Helena Mniszek
Gehenna czyli dzieje nieszczęśliwej miłości
Część pierwsza I Na szynach 
Szeroka łąka i poręba wśród gęstych lasów wołyńskich nurzała się w czerwieni 
zachodzącego słońca. Okrywała ją bujna, wszechpotężna fala roślin, traw i 
cudownego kwiecia. Pomiędzy pniami ściętych drzew, poziomki rumieniły się gęsto; 
duże ich jagody przejrzały, zwisły ciężkie z wątłych szypułek, sokiem, zda się, 
kapiąc na trawy. Przyroda burzyła się tu namiętną mocą tworzenia. Jej oddech 
gorący odczuwa się wszędzie: w prądach powietrza, które rozszerza ciała roślin, 
nadając im kształty niesłychane i wschodnie przepyszne barwy, w ziemi czarnej i 
lśniącej, która okrywa się miliardami tworzyw roślinnych, pięknych jak z bajki, 
karmiąc je piersiami nabranymi żyzną słodyczą i wonią. Ziemia tu kwitnie, 
pachnie, poczynając w swym łonie coraz nowe twory. Czuć niemal bulgotanie soków 
w jej żyłach, szmer jej krwi wartkiej, wyrzucającej na powierzchnię ciała — cuda 
za cudami. Jest połowa czerwca. Kwitnienie przechodzi w egzaltację kwitnienia, w 
szał rozrostu, w potęgę czynu. Kwiaty, zioła, trawy, jagody, chwasty, wszystko 
pędzi do góry z zapałem i fantazją, plącząc się chaotycznie, tworząc nieprzebity 
zwał kolorowy, a tak świeży i nieruszony w swych urokach, jakby bór dziewiczy. W 
niektórych miejscach człowiek może się skryć zupełnie, a bieg zająca oznaczają 
tylko drżące czuby roślin. Kolczaste osty, bodziaki wołyńskie wystrzeliły ponad 
ten ocean kwiecia, niby latarnie morskie lub bocianie gniazda okrętów wśród 
wodnych roztoczy. Nad tym bogactwem ziemi świeciła krwawa ściana zachodu 
oślepiająco jaskrawa, w górę zaś nieba pocięta na lite pasy kradzione z tęczy. 
Przeważa seledyn i róż; ciemny fiolet pojedynczych pasm okala się złotą taśmą, 
dymek brunatny obłoków pełznie, zmienia cienie i niknie zagłuszony 
świetlistością. Wzdłuż całej łąki i poręby bieleje suchą, piaszczystą linią 
prosta droga traktu kolejowego. Błyszczące, ciemne linie szyn w zorzy zachodu 
wypukłe są, jak węże wyprostowane i pełznące obok siebie w dal. Po obu stronach 
traktu czerniały sągi drzewa, równo poukładane i przypominające szeregi niskich 
lepianek. Na jednym z sągów pod rosochatą płaczącą brzozą, której dwie potężne 
odnogi wyrastały jakby z jednego pnia, siedziała Handzia Tarłówna z ogromnym 
pękiem kwiatów na kolanach. Włosy jej zdobił wieniec z gorąco purpurowych maków, 
czarne warkocze lśniące jedwabiście opadały na ramiona. Dziewczynka była 
zdyszana ze zmęczenia, ale pomimo to, odpoczywając na drzewie, śpiewała 
półgłosem. W końcu zaczęła wołać. — Jasiu! Jasiu! Hop! Hoop! Trawy opodal 
rozchyliły się gwałtownie, wypadł z nich szczupły siedemnastoletni chłopak w 
bluzie szkolnej, od Handzi starszy o rok. Krzyczy jak opętany: — Nazbierałem 
całą czapkę poziomek! Mówię ci Andziu, pyszne! Chcesz? — Daj i chodź prędko, 
będziemy czekali na pociąg. — Ii! Nie warto, teraz pojedzie towarowy. — Właśnie 
na ten czekam. Wiesz dlaczego? Chłopak zdumiony szeroko otworzył oczy. — Cóż ty 
naprawdę? Zwariowałaś! — Wcale nie zwariowałam, a jak ty mogłeś? No, ja! Ja 
jestem mężczyzną, nie babą. — Ty mogłeś to zrobić to i ja zrobię, chociaż jestem 
dziewczyną. — Handziu! Bo powiem pannie Ewelinie. — Mów. — Jak mamę kocham, to 
powiem twemu ojczulkowi. — Ależ mów. Biegnij co tchu z tą wiadomością, ja 
tymczasem będę pod pociągiem. Czarne, wielkie, wilgotne oczy Andzi rozżarzyły 
się figlarnym ognikiem. — To dopiero będzie frajda. Hu_ha! Jaś zbladł z 
przerażenia. — Handziuniu! Moja miła, moja dobra, nie rób ty tego, ja się boję. 
Broń Boże stanie się co tobie, to i ja zginę. Twej krzywdy, zwłaszcza wywołanej 
przeze mnie, nie ścierpiałbym nigdy! Zabiłbym się od razu. — Nic mi nie będzie. 
Właśnie pokażę, że umiem być odważna jak prawdziwa Tarłówna. Zresztą pragnę 
zbadać, jakie to robi wrażenie. — To nie wrażenie, to tylko strach — upewniał 
Jaś głosem zbolałym. — Tobie coś powiedzieć, to zawsze taki koniec. Andziu, nie 
rób tego... Dziewczynka nie uważa na uwagi towarzysza. — Słuchaj, ale ja 
wolałabym położyć się pod pociąg pasażerski, cóż tam towarowy. — Jeszcze jej się 
czego zachciewa! Pod pasażerskim to nawet ja nie leżałem, tam lokomotywa jest 
zawsze nowej konstrukcji — może zaczepić, w towarowym maszyna toczy się wyżej 
nad ziemią. Ty, Handziu, masz wyraźnego fijołka. — Dobrze, dobrze! Czy masz swój 
szynel, muszę się nim przykryć. — Jest tu! Ale... Aniu, moja złocista, ja ciebie 
tak proszę, tak bardzo proszę, błagam cię!... Jaś składa ręce rozpaczliwie; ona 
tymczasem zaczyna nasłuchiwać. — Słyszysz? — pyta szeptem. — To grzmot huczy. — 
A jakże! Słuchaj dobrze, to dudnienie pociągu... idzie już. Oboje umilkli, 
wytężając słuch. Na twarzy dziewczynki wytrysnęły silne kolory, źrenice jej się 
rozszerzają, lekki dreszcz przebiega ciało. — Idzie na pewno. Chłopak załamał 
ręce. — Anulka, ja nie chcę, żebyś ty... Boże, mój Boże, co ja narobiłem! — 
Cicho bądź! O popatrz, widzisz... dym. Zęby jej lekko szczękają. — Handziu, jak 
ci serce bije — szepce gimnazjalista, sam przerażony do najwyższego stopnia. — 
Słyszysz? — Słyszę, bije jak młotem. — To z wrażenia. — Prędzej ze strachu. — 
Nie! Oboje zdyszani i bladzi patrzą uparcie na czarny kłąb dymu, który wśród 
ostatnich już ognisk zachodu wygląda niby potworny gad, rozkręcający swe macki. 
Zmrok osiadł na torach, zmrok gęsty, leniwy, przesiąknięty lekką różowością. 
Szyny traciły nieskazitelne linie, zasnuwają się mrokiem. Niebo poczerniało, 
został już jedyny wypukły wał purpury okopconej zmrokiem, oddzielający horyzont. 
Aż oto z tych ostatnich płomieni oderwały się dwa ognie okrągłe, czerwone i 
pędzą naprzód nieco nad ziemią w równej od siebie odległości. Poprzedza je 
głuchy turkot rozpędzonych kół i znamienny grzechot toczącej się masy. Nad nimi 
bucha czarnym kominem dym, przetkany iskrami złota. — Widzisz latarnie — zbliża 
się już — szepce Andzia drżącymi wargami. Jaś milczy, oddycha szybko i wczepia 
się konwulsyjnie palcami w ramiona towarzyszki. Ona zaś walczy z sobą. Zmaga się 
w niej stanowcze postanowienie z nagle obudzonym strachem. Dwie latarnie 
parowozu coraz bliższe i bliższe, niosą do niej okropny lęk. Jakiś kosmaty 
potwór chwyta ją za piersi. — Nie, nie pójdę — słyszy wyraźny szept w 
struchlałej duszy. — Więc się boisz? Jesteś tchórzem! — drwi znowu inny głos. — 
Nie! nie! — zawołała głośno i nagle szarpnęła się. Jaś pociągnął jej ramiona z 
okrzykiem: — Nie pójdziesz! Zaraz przeleci. O! Jak gna. Nie pójdziesz za nic! 
Nie puszczę! Tarłówna wydarła się gwałtownie z rąk chłopca, chwyciła palto i 
zeskoczywszy na ziemię w kilku susach znalazła się na szynach. Za sobą słyszy 
przeraźliwy wrzask Jasia, nie jest w stanie opanować rozdygotane szczęki. 
Orientuje się momentalnie co do tożsamości toru, prędko owinęła szynelem całą 
swą postać razem z głową i rzucając spojrzenie przed siebie, padła piersiami na 
nasyp, wyciągając się pionowo jak długa w środku szyn. Żwir zachrzęścił i 
rozsunął się nieco pod jej łokciami, mocniej naciska go ciałem z raptownym 
pragnieniem zapadnięcia się pod ziemię. Ale piersi jej i nogi natrafiły na 
twarde drzewo podkładów. Gwizd lokomotywy przeszył powietrze, brzmi jakoś 
łagodnie, chociaż donośnie, smutek i tęsknota, czy nawet skarga, płynie w tym 
przeciągłym tonie świstu. — Może to moja śmierć toczy się tam — myśli dziewczyna 
chłodem w mózgu. Wpiła się ciałem w podkłady, przeraża ją szybki, jednostajny 
turkot coraz bliższy, bliższy. Ziemia drży, wydając z siebie jęk ponury, głuchy; 
zwiększa się on i rośnie, huczy w głębi ziemi, jakby wszystkie groby przemówiły. 
Przytłumiony ten zew zlewa się z dzwonieniem szyn cichym, drażniącym. W żyłach 
Andzi krew skrzepła, żelazne sztaby dźwięcząc skracały się coraz bardziej, idąc 
posłusznie pod ciężar pędzącej machiny. Szum się wzmógł, stukot kół i suchy 
klekot buforów spłynął w jeden potężny, mocarny odgłos. Drobna postać skulona w 
sobie, ale płsako przylepiona jakby do ziemi, leży cichutko. Ciało jej bez 
ustanku przebiegają dreszcze, lecz jednocześnie ogarnia ją bezwładność. Twarz ma 
w żwirze, w głowie przykrytej paltem panuje zamęt myśli nagłych i niknących, jak 
błysk piorunu. — ...Lokomotywa zabije mnie, szyny brzęczą jak nożyce na stole, w 
który pięścią się wali... Boże, jak ten nasyp drży!... Co ja zrobiłam głupia 
wariatka!... Zobaczy mnie maszynista i dopiero będzie awantura. Jezus, Maria! 
Zerwę się i ucieknę — jeszcze czas. Ale nie!... Wytrwam, przecież i Jasia nie 
zabiło, więc czemu... Nagle uczuła chęć zobaczenia pociągu jeszcze raz. Huk 
spotężniał — czarna masa potwora z krwawymi ślepiami jest tuż, tuż, blask 
czerwony lunął na tor i oświetlił szarą, drobną postać dziewczyny. Podniosła 
głowę, spojrzała. Szalony rzut przerażenia porwał ją za włosy; odruchowo niby 
wiórek podrzucony wichrem, uniosła się w górę i znów opadła, lgnąc do ziemi całą 
swą siłą. Trwało to sekundę. Wola zwyciężyła strach, który już by ją zabił, bo 
na ucieczkę było za późno. Hałas, wściekły szum, zawrotny pęd. Lokomotywa wtacza 
się nad nią, bierze ją pod dach swego olbrzymiego ciężaru, wali nad nią żelazne 
cielsko, z hukiem i z sykiem pary. Dziewczynka ogłuszona, zdrętwiała, straciła 
na chwilę pamięć i czucie. Siła bezwładności trzymała ją sztywno przy ziemi. W 
skroniach odczuwa wrażenie strasznego ciężaru, miażdży ją okrutny hałas i 
gorącość, w jej uszach biją dzwony, warczą bębny. Długi, zda się nieskończony, 
aż bolesny ciężar, piekielny upał, łomot, syk i ta tłocznia głucha, przeogromna, 
niwecząca myśl... Już!... Już lżej, co to jest?... Tłok zelżał, przewiał 
wiaterek i zmienia się od razu w prąd ostry, kolący swym pędem... Głośny, 
rytmiczny trajkot. Trata_ta. Trata_tata. Instynkt zatrzymuje Andzię na miejscu. 
— Aha, to wagony się toczą — błysnęła ocucona myśL. Trata_ta. Trata_ta — brzmi 
bez przerwy w jeden akord zlane, brzęk łańcuchów i stuk buforów. — Jestem 
uratowana! Żyję! — woła Tarłówna. Żwir trzaska jej w zębach i kłuje w 
podniebienie. Teraz unosi głowę — lekko, ostrożnie — spojrzała do góry. Czarny 
sufit wagonowych spodów przerywa się raz po raz, prędko jak oddech. Zamajaczy 
szare niebo spod łańcuchów, żelazo zadźwięczy i znowu ciemność, znowu turkot, 
łoskot, wrzawa. Po bokach kręcą się koła grube i mocne. Andzia brodę wsparła na 
dłoniach, patrząc już śmiało na biegnące nad nią wagony. Chce je liczyć, ale 
jest ciemno, więc liczy tylko przedziały krótkie i nagłe, idące w rytmie 
urywanej gamy, jakby wozy coraz bardziej unosiły się w górę i znowu spadały. 
Bawiło to Handzię, jest z siebie zadowolona, dumna, że strach zwalczyła. Nie 
rozumie, dlaczego jest cała mokra. Poruszyła ciałem i doszła do wniosku, że jest 
tak spocona jakby wyszła z łaźni. Twarz miała zlaną potem, kolana jej drżały. 
Nagle znowu twarz przylepiła do żwiru; ostrzegł ją dźwięk metaliczny tuż nad 
ziemią idący, podobny odgłosem do pocierania kosy o kosę. Brutalne szarpnięcie 
za szynel i uderzenie w plecy; dwa opuszczone łańcuchy przewlokły się ze 
skowytem ogniw żelaznych. I znowu trata_ta hałaśliwie, jednostajnie. Przerażenie 
ogarnęło dziewczynkę. Gdyby mnie te łańcuchy pociągnęły za sobą? Wtedy to już 
śmierć. Ale oto zdaje się Andzi, że coś z niej ściągnięto. Huk wagonów nad jej 
głową przycichł. Trzask, turkot ostatni przeleciał nad jej ciałem aż do nóg i 
trajkocze dalej, zmieniając ton na wyższy i niższy. Prąd powietrza świsnął 
zamaszyście, nad Andzią zaś wieje już wiatr swobodny, szeroki i otrzeźwia ją 
zupełnie. Pociąg przeleciał. Mała ryzykantka zerwała się na nogi, obróciła i 
patrzy w stronę znikającego potwora. Żelazne wozy roznoszą hałas tępy, dudnią, 
szumią to głośniej, to ciszej i biegną_uciekają w ciemną przestrzeń. Dziewczynka 
oddycha z głębi piersi, owładnęły ją uczucia nieokreślone, pomieszane z sobą. 
Naraz poczuła żal za minioną chwilą, dziką wesołość z wyzwolenia, lecz i obawę, 
że Jaś zawiadomił ojczyma o jej wybryku. Ale chłopak już przyskoczył do niej, 
porwał jej ręce i odciągnął z nasypu daleko, aż pod sągi drzewa. — A widzisz! 
Widzisz! — rzekła Andzia. Jaś rzucił się jej na szyję. Woła uradowanym głosem, 
przepojonym szczęściem: — Andziuś złocista! Żyjesz! Jesteś cała. Myślałem, że 
umrę ze strachu. Wiesz, że to był okrutnie długi i naładowany pociąg? — Jasiu, 
nie powiesz o tym w domu, co? Daj słowo honoru. — Daję — rzekł chłopak z powagą. 
— Ale, cóż ty, byłaś pod lokomotywą, a boisz się... — Bo lokomotywa mogłaby mnie 
jedynie zabić; ja boję się wymówek i gniewów. — Przecież rózgą nie dostaniesz? 
Oboje parsknęli śmiechem. — Wyobraź sobie pannę Ewelinę w tej roli egzekutora — 
mówiła Tarłówna — chyba za każdym uderzeniem płakałaby i całowała po rękach, 
przepraszając. Młoda para oddaliła się od toru kolejowego, idąc w głąb łąki. 
Kierowali się do leśniczówki wilczarskiej, migającej równym szeregiem świateł, 
jak gdyby zawieszonych w powietrzu. — Leśniczówka rzęsiście oświetlona; może 
ktoś przyjechał? A jutro rano obława na wilki, pojedziemy znów razem, co?... — 
Chciałabym! — No, to pojedziesz! Jak zechcesz, to i do Turzerog jeszcze nie tak 
prędko powrócimy. Przyjemniej tu w Wilczarach. Pan Kościesza zrobi wszystko dla 
ciebie. On by cię gwiazdami karmił jak kaszą. Mnie się zdaje, że on cię więcej 
kocha niż swego Januszka. — Tak, dobry jest mój ojczym, ale zawsze Januszek to 
przecie rodzony syn — odrzekła dziewczynka. Szli dalej, milcząc. Poprzedzał ich 
miękki szelest rozsuwanych traw; dokoła rechotały żaby jednolitą, zgodną melodią 
wiosny. Czasem głośniejszy skrzek wystrzelił ponad monotonię żabiego śpiewu, 
czasem tempo wznosiło się raptownie w sile nuty crescenda, to znów opadało do 
piana i pianissima, aż budzone energicznie pojedynczymi głosami żab 
dyrygujących, na nowo rozbrzmiewało echem donośnym, przy swej groteskowości, 
dziwnie słodkie czyniąc wrażenie. — Żaby śpiewają godzinki, a przewodzi im jeden 
bratczyk; słyszałam takie śpiewy w wiejskim kościółku na Podlasiu u cioci 
Hołowczyńskiej — rzekła Andzia. Po długiej chwili Jaś zapytał ciekawie: — Nie 
boli cię głowa po pociągu? Mów prawdę!... — Trochę, ale głównie szumi w niej 
nieznośnie. To jednak wielki strach i niepokój tak leżeć na szynach; nawet 
wszystkie kości mnie bolą. — Ojej, żebyś ty, Handziu, wiedziała, jaką ja mękę 
przeszedłem pod tą brzozą płaczącą. Myślałem, że jeśli ci się coś złego stanie, 
ja od razu buchnąłbym pod pociąg. Chociaż nie zachoruj, bo ja po takiej sztuce 
kiedyś przez parę dni ciągle miałem wrażenie, że lokomotywa ze mnie nie złazi. 
Po nocach dusiła mnie bestia. I z tobą tak będzie. — Cicho! Ktoś idzie. Z powodu 
ciemności natknęli się na jakąś ogromną postać, czarną i sapiącą. — Kto to? — O 
waa! Boże chorony! Niech się pannuńcia nie stracha — zamruczał głos gruby, 
życzliwy. — Ach! To Grześko! — A ja szedł szukać pannuńcię i paniczka, pan 
kazał, że długo nie przychodzą, mówi. Państwo już wieczerzają i gość nadjechał. 
— Kto taki? — spytali jednocześnie. — Mówią — naczelnik przystanku. — Masz 
tobie! Tego tylko brakowało. Jaś przysunął się do Andzi. — Moja złota, ale nie 
powiesz o tym, prawda? Może ten naczelnik widział nas i dlatego przyjechał, żeby 
oskarżyć? Nie powiesz?... — Ja nie powiem, ale jeśli jesteśmy zdradzeni, to się 
trzeba przyznać, nie ma rady. — Ojej! Jestem zgubiony. — Nie bój się, ja cię 
obronię. Ależ z ciebie tchórz. — Dobrze ci mówić, boś nigdy nie zaznała 
karcącego wzroku i słów twego ojczyma, ale ja to znam. Ja ucieknę! — zawołał z 
determinacją. Zaśmiała się. Byli już przy ganku leśniczówki. Ładny, stylowy 
domek rysował się na tle nocy strzelistymi wieżyczkami. Świetlne pasma od okien 
ciskały na ziemię jaskrawe słupy w czarności, rozpanoszonej władczo. Smugi te 
były jakby filary, na których stał pałacyk. Z ganku zbiegły dwa olbrzymie psy 
legawe, Gama i Akord, z głośnym szczekaniem skoczyły do nadchodzących, lecz 
zaraz ucięły o pół tonu, łasząc się przyjaźnie. Andzia i Jaś weszli do sieni. 
Lunął na nich blask rzęsisty, oślepił na chwilę. — A! Otóż nasi dezerterzy! Pan 
Kościesza stał przed młodymi, bacznie się im przypatrując. Zauważył zmieszanie 
dziewczynki i chłopca, przy tym na ciemnej satynowej sukience Andzi świeże plamy 
żółtego piasku, głównie na kolanach i piersiach. Włosy miała roztargane, piasek 
w brwiach, nawet na rzęsach, większe jego grudki osiadły na czole wokół czarnych 
włosów, pokrytych jakby pudrem. Pan Kościesza sięgnął wzrokiem do stóp 
pasierbicy i tu zauważył wyraźne ślady łobuzerskiej wycieczki; wysokie żółte 
buciki zmoczone, na sznurowadłach zaś umazane piaskiem, sukienka, nie sięgająca 
kostek była mokra na dole i szara od pyłu. Egzamin ten zmieszał jeszcze więcej 
winowajczynię, wywołując u pana Kościeszy podejrzliwe kręcenie głową. Zbadanie 
Jasia w ten sam sposób wypadło pomyślniej. Chłopak prócz mokrych butów miał 
tylko trochę wystraszoną minę. Kościesza przemówił swym niskim, beczkowatym 
głosem. — Spacer, widzę, miał... ciekawe epizody, co też to na to powie panna 
Niemojska, która pupilki szuka już od godziny. Andzia bąknęła coś o brodzeniu po 
mokrej łące za poziomkami. Jaś szarżował dzielnie, opowiadając epopeje o 
jagodach i spotykanej zwierzynie. Ale to wszystko nie przekonywało pana 
Kościeszy. Nadeszła wreszcie panna Ewelina z nową serią oględzin i uwag. 
Uczennica jej przechodziła tortury. Jednak tu szło o wiele łatwiej, bo nagle 
roześmiawszy się, porwała wpół drobną postać swej mentorki i całując, obiecała 
solenną poprawę. Wyszedł do sieni naczelnik Łechtienko i od razu zabrano młodych 
na kolację. Andzia i Jaś na widok naczelnika przystanku zmieszali się znowu i 
bokiem zerknęli ku sobie. Kościesza to zauważył. Pan Łechtienko, dobroduszny 
człowiek, z którego twarzy, raczej z masy rudego uwłosienia wyglądały śmiejąco 
małe oczki, opowiadał z ruska po polsku o obławie na wilki, odbytej w sąsiednich 
lasach. W toku opowiadania spoglądał często na Tarłównę, jak jej się zdfawało 
badawczo. Wreszcie rzekł: — A pNienka i ten ot kawaler to często po relsach * 
spacerują, ja widział nie traz, nie dwa raza, i starszy roboczy widział, i 
"dorożnyj". Ale to nie "po prikazu..." gotowe nieszczęście. Maszyna nie prosi 
pardonu, ona się "babuszka" nie usunie grzecznie, trzeba jej zejść z drogi! Ha! 
aa! — zaśmiał się szeroko. Rels — szyna kolejowa (przestarzałe). Andzia 
milczała, lecz Jaś zawołał rezolutnie. — Nikt też jej tej babuszce w drogę nie 
włazi, choćby i po szynach spacerował. — Ale ona "niegodiajka" czasem może 
najechać, ja "taki" radezę być ostrożnie, łąka i las do poręby — szerokie, 
miejsca do "gulania" dosyć. — Byliśmy właśnie na łące — rzekła Andzia śmiało. — 
Nu, a skąd piasek na sukni? Jakby panienka przewróciła kozła na łące, to by się 
tylko zamaczała, a na drodze błoto by oblazło, a taki ot piaseczek żółcieńki, to 
ja na końcu świata poznam, on z moich jest relsów, to "kazionny" piasek. Mówił 
tak komicznie, że wszyscy, nie wyłączając Kościeszy, wybuchnęli śmiechem. — To 
pan dokładnie zna piasek z plantu * to dopiero sztuka — rzekł korepetytor 
dziesięcioletniego synka Kościeszy, Janusza, który się również zaśmiewał, nie 
bardzo wiedząc, o co chodzi. Plant — ścieżka wzdłuż torów kolejowych. Naczelnik 
śmiał się także. — A gdzież tu na czarnoziomach taki żółty proszek jest? To 
"kazionny", jego Bóg wie skąd taszczyli, a teraz panienka wynosi na sukience, 
pewno kładła się na szynach albo upadła pod maszynę. Dziewczynka i Jaś drgnęli 
wyraźnie, ona poczerwieniała. Łechtienko klasnął w dłonie. — Ot ja i zgadł... 
panienka niczem rak ugotowany. Nu żart żartem, ale jak maszyna_babuszka kiedy 
się rozgniewa, to ja nie odpowiadam, to będzie karambul. — Skąd pan widział? — 
wyrwało się Handzi, która w tej chwili aż syknęła z bólu, tak ją siedzący obok 
Jaś przyprowadzał do porządku uszczypnięciem w udo. — Ot wydało się! Ja widział 
tylko, jak panienka i kawaler spacerują to pomiędzy sągami, to na sągach, to po 
relsach, a pociąg czasem tuż, tuż. Dziś "widno" panienka upadła na plancie, nie 
wiadomo, dla jakiej komedii, ale sukienka całkiem "zamarana" w kazionnym piasku. 
A może koziołki się fikało, a! a!? Ha! ha! ha. Ton głosu naczelnika choć 
swobodny i wesoły był jednakże trochę kpiący, uderzył on niemile tak pana 
Kościeszę jak i Tarłównę. Niepojęta fałszywa nuta zabolała ją, mimo woli 
przyszło jej na myśl, że takim głosem, żartobliwym lecz drwiącym, jakim mówił 
Łechtienko, bada się przestępców, i że to poprzedza aresztowanie lub jakieś 
ukryte posądzenie. Nie umiała zdać sobie sprawy, co ją boli i co zawstydza, ale 
oba te uczucia były wyraźne. Widziała na sobie surowy, pytający wzrok ojczyma, 
świdrujące roześmiane oczki naczelnika, w nodze zaś lewej czuła piekielny ból od 
ciągłych szczypań Jasia. Nareszcie, gdy chłopak zauważywszy jej wahanie, zadał 
jej nową, potężną dozę szczypnięcia, niby środek otrzeźwiający, Andzia rażona 
bólem, nie zważając już na nic, trzepnęła go po ręku z całą pasją, odpychając 
jednocześnie od siebie. Zrobiło to wrażenie jak najgorsze. Chłopak zachwiał się 
na krześle i zzieleniał, Łechtienko wybuchnął śmiechem już prawie odrażającym, 
pan Kościesza zaś i panna Ewelina zawołali jednocześnie. — Handziu! Co to 
znaczy? — Więc niech on mnie nie szczypie, już mam sińce. — Ha! ha! ha! — 
zanosił się naczelnik. — Ańka! — No cóż? Ja przecież nic złego nie zrobiłam i 
czego się ten pan śmieje, nie rozumiem, a Jaś szczypał mnie dlatego, żebym się 
nie... przyznawała... ale to wcale nie grzech... — Może byśmy dali pokój tej 
sprawie — przerwał Kościesza mocno podrażniony. — Ha, ha, ha! Ot rozkosz! — 
zaśmiał się Łechtienko. Andzia czuła ciągle dokoła siebie jakiś dwuznaczny, 
niemiły nastrój, niedopowiedzenie czegoś niejasnego drżało w śmiechu naczelnika 
i w wykrzyknikach obecnych. — Nie ma się pan czego tak cieszyć — wybuchnęła 
wreszcie. — Żadnej zbrodni nie popełniłam, tylko... leżałam umyślnie... pod 
pociągiem. — Co? Co?! Andzia, co pleciesz? Naczelnik wytrzeszczył oczy i usta 
rozdziawił. — Tak, położyłam się umyślnie pod pociąg towarowy, żeby wiedzieć, 
jakie to jest uczucie i dlatego mam ten "kazionny" piasek na sukni. Jaś nic nie 
winien, on mię powstrzymywał i nie pozwalał na to. Powiedziawszy to jednym 
tchem, zerwała się ku wyjściu, cała płonąca. — Aneczko, czyś ty przytomna, co ty 
wygadujesz?... Zaczekaj!... — zawołał Kościesza. — Niech Jaś opowie, jak było, 
on widział. Rzekłszy to, wybiegła z pokoju prawie już z płaczem. II Handzia I 
znowu był jasny poranek czerwcowy. Do gabinetu pana Teodora Kościeszy w 
Turzerogach wsunęła się cicho wiotka postać jego pasierbicy. Stanęła na progu, 
zasłonięta ciężką kotarą adamaszkową i spojrzawszy na ojczyma, zlękła się 
trochę. Siedział w wysokim fotelu przy biurku, pisząc coś szybko. Wyraz jego 
rysów był twardy, niemal złowrogi, brwi zmarszczone. Andzia nie lubiła u niego 
takiej twarzy, przestraszyła ją dziwnie, nasuwając wspomnienie mętne, 
zapamiętane z dzieciństwa. Żyła jeszcze wówczas jej matka. Andzia niechcący 
stała się świadkiem jakiejś przykrej sceny między matką i ojczymem. Co mówili, 
nie rozumiała, majaczy się jej tylko jak przez sen, że matka o coś prosiła, czy 
się za kimś wstawiała; pamięta, że w pewnej chwili zalana łzami i bardzo blada 
pocałowała męża w rękę i rzekła: "Błagam cię Teodorze, zaklinam, nie rób tego, 
do nóg ci się rzucę" i Andzia drżąca ze strachu, za jakąś szafą, ujrzała śliczną 
postać matki, chylącą się kornie przed ojczymem. Wówczas on szarpnął ją z 
gniewem, wyprostował i trzymając za ramiona, jak się Andzi zdawało, nazbyt 
silnie, wołał głosem ochrypłym z takim samym twardym wyrazem twarzy i złowrogim 
zmarszczeniem brwi: "Musisz mnie słuchać, bo ja tak każę, rozumiesz!" 
Ośmioletnia wtedy Andzia zlękła się o matkę, wybiegłszy zza szafy, skoczyła do 
jej kolan, słyszała jeszcze jakieś straszne przekleństwa ojczyma, ale matka, 
płacząc, odeszła z nią, uciekała prawie pędem, zasłaniając dziecku uszy. 
Dziewczynka potem bała się ojczyma przez długi czas. I teraz ta jego groźna 
mina, taka sama jak we wspomnieniu tamtej chwili, onieśmieliła Tarłównę. Bo 
wszak i ona szła z prośbą. KOściesza podniósł głowę, Andzia wysunęła się zza 
kotary. Ujrzawszy ją, odłożył pióro i uśmiechnął się łaskawie. Wyciągnął do niej 
rękę, mówiąc: — Handziuś przyszła do mnie?... Jakże się cieszę. Chodź, dziecino. 
Otoczył ją wpół ramionami i ucałował w czoło. — Cóż takie tęskne oczki Aneczko, 
tak się mi bacznie przypatrujesz?... Powiedz, co myślisz pod tym ślicznym 
czołkiem, jakie tam myślątka fruwają. Co? Andzia rzuciła mu się na szyję. 
Rumieniec jasny, dziewiczy zapłonął na policzkach, oczy błyszczały. — Ojczymku 
ja dziś skończyłam siedemnaście lat — szepnęła cichutko. Odsunął ją lekko i z 
uśmiechem popatrzał na nią. — Ogromnie stara jesteś dziecino, prawda? Oj, ty 
wiosno moja! Wiem, wiem, że to dziś urodziny twoje. Chciałem ci sam powinszować, 
ale cieszę się tym bardziej, żeś do mnie przyszła, właśnie dziś, to dowód, że 
mnie kochasz. Moja pieszczocho!... Posadził ją nagle na swych kolanach. — 
Ojczymku tak nie, ja już jestem za duża — broniła się niechętnie, z dziwnie 
przykrym uczuciem. — Siedź, maleńka moja — zatrzymał ją mocno i zaczął całować. 
Odchyliła głowę zasłaniając twarz od pieszczot i znowu szepnęła już śmielej, 
ujęta jego serdecznością. — Mam prośbę do ojczymka. — Mów Handziuś mój, mów 
wszystko, czego tylko pragniesz. Więc o cóż to chodzi? — Ojczymku, ja chcę się 
uczyć. — Uczyć?... A wszakże od dziecka nic innego nie robisz. Masz pannę 
Ewelinkę, bardzo zdolną nauczycielkę, kilka przedmiotów wykłada ci korepetytor 
Januszka, zdajesz co roku egzaminy w Warszawie, zatem uczysz się zupełnie 
prawidłowo, według kursów pensjonarskich. Kujesz po całych dniach. — Tak, ale 
już w ten sposób przeszłam siedem klas. Teraz mam inne pragnienia. — Jakież to 
na przykład? Andzia odczuła w tych słowach pewien chłód. Przytuliła się do 
ojczyma pieszczotliwie. — Chciałam prosić ojczymka, aby mi pozwolił pojechać do 
Krakowa na kursy przyrodnicze. Ogromnie tej nauki ciekawam i tak bym się 
serdecznie uczyła. Niech mi ojczymek pozwoli, mój złoty, dobry... Kościesza 
sposępniał i zamknął oczy, zsunął brwi aż na powieki. Andzia ujrzawszy go takim, 
zerwała się z jego kolan. — Ej, ojczymek robi straszną minę... Zmitygował się od 
razu, wziął ją za ręce i posadził obok na krześle. Uśmiech obłudny wystąpił na 
jego wargach. — Zmartwiłaś mnie Aneczko bardzo poważnie, nigdy nie myślałem, że 
ci jest źle w domu... i ze mną... — Ależ... — Bo gdyby ci było dobrze, to byś 
nie miała takich myśli. Zasmuca mię to, Andziu. Kocham cię z całej duszy, 
pragnąłbym ci nieba przychylić, a ty mi się tak odpłacasz? Dziewczyna stropiła 
się. — Ojczymek nie chce mnie zrozumieć, przecież jest mi w domu dobrze i miło, 
i oceniam to, ale chcę się uczyć. Czy to grzech? Myślałam, że ojczymek, jako 
dobry ojciec, nie będzie mi tego bronił, myślałam, że mi dopomoże w 
urzeczywistnieniu mych zamiarów, tak na to liczyłam. W głosie jej zabrzmiała 
skarga. Kościesza patrzył na nią spod zmrużonych powiek. — Kto cię zbuntował 
Andziu? Korepetytor, czy ciotka Smoczyńska? Za blisko jest ten ich Smoczew, za 
często tam chodzisz; Jaś i Lorka przewracają ci w głowie. Wyprostowała się 
dumnie. — Nikt mi tego nie doradzał, to jest mój własny projekt i marzenie. 
Wiem, że się młode panny kształcą w różnych kierunkach, co jest rzeczą naturalną 
i piękną. Ja chcę także kształcić się jeszcze, jestem młoda, zdrowa, łaknąca 
nauki... — Jesteś jeszcze dzieckiem, moja Andziu, i słumienia bym nie miał 
wysyłać w świat taką bohaterkę, pionierkę nauki w krótkiej sukience i z buzią 
dziecka. Czy ty Aneczko myślisz, że świat jest wszędzie taki sam gościnny, jak w 
Turzerogach i Wilczarach, że ludzie są dobrzy, serdeczni? — Co mnie ludzie 
obchodzą, ja chcę się tylko uczyć. — Ale przecież w kloszu się nie zamkniesz ze 
swymi studiami, musisz obcować choćby tylko ze środowiskiem miejscowej 
studenterii, a to już wystarczy, to już jest wielkie niebezpieczeństwo dla 
takiej, jak ty dziewczynki. — Jak to, od kolegów miałabym się czegoś złego 
obawiać!? — A widzisz, już im wierzysz nadzwyczajnie, nawet wcale nie znając i 
nie przypuszczasz, że tam czyhaliby na ciebie, jedni na twą urodę, inni na 
majątek, jaki posiadasz. Ach, Andziu, wierz mi, bo tylko pragnę twegto dobra, ty 
nie znasz świata i nie przypuszczasz, jak podli są ludzie. Ufać im nie można 
nigdy, nigdy moja dziecino. Przygarnął ją znowu do siebie. — Ty jesteś taka 
ładna, taka ufająca i słodka, tyle masz w sobie rozkosznej naiwności, tyle 
czaru, mieliby to źli ludzie zbrukać, zniweczyć tę twoją świeżość dziwiczą, 
zatruć ci serce; takie czyste, jasne, twe myśli obciążyć fałszem, obłudą 
życiową, tak cię od razu brutalnie wtłoczyć we własny nihilizm... Andzia z 
podziwem patrzyła na ojczyma. Ogarniał ją przestrach. — Dlaczego ojczymku tak 
ostro sądzisz ludzi? Czyż wszyscy są tacy źli? O ile ja słyszałam i czytałam o 
sferach uczących się, są to właśnie idealiści, przesiąkli miłością dla kraju i 
ludu, są to hołdownicy idei braterstwa i wspólnej pożytecznej pracy. Zatem nie 
mogą posiadać w sobie takich brzydkich wad, o jakich mówisz ojczymku. O, jestem 
pewna, że oni wszyscy przyjęliby mnie do swego grona serdecznie, z otwartymi 
rękami, w niejednym by dopomogli, byliby przyjaciółmi. Za cóż mieliby się nade 
mną znęcać? — Znęcaliby się moralnie, bo chcieliby cię wykorzystać. — Jakim 
sposobem? — Ach, sposobów im by nie zabrakło, a materiałem do tego byłaby twoja 
niewinność, uroda i bogactwo. — Ale cóż by im z tego przyszło? Zaśmiał się 
cynicznie. — Dziecko jesteś! Toż to są trzy czynniki najbardziej pożądane u 
kobiety, mężczyźni ubiegają się o taki klejnot cenny, aż go zanurzą w kałuży 
swych żądz i zohydzą jego blask. Tyś takim klejnotem Andziu. Poza tym posiadasz 
jeszcze jeden szczegół, nader ważny, jakby wodę na młyn. Nie znasz świata i 
ufasz mu, zdaje ci się, że to coś szlachetnego, to zaś jest cuchnący śmietnik. — 
Ojczymku nie przerażaj mnie. Ja właśnie ten świat pragnę poznać, zetknąć się z 
nim. — Połamiesz skrzydła, dziecko, ugrzęźniesz w zwątpieniu i goryczy. Tarłówna 
wzdrygnęła się. Rzekła błagalnie: — Ojczymku, nie przepowiadaj mi tak smutno. To 
straszne. Ale tak nie jest, nie. Świat nie może być taki wstrętny, bo nie byłoby 
wcale szczęśliwych ludzi i nie byłoby ideałów. Sam pomyśl, ojczymku, ideały 
zrodzone na śmietniku?... Nie, tak być nie może! Z brudnego świata nie 
wyłaniałyby się ideały, a wszak ludzie nie są pozbawieni tego daru, mieliśmy w 
historii, mamy dziś wielkich potentatów ducha, których echo płynie i tworzy nowe 
dusze. Gdzież tu może być mowa o truciźnie wśród umysłów przesiąkniętych słowem 
Mickiewiczowskim, duchem Słowackiego, Skargi, będących pod urokiem idei 
Wyspiańskiego... wszak to potęga, ojczymku! — To literatura, Aneczko. — Jak to? 
— Puste słowa, frazesy, faramuszki... Patrzyła na niego z przerażeniem, on 
mówił, mając oczy lekko zmrużone: — Idealiści, twórcy, wielcy urabiacze dusz, 
geniusze, ogromnie dużo zbudowali! Cukrowe fortece, które zburzyć może pierwszy 
lepszy prąd nihilistyczny i nawet się po nim nie obliże, ani zębów sobie nie 
połamie. Czy te idee to doktryna świata? Czy to jest most żelazny, po którym się 
przeprowadzi i zepchnie w otchłań wszystkie brudy, nędze, podłości ludzkie? 
Andzia wpadła w zapał. — Nie, ojczymku, po tym moście właśnie przeprowadzi się 
wszystkie ohydy za nowym idealnym hasłem, ich się nie zepchnie, ale się ich 
nawróci. — Czy to ty, Andziu, chcesz być ową gwiazdą, prowadzącą takie zastępy 
ku glorii wymarzonej? Tam, w Krakowie?... — Jestem tylko słabiutką dziewczyną, 
poszłabym wraz z innymi za gwiazdą wielkich duchów. — Byliby i tacy, którzy 
szliby za tobą chętnie i po idealnej dróżce twej nieświadomości, zaprowadziliby 
cię w przepaść. Ale ja na to nie pozwolę... — Ojczymku? — jęknęła. — Nie, 
dziecko, takiego kwiatu jabłoni, jak ty, nie rzucę na pastwę. Zapłonęła obrazą. 
— Ojczymek nie zna tych sfer, wśród których pragnę się uczyć, jak można ich tak 
obrażać?! — Znam w ogóle ludzi i nie dzielę ich na sfery, na żadne kategorie. — 
A wszak i my ludzie... i ty ojczymku, czyżbyś ty był w tej masie? Bo jeśli ktoś 
wyjątków nie uznaje... Rozgniewany ukłuł ją spojrzeniem, jak ostrzem sztyletu. — 
Zapędzasz się, Andziu. Ludzie poważni jak ja, mają swoje zasady, lecz tych 
młodzi ludzie nie chcą słuchać. — Naprzód ojczymek nie jest stary (na twarzy 
Kościeszy błysnęła radość), a po wtóre, jakież to zasady? Pan Teodor, nagle 
rozpromieniony, chwycił Andzię wpół i przytulił silnie do siebie. Wargi mu 
drżały. — Ot! Takie — zawołał gorąco — że jak się ma w domu anielską istotkę, to 
się jej w świat nie oddaje. Moja ty Aneczko jedyna! — Przylgnął nagle do jej 
ust, przypiąwszy się do nich nienaturalnie mocnym pocałunkiem. Oczy mu płonęły. 
Handzia zatrzęsła się. Uczucie niesmaku owładnęło nią tak gwałtownie, że 
odepchnęła silnie Kościeszę i dłońmi zasłoniła twarz. Stała przed nim posąwa, 
dysząca gniewem. On zmieszał się, przymrużył oczy i rzekł dość sucho, panując 
nad sobą: — Więc chcesz rodzinny dom rzucić? Dziewczyna uspokoiła się. Była 
jakby zawstydzona. — Przecież to nie na stałe. Skończę kursy i wrócę, pomyślimy 
wówczas razem z ojczymkiem o jakiejś pracy społecznej, o jakimś czynie 
pożytecznym. Czyż tak siedzieć w Turzerogach bezmyślnie jak pod kloszem, nie 
znać nic poza tym. Ojczymku... — Więc ty sądzisz, że cię na to skazuję? 
Dlaczegóż bezczynnie?... Ucz się w domu, ile chcesz, kupię ci całą bibliotekę 
dzieł rozmaitych, a i nasza obfita, możesz czerpać, ile zapragniesz. Jeśli panna 
Ewelina nie wystarcza, odprawię ją i zgodzę inną. — Ach, jakże można tak mówić? 
— zawołała czerwona z oburzenia. — Panna Ewelina taka zacna, taka wykształcona, 
już tyle lat jest u nas, starannie mnie wychowywała i ojczymek się o niej 
odzywa, jak o... pannie służącej. — No, no, dobrze już. Chcę ci tylko dogodzić 
we wszystkim, byleś nie wyjeżdżała, nie osierociła mnie i domu naszego. Wierz 
Aneczko, że zapłakałbym się za tobą, tyś pociecha mego życia, osłoda i jasny 
promień. Jakże by tu było bez ciebie, sama pomyśl? Spojrzała na niego niepewnie 
i jakby badawczo. — Ech! doskonale! Pisywałabym często do was, przyjeżdżałabym 
na wakacje. A ojczymek miałby przecie Januszka; rodzony, własny syn to więcej 
znaczy niż ja. Żachnął się. — Nie mów tak, Handziu, bo mnie to boli. Janusz to 
dzieciak i w żadnym razie zastąpić mi ciebie nie potrafi. Zresztą jest... innego 
— dokończył cicho. — Dziecino moja, wyrzecz się tych niewczesnych projektów, a 
uszczęśliwisz mnie. Dobrze, Anuś? Dziewczynie łzy spłynęły z oczu, twarz 
pobladła z przykrości. — Ty płaczesz, Aneczko? — Nigdy, nigdy nie myślałam, że 
mi ojczymek odmówi, tak sobie marzyłam, tak tęskniłam do tych projektów... 
tak... Rozpłakała się na dobre. Kościesza spoglądał na nią ponuro, skurcze 
drgały mu na skroniach, twarz jego miała wyraz zacięty; oczy stały się metalowe, 
aż białe i straszliwie nieugięte... Po długiej minucie, gdy Andzia się trochę 
uciszyła — przemówił: — Więc ty wolisz dopiąć swych zamiarów, niż być dla... 
kogoś całą pociechą i... koniecznością życia? Czyżbyś była taką egoistką? Andzia 
ocierała łzy, rzekła urywanym przez płacz głosem: — Ten ktoś... wiadomy... a 
przecie... nie jest ojczymek ani stary... ani chory... ani niedołężny, żebym się 
dla niego potrzebowała... poświęcać. — Ale uczucie nic ci nie mówi? — spytał 
głucho. — Uczucie?... No cóż uczucie? Wszak i rodzoną matkę opuszcza się dla 
nauki. Od dziecka małego oddają dziewczynki na pensję, jak Lorka Smoczyńska na 
przykład, jak Jaś, jej brat, uczą się ciągle poza domem, i dobrze, i nie mają 
ojca, tylko chorą matkę, a jednak... Ja zaś dotychczas domu nie opuszczałam, 
poza tym, że raz na rok, jeżdżę z ojczymkiem i panną Eweliną na egzaminy. — Z 
Lory i Jasia przykładu nie bierz, oni muszą się uczyć, oni są biedni... — Co też 
ojczymek mówi? Więc jak się jest bogatym, to można być głupim? Ja jeszcze chcę 
się dokształcić, dla mnie to za mało, za ciasno tu, za... ciemno i głucho — 
wybuchnęła. Kościesza wstał, był zirytowany. — A! Jeśli ci jest głucho... moja 
panno... w rodzinnym domu, to trudno! w każdym razie nie pojedziesz jeszcze 
teraz w świat. Chciałem cię zbadać, ile masz dla mnie serca, widzę, że nie masz 
go wcale. — Ojczymku! — skoczyła do niego. — Poczekaj! Nie chcesz zrozumieć 
moich dla ciebie uczuć, być dla mnie osłodą, co jest zadaniem kobiety od 
najmłodszych lat. Zatem powiem ci teraz wyrok, już nie mój. Oto matka twoja 
umierając, powierzyła mi ciebie i zastrzegła, abym cię do... pełnoletności z 
domu i spod opieki swej nigdzie nie wypuszczał. Jesteś do matki podobna, a... 
i... tamtej... nie brakowało temperamentu — dokończył ponurym szeptem. Andzia 
milczała w osłupieniu. — Z takim zaś usposobieniem i z twoją powierzchownością 
ruszać w świat, to lepiej od razu zanurzyć się w głębie. Twoja matka doskonale 
to rozumiała. — Czy... temperament, to coś złego — wyszeptała zgnębiona. — Nic 
złego, ale nie dla świata, i nie w siedemnastym roku życia. Gdy będziesz 
pełnoletnia, wówczas zobaczymy, lecz do tej pory... — Tak jeszcze długo czekać? 
Ojej!... — Cztery lata to niewiele, a przez ten czas... przez ten czas... 
może... Nie dokończył, tylko oczy mu błysnęły pożądliwie, twarz się rozjaśniła. 
Zagarnął ją ramieniem i patrzył przenikliwie w jej zapłakane źrenice. Oczy jego 
nakazywały, niewoliły. — Wola mamy i moja... prośba musi być spełniona — rzekł 
stanowczo. — Teraz żądaj, czego chcesz w Turzerogach. Chciałyście kiedyś z panną 
Eweliną założyć tu szkółkę i ochronkę, otóż zrobię to dla ciebie, moja mała 
filozofko, założę te instytucje, będą się bachory chamskie uczyły, skoro tak 
chcesz i będzie owa społeczna robota, o której marzysz. A teraz chodź. Spłakaną 
zaprowadził do kasy ogniotrwałej, otworzył ją i wyjął spore, podłużne pudełko z 
czerwonego safianu. Gdy nacisnął sprężynkę, Andzia ujrzała na białym aksamicie 
cudny sznurek dużych pereł, zapiętych staroświecką klamerką, wysadzaną krwawymi 
rubinami. Perły lśniły mlecznym, lekko złotawym połyskiem, czasem lśnienie to 
różem subtelnym tchnęło lub przepyszną, bladą karnacją perłowca. Andzia patrzała 
zdumiona. Pierwszy raz widziany klejnot zachwycił ją. Kościesza powoli zdjął 
perły z aksamitu i zapiął je na szyi Andzi. — To dla ciebie kupiłem, Aneczko. 
Miałem ci je dać na imieniny w lipcu, ale wolę dziś na urodziny. Jak ci jest 
ładnie Handziu w tej ozdobie. Chociaż ty cacek nie potrzebujesz, aby być urocza. 
Nie dziękuj, maleńka, nie dziękuj; największym dla mnie podziękowaniem jest to, 
że nie opuścisz mnie. Tarłówna bystro spojrzała na niego. — Przecież ja, 
ojczymku... nie za te... perły, jeśli tak... to... Sięgnęła do szyi, lecz on ją 
wstrzymał. — Ach, Aneczko, co robisz! Nie za perły, nie, ale... — tu znowu 
popatrzał nakazująco prosto w oczy — wola tweej matki musi być spełniona. Andzia 
wychodziła z gabinetu z ciężką głową, jakby odurzoną czadem. W ręku niosła 
pudełko safianowe prawie bezwiednie. Dziwnie przykre uczucie nurtowało ją i 
tłoczyło w sercu. ...Czyżby mama?... Dlaczego tak zastrzegła... dlaczego? Gdy 
Tarłówna opowiedziała wszystko pannie Ewelinie, płacząc ponownie, nauczycielka 
smutnie potrząsała głową. Szepnęła cichutko poprzednią myśl Andzi. — Czyżby... 
twoja matka?... Bardzo wątpię... Na szlachetnej, poważnej twarzy nauczycielki 
odbiła się nieufność. Ale milczała, tylko ujrzawszy perły, obejrzała je 
starannie i rzekła: — Te same są, perły i rubiny, łzy i... krew. Te perły były 
własnością twej mamy. — Tak? Pani je już widziała? Pani je zna?... — Opowiadała 
mi o nich ciotka Smoczyńska. Tego samego dnia Kościesza oznajmił Andzi, że 
wyjadą wszyscy na parę letnich wakacyjnych miesięcy do Toporzysk i Drakowa, 
spadkowych majątków Tarłówny po jej ojcu, odległych o kilkadziesiąt mil, których 
dotąd Andzia nie znała. Na jej usilne prośby, ojczym, pomimo niechęci, zaprosił 
na tę wycieczkę ciotkę Smoczyńską z dziećmi. — Zrobię dla niej dużo, ale jej w 
świat nie puszczę — myślał Kościesza. III Czarci mostek I znowu minął rok. 
Siedzą we czworo na polance małej, wśród boru, pod "czarcim mostkiem". — Taką 
nosi nazwę uroczysko leśne, odległe od Wilczar, przecięte przez środek małą 
grobelką "z piekła rodem", z mostkiem "gdzie straszy", jak niesie legenda. 
Siedzą przy ognisku. Stary borowy Grzegorz dokłada chrustu, płomień bucha w górę 
falistym słupem, krwawozłotym, przyjaźnie zbratanym z dymem czarnosiwym. Sypią 
się gęsto iskry ostre, ogniste, ogień pryska, roznosi specyficzny zapach dymu i 
płonących gałęzi. Raźny jakiś nerw budzi się w gromadce, trzask wesoły biegnie 
po polanie, wołając — ogień! ogień! Ale ogień ujęty w ramy okopanej ziemi jest 
bezpieczny i piękny. Faluje coraz wyżej, dym puszcza nad sobą, ciska się, 
złości, rozjaskrawia lub płonie purpurą, ma ochotę pobujać wśród sosen. Och! 
lizałby im korę, gryzł trzewia, przemieniałby zielone igły w brązowe sople, 
kurczyłby soczyste liście brzóz, szumiałby, huczał jak żywioł prawdziwy i 
rozpanoszony. Och! trzaskałyby szyszki, umykałby zwierz leśny, a ogień parłby 
naprzód, w górę, wszerz i w płonący uścisk chwytał bór wielmożny, taki dumny, 
groźny, zda się niezwalczony. Puśćcie mię jeno i nie brońcie! Skruszę tę potęgę, 
zegnę ją w pokłonie dla siebie, że legnie u mych stóp ognistych sczerniały bór, 
popiołem okryty, nędzny jak żebrak, nie!... spalony, straszny jak trup. 
Pozwólcie mi jeno... Jam jest mocarz nad mocarze. Ale stary Grześko czuwa, on 
zna temperament cichego ogienka, co umiejscowiony, wzięty w karby, już teraz 
wygląda jak zaborca krwiożerczy, łaknący pogorzeliska. — Nie, kraśny kogutku, 
nie zapiejesz ty na cały bór, nie bój się — mówi z flegmą, ogarniając łopatą 
ziemię dokoła stosu. Andzia, Lorcia i Staś Smoczyńscy, skupieni ciasno przy 
sobie, zajadają ze smakiem zabrane z domu prowianty: chleb razowy, kiełbasę, ser 
z kminkiem, wszystko proste i skromne, jak wypada koczownikom leśnym. Jaś 
chrupie w zębach główkę białej cebuli i śmieje się z dziewcząt, które go za to 
krytykują. Tylko Grześko podziela zdanie panicza. — Cebula daje moc i chytrość, 
a krew to po cebuli tak kipi, jak w garnku. Niech panienki spróbują. Lecz 
panienki się krzywią. — Grześku, czy dziś zobaczymy łosie? — pyta Andzia. — Jak 
wyjdą na żer, to zobaczymy, a jak nie, to ich człowiek nie najdzie; tak się w 
wiszarach a sołotwinach bagnistych zaszywają; chyba by czart ich nalazł. — Niech 
no Grześko nie mówi tego słowa w tym miejscu — szepcze Tarłówna. Ale Lorka jest 
odważniejsza. — Ja się tam nie boję, owszem, ciekawam diabła, może on tu gdzieś 
siedzi za krzakiem? — Za krzakiem nie — odrzekł Grześko — bo blisko ognia to on 
nie siada, ma dosyć w piekle, na co jeszcze się na świecie prażyć. Ale pod 
mostkiem to on jest, ja go nieraz widział, ja na niego mam zaklęcie, niech się 
panienki nie boją. — To Grześko czarownik? — Czarownik, nie czarownik, choć 
ludzie mnie takim zrobili, ale często tędy łażę przy obchodzie służbowym, to i 
czasem strach. Stary borowy, Kuźnik nauczył mnie tego zaklęcia, to już teraz ja 
spokojny. Tylko jak mijam mostek, to idę tyłem, patrzę mocno na most i gadam 
zaklęcie, już wtedy nie ruszy. — Jakież to zaklęcie, powiedzcie? Grześko bronił 
się. — Umyślnie tego nie można mówić, bo straci siłę. Obiecał, że po 
podwieczorku pójdą przez mostek i wtedy usłyszą. Zgodzili się chętnie. Jaś 
nalegał, aby Grześ opowiedział im, jaki jest początek legendy o mostku. 
Zaprosili starego na podwieczorek, dając mu wielką porcję jedzenia. Sami zaś 
zabrali się do poziomek, uzbieranych po drodze. Pełen koszyczek jagód świeżych, 
połyskujących wewnętrznym sokiem, wzbudził apetyt. Czerpali zeń garściami, 
sypiąc do ust i miażdżąc jagody z rozkoszą, wreszcie dno zabłysło w koszyczku. 
Leśnik ocierał już wąsy brzegiem kapoty, dziękując panience, bojarzynce, jak 
nazywał Handzię. — Teraz Grześ niech opowiada. Usiadł w kucki, rękami objął 
kolana, wpatrzył się w ogień buzujący i zaczął mówić głosem niezwykłym, trochę 
przez nos. — Dawno to było, bardzo dawno, jeszcze ten kraj był pod polską 
koroną. Rządził wtedy najmiłościwiej król, wojownik wielki, co Turków tęgo 
łupił, a nazywał się Jan Sobieski. Toż to wtedy żył w tych stronach bogaty 
bardzo pan, zamek miał harny i sług pokornych cały czambuł, rabami ich nazywali. 
Miał ziemi huk i stepów, gdzie tabuny koni się pasły i bory okrutne i jeziora 
rybne. Niczego mu nie brakło, ale Bóg jest sprawiedliwy; jak da dużo na wierzch, 
to mało pod spód, żeby się człek do nieba nie przyzwyczaił za życia, bo potem 
smakować nie będzie. ...Tak też i ten pan miał wszelakiego dobra w bród, a 
szczęścia nie było. Do czego się dotknął, to zaraz sczezło, tak po prostu, jakby 
topniało w ręku. Taj hodi! bida w duszy da bida. Żonkę pojął jak obraz, miłował, 
hołubił, w gronostaje, sobole a aksamity stroił, świata za nią nie widział, toż 
mu i umarła po urodzeniu dzieciątka... i już mu stopniała w ręku, spłynęła do 
ziemi. ...Synka małego chował jak skarb, patrzył na niego ze strachem w oczach a 
modlitwą na ustach, a w sercu to mu wyło do Boga o miłosierdzie nad tym 
synaczkiem, ile że i paniątko to było cudne, jako właśnie mak na stepie, co go 
słonko majowe urodzi. Ale cóż, ojciec musiał często synka i dwór opuszczać, bo 
szedł na potrzeby różne, na ratunek kraju, był wielkim władyką, to miał i 
obowiązki, a synek tmczasem na opiece sług zostawał. Stary bał się jakiegoś 
nieszczęścia, truchlał o dziecko miłowane, aż i ze strachu głupstwo zrobił. 
Wiadomo, zły duch, co nad tą rodziną wisiał, urządził sztukę. Pan, żeby to niby 
opiekę dać dziecku, pojął drugą małżonkę. Nagły dreszcz przeszedł ciało Andzi. 
Podniosła oczy na Grześka i spytała głucho: — Jak to, dał mu macochę? A tak, 
pannuńciu, myślał, że zrobi dobrze; pohane takie dobro! na pohybel jemu poszło 
od tej pory. Nowa żona była to niewiasta chciwa, da żądna panowania. Ścierpieć 
nie mogła tego, że wszelkie dobro pana miało pójść w spadku dla syna, jej się 
samej chciało być wielką bojarzyną i wszystko sobie zachować. Przymilała się do 
męża a łasiła, jak kocica, co ma pazury schowane. Hołubiła małego Sebastianka, 
bo tak on się nazywał, żeby niby przypodobać się panu, a w duszy miała podłe 
myśli da złe zamiary. Chciała nieraz coś zadać małemu, żeby sczezł, ale bała się 
sądu pana, a i pan też, jakby przez serce ostrzegany, nianię starą a wierną przy 
synku trzymał, która go jak własnego oka strzegła. Tak biegły lata za latami. 
Sebastian rósł i z każdym rokiem piękniał. Macochę tylko nie bardzo honorował, 
jako że detyna przeczucie miewa czasem. Pacholęciem będąc konia dzielnie 
dosiadał, łuk tęgo naciągać umiał, z rusznicy to tak walił, jak rycerz 
najlepszy. ...Nie było dla niego konia, nie było trudu, ani strachu żadnego, 
rósł rycerz boży, dzielny a śmiały i gorący, jak ogień. Piękny taki, że ludzie 
się za nim oglądali, bo jak się wystroił w te wszystkie pańskie barwy a 
kierezyje, w pasy słuckie... ...Jak nadział zbroję rycerską z mieczem w ręku, to 
jak święty Jerzy, albo Michał Archanioł wyglądał. Cieszył się nim ojciec, 
cieszyli wszyscy i lubili bardzo, bo dobry był, a przymilny i dla panów, i dla 
sług. Nic jemu nie mogła zrobić macocha; raby dworskie rychło dorozumieli się, 
że pani panicza nie lubi, że tylko nie śmie, ale nosi w sobie gadzinę na niego i 
dobrze go pilnowali. Tak szły lata i oto Sebastian wyrósł na rycerza, miał już 
20 lat. Ojciec woził go na pańskie dwory i na królewski dwór, nigdzie nie 
oddawał, bo mu syna żal było w świat puszczać; miał w dworzyszczu swoim mnicha 
mądrego, jezuitę, ten go uczył nauk różnych i miał takich rycerzy, co go z 
wojenną sztuką obznajmiali. Ale ot stała się obraza boska; macocha zakochała się 
w pasierbie swoim. Grzeszne myśli opadły niewiastę, pożyła już a jeszcze nie 
stara, poczuła żądzę do młodego rycerza, chciała go dla siebie zniewolić... — Co 
on mówi? Nie bardzo rozumiem — szepnęła Tarłówna. — Ja rozumiem doskonale — 
odrzekła Lorcia, zerknąwszy figlarnie na towarzyszkę. Jaś zrobił komiczną minę. 
— No i co, i co dalej? — podchwycił. — A cóż, nieszczęście! Jak raz taki wąż 
kusiciel zagnieździ się w duszy a kusi ciało, to źre dotąd, aż doźre się do 
zbrodni. Macocha zaczęła judzić młodego; bezwstydna była jucha, gładka jeszcze; 
młody bojarzyn niewiast dużo w domu nie widywał, a już czuł Bożą wolę. Tatko 
strzegł, jak świętego, nie widząc, że już chłopak się do niewiast rwie. Macocha 
podsuwała się i kusiła, umiała widno zdrowo takie sztuczki, bo ot i zbałamuciła 
chłopca. Zły duch zrobił swoje. Pokochali się z saobą, macocha z pasierbem. 
Starego pana męczyła zmora jednej nocy, poszedł do syna, żeby się rozweselić. 
Nie ma go w izbie. Zestrachał się okrutnie i pędem do żony, żeby się może czegoś 
dowiedzieć, albo razem szukać. Bóg to wie, co jego tam niosło, może już taki los 
przeciwny? Wpada tedy do żony, a tu zbrodnia piekielna. To, co zobaczył, nie 
będę już gadać, bo... — Mówcie, mówcie, mój Grześku kochany — zawołała Lorka. 
Andzia i Jaś milczeli. Stary borowy popatrzał na twarz Smoczyńskiej, 
rozpłomienioną ciekawością, z namiętnymi iskrami w oczach i pokręcił głową. — 
Ale panienka to tyż... Pażyrna do tego. Boże chorony. Lorka zakwitła pąsem, 
Grześko zaś mówi dalej: — Zobaczył zgorszenie i obrazę boską, taj hodi! Wstyd 
straszny. Wściekła się w nim dusza, zamarło serce. Niedługo dumając, chlasnął 
mosiężnym świecznikiem, co go chwycił ze stoła, w żonę, ale ona, niegodna, 
odskoczyła i świecznik wyciął w samą skroń Sebastiana, ubijając go na miejscu. — 
Jezus, Maria! Zabił syna — krzyknęła Andzia. — Tak, zabił miłowanego syna — 
powtórzył stary jak echo, patrząc ponuro w gasnący ogień. — Może tak źle 
wymierzył, albo i sam nie wiedział, co robił. Tymczasem syna zabił, a macocha 
uciekła. Wył nieszczęsny bojar przy martwym ciele synaczka, tłukł łbem o ziemię, 
całował trupa syna, lecz go już nie ocucił. Wtedy to serce jego zagorzało zemstą 
nad żoną. Zabić ją za to, do lochu wtrącić za hańbę, za zbrodnię, za skuszenie 
dziecka i mord nad nim. Cały dwór postawił na nogi, da poszukiwania jej 
zarządził. Aż tu mówią mu, że tylko co bojarzynia z jednym wiernym kozakiem 
konno pognała w stronę borów. Tedy pogoń za nią, sam władyka, jak upiór 
straszny, leciał na czele zbrojnych rabów, z mieczem nad głową, z gęby mu pianę 
toczyło, ryczał jak tur, "krwi, krwi, zemsty". I walili przez pola i bory, przez 
łąki i gościńce, jak tabun koni piekielnych, na których wilkołaki gnają do mogił 
z powrotem, po nocnej hulance. Dojrzeli niewiastę i kozaka umykających co koń 
wyskoczy. Wpadli w ten oto bór, tylko że większy on wtedy był i straszniejszy. 
Koło tego mostka, jużci nie tego samego, ale tu na grobli, już, już ich 
doganiali, już szablę męża czuła na karku niewierna i zbrodnicza żona, już mieli 
ich złapać, aż ona raptem krzyknęła na cały bór... "Czarcie ratuj! Bo ginę!" 
Widno pohane usta nie ośmieliły się nawet boga wzywać do takiej roboty. A czart 
usłyszał, skoczył pomiędzy nich i nastawił rogi. Od razu konie tamtych powpadały 
po brzuchy w błoto, zaczęły się topić, co widząc pan, zeskoczył z kulbaki, ale 
wraz zapadł po szyję. Ujrzawszy śmierć straszną w błocie, hańbiącą i ratunku 
znikąd, bo czart się tylko śmiał, sam własną ręką wystrzałem z bandoletu 
roztrzaskał sobie głowę. Raby jego wyratowali się niektórzy, ale macocha 
uciekła. Sługi powróciwszy do dworca z ciałem swego pana, zrobili piękny pogrzeb 
dla ojca i syna i opowiadali wszystkim, co jak się stało. I ot się skończyło: 
ziemię nieboszczyka zabrała rodzina, a diabeł raz wezwany, ciągle już opiekę 
miał nad macochą, aż zbrzydziwszy to sobie, pokusami i nasłanymi wyrzutami 
sumienia zawlókł ją tu w te błoto i wziął na rogi. Znaleźli ją ludzie z 
przebitymi wnętrznościami, które śmierdziały siarką, a czarne były jak smoła. Od 
tej pory, co rok, o północy, w rocznicę jej śmierci, pokazuje się tu czart, 
biorący na rogi niewiastę, i pan, co się strzela w błocie. Grześko umilkł. 
Westchnienie ciężkie wzdęło mu piersi, opancerzone blachą z koroną i herbem 
Kościeszów, tu gdzie dawniej były insygnia Hołowczyńskich, dziadów Andzi. 
Milczenie trwało długo, pierwszy odezwał się Jaś. — Straszna jest ta historia, 
ale chciałbym zobaczyć diabła z tą macochą. Którego to dnia pokazuje się? Leśnik 
wzruszył ramionami. — Tego to już nie wiem. Gadają, że to było w jesieni, koło 
Różańcowej, to znowu, że w Wielkim Poście, ale ja tam tego nie widział, tylko 
samego czarta zeszłem nieraz, jak w błocie się iskał... i to zaraz zaklęciem go 
odegnałem. Jaś i Lora zerwali się z miejsca, proponując wycieczkę na żerowiska 
łosi. Zaczęli zbierać do koszyczka resztę prowiantów i tłumić ogień już 
dogasający, coraz niższy i bledszy. Siwobłękitne, wątłe płomyki wsiąkały wolno w 
krwisty żar, którym barwiły się węgle. Coraz to jakiś języczek łypnął do góry, 
broniąc się od mlecznego popiołu. Wystrzelił i zgasł, w drugim miejscu puścił 
iskierek kupkę, ozłocił się, chwilową nadzieją błysnął, lecz bez podniety, znowu 
malał i kładł się pokornie w purpurową, rozżarzoną masę. Zniecierpliwiony Jaś 
jął go zwalczać ziemią, tłoczyć, że dymiło jeszcze konające ognisko, wnet i 
ostatnie ślady jego pokryła gruba warstwa tłustej, czarnej ziemi. Grześko nie 
ruszał się. Siedział ciągle w kucki i patrzył w przestrzeń leśną, z widoczną 
zadumą na starczej twarzy. Jakieś myśli dawne, rpzypomnienia mroczne przesuwały 
się w źrenicach szarozielonych, drżały na zwiędłych powiekach, spływały na 
bruzdy, idące od oczu, gęstą siecią rozłażące się po twarzy, czole, aż do włosów 
białych, do zażółconych tytoniem kępin starych wąsów i ust zapadłych, 
bezzębnych. Rumieniec, nie wiadomo, czy z bliskości ognia, czy z wewnętrznej 
podniety, okraszał tę twarz starczą na korpusie tęgiego człowieka, bo ramiona 
miał szerokie, pierś wydatną i mocną, całą postać bez wiekowych przygarbień i 
wahań. Ciało zahartowane; silny dąb z głową skłopotaną i przeżytą, niby koroną, 
co stoi mocarnie na swym pniu, lecz liście kurczą mu się, żółkną i opadają. 
Tylko jedna Andzia zauważyła kontemplację Grześka, cicho podsunęła się do niego. 
— O czym tak dumacie? — a po chwili znowu, jakby tknięta przeczuciem — może o 
mamie? Czy wy kochaliście mamusię moją?... Stary zadrżał. Spojrzał na Andzię z 
widocznym zdumnieniem. — Boże chorony! bojarzynka umie czytać, co dusza w 
człowieku gada? A o kim że ja bym myślał, jak tę historię mówił? Toż o pani 
naszej, bojarzynie naszej kochanej, sczezła ona ze świata, jak ten ostatni 
płomyczek, ziemią zawalony, co ot przed nami zgasł, taj spłynął do ziemi. Ja jej 
kiedyś bieduleńce tę samą historię o czarcim mostku opowiadał, da na tej samej 
polance. Andzia przysunęła się bliżej. — Mojej mamusi opowiadaliście to samo? I 
co ona, co, słuchała? — Oj, słuchała dusza złota, a wy pannuńciu taka ot, 
jeszcze była maciupcia, osiem roczków wam liczyli, jak janiołeczek biegała po 
łące, da zbierała rydzyki, bo tu ich mnóstwo. To była jesienna pora. Bojarzyna 
słuchała i łzy jej z oczu kap, kap... ona ich w chusteczkę i znowu cichutko, 
"mówcie Grześku, mówcie". Na was patrzała i żałośliwie kiwała główką. Główka też 
to była, Boże chorony, jaka piękna! — Mówią, że ja jestem do mamy podobna — 
nieśmiało rzekła dziewczynka. — Podobna, niepodobna, ale zawsze już nie to samo; 
kudyy! niby oczki, to i nieboszczka miała czarne, włosy za to, gdzie jaśniejsze, 
niby ciemne, a tak jakby złotem przysypane, czasem miedź, czasem dukat. Oblicze, 
Boże ty mój, jak u janiołków na obrazie. Wy, bojarzynko, macie włoski czarne, 
jak smoła i też wam nic nie brakuje, o waa! Tylko że już nie to samo, trochę się 
wam po ojcu dostało, i te włosy, i to oblicze, jasne, jak zorza, co smagłą łuną 
prześwituje, ale, że usta, to też matczyne, takie same kraśne jagody i ona 
miała, tylko potem zbladły, bo krew z nich wyssa... wyssali. Boże chorony! 
Tarłówna doskonale podchwyciła zająknięcie się Grześka, ujęła go mocno za ramię. 
— Kto wyssał jej krew? Kto? Stary patrzył na nią z przestrachem, gorący 
rumieniec okrył zwiędłe rysy. — A któż? choroba widno. — Wy kłamiecie, Grześku, 
nie mówicie mi prawdy! — Bo już i czas na łosie, pannuńciu. Słonko zachodzi. Ot, 
jak tamta panienka, da panicz do mostka się skradają. Bez zaklęcia niedobrze! — 
zawołał głośno i wstał z ziemi młodzieńczym niemal ruchem. Handzia zrozumiała, 
że już dziś się niczego więcej nie dowie. Zmarszczyła gęste, czarne brwi, i 
nachmurzona trochę, poszła naprzód. Grzegorz postępował za nią, mrucząc pod 
nosem: — Za co ja cię mam truć cheruwymku bożyj; jeszcze i ty się nażyjesz, da 
bidy najesz... bo to świat taki zawsze, jak kiedy słonko świeci? Oj czasem 
smutny, da czarny da... czaarnyy...! Andzia myślała o matce. Pamięta, że za jej 
życia była zawsze szczęśliwa. Przyjeżdżały często z Turzerogów na leśniczówkę. 
Chodząc po lasach i łąkach, dziewczynka słuchała tęsknych śpiewów matki, 
słuchała bajek fantastycznych, opowiadanych barwnie, z zapałem młodzieńczej 
wiary w świat mitów, który bywał podkładem tych historii. Tu, wśród głuchej 
natury lasów olbrzymich, wśród bujnego kwiecia i szumu traw, znękana dusza 
młodej kobiety szukała ukojenia, odnajdywała spokój zatracony na wieki. Stanęli 
przed mostkiem, gdzie Jaś zaklinał się Lorci, że tylko co widział rogi 
diabelskie zza belki i że słyszał kłapnięcie kłami. Lorcia śmiała się, ale stary 
zrobił minę zafrasowaną. Oczy jego utkwione były w czeluść czarną pod mostkiem, 
gdzie bagienko lśniło złowrogo, ponurą taflą o miedziano_żelaznym refleksie. Jaś 
przerażony i drżący, stał z tak widoczną chęcią ucieczki, że aż to Andzię 
zastanowiło. — Cóż ty się naprawdę diabła boisz i wierzysz w niego? — Jak byś 
sama zobaczyła, to byś umarła. Przysięgam, żem go widział, ot tu... — Cicho! 
Sza! — zamamrotał Grześko. — Ten mostek dziś niepewny. Czuję, że jest źle. Za 
głośnom krzyknął słowa niewiasty z tej historii. Boże chorony! Niech panienki i 
panicz ułapią się mnie za kapotę, da idą wolno za mną, przy końcu trza się w ten 
mig obrócić tyłem do grobli, a twarzą na mostek. Tak już i trzeba, nic nie 
poradzi — dodał, widząc lekki opór Andzi. Sytuacja zaczęła pomimo wszystko 
stawać się szczególną. Mimowolny dreszcz jakiś przenikał nerwy, bo jednak obecni 
odczuwali wyraźny niepokój i tę pewność, nie wiedzieć skąd rodzącą się, że pod 
mostkiem coś jest. Czy to była sugestia po słowach Jasia i Grześka, czy też 
zwykła intuicja, częsta u ludzi nerwowych lub podnieconych, dość, że lęk dziwny 
przenikał i zupełna świadomość, że w tej bagnistej czeluści coś się ukrywa. 
Stary borowy zdradzał przestrach zupełnie jawny. Dziewczęta, jak spłoszone, 
chwyciły starego pod ręce. Jaś przyczepił się tuż za Andzią do jego ramienia. 
Grzegorz patrzył bystro na bale mostkowe, gdy wstem Tarłówna szepnęła mu w samo 
ucho. — Wracajmy, idźmy inną drogą. — Teraz nie można — odszepnął z oburzeniem — 
teraz zarechotałby śmiechem, taj szedł za nami, bo nas by zwojował. Teraz nie 
można. Energicznie wstąpił na mostek, ciągnąc za sobą wystraszoną młodzież. 
Patrzył na bale i mamrotał zaklęcie po małorusku: * Małoruski — ukraiński 
(przestarzałe). "Ty mene rohom — wże to rohu.@ Ty kopytom — po kopyti,@ ślipiami 
ne zwojujesz — zubom ne zakłujesz,@ chwostom ne zrejmanterujesz.@ Na pohybel 
tobi — ja idu.@ Da krestik na tebe kładu.@ Czorty i Dit'ka w debru hup!... 
hup!..."@ W tej chwili doszli do przeciwległego brzegu mostka i stary zrobił 
gwałtowny obrót naprzód. Jaś potknął się tak silnie, że omal nie upadł, lecz 
wtem krzyk okropny wybuchnął ze wszystkich piersi, przerażenie obezwładniło ich 
na miejscu. Spod mostka nagle z łomotem, świstem i charkotaniem piekielnym 
wypadł jakiś potwór kosmaty, czarny, huczący, mignął w oczach wystraszonych w 
najwyższym stopniu ludzi i ciężką masą swego cielska potoczył się po bagienku, 
jak zjawa okrutna w głąb boru. Znikł w kępach rokiciny i dzikiego głogu. — A 
słowo stało się ciałem!... W imię Ojca i Syna; na kolana detyny — wrzeszczał 
stary. Jak ojciec broniący swych dzieci, ogarniał młodych ramionami, tuląc je do 
siebie. Długi moment przeszedł, zanim ochłonęli, stojąc w na wpół klęczącej 
pozie, słysząc wzajemnie bicie serc. Pierwszy przemówił Jaś: — A co? Czy 
kłamałem? Grześko podniósł się, wyprostował, podejrzliwie patrzył dokoła, blady, 
z dygoczącymi ustami i zastygłym przerażeniem w oczach. — Niedola nasza, że on 
nam się pokazał, to zawżdy niedobrze, to tak jak puszczyk, co na człowieka huka, 
dobrze nie wróży; mnie staremu już nic, ale wam młodziankom... całkiem kiepsko. 
— Nic nam się złego nie stało, a co widziałam, to widziałam — rzekła Lorcia 
rezolutnie. — Mnie się zdaje, Grześku, że to był dzik; przyczajony siedział i 
myśmy go spłoszyli — rzekła Tarłówna. — To był dzik_pojedynek. Na twarzach Jasia 
i Lorci błysnął cień zawodu, niechętnie spojrzeli na Andzię. Ale stary obruszył 
się gniewnie. — At, będzie tu jeszcze pannuńcia wydziwiać!... Dzik?... Ot tobie 
masz! Nie znam ja, co dzik, a co... tfu! nie trza wymawiać, bo i tak my dziś o 
nim za dużo gadali, jeszcze wróci, a bo co... — A jednak to na pewno dzik — 
upierała się Handzia. — Mało widno bojarzynce było strachu, kiedy tak gada. A 
jak dzik, to co?... On się czasem niesamowity i w dzika zamienić potrafi, o waa! 
albo i w inną jaką bestię, ale kto on, to ja go poznam. Boże chorony! — Cóż, 
pójdziemy na łosie?... Teraz właśnie wyjdą na żer, bo już słońce zachodzi — 
mówiła Andzia. Grześko zaprzeczył. — Jak panienki i panicz chcą, to jutro 
świtaniem pojedziem. Teraz już późno. Nim zajdziem na bagna, to i noc nastanie. 
Trza iść na dróżkę_pokrestkę, już tam musi nadjechał "szaraban" z Wilczar. Do 
domu czas... Grzegorz po zajściu na mostku stracił zupełnie humor. Poszli żwawo. 
Czekały już na nich konie z leśniczówki. Siedli i pojechali. Szaro już było 
zupełnie, gdy mijając nasyp kolejowy, ujrzeli sągi drzewa i wielką brzozę 
rosochatą o płaczących gałęziach. Andzia zawołała. — Pamiętasz Jasiu, jak przed 
dwoma laty leżałam tu pod pociągiem, a ty, ukryty za tą brzozą, bałeś się o mnie 
okropnie? Taki byłeś blady i wystraszony. Mnie się zdaje, że to sen. Pamiętam 
dobrze ten strach, huk, łomot... Jasiu, co tak myślisz? — Wiesz, Andziu, że ja 
już pewno w życiu nigdy takiej strasznej chwili, jak wtedy, nie będę miał. Cóż 
się ze mną działo, kiedyś ty leżała pod wagonami! Dusza mi zamarła zupełnie. 
Zdawało mi się, że umieram. Już teraz nie lubię tego miejsca, przeraża mnie ta 
brzoza płacząca nad grobem, i pomyśleć, że jednak to mógł być twój grób, 
Handziu. Spojrzał na nią ze zgrozą w oczach i dokończył szeptem: — Ale wówczas 
byłby już i... moim. — Głupstwa pleciesz, Jaśku — zawołała oburzona. Po chwili 
westchnęła. — Ach, tak bym pojechała w świat po tych szynach, tak mnnie świat 
zaciekawia, dalekie kraje, morza, góry. Czemu nie jestem ptakiem? Fruwałabym 
swobodnie, szeroko, pod chmury, w błękit, żeby mi było jasno i przestrzennie. 
Ale do Wilczar wracałabym zawsze na odpoczynek, do naszych borów. A ty, Jasiu? — 
Może i ja bym chciał, ale ja mam tylko chęci, ty zaś masz skrzydła... Moje lotki 
podcięte. — Jak to, Jasiu? — Jesteś bogata, więc wszystko możesz. Jesteś bardzo 
bogatą dziedziczką. Przecież prócz Toporzysk i Drakowa, twoje są także Wilczary. 
Świat stoi otworem, a gdy się zmęczysz, wrócisz, jak sama mówisz, do swych 
borów. Tarłówna zamyśliła się i sposępniała. Po chwili rzekła cicho:— A 
jednak i moje lotki nie na wiele się przydają. Pragnęłam jechać, kształcić się, 
do Krakowa, chodzić na kursy przyrodnicze, tak mnie to nęci, porywa... I cóż się 
stało?... Musiałam zostać. — Bo jesteś safanduła — zawołała Lora. — Ja bym tam 
sobie nie dała po nosie grać nikomu, szczególnie gdybym była bogata. Ho! ho! ja 
i bez pieniędzy zrobię w życiu, co zechcę, nikt mi w niczym nie przeszkodzi. — 
Gdybyś była, Lorko, na moim miejscu, inaczej byś mówiła. — Ani trochę! Nikt nie 
uwierzy, żeby twoja matka zażądała od ojczyma takiej nad tobą kurateli, a już 
jego osobiste elegie nie wzruszyłyby mnie. On swoje przeżył, tobie się teraz 
należy zakosztować świata. Ja już zaczynam tęsknić za czymś innym, niż nudny 
nasz Smoczew, wasze Turzerogi, Wilczary i wszystko, co tu jest. Jak mnie tylko 
bardzo uniesie, to nic i nikt mnie nie zatrzyma. Fiu!... polecę!... — Z pieca na 
łeb! — mruknął Jaś. — Zobaczysz! Andzia powodowała się sercem, wzruszyły ją 
żałosne pienia pana Kościeszy i dlatego osiadła na mieliźnie. Ja jestem inna! — 
Musiałam ulec ojczymkowi, czułam, że kocha mnie i smutno byłoby mu beze mnie. W 
nagrodę za ustępstwo pojechaliśmy do majątków po tatusiu. Cudnie tam jest, takie 
wielkie bory cieniste, jak puszcze, w nich przedziwne krzewy kolczaste, żółto 
kwitnące, azalie się nazywają; duże, pojedyncze i po kilka na gałęzi, kielichy 
pomarańczowe, lepkie u nasady i z białym piórkiem w środku. Wszystkie lasy 
podszyte są gęsto azalią, zapach silny, piękny, aż odurzający. Szkoda, że tu u 
nas ich nie ma. A skały nad rzeką Słuczą? Potężne, jak domy, mchem porosłe, 
wdzierałam się na nie z pomocą pana Hadziewicza, administratora. — Czy 
pamiętasz, Andziu, jak pływaliśmy łodzią po Słuczy, łapali ryby z rybakami i 
jeździli na tratwach z drzewem — zawołał Jaś. — Albo, jak byliśmy na chłopskim 
weselu i pan Hadziewicz uratował nas od chłopa, pijaka, który chciał z nami 
tańczyć — rzekła Lora. — A potem z mołodyciami tańczyliśmy trepaka i "oj 
czoboty... czoboty!"... — Ojczymek się wterdy strasznie gniewał, ale państwo 
Hadziewiczowie wstawiali się za nami. Z całej duszy lubię i szanuję 
Hadziewiczów. Oni jeszcze moją mamę znali, gdy była Tarłową. — Tylko twój ojczym 
nie bardzo ich uznaje. — Owszem, uznaje, ale nie wiem dlaczego ... nie lubi. — 
Wspólny brak adoracji — dodała Lora. Wtem zaszemrał głos Grześka. — Znam ja pana 
Hadziewicza, czyste złoto, nikt tak dobra sierocego nie pilnuje, a nie strzeże, 
jak on. Za swoim tak by nie baczył, jak za dziedzictwem bojarzynki. A że pana 
Kościeszy nie lubi... mała bieda, a czy jego kto lubi?... Nikt, taj hodi! Pohana 
taka dola... Andzia smutnie zwiesiła głowę. IV Szatry * Szatry — szałasy. 
Rozpoczynał się pierwszy brzask, gdy stary Grześko prowadził swą młodą kompanię 
przez gęsty bór, na żerowisko łosi. Prowadził nowymi zaułkami, jakby korytarzami 
leśnymi, gdzie trzeba się schylać nisko pod rzęsistą zwałą mokrych od rosy 
gałęzi i brnąc prawie po kolana w futrze gęstych traw zwalonych na się lub 
nakudłanych. Tu i ówdzie przecinał im drogę strumyczek leśny, czarny, 
prześwitujący rudą, otoczony dokoła tłustą mazią lepkiej ziemi. Bór szumiał, 
witał świt na niebie, ledwo tu dostrzegalny spoza tęgich koron sosen, jodeł i 
dębów. Las był zwarty i podszyty obficie, w tej zaś minucie tak gwarny i 
hałaśliwy, że zdawał się być miastem natury. Krzyczały zbudzone ptaki, wielka 
harmonia różnych tonów, gwizdań, hukań, świstów, kipiała namiętnością, czyniąc 
wrzawę jedyną w swym rodzaju i piękną. Słychać było głosy czworonogów; przecinał 
powietrze nagły ryk jelenia, jakby poziewanie po nocnym śnie, czasem odezwało 
się charaktetrystyczne rechotanie dzików, macior i kwik warchlaków 
przebiegających w pobliżu, raz beknął zając, zwykle mało objawiający się głosem, 
lecz widocznie o świcie najswobodniejszy. Aż oto krótkie szczeknięcie, dziwne 
jakieś i niezwykłe. Młodzi spojrzeli na Grześka z pytaniem w oczach. On położył 
palec na ustach i szepnął tajemniczo: — To lis. — Po czym zaczyna im objaśniać. 
— To jest szczeknięcie starego samca, który polowanie swe ranne odbywa. Młode 
lisy, liszka teraz wyprowadza z jam do zbóż, uczy łowów i jak jamy kopać trzeba. 
Ej! żeby my tak wzięli z sobą jamniki, to by lisiąt nabrał, ile chce. Ale teraz 
już, jako że koniec czerwca, to i na młode wilki czas, już odssane, warto by 
wybierać z gniazda i brać na łańcuch do stajni w Wilczarach, a na to, żeby konie 
myśliwskie z wilkiem oswajać. Żeby to pokazać panienkom borsuka, żbika, kunę, 
albo, ot co — rarytnego wielce rysia, ale on, jucha rzadko się trafia i, Boże 
chorony! czasem niebezpieczny, z drzewa ci szuśnie na kark człowiekowi albo 
bydlęciu. Lepiej by zobaczyć moręgowate warchlęta albo cielątko cętkowane od 
łani, bo to jest przymilne, albo wydrę koło jeziora "Temnyj Hrad". Tam 
stanowisko poobsiewał ja popiołem, a i łapek drucianych z rybką ponastawiał, to 
tyż dobrze, samotrzaskiem się zamykają i młoda wydra, biedneńka, jest! — 
Pójdziemy tam z wami, Grześku, dobrze? — zaszczebiotała Handzia. — Oj! Kiedyż to 
daleko i do jeziora droga kiepska, błoto bo Temnyj Hrad to było stare zamczysko, 
rozwaliło się, taj około gruzem obrosło. A jezioro też straszne, czarne, zimne, 
naokoło bagniste. Ej, tam to strach prowadzić takie delikatne panienki. — My 
jesteśmy mężczyźni Grześku, my pójdziemy — woła Jaś, lecz stary kładzie mu dłoń 
na ustach. — Cicho! Stać ani drgnąć, idzie łoś. Przystanęli, skupieni ciasno, 
jak wmurowani w ziemię, zasłaniały ich olbrzymie pnie jodeł rudozłotych, gubiąc 
w sobie ciemne ich postacie. Łoś szedł istotnie jeszcze niewidzialny, poprzedzał 
go chrupot gałęzi oraz ciężkie, miarowe stąpania wielkich racic, przy tym stęk 
głuchy. Słychać było wyraźny świst powietrza wciąganego przez chrapy szerokie. 
Wreszcie ukazał się oczom patrzących zwierz ogromny, brunatnosiwy, 
nieproporcjonalnie wysoki na przodzie, z garbem na karku, zaś na tyle opadnięty, 
niby spiłowany, z krótkim omykowym ogonkiem. Nogi wysokie stawiał zginając je 
nieco w kolanach, głowę brzydką, nadmiernie wydłużoną, także z garbem nad czołem 
i obwisłymi ochłapami chrapów pochylał nisko, ciężarną wielkimi rogami, które 
jak misy szerokie rozgałęziały się w grubsze i cieńsze konary. Oczki stosunkowo 
małe, siwe, apatyczne były, za mgłą, pełne flegmy i sybarytycznego lenistwa; 
postępując wolno, kiwał obwisłą głową z apatią limfatyka, idącego do pełnego 
stołu. — To stary szuflak — szepnął Grześko — główny prowodyr stada na 
rykowiskach, ale teraz on chodzi sam, ile że klępy z cielętami trzymają się 
osobno w gąszczach zwartych. Czuj duch teraz, bo się spłoszy, bo idzie taki 
pewny, jak sam bojar. O waa! żeby teraz fuzją wziąć na cyngiel, da na komorę... 
Tym razem Andzia zakryła usta ręką staremu. Łoś mijał ich właśnie, przypominając 
ciężkimi ruchami cielska niezgrabnego chłopa, który wraca od pracy znojnej. 
Stanął na jeden moment może instynktem tknięty, podniósł chrapy i zawachlował 
nimi podejrzliwie. Widzowie zatrzymali oddech w piersiach, ani drgnęli. Szuflak 
uspokojony, powędrował dalej i zaraz spadzisty zad jego zniknął w gąszczu. — 
Duża sztuka! Da już na mięso niezdatna, same to już łyko, abo skóra juchtowa. 
Tera idźmy za nim w trop, taj dojdziemy na brzeg moczarów, gdzie są stogi, tam 
ich będzie więcej — mówił Grześko. Szepcąc i stąpając bez hałasu, doszli na 
skraj boru i stanęli zdumieni. Tarłówna wydała cicho okrzyk zachwytu. Przed nimi 
leżał rozległy szmat moczarów, właściwie jakby nawodnionej łąki, bo wszędzie 
małe jeziorka połyskiwały, stawki przetykane gęsto bujnymi kępami twardych 
trzcin, traw, gdzieniegdzie krzakiem rokiciny lub wierzby karłowatej. Cała 
przestrzeń otwarta i widna, poznaczona była dużymi stogami siana, umieszczonymi 
na wbitych w mokradło, wysokich na parę stóp słupkach i pomostkach. Wielkie te 
kopice, stożkowatego kształtu, jedne większe, drugie mniejsze, widocznie już 
nadjedzone, otaczało kilka sztuk łosi. Zwierzęta, tonąc po pęciny w wodzie, 
łapały wargami za siano, wyciągając spore wiechcie, jedząc, mamlały głośno, 
patrząc bezmyślnie przed siebie. Inne dopiero nadchodziły: ciężkie, chciwe żeru 
a szkaradne niezgrabną budową, tylko rogami jak mosiężnymi tarczami imponujące. 
Chlupotanie i skrzypot siana rozlegał się w ciszy świtu, z boru zaś grzmiała 
orkiestra ptasia, już zupełnie rozbudzona. Powietrze jeszcze mętnoliliowe, lekko 
różem zabarwione; liliowe gazy zdawały się zwisać nad moczarem, przepajając go 
sobą, że wyglądał cały niby liliowością przesiąknięty. Kępy traw ciemniejsze, 
miały w sobie skupioną barwę fioletu, zbiornikami koloru rozpłyniętego dokoła 
były stogi siana i wał lasu, zamykający horyzont. Zwierzęta skoncentrowały w 
swych ciałach najmocniejszy odcień fioletu i jakby ciemnej zieleni, prawie 
czarnej. Widok stał się niezwykły, piękny w kolorycie, rozlewny jakiś, a przez 
swą pastelową liliowość mistyczny. Wszystko w fiolecie zanurzone, fioletem 
pochłonięte, fioletem tchnące. Nagle zerwały się dzikie kaczki; z jednej z kęp 
jak rakieta trysnęły w górę ciężkimi kulami ciał; i one zachowały barwę 
królującą tu władczo. Uniosły wysoko gęgający klucz, przecięły fiolet powietrzny 
i zapadły na mokradle pod lasem. Andzia stała oczarowana, pożerając oczami 
śliczny obraz natury. Nastrojowość świtu na wszystkich zrobiła wrażenie. 
Przebudził ich cichy głos Grześka: — Niech pannuńcia patrzy, ot tam, za tym 
skrzywionym stogiem, hen, hen, pod lasem czaple stoją, nie wiedzieć czego tu 
zalazły, ryby tu większej nie ma, tylko piskorze błotne da kiełbie. Ale ot 
słonko tam już wyjrzało przez jakąś szparę w lesie i prosto na ptaki padło. 
Dlatego to one mają pióra na piersiach złote, czuby czerwone jak krew, a dzioby 
niebieskie czy tam jakieś. Ot cudo! Te moczary nazywają się "Krasna duszohuba", 
ile, że tu kiedyś przepastne błota były i pewno niejeden, co tu wlazł, duszę i 
ciało zaprzepaścił. Boże chrony! A krasna to dlatego, że tu tak pięknie jest, 
czy o zachodzie słońca czy o wschodzie, jednaka tu krasa, i na wiosnę, i na 
jesieni. Zimą, Bożeż zmiłuj się, jeszcze dziwniej, woda tu nie marznie, ino tak 
błyszczy, jak lustro czarne, czasem szafirowe, albo takie ot, jak teraz 
liliowusieńkie, a dopiero na tym śniegiem zawalone kępy da stogi, da biały 
naokół bór. Oj, już wtedy tylko patrzeć. — Czyż te stogi zeszłoroczne? — spytał 
Jaś. — Gdzieżby, paniczku, oho! Do tej pory by nie dotrzymały, toż to już lipiec 
prawie, nowe to sianko zebrane, a potem potrawy przyjdą. Tu łąki bohate i po 
trzy razy się kosi, a jakie siano? Tłuste, grube da miękkie... — Patrzcie! 
Patrzcie! Co się to z moczarem robi — zawołała Andzia. Szerokie aaa! wybiegło ze 
wszystkich ust, Grześko rzekł z uśmiechem na rozjaśnionej twarzy: — Ot co? Woda 
się krasą oblewa przed swym kochankiem słońcem, jak dziewczyna do lubego. 
Wiadomo, woda bałamutka. — Nic cudowniejszego nie widziałam w życiu! — unosi się 
Tarłówna. Istotnie metamorfoza moczaru mogła czarować. Słońce purpurą swą 
wychyliło się zza boru i w tej samej chwili zwiało fiolet z wód i kęp, maczając 
je w różu tak świetnym, że cała przestrzeń stanęła od razu jak w rumieńcu. 
Liliowe szaty, jakkolwiek prześliczne, zdarte, bo oto weselne, gotowe stroje 
przybrały na się moczary i zatonęły z rozkoszą w tej królewskiej, prześwietnej 
purpurze. Bogate woale karmazynu omotały stogi, puszyły się na kępach, wnikały w 
głąb wody, wypędzając z najciemniejszych zakątków pozostałe fiolety. I teraz już 
róż złocił się coraz więcej, ozdabiał klejnotami, że perły mleczne i brylanty 
osiadły gęsto na źdźbłach trawiastych kęp, złote kolce kłuły wodę i wskroś 
moczaru płynął złotopurpurowy pył. Łosie stały się koloru starego złota, jak 
posągi odlane z gruba, wykute ciężkim młotem. Już najedzone, zawracały leniwie, 
lecz rześkość poranka, widok słońca podziałał na nie; jeden, widocznie młodszy, 
bryknął figlarnie, komiczny w ruchu niezdarnego łobuza. Spuścił głowę, rogami 
majtnął po wodzie, aż nabrał na rosochy kłakcie wyrwanej trawy, potem fiknął 
tylnymi nogami i rzucając ogromnym łbem to tu, to tam, pokłusował ostro wprost 
na czaple. Drugi stary rogacz zadarł chrapy w górę i zaryczał donośnie, 
gardłowo, niby hymn pokorny do Stwórcy za słońce i dobre śniadanie. Lecz te 
delikatne odgłosy potwornych zwierząt nie zostały podjęte przez innych tubylców 
moczaru. Pierwsze czaple wzbiły się w górę, umykając przed rozbrykanym 
młodzieńcem łosiego rodu; rozkrzyczały się kuliki wodne i czajki, gdzieś z 
oddali zakruczały niewidzialne żurawie i bąk huknął jak spod ziemi. Lecz 
szczególnie dziwny popłoch powstał wśród kaczek; kaczory darły się jak opętane, 
nie bez powodu, bo nagle z przeciwległego krańca mokradła buchnął strzał w tę 
wrzawę. Cichy, liliowy spokój świtu zmącony został tragicznie. Dzień powstający 
rozpoczynał już walkę. Huk strzału zelektryzował Grześka, rzucił się on naprzód 
jakby sam był raniony i rozglądając się bacznie, węsząc dym, mówił, raczej 
mamrotał gniewnie. — Aaaa! Ot co! Trochę ja się dziwił, czego kaczory tak 
hałaszą, da z oczeretów fyrkają w górę, a to ot, Boże chorony, ktoś się na nich 
zasadził, wystrzelać biednieńkie chce. Pewnie ten pohany mużyk ze smolarni, co 
rusznicę ma, da szkody po boru czyni, albo może telegrafista z Wilczar. Ja mu 
dam kaczory! Pobaczysz ich, wołokito. Trostia na tebe złodijako... Stary ze 
złością zaczynał wpadać w dobitne wyrażenia miejscowego narzecza. Poprosił młode 
towarzystwo, aby na niego zaczekało, sam zaś podążył krokiem szybkim wprawnego 
łowcy, idąc brzegiem lasu i tym sposobem okrążając moczary. Andzia usiadła na 
zwalonym pniu sosny, obok niej Jaś, tylko Lorcia niezmiernie zaciekawiona, kto 
strzelał, kręciła się jak fryga. — Jestem wściekle głodna — rzekła Handzia. — 
Głodnaś? A to ja mam coś w sakwie — zawołał Jaś z dumą i jął otwierać torbę 
myśliwską z sarniej skóry. — Patrzcie, już ani jednego łosia nie ma na polanie. 
No, ale widoki mieliśmy nadzwyczajne, muszę tu przyjść jeszcze raz. — Tymczasem, 
Handziu, zjedz, co nam los nadarzył, bo na obiad do Wilczar powrócimy późno, 
zgłodniejesz. Podał jej na papierze szynkę i chleb. — Jak to zjesz, dam 
smakołyk, tylko nie grymaś, zjedz wszystko. — Wilka bym zjadła, gdyby nie było 
nic innego. Lorka, chodź na śniadanie. — Daj jej spokój, ona się już za 
kawalerem ogląda, bo przeczuwa, że to nie mużyk strzelał. — A jeśli 
telegrafista, to co? — No dla niej dosyć, ona nie jest wybredna. Mówię ci, 
Andziu, ona nie ma smaku, aby chłopiec — reszta furda! — Nie obgaduj siostry. — 
Oho widzisz! Widzisz! Jak pędzi Lora? Ani chybi, tylko pewno Grześko prowadzi 
kłusownika telegrafistę. Smoczyńska istotnie nadbiegła, wołając głośno: — Idzie 
z Grzesiem jakiś piękny młodzieniec z psem i ze strzelbą, Grześko wcale się na 
niego nie gniewa, strzelby mu nawet nie odebrał, ot już idą tam, na lewo. — 
Lorka, skocz do wody, to ochłoniesz, boś się już zapaliła. — To chyba naprawdę 
nie telegrafista — rzekła Andzia, przypatrując się uważnie. Jaś był tego samego 
zdania. Grześko zbliżał się w towarzystwie młodego pana w sportowym ubraniu, 
lecz w postołach z łyka, jakie noszą chłopi. Wysoko łykiem omotane nogi, jak 
zresztą i całe prawie ubranie myśliwego, zamazane były błotem i schlapane wodą. 
Z tej zabłoconej, a jednak eleganckiej figury, zbrojnej w piękną strzelbę na 
ramieniu, wykwitała głowa młoda, energiczna, przystojnego szatyna, przykryta 
kapeluszem z piórkiem. Szedł raźno uśmiechnięty i rozmawiał swobodnie z 
Grześkiem, który z uszanowaniem odnosił się do niego. Obok biegł śliczny wyżeł 
czystej rasy. Zbliżyli się. Andzia podniosła się z pnia, Jaś stał trochę 
zdziwiony. Grześko przemówił pierwszy: — Ot pannuńciu sztuka! Ja myślał, że to 
jaki pohany mużyk, albo telegrafist, a to, Boże chorony, sam jasny pan z 
Prokopyszcz. Ot mnie i bida. — Dowiedziałem się już od Grzegorza o szczęśliwym 
spotkaniu z właścicielką tego lasu i podążyłem powitać ją — odezwał się pełnym 
barytonem niespodziewany przybysz. — Jestem Andrzej Olelkowicz z Prokopyszcz, z 
upoważnienia pana Kościeszy poluję tu na podloty — dodał z figlarnym uśmiechem, 
przypatrując się krótkim sukienkom panienek. — Ponieważ to nie jest rewir 
Grześka, więc mnie tu spotyka pierwszy raz i chciał zaaresztować. — Gdzież tam, 
Boże chorony! Jaż od razu poznał, że to kniaź. Młodzież przywitała się 
uprzejmie. Olelkowicz rzekł do Andzi: — Bywałem w Turzerogach dosyć często, 
jeszcze za życia dziada pani, marszałka Hołowczyńskiego, z którym przyjaźnił się 
mój ojciec. Panią pamiętam doskonale, taką malutką, zaledwie trzyletnią 
dziecinę, ja zaś jako pierwszoklasista, nosiłem już mundur uczniowski. — W takim 
razie moja mama była jeszcze wdową? — Tak, potem gdy pani Tarłowa wyszła za pana 
Kościeszę, bywaliśmy już rzadziej... aż... zerwały się stosunki zupełnie. 
Dopowiedział prawie szeptem, lecz Andzia usłyszała i zrozumiała. Kościesza nie 
był lubiany w okolicy. Tarłówna zaprosiła gości na śniadanie. Czeluście torby 
Jasia otworzyły się na nowo, ale młody pan zawołał: — Ach! Wybornie! Urządzimy 
wspólną ucztę, bo i ja mam tu coś w swej myśliwskiej śpiżarni i, o ile nie 
zamokło... Okazało się, że właśnie nie, zaczął tedy wyjmować na pień różne 
przysmaki, chleb, masło, półgęski, kurczęta z rożna, znalazła się butelka 
starego miodu i owoce w cukrze. Te ostatnie rozśmieszyły Andzię. — Ależ z pana 
smakosz! Nie chciałoby mi się tyle tego nosić. — Eee! proszę pani, co to znaczy? 
Dziś wybrałem się na kaczki tylko do południa, więc dlatego tak mało, jak idę na 
cały dzień, dźwigam więcej i... głodny wracam. Roześmiali się. Bujna, 
młodzieńcza wesołość opanowała wszystkich, wypili miodu i zaczęli zajadać ze 
smakiem śniadanie, gawędząc na wyścigi. Grześkowi dostała się podwójna doza 
napiwku i wszystkiego w hojnych porcjach, aż stary bronił się od takiej 
szczodrości. Olelkowicz spytał: — Ja polowałem, ale co państwo robili na Krasnej 
Duszohubie? — Obserwowaliśmy łosie. — Brawo! Czyli od pierwszego brzasku 
siedzicie tu? Ja tak samo, trzebaż trafu żeśmy się nie widzieli. Ale co 
Duszohuba? Prawdziwie nazwana krasną. Cóż za bogate barwy fioletów, a potem róż. 
— Zauważył pan to? Prawda?! — zawołała ciekawie Tarłówna z odcieniem radości w 
głosie. Olelkowicz klasnął w dłonie i od razu prędkim ruchem podparł się rękami 
pod boki. — Ależ pani mnie naprawdę ma za żarłoka tylko i myśliwego. Pomyłujte 
pannuńciu! Ja się gniewam. Siedzę wprawdzie po uszy w bagnie, ale oczy mam na 
wierzchu i duszę poetycką także. Zresztą widok tej Duszohuby o świcie i przy 
wschodzie słońca każdego poruszy. Zaczęli sobie opowiadać różne wrażenia z 
wycieczek leśnych. Olelkowicz mówił dużo o swych trofeach myśliwskich i 
zapraszał młode towarzystwo do odwiedzenia własnych lasów, sąsiadujących z 
Wilczarskimi. Podczas rozmowy najwięcej śmiała się i trzepotała Lorcia 
Smoczyńska, rówieśnica Tarłówny, bardzo ładna. Zupełnie odrębny typ niż tamta. 
Andzia smukła, wysoka, ale raczej drobna w budowie z czarnymi, lśniącymi włosami 
i oczami tegoż koloru, mieniącymi się w złote refleksy, o fiołkowych połyskach 
białek; oczami czasem smutnymi, czasem pełnymi bujnego życia, które były zawsze 
lekko łzawe, błyszczące, głębokie jak toń jeziora. Rysy Handzi nie klasyczne, 
lecz regularne, miały w sobie wdzięk i charakter wyjątkowy; cera aksamitna, 
świeża z nikłym odbłyskiem smagławym, przypominającym jakiś wytworny i soczysty 
owoc, usta w miarę pełne, wykrojone, miały silną barwę, skupiając na sobie 
główny czar tej dziewczyny. Lecz może najbardziej charakterystyczne były brwi 
gęste, czarne zaczynające się nisko od nosa i w oryginalnym załomie wznoszone 
przy końcach w górę; długie, aż nadto obfite rzęsy zdawały się ciążyć powiekom, 
które jakby dlatego często opadały, tłumiąc lśnienie oczu i dziwnie zdrabniając 
twarz. Była to uroda nie tyle piękna, ile niezwykła i wymagająca znawcy. Lorcia, 
przeciwnie,- od razu każdemu rzucała się w oczy; była wysoka, zgrabna, 
klasyczna, z włosami rudawymi o nadzwyczaj jasnych tonach i oczami koloru 
pysznego błękitu, twarz jednolicie biała, matowa bez cienia rumieńca, wypukłe 
krwawe usta i nos garbaty wykwintnego kształtu. Zawsze roześmiana, wrzaskliwa, 
przypominała nakręconego i huczącego bąka lub ptaka wiercącego się jak na 
sprężynie. Nie potrafiła usiedzieć ani jednej chwili spokojnie, tym właśnie 
zwróciła na siebie uwagę Olelkowicza. Badał ją jakiś czas, wreszcie rzekł 
śmiało: — Ale z panią to bym nie poszedł na polowanie, całą zwierzynę z lasu 
mogłaby pani wystraszyć. Dziwię się, że łosie spokojnie spożywały siano, skoro 
pani była w pobliżu. — Ale ja myślę, że panu przy mnie zwierzyna nie byłaby w 
głowie — rzekła rezolutnie. — Oo! NIe wiadomo, dla mnie polowanie to grunt. 
Mógłbym panią związać ostatecznie. — Uprzejmy kawaler, a gdybym krzyczała? — A 
knebelek od czego? — Chyba całus! — palnęła Lora. Andzia poczerwieniała, Jaś 
wzruszył ramionami, Olelkowicz zaś tak się zdziwił, że nie zdołał odpowiedzieć 
ani słowa. Tylko oczy błysnęły mu łobuzersko w stronę Lorci. Dziewczyna 
parsknęła śmiechem swobodnym i rzekła: — Zdaje się, że pan nie byłby od tego, 
tylko tak udaje skromnisia. — Andziu, czegoś taka czerwona? — Jasiu, co się na 
mnie tak gapisz? Ha, ha, ha! Tarłówna nic już nie mówiąc, wysunęła się naprzód, 
za nią podążył Smoczyński. Lorka z Olelkowiczem zostali poza nimi. Śmiechy i 
żarty młodej pary rozlegały się echem po lesie. Do Andzi i Smoczyńskiego 
przysunął się Grześko. Starą głowę na korpusie wojskowego wtulił w ramiona i 
szepnął do Jasia cichutko: — Paniczek — Boże chorony, musi swojej siostrzyczki 
dobrze pilnować, bo ta pannuńcia to za ochotna dla chłopców. Młodzieniec nic nie 
odrzekł, udał że nie dosłyszał. Zmiarkował to stary i zagadał inaczej: — Ot, już 
widzieli państwo Krasną Duszohubę, da Czartowyj mostek, ale jeszcze nie widzieli 
Temnego Hradu. Tam to dziwy, da dziwy! Ho! to jest daleko, blisko granicy lasów 
prokopyszczskich, pojedziemy i tam, bojarzynko, prawda? — Co to za dym na prawo? 
— spytała Handzia. Stary skoczył naprzód i jak ogar węszył, śledził, wreszcie 
rzekł: — To Cygany. Wid'my zaraz rozłożą się po boru, da po wsiach jak te 
pluskwy, niczym nie wykurzysz, zaraz i złodziejstwa się zaczną. Palą chrustem i 
widać bogate szatry, bo smakowite zapachy " niucha się". Oo! czuć słoninę, da 
jakieś delikatniejsze przyprawy. — Chodźmy tam! — zawołała Handzia. Jaś 
przywołał Lorcię i Olelkowicza, oni również wyrazili chęć odwiedzenia obozu. 
Poszli wszyscy razem. — Andzię Cyganie wezmą za swoją rodaczkę — rzekła Lora. — 
Jeszcze się do nas przyczepią, że ukradliśmy cię. — Ej, niepodobna bojarzynka na 
Cyganichę. Boże chorony! Tylko co oczki kare, ale to także wid'my mają inne. 
Chyba już korolewna cygańska... — Pasjami lubię taką właśnie cygańską urodę — 
rzekł Olelkowicz z zapałem, patrząc na Tarłównę — lecz od razu spostrzegł się i 
zmieszał niesłychanie. Łuna czerwona opłynęła mu wyraziste rysy i czoło 
młodzieńcze. Lora zła na niego za ten zachwyt i ciągłe spoglądanie na Andzię 
wypaliła bez namysłu: — Także szczególny gust! Gdyby pan był albinosem nie 
dziwiłabym się, ale tak!? — Więc jako szatyn mam lubić albinoski, według pani 
teorii... Ślicznie dziękuję! — Nie, białowłose dla brunetów, dla szatynów 
istnieje kolor pośredni, złoto, rudy, ognisty... — Odważna panna! — pomyślał 
Andrzej, patrrząc na warkocze Lory. Oto i szatry. Cały obóz. Na małej łysince 
wśród gęstych zarośli leśnych szarzało kilkanaście dużych namiotów płóciennych z 
czarnymi czeluściami otworów wejściowych. W głębi, za szatrami stały wozy 
ładowne, pomiędzy drzewami, w zaroślach widać było konie tęgie i trochę dzikie, 
popętane, z rozwianymi grzywami i ogonami do ziemi. Na środku obozowiska palił 
się duży stos ognia, nad nim wisiał kocioł czarny na żelaznych umocowany 
drążkach. Obok stało kilka Cyganek; jedna wielką warząchwią mieszała w kotle, 
dwie skubały kury, jedna na kawałku deski słoninę krajała w długie paski. Drób 
porżnięty i pierze leżało obok skubiącej Cyganki. Mnóstwo czarnych kobiet, 
półnagich Cyganiąt, o głowach kudłatych, jak ogromne rzeszota kręciło się wokoło 
ognia. Przy wejściach do szatr siedziały i stały grupy Cyganów w rozmaitych 
strojach, czasem w malowniczych lub w łachmanach. Obraz okraszony słońcem, na 
tle ciemnego boru, na jasnozielonej murawie wyglądał przepysznie. Gdy 
wycieczkowicze zbliżyli się, zaatakowały ich najpierw psy, czarne, zwinne i 
niesłychanie złe, szczerzące białe kły; z gardzieli ich wychodziło chrypliwe 
szczekanie i wark krótki, lecz wściekły. — Zabrać psy! — huknął Grześko na cały 
bór, trzymając za obrożę wyżła Olelkowicza. Widocznie głos jego groóny i pewny 
siebie zrobił wrażenie, bo oto z bandy wypadło kilku wyrostków, ciemnych, jak z 
miedzi wykutych, z wielkim pośpiechem uciszali brytany. Cyganki, przysłoniwszy 
oczy rękami, jęły patrzeć badawczo w stronę przybywających; z gromadki siedzącej 
przy najbliższym namiocie powstał wysoki Cygan, z czarną brodą, przeciągnął się, 
podniósł w górę rozluźnione paski spodni i także patrzył pilnie, lecz z flegmą 
na obce osoby wkraczające do obozu. Grześko niespodziewanie przemówił do niego 
po cygańsku, co kudłacza wprawiło na razie w zdumienie, ale po chwili zmarszczył 
się groźnie i już podejrzliwie patrzył na gości. Stary leśnik łatwo mu się 
wylegitymował, wmieszał się do rozmowy i Olelkowicz, po czym nastąpiła najlepsza 
zgoda. Cyganie od razu weszli we właściwą rolę: dzieci otoczyły przybyszów, 
żebrząc o jałmużnę, Cyganki oglądały ciekawie panienki, także prosząc i mamląc 
niezrozumiałe wyrazy. Stara Cyganicha, Onuta, którą Grześko poznał od razu jako 
dawną znajomą, przyniosła stołki, prosząc gości, żeby usiedli i ogrzali się przy 
ogniu, bo ranek chłodny. Cyganów przybywało, z każdej szatry ukazywała się jakaś 
nowa postać. Obóz był duży i bogaty. Podeszło parę dziewczyn w chustach 
kolorowych, pasiastych, zawieszonych jak chlamidy. Twarze czerstwe, hoże, gorącą 
swą cerą i oczami przepastnie czarnymi przykuwały do siebie wzrok Olelkowicza. 
Młody pan był jak w ukropie, Cyganki nęciły go nieprzeparcie, ale wstydził się 
trochę Andzi, bał się żartów Lory, lecz i ona również zajęła się pięknym Cyganem 
bardzo gorliwie. Śmiała zawsze i wyzywająca, używała sielanki z zupełną swobodą. 
Uwagę Tarłówny zwróciła jedna szatra ozdobniejsza niż inne, pokryta płótnem w 
kolorowe pasy. W głębi jej, blisko wejścia, na wysokim posłaniu, z oparciem z 
barwnych kilimów, wpół leżała kobieta młoda i nadzwyczaj piękna. Spowita była we 
wzorzystą tkaninę, miękko otulającą wspaniałe jej kształty, włosy w dwóch 
grubych warkoczach splecionych przy skroni przeplatały złote cekiny i paciorki, 
wierzch głowy do połowy czoła nikł w zawoju gorąco żółtej materii jedwabnej, 
zakończonej złotymi, obfitymi frędzlami, które spadały na czoło i aż na duże 
łuki czarnych brwi. Oczy o hebanowych źrenicach patrzyły groźnie, z królewskim 
majestatem. Cała pierś mieniła się od świecideł, cekinów, złotych łańcuchów i 
różnych paciorków. Ramiona strojne w bransolety położyła pod głowę i z 
obojętnością, z dumą nawet, spoglądała na ognisko i zebranych przy nim obcych 
przybyszów. — Kto to jest? — spytała Andzia Cyganki Onuty, najrozmowniejszej z 
bandy. Stara zrobiła uroczystą minę, zaczęła mówić cicho, łamaną gwarą: — To 
jest panuńku, nasza korolowa, Zoira. Ona sobie spoczywa, bo strudzona podróżą i 
ona jest po dziecku. Ja przyjmowała małą córyńkę królewską; już się za węgierską 
stroną umnożyła. — To wy idziecie z Węgier? — Z Węgier, pannuńku złocista, od 
Dunaju. Hej tam zielone doliny, a od Tatrów węgierskich idziemy. Lato się 
powłóczy człek, by znowu zimę pod Tatrami szukać. My liczną gromadą jedziemy, 
nasz król Donru się nazywa, chrobry jest, dbały o swoją bandę a srogi. Ot, on 
idzie z boru, patrzcie, patrzcie, panuńku. Śpiewny, przewlekły głos Cyganki i 
jej słowa niezbyt zrozumiałe w wymowie, dziwne czyniły wrażenie na wyobraźni 
Tarłówny. Trochę ją ten obóz przestraszał, ale i podniecał, i nęcił. Spojrzała 
we wskazanym kierunku. Szedł król obozu. Wysoki, jak dąb rozrośnięty, potężny w 
barach i udach, Donru miał na sobie bogaty strój węgiersko_cygański. Spodnie 
obcisłe z żółtej skóry, wyszywane po góralsku czerwoną i granatową nicią, buty 
wysokie, z mosiężnymi klamrami na środkowych wycięciach, prawie na kolanach; 
koszula czerwona wyglądała spod bogatego serdaka na czarnych baranach, 
doszczętnie zaszytego złotem i blaszkami w kształcie dukatów. Włosy miał czarne, 
twarde jak z grzywy końskiej i tłuste, posplatane w drobne warkoczyki. Czapka 
ogromna, dziwaczna jakaś, naszyta złotymi sznurami, miała kitę ze złocistych 
trzęsień, łańcuch gruby wisiał mu na piersiach aż do pasa szerokiego, pełnego 
kieszonek, klamr, rzemyków i złotych guzów. Brody nie nosił, tylko olbrzymie 
wąsiska, rozczochrane, stanowiące rażącą sprzeczność z wymuskanymi warkoczykami 
włosów. W ręce niósł ogromny kij z łańcuszkiem, ostro okuty. Olelkowicz szepnął 
do Andzi: — Znam tego Cygana. Był razem ze swą bandą w moich lasach, ale wówczas 
mniejszym zdawał się władcą — dodał z uśmiechem. Przemówił do króla, 
przypominając mu się. Donru grzecznie, ale z powagą podniósł lekko czapkę i bez 
ceremonii podał Olelkowiczowi wielką swą czerwoną dłoń. Młody pan stropił się, 
lecz ręki nie cofnął. Cygan zauważył wahanie, zaśmiał się szeroko. — Kiedy 
znajomy, to znajomy, nie trza się wstydzić cagańskiej ręki. Inna ona, niż wasza, 
kneziu, ale ludzka, a ja tu król. Poszli chłopcy won! — krzyknął na małych 
lazaroni obozowych, którzy żebrząc, jednocześnie wyprawiali przeróżne skoki i 
figle. Zaczął wołać na nich po cygańsku tak, jakby wyszczekiwał ostre twarde 
wyrazy. — Trzeba to na powrozie trzymać, bo jak nie, to brykają — rzekł do 
Andrzeja tonem poufnego zwierzenia. — A co państwo robią tak rano w borze — 
spytał jeszcze. Otrzymawszy odpowiedź, uśmiechnął się pobłażliwie. — Tak to 
człowieka zawsze do boru a do pola ciągnie. Pałace nie wystarczą, trza 
powietrza, jaka by klatka nie była, a dlatego klatka dusi, nudzi, aż człeka na 
świat szeroki wygna. I ot nadybali państwo Cyganów i pewno się nastrachały 
panienki, bo to nas dla niewiadomej przyczyny ludzie boją się. Ale nie trza; 
zego nikomu nie robimy — zapewnił poważnie. — U was ładny obóz, dużo koni 
dobrych, ładne dziewczęta, chwackie chłopcy — chwalił Olelkowicz. — Ot to już w 
nagrodę za dobre słowo trza państwu zagrać. Hej muzykanty! — huknął donośnie. 
Projekt został przyjęty ochoczo, dla wirtuozów bandy był rozkazem. Od razu kilku 
młodych Cyganów skoczyło do szatr i wnet przynieśli różne instrumenty, a więc: 
skrzypce, basetlę, bębenki zdobne w dzwonki i brzękadła, jakieś blachy jasne, 
którymi stukali jedne o drugie w takt melodii. Była i duda góralska i kobza, i 
jakieś flety dziwaczne, cała oryginalna orkiestra. Muzykanci skupili się opodal 
i zgodnie na klaśnięcie Donru zaczęli grzmieć węgierskiego marsza Rakoczego. 
Grali dobrze a dziko, czarne kudły trzęsły się nad instrumentami, oczy pałały 
zapałem. Donru wsparł się pod boki i jął przytupywać stopą prawej nogi, czasem 
klasnął rękami i podrzucał głową z widocznym ukontentowaniem. Cyganki starsze, 
zgromione wzrokiem króla, zabrały się żywo do roboty przy kotle, tylko Onuta 
siadła w kucki obok Andzi i kiwając się to w lewo, to w prawo, mruczała coś 
niewyraźnie. Olelkowicz nie wytrzymał, porozumiał się wzrokiem z Lorką i spytał 
króla: — To już chyba potańcujemy? — Można — odrzekł Donru z powagą i dał nowy 
rozkaz muzyce. Zabrzmiała jakaś skoczna polka, czy czardasz, coś pośredniego, co 
jednak dało się ująć w takt. Olelkowicz z Lorką puścił się w taniec na gładkiej 
murawie, za ich przykładem poszli Cyganie. Kilka par hucznie i ostro tupało, 
wiło się w słońcu. Pokrzykiwania i hołubce dodawały ochoty. Zachęcona Andzia 
poszła w tan z Jasiem, wnet wyrwał mu ją Olelkowicz, Lorka zaś ze zwykłą swoją 
odwagą wzięła do tańca Cygana Dżinga, który jej się od razu tak spodobał. 
Sprawiło to wyborny efekt, Donru rozpromienił się, nawet Zoria wyszła z szatry i 
stojąc opodal patrzyła na tańczących z łaskawym uśmiechem. Olelkowicz i Jaś nie 
tracili czasu, obtańcowywali młode Cyganki z takim zapałem, że i one wpadły w 
ekstazę; Andrzej głównie zyskał sobie uznanie, król tytułował go stale 
"kniaziem", wymawiając "kneź". Nagle Donru wziął go pod rękę, podprowadził do 
swej żony i wspaniałomyślnie pozwolił z nią zatańczyć. Młodzieniec wykonał ukłon 
tak wykwintny, jakby naprawdę przed monarchinią na dworskim balu i ruszył w tan. 
Zoria tańczyła z początku powściągliwie, jak przystało królowej, ale zapał 
Olelkowicza podziałał na nią. Oczy jej zagrały, wydała głośny trochę dziki 
okrzyk i już zaczęła taniec z pasją, z szałem, falowała figurą, drobiąc nogami i 
od czasu do czasu z lekka pokrzykując. Król jednak wkrótce przerwał jej zabawę i 
skinieniem ręki oznajmił, że dosyć. Donru zaznajomił Zorię z panienkami, po czym 
oznajmił towarzystwu, że musi ich ugościć w swym obozie, że zatem poczekają tu 
na ucztę wspólną, a tymczasem niech się bawią, jak kto chce. Młodzież wpadła w 
doskonały humor, młode Cyganki popisywały się śpiewami, kładły panom karty, 
chłopcy pokazywali różne sztuki łamane i nawet magiczne. W ogólnej harmonii 
tylko stary Grześko czuwał, nie ufając nawet królowi, bał się, żeby dobra 
komitywa nie skończyła się jakąś niespodzianką, okradzeniem na przykład. Ciągle 
ostrzegał paniczów i szeptał do Andzi. — A pannuńcia myśli, że te kury, te 
kaczki, a słonina to własne, albo kupione? Ukradły juchy, taj już, tylko nie tu 
blisko, bo tam gdzie stoją, to nigdy nie kradną, mądre ścierwa! A taż królowa to 
tyż w kradzionych szatach paraduje, bojarzynka nie wierzy? Boże chorony! A cóż 
to oni chramy mają, albo grody jakowe? Ot szatry, da i szatry z kradzieży to 
wszarstwo żyje. Tfu! Nawet niepięknie, że się pannuńcie z nimi tak bratają; 
niech już tamta panienka, ona akurat do tego, ale bojarzynce nie dam z Cyganem 
tańcować, wara mu wołokicie. Uczta była gotowa. — A gdzie jest Makruna? — spytał 
Donru, rozglądając się po bandzie. — Makruna, to sławna worożycha, najstarsza 
Cyganka w obozie — objaśniła Andzi Zoria. Pobiegli po nią z rozkazu króla. 
Ukazała się wkrótce, przyprowadzona przez dwie młódki. Worożycha szła wolno, 
wielka i ciężka, trochę zgarbiona. Miała na sobie obfite zwoje kolorowych 
łachmanów, głowę omotaną w chusty, sznury korali i bursztynów na piersiach, 
pierścienie na palcach. Twarz stara, żółta, prawie czarna, pomarszczona okropnie 
niby kora wiekowej sosny. Oczy jak żużle iskrzące, straszne, czarne otchłanie, 
bezzębne zaciśnięte usta miały surowy wyraz. W twarzy jej była mądrość i groza 
tak wybitnie odmalowana, że uderzyła wszystkich. — Okropna jest ta wróżka — 
szepnęła Tarłówna. Makruna kiwnęła głową gościom i usiadła na podścielonej 
płachcie koło ognia. Była zamyślona i smutna. Donru i Zoria usadowili młode 
towarzystwo na honorowych miejscach obok Makruny, stare i młode Cyganki 
usługiwały zręcznie, podając jedzenie na talerzach tylko dla gości: Cyganie 
wszyscy jedli z kotła lub mis po kilku z jednej. Kobiety czekały, aż zjedzą 
mężczyźni, tylko Zoria wyłączona z tej rutyny jadła z osobnej porcelanowej misy. 
— Jak żyję, nie kosztowałem takiego bulionu — wychwalał Olelkowicz. — Przyślę 
wam tu mojego kucharza na naukę. — Jasny pan niech tego nie robi, bo się jeszcze 
kucharz kraść nauczy od nich — mruknął Grześ. Andzia zaniepokojona spojrzała 
groźnie na starego, ale Donru zaśmiał się, pokazał w uśmiechu, białe, wielkie 
zęby i rzekł z najzupełniejszą swobodą: — Niech się pan "pobereźnik" (leśnik) 
nie stracha, my jemu zwierza nie strzelamy, pokąd tu stoimy, jak odjedziem 
dalej, to nasze prawo wtedy tutaj jechać za mięsem. — A co! — nie mówił ja 
pannuńci? Już u nich taka moda. — Ejże! — to ja może własne kury i indyki zjadam 
w tym bulionie? Hę — zawołał Andrzej. — Co panuńku zjadasz, to twoje, aby 
smakowało — rzekła nagle Cyganka_worożycha. Donru zmarszczył się, lecz nic nie 
odpowiedział, nie przestał jednakże być gościnny, bo wkrótce znalazł dzbanek 
wina węgierskiego i słoninę z papryką, typowo węgierski przysmak. Donru często 
spoglądał na Tarłównę długo i uważnie, aż ją ta niema obserwacja zaczęła 
drażnić. Cygan sam się wytłumaczył: — Panuńka podobna jest na naszą Cygankę, w 
nasze szaty przywdziać, z nami za hej węgierską granicę iść, to by i mało kto 
poznał, że nie nasza. Teraz to pańskie dziecko jest. Liczko by w boru 
poczerniało, bo za białe, oczki by inne zara były jak u dzikiej kozy górskiej, 
ot jak u Zorii. U nas to życie, orły na górach, my na dolinach, ale my z nimi 
bracia, oni i my swobodę miłujem. Zamyślił się, potem rzekł jeszcze: — Oho! 
Przed panuńką świat cały, po co szatra, choć może w szatrze i spokój byłby 
większy, wiatr halny w górach nie tak czasem dokuczy, jak te wiatry, co na 
świecie ludzi rwą, zatłukują. — Źle czasem na świecie panienko, że i Cyganom 
lepiej. — Skądże wy o tym wiecie, skoro jesteście zawsze daleko od świata? — 
spytała Handzia. — Skąd wiem? Daleko od świata? Ej, ale nie na gwiezdach 
jasnych, a na szarej ziemi żyję, to i wiem dużo. Co na świecie bożym niedoli. 
Hej i nie zliczysz! U nas lepiej, każdy od maleńkości wie, że nic go dobrego nie 
spotka, a zginie zawsze, jak nie z bidy, to w bitce jakiejś; taki los Cygana. 
Dlatego u nas i wesoło panuńku, my Boże ptaki i za to my Bogu wdzięczne, 
skrzydła mamy, a lot szeroki. Chce się borów, to tam lecim, chce się gór, to do 
Tatrów, albo na Karpaty, a jak znudzą wirchy o hej! na doliny spadamy jak orły, 
do strumieni, ruczajów górskich. A też tu bory wilczarskie złe? A 
prokopyszczskie puszcze, a debry (wąwozy), a jary, stepy? Hej! Hej! I oko nie 
dopatrzy i dusza nie doleci do końca. To życie! Andzia zasłuchała się; 
opowiadanie Cygana budziło w jej duszy tęsknotę za życiem nieznanym, za jego 
urokami. Wrażliwa jej natura chłonęła przedstawiane przez Cygana krajobrazy. Nie 
zauważyła, że stara worożycha Makruna patrzy na nią długo, pilnie i coś mruczy 
do siebie, obudził ją wrzaskliwy głos Lory. — Anko, Jasiu, panie "kneziu" — 
przedrzeźniała króla — niech nam worożycha powróży. Zgoda? — Ja naprzód tej 
panuńce będę wróżyła — zamamrotała stara skwapliwie — biorąc rękę Tarłówny dość 
obcesowo. — Nie! nie! ja nie chcę! — krzyknęła Andzia z przestrachem, cofając 
rękę. Olelkowicz uśmiechnął się. — Pani się boi? Czego? — Handziu daj jej rękę, 
wielkie rzeczy! I nam będzie wróżyła — zapewnił Jaś. Tarłówna podała dłoń starej 
z lekkim drżeniem wewnętrznym. Wszyscy skupili się ciasno, ogień trzaskał, 
sypiąc iskrami. Zaległa cisza i dziwna powaga. Worożycha miała w obozie opinię 
wielkiej znawczyni swej sztuki, miano ją niemal za jasnowidzącą. Król i królowa 
zatrzymali oddech w piersiach, twarze były ciekawe, przejęte chwilą, trochę 
zalęknione,. Worożycha nie zawsze chętnie dawała się uprosić do wróżby, więc jej 
uwaga skierowana tak wyraźnie na "ciemną panienkę", zainteresowała obecnych 
Cyganów. Stara długo i dokładnie badała dłoń dziewczyny, kręciła głową, cmokała 
ustami; zaczęła mówić gardłowo łamanym językiem: — Dziwy, dziwy, rączka mała a 
duża księga... Znaki... znaki... trudne są tu te znaki — a ważne. Mościa damulka 
śmiała jest w sobie, a strachliwa, zdaje się; śmiała, bo młoda, urodna, bogata, 
idzie w świat niby złoty dla niej, ale chmury suną czarne... od nich płynie 
strach... O... o... i nieszczęście o... o... Andzia szarpnęła się, Cyganka ją 
przytrzymała. — A ot tu linijki cienieńkie, ale one grube w znaczeniu; dwie 
dusze one ciągną za sobą w przepaść, dwie niedole przez nie, a trzecia własna, 
własna niedola o... i ciężka. Nad sokolicą bujną czarny kruk kracze, wywłóczy 
dolę z niej, pióra poszarpie... O... smutek... Sokolica już słaba, omdlewająca 
padnie na pierś sępa dzikiego, co się za orła przedstawi... o... ten resztę krwi 
puści... obedrze... o... o... prawie nagą ostawi... A tu!... Ach!... O!... O!... 
worożycha gwałtownie puściła rękę Andzi i palcami zacisnęła sobie oczy z taką 
boleścią i zgrozą, jakby zobaczyła zbrodnię. Wszystkich ogarnął strach. Tarłówna 
siedziała, jakby we śnie pogrążona, nad nią stał blady, przerażony Jaś i 
Olelkowicz. Cyganka, po długiej chwili ciężkiej zadumy, ocknęła się, wyjęła z 
zanadrza plik kart. Brudne były, ale niezwykłe. Zaczęła je rozkładać na 
kolanach, siedząc po turecku, tuż za Andzią. Karty sypały się jak barwne motyle, 
ona je tasowała, znowu rozsypywała, dała je Andzi pomieszać i wreszcie ułożyła 
odpowiednio. Palcem szarym jęła wodzić po nich, straszne źrenice wpiły się w 
barwną mozaikę, zaczęła mówić: — I tu... i tu... tak samo, burza tam, gdzie 
zdaje się pogoda... chmury, chłód. Jeden łańcuch twardy na was troje. Łańcuch 
trzyma w dziobie krwawym kruk czarny. O... o... tu wy, mościa damulko, 
sokolica... O!... A tu młode dwa sokoły: jednego serce bujne zabite, drugiego 
ranne... ciężko krwawi, nie ścierpi niedoli, nie! Zatrata nad nim wisi... A ot 
tu sęp!... dziki on i nie dziki... Ważka osoba... trudna!... On jeszcze we 
świecie. Jeszcze chowa go świat i nad nim zagłada o!... o... — Kto są te dwa 
sokoły? — spytał Jaś drżącym głosem. Cyganka milczała. Po długiej chwili 
dopiero, wolno podniosła wzrok ponury na Jasia i na Olelkowicza, spuściła potem 
znacząco na Andzię i rzekła dobitnie: — Jeden łańcuch was skuwa i jedna dola... 
Zaległa cisza. Płomień podsycony na nowo, huczał, syczał, wrzał. Zerwał się 
wiatr, gnając kłęby dymu wprost na grupę wróżby. Słońce zaszło za obłok, cień 
szary, niemiły zaległ jasną przedtem polanę. Dreszcz wstrząsnął Andzią, ale 
dreszcz ten od niej przeszedł na młodzieńców, tak, jakby istotnie wiązało ich 
jedno ogniwo, jeden prąd. Cyganka gorączkowo składała karty, była jakaś zła i 
groźna i tajemnicza. — Powróżcie i mnie, ale nie tak straszno, lepiej trochę... 
— Mówią karty, ręka ludzka, nie ja sama. Dajcie ruczku. Patrzyła uważnie na dłoń 
Lory i wykrzyknęła: — Inna dola, inne życie! Mościa damulka wiatrem poleci, 
gdzie krew poniesie! Jak górski potok w piankę się stłucze i pogna het, het! 
Lekka pianka!... Kamienie wszystkie ominie i nijakiej zapory nie zna, gdzie 
trzeba przeskoczy, gdzie trzeba zniknie. Lekkie życie, łatwy będzie świat, 
bogato i cudnie, tylko... próżno... próżno. Jeno złości dużo, bo krew zahuczy, 
to i złota dorzuci, i tak po świecie ferdu... ferdu!... ot... taka... cygańska 
dola!... — Głupia baba! — zawołała ostro Lorka, wyrywając dłoń. — O!... ho, ho! 
Głupia!? Czasem i los głupi bywa, jak go człek za uzdę nie złapie i nie 
wstrzyma. Niech mościa damulka ściągnie uzdę, to i los mądry będzie. Ale to już 
trudno, krew wartka poniesie. — Dosyć tych wróżb na Boga! Panie się 
podenerwowały — rzekł Andrzej, rzucając Cygance do chusty złotą monetę. — Bo i 
wasze dole niewesołe — mruknęła wiedźma, zgarniając chciwie hojną zapłatę. — A 
panom wróżyć nie będzie? — spytał Donru. — To jedno, to jedno, jeden łańcuch. — 
Trzy dusze, a jedną niedolą razem skute, trzy życia a jeden los — mruczała 
Makruna. Jaś zmienił się na twarzy; targnął nim straszliwy lęk; blady był i 
jakby zamarły. Olelkowicz nadrabiał miną. Grześ, który wszystko słyszał i 
drętwiał z przerażenia, oprzytomniał nareszcie. — Chodźmy stąd, do licha, jasne 
państwo. Boże chorony! Tfu! Tak to zawsze z widmami się zadaać. Zaraz coś 
paskudnego wylizie. Już południe, chodźmy. Worożycha, podniesiona przez wnuczki, 
położyła rękę na ramieniu Andzi i rzekła z wielką powagą, z tragicznymi 
oczami... — Nie blednij na liczku, mościa damulko, jak serce zblednie, to wtedy 
źle. Jeszcze ja ciebie zobaczę, nie w tej to krasie, co teraz, oj... nie w tej, 
nie w tej, ale jeszcze ja ciebie zobaczę... Makruna stała oparta na kiju, cała 
na nim zwieszona, wielka w swych barwnych łachmanach, czarna, złowroga. Oczu nie 
odwracała od Andzi, głowa zaś jej pochylona ciężko na piersi, kiwała się 
żałośliwie, jak stary, jęczący dzwon, co przeczuwa wiele i już na trwogę woła. 
Towarzystwo z Grzesiem na czele wracało do Wilczar. Olelkowicz szedł z Andzią i 
zabawiał ją wesoło, chcąc zagłuszyć przykre wrażenia wróżby, które nurtowały go 
uparcie. Ale wesołość jego była trochę sztuczna. Jaś wlókł się za nimi, 
odczuwając dziwny ból w sercu, nieznany dotąd, niepokojący. Wylękłymi oczami 
śledził Andzię i drżał o nią, jakby groza wróżby już realnie nad nią zawisła. 
Weszli w wąski przesmyk w gąszcz drzew i niskiego podszycia lasu. Brnęli w 
głuszy zielonej, zanurzeni w niej zupełnie. Andrzej rozsuwał przed Andzią 
gałęzie leszczyn, torując jej drogę. Szli przez przesmyk leśny w zarośniętej 
części. Nagle Andzia i młody pan drgnęli i cofnęli się instynktownie w tył. Z 
gęstwiny wynurzył się ktoś podobny do widma, cały szary, jakby w zmurszałych 
łachmanach, czynił wrażenie żyjącej zgnilizny. Zgarbiony, nędzny, z twarzą 
obrośniętą zwierzęco kudłami nieokreślonego koloru. Był jak małpa, z ruchów niby 
płaz czający się. Przystanął na sekundę tuż przed Tarłówną i Olelkowiczem. 
Ujrzeli jego wzrok świdrowaty, zwierzęcy. Przecinając im drogę w poprzek, 
posunął się dalej krokiem szakala i zginął w gęstwinach. — Cóż za ponura postać 
— szepnął Andrzej. — Wygląda jak kupa mierzwy. — Albo jak zły duch. Kto to jest? 
Straszny człowiek — odrzekła Tarówna. Grześko przeżegnał się zabobonnie. — Może 
to i nie człowiek, bojarzynko, może to Antychryst? Ale że w nim złe siedzi, to 
pewno... Boże chorony! To jest Chwedko. Ma kurną norę na granicy lasów 
wilczarskich i turzerogskich, żyje sam jak upiór w mogile i tak włóczy się jak 
upiór; musi niesamowity, bo często nieszczęście z sobą nosi. — Jakie znowu 
nieszczęście?! Co Grześko prawi? Dość tych wróżb! — zawołał Olelkowicz 
rozdrażnionym tonem. — Taj hodi paniczu! Stary Grześko kłamie. Chwedko to 
parszywa wołokita, jego ludzie boją się gorzej od biesa, da uciekają od niego, 
on tylko... u... pa... Stary umilkł nagle. — Coście chcieli powiedzieć, Grzesiu? 
Mówcie, jam ciekawa — prosiła Andzia. — Boże chorony, Chwedko tylko u pana w 
Turzerogach ma łaski... ale to czortowski kum..nv Część pierwsza (c.d.) V 
Zgliszcza Pan Teodor Kościesza szedł wolno dróżką, wśród pól kłosistych wijących 
się kręto. Pogoda lśniła nad nim cudowna, ale złote uśmiechy słoneczne nie 
zgasiły ponurego wyrazu w jego ciężkiej twarzy, jakby wykutej z jednej bryły 
skalnej, tak była z gruba ciosana i martwa w swych topornych liniach. Złomy 
czoła i policzków wklęsały w głąb pod naporem oczu, jak nity płaskich i jak nity 
żelaznych w barwie i wyrazie. Włosy czarne sterczały na głowie twardo, na jeża; 
wąs krótki, przystrzyżony i takaż broda, okalająca sztywno kamienny profil. Dwie 
władze były cechą wybitnej tej twarzy; wzbudzała dreszcz strachu, lęku, jak 
przed jasnowidzącym i magnetyzując siłą dziwną, potrafiła panować, brać ofiary, 
które idą zniewolone, lecz z odrazą. Cała postać wielka, ociężała sunęła 
rytmicznie, ruchem nieco niedźwiedzim Ręce założone na plecach, trzymały w 
dłoniach laskę i były w ciągłym ruchu, palce przebierały kurczowo niby prądem 
elektrycznym poruszane. Szedł z głową pełną myśli o Andzi. Zabrał ją z Wilczar 
pomimo jej protestu, gdyż drażniły go wycieczki z Jasiem Smoczyńskim, wreszcie 
ostatnio z Olelkowiczem. — Po co się już i ten przybłąkał?... Ale przerwana 
sielanka wilczarska nie zmieniła sytuacji. Jaś bywa w dalszym ciągu, trudno mu 
tego zabronić. Sąsiad najbliższy i kuzyn, od dziecka zżyty z Andzią, stały 
towarzysz jej dzieciństwa, potem zaś wszystkich świąt i wakacji ulubiony kompan. 
Brat Lorci, ta zaś również jest codziennym gościem w Turzerogach, syn Malwiny 
Smoczyńskiej, z którą Kościesza liczył się trochę, gdyż była kuzynką i 
przyjaciółką jego żony oraz przez pamięć na zmarłego męża, bardzo szanowanego w 
okolicy. Wymówić dom jej dzieciom, niemożliwe... Oni zaś oboje niepokoili pana 
Teodora coraz więcej. Lorka zbyt śmiała, sprytna i zalotna mogła na Andzię 
wywierać wpływ niepożądany. Jaś z dziecka wyrastał na młodzieńca i zanadto 
serdecznie garnął się do Andzi, za radośnie na nią spoglądał. Teraz znowu 
Olelkowicz. Kościesza żałował, że pozwolił młodemu paniczowi polować na Krasnej 
Duszohubie, nie przypuszczał wówczas takiego spotkania z pasierbicą. I oto 
Andrzej bywa bardzo często, zajmuje się wprawdzie głównie Lorką, lecz Kościesza 
ma bystry wzrok, jest przewidujący. Jak temu zaradzić? Dziewczyna ma już 
osiemnaście lat, jest ładna, pociąga wdziękiem niezwykłym i wiele obiecuje. 
Olelkowicz zna ją od małego dziecka gdyż sam był smarkaczem w mundurku 
uczniowskim. Teraz to co innego, teraz te odnowione wizyty mogą się stać 
niebezpieczne, przy tym... Trzeba to przykrócić, tak być nie może. Trzeba! Gdy 
podobne słowo odbije się w myśli Kościeszy, już decyduje. Prędzej czy później, 
zależnie od okoliczności, zaczyna ono działać powoli, systematycznie, zanim się 
nie spełni. Wyrok na Jasia i Olelkowicza był już wydany. Pan Teodor wszedł na 
otwarte pole zżętej pszenicy, na którym ustawiono stertę. Szerokimi krokami 
zbliżył się i nagle stanął. Oczy mu błysnęły gniewem. — A to, co znowu?! Ależ to 
istna plaga!... — wyszeptał zły. Przy stercie wrzała robota, kręciło się kilka 
dziewcząt i parobków, wśród nich Kościesza dojrzał Andzię, Lorkę i dwóch 
paniczów przed chwilą osądzonych. Tarłówna w powiewnej, pąsowej sukience, z 
chusteczką czerwoną, związaną po chłopsku na czarnej głowie, stała na stercie i 
przyjmowała snopy, które podawał jej Olelkowicz z wysokiej naładowanej fury. Jaś 
układał snopki z fornalami, Lorka zaś na dole ograbiała stertę, udając robotę, w 
rzeczywistości zaś śmiała się, pokazując zmysłowo białe zęby młodemu 
korepetytorowi o rozanielonej minie. Pojawienie się Kościeszy spłoszyło tę 
parkę. Lorka zaczęła pilnie grabić, młodzieniec dał susa na stertę i wówczas 
dopiero zajął się gorliwie swym uczniem Januszkiem. Andzia zawołała: — Ojczulku, 
pracujemy! Jestem cała spocona; dotrzymuję kroku panu Andrzejowi. Sterta prawie 
gotowa. — Może już dosyć, zmęczysz się. Ale pan nie troszczy się specjalnie o 
własne żniwa w Prokopyszczach — dociął Kościesza, z ironią odpowiadając na ukłon 
młodego pana. — Ee! Obejdą się tam beze mnie. Mój rządca da sobie radę. Trzymam 
się maksymy... żyj tam, gdzie ci lepiej, że zaś tu... — Andziu, proszę cię, 
zejdź już — przerwał pan Teodor tonem kwaśnym, zimno patrząc na Olelkowicza. — 
Czekam Aneczko; pójdziemy na podwieczorek — dodał łagodniej. — Ojczymku, jeszcze 
trochę, co tam podwieczorek! Zjemy go później. Niech ojczyk popatrzy na naszą 
pracę, niech nam zastąpi pana Kadłubka, który dozoruje przy innych stertach. 
Kościesza nalegał na powrót do domu, aż zmusił Andzię do posłuszeństwa. Skoczyła 
ze sterty na wóz ze snopkami, z wozu zniósł ją Kościesza, uprzedzając szybko 
Andrzeja. Dziewczyna zarzuciła ręce na szyję ojczyma i całując go opowiadała mu 
różne zdarzenia dzisiejszego dnia: jak wstała raniutko i pobiegła do Smoczewa, 
że tam jeszcze wszyscy spali, więc zbudziła Lorkę i Jasia i razem przyszli na 
żniwa, zaraz zaś po obiedzie przyjechał konno pan Andrzej. Ślicznego ma 
kasztana. Watażka nazywa się. Za nim jedzie kozak Fedor. Panna Ewelina gniewała 
się trochę za tę robotę w polu, ale ostatecznie pozwoliła. "Lepsza jest Lincia, 
niż ty, ojczymku" — dodała z grymasem. Pan Teodor rozchmurzył się pod wpływem 
jej uroku. O świcie wyjechał do dalszych folwarków, słuchał więc opowiadania 
ciekawie, tym bardziej, że Andzia w ostatnich czasach mniej okazywała mu 
serdeczności niż dawniej, dzisiejsza jej radość rozruszała go i usposobiła 
przyjemnie. Grzeczniej rozmawiał z Olelkowiczem, nawet Jasia nie lekceważył, jak 
zwykle. Był wesoły. Pomiędzy zbożami wracali do domu. Lorka zabrała sobie 
Olelkowicza, ciskała na niego zrywane chabry, chichotała bez przerwy. Pan Teodor 
patrzył na Andzię idącą z Jasiem. Bawili się trochę jak dzieci. Ona chwilami 
przerywała rozmowę, brała go za ręce i kręciła się w kółko po drodze, niby 
czerwony mak. Furczały za nią czarne warkocze, z ust wydobywał się śmiech 
swawolny na pole, hen! Traktowała go jak brata, bez sztucznej kokieterii. Jaś 
był niby koleżeński, ale zjadał ją oczami: płonęły mu źrenice, kiedy na nią 
patrzył. Był w tych młodzieńczych spojrzeniach ogień zapału wewnętrznego i 
zachwyt nad Andzią i smętne pasemka marzeń, które jak delikatna tkanka tworzyły 
się w duszy, oprzędzając ją subtelnym sentymentalizmem. On widział już w Handzi 
swój ideał, ona jedynie miłego towarzysza i kuzyna, więc oczy jej miały w sobie 
tylko swawolę, jeśli zaś zamykały się chwilami cieniem głębszym, to tęsknota 
tych czerni przepastnych leciała dalej, ponad Jasiem, w szeroką dal. Teraz miała 
w sobie dziewczyna szum zabawy, źrenice odzwierciedlały w sobie jej nastrój i 
paliły się płomykiem niewinnym a już drażniącym. Kościesza zauważył, że 
Olelkowicz pozornie zajęty Lorką, ciągle ukradkiem patrzy na Andzię, że i jemu 
płoną oczy, że ta dziewczyna porywa wszystkich, nie dbając o to. I właśnie 
dlatego, że rozsiewa dokoła siebie dziwny czar przyszły mu na myśl słowa 
Kochanowskiego, kierowane do własnej córki: "Co pocznie, gdzie się ruszy@ 
wdzięczność ją prawuje@ i wszędzie niewidocznie@ za nią postępuje".@ Nadawało 
się to doskonale i do wdzięcznej postaci Tarłówny. — Co z tego będzie? — zadawał 
sobie pytanie pan Teodor. Szedł wolno za młodzieżą. Wyprzedzili go znacznie, 
dążąc do domu. Kościesza ze zwieszoną głową szedł do bramy, zamykającej piękny 
czworobok turzerogskiego dziedzińca. Stara rezydencja rozpościerała dużo cieni, 
od drzew przepysznych, od wysokich, ciętych żywopłotów. Sam dom, potężny 
rozmiarami, z fantastycznie łamanym dachem, rzucał na trawniki wielkie płachty 
cieniste. Okna gęste, ale nierówne kształtem i rozmiarami: jedne weneckie, 
drugie wysokie, strzeliste, na pięterkach zaś małe i wąskoszybowe, plamiły bielą 
futryn i okiennic, szare ściany dworu. Wszystko tu było ciężkie, nawet ponure, 
ale dostatnie. Trochę za smutno, lecz szeroko, wygodnie. W prawym skrzydle 
pięterka, nad tarasem, który wyglądał na nowy nabytek starego domostwa, zwieszał 
się mały balkon, biały, zatrzęsiony kwiatami. Oplatały go powoje, fuksje, kępami 
stroiły czerwone pelargonie. Z otwartych drzwi wiatr letni wywiewał raz po raz 
białe firanki. Biła z tego okna i balkonu młodość i wesele, w odróżnieniu od 
całości gmachu. Fragment ten był jakby uśmiechem dworu, jakby śpiewką i 
szczęściem szarych ścian. Rozumiały to i gołębie, gdyż całą chmurą białosiwą 
obsiadły gzymsy nad oknem i kraty balkonu. I ptaki do siebie zwabia, wszystko, 
co żyje — szepnął Kościesza. Na balkonie pojawiła się Andzia, gołębie furknęły 
skrzydłami i opadły ją zewsząd, siadły jej na ramionach, na głowie: jeden białym 
swym puchem przypadł do piersi dziewczyny i dziobek wysunął niby do pocałunku. 
Nie skąpiła im pieszczot, głaskała atłasowe piórka, całowała przemawiając jak do 
dzieci. Była to wieczorna godzina rozmowy z ptakami i karmienia ich. Kwiliły do 
niej swe dzienne skargi, ona je zaś pocieszała, i groch sypiąc na płaskie 
korytka, była matką i przyjaciółką ptasiej gromady. Kościesza, ukryty pod 
olbrzymią lipą, spoglądał niechętnie na znajomą sobie codzienną scenę balkonową. 
Wolałby Andzię widzieć inną, nie taką jak Lorka, broń Boże, lecz mniej ponętną. 
Zanadto przypominała swą matkę, nazbyt wiele posiadając w duszy 
charakterystycznych cech tamtej. Tych objawów bał się pan Teodor. Drażnił go 
widok Andzi, odwrócił się szybko i ruszył w głąb alei. Nagle zdumienie i gniew 
jednocześnie zatrzymały go. Ujrzał pod drzewem stojącego Jasia, z oczami 
wlepionymi w balkon, z twarzą natchnioną prawie. Złość straszliwa porwała 
Kościeszę i zatargała nim. Bez namysłu krzyknął podniesionym głosem: — Co ty tu 
robisz!? Chłopak drgnął, potem zbladł nagle. — Co tu robisz, pytam? — Nic, stoję 
i patrzę — odrzekł Jaś najniedorzeczniej. — Kogóż tak podziwiasz, gołębie? — 
syknął Kościesza. Smoczyński poczerwieniał, z żalem spojrzał w oczy panu 
Teodorowi i bąknąwszy coś niewyraźnego, chciał odejść, lecz ojczym Andzi 
zatrzymał go, mocno ścisnąwszy mu ramię. Nie panował już nad sobą, unosiła go 
wściekłość, zamruczał groźnie: — Słuchaj, ty... smyku... zapowiadam, że dosyć 
tych amorów. Do książki smarkaczu, tam twoje miejsce, rozumie... kawaler? Puścił 
oniemiałego Jasia i odszedł, lecz jeszcze raz odwrócił się wołając: — Ostrzegam 
ostatni raz. Po czym znikł za drzewami. Jaś stał bez ruchu, miał wrażenie, że 
uderzono go w głowę, jakiś szum głuchy, nagła niepamięć w połączeniu z bolesną 
świadomością zaistniałego faktu. Co się stało, za co?... Dlaczego? Więc nie 
wolno mu patrzeć na nią? A przecież od dziecka był towarzyszem jej zabaw, był 
jakby bratem jej rodzonym, jest zaś kuzynem. Przez głowę mu nigdy nie przemknęła 
myśl, że mu zabronią patrzeć na Andzię, że ktoś będzie to uważał za złe i to kto 
jeszcze?... Pan Kościesza. Za co? O co? Minęło odurzenie i przyszła nagła 
refleksja. Z całą brutalnością cisnęło się do mózgu chłopca przenikające na 
wskroś podejrzenie. Czyż on istotnie jest dla Handzi tylko bratem? Czy patrzy na 
nią jak na siostrę?... Czy Kościesza nie dojrzał w jego wzroku błysków obcych 
braterskim uczuciom, czy nie odgadł, co się z nim dzieje? Uderzyła mu krew do 
głowy. Zrozumiał, że kocha Andzię. Uczucie to przyszło, sam nie wiedział kiedy i 
ogarnęło go przemocą. Zawstydził się. Od razu to odkryto, rzucono mu w oczy 
obraźliwe słowa... "smyk, smarkacz", odesłano do książki, bo tam jego miejsce. 
NIe wolno mu jeszcze kochać nawet Andzi, może właśnie głównie jej. Ona taka 
śliczna jak kwiatek — myślał z goryczą. Cóż ja przy niej znaczę? Z ideałów spadł 
nagle do realnych przemyśleń, uprzytomnił sobie, że Handzia jest bogatą 
dziedziczką, że będzie wielką panią, on zaś biedny. Już teraz zarabia 
korepetycjami, aby nie być ciężarem dla matki, która zaledwo zdoła opłacać jego 
wpisy szkolne, resztę wydając na Lorkę i inne potrzeby majątkowe, spłacając 
długi, nękające Smoczew w okropny sposób. Cóż on? Skończył szkołę z trudem, z 
wysiłkiem wielkim; nie miał zdolności, umiał tylko pracować. Teraz wstępuje na 
uniwersytet na agronomię, chce być gospodarzem, rolnictwo ciągnie go i nęci. Ale 
cóż ono mu przyniesie prócz uroków czysto zewnętrznych? czy da mu istotne 
zadowolenie, czy on swe ideały ucieleśni na terenie Smoczewa? Będzie pracował, 
dorabiał się, wyrobi sobie byt materialny; jeśli utrzyma Smoczew ciężką pracą, 
to uzyska samodzielność i niezależność, nic ponadto. Gdzież miejsce na marzenia, 
gdzie ulokować ideały, które rosną i proszą o wysłuchanie. Pierwszym punktem 
tych marzeń przesłodkich była Handzia; myśl o niej zrosła się z mózgiem Jasia. 
Widział ją zawsze przy sobie w dzieciństwie i przyszłości bez niej nie rozumiał. 
Nie mówił o tym ani jej, ani nikomu, nawet sam przed sobą nigdy jasno nie 
stawiał tej kwestii, lecz mimo to nosił Andzię w duszy, pielęgnował ją tam 
starannie i czasem zapatrzył się na nią jak na drogi swój, bardzo piękny 
obrazek. Strącono go z subtelnych rojeń, oderwano wzrok od niej, wyśmiano go, 
zbezczeszczono jego uczucie, jego zapał cichy jak delikatna woń kwiatka 
wiosennego — pierwiosnka. Co teraz? Odejść? Pożegnać ją raz na zawsze, iść w 
świat nauki, do pracy, tu już nie powrócić nigdy, nigdy! A matka, a Lorka? Jest 
jedynakiem, zatem obowiązki syna, brata i obywatela wiążą go ze Smoczewem, musi 
tu od czasu do czasu powracać, spotykać Andzię. Jak to znieść, jak pogodzić? 
Powie jej, że w Turzerogach może się już więcej nie zjawi, jak ona to przyjmie? 
Żal, gorycz i zarazem nagła ciekawość wrażenia Andzi walczyły w sercu 
młodzieńca, gdy szedł wolno brzegiem wielkiego stawu, poza parkiem Turzerogskim. 
Postać jego w białej bluzie odbijała się w wodzie, lekko zamglonej mrokiem 
wieczornym. Mdły zapach ryb i wodorostów, połączony z parnym powietrzem dławił 
Jasia, zmrok po zachodzie słońca wywoływał taki sam refleks w jego duszy, którą 
ponure oblokły cienie. Duszno mu było i ciężko, miał uczucie, że wielkie liny 
chmielowe, zwieszone z drzew nad wodą, chrzęszczą szyszkami, oplatają go i 
ciągną gdzieś w przepaść, że drzewa wyniosłe opierają mu na ramionach swe konary 
niby ze spiżu ulane. Źle mu było w tej głuszy parkowej nad wodą już ciemną, jak 
płynny metal, ziejącą wilgotnym oparem. Żaby zawodziły swój wiekuisty hymn 
wieczorny, grały derkacze na łąkach poza stawami, jakby nawołujące się pastuszki 
nocne. Chłopcu głosy te przypomniały niedawny pobyt w Wilczarach, wycieczki z 
Handzią i ze starym Grześkiem, wszystkie uroki tych wędrówek wśród natury, ich 
słodkie, dobre pamiątki. Ot, na przykład derkacze Grześko nazywał "czynownikami" 
dlatego, że wołanie ich brzmi: "dery_bery — dery_bery". Jak się z tego Handzia 
śmiała! Jakie to były błogie czasy i tak niedawne. Mogli dłużej przebywać w 
lasach, dlaczego Kościesza zabronił? Czyżby już spostrzegł to co dziś i chciał 
przerwać? — Ależ nie, wtedy jeszcze ja sam byłem nieświadomy swych uczuć — 
myślał Jaś i nagle zadrżał. Cyganie, szatry, wróżba starej Makruny... ach tak, 
wtedy pierwszy raz drgnęło mu serce odmiennym dreszczem, lecz to jeszcze nie 
samo objawienie, to był tylko strach o Andzię po okropnej wróżbie. NIe tylko on, 
lecz i Olelkowicz odczuł tę chwilę. Długo nie mógł zapomnieć złowrogich słów 
Cyganki. Olelkowicz?... Jaś przystanął. Oczy utkwił w czarnym stawie i zdumiał 
się tak, jakby ujrzał cud. — Olelkowicz także kocha się w niej; po cóż by walił 
tyle mil, dlaczego zaniechał ulubionych polowań i co parę dni przyjeżdża do 
Turzerogów?... — Kocha ją na pewno! Jaś załamał ręce. Tu nie ma rywalizacje. 
Olelkowicz młody, piękny, bogaty... i... on, studencina biedny, Smoczyński. 
Andrzej nawet za rywala go nie uważa, gdyby go zastał przed balkonem,- kto wie, 
może postąpiłby mniej więcej tak samo, jak Kościesza. Szczęściem nie domyśla się 
zapewne w młodziutkim Jasiu głębszych uczuć dla Andzi. A sam? Czy kocha ją? Niby 
lekka myśl ratunkowa przewinęła się w umyśle chłopca postać Lorki. Może on do 
niej, może ona? Ech, nie! Kto by ją tam wybrał, gdzie są obie? Więc rywal i 
zapewne zwycięski. Rozpacz targnęła sercem chłopca, taki żal, taka bolesna 
skarga, takie poczucie własnej nicości, bezmiar niedoli, że jak podcięty ostrym 
batem, zgiął się i padając na kolana, zaszlochał serdecznie, dziecinnie. Twarz 
rozpaloną tulił do mokrej trawy i, zanurzony w jej spryskanym od rosy kożuchu, 
łkał rzewnie, najnieszczęśliwszy w tej chwili chyba ze wszystkich ludzi. Dokoła 
niego kumkały żaby; "dery_bery", zawzięcie wołał derkacz — "czynownik", wiatr 
nocny zerwał się jakby po to, by zgłuszyć szlochanie chłopca, muskał go łaskawie 
po spoconej głowie i łagodził jej ból. Zwisły nad młodzieńcem splątane liany 
chmielów, kapiąc mu rosą za kołnierz niby orzeźwienie. On nic nie czuł, nic nie 
słyszał. Ból wielki i pierwszy w życiu targał nim, czuł się nędzarzem, 
wypędzonym od Andzi, pozbawionym praw przebywania z nią, patrzenia na nią. Musi 
odejść, zostawić ją tu dla Olelkowicza raz na zawsze, raz na zawsze. Im dłużej 
rozpaczał, tym Andzia wydawała mu się dalsza, bardziej niedościgła. — Handziu, 
Handziuniu, Aniu złota! — szeptał cisnąc kurczowo skrzywione usta do wilgotnej 
ziemi. Wtulił się ciałem w trawę i cierpiał jak potępieniec. W głowie przewalał 
mu się nieznośny szum i dzwonienie przykre. Oczy piekły go niewymownie, ale i 
dreszcz zimny raz i drugi wstrząsnął nim dotkliwie. Wzmógł się ostry, głośny 
wiatr, który już nie łagodził, lecz szarpał Jasia za włosy, chcąc go poderwać z 
ziemi. — Wstawaj nieszczęsny! Wstawaj — jęczał mu wiatr w ucho. Szyszki 
chmielowe ocierały go po szyi i skroniach, szemrząc gniewnie... — Na pomoc 
biegnij, na ratunek, otrzeźwiej, patrz!... Smoczyński podniósł głowę, otworzył 
oczy. Ujrzał czerwony blask, ale myślał, że to z płaczu ma łunę w źrenicach. 
Dzwonienie w uszach rosło potężnie. Nie było złudą. Dzwon ten zastanowił go.
Zwariowałem, czy co? — szepnął ze strachem. Wtem wiatr z groźnym już skowytem 
rzucił się na niego i uderzył weń sznurem chmielowym, dzwon zaś rozkolebał się 
tak głośno, z taką ponurą plastyką, że Jaś w jednej sekundzie stanął na nogach. 
— Co to jest? — krzyknął, trąc oczy. Blask jaskrawy lunął mu w źrenice krwawe 
smugi. — Jezus, Maria! Łuna! Pożar!! Pognał na przełaj przez chaszcze i gazony w 
stronę, skąd jęczał dzwon. Wbiegł na podwórze folwarczne. Jasno tu było jak w 
dzień i pusto. Smoczyński oniemiał, stracił świadomość, gdzie się znajduje, 
biegał to tu, to tam, szukając ognia i ludzi, aż ktoś krzyknął na niego. Teraz 
dopiero ujrzał w świetle łuny kilkunastu ludzi na dachach budynków z wiadrami 
wody, ktoś szarpał gwałtownie za drut od dzwonka folwarcznego, ktoś wołał po 
ukraińsku: — Jakij tam durnyj wołoczytsia?... Idy do pożaru, nas tu pan Bohaćko 
ostawył, ne dopustym ohnia. Jaś skoczył w stronę głosu i uderzył się w czoło o 
drabinę, pojęcia nie miał, co i gdzie się pali, gdyż łuna skrywała za budynkami 
swój zasadniczy stos; płomienia nigdzie nie było widać. Chłopak rzucał się jak 
wściekły. — Może win sam podpałył i teper zdurniał? Hej! Kto ty? — krzyknął z 
dachu ten sam głos co poprzednio. Ale Jaś trafił nareszcie na kołowrót między 
stodołami, spojrzał na wielki słup ognia wichrzący się razem z czarnym dymem, 
usłyszał krzyki, głosy komendy i nagle nogi się pod nim załamały, nieludzki 
wrzask runął mu z piersi: — To Smoczew! Jezus! Pędził jak opętany, z zamarłym 
oddechem w piersiach, z zastygłym krzykiem na ustach. — Matka! Matka! Przesadzał 
szerokie bruzdy, zatoczył się raz na wielką kopicę zboża, upadł głową w dół, 
ugrzązł w słomie. Porwał się nastroszony kłosami i znów biegł, i znów padał. 
Nogi mu drżały, potykał się o każdy kamień, zziajany, przerażony. Był bliżej i 
bliżej. Już widzi, że pali się dwór, czuje gorąco od ognia, słyszy świst wody 
strzykającej z sikawek, mechaniczny stuk kotłów i zgiełk ogromny i wrzawę. Aż 
nagle w tej gromadzie buchnął wielki krzyk, pełen zgrozy. — Panienkę ratujcie! 
Panienka! — Pannuńcia, żywo! żywo! Hej ludy!... — Hospody, wże po nej! Jaś 
ogłuszony wrzaskami i trzaskiem pożogi, stanął już przy sikawkach, ujrzał widok, 
który ściął mu całą świadomość; myślał przez chwilę, że śni. Po drabinie, 
opartej o płonącą ścianę domu, wśród fal ognia, żaru i skłębionych żmij dymu, 
schodziła Andzia, dźwigając jakiś wielki ciężar z widocznym wysiłkiem. Wisiała w 
powietrzu nad czerwonozłotą zawieją płomieni. Dokoła niej tryskały grube węże 
wody z sikawek, rozpadające się na pióropusze; z sykiem szły w zawody ze słupami 
iskier i grzywą krwistą pożaru. Chroniły ją od ognia prądy wodne, lecz lada 
moment drabina mogła runąć w stosy żaru pochłaniając wszystko. Kilku chłopów 
podbiegło szybko i nastawiło ręce. Andzia w czerwonej sukience, przemokłej i 
opalonej, z szmatką mokrą na głowie, pracując ostatkami sił, zniosła swój ciężar 
na ziemię, ale tu już chwycili ją chłopi i odnieśli daleko od ognia w bezpieczne 
miejsce. Jaś oprzytomniał. — Matka! Matka! Gdzie matka? — krzyknął, rzucając się 
naprzód. Stary chłop, kudłacz, w rozchełstanej świtce, zastąpił mu drogę i 
porwał wpął. Zachrypiał mu nad uchem: — Mamu pannuńcia nasza uratowały, czuć 
sami nie pohybli. Ot, tam potaszczyli ludy. Okrzyk zdumienia wyrwał się z piersi 
Jana, biegł do zbitej gromadki ludzi, gdzie stała Andzia, mokra, zmordowana, ale 
szczęśliwa, płonęła radością na twarzy. Do podbiegającego Jasia podeszła prędko, 
mówiąc serdecznie: — Już dobrze, już, mama zdrowa, tylko omdlała ze strachu, nie 
bój się. — Tyś ją wyniosła z płomieni? — spytał prawie ostro. — Ja — odrzekła 
zdziwiona. — Andziu! To był mój obowiązek! Dziewczyna pomimo wszystko zaśmiała 
się. — Twój i każdego, kto mógł. Ciebie nie było. Przykląkł przy matce. Leżała 
na kanapce wśród mebli, gratów i rzeczy naprędce powyrzucanych z domu. Była w 
bieliźnie, opatulona i przykryta, w białym czepku na głowie, widocznie prosto z 
łóżka wyniesiona. Dyszała ciężko, krztusiła się dymem, oczy miała zamknięte. Jej 
usta szeptały niewyraźne słowa. Jaś spłakany, drżący, przytulił wargi do rąk 
matczynych i szeptał bezwiednie: — Jak to się stało, jak to się stało?... — 
Stało się nieszczęście i już, a panicz nie lamentuj po próżnicy, ale zbiegaj do 
pożaru, może się jeszcze coś da uratować z parteru, bo góra już na nic. Sodoma i 
Gomora — zagderał tuż obok głos starej klucznicy, pani Butkowskiej. Jaś zwrócił 
się do niej z gniewem: — Czemuście matki naprzód nie ratowali? — Pewno mama to 
kanapa albo fotel, co można zrazu na nogi i buch za okno. Panicz nie widziałeś, 
tak i nie gadaj. Toż w tym i rzecz, że dom zapalił się od góry z niewiadomej 
przyczyny, a w garderobie nikogo nie było, dziewki się porozłaziły po 
czworakach, ja byłam u ekonoma i dopiero jak cały dom, Boże odpuść, stanął w 
płomieniach, to ten Smutek stróż przebudził się i buchnął we dzwonek. Pani 
straciła pamięć, widno, bo jak my wpadli do sypialni, to łóżko było puste. Pani 
zawsze wcześniej się kładzie, uciekła na piętro, zobaczywszy ogień, każdy wtedy 
durnieje. Tymczasem my szukali na dole, gdzie można, wynosili rzeczy, aż i z 
Turzerogów nadjechały sikawki i państwo, i ta panienka anielska, co ją chyba sam 
Bóg zesłał. — Jak to, więc wy zaniechaliście szukania matki? — Ot, tobie i masz! 
Zaniechali zaraz! Kto wiedział, że pani rozum ze strachu postradawszy, latała po 
górze, to siędy, to tędy, do reszty zbłądziwszy we własnym domu. Nie mogli my w 
tym gwałcie i doszukać się jej. Aż dopiero, jak dobrze widno zagrzało, tak pani 
przez okna wysunęła się i krzyczy. A tu już płomienie nad nią. Wszyscy i głowy 
potracili; ja sama uklękła i wieczny odpoczynek zaczęła. Dopieróż panienka, co 
przedtem szukała pani po całym domu, wyrwała się skądś i dawaj krzyczeć o 
drabinę. Szczęściem była ta wielka ze sadu, przystawili, ale co chłop który 
ruszy, to i nazad, taki żar, co który ruszy, to nazad, panna Lorcia beczy, a tam 
pani już prawie się pali. Tak panna Handzia buch sama na drabinę, wyciągnęła 
nieboraczkę i ot zlazła szczęśliwie. Ale żeby nie ona, oj! sierota już by ty był 
panicz. Wtem w gromadkę ludzi z dowodzącą pośrodku Butkowską, wpadł Kościesza i 
huknął przeraźliwie: — Do pożaru chamy! Oficyna zajmuje się, panią zanieść do 
magazynu za sadem, Butkowska niech z nią będzie. Aa i kawaler tu? Romansuje 
wieczorami zamiast matki pilnować. Gdzie Andzia? Rozejrzał się, a nie ujrzawszy 
pasierbicy, biegł dalej, krzycząc i klnąc. Ludzie rozeszli się również, została 
tylko półprzytomna pani Smoczyńska, stara klucznica i Jaś, wyprostowany, blady, 
z nową obelgą ciśniętą mu w twarz. Pociągnięty za ramię przez Butkowską, ocknął 
się. Wziął matkę na ręce i szedł w stronę spichlerza, łzy wielkie spadały mu 
gęsto na bieliznę nocną niesionej kobiety. Płakał. Za nim zaś huczał pożar coraz 
groźniej, złowrogie wydając odgłosy, rozpalał się, buchał, szalał i chłonął w 
swój żywioł okrutny coraz nowe przestrzenie. Gdy Jaś, przekazawszy matkę 
Butkowskiej, powrócił, zastał Olelkowicza na koniu zgrzanym, okrytego kurzem. 
Kozak Fedor, także zziajany, stał za nimi. Zeskakując z wierzchowca, młodzieniec 
opowiadał Smoczyńskiemu, że już dość daleko w drodze dosięgła go łuna. Myślał z 
początku, że to Turzerogi i pędził na złamanie karku. Ubolewał teraz nad swą 
pomyłką. Pytał Jasia o matkę i ze zgrozą dowiedział się o postępku Andzi. — 
Dobrze, że to pańską matkę, gdyby się paliły Turzerogi, to by była gotowa tego 
starego dzika na rękach swych ratować. Widząc zdziwienie Jasia dodał z pasją: — 
Mówię o Kościeszy. Czy wie pan, że ten stary cymbał tak mnie dziś potraktował, 
że... że... och! Nie chcę mówić! Taka bestia! Ale ja go już przejrzałem. Zje 
diabła rogatego, zanim się mnie pozbędzie. — Jak to, więc i pana?... — zdumiał 
się Smoczyński. Lecz Olelkowicza nie zastanowił ten okrzyk. — A tak, on myśli, 
że mnie łatwo usunie, solą w oku jestem dla niego. Ale diablo się myli, źle 
trafił! Jaś nie miał czasu rozmyślać nad słowami Andrzeja, bo pociągnięty przez 
niego, biegł do pożaru, coraz gwałtowniej rozwichrzonego w morze ognia i dymów. 
Żywioł rozpasany ział z potwornej paszczy coraz nowe kłęby ogniste, rzucał 
zarzewie na prawo i lewo, miotał się, kipiał, chlustał płomieniem, że folwark 
cały wyglądał jak jeden piec straszliwy, rozpalony do granic najwyższych. Tarzał 
się ogień podrzucony przez wiatr, walczył zajadle z prądem sikawek, lekceważąc 
je sobie. Paliła się oficyna, tryskał ognistymi fontannami słomiany dach 
stodoły. Pożoga szeroko rozwiała swój sztandar, niosła go już w tryumfie. Ludzie 
przy sikawkach omdlewali z trudu, chłopcy folwarczni nie mogli nastarczyć wody 
do beczek. Kobiety nosiły ją wiadrami. Obrona była dzielna, ale siła ognia 
zwalczała wszystko. Olelkowicz objął główną komendę, głosem donośnym wydawał 
rozkazy, sam jak zręczny strażak pracował gorliwie. Wyprowadzał z płonącej obory 
krowy, które z rykiem, tracąc zwykły instynkt zwierzęcy, parły z powrotem do 
ognia. Pojedyncze sztuki ginęły, przywalone rozpalonymi krokwiami dachu, 
opadającego z łoskotem i złowrogim sykiem płomieni. Owiec nikt nie mógł 
wyprowadzić z płonącej już owczarni; stłoczone w jedną beczącą gromadę drżały, 
przytulone do siebie ciasno. Nie pomagały baty, ani oszczekiwania mądrych psów, 
ani znajomy głos owczarza. Głupie stado oddawało się dobrowolnie na śmierć, 
bojąc się zdobyć na energię ucieczki. Uratowała sytuację Butkowska, która 
nadbiegła, słysząc alarm koło owczarni. — Płótna białego dajcie, wałek płótna! — 
wrzeszczała rozpaczliwie. Wnet Andzia, Lorka i parę dziewuch skoczyło do 
mieszkań bab folwarcznych, przydźwigały olbrzymi zwój zgrzebnej, dobrze 
wybielonej tkaniny. Rozwinięto ją u stóp drzwi owczarni i puszczono długą białą 
drogę w stronę pola. Potem siłą przemożną kilkunastu chłopów wypędziło stado 
owiec z tyłu, byle do progu, byle do progu. I oto owieczki ruszyły białym 
gościńcem płótna, ich drogą zbawienia. Bek ich brzmiał żałośnie, ale wysypały 
się wszystkie z pośpiechem już naglącym, już nerwowym, jakby dopiero teraz 
poczuły niebezpieczeństwo. Stado było uratowane, budynek spłonął do reszty. — 
Czort tutki rejmanteruje — mówili do siebie chłopi, patrząc na okrutne 
zniszczenie. — To nieczysta siła — dodawali fornale, pracujący przy sikawkach. 
