystawionych fortepianach. To amatorzy, próbując instrumentów, 
wygrywali przygodne marsze ku uciesze tłumów. Tam znowu brzęczy pianola lub 
cicho piszczą skrzypce. Szum, zamieszanie, istna wieża Babel. W innych działach 
ciszej. Pawilon pszczelarski w kształcie ula, pawilon rybołówstwa, ogrodnictwa, 
mający w sobie całe drzewa oblepione owocami, kwiaciarstwa i jedwabnictwa, 
wszystkie rojne i gwarne, ale z cechą wyłączną. Tam dążyło więcej starszych pań, 
gospodyń wiejskich. W dziale drobiu ponad głosy ludzkie wzbijały się liczne 
gęgania, gdakania, wrzaski perliczek, przeciągłe krzyki pawi, przy 
akompaniamencie trzepotania skrzydeł. Z dalszych klatek dochodziły monotonne, 
poważne chrapania i piskliwe głosiki trzody chlewnej. W pewnym oddaleniu, widne 
z daleka, piętrzyły się kolorowe szyny krajowych fabryk. Głuchy turkot potężnych 
motorów ściągnął specjalistów: płynęły tam przeważnie męskie kapelusze, rozmowy 
prowadzono cichsze, fachowe, jakby te olbrzymie machiny i ruch pasów przytłaczał 
ludzi mimo woli. Tam, pomiędzy innymi, szedł Waldemar Michorowski, prowadząc 
panny, którym objaśniał poszczególne działy. Panna Rita, Stefcia i Lucia niosły 
wiązanki kwiatów, ofiarowane przez ordynata w dziale kwiaciarskim. Stefcia 
dostała pęk żółtych złocieni. Weszły i zatrzymały się oszołomione ogromem 
jakiejś potęgi. Ogromne lokomobile i motory przykuwały wzrok do siebie. Wszystko 
było w ruchu, choć szybkim, jednak z tą charakterystyczną ciszą dobrego 
mechanizmu. Stefcia i Rita nieprędko wyszły spod furkających pasów: obie lubiły 
ten rodzaj wytwórczości ludzkiej, ogarniało je wrażenie siły. Machiny imponowały 
jakby żywe jakieś twory. Waldemar objaśniał. Mówił dobrze, ściśle i ze 
znajomością rzeczy. Dysputował trochę z Trestką i ze specjalistą firmowym. 
Pokazywał, jakich systemów machiny ma w Głębowiczach. Stefcia była zachwycona, 
ale Lucia zaczęła nudzić: — Chodźmy już stąd. Ciągle mi się zdaje, że mi jakiś 
pas zleci na głowę i że rozedrę suknię o te żelastwa. Przeszli do działu 
parowozów i uprzęży. Luci się tu więcej podobało. — Waldy, kup do Słodkowic 
karetę — zawołała. — Do Słodkowic? Przecież są dwie. — Tak, ale twoje, a ja 
chcę, żeby mama miała swoją. — Ma swoje lando i powóz. Jak będziesz wychodziła 
za mąż, to ci karetę angielską zafunduję. — Taką jak w Głębowiczach? — Taką 
samą. Stefcia i panna Rita oglądały damskie siodła. Jedno podobało się 
najwięcej: całe z jasnego zamszu, uzdeczki, naczolniki i pejcz nabijane srebrem, 
czaprak z błękitnego aksamitu, z wyhaftowanym srebrnym szlakiem. Panna Rita 
spytała o cenę. Była bardzo wygórowana, ale Waldemar osądził przeciwnie i siodło 
kupił. — Czy dla przyszłej ordynatowej? — spytała Rita — bo ma pan pyszne siodła 
damskie w Głębowiczach... — To przeznaczam do Słodkowic. — Dla kogo? — Dla panny 
Stefanii. — Ależ ja prawie nie umiem jeździć! — broniła się Stefcia. — Będziemy 
się uczyć. Rita zaśmiała się nerwowo. — Pan jest dziś "un vrai chevalier de la 
g~en~erosit~e!" (fr. — prawdziwy rycerz hojności!). Ofiarował pan Luci karetę, 
pannie Stefanii siodło, niechże pan i o mnie raczy pamiętać. Polecam się 
łaskawym względom. — Dla pani wolę zaraz coś ofiarować — odpowiedział 
zaatakowany wesoło. — Ciekawam! Ordynat odszedł w inną stronę i po chwili wrócił 
z piękną pejczą wytwornej roboty, z rączką oplecioną srebrnym drutem. — Służę 
pani — rzekł oddając ją z ukłonem pannie Ricie. — Dziękuję! Czy to na pana? — 
Ha! jeśli zawinię względem pani. — Zawinił pan, ale, niestety, prawo kary nie 
należy do mnie. Obeszli jeszcze kilka ciekawych działów. Byli w psiarni 
głębowickiej, obsługiwanej przez rój psiarczyków w ciemnożółtych kurtkach, w 
palonych butach i pasach. Na głowach mieli płaskie brązowe czapeczki. Panował 
tam skowyt, harkot, piskliwe ujadanie szczeniąt i moc głosów, po których znawcy 
odróżniają gatunki. Odznaczały się pięknością taksy, psy gończe i charty. Wielki 
dog ordynata, Pandur, chodził swobodnie w ozdobnej, oksydowanym srebrem okutej 
obroży. Gdy weszła Stefcia, pies podbiegł w lwich skokach i poufale wsparł się 
na niej potężnymi łapami. — Jak on panią poznał — szepnął wzruszony tą sceną 
Waldemar. — O! bo my jesteśmy w przyjaźni! — Chodźmy do koni! — zawołała panna 
Rita. W stajniach spotkali znajomych panów. Konie ordynata miały powodzenie. 
Przed stajnią starszy stajenny trzymał za uzdę Apolla, otoczonego gromadką 
znawców. Objaśniał ich główny koniuszy głębowicki z pomocą kilku masztalerzy. 
Inni panowie oglądali klacze, przeprowadzane przez stajennych w ciemnopąsowych 
kurtkach i białych pantalonach; ci mieli czarne lakierowane buty z 
nakolannikami, wysokie kaszkiety ze złotym lampasem i mitrą nad paskiem. Dalej 
stały konie panny Rity, a wśród nich główną uwagę zwracał rosły folblut, anglik 
Buckingham. Rita mówiła, że na tego konia liczy najwięcej. Istotnie dorównywał 
on pięknością folblutom ordynata. Panie, słysząc specjalną rozmowę przy 
stajniach, cofnęły się. Do Waldemara podszedł jakiś wysoki, po sportsmeńsku 
ubrany pan i zdejmując kapelusz, przemówił grzecznie. — Panie ordynacie, 
chcieliśmy zapytać pana o tego ogiera Apolla. Wszak to czysta rasa? — Pełna 
krew, importowany wprost z Arabii jako źrebak. Ale... wybaczy pan, że teraz 
mówić o tym nie mogę: jestem z paniami. — A... przepraszam, bardzo przepraszam! 
— Bliższych szczegółów udzieli panom mój koniuszy i przedstawi papiery Apolla. 
Ale koń nie jest na sprzedaż. Sportsmen dotknął kapelusza i cofnął się z 
ukłonem. Ordynat i panie obejrzeli jeszcze kilka stajen; dochodzili do obór. — 
Czy bydła panie nie są ciekawe? — zapytał Waldemar. — O nie! — zawołała Rita — 
wracajmy do Idalki. Zemdliły ją pewnie te wędliny. Pani Idalia była ekspertką 
wędlin i serów, uproszoną przez komitet wraz z innymi paniami. Hrabina Ćwilecka 
prowadziła ekspertyzę konfitur i win, młoda księżna Podhorecka najrozmaitszych 
wódek, miodów i nalewek. Wszystkie siedziały w obszernym pawilonie wytworów 
wiejskich, ładnie udekorowanym. Towarzyszyło paniom kilku mężczyzn. Baronowa 
próbowała wędlin, podawanych jej na talerzykach z kartkami producentów i 
wygłaszała swe zdania. Dużo przy tym było żartów, ale i czysto spiżarnianej 
rozmowy. Hrabina Ćwilecka spod oka patrzała na Stefcię i na złocienie w jej 
ręku. Gniewał ją ordynat, towarzyszący tej "nieciekawej trójce" — liczyła w to 
pannę Ritę i Lucię. Pani Idalia, ujrzawszy ich, rzekła: — Pewnie się lepiej od 
nas bawicie, bo ja już jestem "horriblement fatigu~ee." (fr. — potwornie 
zmęczona). — Niech panie zmienią wędliny na konfitury, a wujeneczka niech od 
nalewek przejdzie do serów — żartował Waldemar. — Dobra rada! a potem ty nas 
będziesz cucił, bo po takiej zmianie rozchorowałabym się na pewno. — Jakże panie 
znajdują owe produkty? — Są przeważnie wyborne. Zwłaszcza wędliny zasługują na 
uznanie. — To dowodzi, że dobrych gospodyń u nas nie brakuje. Ma to dla kraju 
utylitarne znaczenie. Jeden z panów zwrócił się do Waldemara: — O ile się nie 
mylę, i pan, panie ordeynacie, jest ekspertem. — Tak, panie: narzędzi 
rolniczych, bydła i koni. — I jak pan opiniuje? — Że maszyny i kultywatory nasze 
robią olbrzymie postępy. Wprawdzie nie doścignęły jeszcze zagranicy, ale to wada 
nieustalonego systemu, brak intensywności w wykonaniu. Wina ta ciąży i na 
obywatelach, odbiorcach. Zanadto wierzymy w zagranicę: co zagraniczne, zyskuje 
uznanie, a co nasze, najczęściej ironiczny śmiech. Ale śmiać się łatwo, trudniej 
działać. — Więc pan przeciwny jest maszynom zagranicznym? — spytał ktoś z grupy 
panów. — Bezwarunkowo, ale w naszym kraju. My powinniśmy przede wszystkim dbać o 
to, aby własną glebę uprawiać własnymi narzędziami. Im większy będziemy kładli 
nacisk, tym ta presja da lepsze wyniki. Wówczas nasze fabryki zrozumieją, że 
trzeba postępować, bo jest dla kogo. Zwiększy się zdolność producentów, gdy się 
konsumpcja rozszerzy. Lecz nieprędko to nastąpi, mamy bowiem zbyt wielu 
starowierców Zachodu, którzy są ślepi i głusi na nasz postęp. Wtrąciła się 
hrabina Ćwilecka: — Zapomina pan, że zagranica daje nam to, czego w kraju 
znaleźć nie możemy, każdy zaś woli zagraniczne jedwabie niż miejscowe drelichy. 
— Dobrze! ale niech pani stale kupuje drelichy i rozszerzy ich wytwórczość — 
mówię w przenośni — a z czasem dojdziemy do jedwabiów. Jest to w naszej mocy. — 
Toteż pan stosuje u siebie swoje poglądy, słyszałam — odrzekła z ironią. — Tak, 
stosuję i dobrze na tym wychodzę, a majątki moje choć mają wygląd zupełnie 
europejski, lecz przede wszystkim nasz własny, i tym się cieszę najwięcej. To 
jawny dowód, że przy dobrych chęciach rezultaty być muszą. — Jednak dawniej 
zagranicą pan nie pogardzał, częściej przebywając tam niż tu. — Nie przeczę! Nie 
tylko przebywałem, ale i hulałem tam. Lecz gdyby nie owe lata, nie miałbym dziś 
obecnego poglądu. Hrabina umilkła zaczerwieniona z gniewu. Nie wiedziała już, co 
odpowiedzieć. A panna Rita utkwiła w niej złośliwo_szydercze spojrzenie, które 
hrabinę obezwładniło zupełnie. Waldemar mówił dalej: — Dzięki swym podróżom znam 
główniejsze źródła cywilizacji zachodniej i śmiało twierdzę, że powinniśmy iść z 
nią w zawody, badać pilnie dodatnie strony i stosować je u nas, bo nauka i 
wynalazki są dla wszystkich. Nie powinniśmy tylko oddawać obcym pieniędzy, 
malować się ich farbami, bo to co innego, i to zabija naszą indywidualność. 
Wytwarzajmy u siebie nie surogaty, ale rzeczy doskonałe, a przekonamy się, że i 
u nas głów ani rąk nie zabraknie. Będzie nam brakowało jedynie wytrwałości i 
patriotyzmu, tego zaś nauczyć się możemy w poglądowych lekcjach od Niemców i 
Anglików. Wiele punktów cywilizacji z trudnością da się u nas zastosować, lecz 
motorem do tego kultura i zawsze kultura. Gdy ona stanie się postulatem całego 
narodu, osiągnięcie celu już niedalekie. Trestka obudził się z zamyślenia. — 
Ordynat ma rację. Póty będziemy pogrążeni w ciemnościach, aż elektryczność u nas 
stanieje jak zapałki. Wszyscy wybuchnęli śmiechem. Waldemar zawołał: — Brawo, 
panie Trestka! jesteśmy więc skazani na długie ciemności. Ale domyślam się, 
mówiłeś pan pod przenośnią do oświaty i kultury naszej. Nie świecimy 
elektrycznie, ale i nie zapałkowo; jedynie w pewnych okolicach lud nasz 
poprzestaje na owym mdłym światełku. Źle się wyraziłem. Mniejsza o to! Właściwie 
chciałem powiedzieć co innego, i to o postulatach. Gdyby wszystkie postulaty 
miały doprowadzać do celu, musiałbym dostać złoty medal za swoją oborę, a 
tymczasem przeczuwam, że czeka mnie najwyżej list pochwalny, i to wątpię. — 
Owszem, osiągnąć pan może złoty medal, ale później. HOdowlę prowadzi pan zaledwo 
od paru lat. To za mało! Stefcia szepnęła cicho do Rity: — Pan Trestka ma inne, 
ważniejsze postulaty i również czeka złotej nagrody. — Dostanie, jak zawsze, 
grochową. Trestka zauważył ruch Stefci i domyśliwszy się treści jej słów, kiwnął 
zabawnie głową w jej stronę. — Wiem, co tam pani przeciw mnie knuje, ale to już 
przestaje być moim dążeniem. — Bardzo szczęśliwie, jak dla mnie. Ale i medalu za 
oborę pan nie dostanie. Ja w tym! — Szczęściem nie pani jest ekspertem, tylko 
ordynat. — A propos! jak pan znajduje hodowlę bydła i koni? — spytał znowu 
Waldemara jeden z panów. — Znakomicie! Wśród bydła i koni są okazy 
najróżnorodniejszych ras. Odznaczają się doskonałością linii i świetnym 
utrzymaniem. Tu widoczna intensywność chowu. — A dlaczego pan nie ma obory 
głębowickiej? — Miałem na poprzedniej wystawie w M.. — Pańska obora dostała 
wówczas złoty medal, pamiętam. Dziś za konie i zboża dostanie pan znowu medale, 
a ja pracowałem nad swoją oborą i nic — narzekał Trestka. — Cierpliwości, panie! 
— E! pan też niewiele jej zużył, nie siedzi pan wieki w Głębowiczach. — Ale ma 
miliony i energię — podchwyciła panna Rita. Waldemar z uśmiechem ukłonił się 
jej. — Za ostatnie dziękuję. — Za energię?... To każdy wie! — Tegoroczna wystawa 
ma jednak okazowe działy — ozwał się książę Giersztorf, starszy człowiek, mocno 
już posiwiały. Waldemar poruszył głową. — O tak! bardzo pocieszający fakt i 
obiecujący — rzekł z żywością. — Niektóre działy dowodzą, że nasz krajowy 
przemysł ma wielkie dane do rozwoju, nawet szybkiego. Zdolność w narodzie jest, 
nie zbywa na dobrych chęciach i pomysłowości. Tylko jak zawsze brak szerszej 
kultury ekonomicznej, głównie u niższorzędnych producentów, oraz inicjatywy 
płynącej z wyższych sfer. Potrzebna solidarność, a wyniki na przyszłość 
zapowiadają się bardzo dobrze. Nasze towarzystwo rolnicze powinno się zająć owym 
rozwojem z pomocą obywateli, zachować moralną i ekonomiczną jedność, uświadamiać 
włoćścian. Lecz aby utrzymać podobny system, pożądanym byłoby jak najmniej akcji 
starowierców Zachodu, obracających się do nas plecami i zapatrzonych w geniusz 
obcych narodów. Oni brużdżą, za wiele mają cudzych blasków w oczach, aby patrzeć 
na szarzyznę swego kraju. Książę zatarł ręce. — Zawsze to samo mówię. Jest to 
punkt najważniejszy. Nie może być solidarności tam, gdzie nie wszyscy są 
ożywieni jednym duchem patriotycznym. Zwłaszcza między nami zdarzają się 
najczęściej zachodowcy, całkiem egzotyczni. Ci na nasz kraj nie mogą mieć 
dodatniego wpływu, raczej ujemny, zarażający innych obywateli. Prezes hrabia 
Mortęski jest owiany tym samym duchem. Zresztą człowiek to bardzo wiekowy. 
Towarzystwo wasze rozwinęłoby skrzydła wówczas dopiero, gdy berło oddać w twoje 
ręce, panie ordynacie. Tak dzielnych ludzi jak ty mało mamy w kraju. I książę z 
uznaniem podał rękę Michorowskiemu. On skłonił się, ścisnął dłoń księcia, 
którego bardzo wysoko cenił. — Wdzięczny jestem księciu za jego opinię o mnie, 
ale hrabia Mortęski mógłby jeszcze wiele dobrego zdziałać. To człowiek zdoolny, 
tylko podddający się wpływom. Gdyby inne wpływy, wszystko poszłoby inaczej. 
Księżę mógłby się podjąć tego zadania. — Ja jestem za stary. Gdybym miał takiego 
syna jak pan, wówczas... — Dalszą rozmowę przerwało wejście koniuszego z 
Głębowicz. Był to postawny szlachcic, strojny jak na paradę. Mundur miał 
szamerowany złotem i złote sznury na ramieniu, błyszczące botforty aż za kolana 
z ostrogami, zamszowe białe rękawice i wysoką czapkę z białym pióropuszem. 
Wszedł, ukłonił się po wojskowemu i sprężystym krokiem zbliżył się do Waldemara. 
— Proszę pana ordynata, przyszli do naszych stajen panowie eksperci. — Idę 
natychmiast. Czy kapy z koni pozdejmowane? — Wszystko w porządku. — Dobrze! 
Proszę, niech Badowicz idzie, ja zaraz nadejdę. Koniuszy ukłonił się i wyszedł z 
pawilonu równie majestatycznie, jak wszedł. — No! złoty medalik brzęknie w 
pańskiej stajni — zawołał Trestka. — Któż może wiedzieć? Ale jestem dość pewny 
swych koni. Trestka pokiwał żałośnie głową. — On może być pewny! Po odejściu 
ordynata książę Giersztorf zwrócił się do pań: — Przeszkodziliśmy paniom w 
ekspertyzie, ale z ordynatem rozmawia się tak ciekawie, że chyba i panie nie są 
zbyt poszkodowane? — Odetchnęłyśmy, zawdzięczając panom — rzekła uprzejmie 
baronowa Elzonowska. Książę zacierał ręce. — Ale ordynat! — mówił kręcąc głową. 
— Gdyby nam więcej takich, lecz... Książę machnął ręką w sposób wiele mówiący. 
XXVI Na wielkim placu popisowym, w środku wystawy, zebrały się tłumy publiki. 
Miał być wyścig hipiczny. Dokoła bariery otaczającej hipodrom falował gęsty 
wianek strojów męskich i kobiecych. Poza tym ruchomym i barwnym pasem wznosiły 
się trybuny, udekorowane w festony i chorągiewki. Bliżej wysunięte loże 
błyszczały świetnymi ubiorami pań, szumiąc z lekka gwarem rozmów, przeważnie 
prowadzonych w językach cudzoziemskich. Zebrała się tu sama arystokracja — 
wyborowe towarzystwo, strojne, rozbawione, z pewną odrębną cechą, znamionującą 
wysokie sfery. Spod koronkowych obszyć wysuwały się białe ręce w eleganckich 
rękawiczkach lub obnażone i pokryte klejnotami. W uszach świeciły bralanty, na 
piersiach połyskiwały złote łańcuchy. Pyszne kapelusze wznosiły się dumnie na 
pysznych uczesaniach, Oczy błyszczały, uśmiechały się usta. Pełno było cichych 
rozmów i błyskotliwych dowcipów. Strojne, pachnące i rozbawione loże w ogólnym 
zarysie miały wygląd piękny i spokojniejszy; zagłuszał je huk na innych 
trybunach i ruchoma fala publiki pieszej. Wyścig się rozpoczął. Od stajen 
zbliżały się do startu eleganckie sylwetki jeźdźców na rasowych koniach. Skupiał 
ich przed sobą książę Giersztorf, ubrany w cylinder i długie palto z połami. 
Trzymał on kartę z wyliczeniem nazwisk jeżdżących panów oraz ich wierzchowców i 
według spisu puszczał na tor. Wyjeżdżali po czterech. Konie szły z wdziękiem, 
brały przeszkody z mniejszym lub większym powodzeniem, ogólnie jednakże dobrze. 
Czasem obsunęła się deska z przeszkody, zaczepiona kopytami, ale nim drudi 
jeździec nadjechał, stajenni naprawili barierkę. Orkiestra na osobnej estradzie 
ożywiała i tak już szeroko płynące humory. W jednej z większych lóż znajdowało 
się towarzystwo ze Słodkowic, księżna Podhorecka i Rita, strojna, świetna, ale 
niespokojna. Na jej koniu miał jechać Wiluś. Panna Rita była jak w gorączce. 
Siedziała obok Stefci i zaczęła jej się żalić: — Czy tylko Wiluś dobrze weźmie 
przeszkodę? — Chciałby na pewno, zależy to i od konia — odparła Stefcia. — Dużo 
zależy! zwłaszcza że Wiluś niezbyt świetny jeździec. Przy tym i Buckingham ma 
swe narowy. — Czemuż nie jeździ kto inny? Na przykład pan... — Trestka zapewne? 
O, dziękuję! Znarowiłby mi konia. Zresztą... nie chciałam. A Wiluś uparł się. 
Nauczyłam go tylko, jak ma postępować z Buckinghamem. — Uważajcie, panie, 
ordynat wyjeżdża! — zawołał, wychylając się z następnej loży, baron Weyher. 
Stefcia zwróciła oczy na tor i całą postacią podała się naprzód. Wyglądała 
ślicznie w kremowej sukni i strojnym białym kapeluszu. Nie miała na sobie 
żadnych błyskotek, tylko wpięła do stanika parę herbacianych róż. W innych 
lożach siedzące panie przyglądały się jej natarczywie. Niektóre dziwił poufały 
stosunek jej z panną Ritą, serdeczność pana Macieja, Luci i nawet zwykle mało 
przystępnej pani Idalii. Ta młoda dziewczyna z nazwiskiem nie "z towarzystwa", a 
wesoła, rozmowna, dowcipkująca śmiało z Trestką, który miał sławę zagorzałego 
sferowca, zaciekawiała, nawet gniewała. Była dobrze ubraną, ładną i nie raziła 
niczym prócz nazwiska, lecz to wystarczało, by spoglądać na nią z ukosa. Ale 
Stefcia nie dręczyła się tym. Miała poparcie w licznym gronie z okolicy 
Słodkowic, a że wiele z tych osób uważano powszechnie za najpierwsze w wysokich 
sferach, więc czuła się swobodną pomimo nieprzychylnych spojrzeń innych. Teraz, 
kiedy wychylona z loży spoglądała na tor, nikt na nią nie patrzył. Każdy był 
zajęty tym samym. Od startu ruszyło czterech jeźdźców: Waldemar, Trestka, młody 
Żnin i Brochwicz. Wszyscy na koniach ordynata, on sam na Apollu. W obcisłym 
ubraniu i żółtych sztylpach, w białych rękawiczkach, miał w swej postawie dużo 
klasycznej dzielności przy pewnym zaniedbaniu. Siedział jak przymurowany na 
koniu, z zimną krwią i wielką pewnością siebie. Spokojnie normował 
rozgorączkowanego wierzchowca. Był wspaniały. Trestka siedział i jechał 
pretensjonalnie, klnąc i wciąż majstrując koło binokli. Żnin miał minę znudzoną. 
Brochwicz najwięcej zbliżał się podobieństwem do Waldemara, tylko tamten go 
przewyższał. Bieg się rozpoczął. Chociaż wszyscy czterej równocześnie ruszyli, 
Apollo natychmiast wysunął się naprzód. Brał przeszkody z fantazją, bez trudu, 
jak piłka podrzucana w górę przez rakietę. Przejeżdżając w cwale naprzeciw lóż, 
Waldemar zręcznym ruchem uniósł w górę kapelusz. Odpowiedziało mu gorączkowe 
powiewanie chusteczkami zachwyconych pań. Stefcia ani drgnęła, tylko na twarzy 
jej wykwitły silne kolory i oczy pociemniały od wewnętrznego wrażenia. Podobał 
jej się ten świetny jeździec. Cała jej dusza rwała się do niego, tysiące słów 
wyrywało się na tor, ale usta milczały. Siedząc bez poruszenia, mówiła sobie: 
"Nie można". Tym jeźdźcem był Waldemar Michorowski, ordynat głębowicki, pan z 
panów, magnat jeden z najpierwszych w kraju, noszący starożytne nazwisko, 
opromienione mitrą książęcą w herbie, w aureoli nieprzejrzanych szeregów 
hetmanów, senatorów, kanclerzy i wojewodów. A ona Rudecka — ze starej i dobrej 
szlacheckiej rodziny, z rodziny bez skazy, ale tylko Rudecka. Budził się w niej 
bunt, zadawała sobie pytanie, dlaczego i ona nie może okazywać mu swych 
uwielbień, jak panie z arystokracji. Na trybunach zajmowanych przez 
inteligencję, nie arystokrację, panował również zapał, wzbudzony ukazaniem się 
ordynata, a nawet i w tłumie okalającym hipodrom. Ale Stefcia czuła, że będąc 
tam, szczerzej mogłaby objawiać swe zachwyty. Tu — nie wolno jej... Konie 
obiegły tor dwa razy. Wszystkie przeszkody wzięto dobrze, przed ostatnim biegiem 
Waldemar dał rozkaz podwyższenia barierek. Przebiegając koło startu, porozumiał 
się z towarzyszami. Żnin i Brochwicz przyjęli zmianę, tylko Trestka zląkł się. 
Czy pan jest pewny Salamandry? — zapytał ordynata. — Jej — tak! ale skoro pan 
siebie niepewny... Konie ich rozniosły. Trestka wstydziŁ się pozostać, lecz nie 
ufał sobie. Podwyższone bariery zrobiły wrażenie w lożach. Pan Maciej obawiał 
się wyraźnie, Stefcia drżała, panna Rita była wprost zachwycona. — Ruszyli. 
Waldemar jechał na czele. Pierwszy skok... Dobrze! Apollo przez mgnienie oka 
zawisł w powietrzu, spadł lekko na ziemię i pomknął raźno. Druga przeszkoda... 
dobrze! Trzecia, czwarta... Doskonale! Apollo szarżował dzielnie, pierwszy 
dopadł do startu. Książę Giersztorf winszował, z lóż brzmiały brawa. Wszystkie 
konie ordynata popisały się dobrze, ale najlepszym jeźdźcem był sam ordynat: 
potrafił kierować wierzchowcem swobodnie i zręcznie. Apollo fruwał nad barierami 
lekko, bez wysiłku. Żnin i Brochwicz przesadzali sztywniej. Trestka na 
Salamandrze, ślicznej gniadej wierzchówce ze Słodkowic, jadący na końcu, 
zaczepiał o każdą barierę, gdyż ściągał nadmiernie cugle, widocznie bojąc się. 
Rasowa klacz cierpiała nad swym upokorzeniem, szła wdzięcznie, płynnie i czuła 
się na siłach zawiśnięcia w powietrzu. Ale obawa jeźdźca udzielała się i jej. 
Ściągnięta w pysku, traciła pewność siebie, gorączkowała się, za każdym 
uderzeniem kopyt w deski barierek drżała nerwowo, zdwajając pęd. Przed nową 
przeszkodą wznosiła głowę do góry, jakby z dumą i zapowiedzią, że teraz już 
weźmie, że się wyzbyła lęku, że okaże swe zdolności. Ale Trestka, przestraszony 
widoczną determinacją klaczy, ściągał gwałtownie cugle, zaciskał kolana, i 
kopyta uderzały znowu w deski. Tak dopadł do startu. — Szlachetne zwierzę, ale 
słaby jeździec! — odezwał się dość głośno książę Giersztorf. Waldemar, zły, 
podsunął się do Trestki i rzekł z wymówką: — Panie, trzeba mię było uprzedzić, 
że pan się obawia. Ostatniego biegu mógł pan nie próbować. — Ale ba! wszyscyście 
lecieli na złamanie karku, ja sam cofnąć się miałem? Ta pańska szkapa warta kuli 
w łeb. Myślałem, że mię diabli wezmą. Ja te uderzenia dotąd czuję w głowie. 
Wtrącił się książę "starter": — Klacz dobra, tylko pan nie nadaje się do arabów, 
panie hrabio. Nie trzeba się było afiszować. Mógł pan zresztą jechać na 
folblucie, może angielska krew prędzej pasowałaby do pańskiej gorączki. A tak 
wyszło fiasko! Trestka zrzucił binokle. — Nie mam weny, "c.est s~ur!" (fr. — to 
pewne!". To mię pociesza, że pewno nikt na mnie uwagi nie zwrócił. Byli lepsi! — 
A panna Szeliżanka? — zapytał Brochwicz. — Ech! może nawet nie widziała, że 
jeżdżę. Na drodze do stajen konie musiały iść wolno, gdyż tłumy publiki cisnęły 
się, by lepiej widzieć wracających jeźdźców. Jakaś młoda osoba, nieźle ubrana i 
przystojna, patrzała chciwie na ordynata i w chwili, kiedy koń jego przechodził 
obok, zawołała dość głośno: — Jaki dzielny i jaki piękny! Waldemar, chociaż 
zamyślony, usłyszał i spojrzał na nią z roztargnieniem; widząc zachwycony wzrok 
utkwiony w siebie, uśmiechnął się, zrobił mimowolny ruch ręką do kapelusza, co 
nieznajomą panią zachwyciło jeszcze więcej. A on spoważniał. Przyszło mu na 
myśl: Czy też Stefcia widziała go dobrze i czy jej się podobał. Po czym szepnął 
do siebie w duchu: — Zaczyna interesować mnie własne powodzenie? Nadzwyczajny 
objaw! I lekko wzruszył ramionami. Rozpoczął się nowy bieg. Teraz pomiędzy 
innymi jechał Wiluś na Buckinghamie. Zniżono bariery do dawnej wysokości. Panna 
Rita, stojąc w loży, niespokojna, drżąca, cisnęła przez zęby: — Buckingham 
wziąłby wyższą przeszkodę, ale nie z Wilusiem. Byłoby tak jak z Trestką. Cały 
czas stała wychylona, przed każdym skokiem koni krzywiła twarz, jakby doznając 
fizycznego bólu. Ale bieg udał się. Wiluś przesadzał i jechał śmiało, z dobrą 
miną, rzucając ukośne spojrzenia na lożę, w której siedziała Stefcia. Walczył 
pod jej sztandarem. Gdy bieg się skończył, Rita odetchnęła. — A co! Wiluś "a de 
la chance!" (fr. — ma szczęście!). Trochę mi żal wyższych przeszkód, ale taką 
wysokość mogły brać jedynie konie ordynata, znakomicie trenowane. Weźmie złoty 
medal, bez kwestii. — A pani? — spytała Stefcia. Wtem obok ich loży jakiś młody 
głos kobiecy przemówił po francusku. Jednocześnie rozległ się wesoły, 
kokieteryjny śmiech. Stefcia spojrzała w tę stronę. Młoda panna, wysoka, śniada, 
bardzo piękna brunetka, ubrana strojnie, szła obok lóż w towarzystwie starszego 
pana i dwóch młodszych. W jednym z nich Stefcia poznała księcia Zanieckiego. 
Panna Rita wychyliła się także i z pośpiechem odrzuciła w tył swą pyszną figurę, 
zagryzając wargi. — To Barska z ojcem — szepnęła do Stefci. Obie cofnęły się w 
głąb loży. Hrabianka wstępowała na schody. Pani Idalia witała pierwsza z wielkim 
wylaniem czułości, księżna Podhorecka uprzejmie, lecz poważnie. Lucia chłodno. 
Kilku panów z następnych lóż podniosło się, idąc z powitaniem i szablonowym 
uśmieszkiem na ustach. Hrabianka tryumfowała. Panna Rita nachyliła się do Stefci 
i udając, że nic nie widzi i nie słyszy, mówiła: — Widzi pani ten tłum?... O! 
widzi pani?... Niech się pani nie ogląda... A co, dobrze idą konie?... Proszę 
słuchać, jak się rozczula Idalka... jak dla własnego syna... Piękne konie!... 
Niech się nią nacieszy, ale nic z tego! Ach, ta wystawa!... Stefcia słuchała 
ubawiona i wpadając w ten sam ton, odpowiadała również bez sensu. Obie panny 
miały wygląd bardzo zainteresowany... wystawą. Ale hrabianka, witając się 
podeszła już zbyt blisko. Udawać dłużej było niepodobieństwem, zwłaszcza że 
hrabia Barski zawołał głośno: — "Ah! mademoiselle Marguerite! Bonjour!" (fr. — 
A! panna Margerita! Dzień dobry!) zachwycałem się Buckinghamem. Pyszny koń! 
Panna Rita doskonale udała zdziwienie. — Gdzież hrabia był? Nie widziałam go w 
lożach! — Byliśmy w loży przy trybunie sędziów. Jest i Melania. Otóż i ona. 
Podczas powitania dwóch pań hrabia patrzał z ukosa na Stefcię, nie wiedząc, kto 
to i jak wypada się wobec niej zachować. Ale wybawiła go z kłopotu panna Rita: — 
Hrabia Barski... panna Rudecka. Forma prezentacji sprawiła, że hrabia przywitał 
Stefcię jak osobę "z towarzystwa" — nawet podobała mu się, ale w głowę 
zachodził, skąd ona jest. Zmarszczył brwi i przebiegał myślą Niesieckiego, 
szukając nazwiska Rudeckich. Hrabiankę i Stefcię panna Rita poznajomiła również 
w sposób nie wzbudzający podejrzenia. Hrabianka była wesoła, lecz jakby 
zaskoczona. Nie szperając w NIesieckim jak ojciec, na równi z nim rozmyślała, 
kto to być może. Ją przede wszystkim uroda Stefci dotknęła niemile. Rozmowa 
zaczęła się lekka, uprzejma, z obopólnym zaciekawieniem, lecz małą dozą 
sympatii. Zbliżenie się panów od startu zmieniło ton, hrabianka skierowała ku 
nim całą swą postać, humor, dowcip. Ordynat miał powodzenie. Winszowano mu 
gorliwie, co go jednak nie wzruszało. Z konieczności znalazł się w orszaku 
hrabianki, wciąż przez nią zaczepiany. Trestka usiadł obok Stefci i Rity. — 
Wszyscy chwalą ordynata, mogłyby choć panie mnie pochwalić — rzekł niby żartem, 
ale kwaśno. Panna Rita wzruszyła ramionami. Stefcia zaczęła mu dowodzić, że 
gdyby nie nieszczęsna trema, wszystko byłoby inaczej. — Ale wyglądał pan nieźle 
— zakończyła z komiczną powagą. — Nieźle! dziękuję za łaskę, nie wysadziła się 
pani na komplement. — Bo też nie miałam go na myśli. — Ale za to pani robiła 
wenę. Buckingham mógłby o tym coś powiedzieć, a nawet i Apollo... — A pańska 
Salamandra? — podchwyciła żywo Stefcia. — Salamandra nie darmo nosi swą nazwę: 
żaden płomień jej nie wzruszy. — Tylko dobry jeździec. — "Sapristi!" (fr. — 
Psiakość!) pani zaczyna być gorzką. Zawsze jednak jest pani szczerą, a to wolę 
od fałszywych pochwał, jakimi witała mię hrabianka Paula, mrugając do tego osła 
Weyhera. Do diabła! przecież nie potrzebuję jej protekcji! — Staje się pan 
niemożliwym, panie hrabio. — Pardon! otworzyłem swój codzienny słownik, 
zapominając o obecności pań. Pardon! Hrabia Barski śledził rozmawiających i 
upatrzywszy chwilę, spytał Zanieckiego, poruszeniem brwi wskazując na Stefcię: — 
"Qui est ~ca?" (fr. — Kto to jest?)... — Nauczycielka i "dame de compagnie" (fr. 
— dama do towarzystwa) małej Elzonowskiej, mademoiselle St~ephanie Rudecka. 
Hrabia nasrożył się. Wielkie, okrągłe jego oczy zbielały z oburzenia. — 
Nauczycielka?... A cóż znowu ta Rita? Czy to szykana?... Zaniecki z 
porozumiewawczym uśmieszkiem szepnął do hrabiego: — Jest bardzo dobrze uważana. 
"On l~accepte tr~es bien" (fr. — Przyjmuje się ją bardzo dobrze), szczególnie 
starszy Michorowski... i ordynat. Barski rzucił na Zanieckiego bystre, 
niespokojne spojrzenie. Dumne usta magnata skrzywił ironiczny grymas. — Ja 
uważam, że wszyscy. "Que c.est ridicule!" (fr. — Jakież to śmieszne!). I skąd 
ona jest?... — Córka jakiegoś obywatela z Królestwa. — Ach! więc szlachcic na 
zagrodzie równy wojewodzie? Minęły te czasy, a w rzeczywistości nigdy nie 
istniały. — "Mais elle n.est pas mal?" (fr. — Ale jest niebrzydka?) — "Oui, pass 
mal" (fr. — Tak, niezła). Tylko ta Rita... Hrabia skrzywił się, nie 
dopowiedziawszy myśli, że panna Rita popełniła wielki błąd w prezentacji. Bo 
można mieć wśród siebie wiele osób "innych", zwłaszcza w miejscu publicznym, ale 
trzeba zawsze wiedzieć, kto kim jest. Hrabia zrobił ruch ręką, jakby mówiąc: — 
Nie można zresztą tego wymagać od Szeligów. I wielką swą głowę Barską 
tryumfalnie wzniósł do góry. XXVII Bezpośrednio po wyścigu odbyło się wręczanie 
nagród. Przed ładnym pawilonem wysoki dygnitarz miasta wygłaszał nazwiska 
nagrodzonych wystawców, po czym z odpowiednim przemówieniem rozdawał nagrody. 
Orkiestra wykonywała huczną fanfarę, jakby akompaniament. Konie ordynata 
otrzymały złoty medal, ofiarowany właścicielowi z nadzwyczajną uprzejmością, z 
całą serią miłych słów i uśmiechów. Wysoki dostojnik umiał odpowiednio falować 
swoją postacią i doborem słów. Panna Rita dostała srebrny medal, ocukrzony 
dobrym frazowaniem i uśmiechami już więcej zalotnymi. Skromniejsi wystawcy 
dostawali nagrody w mniej wytwornych ramach, grzecznie, ale bez naddatków. 
Wieczorem, po koncercie i odwiezieniu pań, w wesołej restauracji Hofmana zebrała 
się pewna część panów z magnaterii. Oświetlona sala pełna była dymu z cygar i 
zapachu win. Orkiestra cygańska grała skoczne, dzikie melodie. Brzęk 
kastanietów, targanych przez namiętne dłonie smagłych Hiszpanek, mięszał się z 
krzykliwymi głosami cygańskich śpiewaczek. Barwne stroje, gorejące oczy, wycięte 
staniki kobiet, dowcipy, śmiechy nadawały temu zbiorowisku ludzi wygląd 
przedpiekła. W jednym z gabinetów siedział przy fortepianie Brochwicz i z 
nadzwyczajną gestykulacją wygrywał "Małgorzatkę". Trząsł głową i rozwichrzoną 
czupryną; śmiały mu się ładne, ciemne oczy, białe zęby błyskały wesoło. Nagle 
obejrzaał się i zawołał: — Trestka, do chóru! Młody hrabia podszedł powoli, 
stanął przy fortepianie, umocował binokle i wpatrzony w jeden kąt sali, zrobił 
taki ruch szyją, jakby sobie poprawiał w gardle jakąś ukrytą maszynę. Brochwicz 
roześmiał się. — NO? aparat gotów? — No! no! zaczynaj — burknął uroczysty 
Trestka. Małgorzatko, godna uwielbienia,@ Małgorzatko, nie bądź że z kamienia!@ 
Małgorzatko, mej miłości wierz...@ — Ha! ha! ha! — wybuchnął śmiech ogólny. — 
Cóż znowu? — obejrzał się obrażony Brochwicz. — Do kogo pan to śpiewa, panie 
Trestka? — posypały się pytania. Trestka zaperzył się. — Jak to? śpiewam 
"Małgorzatkę", nie słyszycie, panowie?... — Brawo, panie, brawo! Nie mógł Jurek 
dobrać dla pana stosowniejszego śpiewu. — Albo co? — zdziwił się Brochwicz. 
Nagle wybuchnął śmiechem. — Ach, prawda! Bajecznie! Dalej, Trestka, śpiewajmy. 
Zaczął nucić: — Małgorzatko — Margaritko — Ritko... — Czyś się wściekł? — huknął 
Trestka. — Śpiewałeś pan mniej więcej to samo. Trestka zakręcił się na pięcie. — 
"Sapristi!" — zawołał zły i poszedł w kąt sali, w który się przed chwilą 
wpatrywał. — Powariowali! — mruknął Wiluś Szeliga. Śmiech trwał jeszcze. — 
Gdzież ordynat? Obiecał przecie być — zapytał Żnin. — Spóźnia się. Ha! każdy ma 
swoją Małgorzatkę — zadeklamował Brochwicz. — Daj pan spokój, bo jak usłyszy... 
obejrzał się Żnin. — Natrze wam uszu za siebie i za mnie — mruknął Trestka, ale 
go nie dosłyszano. — Jednak przyznacie, że ta Stefcia ma w sobie diablika. W 
niej coś po prostu goreje — rzekł Brochwicz. Żnin podniósł palec na wysokość 
twarzy i kiwając nim, jakby komuś groził, rzekł z przyciskiem: — To esencjonalna 
dziewczyna, tylko nie bardzo pozwala badać temperaturę swych gorejących oczu. — 
Ale może pozwoliłaby je podnieść — mruknął baron Weyher. — W każdym razie nie 
panu — sarknął Wiluś. — No!... i nie panu także. — Do tej chemii ma najwięcej 
zdolności ordynat. — I szans, proszę dodać. — Moi panowie — dodał Brochwicz — 
uwagi o pannie Stefanii radzę zakończyć przed wejściem Michorowskiego, inaczej 
bowiem w tym gabinecie temperatura może się podnieść do takiej skali, że 
zostaniemy zwęgleni. — Czyż ordynat aż tak jest podniecony? — spytał Zaniecki. — 
"Il l.adore!" (fr. — Uwielbia ją!) przy tym jej duma bierze go na munsztuk. To 
królewiątko w skórze szlacheckiej. — Mimo to nie widzę dla nich dość wyraźnej 
sytuacji. — Michorowski ją sobie sam znajdzie, bez pańskiej pomocy, pomaluje, na 
jaki zechce kolor. — ~A la Pompadour. Prawda? — Nie, prędzej "~a la chapelle!" 
(fr. — w kolorze kaplicy!) Młody książę Giersztorf oburzył się. — Cóż znowu! o 
ile znam pannę Rudecką, ona nie zostanie kochanką ordynata, a znowu Michorowski 
z nią się nie ożeni. — O ile go pan zna? — podchwycił Brochwicz, podnosząc brwi. 
— Na pierwsze się zgadzam, ale drugie już podlega kwestii. Michorowski jest jak 
ogniotrwała kasa sztucznie zamknięta. Otworzyć go bez jego własnej pomocy nie 
zdołamy, tym bardziej zajrzeć, co on w sobie nosi. — Jeżeli jest jak ogniotrwała 
kasa, to powinien wytrzymać pożar oczu Stefci — rzekł Trestka. — Ona go 
przepali! — mruknął Brochwicz. — Niebiańsko cnotliwa, ale w oczach nosi diabła, 
i to z rodziny niebezpieczniejszej, bo z temperamentu. Kokieteryjny diabeł nie 
znalazłby u ordynata poparcia, nawet oddźwięku. Żnin podniósł głowę i pokiwał 
nią w sposób twierdzący, mówiąc z przekonaniem: — O! temperament Stefcia ma, a 
że królewiątko, to lepiej. Największa właśnie rozkosz zdjąć ową koronę. Taka 
detronizacja ma szampańskie własności! Gdybym wiedział, że mi się uda, chciałbym 
zostać bodaj paziem. Czasem skromne posady wynoszą bardzo wysoko... Cóż mię pan 
tak zjada oczyma? — spytał, spostrzegłszy wściekłą minę Wilusia. — Czekam, kiedy 
pan skończy swą tyradę o pannie Stefanii — odrzekł szorstko student. — A cóż to 
panu przeszkadza? Ej, panie Wilhelmie! masz pan minę, jakbyś był moim 
współzawodnikiem w owej obiecanej posadzie. Niech się pan tak nie unosi, bo 
gotowiśmy sądzić, że się pan kocha w pannie Stefanii. Brochwicz podniósł 
ramiona. — Odkrył Amerykę! — zawołał z dowcipną miną. — Pyszny pan jesteś! 
Zapleśniałe prawdy bierzesz za swój wynalazek i jeszcze zastrzegasz czas 
przyszły. Żnin roześmiał się. — Ach, tak! brawo, panie Wilhelmie. Trzeba jednak 
przyznać, że pan ma dobry gust. Jeśli i szanse będą równe... — Cicho!... 
Ordynat!... — szepnął Trestka. Wiluś zaśmiał się ironicznie. — Szukajcie panowie 
nowego tematu do żartów, ten już traci kurs. Waldemar wszedł prędkim, 
elastycznym krokiem i rozejrzał się bystro dookoła. — Cóż, dobrze się bawicie? — 
spytał wesoło. — Nieźle! — zawołał Brochwicz. — Cóż Trestka siedzi jak 
zgalwanizowany? — Obrażony na ekspertów, którzy za jego krowięta i wolęta nie 
obdarzyli go złotym medalem — wołał Brochwicz. Ale Żnin mu przerwał: — Nie, 
powód jest inny. Hrabia Trestka przed chwilą śpiewał: "Małgorzatkę" i treść tego 
utworu pobudziła go do rozmyślań. — Pan śpiewał "Małgorzatkę"? — spytał z 
uśmiechem Michorowski. — Bardzo trafnie! Trestka utkwił w nim żbicze oczy. — A 
pan co robił tak długo? — zapytał. — Ja?... byłem na wystawie. Zachorowała 
Salamandra. Weterynarz mówi, że z przepracowania — dodał Waldemar śmiejąc się. 
Brochwicz klasnął w dłonie. — Ależ naturalnie! Trestka obudził w niej chorobę 
nerwową: dostanie histerii niewątpliwie. Patrząc na nich, jak biegali w wyścigu, 
żałowałem, że nie jestem w skórze tej klaczy; z irytacji zrobiłbym ruch, który 
by wyniósł Trestkę ponad bariery, ba! nawet ponad hipodrom, a dla osłodzenia mu 
tej zniewagi cisnąłbym go w lożę panny Rity. — No, Jurek! daj mu spokój! — rzekł 
Waldemar. — Muszę waszą uwagę zwrócić na pewien fakt z dnia dzisiejszego, który 
mię oburzył. Ale co to! Nie macie wina?... — Prawda! nie pomyśleliśmy jeszcze o 
tym. — Hej, służba! — zawołał ordynat. Zwrócił się do towarzyszy: — Będziecie co 
jeść? Spojrzeli po sobie. — Chyba nie, jesteśmy po kolacji. — Ja jem ostrygi — 
rzekł Brochwicz. — No, ostrygi można i homary. — Ostrygi, homary i szampan! — 
rzekł Waldemar lokajowi. Brochwicz pociągnął Michorowskiego za rękaw i szepnął: 
— Waldy, przyjrzyj się tej bandzie Cyganek. Pikantne, co?... szczególnie ta w 
cekinach: oczy ma jak Wezuwiusze! A Hiszpanki? mnia, mnia! Ho, Hofman popisał 
się, frontowe okazy! Waldemar spojrzał przez pół otwarte drzwi i lekko wzruszył 
ramionami. — Fertyczne papugi — rzekł częstując towarzyszy cygarami. Brochwicz 
rozgniewał się. — Diablo jesteś lakoniczny! Wszedł książę Zaniecki, ojciec, 
hrabia Morykoni, zięć księżnej Podhoreckiej, i książę Franciszek Podhorecki. Za 
nimi majestatycznym krokiem wtoczył się hrabia Barski. Wniesiono szampana, kilku 
panów podeszło do stołu. Ordynat wypił kielich wina i rzucił się na fotel. Palił 
cygaro w milczeniu. Muzyka grała w sali dziko i hucznie. — Wracam do swego — 
rzekł ordynat — czy uważaliście, panowie, dziś, w czasie rozdawania nagród, 
jeden fakt? Co was uderzyło?... — Układna mina gubernatora, gdy ci wręczał 
medale, i zdziwione oczy Trestki, gdy mu nic nie dano — rzekł Brochwicz. — 
Hrabia Trestka dostał pochwalny liścik, o ile wiem — wtrącił książę Zaniecki. — 
Ho! ho! ho! Waldemar puścił kłąb dymu. — Nie żartujcie! Ale fanfary nie zdziwiły 
was?... Książę Giersztorf odwrócił się od stołu. — Fanfary! Owszem! trochę 
zanadto wyróżniały wystawców z tytułami. — Ależ to skandaliczne! — zawołał 
Waldemar i zerwał się z krzesła. — Taka rzecz tolerowaną być nie może. Jest to 
drobnostka, ale już świadczy o stronniczości. Słyszeliście, panowie? Ile razy 
otrzymał nagrodę ktoś z naszej sfery lub nawet z plutokracji, orkiestra głuszyła 
wszystko, fanfary grały długo i dobrze. Gdy zaś kto z przemysłowców, tych 
skromniejszych, z drobnych obywateli lub ktoś z mniej znanych wystawców z 
Warszawy, fanfary ledwo raczyły się odzywać, a zauważyłem, że parę razy milczały 
zupełnie. To wstyd! to wina organizacji! Cóż u diabła! kto słyszał robić takie 
różnice? Albo się jest wystawcą, albo się nim nie jest! Skoro kto odznaczył się 
i dostaje nagrodę, fanfara powinna zagrać tak samo Michorowskiemu, jak i każdemu 
panu Dziurdzialskiemu czy Łapciakiewiczowi. Tu różnic być nie powinno, a były, i 
bardzo krzyczące. Ci wszyscy panowie pokrzywdzeni w tym względzie nie będą się 
skarżyli, bo to niby drobnostka, ale będą szemrali, a dowcipniejsi wezmą nas na 
zęby. Wiedzą, że w komitecie organizacyjnym jest najwięcej członków z naszej 
sfery, a to wygląda na lekceważenie i dla wystawców nie może być zachęcającym. 
Mówiłem o tym prezesowi, ale... Waldemar podniósł brwi. — A co, nieprawda? — 
rzekł młody książę Giersztorf — hrabia Mortęski, zacny skądinąd staruszek, ale 
widzi na metr przed sobą, a słyszy na kilka uncji. Mój ojciec zna go dobrze. 
Michorowski wzruszył ramionami. — To prawda! i przy tym hrabia patrzy w naszą 
sferę jak w lustro, nie uważając na ramy. — Jak to? — spytało parę głosów. — 
Bardzo proste: hrabia popiera wystawców z arystokracji, nie oglądając się na 
innych, których jest więcej, z ziemiaństwa, z przemysłowców, z mieszczan i nawet 
z włościan. My jesteśmy lustrem — dobrze, ale to są nasze ramy: bez nich i 
lustro mniej warte. Bez tych mas nie byłoby nas! A tymczasem zamiast ich 
zachęcić do postępu, to się ich na wystawach dla tego celu organizowanych wprost 
zraża. Taki przykład, fakt, jak z tym włościaninem z Lubelskiego. Że on nie 
dostał srebrnego medalu za swe pszczelnictwo, to jest niesprawiedliwość 
krzycząca, to prawie rozbój! List pochwalny tam, gdzie jak na włościański 
produkt i pomysłowość mógł być złoty medal! To nie zachęca, to odstręcza i tym 
samym zmniejsza postęp. Michorowski podszedł do stołu, strzepnął popiół z cygara 
i wypił znowu kielich szampana. — Ostrygi wyborne! Nie skosztuje pan? — spytał 
Zaniecki. — Dziękuję! — Waldy, zjedz homara... mówię ci, zjedz homara! — nalegał 
Brochwicz. — Ja polecam ostryżki — mówił pan Świrko, stary kawaler i 
pieczeniarz. Włóczył się za arystokracją i nigdy nie opuszczał sposobności, aby 
się dobrze najeść i napić. — Ja polecam ostryżki — mówił schylony nad talerzem — 
tłuściutkie, smaczne, milutkie, prawdziwe pieszczoszki. Niech pan ordynat raczy 
spróbować jedną... o tę, tę figlarkę. Jaka apetyczna, co? Po niej przyjdzie 
ochota na wszystkie. — A dajcież mi spokój z ostrygami! — odrzekł niecierpliwie 
Waldemar. — Jemu się coś stało! On skapcaniał! — wołał podchmielony Brochwicz. 
Książę Zaniecki, który nie pił za dużo wina, ale za to mocno niepokoił się synem 
i jego rozmarzonymi oczyma, podszedł do spacerującego Waldemara. — Pan ma 
słuszność, zbłaźniliśmy się. Ale mówiłem panu już dawniej, że Mortęski to mumia 
— dodał ciszej. — On wierzy tylko w wyższe sfery, sam obracając się w 
najwyższych. — Więc czerpie swą potęgę z zobowiązujących uniformów? Ha!... strój 
wprawdzie błyszczy z daleka, ale to nie zaszczyt. Zbliżył się do nich hrabia 
Barski. — Słówko, panowie! — rzekł z miną, jakby zapowiadał zbombardowanie 
świata. — Słuchałem, co mówił ordynat, i dziwię się. Jednak pewne odróżnienie 
między patrycjatem a plebsem być musi. Mówię o fanfarach, to wielki, według 
mnie, takt dyrektora orkiestry. — Osioł — zmełł w zębach Waldemar. — Co zaś do 
wystawców, wszyscy zostali ocenieni dobrze: nie można zbytnio wysuwać naprzód 
drobniejszych producentów bez zaćmienia większych. — Więc hrabia nie znajduje 
miejsca dla prostej sprawiedliwości, dla bezstronnego sądu? — wybuchnął ordynat. 
— Więc na cóż jest ustanowiona ekspertyza? Wywieśmy n wystawie wielki szyld 
opiewający naszą chwałę i zasługi, a na wytwory niższych producentów nie 
zwracajmy uwagi. Zróbmy już świństwo zupełne, kiedy się do tego dąży. Hrabia 
Barski wzniósł głowę jeszcze wyżej. Zaokrąglone oburzeniem oczy magnata zwróciły 
spojrzenie na twarz Waldemara. Rzekł tonem mentorskim: — Za pozwoleniem! szyld 
my już mamy, nie potrzebujemy go wywieszać. Naszym szyldem jest nasza sfera i 
ona powinna kierować masami. Na wystawie dajemy pole wszystkim producentom, 
możemy ich oceniać i nagradzać, ale... w miarę. — Głupstwo! — mruknął Waldemar. 
— Przyznam się hrabiemu, że niezupełnie rozumiem — rzekł młody Giersztorf. — Czy 
to ma znaczyć, że musimy liczyć się z postępem naszych mas, aby nie dopuścić 
zrównania z nami? — Hrabia widocznie ma na myśli owe ramy lustrzane, jakie 
porównałem do tych mas — rzekł z pyszną miną Michorowski. — One, według 
mniemania hrabiego, rozszerzając się, mogą nas kiedś zdruzgotać. Obawy 
przedwczesne, ale słuszne, bo w kulturze wieków my będziemy się zwężać, oni 
rozrastać, aż nastąpi kataklizm przypominający potop. Zaleją nas te masy, jeśli 
nie będziemy mieli Noego, który by dość wcześnie pomyślał o arce. Ale i tu 
jeszcze w interesie naszym leży uświadamiać masy, szerzyć postęp, zachęcając 
bodaj w drobnostkach. Przez to zasłużymy na wdzięczność potomków naszych, bo 
lepiej być zatopionym w czystej bieżącej wodzie niż w brudnej kałuży. Postępując 
wedle programu hrabiego, nie zyskiwalibyśmy zwolenników, lecz wrogów, co już dla 
nas najmniej pożądane, nawet niebezpieczne. Hrabia patrzał zdumiony, z miną 
pyszałka, który widzi, że jego dzieło toczy robak. Namyślał się nad wyborem 
stosownej broni do zmiażdżenia zuchwałego przeciwnika. Giersztorf uśmiechał się, 
zupełnie zadowolony. Świrko raczył się ostrygami i mówił wywijając palcem: — 
Tak, tak! doskonale! człowiek, co tak potrafi mówić, powinien lubić ostrygi... 
te pieszczotki, te figlarki... — Pozostają zatem dwie alternatywy — rzekł znowu 
ordynat — albo dopomagać do wzrostu niższym producentom i rządzić się 
sprawiedliwością, albo nie urządzać wcale wystaw. — Warunek za silny! — wtrącił 
hrabia Morykoni, podnosząc brwi i pocierarąc dłoń o dłoń, jakby coś w nich 
wałkował. — Połowiczność tu niemożliwa! — zaprzeczył ordynat. — System hrabiego 
Barskiego doprowadziłby sam przez się do unicestwienia wystaw. Bez wytworów i 
udziału tych mas nasze wystawy przypominałyby karnawał, na który zjechalibyśmy 
się z końmi i inwentarzem dla własnego użytku. Zabaw byłoby bez liku, ale nic 
nadto. A nagrody? Zapewne, sypałyby się. Gdybym wystawił swoje stare palto i 
zdeptane kalosze, dostałbym złoty medal na pewno. Brochwicz i Trestka zaczęli 
się śmiać, po czym odezwał się Trestka: — Podoba mi się ten system. Jeśli tak 
łatwo można otrzymać złoty medal, może wówczas i ja nie wyszedłbym z kwitkiem. — 
Pan masz list pochwalny za oborę. — Zdaje mi się, że zawdzięczam go głównie 
łaskawemu ekspertowi. — Nie, panie! gdybyś nie zasługiwał, nie miałbyś nic, ale 
że ci się należał list pochwalny, więc go masz. Gdyby mi ofiarowano złoty medal 
za konie i bydło niesłusznie, wykazałbym to, ale gdyby mi urządzono taką kabałę, 
jak temu włościaninowi z Lubelskiego, tobym nauczył ekspertów lepszego sądu. — 
Ekspertkami pszczelnictwa były panie. — Byli i panowie! Może w tym tkwi cały 
błąd: flirt przeszkodził sprawiedliwości. — Ostry pan! — rzekł śmiejąc się 
książę Zaniecki. — Ale bo tak jest! Każdy zrozumie, kto zechce, że o wiele 
słuszniej należała się wyższa nagroda owemu włościaninowi niż mnie i wielu 
innym. Ja mam pieniądze, wykształcenie i znajomość najnowszej kultury, mogę 
działać intensywnie, on zaś tylko własną pracą, oszczędnością i pomysłowością. 
To różnica! i winna być usprawiedliwiona bez oglądania się na herby, nazwiska i 
stanowiska. Barski dotknął ręką szyi, jakby w przewidywaniu apopleksji, i rzekł 
zdumionym szeptem: — I to mówi Michorowski?... magnat?... Hrabia miał minę tak 
zabawną w swym obrażonym patosie, że Waldemar uśmiechnął się pod wąsem i 
zapalając cygaro, mruknął do siebie: — Ten sam, tylko na szczęście nie zidiociał 
razem z tobą. Hrabia milczał, wpity oczyma w ordynata, wreszcie wybuchnął: — To 
są zdania niesłychane! barbarzyńskie! to bluźnierstwo w ustach arystokraty!... 
Waldemar zaczął się głośno śmiać. POdniósł ręce do góry i udając wzniosłość 
hrabiego zawołał: — Hrabio, litości! twe słowa nas czynią barbarzyńcami. W 
imieniu arystokracji protestuję! Hrabia wstał, uroczysty, ale zdumiony, z 
rozszerzonymi oczyma: — Co?... jak?... "vraiment?" (fr. — naprawdę?)... Waldemar 
śmiał się, nie przestając chodzić. Brochwicz szepnął mu na ucho: — Spójrz! 
Barskiego napadł magnacki szał. To chwila osłupienia, zaraz się wścieknie. 
Starszy książę Zaniecki dotknął ramienia Barskiego i rzekł spokojnie: — 
Zaniechajmy dyskusji! Może kochany hrabia pozwoli wina? I pociągnął zaperzonego 
magnata do stołu. Na widok pełnych kielichów Barski się uspokoił. Ordynat stanął 
i spoglądał na niego, po czym z ironicznym wyrazem ust pokiwał głową. — Wszystko 
się u nas na tym kończy — rzekł z bladym uśmiechem. Kielichy krążyły gęsto. 
Brochwicz trącił w ramię Michorowskiego i Żnina. — Patrzcie na Wilusia! — 
szepnął z zabawną miną. Student stał w półotwartych drzwiach, pochylony naprzód, 
i zjadał oczyma śpiewające Cyganki. Twarz mu zbladła, oczy miał zamglone. Widok 
pięknych szansonistek pochłaniał go; przypatrywał się z ciekawością nowicjusza i 
przyparty do drzwi, z wyciągniętą szyją, wyglądał jak kot zaczajony na myszy. 
Waldemar uśmiechnął się. — Konfiturki, co? Ładny ogródek chwastów! Ale wiluś nie 
słyszał. Brochwicz cicho podsunął się do chłopca i wypchnął go lekko za próg. 
Wiluś, oszołomiony, znalazł się na środku sali. Dwie Cyganki cisnęły nań 
kwiatami, jedna zaczęła tańczyć czardasza. Wiluś miał minę zupełnie ogłupiałą. — 
Ha! ha! — zaśmiał się basem hrabia Barski. Wtórował mu dystyngowanym dyszkantem 
Morykoni. Waldemar skrzywił się. — NO, Jurek! głupstwa robisz. Do czego to 
podobne! Brochwicz zanosił się od śmiechu. — Ależ patrzcie tylko na niego! 
Opędza się jak od much. Nie wiedziałem, że z niego taki skowronek. Trestka 
wprowadził Wilusia z powrotem do gabinetu. Chłopak był więcej oburzony niż zły, 
ale patrzał na Brochwicza chmurnie; miał już w głowie kilka kieliszków wina. — 
Patrzcie! Trestka w roli niańki! — wołał Brochwicz. — Nic dziwnego, przyszły 
szwagierek... — Dajcie mu spokój! Ty, Jurek, jesteś dziś zupełny wariat — mówił 
Michorowski. — Ja chciałem tylko wprowadzić średniowiecznego trubadura do 
lamparciej jaskini, bo mu się widocznie podobała. — I chybiłeś dzięki 
interwencji pana Trestki, no i gołębim instynktom tego pupila — zaśmiał się 
Żnin. — Tak! Trestka bajecznie zna swoje obowiązki — zapewniał Brochwicz. Książę 
Giersztorf podniósł do góry kielich z szampanem. — Panowie! toast na cześć 
dzisiejszych zdobywców nagród, ordynata w pierwszym rzędzie! — Nie można pić: 
brak panny Rity, która jest równie nagrodzona. — Zdrowie panny Rity! W pańskie 
ręce! — zawołał Waldemar do Trestki. — No i za mój list pochwalny wypijcie. — 
Ależ koniecznie! Toasty wznoszono coraz nowe. Na sali muzyka grzmiała. Dzikie, 
namiętne tony czardasza zakipiały w nerwach. Brochwicz wstał i otworzył drzwi 
szeroko. Waldemar chodził po gabinecie z rękoma w kieszeniach, ruchy miał 
niedbałe, trochę gorączkowe. Czardasz zaczął wirować po mózgach, wino robiło 
swoje. Michorowski był trzeźwy, lecz i na niego uderzały niespokojne prądy z 
buchającej gwarem sali. Wiał z niej żar jak z huty. Niebieski dymek z cygar 
unosił się, przesłaniając lekką mgłą światła lamp elektrycznych. Do gabinetu 
wpływał strumień zapachu trunków, zmiętych kwiatów, dusznych perfum. Na sali 
zaczynały się zabawy. Hałaśliwe śmiechy, szepty, śpiew Cyganek znalazły echo w 
gabinecie. Kilka głów odwróciło się do sali, kilku panów podeszło do drzwi. 
Waldemar stanął i patrzał. — Szkic do bachanalii — mruknął poprzez zęby. 
Czarnowłose wulkaniczne Hiszpanki potrząsały kastanietami, ciskając płomienie z 
czarnych jak węgle oczu. Namiętne tony śpiewu szły po sali, drażniąc nerwy. 
Przedpiekle to budziło wstręt, ale postacie barwnych jak motyle kobiet nęciły 
pięknością i plastyką ruchów. Śpiew, muzyka, szmery idące stamtąd, dźwięk 
kastanietów i mdły zapach rozgorączkowanej sali odurzały. Szare źrenice 
Michorowskiego zaiskrzyły się, błysnął w nich ogień, czoło pociemniało namiętną 
falą. Zagrały mu nozdrza, po twarzy przeleciał prąd jak burza. Stał prosty, 
dumny, ale gorąca krew grała już w nim, kipiąc jak war. Uczuł silne tętna w 
żyłach i dziwny ból w skroniach. Postąpił krok naprzód. Ironia się w nim 
odezwała, ale prąd idący z sali porywał silniej. Nagle, niby puch jakiś 
delikatny, niby włókienko błękitnej mgły, przesunęła się przed nim jasna 
twarzyczka Stefci i jej duże ciemnofiołkowe oczy, pysznie ocienione, migotliwe 
jak gwiazdy wśród nocy. Wstrząsnął się... widzenie uleciało. Ale teraz już 
ironia zapanowała wszechwładnie. Twarz jego zmieniła wyraz. Spojrzał na salę 
obojętnie, odwrócił się i wzruszył ramionami. — Zamknij, Jurek, tę budę — rzekł 
z niechęcią. — Co znowu? Tak pięknie śpiewają, takie ładne te Cyganki! Brochwicz 
marudził, lecz Trestka zatrzasnął drzwi z miną bardzo zadowoloną. — Świętoszki! 
— sarknął chłopak zły i rzucił się na kanapę. Michorowski powiódł okiem po 
wszystkich. Świrko drzemał na krześle, trzymając jeszcze w ręce skorupkę 
ostrygi. Giersztorf i Żnin mieli miny podniecone, nawet hrabia Morykoni i Barski 
wpatrzeni byli w drzwi w osłupieniu, jakby im kto nagle złoty obraz zamazał 
sadzą. Książę Zaniecki przyprowadzał do porządku niezbyt przytomnego syna, 
zakłopotany, spotniały. — Popili się czy co? — mruknął do siebie ordynat. 
Jeszcze raz spojrzał na dziwne miny Barskiego i własnego wujaszka i uczuł 
niesmak w ustach. — - Świństwo! — rzekł głośno. Podszedł do kanapy, gdzie 
rozprawiał Brochwicz z Trestką. — Jurek! — zawołał ordynat. Chłopak zerwał się, 
ale usiadł znowu i z milutkim uśmieszkiem wskazał ordynatowi miejsce przy sobie. 
— Na rozkazy... ale pozwól, że nie stanę, bo nie mogę. — Zwariowałeś, Jurek! — 
Jak Boga kocham, nie mogę! W głowie mi się trochę kręci. — Mój drogi, jeżeli 
Świrko może spać, to już mnie choć na zawrót głowy pozwól. — Jedź do domu. — Ani 
myślę! Albo mi tu źle? Opowiem wam zaraz historię, którą sobie właśnie 
przypomniałem. — Cóż to za historia? — podchwycił Trestka. Brochwicz rozparł się 
na kanapie. — Znacie tego poliszynela? — spytał, kładąc ręce pod głowę i 
wyciągając nogi. — Kogo mianowicie?... — Barona Z. — Ach! tego, co kupił 
brylanty aktorce? — To wy już o tym wiecie? — Ba! od dawna. — Od paru dni — 
poprawił Waldemar — bo się to stało na wystawie. Dobrze jednak, że wśród nas 
baron Z. nie ma przyjaciół: za tytuł, jaki mu ofiarowałeś, mógłbyś wpaść w 
kabałę. — Kto by się tam za nim ujął? Ale jak to uważacie? — Uważam, że mimo 
wszystko dobrześ go określił — rzekł Waldemar — baron popełnił głupstwo podwójne 
— raz, że kupił brylanty za bajeczną cenę i nie znając się, przegalopował, a po 
wtóre — nie było dla kogo. — Przeciwnie — rzekł Żnin — szykowna facetka i piękna 
jak odaliska... jak Wenus. — Wenus w skórze prostej awanturnicy, ogródkowej 
szansonistki! słaby gust! — drwił Michorowski. — Mój drogi! nie każdy może sobie 
pozwolić na królewny — rzekł Brochwicz. — Cóż to znaczy? — Nic... to, że baron 
Z. wolał szansonistkę niż królewnę. — Tyś już tęgo pijany! — powiedział ostro 
ordynat. — Bo sami powiedzcie, czego napadacie na biednego barona za to, że mu 
się podobała taka właśnie, a nie inna? — żalił się płaczliwym głosem Brochwicz. 
— Sam go przecie nazwałeś poliszynelem. — Brochwicz jest niepoczytalny — 
zawyrokował Trestka. — Owszem, wiem, co mówię: baron swoim czynem... — Dowiódł 
stopnia swego umysłowego rozwinięcia — dokończył Waldemar. — On ma rozmiękczenie 
mózgu, skompromitował kółko arystokracji, z której pochodzi. Przyjechał, porobił 
znajomości i raz, dwa, trzy — kupił brylanty pierwszej spotkanej baletniczce. 
Jedyną ma zasługę, że będą miały o czym rozprawiać tutejsze dewotki, mocno 
zgorszone jego czynem, o którym jednak wiedzą, jak o każdej nowinie... A 
stanowią one tu osobną, dość liczną kolonię. — Aaa! — ziewnął szeroko Brochwicz. 
— Waldy, teraz wszystko krytykujesz. Dawniej byłeś towarzyszem co się zowie... w 
Paryżu, pamiętasz? Teraz z ciebie filister? — Jurek, zaśpiewaj nam co — 
zaproponował Trestka. — "Małgorzatę", z tobą do chóru. Chcesz?... — Dajże pokój! 
— Śpiewam! — zawołał Brochwicz. Zerwał się z kanapy, dopadł do fortepianu i 
uderzył parę silnych akordów. Pan Świrko poruszył głową. — Tu... tłuściutkie 
kochaneczki... Milutkie — szeptał budząc się. — Ten się uraczył — rzekł ordynat 
i klasnął w dłonie. Wszedł lokaj. Michorowski rzucił mu nanknot i kazał sobie 
podać palto. — Cóż ty, płacisz? Wychodzisz? A my? — wołał zdziwiony Brochwicz. — 
Paradny jesteś, Jurek! Dobranoc panom. — Ja idę z ordynatem — rzekł młody 
Giersztorf. — I ja także! i ja! — zawołało kilka głosów. — No to i ja z wami! 
Czas rzucić tę budę! — krzyknął Brochwicz. Trestka podniósł się także, 
pociągając za sobą zaspanego Wilusia. Po chwili gabinet opustoszał. Kiedy 
przechodzili przez salę, jedna z Hiszpanek zastąpiła drogę Michorowskiemu i 
uderzając w kastaniety, zagrała mu przed oczyma ogniem czarnych źrenic. Ordynat 
odsunął ją szorstko. — Idź precz! — cisnął przez zęby i krzyknął do lokaja: — 
Otwieraj drzwi i pilnuj porządku! Na ulicy stały landa i karety. W najętych 
stangreci prawie wszyscy spali, kiwając się na koźle. Ale Brunon z Głębowicz 
czuwał. Waldemar pożegnał obecnych i rzucił się zdenerwowany na poduszki landa. 
Obok niego usiadł Brochwicz. Gdy konie ruszyły, po długim milczeniu odezwał się 
pierwszy Brochwicz: — Tyś się bajecznie zmienił, Waldy. — Zmieniłem się — jak 
echo odparł ordynat. XXVIII Nazajutrz pani Idalia ze Stefcią i Lucią powracały z 
wystawy landem Waldemara. On sam siedział na przodzie, obok Luci. Gdy wysiedli w 
hotelu, szwajcar podał Stefci zaadresowaną kopertę. Na widok jej dziewczyna 
krzyknęła radośnie: — Od ojca! Rozpieczętowała list, przebiegając go szybko 
oczyma. — Ojciec mój jest w Hotelu Europejskim... Był tu, ale że mnie nie 
zastał... — zająknęła się i spojrzała błagalnie na panią Idalię. — Pani mi 
pozwoli pojechać do ojca? — Owszem, ale na noc pani wróci? — O tak! — Spodziewam 
się, że ojciec pani nas odwiedzi... — Mój powóz zawiezie panią na miejsce — 
rzekł Waldemar. — Dziękuję panu! pojadę dorożką. Stefcia pożegnała pana Macieja 
i Lucię. — Czy stanowczo nie chce pani jechać mymi końmi? — zapytał Waldemar. — 
Stanowczo! Wolę dorożką — odpowiedziała z uśmiechem. — Bardzo taktowna 
dziewczyna — rzekła baronowa do ojca po wyjściu Stefci. — Ale Waldy czasem 
galopuje się. — Jemu wypadało zaproponować, a jej odmówić. Są siebie warci — 
odrzekł pan Maciej. Waldemar odprowadził Stefcię do dorożki. — Panno Stefanio, 
co się z panią dzieje? — zapytał patrząc na jej gorące rumieńce i podniecenie. — 
Jadę na spotkanie ojca — odparła. — Dobrze! ale ja już od kilku dni nie poznaję 
pani. Wystawa dziwnie na panią działa. Stefcia przygryzła usta. — Źle czy 
dobrze? — Przede wszystkim odmiennie. Pani się czymś kłopocze, jakiś niepokój 
panią dręczy... Podniosła na niego zdumione oczy. — Więc przeczułem? Tak? Jakiś 
niepokój?... Nic nie odpowiedziawszy, szybko zbiegła ze schodów. Ściskając jej 
rękę na pożegnanie, szepnął serdecznie: — Proszę być wesołą i... ufać mi. — W 
czym? — zapytała dumnie. Waldemar zmarszczył brwi, iskry zamigotały w jego 
oczach. — Pani wie, tylko pani nie chce zrozumieć — rzekł z przyciskiem. Stefcia 
odetchnęła w dorożce. On odgadł, zrozumiał to, czego się bała najwięcej, co już 
w niej istniało, a co chciała ukrywać nawet przed sobą. Ogarniało ją uczucie 
szczęścia, jakby błądziła wśród łąki, pełnej kwiecia, woni, słońca i błękitów. 
Wiedząc, że błądzi, nie szukała jednak innych dróg. Zaczarowany ogród kwitł 
przed nią, pachniał, pociągał i była pod jego urokiem. Z zamkniętymi oczyma, w 
upojeniu słuchała cudnej nuty, nie myśląc o całości harmonii, nie przewidując 
rozdźwięków. Dawniej lubiła życie, teraz kochała je. Rozwinęła się jak biały 
kwiat pod wpływem słońca, ciepło jego promieni wchłaniając w siebie. Często 
wstrząsał nią dreszcz, jakby wśród tej złotej pogody wionął na nią nagle 
nieprzyjazny prąd, dotknął i znikał, a złote promienie ogrzewały, błękit 
czarował. Oczy dziewczyny nabrały dziwnego blasku, stały się wymowne aż do 
zbytniejh szczerości. Cała postać odzwierciadlała wewnętrzny stan duszy. Usta 
gorzały żywym koralem, jakieś namiętne drgania nieświadomie błądziły po nich, 
potęgując ich czar. Miała w sobie pewien niepokój, aby nie być odczutą, i te 
obawy w połączeniu z rozpromienieniem oczu nadawały jej wygląd podniecony i 
śliczny. — Stefcia! — wykrzyknął radośnie pan Rudecki, zrywając się na widok 
wchodzącej córki. — Ojczuś!... Po długich powitaniach Stefcia wypytywała ojca o 
matkę, młodsze rodzeństwo, dom i sąsiadów. Pan Rudecki przyglądał się jej z 
uradowaniem, ale badawczo. Wreszcie rzekł: — A jakże tam tobie, dziewuszko? 
Listy pisujesz wesołe. Dobrze ci? Stefcia zarzuciła ręce na szyję ojca, kryjąc 
twarz. — Bardzo mi dobrze, ojczusiu! Lucia miła dziewczynka, kochamy się z sobą. 
— No, a pani Elzonowska? A ten wasz ukochany dziadek, którym się tak 
zachwycasz... Jakże on się nazywa? Zawsze zapominam. — Pan Maciej. — Aha! pan 
Maciej Michorowski... Więc on cię tak lubi? — O, dziadzio najlepszy? ale i 
wszyscy oni nie tacy, za jakich często ich biorą. — Bo prawdziwa arystokracja. — 
Tak! to są magnaci pod każdym względem — zawołała Stefcia z zapałem. Pan Rudecki 
odsunął się trochę i z uśmiechem spoglądał na córkę. — Patrzcie! jaka 
zawojowana! Czarodzieje jacyś ci państwo. Ale niech im Bóg szczęści, że się na 
tobie poznali. Wyglądasz ślicznie, jeszcze wyładniałaś. Zachwycałem się tobą na 
wyścigu hipicznym. — Jak to! ojczuś już wtedy był?!... — Byłem! Przyjechałem 
wczoraj rano, ale mając pilne interesa, w żaden sposób nie mogłem się z tobą 
wcześniej zobaczyć, a do tej loży, gdzie siedziałaś, nie chciałem iść. Witałem 
cię z daleka, ale nie dostrzegłaś mię w tłumie. — A gdzie ojczuś siedział? — Ja 
przechodziłem tylko przez plac wystawowy, siadać nie miałem czasu. Zatrzymałem 
się dopiero ujrzawszy ciebie. Byłaś bardzo zajęta wyścigiem. Stefcia zaróżowiła 
się mocno. — Trafiłem właśnie na punkt kulminacyjny: biegały konie z majątków 
ordynata. Ładne ma widać stajnie! A na tym pięknym arabie podobno jeździł sam 
ordynat. — A tak, pan Waldemar na Apollu. — O! dzielny koń, ale i dzielny 
jeździec. Czy on często bywa w Słodkowcach? — Dosyć. Pan Rudecki trochę się 
zamyślił. Stefcia pochyliła głowę, zakłopotana i nagle onieśmielona. Ojciec 
nieznacznie spojrzał na nią kilka razy. Następnie zapytał: — Powiedz mi, 
dziecko: jak to było z Edmundem Prątnickim? W listach niewiele o tym pisałaś. — 
Ach, ojczusiu! to takie przykre! Po co wspominać? — Jednak jak to było? Stefcia 
opowiedziała pokrótce. Mówiąc, mimo woli zapalała się. Pan Rudecki nie spuszczał 
z niej oczu. — Więc głównie ordynat przyczynił się do uwolnienia ciebie od 
obecności tego błazna?... — Tak, ponieważ nie odpowiadał jego wymaganiom. Pan 
Rudecki uśmiechnął się; argument Stefci nie trafił mu do przekonania. Nurtowała 
w nim uparta myśl, czy Prątnicki okazałby się niegodnym Michorowskiemu, gdyby 
Stefcia nie była w to zamieszana, i miał co do tego pewne wątpliwości. Niemniej 
musiał być wdzięcznym ordynatowi. Spacerował po pokoju szybkim krokiem, 
rozmawiając z córką o rzeczach zwykłych, ale ciągle przyglądał jej się z uwagą. 
Stefcię drażnił uporczywy wzrok ojca. Wyraz jego twarzy zastanowił ją, 
odbierając swobodę. Wkradło się pomiędzy nich przykre uczucie. Wreszcie pan 
Rudecki przerwał swą przechadzkę i siadając obok córki, wziął jej rękę. Zaczął 
mówić powoli: — Stefciu, czy wiesz, jakie ja mam polecenie od mamy względem 
ciebie?... — Polecenie od mamy? Jakie? — spytała. — Żeby cię już zabrać do domu. 
Tęskno nam bez ciebie, dziecko. Stefcia znieruchomiała, ognie zalały jej twarz, 
po czym przybladła nagle. Usta jej otworzyły się jakby do krzyku. Szeroko 
otwarte źrenice utkwiła w twarzy ojca niemal z przerażeniem. — Ja... do domu?... 
Ojczusiu!... — Przyjechałem po ciebie — powtórzył pan Rudecki. Dziewczyna 
spuściła głowę. Oczy jej patrzyły na ojca zdumione, wylękłe, aż zakryły się 
powiekami. Na zbladłą nagle twarz padły sinawe cienie od rzęs niezmiernie 
długich. — To niemożliwe! — wyjąknęła. — Dlaczego?... — Bo... z panią Elzonowską 
jest umowa... na rok. Nie można jej łamać... Ja... dałam słowo. — Wierzę, że ona 
chciałaby cię mieć jeszcze dłużej, ale i nam się coś należy. Stefcia gwałtownym 
ruchem przytuliła się do ojca. — Ja wiem, ja wiem, ale, ojczusiu, to niemożebne! 
Co oni by pomyśleli?... Nie, nie, tak nie można. Ojczusiu! przecie ja was bardzo 
kocham, po dawnemu, ale... wracać teraz?... niepodobna!... trzeba dobyć do 
końca. Mówiła gorączkowo, odrywając się od piersi ojca i patrząc mu w oczy z 
błaganiem. Pan Rudecki tulił ją do siebie, ale twarz jego oblekła się wielkim 
niepokojem, podejrzenia nabierały pozorów prawdy. — Biedna mama zmartwi się 
bardzo, ona cię tak serdecznie kocha — rzekł z nietajonym smutkiem. Stefcia 
zerwała się. Twarz miała w ogniu, oczy pałające, zaszklone łzami. Zrobiła rękoma 
ruch, jakby się chciała chwycić za głowę rozpaczliwie. Zacisnęła usta nerwowo. 
Pan Rudecki patrzył na nią z podziwem. — Dziecko, co tobie?... — Nic, ojczusiu, 
nic!... tylko chciałam powiedzieć, że jeśli to dla was... konieczne, to ja 
powrócę, ale... — Stefciu!... Rudecki chwycił ją w ramiona. — Dziecko moje! 
kochane, dobre... ja żartowałem. Zostaniesz na miejscu... nie można zrywać 
umowy, masz słuszność, daliśmy słowo. Chciałem tylko zobaczyć, czy... Zająkał 
się. — Czy kochasz nas zawsze. — Ojczusiu! tyś wątpił? — krzyknęła z oczyma 
pełnymi łez. Ale w jej wykrzykniku brzmiało już trochę tryumfalnej nuty. Zaczęła 
ojca z pieszczotą ściskać za szyję, całować w twarz, w oczy, tulić się do niego 
z widoczną wdzięcznością, nie umiejąc ukryć rozradowania. Poczuła żal do ojca, 
że go wywołał. Serce jej zabiło obawą, że mu sprawiła wielką przykrość, 
serdecznością chciała zagłuszyć niemiłą chwilę. Ale pan Rudecki, jakkolwiek 
odgadł wiele, udawał, że nie widział nic. Po długich rozczuleniach Stefcia 
wpadła w doskonały humor, dokazując po dawnemu. Opowiedziała kilka wesołych 
zdarzeń z teraźniejszego życia, mówiła o wycieczce do Głębowicz, o dowcipach 
Trestki, śmiała się, żartowała, aż i pan Rudecki rozruszał się. Ale patrząc na 
nią, gdy mówiła o arystokracji, myślał w duszy z niepokojem: — Zasmakowała w 
nich, ten świat ją porywa... Dziwni ludzie, że umieją tak wpływać... Czy ludzie, 
czy jeden człowiek?... XXIX Przez dwa dni Stefcia prawie ciągle przebywała z 
ojcem. Razem chodzili, razem jadali obiady. Wieczorem Stefcia wracała do hoteku, 
wpadając w objęcia Luci, która kwaśna i bez humoru, żaliła się na nudy. — Już ja 
bez ciebie nie mogę, tak mi tęskno! Lucia nazywała już Stefcię po imieniu. Węzły 
przyjaźni między nauczycielką i uczennicą w ostatnich czasach mocno się 
zacieśniły. Pewnego dnia pan Rudecki złożył wizytę pani Elzonowskiej i panu 
Maciejowi. Podobał się bardzo. Umiał zachować odpowiednią powagę przy wielkiej 
grzeczności i pewnego rodzaju atencji. Był elegancki, obyty w wyższym 
towarzystwie i miał pewność siebie zupełnie w dobrym guście. Zrobił korzystne 
wrażenie. Pani Idalia znalazła go "jeszcze lepiej" niż przy pierwszym widzeniu w 
Warszawie i przyjmowała nadzwyczaj uprzejmie. Pan Maciej dojrzał w nim wiele 
sympatycznych stron, a trzeźwy, wesoły umysł obywatela podziałał na staruszka 
jak najlepiej. Pan Rudecki jeszcze się za kimś oglądał, lecz Waldemara nie było 
podczas tej wizyty. Ale pan Maciej, jakby odgadując myśli swego gościa, razem z 
panią Elzonowską zaprosił go na drugi dzień na obiad. — Będzie zebrane nasze 
kółko najbliższe i mój wnuk. Chciałbym, aby go pan poznał. Stefcię uradowało 
powodzenie ojca. Obiad nie zachwiał, przeciwnie — wzmocnił wrażenie. Oprócz 
miejscowych osób był Waldemar, księżna, panna Rita z bratem i nieodzowny 
Trestka. Pan Rudecki wyszedł z próby zwycięsko. Przy stole nie obniżył swej 
opinii żadnym szczegółem, nawet wobec argusowych oczek pani Idalii. Z Waldemarem 
przywitali się typowo, z niezupełnie ukrytym zaciekawieniem i wielką dozą 
wzajemnych grzeczności w dobrym stylu. Tylko pani Idalia zmarszczyła się na 
Waldemara za jego powitalny ukłon: z większym szacunkiem nie kłaniał się żadnemu 
ze starszych panów własnej sfery, a niektórym ze znacznie mniejszym. Pan Rudecki 
przez wszytkich był mile przyjęty, nawet Trestka, przekonany do Stefci, powitał 
go bez fanfaronady. Wykwintne towarzystwo i dobra rozmowa rozbudziły w panu 
Rudeckim światowca. Zaczynał lepiej pojmować córkę, zrozumiał, że ta sfera ma w 
sobie jakiś magnes, mimo woli pociągający natury estetyczne; że poza tym, co by 
się o nich dało powiedzieć, nęcą wzrok jak drogie kamienie. Z ordynatem pan 
Rudecki rozmawiał dużo o koniach, wyścigach, trochę o uniwersytetach w Bonn i w 
Halli, wreszcie o wystawie. Ordynat umiał kierować rozmową. Prowadzono ją 
ogólnie i z ożywieniem. Czasem okraszał ją dowcipem dobrego gatunku, czasem 
odrobiną ironii, mającej wyłączny styl. Niekiedy Trestka wyręczał ordynata w 
dowcipach, ale on miał humor inny, więc w klasyczny naastrój wplatał nieco 
burszowską nutę, która jednak nie psuła całości. Szlachcic_obywatel wśród 
magnatów nie raził, zyskiwał sobie ich sympatię i nie miał wyglądu intruza. Jego 
natomiast zaciekawiał najbardziej Waldemar. Młody ordynat imponował mu i 
przyciągał go zarazem. Rudecki był pod wrażeniem jego wielkopańskiej postaci, 
szlachetnej i ujmującej w obejściu. Ale przestraszał go ze względu na córkę. 
Lękał się o nią, bo towarzystwo świetnego magnata uważał za niebezpieczne dla 
Stefci. Czuł, że niemożliwym byłoby, aby dziewczyna pozostała obojętną, aby jej 
nie porwał dziwny urok otaczający ordynata. Sam łatwo zauważył skłonność 
Waldemara do Stefci, niby nieznaczną, ale dość silną, aby upoić ją czarem. Stary 
obywatel zastanowił się, przypomniał sobie rozmowę ze Stefcią w hotelu i teraz, 
widząc ją rozpromienioną jak nigdy, myślał z goryczą w duszy: — Ona już jest w 
upojeniu, już jest pod jego urokiem. Po czym straszna myśl przeszyła mu mózg, bo 
nagle przybladł i spojrzał na ordynata prawie z nienawiścią. Wzrok jego miał w 
sobie grozę. — Czy ty staniesz się niedolą jej życia? — pomyślał. XXX Na raut do 
hrabiego Mortęskiego ordynat przyjechał późno. Obaj z Brochwiczem namawiali 
panią Idalię, aby jechała również, lecz baronowa uparła się: była trochę 
niezdrowa. Księżna Franciszka chciała matkować pannom, ale i Stefcia odmówiła; 
zostały w hotelu. Waldemar, zły, wzruszał ramionami. Brochwicz machnął ręką i 
rzekł z komiczną miną: — Baby się rozkaprysiły. Jedźmy sami. W pałacu hrabiego, 
począwszy od przedsionka, zaczęto napastować ordynata. Wszedł do sali otoczony 
frakami panów, po czym znalazł się w barwnym tłumie strojów kobiecych. Bawił się 
bez zwykłego humoru, ale nie przestał być głównym pulsem zebrania. Książę 
Giersztorf rozpytywał ordynata o filantropijną działalność Towarzystwa. Prezes 
Mortęski zarzucał mu zbytnią krańcowość w przeprowadzaniu reform w Głębowiczach. 
— Pan sieje kulturę zbyt obficie — mówił stary hrabia, trzęsąc siwymi kłaczkami 
włosów. — Tego nigdy za wiele! — bronił się ordynat. — Zresztą niech Głębowicze 
będą rozsadnikiem idei kulturalnej na szerszy okrąg. Hrabia złościł się. 
Giersztorf pytał o programy dalszych działań. — Dlaczego pan Towarzystwa nie 
popycha silniej? Wy tu zaczynacie spać. Ordynat śmiał się ubawiony. — Ależ, 
książę! ja nie jestem premierem w instytucji. — A inicjatywa! inicjatywa?... — 
Daję ją. Mortęski pokiwał palcami. — Wybujała! wybujała!... za górna. — Nic to, 
panie prezesie, polecim! mamy siłę — drażnił się Waldemar. Hrabia i książę nie 
dawali spokoju ordynatowi, aż uwolnił go od nich Brochwicz. — Zabieram 
Michorowskiego z tej sesji na inną, mianowicie do dam — rzekł energicznie. — 
Niewiele on o nie dba! — odparł Giersztorf. — Ale one o niego dbają. Tam jest 
zawsze premierem. — Dokończymy rozmowę potem — powiedział wesoło Waldemar. 
Odchodząc, Brochwicz szepnął mu na ucho: — Obaj ci staruszkowie niewiele już 
wskórają u pań, dlatego nudzą innych. Ale, ale! spotkasz znajomą. — Ja?... 
Kogo?... — Zobaczysz!... Błękitne niebo Italii, Corso rzymskie, ba! nawet ogrody 
Florencji, Ateny, Korfu... — deklamował Brochwicz. — Co ty pleciesz?... 
Brochwicz znikł. Waldemar zdziwiony poszedł dalej. W jakimś gabinecie przysunęła 
się do niego z wyciągniętym nagim ramieniem wysoka szatynka. Spojrzał badawczo i 
drgnął. — Wera?! — Tak, to ja. Pan mię poznał? — Co pani tu robi?... — Jestem 
przejazdem z mężem. Wstąpiłam na raut do hrabiego. Jedziemy do Petersburga. 
Waldemar patrzał na nią z niechęcią i ciekawością. Lekka łuna przemknęła mu 
przez twarz. Margrabina schwyciła go za rękę, piwne powłóczyste źrenice, 
zmysłowe i gorące, przysunęła do jego oczu. Z wąskich ust wypadły namiętne 
słowa: — Mój zawsze! Kocham cię!... Odstąpił krok w tył, usta mu zadrżały 
irytacją. — Wero! nie jesteśmy w Palazzo Silva. Zastanów się! — Zapomniałeś o 
mnie? Zapomniałeś!... Gniew błysnął mu w oczach. — Margrabino, proszę się 
uspokoić — rzekł z naciskiem. Wyprostowała się dumnie, zimne spojrzenie 
przesunęła po jego postaci. — Ja jestem spokojna, tylko chcę panu coś 
powiedzieć. Więcej się w tym czasie nie zobaczymy: jutro jadę. — Słucham — rzekł 
oschle. Wsunęła rękę pod jego ramię i weszła z nim do narożnego gabinetu, 
zamykając drzwi. Ordynat patrzył na nią spod rzęs. Ironiczny uśmieszek drgał mu 
na ustach, oczy zaświeciły humorem. Margrabina stanęła tuż przy nim, dotykając 
go piersią. Obnażone, pachnące ramiona gwałtownie zarzuciła mu na szyję, wargi 
wpiła w jego usta, szepcząc: — Kocham cię zawsze — pragnę cię! Przyjeżdżaj do 
Rzymu, jestem twoja... twoja... bierz mię!... Odsunął ją od siebie trochę 
szorstko. — Wero, nie przypominaj minionych dni. One już są poza 
teraźniejszością. — Zaśniedziałeś w tym kraju. PrzyjeŻdżaj do Palazzo Silva, tam 
u nas, pamiętasz?... paliowy buduar... Ogarniała go coraz mocniej ramionami, 
cisnęła się do niego z palącą siłą pożądania, twarz mu zalewając ognistym 
oddechem. — Wero, to już cztery lata; powinnaś zapomnieć o mnie i o paliowym 
buduarze — rzekł znudzony. — A ty zapomniałeś?... — Prawie. — Więc niech ci się 
przypomni! Patrz, czym nie ta sama? KOcham cię jednakowo, pragnę ciebie i marzę 
o tobie. Patrz!... Odchyliła głowę i mrużąc podłużne oczy, zalotnie błysnęła 
ustami, ukazując szereg białych zębów. — Strojna jesteś — rzekł ordynat. — Jakże 
się miewa książę Tolledo? Margrabina zesztywniała, usta jej zwarły się. — Po co 
o niego pytasz?... — Przypomniał mi się paliowy buduar... wspomnienia stamtąd i 
do niego należą. Wera oderwała ramiona od jego szyi i odeszła parę kroków. 
Waldemar najspokojniej otworzył cygarniczkę i stojąc obok wysmukłej lampy, 
przyćmionej czerwonym jedwabiem, spytał żartobliwie: — Pozwolisz zapalić? — 
Proszę — rzuciła gniewnie. Zapalając, ordynat patrzał na nią, jak odwrócona 
białymi plecami do niego rwała chusteczkę koronkową w zębach. Piękna była i 
wspaniale zbudowana. Michorowski uprzytomnił sobie chwile spędzone z tą kobietą 
w zbytkownym pudełku paliowego buduaru i wzdrygnął się, nie z rozkoszy, lecz z 
dziwnego wstrętu. Usiadł na niskim foteliku, założył swobodnie nogę na nogę i 
puszczając kłąb dymu spytał znowu: — Czy wywiad już skończony? Wera żywo 
podbiegła, ale zatrzymała się, spuściła głowę i rwąc chustkę patrzała mu w oczy 
spod zsuniętych brwi. Jej postać gięła się kokieteryjnie, rozchylone usta 
drżały. Ordynat badał ją wzrokiem. Nareszcie rzekł, strzepując popiół cygara: — 
Widzę, że oduczyłaś się tupać nóżką. A wiesz, że do tej pozy to było 
odpowiednie. Teraz zanadto wyglądasz po pensjonarsku. Wera upadła na otomanę 
obok lampy, ręce podłożyła pod głowę i zaczęła się cicho śmiać. Ciężka materia 
sukni spłynęła na dywan, odsłaniając wytwornie przybrane stopy, złożone z 
wdziękiem. Pierś margrabiny falowała gorączkowo, po ciele jej przelatywały 
płomienie. Gibkim ruchem odwróciła do ordynata głowę i biust i świecąc zębami, 
śmiała się ciągle. Oczy jej ciskały kolące ognie. Ordynat spytał: — Co cię tak 
bawi? — Ha! ha! twoja obojętniść! — Nie wierzysz w nią?... — Ach! nie jestem 
dzieckiem, wiem, żeś ostygł, boś mię nie widział cztery lata. Wy, mężczyźni, 
zawsze jednakowi: wam trzeba nieustannej podniety. — HM! za to wasza wierność 
dorównywa naszej zdradzie, co?... — Jesteś zazdrosny o Tolleda? — Nie. Zresztą 
obecnie powracasz do mnie, wybaczam więc mu jego winy. — Jesteś zbyt pewny 
siebie! Skąd wiesz, że powracam? — Mam cię przecież, dajesz mi nadzieję dość 
niedwuznacznie. — Musiałabym wpierw poznać dokładnie listę mych 
współzawodniczek. Ile ich było po mnie?... — Prawdopodobnie tyle, co przed tobą, 
ale z pewnością mniej niż moich następców w tej kronice buduarowej — rzekł 
cynicznie. Margrabina przeciągnęła się rozkosznie. Prężąc ramiona, mówiła 
rozwlekłym głosem: — Jesteś zawsze wspaniały, tylko palisz jakieś zatrute cygaro 
i ono cię czyni odmiennym niż w Rzymie. Ale ja to rozumiem: ten kraj ochładza. 
Tu nie ma prawdziwie pięknych kobiet chociaż i tu miałeś szanse kolosalne. Znam 
te północne rywalki. Musiały cię znudzić? — Zapewne — odrzekł obojętnie. Wera 
przegięła się bliżej ordynata, poruszając miękko ciałem jak zaspana tygrysica; 
ręką uderzała niecierpliwie po adamaszkowej poduszce otomany. — Jedź na zimę do 
Rzymu, sułtanie mój! Mówiłam, że cię kocham. Pojedziesz?... Ordynat wydął usta z 
lekceważeniem. W źrenicach igrały mu szatanki śmiechu. — Po co?... Gdybym chciał 
pobić Tolleda i odnowić wspomnienia z paliowego buduaru, to... Pochylił się i z 
łobuzerskim uśmieszkiem popatrzył w oczy margrabiny. Ona przymknęła powieki 
oddychając szybko. Stopy jej drżały. — Jestem twoja — szepnęła. — A widzisz! 
Północ cię nie zmroziła. Michorowskiemu zmysły wypełzły na usta. Oczy mrużyły 
się satyrycznie, ale nozdzrza zaczęły wachlować prędkim tempem. Nie poruszył 
się. Patrzył na leżącą okrągłą figurę Wery, na wypukłą jej pierś i różowe ciało; 
burzyła mu się trochę krew. Posiadał tę kobietę, dziś ona jest znowu taka sama, 
oddana mu, zalotna. Tylko chłód jakiś owiewał go teraz mimo wewnętrznej 
gorączki. Margrabina położyła rękę na jego kolanach i zaczęła szeptać: — Lwie 
mój! Pamiętasz?... tak cię nazywałam. "Mon Lion" (fr. — Mój lwie.) Oparła się 
drugą ręką na nim, wisząc półciałem w powietrzu. — Rzuć tę wstrętną lodowatość! 
to mię podnieca. Ale już dosyć! — syknęła przez namiętnie zaciśnięte wargi. Po 
czym rzuciła się w tył jak wąż, wołając z wybuchem: — Nie patrz tak na mnie! 
tyle masz drażniącej ironii!... Przybyło ci stali w oczach, wyglądasz jak lew 
nad ofiarą. Pyszny jesteś, ale straszny!... Ordynat zaśmiał się. Wzgarda 
tryskała z jego głosu. — Uwalniam cię Wero, od swych szponów, ha! ha! ha! Głos 
jego brzmiał dziko. Margrabina wyciągnęła głowę z ciekawością i błyskiem w 
oczach. Rzekła ciszej, niespokojnie: — Ciebie ktoś trzyma... Powiedz, kto 
jest... nową sułtanką?... ona istnieje, czuję to. Ordynat zgniótł cygaro. Miał 
już dosyć. Wstał i podszedł do niej, oczy jego piekły żarem. Były istotnie 
straszne. Usta, wykrzywione ironią, przerażały. — Wero! — zawołał porywczo. 
Margrabina podniosła się, wyciągnęła ramiona. Brylanty na palcach błysnęły 
obfitą zawieją kolorów. Waldemar porwał jej ręce w kostkach i zdusił wściekle. 
Ona opadła na haftowaną poduszkę otomany, mdlejącym głosem szepcąc: — Teraz 
niech nas pokryje mgła... Waldemar pochylił się i rzekł już spokojnie: — Tylko 
panią. Ja odchodzę. Proszę się dobrze bawić w Petersburgu. Puścił ją i odstąpił. 
Wera zerwała się i usiadła. Twarz jej zaszła purpurą. — Odchodzisz?! — Tak. 
Wypaliłem cygaro. Ukłonił się i wyszedł z cichym, ironicznym śmiechem. W sali 
zapytał go młody hrabia Mortęski: — Gdzie moja kuzynka, ordynacie? — Margrabina 
Silva jest w czerwonym gabinecie. Mortęski mrugnął filuternie. — Piękna zawsze, 
prawda?... — Za wiele szminki: to psuje najklasyczniejsze linie — odrzekł 
Waldemar z grymasem. — Cóż pan chce? Czterdziestka! Ordynat odszedł. Młody 
hrabia lisim krokiem podążył w stronę gabinetu. XXXI — Więc ojczuś stanowczo nie 
będzie na koncercie i na balu? — spytała Stefcia pana Rudeckiego w dzień 
wielkiej zabawy. — Nie, dziecko! Jadę do domu jutro, a mam jeszcze bardzo wiele 
interesów. Stefcia nadąsała się. — Ej! tak liczyłam na to. Wolałabym być z 
ojczusiem. Na balu będzie dużo osób nie znanych mi zupełnie i przeważnie z 
arystokracji. — Będą również i obywatele z okolicy, no i główniejsi wystawcy. To 
przecie bal publiczny na jakiś cel, znajdą się na nim i mniej karmazynowi. Czy 
bal odbędzie się bezpośrednio po koncercie? — Tak, i w tej samej sali. My nawet 
na koncercie nie będziemy. Przyjeżdżamy wprost na bal. Pan Rudecki pożegnał się 
z córką do następnego dnia. Chociaż jednak zapowiadał, że na balu nie będzie, 
wybierał się nań w rzeczywistości, ale jako widz z galerii. Chciał zobaczyć 
Stefcię w otoczeniu, któremu niezbyt ufał, aby się jej przypatrzyć z daleka, nie 
będąc widzianym. Dość wcześnie przyszedł na koncert do sali wielkiego hotelu, 
znalazł dobre miejsce w krzesłach i równie dobre na galerii. Wśród publiki 
siedziało wiele pań ubranych po balowemu, lecz z arystokracji nie było nikogo. 
Koncert nie zachwycił pana Rudeckiego, ponieważ znał się na muzyce, a grymasił w 
śpiewie. Ale urządzenie estrady podobało mu się. Był tam brzozowy lasek, 
naturalny, wysłany mchem. Pomiędzy drzewami stały krzesła i pulpity dla 
muzykantów. Zasiadła na nich grupa artystów nie miejscowych, jedynie na czas 
wystawy przybyłych tu z wielkiej stolicy. Pan Rudecki doznał zawodu: sławna 
orkiestra nie zachwyciła go. — Tylko tyle, że huczą, ale, dalibóg, gdzież tu 
melodia? Śpiew i śpiewaczka porwały go jeszcze mniej. Na estradę weszła młoda 
panna, dobrej tuszy, w białej wygorsowanej sukni. Obnażone ramiona wyglądały 
mocno różowo, bez żadnych subtelniejszych odcieni. Na piramidce tych różowości 
piętrzyła się czarna głowa, jak nastroszona czapka angorska. Czarne małe oczki 
świeciły jak ćwieki wbite w bardzo kolorowe tapety. Wyszła podtrzymując suknię i 
złożywszy parę ociężałych, niemiłosiernie wdzięcznych ukłonów, stanęła mnąc w 
ręku zeszyt z nutami. Po czym zaczęła śpiewać z wzniesioną do góry głową. Pan 
Rudecki patrząc na nią doznawał pewnych obaw. Najpierw zdawało mu się, że 
debiutantka nie przetrwa tej próby, bo kolor jej biustu nabierał coraz więcej 
makowej barwy. Przy tym tak się widocznie dławiła, że niektórzy ze słuchaczów 
sięgali do własnych kołnierzyków w przekonaniu, że są za ciasne. Nagle do uszu 
ojca Stefci przysunął twarz jakiś młodzieniec siedzący obok, ale rzekł wcale nie 
szeptem, wskazując oczyma pełne ramiona debiutantki: — Panie, czy to ręce, czy 
łydki? bo nie mogę rozpoznać. I nie czekając na objaśnienie, bardzo kontent z 
siebie i swego dowcipu, zaczął go szerzyć w inną stronę sali. Gdy nareszcie 
piskliwe dławienie się umilkło, wszyscy odetchnęli, jakby zwalając ciężar z 
piersi. To poprzedziło oklaski, których jednak nie skąpiono. Kilka wdzięcznych 
ukłonów — i debiutantka wolno pomiędzy brzozami zaczęła się oddalać, świecąc z 
daleka bielą sukni i rumianym karczkiem, wyciętym w kwadrat. — Co ona będzie 
teraz robiła? — zapytał dowcipny młodzieniec, nie zwracając się wyłącznie do 
niego. — Zapewne weźmie zimną kąpiel — odpowiedział jakiś głos z następnego 
rzędu krzeseł. W czasie ostatniej przerwy wiele osób wyszło na korytarz i 
marmurowe schody, wiodące z kontramarkarni. Zaczynał się już tam 
charakterystyczny ruch przed balem w hotelu. Biegali lokaje, z cukierni wnoszono 
torty i piramidy cukrów na podstawach kryształowych. Wnosili kosze kwiatów do 
ubrania sali. Pan Rudecki, oparty o poręcz schodów, przyglądał się ciekawie. Ten 
wstęp do balu miał w sobie wiele znamienności. Cechował go przede wszystkim 
gorączkowy ruch służby, uwijającej się z gorliwością niemal podniosłą. Rudecki 
pomyślał, że zawsze tak samo niższe klasy pracują dla umilenia zabawy klas 
wyższych, uprzywilejowanych. I chociaż są płatne, jednak często robią to jakby z 
dumą, że ich do tego użyto. Rozmyślania jego przerwał głuchy turkot karety u 
podjazdu. Kilku lokai rzuciło się do drzwi. W kontramarkarni zrobił się większy 
ruch. — Zaczynają się zjeżdżać, trzeba iść na stanowisko — pomyślał pan Rudecki. 
Lecz spojrzał jeszcze na dół. Weszło dwóch panów; rozmawiali ze sobą głośno, 
pozbywając się palt z pomocą służących. — Czy te wycia nie skończone? — rzekł 
jeden z nich, młody, cienki i łysy już. Lokaj zgiął się w ukłonie z 
przymilającym się służbowym uśmiechem. — A nie jeszcze, proszę jaśnie 
wielmożnego hrabiego, choć to już czas... — Nie do ciebie mówię, fagasie — 
syknął jaśnie wielmożny. Lokaj znowu ukłonił się. — Arystokracja! — szepnął do 
siebie pan Rudecki. Dwaj panowie stali przed lustrem, sprawdzając fryzjerską 
robotę na głowie, sztywną białość wielkich plastronów bielizny i 
znudzono_kapryśny wyraz zwiędłych ust, po czym wolno, miarowym krokiem wchodzili 
na schody i przymrużając oczy spoglądali z góry na stojącego obywatela. — To 
ktoś z koncertowej tłuszczy — rzekł do towarzysza łysy hrabia. Pan Rudecki słów 
tych nie słyszał, zobaczył natomiast coś lepszego. Lokaj, który dotąd stał w 
postawie wyczekującej, gdy panowie znikli za drzwiami, zwrócił się gwałtownie w 
ich stronę i pokazał język... ale panu Rudeckiemu. Spostrzegłszy omyłkę, 
śpiesznie się cofnął do kontramarkarni, zupełnie skonfundowany. Pan Rudecki, 
ubawiony tą sceną, poszedł prosto na galerię. Z miejsca swego widział oszklone 
drzwi wchodowe, schody i część górnego korytarza. Ostatni numer koncertu nie 
zajmował go wcale, jak i przeważną liczbę osób siedzących bliżej drzwi. Coraz 
ktoś nowy przyjeżdżał, ruch wzmógł się. Ojciec Stefci, siedząc obok filaru, 
widział wszystko, sam w razie koniecznym mógł, przechyliwszy się za filar, być z 
dołu niewidzialnym. Dotychczas zjawiali się tylko nieznajomi panowie. Jeden z 
nich zatrzymał na sobie dłużej wzrok pana Rudeckiego. Był to człowiek już bardzo 
stary, ale prosty i sztywny, w obcisłym fraku. Twarz miał bladą, jakby woskową, 
na niej odznaczał się duży orli nos i ogromne czarne oczy. Siwe, prawie białe 
włosy miał zaczesane w staroświeckie pukle nad uszyma, wąskie usta, zaciśnięte 
dumnie, wyrażały pychę magnacką. Pan Rudecki wiedział, że jest to Andrzej 
Mortęski, prezes miejscowego towarzystwa rolniczego i dyrektor wystawy. Duma i 
wielkość biły od tej postaci, czyniąc ją niesympatyczną. Obok hrabiego stał 
jakiś niski pan, gruby, czerwony i spocony na twarzy, z ogolonymi wąsami i 
białym zarostem ~a la Moltke. Ręce trzymał założone w tył, z miną, jakby sobie 
nic z nikogo nie robił. Jednak na hrabiego spoglądał pokornie, uśmiech pełen 
uszczęśliwienia nie schodził mu z ust. Gdy hrabia zwracał się do niego, zawsze 
trochę z góry, założone w tył ręce grubego jegomościa odrywały się nagle od 
fraka i tłuste czerwone palce zaczynały gmerać koło dewizki. Z taką uniżonością 
przeginał swą beczkowatą figurę, takie robił układne miny, że pan Rudecki 
patrzył na niego z obrzydzeniem. — Pewnie jakiś młynarz z dóbr hrabiego, bo 
przecie chyba nie obywatel. Koncertu nikt nie słuchał. Zaczęły się zjeżdżać 
panie z arystokracji. Mężczyźni wybiegli do kontramarkarni. Pan Rudecki 
wypatrywał pani Elzonowskiej i Stefci, ale jeszcze nie nadjechały. Przyjechał 
natomiast hrabia Trestka i Wiluś Szeliga. Nowe rzucenie się lokai do drzwi i 
wszedł ordynat Michorowski, prowadząc pana Macieja. Wszyscy panowie poruszyli 
się. Młodzi wyszli aż na schody. Hrabia prezes poważnie posunął naprzód swą 
imponującą postać. Powitanie dwóch starców odbyło się z obopólną atencją, po 
czym już hrabia nie odstąpił pana Macieja, a gruby jegomość z zarostem ~a la 
Moltke odszedł w skromniejsze szeregi męskie. Waldemara otoczyli młodsi panowie. 
Pan Rudecki zza swego filaru pilnie na niego patrzał. Młody ordynat wyglądał już 
inaczej niż na koniu i przy obiedzie, ale może jeszcze świetniej, gdyż 
nieposzlakowany frak uwydatniał zręczną i elegancką jego postać. Miał w sobie 
dużo wielkopańskiego tonu i swobodnej a wytwornej niedbałości w ruchach. 
Wyróżniał się z całego otoczenia. Poznawało się w nim pana bardzo wysokiej krwi, 
nie przeciętnego salonowca. Bal był dla niego, nie on dla balu. Pan Rudecki 
spoglądał na niego i cieszył się, bo lubił panów tego pokroju, co Waldemar. — 
Gdyby wszyscy nasi arystokraci byli podobni, stalibyśmy na szczycie cywilizacji 
— myślał z żalem. Przyjechała starsza księżna Podhorecka, w czarnych 
drogocennych koronkach, i panna Rita. Księżnę prowadził hrabia prezes Mortęski, 
Ritę jakiś pozujący na Anglika młodzieniec, który zręcznie uprzedził Trestkę. 
Baron Weyher wprowadził tryumfalnie kapiącą klejnotami hrabinę Ćwilecką. Za nią 
postępowała sztywno panna Michalina z łysym hrabią, co miał scenę z lokajem, i 
roześmiana Paula, wsparta na ramieniu równie roześmianego towarzysza. Waldemar, 
widocznie zniecierpliwiony, spoglądał na drzwi wchodowe. — Czemu one nie 
przyjeżdżają? — pomyślał pan Rudecki. Wtem zwrócił się do niego jakiś stary pan, 
siedzący obok, i spytał patrząc spod okularów: — Panie, czemu muzyka nie ustaje? 
Bębnią i bębnią, choć nikt nie słucha, a tam arystokracja już wali gremialnie i 
pewno się także złości. — Ktoś tu komuś powinien ustąpić: koncert arystokracji 
czy vice versa — odparł zagadnbięty. — Tymczasem nikt nie ustępuje, ale to 
dowodzi, że ci wszyscy panowie niewiele sobie robią ze sztuki, przy tym są 
niezbyt grzeczni, bo i sami nie słuchają, i innym nie dają. — Zachowują się 
jednak dość cicho, a co do muzyki dzisiejszej, niewarta ona lepszego 
traktowania. — Panie! przecie to sława stolicy i ostatni koncert! — Może być! ja 
się nie zachwycam. — A był pan na poprzednich koncertach? — Nie! — A — ba!... 
Ten wykrzyk przekonał pana Rudeckiego, że nie zawsze ostatni akt równa się 
pierwszemu. Pan w okularach mówił dalej: — Zanim tę salę uprzątną z krzeseł, to 
się biedne panie diabelnie znudzą w buduarach, a my tu na galerii. — To i pan 
przyszedł oglądać bal? — A tak. Ja, panie, po nocach nie sypiam, a nic lepszego 
nie mam do roboty, więc pomyślałem sobie: trzeba popatrzeć, jak to oni tańcują. 
A pan dlaczego tu przyszedł? — Ja? ot, dla zabicia czasu. — A widzi pan! 
Głośniejszy ruch przy drzwiach zwrócił uwagę rozmawiających. Pan Rudecki 
spojrzał i cofnął się za filar. Na schody wchodziła pani Idalia w pysznej 
aksamitnej sukni i w brylantach, prowadzona przez starszego księcia Giersztorfa. 
Waldemar prowadził młodą księżnę Podhorecką. Biała jak śnieg Lucia szła z 
Wilusiem Szeligą. Stefcia, owiana seledynową krepą, świeża jak maj, wspierała 
się na ramieniu Trestki. Pan Rudecki, zaciekawiony, zapomniał o potrzebnej 
ostrożności, wychylił się z galerii, by lepiej widzieć wchodzących. Stefcia 
wydała mu się śliczną. Gdy przechodzili koło grupy mężczyzn, wszystkie głowy 
pochyliły się przed pierwszymi parami. Pani Idalia skinęła głową trochę dumnie, 
a młoda księżna, drobna i ładniutka, z nieopisanym wdziękiem. Na Lucię i Stefcię 
posypało się moc spojrzeń, głównie na Stefcię, bo nie wszyscy ją tu znali. Ale 
Trestka prowadzący dziewczynę robił jej reklamę, miał przy tym bardzo dumną 
minę. W ślad za nimi przyjechali hrabiostwo Barscy. Do hrabianki podbiegł książę 
Zaniecki. Koncert skończył się. Po długich oklaskach zaczęto wychodzić, ale 
jeszcze połowa publiki nie wyszła, a już zgraja lokai wpadła do sali, chwytając 
krzesła i z rumotem wynosząc je na korytarz. Wszczęło się zamieszanie i hałas. 