Jaś półprzytomny robił jednak, co mógł: pomagał Andzi nosić wielkie wiadra wody 
z pobliskiej sadzawki i zalewać nowo powstające stosy ognia, biegał do spichrza 
dowiadywać się o matkę, chwilami, gdy opuszczał go dziwny obłęd, łamał ręce z 
rozpaczy nad tym dniem podwójnej klęski. Jedno straszne pytanie uparcie kołatało 
mu w mózgu. — Co będzie z matką?... Patrzył na zgliszcza okryte żarem, na nowe 
wybuchy ognia i płakał w duszy. Najnieszczęśliwszy się czuł, gdy tuman omotywał 
jego umysł, gdy zapadał w stan gorączkowy, bezświadomy. Był już zupełny ranek, 
gdy pożar z wolna dogasał; ogień zmęczony mściwą hulanką bladł, malał i kładł 
się leniwie w wielkie kupy czerwonych żużli, w popiół siwy, gorący. Łypał 
jeszcze w górę pojedynczymi pociskami, niby ostrzem szabli, ale wnet opadał. 
Syczał zawzięcie i kopcił czarnym dymem. Dokoła rozpaczliwe pobojowisko, ruiny 
Smoczewa; dom, oficyna, zabudowania folwarczne, wszystko zwalone na ziemię, 
okryte czarnym węglem, przetkane purpurą ognistą. Do Kościeszy, wydającego 
ostatnie rozkazy swej straży pożarnej przysunęła się Andzia. Rzekła z prośbą w 
głosie: — Ojczymku, poślij do Turzerogów po powóz i konie. Trzeba zabrać ciocię 
Smoczyńską. — Jak to zabrać? Do Turzerogów? — Tak, przecież musimy się nią 
zaopiekować. — Czy to twój obowiązek, Andziu? — Nasz wspólny chyba? Zresztą... — 
Moje dziecko, nie egzaltuj się. Opieka nad matką to rzecz syna. Synową nie 
jesteś — zaśmiał się złośliwie. — Ojczymku! Kościesza spojrzał wzburzony. — Co 
jeszcze?... — Ależ tu same zgliszcza, czyż tego nie widzisz? Tu nędza; jestem 
dla Jasia i Lorci zbyt kochającą siostrą, bym na to mogła obojętnie patrzyć. 
Ojczymku, pomyśl sam, przecież to straszne. — Przyślemy im wszystko, co trzeba, 
inne dwory to samo robią. To wystarczy. — I mamy pozwolić, żeby dalsze dwory 
wzięły w opiekę naszą kuzynkę z dziećmi? — spytała z goryczą. Kościesza stracił 
władzę nad sobą. — Czy to Jaś tak cię usposobił? To jego pomysł? Dziewczyna 
poczerwieniała gwałtownie. Przez chwilę myślała, że wybuchnie, zagrała w niej 
krew Tarłów. Obrazę Jasia już chciała pomścić, ale nagle zwalczyła gniew, 
złagodniała. Cicho podeszła bliżej do pana Teodora, położyła mu obie dłonie na 
piersiach i spojrzała ciepło w jego sępie źrenice, szepcząc: — E! To było złe, 
coś ojczulku powiedział o Jasiu. A ciocia Malwina czuje się bardzo niedobrze. — 
Sprowadzimy jej doktora, cóż my ponadto możemy? — My ją zabierzemy do 
Turzerogów, ja będę się nią opiekowała, chcę tego ojczymku, pragnę i... ty mi 
tego nie odmówisz. — A jeśli, Handziu? Twarz Kościeszy była zimna, odrażająca w 
dziwnym uśmiechu. Tarłówna wyprostowała się dumnie. — NIe odmówisz ojczymku, nie 
wierzę! To jest moja prośba gorąca, tyś dobry i przy tym... ciocia... była 
przyjaciółką mamy. Pan Teodor drgnął wyraźnie. Andzia zmrużyła lekko powieki i 
spoza czarnych, gęstych rzęs popatrzyła na niego inaczej, niż dotąd. — A ty, 
ojczymku... mamę... kochałeś — dokończyła mocnym szeptem. Kościesza zmieszał 
się. Ten atut niespodziewany i wrogi dla niego, tym bardziej zniechęcił go do 
projektu pasierbicy. Lecz położenie było trudne. Milczał. Handzia to wyzyskała. 
— Przypomniałam ojczymkowi najważniejszy punkt i wygrałam. Ojczymek dobry 
zawsze! Poślijmy po powóz! Przechodził koło nich fornal turzerogski. Tarłówna 
zawołała do niego prawie ostro: — Biegnij natychmiast do Turzerogów, niech zaraz 
przyjeżdża Nicyfor dużym powozem. Prędko! Gdy fornal skoczył spełnić polecenie, 
Andzia zarzuciła ramiona na szyję Kościeszy i pocałowała go w policzek, ale 
jakoś lekko. — Dobry... tatuńcio. Dziękuję! Po czym pobiegła w stronę spichrza. 
Kościesza tarł dłonią czoło i mruczał zakłopotany. VI Powrotne echa Bryczka 
uwożąca młodego Smoczyńskiego z Turzerogów ruszyła ostrym turkotem na brukowanym 
podjeździe. Chłopak blady, sztywny, uniósł czapkę, nie patrząc na pozostałych, 
którzy zgromadzeni na ganku, przesyłali mu pożegnalne ukłony. Pani Malwina 
płakała, zwieszona ciężko na ramieniu Andzi. Lorcia nie mogła matki uspokoić, 
przeciwnie, jej dobry humor wyraźnie panią Smoczyńską drażnił. Tarłówna stała 
cicha. Łzy wolno spływały jej po policzkach. Kościesza ponuro patrzył na te łzy. 
Jego kamienna twarz miała wyraz zjadliwy, jakby wyraz oczu węża przed 
ukąszeniem. Wzrokiem niechętnym mierzył Andzię, pełzał po niej, walcząc 
widocznie ostatkiem cierpliwości, by nie zdławić tego jej płaczu, by nie 
wybuchnąć strasznie. Ale się przemógł. Podszedł do Andzi i niespodziewanie 
ucałował ją w czoło. Popatrzyła na niego zdziwiona. — Egzaltowane dziecko — 
rzekł Kościesza z przykrym uśmiechem. — Czego tu płakać?... Chłopak nie jedzie 
na wojnę, lecz na uniwersytet. Uczyć się powinien. — Ach, panie! To takie 
zrozumiałe, ale w naszym położeniu... — jęknęła pani Smoczyńska — ...ja zostaję 
bez dachu nad głową. To straszne. Kościesza zatrzymał na końcu warg słowa: "Ma 
pani mój dach przez kaprys Andzi", lecz nie wypowiedział ich, machnął ręką i 
wszedł do wnętrza domu. Pani Malwina załkała. Andzia jęła ją łagodnie pocieszać. 
Lorka zaś palnęła szorstko: — Niech mama nie beczy, bo jeszcze nas pan Kościesza 
wyrzuci i naprawdę dachu nie będzie. A że Jaś zostanie studentem, to dobrze. 
Może kiedy kolegów przywiezie na święta, albo na wakacje. — Loro, jesteś taka 
dziwna, zostaw przynajmniej teraz ten swój ton... — Ja wiecznie płakać jak mama 
nie potrafię! — odburknęła dziewczyna i pędem zbiegła ze schodów do ogrodu. Pani 
Smoczyńska wzruszyła ramionami. Prowadzona przez Andzię stękająca i zrozpaczona 
weszła do przeznaczonych dla niej pokojów. Odczuwała ona swą przykrą sytuację w 
domu Kościeszy, ale pogrążona w głębokim żalu po stracie własnego domu, głównie 
na to kładła nacisk w swych odczuciach. Całą ironię położenia odczuwał tylko 
Jaś; był spoliczkowany nieszczęściem i strasznym dla niego zbiegiem wypadków. 
Andzia, nie wiedząc nic o zajściu Jasia z Kościeszą, nie pojmowała sposobu 
zachowania się chłopca wobec pozostania matki i siostry w Turzerogach. Błagał 
matkę, by tego nie czyniła, chciał zabierać ją z sobą do Moskwy. Gdy się Andzia 
stanowczo temu oparła i gdy pani Smoczyńska okazała się za słaba do podróży, 
potem do zamieszkania w mieście w nieszczególnych warunkach, Jan musiał zgodzić 
się na pozostawienie w Turzerogach, ale był zrozpaczony. Ta rozpacz jego i 
postępowanie Jasia wobec Tarłówny, zupełnie różne od dawnej swobody, uświadomił 
Andzi, że zaszło coś niezwykłego. Oburzyło ją traktowanie Jasia przez Kościeszę, 
nadzwyczaj chłodne, wprost odpychające. Handzia czuła żal do ojczyma, nieufność 
wsiąkała w jej duszę coraz głębiej. Sama podwoiła serdeczność wobec pani 
Smoczyńskiej. Po odjeździe Jana pani Malwina długo nie mogła się uspokoić, 
zrywała się, by jechać do Moskwy, miała skrupuły, że nadużywa grzeczności 
Kościeszy i że powinna bodaj zamieszkać w ocalonym czworaku w Smoczewie, nie zaś 
w Turzerogach. Gdy Andzia ją uspokajała, pani Malwina rzekła z płaczem: — 
Dziecko moje, gdybym była u ciebie w Toporzyskach lub Drakowie, to czułabym się 
szczęśliwa, ale tu... pod dachem tego człowieka... który kiedyś twoją mamę... 
Podobne niedomówienia sprawiały Andzi zawsze dużo przykrości. Dawno już z rozmów 
z ciotką Smoczyńską i z różnych półsłówek Grześka gajowego, domyśliła się, że 
matka jej nie była szczęśliwa z Kościeszą, jednak szczegółów bliższych tej 
historii nie znała. Wiedziała tylko, że matka jej, Hołowczyńska z domu, była 
jedynaczką, piękną, pieszczoną, że mieszkała z rodzicami w Turzerogach i że 
będąc bardzo młodziutka, wyszła za mąż za Adama Topór_Tarłę, właściciela 
obszernych dóbr na Wołyniu: Toporzysk i Drakowa. Po kilku latach szczęścia i po 
urodzeniu córki Anny, Iza Tarłowa została młodą wdową, zaś jej córka prawem 
spadku po ojcu odziedziczyła jego majątki. Jednakże bojąc się wspomnień choroby 
i śmierci męża, Iza zamieszkała z dwuletnią córeczką nie w Toporzyskach, lecz w 
Turzerogach, który to majątek dostała w posagu. Rodzice jej, starzy 
Hołowczyńscy, żyli jeszcze wówczas. Co skłoniło matkę do powtórnego małżeństwa z 
Kościeszą, trzy lata po śmierci Adama Tarły, tego dziewczyna zrozumieć nie 
mogła. To tylko było już dla niej pewne, że ten drugi związek stał się dla jej 
matki niedolą i męką życia: pięć lat udręki i okrutnych cierpień, zakończonych 
śmiercią, niemal upragnioną. Oto był rezultat! Wieczorem, po wyjeździe Jasia, 
Andzia siedziała w parku na swej ulubionej ławeczce i rozmyślała o słowach pani 
Malwiny, które znowu jadem zatruły jej duszę. Stanęła jej w myśli wizja śmierci 
matki: Była ciężka. Beznadziejna szarość jesiennego zmroku wpełzała do pokoju 
umierającej, omotała swą przędzą wszystkie przedmioty, zamazała żywe barwy i 
rosła w ciemność nieprzeniknioną, gnębiącą. Za oknem deszcz bił w szyby, które 
płakały długimi strumieniami łez, jęcząc pod naporem wichru, że zdawało się — 
demon jakiś ogarnął świat i biczuje go wichurą, zalewa wodą, chłonie w wilgoci i 
szumie deszczu. Monotonny stuk kropli deszczowych o rynny miał swą posępną 
gwarę, niby złowrogi głos ducha ciemności, ducha smutku, a także był jakby 
uderzeniem serca tej słoty szalejącej nad światem. Matka Andzi przywołała do 
łóżka ciotkę Smoczyńską. Dziewczynka nie słyszała nic. Długo coś szeptały do 
siebie. Uderzyły ją ostatnie słowa matki: "Malwino, o Andzię się boję, idę 
tam... z niepokojem w duszy. Bóg nad nią, ale i ty... siostro..." Zakaszlała 
sucho, w tym momencie nastąpił krwotok. Wbiegli doktorzy i Kościesza. Andzia 
siedziała na kozetce zgarbiona, bojąc się ruszyć i myśląc ze zgrozą nad słowami 
matki: "O Andzię się boję". Więc to o nią? Dlaczego?!... Przeniknął ją dziwny 
lęk, strach owiał jej serce jakby złym przeczuciem... Było to wrażenie krótkie, 
wrażenie dziesięcioletniej dziewczynki, więc pierzchło szybko, pozostała jedynie 
obawa o życie matki. Ostatnia noc wlokła się nieskończenie. Kościesza siedział 
długo przy łożu chorej. Andzia czuła instynktownie, że matka pragnie, by 
odszedł. Nagle, nad ranem, umierająca zawołała głosem stanowczym, rozpaczliwym: 
— Chcę zostać sama z Andzią. Och! ten głos! Ona go dotąd pamięta. Wzdrygnęła się 
na to wspomnienie, bo tyle było w nim tragedii, bo to był taki ostatni krzyk 
wołający o coś dla siebie wyłącznie i ostatni raz. Tyle było mocy w tym głosie i 
w tym żądaniu, że Kościesza bez słowa wstał i wyszedł z pokoju. Wszyscy obecni 
wyszli również za nim. Andzia uklękła przy łożu matki, ona zaś zaczęła gładzić 
jej ciemną głowę, dłonią białą jak kość, bardzo chudą i mokrą od potu; oczy 
czarne chorej kobiety zdawały się rosnąć w orbitach, był w nich żal i skarga 
straszna. Ciemne, zlepione włosy otaczały cudowne czoło, takie zawsze jasne, ale 
smutne, jakby rozpaczą natchnione. Pieściła córkę długo, oddech szybki rwał jej 
piersi. Nagle rzekła: — Anulko czy ty kochasz jego... ojczyma? Powiedz. — Nie... 
— wyznała szczerze dziewczynka. Matka zadrżała. Zamknęła oczy i zakaszlała. Po 
długiej chwili zaczęła mówić: — To źle, dziecino, on zostanie teraz twoim 
opiekunem, bo ja umrę... Ty go kochaj przez pamięć na mnie. Andzia pamięta, że 
się wtedy rozpłakała, tuląc twarz do matczynej ręki. Płakała długo, gdy się 
ocknęła, przeraziła się, ujrzawszy matkę siedzącą na łóżku. Jeszcze raz uderzył 
ją wyraz jej tragicznych, czarnych oczu i usłyszała szept gorący, ostatnią 
modlitwę: — An...dziu, niech ci Bóg ześle szczęście. Dla niego... dla ojczyma 
bądź dobra... matce wybacz, że cię... skazuje... Już nie dokończyła; krwotok 
zatamował głos, wyprężyła się strasznym rzutem. Skonała. Co działo się potem, 
Andzia już nie pamięta, tylko płacz, jęki służby, głuchy stuk kół od karawanu, 
dzwony takie żałosne, rozpłakane i smutek, bezbrzeżny smutek. Andzia nie 
przypominała sobie już potem takiego smutku nigdy w życiu. — Jak ja to wszystko 
wybornie pamiętam — myślała teraz Andzia, siedząc na swej ławeczce. Wizje lat 
minionych tłoczyły się i tłoczyły bez końca. Po śmierci matki zaczęły się dla 
Andzi dni jednostajne i podobne do siebie jak liście z jednego drzewa. Ojczym 
jednak był dla niej jak najlepszy. Jego szorstkość i postępowanie z domownikami, 
jego chłód mroził wszystkich, tylko dla Andzi był zawsze słodki i wyrozumiały. 
Pomimo to jego tępy uśmiech dla niej i nadmierna uprzejmość wywierała na 
dziewczynce przykre wrażenie, jakiejś ukrytej, lecz złej siły. Bywały momenty, 
że się go bała, gdy na nią patrzył, taki miewał wzrok żelazny, którego nie 
cierpiała. Lubił ją pieścić, ale ona się instynktownie broniła, zwłaszcza gdy 
chciał całować w usta lub rozplatać jej ciemne warkocze. Wyszarpywała mu się 
wówczas z rąk z taką pasją, że go to obezwładniało. Andzia przypomina sobie, że 
i teraz często, może nawet częściej, Kościesza patrzy na nią dziwnie, przepala 
ją oczami. Jej się wtedy robi przykro, jakby coś złego działo się; i zawsze ten 
lęk poprzedza wizje oczu matki, które stoją przed nią z całą wyrazistością, 
patrzą groźnie a zarazem tkliwie, niby mówiąc: "Strzeż się". Dziewczyna 
wzdrygnęła się z przerażenia. Zawsze bała się tych oczu, pomimo rozkoszy widoku 
i... dlaczego one tak jej bronią? Przed czym? Pogrążona w rozmyślaniach nie 
zauważyła, że zapadł już wieczór. Zorze zgasły i mrok grubym kożuchem zasłał 
ziemię. Woda tylko w stawie pobłyskiwała z daleka metaliczną poświatą, bo 
zaszedł księżyc. — Jaś jedzie już koleją, biedny Jaś! — wyszeptała Andzia prawie 
głośno. I nagle krzyknęła. Ktoś się zbliżał po żwirowanej uliczce; był już tuż 
przy niej. Postać czarna i ogromna. Ach! to Kościesza! — Czego się boisz, 
dziecino? Wszak to ja jestem — zabrzmiał drewniany głos, nastrojony na ton 
serdeczny. Pan Teodor usiadł obok na ławce i wziął pasierbicę za rękę. — W domu 
alarm, szukają cię; głównie ciotka Malwina desperuje za swą... protektorką (w 
głosie zabrzmiała ironia). Lorka boi się jak zwykle ciemności, panna Ewelina boi 
się swych nóg; zatem ja wyruszyłem szukać zguby. O czym tak mślisz Aneczko?... — 
O Jasiu — odrzekła bez namysłu. — Taaak?! Hm! Zaległo milczenie. Kościesza wyjął 
cygaro i zaczął je wolno zapalać. — Jak ojczymek myśli, czy Jaś przejdzie 
uniwersytet o własnych siłach?... — No! O własnych! Przesadzasz, Aneczko. 
Żachnęła się. — On pomocy nie przyjmie, matka zaś więcej mu nic nie da ponad to, 
co może. — Ej, i pomoc przyjmie. — To go ojczymku nie znasz! On jest ambitny, 
aby cokolwiek od ojczymka przyjmował. Ja go znam lepiej. Kościesza wprost 
zwrócił się do Andzi. Nie widziała w mroku, ale czuła jego wzrok metaliczny na 
sobie. — Dlaczego Jaś tak cię żywo obchodzi? — spytał twardo. — Dlaczego?... 
Czyż można się o to pytać? Jasia kocham jak brata, więc los jego bardzo mnie 
obchodzi... — Brata masz w Januszku. — To jest co innego. Janusz jest bogaty, ma 
dom, ojca, wszystkie warunki... Kościesza milczał. Po długiej dopiero chwili 
zaczął innym tonem. — Aneczko, co myślisz o nowym korepetytorze Januszka? Ten 
pan Borowski nie wydaje mi się odpowiedni dla malca. Jak sądzisz? Andzia 
zaśmiała się swobodnie. — Ja mam wydawać sąd o panu Borowskim? Doprawdy nie 
potrafię, pomimo że pan Andrzej Olelkowicz wmawia mi zawsze, iż jestem bardzo 
rozsądna i że... — Że co Handziu? — Ej, nic! — zawahała się. — Pewno cię 
komplementuje, prawda?... Mówi ci, że jesteś piękna, urocza... — Nie, nigdy mi 
jeszcze tego nie powiedział, za to Lorce bardzo często. — To się właśnie myli, 
bo ty jesteś ładniejsza. Andzia parsknęła śmiechem. — Aha ojczymku! Któż to mi 
mówi komplementy? — Oj, ty łobuzie, łapiesz za słowa. Jakże Lorka przyjmuje 
zachwyty tego tego... urwisa? — Kogo?... — spytała z bezmiernym zdumieniem. — 
No, tego... tego Olelkowicza. Tarłówna wstała gwałtownie. — Dziwny dziś jest 
ojczymek! Boję się. Idę do domu. — Co cię tak obeszło, Aneczko? — Nic, chyba to, 
że jesteś ojczymku niesprawiedliwy i nikogo nie lubisz. Dobranoc, już późno. 
Furknęła, jak ptak nocny wśród drzew. Znikła. Kościesza puszczał dym z cygara i 
myślał. — Za tamtym się ujmuje, tego broni. Hm!... To chyba są przedwczesne 
obawy, to jeszcze niewinne, puszek brzoskwiniowy. Tamten Lorkę chwali? Znam się 
na tym, nie tam idą słowa, dokąd idą oczy. Ja śledzę właściwy kierunek zapałów 
panicza. Zaśmiał się długo, ironicznie. Echo porwało ten śmiech i niosło go, 
przedrzeźniając w głąb parku. I oto nagle spadło na Kościeszę odległe 
wspomnienie zmarłej Izy; jej blada, piękna twarz krzywiła się z przykrością, gdy 
on się tak przy niej śmiał, usta zaś szeptały: "Śmiejesz się jak puszczyk". Ta 
mała jest do matki podobna. Te same oczy czarne, czarne rzęsy; ten sam uśmiech 
na drobnych wargach, i głos ten sam, i usposobienie. — Iza... Iza... ha! Minęła, 
znikła. Co ginie, to nie powraca. Czyżby Iza powrócić miała w tej małej? 
Kościesza z irytacją zgniótł cygaro, rzucił daleko od siebie i patrzył jak gasło 
powoli, jak bladła kropla czerwonego żaru w ciemnościach nocy. Tak gasły oczy 
Izy, tak błyskały resztą dawnych ogni, gdy na parę godzin przed śmiercią Iza 
powierzała Annę jego opiece: "Twemu sumieniu oddaję dziecko. Nie skrzywdź jej, 
Teodorze". Mężczyzna zerwał się z ławki. Głos Izy wydał mu się tak plastyczny, 
jakby za nim stała. Przykra była mu teraz ta noc głucha dokoła i nawet słabe 
przędze światła księżycowego, przenikające przez gąszcz liści, straszyły jego 
wyobraźnię. Wcisnął kapelusz na czoło i szybkim krokiem jął się oddalać w stronę 
domu. A duch zmarłej, który unosił się dziś nad tą samotną ławeczką, echa swe 
budząc, gonił za Kościeszą ponurym szmerem dawno wypowiedzianych słów na ziemi: 
"...Sumieniu twemu polecam dziecko, Teodorze". Wiatr szarpał drzewami i smagał 
twarz Kościeszy, uciekającego do domu, jakby był ścigany. Bał się echa słów Izy, 
bał się widoku jej oczu błagających, bał się czarnej głębi nocnej. VII Ta kartka 
Lato dobiegło końca. Przyroda witała jesień sytą, pełną dostatków i łakomych 
obietnic. Ostatnie złote blaski słońca przyświecały ludziom, ale zapowiedź 
rychłych słot sunęła już po niebie coraz mglistszym, niby usypiające z wolna oko 
pogody. Życie w Turzerogach płynęło monotonnie. Andzia z pomocą panny Eweliny 
zajęła się szczerze szkółką i ochronką dla dzieci wiejskich. Pragnęła jeszcze 
założyć szpital, lecz tu Kościesza opierał się, pomimo obietnicy. — Nie dość, że 
się chamy uczą i bawią, jeszcze ich będę leczył? Andzia nie mogła wywalczyć 
tego. Prócz filantropijnych zajęć kształciła się sama i z pomocą nauczycielki. 
Poza tym interesowała się gorliwie Smoczewem, wpływając na ojczyma i na rządcę 
turzerogskiego, pana Kadłubka, aby folwark ciotki Malwiny obsłużony był, jak 
trzeba. Sama zaglądała tam bardzo często i z radością oddawała ciotce pieniądze 
za kartofle i buraki, wykopane prawie pod jej nadzorem. Andzia stała się 
opiekunką i lektorką matki Jasia. "Posiedzenia litarackie", jak to określał 
Kościesza, były dla pani Smoczyńskiej jedyną pociechą w jej ciężkich myślach, 
listy zaś od Jasia jakby głównym celem jej życia. Do listów tych wzdychała, 
wpadając w rozpacz, gdy poczta nie przyniosła jej upragnionej koperty. Nie 
odczuwała pomimo to w słowach syna jego duszy, nie umiała czytać pomiędzy 
wierszami. Za to Andzia posiadła prędko tę sztukę i łatwo doszła do przekonania, 
że Jaś cierpi nie tylko duchowo, ale że doskwiera mu bieda. Jakkolwiek do niej 
wcale nie pisywał w obawie nowej przykrości ze strony Kościeszy, pomimo to 
Andzia postanowiła rzecz zbadać i coś zaradzić. Dziewczyna czekała świąt Bożego 
Narodzenia, tymczasem święta nadeszły, ale Jan nie przyjechał. Wytłumaczył się 
przed matką listownie brakiem czasu, bo podczas ferii świątecznych postanowił 
pracować. Andzia domysły swe wyznała pani Malwinie, skłoniwszy ją do wysłania 
Jasiowi pewnej, niedużej zresztą kwoty, jako podarunek noworoczny. Do Jasia 
napisała sama, prosząc, aby ją zawsze uważał za siostrę i pisywał jak do 
siostry. Spotkał ją zawód. Jaś odpowiedział jej wprawdzie, ale listem suchym i 
bardzo ogólnikowym, lecz projektu korespondencji nie poparł ani jednym słówkiem. 
Pierwszą gorycz swoją Andzia zniosła z przykrością, w przystępie żalu poskarżyła 
się przed Kościeszą. Ogarnęło ją zdumienie, gdy ojczym zaśmiał się rubasznie i 
zawołał: — Ha! Boi się mnie smarkacz, dałem mu dobrą naukę! — Jak to, czyżby to 
ojczymek zabronił Jasiowi pisywać do mnie? — Nie zabroniłem pisać, lecz dałem mu 
raz do zrozumienia, że... no, rozumiesz. — Nie, ojczymku, nic nie rozumiem. 
Kościesza zaśmiał się i, całując ją, rzekł wesoło: — Wytłumaczyłem chłopczykowi, 
że ty... nie jesteś dla niego. Bezmierne zdumienie i oburzenie owiało Andzię. 
Gniew, żal zatamował jej mowę. Teraz zrozumiała Jasia, jego chłód wobec niej, 
przez łzy spojrzała na Kościeszę i prędko wybiegła z pokoju. W sercu dziewczyny 
zrodziła się nieufność do ojczyma, nawet pewien lęk i tego ukryć nie potrafiła. 
Coraz bardziej stawał się dla niej niezrozumiały. Tym bardziej, że nie 
domyślając się właściwych uczuć Jasia wobec siebie, nie mogła pojąć srogości 
ojczyma. W umyśle jej zakiełkowało wątłe przeczucie, że Jaś ją kocha i że 
Kościesza to wykrył, lecz natychmiast pozbyła się tej myśli, jako wprost 
niemożliwej. Jaś, kuzyn i towarzysz od najmłodszych lat, nie mógł przecież 
kochać jej inaczej, niż ona jego, to jest czysto braterskim uczuciem. Lecz 
widocznie i to nie podobało się Kościeszy. W tych warunkach, w jednostajnym 
trybie życia mieszkańców Turzerogów krótkie dnie zimowe mijały monotonnie. 
Wieczór gromadził wszystkich w dużej sali stołowej, gdzie na ogromnym kominie 
staroświeckim palił się stały ogień, przy stole zaś Andzia lub korepetytor 
Bronowski czytywali głośno pisma i książki. Lora wpatryała się w ogień na 
kominku, często w zakochane oczy Bronowskiego. Januszek rysował zawzięcie, a 
stary rządca, pan Kadłubek, drzemał sobie dobrodusznie albo wycinał z papieru 
żołnierzy dla Janusza. Kościesza bywał rzadkim gościem na tych wieczornych 
posiedzeniach, nie był też oczekiwany. Pykał głośno z cygara podczas czytania i 
chmurnym wzrokiem mierzył obecnych. W trakcie zaś najciekawszego rozdziału, czy 
też dysputy, pan Teodor wpadał z takim na przykład pytaniem: — Dlaczego Andzia 
nosi włosy upięte na głowie, zamiast je spuszczać w warkocze? tak o wiele 
ładniej i stosowniej. Albo: — Panie Kadłubek, wleź pan cały w komin, to będzie 
lepiej, po co półśrodki? Często przedmiotem jego zaczepek bywała pani Malwina, 
praktykant lub korepetytor. I tak: — NIe pojmuję kobiet, robiących wiecznie 
szydełkiem, cóż za bezmyślność! Pani jest jak Penelopa, z tą różnicą, że 
oczekuje na synala zamiast na męża, ale to się chyba również pruje po nocach, bo 
zawsze tyleż tej kapy, czy dery, nic nie postępuje robota... — To nie jest 
derka, tylko dywan do kościoła — odpowiada matka Lorki z dąsem. — Dywan? A to 
coś nowego! Moje konie mają ładniejsze derki. Panie Bronowski, niech pan uważa 
na malca, pędzel z farbą macza w ustach, truje mi pan chłopca przez te banialuki 
literackie. Gdy Kościesza spostrzegł zachwycony wzrok korepetytora, utkwiony w 
twarzy Lorki, natychmiast następowała uwaga mniej więcej taka: — Pan Roman 
zapomina, że jutro trzeba być trzeźwym przy nauce, wszelkie roztkliwiania są dla 
pedagoga niestrawne. Pewnego dnia zwrócił się wyłącznie do panny Eweliny: — Pani 
zaprowadza u mnie w domu zwyczaje republikańsko_socjalistyczne: wspólne 
czytania, ogólne głosowanie. Ja tam jestem rojalistą i konserwatystą. — O tak, i 
samowładcą — wyrwało się Andzi. — Co przez to rozumiesz? — spytał zimno. — Że 
ojczyk jest zwolennikiem feudalizmu i jako taki bywa często srogi i bezwzględny. 
— Zgadłaś! Bo siłę i moc uznaję przede wszystkim; siła to puls życia... — Siła 
serca i uczuć, siła charakteru, lecz nie siła przemocy — wtrąciła panna Ewelina. 
— Serce i uczucia są to babskie łachy, którymi się zawsze zasłaniacie, mężczyźni 
mają inne zadania, prawdziwi zaś geniusze, ludzie wielcy, przeważnie posiadali 
tylko siłę. — Jakie to szczęście, że pan nie jesteś ani geniuszem, ani wielkim! 
— zawołała Lorka. Wszyscy uśmiechnęli się dyskretnie. Kościesza popatrzył na nią 
oczyma wieloryba, ale nic nie odrzekł. Podczas jednego z takich wieczornych 
posiedzeń nagle w otwartych drzwiach od sieni stanął Olelkowicz. Pierwsza 
spostrzegła go Andzia. Gorąca krew oblała jej policzki, zerwawszy się, 
powtórzyła kilkakrotnie radosny okrzyk: — Pan Andrzej! Pan Andrzej! Podbiegła do 
niego i wówczas dopiero ogarnął ją wstyd; wszyscy patrzyli na to ze zdziwieniem. 
Olelkowicz witał ją pierwszą z twarzą jasną, wesołą. Przybycie jego o tak 
niezwykłej porze zdziwiło wszystkich. Podczas gdy młodzieniec witał zebranych, 
Kościesza patrzył nań wcale nie uprzejmie, z wyraźnym pytaniem: "Co cię tu 
sprowadza?" Olelkowicz rzekł: — Wyjechałem z Prokopyszcz w południe, licząc już 
na złe drogi, ale one przeszły nawet moje oczekiwanie, przy tym śnieżyca i 
odwilż to tak jakby kąpiel w przerębli, ale... — Nie ma złej drogi... — 
podchwycił praktykant Bronowski patetycznie... — A tak! Panno Loro, jaki to 
koniec tego przysłowia? — spytał Andrzej dziewczynę z lekkim umizgiem. — Do swej 
niebogi — odrzekła Lorka wyzywająco, podczas, gdy Olelkowicz rozweselony skłonił 
przed nią głowę. Kościesza, obserwujący młodzież, zauważył, że Andzia zakręciła 
się jakoś bezcelowo po pokoju, po czym zaczęła energicznie usuwać książki ze 
stołu. Podawano kolację. Przez cały wieczór była nieswoja, trzymając się stale 
obok ciotki Smoczyńskiej. Olelkowicz bawił Lorkę, dogadywał Bronowskiemu, 
ciesząc się jakby z jego wściekłości, za to zajmowanie się Lorką młodego pana. 
Po wieczerzy Andrzej ofiarował się czytać głośno. Ale Lorka nie chciała lektury, 
dość jej ma na co dzień. Zaproponowała zabawę w sekretarza. Sama będąc 
mistrzynią w tej grze chciała zebrać obfity plon czułych kartek od młodzieży, od 
Olelkowicza w pierwszym rzędzie. Jakoż kartek pod jej adresem było mnóstwo: z 
tryumfem spoglądała na kilka zaledwo papierowych zwitków, leżących przy Andzi. 
Nagle spostrzegła, że Tarłówna jedną kartkę zręcznie w dłoni zgniótłszy, wsunęła 
w rękaw bluzki, że była przy tym trochę zmieszana, nienaturalnie zarumieniona i 
że z roztargnieniem odpisywała na pozostałych kartkach. Lorę to zaintrygowało. 
Przy głośnym odczytywaniu pytań i odpowiedzi spytała Andzię obcesowo, dlaczego 
jedną kartkę pominęła milczeniem. Tarłówna poczerwieniała jak krew, zaczęła coś 
bąkać, wykręcając się. Olelkowicz siedział zatopiony w książce, także zmieszany, 
ale gdy natarczywość Lory nie ustawała, rzekł opryskliwie: — Szczególna jest 
taka kontrola cudzych kartek. Pani ma duże zdolności śledcze, panno Loro. — A z 
pana za to bardzo niezręczny podsądny — odcięła się — gdyż teraz sam się pan 
wydał, że kartka... schowana jest pańskim utworem. — Więc gdyby nawet tak było; 
skoro pisana jest tym razem do panny Anny... — W takiej zabawie nie powinno być 
sekretów, wszyscy mogą czytać otwarcie, co kto do kogo napisze. — Pani wydaje 
prawa, lecz sama je pomija. Miałem dowody... Panna Ewelina starała się spór 
załagodzić, gdy wtem Kościesza rzekł zimno: — Jestem zdania panny Lorci. Kartek 
się w sekretarzu nie chowa. Jego wzrok żelazny uderzył nieprzyjemnie w oczy 
Olelkowicza, ale ten nie stropił się, widząc zaś przykrość na twarzy Andzi, 
postanowił rzecz zbagatelizować. Żartował, przedrzeźniał się z Lorką, czytając 
już głośno na nowo pisane kartki, nawet z wymianą adresów. Nie zdołał jednak 
rozchmurzyć panny Smoczyńskiej, widocznie na niego obrażonej. Cłód gospodarza 
domu mroził go, tylko ironiczne oczy Bronowskiego wprawiały go w lepszy humor. 
Wieczór wlókł się niesympatycznie. Wtem Kościesza dał hasło do spania, nie 
zapraszając na noc Olelkowicza. Andzia spojrzała na ojczyma z niemym wyrzutem. 
Udał, że tego nie widzi. Andrzej natomiast z najwyższą swobodą wydał polecenie 
służącemu, by zaprzęgano jego konie. Gdy zaś panna Ewelina szepnęła do 
Kościeszy, aby go zatrzymał, Andrzej usłyszał jego odpowiedź, dość głośną, która 
go uświadomiła, o co chodzi. — To zbyteczne, może jechać. Nauczycielka zbladła, 
panny pokraśniały, zaś pani Malwina mruknęła końcem warg: — Cóż za gbur. 
Wszystkim zrobiło się przykro, lecz Olelkowicz nie wytrzymał, ukłonił się 
sztywno Kościeszy, w głosie jego zadrgał żart przy ironii i obrazie, gdy 
wyrzekł: — Ma pan słuszność, mogę jechać i pojadę. Po czym bardzo serdecznie 
pożegnał panie i obecnych mężczyzn. Gdy zbliżył się do Andzi, ona usunęła się na 
bok, poprawiając ogień na kominie. Podali sobie ręce. Olelkowicz szepnął cicho: 
— Dziękuję pani za... dyskrecję. — Tym tylko pana naraziłam. To wszystko moja 
wina. — Nie, to właśnie jest dla mnie nagrodą. Tego pragnąłem. Czy pani w tym 
wytrwa? — Tak. Silnie jej rękę uścisnął, z żywym blaskiem w oczach. Pobieżnie 
pożegnał Lorkę i wyszedł. Za chwilę brzęk janczarów rozległ się za oknem. 
Rozeszli się wszyscy w niemiłym usposobieniu. Andzia niepostrzeżenie wybiegła 
pierwsza; dopadła ją Lorka, zdyszana i gniewna. — Pokaż kartkę, pokaż zaraz 
kartkę! Tamta wyprostowała się jak struna. — Nie pokażę nigdy, rozumiesz! — 
wybuchnęła z pasją. — Dlaczego?... — Bo nie chcę! — Ojczymkowi pokazać musisz; 
nawet pannie Ewelinie. Oni zażądają... — Czy ty ich do tego skłonisz, Lorko? 
Smoczyńska zająknęła się. — Ach! Jak wybornie zrobił twój ojczymek, że 
zlekceważył tego... bałamuta. Tarłówna milczała; milczała już na wszystkie 
zaczepki Lory i na jej żarty. Lecz gdy noc zapadła i Lorka zasnęła, Andzia 
cichutko opuściła łóżko, w bieliźnie, boso skradając się jak kotka, wśliznęła 
się do łazienki, obok sypialni. Tam, w wannie, zapaliła mały ogarek świeczki, 
usiadła w kucki na zimnym metalu i ze wzruszeniem rozwinęła zgniecioną kartkę 
Olelkowicza. Czytała pisane ołówkiem, zamazane już trochę słowa: — "Jestem pod 
twym urokiem od pierwszego spotkania... Czy pamiętasz? Na Krasnej Duszohubie? 
Nie wierz pozorom, które do czasu zachowane być muszą. Jeśli jeszcze nie 
rozumiesz dlaczego, ufaj mi, z czasem zrozumiesz sama. Twój A." Andzi serce biło 
radosnym tempem w dziewczęcej piersi. Więc jego zajęcie się Lorką, to tylko 
pozór konieczny, ale dlaczego, co go do tego zniewala? Oto dziś, przed godziną, 
mogła zrozumieć; niechęć ojczyma aż nadto wyraźnie objawiona Andrzejowi, 
niegrzeczność względem gościa, to tłumaczy wszystko. Andrzej odgadł, że 
Kościesza go nie lubi. Ale za co? Tarłówna przypomniała sobie parę faktów, 
świadczących wyraźnie o tej niechęci. I oto stanęła po raz pierwszy przed 
zagadką niewytłumaczoną dla niej. Ojczym wydał jej się nagle siłą potężną, 
groźną; on sam mówił, że wierzy tylko w siłę, uczucia lekceważy, serce i uczucie 
są to "babskie łachy", jedynie siła jest prawem. Czyż siła wszystko może? Jest 
niegościnny... pozwala gościa wypędzić z domu w nocy, w zamieć śnieżną, w 
bezdroża, skazując go na kilkumilową podróż. To jest wszystko siła?... Nasunęły 
się wspomnienia. Andzia wyłowiła z nich fakty, że Kościesza zawsze był łaskawy 
dla Olelkowicza, gdy ten przestawał z Lorką, ach, nawet bywał wesół, dopomagał 
Lorce do kokietowania Andrzeja. W jego nieobecności żartował z Lory, że 
zbałamuciła "kniazia na Prokopyszczach" i że zostanie najpewniej "kniaziową", że 
zaś jest energiczna, więc będzie z niej z czasem druga "Kniachini Kurcewiczowa w 
cycowej spódnicy i jałowiczych butach". Lorka się niby gniewała za te 
porównania, ale naprawdę Andrzeja uważała już jako swego konkurenta. Andzia była 
pewną, że Olelkowicz zajęty jest Lorą. Ogarniał ją niepokój, gdzieś pod sercem 
zbudzony, jakby odległy odgłos szumu skrzydeł anioła, zwiastującego jej istotną 
prawdę. Radosny skurcz w sercu, odczuwany za każdym razem, gdy Andrzej 
przyjeżdżał, był dla niej również niepokojącym objawem. Po wybuchu szczerości 
karciła się zawsze, szczególnie widząc Olelkowicza przy Lorce. Wszystkie swe 
odczucia i drgnienia duszy, wszystkie najistotniejsze, jeszcze nie 
skoncentrowane myśli i marzenia o nim Andzia kryła zazdrośnie, wbrew swej 
naturalnej szczerości. Teraz słowa jego, jego wyznanie wyrwało z jej duszy 
prawdę; anioł zwiastun nadleciał i olśnił ją czarem swych piór cudownych. 
Spotęgowała się w niej od razu moc ukryta, głucha dotychczas, niewyraźna, lecz 
już żyjąca. Nie umiała jeszcze nazwać tych uczuć; słowo — kocham owiewały różowe 
mgły, tak niewinne, a cudownie rozsnute, takie tajemnicze. Nie mówiła sobie 
nawet, że on ją kocha, nie, to słowo było jej zbyteczne do określenia 
odczuwanego szczęścia i słodyczy rozlanej w sercu jej obfitą kaskadą. Było jej 
jasno, ciepło, promieniście. On to samo teraz odczuwa; i jemu ta dziwna błogość 
wypełniła serce słodyczą, wonią przedziwną. Tylko on jedzie po okropnej drodze, 
zatopiony w ciemnościach i słocie. Wśród skowytu wichru dzwonią przygłuszone 
janczary, słychać bicie jego serca dla niej, dla Andzi. Więc nie dla Lory?... 
Duma i tryumf ozwały się w niej po raz pierwszy z żywiołową mocą. Z nadmiaru 
radosnych strun duszy, chciała biec, zbudzić Lorę, szarpać ją i wołać jej do 
ucha: "Pan Andrzej mój, mój, mój!" Ach, rzucić Lorce jego kartkę, wszystkim ją 
pokazać, niech wiedzą, niech i oni będą świadkami jej szczęścia, niech się z nią 
razem cieszą. Po co to ukrywać?... Zadźwięczały żałośnie w uszach Andzi janczary 
sanek Olelkowicza; sam jeden wśród borów w zawiei śnieżnej. Wygnany na niepogodę 
i noc... za tę kartkę, którą ona do ust tuli, za to wyznanie, którego nikt z 
nich wszystkich nie zna, nawet nie wiedzą, co on tam napisał, a jednak już za to 
ojczym obszedł się z nim jak z natrętem. Cóż by się stało wówczas, gdyby 
szczerze wyznać wszystko i jego słowa dać do czytania ojczymkowi, Lorce? Lorce? 
Za nic! Zresztą on sam mówił, żegnając się z nią, że ukrycie tej kartki to dla 
niego nagroda, pytał, czy ona w tym wytrwa, zatem to konieczne, on ją ostrzegł, 
by nie zdradziła tajemnicy, widocznie przeczuwa, że lepiej jeszcze się ukrywać. 
Może i lepiej, ale to takie trudne, a przy tym pragnęłaby podzielić się 
szczęściem z kimś bliskim, mówić o tym, zamiast się kryć, jak ze zbrodnią. — 
Komuż powiem? — westchnęła Andzia. — Ojczymkowi? Boję się! Ten jego straszny, 
biały wzrok, jakim patrzał dzisiaj na Andrzeja. Zadrżała, ujrzawszy w swej 
wyobraźni wizję oczu matki, paliły ją otchłanną szarością, zdawały się ją 
głaskać, pieścić słodko, ale... były martwe. Są one pomnikiem w pamięci córki 
wyrytym; dobre, kochane wspomnienie, ale wieje od nich dziwny chłód, jakby od 
płyt marmurowych i zawsze są takie żałosne. Andzia zapragnęła ciepła i wesela 
dokoła siebie, więc oczy matki ziębiły ją, przerażając trochę. — Już wiem!... 
Panna Ewelina! Zacna, kochana Lincia. Jej wyznam wszystko i kartkę pokażę. On to 
zastrzegł, ale myślał pewno o Kościeszy i Lorce — rozumowała dziewczyna. 
Uspokoiła się. Duszyczka jej wiośniana nie mogła znieść takiej nieszczerości. — 
Panna Ewelina jest dla mnie jakby matką i żyje — myślała Andzia? ...Ludzie 
umarli nie rozumieją żywych, bo oto i matka, na jej pierwsze szczęście w życiu, 
patrzy spoza grobu oczami takimi, jakby głaszcząc straszyła zarazem. — Czyżby i 
mama nie chciała Andrzeja dla mnie? — błysnęła naiwna myśl Andzi. Wtem usłyszała 
szmer w sypialni. Prędko zgasiła świeczkę, wysunęła się z wanny i teraz dopiero 
poczuła przykry dreszcz. Ciało miała zziębnięte, niby lodem obłożone. Cicho 
stanęła przy drzwiach, odchyliła je. W szarym mroku osnuwającym pokój ujrzała 
Lorkę w bieliźnie, zbliżającą się do jej pustego łóżka. Stanęła obok pościeli i 
wyszeptała: — Andziu, śpisz?... Cisza. Kołdra była zarzucona na poduszkę, ten 
szczegół zmylił Lorkę. — Andziu! Aniu! — zawołała głośniej. Cisza. — Czego ona 
ode mnie chce? — pomyślała za drzwiami Tarłówna. Odpowiedź miała natychmiast. 
Lorka cicho i zręcznie wsunęła rękę pod poduszkę, szukając czegoś. Ale niezwykła 
lekkość pościeli i jej chłód uprzytomniły jej, że łóżko jest puste. Odskoczyła, 
rozglądając się po pokoju. W tej samej chwili Andzia weszła. Spotkały się i 
patrzyły na siebie. — Czemu nie śpisz? — A ty gdzie byłaś? Zamiast także spać! 
Już wiem, ty w łazience pisałaś list do Olelkowicza. Rozumiem! Dziwię się tylko, 
że wierzysz komplementom, które ci pewno nabazgrał w tej kartce. W sekretarzu 
wolno wszystko pisać, nikt tego na serio nie bierze. Chyba ty?... Do ciebie 
pisze dusery, a przy mnie ciągle siedzi. — Pozory, pozory — szeptała Andzia, 
otulając się kołdrą. Lecz gdy Lorka nie przestała dogadywać jej, trzepiąc bez 
przerwy o Andrzeju i o tym, jakie on jej mówił czułości, zniecierpliwiona 
Tarłówna rzekła wreszcie: — Moja droga, ja ich pod twoją poduszką nie szukam, 
nie ciekawam! Lorka umilkła, lecz Andzia odgadła, że zdławił ją wstyd. VIII 
Kulig Mróz. Śnieżna, puszysta, biała przestrzeń zasnuta lekką mgłą, z lotnego 
szronu utkana. Słońce, niby zawoalowane oblicze bóstwa, prześwituje poprzez 
mętną powłokę nieba połyskiem matowym srebra. Dokoła polarny krajobraz. 
Zatracone pod śniegiem wioski chat i kurnych lepianek znaczą się tylko szarym 
dymem, rozmotanym nad nimi. Wszędzie śnieg i śnieg, potworne zwały jego tworzą 
miejscami niskie łańcuchy gór i nagłe rozpadliny, sztuczne parowy, lub śnieg 
ułożony płasko na polach jak miękki dywan strzyżony, o niezmiernym połysku i 
bogatej, przeczystej, choć martwej barwie. Biel oślepiająca, taki zaś spokój 
świąteczny, taki zastój życia, taka obumarła a wszechpotężna wielkość majestatu 
zimy. Zastygła w letargicznym śnie ziemia, śpi beztroska i obojętna, potężna 
świątynia życia, poczynania i śmierci, zaklęta w głaz. Martwo również pobłyskują 
straże niebios, oprzężone sinawym mrozem. Fioletowo_szary ton przenika wszystko, 
nasiąka nim dyskretnie śnieg, nabierają go na swe pióra przelatujące cicho kruki 
i kawki, sinym refleksem omaszczone są trzy piękne konie, kasztany, biegnące w 
szpic ostrego kłusa przed małymi saneczkami o strojnym wyglądzie. Dzwoniły 
rozgłośnie brzękadła uprzęży. Na przednim rumaku, idącym z fantazją, siedzi 
młody kozak, wypędzony z kozła, gdyż powozi sam Olelkowicz. Stojąc, zwrócony 
jest profilem do Andzi i Lory, które opatulone na siedzeniu rozmawiają z nim bez 
przerwy. W dużej odległości za nimi suną jeszcze jakieś sanie. Oni mówią po 
francusku, skrępowani obecnością kozaka. — Jak to dobrze, że pan przyjechał i 
zabrał nas na spacer. Pan Kościesza był zielony z powodu pańskiej propozycji 
kuligu — rzekła Lora. — I co mu to na przykład szkodzi? Przecież chyba się nie 
obawia, że pan nas zje? Gwałtem chciał nam wpakować pannę Ewelinę. A może 
myślał, że pan nas wykradnie?... — Kiedy zazwyczaj wykrada się tylko jedną, nie 
dwie od razu — odrzekł Andrzej, błysnąwszy uśmiechem. — Jakby pan miał harem w 
Prokopyszczach, to byśmy się obie przydały, co?... Ciekawa rzecz, która by była 
u pana pierwsza? Ja bym tam odaliską * długo nie chciała być. Ho! ho! Odaliska — 
biała niewolnica w dawnej Turcji, głównie w haremach. — Zaczynam żałować, że nie 
jedzie z nami panna Ewelina — zgorszyła się Andzia. — Ech! Bo ty jesteś święta! 
— Pani za to, jak widzę, wybornie zna wszystkie stopnie haremowych zaszczytów. — 
Znam. U pana Kościeszy jest w bibliotece taka książka o haremie, czytałam ją 
dziesięć razy. Cudowna! wykradnę ją i panu pożyczę. — Ja wcale nie mam zamiaru 
zakładania haremu; brak mi muzułmańskich skłonności. — A ja słyszałam, że każdy 
młody pan, zanim się ożeni, a czasem i po ślubie, ma taki swój haremik, tylko 
rozproszony, to tu, to tam. — Ej, panno Loro! Pani za dużo wie. — Ja wszystko 
wiem i wcale się tym nie martwię, a pan też niech nie udaje skromnego, nawet 
przed Andzią, bo ja już jej dużo powiedziałam. — Ostrożnie! Zaspa przed nami — 
zawołała Tarłówna, zmieszana tą rozmową, chcąc przerwać ją nareszcie. — Hej! 
Daniło, przejedziem?! — Peredremsia, jasny panie! Wio, kasztan! Wio!... — 
odkrzyknął kozak. — Ładny ten pański foryś i tak mu dobrze w tym kołpaku. 
Andziu, patrz... toniemy. Rumaki wpadły w zaspę po same uszy, Daniło schował się 
także, ale zachęcał konie krzykiem. Szły nieustraszenie, jak lewiatany, * prując 
spiętrzone bałwany śniegu. Chrapały, parskały głośno, wyrzucając łbami. W 
chmurze rozpylonej białej zaspy płynęły, zda się, jak w morzu, roztrącały 
piersią zwarte piany i brnęły coraz głębiej. Saneczki wrzynały się ostro płozami 
w nabity śnieg, sunąc cicho na dnie śnieżnej kotliny. Często ze ścian białych, 
po obu stronach sanek utworzonych, padały wielkie kłapcie, zasypując jadących. 
Lewiatan — legendarny potwór morski. Rozełkały się jękliwie przytłumione 
śniegiem janczary. — Wio, kasztan! Wio! — powtarzał Daniło swój okrzyk. — Kołyb 
tuju zaspu trastia mordowała! Wieho!... Panny stanęły w sankach, całe zasypane 
śniegiem. Andrzej podał rękę Handzi, bojąc się, że upadnie, w drugiej trzymał 
lejce mechanicznie, wskazując kierunek kozakowi. Patrzył na Andzię z chciwością, 
tęsknymi oczami. Była mocno zaróżowiona, usta jej płonęły świeżą barwą, oczy 
gorzały młodością i zaciekawieniem. Cała twarz ujęta w ramkę fokowego kołpaczka 
i takiegoż kołnierza wydawała się szczupła, delikatniejsza niż zwykle, i jeszcze 
dziecinna. Czarne promyki włosów opadłe aż na aksamitne brwi, przypylone 
śniegiem, tworzyły cudne obramowanie jej ogromnych oczu. Odczuła jego wzrok, 
spojrzała i zatopili w sobie źrenice we wspólnym, uroczym zachwyceniu. 
Wypowiadali oczami słowa tajemne, na dnie ich dusz zrodzone słowa upojne. 
Zwierzyli sercom swym uczucia tęskne i rwące się do siebie jak dwa ptaki białe w 
pogodny ranek majowy, jak rozkoszne, miłosnym powiewem chylące się ku sobie dwa 
kwiaty. Oczy jej stawały się coraz bardziej świadome uczuć, dotąd nie 
uplastycznionych, nabierały w czarne głębiny tyle marzeń, tyle rozkosznych 
obietnic, że omdlewały pod natłokiem zwierzeń serdecznych. Wówczas żarem paliły 
źrenice Andrzeja, pełne zaborczej a słodkiej pieszczoty, niewoliły ją ku sobie, 
brały ją we władanie, hipnotyzując magiczną, wszechwładną mocą męskiej woli, 
pragnień pożądliwych. Jej rzęsy zaczęły drżeć leciuchno, niby skrzydła jaskółki 
spłoszonej, opadały z wolna, kryjąc urok poddańczych jej oczu, omdlonych z 
nadmiaru cichej, lecz tak wymownej rozkoszy. Andrzej czuł, że ona jest już jego, 
że staje się duchową jego własnością, wsiąka mu w serce gorącym płomieniem i 
przepala je, bierze jej duszę na własność, oddając mu się całą istotą dziewiczą; 
dreszczem szczęścia ust niewinnych, rozchylających się dla niego, jak kwiat, 
słodyczą nieziemską przepełniony; z dziecinną jeszcze ufnością i wiarą, z 
wejrzeniem źródlano_czystym, w którym kobiecość zapala już płomień przyszłych 
namiętności, szałów, wskrzeszonych potęgą pierwszej miłosnej ekstazy. W pewnej 
chwili Andrzej, niebaczny już na nic, uniesiony prądem bezpamiętnym wielkiego 
kochania, pochylił się do niej gwałtownie z szeptem gorącym: — Moja ty, moja 
rozkoszy!... Męska dłoń jego ścisnęła mocno ukrytą w niej rękę dziewczyny. 
Owiały ją te słowa wichrem rozpalonym, bezwiednie pochyliła się także ku niemu 
słodka, cicha, mrużąc przepaściste, olśnione oczy. Wargi jej rozwinęły się 
uśmiechem, różowe ich pąki, przygotowane do pocałunku, drżały leciutko, jakby 
miały zaraz zaszemrać słowa pieszczotliwe. Olelkowicz, natchniony jej urokiem, 
pochylił się jeszcze bliżej, oddechem drżącym musnął jej twarz, rękę pochwycił 
zupełnie, schował w swojej... Nagle konie stanęły. Jednocześnie rozległ się 
okrzyk Daniła. — Ne peredremsia, jasny pane, zaspa hłuboka i ważka jak smetana. 
Lora bluznęła śmiechem cynicznym, upadła na siedzenie, zanosząc się 
spazmatycznie: — A to się państwo zacietrzewili! Podziwiam Ankę!... Ja bym już 
pana wycałowała. Ha! ha! A ci tylko patrzą i patrzą. Dopiero mi wielka 
rozkosz!... Tarłówna oblała się rumieńcem purpurowym i usiadła w milczeniu. 
Olelkowicz, strapiony, omotał lejce o poręcz kozła i skoczył w zaspę. Zniknął w 
niej na chwilę. — Jezus, Maria! — krzyknęła Andzia. Lora zawołała, śmiejąc się: 
— Wybornie! Znakomita kąpiel po miłosnych zapałach. To pana ochłodzi i wówczas 
może wyratujemy się z tej toni śniegowej. Tarłówna spojrzała na nią z wyrzutem: 
— Lorka, przestań! Takaś nieznośna... — Dobra sobie! Myślisz, że ja mogę 
cierpliwie siedzieć i patrzeć na wasze kochanie się oczami? Także szczególny 
sposób! Ja nie jestem panną Eweliną, żeby być tylko plastrem przyzwoitości, w 
dodatku przy tak pięknym chłopcu, jak ten Jędrek. — Lora! — Czego się złościsz? 
Żeby choć Daniło był na koźle, wcale ładny kozak. — Dajże spokój! Co ci w 
głowie?... Lorka zaczęła wołać głośno: — Panie Andrzeju, niech pan tu przyśle 
Daniła, bo ja się nudzę, a pan niech siada na konia. Daniłku, hody tutki!... 
Andzia zeskoczyła raptownie z sanek. — Co robisz?! Lecz Tarłówna, brodząc po 
kolana w rozkopanym śniegu, szła naprzód do Andrzeja, oburzona i drżąca. 
Podbiegł żywo do niej. — Co pani robi! Zamoczy pani nogi i zmarznie! Niechże 
moja... złota pani wróci do sanek, proszę serdecznie — rzekł ciszej. — 
Wyjedziemy z tej zaspy? — Ależ zaraz, tylko się konie wysapią. Chodźmy, otulę 
futrem nożyny, bo już pewno skostniały. — Nie, nie, jeszcze trochę, tak miło tu 
w tych puchach. Olelkowicz raptownie chwycił ją w ramiona, uniósł z ziemi jak 
dziecko, przytulił do piersi i, idąc do sanek, dotknął nieznacznie ustami jej 
włosów przy skroni. Cichy szept: — Kochasz?... — Tak! — Ja szaleję!... Po czym 
zawołał głośno: — Tak się robi z nieposłusznymi pannami! Ot tak! Na siedzenie! 
Teraz proszę tupać, żeby otrzepać nogi ze śniegu. Tak, doskonale! (Andzia tupała 
zawzięcie ze śmiechem.) Teraz siadać, okryję nożęta i ani mru_mru! Panno Loro, 
proszę się nie odkrywać, bo będzie źle! — Czy i mnie by pan tak poskromił, jak 
Andzię? — Zapewne. — I niósłby mnie pan tak samo czule na sanki? — Hm! Nie wiem. 
— Ee! Jak nie wiem, to słaba nadzieja, nie warto próbować. Ale zaimponował mi 
pan siłą! Tak bym się zaraz przytuliła... lubię takich... tęgich, aż miło 
chłopców. — Jedut pany z Turzerogów! — zawołał Daniło. Obejrzeli się. W białej 
czeluści zaspy zaczerniły się wielkie gniade bachmany turzerogskie, nad ich zaś 
głowami widniała potężna figura stangreta, Nicyfora, w czarnych liberyjnych 
baranach i złotych guzach, w ogromnej futrzanej czapce na brodatej głowie! — 
Stój! Stój! — zawołał Olelkowicz. — Ich by w pierod jasny pane, takie tury, 
zaspu w mig by rozorały, to czorty, nie konie, to nie nasze lalki landszaftnyje, 
naszych szkoda — ubolewał kozak. Korepetytor i Januszek zeszli z sań, kopali się 
do pająka uwięzłego w lodowcach. Bo tak Bronowski nazwał eleganckie saneczki, 
podchodząc do panienek. Panna Ewelina wychyliła głowę, omotaną w chustki, spoza 
olbrzymiej figury stangreta i wołała przerażonym głosem, że dziewczęta pewno 
pomarzły, żeby Januszek wracał natychmiast, bo za wiele śniegu, Andzia żeby się 
nie przeziębiła. Na to Lora odkrzyknęła z impetem: — Niech się pani o Ankę nie 
troszczy, ja prędzej zmarznę, bo mnie nikt nie ogrzewa. Bronowski spytał 
Andrzeja: — Po licha pan jechał w taki nabój śnieżny, toż to istna pułapka? — Że 
ja wpadłem, to nic dziwnego, ale czemu państwo za nami szorowali? Bronowski 
uśmiechnął się ironicznie. — My przecież mamy rozkaz jechać w ślad za wami, 
rozkaz pana Kościeszy. — Ach, więc kontrola? Teraz nie żałuję, że was wpakowałem 
w zaspę. Jeszcze wam jakiego figla wypłatam. Wszyscy na miejsca! Jedziemy — krzyknął wesoło. — A może naprawdę, niech Nicyfor jedzie przodem — zaproponował 
Bronowski. — Nie! My pojedziemy! Za nic nie ustąpię miejsca! — Janusz, siadaj 
tu, ja idę z panem Bronowskim. Panna Ewelina chyba nie będzie moją rywalką? — 
rzekła Lora. Ale malec zaprotestował. — Nie chcę! Tato kazał nam jechać za wami, 
bo mówił, że ten wariat Olelkowicz jeszcze ich gdzieś wywróci, albo zaciągnie na 
wertepy. Ja się boję. Andrzej zagryzł usta. — Janusz uważaj, bo przydepczesz 
język — mruknął korepetytor. Chłopak głupkowatym wzrokiem spojrzał na swoje 
nogi, potem na nauczyciela. — Pan to też... Sam nie wie co mówi! Ale ja dobrze 
słyszałem jak tato... — No... ruszaj na sanie! — Złota szczerość młodzieńcza! — 
śmiał się Andrzej do Andzi, zmieszanej w najwyższym stopniu. — Zdałby się do 
naszych sanek na moje miejsce — rzekła Lora — ale już by mu wtedy jęzuyk odpadł 
na perwno, a pan Kościesza zgubiłby uszy. Miałby co słuchać. Żartowali 
rozweseleni, podczas gdy konie na nowo rozpoczęły pracę. Buchały się w śniegu ze 
zdwojoną energią, bodąc zaspę, szły naprzód raźno, dumne ze swego pierwszeństwa 
w torowaniu drogi. Pył śniegowy walił dokoła sypką i zimną kaskadą, miotając się 
na twarze jadących. W zwartej ścianie śnieżnej długi i wąski zaprzęg sunął jak 
torpeda w spienionych otchłaniach morskich, jak ostry i zuchwały pocisk. — 
Jechałabym tak długo, długo — szepnęła Anna. — Wierzę, ale tylko z panem 
Andrzejem, beze mnie. Ja bym się też na to zgodziła. — Czy także ze mną? — 
spytał figlarnie. — A tak! — bo my we dwoje z panem, to byśmy nawet te śniegi 
roztopili. — Szalona dziewczyna — pomyślał Olelkowicz. Nareszcie lejcowy koń i 
kozak wyłonili się z zaspy, kasztan zaczął prychać i potrząsać ślicznym łbem, 
okurzając się ze śniegu, za nim wypłynęły dwa dyszlowe i wynurzyły się z białej 
topieli saneczki w kurzawie śnieżnej. Wówczas Andrzej krzyknął na Daniłę i, nie 
oglądając się na drugie sanie, sunął naprzód rzęsistym kłusem. — Cije koni 
pohybnut bez takuju sztuku — desperował Daniło, lecz nikt go nie słuchał. Wśród 
pól omroczonych już zmierzchem zimowym pędzili z zawadiacką brawurą, szumnie, z 
rozdźwiękiem janczarów i świstem płóz po wyślizganym trakcie. Jak zawierucha z 
brzękiem i parskaniem wpadli na dziedziniec turzerogski, zatrzymali się przed 
gankiem, niby hamulcem zatamowani. Na schodach stał Kościesza. W futrze ciężkim 
był jeszcze bardziej ogromny jak zwykle, ponury, czarny, robił wrażenie siły 
wrogiej, złej i jakby zapory. Przemówił surowo: — Chciałem już wysłać fornali na 
odszukanie państwa. — Czy tak mało pan ufał w moje zdolności sportowe? — wesoło 
zagadnął pan Andrzej. — Nie ufam nigdy nikomu — brzmiała twarda i sucha 
odpowiedź. Młodzieniec wysadzał panny z sanek, był spokojny. — No, jednak... w 
tym wypadku obawy płonne, ani wilków. Ani bandytów... i zresztą opieka w postaci 
panny Eweliny, pana Bronowskiego, pańskiego syna, Nicyfora, którzy tak dalece 
czuwali nad nami, że nawet w zaspę podążyli w ślad, bez trwogi, choć mogli ją 
minąć. Gdy weszli do sieni, Andzia podbiegła do Kościeszy. — Ojczymku! Tak było 
przyjemnie! Pan Andrzej świetnie powozi, ogromnie było przyjemnie! Taki śliczny 
spacer! — Tylko za krótki — drożyła się Lora — ja bym tak do północy jeździła. — 
Dość tego — wybuchnął Kościesza tonem niespodziewanie brutalnym. — Zabraniam 
nadal podobnych parogodzinnych eskapad. Panna Lora powinna matki pilnować, którą 
nie ja będę niańczył. Co zaś się pana tyczy — popatrzał na Andrzeja zupełnie 
białymi, przerażającymi oczami — to już jest wieczór, przed panem kawał drogi i 
najwyższy czas do domu, niepraktycznie było konie schlastać, skoro trzeba 
jechać, innych nie ma na zmianę. — Ojczymku! — krzyknęła Andzia, szarpiąc go za 
rękaw z przestraszonym wzrokiem. Myślała, że jest nieprzytomny. Olelkowicz 
pobladł śmiertelnie. Obraza i wściekłość buchnęły w nim płomieniem, oczy 
zapaliły się jaskrawo, skurcz bolesny zmienił mu twarz, ale spojrzał na Tarłównę 
i zatrzymał się w jednej chwili. Odrzekł zimno z pogardą: — Nie liczyłem nigdy 
na uprzejmość i delikatność pańską, jednak gdyby nie dzisiejszy spacer, jego 
wspomnienia i obecność pań, odpowiedziałbym panu inaczej. Teraz żegnam. Chłodno 
skłonił głowę i podszedł do Andzi. Wziął jej dygocącą rękę, patrząc na jej twarz 
bladą, zlaną łzami, szepnął wzburzony, ale tak cicho, jak lekki szmer: — Do 
widzenia, jedyna, ufaj mi zawsze i... czekaj na mnie... Kościesza stał opodal 
jak kat, białe oczy wświdrowywał w Andrzeja z zajadłością. Lorka podeszła 
prędko, zręcznym manewrem zakryła młodą parę. — Pan jedzie naprawdę? — spytała 
cicho. Olelkowicz był straszny. — Tak, pani, ani minuty dłużej, muszę 
ochłonąć... boję się samego siebie... Prędko niby błysk ucałował palce 
zmartwiałej Handzi, tak, że nawet Lora nie spostrzegła, podał rękę pannie 
Smoczyńskiej i spokojnie, z nadludzkim panowaniem nad sobą wyszedł z 
przedpokoju. Zdumienie Daniły, którego głos niezwykły pana zawrócił już z drogi 
do stajen, nie miało granic. Nie mniej, a może więcej zdziwiony był Bronowski, 
gdy w bramie, dopiero teraz wracając ze spaceru, mijali zaprzęg Olelkowicza i 
gdy ujrzał go na siedzeniu. Nad końmi unosiła się chmura dymu, wyglądały jakby 
zlane gorącą wodą. — Cóż to, pan sam objeżdża konie, nie wierzy pan kozakowi? 
Ależ to trzeba wolno i długo. — Pojadą aż do Prokopyszcz. Odpoczną — usłyszał 
Bronowski głuchą odpowiedź. Sanki Olelkowicza znikły za bramą. IX Wiosna Po 
zmartwieniu ciężkim, jakie przeszła po odjeździe Andrzeja, powtórnie 
sterroryzowanego przez Kościeszę, zaczęło się dla Tarłówny życie nowe, jakby 
rozkwit wiosenny. Uczucie słodkie, niewinne wobec Olelkowicza nabierało mocy, 
potęgowało się w niej, rosło. Kartka z jego wyznaniem, złożona starannie w 
malutki zwitek, spoczywała w medalionie złotym pod fotografią matki, który 
Andzia stale nosiła na szyi. Tam się nikt nie domyśli ukrytego skarbu. Na 
wszelkie pytania pana Teodora o Andrzeja Andzia była głucha. Do sekretu 
dopuściła tylko pannę Niemojską. Z tej strony nie zachodziła obawa zdrady. 
Jedynie jej Tarłówna zwierzała uczucia swe dziewczęce i pierwsze marzenia. Razem 
z rozkwitem tych uczuć budziła się w niej nieznana dotąd nieufność do ludzi w 
ogóle, szczególnie zaś do ojczyma. Imienia Olelkowicza nie wspominano zupełnie w 
Turzerogach, on zaś nie pokazywał się. Nadchodziła wiosna. Dni stały się 
dłuższe, jaśniejsze. Dziewczyna zaniepokojona, zaczęła tęsknić. Monotonia życia 
turzerogskiego nużyła ją. To, co dawniej było dla niej zwykłe, nawet zabawne, 
teraz stało się nieznośne. Kościesza najczęściej był w kwaśnym humorze, 
dokuczający wszystkim i śledzący Andzię. Ją zaś trapiła myśl o Andrzeju. 
Wyczekiwała zupełnej wiosny i dorocznej wycieczki do Wilczar; tęskniła do borów, 
do pustyń przepastnych, gdzie świat i ludzie giną z oczu, tylko zostaje roztocz 
zielona, wonna, dywanem rozpięta na ziemi, w górze w cudne wachlarze rozwinięta, 
szumiąca, przytulna i tęskna. Majaczyła w oczach Tarłówny panorama Krasnej 
Duszohuby o wschodzie słońca, w łunach fioletów i różów; olbrzymie, koślawe 
postacie łosi przy stogach z sianem, złote pióra czapli opromienionych słońcem, 
gęganie kaczek dzikich i suchy trzask wystrzału, jak pocisk druzgocący 
przedziwną melodię świtu. Potem on, Olelkowicz, zdążający za Grześkiem krokiem 
elastycznym, pewny siebie, wesół i rześki, jak ów poranek. Ach! Gdyby tam być 
znowu z nim! Słuchać bajek Grześka, rwać czerwone dojrzałe poziomki i wonne ich 
jagody sypać do ust spragnionych. Być tam z nim w tych czarach, w tych 
zakamarkach leśnych. I on kocha naturę, i on ją podziwia. Tarłówna zrażona do 
ojczyma i rozgoryczona na niego za Andrzeja, unikała go starannie. Polubiła 
samotność, długie i częste błądzenie wśród pól runią wiosenną umajonych. 
Wymykała się konno na takie wypady na swej klaczce ulubionej Sławie, kłusowała 
dzielnie po polach i lasach turzerogskich. Z rozkoszą wdychała w piersi szeroki, 
ciepły powiew. Słuchała świergotu skowronka. Spacerując piechotą, szła często z 
głową podniesioną, śledząc oczami dzwoniącego w powietrznych roztoczach ptaszka; 
uśmiechała się radośnie, patrząc na trzepocące skrzydełka, unoszące się w błękit 
najwyższy z chyżością kuli. Witała serdecznie gęganie wzlatujących dzikich gęsi 
i kwakanie kaczorów, bo te odgłosy przypominały jej znowu Krasną Duszohubę. Gdy 
rozciągnięte długim kluczem leciały żurawie, krucząc na powitanie idącej wiosny, 
Handzia wołała na nie — żur, żur, żur i biegła śladem ich lotu, jakby pragnęła, 
by ją ze sobą uniosły. Upajała się wiosennym tchnieniem pól i łąk, w lesie 
zbierała pierwsze, nikłe, białe kwiatki zawilców i przylaszczki błękitne, 
ciekawą źrenicą patrzące na świat. Obarczona takimi skarbami wracała do domu 
różowa, tryskająca młodością, z rozwianym czarnym warkoczem i oczami siejącymi 
potop złota. Zwierzała kwiatom tajemnice swego serca, tęsknoty swe przelewając w 
ich wątłe istnienie. Tuliła puszyste więzie kwiecia do ust, szeptała imię 
ukochanego, wzywając go do siebie. Tęsknota rosła w niej, rodząc nowe komórki, 
drzemiące w jej sercu, które jak pąki wiosenne pękały, roniąc coraz słodsze 
uczucia. Nie widziała Andrzeja od lutego, od owego kuligu, kiedy przez jeden 
moment czuła się na jego piersiach, uniesiona przez kochające ramiona i szept 
jego wraz z oddechem musnął pieszczotliwie jej skroń. Już jest połowa kwietnia, 
świat rozkwita świeżą pięknością; zapachy upajające biją z ziemi, wsiąkają w 
każdy twór, pobudzając do życia, do miłości. Tylko jego nie ma. Głucho jest o 
nim w Turzerogach, ale w duszy Andzi pieśń o Andrzeju nie milknie, lecz wzmaga 
się stale podniecona przez tęsknotę i marzenie, co już jest samą miłością. 
Pewnego dnia Andzia z Lorą biegły razem do lasu. Dzień był jasny, wonny, 
rozbulgotany wrzątkiem ciepłych prądów wiosennych. Andzia śpiewała pełną piersią 
jakąś pieśń o nieznanej melodii i słowach, pieśń w wyobraźni własnej 
skomponowaną, będącą jakby oddźwiękiem jej uczuć, echem duszy stęsknionej i jak 
ona młodą, pełną nut rzewnych i szumnej werwy, buńczuczną trochę. Lora inaczej 
odczuwała bujność przyrody, mówiła gorączkowo: — Patrz, Andziu, jak kuropatwy 
parami już spacerują, wszystko się kocha na zabój i aż drży do miłości. Wczoraj 
widziałam bociana na topoli za stodołą. Muskał bocianicę dziobem i czochrał jej 
pióra; tak ją całował, a potem klekotali, klekotali razem; może to taki ich 
ślub?... Motyle tłuką się na świeżej trawie, żaby skrzeczą, bo także się 
kochają, ptaki, żuki, owady, wszystko romansuje, gzi się, szaleje! Gdzie 
spojrzysz, tam wesele i miłość! Oj, Andziu! I mnie tak coś rozpiera, jakby 
jakieś soki we mnie wzbierały, niby w roślinie, co ma zakwitnąć. Tak mi gra we 
krwi, że rzuciłabym się na ciebie bodaj i... całowała do zapamiętania. Pocałuj 
mnie, Aniu! Przypadła do Tarłówny i nagle wpiła się w jej wargi z pożądliwością 
niesłychaną, gwałtowną, drapieżną niemal. Żywym ogniem sparzył Andzię ten 
pocałunek, chciała się cofnąć, lecz Lora porwała jej głowę w obie silne dłonie i 
piekła usta dziewczyny coraz namiętniejszymi pocałunkami. — Puść mnie... ty!... 
Puść! Odepchnęła towarzyszkę i odskoczyła od niej. — Tyś się chyba wściekła? 
Lorka, co tobie jest? Smoczyńska blada, dysząca, miała oczy pokryte dziwną mgłą 
i rysy ściągnięte kurczowo, niby bólem fizycznym. Splotła drżące z podniecenia 
palce rąk i, przytknąwszy do ust, zaczęła je gryźć białymi zębami. Głuchy jęk, 
czy skowyt wydobywał się z jej piersi. — Ja się naprawdę... wścieknę, już nie 
mogę... nie mogę!... Pobiegła pędem w głąb lasu. Innym razem w nocy Andzia, 
obudziwszy się, ujrzała światło w pokoju. Przed wysokim lustrem bieliźniarki 
stała Lora, lecz wydała się Andzi sennym widziadłem. Była zupełnie obnażona, 
tylko biodra jej opasywał suty, gazowy, niebieski welon i związany na środku w 
fantastyczny węzeł, opadał nisko. Na szyi wisiały blado_różowe korale i wielkie 
mleczne bursztyny, ramiona ściskało parę złotych bransolet i opaski ze złotej 
wstążki. Włosy Lora miała rozpuszczone falą jasnorudą, przepyszną, jak płynne 
złoto, ujęte nad czołem w taką samą przepaskę. Przegięta w tył ruchem 
bachanckim, ręce miała wzniesione i założone za również odrzuconą głowę. Usta 
uśmiechały się lubieżnie, źrenice lśniły ogniem. Cała różowocielista w świetle 
błękitnej ampli, zdawała się być posągiem. Ciało miała silnie rozrośnięte; 
szeroka w biodrach, o wypukłych, twardych piersiach, prężna była i, pomimo 
nadmiernie rozwiniętych kształtów, powabna pierwszą młodością, lecz namiętną i 
pragnącą. Tarłówna usiadła na łóżku zdumiona, myśląc, że śni. — Lora! A tamta 
przegięła się jeszcze silniej w tył i drgnąwszy lekko, wolnym, leniwym ruchem, 
bezwiednie wyuzdanym, odwróciła do Anny owianą złotem głowę. — Zbudziłaś się?... 
Patrz! Prawda, żem piękna?... Ja nawet sama nie wiedziałam, że jestem taka, 
bo... to, co najpiękniejsze, to się szmatami zakrywa... to niby nieprzyzwoite. 
Barbarzyństwo! Nos, który się wyciera nieestetycznie, i usta ładowane pieczenią 
mają być przyzwoitsze?! Patrz, jaką ja mam skórę, karnację marmuru, a w dotyku 
atłas, miękka, ciepła... a moje piersi widzisz? Jakie jędrne, pełne młodości i 
siły, a różowe, jak czary pełne wina rubinowego. Cóż tak patrzysz, Andziu, takie 
zdziwione masz oczy? — Piękna jesteś istotnie, Loro, ale... sama nie wiem... 
może to robi wstyd... jednakże... gdybyś się nie obnażała... — Byłabym 
piękniejsza, prawda?... Ha! ha!... Cóż za biblijne przekonanie! Piękne, nagie 
ciało to nie jest wstyd, moja Andziu, to nie jest też zasługa, lecz sztuka. 
Gdybym podziwiała własne cnoty lub jakikolwiek swój wytwór, mogłoby to być 
niesmaczne, jako przechwałka, ale patrząc na swoje kształty, podziwiam w nich 
naturę, artyzm. Podeszła do Tarłówny i stanęła w całej pełni światła i swej 
wyzywającej postawy. — Ty tak mówisz, bo jeszcze sama siebie nie znasz, zdejm 
bieliznę, a zobaczysz. Ja cię kiedyś podglądałam w kąpieli, ale i bez tego wiem, 
że cudownie jesteś zbudowana. Tylko jesteś bardziej wiotka ode mnie, masz 
płynniejszą linię bioder i mniejsze od moich, lecz wyniosłe i krągłe piersi. 
Przy tym ja jestem rozrośnięta, a tyś drobna, mnie zakuć w marmur, ciebie 
rzeźbić z alabastru. Rozbierz się, Andziu. — Za nic w świecie! — zawołała 
dziewczyna, płonąc na samą propozycję. — Dziecko jesteś! Wszak nas nikt nie 
widzi, a choćby zresztą? Mnie się nie wstydź, ja będę cię tylko podziwiała. 
Wyobrażam sobie, jak by wyglądały twoje czarne warkocze, rozplecione na plecach 
różowych, ściskałabyś pewno kolana i rzęsy, których ci zawsze zazdroszczę, 
opuściłabyś na zarumienione policzki. Wystąpiłaby ci na brzoskwiniowe ciało 
lekka, gęsia skórka wstydu i drżałabyś taka śliczna. Ubiorę cię Andziu w ten 
koralowy woal, ustroję cię, jak grecką Kirke lub dziewczę niewinne, wybrane dla 
sułtana, ja zaś będę Heterą. Chodź! Urządzimy żywy obraz. Andzia zawinęła się 
szczelnie w kołdrę, lecz oczy jej rozpaliły się. Ciekawość ją porwała nagle, 
jakby też wyglądała w takim stroju i czy byłaby piękna jak Lora. Dreszcz ją 
przenikał, chciwe pragnienie tego widoku ogarnęło ją burzą. Zbudziła się w niej 
zalotność i przeczucie własnej piękności i niezmierna ochota, aby pokazać się w 
całym blasku urody Lorce, pyszniącej się bogactwem własnych wdzięków. 
Niepokojący dreszcz zmienił się w dygot namiętny, w pragnienie ujrzenia nagości 
swego ciała plastycznie, w dziewiczym rozkwicie. Czy też ona jest także tak 
piękna?... — Chodź, Handziu! Ten twój wstyd dodaje ci tylko uroku. Jesteś jak 
muszla, w której tętni życie, a ty myślisz, że jesteś chłodna. Jak się ujrzysz 
bez tych tam powijaków, rozkochasz się w kształtach i zapomnisz o niemądrej 
pruderii, rozpali ci się krew, rozkwitniesz niby róża pąsowa, wydobyta na 
światło spod klosza. Chodź do... lustra... Chwyciła Andzię za obie ręce i 
szarpnęła w górę. Jednym rzutem podniesiona Andzia wyskoczyła z łóżka. Lora 
błyskawicznie zdarła z niej koszulę, wołając: — Ach! Gdyby cię tak ujrzał 
Olelkowicz... — Nie! Nie! Za nic! Za nic! Z okrzykiem Andzia skoczyła pod 
kołdrę, zanim ją Lora zdążyła zobaczyć. Tarłówna zwinęła się jak ptak biały w 
gnieździe i, wysunąwszy rękę, do Lory stojącej przed łóżkiem z koszulą w ręku, 
wyszeptała trzęsącymi się ustami: — Daj mi to!... daj!... Smoczyńska rzuciła jej 
bieliznę bez słowa, odeszła do swego łóżka. — Może i to ładne... — myślała — ale 
ja taką być nie potrafię. X O zachodzie Zdarzyło się pewnego dnia przed świętami 
Wielkanocy, że Handzia, biegając po parku, rozkwitłym już wiosennie, spotkała 
Kościeszę. Zatrzymał ją i, patrząc na nią długo z nietajonym zachwytem, 
uśmiechał się łaskawie, dobrotliwie, jak ojciec. Otoczył ją ramieniem, pytał, 
czemu bywa czasem smutna, czemu zamyśla się tęsknie, prosił, żeby mu wyznała 
szczerze, co ma w duszy. Może jej czegoś brak? On zrobi dla niej wszystko, co 
jest w jego mocy, byle jej było dobrze i byle się czuła szczęśliwa. Mówił, że 
jest zmartwiony jej skrytością, że dawna Aneczka, szczera jak kryształ jasny, 
zmienia się, a on nie zna powodu. Istotnie, dawniej Handzia byłaby się mu 
rzuciła na szyję i wyznała, co ją dręczy, za czym tęskni. Ale teraz stała się 
ostrożna, nie ufała już Kościeszy, bała się wymawiać przy nim imienia Andrzeja, 
by nie wywołać znowu białego błysku w oczach ojczyma, który był owego pamiętnego 
wieczoru po kuligu. Więc wyznała krótko, że jej trochę smutno i... że tęskni do 
maja, bo wówczas nastąpi najmilszy dla niej czas w ciągu całego roku. Kościesza 
rozluźnił swoje objęcia i spytał: ,- Co to jest Handziu, o czym mówisz? — O 
wycieczce do Wilczar, ojczymku. Będziemy znowu pod opieką Grześka odbywali 
długie wędrówki po stepach... — Grześko to nie opieka — wtrącił Kościesza już 
głosem matowym — zresztą w tym roku do Wilczar nie miałem wcale zamiaru 
wszystkich zabierać. Stanęła jak sparaliżowana. — Dlaczego? — No, widzisz, nie 
miałem zamiaru. Sam, to co innego, muszę tam być. — A przecie co roku 
jeździliśmy całym domem... tak przyjemnie... czemuż teraz? Kościesza patrzył na 
nią badawczo. Była zmieniona, jakby zastygła. Oczy jej otchłanne zaszkliły się 
łzawo, mrugnęła prędko powiekami, patrząc uparcie na strzęp wiosennego ziela, 
który szarpała w palcach. — Czy tak lubisz Wilczary? — spytał ponuro. — Ojczymek 
wie o tym dawno, wycieczka do Wilczar to moja największa przyjemność — mówiła 
przez tamowane łzy. — Ach, największa! Mogę ci zrobić stokroć większą, jeśli 
zechcesz. Podniosła na niego pytający wzrok. — Pojedziemy do Warszawy po 
świętach, dobrze? Zobaczysz dużo ludzi, teatr, piękne ogrody, magazyny, nakupisz 
sobie ślicznych sukienek. — Niech to ojczymek Lorce zaproponuje, ale nie mnie, 
Lorka to lubi, to właśnie dla niej. — Lora nic mnie nie obchodzi. — Ja zaś wolę 
Wilczary niż Warszawę ze wszystkimi jej przyjemnościami i magazynami. Tego nie 
pragnę. — Wszystkie panny to lubią. A wszak już skończysz rychło dziewiętnaście 
lat, jesteś panną dorosłą. — To mi nie przeszkadza lubić Wilczary. Nie, 
ojczymku, tyś mi przed chwilą obiecał, że zrobisz dla mnie wszystko, o co 
poproszę, otóż ja o wycieczkę do lasów bardzo, bardzo proszę... Przytuliła się 
do niego i oczy swe łzawe a głębokie podniosła i utkwiła w jego posępnych 
źrenicach zmrużonych złowrogo. — Tak ci chodzi o te... Wilczary? Więc dobrze, 
pojedziemy tam kiedyś... na parę dni. — Tylko? Nie, ojczyk żartuje, pojedziemy 
tam jak zwykle na kilka tygodni, na cztery, pięć... siedem tygodni. — Na całe 
lato może, co? — zaśmiał się przykrym śmiechem. — Ach! Jakby to było dobrze! Ja 
bym tam ciągle mieszkała.. Więc tam ojczymku? Pojedziemy? — Do lata jeszcze 
daleko, Aneczko, zobaczymy, może się zmieni twój gust do tej pory. — Mój gust? 
Nie! Będę wierna zawsze... — Staremu Grześkowi? — Ojczyk żartuje! To dobry znak. 
Będą Wilczary, będą! Zresztą dlaczegóż by wyjątek robić na ten rok właśnie, 
kiedy zawsze?... — Widzisz, zmieniło się trochę, zaszły pewne okoliczności... 
Kościesza nie dokończył, ale ona odgadła jego myśli, udała jednak, że nic nie 
rozumie. — Jakie tam warunki mogły się zmienić, żeby nas pozbawić Wilczar? Tak 
samo zawsze, jak i teraz, zależy to od ojczymka i dlatego jestem pewna, że 
pojedziemy. Kościesza patrzył na nią z lubością. — Jakaś ty ładna, Anuś! Ty 
wiesz, jak cię kocham i lubię często mieć przy sobie, tymczasem w Wilczarach 
zabierają mi cię stale... Grześko i natura. Gdybyś ze mną chciała jeździć, to 
bym wolał. — Bryczką i po tartakach? Ja wolę pieszo i w kniei. Ale zresztą — 
poprawiła się — jak ojczyk zechce, to będę jeździła z ojczymkiem. Na tym 
stanęło. Andzia oczekiwała z utęsknieniem upragnionej wycieczki coraz bardziej 
niepokojąc się z powodu milczenia Olelkowicza. Lorka wyśmiewała się z jej 
tęsknoty. Pani Malwina zaś, oczekując ciągle przyjazdu syna, wmawiała Andzi, że 
tylko od niej zależy, by Jaś częściej przyjeżdżał do Turzerogów. Tarłówna łatwo 
przejrzała manewry ciotki. Oto niby nie wyraźnie, ale stale łączyła Jasia z 
Andzią, Andrzeja zaś w marzeniach swych przeznaczyła dla Lory. Tak trwało do 
Wielkiejnocy. Jaś znowu nie przyjechał. Pani Smoczyńska wystąpiła z wyraźną 
wymówką do Tarłówny, że to jej wina, że oboje z Kościeszą nie wchodzą w 
położenie chorej matki i że są bez serca. Dziewczyna rozżalona miała długą i 
błagalną rozmowę z ojczymem, rezultatem której był własnoręczny list Kościeszy 
do Jasia, proponujący mu posadę korepetytora dla Januszka, na całe wakacje, 
ponieważ Bronowski na lato wyjeżdża. Warunek ten postawiony przez Kościeszę 
kategorycznie, okazał się jedyny, gdyż student przyjął propozycję. Anna była 
uradowana, ale pani Malwina i Lorka, oburzone za "wyzyskiwanie" Jasia, dręczyły 
ją bolesnymi wymówkami, lecz choć dokuczały one jej bardzo, nie wyznała całej 
prawdy, wstydząc się za Kościeszę. W połowie maja, pewnego dnia, przy obiedzie, 
pan Teodor zwrócił się do Andzi ze słowami: — Pojutrze wyjeżdżamy do Wilczar. 
Zarządź, Aneczko, co potrzeba, zabawimy tam parę tygodni. Dziewczyna wybuchnęła 
radością, rzuciła się do ojczyma z podziękowaniem. Nagle posmutniała i bez 
namysłu palnęła najniedorzeczniej: — Jaka szkoda, że Jaśka nie będzie, cóż tam 
bez niego! Ojczymku, zaczekajmy do końca czerwca, aż Jaś przyjedzie i wówczas 
dopiero... Kościesza gwałtownie wstał z krzesła, zawołał szorstko: — Jan 
przyjeżdża tu jedynie na posadę, nie dla przyjemności, proszę o tym pamiętać. Do 
Wilczar jedziemy pojutrze. Tak chcę! Zalaną łzami panią Malwinę panienki 
doprowadziły do jej pokoju. Prawda wyszła na jaw zbyt jaskrawo i dotkliwie. 
Matka Jasia, tuląc Andzię do siebie, szeptała jej rozszlochana: — Biedna 
dziecino, czeka cię los... Izy... Nie pomogły tłumaczenia Tarłówny i jej chęć 
złagodzenia szorstkości ojczyma. Pani Malwina powtarzała uparcie z wielką 
goryczą: — Okropny! Okropny człowiek! Lora zaś starannie zamykała drzwi dokoła, 
przestrzegając matkę po swojemu, praktycznie. — Niech mama tak nie mówi i cicho 
siedzi dotąd, aż sobie nie wybudujemy jakiegoś domu w Smoczewie i pożegnamy te 
gościnne progi, wtedy dopiero będziemy obie gadały, ile wejdzie, bo Jaś to nawet 
i tego nie potrafi. Andzia wysłuchała mnóstwa gorzkich wyrzutów matki i córki, 
skierowanych do Kościeszy, a poniekąd i do niej. Przed wieczorem wyszła do 
parku, chcąc odetchnąć po nużącym popołudniu, spędzonym u ciotki. Był zachód 
słońca, park tonął w czerwieni, prześwitywał łuną krwistą, gorzał ogniem. Brzozy 
zaledwie rozwinięte spływały bogatymi falami świeżej zieloności na swe pnie 
atłasiście białe, świerki ciemne, prawie czarne i wielkie jodły wyglądały w 
powodzi zachodu niby żałobne cyprysy. Cały park nabrał wypukłości i plastyki 
prawdziwej; każde drzewo, każdy krzew odcinał się osobno, każdy oblany był 
światłem. Zachód prześwietlił park, nasycił go blaskami. Gdzieś w głębi, koło 
stawów, kumkały żaby, zanosiły się od śpiewu słowiki, trelując z precyzją 
pojedyncze tony. Andzia przebiegła wszystkie ulice i zatonęła w głębi dzikiego 
parku, rozciągającego się poza stawami. Zamyślona, szła wolno po miękkiej, nowej 
trawie na przełaj, wśród brzóz wysokopiennych i niższych piramidalnych świerków. 
Była już blisko jaru, kończącego park. Stok góry parkowej spływał na dół dywanem 
fioletowym sasanek, tkanym w żółte pasy jaskrów, obrosły był ponadto niskimi 
krzewami kaliny w kwieciu, tarnin i dzikich śliw. Dziewczyna zbliżyła się aż do 
zrębu, dość gwałtownie wpadającego w wąwóz głęboki i zupełnie zacieniony 
gąszczem krzewów, jak puszcza. Wtem stanęła — umiejscowił ją szmer szeptanych 
słów. Rozejrzała się dokoła. Opodal, na lekkim w tym miejscu skłonie góry, w 
cieniu dużej jodły, ujrzała dwie postacie, pochylone ku sobie w cichej rozmowie. 
Jedna wysoka, wielka, ze znamiennie pochyłym karkiem — Kościesza. Poznała go od 
razu. Ale kto drugi? Figura ni mała, ni duża, bo skulona, szara, bezbarwna, 
jakby krzak pokryty zgniłymi liśćmi, ale pomimo swej beztreściowości ponura... 
Tarłównie zamajaczyło odległe sprzed roku wspomnienie. Wilczary, Krasna 
Duszohuba, obóz cygański... Wróżby... Ach, tak! — To Chwedźko! Wzdrygnęła się. 
"Czortowski kum, niesamowity" — jak go nazwał Grześko, "kupa mierzwy" — tak 
powiedział Olelkowicz. Tak, to ten sam. Cóż on tu robi i kto on naprawdę? 
Dziewczyna przypomniała znowu słowa starego borowego i jego zająknięcia się, że 
"Chwedźko tylko u pana w Turzerogach ma łaski". A otóż stoją tam razem. Więc to 
prawda? Przyszła jej myśl, aby pójść do nich, z bliska zobaczyć tę postać 
zagadkową. Lecz przejął ją dziwny wstręt i ohyda. — Nie, za nic! Zakrywała ją 
przed nimi wielka, rozłożysta kalina i Anna cofnęła się jeszcze dalej, by jej 
nie ujrzeli. Odchodziła wolno, ostrożnie, oglądając się za siebie. Była już 
bezpieczna od ich wzroku. Obejrzała się znowu. Kościesza szedł pod górę, 
Chwedźko zsuwał się po stoku w dół parowu. Zgięty, sunął kocim ruchem i wyglądał 
jak toczący się kłąb obmierzłych łachmanów, kopnięty nogą. Przerażona, by 
Kościesza jej nie spostrzegł, skręciła w bok i pobiegła szybko do domu, myśląc z 
żalem: — I ta okropna, plugawa istota podepcze sasanki. XI Temnyj Hrad Zaledwo 
brzask siwy omaścił podwójny, staroświecki dach ogromnego dworu w 
Prokopyszczach, gdy na ganku stanął Andrzej Olelkowicz. Był bledszy niż zwykle, 
oczy z lekka zaczerwienione świadczyły o źle przespanej nocy. Strzelbę założył 
na ramiona i zawiesił torbę myśliwską, lecz wierny wyżeł Reks nie odczuwał dziś 
w swym panu zapału łowieckiego, przeciwnie — węszył w nim przymus i nudę, więc 
też i sam przeciągał się leniwie, nierad z powodu wcześnie przerwanego snu. 
Andrzej nie pogładził psa, nie zachęcał do łowów, szedł trochę apatycznie, 
kierując się w stronę uroczyska — Temnyj Hrad, w lasach wilczarskich ukrytego, w 
nieprzebytych gąszczach, wśród bagien. Od wczesnej wiosny chodził Olelkowicz po 
dzikich ostępach, nie za zwierzyną jednak; błądził ze swymi myślami, z buntem w 
duszy, z tęsknotą za Andzią. Wielokrotnie wybierał się jechać do Turzerogów i 
zawsze wstrzymywała go myśL o Kościeszy. Bał się spotkać tego człowieka, czuł, 
iż jest w tym stanie nerwów, że każda złośliwość, czy niegrzeczność KOścieszy 
może wywołać wybuch i raz na zawsze zamknąć mu wstęp do domu, gdzie ona 
przebywa. Rozumiał, że zawinił względem niej; swym wyznaniem zasiał w jej sercu 
niepokój i zarzewie uczucia, które się w niej poczęło i rozwija, zabijane 
niepokojem z powodu usunięcia się jego. Andrzej badał siebie, dlaczego idzie 
wbrew swej naturze energicznej, dlaczego przemocą nie dąży do Andzi, lecz unosi 
się względami ambicji własnej i obrażonej dumy. Czyżby jeszcze za mało Annę 
kochał? Minęło już trzy miesiące od ostatniego spotkania, tyle czasu już walczy 
z sobą i przemóc się nie może. Aż oto rozśpiewał się bór, takie same cudne barwy 
i wonie przesłodkie zapanowały w lasach wilczarskich, jak przed rokiem, gdy ona 
wśród nich błądziła, zasłuchana w naturę, sama jak natura żywiołowo piękna. 
Puste wydawały się teraz Andrzejowi ostępy wilczarskie. Na wiosnę nie bawiły go 
ciągi słonek ani toki głuszców, nie nęciły liczne teraz korowody dzikich kaczek. 
Olelkowicz potrafił całymi godzinami przesiadywać na Krasnej Duszohubie, patrząc 
na zmienne panoramy moczarów, na których słońce tkało swe barwy złotolite. 
Patrzał i widział w tęczach czarniawą głowę Andzi, jej oczy przepastne paliły go 
pytaniem — czemu nie przyjeżdża i czy kocha?... Zrywał się wówczas w nim szalony 
huragan woli, jakby rozkaz, by jechać do niej i wyrwać ją spod opieki 
nienawistnego Kościeszy. I Olelkowicz biegł do domu podniecony, szczęśliwy na 
myśL o walce z tym człowiekiem, pewny uczuć Handzi, radosny do bezmiaru. Lecz 
gdy się już znalazł w Prokopyszczach, gdy wydał polecenie zaprzęgania koni, 
zapał jego stygł. Białe oczy Kościeszy urągały mu, głos drewniany brzmiał w 
pamięci groźnie. Znowu Andrzej wpadał w apatię, znowu karcił i nie mógł zwalczyć 
siebie. Zaprzestał swych wycieczek na Krasną Duszohubę, chodził teraz częściej 
na Temnyj Hrad, bo ponura przyroda tego zakątka kojarzyła się lepiej z jego 
obecnym usposobieniem. Wpatrywał się w ciemno_siwozieloną wstęgę okalającą toń 
jeziorka, śledził powolny a jednostajny ruch milczącej fali i zatapiał się cały 
w myślach, zlewał się z naturą, nią żył, bo ona przypominała mu Andzię. I tak 
trwał. Szedł oto teraz krokiem szybkim i po parogodzinnej wędrówce stanął nad 
ponuro lśniącą taflą jeziora. Otaczały go zewsząd bagna nieprzebyte, które on 
znając wybornie, umiał wyzyskać. Wydeptał sobie dróżkę wśród moczarów, potem 
brodził po kępach ruchomych lub po zwałach gruzów porozrzucanych tam gęsto. Były 
to resztki dawnego zamczyska; dwie wieże poszczerbione przez wieki i kawał 
ściany zmurszałej, mchem porosłej, sterczały nieco dalej jak wyszczerzone, 
spróchniałe zęby w gołej czaszce. Chłód tu był i lodowatość przygnębiająca. 
Dookoła ruin rosły stare jodły, tak wielkie i rozłożyste, że ogromem swym 
imponowały wieżom zamczyska. Ruiny i jodły potężne, kilka dębów przepysznych 
panowało w okolicy. Górę Zamkową ze wszech stronn jakoby w ramy obejmowały 
moczary, których punktem głównym, niejako okiem ich, było jezioro. Tuż obok wody 
wyrastała skała olbrzymia w kształcie obeliska, ciemnordzawa, siwym, suchym 
mchem porosła, pod nią Olelkowicz spoczął, odkładając na bok strzelbę. Obojętnie 
patrzył na wyżła, jak zwęszywszy wydry, biegał wzdłuż wody, merdając ogonem i 
chrapiąc rozwianymi nozdrzami. Reks zaczął nagle kopać ziemię, piszcząc i 
skomląc radośnie. Olelkowicz instynktownie porwał fuzję, ale ją wnet odłożył z 
grymasem nudy na zmęczonej twarzy. Oparł strzelbę o wyłom skalny i pomyślał z 
ironią. — Cóż tam wydra? Głupstwo! Znowu Tarłówna zamajaczyła mu przed oczami. 
Jest obecnie w Wilczarach, mówił mu to stary Grześko, ale już nie odbywa 
wycieczek pieszych po lesie, jeździ z Kościeszą, który zapewne omija starannie 
ostępy blisko granicy prokopyskiej położone. — Mógłbym pojechać do Wilczar — 
myśli Andrzej — ale to będzie korzystanie z sytuacji, poniekąd wyzysk. 
Sposępniał jeszcze i wpadł w zadumę głęboką, zatracając się w niej bez pamięci. 
Siedział tak głuchy i niemy długi czas. — Dzień dobry panu! Olelkowicz drgnął i 
obejrzał się. Za nim w pełnym świetle porannego słońca stała Lora Smoczyńska. 
Była rozpromieniona, świetlista, jakby blaskiem przesiąkła, z wysoko podkasaną 
spódniczką i lśniącymi zębami spod warg pąsowych. — Jaka dziś rosa, zamoczyłam 
sobie buciki. — Pani tu tak rano? — Czy pan niezadowolony? Olelkowicz powiódł 
oczami dokoła. — Aha! Szuka pan Andzi! Została w Wilczarach i jeszcze śpi. 
Zresztą ona by tu nie doszła, na to trzeba odwagi i trzeba mieć cel. Olelkowicz 
już ochłonął. — Istotnie, podziwiam panią, tu moczary są niebezpieczne, przede 
wszystkim trzeba znać wybornie drogę i orientować się. — Tych zachodów nie 
potrzebowałam, gdyż pan wydeptał dróżkę tak starannie, że ślepy by trafił. — 
Skąd pani wie, że ja tu zachodzę? — Wiem. Niech to panu wystarczy. — Jaki zaś 
cel pani dzisiejszej wędrówki, o którym pani wspomniała? — Szłam, chcąc spotkać 
pana. — Mnie? — Tak! Przez sekundę Andrzej myślał, że Andzia przysłała Lorę z 
jakimś poselstwem, potem, że Lora sama od siebie chce mu coś o niej powiedzieć. 
Ale obie myśli rychło odrzucił. Lorka nie wyglądała na pośredniczkę tamtej; 
przemawiała w swoim imieniu w sposób dosyć wyzywający. Po energicznym 
uściśnięciu dłoni siadła obok na wykrocie skały, wysunęła daleko od siebie stopy 
i tarzała w mokrej trawie. Pończochy siatkowe odsłonięte były zbyt wysoko, spoza 
nich przeświecało delikatnym różem bogate ciało. Rękami trzymała się za kolana, 
wołając wesoło: — Urządziłam kąpiel moim pantofelkom, bardzo się na tych 
błotkach sfatygowały. Widzi pan? — Widzę, że miały robotę, ale ta kąpiel 
pogorszy ich stan już opłakany. — Tak pan sądzi? Zaraz je będziemy suszyli. Czy 
pan się na tym zna? — Nie bardzo. — Ależ to wstyd, panie! Ja pana nauczę, niech 
mi pan zdejmie pantofle. Olelkowicz spełnił rozkaz. — Ot tak! Doskonale, ach! I 
pończochy są mokre. — Na to już chyba nie ma rady? — Chce pan powiedzieć, że to 
wykracza poza pańskie możliwości? Skromny chłopaczek! NIech się pan zatem 
odwróci, bo ja pończochy muszę zdjąć, są za mokre. — Czy to obawa o moją czy o 
własną skromność? Lora zaśmiała się. — Bardziej o pańską, zresztą jest to 
naleciałość dobrego wychowania, ja osobiście kpię sobie z takich przesądów. 
Uważam, że ciało ludzkie nie powinno być skazywane na ciągłe więzienie zakrycia, 
jest to taka sama natura jak drzewa, kwiaty, które podziwiamy. Olelkowicz 
milczał. — Co pan tak na mnie patrzy? Czy przeraża pana moja odwaga? Niech mi 
pan przyzna słuszność. No, nareszcie ściągnęłam te łachy. Ot, tak! Na gałąź je, 
niech się suszą. Jakże to rozkosznie być na bosaka. Obnażonymi stopami klepała 
po trawie, aż zaróżowiły się ogniście. Andrzej patrrzył na to zarumieniwszy się. 
— Ja wiem, co pan myśli — zawołała Lorka. Podniósł na nią ciekawy wzrok. — Myśli 
pan, że ja jestem kwiatem, ale w pokrowcu i że... — Niech pani nie kończy — 
szepnął przez zaciśnięte zęby i posunął się do niej o krok bliżej. Zmysłowy 
kurcz skrzywił mu usta, błyskał zębami łakomie, paląc Lorkę wzrokiem swych 
głębokich ciemnych oczu. — Czy powinnam się pana bać?... — spytała słodko, z 
wabiącym uśmiechem. — Jak pani uważa. Zdaje mi się jednak, że oboje wkraczamy 
nieco na bezdroża... — Jesteśmy przecież na moczarach i w puszczy, nawet w 
lepszych warunkach niż Adam i Ewa, bo nikt nas stąd nie wypędzi. — No i nie ma 
węża kusiciela — rzucił Olelkowicz trochę ironicznie. — Oo! To zbyteczne! Świat 
się już na tyle zreformował, że kusiciel byłby tylko przeszkodą. Olelkowicz 
zaśmiał się krótko, nerwowo i nagle usiadł tuż obok nóg Lory, na trawie, chyląc 
głowę do jej kolan. — Wolno oglądać, nie wolno dotykać — szepnęła zadyszana. — 
Więc znowu obostrzenia takie jak w raju? Owoc zakazany? — Tak. Patrzyli sobie w 
oczy, on już złowrogo, ona trochę niby spłoszona. Czuła, że jej dobrze w tej 
metamorfozie. Po wyzywającej odwadze nagły lęk, jakby skrucha poddańcza, jakby 
błaganie go o litość. Była świeża, mocno zaróżowiona, nęcąca powabem ślicznych 
oczu, jędrnego ciała, które z nóg obnażonych i odkrytej głęboko szyi i rąk 
tryskało młodością i gorącą krwią. — Ma pani usta jak jagody — rzekł głosem 
cichym, wzburzonym. Uśmiechnęła się, odsłaniając zęby białe i barwne dziąsła. — 
Jak maliny, czy wiśnie? — Nie, jak młodziutkie borówki, krzepkie, pełne 
słodkiego miąższu; malina, wiśnia, to takie miękkie, pani usta jak borówka. — 
Lubi pan chrupać borówki, tak je rozgryzać... Wie pan, aż do bólu. — Panno Loro! 
— To musi być bajeczne. Olelkowicz zerwał się, stanął nad nią jak jastrząb, krew 
w nim grała, drżał. Ale Lora już się nie zlękła, wyprężyła się w tył całą swą 
figurą, położyła głowę na torbie myśliwskiej Andrzeja, którą miał przy boku, 
ponad ramionami wyciągnęła do niego ręce i powtórzyła cicho przez półotwarte 
usta: — To musi być bajeczne. Krzyknęła przestraszona gwałtownym jego ruchem, 
pochylił się nad nią łakomie i usta gorące wpił w jej krwawe wargi. Przeginał ją 
w tył coraz bardziej, aż zwisła mu zupełnie w pozie prawie leżącej na jego 
rękach. Wówczas wykęciła się wężowym ruchem, powstała i piersią przylgnęła do 
niego, oplótłszy mu ramionami szyję. Usta swe wgniatała w jego wargi z 
pożądliwością doświadczonej, bardzo namiętnej kobiety. To właśnie ocuciło 
Andrzeja, oderwał się od niej prawie przemocą i trąc dłonią sfalowane czoło, 
szepnął z lekką wymówką: — Ach, panno Loro! Ona, przechylona w tył, zakryła oczy 
dłonią, z ust jej rozpalonych jak płonące żelazo wybiegł krzyk stłumiony. — 
Szaleć, szaleć! Szaleć! — Nie ze mną — burknął zły. Powstała z impetem, gniewna 
i dysząca jeszcze rozkoszą, ukłuła go oczami, których błękit zamienił się w 
chmurę groźną, piorunami siejącą. — Dla kogo się rezerwujesz? — krzyknęła. 
Olelkowicz pomyślał, że oszalała. — Panno Loro, myśmy się oboje zapomnieli, 
proszę mi wybaczyć, posunąłem się za daleko, pani zbyt śmiało zagrała mi na 
nerwach. — Dość tych deklamacji, nie jestem z tego rodzaju panien, które po 
spełnionym fakcie robią z siebie ofiarę. Wykradłam się umyślnie z leśniczówki, 
przyjechałam do tartaku na jakiejś furze desek, a stamtąd parę wiorst 
przebrnęłam sama, wszystko w celu spotkania pana tu, gdzie pan myśli chyba o 
tych starych ruinach lub... marzy o czymś niedościgłym. Ja nie jestem utopia, 
tylko... słodka rzeczywistość (zalotny uśmieszek). Chcę szału sama i tobie chcę 
go dać. — To zbyt ryzykowne, panno Loro — szepnął pomieszany, nie umiejąc 
wybrnąć z przykrej dlań sytuacji. Jednocześnie doznawał dwóch rozbieżnych ze 
sobą uczuć: porywu zmysłowego do Lory i odrazy. Czuł jednak, że ten poryw jest 
tak silny, tak przeszywający go na wskroś, że obawiał się sam, by ten wicher, 
rozhulany we krwi, nie zniweczył słabego już pulsu szlachetniejszych uczuć. 
Gdyby Lora nie była Lorą Smoczyńską, koleżanką Andzi i tak bliską tej! Gdyby 
była obca... Stała przed nim wyzywająca i piękna w gniewie, każdy nerw drgał w 
niej, krew przelewała się po jej żyłach wzburzoną kaskadą płomieni. Patrzała w 
oczy Andrzeja pragnąca, usta jej drżały. Nagle oparła łokcie swe na jego 
piersiach, dłońmi ogarnęła jego głowę i zaczęła mu szeptać ustami w usta: — 
Słuchaj Jędrek, nie myśl, że jestem niewinnym dziewczęciem, nieskalaną lilią, to 
jest nieskalaną jestem, ale fizycznie, tylko fizycznie. Zresztą ja myślę dużo, 
zagłębiam się w marzeniach o rozkoszy. Znam z teorii wszystko. Jędrek, słyszysz, 
wszystko, i aż mnie nosi, burzę się wewnętrznie na prawa światowe, które są 
głupie i barbarzyńskie. Dlaczego wy macie swobodę czynów, swobodę zadowolenia 
zmysłów, a przecież i my je posiadamy... Olelkowicz miał tego dosyć. Odsunął ją 
lekko od siebie i spytał aż nadto kategorycznie: — Panno Loro, czego pani 
właściwie ode mnie chce? Zesztywniała i przybladła. — Ha! ha! — wybuchnęła 
impertynencko — pyta się pan? A to zabawne! Więc krew, nerwy nic panu nie 
dyktują? Czy jest pan głazem?... A jednak umiesz całować! Sparzyłeś mi usta! — 
Ależ to szaleństwo! Panno Loro, temperament uniósł panią zbyt daleko. Pani jest 
chyba nieprzytomna?... Czy pani rozumie, do czego mnie pani upoważnia? To... to 
jest szczególne, doprawdy! Pani chyba istotnie jest dzieckiem, które 
nieopatrznie wyzywa niebezpieczeństwo, ale całej jego okropności nie zgłębia. — 
Rozkoszy nie nazywam niebezpieczeństwem, ani okropnością. — Więc dobrze, ale ja 
nie jestem faunem leśnym, tylko znajomym państwa i sąsiadem, i w tej roli pragnę 
pozostać. Lora oderwała się od niego gwałtownie, wołając z pasją: — Widzę, jak 
panu palą się oczy i usta, ale się boisz, myślisz, że ja w tak podły sposób lecę 
na małżeństwo z panem? Nie, kotku! Tego się nie obawiaj, za młoda jestem i za 
ładna na sakrament i nie w głowie mi taki nonsens. Ja chcę żyć, używać, 
rozkoszować się młodością swoją, nie zaś skazywać się dobrowolnie na jakieś 
więzy z jednym mężczyzną. Strzec jego dobra, rodzić i niańczyć mu dzieci? A fe! 
fe! To nie dla mnie! Ale pan mnie nie rozumie, ogarnia pana strach może o własną 
cnotę, jeszcze nie naruszoną?... Hahaha! — Panno Loro, proszę nie igrać ze mną — 
ryknął przez mocno zaciśnięte usta — pani widzi sama, co się ze mną dzieje, 
proszę nie wyzywać nieszczęścia. — Jakiego nieszczęścia? Czy pan zwariował?... — 
Jestem młodym mężczyzną i w tych warunkach mogę się zapomnieć, mogę zaprawdę 
zwariować, to byłoby dla mnie nieszczęście. — Ach jakiż paradny! Trzyma cnotę na 
uwięzi. — O panią mi chodzi! — wybuchnął Olelkowicz, tracąc władzę nad sobą. 
Chwycił Lorkę za ręce powyżej łokci i szarpnął nią silnie. Straszny był, twarz 
miał zmienioną, wściekłą, niemal dygotał jak w konwulsjach. — Odejdź stąd 
natychmiast! Uciekaj, bo cię mogę dogonić! Jestem zwierz, uciekaj na Boga! 
Błagam cię o to. Oczy jego rzeczywiście wyrażały przy całej swej grozie niemą 
prośbę. Znieruchomiał z nowego zdumienia, gdy Lora ruchem tygrysim zarzuciła mu 
ręce na szyję i tuląc się do niego wołała z zapałem: — O tak! Tak! Takim cię 
lubię, jesteś pyszny! Lew mój, pan mój! Jesteś wspaniały! Szaleję za tobą! 
Porwij mnie w swe szpony, szalejmy razem!... Jędrek! Uniosła się na palcach i 
usta swe przytknęła do jego warg z żądzą zaraźliwą, aż straszną. Olelkowicz 
warknął zduszonym głosem i zgniótł ją w swych barach potężnie. Lora wyprężona 
ciągnęła go za sobą w tył, mocniej, mocniej. Andrzejowi świat zakręcił się w 
oczach, skała zaczęła skakać i tańczyć przed oczami. Lora wydała mu się nagle 
furią ciągnącą w przepaść. Szarpnął się mocno. — Jędrek mój... Jędrek! — 
szeptała nieprzytomnie. Szarpnął silniej, ramiona jej opadły, bezwładnie prawie 
zwisła na skale, ale oczy jej piekły go żarem tak okrutnie, że aż do bólu 
fizycznego. Przetarł mokre czoło, pałające, nabrzmiałe sinymi żyłami od walki, 
jaką sobie zadał. I nagle bez słowa już, bez spojrzenia na magnetyzującą go Lorę 
zawrócił i pędem wbiegł w gąszcz leśny poza jeziorkiem szumiący. Reks, niemy 
obserwator całej sceny, w podskokach pobiegł za nim. — Tchórz! Wstrętny tchórz! 
— rozległo się w borze. To echo leśne goniło za Andrzejem, powtarzając oburzony 
okrzyk pozostawionej kobiety. On nic nie słyszał, nie chciał nic słyszeć. Lecz 
gdy ochłonął, zasłonił dłonią oczy i jęknął z goryczą: — Czemu nie jeździłem do 
Turzerogów! Czemu! XII Niemi świadkowie — Aneczko, śpiesz się, konie czekają — 
zawołał Kościesza, wchodząc do pokoju Tarłówny. Patrzyła na niego z wahaniem. 
Nudziły ją te spacery z ojczymem, rada była, że znalazła wykręt. — Ojczymku, ja 
dziś nie pojadę. — A to czemu? — Bo ciocia Smoczyńska jest trochę cierpiąca, 
chciałabym być przy niej. — Zostanie Lorka. — Lorki nie ma. Wyszła podobno 
raniutko na spacer i jeszcze nie wróciła. Kościesza skrzywił się. — Wszystko 
jedno! Ty, Handziu jedź ze mną koniecznie, pokażę ci tartak, tam Grześko czeka i 
zaprowadzi nas do Temnego Hradu, panią Malwinę dopilnuje Magdalena. Pokusa 
odwiedzenia Temnego Hradu była dla Anny zbyt ponętna; z radością zgodziła się na 
tę ciekawą wycieczkę. Pojechali. Wysoka, szydłowiecka bryczka na miękkich 
resorach, potoczyła się żwawo po gładkiej drodze od ganku leśniczówki; otoczyła 
duży zagon całkowicie porosły świerkami i modrzewiem, tak, że tworzył mały lecz 
bujny gaj, po czym wpadła na wąską dróżkę wyboistą wśród łąk i porębów 
wilczarskich. Tonęli niekiedy w trawach niezmiernie wysokich i tłustych, 
ukraszonych kwieciem, brnęli przez grobelki błotne, faszyną * wymoszczone, po 
której skakało się niemożliwie, ale się przynajmniej nie tonęło. Niewielkie, 
lecz nadzwyczaj rącze bieguny wilczarskie niosły bryczkę jak piórko, prychały 
raźnie i szły z fantazją. Faszyna — pęk chrustu lub wikliny. Kościesza myślał, 
pykał cygaro rozmyślając, czy nie za tanio wypuścił w dzierżawę tak wspaniałe 
sianokosy. Obliczał w myśli, rachował, zestawiał cyfry z bierną twarzą i 
przymrużonymi oczami, pozornie drzemał. Andzia nie uważała na niego, pochłonięta 
swymi myślami. Nuciła czasem jakieś ulotne melodie, jakieś śpiewki tęskne lub 
zawadiackie, wyłowione z poszumu traw, z falowania tych rozległych przestrzeni 
kwiecistych. Barwne morze traw rozśpiewane było i hulaszcze, biegły po kwiatach 
nuty żałosne, pochylając smętne kolorowe ich główki; bodiaki kolczaste i 
wyniosłe roznosiły chrzęst swój buńczuczny. Olbrzymie bogactwo zapachów i 
szmerów. Czasem, gdy podmuch wiatru zadął silniej, trawy kładły się pokotem, a 
szum tych mas przeistaczał się jakoby w rozgwar morskich bałwanów. I znowu 
buntownicze trawy poszły w górę, dumne ze swej krasy i potęgi i znowu tarzały 
wiatr po sobie, by na nowo zepchnąć go ze swych zielonych poziomów i zatrząść 
pióropuszami bogatych ciał. Chwiały się pojedyncze, wysokie trzęsienia 
siwobrunatnych drżączek i rude miotły szczawiów, i wielkie grona lila dzwonków, 
i naparstnice potężne, i ogromne żółte pełniki, mające kształt róży. Smutne kity 
siwobłękitnej kłosówki, gronka perłówek i zielone wiechy niestrawy trzęsły się w 
zapamiętałym tańcu, w tej niezmiernej, rozhulanej tłuszczy. Przepyszne storczyki 
łąkowe o wydłużonych, wytwornych koronach, szumne kiście żółtej i białej 
przytulii, smółki lepkie i purpurowe, rozchwiane puchy bylicy, baldachimy białe, 
jakby z koronek cennych utkane lazurku i blekotu. Zielnik jedyny w swym rodzaju, 
ogromny i pyszny; złocony słońcem, rozpanoszony na swej glebie żyznej, 
karmiącej. Całe armie powietrzne motyli barwistych unosiły się nad rozkwitem 
łąk_stepów — żywe kwiaty uniesione wiatrem. Śmigały szafirowe jaskółki i kraski 
jaskrawe upierzeniem, niby bukiety z chabrów i maków. Zdawałoby się, że 
kwieciste łany samą sugestią wabią do siebie tylko kolory, lub też każdy twór 
barwią na swój sposób. Andzia wychylona z bryczki całą postacią, jakby oddając 
się oceanom kwiecistym, wchłaniała widok, szmer słodki i wonie. — Pannuńciu, ot 
rozkosz! — mruknął powożący chłopak, odwróciwszy lekko głowę. Zerknął przedtem 
na Kościeszę i stwierdził, że śpi. — Lubisz step, Hawryłku? — Albo to step? — 
rzucił ironicznie. — Hej! hej! Pannuńciu, harno i tu, ale kudy do stepu! Na 
naszu Ukrainu kołyb pannuńcia poichały, tam kraj, trawy, a burzany takije 
wełkije, szczo i mużyk na zdorowym koniaku propade po uszy. A wże jak czełowik 
albo zajczyk w burzanach, to tylki jeho pobaczysz, szczo bodiaki da trawy trasu, 
trasu po werchach. — I w tych trawach koń by się schował. Prawda? — A wże musi 
tak, ałe majbut uszy by górowały. To widno, szczo panna ze Smoczewa a bude żdaty 
na wielmożnych paniów w Temnym Hradi? — spytał, zmieniając ton. — Panna Lora, w 
Temnym Hradzie, kiedy? — A toż czut świat pijszła na prystanek, da poichała 
furoj z mużykom na derewie do tartaku. Howoryły chłopci, szczo na Temnyj Hrad. — 
Alboż tam dojedzie furmanką? — Musi na tartak, a zwidki pieszkom. — Nic o tym 
nie wiem. — Oo! Ranieńko wyszła; czut zory zaświtały. Ale to ne bojaszczaja 
pannuńcia. Jab tam ni pijszoł. Ludy każut, szczo tam straszy. — Jedź! Jedź, nie 
miel językiem — przerwał Kościesza, ocknąwszy się. — Kto poszedł na Temnyj Hrad? 
— Podobno Lorka. — Niemożebne! Bałaby się. Hawryłko zdjął czapkę. — Tak, jasny 
panie, pijszła panna jeszcze o świtie. — Jakaś nowa fantazja panny Lory. Miewa 
ich sporo. Jeszcze gdzie ugrzęźnie w błotach. — Ojczymku, jedźmy tam najpierw, 
może naprawdę coś się stało, dotychczas nie wróciła, to już pewno dziesiąta. — 
Ach, ręczę ci, Handziu, że Lorka w tych moczarach nad jeziorem nie była, 
pochwaliła się tylko dla efektu. Znam ja ją. Wjechali w bór gęsty, czarny. Konie 
od razu zwolniły; po świetlistości łąk w tej mrocznej świątyni drzew jakby 
oślepły, szły wolno po bagnistej dróżce, opędzając się gwałtownie od napadającej 
chmary bąków i much. Gdy wyjechali na szeroki trakt wśród boru, ruszyły znowu 
ostrym kłusem. Hawryłko wymijał zręcznie furmanki obładowane deskami, ciągnięte 
przez małe, włochate koniki, sprzężone w obręk po trzy i cztery razem. Obok 
wozów szli chłopi w białych parcianych ubiorach, z koszulą wyłożoną na pantalony 
i przepasaną czarnym rzemykiem lub kolorową krajką. Wszyscy prawie byli boso, 
lub w postołach, plecionych z łyka. Na kudłatych głowach mieli wielkie, rogate 
czapki z chwaścikami czerwonymi na narożnikach, inni prażyli się w barankowych 
stożkach. Wszyscy ogorzali, silni, przeważnie jasnowłosi, z dziecinnym, łagodnym 
wyrazem jasnych, małych oczu. — Pomahaj Boh! — wołała Andzia do nich po 
małorusku. — Dobre zdorowie, pannuńciu — odpowiadali, schylając się i zdejmując 
czapy z głów. — Dzicy ludzie, złodzieje — mruknął niechętnie Kościesza. — Ej, 
nie wszyscy, ojczymku. Oni są dobrzy, o, ci na przykład, jak mile na nas patrzą. 
— Bo myślą, że im coś dasz na wódkę. — Za co? — Właśnie tacy oni właśnie są, że 
chcieliby brać za nic. Dobre słowo to dla nich za mało. — Ojczymek ich za ostro 
sądzi. — Bo ja ich lepiej znam niż ty. Hawryłko niespodziewanie wmieszał się do 
rozmowy. — Cei ludi welme pannuńciu lubiut, jako szczo to nasza pani... — Jedź i 
uważaj na konie, bo to twoja rzecz, a język trzymaj w mordzie, bo nie z nami 
tobie gadać. Rozumiesz?! Hawryłko jak pod obuchem schylił głowę, ale Andzia 
spojrzała na Kościeszę z wymówką. Odczuł niesmak w jej spojrzeniu i zaśmiał się 
krzywo. — Nie rozzuchwalaj służby, bo zawsze będzie taki rezultat. — Cóż on 
złego powiedział, nie pojmuję? — Odezwał się niewłaściwie. Tarłówna sposępniała. 
Milcząc dojechali do tartaku. Kościesza z głównym majstrem oprowadzili Andzię po 
wielkiej budowli, pokazując jej maszyny parowe i piły mechaniczne, rozdzielające 
wielkie bale na cienkie, długie deski. Zaczęły się popisy; z desek odpiłowywali 
arkusze drzewa, jak opłatki cieniutkie, długie, przezroczyste wstążki, które 
dyrektor tartaku kazał pociąć na karty pocztowe i ofiarował Andzi kilka tuzinów. 
Zainteresowała się tym bardzo. Szczegółowo oglądała warsztaty, rozpytywała o 
wszystko ciekawie. Tytułowano ją tu jasną dziedziczką, co widocznie gniewało 
Kościeszę, lecz nie mógł temu zapobiec. Gdy już zwiedzili wszystko, Kościesza na 
boku wcisnął w rękę Andzi kilka rubli, mówiąc szeptem: — Daj to głównemu 
majstrowi na wódkę dla robotników. Tarłówna żachnęła się, nie przyjęła 
pieniędzy. — Nie chcę im płacić za życzliwość dla siebie. — Dziecko! Wszak oni 
tylko na to liczą. — Więc niech ojczyk da od siebie, ja nie chcę. Pan Teodor 
wzruszył ramionami. — Idealistka z ciebie, moja Aniu, wierzysz w karesy bez 
interesu. Zaśmiał się jak puszczyk. Andzia usłyszała jeszcze kilka słów 
uprzejmych od dyrektora, gdy zaś już mieli odjeżdżać, główny majster rzekł 
głośno do Kościeszy: — Ot, miło człowiekowi, jak takie oczy popatrzą. Harną mamy 
dziedziczkę, jasny panie, aż łuna idzie, a jaka dobra i ciekawa. Takaż sama była 
i jasna pani nieboszczka, dokąd nie sczezła. Żeby choć jakiś dobry i bogaty pan 
zajechał do naszej dziedziczki, a to szkoda by była... Kościesza zrobił ruch 
niecierpliwy, majster zaś spostrzegł, że za wiele powiedział. Chcąc to 
zatuszować, zwrócił się do robotników i zakomenderował: — Hej chłopcy! A 
huknijmy tu za zdrowie dziedziczki. — Hurra! Hurra! — Wiwat! — krzyknął ktoś 
bardziej spolszczony. Tarłówna, spłoniona, kłaniała się uprzejmie. Kościesza 
milczał. Gdy już wsiedli do bryczki, podczas gdy stary Grześko gramolił się na 
kozioł, Andzia szepnęła do ucha ojczymowi: — Czy i ci ludzie powinni trzymać 
język w... mordzie? Drgnął i spojrzał na nią. Była rozbawiona, figlarna. Nie 
dojrzawszy na niej cienia złośliwości, rzekł twardo, z wymówką: — Teraz ty, 
Handziu, odezwałaś się niewłaściwie. Tarłówna zesztywniała. Ale że korciła ją 
obecność Grześka, więc zaczęła wyciągać starego na różne opowiadania i 
objaśnienia. Widziała, że Kościesza jest niekontent, lecz zbudził się w niej 
duch przekory i gwarzyła ze starym borowym aż do chwili, kiedy on raptownie 
ściągnął lejce Hawryłkowi, wołając: — Stój! Stój! Prrr! Dalej jechać wara! A to, 
Boże chorony, można się wtopić w tę piękną łączynkę. Mszar przed nami, jasne 
państwo. Trza zleźć z bryki da pieszkiem rypać. — Ot i dróżka, tędy pójdziemy. — 
Prawda, jaka wyraźna. Kto ją wydeptał? — pytała dziewczyna, idąc za starym. Za 
nimi postępował Kościesza. — Leśniki, bojarzynko, po obchodzie, chodząc, a ot i 
zajączek tędy często fik, fik i kozunia stępu, stępu i dzik, Boże chorony, 
nierzadko tu się przewali. Wszystko tak do jeziorka ciągnie. A teraz to ot 
jeszcze ktoś tę dróżkę wydeptuje. — Któż to taki? — A ot ktoś ładny i łaskawy. — 
Pewno jelenie! Tak, Grześku? Stary roześmiał się. — Gdzie tam jelenie, 
bojarzynko! Ktoś ładniejszy i jedyny; jeleni tu mamy jak śmiecia. — Więc któż? 
Mówcie, Grześku, takam ciekawa... — A ot jasny pan z Prokopyszcz, pan 
Olelkowicz. Andzia nagle zarumieniła się. Kościesza to zauważył, sarknął 
niechętnie: — Uważaj, Grześ, zamiast marudzić, jeszcze nas do bajora 
wprowadzisz. — Boże chorony! Jaż znam te przehaliny dobrze i po ciemku trafię 
niezgorzej. Ale co prawda, to prawda. Prokopyski pan często tu teraz zachodzi i 
nawet nie strzela, tylko tak ot coś medytuje. A tam nad jeziorem piękne wydry 
są. Ale musi one panu Olelkowiczowi nie w głowie. Grześko szedł na przedzie i 
ciągle coś mamrotał. Andzia już rozmowy nie wywoływała, szła za nim milcząca i 
cicha. Przypomnienie Andrzeja sprawiło tę zmianę i nagle zbudzona, podejrzliwa 
myśl: po co Lorka poszła dziś tu, gdzie bywa Andrzej? Czy to przypadek? Wstyd 
jakiś niezrozumiały dla niej i niepokój dziwny owładnął nią na samo to 
przypuszczenie. Szła bezwiednie, zgnębiona i smutna. Zwróciło to uwagę Grześka, 
obejrzał się na nią, popatrzył i rzekł: — A pannuńcia to tak zacichła, jak 
ptaszeczek w klateczce, albo zajączek na wnyku, Boże chorony i bladzieńka taka. 
Musi się zmęczyło niebożątko, bo choć to i dróżka, ale zawsze ciężka na 
delikatne nóżki. Stańmy, daj wezmę panienkę na plecy, dam rady taką ptaszkę 
nieść. — Nie trzeba Grześku, sama pójdę, nie jestem zmęczona. — To już i 
niedaleko. Wolno, ostrożnie przesuwali się krętą drożyną, wijącą się pośród 
mszaru, jak czarna aksamitka. Gdzieniegdzie zapadali głębiej w tłuste błoto, 
woda chlupotała im pod stopami. Kościesza krzyknął raz na starego: — Gdzie nas 
prowadzisz? Tu topiel! — O waa! Boże chorony, już tam Grześko drogę zna, niech 
się jasny pan nie sierdzi; prowadzę za sobą bojarzynkę, to już nie na 
zatracenie! Sam prędzej pohybnę, zanim ją tu krzywda spotka, tyle co nożyny 
przemoczy do czysta. Uszli jakieś kilkadziesiąt kroków i Grześko zawołał: — Ot 
już i Hrad, zamczysko sterczy nad nami, a ot tam poza liśćmi błyszczy jeziorko. 
Hej! hej! Jakieś dzisiaj jasne... Jeszcze kilka zakrętów i stanęli na rozległej 
przestrzeni moczarów i rumowisk. Mury wytrzeszczały na nich swe wyżarte oczodoły 
i spróchniałe zębiska starych złomów cegły i kamieni. Mech siwy, jakieś trawy 
zwisające porastały gęsto tę pleśń wieków, zdobiąc ją nieco, zakrywając wielkie 
szczerby i zmurszałe piętna. Jeziorko szumiało. Wiatr wędrowny wpadł w tę głuszę 
i poruszył wodę, wydawała bełkot ponury i marszczyła ciemną toń w grube pręgi. 
Niskie brzegi jeziorka, obramowane twardą trawą i trzciną, ożywiły się nagle, z 
różnych stron spłoszone wydry skoczyły do wody. Bure, śmigłe ich ciała chlupały 
w czarne fale i od razu dawały nurka, inne pochowały się do nor. Grześko zerwał 
strzelbę z pleców i wymierzył do jednej, lecz Handzia mu przeszkodziła. — Nie 
zabijajcie jej, nie! — Jak wola! Ale tęga sztuka i miałem już na cynglu. Stary 
borowy sapał, nierad z siebie, że nie pospieszył z wystrzałem. — Widno i pan 
Olelkowicz ich nie strzela, nie nastraszone, blisko nas dopuściły. Boże chorony! 
Ot szkoda tej sztuki, wielka da wielka, pewno samiec. Andzia rozglądała się 
ciekawie, Kościesza zapalił cygaro, przydało się, gdyż komary napadały całą 
chmarą. — Jak tu zawsze pięknie, ale dziwnie ponuro i groźnie! — rzekła Andzia. 
— Oj, prawda, bojarzynko, bo tu straszy, duchy tu chodzą. — Patrz, ojczymku, na 
te mury, jakie one okropne, okna wyglądają niby wygniłe oczy. Brrr! Straszne. Za 
nic bym tu sama nie przyszła. Te mury patrzą po prostu, a te zębate wieżyce są 
jak ramiona wzniesione do góry rozpaczliwie. Te szczątki zdają się skarżyć, 
wołać o ratunek, jezioro jakby jedna łzawnica, takie mroczne, takie smutne. Co 
to! Ach! — Niech się pannuńcia nie stracha, to sowa jucha przeleciała. Oj! oj! 
Są tu i puszczyki i nietoperze. Oho! W nocy to i ja sam by tu nie przyszedł, tu 
i upiór może się zdarzyć, i wilkołak i inne ścierwa. Pójdę, obejrzę nory, może 
zatrzask położę na wieczór. Odszedł. Kościesza usiadł na zrębie skały w miejscu, 
gdzie zwykł siadać Olelkowicz. Wzruszył ramionami lekceważąco i rzekł głosem, 
który w tej pustoszy brzmiał jeszcze groźniej niż zwykle: — Banialuki opowiada 
Grześ, jakie tam strachy! Głupstwo! Ty się, Andziu, nie przejmuj, aż zbladłaś i 
oczy ci się palą niby ogień. Po co ten dramat, te tragiczne oczy?... Ale jakaś 
ty ładna... Handziuś — dodał odmiennym tonem i ciszej. Spojrzała na niego 
zdziwiona. Jego zimne źrenice pozbyły się zwykłej sztywności, miększe były w 
wyrazie, lecz miały w sobie coś takiego, co bezwiednie Andzię dotknęło. Pod 
czołem sfałdowanym oczy jego gorzały płomieniem, nieznanym dla niej, lecz 
przykrym. Źrenice te przepalały ją na wskroś, cała zaś twarz dziwnie pomięta, z 
brzydkim wygięciem ust, wzbudzała odrazę, jak zmurszały, robaczywy grzyb. Zmiana 
w rysach Kościeszy tak nagła i niepojęta, przeraziła Andzię, zbladła jeszcze 
bardziej, lecz oczu nie mogła oderwać od zezwierzęconej fizjonomii Kościeszy. 
Usta jego zwykle wąskie, zaciśnięte, były teraz nabrzmiałe siną krwią i 
lubieżnie złożone całowały Andzię po prostu. Wzdrygnęła się, lecz nie zrozumiała 
tej twarzy, przerażenie ogarnęło ją tym bardziej. — Czy... ojczym nie chory? Co 
się stało? Sama nie wiedziała, dlaczego ta nazwa sucha wybiegła jej na usta. Ale 
on jakby tego nie zauważył, patrząc na nią szeptał: — Śliczna! Śliczna... 
Wyciągnął do niej ramiona. Andzia nie odczuła w tym ruchu pieszczoty dobrej, 
przeciwnie raczej, odsunęła się instynktownie zmieszana, z uczuciem gniewu. 
Twarz jej zapłonęła gniewem, chciała bryznąć słowem ostrym, już, już miała je na 
wargach, gdy uprzytomniła sobie, że to jest jej ojczym i zacięła usta. Ruchem 
nagłym pochyliła się nad samotną żółtą lilią nad brzegiem jeziora. Zrywając 
kwiat ujrzała opodal w trawie jakiś przedmiot, błyszczący w słońcu. Podbiegła i 
uniosła z ziemi grzebień damski, półokrągły, szeroki, ze złoconą przepaską na 
wierzchu, usianą błyszczącymi szkiełkami. Zdumienie odmalowało się na jej 
twarzy. — Grzebień Lory! Kościesza ochłonął już ze swej ekstazy. I on się 
zdziwił. — A prawda? Czyli że Lora była tu dziś istotnie! Trzeba uprzedzić panią 
Malwinę o wycieczkach córki po bagnach, bo może się to źle skończyć i na nas 
spadnie odpowiedzialność. Te moczary już niejednego pochłonęły. Zbliżał się 
Grześko. Mruczał coś do siebie jakby niezadowolony. — Ktoś tu był dzisiaj z 
psem, bo nory wydrze, Bboże chorony, ze wszystkim pokopane. Pan Olelkowicz 
swojemu wyżłowi nie pozwoliłby na takie pohaństwo. — Może strzelał. — Boh je 
znaje. A toż tu co?... Grześko przypiął się oczyma do wykrotu w skale, poza 
plecami Kościeszy, podsunął się pożądliwie i nagle w dłoni wyciągniętej podniósł 
w górę pyszną, czarno_matową, szmelcowaną strzelbę. — Ot co jest! — zawołał. — 
Kłusownik tu był, ładnie pilnujesz — sarknął Kościesza. Dziad zaśmiał się 
figlarnie. — Oho! Panoczku! Żeby taką paradną rusznicę miał jucha kłusownik, to 
by ja jego znał, a spod ziemi wykopał, a takie śliczności jemu odebrał. Już by 
ona moja była, nie czyja. Ale kłusownik takiej sztuki nie zostawi pod kamieniem. 
To jest rusznica pana z Prokopyszcz, dziś tu widno był znowu, ale dla jakiej 
przyczyny broń zostawił, na to już ja głupi. Andzia poczuła, że krew gorąca, 
wartkim strumieniem buchnęła jej do serca, policzki zabarwiły się na chwilę 
purpurowo i wnet znowu zbladły jak opłatek. Kurczowo ścisnęła w dłoni grzebień 
Lory, w głowie jej szumiało, myśl jaskrawa zawirowała aż z bolesną świadomością. 
— Oni tu dziś byli oboje... razem... Wtem zasyczał zjadliwy głos Kościeszy. — 
Piękne odkrycie! Strzelba kawalera zapomniana, grzebień panny zgubiony, albo... 
także zapomniany... Hm! Takie roztargnienie dużo mówi. Andzia milczała. Grześko, 
widząc w jej dłoni lśniący grzebyk i słysząc słowa Kościeszy, zafrasował się i 
drapał za uchem. Stali tak naprzeciw siebie, Andzia z grzebieniem, Grześko ze 
strzelbą, oboje niepewni, jakby zawinili odkryciem niemych świadków spotkania 
tamtych dwojga, co już nie podlegało wątpliwości. — Boże chorony! — westchnął 
Grześko tonem dość dwuznacznym. Kościesza zaśmiał się przykrym, skrzypiącym 
rechotem. — Lora zuch! Umie wyzyskać straszne kryjówki, kpi z duchów, mając przy 
sobie rycerza, tylko zanadto go widać upaja, skoro ten traci głowę i gubi broń. 
No, no i tego panicza nie posądzałem o tyle przedsiębiorczości. Zabawna 
historia! Tarłówna zawróciła na miejscu, szybko odeszła na dróżkę, skąd 
przybyli. Kościesza patrząc na nią mruknął do siebie z uczuciem radości: — Jeśli 
w niej coś kiełkowało dla tamtego, odkrycie to jest już epilogiem. Zwrócił się 
do strapionego Grześka: — Odnieś strzelbę panu na Prokopyszczach i powiedz, kto 
ją tu znalazł. Możesz oddać i grzebień panny Lory, na pamiątkę — dodał 
sarkastycznie, podnosząc z ziemi upuszczony przez AAndzię drobiazg. — Cóż stary, 
teraz już wiesz, dlaczego wyżeł pokopał nory? Zaśmiał się rubasznie. — Ha! Zuch 
paniczyk! Podążył za Andzią uciekającą prawie przed nim po błotnistej drożynce. 
Część pierwsza (c.d.) XIII Wśród krwi i jęków Pan Teodor, pomimo próśb i błagań 
pasierbicy, by tego nie czynił, zawiadomił panią Malwinę o wycieczce Lory i 
ewentualnym spotkaniu z Olelkowiczem. Pani Smoczyńska dostała spazmów, potem 
nastąpiły gorzkie żale nad dzisiejszą młodzieżą, która wyłamuje się spod praw 
obowiązujących "kodeks światowy", że Lorka zawsze odznaczała się samowolą, ale 
że w tym wypadku nie tylko ona jest winna, lecz głównie Olelkowicz, on ją pewno 
namówił do tego spotkania, gdyż dawno już ujawniał do Lorki wielką skłonność. 
Pani Malwina zadowoliła się krótkim potwierdzeniem faktu przez Lorkę, że byli 
razem z Andrzejem w Temnym Hradzie. Wyraziła wówczas przypuszczenie w formie 
pewnika, że Andrzej przyjedzie oświadczyć się jej o Lorkę. Na to panna 
Smoczyńska wybuchnęła śmiechem. — Może mama być spokojna, on mi się nie 
oświadczy i ja bym go nie przyjęła. Jestem wolnym duchem do lotu stworzonym, nie 
zaś do pełzania po ziemi w postołach obowiązku. Bez więzów, bez więzów! Oto moje 
hasło! Matka łamała ręce z rozpaczy, pocieszała się nadzieją, że Olelkowicz ma 
inne zapatrywania i wpłynie odpowiednio na Lorkę. — Zawsze wierzyłam temu 
młodzieńcowi, to dzielny i wyjątkowy człowiek, nie zawiodę się na nim. Andzia 
cierpiała niewymownie. Myśli gorzkie nękały jej młodą duszę. Żal, niepewność, 
wstyd jakiś kiełkowały w niej. Dlaczego Andrzej nie przyjeżdżał tak długo, teraz 
zaś spotyka się z Lorą, omijając Wilczary? Gdzie są jego wyznania na kartce i 
ustne w sankach?... Czy i obecne jego postępowanie to tylko pozory? Jak 
zapewniał ją o tym w zimie. Ból łączył się z nagle zrodzoną ironią i występował 
na jej ustach. A jednak instynktownie przeczuwała, że w schadzce na Temnym 
Hradzie nie było winy Olelkowicza, że to tylko manewr Lorki albo zwykły 
przypadek. Lecz bez porozumienia z nim, skąd by Lorka wiedziała o wycieczkach 
Andrzeja do tej pustki, szczególnie o tak rannej godzinie? Błędne koło zwątpień! 
Tarłówna nie potrafiła ukryć swej depresji, z czego korzystała Lora, by ją tym 
bardziej męczyć. Obrażona duma Smoczyńskiej za zachowanie się wobec niej 
Olelkowicza znalazła ujście. Handzia cierpiała podwójnie. Pewnego popołudnia 
wymknęła się sama z domu, na przechadzkę obok nasypu kolejowego. Lubiła tę 
drogę, odkrywała się przed nią daleka perspektywa, choć jednostajna, lecz nie 
mniej piękna, obrosła z obu stron zwartym borem. Niby mur potężny stały po obu 
bokach szyn sosny tytany o kolosalnych koronach czarnych, obfitych w igły. Pnie 
złotorude, gładkie, wyniosłe, strzelały z ziemi żyznej prosto w górę pędem 
żywiołowym, rozkazującym. Pod cieniem ich, równolegle z traktem od strony lasu, 
biegła wąska droga boczna, zarośnięta krzewami tarniny i dzikiego berberysu. 
Mnóstwo lila dzwonków, kampanuli rosło wśród kolących krzaków, otoczonych rojem 
much i trzmieli. Las w głębi przyświecał słońcem, mieniąc się tęczowo, jakby był 
cały powiązany złotą siatką o ogromnych, barwnych okach. Różowiły się pnie 
sosen, jasne, wielkie brzozy odżynały się z niesłychaną plastyką. Drogą tą szła 
Andzia zamyślona poważnie. Wybrała się tu wiedząc, że nie jeździ tędy Kościesza 
i że jest to dróżka wiodąca na trakt prokopyski. Zapatrzona w szyny pełznące w 
dal, ujrzała ciemny obłok, który na krańcach horyzontu ukazał się i rósł, 
podpływał coraz wyraźniejszy, bliższy. — Pociąg jedzie — pomyślała Andzia, 
uprzytomniając sobie, jak przed trzema laty kładła się na nasypie pomiędzy 
szynami. Jeszcze teraz wzdrygnęła się na to wspomnienie. Jakaż to była 
dziecinada, jaka niemądra brawura. Pociąg zbliżał się i dudnił. Lokomotywa 
błyszcząca, elegancka ciągnęła za sobą krótki szereg wagonów szafirowych i 
żółtych, o wyglądzie luksusowym. — Kurier! ależ pędzi... Wpatrywała się w pociąg 
oczami gorejącymi, lubiła taką siłę imponującą. Kolos potężniał, rwał naprzód 
jak potwór rozhukany, szyny wciągał pod siebie zaborczo, z impetem pruł 
powietrze. Wtem Andzia usłyszała za sobą, z przeciwnej strony pociągu tętent 
gwałtowny i wołanie. Obejrzała się. Drogą, po której szła, amerykanem 
zaprzężonym w cztery piękne konie jechał Olelkowicz, pędził prawie galopem. 
Stojąc na wysokim siedzeniu, w jednej dłoni trzymał lejce, drugą wymachiwał 
rozpaczliwie i coś wołał głosem przerażonym. Stangret jego także stojący, machał 
nad głową pledem, krzycząc również. Na nasypie zaś biegł dróżnik z czerwoną 
chorągwią wymachując nią w powietrzu z wściekłości. Wrzask jego był rykiem 
zwierzęcym. Tarłówna zrozumiała, że nie do niej odnoszą się te wołania. Oni dają 
sygnały, aby wstrzymać pociąg. Nie widząc jeszcze niebezpieczeństwa, zdrętwiała 
ze zgrozy, lecz nie tracąc przytomności zerwała z siebie biały fartuszek i pędem 
popędziła na szyny; biegła naprzeciw lokomotyw, szarpiąc płótnem na wietrze, 
niby białym skrzydłem. Widząc to Olelkowicz wydał rozpaczliwy okrzyk, zeskoczył 
z amerykana w pełnym biegu, jednym susem znalazł się na plancie i uniósł Handzię 
z nasypu w samą porę. Pociąg z hukiem, z łoskotem straszliwego rozpędu przewiał 
obok nich i gnał przed siebie, niebaczny na sygnały, głuchy. — Chryste 
miłosierny! Katastrofa! — krzyknął Olelkowicz. Dróżnik zatoczył się z szyn na 
kraniec nasypu, łamiąc ręce desperacko. W tejże minucie z zakrętu, z przeciwnej 
strony, wypadł drugi pociąg w pełnym biegu i gnał prosto na kurier idący po tym 
samym torze. Andzi głos uwiązł, z niewypowiedzianego przerażenia zbielała, bez 
tchu, ze strasznym łomotem serca, chwyciła konwulsyjnie rękę Andrzeja, a 
rozbiegane jej wargi ledwo zdołały wyszeptać cicho. — Ratunku! Boże! Ratunku! 
Wrzawa sygnałów pociągu pędzącego na kurier nie zdołała już go powstrzymać. 
Pociąg towarowo_pasażerski długi, widocznie bardzo naładowany, sygnalizował 
przeraźliwie i puścił kontrparę; cofnął się w tył ociężale. Niestety, już za 
późno. Kurier z niesłychaną siłą pędu runął na przeciwnika. Huk zderzenia się 
dwóch lewiatanów, rozdzierający ryk i gwizd wściekłych maszyn paraliżował nerwy. 
Lokomotywy spiętrzyły się na siebie, jak dwie bestie oszalałe, rozżarte. 
Potworne, żelazne cielska grzmiąc i tocząc parę z kominów zwarły się potężnie, 
rozjuszone pędem, i tą samą siłą wzbiły się wysoko w górę, spojone straszliwym 
uściskiem. Brankardy * i pierwsze wagony uniosły się za nimi, podniesione na 
przednich kołach. Andzia i Andrzej przez parę sekund z zapartym oddechem w 
piersiach patrzyli na tę okropną piramidę walczących martwych kolosów. Brankard 
— budka przy wagonie towarowym, lub wagon bagażowy. Nie zmogły się dwa tytany. 
Po chwilowym, okrutnym borykaniu obie razem maszyny zwaliły się na ziemię, wryły 
głęboko przody olbrzymich swych cielsk w piasek nasypu. Zakotłowało się jak w 
kotle piekielnym; huk, trzask, łomot ogłuszający, syk pary, złowrogi łoskot, 
szarpanie się rozbijanych wagonów, jednocześnie zaś krzyki, wrzask przerażonych 
głosów i mrożące krew jęki ludzkie! Zdruzgotane wagony jeszcze piętrzyły się na 
siebie, dachy, ściany, koła, wszystko trwało w ruchu oszalałym, panicznym, 
miażdżąc się, tratując niepowstrzymaną inercją poprzedniego pędu. Rumowisko to 
przedstawiało widok tak pełen grozy niebywałej, tak rozdzierający i tragiczny, 
że zdawało się, iż to nieziemska siła i nieludzka moc spowodowała tę górę 
ruchomych zwalisk. Tarłówna i Olelkowicz pędem pobiegli na miejsce wypadku, 
dopadli ostatnich wagonów, potrzaskanych niemiłosiernie i, jedną wiedzeni myślą, 
rzucili się ratować nieszczęśliwych pasażerów. Rannych było mnóstwo, katastrofa 
miała nieobliczalne skutki. Jęki bolesne, rozpaczliwe wołania o pomoc, zgiełk, 
wrzawa! Andzia zobaczyła w zgniecionym oknie czyjeś ręce okrwawione, trzepoczące 
bezradnie, chwyciła je z całej siły i zaczęła ciągnąć, ale otwór zduszonego okna 
okazał się zbyt mały. Olelkowicz zatem po sterczących deskach skoczył do środka 
i rozwaliwszy do reszty potrzaskaną ścianę pomagał dziewczynie wydobywać 
okrwawionego mężczyznę, który prócz ran na rękach i głowie, obie nogi miał 
zmiażdżone. Gdy wynieśli go na nasyp i złożyli na piasku, omdlał natychmiast. 
Anka skoczyła szukać wody, nie znalazła jej nigdzie blisko, trzeba było zresztą 
ratować innych. Znowu jękiem dała znać o sobie starsza kobieta z pierwszej 
klasy, z połamanymi żebrami i wielką raną w głowie. Wyciągnęli ją spośród stosu 
rumowisk, rzucającą się z bólu w konwulsjach. Dama krzyczała różnymi językami, 
wielkie zaś brylanty w krwawych uszach, przy głowie potwornie zeszpeconej, 
świeciły urągliwym, bezczelnym blaskiem. Nieprzytomna była i wykrzykiwała jakby 
w malignie. Ujrzawszy pochyloną nad sobą twarz Anny, zawyła z wściekłością i 
palce skurczone, ubrylantowane, z poobtłukiwanymi paznokciami skierowała na 
twarz dziewczyny. — Za co mnie mordujesz, ty piekielny? Ratunku! Służba! C'est 
horrible, c'est horrible! (franc. — To straszne.) Obić każę! Pod sąd was!! Dieu 
de mis~ericorde! (Franc. — Boże miłosierny.) Zanim Handzia zdołała się cofnąć, 
połamane paznokcie rannej damy przesunęły się błyskawicznie po twarzy 
dziewczyny, zostawiając po sobie czerwone nitki krwi. Tarłówna mocno odchylona w 
tył, nie puszczała jednak z rąk rannej, unosiła silnie jej ramiona z okrwawioną 
masą głowy, dźwigając i wlokąc ją na bezpieczne miejsce. — Moja torba została, 
etui, precjoza! Duża nagroda za oddanie... Parole d'honneur! (franc. — słowo 
honoru.) — wrzeszczała ranna, rzucając się jak szczupak. Oczy jej spoza krwi 
paliły żarem tak szatańsko jakoś, że Andzia pomimo wszystko bała się tej 
kobiety. Złożyła ją wreszcie na piasku i drżąca z wysiłku otarła swoją twarz z 
potu i krwi. Olelkowicz wydobywał rannych spod zwalisk, narażając się sam na 
niebezpieczeństwo, wyciągnął już i kilka trupów. Stangret jego, dróżnik i 
pasażerowie ocaleni z pogromu pomagali mu dzielnie. Tymczasem nadjechały drezyny 
z przystanku wilczarskiego, wioząc naczelnika, urzędników i robotników do 
ratowania rannych; przez łąki i pola biegło mnóstwo ludzi z pobliskich wsi, 
zwabionych niezwykłym hukiem. Pół godziny po wypadku był już na miejscu pociąg 
sanitarny z najbliższej stacji. Przyjechały także na drezynie z Wilczar panny 
Ewelina i Lorka. Wydobyto spod masy żelastwa kucharza restauracyjnego, który 
przebity był własnym, ogromnym nożem kuchennym, cały wierzch czaszki miał 
zniszczony doszczętnie i odkryty mózg. Maszynista rozszarpany w kawały, jeden z 
konduktorów bez obu nóg, drugi zmielony na bryłę mięsa ociekającego krwią, trupy 
dzieci i straszne, potwornie pokaleczone postacie pasażerów świadczyły o sile i 
rozmiarach katastrofy. Lekarze znosili krwawy bagaż do pociągu ratunkowego wśród 
jęków, wyrzekań, szlochań i rozpaczliwych błagań o pomoc. Rozlegały się tu 
krzyki spazmatyczne ludzi zdrowych; nerwy nie mogły znieść takiego naprężenia. 
Bezmiar niedoli i nędza tych ludzi stratowanych, z wygodnej podróży znajdujących 
się nagle we własnej krwi, w kupach desek, żelaza, w piasku, z niemiłosiernym 
bólem w ciałach, przerażała najobojętniejszych. Do Andzi podbiegła panna 
Ewelina, załamała ręce na widok jej twarzy podrapanej i zlanej potem oraz sukni 
rozdartej w kilku miejscach. — Co ty tu robisz, Andziu? Skąd się tu wzięłaś przy 
tym nieszczęściu? Boże, jak ty wyglądasz! Nie zamęczaj się; odpocznij! Ach pani! 
Gdybym miała dziesięć rąk i sił więcej! ale takam słaba, tak... mało pomóc 
mogę... Rozpłakała się rzewnie jak dziecko, za wiele już widziała krwi i ran, za 
wiele słyszała jęków duszę rwących na strzępy. — Chodź dziecino ze mną, odejdź 
stąd, tu już jest ratunek dostateczny i tak już ledwo oddychasz. Przypadł do 
nich Olelkowicz. Umazany krwią, z zasmoloną twarzą, zaledwo można go było 
poznać. Oczy mu gorzały płomieniem ponurym. — Niech pani zabiera pannę Annę do 
domu, ratowała, dźwigała nad siły, pokaleczyła się, już dosyć, na Boga! Pani 
zachoruje, obłędu dostanie, toż to istne piekło! Co się tu dzieje! — I pan tu? 
Skąd? Czy pan był w pociągu? — spytała zdumiona Ewelina. — Jechałem do państwa i 
trafiłem na samą katastrofę, pannę Annę spotkałem na drodze, niewiele brakowało 
zginęłaby pierwsza pod pociągiem! Byliśmy świadkami zderzenia. Krzyk jakiś 
oderwał od nich Olelkowicza, podbiegł w tamtą stronę, Andzia podążyła za nim, 
pomimo oporu panny Eweliny. Stanęli nad kupą desek, skąd krzyk dochodził, ale 
nie mogli dojrzeć jego sprawcy, widocznie ranny przywalony został szczątkami 
wagonu. Aż oto dwoje rąk sinych, jak u nieboszczyka, wysunęło się nisko przy 
ziemi i chwyciło Andzię za nogę przy kostce. Odskoczyła z nieprzytomnym piskiem, 
lecz natychmiast ochłonęła i razem z Andrzejem zabrała się do ratowania. Kilku 
ludzi zawołano na pomoc, pracowano długo i uciążliwie, gdyż ta część wagonu 
roztrzaskana zupełnie, spiętrzona stłoczyła się w zbitą masę, wgniotła w siebie, 
utworzywszy niby kulę szczelnie spojoną. Rąbano ją siekierami, rwano bosakiem, 
kilka toporów i wściekłość ratujących ludzi dopięły wreszcie celu. Do otworu 
skoczył Andrzej z robotnikiem i z pomocą pozostałych na powierzchni wydźwigali z 
głębi młodzieńca, nawet nie pokaleczonego. Młody człowiek stanął o własnych 
siłach, ale zachwiał się na nogach. Przetarł oczy pełne piasku i wtedy dopiero 
krzyknął, łapiąc się ręką za piersi. — Oj! oj! Coś trzeszczy, coś mi się 
złamało, gwałtu! Boli, Ach, jak boli!... Stwierdzono, że ma złamany obojczyk, 
ponadto cały był potłuczony. Humoru jednak nie stracił; wołając krzykliwie: — 
Oto jestem zbity na kwaśne jabłko! — A to urządziłem się! Niech to diabli porwą. 
Szykowna jazda kurierem! Zadałem szyku własnym gnatom. Mój Boże! w kwiecie wieku 
i już pokiereszowany. Całuję rączki za taki szyk! Jakże ja się pokażę u nas w 
Galicji, taki połamaniec? Ratujcie ludzie!!! — Niech pan tak nie wrzeszczy — 
rzekł Olelkowicz — proszę raczej dziękować Bogu za cudowne ocalenie. Z takiej 
sytuacji, w jakiej pan był, nie wychodzi się tylko ze złamanym obojczykiem, 
przecież pan miał na sobie cały wagon. Bagatela! — Cały wagon, powiada pan? A 
co?... Nawet taka kupa kazionnego materiału nie zabiła mnie. Od dziś zmieni się 
przysłowie, zamiast dawnego "wyszedł jak Zabłocki na mydle" powinno być nowe 
"jak Okszta na kurierze". Zbłaźniłem się. Fe! ależ ja dotąd bez rekomendacji: 
Adrian Okszta do usług, z tych Oksztów, co rozbijali na polach walk, ale nie 
rozbijali się sami na piasku. Zhańbiłem ród swój. O, o! do diabła, jednak to 
boli! Taka marna kosteczka. Psiakrew! Czy choć macie w tym kraju dobrych 
chirurgów? Odwieźcie mnie do Galicji, bo tam to dopiero Europa. Wieźcie mnie do 
moich majątków! Olelkowicz i felczer z Wilczar zakłopotali się. Okszta bowiem 
wykrzykiwał z bólu, klął i wołał, aby go zaraz wieźć do jego majątków, bo tu 
zdechnie jak pies w tym kraju zatraconym. — Co my tu z panem zrobimy? Pociąg 
sanitarny z lekarzami już odjechał przepełniony. Gdzie pana tymczasem ulokujemy? 
— A czy wy jesteście aniołami z nieba i sfrunęliście na mój ratunek? No, bo ja o 
niebie jeszcze nie myślę... Dobre ono, ale nie zawsze. — Niech pan nie żartuje! 
— Zapewniam pana, że żarty ze złamanym obojczykiem nie należą do miłych 
rozrywek. Jeśli nie jesteście aniołami, lecz ludźmi, to musicie tu gdzieś 
niedaleko mieszkać; panowie i te boginie, które oto widzę. Weźcie więc mnie do 
siebie, bo doprawdy, że ten wagon za ciężki był trochę na moje siły, wszystko w 
miarę... Zbladł i zachwiał się, ustami zaś popłynęło trochę krwi. Andrzej 
podparł go silnie ramieniem i spojrzał pytająco na panie z Wilczar. — Zawiózłbym 
go do Prokopyszcz, ale dla chorego to za daleka podróż. Krwią pluje; widocznie 
coś jest w płucach. — Proszę go wieźć do nas na leśniczówkę — zawołała panna 
Niemojska. — Trzeba posłać po doktora. On mdleje, żartował sobie, ale widać, że 
tęgo dostał. Podprowadzili drezynę, Olelkowicz z felczerem umieścili na niej 
omdlałego młodzieńca, panie siadły również. Wtem Andzia zauważyła robotnika 
niosącego na ręku dziesięcioletnią może dziewczynkę. Zatrzymała drezynę, 
wołając: — Dajcie tu, dajcie! Zabierzemy i ją, będziemy ratowali. Robotnik 
podszedł i pokazał im martwe już ciało, w siwej siermiędze. — Chłopskie dziecko? 
Skąd ono się tu wzięło? Spało przy relsach na murawie. To pastucha od gęsi. Ja 
jeju znaju, ona tu zawsze chudobę pasie, aż i na nią przyszła czarna godzina. Ot 
biedneńka Kostka! Popała się i nie wiadomo, czy ze strachu jej się coś 
przytrafiło, czy i zabiło co, ale ot nieżywa. — Odniesiecie ją do rodziców! 
Robotnik zaśmiał się. — A do jakich? Ona za pastuchę służyła. Teraz to ona i 
sama poszła do otca światego, bo na świtie miała tyle, że matkę i to pijaczkę, 
niegodiałkę. To je znajda. Drezyna ruszyła. Andzia zamyśliła się smutnie nad 
losem dziecka niewiadomego pochodzenia, które nie znało domu i ciepła 
rodzinnego, żyło z gęsiami i naturą, zginęło w niewiadomy sposób, przy ogólnym 
straszliwym pogromie. Dziwnie wzruszyła Andzię ta drobna, martwa dziewczynka na 
rękach obcego człowieka i jej krótka, a taka przy swej pospolitości żałosna 
historia. Tylu rannych widziała dziś Andzia, tyle krwi, potwornych kalectw, tyle 
niedoli, jednak te ciche zwłoki dziecka podziałały na jej uczucia może 
najsilniej. Drezyna poruszała się wolno, gdyż tor zapchany był odłamkami 
wagonów, kilku robotników rzucało z szyn potrzaskane kawały pięknego cielska 
pociągu. Leżał oto teraz zabity własną mocą, która była jego chlubą, gdy 
wspaniały, ufny w swą potęgę, pędził z całą siłą pary, kpiąc sobie z 
przestrzeni. Iście tragiczny widok przedstawiały te szczątki zwalone, 
poskłębiane z sobą, ze śladami krwi na lśniących lakierach. Bufory skręcone na 
sznury, koła w drzazgach, lokomotywy rozbite, wkopane w ziemię, jakby w agonii 
darły i gryzły piach, gdzieniegdzie widać szyny oderwane od toru i zwinięte w 
kłębek, tam znowu sterczą jakieś żelaza płaskie i ostre, niby kosy pozostawione 
tu po żniwie śmierci. Przy gruzach pociągu towarowo_pasażerskiego, przy 
powywalanych bagażach stała straż żołnierska, aż do nadejścia drugiego pociągu. 
Całość klęski przechodziła miarę okropności, tak jakby tu przeleciała trąba 
powietrzna, lub duch mściciel z piekielnych rot przekleństwem wezwany. Andzia 
zakryła oczy, usta jej szeptały modlitwę za umarłych, panna Ewelina i Olelkowicz 
cucili zemdlonego młodzieńca. Lorka podsunęła się do Andzi, rzuciła jej pytanie 
do ucha: — Powiedzże mi, bo nic nie rozumiem, jakim sposobem znaleźliście się na 
plancie, razem z nim? Wskazała brwiami na Andrzeja. — To bardzo dziwne — dodała 
jeszcze ironicznym tonem. — Chyba jakaś zmowa? Wytłumacz mi się! Tarłówna 
popatrzała na nią uważnie. — Czy ty możesz o tym myśleć... w takiej chwili? — 
Mogę i pytam się o to. — Więc daruj, ale ja ci się tłumaczyć nie będę. — Ha! 
Naturalnie! Zatem jego się spytam. Drezyna wyzwoliwszy się z miejsca katastrofy, 
popędziła wichrem i po chwili stanęła na przystanku w Wilczarach. Zastali tam 
już Kościeszę z naczelnikiem Łechtienką i tłum ludzi. Pan Teodor bardzo 
niechętnie zgodził się na wzięcie pod opiekę chorego Oksztę. Ale nie było rady. 
Ujrzawszy Olelkowicza, podniósł brwi ze zdziwieniem. Postać młodzieńca mogła 
jedynie wzbudzać podziw i uznanie, gdyż na twarzy, rękach i ubraniu nosił ślady 
sumiennej pracy przy ratunku. Łechtienko potwierdził to ustnie. — Ot ten 
młodzieniec, to napracował się. Jakie jego tam licho taszczyło. Boh znaje, ale 
pomoc dał. Jemu order należy się. Nu i panienka niczego, co siły dały, to 
robiła, że ja i nie spodziewał się, a to, że panienka na szynach znalazła się, 
to mnie i nie dziwno, już taka natura, lubi po relsach szlatsia. Popatrzył na 
Andzię i nagle uśmiechnięty całą swą na rudo narośniętą twarzą, zawołał 
dowcipnie: — A cóż, moje "babuszki" pokazały swoje sztuki! Ha! A co, czy nie 
mówił ja trzy roki temu nazad, że z nimi poufalić się nielzia! Ot i prawda! Ot i 
moje babuszki spisały się. Ha, ha, ha! — Będzie panu mniej wesoło, jak wytoczą 
śledztwo, jak komisja tu zjedzie — rzekł Olelkowicz. — A bo to ja?! — krzyknął 
zły — stacja odpowiada, ja pociągów nie puszczam. — Ale mógł pan ostrzec w porę, 
dać sygnały. Tu jest dużo pańskiej winy. — Maszynist w skorym spity był jak 
skotina, czort jego wie, może spał! Sygnałów drożnego nie widział. Ja tu nie 
winien. Ot! Sztuka! Ot... że... Odszedł Łechtienko nasrożony, wydymając usta z 
gniewem. Olelkowicz z Hawryłkiem nieśli Oksztę do leśniczówki. Kościesza zaś i 
panie szli za nimi, jak za konduktem. Nagle Łechtienko powrócił, zastąpił im 
drogę i patrząc złośliwie w oczy Andrzeja zawołał: — A ot ja wam, kniaziu, 
nowinę powiem, wiadomo, niemiłą, wszystko na świecie niemiłe. Wasze łoszadki, co 
ich wasz kuczer przywiązał do sosny jak leciał na ratunek, zestrachały się huku, 
da i poszły! Ot co jest, donieśli mnie teraz mużyki. Dwa konie ubite na śmirć, 
jeden pokaleczony, a czwartego gadają, że prowadzą. Kolaska ta krasna, wysoka 
jak didko, w drebizgi, w puch i prach! Tak to, wasze sijatielstwo! Zaryczał 
dzikim, podłym śmiechem i odszedł, kłaniając się z umyślną uniżonością. XIV Jak 
pijani Olelkowicz nie mógł zamienić z Andzią nawet paru słów. Kościesza pilnował 
go dobrze. Gdy już chorego Oksztę ułożono w łóżku, Andrzej, uścisnąwszy na 
pożegnanie rękę Andzi, zajrzał jej w oczy wymownie. Zrozumiała. Prosił ją o 
chwilę rozmowy, o jakieś porozumienie, oczy zaś jego takie były dobre w wyrazie, 
że dreszcz przeszył serce dziewczyny, dreszcz szczęśliwy, nadziei pełen. Ale jak 
mu okazać te uczucia, jak mu powiedzieć: "Przyjedź, bo tęsknię?"... — Niechże 
pan odwiedzi naszego chorego — rzekła prędko, gdy już brał za klamkę. Twarz mu 
się rozjaśniła. — Ależ naturalnie, wspólnie ratowaliśmy go i będziemy leczyli. 
Przywiozę mu nawet lekarza. — Już posłano po doktora, niech się pan nie fatyguje 
— sucho wtrącił Kościesza. — Ale to się odnosi do wyjazdu po lekarza, nie do 
przyjazdu pana, na pana czekamy — zawołała Tarłówna rezolutnie. Czuła, że ojczym 
przeszył ją wzrokiem strasznym, jednak nie przejęła się tym zbytnio, otucha 
dziwna, lecz bardzo silna, szczęściem tchnąca, a z oczu Andrzeja zaczęrpnięta, 
dodała jej pewności i siły. Olelkowicz wyszedł zwycięski, gnał tak przez łąki i 
lasy w poszarpanym ubraniu, zakurzony, na rozhukanym, ocalonym z pogromu koniu, 
obaj z pozoru jak zwiastuny nieszczęścia. W duszy Andrzeja rozbrzmiewał hejnał 
radosny. To go unosiło. Nie hamował konia, dogadzał mu pędem, wywołanym przez 
paniczny przestrach, pozostały po katastrofie. Olelkowicz zapomniał o zabitych i 
poranionych koniach, o złamanym amerykanie, myślał tylko o słowach Andzi, która 
chce jego przyjazdu wbrew woli ojczyma i pomimo plotki, jaka powstała zapewne po 
spotkaniu się jego z Lorą w Temnym Hradzie. Nazajutrz z gotowym postanowieniem 
Olelkowicz jechał do Wilczar. Trafił jak najgorzej. Kościesza zabrał Andzię do 
lasu. Spotkała go uroczysta pani Malwina oraz Lora, jakaś nadąsana i zła. 
Rozmowa nie kleiła się, przeważnie mówiono o katastrofie, o chorym młodzieńcu, o 
konsekwencjach wypadku. Pani Smoczyńska ze źle ukrytą niecierpliwością 
oczekiwała innego zwrotu rozmowy, nakierowując zręcznie umysł Olelkowicza na 
tematy, od których znowu on instynktownie uciekał. Wzmiankę o Temnym Hradzie 
zbył krótko, niechętnie, gdy jednak po odejściu Lory pani Smoczyńska uparcie 
powracała do tego samego tematu, prosząc o szczegółowy rysopis tej miejscowości, 
Andrzej odrzekł uprzejmie, lecz stanowczo: — Ja proszę pani nie potrafię 
odmalować Temnego Hradu tak, jak na to zasługuje, za mało mam poezji. Panna Lora 
zna go również i na pewno lepiej swe wrażenia wyrazi. — Ach, prawda, państwo tam 
byli razem — rzuciła pani Malwina ostatni pocisk zaczepny. — Tak, panna Lora 
zastała mnie tam kiedyś... przypadkowo — odbił śmiało wyzwanie. Ujrzał 
zaciśnięte usta swej dręczycielki. Poczuł się tu zupełnie zbyteczny, wstał i 
wyraził chęć odwiedzenia chorego. Pani Smoczyńska zrobiła kwaśną minę. Zaczęła 
narzekać na Oksztę, że zamęcza Lorkę, gdyż tylko ona potrafi mu dogodzić, on zaś 
wymaga, aby ciągle przy nim była. Poszli do bocznego pokoju, gdzie leżał Okszta. 
Cały spowity w bandażach, śmiał się wesołą twarzą i łobuzerskimi oczami do Lory, 
która siedząc przy nim na fotelu, opowiadała mu coś z humorem. Wejście matki i 
Andrzeja wywołało u Lory niezrozumiały dąs na twarzy, jakby chciała tym 
powiedzieć Olelkowiczowi: "Jesteś tu niepożądany". On jednak nie zwracał na to 
uwagi; rozmawiał z Oksztą swobodnie, żartował z niego, zauważywszy łatwo, że 
pomiędzy nim a Lorką jest już lekki flirt. Rzekł wymownie: — Miał pan dobre 
przeczucie, nazwawszy panie, które go ratowały, biginiami; zdaje się, że i w 
niebie nie byłoby panu lepiej, niż tu w leśniczówce. Ma pan szczęście. Okszta 
mrugnął figlarnie: — Założę się, że wolałby pan być na moim miejscu, choćby w 
bandażach, niż z pozyskaną sławą dzielnego ratownika. Co? Prawda?! Sława, panie 
drogi, przebrzmi, ja zaś będę się długo leczył... — Smutny będzie powrót do 
zdrowia — westchnął Olelkowicz komicznie. — Ee! Panie, wyzdrowienie od nas 
zależy, a ja... mam... wakacje. Błysnął wesoło zębami i mrugnął niedwuznacznie; 
Andrzej aż się zdumiał. Spojrzał na Lorkę ukośnie; groziła palcem pod nosem i 
śmiała się figlarnie do Okszty. Matki jej nie było w pokoju. — Przedsiębiorcza 
panna — pomyślał Olelkowicz. Postanowił czekać na powrót Andzi z lasu, lecz nie 
wyjawił głośno swego zamiaru i pozostał u Okszty, chcąc uniknąć towarzystwa pani 
Malwiny. Zdarzyło się, że Lorka wybiegła na chwilę z pokoju. Student wskazał 
Olelkowiczowi drzwi, którymi wyszła i cmoknął zabawnie: — Cukiereczek! Co? Warto 
znaleźć się pod pociągiem i kostki trochę poturbować, żeby mieć potem taką 
opiekunkę. O, o! Psiakrew! pyszna kobieta — szampan mujujący! — Widzę, że tęgo 
idzie panu do głowy, już ma pan w mózgu czeremere. — A pan? Wszak pan ją zna 
dawniej. — Właśnie dlatego... — Czyżby ten szampan prędko wymusowywał? — Nie 
wiem, bo mnie nigdy zbytnio nie odurzył. — No, ale zawsze, przyznaj się pan, 
zakręcił we łbie. To, panie, gatunek! — Niby, w jakim zrozumieniu? — Ach, no, 
niezbyt drogi. Ale kobieta jest tyle warta, o ile jest łatwa, czyli... tania. — 
Czy pan się zastanawia nad tym, co pan mówi?... — zaperzył się Andrzej. — Teraz 
ja zapytam: w jakim zrozumieniu? Bo jeśli pan się ujmuje za panną Lorą, to rzecz 
inna i rozmowa nasza tym samym kończy się. O ile zaś panu nie podoba się moje 
zdanie co do ogółu kobiet, to zapewniam pana, że jestem przytomny, że takie 
kobieta, które się same nie cenią, mają dużą wartość i vice versa. To, panie, 
natura, nie jakieś tam wykręty, natura więzów nie znosi, żąda tego, co jest jej 
przyrodzone i konieczne dla niej. Wszelkie fochy, udawanie, naiwności — toż to 
komedia, już nawet teraz niepopłatna. — Więc pan chce, aby kobiety powodowały 
się tylko instynktami zmysłowymi, bez etyki? A przecież to jest subtelność, 
nadająca kobiecie jej czar właściwy, taka nietykalność jest... — Nudna, panie, 
nudna i mdła, jak flaki na oleju. Co mi to za kobieta, samica rodu ludzkiego, 
która pragnąc tego samego co ja, męski rodzaj, certuje mi się, stroi w jakieś 
piórka niewinności, czy pruderii i chce, żeby ją zdobywać mozolnie. To jest 
kłamstwo, kręta i długa ścieżka do celu, widocznego dla obu stron, który jednym 
susem osiągnąć można, przeskoczywszy wszelkie łąki cnoty i zachwaszczone pola 
moralności. Kwestia porozumienia się, do jednego celu dróg jest dużo, ale trzeba 
umieć znaleźć najkrótszą. No i trema w takich razach zbyteczna... — Gdy się 
depcze łąkę cnoty? Tak? — Oczywiście! Zresztą szczere oddanie się naturze jest 
dopiero cnotą, wszelkie zaś niweczenie jej popędów w sobie, wszelkie tamowanie 
naturalnego biegu krwi jest niemoralnością, oszukiwaniem siebie, słowem 
hipokryzją. — Zasadniczo wygodna teoria — uśmiechnął się Olelkowicz — dąży pan 
po prostu do usankcjonowania wolnej miłości. Czy głosi pan swe zasady i przed 
panną Lorą? — Bezwarunkowo, głosimy je wspólnie. Panna Smoczyńska nie jest moją 
uczennicą, lecz koleżanką w kwestii pojmowania życia i jego praw. To mądra 
dziewczyna, przy tym temperament... u cha!... Za to ta druga, Tarłówna, ładna 
bestia, bo ładna, oczy jak diamenty czarne, kosy jak potok lawy, ale jakaś 
świętoszka, chyba diabła i ona ma w sobie nie byle jakiego, tylko tak go trzyma 
za rogi, że zanim się wymknie, można spróchnieć. Obraz, ale raczej do ramek, do 
podziwiania i już nie dla mnie. — Spodziewam się — syknął Olelkowicz z takim 
wyrazem w oczach, że Okszta od razu zrozumiał, czego się ma trzymać. Zmienił 
rozmowę, lecz po kilku zdaniach, rzucił luźną niby uwagę. — Wy, Wołyniacy 
jesteście jednak niesłychanie szczerzy, odgadnąć was, przeczuć nie jest trudno. 
Co innego my, Galileusze, u nas w Galicji inaczej, zjesz licha bratku, zanim 
mnie zdemaskujesz! Przyłbicy swej nie otwieram nawet przed kobietą. — NIe dziwię 
się, o ile od kobiety tak niewiele pan wymaga, może jej również niewiele z 
siebie dawać. — Jak to, ja dużo wymagam, bo kompletnej szczerości, co od kobiety 
najtrudniej wydębić. Ja chcę, aby kobieta żądz swych nie kryła pod korcem 
moralności, etyki, niewinności i tym podobnych letnich kluseczek na mleczku, ale 
żeby śmiało i szczerze szła tam, dokąd gna ją temperament i ta wyższa siła 
fizyczna, która nie od nas zależy, zatem i nie przez nas powinna być skrępowana. 
Według utartych teorii kobieta, gdy do kogoś poczuje sympatię, mówmy ściślej, 
popęd krwi, powinna najpierw czekać, aż ten jej zauważony poczuje do niej taki 
sam apetyt, potem, gdy to nastąpi, musi przejść przez całą plejadę różnych 
ceremonii, tradycyjnych szablonów, awantur rodzinno_kościelnych zanim wreszcie 
raczy oddać się temu najdroższemu i to jeszcze w formie wielkiej łaski. On zaś 
musi czekać cierpliwie, aż spełni wszelkie formalności, by posiąść tę, na którą 
czyha z chciwością. Czy to normalne? To się traci zdrowie i werwę. A jeszcze weź 
pan ewentualność, że i taki apetyt obopólny bywa często obwarowany 
niemożliwością jakiejś tam surowej lub idiotycznej natury, albo dla różnych 
widzimisię światowych? Co wtedy? Kiepsko, panie! Nie lepiej to iść za moją 
teorią? Masz na nią tego... chrapkę, łap w ramiona! Podobał się jej... buch mu w 
pazury! Czyli zamiast kluczenia jak zając po miedzach, od razu do celu. To jest 
życie! A jeśli taka szybkość zawiedzie, albo cel osiągnięty tak łatwo okaże 
się... no, marny?... — Marny? Nigdy, panie! Może nie być jedynie zabawny ~a la 
longue (franc. — na dłużej.), a wówczas puszcza się w trąbę i hajda w drugą 
stronę z tą pewnością, że i... moja partnerka to samo zrobi. — Ach tak? To 
nienowy wynalazek, to, co pan głosi. — Wiem o tym, nienowy, lecz starannie 
ukrywany, potępiany. Jest jeszcze trzecia kategoria: tolerowany, ale to znowu co 
innego: to niewolnice brane za pieniądze, brudne kobiety! — A pańskie kobiety 
jakie by były, te hołdowniczki pańskich haseł? — Szczere i tylko szczere, 
oddając się jedynie temu, do kogo krew zakipi, bezinteresownie, z szałem i z tą 
wiarą przemożną, że są uczciwe, że idą wbrew utartym zasadom kabotyństwa, ale za 
rozkazem siły wszechwładnej, która powinna być religią, prawem człowieka! 
Olelkowicz skrzywił się. — No, wie pan, religią... prawem? To za silne 
określenie zmysłów. Jest to prawo rozmnażania się gatunku zapewne, ale prawo 
wyłącznie cielesne, żądza krwi. Mówiąc ściślej, wedle pańskiego zdania, byłyby 
to zwierzęta zamiast ludzi. — A tak, po co udawanie? Wszyscy jesteśmy 
zwierzętami w ludzkim ciele, to tylko forma odmienna, treść ta sama. — Nie 
zaprzeczam panu, ale dodam, że tacy bywają pseudoludzie bydlęta w poszczególnych 
jednostkach i dlatego nie wolno mówić, że jesteśmy wszyscy. Fakty sporadyczne 
nie stanowią reguły. — Zaręczam panu, że to nie pojedyncze fakta, ogół jest taki 
— upierał się Okszta. — Różnica na tym polega, że jeden nosi swój kożuch wełną 
na wierzch, drugi zaś cienkim suknem i to mydli oczy. — Nie panie, ja głębiej 
wnikam ponad formę zewnętrzną — odrzekł Olelkowicz. — To taka subtelność 
etyczna, która jest w duszy ludzkiej, albo jej nie ma, lecz jeśli tak, wówczas 
może być nawet szorstka powierzchnia człowieczego ja, ale to nie zniweluje 
etyki. Czasem zaś pod doskonałą powłoką kryje się ohydniejsze zwierzę, niż pod 
kożuchem cuchnącym, bo brak tam etyki. Parafrazuję pańskie zapatrywania. Nigdy 
się z tym nie zgodzę, żeby zwierzę w cienkim suknie, jak pan określił, nie 
poszarpało wreszcie swej maski, że się tak wyrażę. Zresztą to się przeczuwa. 
Uważny badacz ludzki łatwo przeniknie każdą powierzchnię danej istoty. — Więc 
pan wierzy w etykę? — O tak, jestem jej wiernym hołdownikiem. — Więc etyka to 
pańska religia? — W stosunku do ludzi, tak. — Więc pan ją posiada? — Poczuwam 
się do tego. Myślę, że ludzie skończeni obok idei bóstwa powinni mieć ideę 
etyki, bo ta zawiera wszystko w sobie. — Nie chciałbym się znaleźć wśród takich 
arcykapłanów. Olelkowicz zaśmiał się. — Ależ panie Okszta, pańska paralela jest 
mylna. Posiadając i etykę i bóstwo, można jednocześnie składać ofiary bogini 
Kiprydzie, to nie niweczy powyższych cnót. Etyka na to pozwala, byle nie 
przeciągnąć struny w czułych pieniach na cześć erotycznej boginki, byle na jej 
ołtarzu nie składać całej swej jaźni, nie uważać jej za dogmat żywota ludzkiego 
i nie obijać zanadto progów jej świątyni. — Tralala! Za dużo warunków! — No, ale 
powtarzam, że są wyłączni zwolennicy Kiprydy, którzy w każdej kobiecie widzą 
tylko jej ciało i chcą, aby ona to samo odczuwała. — Brawo! Ja należę do tej 
sekty. Czy pan ich nie uważa za ludzi? — Ponieważ pan tak kategorycznie do nich 
się zapisał, poprzestanę na pana własnym określeniu, którego pan użył wobec 
wszystkich ludzi. Sprostował je pan teraz słusznie, tworząc sektę. Na sektę 
zgadzam się, taka istnieje. Okszta zmieszał się wyraźnie, lekki rumieniec 
wystąpił mu na twarzy. — Może rozmowa męczy pana — spytał Andrzej swobodnie. — 
Nie, owszem, bardzo proszę, lubię rozmawiać... Olelkowicz zmienił temat. — 
Bezpośrednio po katastrofie słyszałem od pana, że pan pochodzi z Galicji. Czy 
pan tam studiuje? — Jestem Galicjaninem, ale wykładów słucham w uniwersytecie 
genewskim. — Na jakim wydziale? — Niby medycyna. — Jak to niby? Nie rozumiem. — 
Eh, panie, bo ja tam się wcale na medyka nie kieruję. Zawracanie głowy! — Więc 
cóż pan tam robi? — Nic. — No, o takim fakultecie nie słyszałem, co prawda. — A 
jednak jest w każdej budzie uniwersyteckiej, na pewno. — Wydział próżniacki? — 
Właśnie i ma zwolenników. — Można to samo w domu studiować. — A nie! Firma coś 
znaczy, czapeczka korporacyjna, tytuł studenta itd. To popłaca. A pan kończył 
wyższe szkoły? — spytał Olelkowicza. — Skończyłem agronomię w Krakowie, potem 
studiowałem prawo w Dorpacie. — I zupełnie nie zbijał pan bąków? — Ach, hulało 
się z kolegami, ale nauka postępowała bez szwanku. — Pan był pewno okropnym 
zawadiaką? Ma pan widocznie szalony temperament. — To już jest u nas rodzinne, 
odziedziczone po pradziadach i wyssane z naszej bujnej ziemi, ze stepów. — Pan 
ma tu podobno wielkie obszary ziemi w okolicy? — Tak, dużą przestrzeń. — I 
stosuje pan swoje agronomiczne wiadomości z powodzeniem? — Dlatego się przecież 
uczyłem. Dobra swoje pragnąłbym doprowadzić do dużej kultury. Ziemia już kult 
przyjęła, gospodaruję intensywnie i nowocześnie, ale lud jeszcze głuchoniemy na 
wszelkie innowacje. — Jak to, więc pan i o tym myśli? — To jest mój obowiązek 
obywatelski; nie tylko mój, ale nasz. — I naprawdę oświatą się pan zajmuje, 
cywilizowaniem tych kudłaczy? — Staramy się o to, panie, robię co mogę. 
Zaszczepiam w ludzie tutejszym... etykę w jej mikroskopijnej dawce. Po łyżeczce, 
jak miksturę daję im cywilizację, w nadziei, że rychło zażądają całej flaszki. 
Lud tutejszy jest dobry i pojętny, ale jeszcze głupi; niewolnictwo to ich knut, 
do którego przywykli od wieków. Gdy się im rozluźnia ten pręgierz tradycyjny, są 
nieufni, lecz w końcu dają się przekonać. Wołyniak sam o sobie mówi: "durnyj jak 
worona a chitreje czorta" i charakteryzuje się tym wybornie. Ale czy pan 
zrozumiał po małorusku? — Doskonale! Więc to naród taki chytry? — I chciwy na 
pieniądze. Grosz to dla nich wyrocznia, wódka — główna idea. Wykorzeniam to w 
swych posiadłościach z uporem godnym sprawy. Nawet widzę już pewne rezultaty. To 
daje wielkie zadowolenie, proszę wierzyć. — Nie posądzałem pana o tyle pracy i 
społecznych zdolności. Pan jest wszakże bardzo młodym człowiekiem. — Mam 
dwadzieścia osiem lat, czyli, że mogę jeszcze w życiu dużo zrobić. — U nas w 
Galicji także są działacze, tylko my zaraz strasznie głośno krzyczymy. — Wam 
wolno — mruknął Andrzej. — My możemy działać, ale ciszej, spokojniej. Nie zawsze 
zgadza się to z temperamentem, skoro jednak dobro sprawy wymaga tego... trzeba. 
Nasza młodzież, na ogół poważniejsza jest od waszej, powodują to odrębne 
warunki. Jednak wy, przy waszych swobodach, moglibyście zrobić więcej dla kraju. 
— Panie łaskawy, my wolimy sokoły, kontusze, konfederatki, głośne wiece, mowy 
kwieciste, tytuły najróżnorodniejsze, a szczytem marzeń dla każdego jest krzesło 
w parlamencie lub jakiś zaszczyt na dworze we Wiedniu. My, panie, potrafimy na 
naszych galicyjskich mityngach całą Europę do góry nogami przewrócić. A jakże! 
rozdzielamy i odbieramy prowincje państwom, jak nam się podoba... Tworzymy nowe 
kraje. He! Czego nam się nie zachciewa! — I wszystko to składacie na barki 
waszych sokołów. Prawda? — A tak, panie, naturalnie. Urządzamy zloty sokole, 
rewie; krasomówstwo czy pustomówstwo kwitnie, słyniemy przecie z tego! A różne 
uroczystości historyczne, narodowe? — To robicie po mistrzowsku, nikt wam tego 
nie zaprzeczy. Do tego macie talent wybitny. — A widzi pan! Nie lepsze to niż 
jakieś tam prace nad kulturą ludu. Całuję rączki za taką przyjemność. Widzę 
jednak, że nie nazbyt serio traktuje pan te nasze zdolności, które 
wyrecytowałem? Co?! — A pan? — zagadnął Olelkowicz. — Panie, ja jestem 
Galileuszem i pan się mnie pyta? — Sądząc z pańskiego tonu... nie wierzę w jego 
szczery zachwyt nad waszą działalnością. — Głupstwo panie! Mnie z tym wygodniej. 
Ile razy spotkam się z kimś z tutejszych ludzi, czy na gruncie miejscowym czy w 
Genewie, prawie zawsze dziwię się i przygnębia mnie wasza powaga; macie całkiem 
inne poglądy. U nas łatwiej żyć i weselej. — Wierzę. Szczęście to, że u was nie 
wszyscy tylko sejmikowicze i krzykacze. — No, mamy i tuzy umysłowe. Ja 
mówiłem... o szerokich, najliczniejszych kręgach. Weszła Lora z tacką w ręku. — 
Niosę pacjentowi podwieczorek — rzekła wesoło. — O, tu jest dobra kawka, 
bułeczki, sucharki świeże, a tu poziomki prosto z lasu. Czy dobre papu? 
Uśmiechnęła się przymilnie. — Ależ ślicznie. Całuję rączki... apetyt mam wilczy, 
zjem to razem z paluszkami pani. — Cóż za krwiożerczość! Udławiłby się pan nimi, 
ja mam grube kości. — I kostki bym schrupał, panieńskie gnateczki smakują 
nadzwyczajnie. — Kosztował pan już? — O... ha!... — przeciągle cmoknął Okszta z 
lubieżnym skurczem warg. Olelkowicz uczuł niesmak, powstał i rzekł nieco 
ironicznie: — Zostawiam państwa, życząc... dobrego apetytu. Ostatnie słowa tak 
zaakcentował, że Okszta błysnął dwuznacznym uśmiechem, Lora zaś poczerwieniała, 
ale gdy Andrzej wyszedł, wybiegła za nim natychmiast. Zastąpiła mu drogę, 
stanąwszy tak blisko, że oddechem oblała mu całą twarz. — Czy pan stale odwiedza 
Temnyj Hrad? — spytała prędko. — Nie, pani, jestem już stamtąd wypłoszony — 
palnął bez namysłu. Lora rzuciła mu groźne spojrzenie, wyczytał w nim obrazę i 
gniew. Wtem zmieniła wyraz twarzy na łagodny, marzący, oparła się o odrzwia 
dziwnie kocim ruchem i patrząc w oczy Andrzeja, wyszeptała prawie słodko: — 
Szkoda! Zmarnowałeś pan jedyną chwilę naprawdę piękną. Mogła być przecudna, a 
była... głupia. Wzruszyła ramionami i kiwając głową żałośnie odeszła do pokoju 
Okszty. Olelkowicz został na miejscu z niezrozumiałym uczuciem zdziwienia, żalu 
oraz ironii. Ogólnie jednak czuł, że mu Lora zaimponowała. Przeszyła mu umysł 
myśl gniewna: — Prawda! Jaki ja byłem głupi. Zatrząsł nim dreszcz zmysłowy, 
iskry przeleciały prądem po jego ciele. — Tu nie byłoby zobowiązań, tu byłaby 
rozkosz — szepnęły wargi Andrzeja. Zatętniła mu krew spiesznym pulsem, odczuwał 
nadpełzającą ironię, która go krytykowała, szydziła z niego. Nie słuchał jej 
podszeptu, rozpalał w sobie nagle wzburzoną zachłanną żądzę i zwierzęcy żal za 
utraconą chwilą szału. Dobrze mówi Okszta — myślał zapalnie — niepotrzebne 
konwenanse, ceregiele, formułuszki, tylko natura! Wierzyć jej hasłom i za nią 
iść! Cóż mnie odrzuciło od tej pysznej dziewczyny?... Skrupuły, etyka, lęk przed 
zobowiązaniami, dobre wychowanie... Ach, głupstwo! Taka rozkosz i dobre 
wychowanie! Ha, ha, ha! Co za zestawienie potworne! Taki szał przepuścić... 
dobrowolnie wyzbyć się rozkoszy z taką dziewczyną! Pohamował się w zapale. 
Przebłysk refleksji... — Czyż Lora?... Czyż z nią?... Zaraziłem się od Okszty... 
Jestem jak pijany. Drgnął, bo oto stanęła mu przed oczami duszy, niby na jawie 
upragniona postać Handzi, droga, ponętna. Otrząsnął się, przypomniał sobie — po 
co tu dziś przyjechał? Dla niej, dla Andzi i ten dzień uroczysty sprofanował 
myślą o rozkoszy z tamtą. Uczuł obrzydzenie do siebie, opanował go do Lory taki 
wstręt przemożny, i zarazem lęk, by nie ujrzeć teraz Tarłówny, że zerwał się i 
odjechał, nie pożegnawszy się z nikim. — Ja jej śmiałbym w oczy spojrzeć, tej 
mojej jedynej, tej... złotej dziewczynie! Po takich myślach? Za nic! Za nic! XV 
Cud życia Andzia po powrocie z lasu, dowiedziawszy się o bytności i nagłym 
odjeździe Olelkowicza, zastanowiła się głęboko. — Dlaczego on nie czekał na 
mnie? Dziewczyna sposępniała. Któregoś dnia, gdy Kościesza wyjechał do lasów, 
Andzia uśpiwszy panią Malwinę po obiedzie, wybiegła z domu... — Na łąki, na 
wyręby, w trawy — wołało w jej stęsknionej duszy. Za budynkami gospodarczymi 
leśniczówki Andzia od razu wpadła w burzany, które zakryły ją prawie zupełnie. 
Zwisały nad nią zielone, pyszne pióra, kielichy, korony kwiatów i szemrało to 
wszystko jakąś gędźbą smutną, tęskną a rozkoszy pełną. Zanurzyła się Andzia w 
kwiatach, pochłonęły ją wonie, czarem przejmujące. Poczuła się swobodna, lekko 
jej było, dziwnie i radośnie, że jest sama, że obcuje tylko z naturą, że myśli 
swe puścić może swobodnie po stepie i ze stepem rozmawiać. Tęskniła tylko za 
jednym człowiekiem, będąc wolna od ludzi. Lecz oddzielały ją od niego kwieciste 
przestrzenie i bory ciemne; wołała go do siebie duchem. Snuły się kwiaty nad 
Handzią, wyrastały przed nią pióropusze świetne i za nią kolorowa wlokła się 
smuga. Dziewczyna jak sarna dzika, na swobodę z niewoli puszczona pruła zielone 
fale traw, strącając z kwiatów barwne płatki. Radowała się tą wonną rozkoszą, 
szumem, jedwabnym szelestem tego morza atłasowych źdźbeł, w którym niekiedy 
zapadała głęboko, że nad jej głową jeszcze chrzęściły trawy. Czasem tonęła tylko 
do pasa, czasem głowa jej ciemna, obciążona zwojem warkoczy, wykwitała tuż nad 
kwiatami, a jasny rumieniec kraszący jej twarz smagławą i oczy tęskne, lśniące 
jak czarne granaty, czyniły ją arcykwiatem tych kwietnych pól, królewną ich 
przepychu. Źrenice Andzi, pełne złotych iskier, pełne były pragnienia 
wewnętrznych uczuć, które budziła dusza bujna, lecz usta jeszcze ich nie 
rozumiały, może przeczuwały, bo paliły gorącym, krwistym żarem, płonęły. Gdy 
chmara motyli lub drobnych muszek wionęła jej w oczy, wówczas mrużyła powieki. 
Szła wśród potopu zieleni i kwiecia niby wiosna, śpiew i melodia pól czarem 
nasiąkłych, szła jak rozkosz ich i jak tęsknota. A cicha była w sobie pomimo 
wrzenia krwi, co odbijało się na ustach i twarzy, a także w bujnych falowaniach 
całej postaci kołyszącej się jak kwiat na smukłej łodydze. Andzia, rozchylając 
przed sobą zagradzające jej drogę kwiaty i trawy, szła prędko, biegnąc prawie, 
bez celu, aby dalej w tę otchłań wonną. Zaczerniał przed nią las gęstą zwałą 
dębów przepysznych. Grunt stawał się tu wyższy, roślinność mniej bujna. Tarłówna 
wykwitła teraz ponad trawy, odwróciła się do łąk, stepów, puszczając wzrok w 
przestrzeń. Ogarnął ją zachwyt. Pierś oddychała szeroko, chłonąc wonie kwiatów, 
ziół, słodkich i ciepłych prądów wietrznych, oczy niosły się ponad morzem 
stepowych roślin, nad falą barw, biegły w dal bez oporu, zapalając się coraz 
żywszym ogniem. Step unosił duszę dziewczyny, rwał ją w bezbrzeża tęsknot, 
roznamiętniał i łagodził zarazem. Step żarem gorącym napełnił jej oczy, złoto w 
nich przelewając, krasą zabarwił policzki, rozpromienił usta rozkoszą tchnące, 
że stała niby zorza i jutrznia rozkwitłych łanów. Hen, w oddali, na krańcu 
horyzontu, tonęła wśród powodzi zielono_barwnej ciemna grupa drzew z kilku 
plamami czerwonych dachów i wieżyczek, to Wilczary, przystanek i leśniczówka. 
Rozpyla się nad nimi kołtun biały dymu, łoskot biegnącego pociągu skacze po 
stepie i dopada do lasu niby huk podziemny, dygocząco łomotliwy. Za Andzią 
szumią dęby, chrzęszczą drzewa iglaste, kark jej ochładza surowy powiew leśny. — 
Daleko odbiegłam od domu — myśli z przyjemnością. Narwała mnóstwo kwiatów, 
ponatykała sobie w puszczone luźno warkocze i z pękami kwiecia w rękach weszła w 
las. Otoczył ją mrok różowy od słonecznych refleksów, potężny szum liści 
dębowych zdawał się na nią siać złote krople słońcu skradzione, gdyż szła 
chwilami jak w glorii zułocistej. Znała wybornie tę część lasu, wpadła na dróżkę 
ukrytą w paprociach i skierowała się w stronę chaty Grześka, który mieszkał w 
tym ostępie, pod Wołkiem zwanym. Na jakimś zakręcie wąskiej dróżki nagle ukazał 
się sam Grześ ze strzelbą na ramieniu, prosty jak żołnierz, ze starczą, siwą 
głową na tęgich barkach i uśmiechem w oczach dobrodusznych. Ujrzawszy Andzię 
stanął zdumiony. — Ot, że zdarzenie. Boże chorony! Tylko pana Kościeszy by tu 
potrzeba było. Stary nigdy nie tytułował inaczej ojczyma Andzi, naturalnie w 
jego nieobecności. — Po cóż Grześkowi potrzebny mój ojczym? — Ot że... bo to 
bojarzynko... Stary drapał się w głowę widocznie zakłopotany. Po chwili dodał w 
formie komentarza: — Ja nie chcę, żeby pan Kościesza akurat teraz tu przyjechał, 
bo to i wcale niepotrzebny. Ja się cieszę, że ugoszczę takich dostojnych gości w 
swojej chałupie. — Cóż to za goście będą u Grzesia? — A ot! Bojarzynka mi jak z 
nieba spadła, jak z tych obłoczków, jasnych, to się stary i cieszy. Proszę do 
chałupy. Andzia ruszyła naprzód, nie zauważywszy dziwnego uśmiechu starego, 
który idąc za nią patrzał w nią jak w obraz i coś mruczał z zadowoleniem. Gdy 
zbliżali się do zagrody borowego, wypadły z niej dwa czarne brytany, rwąc się na 
długich łańcuchach: szczekały zajadle, ale je Grześko uciszył. Andzia mogła je 
swobodnie głaskać po obfitych kudłach. Chata stała na maleńkiej polance wśród 
gęstego boru, dokoła sterczały pnie ściętych sosen, pomiędzy którymi rosły 
kartofle, bielił się zagon hreczki, zwisały ciężkie kiście prosa. Przy chałupie 
szemrało źródełko, biegnąc chyżo po kamieniach, służyło ono za studnię dla 
Grześka, jedynego mieszkańca zagrody. Po drugiej stronie sieni, w tej samej 
chacie, była stajenka mieszcząca trzy kozy, białe jak śnieg i starego osła oraz 
sporą gromadkę królików. Wnętrze izby Grześka przedstawiało schludność i 
ubóstwo, ale z pewną archaiczną omastą, świadczącą o zamiłowaniach starego i 
jego lepszych czasach. Gładkie, bielone ściany, niski sufit, poprzecinany 
belkami, podłoga ułożona z białych desek sosnowych, pod ścianą tapczan przykryty 
kilimem w pasy i starą, zrudziałą wilczurą. Nad nim duży żelazny krucyfiks z 
miseczką do wody święconej, otoczony pękami suchych ziół i kwiatów. W głowach 
łoża wisiał karabin pamiątkowy, miał bowiem na klindze napis zupełnie 
szczególny: "Żadna kula nie minie wroga", pochodził zaś z czasów Powstania 
Kościuszkowskiego. Obok wisiały resztki rdzą zjedzonej zbroi rycerskiej, parę 
strzelb jednorurek, pika ułańska i ostrogi, wszystko na starym, wypłowiałym 
kilimie, zawieszone w sposób znamionujący pewien gust estetyczny, własny, lub 
nabyty w pańskich dworach. Poza tym na ścianach wisiały podobizny Batorego, 
Kościuszki, Poniatowskiego i duży, ładny przedruk kredkowy Wernyhory z obrazu 
Matejki, darowany Grześkowi przez matkę Andzi, Izę Tarłową, i z jej podpisem. 
Była jeszcze w izbie prosta półka sosnowa, na niej kilkanaście książek starannie 
utrzymanych. Wszystko dary Izy Tarłowej, której fotografia w pluszowej ramce, w 
wianku nieśmiertelników wisiała nad półką. Andzia stanęła przed podobizną matki 
i zapatrzyła się w jej smutne, czarne oczy, ale Grześ nie pozwolił na długie 
rozmyślania; wytarł kapotą zydelek i zaprosił do stołu. — Ot że, Boże chorony, 
dzień na mnie szczęśliwy nastał, takich gości częstować — mruczał stary, 
krzątając się po izbie Wesoło. Andzię znowu zastanowiły jego słowa. — Kogo się 
to Grześko spodziewa więcej? Stary udał, że nie słyszy, z chytrą miną zagadywał 
Andzię, skacząc w rozmowie z tematu na temat. Wyjął z szafki i ustawił na stole 
dwa talerze, malowane w jaskrawe róże, położył blaszane łyżki i noże. Zjawiła 
się na stole miska pełna miodu w plastrach, z barci leśnych, druga z kwaśnym 
mlekiem, przykrytym grubym kożuchem śmietany, pół bochna razowego chleba i 
koszyczek poziomek. Wtem stary zakręcił się jakoś i wybiegł z izby. Rozległo się 
przed chatą raźne parskanie konia i tętent głośny zadudnił w małe okienka. 
Andzia ogarnięta niespodziewanym a słodkim przeczuciem, skoczyła naprzód, ale 
zatrzymał ją głos znany, za drzwiami mówiący: — Ciekawym tej niespodzianki. 
Pewno Grześko coś zmyśla... Gwałtownie otworzone drzwi ukazały w swych niskich 
ramach wyniosłą postać Olelkowicza w sportowym ubraniu, ze strzelbą na ramieniu. 
Stanął olśniony widokiem Anny, twarz mu się zmieniła żywym kolorytem, oczy 
błysnęły. Tarłówna z opuszczonymi ramionami wzdłuż ciała, spłoniona i drżąca, 
nie mogła słowa przemówić, oczy jej tylko płonęły wpatrzone w Andrzeja. On 
oprzytomniał, szybko podsunął się do niej, nic nie mówiąc wziął obie jej ręce i 
zgniótł w swych męskich dłoniach. Bez słowa, tylko z oczami w jej oczach, 
całował te ręce, tulił do swych ust pragnących, pieścił, oblewał gorącym 
oddechem, rozkoszował się nimi. — Panno Anno, Handziu! Skąd się tu wzięłaś, 
jakim sposobem? To chyba cud? — wyszeptał pierwsze słowa. Opowiedziała mu krótko 
o swoim spacerze, spotkaniu z Grześkiem i jego zaprosinach. — Chytry stary, ale 
złoty człowiek, niech mu Bóg nagrodzi. I nic nie mówił, że ja tu dziś będę u 
niego? — Ani słowa. — Handziu! Uczuł tak silny przypływ miłości do tej 
dziewczyny, że całą wolą panował nad sobą, by nie wziąć zaraz jej ust 
dziewiczych, by nie zgnieść w swych ramionach tej wiotkiej postaci. Czuuł to 
pragnienie i aż drżał, ale zarazem czar potężny, wiejący od niej czar przemożny, 
jakiś nietykalny nimb trzymał go na uroczych więzach. Zerwać ich nie można, 
trzeba aby same opadły; spić słodycz z tych ust niewinnych, to barbarzyństwo! 
Gdy one same purpurowe swe listki rozchylą dla niego, gdy dobrowolnie zapachną 
jak leśna malina na jego wargach, wówczas rozkosz stanie się przeogromna, może 
umysł zatopić w sobie, do obłędu doprowadzić. Taka rozkosz to już szaleństwo, to 
obłęd. I stali tak blisko siebie wtuleni oczami w oczy, duchem sobie oddani, 
szczytni wielkim uczuciem. On trzymał w dłoniach jej drobne, zgrabne, nieco 
opalone ramionka i odczuwał drżenie jej aksamitnej skóry, widział iskry złote 
zapalające się i gasnące w oczach jej czarnych, słyszał, jak tętniło w niej 
serce i puls, przeczuwał w niej ogień tlejący, który potrafi wybuchnąć szalonym 
płomieniem; temperament ukryty, lecz bujny, stepową fantazją nasiąkły, 
samoistny, wartki niby strumień leśny i wierny. Odgadywał, że gdy ta dziewczyna 
rzuci mu się w ramiona, wówczas już może się świat zawalić, ale ona kochać go 
nie przestanie. Minuty niebiańskiej rozkoszy, tej ekstazy zapatrzenia się w 
siebie, trwały za długo dla Grześka. Umyślnie dał im czas na powitanie, marudził 
z umieszczeniem konia w stajence, ale wreszcie i to się wyczerpało. Co oni tam 
robią? Ciekawie zajrzał przez szybkę w bocznym oknie. Stoją naprzeciw siebie, 
trzymają się za ręce i patrzą sobie w oczy, nic nie mówiąc... Grześko uśmiechnął 
się słodko i pokiwał głową. — Oj detyny, detyny!... aby Bóg dał... bo to... Boże 
chorony. Wzniósł mętne oczy w górę, z westchnieniem, jakby z prośbą, by myśl 
wstrętną a przykrą Bóg usunąć raczył... Zapukał delikatnie w drzwi i otworzył je 
cichutko. Olelkowicz i Tarłówna odsunęli się od siebie, że zaś uczucia obojga 
były czyste, więc niezmieszani wtargnięciem starego, zagadali do niego wesoło. — 
Cóż, Grześku, pokażecie mi tego staruszka dzika? Ale z panienką chyba 
niebezpiecznie zaczajać się na taką potworną bestię. — Owszem, ja pójdę z wami 
do kniei, ja to okropnie lubię. — Boże chorony, ot że ochota! Taż to pojedynek, 
stary samiec jak świat, siwy na łbie i na barkach, a zły jak didko. Ot, lepiej 
będzie, jak zjemy, co Bóg dał, da państwo pójdą na wyręby po kwiaty, albo na 
sarenki żerujące. A teraz proszę do stołu; nie obfity on, ale za to gościnny, 
jadło sercem zaprawne, proszę uniżenie. Staruszek uprzejmie podsuwał stołki. — A 
Grześko gdzie siądzie? — spytała Andzia. — Ja?... Boże chorony! Przed bojarzynką 
i panem na Prokopyszczach miałbym siadać? Ot, że sztuka byłaby. Młodzi jednak 
pomimo protestu borowego, posadzili go pomiędzy sobą na stołku, rozbawieni, 
szczęśliwi. Dobrze im było we trójkę. Zjedli ze smakiem kwaśne mleko z chlebem, 
potem skosztowali miodu i zabrali się sumiennie do poziomek, podczas gdy stary 
prawił im prawdziwe i zmyślone historie. NIe zaprzeczali mu, tylko Andrzej 
uśmiechał się do Andzi porozumiewawczo, ona zaś mrużyła figlarnie cudne swe oczy 
i spod rzęs błyskała ku niemu kocim wejrzeniem. Stary był w swoim żywiole, 
kochał Tarłównę bałwochwalczą miłością, przelaną na dziewczynę z religijnego 
niemal uwielbienia dla jej matki. Olelkowicz należał również do jego sympatii 
szczególnych, tym bardziej, gdy spostrzegł skłonności młodego pana do swojej 
bojarzynki. Przypuszczalna scena Olelkowicza z Lorą na Temnym Hradzie skierowała 
niechęć starego tylko na niekorzyść Lory. Grześko początkowo rozgoryczony, 
bronił potem przed sobą pana z Prokopyszcz krótkim argumentem, zaczerpniętym z 
psychologii męskiej: — Każdy chłop weźmie dziewkę, kiedy sama lezie. NIe 
wiedział, że właśnie Olelkowicz był wyjątkiem, może jedynie w tym wypadku. Po 
kilku wesołych opowieściach Grześka Andzia i Andrzej powstali jednocześnie. — 
Chodźmy do lasu! — Do kniei! Zobaczyć dzika! Wybiegli przed chałupę, gdzie na 
sznurku pasły się kozy i osioł, powyrzucane ze stajenki dla większej wygody 
wierzchowca Olelkowicza. — To myśmy jedli mleko od kóz?... A takie było 
pyszne... — skrzywił się Olelkowicz. — Boże chorony! A toż to by było znowu. 
Kozie mleko, to ja sam wypijam, da sery robię, ale takim delikatnym panom nie 
dałby stary tego specjału. — Grześko dostaje z Wilczar codziennie po garnku 
mleka — wytłumaczyła Tarłówna. Stary borowy oprowadził Andrzeja i Andzię po 
zagrodzie, pokazał inwentarz oraz narzędzia rolnicze; stary pług, bronę, kosę, 
grabie i szpadel — wszystko utrzymane z największą starannością. Cieszył się 
Grześ ze swego bogactwa, a gdy Andrzej spytał go, czy nie obawia się złodziei, 
żyjąc tak samotnie, Grześko odrzekł wesoło: — Boże chorony! Ja tu pan swojej 
kniei, mnie tu się żadna krzywda nie stanie, bór to mój druh. Pilnują mnie dęby, 
da buki stareńkie, sosny to kumy moje, a kalina kochanka. Jak kto w boru żyje, a 
kocha bór, to mu w nim dobrze jak u Boga za pazuchą. Zły człowiek tu nie 
przyjdzie; czarownikiem mnie nazywali i boją się, taj hodi! To i dobrze! a 
wilczek czasem koło Gromnicznej, kiedy zimno, a śnieżno, a żeru nie ma, zajrzy 
do zagrody, bo mu kózki zapachną, to ja niegodiaja kulką hult w ślepie i trach! 
Leży. Tak to, bojarzynko, mnie tu nikt nie ruszy, ja czarownik, a pieski moje 
toż do czortów podobniejsze — to i ich, i mnie się boją. Grześko zrobił szeroki 
krąg ramionami, jakby ogarniając cały bór i zawołał donośnie: — Hej, hej! Ot 
moje druhy a ja ich druh!... — Potężny! — szepnął Andrzej do Tarłówny. Istotnie, 
Grześko w ekstazie swej był niezrównany. Siła i moc tkwiła w tym starcu a 
jednocześnie zapał młodzieńczy i ukochanie wielkie dla kniei, z którą się zżył i 
którą miłował po swojemu. Wyglądał jak kapłan leśnych pustkowi, jak ich bożek 
wszechwładny. Anna i Andrzej patrzyli na niego z niemym zachwytem. On im mówił, 
co dęby myślą, gdy szumią tak rozgłośnie, i dlaczego brzoza płacze opuszczając 
kosy do ziemi. Zasłuchani byli w poezji starca; niby wieszcz odgadywał tajniki 
przyrody i na swój sposób je tłumaczył. Nagle odgłos trąbki leśnej, dźwięk 
czysto ziemski, rozdarł powietrze brutalnym, nieumiejętnym staccato. Andzia 
struchlała, poznała trąbkę Kościeszy. Grześko zmienił się na twarzy i w 
postawie, skulił się jakoś, przygarbił i z barda przeistoczył się od razu w 
starego stróża leśnego. Wyciągnął szyję, uszy nastawił, ze zmrużonymi oczami 
słuchał przez chwilę echa trąbki, po czym drgnął nerwowo. — Blisko, całkiem 
blisko, jest na Medwedówce. Trza mnie, jasne państwo, na Wołcze Rozdoły rypać, 
da stamtąd trąbkę dać, a to inaczej tu zajedzie, Boże chorony! Dał kilka 
potężnych susów, nieprawdopodobnych do jego wieku i znikł w gąszczu, 
pozostawiając Andrzeja i Andzię własnym instynktom bezpieczeństwa. Oni stali 
parę minut niepewni, do czasu gdy odezwał się sygnał Grześka już z Wołczych 
Rozdołów. Andrzej wziął Andzię za rękę ruchem stanowczym. — Skryjmy się w 
chacie, tam bezpiecznie. — Ale właściwie czego my się obawiamy? — spytała i oczy 
pełne ponętnych głębin utkwiła w twarzy Andrzeja. On z lekka poczerwieniał, 
odpowiedział jednak energicznie: — To nie obawa, to tylko ostrożność. Spotkanie 
tutaj pana Kościeszy mogłoby być w skutkach niemiłe dla nas obojga. — Tak, to 
prawda, niemądra jestem; to byłoby nawet straszne. — Prędzej, na Boga! Słyszę 
turkot — tędy jedzie. — Uciekajmy! — krzyknęła Andzia. Olelkowicz szybko wbiegł 
za nią do chałupy, gwałtownie zamknął drzwi na sztabkę żelazną, zasunął ją 
gwoździem i wiedziony jakimś panicznym lękiem, zastawił jeszcze stojącą z boku 
beczułką. Po dokonaniu tego spojrzał na przestraszoną towarzyszkę i oboje 
wybuchnęli śmiechem. — Brońmy się od napadu Tatarów, chodźmy do izby. — Za nic! 
Tam przez okna mogą zajrzeć, szukając Grześka, zostańmy tu — szeptała Andzia. 
Olelkowicz schwycił się rękami za czuprynę. — Ogier nas zdradzi. Na litość 
Boską! Watażka zarży usłyszawszy konie. Trzeba było do stajenki uciekać. — Tu 
jest wejście do stajni przez komorę — zawołała Tarłówna i pierwsza pobiegła w 
ciemną głąb sionki, za nią Andrzej. Odnaleźli łatwo drzwiczki, po chwili byli 
już przy koniu. Andrzej wziął go krótko przy pysku, gładził, pieścił. Andzia 
zasunęła drzwi, założyła je drągiem i stanęła obok młodzieńca strwożona, bo 
turkot już był blisko. Pyszny kasztan Olelkowicza podniósł głowę, rozdął chrapy, 
strzygł uszami niespokojny, drżący na całym ciele. Oczy błyszczały mu jak 
pochodnie, grzywę najeżył, odstawił ogon i byłby już zarżał powitalnie do 
tętentu nadbiegających koni, ale Andrzej umiał powstrzymać go od tego. Głaskał 
go po nozdrzach i szeptem do faworyta przemawiał. — Nie zarży? — spytała Andzia. 
— Ręczę za niego, to koń rozumny. Kto jedzie, można zobaczyć przez szparę. 
Turkot zbliżał się tuż; słychać było chrzęst uprzęży i prychanie koni. — NIe 
radzi, nie radzi! — uśmiechnął się Andrzej. Tarłówna przytuliła twarz do szpary 
pomiędzy balkami i odskoczyła nagle. — Ojczym! — zawołała stłumionym szeptem. — 
Cicho, Anuś! Dziewczyna, pomimo przestrachu wywołanego sytuacją, spojrzała na 
Andrzeja pytającym wzrokiem. Trzeci raz już nazwał ją po imieniu, ale przy 
powitaniu brzmiało to inaczej, tworząc rozkoszy pełną harmonię z dźwiękiem jego 
głosu przepojonego uczuciem i wyrazem oczu jakby natchnionych jej 
niespodziewanym widokiem. Teraz słowa jego miały inny styl, wymagały już 
wytłumaczenia, ale na to zabrakło czasu, gdyż spoza cienkich ścian stajenki 
usłyszeli nagle twardy głos Kościeszy, podniesiony o kilka tonów i widocznie 
gniewny. — Hej tam, Grzegorzu... Odpowiedziała mu głucha cisza. Kasztan Andrzeja 
rzucił niespokojnie piękną głową. Olelkowicz był pewny, że nie zarży, jednak 
zaniepokoił się, bo koń zaczął kopać słomę przednią nogą i drżał cały jakby 
smagany. Andzia była w ogniach. — Grzegorz sam tu! — huknął znowu Kościesza. — 
Win pijszoł w lis, jasny pane, jeho tutki ne ma — odezwał się Hawryłko. — Niech 
ci Bóg da zdrowie — szepnął Olelkowicz. — A zobacz no w chałupie, może śpi? — 
rzekł znowu Kościesza. Tarłówna zadrżała, instynktownie bez zastanowienia 
przysunęła się do Andrzeja. Była strwożona, jak dziecko szukające opieki. On 
odczuł to, czule otoczył dziewczynę silnym ramieniem i przytulił do siebie. 
Głowa Handzi wsparła się na jego piersiach. Prawą ręką Andrzej trzymał mocno 
konia i oboje z bijącymi sercami nasłuchiwali odgłosów z zewnątrz. Słyszeli jak 
Hawryłka skoczył z kozła i kołatał do drzwi chaty, wreszcie rzekł z 
przekonaniem. — Zaparte na zamok, jasny pane, ni widu, ni słychu. — Gdzież ten 
bałwan odzywał się?... Zatrąb jeszcze raz. Przykry, chroboczący ryk trąbki 
zgrzytem przeszedł po nerwach Tarłówny i Olelkowicza. Kasztan rzucił się, ale 
umiejscowiła go od razu żelazna dłoń jego pana. Trąbka wygrywała niezdarny 
sygnał leśny, podczas gdy Kościesza zszedłszy z bryczki obchodził chałupę 
dokoła, jakby coś przeczuwał. Pod Andzią nogi trzęsły się febrycznie, była 
prawie bezwładna, zawieszona na ramieniu Andrzeja, blada z przerażenia. — Czego 
on tak łazi! Do diabła! Mógłby już sobie jechać! — rzekł Olelkowicz, 
rozdrażniony z szalonego niepokoju. — Może nas szuka!... Może już wie?... — 
szeptała dziewczyna. — Szczęście, żeśmy nie zostali w izbie, on by nas tam 
wypatrzył, pewno zagląda w okna... — Ciiichooo!... Sytuacja doszła do 
największego napięcia i grozy; Kościesza szarpnął za wierzeje stajenki. 
Andrzejowi włosy stanęły na głowie, Handzia dygocąca, bezprzytomna wtuliła twarz 
na jego piersiach, czuli oboje głuchy łomot własnych serc. Wierzeje zatrzęsły 
się lekko, ale mocno podparte nie puściły zapory, tymczasem trąbka Hawryłka 
zamilkła i w ślad za nią doleciało z lasu jakby jej echo, lecz o wiele 
umiejętniejsze, melodyjne, rytmiczne i śpiewne. Jednak przebijało w sygnale 
drżenie wyraźne, jakby trąbiący artysta miał tremę. — To Grześ trąbi — szepnęli 
oboje razem. — Wystraszony biedak, aż mu głos dygocze. O, chwała Bogu, już 
odjeżdża — rzekł Andrzej, przytknąwszy oko do szpary. — Trafisz na sygnał? — 
spytał Kościesza Hawryłka. — Ojoj, jasny pane? A toż na Wołczych Rozdołach. 
Nedaleko! — Jazda!... Zaturkotało i po długiej chwili wszystko ucichło. — 
Jesteśmy ocaleni — szepnął Andrzej radośnie. Puścił konia i pochylił głowę nad 
czarną główką Andzi. Spojrzała na niego wielkimi oczami, w których błąkała się 
jeszcze chmura przerażenia. Patrzyli sobie w oczy bez słów. Andrzej mocniej 
zacisnął ogarniające ją ramię, prawą zaś dłonią przykrył lekko jej skroń i tulił 
do siebie. Głowę upojoną schylał niżej i niżej. Źrenice Handzi zmieniły szybko 
wyraz, chmura znikła, przybywała słodycz, złote iskry szczęścia posypały się z 
czarnych otchłani. Rzewność napłynęła do jej cudnych oczu, aż trysnęły takim 
snopem zachwytu, że zdawały się głośno szeptać... kocham... Mrużyć się zaczęły 
pod naporem oczu Andrzeja, długie zasłony czarne opadały z wolna, z 
melancholijną, uroczą zadumą. Dziewczynę spłonioną, aż pałającą, oblewał gorący 
oddech Andrzeja, uniósł jej drobną twarz ku sobie i usta przycisnął — przykleił 
niemal do rozchylonych ust dziewczyny. Trwali w pocałunku długim, świętym, do 
bezmiaru upojnym. Zatracili pamięć o wszystkim. Skupili się tylko w ustach 
swych, pijąc z nich najwyższą rozkosz. Ramiona swe zacisnął mocniej, twarz jej 
tulił jak jaskółkę w gniazdku, utworzonym z własnej piersi i dłoni gorącej, 
wyczuwał drżenie całej jej postaci, a z ust pił i pił szczęście, aż do utraty 
tchu. Omdlewali z miłosnego szału, co płomienną zawieją wichrzył w nich. Źrenice 
Andrzeja zasnuły się mgłą, czuł wzburzone tętno krwi, ale uczucia jego były przy 
tym tak słodkie i dobre, że nie skalał ich nawet cień zmysłowego pożądania. 
Pragnienia jego, by tę dziewczynę swoją wtulić w serce gorące, osnuwały ją niby 
błękitna przędza i czarem, i mocą hipnotyzującą wsiąkały w jej serce, utrwalając 
w nim ufność i wiarę bezkresną... Niesłychanie wzniosła chwila, uroczy hejnał, 
dwuśpiew serc spojonych — nie miał zda się końca. Bez tchu w piersiach 
zachłysnęli się własnym upojeniem i oderwali od siebie usta zdyszani, bladzi. Na 
krótką tylko sekundę. Andzia przypadła mu do piersi twarzą, przylgnęła do niego, 
ręce zarzuciła mu na szyję. On porwał ją całą w ramiona. Całował bezpamiętnie, 
oczy zamknięte i ze szczęścia łzami zroszone, całował brwi, czoło jasne i puchy 
czarnych zwichrzonych włosów. Odsunął ją lekko od siebie, zajrzał w głębiny jej 
źrenic przyćmionych bujnymi rzęsami i znowu szalał: — Hanulko moja, Handziuś 
jedyna... dziewczyno złota, najcenniejsza moja... moja żona, moja na wieki, 
podnieś rzęsy, spójrz mi w oczy, nazwij po imieniu... Handziu ukochana!... — 
Chcę być twoją, Jędrek, tylko twoją, już... na zawsze... Zdusił ją w uścisku 
gwałtownym, podniecony jej słowami i wyrazem rozmiłowanych jej oczu. — Będziesz 
moją dziewczyno... zabiorę cię do siebie, do Prokopyszcz, Handziu, Handziu!... 
Ile szczęścia!... Zatonęli znowu w porywającej pieszczocie ust rozpalonych, 
łaknących i sycili się ich słodyczą. Ocucił ich kasztan, który mokre chrapy 
przysunął do głów spojonych w pocałunku i głośno, wciągając powietrze, musnął 
ich rozwartymi nozdrzami. Tarłówna pierwsza oderwała się od Andrzeja, twarz 
zaognioną przytuliła do grzywy bachmata, ogarnęła szyję konia ramionami. — 
Śliczny, kochany kosiu, mój!... Złota kosia, dobry, nosił pana do Turzerogów, do 
mnie nosił, będę kochała, hołubiła... — Patrz, Handziuś, Watażka cię rozumie! O, 
jak wącha twoje włosy, jeszcze cię poślini... — mówił Olelkowicz rozpromieniony 
i trącił lekko w nozdrza rozdęte swego faworyta. — Przepadałem zawsze za tym 
źrebcem, to z mojego stada, własnego chowu i właśnie on mnie nosił do ciebie, 
przy nim nastąpiła ta chwila nasza urocza, tak oczekiwana. Trzeba go nagrodzić 
za to. Mówiąc to, młody pan porwał nagle Andzię pod ramiona i uniósłszy 
błyskawicznie, posadził ją na siodle. Zaśmiała się figlarnie, ogarniając suknie. 
On skłonił się przed nią nisko i zawołał z tryskającą radością w głosie: — Pani 
Andrzejowa Olelkowiczowa na Prokopyszczach i Dubowie. Jasna pani, świetlista 
moja pani... Przytulił głowę do jej kolan, ucałował stopy, po czym wyprostował 
się jak struna. — Daj mi łapięta swoje, jeszczem ich dzisiaj nie całował; 
chłonąłbym ciebie! Ja chyba oszaleję! Przypiął się do jej rąk, ona oparła czoło 
na jego głowie i usłyszał jej cichutki szept: — Czy prędko będę... twoją... w 
Prokopyszczach?... — Dziś, zaraz porwałbym cię na mego Watażkę i zawiózuł pod 
mój, pod nasz dach... Hej... Handziu!... Ogarnął go wściekły huragan szału, 
jednym susem skoczył na konia i, zanim się ona spostrzegła, siedział już na 
siodle trzymając ją jak dziecko przed sobą. — O tak!... Tak bym cię wiózł do 
siebie, jak Tatar brankę, jak dziki sokół gołębia i gnałbym przez stepy i bory, 
tratowałbym kurhany, z moją zdobyczą, z moją świętą, złotą dziewczyną! — 
Jędrek!... Jędrku... Mój! — krzyknęła Andzia pochwycona przez niego jakby w 
drapieżne szpony orła. Przycisnął ją do siebie tak mocno, że prawie znikła w 
jego objęciu. Spod ramion jego spływały jej rozplecione warkocze, a nad 
sztylpami jego butów zwisały drobne stopy opięte w brązowe buciki. Była wtulona 
w niego, przygarnięta do jego piersi na jednym siodle, okryta jego uściskiem, 
chłonięta pocałunkami. Watażka zrywał się do biegu, przysiadał na tylnych 
nogach, rzucał łbem, chrapał, parskał rozgłośnie i nogą kopał z fantazją. 
Kołysał ich na sobie, jak w rytmicznym kłusie, wreszcie wstrząsnął grzywą i 
zarżał z brawurą, z temperamentem, niby surmy tryumfalne, pobudkę na szczęście 
dla swego pana i jego wybranej. Ale Olelkowicz zląkł się trochę tego hołdu 
konia, odsunął Handzię, zeskoczył i zniósł ją z siodła. — Za głośno się cieszy 
Watażka, gotów nam tu Kościeszę sprowadzić. — Zdrów!... Zdrów!... Hej, jasny 
panie, to ja! — usłyszeli przed chałupą. — Jezus Maria! — jęknęła Andzia. — To 
Grześko już powrócił — uspokoił ją Andrzej. — Chodźmy do izby — zawołała. 
Andrzej ucałował Andzię jeszcze raz, wyszli spiesznie ze stajenki. Tarłówna 
zasłoniła oczy od blasku bijącego z okna, rzekła zdziwiona: — Teraz dopiero 
odczuwam, że w stajence było mroczno; myśmy tego nie zauważyli. — Za jasno było 
nam w duszach, Handziu; za świetlista była to chwila... Uśmiechnęli się do 
siebie i odryglowali drzwi chałupy. Grześko, jakkolwiek zrozumiał już, że 
Kościesza ich nie widział, jeszcze patrzał na nich badawczo, jakby pytając, jak 
to było. Opowiedzieli mu wszystko z wesołym uśmiechem, po czym młody pan, 
porozumiawszy się wzrokiem z Andzią, wziął ją za rękę i rzekł z uczuciem: — A 
teraz, Grzesiu, pobłogosławcie nam pierwszy, to się wam należy... Panienka 
będzie moją żoną i panią w Prokopyszczach. — Sława tobie, Boże wielki!... Stary 
schylił się, obejmując ich kolana, łzy zaświeciły mu w oczach. Całował im ręce, 
oni zaś wzruszeni do głębi uściskali go jak ojca. Wtedy stary porwał się, 
pobiegł do półeczki i zdjął fotografię Izy Tarłowej. — Matka, matka niech was 
błogosławi, to święta pani, męczennica... — Daj Boże szczęście i złotą dolę... 
detyny... Boże chorony!... Staruszek, żegnając ich fotografią, rozpłakał się 
serdecznie. Tarłówna była poruszona, ale Andrzej spochmurniał. Niemile tchnęło 
go błogosławieństwo Grześka podobizną matki Anny, która patrzyła na nich 
tragicznymi oczami. * * * Słońce, zachodząc, rozesłało się krwawą poświatą po 
stepach, płonęło świetlną łuną, igrając złotem i czerwienią na kwiatach i 
trawach. Andrzej Olelkowicz odprowadzał narzeczoną piechotą przez stepy, pod 
Wilczary. Żegnając się z nią rzekł uroczyście: — Dziś już jesteś moja, ale od 
jutra będziesz moją przed całym światem i ludźmi... już oficjalnie. Kwiaty 
rozdzieliły ich. Handzia szła do domu jak po prześnionym, cudownym śnie. Już pod 
leśniczówką nagle krzyknęła okropnie, przestrach obezwładnił ją. Tuż przed nią, 
z wysokich traw i kwiecia wyłoniła się ponura postać chłopa czy ducha; o 
zmierzchu wieczornym zjawa ta była złowroga. — Chwedźko! — pomyślała drżąc z 
przerażenia. Przesunął się cicho jak mara i utonął w trawach. Tarłówna zauważyła 
jednak, że spojrzały na nią szybko jak lot nietoperza małe kolące oczka potwora 
i że były szydercze. — Czy ten zły duch prześladuje... mnie?... Dopadła do 
leśniczówki rada, że widzi światła i ludzi. XVI Senne mary Spotkały ją same 
wymówki. Pani Smoczyńska, rozkapryszona, wyrzucała Andzi, że opuściła ją na 
kilka godzin, Kościesza był w wyjątkowo kwaśnym humorze, posępnie patrzył na 
pasierbicę i nie pytając nawet, w którą stronę chodziła na spacer, zażądał 
kategorycznie, aby się takie wycieczki więcej nie powtarzały. Handzię to ubodło. 
Ogarnął ją niepokój, jak Kościesza przyjmie oświadczyny Andrzeja. Była chwila, 
że chciała uprzedzić ojczyma o tym fakcie, lecz natychmiast zlękła się swego 
zamiaru, postanawiając nie mówić o tym nikomu, nawet pannie Ewelinie. Lora także 
wydała się Andzi dziwna, jakby nienaturalnie podniecona i niespokojna. Cały 
wieczór spędziła w towarzystwie Okszty, który już do sił powrócił, lecz nie 
wybierał się jakoś do swych majątków galicyjskich, tylko asystował stale pannie 
Smoczyńskiej. Andzia widziała ich spacerujących na łące, koło traktu kolejowego, 
potem siedzieli w altanie przed leśniczówką, rozmawiali z ożywieniem, gdy jednak 
Tarłówna zbliżyła się do nich, umilkli natychmiast. Tego wieczoru Andzia poszła 
spać w przykrym usposobieniu, nurtował ją lęk przed następnym dniem, lęk tak 
przemożny, że niweczył w duszy marzenie o Andrzeju. Lora była również cicha, 
małomówna i roztargniona. Długo nie rozbierała się, zaczęła czytać książkę i 
odrzuciła ją ze wstrętem. Nagle siadła na łóżku Tarłównej i spytała ją cicho. — 
Powiedz mi, Andziu, czy ty masz pragnienie miłości? Dziewczynie serce uderzyło 
szybkim rytmem. — Ale takiej miłości... co to wiesz... aż żyły rozpruwa, wrze, 
kipi, rozsadza człowieka jak dynamitem. Czy ty doznajesz takich uczuć wobec 
Olelkowicza? Andzia zadrżała. — Skąd ty wiesz!... — wybiegło jej z ust 
bezwiednie. Umilkła, nie chcąc się więcej zdradzić. — Ja wszystko wiem! Że się w 
tobie Andrzej kocha, to rzecz pewna, gdyby nie ta jego miłość — ho!... ho!... 
Wszystko już by było inaczej. Ty zaś także jesteś zakochana; trzeba być ślepym, 
żeby tego nie widzieć i zresztą ja ci się wcale nie dziwię. Taki Olelkowicz 
ba!... Ba!... Temperament on ma bajeczny, zazdroszczę ci go szczerze. — Masz 
przecież swego Adriana, pozytywista typowy, bez odrobiny ideału, ale 
temperament, na którym ci tak zależy, posiada chyba również. — Ach! Więc i ty 
jesteś spostrzegawcza!... No tak, Okszta zaszalał się za mną, mówi, że taką, jak 
ja, musiała być Ewa i Maria Magdalena. O tak! Ten posiada krew wschodnią, to 
śmiała i bujna natura, nie licząca się z niczym na świecie. A często wulkan 
tworzy nowe wulkany. On to właśnie we mnie odkrył i rozbudził. — Ach, Lorko, co 
też mówisz! — zawołała Andzia ze szczerym oburzeniem. Nie lubiła Okszty, uważała 
go za bezczelnego zmysłowca i kłamcę, ale Lora inaczej zrozumiała jej okrzyk. 
Błysnęła do niej bezwstydnym uśmiechem, mrużąc powieki. — Ty nie masz pojęcia, 
jaka to rozkosz, gdy się odczuje taki szalony popęd mężczyzny do siebie, to tak 
bierze kobietę, porywa jak huragan... Zniewala i... żądza rośnie, potężnieje, aż 
wybucha. Zmysły to potęga. Wtem spostrzegła wyraz twarzy Tarłówny, zająknęła 
się, popatrzyły sobie w oczy bez słów: Andzia spuściła rzęsy, Lora zaś z 
irytacją wzruszyła ramionami. — Eh! Głupia jesteś, moja Andziu, z tobą o tym nie 
można rozmwaiać. — Masz słuszność — głucho odrzekła tamta. Smoczyńska rozbierała 
się z pasją, myśląc uparcie: — Z nią i Olelkowiczem nie można o tym mówić. 
Dobrali się. Zgasiła lampę, i nic już nie mówiąc, zawinęła się w kołdrę. Handzia 
miała ciężkie sny, które niepokoiły ją, budząc często. Cudna noc czerwcowa 
zalała pokój poświatą księżycową. Przez zasłony w oknach przeciekały jasne pasma 
i plamy srebrne i kładły się na podłodze, rysowały na ścianach przedziwne wzory. 
Tarłówna, otwierając oczy przymglone snem, myślała chwilami, że znajduje się w 
mrocznej stajence Grześka i że to przez szpary w belkach przesiąka światło dnia. 
Półsen, półjawa nasuwała jej wyobraźni postać Andrzeja, jego oczy płomienne i 
młodą, zuchwałą twarz. Ciało dziewczyny przebiegały rozkoszne dreszcze, bo oto 
złudzenie stawało się tak plastyczne, że czuła prawie silne ramiona Andrzeja 
tulące ją do siebie, słyszała głos przepojony miłością, na ustach zaś paliły się 
gorące jego pocałunki. I ukołysana czarem zasypiała znowu twardym snem młodości, 
lecz na krótko. Umysł jej, naładowany myślą, pełen wrażeń z przebytego dnia, 
pracował i fantazjował. Śniły się Andzi straszne sceny jakby zaczerpnięte z 
opowiadań starego Grześka o upiorach i wilkołakach; wzdrygnęła się raz okropnie, 
bo zdawało się jej, że worożycha cygańska, Makruna, kładzie jej rękę zgrzybiałą 
na głowie i patrzy przejmującym wzrokiem. Olelkowicz powtarzał się w tych 
rojeniach najczęściej, ale bardzo rozmaicie, raz wydawał się Annie groźny, 
piękny, porywający ją na swego Watażkę, pomimo oporu Kościeszy i całej służby 
turzerogskiej, to znowu był jakiś cichy, zbolały, a z serca broczyła mu żywa 
krew. Nagle Andzia krzyknęła strasznie, bo oto ujrzała jak na jawie Kościeszę 
mierzącego do Andrzeja z czarnej, matowej lufy rewolweru. Dziewczyna usiadła na 
łóżku spocona, z szeroko otwartymi oczami z przerażenia, które ją zbudziło. 
Oprzytomniała i zawołała głośno: — Lorka, obudź się! Lorka!... Pragnęła, by się 
ktoś odezwał, aby senna mara rozwiała się zupełnie. Ale w pokoju była cisza, 
gdzieś tylko z oddali słychać "tik_tak" zegara, zza okna zaś dochodzi ponure 
pohukiwanie puchacza. — Lora!... Lorciu! Obudź się, mnie tak straszno — prosi 
Andzia bezskutecznie. Wszyscy dokoła śpią, póŻna noc, już nawet blaski księżyca 
zmatowiały. Łóżko Lory wydaje się Andzi puste i przestrach ogarnia ją na nowo. 
Wkrótce znowu pogrążyła się w mgliste marzenia. Puchacz jęczał za oknem, gdzieś 
z daleka rozległo się szczekanie psa. ANce błysnęła myśl półświadoma — gdzie 
jest Lorka, skoro nie śpi?... Lecz wnet o tym zapomniała. Doleciał jej uszu 
głuchy warkot i żałosny świst. Pociąg... przemknęła myśl. Andrzej zjawił się 
znowu... ratuje rannych po katastrofie w poszarpanym ubraniu, osmolony i taki 
drogi. A oto i łąki, poręby kwieciste, step. Andzia idzie w białej sukni, zdaje 
się płynąć w oceanie traw i kwiecia, jak wczoraj do chaty Grześka. Idąc rozsuwa 
białe margeryty i liliowe dzwonki. Za sobą zostawiła szlak widoczny pochylonych 
traw, które wiatr stepowy prostuje. Ona idzie ciągle wpatrzona w błyszczący w 
słońcu, purpurowy punkt w oddali. Słyszy dokoła szmer dziwny, to rozmowa 
kwiatów; czepiają się jej sukni krwiste, lepkie smółki, dumne bodziaki 
zagradzają jej drogę, jakby broniąc przed tym czarem, co ją ciągnie naprzód. 
Osty te kłują jej ręce i nogi, ranią je, lecz ona idzie. Rozgwar kwiatów staje 
się głośniejszy, coś do niej mówią łęgi wonne, może ostrzegają przed czymś?... 
Szemrzą życzliwie, ale jakoś żałośnie. Ona wpija oczy w krasę i gorącą barwę 
purpury. Jest już blisko, już, jeszcze chwila i dochodzi do celu. Pochyla twarz, 
zanurza w purpurowej czarze i napawa się silną wonią, pije zachłannie z tej 
czary rozkoszy. Nie widzi nic dokoła, czar pochłania ją. Czy to sen?... Pyszny 
purpurowy kwiat zaczyna się roztapiać. Co to znaczy! Andzia daremnie stara się 
powstrzymać duże, karminowe krople spływające z jej rąk na trawę. Porywa kwiat w 
dłonie, do ust tuli, na próżno. Kwiat ginie, gorący karmin krzepnie i w długich, 
krwawych soplach spada bez przystanku. Andzia przyciska do piersi resztki 
purpury i przerażona modli się, szepce zaklęcia, błaga o ratunek, a roztopiony 
karmin kapie i kapie na ziemię, płynie jak krwawe łzy w step kwiecisty. Spłynęła 
ostatnia kropla. Andzia patrzyła na swe ręce: są pokrwawione; patrzy na suknię: 
z lewej strony na sercu szeroka, krwista plama. Dziewczyna płacze, z oczu jej 
padają duże, ogromne łzy, są gorzkie jak zawód najsroższy, lecz nie zmywają krwi 
z serca. Ta zostanie jej na zawsze. Idzie znowu naprzód, przed nią zmienia się 
wszystko. Wstępuje na szarą, pustą równinę, jednostajną i tragiczną. Gdzież są 
kwiaty? Gdzie step bujny?... Znikły barwy i blaski. Ona brnie po nierównym 
gruncie z nadzieją, że ta pustka zaraz się skończy, że to tylko łacha, rzucona 
przypadkiem pomiędzy stepy, zabłąkana w kwiatach. Cierpliwości — mówi sobie 
Andzia do strapionej duszy i oblana potem, zmęczona idzie naprzód, dążąc do 
światła jak ćma do ognia. Ale dokoła tak ciemno! Czy tak już zostanie?... 
Braknie jej sił. Staje, ogląda się za siebie: szaro i szaro tylko hen, w 
błękitnej mgle oddalenia, majaczy step bisiorem tkany. Jak wspomnienie... I znów 
idzie naprzód, bo nie ma już dla niej powrotu. Wtem słyszy śpiew. Chóry 
czarowne, nieziemskie płyną w powietrzu, zbliżają się do niej. Dzieje się coś 
mistycznego. Andzia słucha i zdaje się wzlatywać do tonów rozlewających się 
cudowną falą. Pianissima subtelne, lekkie jak tchnienia, stają się coraz 
wyraźniejsze, unoszą w przestwór perlistą harmonię dźwięków, pełną fantazji, 
mistyczną, anielską. Czy biorą one początek w niebiosach?... Andzia wznosi oczy 
w górę, jest olśniona blaskiem. Białe, przejrzyste obłoki przepływają nad nią. 
Śpiew trwa bez przerwy. Słyszy szum skrzydeł i jasność otacza ją zewsząd. 
Drgnęła... do stóp jej spada biały, długi rulon. Czy uroniły go skrzydła 
anielskie?... Pochyla się, zaczyna rozwijać. Zwój pergaminu i jakieś napisy. 
Drobne, cienkie nitki liter migają jej w oczach; nic nie rozumie, nie może 
dostrzec, w jakie wyrazy składają się ciemne, mikroskopijne punkciki. Cóż 
zawiera w sobie ten reskrypt spadły z szumiących skrzydeł anielskiego chóru?... 
Wreszcie na końcu pergaminowego zwoju zaczerniało coś wyraźnie. Duże, czarne 
litery tworzą napis, który Handzia odczytuje z trwogą: "Miej Boga w sercu!..." 
Zaszumiało znowu. Śpiew słodki, o nieziemskiej harmonii tonów rozległ się w 
przestworzach, owiał Annę czarem swej potęgi. Wstaje z klęczek i zasłuchana 
wpatruje się w różowo_srebrzystą zorzę, przenikającą obłoczne puchy. Śpiew z 
woolna ginie w przestrzeni, stapia się z nią, cichnie, pociągając za sobą 
świetlistą łunę, rozpłynął się wysoko, aż gdzieś za chmurami, może u stóp 
Stwórcy składając swą złotą lutnię. Oczarowana stoi chwilę, łowiąc ostatnie echa 
tonów rozedrganych, lecz i te wsiąkły w wilgontej, kroplistej mgle, 
rozpanoszonej władczo, jak smutek po szczęściu. Andzia rzuca się znowu do 
odczytywania pergaminowego zwoju. Ale karty już nie było. XVII Zwarta maska 
Tarłówna ocknęła się. Usiadła w pościeli, przecierając oczy budziła swą 
świadomość, będącą jeszcze pod wpływem przykrego snu. Rozejrzała się dokoła. — 
Ach, to Wilczary!... Więc nie łacha błotnista, szara i smutna. Jak to dobrze! 
Cóż za szczęście! Przez okno przyświeca już dzień jasny, pogoda, słońce... Dziś 
Andrzej przyjeżdża! Andzia, jak sprężyną podrzucona, zerwała się z łóżka. Głowa 
ciężyła jej i bolała, lecz nie zważając na to, zaczęła się szybko ubierać. Lora 
spała snem kamiennym, leżała w ozdobnym szlafroczku, co zdziwiło Andzię, 
przypomniała sobie, że w nocy nie było Lorki w łóżku. Teraz znowu ten 
szlafrok... — Widocznie wychodziła gdzieś w nocy, pewno spacerowała przy 
księżycu, ale mogła i mnie zbudzić, nie miałabym tych snów okropnych — 
pomyślała, wrzucając na siebie suknię. Wybiegła szybko na ganek, odetchnęła 
pełną piersią; powietrze świeże i wonne orzeźwiło ją, niwecząc zupełnie senne 
mary. Chciała biec na łąki, gdy wtem spotkała pannę Ewelinę; powitała ją 
swobodnie, lecz tamta patrzyła na nią badawczo i była trochę zmieniona. — Jakże 
spałyście dzisiaj ty i... Lora? — Ja nieszczególnie, dusiła mnie zmora, jak 
mówią chłopi. Miałam niemiłe, nawet złe sny. — Ach, tylko sny! A Lora?... — 
Lorka, nie wiem, chyba także niedobrze spała, bo... Zająknęła się. — Bo co?... — 
podchwyciła panna Niemojska skwapliwie. — Bo... dotąd śpi jeszcze. — Aniu, czy 
tylko to miałaś na myśli? Powiedz prawdę i szczerze. — Nie wiem nic, Lincichno, 
spałam i zmęczyły mnie sny, zdaje mi się jednak, że Lorka wychodziła z sypialni, 
gdyż była chwila, że nie widziałam jej na łóżku, teraz zaś śpi w szlafroku. 
Pewno spacerowała przy księżycu, jak to czasem robimy. — Tak, ale nie w nocy. 
Zresztą... Panna Ewelina przyłożyła obie ręce do głowy ruchem trochę desperackim 
i rzekła głucho: — Ach, ta Lora, zawsze wariatka! To może być nieszczęście! 
Kończąc te słowa weszła do domu. Andzia nie mogła zrozumieć, o co jej chodzi. Po 
śniadaniu, gdy dziewczęta znalazły się znowu razem, Handzia postanowiła wziąć 
Lorkę na spytki, tym bardziej, że zastanowił ją wygląd Lory, inny niż zwykle; 
była blada, tylko usta jej pałały niby plamy krwiste, oczy miała podkrążone i 
niebywale błyszczące, ogólne podniecenie uwidoczniało się w całej jej postaci. 
Nie wiadomo dlaczego, wygląd jej rozczulił Andzię. Zarzuciła jej ręce na szyję i 
tuląc usta do twarzy Smoczyńskiej, przemówiła serdecznie: — Loruś, powiedz mi, 
co ci jest?... bo coś ci dolega na pewno, ja to czuję, powiedz... — Co ty wiesz! 
— obruszyła się Lora, usuwając ramiona towarzyszki. — Nie chcesz mi nic wyznać, 
widzisz jakaś niedobra. — Co ci mam znowu wyznawać?! Spowiednikiem moim jesteś? 
— Nie... ale przyjaciółką. — Ach przyjaciółka!... Ironia chyba z twojej strony. 
Ty i ja?! Ogromnie się rozumiemy i odczuwamy wspólnie. Zaśmiała się szyderczo. — 
Wyobraźmy sobie, na przykład, że ci się zwierzę... i cóż? zrozumiesz mnie, 
odczujesz serdecznie?... Nigdy! Ty byś odskoczyła ode mnie, jak od zarażonej, 
mówiąc ze zgrozą: "Apage satanas". Śmiała się długo, nieprzyjemnie. — Masz mnie 
za tak naiwną i niedorosłą do twego poziomu umysłowergo, czy też jesteś tylko... 
niesprawiedliwa — spytała Andzia ze smutnym uśmiechem. — Nie, ale ty jesteś 
woda, a ja ogień, taka jest między nami różnica. Tarłówna rozdęła chrapki, gniew 
błysnął na jej twarzy. — Mylisz się, Loro, bardzo, lecz pozostań przy swym 
mniemaniu. To ci tylko powiem, że potrafię być ogniem, lecz nie dla pierwszego z 
brzegu komiwojażera, bo ogień łączę z uczuciem... Wzburzona chciała wyjść, gdy 
wtem zastukano do drzwi i w ślad za tym wszedł Kościesza. Słyszał słowa Andzi i 
dziewczyny zrozumiały to od razu. Twarz miał jak zawsze drewnianą, ale gdy 
spojrzał na pasierbicę, żelazne oczy jego wyrażały ciekawość, nawet zachwyt. One 
zmieszały się obie. Kościesza udał, że tego nie widzi. Rzekł obojętnie: — Może 
przeszkadzam, była tu jakaś dysputa. Hm!... Czy tak? — Stary szympans! — 
pomyślała Lorka. Nie otrzymawszy żadnej odpowiedzi, Kościesza usiadł spokojnie 
na szezlongu i wolno, z flegmą zapalił cygaro, patrząc spod oka na dziewczęta. 
Po chwili zaczął mówić swym beczkowatym, jak po grudzie toczącym się głosem: — 
Przyszedłem do panien z pewną kwestią... hm! Która już bardzo wymaga omówienia. 
Oto chciałbym, aby się wszelkie spacery, dzienne panny Anny i... nocne panny 
Lory ukróciły. Jest to pożądane z wielu względów. Że już przemilczę 
najważniejsze... lecz choćby dlatego, by się legendy o duchach nie rozszerzały. 
Umilkł, a widząc zdumiony wzrok Andzi kontynuował: — Tak, legendy o duchach. 
Dotychczas bowiem tylko... Temnyj Hrad... z tego słynie (na nazwie tej położył 
nacisk wyraźny), boję się jednak, by nie zasłynęło tak samo... uroczysko "Pod 
Wołkiem" i Wilczary. Tarłówna oblała się gorącą krwią wstydu, serce jej zamarło 
na myśl, że Kościesza wie o jej niespodziewanym spotkaniu u Grześka z 
Olelkowiczem. Pan Teodor mówił dalej, bacznie uważając na wrażenie, jakie 
sprawiają jego słowa: — Panna Anna była wczoraj w uroczysku "Pod Wołkiem", 
wprawdzie nie jest to daleko, ale również niebezpiecznie, tym bardziej, że 
Grześko... w takich razach opiekunem być nie może, na błędnych zaś rycerzach.,.. 
w tej okolicy nie zbywa, przykładem... Temnyj Hrad (znowu nacisk)... Panna Lora 
woli towarzystwo, choćby dostarczone przez katastrofę kolejową, ale dlaczego w 
nocy? — Do czego pan zmierza!? — wybuchnęła Smoczyńska. Kościesza ani drgnął, 
wzrok jego stał się tylko tak twardy, że aż bolący w wyrazie. — Niech się 
panienka nie unosi, gniew nie dodaje urody, zwłaszcza tam, gdzie już są 
podsiniałe oczki i mizerniutko się wygląda. — Co pan chce przez to powiedzieć 
i... co panu do tego? Kościesza wstał. Zaśmiał się szatańsko. — Już skończyłem, 
chciałem tylko ostrzec panienki i oznajmić... że jutro opuszczamy tę... 
romantyczną krainę, wracamy do Turzerogów, oczywiście bez katastrofalnych 
naleciałości, chciałem powiedzieć... komiwojażerów. Skrzywił się w uśmiechu i 
spojrzał z ukosa na Andzię, jakby porozumiewawczo, że cytuje jej słowa. 
Jednocześnie otworzył drzwi i wskazując je Tarłównie gestem zapraszającym, rzekł 
uprzejmie: — Proszę cię Aneczko, chcę z tobą pomówić. Dziewczyna zawahała się, 
lecz przynaglona jego niecierpliwym ruchem wyszła z pokoju, rzucając Lorce 
tragiczne spojrzenie. Kościesza wziął ją pod rękę i prowadził w głąb domu, tak 
przy tym słodko i czule patrząc na nią, aż się zdziwiła. — Co ojczymek ma mi do 
powiedzenia? — spytała chmurnie. Weszli do gabinetu Kościeszy, on zamknął drzwi, 
położył ręce na ramionach pasierbicy i rzekł zdławionym głosem: — Zachwyciłaś 
mnie, Andziu! Słyszałem słowa twoje wypowiedziane z oburzeniem do Lory i 
przyklaskuję im z dumą i radością... — Ojczymek podsłuchiwał?! Drgnął wyraźnie, 
ale się wnet uśmiechnął. — A! Niedobre dziecko! Czy możesz nawet mieć takie 
przypuszczenie? Anuś moja! Słyszałem niechcący ostatnie twoje słowa takie dumne 
i pyszne: "Ogniem być potrafię, lecz nie dla pierwszego z brzegu komiwojażera, 
bo ogień łączę z uczuciem". To było ślicznie powiedziane Aneczko i ufam, że 
szczerze. Tak, dziecino droga, twój temperament i uczucia twoje, nie są dla byle 
jakiego kawalera i... dobrze, że sama to odczuwasz. Tyś jest cenną perłą, a taki 
klejnot nie powinien zdobyć byle kto. Taka gwiazda złota jak ty... Nagle zmienił 
ton, głos i mówił półszeptem: — Podnieś te jedwabne woale ze swych przecudnych 
oczu, popatrz na mnie... O tak!... tak... ślicznotko... ale czemuż tak groźnie. 
Skąd ten gniew i ta chmura w tych oczętach? Aniu! Tarłówna szarpnęła się, z oczu 
sypnęły iskry, twarz zapałała ognistym rumieńcem oburzenia i... wstrętu. — Czy 
tylko tyle miał mi... ojczym do powiedzenia? — Andziu! — Czy mogę odejść? 
Chwycił jej ręce niespodziewanie i przygarnął je do piersi. — Uspokój się, 
dziecko... zdenerwowana jesteś, ale ja rozumiem powody... Lora cię drażni i ta 
stara Smoczyńska denerwuje. Ja to zmienię, zobaczysz, dla twego spokoju. 
Dziewczyna żachnęła się znowu. — Poczekaj, Andziu, dokończę. Chciałem cię 
ostrzec, żebyś do czasu, aż coś postanowię, była z daleka od Lory. To zepsuta 
dziewczyna... dobrała sobie dwóch godnych partnerów do romansu: Okrztę i 
Olelkowicza. — To nieprawda! Fałsz! Kłamstwo... — wybuchnęła Tarłówna ze 
zmienioną twarzą, drżąca z gniewu. Kościesza odepchnięty jej silną ręką stanął w 
pozie dramatycznej, ręce założył po napoleońsku, patrzył na dziewczynę i z 
politowaniem kiwał głową. — Jak to, Aniu, mnie zarzucasz kłamstwo, mnie?... — 
Proszę nie równać Okszty z panem Andrzejem i nie posądzać go o taką... 
nieuczciwość... — Ależ dziecko! Że się młodemu lowelasowi podobała piękna 
dziewczyna i że z nią romansuje, ponieważ ona pozwala... to nieuczciwość? — Pan 
Andrzej z Lorą nie romansuje, to kłamstwo! Kościesza wyprostował się, był już 
straszny, oczy mu zbielały, posiniały usta, twarz stała się zielona, pomięta, 
ohydna — wyglądał jak legendarny "sinobrody". — Ten piękny panek, urwis 
Olelkowicz, był z Lorą w Temnym Hradzie na zagadkowej schadzce, sama o tym 
wiedziałaś, teraz Lora spaceruje nocami z Oksztą. Są to fakty, moja panno! — 
zasyczał jak wąż. Andzia porwała się niby rażona prądem elektrycznym, złapała 
Kościeszę za rękę, wołając: — Chodźmy do Lory, niech ojczym sam jej to powie, 
chodźmy prędko! — Aneczko, uspokój się... — Chodźmy, chodźmy, za nic nie 
ustąpię! Z taką siłą i wolą ciągnęła Kościeszę, że ten szedł bez oporu. Spotkali 
w korytarzu pannę Ewelinę, która ujrzawszy ich, krzyknęła z przerażenia. Nigdy w 
życiu nie widziała swej wychowanki w takim podnieceniu i wzburzeniu, 
przestraszył ją również Kościesza, idący prawie sennie. Panna Ewelina 
znieruchomiała. Andzia z impetem otworzyła drzwi panieńskiego pokoju, szybko 
podeszła do Lory, nie puszczając ręki Kościeszy. — Teraz proszę mówić — 
zawołała, oddychając szybko. Smoczyńska patrzyła na nich z bezmiernym 
zdumieniem. — Co się stało?... Kościesza milczał, tylko oczy jego świeciły 
wilczym połyskiem. Andzia nie ustępowała. — Teraz proszę mówić. Lora nie 
skłamie, powie prawdę! Nie chce ojczym, więc dobrze, ja ją spytam. Lorka, czy 
ty... z Olelkowiczem... kochacie się? Smoczyńska zrobiła wielkie oczy. — Co to 
znaczy, Anko?... — Odpowiedz, na wszystko cię błagam, powiedz prawdę! — A więc 
nie! Tarłówna rozjaśniła się jak zorza, tryumfalnie spojrzała na Kościeszę. Ale 
on zasyczał zjadliwie: — Nie mówmy o miłości, lecz o... romansie. Co było na 
Temnym Hradzie?... Czy panna Lora zaprzeczy? Nastała ciężka chwila dla Andzi, 
wpatrywała się z natężeniem aż bolesnym w bladą twarz swej towarzyszki, 
przestała oddychać z przemożnego wrażenia i trwogi w oczekiwaniu świadectwa 
Lory. Ufając święcie w niewinność Andrzeja, zaczynała się bać jej kłamstwa. Oczy 
Tarłówny gorzały niepokojem, dreszcze zimne mroziły jej ciało. Smoczyńska po 
słowach Kościeszy zmieniła się na twarzy, usta jej zadygotały, gniewem zaLśniły 
szafirowe źrenice. Patrzała wyzywająco i chłodno, wreszcie rzekła: — Tak jest, 
byłam w Temnym Hradzie z Olelkowiczem, ale spotkałam go tam bez uprzedniego 
porozumienia się z nim, sama chciałam go spotkać, gdyż podobał mi się! — A 
widzisz? — krzyknął Kościesza do Andzi. — Proszę mi pozwolić dokończyć. Samo 
spotkanie to jeszcze nie romans, tego zaś nie było. Wzięła Andzię za rękę. — 
Wierz mi, Aniu, że mówię prawdę. — Ja ci wierzę i... w niego wierzyłam zawsze. 
Kościesza rzucił na Lorę zdumione, złe spojrzenie, po czym roześmiał się długo, 
bezczelnie i z tym rechotem piekielnym wyszedł z pokoju. Grzmotnął drzwiami, aż 
jęknęły ściany. Andzia wyczerpana zupełnie upadła na łóżko, rozszlochała się jak 
dziecko. Lora usiadła przy niej i zaczęła ją uspokajać. Czego płacze i czego od 
niej chce ten stary szympans, ten potworny człowiek, który na Nerona mógłby 
pozować. Skąd przyszło mu do głowy posądzać ją o romanse z Olelkowiczem, czyż on 
tego nie widzi, że Andrzej kocha się w Andzi? On pewno wie o tym doskonale i 
tylko chciał umyślnie zrobić intrygę. Ona, Lora, zna go dobrze i wie, jaki to 
"numer". Andrzej zna go również i starając się o Andzię, będzie miał 
nieprzewidziane trudności, bardzo ciężkie, lecz na pewno nie ustąpi i w walce 
tej może zwycięży. Niech tylko Andzia nie ulegnie ojczymowi, niech mu nic nie 
wierzy i niech go unika jak zarazy, a wszystko może być dobrze. Olelkowicz to 
nie baba, stary szympans przeczuwa to i chce podkopać szanse Andrzeja. Tarłówna 
słuchała słów towarzyszki i łzuy jej obsychały, nadzieja wstępowała w serce. 
Zjednana przychylnością Smoczyńskiej, zbliżyła do niej swą rozgorączkowaną 
twarz, mówiąc żałośnie: — Dlaczego on taki niedobry, Lorko, dlaczego niedobry? — 
Kto? — Koś...ciesza — wyszeptała. — Ano tak... Miłego masz tatuńcia, nie można 
ci go zazdrościć, powinnaś wyjść za mąż jak najprędzej. Andzia uśmiechnęła się, 
otoczyła ramionami szyję Lorki, mówiąc: — Może to się stanie prędko, Loruś, może 
już bardzo prędko. — Bo co?... Mówże! — Bo ja już jestem narzeczoną pana 
Andrzeja... i on dziś przyjedzie. — Co ty opowiadasz? Kiedyż to się stało, 
czemuś nic nie mówiła? — Bałam się, że będziesz mi znowu dokuczała, jak w zimie, 
po owej kartce w sekretarzu, pamiętasz? Lora zerwała się gwałtownie, uwolniła z 
objęć Andzi i biegając po pokoju, wyrzucała z ust szybkie słowa: — W zimie 
kochałam się w nim po swojemu, teraz nie. Więc to już fakt wasze zaręczyny?... 
Ale Kościesza nie wie o tym?... Odważny jest Andrzej, lub nawet nie przypuszcza, 
jak straszną walkę wywoła. To będzie walka gladiatorów, dwie potężne siły, tylko 
jedna szlachetna, druga... podła. Andzia stała, trzymając się poręczy łóżka, 
drżała wewnętrznie. — Loro, jak ty możesz rzucać na ojczyma taką obelgę, bo 
wszak jego nazywasz podłym? — To nie obelga, to prawda. Ty go w swej naiwności 
masz tylko za niedobrego, lecz w nim jest krwiożerczy smok. On cię nie odda 
Olelkowiczowi, bo by mu zazdrościł twoich majątków i... pocałunków. — Loro, co 
ty mówisz!? Loro, ulituj się, co mówisz?!... Jakich pocałunków? — Twoich, bo on 
sam ich pożąda. Kościesza pragnie zachować dla siebie twoje bogactwo i... twoją 
urodę. Jedynie twoja niewinność mogła tego nie zauważyć. Andzi ugięły się kolana 
pod tym okrutnym obuchem. XVIII Wyrok Gdy zaprzęg wykwintny Olelkowicza stanął 
przed gankiem w Wilczarach, fakt ten wywołał w domu pewien popłoch. W 
przedpokoju przyjął młodego pana służący Kościeszy i w milczeniu otworzył mu 
drzwi do saloniku urządzonego po myśliwsku. Długi czas nikt nie wychodził, 
Andrzej niecierpliwił się. Oglądał różne rysunki i kolorowe sztychy, 
przedstawiające sceny myśliwskie, spacerował głośno po pokoju, chrząkał. — Czy 
nikogo nie ma w domu — myślał zły — ale czemuż mi ten bałwan tego nie 
powiedział? Usłyszał dochodzący z głębi domu nienaturalnie głośny śmiech Lory i 
pomyślał znowu: — Pewno stary tyran zabrał Andzię do lasu, jeśli uprzedziła 
go... Wtem cicho skrzypnęły drzwi i Tarłówna stanęła na progu. Młodzieniec 
podszedł do niej prędko, porwał jej ręce i podniósł do ust. Ale teraz dopiero 
zauważył, że była dziwnie zmieszana; blada jej twarz miała w sobie smutek, 
powieki nabrzękłe i zaczerwienione, zdradzały ślady łez. Zaczął dopytywać 
troskliwie, czemu smutna i dlaczego płakała, tulił do siebie jej dłonie czując, 
że się coś stało złego i że on jest tego powodem, a zarazem jej oczy zapłakane 
wydały mu się teraz jeszcze stokroć droższe i bardziej kochane, niż gdy je 
widywał okraszone uśmiechem. Uniesiony uczuciem chciał objąć ją ramieniem i 
przygarnąć do swej piersi, lecz Andzia drgnęła i odsunęła się nieco, kładąc 
palec na ustach. — Nie, nie! boję się... Pan nic nie wie!?... Tak mi straszno. — 
Co się stało?... przez Boga! — Kościesza kazał służącemu oznajmić panu, że 
nikogo nie ma w domu. Nie chce pana widzieć... Nastąpiła chwila milczenia. 
Olelkowicz poczerwieniał, nozdrza rozdęły mu się wściekłością, oczy błysnęły 
złowrogo. — Przecież służący sam mnie przyjął i tu wprowadził. — Rozkaz wydano 
mu już potem, biedny stary nie wiedział, co począć, ja go wstrzymałam i 
przyszłam sama. — Czy Kościesza wie o naszym postanowieniu? — Domyśla się tylko. 
Doszło dziś do rozmowy, która chyba upewniła go w moich uczuciach. Zresztą nie 
wiem. Mnie, Lorce i starszym paniom zabronił wyjść do pana, Lora zaśmiała się 
tak głośno, żeby pana upewnić, że jednak jesteśmy w domu. — Cóż to wszystko 
znaczy? Co on ma przeciw mnie? Andzi łzy zaświeciły w źrenicach. — On na nasz 
związek nigdy... nigdy nie pozwoli. — Więc się go pytać nie będziemy — wybuchnął 
Andrzej. — Handziuś mój, ufaj mi, najdroższa. Życie swe oddałbym w ofierze, ale 
ciebie muszę wyrwać z tego piekła. — Ciicho!... Ktoś idzie... to on... 
Przerażenie odmalowało się chwilowo na jej twarzy, uwolniła ręce z jego uścisku 
i szybko postąpiła na środek pokoju, hamując wewnętrzny lęk. — Tylko odważnie, 
jedyna, tylko śmiało... — szepnął jej Andrzej. Drzwi szarpnięto energicznie, 
wszedł Kościesza zimny, jak z granitu wykuty. Olelkowicz skłonił się, pan Teodor 
skinął mu niedbale głową i rzekł wprost do Andzi: — Powiedziano mi, że poszłaś 
witać... pomimo... — Wiedziałam, że pan Andrzej dziś przyjedzie i dlatego 
pośpieszyłam pierwsza — żywo zagadała Andzia. — Ach, zatem to wizyta umówiona? 
Andrzej postanowił od razu rzecz wyjaśnić. — Tak, pannę Annę uprzedziłem o mojej 
dzisiejszej bytności, jak również i o celu tej wizyty. Kocham pannę Annę i 
jestem szczęśMliwy, że posiadam jej wzajemność, ale pragniemy uzyskać aprobatę 
pańską jako ojczyma i opiekuna... Kościesza zbladł strasznie, tego się tak 
prędko nie spodziewał. Słowa młodego pana ogłuszyły go niemal. Więc to już 
zaszło tak daleko?... Pomimo jego niechęci tak wyraźnie okazywanej? Więc ten 
pewny siebie młodzian chce zabrać mu Andzię i mówi to w jej obecności, czyli za 
jej zgodą i po wspólnym porozumieniu?... Chwilowe zgnębienie zmieniło się w 
gniew. Stał przed młodą parą niby uosobienie grozy. Spod zmarszczonych brwi 
stalowe, jak nity, jego oczy patrzyły na Olelkowicza drapieżnie; można by 
myśleć, że samym wzrokiem chce go zabić, zgnieść go, znęcać się nad nim. Zdawało 
się, że wybuchnie zwierzęcym rykiem i rzuci się na młodzieńca. Ale Andzia wzięła 
go łagodnie za ramię i przemówiła słodko. Głos jej drżał. — Ojczymku mój. Ty 
mnie kochasz, prawda? I zawsze mówiłeś, że pragniesz mego szczęścia, otuż 
szczęście to znalazłam, kocham pana Andrzeja, serdecznie go kocham, a ojczymek 
zastąpi mi... zmarłą mamę i pobłogosławi nas. Kościesza odsunął ją od siebie 
szorstko i zwrócił się bezpośrednio do Olelkowicza: — Kto pana upoważnił do 
takich zamiarów? — spytał z mrożącym chłodem. — Miłość moja do panny Anny i jej 
wzajemność! — odrzekł młodzieniec głosem śmiałym. — To za mało... łaskawy panie, 
Andzia jest jeszcze dzieckiem i uczucia jej dziecinne nie mogą nosić nazwy 
miłości, jej zaś duszą i sercem, na szczęście... ja się opiekuję i dlatego na 
ten związek... nie zgodzę się nigdy. — Ojczymku! — jęknęła Andzia. Olelkowiczowi 
skurczyła się twarz gniewem. — Co mi pan ma do zarzucenia, proszę mówić 
wyraźnie. — Nic i... wszystko! Niech to panu wystarczy. — Nie panie, to mi nie 
wystarczy. Proszę dać konkretną odpowiedź, o co panu chodzi, z jakich powodów 
zabrania pan szczęścia nam obojgu. Dlaczego nie mogę sięgnąć po jej rękę i 
serce?... Słucham zarzutów! — Tłumaczyć się panu nie będę, lecz powtarzam, że 
mężem Andzi nie zostaniesz pan nigdy, przenigdy!... W głosie Kościeszy drżały 
gromy. — Dlaczego?! — wybuchnął Andrzej wzburzony do najwyższych granic — żądam 
odpowiedzi. Żądam jej od pana. — Lecz jej nie dostaniesz... gdyż tak mi się 
podoba! Andrzej zwrócił się do Andzi. — Słyszy pani wyrok na nas?... — spytał 
głucho. Lecz w tej chwili drżąca, półprzytomna i śmiertelnie blada Tarłówna 
zmieniła się nagle; wyprostowała smukłą swą postać, policzki trysnęły rumieńcem, 
w oczach czarnych błysnął zapał, zamigotały w nich ognie bohaterstwa. Wzięła 
Andrzeja za rękę i stanęła z podaną naprzód piersią, jakby gotowa do walki. 
Rosły w siłę przedziwną jej słowa, gdy mówiła: — Kocham pana Andrzeja nie 
dziecinnym uczuciem, lecz miłością głęboką i stałą, nie wyrzeknę się tej miłości 
nigdy, za nic! Pragnę zostać jego żoną i ojczym mi tego nie może zabronić. Dusza 
moja i serce zrobiły dobry wybór, jak najlepszy, żadna siła nie zdoła nas 
rozłączyć. Opieka ojczyma nade mną nie rozciąga się aż do mej duchowej istoty. — 
Czy to pańskie dzieło, ta jej retoryka? — spytał Kościesza z ironią. Ale 
Olelkowicz patrzył nań tak pogardliwie, że tamten mimowolnie odwrócił oczy. — 
Proszę cię, Anno, wyjdź z pokoju, nie przystoi ci jeszcze wdawać się w takie 
dysputy. Bardzo się dziwię zmianie, jaką w tobie widzę... Panicza proszę o 
łaskawe opuszczenie mego domu bez prawa powrotu. Wszelkie głupstwa trzeba sobie 
wyperswadować, gdyż spełnić się nie mogą. To są moje w tej sprawie ostatnie 
słowa. Olelkowicz walczył resztkami sił, panując nad sobą. — Ja zaś daję panu 
słowo honoru, że nigdy miłości tej nie zapomnę i że zrobię wszystko, co leży w 
ludzkiej władzy, aby zdobyć Annę za żonę. Pańskich dąsów i gróźb nie obawiam 
się, gdyż sojusznikiem moim jest jej serce. — I na wieki pozostanie! — zawołała 
dziewczyna, podając mu obie ręce. Ucałował je w milczeniu, z wymownym 
spojrzeniem skłonił się chłodno zdumionemu Kościeszy i wyszedł. Andzia podążyła 
w ślad za nim, odprowadzając go aż na ganek. Kościesza zaśmiał się jak diabeł, 
wyrzekł twardo i głośno, sam do siebie: — Złamię cię, zgniotę jak robaka, 
lecz... jej nie dostaniesz! XIX Vogue la gal~ere (fr. — Odbijamy, podnieść 
żagle; niech się dzieje co chce.) W Wilczarach zapanował "sądny dzień", wedle 
określenia panny Eweliny. Pakowano się na wyjazd do Turzerogów. Kościesza był 
wściekły, głos jego rozbrzmiewał po całej leśniczówce budząc niepokój. Andzia 
zamknięta u siebie, płakała tak, że Lora i pani Smoczyńska nie mogły jej 
uspokoić. Minął dzień. Wieczorem Kościesza wezwał do siebie Adriana Oksztę i 
zapowiedział mu, że ponieważ już wyzdrowiał, zatem może jechać sobie tam, dokąd 
nie dojechał rozbitym kurierem, gdyż i oni opuszczają już Wilczary. Student 
ukłonił mu się bardzo elegancko, zapewniając go, że i dla niego Wilczary na 
dłuższy czas zamieszkania byłyby istotnie nudne, zatem opuści je bezzwłocznie, 
tym bardziej, że ostatni dzień był stanowczo zbyt huczny, nawet dla jego bujnej 
natury. Widząc zdziwione oczy Kościeszy, rzekł wesoło: — Tak, panie, to jest 
okolica katastrof kolejowych i domowych, te ostatnie zaś nie są nawet 
sporadyczne i zapewne staną się teraz epidemiczne. Zauważyłem to, przeczuwam 
dalszy ciąg, zatem daję nura! Znowu się ukłonił i z miną ironiczną szedł do 
drzwi. — Nie podziękuje pan nawet za opiekę, jaką dano tu panu? — zasyczał głos 
Kościeszy. Okszta zatrzymał się, chwilę pomyślał i twarz jego nabrała wyrazu 
bezczelnego. — Owszem, panie, postaram się, by o mnie tu nie zapomniano. 
Wyszedł. Pan Teodor wzruszył potężnymi barami, myśląc: — Zdecydowany wariat! 
Podczas kolacji Handzia siedziała jak struta, tak samo pani Smoczyńska i panna 
Ewelina. Bronowski, który już także był na wylocie, przed odjazdem na wakacje i 
oczekiwał niecierpliwie przyjazdu Jasia Smoczyńskiego, by oddać mu ucznia, 
siedział jak mruk, wpatrzony w Lorę. Wiedział on o jej zadurzeniu się w Okrzcie 
i bolał nad tym skrycie. — Żeby też zakochać się w takim ośle!... Obłęd Tyranii! 
Obłęd Tyranii, nic innego — powtarzał w myśli, wielce strapiony. Lora była 
również milcząca, ale podniecona i wesoła, wyzywająco patrzała na Kościeszę, 
czasem zamieniając z Oksztą ukośne, krótkie jak błysk spojrzenie. Okszta miał 
minę dowcipną. Bronowski obserwował ich uważnie. — Panna Lora coś knuje, jakiś 
spisek. Kościesza bystro spojrzał na Smoczyńską, potem na Oksztę i... zatrzymał 
wzrok na Andzi. — Owszem, spiskuję, ale co, tego nawet pan nie odgadnie — 
odrzekła Lora z wesołą swobodą. — Detektywem nie jestem i wobec pani nie 
potrafiłbym być. Po pani można się spodziewać wszelkich ekscentryczności, pani 
jest nieobliczalna w swych pomysłach. Smoczyńska poczerwieniała. — Ma pan 
zupełną słuszność, pozwalam spodziewać się po mnie... wszystkiego. — Brawo! 
Brawo! — zawołał Okszta. Kościesza wstał od stołu. — Więc pan odjeżdża raniutko? 
— spytał Adriana obcesowo. — Tak panie, o piątej. — Zatem do widzenia! — Moje 
uszanowanie! Dotknęli zaledwie swych dłoni i rozeszli się. Kościesza wziął 
Andzię za rękę. — Chodź dziecko, pragnę z tobą pomówić... Chciała się oprzeć, 
lecz pociągnął ją prawie przemocą. Bezwolna i spłakana pozwoliła zaprowadzić się 
znowu do jego gabinetu. Tam posadził ją na otomanie, sam usiadł obok. Gładził 
jej włosy i łagodnie, z dobrym wyrazem w oczach patrzył na jej bladą twarz. 
Długi czas nic nie mówił, dopiero gdy podnisła na niego łzuawe, smutne źrenice i 
pytające — odezwał się cicho, serdecznie: — Biedactwo drogie, ty się męczysz, 
płaczesz, ty się topisz w smutku, zamiast się śmiać i śpiewać, twoje oczy nie 
powinny znać łez. Handziu, czy warto się tak zamartwiać?... I to wszystko z 
powodu Olelkowicza? — Nie... to z winy ojczyma — szepnęła. — Z mojej winy? Więc 
myślisz, że ja chcę cię dziecino krzywdzić, że jestem twoim nieprzyjacielem? — 
Nie wiem, ale skoro ojczym nie chce mego szczęścia, wzbrania mi go, zatem chce 
chyba mej krzywdy? — Dlaczego, Aneczko, nazywasz mnie tak surowo "ojczym", 
dawniej mówiłaś do mnie pieszczotliwiej. — Teraz... nie mogę. Kościesza urażony 
cofnął się w głąb otomany, po chwilowej ciszy zaczął mówić głosem nastrojonym 
poważnie: — Nie rozumiesz mnie, Andziu, i źle, mylnie sądzisz, a jednak ja tylko 
pragnę twego dobra i właśnie twego szczęścia, nie inaczej. Najpierw, ty nie 
kochasz Olelkowicza. — Przeciwnie! Kocham go bardzo, całą duszą i sercem — 
wykrzyknęła. — Łudzisz się, jestem pewny i powinnaś mi zaufać. Miłość prawdziwa 
nie rodzi się w sercu dziewiętnastoletniego dziecka, to złuda, mrzonka, która 
zniknie tak prędko, jak przyszła, śladu po sobie nie zostawiając. Gdybym ci na 
ten szalony krok pozwolił, przeklinałabyś mnie z czasem, bo gdyby ten szał 
minął, gdybyś się ocknęła za późno, gdyby ci zaciążył związek z tym... młokosem, 
wówczas miałabyś zupełne prawo na mnie składać winę twego nieszczęścia. Jestem 
twym jedynym opiekunem i poza miłością ogromną, jaką żywię dla ciebie, mam 
jeszcze moralny obowiązek czuwania nad tobą. Nie mogę traktować tego 
lekkomyślnie, wierz mi Aneczko. Twoja matka umierając w moje ręce złożyła opiekę 
nad tobą i woli jej dopełnię święcie. W miarę jak mówił, twarz jego nabierała 
sztucznego wyrazu dobroci i jakby uduchowienia, głos stał się miękki, zupełnie 
zmieniony. Tarłówna słuchała jego słów z zabobonnym przerażeniem. Dopóki groził 
i przedstawiał się jej okrutnym dla jej zamiarów, mniej się go bała, lecz teraz 
ta jego twarz natchniona, niebywały ton mowy, a wreszcie imię matki, którą 
wywołał jakby na dowód swych czynów, wszystko to zgnębiło ją i zrodziło nagle 
przestrach przed przyszłością. Ale jednocześnie ozwał się w niej bunt, przede 
wszystkim miłość do Andrzeja wpłynęła silną falą do jej serca i ożywiła na nowo. 
Teraz ona zaczęła mówić, wynurzając przed Kościeszą całą głębię swego uczucia, 
wyznała mu, że tylko przedtem nie umiała uczuć tych nazwać, nie rozumiała ich, 
ale to nastąpiło w ów pamiętny wieczór zimowy, kiedy ojczym wyprawił Andrzeja 
niegościnnie w podróż nocną, w zawieję i na bezdroża. Wtedy to pierwszy raz 
serce jej drgnęło objawieniem, odtąd już tęskniła za nim i o nim tylko marzyła. 
I Andrzej kocha ją od dawna, ale widząc niechęć ojczyma, był w rozterce, lecz 
miłość zwycięży wszystko, miłość tak święta wygra zawsze, bo sam Bóg miłować się 
pozwolił. Zresztą, czyż Andrzej na miłość nie zasługuje?... O!... Ona jest 
pewna, że gdyby żyła matka, pokochałaby go również i nie sprzeciwiałaby się jej 
małżeństwu z nim. Dlaczego ojczym tak go krzywdzi swą nienawiścią? Czyż można 
nienawidzić kogo bez powodu? Co on zawinił, co w nim jest złego, alboż chyba 
potwornego, skoro na związek z nim ojczym zapatruje się tak tragicznie? Wypędził 
go oto z domu jak zbrodniarza bez prawa powrotu. Za co? Dlaczego?... Wszak jest 
porządnym człowiekiem i kocha ją i chce ją uszczęśliwić. Więc za to? Ale to jest 
mylna droga, to go nie wyrwie z jej duszy i on nie przestanie kochać, 
przeciwnie, tym bardziej będą do siebie dążyli, bo oboje pokochali się na śmierć 
i życie. Tarłówna mówiła długo, z rosnącą mocą i wiarą, że broni świętej sprawy, 
która życiem jest dla niej. Potoku słów Andzi Kościesza słuchał z zamkniętymi 
powiekami, co zwykł czynić, gdy bał się zdradzić. Kipiał w nim gniew na 
pasierbicę i na Andrzeja. Czuł, że to nie jest przelotna miłostka dziewczęcia, 
lecz prawdziwa miłość. W wyznaniach Andzi i w jej głosie nie było egzaltacji, 
ani taniego entuzjazmu, lecz była siła i wiara w niezłomne zwycięstwa własnych 
ideałów. W mózgu Kościeszy zapanował chaos myśli, pomysłów i sposobów nagłych, 
jak by stłumić niebezpieczeństwo, wyrwać Andzię spod uroku tamtego, zachować 
nadal, do nieskończoności pod swoim wpływem. Łatwo mu było zgnieść młodzieńcze 
zapały Jasia Smoczyńskiego, ale teraz to gra poważna; Olelkowicz, to siła, z 
którą trzeba się liczyć. I jakie stawiać zarzuty, skoro ich nie ma? Młody, 
piękny, bardzo bogaty, partia jedna z pierwszych w tej okolicy, nazwisko stare, 
kniaziowskie, polot światowy, wykształcenie, zdobyte w zagranicznych szkołach, 
na studiach uniwersyteckich, jak najlepsza opinia w okolicy... Wszystko plusy. 
Jak wybrnąć z tej gmatwaniny rozpaczliwej, w której nawet nienawiść nie może 
odszukać winy ani powodu do potępienia? Olelkowicz nie ustąpi, nie da się usunąć 
biernie, musi być walka, on zażąda i ona zażąda wyjawienia powodu niechęci, 
odmówił mu już odpowiedzi na to pytanie, ale to za mało, oni pytanie to 
powtórzą, a co wówczas?... Rzucić na niego jakąś potwarz... obroni się łatwo 
i... czy Andzia uwierzy?... W mózgu pana Teodora tłoczyły się myśli ciężkie. Zły 
demon jego szeptał mu coraz to nowe i potworniejsze pomysły. Siedział tak z 
zamkniętymi oczami, bezwiednie zmieniając wyraz twarzy i całej postaci. Był już 
jak posąg kamienny, chłodny i straszny. Rysy pozbyły się sztucznej maski 
łagodności, powróciły ostre linie niby zakute w twardość żelaza. Andzia umilkła, 
przez moment myślała, że on śpi, lecz wygląd jego uświadomił ją, że nie tylko 
nie przekonała go, ale on knuje przeciw nim teraz nowy spisek i że jej przemowa 
poszła na marne, jej wyznania żadnego tu nie znalazły oddźwięku. Powstała 
rozczarowana, chcąc odejść. Zbudził się jak ze snu. — Odchodzisz? — Tak, idę 
już. Widzę coraz jaśniej, że jestem tylko pasierbicą ojczyma, której los i 
szczęście nic nie obchodzi. Czemuż moja matka nie żyje, ona słuchałaby inaczej 
mych pierwszych zwierzeń serdecznych. — Przekonasz się z czasem, czym ja chcę 
być dla ciebie — rzekł głucho. Zadrżała, przypomniały jej się nagle straszne 
słowa Lory, wypowiedziane rano, które ją ogłuszyły, jak młotem, lecz w które po 
namyśle nie uwierzyła, biorąc je za złośliwą potwarz rzuconą na jej ojczyma. — 
Teraz jesteś tylko bezwzględnym opiekunem; gdy pozwolisz mi, ojczymie, być 
szczęśliwą z Andrzejem, będziesz mi drogim ojcem — rzekła z mocą, odrzucając 
precz, ze wstrętem myśl poprzednią. — Drogim ojcem? — powtórzył Kościesza. W 
okrzyku tym było zdumienie i gniew i jakby złośliwe przedrzeźnianie się z nią. 
Znowu ohydne wspomnienie słów Lory... — Już teraz wątpię we wszystko — zawołała 
z nagłym okrzykiem trwogi i pędem wybiegła z gabinetu. Łkanie wewnętrzne, 
bolesne łkanie rwało jej piersi, gorycz i żal niewysłowiony rósł w niej. Jeszcze 
nie wierzyła w słowa Lory, jeszcze niewinność jej duszy przeważała na tyle, że 
nawet cienia brudu nie mogła znieść. Posądzenie Lorki było dla niej potworne i 
tchnęło grozą, szkaradą ścinającą jej krew z obrzydzenia. A jednak ostatnie 
słowa ojczyma, jego głos i twarz zastanowiły dziewczynę, więcej... — ukłuły ją 
niby zatrutym ostrzem. Zbudził się w niej lęk paniczny a jednocześnie wstręt do 
samej siebie nawet za myśli podobne. Grzech, grzech... mówiła w swym sumieniu, 
łaknąc oczyszczenia się z tych udręczeń palących ją żywym ogniem wstydu i 
niesłychanego niepokoju. Lora Smoczyńska nie spała. Na widok towarzyszki, żal 
Andzi wybuchł, podbiegła do Lorki i jak nieprzytomna zaczęła potrząsać jej 
ramionami. — Czemuś ty mi to powiedziała? Po co to zrobiłaś? Takie okrucieństwo! 
Ja się teraz męczę, ja się... brzydzę jego i... siebie. Ale to kłamstwo, prawda? 
Powiedz, że to wymyśliłaś przez złość na niego, powiedz Lora. Słyszysz? Tamta 
zrozumiała, energicznie uwięziła ręce Andzi w swoich i rzekła z zimną krwią: — 
Nie mówmy o tym, zapomnij, bo ty jesteś istotnie za delikatna, zbyt przeczulona 
i powinnam była o tym pamiętać. Nie możesz znieść takiej brutalności, widzę to. 
Lecz zahartuj się Andziu, czeka cię jeszcze wiele... może gorszych rzeczy. — 
Więc to oszczerstwo, co mówiłaś rano, to nieprawda, tak?... Ach, Lorko, 
zdejmiesz mi ciężar z duszy, tylko zaprzecz! — Nic nie mogę zaprzeczyć i nic już 
nie mówię. Zapomnij i uspokój się. Nie bądź beksą, bo to nic nie pomoże, mia 
cara, tak mnie nazywa mój Adrian. I on się nad tąbo lituje. Cóż Kościesza?... 
Tarłówna opowiedziała jej rozmowę z ojczymem, ukrywając jednak własne 
spostrzeżenia. Lora dopowiedziała sobie resztę, sądząc z wyrazu twarzy Andzi i 
jej przesmutnych oczu. — Zaczyna spostrzegać — pomyślała, głośno zaś rzekła: — 
Przede wszystkim nie przejmuj się, nie desperuj. Ten stary tur przeliczył się 
rozpoczynając walkę z Andrzejem, to się musi skończyć pomyślnie dla was, gdy zaś 
zostaniesz żoną Andrzeja, nawet oficjalnie narzeczoną, będziesz kpiła z 
szympansa i z jego gróźb. Odbierzecie mu twoje majątki, o które mu tak chodzi i 
choć będzie mruczał, to go się już nikt nie musi obawiać. Andrzej cię uchroni. 
Lora mówiła tak, chcąc uspokoić kuzynkę, lecz bez najmniejszej wiary we własne 
słowa. Zmieniła też prędko temat. Przysunęła się do Tarłówny i całując ją rzekła 
przymilnie: — Ty, Andziu, zawsze jesteś taka dobra, że tobie właśnie powinnam 
wyznać wszystko, o co pytałaś mnie rano, przed wejściem Kościeszy. Ale ty masz 
za wiele własnych kłopotów, własnych męczarni, aby cię moimi sprawami 
absorbować... lecz Olelkowicz wybawi cię z niewoli. Opiekuj się stale... moją... 
matką, ona już stareńka i schorowana, biedne matczysko... ha! To już trudno! W 
głosie jej drgnęło rozrzewnienie. Andzia spojrzała na nią ze zdumieniem. — O 
czym ty mówisz, Lorko? I... i co się z tobą dzieje? Już to od rana zauważyłam, i 
Bronowski zauważył. Ty się kochasz w Adrianie. A Lora chwyciła Andzię w ramiona 
i tuląc się do niej z pasją mówiła: — Nie kocham się, nie, ale szaleję... ja 
tylko tak potrafię i on również. Ty i Olelkowicz to co innego: my oboje miłość 
rozumiemy inaczej, praktyczniej. U nas jest szał i będzie, dokąd nie zgaśnie, bo 
rozsadnikiem i źródłem miłości jest krew, a nie serce, jak głoszą naiwni. U nas 
rozszalała się krew, kipi, wre i to dopiero prawdziwa rozkosz. — Lora, co tobie? 
Co ty mówisz?... Co ten Okszta z ciebie zrobił? — Nauczył mnie szaleć. Oderwała 
się nagle od Andzi, wyprężyła w tył całą figurę i zakrywszy oczy rękami, 
szeptała gorączkowo: — Żebyś ty wiedziała, jaka to rozkosz... jaka przeogromna, 
wściekła rozkosz! Ach, Andziu, ty... tego nawet nie przeczuwasz. — Ale czego? 
Mów wyraźniej. Co jest taką rozkoszą? — Być we władaniu mężczyzny. — Lora! — 
krzyknęła Tarłówna. Tamta zaś, nie zmieniając postawy, szeptała dalej przez 
zaciśnięte wargi: — Ja wiem, wiem, ty tego nawet nie rozumiesz, więc i nie 
odczujesz, może z czasem, jak już będziesz Olelkowiczową i... to już co innego, 
usankcjonowane, tolerowane... ach! Wyobrażam sobie takie święte stadło! To już 
inny smak. Nie, za nic! Wolę szał, szał, aż do bezkresu. Zerwała się z impetem, 
ujrzawszy bezgranicznie zdumione oczy Andzi, zaczęła się śmiać. — Ach, ty dzidzi 
niewinne! Jeśli on cię nie zarazi gorącością swej krwi, będzie z was mamałyga. 
Wierzę jednak, że ogień wykrzesze z ciebie iskry, które posiadasz i razem 
wybuchniecie wielkim płomieniem, różnym od naszego, ale silnym. Wtedy powiesz 
sobie: "Lorka prawdę mówiła". A teraz chodźmy spać, muszę przecież wypocząć. Na 
uporczywe nalegania Andzi panna Smoczyńska nie chciała już dawać żadnych 
wyjaśnień, odpowiadając krótko: "Dowiesz się potem". Ucałowała towarzyszkę 
wyjątkowo czule na dobranoc, radząc jej jeszcze raz, aby nie ufała w niczym 
ojczymowi, natomiast wierzyła w Andrzeja, bo on ją wyratuje. Gdy już obie 
dziewczyny leżały w łóżkach, Lora nagle parsknęła śmiechem. — Z czego się tak 
śmiejesz, Lora? Powiedz mi, moja złota — spytała Andzia. — Eh głupstwo, 
pomyślałam sobie tylko, co by to było, żebyś ty miała moują naturę, a Olelkowicz 
Okszty, dopiero by Kościesza skakał i brodę wyrywał. Aj, aj!... Ale i tak nie 
wyobrażam sobie jego miny. Oto zrobi oczy! Ha, ha, ha!... Andzia milczała. 
Urażona za tę niewytłumaczoną zagadkowość Lory przestała się odzywać. 
Zasypiając, zdawało jej się, że Lora westchnęła parę razy, to znowu usłyszała 
niby przez sen jej słowa "biedne matczysko", potem jakby zapalenie zapałki, 
wreszcie usnęła twardo. W pewnym momencie nad ranem, przez sen miała wrażenie, 
że Lora już ubrana stoi nad nią i całuje ją w policzek, Andzia chciała się 
zerwać, lecz sen ją zmorzył. Obudziło ją słońce: jaskrawą kaskadą lunęły 
promienie przez szparę w firance prosto na łóżko dziewczyny. Zapiekło ją w 
zamknięte powieki, że zaczęły drgać, kurczyły się i wreszcie uniosły w górę 
rzęsy. Andzia popatrzyła groźnie łzawą źrenicą, mrugając od nadmiaru światła i 
zerwała się z pościeli. Wzrok jej spoczął na żółtej kopercie, leżącej na stoliku 
obok łóżka, papier jaki używa Lora i jej pismo, adresowane do Andzi. Tarłówna 
chwyciła kopertę, rozerwała ją szybko i z niepokojącym dreszczem czytała. 
"Odpowiadam ci, Handziu, na wszystkie twe pytania, że dowiesz się potem. — Otóż 
nadszedł czas. Sam fakt mej ucieczki powie ci dużo, reszty zaś słuchaj..." 
Okrzyk przerażenia wyrwał się z ust Tarłówny, gwałtownym rzutem zerwała się z 
pościeli i czytała dalej: "Zaszalałam się za Adrianem i on za mną, żywiołowa 
siła wspólnych pragnień niosła nas ku sobie, ty nie wiesz nawet, jaka to potęga! 
Nie mogłam oprzeć jej się i nie chciałam. Ten prąd porwał mnie w życiu po raz 
pierwszy z taką ogromną mocą, że borykać się z nim było niepodobieństwem, byłoby 
zuchwalstwem. Adrian mówił mi, że byłoby to nawet niedołęstwem. NIe nazwę tego 
"krzykiem życia", gdyż to określenie stało się zbyt pospolite w różnych 
romansach i dramatach; w naszym języku ten potężny, wspólny, wulkaniczny popęd 
nazywamy — koniecznością życia, jego treścią. I uległam, jak musi ulec każda 
roślina przyziemna i niebotyczna pod tchnieniem huraganu. Wczoraj w nocy byłam u 
Adriana... Widzę, jak list odrzucasz z wyrazem pogardy, brzydzisz się mnie, 
Andziu... Potępiasz? A ja ci mówię, że to nie była zbrodnia, lecz rozkosz tak 
wszechmocna, że nawet ze zbrodni mogła brać początek. Świecił księżyc... 
cisza... tajemniczość nocy uroczej i nasze misterium upojne pod bokiem tyrana. 
Ale... ty tego nie odczujesz... Taka noc w Wilczarach mogła się zdarzyć tylko 
jedna, każda następna, mogąca już być pod grozą, stałaby się profanacją tej 
jedynej, niezapomnianej... Postanowiliśmy nadal pić rozkosz z hojnej czary 
naszej krwi, ogniem wrzącej, lecz nie w Wilczarach, nie pod okiem starego 
szympansa. My potrzebujemy przestrzeni, słońca piękniejszego, morza, gór i 
świata. Stepy za ciasne dla nas, bory wasze nazbyt głuche, my chcemy życia w 
pełni blasku, ruchu, gorączki. Nie marzyć, lecz szaleć, nie tęsknić, jak ty, 
Andziu, ale chciwie zaspokajać wszystkie pragnienia i gnać, gnać na przełaj do 
coraz wyższej, niepojętej rozkoszy, ku ostatecznemu zapomnieniu o małostkach 
życia. Jeśli mnie potępiasz, żałuję, ale... ciebie. Ty oto stworzona jesteś do 
innych ról w życiu, do innych przeznaczeń, jeśli Andrzej ci je wskaże, będziesz 
bardzo szczęśliwa. Może jesteś Cererą, Afrodytą i JMunoną w jednej osobie, ja 
wolę być Dianą i porzucić mego Akteona, gdyby mi się sprzykrzył. Przyczepiam 
ponadto do swych pięt skrzydełka Hermesa i posąg swój wznoszę wysoko, a łuk 
Diany łowczyni zwracam przeciw opinii. Vogue la gal~ere! Przeczytaj ten list 
tylko samej sobie i niech twa przeczysta dusza rozgrzeszy mnie, lub jeśli nie 
możesz, spuść na mnie zasłonę niepamięci. Jak siostrę proszę, opiekuj się mamą i 
wytłumacz jej moje szaleństwo jak chcesz. Pisać do niej nie mam sił, bo i cóż 
napiszę? "Uciekła z gachem" — tak jej powie Kościesza, wbije nóż w jej biedne, 
matczyne serce. Ty, Andziu, złagodź tę ranę i bądź dla niej córką. Bronowskiemu 
powiedz, że był wcale niegłupi mówiąc, iż jestem nieobliczalna. Tobie i 
Andrzejowi życzę prędkiego poskromienia Kościeszy, potem zaś... szału. Lora" * * 
* Tarłówna przeczytała jednym tchem. Nie oburzyła się, nie doznała uczucia 
pogardy, nie potępiała Lorki, tylko żal straszny, nowy, zupełnie obcy żal 
wpełznął do jej duszy. — Jaka ona szczęśliwa!... Wielkie łzy zawisły na czarnych 
rzęsach, drgnienia bolesne przemknęły po skroniach i twarzy i wyszeptała znowu: 
— Że potrafiła się na to zdobyć....nv Część pierwsza (c.d.) XX Szkarłatne róże 
Duży, mroczny gabinet oświetlała jedna wielka lampa, jak kula z opalowym 
kloszem, zręcznie umieszczona w łapach brunatnego niedźwiedzia, który stał obok 
biurka. Wypchany potwór błyskał szklanymi oczami wcale niegroźnie, jego 
orzechowe, sztuczne źrenice odbijały w sobie dwie opalowe kulki lampy i były 
jakby zaciekawione w wyrazie, jakby niespokojne, czy łapy nie uronią światła. 
Mleczne pasma świetliste rozwlekły się leniwie po gabinecie, pełzały po obiciu 
bardzo ciemnym, w złote smoki i gryfy, po ciężkich kotarach u drzwi i okien, po 
mahoniowych meblach, krytych skórą koloru płowego brązu. Tonęły w starozłotych 
ramach obrazów, rozpływały się na perłowej karnacji wysmukłej amfory greckiej, z 
której wykwitał pęk szkarłatnych róż. Matowe blaski napoiły seledynem miękkie, 
białe futra polarne zaścielające szeroką otomanę i muskały pieszczotliwie 
wpółleżącą na niej, męską postać Olelkowicza. Pogrążony był w zamyśleniu 
ciężkim; skupienie widoczne w jego wyrazistej twarzy, pionowa, gruba zmarszczka 
pomiędzy gęstymi brwiami, czyniły go starszym i surowszym. Usta młodzieńczo 
świeże, dumne, krwawe, pod małym wąsem rysowały się bolesną linią, smutek wiał z 
nich tak samo jak i z oczu ciemnych, mgłą przysnutych. Ręka, podpierająca głowę, 
silna była i muskularna; cała postać nacechowana tężyzną młodego, dzielnego 
ciała, które trudów się nie boi ani walki, pomimo sybarytycznej pozy w pięknym, 
wygodnym gabinecie. Buty młodego pana zdradzały świeżo odbytą wycieczkę, gdyż na 
ich lśniącej powierzchni znaczył się matowo pył i występowały rysy od kolców w 
gąszczach leśnych nabyte. NIecierpliwił się; często podnosił oczy na wielki 
zegar, antyk, zamknięty w kunsztownej szafce. Oczekiwał na kogoś i męczyło go to 
niewymownie. Myślał o Andzi. Tak już zrosła się z jego duszą, tak była na wskroś 
jego, że pomimo jej braku przy sobie nie rozstawał się z nią w myślach. Tęsknił 
za nią, modlił się do niej i nosił ją w swym sercu. Nie mógł bywać w 
Turzerogach, narażać się na szyderstwo Kościeszy, nawet dla ukochanej nie 
potrafił. Wiedział, że ona rozumie go doskonale i oboje, oddaleni od siebie 
nieubłaganą niechęcią Kościeszy, wyszukiwali sposoby, aby przełamać tę zaporę 
dzielącą ich tak brutalnie. Wieść o ucieczce Lory z Oksztą wstrząsnęła 
Olelkowiczem w przykry sposób; znając Lorę mógł się tego po niej spodziewać, po 
Adrianie tym bardziej. Ale Smoczyńska, pomimo swej ekscentryczności i pomimo 
zajścia z nim w Temnym Hradzie, była jednakże po ich stronie. Zupełnie 
przeciwnie jej matka, która miała nieuzasadniony żal do Andrzeja za jego miłość 
do Tarłówny i teraz po awanturze córki, gorycz starej kobiety może się skierować 
na Andzię. Olelkowicz drżał o spokój swej ukochanej. Lora mogła im być w wielu 
wypadkach pomocna, teraz Anna nie miała nikogo w Turzerogach, kto by mógł ją 
krzepić i dodawać otuchy jej znękanej duszy. Panna Ewelina, obawiająca się 
Kościeszy niemal zabobonnie, rozgoryczona Smoczyńska i Jaś, także przez 
Kościeszę sterroryzowany, oto było obecne jej otoczenie, nie rokujące wobec niej 
przychylnego stosunku. Gdyby ją wyrwać od nich jak najprędzej!... Olelkowicz żył 
już tylko tym pragnieniem. Często miewał pomysły szalone, które z piorunową 
szybkością przychodziły mu do głowy, lecz które natychmiast niweczył. Jego 
energia łamała się, rzutkość jego charakteru tonęła w niemożnościach szeroko 
przed nim rozlanych, które wytwarzała nowoczesna kultura i nowe poglądy. 
Przychodziło mu do głowy porwać Andzię z Turzerogów, zaślubić ją gdzieś w 
przygodnym kościółku, wywieźć za granicę i dopiero po jakimś czasie powrócić. 
Cóż by mu wtedy zrobił Kościesza? Albo porwać ją i zawieźć do stryja swego, 
Konstantego Olelkowicza, na Ukrainę. Tych dwoje starców bezdzietnych przyjęłoby 
Andzię z otwartymi ramionami, jak córkę, zastąpiliby im obojgu rodziców i 
zmusiliby Kościeszę do ustępstwa, a zresztą w razie oporu nikt by na niego nie 
zważał, nie jest wszakże rodzonym ojcem Andzi. Plan porwania Andrzej ułożył 
sobie z całą systematycznością; do spisku wciągnąłby tylko starego Grześka i 
wiernego kozaka Fedora; w razie odmowy Handzi porwałby ją bez jej uczestnictwa i 
świadomości. Różne sposoby zamachu tłoczyły się w mózgu Andrzeja uparcie. Nie 
myślał o tym, co świat na to powie, żałował tylko, że nie żyje w owych czasach, 
kiedy takie wypadki były rzeczą powszechną, którym nikt się nie dziwił... Teraz 
ogłoszono by go za człowieka dzikiego, bez kultury i wychowania, lecz on kpił 
sobie z tego, byle ona była za nim i byle ją zdobyć... Zegar antyk wydzwonił 
późną godzinę. Olelkowicz zerwał się z otomany i dotknął guzika elektrycznego. 
Cicho wsunął się do pokoju kozak Fedor. — Czy nie ma jeszcze Grześka?... — Nie 
ma, jasny panie, może rozkaz po niego skoczyć? — Nie, on sam przyjdzie, zaraz go 
tu wprowadź. — Słucham. Kozak wyszedł. Olelkowicz jął chodzić po gabinecie, 
niecierpliwił się coraz bardziej. Ujrzał w białej amforze róże szkarłatne i 
stanął. To ona, to obraz Handzi, jej symbol — szepnął do siebie z rozkosznym 
upojeniem. I pomyślał, że szkarłatna róża nie może być dosłownie symbolem Andzi, 
a jednak była ona dla niego jakby jej uosobieniem; tak samo piękna, gorąca w 
kolorycie, płomienna i pełna słodkiej woni, nasiąkła czarem i jakimś dziwnym 
nimbem uroczym, rozkoszy pełna, wytworna w kształcie i dumna... Andzia jest 
pączkiem szkarłatnej róży, ale to jest jej obraz, to jej godło. — Handziu!... — 
szepnął namiętnie — zanurzył twarz w pęku purpurowych kwiatów i chłonął ich woń 
wykwintną. Tulił płatki pachnące do ust spragnionych i szeptał im słowa 
pieszczotliwe. Przypomniał sobie te chwile, tak już zdaje się odległe choć 
niedawne, gdy Andzię miał w swych ramionach i wyczuł ustami aksamitną miękkość 
jej policzków, żar jej ust dziewiczych i gdy słyszał tętna bijące w jej żyłach, 
które on wywołał. Jak ona wtedy kwitła, jak gorzała promieniście, jaki 
rozsiewała potężny wdzięk i urok. — Szkarłatna, szkarłatna róża moja? Nagle 
podniósł głowę od kwiatów, zbudził go z marzeń szmer przy drzwiach. Wysoka 
postać stanęła na progu. — Grześko! Z tym okrzykiem podbiegł do borowego. — Czy 
macie list?... Dawajcie list prędzej. Stary żałośnie kiwał głową. — Nie ma, 
jasny panie, listu, Boże chorony, nie ma żadnego. — Jak to ? Dlaczego?... — 
jęknął. — A takim sposobem, że nie dopuścili do mnie bojarzynki. Nakluczył ja 
się tęgo koło pałacu w Turzerogach, aż mnie on zdybał taj precz. Tak na mnie 
hadko patrzał, że i zły nie umiałby lepiej. Bojarzynka tyż widno chciała mnie 
nadybać, ale pilnowali, o ho, ho, pilnowali zdrowo, że i w więzieniu nie lepiej. 
— Mój list oddaliście? — Ot! A jakże by nie?... Oddał samej bojarzynce, na 
drodze, jak ze sadu szła, samiuteńka taka, że płakać chciał, ale ot już i potem 
jej nie zobaczył. — Pewnie widział ktoś, żeście list oddawali. — Boże chorony! 
Ja to sprytnie zrobił. Olelkowicz zasępił się. Przez parę dni oczekiwał z 
tęsknotą listu od Andzi i oto zawód, tym przykrzejszy, że nie był pewien, 
dlaczego ona mu nie odpisała. Czyżby nie mogła istotnie oddać Grześkowi listu, 
czyżby była aż tak strzeżona? Ale skąd by znowu Kościesza wiedział, że Grześko 
list przyniósł do Andzi, wszak zwykle co tydzień przychodzi do Turzerogów, po 
rozkazy do dworu, samo więc zjawienie się starego nie mogło wzbudzić podejrzeń. 
— Nic innego tylko musiał ktoś widzieć, jak list oddawaliście panience, nie 
inaczej — mruknął niechętnie. Grześko przysunął się i szepnął tajemniczo: — 
Jasny panie, widzieć to nikt nie widział, ale... — tu zniżył głos jeszcze 
bardziej — w Turzerogach był... Chwedźko. — Cóż to za diabeł? Borowy przeżegnał 
się. — Chwedźko taj hodi. Czy on człowiek, czy diabeł, tego nikt nie wie, ale on 
za to wie i widzi wszystko. Niesamowity. Albo go kniaź nie widział wtedy, jak to 
my rok temu z bojarzynką da z wami, od Cyganów wracali, z ich obozu, co to ta 
stara wiedźma wróżyła tak pohano. On to nam przeszedł drogę w gąszczu, szara, 
straszna wołokita. Andrzej wzdrygnął się niemile. — Ach tak, pamiętam, wstrętny 
płaz człowieczy, pamiętam i te wróżby Makruny worożychy... Wówczas raniutko na 
Krasnej Duszohubie ujrzałem pierwszy raz... Handzię — dokończył szeptem. 
Westchnął, usiadł ciężko na otomanie i smutnie zwiesił głowę. Grześko patrzył na 
niego i przypomniał również minione obrazy, bo nagle zaczął mówić, robiąc rękami 
ruch szeroki dookoła swej głowy. — Rumiana, krasna zorza nad moczarami, wstało 
słoneczko, taj wszystko sobą omaściło; takie purpury, jakby królewski płaszcz i 
jakieś liliowe światła i błękitniutkie, jakby niebo spadło i rozchyliło się w 
puch, da w mgłę niebieską. Tam przy stogach, łosie, bojary leśne, a złotolite 
czaple, a kolorowe kaczki, wszystko takie bohate w zorzy porannej, że jakby 
świat zawsze taki harny był, to zdaje się i niebo niepotrzebne. Ale ot, jasny 
pan polował, strzelił do kaczek, daj na Krasnej Duszohubie przeleciał strach... 
śmierć... I zorza nie pomogła i cudne purpury i mgła niebieska, świeciły ptaki 
złotymi piórami, grały w słoneczku jak drogie kamienie, a radowały się, a 
rozmiłowane były we świecie i ot!... Kula ich niedoli nadleciała niby sęp 
straszny i skrwawiła cudeńkie pióra, zasnuła bielmem oczy, ni słońca, ni 
życia... Taj hodi! Olelkowicz spojrzał na starego z niemiłym zdziwieniem. — Cóż 
i ten zaczyna wróżby? Wspomnienia nadlatywały uparcie: słowa złowrogie Makruny 
skierowane do Andzi, ponura, groźna postać Cyganki na tle obozu, białych szatr i 
mozaikowej perspektywy leśnej. I ta wróżba z ręki Andzi: "Nad sokolicą bujną 
czarny kruk kracze, wywłóczy dolę z niej, pióra poszarpie" — a potem te smutne 
słowa o młodych sokołach: "Jednego serce zabite, drugiego ranne, ciężko krwawi, 
nie ścierpi niedoli" — potem znowu: "Jeden łańcuch was skuwa i dola jedna", 
jakby odpowiedź Cyganki na pytanie Jasia, kto są te dwa sokoły. — Okropne! — 
myślał Olelkowicz wstrząśnięty tymi wspomnieniami. Grześko mówił coś jeszcze o 
lesie i o moczarach, lecz Andrzej już nic nie słyszał, pogrążony w ciężkich 
rozmyślaniach. Gdy borowy odszedł, młody pan nie zniósł samotności, uciekł z 
gabinetu do parku, zalanego błękitno_zielonkawym światłem księżyca w pełni. Noc 
lipcowa nasycona rozgrzanymi prądami, zapachem lip kwitnących, miodowym aromatem 
ziół i kwiatów panowała nad ziemią dostojnie; cieniem głębokim pokrywając zda 
się jej brudy i brzydkie strony, a tylko piękno jej krasząc jaskrawym blaskiem. 
Wszystko było w srebrzystej koronie księżycowej, rozmodlone, śpiewne, urokiem 
tchnące. Andrzej zatrzymał się w parku, lecz pomimo ogólnej świetlistości, duszę 
jego ogarnęły cienie tragicznych przeczuć. Złe, brzydkie, okrutne myśli kłębiły 
się pod czaszką jak żmije, nie miał siły ich odrzucić, zbyt natarczywie cisnęły 
się. Już nie bronił się nawet, bezwolnie oddał duszę ponurym podszeptom demona. 
Sokolica to oczywiście Andzia, jeden z tych sokołów to on, lecz kto drugi. Może 
Jaś?... Czarny kruk to ... Kościesza; "nad sokolicą bujną czarny kruk kracze" — 
otóż i zakrakał... Wróżba sprawdza się... a wszak to początek zaledwie... U 
jednego sokoła serce zabite... czyżbym to ja nim był?... Zadrżał. Ależ nie 
poddawać się hydrze, przeciwnie, iść na bój z tą marą, zwalczyć ją, zdeptać i 
zdobyć wymarzone szczęście. Choćby przemocą... A!! Choćby nawet wbrew utartym 
wymaganiom świata... jak Lora... Olelkowicz poczuł, że zimny dreszcz przeszył go 
na wskroś. — Jezus Maria! Wróżba Makruny sprawdzać się zaczyna. ...Co to 
worożycha przepowiadała Lorce?... Słowa Cyganki zupełnie wyraźnie zabrzmiały w 
pamięci Andrzeja: "Mościa damulka wiatrem poleci, gdzie krew poniesie... lekkie 
życie, łatwy będzie świat i tak po świecie ferdu, ferdu... cygańska dola". 
Wróżba się sprawdza! Ale oto jeszcze słowa Makruny cisną się wyraziście: "Czasem 
i los głupi bywa, jak go człek za uzdę nie złapie i nie wstrzyma". To stosowało 
się do Lory, lecz może być i do niego zastosowane. Złapać los za uzdę, wedle 
słów Cyganki i skierować go na swoją korzyść. Ująć przeciwności krótko, jak złe 
bestie i nagiąć je do własnej woli; wówczas znikną posępne wizje przyszłości, 
umilknie złowrogi zew płynący z bezbrzeżnie smutnych przepowiadań cygańskiej 
worożychy. Stłumić niechęć Kościeszy, zniweczyć jego upór, iść śmiało naprzód 
bez lęku... Lecz wobec tego i bez uprzedzeń etycznych, bez honorowych 
zobowiązań, bez ambicji?... Więc jechać do Turzerogów, pomimo że Kościesza 
wymówił mu dom? A nie! To nad siły, tego znowu pominąć nie potrafię, to już nie 
dążenie do celu, to szarpanie etyki — myślał Andrzej. — Nie jestem wszakże 
pierwszy lepszy: mój honor męski i mój rodzinny honor, moje społeczne 
stanowisko, ambicje, wszystko, co we mnie czuje i myśli, wszystko to wstrząsa 
się na możliwość takiego postępku... ...Noblesse oblige (franc. — Szlachectwo 
zobowiązuje.) — nie można o tym zapominać i nie wolno poniewierać szlacheckiego 
klejnotu, który jednak jest szlachectwem duszy. Zbrukać go, zbezcześcić?... Nie, 
za nic! Parweniuszem nie jestem. Albo się posiada pewien arystokratyzm duchowy, 
albo nie, lecz jeśli tak, wówczas jasną swą gwiazdę zapala się wysoko, nie pełza 
z nią po ziemi, bo może być zdeptana i zgasnąć. Zatem samemu jechać nie można, 
to wykluczone do czasu, aż zmienią się okoliczności, te zaś muszą być zmienione. 
Andrzej gorączkowo chodził wśród drzew — znowu rosły nieprawdopodobne pomysły i 
upadały, w ich miejsce rodziły się nowe. Błądząc tak po cienistym, przejaśnionym 
blaskami parku, młodzieniec zatrzymał się na skraju otwartej przestrzeni, gdzie 
były klomby kwiatowe. W oddali rysował się potężny, boczny biały kontur 
murowanego dworu, z podwójną, wielką czapą dachu, gdzieś wśród gazonów 
połyskiwała matowo, zielonkawa postać bogini Cerery w wieńcu na głowie i z 
sierpem w dłoni, wieczyście śniąca przy księżycu i jakby zapatrzona w dywan 
kwiatowy. Zapach silny, aż duszący doszedł Andrzeja. Stanął i patrzył. Roztocz 
seledynowo_sina, mistyczna jakaś poświata i cisza. Olelkowicz szeroką piersią 
wchłonął wonne powietrze i odróżnił silny zapach ulubionych swych róż. Podszedł 
prędko do klombu, na którym rosły wspaniałe drzewka o bujnych konarach, 
oblepionych królewskimi kwiatami. Odnalazł szkarłatne; uderzyła go gorąca barwa, 
ciemniejsza pod omastą matowego światła, ale zawsze płomienna, tchnąca 
namiętnością i rozkosznym aromatem. Aksamitne, cudnie zwinięte kwiaty pochylały 
ku niemu dumne głowy, rosa błyszczała na ich przepysznych płatkach, niby łzy na 
rzęsach pięknej kobiety. Olelkowiczowi, któremu zawsze te róże uprzytomniały 
Andzię, wydało się, że to ona płacze. I załkało w nim coś. Gwałtownym ruchem 
objął krzak cały ramionami i z okrzykiem miłosnym zatopił głowę w gąszczu 
kwiatów i liści. Przyciągnął do twarzy mnóstwo róż i całował je zachłannie, 
łapał wargami atłasowe listki pełne purpury, ssał z nich słodycz razem z wonią — 
niby gorącą krew kwiatów. Nie czuł, że ostre kolce ranią mu ręce, że twarz ma 
całą w chłodnej rosie, pieścił róże z uczuciem takiego upojenia, szczęścia i 
pożądliwości, jakby samą Handzię trzymał przy ustach i szalał z nią. Nagle w 
rozegzaltowanej jego głowie błysnęła myśl i od razu wolą się stała... Przesłać 
Handzi te róże wycałowane, wypieszczone przez niego, cały ten krzak oberwać i 
jej ofiarować. Zaraz, natychmiast!... Gwałtownie jął łamać kwiaty, kłuł się, 
kaleczył, ale rwał i rwał wszystkie, rozkwitłe, ledwo rozwinięte pączki i nawet 
już opadające. Krzak był obfity niezmiernie, lecz Andrzej ogołocił go z kwiatów 
doszczętnie. Z naręczami róż pobiegł do domu, z pomocą Fedora kozaka znalazł 
jakiś kosz czy pudło, opakował kwiaty i napisał krótki treściwy list. Zawarł w 
nim wszystkie swe uczucia i nadzieje, dodawał ukochanej otuchy, szałem gorącym 
rozgrzał każde zdanie, zakończył słowami: "Róże szkarłatne, twój symbol, niosą 
ci moje pocałunki, niech ci je oddadzą, zbierz je wszystkie Handziu! Twój 
Andrzej" Wysłał kozaka do Turzerogów na całą noc, nie zastrzegał tajemnicy, ani 
żadnych ostrożności przed Kościeszą. "Oddać w ręce panienki, jeśli każe czekać 
na odpowiedź — przywieziesz". Z tym poleceniem Fedor opuścił Prokopyszcze. Gdy 
odjechał, Olelkowicz patrzył za nim długo, wreszcie podniecony i rozszalały 
wykrzyknął głośno z brawurą: — Hej! Wyzywam cię, panie Kościesza! XXI Wybuch W 
wielkiej altanie, w ogrodzie turzerogskim towarzystwo miejscowe zebrane było 
przy śniadaniu. Wtem służący zameldował: — Przyjechał dworski kozak z 
Prokopyszcz, przywiózł jakąś pakę i list do panienki. Czy mam go wołać? 
Kościesza spojrzał na sługę takim wzrokiem, że ten od razu zrozumiał, jaka 
będzie odpowiedź. Cofnął się w tył. Lecz Andzia zawołała spokojnie, ale 
stanowczo, pomimo że twarz jej oblała się gorącą falą rumieńca. — Gdzie jest ten 
kozak? To pewno Fedor? — A ot on idzie — rzekł przelękniony lokaj. Kozak wszedł 
do altany z pudłem i listem w ręku. Zdjął kaszkiet i skłonił się. Kościesza 
krzyknął zmienionym głosem, powstając gwałtownie: — Jak śmiesz wchodzić bez 
pozwolenia?! Poszoł won! — Kazał jasny pan oddać samej panience, to oddaję. Taki 
rozkaz. Pan Teodor wściekły, ze ściśniętą pięścią skoczył do Fedora. Andzia 
błyskawicznie stanęła przed ojczymem, zatrzymując go na miejscu. Oczy aż 
oszalałe z przerażenia, pełnej niemej siły wpiła w źrenice ojczyma i szepnęła: — 
Do skandalu nie dopuszczę, błagam... Po czym zwróciła się do kozaka, który stał 
wyprostowany, bez cienia niepokoju na junackiej twarzy. — Dziękuję ci, Fedorze, 
idź do czeladnej i zaczekaj, dadzą ci tam jeść. Gdy kozak skłoniwszy się 
odszedł, Andzia schowała list za bluzkę i biorąc pakę, chciała z nią wyjść z 
altany, wtem Kościesza zasyczał: — Może byśmy i my dostąpili zaszczytu ujrzenia 
zawartości tej... skrzyni. — Owszem — odrzekła Andzia chłodno, z wymuszonym 
uśmiechem; domyślała się kwiatów i pragnęła je rozpakować w swoim pokoju bez 
świadków, lecz nie chciała drażnić ojczyma. — Poczekaj, Andziu, ja otworzę — 
zawołał Januszek. Podczas, gdy chłopak pomagał jej niezgrabnie, Tarłówna 
przelotnie spojrzała na Jana Smoczyńskiego. Siedział blady, ze wzrokiem wbitym w 
filiżankę, z tak apatyczną twarzą, jakby nie słyszał i nie widział, co się 
działo dokoła. Panna Ewelina miała wystraszoną minę, pani Smoczyńska z 
przerażenia była ledwo żywa. Podniesiony głos Kościeszy i jego zachowanie się 
obezwładniło obie kobiety. Gdy jednak Andzia wyjęła z paki purpurowe pąki róż, 
pachnące, świeże, przepyszne swym bogactwem, obie panie wyraziły mimowolny 
zachwyt. Jan wpatrzył się w kwiaty i zbladł jeszcze silniej. Januszek unosił się 
krzykliwie, Andzia zaś z rozjaśnioną jak zorza twarzą, z promiennymi oczami 
wyjmowała coraz nowe gałęzie szkarłatnych róż i wąchając całe ich pęki tak, że 
zakrywały prawie jej głowę, całowała kwiaty dyskretnie bardzo, ale z radosnym 
krzykiem serca, nie znając jeszcze treści listu i właściwego celu tego pakunku 
róż. Wybrała wszystkie, po czym wrzuciła je powtórnie do paki i, porwawszy ją 
oburącz, pędem wybiegła z altany do siebie. Kościesza zielono_siny, straszny, z 
okrutnie sfałdowanym czołem, ciężko powstał i poszedł w głąb ogrodu. Tego co 
czuł i myślał, nie potrafił na razie sformułować, huczało mu w głowie 
nieznośnie, rozumiał to jedno i najdotkliwiej, że został poskromiony przez 
Andzię jak dziki zwierz i... że Olelkowicz jawną rozpoczyna z nim walkę. 
Zrozumiał to od razu, jak tylko kozak Andrzeja wszedł do altany. Chciał go 
przepędzić precz — byłby go wybił, bo nie panował nad sobą. — Andzia 
przeszkodziła. Doszłoby istotnie do skandalu, a co wówczas... Można mieć na oku 
starego Grześka, który kilka razy prawdopodobnie nosił list do Andzi, ale teraz, 
skoro Andrzej przysyła otwarcie swego kozaka, w barwie i z blachą Olelkowiczów, 
tego bić i przepędzić byłoby ryzykowne. Olelkowicz jest zbyt potężnym panem w 
tej okolicy, za wielu ma przyjaciół i popleczników, lekceważyć go publicznie i 
zadzierać z nim w taki sposób, równało się postradaniu opinii i zyskaniu sobie 
wrogów w całej okolicy. Mogło to grozić nawet pojedynkiem lub sądem honorowym, 
ale obu tych ewentualności w stosunku do Olelkowicza Kościesza obawiał się 
panicznie. Czuł doskonale, że nikt go nie lubi. Po śmierci Izy, matki Andzi, 
całe obywatelstwo usunęło się od niego ostentacyjnie, w Turzerogach nikt nie 
bywał. Kościesza nie ubolewał nad tym, miał jednak to poczucie, że bezpieczniej 
z okolicą nie zadzierać, wolał, aby go unikano, aniżeli by go sądzono. 
Przeczuwał, że tak będzie lepiej. Wymówił wprawdzie dom Andrzejowi, lecz pomimo 
to przewagę jego nad sobą doskonale pojmował. Wiedział, że młody pan, zachowując 
się dotychczas wstrzemięźliwie, tylko politykuje, również nie chcąc skandalu, 
lecz z innych pobudek. Z bolesną świadomością Kościesza spostrzegł coraz głębszą 
miłość Andzi do Andrzeja, nie umiał na to zaradzić. Nie skutkowały dyplomatyczne 
zabiegi, oszczerstwa rzucane na Andrzeja, nieprawdopodobne i ohydne, których 
często nawet Andzia nie rozumiała. Ze zgrozą wówczas patrzyły na niego jej cudne 
oczy, lecz przeczyła wszystkiemu z upartą, niezłomną stanowczością. Chciał ją 
wywieźć w świat, projektował podróż za granicę, zabawy różne, zwiedzania, poddał 
jej nawet myśl, dawniej odrzuconą przez niego, aby jechała do Krakowa na studia, 
ofiarował się jechać razem, aby tylko nie rozłączać się z nią, aby była pod jego 
opieką. Nic nie pomogło, Andzia zapowiedziała, że nie ruszy się z Turzerogów, 
gdy zaś miał ją zmusić do wyjazdu, zachorowała, przeziębiwszy się umyślnie. 
Wiedział o tym. Kościesza czuł się bezradny; doprowadziło go to do rozpaczy i do 
wściekłości, lecz nie miał sposobu wybrnięcia. Teraz Olelkowicz widocznie 
pójdzie przebojem. I co wówczas?... Zabierze mu ją stanowczo. Wszelkie złudy, 
nadzieje, skryte marzenia, cała możliwość promiennej przyszłości widziana w 
śmiałych wizjach... przy tym jej majątki, lwia część fortuny, wszystko dla niego 
zginie... przepadnie na wieki... Nad rozkosznym sezamem, zawartym w tej 
dziewczynie zamkną się dla Kościeszy ciężkie wrota strasznego rozczarowania. 
Czyż idea przewodnia kilku lat, słodki cel, powzięty od dawna, do którego 
pragnął dążyć wytrwale i za wszelką cenę, wielkie marzenie jego zmysłów i 
bezwzględny nakaz duszy, czyż to wszystko ma być zniweczone, zgniecione przez 
nieubłagany, szyderczy los? Czyż skatowanie Izy będzie się mściło? Kościesza 
zatrząsł się, gdyż wyobraźnia przywoływała mu oczy zmarłej żony, takie bolesne a 
tak niewysłowienie potępiające. — Znęcałeś się nade mną, wpędziłeś w grób, byłam 
ci zbyteczna, bo zakiełkowała w twej duszy zbrodnicza idea — mówiły wyraźnie 
oczy Izy. Kościesza bał się ich zawsze. Wydało mu się, że zmarła idzie za nim 
krok w krok, że podsłuchuje myśli krążące mu w mózgu, że go sądzi i skazuje. 
Sztywnym krokiem szedł przed siebie, postanowił nie rozmyślać, nie analizować, 
tylko jednakowo energicznie bronić swej sprawy i iść naprzód, druzgocąc wszystko 
po drodze. Tymczasem Andzia w swym pokoju przeczytała nieskończoną ilość razy 
list Andrzeja, nacieszyła się różami i odpisawszy ukochanemu długo i serdecznie, 
obdarzyła hojnie Fedora, wyprawiając go z powrotem. Cały dzień spędziła przy 
różach, tym bardziej, że dokoła siebie czuła wyjątkowy chłód. Kościesza był jak 
głaz, unikała go zresztą sama, panna Ewelina z obawy przed niechęcią pana domu 
boczyła się również, gdy zaś Andzia wbiegła radośnie do ciotki Malwiny, tamta 
leżąc na łóżku odwróciła się gwałtownie do ściany, udając że śpi. Tarłównie 
serce ścisnęło się żalem, uczuła się skrzywdzona, gorycz napełniła jej duszę. 
Wyszła od ciotki cichutko; ze łzami w oczach, owiana smutkiem, pełna żałosnych 
tęsknot siedziała u siebie samotnie jak zbłąkany ptak wyrzucony z gniazda. Miała 
wrażenie, że jest wyklęta z domu i nie mogła zrozumieć, dlaczego tak 
bezwzględnie potępiają miłość Andrzeja do niej i jej wzajemność. Wszak jeśli 
ciotce chodziło o wydanie Lory za Andrzeja, to ta się sama usunęła, 
kategorycznie wyrażając swe credo. Wyjechała z obcym mężczyzną, nieznanym 
zupełnie, zlekceważyła wszystko, nawet chorą matkę. Raz jeden tylko napisała do 
matki krótko, że jest szczęśliwa, że organizuje sobie życie takie, o jakim 
marzyła, że rozkoszuje się swobodą i światem i prosi matkę, aby nie martwiła się 
jej postępkiem, gdyż ona inaczej żyć nie potrafi, to jest jej los i 
przeznaczenie. Opiekę nad matką zdawała na Andzię, w przyszłości zaś na Jasia. I 
koniec. Żadnych więcej wyjaśnień. List nosił stempel z jakiegoś kantonu 
Szwajcarii. Pani Smoczyńska łudząc się trochę, że Lora wyszła za Oksztę, którego 
wyobrażała sobie jako wielkiego obszarnika z Galicji, doznała nad wyraz 
przykrego zawodu. W przystępie rozpaczy przeklęła córkę, podarła jej list, 
zniszczyła fotografie Lory i nie pozwalała sobie więcej o niej wspominać, całą 
swą miłość macierzyńsiką przelewając na Jasia. Zapadała też na zdrowiu coraz 
poważniej, ale Andzia zauważyła, że nawet jej troskliwe pielęgnowanie drażni 
ciotkę. Któregoś dnia Tarłówna zbliżyła się do Jasia, pragnęła odnaleźć w nim 
dawną, braterską duszę. Siedział na werandzie zasępiony, z książką w ręku. 
Stanęła przed nim i spytała nieśmiało. — Może byś mi towarzyszył, Jasiu, do 
lasu, tak tu głucho i... ciężko w domu. — Nie mogę, muszę być z Januszkiem. — On 
także pójdzie z nami, teraz przecież nie ma lekcji. Smoczyński nie znalazł 
wykrętu i poszli. Nie było im jednakże dobrze ze sobą. Jan szedł obok niej 
milczący, zupełnie zmieniony, niepodobny do dawnego Jasia, trochę łobuza i 
wesołego towarzysza. Teraz stał się młodzieńcem poważnym, niemal sensatem, 
wyrósł znacznie i wyprzystojniał, ale nadmiernie szczupła postać jego gięła się 
ociężale, jakby pod brzemieniem troski. Twarz blada, o wybitnych skurczach 
nerwowych, na skroni i koło ust ocienionych już gęstym puchem wąsów. Oczy 
dawniej żywe, błyszczące, zasnuła dziwna mgła melancholii, wyglądały niekiedy 
jakby śpiące. Rok miniony i ostatnie wypadki wyryły na tym chłopcu straszne 
piętno. Gdy Janusz pobiegł z psami naprzód, Andzia wzięła Janka za rękę, 
przemówiła serdecznie: — Jaśku, co tobie jest? Wyznaj mi szczerze wszystko, ja 
cię zrozumiem, zobaczysz. Milczał. — Widzisz, Jaśku, ja wiem, że położenie twoje 
bardzo jest niemiłe; matka chora wymagałaby wyłącznej i starannej kuracji... 
Wasz Smoczew leży prawie odłogiem, bo cóż tam zasiewy, wiele nie dadzą... teraz 
znowu ucieczka Lory... Jan żachnął się. — Ach, Lora... można się było tego po 
niej spodziewać, wstyd tylko, hańbę przyniosła naszej rodzinie i pogorszyła stan 
mamy, ale to jeszcze klęska nie ostateczna. Nerwowym ruchem uścisnął rękę 
Tarłówny. — Zapomniałem ci, Andziu, podziękować z całej duszy za twoją opiekę 
nad mamą i Smoczewem. Wiem od pana Kadłubka, że gdyby nie ty, Smoczew nie byłby 
nawet zasiany na jesieni; ty doglądałaś sama wszystkiego. Nie umiem ci nawet 
wyrazić swej wdzięczności. Jesteś bardzo dobra. Głos mu drgnął rozrzewnieniem. — 
Uspokój się, Jasiu, to był nasz obowiązek, mój i ojczyma. Jan zaśmiał się 
nienaturalnie. — Andziu, to właściwie nie był obowiązek, tylko dobroć, ale 
twoja, nie mów o ojczymie, on ci bowiem stale przeszkadzał, wiem to dobrze. To 
jest moja bolączka, moja rana w sercu, że ja matki zabrać z sobą nie mogę do 
Moskwy, nie mogę ulokować jej w Smoczewie, bo... nie mam gdzie. Chciałem 
przygotować dla niej czworak, jedyny na tych zgliszczach, lecz matka nie chce za 
nic. Przyzwyczajona do wygód, rozpieszczona, nie może mnie zrozumieć. Teraz 
szczególnie po ucieczce Lory powinienem sam opiekować się matką, trzeba by 
odbudować dom w Smoczewie, lecz już zapomnieć o naukach, albo sprzedać Smoczew. 
— Ciocia nie chce o tym słuchać, nie można jej robić takiej przykrości, to by ją 
dobiło. Jasiu, posłuchaj, mamą i Smoczewem ja się opiekuję, bądź pewien, że będę 
dla niej drugą córką. — Ty, Andziu, wyjdziesz za mąż. Powiedział to takim ostrym 
i przykrym tonem, że dziewczyna spojrzała na niego z wymówką. — Czyżbyś i ty 
potępiał mój wybór?... — Nie mam do tego prawa — odrzekł zimno. — I nie masz 
podstawy, bo sam znasz pana Andrzeja i wiesz, co o nim sądzić. Gdy go zaślubię, 
on uszanuje na pewno wszystkie moje pragnienia i zobowiązania moralne. — To jest 
jakie, Andziu? — Będziemy się wspólnie opiekowali ciocią i Smoczewem do czasu, 
aż ty skończysz uniwersytet. Ciocia będzie mi matką. Smoczyński spojrzał na 
nią surowo. Usta wykrzywił mu ironiczny wyraz. — Czy ty myślisz, że jestem 
żebrakiem i pozwolę matce iść na łaskę do Prokopyszcz pod dumny dach kniazia 
Olelkowicza?! — wybuchnął. — Jasiu, co tobie?... — Mylisz się, Andziu, i nie 
znasz mnie, na takie upokorzenie nigdy bym się nie zdobył, za żadną cenę! Co 
innego twoja opieka nad mamą, tę łatwiej mi znieść, ale kłaniać się jasnemu panu 
na Prokopyszczach, Dubowie z przyległościami... — Jasiu, opamiętaj się! Teraz ja 
powiem, że ty nie znasz Andrzeja, źle, niesprawiedliwie go osądzasz. — Wszystko 
jedno! Z chwilą, gdy wyjdziesz za mąż, zmienią się nasze warunki. Choćby matka 
miała ucierpieć na zdrowiu, zabiorę ją do Moskwy, może nawet już tej jesieni. 
Tarłówna zwiesiła smutnie głowę. Zrozumiała, że upragniony i oczekiwany przez 
nią fakt zaślubin Andrzeja, dla Jasia i jego matki stałby się wyrokiem. Więc i 
tu jej szczęście ma wrogów. Ogarniało ją rozdrażnienie. — Matka twoja nie 
przeżyłaby takiej podróży i mieszkania w Moskwie — rzekła opryskliwie. — W takim 
razie zostanie w Smoczewie pod opieką Butkowskiej — burknął Jan. — A ty? — 
Ja?... Och, nie. Są rzeczy ponad ludzkie siły, teraz trzyma mnie obowiązek, jak 
łańcuch wyjącego psa. Nieprędko przyzwyczaję się do takiego stopnia, aby móc tu 
zamieszkać. — Z czym się masz oswajać? Popatrzył na nią zdziwiony. — Mniejsza o 
to! — sarknął gniewnie. — Nie powinienem był tu w ogóle przyjeżdżać, przynaglały 
mnie listy matki błagające, rozpaczliwe i zmusiła mnie własna, niepojęta, 
przeraźliwie despotyczna tęsknota. Musiałem, musiałem zagłuszyć w sobie wszystko 
i podążyć tam, dokąd mnie wołała. Gdy otrzymałem list pana Kościeszy, ofiarujący 
mi posadę, leciałem jak wariat bez zastanowienia, tylko z tym jednym obrazem w 
duszy. Nie wiem, jak przebyłem egzaminy, jak je skończyłem, żyjąc już tylko 
nadzieją, że... ujrzę... że będę tu, że zmiażdżę nareszcie całoroczną mękę, że 
zaspokoję pragnienie serca samym widokiem, ...że jak niewolnik... Zachłysnął 
się. Jęknęło mu w piersi łkaniem. Andzia nagle zrozumiała wszystko, szła cicho, 
nie śmiąc podnieść na niego oczu. Jaś mówił dalej stłumionym głosem: — I... 
przyjechałem po to, by mękę swoją zwiększyć stokrotnie, by ją przedłużyć, 
rozciągnąć na całe życie. Nikt mnie nie ostrzegł, co tu zastanę, bezlitosny bywa 
los. List pana Kościeszy z propozycją posady wydaje mi się ironią, umyślnym 
szyderstwem, aby mnie zgnębić, aby mi wskazać nędzę mego stanowiska. Muszę 
patrzeć, być widzem własnego dramatu duszy i nawet się nie zająknąć, przeciwnie, 
dla ocalenia pozorów mieć pogodny humor... Umilkł. Andzia, nie patrząc nań 
odczuwała, że łamie się z sobą, że pragnąłby wypowiedzieć więcej, a jednocześnie 
karci się za to, co już wyjawił. Tarłówna nie wiedziała, co z sobą począć. 
Runęła złuda, że odnajdzie w nim brata, wyrosła pomiędzy nimi przepaść bez dna. 
Oboje równocześnie zdali sobie sprawę zupełnie jasno, że nie mają sobie nic 
więcej do powiedzenia, obojgu zaciążyła męcząca nieznośnie sytuacja. U niego 
wybuchnął żal, że wyrzekł te słowa, że zniweczył dotychczasowy stosunek do niej 
oparty na własnej męczarni, ale na jej nieświadomości. Ona poczuła w swym 
sumieniu gorycz niezmierną, zbudził się w niej wyrzut, że przedtem go nie 
odgadła i że zrodzone przed rokiem wątłe przeczucie jego miłości stłumiła tak 
prędko, nie wierząc w nie. Ale cóż by to pomogło? Świadomość jego uczuć nie 
zniweczyłaby wszakże jej miłości do Andrzeja. Tamto musiało się stać, tamto jest 
silniejsze ponad wszystko. Cóż ona mu teraz odpowie, czym go uspokoi, jaką radę 
da?... Ach! Już lepsze milczenie, każde słowo może być teraz dla niego 
szyderstwem, nawet najserdeczniejsze, może mieć brzmienie odmienne i źle 
odczute. Szli obok siebie gnani siłą bezwiedną, by jak najprędzej się rozejść, 
bali się własnych słów, lękali spojrzeń. Gdy podbiegł do nich Januszek, nie 
mówili również nic, na wszelkie pytania malca Jan kiwał głową bezmyślnie i jakby 
nie rozumiejąc. Janusz spytał obcesowo: — Cóż to, zaniemówiliście, że słowa z 
was nie można wydębić, a możeście olśnili? Mówił owczarz Matwiejek, że jest taki 
duch, co się w muchę zmienia i jak siądzie na oczach, to człowieka olśni. Nie 
otrzymawszy odpowiedzi, malec wzruszył ramionami i popędził znowu, goniąc psy. 
Jan myślał: ...Olśniliśmy oboje, tylko ja już dawno, dawno... ona zaś na Krasnej 
Duszohubie... Podchodzili do zabudowań dworskich. Wtem Jaś wciągnął Tarłównę 
gorączkowo w otwartą furtkę ogrodu. Gdy stanęli wśród łopianów i krzewów 
dzikich, porwał obie jej ręce z przytłumionym okrzykiem. — Andziu, po co ja ci 
to wyznałem wszystko!? Ty nawet wiedzieć nie powinnaś o ranie, która we mnie 
jątrzy. Ty..., ty... sama cierpisz strasznie, bo i twoja... miłość ma okowy, po 
co ci jeszcze... to moje nieszczęście... Rozpłakał się, pochylił głowę nisko, aż 
do kolan Andzi, zgarbiony jak chłop... i szlochając upadł na ziemię, całując jej 
stopy. — Przebacz... daruj, żem cię struł... żem ci zrobił zawód... że... nie 
jestem ci już bratem... — jęczał. Tarłówna drżała, łzy sypały się z jej oczu 
gęstą, gorącą rosą. Pochyliła się nad nim, obejmując dłońmi jego głowę 
rozpaloną. — Co ja pocznę, co pocznę nieszczęsna — szeptała bezradnie. — Jasiu, 
wstań, przez litość... co robisz?... On zerwał się, twarz miał we łzach i pyle, 
wzrok prawie obłąkany. Andzia przeraziła się go. Jan popatrzył na nią 
nieprzytomnymi oczami i, ściskając jej ręce w swoich, wyrzucił przejmującym 
szeptem: — Nic już, nic!... Więcej ani słowa o tym... nie męcz się, jestem 
podły... bądź szczęśliwa, wybacz mi moją śmiałość... Jestem tutaj... zupełnie 
zbyteczny, a zostać muszę... Obco mi... obco... strasznie!... Zakręcił się na 
miejscu i znikł za furtką, zostawiając Andzię w osłupieniu. XXII "Nie 
zdzierżysz" Minęło kilka dni. Do gabinetu Kościeszy wszedł lokaj niosąc list na 
tacy. Pan Teodor wziął go do ręki obojętnie. — Skąd to? — Przywiózł kozak jaśnie 
pana Olelkowicza. Kościesza drgnął. — Czy przyjechał... tylko z tym listem? 
Służący zająknął się, spuścił oczy. — Mów!... — krzyknął na lokaja. — Jest list 
do panienki i... kwiaty. — Idź precz, odpowiedzi nie będzie. — Kozak powiada, że 
kazano mu czekać na odpis. — Nie będzie! Rozumiesz?! Służący odszedł w 
milczeniu, dziwiąc się niezmiernie, że pan nie czytając listu już wydaje taki 
wyrok. Kościesza wolno otworzył kopertę, sprawdził podpis Andrzeja i czytał z 
twardym, ostrym wyrazem twarzy: "Szanowny Panie! Pragnę pomówić z panem w 
wiadomej, bardzo ważnej, jedynej dla mnie sprawie, proszę wyznaczyć miejsce, 
dzień i godzinę spotkania. Mam nadzieję, że Szanowny Pan nie odmówi mi tego, 
liczę na Jego honor i sądzę, że się nie zawiodę. W przeciwnym razie zmuszony 
będę postąpić bardziej stanowczo, gdyż cel mój musi być spełniony. Z 
uszanowaniem Andrzej Olelkowicz" Kościesza odłożył list i długi czas siedział 
nieruchomy, z zamkniętymi oczami jakby śpiąc. Przeżuwał w sobie gniew i 
niepokój. Jakież to będą te jego kroki bardziej stanowcze, o których pisze? — 
myślał — i groźba: "cel mój musi być spełniony". Co on zamierza, co z tego 
wyniknie?... Przeczytał list jeszcze raz, niepokój rósł, ale i zawziętość 
wzmagała się. Nie odpisze ani słowa i tym samym do widzenia się z Olelkowiczem 
nie dojdzie. Po co... na co?... Wymówił mu dom, zatem — Andrzej tu nie 
przyjedzie, poznał go już na tyle, że jest tego pewny, on zaś — Kościesza — nie 
zgodzi się na żadne spotkanie. I cóż mu zrobi Olelkowicz? On liczy na jego 
honor..., puste słowo — honor, gdzie tu jest honor? Że się ktoś z kimś nie chce 
spotkać, to ma być zachwianie honoru? A zresztą... — machnął ręką i od razu 
uczuł znakomitą ulgę. Kościesza nieraz już w życiu załatwiał się w taki sposób z 
wszelkimi honorowymi skrupułami i doszedł do wprawy. Więc i teraz wzmianka o 
honorze w liście Olelkowicza przestała dlań istnieć. Gdy służący, wszedłszy 
nieśmiało, powtórnie oznajmił, że kozak czeka na odpowiedź, pan Teodor 
wybuchnął: — Poszczuj go psami, niech jedzie won, odpisu żadnego nie ma... i nie 
będzie. W następstwie tych słów podarł list na kawałki, rzucił do kosza i 
przestał o tym myśleć. Gdy Andzia wyszła na spacer, Kościesza zakradł się do jej 
pokoju. Znalazł tam przepyszne pęki purpurowych róż, świeży dar Andrzeja. Chciał 
je w pasji powyrzucać, lecz się wstrzymał, natomiast zaczął szukać listu, 
otwierał cicho szufladki biurka Andzi, zaglądał do teki z papierami, szperał, 
przerzucał książki, lecz listu Andrzeja nie znalazł. — Nosi go widocznie na 
sercu — pomyślał i zgrzytnął zębami. Zawiść, złość na Olelkowicza wzbierała w 
duszy Kościeszy potężną falą, tyran i okrutnik zbudził się w nim znowu, nie 
pierwszy raz w życiu, ale bardzo silnie. Czuł, że rozjudzają się w nim złowrogie 
siły, że bestie te szczerzą kły i skowyczą i targają się jak cerbery wściekłe na 
uwięzi, ale trzymał je na smyczy swej woli, bo nie wolno było ukazywać 
prawdziwej fizjonomii, nie wolno do czasu... Może nigdy?... Może nie zajdzie 
tego potrzeba? Łudził się chwilami, że Andzia, pozbawiona widoku Olelkowicza, 
żyjąc pod groźbą niedozwalanego przez ojczyma związku, zniechęci się i może z 
czasem zapomni, może zgaśnie to młodzieńcze uczucie. A wówczas... wówczas... Nie 
śmiał dokończyć, nawet on, Kościesza, nie śmiał nazwać tajnych swych marzeń po 
imieniu. Lecz bywają cuda i chcieć to już jest większa część zwycięstwa, a cóż 
dopiero pragnąć, pożądać całym jestestwem. Wszak to już prawie wygrana! — Ona 
już nie zobaczy Olelkowicza — myślał zapalając się. — Trzeba tylko ukrócić te 
listy, te kwiaty, to ją podnieca, to trzyma ją pod urokiem tamtego. Więc 
zniweczyć wszelkie przeszkody, zabronić kozakowi wstępu do Turzerogów, 
przepędzić go precz. Cóż się stanie?... Płonne obawy: zdławić i być śmiałym, 
bezwzględnym. Ten stanie się wieklim zdobywcą, kto do celu dąży wielkimi krokami 
nie zaś truchtem. Kościesza poczuł przypływ energii i niezłomnej stanowczości. 
Zawrócił do swego gabinetu i zadzwonił. — Czy kozak już odjechał? — Tak. — 
Rozkazuję ci, że jeżeli jeszcze raz przyjedzie z listem i kwiatami, przepędzić 
go bez meldowania mnie. — Jak to... przepędzić kozaka dworskiego z Prokopyszcz? 
— jęknął przerażony sługa. — Słyszałeś ośle rozkaz?! Dwa razy nie powtarzam. 
Jeśli odtąd kozak choć raz jeszcze dopuszczony będzie do dworu, ty pójdziesz won 
ze służby, a teraz... precz mi z oczu. Przez kilka następnych dni pan Teodor żył 
w podnieceniu, w werwie zdobywczej. Pagodnie, lecz z absolutnym naciskiem znowu 
namawiał Andzię, aby jechała z nim za granicę, działał na jej wyobraźnię 
pięknymi obietnicami malowniczych podróży, lecz spotykał się stale z niezłomnym 
uporem dziewczyny. Rozdrażniało to Kościeszę, lecz tym bardziej utwierdziło w 
przekonaniu, że trzeba presję wywierać i wywieźć Andzię z Turzerogów jak 
najprędzej. Pewnego dnia, gdy Kościesza urzędował w kancelarii, był to bowiem 
dzień przyjmowania interesantów, rano o dziesiątej, służący zaanonsował 
Tarłównie Hadziewicza, administratora Toporzysk i Drakowa. Andzia lubiła go 
niezmiernie, wybiegła do salonu na spotkanie. Powitała radośnie starego 
człowieka, aż rozjaśniła się jego poważna, surowa twarz. Patrzył na dziewczynę 
długo, uważnie i rzekł z niepokojem: — Bardzo pani zmizerniała, oczki 
podsiniały, jeszcze czarniejsze, liczko zbladło, czego detyno turbujesz się?... 
Andzia spuściła oczy. — Moja żona przysyła pani uściski, zawsze lubi panią 
bardzo, wspominamy sobie często, jak dwa lata temu była u nas w lecie i dom nasz 
rozweseliła, jak ptaszek. Czemuż to, serce, w tym roku nie przyjechali? — Tak 
się złożyło, trochę daleko do Toporzysk, nigdzie nie wyjeżdżam. Co tam słychać u 
państwa, czy kwitły azalie? A Słucz jak wygląda? — Azalie... a jaż przysyłał 
tobie, detyno, całe dwa kosze tych kwiatów, z żoną my je pakowali, ale czy 
gajowy dobrze dowiózł, to już nie wiem. — Prawda, zapomniałam, dziękuję panu. — 
A Słucz cóż... toczy fale, bindugi * z drzewem po niej płyną, w tym roku dużo 
flisaków było, szły i szły tratwy. Taka sama Słucz, jak zawsze rozhulana i 
bujna, a młoda, płynie jak wstążka, nie tak, jak wasz rozlany Styr. Binduga — 
tratwa. — Niech pan nie mówi i tu ładnie. Zna pan Wilczary? — Znam, czemuż nie. 
Piękne są, ale takich azalii nie macie, to już przyrodzenie tamtej ziemi, nad 
Słuczą. — Myśmy niedawno powrócili z Wilczar, chyba nigdzie nie jest tak uroczo 
— rzekła Andzia z zadumą. Administrator bacznie ją obserwował, nagle rzekł 
serdecznie: — I pani miała, jak słyszeliśmy, dużo przykrości, choćby z tą 
ucieczką panny Lory, ot osobliwość!... Tak sobie w świat bez pardonu. Andzia 
milczała. — A jakże ma się pani Smoczyńska? — Zawsze chora, Jaś jest także na 
wakacjach. Niechże pan siada, panie Hadziewicz, stoimy, a pan zmęczony. 