Zza filarów wyszedł Waldemar, wskazał ręką w kierunku drzwi i zawołał krótko 
spokojnym, lecz stanowczym głosem: — Służba na potem! Teraz proszę tam. Lokaje 
spiesznie cofnęli się obsługiwać odjeżdżających. W sali ucichło. Publika 
wychodziła swobodnie. — Oho! temu nie przytrafi się to, co łysemu hrabiemu — 
pomyślał z zadowoleniem pan Rudecki. A pan w okularach zawołał: — Oto zuch! To 
ordynat, panie... Michorowski z Głębowicz. Ho! Ho! to wielki pan, ale nie taki, 
jak oni wszyscy. — Jak to nie taki? — Bo rozumniejszy od wielu innych. Pan nie 
słyszał o jego dobrach? Jak on prowadzi gospodarstwo, a jaki popularny i ludzki. 
Przy tym patriota: żyje po magnacku, ale dla cudzych — milionów nie trwoni. W 
jego dobrach ludzie żyją jak u pana Boga za piecem i otaczają go prawdziwą 
czcią. Ech! Żeby nam więcej takich, nie oglądalibyśmy się na zagranicę! Pana 
Rudeckiego uderzyło podobieństwo myśli sąsiada do jego własnych. — Czy pan zna 
osobiście ordynata? — spytał. — Osobiście, panie. Ale poznałem go już na 
wystawie, bo mam tu swoje torfy, dreny i rozmaite plany. Ja jestem inżynier, 
panie. A że ordynat jest członkiem komitetu, czynnym przy organizacji, więc 
miałem sposobność rozmawiać z nim przy lokowaniu swoich artykułów. On ma na 
wystawie ogromną stajnię. Dziesięć klaczy różnych ras, ze wszystkich majątków, i 
tego pięknego ogiera, panie, araba czystej krwi, na którym tak dzielnie jeździł 
na wyścigu hipicznym, pewno pan widział? Ma także swoje zboża, psy myśliwskie i 
jeszcze tam coś w dziale myślistwa. — Za konie dostał złoty medal. — Bo też ma 
śliczne. — I psiarnia dostała dobrą nagrodę. On widać ogromnie kulturalnie 
gospodaruje. — I rozumnie, co dziwniejsze, że taki młody człowiek. Ja przecie 
znam dobra głębowickie już za jego własnej administracji. Przedtem hulał, panie, 
po świecie jak Nabab, błyszczał za granicą. Teraz jakoś woli siedzieć w kraju, 
ale o żeniaczce nie słychać, choć mu hrabiankę Barską swatają na gwałt. Pan 
Rudecki zamyślił się. Salę uporządkowano. Ogrodnicy ustawiali kwitnące wazony 
roślin. Posadzka odświeżona błyszczała jak szyba. Nagle z buduaru wyszła Stefcia 
z Lucią i chwyciwszy się za ręce przebiegły wzdłuż sali. Za nimi ukazały się 
dwie panienki w wieku Luci, wątłe i drobne jak laleczki, w białych sukniach, 
uczesane w secesję. Były to księżniczki Podhoreckie, wnuczki księżnej z 
Obronnego. Wszystkie zaczęły wirować po sali. Wesołe śmiechy odbijały się 
srebrnym dźwiękiem o freski ścian i sufitu. Wśród cieplarnianych kwiatów i drzew 
panienki fruwały niby jasne motyle. Stefcia, najwyższa i najsmuklejsza, wodziła 
rej. Obie księżniczki kręciły się z rozradowaniem nowicjuszek, pociągając i 
Lucię, nieco poważniejszą. Nie zwracały najmniejszej uwagi na galerię ani na 
służbę, która się grzecznie cofnęła. Na korytarz wszedł Waldemar, rzucił oczyma 
na salę i wpadł w rozbawione koło dziewczęce. — Waldy! Waldy! — krzyknęły 
księżniczki. — Panienki, kółko! — zawołał wesoło. Porwał rękę Stefci i jednej z 
księżniczek, inne chwyciły się także za ręce i w tempie mazurowym okręcił je 
parę razy dokoła. — Waldy, ty stań w środku i będziesz wróblem, a my będziemy 
śpiewały — wołała zadyszana Lucia. — Nie można, idziemy! — rzekł prędko i 
pociągnął je za sobą, wskazując brwiami pełne galerie. Panienki rozbiegły się 
spłoszone. Waldemar wolno podążył za nimi. Zaczęli się zjeżdżać goście z miasta, 
muzyka zagrała walca, dając hasło do balu. Ale pan Rudecki nie widział 
wchodzących par, tak pochłonęła go drobna scena z panienkami i ordynatem. — 
Wzięli mi ją całą, wsiąkła w nich — powtarzał w myśli i nie bardzo słuchał 
zachwytów sąsiada. — Oto, panie, młódź rozdokazywana! Jakie to były ładne te ich 
piruety. Ale ordynat i do tańca, i do różańca. Z panienek najładniejsza ta 
jasnozielona. Kto to taki? Pewnie także jakaś księżniczka. — Żebyś wiedział, że 
jestem jej ojcem! — pomyślał pan Rudecki z prawdziwą dumą. Bal rozpoczął się 
szumnie, z życiem. Prowadził tańce Waldemar i hrabia Brochwicz z pomocą kilku 
innych. Mieniło się na sali od barwnych strojów pań, przeplatanych czarnymi 
frakami, od przybranych w kwiaty i brylanty głów kobiecych. Wytworna woń perfum, 
kwiaty, powiewanie wachlarzy tworzyło odurzającą atmosferę balową. Błyszczały 
oczy, świeciły klejnoty, nogi w lakierkach i jasnych pantofelkach ślizgały się 
rytmicznie. Wiotkie postacie kobiet, przegięte z wdziękiem na ramionach 
mężczyzn, rozkosznie pochylone głowy miały w sobie jakąś zmysłowość, idącą w 
krew, a estetycznie piękną. Mężczyźni wyglądali zwycięsko, czarne ich ramiona 
obejmowały śmiało gibkie stany tancerek, jakby z energicznym tryumfem. Niektóre 
pary, tańcząc, zdawały się szeptać sobie na ucho tak samo porywające słowa, jak 
rwącym był szumny walc, który je unosił. Waldemar, przetańczywszy z kilku 
pannami z arystokracji, porwał Stefcię w zaklęty wir. I wówczas zrozumiał czar 
tańca. Po raz pierwszy otaczał ramieniem jej smukłą postać i czuł ją tak blisko 
siebie, przechyloną, wdzięczną, oddaną. Trzymał ją silnie i doznawał rozkoszy 
słysząc bicie jej serca. Gorący oddech dziewczyny palił go, jej włosy musnęły mu 
usta. Sam pochylił się nieznacznie, aby dotknąć ich puchu jedwabistego. Oczy 
spod zmrużonych powiek trzymał utkwione w strojnej główce, ozdobionej pękami 
białej koniczyny. Widział obfite rzęsy Stefci i delikatne rumieńce, widział jej 
ładny profil, gorejące usta, białą welinową szyję i ramiona wychylające się z 
seledynowych obsłon krepy. Czar ogarniał go potężnie. Czuł, że i on oddziaływa 
na dziewczynę silnie. Stefcia tańczyła dobrze i lekko, ale była jak 
nieprzytomna. Nie zdawała sobie sprawy z uroku, jaki ją otaczał, czuła się 
szczęśliwą aż do upojenia. Wspaniale oświetlona sala, kwiaty, dobra muzyka — 
olśniły ją, tańczyła z zapamiętaniem, całą duszę wkładając w zabawę. Gdy 
zobaczyła obok siebie Waldemara, ogarnęło ją przerażenie pełne błogości. W jego 
ramionach prawie zdrętwiała, pierś jej rozsadzały uczucia dotąd nie znane. 
Dreszcze niepokojące wstrząsały nią gwałtownie. Nie patrząc czuła, że on 
przepala ją wzrokiem. Unoszona przez niego, lekko i zręcznie płynęła po 
niezmierzonych falach szczęścia. Oboje tańczyli jak artyści. Tak byli wytwrni i 
dobrani, że w tłumie mnóstwa par zaczynali zwracać na siebie uwagę. Upojenie 
ogarnęło ich wichrem, ich taniec stawał się namiętniejszym i trwając za długo, 
przykuwał do siebie oczy baczniejszych widzów. Panu Rudeckiemu łza zakręciła się 
pod powieką, westchnął cicho. Nie mógł oderwać wzroku od pięknej pary, a bolał 
go jednocześnie jej widok. — Wyrwać ją stąd, unieść, zabrać ! — zaszumiało mu w 
głowie. Za późno! Pan Rudecki czuł, że za późno. Chwila przerwy. Szum, gwar, 
poprzedzający ważną chwilę balu, słychać komendę ordynata. Brochwicz zwija się, 
ustawiając pary. Nagle runął na salę huczny, dziarski mazur. Zakipiał spiesznym 
tętnem w sercach, rozgrzał krew w żyłach. Zerwały się, popłynęły wszystkie pary. 
W pierwszej ordynat z młodą hrabiną Wizembergową, córką księcia Giersztorfa, z 
którą ordynata niegdyś swatano. Druga para: hrabianka Barska i książę Zaniecki, 
następnie Trestka z panną Ritą, Brochwicz ze Stefcią, Lucia i młody Żnin. 
Zaroiło się na sali od czwórek. Zapał rósł, kipiała krew tańczących, promieniały 
twarze pań, silne prądy, namiętne dreszcze rosły dokoła. Donośny głos ordynata 
podniecał do życia. Mazur gorętszych wprost porywał za włosy, zniewalał do 
szału, budził entuzjazm. Waldemar, niewyczerpany w pomysłach, układał coraz nowe 
figury. Widząc go tak rozbawionym, pan Maciej dziwił się po cichu, ale pani 
Elzonowska głośno mówiła, że takiej werwy dawno nie widziała u ordynata. — Chyba 
w czasach, gdy hulał po świecie, lecz i wtedy był inny. Mazur trwał długo, ale 
ordynat nie pozwolił mu słabnąć: przerwano go w pełni życia, chociaż wszyscy 
byli już pomęczeni. Sala opustoszała. Większość taneczników poszła do obficie 
zastawionych bufetów, a kółko arystokracji do dolnego gabinetu, gdzie była 
zamówiona osobna kolacja. Do sali balowej wpadła służba, uzbrojona w szczotki, i 
zaczęła odświeżać posadzkę, niby arenę przed nowym występem gladiatorów. Pan 
Rudecki rozpamiętywał swe wrażenia. Dopomagał mu w tym sąsiad w okularach, który 
mówił bez przerwy, robiąc różne uwagi o tancerzach i tancerkach. Z pań chwalił 
najwięcej błękitną, istotnie piękną hrabinę Wizembergową, księżycową pannę Ritę 
i jasnozieloną Stefcię. Tak je nazywał od koloru sukien. W dolnym gabinecie 
bawiono się wybornie. Stefcia miała z jednej strony Trestkę i pannę Ritę, z 
drugiej młodzieńca z monoklem, który się nią ogromnie zajmował, a naprzeciw 
Waldemara, z hrabianką Barską. Stefcia, uradowana z sąsiedztwa, miała złoty 
humor. Z wesołą przekorą drażniła się z Trestką, z pustym śmiechem przyjmowała 
umizgi młodzieńca w monoklu. RAzem z panną Ritą tworzyli czwórkę niezrównaną. 
Waldemar dorzucał często swe atuty, co zwiększało grę słów, płynących szeroką 
rzeką, pełnych wytrysków dowcipu. Hrabianka krzywiła się: drażniły ją ucieczki 
Waldemara do przeciwnego obozu; dokładała wselkich usiłowań, aby go zatrzymać 
przy sobie, stosując wyraźną kokieterię. Na Stefcię czarne oczy hrabianki 
ciskały złe spojrzenia. Instynktownie czuła większe niebezpieczeństwo z tej 
strony. Panna ta, w swej gorąco pomarańczowej sukni, za bogatej i za poważnej na 
jej wiek, śniada, z włosami i oczyma czarnymi jak noc, przypominała cygańską 
królewnę, walczącą z dziką zazdrością o zdobycz. Gdy patrzała na Stefcię, z 
twarzy jej znikało rozczulenie dla ordynata, a wypełzał gniew, prawie nienawiść, 
pokryta maską uprzejmego uśmiechu. Oczy gorzały dziko. Książę Zaniecki, który 
pochłaniał ją wzrokiem, szepnął w zachwycie: — Demoniczna dziewczyna! ale 
śliczna! Popełnił nieostrożność: siedząca obok hrabianka Paula dosłyszała i 
rzekła z przekąsem: — Ordynat nie lubi demonów w kobiecie. Gniewało ją, że 
książę, siedząc przy niej, zwracał oczy w inną stronę. Zaniecki, zamiast 
skruchy, uradował się niezmiernie. On chciałby otoczyć ordynata całym legionem 
aniołów, byle mu tylko tego demona zostawił. Księciu chodziło najwięcej o 
oprawę; był z liczby ludzi, którzy w pewnych wypadkach więcej cenią ramy niż 
obraz. Stefcia dostrzegała nieprzychylne błyski w oczach hrabianki, lecz nie 
psuły one jej wesołości. Bawiła się wybornie, nie czując skrępowania. Dobrze 
przeczuwał pan Rudecki: wsiąkła już w sferę tych ludzi. Miała przy tym 
powodzenie. Jej karnecik szczelnie zapisano nazwiskami. Michorowski powtarzaŁ 
się w nim kilka razy. Dziewczyna z rozkoszą wchłaniała wonny dymek uwielbień, 
unoszący się dokoła niej. Każde spotkanie się jej oczu z Waldemarem wstrząsało 
nią, każdy taniec z nim odurzał. Bała się jego zbliżenia, zaczynała drżeć, gdy 
na nią patrzał, a jednocześnie ten błogi niepokój sprawiał jej niewysłowioną 
rozkosz. Kolacja trwała niedługo, po czym tańce znowu zaczęły się ze zdwojoną 
siłą. Waldemar, przetańczywszy ze Stefcią kontredansa, posadził ją pod grupą 
olbrzymich palm i rzekł nieco szorstko, jak zwykle, gdy mu na czym zależało: — 
Niech mi pani pokaże karnecik. Stefcia podała mu seledynowy, malowany gracik z 
maciupcim ołówkiem tegoż koloru. Waldemar przeczytał na okładce: "Lepsza w 
kwietniu jedna chwilka@ niż w jesieni całe grudnie.@" Uśmiechnął się i usiadł 
obok Stefci na krześle w ten sposób, że odgrodził ją od sali. — Czy to pani sama 
wybierała ten karnecik? — Dostałam go od baronowej. — Bardzo dobry aforyzm. 
Mickiewicz dla siebie go widać ułożył, bo jednak czasami jest inaczej. Na 
przykład u nas wiosenne chwile były złe, nieufne, drażliwe, słowem brzydkie! 
Dzisiaj są lepsze, a mamy jesień! — Ale nie grudzień! — W grudniu będzie jeszcze 
lepiej. Przerzucił kartki karnecika, odczytując nazwiska. — Ależ tu cała armia 
wpisana! Bajeczny rejestr! Moje litery bledną wobec tej potęgi. Co? co?... 
kotylion — Brochwicz? No, mogła pani kotyliona zostawić dla mnie. — NIe mogłam 
odmówić panu Brochwiczowi. Zresztą bal to jak bitwa: zdobywa ten, kto pierwszy 
przychodzi. — Nie zawsze! czasem drugi pobije pierwszego. Ja właśnie mam ten 
zamiar. Spojrzał jej w oczy z demoniczną pewnością siebie. Stefcia zmieszała 
się, ale odrzekła bez wahania: — Tak nie można. Pan Brochwicz byłby słusznie 
obrażony. — Potrzeba mi tylko zgody pani, a już ja tak urządzę, że się Jurka 
ułagodzi. Ale teraz mi pani naturalnie odmówi. Powstał z krzesła i rzekł z 
uśmiechem: — Idę po Brochwicza. Za chwilę! Gdy odszedł, podsunął się do Stefci 
młodzieniec w monoklu i zapytał z umizgiem: — Pani kotyliona tańczy? — Tak, 
panie. — A!... pardon! spóźniłem się... i zawsze ordynat... — Co pan tu 
przeciwko mnie spiskuje? — zapytał niski głos ordynata tuż za nim. Młodzieniec 
bąknął coś po francusku i z ukłonem odszedł. WAldemar stanął przed Stefcią, 
trzymając pod rękę Brochwicza. — Mój Jurku, ja tu zaatakowałem karnet panny 
Stefanii i twoja pozycja w kotylionie bardzo mi się nie podoba. Nie chcę z tobą 
batalii, mając nadzieję, że sprawę załatwimy polubownie. — Dobrze! ale to zależy 
ode mnie, a ja się nie zgadzam — rzekł Brochwicz. — Mój drogi! nie jesteś 
wyrocznią w tej sprawie. — Zależy i ode mnie, lecz tym samym pan wygrywa — 
dodała Stefcia. — Dziękuję pani! A co Waldy? — Nie tryumfuj przed czasem! 
Uciekam się do ostatniego środka i przekonam was, że słuszność żądania jest po 
mej stronie. Pani obiecała mi pierwszego kotyliona jeszcze w Słodkowcach — ten 
będzie pierwszym. Ty zaś, Jurku, podobno starasz się o rękę hrabianki Melanii, a 
ją znudził już Zaniecki, wierzaj mi! — Przekonywa mnie jedynie pierwszy 
argument. Jeśli pani obiecała kotyliona najpierw tobie, muszę się cofnąć, 
chociaż z głębokim żalem. Stefcia, mocno różowa, wyciągnęła rękę do Brochwicza. 
— Przepraszam pana. Istotnie zapomniałam. Chłopak ścisnął jej rękę z ukłonem. — 
Jestem pobity, ale trzymając się zasady: nic darmo, proszę panią o ostatniego 
mazura. Stefcia złożyła ręce z zabawnym grymasem. — Niestety! wpisał się już pod 
nim pan Żnin. — A więc proszę o nadprogramowy. Waldy, ty, jako dyrygujący, 
urządzisz to. — Z całą przyjemnością. Stefcia na końcu karnecika napisała dużymi 
literami: "Biały mazur — Jerzy Brochwicz". Chłopak z ukłonem odszedł w stronę 
Barskiej. — Czy zadowolona pani? — spytał cicho Waldemar. Dlaczego pan skłamał? 
Ja panu kotyliona nie obiecywałam. — A dlaczego pani skłamała? — Chciałam 
ratować sytuację. — A ja chciałem z panią tańczyć. Wcześniej nie mogłem o to 
prosić z powodu ścisłej barykady fraków otaczających panią. Użyłem podstępu. — 
TAk, ale co pan Brochwicz pomyśli! — Pan Brochwicz uwierzył święcie, a teraz — 
o! niech pani patrzy — kłania się hrabiance i został przyjęty. Przesunął się 
koło nich hrabia Barski. Zmierzył dumnym wzrokiem Stefcię i ordynata, ale w jego 
oczach ujrzał niezbyt zachęcający wyraz, bo spiesznie odszedł dalej. — Co pani 
sądzi o tym panu? — zapytał Waldemar Stefcię. — O hrabi Barskim? Niesympatyczny 
i wydaje się nieprzystępnym. Zresztą — mało go znam. Waldemar wydął usta. — 
Napuszony arlekin wielkości, karykatura sferowa. Człowiek ten jest przekonany, 
że nie on istnieje dla świata, ale świat dla niego. W jego mniemaniu on jest 
osią, dokoła której wszystko się obraca. Ja nawet wątpię, czy on wierzy we 
własną śmierć, chyba w taką, że zostanie żywcem wniebowzięty, razem z herbem i 
koroną. Ale niech szanuje swą wielkość, jak sam chce, byle przestał być 
apostołem swych idei, gdyż one posiadają zarazek niebezpieczny. — Więc hrabia ma 
jakieś idee i szerzy propagandę? — zdziwiła się Stefcia. — Nie posądzałam go o 
to; ma wygląd sobka, troszczącego się jedynie o swe miliony, tytuł i o... dobrą 
partię dla córki. Waldemar z uśmiechem skłonił głowę. — Odgadła go pani trafnie, 
lecz to są względniejsze wady hrabiego, można by mu je wybaczyć, bo za wiele 
mamy podobnych w kraju. Ale hrabia ma przy tym niemożliwe doktryny etyczne i 
społeczne i w sposób kaznodziejski chce jhe rozpowszechniać wśród młodzieży 
naszej; a że posiada mózg raczej żółwi niż orli, więc może sobie pani wyobrazić, 
jakie zdania wygłasza. To już nie fanatyk, to barbarzyńca sferowy, naszpikowany 
dumą. On nie uznaje ludzi, tylko magnatów. To ciekawy typ, okazowy! lecz 
powinien być w muzeum, nie w świecie. Stefcia poruszyła głową ze zdziwieniem. — 
Jeżeli znany jest ogółowi pańskiej sfery jako człowiek wątłego umysłu, więc nie 
może szkodzić. — Tak, umysłom tęższym, ale mamy duży procent głów bardzo 
niewykształconych, umysłów niemowlęcych; na nich wpływ hrabiego działa. W ten 
sposób rozszerzają się jego pojęcia i szkodzą. Gdyby nie miał milionów i pięknej 
córki, może by jego apostolstwo mniej znajdowało przychylnych obozów, ale to 
jest magnes, który ściąga bawełniane głowy pod jego hasło. — Czyli że hasło 
hrabiego brzmi: precz eze światem, niech żyje Olimp! — zawołała wesoło Stefcia. 
Waldemar roześmiał się. — Brawo, panno Stefanio! doskonale! pani go lepiej zna, 
niż sądziłem. Hrabia istotnie arystokrację uważa za bogów, siebie bez wątpienia 
za Jowisza. Czy hrabianka podziela zapatrywania ojca? — O tak! wprawdzie w inny 
sposób, lecz treść jednakowa. Tylko ona, jako panna na wydaniu i kobieta piękna, 
nosi swe zasady jak suknię, stosownie do okoliczności. Więc do salonu: aksamity, 
gazy, białe puchy, zwłaszcza gdy widzi przed sobą choć jedną dobrą partię z 
nazwiska, tytułu lub majątku. Na co dzień szata jest ostrzejsza: wełna, brokat, 
dla ogółu ludzi stać ją tylko na płótna, perkalik, a dla służby nawet zgrzebny 
drelich jest zbyt kosztowny. — Wypowiedział pan to zręcznie, lecz złośliwie. — 
Nie, pani, może w sali balowej moje zdanie wydaje się za ostre. Zresztą 
hrabianka jest dziś w najpiękniejszej ze swych ceremonialnych szat, jest w 
otoczeniu wielbicieli i widzi przed sobą paru, o których jej wyjątkowo chodzi. 
Stefcia uśmiechnęła się i skłaniając głowę w stronę mówiącego rzekła: — A jeden 
z najpierwszych rozmawia z przedstawicielką klas upośledzonych. To może 
hrabiankę gniewa. — O, i pani powiedziała to złośliwie. — Nie, tylko szczerze. — 
Więc powiem i ja tak samo. Jestem egoistą i dla hrabianki nie zaniecham rozmowy 
z panią. Ale otóż grają. Służę pani. Stefcia wsparła się na jego ramieniu. 
Ordynat, otaczając jej gibki stan, spojrzał na nią spod zmrużonych powiek 
wzrokiem, jakim potrafił wprowadzać kobiety na manowce. Stefcia drgnęła i 
spuściła długie rzęsy. Ordynat objął ją silniej. Popłynęli na salę. Kotylion wił 
się z niebywałym życiem. Przygotowanych kwiatów zabrakło, szły na ofiary 
dekoracyjne. Waldemar miał na piersiach istny pancerz kwiatowy. Stefcia 
wyglądała jak jeden bukiet, panna Rita, hrabianka Melania, hrabina Wizembergowa, 
nawet Lucia i młodziutkie księżniczki Podhoreckie pływały w kwiatach. Sala miała 
wygląd ogrodu: wszystkie panie, różowe, rozpromienione, z gwiazdami w oczach, 
były jak kwiaty. Panowie, niby czarne motyle, uwijali się gęsto przy 
najpiękniejszych. Szał ogarnął tańczących, przeszedł we wzajemne oświadczanie 
się sobie za pomocą kwiatów. Upajająca woń roślin, roznamiętnienie, czar unosił 
się w blaskach sali, omotując wszystkich niebezpieczną siecią, przeźroczą jak 
mistyczna jakaś pajęczyna. Waldemar otrzeźwiał pierwszy i zakończył kotyliona 
huczną figurą mazurową. Pomęczone panie uciekały do buduarów. Lokaje roznosili 
chłodzące napoje. Stefcia, księżniczki i Lucia wybiegły na korytarz. Naręcze 
kwiatów złożyły na balustradzie, same zaczęły się chłodzić wachlarzami. Wtem na 
schody wbiegł lokaj, niosąc ogromny pęk róż, gwoździków i storczyków, 
przeplecionych pierzastą paprocią. Znikł w drzwiach sali. — Ciekawam, dla kogo 
to? — szepnęła Lucia. — Pewno Zaniecki dla Barskiej. Kilku mężczyzn otoczyło 
panienki. Młodzieniec w monoklu prawił Stefci miłe grzeczności. Zniecierpliwiona 
zabrała kwiaty, chcąc się schronić do buduaru. Panienki poszły z nią razem. W 
przejściu pod filarami spotkały Waldemara. Szedł niosąc w ręku świeżo 
przyniesiony pęk kwiatów. Błysk żywej radości zapalił mu się w oczach. 
Rozdzielił kwiaty na dwie części, jedną połowę wręczył Stefci, a drugą sypnął na 
nią jak na corso. Rzekł przyciszonym głosem: — To nad program. Kwiaty składają 
pani hołd w moim imieniu. Aksamitne róże pozaczepiały się na krepie sukni, 
upadły na szyję i ramiona Stefci, inne u jej stóp. Jeden storczyk zawisł na 
włosach. Stała jak w powodzi. Waldemar znikł za filarami, zanim zdumiona Stefcia 
zdążyła mu podziękować. Obie księżniczki z okrzykiem rzuciły się podnosić 
rozsypane kwiaty i zaczęły je ciskać wesoło na Stefcię. Ona, ochłonąwszy, 
odrzucała na nie. Bawiły się jak dzieci. Tylko Lucia stała sztywna, jakby 
zdrętwiała, patrząc nieruchomo na roześmianą trójkę. — To już tak?... aż tak? — 
szepnęła do swej zdumionej duszyczki. Pani Idalia, nawet nie widząc sceny z 
bukietem, zaczynała się dąsać na powodzenie Stefci. Dziewczynę spotykały same 
tryumfy. Arystokratyczna młodzież dobijała się o tańce z nią. Otaczano ją stale 
ścisłym kołem. Zmęczona, rozpromieniona jak zorza, wirowała po sali niby motyl, 
niby cudny kwiat, porywający oczy. Pani Idalia widziała ożywienie ordynata, 
tańczył z nią zbyt często i zbyt namiętnie. Lecz najgorzej bolało baronową, że 
Waldemar hrabiankę Melanię zaniedbywał. Po kotylionie, w bocznym buduarze, 
podeszli do baronowej: hrabia Barski z jednej strony, z drugiej hrabina 
Ćwilecka, i oboje mocno zgorszeni rozpoczęli atak. Hrabia mówił: — Popełniła 
baronowa odstępstwo od zasad arystokracji wprowadzając w nasze kółko tę Rudecką. 
To trochę skandal! "~Ca ressemble un peu mal!" (fr. — To do niczego niepodobne!) 
Panią Idalię uraził ton tych słów. Nie lubiła czynionych sobie uwag. Spojrzała z 
góry na hrabiego i odrzekła sucho: — Skandalu nie widzę, gdyż w sali jest wiele 
panien podrzędniejszych od Rudeckiej. Ta zaś, skoro jest "dame de compagnie" 
mojej córki, ma prawo do pewnych względów. Barski podniósł dumnie głowę. — Tak! 
ze strony baronowej i jej córki, nie przeczę. Ale ja tu widzę dokoła panny 
Rudeckiej hołdy młodzieży naszej. To już zbyteczne. — To kwestia jej urody i 
powodzenia — odcięła się pani Idalia. — Idalko! — przemówiła pani Ćwilecka — nie 
broń jej. Hrabia ma słuszność: ta dziewczyna zaćmiewa sobą nasze panny. Był to 
największy nierozsądek z twej strony brać ją na bal. Pani Elzonowska rozgniewała 
się. — Zostawić jej w hotelu przecież nie mogłam. Z trochę dziwnymi państwo 
występujecie pretensjami. — W ogóle popełniłaś nieostrożność biorąc ją do 
Słodkowic — mówiła zirytowana hrabina. — Ona jest zbyt piękna tam, gdzie 
przebywa ordynat. Barski zadrżał niespokojnie i złym wzrokiem przeszył hrabinę. 
— "Permettez, comtesse!" (fr. — Pani pozwoli, hrabino!) stanę w obronie 
ordynata. Ta panna wpływu tak silnego mieć nie może, aby mówić tu o 
niebezpieczeństwie. Ona nie zaśmiewa naszych gwiazd, ale wprowadza niepokój, 
demoralizuje młodzież. Lecz zakusy ordynata mogą być względem niej inne, które 
łatwo wybaczyć: ona jest ładna, to prawda, ale i... subretki bywają ładne. Pani 
rozumie?... Tłuste wargi hrabiny uśmiechnęły się do mówiącego rozkosznie, 
mrugnęła z dowcipną miną. Nagle wyszła na środek buduaru hrabina Wizembergowa, 
dotąd stojąca w drzwiach niepostrzeżenie, i rzekła chłodno: — Ale subretkom nie 
powierzamy swych córek, nie wprowadzamy ich do towarzystwa, nie podajemy ręki. 
Porównanie hrabiego jest co najmniej niewczesne. Panna Rudecka "c.est une fille 
jeune, belle et tr~es bien ~elv~ee!" (fr. — to panienka młoda, piękna i bardzo 
dobrze wychowana). Ona istotnie zaćmiewa nasze panny urodą, wdziękiem, 
inteligencją, porywa młodzież i ordynata — to wam się nie podoba. Ale można 
sarkać na nią, jeśli was gniewa, tylko nie ubliżać, szczególnie wobec osoby, 
której córka jest pod jej opieką. Hrabina odwróciła się powolnym ruchem i dumnie 
wyszła z buduaru, ciągnąc za sobą szumiącą falę błękitnej mory. Hrabia zły, 
napadnięty znienacka, gryzł wąsy, a gdy pani Idalia również wyszła, syknął przez 
zaciśnięte zęby: — Histeryczka. Hrabina Ćwilecka wzruszyła ramionami. — 
Poszaleli na punkcie Rudeckiej! Oboje powrócili do salonu. Tańce trwały do rana. 
Biały mazur przepłynął ostatnią dźwięczną falą, zahuczał raz jeszcze, rozniósł 
już trochę senne echo wesela po zmęczonej sali i zamilkł. Bo i sala była 
zmęczona. Świadczyła o tym wytarta posadzka, walające się na niej listki i 
gałązki zmięte, bezbarwne. Świadczyły poobłamywane dekoracyjne kwiaty i ten 
wyłączny stygmat skończonej zabawy. Zdawało się, że we freskach ścian, wśród 
zdobiących je roślin tułają się jeszcze westchnienia, śmiechy i resztki marzeń 
razem z tonami muzyki. Przed podjazdem huczały karety, nawoływania służby i 
głuchy tętent koni. Wschodzące słońce, połyskując na lakierach karet i 
zaglądając ciekawie do okien, mówiło odjeżdżdającym "dzień dobry". Pan Rudecki, 
schowany w dorożce, wracał do siebie zmęczony, z pochyloną głową, pełną ciężkich 
myśli. .nv Część Pierwsza (c.d.) XXXII Wieczór zapadał nad miastem. Zabłysły 
szeregi świateł na ulicach, okna domów migotały, przed hotelem, zawieszona 
wysoko, ziała białym blaskiem wielka lampa elektryczna. W numerze pana 
Rudeckiego panował ruch. Lokaje wynosili walizkę i paczki, zdawali rachunek, 
dorożka czekała. Pan Rudecki, już w palcie, opłacał służbę. Przy oknie oparta 
Stefcia, patrząc na ulicę, drżała wstrzymując łzy. Przed nią stało łubiane 
pudło, pełne kwiatów z wczorajszego kotyliona. Posyłała je matce, wraz z paką 
cukrów dla siostrzyczki i brata. Wszystkie kwiaty ułożyła na mchu warstwami, ale 
ogarnął ją teraz niepokój. Prędko otworzyła pudło i przebierając między 
kwiatami, wzięła bladożółtą różę i parę gwoździków. Gorączkowo wsunęła je za 
stanik, zamknęła pudło i znowu otworzyła, biorąc wspaniały, purpurowy storczyk. 
To symbol jego... to on. Spiesznie schowała storczyk razem z różą i gwoździkiem. 
Pochodziły one z bukietu Waldemara, którym obsypał ją po kotylionie. Pozostałej 
masie kwiatów przesłała z figlarnym uśmiechem od ust całusa i zaczęła 
zapakowywać pudło. Do numeru wszedł szwajcar hotelowy. — Czy wszystko gotowe? — 
spytał pan Rudecki. — Proszę pana, dorożka gotowa, ale pan ordynat Michorowski 
przysłał swoją czwórkę i lando. Jest i lokaj, a oto list... Pan Rudecki rozerwał 
kopertę. Na bilecie Waldemara, skreślonym silnym, oryginalnym pismem, było kilka 
uprzejmych słów zawierających prośbę, aby jego powozem odjechali do kolei, gdzie 
i sam obiecywał być. Pan Rudecki zmarszczył się. Wszedł lokaj ordynata i ukłonił 
się z uszanowaniem. — Czy pan ordynat sam pojechał na dworzec! — spytał go pan 
Rudecki. — Nie, z hrabią Trestką i z panienką z Obronnego. Pan Rudecki 
odetchnął. — Bardzo grzeczny i bardzo taktowny człowiek — pomyślał zadowolony. 
Wyszli. Na ulicy stało wytworne, błyszczące lando z małym herbem i mitrą 
książęcą na drzwiczkach, zaprzężone w cztery kare klacze w strojnej uprzęży. 
Krakowskie chomąta świeciły srebrnymi okuciami. Konie rwały się niecierpliwie, 
gryząc wędzidła, ale poważny stangret Flawian, starszy kolega Burbona, który 
jeszcze woził pana Macieja jako ordynata, umiasł utrzymać je na wodzy. Kiedy 
lando ruszyło, Stefcia przytulona do ojca zapytała cicho: — Czy ordynat był 
wczoraj u ojczusia? — Tak, był po obiedzie. Zabawił parę godzin. Bardzo się z 
nim ciekawie rozmawia. Po długiej chwili szepnął znowu, jakby do siebie: — 
Bardzo, bardzo elegancki człowiek. Stefcia milczała. Coś ją ściskało w krtani... 
żal za odjeżdżającym ofcem i zarazem gorycz do samej siebie. Miarowy tupot koni, 
cicho sunące lando i dobrze znajoma liberia nasuwały jej uparcie na myśl 
Waldemara. Jechała jego landem, jego końmi — to samo już ją upajało. Pan Rudecki 
także milczał. Z ukosa patrzał na ładny profil córki, śledził jej widoczne 
wzruszenie, a w duszy jego gromadziły się złe obawy skłębione masą. Oboje mieli 
sobie dużo do powiedzenia i oboje milczeli. Zamykały im usta wrażenia, wiążące 
się w całość podobną, bo z jednego wypływały źródła. Przerazili się ujrzawszy 
dworzec kolejowy. Lśnił tysiącami świateł, migotał, huczał. Przeciągły świst 
lokomotywy przeszył serce Stefci dziwnym zgrzytem. Z nie dającym się ukryć 
przestrachem przytuliła się do ojca. — Ojczusiu, ty jedziesz, a ja zostaję znowu 
sama — szepnęła z taką przejmującą obawą, że pan Rudecki zadrżał. — Stefciu! 
dziecko! a przecież nie chciałaś wracać... dobrze ci tu, oni cię lubią, uznają. 
Stefciu, czego się boisz?... Lando stanęło. Lokaj zeskoczył z kozła, gromada 
tragarzy rzuciła się do stopni powozu. Wszczął się zgiełk i zamieszanie. Stefci 
serce waliło jak młotem. Gorączkowo, jakby sama miała jechać, wysiadła i szła z 
lokajem, niosącym pudło. Nagle uczuła, że ktoś dotyka jej ramienia. Obejrzała 
się: był to Waldemar. — Pani sama... Gdzież ojciec?... — Poszedł kupować bilet. 
— Niech mi pani poda rękę. Tu taki ścisk. Oparła się na jego ramieniu. On ją 
przytrzymał mocno i bez słowa prowadził wprost do sali pierwszej klasy. Panna 
Rita i Trestka powitali ją okrzykiem. To ją rozweseliło. Za chwilę wszedł pan 
Rudecki. Rozmawiano niedługo. — Czy pan prędko opuszcza wystawę? — pytał pan 
Rudecki Waldemara. — O nie, panie! jeszcze zabawimy tu czas jakiś. Jutro zaledwo 
wyjeżdża pierwszy — a przyjeżdża drugi personel mej administracji. Gdy wszyscy 
obejrzą wystawę, a moi panowie praktykanci wybawią się należycie, wówczas 
wracamy do domu. Rozległ się pierwszy dzwonek, trzeba było siadać. Pożegnanie 
trwało krótko. Stefcia niełatwo oderwała się od ojca. Waldemar zniósł ją prawie 
ze stopni ruszającego pociągu. Jeszcze trochę ukłonów, powiewań chusteczki i 
pociąg z szumem pogrążył się w czarną czeluść nocy. Lando wracało w milczeniu. 
Panna Rita i Stefcia siedziały cihutko, zamyślone. Panowie nie odzywali się 
także. I znowu Stefcia słyszała miarowy tupot koni, cichy turkot kół na gumach, 
znowu w blaskach świateł ulicznych mnigały przed nią złote guzy liberii na 
koźle. Jechała jego landem, jego końmi, ale obecnie i z nim. Wiedziała, że on 
siedzi naprzeciw, lecz wrażenie było już inne, może więcej skomplikowane, ale 
mniej potężne. Tylko czar płynął tą samą co zwykle falą. XXXIII Na wystawie ruch 
zaczął się zmniejszać, wiele osób wyjechało. Zabawy przycichły. Wszyscy zdawali 
się być pomęczeni. Tylko ordynat Michorowski, niewyczerpany w pomysłach, 
urządzał ciągle nowe przyjemności swym krewnym i znajomym. Odbywano wspólne 
wycieczki w śliczne okolice podmiejskie, końmi lub na samochodach, włóczono się 
po mieście, zwiedzając magazyny. Na placu wystawowym, gdy ruch się nieco 
zmniejszył, oglądano szczegółowo ciekawsze działy. Pewnego dnia byli wszyscy w 
stajniach i pawilonach głębowickich. Stajnie, przybrane w barwy pąsowe z 
czarnym, najeżone chorągiewkami, strojne w festony zieleni, przedstawiały widok 
piękny. Kręciło się tam pełno chłopców stajennych w dżokejkach i pąsowych 
kurtkach oraz masztalerzy strojniejszych już, pod dyrekcją koniuszego Badowicza. 
Konie miały na sobie kapy sławuckie, haftowane w monogramy z mitrą, i żółte 
zamszowe uździenice. Porządek w stajniach panował wzorowy. Zachwycano się 
najwięcej Apollem. Oprowadzał go sam koniuszy. Apollo na widok ordynata zarżał 
cicho i dymiące nozdrza zwrócił w jego stronę. Szyję wyginał klasycznie, oczy 
pełne i inteligentne w wyrazie gorzały jak pochodnie, kręcił się, bił kopytami 
ziemię, chrapiąc w sposób znamionujący wyborną rasę. Stefcia podeszła do konia, 
klepała go po wygiętej szyi, gładziła śliczną główkę. — Stefciu, on ciebie 
uderzy! — wołała przestraszona Lucia. — Nie uderzy. Owszem, niech go pani pieści 
— szepnął Michorowski — niech mu pani da rękę do pocałowania. — O już tego nie 
potrafiłby! — zaśmiała się Stefcia. — Powinien znać swe obowiązki. Waldemar 
dotknął pejczem kolan Apolla i z lekka uderzył parę razy. Koń stęknął, zachrapał 
i zginając kolana ukląkł na przednie nogi przed zdumioną Stefcią. Panna Rita 
zagryzła wargi aż do krwi. Trestce rozszerzyły się oczy. Rządca głębowicki i 
praktykanci spojrzeli na siebie błyskawicznie. A Brochwicz z miną rozradowaną 
nadzwyczaj uprzejmie usunął się przed Barskim, jakby mu chcąc odsłonić niezwykły 
widok. — Kosiu! kośku! śliczny, cacany! — zawołała, ochłonąwszy, Stefcia. Objęła 
głowę konia ramionami i pocałowała w białą gwiazdkę na czole. Apollo, jakby tego 
tylko czekał, zerwał się gwałtownie, wyrzucając łbem i parskając raźno. — 
Wariat! — mruknął Barski. — Kto? ordynat czy Apollo? — spytał z umizgiem 
Brochwicz. Hrabia spojrzał na niego z góry z taką miną, jakby chciał rzec: — 
Obaj siebie warci, a i pan nie lepszy — i obrażony, założywszy w tył ręce, 
odszedł w przeciwną stronę, gwiżdżąc. — Ależ to cyrkowy koń! Jakim sposobem pan 
go tego nauczył? — spytała Stefcia trochę zmieszana. — A od czego wola? — rzekł 
Waldemar. — Zaimponowało mi to, muszę przyznać — mówiła panna Rita. A Wiluś, 
stojący na boku, myślał: — Szczęśliwy człowiek! może jej okazać hołd nawet przez 
konia. Ciekawym, kogo bym ja mógł zmusić do zgięcia przed nią kolan. Chyba 
samego siebie... I westchnął rozgoryczony. Pawilon łowiecki był również ciekawy. 
TAm przeważały barwy szare i zielone. Wieniec z dębowych liści, głowy łosi, 
jeleni i danieli o potężnych rogach, łby odyńców, zadziwiające kłami, ozdabiały 
budynek. Przy wejściu stał ogromny wypchany niedźwiedź, trzymający w łapach 
stalowe wieszadło do kapeluszy. Dział ten przedstawiał okazy fauny i flory z 
lasów ordynackich, plany wzorowego urządzenia lasów, dokładny wykaz ilości 
starodrzewiu i zagajników, a także mapy i trofea myśliwskie ordynata. Jeden kąt 
pawilonu zajmowały zdobycze jego z podróży do pustyń Afryki. Były tam skóry 
lwie, tygrysie i lamparcie, jeden tygrys bengalski, całkowicie wypchany. Były 
kły słonia i głowa antylopy, oraz okazy ptaków podzwrotnikowych. Każda sztuka 
miała tabliczkę z objaśnieniem, gdzie zabita i kiedy. Dział ten obsługiwał 
typowy Murzyn z wełnistą głową, ubrany w zielony jedwab. Na ścianach wisiały 
fotografie zwierzyńca głębowickiego, a także strzelby, rewolwery, trąby i noże 
obsługi leśnej. Dyrygował i objaśniał łowczy Urbański z pomocą strzelców. 
Odznaczał się strzelec Jur, ulubieniec ordynata, olbrzymi chłop, mający dumną 
minę i pyszny moderunek. Jego zielony uniform lśnił od złotych szamerowań. 
Zwiedzili jeszcze pawilon ze zbożami ordynata i poszli na plac główny do 
cukierni. Zajęli miejsce na werandzie przy kilku stolikach. Michorowski siedział 
z panną Ritą, Stefcią i Lucią. Trestka przysunął się do nich również. Naprzeciw 
był stolik wolny. Za chwilę usiadło przy nim dwóch panów: tłusty jegomość z 
czerwoną spotniałą twarzą i młody zbiedzony urzędniczek. — Kawy! — zawołał 
ostrym basem gruby pan do chłopca w białym fartuchu. Po czym wsparł brodę na 
olbrzymiej kościanej gałce od laski i rzucał wzrokiem na wszystkie strony. Sapał 
przy tym jak lokomotywa. — To jakiś restaurator na pewno — mruknął Trestka. — 
Bada, czy więcej ma gości cukiernia, czy jego restauracja. A może to jaki 
rzeźNik?... — Nie krytykuj pan z pozoru — rzekł Waldemar. — Zobaczymy dalej. — 
Czy pan nie jest fizjonomistą? — zapytała panna Rita. — Ja, pani? Owszem! bywają 
wypadki, nawet częste, że odgaduję ludzi z twarzy, po oczach zresztą. Ale 
odgaduję usposobienie danej osoby, czasem myśli — trudniej przeczuć, czym się 
ona zajmuje, o ile nie ma zewnętrznych oznak. Stopień wykształcenia, 
inteligencji wykazuje najczęściej zachowanie się i dlatego ten pan robi na mnie 
wrażenie podejrzane. — To rzeźnik na pewno — twierdził Trestka i zaczął 
opowiadać Stefci i Luci jakąś zabawną anegdotkę. Rita rzekłła do Waldemara: — 
Jeżeli pan odgaduje niekiedy myśli innych, proszę powiedzieć coś o mnie. O czym 
myślę? — O czym pani myśli czy o czym pani myślała? — spytał z przekornym 
uśmieszkiem. — Kiedy? — Tak... trochę wcześniej... w stajniach. Panna Szeliżanka 
utkwiła w nim surowy wzrok. — Owszem, proszę! — rzekła. — Myślała pani o mnie... 
— Zarozumialec!... — Niech mi pani pozwoli dokończyć! Myślała pani, że... jestem 
narwany i jeszcze, że rzucam rękawicę pewnym osobnikom, o których w mniemaniu 
ogółu powinno mi chodzić. Ech! myślała pani, że jestem wariat. No, czy nie 
zgadłem? Patrzał jej w oczy z uśmiechem. Rita gryzła usta. Nagle prędkim ruchem 
podniosła głowę, rzuciła bystre spojrzenie na Stefcię i odrzekła niepewnym 
głosem. — Tak, zgadł pan. Ale nie myślałam, że pan wariat, broń Boże! ani to, że 
pan rzuca rękawicę Barskiemu. Wiem, że panu o niego nie chodzi. Dziwiłam się 
tylko, że... wysuwa pan zbyt śmiało naprzód sytuację... mogącą być jeszcze w 
cieniu. Michorowski ściągnął brwi. — Dlaczego? A jeśli ja ją chcę mieć w pełnym 
świetle? Czy mi nie wolno?... Panna Rita pobladła. — Ach! któż o tym wątpi?... 
Tylko... zdawało mi się... że był pan pod wrażeniem chwili i trochę może mimo 
woli... przeszarżował prawa zwykłych grzeczności. Waldemar popatrzał na nią i 
rzekł z przyciskiem: — Więc zapewniam panią, że byłem szczery. Gdzie istnieją 
całe szeregi chwil, nie poddaję się wyłącznie wpływom jednej. Zatem nie 
szarżowałem, raczej przeciwnie, przez wzgląd na osobę interesowaną zawsze i 
wszędzie niesłychanie normuję swe wrażenbia, nie chcąc wyprowadzać jej z 
dotychczasowego obiektywu pod bardziej szzczegółowy rozbiór opinii, która nie 
szczędzi nikogo. Rita siedziała blada, panując nad sobą. Ta walka ubrała ją w 
maskę chłodu. Odrzekła sztywno: — Danej osoby opinia nie naruszy, ale u pana 
wynurza się już subiektywność kwestii... — Pozwalam wszystkim na rozcząstkowanie 
siebie i swych myśli, byle się kontentowano tylko mną. To zastrzegam — dodał 
kładąc nacisk na ostatnich słowach. Panna Szeliżanka dumnie rzuciła głową. — 
Niech pan zastrzega innym, gdyż ja rękawicy pańskiej nie podniosę... mogę ją 
najwyżej popierać w pewnych sferach, gdy już będzie rzuconą. Michorowski skłonił 
się. — W panią wierzę — rzekł grzecznie. — Och! — zawołała młoda panna. — Czy 
dostanę kawy? Co u diabła! — ryknął nagle tłusty jegomość przy bocznym stoliku. 
Ordynat spod brwi podniósł na niego zdziwiony wzrok i zatrzymał chwilę. — 
Garson! trutniu jakiś! kawę podawaj! Gwar panował na werandzie. Środkiem płynęła 
fala kobiecych kapeluszy i męskich głów. Lokaj nie zjawiał się. — Garson! — 
krzyknął jegomość, podnosząc głos do wyżyn niemożliwych. — Błazny, hultaje! Czy 
to w wasszej podłej cukierni nawet dowołać się nie można? Waldemar nie spuszczał 
oczu z rzucającego się jegomościa, tylko wzrok chłodniał mu stopniowo. — Dzika 
bestia! — mruknął. — A co! nie mówiłem, że to rzeźnik — dowodził Trestka. — Jemu 
nawet zdaje się, że jest w oborze. Jegomość stukał laską w podłogę, wreszcie i 
tego mu było za mało. Zadarł głowę do góry i z miną wolarza zaczął walić laską w 
marmurowy blat stolika, aż brzęczały naczynia poustawiane na innych. Lucia i 
Stefcia zaniepokoiły się, panna Rita zaczęła się cicho śmiać. Michorowski wstał. 
— Panie! bez skandalu — szepnęła błagalnie Stefcia, przechylając się przez 
Lucię. Oczy jej spotkały zimne źrenice ordynata. Złagodniał, na ustach jego 
mignął ledwo dostrzegalny uśmiech. — Bądź spokojna — wyczytała Stefcia w jego 
oczach. Waldemar zbliżył się do jegomościa, ale miał taką minę, że szczupły 
urzędniczek pociągnął krzykacza za rękaw. — Panie łaskawy — rzekł Waldemar 
przyciszonym głosem, lecz dobitnie — pan zapewne wraca z rajtszuli, ale tu jest 
cukiernia i są damy. — Co to pan?! — zaperzył się zdumiony jegomość, prostując 
potężne bary. Wystraszony urzędnik ciągnął go niemiłosiernie za rękaw. 
Michorowski niedbale oparł się dłonią na stoliku. — Niech pan raczy poszukać 
sobie odpowiedniejszego miejsca dla swej... bujnej natury — rzekł szczególnym 
tonem. Kilka osób stanęło. Oglądano się na nich. — Co to znaczy! co pan znowu? — 
wrzasnął, zrywając się, jegomość. Waldemar stał jak posąg z lodu. — To, panie, 
że ja mam tu pewne prawa i na ich zasadzie nie pozwalam w miejscu publicznym, 
gdzie są kobiety, urządzać knajpy — mówił dobitnie. Przerażony urzędnik ściągał 
już ubranie z ramion towarzysza. — Panie, to ordynat Michorowski — szepnął do 
ucha zaperzonego jegomościa jakiś przechodzący pan. Tłuścioch zmitygował się od 
razu. — Ale mnie kawy nie dają — rzekł znacznie grzeczniej. — Niech się pan 
upomia, lecz ciszej, proszę! — rzekł Waldemar i odszedł do swego stolika. 
Rozejrzał się bystro po werandzie... Nadbiegł wezwany przez kogoś chłopak. 
Ordynat zmierzył go ostrym spojrzeniem. — Pilnować służby — rzekł krótko i 
wskazał na stolik. Uspokojony jegomość sapał zawstydzony. Chłopak spuścił oczy, 
szurgnął nogami przed ordynatem i pospieszył na stanowisko. — Waldemar usiadł i 
zwrócił się do Stefci. — Pani wzrokiem mogłasby poskromić lwa — szepnął z 
uśmiechem. — Trochę wątpię — odparła. Waldemar zaczął się śmiać z przerażenia 
Luci. Trestka rzekł do Rity: — Ordynat pożarł rzeźnika, uważała pani? — Zawsze 
wspaniały! — odparła zamyślona. — Chyba nie rzeźnik? — Niemądry pan jest. — 
Zwykłe zakończenie! — rzekł z rezygnacją Trestka. Panna Szeliżanka zamyślona 
spuściła głowę. Słońce, zachodząc, wyjrzało raz jeszcze przez pawilony, 
rozświetliło drzewa, jak ostatnie tchnienie rzuciło blask na werandę cukierni i 
na stolik z lodami, przy którym każdy myślał o czym innym, lecz wszystkie te 
myśli ściągały się do jednego mianownika. W połowie września mieszkańcy 
Słodkowic i Obronnego opuścili wystawę. Ordynat został aż do jej zamknięcia. Z 
pewnym smutkiem wyjeżdżali wszyscy, ale żegnali się zaledwo na tydzień. 
Zapowiedziane przez ordynata polowania w Głębowiczach miały na nowo rozpocząć 
szereg zabaw. Wiele pań rozmyślało nad zabraniem odpowiedniej ilości strojów 
okolicznościowych i na bal kostiumowy, będący w programie. Wszystkich dziwił 
zapał ordynata. Na wystawie on najwięcej przyczynił się do ogólnego życia, sypał 
pieniędzmi, imponował oryginalnością pomysłów. Odgadywano, że w Głębowiczach 
wystąpi jeszcze świetniej, mając stosowne do tego ramy. Nikt nie domyślał się, 
co go tak pobudza, choć wielu chciało dojść prawdy. Niektórzy przeczuwali w tym 
hrabiankę Barską; należała do ich liczby i pani Idalia. Lecz większość, z panem 
Maciejem na czele, nie wierzyła. Tylko w kołach najbliższych, panny Rity, 
Trestki i Brochwicza, wszyscy zrozumieli wielką prawdę, ale i oni zaliczali ją 
do bajek. Niespodziewane ukazanie się w salonach Mortęskiego margrabiny Silva 
zaciekawiło uświadomionych. Czy to był figiel hrabiego, czy przeczucie 
margrabiny? Nagłe zniknięcie jej zainteresowało podwójnie... — Przegrała Werka! 
— szeptały zadowolone panie. Brochwicz opowiadał wszystkim, że ordynat zakończył 
ostatnie rachunki włoskie i wszelkie inne rubryki rzucił do pieca. — A krajowe? 
— spytał dowcipnie młody książę Giersztorf. Trestka zacisnął usta i mocno 
ściągnął czoło. — Hm! tu będzie trudniej: księżna Krystyna twardsza od Silvy... 
— Nie nałoży habitu... na pewno — mówił Brochwicz. — Będą spazmy, awantury i na 
tym koniec. Ordynat już ofiarował Kryśce "carte blanche" (fr. — wolną rękę) — 
mogła się oswoić. On usunie poboczne pretensje, skoro tylko zechce. Panna Rita 
smutnie kiwała głową. XXXIV Wystawa zamknięta. Większość towarzystwa przeniosła 
się do Głębowicz, gdzie nastąpił sezon polowań jesiennych. Zamek głębowicki z 
łatwością pomieścił gości. Waldemar przyjmował ich po królewsku. Miała się odbyć 
wielka obława na wilki, polowanie na łosie, dziki i w zwierzyńcu na bażanty. 
Cała armia leśnej służby ordynackiej była w ruchu. Łowczy Urbański wypełniał 
gorliwie polecenia ordynata, komenderując z kolei podłowczymi, ci zaś mieli pod 
sobą zastępy gajowych i masy naganki. Psiarczyki trzymali na smyczach psy gończe 
i małe podpalane jamniki do wytrapiania lisów z nor. Dokoła dziedzińca zamkowego 
jeździły z wolna bryczki i wolanty, ciągnione przez rosłe, spasione konie. 
Masztalerze uwijali się pomiędzy wierzchowcami. W wielkiej marmurowej bramie 
stali na koniach trębacze, oznajmiając rozgłośną fanfarą zbliżających się gości 
z sąsiedztwa. Całe obywatelstwo ordynat zaprosiŁ do Głębowicz. Wszystko to miało 
wygląd wyprawy wojennej. Michorowski, w ubraniu myśliwskim, jak główny wódz był 
wszędzie. Witał przyjeżdżających, doglądał ostatnich przygotowań, nawet bawił 
panie, zebrane w wielkiej sali jadalnej, gdzie mężczyźni jedli śniadanie przed 
wyjazdem do kniei. Nikt prawie nie siadał, każdy stojąc trzymał talerz przed 
sobą. Taka swoboda sprawiała niezwykłą przyjemność. Godzina była wczesna, więc 
tylko młodsze panie i panny towarzyszyły wyjazdowi. Po głośnych pożegnaniach 
bryczki, wolanty i myśliwi konni wyruszyli z bramy zamkowej długim sznurem. 
Przeprowadzał ich odgłos trąb, jakby zamek, wysyłając swą drużynę na bój, 
dodawał jej otuchy tym dźwiękiem spiżowym. Ordynat jechał konno, za nim strzelec 
Jur wiózł dwie strzelby i naboje. Waldemar miał przy sobie rewolwery w olstrach 
i sztylet w srebrnej pochwie. Olbrzymi dog Pandur biegł obok jego konia 
poważnie, lecz z butną miną. I on rozumiał ważność wyprawy. Udano się najpierw 
do bliższych borów. Majaczyły czarną linią i w miarę zbliżania się myśliwych 
rosły w olbrzymów. Od przepaścistych głębi wiało obfitością zwierzyny. Orszak 
wbił się klinem w lasy i zaraz w pierwszej kniei rozpoczęto łowy. Obława na 
wilki dała pyszne trofea. W pierwszych zakładach Waldemar nie strzelał, 
ustępując gościom najlepszych stanowisk. Dopiero w następnych zabił ogromnego 
wilka w biegu, pomykającego wśród krzaków. Łowczy Urbański polował również i 
dwaj praktykanci. Główną komendę nad ustawianiem naganki, prowadził jeden z 
podłowczych, drugi kierował psiarnią w zakładach, gdzie puszczano psy. Ale 
nadzór ogólny miał sam ordynat. Zajęto nową część lasu, gdzie przebywały łosie. 
Gęsty bór sosnowy, wysoki, podszyty liściastymi krzakami, szumiał poważnie, miał 
wewnątrz wielką różnorodność kolorów. Żółte i czerwone liście, cicho, prawie bez 
szelestu spadały na ziemię. Gdzieniegdzie czerwieniły się borówki, grzyby 
wysuwały spod mchu tłuste swe czoła. Czerwone plamki syrojadek, żółte, 
towarzyskie gąski, różowe rydze, okryte rosą, tworzyły ładne desenie na ciemnym 
dywanie mchu. Jesień wysadziła się na bogactwo, darząc las wszystkim, co mógł 
mieć w sobie o tej porze roku. Białe nitki babiego lata, zaczepione o złotawe 
pnie sosen, wiewały w powietrzu srebrnymi pasmami, owijając liście, tworząc 
pajęczą siatkę oplątującą las. Razem z masą włókien spływała dziwna melancholia, 
jakby sonety jesienne. Jakiś ociężały spokój i łagodna cisza w naturze, i 
bezpretensjonalność, i powaga. Cała natura zdawała się mówić: "Oto szczęśliwie 
dobiegam kresu". I dreszcz szedł po wielkich konarach drzew w obawie 
nadchoczącej zimy. Liście i kwiaty, i zioła przeróżne czuły, że kres idzie, 
żółkły im lica i więdły ciała. Uśmiechały się jeszcze do słońca, ale już 
przedśmiertnie, boleśnie, wspominając z żałosnym poszumem miniony, złoty maj. 
Tylko grzyby panoszyły się butnie, słyszeć nie chcąc o jakiejś tam zimie; 
zaledwo wyjrzały na świat Boży i były pełne pretensji. Dziś bór miał wiele 
rozmaitości. Po ustawieniu się myśliwych zagrzmiała donośnie trąba na wyruszenie 
naganki, po czym zapadła głucha cisza. Cała linia strzelców jakby zamarła, tylko 
gęste korony sosen, huczały w porze jednostajną melodią kołysanki leśnej, tylko 
liście szeleszcząc spadały na ziemię, a czasem zakwilił ptak wśród gałęzi. Linię 
obstawiono gęsto; prawie za każdym myśliwym stał strzelec. Waldemar miał miejsce 
pod ogromną sosną. Trzymał strzelbę w pogotowiu, druga stała oparta o drzewo. 
Nie lubił mieć za plecami służącego; jego strzelec, olbrzymi Jur, stał w pewnej 
odległości, mając polecenie przynosić zabitą zwierzynę po skończonym zakładzie. 
Naganka ruszyła daleko, myśliwi nic słyszeć nie mogli. Bór milczał, jakby się 
gotując do mającej nastąpić kanonady. Waldemar wsparł się plecami o sosnę, nie 
bardzo uważając na ciemne głębie przed sobą. Oczy jego nie miały ironicznego 
wyrazu, sarkazm, częsty gość w nich, schował się głęboko, wysyłając na swe 
miejsce trochę tęskną zadumę. Pełne, nieco zmysłowe usta przeciągnęły się w 
linię stanowczą, jakby do walki, przez tęsknotę oczu przelatywał chwilami groźny 
błysk. Wówczas brwi tworzyły złowrogi łuk. O czymś rozmyślał, coś postanawiał, 
może nawet marzył... Lecz na fali marzeń musiały być jakieś porohy nieprzyjazne. 
One wywoływały groźne cienie w jego oczach i na twarzy. Nagle rozpogodził się, 
jakby jasny blask słońca padł wprost na jego głowę. Lekki uśmieszek, prawie 
rzewny, przemknął po jego ustach. Wyszeptał niemal z czułością: — Stefcia... 
Wiatr wionął, żółte liście drzew poruszyły się zgodną harmonią, zaszumiały 
głośniej wyniosłe czuby sosen, kilka głosów ptasich uderzyło w niebo. — 
Stefcia... Stefcia... — szeptały dokoła drzewa i kwiliły ptaki. Z daleka zerwał 
się hałas kołatek i przeciągłe pohukiwanie idącej zgrai. Szła naganka. Jeszcze 
chwila natężonej uwagi... Zadudniał głuchy, potężny tętent, ozwał się trzask 
łamanych gałęzi i Waldemar ujrzał pędzącego z boku olbrzymiego łosia. Zwierzę 
rwało przez zarośla ociężałym kłusem, z podniesioną głową i położonymi na 
grzbiet rogami jak sękate gałęzie. Waldemar wymierzył, lecz nie strzelał; oddał 
pierwszeństwo księciu Zanieckiemu. Ten raptownie podniósł strzelbę do oczu, ale 
łoś dojrzał ruch i skręciwszy na miejscu, rzucił się w stronę Waldemara. 
Zaniecki strzelił z obu luf — spudłował! Łoś zadarł głowę i farbując posunął się 
bliżej ordynata. Wówczas Waldemar wypalił, mierząc w komorę, raz i drugi. 
Olbrzym ryknął przeciągle i ciężko ranny poszedł dalej. Brochwicz dokończył 
mordu. A Zaniecki szepnął do siebie: — Ordynat rozmarzony, zaczyna pudłować. 
Strzały nie milkły, cała linia grzmiała hukiem. Padło kilka łosi, inna zwierzyna 
sypała się gęsto. Ordynat zabił dużo, otaczał go ładny wianek zdobyczy. Gdy 
naganka podeszła blisko, myśliwi zgromnadzili się przy księciu Giersztorfie. 
Każdy opowiadał o swych zdobyczach. — Ja najwięcej dałem strzałów — wołał 
Trestka. — A zabił pan ile sztuk? — Ile?... coś chyba... e, nie wiem! To się 
potem policzy. — Panowie, baczność! uważam, że Trestka chce ściągnąć każdemu z 
nas po jednym zajączku dla zwiększenia swego tryumfu — zawołał wesoły Brochwicz. 
Trestka obraził się. — Szczególnie tobie nie mógłbym tego zrobić, bo byś od razu 
poznał, mając najmniej na rozkładzie. — Przepraszam cię! zabiłem sześć zajęcy, 
wilka i kozła. To trochę więcej niż u ciebie, gdzie tylko jedna lisia kita 
błyszczy w otoczeniu dwóch szaraków. — Dobrze strzelacie obaj i zwierzyny 
mnóstwo — rzekł pojednawczo Giersztorf. Hrabia Barski zbliżył się do Waldemara. 
— Czekamy ze śniadaniem na panie? — zapytał biorąc go pod rękę. — Zapewne, już 
wkrótce przyjadą. Hrabia pociągnął go na stronę. — A propos! niech mi pan 
powie... raczej określi bliżej stosunek tej... tej... "comment donc!" panny 
Rudeckiej do naszego towarzystwa? Waldemar stanął jak spiorunowany, gniew 
zawrzał w nim, ostry wzrok zwrócił na hrabiego i spytał: — Jaki stosunek? Nie 
rozumiem! — Ach! Dieu! panie ordynacie! chcę, abyś mi jaśniej wytłumaczył 
pozycję tej panny między nami. — Jest nauczycielką Luci Elzonowskiej i zarazem 
towarzyszką... przyjaciółką. — Nie to. To wiem... Ale ona ma prawa jakieś wyższe 
nadane jej przez was... Ona jest traktowana na równi z pannami ze sfery?... Ale 
Rudecka to trochę za mały szczebel do naszych wyżyn... za mały! — Pozwoli pan, 
nasze wyżyny, jak pan się wyraził, to rzecz bardzo względna i wymagająca 
szerszego omówienia — przerwał Waldemar. Hrabia skrzywił się, przybierając 
postawę pełną godności. — W ustach pana trochę fałszywie brzmią jego słowa — to 
nuta nieodpowiednia dla potomka jednego z pierwszych rodów naszej arystokracji. 
— Nie jestem, panie hrabio, fanatykiem sferowym. Cenię swój ród, lecz nie 
kłaniam mu się bałwochwalczo. Stygmat wyższości widzę w czynach, nie w herbie, 
bo taki sam noszą inne rody w kraju. — Ale masz pan nad nim mitrę, czego ci inni 
nie mają. Waldemar roześmiał się przykrym, szyderczym śmiechem. — Ach!... więc 
to?... u mnie mitra, u hrabiego dziewięć pałek?... to stanowi owe wyżyny? Aa! 
jeżeli tak, to panna Rudecka istotnie do nas nie dosięga, ale razem z Szeligami, 
Żninem i wszystkimi, którzy są uważani za naszych, są wśród nas, a jednak mają 
tylko pięć pałek w koronie. Hrabia spojrzał ciekawie, lecz z gniewem na 
ordynata. — Nie pojmuję pańskiego oburzenia! — Daruje hrabia, ale ja nie pojmuję 
całej naszej rozmowy. Waldemar był wzburzony i nie ukrywał tego, nie bacząc na 
nic. — A jednak ja wciąż dążę do tego, aby pana przekonać. — Nie, hrabio, to na 
nic. Proszę się nie trudzić! Barski mówił dalej, jakby nie słysząc: — Nasz 
stygmat nie leży w tej samej koronie, lecz i w tradycji. To, co świat cały 
nazywa arystokracją, wymaga u nas pewnej baczności, nawet pieczołowitości. Nie 
wolno nam zapominać o tym, nie wolno wprowadzać obcych pierwiastków w nasze 
zgromadzenie, aby nie wywołać gangreny, paraliżującej nasze poglądy, najświętsze 
dążenia. Ferment taki byłby katastrofą naszych idei: nie wolno nam zapominać o 
tym! Hrabia podniósł wskazujący palec do wysokości swej twarzy i wpijając w 
Waldeamra oczy jak sztylety, powtórzył dobitnie: — Nie wolno! — Patetyczny 
głupiec! — pomyślał Waldeamr. — Gangreny... paraliże... fermenty?... Co to ma za 
związek z panną Rudecką? — wybuchnął głośno. — O, ma! i wielki. Ona jest właśnie 
pierwiastkiem... — Mogącym nas zgangrenować? Ha! Ha!... niech pan wierzy, że 
jeżeli kto kogo, to z pewnością my ją prędzej zgangrenujemy. Hrabia poruszył się 
obrażony. — My przede wszystkim powinniśmy takie osoby trzymać na daleką metę, 
lecz nie wprowadzać w nasz świat bezpośrednio. To szerzy niepokój, budzi 
nieufniść w towarzystwie. — Wszystkie te wypowiedziane przez hrabiego... 
komunały nie mają zastosowania u nas. W naszym domu i okolicy panna Rudeck ajest 
uważana jak najlepiej, zasługuje na zupełne uznanie i staramy się traktować ją w 
sposób odpowiadający jej osobistej godności; chcemy, aby się nie czuła obcą, i 
każdy, kto przebywa wśród nas, musi się do tego stosować bezwarunkowo. Waldemar 
mówił prawie niegrzecznie, szorstkim tonem. Nie dbał już o to, że hrabia jest 
jego gościem. Wrodzona popędliwość unosiła go jak burza. Ale hrabia zdawał się 
słów jego nie rozumieć; nie chciał się obrażać, bo chodziło mu o ordynata, lecz 
jednocześnie pragnął rozmowę wygrać. — Ja godności tej pannie ujmować nie chcę, 
"elle est m~eme bien tenue" (fr. — ona nawet ma prezencję) i ostatecznie w 
Niesieckim jest zapewne jakiś zakątek na pomieszczenie Rudeckich. Mon Dieu! 
przecież i wśród naszej służby są osobniki z nazwiskami, których herbarz nie 
pominął. A jednak nie są oni zaliczeni do towarzystwa, nie bawią się z nami, nie 
prowadzą salonowych rozmów... — Panie hrabio, proszę nie wyprowadzać mię z roli 
gościnnego gospodarza i nie robić takich porównań. To mię oburza! Jeśli pan 
wszedł na tę drogę, muszę go uprzedzić, że dziś przy obiedzie siądzie z nami do 
stołu mój rządca, łowczy i marszałek dworu. I pan, panie hrabio, przez szacunek 
dla mnie i dla mego dziadka, musisz im podać rękę. Co zaś do panny Rudeckiej, 
rola jej wśród nas jest jasno określona i ubliżyć jej bez ubliżenia nam... nie 
można. — Za pozwoleniem, panie. Ja mówię z punktu tradycji. Takie osoby, jak 
ona, zarażają nas. Mamy dowód na panu: zbyt gorliwie jej pan broni. W sprawie 
takich panien można stawać, nie przeczę, można... lecz w inny sposób. "N.est-ce 
pas?" (fr. — Czy nie?) — Panie! — wybuchnął ordynat. — Pardon! ale wśród nas ona 
jest niewłaściwym elementem, "elle n.est pas pour nous!" (fr. — ona nie dla 
nas!) nie trzeba się z nią zbliżać i poufalić. Panna Rudecka jest dla nas — 
trędowata. Waldemar rzucił się gwałtownie. Ostre, obrażające słowa zawisły mu na 
ustach... Już... już miał je wypowiedzieć. Hrabia to odczuł i raptownie zwrócił 
się do nadchodzących panów. Jednocześnie zatętniało i na drożynie leśnej ukazała 
się czwórka koni, zaprzężonych do breku pełnego wrzawy. Przyjechały panie. 
Myśliwi pobiegli je wysadzać. Wszystkich rozweseliła obecność dam i przywieziona 
przez nie nadzieja śniadania. Waldemar, nie zważając na nikogo, zarzucił 
strzelbę na plecy i ruszył pomiędzy wysokie sosny i żółtawy gąszcz podszycia. W 
oczach miał złe błyski, na ustach ironiczny wyraz. Dojrzał go Brochwicz i 
dogonił. — Waldy, dokąd zmierzasz? Panie już są i śniadanie dymi w pawilonie. 
Głodny jestem jak ten wilk, co go zabiłem. — Idź jedz i zajmij się tam wszystkim 
w moim imieniu. Zwłaszcza nie zaniechaj spoić dobrze tego... cymbała!... — Kogo, 
Barskiego? — Ależ zgadłeś! — Mój drogi! Jeden jest tylko cymbał między nami. Nic 
też dziwnego, że odgadłem. — No dobrze, idź już. — Albo co? — Ja zostanę sam. — 
Zachwycająca naiwność! cóż tam może być bez ciebie? — Ach! nie nudź. Brochwicz 
chwycił Waldemara za ramię. — Waldy, słuchaj! jeśli mię kochasz i chcesz 
udelektować Barskiego, to właśnie wracaj. Nie rób sobie z niego nic, ale to nic 
na owinięcie palca, to będzie najlepsza kara dla tego mamuta. Nie wiem, czym ci 
dokuczył, i w ogóle dziwię się, że to zrobił, bo diablo podkopał szanse swej 
córki, nawet w zwykłych warunkach nie kiełkujące pomyślnie. Ale nie poznaję 
ciebie, Waldy! Dawniej sam pokazałbyś plecy Barskiemu. Z twej irytacji wnoszę, 
że zaszło coś ważnego. — Masz słuszność! ten stary szyld wyimaginowanej 
wielkości staje się tak świetnym, że aż głupim, i tym zirytował mię. — Waldy! 
Waldy! że on ma więcej barw w ustach niż w głowie, to o tym nawet wrony kraczą. 
Nie ma się czym przejmować. Waldemar uśmiechnął się. — Wybornie malujesz 
przyszłego swego teścia! — Pochlebiam sobie, że nim nie zostanie. Papa mię mrozi 
— brrr! A Melania nawet ze swą gorącą cerą nie zdoła jakoś poruszyć mej 
północnej natury. Zaniecki bardziej nadaje się do tej kombinacji. Powiem ci coś 
o Barskim, czego pewnie nie wiesz. Pysznie się znalazł twój praktykant, ten 
najstarszy. — Otocki? — Tak. Wyobraź sobie, kiedy stanęliśmy na pierwszym 
stanowisku, hrabia najpierw skrzyczał koniuszego. Badowicza, za co? — Za to, że 
ten przez pomyłkę powiedział do hrabiego "proszę pana", bez tytułu. Sam 
słyszałem. — Bestia! — mruknął Waldemar. — Idźmy do pań. Zawrócili do pawilonu. 
— Więc dalej o Barskim — ciągnął Brochwicz. — Kiedy już naganka miała ruszyć, 
hrabia zeszedł z przeznaczonego miejsca na drugie, bo uznał je za lepsze — z nim 
zawsze tak. Idąc, zapomniał strzelby, a że jego strzelec gdzieś się zawieruszył, 
więc Barski, niewiele myśląc, patrzy z góry na Otockiego, który właśnie stał 
blisko, i mówi po swojemu: "Słuchaj no, te... te... przynieś mi tam strzelbę 
spod krzaka"... — Przecież mu przedstawiałem praktykantów. Jak on śmiał! — 
wybuchnął Waldemar. — Tak, ale Barski już się dowiedział, że Otocki jest 
najbiedniejszy i że mu płacisz — to dla niego dosyć. On przecież wszystkich 
pracujących za pieniądze nie uważa za ludzi. — Otocki mu pewno dał dobrą naukę? 
Nie jest przyzwyczajony do podobnych wybryków. — Poczekaj. Najpierw udał, że nie 
słyszy, ale gdy się hrabia po raz drugi tak samo odezwał, wówczas Otocki kłania 
mu się z powagą i mówi: "Byłem już hrabiemu przedstawiony przez ordynata, 
nazywam się Otocki". Powiedział tak i odszedł w drugą stronę. — Pysznie! — 
zawołał Waldemar ubawiony. — Ja i Żnin daliśmy brawo Otockiemu, ale Barski musi 
być wściekły. Waldemar zaśmiał się. — Tym bardziej kidy mu ndmieniłem, że przy 
obiedzie musi podać rękę panom z administracji, którzy będą na nim obecni. 
Wykręca się, abym mu nie przedstawił łowczego, ale go złapię wieczorem i przy 
wszystkich poda mu rękę. Brochwicz klasnął w dłonie. — Doskonale! to i o tym 
była rozmowa. — Ach, daj mi spokój! — No widzisz! i ty chcesz, abym wszedł w 
związki z takim utytułowanym zacofańcem? Choćby mi ciocia księżna nie dała 
miliona, a Barska sama się oświadczyła, jeszcze bym nie chciał. Wstydziłbym się 
takiego teścia. My z tobą, Waldy, jesteśmy ludzie innej rasy. — A przynajmniej 
innych poglądów — rzekł Waldemar. Powrócili do towarzystwa w samą porę. 
Nadjechał drugi brek pełen pań i amerykan. Śnidanie przeszło wesoło, ale trwało 
niedługo, bo Waldemar spieszył. Powstał projekt, że każda z pań wybierze sobie 
towarzysza na stanowisko. Do Waldemara podbiegła żywo rozpromieniona hrabina 
Wizembergowa. Skłonił się jej z wdzięcznością, zadowolony, że wyprzedziła 
hrabiankę Melanię, niedwuznacznie obiecującą mu ten zaszczyt przy śniadaniu. 
Waldemar, pod rękę z hrabiną, niepokoił się o Stefcię. Razem z Lucią stała na 
uboczu, mierząc z floweru do wielkiej sosny. W gronie panów Barski coś 
spiskował, pewno nic dobrego dla Stefci. Niepokój Waldemara zwrócił uwagę 
hrabiny. — "Monsieur, vous me troublez!" (fr. — Pan mnie niepokoi!) wydaje się 
pan niezadowolony z mego towarzystwa. — Przeciwnie, pani, jestem zachwycony. 
Lecz nie wszyscy mają pary, idzie trochę marudnie. Hrabina bystro spojrzała na 
ordynata i pobiegła oczyma w ślad za jego wzrokiem. — Ach! rozumiem! Lucia i 
panna Stefania nie mają pary. Czemuż same nie wybierają? Z pewnością wielu na to 
czeka. Mruhnę na Żnina, będzie mi wdzięczny. Waldemar wesoło, pocałował w rękę 
piękną panią. — Już nie potrzeba, Jurek się tym zajął. — A prawda! Brochwicz 
przymilał się do Stefci, aby go wybrała. Zgodziła się chętnie, poszły razem z 
Lucią. Barski popatrzał na nich spod oka. — Porwanie Sabinki! — rzekł 
ironicznie. — Brochwicz zapomina, że i u nas są jeszcze damy. Zaniecki 
uśmiechnął się. — Panie hrabio, prędzej porwanie sióstr syjamskich, bo one są 
zawsze jak przyszyte do siebie. Barski nie lubił, gdy mu kto psuł dowcip. 
Spojrzał z góry na Zanieckiego i rzekł kwaśno: — No dobrze, idź pan na 
stanowisko. Moja córka czeka. Wszyscy powsiadali na bryczki i wolanty, aby 
podjechać do dalszych kniei. Niektóre panie i panna Rita polowały również. Ale 
nowy zakład w towarzystwie pań nie bardzo się powiódł. Stefcia, Lucia i 
Brochwicz stali obok ordynata i nie krępowali się w rozmowie, nawet śmiech 
hrabiny Wizembergowej zadźwięczał czasem. Cała linia brzmiała echem rozmów. 
Strzały częściej szły w powietrze niż w zwierzynę, jednak ilość zabitej 
przedstawiała się nieźle. W jednym zakładzie naganka ruszyła stado dzików. Z 
rechotem i głośnym tętentem racic waliło wprost na strzelców. Strzelanina nie 
ustawała, lecz myśliwi gorączkowali się, pudłując często. Na księcia Zanieckiego 
wyszedł olbrzymi odyniec. Kłusował ostro i przewalał na dwie strony czarne, 
nasiąknięte żywicą cielsko. Spod rozsuniętych wściekłością warg zwierzęcia 
błyskały potężne kły. Książę nie stracił głowy, wymierzył spokojnie i wypalił. 
Kula drasnęła dzika w grzbiet, nie robiąc mu krzywdy. Rozjątrzony potwór sapnął 
i ruszył obcesem naprzód. Dano do niego jeszcze dwa strzały. Kula księci 
Giersztorfa zraniła odyńca w nogę, Barski przestrzelił ucho. Rozjuszony do 
szaleństwa zwierz, tocząc pianę, rozejrzał się krwawymi ślepiami i ruszył wprost 
na Stefcię. Rwał na nią ciężkim galopem, sapiąc przeraźliwie i świszcząc 
nozdrzami. Stefcia zdrętwiała z przerażenia, zbladła, lecz nie tracąc 
przytomności zasłoniła sobą Lucię i cofnęła się wstecz. Powstała straszna panika 
wśród strzelców. Brochwicz, przerażony, krzyknął na Stefcię, aby uciekała, i sam 
zakręcił się, jakby do ucieczki. Michorowski stał blady, groźny, lecz spokojny. 
W ostatniej chwili, kiedy myśliwi osłupieli ze zgrozy na widok rozjuszonego 
odyńca rzucającego się na Stefcię, nagle Waldemar przypadł do niej, 
błyskawicznie cofnął ją za sosnę i przyskoczywszy do dzika, szalonym rzutem 
ramienia wpakował kordelas aż po rękojeść w samo serce zwierza. Ugodzony 
śmiertelnie dzik runął na trawę, czarna krew tryskała, cielsko drgnęło w kurczu 
śmierci i zwierzę znieruchomiało. Waldemar, trzymając skrwawiony kordelas, 
przeciągnął ręką po mokrym, bladym czole. W oczach miał grozę, usta zacięte. 
Spojrzał na martwego dzika i prędko podszedł do Stefci. Ona, ochłonąwszy, 
wysunęła się do niego z Lucią, bardzo blada, lecz z ogniem w łzawych oczach. 
Waldemar rzucił kordelas i porwał jej ręce. Wpił w nią przerażone oczy i spytał 
zdławionym głosem: — Bardzo się pani zlękła?... Boże! co za wypadek! Gorąco 
uścisnęła mu dłonie. — Dziękuję panu... ocalił mi pan życie z narażeniem 
siebie... Tego... nie zapomnę... — Miałem straszną chwilę!... Nie mówmy już o 
tym. A myśliwi i panie zaledwo teraz otrzeźwieli z przestrachu, zgrozy i 
zdumienia. Śmiałość ordynata zaimponowała wszystkim. Pierwszy ocknął się 
Brochwicz, lecz był trochę zawstydzony. Wszyscy podeszli do sosny, winszując 
Stefci ocalenia, a ordynatowi odwagi. Ściskali dłoń jego z podziwem, patrząc nań 
ciekawie. Zwłaszcza panie przenosiły uporczywie wzrok z ordynata na Stefcię. 
Brochwicz uspokajał struchlałą Lucię. Rękę ordynata ścisnęła z kolei hrabina 
Wizembergowa. — "Vainqueur! maintenant vous l.avez prise, elle vous appartient" 
(fr. — Zwycięzco! teraz pan ją zdobył, należy do pana.) Ordynat złożył pocałunek 
na jej ręce. Po zachodzie słońca orszak myśliwych powracał do zamku, witany 
odgłosem trąb i orkiestrą umieszczoną na krużganku. Podczas kiedy myśliwi 
przebierali się, straż leśna pod nadzorem łowczego ułożyła zabitą zwierzynę na 
dziedzińcu zamkowym w olbrzymią klamrę. Mieszały się razem lisy i zające, 
przetykane gęsto ciemną aksamitną sierścią kozłów, których głowy ładnie podparte 
wysuwały pyszne rogi. Koronę klamry tworzyły łosie i dziki, w środku leżało 
kilka wilków. Na samym przodzie, zręcznie umocowany, stał odyniec zakłuty przez 
Waldemara. Z półotwartej paszczy wisiały sople skrzepłej krwi, ostre, białe kły 
były, rzec można, urągowiskiem minionej potęgi. Szklane oczy stały słupem, 
przerażone, jakby zwierz zdziwił się, że tak niedawno wzbudzał szalony popłoch 
wśród ludzi, że wywołał grozę, a teraz oni trąbią nad nim larum, na sławę dla 
siebie, na pohybel jemu. Wilki miały wysunięte języki i wyszczerzone zęby, jakby 
zgrzytające z gniewu, że zwierzyna, którą tępiły, teraz w tak licznym wyborze 
otacza ich ponure cielska tryumfalnym wieńcem. "Myśmny polegli, ale i was, 
tyranów, nie stało". Kiedy panie wyszły na dziedzinic, kilku strzelców w 
zielonych kurtkach, w długich botfortach, stojąc na boku klamry, uderzyło w 
trąby radosną fanfarą myśliwską. Było coś rycerskiego w ich postaciach. 
Podniesione w górę trąby opiewały grzmiąco historię dzisiejszej obławy, niby 
marsz pogrzebowy dla zgrai poległych mieszkańców boru. Goście przysunęli się 
bliżej, panie zaczęły oglądać zwierzynę grubszą i leżące dalej wianki ptactwa. 
Pieściły zgrabne główki jeleni i śliczne płowe kuropatwy. MężczyźNi opowiadali 
sobie szczegóły każdej zabitej sztuki, przy czym najgłośniej krzyczał i kłamał 
Trestka, wyręczając Brochwicza, bo ten nie mógł jakoś otrząsnąć się po wypadku z 
dzikiem, czując, że odegrał w nim nieszczególną rolę. Zaczęły się sprzeczki o 
to, kto najwięcej zabił zwierzyny. Okazało się, że właśnie Brochwicz. Ordynat 
ogłosił go królem. Ale Trestka, zły na to, rzekł złośliwie: — Nie miałbyś pan 
tej weny, gdyby ordynat strzelał swobodnie. Ale ordynat ustępował dziś strzały 
gościom i oddawał im wyborowe stanowiska. W tym tkwi klucz do rozwiązania 
zagadki szczęścia pańskiego: ordynat oddał ci tytuł króla. — Czemuż, na 
przykład, pan się o to nie postarał? — zapytał Brochwicz — jesteś także gościem. 
Trestka machnął ręką, jakby mówiąc: — Każde szczęście nie dla mnie. Stefci rękę 
panowie umoczyli w krwi dzika. Ją i ordynata ogłoszono bohaterami dnia. 
Hrabianka Melania z ojcem z wielkim wysiłkiem panowali nad sobą, aby nie 
wybuchnąć gniewem i oburzeniem. Z pań najwięcej zwierzyny położyła panna 
Szeliżanka. Waldemar wziął jedną z kuropatw zabitych przez nią i wśród wesołych 
żartów umazał krwią jej rękę jako tryumfatorki. — Wiwat nasza nemrodka! — 
zawołał. Młoda panna cieszyła się choć z takiego powodzenia. Ale Trestka gryzł 
wąsy. XXXV Wieczorem zamek zajaśniał światłem elektrycznym. Okrągłe, złożone z 
szyb ściany zimowego ogrodu lśniły się blaskiem i zielenią roślin. W wielkiej 
sali jadalnej stół, zastawiony w podkowę, nakryto na sto kilkanaście osób; 
zatrzęsiony masą kwiatów nurzał się w mnóstwie świateł i blasków wspaniałej 
zastawy. Z sali prowadziły kręte żelazne schody do zimowego ogrodu, skąd 
dochodził cichy szmer fontanny i sztucznych wodospadów. Schody, oplecione 
wieńcami kwiatów, oświetlone bukietami lampek z kolorowego szkła w kształcie 
tulipanów, były jak cudny przesmyk wiodący z przepysznej sali do raju, którym 
śmiało mógł być nazwany ten ogród. Liczna służba w galowych uniformach, pełno 
woni świeżych kwiatów, jakaś charakterystyczna atmosfera milionów — wszystko to 
wywoływało lekki zawrót głowy. Stefcia chodziła po zaczarowanych salach trochę 
upojona. Oczy jej się mrużyły od widoku bogactw i gustu w rozmieszczeniu ich. 
Dziewczyna czuła się podniecona, jej zmysły rozdrażniły się, urok wiał na nią 
zewsząd i potężniał. Inne wrażenia kołysały hrabiankę Melanię i jej papę. Ona 
obiecywała sobie użyć wszelkich sposobów, aby zostać panią tego zamku. Na 
ordynata hrabianka spoglądała z uwielbieniem, niemal z pokorą, co go drażniło i 
tym bardziej odsuwało od niej. Hrabia chodził po zamku napuszony; rozmyślał o 
efekcie, jaki zrobią jego miliony włączone w ten przepych. Może szukał, czego tu 
jeszcze brak. Wszystko imponowało mu, ale dobry gust panujący w rezydencji wydał 
mu się zbyt skromnym. Po obiedzie hrabia siedział zły, bo ordynat przedstawiał 
rządcę, łowczego i marszałka dworu w ten sposób, że panowie podawali im rękę i 
hrabia nie mógł postąpić inaczej. Dobre wina zdołały hrabiego rozchmurzyć, 
szampan dokonał reszty i pod koniec biesiady Barski pogodził się z obecnością 
administracji. Czynił sobie tylko w duchu postanowienia, że gdy zostanie teściem 
w tym zamku, wówczas wystąpi z pewnymi warunkami w przeprowadzeniu reform 
sferowych, na których ordynat się nie znał. Podczas obiadu orkiestra grała na 
tarasie. Zamek, park, tarasy i ogród angielski były iluminowane, nawet rzeka 
płonęła od ognisk rozłożonych dokoła, nawet brzeg zwierzyńca i łodzie. Kolorowe 
lampy ozdabiały schody prowadzące do przystani, dywanowe klomby i aleje z 
kwiatów. Sznury drobnych lampek kołysały się pomiędzy drzewami i tworzyły 
poprzeczne baldachimy w alejach. Z trawników wytryskiwały światełka, niby 
niezliczona moc błędnych ogników. Sztuczne wodospady oświetlono ogniami 
bengalskimi; strzelały w górę smukłe rakiety. Po obiedzie nikt nie pozostał w 
zamku. Jedni rozbiegli się po alejach i klombach, inni szli oglądać tryskające 
fontanny w ukwieconych basenach. Każdą oświetlał odmienny kolor ogni 
bengalskich. Rozpylone pióropusze wody lśniły niby tęczowe smugi. Wiele osób 
dążyło do łodzi, strojnych w girlandy i różnobarwne płomyki. Gondolę "Stefanię" 
ozdabiały lampki tylko purpurowe i wieńce z róż, spływające aż do wody. Druga 
orkiestra, fabryczna, grała na zmianę w altanie nad rzeką. Pan Maciej błąkał się 
także po parku, a widząc, że wszędzie jest coraz piękniej, kiwał smutnie głową. 
Bał się odgadywać, dla kogo te cuda, ale mimo woli rozumiał. Na tarasie 
hrabianka Barska wsunęła rękę pod ramię ordynata. — Czy zechce pan pokazać mi 
iluminowane groty? — szepnęła z prośbą. Była jakaś senna i zmysłowo pociągająca. 
Mocno wygorsowana suknia dodawała jej ponęt, ciemny, gorący ton ciała odbijał od 
jasnych materii i pajęczych koronek. Perły drżały na jej szyi. Wsparła ciężko 
obnażone ramię na jego raminiu i pochylając głowę z pieszczotą, powtórzyła: — 
Dobrze? pokaże mi pan te groty? — Owszem, jeśli pani pragnie... — Podobno są 
cudne. W milczeniu zeszli z tarasu i udali się w głąb kwiatowego ogrodu między 
fontanny. Minęło ich kilka osób i panna Rita, która rzuciła na hrabiankę wzrok 
ironiczny, dziwnie przykry. Za Waldemarem obejrzała się zdziwiona. Hrabianka 
mówiła: — Śliczne są Głębowicze! Nawet sobie nie wyobrażałam, że tak piękne. 
Mieszka pan jak w raju. Czy to daje panu wielką dozę szczęścia? — spytała 
zaglądając mu w oczy. — To zależy, jak kto rozumie szczęście. Ja Głębowicze 
kocham nie za ich przepych, lecz że są moje. To moja gleba, mój teren pracy, 
który chcę doprowadzić do możliwej doskonałości. — I pan potrafi. Dekoracje 
wspaniałe! ma pan kobiecą rękę i gust w urządzeniu rezydencji. Waldemar spojrzał 
na nią niecierpliwie. — Och! nie mówiłem o dekoracjach. W tym nie ma mej pracy. 
To są jeszcze pamiątki gustu babki Gabrieli. Ja jedynie dbam o zachowanie tych 
zabytków. Babka chciała z Głębowicz zrobić drugi Wersal, pielęgnuję więc jej 
dzieło, nie żałując wkładów. — Tak, kobiety mają zwykle większy pociąg i 
zdolność do tworzenia arcydzieł efektu. Pańska żona jednak nie będzie miała pola 
do samodzielnych występów, gdyż wszystko, co wymarzone, już jest. Chyba 
zapragnie zmian... Waldemar uśmiechnął się. Odgadł intencje hrabianki: wyciągano 
go na oświadczyny. — Jak niektóre kobiety są płaskie! — pomyślał. Hrabianka 
spojrzała na niego z umizgiem. — Czy pozwoliłby pan swojej żonie na zmiany, 
gdyby je zaprowadzić chciała?... — Nie wiem, pani. To są rzeczy względne. — 
Rozumiem! zależałoby to może od stopnia pańskich uczuć względem żony? Ale 
wielkie przywiązanie, miłość zmusza poniekąd do poświęceń... największych. 
Waldemar spojrzał zdziwiony. — Pani to rozumie? — O tak! wiele rzeczy dawniej 
niepojętych rysuje się wyraźnie, gdy... następuje w nas zmiana. — Dobrze, ale 
pani, na przykład, cóż by poświęciła dla uczuć? — Ja?... Wszystko! — Aż tak! No, 
sfery by pani nie poświęciła. — Nie rozumiem. — Gdyby pani pokochała kogoś nie z 
arystokracji, czy w imię miłości zostałaby pani jego żoną?... — Ach nie! taki 
wypadek mi nie grozi, "queelle id~ee!" (fr. — cóż za pomysł!). Nawet nie 
podnoszę oczu na ludzi nie naszych. Kochać mogę jedynie najwyższych. Strojna 
głowa hrabianki pochyliła się na ramię Waldemara, jakby ten niemy znak miał mu 
powiedzieć: "Tyś najwyższy — jam twoja". Waldemar zrozumiał, lecz nie odczuł. 
Zaśmiał się trochę szyderczo. — A więc gdzież jest to "wszystko", co pani ma 
poświęcić dla ukochanego? Hrabiankę uraził jego śmiech. Zacisnęła usta. — Pan 
stawia pytania tak... dziwne i zdaje się, że pan nie ufa w siłę mych uczuć... A 
jednak ten, którego pokocham, zdoła to ocenić. — Zapewne! takie odkrycia należą 
do najświetniejszych tryumfów. — Czy pan ich nie doznał? — Owszem, pani, dość 
wiele, ale odkryć tylko. Tryumfem nazywam szczęście wynikające z nich i mam 
przeczucie, że jest bajeczne, lecz tego jeszcze... nie doświadczyłem. — Bo może 
się pan o to nie starał? — O szczęście starać się trudno, to przychodzi samo, a 
chęć znalezienia szansy jest dość bladym celem. Hrabianka przez chwilę milczała, 
po czym zaczęła mówić ciszej, jakby do siebie: — Chciałabym być mężczyzną. 
MężczyPni mogą wypowiadać to, co czują, iść za popędem serca. Nam tego nie 
wolno. Głos jej dźwięczał tęsknie, oczy wzniosła w gwiaździste niebo. Były pełne 
iskier, gorzały niecierpliwością, ubraną w szatę melancholii. Waldemar patrzał 
na nią z ukosa. Uderzyła go jej uroda, istotnie przepyszna. — Szkoda, że 
Zanieckiego tu nie ma — monologował w myśli. — Miałaby go u nóg, bo 
zewnętrznie... warta zachwytu. Ja, profan, zawsze wolę rękę niż rękawiczkę, 
zwłaszcza w sytuacji, o jakiej ona marzy... Ej! gdyby tak dawniej!... Waldemar 
spod rzęs rzucił na hrabiankę łobuzerskie spojrzenie. — Pani mówi, że kobiety są 
skrępowane w wyrażaniu swych uczuć? Ja tego nie znajduję. — Cóż pan chciał, żeby 
się same oświadczały? — E nie! ale one zwykle dają wenę do oświadczyn. Ich 
uczucia, gdy są wyraźne, ułatwiają zakochanym sięgnięcie po szczęście. Jest to 
taka pieśń bez słów. Ordynat mówił umyślnie, wiedział, że wchodzi na śliską 
drogę i że zarzuca haczyk, na który hrabianka może się złapać. Ale bawiło go to, 
nie zaliczał się do zbytnich skrupulatów uczciwości tego rodzaju. Gwałtowny 
rumieniec na twarzy hrabianki rozśmieszył go, złośliwość cisnęła mu na usta nowe 
słowa: — Bywają kobiety jak owe rośliny, które do słońca roztulają swe kielichy, 
odurzając czarem zapachu, a gdy księżyc zastąpi słońce, zamykają się, skąpią 
barw, chowają czar, jakby w obawie, że mniej zostanie dla ukochanego. Do takich 
roślin zalicza się powój, jeden z kwiatów ulubionych przeze mnie. Gdy kobieta w 
ten sposób daje odczuć ukochanemu swą miłość, jak powój daje słońcu barwę i 
bardzo subtelną woń, wówczas bez słów mówi: "Jestem twoją, bierz mię". Są to 
ciche oświadczyny, po których następują słowa wypowiedziane przez męskie usta. 
Hrabianka słuchała go z natężeniem, zręcznie udając upojenie. Usta jej drżały 
szczęściem, cel swój dostrzegła już blisko i w tęczowych barwach. — Pan lubi 
powój? — spytała cicho. — O tak! bardzo. — Pan tak mówi, że można się zasłuchać. 
Ale czy zawsze słońce odczuje mowę rośliny? Tyle się oczu doń podnosi, tyle 
uwielbień płynie... Czy zdoła biedny... zakochany powój zdobyć cieplejszy 
promień dla siebie?... — Z pewnością, skoro powoduje nim prawdziwe i szczere 
uczucie. Słońce, widzi pani, jest zbyt inteligentne, by całą sumę uwielbień 
podciągnąć pod jeden rodzaj. Ono potrafi różniczkować, wie, co jest wyłącznie 
dla niego, a co dla jego blasków, i nigdy się nie myli. Wszelkie odcienie 
niesłychanie łatwo odczuwa, to go jedynie broni przed zarozumiałością. Basrska 
drgnęła niespokojnie, bo głos ordynata i jego słowa zastanowiły ją. Spuściła 
oczy. Waldemar znowu zerknął na nią z boku, oczy jego miały wyraz szatański. — 
Czy ja jestem słońcem, to mniejsza. Ale żeś ty nie powój, lecz zwykły 
słonecznik, to pewno — pomyślał. Zbliżali się do iluminowanych grot, skąd 
dochodził gwar wesołej zabawy. Hrabianka zwolniła kroku i rzekła nie patrząc na 
ordynata: — Czy pan wie, że książę Alfons Zaniecki stara się o mnie?... Głos jej 
miał pewne tony wyniosłe. — Wiem, pani. — Mój papa dość go proteguje, a ja... Co 
pan o nim sądzi? — To bardzo dobry człowiek — trochę próżny, lecz w naszej 
sferze to się liczy za zasługę. — Próżny? Nie zauważyłam! Więc mi go pan 
poleca?... Głos mówiącej zadrżał. — Proszę pani, ja nigdy w podobne sprawy nie 
wchodzę. Zdanie o nim wyraziłem, co zaś do dalszych kombinacji, to rzecz 
osobistych zapatrywań, uczuć, bez udziału osób trzecich. — Jednak mi go pan nie 
odradza? — Panno Melanio, wyraża się pani w sposób ubliżający dla księcia. Jego 
się przyjmuje lub nie, ale radzić i odradzać niemożna. — Dlaczego pan mówi 
wymijająco? Waldemar zmarszczył brwi: spostrzegł zagadkowy uśmieszek hrabianki i 
poruszyło go to. Był już znudzony, pragnął skończyć rozmowę, ale postawa 
hrabianki wzburzyła w nim krew. Odrzekł szorstko: — Nie pojmuję, dlaczego pani 
tak stanowczo chce znać mój podląd na kwestię, nawiasem mówiąc, dla mnie 
obojętną. Lecz skoro tak jest, więc powiem. Zanieckiego uważam za 
najpoważniejszego ze wszystkich starających się o panią. Pannie Barskiej zamarł 
oddech w piersi. — A gdybym się zdecydowała wyjść za niego?... — Życzyłbym pani 
szczęścia z całą szczerością. Hrabianka stała się bladą jak kreda. Usta jej 
drżały nerwowo. Oddychając szybko, szła jak przytłoczona. Milczeli długą chwilę. 
Nagle Melania wyrwała rękę spod ramienia Waldemara i zawołała wzburzonym głosem: 
— Dziękuję panu, sama obejrzę groty. — Jak pani każe — odparł z ukłonem. Ona 
pobiegła do grot, on zawrócił do zamku. — Spaliłem jeden złoty most za sobą... 
Ale śmieszna dziewczyna! Stefia wymknęła się cichaczem z parku, gdzie ją 
prześladował młodzieniec w monoklu, jej wystawowy wielbiciel. Razem z Lucią i 
młodymi księżniczkami Podhoreckimi poszła do zimowego ogrodu. Chodziła po 
uliczkach, wśród puswzystych paproci i aksamitnych liści begonii barwnych jak 
emalia, po mostkach wiszących nad źródełkami. Zatrzymywała się przy skałach, z 
których spadały sztuczne wodospady. Mech i pleśń na kamieniach wybornie udawały 
naturę. W zagłębieniu skały siedzi napuszona sowa, tam znowu pod kamieniem wije 
się wąż, w źródełkach pluskają złote rybki. Baseny wodotrysków z alabastru lub 
konchy perłowej, otoczone wieńcem kwiatów, pełne wody i pływających na niej 
nenufarów. Obok rosną kępami niezapominajki, smukłe lilie i żółte irysy. 
Rozpylone pióra wody szemrzą cicho. Małe ławeczki z lapis_lazuli lub z różowego 
marmuru, ukryte wśród skał, drzew pomarańczowych cyprysów, wśród mirtów i 
magnolii, nęcą wzrok malowniczością widoku. Gdzieniegdzie błyśnie alabastrowa 
figurka amorka lub boginki. Na małej okrągłej sadzawce, której brzegi toną w 
krzewach irysów i paproci, buja bacik, cały z różowych muszli, w kształcie 
łabędzia, z bladoniebieskim jedwabnym żaglem, mogący pomieścić dwie osoby; w 
świetle elektrycznach lamp mieni się barwami. Olbrzymie palmy wachlarzowe i 
strzępiaste ozdabiają szklane ściany; kryształ rżniętych szyb w żelaznej kracie 
błyszczy jak fosforyzujące morze. Tak samo świeci wysokie sklepienie, jak jedna 
rozeta kryształu podtrzymywana w odstępach, w formie krokwi, żelazną rzeźbą. Na 
szczycie szklany dach podniesiony; widać pogodne niebo, usiane gwiazdami, trochę 
zaczerwienione od iluminacji. Matowe balony lamp, umieszczone wśród palm, nadają 
pyszny ton roślinom. Wzrok błądzi z jednych cudów na drugie, ucho śledzi z 
rozkoszą szmery, nie chce się wierzyć, by to była rzeczywistość. Papugi 
spacerują poważnie po uliczkach i huśtają się na gałęziach. Wszystko tworzy 
ułudę jeszcze plastyczniej. i tu pełno róż, pełno dywanów aksamitnych begonii, 
pełno zapachów. Z każdego kwiatka wyziera wdzięk, każdy szmer wachlarzowych palm 
podnosi urok. Rozkosz jakaś słodka, mistyczna a potężna, wnika w krew, wywołuje 
silne tętna, nerwy grają podniecone. Upojenie ogarnia senne a błogie, aż do 
zawrotu głowy. Czar trąca w struny zmysłów jak w harfy, śpiewa słodką, 
usposobiającą do marzeń pieśń rozkoszy, pieśń snów nieziemskich. Stefcia chodzi, 
patrzy, słucha, nozdrzami wchłania wonie i nie wie, czy to jawa, czy sen? Ale 
nawet snów tak odurzających nie miewała nigdy. W zachwycie nie uważa, że Lucia 
zabrała księżniczki, aby im pokazać kostium myśliwski, przygotowany do 
bażantarni. Stefcia została sama. Czuje się ogłuszoną i szczęśliwą aż do 
bezmiaru. Nie widzi, że od kilku minut na ukwieconych schodach, wśród kwiatów 
stanął on, pan i właściciel tych skarbów, świetny, strojny, w aureoli kolorowych 
lamp; że spogląda na nią z góry, w milczeniu, jakby się napawał jej widokiem. 
Stefcia, oparta o wielki pień mirtu, zapatrzona w głąb ogrodu, stoi jak 
przykuta; w swej balowej sukience, zwrócona profilem do schodów, tworzy śliczną, 
żywą dekorację ogrodu. Rozmarzona, nie widzi, że on wolno, krok za krokiem, 
zstępuje ze schodów, z utkwionymi w niej oczyma, nie słyszy jego stąpań na 
uliczce. On, bojąc się ją przestraszyć, stanął. Wówczas drgnęła, instynkt 
osrzegał ją, że ktoś jest blisko. Odwróciła się gwałtownie. On wyciągnął do niej 
ręce. Stefcia nie krzyknęła, ale zbladła bardzo. W tej chwili, gdy cała jej 
dusza przepojona była nim, widzieć go jednak nie chicała, czuła się zbyt 
rozstrojoną. Zlękła się jego obecności i jego wzroku. On wziął jej ręce w swe 
gorące dłonie, stanął bliziutko. Czar uderzył w harfę ich uczuć, kwiaty swe 
wonne, zawrotnie cudne rzucił na ich twarze. Oboje zadrżeli. — Już drugi raz 
przestraszyłem panią w Głębowiczach — szepnął niskim, cichym głosem. — Panno 
Stefanio, co pani?... — NIc... nic... niech mię pan puści, proszę pana. — 
Dlaczego się pani mnie boi? czemu unika? Spojrzała na niego. Szare oczy gorzały 
mu ciemnym ogniem, wydawały się prawie czarne. Brwi zbiegły się na czole. W 
całej twarzy młodego magnata, w drżeniu ust, w nerwowym poruszaniu się nozdrzy 
przebijała wielka namiętność i gwałtowność, lecz zarazem jakby tkliwość. Stefcia 
widziała go już takim w sali portretowej... Szarpnęła się mocniej. — Niech mię 
pan puści — zawołała zdławionym głosem. On ją przyciągnął ku sobie, ręce ściskał 
kurczowo. Stefcia czuła, że słabnie. Zbyt potężne siły złożyły się na odurzenie 
jej podnieconych zmysłów. On ją pożerał oczyma, przyciągał ku sobie i szeptał: — 
Pani się mnie boi? — Ależ nie... tylko... — Myślałaś o mnie! Ja wiem. Nie 
wyrywaj się na próżno. Jesteś w mej mocy... Prócz nas dwojga nie ma więcej 
nikogo w zamku. Zostań! — Proszę mię puścić — krzyknęła Stefcia rozpaczliwie. 
Gwałtownie, z wysiłkiem wyrwała mu ręce i jak ptak szybko pobiegła na schody. Za 
chwilę znikła. Waldemar patrzył na nią roziskrzonym wzrokiem, przetarł ręką 
czoło, przeszedł parę kroków i ciężko usiadł na ławeczce marmurowej. — Musi być 
moją, choćbym miał świat zwalić — wyrzekł z namiętną energią. Spojrzał na 
schody, gdzie znikła Stefcia, zerwał się i poszedł za nią. Długo szukał jej śród 
towarzystwa. Znalazł obok Luci w gronie kilku osób. W oświetlonej sltanie 
hrabina Wizembergowa grała na cytrze. Wszyscy słuchali w skupieniu. Waldemar 
stanął pod drzewem, za krzesłem Stefci. Widział, jak była poruszoną i jak 
zadrżała na jego widok. Gdy hrabina skończyła grać, powstało trochę hałasu. 
Dziękowali jej rozgłośnie. Stefcia zerwała się z krzesła. Waldemar skorzystał, 
pochylił się do niej i rzekł poważnie a serdecznie: — Niech mi pani wybaczy, 
byłem szalony... teraz przepraszam... Na zgodę niech mi pani poda rękę. Podała 
mu ją cała drżąca. — Więc już dobrze? — szepnął z prośbą. — Tak — odrzekła. — 
Byłem szalony, powtarzam, ale cenię panią nad wszystko. Poszli do grupy osób 
otaczających hrabinę. XXXVI Na drugi dzień była przerwa w polowaniu. Całe 
towarzystwo bawiło się w zamku. Jedni grali w bilard w wielkiej stylowej sali, 
inni na placu tenisa. Zwiedzano umieszczone na wieży obserwatorium 
meteorologiczne, którym zajmował się ordynat, a także bibliotekę i galerię 
obrazów. Niezmiernie długa hala galerii miała sklepiony sufit, malowany ręcznie 
w sceny wojenne. Płótna znakomitych malarzy wisiały w pewnych odstępach w 
stylowych ramach. Niektóre obrazy były wielkich rozmiarów, prawdziwie 
imponujące. Kilka oryginałów Matejki, Siemiradzkiego, Norblina, parę dzieł 
Kossaka. Kopie i oryginały, nabyte niegdyś za szalone sumy, Rembrandta, Tycjana 
i innych artystów wszechświatowych. Wiele obrazów przedstawiało epokę 
napoleońską oraz motywy swojskie: heroiczne walki z historii polskiej, portrety 
królów, typy i krajobrazy. Galeria zdawała się nieskończona. Mieściła bardzo 
piękne posągi z marmuru, rzeźby i popiersia znakomitych ludzi. Z galerii 
wchodziło się do sali biblioteki, zawierającej w swych oszklonych, dębowych 
szafach niezliczoną ilość tomów. Portrety wielkich pisarzy otaczały malowany 
sufit. Środek sali zajmował stół dębowy, ozdobiony rzeźbą, takież krzesła, 
ciężkie i wysokie, oraz kilka wygodnych foteli, obitych brązową skórą. Wysokie 
weneckie okna i drzwi miały niezwykle piękne rzeźby na ramach. Stefcia 
przeglądała tomy z chciwością. Znajdowały się tu dzieła wszystkich autorów i 
stylistów polskich. Były nawet księgi stare, pisane ręcznie na pergaminach, 
różne statuty i listy. Literatura obcokrajowa występowała również pokaźnie, 
począwszy od starożytnych klasyków. Z biblioteki wchodziło się do 
salonu_czytelni. Ten miał ściany jasne, posadzkę zasłaną dywanami. Wśród gaju 
palm stał zgrabny mahoniowy fortepian. Sufit przedstawiał artystycznie oddany 
sąd Parysa. Wielkie oszklone drzwi prowadziły na balkon z marmurową poręczą 
ozdobioną figurami dziewięciu muz. Z balkonu roztaczał się widok na tarasy i 
rzekę. Zwiedzono jeszcze salę muzyczną, w stylu gotyckim, nadzwyczaj wyniosłą i 
bogatą. Pierwsze miejsce zajmowały tam wspaniałe, odpowiadające stylem organy; 
był też fortepian, skrzypce, wiolonczela. Stefcia znała już te sale ze swej 
bytności w lecie, lecz i teraz nie mogła się im napatrzyć. — Sala muzyki, ale 
dziwnie poważna w tonie, prawda? — zagadnęła Ritę. Młoda panna lekko westchnęła. 
— O tak! bo i tu więcej rozbrzmiewało skarg niż śmiechów. Widzi pani organy? One 
wiele pamiętają. Gabriela de Bourbon... Ale czy pani zna jej historię? To babka 
ordynata. — Znam... — Kto ją pani opowiedział? — Sam ordynat. — Ach tak! Otóż 
ona podobno wszystkie swe żale i smutki powierzała organom. Była mistrzynią w 
tej grze. Ordynat również grywa na nich i wysoce je ceni. Jakie na pani robi 
wrażenie ta sala? — Sądzę, że ma w sobie coś klasztornego. Może to sprawia 
staroświecki ton ogólny. Zresztą organy widziałam tylko w kościołach; to zapewne 
jest powodem mego wrażenia. — Na mnie wieje z tych wyniosłych ścian ukryty 
smutek — rzekła w zamyśleniu Rita. Przeszli do przedniej części zamku, gdzie 
mieściła się zbrojownia. Tam najdłużej zabawili zwiedzający. Bogate zbiory 
broni, począwszy od zamierzchłych wieków aż do najnowszych zdobyczy, 
porozwieszane były w malowniczych grupach. Całe zbroje husarskie ze skrzydłami i 
krzyżackie stały w pełnym rynsztunku, tworząc jakby historię uzbrojenia wieków. 
Drogocenne, kamieniami sadzone, złote i srebrne ryngrafy z wizerunkami świętych. 
Hełmy, przyłbice, szable polskie, jatagany tureckie. Sztylety niektóre miały 
głownie skrzące klejnotami. Halabardy, lance, łuki, kopie i szturmaki. Zbrojne 
rzędy na konie. Trąby i bębny wojskowe, piszczałki i litaury. Wszystko 
poumieszczane na staroświeckich makatach lub chorągwiach. Na zbrojach z herbami 
Michorowskich tabliczki objaśniały, którego członka rodu były własnością i w 
jakich bitwach były użyte. W innej sali gromadziły się trofea myśliwskie, 
wypchane niedźwiedzie, wilki, dziki, głowy łosi o olbrzymich rogach, orły, 
sokoły i ładniejsze okazy ptaków brodzących i wodnych. Wśród tych zbiorów wiele 
zaliczało się już do zdobyczy Waldemara, jeden oddział całkowicie z jego wyprawy 
myśliwskiej do Indii. Stefcia widziała to na wystawie. Uśmiechnęła się 
przyjaźnie do Murzyna, salutującego zwiedzających. Zbrojownia i sala myśliwska 
zachwyciła wszystkich. Stefcia nie wiedziała, co woli: bibliotekę z czytelnią, 
galerię obrazów, ogród zimowy czy te zbiory. W zamku każda sala posiadała 
wyłączny charakter. Zwiedzono jeszcze pamiętną dla Stefci salę portretową, 
słynną z płaskorzeźb, i salę gobelinową. — To nic. Nie widziała pani jeszcze 
koni — mówiła Rita do Stefci. Po obiedzie postanowiono zwiedzić sławne stajnie 
głębowickie, szorownie i straż ogniową. Inni upierali się przy papierni i nieco 
odległej cukrowni, ponieważ kampanie były już rozpoczęte. Ale Waldemar śmiał się 
zapewniając, że na fabryki będzie jeszcze czas. Pochlebiało mu, że mógł się 
poszczycić Głębowiczami, które istotnie kochał. Sam objaśniał i cieszył się 
podziwem wszystkich. Ale głównym ciceronem był Brochwicz. On zawsze coś nowego 
wynalazł i prowadził tam całe towarzystwo. Zwiedzili murowany gmach zbiornika 
elektryczności i poszli do stajen. Tam panna Rita wpadła w zachwyt, a Stefcia, 
choć przyzwyczajona do wykwintu stajen słodkowickich, stanęła zdumiona. Sam 
budynek ogromnych rozmiarów przedstawiał się wspaniale. Wewnątrz stajnie miały 
pozór salonów; każdy koń, okryty bogatymi derami, przy porcelanowym żłobie stał 
jak we własnym pokoju. Wszędzie przepych, wszędzie widoczne zamiłowanie 
właściciela. Lampy elektryczne, strojne posadzki dodawały świetności. Gdy 
Waldemar wszedł, głowy koni odwróciły się do niego z cichym rżeniem, nozdrza 
węszyły w jego stronę, kopyta uderzały niecierpliwie. Cała stajnia znała go i 
witała z rozradowaniem. Ze stajen wielkie oszklone drzwi wiodły do szorowni. Tam 
znowu kilka oddziałów, równie wytwornie urządzonych. Na ścianach i sztalugach 
wisiały najrozmaitsze uprzęże, na kamiennej posadzce stały pojazdy w wielkiej 
ilości i kosztowne. Wyróżniała się uprząż na ośm koni, zwana ceremonialną. 
Wyborowy zamsz, srebrne pozłacane okucia, pióropusze zdobiły ją gęsto. 
Ceremonialna miała swą karetę pozłocistą, ozdobioną na szczycie wielką mitrą, a 
wewnątrz wybitą karmazynowym adamaszkiem. Była to kareta niemal dworska. W 
następnych oddziałach mieściły się rzędy na konie wierzchowe, również 
drogocenne. Wielu panów gryzła zazdrość, innym błyszczały oczy z zachwytu. A 
wśród tych skarbów chodził ordynat z typowym spokojem, pełen wytwornego taktu, 
uprzejmy, ale i trochę dumny. Stefcia im więcej widziała jego bogactw, tym 
bardziej ją przestraszał. I dziwnie było jej gorzko. Nie zdawała sobie sprawy, 
dlaczego jego miliony zrażają ją. W Głębowiczach nie czuła się z nim swobodną, 
unikała go. W lecie Głębowicze oczarowały ją, teraz przeraziły. A prowadzono ją 
dalej i dalej. Za szorownią mieściła się wielka sala dla zwiedzających gości. 