Administrator usiadł na fotelu, Andzia obok niego. Stary pan pochylił się do 
niej poufnie. — A powiedz mi, detyno, nie wychodzisz ty za mąż, serce? Myśmy 
słyszeli, że konkuruje o ciebie dziedzic Prokopyszczski? Nie ma co, tęga partia, 
że i trudno o taką u nas. I piękny i bogaty i ród starożytny, a toż i Tarłówna 
nie dla pierwszego z brzegu. Dobierzecie się mili, jakby w korcu maku szukał. 
Ale cóż!... Ojczym pozwala? Andzia ścisnęła go za rękę błagająco. — Niech pan 
nie pyta, niech pan o tym nie mówi. Twarz jej zbladła; w oczach zalśniły łzy. 
Hadziewicz cofnął się, brwi zsunął na czole. — A, ot co! Taka sztuka!? To 
znaczy, że fama niesie prawdziwą wieść, głucha ona, ale widać niezmyślona, już o 
tym i ludzie wiedzą. — Co pan mówi, naprawdę? — Tak, już gadają, że pan 
Kościesza nie chce oddać pasierbicy panu Olelkowiczowi, pomimo jego chęci. Ale 
trafiła kosa na kamień i wyszczerbi się. Pan Olelkowicz nie ustąpi. A pani?... A 
tyż, detyno, serce nasze, będziesz posłuszna własnemu miłowaniu czy... 
ojczymowi? — Ja kochać pana Andrzeja nigdy, nigdy nie przestanę! Łzy płynęły z 
jej oczu gorącym potokiem, lecz stłumiła je szybko i dodała z wielką mocą: — 
Oboje dążymy do tego, aby zwalczyć niechęć ojczyma i... zwalczymy! — Prawdziwa 
Tarłówna — zawołał Hadziewicz z zapałem i ucałował ręce dziewczyny. — Dlaczegóż 
to pan Kościesza tak się sprzeciwia małżeństwu pani?... Wszak nie zważając już 
nawet na uczucia młodych, toż to świetna partia materialna. Jeszcze pani 
młodzieńka co prawda, dziwiętnaście lat... pączek, ale już za mąż można. Po co 
marnować najpiękniejsze lata? Już by i dla majątków czas było dać innego 
właściciela, a to tylko marnuje się dobro... żal bierze... Handzia bystro 
spojrzała na niego. — Nic się nie może zmarnować tam, gdzie pan rządzi. 
Hadziewicz wstrząsnął smutnie głową. — Ja nie mam pełnej plenipotencji, pan 
Kościesza mi nie dał, właściwie rządcą jestem, nie administratorem. Zresztą... 
pewno podziękuję za posadę. — Pan nie chce być u nas?! Dlaczego!? — Detyno, 
tobie bym służył do końca życia, ale patrzyć na to, jak ciebie krzywdzą, nie 
mogę, no, nie mogę. Rozłożył ręce rozpaczliwie. — Kto mnie krzywdzi? — spytała z 
przerażeniem. Hadziewicz zmieszał się bardzo. — Ot; niepotrzebnie wygadał... 
taka natura — bąknął. Nagle wyprostował się na fotelu, twarz jego wyrażała 
stanowczość. — A jednak to mój obowiązek spytać... Czy pani, serce moje, wie o 
tym, że las na Drakowie, ten wielki bór masztowców wycinają? — Jak to, bór 
drakowski tną? Dlaczego? Bezprawnie? Kto tnie?... — Z rozkazu pana Kościeszy. 
Sprzedaje las częściowo. Milczałem, dokąd trzebili mniejsze uroczyska, ale 
teraz, jak już niszczą takie bogactwo, to dusza martwieje; toż to jest sieroca 
scheda, to święty grosz. Do tego opiekun nie ma prawa, nawet ojczym, to... to 
zbrodnia. — Panie Hadziewicz, widocznie tak trzeba, nic nie wiem, dziwię się 
nawet, ale przecie ojczym mój... wie co robi. Administrator rzucił się na 
fotelu. — Wiadomo, że on wie, co robi, ale czy jemu tak wolno? Ot co! — Nie 
rozumiem. — Detyno, mnie o ciebie chodzi, żal duszę ściska; jak się widzi, że 
ciebie... o... ot, nieskładnie mówić. Tak nie powinno być, to wstyd, to 
zgroza... — Ależ panie, przecie ojczym chyba nie chce... mojej krzywdy? — A 
powiedz pani, serdeńko, czy wielka byłaby dla ciebie radość, a szczęście, żeby 
ty wyszła za mąż za dziedzica z Prokopyszcz? Andzia podniosła na niego tęskne 
oczy. — Kocham go bardzo i tylko o tym marzę. — A powiedz pani, czy wielkim 
byłby twoim przyjacielem, ten, kto by ci na to nie pozwolił? I to bez żadnego 
powodu, bez racji?... Tarłówna spuściła powieki, krwawy rumieniec zabarwił jej 
policzki. — Ot, i widzisz detyno! — zawołał Hadziewicz z goryczą w głosie. — 
Czyż to możliwe?... Boże mój... — szepnęła. Staruszek z czułością patrzył na nią 
spod siwych brwi. Usta drżały mu ze wzruszenia. — Będę prosił pana Kościeszę, 
będę błagał, perswadował, może się opamięta a zaniecha tej rąbki fatalnej. To go 
nawet kompromituje wobec okolicy, każdy wie, że prawa dziedziczka, jeszcze 
niepełnoletnia, takiego upoważnienia dać nie mogła. Jeśli moja prośba nie wskóra 
nic, wolę wyrzec się posady niż patrzyć na takie rzeczy, niech się to nie przy 
mnie robi. Tylko szkoda mi ciebie, detyno. Wychodź ty za mąż prądko... Och... 
wychodź. Wszedł służący. — Dziedzic prosi. Hadziewicz uścisnął dłoń Andzi. — 
Zrobię, co będzie w mej mocy, może przemówię do sumienia — szepnął. Po jego 
odejściu Andzia siedziała w salonie zupełnie oszołomiona. Słowa Hadziewicza, 
któremu ufała jak ojcu i którego szlachetność znana była ogólnie, przeraziły ją. 
Czuła boleśnie wsiąkające do jej duszy zwątpienie w prawość ojczyma. Nie 
rozmyślała nad materialnymi sprawami, nie bolało jej to, że ojczym rozmyślnie 
uszczupla jej majątek po ojcu, lecz dręczyła ją myśl, że postępuje niehonorowo, 
że nie ma uznania u ludzi, że daje powód do podejrzeń o nieuczciwość, że 
wreszcie był on mężem matki, a jest jej opiekunem jedynym, w którego tyle lat 
wierzyła i nawet przywiązała się doń szczerze. Teraz coraz to nowy cios 
nieubłaganej prawdy ranił serce dziewczyny. Coraz groźniej przedstawiała się 
przyszłość, ponuro zarysował się charakter ojczyma i Andzię ogarniał paniczny 
lęk przed życiem. Zarazem ta depresja moralna budziła w niej energię, wolę, by 
zerwać dotychczasowe więzy, połączyć się z Olelkowiczem i nie dopuścić do 
krańcowego rozczarowania. Nie spostrzegła, jak minęła godzina i do salonu wpadł 
wzburzony Hadziewicz. — Do widzenia detyno — wołał roztarganym głosem — żegnam 
ciebie, serce, nic tu po mnie. Ciebie anieli święci uratują od zgubny, ale ja 
biernym uczestnikiem podłości nie będę. Świnią nie jestem, żal mi sieroteńki, oj 
żal, ale świnią nie jestem. Teraz dranie tylko będą u pana Kościeszy 
administrowali, dla uczciwych ludzi zamknięta droga. Tarłówna podbiegła do 
niego. — Co pan mówi?! Opuszcza nas pan? Na miłość boską, niech pan zostanie, 
błagam pana! Hadziewicz szeroko rozłożył ramiona. — Nie mogę, serce! Kazał zdać 
majątek, księgi, wszystko jakiemuś nowemu, co ma przyjechać do Toporzysk. Nie 
mam już miejsca. Tłumaczyłem jak umiałem, na klęczkach, aby takiej krzywdy tobie 
nie robił, a potem wypowiedziałem całą prawdę, ani się zmieszał nawet, władny 
jest i... bezczelny. — Ja pójdę do ojczyma, może dla mnie? — Nie, proszę nie 
iść, sam miejsce wymówiłem nie czekając, aż on to zrobi. Tam są teraz.... 
panowie. — Jacy panowie? Skąd? Hadziewicz zająknął się. — Nie wiem, w ważnej 
sprawie, młody i stary. Ja muszę już jechać. — Zaczekaj pan, chwileczkę. 
Zadzwoniła. — Kto jest u dziedzica? — spytała lokaja. — Dwóch panów, panienko. — 
Kto? Skąd? Służący spojrzał na Hadziewicza porozumiewawczo. Ona to spostrzegła. 
— Niech Filip natychmiast mówi prawdę. Kto są ci panowie? — Jasny pan 
Prokopyszcz i drugi, starszy z Ukrainy, musi krewny być, bo tak samo się nazywa 
— wykrztusił służący. Andzia strasznie zbladła. Administrator żywo posunął się 
do niej. — Pani droga, co takiego, serdeńko, detyno luba... — To nic, nic. 
Możesz odejść Filipie. Służący wyszedł. Tarłówna osunęła się ciężko na krzesło, 
szepcząc zbielałymi wargami: — Rozgrywają się tam moje losy... — Ufaj w 
miłosierdzie boskie i... we własne przeznaczenie. Ten młodzieniec dzielnie 
wygląda, pan Kościesza nie poradzi mu. — Czy dawno przyjechali? — Tylko co lokaj 
ich zameldował. — Niech pan teraz nie jedzie za nic, za nic. — Dobrze detyno. 
Zdumienie i nawet przerażenie Kościeszy nie miało granic, gdy lokaj mijając się 
z wychodzącym z gabinetu Hadziewiczem oznajmił krótko: — Jasny pan Konstanty 
Olelkowicz z Krasnosiełek i dziedzic z Prokopyszcz. Kościesza sam nie wiedział, 
kiedy i jak wyrzekł słowo "prosić". Spadło to nań niby piorun. Gdy panowie 
weszli, zrozumiał od razu, że postawią teraz drażliwą kwestię na ostrzu noża. 
Oto jest to stanowcze postanowienie, o którym Olelkowicz pisał w liście. 
Kościesza ujrzał się nad przepaścią, nagle zorientował się w sytuacji i 
zesztywniał jak głaz. Przywołał na pomoc wszystkie swe wrogie siły, ukryte a 
groźne hydry, którymi obezwładniał ludzi. I tak opancerzony czekał ataku. 
Rozmowa burzliwa trwała względnie długo. Andzia niepokoiła się. Biegała po 
salonie podniecona w najwyższym stopniu. Hadziewicz nie mógł jej uspokoić. 
Otworzyła drzwi wiodące do pokoju równoległego z gabinetem Kościeszy, dochodził 
niekiedy do jej uszu lekki szmer rozmowy toczącej się tam. Raz usłyszała mocne 
głosy, widocznie podniecony Andrzeja i żelazny ton Kościeszy. Zerwała się jak 
strzała chcąc biec do nich, ale Hadziewicz zatrzymał ją przemocą. — Nie puszczę, 
detyno, ty tam niepotrzebna. Cisz... cisz... serdeńko!... Andzi zdawało się, że 
ta rozprawa nigdy nie będzie miała końca. Hadziewicz nie mógł sobie z nią dać 
rady. Wreszcie w gabinecie ucichło, po chwili usłyszeli turkot. Przez okno 
zobaczyli powóz Olelkowicza podjeżdżający do bocznego ganku, wyłącznie dla 
interesów, skąd było osobne wejście do poczekalni i gabinetu Kościeszy. Ze 
schodów zbiegł szybko Olelkowicz, lokaj sprowadzał starszego pana do powozu. 
Tarłówna nie mogła dojrzeć twarzy Andrzeja, poznała jedynie po ruchach, że był 
wzburzony. — Odjeżdżają! — krzyknęła jak w obłąkaniu — to już po wszystkim, po 
wszystkim... Zaniosła się okropnym płaczem. * * * Gdy powóz ruszył, Konstanty 
Olelkowicz rzekł ze zgnębieniem: — Nie miał żadnych argumentów. A jednak?... 
Straszny człowiek! W tym jest prywata, osobisty, haniebny cel. Przejrzałem go na 
wylot... Tylko to! Ale... tym okrutniejsze. Co teraz?... Andrzej spojrzał na 
stryja wścielkle. — Jej się nie wyrzeknę! Tym bardziej i jak najprędzej wyrwę ją 
stąd. Dosyć polityki! Z podłością postępuje się bez żadnych względów. — Co 
zamierzasz uczynić? — To co mi już jedynie pozostaje. Wyczerpałem się. — Będę 
spieszył się, bo on ją wywiezie. Nagle zerwał się, stanął w powozie, wzniósł do 
góry krzepkie ramiona i z zapałem, z szalonym wybuchem temperamentu huknął 
głośnym, zwycięskim okrzykiem: — Nie zdzierżysz mnie, panie Kościesza!... Nie 
zdzierżysz! XXIII I zakrakał kruk czarny... Tarłówna spłakana i drżąca z 
wewnętrznego niepokoju i druzgocących ją złych przeczuć, pisała list do 
Andrzeja. Chciała prawdy od niego, wykrycia nieznanej dla siebie zagadki rozmowy 
z ojczymem i jej wyniku. Niespodziewanie stanął przed nią Kościesza, jak tygrys 
cicho wsunął się do jej pokoju. — Co to piszesz, Aneczko? Andzia powstała 
gwałtownie. Od razu spostrzegła, że ojczym sili się tylko na spokój i łagodność. 
Zlękła się jego twarzy. — Jestem dziś bardzo zmęczony, tyle miałem różnych spraw 
i... przykrych. Podobno widziałaś się, Andziu, z Hadziewiczem? Wyobraź sobie, że 
ten... no, śmiało mogę nazwać łotr... Tarłówna zatrzęsła się. — Niech ojczym nie 
kończy, proszę; wiem, że Hadziewicz podziękował za posadę, uważam go zawsze za 
najuczciwszego człowieka, serdecznie go żałuję i jestem przekonana, że ojczym 
zrobi wszystko, aby go zatrzymać. Jaka była rozmowa ojczyma z panem Olelkowiczem 
i jego stryjem? — zagadnęła znienacka. Kościesza poczerwieniał. — Ach, więc ty 
wiesz?... — Widziałam ich wyjeżdżających. Przyjechali tylko do gabinetu ojczyma 
jakby jacyś interesanci. Rozumiem ich postępowanie i domyślam się, co ich do 
tego skłoniło. Kościesza usiadł i przymknął oczy. — A może się mylisz? — Nie 
grajmy komedii — zawołała. — Co ojczym odpowiedział Andrzejowi? — To, co i 
zawsze, nieodwołalnie i już ostatni raz — rzekł sucho. Ugięły się nogi pod 
Andzią. — Tak mu ojczym odpowiedział?... A on... on się na to... zgodził? — 
Musi! Krótko i stanowczo... musi! Tarłówna zapłonęła jak pochodnia, zdawało się, 
że krew ją zaleje, że tryśnie z niej ogień. Wyrzuciła z szalejącej piersi wrzące 
słowa: — Nigdy! To nieprawda! On się nie zgodzi, on się nie wyrzeknie mnie!... 
Zanadto się kochamy... aby czyjaś wola nami rządziła. Ojczym nie może nam 
zabronić pobrania się. Jakie powody... jakie powody? Proszę mówić!... Nie ma 
żadnych, wszystko za nim przemawia. To nieuzasadniony kaprys... Kościesza 
wstał... — To moja wola, nie kaprys. Rozumie panna?! Nie wyjdziesz za niego, bo 
ja nie pozwolę. Więcej już go nie zobaczysz. Wyjeżdżamy stąd na cały rok, może 
na dłużej. Olelkowicz zrozumiał, że wszystkie jego zabiegi poszły na marne. 
Zrozumiał nareszcie, przekonałem go. — Kłamstwo! — krzyknęła Andzia — Andrzej 
nie dał się przekonać. — Więc musi ulec. — Nie ulegnie na pewno! — Moja wola 
złamie go. — Ani Andrzeja, ani mnie, proszę wierzyć. Kościesza dramatycznym 
ruchem załamał ręce. Uderzył w inny ton. — Jakaś ty łatwowierna!... I cóż, 
zabijesz się, jeśli on cię szukać więcej nie będzie? On się pogodzi z 
koniecznością, a ty sama będziesz o niego kopie kruszyła? — Powtarzam, nie 
grajmy komedii — zawołała — wiem, co sądzić o Andrzeju i ojczym również wie to 
dobrze. On nie ustąpi! — I ty dziewczyno myślisz, że on cię kocha tak szalenie, 
że chodzi mu tylko wyłącznie o ciebie! Ach idealistko!... — Już i ten zwrot znam 
dobrze, nieraz się powtarzał. Andrzej jest ode mnie dwukrotnie bogatszy, jeśli o 
to chodzi. A zresztą ufam Andrzejowi więcej... niż wszystkim. Nic tej wiary nie 
zniweczy w mej duszy, to daremne. Kościesza wyprostował się dumnie. — Ach, więc 
mu wierz, ale żoną jego nie zostaniesz! Był u mnie, był ze swym stryjem, obaj 
parlamentowali zawzięcie, stary prosił, żądał argumentów, dlaczego nie pozwalam; 
młody rzucał się jak lew, chciałem chwytać za rewolwer przed tym twoim 
ukochanym... Ha, ha, ha!... Cóż się stało?... Odjechali z kwitkiem, nie dałem 
żadnych wyjaśnień, nie wyjawiłem powodów. — Bo ich nie ma! — krzyknęła Andzia 
przez łzy. Kościesza z wykrzywioną zwierzęco twarzą chwycił ją za ręce i ścisnął 
jak w kajdanach. Zasyczał tuż nad nią: — Tak, tak... bo ich nie ma! Żadnych nie 
ma, a pomimo to ja nie pozwalam. Rozumiesz mnie teraz?! Tarłówna rozpłakała się. 
— Nic... nic nie pomoże... — łkała — nie wydrze mi ojczym serca, zawsze kochać 
Andrzeja będę całą duszą, całym... całym sercem... i choćby mnie więzili... 
choćbym umierała tylko on... tylko Andrzej... mój... mój... Wyrwała ręce z 
uścisku Kościeszy i zakryła oczy. Szlochając podniosła głowę do góry, usta jej 
mokre, paliły się żarem i rozwarte lekko dyszały namiętną rozpaczą. Przegięta w 
tył jak dziecko płaczące, ukazywała w całej świetności smukłą, a toczoną jakby 
ręką snycerza figurę dziewczęcą, uwypukliła się w tym ruchu drobna a kształtna 
jej pierś i z szybkiego oddechu falowała ślicznie. Czar bił od niej potężny, 
nawet płacz jej miał urok. Świeżość, uroda — podziałały na Kościeszę. Skoczył 
jak ugodzony. Zatrzymał się, ręce mu drżały, twarz zeszpecił konwulsyjny skurcz. 
Przybliżył się do niej ze zniżoną głową, z oczami zbielałymi i jakby we mgle, 
usta dziwnie rozsunięte bydlęcy miały wyraz. Był jak potworny tur zbliżający się 
złowrogo do swej ofiary. Drżał cały, podniecony bez granic, wargi mu zsiniały, 
czoło osiadły gęsto sino_czerwone sznury żył, policzki skłębiły się w jeden 
wstrętny węzeł. Bladoszary jak glina, lśnił potem, przerażał wyglądem. Zmagał 
się z sobą demonicznie, trzymał samego siebie na mocnym łańcuchu, ale szarpał 
go, gryzł z wściekłości, topił tę zaporę w ogniu własnej krwi, gigantycznie 
rozkipiałej, rozbestwionej do okrucieństwa. Drażniły go pęta. I... zerwał 
hamulec. Z pomrukiem zdławionym rzucił się na Andzię, jak wąż boa dusiciel, 
zamknął ją silnie w swych ramionach, zgniótł, ogarnął całą, że nie mogła 
krzyknąć, ani oddychać. W pierwszej sekundzie straciła jakby przytomność, lecz 
wnet myśL obłędna zawirowała w jej głowie, że on ją chce dusić, że ginie... 
Szarpnęła ramiona, bez skutku, ściskały ją jakby żelazne klamry. Jęknęła 
boleśnie. A wtem twarz jej sparzył rozpłomieniony oddech jego i spadły na nią 
gwałtowne pocałunki dyszących warg. Spadły na oczy jej, na policzki, czoło i 
porwały z dziką pasją usta jej dziewicze. Wówczas pełna wstrętu z całej siły 
pchnęła go, ale nawet się nie zachwiał, przycisnął ją ponownie i usłyszała jego 
szatański świszczący szept: — NIe dam cię nikomu... zostaniesz ze mną na zawsze. 
Jutro jedziemy za granicę, czy chcesz, czy nie chcesz, wszystko jedno! Tyś moja 
i dla mnie!... Tylko dla mnie!... Nikt mi cię nie wydrze! Tarłówna krzyknęła 
przeraźliwie. Słowa Lory Smoczyńskiej wypowiedziane w Wilczarach zahuczały 
huraganem w jej mózgu. Z niebywałą zręcznością wyślizgnęła się dołem z jego 
ramion jak węgorz i umknęła z pokoju. Kościesza stał półmartwy, nagłe 
opamiętanie skalpowało mu głowę zimnym nożem przerażenia, poczuł bezmierne 
osłabienie, ból przemożny rozsadzał mu skronie, zachwiał się w kolanach. Zrobił 
parę kroków i ciężko padł na jakiś fotel. Przedmioty latały mu przed oczyma. — 
Czy ja jestem chory?... Ja... chory?... Rękę podniósł do czoła, ale i ramię 
zwisło mu bezradnie. Złożył dłonie na kolanach i siedział cicho, czekając, aż 
minie odrętwienie. Pogrążył się w przykrej kontemplacji własnej, brutalnej 
nieostrożności. — Za wcześnie wybuchłem... to źle... — kołatała głucha myśl. * * 
* Handzia jednym pędem, bez tchu wpadła do ciotki Smoczyńskiej. Zastała tam 
Jasia, przestraszyli się jej wyglądu. — Czy Hadziewicz pojechał? — krzyknęła. — 
Hadziewicz odjeżdża po obiedzie. Co tobie Andziu?... — Gdzie on jest?... — W 
stołowym pokoju rozmawiał z panną Eweliną. — Idź i proś go do mnie, ale zaraz. 
Smoczyński wyszedł szybko. Andzia zadyszana przypadła do ciotki. — Ciociu, nie 
mogę teraz, ale jeśli zechcesz przyjeżdżaj do Toporzysk. — Co tobie? Zwariowałaś 
Anka? — Ach, ciociu, okropność! Boże, ja naprawdę oszaleję! Zapłakała rzewnie. 
Powrócił Jan z Hadziewiczem. Tarłówna podbiegła do starego. — Panie drogi, na 
obiad nie czekamy, jedziemy zaraz, natychmiast. — Dokąd?... — Do Toporzysk. 
Proszę o nic nie pytać, tylko prędko... prędko!... Inaczej nie mogę, to jedyny 
ratunek. Bóg mi pana zesłał, to opieka mamy nade mną... — Ależ detyno, 
serdeńko... — Jedziemy natychmiast! Niech pan każe zaprzęgać prędko, 
bezzwłocznie!... Zaklinam na pamięć mej matki, proszę śpieszyć. Niechże mi pan 
będzie opiekunem! Na miłość Boską prędzej. Hadziewicz nie pytał więcej, 
zrozumiał i spiesznie wyszedł. Tarłówna wzięła Jana za rękę. — Jasiu wierz mi, 
nie mogę inaczej, jutro byłoby za późno, siłą chce mnie wywieźć za granicę. 
Jeśli by tu jakaś... przykrość wam od niego, o niczym nie wiecie... Pamiętaj. 
Uścisnęła Jana, ucałowała ręce zdumionej ciotki, pobiegła cicho do garderoby po 
ubranie i gdy żegnała się z panną Eweliną, zupełnie nieprzytomną ze strachu, 
wpadł Hadziewicz. — Konie czekają koło bramy ogrodowej, nie kazałem tu 
podjeżdżać, bo może... — To dobrze, bardzo dobrze! Wyszła śpiesznie. Za chwilę 
czwórka tęgich cugantów w obręk do bryczki bałagulskiej zaprzężonych gnała 
wyciągniętym kłusem w stronę najbliższej stacji kolejowej. — Kiedy będziemy w 
Toporzyskach? — spytała Tarłówna. — Jeśli zdążymy na kurier o czwartej, to jutro 
rano koło dziewiątej staniemy na miejscu. — Musimy zdążyć koniecznie. Ach, to 
byłaby katastrofa, gdyby nie... — I tak będzie katastrofa. Nie zazdroszczę tym, 
co zostali w Turzerogach. Tam się zrobi piekło. Andzia modliła się cicho. — Ale 
powiesz mi detyno... jaki powód tego skandalu? — spytał Hadziewicz szeptem. — Bo 
to, serdeńko, zawsze skandal. Powiesz mi... — Powiem jak ojcu rodzonemu. — Niech 
cię Bóg błogosławi. Zanim nas pan Kościesza uwolni z Toporzysk, będziemy dla 
ciebie z moją żoną — ojcem i matką. XXIV Nad Słuczą W osobnym przedziale Andzia 
wciśnięta w kątek ławki oddawała się smutnym rozmyślaniom. Wyznała Hadziewiczowi 
rozmowę z Kościeszą, podkreślając głównie fakt, że ojczym chciał ją przemocą 
wywieźć za granicę i kategorycznie orzekł, że na związek z Andrzejem za nic nie 
pozwoli. Jednakże Hadziewicz z niektórych jej niedomówień i z jej zakłopotania 
łatwo dopowiedział sobie resztę. Domyślił się wiele po jej wzburzeniu, przed 
ucieczką z Turzerogów, teraz umocnił straszne swe posądzenia i... zadrżał ze 
zgrozy. — Myślałem, że on łakomy tylko na majątki, a ta bestia... ot hańba!... 
Handzia była w rozterce. W podnieceniu opuszczała Turzerogi, pragnąc tylko, aby 
Kościesza jej nie dogonił i nie zawrócił despotycznie z powrotem, lecz gdy już 
pociąg ruszył, ścisnęło się serce dziewczyny bólem, owiał ją przykry niepokój, 
aż dławiący, poczucie samotności, żal za domem. Wszystkie te uczucia 
rozszlochały się w niej i jęły dokuczać. Oczy zmarłej matki prześladowały ją, 
oczy smutne, pełne wymowy tak plastycznej, jakby żyły i troszczyły się o córkę. 
Andzia modliła się do matki, błagając jej ducha o ratunek, o radę. Co teraz z 
nią będzie?... Jest bezdomna, bo jakkolwiek jedzie do swego majątku, ale będąc 
niepełnoletnią nie może go jeszcze objąć we własne posiadanie. Podlega prawnej 
opiece Kościeszy i przygodnej Hadziewicza. Ojczym na mocy prawa może ją znowu 
styranizować. Administrator, człowiek bardzo życzliwy, ale obcy, przy tym 
wymówił już posadę w Toporzyskach i Kościesza pozbędzie się go w każdej chwili. 
Więc nie ma oparcia?... Jechać do ciotki, Hołowczyńskiej, jedynej krewnej 
daleko, aż na Podlasie, niemożliwe! Stara kobieta nie zrozumiałaby tragedii 
Andzi, przeciwnie byłaby oburzona za śmiały, ryzykowny krok dziewczyny. Zresztą 
Tarłówna znała tę ciotkę bardzo mało. Miała więcej zaufania do Hadziewiczów. Ale 
co będzie potem, co się stanie? Znajdzie oto w Toporzyskach ucieczką chwilową, 
pierwszy instynkt samoobrony tam wskazał jej drogę, lecz co dalej... Wszak to 
nie załatwia sprawy. Hadziewiczowie nie mogą być stałymi jej opiekunami, choć 
obecnie są jedynymi. Jest ktoś inny, najbliższy i najdroższy... Andrzej. On ją 
weźmie w opiekę, a wówczas już może być spokojna. On się nie ulęknie Kościeszy, 
nikogo, wezmą ślub i na wieki całe będą razem, nierozerwalnym połączeni węzłem. 
Potężny przypływ uczucia rozkołysał serce Handzi. Zapragnęła całym swym 
jestestwem widoku ukochanego. Aby on był z nią, aby jak najprędzej! Zawiadomić 
go zaraz, natychmiast o swym wyjeździe z Turzerogów. Przyjedzie do Toporzysk, 
Andrzej drogi, Jędrek, Jędrek serdeczny! — wołało żywiołową mocą w 
rozegzaltowanej duszy dziewczęcej. Andzia nie myśląc już o swych smutkach, nie 
rozważając przykrego położenia, żyła nadzieją, że oto idzie ku niej ogromne 
szczęście, że teraz zabłyśnie radość i wesele, i stanie się niezmącone, 
niewysłowione, ich własne. Hadziewicz zdumiał na widok zmiany, jaka w niej 
zaszła; zdawało się, że zorza poranna skierowała na nią swój złotoróżowy wzrok. 
Gdy spytał ją o powód tej świetlistości wewnętrznej, odrzekła wesoło, z 
uśmiechem pełnym pogody. — Bo nie mam się czego martwić, teraz zobaczę pana 
Andrzeja i... on już mnie nie opuści. — Oj to, to, detyno, serdeńko, takiej 
opieki ci potrzeba. A przemożna to tarcza i bezpieczna. Ho, ho!... * * * Andrzej 
Olelkowicz po powrocie z Turzerogów zamknął się u siebie rozwścieczony. Pomimo 
próśb i tłumaczeń stryja, który wstrzymywał bratanka od kroków gwałtownych, 
młody pan postanowił nieodwołalnie porwać Andzię. Zapowiedział stryjowi, że 
zawiezie Tarłównę do Krasnosiełek, gdzie ciotka zaopiekuje się dziewczyną do 
czasu ślubu, ten zaś nastąpi prędko, bo Kościesza w takich warunkach zmuszony 
będzie ulec. Andrzej nie dbał o skandal, nic go świat nie obchodził, pragnął 
tylko wydrzeć Andzię z tej jaskini węża, bo przeczuł już, odgadł wyraźnie jego 
bezczelny plan. Że Andzia zgodzi się na ten średniowieczny sposób zdobywania 
szczęścia, nie wątpił, wiedział, że ufa mu i kocha go nade wszystko. On szalał 
za nią. Przez czas walki i ciągłych zmagań się, przez tęsknotę, miłość jego dla 
niej osiągnęła zenit, nie rozumiał życia bez niej, była dlań jedynym celem, 
natchnieniem jego ducha. NIe czuł się na siłach dłużej prowadzić bezskutecznej 
walki i... nie miał cierpliwości, tym bardziej, że Kościesza sam mówił 
niedwuznacznie, iż chce wyjechać, a nie pojedzie przecież sam. Skryje ją gdzieś 
za granicą i będzie ją bezpiecznie osnuwał siecią swej podłej intrygi. Więc nie 
tylko porwać ją dla siebie, ale trzeba ją ratować. Co powie na to opinia ludzka, 
to drobnostka. Jeśli wśród ludzi kulturalnych nie ma porywań, to niechże nie 
będzie i takich barbarzyńskich jednostek, jak Kościesza. Wobec podobnych typów 
tylko gwałt jest możliwy. Postępował dotychczas jak człowiek etyczny, lecz 
ignorowano wszelkie jego normalne zabiegi, zbezczeszczono jego honor i 
szlachectwo, sponiewierano jego miłość. Dobrze! Stanie się teraz mniej 
kulturalny, zabili w nim światowca, będzie dzikim najeźdźcą. Ale dopnie swego! 
Olelkowicz po paru godzinach samotności wezwał Fedora i odbył z nim tajną, 
krótką rozmowę, po czym osobny posłaniec pojechał do Grześka. Gdy zapadł gęsty 
zmrok wrześniowy, Andrzej miotał się straszliwie, targał nim niepokój i 
piekielna podnieta. Grześ przyjechał późnym wieczorem. W gabinecie Olelkowicza 
Fedor i borowy wilczarski słuchali rozkazów młodego pana, przejęci swą rolą 
niesłychanie i tak pewni siebie, jakby podobne wyprawy awanturnicze były ich 
powszednim chlebem. Plan polegał na tym, że Grześko miał się wślizgnąć o świcie 
do ogrodu turzerogskiego i rzucić kartkę do okna Andzi, wzywając ją do wyjścia 
nad stawy, gdzie była zupełnie głucha, nieuczęszczana część parku. Tam miał 
czekać Andrzej, opodal za pasieką krzewów zarośniętą gęstwiną, Fedor z końmi, 
czwórką najprzedniejszych biegunów prokopyszczskiej stajni, zaprzężonych do 
zakrytego powozu. Zależało wszystko od zręczności Grześka i zgody Andzi, lecz o 
to Andrzej nie miał obaw. Grześko zaś wybornie pojmował swe wielkie 
posłannictwo. Olelkowicz postanowił wyjechać za parę godzin. Młody pan 
zahartowywał w sobie zimną krew, zmuszał do spokoju rozhulany temperament i 
werwę junacką, wichrem pędzącą go naprzód. Na krótko przed wyjazdem wręczono mu 
telegram. Rozerwał kopertę niecierpliwie. Pewno jakieś majątkowe głupstwo — 
pomyślał niechętnie. "Wyjechałam z Hadziewiczem do Toporzysk. Anna." Przeczytał 
i zmartwiał. Krew zastygła mu w żyłach. Nie zdołał na razie zorientować się, kim 
jest Hadziewicz, którego nie znał, ale od razu pojął, że stało się coś 
strasznego i że to nie wyjazd, lecz gwałtowna ucieczka. Zamiar porwania runął w 
gruzy jednym zamachem, lecz mógł runąć z innego powodu, gdyby Kościesza wywiózł 
Andzię. Andrzej krzyknął donośnie, bez treści, jedynie pod wpływem gwałtownego 
zdenerwowania. Wypełniło go na wskroś szczęście, że ona jest już wolna od 
Kościeszy. Wpadł do Grześka i spytał porywczo: — Kto to jest Hadziewicz? — Pan 
Hadziewicz? A toż pełnomocnik Toporzysk i Drakowa. — Prawda, prawda! 
Zapomniałem!... Konie dla mnie, żywo Fedor!... — Już, jasny panie? Czy i my?... 
— Nie pojedziemy tam... Jadę na dworzec! Hej! Ani minuty dłużej. Konie! 
Olelkowicz gorączkował się. Unosił go zapał. — Zuch moja dziewczyna! Handziu, 
Handziu! — zawołał entuzjastycznie opuszczając Prokopyszcze. * * * Cichy, złotem 
przytykany, pełen sytości jesiennej wieczór nad Słuczą był świadkiem ich 
spotkania. Powitali się tak, jakby sam Bóg złączył im ręce. Dostojna chwila 
zwiesiła nad ich rozmarzonymi głowami baldachim szczodrych i nwzniosłych upojeń, 
sypały się zeń róże karminowe, pogrążając serca tych dwojga w aromacie 
rozkosznych uczuć, przeżyć jedynych na świecie, natchnień bezkresnych. Dusze ich 
spoiły się, zatonęły w sobie i wzajemnie piły czar. Wszechmocna miłość 
rozwinięte swe kielichy, słodyczą nalane, chyliła ku nim hojnie, by czerpali 
miód ziemski, bogom przynależny. Sączyła im kroplę po kropli słoneczny płyn 
ideałów, w bieli kwiatów poczęty, dla wybrańców przeznaczony. Dla tych, co 
potrafili go odszukać, przepyszną koronę kwiatu roztulić i wydobyć 
najszczytniejszą esencję. Biel cudnego kielicha miłości znaleźli i zdobyli, 
niepokalana była barwa ich miłosnych zachwytów, lecz pijąc dłużej z tej 
królewskiej czary, purpurą jęli ją okraszać, gorącą falą własnej krwi rumienić 
jej płatki, by stała się tak pełna życia jak pełna była ideałów. Takie bogate, 
magnackie kwiaty odczuwali w sobie, kwitły im one w oczach zawrotnie miłujących 
się, kwitły na ustach i stąd najsilniej nasiąkały szkarłatem. Andzia poczuła w 
sobie niebywały żar, coś w niej kipiało. Odmiennie uderzały młode tętna. Andrzej 
zarażał ją własnym huraganem pożądań. Przyszedł na nich moment niezwykłych 
zjawisk, gdzie już nie wystarczała sama biel kwiatu miłości, gdzie już nie tylko 
dusze mówiły, ale krew hucząca, młoda jak maj, a świeża, a wartka, a rozpalona 
podnietą wołała ku sobie, hasła swe wyzywając... Nurzali się w szczęściu, 
zajaśniało im ono nagle po dniach mroków i tęsknoty. Odświeżali wspomnienia 
wiosenne, w zagrodzie Grześka przy Watażce. Teraz zwierzali Słuczy swe wyznania, 
pragnienia i szał wrzących serc. A rzeka zbierała te wonne okruchy na fale 
błękitnozłote i niosła je hen, z szumem zapienionych nurtów w dal szarawą. 
Gwarzyły fale do wtóru ich pieśni, gędźba rzeki była akordem do melodyjnych nut, 
które oni tworzyli jak wirtuozi. Ognistość rzeki dostrajała się do ich fantazji 
twórczych, dźwięczały im rapsodie, burzliwe tą rozkoszną zawieruchą, jaką budzi 
miłość. Epopeę duchową wznosili do szczytów, błądząc niby w złocistym tumanie z 
tym swoim poematem_cudem i z uśpioną chwilowo beztroską. Dwa duchy uniesione w 
przestwór — to oni, z ziemi wzięli tylko to, co jest najpiękniejszego: ogień i 
purpurowe kwiaty. Białe lilie znajdą i w obłokach. Hadziewiczowie patrzyli z 
radością na ekstatyczną miłość młodych. Trapiły ich tylko obawy, kiedy i jak 
mniej błękitna rzeczywistość ukaże swe oblicze. A może ta jasność już na zawsze 
rozproszy mroki?... Czy możliwe jest na świecie prawdziwe szczęście?... Czyżby 
ci młodzi odkryli skarb... czy na długo?... Wszak nawet słońce chmurami się 
zasnuwa... Staruszkowie wierzyli w złotą nić przeznaczenia młodych. XXV Przełom 
złowrogi Kościesza ocknąwszy się z długiego odrętwienia zauważył najpierw list 
Andzi do Andrzeja nie skończony, zapomniany na biurku. Przeczytał go, zmiął w 
dłoni i chciał poszarpać, lecz się wstrzymał, wyprostował arkusz i odłożył na 
miejsce. Wolnym, ciężkim krokiem opuścił buduarek, poszedł do siebie. Godziny 
mijały. W pewnej chwili Kościesza zdziwił się, że nie proszą go na obiad. W domu 
panowała wyjątkowa cisza. Mało go to na razie obchodziło. Przed wieczorem 
zaledwo wyszedł na zwiady. Pierwszego spotkał Filipa. — Cóż tak wybałuszasz 
oczy? Masz baranią minę. Czy pełnomocnik z Toporzysk wyjechał? Służący zdrętwiał 
zupełnie. — Wy...jechał. — Czy to dziś nie było obiadu? Milczenie. — Cóż ty 
język zjadłeś? Gadajże! — Był. — Gdzie jest panienka? — Nie... nie wiem. 
Kościesza rzucił ramionami z pasją i poszedł wprost do panny Niemojskiej. 
Znalazł ją u Smoczyńskiej. Obie kobiety przeraziły się jego wejścia. Kościesza 
stanął na progu i rzekł sucho do Eweliny: — Niech pani zajmie się wyekwipowaniem 
Andzi, trzeba rzeczy spakować dla niej i dla mnie, jutro przed południem 
jedziemy. Cóż panie tak na mnie patrzą, jakbym zmartwychwstał? Co tu się dzieje 
dzisiaj?... Kobiety milczały, żadna słowa nie mogła wypowiedzieć. Kościesza 
trzasnął drzwiami i wyszedł szarpiąc brodę, już z pewnym niepokojem. Spotkał 
Januszka na ganku, zauważył, że chłopak również patrzy nań spode łba i ma 
zapłakane oczy. Nagłe, okropne jakieś przeczucie targnęło Kościeszą. Porwał 
malca za ramiona i wrzasnął mu nad uchem: — Gdzie Andzia??... — 
Wyjech...a...ła!... — Dokąd?! — Z panem... Hadziewiczem... — Co?!... Co!?... 
Ramiona mu opadły, chłopak skorzystał z tego i umknął jak wiewiórka. Kościesza 
stał niby słup z wytrzeszczonymi oczami i rozwartymi ustami. — Uciekła ode mnie, 
uciekła — huczało mu w głowie. Zerwał się z nieludzkim rykiem i wpadł do domu. 
Zawrzało tam piekło, jak słusznie zgadywał Hadziewicz. Kościesza z furią runął 
do pokoju Smoczyńskiej i zrobił tam taką burzę, że chora kobieta zemdlała. Panna 
Ewelina i Jan cucili ją, sami sterroryzowani przez pana domu. Dostało się i 
Januszkowi i służbie, nawet pan Kadłubek, Bogu ducha winien, wysłuchał gorzkich, 
niedelikatnych wymysłów właściciela. Kościesza ariował, chciał wysłać pogoń za 
Andzią, lecz sam się spostrzegł, że ona już jedzie koleją i że on ze swą pogonią 
narazi się tylko na śmieszność. Rozumiał, że najlepiej będzie zachować pozory i 
nie robić takich burd, obojętnie przyjąć wiadomość... Ale stało się. Gdy Nicyfor 
z końmi powrócił z kolei, Kościesza znowu stracił władzę na sobą; wygrzmocił 
stangreta laską i wówczas już, jakoby uspokojony, zamknął się u siebie 
przeżuwając ciężkie myśli, zionąc przekleństwa. Łamał ręce, brodę rwał całą 
garścią, zaciskał okrutnie zęby i tak w czterech ścianach gabinetu tłukł się 
niby zwierz rozjuszony, to znowu zastygał, martwiał i zacisnąwszy ręce na 
kolanach, zamykał oczy. Wwóczas mięśnie twarzy kurczyły się z taką nerwową 
gwałtownością jakby rozsadzały ciało. Myśl nieznośna o przerażającej prawdzie 
waliła go w mózg taranem. Zuchwałość Andzi niepojęta, nigdy nawet nie 
przewidywana, ciosem była dla Kościeszy. Nie potrafił logicznie rozważać faktu, 
czuł obuch nad sobą i ten go miażdżył. Złośliwy demon wyzierał z kątów pokoju, 
cieniem wieczornym osnutego i urągał mu... szydził... wyśmiewał: ...Chciałeś ją 
wywieźć, oto uprzedziła cię, uciekła... ...uciekła od twych planów zaborczych, 
od ciebie, od ojczyma, opiekuna... ...Uciekła do swego majątku. ...Zakpiła z 
ciebie, nie poddała się twoim zamysłom... może je odgadła?... ...Odtrąciła z 
obrzydzeniem twe ramiona, ohydne były dla niej. ...Ha, ha! Teraz znajdzie ją 
Olelkowicz... ukochani się spotkają... ...Broniłeś... groziłeś, chciałeś być dla 
nich prawem i siłą, otóż pominęli cię... miłość stała się ich wyrocznią. ...Nie 
skułeś jej w kajdany, rozszarpała więzy, ciebie zaś zostawiła w błazeńskiej 
masce. Ach, tyranie, jekiś ty śmieszny! — drwił demon — skaczesz z gniewu, 
pienisz się, wyjesz, gromisz ludzi... ...O... o... patrzcie... August na arenie! 
...Jakiś ty śmieszny! Ona już daleko w swym spadkowym majątku, który ci tak 
zapachniał. Ciąłeś lasek, ładowałeś kieszenie pieniążkami. Och, jak to 
smakowało! Ona to zobaczy, jej to pokażą... Jakież będzie miała genialne 
wyobrażenie o twej uczciwości, jak ci zacznie ufać. ...O! Jak cię będzie 
szanowała... Ha, ha, ha! Ha, ha, ha!... Szatan bryzgał cynicznym śmiechem i 
ciskał w uszy Kościeszy kpiące szepty, naigrawał się z niego. ...Olelkowicz z 
nią będzie, pojedzie tam bez skrupułów, zaręczą się. ...A ty, a ty?... Jakaż to 
twoja mina teraz wobec Olelkowicza i Andzi? Chciałeś ich zmusić, do własnej woli 
nagiąć, a oto oni ciebie zmuszą, teraz ustąpisz. Musisz! Ha, ha!... ...Ty... i 
musisz ulec!... Kościesza myślał chwilami, że oszaleje. Nigdy dotychczas nie był 
tak złamany, nigdy nie czuł tak dotkliwie własnej nicości, bezradności i 
upokorzenia. Całą noc nie wstał z fotela, następnego dnia torturował swą duszę w 
dalszym ciągu. Kłębowisko najróżnorodniejszych myśli, projektów kłóciło się ze 
sobą, nie dając rezultatów. Pojechać tam, zabrać ją przemocą z powrotem... 
styranizować... A Olelkowicz? On tam jest... Z nim zadrzeć? On jej sobie odebrać 
nie pozwoli. Teraz on ma przewagę. ...Zresztą i ona, skoro uciekła, nie powróci 
tu, nawet pod presją. Nie jest pełnoletnia, można ją zmusić prawnie. A 
Olelkowicz... znowu ostrzeżenie. Ten potężny panek w okolicy świat poruszy, lecz 
jej nie odda. Zresztą skandal. Dosyć jednego. Tarłówna uciekła od ojczyma i... 
przed ojczymem — rozniesie się po okolicy... już pewno wieść niesiona z ust do 
ust grzmi naokoło... Wywoływać nowe awantury? Jakiż cel? Chcesz być błaznem do 
końca? Dalejże! Hej! Pozwól sobie — drwił demon. Cóż pozostaje? Ty... Kościesza, 
musisz się upokorzyć, jechać tam, do niej... do nich i pozwolić na małżeństwo 
jej z nienawistnym Olelkowiczem. Z uprzejmą miną, z ojcowską powagą... Ha, ha, 
ha! — śmiał się demon. ...I pobłogosławić młodym z ojcowskim namaszczeniem. Jak 
czuły ojciec... ha... ha! — znowu śmiech. — Piekło! — krzyknął Kościesza. Demon 
rechotał, a oto wizja stanęła przed ojczymem, zjawisko Izy. — Powierzyłam ci 
dziecko moje, co z nim zrobiłeś? Gdzie ono jest? Czy mało ci ofiary ze mnie, czy 
chcesz skatować i tę dziewczynę? — On ją właśnie hołubił dla siebie, głaskał... 
nie oddawał nikomu. Za bogata jest i... za ładna dla kogoś, ha... ha!... — 
wrzasnął demon. — Gdzie Andzia? Krzywdzisz ją Teodorze — głos zza grobu. 
Kościesza wzdrygnął się z przerażenia, uciekł z pokoju, wszędzie goniły za nim 
słowa Izy i śmiech demona. Tracił zmysły, nie wiedział, co się dokoła niego 
dzieje. Popadł w całkowitą obojętność na wszystko, co nie było myślą o Andzi i 
Olelkowiczu oraz o wybrnięciu z sytuacji. Nie zauważył nawet, że Jan Smoczyński 
zabrał matkę do Smoczewa, wyporządziwszy dla niej naprędce parę izb w czworaku. 
Po wybuchu Kościeszy pani Malwina nie sprzeciwiała się synowi. Jan pielęgnował 
ją, nie myśląc już na razie o wyjeździe na uniwersytet, rozgoryczony doszczętnie 
wyjazdem Andzi; nie miał jej tego za złe, pani Malwina również. Oboje rozumieli 
ją i żałowali. — Panna Ewelina chciała wyjechać, lecz Januszek był bez opieki, 
Jan bowiem rzucił posadę korepetytora. Zgnębiona wielce nauczycielka Tarłówny 
została w Turzerogach z powodu malca. Kościesza nic nie widział, nic nie 
słyszał, nikomu się też nie pokazywał. Gryzł własny gniew, miotał się w pasji i 
rozmyślał... rozmyślał. Przeszło kilka dni. Kościesza otrzeźwiał. Fakt wyjazdu 
Andzi ujrzał w pełnym świetle uspokojonych zmysłów. Zaimponowała mu podwójnie, 
ucieczką od niego i ukryciem się we własnym majątku, pod opieką administratora, 
który również imponował Kościeszy, rzucając dobrą posadę dla względów jakich pan 
Teodor nie rozumiał i nie uznawał. Odezwała się w tej dziewczynie stara krew 
Tarłów, wartka i dumna. Nic z nią nie poradzi. Zeszły się wybornie natury Andzi 
i Olelkowicza; tamten także wulkan! Jego postawa i groźne słowa podczas 
ostatniej rozmowy nie zapowiadały nic dobrego. Kościesza zląkł się: postanowił 
czym prędzej wywieźć Andzię, aż oto ona sama przecięła węzeł bardzo stanowczym 
ruchem. Kto wie, co by się stać mogło, do czego byłby zdolny ten młody, 
buńczuczny zapaleniec. Kościesza wściekał się na niego, lecz musiał go podziwiać 
na równi z Andzią. Z niesłychaną, drażniącą trzeźwością Kościesza zrozumiał, że 
nic mu już więcej nie pozostaje, jak tylko zgodzić się na ich małżeństwo. 
Zadrżał ze zgrozy na samą myśl o tym... wolałby śmierć Andzi... bo wówczas 
przynajmniej... — Ha, ha, ha! — zarechotał demon na nowo ocknięty. Kościesza 
zamknął oczy. Skowyczało mu w duszy, nie chciał za nic takiego ustępstwa, 
takiego pogromu na całej linii, ruiny wszystkich swych planów i nawet marzeń. 
Buntował się w nim dziki zaborca, chciwy spekulant i... zmysłowiec. 
Zbankrutował! Haniebnie przegrał. Co mu teraz pozostanie? Upokorzenie przed 
nimi, przed sobą samym i... tylko Turzerogi z folwarkiem, dla niego i Janusza. 
Zwalony został gmach przepyszny. Inny posiądzie wszystko to, co dla niego było 
treścią życia, a stało się fatamorganą w rozpalonej wyobraźni poczętą. I ją, 
Andzię, posiądzie Olelkowicz... — Jak śmiałeś nawet o tym marzyć... stary 
idioto... występek kazirodztwa!... — szeptało sumienie. Co tam występek, gwizdać 
na to! Wszystko obejść można, ale pełna kabza!... Tej się trudno wyrzec. Ona 
przepada, ha, ha, ha! — wył demon sarkastycznie. ...To zemsta za... Izę, 
twoja... Ananke... Zelektryzowały go te podszepty. Więc trzeba zdusić w sobie 
zawód, stłumić gniew, wyrobić spokój i załagodzić całą sprawę? Dla ludzi, dla 
świata! Zabrać ją do Turzerogów, tolerować ich narzeczeństwo... potem ślub... 
Nagle uderzenie myśli. Kościesza ścierpł, jakby stężał. Zacisnął powieki, ręce 
bezwładnie rozrzucone na poręczy fotela wykonywały jakieś niespokojne ruchy, 
palce jak szpony, kurczyły się i otwierały drapieżnie. Mózg jego pracował, 
przewalały się przez słoje potworne bryły szatańskich pokus. Czarny, lepki miał 
osiadł gęsto okopcając sumienie. Zamilkło zduszone. Cicho śmiał się demon, lecz 
już nie szyderczo, raczej tryumfalnie. Tragiczne oczy Izy, wizją pośmiertną 
wpatrzone w ojczyma Anny... zamarły po raz wtóry. Kościesza wciąż pracował 
mózgiem. W pewnej godzinie wstał, zimny, żelazny... jak dawniej. W oczach 
błysnął mu złowrogi kolec jak lśnienie sztyletu. Ściśnięta pięść spadła na 
biurko zdecydowanym rzutem. Zgadzam się. Jadę do Toporzysk, regulować rachunki z 
Hadziewiczem i zabrać... tamtych. Zgadzam się. * * * Powitanie Kościeszy z 
Tarłówną i z jej narzeczonym, w Toporzyskach odbyło się chłodno i ceremonialnie. 
Andrzej wytwornie spokojny, lecz sztywny czuwał bacznie i Kościesza to zauważył, 
młody pan trzymał go jakby w ryzach. Andzia widziała na twarzy ojczyma inny 
wyraz niż w oczach, prawie stale nieco zmrużonych. Nieźle udawaną uprzejmość 
psuły cynizmem skrzywione usta; cała otchłań obrazy i okrutnej złości była w 
przysłoniętych źrenicach. Zdobył się nawet na słowa, wypowiedziane szczególnym 
tonem protekcji łaskawej, ironii, pobłażania i niby dobrodusznej bezradności. — 
Tak państwo... obcesowo do siebie dążyli... tak romantycznie, że poniekąd 
przekonałem się do... waszych zamiarów i zezwalam. — Pobłogosław... ojczyku... 
opiekunie kochający... Benedictum!... Hi, hi, hi! — szydził złośliwy demon. Lecz 
nikt nie żądał takiej parodii. Andzia odczuła, ile kosztują Kościeszę te słowa, 
jego zgoda i przyjazd. Trochę żałowała go nawet. — Czy on to robi dla mnie, czy 
dla świata?... — myślała. Olelkowicz nie łudził się, uważał to za konieczny 
pozór. Gdy Kościesza wziął Andzię za rękę i chciał ją pocałować w czoło, 
wyprężyła się tak, że ledwo musnął ustami jej włosy. Z Olelkowiczem podali sobie 
ręce jak dwaj dżentelmeni, którzy się pierwszy raz widzą i już sobie nie ufają. 
— Życzę szczęścia — mruknął Kościesza, ale zamiast słów usłyszeli tylko lekki 
szumek z jego ust. Rzekł jeszcze: — Mam nadzieję, że oboje nacieszywszy się tą 
sielanką nad Słuczą powrócicie do Turzerogów. Tak wypada. Można i tam robić 
projekty matrymonialne. — Raczej oznaczyć dzień ślubu — poprawił Olelkowicz. 
Kościesza zacisnął usta. Andzia miała jeszcze ważną prośbę do ojczyma, pragnęła 
zatrzymać Hadziewicza w Toporzyskach, lecz ponieważ z tej kwestii mogłaby się 
wyłonić drażliwa sprawa rąbanego lasu, Andzia zatem, wiedziona wrodzoną 
delikatnością, postanowiła rzecz odłożyć na później tym bardziej, że Hadziewicz 
dopiero za parę miesięcy miał być uwolniony. Andzia instynktem czuła walkę 
Kościeszy, jego przełom. Miał już dość upokorzenia, nie trzeba dodawać mu 
więcej. Dziewczyna, będąc z natury łagodna i łatwo zapominająca wszelkie urazy, 
szczególnie teraz, pod wpływem rozkwitu swego szczęścia, chciała, aby dokoła 
było jasno i spokojnie. Dość rozterek, tęsknoty, dość smutnych i bolesnych 
przejść. Serce jej nurzało się w niezmiernej szczęśliwości, więc rozszerzyć tę 
promienność na otoczenie i już niech panuje niezmącona pogoda. Na różanych jej 
ustach jaśniał uśmiech cudowny, oczy czarne błyskały radośnie, pełna była 
słodkich ponęt i jak urocza pieśń melodią tchnęła. Do Kościeszy straciła 
zaufanie raz na zawsze, unikała go z zabobonną obawą i nie mogła już nazywać 
ojczymem, tytułowała go panem od pierwszej chwili spotkania w Toporzyskach. Tak 
pozostało. Przebywali jeszcze kilka dni nad Słuczą, gdyż Kościesza chciał do 
końca utrzymać wszystkich w mniemaniu, że przyjechał nie tylko po Andzię. 
Sprawdzał rachunki, zwiedzał majątki, zostawiając narzeczonych samym sobie, za 
to przynajmniej mogli mu być wdzięczni. Śledził ich jednakże w skrytości. 
Wszyscy razem powrócili do Turzerogów. Ślub naznaczyli za dwa miesiące, w końcu 
listopada. Kościesza nie mieszał się do niczego, pozostawał na boku. Andrzej 
przyjeżdżał do narzeczonej co drugi dzień, wówczas przebywali ciągle z sobą, 
snując cudowne plany przyszłości. Do Smoczewa nie zaglądali, krępowała Tarłównę 
obecność Jana, tylko gdy nie było Olelkowicza, Andzia pielęgnowała ciotkę, 
przesiadując u niej całymi dniami. Z Andrzejem unosiła się w cudne roztocze. 
Łączyła ich jednakowa bujność temperamentu, zapał młodzieńczy, wiara we własne 
ideały, szczytne poloty duchowe i bogate w fantazję marzenia. Andzia pragnęła 
być nie tylko dobrą żoną dla Andrzeja, lecz i znającą doniosłe swe stanowisko 
obywatelką kraju, położonego na kresach, zatem wymagającego tym bardziej 
kulturalnych idei. Kochali oboje lud wołyński i marzyli o tym, że wniosą w tę 
czerń dużo światła, dużo nieznanych tam dotąd przewodników cywilizacji. Razem 
tworzyli piękne projekty, kończąc je zawsze zapatrzeniem się we własne serca. 
Gubili się w swych oczach, niekiedy odnajdywali usta, rozkosz syciła ich wtedy 
hojną czarą. Kościesza nie patrzył, był obojętny, zimny granitowym chłodem. Ale 
widział i czuł wszystko. Myśli jego, błądzące pod czaszką, mógł odgadywać tylko 
złośliwy demon, prześladujący go stale. Ktoś, kto by go obserwował pilnie, 
zauważyłby może w jego półprzymkniętych źrenicach złowrogi kolec, połyskujący... 
jak lśnienie sztyletu. Nie gasł, przeciwnie, nabierał mocy na swym stalowym 
ostrzu. Pewnego dnia podczas bytności Andrzeja, narzeczeni, powróciwszy ze 
spaceru poszli do salonu. Kościesza zakradł się cicho do sąsiedniego gabinetu, 
idąc po dywanach bez szmeru. Stanął opodal drzwi i spoza portiery śledził Andzię 
i Andrzeja. Grali i śpiewali pieśni małorosyjskie, czasem tęskne lub szumne jak 
wicher stepowy. Kościesza słuchał. Nagle urwała się pieśń, Andrzej zawołał: — 
Handziula, zapomniałem ci pokazać fotografię Prokopyszcz. Obiecałem i 
przywiozłem. Własne zdjęcia. Stanęli oboje przy oknie. Olelkowicz wyjął paczkę z 
kieszeni ubrania, i pokazywał Andzi i objaśniał. Kościesza przysunął twarz do 
portiery i wstrzymując oddech patrzył. Andrzej stał za Andzią, trochę bokiem, 
tak, że jej prawe ramię opierało się o jego piersi, głową sięgała mu do szyi. On 
był nieco ku niej pochylony, ona profilem zwrócona do niego. Trzymała w rękach 
fotografie, które on jej podawał. Andrzej objaśniał: — To fragment z parku... — 
Jaki piękny! A ten biały zrąb muru, co to? — To altana starożytna: jest w niej 
studnia artezyjska. A to figura bogini Cerery, na gazonach, przed domem, od 
strony parku. Tu kwitną róże, mnóstwo róż i te nasze szkarłatne. Uśmiechnęli się 
do siebie. — To moje stado na pastwiskach. A tego jeźdźca poznajesz? — To ty, 
Jędrek, na Watażce! — zawołała Andzia. — Daj mi tę fotografię. — Weź wszystkie, 
przywiozłem dla ciebie. O patrz, to jest nasz dom. — Jaki ogromny i ocieniony! — 
Stare domostwo, samotne tymczasem. Ty, Handziuś mój, rozjaśnisz go, ukrasisz. 
Ty... ty... mój pąku szkarłatny! — zawołał z zapałem i otoczył ją silnym 
ramieniem, z wytworną delikatnością. Fotografie upadły na dywan. Andrzej wziął 
obie rączki Andzi w swe dłonie, przegiął się w prawo i w ruchu tym, tuląc do 
piersi, pochylił głowę nad jej twarzą. Ona podniosła ku niemu swój owal 
rozjaśniony i oczy zagłębiła w jego rozmiłowanych oczach. Śliczna była w tym 
przegięciu. Głowa jej strojna w ciężkie włosy czarne, okalające miękko drobną 
twarz i zwojem obfitym spływające na kark, tuliła się cicho do piersi 
narzeczonego. Oczy przymknięte, ocieniały długie, bujne rzęsy, usta lekko 
rozchylone, wyraz rozkoszy nieświadomej, jakby w pół dziecięcej w pół kobiecej, 
owiewał jej ładne rysy. Ruchy rąk podniesionych nieco i odwróconych dłonią, 
które Andrzej trzymał za palce, dodawały tej pozie uroku jakiegoś oddawania się, 
niewinnej a rozkosznej pieszczoty. Twarz Andrzeja wyżej, ponad dziewczęcą, 
dotykała ustami kącika jej ust, muskając policzek dziewczyny małym ciemnym 
wąsem. Oczy miał spuszczone, zatopione w jej rzęsach. Nie całował jeszcze jej 
warg różanych, upajał się tą wspólną chwilą oczekiwania. Kościesza patrzył i 
zaciskał zęby. Gniew szalony miotał nim, ale trzymał go na wodzy, chłonął 
wzrokiem piękną parę i tę pozę ich, nieco zmysłową, lecz pełną czaru. Patrzył na 
Andzię i pomimo piekła w duszy podziwiał ją. Była jakby opłynięta ciemną, lekką 
suknią, na piersiach szalowo skrzyżowana ciemna gaza przebłyskiwała dyskretnie 
różem ciała, odsłonięta głęboko szyja świeciła karnacją przepysznej, ciepłej 
bieli, wychylała się z obsłon gazy i jakiegoś brzeżka białej gipiury, podłużnie 
zamykającego wycięcie staniczka, jak muszla przejasna. Szyję toczoną i smukłą 
opinał sznur pereł, dar Kościeszy. — Umie się ubrać — myślał podglądający. — 
Skromnie, stylowo a kokieteryjnie. — Dla tamtego się ubiera. Z nienawiścią 
patrzył na Andrzeja. — Albo ten jak wygląda! Piękne czoło młodzieńca, z czupryną 
ciemną, wytwornie na boku rozdzieloną, sokole, silne brwi, rozpięte ciemnym 
łukiem nad nasadą rasowego, zgrabnego nosa, nadawały mu dzielnego wyrazu i 
szlachetności. Uśmiech rozkoszą tchnący i usta pełne, męskie, drażniące 
dziewczynę podniecająco, jakby dla wzmocnienia szału, gdy je wreszcie posiądzie 
zaraz... zaraz... Postać jego wysoka, mężna, lecz elastyczna, pochylona nad nią, 
spoza jej pleców, w ładnym przegięciu, miała w sobie zapał młodzieńczy, energię 
i zaborczość męską, przy tym zaś ruch niezmiernie subtelny, nawet łagodny i przy 
swej władności — słodki. Grupa ta, warta pędzla mistrza, amatora scen 
erotycznych o wykwintnym rysunku rozjątrzyła Kościeszę. Zatrząsł się w sobie. 
Chciał wpaść tam i zdruzgotać Olelkowicza, zabić go, sponiewierać. Stoczył z 
sobą walkę krótką, lecz okropną. I przemógł się. Prędko wstał, odchodził 
słaniając się, głusząc swe kroki, aby go nie usłyszeli. Odtąd unikał starannie 
spotkania narzeczonych, nie ręczył za siebie. Ale w oczach jego, zawsze 
przymkniętych, szatan rozpalał żagwie straszliwe, ostrzył coraz bardziej kolec 
złowrogi i jadem go zatruwał. XXVI Obława Biało_siwy szron osnuł delikatnie bory 
wilczarskie. Szron na drzewach. Gałęzie są jak z cukru, chrupkie i na wskroś 
białe. Cudnie wyglądają dostojne sosny, na których każda igiełka osobno 
powleczona jest szronem, każda stoi sztywno najeżona mrozem. Siwizny dostały 
poważne matrony leśne. Ale i dęby i buki prastare, toż samo oszronione 
doszczętnie cicho śnią. Wedle starej legendy, święty Marcin przyjechał nie na 
białym, lecz na siwym koniu i wszystko dokoła przybrało jego barwę. Cisza, aż 
ogłuszająca. Zapada wieczór. Stary borowy Grześko kroczył wolno do swej zagrody 
leśną drogą zwaną perekrestką. Wracał z Wilczar, gdzie zdawał relację o 
zwierzostanie, przed mającą nastąpić obławą. Strzelba na plecach i torba wielka 
i blachą herbową zakryte piersi tworzyły konieczny rynsztunek jego postaci. 
Szedł trochę zgarbiony, postękiwał lub mruczał półgłosem. Razem z myślami 
mieszały mu się słowa: — Boże chorony, ot i mrozek wziął, a jaki ładny... żeby 
jeszcze śnieżek to i ponowa na jutro. A tak co? Trawa krucha, łamie się, a śladu 
nijak... Po chwilowej przerwie znowu mruczenie: — Słonko idzie spać, czuj duch 
teraz, zwierz każdy na żerunek paraduje. Anioł Pański zwiastował Pannie Marii... 
Ho, ho, jak dziedzic nasz, prokopyszczski pan, stanie na stanowisku, to już dla 
zwierzaków i bida... i poczęła z Ducha Świętego. Zdrowaś Maria... żeby to 
prędzej był ich ślub, takiego pana i panią mieć ho, ho!... łaskiś pełna, pan z 
tobą... Jutro czut, świt do boru. Boże chorony! Westchnął i skończył pacierz. 
Mijał las dębów rozłożystych, podszytych mnóstwem suchych paproci, wiatr 
wieczorny hulał w nich, szum chrzęstliwy czyniąc dokoła. Pomruk boru i te szepty 
w kniei Grześko znał wybornie, od razu więc zastanowił go jakiś odmienny, 
skradający się szmer, niedaleko. Stanął, wyciągnął szyję i słuchał. Ujrzał o 
kilkanaście kroków od siebie cień sunący wśród paproci. — Coś... idzie... Prędko 
podszedł w tę stronę i zobaczył już wyraźnie postać ludzką, szarą, na pół 
skuloną, o wężowym pełznącym chodzie. — Chwedźko! Postać znikła w żółtawo_mętnej 
gęstwinie, zlała się z nią, wsiąkła. Grześ przeżegnał się, niemiły dreszcz 
wstrząsnął nim jak zwykle na widok tego indywiduum. — Wołokita parszywa, włóczy 
się po boru, niesamowity, widno z didkami, da upiorami rejmanteruje... Szedł 
prędzej, pędzony lękiem, po chwili znowu mruknął: — Potrzebna zmora przed 
jutrzejszą obławą. Czortowski taki syn, pohany, tfu!... Niepokój zagnieździł się 
w sercu starego i nurtował go. Gdy przyszedł do chaty, odmówił pacierze, 
wszystkie jakie umiał, czytał biblię i kantyczkę; nic nie pomogło. Coś gniotło 
mu duszę, ciężarem ją przywalało. Borowy nie zasnął przez całą noc, mętne 
przeczucia, a straszne wizje jakieś, przemożny strach dręczyły Grześka, trując 
go aż do świtu. Ucieszył się nadzwyczajnie, zobaczywszy brzask na niebie. Głowa 
mu ciężyła, bolały wszystkie kości, ale był rad, że już mamidła nocne pierzchną. 
Szedł do Wilczar, na punkt zborny dla myśliwych, gajowych i naganki. Na trakcie, 
blisko plantu kolejowego, spotkał przepyszny zaprzęg bałagulski z Prokopyszcz, 
cztery szpaki, rosłe, maściste. Olelkowicz jechał z Fedorem, Daniło powoził. 
Młody pan dojrzał borowego. — Hej, Grześku, siadajcie, podwiozę. — Jasny pan tak 
rano? Ho, ho!... — Spieszy mi się, Grześku, jeszcze w nocy wyjechałem. — Boże 
chorony, musi nie dla samej kniei tak spieszno? — zaśmiał się borowy dyskretnie, 
gramoląc się na brykę. Młodzieniec, w rozchylonej burce sławuckiej, na kurcie 
myśliwskiej, w fantazyjnie nałożonym kapeluszu strzeleckim, zaśmiał się wesoło. 
— Domyślny z was człowiek. Grześku. Tak jest! Najpierw do panienki, potem w 
knieję. Hej, Daniło, popędzaj, bo ostatni przyjedziemy. — I... gdzie tam! Ale 
dobry mróz trzyma, bagna już tęgo stężały, zwierz pójdzie i przez moczary. — Nie 
ma ponowy, to źle. — Jasny pan i bez tego natłucze zwierzyny. Dziki są piękne w 
ostępie Temnyj Hrad, spasły się na żołędziach, da na buczynie. Tęgie juchy. 
Sarny i łosie koło Krasnej Duszohuby, a co zajęcy, to jak maku. — Eh! Kto by tam 
na zające patrzył. — Wiadomo! Ot już i Wilczary. Na dziedzińcu przed pałacykiem 
stało parę bryczek, których właściciele pochodzili z okolic bliższych 
leśniczówki. Gromady chłopów dorosłych i podrostków, przeznaczonych do 
naganiania zwierzyny grupowały się. Radząc głośno i brząkając w drewniane 
kołatki. Grześko miał być ich dowódcą w towarzystwie kilku innych gajowych. 
Panowała już tu charakterystyczna wrzawa myśliwska. Olelkowicz pozdrowił 
naganiaczy raźnym okrzykiem, odpowiedzieli mu zgodnym chórem i pozdejmowali 
czapki z głów. Twarze obrosłe i młodzieńcze uśmiechały się trochę głupawo, ale 
szczerze, do młodego pana, powszechnie lubianego. Andrzej wszedł do sieni. Nowy 
okrzyk, lecz zdziwienia: wybiegła do niego Andzia. Wyciągnął do niej ramiona, 
powitali się cicho, podczas gdy z pokoju stołowego dochodziły głośne rozmowy 
myśliwych. Tarłówna stała przed narzeczonym, różowa, rozjaśniona jak słońce 
majowe. Andrzej uścisnął jej ręce, patrzyli sobie w oczy z ogromną, jedyną 
miłością. — Jedziesz do lasu, Handziuś mój? — Przyjadę ze śniadaniem dla 
myśliwych. — Czemuż nie teraz, bylibyśmy razem na stanowisku? — Nie chcę 
drażnić... jego. Wiesz? Powiedział, aby przyjechać z Eweliną dopiero na 
śniadanie. Nie gniewaj się Jędrek, przecież i ja bym chciała razem jechać, tak 
mi dziś coś dokucza. — Co ci jest najdroższa? — Źle spałam i znowu śniła mi się 
mama, jej oczy patrzyły na mnie... pełne łez. — Ależ dziecko! Otrząśnij się z 
tego. Już prędko będziemy z sobą, słyszysz Handziu? Razem w Prokopyszczach, 
mężem i żoną. Moja będziesz, moja!... — Nie wyobrażam sobie takiego szczęścia i 
to już tak prędko — szepnęła. Andrzej gwałtownie porwał ją w ramiona, przytulił 
do piersi serdecznie, żywiołowo. Andzia uniesiona jego zapałem zawisła mu na 
szyi, tuląc doń ciemną głowę. Usta ich spotkały się i zwarły. Trwało to krótką 
chwilę. Andzia wymknęła się z objęć narzeczonego; zdyszani, dokończyli 
pieszczoty wzrokiem swych źrenic wymownych... Po śniadaniu wyjeżdżano do lasu. 
Tarłówna wybiegła na ganek, w kubraczku szamerowanym z białymi barankami, z 
kołpaczka świeciły jej oczy nieopisanym urokiem, czarność ich wdzięczna i miękka 
w tonie, pogłębiona dziś była lekką zadumą, jakby otchłanną, dziwnie mistyczną. 
Usta świeże, dojrzałe jagody, śmiały się, oczy tęskniły, ocienione malowniczo 
długimi rzęsami i brązową obwódką powiek. Spoglądano na nią z zachwytem i 
ciekawością. Mężczyźni, sąsiedzi Olelkowicza, którzy nie znali jej lub widywali 
rzadko i z daleka, nie mogli się jej napatrzyć. Zbliżano się do Andrzeja z 
cichymi powinszowaniami. — Hej! Szczęśliwy Jędrek — wołał młody Drohobycki, 
ulubiony sąsiad i kolega Andrzeja. — A co moja dziewczyna? Cud! — odpowiedział z 
dumą narzeczony. — Piękna jak kwiat na stepie. Znajdź taką drugą... Olelkowicz 
promieniał. ...Mojeż ty złoto kochane, moje zdobyte, cenne, moje szczęście — 
myślał w duchu, patrząc na Handzię. Rozrzewnienie malowało się na jego twarzy. 
Gdy wszystkie wozy i bryczki ruszyły sprzed ganka, Andrzej, jadący na końcu, 
zeskoczył nagle z bryki i jeszcze raz dopadł do narzeczonej stojącej na 
schodkach. — Handziu! Tak cię miłuję, szaleję za tobą! — wykrzyknął stłumionym 
głosem, tuląc jej ręce do oczu i ust rozpłomienionych. — Wziąłbym cię w siebie, 
abyś była ze mną zawsze, aby ci było ciepło... dobrze... Handziu, jakaś ty moja! 
Kochasz mnie, powiedz? — Kocham bardzo, tylko mi smutno. — Czemu? — Że 
jedziesz... Jakiś strach mnie ogarnia. — Głupstwo strachy! Niech się stare baby 
boją. My Handziula, w życie idziemy. Hej razem! We dwoje... w świat! Tarłówna 
drgnęła. — Ojczym na nas patrzy. Ogląda się jadąc, już zza bramy. — Przecież nas 
nie zje! Do widzenia, szczęście moje, myłeńkaja moja!... Ucałował jej ręce 
gorąco, zajrzał w oczy i prędko wskoczył do bryczki. Jeszcze patrzył, zerwał 
kapelusz i powiewając nim ku Andzi — krzyknął: — Oczekuję przyjazdu jak 
najprędzej! Tarłówna ścigała go wzrokiem długo, aż znikł jego zaprzęg za sągami 
kolejowego drzewa. ...Tak go ogromnie, strasznie kocham. Czy to możliwe... tyle 
szczęścia?!... — myślała z niepokojem, który mącił własne, duchowe wyznanie. 
Obława zaczynała się świetnie, zajmowane ostępy przewyższały marzenia myśliwych. 
Zabito już kilka łosi, kozłów, mnóstwo zajęcy. Kościesza prowadził polowanie 
wybornie, ale sam nic nie zabił, zauważono nawet, że prawie nie strzelał; był 
niezwykle ponury i milczący, zmarszczka pionowa na czole pogłębiła się, dziwny 
przykry chłód wiał z tej rysy posępnej. Ale przyzwyczajono się do tego. W piątym 
zakładzie z rzędu miały być wyłącznie dziki, zajmowano w tym celu uroczysko 
Temnyj Hrad. Myśliwych ustawiono według numerów, w linię, od zamczyska w głąb 
gęstego lasu, moczary zamarznięte i osypane siwą szadzią ułatwiały polowanie. 
Kościesza, rozdając sam numery stanowisk, dał Olelkowiczowi posterunek skrajny, 
na prawym skrzydle, o jakieś 30 kroków od ruin. Andrzej nie był rad, lecz jeden 
ze starszych myśliwych rzekł do niego zachęcająco: — Panie, tam będzie robota, 
odyńce pójdą na skrzydła, zobaczy pan... to wyborny punkt, ja się znam. Za 
Olelkowiczem stanął Fedor z drugą strzelbą zapasową. Andrzej zająwszy pozycję, 
obejrzał ją dokładnie i uznał za dobrą. Poza nim rosło parę dębów i kilka 
krzewów karłowatych, dalej zaś jeziorko powleczone taflą lodu, obok jeziorka 
rudordzawa skała, miejscami siwa od suchego mchu, na prawo od Andrzeja góra 
zamkowa, jodły stare i dęby, pośród nich zaś wielkie zmurszałe mury, wieże 
poszczerbione, zręby gruzem osypujące się. Wszystko to szare, zgniłe, pleśnią 
oślizgłe, patyną wieków. Drzewa roznosiły szum jęczący jakiś, niby echem ponurym 
odbijający się w ruinach. Cały bór huczał głucho, takim samym szumem. Andrzej 
patrzył przed siebie na przestrzeń moczarów niewielką, zarośniętą z lekka 
karłowatymi krzewami, za którą ciemniał bór gęsty, zbity jak potężny wał. 
Patrzył i przypomniał sobie scenę z Lorą Smoczyńską, pod skałą, przy jeziorku i 
śmiać mu się zachciało. Nie dopięła swego celu z nim, więc porwała Oksztę. — To 
jednak zaborcza panna, śmiała — myślał. Zadrżał, przypomniawszy pocałunki Lory i 
sam ją przecież całował. Cóż za namiętność w tej dziewczynie! — Po co to 
robiłem? — pomyślał z żalem. Odczuł teraz różnicę pocałunku, gdy znał już usta 
Andzi. Tamta i ta... Ach, nie ma porównania. Smoczyńska rozwiała się w jego 
wyobraźni, pod wpływem cudownych wspomnień pieszczot Andzi. I ona pełna ognia i 
ona ma temperament bujny, stepowy, jest entuzjastką, zapał w niej płonie, ale 
uczucie jest w niej głównym czynnikiem, dusza tej dziewczyny odbita jest w 
oczach, pociąga urokiem nieświadomym i nieprzepartym. To nie jest Lora, inny 
wzbudza zachwyt, inne pożądania; ponęty Andzi dają słodycz pogłębiającą miłość, 
obiecują szał bezkresny. Ona stopniowo wzbudza niepokój zmysłowy, pragnienie 
posiadania jej rośnie, olbrzymieje, drażni. I niewysłowiona staje się chwila 
zdobycia jej, o niej się marzy w skupieniu, niemal z natchnieniem w duszy, ta 
minuta wydaje się nie tylko potężna upojeniem zmysłów, ale i wielce dostojna 
jako zespół uczuć idealnych, szczerych i głęboko pojętych. Handzię nosi się w 
sercu jak relikwię, jak istotę bardzo drogą, dla której przede wszystkim uczuwa 
się szacunek. Rozmyślania Andrzeja przerwał nagle płynący z daleka odgłos 
trąbki, znany sygnał myśliwski. — Chłopy ruszyły, jasny panie — przemówił Fedor 
cicho. Olelkowicz oderwał myśl od Handzi, słuchał i potwierdził fakt. — Tak, 
idzie nagonka. Stali milcząc, przygotowani do strzelaniny. Andrzej trzymał 
sztucer w pogotowiu. Dalekie odgłosy okrzyków i kołatek dochodziły coraz wyraźniej. Zgraja szła rozwrzeszczana, ciskając popłoch w leśną głąb. Już jest bliżej 
i bliżej. Hałas wzmaga się. Olelkowicz ani drgnął, stał wsłuchany w zbliżającą 
się wrzawę. Ogarnął go nagle dziwny niepokój, lecz bardzo silny, niespodziewany, 
zawiercił w sercu jak sztyletem. Handzia na moment zamajaczyła mu w myśli 
niebywale zatrwożonej, oczy jej zalśniły przed nim aksamitnie łzawą glazurą, 
były żałosne, tęskne. Ciężar przemożny zdławił Andrzeja, niby instynkt jakiś 
rozbudzony i nieświadomie męczący. W lesie powstał niesłychany zgiełk, hasło 
trąb grało donośnie, grzmiały podniecone okrzyki. Na linii panowała cisza 
obumarła. — Idzie stado — pomyślał młodzieniec i otrzeźwiał natychmiast. Buchnął 
pierwszy strzał. Olelkowicz stał jak słup, drżąc lekko. Drugi strzał, trzeci, 
czwarty: — Hej! Walą jak na wojnie! Tu nic nie wyjdzie — szepnął 
rozgorączkowany. Wtem zatrzeszczały gałęzie w gęstwinie naprzeciw, tętent 
gwałtowny zahuczał opodal i z lasu wypadł na łachę moczarów olbrzymi dzik, 
pojedynek. Sadził ukosem na Olelkowicza. Sapał, fukał, przewalając ciężko 
czarno_rudą masę cielska. Andrzej wyczekał dostatecznie, mierząc do zwierzęcia. 
Strzelił. Dzik utknął ryjem, upadł, ale zerwał się do ucieczki; był straszny, 
rozjuszony. Olelkowicz strzelił z drugiej lufy. Zwierz runął na ziemię, jeszcze 
niepewny, kopał kłami mech pod sobą. Tymczasem z lasu wybiegły w popłochu dwa 
młode dziki, rwąc prosto na zamczysko. Andrzej chwycił strzelbę od Fedora, 
rzucając mu krótki rozkaz: — Dobij odyńca. Kozak z kordelasem rzucił się do 
bestii drapieżnej. Olelkowicz zaś strzelił do dzików i nagle... zachwiał się. 
Ból okropny, uderzenie potężne w piersi wytrąciły mu broń z ręki. Jęknął i padł 
na wznak. Fedor skoczył do niego z przeraźliwym krzykiem: — Szczo ce, jasny 
pane! Chciał go podnieść, lecz zaciążył mu w ramionach. Głowa Olelkowicza zwisła 
bezwładnie, z ust buchnęła krew. — Chryste pomyłuj! Ranny, ranny! — ryknął 
Kozak, rwąc włosy z głowy. Wypadł na front linii strzelców i, niebaczny na gęste 
strzały, jął krzyczeć jak opętany: — Na pomoszcz!... Ratunku! Pany! Ratunku!... 
Głos kozaka oszalałego usłyszeli bliżsi myśliwi i Kościesza. — Ratunku! Ratunku! 
— wył Fedor. Chwila... i dokoła rannego zebrali się wszyscy. Powstało 
zamieszanie straszliwe, pytania krzyżowały się, przerażenie ogarnęło myśliwych. 
Jeden z mężczyzn rozpiął ubranie Andrzeja, drugi trzymał go pod ramiona. Fedor 
nie stracił przytomności, skoczył w stronę jeziora, nogą przebił lód i 
zaczerpnął pełną czapkę wody. Grześko nadbiegł zaalarmowany o wypadku. On 
pierwszy dostrzegł ranę. Kula przebiła piersi i utkwiła widocznie w płucach, lub 
w okolicy serca, rana obficie broczyła krwią. Grześko i Fedor zabrali się do 
opatrunku, obaj prawie błędni, ogłuszeni. Kolega rannego, Drohobycki, wydał 
rozkaz jechania w cwał po doktora. Andrzej oczy szeroko rozwarte przesuwał po 
obecnych szukając kogoś. Stali wszyscy jakby skamienieli. Kościesza szary na 
twarzy, nie zrobił ruchu, nie rzekł słowa. Nagle ranny jęknął głośniej. Wpił 
oczy w Kozaka i szepnął: — Fe...dor... Jedź po panienkę... Przyjazd lekarza z 
odległego miasta wydał się wszystkim utopią. Czy zdąży, czy uratuje?... 
Zakrztusił się znowu krwią. Niepewne pytania zawisły chmurą z ołowiu nad tą 
gromadą ludzi pochylonych nad rannym. Tamowano krew, jak kto umiał, ale wszyscy 
czuli się bezradni. Bór szumiał rozgłośnie, wicher jęczał na czubach drzew i wył 
ponuro w szczerbach zamczyska. Andrzej wpąłleżący na kolanachz Grześka, 
walczył... ze śmiercią. * * * Fedor pędząc co koń wyskoczy w stronę Wilczar, na 
drugiej już wiorście spotkał wóz z kucharzem, wiozącym śniadanie, dalej zaś 
bryczkę, w której jechała Tarłówna z panną Niemojską. Andzia powoziła sama i 
pierwsza dostrzegła konnego. — Fedor sadzi do nas! — krzyknęła tknięta złym 
przeczuciem. Kozak zrównał się z bryczką i wstrzymał na miejscu spienionego 
wierzchowca. — Jasny pan ranny! Wrzask Fedora, przerażona okropnie twarz kozaka 
i jego słowa ogłuszyły Andzię. Nie zrozumiała okrzyku. — Co się stało?! — Jasny 
pan nasz ranny. Wam kazał do siebie żywo na Temnyj Grad. Teraz Andzia rzuciła 
się na koźle jak szalona. Zrozumiała i serce w niej zamarło. Ręce podnisła do 
głowy z krzykiem. — Jezus Maria! Jezus Maria! Zacięła konie i popędzili traktem 
leśnym z niebywałą szybkością. Dziewczyna położona prawie na lejcach, 
wyciągniętych jak struna, batem ćwiczyła konie, które już nieledwie brzuchami 
dotykały ziemi. Twarz Tarłówny zbielała straszliwie, w oczach gorzał płomień. 
Dusza jej wyrywała się z ciała, biegnąc naprzód do rannego Andrzeja. Aby 
prędzej, aby prędzej! Panna Ewelina ściskała ramię Anny i ramię Hawryłka, modląc 
się głośno. Bryczka cudem tylko nie wywracała się. Mijali zakręty, wąskie dróżki 
leśne, konie okryte były chmurą białą, waliła z nich piana. Gdy stanęli na 
miejscu, Tarłówna skoczyła na ziemię, pędem przebiegła drożynę, nie dającą się 
przejechać i padła na kolana przed Andrzejem. Usunęła Grześka i sama podparła 
rannego; widząc jego stan, rozpaczą napełniły się jej oczy. Serce przeszyło 
okrutne ostrze cierpienia, ale była mężna. Wpiła się wzrokiem w jego twarz 
zmienioną, której wyraz gasiło prędko i stanoczo nieubłagane nieszczęście. 
Przytuliła wargi do jego czoła zlanego potem i usłyszała jego cichy szept: — 
Pić. Podała mu garść śniegu. Fedor skoczył znowu po wodę. Andrzej z wysiłkiem 
przełknął śniegu i oprzytomniał. Białe usta dziewczyny przywarły do rąk 
narzeczonego. — Jędruś... Jędrek!... To ja... — jęknęła. Otworzył szeroko oczy i 
wpatrzył się w nią uważnie. Z ust jego wybiegł świszczący szept: — Handziu moja, 
to ty... ja... zaraz umrę... jestem zabity. Słowa te spiorunowały wszystkich. — 
Co ty mówisz! Co ty mówisz! Jędrek! — zawołała Tarłówna rozpaczliwie. — Jestem 
zabity... kula... stamtąd — wskazał głową na ruiny. — Majaczy — rzekł jakiś 
głos. Ranny dosłyszał, chciał widocznie zaprzeczyć, bo szarpnął się nagle. Już 
nie mógł mówić, słowa więzły mu w krtani. Zaprzeczył ruchem głowy, tak słabym, 
że nikt tego nie zauważył prócz Andzi. — NIe! On nie majaczy! — krzyknęła. 
Grześko usłyszawszy to porwał strzelbę i pobiegł do zamczyska. Za nim kilku 
chłopów z nagonki. — Jędrusiu! Jędrek najdroższy! Przemów na litość boską. Patrz 
na mnie Andrzeju. Boże! Miłosierdzia! — wiła się dziewczyna, katowana obuchem 
tragicznego ciosu. Oczy jego raz jeszcze spojrzały na nią mętne, bezbarwne, 
szklistą powłoką obleczone. Usta zaszemrały coś. Nagle rzucił się i krzyknął 
dość głośno: — Handziu! Handziu!... Znowu bezwład. Głowa spadła ciężko na ramię 
Andzi. Z piersi wydobyło się rzężenie. Panna Ewelina zaczęła głośno odmawiać 
litanię. Tarłówna zawyła głuchym łkaniem. Ktoś zaszlochał nieludzkim płaczem, to 
Fedor, podpełznął do nóg Andrzeja i całował jego buty, rycząc głośno. Szlochy 
odzywały się coraz częściej, szeptano modlitwy. Chłopi z nagonki, klęcząc, mieli 
oczy zalane łzami i poodkrywane głowy, tak samo wszsscy panowie i służba. 
Kościesza klęczał na końcu półkola, zakryty plecami obecnych, pochylony był ku 
ziemi i twarz z zamkniętymi oczyma zakrywał jeszcze dłonią. Nikt na niego nie 
patrzył, to mu sprawiło ulgę. Andzia trzęsła się dygotem rozpaczliwym, lecz 
pomimo to dzielnie podtrzymywała ciężar najdroższy, wpatrując się ze zgrozą w 
twarz narzeczonego, która powlokła się bladością kości słoniowej. Olelkowicz był 
już nieprzytomny. Usta Andzi szeptały imię ukochane, łzy wielkie spadały gęsto 
na policzki jej i na piersi rannego. W duszy dziewczyny jęczała skarga żałosna, 
targał nią ból przeogromny, rozszarpujący piersi, ale wiedziała, że łudzić się 
nie można. Andrzej konał. Agonia trwała krótko. Ostatni raz błysnął oczyma, 
zupełnie już mętnymi, szepnął coś nieprzytomnie i niezrozumiale, po czym zaczął 
oddychać prędko... prędko... Zarzęził chrapliwie i... cicho skonał. Tarłówna 
pierwsza odczuła skon. Doznała wrażenia, że to jej własny. Coś się w niej 
załamało, świat znikł i ludzie. Sama jak martwa, z niemiłosierną męką, ze 
skowytem w sercu złożyła głowę jego jako świętość na podścielonych dywanach. 
Chciała wstać, lecz zachwiała się i runęła bez zmysłów do jego nóg. XXVII W 
krainę cieniów Zapadł wczesny zmierzch jesienny. Bór pokryty szronem szarzał, 
smętniał. Znikały poszczególne cienie i sylwetki drzew. Wszystko przesiąkło 
sino_szarą barwą wieczoru. Korony drzew stały milczące, zlane z obłokami, z 
ogólną nieprzenikniono_mglistą atmosferą krajobrazu leśnego. Cisza i pokój 
obumarły rozpięły swoje welony. Bór nie spał, dyszał czasami oddechem potężnym, 
przyciszonym, jakby trwożnym. Z głębi wydobywały się jęki głuche, zew żałobny 
przyrody gasnącego dnia, stłumiony śniegiem drobnym, padającym cicho. Traktem 
leśnym, w mętnej kurzawie pyłu śnieżnego sunął orszak ponury. Wóz prosty, 
zarzucony jedliną, mchem wysłany toczył się wolno, krok za krokiem. Na nim, na 
posłaniu z mchów i dywanów, leżał Andrzej Olelkowicz równo, spokojnie, uśpiony 
na wieki. Przykryty był burką własną, twarz osłaniał mu biały welon Andzi. 
Daniło i Fedor prowadzili za uzdy cztery szpaki prokopyszczskie, sprzężone w 
lejce. Tuż za wozem wlokła się Tarłówna. Jeden ze starszych mężczyzn, sąsiad 
zmarłego, podał jej ramię, nie przyjęła. Szła sama oparta prawie piersiami o 
tylny brzeg wozu wypełniony gałęziami jodeł i świerków. Szła jakby 
zahipnotyzowana, oczy wlepiła w martwą postać Andrzeja i biernie, bezwiednie 
postępowała za nią. Cierpienie biczowało ją, czuła jego razy straszne, 
bezlitosne, zamarła w niewypowiedzianej męce, zgasła. Po omdleniu, gdy ją 
ocucili, rozpacz i żal rozszalały się w niej, wybuch jej bólu był okrutny, 
rozdzierający serca. Nie spazmowała, nie krzyczała, nawet nie płakała głośno. 
Zwinięta na kolanach, przy głowie Andrzeja, jęczała głucho a tak boleśnie, że 
obecnym krew ścięła się w żyłach. Jęk taki wydawać może tylko serce szarpane w 
kawały, beznadziejnie krwawiące. Dusza zmiażdżona ciosem morderczym, młotem 
katowskim zgruchotana. Przemoc mocarna nieszczęścia piekła ją ogniem żywym. 
Takie czarne, bezgranicznie czarne widmo niedoli dławiło Andzię, niwecząc w niej 
świadomość. Tarzała się dusza jej w męczarni, przechodzącej siły ludzkie. 
Zdawało się, że łzy płynące z jej oczu, już wyczerpane, zapiekły się od bolesnej 
prawdy, która z drapieżnością zwierzęcą, żarłoczną rzucała na Andzię swe pazury 
bezwzględne. Łzy przestały płynąć strumieniem wrzątku, lecz szarpanina 
wewnętrzna nie ustała, nie osłabła, w miarę zbudzonej już zupełnie przytomności 
— potężniała. Stał się fakt przerażający grozą; prawda potworna stała przed 
Andzią w nieokiełznanej swej brutalności, prawda skuwająca wyobraźnię, a jak 
sama śmierć nieubłagana, jechała oto przed Andzią na wozie w postaci zwłok 
narzeczonego. Tarłówna widziała wszystko, jak panowie, leśnicy i chłopi stroili 
wóz w zimową zieleń leśną. Fedor mech rwał rękami, płacząc jak dziecko, 
zaprzęgano konie do wozu. W pewnej chwili, pochylona blisko nad ciałem Andrzeja, 
usłyszała czyjś głos pytający: — Czy nic podejrzanego w murach nie znaleziono? I 
odpowiedź... czy Grześka? Głos borowego, ale zmieniony: — W murach gruzy 
rozsypane, śladu nie ma żadnego, a dalej... są różne, nie rozeznać. ...Co oni 
mówią?... — przemknęła myśl Andzi, co to miało być w murach?... Straszliwe 
uderzenie prawdy zdusiło w niej natychmiast wszelkie dociekania. Andzia widziała 
jeszcze, jak dwóch panów brało zwłoki Andrzeja z ziemi, aby zanieść na wóz, 
sama, niby we śnie pogrążona, podłożyła dłonie pod jego martwą głowę, sama 
nakryła mu twarz welonem zdartym z kołpaczka, widziała jak leśnicy i chłopi 
pozatykali smolne szczapy na strzelby i tyki wysokie, pozapalali je i otoczyli 
wóz dokoła, podnosząc wysoko swe płonące żagwie. Słyszała drżące głosy Grześka i 
panny Niemojskiej śpiewających litanię, słyszała płacz, wzdychanie i szepty 
ciche, ale szła, niby osnuta szczelnie tumanem gęstym, tamującym jej głos, nawet 
uczucie. Konie, prowadzone przy pyskach, stąpały krokiem miarowym, szyje miały 
wygięte, łby na dół pochylone, ziejące kłębami pary, rumaki podrzucały głowami 
chrapiąc może z przerażenia? Wóz posuwał się cicho, sunąc gałązkami po ziemi. 
Tarłównę niosła siła dziwna, nie jej własna. W obu rękach trzymała kapelusz 
myśliwski Andrzeja, który również prawie bezświadomie podniosła spod dębu, gdzie 
on skonał. Jej oczy obłędne, przepaściste, pełne dramatu i boleści, zamglone, 
przenosiły się z postaci Andrzeja, niewidocznej w mroku pod przykryciem, na jego 
kapelusz i znowu na wóz. Niosła kapelusz jego z taką uwagą i ostrożnością, jakby 
skarb najcenniejszy. Czasem chrapanie konia, lub skrzyp wozu głośniejszy budził 
ją na chwilę, wtedy jęk zdławiony wychodził z jej piersi, oczy załopotały 
powiekami i znowu stygła, znowu martwota, półsen. Smutny bezdennie orszak 
wrzynał się w bór coraz głębiej. Śnieg prószył lekko i topniał w mętnym 
powietrzu. Pochodnie improwizowane dokoła wozu płonęły żółtym płomieniem, 
trzeszcząc i sypiąc na ziemię iskry złoto_purpurowe, niby krwawe łzy. Od tych 
świateł łuna padała na wóz, na orszak cały i szła dalej, w głębie leśne, 
rzucając czerwone smugi. Ściemniło się zupełnie. Orszak minął granicę wilczarską 
i wkroczył w bory prokopyszczskie. Wszystkim zrobiło się jeszcze straszniej. 
Wieziono właściciela tych kniei, pana tych przepastnych uroczysk. Bór przy 
blasku łuczywa stał czarniejszy, groźny, ponury. Zahuczały głucho drzewa stare; 
jęk poszedł po ich czubach, las zrozumiał, kogo wiozą i załkał żałośnie. A 
dokoła czarność nieprzebita wzrokiem, kirem zda się powleczona. Puszcza 
rozwierała swe głębie na przyjęcie zwłok pana, pomruk stękliwy zawył wśród 
gęstwin leśnych. Bór grał ostatni hejnał pożegnalny zwłokom młodzieńca. Nagle 
zadrżeli obecni. Przy koniach lejcowych wybuchnął rozpaczliwy wrzask Fedora: — 
Jasny panie nasz!... Panyczu!... Toż to nasze bory!... Chryste, Chryste 
pomyłuj!... Kozak zaryczał szlochem, odpowiedział mu płacz Daniły i Grześka. 
Konie zaczęły się płoszyć, uspokojono je, ale płacz dokoła wozu wzmagał się. 
Fedor wyrzekał głośno, jego krzyk — panyczu!... panyczu!... echem pełnym zgrozy 
rozbrzmiewał w lesie. Tarłówna ocknięta zatrzęsła się w sobie, coś jęknęło w jej 
piersi i znowu szła, niby przywiązana do wozu, automatyczna, głucha. Najtwardsze 
natury, serca zahartowane poruszał widok tego konduktu przesmutnego, w cieniach 
nocy jesiennej i tej postaci dziewczęcej, wiotkiej młodością, a zachwianej nagle 
brutalnym pociskiem nędzy życiowej. Smukła sylwetka dziewczyny, idącej samotnie 
za wozem żałobnym, wzruszała głęboko, odczuto jej sieroctwo i brzemię ciężkie, 
gniotące jej młodziutką duszę. Spoczęły na niej wyłącznie spojrzenia serdeczne, 
pełne współczuć i żalu. Taka młoda, dziecko... i już nieszczęściem przybita i... 
sama, w takiej chwili?... — Gdzie ojczym?... Gdzież opiekun? — pytano. Kilka 
głów obejrzało się za Kościeszą. Nawet się do niej nie zbliżył, nie przemówił, 
serca nie okazał. Nic, nic. Przez cały, krótki zresztą czas katastrofy nie 
widziano go prawie. Był ciągle poza plecami wszystkich, nikt od niego słowa nie 
usłyszał, nikt oczu jego nie widział. Czy kryje się umyślnie, czy też jest 
ogłuszony wypadkiem? Szukano go wzrokiem. Na samym końcu orszaku, poprzedzając 
bryczki i wozy, posuwała się ociężale wielka postać, łatwa do rozpoznania; głowa 
spuszczona, wolny, wahający się ruch. To Kościesza. Zaczęły się komentarze w 
orszaku. ...Zawsze trzeźwy, zrównoważony, nie poddający się najsilniejszym 
wrażeniom, jak jednakże odczuł śmierć Olelkowicza? — Idzie jak obłąkany, chowa 
się przed wzrokiem ludzi, nawet do pasierbicy nie podejdzie ze słowem kojącym. — 
To na nic, zbyteczne... ale jednak?... — NIe tylko do niej, on wszystkich unika. 
Jakby zaniemówił i ogłuchł. — Okropny przejaw przerażenia i żalu! — ktoś szepnął 
— Ha! Nic dziwnego. Wypadek wstrząsający zgrozą w lesie wilczarskim, na 
polowaniu urządzonym i prowadzonym przez niego. — Fatalizm niebywały — brzmiała 
czyjaś odpowiedź. — Przy tym narzeczony pasierbicy, trzebaż trafu piekielnego, 
że właśnie on padł ofiarą. Ale czyją?... — Kto strzelał z ruin i czy z ruin 
rzeczywiście?... — szemrały pytania. — Konający mógł majaczyć, mogło mu się 
zdawać. Szukano przecież. Grześko i inni zbadali uważnie stare mury, nic nie 
znaleziono. A zresztą któż by zaczajał się na życie Olelkowicza? Pełen 
najlepszych idei, lubiany przez wszystkich, miłowany przez lud. 
Nieprawdopodobne. — Zemsta osobista?... Żadnej nie było... a gdyby nawet, to nie 
tu na polowaniu, gdzie tyle ludzi. Wszyscy obecni w orszaku roztrząsali wypadek, 
bez rezultatu. — Kula mordercza jednak wypadła z zamku i niemożliwe, aby 
pochodziła z linii myśliwych. Andrzej stał na skrzydle — odezwał się Drohobycki, 
młody sąsiad Olelkowicza. — Do dzików idących na Temnyj Hrad tylko Andrzej 
strzelał, nikt więcej. Każdy pilnował własnych stanowisk, nikt nie zszedł z 
linii. Porządek był wzorowo zachowany — odrzekł drugi, baczny i rutynowany 
myśliwy. Dreszcz nieprzyjemny przebiegł mężczyzn idących za wozem żałobnym, 
przypomniano sobie, że Kościesza sam wskazał Andrzejowi ten skrajny posterunek i 
że zmarły z początku nie był zadowolony... Niesłychany zbieg okoliczności! 
Biedny Kościesza! Nie lubią go wszyscy, sympatią powszechną się nie cieszy, ale 
teraz spadł nań ciężki krzyż... Nie można się dziwić jego postawie. To jest 
zrozumiałe. — Zapomniał nawet o pasierbicy, tak jest przygwożdżony wypadkiem — 
odszepnął jakiś głos w gronie panów. — Kolizja nad wyraz niemiła! Nie pozwalał 
na to małżeństwo, doprowadził do tego, że Tarłówna wyjechała z domu, Olelkowicz 
miał ją porwać. Skandale! Dopiero zmuszony ich stanowczością niezwykłą ustąpił. 
A teraz?... Na polowaniu z własnej inicjatywy na stanowisku, które sam 
wskazał?... — Szatańskie, potworne zrządzenie losu! Szepty takie nie dochodziły 
do uszu Tarłówny, ale słyszała je panna Ewelina i drętwiała w sobie. Oderwane, 
pojedyncze słowa dobiegły i do Kościeszy, wówczas przystawał, a gdy orszak 
posunął dalej, znowu noga za nogą ciągnął za nim. — Kiedyż to się skończy? — 
myślał. — Kiedyż nareszcie dojadą do Prokopyszcz? Niech już raz będzie koniec 
tej wędrówki leśnej, w nocy, przy żółto_czerwonych światłach żywicznych 
pochodni, przy tych mruczeniach modlitw i tych... szeptach. Dosyć już piekła! 
Samo to zabić jest zdolne. Taka jedna noc. Kościesza nie mógł patrzyć na wóz 
wiozący zwłoki Olelkowicza, światła raziły go w źrenice, wolałby żeby noc 
zaległa, te ognie i trzask iskier grzebały go żywcem. Odczuwał, że obecni 
oglądają się za nim, kłuły go te spojrzenia, parzyły. Cofał się coraz dalej poza 
orszak, pełznął sam w ciemnościach, byle dalej od ludzi. Gdybyż jeszcze te ognie 
zgasły, żeby nie było słychać chrapania koni i szelestu wozu... zapach łuczywa 
smolnego i świerków na wozie. Ta woń specyficzna drażniła go niewypowiedzianie, 
częsty szloch Fedora i łkająca litania Grześka działały na niego zabójczo. — 
Dość już tego!... Dość! — wołało w nim rozpaczliwie. Chciałby się w ziemię 
zapaść, a trzeba iść za tym konduktem, być pomiędzy ludźmi, grać komedię, ciągle 
grać. Zanim się jeszcze dowloką do Prokopyszcz, potem pogrzeb... jego rodzina, 
tyle, tyle obcych oczu badaczych, przeszywających... Konstanty Olelkowicz... 
Stryj. Jego wzrok w duszy wiercący. A! Już wszystko znieść łatwiej, byle teraz 
skończył się ten pochód okropny. Byle wybrnąć z czarnych ostępów. Przeklęta 
noc... Ona tam, Andzia, słania się za wozem, złamana, bez życia prawie... idzie 
jak automat, jak cień. Kościesza słyszy, że się nad nią litują, że się dziwią 
jej osamotnieniu w tak krytycznej chwili. Ale on nie może do niej podejść. Za 
nic, tego nie potrafi. To już byłoby nad siły. Nie wszystko można znieść, to 
kłamstwo, są sytuacje nieobliczalne nawet na herkulesową, mocarną wolę. 
...Czasem i nerwy rozluźniają się z okowów. ...Za nic do niej nie podejdzie, 
niech to zrobi ktoś inny, niech idzie sama zresztą. Być tam przy niej, tuż przy 
tym wozie?... Okropność!... Kościesza pozostawał coraz dalej za orszakiem, 
pochód zaś szedł, i szedł naprzód. Do Andzi podeszło dwóch panów, prosząc ją, 
aby usiadła do bryczki. Do Prokopyszcz jeszcze daleko, na drodze wilgotny, zimny 
szron, powietrze chłodne. Potrząsnęła głową przecząco. Nie chciała oddalać się 
od wozu. Tam leży Andrzej, jego postać najdroższa, martwa... Jego szczątki. Za 
nim pójdzie i pójdzie, choćby trzeba iść tak życie całe, choćby do własnego 
dojść grobu. Pragnienie to wyczytano w jej oczach, zostawiono ją znowu w pokoju. 
Panna Ewelina, upadając na nogi, dawno już jechała na bryczce. Mężczyźni wszyscy 
szli za wozem. Kościesza nie siadał, choć mu proponowano. Nie odpowiadał na 
zaczepki panów, jakby nie do niego zwrócone. — Co mu jest? Tarłównę rozumiemy, 
ale jego zachowanie się... dziwne — szeptali mężczyźni. Późną już nocą kondukt 
dotarł do gruntów dworskich w Prokopyszczach. Administracja i służba, 
uwiadomiona wcześniej przez posłańca wyległa w komplecie z pozapalanymi 
pochodniami. Zamigotały liczne światła. Powstał na nowo płacz, rozełkały się 
żałosne głosy. Ludzi przybywało, jedni płakali, inni rozpytywali o szczegóły 
nieszczęścia. Tłum rósł i wrzał... Zabójstwo młodego pana wywarło wrażenie 
olbrzymie, nikt nie wierzył, że padł ofiarą wypadku, dociekano, burzono się, ale 
nie było żadnych dowodów, że to rozmyślny mord. Grześko szeptał coś ostrożnie 
bliższym znajomkom i szepty takie rozchodziły się wśród tłumów, wywoływały 
nastrój wstrząsający tajemniczością, miały w sobie tragedię. Szepty te 
straszyły, trwoga wpełzła w tłumy, opanowała ludzi egzaltacja żalu za 
Olelkowiczem. Gdy orszak mijał wieś Prokopyszcze, czarna masa postaci ludzkich 
zwiększyła się, wylegał kto żywy z chałup i szedł za wozem zmarłego. Potężne 
wzruszenie ogarnęło serca wszystkich na dźwięk dzwonów cerkiewnych. Z wysokiego 
pagórka runęły rozkołysaną kaskadą tonów poważnych, żałobą tchnących. Organ 
dzwonów basowych, roztętniały, niby z szumem skrzydlisk czarnych spadł na tłumy, 
budząc zgrzyty w nerwach nawet chłopskich. Groza tu powiała, jej sztandar 
załopotał nad tłumami władczo, brał dalsze pod swój wpływ, targał je 
przerażeniem. Kościesza cierpiał męki potępieńcze. Handzia, zmęczona fizycznie, 
ledwie żywa, szła wytrwale w zupełnym odrętwieniu zmysłów. To co się działo 
dokoła, widziała jakby w halucynacjach. Huk basowy dzwonów cerkiewnych 
zelektryzował ludzi i spłoszył konie ostatecznie. Rozdrażnione długą i powolną 
drogą, zmarznięte, przestraszone czarnymi masami ludzi i mnóstwem świateł, nie 
wytrzymały spokojnie dzwonów. Nozdrza rumaków wydały ryk złowrogi, od razu cała 
czwórka stanęła dęba, osiadła na tylnych nogach. Konie chrapiąc, jęły walić 
kopytami i rwać się naprzód. Fedor i Daniło trzymali mocno, lecz szpaki uniosły 
ich w górę i rzuciły na ziemię. Poczuwszy swobodę, zerwały się jak wściekłe do 
biegu. Ponosiły. Ale na krótką chwilę, otoczono je ze wszystkich stron, zmuszone 
były ulec. Więzy te rozigrały ich bez ratunku. Konie darły się w górę, rwąc 
uprząż, kwik szalony i chrapanie, stuk i łomot kopyt wznieciły popłoch. 
Ujarzmiono je wreszcie, lecz przestano im ufać. Służba prokopyszczska pod wodzą 
Fedora wyprzęgła konie z wozu, kilka par rąk chwyciło za dyszel, wóz ruszył 
ciągnięty przez ludzi, których serca prostacze miłowały zmarłego. Przy 
akompaniamencie dzwonów cerkiewnych, zabrzmiała pieśń po polsku, smutna, 
cmentarna. Kilkaset piersi wzniosło hejnał pogrzebowy, bo i chłopi, Małorusini, 
śpiewali po swojemu, dołączając głosy swe do ogólnej melodii. W tej wielkiej 
harmonii żalu, w tym zespole serc zgrzytem bólu przejętych, w zjednoczonym 
akordzie pieśni tęsknej, w spazmie rozkolebanych dzwonów, w powodzi świateł 
złoto_purpurowych — rozświetlających jaskrawo nocne mroki... wóz ze zwłokami 
Andrzeja Olelkowicza, ciągnięty przez służbę, zatrzymał się u stóp 
staroświeckiego dworu jego pradziadów. Tarłówna wstąpiła z sercem zamarłym pod 
dach majestatycznej siedziby Olelkowiczów, który miał być jej dachem. Ten dwór 
nieznany jeszcze, już kochała, miał się stać jej gniazdem, jej światem. I weszła 
doń po raz pierwszy, idąc za zwłokami narzeczonego. Część pierwsza (c.d.) XXVIII 
Mroki nocne Wąską dróżką wśród boru, stąpała cicho, ale krokiem ciężkim wysoka 
ludzka postać. Ręce wyciągnięte przed siebie, rozsuwały gałęzie jodeł i sosen, 
mokre od śniegu, który walił ogromnymi płatami. Noc omotała las płachtą swą 
czarną, nieprzeniknioną. Zaledwie szarym odblaskiem mętniała leśna drożyna. 
Idący osobnik wahał się, niepewny, czy dobrze idzie. Brnął powoli, pochylony 
naprzód, kroki stawiał olbrzymie i głowę wtulał w kołnierz nastawiony, bo śnieg 
mokry kłapciami spadał mu na czapkę. Bór spał, tylko śnieg szeleścił po igłach 
sosen i słał się na ziemi miękkim puchem. W kniei milczenie, nie poruszał się 
zwierz, nie załopotał ptak skrzydłami. Martwota zupełna, głusza. Postać ludzka 
szła czającym się krokiem, ktoś się skradał jak kot, tak, że szmer tych 
ostrożnych stąpań nie był głośniejszy od padającego śniegu. Długo szedł 
człowiek, czy tylko duch jego, wreszcie stanął. Oparł się o pień jodły 
rozłożystej i schowany za obwisłymi gałązkami, które śnieg na biało oblepiał, 
znieruchomiał zupełnie. Można by myśleć, że cień ludzki wsiąkł w jodłę, tak stał 
się niewidoczny. Czy na kogoś czeka?... Może to schadzka upiorów leśnych?... 
Chłapanie śniegu, monotonne, trwało bez przerwy, czasem wiatr górny, lekki niby 
tchnienie, zaszemrał w koronach drzewnych i znowu cisza. Śnieg pada i pada... 
Wtem nowy szelest... to nie śnieg i nie oddech leśny... Znowu ktoś idzie... 
Drugi upiór na schadzkę... czy zwierz? Postać pod jodłą poruszyła się, coś jakby 
sapanie prędkie, nerwowe... Szelest z boru zbliżał się, podsuwał wyraźnie. Szedł 
nie czworonóg, więc znowu człowiek? Drugie indywiduum... Już blisko, nie odchyla 
gałęzi, przełazi pod nimi pełznącym ruchem gada. Już jest tuż... tuż... Stąpań 
nie słychać, tylko słaby chrzęst rozsuwanego śniegu. Tak wędrują płazy... 
Wyłonił się z gęstwy ośnieżonej nikły cień, zamajaczył na szarzyźnie dróżki i... 
stanął. Człowiek, czy upiór? Mały, drobny, zgarbiony, i... jakby zgniły. Tak 
wyglądał. Usłyszał sapanie pod jodłą, mruknął coś gardłowo i dał nura pod 
gałęzie zwisające, brzemienne śniegiem. Zaszeptały słowa stłumione. — To ty? — 
Ja... Chwila ciszy — i znowu szept głośniejszy, chropawy. — A szczo... wse harno 
zrobył? Teper hroszy... Bohaćko, dawaj hroszy... — Ot tobi... zapłata!... 
Zdyszany, świszczący szept człowieka spod jodły zmieszał się z krótkim, 
chrapliwym rykiem przybysza upiora. Wielka postać ludzka chwyciła go za gardło 
gwałtownie, zdusiła za szyję jak węża w dłoniach potężnych. Palce mordercy 
wżarły się zewnętrznie w krtań ofiary i dławiły. Świst wydobył się z nozdrzy 
duszonego, charkot i bulgotanie przerażające z gardła. Ręce drobnej, zgniłej 
poczwary trzepotały w powietrzu bezradnie, chciały sięgnąć do szyi dusiciela, 
lecz było za wysoko. Szpony zakrzywione palców, targanych konwulsją, darły 
ubranie swego kata. Ale wnet opadły bezwładnie. Głowa złamała się w osadzie, 
ciałem rzucały przedśmiertelne drgawki, nogi obute w łapcie uderzyły w śnieg 
parokrotnie jak w konwulsjach wijące się żmije. Nędzna figurka przybysza_upiora 
padła ciężko na ziemię, martwa. Wysoki człowiek wyprostował się jakby z uczuciem 
ulgi, potem raptownie przykucnął przy zamordowanym i słuchał pilnie. Cisza, 
tylko śnieg na gałęziach poruszany ruchami gorączkowymi spadał obficie z 
większym szelestem. Człowiek... czy wampir nadsłuchiwał długo. Dłoń zbolałą od 
trudu przyłożył do serca poczwary. Nie biło... położył na ustach. Nie oddychały. 
Szary, zgniły płaz ludzki leżał bez życia u jego nóg. Wówczas morderca jąłą 
szukać czegoś, po omacku, przy zamordowanym znalazł strzelbę i podniósł ją 
prędko z ziemi. Wtedy już gnany strachem panicznym, wypadł spod osłony gałęzi, 
osypały go kaskadą białą, uderzyły go w twarz kłującymi igłami i wiechciami 
śniegu. Wyrwał się na dróżkę szarzejącą mętnie, poszedł śpiesznie w stronę, skąd 
przyszedł. Za plecami czuł lodowate tchnienie śmierci. Gdy już odszedł daleko, 
stanął, obejrzał się... A może jeszcze nie? Wrócić, dokończyć ciosem w serce — 
wymacał nóż w kieszeni... Czemu tego nie zrobił?... A jeśli? Cóż znowu? 
Przywidzenia!... Ruszył naprzód. Znów stanął. Swobodne westchnienie zadowolenia. 
Błysk wzroku w stronę jodły... Jedyny świadek i... wykonawca. Ciężar zwalony z 
serca, raz na zawsze. Tak trzeba było... Człowiek — czy wampir... podążał dróżką 
leśną pewnie, beztrwożnie. Śnieg padał gęstą zawieją, otulał drzewa, zaścielał 
ziemię i sypał, sypał białą falą, tumanem owiał śpiący bór. Zanikły ślady 
wszelkie, niweczone puszystą bielą śnieżnej topieli. XXIX Zwłoki Chwedźka 
Styczeń otulał świat obfitością śnieżyc, ściął go mrozem krzepkim. Istny cud 
przyrody. Połacie zmarzniętej bieli wiszą na gałęziach. Drzewa niby kolumny 
białe, podszycie niskie lasu, krępe leszczyny, drobiazg drzewny zanurzony w 
chmurach sypkich, bieli nieskalanej, wszystko pławi się jak w kąpieli. Potężna, 
niewysłowiona pogoda, białości przeczystej poświęcona. Na rozstaju dróg, w lesie 
wilczarskim, stały małe saneczki zaprzężone w parę koni. Hawryłko drzemał na 
koźle, konie chrupały siano z wielkiej więzi położonej przed nimi. Dokoła bór 
głuchy, krakanie wron, jednostajny lament wróbli i szum drzew iglastych. Grześko 
przechodząc linię leśną, dojrzał saneczki, poznał czyje są; zawrócił w tę stronę 
i wkrótce stanął obok Hawryłka. Zbudził go. — Gdzie bojarzynka? — Na Temnyj Hrad 
prijszła. — Sama? — A szczoż. — Boże chorony! a czegoż ty tak daleko stoisz! — 
Tak kazała, to i słuchaju. Trzeba żdaty. — Toż wiorsta drogi do zamczyska a 
śniegu po kolana. Dawno przyjechała?... — Oho! Wże dawno, wże i koniaki pomerzły 
na czysto. Pohany moroz. — Często ona tak jeździ, biednieńka? — O czasto! Czut 
ne każdoho dnia. Tuży za mołodym panom, szczo tutki szczez. Neszczastnaja takaja 
dola. Stary borowy westchnął. — Boże chorony, żal i smutek. Taka młoda, urodna i 
ot co... nieszczęsna. Jej matka niedolę miała i dla niej niedola rośnie. — A nie 
wraca ona do Turzerogów? — Gde tam! Pan był w Wilczarach, tak prosył, tak prosył 
— to i słuchaty ne chocze. Sydyt z huwernantkoj w leśniczówce daj na zamczysko 
prijeżdżajet. — Gadają, że pani ze Smoczewa chora, panicz Jasio nie da sobie 
rady, naszą panienkę tam proszą, stara Smoczyńska lubi ją, daj chciałaby mieć 
przy sobie. Ale kto by jej nie lubił, gołąbkę tę naszą. Tylo znowu będą ją 
turbować, da męczyć... i popłakać swobodnie też nie dadzą. A pojedzie ona do 
Smoczewa?... Maj but tak, pani ze Smoczewa welme chorujet, a tamtaja panna, ich 
doczka, gadajut szczo za muż wyszła zahranyciu. Grześko mruknął z gniewem. — Tak 
ona za mężem, jak ja bojarom. Wołoczytsia za chłpcami taj chodi! Matka na mogiłę 
już patrzy, a donia bryka po świecie z paniczami. Tfu!... — Tak to i jest, 
sprawedlywe — odrzekł Hawryłko. — Tamta panna to praworna do chłopciw. Grześko 
zawołał nagle: — Pójdę na zamek, zobaczę, co ona biedneńka robi. Boże chorony! 
Stary ruszył na moczary, twarde teraz i zasypane zwałami śniegu. Szedł śladami 
Andzi i wkrótce ujrzał ją z daleka, siedzącą na pniu pod dębem, tym samym, który 
był świadkiem śmierci Andrzeja. Grześko, spostrzegłszy jej żałobną postać, 
usunął się dyskretnie za drzewa. Tarłówna siedziała cicho o dwa kroki od dębu i 
rękami ogarnąwszy kolana, patrzyła tępo w jasny, metalowy krzyż z czarną 
pasyjką, przykuty do drzewa. Sama go tu zawiesiła w jakiś czas po pogrzebie 
Andrzeja. Krzyżyk ten, pamiątka po matce, wisiał dotąd nad łóżkiem Andzi, niech 
teraz uświęci miejsce zgonu jej ukochanego. On tu wydał tchnienie ostatnie, tu 
rozbrzmiały krzykiem przedśmiertnym słowa jego, przed samym skonaniem 
wyszarpnięte z piersi, a wołające jej imię. Tu pożegnała oczy jego gasnące, 
takie drogie, takie jedyne. Tu poczuła w momencie straszliwym, jak głowa jego 
zwisa bezwładnie, tu ogarnął go mrok śmierci; serce bić przestało, zamilkł puls, 
twarz powlekła się sztywną, wapienną martwotą. Tu skonał Jędrek ukochany, żoną 
jego miała zostać, ale jej go zabrano, wydarto przemocą. To jej fatum! Kula 
zabijająca go, to tylko narzędzie ślepe jej losu. Tyle męki, niepewności, tyle 
walki poprzedziło krótkie minuty ich szczęścia. Po to, by ciosem morderczym 
zniszczyć je, rozwalić... Zamilkły brutalnie tony nokturnu, który w duszy 
rozlewał się nutą przesłodką, który do serca wprowadził szał upojeń 
niezgłębionych, który porywał całą istotę w przestworza zjawisk olśniewających. 
Zachwyt, urok prysł na drobne cząsteczki bezpowrotnie. Niesłychany szczyt 
szczęścia runął w przepaściste wyrwy żalu. Wszystko się skończyło. Pozostał 
smutek bezdenny, że stało się to mirażem. Czy mirażem?... Nie, to raczej fatum 
ocknięte trysnęło jadem, by zatruć szczęście. Istniała miłość wielka, silna i 
zdrowa jak sama młodość, która ją poczęła; miłość przepojona zapałem, 
posiadająca w sobie mnóstwo entuzjazmu i szału. Były w tym uczuciu atomy świętej 
mocy, zarodki poświęceń słodkich i wiary. Wszystkie te skarby królewskie 
zgruchotał okrutny cios nieszczęścia. Gdzież są ich idealne myśli, marzenia 
szczytne, wzniosłe, piękne horoskopy przyszłości z takim artyzmem malowane przez 
Andrzeja, którymi się ona upajała? Gdzie jest ten wszechmocny świat 
szczęścia?... Zdawał się być trwały jak natura i jak ona żywiołowy. Olbrzymi jak 
bór dębów potężnych, nie, jak ocean niezmierzony, a cudny niby gwiazda 
wieczorna, co subtelne, lecz jasne ma promienie, a upoisty jak wieczór lipcowy, 
zatopiony w zapachu lip rozkwitłych i w woni macierzanki. Potworny grad 
rzeczywistości nędznej zasypał te uroki, kawały lodu przybiły do ziemi ich 
szczęście tak obiecujące. I... nawet tęcza nadziei nie świeci. Zaległy chmury, 
ciężkie jak żelazo i trwają. Na horyzoncie jej życia już pozostaną. Duch jej nie 
upadł, nie zmalał, przeciwnie, wzrósł niebywale. Czuła jego skrzydła w mózgu 
swym: łopocą w nim, buntem kołaczą. Grad zimny, który obrócił wniwecz plony jej 
marzeń, który połamał, stratował złote kłosy uczuć młodzieńczych, nie zabił 
ducha, ale go zranił boleśnie. Rany jątrzyły, lecz duch wzmocnił się przez te 
blizny siłą dziwną i twórczą. Cios katowski natchnął go jakąś wielkością 
mistyczną i ona w nim króluje. Duch żyje i rośnie. Serce ocieka krwią zawodu i 
bólu. Serce to jedna rana, oplwane jest śliną trującą z paszczy nienasyconego 
nigdy fatum. Serce zdrętwiałe niby pod chloroformem żalu, że rozkwit swój krótki 
i cudowny już opłakuje, że płatki z kielicha kwiatu uczuć, z jego pąka 
prześwietnego zwiędły przed czasem. Serce płacze i skarży się, serce bije z 
trwogą przed życiem, boi się okaleczeń, czynionych w sposób wyrafinowany, 
złośliwy. Czy los jej stanie się dla niej katem?... Czy i nadal bujne zapały jej 
serca, o ile będą żywotne, los zawsze chwyci tragicznie, niby ręka komandora i 
buchnie je w przepaść grząską, w bagnisko nędzy, w utrapienie? Oto jest 
szczęście zrodzone z szału zachwytów. Szczęście poczęte w ekstazie duchowej, w 
pożodze uczuć serdecznych, co zagorzało łuną gorącą, świetlistą; łuną wiary, 
ufności, nadziei, entuzjazmu niewysłowionego, łuną palącą się jasno, ale wśród 
mroków, wśród nocy ciemnej, dla nich niewidzialnej. Łuna ta olśniewała ich 
blaskiem przepysznym, promieniowała jak gwiazda sturamienna i stubarwna, lecz 
nie przeczuła... krańca. Ten zaś nadszedł i zgasił zorzę rozpłomienioną. Wielkie 
kolisko blasków niebiańskich znikło bez śladu. Dokoła pustka, noc czarna, chmury 
stężałe ołowiem. — Nie. Ślad jest, ślad na całe życie pozostanie. Jest nim 
krwawa, ropiąca, z kroplami krwi wartkiej, spływającej w soplach karminowych, 
straszna rana w sercu. Spływające sople karminowe. Gdzie ja to widziałam? — 
myśli Andzia. Wtem spadło na nią przypomnienie snu. Tak, to było we śnie w 
Wilczarach, po owym pamiętnym dniu cudnym, gdy spotkali się oboje z Andrzejem w 
zagrodzie Grześka. Był to więc sen wróżebny? ...Szła wśród kwiatów, na łące, do 
kielicha purpurowego, który dla niej płonął szkarłatem... Tak, szła przez 
nadzieję do miłości ogromnej, do szczęścia, do Andrzeja. ...Zagradzały jej drogę 
bodziaki ostre i kłuły ją, raniły — ona szła... wytrwale. Przeszkadzał jej 
ojczym, bronił szczęścia, męczył duszę jej, targał serce — ona dążyła wytrwale 
do celu. ...I doszła. Piła zachłannie woń uroczą, niebiańską z purpur kielicha 
kwiatu. ...I została narzeczoną Andrzeja. Pochłonął ją czar rozkoszy nieznanejh, 
otoczyła ją atmosfera szczęścia nieprzewidzianego. ...Kwiat purpury roztopił 
się, spływał kroplami karminu, została tylko krwawa plama na jej rękach. 
...Andrzej, w zaraniu szczęśliwości niezmiernej skonał w jej oczach, słyszała 
jego ostatnie tchnienie i została jej tylko nicość, rozpacz w sercu krwią 
zlanym. Ta rana już pozostanie. Sen się sprawdził. Zapamiętała go dobrze i 
oto... spełniony. Teraz wstąpiła w pustkę szarą, głuchą. A chór śpiewaków 
anielskich?+ A rulon spadły ze skrzydeł hufca niebieskiego, który ona rozwinęła 
i czytała? Jakie też tam były wróżby? Tyle drobnych liter — zagadek i 
zakończenie. Miej Boga w sercu! Może to był wyrok na jej życie, karta jej 
przeznaczenia. ...Miej Boga w sercu. Czyli, że w Bogu szukaj pociechy, ukojenia, 
gdy srogi ból nawiedzać cię będzie. Niech ci wiara duszę zahartuje, by nie 
zrodził się w niej bunt. Tarłówna zadygotała przerażeniem. ...I to już na całe 
życie? Cóż jej pozostało bez Andrzeja? Prócz żalu, tragedii duchowej, smutku i 
żałoby... nic, nic więcej. Życie?... Mało je jeszcze zna, ale już wie, jak jest 
ciężkie. Mogło być promienne, ale może nie dla niej. Matka tak samo cierpiała, 
los jej był ciężki. Andzia rozumie teraz niedolę matki, była ona wszakże żoną 
Kościeszy. Może trapiła matkę nie tylko własna męka, lecz i przeczucie, że córka 
ją odziedziczy?... — Mamo, mamo, czemu tak źle żyć?... — Mamo, tyś na to 
pozwoliła? Płynęła cicha skarga z ust dziewczyny. Handzia szarpnęła się. Twarz 
schowała w dłoniach i szept cichy, modlitewny, pełen wymówek gorzkich wyrywał 
się z piersi udręczonej do Boga, do matki. A wspomnienia napływały chmurą, rosły 
prawie w wizję. Pogrzeb Andrzeja. Te chwile groźne, dzwony, jęk dzwonów, śpiewy, 
modły... Andrzej na katafalku, potem w kościele, wśród zieleni, płomyki świec... 
Pożegnanie się z nim... Ach, ten moment barbarzyński, zamykanie go na wieki, 
otwarty grób dla niego, w rodzinnych grobach Olelkowiczów... I ona to jednak 
przeżyła?... A przecież miała ciągle uczucie, że sama kona, że umarła, że to jej 
pogrzeb! Więc jednak żyje?... Zabrali jej go bezwzględnie ojcowie, pradziadowie 
jego, obok ojca swego spoczął, w podziemiach kościoła w Dubowej. Ona musiała się 
z nim rozstać, oderwano ją od grobu przemocą, ale oderwano na pół żywą. 
Konstanty Olelkowicz, stryj, prowadził ją, gdzie, nie pamięta, coś do niej mówił 
łagodnie, całował jej ręce. Tuliła ją do siebie jakaś starsza, poważna pani... 
Andzia słyszała słowa kojące, słowa dobre, macierzyńskie, ale jej ulgi nie 
przyniosły. Poważna pani nazwała ją córką, to była żona Konstantego Olelkowicza 
— powiedziała jej to panna Ewelina. Dużo tam było obcych ludzi, panów i pań, 
rodzina Andrzeja. ...Czy Andzia miała ich poznawać w takiej chwili? Byli 
Hadziewiczowie. Pamięta ich jak przez mgłę. Był i Jaś Smoczyński. Jego i 
Hadziewicza ujrzała pierwszy raz, jak nieśli Andrzeja zamkniętego w metalowym 
pudle, widziała z nimi Drohobyckiego i obcych panów. Administrator szedł z 
twarzą pełną grozy. Jan blady był jak płótno. Jakie są Prokopyszcze, Andzia 
wcale nie pamięta, Andrzeja tylko widziała i to, co go najbliżej otaczało. 
Kochano go tam bardzo. Zawodzenie służby, płacz chłopów, tyle żalu po nim 
zostało, tyle tęsknoty. Ocknęła się dopiero w Wilczarach, tu było bliżej od 
Prokopyszcz i tu ją ulokowano, gdyż podobno była chora. Ale i tego nie pamięta. 
Minęło z górą dwa miesiące. Odwiedzała już parokrotnie grób Andrzeja w Dubowej, 
lecz i tu, pod dębem, także jego grób, tu jest częściej i oswoić się nie może. 
Wyobraźnia jej nie jest zdolna objąć ogromu potwornego faktu, a choć go już 
zgłębiła, nie może się z nim pogodzić. ...Trzeba na to może całego życia? 
Zaszeleściło głośno w pobliżu. Andzia obejrzała się. Podchodził do niej Grześko. 
Rzekł głosem błagającym: — Bojarzynko, hołubko, już dosyć smutków, da płaczu. 
Zimno, mróz bierze jak w żelaza, pannuńcia zmarznie, a do domu szmat drogi. 
Prosił ją serdecznie, po ojcowsku. Zgodziła się. Powstała z pnia i przeżegnawszy 
się, uklękła na moment pod dębem z krótką modlitwą na ustach. Tak czyniła 
zawsze, odchodząc stąd. Wracali inną drogą, poza jeziorkiem. Grześko Andzię 
poinformował, że konie pomarzły i że kazał Hawryłkowi przyjechać dalej, dla 
rozgrzewki i czekać na głównym trakcie leśnym, dokąd oni dojdą piechotą, co 
także lepiej dla zdrowia bojarzynki. — Boże chorony, po takim długim siedzeniu 
trzeba się przejść a rozruszać, w sankach od razu wiatr by chwycił i źle, 
choroba pewna. Poszli przez moczary, białe i chrupkie od śniegu i mrozu, dotarli 
do lasu i zanurzyli się w jego otchłani. Grześko prowadził, Tarłówna postępowała 
za nim bez słowa. Gąszcze zwarte otoczyły ich zaśnieżoną barykadą. Jak fortece 
stały olbrzymy splątanych z sobą jodeł, połączonych śniegowymi arkadami. Gałęzie 
pojedynczue, usłane bielą, tworzyły niby krużganki, baszty i wieże zębate na 
potężnych zamczyskach. Grześko i Tarłówna nikli w ogromie boru, zakutego w 
mroźną biel. Majestatem tchnął las. — A czy, Boże chorony, nie zmęczy się 
bojarzynka takim spacerem?... — Nic mi nie będzie, Grześku, owszem, dobrze tak 
iść. — Kopno to tu nie jest, bo ja prowadzę dróżką, co zwierzyna wędruje, taki 
przesmyk w boru, to ich gościniec. O... ile tropów, wszystkiego tu dosyć szło. 
Tędy się niby nie chodzi, dla tej przyczyny, żeby zwierzaków nie strachać, ale 
za to równo jak na trakcie. Szli już z kwadrans. Grześko się niepokoił, że 
wybrał za długą drogę. Wtem stanął, cofnął się w tył jakby z przestrachem. — A 
toż co??!... Andzia zdziwiona, wyprzedziła go i ujrzała tuż przed sobą czyjeś 
nogi stężałe, owiane śniegiem, wysunięte spod obwisłych gałęzi wielkiej jodły. — 
Co to jest? Jezus Maria! To człowiek zmarznięty! Może jeszcze żywy?... Ratujmy! 
Odchyliła gałąź i jęła rozkopywać śnieg gorączkowo, Grześko pomagał jej sapiąc. 
Rychło śnieg odwalili, rozmietli gałęziami. Andzia krzyknęła przeraźliwie. Oczom 
ich przedstawił się straszny widok. Leżał człowiek martwy, widocznie od dawna, 
były ślady rozkładu, ale mróz ściął ciało w lód, który osiadł gęsto w źrenicach, 
otwartych przerażeniem może w minucie skonu i na ustach wykrzsywionych boleścią, 
z wyszczerzonymi zębami, pełnymi śniegu i lodu. Ubranie, same łachmany, 
zgnilizną zda się przesiąkłe, na nogach postoły z łyka. Twarz była jakby 
zmurszała, czy poszarpana, ubranie na piersiach i nogach również. Ciało, odkryte 
w paru miejscach i zmarznięte nosiło te same znamiona. Jednocześnie z krzykiem 
Andzi, Grześko zawołał głośno: — To Chwedźko!... Tarłówna poznała zwłoki i 
dreszcz przestrachu zabobonnego zatrząsł nią. — Chwedźko — powtórzyła ze zgrozą. 
Stali chwilę w osłupieniu. Nagle Grześko wziął Andzię za rękę, dziwnie nerwowo. 
— Chodźmy stąd, bojarzynko. Ot i ładną drogę wybrał. Nic tu po nas. Chodźmy 
żywo. Pchnął ją prawie naprzód, pobiegła, borowy ruszył za nią. Nie mówili do 
siebie nic długi czas, wreszcie Grześ mruknął: -Ot tak, wołokitę czort wziął. 
Swój swego zabrał... Dawno ja jego nie widział w boru... ostatni raz... przed 
obławą. Tarłówna drgnęła. Spojrzała groźnie na starego. — Przed jaką obławą?... 
— A ot przed tą... nieszczęsną na Temnym Hradzie. — Jak to!? Tam... wtedy był 
Chwedźko? — Ej bojarzynko, żeby ja jego tam widział, to już... Strach gadać!... 
Albo mnie byłaby śmierć albo... komuś innemu. — Co wy mówicie? — NIe strachajcie 
się pannuńciu. Ja Chwedźka widział wieczorem przed obławą, w uroczysku pod 
wołkiem, ale tędy co on szedł... można i na Temnyj Hrad — on w tamtą stronę 
wołoczyłsia. — Grześku, ja nic nie rozumiem! Co wy mówicie? — Boże chorony, bo 
to... parszywa wołokita była, pannuńciu. To niesamowity, pohany, samego biesa 
kum. To zmora była, bestia, pluhawiec. — Nie klnijcie, Grześku, przecie on już 
nie żyje. Czy on zamarzł? — Ot jeszcze by! On by zamarzł! Przyszło jemu na taki 
sam koniec hadki, jak i jego życie było. Jak żył tak i zdechł. Już go i wilki 
widno naruszyły, widziała bojarzynka, ale takiej korzemiachy lucyperskiej to i 
wilk nie dokończy. Ścierwo taj chodi! — Ach Boże! Więc go wilki szarpały?... ale 
z czego umarł? Może ludzi przysłać, może go pochować? Stary oburzył się. — Tfu! 
Boże chorony, niech bojarzynka tak nie turbuje się. On nie umarł, ale zdechł i 
nie sam. Jego ktoś zabił. — Zabił?... Za co?... Kto?... — Trzeba pytać tego, co 
to zrobił, za co. A kto?... Boże chorony!... — Grześku! Wy coś wiecie, tak 
dziwnie mówicie. — Ot, bojarzynko... Bóg to wie najlepiej, co się na świecie 
wyrabia. A ja wiem tyle, że widział Chwedźka wieczorem przed obławą, lazło to 
wszarstwo przez suche paprocie w stronę na wielki las... toż tam i Temnyj Hrad. 
Potem już ja jego nie widział więcej, aż teraz... zabity leży, blisko Hradu i 
dawno zabity... dwa miesiące pewnie jak już leży, toć znać dobrze, a to zima... 
nie lato. Zaległa cisza. Andzia szła wolno, nogi jej ciężyły. Jakieś myśli 
przerażające błąkały się w jej głowie, nie chciała ich związać w całość 
zrozumiałą. Lęk ją dławił, strach przemożny włosy podnosił na głowie. Nie mogła 
słowa przemówić. Grześko znowu rzekł głosem ponurym: — Strzelać to on umiał 
zdrowo, parszywiec, ja wiem, a i rucznicę czasem nosił, dobra nawet. Skąd ją 
miał, licho wie, ale to dziw, co teraz jej przy nim nie ma? Wilki nie zjedli 
żelaza... Dla takiego, jak Chwedźko, człowiek czy zwierz... to jedno. Musi on... 
na Temnym Hradzie był... w ruinach... Taki sam spróchniały zawsze jak i mury... 
Kto zobaczy?... Szukali... szukali... i ja szukał w piętnaście minut po strzale. 
Daleko już można być przez tyle czasu, jak komu pilno. Zamęt, gwałt, nikt nie 
uważał. Wszyscy rozum postradali, tylko on pewnie nie. Kula z murów... ot tobie 
na! Mury strzeliły?!... Boże chorony! a taka kula stamtąd wyszła. Fedor tyż to 
samo mówi. Każe, w tamtą stronę, do zamczyska pan był odwrócony, do dzików 
strzelał, a tu z murów... śmierć. Chryste Boże! Znowu milczenie posępne. 
Tarłówna w miarę słów Grześka przyspieszała kroku. Robił się wieczór, ją zaś 
gnał paniczny lęk, chciała uciec z tego boru i... od słów Grzesia. Wżerały się w 
jej mózg z natrętną, niczym nie zwalczoną mocą, budziły świtanie straszne w jej 
umyśle skołatanym, budziły świadomość, coraz wyraźniejszą, że wypadek tragiczny 
nie był wypadkiem. Borowy mruczał jeszcze. — Swój swego znajdzie. Wiadomo. Od 
Chwedźka ludzie uciekali, a ot i nie wszyscy. Choć taki pohaniec, a miał łaski. 
Czasem i czartowski syn przyda się... Ojoj, czemu nie!... Jak komu w duszy 
sumienie wystygnie, to taki diabeł niesamowity w sam raz wierny sługa. A już do 
wszystkiego taki. Boże chorony! Kiedy już niepotrzebny... idy do czorta skąd 
pryszoł!... Ot tobi za służbę nagroda... Tak bywa, ile że czasem taki druh potem 
robi się niebezpieczny. Lepiej w łeb takiego i spokój... cicho sza, taj chodi! 
Tarłówna pędem wybiegła na szeroką drogę leśną i ujrzała sanki swoje o 
kilkanaście kroków. Zdyszana była, blada, przejęta do głębi duszy tym, co 
słyszała, co się teraz uplastyczniło w umyśle, który od dwóch miesięcy, prócz 
rozpaczy, docierał, błądził, szukał. Andzia w podnieceniu gorączkowym zwróciła 
się do Grześka i rzekła prędko, jakby nic poprzednio nie słysząc od niego: — 
Może on się sam zabił? Stary popatrzył na nią zdumiony. — Może? — zamruczał. — 
Śladu nijakiego, zatarte, czysto, hładko, ni widu, ni słychu... Lucyperska 
robota... Przepadło! Andzia odczuła ironię i gorycz w głosie starego. Wskoczyła 
na sanki. — Siadajcie Grześku, podwiozę. Konie ruszyły. Stary borowy kiwał głową 
żałośnie. — I on... jasny pan, tak samo mnie zapraszał raz, przed obławą. A 
teraz gdzie on?... Biednieńki!... Starzec objął rękami głowę ruchem desperackim. 
— Boże, Boże, Boże! — wyło w duszy Tarłówny. Ciężar jej wzmógł się, ból jeszcze 
spotężniał. XXX Zerwane pęta Mała lampka nocna rzucała mdłe światełko na pokój 
obszerny i ciemny, na łóżko w głębi, przy którym siedziała czarna, wiotka postać 
dziewczęca. Monotonne tykanie zegara było jedynym odgłosem mącącym ciszę pokoju. 
Dziewczyna w luźnym, żałobnym szlafroczku, zdawała się drzemać przykucnięta na 
krzesełku. Głowę omotaną warkoczami oparła na krawędzi pościeli, drobne, białe 
ręce zwisały bezwładnie na kolanach. W całej postaci odczuwało się bezmierne 
znużenie. Trwało tak z pół godziny, nagle w łóżku podniosła się sucha postać 
chorej z twarzą ciemną, zwiędłą, pooraną, okoloną siwymi pasmami włosów i białym 
rancikiem nocnego czepka. — Kto tu jest? — krzyknęła chora głosem przejmującym. 
Dziewczyna ocknęła się. — Jestem ciociu, czuwam przy cioci, proszę się nie bać. 
— Czy to Andzia?... — Tak, ciociu, to ja, proszę się położyć. — Tu jeszcze ktoś 
jest. O... o... tam, za firanką. Śmierć po mnie przyszła, o, o patrz, widzisz? — 
Ależ ciociu! — Nie widzisz, bo to nie po ciebie, ale ja ją widzę. W imię Ojca i 
Syna. Andziu, boję się, boję się, boję się... Chora zaczęła piszczeć 
nieprzytomnie, tulić się do Andzi. Ocierała spocone czoło o twarz dziewczyny, 
ręce chude jak piszczele zarzuciła na jej szyję. — Nie daj mnie, Andziu, odpędź 
marę, niech się na mnie tak nie czai... Chryste zmiłuj się! Gdzie Jaś, gdzie 
Lora, nikogo przy mnie... wszyscy opuścili... potępionam! Zaczął się jeden ze 
zwykłych ataków rozpaczy, wyczerpujących chorą niezmiernie, który zmęczony umysł 
Andzi doprowadzał prawie do obłędu. Pani Smoczyńska zrywała się z łóżka, biegała 
w bieliźnie po pokoju gorączkowo, całując krzyżyk i wołając, że zaraz umrze. 
Czasem znowu wpadała w stan odrętwienia, leżała jak martwa, że nieraz Andzia z 
przerażeniem biegła po pannę Ewelinę myśląc, że ciotka już skonała. Najczęściej 
jednak złorzeczyła całemu światu i ludziom, bluźniła nawet, rozmawiając z Bogiem 
jakby z jakimś obecnym i wyrzucając gorzko, że ma taki los. Ptrzeklinała Lorę, 
Oksztę, Kościeszę i Turzerogi. Męczyła się sama okrutnie i zamęczała Andzię. 
Dziewczyna nie odstępując jej, cierpiała za wszystkich. Choroba pani 
Smoczyńskiej była nieuleczalna: rak w żołądku i bardzo zły stan serca, przy tym 
nerwy rozstrojone do granic. Chora nie wiedziała dokładnie, co jej jest, 
domyślała się tylko wszystkiego. Tarłówna z trudem zdołała ją trochę uspokoić i 
ułożyć na łóżku. Wtem rozległ się jej histeryczny krzyk. — Andziu zapal światła, 
dużo światła, boję się przy tej lampce... duszno mi. I to dość często się 
powtarzało. Dziewczyna, zmordowana atakiem chorej, spełniła jej polecenie jak 
automat. Sypialnia rozbłysła światłem kilku lamp, które już były przygotowane. — 
Andziu! Czego masz taką smutną minę? I ta czarna suknia taka straszna. Aha, już 
wiem! Ja dziś pewno umrę i to dlatego ta grobowa atmosfera... Anka zaprzecz 
mi... zaprzecz... Ha, ha! Nie możesz, Boże litości... Boże! Zaczęła płakać 
spazmatycznie i rzucać się na łóżku. — Ciociu droga, ciotuchno, przecież ciocia 
wie, po kim noszę żałobę, nie mogę być wesoła, nie mogę, cioteczko — żaliła się 
dziewczyna, sama bliska płaczu... — Po kim to? Po kim?... Kłamiesz! Aha, po 
Olelkowiczu? No to i cóż, umarł i nie zmartwychwstanie. Sam sobie winien, że 
szedł na przekór Kościeszy; kto z twoim ojczymem wojuje, ten zawsze przegra. Izę 
wpędził do grobu, choć to była anioł_kobieta, bo ją wszyscy kochali, więc nie 
znosił Izy i... Daj wody, Andziu, pić, pić! Po długiej chwili chora zaczęła 
znowu zrzędzić. — Przestań płakać po Andrzeju, nie wskrzesisz... a ja... ja nie 
mogę patrzeć na smutek koło mnie, myślę zaraz, że jestem na własnym pogrzebie. — 
Głupi był Olelkowicz, głupi... — Ciociu... proszę tak nie mówić, nie można, 
ciocia się zmęczy. — Ha, ha! Niby to o mnie ci chodzi, wiem, wiem, obrażasz się 
za Andrzeja. I on był głupi, i ty głupia, nie trzeba się było ojczymowi 
sprzeciwiać. — Ciociu! — A tak! Cóż wskóraliście? On kulkę w łeb, a ty... ty... 
Zakaszlała się i zaczęła jęczeć. — Andziu, śmiej się do mnie, włóż jasny 
szlafroczek, zawołaj tu Jasia. Zagrajcie na fortepianie, zaśpiewaj coś wesołego. 
Chcę, żeby było wesoło, jasno. Gdzie Jaś? — Jaś śpi, przecie to noc, ciociu, 
wszyscy śpią... — Sama zaśpiewaj tę dumkę, coście śpiewali z Andrzejem. Jakże 
to... Aha! Czerez reczeńku, czerez bołoto@ podaj ruczeńku, moje zołoto.@ — Ach 
ciociu, ciociu! — Albo drugą weselszą... — "I szumyt i hude, dribnyj doszczyk 
ide..." — No śpiewaj, Anka, śpiewaj! Łzy ciężkie gradem spłynęły na policzki 
dziewczyny. — Ty płaczesz? Jezus Maria, jak ja nie cierpię płaczu. Jaka ja 
nieszczęśliwa, tak pragnę odrobiny wesołości, a tu tylko płacz, smutek... Och, 
egoiści!... Egoiści!... Zaczęła jęczeć i wyrzekać. Andzia przemogła się. — Niech 
się ciocia uspokoi... już zaśpiewam... zaśpiewam... Chora siadła na łóżku i 
wpatrzyła się uważnie w Andzię. — Śpiewaj — tylko ładnie. — "Rosła kalina z 
liściem szerokim" — zaczęła Andzia, dławiąc się. — Nie chcę tego, to smutne, 
śpiewaj "I szumyt i hude..." — Ciociu! Ja to... z Jędrkiem śpiewałam. — Więc 
cóż, nie potrafisz sama? Jesteś wstrętna egoistka! — To tak trudno, takie 
bolesne wspomnienia, ciociu. Ale chora nie ustąpiła. Andzia więc z gardłem 
ściśniętym, z oczami pełnymi łez utkwionymi w sufit zanuciła smętnie raczej 
wesołą nutę piosenki małoruskiej: I szumyt i hude@ dribnyj doszczyk ide.@ A któż 
mene... neszczastływoj@ do... domońku... zawee... dee...@ Zakrztusiła się łzami, 
chcąc to ukryć, śpiewała dalej, coraz głośniej, ale nie śpiew, lecz jęk 
wychodził z jej piersi. Z męką straszliwą, z obrazem Andrzeja w oczach, 
przeciągała nadmiernie nuty, rozwlekając słowa, byle spoza nich szloch się nie 
wydobył, byle nie załkać rozpaczliwie. Twarz miała zalaną łzami, usta blade i 
roztrzęsione, w oczach tragiczny wyraz męczarni i bólu. Zapamiętała się w tym 
śpiewie, rozdzierającym na strzępy jej biedne serce. Chora leżała cicho, bez 
ruchu. To ocuciło Andzię. Umilkła i uważnie przyjrzała się ciotce. Pani 
Smoczyńska spała. Tarłówna odetchnęła głęboko, z ulgą i przyczaiła się cichutko 
na swym krzesełku, ocierając zapłakane oczy i twarz mokrą od łez. Pogasiła 
światła, ale sama nie spała, rozmyślając ciągle o Andrzeju i rozmawiając z nim w 
zgnębionych swych myślach. Już zbliżał się rok od jego śmierci, on zaś stał 
przed Andzią ciągle jak żywy, głos jego słyszała niby na jawie. Pani Malwina 
zbudziła się jeszcze kilkakrotnie, płakała, narzekała, lub kazała opowiadać 
sobie coś wesołego. Tak przetrwała do rana. Zaraz po śniadaniu przyszedł Jaś. 
Gdy zostali sami z Andzią, popatrzył na nią uważnie. — Wyglądasz bardzo źle, 
Andziu, noc była niedobra?... Czy tak? — Jak zawsze. Cioci nic nie lepiej, jest 
bardzo nerwowa. Wątpię, czy będzie można przenosić mamę do Smoczewa. Jest zbyt 
osłabiona. — Nic nie szkodzi, w powozie przejedzie wygodnie półtorej wiorsty 
drogi, pojedziemy wolno. Zwlekać nie chcę ani dnia. Tylko twojej prośbie 
uległem, pozwalając ci zabrać mamę na wiosnę z naszego czworaku znowu do 
Turzerogów. Rozumiem, że jej tu wygodniej, ale teraz, jak już stoi nowy dom — 
dosyć tego! Każdy dzień przebywania mamy w Turzerogach pali mnie, dłużej nie 
zniosę. — Ale czy zapewnisz mamie odpowiednie wygody?... dom nowy, może jeszcze 
wilgotny, może jakiś zapach farb? — Nie, lato było upalne, materiał suchy, 
wszystko w porządku. Największy i najwidniejszy pokój przeznaczyłem dla mamy, 
umeblowałem gruchotami ocalonymi z pożaru, mama je lubi. Reszta domku prawie 
pustkami świeci, ale pokój mamy zupełnie przyzwoity i wygodny. — Kiedy chcesz 
mamę zabrać? — Choćby dziś, zaraz... — Ryzykujesz, Jasiu. — Nie ma na co czekać, 
nastaną słoty jesienne, mamie będzie coraz gorzej, przecież wiesz. Nie chcę, za 
nic nie chcę, żeby tu umarła. Przykrość odmalowała się na twarzy Andzi. Jaś to 
zauważył, pocałował ją w rękę. — Nie dziw się, Aniu, znam twoje serce i cenię 
bardzo opiekę twoją nad mamą, ale... wszak to nie twój dom, pan... Kościesza 
zaś... czeka tylko na nasz wyjazd. Tarłówna nie mogła zaprzeczyć, wiedziała 
dobrze, że ojczym pragnie, aby pani Smoczyńska jak najprędzej opuściła Turzerogi 
i że okazuje to Jasiowi bardzo wyraźnie. Pani Malwina zgodziła się biernie na 
powtórny przejazd do Smoczewa, rozpytywała syna szczegółowo o nowy dom i żaliła 
się, że jest ciasny i że nie będzie miała wygód. Zastrzegła sobie kategorycznie, 
że bez Andzi nie wyjedzie. Tarłówna obiecała pielęgnować ją w dalszym ciągu. Gdy 
jednak nastąpiła godzina wyjazdu, Kościesza zażądał stanowczo, aby Andzia 
została w Turzerogach. Szorstko i bezwzględnie oznajmił o tym pani Malwinie. — 
Andzia nie jest pielęgniarką pani, dosyć już tego, syn i Butkowska mogą się 
panią zaopiekować, Andzia zostanie ze mną, tak chcę. Głos jego chroboczący, 
przykry i oczy ostre w wyrazie przeraziły panią Malwinę. Zemdlała, ale Jaś nie 
odłożył wyjazdu, ocuciwszy matkę, wsadził do powozu i podziękował zimno 
Kościeszy za gościnność, po czym konie ruszyły krokiem. Andzia odprowadzała 
ciotkę do bramy piechotą, idąc obok powozu, bo wsiąść Kościesza jej nie 
pozwolił. Chora płakała, żegnała się z Andzią, zapewniając, że bez niej umrze 
lada dzień. Przy bramie ojczym wziął Andzię mocno za rękę i oderwał od 
Smoczyńskich. — Jazda — krzyknął ostro do stangreta. Andzia zdrętwiała. — No, 
nareszcie! Pozbyliśmy się z domu szpitala. Chodź Aneczko. — Jak pan może być tak 
niegodziwy, takim... gburem — wybuchnęła Anna. Kościesza pociągnął ją w aleję 
cienistą, pokrytą teraz jakby kożuchem z opadłych liści. — Cicho, cicho, Aneczko 
i... nie nazywaj mnie panem, Anuś droga. Teraz, kiedy ta... stara wiedźma 
wyjechała, znowu będzie wszystko dobrze, jak dawniej. — To jest moja ciotka, 
krewna mojej matki, nie pozwolę, aby ją pan tak nazywał. Moje miejsce jest przy 
niej i do niej wrócę. — Zostaniesz ze mną, bo ja tak chcę i... tak wypada. — Nic 
mnie tu nie wiąże. — Jak to, więc dom rodzinny jest dla ciebie obojętny? — Stał 
się nawet przykry, bo ja ... nie mam rodziny. — Aneczko!... Krwawisz mi serce. — 
To trudno, mówię prawdę. W milczeniu poszli do domu. Kościesza starał się 
ułagodzić Tarłównę, ale na wszelkie jego czułe słówka i obietnice Andzia 
pozostała głucha. Nie chciała sprzeczki z ojczymem, ale przestała mu wierzyć. 
Czuła doń wstręt. Nie śmiała w sumieniu swym czynić Kościeszy wyraźnie winnym 
śmierci Andrzeja, a jednak nurtowała jej duszę straszna pewność, że on był jej 
pośrednim sprawcą. Ogarniał ją strach, że jest pod dachem takiego człowieka i że 
jest on jej ojczymem. To znowu dręczyły ją wyrzuty sumienia, że może posądza 
niewinnie; tak okrutna zbrodnia czyż może ciążyć na mężu jej zmarłej matki? 
Stanęły jej w myśli zwłoki Chwedźka, słowa Grześka utkwiły jej w pamięci. 
Wzdrygnęła się. Ten chłop potworny to był wspólnik, wykonawca... więc go nie 
zostawił przy życiu. Wszystko przewidziane, wszystko brał w rachubę... ...Ale 
można szeptać, posądzać po cichu... nie wolno oskarżać. Wszak śledztwo było, 
były robione starania, aby wykryć zbrodniarza, bo w wypadek prawie nikt nie 
wierzył. Długo szukano powodu kuli zbłąkanej. Sędzia śledczy przyjeżdżał do 
Temnego Hradu, zjechała cała komisja. Specjaliści badali tę sprawę sumiennie, z 
zainteresowaniem. Konstanty Olelkowicz niczego nie zaniedbał. Hadziewicz, 
Drohobycki, wszyscy sąsiedzi Andrzeja pomagali mu gorliwie. I nic. Ręce im 
opadły, energia osłabła, nawet cienia dowodu nie znaleziono. Po odkryciu zwłok 
Chwedźka Grześko sam, z własnej inicjatywy, cichaczem wezwał sędziego śledczego 
i Konstantego Olelkowicza. Ale i tu nic istotnego nie wykryto; zwłoki miały już 
ślady rozkładu, który mróz wstrzymywał, ponadto na twarzy, szyi i piersiach rany 
od wilczych kłów. Zamarzł i wilki go rozszarpały. To zapisano w protokole. 
Wszystko było niejasne, żadnych wyraźnych poszlak ani podejrzeń na Kościeszę, 
prócz jego znanej niechęci do zmarłego Andrzeja. Ale to nie wystarczało. Tylko 
Grześ kręcił głową z powątpiewaniem. Stary borowy był pewny, że Andrzeja zabił 
Chwedźko, Chwedźka zaś Kościesza. Tak on jak i Andzia nie zdradzili się przed 
nikim ze swych okropnych podejrzeń, czuli jednak, że i więcej osób w skrytości 
tak samo myśli. Przenikał Andzię dreszcz zgrozy i obrzydzenia. Wyczerpana 
doszczętnie czuwaniem nad ciotką, położyła się wcześnie i zasnęła kamiennym 
snem. Nie słyszała, że późnym wieczorem przybiegła Butkowska ze Smoczewa, 
wyrwawszy się w sekrecie przed Jasiem, aby prosić Andzię do pani Malwiny, która 
wzywa ją gwałtownie, nie mogąc zasnąć i spazmując. Kościesza usłyszał głos 
klucznicy, wypadł do niej i tak skrzyczał, sklął, że Butkowska uciekła, nie 
czekając dalszych konsekwencji gniewu pana Teodora. Jednakże stan pani 
Smoczyńskiej był przerażający. Jaś bezradny łamał ręce, wreszcie o świcie już 
Butkowska cichutko wślizgnęła się znowu do dworu w Turzerogach, do pokoju panny 
Eweliny, zaklinając ją, aby Andzia przyszła, bo pani umiera. Tarłówna zbudzona 
przez swą opiekunkę pobiegła natychmiast i wkrótce uspokoiła ciotkę, dając 
słowo, że już jej nie odstąpi. Kościesza wpadł we wściekłość, wyprawiał burdy w 
Turzerogach i w Smoczewie, dokąd wpadł jak burza z piorunami. Andzia z 
łagodnością i taktem prosiła go o spokój, aby nie pogarszał stanu chorej i 
pozwolił jej pielęgnować ciotkę. Kościesza był nieubłagany. Siłą chciał Andzię 
zabrać do domu. Jasiowi zaś powiedział mnóstwo impertynencji. Wówczas Tarłówna 
wystąpiła energicznie. — Nie wyjadę ze Smoczewa i będę ciotkę pielęgnowała do 
końca... Proszę pana nie naruszać spokoju chorej i... o mnie zapomnieć. 
Kościesza zdumiał się, widząc jej stanowczość i gniewne błyski w oczach. Wydała 
mu się tak piękna, że wzroku od niej oderwać nie mógł. Zapomniał się, stracił 
głowę. Podszedł blisko i chwycił ją mocno w ramiona. Oczy świeciły mu strasznie. 
— Aneczko — zaświszczał jego głos tuż przy jej twarzy — nie mów tak, nie mów! 
Nie opuścisz mnie. Ja cię... tak kocham szalenie, bez ciebie żyć nie mogę, bez 
twego widoku. Aneczko moja! Zrozum nareszcie. Tyś dla mnie... ja ciebie — jąkał 
się chrapliwym głosem, ciągnąc ją do siebie przemocą. Andzia spojrzała mu w 
twarz i krzyknęła z przerażenia; tak samo wyglądał przed rokiem w jej buduarku, 
gdy z ramion jego wyrwawszy się uciekła z Hadziewiczem. Wstręt, gniew, 
obrzydzenie, obraza — miotały nią. Wyszarpnęła ramiona z jego uścisku i, 
odskoczywszy jak od węża złośliwego, zawołała wzburzona do głębi, ale z 
niezwykłą mocą: — Między nami skończone wszystko... Raz na zawsze! Nie ma pan do 
mnie żadnego prawa i jest pan dla mnie... obcy. Nie powrócę do Turzerogów. Za 
nic! Po tych słowach wybiegła z pokoju. Kościesza osłupiał, opuścił Smoczew jak 
wysmagany, w drodze spotkał pannę Ewelinę, która z rzeczami przenosiła się do 
Smoczewa. Minął ją jak ponury wilk. Nie dał jednak za wygraną. Chciał się 
widzieć z Andzią, dręczył Jasia, nic nie pomogło. Tarłówna pozostała przy 
ciotce, nie odstępując chorej i nie odpowiadając na żadne zaczepki ani na listy 
Kościeszy. A stan chorej był coraz gorszy. Lekarze nie robili nadziei na 
wyzdrowienie, przepowiaedając, że będzie się długo męczyła. Tarłówna była jakby 
siostrą miłosierdzia i pielęgniarką przykutą do łoża chorej. XXXI Ostatnia wola 
Minęło półtora roku... Wiosna była w całym rozkwicie, koniec maja. W nowym 
dworku w Smoczewie, na ganku, Tarłówna i Jan Smoczyński rozmawiali ze sobą. — 
Czy dawno wysłałeś konie, Jasiu? — Już kilka godzin, sądzę, że za kwadrans 
najwyżej powinna przyjechać, jeśli pociąg się nie spóźnił. — Co ci mówił doktór 
o mamie? Jaki stan? — Bardzo zły. NIe łudził mnie zupełnie, powiedział, że 
policzone godziny... Tarłówna westchnęła ciężko. Oparła się na balustradzie 
ganku i zwiesiła głowę na piersi. Szczupła była bardzo, wątła i blada. Ubrana w 
czarną, gładką suknię, wydawała się jeszcze smuklejsza. Włosy obfite, rozczesane 
skromnie nad czołem, wieńczyły tył głowy pięknym splotem warkoczy. Oczy jej 
czarne, otchłannie głębokie w wyrazie, ocienione rzęsami zawarły w sobie smutek, 
były przy tym dziwnie słodkie, pełne tęsknoty. Usta zachowały barwę świeżą, ale 
cała jej uroda stała się teraz pastelowa, aż nazbyt delikatna. Jan, siedzący 
naprzeciw niej, zmienił się zupełnie. Delikatny owal jego twarzy okalał już 
męski zarost, jasny, krótko przystrzyżony. Oczy bardzo głębokie były poważne i 
niemal surowe, widocznie przecierpiał wiele, ból wyżłobił w nim cechę odrębną, 
jakby ascetyzmu i srogości wobec samego siebie. Po wymianie kilku zdań umilkli i 
siedzieli obok siebie cicho, pogrążeni w myślach. Zbudził ich tętent w oddali i 
głuchy huk kół po moście. — Jedzie! — zawołali jednocześnie. Andzia wstała i 
wytężyła wzrok w kierunku drogi. Rumieniec wzruszenia zabarwił jej policzki, z 
oczu sypnął gorętszy, złoty płomień. Jan nie ruszył się z ławki, podniósł tylko 
wzrok i tępo patrzał w bramę wjazdową. — Jedzie! Tak, to ona — powtórzyła 
Andzia. Powóz okrążył sztachety, wtoczył się na dziedziniec. Był odkryty, na 
siedzeniu poza plecami stangreta mignęła strojna postać kobieca. Konie stanęły. 
— Handzia!... Jaś!... — Lorka!... Okryki zmieszały się. Strojna pani wyskoczyła 
zręcznie z pojazdu i zarzuciła ręce na szyję dawnej towarzyszki. Uścisnęły się 
jak siostry. — Handziu, tak się cieszę, że cię widzę, tak dawno, dawno już, 
prawie trzy lata. Jasiu! Ach jakiś ty... inny! Ucałowała brata serdecznie. — Nie 
pytasz o mamę? — zagadnął sucho. — Andzia pisała. Czy tak jest źle? Bałam się, 
że już nie zdążę... — Nadziei nie ma, katastrofa lada godzina. — Czemuż nie 
telegrafowaliście wcześniej? Jan popatrzył na siostrę surowo. — Pisałem 
kilkakrotnie podczas zimy, Andzia również. Ciągle tylko obiecywałaś. — Ach tak, 
nie mogłam istotnie przyjechać, chociaż... bardzo pragnęłam. Tarłównie łzy 
stanęły w oczach. Widok Lory poruszył w niej wspomnienia lat minionych, 
przeżytych wspólnie chwil... Wizja Andrzeja stała przed nią wskrzeszona, w całej 
pełni. Ale zapanowała nad wrażeniem. Stłumiła w sobie cisnące się łzy przemocą. 
Podała rękę kuzynce i szepnęła cicho, aby nie zdradzić się głosem. — Pójdziemy 
do mamy. — Ja pójdę pierwszy, może jeszcze śpi, nie trzeba budzić — rzekł Jan i 
wyszedł. — Biedna mama — jęknęła Lora ze współczuciem. Rozejrzała się ciekawie. 
— Jak tu wszystko zmienione; nowy dwór? Dlaczego taki mały? Po naszym dawnym, 
spalonym, ten to istny kurnik. Pewno pomysł Jasia! Andzia milczała. Lora objęła 
ją ramieniem i spojrzała w twarz badawczo. — Biednaś ty Anko, straszny twój los. 
Nie masz pojęcia, jak okropnie odczuwam to twoje nieszczęście, tak mi było 
żal... Andrzeja. Tarłówna zbladła, kurcz bolesny pojawił się na twarzy. Szepnęła 
błagająco: — Nie mówmy o tym, Lorko. Pociągnęła dawną koleżankę w głąb domu. 
Lecz Lora nie mogła się zmusić do milczenia. — To cię męczy, ja to rozumiem. Ale 
widzisz, czy ja nie miałam rachi mówiąc, że Kościesza nie odda ciebie 
Olelkowiczowi? To wampir, a ty jego ofiarą jesteś. Andrzej musiał zginąć w tych 
arunkach. Zwalczył upór, lecz życiem przypłacił. Kościesza zgodził się na to 
narzeczeństwo, ale do ślubu nie dopuścił. — Skąd ty przypuszczasz? — spytała 
Andzia zdumiona niezmiernie. — O, ja wszystko wiem. Trochę pisała mi stara 
Butkosia, z którą korespondowałam, żeby od czasu do czasu mieć o was wiadomości. 
Nikt z was nie raczył pisać. No, tobie się nie dziwię, przeszłaś piekło na 
ziemi... — Nie przysłałaś nam początkowo adresu, Lorko. — Wiem, Jan wziął go od 
Butkowskiej. Czy wiesz, że gdy się tylko dowiedziałam o twoim wyjeździe z 
Turzerogów i zaraz potem o zaręczynach za zgodą Kościeszy, struchlałam. Ja znam 
tego potwora, on się tylko przyczaił, a wy uwierzyliście. Lepiej byłoby, żeby 
cię Andrzej porwał, jak miał zamiar, bo wówczas ślub wzięlibyście prędzej i 
basta. — Więc i o tym zamiarze wiesz? — Od Butkowskiej, ona zaś od służby, może 
nawet od prokopyszczskiej. Takie rzeczy się rozchodzą, on zaś, mając cię 
porywać, gdy do tego nie doszło, nie robił z tego tajemnicy. Mój Boże! Tacy 
ludzie żywiołowi giną. Andrzej to była potęga, on by cię wydarł całemu światu. 
I... zgubiony przez nędznika. Andzia pochyliła nisko czoło, przymknęła oczy. — 
Jednak wszyscy wiedzą, wszyscy odgadują — myślała. Lorka zrozumiała ją. 
Przytuliła swą twarz pachnącą do jej czoła. — Widzisz, wszak i to prawda? Nie 
zaprzeczasz, bo to prawda, nie bronisz tego szympansa, jak to dawniej bywało. 
Wszystko już zgłębiłaś, nie masz złudzeń. Pomysł był szatański, wykonanie 
artystyczne; mówię o tym tragicznym polowaniu. A pomimo to, pewno każdy wie, co 
o tym wypadku sądzić. Gdyby sprawiedliwość polegała nie tylko na samych 
dowodach, których podobno zupełnie brak, szympans powinien być teraz... daleko. 
Do pokoju wszedł Jaś. — Mama obudziła się, jest trochę lepsza, uprzedziłem ją o 
twym przyjeździe, Loro. Może pójdziesz? — Idę. Szeleszcząc jedwabiami poszła za 
Janem, strojna, piękna, pewna siebie. Andzia została. Wolała nie być świadkiem 
wymówek matki, czynionych córce, przeczuwała, że będą. Zresztą słowa Lory 
wyprowadziły ją z równowagi. Odżyły zgryzoty, gorycz dusiła ją potwornie. ...To 
się rozeszło, to wiedzą wszyscy, to się nie ukryło w domysłach tak, jak ukrył 
się sam fakt. ...Potwór, szatan, zły... zły człowiek, bez sumienia, bez duszy, 
bez serca. ...Geniusz zbrodniczy. Andzia zamyśliła się smutno, bo Lora 
przypomniała jej tragiczną śmierć Andrzeja, rozdrapała rany na nowo i boleśnie. 
W ostatnich czasach okrutnych męczarni pani Smoczyńskiej, Andzia zapomniała o 
sobie i swym dramacie, dzień i noc nie rozbierając się, czuwała przy chorej, 
będącej prawie ciągle w agonii. Aż teraz znowu wszystko odżyło, szarpnęła ją za 
serce świadomość własnej niedoli. Po pewnym czasie Lora powróciła. Podeszła do 
Andzi i usiadła przy niej. Miała oczy zaczerwienione, przykrość malowała się na 
twarzy. — Z mamą jest bardzo źle. Mówił mi lekarz, który tam czuwa, że godziny 
policzone. To straszne! Mnie kazano wyjść. Otarła oczy z łez i po długiej chwili 
wzięła Andzię za rękę, mówiąc serdecznie: — Opiekowałaś się mamą jak córka, 
przykuta byłaś do jej łoża przez długie dwa lata, nawet dłużej. Ach, Andziu, ty 
jesteś święta męczennica! Nie umiem ci nawet wyrazić całego ogromu wdzięczności, 
jaki czuję dla ciebie. Wszystko to puste frazesy wobec twego poświęcenia. Z 
takim dramatem w duszy, dwa lata ślęczeć przy chorej to bohaterstwo. — Nic 
nadzwyczajnego nie robiłam. Pewno ci Jaś nagadał. — I on, i mama, głównie mama. 
Wysłuchałam gorzkich wyrzutów matki, może i słusznych? Ciebie nazywa swoim 
aniołem i płacze, mówiąc o tobie, Andziu. Doktor mi mówił, że gdyby nie twoje 
starania, dawno by nie żyła. Byłaś jak siostra miłosierdzia, byłaś pielęgniarką 
mamy, z zaparciem się swej młodości, z poświęceniem. — Nie chwal mnie, Lorko, 
moja droga. Z zaparciem się młodości — mówisz? A cóż ona mi dała ta młodość 
moja?... Kilka chwil szczęścia nieziemskiego, by katowski grom uczynić 
straszniejszym? Kochałam nad życie... Andrzeja i na moich rękach... skonał. I 
jak skonał!... To mi dała moja młodość! Ach, nie mówmy! Powiedz lepiej, co z 
tobą, Lorko? O mnie wiesz wszystko, ja o tobie nic. Piękna kobieta oparła się na 
fotelu ruchem leniwym, ręce lśniące klejnotami zarzuciła za głowę i splotła je 
na pysznej koafiurze jasnorudych włosów. — Co ze mną?... Ha, świat mnie wziął w 
zaczarowane kolisko, w swój wir piekielny, ale piękny. Czy zmieniłam się 
bardzo?... — O tak! Wypiękniałaś jeszcze i wyrosłaś. Jesteś bardzo piękna, Loro. 
Tamta uśmiechnęła się rozkosznie. — Nie piękniejsza od ciebie. To nie 
komplement, ani zdawkowa moneta, Andziu. Kłamać nie umiem. Tylko że twoja uroda 
jest inna, moja inna, ty dla... znawców, ja dla smakoszy! Ty główka Axentowicza, 
ja hetera Żmurki. Tyś się Andziu zmieniła także, ból cię wysubtelnił 
wirtuozowsko. Jesteś tą samą Handzią z wilczarskich borów i stepów, tą samą z 
naszej szlichtady, pamiętasz?... Gdy cię Andrzej niósł z zaspy do sanek, jak ci 
wtedy grały te twoje kare oczy! a jednak jesteś inna, tak jakby z pączka róży 
szkarłatnej rozwinęła się biała orchidea, niesłychanie wytworna w kształcie i w 
typie. Tarłówna zadrżała, znowu ze zdumieniem spojrzała na Lorę. Andrzej mówił 
do niej zawsze: "Mój pąku szkarłatny", róże purpurowe przysyłał, mówiąc, że to 
jej symbol. A teraz ta... tak samo porównuje. — Tak, Andziu, ból to rylec 
genialny — mówiła Lora, idąc za swą myślą. — Ja co innego. Mnie życie płynie 
wśród dusznej atmosfery, życia właśnie, ukropu życiowego, podniet, szałów. 
Blaski niekoniecznie słoneczne, lubię elektryczność; złoto, upał krwi, gwar 
wielkiego świata, oto mój żywioł, moje natchnienie. Dla tej chimery poświęciłam 
wszystko, nawet... matkę. — Czy jesteś zamężna? — spytała Andzia nieśmiało. 
Długi moment pauzy. — Tak, przecie adresowaliście do mnie na obecne nazwisko. 
Nazywam się teraz Lora von Bredov Nordica. — Ładnie się nazywam, prawda? Lepiej 
to brzmi, niż moje dawne Smocinsky. Tamto trąciło zawsze przeróbką, wzbudzało 
nieufność, a na Riwierze, quand m~eme (franc. — jednak.), czuli są na dźwięki 
nazwisk. — Mieszkasz w Nicei? — Czasem, ale stale w Monte Carlo. Ach, Andziu, 
przyjedź tam do mnie, do nas... na jasny brzeg. Odżyjesz, na duszy i ciele się 
wzmocnisz. — Ja?... Do Monte Carlo?! — Cóż by to było dziwnego? Odwiedzisz moją 
siedzibę, będę dla ciebie Ciceronem. Że ci to ulgę przyniesie, za to ręczę. W 
takiej atmosferze, jak dotąd żyjesz, można się od razu dać zabalsamować. 
Okropność! Powiem ci... Wbiegł Jan z krótkim okrzykiem: — Mama bardzo źle, wzywa 
Andzię. Tarłówna zerwała się prędko i podążyła za nim. Czuła wyrzut, że przez 
godzinę zaniedbała ciotkę. Lora wyszła za nią. Jan rzekł cicho do Andzi przy 
drzwiach konającej matki: — Zdenerwowała się zanadto widokiem Lory, robiła jej 
straszne wymówki, doktor mówi, że agonia zbliża się. Ułagodzić ją, ty to 
potrafisz, tylko ty, Andziu. Ciebie woła i pragnie, byś była przy niej. Weszli. 
Tarłówna wzięła delikatnie rękę chorej, jakby zrobioną z opłatka. Lekarz i panna 
Ewelina odstąpili od łóżka. Gasnące oczy starej kobiety otworzyły się szeroko. — 
Czy Andzia jest? — szeptała słabo. — Jestem ciociu. — A... Jaś? — I on jest, 
stoi przy mnie. — To dobrze. Wpiła oczy gorączką rozpalone w Tarłównę i jęła 
mówić wolno, ale dobitnie i wyjątkowo wyraźnie: — Andzia to moja... prawdziwa 
córka, ona sama nieszczęśliwa, była dla mnie opatrznością. Jestem stara i... 
nudna, zamęczałam ją wymaganiami, ona wszystko znosiła. Anioł! Do łóżka mego 
przykuta z górą dwa lata... dwa lata, słyszycie? — Ciociu, proszę tak nie mówić, 
błagam, to cioci zaszkodzi... — jęknęła Andzia, tuląc twarz do jej ręki. — Mnie 
już nic nie zaszkodzi, umieram, wiem o tym. Taka chwila zmienia ludzi lepiej, 
niż całe życie. Byłam nudna, grymaśna, często zła, teraz... żałuję, że może 
zgnębiłam ciebie, dziecko moje. — Ciociu najdroższa proszę... ja tego nie chcę 
słuchać. — Wczoraj księdzu na spowiedzi wyznałam swoją ostatnią wolę, teraz wam 
ją objawię, dzieci. Musicie dotrzymać. Nagle poszukała oczami. — Kto jest 
jeszcze prócz was? — Jest Lora, doktor, panna Ewelina i Butkowska — odpowiedział 
Jan. — Chcę, pragnę w chwili zgonu... tego samego, o czym marzyłam długie lata. 
Chcę i proszę, aby Anna Tarłówna, tu obecna i mój syn, Jan, połączyli się węzłem 
małżeńskim. Słowa te spadły jak grom. Andzia oderwała się od pościeli i 
skamieniała; przerażenie, rozpacz mignęła w jej oczach. Jan rzucił się do łóżka 
matki, padł na kolana i załkał: — Mamo, nie żądaj tego od niej, nie żądaj... 
zaklinam! Chora gwałtownie zadrżała i uniosła się z okropnym wysiłkiem. Oczy jak 
dwa płomienie wświdrowały się w Andzię, bladą jak zjawisko; rzekła z siłą w 
głosie, wprost do dziewczyny: — Pragnę tego i chcę. Ostatnią wolę umierającej 
spełnić trzeba. Jan kocha ciebie od dawna, miłością wielką, jest zacny, ma złote 
serce. Były przeszkody... Milczałam. Wola Boża. Teraz ich nie ma. Ciągle po 
tamtym biedaku płakać nie będziesz. Życie i młodość ma swoje prawa. Szczęścia w 
domu nie zaznasz u ojczyma... już wiesz... jaki on jest. A... Jan cię kocha. — 
Mamo... matko... na Boga! Nie zmuszajcie jej, nie żądajcie... — szeptał młody 
człowiek, trzęsąc się cały. — Daj mi, Andziu, słowo, tu... zaraz... niech ja was 
pobłogosławię, niech wam zwiążę ręce. Niech się moje marzenie, choć jedno w 
życiu, spełni. Umilkła, oddychając szybko. W pokoju panowała cisza grobowa, 
jakby wszyscy wymarli. Po długiej przerwie chora znowu przemówiła: — Testament 
mój wiadomy: Smoczew dla Jana, spłatę Lory w jego ręce powierzam. Chociaż nie 
jest godna miana córki, chociaż przyspieszyła moją chorobę i śmierć, ale jej 
przebaczam. Gdy sama zostanie matką, wtedy zrozumie lepiej, jaką mi krzywdę 
zrobiła. Andzi, mej prawdziwej córce, oddaję to, co mam najdroższego... syna. 
Znowu cisza. Chora jakby się spieszyła. Dźwignęła się z męką widoczną i zawołała 
z rozpaczą: — Dzieci moje, to... ostatnie chwile... Chcecie mnie dobić... 
milczeniem?... O Boże! Daj minutę jeszcze, niech usłyszę ich słowo... przed 
śmiercią. Łaski, Boże wszechmocny! W okrzyku umierającej, w jej głosie, w twarzy 
i w oczach wzniesionych w górę była groza. Wszystkim zrobiło się straszno. Jan 
wstał. Spojrzał na Andzię. Była już spokojna, tylko martwo blada, rzęsy 
spuszczone rzucały długie sine cienie na policzki, usta ściśnięte mocno stłumiły 
jej uczucia. Gdyby umarła, nie wyglądałaby inaczej. Smoczyńska gwałtownie 
chwyciła rękę Jana i wyciągnęła dłoń do Andzi stanowczym ruchem. Dziewczyna 
podniosła rzęsy. Spotkała wzrok starej kobiety nakazujący, wszechmocny; jedynie 
może śmierć daje oczom taką siłę niezwalczoną. — Podaj rękę — rozkazała. 
Dziewczyna podała ją posłusznie. Była już bierna, oddana obojętnie swemu losowi. 
Chora złączyła ich ręce. — Przysięgnijcie mi, że uszanujecie moją ostatnią wolę. 
Milczeli głucho. Wtem odezwał się Jan, głosem wzruszonym do głębi. — Kocham 
Andzię więcej niż życie, wiedziałaś o tym matko, ale nie żądałem od niej takiej 
ofiary, nigdy! Szanowałem jej miłość... potem żałobę. Jeśli ona podała mi teraz 
rękę pod przymusem... zwolnij ją mamo, niech cię błogosławi... zamiast 
przeklinać. Zanadto ją kocham, by ją skuwać z sobą... bez woli... Słowa jego 
pełne powagi i trageedii, poruszyły Andzię. Ktoś zapłakał w pokoju, to Butkowska 
szlochała skulona w kącie. Chora upadła na poduszki, wyczerpana, ale trzymała 
ich ręce złączone w uścisku jak w kleszczach, przeszywała Andzię wzrokiem, który 
już nie nakazywał, lecz błagał, żebrał litości, o łaskę prosił: ...Zgódź się... 
zrób nawet ofiarę... niech ja umrę spokojna, bo już... już konam. Tarłówna 
czytała to w oczach ciotki, widziała skupioną twarz Jana, jego duszę odgadła, 
oczekującą wyroku. I oto w sercu jej przełamał się egoizm. Zmogła w sobie 
wszystko, co krzyczało protestem... Zwalczała już resztę swej jaźni! Konająca 
ostatkiem sił badała ją uważnie. Wzrok słabł, lecz błagał. — Andziu... córko... 
zostaniesz żoną... Jana? — wyszeptały usta stygnące. — Zostanę. Wydała wyrok na 
siebie. — Boże, bądź miłościw mnie grzesznej... doczekałam — szepnęła chora. 
Twarz jej rozjaśniła się szczęściem. — Przysięgnijcie mi... żądam tego... — 
Przysięgamy — wyrzekli oboje razem. Duch Jana uleciał gdzieś w zaświaty, duch 
Andzi spłynął nad mogiłę Andrzeja i modlił się do niego o przebaczenie. Chora 
wydobywając siły z mozołem, skinęła na nich, by uklękli, a gdy to uczynili, 
położyła im dłonie, zimne już, na głowach i wymówiła wyraźnie: — Błogosławię... 
was... dzieci... na... życie całe... teraz Bóg... mnie... Nie mogła dokończyć. 
Godzina agonii przedłużyła się, jakby spełniając również ostatnią wolę 
umierającej. Nadeszła wreszcie nieubłagana wieczyście tajemnica i rozpostarła tu 
swą władzę. Słońce zachodząc, rzuciło w okna dworku krwawe spojrzenia, gdy 
Andzia i Jan wychodzili z pokoju zmarłej... zaręczeni. On nie śmiał na nią 
patrzeć, lecz serce mu rozsadzało uczucie, niezgodne z żałobą po matce. Stał 
niby przed otwartym skarbem, zapatrzony w jego cud, ale jak złodziej drżąc ze 
szczęścia i z obawy, że ten skarb nie dla niego, że on to traci, że ten blask 
się przed nim zaćmi, że prawa do tego cudu nie ma. A jednak... był szczęśliwy. 
Tarłówna pustkę miała w sobie bezdenną i jakąś, nie jej własną, poddańczą 
rezygnację. ...Tak czy owak, wszystko jedno... ...Żyć trzeba. Słońce zapalało na 
niebie coraz jaskrawsze łuny, gorącą purpurą buchające. Koniec pierwszej części 
Część druga I Ku przeznaczeniu Ekspres, dążący z Warszawy do Nicei i Cannes, 
wpadł z impetem pod halę dworca w Vintimilli i stanął z łoskotem. Okna zapełniły 
się sylwetkami eleganckich pasażerów. Granica Francji. Rewizja. Ale pociąg 
luksusowy ma swe odrębne prawa. Urzędnicy francuscy weszli do wagonów i z lekkim 
ukłonem, grzecznie pytali jadących, czy nie wiozą rzeczy kwalifikujących się do 
oclenia. Ceremonia ta nie trwała długo, lokomotywa bowiem huczała, dymiła, 
wyrywając się gorączkowo do biegu. W jednym z okien wagonu, lśniącego lakierami, 
przyprószonego pyłem włosko_austriackim, ukazała się drobna, blada twarz i 
wielkie, czarne oczy, patrzące z ciekawością. To zaciekawienie błyszczące w 
źrenicach, o tęsknej głębi, nawet smutnej, przypominało kolorowy kwiat na 
czarnej glebie. Handzia Tarłówna oparła się na spuszczonym oknie i wychyliła 
głowę spoza ram okiennych, rozglądając się ciekawie. Postać jej smukła, w 
jedwabnym szarym płaszczu zakołysała się wdzięcznie; włosy czarne, obfite, 
okrywał kapelusz podróżny, owinięty popielatym welonem. Spod ronda widać było 
sute, błyszczące jak lawa, pukle rozdzielonych włosów nad czołem. Brwi gęste i 
wąskie, zarysowane nisko od nosa i przy końcach wzniesione nieco w górę, 
ściągały się jakby w skupieniu myśli, czy nagłej tęsknoty. Spoglądała na tłumy 
przepychające się w różnych kierunkach, słuchała gwaru, szumu 
charakterystycznego na wielkich dworcach kolejowych. Pojedyncze słowa 
francuskie, włoskie, angielskie, niemieckie, wpadały do uszu Andzi, tworząc 
zupełną wieżę Babel. Czasem jakiś głos wyrzucił słowo polskie, wówczas Tarłówna 
wychylała się głębiej, szukając rodaka. Odczuła czyjś wzrok na sobie. Spojrzała 
w tę stronę. Na platformie, blisko jej okna, stał wysoki, szczupły mężczyzna, na 
pierwszy rzut oka Anglik, wygolony starannie, z twarzą bardzo rasową, ale 
bezbarwną. Cerę miał śniadawą, matową zupełnie, lecz nie chorą. Oczy ciemnosiwe, 
z odcieniem zielonkawym, utkwione były w Andzię uparcie, usta ironiczne i cała 
postać, przy swej wytworności, wyrażała pewną niedbałość i swobodę albiońską. 
Ubrany w wykwintny strój podróżny, zdawał się być lordem lub dyplomatą 
angielskim. Bez ceremonii patrzył na Andzię, lecz w jego wzroku nie dostrzegła 
nic obrażającego i nagle, rozbawiona tą obserwacją obejrzała się za siebie, z 
cichym pytaniem: — Czy widzisz Lińciu tego Anglika, przed nami na prawo? — Widzę 
właśnie, że ci się bacznie przygląda — odrzekła panna Niemojska. — Jak się Linci 
zdaje, kto to jest? — W każdym razie klasyczny typ brytyjski, brakuje mu tylko 
ubrania w kratę i pledu prze ramię oraz aparatu fotograficznego. — Nie, to by go 
skarykaturowało, ja uważam, że jest bez zarzutu w typie, ale kto to taki? 
Wygląda na jakiegoś polityka i jest niezwykle podobny do Chamberlaina, tylko 
dużo młodszy. — Nie mów tak głośno, bo cię usłyszy. — Wszystko jedno, nie 
zrozumie. Nieznajomy oderwał wzrok od Tarłówny z doskonałą obojętnością i zaczął 
wolno spacerować po platformie, nie troszcząc się zbytnio, że ekspres za chwilę 
rusza w dalszą drogę. ...NIe jedzie z nami — pomyślała Andzia mimo woli. Gdy już 
zamykano wagony, Anglik z największym spokojem wsiadł do pociągu i za chwilę 
wszedł do przedziału Andzi i panny Eweliny. Zdjął kapelusz z lekkim ukłonem 
powitalnym i usadowił się naprzeciw pań, na wolnej kanapie. Z flegmą wyjął 
gazetę, rozłożył i zaczął czytać. Był to angielski "Times". Na Andzię już nie 
zwracał uwagi, sprawiło jej to wielką ulgę. Stojąc w oknie patrzyła na obszar 
morski, który wyłonił się spoza zabudowań stacyjnych Vintimilli. Gdy po raz 
pierwszy, za Genuą ujrzała morze, wstrząsnął nią dreszcz zupełnie nowy, fala 
gorąca życia, uśpiona w niej, ocknęła się i zatargała jej nerwami. Zlękła się 
tej przemiany w sobie i jęła tłumić żar we krwi, który jednak burzył się i rósł. 
Tak już dawno nie znała tego, myślała, że zamarło w niej wszystko, co było 
życiem i dążyło do życia. Oto minęła trzecia rocznica śmierci Andrzeja, od 
tamtej pory Andzia nie uśmiechnęła się ani razu, dusza jej, pogrążona w smutku 
beznadziejnym, zasnuta była kirem żałobnych rozmyślań. Okrutna zima, po zgonie 
Olelkowicza przebyta w Wilczarach, potem dwa długie, ciężkie lata przy łożu 
chorej ciotki Smoczyńskiej, ciągle prawie konającej, jej śmierć była dla Andzi 
pamiętna i straszna. Wydarto jej z serca przemocą tą obietnicę. Rozszarpała 
duszę swą zbolałą i z tą raną żyła w apatii przez całe lato, z myślą obłędną, że 
ma zostać żoną Jana. Mieszkała znowu w Turzerogach, dokąd po śmierci ciotki 
musiała wrócić, ubłagana przez Ewelinę, nie chcąc zresztą nowych skandali, gdyby 
zamieszkała w Wilczarach. Zamiar taki był, lecz Ewelina do tego nie dopuściła. 
Długie nieskończenie miesiące letnie i jesienne wlokły się dla niej jakby 
przysłonięte szybą okopconą. Zajęcia w szkółce i ochronce, które Andzia 
namiętnie lubiła, park turzerogski i las, stawy w głuchej części sadu, 
parokrotne odwiedzenie Wilczar i Temnego Hradu, wycieczki tragedii pełne do 
Dubowej, na grób Andrzeja, to był jej świat i przestrzeń, w których się 
obracała. Apatia jej rosła, wpadając w melancholię, Andzia mizerniała 
zastraszająco; jej nerwica przerażała Jana Smoczyńskiego, lecz nie umiał temu 
zaradzić. I oto pewnego dnia, po świętach Bożego Narodzenia, Tarłówna uczuła 
przypływ dziwnej energii, pragnienie czegoś nowego. Zdecydowała się jechać na 
Riwierę. Naglona listami od Lory, zapraszającej ją gwałtownie, z początku nie 
śmiała nawet o tym myśleć, bała się ludzi i świata. Lecz chwila odwagi nagle 
nadeszła. Andzia doznała pragnienia szalonego, które jak nakaz wewnętrzny, 
despotyczny, wołało w jej duszy... — Jedź! Panna Ewelina zgodziła się chętnie 
towarzyszyć jej, chciała od dawna dla swej wychowanki jakiejś zmiany, aby wyrwać 
ją z tego stanu niepokojącego i nadać jej życiu pewną cieplejszą barwę. 
Kościesza robił trudności niesłychane, odradzał, awanturował się, terroryzując 
Andzię za ten "nowy wybryk", jak się wyraził. Ale Jan najniespodziewaniej poparł 
projekt Andzi, pragnąc dla niej rozrywki oraz wyzwolenia jej od Kościeszy. I 
wyjechała. Lecz energia Tarłówny znikła prędko. Z Warszawy już chciała wracać na 
Wołyń, gwar wielkomiejski przeraził ją, zapał jej ostygł. Na dworcu wiedeńskim w 
Warszawie, wsiadając do ekspresu, żegnała się z Janem tak żałośnie, jakby już na 
całe życie. Łzy spływały jej gęsto po bladych policzkach, lecz gdy on, widząc 
jej reakcję zaproponował, aby została i napomknął coś o ślubie, który można by 
przyspieszyć, Andzia szarpnęła się jakby ugodzona ostrzem. — Nie! Muszę, muszę 
jechać! Płakała, gdy pociąg ruszył i pogrążyła się od razu w swoją nirwanę. 
Pierwszy raz oczy jej błysnęły zachwytem, pierś wydała okrzyk radosny, gdy 
ekspres wpadł w góry Semmerynga. Tarłówna pochłaniała widoki panoramy górskiej, 
nęciły ją przepaście, wabiły nieprzeparcie szczyty skalne i białe wiadukty, 
zawieszone nad rozpadlinami, w szczelinach skał. Pociąg wspinał się pracowicie 
na wyżyny, lokomotywa sapała jak potwór żyjący, zziajany ciężarem swego cielska. 
Andzia wolała, gdy spadali w dół, po stokach względnie stromych nad 
przepaściami, wówczas miała wrażenie, że się zaraz pociąg rozbije, że nastąpi 
coś strasznego, że wszystko runie, zmiażdży się, skotłuje jak ongiś przed laty w 
Wilczarach, gdy była świadkiem katastrofy z kurierem. Tu gorzej, tu pociąg 
wykolejony toczyłby się jak piłka w głębokie przepaście, tu o ratunku nikt by 
nie marzył. Zatrata bezwarunkowa, śmierć na miejscu. Pomimo dreszczy 
podniecających nerwy Andzi, rozkoszowała się perspektywą gór, ich malowniczością 
i grozą podróży na zrębach skalnych. Wychylona z okna, wpijała oczy w rozpadliny 
ciemne, w głębokie parowy i przepaście, nad którymi tor kolejowy zdawał się być 
zawieszony. Śledziła biały kłąb dymu innego pociągu, zdążającego naprzeciw 
ekspresu i ze zdumieniem widziała go, jak czasem płynął nisko, jakby pod 
nasypem, na którym sama jechała, lub nagle rozmotywał białe welony wysoko, na 
szczytach prawie, podczas gdy ekspres pędził niziną. Tarłówna rozbawiła się jak 
dziecko, lecz gdy minęli tunel Semmeryngu i wjechali w lasy, w okolicę skalistą, 
lecz mniej piękną, opanowała ją tęsknota za borami wilczarskimi, wizja Temnego 
Hradu stanęła przed nią ponura, ciągnąca ją zaborczo. Andzia czyniła sobie 
wyrzuty, że odjeżdża tak daleko od grobu Andrzeja, że zostawiła tam wszystkie 
drogie miejsca smutnych wspomnień. A pociąg gnał naprzód, wrzynał się w góry, z 
szumem okrążał doliny, dudnił na mostach i pędził, rwał ku morzu, hen... na 
kraniec Europy. Tarłównę zachwycił krajobraz nad Osiak_See w Karyntii. Śnieżne 
szczyty gór świeciły srebrzyste na tle ciemnego nieba, różowiły się zachodem 
słońca i wychylając się dyskretnie spoza bliższych gór, porosłych lasem, 
błyszczały, czarowały, niby królestwo snów, kraina niedościgła. Pociąg biegł 
nisko u podnóża góry, mając z lewej strony Jezioro Osiackie, lśniące, migotliwe 
jak oko, piękne i uśmiechnięte wśród wyniosłych rysów gór i rzęs leśnych. Te 
przemijające wrażenia upojeń były niczym w porównaniu do pierwszego rzutu oka na 
Morze Śródziemne w Genui. Andzia czuła skrzydła u ramion, coś ją poniosło z 
żywiołową potęgą. Przepadły smutki, znikły tęsknoty, jej nirwana przeistoczyła 
się w apoteozę życia, tak szaloną, że zapłakała ze szczęścia, iż żyje na świecie 
i widzi ten cud — morze. Od tej chwili apatia znikła: widok morski porwał jej 
wyobraźnię i niósł ją na falach szerokich ku nieskończoności. Fale kołysały 
duszę Andzi, goiły ją skutecznie, śpiewając jakby tylko dla niej hymn wzniosły, 
szumiąc, burząc się na jej cześć. Andzia nie mogła oderwać się od okna; 
zatopiona oczami w morzu, oddana mu. Gdy pociąg odbiegał od brzegu nieco, 
głębiej w ląd, gdy zakrywały morze ogrody kwiatowe, wille i domki nadbrzeżne, 
gdy wpadali w ciemność tunelów, Anna doznawała uczuć rozpaczliwych; siadała na 
ławce nagle zgnębiona, przygasła. Nie bawiły jej kwitnące grzędy ogrodów po 
prawej stronie pociągu ani winnice, ani góry porosłe oliwkami, ani piękne wille 
i mury oplecione różanymi krzewami i mnóstwem kwiecia o świetnych, barwnych 
plamach. Ją czarowały fale błękitne, spienione grzywy na grzbietach bałwanów, z 
szumem pędzące na piasek nadbrzeżny, czasem zda się wprost pod koła pociągu, gdy 
ekspres biegł tuż nad brzegiem, na torach kamiennych, mając fale prawie pod 
sobą. Andzia wychylała się mocno przez okno z wrażeniem, że przeważy pociąg i 
runie w błękitno_pienistą toń. Panna Ewelina chwytała ją wówczas za suknię, 
przerażona, odciągając od okna. Tarłówna igrała z tunelami; wysunięta przez okno 
głęboko patrzyła z biciem serca na zbliżające się obmurowanie tunelu, z 
okopconymi kamieniami przy samej czeluści, czarnej i złowrogiej. Cofała się w 
tył w ostatniej chwili, myśląc z zupełnym spokojem, jak głowa jej mogłaby się 
roztrzaskać o kamień, wpadłaby do morza i nicość, nicość wieczysta. W 
Bordighera, przed Vintimillą, spoglądała z zazdrością na mały ogródek palm, agaw 
i kaktusów na plaży, tuż przy brzegu, obmywany falami. Siadłaby, ot tam na 
ławce, a wielkie połacie spienionej wody, ślizgającej się po piasku stwardmiałym 
— chwytałyby ją za stopy. Wieczna praca fal, jednostajna i cierpliwa. Z daleka, 
z roztoczy morskiej, biegnie płaski, długi kłąb wód i rośnie, pęcznieje, nabiera 
jakby ciała, runią skarbowaną się pokrywa, aż wyrasta w bałwan olbrzymi, 
wściekły i zaczyna pienić się. Biały grzebień podnosi swe fryzy coraz wyżej, aż 
wreszcie cały ten potworny wał zwija się nagle, bierze pod siebie drobne fale i 
bucha z impetem grzywą pian na piasek. Robi zamach, jakby chciał ugryźć kawał 
lądu. Piasek jednak przyjmuje obojętnie ten nowy cios, podczas gdy gładka tafla 
wody z poprzedniego bałwana, cienką warstwą spływa spokojnie do morza, pod 
świeżą, zaborczą falą. Takie to jest wyraźne, tak się te dwa strumienie — dawny 
i nowy odrzynają od siebie plastycznie, że ma się złudzenie, jakoby ostatni 
bałwan, rozlany na brzegu, wciągał pod siebie wodę z dawnego, z pasją i gniewem, 
że mu przeszkadza w pochłonięciu lądu. I w tej bezsilnej złości jest śmieszny, 
głupi, prawdziwy bałwan, bo i sam nic nie zwojował, a tymczasem nadlatuje 
następny wał wód i złośnik, za przykładem swego poprzednika, spływa cicho pod 
nową pianę, upokorzony. I tak trwa ciągle, bez przerwy, jedna melodia szumu, 
jeden akord, jeden ton. Rozgwar morza potężnieje lub cichnie, ruch mniejszy lub 
większy, ale system zawsze jednakowy, jakby odwiecznie wytrwała praca dążąca do 
jedynego celu; pochłonięcia lądu i utorowania sobie drogi w dal. — Kiedy 
dokażesz tego, o morze, morze! — myśli Tarłówna, zapatrzona w rozhuśtaną 
przestrzeń ruchomego błękitu. Pomimo łoskotu pociągu słyszy wybornie szum wody, 
rozumie mowę fal, odczuwa bezsilną walkę bałwanów gryzących piasek. Tunel za 
tunelem szarpie nerwy Andzi, dym duszący, który w tunelach wtłacza się do okna 
otwartego, drażni ją. Poczuła zapach miły obok siebie, obejrzała się. Na kanapie 
poza nią, odsunięty od okna, siedział ten sam Anglik, trzymając przy ustach i 
nosie chustkę uperfumowaną, bronił się w ten sposób od dymu. Panna Ewelina stała 
w korytarzu przy zamkniętym oknie. Andzia zawstydziła się swego egoizmu, chciała 
okno zasunąć, lecz nieznajomy zaprzeczył ruchem ręki, dając do poznania bez 
słów, że mu to nic nie przeszkadza, od dymu zaś ma chustkę. Tak to wymownie 
wyraził gestami, że Andzia nie pytała o więcej. Zresztą nowy widok przykuł jej 
uwagę. Pociąg przebywał właśnie wiadukt nad Mentoną; ujrzała z wysokości morze w 
oddali, plażę, elegancką Promenade du Midi, bliżej zaśM kwietniki cudne jak 
dywany strzyżone o przepysznych barwach, po bokach białe wille, hotele, pałace. 
Pociąg przemknął. Jeszcze parę tuneli i wyłonił się owalny cypel Cap Martin, 
tonący w zieleni drzew, z białymi dachami pałaców, które wyglądały niby nimfy 
zanurzone w ciemnoszmaragdowej toni, a tylko głowy jasno podnoszące do słońca i 
lazuru niebios. Andzia z kart i albumów przysyłanych przez Lorę orientowała się 
jako tako co do miejscowości, ale teraz dopiero poznała, jaka przepastna różnica 
istnieje pomiędzy fotografią, rysunkiem, nawet kolorowanym artystycznie, a 
rzeczywistością; szczególnie morze i niebo urągało wszelkim reprodukcjom, było 
zbyt piękne, by każda odbitka nie stała się profanacją. Ale tylko natura 
czarowała Annę, miasta i miasteczka, które mijali, nie zachwyciły jej. Dużo 
szablonu i monotonii w budynkach. Ale oto z daleka, na skale, zarysowały się 
dwie wyniosłe wieże białe w otoczeniu gęstej zamieci pysznych gmachów, na tle 
gór zielono_siwych, ze sterczącą na szczycie odległym, T~ete de Chien i z 
półokrągłą, nisko nad samym morzem postawioną na filarach, jak na kozłach 
patelnią Tire aux Pigeons. — Monte Carlo — wołał konduktor wchodząc do 
przedziałów. — Jesteśmy u celu, Aniu — rzekła panna Ewelina, dotykając ramienia 
wychowanki. Andzia nie ruszyła się z miejsca. Pociąg szedł wysoko, nad samym 
morzem, fale obmywały dolne kamienie toru kolejowego, rzucały się z zajadłością 
na głazy nadbrzeżne i lizały je spienionymi językami, opadając bezsilnie na 
drugą stronę zapory. Wysoki nasyp kamienny, opatrzony barierą żelazną od strony 
morza, zataczał półkole i wsunął się w cień, pod skrzydła rozpiętego dachu 
dworca. Ekspres stanął. Cały zastęp tragarzy wpadł do wagonów; powstał zgiełk, 
zamieszanie. Andzia i panna Ewelina w kilka minut znalazły się na peronie, od 
strony morza, razem z rzeczami, które dobroduszny Francuz w bluzie granatowej 
ładował na wózek. Tarłówna zeszła z asfaltu na ostre kamyki nasypu kolejowego i 
zbliżyła się tuż do bariery. Pod nią grały fale. Słońce nieciło tysiąc gwiazd, 
iskier, złotych trzęsień na sfałdowanym morzu, piany grzywiaste były oślepiająco 
białe, aż srebrne. Roztocz przepyszna mieniła się tęczowo, karbowała w łuskę 
świetną jak potężne szyby płynnego kryształu, pod którymi gorzało słońce, 
przesycając je blaskiem na wskroś, z zewnątrz zaś owiewał je złoty tuman i 
bławat powietrzny. — Ach! Rzucić się w tę otchłań przeczystą, zginąć w falach 
szumiących... Jak tu cudownie... Boże! Okrzyk zupełnie mimowolny wydobył się z 
ust Andzi. Drgnęła, czując, że ktoś za nią stoi. I była jedna jedyna krótka 
sekunda niemal pewności, że tam poza nią jest jej przeznaczenie, które ją tu 
wiodło, jej fatum opiekuńcze i że zaraz, natychmiast pchnie ją w migotliwą toń 
morską... zamkną się nad nią błękity wód, zakwitną nad jej zagładą piany 
srebrzyste. Ocknęła się i usunęła nieco na bok. Za nią stał nieznajomy z 
Vintimilli, chłodny, sztywny i oparty na lasce patrzył na morze wzrokiem tak 
obojętnym, jak na porcję rostbefu, na którą w dodatku nie ma apetytu. Tarłówny 
zdawał się wcale nie widzieć. — Andziu, jedziemy, fiakier czeka. Anna wolno 
podążyła za swą opiekunką. II Moloch Na schody marmurowe kasyna, grającego 
światłami, wchodziły dwie ciemno ubrane postacie kobiece: Anna Tarłówna i panna 
Ewelina, zalęknione trochę strojnym tłumem, płynącym szumnie do przybytku 
hazardu i zabawy. Przy głównych drzwiach Andzia zatrzymała się i przyparta do 
odrzwi, patrzyła z zapartym oddechem na damy wykwintne mijające ją z szelestem 
jedwabiów, z falą perfum, niosąc na swych twarzach uśmiechy kokieteryjne, 
znudzone, przeżyte, lub pożądliwie ciekawe. Często pod artystyczną warstwą 
bielideł i różów błąkała się bezmyślność zupełna lub zwierzęca żądza gry. 
Różność typów kobiecych i męskich, pędzonych tu jedynie, rzec można, siłą 
namiętności, sprawiała wrażenie rzeki, z bardzo odmiennych strumieni i potoków 
utworzonej, a dążącej do jednego bóstwa dla wszystkich żywiołów, bóstwa złota — 
z bałwochwalczym pokłonem. — Co ja tu robię wśród nich, po co tu idę? — myślała 
Andzia z niemiłym uczuciem. Podniosła wzrok od tej szumiącej rzeki ludzkiej i 
zapatrzyła się na oświetlone Monte Carlo rozpięte na stokach gór. Kondygnacje 
świateł niższe i wyższe, pełznące w górę i jakby spływające na dół, układały się 
w szarfy migotliwe, w rozety, w snopy i gwiazdy drżące na powietrzu. Wyżej 
górował światłami hotel Riviera, panujący swym gmachem białym nad willami i 
miasteczkiem tonącym w zawiei ogników. Dalej, aż w górach, gdzieniegdzie 
błyszczało pojedyncze światełko, lub po kilka w małej grupce, jakby geniusz, 
który rzucił tę moc gwiazd gorejących na miasto, uronił kilkanaście z nich wśród 
ciemnych gór. NIsko płonął światłami elektrycznymi wykwintny gmach, Caf~e de 
Paris, z oszkloną galerią na froncie i wielką, przysadzistą kopułą na szczycie. 
Wewnątrz tego przybytku i zewnątrz, przy gęsto ustawionych stolikach, bawił się 
z wesołym gwarem tłum barwny, pyszny, pełen życiowych uciech i umiejący je 
znaleźć. Na lewo od fasady kasyna promieniał hotel "Paryski"; wielkie tafle 
szklane tarasu, idącego wzdłuż całego budynku, strojne były w kwiaty i blask. 
Wszędzie ludzie, mnóstwo ludzi, życie wre, kipi, aż rozsadzać zda się nawet te 
ramy wspaniałe. Naprzeciw Andzi kwietniki, palmy przepiękne, o koronach niby 
monarszych, wyniosłe, strzegą zwartym szeregiem z dwóch stron rozpięte dywany 
kwiatów. W oddali tryska fontanna dyskretną kaskadą w otoczeniu olbrzymiego 
wieńca białych stokroci. Przepych, bogactwo, jeden czar. Andzia olśniona 
przymknęła oczy, pociągnięta przez swą towarzyszkę, weszła do pierwszego 
przedsionka kasyna. — Czy zaraz weźmiemy bilety wejścia do sal gry? — spytała ją 
Ewelina. — Wszystko jedno, możemy jeszcze poczekać. — Bo widzisz, jeśli chodzi o 
spotkanie Lory, to już ona z pewnością nie będzie siedziała w atrium, tylko w 
salach, zatem... — Może jej tu nie ma? Mówiła panna służąca, że wyjechała na 
cały dzień do Nicei. — Ale zwykle, podobno, wieczory spędza w kasynie, tylko tu 
możemy ją dziś spotkać. — Lińciu, najpierw rozpatrzmy się w atrium, taki tu 
gwar, czuję chaos w głowie. Och, jakie kwiaty! Tarłówna podeszła do grotki z 
kwiatami, ulokowanej na prawo, obok drzwi i wzięła do ręki pęk purpurowych róż; 
zapytała o cenę. Lecz w tymże momencie zadrżała na całym ciele... ...Szkarłatne 
róże... Andrzej. Krew gorąca buchnęła jej do serca. Przypomnienie uderzyło w jej 
mózg. Rzuciła kwiaty na stolik jakby z zabobonną trwogą. To już nie dla mnie, 
nie dla mnie!... Wzięła skromną wiązankę fiołków, płacąc monetą żądaną za róże. 
Kwiaciarka patrzyła na nią ze zdumieniem, ale panna Ewelina zrozumiała i 
westchnęła cicho. Weszły do kontramarkarni, popychane przez tłum, znalazły się 
przy ladzie, blisko drzwi wejściowych do atrium. Andzia mechanicznie zdejmowała 
z siebie okrycie. Wem naprzeciw niej błysnęło, zatrzymała się oszklona winda 
podziemna, z hotelu "Paryskiego", ukazując w swym wnętrzu strojne postacie 
jednej kobiety i paru mężczyzn. Z trzaskiem otworzono drzwi szklane, dama 
wybiegła ze śmiechem, za nią panowie. Rozbawieni byli, roześmiani, opowiadając 
sobie coś na wyścigi. Chwilę zatrzymali się przy wejściu do atrium, wspaniała 
dama poprawiała nieco zawikłany tren, podnosząc suknię nadmiernie i ukazując 
wysoko nogi, jak z marmuru wykute, w bladoniebieskich, pajęczych, lśniących 
pończochach. Tarłówna poznała ją od razu. Była to Lora. Andzia zamieniła szybkie 
spojrzenie z Eweliną, podczas gdy mężczyźni, pomagając strojnisi w 
uporządkowaniu pajletowego trenu, pochylali się do jej nóg zbyt nisko. 
Towarzystwo znikło za drzwiami, wówczas panna Ewelina spytała po francusku, 
stojącej za ladą odbiorczyni ubrania, w czarnej sukni i białym motylku na 
głowie: — Kto są ci państwo? — Pani von Bredov Nordica i jej... znajomi. Andzia 
niemile tknięta akcentem służebnej weszła szybko do atrium. — Po co Lińcia pyta, 
skoro poznałyśmy ją obie? Panna Ewelina milczała. Zmieszały się z tłumem. 
Wyniosła, piękna sala atrium huczała gwarem rozmów, płynął tu szum świetnych 
toalet i unosiła się woń wytwornych pachnideł. Pośród kolumn z ciemnego marmuru 
wiły się korowody ludzi strojnych, roznamiętnionych grą. Wielkie kanapy 
zapełnione odpoczywającymi po wzruszeniach gry poważnymi wiekiem ludźmi, których 
jednak oczy wcale niepoważnie paliły się ogniem chciwości, lub ciskały złe 
połyski zawodu. Siedziały tu i apatyczne babcie, niezrozumiałym sposobem 
wtłoczone w ten tłum kalejdoskopowy, ale także po przegranej lub z nadzieją 
wygrania. Siedziały młodsze i starsze kobiety pawice, w dziwacznych, 
najmodniejszych łaszkach, świecących od haftów, pajletów i barw. Obnażone szyje 
i gorsy, szumne uczesania, szminki, pudry, karminy na twarzach, klejnoty 
migocące na biustach, w uszach, włosach i rękach; obok twarzy zniszczonych jak 
ściany obdrapane, na których już żadna sztuka cudu nie dokaże; obok kostiumów 
tak samo wiekowych gustem i fasonem, przypominających kufer z rupieciami, lub 
stuletnią komodę w składzie najnowocześniejszych mebli. Różnorodność postaci 
ludzkich zdumiewała Andzię, obserwowała ten rój człowieczych istot oczami 
szeroko rozwartymi. W umyśle jej powstał zamęt. Oszołomiona doszczętnie 
odnalazła pustą kanapkę, wsuniętą pomiędzy drzwiami wejściowymi do sal gry i 
ścianą. Kanapka stała pod lustrem olbrzymim. Andzia podchodząc do niej ujrzała 
swe odbicie w zwierciadle i chwilkę zdziwiona, przyglądała się sobie. Jakaż była 
mała i drobna w tym pysznym tłumie, pod filarami wyniosłych sklepień, pełnych 
rzeźb, malatur, złoceń, bronzów. Jak nikła wydawała się jej postać w czarnej, 
lekkiej sukni i dużym kapeluszu rembrandtowskim, tegoż koloru. Blada twarz Andzi 
miała tony delikatne lekkiej podniety, usta piekły żarem krwi, oczy zapalały w 
sobie iskierki niepokoju i ciekawości. Usiadła na kanapce. Panna Ewelina została 
gdzieś w tłumie. Ątarłówna szukała wzrokiem Lory, lecz nie było jej w atrium, 
natomiast coraz nowe osoby wpływały do sal gry, legitymując się biletami 
pokazywanymi stojącym w drzwiach urzędnikom kasyna. I znowu mieszanina; szły 
damy dekoltowane w strojach niemal bachanckich, w pióropuszach, diademach; szły 
kobiety dostojnie i z gustem ubrane, szły babcie archaiczne i cudaczki kobiece; 
szli mężczyźni jakby manekiny krawieckie, z twarzami wyzywającymi lub 
napiętnowani stygmatem kompletnego przesytu; szli abnegaci ubraniowi, lecz z 
zapałem i wiarą w źrenicach, krokiem tak pewnym, jakby dążyli bezwarunkowo do 
zwycięstwa: teraz rozbiją bank! Szli młodzi, zblazowani panicze, ruchem 
nonszalanckim, z pochylonym karkiem i oczami zastygłymi w biernej, umyślnej czy 
chorobliwej niemocy neurasteników. Wszystkich niósł na swych skrzydłach 
nietoperzowych krwiożerczy, zimny, ironiczny i mściwy moloch. Anna ukryta na 
swej kanapce widziała twarze wchodzących. Każda z nich miała charakter odmienny, 
ale jakby jednym tchnieniem owiany. Jakby w promieniu jednego reflektora cały 
ten tłum, pomimo odrębności poszczególnych, jednakowe miał tło i po tym samym 
kroczył szlaku. Panna Ewelina namówiła wreszcie Andzię do wzięcia biletów 
wejściowych. Załatwiwszy te formalności, znalazły się wkrótce w salach gry, przy 
gęsto obstawionych stołach rulety. Brzmiał tu głuchy poszum dużego zbiorowiska 
ludzi, lecz dominowały głosy krupierów, wołających we wszystkich krańcach sali 
charakterystyczne i fachowe: — Messieurs, faites vos jeux! (fr. — Panowie proszę 
stawiać; zaczynajcie grę!). — Le jeu est fait? (fr. — Czy gra idzie?) — Rien ne 
va plus! (fr. — Więcej nie wolno już stawiać.) Potem następowało głośne 
wyjawienie wygrywanego numeru, koloru i liczby, parzystej lub nie. Andzia 
obeszła salę i stanęła przy jednym stole, pojedynczym, w małej salce ozdobnej, 
przylegającej do sali "trente_et_quarante" (fr. — "30 i 40", hazardowa gra w 
karty.). Przez lukę pomiędzy głowami "galerii" ciekawych i grających ujrzała 
mahoniową miednicę rulety w pełnym ruchu z krążącą dokoła białą gałką. Skupione 
twarze graczy i obojętne, często bezczelne fizjonomie krupierów otaczały stół 
zwartym murem. Oczy wszystkich śledziły rozpędzoną gałkę, magnetyzując ją, każdy 
na swą korzyść. Na stole jeszcze panował ruch, rzucano pospiesznie ludwiki, 
"plaki" złote, papiery grube i skromne pięciofrankówki na różne numery, kolory, 
przedziały. Wtem zaklekotała gałeczka, odbijając się na mosiężnych skuwkach 
miednicy... — Rien ne va plus!... — zawołał krupier. Paf! Gałka wpadła w 
przedziałek pod dziesiątką. — Dix, noir, paire, manque! (fr. — dziesięć, czarny, 
parzysty, brak.) — znowu głos krupiera. Na numerze tym leżała gruba suma w 
papierach; wygrał ktoś en plein (fr. — W całości.). Zaszeleściły bilety 
tysiącfrankowe, sypało się złoto na kupkę, po czym młotki krupierów całą tę masę 
pieniędzy posunęły do właściciela, na drugi koniec stołu. Tarłówna powiodła 
wzrokiem za nimi; wytworne ręce męskie, z pięknym sygnetem na palcu zgarniały 
obojętnie banknoty, jakby bez najmniejszej uwagi. Andzia spojrzała wyżej — 
szczęśliwym graczem był nieznajomy z Vintimilli. Z niezmąconym chłodem zbierał 
pieniądze. Nagle spotkał jej wzrok na sobie. Źrenice jego błysnęły wyrazem 
cieplejszym, zamigotał w nich radosny promyk. Zaskoczona zmianą wyraźną w jego 
oczach cofnęła się, chcąc odejść, ale zaciekawiła ją nowa stawka Anglika. Całą 
wygraną porozkładał na numerkach tak, że niemal połowę zielonego stołu zarzucił 
biletami i złotem. Spoglądano na niego ze wszystkich stron, on zaś czekał z 
chłodną obojętnością, ani jeden rys nie drgnął mu na twarzy. Gałka rzucona 
umiejętnie przez krupiera, z zamachem godnym sprawy, kołowała impetycznie, jakby 
wybierając numer, jakby z namysłem, właściwie pędziła do celu pewnego i gdy pęd 
jej osłabł, zachwiał się, potknął kilkakrotnie, kulka spoczęła w wyznaczonej dla 
siebie komórce. — Zero! — zawołał krupier głosem bezczelnym. Nic nie stało na 
zerze, nieznajomy przegrał wszystko. Andzia badała go. Ta sama obojętność i 
chłód na twarzy, spokój kamienny. Żaden muskuł twarzy nie znamionował wrażenia z 
tak kolosalnej przegranej. Tylko, gdy krupierzy zsuwali jego pieniądze do kasy, 
on znowu spojrzał na Tarłównę i znowu jakby się oczami do niej uśmiechnął. 
Odeszła od stołu z uczuciem dziwnego niepokoju. Panna Ewelina jak cień podążyła 
za nią. W sali "trenta" białej, przepysznej, hojnej we freski, rzeźby i rzęsiste 
a dyskretne kule lamp, które potopem świateł owiałay plafon wyniosły i szczyty 
ścian, przy pierwszej kanapce umiejscowił Annę okrzyk gwałtowny: — Handzia! Lora 
podbiegła z twarzą rozpromienioną. Uścisnęły się wszystkie nader serdecznie. — 
Nareszcie przyjechałyście!... Czemuż nie pisałaś?! Nie depeszowałaś?... Czy 
zajechałyście do mnie zgodnie z umową! Pociągnęła ją ku narożnej kanapce, tam 
dopiero zaczęły się liczne pytania i objaśnienia. — Dawno już jesteście w 
kasynie? — Przybyłyśmy jednocześnie z tobą, wychodziłaś z windy. Pani von Bredov 
Nordica trochę poczerwieniała. — Ach tak? Czemuż nie zawołałaś mnie? — Byłaś tak 
zajęta... — I rozbawiona, dodaj. Wróciliśmy z Nicei na podwieczorek do 
"Paryskiego". Ci panowie są wyborni, w ich towarzystwie można umrzeć, ale nie 
wolno się nie śmiać. — Czy w tej toalecie jeździłaś do Nicei? — spytała Andzia 
wątpiąco. — Cóż znowu! Ach, ty mała dziczko z wołyńskich borów! Widzę, że będę 
zmuszona cywilizować cię. Jakże tam moja służba, dobrze się sprawiła? Pokoje 
wygodne? — Aż nadto, Loro, wolałabym skromniejsze, ten mój z widokiem na morze 
jest śliczny. Mamy skrupuły, że zajęłyśmy ci takie piękne dwa pokoje. — Dla was 
je od dawna przeznaczyłam, uprzedzając służbę. Ale co prawda byłam pewna, że 
zawiadomicie o przyjeździe, wyjechałabym na spotkanie samochodem, a tak mimo 
woli stałam się niegościnna. Lora mówiła z życiem i zbyt głośno, wyglądała na 
wielką damę zupełnie riwierowego pokroju. Andzia patrzała na nią badawczo, panna 
Ewelina bardzo nieufnie. Suknia Lory, głęboko wycięta, trzymała się ramion tylko 
na wąskich szarfkach. Błękitne zwoje gazy błyszczące od pajlet złocistych, 
przysłaniały lekką chmurką pysznie rozwiniętą kibić młodej kobiety. We włosach 
kunsztownie upiętych migotała kometa z brylantów, na szyi lśniły brylantowe łzy 
spływające z cienkiego łańcuszka. Andzia widziała Lorę ostatni raz na pogrzebie 
w Smoczewie, teraz wydała się jej jeszcze piękniejsza, strój balowy podnosił 
urodę Lory, podkreślał główne jej cechy — piękność zmysłową i wyzywającą, ale 
Tarłównę przykro dotknął przepych jej toalety. — Nie nosisz żałoby, Lorko? A 
wszak to zaledwo pół roku od śmierci cioci. — Chodziłam w czerni przez kilka 
tygodni, nawet było mi bardzo do twarzy, ale to takie smutne, ciężkie, takie... 
nietutejsze. I ty chyba, Handziu, zdejmiesz te twoje kiry? Dosyć tego, tu inny 
świat. — Może bym już nie potrafiła obracać się w jasnej sukni? — szepnęła Anna. 
— Nie bądź Anuś taka smutna, co warte jest życie bez śmiechu i wesela? Ten, kto 
wyławia z życia same blaski, wie, że żyje, wiecznie zaś płakać, tęsknić, jest to 
powolne samobójstwo. Wierz mi, Handziu, smutek to marny wynalazek, utop go w 
morzu i bądź jasna, wesoła jak dawniej, pamiętasz? Cień przeleciał po twarzy 
Tarłówny. Panna Ewelina zauważyła to i zmieniła rozmowę. — Czy i twój mąż Loro, 
jest w kasynie? Piękna pani zaśmiała się. — Och, mój mąż? Nie, on jest 
obecnie... bo ja wiem gdzie! Na morzu, w Paryżu, na Krymie... Tout court (fr. — 
po prostu.)... w świecie. — Nie spowiada mi się ze swych eskapad, za co mu 
jestem wdzięczna, bo i ja nie potrzebuję zdawać mu raportów ze swych czynności. 
Daliśmy sobie oboje carte blanche (fr. — wolną rękę.), to ułatwia życie stokroć 
bardziej niż wszelkie sakramentalne przysięgi wierności małżeńskich, 
posłuszeństwa i tym podobne bzdury. Tak praktyczniej i wygodniej. — A jednak 
przysięgałaś Loro — rzekła panna Ewelina mocno zgorszona. — Ja?... JNie, droga 
pani! Myśmy wzięli ślub cywilny u mera, ani ja ani... Nordica nie pragnęliśmy 
zupełnie ceremonii klerykalnych. Ach, nie miejcież moje drogie takich zdumionych 
min, bo was tu wezmą za jakieś kwakierki, będą myśleli, że przyjechałyście mnie 
nawracać. Ha, ha, ha! A propos! Kiedyż naznaczony ślub, Handziu? — Czyj ślub?... 
— No twój... z Jasiem. Tarłówna zbladła strasznie, pociemniało jej w oczach, 
sala zaczęła drżeć w posadach, ludzie kręcili się w kółko, doznała uczucia, że 
całe kasyno wraz z nią dostało pomieszania zmysłów. — Nie... wiem — wyjąkała. 
Ale Lora już nie uważała na nią. Podszedł do pięknej pani mężczyzna stary już, 
lecz pełen pretensji w całej postaci, niedwuznacznie trzęsący się na 
tabetycznych nogach. Przez szkła na nosie zlustrował pobieżnie Tarłównę i 
przemówił do Lory po francusku: — Może pani pozwoli, przy drugim stole "trenta" 
idzie pyszna seria "couleuru"... olbrzymie stawki, zanotowałem już 6 razy. 
Pokazał Lorce kartkę z punktami kolorowymi, które długą szpilką przekłuwał z 
namaszczeniem. Lora wstała. — Przepraszam was na chwilę. A, pardon, Duc 
d'Escars, ma cousine, mademoiselle Anne de Tarlo, madame Niemojska. Po obojętnym 
powitaniu się, stary pan w binoklach i Lora odeszli w głąb sali. Andzia 
siedziała cicho, patrząc biernie na coraz inne postacie snujące się przed nią. 
Nie zauważyła, że przeszedł koło niej parokrotnie nieznajomy Anglik z takim 
wyrazem w oczach, jakby ją tylko widział na sali. Z głębokiego zamyślenia 
otrzeźwiła ją panna Ewelina pytaniem: — Co myślisz, Andziu, o Lorce? Tarłówna 
zastanowiła się chwilę. — Że jest taka sama jak była, tylko w stopniu 
spotęgowanym i... teraz jest w odpowiednich ramach. — Mnie się ona nie podoba 
dużo bardziej niż dawniej. Sądzę, że gdyby Jan widział ją tu na miejscu, nie 
puściłby ciebie do niej. Andzia zerwała się z kanapy. Prawie groźnie spojrzała 
na Ewelinę. Rzekła wzburzona, głosem zdławionym: — Znowu Jan?! Proszę mnie nim 
nie prześladować. Przyjechałam tu z własnej woli, nie żądając od niego 
pozwolenia. Krokiem płynnym szybko poszła do wyjścia. Ewelina przestraszona jej 
wybuchem podążyła za nią. Minęły nieznajomego z Vintimilli, który bacznie 
przeprowadził je wzrokiem. Gdy wsiadły do powozu, panna Ewelina z przerażeiem 
ujrzała na rzęsach Andzi wielkie, ciężkie łzy. III W parku Monaco W pięknym swym 
buduarze, na atłasowej kanapie gorąco żółtego koloru, Lora von Bredov Nordica 
leżała rozciągnięta swobodnie. Paliowy szlafrok, raczej zwój z tiulów i koronki 
owiewał ją bajecznie subtelną powłoką, niezazdrosną wszakże; różowe tony ciała 
przeświecały spod tej obłocznej szaty niezbyt dyskretnie. Nogi bose, w 
sandałkach purpurowych, złotem szytych, Lora założyła jedną na drugą, ramiona 
obnażone rzuciła swoim zwyczajem poza głowę i, zanurzając palce w kaskadzie 
włosów rozpuszczonych, złotorudych, śmiała się drażniącym chichotem do Handzi 
Tarłównej, która naprzeciw niej siedziała, wtulona głęboko w fotel na biegunach. 
— Pytasz o Oksztę? Ano, widzisz, on był motorem wprowadzającym mnie w świat. 
Adrian miał temperament i umiał szaleć, zaraził mnie. Oddałam się mu jeszcze w 
Wilczarach. Och! Pamiętna noc. Pomyśl sama: w gnieździe takiego smoka jak 
Kościesza, obok takiej niewinności anielskiej jak ty, Anuś, i takiej cnoty 
zamarynowanej jak Ewelina. No... i przy boku mamy, to także coś znaczy. Emocja 
niebywała, zresztą pierwszy raz!... — Ach! Tempi passati! (wł. — Czasy minione). 
Wyjechaliśmy o świcie, ucałowałam ciebie śpiącą i hajda w świat!... W Szwajcarii 
byliśmy do zimy, zapał nasz trwał, ale z chwilą, gdy zaczął słabnąć, oglądaliśmy 
się oboje za drogą wyjścia. — Więc go nie kochałaś, Loro?... I bez uczucia, bez 
wiary poszłaś za nim? I nie czułaś potem goryczy, niesmaku? NIe zapragnęłaś 
powrotu? — Nie, Andziu! Ja wiem, to ci się w głowie nie mieści, a jednak tak 
jest. — NIe obiecywaliśmy sobie z Adrianem małżeństwa, żadnych zobowiązań, tylko 
szał. Skoro ten minął, myśmy się rozpryśli w dwie strony. Przyjechałam tu. 
Pamiętasz może, zażądałam wówczas pieniędzy od mamy i trochę mi ich przysłała. 
Biedna! Okłamałam ją, że wychodzę za mąż, a naprawdę było ze mną wtedy krucho. 
Lecz wybrnęłam. Andzia zabujała silniej fotelem, Lora zauważyła jej pytający 
wzrok. — NIe pytaj, Anuś, jakim sposobem, nie pytaj! Widzisz... trochę grałam 
szczęśliwie, bardzo szczęśliwie. Piękna, młoda dziewczyna zawsze znajdzie tu 
opiekuna, miałam wówczas dziewiętnaście lat, jesteśmy rówieśnicami, jakież inne 
nasze drogi! I czy wiesz, nie zazdrościłam ci, było mi tak, jak zawsze 
pragnęłam, no, cokolwiek inaczej... z początku. Weszłam w ten lej tutejszy, 
który słabych ciągnie na dno... Ja odbijałam się trochę o złote jego ściany, 
lecz nie zepchnięto mnie w głąb. Mam spryt duży i urodę, umiem te dary wyzyskać, 
wierzę w siebie nieograniczenie. Zaległa chwila ciszy. Tarłówna nie odrywała 
oczu zamyślonych od pięknej kuzynki. Sama była bledsza niż zwykle. Biały, lekki 
szlafroczek i warkocze czarne, spuszczone na przód figury, które wiły się lśniąc 
miękkim jedwabiem, nadawały jej wygląd jakby jakiejś kapłanki, słuchającej w 
skupieniu spowiedzi jawnogrzesznicy. Spytała cicho: — Więc takie życie dało ci 
zadowolenie? A kiedyż poznałaś swego męża? — W rok po przyjeździe na Riwierę. Od 
razu oszalał za mną, przejrzałam go na wylot i zaczęłam grę. Powiedziałam sobie, 
że on będzie moim mężem. Kolosalnie bogaty Rumun, viveur w całym znaczeniu, 
łatwowierny, zapalny i... głupi. Ha, ha, ha! Przy tym nazwisko podobało mi się. 
Utrzymałam nasz stosunek ceremonialnie aż do ślubu, którego zażądałam. Jako 
jedyną drogę... do mnie... Dziwisz się? — I on uwierzył w twą... niepokalaność? 
Lora parsknęła śmiechem. — We wszystko wierzył, byle mnie posiąść. Myślę, że 
tylko w takich podnietach Jowisz zamieniał się w woły i węże. Robiłam z Nordicą 
co chciałam, przeistoczyłam go w baranka, żebrał u moich nóg. Nie i nie... 
Wściekłość go porywała. Po ślubie wynagrodziłam mu mękę... Och, trzeba być 
niekiedy wyrozumiałą. Oddawałam mu się z taką pasją, tyle ognia i mistrzowskiego 
rozpasania miał ode mnie, że zmysły doprowadzały go do obłędu. Szalał... — A ty 
Loro?... Czy go kochałaś? — Kochać?... Ach nie! Tego uczucia zupełnie nawet nie 
znam. Rozpalał mnie tylko, do wściekłości doprowadzał... wkrótce się 
wyczerpałam, ostygłam. — Więc tylko zmysły i zmysły? — wybuchnęła Andzia. — One 
wiodą ludzi do grzechu, który nazywają rozkoszą, one wytwarzają takie szały?... 
Czy wy jesteście — ludźmi, czy karłami ludzkimi? Czy to jest piękno, czy 
rynsztok plugawy, te wasze zapały, ten wasz szał? — To jest życie, Andziu, 
esencja życia, jego paliwo główne, jego byt, jego poezja... — Nieprawda! Świat 
nie jest tak lichy, poezją jego nie mogą być zmysły. To fałsz! To tylko ludzie 
zwyrodniali, odrzuciwszy wszystko, co głębokie, co święte, co wielkie, zostali 
przy małostce, bo najwygodniejsza, bo daje rozkosz fizyczną. Nie znacie 
duchowej; do tamtej trzeba się wznieść, tę waszą łatwiej osiągnąć. Podstawą 
życia jest... — Pieniądz i rozkosz! — dokończyła Lora. Tarłówna opadła ciężko na 
fotel. — A miłość potężna, święta? Wszak z niej wszystko wypływa — szepnęła 
ciszej. — Ona także budzi szały, ona daje natchnienie bardzo szeroko zakreślone, 
twórcze, ona promieniuje... Miłość... pozwala ogarniać rozległe przestworza, nad 
miarę ludzkiego umysłu. Zapał, zachwyt, urok, szał nawet i szał podniety 
zmysłowej, ale poczęty z miłości — jej twór, jej wykwit... geniusz miłości daje 
taki żar krwi, to jego dzieło, wtedy tylko... czaruje. — Mylisz się Aniu! Wtedy 
daje najczęściej cierpkie owoce zawodu, lub... kir wieczystego smutku, jak tobie 
na przykład. — Wówczas nawet cierpienie jest miłością. Taki ogrom nie maleje, 
nie ginie. — Ale się nim przesyca. To siła, przyznaję, lecz nie dla każdego 
dostępna. Zmysły natury upajają wszystkich, bo to realność, to potrzeba 
fizyczna, to wola organizmu, to wreszcie rozkosz! Miłość jest upojeniem?... 
Dobrze, ale i męką. Wreszcie powtarzam, taki kwiat nie na każdym podwórku 
zakwita. To lepiej. Nie byłoby w życiu głównego barwnika, gdyby tylko miłość 
duchowa rozdawała szały. I... cóż by robiły kobiety, których jest większość na 
świecie? — Ach, w ten ton uderzasz... — Bo ważny, moja Handziu. Miłość przy 
wszystkich swych hojnościach daje niezaprzeczenie zazdrość i... pragnienie 
wyłącznej przynależności. Wszelkie recepty na wiarę i zaufanie śmiało rzucić 
można w piec. Gdy się kocha, zazdrość wkracza z taką pewnością do uczuć 
ludzkich, jak... ach! No, jak żandarm na granicy Rosji wołający o paszport. Jest 
to nieodzowne, bezwarunkowe. Czyli, że miłość nakłada pęta, na obie strony, 
męską i kobiecą. Kochasz i jesteś niewolnikiem tej miłości. — Ona wygładza taką 
niewolę, czyni ją nie tylko znośną, lecz... drogą. — Bon! (fr. — dobrze.) Ale 
tymczasem należycie do siebie, a co robią inni? ci, którym nie sądzone było 
kochać i trafić na miłość? — Paradoksujesz Loro. Tak stawiać sprawy nie można. — 
Poczekaj, ja jeszcze chcę mówić o parze zamkniętej w kręgu miłości. Czy ty 
myślisz, że to uczucie szczytne daje zarazem ślepotę i głuchotę na wszelkie 
blaski i melodie świata? Nie, ma petite! (fr. — moja mała.) Nie łudź się. 
Prędzej lub później, ona lub on, gdy już napatrzą się na siebie do woli, 
napieszczą, naidealizują, mówmy otwarcie, namnożą niezbitych dowodów swej 
wyłączności, wówczas przecierają oczy, żeby zobaczyć, co też świat porabia? I 
daltonizm wytworzony przez patynę miłości niknie, wzrok, słuch przeciera się. On 
albo ona nabierają apetytu do jakiejś odmiany w codziennej potrawie. Pobożny 
marcepan miłości trochę się przejadł, zapachniały ostryżki, pieprzyk nęci, a tu 
pokusy są, wabią. Och, ja maluję notabene bardzo klerykalną parę. Zwykle prędzej 
i łatwiej zaczynają się takie wycieczki ciekawe, poza próg uświęconego ogniska. 
Ale miłość pomimo tego trwa i... zazdrość jest już jak w domu. Mąż robi 
wycieczki, żona histeryzuje lub cierpi, żona pierwsza przetarła oczy, mąż 
urządza jej piekło. Już po spokoju, już się wkrada podejrzliwość, niechęć, 
obraza. Oto są owe opiewane tęcze miłości. — O jakich ty wycieczkach mówisz, 
Loro? — O najprostszych. Żona zazdrosna z miłości, często z własnej próżności, 
chciałaby, żeby jej mąż nie spojrzał już na żadną kobietę, nie mówię, żeby ją 
zdobywał, ale nawet patrzeć nie wolno, pochwalić, pobawić się. Sama jednak, gdy 
się komuś podoba, od razu odgadnie i wcale nie broni, owszem to jej pochlebia, 
często bawi i urozmaica jej życie, smak cnotliwego marcepanu zaostrza trochę. Za 
to mąż, choćby sam miał stokroć wybujalsze zakusy, nie daruje żonie jej 
powodzenia. To przecież grzech ciężki, występek! A jeśli ona polubi czyjeś 
towarzystwo, nawet najniewinniej, najszczytniej, po prostu wiedziona potrzebą 
szerszego horyzontu, bez osobistych zmysłowych podniet, gdyż te ma w domu pod 
sklepieniem swej miłości, wtedy pan mąż dęba staje. Zazdrość rozsadza go jak 
dynamit i miłość wytwarza już pole bitwy. Tarłówna wstała z fotela. Zdenerwowana 
przebiegła pokój parokrotnie. — Zbyt czarno przedstawiasz, Lorko, życie i 
małżeństwo. Tak nie jest! Ty zawsze byłaś pesymistką, zawsze ironizowałaś to, co 
uświęcone, co drogie, co wreszcie jest poezją, jedyną w życiu. — Jeśli zakucie 
dwojga ludzi w kajdany obowiązków i w jakieś tam przysięgi ma być poezją życia, 
to ci Andziu nie zazdroszczę — odparła Lora. — Szkoda, że właśnie kobiety z 
takimi pojęciami, gołębice uczuciowe, idą najczęściej na ofiarę całopalną 
zupełnie odrębnych mężczyzn. To jest tragedia! W ogóle najczęściej bywa tak, że 
kobieta odchodząc od ołtarza widzi przed sobą niebo i marzenia swe 
najszczytniejsze w pełni rozkwitu, mężczyzna zaś tylko — pokój sypialny... — 
Loro, zmiłuj się! Loro, nie bądź tak okropnie wyzutą, taką cyniczką, nie sądź 
ludzi tak surowo, tak... podle... Andzia zakryła oczy i stojąc przed kuzynką, 
trzęsła się z oburzenia, szepnęła cicho, zawstydzona: — Wybacz mi mój okrzyk, 
daruj... ale... jesteś straszna... — Jestem tylko szczera, nigdy się nie 
łudziłam co do idealnych uczuć mnężczyzn i kobiet. Są takie wyrodki, owszem są, 
lecz i tym łuska spada z oczu dosyć prędko. — Nie możesz mieć doświadczenia w 
takiej kwestii. — Ty chyba tym bardziej? — Przyznaję, ale jeśli sądzisz 
mężczyzn, miarą Adriana Okszty i... — Mego męża, bądź odważna, Handziu. — Więc 
tak. Wszakże oni nie mogą tworzyć teorii, obaj są zmysłowcami bez zastrzeżeń. — 
Doskonale! Przynajmniej od razu wiadomo, z kim się ma do czynienia. My oboje, 
wychodząc od mera, po ślubie cywilnym, nie różniliśmy się zupełnie w naszych... 
widzeniach, tylko że on szalał wewnętrznie, jak wulkan przed wybuchem, ja... 
nastrajałam się do... nowej partii. W nagrodę za jego zapał, wytrwałość, za 
danie mi nazwiska, chciałam rolę swą odegrać... wirtuozowsko i... odegrałam... — 
Wstrętne, wstrętne! — krzyknęła Andzia z oburzeniem. Z rękami przy skroniach i 
ohydą w oczach, przerażonych tym, co słyszała, prędko wybiegła z pokoju. Pani 
von Bredofv Nordica parsknęła krótkim śmieszkiem, wyciągnęła się rozkosznie na 
kanapie ruchem wężowym, nagle jak sprężyna skoczyła na nogi. Kilku poruszeniami 
rąk rozmotała spowijające ją tiule i stanęła przed zwierciadłem, jak bogini 
grecka w świetnej plastyce swej nagości. Włosy rude spływały na plecy bogatym 
zwojem, potrząsnęła głową i wzrokiem pałającym przyglądała się sobie długo. 
Uśmiech drażniący i tajemniczy pełzał po wargach krwawych, żądnych rozkoszy. 
Pierś dyszała szybko. Pragnę, stale pragnę — oto jest piękno i poezja życia. 
Handzia nazywa to wstrętem... gdzież jest prawda?... O! Wieczna męko... 
kobiecości! Pragnienie rozkoszy to gzrch... wyrzeczenie się jej, to smutek i... 
zasługa, cnota, ha, ha, ha! Nacisnęła guzik dzwonka elektrycznego. Cicho 
rozsunęły się drzwi buduaru. — Vittorina? — Jestem, pani. — Kąpiel gotowa? — 
Tak, pani. — Toaleta biała z pąsową siatką, płaszcz adamaszkowy z sobolami. — 
Już wiem; wszystko gotowe. — Samochód? — Czeka. Szofer pytał, czy pani nie 
zmieniła zamiaru. — Która godzina? — Kwadrans po jedenastej. — Czy panna Tarło 
poszła do siebie? — Tak, pani. — To dobrze. Idę do wanny. Handzia źle się czuła 
w pysznym mieszkaniu pani von Bredov. Nie mogła się oswoić z atmosferą tu 
panującą, duszno było jej i niespokojnie. Miny lokajów ironiczno_bezczelne, 
niesmaczne uśmiechy subretek dokuczały Handzi. Męczyły ją przy tym ciągłe 
zebrania w salonie Lory, nie gustowała w nich. Mężczyźni byli zbyt obcesowi, 
wzrok ich obrażał Handzię. Chociaż unikała ich starannie, jednak towarzystwo to 
stało się dla niej nieznośne. Kobiety raziły ją tym bardziej. Wszystkie te 
wielkie damy zachowaniem się i wyglądem, nasuwały wątpliwości co do swej 
dystynkcji. Stroje bezwstydne, kosmetyki na twarzach, rozmowy i ruchy zbyt 
swobodne, często wprost wyzute, robiły na Andzi wrażenie, że się dostała do 
jakiejś jaskini. Zauważyła prędko, że i ją uważają za coś cudzego, nie liczono 
się z nią, ale ją krytykowano. Była tu intruzem. Częste, dzienne prawie 
wycieczki do kasyna, gra w ruletę, roznamiętnienie towarzystwa hazardem, 
napawało Tarłównę obrzydzeniem do tych ludzi. Po tygodniowym pobycie uczuła 
przesyt i mękę; rozgoryczenie do Lory spotęgowało ten niesmak. Andzia nie mogła 
darować kuzynce jej sposobu życia i środowiska, w którym się obracała. Ciążyła 
Andzi myśl, że i tu spotkał ją zawód, że dawna Lora, jakkolwiek zawsze 
zdradzająca zbyt śmiałe poglądy, zawsze cyniczna, ale jakaś swoja, teraz 
wyłączyła się zupełnie, stawiając mur pomiędzy sobą i towarzyszką lat 
dziecinnych i młodzieńczych. Lora postępowaniem swym nie obiecywała nigdy 
zjednoczyć się z Handzią duchowo, ale jednak dawniej była bliższa, bardziej 
siostrzana, obecnie wiał od niej chłód na Andzię i mroził ją. Tarłówna uciekała 
na częste samotne wycieczki do miejsc ustronnych, rzadziej uczęszczanych przez 
gwarną publikę. Panna Niemojska zwykle nie towarzyszyła jej, nie mogąc chodzić, 
ona więc zostawała na tarasach, które były dla starej nauczycielki szczytem 
piękna i marzeń. Siedząc na ławce, odwrócona do morza, z gazetą lub książką w 
ręku, potrafiłaby przetrwać tak cały dzień. Słońce grzało, morze mieniło się 
tęczowo, szum fal rytmiczny kołysał słodko duszę panny Eweliny. Andzia nie 
lubiła tarasów. Za dużo ludzi, hałasu, ciągła, sucha strzelanina do gołębi, 
nisko nad morzem, mordowanie bezmyślne niewinnych ptaków, huk tramwajów, częsty 
łoskot pędzącego pod tarasami pociągu, przeraźliwe ryki samochodów. I zresztą 
znowu tłum, wprawdzie mniej zahipnotyzowany grą niż w salach kasyna, ale także 
bardzo rozmaity i "rozriwierowany". NIeczęstymi okazami są tu ludzie zupełnie 
normalni, spokojni, dla potrzeb zdrowotnych używający ciepła zbawczego i 
powietrza, o kryształowych własnościach. Takich ludzi spotyka się niewielu na 
tarasach montecarloskich, od razu się ich odróżnia. Ci, co przybyli po zdrowie, 
mają inną patynę od osobników zagnanych tu żądzą gry; mają wyłączną dystynkcję i 
powagę, którą nawet tubylcy szanują więcej, niż niepokój gorączkowy, 
charakteryzujący tych, co przybyli napełnić kasy pana Blanca, bo nie własne 
kieszenie. Odrębność kuracjuszy jest tu widoczna i sympatyczna. Panna Ewelina i 
Andzia nie przyjechały tu dla klimatu, lecz i nie dla kasyna, od razu też 
przywarły do tej pierwszej kategorii tłumu, brano je powszechnie za kuracjuszki. 
Tarłówna miała uprzywilejowane miejsce spacerów swych i rozmyślań. Jeśli nad 
morzem, to park Monaco, piaszczysta przystań dla łódek obok bulwaru Condamine i 
płaskie skały tuż przy fali, pod nasypem kolejowym stacji Monte Carlo. Jeśli 
drażniło ją morze, uciekała do parku obok kasyna, do altany z żywopłotu, gdzie 
była klatka gołębi werflów, lub do zagrody drucianej, w której hodowały się kozy 
górskie, skaczące po sztucznej skałce. Często lubiła przebywać na górce, w kącie 
parku, otoczonej gęstwiną drzew i krzewów rzadkich gatunków, agaw, kaktusów i 
różnego gąszczu roślin, dokąd z niższej strony parku wchodziło się po kamiennych 
schodkach, zupełnie zatopionych w zieleni. Morze szafirowe i góry rdzawe o 
różowych refleksach,przeświecały poprzez krzewy. Do parku Monaco uczęszczała 
najchętniej. Pewnego popołudnia Andzia zmęczona wyjątkowo obiadem w galerii 
Karola III, gdzie była z Lorą w licznym towarzystwie, przebrawszy się, pojechała 
tramwajem do Monaco. Pragnęła ciszy, samotności. Wysiadłszy z wagonu, szybkim 
krokiem, w obawie by jej kto nie uprzedził, poszła przez cały park, aż na jego 
kraniec, dotykający już ogrodu książęcego. Miała tam swój ukochany kącik, na 
cyplu skały, schowany w zieleni, otulony jak gniazdo ze wszystkich stron, tylko 
szeroko rozwarty na morze, z widokiem jak z bajki. Prowadziła tam uliczka wąska, 
zagłuszona w gąszczach i kręta. Schronisko wyborne dla tych, co chcą być sami. 
Od jedynej ławeczki, przypartej do skały, w zwojach bluszczu i przedziwnych 
roślin pnących było zaledwie parę stóp, nie więcej, do niskiej barierki 
żelaznej, poza którą rozpościerało się morze w przepaści kilkunastopiętrowej. 
Tarłówna, patrząc w dół doznawała zawrotu głowy, lecz podniecał ją widok dzikich 
złomów skalnych, spadających pionowo, od zrębu owego cypla ku morzu. Rosły w 
szczelinach kamieni dzikie agawy, jakieś pnące, niezwykłe kwiatki chorowite, 
kępki szarozielonej roślinności morskiej. Nisko, na dole burzyły się piany 
białe, fale tłukły o kamienie, pluły na nie z bezsilną zajadłością, lub też, 
uspokojone, lizały je poufale, omywając biedne roślinki słonymi językami. Morze 
i morze, hen, w nieskończoność idące. Wzrok biegnie swobodnie i krańca nie 
znajduje, niebo błękitne, woda szafirem nasiąkła, na niej spiętrzone grzbiety 
faliste, pasma białych welonów i grzywy wzburzonej bieli i ciemniejsze załomy 
szafiru i ruch bezustanny, żywiołowy, bełkot, szum, rozgwar masy wód. 
Rozkołysana przestrzeń, otchłań pełna tajemnic, skąd głosy jakieś i szepty i 
melodie płyną. Organ jedyny, świat odmienny i nęcący, mistyczne społeczeństwo 
wnętrza i dna. Czyż jest tu dno?... Morze, morze niezrównane, kolos! Na prawo, 
ze swego gniazda skalnego Andzia widziała w oddali wysunięty w morze, wąski pas 
przylądka Beaulieu. W przeczystym powietrzu widoczne były białe sylwetki domów i 
pałaców, jakaś wieżyczka. Bliżej rysowały się brzegi wpełzające w morze, 
wzgórza, domy i drzewa, Cap Ferrat, Eze, Cap d'Ail. Tor kolejowy biegł tam nisko 
nad morzem, kłąb dymu zaplątany w mozaikę domów, skał, kwiatów rozpływał się jak 
obłoczek. Tarłówna oswojona już z tym widokiem napawała się nim do woli, po czym 
siadła na ławeczce i puszczając oczy w dal bezbrzeżną, myśli swe tęskne wysłała 
na Wołyń. Odwiedzały wszystkie bolesne i drogie, zjednoczone z sobą miejsca, 
rozbudziły śniące tam wspomnienia. Zamajaczyła chata Grześka, w uroczysku pod 
Wołkiem, postać dzielna Andrzeja wyrosła, wycieniowana z plastyką niesłychaną. 
Scena w stajence... Watażka parskający nozdrzami, obawa spotkania Kościeszy... 
Czarowna chwila upojenia w ramionach Andrzeja, jego szał, miłość, pocałunki, 
moment szczególny, gdy siedzieli oboje na siodle. Przytulona do jego piersi, 
pieszczotami okryta była jak dziecko lub jak branka porwana przez junaka 
zakochanego, sama półprzytomna z miłości. Jego słowa pamiętne, jego oczy sokole 
i usta jak dwa węgle... Jego głos niski, męski, a młody, pełen dźwięku i uroku. 
Jego szept zdławiony uczuciem. Handziu!... Handziu!... Moja!... Tyle chwil 
cudownych! Taka krótka minuta szczęścia nieziemskiego. Bo wszak epopeja, którą 
przebyli, to minuta tylko wobec życia, to kropla słodyczy w oceanie. Mało!... W 
potopie niedoli. Szczęście jest zazdrosne, daje z siebie po listeczku, który 
schnie prędko... Pozwala ogarnąć się w całokształcie i w pełni swego czaru 
ginie, pustkę zostawiając... Dlaczego tak mało? Dlaczego morze tak piękne, 
niezmierzone, trwałe jest i wieczne... Szczęście z Andrzejem było jak morze 
głębokie, rozległe, złote, a błękitne, a tęczą i zorzą prześwitujące... Dlaczego 
znikło tak prędko, bez ratunku... brutalnie... strasznie! Pogmatwały się obrazy 
w myśli Andzi, wizje sunęły jedna za drugą, splątały wspomnienia... Była ich 
taka moc... Płynęły od nich barwy pastelowe, natchnione, świetliste odblaski... 
Może motyl podczas swego istnienia krótkiego, jak sen o niebie nazbiera takie 
mnóstwo kolorów i kropel słodkich z kielichów kwietnych? Myśli falowały w mózgu 
Andzi jak cicha toń morska. Melancholijne były, smutne, tęskne. Czasem 
przychodziła myśL słodsza, ona niosła zaapomnienie chwilowe, koiła, dobry, 
łagodny dając spokój zbolałej duszy. Zaszumiały przed Andzią stepy wilczarskie, 
roztocze kwiecia, traw, ziół wonnych, zapach macierzanki... dokoła chylą się 
główki kwiatowe, idzie od nich szept miłosny, idzie rozkosz. Jakiś głośniejszy 
szum... To dęby huczą z oddali, tam została chata Grześka; stary borowy uśmiecha 
się i robi znak krzyża za Andzią i Andrzejem. Oni idą przez step... Jędrek 
odprowadza ją do Wilczar. Otoczył ją silnym ramieniem i prowadzi... swoją 
narzeczoną. — Handziu! Jędruś!... szepcą usta na ustach. Step ich kryje w sobie, 
zanurzeni w nim, spokojni... Idą szczęśliwi, a kwiaty śpiewają nad nimi. Och, 
jak słodko szumi step... Andzia oczy ma zamknięte, siedzi na ławce sztywno, 
zapatrzona w wizję... Bełkot fal morskich bierze za szum kwiecia i traw... 
Głośniejszy zew morza — to u niej dęby huczą... Pachną rośliny wytworne, słony 
smak wody miesza się z wonią subtelną kwiatów skalnych... Ale dla Andzi to stepy 
wilczarskie zapach ronią... Nie ma morza, ni skał, ni krzewów rzadkich, są tylko 
białe margarety, dzwonki lila, krwawe smółki, bodfziaki_osty wyniosłe o 
liliowych i bordo szczoteczkach... Są zioła, trawy bujne, jeden kwietnik... — 
Nie ma niebezpiecznego cypla na zrębie skały, nad przepaścią morską... — Jest 
tylko step i step... — Ona i... Jędrek... — Nie ma barierki żelaznej, zbyt 
niskiej, oddzielającej ją o krok od zguby... Jest tylko step szumiący, kwiaty... 
Handzia czuje, że rosną jej skrzydła, coś ją unosi z miejsca, podrywa... Melodia 
stepu woła ją ku sobie... Och, jak wabi słodki szelest stokroci polnych... jakże 
falują trawy, ukochane trawy wilczarskie. Skrzydła rosną, zrywają się do lotu... 
— Już, już... zaraz unoszą... — Do kwiatów... do Jędrka! Rozwinęły się skrzydła, 
chrzęszczą... — Tam nieście... na step! Jednym susem szalonym rzuciła się 
naprzód... Głuchy krzyk, jakiś obcy, nie jej własny i silna zapora. Coś ją 
porwało wpół niby w obręcze żelazne, zatrzymało, jakby wbiło w skałę. Ocknęła 
się momentalnie. Stała przy samej barierce, zwieszona nad nią, zawiśnięta prawie 
nad przepaścią. Oczy pobiegły w dół, krew uderzyła do mózgu. Obreęcze trzymały 
ją silnie. Głos obcy, barytonowy w brzmieniu, przemówił tuż za nią. — 
Qu'avez_vous?... Etes_vous d~esesper~ee, ou un cauchemar vous tourmente_t'il? 
(fr. — Co pani jest? Jest pani zrozpaczona, czy dręczy panią koszmar?) 
Oprzytomniała zupełnie, odwróciła się uwolniona z silnych więzów... Stał przy 
niej nieznajomy z Vintimilli, oczy ciemno_siwe, zielonkawe, wpatrywały się 
badawczo w jej spłoszone źrenice. Na twarzy zimnej malowało się pewne 
przerażenie w połączeniu ze zdumieniem. Handzia przetarła oczy, odrzekła wolno, 
głosem drżącym... — Non! C~etait une hallucination. Je me voyais sur les pr~es 
fleuris de mon pays natal, la Pologne... (fr. — Nie, to była halucynacja. 
Widziałam się na kwitnących łąkach moich stron rodzinnych, Polski...) — La 
Pologne?!... Ach! ~elle r~eve toujours! (fr. — Polska?! Ach! Ona zawsze marzy!) 
IV Pierwszy sojusz — Tak, pani, jestem Polakiem. Słowa te nieznajomy 
wypowiedział po polsku, odpowiadając na nieme pytanie, zawarte w oczach Andzi. 
Patrzyła na niego ciekawie. — Nazywam się Oskar Horski — dokończył, uchylając 
kapelusza. Andzia podała mu rękę, mówiąc swe nazwisko. — Dziękuję panu, 
powstrzymał mnie pan od możliwego wypadku — szepnęła. Uścisnął jej dłoń z 
uszanowaniem. — Och, no, nie tylko ja, trochę może i balustradka, za nikła w 
każdym razie na taką przepaść. Wybrała pani miejsce do marzeń jedyne ale 
niebezpieczne. — Jakże pan tu trafił? — Czasem tu przychodzę. Mam podobny gust 
jak pani. Ale ja się w marzeniach nie zagłębiam, więc nie grozi mi runięcie w 
otchłań. Zapewne dlatego... że nie znam łąk kwiecistych Polski. Patrzył na 
morze, znowu zwykłym swym obojętnym wzrokiem, znowu chłodny. — Czy pan nie zna 
rodzinnego kraju? — Owszem. Znam dobrze Warszawę, jakąś wieś polską w dolinach, 
trochę drzew, rzeczkę, dwór patriarchalny, ganek opleciony winem. Przyjeżdżałem 
tam niegdyś bardzo często, gdy żył jeszcze mój ojciec. Teraz bywam rzadziej. — A 
Wołynia, Ukrainy nie zna pan? — Nie, pani. Jestem urodzony i wychowany w anglii, 
moja matka jest Angielką, ojciec był Polakiem. Umierając zostawił mi w 
spuściźnie legendarny kult dla Polski. Ten kraj jest legendą dla mnie, 
melancholijną legendą. Polska piękna, sentymentalna, marząca, ale przeczulona i 
smutna. Prawda, pani?... Wiecznie śni i tęskni. — Znam głównie kresy, Wołyń, 
Ukrainę, dawniejsze kraje kozackie, ale i tam duma tęskna łączy się z wesołą 
nutą. To kraj bujny niesłychanie, gorący, pełen temperamentu. Tamta natura 
dostraja ludzi dla siebie. Cudna to kraina!... Andzia uniosła się w zapale. 
Horski spojrzał na nią z bladym uśmiechem. — Wierzę, panią również nastroiła na 
swój ton. Muszą to być prerie bajeczne, skoro nawet tu, w Monaco marzyła pani o 
nich. Samo to zdradza pani narodowość; Polacy są poetami, przebywają często w 
obłokach i zawsze tęsknią za urojeniem, za mrzonką. — Pan nie doznaje tych 
wrażeń?... Nie odziedziczył pan po rodakach wspólnej nam wszystkim chimery 
naszej egzaltacji? — Nie, pani, może dlatego, że w połowie tylko jestem 
Polakiem. Ale ja trzymam się ziemi, uważam, że tak praktyczniej, no i 
racjonalniej. — Jednak pan uznaje piękno, umie pan odczuć. Spojrzał na nią z 
uśmieszkiem dwuznacznym. — Och, tak, piękno zawsze spostrzegę tam, gdzie ono 
istnieje naprawdę. — Sądzę z tego, że pan lubi ten oto cypel skalny, więc chyba 
z powodu jego malowniczości?... — Przyznam się pani, że nie. Jest to kąt nieco 
odmienny od całokształtu montecarloskiego typu, oryginalny, zatem nowy. Nie 
lubię szablonu, to spowodowało, że ten cypel mnie zainteresował. Tu jest dziko, 
nieprawdaż?... To już duży plus. Dziś wyłącznie przyszedłem tu za panią. — Za 
mną?... — Tak. Niech pani się nie dziwi. Pani również nie jest szablonem na 
tutejszym gruncie. Obserwuję panią od Vintimilli. Pani mnie także zauważyła od 
razu, rozmawiała pani o mnie ze swą opiekunką. Od Vintimilli do Monte była pani 
pochłonięta morzem. Podziwiałem cierpliwość... Nigdy bym tak nie potrafił stać 
przy oknie kilka stacji, dusić się w dymie, żeby nie stracić z oczu jednego 
skrawka tej wielkiej wody. — Ależ pan profanuje morze. — Za to wszyscy zbyt się 
nad nim unoszą. Spotkałem panią kilkakrotnie w kasynie. Pani mnie raz widziała, 
potem już nie. Ujrzałem panią któregoś dnia wychodzącą z kościółka 
Sainte_Devote, miała pani twarz bardzo skupioną. Dziś spostrzegłem panią w 
tramwaju na Condamine, wsiadłem w następny. W parku szukałem krótko. — 
Domyśliłem się, że tylko tu panią znajdę. Ujrzawszy zaś byłem dyskretny, lecz 
widząc pani stan, będący jakby pod wpływem hipnotyzmu... czuwałem. — Szczególne! 
Skąd pan wiedział, że jestem Polką? — W Vintimilli przez chwilę brałem panią za 
Węgierkę w bardzo udoskonalonym typie, ale słyszałem rozmowę pań. Teraz — 
francuzczyzna wpadła mi na usta mimo woli, pod wpływem strachu o panią. Tu się 
mówi przeważnie w tym języku. — Ja zaś myślałam, że pan jest Anglikiem. — Wiem, 
jakimś politykiem, podobnym do Chamberlaina. Co do narodowości nie popełniła 
pani wielkiego błędu. Ale chodźmy stąd, wicher zaczyna dąć zbyt nieznośnie. 
Puścił Anzię przed sobą, sam podążył za nią. Na szerszej ulicy parkowej zrównał 
się z nią. Szli w milczeniu. Tarłówna rozmyślała o nowym znajomym z pewną 
ciekawością. Po co on jej szukał i jaki to dziwny człowiek, że jej to od razu 
sam powiedział? Polak! Jednak widocznie typ matki utrzymał się w nim przeważnie! 
Rasowiec... twarz zwracająca uwagę; dziwny chłód, obojętność, uśmiech zagadkowy 
i oryginalny nie rozjaśnia całej twarzy ani oczu, skupia się tylko w wąskich 
ustach, nieco szyderczych. Głos niski, przytłumiony i dość suchy. Całość, pomimo 
zimnej obojętności nie odpychająca; wielka staranność i wytworność w ubraniu, 
pewien odrębny styl w całej postaci. Jest w nim dużo dystynkcji, powagi i 
kultury. Dokądże tak pójdą razem? — Niepokoi się Andzia. Po co mi ta znajomość 
jeszcze, czyż mało już znam tu ludzi? Zastanowiła się. Wprawdzie ten zupełnie 
różny od tamtych, z salonów Lory. Z żadnym z tamtych nie rozmawiałaby tak długo, 
sam na sam w ustronnym miejscu, nawet w takiej samej sytuacji. Tak, ten jest 
inny... Horski, jakby odgadując jej myśli, spytał obojętnie: — Co panią łączy z 
towarzystwem, w którym widywałem panią w kasynie, raz w oszklonej galerii 
"Paryskiego" hotelu, raz w Caf~e de Paris i w znajomym mi samochodzie, co już 
było najdziwniejsze? Tarłówna doznała wrażenia nad wyraz przykrego, jakiegoś 
wstydu, poczerwieniała silnie, zmieszanie odbiło się na jej twarzy. On patrzył 
przed siebie, jakby o nic nie pytał i nikogo przy sobie nie miał. Ten szczegół 
otrzeźwił ją. — To są moi znajomi — odrzekła wahająco. — Pani znajomi?... Chyba 
nie od dawna? — Od czasu jak tu jestem; czyli od tygodnia. — Hm! Wciągnięto 
panią. Ale jakim sposobem? Czy i panią von Bredov Nordica poznała pani teraz 
zaledwo? — U niej mieszkam. Horski zatrzymał się. Wzrok swój z przestrzeni 
skierował na Tarłównę, dojrzała w nim zdumienie. Brwi podniósł w górę. — A, a! 
Więc to dlatego jechały panie razem autem pani Lory? Hm... — Lora jest moją 
kuzynką, razem wychowałyśmy się — rzekła Andzia, gorączkjowo podniecona. — 
Doprawdy? To zadziwiające, nawet niezwykłe... Zaczął iść powoli, Andzia szła 
obok niego zgnębiona, coraz bardziej zaczynała rozumieć, o co mu chodziło. — Cóż 
to pana tak dziwi? — Och! Bardzo byłem zdziwiony ujrzawszy panią w tym 
towatrzystwie. Przyznam się, że nawet mnie to zmyliło, takie to było niepodobne 
do pani typu, charakter pani nieco zamazało. Ale na krótko. Właśnie, gdy 
spostrzegłem pani sylwetkę w oszklonej galerii "Paryskiego" hotelu, w licznym 
towarzystwie i rozbawionym, zauważyłem, że siedząc przy samych szybach, patrzy 
pani uparcie na kwiaty, rosnące tam przy ścianie galerii, na rabatach. Miała 
pani wyraz twarzy taki inny niż oni wszyscy, taki od nich daleki, zbolały, 
zmęczony, powiem — smutny, że wtedy zrozumiałem sytuację gołębia w klatce 
jastrzębi, papug i... ściewików. Andzia drgnęła, kurcz bolesny przebiegł po jej 
rysach. Horski dostrzegł to. — Przepraszam panią, jestem dosadny w wyrażeniach. 
Czy pani dano rozstała się z kuzynką? — Przed trzema laty. — I teraz jechała 
pani do niej na Riwierę? — Tak. Lora mnie do siebie zapraszała. — To ciekawe! I 
cóż, zmieniła się kuzyneczka?! Pytanie rzucone tonem ironicznym, rozgniewało 
Andzię. — Daruje pan, ale... dość tych pytań. Spieszę się do domu. Żegnam pana. 
Zatrzymał jej rękę w swej dłoni tak stanowczo, że się nie opierała. — I teraz 
rozumiem panią — rzekł z bladym swym uśmiechem. — Polska duma zadraśnięta, moje 
badania obrażają panią. To dowodzi, że scharakteryzowałem jej sylwetkę wybornie 
w swej wyobraźni. Jestem pewny, że z czasem pani mi wybaczy moją natarczywość. 
Tymczasem pozwolę sobie jutro złożyć jej uszanowanie w salonie pani Nordica. — 
Pn zna Lorę? — A, a... tak! Bywam... niekiedy u pani von Bredov... Puścił rękę 
Andzi i rzekł jeszcze: — Odprowadzę panią do tramwaju. W milczeniu minęli 
wspaniały gmach Muzeum Oceanoznawczego. Gdy weszli na plac przed pałacem 
gubernatora Monaco, tramwaj właśnie ruszał. Horski dał znak woźnicy, aby 
zaczekał i pomógł Andzi wsiąść. Skłonił się jej kapeluszem z wyjątkową powagą. 
Na drugi dzień, w odpowiedniej godzinie dla wizyt, lokaj zaanonsował w salonie 
Lory przybycie Horskiego. Było już kilka osób zebranych i nazwisko to zrobiło 
wrażenie. Pani Lora uśmiechnęła się, żywe zadowolenie odmalowało się na jej 
twarzy, gdy kazała prosić. Horski wszedł zimny, bardzo poprawny, lecz z 
wyjątkową sztywnością w ruchach i całej postaci. Od razu poszukał wzrokiem 
Tarłównę; dojrzał ją, błysnęły mu oczy ożywieniem. Powitał Lorę, reszcie 
towarzystwa złożył chłodny ukłon i podszedł do Andzi. Uśmiechnęła się do niego 
mimo woli, przedstawiając go pannie Ewelinie. — Dowiedziałam się od kuzynki, 
żeście się państwo wczoraj poznali z sobą. Zapewne dlatego jedynie zawdzięczam 
dzisiejszą wizytę pańską — rzekła Lora. Horski skłonił się. — Zaliczam się 
wszakże do znajomych pani i jej gości — rzekł wykrętnie. — W ostatnich czasach 
nader rzadko mam przyjemność mieć pana u siebie, ale tym bardziej rada jestem, 
że pan... powraca. — Znowu ukłon zdawkowy. Lora kontynuowała rozmowę, raczej 
flirt z dwoma panami, Horski zwrócił się bezpośrednio do Tarłówny: — Czy pani 
poznała już wszystkie ciekawsze miejscowości jasnego brzegu? — Prócz Monte Carlo 
i Monaco nic więcej nie znam. — A w la Turbie, zębatą koleją były panie? — Także 
nie. — Ależ to warto zwiedzić, miejsce ciekawe! Jestem pewny, że spodoba się 
pani ta wyżyna; 1500 metrów nad poziomem morza, są tam ruiny rozwalonej wieży, 
zwanej Tour d'Auguste, od rzymskiego imperatora, który ją budował. A także 
Cap_Martin będzie w guście pani, godne zwiedzenia. Czy państwo nie mają w planie 
wycieczek? — Ja bym pragnęła bardzo, namawiałam Lorę do wycieczek, ale ona 
pieszych nie lubi, zresztą zna tu wszystko. — Jeśli panie pozwolą, mógłbym 
toarzyszyć, jestem na rozkazy. Pochlebiam sobie, że potrafiłbym paniom pokazać 
na Riwierze wszystko, co najciekawsze. — Będziemy panu bardzo wdzięczne — żywo 
zawołała Anna — prawda Linciu? Ciekawa jestem tych okolic, chciałabym wywieźć 
stąd wrażenie głębsze i milsze od kasyna i w ogóle od tutejszych miejsc dla 
zabaw, które jedynie widuję. — Zatem sojusz zawarty. Zamieniamy się w trójkę 
turystów i jesteśmy niezmordowani. Czy tak? — Ze mnie będą mieli państwo 
niewielką pociechę — rzekła Ewelina. — Nie potrafię dużo chodzić. — Dokąd można, 
dojedziemy, a poza tym są to niewielkie dystanse. Horski przedstawił Handzi 
programy wycieczek, był zainteresowany, sympatyczniejszy pod wpływem lekkiego 
ożywienia. Panna Niemojska przyglądała mu się badawczo. Robił na niej wrażenie 
korzystne, jakkolwiek nie mogła zrozumieć tej twarzy. Ze zdumieniem zauważyła, 
że i Andzia w rozmowie z nim staje się weselsza, mówi swobodnie, z ożywieniem, 
robi projekty. Serce starej nauczycielki zadrgało radością. Ucieszyła ją choćby 
drobna zmiana usposobienia na lepsze w ukochanej wychowance. Sama zaczęła 
przychylniej spoglądać na Horskiego i, ze strachem wprawdzie o swe nogi, 
zgodziła się towarzyszyć im w wycieczkach. W salonie zwracano uwagę na rozmowę 
"dumnej Polki" — tak nazywano Andzię — z Horskim, znanym tu bywalcem i grubym 
graczem w kasynie, jakkolwiek nie namiętnym. Mówiono o nim, że jest pozbawiony 
nerwów; największe wygrane i przegrane nie wyprowadzały go z równowagi. 
Lekceważył grę, ignorował krupierów, nic sobie nie robiąc z ich obrażonych min. 
Widywano go czasem w towarzystwie pięknych kobiet, lecz zawsze z twarzą zimną, z 
bezzapalnym zachowaniem się. Wiedziano, że jest Polakiem i obecną sympatię jego 
dla Tarłówny, którą zauważono, komentowano sobie tożsamością rasy. Handzia 
zwracała tu uwagę, lecz nie była zachęcająca, nie podniecała. Mężczyźni śledzili 
ją z daleka, podziwiali jej wdzięk, nawet w smutku zawarty, lecz nie śmieli 
jakoś natarczywiej z nią postępować. Wszelkie próby flirtu, wszelkie sposoby 
rozruszania jej i zastosowania do własnych wymagań chybiły celu. Andzia nie 
odpowiadała typowi kobiet łatwych do zdobycia na partnerkę wesołej i pustej 
zabawy. Jej smutek uderzający wszystkich — zrażał, jej oczy tęskne wzbudzały 
żal, że nie igrają w nich diabliki grzechu. W gronach męskich szeptano o niej, 
że byłaby cudowna, gdyby wzbudzić w niej namiętność, taka uroda wymaga 
płomienia, żaru wewnętrznego, do tego jest stworzona, a jest jakby śniegiem 
zawiana. Ale do wzbudzenia takich płomieni nikt nie miał odwagi. Czekano, aż ta 
śnieżnobiała, mroźna powłoka roztaje trochę na Riwierze, aż ta Polka harda 
zarazi się nieco gorączką tutejszego świata, wówczas można będzie przystąpić 
śmielej, do zupełnego wypolerowania jej na własną modłę. Czekano, nie 
zostawiając jej na boku, zbyt ładna była na to, by ją zaniechać i pominąć. 
Trzeba najpierw oswoić. Aż oto nagle Horski, zimny Polak_Anglik, zdawałoby się, 
wygasły wulkan, może tylko lodowiec, porusza w niej pewne żywsze odbłyski. Jej 
oczy mają mniej groźną czarność, usta zdobyły uśmiech bardzo wdzięczny, znać, że 
nie kokieteryjny, lecz naturalny, ale jednak Horski go wywołał. Paru mężczyzn 
zaniepokojonych domniemanym tryumfem Horskiego, odsunęło się z grupy 
otaczających Lorę i podeszło do Tarłówny. Jeden z nich, hrabia włoski, wsadził 
monokl w oko, krzywiąc połowę twarzy tak potwornie, że wyglądała jakby kawałek 
miękkiego materiału, w który wbito ćwiek: zmarszczona była i sfałdowana. Przez 
szkło monokla patrzyło na Andzię małe czarne oczko niby pieprzyk, drugie było 
zamknięte. Włoch podszedł blisko i słuchał, obserwując Andzię. Horski umilkł, 
spojrzał na hrabiego pytająco. — Zwabiła mnie żywa dyskusja państwa — rzekł 
tamten, głosem rozklekotanym. — Państwo są rodakami, to nasuwa tematy obszerne. 
Wymieniają państwo różne miejscowości Riwiery, czy jakaś wycieczka w projekcie? 
Andzia ostygła od razu, porozmawiano parę minut ozięble, po czym Horski wstał, 
żegnając się. Lora zaprosiła go na wieczór do towarzystwa, będą grali w ruletę w 
kasynie i razem zjedzą kolację. — Tam omówimy obszerniej plan wycieczki — rzekł 
Horski do Tarłówny. Wyszedł. Włoch w monoklu natychmiast zastąpił go przy 
Handzi, lecz się zawiódł, po paru suchych zdaniach Anna pod jakimś pozorem 
opuściła salon. Hrabia był niezadowolony. — Ta dziewczyna jest zupełnie dzika, 
na nas zaś patrzy, jak na hydry ośmiornice z Mus~ee Oc~eanographique. Te Polki 
nie nadają się do naszego klimatu... mrożą. — A pani Lora? — spytał towarzysz 
hrabiego. Włoch twarz skrzywioną jeszcze bardziej skrzywił, cmoknął wargami i 
uniósł je w górę jak wilk, odsłaniając zęby spróchniałe, przy których ten grymas 
ust zamiast drapieżnie wyglądał lubieżnie. — Pani Nordica jest Polką, ale 
moderne, jest słoneczna, począwszy od włosów; słońce nie skąpi swych darów, ale 
ta druga to... odległa epoka, w ogóle musiała się urodzić dużo dalej na północ. 
Monsieur Horsky to lodowiec, zatem odnaleźli w sobie wspólne cechy. — Ee... nie 
panie, panna Tarlo ma oczy, które nie dowodzą chłodnej krwi, a włosy, a usta?... 
Jeśli pani Lora jest słoneczna, to ta księżycowa, ale to przejściowe. Jestem 
pewny, że gdyby ona zapłonęła, od takiego upału można by dostać porażenia..nv 
Część druga (c.d.) V La Turbie Miniaturowa lokomotywka kolejki zębatej gwizdnęła 
przejmującym dyszkantem i sapiąc jęła pracować. Popychała przed sobą jeden 
wagonik, nakryty płaskim dachem bez ścian i parła go w górę, po torze złożonym z 
trzech szyn, z trybową pośrodku. Na przedniej platformie, pod daszkiem 
wystającym, Andzia i Horski stali przy balustradzie żelaznej, panna Ewelina 
siedziała w wagonie. Horski rzekł: — Zaczynamy piąć się coraz wyżej. Nie boi się 
pani przepaści? — Nie. Zresztą gdybyśmy się tu wykoleili, nie ocalałby chyba 
nikt. Śmierć na miejscu. A to już straszne nie jest. Tarłówna wpatrywała się w 
przepaście z natężoną uwagą. Czarne jej źrenice pałały. — Niech pan spojrzy, jak 
wygląda stąd Monte Carlo, jak gniazdo jaskółcze; kasyno śmiesznie małe, a 
morze?... doprawdy tu jest cudnie. Horski milczał. Andzia podniosła wzrok na 
niego, stał obok, patrząc na jej rękę opartą na balustradzie. — Rasową ma pani 
rękę, klasyczna, taka ręka... — Nie podziwia pan widoku? — Znam go zbyt dobrze. 
Dlaczego pani przerwała? Ja nie chciałem mówić komplementów, że pani ręka 
mogłaby uszczęśliwić tego, komu pani ją odda, że sprawiałaby przyjemność 
całującemu ją, wcale nie to miałem na myśli. NIe jestem pani adoratorem. — 
Gdybym go w panu zauważyła, przestałabym natychmiast z nim przebywać — odrzekła 
chłodno. — A! To znowu ciekawy szczegół. Wytłumaczy mi to pani później. 
Tymczasem nie przeszkadzam w obserwowaniu krajobrazu. Widzi pani na dole, na 
tych grzędach ułożonych jak schody, rośnie wino i tytoń. — Ach, prawda! Jakież 
małe winnice i plantacje. Tu mieszkałabym z ochotą. — W takiej pustce, wśród 
oliwek i skał tylko? Jeśli pani zechce, pójdziemy kiedyś piechotą do la Turbie, 
dróżką, która się wije wśród gajów oliwnych. Wjeżdżamy teraz na wiadukt, stąd 
widoki najpiękniejsze. Morze leży spokojnie jak namalowane, nie widać żadnej 
fali; zdaje się być zupełnie martwą taflą niebieskiego szkła, albo płytą z 
lapislazuli. Życie morskiej toni zastygło. Co to znaczy odległość. Andzia 
odwrócona w stronę przeciwną kierunkowi jazdy, nie traciła z oczu ani jednego 
szczegółu otwartej przed nimi panoramy. Wpatrywała się długo i uważnie. — Ma pan 
słuszność! — Monte Carlo i Monaco jest teraz zupełnie obrazkowe, stoi cicho w 
grze kolorów, właściwie w jednym tonie błękitu. Gdyby nie obłoki płynące nad 
nami, miałabym wrażenie, że patrzę na kartę z widokiem przez powiększające 
szkło, albo że jestem ptakiem i bujam na skrzydłach. — Och, ta jazda chropawa po 
szynie zębatej nie daje uczucia lotu, nie jest to przyjemne, ale pewne; 
lokomotywa idzie jak po drabinie w górę. Podjeżdżamy już. O, widzi pani ten 
różowo_ceglasty gmach, to hotel "Rive de Ver", styl jakiś wschodni, a dalej 
ruiny i wieża. — Podniebna okolica, oryginalnie tu i pięknie. Pójdziemy do ruin, 
prawda? — Dlatego przyjechaliśmy, aby wykorzystać tę górę dla... naszych wrażeń. 
Spojrzała na niego niepewnie. — Pan tu już wszystko zna, więc... — Toteż mówię w 
liczbie mnogiej, dla naszych wrażeń. Nie robię z siebie ofiary, proszę wierzyć. 
Jesteśmy na miejscu. Pociąg stanął. Wysiedli przed małym budyneczkiem stacyjnym 
i poszli uliczką na okrągły placyk, na szczycie wysuniętej góry, nad głęboką 
rozpadliną z widokiem na morze, Monte Carlo, Monaco, Cap Martin, po bokach zaś i 
z tyłu na góry rudawe, hen, w dal idące. Z prawej sterczała wydatnie ze skał 
bryła olbrzymia stromo ścięta, jak duży łeb potwora, zwana T~ete de Chien, którą 
widać w każdej miejscowości w Monte i w Monaco i wszędzie wydaje się blisko. 
Plac ten niby małe forum odgrodzony był od przepaści okrągłym murem, z wysuniętą 
na wewnątrz ławką cementową tak samo kolistą jak i mur. Panna Ewelina ulokowała 
się zaraz na ławce, oznajmiając, że nie ruszy się stąd aż do odjazdu. Andzia 
podziwiała widoki. Horski rzekł: — Chodźmy lepiej w góry, do ruin, tam 
ciekawiej. Poza budką przekupnia wrzeszczącego głośno pochwały swych 
okolicznościowych towarów, poszli na prawo w sttronę różowo_ceglastego hotelu. 
Szli prawie na stoku góry. Rosły tu trawy grube i jakieś drobne kwiatuszki. 
Andzia zrywała je z chciwością. Dzika natura dokoła czarowała ją, uśmierzając 
tęsknicę jej duszy. Horski nie drażnił jej jak inni mężczyźni, znajomi Lory, nie 
narzucał się jej, widząc, że jest zamyślona, szedł obok, nic nie mówiąc, zimny 
jak automat, z cygarem hawańskim w ustach. Andzia lubiła wonny, siwawy dymek, 
który omotywał głowę Horskiego, przyzwyczaiła się do jego chłodu, wolała to, niż 
zapały innych znajomych. Czuła się przy nim spokojna i bezpieczniejsza. Idąc tak 
w milczeniu minęli hotel, pokręcili się trochę na placu przed nim i poszli 
dalej, już po dzikiej i kamienistej dróżce nad przepaściami. Bawiło się tam 
kilku chłopczyków, oberwańców, którzy zaraz ofiarowali turystom swe usługi, 
prosząc o kilka centimów za przeprowadzenie po stromej ścianie skały. Andzia 
zaczęła z nimi rozmowę, zabawni byli, robiąc dziwaczne grymasy i żebrząc o 
centimy. Horski zaspokoił ich chciwość, wtedy pobili się, wymyślając sobie 
okropną francuzczyzną. — Siądźmy tu na kamienich, na tych dużych, białych. — Czy 
pani zmęczona? — Nie, ale tak tu jest pysznie, cóż za widok niezrównany. 
Tarłówna siadła na głazie. Horski stanął przy niej. — Zauważyłem, że pani lubi 
dziką przyrodę, jest pani weselsza w tych skałach i nad przepaściami niż na 
przykład w kasynie. — Nie lubię tamtego gwaru i tłumu; dziwnie mnie ludzie 
drażnią, tam ich takie mnóstwo. — I to spostrzegłem w pani, zamiłowanie do 
samotności. Niezwykły objaw w takiej młodej i pięknej osobie. Znowu obraza w 
oczach?... Powtarzam, że nie mówię komplementów. Chyba nie można wymagać, aby 
ktoś na to, co jest piękne, mówił, że jest brzydkie? Patrzę na panią ze 
stanowiska artysty, jak na dzieło sztuki, dla mnie nawet oświetlenie tego obrazu 
nie razi, dla innych jest może nazbyt... w cieniu. Podniosła na niego zdziwione 
oczy. Stał obok niej i patrzył na nią z góry, spod wpół przymkniętych powiek. 
Przeszył ją ten wzrok matowy na wskroś, opuściła rzęsy, on mówił: — Pani postać 
w pełnym blasku, rzec można w świetle tak jaskrawym, jak... pani Lora na 
przykład, może by właśnie przygasła, zmieniłaby swój charakter. Ach, pani nie 
lubi tego tematu! Ale proszę się teraz wytłumaczyć, dlaczego moja adoracja, 
gdybym ją pani okazywał, raziłaby ją do tego stopnia, że nie chciałaby pani ze 
mną przebywać? Proszę o szczerą odpowiedź. — Owszem. Oto nie miałabym już do 
pana zaufania. Uniósł lekko kapelusz. — Dziękuję za istniejące, zaskarbiam je 
wprawdzie dużym kosztem. Na ustach jego błąkał się blady uśmiech. Andzia 
powstała. — Chodźmy stąd do ruin. Chwycił ją za rękę. — Wolno, ostrożnie, kamyki 
się spod nóg pani usuwają. Niech pani zaczeka chwilkę, chcę wyczerpać temat. — 
Ach, panie, taki nudny temat! — Bardzo ciekawy. Pod jakim względem mianowicie 
straciłaby pani zaufanie do mnie? — Pod każdym. — Tak krańcowo? — Absolutnie. — 
Hm! To poniekąd rzuca cień na panią, nie miałaby pani zaufania do człowieka, 
który by ją uwielbiał, czyli że taki osobnik nie wzbudzałby uznania pani? — 
Stawia pan sprawę dziwacznie. Ja tylko nie chcę mieć adoratorów, nie chcę być 
przedmiotem hołdów, tego się boję i pragnę unikać. — Dlaczego? — To już jest 
moja osobista sprawa. — Przepraszam, wyjawienie swego credo jest tu nieodzowne, 
jeśli chodzi o osiągnięcie celu. Każda religia ma swój kościół, każde 
stronnictwo swoje hasło, każdy legion swój sztandar. — Ale nie zawsze go 
rozwija. — Nie przed każdym szeregowcem, chciała pani powiedzieć, bardzo to dla 
mnie pochlebne! Spodziewałem się co prawda od pani wyższej rangi, szczególnie na 
tutejszym gruncie. — Nie chciałam pana obrazić, może użyłam niestosownego 
zwrotu, proszę mi wybaczyć. Co zaś do mego sztandaru, jest on żałobny i... tak 
święty... że... rozwijać go... nawet grzech... Oczy jej pociemniały, spadła nań 
chmura smutku. — Kiedyś mi to pani opowie, prawda? — Dobrze, o ile... — Już 
wiem, o ile nie będę pani uwielbiał. Uśmiechnęła się. — Niech i tak będzie. 
Chodźmy wreszcie... — Stoimy na skrawku skały, proszę mi podać rękę, o tak, 
teraz wolno za mną. Niech pani patrzy, jak się z nas ci malcy śmieją. Pani stąpa 
jak gazela. Właściwie niepotrzebnie panią prowadzę. — Więc proszę puścić. — Och 
nie, sprawia mi satysfakcję... Co? — Zaufanie pani. Błysnął ku niej uśmieszkiem 
zagadkowym. Wydostawszy się na szerszą dróżkę, rozdzieleni już, postępowali w 
górę ku ruinom i wkrótce weszli w wąski zaułek rozwalonych kamieni i muru, który 
wiódł do wieży Augusta. Gdy stanęli u jej stóp, Andzia wybiegła na gładką 
platformę otaczającą ruinę, obeszła ją dokoła. Horski towarzyszył jej, idąc 
niżej po kamieniach, spoglądał na Andzię, śledząc jej ruchy. Chodziła po głazach 
lekko, swobodnie, obeszła wszystkie kondygnacje będące podstawą wieży, zaglądała 
do otworów wśród kamieni, ruina ta zainteresowała ją widocznie. Z przyległych 
domów wysypało się kilkoro dzieci, brudnych jak Cyganięta. Andzia zaczęła z nimi 
rozmowę. Po paru dość udanych próbach dzieciarnia opadła ją dokoła i jęła 
świergotać jak wróble gwarą włosko_francuską. Przyplątał się kudłaty psiak i 
łasił do nóg dziewczynie, głaskała jego wełnę przemawiając doń po polsku. Horski 
wzruszał ramionami. Tarłówna przypomniała sobie jego obecność. — Chodźmy, panie, 
w tę uliczkę, zwiedzimy zaułki, te dzieci nas poprowadzą. — NIc tam pani nie 
zobaczy prócz brudu i suszącej się bielizny. Podziwiam pani zamiłowania; dzieci, 
psy... och!... Cała ta zgraja ma nam towarzyszyć? Piękna kompania! — Nie chce 
pan? To dobrze, pójdziemy sami. Przemówiła do dzieciarni łagodnie, dając im po 
parę centimów odczepnego. Horskiego mile usposobiło jej ustępstwo. Sprowadził ją 
ze złomów kamiennych i patrząc jej w oczy, rzekł głosem przyciszonym: — Zdaje mi 
się, że... prędko straci pani do mnie zaufanie. Andzia mimo woli zaśmiała się. — 
To może lepiej od razu wracajmy do Lińci? — Nie, wolałbym, żeby jeszcze nieco za 
nami potęskniła. Więc opuszczamy ruiny, idziemy w ślad za tymi turystkami, widzi 
pani? Jakieś Angielki przywędrowały, obie razem mają ze sześć aparatów 
fotograficznych przy sobie, teraz fotografują wieżę i nas. Komiczne, prawda? 
Moje rodaczki po kądzieli. Dwie cienkie i blade miss nastawiły "kodaki" na 
wieżę, ogromnie zaaferowane zdejmowały wszystko, co się nawinęło; gruzy i grupę 
dzieci i starą kobietę rozwiedszającą bieliznę na sznurze pod ścianą domu. 
Tarłówna i Horski wyprzedzili turystki, znaleźli się wkrótce w ciasnych 
uliczkach, z obu stron szczelnie zabudowanych domostwami. Stare mury, opadłe z 
tynków lub tylko kamieniem i cegłą świecące, często upstrzone kępkami roślin 
gnieżdżących się w szczelinach ścian, stały tu natłoczone, niższe i wyższe. 
Pełno tu było schodków kamiennych na różne pięterka wiodących, jakieś bramy 
starożytne, wnęki w murach, mnóstwo okien różnych rozmiarami i kształtem. 
Chodzili po tak zwanej starej ulicy, Vieille Rue, gdzie życie jakby zamarło, 
tylko czarne dzieciaki, bawiące się pod przyzbami domów i psy urozmaicały 
monotonię zaułka. Przy Porte Romaine zatrzymali się dłużej. Horski objaśniał 
epokę pochodzenia bramy. Andzia zaś na pół słuchając wpadła w smutną zadumę. 
Zakątek ten przypomniał jej nagle jeden fragment z zamku w Temnym Hradzie. 
Posępny cień wspomnień żałobnych zawisł nad nią, pogrążając ją w mroku. 
Przysunęła się do bramy i oparła głowę profilem o kamienne jej sklepienie. 
Kapelusz z woalem trzymała w ręku, bujne sploty czarno lśniących włosów, 
przyciśnięte do starego muru, miały w sobie świeżość kwiatów wiosennych i twarz 
zaróżowiona ze zmęczenia była jak młody i wonny kwiat. Przy gruzach bramy 
starożytnej postać Andzi zdrobniała, cicha była, jakaś potulna, niby dziecko 
strwożone. Oczy przymknęły się pod grozą napływających wizji z Temnego Hradu, 
myśl uleciała w ciemny bór, oszroniony sadzią mroźną, pod dąb rozłożysty, na 
którym wisiał teraz metalowy krzyżyk. Pod tym dębem... Horski przyglądał się 
Andzi i odczuł, że ona rozwija przed sobą swój sztandar żałobny. Usunął się 
cicho, aby jej nie przeszkadzać, prędko wyjął z kieszeni malutki aparacik 
fotograficzny i nastawił na Andzię. Cichy trzask ocucił ją. Uniosła głoę, 
spojrzała bystro. Dostrzegła, jak Horski chował do kieszeni małe, czarne 
pudełeczko. — Co to było, panie? — NIc nadzwyczajnego, sfotografowałem panią na 
tle tej bramy. — Po co pan to zrobił? — spytała go z takim żalem, aż się 
zadziwił. — Najpierw dlatego że... przyszła mi taka fantazja, chciałem mieć pani 
zdjęcie, a przy tym zaduma pani pod tą bramą była tak malownicza, powiem — 
charakterystyczna, jak dwa kontrasty, coś jak wiosna w ruinach, że nie oparłem 
się pokusie. Tym bardziej, że i wiosna nie była zupełnie wiosną, postać pani 
skarżyła się tym zwaliskom na... tęsknotę życia. Ona tknięta trafnością jego 
obserwacji, szepnęła: — Tęsknotę, to za mało, raczej tragedię. Ale... wyśmiewał 
pan Angielki, tymczasem i sam bez "kodaka" ani rusz. — Lecz używam go tylko w 
wyjątkowych przypadkach. Zwiedzili mały kościółek na stoku góry, zbłądzili w 
jakimś ciasnym dziedzińczyku, z którego wiodły uliczki jak rynsztoki, czerniały 
w domach niechlujne czeluście wejściowych drzwi, pięły się schodki. W jednych 
drzwiach ciemnych jk nora bawił się kamykami malec osmolony z głową czarną i jak 
wiecha rozczochraną. Wielkie gałki oczu, koloru węgla, utkwił w przybyszów i 
bełkotał coś pod noskiem. W okienku na piętrze pojawiła się młoda dziewczyna, 
również czarniawa i pilnie przypatrywała się Andzi i Horskiemu. Ciasno tu było, 
brudno, nędznie. — Uciekajmy stąd, prędzej — rzekła Tarłówna. Policzki jej 
zbladły, oczy świeciły gorączką. — Denerwuje panią ten ponury kąt, widzę to, ale 
do diabła, nie wiem, którędy iść. Niech pani wstąpi na te schodki, wyjdziemy 
zdaje się naprzeciw wieży. Dość już murów i brudu. Przebywszy schodki ujrzeli 
istotnie pustą przestrzeń i odetchnęli. Przed nimi stała ruina wieży, na prawo 
zaś góra kamienista, duże drzewo pinii. Poszli tam. Ujrzeli kościółek, który 
tylko co zwiedzali, wyżej — murowany cmentarzyk, przed nimi, za płotem bardzo 
prymitywnym, leżał ogródek ubogi w roślinność i pasł się osioł przywiązany do 
kołka. — Okropna tu nędza. Jak ci ludzie żyją w takiej ciasnocie, wśród kamieni? 
— Pani mówi, że im tu ciasno? A przecież góry, o... jak okiem sięgnąć pustka i 
skała, to wszystko dla nich. Tylko, że to są grunty bezpłodne, zupełnie jałowe, 
za wielka już wyżyna i skała. Zresztą to naród leniwy, całe wybrzeże C~ote 
d'Azur żyje przeważnie z przyjezdnych, sezon to ich żniwo, przez lato wegetują, 
przeżywając dobrobyt zdobyty na obcych. Niech pani spojrzy na tego człowieka, 
który leży przy ośle, czy nie są do siebie podobni? Ten sam wyraz apatii i nudy. 
— To dziwne, na dole życie wre, burzy się gorączkowo, tu zaś wszystko senne, 
jakby cały temperament życia spłynął na dół po stokach, zostawiając tu jedynie 
okruchy — mówiła Anna. — A nad tym leży słońce nieruchomo i pali, aż białe ma 
promienie. Zapach rozpalonych murów i skał... dusi. Wolę tam, na zrębach, bo woń 
morza orzeźwia, wicher uderzy czasem o wyżyny; tu zadusiłabym się chyba. — 
Pójdziemy zatem na przestrzeń otwartą, skąd widać morze. Miała mi pani 
opowiedzieć coś... Właściwie rozwinąć przede mną swój sztandar. Może jestem zbyt 
natarczywy. Andzia milczała. Szli obok siebie cicho i znowu stanęli na skale, 
mając przed sobą nisko w dolinie Monte Carlo i Monaco, jak wielki potwór morski 
wygrzewający się w słońcu, na wybrzeżu; brzuchem położony na fali, grzbietem 
wzniesiony w górę, na którym ponaczepiało się mnóstwo białych, zębatych muszli i 
krabów; to pałace i domy sterczące na szczycie. Principaut~e Monaco wyglądały 
niby muszle z wyżyn la Turbie. Na przystani morskiej, równolegle z bulwarem 
Condamine, rysowały się nieruchomo statki, zupełnie małe z wysokości, łodzie 
nawet te największe były jak linijki cienkie, latające nad falą mewy i gołębie 
nikły bez śladu w błękitnej oddali. Wszystko przenikał, wsiąkał w siebie 
lazurowy kryształ powietrzny. — Więc nic mi pani nie powie? Andzia zerknęła 
ukośnie na Horskiego; był jak zwykle obojętny, sztywny. Ach, temu można... — Pan 
się dziwi, dlaczego nie pragnę asysty i hołdów? Przede wszystkim nie jestem do 
tego przyzwyczajona. — Pani?... Czyż to możliwe? — Nie żyłam nigdy w wielkim 
świecie, nie znam zabaw, towarzystw licznych i świetnych. Moje lata dziecinne i 
młodzieńcze przepędziłam w domu, na wsi, na Wołyniu, wśród naszych borów 
głuchych i stepów kwitnących. Ojca nie pamiętam, matka umarła mi, jak miałam 
dziesięć lat, opiekował się mną... ojczym. — Hm! Ta opieka była widocznie 
pierwszym, czarnym ściegiem na sztandarze pani życia? — Miałam różne plany 
młodzieńcze, poloty, pragnienia, których urzeczywistnić nie mogłam. Musiałam 
ulec. — Czy powody materialne? Andzia z uczuciem niezrozumiale miłym spojrzała 
na Horskiego. — Myśli, że jestem biedna, to dobrze... — Ustąpiłam na prośbę. 
Wyzbyłam się egoizmu własnego dla czyjegoś, nie rozumiejąc wówczas, że to był 
tylko egoizm. — Ojczyma oczywiście. Hm!... — Zgaduje pan trafnie. Żyłam potem z 
nadziejami w duszy, aż nastąpiły momenty głuszące siłą swoją... wszystko. 
Umilkła, znowu jakby chmura zasnuła jej oczy, całą twarz. Siadła machinalnie na 
kamieniu, Horski obok niej na trawie. Zapalił cygaro w milczeniu, po długiej 
chwili odezwał się pierwszy cichym, ale suchym głosem: — Pokochała pani... 
nieszczęśliwie. Czy tak? Andzia pierwszy raz w życiu wyjawiała przed kimś swe 
bóle, nawet się sobie nie dziwiąc. Mówiła z bezmiernym smutkiem, lecz spokojnie, 
oczy jej tylko łzami były zamglone. — Czy nieszczęśliwie?... Taka miłość 
ogromna, święta, jedyna, jest najwyższym dobrem i szczęściem. Wspólność uczuć 
gorących, te same ideały... Ale mściwy cios, okrutny, przeciął w zaraniu i... 
wieczna tęsknota. — Rozstaliście się państwo? — To nigdy by nie nastąpiło. 
Jedynie śmierć... — Umarł zatem? — Został zabity. — Za... bity? — Na 
polowaniu... Podobno... wypadek... Zadrżała i zakryła oczy. Horski patrzył na 
nią badawczo. — To zdumiewające istotnie. Pani mówi tak, że można zgadywać 
różnie. — Można, niestety, można panie! Mówmy już o czymś innymm. Teraz pan zna 
moje credo; żyję przeszłością i wspomnieniem krótkiej zorzy mego życia. — I tak 
pani pozostanie? A cóż obecnie? — Teraz jestem... narzeczoną. — Ironiczny ma 
pani uśmiech, mówiąc te słowa, powiem nawet zjadliwy. Nie kocha pani 
narzeczonego. — Tego ode mnie nikt wymagać nie może. — Czy i on także? — Tym 
bardziej. Zna moją tragedię, ale kocha mnie od dziecka. Jest to mój kuzyn, brat 
Lory. — Ach tak?! Pani zgodziła się, aby zagłuszyć ból?... Aby zapomnieć o 
tamtym? — Skłoniono mnie do tego. Matka Lory i Jana umierając wymogła u mnie 
słowo, że będę jego żoną. Przysięgłam. — I... dotrzyma pani tej przysięgi? — 
Muszę. — Och, musi pani? Wielkie słowo! Czy to także credo życiowe, bo ja to 
nazywam po prostu barbarzyńskim zabytkiem. Muszę, hm! Krótko brzmi, ale skutki 
nieobliczalne, cięcie gilotyny, także krótkie, lecz głowa odpada. I owo muszę 
wypełni pani z przekonaniem... — Z rozpa... z biernością. — Aha z rozpaczą? 
Dokończyłem za panią. Ciekawy horoskop przyszłości wobec takiego status quo. 
Proszę mi wytłumaczyć, jaka siła tkwi w owym muszę? — To obowiązek. — Och, och! 
Piękna obroża do noszenia całe życie! Ależ to kajdany! Czy pani się nad tym 
zastanowiła? Co?... — Przysięgłam konającej ciotce w ostatniej chwili jej życia. 
To dosyć. — Czy ta ciotka była... Bogiem, ołtarzem, wcieleniem bóstwa? Spojrzała 
na niego zdziwiona. — No, bo przecież pani przysięgła nie Bogu tylko ciotce. Czy 
to równoznaczne? Tarłówna zerwała się z kamienia. — Nie mówmy już o tym! Nie 
mówmy! — Przepraszam, jeszcze słowo. Kiedy pani popełnia to... samobójstwo? — 
Nie wiem! Nie wiem! — Zatem dziś już składam pani kondolencje. — Panie Horski, 
błagam pana... dosyć. — Jak pani każe. Usunął się jej grzecznie z drogi. Poszli 
w stronę hotelu. — Czy pani przyjechała do Monte jedynie na zaproszenie pani 
Lory, czy i dla zdrowia? — NIe dla zdrowia w każdym razie, zmiany klimatu nie 
potrzebowałam. — Więc do pani Nordica. — Niezupełnie. Coś mnie tu niosło, w 
świat, w przestrzeń! — Rozumiem. W ojczyźnie doznała pani nostalgii, za... 
obczyzną. I to bywa. Przede wszystkim była to dezercja; uciekała pani od 
zakratowanej klatki, w której czeka na nią... obowiązek. Szyderstwo zabrzmiało w 
jego głosie. — Nic mi pani nie odpowiada? Moja wina. Za szczerość pani nie 
powinienem jej męczyć. Na początku naszej rozmowy wspomniała pani o wielkim 
świecie w znaczeniu towarzyskim. Zdaje mi się, że pani jest w błędzie. To nie 
jest wieliki świat, to tylko wielki teatr, scena opery komicznej, często 
wielki... cyrk, lub — po prostu wielki salon. — Cóż pan nazywa wielkim światem? 
— Nigdy ludzkie zbiorowisko wytworzonych form, w wykwintnych oprawach, nigdy 
tytuły, herby, rody, finanse i tak dalej. Wielki świat, to nie ludzie, lecz ich 
wytwory; cywilizacja, kultura, w znaczeniu społecznym, nie tylko osobistym, 
wynalazki ułatwiające życie, słowem wydobywanie z globu jego esencji, z przyrody 
pięknej, lecz nie wygodnej wszystkich jej skarbów, wyzyskanie każdej góry, 
skały, każdego atomu w naturze na swoją korzyść. To według mnie jest wielkim 
światem. — A przyroda dzika, puszcze dziewicze, góry niedostępne? — To piękny 
świat, ale pierwotny, zatem tylko świat, można by nawet nazwać go małym. — Więc 
i wśród ludzi to samo się dzieje. Ludzie pierwotni, małych potrzeb, 
niecywilizowani, bez kultury to świat mały, tylko świat, jak pan nazwał. Ci zaś 
ogładzeni, z patyną, najwyższej kultury, z piętnem cywilizacji i rasy, którą 
wszak wytwarza wiekowa przynależność do kultury, to wielki świat. O tym właśnie 
mówiłam. — Zgadzam się na określenie w ten sposób, ale tylko pojedynczych i 
małych grup ludzkich. A wszak przyzna pani, że wielkim światem nazywają 
przeważnie pewne sfery w hierarchii społecznej, sferę, no, głównie właścicieli 
dużych fortun i głośnych nazwisk. Są wśród nich osobniki z wielkiego świata, w 
moim rozumieniu, ale są i z bardzo małego, instynkty kompletnie pierwotne, 
kopalne, często zwyrodniałe w masce patrycjuszowskiej. Czy mogą oni nosić 
dostojną nazwę wielkiego świata?... Nawet nie są pięknym światem, jak w naturze 
okolice niewyzyskane, więc tak, jak mówiłem... teatrem, cyrkiem, salonem. Stoją 
obok siebie różni, tacy i owacy, szlachetność i błazeństwo, kultura i 
zwyrodnienie, rasa i skorpion w masce, słowem wielka reduta, maskarada. Ale oto 
idzie ku nam opiekunka pani. — Lińcia! Za długo spacerowaliśmy nawet na 
cierpliwość Lińci. Prawda. Panna Niemojska podeszła zdyszana. — Szukałam was 
długo, bo upał dokucza. Nie chce się wierzyć, że to styczeń. U nas tam mrozy, 
śniegi leżą, a tu słońce aż pali. Kraj jak z bajki. Bałam się, żebyście nie 
spadli gdzieś ze skał. — Może pójdziemy na obiad? — zaproponował Horski. — A czy 
tu można coś zjeść? Co prawda jestem głodna. — Znam małą restauracyjkę na prawo 
od stacji przy drodze do miasteczka. Galeria oszklona wisi na górce, niby 
latarnia, widać stamtąd skały i pociągi podchodzące, a auta jak żuki śmigają po 
drodze. Tam zjemy. — Andziu, co ci jest? Zbladłaś — spytała Ewelina. — Nic, 
Lińciu. U nas tam śniegi leżą, biało i mroźno, sanna, janczary dzwonią... 
śnieżne zaspy... — Daj spokój, dziecko... — Czy ja tu powinnam być? Czy ja 
byłabym tu? Gdyby... Tam lepiej, Lińciu. — Byłoby, ale nie jest. Nie myśl o tym, 
Aniu. Rozmawiały cicho, Horski jednak słyszał. Milczał, pozornie zajęty 
obcinaniem cygara. VI Cap Martin Przed pomnikiem cesarzowej Elżbiety 
Austriackiej w Cap Martin, stała Andzia i Horski. Ona czytała półgłosem wiersz 
wyryty na kolumnie pomnika; czytała zakończenie: Daignez donc de ce bois ~etre 
la protectrice@ les for~ets autrefois appartenaient aus Dieux:@ soyez notre 
g~enie, o sainte Imperatrice.@ Et nous vous r~everrons un beau jour aux cieux.@ 
Car nous ne croyons pas aux ~eternels adieux.@ (fr. — Zechciej przeto być z tego 
gaju opiekunką@ lasów deawniej należących do bogów,@ bądź naszym geniuszem, 
święta Cesarzowo.@ A my ci wyśnimy piękny dzień w niebiosach,@ ponieważ nie 
wierzymy w wieczne pożegnania.)@ — Miły jest ten wiersz; dowodzi uczucia dla 
cesarzowej i wiary w życie pozagrobowe — rzekła Anna. — Pani wierzy w życie 
wieczne? — O tak, nie wyobrażam sobie bytu na ziemi bez tej przyszłości poza 
mogiłą. Taki byt byłby bardzo smutny i bezcelowy. Zdaje mi się nawet, że bywają 
ludzie, których duch nie jest dostatecznie ucieleśniony, źle się czuje w swej 
człowieczej powłoce i dopiero może poza grobem otwiera się dla niego istotny 
byt. Takim duchem była zapewne cesarzowa Elżbieta. Życie ją prześladowało, nie 
dało jej szczęścia, bo świat nie lubi ludzi nie z własnej ulepionych gliny. 
Horski podniósł brwi wątpiąco. — Cesarzową Elżbietę przede wszystkim 
prześladeowało fatum rodzinne Wittelsbachów i nieszczęścia Habsburgów. W żyłach 
jej płynęła atawistyczna melancholia, którą ciosy życiowe potęgowały. Po 
chwilowym milczeniu Horski rzekł znowu: — Studiowałem kronikę życia tej 
męczennicy na tronie. Duch przewyższał w niej ciało uwieńczone koroną ziemską i 
zaszczytami. Postać pełna mistycyzmu. — Może to właśnie otaczało ją nimbem, 
wywołując powszechne uwielbienie? — Zapewne. Kochały ją wszystkie narody lenne 
Austrii, Węgrzy ją ubóstwiali, urok jej płynął i na obce kraje, właściwie za 
nic. Była dobra, słodka, cicha i niezwykle piękna, miała i momenty gorętsze, 
nawet porywy krwi. Nic znowu wsybitnego nie dokonała, żadnego czynu epokowej, 
historycznej doniosłości, jednak wielbiono ją, stawiają jej pomniki. Jeśli 
postać jej nie będzie miała większej karty w historii, to zarysuje się w 
literaturze. Jestem pewny, że Elżbieta zmartwychwstanie na tym polu, że ją jakiś 
talent zamknie w poetycznej, lub prozaicznej formie; jako typ zasługuje na to, 
jest niepospolity, nadaje się do fantazji. A propos, pani bywa niekiedy także 
podobna do Elżbiety. — Ja?... Cóż znowu! — Często robi pani wrażenie, że tylko 
istotą cielesną przebywa na ziemi, duchem zaś błąka się gdzieś... — Także na 
ziemi, panie, tylko daleko stąd, bardzo daleko. Myślą najskrytszą gonię za 
duchami tych, którzy niestety są już poza realnością i męczy mnie wątpliwość, 
czy im tam lepiej niż mnie, czy jeszcze gorzej? Ach, gdybyż wiedzieć! — Czy pani 
zajmowała się kiedy spirytyzmem? — Nigdy. — To niekiedy bywa ciekawe, zwłaszcza 
dla natur przeczulonych, tak jak pani i wierzących głęboko w nieśmiertelność 
duszy. Pani byłaby nawet wybornym medium. Niech pani spróbuje eksperymentów 
spirytystycznych; może się pani uda wywołać jakieś zjawisko nadprzyrodzone, 
jakiegoś ducha? Bywałem w Paryżu na seansach i niekiedy wychodziłem zdumiony, 
zwłaszcza gdy medium powiedziało mi raz jeden szczegół z mojego życia, którego 
nikt z obecnych nie znał, było to bowiem zupełnie moje własne przeżycie, powiem 
duchowe. Ten fakt trochę mnie zastanowił, że jednak jest coś niezbadanego, co 
prawie samo narzuca się nauce, aby zostać odkryte. Uczęszczałem potem często na 
seanse. Moja matka jest spirytystką zapaloną. — A w sny i wróżby czy pan wierzy? 
— spytała nagle Tarłówna. — Wierzę trochę w chiromancję, to już jest nauka. Ale 
sny?... Zabobon. — Jednak ja miałam w życiu parę snów znaczących i te mi się 
okrutnie sprawdziły. A także wróżba starej Cyganki, straszna wróżba sprawdziła 
się. Przeraża mnie, że wróżba ta nie jest jeszcze wypełniona do kresu. — Niechże 
pani nie oczekuje na jej rezultat końcowy, to panią pogrąży na dno melancholii. 
Stanowczo jest pani także za mało ucieleśniona, nazbyt mistyczna. Zaczynam 
wierzyć, że takie dusze jak pani mogą nawet nie umierać i trwają... — W ogóle 
nie posiada pan tej wiary? — Naturalnie, że nie. Czyż mogę wierzyć, że istoty na 
wskroś zmysłowe, nędzne, bezczelne, podłe, albo takie biernie małe, bezmyślne, 
żyją życiem pozagrobowym?... No, proszę pani, co one tam zbudują? A jeśli tam 
się dopiero mają udoskonalać, to po co tu są robactwem, podłymi jednostkami? 
Jaki cel?... — Za życie nędzne i złe tam ponoszą karę. — Och...! Da liegt der 
Hund begraben! (niem. — Tu jest pies pogrzebany.) Diabli nawłóczą ich na dzidę i 
smażą na wolnym ogniu. Tak? — W piekło nie wierzę ani w istnienie diabłów, 
pokuta duchów jest inna, nieplastyczna, wszakże duchy się udoskonalają. Może w 
nowych istnieniach? — Reinkarnacja?! Gdyby data śmierci desarzowej Elżbiety była 
wcześniejsza od daty urodzin pani, gotów bym uwierzyć, że duch tamtej znalazł 
nowe wcielenie w Annie Tarłównie. To możliwe, ale znam ludzi, których dusza, 
gdyby się powtórnie wcieliła w psa nawet, jeszcze stałaby się uszlachetniona. 
Cóż o takich mówić? Andzia w jednej chwili doznała jakby olśnienia, w wyobraźni 
stanął jej Chwedźko, zgniły ludzki płaz... Potem zamajaczył tępy kontur głowy 
Kościeszy i jego białe oczy. — Czy tacy ludzie mogą mieć duszę? Horski mówił 
dalej: — To są powody, że w życie pozagrobowe nie wierzę. Indywidualności 
wielkie, wzniosłe giną tak samo jak i małe, nędzne, niby kwiaty różnych 
gatunków, które mróz niweczy. Tylko że po pięknej róży, po lilii wonnej, po 
tworach gatunkowych w ogóle, zostaje wspomnienie; po pokrzywie zaś, po zielsku 
plugawym zostaje tylko... nawóz. Tak jest i z ludźmi; duchy potężne, owiane 
geniuszem, ginąc zostawiają po sobie pamięć, czy to abstrakcyjną jedynie, czy 
też w czynach, w dziełach ich zamkniętą na wieki. Sława takich ludzi przechodzi 
do potomności, do historii, do legend wreszcie. — Nędznicy bywają także wybitni. 
— NIe przeczę pani, owszem, zatem i ci zostają w pamięci świata. Ale drobiazg 
ludzki, takie sobie człowieczki, albo ludzkie chwasty, co po nich zostaje?... 
Zgnilizna fizyczna, zanik zupełny. — Nie zgodzę się z panem. Ja sądzę, że te 
człowieczki, wedle określenia pańskiego, to może pierwsze wcielenie ducha, ten 
zaś udoskonala się stopniowo, aż dochodzi do maksimum swego rozwoju. — Wierzy 
pani w przechodzenie dusz? Hm!... Czyli że każde życie pojedyncze to kurs 
uniwersytetu dla ducha?... To jest kolosalne! Ile też jedna dusza może 
przecierpieć takich wcieleń_uniwersytetów? Co?... Andzia zarumieniła się. — Pan 
ironizuje i wszystko zawsze wyśmieje. Ja wszakże nie głoszę tego jako teorii, to 
są moje osobiste myśli. Wierzę w metapsychozę, bo duch to taka potęga, która nie 
może trwać wieki i biernie we wszechświecie. Bywają istnienia krótkie, przecięte 
nagle, czyżby już dusze takie błądziły bezcelowo i wieczyście po jednym, krótkim 
trwaniu? Po cóż spływały na ziemię, czy tylko aby zabić moralnie dusze żyjące, 
aby zatopić je w nieustającym żalu?... Dlaczego? A może duchy z naszej planety 
przechodzą gdzieś na inne globy i tworzą nowe światy, społeczeństwa różne, 
doskonalsze od naszych?... Nie wiem, nie wiem! To tajemnica nie zbadana, tego 
jeszcze ani nauka, ani religia nie zgłębiły gruntownie, więc ja tym bardziej nie 
mam prawa o tym debatować. Ale wierzę w istnienie dusz, w ich byt wiekuisty i w 
doskonałość ich, bo inaczej nie warto byłoby żyć. Pan nie wierzy? Cóż jednak 
wytwarza geniuszy? — Dusza. Pomiędzy zwierzętami nie mamy geniuszy. — Ale są 
rasy lepsze i gorsze, bywają różne inteligencje, instynkty, narowy. — Lecz nie 
mają duszy. — Więc coś podobnego, co ją zastępuje, taką ich własną, indywidualną 
duszę. Każde stworzenie posiada ją, nawet mrówka. Człowiek, jako istnienie 
najdoskonalsze, wykończone w każdym szczególe, posiada najwybitniejszą, w tym 
leży cała różnica, bo nie w nieśmiertelności naszych duchów. Bóg nas z gliny nie 
ulepiał, stworzyła natura, a ewolucja świata wznosiła nas coraz wyżej, wyżej i 
wznosi, gdy staniemy na szczycie doskonałości, hm!... Wtedy zaczniemy może 
spadać, degenerować się, karłowacieć. — Pan jesteś zwolennikiem darwinizmu? — 
Niezupełnie, ale wolę jego teorię niż wszelkie otumanianie głowy, które po 
wniknięciu w istotę rzeczy budzi wątpliwości. Jest wiele dogmatów, w jakie nie 
można wierzyć, ale każą nam czynić to na ślepo. Ja tak nie potrafię. Mnie 
tajemnica nie imponuje, boskości nie dodaje. Imponuje mi wielkość, czyn ogromny, 
jakiś wynalazek... Do mistycyzmu nie mam kultu. Ale gdybym stwierdził realny 
objaw istnienia bóstwa, cud, widomy fakt, który by mówił sam za siebie, wówczas 
bym uwierzył. Że zaś tego nie ma, wszystko inne z tym związane uważam za 
fantazję, niekiedy bardzo piękną i poetyczną, będącą wynikiem potrzeby bóstwa. 
Jest to wrodzona konieczność ludzkości. Ja osobiście patrzę na piękny obraz 
święty, zwiedzam kościół, o ile jedno i drugie jest dziełem sztuki, zachwyca 
mnie tylko artyzm, ale naprawdę z uwielbieniem, że tak nazwę religijnym będę 
podziwiał jakiś wielki wytwór mechaniki, motor elektryczny o szalonej sile, 
nawet potężny statek okuty stalą a pędzący po spiętrzonych bałwanach z 
szybkością zawartą w jego kotłach i śrubach. Praca gigantyczna, myśl genialna, 
jakaś dynamomaszyna kolosalnego znaczenia, to mi imponuje, w to wierzę i to 
czczę. Andzia przypatrywała mu się z zupełnie nowym wrażeniem, nie zdając sobie 
sprawy, dlaczego zaimponował jej nagle. Postać jego miała zarysy energiczne, 
twarz chłodna była niezłomna, przemawiał za siłą i sam miał ją w sobie, jakby 
skupioną. Ale była to inna moc, jak na przykład Kościeszy; tamten występował 
jako siła bezczelna, zaborcza, bezwzględna, dzika nawet, ten — jako siła 
kulturalna, klasyczna, władcza, pociągająca arystokratyzmem. Tamten — tygrys, — 
ten — lew, tamten dziki barbarzyńca, ten wytworny patrycjusz. Tamten przeraża, 
ten imponuje. Szary wzrok Horskiego przenikał Andzię na wskroś, źrenice jego 
były zagadkowe, trochę cyniczne, lecz bez odrobiny zmysłowej brutalności. 
Patrzyli sobie w oczy przez chwilę. On uśmiechnął się. — Przeraziłem panią, czy 
tak? — Zadziwił mnie pan. Pierwszy raz spotykam człowieka, który tak śmiało 
głosi swą niewiarę. Ale wszakże to nie apostazja? (gr. — odstępstwo od wiary.) — 
Nie, apostatą nie jestem, bo religii, w której mnie wychowano, nie wyrzekłem się 
dla żadnej innej wiary. Ale ateuszem nazwie mnie pani z pewnością. Katolicyzm 
uważam za najpiękniejszą fantazję religijną, za najbardziej poetyczną i mającą 
najwięcej barw w swojej tęczy. Tęcza katolicyzmu niezaprzeczenie opasała sobą 
prawie pół świata, dlatego że najpotępniej działa na ludzką wyobraźnię. W żadnej 
religii nie ma tyle naprawdę pięknych legend, co w Starym i w Nowym Testamencie. 
Buddaizm, także malowniczy i piękny, szerokie zakreślił kręgi, bo tak samo 
działa na umysły żądne tajemnic i skłonne do misteriów. Jaka to na przykład 
cudna idea nirwany. Gdybym wierzył w duszę, wolałbym nirwanę, spokój 
błogosławiony, niż metapsychozę, w którą pani wierzy, z jej wieczystą udręką 
coraz nowych wcieleń. To straszne. — Czyż lepsza wiara, że powstałam z nicości 
duchowej i pójdę w nicość? — Lepsza. Niech mi pani wierzy, bo przynajmniej nie 
mam w sobie tej niepewności, że może siedzi we mnie teraz jakiś zbrodniarz. No, 
dziękuję za taką przyjemność. Ponieważ katolicyzm w założeniu jest piękny, zatem 
i reinkarnacji nie uznaje, pani nie jest także dobrą katoliczką, panno Anno. Nie 
tylko nie posiada pani apologetyki, aby walczyć z takimi jak ja bezbożnikami, 
ale i sama pani grzeszy. Tarłówna zaśmiała się. — Wobec pana nie podjęłabym się 
apostolstwa, bo wszystkie moje argumenty, mogłaby zdruzgotać jednym zamachem 
jakaś... dynamomaszyna lub nawet jej wizja. Horski ruszył brwiami w uśmiechu. — 
Teraz pani ironizuje z moich dogmatów. Ja pomimo to powtarzam, że wszelkie 
apokalipsy z Pisma Świętego są to cudne legendy, nadające natchnienia do dzieł 
sztuki i to cała ich wartość. Dla mnie apokalipsą taką jest odkrycie Ameryki, 
nauka Kopernika, awiatyka, wynalazki Stephensona, Gutenberga, Edisona i tym 
podobne odkrycia. Napoleon Bonaparte to także objawienie świata, to nie poezja. 
— Sądząc ze wszystkiego, co pan powiedział, można by przypuszczać, że i 
Chrystusa uznaje pan tylko z tego samego stanowiska — rzekła Andzia sucho. — A 
tak, niezaprzeczenie wielki geniusz. Panią to drażni, dajmy spokój tej rozmowie. 
Zapomnieliśmy o naszym cerberze; panna Niemojska już chyba odpoczęła przy stacji 
tramwajowej? Nie przypominałbym jej, gdyby nie zachód słońca; mamy przed sobą 
zwiedzenie grot w Sainte Romin. — Najpierw obiecaliśmy Linci, że po zwiedzeniu 
pieszym obwieziemy ją fiakrem po Cap Martin. — Widzi pani, ile jeszcze 
obowiązków wobec panny Eweliny. Pożegnajmy się z obeliskiem Elżbiety i wędrujmy 
dalej. — Ja tu jeszcze powrócę — szepnęła Anna. — Miejsce to dziwnie nastraja do 
samotnych rozmyślań. — Wskazówka dla mnie, żebym się więcej nie narzucał — 
mruknął Horski. — NIe miałam tego na myśli, proszę wierzyć. Gdyby mnie nużyło 
towarzystwo pana, potrafiłabym się uwolnić od niego w inny sposób. — Wbrew mej 
zasadzie nie ufania kobietom, pani jednak wierzę. Tu nastraja panią las, 
wprawdzie oliwki i pinie zamiast dębów i sosen wołyńskich, to nie złudzenie, 
lecz szum bliskiego a niewidzialnego morza z tym gajem zieleni tworzy pewien 
akord nasuwający wspomnienia. Czy pani całą istotą nie stanie na Riwierze? Czy 
zawsze będzie rozdwojenie ducha z ciałem na korzyść Wołynia? — Przesadza pan 
moją tęsknotę. Tam jest moja świątynia, do niej modlitwą zabiegam, myślą. Tu 
żyję realnie. — Ale nie wsiąka pani w tutejszą atmosferę. Spojrzała mu prosto w 
oczy. — Czy to byłoby lepsze? Horski uważnie przytrzymał ją wzrokiem. — Dla 
innych tak, bo łatwiejsze. Ja osobiście wolę odrębność pani, to ciekawsze... i 
trudniejsze — dokończył cicho. Andzia dostrzegła w jego źrenicach coś, co ją 
zakłopotało. Czuła, że on patrzy na jej rzęsy opadłe na policzki i ogarniał ją z 
wolna gorący rumieniec. Szli w milczeniu po ulicy gładkiej, wśród mnóstwa drzew 
z obu stron rosnących. Gaj oliwny rozpościerał się dokoła; cięte szpalery, 
żywopłoty otaczały wille niknące w gąszczach drzew egzotycznych. Kwitły już 
pomarańcze, cytryny i różowe drzewa migdałów. Całe Cap Martin przedstawiało się 
jak jeden ogromny park. Zapach tu był wykwintnych roślin, a słońce zachodząc 
rzucało na zwartą zieleń jaskrawe plamy światła. Woń róż, caprifolium, geranium, 
słony smak od morza odurzał trochę. Andzia prawie biegła, bojąc się tych czarów 
działających na nią narkotycznie. Horski szedł zimny, z twarzą obojętną i 
wzrokiem już matowym. Gdy mijali willę cesarzowej Eugenii, Horski zawołał: — 
Panno Anno, tu siedziba drugiej, ukoronowanej samotnicy. Ma już dziś około 
siedemdziesięciu lat i w samotności rozmyśla nad utraconą koroną Francji, mówiąc 
sobie na śniadanie — Vanitas vanitatum (łac. — marność nad marnościami), na 
obiad — Tempi passati, a na kolację — Tout passe, tout casse, tout lasse (fr. — 
wszystko przemija, wszystko się tłucze, wszystko nuży.). To taka modlitwa 
zdetronizowanej monarchini. Pani nie obejrzy tego zakątka? Andzia zatrzymała 
się. — Jeśli można zwiedzać, uczynimy to innym razem, teraz spieszmy do Linci. 
Zresztą postać Eugenii nie nadaje się do uwielbienia, wybitna, lecz w ogóle 
niesympatyczna dla mnie. — Och, pani jest wybredna, nawet pomiędzy 
monarchiniami. Eugenia naśladuje Elżbietę, kryjąc się w ciche ustronia. — No, 
mając siedemdziesiąt lat?... Może odprawia w ten sposób rekolekcje? — Pani jest 
surowa. A jednak to była szczególna niewiasta. Sądząc z dawnych portretów 
przypomina ją z urody pani Nordica. — Lubi pan takie kobiety jak Lora? — spytała 
Anna mimo woli. — Źle się pani wyraziła, takie kobiety lubi każdy mężczyzna, bo 
są... łatwe. Czy je ceni, to inna sprawa, o to pani chciała spytać? Co? Tarłówna 
szła prędko naprzód, nic już nie mówiąc. Przewodnik z latarnią w ręku postępował 
naprzód, oni szli za nim. Jaskrawe snopy światła padały na stalaktyty zawieszone 
ze sklepień grot w Sainte Romin. Wielkie i mniejsze sople koloru piaskowego w 
słoje ciemniejsze, lub tak jednolicie jasne jakby przezroczyste, polerowane niby 
z metalu, inne znów pełne guzów i zgarbień. Pochyłe ściany grot utkane tą 
rzeźbą, niekiedy płasko oblepione taflą gładkości marmurowej, wapiennej 
formacji. Wklęsłych pieczar broniły potężne stalaktyty, utworzone w kształt 
kolumn i kolumienek smukłych, w wieżyczki, w długie, ostre iglice. Kolce cienkie 
spływały ze sklepień tak samo jak lodowe z dachów podczas mrozu, po odwilży. 
Wszędzie grupy tych sopli, kawowych, całe piramidy z nich. Pod niektórymi trzeba 
się było schylać, tak nisko sięgały, na inne patrząc trzeba wznosić głowę 
wysoko. Układały się z nich bramy tryumfalne, łuki, pagody indyjskie, wieżyce 
meczetów. Mistrzem była tu natura, bez dłuta, bez rysunku stworzyła cuda. Płynie 
woda, płynie, i kamieniem wapiennym obkłada ściany grot, skąd się sączy. Płyną 
strumienie wody o własnościach skalnych, a gdzie się kończy podłoże, spływają w 
kamienne łzy. Wytryskują strumyki i kamienieją, obrastają szklistą powłoką i 
piętrzą się w słupy, rosną w muzealne ostrokąty najeżone zębatymi wieżycami. 
Słupy te stykają się prawie z soplami spłyniętymi z góry tak że czasem pomiędzy 
nich palec tylko wsunąć można, czasem większa odległość dzieli te kolumny, 
często zlewają się w jednolitą całość. Wówczas tworzą arkady, filary i nowe 
sklepienia. Mnóstwo stalaktytów coraz różnorodniejszych, niezrównanych 
malowniczości. Andzia zachwycona odnajdywała cuda za cudami, wsuwała się do 
najciaśniejszych wklęśnień, wpełzała niemal do ciemnych pieczar. Parę razy 
próbowała złamać najcieńsze iglice stalaktytów, lecz nigdy dokazać tego nie 
mogła. Przewodnik pozwalał jej na próby z uśmiechem pobłażliwym, wiedział, że 
może być spokojny o ozdoby swych grot. W ciemnym kącie jednej pieczary Tarłówna 
dostrzegła skamieniałego kozła, biały był jak wykuty z marmuru, dalej ujrzała 
psa doga, zachowanego w naturalnej postaci, w powłoce wapiennej. Przewodnik 
pokazał im jeszcze niedźwiedzia ustawionego u stóp schodów, na których 
umieszczono różne przedmioty, przeznaczone na skamienienie. Po schodach 
puszczony silny prąd tej wody niezwykłej, sprowadzonej sztucznie z całych grot, 
spełniał swe zadanie. Andzia nie mogła się nacieszyć stalaktytami. Panna 
Niemojska była przytłoczona. — Gdyby tak silne trzęsienie ziemi w tej chwili, 
bylibyśmy pogrzebani żywcem. Po wyjściu z grot, weszli do małego sklepiku obok; 
sprzedawano tam gotowe skamieniałości. Panna Ewelina pochylona nad gablotką 
przeglądała różne przedmioty, targując się o cenę. Andzia kupiła parę 
naturalnych jednostek skamieniałych. — Niech i pan coś kupi z tej oto półki. — 
Ja nie mam gustu, proszę mi wybrać. — No, choćby to, śliczny drobiazg. Podała mu 
koszyczek, zawierający w sobie gronko winogronowe, banana i kilka śliwek. — 
Prawda, jakie to ładne?... Proszę. Horski zaprzeczył ruchem głowy. — Ach nie, 
tego nie kupię, na taki wybór pani nie zgadzam się. — Dlaczego? — Zostały mi po 
ojcu pewne zabobony polskie, więc koszyka z rąk pani nie wezmę. Andzia 
spąsowiała, jednocześnie groźnie zmarszczyła brwi. — Jak pan chce — rzuciła 
ozięble i podeszła do panny Eweliny. Wkrótce opuścili sklepik, postali trochę na 
zrębie skały, tworzącej rodzaj werandy pod daszkiem rozpiętych roślin, skąd 
roztaczał się pyszny widok na morze. Na falach widać było kilkanaście łodzi 
rybackich, z białymi jak mewy żaglami, płynęły ukośnie, często położone prawie 
na wodzie. — Popłyniemy kiedyś łodzią. Dobrze? — Ja za nic na świecie! — 
zawołała panna Ewelina. — Czy dobrze, panno Anno? — spytał Horski powtórnie, z 
odcieniem niecierpliwości w głosie. Andzi oczy błysnęły. — Pozwolisz mi Linciu, 
prawda?... Cóż pan tak ochłódł jak stalaktyt, panie Horski? — Czekam wyroku 
wyższej władzy pani. — Ach, jakiż pan nieznośny! Gdy schodzili ze stromej góry, 
Horski podał ramię pannie Ewelinie i prowadził ją ostrożnie. Zyskał tym 
wdzięczność Andzi. Spojrzała na niego z wdzięcznością. W jego oczach odczuła 
przekorę... Prowadzę ją nie dla niej, lecz dla ciebie, bo gdy się cerber zmęczy, 
nie będzie wycieczek. Tramwaj dowiózł ich do kasyna. Późno już było w nocy, gdy 
Tarłówna, rozbierając się w swym pokoju, ujrzała przed willą samochód. Bardzo 
często Lora o tej porze wyjeżdżała gdzieś, sama, nie opowiadając nigdy o swych 
wyprawach nocnych. Andzia nie badała, lecz wycieczki takie niepokoiły ją zawsze, 
budząc podejrzenia. — Czy pani von Bredov wyjeżdża? — rzuciła służącej obojętne 
pytanie. Margerita zrobiła minę komiczną wytrawnej subretki. — O nie, pani dziś 
nigdzie nie pojedzie. — Więc dlaczego auto czeka? — Bo to pan przyjechał. — Kto 
taki? — Pan von Bredov Nordica. Andzia odetchnęła. Nareszcie jest jakaś wyraźna 
sytuacja tego domu. VII Spotęgowany urok Poranek był słoneczny i ciepły, 
pachnący wonią morza. Wiatr południowy dmuchał lekko na błękitne fale, pędził je 
ku brzegom, rozpryskiwał w białe pióra pian. Monotonny plusk, rzucanie zwałów 
przezroczysto_lazurowych wód na piasek, miało swą muzykę odrębną. Coś rześkiego 
wnikało razem z tym szumem do okna pokoju Tarłówny. Budził ją ze snu rozkosznym 
wołaniem potężny a słodki głos morza. Rozlewny jakiś był ten głos, sycił 
radością życia. Śpiewało morze pieśń wiekuistą poranka, a taki miało ton swobody 
i czarów pełen, że poiło pragnieniem życia, wzywało do życia. Morze złotem się 
mieniło, syciło błękitem. Handzia odurzona fal rozgwarem podniosła powieki i 
żwawo wyskoczyła z łóżka. Podbiegła do okna. Szczęknęły żaluzje rozsunięte 
gwałtownie, kaskada świetlna buchnęła do pokoju. Andzia stała jak w glorii. 
Otworzyła okno szeroko, ramiona wyciągnęła do morza. Z piersi jej wydobył się 
jakby krzyk młodości i ockniętego życia. — Morze ukochane, jaką ty masz potęgę! 
— Jaką władzę rozpościerasz nad duszami ludzkimi. — Morze mocarne, ile w tobie 
piękna! — Każda twa fala to cały urok, każdy twój głos to upojenie. — Ach, jak 
ty działasz ożywczo! — Morze cudne! Morze moje! — Od ciebie, o morze, morze, 
płyną na mnie światła, ciepło, płynie blask... — Tak mi koisz duszę... — W twej 
roztoczy wonnej smutek mój zatapiasz... leczysz straszny ból. — Morze ukochane, 
czyż ty mnie miłujesz, że mi dajesz swój przedziwny lek? — Że tak złotem mnie 
opylasz? — Że sypiesz iskier purpurowe kwiaty do... mej krwi... Ostatnie słowa 
Andzia wyszeptała z rumieńcem wstydu na policzkach. Wtuliła twarz różową w białe 
swe dłonie i oddech wstrzymała, jakby z obawy, by szmer jej słów nie usłyszało 
nawet morze, aby myśl taka już nie powracała. Zaryczał w oddali statek 
nadpływający. Handzia porwała się, odrzuciła w tył głowę i prędkim ruchem 
warkocz rozplotła. Opadły jej na plecy czarne, miękkie włosy, wstrząsnęła głową, 
rozwinęły się puszystą, lśniącą falą na białym batyście koszuli nocnej, zakwitły 
pachnącą kiścią. — Trzeba się ubierać. Biegnąc do umywalni, ujrzała postać swą w 
wielkim zwierciadle. Stanęła. Przez chwilę z brwią zsuniętą patrzyła na swe 
odbicie w lustrze, jakby karcąc się za to, że nie odchodzi. Lecz stała. I oto 
brwi się rozsunęły, uśmieszek kobiecej próżności przewiał po wargach pąsowych 
jak jagody, wesoły promień strzelił z aksamitnych źrenic. — Ubiorę się jasno! Z 
werwą młodzieńczą zaczęła się ubierać nucąc półgłosem. Nagle wzrok jej padł na 
konsolę kominka. Pęk czerwonych róż w słoju i fotografia Andrzeja. Stroiła go tu 
zawsze w ulubione jego róże. Na wpół ubrana podeszła wolno, wzięła ramkę z 
konsoli i po raz nie wiadomo który, zatonęli w sobie oczyma. Tylko oczy jego 
patrzyły jak spoza grobu, odtwórczo, z kartonu fotografii. Jej źrenice żywym i 
twórczym świeciły płomieniem. Jego oczy wypowiedziały już wszystko na ziemi, 
zgasły na wieki. Jej wypłakały może już wszystkie łzy, ale żyły i nowe zapalały 
się w nich ognie. — Jędrusiu!... Usta jej musnęły szkło fotografii, spoczęły na 
jego oczach. Andrzej patrzył na nią wzrokiem śmiałym, młodzieńczym, pełnym 
energii, dzielności zawadiackiej trochę, z lekkim omdleniem stepowej zadumy. 
Źrenice jego mówiły Handzi to wszystko, co z ust jego własnych słyszała. Trzy 
lata ciężkie jak złomy skał granitowych przywaliły te dni błogie, przyćmiły 
dźwięk słów. Zachowane wszystko w pamięci... Ale po cóż ta dziwna mglistość 
odległości? Jak to już dawno, dawno było. Jak się te chmury wlokły długo, 
ponuro. Jakie były brzemienne w niedolę. Woła na ciebie morze: dziewczyno, 
ocknij się. Snopy złociste ciska i wskrzesić chce. Zbudź się, już dość tęsknot, 
dość goryczy. Tarłówna patrzyła w jego oczy, pragnąc w nich wyczytać swój wyrok. 
— Ni tęsknot dość, ni żalu, szumi dla ciebie Handziu morze błękitne, kusi do 
życia, a ja wśród naszych borów śpię — odpowiedziała duma stepowa w jego 
źrenicach zbłąkana. — Jędrusiu!... — jęknęła żałośnie. Nagłym ruchem postawiła 
fotografię na miejsce i jak automat zaczęła wkładać czarną suknię. Ale słońce 
zbyt mocno grzało, słodko pieniło się morze, za wiele woni rześkiej, za wiele 
zapachów cudnych płynęło przez okno. Czarna, choć lekka sukienka, paliła 
ramiona. A białe były, okrągłe i smukłe, skórę miały jakby z kwiatu lilii 
utworzoną, różem delikatnym prześwitującą. Za ciężka dla niej ta czarna szata. 
Zbyt smutna. Anna wkładała ją trochę jak włosiennicę. Tak trzeba... trzeba... 
coś rozkazuje. Weszła panna Ewelina. — Nie śpisz, Handziuś? Jak dziś pięknie! 
Morze wprost kokietuje. Znowu te czarności? Czemuż nie kostium wczorajszy? — Za 
jasny, Lińciu. Stara nauczycielka ucałowała wychowankę serdecznie. — Włóż Anuś 
białą suknię, włóż dziecko. To nawet zdrowiej. Gdzież ciągle czarne i czarne na 
taki upał. Już się i tak wszyscy dziwią... — O, to mnie mało obchodzi! Nie chcę 
się tu dla nikogo stroić. Panna Ewelina zmiarkowała, że ta droga chybiona, 
obrała inną, jeszcze mniej zręczną. — Myślą niektórzy, że się chcesz w ten 
sposób wyróżniać, jakby pozować... — Aj, Linciu, już nie brniuj dalej, bo nie 
umiesz. Powiedz po prostu, że chcesz, abym się ubrała jasno. — Dla mnie tego nie 
zrobisz. — Tym bardziej dla kogoś. Andzia przy oknie, patrząc na morze, 
zamyśliła się. A fale grały, grały, improwizując całą harmonią tonów. — 
Rzeczywiście dziś jest za gorąco. Prędko zrzuciła z siebie suknię i włożyła 
białą, podaną jej skwapliwie przez opiekunkę. Śnieżna, miękka tkanina okryła 
ramiona i biodra Handzi delikatnymi liniami, odsłoniła się dyskretnie szyja z 
rąbkiem toczonego karczku i biustu, spoza białych haftów wyglądało ciało, nęcące 
powabem bladej róży w pierwszym, ale już świadomym rozkwicie. Panna Niemojska 
zapięła jej na szyi perły darowane niegdyś przez Kościeszę, poprawiła bujnie 
upięte włosy na tyle głowy. — Cóż mnie Lińcia tak dziś stroi? — Ach, Aniu, tak 
podejrzliwie na mnie patrzysz?! Lubię cię w takim stroju i wiesz, jak cię 
kocham. — Wiem Lińciuchna, wiem — przygarnęła się jak kotka do nauczycielki. — 
Pójdziemy na śniadanie, Lora czeka na werandzie. Andzia zastanowiła się chwilę. 
— Podobno mąż Lory przyjechał? — Tak, poznamy go. Weszły na taras zalany 
słońcem, skąd widok był wspaniały. U podnóża willi huczało Monte Carlo, biegł 
tor kolejowy, na prawo dworzec kolei, wyżej kasyno, w oddali naprzeciw Monaco. I 
morze pełne, szerokie, wielmożne, władczo panujące tej krainie. Kolorem zbratane 
z przestworzem nieba. Do Andzi i Eweliny podszedł prędko wykwintnie wyglądający 
mężczyzna, wzrostu średniego, nieco za tęgi. Brunet łysawy, z czarnymi wąsami i 
oczami jak dwie czarne śliwy, w otoczeniu białek prawie szarych. Lora posunęła 
się za nim. — Przedstawiam wam mego męża. Von Bredov Nordica ociężałym ruchem 
skłonił się paniom, a gdy podały mu rękę, pochylił głowę niżej. Przemówił po 
francusku: — Niezmiernie rad jestem, że mamy z Lorą tak miłych gości, żałuję, że 
się spóźniłem z przyjazdem, że nie miałem szczęścia witać... — No, no Berti, oto 
twoja filiżanka. Rozmowa popłynęła gładko, wesoło, pod znakiem złotych strzał 
słonecznych, w promienistości morskich lśnień, w tej niezrównanej atmosferze 
zabawy, blasku i życia. Robert Nordica przyglądał się Andzi z widocznym 
zachwytem, przesuwał wzrok po jej figurze, szyi, ramionach, zatrzymywał długo i 
uporczywie na ustach dziewczyny. Wcale niedwuznacznie badał jej urodę i coraz 
większe zainteresowanie biło mu z wypukłych źrenic. Anna z początku nie 
zauważyła tego, lecz spostrzegłszy, zmarszczyła groźnie brwi. Przez chwilę 
żałowała, że się ubrała jasno, ale myśl ta rychło pierzchła po dmocą głuszącej 
wszystko rozmarzonej pogody. — Dziś pojedziemy do Nicei. Projekt Lory przyjęto z 
zapałem. — Nordica ofiarował się być kierowcą, żeby paniom było wygodniej w 
samochodzie. — Niechże Bóg broni! — zawołała Lora. — Berti dobry za szofera, ale 
nie wtedy jak ma za sobą kobiety, bo wówczas może łatwo auto wykierować do 
morza... w przepaść. Całkiem ślepnie. Andzia skrzywiła usta z niesmakiem. Żart 
dotyczył głównie jej. Nordica rzekł z ukłonem: — To wina pań, jesteście za 
piękne. Kto zaś kult piękna posiada w tym stopniu co ja, nie może być obojętny. 
Ciekawy kraj... Wołyń, który wydaje takie gwiazdy... — Berti, ja to już kiedyś 
słyszałam. Mówiłeś wtedy o złotych gwiazdach, ciekawam jakie teraz wymyślisz? Bo 
czarnych gwiazd nie ma. — Loro, nie pozwalasz mi mówić. Andzia rzekła nagle do 
kuzynki: — Trzeba zawiadomić pana Horskiego, miał przyjechać o dwunastej, bo 
wybieraliśmy się łodzią na morze, jutro zaś do Nicei. Dziś więc pojedziemy 
razem. Lora skrzywiła się. — A, to taki nudziarz ten Oskar, najzabawniejszy, gdy 
gra w ruletę, czasem ma szczęście, wówczas opłaca się z nim flirtować, ale w 
zwykłych warunkach?... Suchy Anglik, nawet nie folblut, bo tylko po matce. 
Nordica zaśmiał się zmysłowym skrzywieniem wydatnych, krwawych warg. — Lora 
traktuje go po sportsmeńsku. Anna milczała, mieszając zawzięcie w filiżance i 
nie podnosząc oczu. — No, powiedz Andziu, czy nie mam racji co do Horskiego? 
Zupełna mumia. — Ja mam inne zdanie o panu Horskim. — Ja również — potwierdziła 
Ewelina. — Że jest zabawny może? — Na to jest za poważny, ale bardzo przyjemny w 
towarzystwie i... taktowny. — Aha, tym cię wziął, Anuś? — Nie rozumiesz mnie, 
Loro... — Ależ doskonale! Lubisz Oskara za jego chłód, który obecnie dostraja 
się do twojej powagi. Ale przyznam ci się, że jego lodowatość nuży ~a la longue 
(franc. — na dłużej.). — Lubiłaś go jednak kiedyś, Loro — rzekł Nordica z 
odcieniem złośliwym w tonie. — NIe mam powodu nie lubić, tylko nie jest to mój 
genre mężczyzny, nudzą mnie tacy jak on filozofowie zimnokrwiści. — Mylisz się, 
Loro, Horski jest epikurejczykiem, lubi życie i użycie, zna się na kobietach. 
Tak jak amator dobre wino pije wolno, tak samo Horski potrafi wyzyskać cały czar 
smaku... kobiet. Handzia zsunęła brwi z irytacją. Rozmowa ta była dla niej 
niemiła, ogarnęło ją nieokreślone uczucie gniewu. Tymczasem Lora odpowiadała 
mężowi: — Może ty, Berti, znasz go lepiej, ja go znam jako nudziarza, rybę bez 
krwi. Przy tym jest brzydki. Zaprotestowała najniespodziewaniej panna Ewelina: — 
Na to się stanowczo nie zgadzam, pan Horski jest typem Anglika, ale przystojnym 
typem, jest bardzo dystyngowany, elegancki i rasowy. — Ho, ho, ho! — śmiała się 
Lora. — A w żadnym razie nie ryba — dodał Nordica — raczej głowonóg, któremu się 
trudno oprzeć, gdy już zarzuci macki. Andzia wstała, nie uważając na żadne 
względy. Miała już tego dosyć. — Pani odchodzi? Radzi byśmy usłyszeć sąd pani o 
Horskim? — O, to zbyteczne. Za mało go znam, aby go krytykować, lubię pana 
Horskiego, choćby dlatego, że jest mym rodakiem. — Wszak tylko po ojcu, jak mówi 
Lora? Tarłówna spojrzała na Nordicę z lekką ironią i zwróciła się do kuzynki: — 
Zatem pozwolisz, że zawiadomię Horskiego o wycieczce do Nizzy? — Ależ dobrze, 
Anuś. Poczekaj, idę z tobą. Wyszły razem. Zaraz w następnym salonie Lora, idąca 
za Andzią, podbiegła do niej, objęła ją ramionami i złotą swą głowę przytuliła 
do profilu twarzy Andzi. Zaszeptała ze śmiechem: — NIe wierz temu, co mówiłam o 
Oskarze, kłamałam jak najęta, ani słowa prawdy. Horski bardzo mi się podoba, 
wytworny, rasowy, kulturalny i bardzo przystojny, przy tym inteligentny i... 
zmysłowiec... — Ach Loro! Znowu to? — Ale w tonie klasycznym. To nie taka 
bezmyślna pała jak Berti, nie taka zmysłowa bestia! — Ależ ty cenisz swego 
męża... — No, moja droga, czyż to nie jest tylko samiec?! — Lorko, zmiłuj się! — 
Pardon, taki już mam język, innego nie wprawię, nazywam rzeczy po imieniu. 
Horskiemu nawet moja złośliwość nie zaszkodzi, on jest wyższy nad fochy kobiece, 
z których sobie nic nie robi. — Do czego stosujesz te słowa, Lorko? — Oo! Zaraz 
do czego? Widzisz, mogłabym się gniewać na Oskara, mścić się na nim... — Za co? 
Przeniknął Andzię dziwnie przykry niepokój. Lora pominęła pytanie, jakby nie 
słysząc. — Ale ja także jestem wyższa nad takie niskie zemsty. Tylko przed 
Nordicą umyślnie dyskredytuję Oskara, dając nawet błahe argumenty, głębszych dla 
Berti nie potrzeba. — Po cóż to robisz? — Bo... bo on mnie posądzał, wyobraź 
sobie. W ogóle Berti jest zazdrosny, ale tylko o niektórych, bo zresztą... Ach! 
on taki... taki głupi... Daliśmy sobie obopólną wolność i swobodę, więc niby o 
nic nie pyta, ale czasem, w przystępie... szału dla mnie, robi mi sceny... Ja go 
także o nic nie wypytuję, wszystko mi jedno, wiem, że ma teraz nowy feblik, 
jakąś Greczynkę. A jednak do mnie wraca. Andzia delikatnie wysunęła się z jej 
objęć. Lora spojrzała na twarz dziewczyny i zawołała nieco zgryźliwie: — 
Brzydzisz się nas, Anuś! Ha, inne światy! Ty i ja nie zrozumiemy się nigdy. Po 
co ja ci to mówię właściwie? Ale wiesz, że cudownie teraz wyglądasz. Riwiera ci 
służy, nabrałaś cery i... jakby to powiedzieć... blasku. Jaś pisał do mnie, 
pytając o ciebie. Andzia drgnęła wyraźnie. — Co mu odpisałaś? — Jeszcze nic. Jaś 
jest jakiś kwaśny, jak zwykle zresztą. Pisał i do ciebie w tych dniach... 
prawda? Był do ciebie list i od tego smyka, Janusza Kościeszy. Czy ty z nim 
korespondujesz? — Owszem, czasem pisuję. — Jan pragnie bardzo twego powrotu. Ale 
ja cię nie puszczę aż do maja, do czasu wyludnienia się Riwiery. Niech potęskni, 
albo niech tu przyjedzie. Anna poczuła, że blednie, w obawie by Lora tego nie 
zauważyła, zagadała pospiesznie o czymś obojętnym i uniknęła badań kuzynki. 
Horski, zawiadomiony o wycieczce, przybył natychmiast. Był wyjątkowo sztywny. 
Andzia wyczuła, że projekt wspólnej jazdy do Nicei zmroził go. Na chwilę przed 
wyjazdem zjawił się w willi hrabia włoski, w monoklu, z bezczelnym wyrazem 
twarzy. Lora powitała go rozkosznie. — Zaprosiłam hrabiego Humberta na szóstego 
do naszej kompanii. Pomieścimy się w aucie, gdyż Berti będzie nas wiózł, szofera 
wysłałam koleją do Nizzy na nasze spotkanie. Na twarzy Andzi pojawiła się 
wyraźna przykrość, ze szczerym zmartwieniem spojrzała na Horskiego, szukając u 
niego obrony przed nienawistnym hrabią, który prześladował ją swą adoracją, 
ilekroć znalazł sposobność. Oskar zrozumiał obawę Andzi. Odezwał się do Nordicy 
obojętnie: — Dlaczego właściwie pan ma prowadzić samochód? — To proste. Jestem 
właścicielem auta, a dla gości zostaje tylko pięć miejsc. — W takim razie 
pozwoli pan, że go zastąpię? Nordica niezbyt lubił Horskiego i od razu przeczuł, 
że przy nim będzie się czuł skrępowany wobec Handzi. Ona zaś przypadła mu bardzo 
do gustu. Lepiej zdać się na tamtego i mieć większą swobodę. — Staram się zawsze 
zadowolić swoich gości, jeśli więc zrobi to panu przyjemność... ustępuję. — 
Dziękuję — odrzekł Horski i matowy wzrok przesunął po oczach Andzi jakby mówiąc: 
teraz twoja wola. Ona w lot odgadła jego zamiar. — Ja usiądę przy panu, lubię 
mieć przed sobą przestrzeń. Horski skłonił się nisko, z żywym zadowoleniem na 
twarzy, którego już nie maskował. Nordica, zaskoczony i zły, zaczął energicznie 
protestować, hrabia Humbert również, ale Tarłówna była niewzruszona. Lora 
wolałaby nie mieć męża obok siebie, i jeszcze próbować swego czaru i kokieterii 
na Horskim, lecz już nic nie mówiła, trochę się tylko nadąsała. Wsiadając do 
samochodu, Andzia ujrzała naprzeciw na trotuarze mężczyznę w średnim wieku, z 
sumiastymi wąsami i chytrą twarzą, który przyglądał się jej i całemu towarzystwu 
z nieukrywaną uwagą. Widocznie śledził ją, gdyż głównie na nią patrzył. Tak może 
wygląda szpieg? — pomyślała Andzia. Owiało ją chwilowe niemiłe uczucie. W 
samochodzie Oskar ujął kierownicę pewną ręką. Spojrzał na Andzię bokiem, spod 
zmrużonych powiek i rzekł cicho: — Będzie pani za chłodno w tym lekkim 
płaszczyku, pojadę bardzo szybko. — To dobrze, ale znowu nic nie zobaczymy w 
takim pędzie. — Niech pani dziś nie liczy na zwiedzanie. Uczynimy to innym 
razem, we troje, jak dotąd. Zawołał do nich Nordica z przedniego siedzenia: — 
Jesteśmy gotowi, panie Horski. — Powierzamy się pańskiej opiece — dodała Lora — 
i obawiam się trochę o naszą całość. Może pan dostać zawrotu głowy... nad 
przepaściami. Ha, ha. Horski nic nie odpowiedział, puścił w ruch maszynę. 