Tam panował gust zupełnie odrębny, w stylu stajennym. Meble z rogów łosi, kryte 
żółtą, ręcznie wypalaną skórą, dębowe ściany zawieszone obrazami wyłącznie 
przedsrawiającymi sceny z wyścigów: derby angielskich i na torach krajowych. 
Fotografie wielkich rozmiarów i malowane płótna przedstawiały konie rozmaitych 
typów w całości lub tylko sylwetki głów, Apolla w całej jego piękności; obok 
nich wisiały fotografie stajen głębowickich. Był portret pana Macieja na koniu w 
ubraniu ułańskim i Waldemara na Apollu z biegnącym obok Pandurem. W inne ramy 
były oprawione drzewa genealogiczne stadnin, listy pochwalne, złote medale za 
konie, wśród nich i medal tegorocznej wystawy. Stefci podobał się bardzo portret 
Waldemara na koniu. Stała przed nim nieco dłużej. To zwróciło uwagę tych, którzy 
ją śledzili. Kilka osób z mniej życzliwych uśmiechnęło się znacząco. Hrabia 
Barski podszedł do niej. — Kogo pani podziwia: jeźdźca, wierzowca czy ramy? 
Stefcia, zaskoczona znienacka, spłonęła, lecz prędko odzyskawszy zimną krew, 
odrzekła swobodnie: — Wszystko, panie hrabio, bo całość godna uwagi. — Ale 
jeździec najwięcej, "n.est_ce pas?" — Bez wątpienia, jako punkt główny. Głos 
hrabiego zasyczał: — Lecz nie dla wszystkich... przystępny. Zresztą... zachwycać 
się wolno... Każdemu. Stefcia utkwiła w nim oczy. — Co hrabia przez to rozumie? 
— Och! nie będę się pani tłumaczył. Zabawne pytanie! Pani wydaje mi się 
wykolejoną i wkracza w horyzonty nieodpowiednie dla niej. Ale takie eskapady 
najczęściej źle się kończą, dla płci pięknej, naturalnie... Mówię to pani przez 
życzliwość. Stefcia zbladła. Podniosła dumnie głowę i mierząc hrabiego 
roziskrzonym wzrokiem, rzekła dobitnie: — Panie hrabio, życzliwość pańska jest 
tu zbyteczna. O moim wykolejeniu sądzić mogę tylko ja sama. Nadto... nie ma pan 
prawa obrażać mię. To rzekłszy, odeszła z pozornym spokojem. Łzy cisnęły jej się 
do oczu, straszny żal gniótł serce. Lucia pytała, co zaszło, ale na próżno. 
Stefcia milczała. Panna Rita, widząc scenę z hrabią, jakkolwiek nie słyszała 
słów, domyśliła się, o co poszło. Wracając do zamku, podeszła do Stefci. — Co 
pani zrobił ten napuszony hrabia? Zagadnięta zachowała spokój. — Mnie? Nic — 
odparła. — Ależ ja widziałam; on pani w czymś ubliżył. Nieznośna kreatura! Lucia 
podniosła na Stefcię zdziwione oczy. — Co! hrabia Barski ci ubliżył? ten 
obrzydły dziad? Ja mu dam! Zaraz powiem Waldemarowi. On go przykróci! I 
dziewczynka zerwała się biec, lecz Stefcia chwyciła jej rękę. — Ani mi się waż, 
Luciu. — Bo ten dziad myśli, że on tu już panem, ale on ci dokuczać nie ma 
żadnego prawa. Ja mu tego nie daruję. Stefcia uspokajała dziewczynkę. Panna Rita 
niczego dowiedzieć się nie mogła. XXXVII Pewnego dnia polowano na polach z 
chartami. Cały orszak jeźdźców i amazonek wyruszył na żółte rżyska. Ordynat 
powybierał najlepsze konie wierzchowe pod siodła damskie. Dla Stefci masztalerz 
podprowadził karą arabkę Erato, wierzchówkę Waldemara. Klacz z fantazją uderzała 
kopytami w ziemię, chrapiąc, z oczu jej sypały się iskry. Wszystkie konie miały 
bardzo bogate siodła i czapraki, nie zauważono więc, że Erato była w nowym 
siodle zamszowym i w błękitnym czapraku, kupionym na wystawie. Tylko panna Rita, 
czujna i uważająca, od razu to spostrzegła. Stefcia wzdragała się, nie chcąc 
jechać w tak licznym towarzystwie, ale znęcona ulubioną jazdą, zgodziła się 
wreszcie. Waldemar sam podstawił jej rękę. Lekko wskoczyła na siodło, wyglądając 
powabnie w obcisłej amazonce z czarnego sukna. Na głowie miała mały kapelusik 
sportsmeński, ładnie ułożony na jej złotomiedzianych włosach. Jechała z 
Brochwiczem. Młody hrabia nie czuł jakoś ochoty do rywalizowania z księciem 
Zanieckim. Hrabianka, mimo swej olimpijskiej urody, nie zajmowała go. Czuł 
większy pociąg do Stefci i podziwiał ją szczerze. Brochwicz, towarzysząc Stefci, 
dogadzał i ordynatowi, dopomagając mu do utworzenia nad nią dobrej opieki. 
Spisków przeciwko dziewczynie nie brakowało w obozach Melanii i jej ojca. 
Hrabina Ćwilecka dokładała swych usiłowań, wciągając córkę Paulę i barona 
Weyhera, ale ten okazał się twardszym. Brochwicz drażnił pewne osoby własnej 
sfery, lecz mu to sprawiało zadowolenie. Wynik był ten, że się ze Stefcią bawili 
doskonale. Gdy towarzystwo konne wjechało na pola, puszczono ze smyczy charty. 
Dojeżdżacze na siwych koniach, poubierani w czerwone kurtki i długie czarne 
botforty, jak maki rozsypali się na żółtych przestrzeniach pól. CHarty goniły 
szare zające, które jak wicher pomykały do lasu. Kilkunastu jeźdźców i kilka 
amazonek puściło się w cwał rozpoczynając krwawy pościg. Odgłos trąb, wrzaski 
"hallali", tętent koni zmieszały się z przeraźliwym krzykiem rozdzieranych przez 
psy zajęcy. Amatorów to upajało. Trestka pędził na oślep, hrabianka Barska i 
Zaniecki gnali na złamanie karku. Czarne ogniste oczy hrabianki płonęły, nozdrza 
jej poruszały się, z lubością wietrząc krew. Zmysły grały w niej jak struny w 
dzikim jakimś instrumencie. Książę Zaniecki, flegmatyk pozujący na Anglika, 
nerwował się na jej widok. Podniecała go. ... — Demon! demon! — szeptał w 
zachwycie. I gnał za nią, aż piana buchała z pyska jego rumaka. Waldemar stał na 
boku, pilnował polowania. Sam wyruszał często w skok, ale strzelał do zająca lub 
lisa, zanim go chartyx dopadły. Nie lubił procesu rozszarpywania zwierzyny. 
Bawiły go głupie i zdumione miny chartów na widok padającego przed ich nosem 
martwego zwierzątka. Waldemar strzelał z konia w biegu. Apollo przyzwyczajony 
był do strzałów spośród własnych uszu. Częściej jednak orli wzrok ordynata biegł 
za karą arabką Erato... Stefcia uganiała się po polu nie za zwierzyną, lecz dla 
własnej przyjemności. Lubiła konną jazdę, zwłaszcza na Erato, doskonałej 
wierzchówce. Stefcia uciekała jak najdalej od krwawych scen, lecz sprawiał jej 
przyjemność widok rozpędzonych jeźdźców i czerwonych kurtek dojeżdżaczy. Bawiły 
ją okrzyki i trąby, drażniły zajadłe, śmigające charty, niby wąskie pstre 
tasiemki. I jej oczy biegły za smukłą sylwetką ordynata. Podobał jej się sposób 
polowania Waldemara, widziała w tym pewną estetyczną doskonałość w połączeniu z 
dzielnością. Harcując po polach spostrzegła pędzącą naprzeciw pannę Szeliżankę. 
Gdy Buckingham w pędzie zrównał się z Erato, młoda panna krzyknęła głośno: — Na 
bok! Hala... li!!... Stefcia podniosła w górę pejcz. — Halali! — powtórzyła 
okrzyk. — Proszę za mną! — usłyszała jeszcze. Pomknęła żywo za Ritą, rozbawioną, 
aż jej oczy żarzyły się jak iskry. Nagle usłyszała rozdzierający wrzask zająca. 
Skręciła klacz na miejscu. Zacisnęła usta, brwi ściągnął kurcz bólu. Za 
delikatną miała naturę, zbyt wytworną na podobne odgłosy. Zwolniła biegu, jadąc 
tęgim kłusem w stronę lasu. — Nie mogę, cóż poradzę! — szepnęła do siebie 
zmartwiona. Z boku zajeżdżał ją Waldemar. Apollo zarżał zalotnie. Erato 
odpowiedziała mu z wdziękiem. Konie się zrównały. — Dlaczego nie dotrzymała pani 
placu pannie Ricie? — zapytał hamując konia. — Nie mogłam, zlękłam się wrzasku 
zająca. Widzi pan, jaka ze mnie niezdara — odparła trochę zawstydzona. Ale jemu 
oczy błysnęły. — To dobrze, niech pani będzie sobą, tak najlepiej! Jest pani jak 
biały kwiat rzucony między krwiożercze zwierzęta. My tu wszyscy przy pani 
wyglądamy jak szakale. Stefcia zaśmiała się. — No, nie wszyscy. Pan na 
przykład... — Ja? Morduję nie w ten, to w inny sposób. Ale uchylam czoła przed 
instynktami pani. Przegalopowała obok nich panna Barska, rozogniona, z 
rozwianymi włosami, istna królewna burzy. Za nią pędził Zaniecki. — Halali! — 
hop! hop! — krzyczała hrabianka, nie widząc Stefci i ordynata. Oczy miała 
utkwione w charty pędzące przed koniem. Już dosięgały zająca. Waldemar popatrzał 
za nią z uśmieszkiem. — W swym żywiole — rzekł z lekką ironią. Stefcia nic nie 
odpowiedziała, klepiąc wygiętą szyję Erato. W milczeniu odjechali dalej, a gdy 
konie ich rozniosły, nie zawrócili już, tylko oczy obojga goniły za sobą. W parę 
dni potem po rannej obławie na wilki, w której brały udział panie, zamek 
głębowicki zalegała głucha cisza. Polowanie odbyło się o wschodzie słońca, o 
dwunastej powrót, a po krótkim śniadaniu każdy zamknął się u siebie dla 
wypoczynku. SłÓońce oświecało pusty park, tarasy i uliczki wśród kwiatów, jakby 
zdziwione ciszą niebywałą od dawna. Ordynat nie spał. Odbył długą naradę z 
łowczym i koniuszym, wydał nowe polecenia, odwiedził stajnię, fabrykę i 
powróciwszy do zamku, wałęsał się po nim trochę znudzony. — Dobre są obławy 
ranne, ale nudne te sjesty — pomyślał. Na drugim piętrze, w ogromnym sklepionym 
korytarzu, przeszedł się kilka razy, patrząc na staroświeckie obrazy i posągi 
poustawiane w niszach. Nagle zatrzymał się. Jeden duży obraz, już zblakły ze 
starości, przedstawiał jakąś scenę religijną. Z boku stała odwrócona profilem 
Maria Magdalena. W niebieskiej opończy, z przewiniętym dokoła szyi białym 
welonem, miała rozpuszczone długie włosy i śliczne rzeźbione rysy. Oczy pełne 
wyrazu ocieniały bujne, ciemne rzęsy i regularne łuki brwi. Cała postać miała w 
sobie dużo powagi, lecz i ślicznej zalotności. Waldemar patrzył długo i usta 
drgnęły mu nerwowo. — Stefcia... — wyszeptał. A po chwili znowu: — Bajecznie do 
niej podobna. Ten sam typ. Przetarł dłonią czoło. Idąc dalej, myślał: — 
Stefcia... Samo imię wchodzi mi do mózgu. Dziwne!... Czuł, że w tym korytarzu 
postać Magdaleny będzie go przykuwała do siebie, postanowił wyjść. Zeszedł cicho 
ze schodów i w wielkim przedsionku, łączącym dwa piętra, stanął zdumiony. 
Naprzeciw niego również ze schodów schodziła Stefcia. Była w blado niebieskiej 
flanelowej sukni z luźą bluzką, na ramionach miała zarzucony biały miękki szal, 
spod którego wyglądały włosy spuszczoenego warkocza. Przed chwilą widziana 
postać Magdaleny stanęła przed oczyma ordynata — podobieństwo stroju wzmocniło 
wrażenie. Rozradowany jej widokiem, patrzał na nią bez słowa, stojąc w miejscu. 
Stefcia zatrzymała się także. Róż oblał jej jasną twarz. — Pan nie śpi? — O to 
samo chciałem panią zapytać. Dziewczyna wybuchnęła śmiechem. — A to zabawne! 
byłam pewna, że cały zamek chrapie. Chodzę już po nim dawno, nawet zbłądziłam i 
muszę się przyznać, szczerze: nie wiem, gdzie jestem. Pan ukazał mi się jak 
widmo. Pewno i ja zrobiłam podobne wrażenie? Miał pan minę zdziwioną. Waldemar 
podszedł bliżej. — Na mnie pani nie zrobiła wrażenia widma, ale widzenia. To 
różnica! Przed chwilą widziałem pani pseudoportret. Pójdźmy, pokażę go pani. 
Stefcia żywym ruchem podbiegła naprzód i... stanęła. Biały szal zaczęła zsuwać, 
zakrywając spuszczony warkocz. Wahała się czegoś. Waldemar lekko dotknął jej 
ręki. — Idziemy. — A czy to daleko? — Już się pani boi? Czy odległości, czy mego 
towarzystwa? Zapłonęła, biegnąc śmiało naprzód. — Idziemy! WAldemar, idąc za 
nią, myślał: — Już cię teraz zanadto czczę, abyś się mnie obawiać miała. W 
korytarzu stanęli przed obrazem. Waldemar wskazał Stefci postać Magdaleny. — 
Przed chwilą przyglądałem się jej myśląc o pani... Ogromnie podobna. Trzebaż 
trafu, że bezpośrednio potem ujrzałem panią, nawet w podobym stroju. Stefcia 
szepnęła jakby do siebie: — Czy ja jestem taka... ładna?... Ordynat przysunął 
się bliżej i pochylił. — Ładniejsza! boś żywa, a ta martwa... bo ta spłowiała, a 
pani... kwitnie. Stefcia oddychała szybko, poruszona brzmieniem jego głosu. On 
mówił dalej: — Ale Magdalena ma włosy puszczone swobodnie, a pani swoje zakrywa. 
Widzę panią w takim uczesaniu pierwszy raz. — Nie spodziewałam się, że kogo 
spotkam — odrzekła dziewczyna zarumieniona. — Ależ pani jest w tym prześlicznie! 
Pani powinna częściej tak chodzić. Kto ma lat dziewiętnaście, ten ma zupełne 
prawo do spuszczonego warkocza. Dlaczego pani tak nie nosi włosów? — W domu 
nosiłam, ale tu... nieetykietalnie — odrzekła z uśmiechem. — Ach! dość tej 
etykiety! — Pan jej nie lubi? A jednak to stały mieszkaniec tych murów. — Wiem. 
Wprowadzony tu jeszcze w latach zamierzchłych, nie da się wykorzenić. Zresztą 
może to nadaje główny styl zamkowi. Stefcia rozejrzała się. — I tu nie byłam ani 
razu. Olbrzymi korytarz! To dziwne... Takie wysokie sklepienia straszą mię. W 
zamku pańskim pełno tego. Dokąd ten korytarz prowadzi? — Do prawej wieży, gdzie 
jest kaplica. Chodźmy tam. — Ale... — Żadne ale. Cały zamek w uśpieniu, jakby 
wymarł. Cóż pani będzie robiła sama? Do parku iść nie można, bo deszcz pada, 
chociaż słońce świeci. O! widzi pani? Przez wysookie, wąskie okno w niszy 
wskazał jej błękitne niebo, splamione szarymi obłokami. Padał obfity, kroplisty 
deszcz, bijąc o szyby i spływając po nich strumieniami jak łzy. Przyćmiony 
korytarz i to wąskie okno, zalane deszczem, w ciszy potężnych murów czyniło 
ponure wrażenie, trochę klasztorne i ciężkie. Mury te wydały się Stefci klatką, 
ogromnym pomnikiem, przygniatającym wielką przeszłość ludzką, ale niewesołą; 
skałą, z której wyfruwają młode orły, pełne życia, z szerokimi skrzydłami i 
silnym lotem, a wracają poranione, dźwigając kajdany, nałożone przez życie, 
jakby tradycję tych murów. Dziwna ta myśl przejęła Stefcię grozą. Spod 
zsuniętych brwi spojrzała ostro na Waldemara. — Co pani myśli? — zapytał cicho — 
coś niemiłego? Skinęła głową. — TEn zamek — to skała, a pan — młody orzeł... i 
już pan wyfrunął z gniazda, prawda? — rzekła dziwnym głosem. — Patrzał na nią 
uważnie. — Wyfrunąłem, ale wrócę. Dziewczyna spuściła oczy. — Wróci pan... 
słabszy. — Przeciwnie, silniejszy. — I nie połamie pan skrzydeł? — Będę o nie 
walczył. — I wróci pan bez kajdan? — Może z berłem w szponach, z berłem 
szczęścia, które wydrę światu... Podniosła na niego ciemne źrenice. On patrzał 
na nią poważny, z fałdą na czole i odrobiną smutku w zagięciu ust. Chwilę 
milczeli. Stefcia oparła się o mur i rzekła śmiało: — Ma pan wolę i siłę 
hetmańską, ale czy to wystarczy?... — Mam prócz tego nadziejhę i ostre szpony, 
którymi w walce o swój byt duchowy potrafię rozkrwawić. Albo zginę, albo wydrę 
światu owo berło i skończę Austerlitzem. Jestem dziki! — Straszny! — rzekła 
Stefcia w zamyśleniu — ale takie natury zwyciężają, chociaż... po największych 
zwycięstwach następuje... Waterloo. Brwi Waldemara ściągnęły się groźNie, w 
oczach zatlił ponury cień. — Dziwnie mi pani dziś przepowiada. Moje Waterloo 
nastąpić może... nie jestem pyszny, ale wątpię, czy w otwartej walce z ludźmi. 
Chyba zgniecie mię potęga, z jaką walka jest ponad siły ludzkie. Co jednak 
wpłynęło na tak smutne myśli u pani, wolno wiedzieć? Stefcia wysunęła się na 
środek korytarza i robiąc ręką ruch okrągły, jakby ogarniający cały zamek, 
powiedziała bez uśmiechu: — Te mury i tradycja ich. Pobiegła naprzód kilka 
kroków, po czym odwróciła się i zarumieniona wyciągnęła do Waldemara rękę: — 
Jeśli zrobiłam panu przykrość, przepraszam. Zatrzymał drobną jej dłoń w swojej i 
rzekł poważnie: — Tradycja jest smutna, ale mnoże ja będę orłem, który ją 
rozjaśni?... — Daj Boże! pragnęłabym tego dla pana. Ale teraz... chodźmy już. 
Wielki czas. Poszli oboje, poważni, zamyśleni. W dolnym salonie stanęli w 
oszklonych drzwiach, prowadzących na mniejszy taras. Deszcz padał ciągle, mimo 
że spoza chmur wyglądało słońce. Grad wielkich kropli bił w marmurową posadzkę 
tarasu. Z twardych błyszczących liści drzew pomarańczowych spadały perełki wody, 
lśniąc w słońcu jak klejnoty. Grupy drzew egzotycznych parkowych i kwiaty 
wyglądały przepysznie w dziwacznej mieszaninie deszczu z blaskami słońca. Miało 
to swą odrębną cechę dekoracyjną, jakby olbrzymi, niewidzialny wodotrysk 
skrapiał rośliny obfitą zawieją rosy. Waldemar otworzył drzwi i tuż koło Stefci 
padały duże krople wody, opryskując jej suknię. Dziewczyna wyciągnęła stuloną 
dłoń i napełniała ją wodą, wylewając potem na kwiaty. — Mówią, że taki deszcz w 
słońcu to błogosławieństwo Boże — zauważył Waldemar — więc pani zbiera 
błogosławieństwo w swe dłonie. Stefcia błysnęła uśmiechem. — Zamoczy się pani, 
przejdźmy do czytelni, tu obok. Prosiła mię pani wczoraj o "Times". Tam są 
wszystkie pisma. Stefcia strzepnęła ręce, dłoń wysuszyła chusteczką i weszła 
przed nim do małej czytelni, obok zielonego gabinetu Waldemara. Ordynat podał 
jej fotel, sam usiadł przy stole zarzuconym gazetami. — Zaraz tu znajdę, czego 
pani żądała — rzekł przerzucając papiery. — Ach, prawda! w porę przypomniałam 
sobie — zawołała Stefcia. — Czy pan już wysłał na pocztę? — Już. Pocztowy 
odjechał rano, ale jeśli pani każe, pojedzie umyślny. — Ależ nie. To jutro. Mam 
list. Chciałam go panu oddać, bo mogę znowu jutro rano spać. Proszę, oto on. 
Ordynat wziął list i spojrzawszy nań uważnie, poruszył brwiami, wydymając lekko 
usta. — Ładne, oryginalne pismo i koperta, ale bardzo szablonowy adres — rzekł 
trochę ironicznie. — Myślałem że pani nie podlega ogólenej modzie, raczej 
epidemii adresowania w kraju po francusku: "Monsieur Stanislas Rudecki ~a 
Ruczajew". To samo łatwo wyrazić po polsku, prawda? Stefcia poczerwieniała. — 
Daje mi pan dobrą naukę... i ma pan zupełną słuszność. Uśmiechnął się. — Uznaje 
pani to? — O tak! pan dobrze nazwał epidemią: widzę u innych i bez zastanowienia 
robię tak samo. Niech mię pan nie posądza o chęć popisania się francuszczyzną. — 
Co znowu! wiem, że ją pani posiada wybornie. Ale język francuski u nas w kraju 
to istna szarańcza, w wielu miejscach wypiera rodowity. Już nie mówię o 
powszechnie przyjętych adresach, nawet listach francuskich, ale niech pani 
zauważy, jakie ten język ma szerokie zastosowanie, i to przeważnie w 
dziedzinach, w których obracają się panie. Niezbyt to pochlebne dla Polek. 
Większe firmy sklepowe, przybytki mody, piszą rachunki i adresy tylko po 
francusku, na drzwiach umieszczają: "Entr~ee" (fr. — Wejście). Panie, a i 
niektórzy mężczyźni modlą się z książek francuskich, bo modlitwa po polsku jest 
dla nich zbyt ordynarną. Bilety wizytowe także francuskie. Dzieci nie znając 
dobrze własnego języka już trzepią po francusku. Znałem pewną dziewięcioletnią 
dziewczynkę, która zapytana przez ojca, nad jaką rzeką leży Warszawa, krztusiła 
się: "Wis... Wis..." — wreszcie wycedziła: "Vistule". Po prostu nazwa Wisły nie 
mogła dziecku przejść przez gardło. Lucia była w ten sam sposób wychowana. 
Nigdzie pani tego nie zobaczy za granicą, tam każdy szanuje swój rodzinny język 
i ceni go. Francuz nie napisze na sklepie ani na etykiecie po polsku, choćby 
większość jego odbiorców była Polakami. Nie przeczę, że francuszczyzna jest 
nieodzowna, jak i inne języki europejskie, ale nie trzeba stosować ich w kraju 
na każdym kroku. One mają wszechświatowy byt zapewniony, nasz tylko u nas, i 
jeszcze go wypędzamy. Jaki to wstyd! Śmieją się z nas obcokrajowcy, bo oni 
podobnego grzechu nie znają i tej dzikiej mody dawania pierwszeństwa obcym. To 
wyłącznie nasza cecha. Stefcia patrzyła na niego z wdzięcznością. Rzekła 
porywczo: — Zawstydził mię pan, ale nauczył. Teraz już nigdy języka framcuskiego 
używać nie będę bez wyraźnej potrzeby. Zajrzał wesoło w jej oczy. — Doprawdy? 
Bardzo jestem rad. Niech pani przede wszystkim będzie Polką i patriotką, a nigdy 
taką światową kobietą, która dla mody usuwa ojczysty język ze swego słownika. 
Rozumiem posługiwanie się obcą gwarą w razach koniecznych, przy służbie lub w 
pewnych przysłowiach. Ale mieć ją często albo stale w ustach to bluźnierstwo. 
Więc pani obiecuje poprawę? To już bardzo wiele. Mam nadzieję, że wyrzeknie się 
pani zupełnie zamiłowań hrabianek Ćwileckich, Barskich, wszystkich Trestków, 
Weyherów i tak dalej. Z naszych pań panna Rita jest najwięcej Polką. — I to 
pewno stała się nią pod wpływem pana — wyrwało się Stefci. Ordynat uśmiechnął 
się. — Może być. Zresztą wszyscy oni strasznie egzotyczni. Ale na nich już rady 
nie ma: nazbyt czczą zagranicznych bożków, aby mogli się oduczyć od składania im 
hołdów. W bocznym korytarzu rozległy się kroki lokaja. Stefcia powstała. — Pani 
już odchodzi? Podniosła ramiona, jak ptak skrzydła do odlotu. — Uciekam, już 
pewno wszyscy wstali. — Szkoda! tak nam było dobrze razem. Zabiera pani list? — 
Zmienię adres. Już bym go teraz wysłać takim nie mogła. Waldemar skinął jej 
ręką. — Z pani mam prawdziwą pociechę. Dobre i... śliczne "dzidzi". — Już pan 
zaczyna? — No, już nie! Do widzenia! Oto żądany dziennik. Zaraz obiad. — Długo 
siedzieliśmy — rzekła Stefcia już w progu. — Żałuje pani tych chwil? — Żałuję, 
że minęły. Uśmiechnęli się do siebie raz jeszcze i dziewczyna znikła w bocznym 
salonie. Waldemar ścisnął dłońmi skronie. Szybko chodził kilka minut wzdłuż 
salonu. — Ja szaleję! — zawołał rzucając się na fotel. XXXVIII Nazajutrz 
polowano w zwierzyńcu na bażanty. Zabito ich sporą liczbę. Wieczorem obiad był 
zastawiony na przystani zwierzynieckiej. Stojący pośrodku duży posąg 
Diany_łowczyni z białego marmuru otaczały stoły w podkowę pod baldachimem z 
żaglowego płótna i festonów dębowych, przystrojone w inicjały myśliwskie. Na 
słupach, okręconych wieńcami, porozwieszano strzelby i trąby. Orkiestra grała na 
łodziach. Po toastach szeregi gajowych, przybranych w szare kurtki z zielonym i 
w błyszczące blachy, dawały salwy ze strzelb. Przy stołach obsługiwała straż 
zwierzyniecka w galowych uniformach. Kierował nią stary marszałek dworu i 
kamerdyner Andrzej, stojący za krzesłem ordynata. Rzeka iluminowana płynęła 
krwawą falą, odbijając w sobie porozkładane na brzegach ogniska i lampy na 
przystaniach. W oddali na ciemnej rzece błyszczały jak gwiazdy pojedyncze 
światełka, ognistą wstążką okalając park i zwierzyniec. Łodzie z muzyką, 
iluminowane rzęsiście, cicho sunęły po czarnej fali. Z najwyższej wieżycy 
zamkowej wielka lampa elektryczna ciskała snopy światła, jak nasiąknięte srebrem 
słońce. Przy stole panowie i panie pozostali w strojach myśliwskich. Stefcia w 
kostiumie z ciemnomalinowego sukna i w miękkim białym kapelusiku tyrolskim. Obie 
z Lucią miały zgrabne flowery i ładowniczki, ofiarowane im przez pana Macieja. 
Stefcia była trochę jak zgaszona: drażnił ją impertynencki hrabia i przykry 
wzrok hrabianki. Waldemar ją krępował, serce jej biło dziwną obawą, gdy 
podchodził. Ordynat odgadł jej niepokój, a przeczuwając, że on jest powodem, 
unikał jej dyskretnie. Ale inni mężczyźni pochłaniali ją wzrokiem, podobała się 
ogólnie. Dwóch młodych hrabiów szeptało z sobą: — Czy to możliwe, aby ordynat 
pozostawił ją "na boku"? Za ładna jest... Musi tam coś być — mówił jeden. — 
Traktuje ją jak księżniczkę — dodawał drugi. — To pozór: dba o jej opinię, by mu 
jej nie odebrano. — Ale można mu zazdrościć. On się w czepku rodził, zawsze i 
wszędzie odnajduje gwiazdy. Rozmowy takie prowadzono z bardzo wielką 
ostrożnością: zmuszał do tego zupełnie towarzyski stosunek względem Stefci osób, 
z którymi trzeba było się liczyć. Młody Michorowski, nazbyt sprytny, odczuwał 
wszystko i z daleka, lecz stale otaczał Stefcię opieką. Czynił to zręcznie, nikt 
nie domyślał się prawdy. Jedna panna Szeliżanka rozumiała jego grę. Znając 
Waldemara od bardzo dawna, nie zauważyła nigdy, aby się kim tak zajmował i tyle 
okazywał szacunku, nawet czci. Chwilami, gdy patrzał na Stefcię, Rita 
dostrzegała w jego oczach iskry i te ją niepokoiły. Młody magnat stał się dla 
niej zagadką. Stefcia dziwem. Ale spostrzeżenia swoje zachowywała dla siebie, 
nie dzieląc się nimi z nikim, jedynie z Trestką. Ta para, mimo ustawicznych 
kłótni, nie traciła do siebie ufności. W czasie polowania panna Rita spytała 
swego adoratora: — Panie, czy pan się tylko bawi, czy trochę i obserwuje?... 
Dlaczego się pani o to pyta? — No... tak sobie. Czy pan nic nie uważa? — O! 
nawet bardzo wiele. Uważam, że osoby, które chcą być wywyższone, są poniżone. — 
Cóż to za styl biblijny! — I dalej, że osoby, które nie pną się na wyżyny, mają 
je. — Brawo! pan mówi o Barskiej i Rudeckiej. Tak? — Oczywiście! Druga, nawet 
nie wiedząc o tym, diablo prędko leci na szczyty, pierwsza zaś... "~a bas le 
roi!" (fr. — precz z królem!)... — Tak, jej rola tu nieciekawa. Ostatecznie 
widzi wszystko, bo w takich razach wzrok, słuch, instynkt niesłychanie potęgują 
się. A tu nawet i tego wszystkiego nie trzeba, by dojrzeć credo ordynata. Chyba 
każdy lepszy obserwator zauważy to, nawet zwykły widz — cóż dopiero mówić o 
osobach interesowanych. Praktykanci i administracja ordynata albo służba... 
uważał pan?... — Administracja już składa jej cichy hołd, a służba skacze koło 
niej jak koło pani tego zamku. To impuls wywołany taktyką ordynata. Sam obecnie 
trzyma się dyskretnie na uboczu. Panna Szeliżanka pokręciła głową. — Kto by 
chciał wierzyć w owo "na uboczu", mógłby na tym bardzo źle wyjść. Ordynat czuwa 
niewidocznie, lecz otacza ją nimbem swej opieki. Wie o tym każdy, nawet Barski. 
Chciałby ją sterroryzować swą wielkością, ale czuje miecz Damoklesa w postaci 
ordynata. RAz jeden, kiedy ordynat był w szorowni, a ona w sali stajennej, 
Barski coś do niej mówił. Nie dowiedziałam się, co, ale na pewno jej ubliżył: 
zauważyłam jej wzburzenie. Musiała mu też dobrze odpowiedzieć. Jest ona pod 
wieloma względami gołębicą, ale potrafi być i sokolicą. Nie daje powodu do 
impertynencji i... nie pozwoli na nią nikomu. — O! to orlątko! — rzekł Trestka. 
— Ale czy ona sama jest "au courant" (fr. — świadoma) własnego powodzenia, czy 
odczuwa hołdy? — Z pewnością! — odrzekła Rita. — Ona jest inteligentna, wrażliwa 
i sprytna, ona w lot chwyta wszystko, ale ma takt godny salonów. Po niej każda 
intryga może się ześliznąć jak ślina po krysztale. Trestka zawołał z ożywiniem: 
— Fenomenalne połączenie! Takt i ognisty temperament. W niej się to bajecznie 
kojarzy. Może to stanowi ów czar, który ją otacza jak perfumy? Ale czy wiedząc o 
względach ordynata, odpłaca mu tym samym — trudno odgadnąć. Panna Rita oburzyła 
się. — Ach, panie! czyż może być inaczej?... Być przez niego tak czczoną, jak 
ona, i nie szaleć?... To niemożliwe. Trestka wielkie oczy krótkowidza zatrzymał 
na twarzy mówiącej. Machnął ręką i rzekł apatycznie: — Prawda! zapomniałem, że 
to mowa o Michorowskim... — Za nim trzeba szaleć. Słyszę to co godzona, mam 
dowody i jeszcze wątpię. Zaiste zaczynam idiocieć. — Istotnie! — rzuciła prędko 
panna Szeliżanka i poszła dalej. Było więcej osób, prócz Trestki i Rity, 
widzących wszystko. Niepokoił się pan Maciej. Panią Idalię drażniło to ze 
względu na hrabiankę, Melania nie ukrywała zazdrości... Upragniona partia 
wymykała się jej bez nadziei... nie pozostawało nic więcej, jak zręcznie udawać 
obojętność. Ale panna Barska czuła się obrażoną, więc począwszy od Waldemara, 
skończywszy na jej pannie służącej każdy słyszał zgrzytanie i znał powód. 
Hrabianka na polowaniu w zwierzyńcu ujrzała scenę, która ją przybiła zupełnie. W 
bażantarni Stefci zaciął się flower. Nie mogąc go naprawić, podeszła do jednego 
z podłowczych. Nagle, jak spod ziemi wyrósł przy niej sam łowczy Urbański, który 
wtedy rozmawiał z Barskim. Przeprosił hrabiego i prędko podszedł do niej. Z 
nadzwyczajnym uszanowaniem zaczął jej naprawiać broń. W tej chwili nadszedł 
drugi oddział służby zwierzynieckiej. Na widok Stefci skłonili się nisko i jakby 
niechcący stanęli w dwa szeregi. Na końcu tego szpaleru była ona z łowczym. Gdy 
flower został naprawiony, Stefcia wdzięcznie skinęła głową łowczemu i spojrzała 
przed siebie. Zdziwiła się trochę, lecz nie widząc innej drogi, zarzuciła flower 
na ramię i szła swobodnie między szeregami strzelców, którzy przed nią pochylali 
głowy. Odpowiadała na ich ukłony z pełnym wdzięku uśmiechem i choć już 
zmieszana, doszła na stanowisko z godnością księżniczki oswojonej z hołdami. Za 
nią szedł Urbański i odprowadził na miejsce. Hrabia Barski zaklął zły, niemal 
wściekły. Córka jego zakipiała z gniewu, musiała jednak podziwiać Stefcię. Tak 
wdzięcznego i pełnego taktu przejścia wśród kłaniającej się służby mogła jej 
pozazdrościć największa magnatka. Hrabianka gryzła wargi, palce wpijała w żelazo 
swej strzelby z głuchą zawiścią. — Oni ją tu honorują jak... narzeczoną jego — 
myślała. Ordynat stał oddalony wśród sosen i niewidzialny śledził całą scenę. 
Gdy Stefcia doszła do miejsca, szepnął do siebie z uśmiechem: — Zuchy moje 
chłopy! wiedzą, jak trawa rośnie. Ale ona... wspaniała! — dodał. I dumnie 
wzniósł czoło do góry. XXXIX Polowania, zabawy, turnieje konne trwały dziesięć 
dni. Wielki bal kostiumowy, od dawna będący w programie, zakończył sezon 
głębowicki. Biała sala balowa w zamku, podtrzymywana przez marmurowe filary, 
owinięte bluszczem, tonęła w świetle lamp elektrycznych, w blasku kryształowych 
żyrandoli, w masie kwiatów i zieleni. Sala pomieściła miejscowe towarzystwo i 
mnóstwo osób przyjezdnych. Kostiumy były kosztowne i oryginalne. Wyróżniała się 
hrabina Wizembergowa w symbolicznym ubiorze burzy. Fantastyczną, 
perłowo_szafirową materię ciężkiej, powłóczystej sukni ozdabiały pęki z gazy w 
odcieniach kłębiących się chmur, więc brudnozłote, ciemnofioletowe, niebieskawe 
i szarobiałe — wszystkie łączyły się z sobą bardzo harmonijnie. Na gazowych 
chmurach złociły się ogniste gzygzaki piorunów ze złotych blaszek. Błyskawice 
udawały wszywane w gazę kawałki materii, usiane drobniutkimi brylantami. Taki 
sam sznur roziskrzony, ale z wielkich brylantów, otaczał szyję. Ramiona owijały 
złote węże z kamieniami. Od krótkich rękawów spływał bujny, roztargany pęk traw, 
tak lekkich, że od ruchu ramion wiewał nieustannie, jakby szarpany wichrem. 
Czarne ciężkie włosy hrabina miała rozpuszczone; na głowie piętrzył się ciemny 
obłok fioletowej gazy, przeszyty złotym piorunem z wielkim brylantem na końcu. 
Spod obłoku spływały wiotkie, długie, rozwiane trawy. W ręku hrabina miała 
wachlarz ze złotych blaszek i brylantów oraz złotą laseczkę, zakończoną 
piorunowym gzygzakiem z brylantów. Laseczka posiadała w osadzie małą pękawkę, 
która za przyciśnięciem wydawała suchy trzask. Kostium był artystyczny i 
niezwykły, zastosowany do klasycznej, lecz groźnej piękności hrabiny. Rozwiane 
trawy, dodające do złudzenia miotanie wiatrów, i nagłe błyski brylantów czyniły 
kostium niesłychanie efektownym. Hrabianka Melania, przebrana za bogatą 
Izraelitkę, wyglądała równie dobrze, w sukni ze złotej lamy, w białym welonie, 
podtrzymywanym na głowie przez wysoki diadem szyty perłami. Tworzyło to wielce 
udatną całość z jej wschodnią urodą. Panna Rita przemieniła się w Katarzynę 
Howard, Lucia we włoską kwiaciarkę. Stefcia była damą z czasów Dyrektoriatu, w 
różowej powłuczystej sukni z lekkiej wełny, z jedwabną szarfą i w czarnym 
kapeluszu z wielkimi strusimi piórami. Włosy miała zaczesane wytwornie: bujna 
fala loków spływała na jej plecy. Szyję ozdobiła sznurkiem pereł dosyć cennych. 
W tym stroju, z wachlarzem z czarnych strusich piór, pękami różowych kamelii 
przy gorsie i we włosach, byyła poważniejszą niż zuwykle, ale tak ładną i 
dystyngowaną, że więcej biegło oczu męskich za nią niż za wspaniałą Żydówką. 
Waldemar i większość panów nie mieli kostiumów. Tańce szły z wielkim ożywieniem. 
Dwie orkiestry zmieniały się z sobą. Bal ten miał już odmienny styl niż podczas 
wystawy. Składała się na to przepyszna sala, dobór towarzystwa, bogate stroje i 
duch inny niż na balu publicznym. Ramy magnackiego zamku różniły się od 
hotelowych. Tu ordynat występował w roli gospodarza zabawy i właściciela. W 
czasie figury mazurowej do młodego Michorowskiego podbiegł Brochwicz, trzymając 
pod rękę hrabiankę Melanię i Stefcię. — Elektryczność i ogień "au naturel!" (fr. 
— w naturze) — zawołał. — Wolę ogień. Elektryczności mam dosyć — odparł 
Waldemar. Brochwicz oddał mu Stefcię. Hrabianka zaśmiała się przykrym, 
szyderczym śmiechem. — "Les exstr~emes se touchent!" (fr. — Przeciwności 
przyciągają się!" — rzuciła z ironią. Ordynat tańczył mazura klasycznie, z 
dystynkcją i junakierią zarazem, Stefcia płynęła: wyglądali niesłychanie. W 
tańcu spoglądał jej często w oczy. Ona swych nie spuszczała. W zawrotach 
przygarniał ją silnie, lecz bez zapału. Jego taniec, pomimo zręczności i 
zuchwałej brawury, układał się jednak trochę posągowo, co nadawało mu wyłączny 
wyraz. Twarz miał prawie poważną, Stefcia, pomimo zorzy w oczach — zamyśloną. 
Oboje byli szlachetni w ruchach. Wiał od nich urok. Musiano ich podziwiać. — 
"Cette fille a l.air d. une princesse!" (fr. — Ta panna ma wygląd księżniczki!) 
— zmełła w zębach hrabianka Melania. Brochwicz dosłyszał. — Tak, pod tą parą 
napisałbym: "l.~etat c.est moi" (fr. — państwo to ja) — rzekł z zapałem. 
Hrabianka rzuciła mu wyzywające spojrztenie. Na boku pod filarem stał pan 
Maciej. Oczy jego ścigały tańczących z uporem, ale bez przyjemności. Przeciwnie, 
zzsunięte brwi starca wyrażały grozę, oczy świeciły ponuro. Widywał tańczącego 
wnuka, lecz jakoś inaczej. Mazur z tą dziewczyną przeistaczał go. On, niewielki 
zwolennik tańca, teraz wkładał weń całą duszę, patrząc na Stefcię nie widział 
już nic więcej. Albo ta Stefcia?... Pana Macieja ogarniał niepokój. Jak ona dziś 
wygląda! Ta różowa dama z czasów Dyrektoriatu, z wytwornym wdziękiem podnosząca 
do ust wachlarz, z uroczą powagą płynie przez salę jak księżniczka. Pan Maciej 
nie poznaje codziennej Stefci, w skromnych sukniach, wesołej, nieraz rozbawionej 
jak dziecko albo z tęskną myślą na świeżej twarzy. Co ją dziś czyni 
poważniejszą?... Zawsze jest zręczna, lekka jak powiew, zawsze delikatna, pełna 
powabu i uroku. Ale ten majestat, wykwintna dystynkcja, zdobiąca ją dzisiaj, 
uderza starca. Patrzy na nią, patrzy i przypomina sobie chwile zasnute mgłą 
odległych lat; przymyka oczy, słucha, jak serce bije mocno z grozy, poruszone 
wspomnieniami, i nagle z piersi jego wydobywa się jękliwy starczy głos: — Ona... 
zupełnie ona... Skąd to podobieństwo?... Co to jest?... A po chwili znowu prawie 
z przerażeniem: — Imię, uroda, wiek, czar — wszystko jak u tamtej... Boże!... 
Starzec stoi jak przykuty i śledząc różową postać, coraz nowe odkrywa 
podobieństwa i rani swą zdrętwiałą duszę. — Ten sam charakter, usposobienie... 
te same ruchy i głos... Czy to ona w odrodzeniu?... Zadrżał na całym ciele. — 
Czy i przeznaczenie takie same?... Jakieś fatum naszej rodziny... Boże, zmiłuj 
się! Pan Maciej był silnie zdenerwowany, unikał wnuka, nawet jego wzroku. Po 
skończonym mazurze ogród zimowy, zamkowa oranżeria i palmiarnia, przytykająca do 
sali balowej, napełniły się strojnymi postaciami pań i panów. Inni przechadzali 
się po ogromnej, pysznie urządzonej hali, będącej dopełnieniem białej sali. Stąd 
wchodziło się na żelazną rzeźbioną galerię zimowego ogrodu, biegnącą dokoła 
szklanych ścian z widokiem na całe urządzenie wewnętrzne. W spacerowej hali 
zwracały uwagę płaskorzeźby sufitu, przedstawiające walki i pochody wojskowe z 
szeregami jeźdźców na koniach. Cała hala miała ton niebieski i nadzwyczaj cenną 
wenecką posadzkę mozaikową. Wszędzie bawiono się wesoło. Wachlarze powiewały 
wolno, gorączkowo i namiętnie. Rozlegały się głośne rozmowy i ciche szepty 
pojedynczych par. Elektryczne lampki, nieznacznie poumieszczane wśród palm i 
kwiatów, łagodnymi błyskami pełzały po obnażonych ramionach, kładły w oczy 
melancholijne cienie. Waldemar usiłował spotkać Stefcię, ale mu ciągle ktoś w 
drogę wchodził. Sam zresztą miał zbyt wielkie powodzenie. Po długich 
poszukiwaniach odkrył jej różową suknię za grupą drzew palmowych, usłyszał jej 
wesoły młody głos i stanął, chcąc się przekonać, z kim rozmawia. Obok niej 
ujrzał Trestkę, nieco dalej pannę Ritę w towarzystwie miejscowego lekarza z 
Głębowicz. Trestka miał minę bardzo zajętą, dowodził coś z ożywieniem. Waldemar, 
zaciekawiony, zbliżył się. — O czym oni mówią? — Widzi pani — rozprawiał Trestka 
— ja jestem szczery: zmieniła się pani na awantaż. Nie powiem, żeby pani 
wypiękniała, gdyŻ i dawniej nic pani nie brakowało, ale jakaś zmiana jest — i to 
nasza zasługa. — A to jakim sposobem? — Miała pani rasę, ale trochę tremy, co 
psuło efekt. Nie mogła się pani zorientować w nowych ramach. — Czyli że teraz 
zmieniłam się na lepsze. — Ba! i jak jeszcze. W tym stroju jest pani 
zachwycającą. Wyobrażam sobie Napoleona na moim miejscu. Stefcia parsknęła 
śmiechem. — Skąd panu znowu Napoleon przyszedł na myśl? Czy z powodu mego 
kostiumu? Nie przypominam chyba Józefiny Beauharnais. — Strasznie pani cnotliwa, 
skoro widzi Napoleona tylko przy Józefinie. — Więc może do Marii Ludwiki jestem 
podobna? — Ach, co znowu! to była glista, nie kobieta. Stefcia zaśmiała się. — 
Wyborny pan jest! Jakże można robić takie porównanie? — W każdym razie moje jest 
mniej potworne niż zestawienie pani z Marią Ludwiką. — Ach! mam to uważać za 
komplement i podziękować? Tego musi się pan wyrzec, bo nie dziękuję nigdy za 
komplementy. — Ale je pani lubi, co tu gadać! Ode mnie one nie robią wrażenia. 
Gdyby tak Napleon... — O! niech już pan nie nudzi tym Napoleonem. Czy on mówił 
komplementy? — Jemu mówili. — W każdym razie nie kobiety. — Ajej! najwięcej! On 
miał szaloną wenę, na tuziny liczył wielbicielki! Chce pani, to je wymienię, bo 
widzę, że pani słaba jest w epoce napoleońskiej. — Dziękuję, znam ją dokładnie. 
— Czy i ze szczegółami?... — Zdaje mi się. — No więc egzamin: które wielbicielki 
były z nim pod Trafalgar, które nad Berezyną, a które w wąwozach Somosierra — bo 
on i tam flirtował. — Niech pan sam na to odpowie i postawi sobie piątkę, a już 
z góry wołam: brawo! — I bis? — Nie, i zapuszczam kurtynę. To rzekłszy, Stefcia 
frunęła w drugą stronę palmiarni. — Dowcipna i umie się bronić — mruknął 
Trestka. Dziś Stefcię napastowano ze wszystkich stron. Zaledwo odeszła od 
Trestki, gdy spotkała się z monoklem swego adoratora z wystawy. Chciała go 
minąć, lecz posunął się do niej żywo, uprzedzając Waldemara. — Panno Stefanio, 
pani mię dziś tyranizuje. Nie otrzymałem ani jednego lepszego słówka, a z tańców 
tylko ten nędzny walc. — O! panie hrabio, powinno to panu wystarczyć. — Merci! 
wygląda pani jak królowa, ale dla swych poddanych jest pani bezlitosna. — 
Doprawdy? Kogóż to pan uważa za mych poddanych? — Siebie przede wszystkim. — 
Radzę panu przejść pod inne berło. Będzie to korzystniej dla stron obu. — Jestem 
rojalistą, przywiązanym do dynastii. — Ależ hrabio, ja przedstawiam republikę 
dzisiejszym strojem. — To nic. Mimo to włada pani berłem. Ale ja nie mam szansy. 
Szczególnie ta palmiarnia... Ciągle mi się pani kryje. — Cudowne palmy! — Jak 
wszystko w Głębowiczach. Panie nawet ordynata nazywają cudownym. — Pan się na to 
nie zgadza? — A pani?... Stefcia się zająknęła. — Ordynat jest zastosowany do 
swego otoczenia — odrzekła prędko. — To znaczy cudowny. — Och, nie! Lubię 
cudowne rzeczy, ale cudownych ludzi nie znoszę. — To wiele mówi! Przy tym jest 
pani sama z sobą w niezgodzie. Stefcia złożyła mu dworski, powłóczysty ukłon. — 
"Monsieur! je suis enchant~ee" (fr. — Panie, jestem zachwycona) Zaśmiała się i 
znikła. Hrabia ruszył wytrwale za nią. Waldemar, słysząc wszystko, przeciągnął 
ręką po czole. — Jak ona potrafi ich zbywać i jak sobie z nich nic nie robi — 
szepnął zadowolony. Postanowił zbliżyć się do niej sam. Siedziała na marmurowej 
ławeczce z księżniczką Lilą Podhorecką w otoczeniu kilku panien i panów. Gdy 
Waldemar podszedł, Stefcia zwróciła się do niego: — Panie Michorowski, prosimy 
na kongres międzynarodowy. Jest tu dosyć narodowości w kostiumach. Jedni obstają 
za menuetem, a drudzy chcą jeszcze napawać się palmami. — A pani do których 
należy? — Ja zajmuję stanowisko pośrednie, bo menueta nie tańczę. Wybrano mię na 
arbitra. — Zatem interwencja moja nie jest potrzebna? — Ale do jakiego należy 
pan obozu? — Ja jestem za menuetem. A większość głosów? — Tak samo. Więc sprawa 
rozstrzygnięta. Wdzięcznym ruchem uderzyła się wachlarzem w dłoń. Wodzirej, 
młody książę Giersztorf, wybiegł na salę. Wkrótce zabrzmiała muzyka. Menuet 
popłynął melancholijną, dźwięczną nutą. Stefcia i Waldemar stali w drzwiach 
palmiarni pod wielkimi festonami róż i zieleni. — A pan nie tańczy? — Nie, pani. 
— A jednak pan głosował za menuetem? — Umyślnie. Wolę rozmawiać z panią. Stefcia 
umilkła. Rozbawionymi oczyma ścigała barwny sznur wijących się par. Biała sala, 
ubrana w palmy i kwiaty, strojna we fraki i wspaniałe złotcenia, fantastyczne 
postacie, chylące się ku sobie w wytwornych ukłonach, sprawiały wrażenie z 
pierwszych lat stulecia. — Tak musiały wyglądać bale w Sans_Souci i Wersalu — 
rzekła Stefcia do ordynata. — Tak, tylko brakuje peruk i koronkowych żabotów, no 
i pończoch. — I muszek na twarzach pań oraz kokieterii — dodała Stefcia. — Tej 
zawsze dosyć. Nawet i pani ma trochę kokieterii. — Doprawdy? — Ale u pani jest 
ona wyłączna. Kokieteria mimozy pociąga bezwiednie i nawet jest wybredna. — Z 
czego pan to wnioskuje? Michorowski z ładnym uśmiechem poruszył głową. — Stawia 
pani dość śmiałe pytanie. Gdy zechcę być szczerym, muszę być zarozumiałym, a na 
to mi nie pozwala własna etyka. Dziewczyna zmieszała się, ale odpowiedziała 
szczerze: — Może i jestem wybredną, lecz... tam, gdzie przestaję nią być, tracę 
zwykłą odwagę i wówczas zapewne mam bardzo naiwną minę. W oczach ordynata 
błysnął promień radosny. Ogarnął ją pieszczotliwym wzrokiem. — Nie naiwną, broń 
Boże! ale zakłopotaną — i to na panią rzuca dziwnie ładny refleks, wzruszający. 
To stanowi doskonały kontrast ze zwykłą pani wesołością i swadą. Trudno się 
domyślać, że jej wdzięczna zuchowatość może mieć takie chwile, jak obecna, i... 
śliczne. Stefcia spojrzała na mówiącego. Po twarzy jej przebiegła jasna 
błyskawica rumieńca, charakterystyczna u niej, a zawsze czarująca Waldemara. — 
Zdaje mi się, że pan... — Wkracza w zarozumiałość? Sama mię pani do tego 
upoważniła, niechcący naturalnie. Ja zaś pochlebiam sobie, że w oczach pani mam 
nieco więcej szans od hrabiego z monoklem, Wilusia i Trestki. Stefcia 
uśmiechnęła się. — Trzeba przyznać, że nie wybrał pan zbyt silnych przeciwników. 
Tu zarozumiałość pańska trochę blednie. Waldemar skłonił głowę wytwornym ruchem. 
Był to rodzaj podziękowania. Milczeli jakiś czas, po czym on rzekł znowu, 
wskazując tańczących: — Niech pani zauważy entuzjazm niektórych pań. Menuet 
nazwałbym tańcem najsenniejszym, a jednak rozgrzewa. Dobry wynalazek! Często w 
tańcu odkrywa się temperament. Ale każdy widz z daleka musi się dziwić, co tych 
ludzi tak podnieca. — Tak. Lecz podobnego wrażenia może doznać człowiek nie 
tańczący, zatem nie amator. Gdy jest przeciwnie, widok tańczących musi porywać. 
Chciałabym jednak wiedzieć, jaki człowiek pierwszy raz zatańczył? — Albo wariat 
w przystępie szału, albo jakiś bezmiernie zadowolony osobnik, może jaskiniowiec 
z epoki jurajskiej wykonał taki radosny odruch przy szczęśliwie zdobytej 
zwierzynie. — Albo po zjedzeniu własnej żony, którą to biesiadą zakończył 
miodowy miesiąc — odezwał się za nimi głos Trestki. Stefcia i Waldemar zaśmiali 
się. — Skąd pan wiedział, o czym rozmawiamy? Zapytany zrzucił binokle. — Mam 
wyborny słuch, a że także nie tańczę menueta, bo mi działa na nerwy, więc 
podążyłem do państwa. Kwestia postawiona przez pannę Stefanię podobała mi się. 
Jeżeli mię tu nie chcecie, to pójdę sobie. Liczę jednak na waszą uprzejmość. 
Spójrzcie państwo na Barskiego: co za niesłychany wzrok skierował na nas. 
Uważacie? Michorowski zmarszczył się. — To także jaskiniowiec nowoczesny. — 
Gdzie jest panna Rita? — zapytała Stefcia. — Kłaniają się sobie ze Żninem i są 
zadowoleni. — A pan nic na to? — Cóż mam zrobić: w łeb sobie palnąć czy powiesić 
się? — odparł krzykliwie. — Nie, ale razem tańczyć. — Ani myślę. To byłaby za 
wielka ofiara z mej strony. Książę Giersztorf zakończył menueta. Pary rozsypały 
się. Wachlarze poszły w ruch. Krótki odpoczynek i przy dźwiękach orkiestry długi 
barwny sznur ruszył do sali jadalnej, poprzedzany przez marszałka dworu. On 
umieszczał pary przy świetnych stołach. Była to już uczta pożegnalna — 
wszystkich na tę myśl ogarniało wzruszenie... Nazajutrz umyślnie sprowadzony 
fotograf zdejmował grupę towarzystwa w kostiumach. Stefcia stała w długim 
szeregu, trochę z boku. Waldemar nadszedł, kiedy już grupę ustawiono. Stanął za 
Stefcią. Przewyższał ją, ale musiał się nieco przesunąć w bok, gdyż jej duży 
kapelusz zasłaniał mu dół twarzy. Hrabianka w pierwszym rzędzie nie zauważyła 
tego, Rita, przeciwnie, szepnęła cichutko do Trestki: — Pierwsze publiczne 
"t~ete_~a_t~ete" (fr. — sam na sam). Trestka skinął głową twierdząco. Oprócz 
zbiorowej grupy wszystkie panie zdejmowały się osobno, w kostiumach i w balowych 
strojach, Stefcia w swym kostiumie z czasów Dyrektoriatu, a na prośby Luci, w 
codziennej szarej sukience i w koralach. Była grupa myśliwska w zwierzyńcu, 
grupy na łodziach; zdejmowano konne kawalkady, partię tenisa i grę w bilard. 
Cały dzień zeszedł na zdjęciach. Niektórzy goście przed wieczorem wyjechali na 
kolej, inni mieli opuścić Głębowicze na drugi dzień rano. Odjeżdżające panie 
otrzymywały od ordynata bukiety, orkiestra grała na krużganku. Ostatni wieczór 
zgromadził w sali jadalnej znacznie szczuplejsze towarzystwo i dziwnym trafem 
najsympatyczniejsze. Wyjechali Barscy i kilka osób ich pokroju. Zaraz inny duch 
powiał. Wyjazd hrabianki nie był tryumfalnym. Dostała bardzo piękny bukiet, 
orkiestra grzmiała jak dla innych, wiozła ją wspaniała kareta i cztery siwe 
araby, ale hraibanka miała złość na twarzy. Spotkał ją zawód. Nie została 
narzeczoną ordynata i żadnej nadziei mieć nie mogła. Najwięcej ją gniewała 
świadomość, kto jest winien jej porażce. Hrabia jechał posępny jak chmura. 
Wymarzona godność teścia w Głębowiczach uciekła przed nim, w jej doścignięcie 
już nie wierzył. Miał głuchy żal do córki, wyrzucał jej obojętność dla ojca i 
dla własnego herbu, nie myśląc, że jej ambicja cierpi również dotkliwie, nawet 
więcej. Hrabia patrzał na pyszną urodę córki, przymykał oczy, haftował ją sobie 
na tle olbrzymiego posągu i dziewięciopałkowej korony z herbem na żółtym polu. 
Ogarniało go zdumienie. "I to wszystko nie podziałało na ordynata? Ależ to 
idiota, głupiec!" Ilekroć przed oczyma dumnego pana przesunęła się delikatna, 
wdzięczna postać Stefci, zaciskał pięści. Uosobienie rozgoryczonej pary 
hrabiowskiej zdawało się rozsadzać karetę. Ale ogiery arabskie pędziły do stacji 
kolejowej wyciągniętym kłusem, oddalając się od niewdzięcznych Głębowicz, co jak 
złoty sen hrabianki zachodziły w mgłę. W zamku nie było smutno, lecz trochę 
odmiennie. Wszystkich ogarniał melancholijny spokój po gwarnych dniach. Chodzili 
po wąskich uliczkach zimowego ogrodu, zaglądali do winnicy, do ananasarni, do 
uroczej doliny róż. Każdy myślał z żalem, że jutro trzeba opuścić zaczarowany 
zamek. I niejedno westchnienie wionęło, niejedne oczy szukały tego, który 
stanowił oś minionych zabaw, środkowy punkt zamku. Stefcia nie wzdychała, nie 
oglądała się za Waldemarem, cicha i milcząca. Doznawała dziwnych uczuć: że chce 
się stąd wyrwać i nie może, chce uciekać — coś ją trzyma, chce się bronić — coś 
woła na nią: "Za późno!" Było jej tak ciężko, jakby ten ogromny zamek walił się 
na nią. Przepych, wspaniałość znowu zaczęły ją dławić. Żal niesłychany rozrywał 
piersi łkaniem. Toczyły ją uczucia i paliły ogniem. XL W parę dni potem 
odjeżdżali goście ze Słodkowic. Księżna Podhorecka wyjechała wcześniej z synem, 
synową i Ritą. Głębowicze były trochę smętne w tonie, jakby pierwsze dni 
październikowe tak je nastroiły. Służba miała zgorzkniałe miny, lokaje włóczyli 
się sennie. Choć czekał ich zasłużony odpoczynek, żałowali świetnych dni, 
obliczając zyski, mogące zadowolić najchciwszych. Rządca Ostrożęcki i dwaj 
praktykanci schodząc z tarasu, ujrzeli naprzeciw siebie wstępującego na schody 
ordynata. Szedł z cieplarni zamyślony, w ręce niósł pyszny bukiet żółtych róż. 
Panowie usunęli się grzecznie. Spojrzał na nich i uśmiechnął się przyjaźnie. — 
Dokądże to panowie dążą? — Tak włóczymy się po zamku, wywołując minione echa — 
odrzekł jeden z praktykantów. — Smutno będzie teraz w Głębowiczach, co? — 
Zapewne... Rozbałamuciliśmy się trochę. — Nie dziwię się wam, bo i ja jestem 
rozbałamucony. Nudniej mi teraz będzie samemu w Głębowiczach. Skinął im 
grzecznie głową i wszedł na taras. Po chwili znikł. Ostrożęcki rzekł półgłosem: 
— Cóż panowie na to? Ordynat z bukietem róż, przyznający się do nudów w 
przyszłości... Osobliwość!... Młody praktykant, hrabia L., włożył ręce w 
kieszenie marynarki. — Wcale nie osobliwość. Bukiet dla panny Rudeckiej i nuda 
za nią, kwintesencja zaś tego: pannna Rudecka przyszłą ordynatową. — Sądzisz pan 
— zdziwił się Ostrożęcki. — Czy sądzę? Wierzę w to jak w Ewangelię. On przecież 
za nią szaleje, ślepy by dojrzał. Z tego powodu Barski wścieka się, z tego 
powodu wyniknie wiele krzyków, hałasów, bo arystokracja stanie dęba, lecz 
rezultatem będzie Veni Creator. Ordynat inaczej nie dostanie Rudeckiej, a że 
jest wprost oszalały, więc u stóp ołtarza sprawa musi się zakończyć. Ona zaś 
takiej partii nie odrzuci, to pewno. Ostrożęcki zmarszczył się. — Czy tylko 
ordynat naprawdę myśli o ołtarzu? Ostatecznie... to magnat z krwi i kości, choć 
wyjątkowy, ale zawsze feudalny, a że jest widocznie podniecony... To na nią 
działa i musi działać. On się może podobać. Otacza ją królewskimi hołdami: to 
samo zdoła odurzyć pannę Rudecką, nie mówiąc o jego własnej osobie, która już" 
zdaje mi się, nie jest jej obojętną. Jego miliony zastawiają tu na nią sidła. 
Lecz jak się to skończy — nie wiadomo. Jeśli on ma względem niej zamiary mniej 
szlachetne... szkoda byłoby dziewczyny... To kwiatek za ładny, za świetny na 
zmarnowanie, nawet w takim przepychu. Hrabia praktykant zaśmiał się. — Dlaczego? 
Czy pan sądzi, że panna Rudecka nie może zostać płomieniem ordynata... bez 
żadnych sakramentalnych zastrzeżeń?... — Szkoda by jej było! — Bagatela! nie z 
takimi miał ordynat do czynienia i nie myślał o żadnych zobowiązaniach. Miałby 
się zastanawiać nad panną Rudecką? Jest ładna, wytworna, to tym lepiej, jest z 
temperamentem, to podnieca mocniej, a że jest cnotliwa — to zaostrza apetyt. 
Ordynat doskonale to rozumie. — Niech pan tak nie mówi. To byłaby nikczemność, 
do jakiej ordynat zdolnym nie jest. Panna Rudecka stoi towarzysko bardzo dobrze, 
w Słodkowcach ma swoje fory, z czym ordynat musi się liczyć. — Och, panie! to 
nie są skrupuły dla ordynata. Jego przeszłość dowodzi, że się lubował tylko w 
wytwornych i wyszukiwał je w wysokich sferach. Nie szlifowanych diamentów nie 
oceniał nigdy; to esteta! Ale bywały zawilsze sytuacje i zawsze potrafił wybrnąć 
zwycięsko. Nie zawahałby się i tu, lecz... tu jest coś innego... coś, co pachnie 
sakramentem. Panna Rudecka nie tylko rozpłomienia ordynata, lecz włazi mu do 
mózgu. — I wszyscy to rozumieją — dodał Ostrożęcki — nawet służba. To nie jest 
przelotna słabostka. Kwestia tylko, czy ordynat potrafi wytrwać do końca i czy 
zdoła złamać przeszkody, jakie będzie stawiała jego zamiarom sfera, do której 
należy. Rozległ się głuchy turkot kół i tupot koni przed podjazdem zamkowym. — 
Odjeżdżają. Chodźmy tam — rzekł hrabia praktykant. Poszli spiesznie. Stefcia 
stała w głównej sieni zamkowej przy schodach, już w płaszczyku i w kapeluszu. 
Zapinała rękawiczki, bawiąc się z Pandurem. Lucia biegła po schodach, wołając 
matki. Z bocznego korytarza wyszedł Waldemar, stanął obok Stefci i wręczając jej 
bukiet rzekł z powodu obecności służby po angielsku: — Niech te kwiaty 
przypominają pani Głębowicze i pachną tam w jej pokoiku. Stefcia spłonęła. 
Patrząc serdecznie na niego odpowiedziała: — Dziękuję. O Głębowiczach nie 
zapomnę: bez pośrednictwa kwiatów. Pocałował ją w rękę. — One również zachowają 
pani obraz. Ukraszała je pani, teraz osieroca... Zostanę tu jak pustelnik. — 
Więc niech pan jedzie z nami. Spojrzał na nią błyskawicznie. Iskierki zatliły mu 
się w oczach. Odwrócił się do zebranych lokai wydając rozkaz: — Niech osiodłają 
Apolla. Młodszy pokojowiec wypadł na ganek. Jednocześnie ze schodów schodziła 
pani Idalia z Lucią i pan Maciej, prowadzony przez kamerdynera. Słyszeli rozkaz 
ordynata. — Jedziesz z nami? — spytała baronowa, patrząc na zaróżowioną Stefcię 
i żółte róże w jej ręku. — Tak — odrzekł Waldemar — boję się tych pustych ścian. 
Nigdy nie wydadzą mi się bardziej smutne jak teraz. Poskoczył na schody i 
usunąwszy lokaja, sam podał ramię dziadkowi. Nadszedł Ostrożęcki z 
praktykantami, marszałek dworu i łowczy. W portyku pod filarami zebrali się 
lokaje i pokojowcy. W drzwiach stał koniuszy Badowicz. Orkiestra grała na 
krużganku ulubioną Stefci uwerturę Supp~ego: "Chłop i poeta". Pani Idalia i 
Lucia miały również ogromne bukiety kwiatów. Lando, wybite karmazynowym 
aksamitem, zaprzężone było w czwórkę rosłych folblutów złotogniadej maści, z 
forysiami na koniach i z tyłu landa. Obok osiodłany Apollo wyrzucał 
niecierpliwie głową, pieniąc się i bijąc kopytami w żwir podjazdu. Od portyku do 
bramy w arkadach stały dwa szeregi strzelców na koniach w strojach odświętnych, 
z Jurem na czele. Waldemar podsadził dziadka i panią Idalię do Landa. Stefcia 
zajęła przednie siedzenie wraz z Lucią. Ordynat wskoczył na konia. — Powracam 
jutro — mówił żegnając się z administracją. Lando ruszyło. Szeregi strzelców 
pochyliły się, salutując odjeżdżających. Gdy lando wyjechało za pierwszą bramę, 
szeregi rozłamały się i formując w czwórki, pocwałowały w ślad za nim. Jur 
prowadził kolumnę. Z wieży zamkowej zagrzmiała fanfara na trąbach hucznie, 
trochę żałośnie. Był to wyjazd królewski, ale uradował tylko Lucię. Pani Idalia 
siedziała nadęta, Pan Maciej smutnie zamyślony. Oboje odgadywali, że te parady i 
towarzystwo Waldemara nie jest dla nich, lecz dla Stefci. Pan Maciej unikał 
wzroku dziewczyny. Ona to odczuwała. Ciężar nieznośny gniutł jej piersi, na 
twarz wystąpiła łuna. Waldemar jechał obok i także milczał. Stefcia widziała 
giętkie nogi Apolla w energicznym rytmie tęgiego kłusa, widziała stopy Waldemara 
w wytwornych butach, z błyszczącymi ostrogami. Trochę nerwowo szarpał 
strzemieniem. Siodło i uzzdeczki wydawały cichy skrzyp. Apollo gryzł wędzidło, 
plując pianą. Stefcia chciała spojrzeć wyżej, lecz bała się wzroku Waldemara, 
który czuła na sobie. Rozmowa nie szła, wszyscy mieli zwarzone miny, prawie w 
milczeniu dojechano do Słodkowic. Przed wieczorem Stefcia, siedząc w bibliotece, 
zobaczyła przez okno młodego Michorowskiego. Spacerował w parku, automatycznie 
chodząc po alejach. Żółte liście spadały mu pod nogi. Błękitnawy dymek z cygara 
pływał, omotując sieć babiego lata, co jak srebrne włosy unosiły się wśród 
drzew. Ordynat był głęboko zamyślony. Śiwadczyły o tym jego ruchy mniej 
elastyczne niż zwykle i ociężałość w całej postaci. Stefcia wiedziała, że na 
drugi dzień Waldemar wyjeżdża do Głębowicz, a potem jedzie na polowanie do 
znakomitych domów w kraju, gdzie zabawi do zimy. Dziewczyna oderwać się nie 
mogła od okna. Tysiąc myśli wirowało w jej głowie, serce ściskał bolesny kurcz — 
zapowidź tęsknoty za nim. Śliczne oczy Stefci zaszły łzami, łkanie szarpnęło 
piersią. Waldemar chodził ciągle. — O czym on myśli? Czy o tym, co ja?... I 
wielka, choć nieśmiała nadzieja spływała jej do duszy, rodząc niezmierną 
błogość. Dziewczyna przymykała oczy, słuchała tętna własnych pulsów, słuchała 
biegu swych myśli — i one ją przerażały śmiałością. Na twarzy jej pojawiał się 
radosny uśmiech, jak jutrzenka, lecz nikł natychmiast. Walka w niej trwała i 
zmagały się moce, jakich nazwać nie potrafiła. Rozumiała siebie i... kryła się 
sama przed sobą. A Waldemar w alei chodził wolno, szeleszcząc opadłym liściem, z 
natłokiem myśli w mózgu. Nie dziwił się już, że bezmiary jego dawnych marzeń i 
ideałów przyoblekły się w ciało i stanęły przed nim tak uroczo... Zastanawiał 
się, czy ta rzeczywistość dla niego? czy sięgnie po nią? czty ją dostanie? I ten 
człowiek, zepsuty powodzeniem, szczęściem w życiu rozbałamucony, pytał teraz sam 
siebie: — Czy ten czar dla mnie?... Budziły się w nim nadzieje, pełne szczęścia 
i piękne. Postanowił trwać w nich jeszcze. Rwało go naprzód, ale przezwyciężył 
się. Koniec części pierwszej Część Druga I Lato, wystawa, złota jesień, 
polowania w Głębowiczach należały do przeszłości. Słotne, zamglone dnie zastąpił 
mroźny podmuch z północy i siał na obnażoną ziemię wielkie białe płaty. Śnieg 
sypał, kłębił się, otulał bielą puchów nagie gałązki drzew i wysokie 
ciemnozielone świerki. Rozścielał na ziemi olbrzymią białą oponę. Zakrywał pola, 
żółtą, przegniłą trawę, przemieniając świat w grotę z cukrów i kryształu. Słońce 
oczyściło się z chmur, rozpędziło mgły. Otoczone nieskończoną przestrzenią 
błękitów, uniosło tarczę wysoko, sypiąc na mleczną ziemię złote blaski. W śniegu 
krzesało iskry, pełne barw drogich kamieni. Pogoda lśniła cudowną zimową szatą, 
mróz nadawał jej energię i tęgość, orzeźwiającą ludzi. Ptaki kręciły się wśród 
zamrożonych drzew z kwileniem radosnym. Czerwone gile odbijały rażąco od białej 
dekoracji, jak wielkie maki wśród łanów dojrzałej gryki. W Słodkowcach park, 
ogród, rozłożyste i smukłe krzewy otulają zwoje śniegu. Jezioro, stężałe w 
uścisku lodowego powiewu, bieli się gładką przestrzenią. Filary ganku i schody 
pokrywa mroźna powłoka. Zamiast kwitnących róż widać pagórki pokryte śniegiem. 
Kuliste lipy przed pałacem, oblepione sadzią, wyglądają jak wielkich rozmiarów 
dmuchawce, tak ich gałązki są delikatne i przezrocze. Z niezmiernie białyxh 
przestrzeni płynie martwota, skrzepły spokój i wielka potęga skrystalizowanej 
natury. Wszystko jest nieruchome, milczące, niepokalanie czyste, zimne w swej 
piękności, jak posągowe. Na końcu wielkiej alei grabowej, jak w korytarzu z 
alabastru, stoi pod ciężkimi splotami gałęzi wiotka postać, prawie mała wśród 
mroźnych olbrzymów. Stefcia opiera się plecami o skostniały pień grabu. Spod 
czapeczki patrzy na śnieżną przestrzeń i ciemniejszą taśmę drogi. Stoi na 
wzgórku. Mur okalający park nie zasłania jej widoku. Wzrok leci i leci w sinawą 
dal, jaskółczym skrzydłem przebija szafirowy wał lasu i pędzi dalej, bez końca. 
Jest punkt, gdzie się zatrzymuje, dokąd właściwie dąży, punkt świetlny, rdzeń 
wielkiego koła ziemi, co go otacza. Dziewczyna stoi bez poruszenia. Pomyśleć by 
można, że szron spadający z drzew i ją ścina w posąg, ziębi ostrym tchnieniem. W 
oczach jej błyszczy tęskna myśl, śle ją na drogę, wysyła daleko... tam, gdzie i 
dusza rwie się z niepowstrzymaną siłą... Wielkie oczekiwanie czegoś, co napełnia 
rozkoszą, ale tak subtelną, że ledwo wyczutą, jest niepokojące jak oczekiwanie 
katastrofy. W takiej chwili wzrok, słuch skupia się w sobie, wysila do 
naprężenia i męczy. Żal odwrócić oczy, aby nie stracić jednego momentu, żal się 
poruszyć, aby nie spłoszyć najlżejszego szelestu. Cała istota ludzka zamienia 
się w posąg, pod którym można by napisać: "Czy nadejdzie"... szczęście lub 
rozpacz. W taki posąg oczekiwania zaklętą była Stefcia. Oczy wpiła w drogę, 
bojąc się ruszyć. Powstrzymywała oddech w piersi, chwytała uchem każdy szmer. 
Przyszła tu wiedziona przeczuciem, że on ma przyjechać i czeka cierpliwie. Nikt 
jej nie mówił, nikt się go nie spodziewa, ale ona wie, że już jest w 
Głębowiczach... jakiś głos jej szepce: "Dziś tu będzie". Wyjeżdżał daleko, na 
polowania. Długo nie wracał. Musiał odbyć kampanię zaprosin. Jak się ten czas 
wlókł sennie, bezbarwnie!... Szare, dżdżyste dnie zdawały się płakać, szlochały 
drzewa. Wichry jękiem zwabiały wcześnie czarne noce, nieskończone, pełne łkań, 
skargi, ponurej grozy. Wielka melancholia, ociężałość tych dni bez jaśniejszego 
promyka dławiła serce. Rwało się wszystko głuchą rozpaczą na widok przegniłych 
liści, szarpanych wichurą, oślizgłych gałęzi, z łopotem bijących o siebie. Ale 
natura jest usposobienia wesołego, nie znosi długich łkań, nawet po pięknym 
lecie nie potrafi płakać bez przerwy. Następuje przesyt smutku: wówczas nabiera 
hartu, zamraża łzy, chce gwałtem przykryć swą zgniliznę, lecz jej brakuje barw. 
Nie stać ją już na zieleń i kwiaty. Otacza ją blada złość. Tężeje, tworzy zwoje 
bieli, sypie na drzewa delikatną sadź, na szerokie konary rzuca wielkie szmaty 
puchów. Jest biała jak panna młoda, ale nie odpowiada tej nazwie. Szpeci ją 
chłód. Pragnie okrasić się złotem. Rozsuwa ciężkie granatowe zasłony chmur, 
wypuszczając słońce z uwięzi. Radosny, rozweselony, wyspany, wygląda złocisty 
krąg na świat Boży i staje w osłupieniu. Blednie z przerażenia, cofając się 
wysoko w górę. Gdzież są łąki pełne kwiatów? Gdzie owoce, gdzie drzewa zielone, 
które zmieniły się pod jego tchnieniem w śliczne, jaskrawożółte lub krwawe jak 
pożar? Rozpanoszyła się biel oślepiająca i pokryła wszystko grubą warstwą. Jakby 
na urągowisko wywołuje słońce, by spoglądało na jej martwotę. Złoty krąg cofa 
się w górę, rzuca słabe ukośne promienie. Jest nieufne, oburzone. Tyle wieków 
patrzy ono na kaprysy ziemi i zawsze się zdumiewa. Przez ciąg wiosny i lata 
zapomina o przyszłych szarzyznach. Szczęście zagłusza wsuystko, co nie ma złota 
wblaskach. Gdyyby się działo przeciwnie, rozkosz w szczęściu nie byłaby 
całkowitą. Słońce wyrzuca sobie własną opieszałość, przygotowuje się do walki z 
ziemią. Przeczuwa wiele pracy, zanim ten pancerz lodowy rozkruszy, zanim spruje 
pyszną szatę ze srebrnej lamy, ciężko strojącą świat. Ze wzgardą spogląda na 
groźne szańce śniegu i systematycznie rozpoczyna pracę. Wypatruje ciekawie, aby 
znaleźć najsłabsze miejsce, uderzyć i przebić zaporę. Wszędzie napotyka ostre 
uzbrojenie: chłód, marmur bieli, mróz. Zniechęcone przeglądem zaczyna się 
zasuwać do snu. Jest gniewne, płonie gorącą falą, stacza się niżej i niżej, 
zalewając ziemię potopem czerwieni. Ciska na blady koloryt nieba snopy 
jaskrawych obłoczków — swych paziów. One zapowiadają niewdzięcznej ziemi 
następującą noc — jako karę słońca. Stefcia stoi w łunie pożarów, rozświetlona, 
rozbłysła ogniem. Mruży oczy, różowe płomyki ślizgają się po jej twarzy. Dla 
niej ta biała szata nie przyniosła zmiany. Dnie wloką się tak samo nieskończenie 
mętne, bezświetlne, jak wówczas gdy mroki i wichry panoszyły się wszechwładnie. 
Piękna, chłodna biel trwała już czas jakiś, ale srebrna droga pusta. Głucho było 
w duszy Stefci. I teraz łuny się palą na niebie, idzie mroźna, długa noc. 
Przeczucia zawiodły: coś, co ją pchało na ten wzgórek, skryło się, pozostało bez 
nazwy. Droga błyszcząca, wyślizgana złociła się do najdalszych granic zachodem 
słońca. Białe pola przybrały ton delikatnej barwy różowej. Wierzby strojące 
drogę miały fioletowe odcienie; im dalej w głąb, tym stawały się bardziej 
fioletowymi. Małe stadka szafirowych kawek spadały z głośnym krzykiem na 
zamrożone łany, błyszcząc niby dżety na pluszach. Czasem zrywały się, jakby 
przestraszone. Nagle w uparcie wpatrzonych oczach Stefci coś zamajaczyło. Na 
różach pól, w oddali, wśród fioletowych wierzb, ukazał się punkcik drobniutki, 
zaledwo widoczny. Ale pojawiwszy się, nie zniknął. Rósł w oczach, wyraźniał, 
potężniał i sunął naprzód. Jak błyskawica, ukazując się, zatamowuje oddech w 
piersi w oczekiwaniu gromu, tak Stefcia, wpatrzona w płynący punkt, 
znieruchomiała. W ciszy krwawego zachodu zadźwięczało w oddali i rozlewało się 
brzmieniem coraz głośniejszym. Dziewczyna, niby rażona gromem, zadrżała. Ramiona 
jej podniosły się do ucieczki, ale nogi miała jak z ołowiu. Chciała się zerwać, 
biec w głąb parku i nie mogła. Przestrach, radość, burza wzruszeń odbiła się na 
jej twarzy. Poznała janczary z Głębowicz. Nie omyliło przeczucie. Z wysiłkiem 
zdołała się cofnąć głębiej. Oparta o oszroniały pień, z szalonym wirem w pulsach 
słuchała brzęku janczarów i parskania kłusujących raźno koni. Łowiła uchem lekki 
skrzyp płóz i delikatne dźwięczenie uprzęży. Spod przymkniętych oczu widziała 
eleganckie sanki i parę tęgich koni, przykrytych szafirową siatką. Widziała ich 
wygięte głowy, rozwarte chrapy i oczy czerwone w zachodzie słońca jak pochodnie. 
Widziała koło uszu końskich powiewające ogony lisie, futrzaną liberię stangreta 
i lokaja, złote guzy, błyszczące jak świeczki. Serce jej tłukło w piersi, miała 
wrażenie, że pęknie i że zajdzie coś złego. Wrażenie rosło, stało się strasznym. 
Sanki przed murem skręciły w bok. Stefcia zdrętwiała, rozkołatane serce zamarło. 
Siedzący w sankach mężczyzna zrobił nagły ruch, jakby chciał wyskoczyć. Lecz się 
wstrzuymał, tylko drżącą ręką uniósł czapkę, pochylając nisko wytworną głowę. 
Sanki pomknęły, dźwięcząc już niewidocznymi janczarami. Stefcia schwyciła się za 
głowę. — Przyjechał! — krzyknęła w obłąkaniu — widział mnie! Szczęście bezmierne 
wrzało w jej duszy, kipiało we krwi. Porwała się z miejsca i lekka jak ptak 
pobiegła śnieżną aleją w stronę pałacu. Na Zakręcie, koło zamrożonego basenu 
fontanny, stanęła. Krew zastygła w jej żyłach. Naprzeciw szedł Waldemar. Zbliżał 
się prędko, w rozpiętym futrze, z oczyma utkwionymi w niej. Obok biegł w susach 
Pandur, dopadł do Stefci i wesoło poszczekując wspinał się łapami na jej 
żakiecik. Dziewczyna oniemiała. W głowie jej huczało. On!... on!... Michorowski 
stanął przy niej, w milczeniu wziął w swe dłonie jej zlodowaciałe ręce. 
Wpatrzeni w siebie, nie mogli przemówić. Jego oczy były granatowe, fale 
przelatywały mu przez twarz. A Stefcia, choć niewyraźnie, czuła, że to przełom, 
że mgły błękitne pierzchają, otwierając złote wrota, aby ukazać jej prawdę 
niesłychaną a cudowną. Czuła, że jej marzenia, sny niepochwytne ubierają się w 
formy prawdziwe, przeczucie mówiło, że ta nowa szata będzie jeszcze 
drogocenniejszą od dawnej. Stefcia przeżywała jedną z chwil, w których dusza 
ulatuje z człowieka w tęczowej aureoli niezmiernego szczęścia. On cisnął jej 
ręce w dłoniach, siłą oczu wdzierając się w głąb jej duszy. Stał poważny z 
męskim dreszczem rozkoszy, z nie znanym dotąd, już rozkwitłym uczuciem. Stał 
pewny swej siły, świadomy celu, trochę dumny z uroku, jaki wywierał. Pochylił 
głowę i długo a serdecznie ucałował ręce drżącej Stefci. Oczy jego mówiły: 
"Czekałaś na mnie... tęskniłaś... oto jestem i... i..." Stefcia zrozumiała, 
oblał ją gorący war. Powoli, z dygotem szczęścia, wysunęła dłonie z jego rąk i 
zaczęła iść szybko do pałacu. On postępował obok. Nie mówili do siebie nic. 
Pandur wyprzedził ich, stanął na marmurowych schodach werandy i patrzył na 
zbliżającą się parę z podniesioną głową i powagą w swych rozumnych, psich 
oczach. Dziwił się, że nie uważają na niego. Byli już koło werandy. Nikt nie 
wychodził. Otwierając drzwi, Waldemar rzekł pierwsze słowa: — Pani odgadła, że 
dziś przybędę. Czy to przeczucie? — Tak. — Więc sugestia! Jadąc myślałem, że 
zastanę panią w parku, i... ujrzałem cię w tych zorzach wieczornych. Odesłałem 
konie od bramy, by cię powitać pierwszą. Słowa jego sprawiały Stefci 
niewysłowioną rozkosz. Na odgłos otwieranych drzwi zjawił się Jacenty z całym 
zastępem lokai. Ruch powstał w cichym przed chwilą pałacu. — Ordynat przyjechał 
— brzmiało wszędzie, wywołując radość ogólną. Do wieczerzy zasiedli wszyscy w 
wybornych humorach. Pan Maciej, rozczulony przyjazdem wnuka, patrzał na niego 
jak w obraz. Pani Elzonowska wypytywała Waldemara o polowania i znajomych. 
Pomimo częstych sprzeczek witała go mile: jego wytworność i trochę sarkastyczny 
dowcip działały na nią ożywczo. Waldemar odpowiadał na zapytania uprzejmie, ale 
męczyły go te wywiady. Głównie pani Idalia i pan Ksawery nie dawali mu spokoju. 
Lucia i Stefcia siedziały najcichsze, tylko dziewczynka bez przerwy wpatrywała 
się w Waldemara, a Stefcia wyraźNie unikała jego wzroku. Bała się, aby z jej 
źrenic nie wyczytał tego, co powiedziały jego oczy w zaśnieżonym parku. NIe 
domyśliła się, że i on odgadł wszystko, że zajrzał do głębi jej duszy, wyczuł 
tętno jej serca... Ogarniał ją niepokój. Miała wrażenienie, że coś wisi w 
powietrzu i spadnie na jej głowę. Czuła gorączkę, jakiej się doznaje przed 
odjazdem w daleką podróż, w ostatniej chwili pożegnania z najdroższymi. Męczyła 
się, nie pojmując, skąd pochodziła ta niepojęta trwoga, coraz bardziej 
wzrastająca. Lekką bladość na jej twarzy zauważył pierwszy ordynat, dostrzegł 
pomieszanie dziewczyny, lecz nie chciał jej dręczyć pytaniami wobec wszystkich. 
Jej niepokój udzielił się jemu... Pan Maciej popatrzał na nią przeciągle. 
Zachowanie się Stefci zastanowiło go. — Co ci jest, dzuiecko? — Boję się... — 
odparła szczerze. Spojrzeli po sobie. Mgła przeleciała po twarzach. — Ale czego? 
Zapytana uśmiechnęła się blado. — Proszę nie uważać na mnie. To minie... Rozmowa 
przycichła. Wszyscy byli zwarzeni. Herbatę podano w małym salonie. Przy płonącym 
kominku rozmowa ożywiła się. Nagle wszedł służący, niosąc srebrną tackę. Zbliżał 
się wprost do Stefci. Ona wpiła w niego oczy. — Co to? — spytał ordynat. — 
Telegram, proszę jaśnie pana, do... — Do mnie! — zawołała Stefcia. Lokaj skłonił 
się twierdząco. Wszystkich oczy spoczęły na niej, potem na twarzy ordynata. — 
Tak, do pani — rzekł ten ostatrni powstając i oddał jej kopertę. Rozerwała 
opaskę. Na policzkach miała gorące wypieki. Obecni zataili oddech w piersi. 
Niepokój nauczycielki przy obiedzie i ten telegram do niej przeraził ich. 
Stefcia przeczytała i opuszczając papier na kolana, rzekła bezdźwięcznym głosem: 
— Babcia umarła. Wzywają mię na pogrzeb. Odetchnęli. Spodziewano się czegoś 
gorszego. Tylko pan Maciej zadrżał, jakby mu widmo zajrzało w oczy. — Czy to 
zmarła babcia Rembowska? — spytała Lucia. Stefcia wybuchnęła płaczem. — Tak. 
Biedna babcia! Tak ją kochałam!... Boże! Boże!... — Długo chorowała? — Zmarła 
nagle w Ruczajewie... Nic nie rozumiem. Babcia bawiła ciągle za granicą. Muszę 
zaraz jechać, inaczej nie zdążę: telegram spóźniony. Zerwała się z miejsca. 
Młody Michorowski spojrzał na zegarek. — Czy pani stanowczo chce dziś jechać? — 
Muszę. Abym tylko zdążyła na pociąg. — Na pociąg pani zdąży, ale trzeba jechać 
zaraz, a teraz noc. Złożyła ręce błagalnie. — Ja muszę jechać prędko. — Ha, w 
takim razie każę zaprzęgać. Przeszli do sali jadalnej. Waldemar wydał 
odpowiednie polecenia. Pani Idalia wzięła Stefcię za rękę. — Musi się pani 
pakować. Tylko proszę nie płakać. Biedna Stenia! — rzekła całując dziewczynę w 
czoło. Lucia płakała na dobre. Razem wyszły, udając się do swoich pokoi. W sali 
został pan Maciej w obszernym fotelu. Waldemar chodził nerwowym krokiem ze 
zmarszczoną brwią i płomieniem w oczach. Pan Ksawery kręcił się sennie. Trwało 
milczenie. Kroki Waldemara rozlegały się jednosrajnie w sali. Wielki zegar tykał 
poważnie. Pan Maciej siedział zasępiony. Spod brwi rzucał szybkie spojrzenia na 
chodzącego wnuka. Naraz zapytał: — Czy nie wiesz, jak się nazywała z domu jej 
babka? Zagadnięty potrząsnął głową przecząco. Starzec dotknął ręką czoła. — 
Dziwnie mię wzruszył wyjazd Stefci i... ta śmierć. Wszedł lokaj, oznajmiając, że 
konie gotowe. Za nim weszły panie. Stefcia już w czapeczce na głowie i w ciepłej 
sukni. Oczy miała zaczerwienione, usta pałające i jasne kolory na twarzy. 
Wzruszona zbliżyła się z pożegnaniem do pana Macieja. Staruszek bez ceremonii 
przyciągnął ją do swej piersi. Przemawiał do niej jak ojciec. Lucia płakała 
rzewnymi łzami. — Stefcia, powrócisz prędko do nas, prawda? — Będę się o to 
starała. Gdy podeszła do Waldemara, cichy spazm załkał w jej piersi. Jemu drżały 
usta. Pierwszy raz wobec wszystkich ucałował jej rękę. Pan Maciej drgnął. Pani 
Idalia zacięła wargi, zwężając oczy w typowe szpareczki. Lucia spojrzała z 
rodzajem tryumfu, jakby mówiąc: "Ja o tym dawno wiem". Wychodzili do 
przedpokoju. Pan Maciej zatrzymał Stefcię za rękę. — Moje dziecko... twoja babka 
nazywała się Rembowska. Czy tak? — Stefania Rembowska — odrzekła Stefcia i 
pociągnięta przez Lucię wyszła z sali. Dziewczynka coś jej szeptała do ucha. Pan 
Maciej został sam. Drzwi do przedpokoju były otwarte. Oparł się ciężko o ścianę 
i drżący zwrócił zdumione oczy na żyrandol, jakby liczył w nim pojedyncze 
światełka. — Co to jest?... Stefania? Co to jest?... Ach, przewidzenie! Postąpił 
krok i zawołał głośno: — Waldemarze! Stefcia, już ubrana, schodziła do dolenj 
sieni. Otwierano wielkie drzwi na ganek. Lucia i ordynat szli z nią razem. Pani 
Idalia, oparta o poręcz schodów, usłyszawszy okrzyk ojca, zawołała: — Waldy, 
dziadek cię prosi! Trochę niecierpliwie spojrzał na ciotkę i szybko wpadł na 
górę. W roztargnieniu nie zauważył niepokoju pana Macieja. — Zapytaj Stefci, jak 
z domu jej babka... Prędzej!... — Co się stało? — Prędzej! Waldemar wybiegł z 
powrotem. Stefcię zastał na ganku. Lokaj otwierał karetę na saniach. Noc była 
jasna, księżycowa, skrząca od mrozu i śniegu. Konie parskały, słupy skrzepłej 
pary wychodziły z ich nozdrzy. Na koźle siedział Benedykt i lokaj kareciany z 
Głębowicz. Ordynat umieścił Stefcię w karecie. Sam otulał jej nogi wilczurą. — 
Przepraszam. Jak nazywała się babka pani? Stefcia spojrzała zdziwiona. — 
Rembowska. — To wiem, ale z domu? — Stefania Korwiczówna. Michorowski wstrząsnął 
się. Krew uderzyła mu do głowy. — Co panu jest? — spytała przerażona Stefcia. — 
Nic, nic — do widzenia! Niech pani oszczędza się i... jak najprędzej do nas 
wraca. Czy dobrze?... Stefcię chwycił płacz. — Nie wiem — wyjąknęła. — Proszę o 
to bardzo. Ucałował gorączkowo jej ręce i zatrzasnął drzwi. — Benedykt! uważnie 
jechać. Wawrzyniec niech na dworcu wszystko pani ułatwi — krzyknął. Niecierpliwe 
konie ruszyły z miejsca. Waldemar patrzał za oddalającą się karetą, po czym 
odwrócił głowę w stronę, gdzie stały inne sanki. — Pan ordynat jedzie? — spytał 
Jacenty. — Nie wiem. Pewno nie. Czy aby szczęśliwie dojadą? — Jasna noc, jak 
dzień. Droga jak po stole i przecie Benedykt na koźle — rzekł uspokajająco 
Jacenty. Waldemar wszedł do sieni i wstępował na schody ciężkimi krokami. W 
głowie mu huczało, był blady. Wchodząc na ostatnią kondygnację schodów, zobaczył 
stojącego u ich szczytu pana Macieja. Starzec wyglądał jak posąg. Nieruchomy, 
zmartwiały, opierał się ciężko o aksamitną poręcz. Oczy wpił we wnuka. Patrzyli 
na siebie w milczeniu, z przerażeniem... i zrozumieli się. — Ona?... — jęknął 
starzec. — Jest wnuczką tamtej — dokończył Waldemar. Pan Maciej chwycił się za 
piersi. Twarz mu zsiniała. Ordynat poskoczył do niego. — Dziadziu! na Boga! 
Starzec zwisł mu bezwładnbie w ramionach. W kwadrans potem młody Michorowski 
wyszedł z sypialni dziadka do wylękłej służby blady, ale spokojny. — Konie, 
którymi miałem udać się na kolej, niech natychmiast jadą po doktora. Pan 
zachorował. Służba rozchodziła się w milczeniu. II W Ruczajewie zapadł cichzy 
wieczór zimowy. Śnieg sypał gęsty, rozpylając się w białe tumany. Od ganku 
obszernego dworu odjechały sanki, które przywiozły Stefcię. Weszła witana przez 
rodziców, rodzinę i służbę. Twarze rozjaśniły się na jej widok. Stefcia w 
objęciach matki zapomniała o istotnym powodzie przyjazdu. Tuliła się do niej z 
cichym łkaniem. Pani Rudecka odgadła, że to coś innego niż żal po babce. — 
Spóźniłaś się trochę, dziecko — mówił ojcie — już jest po eksportacji. Jutro 
pogrzeb. — Ja, ojczusiu, wyjechałam natychmiast, ale telegram był spóźniony. 
Wszyscy przyglądali się Stefci z ciekawością, matka z rozczuleniem. Od czasu 
wyjazdu z domu dziewczyna wyładniała i nabrała powagi, zwłaszcza dystynkcji, 
potęgującej naturalny wdzięk. Ojciec znalazł w niej różnicę nawet od jesieni: w 
jego oczach Stefcia zwątlała. Jej śliczna cera nabrała tonów bledszych, stała 
się podobną do konchy perłowej. Różowe, kształtne usta uśmiechały się mniej 
wesoło. Oczy mogły zastanawiać. Fiolet ich wzmocnił się, delikatne brązowe 
obwódki i długie rzęsy ocieniały je w sposób nieco tragiczny. Wszystkie wrażenia 
jej duszy odzwierciedlały się w nich. Błyszczące iskry krasiły je, nadawały 
wyraz bujności temperamentu i lekkiej egzaltacji. Odgadywało się w ich głębiach 
uczucia jeszcze inne: tęsknoty, smutku, może nawet żalu nie wypowiedzianego 
jasno... Jeden z jej młodych kuzynów, Narnicki, wyraził się o niej, że jest tak 
natchniona, że dawne diabliki w jej oczach wprawdzie nie zginęły, lecz stały się 
innymi, mniej błyszczącymi, ale więcej przykuwającymi. Nastrój całego domu był 
poważny, więc niezwykła powaga Stefci nie raziła. Ją zastanawiał ojciec i matka. 
Widziała w nich zmianę, spoglądali na nią z obawą. Troska malowała się zwłaszcza 
na czole ojca. Gdy dziewczyna wspomniała rodzicom coś o panu Macieju, oboje 
przybledli i zamienili z sobą szybkie spojrzenia. Stefcię to zaniepokoiło. O 
Waldemarze starała się nie mówić. Nikt zresztą o niego nie pytał. Tylko raz 
kuzyn Narnicki zagadnął ją znienacka: — Czy Słodkowce to prywatny majątek, czy 
jedno z dóbr ordynackich? — Prywatny majątek. — A w jakim wieku jest ordynat? 
Stefcia zaróżowiła się najniepotrzebniej. — Ma lat trzydzieści dwa. — Ach, to 
zupełnie młody człowiek! — zauważył Narnicki, patrząc na nią badawczo. Pan 
Rudecki podchwycił: — Widziałeś jego portrety w dziennikach, gdy obejmował 
ordynację po śmierci Janusza i po wyprawie do Afryki. — TEgo nie pamiętam. Ale 
przypominam sobie, że podobizny jego podawały pisma po wystawie. Przystojny 
człowiek, a nade wszystko... — Wspaniały... czy tak? — rzekł pan Rudecki. — I 
typowy wielki pan. Można to poznać od razu. To nie jakiś dorobkiewicz udający 
pana, ale karmazyn rodowy. Widać to nawet z twarzy. Ma przy tym wiele pewności 
siebie i dumy, ale w dobrym rodzaju. Stefcia miała ochotę wypowiedzieć, jakim 
jest Waldemar, ale czuła, że nie potrafi mówić o nim obojętnie. Ograniczyła się 
do krótkiej uwagi: — Kuzyn ma słuszność. Prawdziwa arystokracja różni się pod 
każdym względem od swych naśladowców. Szczególnie przy bliższym poznaniu różnica 
występuje znamiennie i bardzo na jej korzyść. Pan Rudecki spojrzał z ukosa na 
córkę. — Byle nie przy najbliższym — szepnął do siebie, a głośno dodał: — O tym 
najczęściej decydują fakty. Nie bardzo rozumiano, co chciał przez to powiedzieć. 
Późno w nocy, gdy się wszyscy rozeszli, Narnicki swe uwagi o Stefci sformułował 
w jeden pewnik: — Jest pod wpływem arystokracji, zwłaszcza ordynata — może 
nawet... Nie chciał dokończyć myśli, gdyŻ Stefcię widział od dawna w swym 
programie życiowym — teraz punkt ten podkreślił jako stanowczy. Pogrzeb na drugi 
dzień odbył się z licznym udziałem okolicznego obywatelstwa, chociaż zmarła nie 
była stałą mieszkanką Ruczajewa. Zwłoki złożono tymczasowo w rodzinnym grobie 
Rudeckich, skąd potem miano je przewieźć do majątku Rembowskich. Stefcia w 
orszaku żałobnym odmówiła ramienia Narnickiemu. Szła sama, trochę z boku, brnąc 
w śniegu zmiecionym ze środka drogi. Czarne ubranie i welon krepowy dodawały 
smukłości jej zręcznej postaci. Szła smutna i zamyślona. Zmarłą babkę widziała 
przed rokiem, wówczas, gdy Prątnicki bywał w Ruczajewie jako starający się. Siwa 
staruszka wzbudzała poszanowanie, przy wielkiej słodyczy obejścia. Rysy twarzy, 
jakkolwiek zwiędłe, zachowały do końca regularność linii. Zastygła w nich 
tragedia, przebyta w zaraniu życia. Stefcia była żywym portretem babki, co 
stwierdzały stare jej fotografie. Od wczesnego dzieciństwa, słysząc o jakiejś 
smutnej historii w młodości babki, Stefcia interesowała się nią niezmiernie. Ale 
jakiego rodzaju mogły być te smutki, nikt nie chciał jej objaśnić. Staruszka, 
zapytana wręcz, zbladła, zalecając wnuczce, a by na przyszłość nie zadawała 
podobnych pytań. Babka Stefci od dawna cierpiała na serce, uważano bardzo, aby 
jej nie rozdrażniać. Z tego powodu nie wiedziała długi czas, że Stefcia nie jest 
w domu. Wiadomość o zerwaniu z Prątnickim staruszka przyjęła ze wzruszeniem, nie 
chciano tego ponawiać. Śmierć staruszki była dla Stefci zagadką. Na wszelkie jej 
pytania ojciec odpowiadał: — Dowiesz się potem. — Może ja gram tu jaką rolę? — 
pytała siebie Stefcia. Ciekawość dręczyła ją, zachowanie się ojca niepokoiło. 
Gniewał ją także Narnicki. Stefcia łatwo odgadła, że on ma względem niej 
zamiary. To ją zirytowało, postanowiła zaraz po pogrzebie wyjechać z powrotem do 
Słodkowic. Zadrżała na tę myśl, oczy zaćmił obraz Waldemara widziany ostatni 
raz, krótko, lecz pamiętnie. Powitanie ich w parku nie schodziło jej z myśli. 
Wówczas wyraźnie odczuła, że jest kochaną. We własnej duszy odkryła tę prawdę 
już dawno. W czasie jego długiej nieobecności, utwierdziła ją w tym tęsknota tak 
silna jak sama miłość. Kiedy przy pożegnaniu pocałował ją w rękę, żar jego 
pocałunku wstrząsnął nią, biorąc górę nad zmieszaniem z powodu obecności 
wszystkich. Widziała jego sanki, oczekujące przed gankiem. Jacenty wyjawił ich 
cel. Waldemar miał ją odprowadzić na stację. Coś jednak zaszło, że tego nie 
uskutecznił. Może pani Idalia przeszkodziła? Na nią by nie uważał. Więc pan 
Maciej? Ostry ból przeszył serce Stefci, ale zrozumiała, że trudno wymagać od 
starego magnata, aby tolerował postępowanie wnuka idące w takim kierunku. Ta 
pewność spotęgowała jej żal i trzeźwiła ją. — NIe wolno, nie wolno mi myśleć o 
nim! — powtarzała sobie z uporem. Idąc po kopnym śniegu zmęczyła się, 
rozmyślania o Waldemarze zaciężyły jej. Ogarnęło ją znużenie. Gdy podszedł 
Narnicki podając jej ramię, tym razem nie odrzuciła go. Oparła się na nim 
ciężko. Nie mówili do siebie nic. Stefcia pochyliła głowę i przymknęła oczy. 
Chciała sobie uprzytomnić, że idzie w ten sposób z Waldemarem, lecz nie 
potrafiła, czując, że tego z tamtym nie można porównać. Wstrząsnęła się. 
Narnicki pochylił się do niej. — Czy ci nie zimno, kuzynnko? Może jesteś 
zmęczona? Zaprowadzę cię do sanek. — O nie, wolę iść piechotą. Narnicki patrzał 
z boku na jej śliczny profil, widział jej poruszenie, lecz składał to na 
wrażenia wyłącznie pogrzebowe. Szary, mglisty dzień i długi kondukt, wijący się 
pod górę z czarnym wozem i krzyżem, nasuwał posępne myśli. Na szczycie pagórka 
czerniały wysokie świrki cmentarne, gąszcz krzyżów tulił się pod masą drzew. 
Zimowe ptactwo świergotało, mieszając swe głosy z monotonną, urywaną nutą 
śpiewu. Ciężki żal owiewał idących ludzi. Za żałobnym orszakiem płynęły 
przejmujące głosy dzwonów, na spotkanie szumiały tęsknie świerki. Kondukt sunął 
wolno, poważnie, wiodąc pomiędzy drzewa i krzyże jedną z dusz ludzkich, 
skołataną życiem., W ceremonii pogrzebowej jest zawsze ponury i groźny nastrój. 
Bezmierny smutek, beznadziejność skłania do głębszych rozmyślań. Nigdy nie 
rozwiązane zagadnienie tajemnicy pozagrobowego bytu, nieprzenikniona abstrkcja 
przyszłego istnienia muszą oddziaływać poważnie, nawet przerażać. Odczuwa się 
niepokój i dreszcz obawy, a jednocześnie budzi się zaciekawienie, jak tam jest i 
co się roztacza przed ludzkim duchem. Stefcia, zwykle bardzo wrażliwa, odczuwała 
to głęboko. Śmierć wydała się jej pierwszy raz straszną. Czuła, że kocha życie, 
kocha świat. Nie ukrywała już swych uczuć przed sobą, kochała Waldemara całą 
potęgą młodej duszy. Dawna skłonność do Prątnickiego przy nowych uczuciach była 
kroplą mgły wobec oceanu, sam Prątnicki karykaturą, robaczkiem. Bo każda rzecz 
wzniosła zagłusza nędzną. Kłosy zawsze zaćmią kąkole, choćby te były 
najbarwniejsze. Z uczuciem smutku wsiadła Stefcia do sanek po skończonym 
pogrzebie. Śpiewy, dzwony, woń kadzidła — rozdrażniły ją. Nerwy miała poruszone, 
bujna jej wyobraźnia przedstawiała wizje męczące. Ocknęła się w domu, zgodziła 
się nawet na ciągłą obecność Narnickiego, byle zapomnieć, byle zrzucić z siebie 
nieznośny ciężar. W parę godzin po powrocie z cmentarza nadszedł telegram 
kondolencyjny do państwa Rudeckich ze Słodkowic, z podpisami obu Michorowskich, 
pani Idalii i Luci. Drugi był do Stefci od Waldemara, w mniej ceremonialnym, 
serdecznym tonie. Waldemar wzmiankował o nagłym zasłabnięciu pana Macieja. Na 
Stefcię wieść ta podziałała piorunująco. Nie potrafiła ukryć wzruszenia. Na 
twarzy wykwitły ogniste wypieki. — Co się mogło stać tak nagle? — rzekła 
pokazując telegram ojcu. Ale gdy Narnicki chciał wziąć, odebrała mu prawie z 
ręki. Zdziwiony wzruszył ramionami, lecz w domysłach swych posunął się naprzód. 
Nie czytana depesza Waldemara zaintrygowała go w dziwny sposób. Pod wieczór mało 
osób pozostało w Ruczajewie, ale Narnicki nie wyjechał. Stefcia na wyraźną wolę 
rodziców musiała przebyć w domu jakiś czas. Gdy znalazła się sama z ojcem w jego 
gabinecie, spytał ją ciekawie: — Czy pan Maciej wiedział, jak się nazywała 
babcia? — Wiedział i powiedziałam mu to jeszcze przed samym odjazdem, bo się 
pytał — odrzekła, blednąc z nieznanej trwogi. — Czy wiedział również, jak z 
domu? To niemożliwe! — NIe, o tym nie mówiłam nigdy, dopiero na końcu 
ordynatowi, gdy się zapytał. — Ach! więc jednak pytał? — Gdy wsiadałam już do 
karety. — Ach tak! A czy pan Maciej był zupełnie zdrów, jak wyjeżdżałaś? — Nie 
narzekał na nic. — Musiał się od ordynata dowiedzieć i zachorował — szepnął pan 
Rudecki jakby do siebie. — Co ojczuś mówi? Czego się miał dowiedzieć? — Czekaj 
dziecko. Za chwilę zrozumiesz. Otworzył biurko i wyjął spory pakiecik, starannie 
zawinięty w pożółkły papier, obwiązany czarną wstążeczką. Oddał go Stefci, 
mówiąc drżącym głosem: — To dla ciebie, dziecko, od babci. Poleciła mi to oddać 
tobie po pogrzebie. Babcia, umierając, troszczyła się o ciebie bardzo i oddała w 
twe ręce najdroższą swą pamiątkę. Była to jej świętość... uszanuj to, dziecko 
moje, i... niech cię Bóg strzeże! Dobranoc! Poruszony, ze łzami w oczach, pan 
Rudecki ucałował oniemiałą Stefcię i prędko wyszedł z pokoju. Stała na miejscu 
jak przykuta, obracając w ręku pożółkły, dość ciężki pakiecik. Ulatywała z niego 
woń starych papierów. Stefcię ogarnął niepokój, strach paniczny i ciekawość, co 
się znajduje pod czarną wstążeczką związaną na krzyż. Palcami chciała wyczuć 
zawartość paczki, zrozumiała, że jest w niej książka. Pobiegła do siebie, 
szepcząc jak nieprzytomna: — Najdroższa pamiątka babci... jej świętość... 
Przeznaczyła dla mnie... Dlaczego?... Głucha obawa przyspieszyła bicie jej 
serca. Stefcia wpadła do swego pokoju i zatrzasnęła drzwi. — Czy oddałeś jej? — 
spytała pani Rudecka wchodzącego męża. — Tak. Poszła do siebie. Biedne dziecko! 
Pani Rudecka miała pełne oczy łez. — Zmieniła się bardzo... Ale co sądzisz o 
niej? — Kocha ordynata na pewno. — I znowu Michorowski!... Boże!... Boże!... — 
Wina twej matki, że tak mało znając jej historię, nie znaliśmy wcale nazwiska. 
III Stefcia w swym pokoju, przy biureczku, odwiązywała paczkę. Przedtem paliła 
ją ciekawość, teraz umyślnie zwlekała. Odwinęła jeden papier, drugi. Gorączka 
zaczęła ją opanowywać, na twarzy miała wypieki, oczy płonęły. Nerwowym ruchem 
zerwała ostatni papier. Leżał teraz przed nią dość gruby zeszyt, ładnie 
oprawiony w ciemnopąsową skórę. Na środku widniał złoty, nieco poczerniały 
napis: "Nasz pamiętnik". Na dole zeszytu stały obok siebie pojedyncze duże 
litery: S.K. M.M. Stefcia długo patrzyła na pąsową książkę, nim ją wreszcie 
otworzyła. Wypadł z niej mały przedmiot, owinięty w bibułkę, i brzęknął na 
podłodze. Podniosła go, rozwinęła i z piersi jej wydarł się krzyk. Trzymała w 
ręku miniaturę pana Macieja... taką samą, jaką jej dał na imieniny... Dziewczyna 
stała jak ogłuszona, ściskając oburącz skronie. — Co to jest? On... tu? Co to 
znaczy?... Z pośpiechem, trzęsąc się jak w febrze, otworzyła książkę. Szalone 
przeczucia targały nią rozpaczliwie. Na drugiej kartce, na welinie, czerniał 
wyraźny, ładny charakter kobiecej ręki. Stefcia czytała gorączkowo: "Pamiętnik 
ten poświęcam naszej głębokiej miłości, jako dokument wieczny nigdy nie 
wygasłych uczuć, stałej i obopólnej względem siebie wiary, bezgranicznej ufności 
i przywiązania..." Pismo kobiece urywało się, tuż pod nim stały litery kreślone 
męską ręką: "...by z czasem przyszłe pokolenia miały żywe świadectwo, że miłość 
jest potęgą kruszącą wszystko, że gorące uczucia zdolne są iść przebojem, łamać 
zapory i paść sobie w ramiona z okrzykiem niezmiernego szczęścia. Aureola 
otaczająca szczęśliwą miłość błyszczy tak jasno, jak nad głowami świętych. 
Aureola taka zajaśniała nad nami i dozgonną miłość naszą opromieniać będzie 
wiecznie." Pod tym następowały podpisy: Stefania Korwiczówna Maciej, ordynat 
Michorowski — Jezus Maria!... — jęknęła Stefcia, padając ciężko na kolana. Była 
jak martwa. Krew jej skrzepła w żyłach. Opanowało ją znieczulenie. Serce biło 
słabo z przerażenia i grozy. Klęczała z twarzą ukrytą w dłoniach. Głuche łkania 
wydzierały się z jej piersi przemocą, ale więzły w ściśniętej kurczowo krtani. 
Wreszcie płacz wielki, rozdzierający, brzemienny bólem niewysłowionym, zatargał 
jej postacią. Zrozumiała wszystko, co było dla niej tajemnicą. Stanęła w jej 
myśli sala portretowa w Głębowiczach i opowiadanie Waldemara. Więc tamta 
nieszczęsna narzeczona pana Macieja, którą kochał i porzucił, to jest jej 
babka?!... Więc ta wyniosła pani na portrecie, księżniczka de Bourbon, zajęła 
miejsce jej babki? Ona zabrała wszystko, co się tej należało, i miłość 
ukochanego człowieka... Miłości nie wzięła — to jedno pozostało własnością 
skrzywdzonej. Ale... może nawet o tym nie wiedziała?... Ona czuła się 
nieszczęsną, lecz i tamta kobieta miała ciężkie życie, i tamta cierpiała... Tu i 
tam sfera, fanatyzm, przesądy zagrodziły drogę do szczęścia. A jednak on myślał 
inaczej. On mówił na pierwszej stronie pamiętnika, że gorące uczucia łamią 
wszystkie zapory. Stało się inaczej. Uległ fanatyzmowi własnej sfery, porzucił 
kochaną i kochającą kobietę dlatego tylko, że nie pochodziła z arystokratycznego 
domu. Nie wytrwał w zasadach, jakie głosił, jakie ją upajały. Zerwał 
zobowiązania, poszedł nie za głosem serca, lecz tam, gdzie wiodła go sfera i 
pyszny ród magnacki. Mitra dążyła do drugiej mitry, nie troszcząc się, że 
zdruzgotała serce, zbyt skromne, by się na nie oglądać. Dobry herb szlachecki, 
dobre nazwisko, lecz nie wpisane do złotej księgi magnatów, nie mogło łączyć się 
z błyszczącym herbem i nazwiskiem Michorowskich. Taka sobie pięciopałkowa korona 
może być chwilową zabawką dla mitry, ale nigdy zespolić się z nią. Na to 
istnieją odpowiednie przepisy i paragrafy. Przekroczenie ich uważane jest za 
zdradę stanu, za zbrodnię sferową. Takie przekroczenia karane są 
wydziedziczeniem, usunięciem z wyżyn sfery. Maciej zląkł się kary, poświęcił 
serce dla Molocha i całe życie nie zaznał szczęścia. — Straszne! straszne! 
Stefcię, wnuczkę tamtej, los zaprowadził w te same progi, rzucił prawie w te 
same warunki. Ona tego człowieka pokochała jak ojca... Los nie tylko się na tym 
ograniczył, złe fatum poszło dalej. W tych samych progach jest znowu młody 
ordynat, noszący to samo nazwisko, i jest równie świetny. Powtórzenie 
przeszłości. Straszna ironia losu! Stefcia zerwała się z klęczek; rozpaloną 
twarz przyciskając rękoma, przebiegła kilka razy pokój. — Muszę to przerwać, 
muszę skończyć, choćby mi serce miało pęknąć — szeptała w gorączce. — A teraz 
czytać, czytać! Oparła głowę na dłoniach, wpiła się palcami w skronie i czytała 
z bolesną chciwością. Stefcia Korwiczówna opisywała krótko swe życie, rodzinę, 
warunki, wśród których wzrastała, wreszcie następował rozdział zatytułowany 
"Królewicz z bajki". Stefcia Rudecka czytała: "Marzyłam o nim, nie znając... 
byłam pewna, że przyjdzie taki i od razu mię weźmie. Miałam już przeczucie 
szczęścia. Śmiał się ze mnie ojciec, nakładając długi cybuch fajki, i zwykł był 
mawiać: "Marzycielka, marzycielka!" Jakoż była to prawda. Może pod wpływem 
starej niani, która mię karmiła bajkami, lubiłam marzyć i snuć złote sny. 
Kochałam piękne wieczory majowe i zachody słońca, bo wówczas, bujając w 
przestworzach rojeń, widziałam jego — królewicza z bajki. Lubiłam słuchać śpiewu 
słowika i rechotania żab, nasuwało mi to słodkie myśli. I zdarzył się dzień 
przepiękny. Pozostanie on dla mnie pamiętnym. Ujrzałam jego — królewicza z 
bajki... Było to na wielkim festynie w bogatym pałacu szambelana Łosiatyńskiego. 