Pomknęli. Andzia obejrzała się. Nieznajomy mężczyzna szedł za nimi i 
przeprowadzał ich wzrokiem aż do zakrętu. Nordica mówił do Lory: — Czy w takich 
warunkach powierzyłabyś mi ster, Loro? — Och, za nic! bałam się, że stracisz 
przytomność, mając piękne kobiety za sobą, a cóż dopiero... obok. — Dziwi mnie 
twoje obecne zaufanie. — Pan Horski jest przede wszystkim sportsmenem. — Bien, 
bien, ale sporty bywają różne. — Rozczarowanie może przyjść kosztem naszych 
kości — zaśmiał się Humbert. Horski i Tarłówna milczeli; on prowadził auto 
wprawnie i zręcznie, doskonale obeznany z motorem, jakby z ujeżdżonym 
wierzchowcem. Patrzył przed siebie zimnym wzrokiem, lecz Andzia zauważyła, że 
jest wyjątkowo czujny i uważny. Doznała wielkiej rozkoszy w tej jeździe 
zawrotnie szybkiej. Tafla szklana na przodzie chroniła ją od wiatru, pęd trochę 
odurzał. Biały woal gazowy łopotał dokoła jej kapelusza, furkając na wietrze, 
jak skrzydła ptaka. Było jej dobrze, tak jakoś inaczej niż dotąd, bardzo dawno 
nie odczuwała podobnej swobody. Minęli pędem plac kasyna, zjechali ponad morzem, 
z góry na bulwar Condamine, wpadli w ulicę Monaco, okrążyli skałę z pałacem 
książęcym i gnali drogą tramwajową, powyżej toru kolejowego do Cap d'Ail, dalej 
i dalej... Andzia wydawała co chwila okrzyki podziwu, Horski wymieniał nazwy 
przebywanych miejscowości, uśmiechał się czasem, słysząc jej zachwyty. Gdy 
wjechali na wielkie skały, pomiędzy Eze i Beaulieu, Andzia oniemiała z wrażenia. 
Pionowe wyżyny nad morzem jak piramidy opasywała, niby obręczą, szosa, strzeżona 
od przepaści morskiej niskim, grubym murem. Droga ta pięła się w górę, wiła, 
zataczała elipsy, łagodnie spadała na dół i znowu biegła wzwyż. Tramwaje żółte, 
widoczne z oddali, wyglądały niby duże żuki łażące na skałach, auta śmigały jak 
czerwone mrówki. Dołem, tuż nad brzegiem, huczały pociągi, wpadając w tunele pod 
tymi właśnie skałami, po których szła droga. Andzia ujrzała nad sobą olbrzymi 
złom skalny, zwieszony nad szosą, zdawało się, że bryła straci równowagę, że 
lada chwila runie, zabrzebując drogę i jadących po niej ludzi. Tarłówna 
podniosła głowę, lecz nie dojrzała wierzchołka skały, byli jakby pod jej 
sklepieniem. Spojrzała na lewo, tu znów poza murkiem, wyglądającym niby opasane 
tasiemką wobec gmachu skały, od razu morze sinobłękitne, pianą na kamienie 
plujące. Skała i morze, naprzeciw znowu taka sama skalna wyżyna i żwawo 
pełzające żuki_tramwaje. Na dole pod skałą naprzeciw widać czarną czeluść 
tunelu. — Ach, panie, tu jest bajecznie! Tu chyba jeszcze wyżej jedziemy niż w 
Cap Martin, tramwajem z Mentony. Zresztą morze potęguje wyżynę. Muszę tu być 
jeszcze piechotą. Cóż za piękna dolina! Okrążamy ją, prawda? — Tak, aby znowu 
wjechać na tamtą skałę. A tu w dolinie mała wioseczka, kilka chatek, jak klatki. 
Cała wioska jakby w klatce, wśród skał tylko i morza. — Jakże tu ładnie! — 
Przyjedziemy tu powozem, zrobimy kiedyś spacer po drodze wyższej, zwanej Route 
de la Corniche. Dziś tylko przelatujemy. Chcę pani pokazać najpiękniejsze widoki 
w innych warunkach. Rzuciła mu wdzięczne spojrzenie, podziękowała uśmiechem. — 
Nadużywam pańskiej grzeczności, wszak pan już to wszystko zna? — Gdy zwiedzam z 
panią, zdaje mi się, że widzę to pierwszy raz, udziela mi się zapał pani. Pani 
jest niezmiernie wrażliwa i entuzjastyczna. — Panie Horski, czy mamy się już 
szykować na śmierć? — spytał nagle Nordica odwrócony od nich. — A czy to ja mam 
być pańskim aniołem, zwiastunem śmierci? — Właśnie obawiamy się, że pan jest 
naszym Charonem, może Styksem, zaś auto łodzią, na której zawiezie nas pan do 
wieczności! — wołała Lora. — Skądże podobne przypuszczenie? — No, bo rozmawiacie 
państwo z sobą tak żywo, że nas ogarnia strach. Pokonujemy miejsca 
niebezpieczne. — Niech pani będzie spokojna — nie grozi żadne niebezpieczeństwo. 
— Czy i panu także? Dwuznaczne pytanie Nordicy Horski zbył milczeniem. Andzia 
nie odzywała się więcej jakby spłoszona. Lecz Oskar w dalszym ciągu objaśniał 
jej, wskazując widoki tak malownicze, jakby natchnieniem anielskim rysowane. 
Minęli Beaulieu, istny raik ziemski. Rzucały się tu w oczy różne zakątki 
cieniste, tarasy nad falą, oplecione pnącymi różami, caprifolium i powojem 
barwnym. Wille wśród kwitnących migdałów, pomarańcz i ciemnych cyprysów. 
Wszędzie przepych natury, jakby uśmiech jej słodki czy pieśń. Jeden zachwyt. 
Wybrzeża malowane urodą i poezją. Wszystko walczy tu ze sobą o piękno, trwa 
wieczna rywalizacja o własny czar. I niebo lazuru pełne, i kryształu, a tak 
czyste, że nawet obłoczek nie śmie się splamić. I morze, jakby rozpuszczone 
turkusy z szafirami pod złotą siatką, gwiazdami tkaną, a niezgłębione, a 
potężne, uśmiechem nęcące, a jednak groźne. Potęga uroku i siły. I zieleń 
barwna, tonowana, i biel przeczysta misternych willi, rdzawo_różowe skały i 
mnóstwo niezliczone cudów. W Villefranche, w porcie, stała eskadra francuska. 
Imponujące pancerniki, żelazem okute, z wylotami armat w strzelnicach, najeżone 
kominami, ziejącymi dymem czarnym. — To wielkie urozmaicenie widoku — rzekł 
Horski, pokazując Andzi przystań i statki. — W ogóle Riwiera na pierwszy rzut 
oka jest monotonna w krajobrazie. Zauważyła to pani? — Miewa podobne widoki, ale 
jednak coraz to inne. Trzeba się w tym kraju rozsmakować, wówczas doznaje się 
dopiero niezwykłych wrażeń. — Tak, to słuszna uwaga. Trzeba tę krainę 
przeniknąć, na razie sprawia zamęt i chaos w umyśle, że się tak wyrażę, nawet w 
oczach. Ja, gdy tu przyjechałem po raz pierwszy, było to już dawno, doznałem 
wrażeń innych niż dziś. — Lepszych? — Przeciwnie, gorszych. U góry ultramaryna i 
na dole ultramaryna — to niebo i morze, po bokach zielenina, jak nasiane 
pietruszką, a w tym tkwią gęsto i pojedynczo muchomory białe i czerwone — to 
domy. Andzia wzruszyła ramionami. — Także określenie Riwiery, barbarzyńskie 
jakieś. — No, widzi pani. Ale się potem rozsmakowałem. Zawsze jednak twierdzę, 
że dominują tu trzy kolory zasadnicze, błękitny, zielony i biały. A pani, gdzie 
najpierw doznała najsilniejszego wrażenia z Riwiery? — Ja... na cyplu skały w 
parku Monaco, gdy zaszłam tam pierwszy raz. Horski zerknął na nią ukośnie. — I 
tam marzyła pani o stepach swego kraju?... Riwiera nie porwała pani wyłącznie w 
swój krąg zaczarowany. Ale od naszego spotkania nie byliśmy jeszcze na tym 
cyplu, pamiątkowym dla mnie. Pójdziemy tam kiedyś, panno Anno. Czy dobrze? — 
spytał miękko, pochylając ku niej głowę. Popatrzyła mu śmiało prosto w oczy. — 
Lubię przebywać tam tylko samotnie. Horski ostygł. — Ja pani marzyć nie 
przeszkodzę, ale chcę sprowadzić panią do teraźniejszości. — Bardzo trudne 
zadanie i niewykonalne. Oskar milczał. Andzia spod powiek rzuciła na niego wzrok 
niespokojny. Twarz jego była chłodna, oczy skierowane na drogę przed sobą. 
Niepokój Andzi pierzchnął. — Czyż już tak ciągle myśli pani przebywać wśród 
tych... swoich stepów, jak w celi klasztornej? — Wrócę do nich, tam mój byt. — 
Hm!... Owe obowiązkowe "muszę", kajdanki żelazne tak panią cągną? — Panie 
Horski, to niedelikatnie... — Dojeżdżamy do Nizzy — zawołał głośno, nie 
odpowiadając jej. — Należy się panu palma zwycięstwa za wyborną jazedę — wołała 
Lora. — A teraz prosimy podjechać do Palais de la Jet~ee, zjemy tam śniadanie, 
jestem głodna. Nordica głosował za zatrzymaniem się na placu Mass~ena, przed 
Casino Municipal. Lora nie ustąpiła. Jechali przez wąskie ulice przedmieścia, 
przez małe place, rodzaj rynków, gdzie sprzedawano warzywa i różne przedmioty 
porozkładane na świeżym powietrzu. Niektóre zaułki były brudne i cuchnące, mury 
obdrapane, tanie i tandetne towary w oknach. Dopiero na placu Mass~ena 
rozjaśniło się wielką, zachodnią kulturą. Horski okrążył cały plac i skierował 
samochód na pierwszorzędne ulice. Pędzili teraz przez najzamożniejszą dzielnicę 
miasta. Szeroko, przestrzennie. Samochód toczył się gładko jak po lodzie, z obu 
stron pałace, hotele, wille strojne, bogate, w zieleni drzew, werandy, balkony 
oplecione kwieciem, tarasy z wykwintną publiką przy stolikach, pod cieniem 
olbrzymich, kolorowych parasoli. Sklepy zachęcające przepychem wystaw, 
eleganckie dorożki_landa i karetki, auta, rowery, prywatne powozy, wszystko 
jakby nowe, blaskiem słońca i sezonu w pełni ozłocone. Mnóstwo jasnych strojów 
kobiecych i męskich, zapach kwiatów, woń rozkoszy i swobodnego używania świata 
tak samo zda się rozlana tu dokoła jak i zapach roślin. Wiaterek pociąga od 
morza coraz bliższy i kusi, i woła. Tarłówna oddała się cała wrażeniu. Odchyliła 
w tył głowę i przymknęła oczy. Rąbki woalu muskały jej twarz niby motyle w 
locie, parę promyków czarnych wywianych spod kapelusza igrało na wietrze. Jaka 
rozkosz tak pędzić... Ach, jeszcze, jeszcze, dalej... W duszy jej grała muzyka 
ockniętego życia. Nagle uprzytomniła sobie, że nie jest sama. Drgnęła. On patrzy 
na nią... na pewno, poczuła dotyk jego wzroku. Prędko spojrzała na niego. Oblała 
ją krew gorąca. Spod rzęs prawie zsuniętych, szarozielone oczy Horskiego 
przenikały ją na wskroś. Andzia nie spuściła powiek, tylko łuna jej twarzy z 
różowej karminową się stała. I tak przez parę sekund czarne głębie oczu Andzi i 
jego lwie, ukośnie patrzące źrenice, badały się wzajemnie. Nagle gumowa trąbka 
samochodu, naciśnięta jego ręką, zaryczała przeraźliwie. Andzia aż podskoczyła 
na siedzeniu. — Ojej, cóż to za wstrętny głos! Po co pan tak hałasuje? — 
Przestraszyłem panią? owszem, mogę rozjechać kogoś, jeśli to pani sprawi 
przyjemność, ale z powodu własnej nieuwagi nie chcę karambolu. — Więc niech pan 
uważa. — Zasłaniają mi czasem wzrok... różowe łuny. Powiedział to takim tonem i 
z takim wyrazem twarzy, jakby istotnie mówił o jakiejś realnej przeszkodzie. 
Anna chciała pokryć zmieszanie. — Niech pan zrobi jakąś... katastrofę. — Chce 
pani tego? — Chcę. — Zgoda. Wysadzamy wszystkich przed Palais de la Jet~ee i 
jedziemy sami... do Antibes. Tarłówna spoważniała w jednej chwili. Rumieniec 
znikł, pojawiła się na czole pionowa zmarszczka, skupiająca ku sobie nieco 
skośne brwi. Z ulicy szerokiej wpadli na Promenade des Anglais. Rozwarła się 
perspektywa morska, jakby odłam niebios spadły na ziemię. Horski zrobił 
elegancki, zamaszysty zawrót samochodem i stanął tuż przy trotuarze, naprzeciw 
wielkiego pawilonu z kopułą, na wbitych w morze słupach, do którego wiódł 
pomost. — Jesteśmy na miejscu — zawołano. Zbliżył się szofer, oczekujący na auto 
i odebrał go z rąk Horskiego. Oskar pomógł Andzi wysiąść. — Gniewa się pani? — 
Żałuję, że z panem jechałam... — Och, no, niech pani nie żałuje, tam z nimi 
byłoby gorzej... Potwierdzenie jego słów Andzia miała natychmiast. Podeszła do 
niej panna Niemojska, blada, z twarzą lśniącą od potu, jakby zmęczona. — Co to 
Linci? Usunęły się trochę na bok. — Ach, moje dziecko, jakie to szczęście, żeś 
ty z nimi nie jechała... To straszni ludzie!... Ten Nordica, Ten Humbert... albo 
Lora? Okropność — okropność! — Cóż takiego? — Uszy mi więdły, powiadam ci, od 
tych rozmów, dwuznaczników, anegdot, wyrażeń. Tacy bezczelni! Widząc, że się 
mienię na twarzy, tym bardziej używali różnych pomysłów. I Lora... niedobra 
jednak. Jaki to inny człowiek Horski, znać, że Polak. Oho, już biegnie ten comte 
(franc. — hrabia)... Humbert podszedł istotnie. Wołał z umizgiem: — Spod 
skrzydeł pana Horskiego pod skrzydła opiekunki? O nie, protestujemy! I nam się 
coś należy. Panie pozwolą na śniadanie wewnątrz pawilonu. Trafiliśmy wybornie, 
jest jakaś uroczystość i koncert na estradzie w sali. Nordica i pan Horski 
zamawiają stoliki. Bawiono się wesoło. Andzia z początku była trochę smutna, 
lecz prędko ogólny nastrój podziałał na nią. Wykwintna sala, której część 
oszklonych ścian wychodziła wprost na morze, przepych, dużo kwiatów, świetna 
muzyka; wreszcie szampan pryskający w górę zamrożonymi igiełkami, wszystko razem 
wytworzyło w umyśle Tarłówny pewien zamęt, wykwitał on w formie ślicznej 
wesołości. Nie wiedziała o tym, że jej humor wpływał na mężczyzn obecnych o 
wiele silniej niż szampan, który był ich powszednim napojem. Panna Ewelina 
rozruszała się, zapominając o swych troskach. Zresztą teraz nie można było się 
skarżyć... Płaskie dowcipy z auta zostały w nim, rozmowa burzyła się humorem, 
lecz w stylu poprawnym, panowie dowcipkowali w dobrym tonie, nawet Lora 
zachowywała się jak ksiźżna. Przybył jeszcze jeden towarzysz, w osobie Duca 
d'Escars, znajomego Nordiców. Andzia bezwiednie czarowała mężczyzn. Rówieśnica 
Lory, wyglądała jednak na młodszą. Była w Andzi świeżość młodzieńcza, którą 
słońce Riwiery jakby na nowo powołało do życia. Lekkie cienie pod oczami, z 
myślą zawartą w głębokich źrenicach, nieuchwytny grymas ust różowych, za mgłą 
melancholii i jakby smutku, chwilowo przyćmionego, nadawał jej zagadkowe tło. 
Odczuwało się, że nad tą dziewczyną_kobietą przewiała już jakaś burza życiowa, 
jakiś wicher upalny i że w tej dusznej atmosferze przeżyć spaliły się pierwsze 
lotki dziewczęcych umiesień, że ten kwiat, zanim rozwinął się z pąka, już 
zasypany został tumanem gorącym; zbladły płatki kwiatu, skurczyły się, zamknęły 
w sobie nadwiędłe. Ale oto własne siły twórcze pobudzają znów do życia, na wpół 
rozwita róża ożyła pod rosą nowych wrażeń, nowych promieni słonecznych. Roztacza 
się przed nią perspektywa kryształowa, burze ucichły, są już poza nią... Może 
nawet róża uległa całkowitemu przekształceniu?... Może jej kielich pełny, gorący 
od krwi purpurowej, w metamorfozie zupełnej stał się różowym anemonem? Tak 
myślał Horski patrząc na Annę. Może i inni doznawali tych samych wrażeń. Andzia 
interesowała wyjątkowo. Duc d'Escars obserwował ją bacznie. — To... to jest 
nadzwyczajne, zupełnie superbe (franc. — wspaniałe.) — mruczał do siebie, 
wskazując pod własnym nosem dwoma wyprostowanymi palcami rysunek brwi Andzi. 
Horski, siedzący przy nim, zobaczył, usłyszał i zrozumiał. — Styl grecki, 
prawda?... Ozdobny a poważny, kolumnowy. — Grecki, powiada pan? Niezupełnie, 
chyba jakiś renesans grecki, coś oryginalnego, bardzo niezwykły. A linia ramion, 
osada szyi, proporcja szyi do owalu twarzy! A płynność bioder, ruchy... — Panie, 
za głośno... rozpatruje pan jak rzeźbę. — O, bo to coś zupełnie nowego. Jakaś 
ukryta, zazdrosna perła. — Skąd taki komplement? — Jest prześliczna, a parę razy 
ją tylko widziałem. Nie udziela się w towarzystwie. Horski pomyślał z odcieniem 
dumy, że jednak on widuje ją bardzo często. Po śniadaniu powstały różne 
projekty. Oskar głosował za spacerem na łodziach, Lora miała jakieś sprawunki, 
Andzia zapragnęła zwiedzić starą Nizzę, górę zamkową. Panowie zgodzili się z nią 
natychmiast. Do stóp góry podjechano powozami, potem wszyscy szli piechotą, 
tylko d'Escars z panną Eweliną nie wysiedli z dorożki. Francuz rozpytywał o 
Tarłównę, mówiąc o niej z uznaniem. Panna Niemojska ujęta tym rozgadała się 
szeroko. Andzia była jej dumą i jedyną miłością. Hrabia Humbert z Anną szli 
naprzód, Horski trochę z tyłu. Podszedł do niego von Bredov Nordica. — Można 
panu powinszować gustu — rzekł z drapieżnym skrzywieniem tłustych warg. — Hm, 
pod jakim względem? — No, asystuje pan pannie Tarło, to dosyć. Wyjątkowa uroda, 
nie tyle piękna klasycznie, ile oryginalna. Były tam jakieś dramaty podobno, ale 
to nic. Zagasłe iskry rozdmuchać... większa przyjemność. A tam iskry są, o są, 
ja się na tym znam. Temperamencik wcale pokaźny, tylko ta jakaś mimozowatość 
niepotrzebna, ale to się zetrze. Winszuję panu połowu. Horski był jak jedna 
bryła lodu. — Myli się pan cokolwiek, panie Nordica. Jestem znajomym panny 
Tarło, rodakiem jej i niec ponad to, pomagam tym paniom zwiedzać Riwierę, której 
są ciekawe. — O la la! Tylko tyle?... Ona zasługuje na większą uwagę, przy całej 
swej urodzie ma jeszcze jedną, dużą zaletę. — Mianowicie? — Jest bardzo bogata. 
— Taak? NIe wiedziałem o tym. — Wiem od Lory. Należą do niej ogromne dobra, 
gdzieś tam u nich na Wołyniu. Zarządza majątkami jej ojczym i podobno wyzyskuje. 
Ona od niego uciekła, były tam awantury jakieś, on sam chciał się z nią żenić, 
nie pozwolił jej wyjść za mąż za kogoś w okolicy, który już nie żyje... — Hm, 
panna Tarło ma być pańską szwagierką, jest narzeczoną pana Smoczyńskiego, brata 
pani Lory. Nordica mlasnął wargami, jak smakosz po przełknięciu ostrygi. — Mądry 
chłopak ten Jan, nie znam go, ale zdaje się, że on jej niewart; ma tu 
przyjechać, Lora go zaprasza. — Wówczas się pan przekona, czy są siebie warci. 
Robert spojrzał na Horskiego, a widząc jego twarz kamienną prawie, zdziwił się. 
— Cóż to, nie podoba się panu panna Tarło? — NIe było chyba o tym mowy? — Czyż 
pan jest naprawdę taki zimnokrwisty Anglik, jak twierdzi Lora? — Pani Lora tak 
mnnie określa? To ciekawe. — Brwi Horskiego posunęły się wysoko w górę, usta 
musnął uśmiech na pół ironiczny. Cała twarz zadrgała rozbawionym wyrazem. 
Nordica nie dostrzegł nic, mówił dalej: — Panna Tarło jest luksusową kobietą, 
zabiera się do niej bardzo hrabia Humbert. Horski wzdrygnął się. — Jak pan 
powiedział? — O la la! No, zajęty nią jest, bogata, więc może się nawet o nią 
starać. — Jak to, o narzeczoną będzie się starał? — A cóż to szkodzi? Nie 
poznaję pana, panie Horski. Ja osobiście wolałbym, żeby wyszła za Smoczyńskiego, 
lepiej jak jej posag zostanie w naszej rodzinie. I jeszcze... taka kobieta 
pyszna przy mazgaju, jakim zdaje się jest Jan, nasuwa nadzieje bardzo korzystne. 
— Zaśmiał się rubasznie. Poufałym ruchem położył dłoń na ręce Oskara. — Pan to 
rozumie, ha, ha, ha!... — Rozumiem panie, rozumiem. Teraz ja winszuję zakusów. 
Ktoś odwołał Nordicę. Horski szedł sam. Myślał: "Osioł ten Bredov. Lora nazywa 
mnie zimnokrwistym... Hm... sprytna! Odgadła, że już do niej nie wrócę. Kobieta 
tego pokroju co ona, gdy czuje, że już dla kogoś... straciła smak, zaczyna 
wynajdywać przyczyny nie w sobie, ale w nim. Ciekawe... Śliczna Annie, bardzo 
bogata... Nie przeczuwałem nawet. Lora nic o tym nie mówiła. Chce ją zachować 
dla braciszka. Sądziłem, że niezamożna, ojczym jakiś barbarus, nie miała się 
gdzie skryć, tu uciekła, do tej kuzynki, u niej mieszka. Bogata... Och, to 
ogromny plus, a tak się skromnie ubiera... Poznali się na niej wszyscy. A na 
Riwierze ja pierwszy, od razu w Vintimilli... Czyli to moja zdobycz. A gdyby?... 
Och, och, najpierw od tamtych trzeba ocalić... Chcieliby ją pożreć na surowo. 
Śliczna Annie... Handzia, jak ją nazywają... Han...dzia..." Horski przyspieszył 
kroku, zrównał się z towarzystwem. Wkrótce weszli na szczyt góry zamkowej, na 
placyk obmurowany z widokiem na morze, Promenade des Anglais, Palais de la 
Jet~ee i prawie całą Niceę. Przy wejściu na plac znowu budki przekupniów, karty, 
albumy i potworne wyroby z tykw, drążonych i malowanych. Horski uderzył laską po 
tych niewybrednych petits cadeaux (franc. — małe podarunki.), rozwieszonych 
ostentacyjnie na kolorowych tasiemkach. — Wszędzie pełno tego śmiecia, do morza 
z tym! Oburzony przekupień skwapliwie oglądał swe towary, czy nie ma szkody, 
chcąc wyzyskać sytuację. Oskar stanął przy Andzi obok muru okalającego plac. — 
Niech się pani pochyli, widzi pani?... Woda sdpływa ze skały, na której stoimy, 
ot całe strumienie, miniaturowe wodospady Niagary. Tarłówna patrzała ciekawie na 
kaskady wód wytryskujących ze złomów kamieni; odpryski mokre szły w górę, 
zraszając twarz Andzi. Poddała się tej ochłodzie z rozkoszą. Wody burzyły się 
pod nimi, spadając w dół i łącząc się z nowymi kaskadami z niższych pięter 
skalnych. — To wygląda tak, jakby na wskroś tej góry przepływała rzeka. Tam na 
dole pewnie jest ślicznie. Pójdziemy tam. — Dlaczego pani zbladła? — Ja? — 
Wygląda pani znowu jakby zgaszona. Jaki powód? Podniosła na niego smutne oczy. — 
Ach panie, już dosyć... takiej zabawy. Ten Nordica, ten hrabia... doprawdy 
dosyć. Jestem zmęczona. — Wierzę, ale to jeszcze daleko do końca. — Więc cóż 
będzie? — spytała go z taką rozpaczą w oczach, dziecinną niamal, że Horski 
zdziwił się. Tymczasem Humbert już podchodził. Andzia rzekła prędko do 
Horskiego: — Proszę, niech mnie pan samą nie zostawia z nim. — Dobrze. Mogę go 
nawet zlinczować. Włoch zbliżył się z nową serią komplementów i umizgów, które 
jednak przy Horskim nieco miarkował. Oskar patrzył dyskretnie na Annę. — Zawsze 
była godna zabiegów, teraz tym bardziej... Warta zdobycia. Okucie złotem podnosi 
cenę nawet artystycznej wazy z kryształu. Ona — to puchar sam przez się cenny, 
jeśli złota podstawa nie jest mitem, per Bacco!... Puchar będzie mój. VIII Głos 
zza sceny Minęło parę tygodni w nieustannym wirze. Nordica wymyślał coraz to 
nowe zabawy i przyjemności. Hrabia włoski i Robert organizowali je umiejętnie, 
prześcigając się w pomysłach. Jeżdżono na dalekie spacery autem, pływano po 
morzu na jachtach i łodziach. Wspaniałe obiady u Noela i Pattarda, lub w hotelu 
"Paryskim", podwieczorki w Caf~e de Paris, opera w kasynie były na porządku 
dziennym. Przypatrywali się obchodom karnawałowym w Nicei, ale Tarłównę nie 
zachwyciło to zbytnio. Podobało się jej bardzo corso kwiatowe w Monte Carlo, 
lecz pomimo nalegań Nordiców nie chciała jechać w ukwieconym orszaku. Z Eweliną 
i Horskim, który im towarzyszył, przyglądali się strojnym powozom i różnym 
kombinacjom wehikułów. Lora jechała w aucie przystrojonym różami, w kostiumie 
Greczynki, w otoczeniu całego pułku wielbicieli. Zabawom nie było końca. 
Wycieczki tylko z Horskim i "cerberem", Eweliną, ustały z konieczności, Nordica 
i Humbert otaczali Andzię własną asystą. Horski nie ustępował z placu, ale 
trzymał się na boku, zimny niby głaz. Nordica uwierzył w jego zimnokrwistość. 
Anna, początkowo zalękniona towarzystwem tych panów, oswoiła się wkrótce, nie 
ufała im ani trochę, ale przestała się ich bać, mając niejako opiekuna w 
Horskim. Wyróżniała go zawsze od innych mężczyzn, była z nim swobodna, szczera. 
Jeśli w chwilach wyjątkowego rozbawienia stawała się zalotna, to tylko wobec 
Horskiego. Ale jego chłód wyjątkowy drażnił ją często, czasem nawet doznawała 
wrażenia, iż jest znudzony jej towarzystwem i sprawiało jej to przykrość. 
Spostrzegła parę razy, jak flirtował z Lorą. W kasynie grywał w ruletę z panią 
Nordicą, podczas obiadów i śniadań siedział przy niej. Parę wycieczek mniejszych 
odbyło się bez niego, gdyż nie przyszedł. Postępowanie jego zmroziło doń Andzię, 
nie umiała sobie wytłumaczyć, czym go zniechęciła, ale trochę ją to dotknęło. 
Duc d'Escars należał również do kompanii Nordiców, zanudzał Andzię wywodami o 
wynalezionym systemie gry w ruletę, który zdobył własną praktyką. Prócz tego 
przy każdej okazji mówił jej dużo i obszernie o malarstwie, stylach i nowych 
prądach w sztuce. Dwie sprzeczności: ruleta i sztuki piękne były jego manią. 
Andzia wolała rozmowę z tym starcem niż z Humbertem lub Nordicą, lecz brakowało 
jej Horskiego. Tamten milczał. Kilka razy wciągnięta przez starego duka 
próbowała grać w ruletę, stawiając na numerach, które on jej wskazał, 
najczęściej przegrywała. W trente et quarante miała więcej szczęścia, chwilowo 
zapaliła się do tej gry. D'Escars stojąc obok niej, gdyż Andzia nigdy nie 
siadała przy stole gry, pomimo uprzejmych zapraszań krupierów, wykłuwał 
starannie szpilką kartę naznaczoną czerwonymi i czarnymi punktami i spod binokli 
obserwował przebieg gry, albo z ironicznie komiczną miną i zadartym nosem 
patrzył, milcząc, na Annę, gdy nie postawiła w porę swej stawki, lub gdy 
przegrała. Któregoś wieczoru Andzia grała przy stole trenta; d'Escars ze swą 
nieodzowną kartką stał za nią, Humbert i Nordica również. Doradzali jej. 
Przegrywała ciągle, gorączkując się. Humbert szeptał jej do ucha, nie słuchała 
go, gra ją pochłonęła, była cała w ogniach. Przy stole zwracano na nią uwagę. 
Nareszcie zmieniła się dla niej karta, zaczęła szalenie wygrywać. Krupierzy z 
uśmiechem przysuwali do niej coraz większe kupki ludwików. Andzia ryzykowała 
duże stawki, zaczęły już padać papiery z jej drobnej ręki, obciągniętej długą, 
czarną rękawiczką. Wysuwała się ta rączka spoza pleców siedzących, rzucając lub 
zgarniając złoto. Krupierzy pożerali ją wzrokiem, jeden z nich stasowawszy karty 
na nowo, podał jej do przełożenia. Zawahała się, lecz zachęcona przez swych 
towarzyszy, przełożyła talię. Przy stole zaczęto przegrywać niezwykle, Andzia 
wygrywała, stawiając za każdym razem na inny kolor, ciągle szło intermittens 
(franc. — bez końca). Przy stole powstał niechętny szmer. Ani jednej najkrótszej 
serii, kolory skakały po prostu. Piękna nieznajoma nie natchnęła kart 
szczęściem. Pomimo nalegań swych towarzyszy, szczególnie Nordicy, Tarłówna 
przestała grać, płonęła, widząc kolące spojrzenia skierowane na siebie, głównie 
starych kobiet, graczek. Wiedźmy te, w kapeluszach na bakier, spocone, czerwone, 
dyszały złością jak machiny, ciskając na Andzię wściekłe błyski. Jakiś bankier 
sapał z gniewu, patrząc jak kupa złota przy nim zmniejszała się przerażająco. 
Tarłówna wycofując się z wolna, z koła grających, spostrzegła opodal Horskiego, 
stał i patrzył na nią. Tak jak w Vintimilli, sztywny, z ironią na ustach, 
trzymał wzrok uparcie utkwiony w niej. Zawstydziła się, odruchowo chciała 
podejść do niego, ale zastąpił jej drogę Humbert. Oskar znikł w tłumie. Andzia 
straciła humor na cały wieczór. W parę godzin potem udało się jej wymknąć z sal 
niepostrzeżenie. Przeszła przez atrium szybko w obawie, by któryś z 
prześladowców nie dopędził jej. Potrzebowała samotności i ciszy. Wbiegła po 
schodach do biblioteki. W pierwszej sali przy stolikach środkowych było zaledwo 
parę osób, w drugiej, przy stołach zarzuconych dziennikami kilku mężczyzn i 
Horski. Podniósł głowę znad gazety, zauważył ją w chwili, gdy i ona go 
zobaczyła. Ani drgnął, znowu zaczął czytać. Andzia usiadła w kątku na kanapce, 
odgrodzona od drugiej sali połową ściany. Machinalnie wzięła do ręki jakieś 
pismo. ...I tu nie ma spokoju, tak już go zapragnęła. Ciszy, zupełnej ciszy. Po 
kilku minutach Horski wszedł, od razu usiadł przy niej. Patrzył na nią, jak jej 
się zdawało, sarkastycznie. — Cóż, dużo pani wygrała? — Eh! Niech pan nie 
wspomina. — Przegrała pani zatem?... Co? — Właśnie, że nie. Ograbiłam bezczelnie 
cały stół. Przełożyłam karty i wszystkim przyniosłam nieszczęście, poza sobą. To 
fatalizm! — I gotowa pani płakać z tego powodu, że zostawiła tam tylu nędzarzy. 
— Niechże pan nie żartuje. Mnie jest ogromnie przykro. — I mnie było przykro, 
patrząc na panią. Andzia zmieszała się. — Dlaczego? — Hm... tak, zepsuło mi to 
obraz pani. — Już drugi raz słyszę to od pana. Ale przede wszystkim nie zależy 
mi na tym, aby się panu podobać, a po drugie... cóż ja takiego robiłam? — Och... 
nic nadzwyczajnego, nikt za to nie potępia, przeciwnie, tu się nawet zyskuje w 
ten sposób, dowodem pani wygrana. Dlaczego jednak uciekła pani stamtąd... aż tu? 
— Mówiłam już panu. — Aha, ograbiła pani grających i kasę... i... zrobiło się 
przykro? Niech pani się nie lęka, Blanc nie zbankrutuje, a krupierzy wcale nie 
są zmartwieni, owszem, cieszą się. — Panie Horski, do czego pan zmierza? — 
Chaiałem powiedzieć, że tylko gracze... te stare jędze są poszkodowane, ale to 
zwykły los grających, to nie pani wina. Patrzyła na niego badawczo. Jego twarz 
nic nie wyrażała, palcami obracał i przewracał dziennik, oczy mając skierowane w 
głąb sali. — Pan nie mówi wszystkiego... ja chcę wiedzieć, o co panu chodzi? — 
Nic pani wszakże na tym nie zależy, ani... mnie ostatecznie. — Więc pan nie 
powie? Zwrócił na nią zimne oczy. — Co mianowicie? Andzia drżała, rozdrażniona 
niesłychanie. — No, to... to... co pan zaczął. Dlaczego było panu przykro 
patrząc na mnie?... — Powtarzam, zepsuło mi to panią... — Ach, jakiż pan 
nieznośny! Więc dlaczego zepsuło? — wybuchła. — Hm... ci państwo, tam na środku, 
myślą, że się kłócimy. — Pójdę sobie, tak najlepiej. Wstała, on ją zatrzymał, 
ująwszy delikatnie za rękę. — Niech pani siada i posłucha. Skoro pani... zależy 
na moim zdaniu, zatem powiem. Puścił jej rękę, oparł się łokciem o stolik z 
dziennikami i pochylony ku niej lekko, mówił głosem przyciszonym, patrząc na nią 
łagodnie: — Pani nie zna kasyna, ludzi tutejszych... różnych spekulacji. 
Tymczasem wszystko to istnieje i dla pani wyłącznie ani myśli się przeistaczać. 
Siła leży po ich stronie, oni tu nadają prawa i ton, nie pani. Wolno się do nich 
stosować lub nie. Pani dziś zastosowała się do tego. — Nie rozumiem! Jakim 
sposobem? Dlaczego? — pytała gorączkowo. — Jest pani młoda i... niezwykle 
piękna. Widują panią niedawno w towarzystwie znanym tu dobrze. O tym, że pani 
jest Tarłówną z Wołynia, nikt nie wie, pomijam osoby wtajemniczone oczywiście. 
Ale wiedzą, że Nordica Buja po świecie i samotnym być nie lubi, hołdując wolnej 
miłości, jego zaś żona bawi się w Monte Carlo... bardzo wesoło... za jego 
przykładem. Duc d'escars zostawił w kasynie swoje miliony. Lwią część zabrały 
kokoty. Mogę mówić otwarcie, nie jest pani dzieckiem, chociaż czasem zdaje się 
nim być — blady uśmiech na ustach. ...Więc d'Escars ma już tu swe zasługi... 
kampanię skończył, lecz nie zszedł z pola, pośrednio jeszcze tkwi, sam nie gra, 
ale wciąga. Humbert właśnie teraz debiutuje; powodzenie duże, większe u kobiet, 
mniejsze w grze, to właśnie cechuje kasynowych ulubieńców. Ale płynie całą parą, 
tutta la forza (wł. — z całej siły), wszystkie żagle rozwiane, pojemność 
ogromna. Hm, Nordica to także viveur pośledniego gatunku... — Zaczynam rozumieć 
i... — szepnęła stroskana Andzia, nie dokończywszy myśli. Horski kontynuował. — 
Otóż przy stole gry zjawia się d'Escars, gladiator dymisjonowany, ale 
tolerowany; pozwalają mu wykłuwać kartki, wyszukiwać systemy gry... to zachęca. 
Drugi Nordica, z wyłączną reputacją. Dalej hrabia Humbert, obecny szermierz, 
wiele obiecujący, już trochę zasłużony, z właściwą opinią w kasynie. Pośród nich 
ukazuje się młoda, piękna osoba. Ktoś nowy. Ubrana wykwintnie, że skromnie, to 
nic, perły na szyi bardzo cenne. Młoda osoba zaczyna grać, stary i nowy 
szermierz stoją za nią i... doradzają. Doskonale! Gra bierze ją, rozpala... 
Jeszcze lepiej!... Oznaka namiętności... Przegrywa, to ją rozgorączkowuje, 
podnieca silniej. Teraz niechże wygra biedactwo... trzeba zachęcić... To daje 
znakomite rezultaty na przyszłość. Kasyno nie darowuje pieniędzy, pożycza tylko 
na przynętę. Młoda osoba wkrótce przegra wszystko i innych wciągnie. Kasyno ma 
zysk. Taki manewr opłaca się. — Panie Horski, w trente et quarante nie może być 
oszustwa. To nie ruleta. — Wszystko mi jedno, ja stwierdzam fakt, że widziano 
panią z tymi panami. Krupierzy byli bardzo dla pani uprzejmi... Teraz przy 
każdym stole może być pani pewna najmilszych uśmiechów tych... dygnitarzy. Taki 
nabytek jak pani robi tu wrażenie, towarzystwo zaś tamtych panów pogłębia 
nadzieję, że to istotnie... nowy nabytek. Uważałem na krupierów, są pewni, że 
złota rybka nadpłynęła z falą do progów kasyna, taka co nie tylko wędkę pana 
Blanca sama uchwyci, ale poda ją innym, najgrubszym wielorybom i pociągnie. 
Złota, niekoniecznie w znaczeniu dosłownym, uroda więcej znaczy, bo większą 
ilość takich wędek rozrzucić potrafi. Wasza grupa przy stole zrobiła wrażenie 
profesorów, ucznia zaawansowanego, w pełni powodzenia i nowicjusza, który ma 
największą władzę. — Dosyć, panie Horski, już dosyć. Rozumiem wszystko i tak mi 
bardzo, bardzo smutno. Tak źle. — No, cóż znowu? — spytał łagodnie. Żywo podała 
mu rękę. — Dziękuję panu za ostrzeżenie, z całej duszy dziękuję. Ja tu... prawie 
sama, nikt mnie nie przestrzegł o... podłościach. Czasem własny instynkt mnie 
obroni, dziś i on zawiódł. Horski przez krótki moment popieścił jej rękę, po 
czym wolno podniósł do ust. — Ależ panie! — rozejrzała się z przestrachem, 
zaczerwieniona gwałtownie. — Sala zbadana. Wszyscy wyszli, jesteśmy sami. Tak to 
zabawnie powiedział, że Andzia pomimo zmieszania zaśmiała się. — Więc chodźmy i 
my... Jestem panu bardzo, bardzo wdzięczna. — Och... był moment... jednakże... — 
Pan myślał, że się obrażę? Nie widziałam powodu pańskiej wymówki, nie odczułam 
przez nieświadomość swej nierozwagi, tam, przy stole gry. Wyszli z czytelni. 
Schodzili razem po schodach w dół, do atrium. Andzia odwróciła się do Horskiego 
z uśmieszkiem, który miał w sobie odrobinę zalotności. — Czy już jestem w opinii 
pańskiej... naprawiona? — Najzupełniej. Zresztą ten nietoperzyk psujący mi 
panią, nie dotknął bezpośrednio jej samej, tylko zaćmiewał orbitę pani, jej 
aureolę. Nagle przystanął i spytał z kolei: — Teraz ja pragnąłbym pewnego 
wyjaśnienia, bo mnie niepokoi... Początek był taki: "przede wszystkim nie zależy 
mi na tym, aby się panu..." — Panie, na Boga, dość wyjaśnień! Zbiegła prędko ze 
schodów. On szedł za nią i patrzył, na twarzy drgnęło mu parę muskułów. Andzia 
wracała do willi Nordiców razem z nimi. Nie odpowiadała na zaczepki Roberta, 
drażniły ją dowcipy Lory. Poczuła nagły wstręt do tej pary. Ogarniał ją przesyt 
i nuda. Dość tych czczych zabaw, tej bezmyślnej włóczęgi z ludźmi, którzy jedno 
tylko mają na myśli — upijanie się najbardziej wyskokowymi narkotykami życia. To 
co ich bawiło, ją zawstydzało, co podnietą było dla nich, ją przejmowało 
obrzydzeniem, wzgaredą. A jednak wciągnęli ją w swój wir. Dlaczego pozwoliła się 
opętać i nie otrząśnie z siebie bierności, z jaką przebywa wśród nich? Bo nie z 
zapałem wszakże. Oni nie nęcą, nie wabią, oni ją tylko trzymają. Ale jakież tego 
skutki? Ich towarzystwo naraża ją na podejrzenie, że jest ich pokroju. To co 
mówił Horski, jest słuszne. W tym środowisku hazardu, namiętności, w tej jaskini 
swobodnych obyczajów i kobiet lekkich, tu gdzie na każdą kobietę młodą i piękną 
można patrzeć z zastrzeżeniem, tu trzeba uważać niemal na każdy krok, by nie był 
fałszywie zrozumiany. Szczególnie, gdy się przebywa w towarzystwie, które nie ma 
tu solidnej marki. ...Po co ja tu przyjechałam? Mogłam się po Lorce wszystkiego 
spodziewać. Horski ma słuszność. Ukazanie się z tymi dwoma, skoro oni mają taką 
opinię, jak mówi Oskar, mogło skompromitować. Gra pociąga, gdy się jej raz 
spróbuje, to się grzęźnie... Nie trzeba było zapalać się, nie słuchać rad 
starego maniaka i zblazowanego Włocha. Co sobie myśleli o niej ci wszyscy przy 
stole i krupierzy? Ach, jakież nienawistne oczy starych kobiet przy stole, 
roznamiętnionych, złych za przegrywanie. Może i one kiedyś były młode, piękne, 
sypiące złotem... jak Lora. Jak ona sama dziś... w otoczeniu tych obrzydłych 
komplemencistów. Złota rybka, nowy nabytek... Tarłówna wstrząsnęła się od ohydy. 
Uczuła gniew na siebie samą. ...Nigdy już, nigdy nie będzie grała. Lecz nie, 
wygrane pieniądze palą ją. Jutro umyślnie przyjdzie z Lincią, stanie przy tym 
samym stole i wszystko przegra, co do centima, będzie tak manewrowała, żeby 
tylko przegrywać, nie chce tych pieniędzy. Kasyno pożycza pieniądze, nie zaś 
daje, więc ona odda swoją pożyczkę kasie. Może lepiej sumę tę, dość grubą, 
zawieźć do kraju i zużytkować na jakiś cel dobroczynny? — błysnęła myśl. Nie, za 
nic! Taką samą sumę już dziś przeznacza na cel pożyteczny w Toporzyskach lub w 
Wilczarach, ale te pieniądze odda wszystkie nie tknięte. I już nigdy więcej do 
gry nikt jej nie namówi. Trzeba stronić od tych ludzi. Zatęskniła za wycieczkami 
tylko z Horskim i Eweliną. On jest inny niż ci wszyscy, on jednak odczuł 
niewłaściwe światło, w które weszła, on ją przestrzegł, ocucił. ...Czemuż Lora 
nie dbała o to? Aby jej przyszła bratowa... ha, ha! — sarknęło w duszy Andzi. — 
Bratowa... Lory! Lora miała jej bronić przed własnym środowiskiem, a wszak ona 
ją sama wciągała... Tylko Horski, on jest jej dobrym duchem opiekuńczym. On jej 
sprzyja serdecznie jak przyjaciel. Pierwszy raz Anna była pod wrażeniem 
Horskiego, ale tak wątło i mgliście zaznaczonym, że sama się nie orientowała tym 
stanie psychicznym — biorąc wrażenie za wdzięczność. Gdy weszła do swego pokoju, 
ujrzała od razu na biureczku list w błękitnopastelowej kopercie. Usta Andzi 
zacisnęły się. Jednocześnie z drugiego pokoju rozległ się głos panny 
Niemojskiej: — Anulko, ja już się położyłam, okropnie długo siedzieliście, byłam 
już niespokojna. Jest dla ciebie list... od Jana. — Widzę go. Tarłówna wzięła 
kopertę i zaśmiała się sarkastycznie. — Niebieski kolorek! Jakaż niewinność! 
Szkoda, że jeszcze nie ma winietki z konwalijką, albo gołąbków całujących się, 
lub splecionych rączek... — Handziu! — jęknęła stara panna. Tarłówna rozbierała 
się wolno, odkładając chwilę czytania listu. "Obowiązkowe muszę", "kajdanki 
żelazne...", zaszeptał w wyobraźni głos Horskiego. Rzuciła się na łóżko, 
rozerwała kopertę. "Umiłowana moja dziecino!" — Cóż za patriarchalność! — 
zaśmiała się ironicznie. "Nie mogę doczekać się listu od Ciebie, a tak mi tego 
pokarmu potrzeba. Jestem spragniony Twego widoku i słów Twoich. Lora mnie 
zaprasza, abym przyjechał, ale od Ciebie czekam słówka zachęty, Ty nie piszesz, 
nie wzywasz mnie, więc nie jadę... Pracuję w Smoczewie, aby jako tako 
uporządkować przyszłą siedzibę naszą, bo wszak tu zamieszkasz ze mną, tu 
rozjaśnisz mi dom, moja Ty Anielska dziewczynko, moja gwiazdeczko jasna. Ponury 
jest mój dom, ale Ty go opromienisz, Ty oprzędziesz go szczęśliwością." — Jezus 
Maria! Jezus Maria! — jęczała cicho Andzia, zakrywając oczy. Usta jej bladły jak 
konający kwiat. Czytała dalej: "Myśl o szczęściu dodaje mi otuchy w mej samotni 
i zachęca do pracy. Gospodaruję w Smoczewie i uczę się sam, studiuję, bo na 
uniwersytet jechać nie mogę. Ty wiesz. Zresztą umysł mam przepełniony Tobą i 
myślą o naszym przyszłym życiu we dwoje. W wizjach swych widuję Ciebie jak żywą, 
jak na jawie i wówczas płaczę ze szczęścia, że Ty masz być moją małżonką, duszą 
mojej duszy, moim aniołem, gołąbko moja biała..." — Ha, ha! A co! Gołąbka 
nieodzowna! Ach Boże! — głośno krzyknęła Andzia ze śmiechem i zachłysnęła się 
łzami. — Boże... Boże... Czyż on nie wie, czyż on nie czuje, że ja... Jak on 
może tak pisać, tak marzyć... Och litości, litości! — szeptała boleśnie ze 
strasznym szlochem w piersi. Przebiegła wzrokiem parę stronic. Same elegie, 
miłosne jęki. — Nie warto czytać. Kocha jak baba, jak pensjonarka. Cóż tam 
jeszcze? "Już jest marzec, zbliża się wiosna, a z nią szczęście bez granic. Moja 
Andziuleńko! Bo wszak chyba już na pewno ślub nasz odbędzie się na wiosnę, w rok 
od chwili, gdy nas mama pobłogosławiła. Wracaj, słodka moja ptaszynko, czekam z 
tęsknotą bez granic. A może mi każesz przyjechać po siebie? Moja piszczotko... 
Pisz kiedy wracasz, a wracaj co najrychlej. Najdroższa moja żonusiu..." — Jak on 
śmie, jak on śmie! Andzia wyskoczyła z łóżka, boso przebiegła pokój 
kilkakrotnie, wzburzona do głębi duszy, gniewna. — Co tobie Anuś? — zawołała 
panna Ewelina. NIe odpowiedziała. Dopadła do szuflady biurka i wyjęła szkatułkę 
oksydowaną, otworzyła ją. Kupka listów Andrzeja, zeschłe kwiaty, fotografie jego 
i Prokopyszcz. Wyjęła jeden list, pierwszy z brzegu. Męski, silny charakter 
pisma. "Najdroższa dziewczyno moja!" ...Nie drobienie damskie Jana i nie 
błękitna kopertka. "Wysyłam Fedora z listem, on najprędzej stanie w 
Turzerogacfh, chcę, aby dziś słowa moje ukołysały Cię do snu. Pamiętasz, jak Ci 
śpiewałem nad Słuczą? "Handzia lubka, Handzia duszka, Handzia cacy mołoduszka." 
Śpiewam to samo teraz, gdy ten list czytasz. Czyś mnie napoiła "lubystkoj, czy 
czarami, czy słodkimi oczami", nie wiem? To tylko fakt, że oczy Twoje mam ciągle 
przed sobą. Czarownico moja! Piękne usta Twe całuję i tulę Cię do mej piersi 
miłującej szalenie. Jutro przyjadę na Watażce, przypomnimy sobie stajenkę 
Grześka. Hej Handziu! Skruszę Cię w swych ramionach. A gdy będziesz moja... 
Ratujcie mnie anieli! Oszaleję do reszty. Za tydzień obławy w Wilczarach, co 
dzień będę Cię widział, a za trzy tygodnie... moja Handzia! Wycałowuję Ci oczy, 
włosy i łapięta, z ust Twych spijam upojenie i szał. Dobranoc Handziuś mój Twój 
Jędrek" — Chryste! Chryste!... Po tamtym ten!... Po Jędrku... ten... ten... 
Płacz okrutny buchnął z jej piersi. Zaniosła się łkaniem. Panna Ewelina 
przerażona przybiegła w jakiejś chustce narzuconej naprędce. Okrzyk Andzi 
zrozumiała i on poderwał ją z łóżka. — Dziecko moje! Andzia ze szlochaniem 
rzuciła się jej na szyję. — Linciu, za nic, za nic! Ja nie mogę, nie chcę być 
jego żoną! To barbarzyństwo, to grób za życia! On tego nie rozumie? Czyż on taki 
głupi?... — Aneczko, uspokój się. Co on ci tam napisał, czemu tak rozpaczasz? — 
Ślub na wiosnę, słyszysz? Na wiosnę już ta męka... Przysięgłam ciotce. Chryste! 
Jak ja mogłam to zrobić!? Ja się zabiję... Andrzeja mi wydarto, a tego mi dają. 
Ha, ha, ha! Ha, ha, ha!... Zaczęła się śmiać jakimś szalonym śmiechem, tak 
okropnym, że panna Niemojska zdrętwiała. NIe mogła jej uspokoić, bała się, by 
ktoś w domu nie usłyszał i aby nie nadeszła Lora. Stara nauczycielka cuciła 
Andzię wodą, całowała ją po rękach, błagała o uspokojenie i wreszcie udało jej 
się Andzię uciszyć. Dziewczyna padła na łóżko półprzytomna. Panna Niemojska 
uklękła przy niej. — Anuśko najdroższa, bądź spokojna, wrócimy do kraju, kiedy 
zechcesz, nikt nie nagli, nikt, dziecko drogie! Baw się tu i siedźmy dotąd, aż 
sama zechcesz wyjechać. Ja odpiszę Janowi, wytłumaczę mu... że... męczyć ciebie 
nie można, że... te projekty za wczesne... Ja napiszę... Panna Ewelina nie 
wiedziała, co mówić, jak się zachować. Andzia podniosła się z pościeli, 
pochyliła do klęczącej twarz bladą i łzami zalaną i szeptała z bolesnym 
skrzywieniem ust, co miało być uśmiechem: — NIe pisz, Linciu, nic nie pisz, 
bo... ja... wrócę tam... muszę, muszę... i za Jana... wyjdę... przysięgłam. 
Wyjdę! Tylko... jeszcze trochę... odrobinę swobody. Nie pisz, Linciu, po co go 
ranić. On nie winien. On kocha. Będę, będę... jego żoną! On wie, że... muszę. 
Dla mnie już nic... nic... wszystko jedno... a on kocha i wie, że... muszę... 
Pannie Ewelinie krajało się serce, patrząc na uśmiech Andzi tragiczny i na jej 
cudnie piękne, łzami niedoli zalane oczy. Przez parę następnych dni Tarłówna nie 
opuszczała swego pokoju, nikogo nie chcąc widywać prócz Eweliny. Lora dopytująca 
się co zaszło, denerwowała Andzię, ale nie powiedziano jej prawdy. Panna 
Niemojska chciała wyjaić wszystko pani von Bredov, aby przez nią uprzedzić Jana 
o niechęci Andzi do zamierzonego z nim małżeństwa. Lecz Anna nie pozwoliła na 
to. — NIe można mówić, to jego siostra i jeśli sama nie odczuwa mej rozpaczy, ja 
jej demonstrować nie będę. Wyjdę za Jana, chyba żeby on sam zwolnił mnie z 
przysięgi, danej jego matce. On mógłby to zrobić, ja... nie mogę — odpowiadała 
Tarłówna na wszelkie projekty Eweliny. Nordica i Humbert dobijali się do Andzi 
daremnie. Ewelina mówiła wszystkim, że jest cierpiąca. Przyszedł i Horski, zbyła 
go w ten sam sposób. Ale nie poprzestał na tym, wypatrzył czas, kiedy nikogo w 
willi nie było, prócz Andzi i Eweliny. Postarał się o chwilę rozmowy z Niemojską 
i ta pod pływem jego szczerej troskliwości o Andzię wypowiedziała całą prawdę. — 
Jakże się pani na to zapatruje? — spytał Horski. — Chyba nie można wątpić, że 
pragnę tylko jej szczęścia, ale z Janem mieć go nie będzie. Ufam, że jakiś cud 
uratuje ją od tego małżeństwa nieszczęsnego, bo sama nie zerwie. Jedynie cud. — 
Pewnie archanioł zleci z nieba na ratunek, albo święty Jerzy z mieczem ognistym. 
Widziałem gdzieś taki obraz: śięty Jerzy zwalcza smoka. Tu rolę smoka ma pan 
Smoczyński, ale skąd wziąć świętego tak na zawołanie. Hm!... — Pan sobie 
żartuje, a to jest sprawa bardzo poważna — rzekła Ewelina z urazą. — Wiem, pani, 
to jest nawet kwestia całego życia panny Anny i dziwi mnie, że oczekujecie cudu, 
mając tak proste wyjście. — Jakież, panie mój? Jakie? — Zerwać z panem 
SmoczyŁskim, obejdzie się bez interwencji cudu. Panna Anna sama powinna to 
zrobić, skoro nie czuje odwagi do tego małżeństwa. — A tak! Niech pan przekona 
Andzię. Niech jej pan wytłumaczy. — Ja nie mam do tego prawa, ale gdybym 
posiadał... Myśl swoją zawiesił w powietrzu. Ewelina spojrzała na niego 
zdziwiona. Horski wkrótce pożegnał ją. Wychodząc z willi był zamyślony, jak 
zawsze zimny i obojętny. Lecz kto by go znał bliżej, ten by dostrzegł w wyrazie 
jego twarzy, jak i w całej postaci pewien odcień tryumfu. Uśmiech wesoło 
szyderski mignął na jego wargach, błysnęła myśl: ...Strzeż się panie Smoczyński, 
albowiem święty Jerzy może objawić się... w Monte Carlo. IX Męty Po wyjściu 
Horskiego Ewelina zastanowiła się głęboko. ...On jest zajęty Andzią... To 
stwierdzenie było rezultatem rozmyślań starej panny. Postanowiła zwrócić na 
Oskara baczniejszą uwagę i trochę się o nim wywiedzieć. Jej osobiście Horski 
podobał się; wykwintny pan, światowy, zbytnio czasem ironiczny i zdaje się 
bezbożnik. To w dzisiejszych czasach nie liczy się za wielki grzech (panna 
Niemojska chciała być pobłażliwa), ale zawsze lepiej byłoby, żeby Horski z 
większym szacunkiem odzywał się o archaniołach i nie krytykował księży, 
począwszy od Watykanu, jak on to czynił. Ewelina przypomniała sobie, jak kiedyś 
w czytelni kasyna, gdzie byli razem z Horskim, przeglądając pisma, Oskar pokazał 
Andzi ilustrację jakiejś uroczystości w Watykanie. Nieśli tam papieża na tronie, 
w tiarze, w otoczeniu niezliczonej, strojnej świty, mnóstwa księży i kardynałów. 
Horski spytał Tarłówny: — Jakie to na pani robi wrażenie? I nie czekając na 
zdanie Andzi, rzekł ze swą częstą ironią na ustach: — Pani naturalnie odpowie ze 
stanowiska katoliczki. Ja osobiście uważam zbytki watykańskie i te parady, 
przepych, ceremonie za pospolitowanie boskich tradycji, o ile one istnieją, 
czysto ludzkimi naleciałościami. Jeśli papież ma być następcą Piotra Apostoła, 
skromnego rybaka, to niechże nie rywalizuje z królewską pompą. To mu nie dodaje 
majestatu, lecz go rozprasza, imponuje zaś chyba tylko bardzo płytkim umysłom. 
Nie uznaję dogmatu watykańskiego soboru. Andzia spytała go wówczas: — Pan zatem 
należałby w Rzymie do świata białych? A na to Horski: — Tak pani, wolę być 
najluźniejszym z białych, niż kolorowym w czarnej sukni, jakich jest bardzo 
wielu wśród nich — wskazał szeregi księży na ilustracji. — Bo gdy się czasem 
rąbek takiej wierzchniej szatki odchyli, wyziera arlekinada i wówczas bywa mniej 
ślicznie. Panna Ewelina zapamiętała te bluźnierstwa, czułaby się jednak 
spokojniejsza, gdyby Horski był czarny. Tarłówna, powróciwszy do ludzi, po swych 
samotnych rozmyślaniach wpadła znowu w wir zabawy, hulaszczy trochę. Tylko już 
nie grała w kasynie, oddawszy jego kasie całą poprzednio wygraną sumę. Rzuciła 
ją na stół trenta jednym zamachem, iedząc, że przegra na czarnym, podczas dużej 
serii koloru czerwonego. Wówczas zobaczyła znowu nieznajomego mężczyznę o 
chytrej twarzy, który gładząc długie wąsy, przypatrywał jej się bacznie. Uważał 
na każdy jej ruch. Andzię porwał gwałtowny gniew. Zmierzyła natręta ostrym 
spojrzeniem z powtórnym, jakby wewnętrznym przekonaniem, że to jest jakiś szpieg 
na nią nasłany. Z ulgą wyszła z kasyna, by więcej nie wracać. Projektowane 
wycieczki z Horskim nie udawały się. Nordica był ciągle i roztaczał swój wpływ 
na towarzystwo, któremu i Andzia poddawała się mimo woli. Chciała oszołomić swój 
umysł, zatonąć w chaosie, skąd za kilka tygodni wypłysnąć miała na ponure 
horyzonty swego przeznaczenia. Postanowiła bowiem nieodwołalnie na Wielkanoc 
wracać do kraju i poślubić Jana. Niech się to raz spełni. A teraz pić, pić z 
zachłannością musujący szampan zabawy, swobody, który nie czaruje, ale daje 
zapomnienie. Będzie czas na ocknięcie się, straszna szarzyzna jej życia leży 
przed nią i czeka na nią. Jak kiedyś we śnie w Wilczarach, gdy po rozpłyniętym, 
purpurowym kwiecie, szare, błotne otoczyły ją rozłogi. Śpiewały nad nią sonety 
chóry jakieś nieziemskie, lecz u stóp jej leżał zwój pergaminu z treścią jej 
życia i dewizą jego — Miej Boga w sercu... ...Miej Boga w sercu, Handziu — 
wołało w duszy jej pełnej żalu. Na próżno! Jakieś szatańskie porywy chwytały ją 
w swe szpony. Bawić się, szaleć, wariować. Odpisała do Janka krótko, zapewniła o 
swym przyjeździe i o ślubie. Wyrywała słowa z siebie z taką męką, jakby 
kawałkując własne serce, z rozkoszą tyrańską patrząc na ociekającą krew. Gdy 
list został wysłany, opanowała Andzię rozpacz, chciała cofać go telegraficznie z 
ostatniej poczty. Po co Jana upewniać, niechby on wiedział, że ona się waha, że 
dotrzymanie przysięgi to dla niej niemal śmierć. Po co było dawać mu nowe 
nadzieje? Anna cierpiała strasznie, nawet nie przeczuwając, że list jej pełen 
obietnic, zrezygnowany i łagodny, był jednakże negatywą jej zapewnień, którą 
łatwo można dostrzec między wierszami. To, co starała się uczynić dla Jana 
jasnym, to w słowach jej, niby na kliszy, odbiło się bardzo ciemno. Andzia 
pisząc pod dyktandem silnej woli i obowiązku, do którego w sumieniu swym 
poczuwała się, nie spostrzegła, że dusza jej krzycząca protestem każde słowo 
listu natchnęła tragizmem. Nie można go było wyczytać, ale się go czuło. Styl, 
ton, zdania, wyrazy w liście zawarte, dążyły do Jana razem z tchnieniem jej 
ducha, bezświadomym, subtelnością swą przeczącym plastyce słów. List poszedł. 
Tarłówna chciała pozyskać spokój choćby chwilowy; bawiła się. Horski oblegał ją 
zręcznie, Nordica i Humbert natarczywie, zagłuszali sobą starania Horskiego. 
Andzia ich nie odczuwała. Oskar był w jej oczach dobrym przyjacielem, godnym 
szacunku, ufała mu i lubiła go bardzo bez najmniejszych podejrzeń. To, że i on 
chciał ją zdobyć dla siebie, nie przyszło jej nawet na myśl. Chwilowe wrażenie 
odniesione po rozmowie z nim w czytelni kasynowej powtórzyło się parokrotnie, 
zawsze na krótko i tłumaczone zaufaniem, wdzięcznością dla niego. W takich 
momentach Horski dostrzegał w niej lekką kokieterię wobec siebie, zupełnie 
bezwiedną, będącą jakby skupieniem jej wdzięku przyrodzonego. To go podniecało 
silniej. Czuł się na dobrej drodze do swego celu, tym bardziej, że konkury 
Humberta Andzia przyjmowała z pogardą; lekceważyła Włocha, traktując Nordicę w 
podobny sposób, nieco delikatniej ze względu na Lorę. Było to zbyteczne, bo 
Robert od żony nic lepszego nie otrzymywał, sam zaś postępował zupełnie 
dowolnie, nie licząc się z nią. Teraz zapałał do Andzi, okazując jej swe 
zachwyty bardzo wyraźnie. Anna w zabawach różnych i wesołości własnej umiała 
wybornie zachować miarę, co krępowało obu panów, ale dostosowywali się do jej 
wymagań z pozorną tożsamością etyki, byle nie spłoszyć ofiary. Wyglądało to na 
skradanie się ciche lampartów, by nie zbudzić czujności gazeli, na którą obaj 
urządzili zasadzkę. Horski był trochę w roli strzelca, widocznego dla 
drapieżników, lecz w postawie niepewnej... Śpi czy czuwa? Ostrożność Zachowywano 
z obu stron. Pewnego wieczoru po odbytej wycieczce statkiem na morzu, Andzia i 
Ewelina powróciły do domu. Horski pożegnał się z nimi do następnego dnia. 
Wkrótce po odejściu Horskiego Nordica zaczął namawiać panie na spacer samochodem 
przy księżycu, korzystał z nieobecności Horskiego, ale postępował tak, aby 
Andzia nie domyśliła się tego. Ponieważ noc była wyjątkowo piękna, Anna zaś 
podniecona wycieczką morską, projekt został przyjęty chętnie, tylko panna 
Ewelina odmówiła stanowczo swego udziału, co właśnie uradowało Roberta 
nadzwyczajnie. Prosił ją, mizdrzył się, całował po rękach, nalegając by jechała, 
wiedział, że nie pojedzie, bo już na morzu panna Ewelina czuła się niedobrze i 
wzdychała do łóżka. Pojechali we troje, Lora z mężem i Anną. Drogą wśród gór nad 
Monte Carlo, samochód mknął z chyżością jaskółki, przepaście i skały oświetlone 
jaśnią matowo_błękitnawą księżyca w pełni upajały Andzię swą nastrojowością. 
Lora była także jakby senna, tylko Nordica rozgadany wpatrywał się w Tarłównę z 
lubością zmysłową. Znajdował ją coraz piękniejszą. Podniecenie i walka w duszy 
Andzi zawarta cieniowała jej urodę najczarowniejszym retuszem. Ale na jej 
duchowości Nordica nie umiał się poznać, brał to wszystko od strony zmysłowej, 
lubieżnik ten był przekonany, że to on właśnie działa na dziewczynę pobudzająco, 
że drażni jej pragnienia. Wlepiał w nią swe czarne oczy, których dominującym 
wyrazem była zwierzęca namiętność. Andzia zwykle spostrzegłszy jego wzrok na 
sobie odwracała oczy ze wstrętem. Robert rozumiał to inaczej, że nie może znieść 
jego spojrzenia, bojąc się siły jego uroku. W takich razach stawał się 
natarczywszy. Na spacerze w górach Anna nie widziała go prawie przed sobą, 
zatonęła oczyma w widokach fantastycznych przy świetle pełni i duszą nie 
odrywała się od nich. Marzyła o baśniach dziwacznych, własne rojenia tworząc 
wśród skał rdzawych. Ogarniała ją fantazja gór, nieokreślona a silna, chciałaby 
śpiewać o górach, na szczytach rwać szarotki, błądzić w pieczarach, zaglądać do 
orlich gniazd. Samej stać się orłem na wierchach, widzieć z dala siedziby 
ludzkie, ale ich nie dotykać skrzydłami. Czy jednak wytrzymałaby teraz bez 
ludzi, samotnie? Och nie, nie! Gdybyż naprawdę ulec metmorfozie zupełnej, zabić 
wspomnienia, tęsknotę zamienić w błogi spokój teraźniejszości i w nim trwać. 
Przeszłość i przyszłość wyrwać z mózgu na zawsze. Wtedy unikać ludzi, wtedy 
dążyć na szczyty skał, bratać się z orłami, żyć ich życiem, bujać wśród natury, 
samotnie. Dziś nie można, trzeba jeszcze gwaru, zabawy, w tym zanurza się 
wszystkie bóle, to koi żal. — Patrz, Andziu, na tę dolinę pod nami, jakaś mała 
woda migoce i tak tu jest dziwnie liliowo, drobne krzaczki czegoś tam i 
kamienie, jak kępy na moczarach. Głos Lory rozwlekły dziwnie, wpłynął do ucha 
Andzi i wywołał lekki niepokój. Odwróciła głowę. Dolina zalana liliową poświatą, 
przypomina coś, opadają jakieś mgły, wyłania się mętne, mętne wspomnienie... — 
Krasna Duszohuba — mówi Lora. Tarłówna zatrzęsła się. — A... tak... Krasna 
Duszohuba... — To jakby wizja tamtej, wizja nigdy nie bywa zbyt plastyczna. Ale 
złudzenie jest, prawda, Andziu?... Ranek o świcie na moczarach... widzę ten 
obraz jak na jawie, nie wymienię osób, ale mam w oczach naszą gromadkę. Jakaż 
różnica teraz. Może tylko jeden stary Grześko nie uległ zmianie... Lora umilkła, 
Andzia oddychała szybko. Nordica wsłuchiwał się nie rozumiejąc ani słowa. — 
Dziwna rzecz... Krasna Duszohuba... i zgubiła dwie dusze; zatrata dla jednej, 
otchłań dla drugiej, przez to spotkanie. A takie... były piękne pierwsze chwile, 
takie cudowne. Żyliście w liliowo_purpurowym blasku, lecz jakby na moczarach, 
wchłonęły was; jego na wieki, ciebie zatopiły w kałużach męczarni... — Lorko, 
przestań! Nie wywołuj tych wizji. — A pamiętasz, Handziu, obóz cygański? Szatry, 
Makruna. Ja pamiętam wybornie: "mościa damulka wiatrem poleci, gdzie krew 
poniesie... szeroko i cudnie... krew zahuczy, to i złota dorzuci. Ferdu, 
ferdu!... Ot taka... cygańska dola..." Każde słowo mówione było ciszej, 
rozwleklej, ostatnie wyszło z ust kobiety jak szmer leciuchny. Lora westchnęła. 
— Mądra baba, worożycha! — zawołała nagle, śmiejąc się. Andzia patrzała na nią 
ze zdumieniem i trwogą. Więc ona sama przyznaje? Więc i tu wróżba spełniona. 
Wtem rzekł Nordica: — Kazałem szoferowi zawracać do Monte. Panie się rozmarzają, 
a ja nawet nie wiem, na jakim tle ten romantyzm. Muszę się uczyć po polsku. Już 
jeśli Lora marzy, musi to być niezwykły temat. Powtórzcie mi go panie. — Nie 
dorosłeś do tego, Berti. — W takim razie teraz mój benefis, jedziemy do "the 
Austria" na bibę. — Gdzie to jest i co to jest? — pytała Anna. — Taka sobie 
restauracja, ~a la kabaret, od północy dopiero ma rację bytu, wesoły zakątek, 
zabawny. — Ja bym wolała jechać do domu i proszę mnie tam odwieźć. — Jedź Anuś z 
nami. Nie puścimy cię. Wcale miła dziura ta restauracja. Muzyka gra, tańce, 
szampan trzeba pić koniecznie, taki zwyczaj. Zabawimy się, utoną nasze marzenia. 
Andzia uczuła się dotknięta. "Nasze"! Czyż skala jej marzeń i wspomnień może się 
równać z marzeniami Lory? Stanęli przed kawiarnią u stóp kolejki zębatej. 
Weszli, witani ukłonami szwajcara i kelnerów u wejścia. Niezbyt duża, niska sala 
od razu nie podobała się Tarłównie. Pod ścianami stoliki, w głębi orkiestra, 
bufet, perspektywa powiększona złudnie przez wielkie zwierciadło. Na środku sali 
kręciło się kilka par tańcząc walca, kobiety malowane, w strojach 
ekscentrycznych kręciły się same z sobą. Andzia uczuła niesmak, wionął na nią z 
tej sali jakiś zaduch obcy, nieznany jej dotąd. Nordicowie chcieli iść w głąb 
sali, do pustego stolika, lecz Tarłówna usiadła przy pierwszym z brzegu, obok 
wejścia, poza klombem roślin egzotycznych. — Dalej nie pójdę. Musieli się 
zgodzić, Robert był niezadowolony. — W takim kącie? Jakaż tu zabawa. Mówiąc to, 
usadowił się obok Andzi. Podano szampana. Tarłówna zażądała herbaty i sandwicza. 
Nordica oburzał się na nią, wyszukiwał najwykwintniejsze potrawy w jadłospisie. 
Bardzo prędko zjawił się Humbert. Zaraz od drzwi, oddając palto lokajowi, 
skrzywił połowę twarzy niemiłosiernym uśmiechem i podszedł krokiem pantery. — 
Prawdziwa uroczystość w "The Austria", rzuca pani blask na całą salę — rzekł do 
Andzi. Tarłówna obraziła się, przybladła, ale nic nie odpowiedziała. Humbert 
usiadł przy Lorze, zaczęli szeptać. Anna patrzyła na tańczące dziewczyny, na ich 
ruchy lubieżne. Twarze niektórych prawie dziecinne, pod warstwą szminek, różów, 
uśmiechały się wyzywająco lub sentymentalnie, oczy za mgłą wyczerpania 
zmysłowego, czasem dzikie, rozbestwione, czasem żałosne, przeważnie z wyrazem 
jagnięcej głupoty. Jedna brunetka, tęga, z ustami szeroko wywiniętymi, tńczyła w 
luźnej tunice podpasanej w stanie. Rzucała kędzierzawą głową, wydając w tańcu 
okrzyki mające ilustrować temperament. Kilka było naprawdę ładnych i 
młodziutkich. Andzia patrzyła na nie z przerażeniem w duszy. Wstręt najgorszy 
uczuła ujrzawszy jedną, niemłodą już, okropnie wymalowaną, w stroju małej 
dziewczynki; sukienka do kolan, dziecinnego kroju, nisko opasana szarfą z dużą 
kokardą z tyłu, warkoczyki opasywały głowę, kokardy po bokach, nogi w 
pantofelkach i skarpetkach, przy tym twarz rozwiązłej ladacznicy. Panowie i Lora 
patrzyli na nią rozbawieni, śmiano się i dowcipkowano. Goście napływali coraz to 
nowi. Kokoty zapraszały do stolików, narzucając się bezczelnie. Jedna z nich, 
nie tańcząca w kole, wodziła rej, siadła bez ceremonii przy nowo przybyłym 
młodzieńcu, który już miał tęgo w głowie. Pili szampana razem, on siedział 
niemy, jakby senny, ale jej zaczepki wywołały u niego reakcję. Zaczęły się 
umizgi z obu stron, coraz mnniej dyplomatyczne. Andzia miała zawrót głowy, 
poczuła mdłości. Pierwszy raz w życiu widziała coś podobnego. Czy wpadła w jakiś 
męczący, podły sen? Z głębi sali buchnął śmiech rubaszny. Podniosła półprzytomne 
oczy. Siedział przy stoliku barczysty jegomość, wąsy wachmistrzowskie, duże i 
długie, mina diabła. Pochylony w tył, śmiał się z dwóch kokotek zaproszonych na 
kolację. Dysponowały sobie potrawy, jadły tak żarłocznie, że wesoły jegomość nie 
mógł się nimi nacieszyć. — Patrzysz na tego dzika? To nasz rodak... Polak. 
Przyjechał zapewne odwiedzić żonę na Riwierze i tak się zabawia. Nic dziwnego, 
żona chora. Tarłówna spojrzała na Lorę. Miała cyniczny uśmiech, twarz nastrojoną 
na ogólny ton sali. ...Polak... rodak... jakiż wstyd. Nordicowie i Włoch jedli, 
pili i palili, sypiąc dowcipy podejrzane, pragnęli do swej harmonii wciągnąć i 
Andzię, ale ona czuła się tu intruzem zbytecznym i rażącym. Uciec stąd jak 
najprędzej! Nie chciała pić szampana, nie mówiła ani słowa. Obrzydzenie rosło w 
niej. Doznawała wrażenia, że ugrzęzła w błocie, lepkim, obrzydłym. Na sali 
huczało od zabawy, obok siebie słyszała śmigające słowa, paliły ją wstydem. 
...Jakaż ta Lora!... Jakaż ta Lora! Przyszły dwie strojne damy i usiadły obok 
przy wolnym stoliku. Kelner zbliżył się, zagadał poufale, podał ognia do 
cygaretek, ponalewał wina do szklanek. Za chwilę dwie z koła tańczących 
podbiegły do nowo przybyłych i zaprosiły je do tańca. Poszły bez wahania. Andzia 
patrzyła na to w osłupieniu, przeraziła ją myśl, że może i Lorę pociągną na 
środek sali, wszystkiego już mogła się spodziewać. Nordica i Humbert pili bez 
miary i stracili wkrótce cały ład w głowie, zapomnieli o granicach stosowanych 
zwykle przy Andzi. Siedzący obok Nordica pochylał twarz ku niej, zionął winem i 
cygarami, oczy wyłupiaste za łzawą powłoką pijaństwa wgryzały się po prostu w 
postać Andzi, krążył po niej wzrokiem lubieżnym, jakby zimną, wilgotną dłonią. Z 
drugiej strony stolika Humbert szeptał do ucha Lory, ona zanosiła się od 
śmiechu. Była tu w swoim żywiole. — Pani jest piękna, pani jest bardzo piękna — 
mruczał Robert — stokroć piękniejsza od Lory, ona jest za duża, nazbyt rozrosła 
w biodrach, pani to Wenus z Milo, pani ma ciało godne dłuta Praksitelesa... Ach, 
czemuż nie jestem Praksitelesem, Skopasem, Fidiaszem?... Rzeźbiłbym panią całe 
życie, nie oddał żadnego posągu nikomu. Ale jakbym miał żywą, prawda? To już i 
rzeźbić nie trzeba, prawda?... Co? Moja droga pani. Co? Andzia zmierzyła go 
ostrym spojrzeniem, usta miała pełne wstrętu. — Proszę, niech się pan odsunie 
ode mnie. — Moja droga pani, będąc tak piękną, nie wolno być surową. Pani jest 
zazdrosna o własną urodę. Co?... Niech pani bierze przykład z Lory, to hojna 
kobieta, prawda? O, jak się do niej łasi Humbert, ja wiem wszystko, ale to nic, 
jest piękna... trzeba darować. Ona nie skąpi swych wdzięków, amatorów nie 
odpycha. Niech tak i pani robi, szkoda chować takie czary dla siebie... — Panie 
Nordica, zakazuję panu mówić do mnie w ten sposób! — zawołała oburzona. — 
Pardon, pardon! Ale co ja takiego powiedziałem? O piękności wolno zawsze mówić. 
Czemuż nie jestem malarzem, lub rzeźbiarzem, musiałbym wtedy panią... Tarłówna 
szarpnęła się gwałtownie, jakby do ucieczki. — Loro, wracajmy do domu, albo ja 
sama odjadę! Nordica złapał ją za rękę, wyrwała mu ją z gniewem. — Niech mnie 
pan nie dotyka! — Niech pani nie przeszkadza Lorze, ona grucha z Humbertem a ja 
z panią, pani taka piękna... Anna nie słyszała dalszych słów Roberta, 
przerażonymi oczami patrzyła na Lorę, której twarz pałała, oczy rzucały ognie 
namiętności, usta skrzywił spazm zmysłowej podniety. Twarz Humberta przy uchu 
Lory była wprost straszna, satyra czy fauna rozbestwionego. Andzia pochwyciła 
kilka zdań z ich rozmowy i te żarem wstydu okropnego buchnęły na nią. Krew jej 
uderzyła do głowy. Nordica także usłyszał, zaśmiał się cynicznie. — Ma foi 
(franc. — dalibóg, słowo daję!), pyszna anegdotka! Powtórzcie głośno, Lora, jak 
to było. Co?... Andzia odwróciła się całą figurą do sali, nie chciała słuchać. 
Ale słowa bezwstydne bzykały jak osy dość głośno i dobitnie. Lora opowiadała 
anegdotę tak wyzutą z wszelkiej przyzwoitości, tak bezczelną, że Andzi zdawało 
się, że to jest naprawdę tylko potworny sen, ogarnęło ją uczucie panicznego 
strachu, że słucha takich rzeczy, że mówią to przy niej... Gdyby ujrzała się 
nagle obnażona, wrażenie chyba nie byłoby przykrzejsze. A Lora mówiła z zupełną 
swobodą. Humbert jej podpowiadał, Nordica akompaniował śmiechem. — Słyszy pani? 
Co?... Panno Anno to zabawne, to kolosalne, niech pani na mnie spojrzy, trzeba 
się śmiać. Aa... Pani patrzy na tamtą parę? Są w pysznej komitywie, młodzieniec 
się rozchmurzył; o, uszczypnął ją... bravi, bravi! W tej chwili weszło dwóch 
nowych panów. Rozbierali się z okryć i popatrzyli na Lorę, zerknęli na siebie, 
znowu na nią. Mijając stolik, uśmiechnęli się do niej dyskretnie, jak dobrzy 
znajomi. Ona błysnęła ku nim wzrokiem szelmowskim i cynicznie jakoś skrzywiła 
twarz. Andzia zdrętwiała. Nawet ona w tych uśmiechach zauważyła niedwuznaczne 
porozumienie się ludzi, będących z sobą w najściślejszych stosunkach. Anna 
zrozumiała, że już dłużej tu nie wytrzyma, ucieknie sama. Bała się tych ludzi, 
nie wiedząc co z sobą począć. Nordica znowu przysunął twarz do niej i szeptał 
coraz bezczelniej. Nagle w drzwiach stanął Horski. Błyskawicznie rozejrzał się 
po sali. Zobaczył ich wreszcie tuż obok. Popatrzył na Andzię i Roberta, ona 
utkwiła w Horskim oczy rozszerzone, dojrzał w nich bardzo wiele; odrazę, wstyd, 
wstręt, a zarazem jakby lęk, przerażenie dziecka zbłąkanego w tłumie pijanych, 
nieme błaganie o ratunek. Prośbę w jej źrenicach Horski wyczytał tak wyraźną, że 
nie potrzebował słów. Powitał wszystkich dość chłodno i zaproszony skwapliwie 
przez Andzię siadł obok niej z drugiej strony. Nordica namarszczył się zły, 
posiniał z gniewu. Humbert i Lora, zamieniwszy z Oskarem kilka słów, powrócili 
do własnej rozmowy. Horski natychmiast pochylił się do Andzi i rzekł po polsku: 
— Odwiozę panią do domu, dobrze? — Ach, panie, proszę mnie ratować, dłużej ani 
minuty! Widział pan?... — Widzę wszystko. Odjeżdżamy zaraz. Andzia wstała. 
Nordica ją przytrzymał. — Dokąd pani?... Co to jest? — Żegnam pana, jadę do 
domu. — Wyrwała mu rękę. — Do domu, z opiekunem? — zaśmiał się podle. — Ja nie 
puszczę! Pani musi zostać z nami. Znowu chwycił ją za rękaw i ciągnął do siebie. 
Andzia zbladła śmiertelnie. Horski odsunął ramię Nordicy z taką siłą, że tamten 
zachwiał się. — Co to jest? Ma foi! Skandal! — wołał Robert, wytrzeszczając oczy 
na Horskiego. Humbert próbował wstać z krzesła, lecz poczuł dziwną ociężałość, 
krzywiąc twarz boleśnie zawisł tak pomiędzy krzesłem i stołem, wsparty na nim 
rękami. Lora śmiała się. Nordica i Humbert protestowali głośno, podczas gdy 
Horski ubierał Andzię w płaszcz. Dziewczynie zęby szczękały. Robert skoczył do 
nich w pasji, ale Horski odgrodził go ręką od Andzi ruchem bardzo stanowczym, 
zmierzył obu panów wzrokiem tak zimnym, strasznym i przygwożdżającym, że obaj 
cofnęli się w milczeniu. Horski złożył sztywny ukłon Lorze, podał ramię Andzi i 
wyprowadził ją z sali. Przywołał auto Nordiców. — Do willi państwa von Bredov. 
Ulokował Andzię i usiadł przy niej. Była wzburzona, drżąca na całym ciele, 
prawie półprzytomna. Rzeźwość nocy ocuciła ją. — Ach, panie, to ohydne! To... 
okropne. — Nic nadzwyczajnego, nawet bardzo pospolite, tylko pani była tam 
zbyteczna. Skąd powstał taki zamiar? — Pojechaliśmy w góry na spacer, projekt 
Nordiców, nawet było bardzo ładnie, noc cudowna, potem tu zajechali. Czyż ja się 
mogłam spodziewać? — Jestem niezmiernie rad, że panią wyratowałem. Wracałem 
także ze spaceru piechotą i poznałem samochód. Spytałem palacza, kto przybył, on 
mi powiedział, że i pani jest. Zdziwiłem się. Ale przeczucie mnie nie omyliło, 
pani była i miała wygląd torturowanej. To nie jest miejsce dla pani. — Pan jest 
naprawdę bardzo dobry — rzekła serdecznym tonem, taki inny niż... tamci, taki 
inny. Horski pochylił się ku niej. — Jestem przede wszystkim egoistą, pragnąłbym 
mieć panią... tylko dla siebie. Andzia milcząc podniosła na niego zdziwione 
oczy, on wyprostował się, patrzył na nią spod rzęs, długo, bez słów. Nie 
przemogła tego spojrzenia, wolno spuściła powieki. Auto zatrzymało się. Horski 
pomógł jej wysiąść i wprowadził do przedsionka willi. Zatrzymał dłużej rękę jej 
w swojej i patrząc w oczy Andzi, rzekł z nikłym uśmiechem, akcentując pewne 
słowa: — Niech pani... pomimo to co powiedziałem, nie traci do mnie zaufania. — 
Czy pani pamięta rozmowę naszą w la Turbie? — Pamiętam... i... — Proszę nie 
kończyć. Trzeba odstąpić od stawianych przez siebie zbyt surowych warunków. — 
Więc powtarzam — pomimo wszystko niech mi pani ufa. Prędko pocałował jej rękę i 
odszedł. Lokaj zamknął drzwi. Andzia wchodziła na schody z głową pełną chaosu, 
niewygasłego jeszcze wzburzenia i świeżego niepokoju. Blady świt wpełzał do 
otwartego okna i oświetlał szarosinawym blaskiem siedzącą przy nim dziewczynę. 
Andzia nie mogła spać, udręczona rozmyślaniami nie próbowała więcej snu, w 
białym szlafroczku, otulona ciepłym szalem, czuwała, patrząc na morze. Wieczór 
ubiegły przesądził zamiar, dojrzewający w niej już od pewnego czasu, postanowiła 
nieodwołalnie opuścić willę Nordiców i zamieszkać w Beaulieu, u przygodnej 
znajomej, która we własnej willi utrzymywała pensjonat. Tam będzie uwolniona od 
towarzystwa Nordicy i Humberta, miała ich dosyć. Lora ją razi na każdym kroku. 
Kilka tygodni jeszcze spędzi na Riwierze, ale inaczej, po swojemu. Jeśliby 
Nordica i Humbert i tam się jej narzucali, da im ostatecznie odprawę. Zostanie 
tylko Horski, ten jest inny. A jednak i on staje się zagadkowy, wywołuje czasem 
niepokój dziwnymi słowami lub spojrzeniem. Andzia przypominała sobie rozmowę w 
la Turbie ze szczegółami i słowa jego wypowiedziane wieczorem przy pożegnaniu, 
przedtem jeszcze w samochodzie. Czy można mu już ufać? Sama zresztą spostrzega 
jego zajęcie się nią, widzi to wybornie, instynktem kobiecym przeczuwa. Wie, że 
się podoba Horskiemu... i pochlebia jej to. Lubi jego towarzystwo, czasem ją 
drażni, zawsze imponuje. Jest w nim jakaś siła, która przykuwa. Nade wszystko 
działa on na nią uspokajająco swoim chłodem, bezpieczna czuje się przy nim. W 
znajomości z Horskim Andzia nie przewidywała żadnych konsekwencji, nie zgłębiała 
tego stosunku, żyła teraźniejszością, w której Horski miał ładną rolę i to Andzi 
wystarczało. Wyjedzie wkrótce na Wołyń, może już go nigdy nie zobaczy, ale 
zachowa o nim jak najlepsze wspomnienie. W ciszy świtu rozległ się warkot 
samochodu. Andzia wyjrzała przez okno. ...Przyjechali Nordicowie zaledwo 
teraz... Cóż to za życie! ...Całą noc przepędzić w bezwstydzie... ...I Lora to 
znosi, to jej świat, jej pragnienia... Tarłównie zaczęły powieki ciążyć ze 
znużenia. Zamknęła okno i podeszła do łóżka. Odrzuciła szal, włosy rozpuszczone 
jęła rozczesywać grzebieniem. Wtem szczęknęła klamka u drzwi bocznych, wiodących 
do saloniku, naprzeciw pokoju panny Niemojskiej. Andzia odwrócona była do nich 
plecami, zasłonięta masą rozwianych włosów. Usłyszawszy kroki obejrzała się 
gwałtownie. Przed nią stał Robert Nordica, bez surduta, pijany, straszny. Andzi 
zabrakło tchu w piersiach. Krzyk uwiązł jej w gardle. Cofnęła się w tył 
przerażona. On skoczył do niej jak zwierz i chwycił w ramiona. — Czekałem długo 
na tę chwilę... Muszę cię mieć... tu zaraz... — Precz! — krzyknęła Andzia. 
Uderzyła go w twarz z całej siły, odpychając na środek pokoju. Rzucił się do 
niej wściekły, z jakimś nieludzkim rykiem, ale Andzia dopadła do drzwi, 
szarpnęła je i omal nie przewróciła panny Eweliny, biegnącej na ratunek. 
Zgrzytnął zamek w chwili, gdy Nordica runął na zaporę całym ciałem. Klął i 
targał drzwiami jak szalony. Andzia okropnie blada, z włosami w nieładzie, 
nacisnęła energicznie guzik od dzwonka, dyszała oburzeniem, trzęsła się z 
wysiłku i trwogi. Wbiegł lokaj i pokojówka Lory, Vittoryna. Anna wskazała im 
zamknięte drzwi. — Tam jest wasz pan, pijany jak bydlę, wyprowadźcie go 
natychmiast! Służba zdziwiona, usłyszawszy za drzwiami klątwy i sapanie Nordicy 
wyszła pospiesznie. Tarłówna zawołała do Eweliny: — Wyjeżdżamy stąd pierwszym 
pociągiem, trzeba rzeczy spakować. W parę godzin potem, wczesnym rankiem, Andzia 
i panna Niemojska wsiadły do pociągu, dążącego w stronę Nicei. W willi Nordiców 
prócz służby nikt o tym nie wiedział. Wszyscy spali. W samo południe zjawił się 
Horski. Zdumienie jego nie miało granic, gdy na zapytanie o Tarłównę lokaj 
powiedział mu, że obie panie wyjechały rannym pociągiem ze wszystkimi rzeczami. 
Oskar zażądał widzenia się z Lorą, lecz obojga Nordiców nie było w willi. 
Zagadkowe miny służących zastanowiły go, wypytywać nie chciał. ...Co to jest? — 
Czy ona obraziła się na mnie, czy uciekła przed tamtymi?... Lokaj, widząc jego 
wielkopański chłód, nie śmiał nic objaśniać, rzekł tylko jakby rzecz zwykłą: — 
Pan von Bredov Nordica odjeżdża dzisiaj do Paryża. Sliping_car zamówiony. 
Horskiemu błysnęły oczy. Poszedł na dworzec kolejowy i przeprowadził badanie ze 
ścisłością detektywa. Wkrótce potem kupował przy kasie bilet do Beaulieu. Część 
druga (c.d.) X Inkwizytor Małe saneczki zaprzężone w mechatego konika sunęły 
żwawo polną dróżką po śniegu mokrym jak piana. Chłopak w świtce i czapce rogatej 
wywijał batem nad szkapiną, goniąc oczami stada rozkrakanych wron. Naprzeciw 
saneczek, w odległości paru wiorst, po tej samej drożynie szedł Jan Smoczyński 
krokiem prędkim i niecierpliwym. Z bladej twarzy młodzieńca wyzierało zmęczenie, 
oczy świeciły niezdrowym płomieniem. Krótki zarost jasny, okalający jego ostry, 
chudy profil, dodawał mu powagi nad wiek. Głowę miał pochyloną, zgiętą troszkę w 
karku, jakby pod ciężarem troski. Postawił kołnierz od kożuszka, ręce włożył w 
rękawy i tak przygarbiony dążył spiesznie, stawiając szerokie kroki po kopnej, 
oślizgłej drodze. Ciche były pola wołyńskie pod białą powłoką zimy. Ostatnie 
śniegi przedwiosenne spadły obficie, pokryły siedziby ludzkie, głuche 
przestrzenie borów i pól, ale nie miały już w sobie mroźnej tężyzny; miękkie, 
wodniste puchy rozpływały się pod stopą ludzką, płozy sań czyniły w nich bruzdy 
głębokie, aż do czarnej ziemi. Wiosna szła, niepewna jeszcze, lękliwa, 
poprzedzana tylko przez skowronka, trelującego nad martwotą łanów, nie 
wyzwolonych od ciężaru zimy. Pływały w powietrzu prądy nikłe, zapowiadały 
nadchodzący poranek roku. Jak przed świtem dnia zaczyna się ruch w naturze, tak 
i teraz było już coś w przestrzeni, co oznaczało zbliżenie się dorocznej 
jutrzenki — wiosny. Chłód panował przejmujący, wilgoć buchała z ziemi, roniły ją 
chmury deszczem nabrzmiałe, słoty wisiały, grożąc śniegom bezlitosną zagładą. 
Jan podniósł głowę, badał wzrokiem przestrzeń przed sobą. Dojrzał w bliskiej 
perspektywie wysokie topole rezydencji turzerogskiej i szczyt wielkiego domu, 
zwanego pałacem. Na tle białych rozłogów odcinały się ponuro drzewa parku, 
ściany budynków z tym odłamem dachu, spod którego widać było okna i balkon 
pokoju zajmowanego niegdyś przez Andzię. Jak tam kwitły wtedy czerwone 
pelargonie i fuksje, wiatr wywiewał muślinowe firanki. Dziś gołębie zapomniały o 
swej karmicielce, nie zlatują na balkon. Wszystko stoi głuche, jakby żałobą 
pokryte. Jan westchnął. W wyobraźni widział Andzię na Riwierze, wśród nieznanych 
mu widoków, zawsze taką samą, śliczną, może piękniejszą niż dawniej. NIe umiał 
uplastycznić tych wizji. Czy Andzia jest teraz smutna i tęskniąca, jaka była 
zawsze od śmierci Andrzeja, czy też powróciła jej dawna żywość, młodzieńczość 
tryskająca krasą, która ją cechowała? Z listów jej, bardzo rzadkich i krótkich 
Jan nic nie mógł wnioskować, osobistych wrażeń skąpiła mu, zaledwo w kilku 
słowach kreśląc poznane miejscowości. Wolałby usłyszeć coś o niej samej, aby 
odgadnąć stan jej duszy. Skrytość Andzi bolała go. Minęło dwa miesiące od jej 
wyjazdu, nie obiecywała jeszcze powrotu, choć już połowa marca. NIe myśli o 
ślubie z nim... Jego marzenie jej nie dosięga. Riwiera pochłonęła ją i trzyma. W 
zapusty siedemnastoletni Januszek Kościesza, przyjechawszy ze szkół do domu, 
pokazywał Janowi listy od Andzi, obszerne z wyczerpującym opisem jasnego brzegu 
i morza. Chłopak, będąc zawsze złośliwy, dogadywał Janowi, że Andzia już nie 
wróci, bo albo się utopi z rozpaczy po Olelkowiczu, albo złapie ją jaki Francuz 
i już tam z nim zamieszka, Toporzyska zaś, Draków i Wilczary zostaną dla niego, 
Janusza Kościeszy. Tak się należy; baby nie powinny dostawać majątków. Z wywodów 
naiwnych młodzieniaszka, podobnego do swego papy, Jan wywnioskował tylko to, że 
Andzia woli pisywać listy do przyrodniego brata, niż do niego, bo pisząc do 
Janusza nie czuje się w obowiązku odkrywania swej duszy; posyła mu opisy z 
podróży, wrażenia czysto zewnętrzne, nic ją w tym nie krępuje. Podczas, gdy w 
listach do niego trzyma ją jakaś siła, tamując nawet powierzchowne wynurzenia. 
Co ona odpowie na list ostatni? ...Gdybyż wróciła! Za parę miesięcy mógłby być 
ślub. Jan pragnął tego, jak ptak zamknięty w klatce pragnie wolności. Czekał na 
przyszłość jasną, pracując cicho w Smoczewie, który chciał uporządkować na 
przyjęcie Andzi. Martwił się, że domek za ciasny, że ubogo tu dla niej, ale 
wierzył, że swą miłością potężną wynagrodzi jej wszystko. Otoczy ją uczuciem, 
najtkliwszym, będzie dla niej mężem, bratem i... sługą. U nóg go swoich będzie 
miała, niewolnika w miłowaniu tak przeogromnym, że nawet miłość Olelkowicza nie 
byłaby większa. Czy przy jego boku zblednie w niej pamięć o tamtym?... On 
pozwoli na wspomnienia o Andrzeju, byle tylko była jego żoną i choć trochę go 
kochała. Gdybyż to nastąpiło prędzej! Radość nieziemska z widoku jej i 
wyzwolenie. Jan miewał dużo przykrości od Kościeszy. Posępny tyran siedział w 
Turzerogach zupełnie samotnie i korzystał z każdej okoliczności, aby jadem swym 
zatruwać narzeczonego Andzi. Jeśli on sam unikał Turzerogów, Kościesza pod byle 
pozorem pisał do niego zjadliwe listy, w których jawnie wyrażał swą pogardę, 
niechęć, ironizował w obrzydły sposób każdy postępek Smoczyńskiego. Dawał mu do 
zrozumienia, że użyli z matką podstępu wobec Andzi, że ją tyranizuje, zmuszając 
do niemiłego dla niej związku, że wreszcie takie przysięgi pod naciskiem 
ostatniej woli umierającej są barbarzyństwem godnym potępienia. Kulturalny 
człowiek nie powinien się zgodzić na podobną ofiarę... ale... szkoda takiego 
kąska złotego, storturowanie jej nie odbije się wszakże na jej majątkach. 
...Dobrze wiedziała o tym ciotka Malwina, wyczekała odpowiedniej chwili dla 
ugruntowania swych marzeń, od urodzenia Andzi pielęgnowanych, a zapewniających 
synowi świetną przyszłość. Przeczuła, że w warunkach zwykłych nie osiągnęłaby od 
Andzi takiego przyrzeczenia. Jan musiał nader często łykać podobne trutki, 
zadawane mu przez Kościeszę w różnych dozach i formach. Nieraz doprowadzony się 
czuł do ostateczności, chciał zwracać Andzi słowo i zastrzelić się. 
Powstrzymywała go zawsze myśl o niej; bo co się z nią stanie? Znowu Kościesza 
zawładnie nią, zgnębi ją ostatecznie. Ale czy Kościesza ddo swojej trutki nie 
dodaje atomu prawdy? Jan nie przeczuwał, że tak jest rzeczywiście, nawet sam 
Kościesza nie domyślił się, w jak dużej mierze dołączał prawdę do własnych 
złośliwości. O rozpaczy Andzi żaden z nich nie wiedział. Smoczyński cierpiał i 
znosił z upokorzeniem dotkliwe przymówki Kościeszy. Miał z nim kilka scen 
gwałtowniejszych, ale wszystko pokrywała miłość dla Andzi i oczekiwanie jej 
przyjazdu. Wyzbył się ambicji dla niej, targano jego honor, on nie bronił, byle 
ją zdobyć, byle ją mieć dla siebie i nie utracić. Nawiedzające go myśli 
samobójstwa oddalał z przerażeniem, bo na wyrzeczenie się Andzi nie miał sił. 
Niech go Kościesza depcze, niech mu pluje w twarz, niech mu serce rwie na 
kawały, miażdży duszę... będzie milczał, bo Andzia obiecała mu być żoną. Gdy 
nastąpi ten dzień wielki, wówczas męka jego obecna przeistoczy się w szczęście 
olbrzymie, najgorsze katusze będą niczym i zresztą wtedy upaść muszą. Zobaczył 
sanki, na dróżce pędzące cwałem. Parobek ujrzał go i pospieszał. Jan ruszył 
naprzód z bijącym sercem, kroki stawiał niewiarogodnie szerokie. Zrównał się z 
saneczkami. — Stój, Wasyl! Masz listy?... Dawaj! — Jest. Panyczu pyśma i gazety, 
w chustku zamotał, da za pazuchoj. — Dawajże prędzej! Chłop gramolił się długo. 
Jan o mało go nie rozszarpał. Chwycił gazety, targał je... Wyjął list. Ten sam 
stempel montekarloski, pismo Andzi. — I drugi także Monte Carlo, Boże! To od 
niej? Nie, charakter odmienny, od Lory?... Też nie... Smoczyński rozerwał ten 
drugi. "Kochany panie Janie!" — Któż to?... — podpis: Ewelina Niemojska. Ona do 
mnie? — Co to jest? Stało się coś, Jezus Maria! Jak wariat głośno wykrzykiwał, 
nie zważając na zdziwionego chłopa. WSkoczył na saneczki. Do domu! Tam dopiero 
przeczyta. Kazał ćwiczyć konia, pędzili, ile sił starczyło w szkapinie. Niepokój 
szalony wichrzył w muzgu młodzieńca, list Eweliny palił go w rękę, kopertę Andzi 
trzymał przy ustach i drżał, czekał z upragnieniem i trwogą chwili czytania. 
List Niemojskiej był dla niego groźną zagadką. Może to zwiastun nieszczęścia? 
Sanki nie dojechały do ganku. Jan wyskoczył z nich, wpadł do domu i zamknął się 
w swoim pokoju. Chłonął list Eweliny. Tarł czoło dłonią, brwi marszczył, bladł i 
czerwieniał. — Czego ona chce ode mnie, co to znaczy? "...Andzia jest 
zdenerwowana, nie można jej męczyć, nie można drażnić..." — Ja męczę Andzię?... 
Mój Boże miły!... Czym? "Trzeba ją oszczędzać, bo jej apatia nie przeminęła, 
smutek ją dręczy, ale Riwiera działa na nią zbawiennie, fizycznie poprawiła się 
bardzo, niech ją pan jeszcze nie niepokoi..." — Czym, na miłość boską? Czym?... 
Co tej Ewelinie do głowy strzeliło? Czytał i nic nie rozumiał, czego właściwie 
od niego chcą. Stara nauczycielka zastrzegła się parokrotnie, że pisze bez 
wiedzy Andzi, że prosi go z własnej inicjatywy, bo czuje, że tak trzeba dla 
dobra Anulki... — Albo dostałem pomieszania zmysłów, albo to jakieś kręcenie, 
całkiem niedorzeczne — burknął. List istotnie był zagmatwany, plątały się słowa, 
mnóstwo niedomówień czyniło go trudnym do odgadnięcia, zwłaszcza w podnieceniu 
Jana, który oczekiwał czegoś konkretnego. Jednakże dało się odczuwać, że osoba 
pisząca kołowała wciąż blisko przedmiotu będącego treścią listu, lecz nie 
wymieniała go umyślnie, w przekonaniu, że będzie zrozumiana. Zakończenie, jak 
często bywa w listach kobiecych, stanowiło punkt ciężkości całego pisma. "O 
powrót nasz niech drogi pan nie zabiega, Andzi trzeba zostawić swobodę myśli i 
czynów, to dla jej spokoju niezbędne..." — Aha!... W tym leży sedno sprawy? Jan 
z przykrym śmiechem rzucił arkusz i wziął list narzeczonej. — Czy i tu taka sama 
dyplomacja? Z namaszczeniem, wolno rozcinał kopertę, rozkoszował się literami 
stawianymi przez Andzię. Jak dzieciak ucałował złamane ćwiartki, rozwinął i 
zaczął czytać. Minęło parę długich godzin, zanim Jan oderwał się od tej lektury. 
Doznawał uczuć rozbieżnych. Nie wiedział, czy być wdzięcznym Andzi, czy płakać, 
czy śmiać się? A jednak list pełen obietnic. Nie odmawia mu szczęścia, lecz go 
nie daje. Wszystkie jego projekty i prośby są przyjęte, przyjeżdża za trzy 
tygodnie, wzmiankuje o ślubie, myśli o tym, jemu pozostawia wyznaczenie terminu, 
żadnej opozycji, wahania, nic! A pomimo to... Jan w obłąkaniu biegał po pokoju, 
palce łamał w stawach. Jakże rozumieć na przykład taki zestaw zdań: "Kiedy 
zechcesz ślubu, wówczas będzie, mnie na tym nic nie zależy, aby odkładać, 
zresztą co już postanowione, niech się spełni..." Albo to: "Morze odrodziło mnie 
fizycznie, zabawię tu jeszcze parę tygodni, aby zaczerpnąć jak najwięcej tchu do 
życia, ale Riwiera przykuwa, zapewne dlatego, że czar tutejszego klimatu 
zapominać każe o chmurach północy." ...Cały list w tym tonie, ona pisząc miała 
piersi pełne westchnień? Teraz Jan zrozumiał list Eweliny. Ona te westchnienia 
słyszała, pod ich wpływem kreśliła do niego własne słowa. Ona go ostrzega: 
trzeba zostawić Andzi swobodę myśli i czynów, aby nabrała jak najwięcej tchu... 
tchu do życia... więc do życia z nim? A Riwiera przykuwa, zapomina się, że 
chmury są na północy, ha, ha! Tak, są chmury, nad Smoczewem wiszą, nad dniem ich 
ślubu, północ czeka ją tu ponura, zimna. — Och Andziu! — jęknął Jan, łamiąc ręce 
nad głową. ...Nie kocha mnie! Przecież to widoczne! Jest łagodna, smutna, 
bierna. Czy taką byłaś Andziu dla Olelkowicza? Tak, tak! Uciekłaś z domu dla 
niego. Wyzwałaś do walki ojczyma i zmusiłaś go do ustępstwa. A potem, gdy tamten 
zginął, świat zamarł dla ciebie. Błąkałaś się Andziu, po lasach zaśnieżonych 
Temnego Hradu, aby tęsknić za tamtym... Temnyj Hrad i mogiła w Dubowej to był 
twój świat, twoje życie... A teraz boisz się chmur północnych... Mnie się boisz? 
Zapomniałaś o wszystkim, co tu zostawiłaś, co jest abstrakcją i co jest 
realizmem, byle uciec ode mnie. W Turzerogach nie ma już ochronki twojej, 
wszystko upadło, bo o tym, co jeszcze kochałaś, zapomniałaś. I szkółkę Kościesza 
skasował, zrobił tam skład jakiś. Zmarniały twoje dzieła. Ty nie wracasz tu, bo 
się mnie boisz, bo przeraża cię moja miłość i... ślub. Jan wybuchnął płaczem, 
miał serce wezbrane żalem, bólem straszliwym. W przystępie goryczy wyrzucał 
zmarłej matce, że wolą swą narzuconą Andzi dała mu zakosztować złudy szczęścia, 
tylko złudy. Głos wewnętrzny szeptał z ironią, że nie trzeba się było zgadzać na 
taką ofiarę Andzi, obecnie następują konsekwencje. Płakał jak dziecko z innym 
uczuciem niż przed laty, nad stawami w Turzerogach, w uczniowskiej bluzie, ale 
jeszcze rozpaczliwiej. Wówczas zabroniono mu marzeń o niej, dziś ona sama 
wzbrania mu tego... Rozpacz Jana przeistaczała się w zawziętość. Nie będzie jej 
miał promieniującej szczęściem, ale będzie jego. Wmawiał sobie, że i jemu należy 
się odrobina radości w życiu. Nie otrzyma od niej upojeń miłosnych, więc sam je 
dla siebie wytworzy, choćby w fakcie, że będzie jego żoną. Ona już przeżyła swój 
szał uczuć najgorętszych, on ma go stale w niej zawargy i oczekuje nań i weźmie 
prawem silniejszym nad wszelkie względy altruistyczne, prawem własnego egoizmu. 
Idea osobistego szczęścia zwalczy szlachetne porywy, odzywające się niekiedy w 
duszy, aby Andzi nie unieszczęśliwiać. Sama mu się ofiarowuje, wiedziona 
koniecznością dotrzymania przysięgi, zatem brać ją bez wnikania w istotę jej 
psychiki i bez skrupułów. Szczęście trzeba łapać całą garścią, bez zastrzeżeń, 
czy oświetla je zorza purpurowa, czy tylko sztuczne światełko. Młodzieniec 
potęgował w sobie zaborczą zawziętość wobec Andzi, a jednocześnie łez gorzkich 
zatamować nie potrafił. Płynęły coraz obfitsze i piekące, przecząc wszelkim 
rozumowaniom praktycznym. Wieczór zapadł ciemny, wilgotny od drobnej sieczki 
deszczowej, zacinającej w okna. Tajały ostatnie śniegi pod chłostą marcowej 
słoty. Jan zamknięty u siebie płakał za rozwianą złudą szczęścia. Topóniały w 
nim ostatki nadziei, że szczęście zdobyte w ten sposób, może być szczęściem. Żył 
teraz w nieustającej męce, pragnął przyjazdu Andzi i jednocześnie chciałby 
odłożyć tę chwilę do nieskończoności. Nie pisał do niej, czekał. Nie zajmował 
się niczym, przesiadując w domu, najczęściej w swoim pokoju zamknięty z listem 
Andzi. Wertował go tak często, że już go umiał na pamięć. Andzia nie pisała 
więcej, szczęście Jana zawisło w niepewności. Któregoś dnia wezwał go do siebie 
Kościesza. Jan odmówił przyjścia, dając jakiś drobny powód. Kościesza nie 
ustąpił, atakował go parę razy, bezskutecznie, nareszcie któregoś ranka sam 
przyjechał do Smoczewa. Jan wyszedł blady, bardzo zmieniony. Ojczym Tarłówny 
patrzył na niego uważnie, wreszcie rzekł grobowym swym głosem: — Znękany pan 
jesteś... Widzę, to było do przewidzenia. Miłe złego początki, ale koniec 
żałosny. Jan spochmurniał. — O czym pan mówi, nie rozumiem? — Proszę nie udawać, 
wiem wszystko. Anna odmówiła panu. Powtarzam, to było do przewidzenia. — Jest 
pan w błędzie, nic podobnego nie zaszło — wykrztusił Jan z ukrytym przerażeniem 
w duszy. — Miał pan list od Andzi? — Miałem i teraz ja z kolei powtarzam: jest 
pan w błędzie. — Łudź się młodzieńcze, owszem, to dewiza twego życia. Pielęgnuj 
nadzieję jak najdłużej. Smoczyński już chciał list Andzi rzucić mu w twarz, ale 
się powstrzymał. ...Taki list pokazać?... Niemożliwe! — Czy mogę wiedzieć, co 
pana skłoniło do przyjazdu tutaj? — spytał sucho. Kościesza zmierzył go 
wzrokiem. — Nie miałem zamiaru odwiedzać pana i zapytanie to jest nieprzyzwoite. 
Wybaczam z powodu ważności sprawy, która mnie aż tu popchnęła. Wzywałem kilka 
razy, nie przybyłeś pan do mnie, ja sam musiałem się fatygować. — Przepraszam. 
Jakaż to sprawa? — Czy pan wie, kim jest Lora? — Lora, moja siostra? — No tak, 
tak, ta sama, kim jest teraz? — NIe rozumiem pytania? Lora jest zamężna, nazywa 
się von Bredov Nordica i mieszka stale w Monte Carlo... — Lora jest prostytutką. 
Jan poczerwieniał. Zahuczało mu w głowie od napływu krwi. — Panie Kościesza, to 
podłość! To, to... — Razi pana ta nazwa?... Więc ją złagodzę; Lora jest kokotą, 
grandesą, jak tam nazywają, nierządnicą jawną, pod protektoratem bardzo 
wygodnego męża. W takim domu przebywa pańska narzeczona, ha, ha. — Jak pan śmmie 
ubliżać mi w ten sposób?! To niegodnie, bezczelnie! — NIe rzucaj się 
młodzieńcze, twoje gniewy nie przestraszą mnie. Rzecz jest sprawdzona. To fakt! 
Pańska siostra była materiałem bardzo podatnym do takiej egzystencji, 
przypomnijmy Oksztę w Wilczarach; wiemy, do czego tam doszło, to dosyć. Okszta 
był impresariem panny Lory na arenę rozpusty. Poradziła sobie łatwo, złapała 
nawet męża bogatego, służy jej za parawan dla naiwnych. Oo, mądra osoba! Cóż pan 
taki zaperzony?... Wierzyłeś pan w cnotę siostruni?... Ha, ha! Ładnieś pan 
ulokował narzeczoną. W takim domu... Andzia... — Skąd te wiadomości? Czy to nowa 
obelga dla mnie? Nowy policzek?... Panie Kościesza, jeśli to kłamstwo, ja 
sprawdzę, ale... wówczas pan odpowie mi za to! Cierpiałem dość, więcej nie 
zniosę! Nie będę uważał, że pan jest ojczymem Andzi. Za taką haniebną potwarz... 
— Cóż mi zrobisz, młodzieńcze? Będziesz się ze mną pojedynkował?... Ha, ha, ha! 
— Strzelę panu w łeb, jak psu! — krzyknął Smoczyński ochrypły z rozpaczy. — 
Powoli, powoli kawalerze, nie zapominaj, z kim mówisz. Mogę cię kazać związać. — 
W moim własnym domu? To się nie uda, ja zaś potrafię pana z mego domu... Ręka, 
którą chciał wskazać drzwi Kościeszy opadła, głos zamarł... ...To ojczym 
Andzi... Kościesza schwycił go za ramiona, gniótł je w pasji najwyższej. — 
Słuchaj ty... ty smyku, nie kąsaj jak wesz, bo cię rozcisnę. Zapowiadam ci, że 
mężem Tarłówny nie zostaniesz. Ja nie pozwolę na to, ona sama zerwie, ona tobą 
gardzi, nienawidzi ciebie. Zniewoliliście ją szantażem, ta przysięga to szantaż, 
wyzysk podły, aby złapać jej majątki. Każdy się na tym poznał i ona również... — 
Panie Kościesza, dość! Stracę panowanie nad sobą. — Milcz i słuchaj. Anna przed 
tobą uciekła do Lory, towarzystwo tej ladacznicy zdeprawuje ją, przez ciebie, 
ciemięgo. Ona przebywa stale wśród łotrów; jakiś hrabia włoski... kanalia, twój 
szwagierek ladaco, jakiś stary łobóz montecarloski nie odstępują jej, uczą grać 
w hazard, umoralniają. Andzia już grubo gra w ruletę, zamiast tęsknić za tobą. 
Ha, ha, ha! Nie wytrzeszczaj na mnie oczu jak żaba, kawalerze. Lora dba, aby 
posażek był wasz, tylko ja bym na to nie pozwolił, nigdy. Jan z jękiem zasłonił 
oczy obiema rękami, opuszczały go siły i przytomność. Słabł. Kościesza pochylony 
do niego rzęził mu do ucha: — Moja interwencja niepotrzebna. Andzia sama sobie 
poradzi. Jest tam zrujnowany dżentelmen Polak, ha, ha! Gracz asystuje Annie, 
przestają z sobą, on urządzi figla rodzeństwu Smoczyńskim, nawet Lorka kokotka 
nie przeszkodzi. Czekaj listu, kawalerze, będzie odprawa dla ciebie. No, cóż to, 
mdlejesz smyku? Słuchaj, bez komedii, bo to nie ze mną... Jan słaniał się w tył, 
blady jak wosk, usta otwarte, zamknięte oczy, wyglądał jak umarły. Walił się na 
ziemię. Kościesza chwycił go w powietrzu i rzucił na otomanę. — Jeszcze tu 
hałasu narobi. Amant! Jan omdlał. Kościesza cicho wyszedł. XI Na szynach 
Smoczyński ocknął się i ujrzał nad sobą klucznicę Butkowską. Oblewała mu twarz 
wodą, zrzędząc po swojemu: — Przemęczył ty się, panicz, ni do jedzenia, ni do 
spania nie namówisz. Tak i zemrzesz z tej turbacji. Jak pusty brzuch, a w głowie 
pełno i tak głowa przeważy. Ot i zamroczyło. Smutek wie, z jakiej przyczyny 
przyjeżdżał turzerogski pan, tyle wiadomo, że nic dobrego nie przywiózł. On 
zawsze taki, Sodomę i Gomorę z sobą nosi. Wstawaj panicz, jeść dam, toż ty od 
wczoraj w gębie nic nie miał. Jan usiadł na otomanie, podniesiony przez 
gospodynię. — Dziękuję wam, Butkowska, zostawcie mnie samego. — Ot, zachciałeś, 
panicz, jeszcze by czego, żebyś znowu nogi wyciągnął? A toż i Grześko borowy 
czeka na panicza, z jakimści interesem. — Grześko?... Czego chce?... — Chce do 
samego panicza. Ale naprzód jeść dam, jajecznicy z słoninką uskwarzę. Obiad 
jeszcze nie gotów. — NIe będę jadł. Wołajcie Grześka. Klucznica mrucząc wyszła. 
Jan ścisnął dłońmi głowę, chłodną od wody. — Co ja teraz pocznę?... Co ja 
pocznę... To kłamstwo! Wszystko zełgał. W drzwiach stanął Grześko, prosty jak 
zawsze, ze starczą głową na barkach. — Pochwalony! Podobno panicz był chory, 
Boże chorony? Niepotrzebny ja tu, ale że pani Butkowska wołała. — Jaką macie 
sprawę, Grzesiu? Dawno was nie widziałem. Siadajcie, stary, ot tu. — Oj, że wy 
paniczu zmarnieli! Czy to choroba gryzie czy inna jakowaś udręka? Całkiem jak 
mgła. — Trochę jestem chory. — Trza się kurować, a to bojarzynka przyjedzie, daj 
tak zobaczy. Kiepsko! Przez twarz Jana przebiegły drgania nerwowe. Zdawało się 
mu, że w głosie starego dosłyszał odrobinę ironii. — A prędko ona, gołąbka, 
przyjedzie już? Tuży się bez niej. Bywało, przyjdę do Turzerogów, da choć 
popatrzę, abo i tu jak chorowała matusia, zajdę, daj pogadam, nad smutkiem 
biednieńkiej powzdycham. To i lżej człowiekowi. A teraz ona sieroteńka daleko, 
na skraju świata, to i nie wiadomo, co z nią. Jan milczał. Grześ po długiej 
minucie spytał znowu: — A pisałaż ona do panicza? — Pisała. — Boże chorony, 
kiedyż wróci? — Nie wiem. — Ot tobie i masz! Źle, kiedy już i panicz nie wie. 
Był ja u nowotnego pana rządcy z Drakowa, co teraz w Wilczarach kontrolę lasów 
robi. Pytał się jego o bojarzynkę, ale to taki nieużyty, nic nie powiedział, daj 
jeszcze zwymyślał. — Skądże nowy rządca drakowski może wiedzieć o panience? — A 
onże tam był. — Gdzie był? — A nad morzem, tam gdzie pannuńcia nasza, za 
granicą. Niby to panicz nie wie? — Grześkowi się zdaje, że jest tylko jedno 
morze i że zagranica to takie miasto jak Łuck, Równo, Dubno. Zagranica duża i 
szeroka, bo to cały świat. Stary obraził się. — Panicz mnie za durnego ma, nie 
taki ja głupi. Wiem dobrze o tym, że pan Wereżba z Drakowa jeździł tam, gdzie 
jest bojarzynka, a posyłał go turzerogski dziedzic. Jan powstał z krzesła bardzo 
blady i podszedł do borowego. — Co wam paniczu?... Boże chorony... — Nic, nic. 
Czy na pewno Wereżba jeździł do Monte Carlo? — Jak to się nazywa, to ja nie 
wiem, ale jest prawda, że tam był, gdzie bojarzynka. — I widział się... z nią? 
Gadajcie! Grześko wstał również, patrzył na Jana i kiwał głową smutnie. — Już ja 
zwęszył to, ja czuję, że panicz nic nie wie. Wereżba nie chciał nic mówić i 
przepędził... Tak ja już miarkuję. Pan Kościesza wysłał rządcę na przeszpiegi. 
Boże chorony, on to potrafi, a dobrał sobie majstra. Owaa! Smoczyńskiemu zrobiło 
się nagle jasno w mózgu. Zrozumiał wszystko, ale tym bardziej rozpacz i 
śmiertelne przerażenie skuło mu serce. ...Więc to istotnie zbadane... to prawda? 
...Czy tylko potwarz Kościeszy? ...A może Wereżba był pośrednikiem intrygi z 
Andzią? Może coś przeciw niemu uknuto i te listy to pierwsze zwiastuny? — Co 
panicz taki blednieńki?... Durny ja był, że przyszedł, ale dumał sobie tak; pan 
Wereżba nieużyty, nie chce mówić, to pójdę do panicza, toć on pewno wie 
wszystko. A ot, jaka sztuka! Szachrajstwo to jest, daj już, zwyczajnie, jak pan 
Kościesza. Tyle, że Chwedźka nie ma. Ale żeby pan Wereżba na takie sprawy szedł. 
No, no! Jan otrząsnął się z ciężkich myśli. Katowały go one bezlitośnie. Chłosta 
była okrutna, a może być jeszcze gorsza. Przyszła nagła decyzja. — Zaraz, 
natychmiast jedziemy do Wilczar. — Do pana Wereżby? — Tak jest. Niech Wasyl 
zaprzęga. Nie pomogły błagania i lamenty Butkowskiej. Jan uparł się i pojechał 
bez obiadu. Grześ mu towarzyszył. Przeczuwał, że się coś dzieje, ale nie śmiał 
pytać. Jan pogrążony w swych tragicznych myślach nie odzywał się wcale do 
starego. Późnym wieczorem stanęli w Wilczarach. Okna leśniczówki płonęły 
światłem. — Co tu, bal? — Boże chorony, to tak co dzień paniczu. Widomo! 
Naczelnik Łechtienko, telegrafista, pan rządca drakowski, daj w karty. Nadleśny 
tylko głową kiwa, da kiwa, jego nie wciągną, a co zrobi. Podjechali cicho, 
powitani przez psy. Z okien padały długie słupy światła. Janowi nagle, nie 
wiedzieć skąd, przyszło wspomnienie, jak przed laty z Andzią i Grześkiem tak 
samo zbliżali się do leśniczówki, wracali z szyn, na których leżała Andzia. Tak 
samo witały ich psy, a w leśniczówce był Łechtienko, bali się, że ich oskarży 
przed Kościeszą. ...Ile lat, ile lat... Już siódmy rok dobiega. W czerwcu to 
było... Andzia podlotek, z piaskiem we włoskach i na bucikach. Andzia taka 
wówczas jego łasna. Och, czasy, czasy! Niepowrotne dni szczęścia. Weszli do 
sieni. Drzwi od pierwszego pokoju półotwarte. Słychać rozmowę, śmiechy, dym 
papierosowy kłębi się. — Ee, naczelniku, furda karty! w ruletkę zagramy; 
przywiozłem taką małą, ręczną. Głupia ona wobec prawdziwej, ale tamta daleko, a 
ta blisko... Spiwała raz Marusia@ oj ne choczu Petrusia@ bo Petruś dałeko@ bo 
Petruś dałeko.@ Na szczo tylki trudu@ z Hryćkom żyty budu@ Hrycio mij myłeńkij@ 
bo Hryćko błyzeńkij.@ Zaśpiewał czyjś przepity głos. — Prawda, prawda! Lepszy 
wróbel w garści niż sikora na dachu, mówi przysłowie. Nie ma prawdziwej rulety, 
jest imitacja. Hej piwa, Oksena! Dawaj żywo! — Powiedz pan, czego wy jeździli do 
Monaco? Ha! Sekret chyba jaki czy co? Ja nie wydam, czesnoje słowo. — Widzi 
naczelnik, sekret nie sekret, ale gadać nie trzeba, ja po pannę Tarłównę 
jeździł. Zasiedziała się za długo. A tu narzeczony czeka. — Ha, co?... Tak 
łżecie, aż wam przez wierzch idzie, panie uprawlajuszczyj. Nu niczego! Kto łże, 
ten dyplomat. Ja posłuszny, niech i tak będzie. Mużyki gadajut: "polityka to 
czysta brechnia". Wam trzeba polityki?... Możno... Jan stał i słuchał czując, że 
się czerwieni jak żak, który sam nie wie, co z sobą zrobić. Bał się, że go 
spostrzegą przez uchylone drzwi i nie miał odwrotu. Dobiła go pewność, że 
Wereżba był w Monte, ciekawe tylko, co tam robił... i... co widział? Grześko 
zawiadomił dziewkę, Oksenę, o przybyciu Smoczyńskiego. Kazał oznajmić rządcy i 
wywołać go do gabinetu z drugiej strony sieni. Wprowadził tam Jana, zmieszanego 
w najwyższym stopniu. Czy potrafi wykrztusić przed Wereżbą swe pytanie? Uczuł 
upokorzenie straszne i wstręt. ...O kogo będę pytał? ...O Lorę będę się 
wywiadywał, o Andzię? Od obcego, od szpiega? ...Jakaż podła moja rola. ...A 
jeśli on mi nic nie powie, potraktuje jak Grześka? ...Nie, wszakże jestem jej 
narzeczonym, przyszłym mężem jego pryncypałki. Cóż za ironia! ...Jakaż wstrętna 
rola, pytać. Śledzić czyny własnej siostry... narzeczonej. Okrutne! ...A jeśli 
Kościesza zrobił intrygę przeciw niemu? Jeśli skłamał, że Lora, że Andzia... 
...Wówczas tym bardziej nic się nie dowiem. Wereżba nie powie. ...Dziki pomysł 
przyjścia tu, jeszcze ta kompania, pijatyka... Rządca z Drakowa wszedł prędko, 
zatrzymał się. Obrzucił Jana zdziwionym spojrzeniem. — Sądziłem, że omyłka. 
Wszak pan Smoczyński? — spytał z widocznym zaciekawieniem na chytrej twarzy. — 
Tak panie. — Wereżba do usług. Czym mogę panu służyć? Jan nie podał mu ręki. — 
Chcę od pana pewnych informacji. Ale najpierw niech pan zamknie drzwi, tamci 
panowie słuchają. — O, to się zrobi, w ten moment. Tamci panowie także myśleli, 
że omyłka. Pan tu, o takiej porze, w deszcz... Nikt nie przypuszczał... Podszedł 
do drzwi i zamknął je, dając znak oczami swym towarzyszom, krążącym zbyt blisko 
i ciekawie. Powróciwszy siadł naprzeciw Jana. — Jestem na rozkazy. Jan 
przełamywał się ostatecznie. Panował nad głosem swym i nad wyrazem twarzy. 
Wereżba pilnie mu się przypatrywał. — W jakim celu jeździł pan do Monte Carlo? — 
spytał obcesowo trochę, jednak niepewnym tonem. Wereżba zmieszał się. — 
Jeździłem z polecenia pana Kościeszy. — O tym wiem, ale w jakim celu? — Proszę 
pana, ja, bez upoważnienia pana Kościeszy nie mogę... — Niech pan mówi otwarcie, 
rozmawiałem o tym z Kościeszą. — A jeżeli tak! Bałbym się odpowiedzialności 
przed nim, ale jeśli tak, jeśli mogę mówić... Skoro pan już wie... — Zatem?... 
Słucham pana — przerwał Jan, widząc wahanie Wereżby. — To, panie, dość trudne do 
wyrażenia... to... — Skoro się pan mógł tego podjąć, można o tym móić. Widział 
się pan osobiście... z moją narzeczoną? Słowo to Jan wypowiedział z mozołem. 
Czuł się śmiesznym, głupim. — Osobiście... nie widziałem. — A... z moją siostrą? 
— Także nie. Jestem, proszę pana, płatnym urzędnikiem na służbie u pana 
Kościeszy, co on mi polecił, musiałem spełnić. — To względne twierdzenie. Są 
wymagania, które człowiek... Ale... mniejsza o to. Więc nie osobiście, lecz z 
daleka śledził pan siostrę i... pannę Tarłównę? — Panna Tarłówna i panna 
Niemojska zajmują apartament w willi państwa von Bredov Nordica. — Czy mąż 
siostry stale przebywa w domu? — Nie, panie, jeździ po całym świecie, w Monte 
jest nieczęsto i na krótko. Pani Nordica zaś... — Proszę mówić wszystko szczerze 
— rzekł Jan takim tonem, że Wereżba przestał się wahać. I jak bywa u ludzi o 
niskich instynktach, uczuł zadowolenie, że będzie ranić Smoczyńskiego; zemści 
się na nim za widoczne lekceważenie, jakie mu Jan okazywał. Zrozumiał, że ma go 
w ręku. Rozparł się na krześle wygodnie, z miną bezczelną pewnego siebie 
detektywa, na którego opinii wiele zależy. Poczęstował papierosami swego 
rozmówcę. Jan odmówił. Wereżba zaczął niedbale cedzić słowa. Ręką gładził 
długie, zwisające wąsy. — Jest tam stary Duk, jakiś Escars, podobno dawny gach 
pani Lory, tak ją tam nazywają. Obecnie prowadzi ona romans z Włochem, hrabią, 
bardzo bogatym, ale są jeszcze inni. Pani Lora nie przebiera, byle bogaty i 
dobrze płacił... ...Co to panu?... Może wina? Ach tak, to są rzeczy bolesne. 
Rozumiem, rozumiem. — Mów pan wszystko. Proszę się mną nie interesować. — Bardzo 
mi przykro... Więc pani Nordica żyje na swoją rękę, a pan Nordica na swoją. Pan 
zmienia kochanki jak skarpetki. Udał mi się dowcip! Ha! Na prowadzenie żony 
patrzy pobłażliwie. Gdy on jest w domu, ustają tylko nocne wycieczki pani Lory, 
lecz wynagradza się to w dzień. — Czy pan sprawdził, czy pan widział? — jęknął 
Jan. Miał wrażenie, że głowa jego leży na pniu, kat zaś z toporem stoi nad nim i 
znęca się, ociągając śmierć. — Sprawdziłem. Oczywiście nie widziałem faktu, bo 
prócz dwojga zainteresowanych, nikt go chyba nie widuje... Sarkastyczny lubieżny 
uśmiech. — Ale stwierdziłem parokrotnie miejsce schadzek pani Nordica. Umyślnie 
pojechałem za nią i za jakimś eleganckim graczem, opchanym banknotami, na górę 
la Turbie, gdzie jest Hotel Rive de Ver. Odosobniony hotelina, przygodny 
haremik. Tam ci państwo najęli pokój i nocowali, nocowałem również i z nimi 
wróciłem. Zasięgnąłem wówczas dużo informacji od palacza. Było to przed 
przyjazdem pana Nordicy. Takich schadzek wykryłem więcej. Co to panu?... — Dosyć 
o tym. Czy... panna Tarłówna przebywa często z Nordicami? — Prawie zawsze. Pan 
Nordica, Włoch, stary Duk nadskakuje jej bardzo, gra z nimi w kasynie i 
ryzykownie gra. Raz widziałem. Ale najwięcej asystuje pańskiej narzeczonej 
(uśmieszek ironiczny) jakiś pan Horski. Lat trzydzieści cztery, pięć; wysoki, 
dystyngowany Anglik z postawy, grubo grywa w ruletę, mówią, że zrujnowany. On 
stale przebywa w towarzystwie panny Tarłówny i pani Niemojskiej. — O tym panu 
pisała mi narzeczona — skłamał Jan — o nim wiem. Chodzi mi o to, czy panna 
Tarłówna... wie... że... siostra... — O zapewne, zły przykład, wpływy. Ale panu 
słabo?... Przyniosę wody... Jan zerwał się, czuł, że jeszcze chwila i nastąpi 
coś strasznego. Zabije Wereżbę, porwie broń ze ściany i będzie się walił w głowę 
aż do utraty zmysłów. ...Dość, dość! Uciec stąd jak najprędzej! — To wszystko, 
co chciałem wiedzieć! To wszystko. Kłaniając się odchodził. — Pan nie 
przenocuje? — Tak... tak przenocuję, zaraz wrócę. Wytoczył się do sieni, 
potrącił kogoś, runął na drzwi, odepchnął je, wypadł na dziedziniec i dalej 
biegł przed siebie, szalony, z huraganem rozpaczy w mózgu. Na ganek wyszedł 
Wereżba, wołał na niego. Nie słyszał nic, pędził naprzód. ...Do przystanku! Na 
pociąg! Do Andzi! ...Byle dalej stąd, dalej, jak najdalej! ...Wszystko prawda, 
Kościesza nie kłamał! ...Lora kokota, jego siostra publiczną kobietą. Nie tylko 
dla bogatych, gracz opchany banknotami... Tak... tak... ...Andzia wśród nich. 
Andzia! Asystują jej... Włoch, stary Duk... Och, Boże, jakież to śmieszne! 
...Skłamał, że wie o tym, tym... jakże nazwisko?... Orski... Hor...sky... ski... 
nie pisała nic... o nikim... ...Kościesza wiedział, co wynaleźć. Nowa trutka... 
śmiertelna! ...Nie ma już Andzi... nie ma! ...Ach co znowu! pisała... przyjeżdża 
prędko. Ślub będzie, kiedy on zechce. ...Zażąda za tydzień, Andzia przyjedzie... 
ślub... wezmą... będzie jego żoną! Och! A jego rodzina? Lora prostytutka... 
Andzia go nie zechce... Tak, tak!... Co to, mokra głowa? ...Ktoś kropi 
kropidłem, gęsto kropi... Rosa? ...Nie, to deszcz, szum ulewy, szaruga! 
...Czarno, pusto, śnieg ginie... Jaki szary!... Ktoś woła... nic, nic aby dalej. 
— Dokąd idę? Oprzytomniał. Stał przy nasypie kolejowym. Błyszczą światła, już 
blisko... To przystanek. — Tak, pojadę po Andzię. Wsiądę do pociągu. Już idę, 
Anuś, już idę... Jan szedł prędko wzdłuż toru, w przeciwną stronę stacji. Drżały 
mu kolana, ale szedł. Głowę niósł na karku ostrożnie. Taka ciężka, spadnie, 
zbije się jak... garnek. ...Czemu taka ciężka głowa? W mroku dojrzał kontury 
wielkiej, rozdwojonej brzozy, krzywy pień potężny, gałęzie płaczące aż do ziemi. 
Płaczą naprawdę, leje się z nich deszcz. Strumienie ściekają z gałęzi. To ta 
brzoza... Ta sama... Sągi drzewa, jak lepianki. ...Andzia tu siedziała. Wianek z 
maków na włosach czerwienił się. ...Tak — ładnie, ładnie. I ta brzoza ta sama... 
...Zbierali poziomki razem... ...Teraz ona daleko, och, jak daleko! ...Orski, 
nie, Horski... wszystko jedno. Zwyczajnie znajomy. Uczciwa jest! Gdyby tamtego 
kochała, napisałaby. Tak! Wyznałaby. Ślub będzie z nim, tylko z nim. Tamto to 
nic, głupstwo! Ale Lora... Kokota, Lora! Ach, zawsze taka sama. Usiadł pod 
brzozą, tuż obok nasypu. Włosy ociekały mu wodą, deszcz lał, huczał wiatr. 
Wiosenne roty wichrów ciskały się w przestrzeni. ...Był wieczór jasny, żaby 
rechotały. Tyś śpiewała Andziu. Siedem lat już... ...Inaczej, inaczej było. 
...Co to, huk jakiś? Coś huczy i coś woła? ...A, a, a, pociąg pędzi. ...Tak jak 
wtedy! Andzia w jego palcie skoczyła na szyny, leżała płasko na nasypie, 
wzdłuż... wzdłuż; pociąg przeleciał nad nią, dudnił... I teraz dudni. O, jak 
gna! Potwór straszny, czerwone ślepia błyszczą. Jakiż huk... Brzoza ta sama; 
wtedy płakała liśćmi, teraz naprawdę łzami... Jan uśmiechnął się jak dziecko: 
rozkosznie, bezprzytomnie trochę. ...Tak jak wtedy, zupełnie jak wtedy. — Pojadę 
do ciebie Andziu! Krzyknął i zerwał się spod brzozy. Pociąg nadlatywał z 
łoskotem, okrutna, czarna masa. Blask lunął na szyny. Potworne ślepia... — 
Paniczu! Hej, hej, paniczu! ...Ktoś woła?... Już niedaleko... Jan zadrżał. Nie 
puszczą do Andzi, zatrzymają! Nagle z przeogromną trzeźwością uświadomił sobie 
całą prawdę. ...Hańba siostry... Anna go nie kocha, nie kochała nigdy. 
Wereżba... Kościesza, jego trutki... Życie... Takie życie? ...Bankrut moralny, 
ruina! Pociąg był tuż, tuż. — Tak jak wtedy, Andziu! Tak jak wtedy! Jan skoczył 
jak żbik wprost pod koła lokomotywy. Przewaliły się po nim ciężkie, czarne masy. 
Pociąg gnał dalej. XII Sic erat in fatis (łac. — Tak stało we wróżbach) Na 
balkonie willi nadmorskiej rysowała się w cieniu nocnym drobna biała postać, 
skulona w kątku, przy żelaznej balustradzie. Cisza, mącona tylko pluskiem fal. 
Morze, pogrążone w czarno_sinym tumanie nocy, lśni połyskami stali tam, gdzie 
nań padnie blask matowy ksiźężyca kryjącego się w chmurach. Obłoki ciężkie, 
ponure, wiszą na niebie, suną leniwie, tak nisko, jakby spływały, by utonąć w 
odmętach morskich. Księżyc niekiedy osrebrzy ich brzegi, rzuci pasemek kilka 
jaśniejszych, zabłysną i znów mrok. Chmury przyszły tu z północy, ciche są, 
burzą nie zagrażają, jeno tłoczą płuca potężnej morskiej toni, która oddycha 
ciężko jakoś. Roztocz morza leży przyczajona, przestrzeń gładka, niby oliwą 
zlana, karbuje się lekko, falki drobne wzniosą czasem na swych grzbietach kadłub 
bałwana i toczą go do brzegu. Zapieniony obuch wody ciska się na piasek 
nadbrzeżny i rozpływa w płaskie płetwy. Czarne są bałwany od chmur. Groźne, 
warczące, lecz nieczęsto nadbiegają z ciemnych wód horyzontów. Morze zasnęło. 
Toń śni pod naciskiem chmur. Wiatr skrył się, zwinąwszy swe skrzydła, nawet 
piórkiem jednym nie mąci spokoju uśpionego tytana. Bałwany podnoszące się, to 
westchnienia głębokie, falki krótkie, to oddech jego. Błyski księżyca, to 
uśmiechy przez sen, w marzeniu o słońcu. A chmury północne płyną a płyną, 
ciężarem swych run zwisają nad morzem, idą ku własnym, odległym celom. Gdzieś, 
dokąd dążą ich masy, gdzieś rozpętają się, ocucą wichry, dodadzą im piór do śmig 
szalonych i puszczą w przepędy, orkanem świsną. Gdzieś niosą chmury przerażenie, 
miejsce wybuchu grozą wstrząsną. Tu, nad Śródziemnym mają tylko przemarsz swój, 
tędy szlak ich wiedzie. ...Gdzie wasz cel i oparcie? Skąd idą wełniste wasze 
zastępy, z jakich źródeł czerpałyście pokarm tłustych ciał waszych? ...Może 
początek wzięłyście z oparów Słuczy? Może atomy jej nurtów niesiecie w żywotach 
swych? Może z nadstyrzańskich łąk, może z moczarów Krasnej Duszohuby? Może macie 
w sobie kropelek parę z jeziorka w Temnym Hradzie? ...Powiedzcie, chmury, obłoki 
o wymionach nabranych słodką wodą naszych rzek, jezior naszych, skąd płyniecie? 
...Gdzie wasze poczęcie i gdzie wasz kres? ...Jeśli w piersiach swych macie 
kropelki pokarmu z naszych stron, spuśćcie je na mnie. Choć pyłek wodny z 
Temnego Hradu, z moczarów na Krasnej na głowę moją rzućcie. Pochylę czoło z 
nabożeństwem, jak w kościele pod rosą wody święconej. ...Nie bądźcie zazdrosne o 
tę pylinkę oparów naszych; wy ją roztrwonicie, ja przyjmę jak relikwię. 
...Chmury, chmury tajemnicze! Handzia Tarłówna goni oczyma chmury z północy 
ciągnące, modli się do nich, żebrze. Tęskni do nurtów Słuczy, która słyszała 
głos Andrzeja, której fale niosły na sobie słowa ich, upojeń pełne. Tęskni, 
mając przed sobą morze. Marzy o Krasnej Duszohubie, o wschodzie słońca, gdzie 
łosie brodząc głęboko w moczarze dążyły do stogów na ucztę poranną, gdzie czaple 
tęczą okraszało słonko wstające; gdzie hałaszyły kaczory przestraszone strzałem 
z oczeretów; gdzie brzegiem moczaru szedł krokiem śmiałym młodzieniec ze 
strzelbą na ramieniu, obok starego Grześka, aby powitać ją — swoją Handzię. 
Marzy, mając przed sobą morze. Łka dusza Andzi nad jeziorkiem w Temnym Hradzie, 
gdzie żółte lilie kwitną latem, a głębina tchnie granatowo_siną jakby 
szmelcowaną powierzchnią; gdzie w listopadzie taflę jeziorka lód zamknął i lśnił 
jak żelazo polerowane, a dalej stoją ruiny zamczyska, a naprzeciw nich dąb 
ogromny... Łka Andzi dusza nad ponurym zakątkiem borów wołyńskich, znad morza 
tam ulatując. ...Zapomnij, Handziu, zapomnij, — szepcze przez sen toń morska. 
...Zapomnij! Życie jest piękne, a tyś młoda, a kir wspomnień taki czarny. 
...Zrzuć, dziewczyno, kir z duszy swej i tu ją zatrzymaj, nad moją falą 
turkusami tkaną. ...Zmień się, Handziu, w mewę białą; na pióra swe nabierz 
purpury ze słońca i bujaj nad moją roztoczą, a znajdziesz na niej skarby 
bezcenne i ciszę, i spokój. Ukoisz serce tętniące krwią młodzieńczą, która 
krzepnie w sople zapiekłego bólu. ...Dość już łez i tęsknot, niech uśmiech 
zakwitnie na twych wargach. Pąki szkarłatne ust twych niech zapragną... Takie 
ostygłe. Pąki szkarłatne... "Mój pąku szkarłatny". ...Och, morze, morze, nie 
zagłuszysz ty tego głosu, nie zniweczysz go! Dźwięk tych słów przeniknął serce, 
owinął się dokoła głównej arterii i nie wyrwiesz go, chyba z nią... Takieś 
piękne, a jednak nie dokonasz cudu odrodzenia! ...Zabij ptaka wspomnień, połam 
jego lotki, niech nie nadlatuje do mnie z naszych borów i stepów. ...Daremnie! 
...Ty mi nie dasz zapomnnienia i ja tam wrócę, do naszych puszcz ciemnych. 
Pożegnam cię morze, aby iść w niedolę moją, dumać żałośnie nad mogiłą w Dubowej, 
tęsknić za szczęściem w Temnym Hradzie, czar umarły wskrzeszać na Krasnej 
Duszohubie. Nad Słucz powrócę, aby spytać się fal wartkich, czy pamiętają... 
jego? ...Nad Słucz woła mnie dola czy niedola moja, tam mój czyn i obowiązek. 
Tam gleba moja wzywa mnie, do pracy woła. Czyż tu trwać i słuchać szumu twych 
fal, morze rozbujałe? ...Czyż tu wegetować, gdy tam życie czeka? Dwa lata 
ciężkie i okrutne przy łożu chorej śmiertelnie ciotki; straszne dnie i noce 
potworne; ze zmorą świeżego nieszczęścia w duszy, z wizją bezlitosną ostatnich 
chwil w oczach od łez zamglonych, z tragedią w sercu beznadziejnie ugodzonym i z 
konieczną pogodą na twarzy, aby chorej nie przerażać; z tą msaką szatańską na 
rysach rozpaczą ściągniętych... Te dwa lata ciężkich robót dla ducha przeszły, 
zasunęły się w otchłani czasu, teraz nie ma przeszkody do własnego życia. Dwa 
lata w roli siostry miłosierdzia, to była praktyka smutku, oswojenie z ciosem, 
który padł w pamiętny dzień dwunastego listopada na Temnym Hradzie; to było 
jakby bezustanne dogorywanie w zawalonym gunelu, w czarności przeraźliwej bez 
światła i ciepła. Teraz przestrzeń otwarta, można dążyć ku niej i żyć, pracować. 
...Żyć nie razem z nim, w Prokopyszczach, z ideałami wspólnie tworzonymi, z 
kwiatami szczęścia w dłoniach, z rozkoszą istnienia... Nie, to już zabite! To 
już znikło, w przepaść runęło! Życie wspólne z nim realnie umarło, ale duchowo 
żyje. Jego duch nad nią, jego moc nad nią... On tchnienie swe wlał w serce 
Handzi i ono pulsuje. Z taką iskrą do czynu iść, służyć jego hasłom... Nie czas 
na wznowienie marzeń dziewczęcych o nauce, o pracy takiej, jak wówczas nęciła, 
studenckiej, na kursach przyrodniczych. To już nie pociąga. Inny teraz cel, inne 
przeznaczenie. Trzeba wypełniać samej pracę z nim obmyślaną, którą się razem 
miało wziąć na barki. Sama ją dźwignę, a ty mnie duchem wesprzesz. Nie będę 
twoją pomocnicą w Prokopyszczach; ty staniesz się podporą moją w tych moich 
ziemiach nad Słuczą. ...Tam już moja ostoja. ...Nie zatrzymasz mnie, morze! 
Zaszumiały fale oburzonym szeptem. Bełkot wzmógł się. Sunęły do brzegu groźnie, 
jakby karcąc Andzię. Bałwan białogłowy wzniósł swój tułów kłębem i hucząc walił 
do brzegu. Zawarczał jak wściekły pies, białe kły rzucił na piasek. 
...Zapomniałaś Handziu, sieroto; Handziu, żałobnico po tamtym; Handziu, 
dziewczyno tęskna, zapomniałaś, że nie sama pójdziesz w to życie nowe, w tę 
pracę swoją. Oj, nie sama, Handziu, nie sama! — ryczał bałwan. Tarłówna zerwała 
się z plecionego fotela, trąc oczy. Ziemia zadrżała pod nią. Czy morze chłonie 
willę? ...Cóż tak rechocze śmiechem ten bałwan, czuego tak jej urąga? ...Ach, to 
prawda, prawda! Morze chłoszcze ją prawdą niemiłosierną. Zapomniała o Janie. To 
już nie dawny Jaś, z tych lat przepięknych, gdy razem odbywali wycieczki po 
borach, ryby łapali w stawach turzerogskich, jeździli konno na kucach. Nie ten 
sam uczeń w bluzie szkolnej, miły towarzysz, kuzynek, łobuz, który kładł się 
pomiędzy szynami pod pociągi i ją tego nauczył. To już nie tamten Jaś. Teraz 
czeka na nią młodzieniec poważny, z męskim zarostem na szczupłej twarzy, ze 
smutkiem w oczach i surowością w brwiach skupionych. Na ustach pali mu się 
pragnienie jej pieszczot, ramiona mu drżą do uścisku Handzi_siostry?... Nie, 
Handzi_kochanki, żony. Ona ma zaspokoić pragnienia jego miłości, rozwiać 
surowość rysów jego... On zawrze ją w swych ramionach stęsknionych, do ołtarza 
ją poprowadzi, tam gdzie ona miała stanąć z Jędrkiem. Profanacja! Profanacja... 
Grzech! Gdyby z Jędrkiem, na ołtarzu ich przysięgi paliłyby się gorące ognie, ze 
słońca spadłe. Gdy z Janem, zapłoną gromnice. ...Morze, morze daj poratowanie! 
...Nie bluzgaj żółcią ironii, ale ratuj moją duszę od nowej zatraty, od nowej na 
całe życie gehenny. ...Czemuż przysięgłam jego matce? ...Jedna, kilka chwil 
zwłoki i byłabym uratowana. Umierająca skonałaby z rozpaczą, ale ja bym nie 
zaprzedała swej duszy. ...Czyż dla dogodzenia umarłym żywi mają cierpieć? 
Dlaczego Jan tego nie rozumie? On szczęśliwy, że choć w ten sposób ją zdobył, 
wszak jej to mówił, gdy odjeżdżała na południe. Tyle razy jej to mówił i pisał, 
więc nie odczuwa jej przerażenia na samą myśL związku z nim. Czemuż to już nie 
dawny Jaś, łatwy, wesoły kuzynek? Jaki on teraz ciężki, trudny. Ach, jaki on 
groźny. Tarłówna przechyliła się nad balustradą i oczy suche, palące zatopiła w 
otchłani morskiej. A fale ulitowały się nad nią, przycichły bałwany, morze 
błyszczało stalową poświatą i szmery swe tajemnic pełne, słało ku Andzi. 
Rozpostarły się chmury, moty wełniste ponurych cielsk przemijały, pełzły w dal 
coraz rzadziej, ukazując spoza siebie księżycową tarczę. Noc nurzała się w 
morzu. Ginął w nim świat cały, morze wchłonęło w siebie niebo, chmury, zatopiło 
księżyc, zabrało wysunięte głęboko brzegi przylądka Beaulieu. W czeluść swą 
wciągnęło wszystko. Tylko wille i domy w Beaulieu i Cap Ferrat świeciły białymi 
ścianami jak małe, zagasłe księżyce. Zdawało się, że świat roztopił się cały w 
płyn matowy, ciemno_sinoszklisty, na którym migają kręgi jaśniejsze. Taką była 
nicość przed wyłonieniem się z niej świata. Handzia ramiona splecione oparła 
płasko na balustradzie i przytuliła głowę do nich. Osnuł ją mrok i zatracił w 
sobie. Senność owiała całe wybrzeże. Wille zapylone nocną mgławicą spały. Nie 
odezwał się żaden głos, nie błysnęło światło sztuczne. Szum morza kołysał. 
Czasem z krańca horyzontu wód szedł pomruk głośniejszy, czasem westchnęły fale, 
lub chlupnął głośno bałwan rozlany o głazy i brzeg. Czasem uderzał niby huk 
podziemny, głuchy. Może dzieje się coś w głębinach ukrytych misteriów dna? A 
może brzegiem od Eze lub Villefranche grzmi pociąg w tunelu? W tej nicości 
rozlewnej, chmurnej, morze czuwało senne, lecz wrażliwe, pełne tętnic żywotnych 
i czuwała Andzia. Myślą chciała przebić mroki smutnych swych przeznaczeń. 
Przesiedziała do świtu pogrążona w swej tęsknicy. W pewnej chwili podniosła 
głowę, spojrzała na morze. Coś się poczyna dziać na fali. Padł brzask leciuchny, 
jakby w głębinach obudzony wodnik zapalił latarkę. Brzask się wzmaga, wodnik 
podpływa w górę. Smugi różowe, jak iglice ostre i długie pełzają po równinie 
wód. Roztocz morska przybiera przedziwne kolory; zielonawe pobłyski śmigają 
jaszczurczymi skrętami, pada blask stalowy i wnet zmienia się w lśnienie 
szczerego srebra. Płyną całe tafle srebrne, niegroźne bałwanki unoszą z fali 
roztopiony malachit w szybę gładką, wgiętą, szlifowaną, z której wytryskują 
białe kędziory pian. Światła jest więcej i więcej. Aż oto purpura zakwitła na 
toni przezroczej, szarfy jaskrawe wiją się i mienią. Barwy rozigrane tańczą po 
grzbietach wód. Koncert barw. Złota lawina i purpurowe ognie sypnęły potężnie, 
rozpłynęły się, przesiąkły do dna. Buchnął kaskadą przejasną wielki potop 
blasków. Morze tonęło w rozkoszy wschodu. Przycichło. Bałwany ukołysane krasą 
cudu oddychały lekko, by nie spłoszyć czaru. Hen, na stokach, gdzie niebo zda 
się zlewać z morzem, tam oślepiające łuny pałały żarem. Aż ukazał się rąbek 
złota świetny, bogaty w kolorycie. Boski Feb powstał z otchłani. Aureola 
promienista jego korony wznosiła się wyżej i wyżej, wyłaniając, jak z kąpieli, 
świetlisty majestat. Słońce wesołe, ogromne, ogniste, uśmiechnęło się do morza. 
Radość zakipiała dokoła. Roznosiły ją blask królewski i szum nurtów, 
rozbulgotanych weselnie. I mewy niepokalanie białe, kwilące nad kalejdoskopem 
morskich szyb. Tarcza słońca, wznosząc się w górę nieba, zostawiała po sobie 
smugi jasne, przeróżowione. Szły one w głębiny i nurzały się w nich, jak 
kamienie bezcenne, z gwiezdnych złożone atomów, które słońce spychało w dal. 
Pasma te i piętna opadały wolno, były w nich fiolety i czerwień przepyszna. 
Złudzenie optyczne, fascynujące. Andzia z zachwytem wpatrzyła się w zjawisko. 
Ujrzała nowe. Na smugach tych coś majaczy, postać, niby mgła w kształt ludzki 
utkana. Spływa do morza, zaraz zatonie... Co to jest?... Co? Dziewczyna stojąc 
wychyliła się zza balustrady, oczy wlepiła w zjawę, ręce kurczowo cisnęły 
żelazny pręt. ...Co to za postać w tych pyłach słonecznych? ...Czyja to twarz na 
piętnach liliowych? Spływa, spływa... Sylwetka znajoma, owal szczupły, jakiś 
trupi... Oczy patrzą martwe, zasnute. — ...Jaś!... To Jaś... Boże! Zakryła oczy 
i padła na krzesło przerażona. — Wyjadę stąd jak najprędzej — szepnęła 
zbielałymi wargami. Po ławicy piasku nadbrzeżnego, o który tłukły bałwany, 
Andzia chodziła podniecona i niespokojna. Nie bawiły ją dziś dzieci rybackie, 
otaczające z wrzaskiem, nawet para przyjaciół szczególnych; ośmioletnia Giania i 
sześcioletni Vittorio. Jedno i drugie, typowo włoskie "bambina", kudłate, czarne 
i brudne. Andzia nie przyniosła im dziś ciastek i bąki nadęły się. Łaziło to za 
nią, patrząc jej w oczy i bełkocąc po swojemu. Nie była usposobiona wesoło, 
natrętne smoluszki dokuczały jej. Poleciła im zbierać ładne kamyczki; podawały 
jej różne, jakie tylko znalazły, z zachwyconymi gestami. Gdy zaś ona 
niecierpliwie odrzucała je na ziemię, dzieci w tej chwili robiły pogardliwe 
wielce miny i jęły deptać te same kamyki, pluć na nie i wkopywać w piasek. 
Wyłowiły z fali butelkę zakorkowaną z resztką jakiegoś wina, pobiły się o nią i 
przyniosły Andzi do spróbowania, zachwalając przysmak z błyszczącymi oczkami. 
Ilustrowały swoje zadowolenie ruchem, widocznie międzynarodowym, gładząc się 
dłońmi po piersiach i mlaskając językiem. Wreszcie obrażone na nieprzyjęcie 
poczęstunku bambiny odeszły i zaczęły gonić za uciekającymi falami. Słońce 
grzało, dzień był jednym z tych, które nawet na Riwierze czarują. Gęste chmury, 
wędrujące podczas nocy, nie zostawiły śladu, tylko w duszy Handzi zasiały 
ziarenko niepokoju. Ono kiełkowało. Z ogródka ozdobnego, otaczającego willę, 
wyszedł Horski i zbliżył się do Tarłówny. — Pani tu, na takim upale? Ach, znowu 
mali lazzaroni! A to plaga! Pogroził im laską i tupnął nogą. Dzieciarnia 
rozprysła się. — Już nie przyjdą. Byłem w willi. Panna Niemojska powiedziała mi, 
że pani jesteś dziś cierpiąca. Czy to prawda? — Nic mi nie jest. Trochę gorąco. 
Mam pomysł. Pojedziemy łódką na morze. To panią orzeźwi. — Owszem. Dokąd? — Tak 
sobie, bez celu, na pełne morze. — To za daleko. — Co to szkodzi? Do wieczora 
wrócimy. — Zapomina pan o Linci. — Toteż Lincia zostanie w domu. Już jej to 
zapowiedziałem. — I... zgodziła się! — Ach! Gdyby panią porwali korsarze morscy, 
w tym jedynym wypadku panna Niemojska nie ratowałaby pani, za nic na świecie. 
Szczególna obawa morza. Proszę wziąć jakieś okrycie, ja się zajmę łódką. Czas 
jest niezwykły. Wkrótce potem odbili od brzegu. Lekka, ale silnie zbudowana 
łódź, pomalowana białą farbą, niosła ich zgrabnie po igrających w słońcu 
zapienionych grzbietach. Horski wiosłował. Andzia siedziała naprzeciw. Odpływali 
coraz dalej. Fale rosły, bałwany stawały się wyższe i zuchwalsze, pomimo pogody. 
Łódka skakała po nich jak rumak, to na szczyt wodnego wału, to znowu na dół. Hop 
do góry i w dół. Czasem piana plunęła na burty łodzi, lub nadbiegający bałwan 
groził zalaniem. Ale łódka bez ceremonii wspinała się na potwora, lekceważąc go 
sobie. Płynęła, jak biała mewa, figlując na zielono_błękitnej masie wód. Horski 
równo, rytmicznie popychał stateczek, nadając mu kierunek właściwy. Zamieniali z 
Andzią rzadko po parę słów. Ona była zatopiona w myślach, on nie przeszkadzał. 
Beaulieu zostało daleko za nimi. Ujrzeli w oddali potężne skały nadbrzeżne. 
Horski odpływał na większe fale. Najmniejszego wysiłku znać na nim nie było. — 
Widzę już, że pan wiosłowałby do Genui. Nic się pan nie męczy. — Kobieta zaraz 
przesadzi. Mogę dowieźć panią do Cap Martin, ale nawet do Bordighery już się nie 
podejmuję. Znam swoje siły. Wiosłowałem dużo na kanale La Manche i nawet na 
Oceanie Atlantyckim. Jestem wytrenowany. Andzia spojrzała na niego uważnie. — 
Czy pan się czegoś obawia? Słaby uśmiech rozjaśnił jego chłodną twarz. — Owszem, 
jest coś, przed czym uczuwam paniczny lęk. — Na przykład? — Żaba. — Taki rycerz 
z pana! Do żaby ma pan wstręt, ale ja chcę wiedzieć, czego się pan naprawdę 
obawia? — Prócz zimnej, miękkiej, potwornej żaby niczego więcej. — A gdyby teraz 
zerwała się burza? — Burza na Śródziemnym nic strasznego; skakalibyśmy po 
bałwanach nieco wyżej i pani mogłaby dostać choroby morskiej, co estetyczne nie 
jest. — Moglibyśmy utonąć równie dobrze. — Cóż to szkodzi? Ryby, kraby różne 
zjadłyby nas na kolację i nie mielibyśmy brzydkiej perspektywy rozkładu. Ale nie 
utoniemy, bo ja nie chcę. NIe dokończyłem jeszcze mego zadania na ziemi. — 
Jakież to zadanie? — Wyratować panią z niewoli babilońskiej, która jej grozi. — 
Tyle razy pana prosiłam, żeby o tym nie mówić. — Jedną z moich wad kardynalnych 
jest nieposłuszeństwo. Panią zaś postanowiłem ocalić od tego jarzma 
obowiązkowego i... ocalę. — Nie, proszę pana o to i nie skarżę się przed nim. — 
Oho, no, niekonieczne są słowa. Zaprzeczyć mi jednakże pani nie potrafi. Andzia 
milczała. — Hm, to ciekawe! W ogóle na świecie utarło się przekonanie, że trzeba 
unikać nieszczęścia, pani, przecząc tej teorii, stanowi wyjątek. Tarłówna 
spojrzała na niego z wymówką. Ile razy zostawali we dwoje z Horskim, zawsze 
poruszał ten sam temat. Czasem ją to gniewało, czasem sprawiało jej ukrytą 
przyjemność, że jednak ktoś ją rozumie, odczuwa i chce ją wyzwolić z narzuconych 
jej zobowiązań. Horski okazywał jej wiele życzliwości, wierzyła mu szczerze i 
wiedziała, że dobrze radzi, namawiając ją do zerwania z Janem. Ale ani przez 
chwilę nie zabłąkała się w jej mózgu myśl usłuchania go. Zresztą już za późno, 
wyjazd postanowiła za parę dni. ...Trzeba mu to powiedzieć. A jednak szkoda 
opuszczać ten kraj cudowny, szkoda... Horskiego. Irytował ją czasem, lecz stał 
się konieczny. — To ostatnia nasza wycieczka — rzekła z udaną swobodą. — W 
piątek wyjeżdżam. Horski ani drgnął. — Wiem o tym... projekcie od panny 
Niemojskiej. — To nie projekt, ale prawda. Oskar wskazał jej wiosłem 
nadpływający z daleka statek. — Oto jedno z moich bóstw. Widzi pani? Pancernik 
bojowy eskadry francuskiej "La Republique". Olbrzymi gmach! Jak potężnie miażdży 
bałwany przed sobą. Co za kolosalne kominy, reje, a paszcze armat, widzi 
pani?... Jaki ryk złowrogi. Oto jest siła imponująca! Dąży do Villefranche, jak 
Bóg morza. Zawróćmy i płyńmy za nim do portu; mam tam stosunki, pozwolą nam 
zwiedzić pancernik wewnątrz. Bardzo ciekawe. Chce pani? — Wszystko mi jedno — 
odparła opryskliwie. Dotknęła ją nieprzyjemnie obojętność Horskiego co do jej 
wyjazdu. Nie ukrywała złego humoru. Poczuła wilgoć w oczach, paliły ją źrenice. 
...Tak przykro, tak przykro... Dla nikogo nie istnieje w życiu, prócz Jana... 
Pojedzie stąd, zapomną, że była. Nawet ten chłodny Anglik zdawał się być 
przyjacielskim sympatykiem, ale cóż go ona obchodzi, gdy już jej tu nie stanie? 
Spoglądała na rozhuśtaną toń pod sobą mrugając prędko powiekami, aby nie 
wypuścić wzbierających łez. Powrót do kraju... Jan, spotkanie Kościeszy — 
wszystko to jak straszne widma stały przed nią, przerażając. Zielone skręty wody 
podnosiły się ku niej, wypukłe, pieniste i słoną rosę pryskały na jej twarz. 
Przebiegła myśl niesłychanie ponętna, jakby już znajoma, aby jednym susem 
skoczyć w te zielone odmęty. Zamknie się za nią świat cały, znikną obawy, 
pierzchną smutki. Wszystko będzie tak jak dziś, tylko już bez niej, bez niej. 
Popłynie jej ciało ku tajemniczym misteriom dna i legnie wolne od zmęczonego 
ducha, ocalone od ziemskiej niedoli. ...Ryby, kraby różne będą miały kolację, 
mówił Horski... Wzdrygnęła się. Podniosła oczy na swego towarzysza. Patrzył na 
nią spod zasuniętych powiek. Szarozielonkawe oczy, jak fale, które kusiły ją w 
swe zimne objęcia. Czego on tak patrzy? — Nie pojedziemy dziś do Villefranche. 
Panna Niemojska miała rację; pani jest cierpiąca, nie fizycznie, lecz duchowo. 
Każda choroba miewa przesilenie, pani przechodzi je obecnie. Rezultat powinien 
być wyborny. Andzię ogarnęła żądza jątrzenia samej siebie. Zaśmiała się dziko, 
nienaturalnie. — Rezultatem będzie przyspieszony powrót do kraju i... ślub. — 
Przeciwnie! Zerwie pani ze Smoczyńskim i pozostanie tu jeszcze. — Pan mi 
dyktuje, co mam robić? A, to rzeczywiście oryginalne!... Ha, ha, ha! — Nic 
nadzwyczajnego. Gdyby pani była dla mnie zupełnie obojętna, zachowywałbym się 
inaczej. Ale ja chcę mieć panią dla siebie, zatem nie dopuszczę do ślubu ze 
Smoczyńskim. Zwróci mu pani słowo jak najprędzej. Andzia nie zrozumiała 
dokładnie jego intencji. — Złamać przysięgę, unieszczęśliwić tamtego, zostać tu 
— wszystko dla dogodzenia pańskiej fantazji?... Tak? Dlatego, żeby pan miał z 
kim odbywać wycieczki po morzu? — NIe dla fantazji, ale dla moich pragnień. Pani 
zerwie z tamtym, bo to niedorzeczność i... zostanie moją. Nie do wycieczek 
morskich i lądowych, ale moją w całym tego słowa znaczeniu. — Pan jest chyba 
nieprzytomny?! — zawołała głucho, czując, że serce i wszystkie jej odczucia 
zastygły nagle, jakby przestały żyć. Czy już skoczyła w zielone fale? Czy objęły 
ją chłodne, a jednak palące ognie, niezgłębione otchłanie wód? Nie, bo oto znowu 
jego głos: — Nigdy nie bywam nieprzytomny, okrzyk pani zadziwił mnie. Powtarzam, 
że pragnę mieć panią za żonę. Czy to jest coś tak bardzo nieprawdopodobnego? 
Tarłówna źrenice szeroko otwarte wlepiła w jego twarz, jak zawsze spokojną, 
poważną, którą rozjaśniał teraz lekki uśmiech na ustach, trochę drwiący, czy 
może zmysłowy? Nie było na nim znać ani wzruszenia, ani zakłopotania. — Och, no! 
Patrzy pani na mnie z takim wyrazem, że gdybym był mniej zrównoważony i... pewny 
siebie, mógłbym sam wątpić w trzeźwość mego umysłu. Obecnie żądanie moje: mieć 
panią dla siebie, zdobyć ją. Jest to żądanie silne niezmiernie. Proszę wierzyć, 
panno Anno. Ostatnie słowa wypowiedział miękko i łagodnie, zamigotał mu w oczach 
cieplejszy promień, na twarzy drgnęły muskuły. Andzia była wciąż ogłuszona. Nie 
mogła przyjść do siebie. Spodziewałaby się prędzej wszelkich ewentualności, niż 
takiej sytuacji. On nie spuszczał z niej oczu. — Nadużyłem niesłychanie zaufania 
pani. Co?... Nie tylko, że uwielbiam ją od dawna, ale chcę być mężem. Hm!... — 
Nigdy bym nie przeczuła, że pan?... — Że się stanę epuzerem. Co? Ja sam jestem 
zdumiony tym objawem. — Że pan o mnie... wiedząc wszakże... — O panu 
Smoczyńskim? Że się odważyłem z nim rywalizować? Nic prostszego. Widziałem 
wybornie, z jakimi uczuciami patrzyła pani w perspektywę tego związku. Wysoki 
altruizm pani, lub też chwilowa abnegacja życia, wywołana wypadkami poprzednimi, 
sprawiła, że przy łożu tej... ciotki, wydała pani na siebie wyrok, tyczący się 
całej przyszłości i to tylko par m~egarde (fr. — przez nieuwagę). Nikt nie 
myślał, aby sprostować ten nieuważny krok. Pani tym bardziej. Brnęła z rozpaczą 
w duszy, lecz bez instynktu samoobrony. Nawet instynkt budził się, ale zawsze 
zabijało go drakońskie prawo pod nazwą "Muszę". Ta przysięga złożona przed 
ołtarzem konającej, zatem wątpliwe, czy zupełnie poczytalnej ciotki. I 
zabrnęłaby pani. Pan Smoczyński nie dałby jej rozgrzeszenia. W takim razie 
szlachetne kapłaństwo idzie na bok. Przeważa własny egoizm. — Jan kocha mnie... 
bardzo i nie wie o... moich walkach — szepnęła. — Powinien wiedzieć. Wie na 
pewno. Pani nie jest obłudna. On tylko nie reaguje na to. Ja mu się nawet nie 
dziwię, sam nie byłbym lepszy. — A jednak pomimo to... — zawahała się. — Kopię 
pod nim dołki? Tak?... To rzecz ludzka, zresztą pogrążając jego chcę ratować 
panią i uszczęśliwić siebie. Mieliście oboje runąć w przepaść, ale ja pani nie 
puszczę. Egoizm mój w tym wypadku lepszy jest od najwznioślejszego altruizmu 
pani przy łożu ciotki. Nie mam żadnych skrupułów wobec pana Smoczyńskiego, bo i 
on na moim miejscu zrobiłby to samo. — Nie, on by tego nie zrobił. — Więc 
poświęciłby panią dwukrotnie. Przez jakieś niewytłumaczone wątpliwości sumienia, 
pchnąłby panią na całopalną ofiarę i zadał gwałt własnym pragnieniom posiadania 
dla siebie... To absurd! Nie można być plus Pape que le Pape (fr. — bardziej 
papieski od papieża), bo najwięcej uduchowiony i wyczulony w rzeczach sumienia 
klerykał jeszcze by tego nie potrafił. Jeśli chodzi zaś o mnie, walczyłbym o 
panią nawet wtedy, gdyby pani kochała Smoczyńskiego. Czy taka batalia byłaby 
wygrana, to inna rzecz, ale starałbym się o szanse pierwszorzędne nie myśląc o 
kapitulacji. Andzia patrzyła na niego w ciągłym zdumieniu. Zaimponował jej 
znowu. Jan ze swoją miłością i marzeniami w listach wydał jej się mdłym 
mazgajem. Długi moment Andzia i Horski badali się wzajemnie oczami. Wreszcie ona 
opuściła rzęsy wolno, wolno. Ogarnęła ją niewypowiedziana trwoga i męka. Nagle 
myśl wyłowiła z pamięci i nasunęła jej określenie Horskiego przez Nordicę... 
"Głowonóg"... "Trudno mu się oprzeć, gdy już zarzuci macki". Oto jedna macka 
dosięgła już jej i owija... owija. Co za lęk niezwykły. — Wracajmy do domu! — 
zawołała. — Pani ma rzęsy zupełnie bajeczne i przedziwnie umie pani nimi władać. 
Gdy je pani spuszcza tak jak teraz — per Bacco! Diabli biorą człowieka. Jakaż 
miłosierna fala, że do tej pory nie toniemy. Przyznaję, że nawet przy mojej 
zimnej krwi zapomniałem o wiosłach. — Niech pan zawróci zaraz. — Jak pani każe. 
Odpłynęliśmy bardzo daleko od lądu i... trochę pomijamy właściwą treść naszej 
rozmowy. Tarłówna nic nie odrzekła. Płynęli długo w milczeniu, on borykał się ze 
zwiększonymi bałwanami, które podrzucały łódź do góry, biły w jej burty, 
pochylając niekiedy gwałtownie. Andzia zapatrzona w morze nie czuła kołysania, 
nie widziała podniesionych fal. W umyśle jej panował gorszy chaos, huczała burza 
uczuć, wrażeń. Fala za falą, fala za falą uderzały w mózg, oblewając go jedynym 
odmętem skłębionych z sobą myśli. Dobijali do brzegu, gdy Horski spytał: — Panno 
Anno, czy przekonałem panią? — O czym? — spytała odruchowo. — Że zerwanie ze 
Smoczyńskim jest konieczne? — Niech mnie pan nie dręczy! — I... że nie ma 
najmniejszych przeszkód, aby pani została moją żoną? Andzia nie odpowiedziała. 
Podbiegł rybak i zgraja dzieciaków. Słońce zachodziło krwawym pożarem, czyniąc 
morze rozlaną purpurą, piasek złotem, cyprysy ogrodu czarnymi jak kir kolumnami. 
Horski wysiadł i podał rękę Andzi. Zaczęła iść prędko w stronę willi, jakby 
uciekała. Ale on się z nią zrównał. Odgrodzony od ławicy piaszczystej żelazną 
sztachetą i krzewami caprifolium, cały czerwony jak demon w ogniu zachodu, 
zatrzymał ją pod cyprysem. Ujął jej rękę i ucałował. Nabrzmiałym jakimś głosem 
rzekł stanowczo:_ — Napisze pani dziś do Smoczyńskiego. Ja zaś jutro przyjdę po 
odpowiedź, której jeszcze nie otrzymałem. — Panie Horski... — Tak trzeba, droga 
pani, tak trzeba. Tarłówna szarpnęła się. Wtem usłyszeli ryk samochodu. Tuż obok 
nich, na ogrodowym podjeździe willi przemknął samochód Nordiców. Siedziała w nim 
tylko Lora. Dojrzała ich i machnęła na nich ręką. Andzia doznała wrażenia, że 
ktoś ją drasnął w serce. Pobiegła prędko, Horski podążył za nią. Samochód stanął 
przed willą, Lora wyskoczyła. Była blada, widocznie poruszona, w ręku trzymała 
zmięty papier. — No i wyobraź sobie, Andziu, co ten dureń zrobił? Ten 
hipochondryk! — Kto taki? — Jaś. Oto telegram. Otrzymałam przed kwadransem. 
Rozwinęła papier i podała zdrętwiałej Andzi. ... "Jan nie żyje, samobójstwo pod 
pociągiem w Wilczarach"... Jęk zamarł na ustach Andzi. Z bezwładnych jej rąk 
papier upadł na ziemię. XIII Na rozstaju Osłupienie Tarłówny trwało krótko. 
Przeważał szczery, braterski żal za Jasiem. Andzia płakała gorzko, ale tylko tak 
jak płacze siostra po zmarłym bracie. Bojąc się instynktownie, by nie posądzono 
jej o komedię, odeszła do swego pokoju, wlokąc nogi, niby kłody. Wieść żałobna 
przywaliła ją nowym ciosem. Gdybyż własna śmierć, ale samobójstwo! Więc jedynie 
z jej powodu? Inny niemożliwy. Odgadł ją, przeczuł i nie zniósł tej pewności. 
Zawodu mu nie zrobiła, nie łudziła go nigdy, nie obiecywała mu gorących uczuć. 