Mój ojciec jest jego kolegą szkolnym i serdecznym przyjacielem. Zjechaliśmy na 
bal całym domem. I kiedy w gronie panien wchodziłam z ogrodu na taras, w różowej 
tarlatanowej sukni i kwieciu we włosach, ujrzałam jego w stroju ułańskim. Od 
razu poznałam swój wymarzony ideał. Przystojny, zgrabny, z niedbałą elegancją, 
wytwornym obejściem i z wielkopańskim tonem w całej postaci, zachwycił mię, 
przykuł do miejsca. Zbliżył sią do nas prędko i przedstawiony przez szambelana, 
pierwszy raz uścisnął mi rękę. Ach! te jego ciemnoszare oczy! Miały trochę 
szyderstwa, ale tyle przy tym ognia i siły..." Stefcia podniosła głowę, ręce 
splotła kurczowo i szeptała: — Zupełnie jak ten... zupełnie!... Przystojny, z 
niedbałą wielkopańską elegancją, z szarymi oczyma, z szyderstwem i siłą w 
wyrazie. Zupełnie jak ten... Dalej!... co dalej? "Pokochaliśmy się od razu, 
dusze nasze leciały ku sobie bez słowa. Ze mną tańczył najwięcej i tak umiał 
mówić, tak porywać... Wyjechałam z balu oczarowana. Przestrasza mię jego 
wielkość. Przyjaciółki mówią mi, że on magnat, ordynat na Głębowiczach, 
Michorowski, z mitrą książęcą w herbie, milioner. Nie chcę o tym słyszeć, mając 
w oczach jego obraz. Przyjaciółki ostrzegają mię, że taki magnat nie dla mnie, 
że nie powinnam o nim nawet śnić." — Boże! Boże! — jęknęła Stefcia. "Ale nie 
wierzyłam, czując, że i on mię pokochał. Jakoż wiara mię nie zawiodła. W kilka 
dni po blau był u nas w Śniażewie i już widuję go prawie co dzień. Najpierw 
przyjeżdżał od Łosiatyńskich, potem parę razy prosto z Głębowicz rozstawnymi 
końmi, choć to szalony kawał drogi. Ach! co za szczęście, gdy usłyszę trąbkę 
strzelca głębowickiego! Znam już ją tak dobrze jak dzwonek naszego koścółka. 
Tymczasem Maciej kupił w naszej okolicy nieduży majątek (zdziwił tym wszystkich 
weteranów) i tam zamieszkał, odwiedzając nas stale. Wszyscy zrozumieli powód 
dzziwnego kupna. Ojciec mój z początku krzywo patrzał na te konkury, ale już nie 
bronił. Jemu zaimponowało świetne nazwisko i ordynacja. Polubił Macieja za jego 
dzielność i za prawe, szlachetne zasady. Bardzo prędko wyznaliśmy sobie naszą 
miłość. Teraz Maciej deklarował rodzicom. Ojciec mój z początku gniewał się, 
mówił, że powinien najpierw otrzymać pozwolenie własnej rodziny, ale Maciej za 
to ręczy swoim honorem. A ponieważ jego matka i stryj, najbliżsi krewni, nie są 
w kraju, więc zaręczyny nasze już się odbyły. Jakże go kocham i jak on mię 
kocha! Odtąd życie płynie nam w blaskach promiennej zorzy i chyba przetrwa 
wieki, bo tak wielkie szczęście nie może mieć kresu." Trochę dalej był jego 
dopisek: "...Szczęście nasze wzmocni się, ukochana, gdy się połączymy węzłem 
nierozerwalnym... gdy wsparta na mej dłoni przejdziesz przez życie zawsze taka 
czysta, biała i urocza. Nie trwóż się, nie obawiaj, zawierz memu słowu: będziesz 
moją, ty albo żadna!... I nie myśl, że szczęście nasze natrafi na jakoweś 
przeszkody stawiane przez mój świat. On stanie się i twoim: nie ma różnic 
sferowych tam, gdzie jest miłość. Muszą się na to zgodzić wszyscy moi i 
pokochają cię, jedyna, boś godna tego." Stefcia oddychała szybko, płacz ją 
chwytał na nowo. Tłumiąc łzy, siłą woli uspokoiła się i czytała. Następowały 
rozdziały tchnące szczęściem, bezmierną radością młodych, gorących dusz. On 
dopisywał się w wielu miejscach. W jednym rozdziale ona pisała: "Boję się, czy 
ta wielkość jego nie zaćmi nam promiennej drogi... czy sfera, do której on 
należy, nie skuje go kajdanami. To jak chmura plami moją zorzę." Po tym urywku 
był znowu jego dopisek, już w drugim rozdziale: "Gdyby nawet nastąpiła walka, 
jak przypuszczasz, moja najdroższa Steniu, pamiętaj, że twój Maciej zaręczył 
honorem; zanadto cię kocha, żeby pozwolił sobie wydrzeć największe szczęście. 
Zwalczę wszelkie przesądy, gdyby istniały, chcę iść przebojem, a nie dam się 
skuć w kajdany. Proszę cię, jedyna, ufaj mi bezgranicznie. Zobaczysz, ile 
szczęścia oczekuje nas!" Widocznie on odczytywał pamiętnik narzeczonej i dodawał 
własne myśli. Razem opowiadali cudną epopeję swej miłości, razem nurzali się w 
szczęściu. Były w pamiętniku opisy wspólnie przebytych dni i opisy rozmów. Potem 
obraz zaczął się zaciemniać. On wyjechał do rodziny po pozwolenie i 
błogosławieństwo, ona miała się przygotowywać do ślubu. Rozdział ten był 
wstrząsający. Babka Stefci pisała: "Straszną miałam chwilę, gdym ujrzała kocz 
jego zaprzężony do drogi.. Staliśmy oboje w ogrodzie. Bzy kwitły, śpiewały 
słowiki i tak było cudownie na świecie!... Maciej, wzruszony bardzo, całował 
mię, tuląc w objęciach. Prosił, bym się nie obawiała, mówił, że wkrótce powróci 
z pozwoleniem matki i zawiezie mię do niej po błogosławieństwo. Boję się tej 
dumnej pani. Jest podobno bardzo piękna i pochodzi ze znakomitej rodziny 
hrabiowskiej na Węgrzech, Esterhazych. Wierzę Maciejowi i ufam głęboko, ale gdy 
wyjeżdżał, serce pękało mi z bólu, rozpływałam się we łzach. Nareszcie wybiła 
godzina rozstania: musiał jechać. PO długich pożegnaniach i zaklęciach, gdy kocz 
ruszył z miejsca, krzyknęłam przeraźliwie: "Macieju, nie odjeżdżaj!" — Ogarnęła 
mię rozpacz. On zatrzymał się, wyskoczył z pojazdu i udało mu się mię utulić. 
Tyle wzbudził we mnie wiary, że ostatecznie pożegnałam go z uśmiechem. Ojciec 
mój błogosławił go krzyżem. W miarę jak się oddalał, głucha rozpacz wzbierała w 
mym sercu, czarna zasłona spadła mi na oczy. Gdy kocz jego zniknął na zakręcie 
drogi, padłam bez czucia!" Stefcia Rudecka potarła czoło. — To było pewno... 
ostatnie ich widzenie się — szepnęła zbladłymi ustami. Dalsze stronice miały w 
sobie pełno smutku. Osobno powklejane listy od niego, bardzo czułe, świadczyły, 
że kochał ją stale. Długim szeregiem kart rozwodziły się żale i tęsknota młodej 
narzeczonej. Rozdziały szły coraz krótsze, coraz smutniejsze. Miejscami plamiły 
welin wyraźne ślady łez, nie zatarte przez lata. Listy od niego urwały się. 
Jeszcze kilka smutnych stronic i Stefcia zobaczyła wklejony krótki list, 
zapisany obcym pismem, oprowadzony czarną obwódką z atramentu, widocznie 
zrobioną przez jej babkę. Był to list od stryja, Cezara Michorowskiego, opiekuna 
ordynata Macieja.. W zimnych słowach oznajmił on Stefci Korwiczównie o zerwaniu 
zaręczyn z Maciejem — z jego wiadomością i zgodą. Stawiał za główny powód 
nierówność partii i różnice sferowe. Zresztą nie tłumaczył się bardzo. Dopisek 
Macieja zdradzał pewien wstyd, nawet smutek, ale nic więcej. Młody Michorowski 
odsyłał pierścionek, dodając, że los dzieli ich nieodwołalnie. Życzeń na 
przyszłość nie składał, nie nazywał przeznaczenia głównym winowajcą. Musiał 
pojmować, że rani jej serce, i nie chciał takimi wykrętami dobijać jej. Stefcia 
powstała oburzona. — Więc tak?... Więc gdzież są jego zapewnienia, które 
czytałam na początku pamiętnika... Gdzież miłość krusząca wszelkie przesądy? 
Więc ta sfera jest aż tak silną, że łamie najświętsze zobowiązania? Że pozbawia 
honoru z taką łatwością, z jaką ściąga się pierścionek z palca?... Gdzież są 
jego słowa wobec czynów?... Więc blask tej sfery jest tak wielki, że potrafi 
wchłaniać w siebie ciemne i brudne plamy bezkarnie? Więc będąc magnatem można 
deptać serca ludzkie? zabijać je niemiłosierną doktryną swych przesądów? 
poświęcać je dla milionów i blichtrów? Gdzież sumienie?!... gdzie serce?! gdzie 
uczciwość?! gdzie wreszcie własne pragnienie szczęścia, wkorzenione w duszy 
każdego człowieka? Czy to wszystko dąży za sferą — dla zasady?... Stefcia 
biegała gorączkowo, mówiąc do siebie urywane słowa jak w malignie. Pierś jej 
falowała szybko, pełna niewysłowionej goryczy. — A Waldemar?... i ten tak samo 
mówił w sali portretowej. On winił dziadka, zarzucał mu brak energii i 
stanowczości. Ale czy sam potrafiłby postąpić inaczej? Czy zdołałby złamać 
przekonania, zdruzgotać fanatyzm swego świata? Czy tytuł, sfera, miliony nie są 
jego wyłącznym dogmatem, wpojonym w krew? Czy dla niego miłość ukochanej kobiety 
mogłaby być absolutną i czy dla niej położyłby wszystko na szali? Czy jego słowa 
nie są równie puste i beztreściwe, jak były tamtego?... Pytania cisnęły się 
Stefci na usta z bolesną ironią. Serce broniło Waldemara, dodawało mu skrzydeł, 
apoteozowało go niemal. Lecz rozum zimną i szorstką dłonią tłumił idealne 
porywy, nasuwając krytyczniejsze myśli. Stefcia wołała w uniesieniu: — I ten 
postąpiłby tak samo! Boże! Boże!... dodaj mi sił do wycofania się z tego 
błędnego koła. Całe szczęście, że on może nie kocha mnie tak, jak tamten babkę. 
Jak ona to zniosła, jak przeżyła? Stefcia, mówiąc do siebie, chwilami głośno, 
często nie rozumiała się. Ostatnie pytanie wznowiło jej ciekawość, rzuciła sięŁ 
do książki. Już tylko kilka kartek, pisanych, nierównym pismem. Czytała: 
"Wszystko kłamstwo: i jego miłość, i jego zapewnienia, i ta wiara, którą mnie 
upoił — wszystko! Sam zbudował nasze krótkotrwałe szczęście i sam zakopał je w 
grobie, by sadzić na nim kwiaty swej przyszłej chwały. Nikczemny! podły!... Nie, 
nie — zawsze kochany, na wieki, na życie całe! To tamci podli... ci, co go 
obezwładnili, co mu nałożyli pęta. A jednak dał słowo honoru i uległ im, więc 
któż on jest?... Słaby, bezsilny. A może nie kochał mię? NIechby pozostała choć 
ta nadzieja, jako jedyny kwiat z cudnej łąki, jako jeden promyczek tęczowy z 
świetlistej zorzy! Czy on mię kocha jeszcze, czy cierpi nad zerwaniem? — to 
pytanie poniosę do grobu. Zgniótł mię, zdruzgotał, strącił z wyżyn szczęścia. 
Kilka nielitościwych słów wystarczyło do zabicia duszy, żyjącej dla niego, i 
serca, które sam obudził. Przeklęty świat! przeklęta sfera! ona mi go 
zabrała!... Nie! bo on jest z niej, on wśród niej żyje. To tylko przeklęty los! 
KOcham go — nienawidząc, kocham — pogardzając! Jak mi ciemno, jak głucho, jak 
bezgranicznie głucho! Z nikąd światła! nic, nic!..." Pismo kończyło się. Kilka 
kartek nie zapisanych, pustych jak dusza, co w nich zamarła... Na ostatnich 
stronicach Stefcia czytała ze ściśniętym sercem: "...Ożenił się w Paryżu... z 
księżniczką de Bourbon, córką znakomitego rodu, spokrewnionego z królami. Gazety 
roznoszą ich podobizny: piękni oboje; nie wyglądają jednak na szczęśliwych, ale 
to może tylko moje oczy tak coś ćmi. Pobrali się i będą szczęśliwi... A ja? a 
ja?... Wobec księżniczki de Bourbon cóż znaczę? Nic dla niego, nic dla świata. 
Złamane mam serce, złamaną duszę, ale wobec mitry książęcej i to nie znaczy nic. 
Dwie korony, świetne, błyszczące, i ja... z krwawą raną. Ach! jakaż nędza!..." 
Długa przerwa, potem kilka gorzkich słów i znowu ślady łez. "...Taka wielkość... 
i taka podłość! Jak on mógł tak postąpić? i dlaczego ręczył? Czyż i on 
rozczarował się, czy wierzył w nasze połączenie?... Och! on wierzył! Niepodobna, 
aby był tak niesłychanie obłudnym. On szlachetny, tylko słaby, a ta sfera to 
potęga, tytaniczna siła... porwała go, chwycił go prąd bez ratunku. Gdyby już 
nie pisał, nie odsyłał pierścionka... Ale taki lud w jego słowach! O Boże! 
Przyjechał z Głębowicz jakiś urzędnik, podobno sekretarz. Sprzedaje Wołokszę, 
jego majątek w naszym sąsiedztwie. Pewno! Już mu teraz niepotrzebny. Wołoksza. 
Wołoksza!... jakie to dla mnie było drogie imię. Stracone wszystko! pustka, 
pustka... zabijająca, okropna! i czarne robactwo rozpaczy. Mrowie... mrowie... 
robactwa! Taka ironia! Kochałam świat, teraz go nienawidzę. Napoił mię goryczą. 
To już moja Golgota. A żyć trzeba. Nie dano mi umrzeć: odratowali mię, wydarli 
truciznę z mego organizmu... Rozpacz! rozpacz! Nasz kapelan mówi mi wiele o Bogu 
i obowiązkach względem Niego. Czy to ratunek?..." Znowu przerwa — po czym kilka 
słów: "Ojciec mój miał atak sercowy. Maciej i jego zabił. Jestem jedynaczką, 
kocha mię bardzo i cierpi, strasznie cierpi." Szereg czystych kart, na ostatniej 
zakończenie: "...Rok po śmierci ojca... Wychodzę za mąż. Musiałam to przysiąc 
umierającemu ojcu, spełniam ostatnią jego wolę. Wychodzę za człowieka, którego 
mi sam wybrał, i na łożu śmierci, w ostatniej chwili złączył nam ręce, kazał 
przysięgać. I już jutro mój ślub. Mój ślub! Czy to możliwe? Boże, jaka męka! Tak 
się kończy na świecie wszystko, na tym okrutnym, kłamliwym świecie. Rana moja 
nie zagojona i pozostanie otwartą... Powiedziałam Rembowskiemu wszystko, jednak 
zgodził się wziąć mię za żonę. Podziwiam jego odwagę! On mię kocha... Gdyby było 
inaczej, gdyby nie kochał, wobec mego wyznania mógłby mię rozwiązać z przysięgi. 
Znalazłabym spokój może za kratą! Ale ja się nie boję nowego życia. NIc mię już 
gorszego nie czeka. Tylko dziś, dziś w wilię ślubu, gdy zamykam na zawsze ten 
nieszczęsny pamiętnik, dziś przeklinam minione szczęście! Nie zaznam go już 
więcej. A on, jeśli zapomniał i jest szczęśliwy... niech nim pozostanie. Ja go 
nie przeklinam, ale to się mści, to się zemścić musi!" Koniec. Stefcia zamknęła 
gwałtownie książkę. Przerażenie, ból niezmierny, żal i ostatnie słowa 
pamiętnika: "To się mści, to się zemścić musi!" — porwały ją z miejsca. — 
Straszne! Straszne! Dziewczyna, rozdrażniona wrażeniami i długim czuwaniem, nie 
panowała już nad nerwami. Stanęła przed nią wizja bladej mary, mścicielki, 
rodowej Nemezys i wyciągała do struchlałej ramiona. Stefcia krzyknęła głośno. 
Drzwi się otworzyły, weszła jej matka. Stefcia przypadła do niej z okrzykiem 
trwodi, kolana się pod nią gięły, uklękła. — Mamo! mamo! wiem wszystko, 
czytałam... Straszne! To się mści, to się mści! Pani Rudecka pochyliła się nad 
córką. Blady zimowy świt, wpełzając przez okna, uwypuklał zbolałą grupę, nad 
którą zawisła groza. Część Druga (c.d.) IV Długi czas Stefcia nie mogła się 
uspokoić. Odkryta prawda była dla niej tym boleśniejszą, że i sama kochała 
Waldemara. Dramat babki zdawał się w niej powtarzać. — Jak to się stało, mamo? 
Jak to było z babcią? — pytała Stefcia. Pani Rudecka tuliła załzawioną córkę, 
razem z nią przerażona. — Słyszałaś, moje dziecko, że babcia nic nie wiedziała, 
gdzie się właściwie znajdujesz. Nie wymieniałam nazwiska pani Elzonowskiej: to 
by ją od razu uświadomiło, że jesteś w domu arystokratycznym. Ona obawiała się 
dla nas arystokracji. Napisałam, że jesteś w rodzinie obywatelskiej, u naszych 
znajomych. Pytała się o ciebie często, wyrzucając nam, żeśmy cię oddali do 
obcego domu. I nas to gryzło, tęskniliśmy za tobą. Ale czekaliśmy cierpliwie do 
roku. Tak się tobą cieszyłam, kiedy ojciec powrócił z wystawy i opowiadał, żeś 
jeszcze wyładniała, że masz wielkie powodzenie. Te kwiaty przysłane mówiły o 
tym. Byłam szczęśliwą, tylko... — zresztą mówmy o babci. Stefcia zrozumiała, co 
matka chciała powiedzieć. — Mówmy o babce — ciągnęła pani Rudecka. — Jak wiesz, 
była ona patriotką, interesowało ją, co się dzieje w kraju i u nas. Na jej 
żądanie ojciec opisał wystawę dość obszernie i dużo wspominał o tobie. Stało się 
to niedawno. W liście wymienił nieostrożnie nazwisko pani Elzonowskiej jako 
matki twej uczennicy; dodał, że jest z domu Michorowska. Nie pojmuję, co się 
ojcu stało. Same nazwiska świadczyły, że przebywasz u magnatów. Ale biedny 
ojciec nie wiedział, co wstrząśnie najbardziej babcią. Przy tym, chcąc jej 
zrobić przyjemność, posłał kilka ilustrowanych pism z czasu wystawy, gdzie były 
szczegółowe informacje dotyczące wystawców, ekspertów oraz opisy zabaw. Między 
portretami znajdował się wizerunek młodego ordynata, Waldemara. W liczbie pań 
ekspertek wymieniono panią Elzonowską, z domu ordynatównę Michorowską, córkę 
Macieja i księżniczki de Bourbon. Wszystko to zrobiło na biednej babci nagłe i 
straszne wrażenie. Nastąpił silny atak sercowy i pomimo przedstawień doktora i 
panny Elwiry natychmiast wyjechała do nas. Musieliśmy powiedzieć prawdę. 
Słuchając opowiadań ojca, zresztą dość oględnych, patrzyła mu w oczy badawczo, 
ciągle pytając nie o Macieja, lecz o Waldemara. Musiał go jej ojciec opisać 
szczegółowo. Była bardzo zmieniona, nie mogliśmy pojąć, co ją tak przeraża. Gdy 
ojciec mówił o wielkiej sympatii pana Macieja do ciebie, że nazywasz go 
dziadziem i że jesteś do niego bardzo przywiązana, babcia niespodziewanie 
rozpłakała się. Byliśmy przestraszeni, nic nie rozumiejąc. Ale babcia nie 
objaśniała nas, mówiła tylko, że chce, abyś jak najprędzej powróciła. Ojciec do 
ciebie napisał nawet list i pokazał babci. Pod wieczór zastałam babcię w 
salonie. Oglądała chciwie fotografie z Głębowicz. Gdy weszłam, pokazała waszą 
grupę w kostiumach. Ordynat stoi tam tuż obok ciebie, ma pochyloną głowę i 
patrzy na twój profil z wyrazem istotnie zastanawiającym. Ty jesteś także jak 
natchniona. Nas to również uderzyło. Ale babcia, jak się okazało, znała dobrze 
ten wyraz i te rysy. On podobny do swego dziadka, a ty do niej. Grupa ta 
wstrząsnęła nią... "I wy to widzicie? i wy na to pozwalacie? przecie to jasne 
jak dzień, że oni się kochają" — mówiła wzburzona, gniotąc moją rękę. Zaczęła 
bardzo nalegać, żeby cię stamtąd zabrać. Całą noc spędziła w niezwykłym 
podnieceniu. Czuwaliśmy przy niej. Majaczyła. Nad ranem nastąpił gwałtowny atak. 
Już zdawała się konać. Szczęściem, przeczuwając to, sprowadziliśmy lekarza. Atak 
minął, zażądała księdza. Po olejach świętych, wezwawszy nas oboje do siebie, 
powiedziała wszystko. Straszną przeżyliśmy chwilę! Ten człowiek, który złamał 
jej życie i uczynił ją nieszczęśliwą, to Maciej Michorowski — dziadzio, o którym 
tyle i tak serdecznie pisałaś. Ogarnęła nas straszna obawa o ciebie, dziecko, bo 
gdyby nie młody ordynat... ale ten szczegół i babcię najwięcej przeraził. Ciągle 
mówiła o tobie z miłością i lękiem. Oddała ojcu paczkę z pamiętnikiem, oglądała 
fotografie, szepcąc sobie różne uwagi. Na ciebie mówiła: "Biedna, śliczna". 
Patrząc na niego szeptała: "Taki sam, taki sam...", albo "Widzenie z młodości, 
moje fatum." Przeczuwała śmierć, bo poleciła ojcu, aby oddał ci pamiętnik po 
pogrzebie. Nazywała tę książkę skarbem, nie mogła się z nią rozstać. Przyszedł 
nowy atak on odebrał jej życie. Pani Rudecka podniosła chustkę do oczu. Stefcia, 
oparta o jej kolana, trzęsła się. Łkania rozrywały jej piersi. — Dlaczego, mamo, 
nie wezwaliście mię wcześniej? — Nie było czasu, dziecko, wszystko to stało się 
tak nagle. Pani Rudecka gładziła włosy Stefci, ze łzami w oczach patrząc na jej 
śliczną, złamaną bólem postać. Tuląc ją do siebie, pytała cicho: — Stefciu, 
dziecko moje, bądź ze mną szczera, powiedz prawdę: ty... kochasz ordynata? 
Dziewczyna załkała głośniej. — Tak, tak! — Jak ona odgadła, jak zrozumiała! — 
szepnęła pani Rudecka o zmarłej matce. — Stefciu, ty powinnaś wyjechać stamtąd. 
— Wyjadę, mamo, powrócę do was, ale — tak mi ciężko... Państwo Rudeccy 
zatrzymali Stefcię na parę tygodni. Była rozstrojoną, bali się o jej zdrowie. 
Matka starała się łagodzić żal córki. Ojciec oddziaływał na Stefcię zawsze jak 
najlepiej. Dziewczyna uspokajała się powoli, tęskniąc za Słodkowcami. Odwracała 
uparcie myśli od Waldemara, lecz daremnie: stał ciągle w jej oczach, świetny, 
wspaniały, zwycięski. TAkim samym był niegdyś i Maciej. Stefcia czytała 
pamiętnik babci, coraz nowe odnajdując podobieństwo Waldemara do Macieja. Tylko 
Waldemar posiadał więcej energii w życiu codziennym i więcej ironii. A także 
posiadał słabszą wiarę w ludzi i większą niezłomność charakteru. — Czy i on 
postąpiłby tak samo? Chciała zagłuszyć w sobie tęsknotę, ale nie mogła. 
Przywykła do innego życia. Bez komfortu żyć łatwo, gdy się go nie zaznało, ale 
odzwyczaić się trudno. Stefcia nie okazywała tego, jednak brakło jej czegoś. 
Zabawy z ośmioletnią Zosią, zawsze bardzo kochaną, nie mogły jej teraz 
rozruszać. Brat Jurek, wesoły czternastoletni urwis, uczący się w domu, drażnił 
Stefcię hałasami. Dziewczyna nie poznawała samej siebie; przed rokiem i ona 
bawiła się w konie z bratem i siostrą, nie mniej od nich sprawiając hałasu. 
Teraz Zosia spoglądała na nią z pewną obawą, a w obejściu jej przebijał wielki 
dla siostry szacunek. Nie ciągała jej jak dawniej za suknie. Ale pieszczoty 
Stefci robiły na małej wrażenie. — Co tam Jurek mówi, że Stefcia się zmieniła! 
On kłamie. Stefcia taka sama dobra jak przedtem. I wyciągając różaną buzię w 
długi ciup, dodawała zaraz: — Stefciu, mów mi o Luci, ja ją tak lubię. Zaczynało 
się opowiadanie, które i Stefcia lubiła, bo ją przenosiło do Słodkowic. Z 
Jerzykiem sprawa była trudniejsza. Chłopak zerkał na starszą siostrę oburzony i 
wszystkim po kolei powtarzał: — Stefa to już całkiem dorosła panna. Nawet w 
konie nie chce się bawić, tylko tak coś myśli i myśli. Jej już trzeba tren dodać 
do sukni. Stefcia zjednała go sobie opowiadaniem o stajni, zwierzyńcu i psiarni 
w Głębowiczach. Za to nie miała już spokoju, domagał się ciągle nowych 
szczegółów. RAz podczas lekcji zapytał swego nauczyciela, młodego studenta 
prawa, wielkiego demokraty: — Jak się panu podoba Stefa? — Bardzo ładna panna i 
bardzo miła. — E! pan tak mówi dlatego, że ja jej brat. Ale niech pan mi powie 
jak swemu koledze, w zaufaniu. — Mówię prawdę: ładna i miła, tylko... wielka 
dama. Jurek otworzył szeroko oczy i usta. — Jak to? Stefa to jest Stefa, nie 
żadna wielka dama. — Ty tego nie rozumiesz. Panna Stefania jest przesiąknięta 
arystokracją. Jest sympatyczna i nie dumna, bo jej nie zdążyli jeszcze zmienić, 
ale i to przyjdzie z czasem. Oni ją przerobią na swój sposób. Jerzyk ujął się za 
siostrą: — Wcale nie! Stefa będzie zawsze naszą, nie jakąś tam arystokratką. 
Szkoda, że tak spoważniała, ale to pewno tylko teraz, bo babcia umarła. Ona się 
potem poprawi. Zamyślił się i spytał znowu: — A czy arystokracja to co złego? 
Student skrzywił usta z lekceważeniem. — Nic mądrego, w społeczeństwie to zero. 
Ale powtarzam, ty tego nie rozumiesz. — Ale takich koni, jakie są w Słodkowcach 
i Głębowiczach, to nawet u nas nie ma. Oho! ja wiem, Stefcia mi opowiadała. A 
jakie zwierzęta, a jakie psy! a najładniejszy wielki dog Pandur, co biega zawsze 
za ordynatem. Pan go widział na fotografii głębowickiej ze zwierzyńca. Student 
wzruszał ramionami. Nie lubił, gdy mu ktoś wspominał Głębowicze, bo ordynat, 
którego znał ze słyszenia, dziwnie jakoś paczył jego pojęcia, jakie sobie urobił 
o arystokracji, a młody prawnik wyjątków w swej regule nie uznawał. Śledził 
także Stefcię Narnicki. Z prowadzonych z nią rozmów doszedł do wniosku, że 
ordynat Michorowski nie jest jej obojętnym. I to go drażniło. Czy Stefcia ma 
wzajemność, nie mógł dociec. Ale Narnicki niedługo pozostawał w niepewności. 
Klucza do rozwiązania tej zagadki dostarczyły mu fotografie głębowickie. Zresztą 
wiedział, że taka Stefcia musiała się podobać i że grozi jej niebezpieczeństwo 
ze strony ordynata, zwłaszcza jeśli on dostrzegł jej skłonność ku sobie. 
Narnicki nie znał dokładnie smutnej historii zmarłej ciotki Rembowskiej, prócz 
mętnej legendy, krążącej w rodzinie. Nie wiedział o rzeczy najważniejszej, 
polegającej na zbiegu okoliczności — o owym złym fatum, które zawisło teraz nad 
Stefcią. Nie rozumiał, co się z nią dzieje. Nie chciał wierzyć, że Stefcia kocha 
się bez wzajemności: miał na to za wiele dowodów przeciwnych. Ale w jego 
mniemaniu to jedynie mogłoby ją ocalić. Tymczasem otaczał Stefcię opieką, chcąc 
ją najdłużej zatrzymać w Ruczajewie. Nie narzucał się jej, ale czuwał bez 
przerwy. Stefcia zawsze go miała przy sobie. Któregoś dnia poprosił ją o 
fotografie z Głębowicz. Poszli razem oglądać. Stefcia rozłożyła wielkie kartony 
zbiorowych grup i przyglądała się z takim namaszczeniem, jakby je widziała po 
raz pierwszy. Narnicki patrzał na nią uważnie. — Czy was tu kto pozował, 
kuzynko? — spytał wskazując na grupę w kostiumach. — Naturalnie. Fotograf. — 
Ordynat nie wygląda na upozowanego. — Tak, on stanął sam. — A widać to. — POdoba 
ci się? — spytała Stefcia, udając obojętną minę. — Kto, ordynat? — No, tak... 
Narnicki chciał powiedzieć: "Wymuskany laluś", ale spostrzegł się w porę, że 
byłoby to kłamstwo zbyt rażące i że Stefcia odgadłaby jego intencję. Zazdrość 
wyrażona w ten sposób wydała mu się niską i Narnicki odpowiedział szczerze: — 
Przystojny i bardzo elegancki, a nade wstzystko wybitnie typowy. Stefcia 
spojrzała na kuzyna z wdzięcznością. — Tak, dobrześ powiedział. To jego cecha 
główna. Narnicki zauważył jej nagłe ożywienie i postanowił mówić dalej, nie 
spuszczając z niej oczu. — Wśród nich wszystkich on wygląda na luminarza. Ma 
rozumny wyraz twarzy i znać w nim lwią energię. Tacy ludzie idą do celu śmiało, 
depcąc wszelkie przeszkody, i dlatego nie są bezpieczni. A przeszłość ordynata, 
bardzo zresztą świeża, znana jest ze swej burzliwości. — Dlaczego to mówisz? — 
spytała sucho Stefcia. Narnicki wzruszył ramionami. — Mówię o nim jako o typie, 
a dodaję uwagę, że ludzie z taką energią i swobodną przeszłością, zwłaszcza gdy 
mają miliony, potrafią nie przebierać w środkach dla zadowolenia swych kaprysów, 
nawet chwilowych. Ordynat jest wytwornym, tym gorzej. Taki aksamitny płaszczyk 
pokrywający feudalizm — bo u niego i ten rys jest widocznym — ułatwia mu 
zaspokojenie jego fantazji. — Nie powinieneś o nim mówić z taką pewnością, bo go 
nie znasz. — Czy określiłem go fałszywie? — Nie, ale źle go sądzisz. — 
Przepraszam cię, kuzynko! Jeśli ja nie mam podstawy sądzić go w ten sposób, tym 
bardziej ty nie możesz za niego ręczyć. — Ja go znam bliżej. — Z salonu! jako 
wielkiego pana i wytwornego człowieka, jeszcze jako sportsmena, "causeura" (fr. 
— interesujący rozmówca), tancerza. Ale to niczego nie dowodzi. To jest właśnie 
ten aksamitny płaszczyk, o jakim mówiłem. Stefci zaiskrzyły się oczy. — Znam go 
jeszcze jako obywatela kraju, jako właściciela wielkich obszarów ziemi, dobrego 
patriotę i... bardzo kulturalnego człowieka. Jest wybitnie inteligentny i 
zupełnie liberalnych pojęć — rzekła. Narnicki patrzał na rozognioną Stefcię spod 
oka. Wargi mu drżały z tajonego gniewu. Głos miał syczący, gdy odpowiedział: — 
Słowem, doskonały! Jednak widocznie sam sobie tego nie przyznaje, bo ma dziwnie 
bajroniczny grymas na ustach i satyrę w oczach, naturalnie wyłączając grupę w 
kostiumach. — Doskonałym nie jest, wady posiada jak każdy człowiek, ale nie jest 
zarozumiałym... — W to nie wierzę. Człowiek na takim stanowisku, bogaty jak 
Nabab, pełen powodzenia w świecie, nie wiedziałby o tym? — Wie, lecz posiada 
przy tym rozum, wcale niepospolity. Jest pewny siebie, ale to co innego. — To 
samo, tylko inna nazwa. Główna rzecz wiedzieć, czym się jest i co można mieć na 
skinienie. Stefcia umilkła, rozumiejąc już, do czego Narnicki zmierzał. Nie 
okazała przykrości. Zaczęła mu opowiadać o polowaniach w Głębowiczach, 
wymieniając osoby na grupach, z krótką biografią każdej. Wreszcie wzięła swe 
pojedyncze fotografie na długich kartonach, jedną w kostiumie i drugą w 
codziennej sukni. — Jaką wolisz? — spytała. Fotografia w kostiumie była lekko 
kolorowana i nadzwyczaj efektowna — przede wszystkim niesłychanie podobna; druga 
również dobra, lecz skromniejsza, robiła wrażenie codziennej. Narnicki spoglądał 
to na jedną, to na drugą, porównywając je z sobą. W końcu rzekł: — Wolę tę: 
korale przypominają mi ciebie taką, jak przed rokiem, i dlatego jest mi frogą. 
Ta w stroju z czasów Dyrektoriatu jest śliczna, ale już nie nasza. Wyglądasz jak 
księżniczka, tchniesz atmosferą pałacową. Ja cię nie lubię w tej roli. Wolę, jak 
jesteś swojska — taka nasza i niepodzielna. Stefcia poruszyła się. — NIe lubisz 
arystokracji? — Jest mi obojętną, ale nie lubię ciebie wśród nich. — Mówisz tak, 
bo ich nie znasz. Zresztą czyŻ jestem zmienioną? Narnicki popatrzał na nią 
niemal groźNie. — Tak, jesteś — rzekł z przyciskiem. — Ja?! — Jesteś pod ich 
wpływem. Daj Boże, aby się to zmieniło. Stefcia zamyśliła się. Zrozumiał ją. 
Odgadł jej uczucia i ostrzegał. Przypomniały się jej Głębowicze, ich historia, 
wspaniałość magnacka, świetne towarzystwa. Istotnie wsiąkła w tamtą sferę, 
polubiła ich wstzystkich. I oni mają wielkie wady, wśród nich są osobniki bez 
wartości, nawet częste. Ale są wyjątki, skoro można spotkać takiego Waldemara, 
taką księżnę Podhorecką jedną i drugą lub Macieja. A kto ich nie zna bliżej, 
sądzi ogólnie i często niesprawiedliwie. Tak myślała Stefcia. V W zamku w 
Głębowiczach panowała wielka, przygnębiająca cisza. Ordynat przesiadywał w swym 
gabinecie albo w bibliotece lub też snuł się po zamku zamyślony, poważny. 
Administracja i służba nie widziała go jeszcze takim. Stał się drażliwym, 
prędkim. Po wyzdrowieniu pana Macieja, który miał ataki nerwowe, Waldemar był na 
wyborach prezesa towarzystwa rolniczego, ponieważ hrabia Mortęski ustąpił 
dobrowolnie, znękany starością i złym stanem zdrowia. Wybrano jednogłośnie 
ordynata, lecz wybór ten nie zachwycił go. Odbył kilka posiedzeń, po czym wrócił 
do Głębowicz i zamknął się w nich. Co się działo w jego duszy, nikt nie 
odgadywał. Kamerdyner Andrzej widział go często w sali portretowej, na kanapce, 
wprost portretu babki. Czasem, obłożony papierami, starymi księgami o żółtych 
stronicach, zagłębiał się w nie do nieskończoności, nie jedząc i nie śpiąc. W 
stajniach dziwił się koniuszy, bo ordynat nie zaglądał do koni. Wyjeżdżał na 
polowania z licznym zastępem służby, lecz po pierwszych kniejach wracał 
znudzony. Albo odprawiał służbę i sam, ze strzelbą na ramieniu, włóczył się po 
lesie, nie strzelając wcale. Jakiś zmierzch padł na cały majątek. Służba 
zamkowa, zwierzyniecka, sztab ogrodniczy, wszyscy stajenni, robotnicy fabryk — 
szeptali tylko o dziwnym humorze ordynata. Na folwarkach ekonomowie dopytywali 
się Ostrożęckiego, co się stało. Ale i on nie wiedział. Tylko młody hrabia 
praktykant, ogromnie zaintrygowany, wdał się w rozmowę z Kleczem ze Słodkowic i 
dowiedział się trochę drobnych szczegółów, tyczących się choroby pana Macieja i 
wyjazdu Stefci, lecz nic z tego wywnioskować nie mógł. A ordynat z każdym dniem 
pochmurniał więcej, stawał się groźniejszym. Do Słodkowic jeździł rzadko i na 
którko, tylko w celu odwiedzenia pana Macieja. Wszelkie narady gospodarcze 
odbywał przez telefon, ze swego gabinetu. Dyrektorzy fabryk, gorzelni, wszyscy 
rządcowie i nadleśni porozumiewali się z nim nie inaczej, zdając raporty, 
otrzymując polecenia. Przez telefon rozmawiał z dzierżawcami, lekarzem 
ordynackim, ze szpitalem, ochronką i szkołą. Z zamku wychodził rzadko. Czasem 
bywał na mszy w kościele głębowickim i odwiedzał proboszcza, który także nie 
poznawał "swego chłopca" jak go nazywał. Tylko raz w nocy, kiedy paliła się 
sąsiednia wieś, ordynat wystąpił z dawną energią. Pojechał na czele straży 
ogniowej i zastępując chorego naczelnika, dyrygował oddziałem błyszczących 
kasków i skórzanych kurt i z narażeniem siebie uratował wieś od rozszalałego 
ognia, wyciągając ze swymi ludźmi chłopstwo z płonących domów. Nikt nie padł 
ofiarą pożogi. Ogień został szczęśliwie umiejscowiony i opanowany. Ale gdy na 
drugi dzień ludzie przyszli dziękować ordynatowi, kazał im rozdać znaczną sumę 
pieniędzy na zapomogę, sam jednak tym razem nie wyszedł. Przesiadywał w 
bibliotece zatopiony w starych foliałach. Tak przeszły tygodnie. Pewnego dnia 
przed wieczorem Waldemar jak zwykle siedział przy głównym stole w bibliotece, 
założonym tomami porozrzucanymi w nieładzie. Rozpostarty na fotelu, palił cygara 
i myślał. Przeczytał już wszystkie te księgi i nie zajmowały go teraz. Obecnie 
wolał się zagłębiać w historii własnego życia i w jego psychologii. Działo się w 
nim coś szczególnego, czego nie odczuwał nigdy. Przebiegał myślą swe burzliwe 
lata, spędzone za granicą, i czasy studenckie. Było w tych latach wiele zdarzeń 
ciekawych i takich, które w jego duszy pozostawiły ślady. Tamtym czasom 
zawdzięczał pesymizm, ironię i gorycz, z jakimi teraz nie mógł sobie dać rady. 
Zachodziło wiele przeróżnych kolizji w jego dzisiejszej istocie, dziwna 
abstrakcja w myślach i uczuciach. Jeden tylko miał pewnik niezbity, jasny jak 
słońce, w który musiał uwierzyć: kochał Stefcię. To uczucie występowało zbyt 
wyraźNie, aby mógł o nim wątpić. A wątpił długo. Za wiele miał w życiu 
powodzenia i na tym tle za wiele miłostek. Nie wierzył, że potrafi kiedy inaczej 
patrzyć na ładną kobietę, jak na klejnot mniej lub więcej cenny, którym się 
można zabawić do woli. Klejnoty takie zmieniał bardzo często, odrzucając bez 
skrupułu te, co już dla niego straciły blask nowości. Miał wieczne pragnienie 
szukania, ale nigdy długo nie czuł się zadowolonym. Często, goniąc za nową 
namiętnością, miał pewność, że gdy cel jej osiągnie, znajdzie uspokojenie. 
Bywały wypadki, że z niesłychaną odwagą drwił z wszelkich niebezpieczeństw. W 
tych pogoniach zahaczał o sfery i warunki, gdzie każdy inny znalazłby drzwi 
zamknięte. On zamkniętych podwoi nie obawiał się; wiedział, że gdy zechce, 
otworzą się przed nim, nie udawał się do podstępów. Takie walki podniecały go. 
Ale gdy był u kresu swych pożądań, rozczarowywał się zawsze. Nie czuł nawet dumy 
z powodu własnych zwycięstw. Pesymizm jego względem kobiet rósł i potężniał. 
Tylko dwie z nich cenił wyjątkowo: babkę Podhorecką i zmarłą matkę. Nie pamiętał 
jej prawie, ale czcił za pamięć, jaką po sobie zostawiła w Głębowiczach. Teraz 
ma cześć dla Stefci. Ona zdruzgotała jego złe pojęcia o kobietach siłą 
kontrastu. Znał jej uczucia względem siebie i zrozumiał, że ona jest dogmatem 
jego życia. Różnica sferowa nie przerażała go, zastanawiał się jedynie nad 
pytaniem, czy na barki Stefci nie okaże się za ciężkim stanowisko, które ją tak 
wysoko wyniesie. Lecz nie wątpił. Inteligencja jej pozwalała wierzyć, że podoła 
obowiązkom, wymaganiom i etykiecie sfery, do jakiej wejdzie. Doświadczał lekkiej 
ciekawości, jak ona przyjmie jego wyznanie. Ogarniał go dreszcz na myśl, że 
będzie ją nareszcie miał w swych ramionach — Stefcię, taką pożądaną, 
upragnioną... Czasem wyobrażał ją sobie swą kochanką, oddaną mu zupełnie. Czy 
mogłaby się nią stać? Kochała go bardzo — wiedział o tym. Więc gdyby chciał, 
mógłby ją może doprowadzić do dania najwyższych dowodów miłości. Miał do tego 
wypróbowany talent... lecz, co mu się nigdy nie zdarzyło, brakło mu odwagi. 
Stefcia była jak biały kwiat, nieskalany i dziwnie przezroczy — uważałby za 
świętokradztwo dotknąć jej brudną ręką. Ona musiała pozostać czystą pomimo 
namiętności, jakie potrafiła wzbudzać, jak obłok biały pozostaje białym, choć 
płynie przez chmury. Ona poniekąd już należała do niego, ale takie oddanie się 
nie skala nawet anioła. Właśnie z powodu, że ona już jest jego, on jej nie 
zbruka, nie ściągnie do poziomu swych namiętności, pozostawi na wyżynach i tam 
będzie szukał rozkoszy. I on, który w stosunkach z kobietami wzdrygał się na 
wszelkie zobowiązania sakramentalne, teraz pieścił się myślą o Stefci jako swej 
żonie. Sam siebie nie poznawał. Najpiękniejsze panie i panny z arystokracji 
francuskiej w Paryżu, gdzie jako wnuk księżniczki de Bourbon miał wyłączne i 
wielkie fory, nie zdołały go natchnąć podobnie. Szalał za demoniczną pięknością 
Węgierek, pociągał go szyk Wiedenek, w Rzymie wirował wśród panien i mężatek z 
magnaterii włoskiej, wybierając zawsze klejnoty, ale szały te kończyły się 
jednakowo, oprawione w mniejsze lub większe zachody, poprzedzające zwycięstwo. 
Nigdy nie myślał o żadnych zobowiązaniach i śmiał się z rodziny własnej, która 
albo z obawą spoglądała na jego wybryki, lub też namawiała go do stanowczych 
kroków. Był cyniczny, sceptyczny i sam sobie wydawał się niezdolnym do innych 
wrażeń. Widział w sobie tylko namiętność, do bardziej uduchowionych uczuć nie 
miał przekonania ani ochoty. Teraz wykrył coś nowego. Za Stefcią dla jej urody 
szalałby zawsze, stałaby się jedną z jego namiętności, gdyby nie była Stefcią. 
Ale ona działała na niego w sposób całkiem odmienny. — Co to jest, jakim to się 
stało sposobem? — zapytywał sam siebie. Słońce zaszło, w bibliotece zapanował 
mrok, szare macki włóczyły się mętnie po oszklonych szafach, wciskały się w 
każdy kąt, potęgując ciemności. Waldemar wstał, przeszedł się kilka razy wzdłuż 
biblioteki i zadzwonił. Kamerdyner wszedł cicho jak duch. — Światła! — rzucił 
krótko ordynat. Andrzej nacisnął guziki elektryczne w ścianach. Białe światło 
opromieniło bibliotekę. Z kryształowego pająka sypnęło mnóstwo tęczowych 
iskierek. — Mogłem to sam zrobić — pomyślał ordynat po wyjściu kamerdynera. — Co 
on kombinuje widząc mię takim? Wszedł do czytelni i otworzył fortepian. Spod 
adamaszkowej kapy instrument błysnął palisandrem i słoniową kością klawiszy. 
Waldemar uderzył parę akordów. Zabrzmiała w nich nuta ulubionej sonaty 
Beethowena, granej przez Stefcię. Urwał, oparł rękę na pulpicie i wykręcił się z 
taburetem w stronę salonu. Spojrzał dokoła krytycznym wzrokiem. — Czy do twarzy 
będzie Stefci w tej oprawie? — pomyślał. Zmrużył oczy, wywołując wizję: Stefcia 
siedzi przy fortepianie, gra sonatę, jest ubrana, w eleganckiej sukni wizytowej 
— nie, lepiej w codziennej. Włosy ma upięte na tyle głowy i taki ładny profil... 
On wtulony w kąt kanapki, pod palmami, patrzy na nią, na swą żonę. Jest 
szczęśliwy i ona również. Kocha go. On ją otacza swą miłością i przepychem, na 
jaki zdobyć się mogą jego miliony. — Stefcia moją żoną? Ja będę miał żonę! 
Waldemar uprzytomnia ją sobie. — Jaka ona młoda! O całe dwanaście lat młodsza od 
niego: ma zaledwo dwudziesty rok. — Ale co na to powie jego rodzina, jego sfera? 
Waldemar gwałtownie powstał i zatrzasnął fortepian. — O tym już tylko ja 
decyduję — rzekł do siebie głośno. — Czy masz prawo? — szepnęło mu coś w duszy, 
jakiś opiekuńczy duch zamku. Waldemar zatrzymał się w swej przechadzce. — Czy 
mam prawo? Wyrobię je sobie! Ale duch szeptał znowu: — Ostatnie panie tego 
zamku, ostatnie ordynatowe, były księżniczkami znakomitych rodów. — A ona będzie 
moim szczęściem — odpowiedział twardo. Szybkim krokiem poszedł w głąb zamku, 
zapalając elektryczność w każdej sali, w każdym pokoju i korytarzu. Zamek 
rozbłysnął światłem. Ordynat przeszedł halę spacerową, galerię obrazów i wszedł 
do sali portretowej. Ciemna i ponura, zajaśniała blaskiem żyrandoli. Ożywiły się 
portrety, rozbłysły martwe twarze. Purpura i złote blachy strojów, jasne 
wycięcia staników kobiet wynurzyły się z wypukłą wyrazistością. Waldemar robił 
przegląd swych antenatów. Spoglądał w groźne, posępne twarze najwybitniejszych 
członków rodzinnych, prawdziwych klejnotów. Czytał ich tytuły i głośne nazwiska 
kobiet, z którymi się żenili. Przechodził od portretu do portretu, nie 
odnajdywał tylko szczęścia w tych obliczach raczej ponurych. Zatrzymał się 
dłużej przed pradziadem Andrzejem, jenerałem wojsk polskich, ożenionych z 
hrabianką Esterhazy. Wyrazista, typowa twarz, ale jakieś dramatyczne linie 
skaziły czystość rysów. W oczach przebijał apatyczny wyraz. Waldemar uśmiechnął 
się. — Może portretowany w czasie, kiedy miał się rozwodzić z żoną sławną z 
piękności, bogactw i paranteli — szepnął z sarkazmem. Portret ojca miał te same 
cechy smutku, to samo obojętne spojrzenie. Matka, bardzo podobna do księżny 
Podhoreckiej, piękna i młoda, nie nosiła w swej twarzy śladów szczęścia. 
Waldemar obszedł dokoła całą salę. Był podniecony, ironiczny wyraz na jego 
ustach potęgował się. Nareszcie stanął przed portretem babki, patrzał długo 
uważnie. — I tu to samo — szepnął osuwając się na kanapkę. Patrzał na tragiczne 
oczy, z których wiała rozpacz, na zgnębiony wyraz całej postaci. Smutek wyłaniał 
się z każdego szczegółu, nawet, zda się, z fałd ciężkiej sukni. Waldemar 
siedział pogrążony w zamyśleniu. Nagle powstał, rzucił dokoła ironiczne 
spojrzenie i zawołał głośno tonem pełnym goryczy: — Mają tytuły, stanowiska, 
parantele, miliony, ale gdzież szczęście? Nie widzę tego. Rozśmiał się gorzko i 
wzruszywszy ramionami rzekł ciszej: — Nie znam szczęścia w historii naszej. 
Portret Gabrieli Michorowskiej, naturalnej wielkości, umieszczony blisko drzwi, 
po obu stronach miasł ciężkie aksamitne opony, zwieszające się od sufitu. 
Waldemar podniósł jedną z lewej strony. Ujrzał puste miejsce na ścianie, 
wyłożone dębem. Nie zapuszczając aksamitu, spojrzał na drugą stronę portretu i 
pomyślał: — Tam miejsce dla dziadka Macieja, a tu?... Gładka, błyszcząca słojami 
dębu ściana wydała mu się zagadką, lecz nie pojmował, dlaczego przejmuje go 
lekkie jak cień uczucie trwogi. Dziwny niepokój wiał z tej pustej ściany, 
wciskał się do duszy. Ordynat zadrżał. — Co to jest? — spytał sam siebie, 
marszcząc brwi. Zapuścił oponę stanowczym ruchem... Znowu usiadł na kanapce i 
ścisnął rękoma skronie. — Strasznie jestem znerwowany, strasznie! Tęsknił za 
Stefcią w czasie długich polowań, potem ujrzał ją na krótko i tęsknota do niej 
wzmogła się, nie dając mu spokoju. Kiedy powrócił do gabinetu, zobaczył na 
biurku list, zaadresowany ręką Luci Elzonowskiej. Szybko rozerwał kopertę. 
Dziewczynka pisała: "Przyjedź Waldy, dziś, jeśli chcesz powitać Stefcię: wraca 
jutro rano. Bardzo bym chciała pojechać na jej spotkanie, ale boję się mamy. 
Nikt nie wie, że do Ciebie piszę. Chciałam telefonować, ale jak wiesz, telefon 
znajduje się blisko mamy, a do pawilonu do Klecza przecie nie pójdę. Dopomógł mi 
poczciwy Jacenty do wysłania posłańca. Przyjeżdżaj koniecznie. Lucia." Waldemar 
uczuł przypływ krwi do mózgu. — Wraca, ona wraca! Dziki, gwałtowny szał radości 
zawrzał w nim. Ordynat zadzwonił gorączkowo. — Kto przyniósł ten list? — spytał 
służącego nienaturalnym głosem. — Paweł, stajenny ze Słodkowic, przed 
kwadransem. Nie śmiałem przeszkadzać jaśnie panu, położyłem na biurku. — To źle. 
Czasem list jest pilny. Czy posłaniec czeka? — Już pojechał. Śpieszył bardzo. 
Panienka nie kazała czekać na odpowidź. — Możesz odejść. Andrzej ruszył do 
drzwi. — Zaczekaj... Która godzina? — zawołał Waldemar, patrząc jednocześnie na 
zegarek. — Pół do ósmej. — Dobrze! Niech natychmiast Brunon zaprzęga siwe ogiery 
do większej karety na saniach. Jur na koźle. Przygotować dla mnie wszystko na 
dobę. Andrzej wypadł z gabinetu. Odczuł w głosie swego pana jakieś tony, które 
go zastanowiły i zatrwożyły. — Czy się tam co stało, czy pan ordynat chory? — 
myślał biegnąc do kredensu. Waldemar chodził prędko i rozmyślał: — Czy ona wie 
wszystko o zmarłej babce, czy zna jej historię? To możliwe! a w takim razie 
wraca tylko po to, by się pożegnać. Nie zostanie tu dłużej, bo mię kocha. 
Przyszłość ją przerazi ze względu na przeszłość. My w niej budzimy trwogę, skoro 
już świadoma przeszłości. Czy we mnie jest litość dla niej, czy miłość?... 
Kocham ją, kochałem przedtem, nim się wszystko wyjaśniło. I ona kocha, może 
teraz nienawidzi? A sfera? a rodzina? Oni nie dopuszczą... niechże spróbują. 
Będą stawiali trudności — zwalczę je! NIe zdepczą, nie sponiewierają mych uczuć, 
na to nie pozwolę!... Waldemar zatrzymał się, podniósł rękę do czoła. — Chcę, 
pragnę jej... czuję głód szczęścia! Znalazłem je i nie dam sobie wyrwać. Walka 
zmoże ich... ulegną mi... muszą!... chcę tego... pragnę... i dopnę. Ktoś 
zastukał. — Można. Wszedł marszałek dworu. — Czego pan sobie życzy? Stary 
człowiek zgiął się w powitalnym ukłonie. — Przepraszam, że ośmieliłem się 
przeszkadzać, ale pan ordynat wyjeżdża, a za parę dni ma być w zamku obiad 
proszony in gratiam wyborów. Czy dostanę jakieś wyłączne rozporządzenie? — Nie — 
rzekł Waldemar trochę niecierpliwie — jutro wracam. Niech pan przygotowania robi 
jak zwykle. Zjazd będzie duży, ale oprócz obiadu żadnych zabaw. Marszałek 
ukłonił się i wyszedł. Waldemar znowu zaczął chodzić. Tysiące myśli szumiało mu 
w głowie, nawał uczuć rozsadzał pierś, krew w nim wrzała. Był tak podrażniony 
ostateczną rozmową z duszą i sumieniem, tak przeczulony, że zdawał się słyszeć 
każdą kroplę krwi, jaka sączyła się przez żyły i spływała do mózgu rozpalona 
niby kropla ognia. Cały ferment wahań, zagadnień, przez który przeszedł w 
ostatnich czasach, skrystalizował się jasno, z wypukłą wyrazistością. Wiedział 
już, do czego dąży, czuł, że już jest na pewnym gruncie. Teraz nie zachwieje 
się, pójdzie naprzód z podniesioną głową. Doda mu tężyzny krew rozkipiała, która 
w swym warze już ma bunt, opór przeciw spodziewanemu oporowi. Doda mu energii 
niezmierne pragnienie osiągnięcia celu. Gorące pulsa rozsadzają mu żyły, kołaczą 
w mózgu i wola — tytaniczna wola! Z nią wespół dokona wszystkiego, ona złamie 
przeszkody, zmiażdży je. Czuł w sobie wulkan siły. — Kareta czeka — rzekł 
wchodząc kamerdyner. W kwadrans potem siwe ogiery ostrym kłusem niosły karetę na 
saniach. Ordynat jechał już spokojny, zimny, pewny siebie. Zamek otaczał się 
białą zaćmą śniegu. Oświetlone okna gasły jedno po drugim. VI Przez wielkie 
przestrzenie białych pól, przez ciemne lasy biegł z szumem i łoskotem krótki 
pociąg osobowy, rozwiewając potężną kitę szarego dymu. Dwie latarnie na 
parowozie świeciły jak oczy cyklopów. Wyprostowana lokomotywa z wysuniętą 
zwycięsko piersią sunęła równo: mechanicznym ruchem poruszały się potężne śruby 
kół, niby płetwy olbrzyma. Wilgotny plant i dwie linie szyn błyszczały krwawo 
przed pędzącym potworem. W jednym z okien drugiej klasy rysowała się bladawa 
twarzyczka Stefci. Oparta na dłoniach, spoglądała przez podwójne szyby na 
niknące pagórki i drzewa pokryte szarym od wieczornego mroku śniegiem. 
Świetliste pasemka iskier przelatywały jak złote nitki, rozpływając się w mętnej 
szarzyźnie. Jedne zastępowały drugie i w miarę jak się ściemniało, coraz więcej 
szło tego złota, aż okna rozbłysły niby zorzą, niby gradem ognistym. Już nie 
pasma, ale potoki, powódź złota falowała, mieniła się, powłuczystą szatą 
zalewała pociąg. Migały w tej błyszczącej masie ognistoczerwone gzygzaki, 
leciały pioruny, ostr dzidy i roje krwawych żądełek. A wszystko w szalonym 
wirze, skręcone, chybkie, palące. Stefcia przylgnęła czołem do szyby. W ciemnych 
oczach dziewczyny płonące iskry odbijały się złotą łuną, na włosy rzucały 
miedziane refleksy, różowiły ściągłe, delikatne rysy. Ale w nich nie było już 
dawnej pogody: bujna, pełna życia i wesela twarz Stefci zmierzchła, zbłękitniała 
w swym wyrazie. Można by myśleć, że artysta snycerz wybrał ją sobie na 
pierwowzór i rzeźbił kameę z jej rysów. Wycieniował z finezją, wlał w nią tyle 
duszy, tyle uczuć, aby twarz ta mogła czarować czymś więcej niż przepyszną urodą 
młodej, ładnej panny. Teraz przede wszystkim wiał z niej smutek i przejmujący 
żal. Po trzytygodniowym pobycie w domu jechała do Słodkowic ostatni raz. Miała 
niezłomne postanowienie zerwać zobowiązania z panią Elzonowską, pożegnać ich 
wsztystkich na zwsze i wracać do domu, do dawnego życia. Pożegnać ich na zawsze! 
Stefcia powtarzała to sobie z bolesną jakąś rozkoszą i czuła, że każde z tych 
słów rani ją jak sztylety, że sama wlewa do duszy własnej truciznę. Bo czymże 
będzie dla niej to rozstanie? Straszną, nieskończoną męką... A jednak trzeba, 
powinna przezwyciężyć siebie, powinna wyrwać się z tego czaru, który już ją boli 
zbyt silnie. Biedne, złamane, zranione życie!... Nadeszła noc czarna, 
przepaścista. Stefcię zabolały oczy od patrzenia na iskry płonące za oknem. 
Osunęła się na ławkę. Była sama. Zaczęła ją ogarniać senność. Obrazy mieszały 
się w myślach. Tylko jeden uparcie stał jej przed oczyma, sama go sobie 
rysowała. Pełny, zielony ogród, kwitnące bzy, świergoty ptactwa i śpiew 
słowików, a wpośród tego maja zgrabny ułan, przy nim młoda dziewczyna o 
złotawych włosach i fiołkowych oczach. Stoją wpatrzeni w siebie. On trzyma w 
dłoniach jej ręce i pieści je, obiecuje szczęście bez granic i upaja, i czaruje 
nadzieją. Rozkoszą tchną oboje. Obraz zmienia się. ...Teraz zaśnieżony park, 
cały jak z cukru. Zachód maluje drzewa na różowo. W powietrzu czuć zbliżający 
się mrok. Kawki plamią niebo czarnymi punktami. Na białej od śniegu ścieżynce 
stoi młody pan wykwintny w futrze fokowym, oczy jego ciemnoszare, rozpalone, 
pochłaniają stojącą przed nim dziewczynę o złotych włosach i fiołkowych oczach. 
Trzyma silnie jej dłonie w swoich i słów nie wypowiada żadnych, ale tyle jej 
mówi oczyma, tyle obiecuje! Dreszcze dziwne a rozkoszne przebiegają po nich 
prądem. Szczęście roztacza nad nimi swe skrzydła... A pociąg rwie naprzód 
niepowstrzymanie, monotonnie turkoczą koła, stukają łańcuchy, wagon chwieje się 
lekkim chybotem, a za oknami płynie i płynie złota rzeka. Stefcia senną głowę 
oparła o miękką poręcz ławki i majaczy coraz słabiej — coraz mniej wyraźnie. 
Obrazy zacierają się, nikną w jakiejś mętnej otchłani. Sen zasuwał je dalej i 
dalej... i Stefcia znieruchomiała, zasnęła twardo silnym, młodym snem. Wrażenia, 
nerwy umilkły przed tą potężną wolą natury. Ocknęła się na jakiejś większej 
stacji. Do jej przedziału weszło kilka osób. Niemłoda, okazała dama z córką i 
synem. Panna miała szumny kapelusz, świecące grzebienie we włosach i mocno 
wymalowaną twarz. Młodzieniec nosił binokle, widocznie tylko dla szyku, bo je 
ciągle zdejmował i przecierał zbolałe od szkieł, ale zdrowe, pozbawione wyrazu 
oczy. Rozsiedli się wygodnie, usuwając energicznie na bok ręczną walizkę Stefci. 
Młodzieniec usiadł przy niej i impertynencko zajrzał jej w twarz. Stefcia oparła 
się znowu o poręcz i chciała zasnąć. Ale okropna rozmowa francuska, prowadzona 
półgłosem, nie pozwoliła jej na to. Te panie dokładnie obejrzały czarną 
angielską suknię, pysznie opinającą smukłą postać Stefci, rzuciły okiem na 
wiszący krepowy kapelusz z welonem i uznały, że dobry, lecz za mało fantazyjny. 
Zbadały oczyma futrzany żakiet z dużym kołnierzem ze skunksów i wreszcie po 
obejrzeniu tualety przeniosły wzrok na jej właścicielkę. W świetle latarni włosy 
Stefci okalające czoło miękką falą, mieniły się jak stare złoto. Ciężki ich 
węzeł rozluźniony opadał na kark, ciemne szyldkretowe grzebienie i szpilki 
połyskiwały dyskretnie wśród złotomiedzianych jedwabistych zwojów. Delikatny, 
ładnie zaokrąglony owal jej twarzy, śliczny rysunek nosa i drobnych różowych ust 
mniej zwracał ich uwagę — patrzyli głównie na sposób jej czesania się i na 
ubranie. Młodzieniec jednak śledził z uporem długie rzęsy Stefci leżące na 
twarzy i cienie, które szły od nich na białą, prześlicznie zaróżowioną skórę. 
Obejrzał jej ręce białe, wąskie i drobne, o długich i cienkich palcach, 
ozdobionych jednym pierścionkiem z dużą perłą uriańską. Zbadawszy to wszystko, 
młodzieniec zaczął półgłosem wykładać matce i siostrze swe spostrzeżenia o 
Stefci; dowodził, że jest "niczego", tylko strasznie "chuchrowata", on zaś woli 
takie panny, co to jest na co spojrzeć pod względem objętości. Wykonał przy tym 
odpowiedni ruch, którym dosadnie objaśnił towarzyszące mu damy, że lubił 
kształty niepośledniej miary. Wszyscy razem zaczęli robić o Stefci różne uwagi, 
usiłując odgadnąć, kto to być może. — Jakaś arystokratka — zgodzili się na 
jedno. Stefcia, znerwowana tym, nie chcąc się zdradzać, że słyszy, siedziała 
cicho i wkrótce znowu zasnęła. Dzień już był, gdy do przedziału wszedł 
konduktor. Przemówił grzecznie do Stefci: — Proszę pani, Rudowa już blisko, 
pozostaje jedna stacja. Stefcia zerwała się i otworzyła oczy. — Rudowa?... Już? 
Dobrze, dziękuję. Zaczęła spiesznie wyjmować z torebki swe przybory tualetowe, a 
widząc, że jest przedmiotem nieustannej uwagi ze strony dwóch pań i młodego 
człowieka, wyszła z przedziału. Gdy w kilka minut potem powróciła już uczesana i 
umyta, wyglądała świeżo, przypominając jakiś biały, smukły kwiat. Młodzieniec 
czym prędzej ściągnął binokle, by się lepiej przyjrzeć, obie panie patrzały na 
nią z podziwem. Świst lokomotywy oznajmił bliskość Rudowy. Stefcia trochę 
drżała. Włożyła żakiet, kapelusz i zaczęła zapinać rękawiczki. Pociąg zwalniał 
biegu, a jej stanął w myśli pierwszy przyjazd z panią Elzonowwską. Wówczas, 
jadąc od kolei, na granicy Słodkowic poznała Waldemara. Jechał amerykanem, sam 
powożąc karą czwórką. Od pierwszego wejrzenia podobał się jej bardzo, głównie z 
niedbałej a wytwornej elegancji, ale już witając się spojrzał na nią oczyma, w 
których dojrzała szyderstwo, i to ją zmroziło. Jego silny, męski uścisk dłoni 
pamięta doskonale. Jednak zanim dojechali do Słodkowic, już czuła do niego 
dziwną niechęć. A teraz?... a teraz?... — Boże! czy tamte czasy istniały? — 
pytała siebie. — Mamo, mamo! jakie śliczne konie na stacji i kareta! — zawołała 
młoda panna, stojąc przy oknie. — Bardzo ładne czyjeś araby, cała czwórka siwych 
— potwierdził jej brat. Stefcia zadrżała. — Czyżby z Głębowicz?... — przemknęło 
jej przez głowę. Przeciągły gwizd, dzwonek, stuk hamulców — i pociąg stanął. 
Stefci serce biło zdwojonym tempem. Do przedziału wpadł tragaż. — Czy są konie 
ze Słodkowic? — Jest, proszę jasnej pani, "karyta" z Głębowicz i sam jaśnie pan 
ordynat. Ze Słodkowic jest tylko panienka baronówna. A ot idzie... pan strzelec. 
Posługacz, najwidoczniej z nadmiaru zadowolenia, sadził się na tytuły. Ustąpił z 
pośpiechem przed olbrzymią postacią strzelca Jura, który wyglądał jak generał na 
paradzie. Olbrzym uśmiechnął się do Stefci, zdjął stosowany kapelusz i skłonił 
się nisko, z uszanowaniem. — Co pani rozkaże zabrać? Stefcia podała mu ręczną 
torbę. Walizkę porwał tragaż. W tej chwili wszedł Waldemar. Przywitali się w 
milczeniu, ale z nie dającym się ukryć wzruszeniem. Stefcia poczerwieniała. On 
pocałował jej rękę gorąco, unosząc czapkę nad głową. Było tyle wyłącznej nuty w 
ich powitaniu, pozornie chłodnym, że odczuły ją nawet obecne panie i pewny 
siebie młodzieniec. Zamienili z sobą bystre spojrzenie: "narzeczeni" — mówili 
sobie oczyma. Olśniły ich konie, kareta, Jur, tytuły, wreszcie pańska postawa 
ordynata. Waldemar zwrócił się do strzelca: — Niech kareta podjeżdża. — Jedziemy 
natychmiast. Pani wydaje mi się zmęczona — rzekł do Stefci. — Jak pan chce — 
odrzekła cicho. Wychodzili z przedziału. Stefcia z uśmiechem skłoniła się 
towarzyszom podróży. Widząc to ordynat uniósł z lekka czapkę. Panie odkłoniły 
się nadzwyczaj uprzejmie, młodzieniec hałaśliwie zaszurgał nogami. Zdziwiła ich 
grzeczność młodej pary, zwłaszcza tak wspaniałej. Wbiegła Lucia. — Ależ 
marudzicie państwo! — zawołała rzucając się na szyję Stefci. — Waldy kazał mi 
tam czekać w sali... nie mogłam wytrzymać. Stefa! kochana! miła! jak dobrze, że 
już jesteś... Ucałowały się serdecznie. Wyszli z wagonu. Na peronie oczekiwał 
Jur i Jan, lokaj ze Słodkowic. — Jechaliśmy z jakąś arystokratką, nie ulega 
wątpliwości — rzekła starsza dama, gdy zostali sami. — To są narzeczeni. Jakiś 
widać bardzo bogaty pan. Ładna para! Stanęli w oknie. Kareta odjechała pierwsza, 
za nią potoczyły się sanie z Janem i rzeczami. Lucia opowiedziała Stefci o 
chorobie pana Macieja i o swej tęsknocie. — Jak się ma obecnie pan Michorowski? 
— spytała Stefcia. Lucia się zaperzyła. — Dlaczego nie mówisz dziadzio, jak 
dawniej? — NO więc dziadzio, czy już zdrowszy?... — O tak, i ciągle panią 
wspomina. — Waldemar odrzekł, patrząc na Stefcię palącym wzrokiem. Jego 
spojrzenie dziwnie miękko ogarniało jej postać. Tylko na krepowy welon spoglądał 
z marsem. Przykro go dotknął jej strój żałobny. Lucia zawołała, jakby odgadując 
jego myśli: — Stefa, po co tobie ta krepa? Ładnie wyglądasz w niej, ale to 
straszne! Po babce nie nosi się welonu. — Ja ją bardzo kochałam. Zresztą 
niedługo będę nosiła. Chciała powiedzieć: "Niedługo będziesz mię już widziała" — 
ale wstrzymała się. Na samo wspomnienie łzy jej napłynęły do oczu. Nie 
wyobrażała sobie chwili rozstania. Waldemar był milczący, Stefcia również. Oboje 
czuli, że coś stanęło pomiędzy nimi, i odgadywali, co. Tylko Lucia rozgadała się 
jak nigdy. W Słodkowcach zaledwie wysiedli z karety i Jacenty uradowany ucałował 
ręce Stefci, ukazał się stary kamerdyner pana Macieja, podszedł wprost do niej i 
nachylając się, szepnął: — Starszy pan prosi panią do siebie. Jest w swoim 
gabinecie. Dziewczyna zbladła, lecz odważnie poszła naprzód, nie rozbierając się 
wcale. Waldemar ją dogonił. Byli sami w małym, stylowym saloniku. Wziął jej ręce 
i przytulił do ust. — Panno Stefanio, czy pani wie wszystko?... — Wiem — odparła 
ze drżeniem. Popatrzał w jej oczy długo, przeciągle. — Poznałem to od razu w 
wagonie. Biedactwo!... Ale niech się pani nie rozdrażnia, bo i dziadzio jest 
niesłychanie wstrząśnięty. Proszę to zrobić... dla niego i być spokojną. 
Odprowadził ją aż do drzwi gabinetu. Pan Maciej siedział w fotelu. Trzy tygodnie 
sprawiły na nim różnicę wielką; zbladł i włosy zbielały mu jeszcze więcej; 
pochylił się, zgarbił, miał wygląd bardzo stary. Stefcia na jego widok nie 
wytrzymała. Łzy zalały jej oczy, pędem podbiegła do staruszka, uklękła przy jego 
kolanach i twarz schowała w dłoniach, chcąc stłumić płacz. Pan Maciej trzęsący 
się otoczył ją ramionami. Po tym wybuchu Stefci zrozumiał, że ona już wie 
wszystko. Coś jakby łkanie jęknęło w jego starej piersi. — Dziecko, ty płaczesz? 
Więc ty wiesz? Od kogo? Skąd?... — Z jej... pamiętnika. Zapanowało milczenie — 
ciężkie, głuche. On znał ten pamiętnik! — Pisałaś... do Luci, że zmarła nagle na 
serce... Czy była przyczyna? — spytał zmienionym głosem. Stefcia zawahała się. — 
Mów, dziecko... mów wszystko... chcę wiedzieć, widzisz — jestem spokojny. 
Stefcia opowiedziała, że babka, bawiąc za granicą, nie miała dokładnych 
wiadomości, gdzie się ona znajduje, i dopiero list ojca, w którym wymienił 
nazwisko Michorowskich... Umilkła, nie chcąc wyjawić, że to właśnie przeraziło 
babkę. Nie chciała wymieniać szczegółów, gdyż występował w nich Waldemar. Ale 
pan Maciej dopowiedział sobie resztę, pochylił głowę i ciężko oddychał, po czym 
mówił z ogromną goryczą: — Więc nie przebaczyła... pamiętała zawsze... samo 
nazwisko przeraziło... bała się o wnuczkę, że jest wśród nas. Stefcia przylgnęła 
ustami do jego ręki. Czuła, że kocha tego starca. — Nie, dziadziu, ona 
przebaczyła wszystko... sama cierpiała, nawet rodzone dzieci nie wiedziały 
nazwiska do końca. — Jednak bała się nas... bała się o ciebie. Dlaczego? Stefcią 
wstrząsnął dreszcz. — Czyżby?... — szepnął pan Maciej. Starzec nagle zrozumiał, 
przed oczami jego stanęła postać Waldemara. Zadrżał. — Tak, to być musiało 
główną przyczyną jej obawy. Prawda! prawda!... sam fakt istnienia młodego 
ordynata Michorowskiego obok jej wnuczki musiał ją przerazić. Starzec 
wyprostował się. W zapadłych oczach palił się ponury ogień ciężkiej zgryzoty. 
Położył rękę na ramieniu Stefci. — Wstań, dziecko, idź do Idalki. A nie zapomnij 
o starym dziadziu, masz do mnie zawsze wstęp. Stefcia ucałowała jego ręce i 
cicho wyszła z gabinetu. Pan Maciej ścisnął głowę rękoma. — Znowu to samo... 
powtórzenie minionych lat, pogrzebane chwile wróciły. To ją zabiło! pamiętnik... 
nieszczęsny... został! moje świadectwo! Stefcia go czytała... Chryste! — jęczał 
chrapliwie. Po długiej minucie nacisnął guzik elektrycznego dzwonka, 
umieszczonego na poręczy fotela. Stary kamerdyner wsunął się bez szelestu. — Co 
robią państwo? — spytał pan Maciej. — Panienki są u pani baronowej na górze, a 
pan ordynat w swoim gabinecie; polecił mi zawiadomić, jak wyjdzie panienka. Czy 
mam prosić? — Nie, nie trzeba! Obiad prędko? — Zaraz podają. — Niech Franciszek 
przeprosi panią baronową, nie będę dziś na obiedzie. — Jaśnie pan nie zażywał 
jeszcze bromu. — Dobrze, dobrze, podaj. Kiedy służący wychodził, pan Maciej 
zatrzymał go jeszcze. — Chcę być sam. Proszę powiedzieć panu ordynatowi, żeby po 
obiedzie... i... po czarnej kawie był łaskaw przyjść. Teraz nie. Franciszek 
wyszedł mocno zgorszony i zdziwiony, że jego pan nie chce widzieć nawet 
ukochanego wnuka. Nie mogło mu się to w głowie pomieścić. Wzruszył ramionami i 
mruknął do siebie: — Tu się jakieś niedobre rzeczy dzieją. VII Działo się 
istotnie źle. Wieczorem tego samego dnia Stefcia z Lucią, siedząc przytulone do 
siebie na małej kanapce w pokoju Stefci, obie płakały. Lucia wyrzekała: — Ach, 
Stefa! nigdy nie myślałam, że mię tak nagle opuścisz. Więc nie kochasz już? Skąd 
ten nagły projekt wyjazdu? Stefcia płakała. Serce jej się krajało na myśl 
opuszczenia Słodkowic. Ale jednocześnie bała się pozostać dłużej. Sam widok 
Waldemara wstrząsnął nią. Rozmowa z panią Idalią zmęczyła Stefcię. Baronowa nie 
chciała słuchać o jej wyjeździe, a widząc stanowczość dziewczyny, postanowiła 
zbadać prawdę. Stefcia jednakże prawdy wyjawić nie mogła i podawała za powód to, 
że rodzice żądają jej powrotu. Pod wpływem córki baronowa stała się 
niewzruszoną. — Stefciu, powiedz, że tylko żartowałaś, powiedz, że zostaniesz z 
nami — błagała Lucia. — Nie, nie mogę ci obiecywać. Nie żartuję. Muszę jechać, 
muszę! — Więc tak ci źle u nas? Stefcia okryła dziewczynkę pocałunkami. — Nie 
mów tak, Luciu, bo mię to rani. Dobrze mi u was, bardzo dobrze i nigdy was nie 
zapomnę, ale muszę wracać do rodziny. Lucia wybuchnęła: — Ależ my cię kochamy 
jak swoją! Stefa, czyż nie jesteś jak w rodzinie? I ja cię kocham, i dziadzio, i 
mama cię często wspominała. Tęskniłam do ciebie jak do siostry. Stefciu, rzuć te 
myśli! Widzisz, zaraz po świętach Bożego Narodzenia wyjeżdżamy na riwierę do 
Nizzy, do Włoch, do Rzymu, do Wenecji, będziemy i w Paryżu, i w Wiedniu, i w 
Szwajcarii. Stefciu, bój się Boga! i ty byś miała z nami nie jechać? Ja tak o 
tym marzyłam. Nie widziałam jeszcze tamtych krajów, a z tobą tak by nam było 
przyjemnie. Stefa! zastanów się! Nie tylko my jedziemy, ale jedzie i dziadzio, i 
Waldy, a już jak on będzie z nami, możemy być pewne świetnej zabawy. Będziemy 
używały, Stefa! Ale... jak nie pojedziesz, to i Waldy zostanie. Stefcia drgnęła. 
— Co ty pleciesz, moja Luciu! — Wcale nie plotę, mówię prawdę. Jak ty 
pojedziesz, pojedzie i Waldy. W przeciwnym razie nie — już ja to wiem. Stefcia 
spojrzała ukradkiem na zapłakaną twarzyczkę LUci; ujrzała na niej smutek i 
zamyślenie. Więc już i to dziecko czegoś się domyśla? Stefcię ogarnęła rozpacz. 
— Muszę uciekać, muszę!... Ale stanęły jej w myśli nieznane kraje, morza, góry, 
wielkie miasta, ceentra cywilizacji, o których tyle marzyła. I ona byłaby wśród 
tych cudów i... z nim! Tyle szczęścia, takie niesłychane spełnienie marzeń, i 
wszystko od niej zależy, od jej postanowienia, od jej woli. Usta Stefci 
uśmiechnęły się, już chciała wypowiedzieć: "zostanę". Lecz nagle jak na jawie 
ujrzała przed sobą Waldemara. Jego spojrzenie oblało ją warem. W uszach słyszała 
słowa Luci: "Jak ty pojedziesz — pojedzie i Waldy". Chwila wahania minęła. 
Stefcia podniosła hardo głowę i rzekła z mocą: — Nie mogę. Muszę wracać! Będę z 
tobą, dziecko, korespondowała. Bądź ze mną szczerą, wszystko mi zwierzaj, co cię 
boli i cieszy. Smutno mi opuszczać twoją młodą duszyczkę, która się tak ładnie 
budzi do życia, ale muszę, Luciu, Muszę! W parę dni potem był wielki obiad 
proszony w Głębowiczach z powodu wyboru Waldemara na prezesa towarzystwa 
rolniczego. Ze Słodkowic pojechał pan Maciej, baronowa i pan Ksawery. Stefcia z 
Lucią zostały. Pod wieczór kazały sobie zaprząc do małych sanek i pojechały na 
spacer. Stefcia powoziła parą siwych kuców. Jechały ostro po wybornej sannie, 
śnieg skrzypiał pod płozacmi, spod kopyt koni wylatywały zbite grudki śniegu, 
rozsypując się na szafirowej haftowanej siatce. Dzień był jasny, mroźNy, pełen 
bieli, błękitów i przestworzy powietrznych. Stefcia zapomniała na chwilę o swych 
zmartwieniach i dała się porwać urokowi ślicznej pogody zimowej, rozmawiając 
dość wesoło. Lucia, zasępiona, rzucała ponure spojrzenia na towarzyszkę. Nagle 
wybuchnęła głośnym płaczem. — Luciu, co ci to? — pytała Stefcia — czego 
płaczesz? — Bo ja nie mogę myśleć, że ty chcesz wyjechać, i tak mi smutno, a tyś 
wesoła — nic ja ciebie nie obchodzę. — Ależ, dziecko, i mnie ciężko... oj! jak 
ciężko! Rozweseliłam się, bo tak ładnie na świecie. Czy myślisz, że mi wesoło 
was porzucać? oj, Lucia! Lucia!... Tyle prawdziwego żalu brzmiało w jej głosie, 
że dziewczynka spojrzała na nią ciekawie. — Więc czemu jedziesz? Stefcia zacięła 
kuce i nic nie odpowiedziała. Lucia pokręciła głową. — Ty coś przede mną 
ukrywasz, Stefa, nie chcesz być szczerą, a ja... ja może lepiej zgaduję, niż 
sądzisz, powody twej ucieczki. I tak mi żal! Ja już wiem, jak tu smutno bez 
ciebie. Żebyś wiedziała, jak tu było ponuro przez te trzy tygodnie twej 
nieobecności! Ach Boże! dziwię się, że nie zwariowałam. — Luciu, przesadzasz! — 
zawołała Stefcia, udając swobodę. Wstrząsnęło nią słowo "ucieczka". — 
Przesadzasz — powtórzyła. — Ani trochę! Nie masz pojęcia, co za smutek! Najpierw 
zaraz po twym odjeździe, może zaledwo wyjechałaś za bramę, zachorował dziadzio. 
Miał jakiś straszny atak nerwowy. Waldy go na rękach przyniósł do sypialni. Mama 
się przestraszyła, dostała spazmów i także zachorowała. Waldy chodził ponury, 
zły, bałam się do niego przemówić. Przez cały czas choroby dziadzia prawie go 
nie odstępował. Odwiedzał i mamę, ale rzadko. Raz przemówili się z mamą dość 
ostro. Słyszałam, jak mama mówiła: "To dzieciństwo, nie warte pamięci", a Waldy, 
widać bardzo oburzony, odrzekł: "Trzeba nie mieć sumienia, żeby tak sądzić jak 
ciocia". Ja wiem, o co się sprzeczali, bo ja wiele rzeczy odgadłam i usłyszałam. 
Wiem, co spowodowało chjorobę dziadzia, ale nic nie mówię, bo i ty przede mną 
milczysz. Potem, kiedy już dziadzio wyzdrowiał, ciągle był smutny. Waldy 
przyjeżdżał rzadko i zawsze zły. Tylko przez telefon dowiadywał się o zdrowie 
dziadzia. Pewnego dnia przyjechał po obiedzie, kiedy wszyscy spali. Zobaczywszy 
sanki, obszukałam cały pałac, nie znajdując go nigdzie. Zastałam go niechcący... 
w twoim pokoju. Siedział na kanapce pod oknem i trzymał w ręku... zgadnij, 
co?... Stefcię przebiegały dreszcze. Opowiadanie dziewczynki obudziło w niej 
wszystkie wrażenia i bóle jej duszy. — NIe wiem — odrzekła. — Twoje korale. — 
Korale?... — Tak, wyjeżdżając spieszyłaś się bardzo i nie schowałaś ich... 
Leżały na konsolce pod lustrem. Waldy siedział z głową opartą na jednej ręce, w 
drugiej trzymał korale i przewijał je sobie przez palce, pieścił się nimi. Był 
tak zamyślony, że ledwo mię spostrzegł. Widziałam, że się rozgniewał na mnie za 
to, że weszłam, ale nie okazał mi tego. Wstał, położył korale na stoliku, 
ucałował mię, a potem rozejrzał się po pokoju i powiedział: "Trzeba ten pokoik 
ubrać kwiatami na przyjazd panny Stefanii." TE kamelie i białe rododendrony, co 
u ciebie stoją, to on kazał przynieść. Tę palmę przy lustrze sam ustawiał. 
Oglądał ciekawie twoje malowidła pastelowe i kredkowe szkice, a ten duży karton, 
który szkicowałaś w Głębowiczach, fragment z parku z widokiem na rzekę, zabrał 
ze sobą. Bardzo mu się podobał. Widzisz, Stefa, i Waldy tęsknił za tobą. Lucia 
umilkła. Stefcia siedziała cicho, wzruszona i przygnębiona zarazem. — Więc on 
się nawet nie ukrywał? Więc on tęsknił za nią, był w jej pokoju, trzymał w ręku 
jej korale, pokój ozdobił kwiatami?... Stefcia musiała użyć całego panowania nad 
sobą, żeby nie zapłakać z radości, z goryczy, z tysiąca uczuć pomieszanych 
razem. Wtem Lucia odezwała się niespodziewanie: — Stefa, powiedz szczerze, który 
przystojniejszy: Waldy czy Prątnicki?... Stefcia zatrzęsła się. — Ach! Luciu, 
nie porównywaj Prątnickiego z panem Waldemarem! — Jednak tamten przystojniejszy! 
Edmund jest piękny jak obrazek, ale powiem ci szczerze, Stefa, że teraz, kiedy 
już o nim zapomniałam, wolę Waldemara. Ten ma urodę bardziej męską i pańską, 
nieprawdaż? Prątnicki przy nim jak ładna lalka. Gdyby Waldy był mi obcym, 
szalałabym za nim. On ma w sobie coś takiego, "je ne sais quoi!" (fr. — nie wiem 
co!). Dziwnie umie porywać. Stefcia bała się spojrzeć na Lucię. Czuła tylko, że 
łuna uderza jej na twarz. Dziewczynka po chwilowym milczeniu rzekła znowu: — 
Waldy ogromnie może się podobać. Są dowody. Kocha się w nim panna Rita i ta 
oślica Barska, której się zdawało, że na jej skinienie on padnie przed nią 
plackiem. Ale się nie udało. Podobno kocha go i hrabina Wizembergowa, i księżna 
Krysta Turyńska, i wiele innych. Są takie, co liczą na jego miliony, ale Waldy 
ma dobre oko, od razu takie pozna. Barska może go i kocha, ale właśnie chciała 
być głównie ordynatową i panią Głębowicz, a Waldy to zwęszył i dał kosza. — Źle 
się wyrażasz, Luciu. Zresztą skąd wiesz? Przecie się tobie nie chwalił. — On 
nie, ale to każdy zrozumiał wówczas w Głębowiczach. Łapała go do obrzydliwości, 
kokietowała, a potem chodziła jak struta. Słyszałam raz, jak Trestka mówił do 
Rity: "W Barską strzelił ordynacki piorun". Aha! do czegóż by się to stosowało 
więcej? Stefcia uśmiechnęła się. — Hrabiego Trestkę poznałabym tylko po jego 
dowcipach. — Lubisz go? — Owszem, bardzo, chociaż mi czasem dokuczał. — I on 
ciebie lubi. Przyjeżdżał odwiedzać dziadzia. Pytał się o ciebie, kiedy wracasz, 
nawet jak na niego bardzo serdecznie. Ale go teraz nie ma w domu. Pojechał do 
Berlina. Mówił, że po zaręczynowy pierścionek. — Doprawdy? — Ale co znowu! Rita 
go nie chce. Może wtedy za niego wyjdzie, jak się Waldy ożeni. A że to prędko 
nie nastąpi... — Dlaczego? — Bo on niełatwo znajdzie sobie żonę, choć każda 
chętnie by nią została. A szczególnie teraz Waldy... Lucia słodkim, cichym 
ruchem przygarnęła się do Stefci i rzekła niespodziewanie: — Stefa, bądź ze mną 
szczera, ja cię tak kocham... bądź szczera. — Czego chcesz, Luciu? — spytała 
Stefcia łagodnie. — Powiedz... ty wiesz, że Waldy się w tobie kocha? — Luciu, na 
Boga! nie mów tego nigdy! daj mi słowo, że podobnych rzeczy nie będziesz mówiła. 
— Nikomu więcej, ale tobie. Zresztą dużo osób o tym wie. Podobasz mu się bardzo 
od dawna i kocha cię. A ty, Stefa?... To niemożliwe, żebyś była obojętna! 
Kochasz go również... prawda?... Stefcia zrozumiała, że jej tajemnica została 
odgadniętą, że Lucia pyta umyślnie, ale że wie wszystko... Co począć? Dusiły ją 
łzy, dusił żal do Luci i do siebie samej. Milczała, wiedząc, że tym potwierdza 
prawdę. Nagle zabrzęczały brązy uprzęży, zaskrzypiał śnieg, zaparskały konie i 
zrównał się z ich saneczkami strojny zaprzęg panny Rity. Stangret wstrzymał 
rozpędzone konie. Stefcia ściągnęła lejce kuców z wielką wewnętrzną radością. 
Pannę Szeliżankę uważała w tej chwili za swą wybawicielkę. — Jak się macie? jak 
się macie? — wołała Rita, wychylona z sanek, podając rękę Stefci i Luci. — Jadę 
właśnie do Słodkowic. Dobrze, że was spotkałam. Naturalnie wracamy razem, bo ja 
mam dość spaceru. — Myślałyśmy, że pani w Głębowiczach. — Miałam tam być z 
ciocią, ale przyjechali Franiowie Podhoreccy i oni mię zastąpią. — Waldy będzie 
zmartwiony — rzekła Lucia. Panna Rita zmarszczyła brwi. — Obejdzie się! — 
odparła z irytacją. Stefcia potrząsnęła lejcami. — Więc wracamy. Pani nas 
wyprzedza, bo nasze kuce nie wygrają wyścigu z jej końmi. — Ja mam inny projekt: 
wy obie siadacie ze mną, a waszego pająka odprowadzi Karol. Lokaj natychmiast 
zeskoczył z kozła. Stefcia usiadła obok panny Rity, Lucia na koźle, zwrócona do 
nich twarzą. Rozmawiały niby wesoło, ale przymus jakiś tamował zwykłą swobodę. 
Panna Rita była kwaśna. Stefcia roztargniona, Lucia smutnie zwiesiła główkę. 
Kiedy na pytanie Rity Stefcia mówiła jej o bytności w Ruczajewie, młoda panna 
nie spuszczała z niej oczu, jakby chcąc wyczytać wszystkie jej myśli. Ale gdy 
LUcia z żalem opowiedziała o projekcie wyjazdu Stefci, panna Rita drgnęła. — Jak 
to, pani jedzie?... ależ dlaczego?... — Rodzice tego żądają i ja sama 
postanowiłam nieodwołalnie. Powiedziała to w ten sposób, że panna Rita i Lucia 
umilkły. Dziewczynce łzy zakręciły się w oczach. W Słodkowcach panna Szeliżanka 
została na noc. Wieczorem obie ze Stefcią grały w bilard. Lucia przy kominku w 
sąsiednim salonie siedziała spłakana. O wyjeździe Stefci nie było już mowy. 
Panna Rita odgadła powód. Od pani Idalii wiedziała, że Stefcia jest wnuczką 
Korwiczówny. — Czy wie pani, dlaczego głównie do Głębowicz nie pojechałam? — 
mówiła Rita — oto dlatego, że będą tam wygłaszane różne pompatyczne mowy na 
cześć ordynata, że będą mu kadzić, a on tego nie lubi i zawsze jest wówczas zły. 
Tym wszystkim panom zdaje się, że mu koronę na głowę włożyli wybierając go na 
prezesa. Postąpili mądrze i sprawiedliwie, ale to nie łaska, to mu się należało. 
Jest najlepiej myślący z nich wszystkich, a stanowiskiem jeden z najwyższych. 
Ten wybór nie był dla niego niespodzianką i dla nikogo. Tymczasem posypią się 
mowy, toasty wielce wzruszające, wielce podniosłe i szumne, a ten, który będzie 
najgłośniej krzyczał, z pewnością po cichu zgrzyta zębami z gniewu, że ordynat 
znowu wypłynął na widownię, a on siedzi w kącie. Ba! nawet gotów wymyślać na 
sprawiedliwość, nazywać ją ślepą, wygadywać na poparcie milionów, tylko sobie 
nie przyzna, że jest filistrem. I ordynat przez prostą światową grzeczność musi 
takiemu panu dziękować za jego tyradę. Całe szczęście, że się z tym prędko 
załatwia: jego mowy, zwłaszcza dziękczynne, są zawsze krótkie i zwięzłe. — Ależ 
prócz podobnych mówców są zapewne i poważni, jak książę Giersztorf, młody hrabia 
Mortęski. Ich mowy muszą być ciekawe i bez pochlebstw. Takie miło usłyszeć, 
zwłaszcza, że pani ordynatowi... sprzyja... Stefcia zacięła się. Panna Rita 
wpiła w nią oczy. — Niech pani się nie żenuje swych słów i mnie. Ja nie tylko 
sprzyjam ordynatowi, ale kocham go, nie umiem patrzeć obojętnie na niego i na 
to, co go otacza. A jeszcze jeden powód, że nie jestem na obiedzie, to 
nieobecność Trestki. Stefcia mierzyła właśnie młotkiem do kuli — stanęła 
zdumiona. — Trestki?... — A tak: niech pani nie sądzi, że mam połowiczność 
uczuć, nie. Trestka niekiedy bywa koniecznym, przywykłam do jego asysty, innej 
nie znoszę. Jak on jest ze mną, zabezpiecza mię już od wszelkiej. Wyjątek robię 
jedynie dla ordynata, lecz... tu zmieniają się role: ordynat nie dba o mnie. — 
Bardzo panią lubi i ceni — rzekła Stefcia z żywością. Zrobiło jej się przykro, 
bo w głosie panny Rity odczuła smutek i żal. Młoda panna wybuchnęła śmiechem. — 
Czy to ma być pociecha dla mnie? Jakaż marna! mętna woda zamiast wina! Lubi mię, 
nie przeczę, ale woli swoje konie, nawet Pandura. A że ceni? zapewne, tym więcej 
że zna moje uczucia. Jest bardzo delikatny i nigdy mi nie da poznać, że wie o 
nich. Powtarzam to, co już kiedyś mówiłam. TEn człowiek wybierze sobie kobietę 
zupełnie swoją, dla niego stworzoną, która mu będzie odpowiadała urodą, typem, 
temperamentem, słowem, wszystkim. Będzie to wyłącznie jego kobieta. Wszystkie 
najpiękniejsze świata całego mogą się o niego ocierać — mówię trywialnie, 
mniejsza o to! — I żadna nie wzbudzi jego uczuć, prócz może chwilowego zapału 
krwi, ale to inna rzecz. On wybierze sobie kobietę, którą zechce nazwać żoną, 
nie wśród głośnych nazwisk i partii, nie wśród tytułów, ale tam... gdzie się 
nikt nie spodziewa, i... ja pierwsza przed tą kobietą gotowam zniżyć głowę. Rita 
umilkła. W ciszy rozlegał się tylko suchy stuk młotków o kule, bo panny grały 
zawzięcie. Nadeszła Lucia. Po jakimś czasie Rita, nachylona nad zielonym suknem, 
rzekła jakby do siebie: — A ja taki typ zanm... jego typ. I jeśli się 
sprawdzi... Nie dokończyła. Zaczęły mówić o czym innym. Lucia popatrzyła uważnie 
na Ritę, potem na Stefcię i wolno, ze zwieszoną główką odeszła znowu do kominka. 
Pan Maciej i pani Idalia nocowali w Głębowiczach. Powrócili na drgi dzień rano. 
Baronowa, rozbawiona, opowiadała z ożywieniem szczegóły obiadu. Pan Ksawery 
przytaczał niektóre mowy, kiwał przy tym łysiną, powtarzając: — Tak, tak, 
ordynat ma zasługi. O! to dzielny pan, hojny, energiczny! Tylko wczoraj nie był 
w dobrym usposobieniu. — A tak, jego humor nawet raził — potwierdziła pani 
Elzonowska. Panna Szeliżanka zagryzła wargi i bokiem nieznacznie spojrzała na 
Stefcię. Pan Ksawery mówił dalej: — W ostatnich czasach ordynatowi trafia się to 
często. Wczoraj odgrywał rolę uprzejmego gospodarza, chociaż z przymusem. Spod 
krzaczastych brwi spojrzał w posępną twarz pana Macieja i dodał: — I pan 
dobrodziej niewesoły. Może jaka zła wieść?... Pan Maciej uśmiechnął się. — 
Zaraziłem się od wnuka — odparł. Obiad przeszedł sennie. Tylko pani Idalia i pan 
Ksawery rozmawiali ciągle o Głębowiczach. Po obiedzie panna Rita odjeżdżała. — 
My już chyba zupełnie pożegnamy się — rzekła do niej Stefcia z bolesnym 
uśmiechem. — A niechże Bóg broni! Przede wszystkim sądzę, że Idalka pani nie 
puści. Zresztą ja tu wpadnę jeszcze i... w razie czego, pani chyba pożegna 
osobiście moją ciocię w Obronnem. — A prawda! księżna była dla mnie zawsze tak 
łaskawą. — Bardzo panią lubi — odrzekła Rita, całując Stefcię serdecznie. VIII 
Przeszedł jeden dzień, smutny i posępny. Stefcia pakowała rzeczy. Ostatnia jej 
rozmowa z panią Elzonowską była bardzo stanowcza. — Niech mi pani wyjawi 
właściwy powód — mówiła baronowa, szczerze zmartwiona. — Ja nie pojmuję tego 
uporu. Czy może z Luci pani jest niezadowoloną? Stefcia żachnęła się. — Luci mi 
bardzo żal. Pokochałam ją. Żal mi opuszczać państwa, ale ja muszę, muszę 
koniecznie. Pani Idalia spojrzała na nią uważnie. — Mamy jechać na Południe. 
Liczyłam na to, że pani Luci nie opuści. — Znajdzie pani inną nauczycielkę. — 
"Comme vous ~etes ridicule!" (fr. — (Jaka pani śmieszna!) Pani nie uważamy za 
nauczycielkę, ale za towarzyszkę Luci, za jej przyjaciółkę. Ona do pani 
niesłychanie przywiązana. Brak jej wszelkiego towarzystwa. Pani jest dla nas 
jedyną. W Luci widzę wielką różnicę, znać dobry wpływ. Jej umysł rozwinął się 
lepiej niż przez te wszystkie lata, dzięki pani inteligencji. Nie! pani nas nie 
powinna opuszczać! Baronowa objęła Stefcię i z miłym uśmiechem pocałowała ją w 
czoło. — Niech się Stenia nie upiera, bo ją tu bardzo lubimy i smutno nam byłoby 
bez niej. Stefcia odczuła jej chwilową serdeczność, chciała się do niej 
przytulić, ale nie miała odwagi. Pani Idalia zawsze ją mroziła. Rzekła więc 
tylko: — Nie zapomnę państwa nigdy, będę z Lucią korespondowała, ale... jechać 
muszę! Pani mi wybaczy, że zrywam przed rokiem, jednak... to już konieczne. Pani 
Elzonowska spochmurniała. — A może pani ma jakie skrupuły ze względu na tę... 
dziwną historię mego ojca i zmarłej babki pani? Niechże się pani tym nie 
przejmuje. To są rzeczy zapomniane, pogrzebane! Śmierć pani Rembowskiej 
podziałała na ojca dosyć żywo, nie przeczę — głównie bytność pani, jej wnuczki, 
w naszym domu. Ale teraz ojciec już jest uspokojony, będzie mu przykro, skoro 
pani odjedzie. Przecie pani nie ma racji uciekać od nas dla jakiejś 
przestarzałej historii. Stefcia uśmiechnęła się gorzko. Ogromna przykrość 
zgłuszyła w niej wszelkie inne uczucie. Pani Idalia spostrzegła ten wyraz na jej 
twarzy, patrzała na nią badawczo. Stefcia spuściła oczy. Mocny rumieniec opływał 
ją z wolna, usta jej drżały. Całą postacią i tym rumieńcem zdawała się mówić: — 
TA przestarzała historia właśnie mię wypędza, ona jest powodem mej obawy, boję 
się, by nie zmartwychwstała. Długi czas siedziały naprzeciw siebie bez słowa. 
Duże piwne oczy pani Idalii, wpatrzone w Stefcię, zwężały się coraz bardziej i 
na twarzy pozostały tylko wąskie, brązowe szpareczki. Jedna brew drgała nerwowo. 
Baronowa białą ręką bawiła się złotym łańcuszkiem od zegarka, głęboko coś 
rozważając. Stefcia wolno i poważnie podniosła na nią oczy, błyszczące wilgocią 
łzawej powłoki. Pani Elzonowska powstała. — Stanowczą odpowiedź dam pani jutro. 
Tak od razu nie mogę... pani pojmuje?... Dziewczyna zrozumiała, że jest 
odgadniętą. Krew jej buchnęła do mózgu. Matka Luci podała jej rękę już chłodniej 
niż przedtem. Stefcia schodziła z wielkich schodów chwiejnym krokiem. W głowie 
jej szumiało. Oparła się ciężko na aksamitnej poręczy. — Trzeba jechać... 
jechać... na zawsze. Boże! Boże! daj mi sił!... Jej postać odbiła się w wielkim 
lustrze wiszącym na zakręcie schodów. Stefcia ujrzała swą twarz zmienioną do 
niepoznania, bladą, z podkrążonymi oczyma i wyrazem bólu w tragicznych 
źrenicach. Wtem dały się słyszeć za nią czyjeś kroki. Obejrzała się. Młodszy 
lokaj zbiegł szybko ze schodów, przeskakując po kilka naraz. Za nim szedł 
Jacenty. — Co się stało? — Pan ordynat przyjechał. Dziewczyna zadrżała. Zrobiła 
ruch jakby do ucieczki, ale nogi jej naciążyły. Na dole szwajcar otwierał już 
drzwi. Była na ostatnich stopniach, kiedy wszedł Waldemar. Twarz mu zajaśniała, 
prędko zdjął czapkę i ściągnął rękawiczkę. Podała mu rękę. On bez słowa 
przycisnął ją do ust, przy tym spojrzał na zmienioną twarz Stefci i brwi zbiegły 
mu się na czole. Ona znikła w przyległych drzwiach. Wpadła do swego pokoju i 
cisnąc w dłoniach rozpalone skronie, zawołała z wybuchem płaczu: — Boże! Boże! 
ratuj mię!... Ogarniała ją gorączka, działo się z nią coś niezwykłego. Na 
kanapce pod oknem, wtulona w kącik, siedziała płacząc i rozmyślając na 
przemiany, rada, że Lucię zatrzymała matka i że mogła być zupełnie samą. 
Obudziło ją pukanie do drzwi. — Kto tam? — Ja, Jacenty. Kamerdyner wszedł. — Pan 
ordynat pragnie się widzieć z panienką. Jest w białym salonie. Stefcia uczuła 
bolesny kurcz w krtani. — Dobrze, idę zaraz. Chwilę siedziała nieruchomo. Potem 
zbliżyła się do okna, przyciskając rozpalone czoło do szyby, otarła oczy i 
podbiegła do drzwi. — Czego on chce ode mnie? Cofnęła się, policzki ją paliły 
jak ogniem. Parę razy przeszła pokój, załamując dłonie. — Boże! Boże! spokoju! 
Otworzyła drzwi i nie oglądając się już, nie zatrzymując, biegła w stronę 
białego salonu. Na progu, w cieniu adamaszkowych zasłon stanęła zdyszana, z 
bijącym sercem. Waldemar zbliżył się do niej, wziął ręce i gorąco je uścisnął. 
Wymowne oczy wpił w jej spuszczone powieki. Rzekł pewnym głosem: — Przejdźmy do 
oranżerii, tu obok. Tam spokojniej. Chcę panią o coś zapytać. Puścił jedną jej 
rękę, drugą delikatnie wsunął sobie pod ramię i z pieszczotą przykrył ją dłonią. 
Stefcia, oniemiała, drżąca, dała się prowadzić bez oporu. Czuła, że traci 
przytomność. Jego bliskość i uściski upajały ją aż do zawrotu głowy. Weszli do 
strojnej oranżerii, przytykającej do salonu. Kwitnące kamelie, rododendrony, 
wspaniałe mirty i cedry rzucały ruchome siatki na terakotowe uliczki. Słońce 
oświetlało szyby okien jaskrawym blaskiem. Waldemar zamknął drzwi salonowe i 
wszedł w boczną uliczkę, obsadzoną kameliami. Szli w milczeniu, po czym on 
przemówił serdecznym, pieściwym tonem, pochylając do niej głowę: — Czy pani 
istotnie chce wyjechać? Czy to zamiar prawdziwy, stanowczy? Stefcia odzyskała 
mowę. — Najzupełniej stanowczy. — Kiedy powzięty? — Powróciłam już z tą myślą. — 
Więc w domu zamiar powstał, w Ruczajewie? Silniej przycisnął jej rękę. — 
Domyślałem się, że wypadki ostatnie źle na panią wpłyną, ale... czy pani 
sądziła, że ja pozwolę na jej wyjazd?... na taki wyjazd?... Stefcia osłupiała. 
Odrzekła drżącym głosem: — Wzbronić mogłaby mi pani Elzonowska, pan... nie. 
Waldemar zwolnił kroku. — Ciotka? Zapewne z innych względów. Ale ja panią 
kocham... i wyjechać stąd może pani tylko... moją narzeczoną. Powiedział to z 
energią, w sposób trochę nerwowy. Stefcia zmartwiała. Płomień gorący ogarnął jej 
mózg. Ukwiecone kamelie zaczęły jej wirować w oczach. Rękę przesunęła po skroni. 
— Jak to... pan... mnie? On pochylił się nad nią. Jego niski głos brzmiał teraz 
miękko, tkliwie. — Kocham cię, jedyna. Czyś ty tego nie wiedziała? Chcę ciebie 
mieć, zostaniesz moją żoną... I ty mię kochasz, dlatego uciekasz... ale tyś 
moja, moja!... Wielkie szczęście bywa czasem tak potężne, że staje się 
cierpieniem. Uczucie Sterfci w tej chwili było niemal bólem. Odurzenie trwało. 
Niespodziewane słowa Waldemara wlały do jej duszy tyle bezmiernej szczęśliwości, 
tyle światła, że dziewczyna straciła władzę nad sobą. Stała ogłuszona, jak 
wykuta z alabastru, tak białą powłoką zastygła jej twarz. Tylko oczy wielkie, 
pysznie ocienione, mieniące się ciemnym fioletem, patrzały w rozognione źrenice 
Waldemara z niemą prośbą, z bolesnym błaganiem, jakby mówiła nimi: — NIe męcz 
mię! Nie wódź na pokuszenie!... Pałający wzrok Waldemara pochłaniał ją, pieścił, 
całował. Ordynat mocno ściskał jej ręce i nachylony szeptał rozpalonymi ustami: 
— Szaleję za tobą!... słyszysz?... musisz być moją i będziesz... Kochasz mię, ja 
wiem!... Stefcia nagłym ruchem wyrwała ręce z jego dłoni. Olbrzymia fala 
szczęścia, szalony wir radości porwał ją huraganem. Ognisty rumieniec oblał 
policzki. Chwyciła się za skronie i łapiąc szybko powietrze w rozchylone wargi, 
wyrzuciła z piersi wielki, potężny krzyk serca, niby hejnał dziękczynny: — Boże! 
Boże! Boże!... Waldemar porwał ją w ramiona, z ogniem w oczach, oszalały, 
wściekły. Lecz w tej samej chwili błyskawicą stanęła w oczach Stefci biała 
postać jej babki w objęciach ułana, w ogrodzie śniażewskim, przed laty. 
Rozpaczliwa siła oderwała ją od piersi Waldemara, zanim zdążyła złożyć na niej 
głowę zwichrzoną szczęściem, bezmiarem radości. Wyrwała mu się, cofnęła 
gwałtownie, przerażona, oślepła z nagłej trwogi. Wysunęła naprzód ramiona, jakby 
się broniąc przed nim. Waldemar, zdumiony, znowu chwycił jej ręce i ścisnął jak 
w kajdanach. — Co tobie? — Ja pana... nie kocham... nie kochałam nigdy... nie! 
nie! — krzyknęła Stefcia głuchym, zmieninym głosem. — Co tobie?... uspokój 
się!... co mówisz?... — Nie kocham pana!... nie chcę!... — To kłamstwo! — 
wybuchnął Waldemar. — Kochasz mnie i będziesz moją! — Nigdy! nigdy!... Drżała 
wzburzona bez granic, piersi jej gwałtownie falowały, oczy ciskały iskry. 
Waldemar był straszny. Gniótł jej ręce powyżej dłoni, aż kurczyły się z bólu. 
Źrenice prawie czarne, pałające jak wulkan wpił w jej oczy i mówił chrapliwie: — 
Musisz! musisz... bo ja tak chcę! Nerwowy, podniecony śmiech wybiegł z ust 
Stefci niby jęk męczeński. Spojrzała mu w oczy jak zraniona i zawołała: — 
Teraz... tak... a potem? W pytaniu jej był cały dramat zmarłej babki. Stefcia 
gwałtownym szarpnięciem wyrwała ręce z rąk ordynata i odskoczyła od niego. 
Zatrzymała się dumna, pewna swego zwycięstwa, ale wstrząśnięta do głębi duszy. 
Szalonym wysiłkiem woli uspokoiła głos i wyraz twarzy. Poważnie, wolno i 
dobitnie rzekła, nie patrząc na Waldemara: — Nie kocham pana i... proszę 
zapomnieć o mnie. Odwróciła się, podążając w stronę drzwi, zmieniona, ze 
zroszonym czołem od męki, jaką sobie zadała, ale z dumnie podniesioną głową. 
Dopiero w białym salonie załamała ręce strasznym ruchem rozpaczy i pędem 
pobiegła do siebie. Przed łóżkiem runęła na kolana. Przeraźliwy płacz buchnął z 
jej piersi. — Skończone! skończone — jęknęła wśród łkań. Waldemar pozostał jak 
wbity w ziemię. Jej okrzyk wypowiedział mu wszystko. Miała na myśli babkę i 
Macieja. Ostatnim słowom Stefci nie uwierzył. Przeciwnie, sposób w jaki były 
wypowiedziane, utwierdził go w pewności, że ona go kocha. Ale patrzał na nią 
osłupiały z podziwu, gdy odchodziła. W oczach błysnął mu tryumf. — Dzielna i 
dumna! — szepnął z uznaniem. Stał, patrząc na rozhuśtane gałęzie kamelii, 
poruszone przez Stefcię, i z wolna twarz jego uspokoiła się, wzburzenie minęło. 
Łagodny wyraz okolił jego wydatne usta, w oczach zadrgała tkliwość. — Kocham ją 
nad wszystko... zostanie moją... Przeszedł się parę razy po uliczce, mając pełne 
oczy, pełną duszę obrazu Stefci. — A gdyby?... Przyszła mu na myśl rodzina. 
Odmówią mu stanowczo. Co wówczas?... Dziki ogień błysnął mu w oczach. Brwi 
ściągnął groźnie. — Zobaczymy! — syknął z wściekłością. IX Po straszliwym 
wybuchu płaczu Stefcia z klęczek osunęła się na podłogę i skulona wlepiła oczy w 
jasny, drgający promień, co jak rakieta wypadł z okna i szerokim pasem przerżnął 
pokój, rozświetlając delikatne pyły. Oczy Stefci pomimo łzawej mętni gorzały. 
Buchała z nich szalona miłością dusza, obudzony a palący żar młodej natury. Na 
ustach jej zakrzepły ból zmalał; rozchylał je teraz dziki krzyk wewnętrznej 
nawałnicy. Wrzała w niej męka i krew rozkipiała, bijąca ogniem na twarz. Dłonie 
łamały się w żywiołowej walce. Wszystkie siły duchowe Stefcia wezwała na pomic. 
Za słabe były, nie mogły zwyciężyć. Miłość jej tragiczna, głęboka a poważna 
przez swą ciszę, gwałtownie, jak pożar od iskry piorunu, targnęła jej sercem, 
porywając w bezkresny wir zmysły i duszę. Pożoga olbrzymich uczuć zatrzęsła 
istotą Stefci, waląc w mózg niezmierną potęgą, płomieniem, niosąc z rozpędem 
huraganu gorące zarzewia do jej żył. Krótka chwila uścisku Waldemara pozostała w 
nerwach. Stefcia czuła się opasaną żelaznymi okowami jego namiętnych ramion, 
czuła rozpalony oddech jego ust obok swej skroni przez jeden błysk oka. Skąd 
przyszła ta siła, ta moc nieludzka, co ją wyrwała z tytanicznej władzy 
ukochanego? To rozpacz, to wizja przeszłości. Stefcia wyjęczała rozdzierającą 
serce skargę: — Kocham go do szaleństwa, bez pamięci! Jego być chcę, jego 
niewolnicą! Wpychała chusteczkę w usta, by nie skowyczeć z bólu, z pragnień 
słodkich, niosących ją w zawrotną przepaść tęsknoty. — Kocham go! Waldy! Waldy! 
mój panie! Dygotała leżąc na ziemi, ale obuch groźnej prawdy uderzył w jej umysł 
brutalnie i otrzeźwił. Z rękoma przy skroniach dźwignęła się, uklękła. OParta na 
krawędzi łóżka, odczuwała, jak wielka konieczność miażdży w niej wybuch szału, 
jak lodem ścina gotującą się krew i wolno, boleśnie, niby gradem ostrych kamyków 
pada jej na mózg. — NIe mogę, nie wolno mi!... muszę stąd jechać!... — Muszę! — 
krzyknęła, powstając. Ale zachwiała się i padła na łóżko, twarz zanurzyła w 
poduszce. — A on? On kocha... on szaleje! A on?! Uciec, ucie!... on zapomni!... 
wszystko runie!... Wiedziała, że nie, znając już potęgę jego miłości, nosiła ją 
w sobie, dopełniała własną. Ale uciekać trzeba, zejść z oczu tych ludzi, zatrzeć 
ślad po sobie, uciec przed ukochanym, byle go więcej nie widzieć, byle nie czuć 
go blisko siebie. On ją chce mieć za żonę, ofiarował jej nazwisko z zupełną 
świadomością swych pragnień i uczuć, ale ona przyjąć go nie może. Stefcia 
rozumiała, że piękny gmach szczęścia z Waldemarem nie dla niej, że powinna go 
odsunąć dobrowolnie, choćby duszę swą miała rozszarpać na strzępy. Bała się 
ponownej rozmowy z nim, jego oczu, głosu, słów, dotknięcia ręki. Samo 
wspomnienie jego zmysłowych ust parzyło ją. Zamykała oczy, by odpędzić rozkoszną 
wizję jego drapieżnych źrenic. Stefcia miała wrażenie, że gdyby on zatrzymał ją 
w swych ramionach, byłaby już jego... że gdyby jego usta dotknęły jej ust, 
omdlałaby ze słodkiej, upajającej niemocy... I ten błękitny sen własnoręcznie 
rozproszy — wszystko się skończy bezpowrotnie, zatarasowane barbarzyńskim murem 
niemożebności. Potworne macki nieszczęścia wypełzały do Stefci groźne i 
nieubłagane, zabijając w niej życie. Sfera ordynata jak hydra złośliwa wciągnęła 
ją w siebie i piła jej krew ssawkami czaru aż do zatracenia. Uratuje się, wyrwie 
z tej przemocy, lecz poraniona, prawie martwa, ociekła potem gorzkiej niedoli, w 
zupełnej nędzy duchowej, z zanikiem wszelkich sił do życia. Drewnem zostanie, 
materią bez ducha i zmysłów; hydra zniweczyła w niej najistotniejsze atomy bytu, 
wchłaniając samoistne popędy i młodą moc natury. Wyznanie Waldemara było 
ostatnią macką hydry, wypijającą krew z serca. Odejdzie stąd włóknem, moralną 
ofiarą, w tragiczną otchłań tęsknot, w grzęzawiska rozpaczy. Byle od tych 
blasków, byle od uroków, które zabijają! W świat! w świat czarny, okropny... 
Rzucić tę Ikarię świetlistą, bo się stała piekłem, bo rozbrzmiewa szatańskim 
chichotem ironii. Zamknąć oczy i gnać na przepadłe bez oglądania się, bez myśli, 
bez westchnień. — Czy potrafię?... Dziewczyna wiła się jak na torturach, ale 
szare oczy Waldemara patrzały na nią przejmująco, usta piekły żarem, budząc 
dreszcz namiętny, głos jego, nabrzmiały miłością, chrapliwe rzucał słowa: — 
Szaleję za tobą!... Słyszysz?... Musisz być moją i będziesz. Kochasz mnie, ja 
wiem. Och, wiedział! wiedział wszystko i nie puści jej: straszny jest; orzeł! 
lew! gromy miał w oczach, sztylety na ustach, gdy mówił ostatnie słowa: — 
Musisz, musisz, bo ja tak chcę! To potęga, cyklon rwący, wszechmocny. — Jego 
być, do niego należeć! Boże, zabij mię za te pragnienia! — skarżyła się Stefcia. 
Chwilami słabła. Wówczas ciche pasemka nadziei wsuwały się w jej dramat, słodko 
szemrząc. Jakby we śnie, doznawała złudzenia nad wyraz błogiego, że on jest obok 
niej, że kładzie dłoń na jej skroni i przemawia łagodnie. Ona opiera głowę na 
jego piersiach z ufnością, z nieziemskim uczuciem szczęścia; uczuwa na ustach 
pocałunek; palące dotknięcie jego pożądliwych warg niby słodka trucizna odurza 
ją... W upojeniu bez granic mdleje, pada w promienisty krąg niewysłowionej 
błogości. Czy to już śmierć?... Stefcia drży, nie śmie podnieść głowy, otworzyć 
oczu, trwa w niepamięci, owiana wonią zaczarowanych kwiatów marzeń. Ciche 
pukanie do drzwi. Świat! świat ją woła. — Nie otworzę! — myśli Stefcia — nikt 
nie ma prawa deptać złotych rojeń o nim, nikt! Cicha nuta w jej duszy wpada 
znowu w szloch. Dziewczyna spazmatycznie łka. Rozkłębia się na nowo piekielny 
gad nędzy i przesuwa przed Stefcią ohydne cielsko. Przyciszony muzyką anielskich 
harf odżył nikczemny, jak upiór straszny. Zdruzgotał marzenia. Płacz, płacz... 
popiół w duszy... pogorzel nadziei... klęska! Pukanie do drzwi powtarza się. 
Rzeczywistość czuwa i nadchodzi, by wyrwać ofiarę. Zasłona cudnych widoków 
zapada ze złowrogim szelestem. Ginie czar. Stefcia nie otwiera drzwi. — Boże! 
Boże! daj siły, daj wytrwanie! — szepnęła gniotąc konwulsyjnie czoło w dłoniach. 
I zapadła w odrętwienie, z załamanymi rękoma skamieniała. Łzy się w niej 
zapiekły cierpieniem, przenikliwy mróz ścinał krew w jej arteriach, pokrywał 
szronem zapalne wyskoki krwi, dusił ją chłodną, bezwzględną prawdą. Jakby 
muśnięte powiewem śmierci, stężały w niej uczucia, zlodowaciał mózg. Stefcia 
była głazem. Oczy Waldemara, uporczywe, silne wolą, niemiłosierne w wyrazie, 
stały wciąż przed nią, jak zapora odgradzająca zmącone przestrzenie i ponure 
groby, dokąd bezwiednie szła jej dusza. Postać Waldemara olbrzymiała w jej 
podnieconej wyobraźni, głos jego grzmiał niby wzburzone wody oceanu. Ramiona 
potężne, ramiona mogące skruszyć wulkan otwierały się do niej, aby ją unieść z 
ziemi, do wyżyn rozsłonecznionych, do apoteozy boskiej szczęśliwości. Stefcia 
majaczyła z jego ideałem w całej swej istocie. Po paru godzinach stukanie do 
drzwi ponowiło się i cichy, łzawy głos szeptał błagalnie. Gdy wpółprzytomna 
Stefcia otworzyła, Lucia wpadła, z głośnym spazmem rzucając się w jej objęcia. X 
Co się stało w pałacu, nikt nie wiedział, ale nawet służba czuła, że coś jest. 
Wieczerzy nikt nie jadł. Pan Maciej po krótkiej rozmowie z ordynatem zamknął się 
w gabinecie. Ordynat przyjął wprawdzie rządcę Klecza, ale narada niedługo 
trwała. Rządca, wychodząc, spytał szeptem strzelca Jura: — Co się stało 
ordynatowi? Zapytany szeroko rozłożył ręce. — Ja tu jestem głupi, ale coś się 
stało, i to wszystkim. Cicho, z tajemniczą miną zaczął opowiadać, że ze starszym 
panem jeszcze gorzej, że pani baronowa podobno biega wciąż po swoim buduarze — 
tak mówiła Anetka, panna służąca — a baronówna ledwo się dostała do pokoju panny 
Stefanii i teraz obie płaczą, ale że drzwi zamknięte, więc Anetka nie może 
wiedzieć, czego. Klecz poruszył głową. — Tu się coś święci. I odszedł 
rozmyślając. Zastanawiał go fakt, że od pierwszego wyjazdu panny Rudeckiej w 
pałac jakby uderzył grom. Na drgi dzień Stefcia wyznaczyła swój wyjazd: miał 
nastąpić wieczorem. Nikt się temu nie sprzeciwiał, ale Lucia zapuchła od płaczu, 
nie wychodząc z pokoju przyjaciółki. Stefcia napisała krótki serdeczny list do 
panny Rity, żegnając ją i prosząc o pożegnanie w jej imieniu księżnej. Sama 
obiegła park, ogród, zaszła nawet do borku. Przed obrazkiem Bogarodzicy, który 
jeszcze w maju zawiesiła na potężnym grabie, modliła się teraz długo, klęcząc w 
śniegu. Chciała go zabrać z sobą, lecz zaniechała tej myśli. — NIech on tu 
zostanie jako pamiątka po mnie. Wieczerzy, jak poprzedniego dnia, nikt nie 
tknął. Wszyscy byli przygnębieni. Nawet pan Ksawery nie miał apetytu. Waldemar 
odsuwał półmiski ruchem stanowczym, wypił tylko parę kieliszków burgunda. Zimny, 
spokojny, na Stefcię nawet nie patrzał. Ona siedziała jak martwa. Wodząc oczyma 
po sali żegnała portrety, freski i rzeźby ścian. Dreszcz przebiegał jej członki, 
dreszcz chłodny, wstrząsający. Była blada, tylko oczy gorzały jakimś ogniem 
tragicznym, palącym się w duszy, tylko usta rozpalone piekły ją żarem. W piersi 
czuła prędkie, suche uderzenie serca, szum w głowie ogłuszał ją. — Jadę, jadę na 
zawsze! — powtarzała sobie w myśli z dzikim uporem. — Straszne to, okrutne!... I 
przedstawiły się jej oczom szeregi dni w Słodkowcach spędzone, pierwsze chwile 
dość przykre, wesołe lato i jesień pełna czaru. — Głębowicze! Głębowicze! — 
huczało jej w myśli. Nie ujrzę ich już nigdy!... Wystawa, polowania, bal 
kostiumowy, wszystkie drogie wspomnienia stawały teraz przed nią jakby na 
urągowisko. I znowu zobaczyła szeregi dni, które tu płynąć będą po jej 
odjeździe. Te same osoby siądą jutro do stołu, tylko już bez niej. Nic się nie 
zmieni. Waldemar będzie tu bywał, jak zwykle. Na wiosnę zakwitną bzy, narcyzy i 
mnóstwo irysów na trawnikach. W borku zaśpiewa słowik. Nad jeziorem zakwilą 
mewy, krzyk wesołej kukułki rozlegnie się echem po parku. Ale już ona tego nie 
usłyszy, chyba tam, w Ruczajewie. I nagle rodzinna wieś wydała się Stefci czymś 
ogromnie oddalonym, za szarą mgłą, gdzieś w nieskończoności. Słodkowce i 
Głębowicze, przeciwnie, były dla niej złotą smugą, gasnącą na zawsze. W sercu 
dziewczyny obudził się żal: dlaczego odmówiła Waldemarowi? On ją kocha! Więc 
sama dobrowolnie zniszczyła swe szczęście? Dlaczego?... Z powodu minionej, 
przebrzmiałej historii babki?... Rozum w samą porę zniewolił rzut jej serca. — 
Co to jest rozsądek, co to jest zimny rozum — zastanowiła się. — Czy to 
skrzydlaty duch, unoszący się nad nami? Nie widząc go odczuwamy jego tchnienie i 
kierującą dłoń. W rozbujałej wyobraźni swej ujrzała Stefcia rozum w postaci 
staruszka z siwą brodą, trzymającego tablicę z prawami dla ludzi. I kiedy piękny 
bożek czaru, bożek upojeń i pokus wabi urokiem swych uśmiechów, staruszek_rozum 
przed oczyma ludzi przesuwa tablicę obowiązków i plan właściwej drogi, patrząc 
łagodnie, lecz stanowczo. I zwycięża, tłumi nawet porywy serca. Staruszek ten ma 
siłę magnesu, trudno mu się oprzeć — on nieczęsto zachwyca, on magnetyzuje i 
pociąga odruchowo. Jest bardzo szanowny, ale idąc za nim zrzuca się jasną, 
wygodną szatę, wkładając tę, którą on przeznaczy, i każdy obejrzy się za siebie 
mówiąc: "Jak tam pięknie!" Stefcia zadrżała. — I ja się obejrzę, i ja tak 
powiem! Łkanie porwało ją nagle. Chcąc je ukryć, zaczęła kaszleć, ale łzy 
zaszkliły się w jej oczach. Waldemar błyskawicznie spojrzał na nią, twarz mu się 
skurczyła jakąś walką. Pierwszy dał znak powstania. Pani Idalia tym razem nie 
skrzywiła się na ten brak etykiety. Pożegnanie trwało niedługo. Waldemar naglił 
do wyjazdu. Baronowa czule ucałowała Stefcię. — Pisuj, Steniu, do Luci jak 
najczęściej. Ty ją prawdziwie osierocasz. Do widezenia! Mam dla ciebie wiele 
serca, wierz mi. Stefcia z wybuchem żalu rzuciła się do rąk pana Macieja, gdy 
starzec siwą, skołataną głowę pochylił nad włosami dziewczyny. Waldemar odwrócił 
oczy. Wzruszenie zatamowało mu oddech. Z ironią patrzał na czułości pani Idalii, 
lecz pożegnanie Stefci z dziadkiem dziwnie go przejęło. — Powrócisz tu moją albo 
ja zginę — powtarzał sobie w duchu. Lucia z rozdzierającym krzykiem padła w 
ramiona Stefci. Obie płakały gorzko, tylko Stefcia cicho. Lucia rozpaczliwie. 
Pan Ksawery ocierał chustką nos i chrząkał rozczulony. — Smutno nam będzie bez 
pani — rzekł całując Stefcię w rękę. — Stefa!... jedyna, złota! — wołała, 
szlochając, Lucia. Waldemar przerwał wybuch dziewczynki dosyć szorstko, 
oznajmił, że wielki czas jechać. Stefcia uczuła dotkliwą przykrość. — Po co on 
mię tak wygania?... W bocznym przejściowym saloniku oczekiwał rządca Klecz. 
Pożegnał Stefcię z wielkim uszanowaniem. Waldemar bardzo życzliwie spojrzał na 
niego. W obszernej sieni pałacowej czekała niespodzianka, która wzruszyła 
Waldemara, nawet panią Idalię. Stał tam szereg lokajów, młodszych pokojowców, z 
Jacentym i Franciszkiem na czele, ochmistrzyni pałacowa, panna służąca Anetka, 
pokojówki i kucharz w swym białym rynsztunku. Wszyscy na wyścigi rzucili się 
żegnać Stefcię, całowali ją po rękach. Stary Jacenty mruczał coś, co u niego 
oznaczało żal i wzruszenie. Stefcia wobec służby wstrzymywała łzy, żegnała 
wszystkich uprzejmie, tylko usta jej drżały. Waldemar włożył na nią futerko. Gdy 
przypinała do włosów czapeczkę, ze zdziwieniem zobaczyła, że i Waldemar nakłada 
futrzany płaszcz. Ogarnął ją niepokój. — Po co się ubierasz? — spytała pani 
Idalia ordynata. — Odprowadzam panią na kolej — odrzekł sucho. Wszyscy zrobili 
wielkie oczy. Pani Idalia zacięła usta, pan Maciej cofnął się za próg. Stefcia z 
żywością rzekła do Waldemara po francusku: — Proszę pana nie robić tego. Dojadę 
sama bezpiecznie. Sprawi mi pan wielką przykrość! Było w niej tyle szczerości, 
taka wyraźna prośba widniała w jej oczach, że pan Maciej i pani Elzonowska aż 
się zdziwili. Ale Waldemar najspokojniej, lecz stanowczo podał jej ramię. — 
Proszę panią prędzej, bo się spóźnimy. — Niech pan zostanie!... błagam pana!... 
ja... nie chcę, aby pan jechał! — Niechże pani nie robi sceny, służba patrzy — 
rzekł podrażniony. Stefcia rzuciła dokoła rozpaczliwym wzrokiem. Jechać z nim 
razem wydało jej się strasznym. Pan Maciej dostrzegł jej niepokój. Wyciągnął do 
niej rękę. — Nie upieraj się, Steniu... owszem, niech cię Waldy odprowadzi, 
będzie bezpieczniej. Staruszek w razach koniecznych umiał być dyplomatą. Jeszcze 
trochę przykrych pożegnań, spazmatycznego płaczu Luci — i Waldemar wyprowadził 
Stefcię na ganek. Tam żegnał ją stangret Benedykt i stajenni. Stary ogrodnik z 
żalem kiwał głową, ocierając siwe wąsy. Wszyscy jej żałowali, każdy po swojemu. 
Przed filarami ganku stała kareta i czwórka z Głębowicz. Brunon zdziwiony 
patrzał na uroczysty wyjazd. Jur wynurzał się z liberyjnych futer i jak zawsze 
pompatycznie, ale miał tajemniczą minę. Waldemar umieścił Stefcię w karecie, 
bardzo uprzejmie podał rękę Kleczowi i sam siadając zawołał do stangreta: — 
Ruszaj żywo! Jur zamknął drzwiczki i prędko wygramolił się na kozioł. Kareta 
cicho pomknęła po białej, wyślizganej drodze, janczary dzwoniły raźnie, znacząc 
sobą ślad odjeżdżającej Stefci. Ona w kącie karety siedziała cicho, tamując 
oddech w piersi. Minęli bramę, zawrócili na bok i Stefcia ujrzała pałac, biały, 
wyniosły, błyszczący w księżycu blaszanym dachem i rzędem oświetlonych okien. 
Ostatni raz! Łzy spłynęły z jej oczu. Nie uważając już na obecność Waldemara, 
załkała żałośnie. Waldemar delikatnie wziął jej rękę, bez słowa, tulił ją w 
swych dłoniach i wolno zdejmował rękawiczkę. Stefcia szarpnęła się, ale nie 
wyrwała ręki. Zatrzymał ją mocno. — Spokojnie... spokojnie... proszę — przemówił 
miękkim głosem. — Dlaczego pan ze mną jedzie?... dlaczego zrobił mi pan taką 
przykrość! po co to? — wybuchnęła Stefcia z żalem. — Nie mówmy już o tym, droga 
moja. Czyż ja mogłem cię puścić bez rozmówienia się inaczej jak tam w oranżerii? 
Chcę przekonać ciebie, najdroższa. Stefcia poruszyła się. Jego serdeczny, 
łagodny głos, jego słowa i sposób mówienia działały na nią zabójczo. Zrozumiała, 
że on zaczyna mieć władzę nad nią. Dłoń jej pieścił, całował; to ją 
onieśmieliło, ale chciała się jeszcze bronić. Szepnęła błagalnie: — Niech mię 
pan zostawi w spokoju. Ja wyjadę i wszystko się skończy. Tak być powinno. Niech 
mi pan zrobi tę łaskę. — Stefciu, mówmy poważnie, a nade wszystko spokojnie. Ja 
wiem, o co głównie idzie. Ty zawsze masz na myśli zmarłą babkę i jej dramat. Nie 
przeczę, to może nasuwać bardzo bolesne porównania. Ale nie masz jeszcze do nich 
prawa, gdyż dramat miniony w naszych rodzinach nie może się powtórzyć. Ja cię 
kocham od dawna i głęboko. Nie jest to chwilowy szał ani kaprys — znam swe 
uczucia. Nie mam lat dwudziestu, żeby się unosić chwilą. Poważnie analizowałem 
siebie i doszedłem do wniosku, że kocham cię uczuciem prawdziwym i bardzo 
potężnym. Kochałem się wiele razy, lecz to co innego! tamto właśnie były 
chwilowe szały, zrodzone z lekkich romansów, jakie każdy z nas liczy na tuziny. 
Ale nie spotkałem kobiety, której typ nosiłem w sobie, ani jedna nie weszła mi 
do duszy. W uprawianych przeze mnie flirtach głównym czynnikiem były zawsze 
zmysły. Ty pierwsza wzbudziłaś we mnie uczucia inne. Ciebie nie tylko pragnę, 
ale cię kocham niezmiernie. Z początku miałem złe myśli. Zachwyciłaś mnie od 
pierwszej chwili spotkania, bo w samej powierzchowności odnalazłem mój typ, i 
chciałem cię mieć, ale — inaczej. Chciałem cię rozkochać, chciałem, abyś mi się 
oddała sama. Byłem niegodziwy, rozbałamucony życiem. Widziałem, że mi się nie 
udaje, i jakiś czas mściłem się na tobie, nawet arogancko. Chwilami 
nienawidziłem cię, doprowadzałaś mię do wściekłości. Widzisz! widzisz, 
jedyna!... Wziął drugą jej rękę i gorąco przycisnął obie do ust. Stefcia 
siedziała jakby śniąc. On mówił dalej cichym, przepojonym namiętnością głosem: — 
I uśpiłaś we mnie lamparta, zacząłem patrzeć na ciebie inaczej. Ogarniało mię 
zdumienie, widząc twą nieprzystępność i taką szlachetną dumę. Szanowałem cię, 
czciłem. A przy tym byłaś zawsze taka śliczna, taka wdzięczna w każdym ruchu, 
tyle odnajdywałem w tobie ponęt, umiałaś mię porwać nieświadomie, a tak uroczo. 
I pokochałem cię nad wszystko, zdobyłem! nareszcie jesteś moją, bo i ty mię 
kochasz. Nie broń się, nie zapieraj! wiem wszystko... Walczyłaś! ale to się 
zwalczyć nie da, to silniejsze, zwycięża zawsze! Podziwiałem twój hart, z jakim 
rzuciłaś mi wczoraj zaprzeczenie swych uczuć, ale tym bardziej wiem, że mię 
kochasz. I ja miałem poprzestać na twej wczorajszej odpowiedzi? Więc zdobyłem 
cię po to, by pożegnać?... po jednym słowie, które podyktowała ci duma, obawa, 
gorycz, wywołana obrazem przeszłości? Gdybym ci był zupełnie obojętnym, jeszcze 
szedłbym do celu z nadzieją, że cię zdobędę. Ale wiedząc, że posiadam twą 
wzajemność, ja miałbym ustąpić?... Nie znasz mię, jedyna. Będziesz moją żoną, bo 
mam pragnienie szczęścia, bo tobie chcę je ofiarować. Stefcia słuchała z 
upojeniem, z nie znaną dotąd rozkoszą. On ją kochał i mówił to nie w jakimś 
szale, ale spokojnie, poważnie. Patrzał na nią tak przejmująco. Czuła ten wzrok, 
przepalał jej krew, niweczył wolę. Ordynat przyciągnął ją do siebie i pochylony 
szeptał nagląco: — Jedyna moja, złota, najdroższa, nie zaprzeczaj, nie wypieraj 
się... kochasz mię... powiedz, chcę, byś mi to powiedziała!... Stefcia słabła. 
Nazbyt silnie kochała, by móc się oprzeć. Świadomość jej uczuć, niski, 
nabrzmiały miłością głos odurzył ją. Przymknęła powieki oczarowana, uniesiona 
szczęściem w jakieś nieznane krainy. Otaczała ją przestrzeń jasna, ze złotych 
gwiazd utkana, pełna woni i cichej a świetnej muzyki. Nie umiała się obronić 
nawet wtedy, gdy on energicznym ramieniem otaczał ją delikatnie, pieszcząco. 
Przygarnął ją do siebie i cicho złożył jej głowę na swej piersi. Stefcia trwała 
w odrętwieniu. Waldemar odsunął jej czapeczkę z czoła i zanurzył usta w jej 
włosach. — Szczęście moje! ptaszyno moja! — mówił w uniesieniu — powiedz, że 
kochasz. Nagłym ruchem przytuliła się do niego, szczęśliwa, niemal nieprzytomna 
z rozkoszy. — Kocham!... tak... kocham! — wyszeptała z głębi udręczonej duszy. — 
Moja ty! moja!... Cisnął ją do siebie, jej usta, oczy, włosy okrywał 
bezpamiętnymi pocałunkami. Długa, rozkoszna chwila czaru, nieziemskiego upojenia 
zawisła nad nimi. Wszystko, co świat posiada najpiękniejszego, mieści się w 
takich momentach. Taka uroczystość duchowa, w połączeniu z namiętnością, 
przewyższa wszelkie uroczystości ziemskie. Takie chwile stworzone być muszą 
przez aniołów: są zbyt czarowne. Waldemar pieścił Stefcię, tulił, szeptał 
najczulsze, kochające słowa. Miał ją nareszcie, tę upragnioną, jedyną. — 
Będziesz moją żoną... moją na wieki — powtarzał. Stefcia drgnęła i rzekła 
bezmiarnie smutnym głosem: — Kocham pana nad życie... ale... żoną nie będę 
nigdy. — Dlaczego, jedyna. Co mówisz? — Bo to niemożliwe! pan jesteś magnatem... 
to... to nie dla mnie! — Ależ, na Boga, nie rozmyślaj o podobnych rzeczach, 
droga moja! Kochamy się — to dosyć,. to decyduje o wszystkim. Jesteś moją i nie 
pozwolę cię wyrwać sobie nikomu. Sfera nie wzbroni nam szczęścia, bo nie 
wyrzeknę się ciebie, jedyna. Mój dziadek mówił kiedyś to samo swej narzeczonej, 
ale on był w innych warunkach, bo o dziesięć lat ode mnie młodszy, więc mniej 
odporny na wpływy rodziny. A może był słabszy? Proszę cię, ukochana, zaniechaj 
podobnych myśli, ufaj mi, ja cię nie zawiodę. Będziesz bardzo szczęśLiwą, tylko 
wierz w szczęście. Stefcia wysunęła się z jego objęć. — Ja pańską żoną? Czy to 
możliwe? W tyle szczęścia nie wierzę! Waldemar tulił ją do siebie z promiennym 
uśmiechem. — Zobaczysz, jedyna! zobaczysz! wszystko, co nam stanie na 
przeszkodzie, zgniotę, zdepczę, a ciebie mieć muszę! — Ale ja nie chcę być 
zakałą w waszej rodzinie. Pana by zagryźli, zadręczyli. Ja nie chcę tego dla 
pana, bo go kocham. Ja i tak za długo byłam wśród was. Kochając pana od dawna, 
czemuż od razu nie uciekłam? Żyłam jak we śnie, bez zastanowienia, a teraz 
już... nie zapomnę! Zaczęła znowu płakać. — Uspokój się, dziecko! — mówił 
Waldemar tuląc ją do piersi. — Stefciu złota moja, nie powinnaś tak mówić, skoro 
kochasz. Zostaniesz moją żoną, którą wszyscy muszą szanować, będziesz ordynatową 
Michorowską i na tym stanowisku przy mnie nic ci nie grozi. Jestem pewny, że 
przeciwko tobie, jako mojej żonie, nikt głośno szemrać nie będzie śmiał, a ciche 
mruczenia nas nie obchodzą. Ptaszyno najdroższa, prędzej zginę, niż cię porzucę! 
Wierz mi. Przycisnął usta do jej ust. Jego wąsy muskały ją w policzek, gorący 
żar oddechu odurzył Stefcię aż do utraty zmysłów. — Powtarzam ci, droga moja: 
twój Waldy nie zawiedzie, tylko mu zaufaj zupełnie. Przyjdzie czas... pojadę do 
Ruczajewa i zabiorę cię. Wówczas podasz mi sama rękę na całe wspólne istnienie. 
Pragnę twego szczęścia i zwalczę przeciwności, gdyż inaczej mielibyśmy oboje 
zwichnięte życie. Moja ty mimozo! Od dziś jesteśmy narzeczeni i proszę, bądź 
spokojna. Wjechali w obręb dworca. Przeraźliwy gwizd parowozu wyrwał ich z 
upojenia. Kareta stanęła, pociąg już był na stacji. Ruch, gwar, zamieszanie. 
Ordynat umieścił Stefcię w osobnym przedziale i wysłał telegram do Ruczajewa. 
Jur zajął się rzeczami. Pozostało jeszcze kilka minut do odejścia pociągu. 
Stefcia drżała febrycznie. Waldemar ściskał jej ręce. — Do widzenia, ukochanie 
moje! Spodziewaj się mnie w Ruczajewie i ufaj! Zrobię wszystko dla naszego 
szczęścia. Jesteś dla mnie jedyną! Rozległ się trzeci dzwonek. Stefcia krzyknęła 
głucho. Waldemar porwał ją w ramiona i gorąco ucałował jej spłakane oczy. Brwi 
miał ściągnięte i wielkie poruszenie w twarzy. Usta mu drżały. — Do widzenia, 
najmilsza, do widzenia! Stefcia wyrwała mu się z objęć. Do przedziału weszła 
jakaś starsza i dystyngowana kobieta. Waldemar obrzucił bystrym spojrzeniem 
sympatyczną twarz przybyłej. Znał ją z widzenia, była to obywatelka z okolic 
Obronnego. Skłonił się z wytworną grzecznością. — Opiece szanownej pani polecam 
moją narzeczoną. Jestem ordynat Michorowski. Zdziwiła się mocno, ale natychmiast 
z uśmiechem podała mu rękę, mówiąc swe nazwisko. — Niech pan będzie spokojny. 
Jedziemy z panią w jedną drogę, zaopiekuję się nią aż do mej stacji. Waldemar 
podziękował, uścisnął rękę Stefci i wybiegł z wagonu. Pociąg ruszył. Ordynat, 
idąc przy oknie, gdzie stała Stefcia, uniósł z głowy futrzaną czapkę i posyłał 
pieszczące słowa za bladą twarzyczką dziewczyny, niknącą na tle szyby w natłoku 
wagonów. Pociąg wypadł poza stację, na księżycowej, błękitnej przestrzeni toczył 
się szybko, hurkotał, opasany zbitym wałem dymu. Waldemar doszedł do pompy 
stacyjnej, staną i patrzał na oddalającą się masę, łowił uchem silniejszy, to 
słabszy turkot kół, z dziwnie rzewnym uczuciem. — Przyjadę po ciebie niedługo, 
mój ty ptaku złoty! — rzekł prawie głośno. Stał dotąd, aż ciemna plamka pociągu 
wsiąkła w błękitnawą sadź księżyca, po czuym zawrócił. — A teraz do walki! — 
zawołał. W sali bufetowej zatrzymał go ukłonem zawiadowca stacji. — Bardzo 
przepraszam pana ordynata, że wcześniej nie złożyłem mego uszanowania. Czy to 
odjechała panna Rudecka? Waldemar podał mu rękę. — Tak, panie, moja narzeczona 
pojechała do rodziców. — A_a_a_!... Urzędnik tak się zdziwił, że nie zdobył się 
już na żadne więcej słowo, zapomniał nawet o obowiązującym powinszowaniu. 
Waldemar nie dał mu na to czasu, pożegnał go natychmiast. Strzelec Jur, 
przechodząc obok, usłyszał zdumiewającą wieść i również osłupiał. — Podawać 
karetę! — rzekł do niego Waldemar. — Czy do Słodkowic, jaśnie panie? — spytał 
Jur stojąc przy drzwiczkach. — Do Głębowicz. Pojechali. Waldemar zdjął czapkę i 
rozpiął futro. Nozdrzami wchłaniał delikatny zapach perfum Stefci, pozostałych w 
karecie. XI W Obronnem księżna Podhorecka siedziała w swym gabinecie zamyślona. 
Otoczenie odpowiadało wyniosłej i poważnej postaci właścicielki. Pokój, obity 
ciemnym adamaszkiem, pełen mrocznych tonów, przypominał komnaty matron polskich 
w staroświeckich zamczyskach. Długi mahoniowy fortepian, przykryty makatą, 
ciężkie meble, stare koronki w oknach i kilka wypłowiałych portretów dopełniało 
całości. Przy oknie stał olbrzymi, rozrośnięty fikus, niżej parę potężnych 
kaktusów. Gdański zegar tykał poważnie. Na wprost klęcznika wisiał duży portret 
młodej przystojnej kobiety w białej sukni i klejnotach. Na kolanach trzymała 
dwuletniego chłopczyka w aksamitnym ubraniu z koronkami. Była to córka księżnej, 
ElŻbieta Januszowa Michorowska, ordynatowa głębowicka, z synem Waldemarem. 
Dziecko miało długie loki i twarzyczkę nie tyle piękną, ile już wyrazistą. Po 
bokach portretu wisiały dwa inne. Jeden przedstawiał zmarłego ordynata Janusza, 
drugi obecnego, Waldemara. Janusz przypominał typ Michorowskich z rysów, oczy 
miał matki, Francuzki, duże, czarne, palące, podobne do oczu pani Idalii, ale 
większe i milsze w wyrazie; twarz piękną i bardzo łagodną. Waldemar, 
sportretowany w czasie, kiedy obejmował ordynację, miał w szarych oczach 
figlarne błyski. Zagięcie brwi i pewien rys w twarzy wskazywał niezłomną 
energię. Księżna siedziała na staroświeckiej sofie przy okrągłym stole, 
zarzuconym mnóstwem drobiazgów przygotowanych na Gwiazdkę dla biednych dzieci. 
Leżało tam pełno gotowych ubrań, sukmanek, czapeczek wełnianych dla niemowląt, 
kraśnych spódniczek, chustek i paciorków. Były tam trzewiki i małe włóczkowe 
trepki obok różnych zabawek i łakoci. Księżna, w czarnej surowej sukni, 
przebierała białymi rękoma wśród nagromadzonych przedmiotów, dzieląc je na 
osobne gromadki. Jej dama do towarzystwa, niemłoda kobieta, pani Dobrzyńska, 
kręciła się ciągle, znosząc coraz nowe rzeczy na przepełniony stół. Księżna 
przerywając zamyślenie, spoglądała na widny portret Waldemara z chmurą na bladej 
twarzy. Od pewnego czasu wnuk ją niepokoił, zauważyła w nim wielką zmianę. 
Ostatni raz na proszonym obiedzie w Głębowiczach księżna przestraszyła się. — Co 
mu jest? co go dręczy? — pytała samej siebie. Dziwili ją wszyscy: i pan Maciej, 
i Rita, zwykle wesoła, rezolutna, teraz wiecznie zamyślona i bez humoru. Księżna 
parę razy spostrzegła, że płakała. — Co się dzieje? — myślała staruszka. Zajęta 
robotą, oczekiwała powrotu Rity, która natychmiast po otrzymaniu listu od Stefci 
pojechała do Słodkowic. Nagły wyjazd Stefci zastanowił księżnę, a głównie wyraz 
twarzy Rity, kiedy list przeczytała. Zbladła i zaciskając usta szepnęła do 
siebie: — Jaki ona ma hart, ta dziewczyna! Księżna nie dowiedziała się, co to 
miało znaczyć, ale od tej chwili w jej niespokojnych myślach błądziła Stefcia 
dziwnie natarczywie. Księżna chciała zagłuszyć w sobie wszelkie niedobre 
podejrzenia, zajmowały ją przygotowania na Gwiazdkę. — Moja Dobrzysiu, nie 
powiedziałaś mi, czy dwoje dzieci tej wyrobnicy — wiesz? zostały przyjęte do 
ochronki w Głębowiczach? Pani Dobrzyńska skinęła głową. — Tak, ordynat polecił 
je przyjąć. A jakże! dostały, jak wszystkie, pościel i łóżeczka. — Ale pamiętaj, 
że ubranka nasze to my dajemy. Wymogłam ten wyjątek na ordynacie. — Są nowe na 
święta. Tymczasem noszą dawne, jeszcze dobre. Pan ordynat dzielnie się ochronką 
opiekuje. Bardzo dobre są te kobiety, które przeznaczył do dozoru, i pani 
ochroniarka zacna osoba. Ochronka i szkoła pełna, ale przytułek dla starców stoi 
pustkami. — Dlaczego to? — Bo z włóczęgów nikt nie chce porzucać swego 
rzemiosła. Mówią, że wolą żebrać, niż mieć stałe mieszkanie, dobrą strawę i 
jakie takie zajęcie. Każdy przyjdzie, zje, prześpi się i dalej znowu w świat. 
Mówiłam panu ordynatowi, że to chybiony cel, po co im dogadzać, kiedy oni wolą 
żebrać. Ale pan ordynat jest za dobry. — Cóż odpowiedział? — Powiedział mi tylko 
tak: "Moja pani Dobrzysiu, albo się jest żebrakiem, albo się nim nie jest. Ci 
widać mają zamiłowanie do sportu. Trudno im bronić: mogliby się pochorować na 
nostalgię za włóczęgą. Niech już lepiej tylko jedzą i śpią zamiast się wywracać 
po rowach." Uśmiech mignął na ustach księżnej. Pani Dobrzyńska mówiła dalej: — 
Jest tam kilka zgrzybiałych staruszek i starców, z rodzin robotników fabrycznych 
i strażaków. Ci sobie drą pierze albo drzmią pod piecem. Pan ordynat nazywa ten 
oddział "pałacem inwalidów". Księżna znowu spojrzała na portret Waldemara. — 
Kochany, dobry chłopiec! — szepnęła z uczuciem. — Ale czy księżna pani uważa, że 
ordynatowi coś jest? Chyba nie chory, a jednakowoż nieswój. Ordynat już powinien 
żenić się, szkoda marnować takie piękne lata. Księżna nic nie odpowiedziała, 
tylko westchnęła cicho. Ale gadulska pani Dobrzyńska ciągnęła dalej prędkim 
głosem: — Już to widać, że ordynatowi niełatwo się kto podoba, i nasza panna 
Margeryta jakoś mu nie do gustu. A szkoda! Dobra panienka i dzielna. A z 
hrabianką Barską już się skończyło, proszę księżnej pani? Bo to wszyscy mówili, 
że ordynat się z nią ożeni. — Nie, moja Dobrzysiu, nic z tego nie będzie. Masz 
słuszność, mój wnuk niełatwo znajdzie żonę. — Szkoda! szkoda! Do pokoju weszła 
panna Rita w kapeluszu i futrzanym kołnierzu, zarumieniona z mrozu, z dziwnym 
wyrazem twarzy. Przywitała się z księżną w milczeniu. Pani Dobrzyńska 
natychmiast wyszła. Księżna podniosła oczy na swą wychowankę. — Cóż tam w 
Słodkowcach? Rita usiadła na krześle, gwałtownie zdejmując rękawiczki. — Stefcia 
Rudecka wyjechała onegdaj. — To wiem, ale dlaczego, co się stało? — Och! dowie 
się ciocia bardzo prędko... Ona postąpiła taktownie, lecz nie zakończyła 
kwestii. — Pozwól, moja droga, ale nie rozumiem, o czym ty mówisz. — To się 
wyjaśni, może dziś jeszcze. Wczoraj ordynat był w Słodkowcach, dziś będzie tu. — 
Waldemar? Skąd wiesz? — Mówiła mi Idalka. Tragiczne, długie spojrzenie rzuciła 
na portret Waldemara i rzekła gorąco: — On zwycięży do końca! Po czym wybiegła z 
pokoju. Księżna patrzyła na nią przez chwilę. — Co jej się stało?... — 
Dobrzysiu! — zawołała głośno. Dama do towarzystwa weszła pospiesznie. — Proszę 
cię, idź do Rity i wybadaj, czy nie chora. Wydaje mi się dziwnie rozdrażnioną. 
Zanieś jej starego wina. Jeśli zechce, niech przyjdzie do mnie. Bardzo prędko 
potem panna Rita zjawiła się znowu. — Dziękuję cioci za troskliwość. Dobrzysia 
mię winem częstowała, lecz właściwie nic mi nie jest. — Ale mówisz zagadkowo. 
Nic nie pojmuję, to jedno widzę, że wyjazd Stefci spowodował w Słodkowcach jakiś 
niepokój. Lecz jaki? dlaczego?... — Ach, ciociu! trudno mi o tym mówić. — 
Dlaczego wymieniłaś Waldemara? Powiedziałaś: "On zwycięży". — Zobaczy ciocia... 
zobaczy! Zastukano do drzwi. Wszedł służący i wręczył Ricie telegram z Wiednia 
od Trestki. Panna Szeliżanka przeczytała i z niezwykłą irytacją cisnęła papier 
na stół. — Cóż tam znowu? — pytała księżna, biorąc telegram. Trestka pisał: 
"Wracam wkrótce. Nostalgia mię pożera. Do Rzymu nie pojadę, licząc, że w lecie 
pojedziemy tam razem. Obecnie Wiedenki mię nie bawią. Zamiast cudnych profilów 
Węgierek wolę męczeńską palmę w Obronnem. Nieodzowny Edward" Księżna zaśmiała 
się i rzekła wesoło: — Oryginalny telegram i zabawny człowiek. Wierny jak 
Troilus. Już chyba teraz uszczęśliwić go zechcesz. Rita bystro spojrzała na 
księżnę. — Dlaczego teraz?... — No, nie wiem. Skoro ci tak zapowiada Rzym, 
widocznie ma nadzieję... — Ach, ta nadzieja! "c.est son cheval de bataille" (fr. 
— to jego konik), ale... długo poczeka. Chociaż... ciocia dobrze mówi. Teraz 
może prędzej zdobędę się na uszczęśliwienie go niż w zwykłych warunkach. — Znowu 
cię nie rozumiem. Co do Trestki to zawsze ci mówię, partia niezła: człowiek 
bardzo dobry, trochę dziwak, ale to nie szkodzi. Przy tym ładny majątek, 
rezydencja zupełnie możliwa, a nade wszystko — on kocha cię. — Ciociu, nie mówmy 
o tym! ciociu, proszę! przynajmniej nie teraz! — wołała panna Rita, biegając po 
pokoju silnie wzburzona. Księżna wzruszyła ramionami. — Dziwną dziś jesteś, 
Ryciu. Znowu pukanie do drzwi. Wszedł lokaj, oznajmiając krótko: — Pan ordynat. 
Rita stanęła jak słup wyprostowana. Waldemar wszedł prędko, swobodnie powitał 
babkę i pannę Ritę, nie spostrzegając jej martwoty. Ona cheilę stała nieruchomo 
i wyszła z pokoju. Wówczas Waldemar usiadł blisko księżnej na fotelu i z 
pieszczotą wziął jej rękę. Miał w oczach wyraz serdeczny, trochę filuterny. — 
Dobrze, że cię widzę, mój chłopcze — rzekła księżna, uśmiechając się do niego. — 
W ostatnich czasach nieczęsto bywałeś u mnie, zapomniałeś o starej babce. — 
Niechże Bóg broni! Ale babcia rada, żem przyjechał? Więc kocha mię... czy 
tak?... — Czyżby mogło być inaczej? Mam cię jednego tylko, i wnuka, i syna 
razem, bo Franio... ach, Boże!... Staruszka machnęła ręką zniechęconym gestem. — 
GDyby Franio był choć trochę do ciebie podobny!... — Ależ, babciu, ja wzorem być 
nie chcę dla nikogo. — Jednak możesz nim być. Waldemar uśmiechnął się pod wąsem. 
— Będę kiedyś dla mego syna. — Otóż to! Szkoda, że nie myślisz o założeniu 
rodziny — to twój obowiązek. Jesteś ostatni z linii głębowickiej, powinieneś, 
Waldy, o tym pamiętać, ale... ty zawsze tylko żartujesz. Waldemar spoważniał. 
Spojrzał prosto w oczy księżnej. — Nie, babciu, ja teraz nie żartuję. Mam 
stanowczy zamiar wziąć sobie żonę, założyć rodzinę, nie obowiązkową, nie dla 
tradycji, lecz z powodu własnych pragnień. Księżna rozumne ciemne oczy utkwiła w 
źrenicach wnuka z wyrazem niedowierzającym. Jego głos zastanowił ją. — Ty się 
chcesz żenić, Waldy? Powiedziała to z tak bezgranicznym zdumieniem, że Waldemar 
zaśmiał się ubawiony. — Ach, babciu! zawsze i przed chwilą nawet wymawiałaś mi, 
że o tym nie myślę, a teraz ta wiadomość tak cię zdziwiła, że niemal przerażoną 
jesteś. — Więc... to prawda?... — Ależ tak, droga babciu, teraz nie żartuję! 
Przyjechałem umyślnie, aby ci to powiedzieć i prosić o błogosławieństwo. — O... 
błogosławieństwo? Już? Nic nie słyszałam, abyś się o kogo starał, Waldy. Skąd 
tak nagle?... — O, babciu! ta, którą chcę mieć za żonę, jest mi od dawna drogą. 
Znasz ją i lubisz. Ale sądziłem, że odgadniesz sama, ja się nie ukrywałem. — Kto 
to, Waldy... kto? Czyżby Melania Barska? — pytała księżna niespokojnie. — Ach! 
cóż znowu? BArska była i jest mi najzupełniej obojętną. — Więc któż inny?... 
Waldemar utwił w twarzy księżnej wzrok przejmujący i wyrzekł miękkim głosem, ale 
dobitnie: — Stefcia Rudecka. Księżna szeroko otwarte źrenice zwróciła na wnuka. 
— Ktoo?! — Stefcia Rudecka — powtórzył. — Waldy! ty żartujesz? — Nie, babciu, 
mówię prawdę, to moje postanowienie już nieodwołalne. Księżna podniosła ręce do 
czoła. — Jezus Maria! — jęknęła całą piersią. WAldemar zacisnął zęby, brwi 
zbiegły mu się w ciasny łuk. Rzekł zmienionym głosem: — Co babcię tak przeraża? 
Co to za tragizm niezrozumiały? Doprawdy, gdybym umierał, mniejsza byłaby 
rozpacz. — Waldemarze, opamiętaj się, nie rań mi serca! Już widzę, że mówisz 
prawdę, ale to okrutne! Ty tego nie zrobisz nigdy! nigdy! Ordynat dumnie 
podniósł głowę, usta mu drżały. — Dlaczego? Księżna, blada jak zjawa, chwyciła 
go za ramię, oczy płonęły gorączkowo, głos wydobywał się z krtani chrapliwy. — 
Zaklinam cię, Waldemarze, nie czyń tego! Zastanów się, wspomnij na swój ród, na 
swe nazwisko. Nie wolno ci deptać bezkarnie starego rodu twych przodków — nie 
wolno ci! Waldemar znieruchomiał, stłumił gniew i zaczął mówić ze straszliwym 
spokojem: — Dobrze, ale ja prócz nazwiska, rodu, herbu i całej tej oprawy mam 
jeszcze serce i duszę, a te znów posiadają trochę pragnień osobistych, nie 
rodowych. Dla siebie chcę czegoś, jedynie dla siebie. Nigdy dla swych ram nie 
chciałem poświęcać uczuć. Moją żoną może zostać tylko ukochana kobieta. Szukałem 
długo i znalazłem ją w Stefci. — Ależ pamiętaj, pamiętaj, że twoja babka była z 
domu księżniczką de Bourbon, spokrewnioną z dworami królów, że twoja matka 
Podhorecka, córka jednego z najznakomitszych rodów książęcych w kraju! Ordynat 
poruszył się niecierpliwie. — A moją żoną będzie Rudecka, z dobrej szlacheckiej 
rodziny polskiej, nic więcej — i będę z nią bardzo szczęśliwy, w to wierzę. — 
Więc ją aż tak kochasz?... — Kocham sercem, duszą, krwią — wszystkim, czym 
mężczyzna może kochać kobietę. — A ona czy wie o tym? — Wie ode mnie, ja jej to 
powiedziałem. — Czy mówiłeś o zamiarach?... — Tak, wyznałem jej wszystko. Rysy 
księżnej skrzywiły się przykrym śmiechem. — I naturalnie zgodziła się 
uszczęśliwić cię, nie wątpię! — Przeciwnie, odmówiła mi. Księżna spojrzała na 
Waldemara ze zdumieniem i wzruszając ramionami, rzekła oschle: — Nie rozumiem! 
czy się bawisz miom kosztem? — Ani trochę! Mówię poważnie. Nie chce zostać moją 
żoną dla przyczyn wymienionych przez babcię, ale kocha mię, kochała od dawna — i 
to był główny powód jej wyjazdu. Jest szlachetna i dumna, pragnęła poświęcić 
własne uczucia, lecz ja nie pozwolę, aby miała być nieszczęśliwą. Zresztą i o 
moje szczęście idzie. Księżna siedziała jak martwa. Ręce splotła rozpaczliwie. — 
A przecież mówisz, że ci odmówiła? Jednak zdobyła się na tyle taktu — dodała 
jakby do siebie. — Ale to był tylko jej takt. Powtarzam, ona mię również kocha. 
Uczynię wszystko, aby przemóc jej upór. Pojadę do Ruczajewa do państwa Rudeckich 
prosić o rękę ich córki. — Boże! Boże! Boże! — jęczała księżna. Waldemar 
zniecierpliwił się. — Babciu, proszę nie rozpaczać, bo zbrodni nie popełniam. 
Sądzę, że moje szczęście powinno trochę inaczej usposabiać tych, co mię kochają, 
a widzę, że jest przeciwnie. — Nie o takim szczęściu dla ciebie marzyłam! Nie 
widziałam dość stosownej partii w kraju, a ty... a ty... na moje stare lata cóż 
mi dajesz?... Boże miłosierny! Księżna rozpłakała się, zakryła powieki rękoma i 
zagłębiona w fotelu, trzęsła się, łkając z przejmującym żalem. Ordynat wstał, 
przeszedł się po pokoju, panując nad sobą. Płacz babki rwał mu serce, lecz ani 
na chwilę nie zachwiał postanowionej walki. Zaciskał zęby, a w duszy przemawiał 
do Stefci, przywoływał ją najczulszymi słowami: — Malutka moja, dla ciebie 
zniosę wszystko, będziesz moją i oni cię przyjmą! POdszedł do księżnej i 
pochylony, ogarniając ramionami jej skurczoną postać, ucałował serdecznie 
rozpaloną skroń staruszki. — Babciu! jeśli mię kochasz, uspokój się, z mego 
szczęścia nie czyń dramatu. Wiem, chciałaś dla mnie jak najlepiej, ale każdy 
nosi w sobie świadomość własnych pragnień... ja dążę do swych najdroższych. 
Proszę cię, babciu, nie płacz. To mię rani i obraża Stefcię. Księżna, łkając, 
załamała ręce. — O Waldy! Waldy! Waldemar przyklęknął u jej kolan, 
pieszczotliwie całował jej dłonie, mówił dobrym głosem: — Zawsze jestem ten sam, 
twój Waldy, i zawsze nim pozostanę. Kocham cię i cenię, ale właśnie dlatego 
pragnę, abyś mię zrozumiała, abyś nie tak tragicznie zapatrywała się na moją 
miłość i małżeństwo. Ty, babciu, różniłaś się pojęciami od naszej arysrokracji, 
miałaś tyle dobrych zasad. Nie spostrzegłem w tobie przesądów fanatyzmu i 
ceniłem cię bardzo wysoko. A zresztą... czyż Stefcia zasługuje na taką niechęć z 
twej strony, czy jej nie znasz? Ona taka wdzięczna, wytworna, a przy tym taka 
szlachetna — sama to zauważyłaś. Księżna spojrzała na wnuka surowo. — Może być 
najpiękniejsza, najszlachetniejsza, ale jest nie dla ciebie. — Czy tylko 
dlatego, że nazywa się Rudecka?... — Choćby dlatego. — Ależ babciu, mogę ci 
pokazać herbarz, gdzie nazwisko Rudeckich umieszczono bardzo wyraźnie. Jest to 
rodzina stara, ozdobiona dobrym herbem szlacheckim. Nie jest to ród gorszy od 
Żninów, Szeligów ani Ćwileckich, razem z ich nabytym tytułem. — Wśród tych, 
których wyliczasz, nie szukałam dla ciebie żony. Ordynat wstał. — Więc miałem 
się żenić z panującą księżniczką czy z królewną z tysiąca i jednej nocy? Księżna 
błysnęła oczyma. — Chciłam dla ciebie księżniczki Lignickiej — odmówiłeś. 
Chciłam hrabianki Prawdzicówny — znakomity ród i po Lignickiej pierwsza partia w 
kraju — także nie. Już pomijam księżniczki zagraniczne i panny ze sfer 
dworskich, gdzie miałeś wielkie szanse. W ostateczności zgodziłam się na Barską, 
która ma świetną parantelę, i ta nie! Machnęła ręką zniechęcona. — Moja babciu! 
czy Michorowski ma się koniecznie oglądać na parantelę?... Czy ten szczegół ma 
być nieodzownym w wyborze żony?... My już mamy dosyć świetnych nazwisk. Na 
partie oglądali się moi dziadowie i pradziadowie, niechże mi będzie nareszcie 
dozwolone pominąć ten szanowny tradycyjny punkt i zostać szczęśliwym. Dotychczas 
nasze kroniki rodzinne mówią wiele o szumnych partiach, ale o szczęściu milczą 
zagadkowo. Ja chcę rozświetlić ten jedyny cień na ich szpaltach. — Przesadzasz, 
Waldemarze! Twoi przodkowie żenili się stosownie i bywali szczęśliwi. Ordynat 
wzruszył ramionami. — Wiem, że pradziad Andrzej ożeniony z hrabianką Esterhazy, 
spokrewnioną z Habsburgami, chciał się z nią rozwodzić mimo jej bogactw i 
piękności. Wiem, że dziadek Maciej ze swą francuską księżniczką byli razem parą 
najnieszczęśliwszych ludzi i że mój ojciec z księżniczką Podhorecką również do 
szczęśliwych się nie zaliczali. — Twoi rodzice kochali się, ale byli różnych 
pojęć — to ich dzieliło. — Zawsze jednak jakieś "ale" stanęło na drodze. 
Zresztą, o ile wiem, mama, wychodząc za mąż, kogo innego nosiła w sercu. — Ach! 
to dzieciństwo! — Dzieciństwo? Łatwo to powiedzieć! ale ono niesłychanie 
przeszkadza, są dowody na mamie i na dziadku Macieju. W jego młodości takie 
dzieciństwo zatruło późniejsze życie. Zaczął chodzić po pokoju. Księżna wodziła 
za nim przestraszonymi oczyma i nagle spytała: — Czy to prawda, że ta... Stefcia 
jest wnuczką tamtej... historycznej Korwiczówny?... — Tak, jest jej rodzoną 
wnuczką. — I ty może dlatego?... dla powetowania?... Waldemar stanął. — Cóż 
znowu! Kochałem Stefcię nie wiedząc jeszcze o niczym i nie dam jej sobie wydrzeć 
tak, jak tamtą wydarto dziadkowi. — Więc ty sądzisz, że tobie pozwolą na taki 
mezalians? na ożenienie się z tą Rudecką?... tobie... ordynatowi na 
Głębowiczach? Michorowskiemu? Waldemar rzucił dumnie głową. — A kto mi zabroni? 
— zapytał wyzywająco. — Rodzina! sfera! tradycja! ja! — wołała gwałtownie 
księżna. — Za pozwoleniem! Ja jestem pełnoletni, więc rodzina nie ma prawa 
zabronić mi tego. Sfera? kpię sobie z niej! Tradycja mię nie wzrusza, a ty, 
babciu? ty się nie będziesz upierać. Jesteś na to zbyt rozumna. — Mylisz się. Ja 
nie pozwolę nigdy! — Pozwolisz, babciu, choćby pod groźbą mego nieposłuszeństwa. 
Moją żoną zostanie tylko Stefcia Rudecka. Na to się zgodzi i rodzina, i sfera, 
bo tradycja nic tu nie przeszkadza. — I to ty mówisz, Waldy?... ty?!... — Ja, 
Michorowski, ordynat głębowicki i twój wnuk. — I ty, pierwszy magnat w kraju, za 
którym szalały córki najznakomitszych domów, ty zrobisz takie odstępstwo?... — 
Ja, babciu! Szalały za mną kobiety, jak sama mówisz, teraz ja szaleję za jedną. 
Księżna wyciągnęła ręce przed siebie. — Ależ szalej za nią, ile chcesz, 
szalejcie oboje, tylko się nie żeń! Waldemar rzucił na babkę pełne zdumienia 
spojrzenie. — Teraz na mnie kolej zapytać: I to ty mówisz, babciu, ty?... — 
Waldemarze, nie doprowadzaj mię do ostatecznej rozpaczy. Ja nie chcę jej dla 
ciebie, nie chcę! nie chcę! Gwałtownie powstała z kanapki, blada i drżąca. 
Waldemar łagodnie wziął jej rękę. — Babciu, błagam, uspokój się! POmyśl o tym 
poważnie, a ja jestem pewny, że wszystko inaczej odczujesz. — Nigdy! nigdy!... 
Ordynat zacisnął zęby, krew rozszalała się w jego żyłach. Ale potężną wolą 
stłumił wybuch, tylko po twarzy latały mu ognie. — Babciu, zgodzisz się, bo ja 
nie ustąpię za nic! Znasz mię, niełatwo daję się zginać. Nawet twoja ręka nie 
może mieć wpływu tam, gdzie jest miłość i silna wola. Nie chciałbym z tobą walki 
i dlatego proszę: uspokój się. Po namyśle zrozumiesz, że upierać się nie ma 
zasady. Sama pokochasz Stefcię i pobłogosławisz nam. Księżna wyrwała mu rękę. — 
Nie licz na to nigdy. Już chociaż to ode mnie zależy! Ja wam nie pobłogosławię! 
Waldemar, blady, straszny, przeciągnął ręką po czole, na którym wystąpiła lekka 
rosa potu. W oczach już nie miał ogni, ale zimny, przerażający chłód. Rzekł z 
okropną siłą w głosie, jakby wydawał wyrok śmierci: — Więc ja... wbrew twej 
groźbie zaślibię Stefcię. Księżna patrzała na wnuka przerażona, załamała ręce i 
prędko wyszła z pokoju. — On mię i do tego zmusi!... On i do tego zmusi. Boże! 
Boże! — szeptała sinymi wargami. Waldemar po jej wyjściu ścisnął rękoma głowę i 
ciężko usiadł na fotelu. To, czego się najwięcej obawiał, nastąpiło. On 
wiedział, że bez błogosławieństwa i bez pozwolenia babki Stefcia nie zostanie 
jego żoną. Pierwszy raz ten człowiek silny, jakby z granitu, uczuł się 
zułamanym. Jakaś głucha rozpacz zatargała jego duszą. Bunt, gniew, oburzenie 
rozrywało mu piersi. Przed oczyma stanęła mu postać Stefci. Jej ciemne fiołkowe 
oczy spojrzały na niego błagalnie, pełne miłości i słodkich ponęt. Jej różowe 
usta szeptały gorące słowa, długie rzęsy kładły się na ślicznej twarzy z jakąś 
rozkoszną pieszczotą. Obraz ten czarował go, upajał. — Dziecko moje, szczęście 
moje!... zwalczę wszystko dla ciebie... bądź spokojna! — przemawiał do wizji. 
Gorycz, żal, ból niezmierny miotały nim na samą myśl, że ją odtrącają — tę jego 
złotą dziewczynę. Cierpiał, lecz nie uzległ. Ból go nie zmiażdżył, przeciwnie — 
podniecał do walki. Czuł napływ do krwi nowych, niezmożonych sił... czuł, że 
mur, który przed nim wznoszą, rozerwie własną piersią, zetrze w miał. Czuł, że 
przeskoczy tę przepaść, która się przed nim otworzyła. Posiadał siłę, lot sokoli 
i szpony orła. Będzie nimi prół owe masy przeciwne, rozdzierał mgłę niechęci, aż 
dotrze do jasnej przestrzeni swych pradnień. Tam wprowadzi Stefcię, pogrążoną w 
trwożnej niepewności. On trzyma w swej dłoni jej los, szczęście — i nie 
zawiedzie jej. — Musi tak być! Musi tak być! W strasznej wichurze zbuntowanych 
uczuć szarpał nerwy, rozpalał krew żądzą zwycięstwa. Otrzeźwił go szelest sukni 
kobiecej. Podniósł głowę: przed nim stała panna Rita ze łzami w oczach, bo 
uderzył ją jak piorun widok jego złamanej postaci. On zmarszczył się, powstał 
zły. Rita dotknęła ręką jego ramienia. — Niech się pan nie gniewa, że weszłam... 
musiałam, wiem o rozmowie pana z ciocią... proszę nie tracić nadziei. Spojrzał 
na nią zdumiony i wzruszył ramionami. — Ja tracę nadzieję? Kto to pani 
powiedział? Skoro walkę rozpoczynam, nie ustąpię. Ricie głos się załamał. — Ja 
wiem, źle się wyraziłam, chciałam powiedzieć: niech się pan nie martwi... nie 
zabija złą myślą... księżna da się przekonać — ja... dołożę wszelkich starań do 
tego. Waldemar wiedział o uczuciach Rity względem siebie i słowa jej wzruszyły 
go. Patrzał na nią z uznaniem. Ona zrozumiała inaczej, myśląc, że on się tylko 
dziwi. Hardo podniosła głowę do góry. — Niech mi pan wierzy i nie zdumiewa się. 
Ja obiecuję to szczerze... choć Bóg widzi, jak mi ciężko. Łzy spłynęły z jej 
oczu. Ordynat ucałował jej ręce. — Dziękuję, droga pani, wdzięczność zachowam, 
ale niech się pani nie naraża babci. Ja sam zwalczę wszystkie przeciwności. — 
Chcę szczęścia dla was obojga... jesteście tego warci. Wybiegła z pokoju. 
Waldemar stanął przy oknie, szarpał dewizkę i usta gryzł do krwi. W godzinę 
potem, spokojny już i zimny, żegnał się z panną Szeliżanką, która mu oznajmiła, 
że księżna jest bardzo znerwowaną i że przez nią posyła mu pożegnanie. Siedząc w 
sankach, Waldemar rzekł do siebie: — Pierwszy akt odegrany. XII Postanowienie 
ordynata wywołało burzę w całej rodzinie. Księżna była nieubłagana, popierała ją 
pani Idalia i książę Franciszek. Hrabina Ćwilecka żyła jak w gorączce. Nie 
należąc do rodziny, nie mogła mieć głosu, to ją dręczyło. Oburzona, zła, starała 
się w inny sposób szkodzić Stefci: wyszydzając ją i jej stosunek do Waldemra. 
Lecz niedługo bawiła się w ten sposób obrażona grabina. Pewnego dnia otrzymała 
od ordynata grzeczny, ale treściwy list, po którym straciła ochotę do wszelkich 
żartów ze Stefci. W Słodkowcach panowała niewyraźna atmosfera. Pan Maciej 
zagadkowo milczał, dziwnie surowy. Zwykle odważna pani Idalia bała się teraz 
wejść do gabinetu posępnego starca. Burzyła się w niej błękitna krew z powodu 
Stefci, lecz nie śmiała z ojcem mówić o tym. Pan Maciej, zamknięty u siebie, 
przesiadywał na fotelu, przeżuwając ciężkie myśli. Jego skołatana głowa nie 
mogła pomieścić ich nawału. Widział o oświadczynach Waldemara tego samego dnia, 
wiedział również o odmowie Stefci i łudził się, że wyjazd jej może zmienić 
postanowienie wnuka. Żałował Stefci, czuł wyrzuty sumienia, męczył się, ale 
jednocześnie pragnął, aby się to prtzerwało. Gdy Waldemar odprowadził Stefcię na 
kolej, pan Maciej zrozumiał, że nadzieja stracona. Był pewny, że w tej karecie 
Stefcia ulegnie przekonywającym słowom Waldemara, że sama kochając, nie zdoła 
oprzeć się jego uczuciom. I starzec dziwił się, że znając wnuka mógł się łudzić 
choć przez chwilę, że on postąpi inaczej. Kiedy na drugi dzień pan Maciej 
zobaczył przed gankiem konie głębowickie, wiedział już, z czym Waldemar 
przyjeżdża, nie omylił się. Wysłuchał spokojnie gorącej mowy wnuka, pełnej 
uczucia i niesłychanej stanowczości, ale zaczął go błagać, aby tego nie czynił. 
Waldemar powiedział tylko, patrząc mu w oczy, z przyciskiem: — Jak to? I ty, 
dziadziu, wzbraniasz mi szczęścia... po wszystkim, co zaszło w twym życiu? Ty 
chcesz nowego dramatu w naszej rodzienie, powtórzenia przeszłości? Chcesz 
zgnębić Stefcię i uczynić ją również nieszczęśliwą? Ty, dziadziu, odradzasz mi 
małżeństwo z nią, wnuczką tamtej nieszczęsnej kobiety, którąś sam kochał?... Pan 
Maciej uczuł się przybitym. Gorzkie, choć prawdziwe słowa spadały z ust wnuka na 
jego głowę, ciężarami kłuły go w serce tysiącem żądeł, ostrych, bolesnych. 
Starzec zrozumiał, że przeszłość zemściła się na nim, dotykając go w strunę 
najboleśniejszą. W podnieconej wyobraźni jego przesunął się szereg faktów 
poprzedzających godzinę zemsty: przyjazd Stefci do Słodkowic, miłość Waldemara i 
śmierć tamtej kobiety. Od tej śmierci rozpoczęło się wszystko najgorsze. Wyjazd 
Stefci przyspieszył katastrofę, bo pan Maciej już nie wątpił, że nastąpiłaby 
prędzej czy później. Ujrzał przepaść bez wyjścia. Waldemar miał go w ręku. Pan 
Maciej odczuł własną bezradność, i to go najwięcej gnębiło. Zwiesił głowę na 
piersi, splótł kurczowo wyschłe ręce i siedział tak bezmiernie stary, skołatany, 
wzbudzając litość. Waldemar po pierwszym wybuchu łagodził go, tłumaczył mu 
bezzasadność przesądpw mogących mu wzbronić związku ze Stefcią. Mówił o swych 
uczuciach względem niej i delikatnie przypomniał dziadkowi jego własną miłość, 
nie poruszając jej zakończenia. Stary magnat ostatecznie został wzruszony, gdy 
Waldemar, mówiąc o Stefci, odpiął od dewizki złoty medalion, ozdobiony 
brylancikami i rubinami, i podając go dziadkowi, nacisnął sprężynę. Wewnątrz w 
złotej obrączce uśmiechnęła się miniaturowa, śliczna twarzyczka Stedci, 
artystycznie odkolorowana, w skromnej sukience, w koralach i z grubym warkoczem, 
zwieszonym przez ramię. Jej oczy, choć tak zmniejszone, spojrzały na pana 
Macieja z wyrazem nieopisanej słodyczy, rozmarzenia i tęsknoty. Usta drobne, 
uśmiechnięte figlarnie, miały w sobie niezgłębiony, jej właściwy czar. Z 
pochylenia głowy wiał wdzięk, zdobiący ją zawsze. Pan Maciej popatrzał i drgnął. 
On przede wszystkim ujrzał w jej twarzy podobieństwo do miniatury Korwiczówny, 
którą czcił jak relikwie. Oczy Stefci wydały mu się błagające. Dziewczyna 
uśmiechem i tęsknotą wejrzenia prosiła go, aby nie bronił jej szczęścia z 
Waldemarem, aby jej nie zabijał odmową. Stanęła mu jak żywa przed oczyma, kiedy 
klęczała przy jego kolanach po powrocie z pogrzebu babki. Płakała wówczas i 
tuliła się do jego ręki serdecznie z ufnością dziecka. Pan Maciej uczuł zimny 
pot na ciele, coś zatargało sumieniem. — I ty ją chcesz zabić?... za co? — wołał 
jakiś głos wewnętrzny. Spod obwisłych brwi spojrzał na wnuka. Waldemar, 
pochylony, wsparty na dłoni, patrzał na portrecik Stefci z wyrazem 
niewysłowionego szczęścia w twarzy, obejmował ją gorącym spojrzeniem, piieścił 
oczyma. I znowu jakiś głuchy głos zawołał w duszy starca: — Ty chcesz zabronić 
mu szczęścia? Jakim prawem?... Zamknął oczy i odpowiedział sobie z goryczą: — 
Nie wzbronisz, bo on cię nie usłucha. — Skąd ty ją masz? — zwrócił się do 
Waldemara. — Zmniejszyli mi ją z fotografii robionej w Głębowiczach. NOszę ją od 
tamtej pory. — Śliczna dziewczyna! — szepnął staruszek. — Ty ją kochasz, 
dziadziu, przez pamięć dla tamtej; pokochaj dla niej samej, jak swą wnuczkę, a 
moją żonę. Ona, dziadziu, da mi szczęście, jakiego dla mnie pragnąłeś. Pan 
Maciej był bardzo poruszony. Waldemar nie nalegał więcej. Zrozumiał, że starzec 
powinien się uspokoić i przełamać. Dał mu czas na to, będąc już pewnym wygranej. 
Kilka dni przeszło. Waldemar nie pokazywał się. Pan Maciej wiedział, że był w 
Obronnem i że księżna odmówiła błogosławieństwa. Starzec przebywał straszną 
rozterkę duchową. Milczenie ordynata drażniło go. Z córką nie widywał się 
prawie, bo jej głośne oburzenie na "idiotyyzm Waldemara" gniewało go. Sam nie 
chciał Stefci dla wnuka, ale zaprzeczenia innych męczyły go niesłychanie. Lucia 
przechodziła różne wrażenia. I ona uważała Stefcię za nieodpowiednią do ich 
sfery. Nie mogła wierzyć, aby ta jej Stefa, jej przyjaciółka, miała zostać 
ordynatową Michorowską, milionerką, magnatką, większą panią od jej matki. Lucia 
w listach do Stefci pomijała tę sprawę, jakby nie wiedząc o niczym. Ale żałowała 
Stefci, całą złość zwracając na Waldemara, jako bezpośrednią przyczynę jej 
wyjazdu ze Słodkowic. Wszyscy, każdy po swojemu, potępiali ordynata. XIII Kilka 
dni minęło w strapieniu i niepewności. Posłańcy krążyli nieustannie pomiędzy 
Słodkowcami, Obronnem i Głębowiczami. Księżna prowadziła układy z Waldemarem 
listownie. Nareszcie pan Maciej i baronowa otrzymali listy od księcia Franciszka 
Podhoreckiego, zapraszające na zjazd familijny do Obronnego w sprawie ordynata. 
Wszyscy zebrali się w salonie, obok gabinetu księżnej, czekano tylko na 
Waldemara. Księżna w głębokim fotelu, niespokojna, mnąc chusteeczkę w ręku, z 
trwogą spoglądała na zrezygnowaną twarz pana Macieja. Książę Franciszek i hrabia 
Morykoni, zięć księżnej z drugiej córki, spacerowali rozmawiając cicho. Pani 
Idalia z hrabiną spoglądały w okno. Księżna Franciszkowa i panna Rita miały 
zagadkowe miny. Księżna mówiła szeptem: — Wszystko to robi na mnie wrażenie 
szopki, zupełnie zbytecznej. Jeśli sądzą, że przestraszą ordynata, czeka ich 
zawód. — Ja natychmiast odejdę, skoro tylko przyjedzie — odpowiedziała panna 
Rita. — Nie mogłabym spokojnie słuchać. — Owszem, to będzie ciekawe. Oni myślą 
zaimponować ordynatowi, lecz stanie się przeciwnie. Przykro mi tylko, że Franio 
tak wyraźnie akcentuje swoje contra w tej mało szlachetnej awanturze. — Więc 
książę jest aż tak przeciwny małżeństwu ordynata? Dlaczego głównie? — 
Prawdopodobnie idzie w ślady matki, dla tradycji. Dziwię się i mamie, nie 
posądzałam jej o tyle fanatyzmu. — Bo to się najczęściej uwydatnia w takich 
właśnie faktach. Księżna wskazała oczyma panią Elzonowską. — Albo Idalka! Ona 
mię oburza. Agituje przeciw Rudeckiej najgorliwiej. Panna Szeliżanka skrzywiła 
usta lekceważąco. — Ech! Idalka! Jej głównie żal Barskiej, dla której ma 
niezrozumiałą sympatię. A może liczyła na jakiś piękny "cadeau" (fr — prezent) 
za wyswatanie. To do niej podobne. — Jedzie! — zawołała od okna hrabina 
Morykoniowa. W salonie zrobiło się trochę ruchu. Panowie wyprostowali figury jak 
przed walką, paniom na twarze wystąpiły rumieńce. Tylko starsza księżna mocniej 
zbladła, a pan Maciej westchnął głęboko. Rita wysunęła się z salonu do 
przyległego gabinetu. Waldemar wszedł prędkim, elastycznym krokiem. Szybkie 
spojrzenie rzucił na zebraną grupę osób i w oczach jego błysnął śmiech, usta 
przybrały ironiczny, przykry wyraz. Powitanie odbyło się z zachowaniem wszelkich 
przepisów etykiety, ale pan Maciej ucałował wnuka jak zawsze serdecznie, a 
księżna Franciszkowa mocno uścisnęła jego rękę z wymownym spojrzeniem. Ordynat 
rozejrzał się po sali. — Widzę, że jestem ostatnim. Już chyba nikogo nie 
brakuje? — Tak, spóźniłeś się — rzekła księżna. Waldemar ściągnął brwi. — 
Przepraszam — odrzekł sucho, siadając na bocznym fotelu. Zapanowała długa i 
bardzo kłopotliwa cisza. Księżna kręciła się niespokojnie, pan Maciej oczy wbił 
w zaściełający posadzkę dywan. Ordynat niedbale bawił się medalionem przy 
dewizce, trochę dumnie patrząc na wszystkich. Wreszcie, zniecierpliwiony 
milczeniem, odezwał się pierwszy: — Zostałem wezwany na zjazd familijny dla 
omówienia mej sprawy. Cytuję słowa listu. Przyjechałem. A teraz słucham. Księżna 
poruszyła się, książę Franciszek i hrabia odchrząknęli i spojrzeli na sibie 
znacząco. Pierwsza zabrała głos księżna. — Zebraliśmy się tu, aby wspólnie 
odwieść cię od twych... szalonych projektów... które obrażają nas i tobie 
przynoszą ujmę. Pan Maciej bystro spojrzał na księżnę. Uderzył go stanowczy ton 
jej mowy. Słowo "Odwieść" wszystkim wydało się za silne. Waldemar podniósł brwi, 
nozdrza poruszały mu się z irytacji. Uśmiechnął się złośliwie. — Stawia babcia 
kwestię krańcowo. Widzę, że ultimatum na mnie wydane. Ale ja jestem pełnoletni, 
więc dzisiejszy... sejm może mi wyłożyć motywy swych niechęci dla mych 
postanowień, jestem przygotowany na odparcie wszystkich — jednak odwieść mię, 
czyli to samo, co zmusić, nie zdoła nikt i... nie ma do tego prawa. Po ustach 
pana macieja przeleciał uśmiech. Wszyscy stropili się. Księżna spłonęła krwawym 
rumieńcem. Waldemar mówił dalej: — Niech babcię moje słowa nie obrażają: 
odpowiedziałem w tonie jej słów. A teraz proszę o motywy. — Nie możesz się żenić 
z panną Rudecką. — Za pozwoleniem, to jest przedmiot, ale ja proszę o szczegóły, 
dlaczego nie mogę? o subiektywne rozebranie tej kwestii. Tu odezwał się książę 
Franciszek: — Nie możesz zaślubić osoby niższej sfery. Byłoby to wykroczeniem 
przeciw zasadom rodu Michorowskich, przeciw tradycji rodowej... byłoby to nawet 
wysstępkiem przeciw etyce. Ordynat dumnie podniósł głowę. — Zasady, tradycje — 
są to nasze frazesy już tak oklepane, że nie robią wrażenia, na mnie 
przynajmniej. Co zaś do etyki, moja różni się od waszej, choć nie jest w gorszym 
stylu. Według mnie małżeństwo zawarte tylko dla tradycji rodowej, dla partii, 
staje się nieetycznym. Wy sądzicie przeciwnie, pojęcia wasze i moje dzieli cała 
przepaść. Hrabia Morykoni zrobił zdziwioną minę. — Ależ my nie wykluczamy 
zupełnie strony uczuciowej, o jaką ordynatowi, zdaje się, najwięcej chodzi. Lecz 
nie można absolutnie uczuciem się rządzić, ewentualność taka mogłaby przynieść 
wiele szkody dla arystokracji naszej. W wyborze żony trzeba zawsze kłaść główny 
nacisk na jednakową rasę! "Voil~a!" Waldemar zaśmiał się. — Gdybym się jednak 
żenił z jakąś udzielną księżniczką niemiecką, hiszpańską, nikt nie uważałby na 
rasę. Mój dziad był żonaty z Francuzką i nikt się nie oburzał, bo to była 
magnatka. Gdybym się nawet ożenił z księżniczką chińską, poczytano by mi to za 
oryginalność, lecz nie za rzecz karygodną. Panna Rudecka jest polską 
szlachcianką, z dobrej rodziny, więc o różnej rasie mowy być nie może. — Ale 
jest różna sfera — przerwała księżna. — Temu nie przeczę, lecz uważam to za 
drobnostkę nie mogącą mieć wpływu na połączenie się i szczęście dwojga ludzi. — 
Owszem, ta drobnostka jest bardzo potężnym punktem, gdyż inaczej nie istniałyby 
mezalianse ani morganatyczne małżeństwa — rzekła pani Idalia. Twarz Waldemara 
skurczyła się z gniewu. Odparł chłodno: — Nie rozumiem tej wzmianki. Mezalianse 
w arystokracji naszej bywają gorsze, a morganatyczne małżeństwo może być tam, 
gdzie się żeni panujący z poddanką lub vice versa, albo członek dynastii z osobą 
niższych sfer społecznych, co się zdarza na dworach. W takich razach żona nie 
nosi nazwiska męża, dzieci również, ponadto nie mogą być spadkobiercami tronu 
ani dziedzictwa. Jest to zastrzeżone prawem politycznym. Ale do mnie nie może 
się stosować. — Pod pewnymi względami... owszem — rzekł wolno i z namysłem 
książę Franciszek. Wszyscy spojrzeli na księcia i na ordynata. Pan Maciej, nagle 
zatrwożony, niespokojnie patrzał na wnuka. Ale Waldemar pięknym, lecz dumnym 
ruchem zwrócił głowę do księcia i zapytał wesoło: — Doprawdy? I jakież to 
względy? Bardzom ciekaw. Książę Franciszek utwił w twarzy pytającego 
nieprzyjemny wzrok. — Ordynacja ma swoje prawa wyłączne, które w danym wypadku 
można wypośrodkować. Jak majątki objęte ordynacją są zawarowane i przez to stają 
się nietykalne, tak samo i... i... Książę zająknął się. — I sam tytuł ordynata 
zmusza do pewnych obowiązków... że tak powiem... tytularnych zobowiązań. Książę 
najwidoczniej nie wiedział, co mówić. — Paradoks! — szepnął dość głośno pan 
Maciej. Waldemar uśmiechnął się lekceważąco. — Tytularnych zobowiązań? Zapewne. 
Ale nie tyczą się one wyboru żony. — Owszem, "noblesse oblige!" (fr. — 
szlachectwo zobowiązuje!) — Panna Rudecka nie zrobi ujmy tej zasadzie. Zupełnie 
śmiało może zostać ordynatową Michorowską, ma do tego wszelkie kwalifikacje. — 
Prócz praw — sarknął książę. — Prawa nadam jej sam, zaślubiając ją. — To pogląd 
osobisty, nie ogólny, ogół naszej sfery takiego prawa nie uzna. — Gdy 
przedstawię pannę Rudecką jako moją żonę, uzna z pewnością. — I ty sądzisz, że 
my ją przyjmiemy? — spytała ironicznie pani Idalia. Waldemar przeszył ją 
wzrokiem. — Ogół arystokracji przyjmie, choćby ze względu na mnie. Zajmuję pewne 
stanowisko społeczne, mam rozległe stosunki i znane magnackie nazwisko. To są 
powody, dla których trzeba się ze mną liczyć. Pojedyncze osobniki niezadowolone 
istnieją zawsze, nawet w zwykłych warunkach, ale o nich mniejsza: zginą w 
ogólnym prądzie. — Pozwolę sobie zrobić uwagę — rzekł hrabia Morykoni. — W 
zwykłych warunkach malkontenci mogą być jedynie na podstawach osobistych uraz 
lub zawodów. Tu zachodzi niechęć i odraza sferowa. To nas łączy solidarnie, 
wywoła oburzenie w całej arystokracji. Panna Rudecka powinna być względem nas 
obcą zawsze, ona dla naszej sfery jest — trędowata! "Voil~a!" Waldemar zmrużył 
oczy, spod rzęs popatrzał na hrabiego strasznym wzrokiem, z bezmiernym 
szyderstwem i chłodem, po czym rzekł: — Brawo, panie! Trędowata! To samo 
słyszałem już raz od Barskiego, lecz ponieważ wszyscy wiedzą, kim jest tamten 
pan pod względem intelektualnym, więc nie spodziewałem się usłyszeć powtórzenia 
w dzisiejszym zgromadzeniu. Nie wiem, czy to określenie jest zapożyczone od 
Barskiego, czy też to nowe wydanie — w każdym razie winszuję! Jest to bajeczny 
dowcip i genialny w swej naiwności. Wszyscy osłupieli, bo Waldemar mówił niby 
spokojnie, lecz z niesłychanym podnieceniem, i kto go znał lepiej, ten zadrżał. 
Hrabia był również zapaleniec. Zaciął wargi, ale podniósł butnie głowę, świecąc 
złotą oprawą szkieł. Odezwał się obrażonym tonem: — Dziękuję ordynatowi za jego 
uwagi, które są... zbyteczne. Krytyka pańska nasuwa myśl stanowczego zakończenia 
tej gry na słowa. Waldemar skłonił mu się drwiąco, lecz uprzejmie. — Panie 
hrabio, jestem zawsze przygotowany zakończyć ją matem. Zaległo groźne milczenie. 
Skandal wisiał w powietrzu. Obaj przeciwnicy patrzyli sobie w oczy bez słowa, 
tylko hrabia sapał i mienił sią na twarzy, a Waldemar, posągowo spokojny, 
patrzał na niego jak wilk na ofiarę. Jeszcze chwila, a nastąpiłoby coś 
nieoczekiwanego. Ale ocknęła się pierwsza młoda księżna. — Panowie, proszę o 
głos — zawołała wzburzona i zaczęła mówić: — Wszystkie motywy, jakie ordynat 
podaje na obronę panny Rudeckiej i kwestii zamierzonego z nią małżeństwa, ja 
podzielam w zupełności i twierdzę, że panna Rudecka, jakkolwiek nie jest z 
naszej sfery, nie pochodzi jednak z klasy ludzi, z którymi stosunki nasze 
absolutnie nie mogłyby istnieć. Poza tym znamy osobiście pannę Rudecką i 
bezstronnie mówiąc, wiemy, co o niej sądzić. Wypowiedziałam swój pogląd, teraz 
odstępuję głos ordynatowi. Waldemar jął mówić spokojnie: — Żeniąc sią z panną 
Rudecką, nie popełniam skandalu, nie wprowadzam do rodziny osoby z gminu ani też 
podejrzanej. Mezaliansem nazwać możecie różnicę stanowiska obu rodzin, wyraźną, 
lecz nie jaskrawą, i różnicę majątkową. To tworzy ową sferę. Jest to mur, poza 
który bardzo rzadko wyglądamy, gdyż każdemu brak odwagi. Ten mur sferowy jest 
tak najeżony przesądami, pielęgnowanymi od wieków, tak przesiąkły fanatyzmem, że 
zatruwa każdego, kto się doń zbliży. Lecz usuńmy truciznę, a przekonamy się, że 
mur nie jest strasznym i niemożliwym do przekroczenia. — Takie wycieczki są nie 
dla karmazynów — przerwał książę Franciszek. — Właśnie o tych naszych 
karmazynach mówię — rzekł Waldemar. — My do tamtych sfer nie mamy pretensji. "Le 
jeu ne vaut pas la chandelle" (fr. — Gra nie warta świeczki). — Przeciwnie, 
korzyści byłyby po przekroczeniu sferowego muru. — Na przykład jakie? — O! tylko 
pozbądźmy się tremy, wówczas będziemy mogli rozejrzeć się swobodnie, bez 
chloroformów, udzielanych nam przez tradycję. Ujrzymy świat, nazywany dziś 
"trędowatym", w stanie może lepszym, a na pewno moralnie zdrowszym od naszego. 
Ujrzyjmy w nim jednostki bardziej rycerskie pod względem etyki i często 
szlachetniejsze. Wiele z nich zaimponuje nam nie tytułem i milionami, nie 
cudzoziemszczyzną i umiejętnością eleganckiego łajdaczenia się, bo to nasz 
przywilej — lecz niezaprzeczoną wyższością na punkcie psychologii i 
humanitarnych, ideowych dążeń. Nasza wyniosłość rodowa, wyrosła na zamierzchłej 
tradycji, stawia nas na wyższych piedestałach, popychanych w górę przez miliony 
i tytuły, rzadziej przez osobiste cenne zalety. Na takim trydyycyjnym, 
uświęconym przez sferę monumencie stoi często osobnik bez wartości, nie 
wytrzymujący porównania z członkiem sfer społecznie niższych. I niechże tych 
dwoje ludzi zbliży się z sobą — daję tylko przykład — poczytanym to zostanie za 
mezalians, ale orzeczenie to stosować należy do sfery społecznie niższej z 
powodu kultury osobistej, nie tradycyjnej. To nie jest bagatela, to już kwestia, 
która nasuwa tysiące porównań, dla nas niepochlebnych. — Jakobini francuscy 
takie same głosili zdania — zaśmiał się książę. — I w antraktach strącali głowy 
z karków magnackich — dokończył Waldemar. — Ja nie jestem jakobinem, tylko 
trzeźwym arystokratą. — Patrzącym przez pryzmat demokracji. — Nie, mości książę, 
najwięcej liczę na własny wzrok i robię bajeczne odkrycia. Książę umilkł. 
Ordynat mówił dalej: — Co jest jeszcze ważnym czynnikiem sferowym, broniącym 
odstąpstwa od jej zasad, to parantela. Skoro twój dziad i pradziad żenili się w 
domach magnackich, i ty powinieneś pójść ich śladem — oto nasza śpiewka. Nie 
wystarcza nam samo nazwisko narzeczonej, choćby najświetniejsze; my szukamy 
dalej, wygrzebujemy z grobów jej pradziadków i starannie sprawdzamy ich herby i 
tytuły. Jeśli błyszczą jaskrawo, umieszczamy ich portrety w naszych zamkach, na 
miejscach najwidoczniejszych, choćby nie byli warci wspomnienia. Jeśli są 
skromniejsi, wieszamy ich gdzieś na uboczu, mówiąc z lekceważeniem: "Jakiś tam 
daleki krewny". Ja na to nigdy się nie zgodzę, we mnie zwykły człowiek prawy i 
bez skazy więcej wzbudzi szacunku od pysznego hetmana czy wojewody, który często 
całą swą wartość nosi w purpurze i klejnotach. To są moje poglądy na sferę i 
mezalianse. Nie wedle oprawy sądzi się drogi kamień, lecz wedle prawdziwej 
wartości. I w złocie znajdują się falsyfikaty. Waldemar rozdrażniony rzucił się 
w głąb fotelu, a wszyscy zrozumieli, że walka z nim nie doprowadzi do pożądanych 
wyników. Twarze obecnych sposępniały. Nagle książę Franciszek poruszył się i 
wydobywając z siebie cały zapas energii, pewien efektu, rzekł dobitnie: — Panna 
Rudecka może zostać Michorowską, ale nie ordynatową i bez praw do ordynacji. — A 
to jakim sposobem? — spytał spokojnie Waldemar. — Franiu, pleciesz głupstwa — 
rzekła młoda księżna, cała w ogniach. — Jakim sposobem moja żona nie będzie 
ordynatową? — Bo przez mezalians twego małżeństwa z nią możesz ordynację 
utracić. Waldemar spojrzał na księcia rozbawionym wzrokiem, usta mu zaczęły 
drgać śmiechem i nie wytrzymał. Na salę runął jego śmiech szyderczy, pełen 
ironii, ale wybuchowo wesoły. — Ha! ha! ha! a to mię bawi! i któż zostanie tym 
egzekutorem, kto mnie wydziedziczy z ordynacji? Zwrócił się do księcia: — Czy 
pan? Ha! ha! ha! Śmiał się swobodnie, ale tak szatańsko, że wszystkim zrobiło 
się zimno. Książę siedział czerwony, niemy z oburzenia, hrabia skubał nerwowo 
brodę, panie były ogłuszone, księżna bliska omdlenia. Niedorzeczny występ syna 
zawstydził ją, śmiech Waldemara gniewał, nie wiedziała, co z sobą począć. Pan 
Maciej mienił się na twarzy. Stanęła przed nim podobna chwila z pierwszej 
młodości jego życia. Jemu tak samo grozili, ale on nie posiadał odwagi 
Waldemara, on nie śmiał się tak swobodnie, zląkł się i uległ. Stary magnat 
wstrząsnął się na to wspomnienie, zabolało go porównanie. A tymczasem Waldemar 
przestał się śmiać i mówił chłodnym, pewnym głosem: — Chcieliście mię nastraszyć 
morganatycznym małżeństwem, teraz straszycie wydziedziczeniem z ordynacji. Na 
mnie kolej zapytać: jakie prawa macie do tego? Pomijam morganatyczność, gdyż to 
jest absurd niegodny wzmianki, mówmy o wydziedziczeniu. Kto może tego 
dokonać?... Istnieje tylko jedna odpowiedź — nikt. Ja nie mam lat osiemnastu, 
ale trzydzieści dwa, wyszedłem z wszelkiej opieki i nie daję nikomu 
pełnomocnictwa do rządzenia sobą. Godnością i postępowaniem swym kieruję sam i 
zupełnie czuję się na siłach; w takich zaś kwestiach jak małżeństwo i osobiste 
szczęście nie zasięgam rad niczyich. Wiem, czego pragnę i do czego dążę. 
Wydziedziczyć mię nie można, ponieważ jestem ostatni Michorowski z linii 
głębowickiej. Zresztą, gdyby było więcej członków tej linii lub gdybyście 
chcieli powołać innych Michorowskich na ordynację, to i tak nic z tego, bo ja 
się nie zgodzę, a ponieważ jestem pełnoletni, więc prawo mię broni. Wszyscy to 
rozumieją, niepotrzebne paragrafy, i dziwię się, że książę tak stanowczo 
dowodził o odebraniu mi tytułu. Wyglądało to tak, jak straszenie dziecka 
pozbawieniem go grzechotki. Na szczęście nie jestem płochliwy, swe prawa znam i 
wydrzeć ich sobie nie pozwolę, a dobrowolnie ordynacji, stanowiska i tytułu się 
nie wyrzeknę, choćby dlatego, żeby złożyć to wszystko w hołdzie ukochanej 
kobiecie. Cichy szmer rozszedł się po sali. Hrabia Morykoni patrzał na ordynata 
nie wierząc własnym uszom. Starsza księżna szeroko otwarte źrenice wpiła w dumną 
postać mówiącego. Pan Maciej zwiesił głowę; w twarzy miał podziw i wstyd, jakby 
po tylu latach teraz dopiero odczuł go wyraźnie. Po chwilowej ciszy Waldemar 
począł znowu, coraz więcej się zapalając: — Ożenię się z panną Rudecką wbrew 
utartym zasadom mego rodu, wedle waszych pojęć, czyli że małżeństwo moje 
nazwiecie mezaliansem. Nie wzrusza mię to: ja mam pojęcia inne. Żenię się 
powodowany uczuciem i szczęśliwy jestem, że mogę nie oglądać się na partię ani 
na posag. Nie będę wyliczał zalet panny Rudeckiej, gdyŻ kto ją zna, sam osądzić 
może. Nadmienię tylko, że jest starannie wykształcona i dobrze wychowana, przy 
tym dumna i ambitna o wiele więcej od pewnych panien z naszej sfery, które 
potrafią same oświadczać się mężczyznom. Powierzchowne i wewnętrzne zalety panny 
Rudeckiej odpowiadają w zupełności stanowisku, jakie zajmuje w naszej sferze. — 
To za mało — przerwała hrabina Morykoniowa. — Na stanowisko ordynatowej 
Michorowskiej powierzchowne i zewnętrzne zalety to za słaby atut. Można mieć 
wygląd cesarski, a nie być nawet paziem. — Tak — wycedził hrabia — pod purpurę 
płaszcza Michorowskich nie można kłaść byle aksamitu, tylko gronostaje. Ordynat 
rzucił się na fotelu. — Ona ma jeszcze inne zalety. Ona potrafi nosić moje 
nazwisko i mój tytuł, będzie dobrym typem wielkiej pani. Stanie się również 
dobrą matką naszego rodu, nie zawiedzie nas w swej godności. Moje miliony nie 
zaślepią jej, gdyż jest delikatna i inteligentna. Dla was ona może być 
niepożądanym intruzem, dla mnie jest wybraną jedyną kobietą i wymagam, abyście 
ją przyjęli z należnym uznaniem. Przestanie być dla was panną Rudecką, a będzie 
Waldemarową Michorowską, ordynatową głębowicką i waszą krewną. Pani Idalia 
parsknęła przykrym śmiechem. — Rudecka naszą krewną? Nie, to więcej niż 
śmieszne, to jest obrażające! — Dlaczego? — spytał Waldemar spokojnie. — Jak to! 
ty się o to pytasz? Doprawdy, nie myślałam, że potrafisz się tak po... studencku 
zakochać. — Powiedz lepiej, ciociu, po gminnemu, boś to miała na myśli. W 
naszych pojęciach tylko prostakom wolno mieć uczucia. Rozumiałbym wasze 
oburzenie, gdyby panna Rudecka była osobą nie z towarzystwa... — Bo i nie jest 
nią — przerwała pani Idalia. — Ach tak? Ciekawym, jakie jeszcze zarzuty spadną 
na moją narzeczoną, bo sypią się już jaskrawe, na jakie nawet odpowiedzi nie ma. 
Hrabia Morykoni potarł dłoń o dłoń i wyseplenił: — Jest odpowiedź: niepewny ród. 
W prawdziwie dobrych rodach nie ma tego nazwiska. To coś nowego. O Rudeckich 
nikt z nas nie słyszał. Waldemar spojrzał na hrabiego przelotnie. — Bo my, 
zamknięci w naszych kołach rodowych, nie znamy bardzo wielu kółek w 
społeczeństwie, które jednak istnieją. Rodzina Rudeckich jest znaną i szanowaną 
w Królestwie. Najlepiej was objaśni i przekona Niesiecki. Ja mam już dosyć tej 
rozmowy bezcelowej. Spytam tylko, czym się różni panna Rudecka od naszych 
panien? Chyba wytwornością, no i urodą. Nie każda może się taką poszczycić. — 
Uroda, uroda! — syknęła pani Idalia — przywilej tęgich wieśniaczek... w naszej 
sferze ma znaczenie poślednie. Waldemar roześmiał się. — Wolne żarty, kochana 
ciociu! ale nie mnie brać na nie. Panna Rudecka poza urodą ma wszystko, co 
obowiązuje nasze towarzystwo. Jest obyta, utalentowana, obce języki posiada 
wybornie, umie prowadzić lekką salonową rozmowę, jak i poważną. Potrafi 
dowcipnie żartować, ładnie siadać do karety, nawet elegancko obchodzić się z 
trenem, czego dała dowód w kostiumie. Wymieniam wszystko, czego brak w niej 
mógłby was razić. Książę Franciszek skrzywił się. — Daje pan przykłady 
dziecinne. Dobre dla panny Rudeckiej, lecz nie dla ordynatowej Michorowskiej, 
która mogłaby być pierwszą damą w kraju. — Bądźcie pewni, że nie zrobi zawodu i 
zakasuje niejedną dzisiejszą gwiazdę salonów. Pani Elzonowska dodała z ironią: — 
Szczególnie z tymi rękoma i ruchami. "C.est plus que ridicule!" (fr. — To więcej 
niż śmieszne!). Wszyscy spojrzeli na baronową z pewnym zdziwieniem. Twarz jej 
była sina z gniewu. Waldemar uważnie popatrzał na nią. — Z rękoma? To coś 
nowego! A jakież ona ma ręce? ... — W każdym razie nie dla nas — odrzekła dumnie 
baronowa. Wtrąciła się młoda księżna: — Nie unoś się, Idalko, bo zaczynasz być 
niesprawiedliwą. Ręce panny Rudeckiej są ładne, białe, drobne, zupełnie 
arystokratyczne, ruchy wytworne i dystyngowane. Przeczyć nie można. Waldemar z 
szatańskim uśmiechem rzekł wolno, jakby się drażniąc: — Ach, co do rąk, bądźcie 
spokojni! Z natury są ładne, a gdy je wybrylantuję, wówczas mogą się schować 
rozmaite łapki magnackie, nie zawsze odpowiadające pochodzeniu. — Żartujesz 
sobie z nas, Waldemarze — przemówiła starsza księżna z urazą. — Nie, 
odpowidziałem tylko na uczyniony mej przyszłej żonie zarzut. — Za wcześnie pan 
zaczyna tytułować pannę Rudecką — odezwał się z ironią hrabia MOrykoni. — 
Powtarzam, moją żoną zostanie panna Stefania Rudecka. Proszę, abyście mi państwo 
uwierzyli i przestali mię dręczyć, gdyż to do niczego nie doprowadzi. Głos 
WAldemara zagrzmiał trochę i umilkł. Głucha cisza zaległa salę. Ordynat wstał, 
wyprostował się i minąwszy półkole rodzinne, wolno poszedł w głąb salonu, 
przeglądając obrazy. Starsza księżna powiodła za nim przestraszonym wzrokiem i 
poprawiła się na fotelu, mnąc koronkową chusteczkę. Książę Franciszek chrząknął 
znacząco. Waldemar najwyraźniej dał im do zrozumienia, że posiedzenie uważa za 
skończone. Wszyscy to odczuli. PO długich porozumiewawczych spojrzeniach i 
lekkim wzruszeniu ramion przez panią Idalię i hrabinę Morykoniową rozległ się 
drżący, niepewny głos starszej księżnej: — Czy to ostatnie twoje słowo, 
Waldemarze? — Tak. Tego, co powiedziałem, nie zmienię. Księżna była zgnębiona. 
Słowa wnuka przeraziły ją. Szukała jeszcze ratunku. Błagający, rozpaczliwy wzrok 
rzuciła na pana Macieja, jakby wzywając jego pomocy. Milczenie starca 
zastanowiło wszystkich. Teraz dopiero zauważyli, że przez cały czas nie odzywał 
się. Wszyscy śladem oczu księżnej spojrzeli na niego. Odruchowo zwrócił nań 
wzrok i Waldemar. Pan Maciej zrozumiał, że należało mu wystąpić. Starzec zaciął 
usta, w oczach błysnął mu ogień jakiś złowrogi, pochylił się do księżnej i 
kładąc dłoń na jej ramieniu, rzekł silnym głosem: — Proszę, niech się księżna 
uspokoi. Waldemar ma swe poglądy wyłączne i zawsze jednakowe. Nasze zasady 
brzmią inaczej. Nie mamy nad nim opieki prawnej, lecz mamy obowiązek opieki 
moralnej i ten makazuje nam bronić naszej sprawy do ostatka. Umilkł, oddychając 
szybko. Na twarzy księżnej błysnął cień nadzei. Książę i hrabia z uśmiechem 
zamienili spojrzenia. A Waldemar cofnął się o krok, przegięty w tył, 
wyprostowany, sztywny, z podniesioną głową i zmarszczonymi brwiami. Oczy, pełne 
zdumienia, ale pyszne w wyrazie utkwił w twarzy starca, stał tak, jak uderzony 
obuchem, ale nie złamany, przeciwnie — gotowy do nowej walki. Może tak wyglądał 
Cezar przy pamiętnym wykrzyku: "I ty Brutusie?!"... Pan Maciej odetchnął i mówił 
dalej wolno, dobitnie: — Ale można bronić, można perswadować temu, kto się waha, 
kto nie jest pewny siebie, podaje słabe motywy, nie jest przygotowany do 
racjonalnego i trzeźwego stawiania kwestii, kto wreszcie sam nie bardzo wie, do 
czego dąży, a brak mu stanowczości i energii, bo za słaby ma charakter. Tak 
przed laty było ze mną. Przeżywałem dziś po raz drugi tamtą chwilę i boleśniej 
niż wtedy. Ja wahałem się, ja nie miałem pewności siebie ani woli, ani energii. 
Nie wiedziałem, kto ma rację: ja czy ci, z którymi walczyłem. Boże mój! co to 
były za nierówne siły. Brakło mi słów na obronę własnego szczęścia, czy może 
kochałem mniej, czy też miałem za słaby charakter. Zagrożono mi również 
wydziedziczeniem z ordynacji, a ja, chociaż miałem te same warunki, co Waldemar, 
bo byłem jedynym z naszej linii i pełnoletnim, chociaż matka i stryj opiekun 
wydziedziczyć mię nie mogli, jednak zląkłem się i pod presją uległem. Następstwa 
tego kroku wiadome: zwarzyłem życie sobie i tamtej kobiecie... Pan Maciej 
spuścił głowę i zamilkł na chwilę. Obecni patrzyli na niego z zdziwieniem i 
obawą. Ordynat przesunął się poza plecami siedzących i oparty o staroświecki 
kominek, nie spuszczał oczu z dziadka. Pan Maciej mówił dalej: — Teraz, gdy 
jestem już nad grobem, znowu staje przede mną ta sama sytuacja. Tylko zmieniły 
się role. Mój wnuk Waldemar imponuje mi. Jemu trudno zabronić tego, w czym widzi 
szczęście własne i swej ukochanej kobiety. Jest pełnoletni, jest rozumny, 
posiada szaloną wolę, której nikt i nic nie złamie, i wszelkie prawo za sobą. 
Nie jest to upór, lecz stanowczość dojrzałego człowieka, który wie, że ma 
przewagę w stawianiu motywów, nie ulęknie się ostateczności i jest zbrojny w 
szlachetność uczucia oraz wiarę w przyszłość. To nie szał chwilowy, to mocne, 
niezłomne postanowienie. Tu nie ma zaślepienia, lecz jest trzeźwa i wielka 
racja, której cała nasza sfera nie zaćmi. Więc próżne są nasze dowodzenia 
przeciwne, bo on je zbije, próżny nasz opór — on go przełamie albo przejdzie po 
nim, nie licząc się z nami. Ja się oburzałem, nie chciałem słyszeć o czymś 
podobnym, ale — on mię przekonał. Trwożny szmer rozszedł się po sali. Księżna 
zrobiła ruch, jakby chcąc powstać. Oczy jej świeciły gniewem. Wszyscy odczuli 
jakby uderzenie gromu, a pan Maciej z rumieńcami na twarzy mówił dobitnie, 
zwrócony głównie do starszej księżnej: — Powtarzam: on mię przekonał. Ta 
kobieta, którą on ukochał, przez to samo jest godną uznania, że przez niego 
została wybrana. Mówię o nim nie jak o swym wnuku, lecz jak o szlachetnym i 
rozumnym człowieku, zasługującym na szacunek wszystkich. Tę, którą on wybrał i 
wprowadzi do naszej rodziny, powinniśmy przyjąć bez zastrzeżeń jak swoją. Ja, 
Michorowski, jego dziad, uznaję jego wolę, zgadzam się na jego małżeństwo... i 
błogosławię! Uczyń to samo, księżno, proszę cię o to. Nie zachmurzaj jego 
szczęścia, nie zabijaj tej dziewczyny: ona go kocha prawdziwie i bardzo głęboko 
— wiem o tym. Ona, powodowana prawością charakteru i ambicją, odmówiła mu ręki, 
uciekła, nie chcąc dla niego walki z rodziną... Pan Maciej wyprostował dumnie 
starczą pierś. Czoło magnata rozjaśniło szczere uniesienie. Głos potężniał. — 
Więc ona poświęca własne szczęście, życie niemal, a my nie możemy poświęcić 
naszych przekonań, opartych, być może, na przestarzałych przesądach? Mamy się 
okazać mniej szlachetnymi od tej wątłej dziewczyny szlacheckiej? My, magnaci?! 
Bądźmy wspaniałomyślni, księżno! pozwólmy sobie na okazanie serca tam, gdzie 
fanatyzm nasz stawia zapory. Przełamać go nam trzeba! Waldemar to twój wnuk, 
księżno, i mój. Na starość cieszmy się jego szczęściem. W nich może odżyją nasze 
młode marzenia, zniweczone przez życie. Księżno, daj mu zezwolenie i 
pobłogosław. Proszę cię o to przez pamięć na nasze dzieci, których on jest 
synem. Starzec, porwany zapałem, powstał z fotela z ogniem w oczach. Wyciągnął 
ręce. — Wnuku mój! cześć tobie i niech ci Bóg błogosławi! Waldemar poruszony, z 
głuchym dźwiękiem w piersiach, objął chwiejącą się postać dziadka i gorąco, z 
uczuciem przylgnął do jego ramienia. Pan Maciej głowę wnuka ścisnął rękoma, 
drżące usta starca spoczęły na jego dumnym czole. Wszyscy mimo woli powstali. 
Uroczystość chwili podniosła ich z miejsc. Parę głów zwróciło się machinalnie w 
stronę kotary, gdzie panna Rita zanosiła się spazmatycznym płaczem. Księżna 
siedziała jak martwa, bez kropli krwi w twarzy. Patrzała błędnie na pana Macieja 
z wyrazem zupełnego osłupienia. Drgnęła, gdy Waldemar przyklęknął przed nią i 
delikatnie ujmując jej rękę szepnął miękkim, pieściwym głosem: — A ty, 
babciu?... a ty?... — Nigdy! nigdy! — krzyknęła księżna i zwisła na fotelu. 
Zemdlała. Zrobiło się zamieszanie, zaczęto cucić. Waldemar wziął staruszkę na 
ręce i niósł do jej sypialni. Cała procesja szła za nim. W przejściowym 
korytarzu stała Rita, oparta o rzeźbiony filar, spłakana, drżąca. Na widok 
ordynata, niosącego bezwładną księżnę, cofnęła się z lękiem. Jej przerażony 
wzrok uderzył Waldemara. — Babcia zemdlała — rzekł krótko. Do salonu powrócili 
tylko pan Maciej i Waldemar. Książę i hrabia gdzieś się ukryli, nie śmiejąc 
spojrzeć na ordynata. Pan Maciej uścisnął wnuka. — Uspokój się. Wszystko będzie 
dobrze. Ten krzyk księżnej był odruchowy, ale to minie. Zwyciężyłeś, Waldemarze, 
i będziesz szczęśliwy! O, jaką tyś mi dał naukę! Ale kamień mi spadł z serca. 
Staruszek rozpłakał się, lecz serdeczość Waldemara wróciła mu prędko uśmiech na 
zoraną twarz. Księżna nie chciała widzieć nikogo i Waldemar musiał powtórnie 
wyjechać z Obronnego bez zgody babki, bez jej błogosławieństwa. .nv Część Druga 
(c.d.) XIV Cisza zapanowała w Obronnem, głucha, przygniatająca cisza... MinęŁy 
święta Bożego Narodzenia, pierwszy raz tak ponuro zaznaczone w okolicy. Jasny, 
mroźny styczeń dobiegał połowy. Księżna Podhorecka nie wychodziła ze swych 
pokoi, zdenerwowana w najwyższym stopniu. Nie chciała widywać pannny Rity ani 
lubianej zwykle pani Dobrzyńskiej. Papugę swą kazała zabrać z buduaru, bo ta 
ciągłym krzykiem: "El.amour c.est la vie" (fr. — Miłość to życie) — nauczonym 
przez pannę Ritę, drażniła nerwy księżnej. Nikt nie mógł staruszce dogodzić, nie 
znosiła obecności ludzi. Miejscowy pleban odwiedzał ją czasem, ale gdy raz 
zapytany wręcz wziął stronę Waldemara, księżna nie chciała go więcej widywać. 
Pozostał lekarz, który z obowiązku bywał u niej codziennie. Księżna wybierała 
się za granicę, lecz wzbroniono jej tego z powodu stanu zdrowia. Waldemara od 
pamiętnego zjazdu nie widywała wcale, nie pozwoliła sobie o nim nawet wspominać. 
Mimo to posłańcy z Głębowicz nawiedzali Obronne, dopytując sią o zdrowie 
staruszki. Rozczulona tą troskliwością wnuka, księżna wysłała do niego list, 
zaklinając, aby zaniechał zamiaru żenienia się ze Stefcią. Na list Waldemar 
odpowiedział również listem i pozostał niewzruszony. Potrafił jednak w tak 
serdecznych, lecz stanowczych słowach wypowiadać swą wolę i prośbę, że księżna 
zmartwiała. — On mię zmusi, zmusi! — mówiła z rozpaczą. Pan Maciej był raz w 
Obronnem. Chciał wpłynąć na księżnę, ale stało się przeciwnie, bo właśnie pani 
Podhorecka miała ten sam zamiar względem niego. Jej tłumaczenia przestraszyła 
pana Macieja. Starzec zawahał się. Uczuł skruchę przed własną sferą i przed 
księżną, że tak prędko zezwolił na to małżeństwo skandaliczne, wedle pojęć 
księżnej. Już zupełnie zdawał się być przekonanym nieledwie obiecywał cofnąć 
słowo dane Waldemarowi. Księżna tryumfowała, pani Idalia dokładała paliwa całą 
duszą, aby podtrzymać wahanie ojca. Tylko panna Rita cofnęła się od spisku, 
zupełnie usunięta na bok. Waldemar od niej wiedział o wszystkim i zaciskał zęby. 
Postanowił jechać do Ruczajewa i skłonić Stefcię do prędkiego ślubu. Przechodził 
straszną walkę wewnętrzną i tym bardziej cierpiał, że przeczuwał niepokój 
narzeczonej. Ona czekała na niego, może już z nieufnością w duszy. Ale i jego 
cierpliwość wyczerpała się. Napisał stanowczy list do pana Macieja i do 
księżnej, dając im termin tygodniowy do namysłu. Po czym zapowiedział, że zerwie 
wszelkie względem nich zobowiązania i zmusi Stefcię do zaślubienia go wbrew ich 
woli. Pan Maciej przeraził się, ale księżna ułożyła natychmiast list do Stefci, 
zabraniając jej zaślubienia Waldemara. List swój księżna bardzo niezręcznie 
pokazała panu Maciejowi. Przejął go grozą. On wiedział, że to byłby ostateczny a 
straszny cios dla wnuka, bo Stefcia życiem by to przypłaciła, lecz po tym liście 
nie wyszłaby za ordynata za nic. Pani Podhorecka sama zepsuła całą sprawę, już 
chyłącą się na jej korzyść. Staruszka miała charakter śmiały, despotyczny — 
postanowiła iść przebojem do ostatka. Ale przed oczyma pana Macieja stanęła 
znowu przeszłość i okrutny list jego stryja, którym łamał bezwzględnie szczęście 
Korwiczówny. Pan Maciej przestał się wahać. Śmiało oznajmił dumnej pani, że 
zgadza się na zamiary wnuka, a chcąc swe słowa poprzeć czymś realniejszym, 
napisał list do Stefci i posłał go Waldemarowi nie zapieczętowany. Pierwej 
przeczytał go księżnie i pani Idalii. List był czuły i zupełnie ojcowski. 
Starzec prosił w nim Stefcię o uszczęśliwienie Waldemara i nazwał ją swą 
wnuczką. Pani Elzonowska zrozumiała, że wszystko stracone. Ale księżna nie 
ustąpiła. Zamknęła się w swym uporze, głucha na wszelkie przekładania, zimna, 
sztywna i nieubłagana. Pan Maciej, pełen goryczy i żalu do niej, przestał 
nalegać. Usunął się, dotknięty głęboko. Waldemar dla Obronnego nie istniał, ale 
księżna wiedziała, że bywa w Słodkowcach i że lada dzień wyjedzie do Ruczajewa. 
Chwilami opanowywała księżnę dzika zawziętość. "Niech jedzie, niech się żeni, 
nie chcę go znać — przeklnę!" Ale natychmiast po takim wybuchu łkanie 
rozdzierało jej piersi. Toż ten Waldemar to jej wnuk jedyny, jej chluba, ozdoba 
całej rodziny i świetna ozdoba. On był dla staruszki najdroższym. Kochając go, 
ceniła zarazem. Z własnych dzieci księżna nie miała pociechy, a Waldemar był 
synem najukochańszej zmarłej córki. Więc rozpacz gryzła księżnę i walka toczyła 
się w niej straszna. A godziny zdawały się policzone. Waldemar wyjedzie z listem 
Macieja, z jego błogosławieństwem i Stefcia musi się zgodzić, bo skoro Maciej 
jest po ich stronie, patriarcha Michorowskich, to już wszystko! On ma większe 
prawa do Waldemara i on już jest zupełnie przekonany. Pominą babkę, nie będą na 
nią uważali, bo ostatecznie ona jest osobą drugorzędną. Księżna czuła, że miłość 
wnuka, a może i szacunek jego wymmyka się z jej rąk, że Waldemar groźbę swą 
zerwania z rodziną zastosuje do niej jedynie, ale surowo. Okropne obawy 
napełniały duszę pani Podhoreckiej. Gniew, upór, obrażona duma, ambicja, miłość 
własna — wszystko wrzało w niej, tworząc nieznośną szarpaninę uczuć. Nie miała 
już poparcia z żadnej strony, bo i pani Idalia siedziała cicho w Słodkowcach, 
obawiając się narazić ojcu. Księstwo Franciszkowie milczeli, jakby przekonani. 
Zresztą o zapatrywaniach synowej księżna wiedziała. Hrabiostwo Morykoniowie, 
bojąc się wyraźnie występować przeciw ordynatowi, nie przyjeżdżali zupełnie do 
Obronnego. I panna Rita również zamknęła się w sobie. Milcząca, poważna, snuła 
się po zaśnieżonym parku bezcelowo. Nie bawiły jej nawet konie, poddała się 
całkowitej apatii. Upór księżnej oburzał ją. Chciała szczęścia dla Waldemara, 
poświęcając własne serce. Ale o Stefci nie mogła myśleć spokojnie. Jakiś żal 
wewnętrzny a ogromny nie pozwalał jej zastanawiać się nad tą dziewczyną. Jednak 
doznawała nieco złośliwej radości na myśl, co powiedzą Barscy i wiele innych 
domów arystokratycznych na wieść o małżeństwie ordynata. Ją, Szeliżankę, uważano 
za coś niższego, za partię dla ordynata niestosowną; nawet księżna i pani Idalia 
zapatrywały się tak samo. Mają nauczkę. Teraz może księżna ją wolałaby widzieć 
żoną Waldemara, ale już za późno. Muszą się zgodzić na Rudecką. Panna Rita 
znajdowała pociechę chociażby w tym, że nie Melania Barska zostanie ordynatową. 
I wmawiała w siebie, że jakkolwiek małżeństwo młodego Michorowskiego jest dla 
niej ciosem, który musi przeboleć, to jednak chyba nie przeżyłaby tego, gdyby 
się żenił z Melanią. Niechęć do hrabianki przeszła u nie w nienawiść. Rita przy 
całej swej inteligencji nie mogła darować Stefci czaru, jakim ona wzięła 
ordynata, a jemu stanowczości i energii, z jaką dążył do celu. Na równi pragnęła 
dla niego zwycięstwa i czuła żal. Dusza się w niej rwała z bólu i uczuć gorących 
a zawiedzionych, ale nawet nie walczyła z sobą w chęci dopomagania im. O ile 
tylko mogła, wpływała na księżnę dodatnio i naraziła się staruszce. Pewnego 
dnia, w wilię imienin księżnej, panna Szeliżanka siedziała w swym pokoju przy 
kominku. Płonął suty ogień. Otulona w miękki szkocki szal, pogrążyła się w 
myślach. Wtem zawiadomiono ją, że przyjechał hrabia Trestka. Zaledwo teraz 
powrócił ze swej długiej podróży. Bez wrażenia, bez podniesienia głowy poleciła 
go prosić. Hrabia wszedł cicho jak do kaplicy, co było u niego dowodem 
nadzwyczajnego nastroju. W milczeniu, gorąco ucałował obie ręce panny Rity i 
również w milczeniu usiadł na foteliku, który sam sobie przysunął. Binokle parę 
razy spadły mu i zwisły na sznurku. Hrabia, zdawało się, był mocno wzruszony 
samym widokiem panny Rity. Po długiej chwili przemówił: — Niesłychane zmiany 
zastałem w okolicy. To dziwne. Na stacji kolejowej spotkałem Żyżemskich. Mówili 
mi, że w Szalach jest jak po katastrofie. Widzę, że i w Obronnem nie lepiej. 
Panna Rita patrzała w ogień. — Jak po katastrofie — powtórzyła machinbalnie. 
Trestka kręcił się na foteliku. — Cóż ordynat? Rita podniosła na niego zdziwione 
oczy i wzruszyła ramionami. — Pan się pyta?... — No, ja wiem, wszystko wiem, ale 
czy już usankcjonowane? — Tylko przez księżnę nie. — "Sapristi!" to źle. 
Dlaczego księżna się upiera? Z ordynatem walka trudna, prawie niemożebna. 
Słyszałem o jego występie. Na radzie familijnej bronił się podobno pysznie. On 
ma wymowę! — I pobił wszystkich — dodała panna Rita. — Raczej zdruzgotał! 
Księżna musi ulec! Rozumiem jej stan obecny. Przejść Rubikon najtrudniej. Ale 
pani? Co panią tak złamało? Spojrzała na niego przez łzy. — Mnie? co mnie?... 
Ach, Boże!... Spuściła głowę i kilka łez spadło jej na szkocki szal, jakby nieme 
wyznanie. Trestka pochylił się, wziął jej rękę i rzekł dziwnie łagodnym głosem: 
— Wiem... ja wiem, co panią boli... Jednak ten ból to może przełom, to 
przesilenie, po którym rozpocznie się nowa era dla mnie — tak oczekiwana. Pani 
droga, dałbym wiele, aby ordynat dziś ożenił się, bo może wówczas dostanę panią 
dla siebie. On był tamą, o którą zawsze rozbijałem się bez nadziei, bo nie mnie 
z nim rywalizować. Widzi pani, jestem szczery, życie dałbym, aby pani za mną tak 
płakać mogła, lecz ponieważ nie każdy posiada szczęście jednakowe, więc ja 
pragnę chociaż odrobiny dla siebie, trochę nadziei... Rita gniewnie wyrwała mu 
rękę. — Panie, bez tego! Niech mię pan nie męczy. Mnie co innego w głowie. — 
Zawsze ordynat? Spojrzała mu śmiało w oczy. — Tak, pragnę dla niego szczęścia. — 
On je tam znajdzie w tej, którą kocha. — Ale ja mu chcę dopomóc, czym mogę, 
choćby wpływami na ciocię, choćby kosztem własnego szczęścia. Trestka zwiesił 
głowę. Długi czas trwało milczenie. Panna Rita patrzała na ogień. Trestka bawił 
się binoklami i świecąc nimi w blasku płomienia, nie spuszczał z oczu bladej 
twarzy i apatycznych ust panny Szeliżanki. Cicho zapytał: — Czy z panną Stefanią 
już po słowie? Ordynat jej się oświadczył? — Dawno! jeszcze w Słodkowcach. Ale 
mu odmówiła i wyjechała. — Odmó... wi... ła?... — Cóż się pan tak dziwi? 