Lecz i teraz nie wyznała mu całej prawdy. NIe kusiła, ale i nie odpychała 
brutalnie. Skąd przyszło nań objawienie? Czy list ostatni? Wszakże nic nie było 
w nim. Pisała oględnie, ranić go nie chciała i nie mogła. Kłamać, kazić własne 
uczucia obłudą? Tego już nie potrafiła. Za dużo od niej wymagał, za dużo. 
Decydowała się iść z nim na całe życie, nie kochając... To dosyć, Jasiu, dosyć! 
Ale on poświęcił własne życie dla niej! ...Czy dla niej istotnie? Aby zwolnić ją 
od zobowiązań, których ona by nie zerwała nigdy? Znał ją i mógł być pewny. 
...Czy tylko wiedziony rozpaczą, że nie zdołał wzbudzić w niej wzajemności? 
...Uwolnił ją oto... Straszliwym rozmachem przekreślił czarną kartę jej 
przyszłości z nim, rozszarpał ją. Nie spodziewała się tego po nim. ...To samo by 
nastąpiło, gdyby mu odmówiła kategorycznie, gdyby mu wyznała prawdę. Więc aż tak 
ją kochał, że nie było dla niego ratunku? Mówił jej to w Warszawie, gdy 
odjeżdżała na południe: "Gdybym przeczuł, że cię stracę, już bym nie żył". 
Uważała to za egzaltację, za ślamazarność Jana. A oto groźbę spełnił... Czyż jej 
list miałby być powodem? ...Nigdy! Nie robiła go sztucznie, nie sklejała zdań 
dyplomatycznie, pisząc odruchowo, ale z męką, z pogwałceniem najświętszych 
uczuć, gdy nadmieniła o ślubie. Może to odbiło się w tonie listu? — Nie! Mój 
list nie był głównym powodem — zawołała głośno z przekonaniem. Myśl ponura 
nasunęła się czarną chmurą... ...Kościesza! Przerażenie skuło serce... ...Znowu 
Kościesza? Wampir? ...Czy ożył Chwedźko? Ludzki płaz? Wichrem pędziły czarne 
mgławice do mózgu Andzi. ...Zgon Andrzeja... ruiny... zwłoki Chwedźka pod 
jodłą... Oblewał ją lodowy dreszcz. ...Nie! Teraz samobójstwo, pod kołami 
pociągu w Wilczarach. ...Dlaczego w Wilczarach? Czy samobójca wybiera miejsce 
swego zgonu? ...Może to był jakiś wypadek. ...Znowu wypadek? Jak w Temnym 
Hradzie? ...Ale czemuż, czemuż Wilczary? Gdyby nawet samobójstwo wyrozumowane, 
sposób obmyślony z góry, na trzeźwo... to... bliżej był nasyp kolejowy, bliższa 
stacja... Czemuż właśnie Wilczary? Wśród czarnych zwałów myślowych zamigotał 
wężowym skrętem, jak zygzak piorunu, obraz sprzed siedmiu lat. Szyny pełznące w 
dal po żółtym nasypie, sągi drzewa, krzywa, płacząca, wielka brzoza... Obraz 
nabiera plastyki... Ona... Andzia pada na żwir w szynelu uczniowskim Jasia... 
Pociąg, czerwone latarnie... Szyny dzwonią jak nożyce na stole, gdy się weń 
pięścią wali — tak wtedy myślała. Co za plastyka wspomnienia! Huk, tłok, gorąco, 
ciężar... Lokomotywa... Potem: tratata... ta, trata... ta... Wagony... Tarłówna 
zatrzęsła się ze zgrozy. Powróciły odczucia z siłą niebywałą i pewność prawie 
jasnowidząca: Jan zginął tylko tam. Jeśli w Wilczarach, to tam... pod brzozą. 
Załamała ręce, łzy strumieniem popłynęły po policzkach bladych. ...Jestem 
nieszczęsna... Fatum dosięga każdego, kto ze mną swój los skojarzy. Rozsiewam 
niedolę. Gorzej: noszę w sobie śmierć. Ukryła twarz w dłoniach i płakała cicho, 
rada, że jej nikt nie widzi i nie słyszy. Teraz Jan był dla niej znowu bratem, 
kuzynem, dawnym Jasiem. Czuje to wyraźnie i płacze po nim jak siostra. Może Lora 
i Ewelina nie zrozumiałyby tego, może jej żal wzięłyby za przewrotność, za 
komedię? Wiedziały wszakże, jak była usposobiona do Jana jako narzeczonego. ...A 
teraz tak rzewnie płacze? ...Ależ zabrała mu życie. On zginął przez nią. Jeśli 
pod tą brzozą, to tylko przez nią. A zatem? Czy śmiałyby posądzać ją o fałsz? 
...Ona i... Horski. Gwałtownie oderwała ręce od mokrej twarzy. Podniosła głowę. 
...Horski! Zwichrzyło się w umyśle Andzi. Scena w łodzi, pod cyprysem, jego 
słowa, jego nakaz... Oczy półprzymknięte, magnetyzujące... Czerwony w ogniu 
zachodu, straszny, potężny...! Jaki dziwny głos: "pani napisze dziś do 
Smoczyńskiego, ja zaś przyjdę jutro po odpowiedź, której nie otrzymałem". ...Czy 
to nie sen? Czy ta scena była rzeczywiście... To i tamto razem w jednej minucie 
— jego słowa i ten telegram? Czy to, co się stało w Wilczarach, to sugestia jego 
woli? Fluid jego magnetyzujących oczu? Zastukano do drzwi, jednocześnie weszła 
Lora. Spojrzała bystro na Tarłównę. — Płaczesz? No, to już nic nie pomoże. Ja 
się tylko lituję nad tym mizerakiem. Pieszczoszek nieboszczki mamy, maminsynek, 
in summarum osioł... — Mogłabyś Loro zaniechać epitetów — rzekła Andzia ostro. 
Pani Nordicowa chodziła nerwowo po pokoju. — Powtarzam, że trzeba być osłem, 
żeby zrobić coś podobnego w jego warunkach. Miał się z tobą żenić, czyli byłby 
człowiekiem bardzo bogatym... — Ach, Loro, ty zawsze to samo. — To jest podstawa 
życia. Ale temu rozbeczanemu idealiście chciało się gwałtem, abyś go kochała i 
to może tak, jak... Olelkowicza. Wiecznie się wszystko rozbija o te głupie 
amory. Że ci się życie nie uśmiechało z takim Jasiem, zupełnie rozumiem. 
Wystarczyłoby, gdyby on był inny. Gdyby on cię potrafił zająć sobą, wziąć twoją 
istotę w silne okowy własnych pragnień, zamiast żebrać o miłość, jak dziad pod 
kościołem o grosz, byłabyś jego bez wielkich sentymentów. Tego on nie umiał. 
Najzacniejszy mazgaj. Kobiecie to nie imponuje, ona woli czasem mniej zacnego 
demona. Gdyby Jaś był takim Horskim, na przykład, miałby już ciebie dawno. 
Andzia poczerwieniała gwałtownie i odwróciła twarz, aby Lora tego nie 
dostrzegła. — Najszlachetniejsza natura, tylko... ja go nie kochałam nigdy. 
Przywiązanie braterskie to za mało — szepnęła Anna. — Ale i ty także gonisz za 
jakąś mrzonką, której normalny człowiek powinien unikać. — Pozwól Loro każdemu 
mieć własną duszę i własne odczucia. — Owszem, owszem! Daleko zajedzie każdy na 
takich motorach życiowych! Jasia popchnęły one pod koła lokomotywy. Chociaż może 
nie tylko one? Tarłówna spojrzała na nią ciekawie. — Przeczuwam tu rękę 
Kościeszy. — Loro, zmiłuj się! Co też ty mówisz?... Uderzyła Andzię tożsamość 
myśli Lory z jej myślami. Nordicowa stanęła przed nią. — Już ty przynajmniej nie 
masz prawa bronić ojczymka. Nie twierdzę, że bezpośrednio, ale Kościesza w tym 
tkwi. Jan czekałby na ciebie długo i cierpliwie. Zresztą ślub podobno miał się 
odbyć na wiosnę. Samobójstwo nie jest wytłumaczone. Coś zaszło, czego nie wiemy, 
ale co Jasia wytrąciło z równowagi? Musiał być nie bardzo przytomny, inaczej by 
się na to nie zdobył. Ja go znam. Andzia powstała żywo. — Dziś w nocy wyjeżdżamy 
z Eweliną. Czy i ty Loro? Kiedy pogrzeb? — W czwartek rano, nie zdążycie w 
żadnym razie. Dziś jest wtorek i wieczór. Właściwie nie ma po co jechać. — Gdzie 
telegram? — Jest u Horskiego. Chodźmy, przeczytasz, boś go zdaje się nie 
dokończyła. — NIe... tam nie pójdę. Andzia zadrżała na myśl spotkania Horskiego. 
Oskar nie mógł się jej doczekać i opuścił willę. Panna Niemojska poinformowała 
go, że Andzia postanowiła wyjechać rannym pociągiem. Odchodząc z willi, Horski 
myślał: — Hm! Zadziwiający zbieg okoliczności. Młodzieniec przeczuł moje 
intencje. Sam ustąpił. Bardzo grzecznie z jego strony. Śliczna Anni moja! 
Nieprędko zdecydowałaby się posłać mu kosza, albo wcale nie. Och, no, zmusiłbym 
ją do tego, zbyt ponętna i zbyt cenna... Zaczynałem wierzyć, że ta ciotka była 
jakąś kapłanką czarnoksięstwa i rzuciła zaklęcie na moją Anni. Phi, na nic takie 
czary!... Nie pojedziesz tam, Handziu, nie ma celu i ja nie chcę... Kościesza 
coś węszy... Tak ją wzywa nagląco... To jakiś barbarus... Och! Nie obawiam się 
go. Teraz już — nous faisons l'histoire (fr. — My tworzymy historię)!... 
Ironiczny uśmieszek drgnął mu na ustach. W przedziale wagonowym, przy oknie, 
Tarłówna siedziała smutna, wycieńczona drugą nie przespaną nocą. Czytała 
telegram. Naprzeciw Horski, pochylony ku niej, mówił: — Zdaje się wyraźnie: 
czwartek rano, czyli jutro, ptak by nie zdążył przebyć taki dystans. NIe 
rozumiem celu wzywania pani? Pan Kościesza mógł obliczyć czas podróży. Ten 
szczegół depeszy zastanawia. "Pogrzeb czwartek..." no tak, ale: "przyjeżdżać 
koniecznie, jak najprędzej, do Turzerogów, nie zwlekać. Kościesza". Dlaczego 
panią tak gwałtownie wzywają? Gdyby panią Lorę, nie dziwiłbym się, może jakieś 
sprawy majątkowe. Ale panią? — Po prostu pan Kościesza korzysta z okoliczności i 
chce przyspieszyć powrót Andzi — rzekła Ewelina. Tarłówna zamyśliła się. 
Telegram ten robił na niej wrażenie białych oczu Kościeszy: jego tępa, 
kwadratowa głowa leżała, zda się, na papierze i groziła Andzi. Przeszył ją 
okrutny ból i strach, że znowu wraca do ponurych, znienawidzonych kątów w 
Turzerogach. Po co tam jechać, skoro na pogrzeb nie zdąży? Po co ją wzywają? Ból 
potęgował się w duszy Andzi. Patrzyła na morze przez okno wagonu i ogarniał ją 
niewypowiedziany żal. Zniknie morze, opuszcza je, by dążyć w północne chmury. 
Tak tu było dobrze, szczególnie w Beaulieu. Noc na balkonie nad morzem... Jan 
wtedy właśnie rzucił się pod pociąg. Wywnioskowała to z daty depeszy. O świcie 
widziała wizję jego na pasmach słonecznych. Pociąg z hukiem zatrzymał się na 
stacji Monaco. Dziewczyna stanęła w oknie, Horski za nią. ...Jeszcze tylko jedna 
stacja krótka i pożegna wszystkie dobrze znajome miejsca. Zaraz, już zaraz. 
Spoglądała na mrowisko domów, na kondygnacje dachów niższe i wyższe i czekała. 
Otworzy się jeszcze cudna perspektywa z wiaduktu na Monaco, port, bulwar 
Condamine i morze. Pociąg popędził naprzód. — Wjeżdżamy na wiadukt nad 
S._Devote. Słyszy pani? Dzwonią w kościółku pod nami. — Na ranną mszę — dodała 
panna Ewelina. Andzia podbiegła do przeciwległego okna i spojrzała w dół. 
Jednocześnie dostrzegła, że na skale, nad kościółkiem siedzi grupka chłopców i 
wymachuje do pociągu kwitnącymi gałązkami różowych migdałów. Pociąg wpadł w 
tunel pod hotelami, pocztą i częścią tarasów. Horski przysunął się blisko do 
Andzi, szepnął cicho: — Widziała pani chłopców na skale? Machali na panią 
kwiatami, abyś została. Pociąg wybiegł z tunelu i co tchu pędził po nasypie, tuż 
przy falach. ...Morze... Monaco... Ach! Jaka szkoda, jaki żal!... Jeszcze parę 
minut, pociąg stanął na stacji Monte Carlo. — O, jest pani Lora — rzekł Horski. 
— Odprowadzam was do Vintimille — mówiła Lora, całując Andzię. — Więc nie 
jedziesz tam? — Po co? Dziwię się, że ty jedziesz znowu w szpony Kościeszy! — Ja 
jej to samo mówię, ale cóż z uporem robić? — dodała panna Ewelina. — Na wszelki 
wypadek, gdyby ci KOściesza zbytnio dokuczył, przyjeżdżaj do mnie, Handziu, i 
pani także. Zrobicie mi wielką przyjemność. Roberta się nie obawiaj, dałaś mu 
dobrą nauczkę. Zaakcentowałaś styl Polek. Wyjechał na długo. Mnie się zdaje, 
Handziula, że ty się jeszcze rozmyślisz i wrócisz z drogi. — O, nie. MOżesz od 
razu telegrafować do Kościeszy, że już jadę do Turzerogów. — Szkoda. 
Pojechałybyśmy razem na lato do Ostendy. Patrzcie, patrzcie na te Niemki. Dwie 
kobiety, stara i młoda, ładowały się do wagonu z wielkim trudem. Panna w gumowym 
płaszczu, tęga, czerwona, z wydatnymi kośćmi policzkowymi, dźwigała przed sobą 
pudło łubiane potężnych rozmiarów. Konduktor nie chciał tej machiny ulokować na 
siatce w przedziale. Niemka zrezygnowana, ze zmartwieniem w niebieskich 
porcelanowych oczach, stała w korytarzu ze swym bagażem, zwracając się od czasu 
do czasu do swej "mamy" siedzącej w przedziale. Horski, oparty na lasce, 
przyglądał się pannie. — Hm! Rzeczywiście; córka słoń, a matka żyrafa. Papa musi 
być co najmniej turem. Ciekawe rozmiary tego kapelusza... Pewno zdrowy okaz 
germańskiego gustu. Ale sądząc z zaaferowania mamy i córeczki, przyjeżdżały na 
pewno specjalnie do Monte po ten sprawunek z jakiejś tam Szwabii. — Już je pan 
wziął na język — rzekła Lora. — Och, bo to taka czysto niemiecka rasa. Nie lubię 
kobiet mamutów. Już jedziemy. — A pan dokąd odprowadza nasze panie? — No, choćby 
do Warszawy. — Tylko? Myślałam, że dalej — śmiała się Lora. Andzia była 
zaniepokojona. Gdy pociąg ruszył, usiadła w kąciku, patrząc na morze. Śliczne 
dziś było. Zielone, pieniste, błękitne w oddali, usiane migotliwą łuską. 
Zatonęła w falach oczami, duszą, tęsknotą swoją. Czasem budziło się w niej nagłe 
pytanie: — Dokąd Horski jedzie i po co? — Czasem ujrzała w wyobraźni twarz Jasia 
na stacji w Warszawie, wzniesioną ku niej, gdy stała już w wagonie i ekspres 
ruszał. A teraz... Wizja zmarłego Jana. Już go nie zobaczy nigdy... I znowu 
morze, morze. Andzia słyszała, że Lora się radzi Horskiego, jak załatwić 
sprzedaż Smoczewa i czy koniecznie trzeba, aby sama tam była obecna. Ten 
pośpiech wykorzystania spadku po bracie oburzył Andzię, ale nic nie mówiła. 
Przemilczała tak aż do Vintimille. Lora pożegnała się z Andzią, Horski został. — 
Znowu jesteśmy tu razem — rzekł do Anny już w przedziale. Wtem oboje odwrócili 
głowy. — Boooże! Okrzyk ten wydobył się z ust olbrzymiej damy spoconej i 
należycie wymiętoszonej przez tłum, wałkujący ją od sal rewizyjnych aż do 
wagonu. Gdy wtłoczyła się nareszcie do przedziału, zajmując sobą prawie cały 
otwór drzwi, ujrzawszy tylko trzy osoby w dużym wagonie, miała zapewne wrażenie, 
że dostała się do nieba. Półobłąkanym wzrokiem popatrzyła na Andzię i Horskiego. 
— Boże! Toż eto dzicz... Ta publika... Te francużany. Oskar zaśmiał się. — Tak, 
tak. Pani myślała, że tylko w Rosji? Dlaczego tłum w Vintimille miałby być 
lepszy? Zresztą Francja będąc w przyjaźni z Rosją chciała zapewne na swej 
granicy ugościć panią obyczajami, do których jest przyzwyczajona. Bardzo 
uprzejmie ze strony Francuzów. Trzeba to cenić. — Eto użas! Eto użas! — 
powtarzała Rosjanka, ocierając pot z twarzy. Z hałasem zaczęła się lokować w 
drugim przedziale ogólnego wagonu. — Od Mediolanu biorę osobne coup~e (fr. — 
przedział). Niepodobieństwo jeździć tak en masse (fr. — w masie, w tłumie) — 
rzekł Horski. — Dokąd on jedzie? — myślała Andzia. NIe chciała go o to pytać, 
ale zwierzyła swój kłopot towarzyszce. — Myślisz, że on powie? Ani trochę. 
Pytałam go już. Coś mruknął i basta. Panna Ewelina lubiła Horskiego, nic nie 
mając przeciw temu, że jedzie razem. On nie narzucał się. Trochę rozmawiał, 
głównie z Niemojską, czytał dzienniki, spacerował po stachach. Namawiał panie, 
aby poszły z nim do wagonu restauracyjnego, a gdy Andzia odmówiła, polecił 
przynieść obiad do przedziału. Dbał o wszystko, czuwał nad Andzią nieustannie. 
Gdy zbliżali się do Genui, na którejś stacji wysiadł i powrócił z pękiem 
różowych anemonów, które złożył na kolanach Tarłówny. — Pożegnanie Riwiery — 
rzekł z uśmiechem. — Bardzo dystyngowany człowiek — myślała panna Ewelina. 
Tymczasem Horski wdał się w rozmowę z dobroduszną jejmością, która zaczepiała 
go, ciągle wyrzekając na Francję i Włochy, i żaląc się, że przez miesiąc 
bytności w Nicei wydała więcej pieniędzy, niż jej syn, zjeździwszy całą Rosję, 
Syberię, a nawet Mandżurię. — Bo synek w swych podróżach nie spotykał ruletki. 
Pani zaś pewno się z nią przyjaźniła? — Bożeż ty mój! I razu nie igrała. — Więc 
panią okradali. Okazało się, że i to nie. Horski wzruszył ramionami. Na jakiejś 
stacji, przechadzając się koło wagonu spostrzegł, że dama kupuje banany od 
małego chłopca, Włocha; przekupień zażądał dwa franki, dostał złotego luidora. 
Horski zatrzymał za kark uciekającego ze zdobyczą łobuza, kazał oddać monetę 
Rosjance i sprostował omyłkę. Zapewniał zdumioną jejmość, że i tak przepłaciła 
za banany. Gdy powrócił do wagonu, dama rzuciła mu się prawie w objęcia. — Ach, 
dusza moja. Toż eti Francuzy i Italiancy ciełyj czas mienia tak naduwali. Boże! 
Nagle spostrzegła, że wszystkie banany są wewnątrz popsute. Zaczęła wykrzykiwać 
z oburzeniem i w pasji ciskała banany przez okno na uciekających przekupniów, 
podczas gdy pociąg już był w biegu. Horski rozbawiony ostrzegał, że ją 
zaaresztują, bo zgniłe owoce klapały na platformę i plecy przechodniów. Potem 
uczył ją znaczenia monet francuskich i włoskich. Dama zwróciła się do Andzi. 
Twarz miała szczerze zachwyconą. — Ot! Jewo nikto nie nadujet. Wasz żenich 
maładiec! Bożeż mój! A samoj tu by~t nieszczastnoj żenszczynie... — Ta pani 
bierze was za narzeczonych — zaśmiała się Ewelina. — Jednakże w tym wypadku baba 
ma spryt — dodał w myśli Horski. Andzia milczała. W oczach jej stała ciągle 
wizja bladej, trupiej twarzy Jana. Dojeżdżając do Genui nie mogła się oderwać od 
widoku morza. Łowiła uszami szum fal uderzających o brzegi, z bezmierną tęsknotą 
bujała wzrokiem po malachitowej roztoczy. Żegnała morze z dziwnym dreszczem 
serca. Przemawiało ono do niej tajemniczo. Wołały głębie, czuła, że jej coś 
wróżą, że się coś spełni, czego ona jeszcze nie przeczuwa, lecz morze o tym wie. 
Gdy pociąg wpadł w zabudowania stacyjne, morze przeświecało jeszcze 
gdzieniegdzie przez wąskie wyloty ulic i przez luki pomiędzy domami. Już nie 
pełnia wód, ale port zastawiony statkami. Andzia odstąpiła od okna, blada z 
wrażenia niesłychanie przykrego. Morze ją denerwowało. Za Genuą ożywiła się 
znacznie. Pod Mediolanem zaciekawiał ją krajobraz podobny do częstych widoków w 
Królestwie Polskim. Obszerne, płaskie pola, łąki zielone, obramowane równymi 
szpalerami drzew, które przypominały wierzby i olszyny. Ładnie zabudowane wioski 
i miasteczka, gdzie widać było całe grzędy suszącej się na kołkach bielizny, 
niweczyły wrażenie podobieństwa do rodzinnego kraju. — Czy zauważyła pani — 
mówił Horski — że Włosi są przeważnie brudni, ale bielizna zawsze się u nich 
suszy. Charakterystyczne! Tak jakby uważali to za swe prawo, żeby podróżnym 
przedstawić jak najwięcej sznurów z bielizną. W oknach, na balkonach, wszędzie 
to samo. NIe umiem sobie wyobrazić inaczej Włoszki z ludu jak tylko przy balii. 
Ich mężowie powinni być zwierciadlano czyści, jest zaś przeciwnie. Horski 
zaproponował, aby nocować w Mediolanie i zwiedzić katedrę, lecz Andzia nie 
chciała. Oskar nie nalegał. Opowiadał dużo o swych podróżach, o Anglii, o matce 
mieszkającej samotnie w starej posiadłości nad morzem, w okolicy Dovru, zwanej 
Hurlestone_house od nazwiska rodziny, z której matka pochodziła. Jest tam stary 
pałacyk otoczony równie starym parkiem, spadającym ostrymi stokami do morza. 
Mówił o matce z widocznym przywiązaniem, żartobliwie krytykując jej zapał do 
spirytyzmu, podkreślając natomiast jej zalety pod względem pojmowania życia i 
jego praw. Andzia pytała o ojca i zauważyła, że odzywał się o nim inaczej niż o 
matce, z pobłażliwą wyrozumiałością dla jego polskiego romantyzmu i bez 
zachwytu. Mówił, że matka kochała bardzo swego męża, pomimo ogromnej różnicy 
usposobień i charakterów. Wspominał dzieciństwo swe spędzone w Hurlestone_house, 
gdzie ojciec w wolnych chwilach uczył go po polsku, a potem z woli ojca miał 
nawet korepetytora Polaka. Potem nastąpiły lata studenckie w Londynie, w 
szkołach i wreszcie w uniwersytecie w Cambridge na wydziale filozoficznym. Ale 
filozofia znudziła go prędko, bo nic mu nowego nie powiedziała. Studiował 
jeszcze w szkole marynarki, chciał zostać kapitanem okrętu, lecz doszedł wkrótce 
do tego przekonania, że o wiele wygodniej i łatwiej podróżować po morzu jako 
pasażer pierwszej klasy, bez kłopotu, niż być na odpowiedzialnym stanowisku. 
Każdy powinien urządzać sobie życie tak, aby go bawiło, nie zaś utrudzało. 
Zaczęli się o to sprzeczać z Andzią, wreszcie Horski rzekł: — Wychodząc z taj 
zasady nie jechałbym teraz, będąc na pani miejscu, do ojczyma, ale zostałbym na 
przykład w Wenecji. — Nie jadę wyłącznie do ojczyma. Tam jest mój cel i — dosyć 
już próżnowania. — Obowiązkowego już celu nie ma, sam się zdetronizował. — Pan 
jest bez serca, panie Horski. — Owszem mam serce, ale logiczne. Zresztą 
osobiście nie mogę przecież płakać po Smoczyńskim. Pani to chyba rozumie. Biorąc 
rzecz konsekwentnie, trochę dziwna wydaje mi się podróż na Wołyń, w celu 
wypłakania ostatnich łez na mogile Smoczyńskiego. Zaczynam stwierdzać, że w 
Polsce rzeczywiście dopiero ten zyskuje sławę i staje się uwielbiany, kto umrze, 
począwszy od ludzi w jakimkolwiek kierunku wybitnych, skończywszy na 
sentymentach narzeczeńskich. Jeżeli i mężowie bywają uznawani dopiero po 
śmierci?... Winszuję! Posiadacie zapewne całą literaturę szumnych mów 
pogrzebowych, nekrologów i jeszcze szumniejszych napisów na nagrobkach. Co? — 
Panie Horski, nie można kpić z rzeczy poważnych i niekiedy... świętych. — No, 
chyba nie w ostatnim wypadku? Gdzie jest logika? Pani obawiała się wracać do 
kraju, bo tam czekał na nią narzeczony z obrączką. Nie upragniony, ale 
przeciwnie. Teraz spieszy pani na gwałt, aby przywdziać po nim żałobę. Wieńczyć 
go żalem po śmierci. — Pan zapomina, że oczekują tam na mnie jeszcze inne groby. 
— Ach, zawsze groby! Pani jest za młoda na to, aby ciągle nad grobami płakać. 
Nie bądźmy znowu plus tragique que la trag~edie. Umarli lubią spokój, nie trzeba 
im go mącić. — Ale trzeba o nich pamiętać — rzekła sucho. — Jadę teraz... — 
Jedzie pani tam, dokąd dojedziemy razem. — Jak to? Zwarli się wzrokiem. — Dawno 
chciałam pana spytać, dokąd nas pan odprowadza? — Tam, dokąd kupione są bilety. 
— Czyli?... — Zobaczy pani. Jesteśmy w Mediolanie. — Radi Boga! Eto Milano? — 
krzyknęła zaspana dama wysuwając głowę spod pledu. — Milano. Przesiadamy na 
Wenecję. Radzę się prędko ubierać, bo się pani spóźni. Ale dama zapewniła go, że 
dojedzie do Wenecji bez przesiadania, bo tak jej mówił konduktor. — Och, no. 
Widocznie zakupiła pani cały wagon dla siebie. Wszyscy pasażerowie wysiadają. 
Zajął się Tarłówną. Gdy w sali jedli kolację, wpadła nieszczęśliwa dama w 
kapeluszu na bakier, w krzywo włożonej jakiejś mantii, rozczochrana i 
rozgoryczona ostatecznie na włoskie porządki. Okazało się, że wysadzono ją z 
wagonu, gdy już pociąg ruszał. Horski współczuwał jej boleści, ale skwapliwie 
postarał się o osobny przedział. — NIe umiem być pedagogiem podtatusiałych 
turystek. Niech sobie zajedzie nawet do Honolulu, dość mam jej od Vintimille do 
Milano. Dalszą nocną już podróż odbywali we troje zamknięci w przedziale. Horski 
zaproponował paniom, aby się przespały, zapewniając, że będzie czuwał w 
następnym coup~e i przed Wenecją, w której będą o trzeciej rano, obudzi je. 
Andzia nie myślała o śnie, ale panna Niemojska upadała ze zmęczenia. Oskar 
wyszedł, życząc dobrej nocy. Ewelina położyła się spać. Tarłówna zasunęła 
błękitne firaneczki na lampę elektryczną u pułapu i w tej mętnej poświacie 
siedząc, zatonęła w myślach. Odtwarzała sobie w wyobraźni z całą plastyką 
samobójstwo Jana. Czy on istotnie był nieprzytomny wtedy? Czy to możliwe, aby 
Kościesza znowu był pośrednią przyczyną nieszczęścia? Postać ojczyma rosła do 
gigantycznych rozmiarów. Andzia zrozumiała, że boi się go jakimś zabobonnym 
lękiem, sama myśl o nim przeraża ją., A jednak jedzie w jego szpony — jak mówiła 
Lora. ...Po nową mękę, po nową niedolę. Może na nową walkę z tym zdradzieckim 
tyranem? ...Po co on ją wzywa, wiedząc, że na pogrzeb Jana nie zdąży? Scena 
sprzed kilku lat, gdy ojczym porwał ją w ramiona, gdy czuła na twarzy jego 
ohydne pocałunki stanęła przed Andzią z wypukłą wyrazistością. Jeśli odważył się 
wtedy, kiedy była prawie narzeczoną Andrzeja, to teraz... Cóż teraz? I po co ona 
tam jedzie, nie mając nikogo, kto by jej bronił? Zostały same groby. Wszyscy, 
którzy ją kochali, znikli ze świata. Jest bez oparcia. Nikomu niepotrzebna w 
życiu, dla wszystkich obca. Popatrzyła na śpiącą Ewelinę i rozrzewniła się. 
...Ta jedna pozostanie z nią. Ta jej nie opuści. Zgrzytnęła ironia w duszy 
dziewczyny. ...Jan by cię także nie opuścił, gdybyś go kochała. NIe może mieć 
szczęścia ten, kto go innym nie daje. On jest pośrednio jej ofiarą. Kto się 
zetknie z jej losem — przepada. Myśl ta nasuwała się jej uparcie. Chwilami 
nadchodziły refleksje inne. Że oto zamknięta przed nią brama jej smutnej 
przyszłości, w którą wejść miała. Już nie grozi jej małżeństwo z Janem. Świat 
przed nią otwarty, jakkolwiek jest w nim samotna. Wyrwać się tylko spod opieki 
ojczyma i wówczas skrzydła wyrosną u ramion. To, co niweczyło marzenia 
młodzieńcze, co przerażało widmem niedoli, przestało istnieć. Jak przedtem 
zagasła przed nią zorza promienista, pełna cudnych wizji na przyszłość, tak 
teraz znikła czarna chmura na horyzoncie jej życia. Andzia czuła, że myśląc 
podobnie, obraża pamięć Jasia, który ją kochał tak silnie, że bez niej nie 
rozumiał życia, odszedł, bo przeczuł jej mękę, jej wstręt do siebie. Tak. Na 
myśl wspólnego pożycia z nim doznawała wstrętu. Gdybyż jeszcze, oprócz porównań 
z Andrzejem, prócz zupełnego braku uczuć, choćby zbliżonych do miłości, nie było 
wstrętu! Dobijał ją fizyczny wstręt do Jasia. Dopóki był kuzynem, towarzyszem 
młodości, nawet potem, gdy już wiedziała, że on ją kocha, żywiła dlań szczerą 
sympatię braterską. Z chwilą gdy został narzeczonym, wstręt zrodził się nagle, 
jak ukryty gad w trawie i gryzł Andzię. Wiedziała wszakże, co to jest pożycie 
małżeńskie i na myśl, że będzie żoną Jana, wzdrygało się w niej wszystko, co 
tętniło krwią, co było jej istotą. Więc jednak los oszczędził jej tej próby? 
...Egoizm... egoizm... Ale tamten stracił życie. Trzeba było aż śmierci Jana, 
aby uratować ją od zatraty? Napłynęło dziwne pytanie. ...Czy zatrata jej była w 
życiu Jasia, czy też jest w jego śmierci? Skąd to pytanie? Zadał je może 
chochlik złośliwy, śmiejący się w przestrzeni z ludzkich przeznaczeń. Zadał je 
może jej demon opiekuńczy, jej fatum, które prowadzi ją po grobach, ku coraz 
boleśniejszym przeżyciom. Skąd płyną te pytania? Jej młodociane smutki z powodu 
wrogiej postawy Kościeszy wobec Andrzeja uwieńczone były niebywałym czarem — po 
to, by końcowa tragedia tym silniej uderzyła w serce. Jej rozterki i ból duszy, 
trwający przez rok narzeczeństwa z Janem, zakończony jest oto jego śmiercią, 
która dla niej jest, pomimo wszystko wyzwoleniem, nową erą w życiu, swobodą. Czy 
także po to, by w przyszłości jakiś nowy topór... Wzdrygnęła się. Słyszała 
wyraźnie śmiech ukrytego w przestrzeni chochlika. A jednak Andrzej zginął przez 
nią. Jan zginął także przez nią. Ale on otworzył przed nią nowe światy, nowe, 
może jasne horyzonty. Tamten zamknął szczęście i upojenie jej młodzieńczości. 
Ten ginąc rozwinął przed nią ponurą kotarę, by weszła swobodnie w gorący szlak 
jej pragnień kobiecych. ...Egoizm! Egoizm! Myśli wirowały w mózgu Andzi. 
...Pójdę w takie otchłanne przepaście, gdzie istnieją tylko atmosfery uczuć, 
które wezmą mnie w swój krąg. Bo pragnę, bo mam siły przepotężne, niosące się w 
bezmiar tęsknot i snów. ...Bo coś na mnie woła z bujnych prądów życia. ...Bo 
wzywa mnie jakaś moc, której nie rozumiem, lecz której się nie oprę. ...Moc 
dziwna i potężna, a zupełnie nowa, zrodzona jakby na mogile Jana. Stworzyła ją 
ta przestrzeń otwarta przed nią po jego zgonie. ...Egoizm!... podły egoizm! Jaś 
leży martwy, jeszcze nie pochowany... I takie zakwitają nad nim kwiaty? Takie 
rodzą się moce? Miast kiru i łez? ...Czy nie wolno rozsnuwać pasem okrywających 
przyszłość? ...Czy ona zawsze będzie pod znakiem żałoby? ...Czyż idę przez drogi 
życia pełne smutku i żalu? Czy pragnąc będę stale konała, bo pragnienie brzegu 
nie widzi? Idzie jak orkan i kończy się jak orkan — zatratą. Idzie w dal 
szlakiem ducha, który skrzydła ma i moc. ...Idzie jak wicher skalny, co ze 
szczytów dąży na szczyty, ale zmiata z nich tylko mgły zwątpień. ...NIe oświeca 
szczytów zielenią traw bujnych, nie rozpina zorzy nad wichrami. Do tego brak mu 
sił. ...Więc tylko pragnę, zawsze tylko pragnę? ...Kiedyż pragnienie przyoblekę 
w prawdę? Byłaby to słodycz i radość dla duszy tak potężnej, że może bym jej nie 
przeżyła. Może ta siła uczuć radosnych, poczętych w momencie spełnienia marzeń, 
ideałów, stałaby się tak olbrzymią, rozkoszną ekstazą, że szczęście zabiłoby 
mnie, jak wschód słońca zabija motyle nocne, które za blaskiem tęsknią, a gdy go 
ujrzą — omdlewają. ...Nie. Nade mną jest gehenna niedoli. Mogę chcieć i nie 
otrzymam tego, mogę pragnąć i nie zyskam, mogę tęsknić — nie ujrzę, wołać — nikt 
nie usłyszy, płakać — nikt nie ukoi. Gdy leci duch do słońca, trafia na ponurą 
realność i drży z obawy śmiertelnej, męka dławi, przygniata. Brak sił do 
rozsunięcia okrutnej zapory, by poza nią błysnął matowy ogień zjawisk 
przecudnych. A oto Jan rozsunął ją przed nią. Lecz blasku nie widać. Czy może 
nasunie się nowa ciemność? ...Czy zatrata była w życiu Jana, czy też jest w jego 
śmierci? Chochlik śmiał się w przestrzeni. ...Co teraz jest przed nią? 
Kościesza, Turzerogi... Toporzyska... Jej ziemia. Jej czyny w myśl dawnych 
ideałów spełnienia oczekujące. ...Czy to wystarczy? Nowa, potężna moc zbudzona w 
niej krzyczała protestem. Gorące prądy życia porywały ją ku sobie, kusiły. I 
wszystkie młodzieńcze ideały, projekty twórcze, do czynów realnych dążące 
rozbijały się teraz o mocarną falę pragnień kobiecych. Wzburzona krew wartko 
płynąć poczęła w żyłach. ...Gdzie jest brzeg tych pragnień? ...I jakie one są? 
...silne, porywające zachłannie. To jest właśnie twórcza moc. Jakaś wola 
niezłomna a nakazująca. ...Ale jaka? NIe rozumiała jeszcze, choć wołało w niej o 
tę moc wszystko, serce, nerwy, zmysły, cała jaźń. Zamęt w myślach... Chaos. I 
oto z tych skłębionych z sobą wirów w umyśle, wyłaniać się zaczęło jakieś 
pojęcie, mgła. Wyraźniej, wyraźniej. Mgławica zmienia się w tworzywo, coraz 
plastyczniejsze. Punkt jest widoczny... Rośnie. Rozświetla wątpliwości 
tajemnicze... Postać! Już zupełnie wyraźna. NIezaprzeczona... ...Horski! Andzia 
rzuciła się w tył kanapy, zatrzymując okrzyk na ustach. Horski stał przed nią 
istotnie. Pochylony ku niej wyszeptał: — Obudziłem panią? — Nie spałam — 
odrzekła. — Zatem przestraszyłem. Ale zdawało mi się, że pani czuwa. — Tak. 
Rozmyślałam. — Dojeżdżamy do Wenecji. Pociąg ruszył z Mestro. Ostatnia stacja. 
Zaraz wjedziemy na laguny, na pomost wśród morza. Andzia wstała. Rozgorączkowaną 
twarz przysunęła do szyby okna. — Szkoda, że noc. NIc nie zobaczę. — Księżyc 
jest, ale to za mało. Zobaczy pani jutro. Odwróciła się do niego gwałtownie. — 
Jak to jutro? Wszak pociąg stoi tu godzinę i wraca do Mestro? — Pociąg odjedzie, 
ale my zostaniemy. — Panie Horski... Przykrył dłonią rękę jej opartą na 
stoliczku. Ujrzała jego oczy spod rzęs patrzące, usłyszała zdławiony głos: — 
Panno Anno, proszę mi wybaczyć. Postąpiłem samodzielnie dla dobra pani. Mamy 
bilety tylko do Wenecji. Pozostaniemy tu jakiś czas. Pani ochłonie, uspokoi się. 
To konieczne. — Jakże pan mógł tak zrobić? Przecież pan wie, po co jadę? — 
Właśnie, że nie wiem. Przez dziewięć, dziesięć godzin trudno zdążyć na Wołyń. 
Przyjedzie pani o dwie doby za późno! Jaki cel?... Andzia milczała. Ale wszystko 
w niej wołało. ...On ma rację. Zostać. Zostać. Horski podniósł do ust jej ręce. 
— Niech Wenecja będzie klamrą, zamykającą przeszłość pani. Załamał się ostatni 
most, panno Anno. NIe idź, bo wpadniesz w przepaść ciemną i samotną. Z 
przestrachem spojrzała mu w oczy. Magnetyzował ją spokojny, stanowczy ich wyraz. 
W błękitnym półmroku postać jego wydała jej się potężną tarczą, odgradzającą 
nieodwołalnie przeszłość jhej od nowych przestrzeni. — Załamał się ostatni most? 
— szepnęła jak zahipnotyzowana. — I dlaczego zostaniemy w Wenecji. Co? W 
źrenicach błysnął mu jaśniejszy płomyk. Patrzyli na siebie długą chwilę. — Oczy 
pani mówią mi, że zostaniemy. Wenecji się nie pomija, zwłaszcza, gdy inne 
drogi... nie zachęcają. Więc... Napłynęła ku niej moc dziwna, której nie 
rozumiejąc czuła, że się nie oprze. — Zostaniemy — rzekła śmiało. I pod władzą 
jego źrenic spuściła oczy. XIV W Wenecji Wyniosłe sklepienia mozaikowe 
odwiecznej świątyni rozbrzmiewały tonem rytualnej melodii. Poważna muzyka 
organów zlewała się w zgodnym rytmie z subtelną pieśnią skrzypiec i wiolonczeli. 
W bazylice świętego Marka odprawiano uroczystą mszę. Obok balustrady 
prezbiterium Andzia Tarłówna klęczała zatopiona w modlitwie. Postać jej ciemna 
pod wzniosłością kolumn, skulona była, jakby ciężar zwisł nad nią. Przegięta ku 
mozaice posadzki modliła się żarliwie za duszę Jana. Myślą uleciała na Wołyń, na 
mały, świerkami obrosły cmentarzyk, gdzie w tej oto godzinie oddawano ziemi jego 
zwłoki. Dziewczyna broniła się uparcie przed natrętną myślą, która od pogrzebu 
Jasia ulatywała częściej do tragicznych momentów, do bezprzykładnej rozpaczy nad 
grobem otwartym w Dubowej dla Andrzeja. Andzia modliła się za Jasia szczerze, 
wyrzucając sobie, że nie skupia przy nim całej duszy. Nastrój cudownej muzyki 
działał na nią, unosiły ją tony w ekstazę modlitewną. NIe było w niej teraz 
rozpaczy, nie było tragedii, nawet najdrapieżniejsze szpony żalu stępiały. Był 
tylko uroczysty jakiś smutek, jakby pożegnalny. Opanowało ją wrażenie dziwne, że 
w tej minucie żegna przeszłość, że ostatnie gałęzie cyprysów żałobnych składa na 
swych grobach. Że oto wzniosły hymn, płynący z chórów świątynnych, to uroczyste 
jakieś — Amen nad jej przeszłością. Zawarły się już ciężkie podwoje raz na 
zawsze. Zamknęły w sobie smutek, żale, żałobę. Zagarnęły wszystko, co ciemne i 
ponure. Wszystko! Ona została na zewnątrz. Ostatni raz stoi u bram swej niedoli. 
Odejdzie ku nowym przeznaczeniom, ku nowym światom. Mogiła w Dubowej będzie jej 
relikwią, schowaną w szkaplerzu pamięci. ...Nad mogiłą Jana przejdziesz ku nowym 
życiom? — szeptał wyrzut. ...On będzie zawsze dla ciebie zgrzytem... — Boże bądź 
miłościw mnie grzesznej... — i Andzia cicho, zgarbiona do ziemi, biła się w 
piersi ze skruchą. Muzyka na chórze ucichła. Zadźwięczały dzwonki ministrantów. 
...Agnus Dei. Tarłówna przysunęła się do kratki. Kapłan, który ją spowiadał 
przed mszą, któremu otworzyła całą swą duszę i serce, bez osłon, bez cienia 
tajemnicy, udzielił jej komunii. Głębokie, czarne źrenice duchownego spoczęły z 
rozrzewnieniem na zgnębionej postaci dziewczyny, przystępującej z wiarą, niemal 
z pokorą do stołu Pańskiego. Poznał całą jej istotność, wszystkie myśli, 
tęsknoty i pragnienia, całą jej przeszłość, teraźniejszość i bujny, młodzieńczy 
polot ku nieznanej przyszłości. Wyspowiadała mu się z całego życia. Mądry 
monsignor, Włoch, wyczuł duszę Andzi, zrozumiał ją i rozgrzeszył. Pobłogosławił 
na nowe życie. Rozczulony był, że wiary nie straciła i czystość serca zachowała 
nieskazitelną, pomimo ciężkich prób. Monsignor nie był przyzwyczajony do 
penitentek w stylu Andzi. Praktyka jego, jako spowiednika, nie stawiała mu przed 
konfesjonałem młodych, pięknych, bogatych panien, które by go zdumiewały 
szczerością i treścią spowiedzi. Słuchał wyznań Tarłówny z przejęciem, 
rozgrzeszał ją ze wzruszeniem. Jego łacińską duszę poruszyły przeżycia tej 
dziewczyny, poezja jej miłości, tęsknota za nieuchwytną istotą szczęścia, jej 
temperament łaknący a nie zrozumiany dotąd przez nią samą, jej czar osobisty, 
który nawet przez kratki konfesjonału uderzał. Delikatnie, z jakąś subtelną 
pieczołowitością podał zbladłym ustom dziewczyny Hostię Przenajświętszą. 
Przyjęła ją z zamkniętymi oczami, wstrząśnięta religijną egzaltacją. Zsunęła się 
niżej na posadzkę i pochyliła głowę aż do zimnych kamieni mozaiki, na stopniach 
prezbiterium. Horski stał opodal pod filarem i patrzył na nią. Widział jej 
skupienie, ale dostrzegł także, że kapłan, odchodząc z kielichem od balustrady, 
zatrzymał na nim wzrok dłużej, jakby badawczo. Co to znaczy? Horski zastanowił 
się. Czyżby ona mówiła o nim księdzu? Modlitwa Tarłówny nastrajała go nie 
religijnie, lecz poglądowo. Muzyka artystyczna, starożytna patyna świątyni, 
zawsze przez niego podziwianej, i śliczna postać Andzi rozmodlonej, wszystko to 
złożyło się na obraz, który Horskiego podniecił. Miał wrażenie, że jest w 
pracowni jakiegoś geniusza_malarza i ten mu pokazuje klasyczny model do swego 
arcydzieła. Tytuł on sam nada. "Modlitwa patrycjuszki". ...Tak. Wszystko musi 
być dostosowane. ...Patrycjuszka poczuła pragnienie modlitwy gorącej, namiętnej. 
...Więc świątynia... Koniecznie coś wielkiego, potęgą tchnącego i artyzmem, coś 
co by samo za siebie mówiło, że przechowuje bóstwo. ...Muzyka... Koniecznie 
podniosła. Czuje się tylko taką. ...Kapłan, Włoch, rzymianin z oczami 
przepastnymi i profilem cezarów; na czole fałda myśli głębokiej, około dumnych 
ust wyraz łagodności i czułego pobłażania dla pokutującej, która kajać się 
przyszła, jak prosta grzesznica. ...Tak. Wszystko trzeba obmyśleć, aby obraz nie 
miał dysonansu. ...Grupy ludzi, rzadkie, to tu, to tam... ...No, to konieczne. 
Nie można wiernych powypędzać dla jednej patrycuuszki. ...Zresztą to są 
fragmenty uboczne. ...Drugorzędna jest Ewelina. ...Ach, to służebna, która idzie 
za przykładem swej dominy. ...Andzia jest dominą i uniwirą. ...Albo nie. Lepiej 
jest dziewicą. To poetyczniej. Dziewica zatopiona w modłach, ot tak sobie, 
pragnieniem wiedziona. Domina, to za poważnie, uniwira nasuwałaby myśl, że się 
ta zamężna, wierna niewiasta modli o nawrócenie lekkomyślnego małżonka, który ją 
zdradza w cudzej insuli. ...Modlitwa interesowna? Nie. To nie w typie ślicznej 
Anni. ...Zatem trzeba dodać: "Modlitwa patrycjuszowskiej dziewicy". Tak lepiej. 
...Ale jaka moja rola tu? ...Ach, no... Jestem widzem krytykującym. Pyszny model 
do obrazu. Uśmiechnął się i znowu patrzył tylko na Annę. Myślał. ...Trzeba 
przyznać, że ona umie się modlić. W ogóle ona zawsze jest w stylu swym, pełnym 
czaru, nawet jak chmurna, jak rozgniewana. ...Cóż za łakomy kąsek! W niej 
wszystko woła rozkoszy i obiecuje rozkosz niezwykłą. Choćby ta modlitwa?... Nie 
uratuje ciebie dziewczyno od pożądań moich, od pożądań męskich — powiedzmy. 
...Ale ona będzie uniwirą. Żeby też w jednej kobiecie zawarło się tyle ponęt — 
majątek, uroda i taki szalony krzyk zmysłowy, bezwiedny z jej strony, bo przy 
dziewiczej niewinności. Ona o tym nie wie, że — chciałoby się ją druzgotać w 
ramionach. Porywa szczególnym, żywiołowym pędem zmysłów. Tyle zalet i jedna 
gruba wada: ...Można ją mieć tylko przez... taki oto ołtarz. ...Ph! Nawet szopka 
się opłaci. ...Można przejść przez rózgi wszelkich ceremonii, byle ją mieć we 
władaniu, byle ją posiąść... Lekki dreszczyk śmignął w żyłach Horskiego, zapalił 
mu krew, gorącą falą rozgrzał mu krzyż i mózg. ...Przeczucie rozkoszy... z nią. 
Per Bacco! Jeśli samo przeczucie takie? ...Będę ją miał... To dobra wróżba. 
Nabożeństwo skończyło się. Umilkły tony muzyki, tylko echo jej płynęło jeszcze 
pod sklepieniami ze złotej mozaiki, na której kolorowe postacie świętych 
układały się w grupy z historii Kościoła. Kapłan i ministranci odeszli od 
ołtarza. Horski łowił ostatnie rytmy melodii, echu oddane. Do Andzi klęczącej 
przy balustradzie podszedł cicho monsignor w czarnym długim płaszczu. Pochylił 
ku niej dumną głowę i szepnął serdecznie, po francusku: — Modliłem się o 
szczęście dla ciebie, dziecko. Zawsze ufaj, nie zgub swej wiary na drogach 
życia, bo to skarb ludzkiej duszy. I pamiętaj... pamiętaj, że nawet... si Dieu 
n'existait pas, il faudrait l'inventer (fr. — Gdyby Bóg nie istniał, trzeba by 
go wynaleźć). Ale Bóg jest miłosierny... Do widzenia dziecko! Błogosławię cię. 
Andzia wzruszona przytuliła usta do jego ręki. — Miej Boga w sercu... Dotknął 
lekko arystokratycznymi palcami do czoła Andzi i prędko odszedł. Mijając 
Horskiego patrzył mu w oczy uważnie. Ale on nie zmrużył szyderczych źrenic. ...A 
to niespodziewane impromptu... ...Nie wystarczył mu konfesjonał. Co on jej tam 
szeptał znowu? Tego w moim modelu nie przewidziałem. Ejże, monsignorze, posądzam 
cię, że oczy twej penitentki więcej cię wzruszyły, niż grzechy. W moim obrazie 
nie ma dla ciebie miejsca. Tarłówna po odejściu księdza powstała zmieszana i 
zdumiona. ...Miej Boga w sercu... Gdzie ona to słyszała, kiedy? Słyszała na 
pewno. Jakieś chóry anielskiego śpiewu, melodie czarowne, tak jak ta muzyka na 
chórze... I te słowa... Wyraźnie te same... Czytała je kiedyś, na pergaminie... 
Czy to ktoś mówił? Podszedł do niej Horski. — Już wychodzimy. Prawda? — Tak. — O 
czym pani tak myśli? — Szukam w pamięci pewnych słów, które... — Które co?... — 
Gdzieś, kiedyś słyszałam. Jakby wróżbę... Teraz powiedziano mi je znowu. — Kto 
powiedział? Ksiądz? — Tak. — Jakież to słowa? Jeśli wolno... — Miej Boga w sercu 
— rzekła głucho. On przytrzymał wzrok na niej. — Zbyteczne zastrzeżenie. I tylko 
tyle powiedział? — Błogosławił mi. — Pani jest znowu mistycznie usposobiona. 
Niech pani już rzuci zasłonę na wszelkie wróżby, smutki, tęsknoty. Chodźmy na 
Piazzetę. Słońce cudowne i morze. Życie jest piękne, panno Anno. Trzeba zeń 
korzystać. Wychodziła z bazyliki z powtórnym uczuciem, że odwraca się od bramy, 
za którą przeszłość została, że rozległo się już nad nią jakieś uroczyste Amen. 
...Załamał się ostatni most... Teraz już nowe drogi... ...Miej Boga w sercu... 
...Gdzie ja to słyszałam... Gdzie? Wyszli na plac. Słońce, jasno, wesoło. 
Mnóstwo gołębi. Tyle uroku, powabu... Królowa mórz... Wenecja. ...Życie jest 
piękne. Zwiedzali Wenecję. Poważna cisza starożytnego grodu dożów wywierała na 
Andzię wpływ kojący. Wiekowe mury pleśnią okryte, gmachy, architektoniczne cuda, 
cichy, słodki Adriatyk, wszystko upajało jej naturę wrażliwą i kojarzyło się z 
sobą w harmonię. Horski wiedział wybornie, czym ją ułagodzić i rozproszyć jej 
smutki, stał się troskliwym opiekunem i niezrównanym ciceronem. NIe mówił jej 
nic o swych zamiarach, był delikatny, wstrzemięźliwy, ale czujny. Rozmawiali z 
sobą dużo, często ścierając się w zdaniach, lecz tylko w kwestiach ubocznych, 
nie narusdzając osobistych. On mówił jej o sztuce, gdy zwiedzali szczegółowo 
artystyczne budowle, świątynie, lub Akademię Sztuk Pięknych. Tam przed obrazami 
Tycjana, Pawła V~eron~ese'a, Giovanniego Bellniego, Sassoferrata — Andzia 
stawała w zachwyceniu, Horski zaś tłumaczył jej treść obrazów i epokę 
pochodzenia. Ogromne wrażenie zrobiło na Andzi płótno Paula V~eron~ese'a 
"Chrystus na uczcie w domu Lewi", potem wspaniały obraz Tycjana "Wniebowzięcie 
N. Marii Panny" (L. Assomption) w sali noszącej tę samą nazwę. NIe mogła oderwać 
wzroku od cudnej, boskiej twarzy Madonny, od grup aniołów, od świetnego kolorytu 
i plastyki tego arcydzieła techniki malarskiej i geniuszu twórczego artysty. 
"Cuda św. Marka", pędzla Tintoretta, istny cud malarstwa, przykuły oczarowane 
oczy Andzi. Horski prowadził ją z sali do sali. Pokazywał jej obrazy Benvenuta 
Tisi, Bassana i innych. Zatrzymywali się przed obrazami Madonny różnych pędzli, 
porównując odczucia mistrzów w zrozumieniu oblicza Matki bożej. — Niech pani 
patrzy, panno Anno! Carpaccio odtworzył patronkę pani: oto święta Anna i święty 
Joachim. Za dużo tu świętych w każdym razie. Natchnienie szuka boskości, 
mistycyzmu, każdy tę boskość na swój sposób uplastycznia, stosownie do swego 
talentu. Czy nie wynika z tego chaos?... Ciekawym jednak, gdyby nie było 
religii, a przy niej mnóstwa tematów poetycznych czerpanych z legend, jakie daje 
religia, czy dorobek kosmiczny w sztuce byłby taki sam, czy znacznie uboższy? I 
wie pani, co myślę?... Oto, że bezwarunkowo byłby uboższy. — Bo wielki talent, 
geniusz nie może poprzestać na odtwarzaniu tylko ludzi — rzekła Andzia. — Szuka 
czegoś wyższego, ponad zmysłową istotę. Duch potężny dąży do odnalezienia 
boskości w niej samej. — No, tak. Ale gdyby tej boskości nie było, nawet w 
utopiach? — Wie pan, co mi powiedział monsignor w bazylice tego dnia, gdym się 
spowiadała?... Oto: si Dieu n'existait pas, il faudrait l'inventer. — Bardzo 
piękna maksyma dla księży. Każdy broni swego fachu. Oni przecież tworzą drugie 
społeczeństwa w społeczeństwach. Muszą wierzyć w religijne hasła, choćby 
pozornie. — Nie tylko księża, panie. Świat cały, cała ludzkość łaknie i 
potrzebuje wiary. Ja myślę, że człowiek rodzi się już z instynktem, który go 
przeczuciowo pcha do poznania i ukochania dogmatu bóstwa. — To zależy od 
indywidualności ludzkiej. Dla jednego wiara jest dogmatem życia, koniecznością, 
inny znosi ją dla przykładu, z przyzwyczajenia wreszcie, a są tacy, którym ona 
jest niepotrzebna absolutnie. Zbyteczny zabytek archaiczny. Takich jest 
większość. — Co też pan mówi, na Boga?! — Pani się gniewa. Proszę jednak 
rozważyć tę rzecz na chłodno. Czy bywają teraz ludzie tak religijnie natchnieni, 
jak na przykład w katakumbach, w wiekach odległych, nawet w średnich? Czy 
zdarzają się teraz cuda, jakie dawniej bywały i to podobno często? Czy pójdzie 
teraz, któryś panujący do jakiejś Cannossy, we włosiennicy i boso, z głową w 
popiele, aby kajać się u nóg papieża? Czy możliwe byłyby teraz krucjaty dzieci? 
Czy nastąpi jakieś objawienie się w grocie, jak w Lourdes? Czy żyje współcześnie 
drugi Franciszek z Asyżu? Czy to wszystko teraz mogłoby się stać? Wiem, co mi 
pani odpowie, że świat teraźniejszy nie jest godzien ani takich ludzi śiętych, 
ani takich cudów. Prawda?... Ja jednak mam na to inną odpowiedź. — Mianowicie? — 
A nie zgorszy się pani? Nie zrzuci mnie pani ze schodów tego przybytku świętych 
w sztuce? Co? — Nie. Tylko nie przejmę się pańską ideą. Zostanę przy własnej. 
Ale słucham. — Oto, proszę pani, nowoczesna ludzkość jest trzeźwiejsza i mniej 
naiwna. Andzia wzruszyła ramionami. — Rozumiem, do czego pan zmierza, ale... nie 
chcę rozumieć. — Dzisiejsza ludzkość robi to samo, co pani. Jednakże to już 
zapobiega. — Panie Horski, może zmienimy temat rozmowy? — Owszem, na jaki pani 
każe? — Jedźmy jeszcze do Palazzo Ducale. Raz tam być to za mało. — Z 
przyjemnością. Opadną nas bardziej świeckie tematy. Pałac dożów był przez Andzię 
uwielbiany. Na jego architekturę zewnętrzną patrzyła z nabożeństwem. Podziwiała 
maestrię tej budowy potężnej, a dziwnie lekkiej na swych ażurowych, jak szlak z 
koronki kolumnach. Wieki przestał ten gmach jedyny w swym rodzaju i zawsze jest 
nimfą Wenecji. Gotycki styl pałacu, przy ciężkiej, pomimo swej piękności, i 
przysadzistej bizantyjsko_romańskiej bazylice, sprawia wrażenie panny młodej 
przy matronie. Andzia liczyła kolumny, 36 na dole i 75 w górze, niby haft jakiś 
bajeczny, a każda kolumna to arcydzieło. Gdy Horski powiedział Annie, że 
fundamenty pod to cacko założone były w 814 r. przez Angello Partecipazzio, nie 
chciała wierzyć. Dużo młodsza datą bazylika wydaje się wiekowa, przy tym 
ślicznym Palazzo. Porta della Carta przytykająca do Chiesa S. Marco, to jedno 
więcej arcydzieło. Cudne marmury tej bramy i kombinacje ich, rzeźby, figury i 
płaskorzeźba na froncie, wyobrażająca sprawiedliwość w postaci skrzydlatego lwa 
z otwartą księgą. Przy tej to bramie rząd Rzeczypospolitej Weneckiej ogłaszał 
wyroki. Wewnątrz pałacu dożów Andzia chodziła z uroczystą powagą. W salach tych 
spoczywały wieki. I znowu obrazy, obrazy. V~eron~ese'a: "Porwanie Europy" — 
twarz kobiety na grzbiecie byka — była dla Andzi niezrównana, Tintoretto: 
"Bachus i Adriana" — obraz ten Horski lubił rozpatrywać szczegółowo. W sali 
Wielkiej Rady Andzia mówiła szeptem, jakby w obawie, by czające się tu echa 
przeszłości nie zostały spłoszone. W wyobraźni widziała świetne zebrania 
patrycjuszy Wenecji zapisanych do złotej księgi, którzy tu pod przewodnictwem 
doży rady swe odbywali, na tych samych ławkach wyniosłych siadając. Przyglądała 
się 76 portretom dożów, od Angelo Partecipazzio do Ludwika Manina, które zdobią 
górny fryz sali. A 21 wielkich obrazów V~eron~ese'a, Bassano, Tintoretta i 
innych na ścianach porozwieszane, przedstawiające zwycięstwa Wenecjan w ogóle i 
nad Fryderykiem barbarossą odniesionych. A poza tronem doży, olbrzymi obraz 
Jakuba Tintoretta "Raj" (Le Paradis), zajmujący całą poprzeczną ścianę, płótno 
kolosalne rozmiarami, jedno z największych na świecie. — Czy pani wyobrażała 
sobie istnienie podobnej sali? — pytał Horski. — Pięćdziesiąt metrów długości, 
dwadzieścia pięć szerokości i piętnaście wysokości. Co? Andzia wpatrywała się 
ciekawie w jeden obraz, zawieszony pomiędzy portretami dożów, w ich szeregu, ale 
bez cienia rysunku, bez żadnej postaci, zupełnie czarny. Tylko wyraźny był 
napis. Przeczytała głośno: "Hic est locus Marini Faletri decapitati pro 
criminibus" (wł. — Tu jest miejsce Mariniego Faletri ściętego za zbrodnie). 
Spojrzała na Horskiego pytająco. — Wszak to jest miejsce dla doży Marino 
Faletri? — Tak. Ale za spisek przeciwko Radzie Dziesięciu taką tylko po nim 
umieszczono tu pamiątkę. — To straszne. — Kto wie, może wolałby tę karę kosztem 
ocalenia głowy, ale mu i śmierci nie oszczędzono. NIe patrzy pani na plafon? Toż 
to wszystko coup de maitre. Kapitalne!... A kominek roboty Sansovino. Pokażę 
pani jeszcze kilka boskości: Alberta D~urera "Ecce Homo", obraz wprost 
fascynujący. Albo: "Doża Sebastian Ziani przyjmuje papieża Aleksandra III", 
malował Bassano. Andzia oglądała wszystko jakby śniąc. Wyszli na balkon od 
strony kościoła. Tu bznowu historyczne cztery konie z brązu, zdobiące fasadę 
bazyliki, wspaniałe mozaiki tejże. Dalej brama dell'Orologio, z dzwonem potężnym 
na szczycie, w który dwie żelazne postacie ludzkie, stojące po bokach walą jak w 
kowadło, wydzwaniając w ten sposób godziny wieków Wenecji. Naprzeciw Campanilla 
wyniosłością swą strzelistą panująca morzu. — A oto przed nami starożytna 
biblioteka św. Marka, roboty Sansovino, Loggetta, prokuratorie stara i nowa — 
mówił Horski. — Kiedy my to wszystko zwiedzimy? Takie cuda. Jaka szkoda, że 
Lincia nie może chodzić. O, widzi pan, siedzi na Piazzecie i karmi gołębie. O 
tam, na ławce, kłania się nam. Horski zdjął kapelusz wielce rad w duszy, że się 
pozbył "cerbera". Znaleźli się wkrótce na balkonie od strony laguny. Przestrzeń 
morska błękitno_szaro_falista, naprzeciw, wprost z wody wyrasta klasztor i 
kościół St. Giorgio, z wieżą do Campanilli podobną. Na lewo rysuje się Lido, 
kwitnące bukietami drzew, jeszcze dalej w morzu duże, ponure gmachy szkoły 
wojskowej, zakładu dla obłąkanych i fale w siny odmęt przechodzące. A nisko Riva 
Degli Schiavoni, szeroki, rzadki tu trotuar — ulica. Na prawo początek Canal 
Grande, ponad szczytami pałaców widne okrągłe kopuły kościoła S_ta Maria della 
Salute. Tuż obok pałacu, na froncie Piazzetty przecudne kolumny: świętego 
Teodora i druga świętego Marka z figurą lwa. — Piękne są te syryjskie obeliski — 
mówiła Andzia. — Ile one czasu przestały, ilu wypadków były świadkami. — Och, 
no, te granitowe kolumny wzniesione w 1330 r. nie są najstarsze. Tu wszystko 
wiekowe. Zejdziemy jeszcze do kazamat, gdzie się odbywały egzekucje. Trzeba 
poznać i ciemną stronę Wenecji, tym bardziej wówczas słoneczność jej wyda się 
ponętniejsza. Siła kontrastu rzeczy brzydkich z pięknymi ma tę zasługę, że 
piękno czyni plastyczniejszym. W podziemiach Andzia źle się czuła. Przewodnik z 
kagankiem w ręku pokazywał im cele więźniów i celę egzekucji. Tu był więziony i 
zginął Marino Faletri, tędy prowadzono skazańców pod topór... Andzia chwyciła 
rękę Horskiego. — Chodźmy stąd! Już dosyć. Zatrzymał jej dłoń mocno i wsunął 
sobie pod ramię. Spojrzał. Była blada, z oczami rozszerzonymi ze zgrozy. — Jaka 
pani wrażliwa! Cóż, trudno! Wenecja miała artystów i trubadurów, ale miała i 
zbrodnie, i sądy. Już by pani Elżbietą Tudor nie mogła być. Ale za to Marią 
Stuart, tylko pozwolę sobie powiedzieć, że jest pani urodziwsza. Te dawniejsze 
piękności przy dzisiejszych wymaganiach wydają mi się problematyczne. — Niechże 
mnie pan do Stuart nie porównuje. Boję się ucięcia głowy przez jakiś nieznany 
fatalizm. Uciekajmy. Zimno tu i straszno. Horski nie puścił ręki i tak już 
wyszli razem. Oglądali cysterny z brązu na wewnętrznym dziedzińcu pałacu dożów, 
otoczonym dokoła arkadami, błąkali się po korytarzach, kamiennych płytach 
dziedzińca. Wchodzili na Most Westchnień, którędy prowadzono podsądnych z ław 
sądowych do więzienia naprzeciw. — Ponte dei Sospiri. Można by myśleć, że 
zakochane pary tu wzdychały. Tymczasem westchnienia są różne — rzekła Anna. — Są 
nawet westchnienia nad przebrzmiałymi westchnieniami. To co pani robi w tej 
chwili. — A pan wszystko zaraz do mnie odnosi. NIe wzrusza pana Wenecja? — 
Wenecję znam od piętnastu lat, panią zaś od półtrzecia miesiąca zaledwo. I 
dlatego pani... — Bawię, jako nowość — zaśmiała się. — Panno Anno, złośliwość 
nie jest w pani stylu bezpieczna. Niech ją pani odrzuci. Ale oto złapałem panią 
na nieszczerości. Andzia zmieszała się wyraźnie. — Złośliwą i podejrzliwą nie 
wolno pani być. — Dlaczego? — Bo te wady są udziałem kobiet brzydkich. — NIe, 
panie. Są właściwością tych, którym się w życiu nie wiedzie. Oboje razem często 
z bpanną Eweliną pływali gondolą po Canal Grande i po mniejszych kanałach. Ale 
brud i zielona, cuchnąca woda w niektórych zaułkach nie zachwycała. Trzymali 
chustki przy nosach, płynąc tamtędy. Resztki zgniłych jarzyn i owoców, różne 
śmiecie pławiły się bezkarnie w kanałach jak w rynsztoku. Mury domów, zielone od 
wilgoci, mchem i pleśnią pokryte. Ze schodów, opadających gdzieniegdzie wprost 
do wody, zwisają festony zielonych narośli wodnych, kleistych, które za każdym 
odpływem lepią się płasko do kamienia, gdy zaś woda, poruszana gondolą uderza w 
mur, zielone te brody podnoszą się w górę najeżone, wstrętne. Przy świetle 
słońca wszystko to przybiera malowniczy wygląd, lecz gdy pada deszcz, a niebo 
powlecze się chmurami, Wenecja robi przygnębiające wrażenie jakiejś katastrofy 
żywiołowej, zalewu przeokropnego, który pochłonie stary gród. Zdaje się wówczas, 
że zaraz całe miasto zniknie w kanałach, że nie ma dlań ratunku, że to jest żywy 
cmentarz. Ponuro i straszno, zagłada wisi nad miastem — ofiarą morza. I trudno 
wówczas uwierzyć w wiekowe istnienie tych budowli opleśniałych, które nawet 
trzęsienia ziemi wytrzymywały. — Wie pani, co uważałbym za największą 
katastrofę, jaką kiedykolwiek świat widział, a ludzie zanotowali? — Zniknięcie 
Wenecji z powierzchni morza — dopowiedziała Andzia. — Tak. Żeby podobny 
kataklizm zobaczyć, warto byłoby tylko dlatego żyć. Och, no, a jednak i to z 
czasem prawdopodobne. Wszystko ma swój koniec. A gdyby tak teraz? Zginęlibyśmy 
razem. Wenecję może zniszczyć jakieś niesłychane torremeto, trzęsienie ziemi, 
jakiś orkan_tajfun morski, coś niebywałego w dziejach świata, ale gwałtownego. 
Tak sobie tylko to wyobrażam i tylko tak byłoby potężnie. Andzia otulona 
płaszczem, gdyż wiatr dął i kropił deszcz, siedząc w gondoli obok Horskiego, 
rzekła w zamyśleniu: — Gdy pan to mówi, mimo woli zaczynam wierzyć w to 
wszystko. Jestem wrażliwa, więc już prawie czekam katastrofy. Ten deszcz, 
chmury, ach, jak ponuro. Wenecja ma jednak w sobie coś żałobnego. Cisza, tylko 
plusk wody uderzanej dziobem gondoli i smutne ho, ho... oo, gondolierów. Czasem 
suchy trzask zderzonych z sobą łodzi. Gondole wszystkie czarne, najwstrętniejsze 
te z budkami, jak kirem okryte. O widzi pan; płyną z pogrzebem. Ale to nie 
pogrzeb, to tylko gromada gondoli z budami. Jakież to przytłaczające! — Lecz 
charakterystyczne. Pomalujemy gondole na różne kolory, Wenecja straci swój typ. 
Słupy, do których przywiązują gondole, mogłyby być więcej europejskie. Spotyka 
się zwykłe kije, łomy nawet nie ociosane. Nie sądzę, by to było — con eleganza, 
raczej con dolore. — Chyba nic na świecie nie zmienia się tak pod wpływem pogody 
jak Wenecja. Gdy słońce — rosną skrzydła, pieśń jest w duszy, hejnałem wzniosłym 
wszystko tchnie! Gdy pochmurno — jeno smutek bezdenny, a żałoba dręczy serce. 
Dzwny gród! — mówiła Andzia. — Więc w pani jest podobieństwo do Wenecji, bo i na 
panią słońce przedziwny wywiera wpływ; roztapia się w nim jej melancholia i 
wtedy pani porywa, pani... promieniuje. Spojrzała na niego bystro. Nurzał oczy w 
jej twarzy, oczy ożywione pożądliwym błyskiem. Drgnęła tylko i uśmiechnęła się. 
— Gdy zaś niepogoda — odpycham. Czy tak? Podniosła ciężkie rzęsy, kącikami oczu 
przymrużonych popatrzyła na niego zalotnie. Głowę miała troszkę odchyloną na 
bok, usta malowniczo uśmiechem okraszone. — Czy tak? — powtórzyła. — Nie. Zawsze 
porywa. Panno Anno, teraz mnie pani kokietuje — rzekł cicho i przeciągle. 
Gwałtownie spuściła rzęsy. — Tak — wyszeptała zmieszana. Horskiemu błysnęły 
oczy, uniósł kapelusz nad głową i schylił czoło przed Andzią. — Cóż to znaczy? — 
Składam hołd szczerości pani. Zaimponowało mi to, przyznaję. To było bardzo 
niezwykłe i bardzo ładne. Mam ochotę ucałować pani ręce. — Niech się pan nie 
egzaltuje, gondolier patrzy. — Ja i egzaltacja? Och nie! Jestem tylko pełen 
uwielbienia. Ale rzeczywiście ta bestia wywraca na nas oczy. On się namyśla. — 
Nad czym?... — Czy by nie zagrać nam serenady. Zachowanie się moje podsuwa mu 
wnioski zachęcające, spytam go. — Niech pan da spokój. Horski przemówił do 
gondoliera po włosku. Tamten mu odpowiedział, pokazując w uśmiechu białe zęby. — 
Wie pani, o czym on myślał obserwując nas? — Na przykład? — Że moja odkryta 
głowa mokła na deszczu, więc nie rozumiał dlaczego ją na ten szwank naraziłem; 
że w ogóle mokniemy na deszczu, on zaś właśnie zapomnniał wziąć parasola. Ale 
chce nas okryć gościnnie swym cuchnącym kaftanem. — A to się pan zawiódł co do 
serenady. — Tak. Widocznie w żadnym wypadku na romantyka nie wyglądam. Tarłówna 
i Horski pływali na Lido statkiem i łodzią, zwiedzili fabrykę szkła i marmurów, 
arsenał, wszystkie pałace przy Canal Grande, Casa d'Oro przepyszny i wdzięczny 
swą koronkową architekturą, pałac Franchetti, nieco cięższy w stylu, lecz równie 
piękny, pałac Foscari, Contarini zwany "Casa di Desdemona", palazzco Sanudo przy 
wąskim, ślicznym kanaliku z ogrodem po bokach. Z żelaznych sztachetek spływały 
tu róże pnące i powoje o barwnych, wielkich kielichach. Za sztachetkami rosły 
magnolie, gdzieniegdzie błysnęły kwitnące migdały; w potopie zieleni ogródka 
wyglądały jak obnażone, różowe ciałka dzieci igrających w słońcu. Andzia lubiła 
ten zakątek. Zatrzymywali gondolę przy schodkach wąskiego i wzniesionego 
trotuarku, obok pałacu, do którego się tędy wchodziło. Wysiadali tam i oparci o 
mur ogródka ze sztachetką u góry, pod cieniem zielonych gałęzi prowadzili z sobą 
długie rozmowy. W tym ustroniu gondolier śpiewał im raz, na prośbę Andzi — 
Sancta Lucia — ale tak fałszował niemiłosiernie, że Horski zatykał uszy. Z panną 
Eweliną odwiedzali przeważnie kościoły, częściej jednak przebywając we dwoje. 
Panna Niemojska bała się wody i zmęczenia. Czasem Andzia i Oskar błądzili 
piechotą po chodnikach ponad kanałami, niejednokrotnie przeciskając się przy 
samych murach; zaglądali do dziedzińców prywatnych domów "casa privata", gdzie 
czarne Włoszęta przypatrywały im się biernie, przyzwyczajone do turystów. 
Widzieli malców siedzących na progach ciemnych sieni, zajadających ze smakiem 
makaron, palcami z miski wyciągając go do nieskończoności, prędko i łapczywie. 
Byli na szczycie Campanilli, podziwiając widok całej Wenecji, niezwykły i 
wielki, byli na moście Rialto, na placu św. Marka podczas parady wojskowej, 
zachwycali się iluminacją Wenecji in gratiam jakiejś uroczystości narodowej. 
Andzia lubiła karmić gołębie, które siadały jej na ramionach i na dłoniach, 
przypominało jej to Turzerogi. Horski lubił wówczas na nią patrzyć. 
Sfotografowano ich razem wśród ptaków. ...Ta dziewczyna ma zawsze swój wyłączny 
styl — myślał Horski. — Jest jak u siebie w domu. Nigdy pozy, nigdy przybranego 
sztucznie nastroju... Hm. To niezwykłe. Myśl swą wyraził Andzi. — Nie rozumiem 
pana. Po cóż mam udawać i grać komedię? — Och, to nawet nie komedia, to taka 
subtelność, którą nie każdy umie zachować. Na przykład wśród tych gołębi stoi 
pani tak, jakby w ogródku własnego domu przy gołębniku. Widywałem inne panie w 
tej samej roli, sztucznie czulące się do ptaków i rzucające ziarna z robioną 
egzaltacją; gdy zaś fotograf je zdejmuje, przybierają miny anielskie przygodnych 
bogiń. Tymczasem naprawdę gołębie ich wcale nie bawią, przeciwnie, pozując, 
każda z tych pań drży ze strachu, aby nie... zniszczyły jej sukni. — Że też pan 
wszystko zawsze wyśmieje. — Znam się doskonale na sztucznych nastrojach. 
Osobiście nie cierpię rozanielonych kobiet, w anielskości nie jest im do twarzy 
i kobiety chybiają celu, myśląc, że biorą tym mężczyzn, chyba ślamazarów. Kiedyś 
z okna hotelu przy Canal Grande Horski pokazał Andzi płynącą gondolę. — Panno 
Anno, oto znowu sztuczny nastrój. Tamci państwo w gondoli niezawodnie 
małżeństwo. On i ona, szczególniej pani, siedzą z wielkim namaszczeniem, 
uroczyście. Ona lekko o niego oparta, skupiona, ręce splecione na kolanach; 
szyja utrzymuje głowę w pozie zgodnej z koniecznym efdektem, nie widzę, ale 
założyłbym się, że oczy w słup. Słowem anioł. Jak karmiąc gołębie trzeba mieć 
nieodzownie odpowiednią minę i postawę, tak samo jadąc gondolą w Wenecji, trzeba 
się koniecznie usadowić wedle pewnych form, wyrażających zachwyt, upojenie, 
wzruszenie et cetera i wszystko na modłę nienaturalności. — Ja się także 
zachwycałam i cieszyłam Wenecją. — Ale objawiała to pani inaczej, bez odrobiny 
tanich i przybranych sztucznie efektów, bez pozy. To się odczuwa i widzi. 
Tarłówna wdzięczna była Horskiemu za zatrzymanie jej w Wenecji. Opanowywał ją 
coraz silniejszy lęk na myśl, że jednak trzeba będzie powrócić do Turzerogów i 
tam żyć. Myśli te odsuwała od siebie starannie, żyła teraźniejszością. Nie mogła 
się rozmarzać, bo Horski ją otrzeźwiał, nie mogła tęsknić, bo on rozrywał jej 
tęsknoty, nie mogła wylatywać naprzód wyobraźnią swą, bo drogę do przyszłości 
zasłaniał jej znowu Horski. Co z tego wyniknie?... — mętnie myślała Andzia. 
Słowa jego wypowiedziane na łodzi w Beaulieu pamiętała wybornie. Jego zamiary 
tak niespodziewanie objawione, z naciskiem jakby z nakazem wbiły się w mózg 
Andzi. Zdumiały ją i przeraziły na razie. Potem śmierć Jana odsunęła je na drugi 
plan; powróciły rychło, ale już nie groźne, nie nadnaturalne, lecz niepokojące. 
Był to jednak niepokój, którego się nie oddala. Anna nie umiała zbadać siebie i 
nie chciała. Zawisł nad nią wielki znak zapytania, jak miecz Damoklesa. NIe 
pragnęła dotknąć go już ani się spod tego znaku wyśliznąć. Tak jak jest, było 
jej dobrze. NIe drażnił jej chłód Oskara, czuła, że dla niej zbyt zimny nie był. 
Umiała obudzić żywszy płomyk w jego stalowych oczach i lubiła go budzić. 
Kokietowała go czasem umyślnie. Niczego więcej nad to, co istniało, nie życzyła 
sobie. Uczucia miłosne były od niej daleko, pogrzebała je w mogile Andrzeja. To, 
co jej dawał Horski, wystarczało, przeczucie jej mówiło, że i on nie zażąda od 
niej zapałów gorętszych. Ale niepokój pomimo to nurtował, szczególnie gdy 
spotkała na sobie jego wzrok, lub gdy uczuła na ręku dotknięcie jego dłoni, 
czasem ust. Wówczas przenikał ją dreszcz niepojęty, a jakiś obcy, odległy, niby 
dosłyszalne echo grzmotu. Nie rozumiała, że woła na nią, że ją wzywa moc 
potężna, której się nie oprze. Część druga (c.d.) XV W jego mocy Pewnego dnia 
wręczono Andzi telegram. Przybladła otwierając kopertę, ale się uspokoiła. 
Depesza była od Lory, brzmiała krótko: "Wieści z kraju ważne, przyjeżdżajcie 
zaraz, Monte Carlo". — Znowu tam powracać? Po co? — Drogi z Monte wiodą na 
wszystkie strony świata, będzie się można udać, dokąd się zechce. Tymczasem 
jedźmy tam — radził Horski. Tarłówna z żalem żegnała Wenecję. Parę tygodni 
przebytych w tym grodzie były jakby perłą kilku lat jej życia, od śmierci 
Andrzeja. Z radością jednak powitała znowu Morze Śródziemne, ale nie chciała 
zatrzymywać się u Lory. Horski był z tego zadowolony. Tarłówna z Eweliną 
zamieszkały w hotelu przy bulwarze Condamine, on, jak i przedtem, w Buckingham 
Palace. Lora powitała Andzię wymówką, że nie zajechała do jej willi, ale z 
radością, że przepowiednia jej spełniła się i że Andzia nie wraca do Turzerogów. 
— Już wkrótce jadę do kraju. Jakie masz wiadomości, Lorko? — Listy od Kościeszy 
i od Grześka, wyobraź sobie. Wybacz, że czytałam, ale przyznaję się. że byłam 
bardzo ciekawa. — Grześko pisał? Pokaż te listy? Tarłówna przebiegła wzrokiem 
chmurnym pismo ojczyma. Gniewał się, że nie przyjeżdża, zapowiadał, że pieniędzy 
więcej nie przyśle, że dosyć tego "używania" na południu w domu "takiej pani jak 
Lora", o której każdy wie, kim jest... Andzia mimo woli zerknęła na Nordicową. 
Ona to spostrzegła. — Wiem, co w tej chwili czytasz. Szympans mi wymyśla. Stary 
osioł! Będzie wiedział, że znam treść jego listu. Kościesza pisał w tonie ostrym 
i stanowczym. O śmierci Jana była tylko mała wzmianka, natomiast kilkakrotne 
zaznaczenie, że Andzia zapomina o swych obowiązkach i że popełnia 
nieprzyzwoitość, będąc tyle czasu za granicą bez właściwej opieki. Tarłówna 
odwróciła się do Eweliny, czytając ten sam list za jej plecami. — Kościesza nie 
wierzy w łagodną opiekę Linci. — Uważa panią tylko za futerał Handzi, za plaster 
przyzwoitości — śmiała się Lora. — Bezpieczniej dla Andzi być zupełnie bez 
opieki, niż pod opieką Kościeszy — odrzekła nauczycielka. — Ach, to z pewnością. 
Andzia odłożyła list z niechęcią. — Same wymówki, naglenie do powrotu i kilka 
fałszywie słodkich słówek, zapewnień miłości dla mnie i tęsknoty. Przestałam się 
już brać na ten lep. Cóż stary, kochany Grześ pisze... Czytała z uwagą, lecz po 
chwili zbladła i łzy spłynęły jej z oczu. — Więc jednak odgadłam, zginął pod 
krzywą brzozą, przy sągach drzewa... biedny, biedny Jaś. Taka śmierć okropna... 
— Grześko coś przeczuwał, szukał go, ale już nie zdążył. W tym samym miejscu, 
gdzie ja... przed laty. — Jaś był zawsze mazgajem, ale śmierć wybrał śmiałą. 
Trzeba odwagi na taki krok. Nie sądziłam, żeby mógł to zrobić — rzekła Lora. — 
Ale czytaj dalej. Tarłówna zdumiewała się. — Wereżba, rządca z Drakowa? Nawet 
nie słyszałam o takim. Ktoś nowy. Cóż on tu robił? Był u ciebie, Loro? — Skądże! 
Lecz widocznie śledził nas, przysłany przez Kościeszę. Szlachetny podwładny 
szlachetnego szefa. Szkoda, że go nie znałam i jego zamiarów, kazałabym 
skierować na niego auto w pędzie. Oto bestia! Andzia skończyła list. — Poczciwy 
Grześko, błaga, bym powracała. Cóż ja poradzę na to, co się tam dzieje. 
Właściwie jednak powinnam. — Stanowczo! — potwierdziła Lora. — Kościesza z tym 
jakimś Wereżbą i widać podobnym do niego administratorem Toporzysk, urządzi ci 
tak majątki, że nie będzie po co wracać. Już jeśli rąbią i sprzedają lasy, to 
najgorsze. Wycisną majątek jak pomarańczę, włókno zostawią dla ciebie. Kościesza 
widzi, że wymykasz mu się z rąk, wątpi, czy sam z tobą coś wskóra, więc 
zabezpiecza siebie i Janusza na wszelki wypadek. — A skoro powrócę, czy mi odda 
majątki? — Zażądasz, jesteś pełnoletnia. Prawo za tobą. Logika łatwa i 
wykluczająca wszelkie spory. Pyszny Grześko z tym swatostwem. Drohobycki z 
Kiryłówki czeka na twój powrót, z zamiarami starania się o ciebie. To sąsiad 
Olelkowicza, o ile pamiętam. Nie znam go, a ty? — Ach, daj spokój! Widziałam go 
parę razy, był na... ostatniej obławie. — Ale odważny, że się Kościeszy nie 
obawia. Ciekawam, w jaki sposób zginąłby, gdyby się z tobą zaręczył? — Loro, 
przestań. NIe dręcz mnie. Pan Drohobycki może być spokojny, zostanie przy życiu. 
— Z wielką goryczą mówisz to, Andziu. — Bo goryczy mam pełną duszę... Na drugi 
dzień rano Andzia poszła samotnie do parku Monaco. Sama, nie wiedząc kiedy, 
znalazła się na swym ukochanym cyplu. Stanęła przy balustradzie, patrząc na 
morze. Było wzburzone, groźne. Bałwany sine waliły z głębin, straszne, ryczące, 
wzniesione potężnie ponad normę i wściekłe. Na krańcu wód odmęty czarne, jakby 
atramentem skropione, bliżej sinordzawe, brudną pianą chluszczące. Czasem 
podnosił się wał zielony i targany huraganem wył jak zwierz, zwijał swe runa, 
niby gad potworny, wymiotował pianą i zwalczony nowym lewiatanem, utworzonym z 
wód, tonął w posępnej głębi. Morze szarpało się gniewnie, huk fal toczył swe 
bojowe surmy i gnał z burzliwej przestrzeni do brzegu, jakby grożąc nawet 
zagładzie tej wyniosłej skale. Wicher uderzał w Andzię z zajadłością, cofnęła 
się w tył i przykucnęła na ławce, oparta mocno o skałę za sobą. ...Dlaczego dziś 
morze takie groźne i tak mnie nieprzychylnie wita mój ulubiony cypel? — myślała. 
...Poznałam tu Horskiego... ...Może i on dziś przyjdzie? Lincia mu powie, że 
poszłam do parku, domyśli się i przyjdzie na pewno... ...Niechby przyszedł, tak 
tu dziś straszno...! ...Jeśli odgadnie i przyjdzie po... ach, dość zabobonów! 
Andzia czuła, że drży. Z zimna czy z jakiegoś innego powodu? ...Co się to ze mną 
wyrabia? ...Czy i w Wenecji dziś tak samo morze ryczy?... Tam Adriatyk błękitem 
nalany, tam słonecznie... ...Jak tam było dobrze... Czy taki spokój błogi 
jeszcze powróci? Wracać trzeba, jechać tam! Drohobycki czeka. Ha, ha, ha! ...A 
Kościesza obmyśla, jaką by mu trutkę zadać, gdyby?... Ha, ha, ha! Śmiała się jak 
szalona, aż jej od śmiechu i wiatru oczy nabiegły łzami. ...Drohobycki czeka. 
Ha, ha, ha! ...Bo kto ze mną los swój zwiąże, ten ginie. Nawet Lora mówi — 
odważny Drohobycki. Ach, będziesz żył, będziesz! Młody, szkoda go... sąsiad 
Andrzeja... Nie zgubię go, nie, nie! Morze wzdęło się piekielnym rzutem. Czy 
chce pochłonąć skałę? ...Gdybyż Horski przyszedł, tak tu jakoś ponuro... Andzia 
zatulona w płaszczyku siedziała cicho, myśląc i śmiejąc się na przemian. 
Rozdrażniona była. Morze denerwowało ją jeszcze więcej, ale odejść nie chciała, 
bojąc się nawet wstać i przejść kilka kroków nad przepaścią zarośniętą krzewami. 
W pewnej chwili usłyszała kroki na uliczce. Zaczęła nasłuchiwać. ...Tak, to on. 
Jego chód. Krew uderzyła jej do twarzy, oddech zamarł w piersi. Jakby go kto 
ręką zdusił. Horski stanął przy niej i patrzył, ona podniosła na niego oczy. — 
Och, no domyśliłem się, że pani jest tu. W taką pogodę na tej wyżynie? Co 
pani?... Zimno? — Nie. — Tylko?... — Boję się czegoś. Zdjął palto i okrył nim 
Andzię. — Co pan robi? Niech pan tego nie robi! Pan zmarznie. — Wytrzymałem bez 
palta burzę na oceanie, na pokładzie statku. Pani jest przede wszystkim zimno, 
pani szczęka zębami. Nie śmiała mu się przyznać, że to tylko z jakiegoś 
nieokreślonego wrażenia. Usiadł przy niej i długo milczał. Andzia uspokoiła się 
znacznie. — Panna Ewelina wszystko mi powiedziała. Niemiłe listy z kraju. 
Prawda? — przemówił nareszcie. — Tak. Ojczym mnie wzywa do powrotu. — Słyszałem. 
Pani chce sama wziąć się do pracy, stać się kulturtr~agerką Wołynia i żyć w tych 
ciasnych ramach. Za młoda pani na to. — To lepiej. Od razu zaprząc się do wózka 
przeznaczenia, bez mrzonek, które, jak Lora mówi, psują życie. Może to i prawda? 
— Panno Anno, pani gra ze mną w chowanego. Przeznaczenie pani jest inne. Horski 
wziął jej ręce w swe dłonie. Widziała blisko siebie jego magnetyzujące oczy. — 
Przeznaczeniem pani jest być kobietą, nie cywilizatorką i administratorką. — Czy 
pan nie kojarzy tych pojęć z sobą? — Nie. Mam wstręt do wszelkiego rodzaju 
emancypantek i do... ekonomów w spódnicach. Lubię kobiety w kostiumach 
sportowych, ale nie cierpię kobiet przywłaszczających sobie role męskie. To je 
psuje. Zwłaszcza kobiety w pani typie. Pani jest przede wszystkim stworzona, 
aby... dawać szczęście i rozkosz mężczyźnie. Andzia zdrętwiała. On pochylony 
blisko jej twarzy rzekł mocno: — Tym mężczyzną ja pragnę zostać. Słowa i głos 
jego przeniknęły ją na wskroś. Dreszcz zapomniany od bardzo dawna, ale już 
zrozumiały, już wyraźny, jął płynąć rozpalonym prądem po żyłach. Zatrzepotała 
powiekami. NIe chciała spuszczać oczu, ale je spuściła, chciała wyrwać ręce z 
uścisków i pozostawiła w jego dłoniach. A oto szept zdławiony nad nią: — Znowu 
różowe łuny. Jakiż czar!... Oprzytomniała. — Niech pan puści moje ręce. — A 
jeśli powiem — nie? A jeśli nie puszczę, aż dokończymy rozmowy z łódki w 
Beaulieu? — To... sama je wyrwę. Zdawało się Andzi, że leci w siny odmęt morski, 
że woda ją ogarnia i wlecze wprost na dno. ...Ku przeznaczeniu!... Ku 
przeznaczeniu! — ryczą spienione otchłanie. Horski obrócił rękę dziewczyny i do 
dłoni jej przykładał usta, z lekka ją całując. Tarłówna poczuła nad sobą 
przedziwną moc, rozkazującą, władczą. Nie oprze się jej. Nie ma, nie ma sił... 
Podniosła rzęsy. Wilgotne, czarne oczy z fioletowym odcieniem białek, spoczęły w 
źrenicach Horskiego. On rzekł stanowczo: — Ręki tej już nie puszczę, ten 
drobiazg jest mój. Biorę sobie panią na własność, panno Anno. — Niech pan bierze 
— wypowiedziały jej usta i jej zdecydowane oczy. Odkrył głowę i spojrzał w jej 
źrenice poważnie. — Dziękuję pani. Pragnąłem tej chwili bardzo gorąco. Całował 
jej ręce jak zwykle, z nieco łaskotliwą pożądliwością, ale spokojnie. Po długim 
milczeniu z obu stron, Horski powiódł wzrokiem po Andzi, poprawił na niej 
osunięte trochę własne palto i rzekł z uśmiechem: — Mam jeszcze drugie 
pragnienie, równie silne jak było pierwsze. — Jakie? — Aby ślub nasz odbył się 
jak najprędzej. Andzia miała wrażenie, że to wszystko sen. Jej ślub z Horskim? 
Ona żoną Horskiego? Stało się! — A pani, panno Anno? Po co odkładać. Prawda?... 
Przyspieszymy. — Dobrze. Jak pan chce. — Ja?... Ach, no, ja uważam, że my już 
poślubieni sobie jesteśmy. Własna zgoda i własne słowa są ważniejsze niż 
wszelkie narzucone formuły. Wpiszą nas w księgę u mera i od razu mogę zabrać 
panią, jako żonę do Buckingham Palace, osierocając pannę Ewelinę. Anna drgnęła i 
chciała cofnąć rękę. On nie puścił. Zaśmiał się szczerze. — Cóż za oburzenie w 
oczach! Nie zrobię tego, nie. Ludożercą nie jestem. Wiem, niestety, że muszę 
stanąć przed jakimś ołtarzem i co gorzej — księdzem. Jest to smutne, ale 
prawdziwe. Chciałbym tylko te ceremonie skrócić do minimum i odbyć je prędko, 
bez zwłoki. Burza na morzu wzmagała się. Bałwany olbrzymich rozmiarów, 
spiętrzone pędziły na skałę jak stada rozhukanych bawołów z najeżonymi grzywami. 
Chmury rosły, kilka kropel deszczu spadło na rozchwiane rośliny dokoła. ...Stało 
się, stało się... — powtarzała Andzia w myślach swych tak samo rozchwianych. Ale 
nie czuła lęku, całą jej istotę przenikał dziwny dreszcz i zdziwienie, że się to 
już stało, tak prędko... — Niezwykła chwila, co? — mówił Oskar. — Burza na 
morzu, my na zrębie skały, w dodatku w takiej sytuacji, kiedy podobno ludzie 
tracą przytomność. Myśmy ją zachowali co prawda. Może instynkt nas ostrzega? 
Lecz nie ufajmy sobie zbytnio, burza podnieca. Andzia wstała. On również, 
trzymał ją silnie za rękę. Oddała mu palto. — Czy pan wie, że my się znamy 
dopiero od trzech miesięcy? — A tak. Po co dłużej? Rozwałkowana znajomość, 
długie narzeczeństwo, to wielka masa ciepłej wody, w której tonie prawdziwa 
rozkosz. Im krótsza data poznania się dwojga ludzi z sobą, im mniej 
przyzwyczajenia do siebie, tym rozkoszniejsza pieszczota i szał. Andzia uczuła 
zawrót głowy. Jego uścisk ręki, głos niski, nabrzmiały i oczy spod rzęs 
patrzące, wprawiały ją w stan niepojętego rozdrażnienia nerwów i wszystkich fibr 
żywotnych. — Jest pani teraz w mojej władzy... Przepaść, burza i ja... Mógłbym 
panią wycałować, ile bym chciał, moja Anni... Wszak już mogę tak nazwać? Ale nie 
uważam za przyjemne całowanie przerażonych kobiet. Czy pani mnie się boi, czy 
burzy? — Pan mnie męczy! — krzyknęła prawie. Wziął jej rękę pod ramię i 
odprowadził z cypla w głąb parku. Szli prędko długi czas w milczeniu. — Czy pani 
pamięta nasz pierwszy powrót z krawędzi tej skały? Inaczej było niż dziś. Co? — 
Pamiętam. — O... tak. — Była pogoda. Dziś jest w naturze pełno grozy, ale to 
wytwarza nastrój. — Pan wierzy w nastroje? Odczuwa je? — Nie zawsze, lecz 
dzisiaj tak. Podnieca mnie wściekłe wyjące morze i nasze t~ete ~a t~ete z panią, 
którą już uważam za swoją. Akord ciekawy i drażniący. — Harmonizuje mnie pan z 
burzą? To nietrafne. Ja się już burzyć przestałam, jestem teraz jakby we mgle. — 
Także chybione porównanie. Otaczały panią mgły, gdym ją poznał, przed trzema 
miesiącami. Ale teraz... — Cóż teraz? — Jest pani zarzewiem ognia. Już gorejesz, 
bojaźliwie trochę, ale zapłoniesz jaskrawiej. Andzia odwróciła głowę, nie chcąc, 
aby dostrzegł wyrazu jej oczu i opływający jej twarz rumieniec. Lecz on to 
zauważył. — Przyznaje mi pani rację? Czy tak?... Po chwilowym wahaniu spojrzała 
nagle i śmiało w jego chłodne źrenice. — Niech się pan nie dziwi. Bywają i takie 
przełomy. Czuję, że jestem przede wszystkim kobietą. Odgadł pan we mnie ten 
pierwiastek wybornie, mówiąc tam, na skale, o mym przeznaczeniu — zaśmiała się 
nerwowo. — Wstyd mi, że jestem taka słaba... — Nie, panno Anno, to nie wstyd i 
ja się nie dziwię. Ja tylko panią podziwiam, ja to w pani szanuję. Twoja 
szczerość może imponować. Ach, nie spotykałem tego objawu wśród mnóstwa kobiet. 
Ścisnął silnie dłoń Tarłówny i pochyliwszy się ku niej, zajrzał w jej spłonioną 
twarz. — Ale teraz tym bardziej pragnę być dla ciebie Prometeuszem. — Więc 
jednak między wami doszło do tego... Jak prędko? Czy to już stanowczo, 
Handziuniu moja? — szeptała panna Ewelina, pochylając stroskaną twarz nad ciemną 
głową siedzącej u jej nóg Tarłówny. — Już nieodwołalnie Linciu. Tak już być 
musi. — Moja, moja dziecino, ale, czy ty go kochasz? — Ach, Linciu, nie pytaj o 
to. Kocham — to słowo wycofane z mego życia. Nie, nie kocham Horskiego... — 
Aniu! — Ale mu wierzę, ufam mu jakoś dziwnie. Jestem zupełnie pod jego wpływem. 
On mnie hipnotyzuje siłą, której nie rozumiejąc, poddaję się mimo woli. — To za 
mało Anuś, to jeszcze za mało. Boże mój, tak mi ciężko jakoś na duszy, tak się 
boję o ciebie, dzieciątko moje. Andzia zaśmiała się i ucałowała starą 
nauczycielkę. — Niech się Linciuchna nie trwoży. Przecież Horski nie straszny. 
Lubisz go Linciu, prawda? — Lubię, owszem. Trochę jest za sztywny, za chłodny, 
jakby prawdziwy Anglik, ale bardzo światowy pan, wykwintny, elegancki, dobrze 
wychowany i sympatyczny. Umiał mnie zjednać sobie, przyznaję, bo był delikatny i 
widocznie uwielbiający cię, to mnie do niego od razu przekonało. Tylko widzisz 
Anuś... On zdaje się jest niewierzący, ateusz. To gwarancji szczęścia nie daje. 
Może źle duszko, żeś się tak pospieszyła. Wróciłybyśmy do Turzerogów. — Do 
Kościeszy?... Linciu, wierz mi, wszystko lepsze niż przebywanie znów w tym 
okropnym domu z... ojczymem. Za nic! — Wiesz ten Drohobycki zastanowił mnie 
bardzo. Pamiętasz, przyjeżdżał w lecie parę razy pod różnymi pozorami? Patrzył 
na ciebie jak w obraz... Andzia podniosła się żywo i strząsnąwszy włosy na 
szlafroczek, spytała obojętnie: — Więc cóż z tego? — Byłaś wtedy narzeczoną 
Jana, wszyscy o tym wiedzieli, nie śmiał. Ale teraz... Młodzieniec jak złoto — 
przystojny, bogaty... Sąsiad i przyjaciel Andrzeja. — NIech Lincia przestanie, 
moja dobra! — A zawsze, moje dzieciątko, co swój to nie jakiś obcy. Ale ty się 
gniewasz. — Czy mam jechać do Turzerogów i starać się o Drohobyckiego? — On 
tylko czeka twego przyjazdu. On cię pewno od dawna kocha. — Ach naturalnie! 
Zabije się dla mnie. — Ej, Anuś, niedobra jesteś. Przecie to przyjaciel... 
tamtego. — Tym bardziej! Dziwię się, że mu zaświtał taki pomysł. Odziedziczyć 
narzeczoną po zmarłym przyjacielu! To istotne bohaterstwo. Nie ma o czym mówić! 
Gdybym nawet nie była po słowie z Horskim, nie wracałabym do kraju dla 
Drohobyckiego. Żoną przyjaciela Andrzeja nie zostałabym nigdy. Jest w tym 
wyłączna psychologia i Lincia powinna ją zrozumieć. Andrzej to moja świętość, to 
moja relikwia. — A Horski? — On, to moja rzeczywistość, trzeźwa, realna, z 
ideałami nie mająca nic wspólnego. Może to moje fatum? — Andziu! Jezus, Maria, 
co ty mówisz? — Nie wiem nic, tylko czuję, że to moja konieczność. Jest w nim 
jakaś siła zniewalająca mnie. To mi imponuje, to mnie bierze, to... rzuca mnie w 
jego ramiona. Zaległo milczenie. Tarłówna rozebrała się i położyła. — Kiedyż 
ślub? — padło ciche pytanie. — Skoro tylko wszelkie formalności prawne zostaną 
załatwione. On się tym zajmie drogą korespondencji w naszej diecezji w 
Żytomierzu, i w swojej w Anglii. Chodzi o indult * i potrzebne papiery. Indult — 
odstępstwo od przepisów kościelnych. Niemojska zerwała się z krzesła. — Jak to, 
więc nie wracamy do Turzerogów przed ślubem? — Nie. Ślub odbędzie się tu w 
Sainte_D~evote. Za jakiś tydzień, dziesięć dni, skoro tylko nadejdą papiery. Po 
świętach. — Aneczko!... Dziewczyna trzęsła się febrycznie. Szarżowała sama przed 
sobą, udając większą odwagę, niż miała ją w rzeczywistości. Naciągnęła na siebie 
kopdrę. — Jak morze dziś szumi, nawet tu słychać. Takie dziś było groźne, złe... 
— Aneczko! Po co taki pośpiech. Nie zawiadomisz Kościeszy? — Nie. Dopiero po 
ślubie poślę zawiadomienie. — A rodzina twoja? — Gdzież ona jest? — Ciotka 
Hołowczyńska z Królestwa... — Ach, legenda ciotki z Królestwa. Widziałam ją 
mając czternaście lat. — Jacyś stryjeczni bracia twego ojca... — Nikt się o mnie 
nie troszczył. Nikogo nie znam, jestem sama. — Bo się wszyscy bali Kościeszy, 
nie lubili go i unikali od śmierci mamy. Wszystkich zraził. — Może być. Ja go 
się także boję. — A przyszłości? — Nic a nic. Horskiemu ufam. On się Kościeszy 
nie zlęknie. — Ależ wyprawy nie masz. Tarłówna parsknęła śmiechem. — Ach, 
Linciuchna, wyborna jesteś! Wyprawa!... A to nadzwyczajna przeszkoda! Trzeba to 
przedstawić Oskarowi jako powód odłożenia ślubu. Wyobrażam sobie jego minę. — 
Moje dziecko. On by może i ślubu w kościele nie chciał, tylko u mera, jak Lora. 
Andzia spoważniała. Przyszły jej na myśl słowa Horskiego, zaznaczające to samo, 
co przeczuła Ewelina. Zrobiło jej się przykro i źle. — Dobranoc Linciu, czas 
spać. W głosie swej pupilki Niemojska odczuła gorycz. Nic już nie mówiąc 
ucałowała ją i cicho odeszła do swego łóżka. Wkrótce potem Ewelina doznała 
wrażenia, że Andzia nie śpi. Zbliżyła się do niej na palcach. W mętnym świetle, 
płynącym z latarni na bulwarze ujrzała oczy dziewczyny rozwarte szeroko. — A co, 
nie śpisz dziecino? — Nie mogę. Tak mi dziwnie... dziwnie jakoś. Niemojska 
usiadła na łóżku i dotknęła czoła wychowanki. — Gorącą masz głowę, duszko, oczy 
ci tak błyszczą, nawet w mroku widzę. Rozmyślasz, prawda? — Tak, Linciu. — Ja ci 
wierzę. Zdecydowałaś się na krok bardzo ryzykowny, Handziuniu. To kwestia twej 
przyszłości, nie można lekceważyć. Ale jeszcze czas, możesz się namyślyć, 
odłożyć ślub przede wszystkim. Potem zobaczymy. — Cóż mi w życiu pozostaje 
innego? — Powrócisz do kraju, zamieszkasz w Toporzyskach, zajmiesz się 
urzeczywistnieniem swych projektów... — A pustkę w duszy, którą noszę już tak 
dawno, czym wyruguję, Linciu?... Te zajęcia, to jeszcze nie dosyć. Zresztą... 
zanim Kościesza odda mi majątki i pozwoli samej zamieszkać, będą kwasy, sceny. 
Ja się tego lękam, nie czuję sił do walki z Kościeszą. Tak mi pusto w duszy, tak 
w sercu głucho, tak mi potrzeba jakiejś ostoi, troszkę, choć troszkę ciepła. 
Przekręciła się na łóżku i przytuliła głowę do kolan Niemojskiej. Nauczycielka 
ze łzami w oczach gładziła jej ciemną, rozpaloną głowę. — Gdybyś dziecino 
kochała Horskiego, byłabym spokojniejsza. Ale skoro nie, to bardzo, bardzo 
smutno. Przypomnij sobie, ileś wycierpiała, ile miałaś udręki, zgryzoty, będąc 
narzeczoną Jana, bo także nie było miłości. Bóg rozwiązał ten węzeł, wola Jego 
święta. NIe wiadomo, mogłaś być szczęśliwą z Jasiem; dobry, zacny, kochał cię 
nad życie, proch by przed tobą zmiatał. Szanowałby twe ideały, wspólnie z tobą w 
czyn je wprowadzał. — NIe mówmy o tym. Nie wskrzeszajmy umarłych. Co teraz los 
mi przeznacza — nie wiadomo. — Dlaczego ty, Anuś, desperowałaś tak na myśl o 
związku z Jasiem? Znaliście się od dzieci. — Oj, LInciu droga, przyjaźń i 
uczucie braterskie a małżeństwo to wielka różnica. Nie jestem dzieckiem, 
rozumiem, co to jest być żoną... Dla Jasia miałam dużo najlepszych uczuć jako 
dla kuzyna, brata, ale wzdrygałam się na myśl, że może być moim mężem. Miałam 
wstręt do tego biedaka. Cóż pocznę, nieszczęsna? — A do Horskiego? — Przeciwnie 
— szepnęła jakby ze wstydem. — On mnie pociąga ku sobie mocą nieprzepartą, nową 
i... władczą. On mnie nie prosił o oddanie mu ręki, on ją sam sobie 
przywłaszczył. Wziął mnie rozkazem. — Handziu, i ty taka dumna — poddałaś się? — 
Tak, z pełnym zaufaniem. — Jakież to dziwne, dziwne. Nawet nie bardzo wiemy, kto 
on jest. Tak mało go znamy. Tylko z opowiadań Lory. Jest Polakiem, z ładnej 
rodziny szlacheckiej, urodzony i wychowany w Anglii. Podobno bardzo dużo tracił 
i już jest prawie zrujnowany, a jednak grubo gra, chociaż ostatkiem goni. — Pan 
Horski sam dużo mi o sobie opowiadał — rzekła Andzia. — Jego ojciec w czasie 
powstania zmuszony był wyjechać z kraju, w Anglii ożenił się i został 
współwłaścicielem jakichś akcji kopalnianych i warsztatów fabrycznych razem z 
teściem w Londynie. Podobno dużo tracił. Byli bardzo bogaci, teraz matka ich 
mieszka w okolicy Dovru, w posiadłości własnej, nad morzem. Ma tam pałacyk z 
parkiem i żyje z renty. — A synek buja po świecie i także traci? — rzekła panna 
Ewelina. — Już chciała dodać — i szuka bogatego ożenku, lecz powstrzymała się w 
porę. Jeśliby mu tylko o posag szło, mógłby znaleźć bogatszą, choćby w Ameryce. 
Zresztą widać, że ona mu się wyjątkowo podoba — myślała nauczycielka. — Ale 
zamieszkacie na Wołyniu? Chyba nie w Anglii? — Zapewne. NIe było jeszcze o tym 
mowy. — Czy Horski się przystosuje do naszych warunków, czy to dla ciebie, 
Aneczko... Czy to dla ciebie szczęście?... Sama nie wiem, ale tak się boję o 
twój los, kochanko. Ciężko mi jakoś. Rozmawiały z sobą długo, prawie do świtu. 
Panna Niemojska nie kryła przed wychowanką niepokoju, który w końcu udzielił się 
Andzi. Tarłówna rozdrażniona rozpłakała się serdecznie, przytulona do piersi 
starej kobiety. Obie płakały. — Dziecino moja, przecież to od ciebie zależy, 
odłóż ślub i jedźmy do Turzerogów. Horski i tam trafi za nami. Poznacie się 
lepiej, może go pokochasz. A może Drohobycki? Andzia żachnęła się niecierpliwie, 
lecz opadły ją posępne myśli i dziwny ciężar gniótł serce. XVI Ta i... tamta 
Tarłówna szła zamyślona w stronę tarasów. Wracała z kościółka Sainte_D~evote, 
zatrzymując się często i patrząc na morze, po wczorajszej burzy wygładzone, 
cudne. Zbliżyła się do poczty, gdy nagle stanął przed nią Horski. Zdjął kapelusz 
i uścisnął jej rękę. Zadrżała mu w dłoni. — Tak rano?... Dokąd? — Byłyśmy z 
Lincią na mszy, ona została w kościele, mamy się spotkać na tarasach. — Ja zaś 
wysłałem konieczne depesze i listy. Pozostał tylko list pani do miejscowego 
proboszcza. Czy już napisany? — Nie. Spojrzał na nią uważnie. — Szedłem właśnie 
do pań po ten list... No... i przedstawić się pannie Ewelinie jako narzeczony 
jej pupilki. Andzia milczała. — Trochę dziś blado wyglądamy. Dlaczego to? — Nie 
spałam w nocy. — Jakiż powód? — Było mi źle, smutno, słowem — dziwnie. Horski 
nic nie odpowiedział. Minęli tarasy i okrążając kasyno weszli do parku. Andzia 
mimo woli kierowała swe kroki w stronę narożnej altanki, otoczonej krzewami. 
Odnaleźli kamienne schodki w gąszczu geranium i caprifolium. Wstąpili na nie i 
stanęli na okrągłym placyku altanki. — Odpoczniemy. Dobrze? — Owszem. 
Zadziwiająca rzecz, że nikogo tu nie ma. Zwykle spotyka się bony z 
rozkrzyczanymi dziećmi, jakieś skromne niewiasty, spożywające naprędce 
kieszonkowe śniadanie, strojnisie mauvais genre (fr. — zły rodzaj, tu: w złym 
guście), robiące tu toaletę przed lusterkiem, lub gruchające pary. My należymy 
do ostatniej kategorii. — Co pani jest, panno Anno? Delikatnie wziął obie jej 
ręce. Głos jego był miękki w tonie. Od razu ujął Andzię. Spojrzała mu w oczy, 
patrzył na nią łagodnie, przejmująco. — Co jest mojej ślicznej Anni? Jakieś 
smutki?... Trzeba je odrzucić precz. — A jeżeli są uparte i dokuczają? — To je 
wyrwać z korzeniem raz na zawsze. — Mam pełną duszę rozterki dziwnej, szarpie 
mnie niepokój... Smutno mi trochę i tak jakoś... jakoś... — No co?... 
Wyspowiadać się przed narzeczonym. Miękkość jego brała ją nieprzeparcie, znowu 
magnetyzował ją, znowu czuła jego moc nad sobą. — Nie wiem, czy damy sobie 
wzajemnie szczęście? — szepnęła. — Och, no, niechże pani nie będzie szablonowa. 
To nie jest w jej typie. Niech to pani zostawi całej plejadzie panien, które, 
pod zakład, mówią to samo narzeczonym nazajutrz po zaręczynach. Wczoraj była 
pani sobą, dziś czuję nastrój wywołany przez pannę Ewelinę. Hm!... Sądzę, że 
teraz mój wpływ powinien być dominujący. Przechodzi pani spod opieki Linci pod 
moją. Czy panią to przeraża? — Nie, lecz zdumiewa. — No, to uczucie niestraszne 
przynajmniej. Pragnąłbym jednak, aby ponadto było coś więcej, wyłącznie dla 
mnie. Moja Anni! Moja. Słyszysz? — Więc to już naprawdę? Już stanowczo? — Nie 
jesteśmy chyba na scenie? — Tak. Ale zastanowiłam się, że to ma nastąpić trochę 
za gwałtownie. Można ślub odłożyć na parę miesięcy. Od razu po śmierci Jana, to 
za prędko, to mnie razi. — Ja tego nie uznaję za powód do odkładania ślubu. Jaki 
cel?... Wszak pani Smoczyńskiego nie kochała? — W każdym razie był moim 
narzeczonym, kuzynem, to obowiązuje. Tak sobie przejść nad jego zgonem do 
porządku dziennego, nie wydaje mi się etyczne. Andzia, mówiąc to, myślała 
jednocześnie, że po śmierci Andrzeja przez trzy lata nie zdjęła z siebie czarnej 
sukni, nie wypleniła z duszy okrutnej żałoby. Jeszcze teraz, będąc po słowie z 
Horskim, czuje gorzki wyrzut, że jednak sprzeniewierza się pamięci Andrzeja. 
Zawsze Andrzeja, nie Jasia. ...Horski prawdę powiedział, skoro Jana nie kochała, 
nie należy mistyfikować żałoby po nim. Dla pospolitego kodeksu światowego? Dla 
zwyczaju jedynie?... Blaga, blaga, fałsz. Żałuję Jana jak brata? Ależ to 
bratetrstwo splotło się tak krytycznie z przeraźliwą niechęcią do małżeństwa z 
Janem, że zatarte są wszelkie ślady dawnych dla niego uczuć siostrzanych. Andzia 
nie śmiała sama przed sobą nawet odgadywać, że na dnie jej duszy tkwił drobny 
pyłek protestujący przeciw wszelkim żalom i tęsknotom za Jasiem. Przeciwnie, 
ziarenko to, kiełkujące w duszy podsuwało jej niekiedy myśl złą, egoistyczną, że 
śmierć Jana była dla niej wyzwoleniem, że to, co się stało, stało się dobrze. Ta 
sama myśl uderzyła ją teraz i zabolała. Horski patrzył na Annę, jakby czytał w 
jej twarzy i rozumiał, co rozważa. — Powiedziała pani, że to nieetyczne? Ja 
sądzę, że jeszcze bardziej nieetyczne kłamać przed światem i nawet przed sobą; 
urządzać żałobę, gdy jej w sercu brak, tout court — odgrywać bardzo nieciekawy 
melodramat. — Skąd pan przeczuł, co ja myślę? — zdziwiła się Andzia szczerze. — 
Sądząc ze słów pani odgadłem trafnie. Zatem kwestia skończona, załatwiła ją pani 
sama z sobą. Gdy ktoś ma naturę prostą i nie komediancką, tego zrazi każda 
odczuta sztuczność i poza, może się zawahać, lecz nie odegra komedii. — Lincia 
mi tego nie mówi, ale czuję, że nasz projekt prędkiego ślubu dziwi ją ze względu 
na żałobę po Jasiu. — Ach! Ząbki cerbera zaczynają mi bruździć wyraźnie. Wezmę 
mego dzieciaka od razu stąd na pociąg i do Anglii. W Hurlestone House już mi cię 
nikt nie odbierze. — Pan żartuje, a to jest sprawa całego naszego życia. — 
Spodziewam się. — Więc nie można o tym mówić jak o jakiejś wycieczce we dwoje. — 
Mówię zupełnie serio, do żartów niewczesnych nigdy nie miałem skłonności, wobec 
pani i w takiej sprawie tym bardziej. Och, no, trzeba mi wierzyć, skoro się ma 
być moją żoną. Chciałem panią prosić, abyśmy bezpośrednio po ślubie odwiedzili 
moją matkę. Spędzimy tam tydzień, dwa, ile pani moja zechce. Pisałem do matki o 
pani, jest zadowolona z mego postanowienia i bardzo pragnie panią poznać. Więc 
pojedziemy do Hurlestone House na nasz miodowy miesiąc. Co? — Pańska matka nie 
wie zapewne, że jestem nieszczęsną fatalistką, że fatum w sobie noszę. Może nie 
mam prawa łączyć swego losu z nikim już? — Z nikim prócz mnie, to naturalne. Ja 
się zabobonów nie lękam. Fatum pani, o ile zrozumiałem z wielu wypadków, 
koncentruje się w osobie pana Kościeszy. No, a z nim to już ja sobie poradzę. — 
Pan go nie zna. Ja się go instynktownie boję. — Panno Anno, niech mnie pani nie 
stara się przerazić jakimś wołyńskim dzikiem. Pardon! Proszę, aby i pani rzuciła 
zasłonę na to, co minęło. Kościesza zostanie za kulisami naszego życia. Jego 
wściekłość nic mnie nie obchodzi. Dużo o nim słyszałem od pani Lory, trochę od 
panny Eweliny, z czego wynoszę, że przegrał w swych niedorzecznych rachubach. 
Możemy się spodziewać, że Kościesza, drugi Charles le T~em~eraire, zapuści długą 
brodę i paznokcie ze smutku, że tak haniebnego dostał mata w batalii z panią. 
Zupełnie tak, jak tamten książę burgundzki po przegranej bitwie pod Morat w 
Szwajcarii. Andzia zaśmiała się. — Ma pan słuszność, spłatam okrutnego figla 
mojemu ojczymowi. I dobrze go pan nazwał Karolem Zuchwałym. Och, będzie zły 
piekielnie, ale to mój odwet, moja zemsta. Nie znałam dawniej uczucia 
nienawiści, lecz Kościeszy nienawidzę. Andzia w rozmowie z Horskim nabierała 
otuchy. Napływał do jej duszy spokój, rozterki bladły, malały. Horski 
przekonywał ją i coraz silniej na nią działał. Oskar rozejrzał się dokoła. — 
Zaraz tu wmaszerują bony i zgraja wrzeszczących malców. Miła kompania! Mam 
pomysł. Wyjdźmy za bramę, tu zaraz weźmiemy powóz lub samochód i pojedziemy na 
spacer. — A Lincia? Horski położył obie dłonie na gałce laski, wsparł na nich 
wygoloną brodę. Minę miał pełną rezygnacji, patrzył w przestrzeń. — No — 
naturalnie! Lincia! Jakżeby się też bez niej obyło? Per Bacco! Czy ona z nami i 
po ślubie pojedzie? — Przecież pan wie, że miałyśmy się spotkać na tarasach. — 
Skandal z tą Lincią! Napiszemy do niej kartkę. Mam przy sobie notes i pióro. 
Wyborna myśl. — Ale co znowu, panie Horski?... Nie można! Dokądże pojedziemy? 
Wykręcając stalówkę z pióra, spojrzał na Andzię przelotnie, spod rzęs. — Mógłbym 
już zostać przynajmniej panem Oskarem. Hm! — Co pan tam pisze znowu? — Zaraz 
pokażę i dam pani do podpisu. Po chwili wręczył jej ćwiartkę papieru. "Porywam 
pupilkę pani, obecnie moją narzeczoną. Jedziemy na spacer. Proszę na nas nie 
czekać z obiadem, zjemy go gdzieś po drodze. Błagam o przebaczenie. Horski" — 
Teraz niech pani podpisze — rzekł, gdy skończyła czytać. — Ja tej karty nie 
wyślę. — Dlaczego? Nie chce pani jechać ze mną na spacer? Do tego stopnia nie 
zasługuję na zaufanie? Chyba nie zaproponuje pani, aby Lincia znowu nam 
towarzyszyła? Na honor, to zabawne! Panno Anno, ja proszę, abyśmy pojechali i 
pani mi tego nie odmówi. Popatrzyli sobie w oczy długo. Andzia, mocno czerwona, 
podarła kartkę i zaśmiała się. — Więc dobrze, pojedziemy, ale z warunkiem, że 
pan napisze inaczej. — Na przykład? — Że na obiad powrócimy. — To nadzwyczajne! 
Gdzie pani każe oznaczyć to obiadowe rendez vous? — To już od pana zależy, byle 
w Monte. — O ile z panną Eweliną, to mi jest także wszystko jedno gdzie. 
Oznaczam restaurację Renaissance, blisko mieszkania pań. Lincia nie sfatyguje 
nóg. Trzeba wysłać kartę. Wyszli z altany. Horski złapał stróża parkowego, dał 
mu napiwek, wytłumaczył dokładnie, gdzie panna Niemojska siada najczęściej na 
tarasach, jak ubrana i podał jej rysopis. Za bramą wsiedli do powozu. — Route de 
la Corniche — zadysponował Horski. — Tak daleko? — Nic nie szkodzi, mamy czas. 
Gdy minęli Monaco i powóz wtoczył się na śliczną górską drogę, Oskar wziął rękę 
Andzi i patrząc na narzeczoną wzrokiem matowym, który jednak działał na nią jak 
prąd elektryczny, rzekł z mocą, chociaż zdławionym głosem: — Ufaj mi zawsze, 
Anni... i przestań się dręczyć. Co? Wierzysz mi? Podniosła na niego źrenice. — 
Wierzę nieograniczenie. — To dobrze. Ja zaś cały płonę, patrząc w twoje 
gwiaździste oczy. To objaw niezwykły. Pragnę cię mieć jak najprędzej. Upajasz 
mnie jak narkotyk. Zabarwiła się rumieńcem twarz Andzi, wolno, ociężale spuściła 
długie rzęsy. — Widzę i rozumiem... i powtarzam to co wczoraj. Ocknęła się już w 
tobie gorąca fala życia i płynie wartko, Anni... Drażniąco muskał ustami jej 
dłoń. Tegoż dnia wieczorem, po odejściu Horskiego, Andzia, przytulona do 
Eweliny, szepnęła jej do ucha: — Nie obawiaj się o mnie, Linciu. Pod opieką 
Oskara będzie mi dobrze. To moje przeznaczenie... W tym samym momencie Horski, 
wracając od narzeczonej, myślał: ...Jest całkowicie pod moim wpływem, tego 
chciałem i to osiągnąłem... ...Nieodzowna "Lincia", cerber w spódnicy, mniej mi 
ufa; patrzy na mnie miłosiernym wzrokiem, boi się, że zadławię pupilkę... Och, 
to się może zdarzyć. Anni — to ostryżka wzbudzająca apetyt. Byłbym w kłopocie, 
gdyby nie miała posagu. Och, och, to byłoby smutne, nawet tragiczne... Tak 
ponętna jak ona, cnotliwa i biedna... Straszna komplikacja! Ale szczęśliwie jest 
bogata, kwestia rozplątana. Horski uderzył laską o kamienny mur bulwaru 
Condamine, przy którym stał blisko portu. Uśmiech szyderczy zadrgał na jego 
ustach. ...O, the allmighty dollar! (ang. — Wszechmocny dolar). Kto by się 
spodziewał, że dla zdobycia jego prowadzi niekiedy droga przez ołtarz. Phi! To 
nadzwyczajne! Patrzył na morze, czarne w cieniu nocy, połyskujące na brzegach 
pasmami światełek rzucanych przez latarnie uliczne i smugi oświetlonych okien. 
...Hm... Ruleta i kobiety rujnowały mnie niepomiernie, Anni za to wszystko 
odpłaci, wynagrodzi sowicie, pod każdym względem. Barbarzyńskie są nazwy jej 
majątków: Toporzys...ka... Draków, Wilczary. Hm! Bajeczne, ale to nic, aby 
dawały duże dochody... Czy dają? That is the question (ang. — to jest pytanie)! 
Uśmiechnął się do swych myśli i odstąpił od muru, idąc w stronę Monaco. 
...Fortuna mi sprzyja, podaje mi rękę zbawczą, już niedaleko krawędzi. Per 
Bacco! Anni osobiście także dużo warta, diabelnie wdzięczna, sama kobiecość... 
...Coś jak w bajce; królewna zaklęta, której skarbu strzeże dziwotwór Kościesza. 
Musi być miły numer! Och, spróbujemy się z sobą. ...Drugi smok. ...Jednego już 
zwalczyłem samą sugestią. ...Słabe smoczątko było i zdaje się, że zawadzało nie 
tylko mnie, lecz i staremu smokowi! ...Tego pomijam! Horski machnął laską w 
powietrzu, jakby coś przekreślał. Naprzeciw niego pędził samochód świecąc 
latarniami. Gdy się z nim zrównał, palacz gwałtownie zatrzymał maszynę. — Panie 
Horski, czy to pan, czy pana duch? — A... pani Lora! — Więc to pan istotnie? 
Proszę siadać ze mną. Pojedziemy. Oskar zajął miejsce obok strojnej kobiety, 
rozkosznie rozpartej na siedzeniu. Auto ruszyło pędem. — Wracam z Nizzy. Prawda, 
jaka noc cudowna? Co pan tu robił o tej porze? Chyba pan nie marzył? — Owszem, 
marzyłem. — O rulecie? — Przeciwnie, o kobiecie. — NIe, to niesłychane! Więc o 
Andzi? Widziano was dziś w powozie na route de la Corniche. Byliście podobno 
bardzo sobą zajęci. Tak pan Andzię otacza, że mogę być zazdrosną. — Pani?... A 
to zabawne! — Cóż pan chce! Byłeś pan jedynym mężczyzną, który szalenie i 
naprawdę na mnie działał. Wycofałeś się en pleine chance (fr. — z pełną 
szansą)... z honorem! — Czyli mam rozumieć, że... przedwcześnie? — O tak, to 
było nawet brutalne! Gdyby to się stało teraz, myślałabym, że Andzia pana 
odciągnęła. Ale to było dużo wcześniej. Nie zrozumiałam tej ucieczki. — Za silne 
określenie, pani Loro. Ja się tylko usunąłem, jak ten z graczy, otaczających 
ruletę. — Bezczelny! Czy to ma znaczyć, że... możesz powrócić? — Hm! Gdybym 
chciał... — zaśmiał się cynicznie. — Ale mi już to nie grozi. Z kompanii tej 
wycofałem się niezupełnie en pleine chance, jak pani mówi. Nie byłem sam; 
spostrzegłszy to — czmychnąłem. W żadnych wypadkach, a szczególnie w takich, 
tłumu nie znoszę. Lora zacisnęła usta. — Ja znam jeszcze inny powód pańskiej 
dezercji — syknęła. — Powód rzeczywisty. Oto wiesz pan o tym, że droga do mnie 
wiedzie tylko przez złoty pomost, nie po ruinach. Wyczerpawszy się finansowo 
odszedłeś w porę. Bardzo sprytnie! Nie przedstawiasz pan już dla mnie żadnego 
interesu. — Spodziewam się! Ani też pani dla mnie w równej mierze. Choćbym nawet 
nie był jeszcze finansowo spłukany, rywalizować z hrabią Humbertem nie 
przychodziło mi nawet do głowy. Nie jestem o niego zazdrosny. — Czy pan chcesz 
wywołać nowe z mej strony wynurzenia? — Och, no! Ani trochę. Wynurzenia pani, 
dawniejsze, zbyt były dla mnie kosztowne. Materialnie, śmiem dodać. — Arogant! — 
Nie powiedziałbym tego, gdyby pani sama nie zaczepiła o ten szczegół. Lora 
gryzła wargi w niesłychanej pasji. Horski milczał. Mijając bulwar Condamine 
podniósł wzrok na pierwsze piętro hotelu, w którym mieszkała Tarłówna. W oknach 
zajmowanych przez nią pokojów świeciło się jeszcze. Nordicowa dostrzegła 
kierunek jego wzroku. Parsknęła śmiechem. — Ha, ha, ha! Wypatrujesz pan jej 
cienia za firanką? Jak na Oskara Horskiego, to wcale nieźle. Po riwierowych 
smakołykach czujesz pan wyraźny apetyt na świeżutką jagodę z wołyńskich borów. 
Spotka pana gruby zawód. — Na przykład jaki? — Panie Horski, mówmy otwarcie. 
Podoba się panu Tarłówna. Prawda? — Nawet bardzo. Ma w sobie coś, je ne sais 
quoi (fr. — nie wiem co), co porywa. Panna Anna może zaspokoić najwybredniejszy 
gust. — Potrafiła rozdrażnić i pański zepsuty smak. Widzę to i współczuję. Czeka 
cię porażka na całej linii. Andzia w ogóle jest dzika, nie nadaje się do naszego 
środowiska. Pan umiałeś ją obłaskawić. Lubi towarzystwo pańskie, ale tu jest 
alfa i omega waszego stosunku. Opanowałeś pan jej umysł, lecz nie zawładniesz 
całością. Kochanką twoją Andzia nie zostanie. Daremna fatyga. — Względem panny 
Anny nigdy nie miałem podobnych zamiarów — odrzekł Horski zimnym tonem. — NIe 
ośmieliłbym się ich mieć. — Ha, ha, ha! Pan?... Ty byś nie śmiał wziąć w swe 
pazury tygrysie upatrzonej ofiary? Samochód stanął przed kasynem. — Jazda! — 
krzyknęła Lora. — Dokąd? — spytał kierowca. — Wszystko jedno. Wytrawny szofer 
nie zdziwiłby się nawet, gdyby mu kazano zawrócić z powrotem do Nicei. Skierował 
swój samochód w stronę alei palmowej, wiodącej prostopadle od kasyna, lecz 
Horski go zatrzymał. Między Oskarem i Lorą nastąpiła krótka wymiana zdań. — 
Wysiadamy chyba. Co? — Boisz się pan dłuższego obcowania ze mną sam na sam? — 
Nie odczuwam co do tego najmniejszej tremy, ale chcę być teraz w kasynie. — 
Strzeż się pan! Mogę rozkazać kierowcy, aby nas wiózł do mojej willi. — Och, no, 
w takim razie niech lepiej zawróci do Buckingham Palace. Dużo bliżej. Nordicowa 
pokryła się purpurą. Gwałtownie szarpnęła drzwiczki i wyskoczyła na trotuar. W 
pierwszym przedsionku spojrzała Horskiemu prosto w twarz. — Jesteś obrzydliwy 
cynik! Pomimo to chcę dokończyć naszą rozmowę. Proszę być w kawiarni obok sali 
rulety. — Owszem. Gdy po pewnym czasie Horski wszedł do kawiarni, wąskiej, 
jaskrawo oświetlonej, ujrzał Lorę przy bocznym stoliku pijącą szampana w 
towarzystwie Murzyna, znanego tu bogacza. Oskar usiadł trochę dalej i kazał 
sobie coś podać. Był za plecami Lory, przed sobą widział czarną twarz i wielkie 
gały błyszczących białek Murzyna, wpatrzonego w Lorę z nieopisanym zachwytem. 
Nordicowa kokietowała zapamiętale, Murzyn wpadał w ekstazę. Trwało to dosyć 
długo. Horski czekał. Słyszał niektóre zwroty rozmowy prowadzonej w języku 
francuskim i myślał: ...Żeby te dwie kobiety spokrewnione z sobą, pochodzące z 
jednej sfery i razem wychowane, mogły się tak zasadniczo między sobą różnić, to 
coś szczególnego. Flirtująca para wysączyła butelkę szampana, Murzyn zapłacił i 
wyszli. W pięć minut potem Lora powróciła. Usiadła zamaszyście przy stoliku 
Horskiego. Była rozpromieniona, wesoła. — Widziałeś pan Murzyna? Szalenie we 
mnie zakochany. Istny diabeł. — Winszuję zdobycia Afryki, zrobiła pani czarną 
konkietę. Tryumf nad tym smoluchem zupełny. Brawo! — Smoluchem?! Cóż znowu! 
Najpyszniejszy Negr jaki może być. Czarny jak smoła. — Zauważyłem tylko, że na 
rękach spełzła mu barwa i skutkiem tego wyglądają jakby dawno nie myte. 
Jaśniejsze pomiędzy palcami i na dłoniach. Diablo nieestetyczne! — Ale oczy 
jakie, a usta; wywinięte krwiste wargi, a zęby? Przy tym jest drażniący tą swoją 
słoneczną naiwnością puszcz dziewiczych i zapałem. — Górą Afryka! Grozi pani 
czarne niebezpieczeństwo — zawołał Horski. — Niech mu tylko pani każe umalować 
sobie ręce, bo z takimi, jakie ma, nie jest ponętny nawet z dodatkiem kopalni 
złota, którą podobno posiada. — Mieliśmy dokończyć rozmowę — przerwała Lora. — 
Mówiliśmy o Andzi. Otóż... — Mówmy lepiej o tym murzyńskim kacyku. Zainteresował 
mnie. — Mnie zaś interesuje stosunek pana do Andzi. Za tydzień święta 
wielkanocne, bezpośrednio po nich Tarłówna z Eweliną wyjeżdżają do kraju. Moje 
namowy, aby zostały i towwarzyszyły mi w lecie do Ostendy, spełzły na niczym. 
Powinien mi pan pomagać w tych projektach, o ile panu idzie o Andzię. Miałby pan 
więcej czasu do pielęgnowania swych nadziei. Spełnienia ich nie przepowiadam. 
Andzia się rwie do kraju, a gdy raz odjedzie... Ach, dostanę spazmów ze śmiechu. 
— Hm! To jeszcze kwestia, kto się z nas będzie śmiał. — Na pewno ja! Tak jak 
śmiałam się z mego męża po jego przegranej kampanii z Andzią. — Ciekawy jestem, 
jaką pani będzie miała minę wówczas, gdy po świętach wyjedziemy stąd razem z 
panną Anną. — Cóż to, nowa wycieczka do Wenecji? Może teraz do Rzymu na odmianę? 
— NIeco dalej. — Doprawdy?... — rzekła Lora przeciągle, patrząc na chłodne i 
obojętne rysy Horskiego. — Dokąd to wybieracie się teraz? — Do Anglii. — Aż tak! 
Po słońcu Riwiery londyńska mgła. Zapewne dla pozyskania nowych emocji, którymi 
chcesz odurzyć Andzię. Ale to nie rozstrzyga kwestii. Zmęczycie tylko tę 
nieszczęsną Ewelinę. Et voil~a tout (fr. — i oto wszystko)! — Zostawimy ją pod 
opieką pani, to sobie odpocznie. W Hurlestone House, dokąd jedziemy, nieodzowna 
Lincia byłaby zbyteczna. Och, zupełnie zbyteczna. Nordicowa szeroko otwarte 
źrenice wlepiła w Horskiego. — W Hurlestone House?... Co to jest? — Miejsce 
zamieszkania mojej matki. Nic nadzwyczajnego. — Pańskiej matki? Bredzi pan jak w 
malignie. Tarłówna do pańskiej matki, w dodatku bez Eweliny? — Och no, przede 
wszystkim nie Tarłówna, lecz Oskarowa Horska. Co zaś do opieki, to moja chyba 
lepsza niż Eweliny. Jak pani sądzi? Lora zmieniła się w posąg zdumienia. — Co? 
Pan się żeni z Andzią?... Pan?... — Zgadła pani. Ja. Nikt inny. — Kiedyż to 
nastąpiło? — Jeszcze nie nastąpiło, dopiero nastąpi po świętach. — Więc dziś w 
powozie, na route de la Corniche... Dziwiłam się trochę nagłej odwadze Andzi. 
Sama z panem... — Jesteśmy narzeczonymi od wczoraj. — Ach! Nie byłam u niej dwa 
dni. Pan się żeni z Andzią? Pan i małżeństwo? To zakrawa na źle zaimprowizowaną 
bajkę! — Dlaczego? Wobec panny Anny nawet taka anomalia staje się zrozumiałą 
prawdą. Lora uderzyła się palcami w czoło. — Ma pan słuszność! Zaraziłam się 
naiwnością od mego Murzyna. Chcąc posiąść Andzię trzeba być jej mężem. Istotnie 
Handzia podziałała na pana silnie, skoro chwytasz się ostatniego sposobu, aby ją 
zdobyć. — Och, wyrażenie bardzo mylne. Trzeba mówić — jedynego sposobu, innych 
nie próbowałem. Inteligencja oraz intuicja człowieka uczy go łatwo i pewnie, 
które kobiety jak brać należy: lekko czy poważnie. — Cóż za filozofia! Pan 
wygłosiłeś jedną teorię, ja ci powiem drugą — konkluzyjną. Nasunęła mi się sama 
przed chwilą. Oto: można zaniechać pięknej kobiety, gdy jest trudna do zdobycia 
i nie posiada cennej oprawy. Lecz nie pominiesz jej, mądry człowieku, gdy ją 
ujrzysz w złotych ramach, podczas gdy twoje własne pękły już i szukasz nowych. 
Wszechstronny spryt pański imponuje mi! Horski wstał i złożył jej ukłon głęboki 
z żartobliwym wyrazem twarzy. — Zdumiewa mnie spostrzegawczość pani. Charm~e 
(fr. — oczarowany)! Nordicowa zaśmiała się, podając mu rękę. — Zamieniamy z sobą 
ukłony jak królowie w Wersalu. — Ludwik YV z madame Du Barry... — Okrutniku. 
Jeśli narzeczeństwo tak jadowicie pana usposabia, boję się jego ślubu. — Och, 
proszę być spokojna. Do widzenia! Horski, idąc w stronę hotelu Buckingham 
Palace, mruczał, jakby nucąc słyszany kiedyś od kogoś w Polsce, wierszyk czy 
śpiew: "Z pałaców sterczących dumnie@ zejdź luba do mojej chatki.@ Lecz zabierz 
z sobą manatki,@ bo goliznę znajdziesz u mnie..."@ XVII Błysk szału Tarłówna 
szła obok narzeczonego z twarzą pełną zadumy. Wspinali się na górę Monaco, drogą 
tramwajową. Oskar mówił, Andzia milczała. Stanąwszy na szczycie wśród klombów 
rozkwitłych zatrzymała się. — Dokąd idziemy? — Przed siebie, choćby na nasz 
cypel. Albo pokażę pani jeszcze jedną osobliwość tego parku; piętrowe uliczki 
spadające coraz niżej ku morzu, jakby zawieszone nad przepaścią, tylko skały 
pyszne, rośliny i woda. — To koło Muzeum Oceanograficznego?... Ja to znam, byłam 
tam. — Pójdziemy razem. Minęli gmach muzeum i schodzili wolno po stopniach 
kamiennych wśród mnóstwa roślin pnących i kolczastych, osypanych gronami 
różnokolorowych kwiatów. Rosły tu agawy olbrzymie, strzelające w górę kwiatem 
smukłym, niby rakieta; kwitły kaktusy, pachniało przepychem roślinnym. 
Zstępowali rzeczywiście jakby z piętra, coraz niżej. Na małych płaszczyznach 
skalnych tuliły się ławki kamienne, przyparte do grzbietów skał. Zsuwali się 
coraz niżej, nagle dróżka kończyła się raptownie zwałą rośln zbratanych z sobą. 
Rosła tu cytrynka pokryta już teraz drobnymi kulkami owoców. Na lewo był mały, 
niski tunelik, bluszczem owiany. Andzia szła pierwsza i wsunęła się do tunelu. 
Usłyszała szmer wody i świeży jej zapach w połączeniu z wonią mchów. Oskar 
podążył za nią. Stanęli przy wejściu do małej groty w skale, schowanej w 
bluszczach, stalaktytach kamiennych. Z góry padały odpryski mokre, sznureczkami 
przezroczystych paciorków ciekła woda znad groty, jakby broniąc doń wejścia. 
Horski wciągnął tam Andzię. Panował tu półmrok i cisza mącona tylko szelestem 
wód. W kątach rosły paprocie wielkie i mchy zwisające festonami. Ściany pieczary 
ociekały strumykami wody, dokoła skrawka z kamieni, na którym stali, rozlała się 
woda szeroko, ukazując pod sobą kępy zielonych porostów i muszli. Zamknięci byli 
dookoła stalaktytami i mokrymi frędzlami mchów. Nagle Horski, stojąc tuż przy 
Andzi, wziął obie jej ręce powyżej łokcia ruchem stanowczym i ścisnął w swych 
dłoniach. Pochylony nad jej twarzą szepnął namiętnie, prawie rozkazującym tonem. 
— Anni moja, daj mi usta, jeszcze ich nie kosztowałem, a pragnę bardzo. Anni... 
Przycisnął ją silnie do siebie. Pod Andzią zadrżały nogi, szarpnęła się w tył i 
zbladła. — Nie, nie! — zawołała. — Dlaczego? Wszak chyba mam prawo prosić o to. 
Co? Jesteśmy w przededniu ślubu i schowani nie tylko przed ludźmi, ale nawet 
schowała nas natura, najbystrzejsza mewa nie wypatrzy nas tutaj. Jesteś Anni w 
mojej mocy bezwzględnie, nie ujdziesz mi teraz. — Właśnie dlatego ufam panu, 
wierzę, że pan nie wykorzysta sytuacji. Oskar puścił jej ręce i ustąpił z drogi. 
Przeszła prędko, zdyszana, niebywale strwożona. Wybiegła z groty i wstępowała 
szybko na schody. Ale zaraz na pierwszym pięterku Oskar zatrzymał ją za rękę. — 
Dalej ani kroku, panno Anno, siądźmy tu. Miała mi pani zadać jakieś pytanie? 
Słucham. Tarłówna usiadła machinalnie na ławce, pod wielką pionową skałą; po 
bokach puszcza roślin, przed nimi morze. Oskar zajął miejsce obok Andzi. Zdjął 
kapelusz, odłożył laskę i opierając się łokciem na poręczy ławki jął chłodzić 
chusteczką czoło spocone. — Słucham pytań — powtórzył. — Nie teraz, teraz... nie 
mogę. Zresztą to takie trudne. — Ach więc jakiś problem? Ciekawym. Siedzieli w 
milczeniu długą chwilę. Andzia nerwowo mięła w ręku parasolkę, twarz jej mieniła 
się łunami rumieńca. Horski ją obserwował. — Więc nie powie pani, o co chodzi? 
Milczała. — Skąd to wzburzenie w moim dzieciaku? — rzekł miękko. — Czy ja cię 
spłoszyłem swym żądaniem? Pomimo tak kategorycznej odprawy — nie ustąpię. Ale 
teraz zaciekawiają mnie te pytania, na które się tak trudno zdobyć. Pewno jakieś 
głupstwo? Tarłówna uśmiechnęła się. — Może być, jednak chciałabym wiedzieć na 
pewno, tylko to trochę drażliwe. — Zatem? Andzia przemogła się. — Co było między 
panem i... Lorą? — wsykrztusiła jednym tchem. Popatrzyli sobie w oczy i... ona 
spuściła rzęsy. Oskar rzekł po chwili: — Ach więc to! Czy pani się domyśla, jaki 
był ten stosunek? Jaki mógł być jedynie możliwy? — Więc jednak... był? — Tak, 
nie zaprzeczam. Należałem czasowo do lejbgwardii przybocznej pani Lory, z tą 
wyższością nad innymi, że byłem sam. Hrabia Humbert nie może tego o sobie 
powiedzieć. Pani się rumieni? Czyżby zażyłość Humberta z Lorą brała pani za 
zwykłą przyjaźń? To już byłoby trochę zbyt naiwne. — Nie, tylko wolałabym może, 
aby i pan był nie sam jeden. Ta wyłączność wzbudza podejrzenie, że... — 
Rozumiem! Że to było coś poważniejszego? Och, no! Z panią Lorą taka ewentualność 
wykluczona zupełnie. Wyłączność moja pochodziła stąd, że Nordicowa... wolała 
mieć mnie jednego niż nie mieć mnie wcale. Ona wie, że podobnego koleżeństwa nie 
lubię i stosowała się do mego gustu, dotąd, aż miałem jej dosyć. — Jakież to 
wstrętne! — Ach, bardzo pospolite. Takich kobiet jak Lora jest mnóstwo, 
mężczyźni zaś nie unikają ich — to daje chwilową zabawę i — zaspokojenie 
zmysłów. Andzia zerwała się z ławki. — Chodźmy już! — Cóż znowu?! Proszę 
siadać... ot tak. Zauważyłem, że pani nie znosi niektórych wyrażeń, jednakże one 
nazywają po imieniu prawdę życiową. Przeto wstydzić się ich jest nawet dziwne. 
Nordicowa odegrała ze mną rolę taką, jak wiele kobiet innych jej pokroju, które 
wplątują się w życie mężczyzn. — Nie wszystkich w każdym razie. — Ale w 
przeważnej części. NIech pani nie sądzi, że jest wielu mężczyzn ascetów lub 
abstynentów. Ja również nie należałem do tej kategorii, przyznaję się śmiało. 
Dzieciaku mój, nie patrz na mnie tak srogo i z przestrachem. Jestem mężczyzną, 
żyłem w świecie, ten zaś dostarcza pokus nader licznych, każdy je chwyta 
łakomie, tylko jeden jest więcej, drugi mniej... wybredny. Ja jestem tym 
pierwszym i bardzo przeczulony jestem na tym punkcie, pomimo to nie brakło mi 
zabawy. Stałem się cynikiem względem kobiet, lecz nie przesądzam, jak inni, że 
wszystkie kobiety są jednakowe. Przeczuwałem i odgadywałem zawsze różnice. — I 
szanował pan te... inne? — Och, naturalnie, chyba, że same starały się zrobić mi 
zawód co do siebie. Wówczas bywałem jeszcze bezwzględniejszy. Ale zwykle 
obserwacja moja, spostrzegawczość i intuicja, odczuwała na pewno w kobietch... 
Nordicowe i... Tarłówny. — Więc i mnie pan odgadł od razu. — Chyba dawałem i 
daję dowody. Chcę, abyś mi była żoną, czyli szanuję cię wyjątkowo. Andzia 
podniosła na niego oczy trochę tęskne. Oskar usiadł bliżej i rękę z poręczy 
zsunął dyskretnie za jej plecy, ogarniając ją ramieniem delikatnie. Prawą dłonią 
przykrył jej rękę leżącą na kolanach. Patrzył na nią długo, w niemym skupieniu. 
Ona pod wpływem jego wzroku czuła, że słabnie. — Anni, ponawiam moją prośbę; 
pocałuj mnie. Cofasz się? To daremne, ja nie ustąpię, nazbyt pragnę i pożądam... 
Odchyliła w tył głowę ruchem wdzięcznym, oczy przysłonięte z lekka rzęsami, 
migotały zalotną trochę przekorą. Wargi świeże, drżały ponętnie, strwożone 
grożącym niebezpieczeństwem. Ogarniała ją z wolna śpiąca długo, ale zbudzona 
już, bujna, nieprzezwyciężona niczym namiętność. On był bardzo blisko, czuła już 
jego ramię zaborcze pociągające ją energicznie. Jeszcze się broniła 
instynktownie, wiedziona jakąś bojaźnią i wstydliwością. Oskar wzburzony i blady 
mówił półgłosem. — Nie uchylaj się, drażnisz mnie, żądam twych ust i ty mi nie 
odmówisz. Wszak rozkosz pocałunku jest chyba wtedy największa, gdy kobieta sama 
dobrowolnie odda usta ustom mężczyzny. Co?... Anni... — Może właśnie... 
przeciwnie. Szept jej podziałał na Horskiego jak prąd elektryczny. Nagle, z mocą 
zacisnął ramię otaczające ją, ręką podtrzymywał jej głowę i wargi swe pożądliwe 
położył na jej roztrzęsionych ustach. Oderwał na chwilę i wpatrzony w jej oczy 
zamknięte, w trzepoczące powieki i rozpłomienioną twarz, jął mówić głosem 
zdławionym, jakby nie własnym: — Urokiem tchniesz... Ile w tobie jest potężnego 
powabu kobiecości. Upajasz mnie, Anni, zdolna jesteś poruszyć głaz. Diabeł by 
się dla ciebie nawrócił, anioł mógłby zgrzeszyć, człowiek musi oszaleć. Nosisz w 
sobie przepych urody i przepych wdzięku. I... tak ślicznie płoniesz, drżysz w 
mym uścisku, taka piąkna jest twoja namiętność... Chciałaś, abym sam porwał twe 
usta, abym je posiadł po męsku, bez prośby? Anni, ty nawet nie wiesz, ile było 
czaru, jakie bogactwo czaru niewieściego w twoich słowach! Ale... ja jestem 
nienasycony, ja cię pochłonę samym pragnieniem... Ty, wspaniała... Nowy 
pocałunek, parzący jak węgiel rozżarzony, spalił usta Andzi. Poczuła, że traci 
zmysły. Działo się z nią coś niesłychanego. Gwałtownie wymknęła się z jego 
ramion i pędem skoczyła na wyższe schodki. Uciekała przed nim i od tej mocy 
dziwnej, która w krwi jej wirując sprawiała ból nieznośny. W parku już Horski ją 
dopędził i, nic nie mówiąc, rękę jej wsunął pod swoje ramię. Poszli w milczeniu, 
Andzia nie śmiała na niego spojrzeć, on nie nalegał. Widząc jej wzburzenie, 
podniecał się coraz silniej. Andzi zaś w miarę uspokojenia krwi rósł dziwny 
ciężar w duszy. Przygniatał ją, dręczył. Czuła jeszcze na ustach piekące 
pocałunki Oskara i one to wywołały ów niepokój, jakby wyrzuty sumienia. Znowu 
załopotał w myśli rój wspomnień złotych... Andrzej z nią na Watażce, w stajence 
Grześka, pierwszy, niezapomnniany, ideału pełen i mocy świętej pocałunek 
Jędrusia dany jej ustom dziewiczym, nieskalanym. Inny był, inne wywołał uczucia, 
całkiem różne wrażenia, niebiańskie jakieś. Ten dzisiejszy, jakiż odmienny, nie 
tylko zupełnie ziemski, ale może nawet szatański?... Przy tamtym, z Jędrusiem, 
dusza śpiewała anielski rapsod, przy tym zagrała krew szaloną fugę zmysłów. 
Tamten pocałunek ukoił ją, ten rozdrażnił, tamten namaścił jej wargi nektarem 
upojnym, ten sparzył je boleśnie, czuła niby ranę na ustach. ...A jednak?... A 
jednak?... Andzia wzdrygnęła się. Wstyd, wstręt do samej siebie, upokorzenie 
jakieś przykre, wyrzut gorzki za sponiewieranie drogich wspomnień, żal, że to 
się już spełniło, zgrzyt ironii, a jednocześnie dreszcz przejmujący żarem, dotąd 
w pyłach nie wygasły, wszystko to razem zgnębiło Tarłównę, zdeprawowało jej 
duszę niesłychanie. Zapiekły źrenice Handzi, łzy bezwiedne, kropliste zsunęły 
się po jej policzkach. Odwróciła głowę chcąc je ukryć przed Oskarem, lecz on je 
spostrzegł. Bez słowa pochylił się i przytulił jej rękę do ust, na twarzy 
drgnęły mu nerwowo muskuły. Ona, ujęta niezmiernie, przysunęła się bliżej do 
jego boku, jakby szukając w nim opieki przed swą udręką. — Może chcesz, wróćmy w 
głąb parku? — Nie, lepiej chodźmy do ludzi — odszepnęła. Uderzyła ją myśl — jak 
on sobie wytłumaczył jej łzy? On zaś po długiej chwili rzekł przeciągle, z 
odcieniem niecierpliwości: — Jednym z pierwszych warunków spokoju w życiu jest 
żyć teraźniejszością. Wszelką przeszłość zaliczyć do historii i traktować jak 
historię, czyli na chłodno. Ciągle odkopywać przeszłość i oplatać się mrzonkami 
wspomnień, nigdy się nie zazna, już nie mówię szczęścia, ale nawet zwykłego 
spokoju, ani zadowolenia. Zawstydzona tym, że ją odgadł, spuściła oczy i 
rumieniec krwawy padł na jej delikatną twarz. XVIII W nieznane losy Handzia 
Tarłówna stała przy walizce rozłożonej na stole i pochylona patrzała na 
fotografię Andrzeja. Suche jej oczy paliły się dziwnym ogniem, z ust wybiegł 
szept: — Wybacz mi, Jędruś... Daruj!... Jestem tylko... tylko kobietą. Szmer 
koło drzwi spłoszył ją. Przywarła gorącymi ustami do kartonu z twarzą Andrzeja i 
schowała fotografię w skrytkę walizki. Zamknąwszy ją, sięgnęła po kapelusz 
podróżny skromny, ciemnoszary, omotany białym, przezroczystym woalem. Wtem 
stanęła przed nią panna Ewelina, twarz miała wzruszoną, nieco zakłopotaną. W 
ręku trzymała malutki wianeczek mirtowy. — Aneczko, dzieciątko moje, pozwól, ten 
wianeczek do włosków twych przypnę. Łzy potoczyły się z jej starych oczu. Andzię 
zapiekły źrenice, zacięła usta, aby nie załkać i posłusznie schyliła głowę przed 
swą opiekunką. Niemojska do czarnych splotów dziewczyny wpięła mirt drżącymi 
rękami, przysunęła głowę Andzi do swej piersi i zapłakała. — Jak matka cię 
błogosławię, Aniu moja, ukochanie moje najdroższe, niech ci Bóg da szczęście... 
— Linciu, Linciu... nie rozrzewniaj się, Linciuchno, no... już dobrze... dobrze. 
Z kapeluszem w ręku prędko podbiegła do lustra. Popatrzyła chwilę na zieloną 
gałązkę we włosach... — Mój ślubny wieniec — szepnęła żałośnie. Zapukano do 
drzwi. Andzia wpinała szpilki do kapelusza, gdy wszedł Horski. Panna Niemojska 
posunęła się do niego żywo. — Niech pan patrzy, jak ona ubrana. Za nic nie 
chciała włożyć białej sukni. A tak prosiłam. — Och, no! Specjalne suknie ślubne? 
To przeżytek. Przywitali się z Andzią w milczeniu, on zatrzymał jej rękę i 
ogarnął wzrokiem postać narzeczonej w ciemnoszarym, angielskim kostiumie. — 
Bardzo dystyngowanie i elegancko, w moim typie, tak właśnie lubię i tak jest 
racjonalnie — rzekł z uznaniem. — To tylko tłumaczy, że zaraz jedziecie. Może 
jeszcze zmienicie projekt? Zjedlibyśmy razem obiad weselny. — Proszę pani, czy 
jedzenie należy do ceremonii ślubnej? Także przeżytek. Bawi mnnie ten zwyczaj 
ustalony: od ołtarza wprost do stołu. Zabawne! Ale już czas, dochodzi dziesiąta. 
Samochód czeka, dowiezie nas aż do Vintimille. Stamtąd directe Paryż, Calais. 
Zamówiłem w Vintimille telegraficznie osobny przedział w ekspresie. Trzeba 
spieszyć się chcąc zdążyć. Jeśli panie gotowe?... Czas do kościoła. Panna 
Ewelina ze łzami, tłumionymi całą siłą woli, pobłogosławiła wychowankę jeszcze 
raz. Do Horskiego przemówiła serdecznie, powierzając mu Andzię. Pocałował rękę 
panny Niemojskiej z wytwornym ukłonem, chłodny, jak zawsze i poprawny w każdym 
ruchu. Ubrany był w wykwintny strój podróżny, miękki kapelusz gniótł w dłoni 
niecierpliwie. — Wyglądacie oboje na turystów zamiast na państwa młodych — 
westchnęła Ewelina. Horski naglił do wyjazdu. Za chwilę siedzieli we troje w 
samochodzie, który ledwie się rozpędził, już stanął przy kościółku Sainte 
D~evote. Tarłówna i Horski przeszli prędko środkiem nawy, pomiędzy szeregami 
krzeseł z obu stron. Ona go trochę wyprzedziła i uklękła przy klatce 
prezbiterium. On stanął za nią. Cicha msza się rozpoczęła. Andzia pragnęła się 
modlić i nie mogła. Myśli swych skupić nie zdołała, rozbieżne były i 
nieuchwytne. Uciekały przed nią jak ptaki strwożone. Tylko jedna została uparta, 
bijąca silnie w mózg: ...Czy duch Andrzeja widzi mnie teraz i czy wybacza? I 
znowu rozproszone myśli. ...Za chwilę przysięgnę Horskiemu. Żona Horskiego, jego 
własność... Oskara. ...Czy to jest jawa, czy halucynacja? Jeszcze kwadrans i 
będzie jego na wieki. Horskiego? Tarłówna uprzytomniła sobie pierwsze spotkanie 
w Vintimilli. I teraz ten zimny Anglik, podobny do Chamberlaina wiedzie ją do 
ołtarza. ...Czyż to możliwe? Na ołtarzu płoną świece, dla nich zapalone. 
Przyfrunęła myśl już znajoma, niedawno jakby poczęta: ...Gdyby z Andrzejem — na 
ołtarzu ich przysięgi paliłyby się gorejące ognie ze słońca spadłe... Gdyby z 
Janem, płonęłyby gromnice. A teraz... z Horskim? Teraz palą się tylko świece. 
Rzeczywistość, bez ekstazy szczęścia i bez cienia żałoby, lub smutku. Ale z 
wiarą w przyszłość. Tarłówna krzepiła się przedziwną ufnością, którą Horski 
wszczepił w jej duszę. Jednakże parokrotnie przeniknął ją lękliwy dreszcz. 
Owładnęło nią uczucie dziecka pragnącego opieki, chciała zaczerpnąć nowej 
otuchy. Odwróciła głowę i spojrzała na Horskiego. Lora Nordicowa, stojąca 
opodal, uśmiechnęła się do niej przyjaźnie. Andzia ujrzała w przelocie Ewelinę, 
pogrążoną w modlitwie, a nieco dalej kilkanaście zaledwie osób obcych, twarze 
Duca d'Escars i hrabiego Humberta, skrzywioną satyrycznym uśmiechem. Horski 
spostrzegł jej wzrok, przystąpił blisko i pochylił się nad nią. Utkwiła oczy w 
jego profilu chłodnym, rasowym, starannie wygolonym i w szarych stanowczych 
źrenicach, które na nią skierował. Spytał cicho, dziwnie miękko: — Czy chciałaś 
mi co powiedzieć, Anni? — Nie, nie... tylko... Rozszerzonymi źrenicami badała go 
w milczeniu. Horski uśmiechnął się. — Dlaczego jesteś taka spłoszona? Nie jestem 
wszakże dzikim sępem. Co? Uderzyło ją to określenie. Gdzie, gdzie słyszane? 
Oddalone echo jakieś błąkało się chwilkę w jej mózgu. Ale wyraz oczu Oskara 
uspokoił ją, oddalając mgliste, niepokojące wspomnienie tak słabe, że nawet bez 
zarysów. — Niech pan przy mnie uklęknie i pomodli się — szepnęła. — Anni, nie 
żądaj tego ode mnie. — Ja nie żądam, ja... proszę. Twarz Horskiego zastygła, 
skrzywił się ironicznie i przyklęknął na jedno kolano, tuż obok Andzi, przygięty 
ku niej lekko ruchem, jakby ukląkł jedynie dla wygodniejszej rozmowy. Zaszeptał 
głosem zdenerwowanym: — Możesz ode mnie wymagać wszelkich niemożliwości, ale 
mnie nie nawracaj. Ma petite! Za długo to wszystko trwa, powinniśmy już być 
przynajmniej w Cap Martin. Powiedziawszy to powstał i wyprostował się sztywno. 
Andzia uczuła napływającą do duszy gorycz niezmierną. Wstrząsnął nią 
przeczuciowy dreszcz lęku. Zanurzyła twarz w dłoniach i bez tchu, z łomotem 
serca słuchała końcowych modłów mszalnych. Zamęt straszliwy powstał w jej 
umyśle, targał nią głuchy niepokój. Usłyszała jakby głosy znajome wołające na 
nią. Głos Andrzeja i czyjś jeszcze; matki czy ciotki Malwiny? Żałosna twarz 
Jasia z załzawionymi oczami zamajaczyła przed Andzią. ...Co to jest?... Oni mnie 
przeklinają, czy ostrzegają? Czyje to głosy?... Żeby już prędzej, prędzej... On 
ma rację, aby prędzej. "Ite missa est" — popłynęły ciche słowa od ołtarza. 
Tarłówna czuła, że drętwieje. Podniosła się, gdy ksiądz czytał ewangelię, bardzo 
blada, z pałającymi oczami. Rzuciła spojrzenie za siebie. Ewelina trzymała 
wlepione w nią oczy, wszyscy na nią patrzyli, ale Andzia skrzyżowała swój wzrok 
tylko z Eweliną i przejęta do głębi duszy wymową jej źrenic spuściła powieki. 
Ksiądz odszedł od ołtarza. Szwajcar kościelny otworzył drzwiczki prezbiterium. 
Horski przysunął się blisko. — Co ci jest, Anni? Czego tak drżysz? Bądź 
spokojna... Znowu ten sam, co poprzednio, miękki głos. — Ostatnia chwila 
nadeszła — szepnęła dziewczyna roztrzęsionymi wargami. — Czy dlatego tak 
zbladłaś? Dzieciaku mój! Nie trwóż się. Nie ma powodu. Andzia ujrzała w oczach 
Horskiego niebywałą łagodność, bezbrzeżną a kojącą. Tyle było w nim siły 
hipnotyzującej ją, że w tym samym momencie lęk i niepokój Anny pierzchnął od 
razu, jakby jednym zamachem Oskara odrzucony. — Chodźmy już, Anni, patrz, jak 
nas ten szwajcar czerwony zaprasza. ...Jak kat na szafot — przemknęła myśl 
straszna przez mózg Anny. Rzuciła się w tył ruchem przerażenia. Oskar zatrzymał 
ją za rękę. Opamiętała się, zawstydziła. Razem weszli do prezbiterium i stanęli 
przy stopniach ołtarza, jednocześnie z księdzem przybranym w kapę. Rozbrzmiał w 
kościele hymn Veni Creator, melodyjnie grany na organach. Ceremonia się 
rozpoczęła. Tarłówna była już trzeźwa, pewna siebie. Odpowiadała księdzu drżącym 
z wrażenia głosem, ale śmiało. Horski zimnym tonem, z zaledwie dosłyszalną 
ironią. Złączyły się ich ręce związane stułą, sparzyły ją jego dłonie i mocny 
jego uścisk. Zerknęła na niego, gdy wypowiadał słowa przysięgi. Obojętność 
chłodna była w jego rysach, patrzył na złoty haft kapy, okrywającej siwego 
monsigneura, jakby badał jej deseń. Po odbytej ceremonii poczuła na sobie jego 
oczy. Uniosła powieki. Tak, patrzył na nią ukośnie, spod rzęs, rozbawionym 
wzrokiem, jakby się ciesząc. ...No, nareszcie! Skończona historia. Ksiądz 
przemówił do nich parę słów cichych, życząc szczęścia i znikł w zakrystii. 
Horskiego i Andzię otoczyli znajomi. Posypały się życzenia. Lora ścisnęła razem 
ręce państwa młodych. — Niech wam będzie dobrze z sobą. — Chyba pani w to nie 
wątpi?... — uśmiechnął się Oskar. — Wątpię we wszystko, co ma być trwałe. Wyszli 
z kościoła, samochód podjechał z szumem. Andzia żegnała się z panną Eweliną 
tonącą we łzach. Lora rzekła do Horskiego: — Spodziewałabym się prędzej, że pan 
kasyno wysadzi dynamitem, że wyowła rewolucję w Monaco, niż to, że ujrzę pana 
przy ołtarzu. — Bardzo marne pojęcie o mej wszechstronności. — Tak. Potrafi pan 
być wszechstronny. Przekonałam się. — Pani Loro, nie wolno się na mnie mścić. 
Odszedłem w tej chwili od ołtarza — zażartował. Nordicowa złapała odpowiednią 
chwilę i rzuciła mu do ucha syczące słowa: — Jeśli pan będziesz wierniejszym 
mężem niż kochankiem, uwierzę w zjawiska najmniej prawdopodobne. — Czy i w 
takie, że są różne typy i kategorie kobiet i różne dla nich względy? Lora 
zbladła. Horski z uśmiechem złośliwym uchylił przed nią kapelusza. — Do widzenia 
pani. — Miłej podróży — sarknęła, podając mu rękę. Żegnając Andzię, Lora rzekła: 
— Jeśli wasz miesiąc miodowy nie zdoła rozproszyć angielskich mgieł, wracajcie 
na C~ote d'Azur. Gdy Horski pomagał żonie wsiadać do samochodu stanął przy nim, 
jakby spod ziemi wyrósł chłopak z naręczami przepysznych róż, anemonów, 
storczyków i innych wspaniałych roślinnych okazów Riwiery. Horski wziął kwiaty z 
jego rąk i ciężkie, pachnące więzie złożył na kolanach Andzi. Opadły jej aż do 
stóp, wielki pęk wykwintnego kwiecia rzucił za jej plecy. Anna zdumiona 
podziękowała mu uśmiechem wzruszenia. — Tr~es chic! Un vrai gentleman (fr. — 
Bardzo szykownie, prawdziwy dżentelmen)! — zawołał D'Escars. — To był śliczny 
gest, panie Horski! — krzyknęła Lora. — Jestem w osłupieniu, bo zaczynam wierzyć 
w nieprawdopodobieństwa. Oskar, siedząc już w aucie, kłaniał się kapeluszem. — 
Do widzenia Linciu, do czerwca, w Warszawie — wołała Andzia. Do widzenia! 
Adieu!... Samochód zasyczał, zadygotał pod działaniem motoru i lekko ruszył z 
miejsca, włócząc za sobą smugę benzynowego dymu. Na zakręcie, pod górą, Andzia 
obejrzała się. Panna Niemojska stała pod wiaduktem kolejowym, daleko od 
towarzystwa, goniąc oczami za odjeżdżającą wychowanką. Anna patrzyła dotąd, aż 
postać ukochanej nauczycielki znikła jej z oczu. — Biedna moja Lincia, sama 
powróci do kraju. — Oddawszy pupilkę w ramiona zamorskiego męża. Co? ciekawym 
ich spotkania z Kościeszą... — Ach, ona się tam nie pokaże, będzie czekała na 
nasz przyjazd w Warszawie. Słyszy pan?... Grają jakby dla nas. Mijali właśnie 
hotel "Paryski". W ogrodzie nad tarasami, przy gmachu hotelowym, w altance, 
orkiestra złożona z kilku artystów w czerwonych frakach grała świetne tańce 
węgierskie. Andzia oparła się plecami o poduszki siedzenia i do twarzy 
przysunęła wielką więź kwiatów. Na ramieniu uczuła dotyk ręki męża, usłyszała 
jego słowa: — Jesteś już moją niezaprzeczenie, nie tylko wedle praw i zapatrywań 
moich własnych, ale i wszystkie te ceremonie skończone dały mi wreszcie prawo do 
ciebie. — Jestem jeszcze w oszołomieniu. NIe mogę uwierzyć, że to już spełnione. 
Czy to się panu nie wydaje dziwne, że jestem jego żoną? — Och, no, dziwi mnie 
jedynie twoja powściągliwość. Czekam, kiedy mi powiesz — panie Horski. — To już 
byłoby arcynadzwyczajne! Teraz znowu te kwiaty. Jak będziesz się tak nimi 
zasłaniała, na honor! Powyrzucam je w morze, Anni. Odłożyła bukiet i podała 
mężowi ręce ruchem serdecznym. — NIe gniewaj się. Bądź dobry, Oskarze. 
Przyciągnął ją ku sobie. — A, już się nie boisz! Już nie drżysz jak w kościele. 
Co? — Nie. Ufam ci szczerze. — Jesteś cudny, tylko tchórzliwy dzieciak. — Życie 
mnie tego nauczyło. — No, więc ja cię z tej wady wyleczę. — O, dobrze! Czuję się 
spokojna, ale tak mi jakoś dziwnie, tak... nowo. — To nic, trwaj w tym stanie do 
Hurlestone House. Spojrzała na niego zdziwiona. Lecz w jego oczach zmysłowo 
przymkniętych wyczytała wszystko, co chciał przez to wyrazić, całą plastykę jego 
myśli. Ognista barwa wykwitła na jej twarzy, gęste rzęsy zwiesiła na policzki. — 
Kokietujesz mnie znowu, Anni. Pragnę cię wziąć w ramiona i wycałować. Polki są 
zawsze albo zbyt hojne, jak pani Nordica, albo zbyt skąpe, jak ty. Angielki 
umieją zachować stanowisko środkowe. Los mnie prześladuje nawet teraz, własną 
żonę trudno uścisnąć, ciągle jeżdżą i łażą ludzie. Stanowczo za dużo tego 
tałatajstwa. Drogę do Vintimille przebyli rozmawiając z sobą jak dawniej. 
Właściwie Horski mówił, Andzia była milcząca, zamyślała się często. Chwilami 
zwracała na niego oczy zdziwione, uprzytomniając sobie, że to jest jej mąż. 
Czasem miała wrażenie, że jedzie z Horskim na jakąś wycieczkę, że powrócą do 
Monte, do Eweliny i że będzie wszystko tak, jak było przez trzy miesiące pobytu 
jej na Riwierze. Krótkie, bo zaledwo dziesięciodniowe narzeczeństwo, ślub 
dzisiejszy — wydawały się Andzi snem. Gdy nadchodziło opamiętanie, wówczas 
przejmował ją trwożny lęk. Opanowywało ją przykre nad wszelki wyraz przeczucie 
nieszczęścia, jakby wizja otwartej otchłani. Lecz egzaltacja ta nikła 
natychmiast, gdy Andzia spojrzała w oczy Horskiemu. Wzrok męża łagodził od razu, 
niwelując wszelkie obawy. Momenty takie działały na nią dwoiście, kojąco i 
drażniąco. Nie potrafiła skrystalizować w sobie tych wrażeń rozbieżnych. W 
pewnej chwili zwierzyła się z nich mężowi. Uśmiech mignął na jego ustach. — Och! 
Najzwyklejszy objaw u kobiet po ślubie, bezpośrednio zaznaczam. Stałaś się 
własnością mężczyzny, któremu ufasz i z wiarą podajesz mu rękę na całe życie. 
Ale poza tym przeczuwasz i wiesz, że stosunek z tym panem dotychczasowy ulegnie 
zasadniczej, kapitalnej zmianie. To drażni i niepokoi. Tym bardziej, że kobieta 
nigdy właściwie nie wie, na jakiego osobnika męskiego trafiła: człowieka czy 
zwierzę. Nawet znajomość najściślejsza, ale towarzyska, nie rokuje, jakim ten 
ktoś okaże się... w pewnych sytuacjach. A jednak będąc już żoną, zależy się 
poniekąd od kaprysu męża i od stopnia jego delikatności. O!... Za nic nie 
chciałbym być kobietą. Per Bacco! Andzia zmieszała się. — Anni, spójrz na mnie. 
— Nie chcę, przeraził mnie pan. — Tien! Znowu pan! Brawo! — Obawiam się, że 
jesteś głowonogiem, Oskarze. Ktoś już cię tak określił. — Zapewne pani Lora? — 
Nie ona, lecz jej mąż. — Nordica? Ph! To zabawne!? — Powiedział, że jesteś jak 
głowonóg, któremu się trudno oprzeć, gdy już zarzuci macki. Zarzuciłeś je na 
mnie, Oskarze. — Tak, już mi nie umkniesz, jesteśmy związani z sobą. — Jak hydra 
ze swą... ofiarą... — Anni przestań! Hydra chłonie ofiarę. Porównanie twoje 
podnieca mnie. Uprzedzam, że czasami bywam mniej bezpieczny. A propos porównań. 
Ja mam być głowonogiem, ale Nordica jest pchłą. Wybacz wyrażenie. Tłustą pchłą 
spasioną na coraz nowych kobietkach. Ciesz się Anni... Albowiem oplotłem cię 
wprawdzie wszystkimi mackami, lecz wyłącznie ciebie. Nasza rozmowa poślubna 
daleka jest od obłoków. Co? — Ty ich w ogóle nie uznajesz. — Bądźmy na ziemi, ma 
petite. Ona daje dużo więcej rozkoszy niż obłoczne sfery. Wierz mi. — A jednak 
ofiarowanie mi tych kwiatów przez ciebie było dziwnie miłe i... — Obłoczne?... 
Hm! — Nie spodziewałam się tego po tobie. — Nie karmiłem cię za to marzeniami, 
nie splatałem wieńców z idealnych kwiatów nad twą głową. Udekorowałem cię 
wytworem ziemi, który w dodatku już nadwiądł. Patrz na te anemony. Gdy auto 
zatrzymało się wreszcie przy dworcu Vintimille, brakło tylko dziesięciu minut do 
odejścia ekspresu. Horski ulokował rzeczy w zamówionym przedziale i poprowadził 
żonę na śniadanie do wagonu restauracyjnego. Gdy powrócili do swego coupe, 
Andzia zdjęła kapelusz i zawiesiła go na haku. Wtem Horski, stojący za nią, 
wziął ją gwałtownie w ramiona, prawą ręką odwrócił do siebie jej ciemną głowę i 
nachylony nad twarzą Andzi, popatrzył chwilę w jej oczy spłoszone wzrokiem 
pożądliwym, po czym przykrył ustami wpółotwarte usta Andzi i trzymał je mocno i 
długo. Dreszcze rzęsiste przebiegały ciało młodej kobiety. Pocałunek ten zrodził 
w niej znowu tysiące uczuć bardzo różnych; więc ockniętą potężnie namiętność, 
szał zmysłowy i strach, i obawy pełne trwogi i wstyd jakiś niepojęty i głuchy, 
wewnętrzny wyrzut, że zdradza, że... że... Skłębiony rój wrażeń odurzył ją. 
Wysunęła się z jego objęć, oparła się ciężko o ścianę wagonu, zakrywając twarz 
rękami. Horski usiadł na sofie i wciągnął żonę na kolana. Całował jej ręce i 
twarz. — Czego tak drżysz, Anni? Boisz się mnie? Bądź spokojna, nic ci na razie 
nie grozi. Trema zbyteczna. Powinnaś mnie znać, nie jestem dzikim jaskiniowcem, 
lecz kulturalnym estetą. Wagon kolejowy nie jest dla mnie odpowiednim miejscem 
dla pieszczot małżeńskich. Lecz całować można nawet w balonie, więc mi tego nie 
broń. Przytulił głowę Andzi do piersi i gładząc jej włosy, spojrzał na nią 
ukośnie. — Nadużyłem bajecznie zaufania panny Anny Tarłówny. Co? — Bajecznie! 