Odmówiła powodowana taktem, ale kocha go. I ona biedna! Żal mi jej. — Gdyby 
trafiła na kogo innego, może bym żałował, ale tak! Zostanie ordynatową, czyli 
prześcignie własne marzenia. — Lecz ile przecierpi!... — Miłość ordynata 
wynagrodzi wszystko. Wiem od Brochwicza, że on ją bardzo kocha. Przeczuwałem to 
dawno, lecz nie sądziłem, że się to tak prędko rozstrzygnie. "Sapristi!" tu 
idzie "crescendo!". — Alboż pan nie znał ordynata? — Owszem, ale nie posądzałem 
go o zamiary matrymonialne. Myślałem, że to "un amour passant" (fr. — 
przemijająca miłość)- trochę trwalsza, lecz nie ostateczna, a przede wszystkim 
bardzo intensywna. — Wyrażenie dziwaczne w danym razie. — Przeciwnie, dobrze 
zastosowane. Uczucia ordynata dla panny Stefanii stanowczo są intensywne. Mają 
wielką dozę serca, ducha, czyli platonicznych cech, są zmysłowe, gwałtowne i 
posiadają wszystkie zasoby namiętnego temperamentu Waldemara. Teraz okazują się 
nie tylko zwycięskimi i zaborczymi, lecz i matrymonialnymi. Wiedziałem, że 
Stefcia szampańska, ale żeby doprowadzić Michorowskiego aż do kaplicy, tegom się 
i po niej nie spodziewał, pomimo zapewnień Brochwicza. — Gdzie go pan spotkał? — 
W Berlinie. On mi pierwszy opowiedział o tej awanturze. — Jakież są jego 
poglądy? To przyjaciel ordynata. — On twierdzi, że Waldemar robi dobrze 
przekraczając łańcuch sferowy i że będzie szczęśliwy. Brochwicz ma swój wyłączny 
kult dla Rudeckiej. — A pan? — Ja lubię ją bardzo, uznaję jej zalety, jest ładna 
i zajmująca. W roli ordynatowej będzie jej do twarzy i potrafi z niej wybrnąć 
szczęśliwie. Ona ma duży takt. Dla jej pastelowej urody potrzeba tła, aby się 
uwydatniła lepiej. Głębowicze będą dla niej aż nadto wspaniałą ramą. Ale w 
liczbie nazwisk, w paranteli Michorowskich nie zabłyśnie jaskrawo, raczej 
przeciwnie — bardzo skromnie. Po Bourbonach, Esterhaztych, Podhoreckich — 
Rudecka... skandalicznie trochę zabrzmi. Panna Rita zwiesiła głowę. Pomyślała 
sobie, że i jej nazwisko — Szeliga — zgasłoby przy tych potentatach. Ironia 
zbudziła się w niej i skierowała na Trestkę. Rzekła z przekąsem: — Jeżeli pan 
tak potrafi różniczkować brzmienie nazwisk, to się dziwię, że panu o mnie 
chodzi. Jestem przecie tylko Szeliżanka, a pan aż Trestka, tytularny, zrodzony z 
tytułu. Ja mam zaledwo dwóch hrabiów w rodzie, nie stanowię partii! Zaśmiała się 
krótko, sarkastycznie. — Po co to pani mówi? — spytał z żalem Trestka. Oparła 
się na fotelu ociężałym ruchem. — Ach! mniejsza o to!... Senne powieki spuściła 
na oczy i siedziała tak z obojętnym wyrazem twarzy, zmieniona, niepodobna do 
siebie. Trestka wbił oczy w mozaikę kwiatów na dywanie i również milczał, tylko 
sapał trochę. Zmrok zimowy zapadał wolno, ścieląc się szarymi pasmami na 
błękitnym obiciu ścian, zasnuwał mgłą wiszące obrazy, zmącał lustra, rzucał 
posępne cienie w każdy kąt pokoju, zamykając go w coraz ciaśniejsze ramy 
niewyraźnych szarzyzn. Ogień na kominku przygasł. Już tylko słabe, błękitne 
języczki płomieni ogarniały zwęglone głowienki. Trochę rozpalonych węgli żarzyło 
się czerwoną plamą. W popiele sypkim i białawym błyskały złote, migające iskry. 
Przygnębiająca cisza zawisła jak pająk nad tym ładnym zakątkiem pałacu i przędąc 
smutek wdzierała się nim aż do serc dwojga ponuro zamyślonych ludzi. Blada twarz 
Rity wtuliła się do połowy w miękkie zwoje szalu. Tylko jej włosy obfite, 
błyszczące połyskiwały w świetle gasnącego dnia. Na złotym grzebieniu pełzały 
słabe refleksy iskier. Te dwie postacie w szarzyznach zmroku, wpatrzone w 
spopielały ogień na kominku, mogłyby być uosobieniem ukrytej tragedii. Każde z 
nich miało w sercu żal i zwątpienie, a pająk smutku omotywał ich coraz silniej 
swą ciemną szatą, wysysał nadzeiję z najgłębszych tkanek serca. Nagle oboje 
poruszyli się. Panna Rita podniosła głowę. Zwrócił ich uwagę szmer przy 
drzwiach. Spojrzeli w tę stronę i zerwali się, niby jedną podrzuceni siłą. W 
drzwiach stała księżna, wyniosła, blada, straszna. Chwiała się na nogach, jej 
oczy płonęły gorączką. — Ciociu! — zawołała Rita, podbiegając do staruszki z 
przerażeniem. — Kto tu jest więcej? — wyszeptała księżna. — Pan Edward, ciociu. 
Trestka zgiął sią w głębokim ukłonie. — Wróciłem dziś z podróży i pospieszyłem 
złożyć paniom uszanowanie. — To dobrze... Dziękuję — wyszeptała księżna podając 
mu rękę. Trestka ucałował ją z powagą. — Może ciocia spocznie tu na kanapce — 
troszczyła się panna Rita. — Nie, nie, tylko chcę, abyś wysłała posłańca, Ryciu, 
proszę cię, zajmij się tym... natychmiast. Może by kamerdyner... albo 
stangret... — Dobrze, ciociu. A dokąd ma jechać? — Do... Głębowicz — wyszeptała 
pani Podhorecka. Panna Rita zamieniła z Trestką szybkie jak błysk spojrzenie. — 
Czy będzie list? — spytała jeszcze. — Nie, tylko niech prosi Waldemara, żeby 
dziś jeszcze... przyjechał... koniecznie!... Panna Rita wybiegła z pokoju. — 
Może księżna każe zapalić światło? — spytał Trestka. — NIe, wracam do siebie... 
trochę mi słabo. — Ja księżnę odprowadzę. Potrząsnęła głową przecząco. — 
Dziękuję. Nie. Pójdę sama. Wyszła z pokoju wolno, majestatycznie. Trestka został 
sam, podszedł do kominka i stalowymi grabkami rozgrzebywał siwy popiół, 
rozgarniał iskry, mrucząc po cichu do siebie: — Czy to będzie już finał, czy 
ostateczny krach? Po kilku minutach wróciła panna Rita. — Gdzie ciocia? — POszła 
do siebie. Cóż, wysłała pani do Głębowicz? — Pojechał mój stangret. On 
najprędzej dojedzie. — Co to może być?... Panna Rita była wzburzona. — Nie wiem, 
nie wiem! W każdym razie jakieś zakończenie. Księżna wygląda dziwnie. Pójdę do 
niej. — NIech ją pani zostawi w spokoju. Pewno woli sama przebyć czas do jego 
przyjazdu, zwłaszcza jeśli rozmowa z ordynatem ma być ostateczną. A na to 
wygląda. — Ach, Boże! żeby choć Waldemar jeszcze nie wyjechał! — Dokąd zamierzał 
jechać? — Słyszałam od Luci, że iał jechać do Ruczajewa. — Dokąd?... — Do 
rodziców Stefci, prosić o jej rękę. — Awantura! — mruknął Trestka. — Ach, Boże! 
Żeby go zastali! — Hm! a cóż pani Idalia mówi na to wszystko i Lucia? — Lucia 
zdumiona, ale kocha Stefcię, więc się cieszy. A Idalka?... oburza się, lecz już 
nie oponuje, bo pan Maciej całkowicie nawrócony. Stefcia przypomina mu tamtą. 
Czy pan zna całą historię o babce Stefci, zmarłej Rembowskiej?... — Wiem, która 
była narzeczoną pana Macieja. Mówił mi Brochwicz. Istotnie nadzwyczajny wypadek, 
dziwny traf! Ale teraźniejszość wynagrodzi przeszłość. — Kto to wie! — 
westchnęła panna Rita i znowu pogrążyła się w zadumie. XV Wieczór wlókł się 
długo, nieskończenie. Panna Rita biegała z pokoju księżnej do swego, gdzie 
siedział Trestka. Najlżejszy szum wiatru w parku, każdy skrzyp śniegu na 
dziedzińcu — wszystko wzbudzało czujność pałacu. Oczekiwano ordynata z 
natężeniem, ale godziny dłużyły się. Stary zegar w sali jadalnej wybijał 
kwadranse, wygrywał kuranty. Służba snuła się po korytarzach, szepcąc z sobą 
tajemniczo. Panna Rita, rozgorączkowana, wyglądała przez okno na szumiący park, 
gdzie śnieg sypał gęsto wielkimi płatami, jakby całe Obronne razem z parkiem, 
pałacem i tą garścią ludzi poruszonych, zniecierpliwionych oczekiwaniem, chciał 
otulić swą białą, miękką i zimną płachtą. Do pokoju, w którym znajdowali się 
Rita i Trestka, znowu weszła księżna. — Czy Waldemar nie przyjechał? — Jeszcze 
nie, ciociu, ale pewno zaraz będzie, niech się ciocia położy. — Nie mogę... Na 
dworze zawieja, prawda?... — Tak, ciociu. Księżna usiadła na kanapce, splotła 
białe dłonie na kolanach i z pochyloną głową znieruchomiała. Oczy jej błądziły 
po dywanie, usta poruszały się lekko, szepcąc pacierze. Nie uważała zupełnie na 
obecnych. Panna Rita kręciła się, nie wiedząc, co począć z sobą. Trestka oglądał 
kwiaty, umieszczone w koszach, z takim zajęciem, jakby je pierwszy raz widział. 
Rzucał na księżnę niepewne spojrzenia. Wreszcie, schowany za kwiatami, napisał 
coś w notatniku i wsunął kartkę w rękę przechodzącej Rity. Przeczytała: "Szkic 
do rzeźby: Matka zbuntowanego Graccha". Rita rzuciła mu ostre spojrzenie, 
wzruszając ramionami. Przeszło jeszcze kilkanaście minut. Nagle drzwi otworzyły 
się gwałtownie i wpadła panna służąca, tuż za nią lokaj. Oboje nie zauważyli 
księżnej i razem zawołali: — Nie ma pana ordynata w Głębowiczach! Stangret 
wrócił. Powiada, że wyjechał do kolei. Księżna zerwała się przerażona. — Co?... 
Wyjechał!... Panna Rita i Trestka struchleli na jej widok. Służący zaczęli się 
cofać, bladzi z przestrachu. — Kiedy wyjechał? — krzyknęła znowu księżna. — 
Proszę księżnej pani... stangret powiada, że dziś przed wieczorem — odparł, 
jąkając się pokojowiec. — Boże! Boże! — załkała księżna. Rita mrugnęła na 
Trestkę. — Natychmiast po dwóch posłańców do stacji Rudowa i Trębe. Nie wiadomo, 
gdzie pojechał... ale prędzej... Trestka wybiegł z pokoju, pociągając służących. 
— Nieszczęście! nieszczęście! — jęczała księżna — pojechał już! do niej 
pojechał, odepchnął mnie! Boże! Boże! moja wina, moja wina... Panna Rita razem z 
panią Dobrzyńską zaledwo zdołały uspokoić księżnę. Ale staruszka wpadła w jakąś 
martwotę, siedząc jak nieżywa. Bez słowa pozwoliła rozebrać się z sukni, lecz do 
łóżka nie chciała się położyć. Dziwne iskry tliły w jej czarnych oczach, usta 
zaciskał ból, aż kurczący mięśnie twarzy. Dała znak pannie Ricie i Dobrzyńskiej, 
żeby wyszły, chciała pozostać samą. — Kogo pan wysłał? — spytała Rita Trestki. — 
Pojechał znowu pani stangret i stajenny do Rudowy, a mój lokaj i mój stangret do 
Trębego. — Boże, co to będzie, jeśli go już nie zastaną! — To niemożebne, bo i 
tu, i tam pociągi odchodzą późno w nocy. Ja myślę, że skoro wyjechał przed 
wieczorem, to znaczy, że do Słodkowic, czyli że stamtąd do Rudowy. Ale co mu się 
stało, że tak pospieszył? — Pospieszył! czekał przecież dwa miesiące. Nie dziwię 
się wcale wzruszeniu cioci. To dla niej straszne! Odtrącała go stale, a teraz 
pojechał bez jej błogosławieństwa. — I powróci po ślubie, bo u niego idzie 
prędko — dodał Trestka. — Och! tego boję się najwięcej. Stefcia bez 
błogosławieństwa księżnej nie zgodzi się na ślub, a ordynat jest rozdrażniony. — 
Przecież jej nie wykradnie, minęły owe czasy. — Ale doprowadzony do 
ostateczności może zrobić coś takiego, co księżnę zabije. Jezus Maria! on jest 
niebezpieczny w gniewie! — Tak, ale umie przy tym bajecznie zaciskać zęby. Nosi 
w sobie lwa i pęta na niego. Będzie się szarpał, lecz potrafi się skuć 
jednocześnie. To olbrzymia siła! — Pan go jednak dobrze zna. POcieszam się tym, 
że on księżnę bardzo kocha. Ale znowu miłość dla Stefci może go w razie 
dłuższego oporu babki uczynić szaleńcem. Panna Rita zaczęła się cicho modlić. 
Lęk wpełznął do pałacu i nurtował w sercach nawet służby. Ordynat był w myśli 
wszystkich, jakiś straszny, przejmujący grozą. Zegar wydzwonił godzinę drugą po 
północy, kiedy panna Szeliżanka dojrzała wśród zawiei czarne kontury sanek, 
sunące prędko do podjazdu. Leciutko zabrzęczały janczary i sanki stanęły. — 
Przyjechał! — krzyknęła Rita. Jak strzała zbiegła ze schodów. Za nią podążał 
Trestka. W sieni Waldemar zdejmował z pomocą kamerdynera zaśnieżone bobry. 
Przywitali się w milczeniu. — Co tu się stało? — spytał. — Wszyscyście 
wystraszeni, macie miny grobowe. Mówił mi posłaniec, że babcia zdrowa. — 
Pragnęła pana widzieć koniecznie. Jest mocno zdenerwowana i osłabiona — odrzekła 
panna Rita. — Ogromnie pan długo nie przyjeżdżał — dodał Trestka. — Długo! pan 
chyba żartuje! Jadę z Rudowy. Posłaniec wyrwał mię już z wagonu. Spieszyłem, jak 
mogłem, ale w taką zamieć niepodobieństwo. Piekielny czas! — Pójdę, zawiadomię 
ciocię o pańskim przyjeździe — odezwała się panna Rita. — Idę z panią. Księżna 
siedziała w swej sypialni w fotelu, niedaleko łóżka. Miała na sobie biały 
flanelowy szlafrok, ozdobiony ciężkimi koronkami. W tym stroju, z bladą twarzą i 
gorejącymi oczyma, w białej koronce na siwiejących włosach, była piękną w swej 
starości, jak z portretu. Wspaniałe, ciemne obicie sypialni, poważne złocenia 
inkrustacji sufitu, ciężkie adamaszkowe kotary hebanowego łoża — wszystko to w 
księżycowym blasku ampli przybierało poważne tony, układające się w pyszne tło 
dla tej stylowej postaci. Obok księżnej stał rzeźbiony klęcznik, na którym 
leżała otwarta Biblia. Panna Rita weszła, pochyliła się lekko i szepnęła: — 
Ciociu!... przyjechał ordynat... Czy ma wejść? Ognie uderzyły na bladą twarz 
księżnej. — Przyjechał?... już przyjechał? Rozejrzała się w pokoju i z 
westchnieniem cofnęła się w głąb fotela. — Gdzie jest Waldemar? — Czeka obok, w 
saloniku. Nagły płomień silnego postanowienia błysnął w oczach księżnej. — Proś 
go, niech wejdzie — rzekła głośno. Panna Rita w saloniku chwyciła Waldemara za 
rękę. — Niech pan idzie, ale... proszę ją oszczędzać. Jest silnie zdenerwowana i 
słaba. — Niech pani będzie spokojna. Wszedł do sypialni i serdecznie ucałował 
obie ręce księżnej. Patrzała mu w oczy z niemym pytaniem, sztywna, poważna. 
Czarne źrenice wpijała, zda się, w głąb duszy wnuka, jakby chcąc w niej odkryć 
wszystko, co tam utajone. Białą dłonią, na której świecił szmaragd niby zielona 
gwiazda, ściskała rękę Waldemara. On usiadł obok, uśmiechnął się z przymusem i 
spytał: — Dlaczego, babciu, tak na mnie patrzysz? — Chcę dojrzeć w tobie zmianę 
— wyszeptała księżna. — Zmianę we mnie?... Doprawdy?... — Tak, chciałabym 
widzieć cię zmienionym — rzekła z przyciskiem. Waldemar zrozumiał. — Nie, 
babciu, ja się tak łatwo nie zmieniam, jestem stanowczy — odpowiedział z siłą w 
głosie i dumnie podniósł głowę. Księżna puściła jego rękę. — Czy trwasz stale w 
swym postanowieniu? Oczy jej błysnęły dziko. Waldemar wytrzymał ten wzrok 
spokojnie. — Tak, babciu. — Więc, nic... nic nie wpłynie na zmianę... twych 
uczuć?... — Uczuć? NIc nie wpłynie na zmianę mych zamiarów, o zmianie uczuć 
mówić nie wolno. — Więc nic... nic?... — NIe, droga babciu. To postanowione 
nieodwołalnie. Zgódź się z tym jako z rzeczą konieczną. Proszę cię o to, ja, 
twój wnuk jedyny, twój Waldy, i proszę najczulej. Kocham Stefcię więcej niż 
własne życie, ona mię również kocha. Ja jej nie zawiodę, bobym chyba sobie serce 
wydarł z piersi. Dziś jechałem do Ruczajewa. Potrafiłem czekać długo, ale już 
nie mogłem. Chwila — i byłoby za późno. Jesteś, babciu, surowa, nieubłagana, 
lecz ja mam dla ciebie przywiązanie synowskie. Ono mię wstrzymywało od 
ostatecznego kroku. Wiem, że Stefcia nie chciałaby mię bez twego słowa, ale 
potrafiłbym ją przekonać. To dziecko ma bardzo delikatne uczucia i wielką 
subtelność natury. Na listy moje odpowiadała nadzwyczaj wstrzemięźliwie. Ona 
miłość swą chciałaby ukryć w taką głąb serca, gdzie by się jej nikt nie 
domyślał. — Korespondowałeś z nią? — PIsałem parę listów — odpowiedziała mi raz 
tylko — i powtarzam, że w słowach jej brzmiało wyraźnie głębokie uczucie, lecz 
tamowane przez jakieś wędzidła, które kaleczą jej czystą miłość — taką 
prawdziwą, taką świętą! — Waldemarze... ty ją... bardzo kochasz? — Jest ona dla 
mnie jedyną kobietą. Gdyby nie była mi drogą nad wszystko, nie walczyłbym o nią 
tak uparcie — odrzekł Waldemar z powagą w głosie. Przeszył babkę spojrzeniem 
swych szarych źrenic, w których przy prawdziwie męskiej sile widniała potęga 
uczucia. Księżna spuściła oczy i długimi cienkimi palcami rozgarniała zdobiące 
szlafrok koronki. Na twarzy wystąpiło kilka krwawych plam, usta zacisnęły się 
stanowczo. Cała postać wyrażała walkę ostateczuną, zmaganie się dwóch 
przeciwnych sił: miłości dla wnuka i uporu obrażonej dumy. — Co zwycięży? — To 
pytanie wisiało w powietrzu, tchnęły nim bogate ściany sypialni, dyszała 
księżycowa ampla. Waldemar patrzał na babkę pewnym wzrokiem. Znał staruszkę i w 
jej wahaniu widział już pomyślny wynik. Serce mu biło mocno, bo nie chciał 
dłużej walczyć z tą kobietą. Kochał ją i czcił jak matkę. W źrenicach jego 
błyszczał bunt, cierpliwość już była wyczerpana. Całą duszą, całą siłą energii 
wołał przez nie: "Dosyć, dosyć, bo zerwę ostatnie pęta!" Księżna, jakby uczuła 
dotknięcie tego wzroku, podniosła na wnuka szybkie spojrzenie, lecz w jego 
oczach musiała wyczytać wszystko, bo prędko spuściła powieki. Krew uderzyła jej 
do głowy, zalewając policzki i czoło. Wystąpiła na nim pionowa bruzda, jakaś 
stanowcza, jakby staruszka już teraz sama sobie coś rozkazywała. Oczy wnuka 
przeraziły ją. Jeszcze milczała chwilę, pragnąc ochłonąć; wreszcie szepnęła 
cicho: — Nie widziałam jej dawno... Czy masz fotografię?... Waldemarowi zapaliły 
się ognie w oczach. Radosny uśmiech mignął na jego pysznych ustach, z jego rysów 
znikła groza, zalśnił w nich rój promiennych świetlików, rozżarzył stalowe 
źrenice, rozjaśnił pąsowe wargi pod ładnym wąsem. Cała twarz wyglądała tak, 
jakby padła na nią łuna wschodu. Księżna zauważyła tę zmianę. — Jak on ją kocha! 
— pomyślała. Waldemar odpiął od dewizki medalion, otworzył i szepnął w duchu do 
smutnie uśmiechniętej twarzyczki Stefci: — Teraz zwyciężysz, jedyna! Wyjął 
elegancki portfel z kieszeni, wydobył z niego wąską, długą fotografię Stefci w 
balowej sukni na ciemnym tle, i razem z medalionem wręczył księżnej. Staruszka, 
zdziwiona, spojrzała na medalion. — Ty ją tu nosisz? — Jako swoją narzeczoną, 
babciu! — odparłł śmiało Księżna przyglądała się długo, podnosząc medalion i 
fotografię do oczu. Jakieś błyski ślizgały się po jej twarzy, wrażenia 
nieuchwytne a głębokie, ręce jej drżały, głowa zwisła na piersi.. W pokoju 
panowała cisza prawie uroczysta, jakby w oczekiwaniu cudu. Nagle księżna odjęła 
od oczu szyldkretową lornetkę na długiej rączce, położyła fotografią i medalion 
na klęczniku, opierając o Biblię, i jeszcze wpatrywała się w promienne, 
przepaściste oczy Stefci. Po czym rzekła jakby do siebie: — Bardzo ładna i... 
dziwnie urocza. A po chwili znowu, ledwo dosłyszalnym głosem: — Jak 
księżniczka... Spuściła powieki, bruzda na czole pogłębiła się, w skroniach 
delikatnych jak welin pulsa biły prawie widocznie. Znowu podniosła oczy na 
fotografię i nagłym ruchem podała Waldemarowi obie ręce. — POdoba mi się... 
twoja Stefcia... Waldy — rzekła z uśmiechem. On ścisnął dłonie staruszki, 
pochylił się do niej z wichrem szczęścia w oczach. — Moja Stefcia!... moja!... — 
Niech wam... Bóg błogosławi — rzekła księżna poważnie, kładąc dłoń na głowie 
wnuka. Waldemar wiedział, co kosztowały księżnę te słowa. Gorące usta przycisnął 
do jej rąk. — Dziękuję ci, droga babciu! Szczęście nasze będzie twoją nagrodą — 
mówił wzruszony. Księżna ucałowała kilkakrotnie jego głowę. Łzy spłynęły z jej 
oczu. — Daj Boże, abyś był szczęśliwy, daj Boże! NIe chciałam być gorszą od 
Macieja, bałam się, że mnie pominiesz... jestem zazdrosną o twe uczucie... 
więc... Niech się spełni. — Będziesz miała moją miłość i mojej Stefci. Pokochasz 
ją sama. Oboje spojrzeli na klęcznik, gdzie fotografie Stefci miały wyraz 
dziwnie natchniony, jakby dusza dziewczyny sfrunęła na te nieme podobizny, 
czyniąc je żywymi. Uroczysta chwila oczekiwania cudu zmieniła się w inną, 
róównie uroczystą — jak po cudzie już spełnionym. Bogate ściany sypialni 
otaczały fotografię dziewczyny przepychem. Księżycowa ampla dziergała na niej 
srebrne, ruchliwe błyski. Wszystko dyszało dokoła, wszystko tchnęło jakby 
mistycznym hejnałem: — Cud się spełnił!... zwyciężyła Stefcia, zwyciężyła!... I 
namiętne oczy Waldemara, wpatrzone w fotografię, i jego rozpalone usta mówiły 
również: — Zwyciężyłaś, jedyna!... XVI Długo rozmawiał Waldemar z babką, aż 
niecierpliwiła się panna Rita, a Trestka narzekał. Wybiła godzina wpół do 
trzeciej i trzecia. Nareszcie wszedł Waldemar. Panna Rita nie ruszyła się. Coś 
ją przykuło do miejsca. Trestka podszedł do ordynara. Nie mówił nic, ale jego 
mina wyrażała samą ciekawość. Waldemar był wesół, lecz spojrzawszy na kamienną 
twarz Rity, spoważniał, brwi zsunęły mu się na czole. Chwila nastała trochę 
kłopotliwa, bo i Trestka milczał. Rozgrywały się tu losy. Waldemar podszedł do 
panny Rity. Ona spytała z wysiłkiem: — Cóż ciocia?... czy... Zdławiło ją w 
krtani — nie mogła dokończyć. — Ciocia chce się położyć — podchwycił ordynat. — 
Jutro, a właściwie dziś jeszcze zjeżdżamy się tu wszyscy na imieniny babci, 
potem jadę do Ruczajewa. Panna Rita zbladła jak pod ostatecznym ciosem, jęknęło 
jej w piersi, lecz zagryzła silnie wargi i przemocą zapanowała nad wrażeniem. 
Podała Waldemarowi ręce, patrząc na niego z bolesnym wyrazem. — Niech panu Bóg 
szczęści. Waldemar ucałował jej rękę, nisko pochylając głowę. Trestka winszował 
hałaśliwie. Nazwał ordynata bohaterem i obiecywał wspaniałą mowę na uczcie 
weselnej, na złość hrabiemu Morykoniemu, którego nie lubiłś — Szczególną miałbym 
werwę, gdyby byli Barscy. Ale to wątpliwe. Po odjeździe ordynata i hrabiego 
panna Rita poszła do siebie. Chodziła jak nieprzytomna, aż nagle zerwał się w 
jej piersi płacz straszny, zamykający w sobie wszystko: całą miłość dla 
Waldemara, dawną i gorącą, żal nieuzasadniony do niego i Stefci, głuchą rozpacz. 
Wtuliła głowę w poduszki i klęcząc przed łóżkiem, trzęsła się w spazmatycznych 
dreszczach. NIgdy nie miała nadziei, żeby ordynat zwrócił ku niej swe uczucia, 
nigdy się nawet nie łudziła, ale nie myślała i o tym, że on w końcu wybierze 
sobie kobietę, którą ukocha i nazwie żoną. Było to coś tak dalekiego, tak 
niewyraźnego w zarysach, że gdy nadeszło, stało się dla niej ciosem. Wiedziała o 
jego uczuciach dla Stefci od dawna i o przychylności pana Macieja, słyszała 
pełne zapału słowa Waldemara na zjeździe familijnym, a jednka wątła nić oporu 
księżnej jeszcze zdawała się odgradzać ją od strasznej prawdy. Sama pragnęła dla 
niego szczęścia i gdyby już teraz tylko od niej zależało, bez wahania oddałaby 
mu Stefcię. Ale natura ludzka jest zawiła, często niezrozumiała. Panna Rita 
dopiero teraz jasno pojęła przepaść pomiędzy nią a ordynatem, odczuła obuchową 
siłę, która miażdżyła jej miłość. Teraz ujrzała otchłań swych najdroższych 
uczuć. Płakała boleśnie. Księżna, nie mogąc się jej doczekać, weszła sama do 
sypialni wychowanki. Rita ujrzała ciotkę tuż przy sobie. Zerwała się z kolan. — 
Ciociu, po co przyszłaś?... po co? — jęknęła z wyrzutem. Staruszka objęła jej 
głowę i przytuliła do siebie. — Cicho, dziecko, nie wymawiaj mi, żem przyszła. 
Ja przeczuwałam, ja wiem wszystko, Ryciu, i ty go kochasz, cierpiałyśmy razem, 
ja cię rozumiem. Aleś ty szlachetna... tyś przemawiała za nimi, choć serce w 
tobie jęczało, a jam cię szorstko odsunęła. Przebacz mi, dziecko. Usiadła na 
łóżku. Rita wtuliła głowę w ramię staruszki rozełkana, drżąca. Księżna mówiła 
dalej: — Widzisz, już skończone, już i ja ich błogosławię, Ryciu, on kocha 
Stefcię, bardzo kocha, będą szczęśliwi, to mię pociesza. Jestem stara, żałowałam 
tych kilku chwil życia, jakie mi zostały bez miłości jedynego wnuka. Ustąpiłam i 
teraz mam spokój, spadł mi ciężar z serca, jestem nawet szczęśliwa, bo... cóż 
mam robić! Księżna głęboko westchnęŁa. — POdoba mi się ta dziewczyna. Widocznie 
dużo warta, skoro potrafiła tak silnie przywiązać do siebie Waldemara. On 
zadziwia mię swą siłą woli, a ona... Dokończyła szeptem: — A ona czarem. 
Staruszka głaskała ciemną, zbiedzoną głowę wychowanki, błądząc oczyma w 
przestrzeni. Panna Rita milczała cicha i jakby uspokojona. Księżna szepnęła 
znowu: — Rozmawiałam z duchem mojej Elżuni i z Gabrielą. Zwłaszcza Gabrielę 
widziałam często w snach. Stawała obok Waldemara i kładła mu rękę na głowie, 
jakby błogosławiąc. I tę Stefcię widziałam. Klęczała przy Gabrieli, taka 
śliczna, błagająca, zupełnie podobna do tej w medalionie Waldemara. Staruszka 
wstrząsnęła się. — A czy wiesz? Ukazała mi się we śnie zmarła Rembowska. Och! 
tak okropnie patrzyła mi w oczy! — Niech się ciocia nie przejmuje — rzekła 
serdecznie panna Szeliżanka i przylgnęła do ręki staruszki. — Nic, dziecko, to 
już minęło. Teraz mi dobrze i tak spokojnie. Waldy kocha mię. O to już mi tylko 
chodzi. On zacny chłopak. Czemuż go Elżunia nie widzi! Panna Rita westchnęła. 
Księżna pocałowała ją w czoło. — Cierpisz, dziecko, ja wierzę, Bóg da, że i ty 
szczęście znajdziesz. Tyś warta najlepszego losu. — Nie chcę, ciociu, nie chcę. 
Ja kochałam go całą duszą, ale nawet nie marzyłam o nim dla siebie. Cóż... ja 
dla niego? Byłabym zbyt śmiałą, chcąc marzyć. Ale... smutno mi. Ot, dziwaczka 
jestem. Zaśmiała się cicho, boleśnie. — Gorycz przez ciebie przemawia — rzekła 
księżna. — Ale to minie, tyś zawsze taka dzielna. Już zaczynało świtać, kiedy 
księżna, osłabiona bezsennością i wrażeniami nocy, poszła do łóżka. Ale nie 
mogła zasnąć. Przesuwała w palcach paciorki sandałowego różańca, oczy miała 
wlepione w adamaszkową kotarę, na której blady świt zimowy snuł swe fioletowe 
cienie. Usta staruszki szeptały pacierze, lecz myśl przebijała szereg lat, 
błądząc w czasach, kiedy i sama była młodą, sama kochała, a potem widziała 
uczucia swych dzieci. I w drugim pokoleniu to samo. XVII Waldemar powrócił do 
Głębowicz nad ranem. Już świtało. Ruch powstał w uśpionym przed chwilą zamku. 
Zwłaszcza w cieplarniach i w oranżerii panowała krzątanina przy blasku lamp 
elektrycznych. Sam ordynat wybierał kwiaty. Rój ogrodników z nożycami w rękach 
robił istne spustoszenie. Ogrodnik układał kwiaty odpowiednio. A były tam pyszne 
okazy. Wszystko, co cieplarnie, prowadzone z wielkim nakładem, wytworzyć mogły o 
tej porze roku. Cenne róże, storczyki, mimozy robiły wrażenie przeniesionych z 
Riwiery. Nad mistrzowskim opakowaniem czuwał sam ordynat. Około jedenastej rano 
wyjechał strzelec Jur w bogatych liberyjnych futrach, strojny i dumny, wioząc 
ten wonny ładunek dla Stefci razem z listem Waldemara. Wiózł także i list do 
państwa Rudeckich. Przed obiadem ordynat wpadł do Słodkowic tak promienny, że 
wszyscy od razu odgadli powód. Pan Maciej ucieszył się szczerze, Lucia, 
pogodzona już z myślą o Stefci w roli ordynatowej, pragnęła, by się to stało jak 
najprędzej. Tylko pani Idalia spochmurniała, mocno dotknięta, może przed oczyma 
widząc tragiczną z gniewu i obrazy twarz hrabianki Melanii. A może przyszły 
blask i stanowisko Stefci drasnęło jej miłość własną. Ale życzyła Waldemarowi 
szczęścia, ze względu na ojca, chociaż trochę ironicznie. Wieczór imieninowy 
zgromadził w Obronnem sporą liczbę osób. Był pan Maciej z córką i wnuczką, 
Waldemar, bohater chwili, byli księstwo Franciszkowie Podhoreccy z córkami i 
nauczycielką księżniczek. I hrabiostwo Morykoniowie, i Trestka, i Wiluś Szeliga, 
który na ten dzień przyjechał z Warszawy przed odjazdem do uniwersytetu. Z 
okolicy byli Żyżemscy i Ćwileccy. Hrabina Ćwilecka, dowiedziawszy się o 
zakończenmiu sprawy ordynata, przybrała postawę bardzo obrażonej, na księżnę 
rzucając złe spojrzenia, pełne politowania. W oczekiwaniu na wyniki nie 
wyjechała dotąd za granicę, pomimo zapakowanych kufrów. Toteż gniew jej nie miał 
granic, nikogo jednak nie przestraszył. Księżna powróciła już do zwykłej 
równowagi duchowej. Księżna Franciszkowa z córkami, Lucią i panną Ritą 
utrzymywały dobry nastrój ogólny. Panna Rita mówiła o sobie do młodej księżnej, 
że śmieje się przez łzy, aby ukryć łkanie, ale robiła to nadzwyczaj umiejętnie. 
Dopomagali im oboje Żyżemscy i rozweselony pan Ksawery. Humor Waldemara płynął 
szeroko błyszczącą falą, porywał i panan Macieja, i starszą księżnę. Trestka 
siał dowcipami, pierwszy raz patrząc na ordynata z uwielbieniem i wdzięcznością. 
Tylko pani Idalia, hrabina Morykoniowa i Ćwilecka zachowywały się 
powściągliwiej, trochę nadąsane. Książę Franciszek i hrabia Morykoni mieli miny 
niewyraźne, jakieś krytyczno_ironiczne, mówili mało, starannie unikając 
wszelkiej wzmianki o bieżącej sprawie zaręczyn ordynata. Wiluś Szeliga nie 
krępował się nikim i niczym, był jak struty. Trestka w jakimś dowcipie chciał 
zażartować z niego, ale dostał od ordynata taką naukę, delikatnie, lecz wyraźnie 
zaznaczoną, że aż na chwilę stracił swój burszowski humor. Przy wieczerzy ogólne 
i wielkie wrażenie zrobił toast pana Macieja. Staruszek wstał i wnosząc kielich 
z szampanem rzekł dobitnie: — Zdrowie narzeczonej mego wnuka, panny Stefanii 
Rudeckiej, którą od tej chwili włączam w grono naszej rodziny. NIech żyje młoda 
i szczęśliwa para! Waldemar z wdzięcznością spojrzał na dziadka, wszyscy 
spełnili kielichy z mniejszym lub większym zapałem, Trestka z wielką werwą, 
hrabina Ćwilecka i pani Idalia z przymusem. Ale hrabia Morykoni ociągał się. 
Trzymał kielich w powietrzu z miną zakłopotaną i złą, jakby chciał 
zamanifestować swą niechęć i jeszcze się wahał. Waldemar zauważył to, zatrzymał 
swój kielich koło ust i patrzał bystro na hrabiego. Chwilę przyglądali się sobie 
w milczeniu. Twarz Waldemara lodowaciała, twarz hrabiego okryła się pąsem, ale 
zdrowia nie wypił. Wszyscy się zmieszali. Hrabina Morykoniowa, spojrzawszy na 
Waldemara, pociągnęła lekko męża za ubranie. Nareszcie ordynat rzekł twardym 
głosem, ze szczególnym uśmiechem: — Panie hrabio, czekam! Hrabia rzucił mu 
zjadliwe spojrzenie, ale toast spełnił. Ordynat wychylił swój kielich z 
filuternym błyskiem w oczach, jakby mówiąc: — Tak zawsze będzie. Uczta 
przeciągnęła się do późna i pod koniec ożywiła wszystkich. Nawet hrabia Morykoni 
zapomniał trochę o różnicach sferowych między ordynatem a Stefcią. Obronne od 
bardzo dawna po raz pierwszy zawrzało życiem, jakby święcąc tryumf ordynata w 
miejscu, gdzie najdłużej trwała jego walka, ale skąd zwycięstwo rozbrzmiało 
najgłośniej. XVIII Do salonu w Ruczajewie wpadł złoty, powłóczysty promień 
słońca, obiegł ściany kryte białą tapetą, pogładził orzechowe meble, zajaśniał 
na ciemnopąsowym pluszu i długą smugą rozłożył się oświecając froterowaną 
posadzkę. Błyskał dokoła iskierkami swych gwiaździstych oczu, jakby zmęczony czy 
znudzony. Nagle złotolity promień ożywił się: ujrzał coś nowego — coś, co go 
wprowadziło w podziw. Były to kwiaty. Mnóstwo kwiatów — w doniczkach, w 
plecionych koszach, w wazonach z wodą. Stały na stole, na półkach, na konsolach 
od luster, nawet na podłodze tworzyły malowniczą kępkę. Promień, zachwycony 
niezwykłym widokiem w tym miejscu, oczarowany, wśliznął się w kwiaty i rozpoczął 
badanie. Zajrzał w korony róż i szeptał do nich, zapytując, skąd się tu wzięły, 
takie pyszne, w tym skromnym dworze wiejskim, jak się tu dostały przez śniegi i 
zawieje i dlaczego je tu przywieziono. Szeptał to samo dumnie wzniesionym głowom 
tulipanów i arystokratycznym storczykom, całując je z lekka. Ale całusy słońca 
są czarowne, omaszczają złotem. Kwiaty wyglądały jak w aureoli, ożywiły się, 
błysnęły barwą. Pierwsze konwalie niewiniątka zadrżały perłowymi główkami i 
tuląc się do słońca zaczęły opowiadać swe dzieje. Za nimi poszły białe i liliowe 
bzy, chyląc kiście poważnie, lecz wesoło. Już zaczęły szemrać do słońca fiołki 
skromne a wdzięczne, wysuwając swe aksamitne łebki z obsłon szmaragdowych 
listków. I dumni ich bracia alpejscy o świetnych barwach i wytwornych 
kształtach... i śliczne hiacynty o kolorach tęczy zachrzęściały suchym, 
jedwabnym szelestem. Raźniej strzeliły w górę secesyjne irysy, żółte i lila, 
ciemne nakrapiane. Zadygotały rozkosznie białe delikatne piórka różnobarwnych 
gwoździków, wionęły drobniusie listeczki ozdobnej pierzastej paprotki. Zabłysły 
białe narcyzy. Wówczas przemówili monarchowie tej poddańczej rzeszy, pachnącej i 
rozgwarzonej, w pierwszym rzędzie pyszne królowe_róże, nęcące barwami i 
bogactwem kształtów; więc: wspaniała "Mar~echal NIel" w żółtozłotych aksamitach, 
wdzięczna "La France" w różowych jedwabiach i wytwornisia "Tebried" w ślicznych 
tunikach barwy herbacianej. Była tam i "Pani Druzgi" w śnieżnobiałej atłasowej 
sukni, "Księżna Liberty" w karmazynach i strojna w aksamitne purpury 
królowa_piękność z haremu sułtana Maroko. Były też królowe w świetniejszych i 
skromniejszych szatach, różnych barw i odcieni, począwszy od białych jak śnieg 
atłasów, skończywszy na czarnych aksamitach. Niektóre z nich błyszczały w słońcu 
klejnotami rosy, pozostałej od niedawnego skropienia. Wszystkie szeptały do 
słońca. Za monarchiniami ruszyli z galanterią dumni w swej chwale 
królewicze_storczyki z prześwietnej dynastii "Orchis Purpurea", strojni w 
koronacyjne płaszcze i z ostrogami. Zwykle mało popularni, rozgwarzyli się w 
słońcu, zachęceni przykładem dam, a może tylko obfitością złotych promieni. 
Storczyki są to wybrednisie i potentaci, wrażliwi na złoto i ciepło. Za sobą 
wiedli monarchowie cały orszak dworu. Szedł najpierw szereg paziów — 
różnokolorowych tulipanów, papuziastych, niezmiernie butnych. Z godnością 
postępował dostojny dygnitariat kaktusów, mirtów w gładkich zielonych uniformach 
i pachnących laków. Z drugiej strony garnęły się do słońca smukłe królewny i 
księżniczki krwi — białe lilie w powłóczystych szatach, pachnące, dziewicze, 
śliczne. Za nimi damy dworu: kuliste azalie w wazonach, całe pokryte kwiatami, 
od przeczystej bieli do ciemnej purpury, i wyniosłe białe kalle, dumnie 
wznoszące w górę swe lejkowe diademy. Z boku uśmiechała się do słońca skromna 
niby wychowanka klasztoru, czułostkowa, niewinna mimoza, ukwiecona mnóstwem 
kwiatów. I ona zaczęła szczebiotać do złotych promieni, zanurzona w nie, 
skąpana. Chociaż była córą znanego z uczciwości rodu "Sensitivów", 
spokrewnionego blisko z bogobojną rodziną "Mimoza_Pudica", jednak i ona nie 
pozostała obojętną na pieszczoty słońca, nie kurczyła się pod jego dotknięciem — 
przeciwnie, rozkwitała. Czarowne słońce! Ale oto jeszcze jedna zalotna 
flirciarka, bardzo światowa i wykwintna tuberoza. Olśniona blaskami, ogrzana 
ciepłem, strzepnęła z kokieterią swą śliczną sukienkę i zagadała do słońca 
śmiało, filuternie, z temperamentem, siejąc dokoła delikatny zapach wytwornych 
perfum. Rozszeptały się kwiaty. I jęły opowiadać na wyścigi, jak się porodziły w 
pysznym raju cieplarni głębowickich, jak je tam pielęgnowano i pieszczono. A 
potem przyszła nagle straszna chwila. Zabłysły lampy elektryczne, rozjaśniając 
każdy zakątek cieplarni. Kwiaty, zbudzone ze snu, myślały, że to jakaś 
uroczystość w zamku i one występować muszą... Więc ucieszone, strząsając z 
listków resztę snu, strojne, pachnące, oczekiwały hołdów i zachwytów. Ale jakież 
rozczarowanie! Wprawdzie wszedł do cieplarni ich pan i władca, młody ordynat, 
lecz za nim podążał główny ich pedagog, ogrodnik, i cała hałastra ogrodniczków 
ze złowrogimi minami. Kwiaty spojrzały uważniej i dreszcz nimi wstrząsnął. 
Wszyscy prócz ordynata uzbrojeni byli w wielkie błyszczące nożyce. Przerażone 
kwiaty chciały błagać litości, lecz oniemiały ze zgrozy. Sam ordynat wybierał 
najpiękniejsze z jakimś radosnym i szczęśliwym uśmiechem w oczach. Nad różami 
"Mar~echal NIel", które najlepiej lubił, pochylił się i szepnął miękko: — Idźcie 
służyć Stefci. Królowe róże opowiadały to słońcu, pyszne ze swej urody i 
powodzenia. Kwiaty szemrały dalej: jak po ścięciu układano je w kosze gustownie 
plecione i w bukiety, jak je starannie otulano watą, mchami i w kolorowe 
rogóżki, by nie zmarzły i aby im było wygodnie. Tuberozy i azalie zaczęły się 
chwalić, że przyjechały tu razem z mieszkaniem, w wazonach, bez ścinania. Fiołki 
zwykłe i alpejskie, hiacynty, kaktusy, laki przekomarzały się z damami, 
dowodząc, że i one w ten sam sposób tu przywędrowały. I już rozpoczął się spór, 
ale królewicze_storczyki powagą swą zakończyli kłótnię. Kwiaty gwarzyły, 
opiewając swój przyjazd do tego dworu, gdzie witała je radośnie śliczna 
dziewczyna, gdzie je podziwiano tak, że nawet zapomniały chwilowo o rozkosznym, 
porzuconym raju w Głębowiczach i pogrążyły się całkowicie w pysze. Kwiaty mówiły 
słońcu, jak ta śliczna, młoda dziewczyna całowała je z rumieńcem szczęścia na 
twarzy, ze łzami w ciemnych, fiołkowych oczach, prawie z modlitwą na ustach. Jak 
szeptała do żółtych róż: "Od niego jesteście, od niego!" — a one oddawały jej 
zapach, jakby niemą odpowiedź. O! kwiaty zrozumiały doskonale, co się święci. 
Odczuły, że są zwiastunami szczęścia, które przywiezie niebawem tu sam ordynat. 
One wiedziały, jak witać tę cudną dziewczynę — że trzeba jej oddać zapach 
najpiękniejszy w hołdzie, bo to przyszła pani pięknego ich raju w Głębowiczach, 
przyszła protektorka i opiekunka. Słońce, słuchając, jaśniało radośnie. Złote 
jego drgnienia i ciepłe oddechy w połączeniu z wonią kwiatów i wspaniałymi ich 
kształtami utworzyły w białym salonie ruczajewskim atmosferę upajającą. Wrażenia 
takiego doznała Stefcia. Weszła i zatrzymała się odurzona. Jej promienna twarz, 
gorejące oczy i biała suknia były dopełnieniem malowniczego obrazu, na który 
złożyły się kwiaty. Wyglądała wśród nich jak zaćmiewająca je urodą władczyni. 
Miała w sobie czar królewien lilii, wdzięk mimozy przeczystej, wykwintną 
zalotność tuberozy i wyniosłość dumnej białej kalli. Miała nawet świetność 
królowej róży — w pierwszym rozkwicie. Słońce zaczęło ją pieścić i całować, 
kładąc na zagięcia jej włosów przepyszne złoto, w oczy sypiąc iskry. Wśród 
kwiatów, w blaskach wyrastała jak wieszczka poezji i szczęścia. Jej uroda 
zalśniła w całej krasie. Nie tamowane uczucia, szczęście zagrało w jej 
źrenicach, zakwitło na świeżych ustach, dodając uroku ślicznej twarzy. Budząca 
się w piękny poranek majowy zorza nie mogła być od niej promienistszą. I 
modlitwa szła z niej do nieba dziękczynna, radosna, i śpiew słodki a potężny 
brzmiał z jej piersi, i serce biło gorącym tępem, wołając z rozkoszą: — Kocham! 
kocham!... GDyby wróżka jakaś czy anioł przypiął jej skrzydła, uleciałaby na 
wyżyny aż do stóp Boga, by złożyć Mu w dani duszę, przepełnioną szczęściem 
najwyższym, miłością odwzajemnioną i już uznaną. Ile ona przeżyła wątpliwości w 
ostatnich czasach, ile szalonej rozterki i obaw! Surowo analizowała swe uczucia 
dla Waldemara. Będąc niesłychanie delikatną z natury, chciała zbadać gruntownie, 
jak ona kocha ordynata. Czy jej miłość nie polega głównie na oszołomieniu jego 
świetnością?... Czy te wspaniałe ramy, które go otaczają, nie są najwyższym jego 
czarem?... Czy jej własna miłość kobieca, że zdobyła uczucia takiego potentata, 
nie gra tu jakiej roli?... Czy Waldemar w innych warunkach i otoczeniu zająłby 
równie silnie jej umysł i serce?... Stefcia brnęła coraz dalej w nieznośne 
zagadnienia, chcąc ze swej uczciwej duszy wydobyć prawdę. Szlachetność i wysoka 
prawość jej charakteru nakazywała jej to nie dla osobistych względów, ale 
tyczących się Waldemara i jego przyszłego szczęścia. W jego miłość wierzyła i 
ufała mu, będąc przekonaną, że kocha ją uczuciem głębokim. Własne szczęście z 
nim przeczuwała jasno, bojąc się jedynie o to, czy ona mu da podobne. Była to 
dla niej zagadka tak ważna jak życie; ta myśl przewodniczyła w jej modlitwach, 
stała się głównym dążeniem jej miłości. Nawet tęskniąc, Stefcia badała siebie, 
czy tęskni za Waldemarem jedynie, czy za Głębowiczami i ich sferą. Wyniki tych 
badań uspokoiły ją, w swych myślach zawsze widziała Waldemara i tylko Waldemara. 
Poza tym wszystkie szczegóły poprzedzające chwilę obecną Stefcia tłumaczyła 
sobie bardzo prosto. Poznała Waldemara jako magnata świetnego nazwiska, w blasku 
milionów, co jednak nie przeszkodziło, że prawie od pierwszej chwili zaczęła go 
nie lubić. Więc nie świetna oprawa porwała ją, ale osobista wartość jego, którą 
poznawszy bliżej, oceniła należycie, ale jego czar i siła jego bogatej natury. 
Nie olśnił jej przepych zewnętrzny, ale jego szlachetność i prawdziwa męskość 
charakteru. Nie zachwyciły jej salony, stosunki i pałace, jakie posiadał, lecz 
była pod wpływem sposobu jego myślenia i wybitnej inteligencji. Jego 
wykształcenie, jego działalność i zdolności umysłowe, a nawet gwałtowność i 
dziki, porywczy temperament uniosły ją wichrem w zawrotny szał gorących uczuć, 
ale trwałych, bo opartych na bezwzględnej ufności i szacunku. Stefcia 
przypominała sobie jedną rozmowę z Waldemarem. Mówił, że powstające uczucie jest 
podobne do gmachu nowo wznoszonych murów. I dobrze jest, gdy cegłą jest sama 
miłość, oparta na cemencie szacunku. Tylko na cemencie — glina wyłączona. 
Żelazne wiązania — to stałość. Kielnia — to zaufanie, łączące miłość z 
szacunkiem. Krokwie i sklepienie — to warunki i okoliczności. Mogą być one 
bardzo wyniosłe lub też dość niskie. Tynkiem jest wiara. POwinna posiadać wielką 
siłę, chcąc uchronić mur od ruiny. Wapno — to opinia świata. Szczęśliwie, jeśli 
pokrywa mur już zlasowane, nieszczęśliwie, jeśli przed zlasowaniem, czyli przed 
ustaloną reputacją, bo wówczas byle zły powiew łamie wapno i kruszy. Fundamentem 
Waldemar nazwał dość cynicznie — pociąg zmysłowy. I dowodził, że powstałe na nim 
gmachy uczuć bywają najwspanialsze, jeśli zaś istnieje bez przerwy, wówczas są 
najtrwalsze. Ale przyznawał, że fundamentem może być również jedność duchowa, 
wspólność myśli i zapatrywań. Stefcia, przypominając sobie jego zdania, wplatała 
je teraz we własne uczucia. A może istotnie bez pociągu zmysłowego nie ma szału 
w miłości i sama miłość za blado by wyszła, jak obraz cenny artyzmem, bogaty w 
technikę i koloryt, lecz pozbawiony odpowiedniego światła. Stefcię z początku 
raził cynizm Waldemara, ale przekonała się, że wypływa jako wynik konieczny z 
życia i doświadczeń ordynata i że na równi z pokrewną sobie ironią i pesymizmem 
nie wykracza jednak poza jego etykę i wrodzoną delikatność. On nie lubował się 
swym cynizmem, ale posiadał go, występował z nim szczerze. Ciskał go nawet z 
niesłychaną odwagą, lecz w razach koniecznych, nie z zamiłowania. To stanowiło 
część potężnego uroku i wpływu na kobiety. To czyniło go odrębnym, daleko 
odsuwając od pospolitego typu zjadacza serc i salonowego lwa. NIe był blagierem 
ani z natury, ani dla efektu, mówił prawdę każdemu w oczy bez względu na to, czy 
się ona komu podoba. Potrafił "rąbnąć" słowem, nawet młodej kobiecie, o której 
względy mu chodziło, ale zawsze zachowywał pewną wytworność. Nie umiał być 
ordynarnym ani pochlebcą i nie znosił tego w stosunku innych do siebie. Potrafił 
brać ludzi w kleszcze swego wpływu. To samo zaszło ze Stefcią. Nie pomogła 
walka. Nie zdołała mu się oprzeć. To samo było i z jego rodziną. Stefcia od 
wyjazdu ze Słodkowic nie przestawała lękać się o niego. Nazwał ją narzeczoną 
przy obcej kobiecie, więc nazwie ją tak samo i wobec swej rodziny. A co 
wówczas?... Odczytywała pamiętnik zmarłej babki i lęk ogarniał ją coraz 
silniejszy. NIeledwie oczekiwała listu kończącego wszystko, jak tamten, co 
zamknął szczęście w pamiętniku. Ale takie zwątpienia trwały krótko. Wierzyła w 
Waldemara. Jedynie pytała własnego sumienia, czy ma prawo narażać go na podobną 
walkę, czy powinna wchodzić do rodziny arystokratycznej, która jej nie 
zechce?... Ale czuła, że już za późno... że wszelkie jej możliwe poświęcenia na 
nic by się nie zdały wobec jego miłości, bo teraz on wziął ich szczęście w swe 
dłonie. — I zwyciężył! Z listem Waldemara podeszła do kwiatów i zanurzona w nie 
zaczęła po raz setny przerzucać arkusze eleganckiego papieru, zapisanego męskim 
charakterem. Upajała się słowami mówiącymi do niej tak serdecznie, jakby same 
usta Waldemara. Nie mogła oderwać oczu od energicznych liter stawianych jego 
ręką, od ich treści wyrażającej jego myśl, jego uczucia, jego szlachetność i 
niezłomną wolę. A kwiaty pochylały ku sobie główki i rzucając na Stefcię tysięce 
wonnych spojrzeń, wyciągając ku niej setki różnobarwnych ramion, składały jej w 
hołdzie upajającą woń z szemraniem cichutkim: — Nasza pani! nasza śliczna pani! 
Stefcia spojrzała na zegarek. — POwinien już być — szepnęła. Rozejrzała się po 
kwiatach. Wyjęła z wazonu świeżą, zaledwie rozkwitłą różę "Mar~echal Niel" 
przypięła sobie do włosów. Spojrzała przy tym w lustro i może pierwszy raz w 
życiu uderzyła ją własna uroda. Chwilkę patrzała na swą postać. Usta jej musnął 
uśmiech radosny. — Ładna jestem! Dla niego chcę być ładną! Zwrócił jej uwagę 
ruch w przedpokoju. Podbiegła do okna. Na twarzy jej zabłysły gorące cienie. 
Przed gankiem stała gniada czwórka Ruczajewska. Z sanek służący i strzelec Jur 
wyjmowali futro na nogi. Stefcia podniosła obie ręce do rozpalonego czoła. — On 
tu!... Waldy w Ruczajewie! — wołało jej w duszy. W sieni słyszała głos ojca, ale 
kiedy zaraz potem rozległ się dźwięczny baryton Waldemara, zapłonęła falą 
szczęścia. Radość bezmierna buchnęła w niej płomieniem. Biegła do drzwi, kiedy 
wszedł w nie ordynat z błyskiem w oczach, zapalonym na jej widok. Pan Rudecki 
dyskretnie cofnął się. — Moja! moja! — wykrzyknął ordynat, chwytając narzeczoną 
w ramiona. Stefcia oparła głowę na jego piersiach, bezprzytomna z nadmiaru 
uczuć. Waldemara ogarniał szał. — Przyjechałem po ciebie, ukochana... Tyś już 
moja na zawsze. Stefcia wskazała mu kwiaty. — One mię uprzedziły o szczęściu. — 
Czy ładne? — Śliczne i... z Głębowicz. Waldemar oddał Stefci dwa listy: od 
dziadka i od księżnej Podhoreckiej. Księżna pisała w bardzo miłym tonie, ze 
swobodą nie zdradzającą poprzedniego oporu. Stefcię nazwała wnuczką, pokładając 
w niej nadzieję uszczęśliwienia WAldemara. List zawierał kilka pochlebnych słów 
dla państwa Rudeckich i wyraźnie zaznaczoną chęć poznania bliżej Stefci, co 
wyglądało na zaproszenie jej do Obronnego. Państwo Rudeccy rozbroili się. Nie 
mieli już obaw co do przyszłości Stefci. Na ordynata spoglądali z uwielbieniem i 
dumą. Stefcię wzruszył list pani Podhoreckiej. Doskonale odgadywała walkę 
poprzedzającą jej zgodę i sympatię. Wiedziała, że narzeczonemu zawdzięcza 
wszystko, że opór stawiano, ale on go zwalczył i dopiął celu. Obok miłości 
wzbudziły się w jej duszy: cześć i podziw dla Waldemara. Przeczytawszy list, 
podała mu obie ręce serdecznym rzutem, z dziękczynnym wyrazem w oczach. Waldemar 
ucałował jej dłonie. Zrozumieli się oboje. Byli szczęśliwi. Przed oczyma ich 
stanęła przeszłość. Tamci nie doszli do tych wyżyn, co oni. Ich szczęście 
musiało być o połowę mniejsze, a wobec późniejszego życia stało się chwilą 
obramowaną w czarny kir. W parę godzin potem Waldemar i Stefcia w białym 
salonie, wśród kwiatów, zamienili z sobą pierścionki. Gdy na palcu Stefci 
błysnął olbrzymi brylant, klejnot rodowy Michorowskich, a ona włożyła 
narzeczonemu na mały palec swój pierścionek z perłą uriańską, spragnione usta 
Waldemara spoczęły na ustach dziewczyny i trwali tak długo upojeni aż do 
ekstazy. Tylko Stefcią wstrząsnął dreszcz jakiś rozkoszny, ale dziwnie trwożny. 
Może spłynęły wówczas do salonu nad młodą parą duchy zmarłej Stefanii 
Rembowskiej i Gabrieli de Bourbon, jak nieme a ponure memento najszczęśliwszych 
jaśni życia. XIX Wieść o zaręczynach ordynata Michorowskiego z panną Rudecką 
rozeszła się echem wśród arystokracji, wywołując gniew i wiele protestów, wśród 
szerokich klas inteligencji — zdziwienie. Niektórzy nie wierzyli w prawdziwość 
faktu, poczytywali to za fałsz. Salony, kluby, buduary trzęsły się rozgwarem 
rozmów tylko o tym prowadzonych, ale szepty były jeszcze gorsze, bo złośliwe. — 
Mezalians! mezalians! — brzmiało wszędzie. Wszystkie hrabianki i księżniczki, 
wszystkie panny liczące na ordynata czerwieniły się, obrażone, w pięknych 
ząbkach męłły nieżyczliwe słowa, w wytwornych główkach knuły złe myśli. 
Sensacyjną wiadomość zaręczyn ogłosiły dzienniki w formie bardzo życzliwej. 
Pewne osoby z arystokracji wiadomość tę chciały podać w jaskrawszych barwach, 
ale redakcje odmówiły ze wzdlędu na ordynata. Wśród arystokracji huczało jak w 
ulu. Stefcia była na wszystkich ustach. Jej fotografie w grupach głębowickich i 
pojedyncze, rozdawane przez pannę Ritę, przechodziły z rąk do rąk. Jedna, 
poszarpana w kawałeczki, spłonęła na kominku w pałacu Barskich, ciśnięta w ogień 
przez drapieżne rączki hrabianki Melanii. Margrabina Silva pisała do ordynata 
patetyczne listy, które razem z paczką innych w podobnycm rodzaju zostały 
zamknięte w szufladce biurka, zwanej archiwum starożytności. Wesoły Brochwicz po 
powrocie z Berlina wirował wśród salonów, roznosząc sławę Stefci. Zachwycał się 
głośno i szczerze przyszłą ordynatową. Z tego powodu naraził się w wielu domach, 
ale dowcipny chłopak nie tracił zapału. Powszechną zgrozę i nowe wstrząśnienie 
wywołała wiadomość, że w parę tygodni po zaręczynach do Ruczajewa przybyła z 
ordynatem księżna Franciszkowa Podhorecka i panna Rita. Za nimi podążył 
nieodstępny Trestka i Brochwicz, który jako przyjaciel osobisty i kolega 
ordynata chciał Stefci złożyć życzenia. Ruczajew zaroił się gośćmi. Stefcia 
promieniała szczęściem, które podnosiło jeszcze jej urodę. Ale te odwiedziny 
były powodem nowej burzy w Słodkowcach. Pani Idalia traciła zmysły z gniewu, 
lecz z Lucią nie mogła sobie dać rady. Dziewczynka gwałtem chciała jechać do 
Ruczajewa, błagała o to matkę, a widząc jej stanowczy upór, postanowiła udać się 
tam z panną Ritą. Lecz baronowa i na to się nie zgodziła; wszelkie prośby pana 
Macieja odparła ostro i zabrawszy córkę, wyjechała z nią za granicę. Lucia w 
sekrecie, przed matką napisała do Stefci bardzo rozpaczliwy list. Dziewczynka 
była rozkapryszona i stosunek jej do matki stał się okropnym. Pani Idalia 
wyjechała na Riwierę, pozostawiając ojca na opiece pana Ksawerego. Ale pan 
Maciej najczęściej teraz przebywał w Obronnem, gdzie oboje z księżną oczekiwali 
przyjazdu Stefci. Księżna wyraźnie oświadczyła Waldemarowi, że chce ją mieć u 
siebie przez jakiś czas, aby lepiej poznać. Ordynat zgodził się chętnie, obiecał 
przywieźć narzeczoną, ale z warunkiem, że przyjedzie z ojcem lub z matką. 
Księżna musiała ustąpić. Waldemar odgadł myśl babki: oto staruszka, godząc się z 
koniecznością, postanowiła obznajmić Stefcię ze wszystkimi warunkami jej 
przyszłego stanowiska. Pragnęła ją przygotować do roli ordynatowej, nadać jej 
takt właściwy i jakby dokończyć edukacji. Pani Podhorecka znała Stefcię, 
jednakże była pewną, że znajdzie w niej wiele błędów do sprostowania. Waldemar, 
osobiście zadowolony z takiego projektu, uśmiechając się żartował, że babka 
wprowadza średniowieczne zwyczaje, kiedy zaręczone księżniczki przywożono przed 
ślubem na dwór narzeczonego dla obznajmienia ich z etykietą. Księżna 
odpowiedziała sucho: — JHa pragnę jej dać poznać wymagania naszej sfery, aby 
wśród nas nie raziła. Waldemar zmarszczył brwi, ale nic nie odpowiedział. 
Pomyślał tylko: — Już ona nie skompromituje nas. Powrót Franciszkowej 
Podhoreckiej z Ruczajewa i sprawozdanie z odnbiesionych tam przez nią wrażeń 
ostatecznie przełamały niechęć staruszki. Listy Stefci do babki ordynata i do 
pana Macieja miały także swój dobry wpływ. Teraz oczekiwano jej przyjazdu. Młoda 
księżna mówiła: — NIech mi mama wierzy, ja sama bałam się trochę tego Ruczajewa, 
ale jechać komuś trzeba było i najstosowniej mnie, ponieważ Idalka odmówiła. 
Zostałam mile rozbrojoną. Dom zupełnie przyzwoity, nosi typ zamożnego domu 
obywatelskiego, w stylu staroszlacheckim, bez sztucznej bufonady i pretensji, 
ale pełen szczerości i dobrego smaku. Rudeccy — ludzie światowi i nadzwyczaj 
dobrze wychowani, nawet wytworni. Przy tym on wykształcony; znamy go dawniej. 
Matka robi wrażenie polskiej matrony. Dość młoda jeszcze i dystyngowana kobieta. 
Jest tam dwoje młodszych. Chłopak trochę urwis, ale zuch, przygotowuje się w 
domu do wyższych klas. Zaprzyjaźnił się z Brochwiczem jako z imiennikiem, a na 
Waldemara spogląda z komicznym podziwem. Dziewczynka, Zosia, jeszcze mała, 
milutkie stworzenie, ale nie tak ładne jak Stefcia. Ta jest po prostu urocza. 
Miłość do Waldemara ubrała ją w jakąś tęczę, promienieje szczęściem. — 
Spodziewam się — rzekła księżna z lekką ironią. Zbudziła się w niej zawiść, że 
jej wnuk, Waldemar Michorowski, uszczęśliwi tylko taką sobie zwyczajną Stefcię. 
Młoda księżna odczuła to i rzekła z uśmiechem: — O! niech mama nie sądzi, że 
Stefcię uszczęśliwia głównie przyszłe stanowisko. O ile ją znam, wolałaby ona, 
żeby Waldemar mniej błyszczał pozycją i milionami. Jedynie, co ją może napawa 
dumą, to świetność jego rodu. Prawdziwie szlacheckie dziecko! Ona kocha 
Waldemara dla niego samego i kocha całą duszą. Tylko ma pewne obawy, jak sobie 
da raadę w nowych warunkach: trochę się lęka naszej sfery. I na Rudeckich znać 
pewien przymus, gdy mówią o przyszłości. Najwidoczneij obawiają się nas dla 
córki, co jest zresztą zrozumiałym. Starsza księżna, pan Maciej zwiesił smutnie 
głowę. Po chwili rzekł: — Boją się nas z powodu przeszłości... Ja odegrałem 
mętną rolę, ale Waldemar powinien ich przekonać. Czyżby i w niego nie wierzyli? 
— Och! nie. Oni mu wierzą i cenią go, ale coś jest, co tamuje zupełnie szczęście 
z powodu nadspodziewanego losu córki. Może to przeczucie rodziców? Pan Maciej i 
księżna zwrócili na mówiącą zdziwione oczy. — Przeczucie? Jakie? Z powodu 
czego?... — Może nie wierzą w całkowite szczęście Stefci, w jej przyszły spokój. 
Ostatecznie ona wchodzi w obcą dla siebie sferę, która... niezbyt jej sprzyja. — 
A przecież uważamy ją już za naszą — rzekł pan Maciej. — My, ale nie ogół. Stara 
księżna poruszyła się. — Ogół uzna, zmuszony przez Waldemara. Już jeśli on mnie 
zdołał zjednać, wierzę, że potrafi skłonić do tego cały świat! Chyba nie ufają w 
stałość Waldemara, a to już byłoby bluźnierstwem. — Nie! nie to. Powtarzam, 
wierzą w niego, lecz może nieświadomie mają obawę jutra. Pan Maciej i księżna 
zamyślili się smutno. W połowie lutego wielka sala w Obronnem wyglądała 
uroczyście. Oczekiwano przyjazdu Stefci z ojcem i Waldemarem. Starsza księżna w 
ciężkich, czarnych kornkach, poważna, robiła wrażenie jak zawsze trochę dumne. 
Księżna Franciszkowa, pan Maciej, panna Rita i Trestka byli wesoło usposobieni. 
Książę milczał ponuro. Im bardziej zbliżała się chwila przyjazdu Stefci, tym 
księżna babka zdradzała większy niepokój. Nieprzeparcie wracały jej dawne 
marzenia. W nich widziała siebie witającą narzeczoną Waldemara, jakąś 
księżniczkę znakomitego rodu. Z rzeczywistością staruszka nie mogła się znowu 
pogodzić, powracał żal i gorycz już trochę uśpiona. Z lękiem oczekiwała chwili 
powitania. Duma i ambicja grały na nerwach księżnej trena żałobne po umarłych 
nadziejach. Walczyła z siłą, wydartą duszy. — Dla niego... dla wnuka. On ją 
kocha... on szczęśliwy — powtarzała w myśli. Gdy wszedł kamerdyner, oznajmiając, 
że już jadą, księżna oparła się ciężko na fotelu, wąchając nerwowo mały flakonik 
z solami. Drżała i mieniła się na twarzy. Na schodach wiodących do dolnej sieni 
zaroiło się od lokajów. Trestka z panną Ritą pierwsi witali gości. Młoda księżna 
podeszła do rzeźbionej poręczy otaczającej galerię nad klatką schodową. Wtem na 
górę wpadł Waldemar, promieniejący, niebywale ożywiony. Przywitał szybko młodych 
księstwa, serdecznie pana Macieja i przyklęknął przed księżną. — Przywiozłem ci 
moją Stefcię, droga babciu — rzekł miękko, całując jej ręce. Księżna milczała 
jak ogłuszona, bez ruchu, groźNa, blada. Waldemar spojrzał na nią zdumiony. 
Przeszył ją wzrokiem. — Babciu! — zawołał z naciskiem, gniotąc jej dłoń z 
rozpaczliwą siłą. Pierwszy raz w życiu zląkł się. Położenie wydało mu się 
strasznym. Jego oczy wpiły się w księżnę jak dwa płomienie. Staruszka milczała 
oddychając szybko. Ordynat zerwał się ze zmarszczonymi brwiami, z dzikim wyrazem 
twarzy. Zawołał zdławionym głosem: — Co się tu stało, na Boga?!... Pan Maciej, 
przerażony również, nie odpowiedział. Lecz powtórny okrzyk Waldemara zgniótł 
krytyczną chwilę. Zbudził się w księżnej potężny żal do samej siebie za zmącenie 
szczęścia wnuka. Groza w jego oczach zmieszała księżnę. Z serca jej miłość dla 
niego usunęła wszelkie wahanie. Była to już walka ostatnia. Księżna przemogła 
się. Wstała i położywszy dłonie na piersiach Waldemara, rzekła, patrząc mu w 
oczy, ale już z uśmiechem w źrenicach: — Przyprowadź mi... Stefcię. Chcę ją 
powitać i... pobłogosławić. Waldemar odetchnął. Ucałował ręce babki i wpadł do 
sieni. Pan Rudecki z córką wstępowali na schody w towarzystwie panny Rity i 
Trestki. Ordynat szybko zbiegł i podał ramię narzeczonej. Jego wzrok nie 
uspokoił jej. Wyglądała ślicznie w wytwornej sukni jasnopopielatej, olśniewając 
cerą o tonach delikatnych, niby muszli perłowej przy wschodzie słońca. W 
przejściu przez galerię młoda księżna uścisnęła rękę Stefci, wskazując jej 
oczyma otwarte drzwi salonu. Dziewczynie serce waliło w piersi. Weszli. Pyszne, 
ciemne oczy Stefci spoczęły na czarnej postaci księżnej z lekką trwogą. Usta jej 
zadrgały, fala krwi przepłynęła przez perłową karnację jej twarzy. Delikatna 
łzawa powłoka rozbłysła w jej źrenicach. Zalśniły jak pióra jaskółek, gdy w 
locie dotknąwszy wody, wzlatują do słońca. Księżna utkwiła w niej swój czarny 
wzrok. Pan Maciej rozjaśnił się. Książę Franciszek cofnął się za filar salonu. 
Pod palącym spojrzeniem księżnej długie rzęsy Stefci opadły niby ciężkie 
zasłony, zakrywając urok jej oczu; łuki brwi zsunęły się nieco kapryśnie. 
Księżna stała zdziwiona. Stefcia zachwyciła ją urodą i postawą. Widoczne 
zalęknienie dziewczyny podziałało na nią bardzo dodatnio. Księżna, nie wiadomo 
dlaczego, wyobrażała sobie, że narzeczona Waldemara wejdzie tu z podniesioną 
dumnie głową i wielką pewnością siebie. Stefcia zrobiła jej miły zawód. Dziwne 
uczucie szarpnęło staruszkę za serce. Wyciągnęła do dziewczyny ramiona z 
uśmiechem i prawdziwą życzliwością. Pochylającą się serdecznie do jej rąk 
Stefcię księżna objęła i przytuliła do siebie. Na powiekach pana Macieja osiadły 
dwie grube łzy. Waldemar był wzruszony. Księżna wzięła jego rękę i oddała mu 
narzeczoną. Nad pochylonymi głowami dwojga młodych szepnęła z uczuciem: — 
Bądźcie szczęśliwi! Uroczystość wiała z jej słów, powaga i niezwykłe u niej 
roztkliwienie. Ta wyniosła pani w czarnych koronkach, o marmurowej twarzy, 
przytłaczała swym majestatem. Powitanie i błogosławieństwo pana Macieja odbyło 
się mniej ceremonialnie, ale jeszcze serdeczniej. Pan Rudecki przywitał księżnę 
z godnością; zamienili ze sobą kilka poważnie brzmiących grzeczności. Pan Maciej 
uścisnął Rudeckiego po bratersku. Lody zostały przełamane. Pobyt Stefci w 
Obronnem zmienił całkowicie usposobienie księżnej na korzyść dziewczyny. 
Staruszka zdumiewała się jej dystynkcją. Z przyjemnością spostrzegła, że nie 
będzie miała trudu kierując Stefcię na wielką damę. Z każdym dniem godziła się 
więcej ze stanowiskiem jej w rodzienie, podziwiając przy tym urodę dziewczyny, 
świetnie rozkwitłą. Zachwycał księżnę czar i wdzięk Stefci, który rozsypywała 
dokoła siebie jak perły cenne. Stosunek panny Rity z narzeczoną ordynata był jak 
najlepszy. Stefcia nie czuła się tu obcą, przymus względem siebie widziała tylko 
w księciu Franciszku i w hrabinie Morykoniowej. Hrabia nie pokazywał się wcale. 
Większych zebrań nie urządzano, ponieważ wszystkie domy znajome bawiły w 
Warszawie lub za granicą. Stefci brakowało tylko Luci. Nieobecność jej i pani 
Idalii gnębiła dziewczynę. Po tygodniowym pobycie w Obronnem przejechali wszyscy 
na kilka dni do Głębowicz, skąd już pan ćRudecki z córką miał powrócić do domu. 
Sanna trwała wyborna. Ordynat jechał z narzeczoną w bardzo strojnych saneczkach, 
zaprzężonych w czwórkę głębowicką. Powoził sam. Pąsowa, szyta złotem siatka 
spadała aż do ziemi, bujne lisie ogony miotały się przy skroniach końskich. 
Dźwięczny brzęk janczarów i brązowych okuć uprzęży roznosił echo w borach 
głębowickich. Kare araby z długimi ogonami, w błyszczącym rynsztunku, 
przypominały rumaki cezarów przy zwycięskich rydwanach. Stefcię czarowała ta 
jazda, oboje z Waldemarem rozweselili się jak dzieci. Szczęście jak złote 
promyki tysiącami iskierek sypało na nich. Młodość, miłość ich była rozkoszną i 
błyskotliwą jak ta wesoła jazda po wyślizganym gościńcu, jak dźwięczny brzęk 
janczarów i prychanie karej czwórki. Bór stał cichy, oszroniony ostatnim 
śniegiem. Raz jeszcze ubrał się w białe futra i szumiał rozgłośnie, jakby 
żałując, że wkrótce zdjąć je musi. Marzec już nadchodził, koniec zimy, ale śnieg 
cieszył ludzi, cieszył nawet bór, drzewa wiedziały, że im ładnie w tych 
gronostajach. Stefcia oczekiwała wiosny radośnie. W czerwcu miał się odbyć jej 
ślub, więc tyle myśli leciało naprzód, tyle wrażeń, taki bezmierny, niezgłębiony 
dreszcz ciekawości i nadziei wstrząsał nią na wspomnienie tego, co będzie! A 
jednak żałowała zimy. Dziwny, niewytłumaczony żal wkradł się mętnie do jej 
marzeń i nurtował w nich. Śnieg był świadkiem największego jej szczęścia, 
najdroższych uczuć i upojeń, i żałowała, że już zginie. Pragnęła wiosny, 
jednocześnie bojąc się jej. Ale teraz mgliste myśli nie zasnuwały jej swobody. 
Przy boku narzeczonego cieszyła się życiem, śniegiem i tą jazdą porywającą. Lecz 
gdy wyniosłe mury zamku zarysowały się potężnie wśród ciemnych sylwetek 
świerków, Stefcia spoważniała. Ona ma zostać panią tego zamku, ordynatową tej 
pysznej rezydencji, świecącej niby klejnot bez ceny w promieniu obszarów 
ziemskich, jak w złotych tęczówkach. Ona będzie żoną tego rodowego magnata, tego 
milionera. Dziewczyna czuła szum w głowie... On ją wybrał z tylu innych, więc 
ambicja jej i duma mogły być nasycone, mogły stać się nawet zawrotnymi. Lecz 
Stefcia odczuwała szczęście jedynie z powodu uczuć najdroższych dla Waldemara. 
Kochała go aż do utraty zmysłów. Jego wielkość, płynąca z potężnych murów zamku, 
przygniatała ją więcej niż kiedyś. Ona tu pozostanie, będzie matką nowych 
pokoleń. Stefcia pojmowała wielkość swego zadania, lecz cień jakiś niewyraźny 
błąkał się w jej duszy. Waldemar zauważył jej stan i odczuł powód. Pochylił się 
do niej, mówiąc serdecznie: — Wiozę cię do siebie już moją — nareszcie! Musnął 
ustami jej skronie, na wpół przykryte futrzaną czapeczką. Stefcia drgnęła. Jego 
słowa i pocałunek podnieciły ją. Ordynat strzelił z bata. Wymijał wszystkie 
sanie, salutując jadących. Z boku zajeŻdżał go Brochwicz w pojedynczych, jak 
cacko, saneczkach. — Widziałem! ale jestem dyskretny — krzyknął wesoło. Stefcia 
zapłonęła rumieńcem. — Odpłacę ci kiedyś tym samym! — zawołał Waldemar i pomknął 
naprzód. Z nozdrzy jego koni buchały ogromne kłęby pary, wiatr szumiał w uszach. 
Na baszcie zamkowej nagle, w ich oczach, rozwinęła się wielka błękitna chorągiew 
z herbem Michorowskich. Załopotała jakoś tryumfalnie. Widocznie zamek czuwał i 
dojrzał jadącego pana. Wiedział nawet, z kim jedzie, bo z baszty uderzył w 
powietrze huczny odgłos trąb. Z blanków zamkowych, osypanych śniegiem, zerwały 
się przestraszone stada wróbli z głośnym ćwierkaniem. Frunęły na drzewa, 
czerniąc się jak drobny śrut pomiędzy zaśnieżonymi gałązkami. Fanfara brzmiała 
melodyjnie i poważnie. Stefcia była wzruszona. Wpadli w aleję świerkową. Nowa 
niespodzianka. POd świerkami ustawiona w dwa szeregi straż leśna i strzelcy 
zwierzynieccy z podłowczymi, na koniach, w galowych strojach, dawali salwy ze 
strzelb, machając kołpakami i pokrzykując radośnie. Głębowicze grzmiały na 
powitanie Stefci. Waldemar, rozweselony zachowaniem się dworzan, zwolnił pęd 
koni, zerwał czapkę z głowy i powiewał nią dziękczynnie. Stefcia kłaniała się 
wdzięcznie. Wzruszenie ją dławiło, dygotała na całym ciele. A salwy huczały 
regularnie, jak dla zwycięzcy po bitwie; odgłos trąb rozbrzmiewał echem, 
chorągiew łopotała na wietrze. Powitalny szum świerków_tytanów został 
zagłuszony, ale dreszcz biegł po kolosalnych cielskach, strzepując śnieg z 
gałęzi; chyliły się czuby, jakby składając hołd Stefci. Głębowicze doczekały się 
pani! Witały ją już jak ordynatową. Rój skłębionych bezładnie myśli wirował w 
rozognionej głowie Stefci. Chaos w nich zapanował, szał jakiś zakipiał we krwi. 
Wśród salw i wiwatów przejechali kamnienny most na fosie, minęli dziedziniec 
zewnętrzny oraz bramę pod arkadami i w całym pędzie Waldemar zatrzymał rozhukaną 
czwórkę przed wyniosłym portykiem zamkowym. Dopiero tam dogoniły ich inne sanie. 
Pan Rudecki był odurzony. Nie spodziewał się, że Głębowicze są tak wspaniałe. 
Owacje czynione Stefci poruszyły go. Myślał wspominając przeszłość: — Krzywda 
tamtej nagrodzona. W drugim pokoleniu los obmyślił nagrodę. Czy ona to widzi?... 
I w oczach stanęła mu postać umierającej staruszki. Pod kolumnami ganku witała 
Stefcię służba zamkowa. Z urzędników: rządca Ostrożęcki, wszyscy praktykanci, 
marszałek dworu, łowczy i koniuszy. Salwy i trąby umilkły w bramie pod arkadami. 
Na krużganku wewnętrznym zagrała orkiestra. Pan Maciej, również jak pan Rudecki, 
myślał, przywodząc na pamięć postać dawnej narzeczonej: — Jesteś nagrodzona. W 
drugim pokoleniu los dał powetowanie. Czemuż tego nie widzisz?... I staruszek 
odetchnął lekko, jakby już wykruszył ostatni kamień z duszy. XX Stefcia stanęła 
olśniona ujrzawszy mieszkanie przygotowane dla siebie. Trzy pokoje tonęły w 
kwiatach. Zwłaszcza buduar przykuwał oczy. Dosyć duży, okrągły, obity 
złotożółtym jedwabiem, z przepysznym sufitem zdobnym w inkrustacje. Kryształowy 
żyrandol zwieszał się ze środkowej rozety. Jedną połowę pokoju, lustrzaną, 
ozdobiono kwiatami. Grupowały się tam wachlarzowe palmy, nisko stały w 
odpowiednich wazonach bladożółte róże, hiacynty i pęki kwitnącyej mimozy. 
Wszystko w jasnych, pastelowych kolorach. Buduar był w stylu cesarstwa. Posadzkę 
pokrywał żółty pluszowy dywan o niezmiernie długim włosie. Sypialnia miała styl 
odmienny — w tonie błękitnym. Adamaszkowe kotary osłaniały łóżko wyrzeźbione z 
ddrzewa orzechowego, nabijane konchą perłową. Ten pokój krasiły białe róże i 
pąsowe gwoździki. Ubieralnia biała jak z porcelany i przytykająca do niej 
łazienka świeciły niepokalaną bielą alabastrów, marmurową wanną, strebrem naczyń 
i delikatną barwą lila irysów, jakich tu znajdowało się mnóstwo w basenach, w 
srebrnych dzbanach, w wazonach i wysokich kryształowych słojach. Stefcia jak 
senna spoglądała dokoła, słuchając uniżonego szczebiotu ochmistrzyni dworu, pani 
Szalińskiej, powszechnie tu zwanej Szalisią, która jej usługiwała. Starowina 
służyła jeszcze matce ordynata. Od niej dowiedziała się Stefcia, że te pokoje 
zamieszkiwała niegdyś ordynatówna Idalia, ale teraz pan ordynat kazał je 
zupełnie odnowić. Staruszka ze swymi ukłonami i minami robiła wrażenie damy 
dworu i czuła się bardzo przejęta nową rolą przy narzeczonej ordynata. Stefcia 
zjednała sobie jej sympatię, ale Szalisia szepnęła na ucho kamerdynerowi, że 
panienka nie bardzo widać z jasnych pochodzi, bo nie jest wcale dumna. Andrzej 
kiwnął głową przecząco i odrzekł z przekonaniem: — Co tam pani mówi! Zaraz 
jaśniej zrobiło się w zamku, jak ona przyjechała. Pan ordynat szukał, szukał i 
znalazł nie żadną hrabiankę, ale za to śliczności. — Oj, co to, to prawda! — 
potwierdziła stara ochmistrzyni. Służba zamkowa była zupełnie zadowolona ze 
Stefci. Pan Rudecki nie mniej czuł się zadowolony z Głębowicz, ale był trochę 
przestraszony. Przyszły zięć przerażał go bogactwem, zamek olśnił. Podobny 
przepych widywał stary obywatel za granicą jako student, zwiedzając arcyksiążęce 
pałace, lecz bezpośrednio zetknął się z nim pierwszy raz. I tu miał zostawić 
córkę. Lęk jakiś dziwny przygniatał go. — Czy to nie będzie złocona klatka, 
bogata, ale dumna, nie swojska? — myślał chwilami. Patrząc na córkę, na jej 
dystynkcję, wdzięk i swobodę, z jaką obracała się wśród tego przepychu, miał 
pewność, że jest stworzoną do wspaniałych ram. Magnateria zamku i magnateria 
osób nie krępowałya jej. Czuła się swobodną tak samo, jak w skromnych ścianach 
rodzinnego domu. Była nawet rozkoszniejszą, nosiła w sobie jakąś cechę wyłączną, 
jakby otaczający ją luksus i pyszne Głębowicze słusznie należały się jej 
wytwornej naturze. Tego samego zdania były obie księżne, pan Maciej — i cieszyli 
się. Stefcia potrafiła ich zadowolić. Nawet książę Franciszek i hrabina 
Morykoniowa przekonali się do niej. Nie mogli jej darować jedynie nazwiska. 
Hrabina w liście do męża wzywała go, aby przyjechał, nadmieniając, że Stefcia 
jest zupełnie "możliwa" i że pomimo względów, jakimi ją obsypuje ordynat, "elle 
conna~it son r~ole" (fr. — ona zna swoją rolę). Hrabina w ten sposób tłumaczyła 
pewien chłód Stefci względem siebie. Dziewcztyna, uprzejma dla wszystkich, z 
hrabiną postępowała sztywniej i unikała jej, czując głęboką niechęć tej damy do 
siebie. Dnie spędzane w gościnnym zamku głębowickim sprawiały wszystkim wiele 
przyjemności. Ordynat wspaniale przyjmował narzeczoną. Nie przeszkadzało mu to 
jednak w pracy. Sam w pojedynczych saneczkach, zaprzężonych w szpic, czasem 
konno, objeżdżał folwarki, odwiedzał fabryki i instytucje majątkowe. Parę godzin 
dziennie w urzędowym biurze przyjmował raporty od administracji, załatwiał 
interesantów, wysyłał listy i telegramy. Nie przestawał być czynnym, pisał 
artykuły społeczne i różne programy. Do lasów odbywali wsólne kuligi, bo sanna 
trwała ciągle. W pałacyku stylowym, wśród głuchego boru, ordynat urządził raz 
przyjęcie dla swych gości. W czasie obiadu o zmroku wieczornym dookoła pałacyku 
płonęły na śniegu ogniska, podsycane przez gajowych, którzy popisywali się grą 
na rogach myśliwskich. Oswojone dwa niedźwiedzie, wielkie, kudłate, wałęsały się 
obok płonących stosów z groźnym pomrukiem. W sieni, dosyć obszernej, mieściło 
się mnóstwo zdobyczy łowieckich, różnych głów, rogów i skór. Kwiliło żywe, 
oswojone ptactwo. Ogromne jastrzębie, puchacze i kruki, nawet dwa okazy sokołów, 
białozur i mniejszy kobuz, które łowczy obuczał do polowania. Leśniczy, 
doglądający pałacyku, trzymał także oswojonego wilka, lisa i wielkiego rogacza, 
wychowanych od małego. Stefcia, patrząc na to wszystko, miała wrażenie, że jest 
przeniesiona w czasy średniowieczne, gdzie powszechnie istniały takie bory i 
taka obfitość zwierzyny. Zaciekawiała ją zgoda oswojonych zwierząt. Wszystkie 
chodziły na swobodzie, nie robiąc sobie wzajemnie krzywdy. Buchający ogień, duży 
komin w sieni i przeciągłe mruczenie oswojonego misia dopełniały złudzenia 
odległych lat. Pan Rudecki, zawołany myśliwy, rozprawiał z Waldemarem o ilości 
zwierzyny, o sposobach karmienia jej i o tępieniu wilków. Wspaniała leśniczówka 
zachwyciła go jeszcze więcej niż zamek głębowicki. Tu czuł się w swym żywiole. 
Stary obywatel podziwiał przyszłego zięcia głównie za to, że potrafił utrzymać w 
porządku i rygorze takie dziedzictwo po przodkach. Bo uważał, że prócz pieniędzy 
potrzebna tu była energia i rozum, aby nie doprowadzić do rozprzężenia, takt, 
aby kierować olbrzymią masą ludzi i interesów, sprawiedliwość i serce, aby być 
uwielbianym przez tłumy urzędników_oficjalistów, służby różnego rodzaju i 
robotników fabrycznych. Pan Maciej, widząc, dlaczego ojciec Stefci ceni 
najwięcej Waldemara, nabrał dla pana Rudeckiego wiele sympatii i szacunku. 
Waldemar chodził w chwale i podziwie ogólnym, a otaczający go blask spływał i na 
Stefcię. Ona Stała się punktem ciężkości wszystkich hołdów, ona jak pryzmat 
zbierała w sobie promienie uwielbień całej masy jego podwładnych. Kochano ją dla 
niej samej, bo umiała zjednywać ludzi, ale kochano ją i za to, że była 
narzeczoną ordynata. Na obławie na wilki znajdowało się i obywatelstwo 
okoliczne, wśród nich parę domów bliżej zaprzyjaźnionych z ordynatem. Wszyscy 
znali Stefcię z dawniejszych czasów, ale obecnie ujrzano ją w nowej roli i sława 
jej brzmiała szerszym echem. W zamku głębowickim wesołość niczym nie zmącona i 
szczęście rozgościły się na dobre. Stefcia przeżywała najszczęśliwsze czasy, 
zawsze razem z narzeczonym. Grywano w tenisa w ujeżdżalni, obok stajennych 
zabudowań. Ślizgano się na sadzawkach w parku przy dźwiękach orkiestry, śmielsi 
puszczali się na rzekę, która już spiętrzała swe lody, pragnąc wyzwolenia. 
Stefcia grywała z Waldemarem w bilard, prowadząc nieskończone rozmowy. Śmiały, 
inteligentny jej umysł, rozwijał się w poważnych rozprawach z narzeczonym. 
Siadywali często w bibliotece lub w czytelni, gdzie Stefcia grała Beethovena, a 
Waldemar, zagłębiony w fotelu, napawał się jej kameowym profilem. W sali 
muzycznej on grywał jej na organach. Stefcia wówczas w wyobraźni swej widywała 
babkę jego, Gabrielę, przy tym gotyckim instrumencie, zapłakaną, z wieczną 
chmurą w duszy, i własną babkę, Rembowską, spełniającą wiernie obowiązki matki, 
żony i obywatelki kraju, ale z wielką raną w sercu. Czasem Stefcia grywała w 
swym lustrzanym buduarku na pianinie z lapis_lazuli ze srebrnymi okuciami i 
klawiszami z konchy perłowej. Cacko to otrzymała niegdyś jako podarek ślubny 
matka ordynata od pana Macieja. Grając Stefcia snuła w swej myśli obrazy 
przyszłego szczęścia. Dziewczyna żyła ciągle w upojeniu. Każde słowo, każda 
pieszczota narzeczonego odbijała się w jej duszy rozkosznym echem. Oboje lubili 
salę portretową, chociaż mroziła ich trochę i dziwny lęk wprowadzała do serca 
Stefci. Historii babki Gabrieli nie poruszali więcej. Często ogarniała ich 
dziecinna wesołość. Wówczas Stefcia lubiła ogród zimowy i palmiarnię, albo w 
zbrojowni Waldemar tłumaczył jej historię każdej broni. W myśliwskiej sali bawił 
Stefcię owinięty w zielony jedwab pyszny Murzyn, który w swej kudłatej głowie 
skombinował już, kto jest Stefcia, i uśmiechał się do niej, czyniąc jej honory 
na swój sposób. Ordynata uważał on za jakiegoś półbożka czy fetysza, więc i dla 
Stefci składał dużą część swych uwielbień. Stajnie również często odwiedzali. 
Raz Stefcia przejechała się po parku na Apollu, mając obok Waldemara. On czuwał 
nad każdym krokiem swego wierzchowca, gotów mu nawet w łeb palnąć, gdyby groziło 
Stefci niebezpieczeństwo. Waldemar kochał narzeczoną bez pamięci i otaczał ją 
prawdziwym nimbem szczęścia. Stefcia zajmowała się żywo ochronką, znając bliżej 
wiele dziatwy. W szkole była podczas wykładów i miejscowy nauczyciel 
wtajemniczył ją w program nauk. Bawiła ją gimnastyka dzieci w wyłącznie 
urządzonej na ten cel sali. Zwiedzała szpital w sąsiednim folwarku Romnach i 
przytułek dla starców, zwany przez Waldemara "pałacem inwalidów". Przyglądała 
się ćwiczeniom straży ogniowej, towarzyszyła narzeczonemu przy miesięcznym 
rozdawaniu książek dla służby z czytelni ludowej obok szkoły. Waldemar 
obznajomił ją z systemem prowadzenia kasy oszczędnościowej dla służby i 
robotników, którą zawiadywał osobiście. Stefcia zwiedziła obszerny budynek łaźni 
wzorowo urządzonej i salę zabaw w stylu zakopiańskim, gdzie służba i robotnicy 
zbierali się na tańce, a nawet grywali teatra amatorskie. Wszystkie te 
instytucje prócz ochronki były już zasługą Waldemara. Przed dziesięciu laty, 
objąwszy ordynację w osobiste władanie, uczył się jeszcze w uniwersytecie, ale 
mimo to od razu rozpoczął energiczną działalność. Rzucał myśli, które musiano 
wykonywać natychmiast. I potem, na ławie szkoły rolniczej, i nawet hulając po 
świecie, nie zapominał o Głębowiczach. Z zapałem szerzył swe idee. Wpadał do 
majątku niespodziewanie, inicjował coś nowego, sprawdzał czynności wykonawców, 
błysnął w okolicy i znowu wyfruwał w świat szeroki. Dobra ordynackie stały się 
wzorem okolicy. Nazywali ordynata utracjuszem tylko ci, którzy sądzili z 
pozorów, patrząc na jego rozrzutność, a nie widząc wewnętrznej gospodarki. — 
Dzielny człowiek, dobry patriota i rozumny arystokrata — myślał pan Rudecki. 
Taką opinię Waldemar posiadał powszechnie. Stefcia bywała z księżną w kościele 
głębowickim, bo księżna chciała zbadać pobożność dziewczyny. Gdy pierwszy raz 
narzeczeni znaleźli się razem w kościele, proboszcz odśpiewał na ich intencję 
"Te Deum laudamus", błogosławiąc ich ze wzruszeniem. Staruszek cieszył się, że 
jego "chłopiec" nareszcie pomyślał o założeniu rodziny. Stefcia podobała mu się 
bardzo. Obok kościoła w obrębie murów stało wyniosłe mauzoleum z grobami 
Michorowskich. Stefcia z przejęciem modliła się przy sarkofagu Gabrieli de 
Bourbon i Elżbiety, matki Waldemara. Ogromny gotycki budynek, ocieniony 
starodrzewiem, wstrząsnął nią trochę przykro. Waldemar nie pozwolił narzeczonej 
być w nim długo. Pewnego dnia ordynat spotkał Stefcię w kaplicy, umieszczonej w 
narożnej baszcie. Stała oparta o lożę ordynacką i spoglądała w zamyśleniu na 
wizerunek Chrystusa, artystycznie rzeźbiony z kości słoniowej na krzyżu dębowym. 
Kaplica, nieduża, miała również styl gotycki. Wyłożona szarym marmurem, o 
poważnych sklepieniach, z ciemną posadzką z mozaiki weneckiej. Ze szczytu 
sklepienia zwieszał się ciężki oksydowany żyrandol. Prócz loży wyłożonej 
marmurem stało tam parę marmurowych ławek, rzeźbiony klęcznik i niewielkie 
organy. W ołtarzu przeważało oksydowane srebro. Kaplica była w tonie surowym. 
obok krzyża na ciemnopąsowym suknie świeciły wota rodziny Michorowskich. 
Odznaczało się serce z brylantów i rubinów, wotum nieszczęśliwej babki 
Waldemara. Stefcia w ofierze obok krzyża kładła własne serce, przepełnione 
wdzięcznością i zdrojem najgorętszych uczuć. Posyłała do stóp Ukrzyżowanego swe 
modlitwy i prośby, i wiarę w przyszłość. Gdy Waldemar wszedł, ujrzał ją nie na 
klęczkach, ale rozmodloną duchowo. Stanął obok i wziął jej ręce. Chwilę patrzyli 
na siebie. Kolorowe szkła witrażów rzucały na nich tajemnicze cienie. Stefcia 
przytuliła się do narzeczonego i wskazując oczyma na krzyż szepnęła: — On nam 
błogosławi. Waldemar usta zanurzył w jej włosach. — Czy pamiętasz naszą rozmowę 
w korytarzu z obrazem Magdaleny? Wróżyłaś mi wówczas... trochę smutno. Widzisz, 
jedyna! Wydarłem światu berło szczęścia i przyniosłem je do swego gniazda. 
Skończyłem Austerlitzem... Stefcia drgnęła. — Co ci jest, jedyna? — spytał 
Waldemar, niemile tknięty zmianą w jej twarzy. Wtem spoza murów rozległ się 
głuchy, basowy pomruk dzwonków kościelnych. Jakiś przykry dreszcz uderzył w 
nerwy Waldemara. — Co ci jest? — powtórzył ciszej. — Nic, nic! Zmówmy "Anioł 
Pański". XXI — Pokażę ci coś, czego jeszcze nie widziałaś — rzekła starsza 
księżna z tajemniczą miną, biorąc Stefcię za rękę. Dziewczyna zdziwiła się, gdy 
weszły do obszernej, sklepionej komnaty, której dotąd nie znała. Stały tam dwa 
staroświeckie łoża ze stopniami, palisandrowe, bogato okuwane brązem. Osłaniały 
je kotary z złotogłowiu, w kształcie baldachimu, spięte u góry herbem 
Michorowskich i mitrą książęcą. Cała komnata w kolorze ciemnoczerwonym ze złotem 
prawie nie posiadała więcej sprzętów, zaledwo parę koniecznych. Wielka, 
niezmiernie bogata ampla z pąsowego kryształu, oprawna w obfite brązy, 
dopełniała wrażenia dziwnego majestatu. Stąpało się cicho po miękkim jak puch 
dywanie. Ciężkie zasłony w oknach z karmazynowego aksamitu, na które rzucone 
kremowe koronki, utrzymywały półmrok i surowość, główną cechę tej komnaty 
wyniosłej, dumnej w swej powadze, jak stare portrety lub manuskrapty na 
pergaminach. Księżna weszła ze Stefcią, stanęła na środku i ściskając rękę 
dziewczyny rzekła półszeptem: — Jesteśmy w sypialni zamkowej. Tu porodzili się 
wszyscy Michorowscy i twój narzeczony, dzisiejszy ordynat. Stefcię przebiegł 
lekki dreszcz. Księżna szeptała dalej: — Wielka, wielka historia tej komnaty! 
Dużo by te ściany powiedziały, gdyby umiały mówić. Wiele tu szemrało westchnień 
serdecznych a smutnych, wiele kwiliło wesołych głosów niemowlęcych, które świat 
potem przytłumił, zdusił. Bóg zliczy łzy wsiąkłe w te złotogłowia. Dużo tu było 
dramatów, rozpaczy — tylko szczęścia niewiele. Waldemar miał słuszność: 
szczęścia nie było. Księżna postąpiła parę kroków i znowu stanęła, kiwając 
żałobnie głową jak nad pomnikiem. — Smutna kronika rodzinna — mówiła cicho — 
tragiczna komnata, chociaż nikt w niej nie umarł, każdego przed śmiercią wygnało 
coś z tych murów. Dziwny traf! I Maciej dobrowolnie porzucił te kąty. Jego żona 
umarła za granicą, moja Elżunia również, a zięć Janusz nagle w Biało_Czerkasach. 
W tej komnacie witają świat, więc powinna być weselsza, a jest smutna. Dobra 
analogia przyszłego życia. Księżna chwyciła Stefcię za rękę. — Nie powinnam ci 
tego mówić, dziecko: straszę ciebie. A może to wy właśnie wniesiecie tu inny 
duch, może wasze szczęście roztopi tragizm tu panujący! Daj Boże! Po łzach 
niechby nastąpił uśmiech. Staruszka poszła wolno do drzwi, szepcząc do siebie: — 
Ile tu łez! ile łez... i mojej Elżuni także. Stefcia niemal przerażona obrzuciła 
wzrokiem całą komnatę i z dygotem wewnętrznym wyszła za księżną. Minęły obszerną 
ubieralnię, łazienkę błyszczącą marmurami i w pokoju tualetowym, pełnym szaf, 
księżna otworzyła kluczykiem zawieszonym u niej na łańcuszku drzwiczki ukryte we 
wgłębieniu muru. Znalazły się w małym pokoiku, oszalowanym dębowymi deskami. 
Ogromne okute kufry stały na tęgiej dębowej podłodze, nawet sufit był dębowy. 
Pokoik robił wrażenie skrzyni. Dwa okna małe i wąskie, zakratowane, prawie nie 
przepuszczały światła. Księżna nacisnęła guzik elektryczny. Dwie kule u sufitu 
rozbłysły jaskrawo. Wówczas staruszka poszła do małej, żelaznej szafki wbitej w 
ścianę, otworzyła ją za pomocą sprężyn i zaczęła wyjmować na stół rozmite 
większe i mniejsze pudełka z safianów i aksamitów. Stefcia patrzała na to 
zdumiona. — Chcę ci, dziecko, pokazać rodzinne precjoza Michorowskich — rzekła 
księżna — Waldy mi powierzył opiekę nad nimi z chwilą, gdy objął ordynację, do 
czasu, aż się ożeni. Ja przecierałam je zawsze sama, tylko z Ritą lub Dobrzysią. 
Teraz Waldy tobie je odda. Te klejnoty zdobiły bardzo dumne głowy, teraz 
ubiorą... śliczną... Stefcia szarpnęła się, porwała księżnę za rękę. — Nie, 
babciu! nie! nie! proszę to schować, to nie dla mnie! Staruszka spojrzała na nią 
ciekawie. — Jak to nie dla ciebie? Będziesz jego żoną i... ordynatową, to twoja 
własność. On cię tym sam obsypie. Ja tylko pokazuję. Pootwierane pudełka 
zaiskrzyły się świetlną zawieją. Barwny pożar ognistych zórz zajaśniał na stole. 
Stefcia ujrzała wspaniałe diademy z brylantów, kolie, kolczyki, bransolety, 
perły uriańskie, różowe i szare. Krwawiły się przed jej oczyma sławne rubiny 
Michorowskich, lśniły zieloną topielą szmaragdy, błyskały tajemniczo szafiry, 
seledynowo_różowe opale. Całe morze iskier, barw jak z bajki wyjętych gorzało w 
blasku elektrycznym. Sypały się potoki zaczarowanych ogni, gorące łuny z 
olbrzymich karbunkułów rubinowych. Złote łańcuchy, staroświeckie klamry, 
pierścienie, wstęgi naszywane klejnotami — wszystko rzucało snopy oślepiających 
promieni. I dziwny był to obraz. Duży stół zarzucony masą klejnotów, przy nim w 
wysokim krześle poważna, dumna staruszka, podparta na ręku i smutnie zamyślona. 
Obok młoda, śliczna dziewczyna, z lekką trwogą w oczach wpatrzonych na skarby, o 
jakich nie miała pojęcia. Światło lamp elektrycznych oblewało tę grupę białą 
omastą, żarzyły się klejnoty, a twarze dwóch kobiet nabierały nieskalanej 
plastyki wyrazu. Oczy Stefci, również jak klejnoty, jak ciemne ametysty w 
oprawie brylantów, nie miały w swym wyrazie chciwości, ale moc przeróżnych myśli 
trochę smutnych. Kto nosił te bogactwa? Jaka ich historia? Czy i one widywały 
łzy, czy więcej uśmiechów?... Księżna, jakby tą samą wiedziona myślą, zaczęła 
przebierać między pudełkami. Jej długie białe palce dotykały diamentów, kolii, 
ślizgały się po sznurach pereł. Mówiła cichym głosem: — Ten diadem z pereł i 
brylantów dostała od męża prababka Macieja, Anna Koniecpolska, wojewodzianka 
mazowiecka. Dla niej był kupiony w Paryżu za bajeczną cenę. Tę kolię z rubinów 
lubiła najwięcej żupanówna węgierska, z domu hrabiów Esterhazych. Bardzo piękna 
brunetka, przepadała za strojami. Tylko niewiele miała serca. Chciała się 
rozwodzić z Mężem. Do skandalu nie doszło, ale życie było nędzne. Patrz, te 
brylanty ze szmaragdami były noszone najczęściej przez moją Elżunię. Jak ona w 
nich wyglądała... Mam ją w oczach na balu, w Wiedniu w ambasadzie włoskiej. Tę 
kolię miała na szyi, a te szmaragdy we włosach. Była wtedy w największym 
rozkwicie urody, już ostatnim. W kilka lat potem zmarła... Księżna westchnęła 
ciężko. Wzięła teraz naszyjnik z brylantów w połączeniu z opalami prześlicznych 
ogni i cennej roboty. Przesunęła kamienie przed oczyma Stefci. — To przywiozła 
ze sobą księżniczka de Bourbon, Gabriela. Nieszczęśliwe opale, nie dają podobno 
szczęścia. Taki zabobon w tym wypadku sprawdził się. Ten naszyjnik ojciec 
ofiarował jej w dniu, w którym pierwszy raz weszła w świat. Znasz jej historię. 
Zaledwo parę miesięcy czuła się szczęśliwą. Od poznania Gwidona skończyło się 
wszystko. Jego fotografię nosiła z sobą zawsze — na jej zaklęcia włożyłam do jej 
trumny... na piersiach pod kwiatami. Biedna była kobieta, nieszczęsna 
męczennica. Stefcia uklękła przy kolanach księżnej i czoło wsparła na nich. Oczy 
bolały ją od widoku klejnotów, dreszcze jakieś chodziły po nerwach, wstrząsając 
ciałem. Księżna pochyliła się nad nią. — I twoja babka nieszczęsną była... i ona 
ciężką miała dolę na świecie. Stefcia podniosła oczy na staruszkę. Szepnęła 
żałosnym głosem: — Ona nie wiedziała, że on ją stale kochał. Żyła i umarła z 
wątpliwością w duszy. To najstraszniejsze! — Maciej kochał ją, szczęścia nie 
zaznał. Miał straszne wyrzuty sumienia. Potem życie złagodziło ranę. Przyszły 
dzieci, wnuki... zapomniał. Zachował jednak jej miniaturę — widziałaś ją. Czas, 
moje dziecko, to bezwzględny rylec. Zmienia postać ziemi, więc zasnuwa i 
wszelkie bóle w duszy człowieka. Zapomniał! Może pozornie... Tyś mu ją 
przypomniała, a jej śmierć targnęła nim w straszny sposób. — Gdyby ona o tym 
wiedziała, lżejszy może byłyby jej zgon — szepnęła Stefcia. Umilkły. Tylko 
klejnoty migały płomykami różnokolorowych iglic, jakby urągając ludzkiej niedoli 
i smutkom, zaćmiewającym ich urodę. Klejnoty zimne, szydercze, sypały kaskady 
swych gwiazd, wyzywająco, dumnie. Księżna ocknęła się. Powoli wzięła diadem z 
brylantów i pereł i włożyła go na zgrabną główkę Stefci. Zanurzył się w bujnych, 
lśniących jedwabiem włosach dziewczyny. Ognie wybuchły z olbrzymich brylantów. 
Stefcia była jak uwieńczona. Uśmiechnęła się do księżnej, oczy jej płonęły, 
różowe wargi rozchyliły się radośnie. Promienność wiała z niej i młodość w 
pierwszym rozkwicie, i niewinność dziecka, i postawa księżniczki. Miała w sobie 
tyle uroku, że księżna cofnęła się na fotelu i zapatrzyła jak w obraz. — Jednak 
ty jesteś... czarująca. Skąd u ciebie taka uroda? Stefcia rozśmiała się. — 
Dlaczego, babciu? Wtem zastukano do drzwi. Księżna spytała ostro: — Kto tam? — 
Ja, Waldemar. Staruszka prędko powstała, idąc otwierać drzwi. Stefcia posunęła 
się za nią. Ordynat wszedł ze słowami: — Szukam pań po całym zamku. Ukryłyście 
się dobrze, ale... Umilkł ujrzawszy Stefcię w diademie z brylantów. Popatrzył 
chwilę. W oczach mu błysnął zachwyt, radość, tryumf. Podszedł bliziutko i 
rozjaśniony wziął jej dłonie. — Cudzie mój! jesteś jak zjawisko! — Prawda, jak 
jej dobrze w tych klejnotach? — podchwyciła księżna. — Bosko! bosko! — powtarzał 
Waldemar, ściskając ręce narzeczonej. — Chciałbym, aby cię teraz widzieli 
wszyscy... Zawahał się. — Co ci zazdroszczą — dokończył. — Nie wyglądam jak 
kopciuszek w przebraniu? — spytała Stefcia trochę kokieteryjnie. Księżna 
zaśmiała się. Waldemar ucałował jej ręce. — Jesteś jak królowa, tylko brak 
stosownej sukni, kolii i tych tam dodatków do uszu i rąk, no... i płaszcza 
gronostajowego! Gdy cię tak ubiorę, podbijesz świat! — Ale najwięcej króla — 
szepnęła Stefcia z ładnym pochyleniem głowy. — Oj, ty łobuzie — pogroziła jej 
księżna. — Króla oczarowałaś w codziennej sukience i w koralach, które mi są 
droższe od całego tego sezamu — rzekł Waldemar wskazując na stół z klejnotami. 
Podeszli bliżej. Ordynat wziął piękną przepaskę z gwiazd brylantowych, z 
wielkimi rubinami w środku, i sam włożył ją na głowę narzeczonej, zdjąwszy 
uprzednio diadem. — Czarująco! Ona śmiała się rozbawiona. Księżna podawała 
Waldemarowi coraz nowe klejnoty. On je przymierzał Stefci. Dziewczyna, widząc 
siebie w lustrze, była zmieszana własną pięknością. Waldemarowi oczy grały 
zachwytem, pożerał wzrokiem swą ukochaną, ciesząc się w duszy, że te magnackie 
klejnoty tak ją ładnie stroją. Sam wybrał dwa sznury bardzo cennych pereł z małą 
klamerką sadzoną brylantami i z uśmiechem zapiął je na szyi Stefci. Perły na 
bladolila jedwabnej bluzce błyszczały jak rosa na smukłym irysie. — Te już niech 
tu zostaną — rzekł serdecznie Waldemar, całując ręce spłonionej Stefci — niech 
to będzie mój pierwszy dar po pierścionku. — Pierwszy? Ileż mam już darów pana? 
To nie pierwszy! — kręciła głową Stefcia. — Ale z tych rodzinnych zbiorów 
pierwszy — odrzekł ordynat. Podziękowała mu ślicznym uśmiechem. Waldemar 
spojrzał w jej oczy drapieżnie, zadrżały mu nozdrza. Delikatnie objął ją i 
przytulił do siebie, palące usta przycisnął do gorących ust narzeczonej. Stefcia 
zdrętwiała. Waldemar puścił ją natychmiast. Dziewczyna spojrzała na księżnę, 
lecz staruszka dyskretnie była bardzo zajęta klejnotami. Waldemar uderzył się w 
czoło. — Ach, zapomniałem! Przyjechał Morykoni. Szukałem pań, lecz na widok mego 
cudu zapomniałem o świecie całym. Zaczęli we troje układać klejnoty i zamykać 
pudełka. Waldemar chował do szafki. Kiedy Stefcia z księżną i ordynatem ukazała 
się w sali, podszedł do nich hrabia Morykoni, wysoki mężczyzna z blond bakami i 
głową rozczesaną starannie na pół. Wyglądał, jakby mu kto rozdzielił na dwie 
części twarz, którą spinały niby klamrą binokle w złotej oprawie. Przywitał 
teściową i skłonił się Stefci z wytworną grzecznością. Podała mu rękę eleganckim 
ruchem, z pewnym chłodem, co dodało jej dystynkcji i jakiejś subtelnej 
pańskości. Hrabia spojrzał zdumiony, stropił się nawet, lecz natychmiast 
podniósł do ust jej rękę i rzekł z galanterią: — Najlepsze życzenia... i 
powinszowania, chociaż te ostatnie głównie ordynatowi powinny być składane. — 
Dziękuję — rzekła Stefcia z prostotą i odeszła do grupy młodej księżnej, panny 
Rity i Trestki. Morykoni patrzał na narzeczoną ordynata coraz bardziej 
zdziwiony. Jej uroda, wytworność, sposób mówienia, każdy ruch zachwycał 
hrabiego. Stefcia przedstawiła mu się w zupełnie innym świetle niż dawniej. — 
"Quelle noble fille! quelle enchanteresse!" (fr. — Jaka szlachetna panna! jaka 
czarodziejka!) — powtarzał sobie, nie wierząc własnym oczom. Na pana Rudeckiego 
także patrzał niedowierzająco. Takich przeciętnych obywateli wyobrażał sobie 
jako mamutów — tu ujrzał zupełnie światowego człowieka i kręcił rozdzieloną 
głową, jakby podejrzewając, że pan Rudecki ucharakteryzował się odpowiednio. 
Przy wieczerzy Stefcia siedziała naprzeciw hrabiego, nieustannie widząc jego 
wypukłe niebieskie oczy oszklone binoklami; wpijały się w nią jak dwa świdry. 
Rozmowę przy stole prowadzono ogólną, bardzo ożywioną. Stefcia odzywała się dużo 
i dobrze, mówiła z życiem i swobodnie. Jej oczy świeciły gwiaździście, usta 
pociągały. Zachwyt hrabiego nie miał granic. Ta Rudecka robiła wrażenie 
patrycjuszki! Waldemar widział podziw Morykoniego, malujący się w jego oczach. 
Zadowolony z powodzenia narzeczonej, umyślnie rozmowę prowadził tak, aby Stefcia 
mogła dużo mówić. Nie wątpił, że potrafi wybrnąć z każdej kwestii. Brał już ją 
nieraz na próbę i przekonał się, że ma bystry umysł, dowcip i takt. Podczas 
ostatniego dania Trestka rzekł, nie zwracając się wyłącznie do nikogo i jakby 
pod wpływem nagłej myśli: — Najobrzydliwszą wadą naszego wieku jest flirt. 
Gilotynowałbym go, miażdżył — to mój wróg zapamiętały! Panna Rita zaśmiała się. 
— A sam go pan uprawiasz — rzekła z przekąsem. — Ja? Chyba pani żartuje? Gdzież 
są dowody? — Zapewne! tu ich pan nie przywiózł, pozostały za granicą. — Czy pani 
miała tak ścisłe informacje o moim sprawowaniu się tam? — zapytał zły. Wszyscy 
się rozśmiali. Rita wzruszyła ramionami. — Och! mało mię to obchodzi! Staję 
tylko w obronie flirtu. — Bo go pani adoruje. — Nie, ale go lubię. — Występny 
chwast, stworzony przez jakiegoś demona... — Tylko przeniesiony do nas z dworów 
Ludwików francuskich — odezwała się wesoło Stefcia — bo tam chyba został 
wynaleziony. — Przez upudrowane głowy markizów i "vicomtów" — wtrącił Waldemar. 
— Albo przez kwiaciarki uliczne i roznosicieli gazet — rzekł Trestka i machnął 
ręką. — Ależ panie! flirt jest wytworem salonów, nie ulicy — zaprzeczyła 
Stefcia. Hrabia Morykoni bystro popatrzał na nią, przechylił się przez stół i 
zapytał: — Więc pani uważa flirt za wykwit cywilizacji: — PO części tak. — Na 
jakiej zasadzie: — Bo ludzie prości nie znają flirtu ani z nazwy, ani w 
dosłownym znaczeniu. Nie mają zresztą czasu na uprawianie go, nawet by nie 
umieli. — Dlaczego? Gmin ma również swe zabawy, zbliżone do naszych. — Zbliżone, 
lecz nie w szczegółach. — Więc podobne. — Ale nie nasze. — Zasadnicza idea ta 
sama — twierdził uparcie hrabia. Stefcia nie ustąpiła. — Panie hrabio, i polna 
róża jest różą, lecz nie sztamową. Tu już pomijamy zasadniczą ideę, bo bardzo 
wyraźnie występuje różnica kolorytu, gatunku i smaku. Dlatego twierdzę, że 
ludzie prości bawią się szczerzej od sfer inteligentnych, lecz nie posiadają 
ogłady, będącej cechą salonów. Oni mają etykę odrębną, znamienność, jaka ich 
różni od wytworniejszych objawów cywilizacji. Stefcia mówiła swobodnie tonem 
lekkim i dźwięcznym. Hrabia uważnie patrzał na nią spoza zmrużonych powiek. A 
Trestka rzekł: — Cała nasza wytworność ginie wobec szczerości, jaką te masy 
posiadają, a my nie. U nich przynajmniej w sprawach erotycznych nie ma kłamstwa, 
wykrętów, słodkich minek i wywracania oczu. — Trestka ugodzony jakimś sztyletem, 
pewno zazdrości — rzekł ordynat. — Ja tylko mówię, że te cechy są ich zaletą, 
nie wadą. — A któż to nazywa wadą? — zdziwiła się Stefcia. Morykoni wyręczył 
Trestkę: — Pani, ponieważ uważa szczerość za brak kultury. — Nie zrozumiał mię 
hrabia. Cywilizacja nie może wyłączać szczerości, tylko osłabia ją do pewnego 
stopnia, zmiękcza niejako jej chropowatość. Hrabia poprawił bokobrody. — 
Przypuśćmy, że tak. Ale i oni nie są już absolutnie wyzuci z cywilizacji. — O 
tak! lecz oni są zaledwo odziani w nią. — A my? — My już ubrani, często 
ustrojeni. — A najczęściej udekorowani — rzucił Trestka. — I to bywa! Ci, co są 
udekorowani cywilizacją, noszą ją jak pióropusz, na widoku — dla świata jedynie, 
w rzeczywistości są czasem bardzo pierwotni. Ale taki machiawelizm zdarza się w 
sferach wyższych, nie wśród ludu. U nich ten wyraz inną nosi nazwę i do innych 
go okoliczności zastosowują. Tak samo to, co my nazywamy flirtem, u nich zwie 
się... — Smaleniem cholewek — zaśmiał się Waldemar. — Bałamuctwem — dodała 
Stefcia. — Nie widzę w tym różnicy — rzekł hrabia. — Bo grunt jednaki, tylko 
kwiaty różnych odcieni i nazwa: tam zapożyczona z obcej gwary, a tu właściwa. — 
Wracam do rzeczy — zaczął znowu Morykoni. — Więc pani sądzi, że odporność ich w 
przyjmowaniu kultury jest winą ciasnoty mózgów, jakie posiadają? — I winą 
kultury. Tu są równe prawa. Ciasnota ich pojęć nie pozwala światłu rozszerzać 
się, a kultura jest jeszcze zbyt umiejscowioną, nie dosięga do wielu ciemnic. — 
Umiejscowioną? GDzie? — W uprzywilejowanych kołach. — Dlaczego? — Bo skąpo 
płynie na inne... niższe. — Pani mówi o sferach? — Nie, ja mówię o dwóch 
biegunach: o inteligencji i pospólstwie. — Więc na bardziej subiektywny rozbiór 
pani się nie zgadza? — Owszem, ale tu różnica już jest mniej wyraźną. — 
Przeciwnie! bywa jaskrawą. — Gdy odróżnia przeciętną inteligencję od wyższego 
stopnia rozumu i geniuszu. — Niekoniecznie. Istnieją jeszcze inne odmiany. — 
Zawsze umysłowe. — I sferowe także. Pan Rudecki drgnął niespokojnie. Zaległo 
milczenie. Hrabia wbił oczy w Stefcię ze złośliwym wyrazem. Ona zapłonęła. — 
Odstępujemy od przedmiotu, panie hrabio — rzekła z nikłym uśmiechem. — Tylko 
roztrząsamy go. — Ach! więc sferą pan określa pewne stopnie umysłu — tak? — Nie, 
zostawiam jej znaczenie w zakresie klasyfikacji społecznej. — A zatem przedmiot 
wikła się. — Z jakiego powodu? — Bo stopniowanie wyżyn sferowych nie równa się 
stopniowaniu różnic umysłowych. To już są dwie alternatywy o całkiem odmiennym 
brzmieniu i znaczeniu. — Pani chce przez to powiedzieć, że pomiędzy przeciętną 
inteligencją a sferą... wyższą nie ma żadnych intelektualnych wypukłości. Czy 
tak? — Nie ma znamiennych wypukłości, które by już tworzyły skalę przeważającą 
na tę lub drugą stronę. Ale nie mówię: żadnych, bo różnice są, sporadyczne, 
zdarzają się i tu, i tam w równej mierze. Tylko nie tworzą muru dzielącego obie 
sfery z przewagą dla wyższej. — Jednak, w pani mniemaniu, która z obu sfer 
posiada szanse większego uzdolnienia i częściej przechowuje genialne umysły? 
Hrabia powiedział to z ironią źle ukrytą i z miną satyra. Nie uważał zimnego 
wzroku Waldemara ani zdumionych spojrzeń obecnych osób. Chciał koniecznie 
zmieszać Stefcię. Patrzał na nią szyderczo, zapominając, że igra z ordynatem, i 
powtórzył pytanie: — Którą sferę uważa pani za bardziej rozwiniętą umysłowo, 
etycznie i estetycznie? — rzekł z akcentem. Stefcia, zarumieniona, podniecona 
rozmową, uśmiechnęła się z przymusem. Ale nie dając poznać po sobie przykrości, 
podniosła oczy wprost na jego binokle i odrzekła swobodnie: — Panie hrabio, mój 
sąd mógłby być zbyt jednostronny dla sfery, z której pochodzę, a przedwczesny 
dla tej, do której mam wejść, zatem pytanie pańskie zostawiam do jego własnego 
uznania. Przy ostatnich słowach skinęła lekko głową i zwróciła się do siedzącego 
obok Waldemara, zakończając w ten sposób rozmowę z hrabią. Ordynat był 
uszczęśliwiony. Przeszył hrabiego ironicznym wzrokiem i spojrzał na narzeczoną. 
W źrenicach jego znikły groźne światełka, a mignęło wzruszenie. Takt Stefci ujął 
wszystkich. Obie księżne, pan Maciej, pan Rudecki, nawet książę Franciszek 
patrzyli na dziewczynę z uznaniem. Niechęć skierowała się na hrabiego. Jego 
żona, czując to, była jak z lodu. Hrabia obrażony, zły nieodzywał się więcej, 
tylko spod binokli rzucał na Stefcię jadowite spojrzenia, ale i sam w duchu ją 
podziwiał. Spoglądając na nią, jak rozmawiała wesoło z ordynatem i Brochwiczem, 
bladł z irytacji. Lecz drażniła go najwięcej komicznie zadowolona mina panny 
Rity. Błyszczące szkła Trestki w czarnej oprawie również nie dawały mu spokoju. 
Rzucały w binokle hrabiego pociski ironii i śmiechu. Gdy powstano od stołu, 
hrabia poszedł do fajczarni. Tam, rozłożony wygodnie na tureckiej sofie, palił 
cygara i rozmyślał o Stefci, zastanawiając się, czy ona jest piękniejsza, czy 
dowcipniejsza? W końcu przyznał jej wszystkie zalety prócz nazwiska i 
zawyrokował: — Gdy zostanie Michorowską, będzie damą bez zarzutu. Ordynat miał 
dobry gust. XXII Szary wieczór marcowy spłynął na zamek. Przykrył wyniosłe 
baszty, zmącił rysunek wieży i wtłoczył się do wnętrza gmachu. Niektóre tylko 
okna odepchnęły go smugą elektryczności, większość uległa ciemnej masie. RAzem z 
nocą runęła wichura, wlokąc ponure szmaty chmur. Pierwszy deszcz, pomieszany z 
kaszą śniegową, zaczął ciąć w szyby okien. Zmurszały śniegi; wiatr je miótł, 
Siekły dŻdŻyste baty. Przeraźliwy gwizd zajadle obiegał blanki zamkowe, bił 
wściekłą muzyką w załomy murów, dzwonił, jęczał, roznosił przeciągłe wycia. 
Grzmot drzew parkowych, tłuczących się z szalonym hukiem koronami, akompaniował 
głuchym basem dętym instrumentom wichru. Marzec rozpoczął wojnę z zimą. Darł ją 
zębami, szarpał za białe włosy, wgryzał się w jej kożuch. Wypierał zimę całym 
zastępem wietrznych siepaczy, prażył ją bez miłosierdzia kolącą sieczką deszczu. 
Zmagały się żywioły. Jęk chłostanej zimy i straszliwe półki Boreasza... Z 
rozwianymi sztandarami, z piorunem salw, z okrzykiem zwycięzców spychali z tronu 
gronostajową królowę, obnażali ją, druzgocąc jej koronę. Wpływ ich dowódcy 
działał potężnie. Marzec pokazał, co umie, rozpanoszył się z gwałtowną siłą. I 
Lustrzany gabinecik Stefci zanurzył się w pomroce. Żółty atłas obicia przybrał 
kolor popiołu. Na lustrach wieczór pełzał, niszcząc ich blask. Wyglądały jak 
lśniące wilgocią ściany. Stefcia grała. Po klawiszach z konchy perłowej ślizgały 
się jej delikatne palce z nerwową gorączką. Roztopiona w mętach pokoju postać 
dziewczyny rysowała się nikle. Bogata harmonia tonów szła w zawody z żywiołową 
orkiestrą natury. Stefcia była niespokojna o narzeczonego: wyjechał do dalszych 
folwarków i jeszcze nie wrócił. Dzikie odgłosy rozhulanej słoty drażniły 
Stefcię. Uciekła od towarzystwa i razem z pianinem rzucała w przestwór szeroką 
falę uczuć. Grała własne fantazje wysnute nastrojem chwili. Stopniowo pod siłą 
myśli i nerwów tony stawały się głębsze, aż rozbrzmiały fanfarą melodyjną i 
pełną życia. Kapryśne rzuty jej rąk ciskały szumne wariacje, oryginalne 
przejścia z tęsknic bezmiernych do zwichrzonej młodzieńczej namiętności. Z 
szałem idącym w krew dźwięczały nuty, opadając znowu w ciche pianissima. 
Natchnienie duszy Stefci, wylane na klawisze, rzeźbiło w powietrzu przepiękny 
posąg jej szczęścia, aż do wypukłej wyrazistości, cieniowało każdą linię, każdy 
rys. Utwór grany przez nią wyfruwał z jej nerwów, gdyż tam był poczęty. Stefcia 
rozmotywała złote runo muzyki, którą nosiła w swej naturze. Tą muzyką pulsowały 
jej młode żyły i w gęstym promieniu oprzędły wszystkie fibry i arterie serca. Po 
burzliwym przelocie ostatnich dźwięków umilkła. Ręce jej zwisły na suknię. 
Siedziała minutę nieruchomo, zasłuchana w echo własnej pieśni. Nagle zerwała się 
z krzesełka. Nowy atak spazmującego wichru i ciemność pokoju przenikły ją 
strachem. Podbiegła do ściany i przekręciła korbkę elektryczną. Blask wpadł 
olbrzymią różycą, buchgnął z lustra morzem światła, obudził kwiaty, złotem 
drgnął na ścianach. Stefcia pod palmami zawołała z wybuchem radości: — Pan tu?! 
— Słuchałem twej muzyki — rzekł Waldemar, odrywając się od złotawej kotary 
osłaniającej drzwi. POdszedł blisko. Stefcia podała mu ręce. — Byłam tak 
niespokojną... — I czego? Deszcz mię nie straszy, a zyskałem na tym; grałaś tak, 
jak dawno pragnąłem usłyszeć. Cudownie! Czy byłabyś zdolną to powtórzyć? 
Uśmiechnęła się. — Wątpię! To było moje pożegnanie Głębowicz. Taki prąd 
przejdzie i minie. POdobał się panu — to dobrze! Grałam dla siebie. — Zagrasz mi 
na powitanie Głębowicz, gdy już wrócimy tu na stałe. To dzisiejsze to jakby niwy 
zaporoskie, gdy śpiewają cicho teorbany, dźwięczą dzidy i buńczuki. Brzmiała tu 
i melodia tęskna, i głośna wrzawa kozacka. Moja ty artystko!... myślałaś o mnie 
grając? — Tak, i o szczęściu — szepnęła Stefcia. — Myślałam, że ponieważ to 
kwiat bardzo rzadki w olbrzymiej plantacji pospolitych szczęściątek, więc 
niesłychanie trudno go zdobyć, a my go już posiadamy. W masie różnorodnych 
kwiatków znaleźliśmy wspaniały kielich, prawda? — i nie zawiedzie nas. 
Przycisnął jej dłonie do ust. — Bo potrafimy go pielęgnować, a to rzecz ważna. 
Szczęście ma płatki delikatne, trzeba je otulać w sobole i gronostaje. Można i w 
prosty kożuch, byle ciepły, byle żadną szparką nie sączył się chłód. Temperaturę 
można podnosić, aby nie opadała. Ordynat objął ramieniem narzeczoną i przygarnął 
ją do siebie. — Myślałem niegdyś, że największym bogactwem i warunkiem do 
szczęścia jest rozum, a ubóstwem — nędza umysłowa. Teraz powiem z dopełnieniem: 
Największym szczęściem w życiu jest miłość, młodość i rozum. To są oceany — 
reszta wszystko źródełka! Stefcia patrzała głęboko w płomienne oczy 
narzeczonego, przysłonięte lekko powiekami. Ufność serdeczna wiała z jej 
fioletowych źrenic i duchowe oddanie się ukochanemu. — Czy wierzyrz w te trzy 
potęgi? — spytał cichutko, zbliżając usta do jej skroni. — Tak, i podziwiam ich 
siłę. One istotnie mogą zwalczyć świat. Waldemar chciał ją ucałować, ale wyrwała 
się i szła do drzwi, mówiąc trochę zdyszanym głosem: — Chodźmy na dół. Już 
wielki czas. Waldemar wzburzony poszedł za nią. Blisko wyjścia nagle przekręcił 
drugą korbkę elektryczną w ścianie. Światło zgasło. Stefcia krzyknęła. On 
gwałtownym ruchem chwycił ją w ramiona, przegiął jej głowę w tył i stłumionym 
szeptem mówił, pochylony nad nią: — Nie wyrywaj mi się nigdy! Słyszysz? Tyś 
moja! moja!... Głos mu zadrgał chrapliwie, ramiona cisnęły ją z konwulsyjną 
mocą. Stefcia zadygotała. Jego szał przeraził ją. Czuła, że omdlewa w jego 
uścisku i w tej czarności pokoju. — Waldy... mój... tyś dobry — szepnęła z 
błaganiem, to jedno znajdując na swą obronę. Uderzony dźwiękiem jej słów, 
Waldemar puścił ją natychmiast i rozjaśnił pokój. Stefcia wyprostowała się, ręce 
podniosła do głowy, poprawiając włosy. Rzęsy miała spuszczone i krwiste 
rumieńce. Ordynat położył dłoń na jej ramieniu. Rzekł z uczuciem: — Rozbroiłaś 
mię! mój ty cudzie jedyny!... Daj mi usta na dowód, że mi wierzysz... Cichym 
ruchem z ufnością i promieniem w oczach, błyszczących jak pasemko słońca, 
przysunęła do niego uśmiechniętą twarz. Gorąca pieszczota ust, choć krótka, 
upoiła ich. Ocknęli się i wyszli razem na oświetlony korytarz. Marcowe roty 
wietrznych zawadiaków przewalały się nad zamkiem. Brzęczały żałośnie szyby okien 
od gęstych plag szarugi. XXIII Na drugi dzień pan Rudecki z córką wyjechał z 
Głębowicz. Wkrótce potem Wielki Post zgromadził całe towarzystwo w Warszawie. 
Obie księżne przyjechały tam dla modlitwy, Stefcia z rodzicami dla robienia 
wyprawy, Waldemar dla Stefci. On przywiózł i pana Macieja. Do stolicy ściągnął 
Trestka i książę Franciszek. Brochwicz był już tam od dawna. Pani Rudecka 
zrobiła dobre wrażenie, podobała się księżnej za swój spokojny takt i 
nienarzucanie się ich sferze. Przy tym pełen szacunku stosunek Waldemara do 
przyszłej teściowej zjednał dla niej księżnę. Pan Maciej stawał się dziwnie 
zmieszany wobec pani Rudeckiej. Świadomość, że ona jest córką tamtej, wzruszała 
go, jednocześnie odczuwał nieokreśloną trwogę. Pani Rudecka odgadła powód i z 
wrodzoną delikatnością umiejętnie łagodziła jego wrażenia. Jednakże zupełnej 
swobody między nimi być nie mogło. Z powodu Wielkiego Postu odbywały się tylko 
poufne zebrania w ścisłym kółku znajomych. Na większe rauty księżna i pan Maciej 
nie uczęszczali. Stefcia również, instynktem wiedziona, nie chciała pokazywać 
się arystokracji w roli narzeczonej. Waldemar, bojąc się dla niej 
najdrobniejszej przykrości, nie nalegał. Na dnie przyjęć zabierał ją zwykle w 
towarzystwie młodej księżnej, która matkowała Stefci. Państwo Rudeccy woleli 
pozostać na uboczu. Stefcia miała całe dnie zajęte, często drobne sprawunki 
załatwiając z panną Ritą. Towarzyszył im Trestka. Nadzieje hrabiego wzrosły. 
Panna Rita sprzyjała mu więcej niż zwykle. Żal do Stefci zacierał się w niej 
stopniowo, tylko patrząc na miłość Waldemara doznawała napadów melancholii, 
smutnej, lecz już pełnej rezygnacji. W pewnym dniu przyjęć u księżnej spotkała 
Stefcia pierwszy raz od jesiennych polowań hrabinę Ćwilecką i jej córki. Dumna 
hrabina chciała zaznaczyć swą niechęć, lecz obecność ordynata i księżnej 
uniemożliwiała spełnienie jakiegoś nawet dwuznacznego ruchu, nie mówiąc już o 
słowach. Podały sobie ręce sztywno, lecz grzecznie. Panna Paula, narzeczona 
barona Weyhera, szczerzej uścisnęła rękę Stefci i nazwała ją wesoło koleżanką. 
Wszyscy mężczyźni, którzy znali Stefcię poprzednio, mieli teraz dla niej żywy 
podziw z powodu, że została narzeczoną ordynata. Uważano ją za fetyszkę, gdyż 
wybredny gust Waldemara znanym był powszechnie. W szeregach męskich 
podziwiających Stefcię nie znalazł się tylko Barski. Razem z córką odsunięty od 
bliższej rodziny ordynata, jedynie księżnej składał czasem konieczne wizyty, 
bardzo ceremonialnie. Hrabianka Melania spotykając ordynata okazywała mu 
majestatyczny chłód. Starających się miała mnóstwo, ale jeszcze nie mogła się 
zdecydować. Po wielkich nadziejach na ordynata niełatwo jej było wybrać kogoś 
stosownego. Największe widoki posiadał książę Zaniecki, chociaż miał ogromne 
długi, lecz okraszone tytułem. Mówiono powszechnie, że hrabianka czeka na jakąś 
nieprzewidzianą partię, że chciałaby zjednać na nowo księcia Lignickiego. 
Tymczasem zaręczyła się z Zanieckim, ale nie lubiła, gdy o tym głośno mówiono. 
Hrabianka, wychodząc raz od Hersego, ujrzała młodą księżnę Podhorecką i Stefcię, 
wysiadające z karety ordynata. Księżnej ukłoniła się, Stefci udała, że nie 
widzi. Jednak dobrze spostrzegła jej postać w eleganckim wiosennym kostiumie z 
granatowego sukna z szynszylami i w malutkim toczku, zgrabnie zdobiącym jej 
sobolowe włosy. Gdy szwajcar z ukłonem otwierał drzwi, hrabianka stojąc na 
chodniku, zaśmiała się ironicznie przykrym, zdławionym śmiechem. Księżna i 
Stefcia, już w drzwiach, odwróciły głowy. Wyzywająca postawa hrabianki, jej 
oczy, pełne złości, brzydkie skrzywienie ust, czyniły ją potworną. Była w tej 
chwili uosobieniem najwyższej nienawiści. Stefci szalona przykrość sprawiała ból 
nieznośny. A księżna rzekła dość głośno: — "Imb~ecile!" (fr. — Głupia!)" I 
zaczęła uspokajać wzburzoną dziewczynę. Księżna Krystyna Turyńska inaczej 
objawiała swój zawód miłosny. Usunięta zupełnie z życia towarzyskiego, 
nieznacznie starała się zobaczyć Stefcię. Ujrzawszy ją na koncercie w 
Filharmonii i drugi raz na spacerze w Łazienkach, księżna zastanowiła się. — Nic 
dziwnego, że ona go zachwyciła — szepnęła do siebie z goryczą. Długo potem, 
stojąc przed zwierciadłem, porównywała swą wyzywającą piękność hetery z uroczą 
postacią młodej narzeczonej i odczuła własną porażkę. Wpatrując się z bliska w 
fotografię Stefci, badając wyraz jej twarzy, głębinę oczu, księżna Krysta doszła 
do stanowczego wniosku: — To nie przebiegła kokietka, to śliczna dusza 
dziewczęca. Kocha w nim Waldemara, nie ordynata na Głębowiczach. I rzekłszy to 
sobie, przestała nienawidzieć Stefcię. Żal za Michorowskim wybuchał w duszy 
księżnej z tragiczną siłą. Tłumiła go, rozumiejąc, że piękny romans, słabnący 
już od paru lat, musiał się skończyć. Dawne nadzieje poślubienia ordynata prędko 
zbladły. Księżna była zbyt inteligentną, aby się łudzić, ale wolała pozostać 
rozwódką, bez zmiany stosunków z ordynatem, niż żoną innego. Księżna nie pisała 
do Waldemara rozpaczliwych listów, tylko w jednym prosiła go, aby ją odwiedził. 
Ordynat nie zawahał się; pomimo wszystko cenił księżnę za jej odrębną etykę. W 
jego pojęciu stała nieskończenie wyżej od margrabiny Silva i kilku innych 
zagasłych ogni przeszłości. Odwiedziny jego u księżnej Krysty nie trwały długo. 
Ordynat zachował się względem niej z wytworną uprzejmością, rysując jednocześnie 
w delikatnych liniach swój obecny i już niezmienny dogmat. Księżna z 
przerażeniem spostrzegła, że Michorowski przeciął ostatnie nici. Zalana łzami, 
potrafiła jednak zręcznie zastosować się do konieczności. Ordynat nie lubił scen 
i księżna mu ich oszczędziła. Pożegnali się jak ludzie światowi, przyjaźnie i 
grzecznie, bez wzmianki o tym, co było, i bez życzeń na przyszłość. Księżna, 
ściskając dłonie ordynata, rzekła tylko: — Porzuca pan małe stawki, a 
rozpoczyna... wielką grę. Wygrasz na pewno! Ale co do mnie, chciałabym należeć 
do tych natur... najszczęśliwszych, na których przejście z tęczy do mgły nie 
robi wrażenia. Ordynat pocałował ją w rękę. — Niech pani nie zazdrości glinie, 
że robią z niej lalki. Od księżnej Krysty Michorowski pojechał wprost do 
narzeczonej. Stefcia wiedziała o tych odwiedzinach, gdyż Waldemar uświadomił ją 
o dawnych stosunkach kawalerskich. Dla księżnej Turyńskiej miała sympatię i 
pewne współczucie. Gdy rozeszła się wieść po salonach, że księżna wyjechała do 
Hiszpanii, towarzystwa żądne wrażeń darować jej nie mogły tej niesłychanej 
uległości. Księżna zrobiła przykry zawód głównie paniom, zamykając drzwi do 
oczekiwanego przybytku plotek. XXIV Pewnego wieczora przed gmach Opery zajechała 
pomiędzy innymi kareta ordynata. Wysiadła księżna Podhorecka, pan Maciej, 
Stefcia i panna Rita. Ordynat z Trestką przyjechali najpierw. Stefcia, opatulona 
w białym płaszczu, ledwo była widoczną z obsłon gazowego kapturka. Gdy weszli do 
własnej loży ordynata, w sali panował mrok. Za chwilę miano podnieść zasłonę. 
Stefcia siedziała w środku pomiędzy księżną i panną Ritą, za nimi pan Maciej, 
ordynat i Trestka. Orkiestra kończyła grać uwerturę. W przyćmionej sali ciszę 
mąciły szmery sukien kobiecych i szepty rozmów. Zasłona podniosła się. Grano 
polską operę "Hrabinę". Stefci serce biło mocno, trochę niespokojnie. W półmroku 
ujrzała naprzeciw Barską z ojcem i z jej damą do towarzystwa. Za hrabianką 
siedział Zaniecki. Wszystkie loże przepełniała arystokracja. Byłże to przypadek 
czy też Waldemar umyślnie wybrał dzisiejsze przedstawienie? Stefcia odgadła, że 
musiało tak być, bo Waldemar ze szczególną starannością oglądał ją, gdy wyszła 
ze swego pokoju ubrana do teatru. Miała suknię z białej gazy, wdzięcznie 
przybraną złotą tasiemką. We włosach złota przepaska. Przy gorsie pęk fiołków z 
seledynową trawą, zresztą żadnych klejnotów. Waldemar obejrzał ją i uśmiechnął 
się radośnie: wyglądała prześlicznie. Wręczył jej wielką wiązankę storczyków, 
sam otulał w płaszcz i w kapturek. Z pewnością wiedział o zebraniu arystokracji 
w teatrze. Czy to źle, czy dobrze? Stefcia czuła się roztargnioną. Słuchała 
śpiewu Broni, patrząc na grających artystów jakby sennie. Waldemar to zauważył. 
POchylił się do niej i szepnął: — Jesteś niespokojna. Czy mogę wiedzieć 
powód?... Odchyliła głowę i rzekła cicho: — Niech pan patrzy... — wszystkie loże 
przepełnione. — Widzę, arystokracja przelewa brzegi. Ale cóż nas to obchodzi? 
Stefcia spuściła oczy. — Czy to cię dręczy? — Tak — odrzekła szczerze. Nie 
umiała przed nim nic ukrywać. Waldemar wziął jej rękę. — Czego się niepokoisz? 
Umyślnie chciałem, aby cię zobaczyli razem ze mną. Wiecznie starasz się ukrywać. 
To niepodobieństwo! Za dwa miesiące nasz ślub. Powinni cię widywać częściej. 
Jesteś zbyt czarująca. Niech cię podziwiają. Pod tym względem nie jestem 
zazdrosny. Stefcia uśmiachnęła się. — Uważajmy na scenę. Niech pan patrzy: 
Hrabia ogląda strój Diany. — NIe będzie piękniejszą od ciebie. — Ale jak gra! 
jaki głos! jest nadzwyczaj dystyngowaną, prawda? — Bardzo dobrze odtwarza typ 
arystokratki z początku stulecia. Ale uważa pani? oni dochodzą do celu. — Kto? — 
Waldemar ściągnął brwi i usta. — Cicho! zakochana para obok nas — szepnął jej do 
ucha. Jego wąsy musnęły Stefcię w skroń. Drgnęła, poczuła ogień w żyłach, 
różowość oblała jej twarz i szyję aż do pęku fiołków. Waldemar pochłaniał oczyma 
te łuny, rozlewające się delikatnie a wyraźnie. Aksamitne płatki kwiatów 
błysnęły jaśniej na różowym podkładzie. Jemu zadrgały nozdrza, oczy zdawały się 
gorzeć; namiętne cienie mignęły mu na twarzy, usta zaciął jakby z nadmiaru 
pożądania. I wchłaniał subtelny, a ledwo wyczuty zapach perfum, które sam dla 
niej wybrał, i gniótł w nerwowej dłoni wachlarz Stefci. Ogarniał go szał jakiś. 
Widział, jak ciemnozłote loczki wiły się na pięknym karku, jak pierś dziewczyny 
opadała szybko, jak jego bliskość czyniła na niej podniecające wrażenie. Patrząc 
na ciepły, różowy ton jej ciała w zorzy rumieńca, szepnął przez zaciśnięte zęby: 
— Obiecujący płomień! Stefcia zaróżowiła się jeszcze silniej. — Rozkoszna moja! 
Wtem spadła zasłona. Waldemar oprzytomniał. Stefcia, mrużąc oczy z powodu 
mnóstwa świateł, spojrzała na Ritę i Trestkę. Zauważyła, że i oni są pod jakimś 
wrażeniem. Zabrzmiały oklaski i wywoływania. Artystka zbierała hołdy, kłaniając 
się z wdziękiem. Nagle zaszumiało w teatrze. Publika wstawała z krzeseł. W 
lożach mieniło się od czarnych fraków wchodzących i wychodzących panów. 
Orkiestra zaczęła grać. — Jesteś pod pręgierzem spojrzeń — rzekła księżna do 
Stefci. Dziewczyna zmieszała się, wzięła z poręczy loży bukiet storczyków i 
przysunęła go sobie do ust. Nachylił się nad nią Waldemar. — Jedyna moja — 
patrzą na ciebie. bądź odważną. Stefcia uśmiechnęła się do niego. Uczuła nagły 
przypływ energii. — Dobrze, będę odważna. — Złota moja! — Spójrzcie państwo na 
drugi rząd krzeseł — szepnęła panna Rita — ktoś znajomy, ten ładny młodzieniec z 
kwiatem w butonierce. Stefcia i Waldemar spojrzeli we wskazanym kierunku. Ona 
cofnęła się natychmiast. — Prątnicki! — rzekł Waldemar. — Gdzie? gdzie? — pytał 
Trestka wychylając głowę. Panna Rita wskazała mu go wzrokiem. — Poznałam go od 
razu, ale on nas jeszcze nie widzi, lornetuje amfiteatr. Wyobrażam sobie jego 
minę... — Dozna wrażenia, jakby mu teatr leciał na głowę. "Une belle chance!" — 
dorzucił Trestka. — Dajcie mu państwo spokój — rzekła Stefcia. Panna Rita 
mówiła, gryząc w zębach paproć z bukietu: — Zdetonuje się biedak na widok byłego 
szefa, z którym mu się notabene bajecznie nie udało. Waldemar wzruszył 
ramionami. — Panna Stefania ma słuszność. Zostawcie go własnym jego wrażeniom. 
Miłe nie będą z pewnością. Lornetka Prątnickiego, zsuwając się z amfiteatru, 
zatrzymała się na loży ordynata. Strojny młodzieniec zadrżał, lornetkę odjął od 
oczu, spojrzał nie wierząc samemu sobie i poczerwieniał jakby po wymierzonym 
policzku. — Stefcia! wyraźnie Stefcia! w otoczeniu arystokracji, którą znał, a 
za nią sam ordynat! Teraz dopiero Prątnicki zauważył, że wiele osób patrzy na 
lożę, usłyszał szepty. Odruchowo sam zapytał swego sąsiada, jakiegoś młodego 
jegomościa: — Przepraszam pana, ale... kto to jest? — Pan nie wie? To narzeczona 
ordynata Michorowskiego. Zaręczyli się w karnawale. Śliczna, co? Prątnicki 
osłupiał. Więc pogłoski sprawdziły się? Długi czas nie wierzył w nie. Z ojcem 
nie korespondował i nic nie wiedział o zajściach w Ruczajewie. Był tak zdumiony 
i ogłupiały, że przez chwilę stał jak słup. Trestka uważał na każdy jego ruch i 
zaczął się cicho śmiać. Wtem Prątnicki spotkał wzrok ordynata. Otrzeźwiał. Wziął 
kapelusz udając brawurę i bardzo czerwony wyszedł z krzeseł. W środkowym 
przejściu naprzeciw loży ukłonił się z wielką elegancją całą figurą. Wszyscy w 
loży skinęli mu głowami uprzejmie, lecz bez uśmiechu, jak się kłania komuś, z 
kim stosunki nie są pożądane. Tylko Trestka miał komiczną minę. Prątnicki, 
oblany warem, mocował się, ale wyszedł z podniesionym czołem. W loży więcej o 
nim nie mówiono. Waldemar nachylił się do Stefci. — Wychodzę odwiedzać 
znajomych. Może przynieść paniom chłodników? — Ja dziękuję — odrzekła Stefcia. 
Ordynat z Trestką wyszli. Stefcia zaczęła otwierać białe atłasowe pudełko z 
cukierkami, ofiarowane jej przez narzeczonego. Odzyskała już swobodę, rozmawiała 
z księżną i panem Maciejem nie uważając na lornetki, skierowane na nią ze 
wszystkich stron. Księżna cieszyła się z jej powodzenia, sama rozkoszując się 
jej widokiem. Panna Rita milczała, cofnięta w głąb loży. Ubrana w wygorsowaną 
suknię, wachlowała się sennym ruchem, nie zwracając uwagi na pełne loże i 
szumiące na dole krzesła. Cukierki od Trestki leżały na jej kolanach nie 
otworzone. Żuła pralinkę z pudełka Stefci. Ich loża zaczęła się również 
napełniać. Najpierw zjawił się Brochwicz. Wołał wesoło: — Cóż "Hrabina"? Jest na 
wysokości swego zadania, nieprawdaż? Znakomita obsada! Proszę o czekoladkę, 
panno Stefanio... Merci... Co za pyszne storczyki! A suknia! a! a! cudowna! Pani 
dziś jest atrakcją wszystkich lóż. A gdzie ordynat? Ach tak, odwiedza znajomych! 
Czy księżna zauważyła, że Zaniecki odgrywa już rolę narzeczonego? To zabawne! bo 
hrabianka toleruje go zaledwo. — Podobno są posłowie. — Ech! problematyczne! 
Schylił się, wsunął głowę pomiędzy Stefcię i pannę Ritę i zaczął szeptać: — 
Zaniecki to ostroga Melanii: chce nas nim ubóść aż do krwi, ale się nie dajemy. 
Brochwicz wyszedł, przywitawszy w drzwiach barona Weyhera z hrabią Ćwileckim. 
Loża ordynata wkrótce przepełniła się. Mur fraków i białych gorsów tworzył 
doskonałe tło dla jasnej, żywej postaci Stefci. Rozbawiona, przyjmowała wesołe 
hołdy, rozmawiając z dowcipem i elegancko. Interesowała młodzież, zwracali się 
głównie do niej. Tych, których jej pan Maciej pierwszy raz przedstawił, zbywała 
chłodniej, lecz uprzejmie. Dziwnie potrafiła pogodzić wesołość i swobodę z 
taktem i znajomością najwykwintniejszych form towarzyskich. Mimo woli rozbrajali 
się pod jej wpływem ci, co przedtem patrzyli na nią z ukosa. Tylko Barski nie 
przyszedł, akcentując swą niechęć. Poszedł do hrabiego Mortęskiego i długo mu 
coś szeptał na ucho. Siwe kępki włosów nad uszami eks_prezesa, wielkie piwne 
oczy i nos garbaty, wystający z twarzy — wszystko się kiwało, trzęsło, mrugało 
ze zgorszenia. Hrabia Barski nie próżnował w teatrze i umiał dobierać stosowne 
materiały do nici swych intryg, potrafił haftować nimi genialnie. W loży 
ordynata zaszumiało koło drzwi i wesoły głos zawołał: — Rozstąpcie się, panowie! 
Czarne fraki rozsunęły się na dwie strony, środkiem wbiegła piękna hrabina 
Wizembergowa, cała w koronkach, lśniąca brylantami. Towarzyszył jej niemłody 
mężczyzna. Panowie ukłonili się, pan Maciej powstał. Hrabina witała wszystkich 
uprzejmie, usiadła na podanym sobie krześle i mówiła: — Przyszłam odwiedzić 
księżnę. Zaledwo przed paru dniami powróciłam z zagranicy. Księżna dzięKowała, 
pan Maciej spytał o panią Idalię i Lucię. — Zdrowe obie. Lucia przesyła tysiące 
ukłonów. Zwróciła się żywo do Stefci, powtórnie podając jej rękę z miłym 
uśmiechem: — Pani składam najlepsze życzenia. Ordynat był w tej loży. Zarzuciłam 
go życzeniami. Wyszedł rozczulony. Mój mąż znalazł panią cudowną. Mówi, że mu 
pani przypomina Grottherowskie typy. Biedna Lucia jest w rozpaczy, że nie może 
pani widzieć. — Czy baronowa stale bawi w Nizzy? — spytała spłoniona Stefcia. — 
Przyjechała do Mentony. W połowie maja wracają do kraju, może wcześniej. — A 
gdzież jest mąż pani hrabiny? — zagadnął któryś z panów. — W foyer. Zaraz tu 
przyjdzie. Baron Weyher pogładził swe bokobrody. — Mieliśmy kłopot z pani mężem. 
Chciał koniecznie jechać po panią na Riwierę. Hrabina zaśmiała się. — I 
wstrzymaliście! Zatem winnam wdzięczność panom. Za długo podróżoawałam. Mój mąż 
był zdenerwowany. Spojrzała na Stefcię rozbawionymi oczyma. — Pani się zapewne 
dziwi? Istotnie prosiłam tych panów, aby zabawili mojego męża w Warszawie. 
Zepsułby mi całą zabawę na Riwierze. Księżna pogroziła palcem wesołej hrabinie. 
— Ach, ty niepoprawny trzpiocie! zawsze jesteś tą samą. — Proszę cioci, wolę 
otwarcie się oskarżać. Nie chciałam mieć go z sobą. — I stało się podług 
życzenia pani — wtrąciła wesoło Stefcia. — Czy baswiła się pani istotnie 
dobrrze? — Doskonale! Wydałam bajońskie sumy, wariowałam! Ordynat mi powiedział 
impertynencję, że pomimo świetnych zabaw wyglądam, jakbym była "d~esillusionn~e" 
(fr. — rozczarowana). Mówi, że w moim śmiechu brzmią jakieś zgrzyty. Po części 
zgadł, ale... jestem na niego zła. Zaśmiała się do pana Macieja: — Wnuk pański 
jest nadzwyczajnym obserwatorem, zauważył od razu dysonans w mej pozornej 
harmonii. — Nasza Syrena panią nastroi na lepszy ton — rzekł jeden z panów. — 
Wątpię, mnie nastroić może tylko dobry mistrz, a obecnie nasz high_life już... 
nie posiada go. Przy tych słowach piękna pani błysnęła wesoło oczyma na panów, 
którzy udawali, że mają obrażone miny. Gdy hrabina wyszła, Stefcia wzrokiem 
zaczęła szukać narzeczonego. Był właśnie u Ćwileckich. Z radością patrzyła na 
jego śmiałe, eleganckie ruchy, na pewność siebie i wytworne zaniedbanie, 
cechujące go zawsze. W czarnym fraku, smukły, zgrabny, w postawie swej nosił 
pana w każdej kropli krwi. Witany wszędzie mniej lub więcej szczerymi 
uśmiechami, pociągał oczy kobiet, drażnił nerwy zawiedzionych, porywał 
tajemniczym urokiem. Gdy wszedł do loży Barskich, hrabianka z wymuszonym 
uśmiechem podała mu rękę i natychmiast zagadała o scenie, jakby bojąc się innej 
rozmowy. Wtem jeden z panów otaczających hrabiankę rzekł z ukłonem: — Panie 
ordynacie, proszę przyjąć moje życzenia. Wróciłem w tych dniach z Paryża i 
wcześniej nie mogłem powinszować panu. Waldemar uścisnął mu rękę. — Dziękuję. 
Młody panicz mówił dalej. — O zaręczynach dowiedziałem się w Paryżu, ale 
pańskiej narzeczonej nie jestem jeszcze przedstawiony, chociaż już zachwycony. 
"Une tr~es belle personne, tr~es distingu~ee!" (fr. — Bardzo piękna osoba, 
bardzo dystyngowana!) Waldemar ponad głową hrabianki spojrzał na Stefcię. 
Wyglądała porywająco. Była jak delikatny kwiat na czarnej masie fraków, 
otaczających ją ściśle. Hrabianka Melania, czerwona z gniewu, spoglądała na 
przeciwległą lożę wzrokiem pełnym jadu. Powodzenie Stefci drażniło ją. Słowa 
młodego księcia oburzyły. — Kiedyż ślub? — syknęła ze złośliwym grymasem ust; 
miał to być uśmiech uprzejmy. — Za dwa miesiące. — Potem w podróż zapewne? — 
rzekł młody książę z pochyleniem głowy i całej postaci, trzymając kapelusz w obu 
rękach zwieszonych na dół. Długą szyję wyciągnął ciekawie naprzód. — Nie, lato 
mamy zamiar spędzić w Głębowiczach. Podróż projektujemy na sezon jesienny i 
zimę. Pożegnam państwa — rzekł ordynat kłaniając się. Nerwowy, pełen złości ruch 
hrabianki przy podaniu ręki rozśmieszył Waldemara. — Antagonistka! — szepnął do 
siebie w korytarzu. Ordynat obszedł jeszcze parę lóż. Przy wejściu do własnej 
spotkał się z młodym księciem. Przedstawiony Stefci panicz złożył głęboki ukłon, 
po czym stał obok jej krzesła zawsze z cylindrem w obu rękach jak wieszadła 
spuszczonych, pochylony, z charakterystycznym uśmiechem na wygolonej starannie 
twarzy. Stefcię śmieszyła jego wysoka, chuda postać i zachwyt malujący się w 
oczach. Mówił jej grzeczności i widocznie podobała mu się bardzo. Wychodząc, już 
w korytarzu, uścisnął rękę Waldemara. — Winszuję! winszuję! niepowszednia uroda! 
Ordynat zawsze odnajduje gwiazdy. Waldemar pożegnał go trochę niecierpliwie. — 
Niech pan spieszy, już dzwonek, spóźni się książę. — "Bien, bien, merci!" (fr. — 
Dobrze, dobrze, dziękuję!) Niepowszednia uroda... Spieszę... spieszę. I pobiegł 
szybko, pochylony naprzód, z zapadłą piersią, długimi nogami i ogoloną głową 
młodego starca. Rozpoczął się drugi akt. Prątnicki nie wrócił do krzeseł, wybrał 
sobie miejsce na galerii i stamtąd patrzał na Stefcię i ordynata. Doznawał 
dziwnych uczuć — przede wszystkim jakiegoś wstydu. Ale nikt go nie widział z 
loży. Stefcia teraz pilnie uważała na scenę, chociaż Waldemar często jej coś 
szeptał do ucha. Księżna rzekła: — Widzę, że nie bardzo zajmuje was sztuka. Może 
wasza lepsza. Słuchajcie śpiewu Hrabiny. Rozległo się na scenie początkowe 
recitativo: Suknio, coś mię tak ubrała,@ jakby posąg w greckim stylu,@ hołdy 
tylu, zawiść tylu@ będę, będę dziś widziała.@ Wiotka, efektowna postać artystki 
w stroju Diany cieniowała głos niesłychanie pięknie. Nagle popłynął śpiew: 
Dźwięk dokoła, blask i woń,@ płyną tęczą gazy, wstęgi,@ błyszczą lustra... W 
dłoni dłoń,@ już taneczne widzę kręgi,@ już wir balu wszystko zlał@ w jeden 
urok, w jeden szał@ Artystka rozlewała czyste, swobodne tony. Jak zawieja 
srebrnych kropelek sypały się dźwięczne gamy jej głosu. Szczerość i uczucie 
wiały z wysokich nut, którymi dziwnie umiała modulować. Wszyscy słuchali w 
skupieniu. Śpiew umilkł, posypały się oklaski. — Ślicznie śpiewa — rzekła 
Stefcia. Wtem oboje z Waldemarem usłyszeli szept Trestki: — ...dlatego, że nie 
mam weny? Ale tyle lat, to stanowi moją siłę. — To mię nie rozczula — odszepnęła 
panna Rita. — Ale wzbudza ufność. — Czy to wystarczy? Waldemar z łobuzerskim 
uśmieszkiem zwrócił się do księżnej: — Babciu, państwo Trestkowie są także 
niegrzeczni. Stefcia trąciła go wachlarzem. — Za wcześnie nas pan tak nazywa — 
odparła sucho panna Rita. Ordynat rzekł do Stefci: — Czy panią obraziłoby, gdyby 
nas teraz nazwano: państwo Michorowscy? — Nie — odrzekła Stefcia z uśmiechem. — 
A widzi pani? — mówił Waldemar do Rity. — Wy jesteście narzeczeni. — Zdaje mi 
się, że i wam złożymy dziś życzenia. Trestka spojrzał na ordynata z 
wdzięcznością. Waldemar ciągnął dalej: — Niech pan uważa, jak się Dzidzi na 
scenie energicznie zachowuje. Niech pan bierze z niego przykład: on "Akteon 
wytrzymały"! — Niech pan im nie dokucza — szepnęła Stefcia. — Dobrze, już będę 
grzeczny. Na scenę wjechał sztuczną łodzią okazały Podczaszyc w kostiumie 
Neptuna. Wołał tubalnym głosem: Oj! coś trzeszczy wóz z tektury.@ Dzidzi! każ no 
zwolnić sznury,@ bo będziecie mieć robotę,@ jak syrenę którą zgniotę.@ — 
Niezrównany! — zawołał półszeptem ordynat. Nastąpiła scena rozdarcia sukni. 
Hrabina robi wyrzuty Kazimierzowi. — Podaje mu oszczep przeciw sobie — rzekł 
znowu Waldemar. — Suknia będzie tarczą, która ocali ułana od kokietki. Zdarza 
się tak często. I przyszła mu na myśl rozmowa z hrabianką Melanią w 
Głębowiczach, po której ostatecznie stracił dla niej sympatię. Podczas drugiego 
antraktu Waldemar poszedł z Trestką na cygara. Był tam i Barski. Palił nie 
odzywając się do nikogo. Brochwicz trochę dokazywał. Opowiadał swe wrażenia z 
pierwszego rzędu krzeseł, zachwycał się primadonną w roli Hrabiny. — A Bronia 
nie podoba się panu? — spytał baron Weyher. — Bronia? Hm! Bronia jest trochę w 
grze sucha, nazbyt kołkowata. Może to robi różnica stroju; kontusik te tam 
puszki, wyloty obok pajęczynowego kostiumu Diany sprawiają efekt na niekorzyść 
Broni. — Ona głównie razi obok dystynkcji Hrabiny — rzekł Waldemar. — Dobra 
artystka i na scenie dama. Bronia nawet w tych samych gazach nie osiągnęłaby 
celu. Tu występuje różnica rasy. Hrabia Barski, rozparty na fotelu, z cygarem w 
zębach, patrzał impertynencko na ordynata. — Proszę! pan odróżnia rasę? — 
przemówił kpiąco. — Odróżniam! — odrzekł Waldemar Chłodno. — Voyons! a to nowa 
rzecz! Już po panu nie spodziewałem się takiej antytezy. Ordynat rzucił się na 
fotel również w niedbałej pozie. Oczy utkwił w tłustej twarzy hrabiego i spytał 
jakby od niechcenia: — A moja teza, wolno wiedzieć jaka? — Pańskie słowa są 
antytezą jego postępków — odrzekł hrabia gwałtownie. Waldemar był spokojny, lecz 
zimny. — Za pozwoleniem! Co hrabia przez to rozumie? Ja mówiłem o różnicy rasy 
pomiędzy samymi artystkami, nie naruszając ról, jakie wykonywają. Twarz hrabiego 
pęczniała coraz więcej. — A ja przeciwnie, mówiąc o rasie miałem na myśli sferę 
Hrabiny. Bronia, zwykła sobie szlachcianeczka, musi razić wobec magnatki, to 
prawo natury. Dziwiłem się, że pan jeszcze nie zatracił zmysłu spostrzegania 
tych różnic, jakie biją w oczy. Powtarzam, słowa pańskie są antytezą jego 
postępków, a te dowodzą — zaniku etyki! Przytyk był wyraźny, wzmianka o 
szlachianeczce stosowała się do Stefci bardzo niedwuznacznie. Waldemar powstał 
wzburzony. Kilku panów, Brochwicz i Trestka zbliżyli się. Pachniało skandalem. — 
Panie hrabio, dosyć! — zawołał ordynat syczącym głosem. — Moja teza i moja etyka 
stoi nieskończenie wyżej od wszelkich praw natury w mniemaniu pańskim. Mój zmysł 
spostrzegawczy jest zaostrzony i czujny i tym lepiej pomaga mi odróżniać 
szlacheckie sokoły od wielu magnackich pawic, które sfera maluje w jaskrawe 
kolory! Rasa to przywilej wyłączny, nie związany z żadną sferą, wchodzi nie 
przez ukraszone pióra, lecz przez szlachetną krew, i także bije w oczy. Przy tym 
jest w parze z delikatnością, a ta nie zawsze bywa w osobnikach we własnej 
imaginacji drapujących się w rasę. Jeśli obraziłem hrabiego, adres mój wiadomy. 
Ordynat skłonił się trochę wyzywająco, i wyszedł z fajczarni. — A to mu łupnął! 
— rzekł cicho Brochwicz. — Pojedynek? — zdumiał się Trestka, wznosząc brwi. 
Brochwicz wyciągnął go na korytarz. — Awantura! — mówił zacierając ręce. — Pan 
myśli, że Barski skorzysta ze słów ordynata? Przecie to formalne wyzwanie. Ale 
nie Barskiemu mierzyć się z ordynatem! czy na rewolwery, czy na rapiery — jeden 
wynik. Ordynat podziurawiłby jego dumny majestat, aż skwierczałby jak indor na 
ruszcie. Ależ dostał! Magnackie pawice! Uważał pan? odnośnik do Melanii. Bycze 
porównanie! gdybym posiadał wymowę ordynata i jego sławę w strzelaniu i 
fechtunku, odbywałbym po kilka pojedynków na tydzień. Brochwicz gestykulował 
niesłychanie. — Jeśli Barski sekundantów przyśle? — niepokoił się Trestka. — To 
wówczas pozna zęby ordynata! Ale Barski nie przyśle. Ordynat zostawił kwestię do 
jego woli, bo sam lekceważy takiego przeciwnika. Barski zaś musi się liczyć. 
Możemy być spokojni! Chodźmy, bo już dzwonią. Nagle Trestka stanął. — A 
Zaniecki? — rzekł tajemniczo. Brochwicz parsknął śmiechem. — Zaniecki ordynata 
nie wyzwie, bo to laluś z waty, kleju i perfum. Zresztą przy awanturze nie był, 
a Barski mu się nie pochwali, schowa w kieszeń cukierek ordynata. Przy tym 
Zaniecki nie jest jeszcze zdecydowanym narzeczonym, aby się miał ujmować za 
starym. Co tam! idziemy na miejsce. Waldemar wszedł do loży już spokojny, ale 
blady. Usiadł za Stefcią w milczeniu. Ona dostrzegła w nim zmianę. — Co panu? — 
spytała. — Nic, jedyna, gorąco tu — odrzekł z uśmiechem. W teatrze światło było 
przyćmione i scena zasłonięta. Umyślny efekt dla melodyjnych tonów poloneza 
Moniuszki, który zaczynał płynąć z orkiestry delikatnie, barwnie, wzruszająco. — 
Jakie to śliczne! — rzekła cicho Stefcia. Siedziała oparta na krześle z 
odchyloną w tył głową, zasłuchana, podniecona. Oczy jej mrużyły się, kwiaty przy 
gorsie drżały, poruszane pulsem ciała. Upojenie wsączało się w jej nerwy. 
Polonez, grany z artyzmem, wtłaczał do duszy złote rojenia. Z instrumentów, jak 
na przezroczych gazowych skrzydełkach, wzbijały się nuty czyste, delikatne, 
pełne uczucia, a szumiące jakąś rozkoszną rzeźwością. Wrażenie było ogólne i 
potężne. Cisza zaległa loże i krzesła. Górne sfery zdawały się uśpione. Melodia 
płynęła niepowstrzymaną siłą, omotywała urokiem, drażniła. Wiew spokoju i 
błogości tchnął z tonów zda się przeczulonych. — Wspaniałe! — szepnął Waldemar, 
tuląc w swej dłoni ręce narzeczonej. Ze Stefcią, bardzo wrażliwą, działo się coś 
niezwykłego. Grały w niej nerwy, uczucia słodkie, idące z serca, i zmysły, 
rozbudzone pieszczotą Waldemara. Niepochwytne marzenia niosły ją w przestrzeń 
wśródgwiezdną. A muzyka wszechwładnie rozsnuwała czar. Księżna i pan Maciej 
byli zasłuchani, głęboko zamyśleni. Trestka siedział skulony, trzymając Rity 
rękę, którą od czasu do czasu całował. Ona mu tego nie broniła. Nieruchoma, 
blada, miała w ciemnych oczach mgiełki wzruszeń, usta trochę zwieszone wyrażały 
ledwo widoczną rezygnację. Waldemar dosłyszał cichy szept. — Czy tak? czy 
tak?... mruczał Trestka. — Niech się stanie — odrzekła cicho. Trestka ucałował 
jej ręce. A polonez, rozbrzmiewając w przyćmionej sali, budził pragnienia, 
rozdmuchiwał namiętności, w dusze kładł dobroć, oczy krasił uczuciem, czasem 
łzami. Potężnie płynął! Zabierał wszystkich na swe fale jak niewolników. 
Rozbrajał, łagodził, rozmarzał... Nagle cisza! Ostatni ton wyfrunął z orkiestry 
i nastało głuche milczenie. Jakby po przelocie aniołów o szumiących piórach 
ludzie wpadli w zachwyt. Wtem na górze, wysoko, niby pierwszy lekki odgłos 
gromu, ozwało się klaśnięcie. PObudka! i teatr zahuczał. Zapał, entuzjazm. 
Wszystkie wrażenia skupiły się w oklaskach. W ogłuszającej wrzawie znajdowały 
ujście podniecone zmysły. Panie, wychylając się z lóż, klaskały w dłonie. W 
krzesłach i amfiteatrze rozbrzmiewał huk jakby wzburzonego morza. Górne sfery, 
uniesione szałem, ryczały: — Brawo! Bis! bis! Ale inni zaczęli sykać. Wielkie 
wrażenie powtórzenia nie znosi. Trudno wywołać uczucia ponownie w tej samej 
mocy. Powtórzenie często psuje pierwszy efekt. — Dosyć! dosyć! — wołali 
wykwintniejsi miłośnicy muzyki. Zasłona podniosła się. Wszyscy jak po odurzeniu 
narkotycznym powracali do trzeźwości. Jowialny dowcip Chorążego na scenie 
dokonał reszty. Jego śpiew myśliwski nastroił junacko wielu ze słuchaczy, scena 
z zieleniaczkiem ubawiła. Panna Rita spytała cicho Trestkę: — Co zaszło z 
ordynatem? Był wzburzony. — Awantura z Barskim. — Gdzie? — W fiumuarze. Stefcia 
usłyszała. Zbladła silnie. Ponieważ Waldemar coś mówił do księżnej, więc 
pochyliła się do Trestki. — Co pan powiedział? — szepnęła z lękiem. Oczy miała 
prawie czarne z przerażenia. — Niech pani będzie spokojna! Mała 
nieprzyjemność... Barski poskromiony — odszepnął Trestka z miną wielce 
lekceważącą. — Pan mówi prawdę? — Ależ jak Boga kocham! Stefcia cofnęła się. Nie 
była jednak uspokojoną. Przeczuwała, że zajście pomiędzy ordynatem a Barskim 
wynikło z jej powodu. Miała niemal pewność, że tak jest. W loży Barskich 
siedziała tylko hrabianka ze swą damą do towarzystwa i Zanieckim. Hrabia 
widocznie wyjechał z teatru. — Co zaszło i czy tak zawsze będzie? — pytała 
siebie Stefci ze ściśniętym sercem. Panna Rita, również niespokojna, patrząc na 
Trestkę, nieznacznie dotknęła ręką skroni. Trestka zrozumiał: pytała go o 
pojedynek. Zaprzeczył ruchem głowy, po czym napisał coś w notatniku i podał 
Ricie. Przeczytała: "Ordynat — matador. Kto zaś Barski, proszę wspomnieć arenę — 
dodam tylko: rozwścieczony!" Panna Szeliżanka zagryzła usta ze śmiechem. 
Przedstawienie kończyło się. Podczaszyc oświadczał Chorążemu Bronię i 
Kazimierza. "Siuprem rezon właśnie czuję" — mówił z komiczną miną rubasznego 
eleganta. Zabrzmiał końcowy śpiew Hrabiny: "Zbudzić się z ułudnych snów". Żal, 
obraza, zawiedziona ambicja w głosie śpiewaczki. Niesłychanie akcentowała słowa, 
mimikę, głos. Ostatnią strofkę wyrzuciła z piersi niemal z rozpaczą: Ale żal 
okazać mu,@ wstydu łzy wylewać tu,@ byłby to poniżeń kres...@ Chyba gniew, lecz 
nigdy łez!...@ — Brawo! brawo! — zawołał Waldemar. Jeszcze trochę dowcipów 
Podczaszyca i zasłona spadła. Loże poruszyły się, zaszumiało, panowie żegnali 
damy. Waldemar otulał Stefcię w biały płaszcz. Zauważył, że jest trochę jak 
przyćmiona. — Co ci jest, jedyna? — A panu co było, jak pan wszedł po drugim 
akcie? — spytała, mając utkwione oczy w jego twarzy. — Ach! odgadłaś, bądź 
spokojna — drobnostka! — Na pewno? — Daję ci słowo. Ordynat sprowadzał ze 
schodów narzeczoną, Brochwicz — księżnę. Z lóż płynęła strojna fala płaszczów i 
kapturków kobiecych, i czarnych ubiorów męskich. Szła barwna pogwara wdzięcznych 
głosów, pożegnań, często zatrzepotał śmiech. Oczy kobiet spod koronek, iluzji 
grały światłem klejnotów. Szum jedwabnych tkanin i ulotna woń perfum 
znamionowały przejście patrycjatu. Z krzeseł rozchodziła się publika dużo 
skromniejsza, choć również wytworna, poprzedzana przez błyszczące uniformy 
pierwszego rzędu. Wśród nich zdarzała się i postać frakowicza. Wtem zahuczały 
schody na wyższych piętrach tupotem nóg i głośną wrzawą. Coś niby gradowa chmura 
waliło z górnych sfer. Trestka niespokojnie podniósł głowę. — Uciekajmy! — 
zawołał przestraszony — puszczono rajk! zgniotą nas! "Sapristi!" Że też służba 
nie ma na tyle rozumu. Wybrali się w porę! Uciekajmy! — To trudno, panie — rzekł 
Waldemar ze śmiechem — oni mają te same prawa do świeżego powietrza, co i my. 
Przez dach nie powychodzą, a dla naszej miłości nie będą czekali w pustym 
teatrze, boby ich woźni poprzykrywali płótnami. I tak może nieraz oberwą końcem 
brudnej zasłony; woźni nie pytają, są nazbyt gorliwi — szydził Waldemar. — A 
tymczasem nas roztratują — narzekał Trestka. — Bądź pan spokojny, już jesteśmy 
na dole. W korytarzu przy kasie stał Prątnicki, oparty o barierkę. Na widok 
ordynata i Stefci odwrócił się. Stefcia nie widziała go, ordynat udał, że nie 
widzi. Pod filarami tłoczyły się pojazdy, szwajcar wywoływał. — Kareta ordynata 
Michorowskiego, podjeżdżać! Waldemar usadowił narzeczoną obok Rity. — "Bristol"! 
— rzucił stangretowi. Konie ruszyły. — Pan ze mną. Mam do pomówienia — rzekł 
ordynat do Trestki. W hotelu Sala Malinowa była już oświecona, stół ubrany 
kwiatami. Służba oczekiwała panów. Ordynat z Trestką przyjechali pierwsi. Hrabia 
miał minę rozpromienioną. Goście zaczęli się zjeżdżać. Waldemar występował jako 
gospodarz. On urządzał ucztę. Sala Malinowa, czytelnia, przedsionek błyszczały 
elektrycznością i jaśnią rozweselonych twarzy. W środkowym czworoboku bił 
wodotrysk, orkiestra grała. Na górze panie poprawiały stroje. Nareszcie ruszono 
do stołu. Ordynat siedział obok narzeczonej. Zwrócił się do niej, mówiąc 
tajemniczo: — Usłyszy pani zaraz niespodziankę. — Jaką? Z kielichem szampana 
powstał z krzesła i rzekł dobitnie: — Pierwszy toast wznoszę na cześć nowej pary 
narzeczonych, którymi są: panna Margerita Szeliga i hrabia Edward Trestka. Niech 
żyją! Zdumienie ogarnęło wszystkich. Ogólnie spodziewano się tego, ale jeszcze 
nie teraz. Pełne kielichy zawisły w powietrzu. Trestka miał minę zachwyconą, 
panna Rita była blada, lecz spokojna. — Niech żyją! — powtórzył Waldemar, 
odsunął krzesło i podszedł do niej. Wszczęła się wrzawa, odsuwano krzesła z 
hałasem. — Winszujemy! winszujemy! — "Vive!" (fr. — Niech żyje!) — dystyngowanym 
dyszkantem wycedził hrabia Morykoni. — Wiwat! co tam "vive" — poprawił 
Brochwicz. Waldemar ucałował ręce panny Rity i powiedział serdecznie: — Chciałem 
pierwszy złożyć drogiej pani moje najlepsze życzenia, tak jak pani mnie życzyła 
pierwsza. — Skąd pan wiedział? — Słyszałem podczas poloneza i porozumiałem się z 
Edwardem. — Ha! trudno! musiało się tak stać — odrzekła z determinacją. 
Przyjmowała życzenia z uśmiechem. Ze Stefcią ucałowały się jak siostry. Księżna 
miała łzy w oczach. Gdy Trestka przypiął się do ręki narzeczonej, ona odsunęła 
go lekko, lecz bez niechęci. — Panie, rozrzewniona jestem, ale czulić się nie 
lubię. To sobie zawaruję w intercyzie ślubnej. — Zgoda! nawet na to przystaję — 
odrzekł hrabia wesoło. I z nadmiaru uciechy spadły mu binokle z nosa. Uczta 
przeciągnęła się do późna. Niewiele godzin pozostało do świtu, kiedy "Bristol" 
opustoszał. Ale służba, zadowolona dobrym zarobkiem, nie czuła się wcale senną. 
Część Druga (c.d.) XXV Przeszło parę tygodni. Święta wielkanocne Waldemar 
spędził u narzeczonej. Drugiego dnia w parafialnym kościele byli wszyscy z 
Ruczajewa i wiele osób z okolicy, między nimi stary Prątnicki. Patrzał na 
Stefcię nieśmiało, lecz z szacunkiem. Miejscowy proboszcz urządzał w tym czasie 
kwestę na odnowienie kościoła i teraz bardzo sprytnie wybrał do tego Stefcię w 
towarzystwie jednego ze starszych obywateli. Ofiary sypały się hojnie. Wdzięk 
Stefci, jej nowe stanowisko i obecność ordynata sprawiły, że każdy chciał 
prześcignąć drugiego. Ordynat dyskretnie położył na tackę mały rulonik, z 
którego potem ksiądz wydobył tysiąc rubli w dwóch banknotach. Proboszcz bardzo 
czuł się zadowolonym ze swego pomysłu. Tylko stary Prątnicki, któremu pieniądze 
zawsze najwięcej przemawiały do duszy, dowiedziawszy się od księdza o darze 
ordynata, zrozumiał dopiero teraz swe upokorzenie wobec Stefci i państwa 
Rudeckich. Nie zbliżył się, aby złożyć życzenia, nie zaszedł na plebanię razem z 
innymi. Służba w Ruczajewie nie mogła się również nacieszyć narzeczonym 
"panienki", bo ordynat sypał pieniędzmi. Święta minęły, Waldemar powrócił do 
Głębowicz. Pewnego dnia, kiedy miał odjeżdżać na kolej w celu odwiedzenia 
wołyńskich dóbr Biało_Czerkasy, zawiadomiono go, że przyjechał jakiś pan z 
hrabią Ćwileckim i jego końmi. — Chyba Weyher? — pomyślał Waldemar. W salonie z 
niemałym zdziwieniem ujrzał hrabiego Mortęskiego. Staruszek z wypiekami na 
twarzy bardzo żywo coś tłumaczył Ćwileckiemu. — Witam hrabiego — zawołał ordynat 
uprzejmie. Hrabia się nieco stropił. — Moje uszanowanie! I ja witam. Bardzo mi 
przyjemnie. Mówiłem tu właśnie hrabiemu Augustowi o Głębowiczach. Stare, stare 
gniazdo... — Pewno już coś przeciwko mnie spiskował — pomyślał Waldemar. Panowie 
posiadali. Mortęski trząsł siwymi kępkami włosów, a wystający nos jego marszczył 
się co chwila jakby z zakłopotaniem. — Rad jestem z odwiedzin panów, ale zdaje 
mi się, że ich wizyta ma jakiś cel wyłączny. Czy odgadłem? — przemówił ordynat. 
Ćwilecki poruszył się i chrząknął. — Tak, to jest właściwie hrabia Mortęski ma 
do pana interes... hm! tak, ordynat domyślił się. Siwe kłaczki nad uszami byłego 
prezesa zadrżały mocniej, ale głowę podniósł wysoko, z wypukłych oczu błysnęła 
już pewność siebie. — "Oui, justement!" (fr. — Tak, słusznie!) — przemówił 
suchym głosem. — Będąc w Szalach, posttanopwiłem odwiedzić ordynata i... prosić 
go o pewne informacje w kwestii towarzystwa rolniczego, związane z ostatnią 
sesją. — Słucham. — Słyszałem od Giersztorfa, że pan wprowadza do naszej 
instytucji nowe idee i pragnie je rozszerzać. — O jakich, mianowicie, hrabia 
mówi? — Prawda, bo jest kilka! Więc chce pan podobno utworzyć towarzystwo 
okręgowe i kółka rolnicze — czy to prawda? — Tak, tę myśl miałem dawniej, teraz 
chcę wprowadzić ją w czyn, robię starania. — Ale co z tego? — Bardzo wiele! to 
podniesie kulturę, wzbogaci poziom umysłowy włościan, zwiększy produkcję przy 
ulepszonym prowadzeniu gospodarstw i samopomocy. — Nie zwrócił pan jednak uwagi 
na ten szczegół, że włościanie są zbyt mało oświeceni do podobnych innowacji. — 
Toteż nie będą sami: takie kółka są pod egidą inteligencji. Obywatele 
przewodniczą włościaństwu. Odbywają z nimi posiedzenia, rzucają myśli, miewają 
odczyty, słowem, wspólnie radzą nad korzyścią gospodarstw. Kółka chcę utworzyć 
na wzór poznańskich, gdzie są prowadzone wybornie, my zaś... — No dobrze! — 
przerwał Mortęski — ale w Poznańskiem lud jest więcej cywilizowany, a u nas 
dzicz. — Więc oświecajmy! To nasz obowiązek! Co w naszej mocy, powinniśmy robić, 
przynajmniej pobudzać obywatelstwo, dawać inicjatywę. — Dużo pan znajdziesz 
chętnych! "justement"! — Bardzo niewielu, wiem o tym, chociaż więcej chętnych 
niż odpowiednich. Nasze średnie obywatelstwo ni enadaje się zbytnio do tego, 
głównie z przyczyn materialnych. Oświecenie ludu wymaga pewnych kosztów. Trudno 
żądać o ludzi, którzy sami borykają się z majątkiem, aby kształcili chłopów. Ale 
proszę wyliczyć domy magnackie w naszej guberni i zamożne obywatelstwo: Ci są 
podstawą do czynów społecznych, gdyby tylko chcieli! Potrzebna pobódka? Więc 
dajmy ją! Może niejeden się ocknie i przyzna słuszność wspólnej sprawie. — 
Przyzna, ale nie weźmie udziału. — Dlaczego? — Hm! to już jego osobista kwestia 
— wycedził Ćwilecki. Waldemar uśmiechnął się. — Zanadto by się sfatygował, co? 
Bywają i tacy, nie przeczę. Ale przy ludziach prawdziwie odczuwających nasze 
potrzeby jest dużo jedynie ambitnych. Takim trzeba wskazać myśl, aby za nią 
poszli, nie dla myśli, lecz dla sławy, dla tej prostej ludzkiej słabości 
przewodzenia nad innymi, którzy z powodu gorszych warunków nie mogą sobie na to 
pozwolić. Bo filantropia, oparta na działaniu, to po części luksus. Mortęski 
pokiwał głową i zaśmiał się ironicznie. — Tacy działacze dla ambicji niewiele 
zrobią, siła wykluczona. Waldemar rzucił głową. — Ja nie mówię o ich 
działalności samoistnej, tylko o ich współudziale, jaki potrzebny dla sprawy. 
Niech taki pan zgodzi się na oświecanie ludzi w swym majątku, a my już 
znajdziemy kierownika odpowiedniego. Na szkolnych ławach, panie hrabio, i w 
każdym fachu bywają umysły genialniejsze i płytsze. Wydostanie się na widownię 
zależy od zdolności osobistych, ale uczą się wszyscy razem. Niejednego ojca z 
prostactwa tylko ambicja skłoni wysłać syna do szkół, a on nabywa wykształcenia 
i znowu już inna ambicja pchnie go czasem i na uniwersytet. Ale mówmy o kółkach: 
otóż gdy mi się uda zawiązać je u nas, już to samo wpłynie ogromnie na 
podniesienie oświaty. — "Merci!" i odbywać posiedzenia w towarzystwie cuchnących 
butów i kapot? To nie zadanie naszej arystokracji — skrzywił się obrażony hrabia 
Mortęski. Waldemar spojrzał na niego uważnie. — Przede wszystkim jesteśmy 
obywatelami kraju, a potem arystokracją — rzekł sucho. — Powinniśmy dbać o nasz 
zagon, aby go porastało ziarno, nie chwasty. Nasz wspaniały sztandar samym 
widokiem nie wypleni zła; trzeba z nim pójść między zagony, przytwierdzić lampę 
do jego szczytu i światło siać wytrwale, ulepszać, prostować błędy, a doczekamy 
się pełnych kłosów. Im kto ma większy sztandar, tym większą może zapalić lampę. 
Trzeba także przezwyciężyć wstręt, panie hrabio. Te cuchnące buty i ostre kapoty 
zalewają większe obszary niż my — to trzeba uwzględnić. Były prezes przełknął 
głośno, jakby gorzką pigułkę. Twarz jego nabrała ironicznych linii. Dłonią 
potarł kolano i przemówił: — Zanadto, zanadto pan im okazuje względów. Oni i... 
my? "Justement", to jakby... Waldemar przerwał: — Przepraszam! wiem, co pan 
odpowie: że oni to ocean, a my okręty — i że, zapatrzeni w nasze wyniosłe 
maszty, lekceważymy sobie tę siłę, depcząc po niej bezkarnie. Nieprawda! 
wszystkie nasze opancerzenia maleją, gdy te fale wezmą na kieł. Wówczas i oliwa, 
na gwałt wylewana dla złagodzenia, nie na wiele się przyda. Giniemy w tej 
potędze. Ich jest prawdziwa, nasza fikcyjna. Niekoniecznie bratać się z nimi i 
wpadać z jednej ostateczności w drugą, jak to czynią sfanatyzowani ludowcy. Ale 
o nich trzeba dbać i nie mieć wstrętu. Kultura i na punkt estetyczny dużo 
wpływa, teraz go nie mają, musimy im to wybaczyć. Ja przede wszystkim widzę w 
nich ludzi i materiał surowy do wyrobienia. — Pan jest idealista — rzekł 
Ćwilecki. — I przeciwnik arystokracji — dodał zirytowany Mortęski. — 
Przeciwnikiem nie jestem. Owszem, arystokracja potrzebna tak samo, jak i 
wszystkie klasy społeczne. Tylko... powinna jechać na mniej narowistym koniu, 
aby nie tulił uszu na widok opłotków wieśniaczych, te bowiem gęsto zalegają 
kraj. Przy tym ja na naszej tarczy widzę dziury i chciałbym je załatać — ale 
wielu twierdzi, że... starłaby się pozłota. Załatajmy choć dwie na początek: 
sybarytyzm i egoizm. Dbajmy choć trochę o glebę, na której stoją nasze pałace, i 
o tych, co nam je stawiali. — Słowem, arystokracji nie uważa pan za monument 
społeczny, za odwieczne dzieło i trwałe — zasyczał mocno rozdrażniony stary 
magnat. Ordynat przycisnął go wzrokiem i rzekł śmiało, tonem wyraźnie już 
kpiącym: — Och! czasy pogaństwa minęły. Nie jesteśmy bożkami, dla których by 
społeczeństwo paliło kadzidła i pracowało nad pomnikiem naszej chwały. My 
zapracujmy nań sami, zamiast siedzieć na wysokości pod baldachimem rodowej pychy 
i wegetować. Piramidy faraonów są dobre w Egipcie. One nie przywędrują pod nasze 
stopy ani też nam nikt podobnych nie wzniesie. Wracam do kółek. Przypuśćmy, że 
nasz włościanin, delegowany z gminy, na pierwszym posiedzeniu będzie się drapał 
w głowę i przyglądał panom. Na drugim będzie słuchał, co mówią panowie, aż 
dojdzie i sam do słów, nikłych z początku, zawsze jednak wypowie, czego mu brak, 
a na to mu się zaradzi. Tym sposobem zacznie nabierać inteligencji, zainteresuje 
się gospodarstwem i będzie się uczył. Oto nasza dążność. Tymczasem staram się 
zaledwo o wyrobienie koncesji. Mortęski wzruszył ramionami. — I pan sądzi, że 
się uda ten program? — Dołożę starań, aby się udał. Mam poważne poparcie w 
ministerium, jeżdżę w tej sprawie do Petersburga i myślę, że potrafię dojść do 
celu. Stary hrabia kręcił się niespokojnie. Wypukłe oczy utkwił w ordynacie i 
patrzał na niego jak wódz na szeregowca, który przekroczył prawa pułkowe. Pęki 
żółtawo_siwych włosów nad uszami najeżyły się więcej, nos niby ostra dzida i 
zacięte wąskie usta wyrażały jakąś obrazę. Ordynat spokojnie wytrzymał karcący 
wzrok hrabiego, tylko usta drgnęły mu uśmiechem, a nozdrza zaczęły falować. — 
Czego on ode mnie chce? — myślał. — Panie hrabio — rzekł głośno — widzę, że mój 
program nie podoba się panu. Czy mogę wiedzieć powód niezadowolenia? Hrabia 
Mortęski błysnął białkami oczu. — Owszem! Oto za prędko bierze się pan do 
sprawy, będąc niezupełnie jeszcze obznajmionym. Za prędko... po... — Po zostaniu 
prezesem? — podchwycił ironicznie WAldemar. — Więc pan sądzi, że ja przedtem nie 
interesowałem się sprawami społecznymi i Towarzystwem? Hrabia widocznie ma mnie 
za nowicjusza? Tu wtrącił się Ćwilecki. — Nie, nowicjuszem pana nie można 
nazwać, choćby z przyczyny, że pan jest organizatorem tej instytucji, pan ją 
inicjował. Kto zna budownictwo, potrafi rysować plany. Mortęski skarcił 
towarzysza ostrym wzrokiem. Rzekł z dumą: — Inicjator! to za mało! Do 
apostolstwa powołuje się ludzi starszych, szerzenie idei nie należy do... 
młodzi... za młodych. Ordynat zaśmiał się. — Chciał mię pan nazwać młodzikiem? 
Proszę — najlepiej szczerze! wcale mię to nie obraża, osobiście nie poczuwam się 
do tego pod żadnym względem. Mam pojęcia niechłopięce, a że wzbudzam ufność to 
dowodzi, że mię wybrano na prezesa i że przedtem zdołałem skłonić nasze koła do 
organizacji Towarzystwa. Hrabia wzburzył się. — Powtarzam, że apostołami nowych 
idei powinni być ludzie starsi — mówił rozgorączkowany. — Skoro jednak ich nie 
ma... — rzekł śmiało Waldemar. — Jak to? jak to nie ma? "Voil~a"!... — Proszę mi 
ich wskazać. Hrabia długim kościstym palcem uderzył się w pierś, oczy mu 
gorzały. — Jestem ja, jest Giersztorf, Barski, jest wreszcie dziadek pański, 
jest hrabia Ćwilecki, tu obecny... — Za pozwoleniem — rzekł spokojnie ordynat. — 
Mój dziadek jest zbyt wiekowy i dawno usunął się z areny społecznej. Książę 
Giersztorf nie należy do naszego okręgu. Szkoda, jego działalność wiele by mogła 
znaczyć — to szczery patriota. Barski również nie z naszych kół, przy tym jego 
idee paczą umysły. Ona poza purpurą swego rodu i berłem arystokracji nie widzi 
nic więcej. Pozostają panowie tu obecni. Pan Ćwilecki czynnego udziału brać nie 
chce — proponowałem — a hrabia... Spojrzał na Mortęskiego i rzekł poważnie: — 
Hrabia był prezesem przez lat pięć i ustąpił dobrowolnie, pole więc do 
apostolstwa istniało szerokie. Zaległa cisza, tylko Ćwilecki chrząkał i gładził 
brodę. Brwi miał podniesione i żartobliwe błyski w zimnych zwykle źrenicach. 
Mortęski wyprostował się na fotelu. Na bladej twarzy pojawiły mu się trochę 
ceglaste rumieńce, ustami żuł, co oznaczało zakłopotanie. Ale oczu nie spuścił z 
ordynata. Ten mówił dalej poważnie, jakby łagodząco: — Proszę mych słów nie brać 
za wymówkę. Skoro Towarzystwo zostało zorganizowane, wszyscy jednogłośnie 
wybraliśmy pana na prezesa, uważając go za najpoważniejszego z naszych kół. Ale 
wiek i stargane siły nie pozwoliły panu na pracę intensywniejszą. Teraz więc, 
kiedy ja stanąłem u steru Towarzystwa, przyszła kolej na szerszą działalność. 
Jestem w pełni zdrowia, sił i młodości, ale nie odrzucę dobrej rady, owszem, 
proszę o nią dla pożytku ogółu. Stary magnat, cokolwiek złagodzony, życzliwiej 
spojrzał na Waldemara. — Pan podobno skłania obywatelstwo do ulepszania dróg? — 
rzekł Ćwilecki. — Tak, chciałbym, aby zrozumiano, że koszt wyłożony na ten cel 
daje świetne korzyści, nie mówiąc już o wygodzie i wyglądzie kraju. Dobre drogi, 
całe mosty — to dowód kultury. U nas tego brak straszliwy. — Ale nie w pańskich 
majątkach — zaprzeczył Ćwilecki — tu są gościńce pruskie. Każda boczna droga 
przypomina szosę. Wjechać na granicę pańskich gruntów, to jakby się wjechało od 
razu z Australii do Europy. Chłopstwo pan już także przyuczył do tego. — Staram 
się dbać o ład jaki_ taki — rzekł niedbale ordynat. — O wielki ład, niech pan 
powie. Ale ma pan "nervus rerum" (łac. — nerw życia, główna sprężyna), 
najważniejsze — miliony. — Niekonieczny to warunek do zaprowadzania porządku. Ja 
drogi żwiruję, wysadzam drzewami, otaczam drutem na kamieniach, stawiam nowe 
mosty. Ten zaś, kto na to nie ma, niech równa wyboje na drogach, niech naprawia 
mosty, choćby wstawiając łaty, i niech ochrania drzewa. To wystarczy. W 
Głębowiczach już jest parę dróg wysadzonych drzewami owocowymi. Szkody bywają 
jeszcze, ale z czasem i to przejdzie. Dla służby założyłem ogrody owocowe i 
skłaniam do tego włościan. Ochrona drzew ma w mych dobrach wyłącznych obrońców. 
Na to wszystko głównie działa oświata. — Zaprowadza pan podobno stowarzyszenia 
trzeźwości między ludem i sklepy katolickie, rugując Żydów? — pytał Ćwilecki. — 
Tak. W szerzeniu trzeźwości dopomaga mi miejscowy proboszcz. W rozpijaniu ludu 
widzę nędzną rękojmię kultury i zapobiegam temu. W tym celu w gorzelni, którą 
postawił mój ojciec, wyrabiam tylko spirytus denaturowany. Sklepy urządzam pod 
opieką dworu, aby uchronić służbę od oszustwa Żydów. Sprzedaje im się produkty 
lepsze i taniej; w tych sklepach jest wszystko. Ubogie dziewczęta sporządzają 
sobie w nich całe wyprawy. Włościanie z początku nieufnie patrzyli na nasze 
sklepy, ale już się do nich przekonali. — To biedni Żydkowie u pana. — Ależ ja 
ich absolutnie z majątków swych nie wyrzucam. Ich używam w pewnych dziedzinach, 
tylko pod ścisłym nadzorem i nie w folwarkach ani we wsiach, bo wówczas wpływają 
szkodliwie na lud. To biedota! Zresztą, gdybym ich wszystkich usunął, straciłby 
na tym ktoś inny. Ograniczam ich jedynie i mocno trzymam w ręku. Zatem nie 
szkodzą mi. Hrabia Mortęski zaczął znowu przeżuwać ustami. Jego rysy zaostrzyły 
się nieprzyjemnie. Słuchał rozmowy ordynata z Ćwileckim, nie dodając już od 
siebie ani słowa. Lecz gdy usłyszał o istniejącym w dobrach ordynata stypendium 
ze składek służby i robotników dla kształcącej się młodzieży robotniczej i 
służbowej, stary magnat wzburzył się na nowo. — Więc pan chce bankructwa tych 
ludzi — zawołał z ironią. — Bankructwa? dlaczego? Ja daję od siebie połowę sumy, 
jaka się zbierze z rocznych składek ogólnych, a ludzi nie przeciążam. 
Najmniejsza składka od jednej rodziny już konieczna jest rubel. Ale proszę 
policzyć wszystkich pracujących w mych dobrach, a przekona się pan, że te 
pojedyncze ruble wyniosą znaczną sumę. Mam takich ze służby, którzy dają na ten 
cel po kilkanaście rubli dobrowolnie. Cała administracja należy do składki i 
dyrektorowie fabryk. Ci dają z własnej filantropii. Ten projekt został z chęcią 
przyjęty, moi ludzie zrozumieli korzyść własną. Każdy z nich może swe dzieci 
kształcić odpowiednio, dopomaga mu stypendium, gdzie są i jego pieniądze. Już 
kilku chłopców uczy się za odsetki od tych funduszów w wyższych uczelniach, 
wielu przestaje na szkole głębowickiej, którą już moja kasa opłaca. Myślę teraz 
urządzić to samo u włościan, ale tam będzie trudniej. — Czy i szpital jest 
opłacany przez kasę majątkową? — spytał znowu Ćwilecki. — Wszystkie instytucje 
dobroczynne w mych dobrach są dla użytku służby — bezpłatnie. Mogę sobie na to 
pozwolić, więc korzystam. Lekarz miejscowy i felczerzy są również uposażeni 
przez kasę dworską. — Rozbałamuca pan ludzi, nic więcej — rzekł z gniewem 
Mortęski. — Nikt nie pójdzie za pana przykładem. — Tym się nie rozbałamuci, bo 
trzymam ich w pewnych karbach, można pogodzić jedno z drugim. Służba i robotnicy 
są sprężyną, za pomocą której puszczam w ruch moje dochody, więc naoliwienie jej 
do mnie należy. — Słowem, same inicjatywy! same innowacje! — syknął stary 
hrabia. — Nie pojmuję — skąd się u pana znalazła taka filantropia demokratyczna, 
bo nie jest odziedziczona po przodkach, "justement"! — Owszem, panie, trochę 
odziedziczona po matce — odrzekł Waldemar. — Znał ją pan dobrze. Ona miała 
zawsze sympatię dla tych szerokich mas ludowych i chciała dla nich dobra. Mój 
dziadek także jest humanitarny. — Ale pan krańcowo. Ja sądzę, że ostatnie 
wypadki tyczące się pana osobiście wiele wpłynęły na prąd jego przekonań. Pan 
dezerteruje z naszych szranków arystokratycznych. — Idę tylko w tyralierkę — 
zaśmiał się Waldemar trochę nerwowo. Przeczuwał dalszy ciąg słów hrabiego. Ale 
on dokończył: — Nie! dezerteruje pan, przechodząc jawnie do demokracji. 
"Voil~a"! tu leży jądro kwestii. Złośliwe tony bryznęły w zimnym głosie 
Mortęskiego. Waldemar drgnął. Zapaliły mu się szare źrenice. Jednocześnie na 
twarzy mignęła nuda. — Panie hrabio — rzekł siląc się na spokój — gdyby te 
wpływy nawet istniały, mogłyby zdziałać zaledwo od pół roku, a wszystkie 
ulepszenia wprowadzam u siebie od lat dziesięciu. Przez ten czas nie ukrywałem 
swych idei. Ćwilecki wyprostwał się i przemówił wolno, lecz z niebywałym 
ożywieniem na twarzy: — Tak. Staję w obronie ordynata. Jego myśli społeczne 
znane są nie od dziś... Istotnie pan szerzy swe idee od dawna i słowem, i 
piórem. Mamy przecie jego artykuły, poruszające mnóstwo ciekawych kwestii. 
Pańskie odezwy pod nagłówkami: "Co my dla kraju?", "Nie usuwajmy naszego 
posłannictwa", i inne, są pisane śmiało, realnie i przynoszą zaszczyt autorowi. 
Waldemar podziękował mu poważnym skinieniem głowy i mówił dalej, idąc za biegiem 
własnych myśli: — Hrabia jednak dziwnym wzrokiem patrzy na mnie, posądzając 
najniesłuszniej osoby, które nie należą do krańcowej demokracji i... nie 
rozciągają nade mną podobnych wpływów. Ja pojęcia swe mam wkorzenione. Od 
dziecka one kiełkowały, a uniwersytety i własne rozmyślania rozwinęły je. I 
podróże! Poznawszy z bliska porządki u obcych, zawstydziłem się ładu w naszym 
kraju i zacząłem działać. Wyniki w mych dobrach zadowalające, ale pragnąłbym 
dążyć do rezultatów ogólnospołecznych. — I zyskać sławę wodza, kierownika! — 
zaśmiał się cicho Mortęski. Waldemar wzruszył ramionami. — Słowa powyższe 
uwłaczają pańskiej powadze, hrabio. Ja nie dążę do dyktatury, lecz do spełnienia 
mych idei; moje zamiary wobec ogromu potrzeb społecznych są niczym. Widzę, że 
jakieś nieprzychylne prądy zaraziły hrabiego. Przykro mi, że nie mam w nim 
poplecznika, gdyż dla sprawy ogólnej konieczna solidarność. Ja jednak nie 
ustąpię, i tych, co mi zaufali, nie zawiodę. Proszę wybaczyć, jeśli byłem zbyt 
prawdomównym. Musiałem bronić swych zasad. Jestem pewny, że po bliższym i... 
samoistnym rozważeniu w innym świetle ujrzy pan moje poglądy. Pragnąłbym 
szczerze mieć z pana przyjaciela, nie wroga. Ćwilecki żywym ruchem podał rękę 
ordynatowi. — Co do mnie, przychylam się zupełnie do pańskich projektów. 
Obiecuję współudział w kwestii oświaty, nie dla ambicji, lecz dla potrzeby, jaką 
odczuwam. Ale kierunek oddaję w ręce pana, gdyż nie jestem zbyt kompetentny — 
chyba moje kobiety?... Może i do kółek, jeśli je pan zdoła zaprowadzić, zapiszę 
się również, o ile będę przydatny. Waldemar serdecznie uścisnął mu rękę. — 
Dzieękuję panu za dobre chęci. Zadzwonił. — Śniadanie podawać! — Gotowe — 
odrzekł służący Andrzej. — Panowie pozwolą. Przy stole rozmawiano o rzeczach 
pobieżnych. Hrabia Mortęski był trochę jak złapany. Gdy w godzinę potem lando z 
Szal okrążało dziedziniec zamkowy, Waldemar, patrząc za nim, szepnął do siebie: 
— Knowania Barskiego. Tęgi wróg! XXVI Znikły ostatnie ochłapy śniegu. Natura 
gotowała się do przyjęcia wiosny. Słońce, uśmiechnięte, rozparzone, spuściło się 
niżej, cisnęło na ziemię zdroje gorących zarzewi, namiętnych uścisków. Grzało 
ją, piekło lubieżnym płomieniem. Rozdyszał się cały świat! Suche wiatry 
przelatywały pola, tłukły po miedzach i drogach, zgarniając niby grabiami błoto 
na swe barki. Szumy poszły potężne i dzikie gwary przyrody. Łomot pękających 
lodów, trzask łamanej kry huczał jak podziemny grom. Walka gigantów — 
wzburzonych wód — ze skorupą lodową. Zwyciężyły nabrzmiałe fale. Jak wrzątek 
wewnętrzny rozrywa wulkan, tak spienione wody przedarły twardy pancerz, rozlały 
się na nim i biorąc pod siebie miażdżyły ciężarem swych mas. Huk niedobitków 
lodowych zagłuszały potężne ryki rozpasanej wody. Z głośnym chlupotem waliły 
zwichrzone strumienie, rwąc potokami z pól, warcząc jak bestie wściekłe na 
słońce, że je wywłaszcza z rowów i kałuż. Stargane, brudne, wpadały niby żmije 
do rzek i jezior. Wody rzeczne wznosiły się nad poziom. Zajadłe strumienie parły 
je z boków, wżerały się w nie, niosąc na swych falach muł, odłamki gałęzi i 
suche trawy. Słońce pędziło wody, wichry smagały je z żywiołową siłą, 
rozpędzając, dusząc, aż przerażone ukryły się na dno rzek, wsiąkły w rolę. Nie 
zamarły. Zaczęły rozmiękczać skostniałe grudy, wirować w żyłach ziemi. Pokorne 
już, poddane, pomagały słońcu w robocie. Wieczory nastały ciepłe. Spadły obfite 
rosy. I namiętność buchnęła z ziemi, dreszcze ją przeniknęły. Z potężnych płuc 
ziały rozkosznie białe opary. Skłębione słupy mgieł tłoczyły się z piersi 
rozgrzanej gleby. Wieczorem, w nocy, aż do wschodu słońca kurzyło na polach. 
Opary przewalały się na łąkach, omotując lasy bałwanami sinawej piany. Delikatne 
włókna pełzały nisko na bagienkach, przy księżycu lśniły jak sproszkowane 
srebro. — Ziemia dymi! — woła przyroda. — Ziemia dymi! — krzyczą ptaki. — Ziemia 
poczęła wiosnę! — Chwała jej i cześć! Wrzask radości zabrzmiał w przestworach 
świata. Wichry, jak dzikie ptaszyska, przycichły, zmęczone hulanką. Zapanowało 
wszechwładnie słońce, haftując drogocenne tkaniny z blasków na powijaki dla nowo 
poczętej. I nadeszła! Z łona matki wyjrzała na świat młodziutka, piękna, omotana 
opalowymi mgłami, spowita we wstęgi słoneczne. Chucha na nią matka_ziemia, 
kołyszą ciche prądy powietrzne i rośnie w cudną boginkę, i potężnieje. Aż 
wyzbyła się powijaków. Wielki szum pochwalny świat rzuca do jej stóp, przyroda 
składa hołd, błagania biegną do niej i uśmiechy poddanych. Unosi się wysoko, 
poprzedzana przez pazia_skowronka. Pierwszy baletnik ptaków rozsypuje na świat 
delikatne treliki, dźwięczące niby perły wśród różanej konchy. I białe sztandary 
bocianów powiewają bogince; rozgłośne chóry żabich wieców niosą jej swą pieśń. 
Klucze żurawi zawodzą dla niej nieszpory. A za nią idzie czar. Wiosna płynie w 
górę. Całą garścią czerpie ze skarbnicy słońca kolorowe pyły i sieje na ziemię. 
Złoto ciska na jaskry, błękit na niezapominajki, białe obłoczki rozdrabia na 
przylaszczki. Gwiazdy ma w dłoni, kruszy je i sypie, sypie bez miary. Tworzy 
kobierce, tka złotogłów, splata wianki. Namiętna potęga pochłania świat. Miłość 
bucha z pękających drzew, wre, kipi, wrzątkiem oblewa wszystko, co żyje. Idą 
szepty zmysłowe, duszne uściski... I całusy, i dreszcze rozkoszne. Wielki spazm 
rozprężonej natury pali ogniem, kołaczą podniecone tętna w ziemi, żarne pulsa. 
Rozszalały się pożądania! pożoga pragnień! A przyroda poczyna i poczyna wciąż! 
Wiosna rozkwitła, rozśpiewała się. Sama zaczęła kochać. Coraz nowe zakłada 
szaty. Włosy stroi w ametystowe, aksamitne sasanki, ubiera się w biel kwitnących 
drzew, w rubiny smółek. W sandałkach z bursztynowych kaczeńców brodzi po 
lustrach źródełek, spogląda w nie tęskna, marząca. Wpada do lasów, przywołując 
kochanka. Słychać moc jej głosów. Z piersi młodzieńczych, słodkich jak jagody, 
wydycha płomienne westchnienia. Jej śpiew dźwiękliwy zabrzmiał nieskończoną gamą 
upoistych nut. Drzewa niosą echa w dal bezkresną, przyroda słucha uroczej pieśni 
swej pani. Roztęskniona wiosna szarpie naprzód ukwiecone ramiona; z gorących ust 
śle żałosne skargi: — Miłości! miłości! I strojna, rozrosła bogini czarów, z 
szałem w kipiącej krwi, o wieczornych zmrokach woła do księżyca: — Pójdź!... 
Spływa wielki, bladolicy, w tajemniczych cieniach baldachimów nocnych, i tuli 
rozkochaną. Lśniące metalowe źrenice wpija w jej postać, przesuwa po jej cennych 
sukniach. Bierze ją w ramiona i poi miłością. I wargi jej spieczone gorączką 
żądzy ochładza pocałunkiem swych zimnych ust. Szepcą razem porwani ogromną mocą 
kochania. — Wiosna pragnie! — woła przyroda. — Wiosna pragnie! — krzyczą ptaki. 
— W niej się pocznie — lato. — Chwała jej i cześć!... Wśród pól głębowickich 
pokrytych puszystą runią, wśród rozkwitłych lasów jeździł konno ordynat, 
szczęśliwy, pierwszy raz w życiu odczuwając tak potężnie piękność swej ziemi w 
krasie wiosennej. Płomiennym wzrokiem przebijał dal, nurzał oczy w zieleni, 
nozdrzami wchłaniał zapachy. Radosny był, upojony, duszę miał pełną rozkosznych 
marzeń. Pozostało parę tygodni do ślubu. Ordynat żył gorączkowo. Nigdy rodzina 
nie widywała go takim. Tryumf, szczęście błyszczało mu w stalowych oczach. Dawny 
pesymizm i ironia zginęły bez śladu. Tylko pełne usta, palące jak krew, 
zachowały nieco wyrazu satyrycznego. Lecz to nie raziło, przeciwnie — z 
energicznym zagięciem brwi i jak zwykle trochę niedbałym układem całej postaci 
tworzyło nadzwyczajny a pyszny kontrast. Jeżdżąc na czarnym, ognistym Apollu, 
marzył o Stefci. Kochał ją tak bezmiernie, że prawie spoiła się z jego nerwami, 
wrosła w duszę. Miał ją w oczach, w myśli, w sercu. Prócz fotografii w 
medalionie i gabinetowej, które nosił przy sobie, miał jej portret nad biurkiem, 
w białej zaręczynowej sukni i w perłach od niego. Patrząc na podobizny Stefci 
podniecał się jej pięknością, doznawał wstrząsających wrażeń na wspomnienie 
prędkiego połączenia się z tak ukochaną dziewczyną. Na Apoluu pędził po polach, 
gnany nieprzepartym warem temperamentu, z którym nie mógł sobie jakoś dać rady. 
Puszczał wierzchowca w cwał, podniecając go ostrogami, przesadzał rowy, wspinał 
się na góry, przeskakiwał płoty, szalał trochę. Ogarniała go zawadiacka, pełna 
życia fantazja. Młoda krew polska, w której kipiały i krople węgierskie, 
odziedziczone po brababce, rozhulała się w nim. Żarem sypały szare jego oczy, 
płomień ogarniał twarz, brwi ściągała wielka energia. Jego nozdrza i usta 
poruszane były gwałtowną siłą namiętności, zdającą się go rozsadzać. Apollo, 
jakby rozumiejąc usposobienie swego pana, rwał naprzód, nie zważając na 
przeszkody, również pełen fantazji. W lansadach przesadzał rowy, kopyta jego 
zawisały często w powietrzu, chrapy ziały ogniem. Gibkie, suche nogi araba 
zdawały się w biegu ziemi nie dotykać. Pan pobudzał wierzchowca, wierzchowiec 
pana, w jednym i w drugim szlachetna krew rozigrała się, unosząc ich burzą 
zapału. Pewnego dnia w czasie takiej jazdy spotkał ordynat pannę Ritę także na 
koniu. Powitał ją wesoło. Ona patrzała na niego chwilkę, wreszcie rzekła: — 
Szaleje pan, prawda?... Spod wąsów i pąsowych warg błysnęły jego białe zęby w 
uśmiechu. — Szaleję? to za mało: wściekam się! — Jaki pan szczęśliwy! — szepnęła 
z westchnieniem. — Kiedyż pan jedzie do niej znowu? — Do Stefci? Już przed samym 
ślubem, czyli za dwa tygodnie. Zabiorę ją z Ruczajewa. — Więc ślub stanowczo w 
Warszawie? — TAk, ósmego czerwca. Jutro jadę do stolicy. — Pan? po co? — Kupić 
brylanty dla Stefci. Chcę, aby miała ode mnie, prócz rodowych klejnotów. A kiedy 
ślub pani? — Och, mój!... W lipcu. Ale nasz będzie cichy, w kaplicy w Obronnem. 
Za to pański pewno błyśnie o Warszawie niepowszednio. — Stefcia chciała cichego 
ślubu, ale przekonałem ją. Urządzę najuroczyściej, to jest najwspanialej, bo 
uroczystość będzie dla nas sama przez się wielka. — Zapewne! powinien być 
przepych, aby odpowiadał szczęściu i podrażnił arystokrację. — To jest mi 
najobojętniejsze. — Zabierze pan swoje konie i ekwipaże? — TAk, biorę cztery 
czwórki i karety. — A ślub o której porze? — Wieczorem u Wizytek, potem 
wieczerza w pałacu babki Podhoreckiej, a rano wyjazd nasz do Głębowicz. Na 
waszym ślubie będziemy obecni już oboje. Cóż porabia pani narzeczony? Panna Rita 
zaśmiała się. — Ach! Edward paradny! Urządza Ożarów. Muszę go mitygować, takie 
zaprowadza awantury — przede wszystkim osobną stajnię dla mnie, bo zabieram 
swoje konie. Trestka bardzo dobry człowiek. To mię rozczula, że on mnie 
bajecznie kocha. — To prawda — potwierdził Waldemar — przy tym człowiek istotnie 
dobry i pani już go trochę utemperowała. — Dziękuję za komplement! Nie marzyłam 
nigdy o mężu, którego musiałabym temperować. — Ale potrafiłaby pani każdego. 
Panna Rita trochę wyzywająco spojrzała na ordynata. — No, pana chyba nie? 
Uśmiechnął się. — Och! ja się nikomu nie dam utemperować. — A Stefci? — Ona mię 
łagodzi w inny sposób, uspokaja — to co innego. Rita wskazała ręką na odległy 
las. — Niech pan patrzy, jaka ładna tęcza. Wyjechałam z domu po deszczu i 
zaledwo teraz ją widzę. Pan chyba nie z Głębowicz jedzie? — Byłem na folwarku 
Orlin, wracam, ale tęczę już widzę dawno. — Taka nad wami świeci, prawda? — I 
nad wami także. — Głupstwo! w znaczeniu uczuć ludzkich nie ma żadnego 
zastosowania. — Owszem, ma! to jakby załamywanie się blasków tych właśnie uczuć 
na miniaturowych kropelkach wzajemności, w atmosferze zgodnych i świetlanych 
warunków. Im ona jest szerszą, więcej barwistą, gdy się nie widzi końca, wówczas 
daje szczęście ogromne. Zawsze jednak lepiej nie analizować jej zbytnio, nie 
rozbierać na atomy — niech pani o tym pamięta. Tęcza w całości jest 
niezaprzeczenie tęczą, lecz podana zbyt ścisłej sublimacji — może spłynąć jedną 
kropelką zimnej wody i zamarznąć w kryształek, raniący serce. Jaką bowiem ona 
jest, to kwestia siły poprzedzających ją burz, ale już jest sobą; gdy się chce 
ją rozdrabiać, wyjdzie parodia. — Dobrze pan to objaśnił — zawołała Rita — ale u 
nas taka tęcza ogarnia Edwarda, lecz nie mnie. — On ją do pani dociągnie — 
uśmiechnął się Waldemar. — Zresztą i pan ją analizował, a jednak pozostała sobą. 
— Nie, ja tylko analizowałem burze swych uczuć poprzednich. Szczęście 
rozciągnąłem sam nad naszymi głowami i już wierzę w nie. To samo i pani radzę. — 
Ha! może! ale u nas będzie zawsze mniej świetna. Pożegnali się. Waldemar 
popędził cwałem. Panna Rita kłusowała w przeciwną stronę. Pochyliła głowę prawie 
na szyję Buckinghama, szepcąc namiętnie: — Zawsze pyszny! zawsze ten nieuchwytny 
czar w nim!... Leżałabym u jego nóg, chciałabym zostać jego sługą, niewolnicą, 
byle jego... byle do niego należeć. Biedny Trestka malał w jej oczach, kurczył 
się, karłowaciał. Waldemar powrócił do Głębowicz. Krzątano się tam 
nadzwyczajnie. Z polecenia ordynata w parku, w ogrodach kwiatowych, na tarasach 
miało być jeszcze piękniej niż każdego roku. Główny ogrodnik_botanik, znakomity 
dekorator, z pomocą zastępu ogrodników, chłopców ogrodowych i mnóstwa ludzi 
pracował od świtu do nocy. Służba cieszyła się, oczekując młodej pani z 
upragnieniem; znali ją już wszyscy i kochali, jak kto umiał. W Słodkowcach było 
również weselej. Pani Idalia powróciła z Lucią z Francji w lepszym usposobieniu. 
Nie mogła już okazywać niezadowolenia, patrząc na zupełny spokój ojca i 
księżnej. Lucia pisywała do Stefci gorące, egzaltowane listy. Czekała ślubu 
niecierpliwie, ciesząc się, że młodzi Michorowscy nie wyjadą w lecie za granicę. 
Riwiera nie wpłynęła na dziewczynkę dodatnio, nie pozostawiając nawet zbyt 
miłych wrażeń — głównie dlatego, że Lucia w niewesołych była warunkach, bo w 
ciągłej rozterce z matką. Powróciła prawie chora na nerwy. Uspokoiły ją 
Słodkowce i Waldemar. On stał się dla niej jakimś bożyszczem. Okazywał jej 
więcej serdeczności niż dawniej, bronił ją przed matką i otaczał swą opieką. 
Lucia miała przed kim zwierzać się, ufała Waldemarowi bezwzględnie. W jednym z 
listów do Stefci chwaliła się łaskami ordynata. Stefcię to ogromnie ucieszyło. 
Myślała o Luci zawsze jak o siostrze. Niepokoiła ją jeszcze pani Idalia. Ale 
baronowa miała swe zasady wyłączne. XXVII Stefcia żyła teraz gorączkowo, w 
ciągłym podnieceniu. Zbliżająca się się chwila małżeństwa z ordynatem wstrząsała 
nią, niepokój rozkoszny przenikał jej nerwy. Ale czasem niepokój ten zmieniał 
się w stan trwożliwy, napełniał ją smutkiem. Była narzeczoną ordynata, lecz nie 
mogła wyobrazić siebie żoną jego. Zdawało jej się to szczęściem tak wielkim, że 
aż zabijającym. Odczuwała rozkwit wiosny, upajała się nią, jak przed rokiem w 
borku w Słodkowcach, ale już inaczej. Może jeszcze poetyczniej, lecz nie tak 
swobodnie — trochę smutniej. Sama nie pojmowała tego objawu, dziwiła mu się, nie 
mogąc wykorzenić z siebie. Jakiś nieuchwytny lęk cieniutką siecią omotywał ją 
coraz więcej. Miewała wizje, które ją przerażały i wsączając się w jej duszę, 
rodziły mętne przeczucia. I tęsknota! Stefcia tęskniła do Waldemara. A tęsknota 
to jakby wielka chmura rozmaitych odcieni uczuć... to wielka czara pierwiastków 
rozmaitych wrażeń... to gołąb pocztowy miłości... W tęsknocie są uczucia ciche, 
słodkie, są nieme, lecz tkliwe rozrzewnienia, jest zawsze jakiś pyłek żalu, 
odrobina goryczy i skarga. Gdy się tęskni, różnorodność wrażeń jest tak wielka, 
że się samemu nie wie, co nam jest, bo można być jednocześnie i wesołym, i 
smutnym, i tkliwym, i szorskim, a wszystko się zamyka w jednym słowie — 
tęsknota! Listy od Waldemara długie i gorące, uspokajały Stefcię. Ale zaczęła 
wkrótce odbierać inne... jakieś anonimy. Nie mówiła o nich nikomu, lecz niepokój 
wzmógł się. Czatowała na pocztę wyławiając z niej często coś dla siebie 
strasznego. Z każdego takiego łachmana podłości ludzkiej dowiadywała się, że 
jest szlachcianeczką, parweniuszką polującą na miliony ordynata, na jego 
nazwisko i mitrę w herbie; że marzy o tytule ordynatowej. W innym znowu starano 
się ją przekonać, że ordynat poślubia ją głównie dla powetowania przeszłości, że 
chce naprawić błędy dziadka, ale że popełnia mezalians, sam to rozumie i nie 
ukrywa się z podobnymi zdaniami wśród arystokracji. Stefcia nie wierzyła, lecz 
jad zatruł jej duszę. Truciznę zadawano biednej Stefci stale. Męczyła się, 
badając swe czyste sumienie. Kilka razy chciała napisać do Waldemara o 
anonimach, lecz bała się. Gwałtowny charakter ordynata mógł tu bardzo wybuchnąć, 
pominąwszy wrodzony takt i zimną krew jego. Stefcia nie chciała narażać 
Waldemara. Anonimy, pisane dość śmiało, zdradzały nawet autorów. Stefcia 
odgadywała w nich tylko Barskich i hrabinę Ćwilecką, wiedząc, że do napisania 
anonimu trzeba wyłącznego talentu i bardzo małej uczciwości. Nikt więcej z 
arystokracji nie zdobyłby się na tak brudną intrygę. Stefcia była niemal 
przekonaną, że się nie myli co do autorów. Ale intrygę prowadzono wybornie. 
Coraz inne charaktery pisma zdołały oszołomić Stefcię. Listów takich otrzymała 
cztery i zwątpiła o uczciwości ludzkiej, posądzając już więcej osób nad Barskich 
i Ćwilecką. Nie było w tych listach brudnych słów, jak często w anonimach, lecz 
brudne myśli, wypowiedziane w eleganckiej formie. Autorzy anonimów niepodszywali 
się pod miano dobrych przyjaciół — przeciwnie, wypowiadając śmiało swe 
ostrzeżenia, rzucali jej obelgi z bezwzględnością panów świata! Każdy elegancki, 
zaprawiony ironią zwrot ranił Stefcię, każdy tchnął nienawiścią sferową. Każde 
słowo było obliczone, aby ją zmiażdżyć! Stefcia szarpała się w walce z sobą. 
Miłość dla Waldemara, pragnienie szczęścia dla niego i obawa, aby jej miłość nie 
zatruła jego spokoju — borykały się w straszny sposób. W rozgorączkowanej 
imaginacji Stefcia widziała Waldemara zmęczonym, nieszczęśliwym. Dręczyły ją te 
wizje. W jego uczucie wierzyła święcie, wiara w niego w jej duszy nie zachwiała 
się ani razu, lecz obawy rosły, by nie zostać nieszczęściem jego życia. On ją 
obroni od wszelkich napaści, ale czy sam zdoła się ukryć przed nimi? czy go nie 
zatrują, czy przebaczą mu jego odstępstwo?... Więc będzie się męczył, zdusi w 
sobie żal do swoich, który z czasem pod wpływem goryczy może się zmienić w żal 
do niej samej. Więc czy ona ma prawo narażać go dla własnej miłości?... Czy 
potem los nie obmyśli zemsty dla niej? Czy życie całe odpowie szczęściem obecnej 
chwili? — Boże! Boże! dodaj mi sił! prowadź! daj zmiłowanie! Stefcia 
rozpaczliwie chwytała się za głowę, łapiąc powietrze w spalone wargi. W chwilach 
najstraszniejszych pisała do Waldemara długie, szczere listy, lecz wysłać ich 
nie miała odwagi. Chowała wszystkie do biurka. Jej zdrowie zaczęło niknąć, bóle 
głowy męczyły ją dolegliwie. Państwo Rudeccy, nie wiedząc nic o anonimach, nie 
pojmowali usposobienia Stefci, domyślając się jedynie, że to wpływ bujnego 
temperamentu dziewczyny, jej miłość i tęsknoty za narzeczonym. A może bliskość 
małżeństwa z Waldemarem działała na nią tak podniecająco. O tym, że Stefcia boi 
się trochę sfery ordynata, państwo Rudeccy wiedzieli, ale widując ją w otoczeniu 
arystokracji nie sądzili, żeby te obawy mogły być zbyt silne. Energia ordynata, 
jego pewność siebie, miłość dla Stefci, zresztą wybitne stanowisko pośród 
własnej sfery usuwało wszelkie wątpliwości, że on potrafi ocalić Stefcię. Pan 
Rudecki wiedział od panny Rity o przebiegu walki ordynata z rodziną w Obronnem w 
łagodniejszej trochę formie i zwycięskim stanowisku Waldemara. Pan Rudecki był 
pewny szczęścia córki. Jednakże ordynat, bawiąc w Ruczajewie w czasie świąt, 
prosił go, aby nie dopuścił do Stefci anonimów, które mogą być przysyłane. Nie 
miał pewności co do tego, ale ostrzegał na wszelki wypadek, przeczuwając zemstę 
Barskich. Anonimy jednak dochodziły do Stefci, posypały się jakby umyślnie, 
kiedy już czujność pana Rudeckiego osłabła. Stefcia, czytając te listy, nieraz 
chciała je poszarpać, lecz ból i jakaś ironia nie pozwalały jej na to. Ciągła 
walka, zmaganie się różnych, a jednakowo silnych uczuć trawiło ją. Zbladła, oczy 
przygasły, nie sypiała po nocach. Usta, zawsze pąsowe, świeże, miała teraz 
spieczone wewnętrzną gorączką. Stała się niesłychanie drażliwą. PO całych dniach 
przebywała z listami Waldemara w ogrodzie lub w polu. Często z nieskończonych 
swych wędrówek przynosiła pęki kwiatów i rozkwitłych gałęzi drzew. Usposobienie 
Stefci z każdym dniem stawało się gorsze. Przed rodzicami ukrywała swój ból 
widząc, że się smucą jej wyglądem. Tuliła się do nich, tłumiąc łzy. Tylko Jurek 
podpatrzył parę razy, że płakała, lecz ona uprosiła go, aby nic nie mówił 
rodzicom. — Mamie i ojczusiowi nie powiem, boby się zmartwili — odrzekł 
rezolutnie — ale do pana Waldemara napiszę, jak jeszcze raz zobaczę, że beczysz. 
Poczekaj, on ci da dobrą burę. Cóż to! będziesz mi tu wyprawiała beki, mając 
takiego narzeczonego? Taki dzielny i dobry, a ona jeszcze nierada? 
niewdzięcznica jedna! Żebyś za tego Trestkę szła za mąż, to i ja bym beczał 
razem z tobą, bo mu ciągle binokle z nosa lecą, a on podnosi i takie brzydkie 
miny robi. Ale za ordynata? — ej, Stefa, Stefa! — Jurku, nie dokuczaj mi, proszę 
cię. Widzisz, jakiś ty niedobry! — żaliła się rozdrażniona Stefcia. — No, już 
nie będę, nie, tylko nie becz. Dlatego pan Adam dobrze mówi, że arystokracja to 
nicpotem. Na ordynata niby inaczej patrzy, ale zawsze i on z nich, a pan Adam 
mówi, że nigdy nie wiadomo, co arystokrata ma za skórą. Stefcia rozpłakała się. 
Chłopak przypadł do jej kolan i obejmując ją wołał żałośnie: — Stefciu! Stefulu! 
nie płacz! Ja głupi jestem i pan Adam też. Już nigdy nic nie powiem na 
arystokrację, tylko nie płacz. Kwiatów ci narwę, Stefa. W gimnazjum będę 
mądrzejszy. Tak się zawsze kończyły napaści Jurka na Stefcię. Chłopak z dumą 
opowiadał wszystkim o mającym nastąpić po wakacjach wyjeździe do szkół 
warszawskich i nawet nauczycielowi nie pozwolił nad sobą przewodzić. Chwalił 
się, że ordynat obiecał mu pokazać psiarnię i stajnię głębowicką. Jurek był to 
urwis co się zowie, ale dobry chłopak; kochał obie siostry, chociaż małej Zosi 
często dokuczał, wydając za mąż jej lalki w taki sposób, że od ślubu wracały z 
powykręcanymi nogami i rękoma. — Widzisz, bo to drugi narzeczony je odbijał — 
tłumaczył Jurek zmartwionej dziewczynce. Sam rozkoszował się wspaniałym kucem w 
pełnym rynsztunku, którego dostał od ordynata na imieniny. Dla Stefci miał cześć 
wyjątkową i był jej wdzięczny za to, że nie odrzucała jego towarzystwa na 
przechadzkach. Chłopak usługiwał siostrze z zapałem. Gdy Stefcia rysowała 
kredkami z natury widoki ruczajewskie, nosił za nią przybory malarskie i 
wyszukiwał najpiękniejsze miejsca do szkicowania. Ale gdy Stefcia próbowała 
węglem zrobić z fotografii portret ordynata, ciągle jej przeszkadzał, wołając: — 
Niepodobny! Peckasz. Wstydź się tak mazać narzeczonego. Pewnego popołudnia 
Stefcia otrzymała list od Waldemara z Warszawy. List ten wstrząsnął nią. — Za 
dziesięć dni mój ślub? Tak prędko! — zawołała zdumiona. I nagle wydało jej się 
to takim niepodobieństwem, że aż powtórzyła drugi raz: — Za dziesięć dni mój 
ślub z nim — z Waldemarem... z Waldym... A po chwili dodała ciszej, jakby z 
przestrachem: — Z Waldemarem Michorowskim, ordynatem głębowickim... czy to 
możliwe?... Zamyśliła się z trwogą w sercu. On przyjedzie, zabierze ją do 
Warszawy, pojadą wszyscy... ona zostanie jego żoną... Michorowską... A co będzie 
potem?... szczęście czy niedola? Chodziła po ogrodzie rozgorączkowana. POd jej 
stopy padały białe płatki wiśniowych kwiatów, ścieląc się jak ślubny kobierzec. 
I woń płynęła słodka z rozkwitłych drzew. I ciepłe a rzeźwe prądy przenikały 
powietrze. Stefcia, chodząc zamyślona, spoglądała na ćmę krążących motyli, 
słuchała brzęku pszczół i gwizdu wilgi. Czasem zagruchał dziki gołąb lub 
zaświstał kos. Wszystkim tym głosom wtórowała kukułka. — Tak było przed rokiem w 
borku w Słodkowcach — myślała Stefcia — tak jest i w parku głębowickim. Już 
wkrótce ja tam zostanę na zawsze z nim. Waldy ze mną!... Boże! ile zmian przez 
ten jeden rok, ile szczęścia! Stefcia powróciła do swego pokoju, niosąc pęk 
świeżych rozkwitłych konwalii. Pokoik jej wyglądał jak jeden ogród, bo ordynat 
co tydzień przysyłał narzeczonej kwiaty z Głębowicz albo z Warszawy. Przysłał 
nawet z Petersburga, gdzie bawił kilka dni w sprawach towarzystwa rolniczego. 
Jurek nanosił do pokoju siostry mnóstwo kwiatów polnych i całe misy rozkwitłych 
niezapominajek oraz nenufarów; z wielkim trudem wyławiał je ze stawu. Nawet 
Zosia obdarzała ją czasem garstką zmiętych narcyzów, mówiąc ze smutną minką. — 
Ty już pojedziesz od nas z tym ładnym panem. Zosia ci narwała kwiatków, żebyś ją 
kochała. Będziesz? Stefcię takie dowody pamięci małego rodzeństwa rozrzewniały 
bardzo — i teraz ujrzawszy kilka bratków na stoliku, związanych trawą, pomyślała 
z uśmiechem: — Pewno prezent od Zosi. Pójdę się z nią pobawić. Ale myśl jej 
skierowała się w inną stronę. Stefcia otworzyła szafę. Wisiała w niej suknia 
ślubna, przysłana przed paru dniami z Warszawy. Wyjęła ją i rozłożywszy na 
kanapce, zaczęła oglądać. Suknia była śliczna. Na białym atłasie rzucona 
cieniuchna, przezrocza gaza, matowa i piękna, przeświecała delikatnie śnieżnym 
połyskiem. Bardzo długi tren w jedwabistych zwojach gazy dodawał sukni dziwnego 
majestatu. Stefcia ułożyła na sofce zgrabne atłasowe pantofelki i stała 
zamyślona, patrząc na tę szatę, jaśniejącą, niby anielską. Nagle otrząsnęła się 
i zawołała do siebie głośno: — Włożę ją. Zobaczę, jak będzie. Zaczęła się 
ubierać, ale z trudnością mogła sobie poradzić z masą gazy i atłasów. Jednak 
włożyła cały strój ślubny, nawet niezmiernie długi welon upięła na głowie, 
ubierając konwaliami w girlandkę. Wieniec ślubny i kwiaty przy boku, miała mieć 
z pomarańczarni głębowickiej zupełnie świeże. Gdy w wysokim lustrze zobaczyła 
odbicie swej postaci, radosny uśmiech okrasił jej bladawą twarzyczkę. Długi czas 
oczu nie mogła oderwać od zwierciadła. Suknia, wytwornie, ale skromnie zrobiona, 
leżała na niej z wykwintną elegancją. Opływały ją gazy jak białe mgły, jak 
obłoki przejrzyste i powiewne. Delikatne jedwabne fale welonu tworzyły cudne a 
niepochwytne tło dla jej stylowej główki w masie włosów, połyskujących złotem, i 
dla jej rysów, rzeźbionych subtelnie, z artyzmem, jakby z jednej perły w 
przedświcie jutrzenki. Stała tak młoda, wiotka, tchnąca czarem, jakby przed 
chwilą sfrunęła z obłoków, z tych tam różowości i delikatnych lazurów górnych. 
Oczy jej rozbłysły szczęściem. — Dla niego się tak ubiorę — myślała z 
rozrzewnieniem. — Co on powie, jak mię taką zobaczy? Zmrużyła oczy i ujrzała w 
wyobraźni Waldemara niby żywego. W czarnym fraku, z białym gorsem, z kwiatem 
pomarańczowym w klapie, nachyli się do niej i powie tym swoim dźwięcznym 
barytonem: — Jedyna moja, malutka! Jakaś ty urocza, cudzie mój!... I zadrżą mu 
jego pyszne usta, poruszą się nozdrza i cała twarz męska, szczupła nabierze 
znanego Stefci wyrazu słodyczy, którą tylko ona wywołać potrafi w tych 
energicznych rysach. W szarych źrenicach błyśnie mu tryumf i duma, rzut gorącej 
krwi ożywi jego smagławą cerę. On ją zdobył, on ją będzie miał. Stefcia, 
uśmiechnięta, otworzyła oczy i szepnęła cichutko: — Za dziesięć dni już! już! 
Czego się boję... Tyle szczęścia!... Weszła pani Rudecka. Krzyknęła lekko na 
widok córki. Chwilę stała zapatrzona i wyciągając do niej ręce zawołała: — Jakaś 
ty śliczna, Stefciu! — Czy i on to samo powie, mamo? i Waldy?... — Śliczna 
jesteś, twój Waldy zachwyci się tobą na nowo. UKazał się pan Rudecki z listem w 
ręku. — Stefciu?... Aa!... Popatrzał na córkę rozradowany. — Wspaniała jesteś! — 
Pani ordynatowa Michorowska — rzekła przeciągle matka, lubując się trochę 
brzmieniem tych słów. Stefcia drgnęła. Ojciec objął ją i pocałował. — No, 
jeszcze teraz jest Rudecka, nie tytułujmy jej przed czasem — rzekł z marsem i 
wręczył córce list. — Patrz, drugi list do ciebie. Ale to nie pismo ordynata. 
Znalazłem go zaledwo teraz między gazetami. Stefcia spojrzała na adres. Koperta 
była elegancka, charakter ładny, ale nieznajomy. — Od kogo? — spytała matka. — 
Chyba... ze Słodkowic. Wmieniła umyślnie Słodkowce, wiedząc jednak, że list nie 
stamtąd. — Rozbiorę się najpierw. Pan Rudecki wyszedł. Matka pomogła Stefci 
zdjąć suknię, ucałowała ją i również oddaliła się. Stefcia gorączkowo rozcięła 
kopertę. Spojrzała na podpis — nie było go. Zamiast nazwiska stało wyraźnie: 
"Jeden za wszystkich". Anonim. Stefcia ścisnęła dłońmi skronie, zagryzła usta i 
zaczęła czytać z mocno bijącym sercem: "Łaskawa pani! Niesłychanie zdumieni 
jesteśmy, że pani pomimo tylekrotnych ostrzegań decyduje się zostać żoną 
ordynata Michorowskiego. Pomijamy egoizm, który pozwala pani na ten krok zbyt 
śmiały. Dla własnych butnych dążności, dla zadowolenia wygórowanych ambicji nie 
waha się pani unieszczęśliwić ordynata. Pod wszelkimi pozorami szczęścia ordynat 
stanie się człowiekiem zdruzgotanym. Zabierze mu pani swobodę, zmniejszy do 
minimum jego stanowisko społeczne, bo w kursie światowym straci ono swój blask. 
Ordynat nie rozumie, na co się naraża, za wielką czyni ofiarę dla powetowania 
przerwanej miłostki swego dziada. Z takimi skandalikami ani pan Maciej 
Michorowski, ani obecny ordynat nie liczyli się nigdy. Ordynat jest zaślepiony, 
uroda pani podnieca go, nie mógł pani zdobyć na kochankę, więc zdobywa w ten 
sposób, nie rachując się z następstwami. Przyjdzie czas opamiętania i wtedy 
przeklnie chwilę, w której zgodził się na ten krok szalony. Sfera mści się za 
naruszenie jej praw. Nie wolno targać się na jej tradycję uświęconą przez wieki! 
Kto z nią walczy, poniesie porażkę!... Niech pani nie liczy na uprzejmość naszą 
dla niej jako ordynatowej. "Ce ressemble un peu mal!" (fr. — To niepodobna!)... 
Pierwsze miesiące będziecie wystarczać sobie — zwykły szał "du mois de miel!" 
(fr. — miodowego miesiąca) — ale gdy upojenie ordynata minie, prędko zrozumie, 
że wpadł w pułapkę. Jeśliby chciał bezczelnie wprowadzić panią w nasze sfery, 
proszę być pewną, że my jej nie przyjmiemy. Na gruncie neutralnym spotykaliśmy 
się, i to było możliwe, ale bliższe stosunki łączyć nas nie mogą. Ordynat 
przekona się o tym za późno! Jego dzisiejszą energię złamie fakt, który da mu w 
całej pełni odczuć popełniony absurd. A wówczas i pani położenie będzie smutne. 
Pani dla arystokracji jest i pozostanie trędowatą, pomimo swej piękności. 
Ostrzegamy ostatni raz. Jeden za wszystkich." Stefcia wyprostowała się. Ciężary 
waliły jej w mózg, gorąco i dreszcze przebiegały jej członki. List włożyła do 
koperty, zmięła gorączkowo, wsuwając go do biurka prawie machinalnie. 
Przeciągnęła ręką po czole. Dłoń była zupełnie mokra. Zaczęło jej mącić się w 
oczach, poczuła lekkie mdłości, w głowie huczały gromy. Podeszła chwiejnie do 
okna i mętnym wzrokiem popatrzała na ukwiecony ogród. — - Trędowata! — szepnęła 
z bólem. Nagle zaczęła się śmiać, strasznie śmiać... Głuchy jęk i śmiech razem 
wybuchał z jej piersi. — Oni kłamią! kłamią! — wołała zanosząc się od śmiechu — 
oni się go boją! oni jemu ustąpić muszą! muszą! muszą!... on nie dopuści... on 
ich zmoże... boją się go! boją! Och!... och!... Usiadła na łóżku, uspokoiła się 
i umilkła. Twarz jej poczęła się krzywić kurczowo, jak u dzieci przed płaczem; 
oczy zupełnie mętne, nieprzytomne, utkwiła w dużej fotografii narzeczonego, 
stojącej na biurku wśród kwiatów, i szeptała coraz ciszej, pieściwym głosem: — 
Waldy... Waldy mój... czy ja cię unieszczęśliwię?... ty dzielny!... ty mię 
kochasz! ty! ty!... Brwi jej podniosły się na zroszonym czole i skupiły, tworząc 
bolesny łuk, usta drgały, opadając na dół. — Waldy... Wal... dy — wyjąknęła i 
nagle zaniosła się spazmatycznym płaczem. Głowę rozpaloną, w której krew buchała 
zbitym wałem, wtuliła w poduszki, a płacz straszny, rozpaczliwy płacz, idący z 
każdej kropli krwi, z każdego włókna nerwów, płacz z duszy, płacz z serca 
wstrząsał nią jak orkan rozwścieczony. To był płacz całej istoty, olbrzymi! siłą 
swą mogący rozdzierać kamienie, najtwardsze skały! W mózgu miała tysiące młotów. 
Ogarniał ją ogień. XXVIII W Warszawie, w pierwszorzędnym hotelu w restauracji 
siedział przy stoliku ordynat i Brochwicz. Waldemar nie jadł, tylko pił dużo. 
Był trochę ponury. Kolacja męczyła go. — Więc jedziesz jutro? — spytał 
Brochwicz. — Myślę dziś nawet. Brochwicz spojrzał na zegarek. — Zdążyłbyś, ale 
to głupstwo! radzę jutro. Załatwiłeś wszystko? — Najzupełniej. — Ja także. No to 
przez jutro się powałęsamy, odwiedzimy znajomych, a wieczorem w drogę. Wszak 
twój ślub za tydzień? — Tak, jadę prosto do Głębowicz, wysyłam konie, karety, 
kwiaty, daję ostatnie polecenia i sam do Ruczajewa. — Po narzeczoną — dodał 
Brochwicz. — Ej! szczęśliwyś, ty, człowieku! Żenicie się wszyscy "en foule" (fr. 
— tłumnie), tylko ja trwam w celibacie. Waldemar podniósł do ust kielich z 
szampanem. — Któż ci broni iść w nasze ślady, mój drogi? — rzekł poruszając 
brwiami. Brochwicz machnął ręką. — Zanadto mię interesują wszystkie kobiety, 
żebym sobie miał wybrać jedną. — Działo się to samo i ze mną, a jednak widzisz — 
jestem u mety. — Bagatela! Twoja Stefcia to złota rybka, można się było na nią 
wziąć. Jakież kupiłeś brylanty? — POkażę ci. — Wiesz co? chodźmy już na górę, 
diablo nudna dziś ta sala! Nikogo znajomego, ładnej kobiety ani na lekarstwo — 
co mamy tu robić? Ordynat powstał, jakby znużony, i wyszli. W numerze Waldemar 
pokazał Brochwiczowi klejnoty. Był tam sznur z brylantów na szyję, kamienie 
miały wielkość laskowych orzechów; stosowna brosza z brylantami i wielkim 
szmaragdem, bransoleta, diadem do włosów i duże butony kolczyków. Wszystko z 
kamieni pierwszej wody. Artystyczna oprawa tworzyła pajęczynową siatkę, 
podtrzymującą łuny głębokich ogni tylko spod spodu. Brochwicz oglądał ciekawie, 
kręcił głową, wreszcie rzekł: — No! ależ wydałeś na to! Zyskała na tobie 
Warszawa. Nawet nie wiedziałem, że posiada podobne okazy. I oprawa bajeczna! To 
już pewno twój gust. — Tak, specjalnie dla mnie zrobiona. — Biedna Melania! 
westchnął Brochwicz — żałuję jej szczerze: ona taka łasa na te kamyczki. Tylko 
dla niej twoje miałyby za skromny gust. Ona woli obfitość: kilka sznurów na 
szyję, przepaska do włosów sięgałaby nieba, bransoleta szerokości dłoni, kolce 
do ramion. O! tak dla Melanii. — Dostanie od Zanieckiego. Brochwicz parsknął 
śmiechem. — Waldy, czy żartujesz, czy jesteś nieprzytomny? Zaniecki, jeśli kupi 
klejnoty Melanii, to chyba za pieniądze Barskiego. On u przyszłego teścia nawet 
na własną wyprawę pożyczy! Ordynat machnął ręką. — Prawda! — rzekł obojętnie. 
POchował pudełka, po czym dotknął ręką głowy. — Waldy? słuchaj, co tobie jest? 
Wydajesz mi się dziwnym. Połóż się — rzekł Brochwicz. Waldemar chodził po pokoju 
widocznie zdenerwowany. — Wiesz co, ja chyba pojadę dziś: coś mię dręczy. — 
Chory jesteś? — Ech! co znowu! — No to zostać! To są, widzisz, takie przadślubne 
momenty. Ja ich nie przechodziłem, ale rozumiem, "ce la ba sans dire!" (fr. — 
samo się rozumie). Kawalerstwo szumne, junackie idzie na strych i naturalnie ma 
tremę. Twoje małżeństwo ponętne, ale... ale zawsze to już tyły armii — nie 
kawaleria! To musi wytwarzać wielkie "charivari" (fr. — zamieszanie, tumult) w 
myślach. Veni Creator cię wyleczy, zobaczysz. Ordynat roześmiał się. Zadowolony 
Brochwicz, że rozchmurzył przyjaciela, wyciągnął się wygodnie na sofce i 
założywszy ręce na piersiach, mówił wesołym głosem: — Hej! kiedy to ja będę 
grzebał swoje kawalerstwo i jaką też będzie przyszła hrabina Brochwiczowa? 
Ciekawym! Waldy, jak ty kochasz swoją Stefcię? Czy bardzo "tniesz Platona?" — i 
czy ona w to wierzy? Bo ja nie. Twoja narzeczona jest inteligentna i nie zalicza 
się do okropnej sekty niewiniątek spuszczalsko_oczkich, a znowu twoje rozdęte 
chrapy potrafią uświadamiać. No, u was jest dużo ideału, ale... — Mój drogi — 
przerwał Waldemar — tak ja, jak i moja narzeczona wiemy, że miłość zupełnie 
platoniczna pomiędzy mężczyzną a kobietą jest taką samą legendą jak kwiat 
paproci: oczekują na jego rozkwit, wierzą, że istnieje, ale w rzeczywistości 
nikt go nigdy nie widział. — Brawo! — zawołał Brochwicz — i trzeba mieć 
rozpaloną romantyczną głowę, aby wierzyć w to, co nie istnieje. Adam do Ewy 
także wzdychał platonicznie, dopóki mu z żebra nie wylazła; później podobno 
zmienił zdanie. — A jednak — rzekł, ożywiając się Waldemar — przeszły wieki, 
przyjdą nowe, długie wieki, a miłość będzie zawsze grasowała w sercach ludzi i 
we krwi niezmiennie. Istniała w epoce kamiennej, krzemiennej i istnieje w 
dzisiejszej kulturze. Tylko zmienia powierzchnię szatę: w epokach pierwszych 
miała na sobie skórę zwierzęcą, w wiekach średnich — poetyczną pasterską szatę 
trubadurów... — Dziś ubiera się w szelesty i złoto — dokończył Brochwicz. — No, 
nie zawsze, ale i dziś jest różną: misterne połączenie przedpotopowej 
zwierzęcości z nowoczesną elegancją. — A wy dodaliście i średniowieczną idyllę, 
co stworzyło całość wspaniałą — mówił Brochwicz. — Wasze uczucia zachęcają mię 
bardzo, to jakby poemat, ale wątpię, czy ja się na takie dzieło zdobędę 
kiedykolwiek. Ty, Waldy, dobrze mówisz, dobrze piszesz, więc i wybornie kochasz. 
Ale! ale! twoje ostatnie artykuły społeczne: "Patrzą na nas", i ten drugi o 
syndykacie rolniczym, wywołały zgrzyt zębów u Barskiego, a oczarowały ogół. Ty 
masz w sobie ogromnie dużo satyry, zaciekawiasz ostrzem pióra, a łagodzisz, gdy 
trzeba. Brochwicz mówił dalej na ten temat, ale Waldemar już nie słuchał go. Był 
roztargniony i dziwny. Nagle podszedł do guzika elektrycznego w ścianie i 
szepnął do siebie: — Jestem zanadto niespokojny. NIe rozumiem tego. POjadę. Lecz 
nie zdążył nacisnąć dzwonka, gdy zastukano do drzwi. Wszedł lokaj, podał 
ordynatowi telegram i wyszedł. Waldemar szybko rozwinął papier. Bladość pokryła 
jego twarz. — Co się stało? — zawołał Brochwicz zerwawszy się z kanapki. 
Waldemar wręczył mu telegram, sam gwałtownie zadzwonił. Brochwicz przeczytał: 
"Stefcia bardzo chora. Proszę natychmiast przyjeżdżać Rudecki" Lokaj wpadł 
zadyszany. — Rachunek! Pakować rzeczy! Konie na dworzec terespolski! — krzyknął 
Waldemar. Służący wybiegł. — Czy mam jechać z tobą? — spytał również blady 
Brochwicz. Waldemar wyrzucał z szafy ubranie. Był jak szalony. — Jak chcesz! — 
odrzekł krótko. Brochwiz namyślał się chwilę, wreszcie podszedł do ordynata i 
dotknął jego ramienia. — Waldy... słuchaj... uspokój się! nie chcę cię 
pocieszać, bo skoro depeszują dość nagląco, to widać dobrze nie jest. Ale... 
uspokój się. Dam ci taką radę: ty jedziesz zaraz, niewiele masz już czasu, więc 
weź z sobą, co najpotrzebniejsze; ja zostanę do jutra i zabiorę resztę, a przede 
wszystkim brylanty. Ordynat rzucił się. — Ach brylanty! — machnął ręką 
niecierpliwie. — No widzisz, ja wiem, że teraz to cię nic nie obchodzi, i 
dlatego wezmę klejnoty z sobą. Ty zanadto jesteś roztargniony. Ja zawiozę je aż 
do Głębowicz. Wszedł lokaj z rachunkiem, dwaj inni zaczęli pakować rzeczy. W 
kwadrans potem ordynat jechał na kolej. Brochwicz pozostał sam w hotelu. 
Waldemar całą noc przemęczył się z własnymi myślami. Jechał sam w przedziale. 
Ogarniała go rozpaczliwa niecierpliwość. Zdawało mu się, że pociąg idzie żółwim 
krokiem. Pędził własną imaginacją naprzód. Widział Stefcię bladą w otoczeniu 
ciemnozłotych włosów, rozsypanych na poduszce, i aż zęby zaciskał z bólu. — Co 
jej się stało?... co się stało?... Ostatni raz ją widział w pierwszych dniach 
maja. Wydała mu się bledszą, ale zdrową. Przypominał sobie każdy jej ruch, każde 
słowo, każde niemal mrugnięcie oka. Tyle miała serdeczności w oczach, jej usta 
poddawaały się jego spragnionym ustom z dziecięcą ufnością. Tak rozkosznie 
drżała w jego ramionach. Cieszyła się wiosną, a on ją ubierał w pierwsze kwiaty, 
w ruczajewskim ogrodzie zrywał dla niej wonne gałęzie. Przypomniał sobie, jak 
siedzieli oboje na ławeczce pod czeremchą. Śpiewały słowiki. On powstał, odłamał 
ogromną gałąź, gęsto oblepioną białymi gronami kwiatów. Odrywał je od gałęzi i 
jął obsypywać nimi Stefcię, aż na jej włosach, na piersiach, na ramionach 
poprzyczepiało się pełno perłowych gron. Obsypał jej kolana. Pęki wonnych 
kwiatów rzucił pod jej stopy. Ona śmiała się radośnie, patrzała na niego spod 
ciemnych, niezmiernie długich rzęs i nagle rzekła z pełnym wdzięku grymasem, z 
pieszczotą w głosie: — Tak mię pan zasypuje kwiatami... Zaczął ją wtedy całowaAć 
bez pamięci. Potem ona przypomniała ich spotkanie przed rokiem w borku w 
Słodkowcach. — Miałam wtedy mnóstwo kwiatów, ledwo je dźwigałam. Pan nazwał to 
zielskiem, a mnie rusałką. — Ja zaś zostałem wilkołakiem — odrzekł tuląc ją do 
siebie. — Och! gniewałam się wtedy na pana! Za miesiąc skończy się rok... i 
jakie zmiany — mówiła szeptem. — Za miesiąc będziesz moją żoną, będziemy w 
Głębowiczach. Waldemar wstrząsnął się na to wspomnienie. — Już za tydzień ślub i 
ona chora? Boże, co się stało? Przypomniał sobie jej radość, zaraz po 
zaręczynach w lutym, kiedy on projektował, że po ślubie spędzą lato w 
Głębowiczach, a na zimę pojadą w daleką podróż po Europie, potem do Algieru i 
Egiptu. Jak ona się ucieszyła! Wolała Głębowicze od nie znanych sobie krajów. 
Tak ślicznie powiedziała: — Do Głębowicz... z panem... Waldemar ściskał głowę. 
Silne tętna rozsadzały mu skronie. — Co jej się stało? Albo wówczas, kiedy 
odjeżdżał z Ruczajewa po świętach wielkanocnych, jak ona się o niego obawiała, 
że jedzie w nocy i że na drodze były jakieś miejsca niebezpieczne. Wszyscy mu 
odradzali, ale on spieszył na posiedzenie towarzystwa rolniczego i postanowił 
jechać. Dopiero potem w Głębowiczach znalazł niechcący w kieszeni palta mały 
srebrny medalik z Najświętszą Panną, na cieniutkim łańcuszku, kilku ściegami 
nitki trzymający się kieszeni. Odgadł, że to od niej. Wzruszyła go troskliwość 
narzeczonej i jej ciche oddanie go w opiekę Bożą. Patrzał teraz na fotografię 
Stefci w medalionie i przemawiał do niej najczulszymi wyrazami, pieścił ją w 
myśli, tulił do siebie. W przedziale chodził od okna do okna. Drażniła go 
ciemność nocy; jakby tylko ta noc odgradzała go od Stefci. Waldemar stawał się 
chwilami szalony z trwogi. Ranek był jasny, pachnący, wesoły, kiedy powóz 
ruczajewski stanął przed gankiem. Ordynat wpadł do przedpokoju. Naprzeciw niego 
wyszedł pan Rudecki zmęczony, z podkrążonymi oczyma. — Co jest? czy lepiej? — 
wyrzucił z siebie ordynat. Pan Rudecki odpowiedział głucho: — Zapalenie mózgu. 
Dziś gorzej. — Boże! — jęknął Waldemar. — Jaki powód choroby? Kto leczy? — 
Miejscowi doktorzy i profesor z Warszawy. — Kiedy zachorowała? — We środę 
wieczorem. Ordynat spojrzał jak Wściekły. — I mnie dopiero w sobotę 
zawiadomiliście? Jak można było?! — zawołał wzburzony. — Telegrafowaliśmy po 
przyjeździe profesora. Pomoc lekarska była natychmiast. Robimy, co w naszej mocy 
— odrzekł szorstko Rudecki. — Gdzie ona? Rudecki zgarbiony posunął się naprzód. 
W salonie spotkali doktorów. Ordynat powitał ich gorączkowo i bez słowa poszedł 
dalej. W pokoju Stefci, w półmroku, Waldemar obok łóżka ujrzał profesora z 
Warszawy; trzymał on puls chorej. Przy nim stała pani Rudecka. Szybko zbliżyła 
się do wchodzących. — Cicho... śpi... — rzekła szeptem. Witając Waldemara 
zaczęła płakać. Profesor wstał, powitał ordynata. — Jak pan znajduje? — spytał 
Waldemar zdławionym głosem. — Panie ordynacie... łudzić się trudno... Jest 
bardzo źle... ale Bóg łaskaw. Robimy, co można. Waldemar ukląkł przy łóżku. 
Delikatnie wziął rękę Stefci, białą, zda się przeźroczystą, gorącą jak ogień. 
Chora spała z głową obłożoną lodem, fale krwi przepływały jej przez twarz. Usta 
miała nieco otwarte, bardzo karminowe, spieczone gorączką, palący oddech 
wychodził z nich szybki, nierówny. Waldemar wpatrzył się w mizerną twarzyczkę 
Stefci, dłoń jej leciutko przycisnął do ust. Rwało mu się w piersi, oczyma 
suchymi, lecz pełnymi strasznego bólu ogarniał wątłą postać dziewczyny, która 
wśród poduszek, pod kołdrą rysowała się delikatnie. Włosy, wysunięte spod 
kompresu, otaczały jej głowę ciemnozłotym wieńcem. Waldemar klęczał długo. Oparł 
czoło na ręce Steci i słyszał, jak w tej drobnej dłoni pulsowały żyłki, i 
odczuwał drgania nerwowe. Obudził go z odrętwienia profesor, zmieniając okład z 
lodu. Widok odkrytego czoła dziewczyny, gładkiego, bladoróżowego, ze zmoczonymi 
włosami dokoła, wzruszył Waldemara. Z uczuciem rozpaczy nachylił się i dotknął 
ustami jej skroni. Gdy nowy okład położono, Waldemar cicho spytał: — Czy jest 
przytomna?... — Prawie zawsze... nie — odrzekł profesor. — Więc stan jest... 
niedobry? — Groźny!... Ale niech się pan nie przeraża. Myślę, że to może 
przesilenie. Odciągnął ordynata na bok i patrząc bystro w jego poruszoną twarz, 
spytał szeptem: — Panie ordynacie, proszę o parę szczegółów. — Służę panu. — 
Ślub państwa miał odbyć się wkrótce — tak? — Ósmego czerwca. — Więc już w tę 
sobotę. Dziś mamy niedzielę. Czy dawno widział pan narzeczoną ostatni raz? — 
Przed trzema tygodniami. — Była zupełnie zdrową? — O tak! tylko nieco bledszą 
niż zwykle. Co profesor przypuszcza... jaki powód choroby?... Stary uczony 
gładził brodę prędkim ruchem. Zaczął mówić niepewnym głosem: — Hm! jakieś 
musiała mieć psychiczne wstrząśnienia, innego powodu nie widzę. Przebieg choroby 
ostry i złośliwy: chora majaczy, wypowiada słowa budzące podejrzenia. — Jakie 
słowa? — zawołał Waldemar przerażony. Wtem Stefcia poruszyła się, Ordynat 
przypadł do łóżka, ukląkł. Stefcia miała oczy szeroko otwarte, mętne, pokryte 
łzawą powłoką, rękoma wykonywała jakieś ruchy koło głowy, usta szeptały ciągle. 
Waldemar bez oddechu śledził ją zdrętwiałym wzrokiem. Wziął jej ręce w swe 
dłonie i ściskał delikatnie. — Stefciu... skarbie mój, jedyna moja, to ja... 
WAldy... przy tobie jestem... Stefciu — mówił głuchym głosem. Dziewczyna 
szeptała ciągle. — Co ona mówi? — spytał profesora. — Majaczy bez przerwy. 
Waldemar powstał, pochylił się i przyłożył ucho do ust Stefci. — On... 
dzielny... boją się go... nie... nie chcę go zabijać... — mruczała cichutko, 
ledwo dosłyszalnie. Waldemar wyprostował się, dłonią przeciąągnął po czole. — Co 
to znaczy?... co ona mówi?... Okropną obawę wyrażały jego rysy. Nagle Stefcia 
rzuciła się gwałtownie. — Trędowata! Trędowata! — krzyknęła głośno. Waldemar 
cofnął się jak ugodzony straszną siłą, blady przerażająco. Spojrzał rozpaczliwie 
na profesora i państwa Rudeckich. — Co to jest?... Na Boga! co znaczy ten 
okrzyk? — wycharczał ze zgrozą. — To słowo powtarza się bardzo często w 
majaczeniu chorej — odrzekł profesor, patrząc badawczo na zmienioną twarz 
ordynata. Waldemar porwał Rudeckiego za ramię. — Proszę za mną — rzekł głucho. 
Weszli do bocznego pokoju. Ordynat ścisnął ramię Rudeckiego z siłą konwulsyjną. 
— Stefcia otrzymała anonim — rzekł przez ściśnięte zęby. — Anonim?... Skąd pan 
wie? — Otrzymała na pewno! Widzę to z jej słów. Ja... ja... ostrzegałem pana, że 
szelmostwa mogą być... nie uchroniliście! Zabili mi ją... Boże!... Załamał ręce 
z rozpaczą straszliwą. Pan Rudecki zdrętwiał, patrzał na ordynata jak 
nieprzytomny. — Przysięgam panu, że czuwałem. Nie było nic, chyba — teraz — w 
ostatrnich czasach, odbierała dużo listów. — Gdzie są te listy? Chcę je mieć — 
zawołał Waldemar. — Nie wiem. Zwykle chowa w biureczku swoim. Może tam są. Pana 
Rudeckiego domysł ordynata przeraził. Powrócili do pokoju Stefci. Spała znowu. 
Zbliżyli się do biurka. Ordynat cicho otwierał wszystkie szufladki i ku 
wielkiemu zdumieniu pani Rudeckiej i profesora wyjmował z nich jakieś pomięte 
arkusze w kopertach i bez kopert. Przejrzał wszystkie skrytki, zabrał znalezione 
listy i wyszedł z nimi bez słowa. — Co to znaczy? — spytała męża pani Rudecka. — 
POdobno anonimy. Waldemar przypuszcza... Uderzyły go jej słowa. — Bardzo 
możliwe! bardzo możliwe! — mówił, kiwając głową, profesor. — I ja domyślałem się 
w tym jakiejś intrygi. — Chryste Panie! on mię przecież ostrzegał! — zawołał 
Rudecki łamiąc ręce. — Ależ to nieprawda — jęknęła jego żona. — A pamiętasz? 
Znaleźliśmy ją w gorączce, prawie nieprzytomną, tego dnia, kiedy przymierzała 
ślubną suknię, po liście, jaki jej oddałem. Może to anonim! Pójdę, zobaczę: ja 
ten list poznam. — Niepodobieństwo! Ona mówiła, że to był list ze Słodkowic. Ale 
pan Rudecki już wyszedł z pokoju. Waldemar w jego gabinecie przeglądał papiery. 
Znalazł własne listy w koperach, starannie ułożone i kilka listów Stefci, 
pisanych do niego. Waldemar w zgniecionych papierach domyślił się anonimów, 
zaczął je odczytywać. Straszną miał twarz, skurczoną gniewem, bólem, żalem. 
Charaktery pisma nie były mu znajome, widocznie podrabiane — mimo to po stylu 
odgadywał hrabinę Ćwilecką i Barskich. Jeden anonim, bardzo złośliwy i 
najordynarniejszy, poznał doskonale po piśmie niezupełnie zmienionym: pochodził 
od Melanii. — POdła istota! żmija! — mówił ochrypłym głosem. Gdy wszedł pan 
Rudecki, Waldemar wskazał mu odczytane papiery. — Patrz pan! — wołał z wybuchem 
żalu — te wszystkie łachmany ona ptrzymywała, czytała, zatruwały ją! A ja 
ostrzegałem, bo złych ludzi nie brak, i te brudy doszły jej rąk. Pan Rudecki, 
blady, przebierał między papierami. Nagle Waldemar wziął do rąk nowy list w 
kopercie, zgnieciony. Prędko rozprostowywał go. Pan Rudecki zadrżał. Poznał 
ostatni. — TEn oddałem jej we środę. Mówiła, że to ze Słodkowic, ale... zaraz po 
nim zachorowała. Czy i to anonim? Waldemar obejrzał list. Charakteru nie znał. 
Zaczął czytać wzburzony. Nagle rzucił się, postąpił krok naprzód, przebiegał 
list pałającymi oczyma. Ręce mu dygotały, twarz mieniła się rozpaczą, wstrętem. 
Krzyknął głucho, papier wypadł mu na podłogę. Waldemar załamał ręce nad głową: — 
TEn ją zabił!... ten ją zabił!... Bezczelny!... Ciężko usunął się na krzesło, 
rękoma ścisnął skronie. Pan Rudecki podniósł list, przeczytał. — Jezus Maria! — 
jęknął rozpacznie. Weszła pani Rudecka. — Co się wam stało? — spytała 
przerażona. Mąż wskazał jej listy. — Zabiliśmy dziecko! zabiliśmy tym! Straszne! 
straszne! Matka Stefci przypadła do papierów. Waldemar zerwał się z krzesła, 
siny na twarzy. Zęby mu zaszczękały, charczenie wychodziło z jego piersi. — Wy 
przez nieuwagę, ale tamci podłością. Czemu ja o tym nie wiedziałem? Te bezczelne 
kłamstwa kulami bym przypieczętował! Ja bym zdemaskował autorów — zapłaciliby mi 
krwią! Głos jego potężniał, grzmiały w nim pioruny. — Proszę natychmiast o 
konnego posłańca na pocztę! — krzyknął i wybiegł z pokoju. W dziesięć minut 
potem posłaniec gnał co sił starczyło w koniu, wioząc telegramy do kilku stolic 
europejskich, wzywające sławnych potentatów medycznych. W Ruczajewie płynęły 
godziny w strasznym natężeniu. Choroba Stefci potęgowała się, rzadkie chwile 
przytomności błyskały krótko. Państwo Rudeccy tracili głowę, tylko ordynat 
potroił energię, był niewyczerpany. Nie odstępował od Stefci, sam ją przenosił, 
gdy prześciełali jej łóżko, sam zmieniał zimne okłady. Troskliwością zadziwiał 
doktorów. Nie sypiał, nie jadł, oczy mu gorzały jakąś tłumiącą wszystko siłą, 
jakąś potęgą, która druzgotała. — Muszę ją ratować! muszę! muszę! — powtarzał z 
uporem. Sędziwy profesor, znający go dawniej, kręcił głową zdziwiony; nie 
spodziewał się po nim tak silnych uczuć. Jednego wieczora, kiedy Waldemar sam w 
pokoju klęczał przy łóżku Stefci, trzymając jej dłoń, ona przytomniej otworzyła 
oczy. Patrzała chwilę na niego i uśmiechnęła się. — Waldy — wionęło cichutko z 
jej ust. — Złota moja! najdroższa! dziecko moje! — szeptał Waldemar z bolesnym 
skurczem w krtani, okrywając pocałunkami jej ręce. — Poznałaś mię, poznałaś?... 
— Waldy... — powtórzyła Stefcia. — Jestem tu, przy tobie, jedyna, czuwam nad 
tobą... Stefcia przysunęła głowę do ramienia narzeczonego i rozpaloną twarz 
przytuliła do rękawa jego ubrania. Ta niema pieszczota wzruszyła Waldemara. 
Załkało mu w piersiach. Objął ją i gorącymi ustami przylgnął do jjej policzków. 
— Ja chora jestem, prawda? — spytała szeptem. — Tak, złota moja, ale już jesteś 
zdrowsza. Co cię boli? — Głowa... głowa... pali mię... Kamienie w głowie. — To 
przejdzie... przejdzie... wyzdrowiejesz... będziesz moją... Gwałtownie poruszyła 
się, podniosła na niego oczy. — Kochasz mię zawsze?... kochasz? — spytała. — 
Kocham, jedyna... więcej niż własne życie. Ale nie ruszaj się, leż spokojnie. — 
Kochasz mię? Będziesz szczęśliwy? ty... nie wiesz nic... ja ciebie zabiję... 
Waldy... Waldy... Łzy błysnęły w jej oczach. Waldemar tulił ją do siebie. — 
Uspokój się, dziecko... ufaj mi... nie wierz im... Nie myśl o tym... będzie 
wszystko dobrze... będziemy oboje bardzo szczęśliwi... bardzo, Stefciu. 
Uśmiechnęła się, trąc głowę o jego ramię. — To dobrze... dobrze. Przytomność 
opuściła ją na nowo. Spojrzała błędnie. — Waldy!... ja jestem trędowata... ty 
nie wiesz... ja trędowata!... nieszczęśliwy... strzeż się! — wołała gwałtownie. 
Zaczęła majaczyć. Waldemar wstał, ustępując miejsca profesorowi, który właśnie 
wszedł. — Boże! Boże! — jęknął ordynat. — Przd chwilą rozmawiała ze mną 
przytomnie. — Długo? — Parę minut zaledwo. Doktor zamyślił się. W nocy 
przyjechał specjalista z Pesztu, na drugi dzień dwaj inni. Odbywali narady, 
długie konsylia. Ordynat powiedział im o anonimach: zaniepokoili się bardzo. 
Mimo wszelkich usiłowań choroba nie przestała być groźną. Każdy dzień pogarszał 
cierpienia, każda noc wzbudzała straszne obawy. Stefcia miewała konwusje i 
okropne dreszcze. Uczeni łamali głowy na próżno. Zapalenie mózgu wystąpiło w tym 
wypadku z dziką zajadłością. Nic przebiegu choroby nie mogło wstrzymać. Waldeamr 
odchodził od zmysłów, ale nie stracił energii. Przyjechali sławni doktorzy z 
Petesburga, z Wiednia i znakomitość z Krakowa. Wezwany przez Waldemara 
przyjechał w czwartek rano domowy lekarz księżnej Podhoreckiej, stary praktyk, 
nadzwyczaj zdolny. Tuż za nim wieczornym pociągiem przybył pan Maciej z panną 
Ritą. Wiedzieli już w Obronnem i w Słodkowcach o chorobie Stefci od Brochwicza i 
wstrzymali swój wyjazd do Warszawy na ślub. Telegrafowali kilka razy do 
Ruczajewa, ale nikt im nie odpowiedział. Wezwanie lekarza księżnej przestraszyło 
wszystkich. Telegram zastał pana Macieja w Obronnem. Nie namyślając się długo, 
wyjechał natychmiast z Ritą. Cała okolica wiedziała o wypadku. W Głębowiczach 
padła mgławica na zamek i służbę. Brochwicz jeździł z Obronnego do Słodkowic 
ponury jak chmurna noc. A ze Stefcią było gorzej. Nie poznała pana Macieja ani 
Rity, majaczyła ciągle. Raz tylko powiedziała głośno wobec wszystkich, jakby 
widząc kogoś przed sobą: — Dobrze, babciu... pamiętnik oddam... dziadziowi... 
oddam. Pan Maciej zapamiętał te słowa. Drugi raz w piątek wieczorem Stefcia 
znowu odzyskała przytomność na chwilę. Kilka osób stało dokoła niej. Waldemar 
klęczał, trzymając jej ręce. Popatrzyła szeroko otwartymi źrenicami, uśmiechnęła 
się i wyszeptała dość głośno: — KOchacie mnie wszyscy?... tak? Pan Maciej 
pórzemówił do niej: — Dziecko moje... to ja... dziadzio... i Waldy tu jest... 
POznajesz nas? — Poznaję. Waldy już dawno przy mnie. I Rita jest?... Podniosła 
oczy, jakby szukając. Panna Rita przysunęła się bliżej. — Jestem, kochanie... 
jestem — rzekła całując jej ręce. — A mama?... Ojczuś, są? GDzie Jurek i Zosia? 
Chcę wszystkich. Dziewczynka już spała, ale Jurek wysunął się zza kotary łóżka i 
wtuliwszy pięści w oczy, buchnął na nogi Stefci z głośnym płaczem. Waldemar 
niecierpliwie odsunął go, bo Stefcia zlękła się. Pan Rudecki chciał wyprowadzić 
Jurka, ale chłopiec przypadł skulony na ziemię w kącie pokoju i krztusił się 
łkaniem. — Czego on płacze? — spytała Stefcia obojętnie. Nikt jej nie 
odpowiedział. Waldemar zaczął ją pieścić i uspokajać. Stefcia uśmiechnęła się, 
objęła go za szyję ramionami i delikatnie jego dłonią gładziła się po twarzy, 
gorącej jak płomień. — Mój... Waldy... mój... mój — szeptała, patrząc na niego 
błyszczącym fioletem przepaścistych swych oczu. Gorzało w nich piętno gorączki. 
On przemawiał do niej pieszcząco, jak do bardzo ukochanego dziecka, łagodnie 
tulił ją do siebie, aż w jego ramionach usnęła. Do pokoju zaczęły wpełzać mętne 
włókienka szarej godziny. Przez otwarte okno dochodził monotonny huk latających 
gromadnie chrabąszczy i obijanie się owadów o ściany domu. Lipy szumiały słodko. 
Wpadł nagle suchy rozgłośny klekot bociana, potem odezwały się cicho żaby i 
głosy swe potęgując zaniosły się jednostajną zgodną pieśnią, wyjętą z nokturnów 
wieczornych. Cały świat szedł do snu, młody, rozbujały jakąś fantazją junacką, 
dyszący pragnieniem szczęścia. Wszystko układało się na spoczynek z cichym 
nuceniem, aby nazautrz budzić się wzajemnie do rozkoszy istnienia. A Waldemar, 
słuchając tej opery letniej, patrzał na cudny kształt dziewczyny uśpiony wśród 
pościeli, młody, wiośniany i... zwarzony chorobą. W całej przyrodzie kipiącej 
życiem ten jeden kwiat więdniał, zanikał nielitościwie obojętny na pobudzające 
prądy i szał natury. Waldemar patrzał na narzeczoną, taką cichą, bierną, i 
myślał ze straszną męką w sercu: — Jutro miał być nasz ślub. XXIX Poranek 
rozbłysnął bogactwem barw. Zakołysały się akacje, cichym szeptem wionęły 
jaśminy. Strojne, jasnozielone brzozy, spowite w białe, cętkowane atłasy, 
zatrzęsły mnóstwem listków drobnych, błyszczących jak z emalii. Kwiaty, krzewy, 
umajone drzewa witały dzień radosnym poszumem. Rozjaśnił się czysty błękit i 
kryształ powietrzny. Słońce wstawało za jutrzenką, rozradowane, szczęśliwe. A 
ziemia cała i wszystko, co na niej żyło, rosło, kwitło, pachniało, wszystko, co 
umiało śpiewać, odczuwać, świergotać — wszystko wznosiło w górę uroczysty hymn: 
"Kiedy ranne wstają zorze"... Okno w pokoiku Stefci szeroko otwarte. Muślinowe 
firanki, białe w lila irysy, poruszał lekki oddech rosnących pod oknem brzóz. 
Smukłe, seledynowe, zwieszały wiotkie baldachimy gałązek, drżąc listkami, jakby 
żałośnie spływające łzy. Brzozy zaczęły wdmuchiwać do pokoju moc odurzających 
zapachów, całą woń z ogrodu, skrzętnie zebraną z kielichów kwiatowych; posyłały 
tam szmery; rozszeptany ogród rzucał w okno najpiękniejsze symfonie. Jutrzenka 
stroiła różem białe muśliny firanek, niosła purpurę aż do łóżka w głąb pokoju, 
gdzie leżała wiotka postać dziewczyny, delikatnej niby świtem zaróżowiony 
obłoczek. Czoło miała Stefcia odkryte, jasne, przezrocze, i mocno zarumienione 
policzki. Nieco obnażona szyja pulsowała widocznie, aż koronka bielizny unosiła 
się leciuchno. W pokoju pełno światła i powietrza. Dokoła chorej leżały kwiaty 
zniesione tu przez Jurka. Pan Rudecki chciał je wyrzucić, bojąc się, że zbytni 
zapach może szkodzić Stefci, lecz jeden z profesorów wstrzymał go. — Panie, to 
już nie szkodzi — rzekł ze smutną powagą w głosie. Pan Rudecki wybiegł z pokoju, 
upadł na kolana obok żony; szlochała skulona na ziemi przed obrazem Bogarodzicy. 
Waldemar, klęcząc przy łóżku Stefci, targany szaloną rozpaczą, porywającą go w 
bezkresy, ściskał drobne ręce dziewczyny, a z piersi jego wychodził jęk 
zdławiony, do ryku podobny. — Żyj! żyj!... na Boga... zostań... nie odchodź! I 
trząsące się usta przycisnął do gorącego ramienia Stefci. Czoło nabrzmiałe 
żyłami, spocone, ściągnięte bezgranicznym bólem oparł na kołdrze i modlił się, i 
łkał suchym płaczem, trawiącym wszystko. Wstrząsała nim gorączka, szarpał go żal 
tak olbrzymi, że pomieścić się nie mógł nawet w tej żelaznej piersi. A Stefcia 
otworzyła oczy zmącone jak zagasłe gwiazdy, kręciła głową po poduszece, jedną 
ręką poruszała koło czoła, niby coś odpędzając. Z ust jej wybiegały bezładne 
słowa: — Tam... strach!... Ocalejesz!... Waldy... Ile kwiatów... To ja winna!... 
Nie idchodź!... — Droga moja! Przebudź się... miej litość! — szeptał Waldemar 
głucho, sam prawie nieprzytomny. — Nie karz... ich... WAl... dy... Chwyciły ją 
konwulsje. Dwaj obecni w pokoju doktorzy podbiegli, ale Waldemara nie odsunęli. 
Klęczał ciągle z jej ręką w swych dłoniach, z czołem przy jej piersiach. Po 
chwili konwulsje ustały. Stefcia leżała bezwładnie ze zwieszoną główką. Włosy 
jej opadały na czoło Waldemara. Oddychała bardzo słabo, skroń i szyja pulsowały 
gwałtownie, lecz tempo zwalniało się stopniowo. Doktorzy spojrzeli na siebie. 
Obaj spuścili oczy, cofnęli się od łóżka i w pewnym oddaleniu poklękali. Widząc 
to pan Maciej i panna Rita uklękli również, kryjąc twarze w dłoniach. Cisza 
wielka, cisza jakaś mistyczna spłynęła na jasny, wonny pokój. Nagle w tę ciszę 
uroczystą posypały się delikatne rytmy, jak trelle na flecie ze złota i pereł. W 
brzozie pod oknem, w otoczeniu gęstych krzaków białego jaśminu, zaśpiewał 
słowik. I muzykę swą posyłał wysoko aż do różowych zórz na niebie, aż do 
roztoczy słońca. Król dnia wyjrzał już spoza seledynowej wstążki, ostatniej z 
bogactw jutrzenki. Ptaszek flecikiem swym wzywał blaski, harmonijnym świstem 
tonów przywabiał jasne duchy z błękotów aż do stóp Wszechmoncego, aby spłynęły 
na tę brzozę, w to okno otwarte a ciche jak w kaplicy. I tyle uczuć płynęło 
wysnutych z piersi słowika, i tyle prośby, i tyle modlitwy, że pierwsze różane 
zorze zaczęły dążyć w tę stronę, zabierając z sobą wszystkie barwy niebieskie. 
Szło słońce młode, pyszne i niosło z sobą ciepło i blask... Szły zapachy 
kwiatów... Szły upajające wonie łąk... Szły wiewy ptasich lotów... Szły ciche 
szmery powietrzne. I od stóp Boga zerwały się jasne duchy piękne, natchnione, 
wysnute z mgieł srebrnych bieli obłoków. Cały hufiec niebieski z szelestem 
sfrunął w powodzi jaskrawych pasm na bujną brzozę, gdzie sygnalizował ptaszek. I 
razem ze światłością poranku, razem z zapachami kwiatów i cudną melodią 
wiośnianą jasne duchy dotarły do Stefci, otaczając śliczną głowę dziewczyny 
cichym, dobrym tchnieniem. Słowik trylował, cieniując pojedyncze nuty, jakby 
przygrywkę jakąś tęskną do rapsodu Aniołów. Gdy łóżko Stefci zapłonęło ogniem 
słońca w całej świetni jego potęgi, hufiec niebieski zaszumiał skrzydłami, 
uniósł się i na złotym szlaku wyfrunął z pokoju, powiększony o jedną przeczystą 
duszyczkę — Stefci. Błękitni wysłańcy nieśli ją niepokalaną, jak ich pióra, 
snując nad nią czarowną glorię nieuchwytnych blasków. I lecąc ku błękitom, dążąc 
do stóp Boga, cały chór anielski i ta jasna nowa duszyczka dziewczyny wznieśli 
hejnał pobożny: — "Salve Regina"... Dreszcz przebiegł obecnych, jakby odlatujące 
duchy dotknęły wszystkich rąbkiem swych szat. Klączący Waldemar usłyszał cichy 
głos doktora: — Już... po wszystkim... Zerwał się przerażony, okryty potem, 
straszny. Błędne źrenice wpił w nieruchomą postać dziewczyny z zamkniętymi 
oczyma, leżącą bezwładnie w ramce złotych włosów, jak zabity biały motyl. 
Waldemar bez jęku, bez słowa, tylko z dzikim wyrazem w oczach zachwiał się i 
ciężko runął na brzeg łóżka. Podbiegli do niego. Zgroza zawisła nad ludźmi. Na 
umajonej brzozie słowik śpiewał dalej. XXX WAldemar nie zemdlał, lecz popadł w 
stan całkowitego znieczulenia. Patrzał na leżącą bez ruchu Stefcię, której lekko 
rozchylone usta zachowały barwę kaliny, jakby się krew skrzepła w nich. 
Uśmiechały się dziwnie słodko. Zamknięte powieki rzucały długie cienie rzęs na 
delikatną biel jej twarzy. Robiła wrażenie cicho śpiącej — tak pięknie ustroił 
jej młode ciało hufiec niebieski, zabrawszy z niego duszę, jak woń kwiatu. 
Rozpacz państwa Rudeckich, ryk Jurka, płacz Zosi i wszystkich domowych nie 
zdołał poruszyć Waldemara. Był zdrętwiały, ogłuszony, jak błędny. Oparty na 
brzegu łóżka, wpijał w ciało dziewczyny tępy wzrok, z niemą a okropną tragedią. 
Tak zeszła godzina, długa, pełna szlochów, ponura jak nędza. Nagle Waldemar 
wstał, ręce podniósł do głowy, przetarł czoło i wyszedł z pokoju. Pan Maciej 
zgarbiony, ze zmienioną twarzą, jak cień poszedł za nim. Stan Waldemara 
zatrwożył go. Bał się o niego, nie spuszczał oczu z wnuka, sam potrzebujący 
opieki. Ordynat wszedł do swego pokoju i zatrzasnął drzwi za sobą. — Na Boga! 
otwórz! — nieludzko krzyknął starzec. Z niebywałą siłą szarpnął drzwi, otworzył, 
wpadł do pokoju i zatoczył się jak martwy z przerażenia. Waldemar miał w ręku 
rewolwer, wydzierał go z futerału. Starzec przyskoczył do wnuka, porwał ramię 
Waldemara, chciał chwycić rewolwer, lecz ordynat szybko podniósł go w górę. Z 
dzikością w oczach odepchnął pana Macieja i zawołał ochrypłym głosem: — Precz! 
precz! Wyglądał strasznie. Oczy ciskały gniewem, cała twarz drgała konwulsyjnie. 
Stał wyprostowany z morderczym narzędziem w podniesionej wysoko dłoni. Złowrogo 
błyskało. Z ust wychodził mu zduszony, nieludzki pomruk: — Ona... nie żyje... 
ona! Pan Maciej jak szalony, z jękiem przeszywającym serce rzucił się do nóg 
Waldemara. Starzec klęknął i obejmując kolana wnuka, załkał rozpaczliwie: — Nie 
czyń tego! zmiłuj się! nie zabijaj mię!... Jej śmierć to kara dla mnie, jam 
przeklęty! ale ty żyj! ty żyj! Ordynat patrzał, jakby nie pojmując. Wtem wpadła 
panna Rita, błyskawicznie zrozumiała grozę chwili, podbiegła, lecz nie zdążyła — 
ordynat na widok jej gwałtownie zniżył rewolwer. Huknął strzał. Drżąca ręka i 
pośpiech uratowały Waldemara: kula przeleciała o parę cali od czoła i utkwiła w 
ścianie. Panna Rita wydarła broń z jego dłoni. On błędnie spojrzał na nią, 
wściekle rzucił się, chcąc odebrać, ale Rita cisnęła rewolwer za okno, rękę zaś 
Waldemara zatrzymała, silnie tuląc do ust. Oczy jej wyrażały błaganie, 
przejmujący żal. Starzec klęczał skulony u stóp wnuka. Wystrzał odebrał mu na 
chwilę pamięć i czucie, teraz głuchy płacz targał jego piersią. — Waldemarze! 
przebacz mi!... to ja przeklęty... to zemsta dla mnie... moja Nemezys! WAldy! 
mój jedyny! ty całe moje życie! zmiłuj się, miej litość!... Widok był tak 
okropny, że panna Rita zakryła oczy. Płacz starca boleścią swą przedarł się do 
duszy Waldemara. — Dziadziu... wstań — rzekł głucho, trąc nabrzmiałe żyłami 
czoło. Panna Rita pomogła dźwignąć się starcowi. On runął na piersi wnuka, 
trzęsący się, skołatany. Suche źrenice Waldemara wypowiadały całą rozpacz, ból 
druzgotał go z gilotynową siłą. Usunął dziadka i ciężko zwisnął na krześle. 
Schował twarz w dłoniach. — Boże! Boże! Boże!... Jęk ten zdawał się zamykać w 
sobie wszystkie nędze i okrucieństwa życia. Pan Maciej pozostał przy nim, panna 
Rita cicho wyszła, zatrzymując przerażonych strzałem rodziców Stefci. Waldemar 
odczuwał straszliwie śmierć narzeczonej, przepaść widział przed sobą, ale jak 
bez duszy, nie mógł płakać, nie mógł się żalić. Tylko w skroniach paliło mu 
ogniem, w sercu czuł mróz przejmujący, jakby cała rozpacz, cały ogrom żalu 
skrzepł się w lód w jego żyłach. Stan jego budził obawy. Pan Maciej i doktór 
księżnej czuwali nad nim bez przerwy. Panna Rita z pomocą jednego z obywateli 
okolicznych, przyjaciela rodziny Rudeckich, zajmowała się wszystkim. Wysyłali 
telegramy z żałobną wieścią. Pan Maciej, przeczuwając życzenia ordynata,. 
telegrafował do Głębowicz po kwiaty, drugi telegram wysłał do córki. W 
porozumieniu z panem Rudeckim sam zajął się pogrzebem narzeczonej wnuka. W 
Słodkowcach, w sobotę wieczorem, zebrani byli wszyscy w sali jadalnej; pani 
Idalia, księżna Podhorecka, Lucia i Brochwicz, pan Ksawery i nawet rządca Klecz. 
Złowróżbne obawy napełniały ich serca od czasu wezwania do Ruczajewa lekarza z 
Obronnego. Pan Maciej i Rita nie przysyłali żadnych wiadomości. Księżna 
przechodziła ciężkie chwile. Zamieszkała w Słodkowcach, w Obronnem nie mogła 
wytrzymać samotnie. Niepewność ogarnęła wszystkich. Lucia chodziła jak nieżywa, 
tylko pani Idalia uspokajała księżnę, nie tracąc nadziei. Wieczór minął szybko. 
Nastała noc jasna, pachnąca. Słowiki śpiewały w parku, od jeziora dochodziło 
głośne kwilenie rybitew. W sali jadalnej zgnębiony Brochwicz pootwierał okna i 
chodził od jednych do drugich niespokojny, milczący. W pokoju kredensowym 
zebrana służba szeptała cicho, również trwożna i pełna obaw. Zbliżała się 
północ, gdy do kredensu wszedł stróż nocny, prowadząc z sobą posłańca z poczty. 
Służba otoczyła go kołem. Jacenty bez słowa porwał telegram i pobiegł do sali 
jadalnej. — Depesza! — krzyknął Brochwicz. Drżącą ręką chwycił papier i 
rozerwał. Pani Idalia, Lucia, pan Ksawery, Klecz powstali z miejsc. Księżna 
siedziała jak przybita do fotelu. Brochwicz przeczytał jednym tchem: "Stefcia 
umarła dziś rano. Pogrzeb we środę. Waldemar niebezpieczny. Przyjeżdżajcie. 
Maciej." — Boże miłosierny! — jęknął Brochwicz i telegram wypadł mu z ręki. W 
głuchej ciszy niewypowiedzianej grozy nagle rozległ się spazmatyczny krzyk Luci. 
Przy drzwiach Jacenty załkał głośno i prędko wybiedł do kredensu; wśród zebranej 
przestraszonej służby zawył jękliwie: — Jasna panienka umarła! Płacz ogólny i 
narzekania rozległy się po jego słowach. W sali jadalnej pani Idalia cuciła 
spazmującą Lucię, sama ze łzami w oczach, zgnębiona śmiercią Stefci. Pan Ksawery 
ocierał oczy. Klecz zagryzał wargi, przejęty nieszczęściem. Księżna siedziała 
bez ruchu, niebywale blada, prawie zielona. Łzy wielkie spływały z jej oczu. 
Mówiła szeptem: — Stefcia umarła... — umrła?... to dziecko... ta słodka 
dziewczyna? czy to mo...żebne... Wieczny... odpoczynek... jej duszyczce... 
Księżna nie dokończyła. Oparła się o fotel i załkała rzewnie. Do sali 
niespodziewanie wszedł Trestka. Wystraszony, powiódł wzrokiem dokoła i rzekł 
kiwając głową: — Już wiecie wszystko?... Po czym usiadł na pierwszym krześle, 
nie witając się z nikim. Przerażenie zawisło w sali. Nawet nieme portrety na 
ścianach zdawały się mroczniejsze. — Miał pan depeszę? — cicho spytał Brochwicz. 
— Tak, od Rity. Otrzymałem przed dziesiątą. Spieszyłem, aż konie omal nie 
popadały. W drodze spotkałem Jura z Głębowicz. Już i tam wiedzą. Do nich 
telegrafował pan Maciej. Mają wieźć kwiaty. Jur przyjechał ze mną. Księżna 
powstała, chwiejąc się na nogach. Brochwicz ją podtrzymał. — Trzeba jechać... 
natychmiast — rzekła stanowczo — na ranny pociąg musimy zdążyć. Energia brzmiała 
w jej głosie. Księżna postąpiła naprzód. Zatrzymał ją w miejscu krzyk Luci: — 
Nie chcieliście jej!... Nie chcieliście Stefci i umarła!... Zabiliście ją... 
Stefa!... moja Stefa!... Dziewczynka zaniosła się nowym wybuchem płaczu. Na znak 
przestraszonej matki Klecz wziął dziewczynkę na ręce i wyniósł z sali. Księżna 
podniosła rękę do czoła. — Co ona mówi?... Zabiliśmy ją?... My?... Ach, Boże!... 
Baronowa wyszła z księżną robić przygotowania do drogi. Nie myślała wstrzymywać 
jej. Sama również postanowiła jechać. Teraz dopiero poczuła żal jakiś dławiący, 
żal za Stefcią: doznała wyrzutów sumienia za swą surowość dla zmarłej. Brochwicz 
wezwał Jura. Olbrzym wszedł do sali, zatrzymał się przy drzwiach, sztywny, 
wyprostowany, ale bardzo zgnębiony. Brochwicz dojrzał, że miał zapłakane oczy. 
Szepnął do Trestki: — Jaką ona zjednała sobie miłość — nawet służby. — Płakał 
jak bóbr, gdy się ze mną spotkał — odrzekł Trestka. Brochwicz zwrócił się do 
strzelca: — Dawno dowiedzieliście się o nieszczęściu? — O dziewiątej, panie 
hrabio. — Kto telegrafował? — Jaśnie pan starszy do marszałka dworu. Każe 
przywieźć bardzo dużo kwiatów... tylko białych... Pogrzeb we środę. — Po cóżeś 
przyjechał? — Myśleliśmy, że jaśnie państwo jeszcze nie wiedzą, i pan marszałek 
nie jest pewny, jakie wieźć kwiaty: cięte czy w wazonach? — I takie, i takie — 
rzekł Trestka — do ubrania katafalku potrzebne wszelkie. Brochwicz wstrząsnął 
się. — Do ubrania katafalku — powtórzył z goryczą. — Kwiaty z Głębowicz miały 
dziś być w Warszawie na ślubie — teraz idą na grób... Straszne! Jur otarł 
rękawicą oczy. Starał się przybrać służbową postawę, lecz zaciskał pięści i 
usta, aby nie płakać. Ten olbrzym przywiązał się już do Stefci jak do swej 
ukochanej pani. W godzinę potem Brochwicz z Jurem pojechali do Głębowicz, skąd 
nazajutrz mieli się udać do Ruczajewa, wioząc kwiaty. Ze Słodkowic wyjechano 
zaledwo w niedzielę wieczorem, gdyż stan zdrowia księżnej nie pozwalał 
wcześniej. Na dworcu kolejowym spotkali księżnę Franciszkową Podhorecką z 
córkami. Powitano się w milczeniu. — Jedziesz na pogrzeb? To dobrze. A Franio? — 
spytała starsza księżna synowej. — Franio został. Nie nalegałam. W takiej chwili 
lepiej, jak się Waldemarowi nie będzie narzucał. Zresztą... nie był w 
Ruczajewie. Zabrałam tylko dziewczynki. Znały ją, lubiły bardzo. — To dobrze, 
dobrze. Powinniśmy tam być... wszyscy. — Ale Rita w depeszy nadmieniła coś 
niezrozumiałego — rzekła młodsza księżna. — Ale co?... ale co?... — Napisała 
tak: "Stefcia umarła — zabita". Staruszka szeroko otworzyła oczy. — Cóż to 
znaczy? Przecież chorowała... zapalenie mózgu. Musiał być jakiś powód choroby, 
może psychiczny — wmieszał się Trestka. — Ależ jaki powód? Księżna Franciszka 
podniosła brwi. — Proszę mamy! jednak ta nagła choroba Stefci jest podejrzana: 
coś musiało zajść. Księżna przez całą drogę nie mogła się uspokoić. Lucia 
płakała bez przerwy, młodziutkie księżniczki na próżno chciały ukoić jej żal. W 
poniedziałek wieczorem przyjechali do Ruczajewa. Wyszedł do nich pan Rudecki i 
Brochwicz. Na ganku w otoczeniu służby ruczajewskiej stał zapłakany Jur. Starsza 
księżna Podhorecka pierwszy raz w Ruczajewie weszła do domu, jak posąg smutku — 
wysoka, majestatyczna, cała w czerni ciężkich koronek, wlokących się za nią w 
poważnych fałdach. Prowadziła księżnę, również czarno ubrana, panna Rita. Za 
nimi szła pani Idalia z Lucią, księżna Franciszkowa i księżniczki. Sznur kończył 
Trestka i Brochwicz. Pan Rudecki poszedł naprzód. Gdy mijali salon, kilka osób z 
okolicy Ruczajewa będących tam usunęło się grzecznie przed wyniosłą postacią 
Księżnej. — Podhorecka... babka ordynata... przyjechała — rozległy się ciche 
szepty. Spoglądano z szacunkiem na idącą wolnym krokiem dostojną matronę, trochę 
dumną i pełną godności. Stygmat nieszczęścia księżna miała w swej twarzy bladej, 
gładkiej i w spuszczonych powiekach. Siwe pasma włosów pod czarną koronką, 
spadającą obficie na ramiona, nadawały jej wyraz królewski niemal. Księżnababka, najzawzięciej oporna małżeństwu wnuka, z którą on walczył najdłużej, szła 
teraz patrzeć na jego tragedię, na jego głuchą rozpacz po zgasłym szczęściu. 
Księżna-babka niosła w swym sercu dramat straszliwy — wnuka. Na progu umajonej 
komnaty staruszka zaczęła mrugać oczyma z wrażenia i nadmiaru jasności. Potoki 
świateł mieniły się na środku pokoju, rozjaśniały ściany, obstawione dokoła 
smukłymi drzewkami brzóz. Sufit stroiły wieńce z białych kwiatów, spływając 
festonami jak baldachim. Olbrzymie rośliny, całe drzewa, najpiękniejsze okazy z 
Głębowicz, przywiezione tu na kilku wozach, ubierały salon ruczajewski, grupując 
się malowniczo w kątach, osłaniając białe pnie brzóz. Zieleń, białe kwiaty i 
świece tworzyły przepaścistą wonną otchłań. Wzniesienie na środku pokoju tonęło 
w kwiatach: białych różach, goździkach, liliach. Stopnie otaczały wieńce z 
konwalii i krzaczastych paproci. Olbrzymie palmy wachlarzowe, sięgające sufitu, 
tworzyły nad wzniesieniem ruchome sklepienie. Zdawało się, że to wzgórze 
anielskie, jeden bukiet świeży, pachnący, przejaśniony blaskiem. Na stopniach, w 
głębi, wśród pęków róż klęczał Waldemar. Oparty o najwyższą kondygnację, 
wpatrywał się zagasłymi oczyma w rzeźbione rysy śpiącej na wieki. Zasłaniały go 
szerokie liście palmy. Za nim, w cieniu brzóz, siedział w fotelu pan Maciej, 
trochę dalej klęczała pani Rudecka z dziećmi i jeszcze parę osób. Księżna_babka 
weszła do tej dziewiczej groty niby sztandar żałobny, wywołując uczucie trwogi. 
Lekki szmer jej szat wzmocnił wrażenie jakiejś nieubłaganej potęgi, wkraczającej 
tu jak ostatni wyrok. Zatrzymała się blisko stopni, podniosła oczy, patrząc z 
natężeniem i pionową bruzdą na czole. Czarne, duże źrenice staruszki zmąciły 
się, zwarte silnie usta zaczęły drżeć. Nieruchoma, bezmiernie złamana w duszy, 
po długiej chwili szepnęła dość głośno i żałośnie: — Jaka śliczna... ona śpi... 
w ślubnej sukni... w wieńcu... w welonie... Boże! Łzy wielkie spadły z oczu 
staruszki. Cicho, poważnie osunęła na kolana swą żałobną postać, chyląc nisko 
głowę przeciążoną smutkiem. Wtem uderzył w obecnych rozdzierający krzyk Luci: — 
Stefa! Stefa! Waldemar rzucił się, wyprostował, spojrzał na dziewczynkę i 
zaciskając zęby wsparł czoło na dłoni. Lucia zemdlała. Wynieśli ją zaraz. Cisza 
zaległa pokój. Przez otwarte drzwi werandy, zasłonięte kotarą, wlatywał szum 
drzew i gdzieś daleko w białych oparach zawodziły derkacze — łąkowe grajki. XXXI 
W czwartek po pogrzebie w Ruczajewie panowała cisza grobowa. W milczeniu snuły 
się ponure postacie służby. Cały folwark milczał głucho bez roboty, bez życia. 
Na ranny pociąg odjechało paru bliżej znajomych doktorów z Warszawy, ale rodzina 
ordynata została jeszcze. Uczeni zagraniczni wyruszyli natychmiast po śmierci. 
Żałoba po Stefci zapadła kirem na wszystkich. Tylko słowik śpiewał po dawnemu na 
brzozie pod oknem pustego pokoju zmarłej, dokąd zniesiono kwiaty i pogaszone, 
zapłakane świece. Ptaszek nucił treny piękne i smutne, opłakująC jasną, 
wiośnianą duszyczkę dziewczyny, co tak cicho zeszła z ziemi, tyle zostawiając 
łez. Wtórowały śpiewakowi tęskne gamy pszczół, szemrał powiewnie rój kolorowych 
motyli. Na ocienionej werandzie od strony ogrodu zebrani wszyscy rozmawiali z 
sobą przyciszonymi głosami. W głębokim fotelu siedziała staruszka księżna, 
ogromnie zmieniona przez tę parę ciężkich dni. Oczy miała zapadłe, zaciśnięte 
usta. Pan Maciej zgarbiony, z twarzą sfałdowaną, już niemal zgrzybiały. Ręce 
splótł na kolanach i patrzał w ziemię. POstacie państwa Rudeckich wyrażały tak 
straszną rozpacz, taką ruinę moralną, że nikt nie mógł patrzeć na nich bez łez. 
Oboje przygniatali ciężarem swej niedoli. Znajdowała się na werandzie pani 
Idalia, młoda księżna i Rita. Brochwicz z Trestką i lekarzem księżnej szeptali z 
sobą na boku. Tylko Lucia, zupełnie chora, spłakana leżała w łóżku, opóźniając 
wyjazd księżnej i pani Idalii. Czuwały nad nią księżniczki. Nie było również i 
Waldemara. Na ławce pod splotami dzikiego wina siedział skulony ksiądz, który 
chrzcił i chował Stefcię. Staruszek popłakiwał cicho. Wilhelm Szeliga na 
otrzymany w Heidelbergu telegram od siostry rzucił semestrowy egzamin i 
natychmiast pospieszył do Ruczajewa. Trafił na pogrzeb. Teraz milczał ponury, z 
czerwonymi oczyma, podobny do złamanego drzewka. Księżna trzymała w ręku paczkę 
listów anonimowych. Usta staruszki trzęsły się, złamanym głosem mówiła: — To 
najstraszniejsze... te listy. Gdybyż umarła z innego powodu... Ale profesorowie 
twierdzili, że anonimy ją zabiły. — Głównie to — rzekł stanowczo stary lekarz. 
Panna Rita smutnie poruszyła głową. — I ja to samo mówię. Ona była niesłychanie 
uczuciową i bardzo wrażliwą. Dla niej takie słowa to nóż w serce, to zabójstwo! 
Ile ona przeszła rozterki duchowej, zanim zdecydowała się zostać narzeczoną 
ordynata. Ona chciała poświęcić własne uczucie najdroższe! Ja wiem wszystko, 
podziwiałam ją zawsze. I taką istotę zabić, do niej pisać podobne 
oszczerstwa!... Panna Rita rozpłakała się. Trestka dotknął jej ręki. — Pani 
droga, spokoju! Oszczędzajmy księżnę i pana Macieja. Wtem przemówił pan Rudecki: 
— Wina spada na mnie, żem jej ustrzec nie zdołał od tych wrogich listów. One ją 
zabiły. — Panie! proszę nie zmniejszać winy tych, co je pisali — rzekł 
Brochwicz. — Ordynat pana ostrzegał, bo on zna ogrom złości ludzkiej. I on nie 
przeczuwał, że anonimy będą tak zjadliwe. Tym spiskiem kierowało parę osób w 
ścisłym z sobą porozumieniu. Każdy wie, kto jedynie być może zdolnym do tego. Tu 
nie ma dwóch zdań. Autor ostatniego anonimu ubliżył nam podpisując się: "Jeden 
za wszystkich". To kłamstwo, dobrze obmyślana intryga. Starsza księżna spuściła 
powieki, usta zacięły się surowym wyrazem. Cichym głosem przemówiła: — 
Barscy?... taką niegodziwość! Wstyd! i to karmazyni! Czy to prawda? — - A jednak 
fakt — podchwycił Trestka. — Ostatni anonim pisał Barski: jego styl, jego 
wyrażenia. W innych mniej więcej to samo, tylko pismo podrabiane umiejętnie. 
Cisnąć mu w twarz nie można: za bezczeolny, nawet by się nie zarumienił. — Ale 
można by mu nie podać ręki — rzekła surowo księżna. Lekki dreszcz przeniknął 
obecnych. Wyrok dumnej pani, magnatki rodowej, wydany na magnata, zrobił 
wrażenie. Spojrzeli po sobie, jakiś strach przeleciał po twarzach. — Barskiemu 
ktoś pomagał — rzekła nieśmiało pani Idalia. — Własna córka i Lora Ćwilecka — 
dodała ironiczenie panna Rita. — Na nie spada wstyd za splamioną godność kobiecą 
— mówiła księżna podniecona — skomprowitowały się same. Lora była zawsze 
parweniuszką. Ale Barski skompromitował nas wszystkich, tego już się nie 
darowuje! — Wyraźnego dowodu nie ma — wycedziła pani Elzonowska. — Idalio! — 
zgromił ją pan Maciej. Księżna mówiła, nie uważając: — Barski zatarł ślad 
zmienionym pismem. To dowodzi, że się nas bał, nie Stefci. Gdyby nie ta fikcyjna 
zapora, usunąłby się od niego każdy prawy arystokrata. To wykroczenie poważne, 
nie zrobiłby tego uczciwy chłop. Ale magnat?... O, wstyd! — Dlaczego ona nic 
ordynatowi nie nadmieniła o otrzymywanej korespondencji? On ukróciłby to 
natychmiast — rzekł Brochwicz. — Ja ją rozumiem — odpowiedziała panna Rita. — 
Ona nie chciała skandalu, nie chciała go ranić. Zresztą są dowody — listy, jakie 
pisała do niego, żaląc się, a jednak żaden nie został wysłany. To była bardzo 
subtelna natura, ale za słabe miała siły. Staruszek proboszcz pokiwał głową. — 
Ja wiem najlepiej, jaka to była zdrojowa dusza, jakie serce — rzekł smutnie. — 
To dziecko już we krwi nosiło szlachetność. Pan Maciej rękoma zakrył twarz. Po 
długim milczeniu zaczął mówić z niezmierną jakąś trwogą: — To stać się 
musiało... to przeznaczenie... to moja Nemezys! Moja przeszłość zemściła się 
straszliwie, ona... Stefania. Uderzyła w najżywotniejszą arterię mego serca, 
dotykając jedynego wnuka. Ja zrujnowałem jej życie, ona zabrała szczęście mego 
wnuka. O! straszna zemsta! okrutna zemsta! Wszyscy milczeli. Pani Rudecka 
płakała, słuchając słów starca oskarżających jej matkę. Łkaniem zdawała się 
pytać zmarłej: — Czy to prawda? Ty się zemściłaś... ty nam ją zabrałaś? Ale za 
cóż kara dosięgła nas, rodziców?... za co? A pan Maciej mówił dalej po chwilowej 
ciszy: — Nieszczęsną jest nasza rodzina, fatum nad nią wisi. Wieczne łzy! 
wieczne łzy! I to dziecko, zabite przez nas — nowa ofiara Michorowskich! Nic nie 
pomogło, że Waldemar zwalczył wszelkie przeszkody, żeśmy ją pokochali już jak 
córkę. Nic nie pomogło! Wszystko to tylko początkiem zemsty, jakby obliczone na 
to, by cios uczynić sroższym. W tym jest całe okrucieństwo odwetu! W dniu, w 
którym połączyć się mieli, dopełniła się zemsta! Starzec odetchnął głęboko. — 
Blade oczy obrócił na klomb kwiatowy, przed werandą i poruszał głową, jakby 
akcentując bezmiernie smutne słowa. — Oczekiwałem ich ślubu z upragnieniem, 
chciałem jak najprędzej ujrzeć wnuka szczęśliwym, jakim nigdy ja nie byłem. 
Wyobrażałem ich sobie zawsze w ślubnych strojach — tę parę tak piękną, stworzoną 
dla siebie. I zobaczyłem Stefcię w ślubnej sukni... widziałem ją w wieńcu z 
pomarańczowych kwiatów głębowickich, które miały ją zdobić przy ołtarzu. 
Widziałem ją w welonie, dziewiczą, śliczną — ale jak! ale jak!... I jego 
widziałem wśród tych kwiatów nieprzytomnego prawie. O! straszny obraz! poniosę 
go z sobą do grobu! Trzeba mieć całą moją przeszłość za sobą, całą niedolę 
życia, aby na kresie jego ujrzeć podobny obraz. Kara zasłużona, ale okrutna. To 
już nie kara, lecz piekielna zemsta! A potem... Po jej śmierci, jakim cudem ja 
wówczas nie padłem rażony na miejscu, kiedy w rękach jego ujrzałem broń 
morderczą? O! Chryste! Księżna rzuciła się na fotelu. — Co?... Co?... Waldemar 
chciał?... — Tak, chciał się zabić, miał w ręku rewolwer... odepchnął mię, gdym 
odbierał... Był dziki... straszny! Ale mu do nóg padłem, kolana mu całowałem... 
ja... jego dziad! bo mię rozpacz za duszę targnęła. Starzec zaszlochał. Księżna 
zaczęła także płakać. Na werandę wpełznął złowrogi cień. Brochwicz powstał i 
wyszedł aż na schody, bo mu krtań ścisnął spazm żalu. Czoło oparł o słup 
werandy. Pan Maciej mówił dale: — Rita wyrwała mu rewolwer, ale mierzył do 
siebie... kula chybiła... Bóg łaskaw! Rita zabrała mu broń... niech jej Bóg 
nagrodzi... ja byłem nieprzytomny. to tylko czułem, że nienasycona zemsta i jego 
chce mi zabrać. Błagałem, zakląłem go na pamięć zmarłej Stefci, na pamięć jego 
matki. Może duszyczka tej słodkiej dziewczyny dopomogła, bo zdołałem go 
poruszyć. Obiecał mi, ale co się z nim dzieje, widzicie sami. Najgorsze to, że 
nie może płakać. Szarpie się wewnętrznie. Ach, jak on cierpi! Czy widzieliście, 
jak on szedł za nią na pogrzebie? Podtrzymywał ją w głowach, róże z wieńców 
opadały mu na czoło. Ale jego twarz! jego oczy! Czy posąg z kamienia może być 
twardszy w wyrazie? czy śmierć sama może mieć więcej grozy?... Pan Maciej umilkł 
wyczerpany, po czym spytał cicho: — Kto ją niósł jeszcze oprócz niego? Młoda 
księżna odpowiedziała: — Pan Rudecki, grabia Brochwicz, Trestka i Wiluś Szeliga. 
— Ja widziałem tylko Waldemara. A na cmentarzu zdawał się kamienny, jednak sam 
zajrzał, czy grób wyłożony marmurem, jakby ten szczegół miał znaczenie 
najpierwsze. Dziwna jest jego boleść! TAk olbrzymio cierpi i drobiazgowo zabiega 
o wszystko, co się jej tyczy... jakby to robił na chłodno. Okropna była chwila, 
kiedy się z nią tak cicho żegnał. Rozdarła mi się dusza! A potem zamknięcie 
grobu... Ach, Boże! Czy to koniec zemsty?... czy koniec? Księżna Franciszkowa 
położyła rękę na ramieniu staruszka. — Proszę o tym nie mówić — szepnęła 
serdecznie — to straszne, to zanadto boli, to zanadto szarpie, proszę, niech się 
pan uspokoi. Pan Maciej miał skupione brwi, plcami tarł oczy. — Ja te obrazy mam 
tu... tu... w mózg mi się wryły... nie zapomnę! Starsza księżna spojrzała po 
wszystkich. — Gdzie jest Waldemar? — spytała cicho. — W swoim pokoju — rzekł 
lekarz. — Ale pójdę, zobaczę. Zaległo milczenie. Pan Maciej oddychał zmęczony 
długą mową. Wtem wrócił lekarz ze zmienionym wyrazem twarzy. — Nie ma ordynata w 
pokoju. Szukałem po całym domu. Nie ma nigdzie. Pan Maciej zerwał się 
przerażony. — Na Boga! co to znaczy?... gdzie on jest?... może w ogrodzie? Broń 
schowałem — rzekł cicho, jakby do siebie. Kilka osób zeszło z werandy do ogrodu, 
między nimi pan Maciej, oparty na ramieniu Brochwicza. Księżna została z panią 
Rudecką i księdzem. Modliła się cicho. Waldemar wchodził na górę cmentarną, 
oddaloną o wiorstę od dworu, za olszynką ruczajewską. Po drodze spotkał 
biegnącego Jurka. Chłopak miał rozwichrzoną czuprynę i zapuchnięte oczy. Cały 
zbryzgany był błotem: widocznie znowu nurzał się w stawie po nenufary dla 
Stefci. Przebiegając spojrzał na ordynata spod czerwonych powiek, trochę z 
ukosa, ale nie zatrzymał się. Cenił on i szanował ból Waldemara, nie mógł mu 
jednak darować śmierci siostry. Nie mogąc dawniej zrozumieć dokładnie, co to 
jest arystokracja, teraz był mniemania, że ją odgadł. Jurek w dziecinnej swej 
wyobraźni arystokrację miał za siedmiogłowego smoka siedzącego na górze 
głębowickiej, bo tylko ten zamek znał szczegółowo z opowiadań i fotografii. 
Zaczął na równi ze swym nauczycielem nienawidzieć arystokratów. Z osób będących 
na pogrzebie znosił jedynie ordynata i Brochwicza, zresztą od wszystkich, nawet 
od Luci i księżniczek, uciekał jak najdalej. Teraz minął ordynata bez słowa. Ten 
drgnął, ujrzawszy go przed sobą. Rysy chłopca przypominały Stefcię, nawet 
delikatne złoto z załomów jego czuprynki było złotem z warkocza zmarłej. 
Waldemar unikał młodszego rodzeństwa Stefci, nie mógł na nie patrzeć spokojnie. 
Przed bramą cmentarną stała dorożka. Waldemar nie zwrócił na nią uwagi. Poszedł 
prędko uliczką, wysadzoną brzozami, i skierował się na prawo, gdzie wśród kępy 
brzóz jasnozielonych bielił się wzgórek pokryty świeżymi kwiatami. Wieńce, 
girlandy, pęki białych róż, lilii, gwoździków, całe snopy konwalii piętrzyły 
się, przetykane wstęgami. Na samym przodzie leżał olbrzymi wieniec z palm, róż i 
lilii, artystycznie uwity, z napisem na szerokiej białej szarfie: "Od twego 
Waldemara". I na brzozach wisiały wieńce. Z nich jeden bardzo piękny, 
naśladujący białe orchidee, pochodził od hrabiny Wizembergowej. Miał krótki 
napis na błękitnej wstędze: "Śnij spokojnie". Wzgórek kwiatowy otaczały drzewa 
egzotyczne w wazonach: cyprysy, cedry i wspaniałe mirty oraz parę rozłożystych 
palm. Słońce zdobiło kwiaty siatką jaskrawych blasków, sypało iskierki na 
metalowe wieńce, ślizgało się po szarfach z napisami. Waldemar utkwił oczy w 
biały wzgórek. Szedł prędko. Nagle zatrzymał się. Ujrzał jakąś męską postać 
klęczącą przy grobie. Ordynat chwilę stał, po czym znowu poszedł naprzód. 
Wówczas nieznajomy odwrócił głowę i podniósł się. Był to Narnicki, kuzyn Stefci. 
Zmierzyli się wzrokiem. Michorowski był blady, Narnicki poruszony. Patrzał 
badawczo na ordynata z odcieniem surowości. Ale w jego oczach i twarzy ujrzał 
taką przepaść rozpaczy, tak bezgraniczny ból, że w jednej chwili uczuł sympatię 
dla tego magnata, którego jeszcze przed chwilą uważał za tyrana Stefci. 
Wzruszony rzekł z ukłonem: — Zapewne... pan ordynat? Jestem Narnicki... jej 
kuzyn i... Nie mógł dokończyć z wrażenia. Michorowski prędko z jakimś kurczem 
nerwowym w twarzy podał mu rękę i mijając go podszedł do grobu. Narnicki, silnie 
poruszony, zawrócił do bramy, ale potem cofnął się na brzeg cmentarza i oparty o 
mur, schowany w gąszczach świerkowych, patrzał z daleka na ordynata. Waldemar, 
stojąc przy grobie, rozejrzał się dokoła, a widząc, że jest zupełnie sam, ukląkł 
i zanurzył twarz w kwiatach. Narnicki prawie nie oddychał: patrzał na zgarbioną 
postać narzeczonego Stefci, na jego pochyloną nisko głowę, na zgnębienie 
widoczne nawet z ruchu i w duszy czynił sobie gorzkie wyrzuty: — Ja go 
posądzałem... ja go robiłem odpowiedzialnym za jej śmierć... a on ją tak bardzo 
kochał. Jaki zmieniony... Czy to ten sam człowiek? Narnicki przypomniał sobie 
fotografie ordynata, w Głębowiczach zdejmowane, które mu kiedyś pokazywała 
Stefcia. — Czy to ten sam człowiek? — myślał teraz. I śmierć Stefci wydała mu 
się jeszcze straszniejszą. Waldemar klęczał i zapomniał o świecie całym, utonął 
w tym grobie. Oczyma, pragnieniem duszy i serca przebijał zaporę dzielącą go od 
niej. Rozdzierał powódź kwiatową i płytę z marmuru, i biały marmur sklepienia 
grobowego. Siłą rozpaczy wkuwał się w srebro i szkło, w jakim ją złożono, i 
widział swoją Stefcię taką białą, jasną! I żalił się przed nią w duszy, i 
wymawiał, że odeszła, i tulił ją do serca, i wyrywał spod tych kwiatów. Ile on 
marzeń najdroższych złożył w ten wzgórek pachnący, ile porywów młodości, jaką 
potęgę, bezmiar uczucia! Życie swe całe miał tam pod kwiatami, cały dogmat swych 
marzeń z przeszłości, odnaleziony cudem, i całą słodycz niedoścignionych dni. 
Pozostały mu miliony, tytuł, stanowisko, lecz to, co już teraz cenił najwięcej, 
jego skarb, zabrano mu, sam go przykrył tą masą róż. Czuł, że Stefcia jest dla 
niego stracona, że odleciała na skrzydłach anielskich, że już jej nie zobaczy, 
nie usłyszy jej głosu, chyba w imaginacji. I rozpacz nim targała, nadludzki, 
wściekły żal, okrutny, rwący. Jego ubóstwiana Stefcia pozostanie tu, a on 
odjedzie do Głębowicz samotny, z pustką w duszy, z wielką mogiłą w sercu i z 
przekleństwem na ustach. Z przekleństwem na tych, co ją zabili — na jej katów, 
na jej morderców! I gdybyż wiedział, czy ona jest szczęśliwą w życiu zaziemskim! 
Gdybyż miał pewność, że dusza jej w aureoli świetlnej znalazła to wszystko, czym 
on ją chciał otoczyć, ale w stopniu potężniejszym, boskim! Gdybyż miał pewność, 
że jak jej ciało on owinął w kwiaty, tak duszę jej tam, w mistycznych sferach, 
otoczą jasne duchy wieńcem promieni szczęścia, spokoju, bezmiernego uroku! 
Gdybyż mógł nabyć głębokiej ufności swej babki, która wierzyła, że duszyczka 
Stefci śpiewa i raduje się u stóp Boga! A jeśli następstwem śmierci jest zanik 
zupełny? Jeśli dusza błąka się gdzieś w ciemnościach pozaświatowego bytu, bez 
ostoi, bez spoczynku? To by było straszne! Taka istota, jak jego słodka Stefcia, 
miałaby zginąć w otchłaniach nicości? Nie otaczałby ją świetlisty krąg w 
nagrodę, że tak wcześnie opuściła świat, że wiosnę życia pożegnała tak 
bezwzględnie. Któż zasłużył więcej na jaśń wiekuistą, jeśli nie taka przeczysta 
duszyczka, zmarła z miłością w sercu, w przeddzień upragnionej szczęśliwości 
ziemskiej. Czyż taka może zniknąć bez śladu jak gołąb zabity? Czyż nie zmieni 
się od razu w anioła? Czyż jej wiara i czystość dziewicza nie starczą na biel 
piór, strojących niebieskie zastępy? Och! ta niezgłębiona potęga śmierci! Ile w 
niej wątpliwości? Gdybyż Stefcia mogła zejść do niego z tych bezdennych pomroków 
niebytu, gdybyż powiedziała, gdzie ją śmierć przeniosła, gdzie duch jej przebywa 
i czy szczęście obecne przewyższa ziemskie. Gdyby on wiedział, może by rozpacz 
jego nie miała tych obaw straszliwych. Cóż mu pozostało w życiu bez niej? Chyba 
to, żeby samobójstwem nie popełnić mordu na żyjącym jeszcze dziadku. Zabrano mu 
broń, strzeżono go, ale czy jedynym zakończeniem dla niego nie byłoby połączenie 
się z ukochanym jej duchem, aby miała go przy sobie zawsze, i jeśli jej tam 
ciemno, aby nie czuła pustki, tęsknoty za życiem na ziemi... Waldemar z jękiem 
silniej zacisnął dłonie na skroniach. Żal łamał w nim wszystkie uczucia. — 
Gdybyż wiedzieć, gdzie ona jest i jak jej jest?... Cóż znaczy moja nauka? — 
myślał obłędnie — moja inteligencja, kiedy nie mogę zbadać, czy ona szczęśliwa i 
czy jej byt jaśniejszy niż na ziemi. Cóż znaczą filozofowie, mistycy, kiedy 
pojęcie śmierci zamyka dla nich księgę nauki? kiedy, badając wnętrze 
wszechrzeczy, nie mogą zbadać wszechistnienia pozagrobowego? kiedy, znając 
wszelkie odkrycia, wszelkie gościńce prawdy, nie mogą odnaleźć jednej drogi, 
jaka prowadzi poza mogiłę? Istnieje taka droga — jest nią religia. Ale trzeba w 
nią wierzyć bezwzględnie, aby rozupacz nie wprowadziła do serca złośliwego 
demona ironii. Bo nawet przy wierze budzi się pytanie: Dlaczego śmierć wybiera 
na swe ofiary takie jak Stefcia? dlaczego podcina swą kosą takie kwiaty młode, 
cudne — takie jasne dusze? Dlaczego? dlaczego? Ona ze skarbami w sercu wchodziła 
w życie i niosłaby mu dary wielkie. Opromieniałaby sobą troskę życia innych, 
stałaby się dobrodziejstwem, błogosławionym duchem dla wielu. Czy za dobrą, 
zanadto niepokalaną, za czystą była dla niego, że mu nie pozwolono dosięgnąć z 
nią szczęścia? Więc czemuż ją poznał? czemu go pokochała? Ona posiadała zasoby 
życia i kochała życie niby kwiat rozwinięty w jasności maju, który woń swą i 
blask oddaje światu i nie chce ginąć. Czyż nie znalazłaby spokoju w małżeństwie 
z ukochanym człowiekiem? Ależ on by ją czcił jak bóstwo! Ogrom bólu i zagadnień 
mącił mózg Waldemara, rozdzierał w nim krwawiące rany, niweczył całą jego istotę 
duchową. Były chwile, że błąkał się w grozie swego nieszczęścia, nie mogąc 
dokładnie pojąć, jaki cios spadł na niego. Jego żelazny umysł, jego szalona 
energia i wola stworzyły teraz przepaścistą zawieję burz najróżnorodniejszych, 
zawieję gęstej mgły i odnaleźć się nie mogły. I on sam nie potrafił siebie 
odszukać w gmatwaninie uczuć, zmąconych do dna duszy. Cierpiał jak człowiek 
miłujący życie, który w wiosenny poranek pełen barw i blasków, pełen śpiewów i 
szumów rozkosznych, nagle oślepnie i ogłuchnie. Cierpiał czując dotykalnie swój 
ból, czując, jak mu się sączył w krew, jak włamywał w mózg z siłą zawrotną. 
Ustami, na których głęboki żal wypisał swe zgłoski, szeptał imię zmarłej, 
mordując się podwójnie brzmieniem tego słowa. — Stefcia... Stefcia... jasna 
moja... moja... gdzie ty?... co z tobą?... I doznał wizji: ona stanęła przy nim, 
śliczna, wiotka, i patrzy na niego ciemnym fioletem swych oczu, jej rzęsy 
mrugają tak ładnie na jasnym owalu twarzy, okolonym jedwabną masą włosów. 
Zapatrzony w wizję, widział Stefcię jak żywą pod rozkwitłą czeremchą, wołał na 
nią rozszalałym wyciem serca. A ona uśmiecha się do niego i mówi z dziecinnym 
grymasem kalinowych ust: — Tak mię pan zasypuje kwiatami... Waldemar zatrząsł 
się, podniósł głowę. Wizja uleciała. Zobaczył tylko mnóstwo białych kwiatów — 
sploty, wieńce, wiązanki, morze białe, wonne, ozłocone słońcem. — Zasypałem cię 
kwiatami! zasypałem! — jęknął z przejmującą tragedią w głosie. Załamał namiętnym 
bólem ręce nad głową. W oczach po raz pierwszy od czasu swego nieszczęścia 
poczuł wilgoć, zakłuło go w źrenicach, łkanie zaczęło mu rozrywać piersi. Upadł 
na kwiaty, schował twarz w dłoniach i płacz wielki, pierwszy, silny jak lawina, 
wstrząsnął jego męską postacią. Szarpał nim dziki skowyt niedoli. Jeśli go teraz 
słyszała jasna duszyczka Stefci, musiała i sama zapłakać, i spłynąć mu na głowę 
nieziemskim tchnieniem ukojenia. W bramę cmentarza wszedł przelękły pan Maciej, 
prowadzony przez Rudeckiego i Brochwicza, z panną Ritą i Trestką. Byli już 
niedaleko grobu Stefci, już dojrzeli Waldemara, gdy nagle cicho podsunął się do 
nich Narnicki. Ręką dał im znak, aby nie szli dalej, i szepnął: — Zostawcie go 
samego, zostawcie! On... zapłakał. Pan Maciej złożył ręce jak do modlitwy. 
Wszyscy bez szelestu cofnęli się w uliczkę ocienioną bujnymi kędziorami brzóz. 
XXXII W Głębowiczach, w dzień pogrzebu Stefci, miejscowy proboszcz odprawił 
uroczyste nabożeństwo żałobne i zaprosił całe obywatelstwo okoliczne. Zjazd był 
wielki. Wszyscy czuli się wstrząśnięci strasznym wypadkiem. Administracja z 
Głębowicz, ze Słodkowic i folwarków ściśle wypełniła kościół. Urzędnicy 
fabryczni na czele tłumów robotniczych, służba folwarczna z ekonomami, sztab 
ogrodników, mnóstwo mniejszej służby, wszyscy dożywotnicy majątkowi oblegali 
kościół ciemnym, ruchomym wałem. Zastępy straży leśnej z nadleśnymi stawiły się 
w komplecie. Czterech młodszych służyło do mszy. Silne wrażenie na obecnych 
zrobiło wejście do kościoła całej służby zamkowej z marszałkiem dworu, 
stajennych ze stangretami i koniuszym. Wszyscy w żałobie. Cicho, poważnie, z 
lekkim chrzęstem broni weszły szeregi strzelców zwierzynieckich, niby gwardia 
zamkowa, przyboczna świta ordynata. Poubierani w żałobne uniformy, czarne ze 
srebrem, z krepą na rękawach, mieli w swych twarzach smutek i żal. Prowadził ich 
łowczy Urbański. Brakowało tylko olbrzymiego Jura, ale ten pozostał w 
Ruczajewie. Cały oddział, idąc wolno, otoczył kołem ustawiony w środku nawy 
jarzący mnóstwem świateł, zarzucony kwiatami katafalk. Łzy błysnęły w ich 
oczach. Strzelcy zwierzynieccy pierwsi mieli witać ordynata z żoną na dworcu 
kolejowym i stamtąd eskortować ich galowy powóz aż do zamku. Więc żal 
niesłychany ogarnął tych ludzi, żal za zmarłą Stefcią, żal z powodu 
nieszczęścia, jakie spotkało ukochanego ich pana. A książę Franciszek 
Podhorecki, patrząc ze stalli ordynackiej na ponure twarze strzelców, całej 
służby, starych kamerdynerów i wyższej administracji, myślał z goryczą w duszy: 
— I ja miałem kiedyś takie zastępy, tylko nie miałem u nich tego, co posiada 
ordynat — ich miłości. Dzwony na wieży biły jakoś jękliwie, z bezmierną 
tęsknotą, gdy do nawy kościelnej weszła parami szkoła głębowicka z nauczycielem 
i ochrona z przełożoną. Dzieci ustawiono po bokach katafalku, pomiędzy szeregami 
strzelców i straży ogniowej. Zapłakane oczy dziecięce, mrugające od obfitości 
światła, patrzały uparcie w górę pomiędzy palmy i kwiaty, bo im się zdawało, że 
tam jest ta śliczna i dobra pani, którą dzieci dobrze pamiętały. Wrażenie w 
kościele dosięgło szczytu, gdy podczas Ofiarowania orkiestra zamkowa zagrała na 
chórze żałobnego marsza Chopina. Głębokie, drażniące potęgą tony rozsypały wśród 
zebranych mnóstwo kwilącego żałośnie ptactwa smutku. Żal, wzmocniony muzyką, 
przedarł się do serc obecnych. I płacz runął po kościele, szlochanie zmąciło 
powagę chwili. Tym, co Stefcię bliżej znali, służbie zamkowej, zgromadzonym 
dzieciom, łkanie dusiło piersi. Innym łzy spływały po twarzach. Nawet ludziom 
obcym zapiekło w źrenicach na widok tego szczerego objawu smutku. Ksiądz 
staruszek drżał przy ołtarzu. Gdy potem wśród ogólnego wzruszenia proboszcz w 
krótkich, lecz gorących słowach opowiedział nagły zgon narzeczonej ordynata w 
dniu, w którym złączyć się mieli — wszystkim zebranym słowa księdza zdały się 
jawnymi: że Stefcię, niby kwiat biały i niepokalany, zerwali Anieli, aby ustroić 
nim stopy przeczystej Dziewicy — tam w chorałach niebieskich. A w tym samym 
momencie w Ruczajewie, na górze, pod brzozami, ordynat, złamany nieszczęściem, 
żegnał na wieki najdroższe swe ukochanie na ziemi. XXXIII Mijały ciężkie, długie 
misiące. W Głębowiczach, w Słodkowcach i w Obronnem było niezwykle głucho. 
Szczególnie w rezydencji ordynata żałoba wyryła swe piętno. Błękitna chorągiew 
na baszcie zamkowej, zwinięta, sterczała smutno. Marszałek dworu kazał ją 
owiązać czarną wstęgą. Zamek wznosił się na górze, wielki, otoczony jak zawsze 
mnóstwem cudnych roślin i gustowną mozaiką kwiatów. Lecz nad tym wszystkim 
panował duch posępny. Ordynat w żałobie przesiadywał w Głębowiczach samotnie. 
Obawiano się o niego, że dostanie melancholii, gdyż skupiona powaga i surowość 
nie opuszczały go teraz. Krótko i stanowczo oparł się wszelkim naleganiom o 
wyjazd za granicę, nie bywał nigdzie i nikogo prócz najbliższych nie przyjmował 
u siebie. Czasem odwiedził znękanego dziadka w Słodkowcach lub księżnę w 
Obronnem. I oni zaglądali do Głębowicz, ale na myśl, ile tu mogło być szczęścia, 
a ile pozostało smutku, uciekali rozżaleni. Może najczęściej widywał ordynat u 
siebie hrabiostwo Trestków. Ona umiała zastosować się do niego powagą, a Trestka 
stosował wszystko do żony. Cała służba głębowicka i strzelcy zwierzynieccy 
przepisaną mieli żałobę na pół roku — taką samą, jak przed kilkunastu laty, po 
śmierci ordynatowej Elżbiety. Świetne liberie, uniformy pochowano. Zamek 
wyglądał, jakby nań padła nocna pomroka. W administracji wszystkich dóbr nie 
odbywały się zabawy, nawet po terminie żałoby. Każdy chciał uszanować boleść 
ordynata; panowie praktykanci chodzili osowiali, patrząc na zwierzchnika ze 
współczuciem i niebywałą trwogą, bo stał się teraz zamknięty w sobie i zimny. 
Waldemar przesiadywał często w pracowni sławnego rzeźbiarza, Polaka, którego 
zaprosił do Głębowicz z Rzymu. Powierzył mu wykonanie pomnika dla Stefci, 
własnego pomysłu i rysunku. Artysta, dawny znajomy ordynata, starał się 
zadowolić go, zrozumiał, że praca w Głębowiczach opłaci mu się bardzo sowicie. 
Postanowił wyzyskać swój talent. Waldemarowi rwała nerwy każda bytność w 
pracowni, lecz nie oszczędzał się. Wchodził tam najczęściej w nocy lub w czasie 
nieobecności rzeźbiarza i z natężeniem patrzał na postępujące dzieło. Wracając, 
odczuwał taki ogrom tęsknoty i nędzy, jakby jego mózg zmienił się w bryłę 
marmuru, którą miał przykryć Stefcię. W Ruczajewie ordynat bywał często, prawie 
zawsze incognito. Przyjeżdżał dorożką, z ładunkiem kwiatów, prosto na cmentarz. 
Przebywał na grobie narzeczonej kilka godzin, ponuro zamyślony, wpity oczyma w 
mogiłę, i odjeżdżał na kolej z żalem na nowo pogłębionym. Jedynym śladem jego 
bytności pozostawały świeże kwiaty, piętrzące się wśród brzóz, i rozpromieniona 
dużym datkiem fizjonomia cmentarnego stróża. Do państwa Rudeckich ordynat 
wstąpił zaledwo parę razy, i to na krótko. Zbyt bolesne wspomnienia łączyły ich. 
Spotykanie się podwajało ich ból. W Głębowiczach Waldemar odwiedzał kaplicę 
zamkową, rozpamiętywając z goryczą ostatnią bytność w niej Stefci, rozmowę z nią 
i jej przestrach, gdy nadmienił o zwycięstwie swych pragnień życiowych. Byłożby 
to u niej przeczucie, że kir zaćmi ich szczęście? Czy też zapamiętała własne 
prorocze słowa, wypowiedziane w korytarzu z obrazem świętej Magdaleny? I oto 
spełniło się! Z walki życiowej wyszedł z połamanymi skrzydłami i w kajdanach 
ciężkiej żałoby po niej. Zgniotła go siła, jakiej się nie spodziewał i zwalczyć 
nie mógł. W rocznicę zgonu Stefci cała rodzina ojrdynata zjechała na poświęcenie 
pomnika do Ruczajewa. Dotychczasową płytę białą marmurową, z wyrytym napisem, 
umieszczono w kościele ruczajewskim. Na grobie stanął pomnik także z białego 
marmuru i tak piękny, że mógł ozdabiać słynne Campo_Santo w Genui. Wysoki, 
strzelisty, przedstawiał skałę na czworokątnym wzniesieniu. Z lewej strony, 
wśród artystycznie rzeźbionych lilii, równolegle ze skałą, ale wyższa, stała 
smukła postać młodziutkiej dziewczyny w powiewnej szacie, opływającej ją w 
malowniczych fałdach. Postać miała wzrost, bujne włosy i klasyczne rysy Stefci, 
tak dobrze oddane, że zdawały się być robione z natury. POdobieństwo rysów 
owiewał wyraz przede wszystkim duchowy. Lewą rękę, wyłaniającą się ładnie z 
szerokiego rękawa, miała spuszczoną, z palców opadał wianek z gałązek cierni, 
jakby odrzucony. Głowę odwróciła nieco na prawo, oczy były utkwione w 
skrzydlatego anioła. Zaczepiony stopą o skałę, sfruwał jakby wprost z niebios z 
rozpostartymi skrzydłami i szatą sfalowaną wirem lotu. Śliczną młodzieńczą twarz 
ozdabiały bujne loki. I w tym szumiącym złocie, zgrabnie pochylony, wieńczył 
trzymaną w obu rękach koroną z lauru głowę wpatrzonej w niego uśmiechniętej 
dziewczyny. Cała postać anioła zdawała się szumieć, rozwiane pióra chrzęściały, 
czuło się ich powiew. Postać dziewczyny, dziwnie delikatna i wdzięczna w ruchu, 
posiadała w sobie tyle nieziemskiego ideału, że się czekało, kiedy oderwie stopy 
od marmuru i jak duch popłynie w błękity. Pomnik robił wrażenie nadzwyczaj 
lekkie, jakby wycięty z opłatka. Niżej, na odłamie skały, widniał gładki 
szlifowany krzyż i owalna tarcza z nałożonymi wypukło literami. Pod imieniem i 
nazwiskiem oraz datą urodzenia i śmierci następował napis: "W pierwszej wiośnie 
życia zgasła jak jutrzenka...@ Jak biały motyl, wplątany w ciernie.@ Pozostawiła 
po sobie łzy.@ I w sercu narzeczonego niezgłębioną chmurę.@ Bo była jego 
szczęściem...@ Wieńczcie ją, anieli.@" Pomnik otaczał olbrzymi wieniec 
kwitnących sztamowych róż w wazonach, stopniowo od wyższych do niskopiennych. Te 
wiły się już na ziemi, oplątując żelazną, artystycznie rzeźbioną kratę, dosyć 
niską. Na czterech rogach żelazne słupki zakończały płaskie talerze cyzelowane, 
z okręgłymi lampami wewnątrz w kształcie kul z rżniętego kryształu, oplecione 
ukośnie oksydowanym drutem. Na balustradzie wisiały metalowe wieńce 
zeszłoroczne, już trochę zniszczone, ale przybyło kilka nowych od ordynata i 
jego rodziny. Dalej poza kratą grupowały się w wazonach wielkie drzewa tui, 
cyprysów i cedrów, w otoczeniu swojskich brzóz, smukłych, jak przed rokiem 
ustrojonych w jasnozielone zwoje listków. Odsłonięcie i poświęcenie pomnika 
odbyło się przed wieczorem i sama natura upiększyła uroczystą chwilę. Czerwcowe 
słońce, olbrzymią kulą spadając na dół, rozlało swe purpurowe farby jaskrawym 
oceanem. Zapaliło się niebo, zbałwanione fale czerwieni szły dalej i dalej, 
niosąc blachy rubinowego złota, dziergając przepyszną frędzlą pąsowo_złocistą 
brzegi ciemnych obłoczków. Drobne chmurki szaroperłowe nasiąkły czerwonym 
proszkiem, zwisając ciężko, niby gąbki nabrane krwią. Różowe pyły sypały się 
obficie na ziemię. Skłon nieba nurzał się we krwi, poprzerzynany brzemiennymi 
obłokami. Im więcej w górę, tym silniej panoszyło się złoto, spychając rubiny do 
wspaniałego tronu króla, na ukraszenie jego majestatu. Słońce gorzało, jak 
palący się balon, na niezmiernych przestrzeniach wieczornych zórz. Rozwielmożnił 
się gmach zachodu i pędził naprzód świetlne rakiety, i rozpinał ogniste namioty 
na niebie coraz wyżej, dalej i szerzej. I oddychał płomieniem, i ciskał gorący 
wzrok na biały pomnik Stefci, i bogato stroił delikatną, z marmuru wycieniowaną 
twarz jej, i złotą opaskę kładł na bujne loki anioła. Na tle karmazynowych 
aksamitów, złotolitych opon, rozpiętych na niebie, smukły, wysubtelniony w 
koronkę biały marmur uwypuklał się z plastyką niesłychaną a piękną, niby 
mistyczny jakiś kwiat śnieżny o fantazyjnym kielichu na łunie pożaru. Cyprysy 
poczerniały, tuje, cedry przeświecały lekko różowością. Zachód igrał na 
kryształach lamp zdobiących pomnik, rozpalając wewnątrz tysiące ogników. Brzozy 
stały się seledynowe, a prześwietlone królewskim rumieńcem były jak trzęsienia, 
kity z chryzolitów umaczane w karminie, zanurzone w nim. Białe pnie drzew 
odcinały się jak słupy z alabastru. Świat stał zalany potopem i morzem 
czerwonym. W końcu i marmur, i pnie brzóz zabarwiły się lekko tym zaraźliwym 
kolorytem niebios. Postacie dziewicy i anioła i fantazyjne lilie, i świeże 
kwiaty, żelazna krata, drzewa, pluszowe trawy otaczające pomnik, wszystko 
zabarwiło się ślicznym różem i piło róż z chciwością. Pomnik zawisł, zda się w 
powietrzu, płynął w górę na drogocennych gobelinach zachodu. Waldemar oddalony 
od zebranych osób, również nasiąkły różowością, patrzał na rzeźbę wysoką, 
skrzydlatą, z uczuciem człowieka, który zerwał bandaże z głębokiej rany. Pomnik 
sprawił wielkie wrażenie na wszystkich. Pan Maciej długo patrzał na lekkie 
postacie anioła i ślicznej dziewczyny, aż parę grubych łez spłynęło mu z oczu. 
Rzekł ze smutkiem w głosie: — Pozostała nam jak żywa, ale już tylko w marmurze. 
Waldemar usłyszał, wzrokiem zajrzał mówiącemu w głąb duszy. — Tylko?... — spytał 
przejmującym szeptem. Pan Maciej spuścił głowę. — Szkoda, że ta rzeźba nie jest 
bliżej nas — zauważyła księżna, wpatrzona w pomnik, ukoronowany zachodem słońca. 
Waldemar odrzekł głucho: — I wśród nas ona będzie jak żywa i w całej postaci. 
Spojrzeli na niego nie rozumiejąc. Waldemar odprowadził w głąb cmentarza starego 
plebana ruczajewskiego i wręczył mu duże safianowe pudełko. Mieściły się w nim 
perły ofiarowane Stefci w Głębowiczach. Oddał mu je Rudecki. — Proszę to 
zawiesić jako wotum na ołtarzu w tutejszym kościele — rzekł ściskając rękę 
księdza. Staruszek odrzekł serdecznie: — Dobrze, zawieszę te perły na ołtarzu, 
przy którym ją zawsze komunikowałem. Waldemar ze ściśniętym sercem prędko 
odszedł. XXXIV Po powrocie do Głębowicz odbyła się uroczystość założenia 
fundamentów pod szpital i ochronę imienia Stefani — w Słodkowcach. Okolica 
patrzała na to z niemym podziwem. W parę dni potem w zamku głębowickim zawrzał 
ruch niepowszedni, rozbijano jakąś pakę, po czym kilku służących i olbrzymi Jur 
nieśli po schodach wielki przedmiot okryty pąsową makatą. Ordynat szedł naprzód 
i otworzył salę portretową. Zdjęto aksamitną zasłonę z prawej strony od portretu 
Gabrieli Michorowskiej. Wyjrzała dębowa ściana, co niegdyś tak niemile dotknęła 
Waldemara swą pustką. Zaczęło się stukanie, huk młotów rozbrzmiał echem po sali. 
Wstrząsnęły się portrety. Antenaci Michorowskich zadrżeli w swych ramach. 
Zbudzili się! Surową stalą martwych oczu spoglądali na niezwykły widok. 
Krzątanina lokajów, huk młotów stolarskich i sztywna postać młodego ordynata, 
który wydawał suchym głosem rozkazy, przeraziły portrety. Duży przedmiot, 
pokryty makatą, zastanawiał je. Szmer poszedł po sali — szmer cichy a groźny, 
niby pomruk zbudzonych magnatów w odwiecznym przybytku ich pośmiertnej chwały. — 
Przybył do nas ktoś nowy! — szła wieść, podawali ją sobie od ramy do ramy. — Ale 
kto? Pytanie zawisło nad portretami dawnych ordynatów głębowickich, dawnych 
wojewodów i hetmanów. A huk rozlegał się ostro, młoty waliły w dębowe ściany 
potężnie. Po szybach okien biegł lekki brzęk, dźwięczały brązy pająków. Nagle 
ucichjło. Głos ordynata zabrzmiał parę razy i duży wąski przedmiot zawisnął na 
ścianie, dotykając posadzki. Portrety oczekiwały w skupieniu. Ordynat ruchem 
ręki oddalił służbę. Zabrali narzędzia i wyszli cicho. Wówczas ordynat przetarł 
ręką czoło, blady, zmieniony. Rozejrzał się po sali ze zmarszczoną brwią, jakby 
nakazując coś, jakby wołają: — Patrzcie! Martwe oczy wszystkich portretów 
wpijały się w mroczną twarz prawnuka. Oczekiwaniem czegoś wielkiego dyszała 
sala, dyszały postacie w ramach. Ordynat zbliżyxł się do ściany, gwałtownym 
ruchem zerwał pąsową makatę, odrzucając ją daleko. Głuchy wybuch, krzyk idący z 
samego serca wypadł z jego piersi. Z rękoma przy skroniach przyklęknął przed 
portretem narzeczonej. Antenaci Micho9rowskich zadygotali. Szmer wśród nich 
wzmógł się: — Kto to?! Kto to?! Stefcia na portrecie była w kostiumie damy z 
czasów Dyrektoriatu, artystycznie odtworzoną, tym bardziej że tylko z 
fotografii. Malował ją jeden z najsławniejszych mistrzów sztuki malarskiej w 
kraju. Na tle ciemnych materii Stefcia stała w naturalnej wysokości. Wdzięczny 
jej ruch miał w sobie wyrazistość i harmonię. Bladoróżowa stylowa suknia 
posągowo stroiła jej smukłą postać. Na matowej gładkiej tkanienie wytwornie 
odbijała jedwabna szarfa. Krótki staniczek wycięty, obramowany gazą, lekko 
odsłaniał śliczne kontury ramion i szyi, ozdobionej perłami. POwódź 
ciemnozłoteych włosów, o połyskach soboli, spływała na kark i plecy, rozsypując 
się falisto na ramionach. Pęki różowych kamelii ozdabiały gors i włosy z boku 
głowy. Fantazyjny kapelusz czarny o dużych rondach i wielkie strusie pióra 
tworzyły wykwintne tło dla tej patrycjuszowskiej, szlachetnie pięknej twarzy. 
Jedną ręką w koronkowej mitynce Stefcia podtrzymywała długą falę sukni, z 
drugiej zwieszał się na pół rozłożony wachlarz z czarnych strusich piór. 
Odsłonięte delikatne palce były czysto arystokratyczne w konturach. Na czwartym 
palcu prawej dłoni błyszczał pierścionek z perłą uriańską. Spod miękkich fałd 
sukni wysuwał się brzeżek różowego pantofelka. Wyraz twarzy miała zamyślony, 
dziwnie uroczy. Usta pąsowe, złożone lekko, zdawały się coś szeptać. Wielkie 
gwiaździste oczy, lśniące fioletem, w ciemnej przepysznej oprawie, patrzały 
przed siebie marząco, lecz z iskrami wesołości, pełne życia. Zarysowane ładnie 
brwi, pOdgięte nieco w górę, i niesłychanie długie rzęsy drgały w swawolnym 
uśmiechu. Powaga, zamyślenie i ta jakaś dojrzałość duchowa, wyzierająca z głębin 
jej oczu, stanowiła zachwycający kontrast z młodą wesołością, widną z każdego 
ruchu postaci. Na jasnym czole, okolonym łagodnie lśniącą masą włosów, świeciła 
inteligencja. Subtelność natury przebijała się w rysach i w kątach drobnych ust. 
W zagięciu brwi znać bujność temperamentu. Słodyczą nęciły śliczne wargi tej 
dziewczyny i urok jej spojrzenia pociągał nieprzeparcie. I wiosna śpiewała w 
niej. Czar jakiś upajający i prostota, i szczerość dziecięca. A zarazem tyle 
było w niej szlachetnej dumy, tyle klasycznej pańskości, takie bogactwo 
uduchowienia w połączeniu z gorącą krwią. Postać Stefci, wystylizowana 
genialnie, z wielką siłą i techniką wykonania, była ponadto wybornie odczutą. 
Artysta znał Stefcię z Warszawy: szkicował jej portret w zaręczynowej sukni. 
Interesowała go wykwintna postać dziewczyny, w tece swej posiadał kilka rysunków 
jej głowy, zrobionych naprędce. To mu ułatwiało wzorowe odtworzenie dosyć 
trudnego w charakterze wyrazu i stylu jej wewnętrznej istoty. Stefcia stała na 
portrecie wypukło odcieniowana, ze śmiałością linii i niezwykłą swobodą. Stefcia 
żyła. Jej jasna postać, rzucając na salę niby podmuch zorzy porannej, odbijała 
rażąco od surowej w tonie Gabrieli de Bourbon. Rozświetlała salę, jak ukwiecona 
gałąź białej akacji rozświetla zmurszałe modrzewie. Przodkowie Michorowskich 
zdumieli się. — Kto to?... kto to?... — snuły się szmery. Martwe oczy portretów 
patrzyły na cudną postać dziewczyny i na brzeg płótna, blisko szerokiej ramy 
rzeźbionej z mahoniu z brązowym okuciem. Tam widniał napis: "ŚP. Stefania 
Rudecka, narzeczona Waldemara Michorowskiego 12 ordynata Głębowicz. Zgasła 
przedwcześnie, zatruta fanatyzmem pewnych członków jego sfery. Żyć będzie wśród 
niej wiecznie." Zgroza wiała z tych słów pełnych tragizmu. Portrety wstrząsnęły 
się. Dreszcz wstydu za żyjące pokolenia przeleciał po nich. Znieruchomiały w 
swej martwocie. Ordynat wstał, wyprostował się, cofnął i długo patrzał na 
Stefcię zmatowionym wzrokiem. Po czym zawołał głośno: — Pozostaniesz wśród nas 
wiecznie! Odpowiedziało mu głuche milczenie. Waldemar usiadł ciężko na kanapce. 
Bezbrzeżnie smutny wzrok utkwił w różowej Stefci, rozbierając każdy szczegół 
osobno. Spoglądał i na swą rękę: błyszczały na niej obok siebie razem dwa 
pierścionki zaręczynowe — uriańska perła Stefci i wielki brylant Michorowskich. 
W zamku panowała głucha, tragiczna cisza, jakby ostatnie zamarło w nim 
szczęście. 
Koniec