Zaśmiał się cicho, trochę drapieżnie i szepnął jej do ucha, samym tylko 
poruszeniem warg: 1.- Nadużyję jeszcze gorzej... w Hurlestone House. Andzię 
zalał wstydliwy, gorący żar krwi. XIX Hurlestone House Poranek był mglisty i 
szary. Wicher dął z północy, wznosił bałwany olbrzymie i przewalał je po kanale 
z wściekłością. Tumany mgły sinawej zwisły nad wodą, otulając szczelnie 
horyzont. Parowiec angielski wypłynął właśnie z Calais i buchając kłębami 
czarnego dymu sunął wartko po falach wzburzonych, smukły, silny, pewny swych 
maszyn i motorów. Na pokładzie stała Anna Horska w gumowym płaszczu i z dziwnym 
uczuciem spoglądała na ginący ląd przed sobą. Niesie ją ten statek, niesie ku 
ziemi nieznanej, do rodziny obcej, która ma być jej rodziną. Niesie ją ku nowemu 
życiu, ku nowej doli kobiecej. Statek drżał pod naporem zwałów wodnych i wiatru. 
Andzia trzymała się silnie bariery, aby nie upaść. Myśli, wrażenia kłębiły się w 
jej głowie, lecz już nie były trwożne. Przez czas podróży z Vintimille 
przywiązała się do męża, zjednał ją sobie delikatnością i troskliwością. Andzia 
była mu za to serdecznie wdzięczna. Pomimo to ogarniał ją chwilami niepokój, 
głuchy i przykry, by nie ocknęło się fatum jej przeszłości. Teraźniejszość była 
nowa i ciekawa, Andzia pragnęła ją wyzyskać. Nie marzyła, jak dawniej; ideały 
własne były od niej daleko, tworzyły się wprawdzie w jej duszy, lecz sięgały 
raczej szerszych rejonów niż osobistych. Wspólne życie z Oskarem na ziemi 
rodzinnej, pożyteczne i pracowite, trochę szczęścia dla siebie, nie wyśnionego 
już, ale choćby tyle tylko, aby ukoić duszę i dać jej cichy spokój. Wierzyła w 
Oskara, jego rozum i męską energię. Czuła się bezpieczna pod jego opieką i pewna 
przyszłości. Błąkało się niekiedy w jej umyśle pytanie, czy ten światowy pan 
zechce mieszkać na wsi, w zapadłym kącie Wołynia, ale miała na to gotową 
odpowiedź, oto wystarczy im na podróże i na mieszkanie w mieście jakąś część 
roku, o ile dla Oskara byłoby to konieczne. Andzia chciała wszystko dostosować 
do męża i tak życie ułożyć, aby zapanowała między nimi harmonia niezmącona i 
trwała. Gdy Horski stanął przy niej na pokładzie, zwierzyła mu się ze swych 
myśli, rozwijała przed nim plany ich wspólnego życia. Patrzył na nią z uśmiechem 
trochę pobłażliwym i rzekł: — Życie, ma petite, nie układa się według powziętych 
z góry projektów, ono płynie samoistnie, jak strumień, który sam sobie wytwarza 
koryta, zakręty, wiry, czasem pełznie spokojnie, czasem szaleje. Ujarzmienie 
takiej indywidualności wybitnej, jaką jest życie, to trudne i niebezpieczne 
przedsięwzięcie. Per Bacco! Nie zechciej Anni regulować naszego życia. Rutyny i 
systematyczności nie znoszę, lubię porządek, lecz nie w układzie życia. — A w 
małżeństwie? — Także czynnik niebezpieczny, może wywołać nudności. Pewne 
vari~et~es nigdy nie zaszkodzą. — Ale mogą zepsuć szczęście. — Tylko je 
zaostrzają. — Czy jesteś za równouprawnieniem w małżeństwie? — Równouprawnienie 
to oklepany paradoks, taką się teorię głosi, ale tak nie jest. Zawsze któraś 
strona ma przewagę, czasem wyższy intelekt lub inteligencja, czasem silniejszy 
wpływ wywiera żywszy temperament lub despotyczna siła natury. Zresztą 
równouprawnienie — hm!... To rzecz względna. Co się wybacza mężczyźnie, to 
brudzi kobietę. Co po męskim osobniku spłynie jak po szkle, to kobietę osmaruje. 
— Czyli, że owe vari~et~es, jak mówisz, stosujesz jedynie do mężów? — Powtarzam 
ci, utartych szlaków nie ma w instytucji małżeńskiej, o ile zaś są nawet, to 
już... nie dla mnie. Przy lunchu Andzia poznała parę osób, przedstawionych jej 
przez Horskiego. Byli to typowi Anglicy i mierzyli Annę wzrokiem krytycznym, 
szczególniej kobiety, kokietujące przy tym Horskiego. Andzia zauważyła z 
przyjemnością, że nie robiło to na nim wrażenia. Gdy zostali sami, Oskar rzekł 
do żony: — Kapitan statku jest tobą oczarowany. Za to paniom nie podobałaś się 
chyba, co zresztą jest zrozumiałe. Kobiety nie lubią w swym towarzystwie takiej 
niewiasty, której niezaprzeczenie należy się palma pierwszeństwa. — A ja się już 
bałam, że te piękne panie zbałamucą mi ciebie! — Och, no, ja jestem obecnie w 
sytuacji nader rzadkiej, płonę ku własnej żonie. Oryginalnym jesteś dla mnie 
klejnotem, cennym i wiele obiecującym, lecz całego blasku twego jeszcze nie 
znam. Zapłoniesz mi gorącym ogniem, jak gwiazda promienista w mrokach naszej 
alkowy. Takie przeczucie jest niesłychanym ochraniaczem od wpływów innych 
kobiet. Wieczór zasnuwał kanał ciemną powłoką, gdy statek rycząc przeraźliwie 
zawinął do Dowru. Andzia ujrzała krajobraz posępny, spotęgowany jeszcze mrokiem. 
Brzegi Anglii wydały jej się ponure. Wszystko szare, groźne, we mgle i wichrze 
zatopione. Gwar, zamęt portowy, wrzask posługaczy, ryk parowców ogłuszyły 
Andzię. Wściekły huk morza, czarnego już jak lawa, przerażał ją. Oparła się 
ciężko na ramieniu męża z głową pełną chaosu. Niebawem wsiedli do pociągu i 
przebyli krótką drogę do stacji, gdzie czekały na nich konie z Hurlestone House. 
Wyszli na peron. Za nimi grum (ang. — sługa, lokajczyk) w liberii niósł rzeczy. 
W świetle latarni elektrycznych ujrzała Andzia lśniącą karetkę zaprzężoną w parę 
rosłych folblutów. Wygolony woźnica siedział jak mumia. Wsiedli, kareta 
potoczyła się gładko po drodze równej, jak płyty z marmuru. Gumy unosiły się 
lekko, rozlegał się tylko niarowy tupot kopyt i parskanie rumaków. Latarnie 
rzucały jaskrawe reflektory światła na przydrożne kamienie w pryzmach i drzewa 
rzadko rosnące. Andzia odczuła wieś i nagle porwała ją szalona tęsknota za 
Wołyniem. Ale nie zagłębiała się we wspomnieniach w obawie, by nie powróciły 
niebezpieczne wizje. Słuchała opowiadania męża o stajni wyścigowej w Hurlestone 
House, z której konie wygrywały na Derby. — Teraz zostały les deaux restes (fr. 
— piękne resztki) dawnej świetności — westchnął na końcu. — Dlaczego? — spytała 
Andzia machinalnie. — Prosta rzecz — nie ma pieniędzy. Stajnia taka jaka była, 
to droga zabawka. My już mamy lekko w kieszeniach. Pierwszy raz wyznał to przed 
Andzią. Zaszumiało nad nimi rozgłośnie. — Wjechaliśmy już do naszego parku — 
rzekł Oskar. — Słyszysz Anni, z jednej strony huczy morze, z drugiej drzewa. 
Jest aż za głośno. Kareta toczyła się szybko, robiła zakręty, zwroty, wciąż w 
donośnym gwarze drzew, nareszcie kopyta koni dźwięknęły na asfalcie. Andzia 
ujrzała wyniosłe, oświetlone okna pałacyku i ciemne kamienne ściany. Konie 
stanęły. Horski wysiadł pierwszy i wyprowadził żonę z karety. Weszli do 
obszernego hallu. Oskar rozmawiał ze starym służącym po angielsku i sam 
troskliwie pomógł się żonie rozebrać, Andzia drżała. Otworzono przed nimi drzwi. 
— Chodźmy, tam zapewne mama na nas oczekuje. Weszli, lecz salon był pusty. Anna 
ucieszyła się z tej okoliczności, gdyż mogła swobodnie ochłonąć z wrażenia. Ale 
Oskar rozgniewał się. — Cóż to, pouciekali wszyscy na nasze przybycie, per 
Bacco! Zostań tu Anni, pójdę szukać mamy. Domyślam się, gdzie jest. — Nie, nie 
odchodź Oskarze... Zatrzymała go za ramię. Wiał na nią chłód z tej sali 
wielkiej, prawie pustej i bardzo ciemnej, pomimo rzęsistego oświetlenia. Pod 
ścianami stały meble ciężkie i stare, na stiukowych ścianach kilka obrazów 
olbrzymich i wielki portret królowej Wiktorii, w średnim wieku, w gronostajowym 
płaszczu. Rozległy się kroki w sąsiednim pokoju. — A!... Nadobna Katy — zawołał 
Horski. Na progu stanęła postać kobieca, wysoka, niezmiernie szczupła. Twarz 
miała wąską, bladą, włosy jasnoblond nad czołem. Oczy mętne, choć duże, 
skierowała na Annę i trwała w takim niemym wpatrzeniu się. Badała Andzię od stóp 
do głowy. — Cóż to, nie witasz nas? Anni, przedstawiam ci moją siostrę, Katy, 
patrz, oto moja żona. Angielka podeszła bliżej i wyciągnęła do Anny wąską, chudą 
rękę. — Miło mi poznać żonę Oskara. Zrobił nam niespodziankę, nigdy bym nie 
przypuszczała, że on się ożeni — przemówiła po francusku. — To wyłączna zasługa 
Anni — rzekł Horski, witając siostrę. — Gdzie jest mama? — Rozmawia z duchami. — 
No, naturalnie! Domyśliłem się tego. Pójdziemy do niej. Prowadź nas, Katy — 
dodał, biorąc żonę pod rękę. — Nie zapomniałeś chyba rozkładu domu i wiesz, 
gdzie spirytystyczna sala. Idźcie sami, zaraz zadzwoni gong na kolację. Gdy 
Horscy odchodzili, Andzia obejrzała się i spostrzegła, że Katy patrzy na nią 
przez szkła z wielką uwagą i pochyleniem głowy typowym, znamionującym krótki 
wzrok. — Jaka sztywna twoja siostra — szepnęła Andzia. — O tak, miękkości u niej 
brak zupełny, posiada tylko dużą dozę zarozumiałości. Jako krótkowidz jest 
nieufna, przy tym sławna krytyczka, wszystko podlega jej surowej opinii. Ma 
pretensję, że jest najrozumniejsza, najinteligentniejsza, no i zapewne 
najpiękniejsza. — Malujesz ją niezbyt zachwycająco. — Cóż cię obchodzi Katy? 
Nikt się nią nie przejmuje. Ty możesz zyskać jej sympatię, bo jesteś bogata, ale 
znowu jesteś od niej stokroć urodziwsza, to zniweczy powyższy plus. Nadobna Katy 
nie przyzna ci wdzięku i urody, lecz w rzeczywistości doskonale to zauważy i 
będzie ją to jątrzyło przeciw tobie. Ale oto stoimy przed przybytkiem duchów. 
Weszli do pokoju kwadratowego, pogrążonego w zupełnym prawie cieniu. Mały 
kaganek, palący się czerwono_żółtym płomykiem, na oliwie, w podłużnej czarce, 
świecił blado po czarnych ścianach. Przy stole, pokrytym czarnym suknem 
siedziała wyniosła postać w białym zawoju na głowie. Rysy chłodne, posągowe, 
brwi długie, skupione, z głęboką pionową bruzdą na czole. Oczy kobieta utkwione 
miała w ekierce, na której spoczywały jej długie i wąskie palce. Na suknie 
wymalowane były białą farbą litery alfabetu. Andzia stała zdumiona, patrząc na 
tę twarz surową na tle ponurym i mistycznym dziwnego pokoju. Przykuł ją ten 
widok niezwykły. Horski podszedł do stołu. Powitał matkę po angielsku, mówiąc 
głośno, bez ceremonii. Kobieta drgnęła i podniosła na niego źrenice szare, 
dziwnie przenikliwe. — Czy duchem jesteś, czy realną istotą? — szepnęła głosem 
ponurym. Oskar roześmiał się. — Och, no, nie przerażaj mi mamo żony, jestem 
twoim synem i przywiozłem ci synową. Może by dość tych duchów na dziś? — A więc 
już przyjechaliście? Rozmawiałam z duchem Dantego Alighieri, pytałam o wasze 
losy i o twoją Annę. Duch był dziś widocznie rozdrażniony... — Może by łyżkę 
bromu? — Oskarze, nie żartuj, duch się może zemścić. — Mama go przebłaga, a 
tymczasem proszę powitać moją żonę. Anni, chodź dzieciaku... — Więc ona jest 
tu... Horska powstała i uniosła w ręku kaganek wysoko przy głowie szukając 
wzrokiem synowej. Wyglądała zupełnie jak lady Makbet z tragedii Szekspira i 
takie właśnie zrobiła na Andzi wrażenie. Oskar podprowadził żonę za rękę. — Oto 
jest owa perła, którą wyłowiłem na brzegach Morza Śródziemnego, jak ci to 
pisałem, mamo. Przyznaj, że mam dobry gust. Mistress Horska przez chwilę badała 
Andzię ciekawie, gdy zaś ciemna głowa młodej kobiety pochyliła się do jej ręki, 
matka Oskara postawiła kaganek na stole i ucałowała synową dość serdecznie. — 
Jesteś Polką, chciałam zawsze dla Oskara Angielkę na żonę. Polacy mają zbyt 
romantyczne i zapalne głowy. Takim był mój mąż i dlatego kocham Polaków, chociaż 
przyznaję im mnóstwo przywar. Ale nie wyobrażam sobie, aby Polak mógł być złym 
mężem... — Czy zaś Polki są dobrymi żonami, to już ja sprawdzę — zaśmiał się 
Horski. — Podoba mi się twoja żona, Oskari — rzekła nagle po polsku, obcym, 
łamanym akcentem. — Taka miła i ładna. — Mama mówi po polsku! Jak to dobrze — 
zawołała Andzia, od razu rozbrojona. — Czemu tak? Ja mówiła źle, dawniej lepiej, 
mnie Georges uczył, mój mąż nazywał się George, po waszemu Jerzy. Jakie ty masz 
czarne włosy ładne i oczy, piękne oczy. A mnie Dante mówił, że ty jasna, clara, 
clara powiedział. — Duch zrobił mamie niespodziankę. Wtem rozległ się 
przeraźliwy głos gongu. — Wezwanie na kolację, muszę się przebrać. Mistress 
Horska krokiem sztywnym wyszła z sali. Spowita była w rodzaj płaszcza arabskiego 
z białej tkaniny, głowę w białym turbanie wznosiła wysoko. Gdy wyszli z sali 
duchów, Oskar rzekł do żony: — Właściwie powinniśmy się przebrać. Tu panuje taka 
etykieta, nasze stroje podróżne... przerażą Katy. Ale już nie pora na to. Andzia 
nie poznała matki Oskara, gdy się spotkały przy stole. Lady Makbet przeistoczyła 
się w światową, dystyngowaną damę. Suknia z ciemnoperłowego jedwabiu opływała ją 
bogatymi zwojami, spinała ją pod szyją duża staroświecka brosza; włosy lekko 
siwe, mocno upudrowane, spiętrzone były w modną koafiurę. Strój zmieniał 
zupełnie charakter tej kobiety, postać jej mistyczna przedtem była teraz 
portretowa. Katy, w toalecie wizytowej, wydawała się jeszcze chudsza i bledsza. 
Obie damy zmierzyły Andzię zdumionym spojrzeniem. — Nie przebrałaś się, Anno? — 
spytała Katy z ironią. — Oboje macie stroje wykwintne do wagonu, lecz nie do 
stołu — przeciągle rzekła matka. Oskar wytłumaczył siebie i żonę, lekceważąc tę 
sprawę. — Jaką mieliście podróż przez kanał, boksował zapewne jak zwykle na 
wiosnę? — spytała matka. Rozmowa potoczyła się w języku francuskim, ogólnikowa i 
obopólnie chłodna. Głównie rozmawiał Oskar z matką, Andzię niecierpliwiła Katy, 
uporczywie na nią spoglądająca... Młoda kobieta garnęła się serdecznie do matki 
mężowskiej. Okazała zainteresowanie spirytyzmem, co wywołało u świekry łaskawszy 
uśmiech, u Katy zaś ironię na ustach. — Wywoływać duchy nie każdy potrafi, to 
wymaga wyjątkowych warunków — rzekła Katy kwaśno. Ale matka podchwyciła. — Jeśli 
zechcesz, Anno, mogę cię zabrać kiedyś na seans, może jesteś medium? widzę na 
twej twarzy wielką wrażliwość i oczy masz gorące. Spróbujemy. Dobrze? — Owszem, 
mamo, bardzo bym pragnęła. — Czy nie wywoływałaś nigdy duchów? — Nigdy. Nie znam 
tej zabawy. — To jest rzecz poważna, to nie zabawa, Anno. — Dla mnie to nawet 
farsa — dorzucił Oskar. — Kto ma taki pogląd o spirytyzmie, nie może się nim 
zajmować — rzekła pani Horska. — Dante mi jednak przepowiedział los Oskara, gdy 
on wyjeżdżał na Riwierę. — Ciekawe — mruknął Horski. — Dante powiedział: Z tego 
samego źródła, z którego płynęła dlań ruina materialna, wypłynie zysk... — Cóż 
to ma znaczyć? — skrzywił się. — Ja rozumiem wybornie — odrzekła matka z powagą 
— posłuchaj dalszego ciągu, a i ty zrozumiesz; "Dwie kobiety, bliskie siebie, 
obie pochodzą z północy, jedna ciągnie go na dno, druga ratuje". — Hm! To 
nadzwyczajne. Jasnowidzący duch. Muszę z nim zawrzeć bliższą znajomość. Czy też 
i ze mną będzie równie elokwentny? Andzia spuściła oczy i pomyślała: ...Te dwie 
kobiety... to Lora i... ja. Materialna ruina... Więc to było między nimi w takim 
stopniu?... Materialny zysk... to ja... Tylko materialny? Owiał ją przedziwny 
smutek, jakby cień jakiś nad nią przeleciał. — Zdaje mi się, proszę mamy, że 
Oskar ratunku nie potrzebował, a tym bardziej nie szukał go we mnie — rzekła 
oschle. — Masz słuszność, Anni, Dante pokpił sprawę. Radzę mamie zmienić ducha 
na bardziej prawdomównego. Pani Horska skierowała mowę ostentacyjnie na inny 
temat. Pytała Andzię o rodzinę i kraj ojczysty. W pewnej chwili rzekła: — Z 
opowiadań męża mego i z literatury wyrobiłam sobie pewne pojęcie o Polkach. Otóż 
według mej opinii są to wielkie entuzjastki, ale niezbyt solidne, przeważnie 
dyletantki życiowe; dużo opierają na pozorach, na powierzchownym blichtrze, bez 
głębszej treści, bez niezłomnej podstawy. Nawet temperament Polek nie płynie 
chyba z krwi, lecz z nerwów, czasem z płonącego mózgu. Mam wrażenie, że Polka 
może dużo chcieć, lecz mało spełni, i w ogóle nie są to kobiety czynu, raczej 
marzycielki niż bojowniczki. — O nie, mamo, to jest mylne twierdzenie — żywo 
zaprzeczyła Andzia. — Polki mają dużo idei, szlachetnych porywów. — Idea, 
porywy, to jeszcze nie czyn. — Są u nas i czyny, kobiety potrafią pracować z 
zamiłowaniem. — Ale bez wytrwałości. — Ach, to jest wzgląd zupełnie 
indywidualny, to zależy od charakteru osobistego. Dużo jest wśród Polek bardzo 
dzielnych kobiet, dobrych obywatelek kraju, wytrwałych pracowniczek, tak na 
niwie szerszej, społecznej, jak i w małym kółku własnej rodziny i domu. — Z tym 
się zgadzam. Polki posiadają ciche cnoty niewieście, lecz do szerszej, jak 
mówisz, społecznej pracy, nie mają wiele zdolności. Główną przyczyną tego jest 
wada ich charakterów i wychowania. Nadto są pieszczone i nie umieją być 
niezłomne, zrażają się łatwo, jak łatwo się zapalają. Zapał gaśnie przy 
pierwszym niepomyślnym wietrze. — Czasem warunki społeczne naszego kraju są 
przyczyną tego. Nie jesteśmy narodem wolnym, krępują nas i obwarowują najlepsze 
nasze chęci. Walka w takich razach jest niemożliwa, to wytwarza apatię i 
zniechęcenie. — Zapewne jeszcze częściej krępują was mężowie, prawda? — zaśmiała 
się Katy. — Polki są urodzonymi niewolnicami. — To jest krańcowe stawianie 
kwestii — oburzyła się Andzia. — Arbitralność mężów i... ojców odgrywa niekiedy 
poważną rolę w życiu kobiet, nadając im odmienny kierunek od dróg, które wiodą 
do ich własnych ideałów i dążeń. Ale to są wypadki sporadyczne, im podlegają nie 
tylko Polki. Ogólnie jednak Polki mają w sobie dużo wolnego ducha, 
indywidualności... — I wdzięku — dorzucił Oskar. — To rzecz uboczna — rzekła 
sucho Katy. — Och, no, bardzo ważna. Jest to atut w kobiecie niemal decydujący. 
Polki posiadają go w wysokim stopniu. NIe znam wdzięczniejszych kobiet nad 
Polki. Kobiety bez wdzięku to ułomna karliczka, choćby miała najwspanialsze 
warunki piękna, gdy nie posiada wdzięku, piękna nie jest. — Właściwie do czego 
ta tyrada się stosuje? — spytała Katy zirytowana. — Do apoteozy kobiecego 
wdzięku. W zasadzie jestem nieprzyjacielem kobiet społeczniczek, gdy jednak owe 
społeczne idee pielęgnuje kobieta wdzięczna, daruję jej wszystkie winy, nawet 
gotów jestem pomagać. Gdyby nasze sufrażystki były wdzięczniejsze, nie zaś 
potwory żeńskie, tolerowałbym ich wybryki z uśmiechem. — To są dzielne i 
wytrwałe kobiety. Cześć im! — zawołała Katy. — Powywieszałbym je wszystkie ku 
uciesze publiczności w Hyde Parku w Londynie. Kobieta zawsze i w każdym czynie, 
choćby najenergiczniejszym i najsamodzielniejszym nie powinna zapominać, że jest 
kobietą. To jest jej wdzięk i tym jedynie bierze mężczyzn. Wszelkie pozowanie na 
męskość, wyrabianie w sobie cech tej męskości i przywilejów chybia celu. Taką 
bronią kobiety rzadko zawojują mężczyzn, podczas, gdy swą wdzięczną kobiecością 
zrobią z nimi wszystko. — Przyznaj, Oskarze, że gdy chodzi o istotnie wielki 
czyn i niezłomną wytrwałość, tam tylko działać mogą kobiety ani zbyt piękne, ani 
zbyt wdzięczne, bo jedno i drugie przeszkadza temu. Superlatywy takie są cenione 
przez ogół mężczyzn, lecz wykolejają kobiety, demoralizują je, odciągając od 
pracy intensywnej i żmudnej — rzekła mistress Horska. — Dla waszego egoizmu i 
waszej zabawy — syknęła Katy. Horski zaśmiał się. — Ach, tobie mężczyźni nigdy 
nie przeszkodzą w żadnych zamiarach społecznych. Zapisz się Katy do sufrażystek, 
świat nic na tym nie straci. Ale moją Anni, na przykład, wyrwałem poniekąd z 
projektów, które sobie nakreśliła. Jakieś społeczne prace dla idei, na swej 
glebie, prawdopodobnie wieczny celibat, także dla idei. Początkowo miało być 
małżeństwo bez przekonania, ale także dla idei. Same konflikty z sumieniem, 
summa summarum barbarzyńskie poglądy. Na szczęście jest piękna i uosobieniem 
wdzięku, zatem, gdyby nie ja, znalazłby się ktoś inny, kto by temu przeszkodził. 
Ten typ kobiety, co Anni, nie może sobie pozwolić na samodzielną pracę. Hołdy 
męskie odrywałyby ją zawsze od działań społecznych. — Po takiej opinii mego 
męża, będziesz miała o mnie złe wyobrażenie, Katy... prawda? — rzekła Andzia z 
miłym uśmiechem, przechylając się wdzięcznie do szwagierki. — Oskar mnie trochę 
oczernia; nie jestem lalą oczekującą tylko hołdów męskich, potrafiłabym być 
samodzielna, pracować wytrwale, gdyby nie twój brat, który mnie wykoleił — 
zaśmiała się. Katy odczuła, że Andzia chce złagodzić przykre słowa Oskara, 
wypowiedziane do siostry i sztywną Angielkę rozgniewało to. — Odrzekła sucho: — 
Gdybyś jednak miała szczere zamiary, nikt by ci w tym nie przeszkodził. Ale 
powtarzam, że wy Polki macie już niewolniczość we krwi, wam koniecznie potrzeba 
męża i pana. — Czy nie uznajesz, Katy, obopólnej skłonności dwojga ludzi do 
siebie, która często niweczy powzięte przedtem zamiary? — To jest szczegół nader 
ważny — podchwyciła mistress Horska. — Mam przykład na sobie: w młodości 
pragnęłam poświęcić się nauce, wstąpić na uniwersytet, wzdrygałam się na myśl o 
małżeństwie, ale wszystko to runęło, gdy poznałam Georga. Zmienił mi się świat, 
pojęcia moje, projekty i już tylko żyłam myślą o Georgu i o małżeństwie z nim, 
aż się marzenie moje spełniło. Anna ma słuszność. Katy jeszcze tego nie zaznała, 
więc decydować nie może. Młoda Horska zarumieniła się, tym bardziej, że 
spostrzegła utkwiony w sobie wzrok męża. Wzrok ten wydał jej się jakby badawczy. 
Zdławił ją wyrzut ciężki i wstyd. Ona wszakże nie wyszła za Oskara powodowana 
miłością, o jakiej mówiła jego matka. Więc nie miłość powtórna skłoniła ją do 
małżeństwa z nim. Nie to! Rzuciła ją w ramiona Oskara tęsknota jakaś dziwna, a 
przemożna, wzięła ją jego wola tak potężną mocą, że oprzeć się nie mogła. Czyż 
to jest owa niewolniczość we krwi, jak mówi Katy?... Owa konieczność podwładztwa 
mężowi i panu?... Może to jest tylko cecha prawdziwej kobiecości, pragnącej 
serdecznej opieki męskiej, jakiejś siły, której z ufnością rzec może "jestem 
twoja". — Niewolniczość, niewolniczość — syczały w uszach Andzi słowa Katy. 
Podniosła oczy na Oskara, chcąc znaleźć w nim wytłumaczenie zagadki gnębiącej 
ją, dlaczego nie żądając nawet jej miłości wziął ją całą, ten człowiek do 
niedawna zupełnie obcy, zimny i sztywny. Dlaczego wpływ jego tak na nią 
podziałał, że oddała mu przyszłość swą, swój los, bez wahania, bez lęku, 
przechodząc prawie obojętnie nad mogiłą Jasia? Oskar patrzył na nią jakby czytał 
w jej myślach. I oto nagły, gorący dreszcz przebiegł ją od mózgu wzdłuż krzyża; 
zabił młotem puls w skroniach, poczuła w sobie wszystkie nerwy i żyły palącą 
krwią nabiegłe. Gwałtownie nakryła oczy rzęsami, zadrżały jej usta wstydem. 
Wstano od stołu. Andzia bała się podać ręki Oskarowi, by nie odczuł jej drżenia. 
Gdy podszedł do niej, nie podniosła powiek. Ucałował obie jej ręce z cichym 
szeptem. — Jesteś samym wdziękiem, pozostań zawsze taką... Przeszli do małego 
saloniku. Katy zaproponowała partię bilardu, lecz Andzia nie umiała grać. Oskar 
nie chciał. Po krótkiej rozmowie starsza Horska rzekła, zwracając się do syna i 
synowej: — Jesteście zdrożeni podróżą i... zresztą wolicie zapewne być sami. Ja 
to rozumiem. Apartament dla was przygotowany. — Idź, Anni, już późno, ja za 
chwilę przyjdę. Muszę dokończyć swą porcję cygara — rzekł Oskar. Andzia 
pochyliła się serdecznie do ręki matki z dziwnym pragnieniem słodkiej, matczynej 
pieszczoty, której prawie nie znała. Pani Horska odczuła to i czulej, niż może 
miała zamiar, ucałowała głowę synowej. — Ach, ty polska romantyczko... Katy 
wyciągnęła sztywno rękę do bratowej. Przykrość chwilowa odmalowała się na twarzy 
Andzi. Ale oto uśmiech zaigrał na jej ustach, spojrzała przekornie, z łagodną 
prośbą w oczach — wołając: — Czyż tylko tak? Wszak jesteśmy już siostrami. Katy, 
bardzo pragnę, abyś mnie polubiła. Ucałujmy się na zadatek przyszłej sympatii. 
Dobrze? Ot tak... — i chłodną, jak sopel lodowy, Angielkę uścisnęła z żywością 
swej młodej, szczerej natury. Oskar odprowadził żonę do drzwi sypialni, 
powierzając ją w ręce panny służącej, Jenny. Sam powrócił do salonu. Katy 
skrzywiła się do niego ironicznie. — Nie mogę ci powinszować gustu, Oskarze. 
Anna jest brzydka i niesympatyczna. — Doprawdy?... Hm! Nadzwyczajne! Wobec 
ciebie okazała się aż nadto sympatyczna; za twoją szorstkość dla niej postąpiła 
rozbrajająco. Byłem zdumiony, że mogła być dla ciebie tak serdeczna. — Tym 
gorzej, to dowodzi, że jest fałszywa. — Anni fałszywa! To już bezczelna potwarz. 
Och, prosiłbym cię Katy o nieco więcej względów dla mojej żony. Prosta 
delikatność nie powinna ci pozwolić na tak wyraźną złośliwość. — Anna maluje 
się, ona ma nienaturalne rumieńce. — Hm! Cóż jeszcze? Może nosi perukę i ma 
wstawione zęby, albo gumowy biust? Jakiż to zwykły objaw zazdrości kobiecej. Nie 
możesz jej darować, że ma świeższą i ładniejszą cerę niż twoja. Kobieta 
zarozumiała i próżna zawsze cudzą urodę pod byle jakim względem uzna za 
sztuczną, żeby siebie podwyższyć. Znane to, stare jak świat, lecz na złośliwości 
takiej każdy się pozna i w złym świetle staje nie osoba oczerniona, lecz ta, 
która oczernia. — Mnie osobiście twoja Anna podobała się — rzekła matka — jest 
istotnie bardzo ładna, typowa, wdzięk ma wrodzony i śliczny. Poza tym widocznie 
jest dobra, łagodna, wybornie wychowana, w ogóle sznytowa kobieta. Ale ja nie 
lubię brunetek, dla mnie prawdziwie uroczą kobietą może być tylko blondynka. — 
Przesąd! — zaśmiał się Oskar. — Anni jest... miękką brunetką, nie ma w sobie nic 
ostrego, co cechuje w ogóle brunetki. To nadaje jej urok wyłączny. — Szczególne! 
Oskar żonaty i unoszący się nad własną żoną. Cudowne zjawisko! Powiedz nam 
nareszcie, ile też ma posagu, zapewne cyfra poważna, sądząc po tych zachwytach. 
— Katy, jesteś istotnie zbyt złośliwa — przestrzegła matka. — Och, och, niech 
jej mama pozwoli, to starzejącym się pannom potrzebne dla zdrowia. Wszystkim 
muszą przypinać łatki, żeby ukryć własne. I to znana metoda. Co zaś do majątku 
Anni, wiem, że jest bardzo znaczny. Duże dobra na Wołyniu, rolne, fabryczne i 
kolosalne lasy. Jest to jedna z największych fortun tamtych okolic kresowych. — 
To szczęśliwie, bardzo szczęśliwie, przy twych wymaganiach tylko bogate 
ożenienie mogło cię ratować. Finanse nasze są w okropnym stanie. Nie byłyśmy już 
w Londynie pół roku, bo nie mamy za co jechać. To straszne! Katy proponowała, by 
sprzedać nasze obrazy, portrety królowej i meble antyki, ale nie chcę jeszcze, 
nie chcę tak się ogołocić. Boję się nędzy, bo już cierpię wielki niedostatek. — 
Niech się mama nie trwoży, jesteśmy znakomicie podreperowani majątkowo, nie 
tylko, że ruina już nam nie zagraża, lecz powrócą nasze świetne czasy. — Tak 
mówisz?... Daj Boże, ale ostatecznie majątki te i dochody są własnością imienną 
Anny... — Och, to się zrobi. Jeśli mamie potrzeba, mogę służyć jej zaraz jakąś 
kwotą pieniężną, potem uradzimy o powiększeniu renty rocznej, która by 
wystarczała. — Dziękuję ci, Oskari. Nie mam zbyt wielkich wymagań, chciałabym 
tylko nie dożyć chwili, kiedy trzeba by sprzedawać coś więcej z Hurlestone_House 
ponad to, co już sprzedane. — O tym nie ma mowy — odrzekł Horski, dopalając 
cygaro. W obszernej sypialni panował dyskretny półmrok. Lampa wisząca, ogromna 
jak balon, rzucała mieniące się srebrzystozielone światła na stare, lecz jeszcze 
cenne makaty na ścianach, na plafon malowany w sceny mitologiczne erotycznej 
treści, na miękkie, niziutkie meble, na kobierzec jasny, jakby zarzucony 
pastelowymi kwiatami, wreszcie na postać białą Andzi, siedzącą przed kominkiem. 
Za żelazną kratą palił się ogień wesoły, ciskał w górę jaskrawe języki 
płomienia. Kominek ten był fragmentem odróżniającym się od całości świetnej 
niegdyś komnaty, z królującymi przy głównej ścianie łóżkami, zdobionymi w bogate 
rzeźby i inkrustacje. Makaty perłowo_liliowe, stare i miejscami spłowiałe 
opadały z wysoka po bokach łóżek, tworząc kopulasty baldachim. Na gzymsie 
kominka więdły fiołki w majolikowych wazach i ze słojów wykwitały smukłe, białe 
irysy. Andzia była zapatrzona w płomień. Opływały ją białe koronki szlafroczka, 
z których wysunięta ręka do łokcia podpierająca głowę miała kształt przepyszny, 
rzeźbiony i koloryt ciepły, świadczący o młodej wartkiej krwi pod skórą 
delikatną i białą. Przez okna przysłonięte ciężkimi storami, przebijał się huk 
monotonny morza, słychć było łoskot pojedynczych fal rzucanych na skały. Zdawało 
się, że pałacyk drży od naporu wichrów. Andzię trwożne opadły pytania. ...Gdzie 
ją los rzucił?... Co ją tu zagnało na obcy ląd, na skały nadmorskie, do tego 
zameczku, jak gniazdo mew nad falami. Z cichych Turzerogów, z pokoiku na 
pięterku, gdzie pelargonie kwitły na balkonie, a gołębie zlatywały się chmurą 
nad jej głową, z lesistych puszcz wilczarskich los rzucił ją oto na brzegi 
Anglii. Jak to się stało i dlaczego?... Więc przeznaczenie wiodło ją na Riwierę, 
więc śmierć Jasia była dziełem jej przeznaczenia? Więc wszystko, co zaszło 
przedtem i zgon Andrzeja to były szczeble wiodące do szczytu jej przeznaczeń? A 
czy to już szczyt? Czy w tej mgle, która otacza jej małżeństwo z Oskarem, jest 
coś jeszcze, jakaś odpowiedź na znak zapytania wiszący nad nią od chwili, gdy 
przyrzekła Oskarowi zostać jego żoną? Czy ten pociąg dziwny i niezrozumiały do 
niego, wpływ jego woli nad nią ma jakiś cel ukryty, dobry czy zły? Może to jest 
początek lepszej doli, a może nowy żart jej fatum? Po ilu wypadkach szła ona do 
obecnego losu i do małżeństwa swego. Katastrofa kolejowa w Wilczarach. Okszta, 
ucieczka Lory, śmierć Andrzeja, wreszcie śmierć ciotki Smoczyńskiej i zaręczenie 
się z Jasiem. Ucieczka od niego na Riwierę do Lory i ostatecznie śmierć Jana, 
fakt epilogowy, który zaprowadził ją do ołtarza z Oskarem. Przez trzy groby szła 
do ustalenia swego losu odmiennego od jej marzeń i nieoczekiwanego. Czy w 
warunkach takich może być szczęście i czy w ogóle znajdzie je ona w pożyciu z 
Oskarem?... Huk groźny za oknem wzmagał się i przenikał ją strachem. Tak samo 
huczało na cyplu skalnym w Monaco, gdy dała słowo Oskarowi. Zawsze burza 
towarzyszy jej w decydujących momentach z Oskarem. Czy to przepowiednia burzy 
całego życia?... Nie, nie! Nie spotka ją nic złego. Dość już nieszczęść i 
niedoli. Andzia zerwała się z kanapki i szybkim krokiem przebiegła pokój 
parokrotnie. — Chcę szczęścia, pragnę go, tęsknię za nim — wołała w duszy 
podnieconej. Spostrzegła otwartą walizkę. Ze skrytki wyjęła szkatułkę 
oksydowaną. Z fotografią Andrzeja podeszła bliżej do seledynowej lampy. 
Krzyknęła głucho spojrzawszy w jego rysy. Nerwy szarpały się. — Nie, za nic 
dłużej! Rzuciła fotografię do szkatułki, zatrzasnęła i schowała szczelnie w 
kuferku. Podeszła do kozetki przed kominkiem i padła na nią ukrywszy twarz w 
dłoniach. Pomimo odrzucenia fotografii, oczy Andrzeja stały przed nią jakby 
żywe. Bała się odsłonić własne źrenice, by nie ujrzeć go tuż przed sobą. Czuła, 
że stoi przy niej i na nią patrzy. Przerażenie paraliżowało ją i dwa sprzeczne 
uczucia: szalone pragnienie ujrzenia wizji Andrzeja i lęk paniczny przed tym 
widokiem. Zwyciężyłoby pierwsze, gdyby nie nowe uczucie nadpływające ku niej 
jakby masą czernego iłu. Uczucie wiarołomstwa względem Oskara. Przysięgała mu 
wierność, a oto zdradza go myślą — z tamtym, całą istotą jest przy tamtym, będąc 
żoną Oskara. — Ach głupstwo! Kochałam tylko Jędrka! — odsuwa Andzia czarny ił od 
sumienia swego. Szmery w pokoju rosną. Andzia słyszy słowa niewidzialnych mar. 
...Przysięgałaś, bądź wierna. ...Spójrz, Handziu, mój pąku szkarłatny, spójrz na 
wizję moją, bo oto duchem stoję przed tobą wywołany twą tęsknotą, bo kochałaś i 
kochasz mnie jednego i... wierną... jesteś... mej pamięci — szły szepty do Andzi 
z głębi pokoju, a huk za oknem zdawał się je powtarzać i akcentować każde słowo, 
bolesną trucizną nasiąkłe. Wiła się w męce. Wizje szły jedna za drugą, jakby 
nasuwane ręką Andrzeja, który stał przed nią. ...Cichy kościółek parafialny na 
Wołyniu, świece na ołtarzu goreją, z chóru płynie hymn weselny, przed ołtarzem 
stoi Jędrek i trzyma ją, Andzię, za rękę, stuła ich wiąże, ślubują sobie wieczną 
miłość i wiarę. Ona w białej sukni w welonie i w wieńcu: czysta, dziewicza, 
kochająca, kochana świętym uczuciem. Wizja zmienia się. ...Prokopyszcze takie, 
jakie Andzia zna z fotografii, fantazją je sobie dopełnia. Więc ogród pełen 
kwiecia, mnóstwo róż purpurowych, posąg bogini Cerery. Handzia z Jędrkiem (są 
już mężem i żoną). On całuje ją w usta i cichym słodkim głosem mówi "mój pąku 
szkarłatny", ona tuli głowę do jego piersi i zapłoniona szepcze: "Już nie pąku, 
Jędruś, już nie pąku". Śmieją się oboje radośnie, jak dzieci. Wizja zmienia się. 
...Temnyj Hrad, dąb; Andrzej konający, jego wzrok błędny... i ostatni, rozpaczny 
okrzyk: ...Handziu! Handziu!... Wizje płyną gwałtownie. ...Noc, bory ciemne, 
zasnute śnieżną mgłą, wóz zasypany jedliną, dokoła pochodnie, śpiew litanii, 
skrzyp kół i miarowy stuk kopyt czwórki szpaków. Andzia za wozem wpatrzona w 
martwą postać Jędrka. Wizje płyną. Orszak żałobny stanął przed dworem w 
Prokopyszczach, wnoszą Jędrka do środka domu. Wzdrygnęła się. ...Jakiż huk 
przeciągły, morze ryczy, burza... cypel skalny, słychć kroki na ścieżce. Idzie 
Horski... Andzia drży, drży ... Nie! To pod Wenecją pociąg huczy, na wiadukcie, 
Horski stoi przy niej, patrzy swym władczym, magnetyzującym wzrokiem, dłonią 
naciska jej rękę i szepcze z nakazem: — Załamał się ostatni most, panno Anno. 
Oczy zaś jego mówią: — Jesteś już w mej mocy. Zostaniesz. Andzia ruchem nagłym 
oderwała dłonie od twarzy i śmiało spojrzała przed siebie. Ogień palił się 
jasno, było ciepło i miło. Usłyszała szmer jakiś. Bystro spojrzała w tę stronę. 
Wizje znikły, tylko huk za oknem, ten sam co na cyplu. Oskar podchodził do niej. 
Zerwała się z kozetki. — Gdzie ja jestem!? Stanął obok i ujął jej ręce. — W 
Hurlestone_House, w naszej sypialni. Anni, co tobie? Spałaś? To niemożliwe, 
bawiłem u mamy niecałe trzy kwadranse. — Tylko? Zdawało jej się, że w wizjach 
swych przeżyła nieskończone godziny. — Co tobie dzieciaku? Takaś urocza z tym 
półsnem w oczętach. Siądźmy tu razem na kozetce. Tak, przytul się do mnie. Dość 
wstydu, jesteśmy w naszej alkowie, zaświecisz mi tu jak gwiazda jasna. Daj mi 
pić rozkosz, bo pragnę... i ty pragniesz. Delikatnie, wytwornym gestem uniósł 
jej głowę ze swej piersi. Wpatrzył się w jej oczy. Andzia drżała, opływał ją 
dreszcz namiętny, źrenice Oskara owładnęły ją swą mocą i brały, brały 
nieprzepartą siłą rozkazu. Tchnęły w nią otuchę, spokój, słodkie uczucie 
bezwładu. Wizje runęły, odpadły od niej marzenia przeszłości, wszystko uciekło w 
popłochu, zostały tylko nad nią władcze oczy Oskara i wola w nich zawarta. On w 
wyrazie jej oczu wyczytał, że ma ją całą dla siebie. Uśmiechnął się. Zaszemrały 
nad nią jego słowa: — Burza na morzu, wicher, ale nam tu ciepło i dobrze; moja 
Anni pełna słodyczy, pełna uroku, moja Anni promieniuje... Będę pieścił, 
pieścił, całował, zapieszczę chyba mego cudnego dzieciaka. Co?... Zacałuję tę 
kroplę ustek jak krwawe winne grono. Patrz na mnie, upajam się tobą, pragnę się 
upoić aż do zapamiętania. Noc burzy i szału... Morze ryczy, a we mnie każdy nerw 
drży... Każda żyła. Nie pamiętam, kiedym tak pragnął... Andzi pod mocą jego 
źrenic wolno opadały długie rzęsy. Ostatecznie brał ją pod swoją władzę, 
przelewał w nią niepokojący dygot zmysłowej rozkoszy. Horski powściągliwie, lecz 
drżącą ręką rozplatał jej ciemne, długie warkocze. XX "Szympans" w Monte Carlo 
Samochód zakurzony zatrzymał się przed willą Nordiców. Lora wyskoczyła zręcznie 
i ściskając dłonie mężczyzn, którzy jechali dalej, rzuciła krótko: — O ósmej 
będę w kasynie. Wbiegła do przedsionka. Lokaj rozbierając ją, oddał jej bilet 
wizytowy. Nordicowa spojrzała na kartę. "Teodor Kościesza". Zdziwienie 
odmalowało się na jej twarzy. — Kiedy był ten pan? — Przyszedł przed kilku 
minutami i czeka w salonie. Lora zastanowiła się chwilę. ...Okna salonowe 
wychodzą na morze, czyli że Kościesza nie mógł widzieć jej podjeżdżającej. To 
dobrze. — Zameldować mnie dopiero wtedy, gdy każę — rzekła do lokaja. Poszła do 
siebie i jęła się ubierać z nadzwyczajną starannością, w kostium spacerowy, 
bardzo elegancki. Na ślicznie uczesanej głowie upięła wykwintny kapelusz 
strojny, jedwabny i stanęła przed lustrem. Uśmiech złośliwy błysnął na jej 
ustach... — Poczekaj, stary szympansie!... Zeszła do przedsionka i z hałasem, 
szumnie, wstępowała na schody wiodące do salonu. Służący zameldował krótko: — 
Madame. Lora z biletem w ręku weszła do sali. Kościesza stał naprzeciw niej 
ciężki, pochylony naprzód, jakby złom skalny z gruba toporem ociosany. Zdumiał 
się ujrzawszy Lorę, piękność jej uderzyła go. Ona chwyciła go za ręce. — Witam 
pana. Pan czekał?... Wróciłam właśnie ze spaceru. Cóż za miła niespodzianka, pan 
w Monte Carlo! Jakże się cieszę, że pan mnie odwiedził. Ale już pana nie 
puszczę. Musi pan u mnie zamieszkać, mąż mój jest chwilowo nieobecny. Niechże 
pan siada, proszę, tu będzie najwygodniej. NIe widzieliśmy się tyle czasu! Gdy 
przyjeżdżałam na pogrzeb mamy, bawił pan w Toporzyskach. Zaraz, ile to już lat? 
Potok jej słów ogłuszył Kościeszę, usiadł biernie, gdzie mu wskazała i patrzył 
na Lorę z podziwem. Ona tymczasem liczyła na palcach uśmiechając się. — Rok od 
śmierci mamy, a przedtem prawie trzy lata, więc cztery lata mijają od chwili, 
gdym... opuściła Wołyń. I cóż zmieniłam się? — spytała zalotnie, patrząc w oczy 
Kościeszy. — Bardzo, prawie bym pani nie poznał, wyrosła pani i wypiękniała 
niezmiernie. — Doprawdy? Miło mi słyszeć to od pana. — Czy Andzia i Ewelina 
mieszkają stale u pani? Chciałbym się z Andzią zobaczyć. Doszły mnie wieści... 
właściwie mówiono mi, że Andzia pisała do naszej parafii, a z parafii Toporzysk 
żądała jakichś papierów... metryki, czy coś w tym rodzaju. Wieści mętne, ale 
bądź co bądź dziwne. Przyjechałem zatem... — Trochę za późno. Gdyby tak 
przedwczoraj i rano, trafiłby pan na ślub Andzi. Kościesza zbladł straszliwie, 
zerwał się z siedzenia z okropną twarzą. Oczy wilcze w wyrazie błysnęły groźnie. 
— Co... na ślub? Co pani powiedziała? Na ślub Andzi? — ryknął jak zduszony tur. 
— Tak, na ślub Andzi z Horskim. — Kiedy to się stało? Czy to sen?... Czy jestem 
nieprzytomny? — Ależ, drogi panie, ani jedno, ani drugie, wszak to prawda. Ślub 
odbył się w czwartek, dziś jest sobota, o godzinie dziesiątej rano, w tutejszym 
kościółku Saint D~evote. Niechże się pan opamięta... Panie Teodorze, co panu? — 
I... i... i pani tam była? — Naturalnie! Bezpośrednio po ślubie wprost z 
kościoła Horski zabrał żonę do Anglii, gdzie mieszka jego matka. Stamtąd pojadą 
zapewne na Wołyń. Ogłoszenia o ślubie są rozesłane. Kościesza tarł dłonią czoło, 
zmieniony był okropnie, dygotał na całym ciele. Lora wzięła go za rękę. Dłoń 
jego drżała chorobliwie. — Proszę, niech pan siada, po co tak dramatycznie brać 
małżeństwo Andzi? Przecie pan się chyba nie spodziewał i nie chciałby tego 
zapewne, żeby Andzia nie wyszła za mąż? — Czyż miała całe życie płakać za 
Olelkowiczem? No, a Jasia wszakże ona nie kochała, wiązała ją przysięga dana 
mamie, nawiasem mówiąc niedorzeczna, lecz skoro Jaś sam się usunął, Horski 
skorzystał z sytuacji. Zresztą, zdaje mi się, że oni jeszcze za życia Jana byli 
ze sobą po słowie, tylko Andzia nie wiedziała, jak wybrnąć ze swych 
niefortunnych zaręczyn. — Jestem zdruzgotany, przybity tą wiadomością i... że... 
ona tak mnie pominęła. — A nie! Zawiadomienie o ślubie wysłano i do pana. — Czy 
pani tego nie rozumie, że to za mało? — wybuchnął Kościesza. — Jestem jej 
ojczymem, wychowywałem ją od dziecka. — Hm! — mruknęła Lora. — A ona, a ona, 
Handzia, którą kochałem... jak... jak córkę rodzoną, która była dla mnie 
wszystkim... — Hm!... — Postąpiła ze mną jak z obcym, zlekceważyła mnie, 
pominęła, nie zapytała o radę, jako ojczyma, opiekuna, jako doświadczonego 
człowieka... — Hm!... Czasem i młodzi miewają doświadczenie. Kościesza zauważył 
wreszcie ironiczny ton Lory. Spostrzegł jej uśmiech zagadkowy i zmieszał się. 
Ale gniew go dławił. — Ktoś ją do tego namówił? Zapewne Ewelina lub... pani? — 
Ja dowiedziałam się o tym zaledwo na tydzień przed ślubem, Ewelina była bierna w 
tej sprawie. Andzia decydowała sama, bez wpływów postronnych. — Gdzie ona jest 
teraz? — krzyknął Kościesza, czerwony jak ogień. — Andzia? Powtarzam, z mężem w 
Anglii. — O Ewelinę pytam! — Ach, Lincia? Kiedy pan wyjechał z domu? — 
Wyjechałem z Warszawy ekspresem w czwartek przed północą. Dziś o pierwszej w 
południe byłem już tu. — No, a Ewelina wyjechała stąd kurierem w piątek, wczoraj 
rano. Czyli, że minęliście się państwo gdzieś pomiędzy Wenecją i Mediolanem. 
Kościesza zacisnął pięści. — To ona, ona wszystkiemu winna! Lora zaśmiała się. — 
Lincia i winna? Wie pan, że to zabawne. Winić pan może jedynie Horskiego, że 
potrafił zjednać sobie Ankę po tym wszystkim, co ona przeżyła i że ją wyratował 
z apatii, w której trwała. To raczej zasługa, nie wina. — Kto jest ten... 
ten?... — Horski? To wielki pan, światowiec, jedyny syn Polaka i Angielki, 
przystojny dżentelmen i bywalec na jasnym brzegu. Niech mi pan wierzy, że on 
może się podobać. Zupełnie w odrębnym stylu niż Olelkowicz, ale również 
klasyczny. Andzia ma w ogóle dobry gust, nie dziwiłam jej się wcale, że Jan był 
dla niej obojętny. — Jak on śmiał bez mego pozwolenia, bez zapytania... jak 
śmiał! — O, panie łaskawy, za wielkie wymaganie od Horskiego, zresztą to raczej 
od Andzi zależało, ona jest pełnoletnia, przy tym po wypadkach przed kilku 
laty... Pan rozumie?... Kościesza zsiniał. — Ale mówmy o czymś innym. Po co 
poruszać przykre wspomnienia. Ślub Andzi mógł pana... wzruszyć, jednak to chyba 
nie tragedia? Stało się. Więc pan dziś dopiero przyjechał do Monte, i jakież 
zrobiło na panu wrażenie? Kościesza wstał. — Żegnam panią — rzekł, podając jej 
rękę porywczo. — Co? Pan odchodzi? Ależ cóż znowu! Nigdy na to nie pozwolę! 
Zostanie pan u mnie, wypocznie, uspokoi się. Tak, drogi panie, iść nie wolno, 
wszak prosi pana o to dawna Lorcia, chociaż łobuz, ale dobra dziewczyna. Proszę, 
proszę usiąść. O tak, tak, złoty panie Teodorze. Zaraz nam tu dadzą 
podwieczorek. Porozmawiamy sobie o dawnych czasach... Nie chce pan? No, to nie. 
Proszę Andzi nie wspominać, to już nie ma o czym mówić. Chce pan, pokażę panu 
Monte Carlo i cały ten nasz cudny brzeg słoneczny... Nordicowa świergotała bez 
przerwy, wdzięczyła się do Kościeszy, otaczała go serdecznością, zawsze jednak z 
odcieniem wyraźnej kokieterii, która nie uszła jego uwagi. Pomimo ciężkiego 
strapienia pochlebiało mu to wielce, piękność i zalotność Lory wywierała na nim 
silny wpływ. Wściekłość na Andzię i rozdrażnienie przeistaczało się w podnietę 
nerwów. Kościesza rozchmurzył się nieco, spode łba jeszcze patrzył na Lorę, lecz 
wzrok pałał mu coraz bardziej. — Kokietuje mnie, wyraźnie mnie kokietuje... 
Czyżby? — myślał. Lora zaś z umiejętnością wytwornej w tym kierunku mistrzyni 
drażniła Kościeszę, przybierała coraz ponętniejsze pozy i miny, dobierając 
odpowiednie tematy do rozmowy. Po podwieczorku zaproponowała spacer samochodem. 
Kościesza wzdragał się, ale zwyciężyła. Pojechali brzegiem morza aż do Anfibes. 
Ruch, gwar wielkoświatowy, luksus i bogactwo, widne tu na każdym kroku, działało 
na Kościeszę drażniąco. Obecność strojnej i tak pięknej kobiety, jej wdzięk do 
niego skierowany dodawał reszty. Kościesza przeżywał jakby złoty sen; gniew, 
oburzenie na Andzię zbladło na razie; Lora brała go swą zmysłową zalotnością, 
nęciła, burzyła mu krew. Połechtała ambicję męską Kościeszy, zrozumiał, że go 
kokietuje i sprawiło mu to przyjemność wyjątkową. Rozpromienił się, podkręcił 
nieznacznie wąsy i ułożył brodę, dowcipkował, komplementował Lorę, spoglądając 
na nią ogniście. Nordicowa bawiła się znakomicie. — Rozruszałam dzika, stary 
szympans w zalotach — myślała, dławiąc się ze śmiechu. Po powrocie Lora 
wystąpiła z projektem zjedzenia kolacji w hotelu "Paryskim", oświadczyła jednak, 
że najpierw musi się przebrać. Kościesza postanowił zrobić to samo. Gdy zeszli 
się znowu, pan Teodor na widok Lory osłupiał. Piękna i bogata toaleta mocno 
wycięta, brylantowe łzy na szyi, wielkie butony w uszach, kometa w bujnych, 
rudych włosach zdobiły lorę niesłychanie. Kościesza stał oczarowany tą 
pięknością zmysłową, szła mu do głowy wartkim prądem krwi. Nordicowa zacinała 
wargi, patrząc na zdumienie i metamorfozę Kościeszy. Ubrany z prowincjonalną 
elegancją, wystrzyżony, z bródką w szpic i wąsami ostro w górę skręconymi, 
pachnący fiksatuarem i jakąś mocną wodą, z kwiatem w klapie, wyglądał komicznie. 
Lora kazała mu przykryć płaszczem swe nagie ramiona, gdy zaś on znalazł się za 
jej plecami z kosztownym okryciem, piękna kurtyzana odchyliła w tył głowę w 
masie rudych splotów i rzuciła mu powłóczyste spod złotych rzęs dwuznaczne 
spojrzenie. Kościesza zadrżał jak oparzony, zęby mu zaczęły latać z wrażenia. W 
restauracji Nordicowa poleciła podać krótką, lecz pikantną kolację i szampan 
mrożony. Uśmiechała się do niego ustami mokrymi od wina a gorącymi barwą jak 
krew. Pokazywała mu w uśmiechu białe zęby i dziąsła jędrne, różowe, oczami 
wierciła w źrenicach Kościeszy jak zatrutymi sztyletami. Po dwóch butelkach 
szampana zamrożonego w igły, Kościesza poczuł się zupełnie odrodzony, wstąpiła 
weń energia i młodość, rumieńce biły na twarz, ogarniał go szał życia i 
używania. Łakomie patrzył na Lorę i chłonął duszny zapach jej perfum. Rozkoszą 
tchnęła ta kobieta, a Kościesza już wierzył, że rozkosz ta i te czary są obecnie 
dla niego i że powinien korzystać. "Stary szympans" rozrzewnił się zupełnie. 
Lora była dla niego najpiękniejszą kobietą na świecie. Monte Carlo szczytem 
cudów. Andzia, Horski, ich ślub, wyjazd, wszystko przestało chwilowo istnieć dla 
Kościeszy, prócz pragnień namiętnych względem Lory. Ona widziała i czuła 
wszystko, grała na nim jak na łatwym instrumencie, który już wpadł w jej ton. 
Bawiła się nim do woli, parskając śmiechem z jego wyglądu, on myślał, że z 
dowcipów. Gdy zauważyła, że dosyć szampana, zwróciła się do Kościeszy z kocią 
miną, jakby trochę poddańczą, jakby zdając się na jego łaskę i niełaskę. — Co 
pan woli teraz, czy kasyno i partię ruletki, czy też spędzenie reszty wieczoru u 
mnie we... dwójkę. Ostatnie słowa wypowiedziała szeptem, mrużąc oczy i 
wyciągając szyję ponętnie. Kościesza poczuł mrówki na grzbiecie, przeczucie 
rozkoszne buchnęło mu do głowy. Zapłonął jak młodzieniec i odrzekł z pasją: — A 
nie! Nie kasyno! Marzę o przemiłym sam na sam z piękną... Lorcią i... jeśli ona 
zechce. — Ależ owszem, to się zgadza z moimi zamiarami na dzisiaj. Jedźmy do 
mnie, tak najlepiej. Kościesza był olśniony. W aucie łasił się do Lory, całował 
ją po rękach i bełkotał czułości. Ona nie broniła. W willi Nordicowa znikła na 
chwilę. Wróciła w nowym przebraniu, miała na sobie negliż koronkowy, jak 
pajęczyna, opadający lekko, niby grecka szata, z jej obnażonych ramion. Włosy 
puszczone wolno ujęte były w złotą obręcz, na nogach sandałki purpurowe, wysoko 
sznurowane. Na małej tacce wniosła wonne cygara, kawę parującą i likiery. Nalała 
filiżankę czarnego wrzątku i spytała wdzięcznie towarzysza, jakiego chce 
likieru. — Wszyst... wszystko jedno — odrzekł drżącymi wargami. Kościesza tracił 
głowę. Palił cygaro, o jakim nie miał wyobrażenia i siedział na taborecie obok 
Lory, ponętnie ułożonej na szezlongu. Ona wabiła go bez przerwy, sama już 
podniecona szampanem i swoją grą. Prowadzili rozmowę lekką, dwuznaczną i bardzo 
swobodną. Kościesza coraz był natarczywszy, całował gęsto i coraz wyżej ręce 
Lory, sięgał twarzą spoconą i bladą do jej ramion toczonych. Oddech jego prędki, 
przepojony winem oblewał ją wstrętem. Ale jeszcze zwlekała. Nareszcie, gdy 
Kościesza musnął ustami osadę jej szyi, zerwała się z szezlonga. — Pokażę panu 
moje mieszkanie... i... sypialnię. Chce pan? Chodźmy. Pobiegła naprzód, 
Kościesza półprzytomny, jak pijany, powlókł się za nią. Pokazywała mu salony, 
ale on widział tylko jej ramiona i jej nogi różowe, wysuwające się z pajęczych 
negliżów. Przepych sypialni zdumiał go i rozjątrzył silniej jego zmysły. 
Podsuwał się do Lory, ze żbiczym wyzutym wzrokiem; usta sine mamrotały jakieś 
słowa lubieżne, ręce otwierały się do uścisku. — Piękna... przepiękna... 
Lorcia... cudna... jesteś... rozkoszna ty... filutko... Podłaził do niej 
skradającym się krokiem... żebrał... dławił się namiętnością. Wtem Lora, która 
miała już tego dosyć, spojrzała na zegar z nimfą w objęciach fauna, stojący na 
konsoli. — Ach, już czas, muszę pana pożegnać. Dobranoc panu. — Jak to?... 
Wszakże mieliśmy razem spędzić wieczór? — wybełkotał z głupkowatym uśmiechem. — 
Wieczór skończony, już jest dwunasta godzina. — Czyż to późno? Czyż tylko 
tyle... moja piękna... moja rozkoszna... Objął Lorę chciwymi ramionami i zdusił 
w niech, usta jego półotwarte mlaskały zmysłowo tuż przy jej twarzy. Ciągnął ją 
ku sobie, oczy świeciły mu strasznie. Rzęził lubieżnie. — Przecież ty... dziś 
dla mnie... dla mnie... Lorcia... po cośmy tu przyszli?... Ja rozumiem... ty 
figlarzu, ty... Lora parsknęła śmiechem, odpychając go tak silnie, że aż się 
zatoczył. — A to mi się udało! Hahaha! Cóż stary bałwanie myślałeś, że ja chcę 
ciebie skaptować, że pragnę z tobą romansu? Idiota, osioł! Myślałeś, że ja się 
dla ciebie ubrałam w ten negliż, żeś podziałał na mnie, żeś mi nerwy poruszył? 
Nie kotku. Ubierałam się nie dla ciebie, tylko najpierw do restauracji, gdzie 
mnie wszyscy znają, a teraz dla kogoś, na którego oczekuję i który lada chwila 
nadejdzie. Rozumiesz, po cośmy tu przyszli?... A to cymbał! Nie dla ciebie, nie, 
stary szympansie! Wstrętny jesteś dla mnie, ohydny i plugawy. A to głupiec, a to 
bałwan dopiero. Ha, ha, ha! Kościesza osłupiał, stał bez ruchu i patrzył na 
śmiejącą się Lorę, nie wiedząc co z sobą począć. Ona zaś przeszła w ton 
ironiczny. Szydziła z niego. — Widzisz pan, jaką ja mam moc i co potrafię robić 
z wami nawet dla żartu, dla pustej zabawy? A co stary lubieżniku! Ostrzegałeś 
Andzię, że mieszka u kokoty, nasyłałeś tu swoich szpiegów, moralisto bezwstydny. 
Jasia zabiłeś swymi odkryciami, bo ci zawadzał, bo chciałeś go usunąć tak, jak 
zgładziłeś Olelkowicza, żeby Annę zdobyć dla siebie, ją i jej majątki, czuły 
ojczymie, tkliwy opiekunie. Myślisz, że nie wiem o wszystkim? I na Horskiego 
obmyślałbyś sposoby godne ciebie, gdyby zawiadomili cię wcześniej o swych 
zamiarach. Ale nic z tego, miły ojczyku, wymknęła ci się Andzia i jej majątki; z 
Horskim musisz się liczyć, a Chwedźka już nie ma. Hahaha! Kościesza stał jak 
martwy, przygwożdżony jej słowami. — Widzisz, wiem wszystko. Wiem stokroć 
więcej, bo nawet to, jakeś się obchodził z Izą Tarłową, wiem od mamy. A mojej 
mamie mało dokuczyłeś? Toś na mnie urągał, a teraz zachciało ci się moich 
pieszczot?... Co?... Piękna jestem, powabna, aż ci oczy błyszczały, patrząc na 
mnie, mlaskałeś językiem jak wilk nad tłustą owcą, porwała cię ta kokota, stary 
niedźwiedziu, nawet o Andzi zapomniałeś, tak cię rozpaliłam. Chciałeś mnie 
pieścić w swych barach potwornych?... O łotrze jeden, o kanalio, przekonałeś się 
ty, jaką moc posiadam. Mam do pana obrzydzenie. Precz stąd, zabójco Olelkowicza 
i Jasia, morderco własnej żony. Precz! Wskazała mu drzwi gestem rozkazującym. 
Kościesza trupio blady, zmiażdżony, pożerany wstydem i przerażeniem pod wpływem 
jej słów, walczył z sobą, łamał się bezradnie z oczami wbitymi w ziemię. — 
Precz! — powtórzyła Lora. Kościesza wytoczył się z pokoju jak ciężka bryła. Lora 
rozkazała lokajowi wyprowadzić go z willi. Sama upadła na szezlong, zanosząc się 
ze śmiechu. XXI Pierwszy rok Słucz szumiała. Toczyły się w dal fale jej 
sinosrebrne, z hukiem zaborczym niosły tęgie bałwany, pianą pokryte. Grobla 
kamienna i most zwieszony nad śluzą drżał od naporu wody spiętrzonej, która 
pędząc wałem wpadała w śluzę, spieniona na pianę białą, skotłowana, rozpylona w 
puch, groźna. Spod mostu wypływała już taflą gładką jak szyba, tylko wartką 
niesłychanie. Świętojańskie wody podniosły poziom rzeki, zmąciły ją do dna, że 
rozpętana była i dumna ze swej siły przemożnej, a hulaszcza, a bujna, pląsająca 
w tańcu swym szalonym. Za rzeką krajobraz był szeroki, rozpostarty malowniczo, 
falisty, zamykał go bór czarny wstęgą łukowatą. Nad Słuczą leżały wielkie łachy 
piasku żółtego i rysowały się potężne złomy skał. Kamienie wielkości domów, 
piramidalne i płaskie obrastał u szczytu mech siwy i rdzawe plamy starości. Skał 
tych było mnóstwo, stały obok siebie, spiętrzone jedne na drugie w dziwacznych 
załomach i nadzwyczaj fantastycznym układzie. Góra dworska spływała dość stromo 
ku rzece, ponad którą biegła droga. Cały stok góry pokrywały drzewa olbrzymie, 
przepych roślin, krzewów kwitnących. Na szczycie, wśród kęp białych brzóz, 
których liście młode migotały w słońcu szmaragdową emalią, stała smukła postać 
kobieca. Zdawała się spoglądać uparcie na drogę z drugiej strony rzeki i na 
groblę. Chłopi z tartaku i młyna obserwowali ją, czyniąc sobie różne uwagi 
miejscową gwarą. — Welmożna pani nasza, baczyte ludy?... Takaja mołodeńka, harna 
i muż pokinuł. Hospody pomyłuj! — Ale każut szczo pryide. — Kto jeho znajet! 
Takij wełykij pan. Po pewnym czasie spoza tartaku wypadł kozak dworski na koniu. 
Jechał ostrym kłusem, roztrącając ludzi. Postać kobieca zbiegła z góry aż na 
drogę. W ruchu jej znać było gorączkową niecierpliwość. Kozaczek osadził konia 
na miejscu, tuż przed nią i podał jej na czapce pisma i telegram. Wzięła 
kopertę, odczuwając przyspieszone bicie serca, odeszła prędko i schowana w 
gąszczu parkowym rozwinęła papier z westchnieniem pełnym nadziei. — Może 
przyjeżdża, niechby już przyjechał. Wpiła oczy w depeszę. — Z Monte Carlo... — 
wykrzyknęła głucho. Usta jej pobladły. Bała się czytać tekst... Więc jednak ten 
list? Rzuciła okiem na słowa pisane po francusku: "Wyślij natychmiast dziesięć 
tysięcy rubli, po otrzymaniu powracam. Oskar." Papier zgniotła w dłoni kurczowo 
i oparła się ciężko o pień drzewa. Bezradnie ze skargą w oczach spojrzała w 
górę, gdzie wśród sieci zielonych liści przebijały obłoki błękitem nalane. Z ust 
drżących wybiegł szept: — Znowu to samo, znowu przegrał. Po co tam jeździł, po 
co? Czyżby ten list dziwny mówił prawdę? Czyżby Lora?... Ogarnęło ją przykre 
uczucie własnej winy. Dlaczego razem z nim nie jechała. Może potrafiłaby wpłynąć 
na niego, żeby nie grał? Czyniła sobie gorzkie wyrzuty, ale jednocześnie na dnie 
duszy bolała ją prawda, której sama przed sobą wyznać nie chciała, że jej wpływ 
nic nie znaczył. ...Pomimo to tylko moja w tym wina — powtarzała sobie uparcie. 
— To człowiek światowy, on dąży do kultury, lubi gwar, wesoły wir życia, wieś go 
nudzi, zwłaszcza taki zapadły kąt wołyński. Pierwszy rok po ślubie zszedł im 
dobrze i prędko. Po kilkutygodniowej bytności w Anglii, po zwiedzeniu Londynu, 
wyruszyli w drogę powrotną, zatrzymali się jeszcze w Paryżu, w Berlinie, kilka 
dni byli w Warszawie i dopiero w lipcu, razem z panną Eweliną, przybyli do 
Toporzysk. PO załatwieniu wszelkich formalności prawnych, przy których nastąpiło 
spotkanie z Kościeszą, wielce charakterystyczne, Anna, jako prawna właścicielka, 
objęła majątki po ojcu. Mężowi zaś udzieliła zupełnej plenipotencji. Kościesza 
po paru spotkaniach z Horskimi zrozumiał, że jest zupełnie odsunięty, że 
wszelkie intrygi, które już miał w swych planach, upadają wobec chłodnej, 
sztywnej straszliwie dystynkcji Oskara, pewności siebie oraz wyraźnego 
szyderstwa tego światowca. Pan Teodor spostrzegł wpływ Horskiego na Andzię, 
bezgraniczny, i zazdrość ugryzła go w serce gwałtownie. Zdusiłby tego zimnego 
pana własnymi rękami, zdławiłby go z rozkoszą, ale czuł, że Horski zwalczyłby go 
zawsze. Jego szyderczych, siwych oczu Kościesza nie mógł znieść, wolał się z tym 
Anglikiem nie spotykać, choć go nurtowała zawziętość i okrutny gniew. Pierwszym 
czynem Andzi w Toporzyskach było pozbycie się Wereżby, w którym od razu poznała 
jegomościa śledzącego ją w Monte Carlo. Na jego miejsce sprowadziła z powrotem 
Hadziewicza. Lato i jesień przybyli na wsi, przejeżdżając z Toporzysk do Drakowa 
i Wilczar. Andzia pragnęła bardzo, aby Oskr zaaklimatyzował się na Wołyniu, aby 
poczuł się tu obywatelem, Polakiem. Lecz rychło spostrzegła, że go nudzi wieś, 
że drażnią go miejscowe stosunki. Konno zwiedzał z żoną folwarki i lasy, dziwiąc 
się, że są tak wyraźnie jakby z intencją przetrzebione. Patrzył na to tak 
krytycznie, że Andzi ściskało się serce z obawy i smutnych przeczuć na 
przyszłość. Najbardziej zainteresowały go fabryki, młyn parowy, gorzelnia, 
tartaki, natomiast gospodarstwo nudziło go zupełnie i nie wtrącał się doń wcale. 
Gdy Andzia otrzymała pozwolenie władz na budowę ochronki dla dzieci i 
szpitalika, Oskar nie podzielał jej radości, przeciwnie, skrzywił się z 
niesmakiem. — MIła perspektywa! Staniesz się teraz pedagogiem w spódnicy i z 
daleka będzie od ciebie zalatywało jodoformem. Pfuj! To okropne! — Będzie lekarz 
szpitalny. Ewelina zaś chce być felczerką, czasem ją wyręczę, to chyba niewiele? 
— odpowiedziała wówczas Andzia. — Wybij sobie z głowy Anni wszelkie zajęcia w 
szpitalu, na to stanowczo nie pozwalam. Chcę mieć żonę dla siebie, nie zaś do 
pielęgnowania chorób chamskich. Wykluczone zupełnie. — Ach, Oskarze. Zobaczysz, 
jak się będą chłopi garnęli do naszego szpitalika; miasto daleko, pomocy nie ma 
żadnej. — Wszystko to pięknie, abyś ty się do tego nie wtrącała. Zastrzegam 
sobie również, aby Ewelina nie przynosiła z sobą do domu zapachów szpitalnych, 
nie zniósłbym tego w żadnym razie. Oskar patrzył niechętnie na roboty wokoło 
budowy filantropijnych instytucji, nie lubił rozmów o tym, drażniły go narady z 
Eweliną i Hadziewiczem. Dał im to kilkakrotnie do zrozumienia, gdy zaś Andzia 
chciała go zjednać do swej sprawy, odrzekł sucho: — Moja droga, robisz co ci się 
podoba, ja nie zabraniam, ale się nie zachwycam, pozwól mi na to przynajmniej. 
Nie zanudzajcie mnie waszą filantropią. Anna ze smutkiem zrozumiała wówczas, że 
Oskara nie przekona, sama jednakże jeszcze gorliwiej zajęła się wprowadzeniem w 
czyn swych idei. Gdy Horski wyraził chęć składania wizyt w sąsiedztwie, młoda 
kobieta, jakkolwiek niezbyt chętnie, ustąpiła od razu, aby mu się nie 
sprzeciwiać, aby i on miał jakąś rozrywkę dla siebie. Byli w kilku domach 
bliższych i dalszych, wszędzie witani nadzwyczaj gościnnie. Na Annę spoglądano 
ciekawie; znana tu była ogólnie jej smutna historia, przy tym interesowała 
urodą. Oskar imponował swą dystynkcją i wielkim wyrobieniem towarzyskim. 
Szczególniej podobał się paniom, na które jego oczy hipnotyzujące a ironiczne 
oraz pewna niedbałość manier w dobrym stylu i chłód angielskiego rasowca 
podziałały silnie. Rewizyty posypały się gęsto, nastąpiły proszone obiady, 
wieczory, przyjęcia. Horscy byli rozrywani. Oskar bawił się wybornie, 
jednocześnie krytykował sąsiadów niemiłosiernie, wyszydzał ich żartobliwie, 
upatrywał różne śmiesznostki. — Więc nie bywajmy tam, skoro tacy śmieszni — 
wybuchnęła kiedyś Andzia. — Ma petite, to właśnie ciekawe, po to się żyje, żeby 
się bawić, nie zaś ciągle odprawiać rekolekcje. Zabawniejsze są te 
prowincjonalne stosunki, niż twój szpital i zgraja chłopskich dzieciaków w 
ochronie. Zwątpienie wkradło się do duszy Anny. Niegdyś ojczym, teraz mąż nie 
podziela jej ideałów. Czy Oskar nie zjednoczy się z nią duchowo? Zimę Horscy 
spędzili w Warszawie, żyjąc bardzo szeroko, bo tak chciał Oskar. Podczas 
karnawału Andzia pierwszy raz w życiu bywała na balach publicznych. Horski 
szczycił się jej pięknością i powodzeniem, jakie ją otaczało, wymagał, aby się 
stroiła, krzywił się na tańsze i skromniejsze toalety, kupował jej klejnoty, 
pomimo protestu Andzi, która nie lubiła i bała się takich wydatków. Sam sypał 
pieniędzmi bez miary, grał w klubie i wciąż tęsknił za wielkim światem, jak 
nazywał zagranicę. Dom Horskich zasłynął w Warszawie w ciągu jednego karnawału. 
W gościnnych ich salonach zbierało się mnóstwo osób ze sfer ziemiańskich, 
arystokratycznych i z miejskiej plutokracji, którą Horski cenił za ich 
pieniądze. Andzię zmęczyła zima, potrafiła wytrwać w swej roli, lecz bez 
zamiłowania. Tęskniła za wsią, za życiem cichym, roddzinnym, do czego znowu 
Oskar nie spieszył się wcale. W wielkim poście postanowił odwiedzić matkę w 
Hurlestone_House, namawiał żonę, by mu towarzyszyła, lecz ona miała dosyć tych 
wędrówek, postanowiła jechać do Toporzysk. Rozstali się z Oskarem na kilka 
tygodni, obiecywał powrócić na Wielkanoc. Ale minęły z górą trzy miesiące, 
Andzia daremnie oczekiwała przyjazdu męża. Wciąż tylko żądał pieniędzy, o 
powrocie nie wzmiankując. Dopiero teraz... Horska przebiegła myślą cały rok od 
czasu ślubu i smutnie westchnęła. Miewała dobre i wesołe, nawet rozkoszne 
chwile, lecz to nie było to, o czym marzyła. Pocieszała się ciągle nadzieją, że 
i jej ideały będą z czasem uznane przez niego i że szczęście ciche, a harmonijne 
zapanuje wśród nich na zawsze. Ufała Oskarowi i przywiązała się doń serdecznie. 
Dręczyła ją także rozrzutność męża, nie mogła go od tego powstrzymać. 
Delikatność nie pozwalała jej na wyraźne wymówki, ponieważ wydawał dochody z jej 
majątków. Jednakże sumy płynące przez jego ręce niepokoiły ją. Z depeszą w ręku 
i dziwnym niesmakiem i wstydem szła do domu. Wezwała do siebie Hadziewicza. — 
Panie, potrzebuję zaraz sporo pieniędzy, ale jak najprędzej. — Ile potrzeba? — 
Dziesięć tysięcy — wykrztusiła. Hadziewicz spojrzał na telegram, leżący przed 
Anną na biurku i domyślił się wszystkiego. — Ach, to mąż pani potrzebuje tych 
pieniędzy — rzekł z pewną goryczą — tylko nie wiem, skąd weźmiemy? Odjeżdżając 
zabrał pan bardzo dużo, mamy wiosnę, krescencja zeszłoroczna już poszła, czynsze 
wybrane. — A gorzelnia, młyny, tartaki?... — Detyno, przez jesień, zimę i wiosnę 
wybrano z majątków do stu tysięcy rubli. — Wiem, ale czyż to już wszystko? — A 
wszak nie można wszystkiego wyczerpać. — Dziesięć tysięcy rubli trzeba 
koniecznie wydobyć i to prędko. Niech się pan o to postara, mój drogi panie. — 
Hm! Ot i kłopot. No nie ma rady. Weźmie się trochę z gorzelni, z młyna w 
Drakowie, a już najwięcej da tartak wilczarski, trzeba tam jechać. — To długo 
potrwa. A poręby?... — Sprzedane. Chyba jeszcze wyduszę coś od dzierżawców. — 
Nie, niech pan tego nie robi, broń Boże. — Wierzę detyno, że to niemiłe, ale jak 
zabraknie?... Ej, Boże ty mój święty, żeby nie gospodarka pana Kościeszy, perły 
by to były nie majątki. Taki las drakowski wyciąć, sumienia zabrakło. Co tam 
zostało?... Świeczki. A byłyż tam dęby, a sosny, a buki, choć na wystawę, to i 
poszło! Woda poniosła do Gdańska. Oj, zarobił pan Kościesza na bindugach, grube 
pieniążki płynęły do kasy turzerogskiej. — Niech już pan nie mówi. — Co tu 
ukrywać, pani sama o tym wie dobrze. A obora toporzyska nie przetrzebiona? Co 
piękniejsze sztuki to Wereżba do Turzeróg przeprowadził, wiadomo z czyjego 
rozkazu. Jaki pan taki kram. A merynosy z Drakowa gdzie poszły?... Co tu się 
działo, hej Boże! Jak przyjechałem powtórnie, tom i nie poznał Toporzysk i 
Drakowa. Teraz znowu... Horska drgnęła, rzuciła na Hadziewicza wzrok 
niespokojny. On zawahał się na krótko, ale powiedział śmiało: — Za dużo idzie 
pieniędzy, pani złota. Co tu gadać. Z tymi dziesięcioma tysiącami, co teraz, to 
już przeszło sto tysięcy przez niecały rok. Ładny grosz. Jakby tak Boże broń 
szło ciągle, to kiepsko, detyno ty nasza. A kapitałów nie ma. Co zostało z 
posagu nieboszczki pani Kościeszyny, to pan KOściesza wyskubał wszystko. Zostały 
piękne majątki, to trzeba ich szanować, żeby dla dzieci było. Widząc smutną 
twarz Andzi Hadziewicz zmienił ton. — Gorzka prawda, ale prawda. Bóg da, to się 
może i zmieni. Na kiedy mam dostarczyć tych pieniędzy? — Za parę dni najwyżej. 
Niech pan zaraz z Wilczar wyśle: Monte Carlo, Cr~edit Lyonnais. Tylko wie pan 
tak... żeby... pan rozumie? — O Kościeszę pani chodzi. Już ja to zrobię. Wyślę 
pieniądze z Równego. Niech on lepiej nie wie, ot by tryumfował! Horska zostawszy 
sama zamyśliła się nad sposobami zatrzymania Oskara w Toporzyskach. Robiła 
własny rachunek sumienia, przyznawała się do mnóstwa win, czyniąc gorące 
obietnice poprawy i tworząc dobre projekty. Przyglądała się fotografii męża w 
wielkim formacie i szepnęła do jego eleganckiej postaci: — Tak ci bezgranicznie 
wierzę, tak ufam. Czyż mnie zawiedziesz? Oczy Oskara szydrcze zdawały się mówić 
do Andzi: "Przyjadę po pieniądze i odjadę znowu". Takie podszepty złośliwego 
chochlika wywoływały u niej pesymizm. Ironia zgrzytała, ogarniała ją niechęć. 
Nadlatywały ku niej myśli złe, uszczypliwe, że tylko jej majątek ma wartość dla 
Oskara, majątek i jej uroda. Gorycz wpełzła do serca Andzi i na tym pokładzie 
kiełkowała w niej zawziętość. Gdy Oskar powróci, ona nie okaże mu również swej 
tęsknoty, zapanuje nad sobą, by nie spostrzegł, że jednak tęskniła. Ale czy 
potrafi zmienić swą naturę łaknącą jakiejś opieki serdecznej, uczucia, a choćby 
tylko tej pewności, że jest dla męża niezbędną, wybraną duszą. ...Gdybyż tak 
było? Ironia zgrzytała. "On kocha tylko twoje pieniądze i twoją piękność"..nv 
Część druga (c.d.) XXII Zabawy... flirty... refleksje Horska witała męża 
rozpromieniona. Zapomniała o obietnicach czynionych sobie, że nie okaże mu 
tęsknoty. Natura kobieca przeważyła dyplomację. Andzia pragnęła przykuć do 
siebie męża raz na zawsze, oddawała mu całą swą duszę, szczerą i gorącą tęsknotę 
za szczęściem. Oskar przy pierwszym powitaniu odczuł jej psychikę, lecz uznał 
to, jak zwykle, za romantyzm. Sam był podniecony tylko jej urodą, która czyniła 
na nim zawsze wielkie, zmysłowe wrażenie. — Czy wiesz Anni, że brakowało mi cię 
wielokrotnie. To nadzwyczajne! Twój czar i te twoje rzęsy bajeczne 
wyprowadzające mnie z równowagi, działały nawet na mnie na odległość. To już... 
zakrawa na romantyzm. — Ale w kasynie, przy rulecie, nie wspominałeś mnie z 
pewnością. — Skąd ta złośliwość? Tam, gdzie jest złoto, widzę tylko złoto, ono 
wyklucza wszelkie wizje romantyczne. Przy pierwszym obiedzie Andzia spytała go o 
Hurlestone_House i o matkę. — Mama jak zawsze konferuje z duchami. Dante dostał 
już dymisję, coś tam skłamał nieopatrznie. Teraz jest w łaskach duch Cezara 
Konstantyna Wielkiego. Przepowiada mamie, że będziemy mieli syna, którego 
nazwiemy Jerzy. Słyszysz Anni? Mama z duchami urządza na nas spisek. — Daj wam 
Boże mieć dzieciątko jak najprędzej — zawołała obecna wówczas panna Ewelina — to 
jakiś dobry duch być musi, skoro tak przepowiada. Horski zaśmiał się. — Brawo! 
Przybyła nowa osoba do spisku, ja jednak radziłem mamie, żeby i Konstantyna 
oddaliła, bo to szarlatan złośliwy, dybiący na naszą swobodę. — Co też pan 
mówi!... Wszak małżeństwo bezdzietne to dowód niebłogosławieństwa Bożego. — Och, 
silny argument! Marceli, podaj mi jeszcze rostbefu, wyborny!... Pomimo takiego 
argumentu pani zlinczowałbym tego Kocia za jego wróżby. Przez twarz Andzi 
przewiał cień smutku, spuściła głowę, lecz nic nie odrzekła. Gdy zostali tylko 
we dwoje, Horski spytał nagle głosem sztucznie rozwlekłym, wolno zapalając 
cygaro: — Cóż Drohobycki? Kiedy był ostatni raz? — Drohobycki? — zdziwiła się — 
był podczas świąt i kiedyś u Hadziewicza w jakiejś sprawie. — Widziałaś go 
wówczas? — Widziałam. — Hm! Te sprawy bywają podobno bardzo często. Wcale miły 
jest ten Drohobycki, nie boi się przestrzeni, ani dróg barbarzyńskich i za 
często miewa tu sprawy... Hm! — Do czego zmierzasz, Oskarze? Horski zamiast 
odpowiedzi, wyjął z portfelu złożony arkusik i podał go Andzi. Zdumiona 
rozwinęła i czytała paszkwil na siebie, oskarżający ją o zbyt bliskie stosznki z 
Drohobyckim, zawarte podczas nieobecności męża. Ktoś ostrzegał o tym Oskara w 
sposób naglący. Spojrzała na podpis: Niezrozumiały zygzak z dużym zakrętasem. 
Odłożyła list z gorzkim uśmiechem. — Uwierzyłeś w tę potwarz? Może to tylko 
powodem twego powrotu? — Anni, nie rób mi sceny, skoro ja ci jej nie robię. List 
ten otrzymałem jeszcze przed świętami i... grałem sobie najspokojniej w kasynie. 
— To dowód, żeś niezazdrosny. — Nie, to raczej dowodzi, że nie uwierzyłem. Znam 
cię dobrze i nazbyt ci ufam. Andzia powstała z twarzą rozjaśnioną, objąwszy go 
za szyję, przytuliła twarz do jego twarzy. Oskar odsunął krzesło i posadził ją 
sobie na kolanach. — Deser bardzo wykwintny i niepospolity. Co?... — zaśmiał 
się, całując ją — Anni, co robisz dzieciaku mój cudny? Cóż znowu... Andzia 
bowiem przywarła gorącymi wargami do jego dłoni. — Dziękuję ci, Oskarze, za twe 
zaufanie. Wierz mi zawsze, jak ja tobie, ja cię nie zdradzę. Ktoś chce nas 
poróżnić, bo... bo i ja otrzymałam taki sam list o tobie. — O mnie? Cóż takiego? 
— Że nie powracasz do mnie tak długo z powodu jakiejś kobiety, autor paszkwilu 
dawał do zrozumienia, że... trzyma cię... Lora. — Gdzie jest ten list? — 
Spaliłam, nie wierząc w taką potwarz, lecz gdy otrzymałam twój telegram z Monte, 
zgnębiona byłam bardzo. — Ach, więc to już intryga celowa. Czy nie domyślasz się 
kompozytora tych utworów? — NIe mam pojęcia. — Ja zaś jestem prawie pewny... — 
Że kto?... — Kościesza. — Oskarze! — Per Bacco! Tylko on, jest to jeden z 
najniewinniejszych środków, którymi Kościesza operuje. — Ależ to byłaby podłość! 
— Do której Kościesza nie jest zdolny? Czy tak? Andzia nie znalazła odpowiedzi. 
Horski zaśmiał się i podarł list na strzępy. — Finita la commedia! Andzia 
zaniepokoiła się. — Jeśli to sprawka Kościeszy, to widać, że on już coś knuje 
przeciw nam, bądźmy ostrożni. On gotów na wszystko, on może zechce oderwać cię 
ode mnie dla... zemsty. Oskar rzucił cygaro i przygarnął żonę do siebie. — Niech 
ci takie błahostki nie zakłócają spokoju. Nikt mnie od ciebie nie oderwie, 
jesteś dla mnie uosobieniem piękna, wdzięku i rozkoszy. Anna zarzuciła mu ręce 
na szyję z szeptem żałosnym: — Oskari mój, pamiętaj, że ja tylko ciebie mam na 
świecie i pragnę być dla ciebie jedyną. Ty masz matkę, siostrę, rodzinę — ja 
nikogo prócz ciebie. Jeślibyś ty mnie... dla jakiejś kobiety... — Bez tragedii, 
Anni, masz dla mnie tyle uroku i ponęt, że bądź spokojna. Zbyt gorącym ogniem 
rozpaliłaś do siebie moją krew, to wyklucza wszelkie apetyty do innych kobiet. 
Nigdy żadnej nie pożądałem tak... jak ciebie. Pochylony nad nią zapamiętał się w 
upajających pocałunkach. Ale pieszczoty męża nie uspokoiły Andzi. Przeciwnie, 
jego słowa, namiętność, z jaką cisnął ją do siebie, zbudziły w jej duszy znowu 
jakby echo odległe, niepokojące, które niosło ku niej właściwe określenie uczuć 
Oskara. Odczuwała w jego słowach jakiś brak i to coś, co mu na usta nie wpadło, 
co w słowach swych wykluczył, było właśnie dla niej najcenniejsze. Echo zbliżało 
się, słyszała je coraz plastyczniej. Oskar uczucia swe dla żony ilustrował 
pieszczotami, Andzia zaś drżała, nie z fizycznej lecz z duchowej podniety, bo 
oto echo odległe nadleciało i zmieniło się w głos huczący w jej mózgu, aż do 
bólu. — On mnie tylko... tylko pożąda. Przeniknął ją żal i okrutne upokorzenie. 
W lipcu, przed imieninami Andzi, przyjechała do Toporzysk mistress Horska i Katy 
oraz paru przyjaciół Oskara, typowych Anglików. Anna zaprosiła Janusza 
Kościeszę, chcąc go wyrwać trochę spod wpływów ojca. Przyjechał chętnie, jako 
młodzieniec osiemnastoletni, bardzo pewny siebie i pyszałkowaty. Fizycznie 
podobny do ojca, nie wyglądał nawet na przyrodniego brata Andzi. Horska starała 
się przywiązać go do siebie, otoczyła serdecznością, pomimo odrazy, jaką w niej 
budził, przypominając tak niesłychanie Kościeszę. Pragnęła mu nadać inny, lepszy 
kierunek i umysł płytki chłopca pogłębić trochę. Lecz nie miała nadziei co do 
skuteczności swych zamiarów. Janusz był naturą grubą, złośliwą, pełen 
zarozumiałości, nie dopuszczał do siebie żadnych wpływów. Horski i goście z 
Anglii imponowali Januszowi nadzwyczajnie. Naśladował ich ruchy, sposób 
mówienia. Oskar bawił się nim jak z małpeczką, żartując z żony, gdy ujmowała się 
za chłopcem. — Ależ ten mały pawianek jest zachwycony, że mnie bawi, to mu 
pochlebia. Za głupi jest na to, aby się poznał na rzeczy. — Tak, ale to wszakże 
mój brat, Oskarze. — Och, tyś Tarłówna, on Kościesza. Gdyby był nawet bratem 
rodzonym, to jeszcze niczego nie dowodzi; każdy sam dla siebie wyrabia opinię i 
uznanie lub wzbudza śmiech i pogardę. Imieniny Anny Horskiej obchodzone były 
szumnie w Toporzyskach. Gdy ubierała się, Oskar podszedł do niej i zawiesił jej 
na szyi piękny medalion brylantowy z perłą w środku. Dziękowała mężowi, zrzędząc 
delikatnie na zbytki, lecz on odpowiedział niedbale, patrząc na nią okiem 
znawcy: — Cóż to znaczy jakieś parę tysięcy rubli, skoro ten drobiazg stroi tak 
przepysznie twoją szyję, Anni. Stajesz się chyba coraz piękniejsza? Włóż dziś 
białą, koronkową suknię, chcę, abyś olśniewała. — Ależ ta suknia jest za strojna 
w domu. Nikt z naszych gości nie będzie tak ubrany. — Cóż cię to obchodzi? Któż 
się ma ubierać, jeśli nie ty, może Katy? Ha, ha!... Gdybyś była brzydka, nie 
proponowałbym tego, no, przede wszystkim nie byłabyś moją żoną. O ile kobieta 
piękna, wystrojona, jest jakby w swej własnej skórze, o tyle brzydka staje się 
karykaturą. Andzia zarzuciła mu ręce na szyję. Rzekła pieszczotliwie: — A gdybym 
ja ci zbrzydła, co wtedy?... Ale mniejsza o to. Oskarze mój, daj mi słowo, że to 
już będzie ostatni zbytek; ten medalion. Co, dobrze?... Daj słowo. — Ph! 
Dziwaczne żądanie. Ty, Anni, miewasz czasem pomysły... — Zupełnie dzikie, już 
wiem. Ale pomimo to nie ustąpię i musisz mi dać słowo, że więcej zbytków robić 
nie będziesz. — Więc ci daję słowo, nawet honoru, że ilekroć razy przyjdzie mi 
fantazja ustroić cię w coś pięknego, to choćby to było najcenniejsze — ustroję 
zawsze. Andzia, nie chcąc mężowi psuć humoru, obróciła wszystko w żart. Ewelina 
urządziła solenizantce największą przyjemność. Kilkanaścioro dzieci, już z nowej 
ochronki, poubieranych w stroje małoruskie, wystąpiło z życzeniami dla swej 
pani. Powinszowanie wypowiedziały wierszem ułożonym przez Hadziewicza, po czym 
cała gromadka zaśpiewała piosenkę Szewczenki. Andzia wzruszyła się do łez, 
zwłaszcza, gdy dzieci otoczyły ją wieńcem zbóż i kwiatów, wykrzykując ostatnie 
strofki powinszowania: "Szczob ty nas, pani wsegda lubyła@ wsiakoho dobra 
uczyła.@ My budem z toboju do starosti żyty@ o szczastje dla tebe Boha 
prosyty".@ Horska oprowadzała gości po nowym budynku ochronki, wtajemniczając 
ich w programy swe i projekty. Obywatele okoliczni pochwalali gorliwie jej czyn. 
Goście z zagranicy chłodniej, krytykując trochę i udzielając rad swych dla 
podniesienia instytucji. Oskar był najobojętniejszy. Drohobycki nie wytrzymał, 
podchwycił chwilę odpowiednią i rzekł cichszym głosem, patrząc na Andzię 
uważnie: — Wprowadza pani w czyn ideały Andrzeja, były to wspólne projekty 
państwa, o ile słyszałem. — Tak — odrzekła Andzia. — To zaledwo początek, 
chcielibyśmy tu zrobić dużo więcej... i da Bóg, że się starania nasze 
urzeczywistnią. — Więc pan Horski ożywiony jest tym samym duchem?... Drohobycki 
umilkł, choć rozumiał wszystko. Janusz Kościesza zawołał do gości: — Tu brakuje 
mego papy, zaraz by chamskie bachory poprzepędzał na cztery wiatry, jak zrobił w 
Turzerogach, po wyjeździe Andzi za granicę. W dodatku ochroniarka, wcale 
szykowna facetka, nie chciała z papą romansować, taka harda! Papa się rozjadł i 
w parę godzin... Trach! Ani ochronki, ani ochroniarki. U nas tak się robi. 
Obecni ze zdumieniem spoglądali na chłopca, który z najbezczelniejszą miną 
opowiadał o ojcu któremuś z młodszych panów wstrętne anegdoty. Wieczorem były 
tańce, bardzo huczne. Kolację podano na tarasie parkowym, wzniesionym na górze, 
opadającej ku rzece prawie prostopadle. U stóp góry, tuż poza drogą płynęła 
Słucz rozmigotana od księżyca i świateł z tarasu. Nad stołami zwieszały się 
festony zieleni i kwiecia. Drohobycki siadł przy końcu stołu i obserwował 
biesiadujące towarzystwo. Andzia słuchała biernie szerokiego opowiadania swego 
towarzysza, Anglika, o przemyśle angielskim i angielskiej przedsiębiorczości. 
Wzrok młodej kobiety błąkał się po falach rzeki. Myśl i dusza Andzi odleciały 
daleko od tej uczty wspaniałej i od zebranych tu ludzi. Drohobycki usiłował 
odgadywać kierunek tej duchowej ucieczki, nie mógł się jednak skupić, gdyż uwagę 
jego odwracały inne szczegóły. Horski kokietował swą sąsiadkę, młodą przystojną 
mężateczkę, prawiąc jej komplementy niewybredne i ciesząc się ironicznymi oczami 
z zażenowania prowincjonalnej piękności, biorącej wszystko na serio. Twarz 
Horskiego przypominała szydzącego satyra, który igra z naiwnym kobieciątkiem. 
Mężateczka puszczała się na dowcipy coraz śmielsze. Była pewna, że odwagą swego 
języka czaruje takiego światowca jak Horski, że to jest właśnie wielkopński szyk 
i należy do dobrego tonu. Jej mąż, siedzący obok Katy Horskiej, miał minę wielce 
poważną, słuchając wywodów Katy o ruchu kobiecym w Anglii, o mitingach, o 
związku sufrażystek. Rozmawiano po francusku i obywatel pocił się, aby z 
wybornej paryskiej francuzczyzny wyłowić zdania zrozumiałe. Drohobycki 
obserwował dalej. Zauważył, że Wołyniacy w ogóle zachowywali się poprawnie, ale 
dość hałaśliwie, Anglicy zaś bardzo spokojnie z typową powściągliwością 
albiońskiej rasy. Wśród Wołyniaków odczuwało się temperament, nieokiełznaną 
bujną naturę, wrażliwość, zapał, czasem dobroduszność i przesadzoną rubaszność. 
U Anglików zawsze jednakowy takt, wielka pewność siebie i zimna obojętność na 
wszystko, co nie angielskie. Wołyniacy byli dla dam aż nazbyt ugrzecznieni, 
Anglicy chłodno uprzejmi, bez rozrzewnień. Wołyniacy bawili Anglików gościnnie, 
z całej duszy, wchodząc niejako w rolę gospodarzy całego Wołynia i chcąc, aby 
goście wywieźli z ich kraju miłe wrażenie. Inaczej Anglicy. Ci czuli się jakby 
panami świata, którzy raczyli odwiedzić skromną prowincję zagrzebaną w kącie, w 
lasach i stepach. Piękny, żyzny kraj, lecz niezdarnie wyzyskiwany, właściwie 
jeszcze dziewiczy, bo go ludzie tutejsi nie potrafią podnieść. Ci ludzie weseli 
jak dzieci rozbawione, niezrozumiale serdeczni i barbarzyńsko szczerzy. Trzeba 
im pobłażać, są jeszcze tacy pochopni do zachwytów, taka w nich świeżość, nie 
można ich brać na serio ludziom wielkobrytańskiej kultury, ale można ich 
tolerować i imponować im. Tak myśleli zagraniczni goście i tak też postępowali. 
Drohobycki wściekał się, patrząc zaś na Oskara, myślał: ...I ten taki sam, 
szydercza bestia, cynik! Jak to on patrzy na tę gęś cacaną, jak z niej drwi. A 
ta... już gotowa! Można to czytać w jej oczach, gdyby się mąż zawieruszył, a 
Horski dobrze oblegał, miałby ją jeszcze dziś... Psiakrew!... Czyżby odmówiła 
takiemu wielkoświatowemu lampartowi?... Milczenie Drohobyckiego zauważył 
Hadziewicz, siedzący obok, spytał go więc o powód. — Obserwuję towarzystwo i 
bawię się wybornie. — Ale chyba niewesoło, nie ma pan rozbawionego wyrazu 
twarzy. — Uboczna i neutralna obserwacja nie zawsze daje zabawne wyniki. — To 
prawda. Dziś towarzystwo jest wyjątkowo podniecone. Niezwykła uczta, muzyka, 
sztuczne ognie... a szampańskie także swoje robi, paniusiom naszym powyskakiwały 
na pysie rumieńce, jak raki. — Yhm! Ogromnie rozbawione. — Niech no pan patrzy 
na panią Dulewiczową, którą pan Horski emabluje, toż ona już prawie w raju. — 
Chyba w takim, do którego ją diabeł ciągnie. Szatańskie pokusy zapaliły jej 
ognie na twarzy, już ją płomienie pożerają. — Pan Horski to widać geniusz do 
tego, na różne sposoby potrafi brać kobiety. Dla Dulewiczowej niezbyt się 
wysila, ta gra nie wymaga dużych stawek... Ale pan Horski w ogóle posiada duży 
magnes jakiś osobliwy, umie brać pod swój wpływ. A naszą kochaną solenizantkę 
czyż nie prędko zdobył? Trzy miesiące i już jego. A dalekaż ona była od tego, a 
trudna do wzięcia jak wyjeżdżała za granicę, że i nikt nie myślał. — Czy 
szczęśliwa jest... z mężem? — odważył się spytać Drohobycki. — Ach, miły, toż 
dopiero na wiosnę rok się skończył od ślubu, miałoby już być źle? On się jej 
podoba i przywiązała swe serce, do niego szczerze. Wierzy w niego święcie, jego 
słowa mają dla niej wagę. Nie miłuje jego tak jak tamtego nieboraka, 
Olelkowicza, ale jej słodka natura musiała się do kogoś przyhołubić. — A on jaki 
dla niej? — On, to sztuka zagadkowa. Patrzy na nią czasem tak, jakby zjeść 
chciał z chciwości. — On miłuje tylko jej krasę, czyż on potrafi inaczej? 
Hadziewicz zmarszczył się. — Ot gadanie, miły, a któryż to z was na krasę 
obojętny? Chciałbym takiego zobaczyć. Zanim się człeku do duszy dokołaczesz, to 
najpierw widzisz urodę, wdzięk, albo brak tego. — Ma pan widać doświadczenie w 
tym zakresie. — O... ba! Jestem już starym człowiekiem, dużo widziałem. Wiem, że 
uroda i bogactwo idą zawsze na pierwszy plan. Czasem nie wiadomo, co się podoba 
niektóremu, ale już tam, dobrze poszukawszy, zawsze jakiś wabik musi być jeśli 
nie w urodzie to w sytuacji, albo majątek, albo parantela, albo stosunki 
nęcące... — Nie uznaje pan zalet wewnętrznych, które się miłuje? — To wszystko 
potem przychodzi, początek zawsze jednakowy; jeśli uroda porwie, błyśnie myśl: 
"O, chciałbym ją mieć". Jeśli bogactwo załechce, wówczas rozum góruje, "Co tam 
uroda, furda! Ale będę bogaty". Że tak jest zawsze, stawiam dziewięćdziesiąt 
dziewięć na sto. Nastąpiły toasty. Humory zaostrzyły się. Horski wzniósł zdrowie 
Wołynianek, na co jeden ze starszych obywateli z wielką emfazą palnął mowę na 
cześć dam angielskich w ręce Mistress Horskiej i Katy. Oskar ujrzawszy przed 
Dulewiczową kieliszek nietknięty, spytał: — Nie wypiła pani swego zdrowia i 
swych rodaczek? — Kiedyż ja jestem Ukrainką — odrzekła z miną obrażoną. Muskuły 
na twarzy Horskiego zadrgały komizmem. — Doprawdy?... Hm! NIe wiedziałem. 
Zdrowia Ukrainek nie wzniósł jednakże. Noc była cicha, wonna, gwieździsta. 
Orkiestra, ukryta w parku, rzucała w ciemne głębie nocy upojne melodie modnych 
walców. Spośród drzew pękały w górę bukieciaste rakiety, sypiąc snopy 
różnokolorowych iskier. Brzegi Słuczy dekorowały gęsto gromady chłopów, 
wyległych patrzeć na dziwo. Przyglądano się ucztującym panom. — To tak z 
rozkoszy — szeptali chłopi. — Wże sami nie znajut, szczo robyty z bohactwem. — A 
wżesz! Mało im dworiw, a zołotych pokoi, to wże na horu wlizły szczob hulaty da 
isty. A pijut jak didka. XXIII Jego ultimatum Andzia tańczyła z Drohobyckim. 
Urok bijący od niej odurzał go, wprowadzał w szał niebezpieczny. Napawając się 
jej urodą myślał półprzytomnie: ...Szczęśliwy Jędrek, że była jego narzeczoną, 
szczęśliwy Horski, najszczęśliwszy, że jest jego żoną. NIe dziwię się ani 
Smoczyńskiemu ani Kościeszy. Taka kobieta to rozkosz życia, to... — Panie 
Drohobycki, już dosyć, jestem zmęczona. — Zaraz, tylko do wolnego miejsca... I 
znowu myśli napływają. — Hadziewicz prawdę mówił, taką, jak ona, to się najpierw 
pragnie zyskać dla siebie, widzi się tylko cud jej urody, jej czar... Mijali 
kanapkę narożną i Anna usiadła na niej bez tchu. Drohobycki stał przy niej 
niepewny, zmieszany. ...Czy odgadła moje myśli? Uśmiechnęła się do niego 
przyjaźnie. — Może mi pan przyniesie kruszonu, proszę. Skoczył spełnić 
polecenie. W drzwiach do ogrodu mignęła para znajoma, zainteresowała go. 
Przyniósł Andzi żądany napój i pod jakimś pozorem wymknął się do ogrodu; stąpał 
cicho pomiędzy klombami, dotarł do parku i zanurzył się w jego cienie. Wkrótce 
usłyszał szmer rozmowy prowadzonej półgłosem. Drohobycki, skradając się, jak kot 
na zdobycz, stanął tuż za wielkim kamieniem, za którym po drugiej stronie była 
duża ławka. Rozpoznał głosy i słuchał. — Tak mnie pan kusi, że chyba... a 
tymczasem ja mam męża i to... byłby grzech — szeptała kobieta rozwlekle, 
widocznie w silnym podnieceniu. — Jaki tam grzech! Czy rozkosz może być 
grzechem? Chyba jej pani nie zaznała nigdy, w takim razie współczuję pani 
serdecznie. — A z kim miałam zaznać? Z moim mężem! Ph! Stary i zawsze interesami 
zajęty. Młodsza jestem od niego o dobre dwadzieścia lat i zawsze tylko sama i 
sama z gospodarstwem i dziećmi. ...Psiakrew! — pomyślał Drohobycki — flirtuje na 
prawo i lewo, jak nie ma z kim, to z własnym rządcą, od Dulewicza może o trzy 
lata młodsza. Oj kobiety! Tymczasem Horski szeptał: — Biedna, zawsze sama? Jakiż 
mąż nieczuły, nie poznał się na twych wdziękach i nikt z okolicy? — Kto tu 
jest?! Ph! Same szlabony wołyńskie, dopiero pan przedstawia wielki świat; zaraz 
inaczej wygląda w okolicy, jak pan tu przyjechał. Ja mam ukraiński temperament, 
mnie tu ciasno, głucho, dopiero pan jak błyskawica... Drohobycki zatrząsł się z 
gniewu. ...Bluźni bestia przeciw Ukrainie. Ukraiński temperament! Diabli biorą 
słuchać, może miała mamkę Ukrainkę, bo nawet nie rodzoną matkę. Wszyscy się do 
tej Ukrainy przyznają, ale żeby i taka... Usłyszał pocałunki i skupił się cały w 
słuch. ...To już tak? Brawo! — Mów, rozkazuj, zrobię co każesz... — głośniejszy 
szept kobiecy. — Przyjedź od dziś za tydzień do Żytomierza, ja tam będę na 
ciebie czekał. Dobrze? — Do Żytomierza boję się, mąż zapyta. — Och no, kobieta 
zawsze znajdzie pretekst, jak zechce. Coś tam wymyślisz... — A pan... a ty 
przyjedziesz? — Dlatego ci właśnie proponuję. I muszę wiedzieć, gdzie na ciebie 
czekać. Przyjedź, poznasz rozkosz w mych ramionach. Dulewiczowa zdyszanym głosem 
wymieniła nazwę hotelu, prosząc, aby zapisał. — Ach, mam pamięć wyborną, 
zapamiętam. Drohobycki usłyszał nowe pocałunki i głos Dulewiczowej zmysłowo 
rozwlekły. — Jak dobrze!... Cóż za noc czarowna, nie zapomnę jej póki życia. 
Kocham cię. A pan? — O i ja także. Ale przyjedź koniecznie, będzie jeszcze 
lepiej... Zobaczysz. A tymczasem... jako zadatek... pójdź... znam ustronną 
altankę... nikt nie zobaczy... pójdź!... Szmer słów i kroków rozpłynął się w 
oddali. Drohobycki zadygotał z oburzenia. Chciał im przeszkodzić, ale zastanowił 
się, splunął i poszedł w stronę domu. — Żeby mając tamtą za żonę... werbować 
taką gęś? Tfu! Ależ łotr! ...Widocznie i po bażantce zapachnie czasem... 
świninka... W tydzień potem Drohobycki udał się na zwiady w stronę Toporzysk, 
stwierdziwszy dokładnie, że Dulewiczowa wyjechała do Żytomierza. Na trakcie pod 
lasem spotkał się nagle z Horskimi, którzy jechali konno. Za nimi kłusował 
kozaczek dworski. Anna opięta w czarnej, sukiennej amazonce i w obcisłym, 
męskiego kroju żakiecie, koloru ciemnopąsowego, w małym kapelusiku na głowie, 
wydała się Drohobyckiemu tak piękna, że zapatrzył się w nią jak w obraz. — Dzień 
dobry, panie Drohobycki, cóż to nie wita się pan? — zagadnął Horski. — 
Przepraszam... chciałem właśnie — bąkał zmieszany. Wszyscy byli konno, powitali 
się w milczeniu. ...No, ale i ten wygląda na koniu — postawa, rynsztunek, 
kostium... rasowiec — pomyślał Drohobycki. Drasnęła go nagła zazdrość, że zbyt 
pewnie rywalizować z Oskarem nie może. Gniew nasunął mu złośliwą myśl dokuczenia 
Horskiemu. — Myślałem, że pan dziś w Żytomierzu... Oskar rzucił bystre, krótkie 
spojrzenie na Drohobyckiego i ochłódł. — Nie wybierałem się tam wcale. — Tak? 
Słyszałem... — Ktoś pana mylnie poinformował. Plotkarska okolica. Andzia 
patrzyła na nich uważnie. Porozmawiano krótko i Drohobycki pożegnał się. 
Odjeżdżając myślał: — Jednakże to jest prawdziwy szatan, wykierował tamtą babę 
na dudka, zakpił z niej. Ha! Widocznie po tym, co było w parku, miał jej dosyć. 
Drohobycki nie chciał przyznać nawet przed sobą, że i sam trochę wpadł. Wstyd mu 
było z powodu własnej nieostrożności. — Co między wami zaszło? — spytała Andzia 
męża. — Nic szczególnego! Słyszałaś? Ktoś zrobił plotkę, ten powtórzył, ja się 
zdziwiłem, on się zmieszał i... koniec. Lecz był to dzień feralny dla Horskiego. 
Wieczorem, przy kolacji, Janusz, który ciągle odbywał wycieczki po okolicy, 
konno lub rowerem, opowiadał nowiny. — Spotkałem dziś marszałkostwa Zawiejskich, 
baba jak baba, zupełnie robaczywy grzyb. — Janusz, jak ty śmiesz się tak wyrażać 
o starszych kobietach! — Fiu! Stare baby nic mnie nie obchodzą. Jechali w 
powozie, marszałek z fajką; drzemał dziadyga i pycał cybuchem sobie w brzuch, 
popiół wypadał, musiał sobie dziurę wypalić, a baba ciągle... szturg go w ramię 
i: "kochaneczku, Cezary, serce, taż nie śpij". Janusz tak wybornie udał dyszkant 
marszałkowej, że Oskar parsknął śmiechem. Mistress Horska i Katy śmiały się 
swobodnie z paradnej miny chłopca. — Byłem też w Kromiłówce, bo mi się rower 
zepsuł i chciałem tam naprawić, ale we dworze pustka, pan Dulewicz przy żniwie, 
a ona w Żytomierzu. Szkoda, że nie wiedziałem, byłbym z nią pojechał, szyk 
facetka, a tu na wsi tak nudno. — Więc pojechała? — wyrwało się Horskiemu. — 
Wczoraj przed wieczorem. — Nadzwyczajne. Andzia skierowała wzrok na męża i ze 
zdumieniem ujrzała na jego twarzy wyraz rozbawienia w połączeniu ze złośliwym 
uśmiechem satyra. — Nadzwyczajne! — powtórzył. Niemiłe uczucie ukłuło Andzię. 
Zestawiała zapytania Drohobyckiego w lesie z tą wiadomością od Janusza, tamte i 
obecne wrażenie Oskara i niepokój zaczął jej dokuczać. Zaraz po kolacji wyszła 
samotnie do altany, odczuwając dziwny ciężar w duszy. Wkrótce ujrzała przed sobą 
wysoką postać Oskara. — Anni jesteś tu? — Jestem. Horski zapalił cygaro i 
odnalazłszy Andzię w mroku, usiadł przy niej. — Cóż tak rozmyślasz samotnie? 
Anna milczała. — Zauważyłaś, jak Drohobycki był dziś niewyraźny? Przy tym 
pożerał cię oczami; łakome ma oczy. Obawiałem się, że cię wzrokiem ściągnie z 
siodła. — Cóż tak milczysz uparcie? Czy rozmyślasz o tych jego oczach 
romantycznych?... Hm! Zaczyna mi się ten dżentelmen coraz mniej podobać, 
zwłaszcza jego zapały wobec ciebie. Ale taka gra ze mną nie jest zbyt 
bezpieczna. — Bądź spokojny, nie ośmielam Drohobyckiego do takiej gry. — Per 
Bacco! Znam się na tym wybornie, wzrok i słuch mam wyostrzony, intuicję również. 
Drażni mnie tan pan. — Oskarze, zdaje mi się, że ja prędzej powinnam dziś być 
rozdrażniona. — Z powodu Drohobyckiego? — Nie, z powodu... Dulewiczowej. — Ach, 
no, o tym myślisz?... Hm! Dotknęły cię te dzisiejsze wzmianki o Żytomierzu? Ha, 
ha! paradna ta pani Dulewicz! Uch baba! Pojechała do Żytomierza i czeka tam na 
mnie. — Więc to była schadzka umówiona, to... na serio? — Oo! Już prolog do 
dramatu! Moja Anni, wierzysz mi, czy nie? — Wierzę ci zawsze i pragnę, abym 
nigdy wiary tej nie straciła. — Nie obawiaj się. To nie jest typ dla wybrednego 
mężczyzny. Kawał tłustego mięsa nadziany zmysłami, dużo pretensji, niezręcznie 
tajonej perfidii względem własnego męża. Mówi dużo o swym temperamencie i 
potrzebach duchowych, jednakże odczuwa się wyraźnie, że są to tylko zmysłowe, 
mężulek nie wystarcza. — Więc ty pragnąłeś być pocieszycielem? Widziałam wasz 
flirt, lecz nie sądziłam, że tak daleko zajedziecie. — Chcesz powiedzieć, że ona 
zajedzie aż do Żytomierza, bo ja zostałem przy tobie. Flirtowałem z tą damą, 
gdyż widząc jej namiętność, chciałem ją wypróbować. Na takie propozycje biorą 
się najłatwiej kobiety_gąski. Ona nie może mieć innego określenia, głupia i 
romansowa. I widzisz — pojechała! — Ale czy to szlachetnie, Oskarze, robić takie 
próby? — Och, och. Samą szlachetnością żyć niepodobna. Szlachetność na 
śniadanie, na obiad i na kolację? Pfuj!... Zrobiłem sobie żart z Dulewiczowej, 
na który się wzięła; wypiła nęcący rosołek ugotowany w garnku mej 
nieszlachetności, jak mówisz, niech i tak będzie, lecz na jej własnej 
łatwowierności, naiwności i głupocie, wszystko to okazało się bardzo 
esencjonalne. Ja wszakże do tej biesiady nie należę. Czy lepiej byłoby może, 
gdybym za nią podążył? Co? — I... od razu nie miałeś zamiaru jechać? — Ani 
trochę, to nie mój gust, takie pulardy w mdłym sosie. — Jakiś ty cynik! A jednak 
to ty właśnie doprowadziłeś ją do perfidii, jeśli nie dokonanej, to zamierzonej. 
— Czy sądzisz, że jestem pierwszym numerem na romansowej tabeli tej pani? — 
Przykro mi, że w ogóle jesteś. Ale... skądże wiedział o tym Drohobycki? — Jakaś 
plotka, lub zwykły zbieg okoliczności. — Nie, Drohobycki mówił to w jakimś celu. 
— Zatem podsłuchiwał w parku. — W parku? — Daruj, lecz zabawna jesteś. Chyba 
rozumiesz, że w takich razach szuka się odosobnienia. — Nie znam się na tym. — 
Bardzo mi to miło słyszeć z twych ust, gdyż w ogóle kobiety znają się na tym o 
wiele lepiej niż mężczyźni. Ale skąd ten twój ostry głos? Mogłem ci nie dawać 
żadnych wyjaśnień. Nie poznaję w tobie mojej słodkiej zawsze Anni. — Ja zaś boję 
się, że mogę ci już nie ufać bezwzględnie. Oskar rzucił cygaro i powstał 
gwałtownie. — Na honor! Dość tej sceny i wymówek. Kontroli nad sobą nie znoszę. 
Zastrzegam to stanowczo i nieodwołalnie. — Ja cię nie kontroluję, ja tylko 
upominam się o swe prawa jako twoja żona. Zaśmiał się cynicznie. — O to bądź 
spokojna, nie ujmę ci ich z pewnością i... quand m~eme (fr. — jednak) — ty 
będziesz u mnie zawsze... na wety. Andzia zerwała się wzburzona. — Nie rozumiesz 
mnie i jesteś... bezczelny! — O! Cóż za wybuch. O cóż ci chodzi? — O mój honor 
kobiecy i o twój własny honor, który ty plamisz. Chcę abyś był uczciwym mężem. — 
Ja zaś nie tylko chcę, ale żądam, abyś wszelkie morały rzuciła w kąt. Kobieta 
powinna być tym, do czego ją natura stworzyła: do uległości i dawania rozkoszy 
mężczyźnie. Filozofki i moralistki to potwory kobiece. Jesteś piękna, wolno ci 
to wyzyskiwać wobec mnie, lecz bez zamachów na moją swobodę. — Za kogo ty mnie 
masz, Oskarze?! — Za źródło rozkoszy, z którego, gdy zapragnę, mogę pić aż do 
upojenia. — Więc jestem dla ciebie tylko... tylko twoją sa... — Och, no, ale 
wyjątkowo ponętną. Andzia wybiegła z altany. XXIV Demon Na górze zamkowej w 
Temnym Hradzie ponuro było i groźnie. Skała obeliskowego kształtu sterczała 
ciemna, niby pomnik niedoli. Mury ogniłe wyszczerzały poobtłukiwane otwory 
okien, jak puste jamy w czaszce, wywołując dreszcz przykry. Horski znał już to 
miejsce, przywiózł go tu raz, na jego żądanie, nadleśny wilczarski, lecz z 
Andzią był po raz pierwszy, obserwował ją dyskretnie, ale pilnie. Ona jakby 
pociemniała, odosobniła się od wszystkich, krążąc samotnie pośród ruin, jakby 
teraz jeszcze szukając śladów zbrodniarza. Tymczasem mistress Horska rozłożyła 
się pod skałą, pisząc coś w podręcznym bloku, rzucała oczami na mury i okolicę. 
Katy fotografowała zawzięcie wszystkie strony ruin. Towarzyszył jej Willim 
Brown, suchy i oryginalny Anglik, kolega Oskara z Cambridge. Oboje tworzyli parę 
dobraną w typie. Rozprawiali głośno, odgadując epokę i wiek powstania zamczyska. 
Horski słuchał obojętnie opowieści starego Grześka, który na Temnym Hradzie 
rozgadywał się zawsze na temat tej miejscowości, z przejęciem takim, jakby 
opowiadał pierwszy raz. — I niemało tu, jasny panie, utkwiło niedoli i niemało 
dusz zatratę znalazło. Pohane te mury, da te moczary. Czort ma tutaj sadybę i w 
swoje poddaństwo uroczyska te zabrał. Ni dla ludzi tu już, ni dla Boga, złe 
duchy obsiedli zamczysko, daj po nocach nieszpory swoje diabelskie odprawiają, a 
wyją jak siromachy. Nieczysta tu siła, nie ludzka moc ją zwalczyć. — Hm! I dawno 
już nikt tu nie mieszka? Kto tu był kasztelanem? — pytał Horski, śledząc oczami 
Andzię, chodzącą w oddali samotnie. — Kto był, tego nikt nie wie, teraz jest 
czort kasztelanem, diabelskie to województwo. Pan marszałek Hołowczyński, dziad 
naszej pani, szukał po różnych starych dokumentach pochodzenia Temnego Hradu i 
ot, nic nie wyszukał. Zatarte, czysto, hładko, taj hodi! Horski, nie słuchając 
już, oddalił się od Grześka i poszedł w stronę ruin. Wkrótce stanął obok żony. 
Patrzył na nią badawczo, spod oka. — Czego tak zbladłaś? Suchy ton jego głosu 
zdziwił ją. — Zdaje ci się tylko. — Obserwuję cię od chwili przybycia do ruin i 
zastanawiam się, co cię tak podnieca. — No, tak, dzieje się z tobą coś 
nienaturalnego. To dowód jakiejś podniety wewnętrznej. Och!... te ruiny same 
przez się nie wzbudzają jej chyba? Andzia milczała. Oskar nagle wziął ją za 
rękę. — Pójdziemy się przejść, tam, w stronę dębów. Poszła biernie i nie 
spostrzegła, że on prowadzi ją do dębu z krucyfiksem. Gdy stanęli pod drzewem, 
Andzia drgnęła, mimowolnie podniosła rękę do czoła, chcąc się przeżegnać. Wtem 
Oskar objął ją ramionami i dość brutalnie ciągnął do siebie, wyraz twarzy miał 
zmieniony. — Daj mi usta, Anni, pragnę twych ust, chcę się sycić nimi. Anna 
gwałtownym ruchem odsunęła go od siebie. — Tu? W tym miejscu? Tu?... — zawołała 
głucho. — A cóż to rynek publiczny, czy sala parlamentu? — Puść mnie, Oskarze, 
puść natychmiast! — Musisz mi ulec, pragnę twych pieszczot i otrzymać muszę. — 
Tu?... Za nic! Gniew i trwoga tryskały z jej oczu. Twarz Horskiego robiła się 
straszna. — Opór?... Dlaczego się bronisz? Ja nie ustąpię. — Za nic, za nic! 
Zlituj się, nie tu. Puść mnie, błagam... — Jakieś zabobony... zastosowane do 
tego miejsca? — To moja świątynia, świątyni się nie... profanuje — zawołała 
zdyszana, wysuwając się z jego ramion zaborczych, które ją gniotły, przerażały. 
— Świątynia? Ten metal na dębie taką cię świętością napawa? Schowamy go do 
kieszeni, niech nie przeszkadza. O tak, już po skrupułach pogańskich. Teraz... 
Młoda kobieta zdrętwiała, widząc jak krucyfiks, jej ręką zawieszony nad miejscem 
zgonu Andrzeja, mąż zdarł z drzewa i wsunął w kieszeń ubrania, z miną okrutną, z 
twarzą ociekającą bezmiernym szyderstwem. Zawrzało w niej. Odskoczyła od niego 
prawie ze wstrętem. — Jak śmiałeś to zrobić, jak śmiałeś! Świętokradztwo! 
Grzech! On... tu zginął, skonał, chyba nie wiesz?... A ty... ty... Horski 
oderwał dłonie Anny od jej skroni i zdusił jak w kleszczach żelaznych. Twarz 
pełną ironii i bezczelności przysunął tuż do jej twarzy, z ust jego wydobywał 
się wark głuchy. — Wiem, jakie to miejsce, wiem doskonale! Twoja świątynia?... 
Boisz się ją sprofanować? Moje pieszczoty są profanacją tego miejsca?... Ty... 
ty bezwstydna! Ty... — Oskarze! — Milcz! Jesteś moją żoną, nie masz prawa 
rozmyślać o tamtym, wytwarzać sobie świątynie, nastroje, odgrzebywać przeszłość. 
Niewolnicą moją jesteś! Rozumiesz! Musisz mi być powolna zawsze i wszędzie, 
gdzie zapragnę cię mieć. Dość wizji przeszłości, nie pozwalam na żadne marzenia. 
Skończyło się! Jesteś moją wyłącznie i o tym pamiętaj. — Złamiesz mi ręce, puść 
— jęknęła półprzytomna z przerażenia. Oskar chwycił ją w ramiona z dziką pasją, 
ze zwierzęcym pomrukiem wściekłości i zmysłowego szału, przycisnął ją do grubego 
pnia i całował zachłannie z piekielną żądzą, z brutalnością, jakby chciał ją 
zagryźć pocałunkami, zadławić w uściskach. Usta jej gniótł aż do fizycznego 
bólu, łapał zębami jej wargi płonące, wżerał się w nie jak tygrys, żłopiący krew 
rozszarpanej ofiary. Anna opierała się rozpaczliwie, lecz bez skutku. Oburzona 
do najwyższego stopnia, osłabła. On, trzymając ją silnie mówił jej w samą twarz 
wściekłym głosem: — Zniewolę cię zawsze, ile razy zapragnę, musisz mi być 
posłuszna! Właśnie tu, w tej twojej świątyni, pod tym dębem — świętym chciałem 
cię mieć w swej mocy i mam. Gdybym zażądał więcej, musiałabyś również ulec. 
Gdybyśmy byli sami, byłbym bezwzględny... — Już nim jesteś! — krzyknęła 
wzburzona do ostateczności, groźna, odpychając go od siebie z niesłychaną siłą. 
— Jesteś bezczelny, dziki jak zwierz. Toś ty bezwstydny! Dopiąłeś celu 
brutalnie, jak zmysłowiec, bez odczucia mnie, bez uwagi na mój opór. Nie 
uszanowałeś... — Twej świątyni! Hahaha! — szatańsko zabrzmiał jego śmiech. — Już 
koniec! Wszelkie głupie idylle podepczę zawsze. Nie chcę rywalizować z mrzonkami 
twej przeszłości. Drwię sobie z twoich świątyń i pamiątek! — Ale ja nie drwię! 
Wydrzeć ich sobie nie pozwolę nigdy! Ty masz moje ciało, to ci wystarczy, tego 
ci nie zbrukam, nawet myślą nie skalam, ale duch mój, ty u mnie tego nie 
potrzebujesz. Czy ty dbasz o moją duszę?... O! Gdybyś dbał! Ale ty... ty... 
Zachłysnęła się łzami, lecz zwalczyła słabość. Wyciągnęła do niego rękę ruchem 
stanowczym. — Oddaj mi krzyżyk, oddaj natychmiast! Oskar patrzył na nią, lubował 
się widokiem jej wzburzenia i stwierdził, że jest piękna w tej nowej przemianie. 
Żądza zmysłów rozigranych ugryzła go na nowo. Podsunął się do niej pożądliwie, 
ręce mu drżały szaloną namiętnością. Wyciągnął ramiona. — Proszę, oddaj mi 
krucyfiks — powtórzyła. — Jesteś piękna Anni, kobiecie pięknej wybacza się 
wszystko, pójdź... Cofnęła się żywo, rzuciła mu spojrzenie pełne wzgardy i 
odeszła w stronę ruin. Horskiemu twarz drgała kurczowo. Gniew wzbierał w nim, 
ale hamował się znakomicie. Zapalił cygaro i wolno podążył za żoną. W miarę jak 
się do niej zbliżał, wypełzał mu na usta wyraz zjadliwy, ironiczny a zarazem 
tryumfujący. Zrównał się z Andzią w bramie zamczyska. — Chcę z tobą pomówić — 
rzekł twardo. — Jeszcze? — NIe myśl, że w tamtej sprawie. Ta kwestia zakończona. 
Wyraziłem ci moje żądania i musisz się do nich zastosować. Teraz powiem ci inne 
postanowienie moje, także nieodwołalne. Widząc chmurny, lecz pytający wzrok Anny 
i jej twarz bladą, z niewygasłym jeszcze wzburzeniem, Oskar uśmiechnął się 
sarkastycznie i pod tym uśmiechem trzymał Andzię w niepewności długą chwilę. — O 
co chodzi? — spytała niechętnie. — Wyglądasz jak szydzący demon. — Chcę ci 
oznajmić, że za parę tygodni wyjeżdżamy do Anglii na stałe. Młoda kobieta 
przeraziła się. — Skąd taki projekt, co to znaczy? — Wspominałem ci już kiedyś o 
tym. — Myślałam, że żart. — Wówczas był mętnym projektem, teraz rzecz jest 
zdecydowana. Zamieszkamy w Anglii. Mam prawo i oderwę cię od tych twoich 
pamiątek, zaczarowanych świątyń, wspomnień. Per Bacco! Musisz żyć moim życiem i 
dla mnie, bez podziału. — Oskarze! Ty mnie nie rozumiesz... — Za pozwoleniem, 
nie sądziłaś chyba, że zgodzę się biernie i stale mieszkać w twoich dobrach? 
Taka kombinacja, pomijając inne względy nie zgadza się z moimi zapatrywaniami. 
Żonę chcę mieć u siebie, nie zaś być u żony na posadzie. — Ależ, Oskarze, jak ty 
się wyrażasz, tu jest nasz wspólny cel i obowiązek, tu nasza placówka pracy, 
czynu. — Och, no, obowiązkiem żony jest być przy mężu, iść za nim, jego cel 
uważać za swój, jego teren pracy za własny. — A cóż będziesz robił w 
Hurlestone_House? — To już jest moja rzecz. Założę z Williamem do spółki biuro 
komisowo_handlowe w Londynie. — Ty się chcesz brać do handlu? Ty?... — Proszę 
cię bez sarkazmu, nie będę sklepikarzem, lecz szefem biura. Zresztą wszystko 
jedno, czym się tam zajmę, ty musisz iść ze mną. — Czy tak ci źle w 
Toporzyskach? Wszak one są twoje... bo skoro jestem twoją żoną... — To niczego 
nie dowodzi. Obywatelstwo nie nęci mnie do tego stopnia, abym się dla takich 
ideałów rozstawał z własnymi przekonaniami. A, merci! — Więc i posagi byłyby 
wykluczone, jeśliby wszyscy rozumowali tak, jak ty. — Jest w tym psychologiczna 
i subtelna różnica. Co innego posag żony użyty do celów własnej inicjatywy, 
spożytkowany na własnym terenie, a inna rzecz bierna sytuacja męża w 
majętnościach żony. — NIe chcesz być Polakiem, obywatelem, patriotą. — Jestm 
kosmopolitą, przyznaję. — Powiedz, czego żądasz, zrobię wszystko, co zechcesz, 
aby zaspokoić twe skrupuły słuszne czy niesłuszne, nie chcę rozsądzać, ale 
pragnę je usunąć, o ile to będzie w mojej mocy. — Usuniesz je gdy pójdziesz za 
mną, gdy zamieszkasz pod moim dachem. — Toporzyska są naszym domem. Jesteś 
również ich właścicielem. — Wygodna teoria dla tych, którzy chcą w nią wierzyć i 
na niej się opierać. Ja nie chcę. Przenosimy się do Anglii stanowczo. — Chcesz 
zatem, abym się wyrzekła swej ojczyzny, abym zaniedbała świętych obowiązków 
obywatelskich, abym opuściła ziemię naszą? — Obowiązek żony jest pierwszy dla 
kobiety i najważniejszy. Anna spuściła głowę, powieki jej opadły na zbielałe 
policzki, wypłynęły spod nich duże, ciężkie łzy. Oparła się plecami o mur 
pleśnią pokryty i stała tak wyczerpana, zdruzgotana moralnie, przytłoczona tym 
nowym obuchem. W oczach, poza mgłą łez gorzkich, była groza i trwoga bezbrzeżna. 
Zaległa długa chwila ciszy. Horski patrzył na żonę i zmarszczył brwi. — Jesteś 
tak zgnębiona, jakbyś szła na szafot. Ciekawe! Drażni mnie, gniewa ten twój 
smutek, ta rozpacz nieuzasadniona. — Boś mi zrobił, Oskarze, wielką, szaloną 
przykrość, dotknąłeś mnie boleśnie, postąpiłeś ze mną niegodnie, tyś mnie nie 
zrozumiał... — Zabraniam ci mówić o tych, twoich świątyniach — krzyknął prawie. 
— A teraz... teraz mnie także nie rozumiesz, robiąc takie projekty. — To jest 
już zamiar stanowczy. — Wiesz, czym on jest dla mnie? To cios okrutny... Żal mi, 
żeś taki obcy dla swego kraju, żeś się tu nie zaaklimatyzował. — No, dosyć o 
tym! Ty się powinnaś zaaklimatyzować tam, gdzie ja chcę mieszkać, a nie 
odwrotnie. Rządzisz się egoizmem. Dlatego, że ty nie chcesz opuścić dziedzictwa 
swego, ja mam się wtłaczać w stosunki obce dla mnie i niesympatyczne. Żona nie 
stawia warunków mężowi, to rola męża; postanowiłem wyrwać cię stąd i wyrwę. 
Zdecydowane! Andzia doznała wrażenia, że mury zamczyska zbiegają się szybko ku 
sobie i że ją zaraz zgniotą w swych zmurszałych ścianach. Ujrzała nagle pustkę 
szarą, bezbrzeżnie smutną. Pustkę tę uczuła w sercu i w duszy. Żal, lęk jakiś 
zabobonny i jasnowidzące przeczucie, że teraz otchłań się przed nią otworzy. 
Ruina jej ideałów, pogrom marzeń najdroższych, wieczysta przepaść. To co jeszcze 
wspólnie z Andrzejem budowali, co było tchnieniem ich dusz spojonych tożsamością 
idei, jej miłość do ziemi ukochanej, jej pragnienie pracy owocnej na glebie 
swego kraju, wszystko to ma być zabite, zgruchotane przez Oskara? Jej ziemia 
droga, ojczysta, ma się stać dla nich tylko spichrzem, kasą, z której będą 
czerpali dochody, aby trwonić je u obcych, aby je użytkować w cudzym kraju? 
Gorycz i żal przeistoczył się w niej w gwałtowny wybuch oburzenia i oporu. Nie 
ustąpi, nie ma prawa ustąpić z miejsca, które w spuściźnie po ojcu otrzymała. Tu 
jej święty cel jedyny. Tu pozostanie. Wyprostowała się jak niewolnica, która 
zrywa więzy. W twarzy jej była niezwykła energia, w głosie stanowczość. — Możesz 
mnie wyszarpnąć od moich wspomnień, pamiątek, ale mnie nie oderwiesz od 
obowiązków, które mam dla swej ziemi i kraju. Ja stąd nie wyjadę! Rzuciwszy to 
śmiałe wyzwanie, odwróciła się i odeszła spiesznie. Słyszała za sobą szyderczy, 
straszny śmiech męża. XXV Na zatracenie Wśród skalistych ścian, z wielkich, 
omszałych kamieni tworzących jakby tunel rozwarty u góry, w najwyższej skale 
wykuta była kapliczka mała, wysmukła, z gotyckim drewnianym daszkiem. 
Prostopadle od kapliczki w dół biegła wąska drożyna, jakby ją potok wyżłobił 
pośród kamieni i nikła w gąszczu liściastego parku. Huk rzeki mieszał się tu z 
rozgwarem drzew, których wyższe korony górowały nad głazami, nabierając już na 
swe liście gorących barw jesieni. Moty białej pajęczyny wiły się na kamieniach, 
oplatając przędzą dróżkę, po której szła Anna Horska, prędko, nerwowo, w obawie, 
by jej ktoś nie przeszkodził. Wstąpiła na schodki kamienne kapliczki, otworzyła 
okienko i nagle, padłszy na kolana, zapłakała z głębi serca. Łkania rwały się z 
jej piersi, bólem nabrzmiałej. Żegnała się oto z parkiem ukochanym, z kapliczką, 
przed którą modliła się codziennie, powierzając jej swe troski i radości. Gorycz 
trawiąca jej serce, znalazła ujście; wśród skał martwych, przed wizerunkiem 
Bogurodzicy, młoda kobieta skarżyła się, że musi opuścić wszystkie drogie 
miejsca i jechać w świat, na dolę niepewną, z trwogą w duszy i z tęsknotą. Oskar 
nie dał się przekonać i nie ustąpił. Wyjeżdżał do Anglii i żonę zabierał z sobą 
stanowczo. Od pamiętnej dla Andzi sceny w Temnym Hradzie, tkwiło coś pomiędzy 
nimi, co odczuwali oboje, zwłaszcza ona. NIć, będąca spójnią ich względnego 
szczęścia, zawikłała się, harmonia ich pożycia została naruszona. Andzia to 
wyczuła intuicyjnie, i bojąc się zupełnego rozłamu, uległa mężowi. Strute w niej 
były pierwiastki dawnej wiary w niego, zaczęła go analizować, patrząc nań 
krytycznie i raz wzbudzone podejrzenie dojrzewało w niej uporczywie. ...On tylko 
pożąda moich pieniędzy i... mego ciała. Broniła się przed tą myślą jak przed 
wrogiem, zamykała umysł, odwracała duszę ze wstrętem, by nie dać się 
rozwielmożnić okrutnej, a coraz plastyczniejszej prawdzie. Lecz ona szła ku niej 
nieubłaganie. Następowały czasem chwile powrotu dawnej złudy, Anna witała ją 
radośnie, chcąc zatrzymać, odchuchać jak zmarznięte ptaszę. Sama wówczas garnęła 
się do Oskara, pragnąc jedynie pieszczoty duchowej, zrozumienia jej i troski o 
jutro ich szczęścia i... spotykał ją zawód. Horski był przede wszystkim 
zmysłowcem. Piękność Anny, jej wdzięk i ponęty kobiece podniecały go zawsze 
jednakowo, wywołując nieodmiennie ten sam skutek. Nie pojmował pieszczot w innym 
kierunku, tylko dla zmysłowego zadowolenia, duchowe oddanie się było dla niego 
mrzonką, ideałami bez wartości. Nie odczuwał tych pragnień u żony, ironizował z 
nich, gdy je objawiała. I czasem udawało mu się wdrożyć Andzię w swój styl. Był 
mistrzem w tego rodzaju grze. Anna porywała go naturalnie, żywiołowo i szczerze, 
tym klasyczniej występował jego talent, tym zaraźliwiej działał na Andzię. 
Wówczas z tryumfem, z męską dumą napawał się widokiem jej oczu zamglonych 
rozkoszą, jej ust pałających żarem krwi, wartkiej jak potok; lubował się 
temperamentem tej ślicznej istoty i drżeniem jej w jego samczych uściskach. 
Gniótł ją w swych szponach, jak sęp dziki, wargi łakome i wiecznie głodne, 
wgryzał w jej ciało rzeźbione, białe i pachnące, z żądzą tak zachłanną, że 
zdawał się pożerać ten swój cud kobiecy, oddany mu na łaskę i niełaskę. Ale 
szały Andzi, pobudzone przez Oskara, trwały teraz krótko, niby błysk pożaru 
stłumionego w poczęciu. Potem następowała albo bierność, która go drażniła 
niesłychanie, lub też nagły niesmak wywołujący w niej silny opór, u niego zaś 
tym pożądliwsze pragnienie. Horski widział i czuł zmianę w usposobieniu Andzi. 
Przedtem szał jej był młody, impetyczny, bez analogicznych dociekań, bez wahań. 
Wypływał jako bezwzględna konieczność jej bujnej natury, która oddawała mu się 
dobrowolnie, z rozkoszą tego poddaństwa, z pragnieniem przynależności do 
pożądanego mężczyzny. Tak było aż do chwili, w której Anna spostrzegła, że 
zmysły nie są u Oskara wybuchami szału, lecz celem głównym, że w kobiecie szuka 
tego samego, uważając zmysły i namiętność za jedyne atrybuty kobiece. Ten pewnik 
zraził Andzię i odsunął ją od męża. Zobojętnienie żony Oskar zrozumiał inaczej, 
oto, że odżyły w niej wspomnienia Andrzeja i że Drohobycki uplastycznia je jako 
przyjaciel i kolega tamtego. Scena w Temnym Hradzie, upewniając Oskara w tym 
przekonaniu, zmieniła stosunek jego do niej. Stał się względem niej podejrzliwy, 
nieufny, ale raz zauważywszy, że brutalną gwałtownością nic z nią nie zrobi, 
używał innej taktyki. Spryt wskazał mu właściwą drogę do niej. Jakkolwiek 
skłaniał ją do wyjazdu do Anglii zawsze stanowczo, lecz teraz był dla żony 
serdeczny, nawet czuły i tym ją zjednywał. Uważał, że zyskuje sobie w ten sposób 
pewniejsze gwarancje dla swych planów na przyszłość, na których mu niezmiernie 
zależało. W momentach takich dyplomatycznych zabiegów Andzia witała swoją złudę, 
opartą na nadziei głębszego uczucia Oskara do siebie niż popęd fizyczny. Myśl 
wyjazdu dręczyła jej duszę, fakt ten uważała za kryzys przełomowy swego życia, 
jednakże z każdym dniem spływało na nią coraz jaśniejsze zrozumienie sytuacji, 
że nie ma innego wyjścia, że fakt przerażający ją musi się spełnić. Czuła nad 
sobą przewagę Oskara i walka z nim stawała się dla niej coraz trudniejsza. NIe 
chciała doprowadzić do ostateczności, aby wyjechał bez niej, odgadła 
intuicyjnie, że to nie jest wykluczone i zlękła się. Znowu porwie go jego 
żywioł, wielki wir świata i odciągnie go od niej, zanurzy w otchłanich 
niebezpiecznych swych powabów, żądz i zamiłowań Oskara. Anna ujrzała go w 
imaginacji przy stole rulety, w Monte Carlo, ciskającego na złowrogie numery 
grube sumy, z chłodną twarzą wyrafinowanego rozrzutnika. Nie, nie może go 
opuścić; jeśli on nie chce zostać, powinna z nim jechać, aby ustrzec jego i 
siebie od niechybnej ruiny. Znowu byłyby listy, telegramy, żądające pieniędzy, 
znowu wyrzuty sumienia, wstyd, żal i gorycz. Skoro wyjechałby w gniewie... czy 
jeszcze powróci? Może jednak... jej wpływ? Ona go z czasem przekona, ubłaga, 
powróci z nią na Wołyń, jej cele, jej umiłowania polubi, niechby tylko 
tolerował. Więc z wiarą w przyszłość... "Miej Boga w sercu". Pojedzie z 
nadzieją, że to odlot chwilowy, że nastaną lata błogosławionego spokoju, 
niezmąconej harmonii. Walka trwała w niej długa i uporczywa, ale w końcu Andzia 
zgodziła się jechać. Nastąpi to już za parę godzin. Oskar obiecuje, że przyjadą 
tu dopiero na lato. Tyle czasu na obczyźnie. Anna przypomina sobie zdumienie i 
żal Eweliny i Hadziewicza, oburzenie całego sąsiedztwa, surowy wzrok marszałka 
Zawiejskego, weterana okolicy. "Nie opuszcza się rodzinnej skiby i ojczyzny dla 
zamorskich ambicji" — słowa te stosował do zapewnień Oskara o wielkich zyskach 
domu komisowego, który będzie prowadził interesy ze Stanami Zjednoczonymi i 
Argentyną. Andzię zawstydziła uwaga starca, lecz Oskar odrzekł z żartobliwym 
przekąsem: — Nie przypuszczałem, że marszałek wystąpi przeciw solidarności 
małżeńskiej, która powinna być pierwszą przede wszystkim, i że mi będzie 
buntował żonę. Na chwilę przed wymknięciem się Andzi do kapliczki, odjechał 
Drohobycki. NIe lękał się oczu i czujności Horskiego, śmiało wyrażał swe zdanie, 
co do ich wyjazdu, był tak wyraźnie oburzony, że naraził się Oskarowi. Pożegnali 
się chłodno, ze słabo ukrywaną nienawiścią ze strony Drohobyckiego i 
dystyngowaną ironią Horskiego. Gdy się rozstali, Anna odetchnęła, lękała się 
jakiegoś wybuchu. Uciekła do parku, chciała uspokoić nerwy wzburzone i nabrać 
hartu do przetrwania chwili wyjazdu. Przeczuwała, że będzie straszna. A oto 
zamiast uspokojenia, żal jej wybuchł gwałtownie, nerwy trzymane na wodzy nie 
wytrzymały. Gdy spłynęło na nią chwilowe ukojenie, usłyszała kroki za sobą. 
Zamarła z obawy, że Oskar słyszał jej płacz i zobaczy jej oczy. Powstała z kolan 
i nie odwracając się zamykała kapliczkę. Wtem ciche słowa. — Pani Anno... 
Podchodził do niej Drohobycki. Zmieniony, z jarzącym wzrokiem utkwionym w niej. 
— Pani Anno, proszę wybaczyć, że przerywam... Słyszałem, podglądałem panią, 
ja... — Skąd pan tu, jak pan śmiał? — Jadąc koło rzeki dostrzegłem panią 
idącą... i nie mogłem odjechać bez ujrzenia jeszcze raz, bez przekonania się... 
to jedyna okazja... — Czego pan sobie życzy? — spytała dumnie. — Na miłość Bożą, 
niech pani nie jedzie! — wybuchnął, rozpaczliwie załamując ręce. — Ależ... 
panie! Drohobycki przypadł do jej rąk, nim zdążyła się cofnąć, wołał stłumionym 
głosem: — Zaklinam panią na wszystko, co ci jest święte, na miłość dla kraju, 
na... prochy Andrzeja, zostań, nie wyjeżdżaj! Nie idź na zgubę. Tam twoja 
zatrata. — Panie Drohobycki, co panu? — Błagam nie jedź... z nim. On cię wlecze 
na stos ofiarny, broń się póki czas. Zostań... on wróci, on cię nie opuści, boś 
mu potrzebna, konieczna do egzystencji. Wróci tu... po... pieniądze... Anna 
wyszarpnęła ręce wzburzona. Drohobycki upadł na kolana i objął jej nogi. — 
Pani... Anno zlituj się nad sobą i... i... nade mną. Kocham panią bez pamięci... 
jak szalony od bardzo dawna. Chcę cię bronić, wyrwać cię z jego szponów, ocalić. 
— Dosyć!! Panie Drohobycki proszę wstać — zawołała Andzia z przedziwną mocą i 
godnością. Gdy zaś powstał, zmieszany jej tonem, spojrzała mu śmiało w oczy i 
rzekła łagodnie, hamując wzburzenie: — Wybaczam panu jego wybuch niewczesny. 
Wiem, że jest mi pan życzliwy i wdzięczność zachowam. Ale... proszę nie obrażać 
mego męża. Żegnam pana. — Pani Anno! Nigdy bym się nie ośmielił... Mnie idzie o 
panią, o szczęście pani, o przyszłość. — Przyszłość moja należy do mnie. — I do 
tych, dla których jesteś droga. Rozpacz mam w duszy, że sama, dobrowolnie 
zabijasz swój los. Twój wyjazd... to twoje zatracenie. — Anni! Anni! — zabrzmiał 
w oddali głos Oskara. Andzia cofnęła się w tył i bardzo zbladła. Drohobycki 
przyskoczył błyskawicznie, rękę jej przycisnął do ust z szeptem gwałtownym. — 
Nie zapomnij ostrzeżenia... i czuwaj... Po czym rzucił się w bok pomiędzy dwa 
olbrzymy głazów, w gąszcz parkową. Anna stała na miejscu oniemiała, słysząc już 
z drugiej strony kapliczki szybki chód męża. — Anni! — zawołał znowu. — Jestem. 
Opanowawszy się wyszła spoza skał, wstrząśnięta głęboko, ale spokojna. Horski 
spoglądał na nią uważnie. — Gdzie się chowasz, czas wyjeżdżać, konie czekają. — 
Modliłam się. — Och, naturalnie! Czy będzie osobny bagaż z bóstwami różnego 
gatunku?... Kapliczki chyba nie zapakujesz? Anna milczała. — Ceremonie 
pożegnalne jeszcze nie skończone, nadszedł nowy import bab i chłopów ze 
spuchniętymi nosami, dzieci z ochrony, cały legion tałatajstwa. Straż leśną i 
służbę kazałem przepędzić, bo się znowu gromadziła. Per Bacco! Dosyć tego. 
Załatwiaj się z nimi prędko, jeszcze objęcia Linci, Hadziewiczów... Aa! Za dużo 
naraz rozczuleń! Do stacji 30 wiorst, musimy zdążyć na kurier, nie zapominaj. 
XXVI Via doloris W strojnym buduarze w Hurlestone_House Anna Horska czytała 
Woltera. Postać jej bardzo zmieniona wyrażała apatię i widoczne zniechęcenie. 
Twarz blada anemicznie, oczy przygasłe, usta jak zwiędłe kwiaty. Kaszlała, 
często dotykając ręką zbolałych piersi. Do pokoju wpadał potężny huk morza i 
wicher uderzał w szyby, że dźwięczały, jęcząc żałośnie. Wilgotne, słone i zimne 
powietrze wsiąkało do pokoju, pełzając po ścianach, mrożąc. Anna otuliła się 
szczelniej szalem z niemiłym dreszczem. Wreszcie zadzwoniła. Wszedł stary 
służący, ubrany we frak i w krótkie spodnie, przy pończochach sięgających do 
kolan. Wygolony, z ostrymi rysami, niesympatyczny. — Jakubie, proszę napalić na 
kominku, chłodno tu. Sługa mruknął pod nosem i wyszedł. Gdy ogień błysnął, 
Andzia przysunęła fotel do kominka, rzuciła książkę i wpatrując się w płomień 
jęła rozmyślać, po co to czyta, jaka z tego korzyść?... Zostaje gorycz w duszy, 
cierpki smak i bunt. Tyle już dzieł przewertowała, które męczyły ją, niepokoiły, 
często oburzały. Oskar podsuwał jej te książki. Poznała wszystkie utwory Zoli, 
Woltera, d'Annunzia, Bourgeta, Jana Jakuba Rousseau, najśmielsze pióra 
francuskie, włoskie, angielskie wertowała w oryginale lub tłumaczeniu. Oskar 
dostarczał jej mnóstwo książek o charakterze antyreligijnym, bezczeszczących 
wszystko co święte, i co nauczyła się cenić. Czytała je niekiedy ze wstrętem, 
odrzucała, znowu wracała do nich i piła truciznę z całą świadomością, ale 
zachłannie. Czasem budził się w niej zmysł ostrzegawczy, aby do goryczy własnej 
nie dolewać kropel nowych, które przepalają duszę niebezpiecznym jadem. Lecz w 
ślad za tym następowały reflaksje, że jednak ten jad posiada w sobie dużo 
elementów zastanawiających. I ciągnęło ją do tych książek siłą nieprzepartą. 
Nurzała w nich umysł skołatany, gubiła tęsknotę duchową i nostalgię za krajem. 
Dysputy z Oskarem na temat dzieł przeczytanych dopełniały miary. On wielbił 
pisarzy najjaskrawszych, a podzielając ich zapatrywania, namiętnie wpajał je w 
Andzię, duszę jej gangrenując. Miał ją teraz wyłącznie pod swym wpływem, 
osiągnął go w stopniu najwyższym i potrafił wyzyskać. Anna żyła jakby 
zamagnetyzowana przez Oskara, jego wola i siła hipnotyczna oddziaływały na nią 
tyranicznie. Narzucał jej myśli swoje i... myślała tak jak on. Narzucał 
upodobania i... lubiła to, co lubił Oskar. Nrzucał swoje poglądy religijne, 
społeczne i ona zaczynała im już hołdować. Najdłużej broniła swych wierzeń 
religijnych, upornie starając się zatrzymać je przy sobie. I oto ulatniały się 
powoli, nieznacznie, wyciekały z jej duszy, kropla po kropli, pozostawiając po 
sobie bolesną ranę. Niby wyszarpnięcie kawałka serca, krwią gorącą kipiącego, 
takie pozostało uczucie w istocie Andzi. Czego nie wyłamał w niej przedziwny 
fluid Oskara, to dokończyły książki dostarczane przez niego. Wiara Andzi gasła, 
nikła, jak pochodnia gorejąca, której zabrakło paliwa, a wiatr dmie ze 
wszystkich stron i tłumi resztkę płomienia. Nie było dla niej ochrony ani 
ratunku, same przeciwności popychające ją do zatraty jedynego już blasku w 
życiu. Dopóki musiała i mogła, modliła się Andzia gorąco o dziecko. Pragnienie 
zostania matką było dla niej najsilniejsze. W tym celu poddawała się badaniom 
lekarskim w Londynie, w sekrecie przed mężem, który nie podzielał jej pragnień, 
zasięgała rady specjalistów i z myślą o dziecku leczyła się w tym kierunku. 
Wszystko na próżno. Wreszcie dowiedziała się od sławnego doktora w Paryżu, że 
brak macierzyństwa nie jest jej winą, że zatem wszelkie zabiegi osobiste 
pożądanego skutku nie odniosą. To ją zgnębiło ostatecznie. Wpadła w apatię, 
ogarnęła ją nuda i kompletna bezcelowość życia. Pustka w jej duszy spotęgowała 
się, żal ustąpił miejsca krańcowemu zniechęceniu. Męką było teraz dla niej 
pożycie małżeńskie, przejmowało ją wstrętem i już nie potrafiła się zwalczyć. 
Przywiązanie do Oskara trwało, jednakże zawierając w sobie inne pierwiastki. 
Dominował niezrozumiały magnetyczny wpływ Oskara, przykuwał on ją do niego mocą 
silniejszą niż miłość. Nawet gdy poryw zmysłowy Andzi do męża zanikł, tamto 
pozostało i było zawsze władcze. Wpływ ten roztaczał się szeroko; niweczył 
indywidualność Andzi, zabijał jej wolę. Oskar umiejętnie, stopniowo tłumił w 
niej wszelkie ideały i odzierał z marzeń. Jednego tylko uczucia zniszczyć w niej 
nie potrafił — to jest tęsknoty. Anna tęskniła za niedościgłą nigdy dla niej 
utopią szczęścia. Tęskniła również namiętnie do Toporzysk i w ogóle do kraju. 
Dobiegało trzy lata, jak opuściła Wołyń, od tej pory ani razu nie mogła się tam 
wyrwać. Zimę spędzali w Anglii. W lecie zamiast obiecywanych Toporzysk Anna 
podróżowała z mężem tam, gdzie on chciał. Byli w Egipcie i w Indiach, w Nowym 
Jorku i Filadelfii, wszędzie po kilka miesięcy. Jeździł z nimi zawsze kolega 
Oskara i wspólnik William Brown, człowiek zimny, lecz rozwięzłych obyczajów, 
cynik i satyryk, przewyższający w tym nawet Horskiego. Pomimo wszelkiej 
rozmaitości wrażeń, podróże te bywały ciężkie dla Andzi. Wymawiała się od nich 
zawsze — na próżno. Oskar był arbitralny. Anna musiała mu ulegać. Następowały 
pomiędzy nimi często gwałtowne utarczki, spowodowane wyrywaniem się Andzi na 
Wołyń. Parę razy postanowiła jechać bezwarunkowo, była już w przededniu 
podróży... Oskar zatrzymał ją zawsze. Używał do tego różnych sposobów, 
niejednokrotnie tak kategorycznych, że czuła się zmuszona pozostać. Z początku 
korespondowała często z Eweliną i Hadziewiczem, lecz w miarę wzrostu jej 
depresji wieści z kraju drażniły ją. Już nie wybuchy żalu, ale gniewny niepokój 
następował u niej po odczytaniu listów Eweliny i Hadziewicza, które Oskar 
nazywał elegiami i jeremiadami. Z czasem listy z Toporzysk zmieniły się 
wyraźnie, były rzadsze i jakieś dla Andzi niezrozumiałe, tym bardziej drażniące. 
Mnóstwo w nich było niedomówień, domyślników, odczuwało się żal do Andzi, jakby 
wymówki, czynione z widoczną ostrożnością. To ją zniechęcało ostatecznie. 
Korespondencja słabła, aż ograniczyła się do nader rzadkich wiadomości. Apatia, 
w którą Andzia wpadła, była przyczyną tego. Horska śniła po nocach o kraju, 
często w półśnie marzyło jej się, że jest w Toporzyskach lub w Wilczarach, 
podczas burzliwych nocy w Hurlestone_House, szum morza brała za huczące nurty 
Słuczy. Czasem drobny szczegół, kwiat, roślina znajoma, jakiś ptak przelotny, 
przypominał jej Wołyń i nostalgia dręczyła ją okrutnie. Uplastyczniała sobie 
różne miejscowości Toporzysk i Wilczar, chłonąc wyobraźnią kochane widoki, 
prawie modląc się do nich, gdy jednak ujrzała na kopercie stempel wołyński, 
ogarniał ją chorobliwy lęk, czytała z trwogą w duszy i odrzucała list z gniewem. 
— Po co oni mnie męczą?... Dręczyła ją nuda. Był czas, że zachęcona przez matkę 
Oskara, w Londynie zajęła się spirytyzmem; uczęszczały razem na seanse zbiorowe 
lub urządzały je we dwie tylko, w mieszkaniu mistress Horskiej. Anna okazała się 
wybornym medium, ekierka, której dotykały palce Andzi, biegała żywo, wskazując 
litery na alfabecie, z nich układały się słowa, zdania, wprowadzające panią 
Horską w zachwyt. Za pomocą synowej, jako medium, wywoływała w ten lub inny 
sposób duchy obce, często męża własnego i prowadziła z nimi długie mistyczne 
rozmowy, które nerwy Andzi wyczerpywały doszczętnie. Młoda Horska walczyła 
niejednokrotnie z chęcią wywołania ducha Andrzeja, lecz czuła, że gdyby to 
nastąpiło, wpadłaby w obłęd. Raz na pytanie świekry, czy chce wywołać ducha 
kogoś ze swoich, odpowiedziała bez namysłu: — Niech przyjdzie duch... Jana. 
Ekierka po długiej chwili drgnęła pod palcami obu kobiet. Starsza Horska skupiła 
się cała w alfabecie. Anna siłą zapanowała nad wrażeniem, drżącym głosem spytała 
ducha, skąd przybywa, prosząc by jej powiedział coś o swoim obecnym istnieniu. 
Litery, słowa następowały po sobie szybko, pani Horska układała je w zdania, 
które po zatrzymaniu się ekierki przeczytała głośno ze zdumieniem: "Nie 
istnieję. Nie ma raju, potępienia, nie ma dusz. Jest zatrata i nicość. Nie 
spływają ku wam duchy, lecz natchnienia, myśli ludzkie, zbłąkane w atmosferze 
wszechświata, ku żywym dążą umysłom, jak magnes do magnesu..." — Kto to mówi?! 
Czy to Jan?... Nie, to zły duch! Nie wierzę... Jasiu! Ekierka poruszyła się 
znowu. Andzia sama już układała litery — w słowa. "...Nie wzywaj ofiar swych, 
Anno. Męka moja była krótka, twoja stanie się długą gehenną, aż nastąpi dla 
ciebie zatrata w nicość. Miłosierdzia nie ma". Andzia zerwała się z krzykiem 
przerażenia. Uciekła od stołu i zaraz w następnym pokoju padła zemdlona. Gdy ją 
ocucono, dostała ataku nerwowego i jakiejś chwilowej melancholii. Odtąd nie 
weszła nawet do sali spirytystycznej pomimo nalegań świekry. Senas ten wywarł na 
Andzię wielki i zgubny wpływ dla jej zachwianej wiary. Pragnęła to z czasem 
wytłumaczyć sobie, zbagatelizować, jednak ziarnko zabójcze wpadło do duszy i 
kiełkowało. PO zapale spirytystycznym nastąpił szał czytania, a nostalgia do 
kraju rosła, potężniała, chociaż w swej apatii Andzia już nie umiała jej 
odszukać. Była chora na duszy i ciele i narkotyzowała się czytaniem 
wszeteczności. I teraz pomimo protestu zadawanego sobie przed chwilą, sięgnęła 
znowu po Woltera, zapalając elektryczną lampkę na konsoli kominka. Niektóre 
utwory tego wielkiego niszczyciela idei religijnej czytała po parę razy i to, co 
jej się przedtem wydawało straszne, zbrodnicze, to samo teraz pobudzało ją do 
rozmyślań spokojnych, rodziło wątpliwości co do własnych wierzeń. Bezbożność 
Woltera, jego apostolstwo zepsucia nie raziło już Andzi, przeciwnie, debatowała 
razem z autorem nad przejawami życia i jego prawdami, przyznając mu słuszność w 
wielu razch. Sama widziała dużo i słyszała, spostrzegawczość i inteligencja 
dopomagały jej do wykrywania mnóstwa plam na pozornej bieli niektórych dogmatów 
i prawideł uznanych w świecie za nietykalne. Zagłębiona w czytaniu, usłyszała za 
oknem sapanie samochodu. Zdziwiona podniosła głowę z uczuciem niezadowolenia. 
...Czyżby Oskar? W odległych pokojach cichego zameczku powstał ruch. Wkrótce 
potem Horski wszedł do pokoju. Zbliżył się do niej niezwykle ożywiony, uścisnął 
ją krótko i zawołał. — Nie spodziewałaś się mnie dziś widzieć. Co? — Tak. 
Sprowadza cię zapewne coś ważnego? — Ale dlaczegóżby nie chęć odwiedzenia mojej 
dezerterki? Hm!... I tak ciągle przesiadujesz z książkami. Ach, boski Wolter. 
Znowu go czytasz, masz dobry gust. Usiedli przy kominku naprzeciw siebie. — 
Truję się, wiedząc, że się truję — odrzekła Anna obojętnie. — Nie, ma cheri~e. 
Wolter daje ci antidotum przeciw dawniejszym truciznom, z którymi żyłaś. On 
oczyszcza atmosferę dokoła ciebie z klerykalnych mgieł; pogrążona w nich byłaś 
doszczętnie. Czy nie lepiej oddychać powietrzem rzeczywistej prawdy? — Trudno 
dociec, gdzie ona jest właściwie. Oskar uderzył dłonią w otwarty tom. — Tu ją 
znajdziesz, wierz mu, bo to geniusz. Krzewiciel prawdy nagiej, bo taka tylko 
prawda jest coś warta tak samo jak piękna kobieta: wszelkie osłony ją szpecą, 
zwłaszcza zakonne szaty. Prawda istotna nie znosi tajemnic. To co się szczelnie 
habitem okrywa i obwarowuje tajemniczością, nie wzbudza zaufania, najczęściej 
jest hipokryzją. Pochylił się ku żonie z uśmiechem. — Z przyjemnością 
spostrzegam, że opada już z ciebie pleśń dawnych zabobonów. Otrząśnij się Anni z 
tej szarańczy, to dławi. — Ty nazywasz pleśnią to właśnie, co może jest 
kryształem, to zaś — wskazała na książkę — może grzyb złośliwy, rak, nie dający 
się wyplenić, gdy raz zapuści korzenie, już panuje. — Jednakże w obu definicjach 
dodajesz: "może", idei zaś wolterowskiej przyznajesz to, co jest jej cechą 
znamienną, jak i cechą każdej prawdy — niezwalczoność, gdy raz ją poznasz, nie 
odrzucisz, gdybyś nawet chciała. To wzrasta samoistnie i nie da się wyplenić. 
Brawo! Jesteś Anni na dobrej drodze. — Przeciwnie, błądzę w ciemnościach i drogi 
nie widzę. Moja dawna, jasna i dobra już mi się teraz rozdwoiła, zatarła... Padł 
na nią mrok — szepnęła Andzia smutnie. — Bo olśnił cię inny, plastyczniejszy 
szlak. Ku niemu dąż, a zyskasz spokój i nawet szczęście. Lepszy jest realny 
wiatr złudę rozwiewający, niż mistyczne tumany biblijne. Wytwarzają one duszną 
mgławicę w umyśle. Bądź Anni esprit fort (fr. — silny duch, umysł). Baśnie, 
którym dawniej hołdowałaś i te twoje dobre niby i jasne drogi zostaw dla tych, 
co nie dostąpili łaski przejrzenia. Głów do pozłoty nie zabraknie, ślepców 
również. — Może to ja właśnie ślepnę? Mówisz, że złuda nie jest szczęściem? 
Jednakże ona daje nadzieję i rodzi ideały; dwa czynniki życiowe, bardzo potężne. 
Gdy ich zabraknie... — Ach, no, wówczas wstępuje na tron generalna istota 
rzeczy. Daje ona swym poddanym najwyższy dorobek umysłowy. Przy tym nie męczy, 
lecz koi. A propos, ty Anni wydajesz mi się zmęczona, znowu zbladłaś i masz 
podkrążone oczy. Co ci jest? Przyciągnął ją do siebie z fotelem. — Daj spokój, 
Oskarze... Zostaw mnie. Ale jego oczy świeciły już lubieżnie. Zaczął ją pieścić 
po swojemu, obcesowo. — Nie broń się, opór zawsze zwalczę... jestem spragniony 
ciebie. Tylko mi nie blednij, nie chudnij, tego nie lubię i nie bądźże taka 
apatyczna, to cię szpeci. Gdy jesteś słabiutka, rozczulasz mnie, ale nie bądź 
bierna. Opór bierze się przemocą, słabość łagodnością, bierność się pomija. NIe 
zechcesz chyba, abym cię pomijał. Co?... Tego żadna żona nie pragnie. Dziś 
powinienem być hojnie obdarowany przez... moją panią, bo najpierw chcę tego, a 
przy tym mam dla niej wesołą nowinę... Andzia nie miała czasu zapytać, o co 
chodzi, gdyż w tej chwili poproszono ich do stołu. Podczas kolacji Oskar 
opowiadał nowinki z Londynu, mówił dużo o wyścigach na derby, śmiał się z nowych 
awantur sufrażystek i z tego, że Katy już zdecydowanie do nich należy. — Nie 
chciałbym stracić widoku, jak policjant będzie ją ciągnął do więzienia. Per 
Bacco! To byłoby ciekawe widowisko. Policeman powinien się uzbroić w tęgie 
rękawice i w przyłbicę, bo go Katy pogryzie i podrapie. Najpewniej także pierwza 
umrze w więzieniu głodową śmiercią. Zawzięta jest. Anna spytała o zapowiedzianą 
nowinę, lecz Oskar uśmiechnął się tylko. — Dowiesz się potem, to wymaga 
natychmiastowej nagrody — szepnął dyskretnie, przeszywając Andzię drapieżnym 
wzrokiem. Młoda kobieta drżała wewnętrznie, ogarniał ją lęk przed spodziewanymi 
pieszczotami. Widząc wyjątkowy nastrój męża, nie miała nadziei uwolnić się od 
nich a przerażały ją. Doznawała uczucia niewolnicy w haremie, zdanej na łaskę i 
niełaskę sułtana. Coś zwierzęcego błąkało się w tym wrażeniu: upokarzająca 
uległość, bezwola własna i tyraniczna przynależność do swego pana. Targały nią 
przykre, aż bolesne uczucia. Hańbiące były, policzki jej oblewały krwią wstydu. 
Zamilkła, sposępniała. Po wieczerzy Oskar oznajmił wreszcie żonie ową nowinę. — 
Wyjeżdżamy do Monte Carlo na cały sezon. Zadrżała. — Co ty mówisz, Oskarze? Jak 
to?... A wasze biuro? — Hm! Biuro. Zdecydowaliśmy z Brownem zamknąć interes. On 
jedzie próbować szczęścia do Paryża, ja... mam już tego dosyć. — Ale skądże 
projekt jazdy na Riwierę? Co za pomysł?... Czy już nie dadzą się utrwalić 
interesy domu komisowego, czy to bankructwo, Oskarze? Mówiłeś zawsze, że 
wybornie stoicie finansowo, że duże obroty. Skąd więc tak nagle?... — Po prostu 
odstępuję od spółki, William sam utrzymać się przy tym interesie nie może, tym 
bardziej, że jest on zachwiany. — Ach, więc to tak sprawa stoi?... Nie omyliły 
mnie moje przeczucia. Znudziłeś się już, Oskarze, pracą konkretną, która cię 
jednakże chyba nie zmęczyła. Cóż będziesz teraz robił? — O moja droga! Co będę 
robił? Per Bacco! Będę żył, no i już. Jestem stworzony do życia swobodnego, nie 
zaś do ślęczenia w biurze. Przeliczyłem się z własnymi siłami. Człowiek powinien 
zawsze ulegać swym instynktom i wymaganiom, tam iść, dokąd go one kierują. Do 
jarzma nie jestem stworzony. — Oskarze, ciebie już znowu ciągnie ruleta! — 
Ciągnie mnie świat w ogóle, nie tylko szczegóły. Sądziłem, że ci zrobię 
przyjemność tą wiadomością, ty zaś wpadasz w ton, którego u ciebie nie cierpię. 
— Ach, projekt wyjazdu na Riwierę powstał nie dla mojej przyjemności na pewno. 
Wiesz dobrze, że zawsze cię od tego odciągałam. — NIe dziwacz się, Anni, bądź 
światową kobietą, za jaką cię uważam. Riwiera zrobi ci dobrze. Mówiłaś mi 
kiedyś, że ci klimat Anglii nie służy. To bardzo możliwe; mizerniejesz 
niezwykle, zauważyłem, że kaszlesz; zobaczysz, że cię południe uleczy. Chcę być 
dobrym mężem — uśmiechnął się. Anna spojrzała błagalnie. — Oskarze! NIe jedźmy 
tam. Jeśli jesteś wolny, zrób dla mnie coś, za co ci będę nieskończenie 
wdzięczna. Jedźmy na... Wołyń... tak już dawno... dawno... Horski wybuchnął 
śmiechem. Odstąpiwszy na krok od Anny, śmiał się cynicznie, patrząc na nią z 
politowaniem. — Na honor, to dopiero pomysł!... Ha, ha, ha! Wołyń zamiast 
Riwiery?... Nadzwyczajne! To coś jak kurnik w zmian za salon. Ha, ha, ha! 
Dowcipna jesteś, moja pani. Ubawiłaś mnie kapitalnie. Ha, ha, ha! — Szatańsko 
się śmiejesz. Och, jakiś ty niedobry. Więc mnie puść do tego... kurnika. Droższy 
on dla mnie niż cały świat. Pozwól, ja sama pojadę do Toporzysk. — Po co? — Po 
to, że pragnę tego, że tęsknię do kraju, tęsknota mnie zabija. Chcę pobyć wśród 
swoich, czuję się Polką, ty tego nie rozumiesz, boś ty nie Polak, bo nie masz 
przywiązania do swojej ojczyzny. Ale ja... — Ty powinnś się dostosować do mnie — 
rzekł zimno. — Niewolnicą nie jestem — wybuchnęła. — Ulegam ci zawsze, ale ty 
nie odczuwasz mych pragnień, mej nostalgii. Mój stan duchowy nic cię nigdy nie 
obchodzi, a przecież jestem także człowiekiem. — NIe wątpię. Jesteś zarazem 
piękną kobietą, której bardzo do twarzy, gdy się gniewa. — Nie żartuj, Oskarze. 
Ja mówię serio i chcę, abyś mi tak samo odpowiadał. Pragnę pojechać do 
Toporzysk, nie byliśmy tam trzy lata, pomimo twych obietnic, że co rok będziemy. 
— Gdyby świat składał się tylko z Anglii i twego Wołynia, byłoby to możliwe. 
Skoro jednak świat jest nieco szerszy... Andzia wzruszyła ramionami, zrozumiała 
już, że nie dojdzie dziś z mężem do porozumienia. Po chwilowym milczeniu Oskar 
rzucił ironiczne pytanie: — Cóż ci tak nagle Wołyń w głowie zaświtał. Hm?... — 
Nie zapominam o nim nigdy, bądź pewny. Jestem niespokojna, bo nie mam listu z 
Toporzysk od pół roku. — Od czcigodnej Linci. Co? — I od Eweliny i od 
Hdziewicza. — Hadziewicz nie może pisać z Toporzysk, skoro go tam nie ma. — Jak 
to?... Gdzież on jest? — Och, adresu jego nie posiadam i nie jestem ciekawy. — 
Więc wyjechał? — Tak, jeszcze w zimie wymówiłem mu posadę. Na twarzy Horskiej 
odmalowało się zdumienie i przestrach. — Hadziewiczowi?... Za co? Jaki powód? — 
Nie podobał mi się i nie dogadzał mi — odrzekł chłodno. — Dlaczego mi o tym nic 
nie mówiłeś, zanim się to stało? Może postąpiłeś niesłusznie, może to jaka 
intryga przeciw Hadziewiczowi? Widzisz, to są skutki twego uporu. Gdybyśmy 
bywali w Toporzyskach często, choćby co rok tylko, nie pozbywałbyś się zacnego 
człowieka, który tyle lat pracował u nas. Ach Boże, czemuż ja o tym nie 
wiedziałam! Jestem przekonana, że stała się jakaś niesprawiedliwość. — 
Hadziewicz sprzeciwiał się mojej woli i dlatego został usunięty. — Czy za mało 
ci przysyłał pieniędzy? — spytała z ironią. — Nie wypełniał mych poleceń, to 
wystarczy. Zresztą fakt spełniony i nie ma o czym mówić. — Dlaczego Ewelina nic 
mi o tym nie pisała, co to jest? Jak można było ukrywać przede mną taką rzecz? — 
Czy to sprawa wszechświatowej wagi? — To kwestia sumienia i naszego bytu, 
Oskarze. Hadziewicz był stróżem naszych majątków, stróżem jedynym. Zdolny 
administrator, gospodarz wzorowy, znał stosunki, ceniony był tam powszechnie, 
szanowany. Jego ustąpienie to prawie... nasza ruina. Jeśli przy tym wymówiłeś mu 
miejsce niesłusznie... — No dosyć na tym! Idź spać, Anni, godzina jest późna... 
Czekaj na mnie. Przejrzę jeszcze dzienniki. Annę wstrząsnął dreszcz obrzydzenia 
i zgrozy. — Czy nie dasz mi Oskarze żadnych wyjśnień co do Hadziewicza? Chyba 
mam prawo pytać i wiedzieć, dlaczego się to stało. — Tak chciałem i koniec! 
Proszę cię, nie nudź. Przeglądałem już te dzienniki dziś rano. Pójdziemy do 
sypialni. No, no, bez dąsów... Wszelkie nadużycia nie sprawiają efektu, więc i 
gniew w kobiecie bawi do czasu. Jesteś piękna w gniewie, ale nie przesadzaj. 
Pójdź Anni i zmięknij, nie byliśmy z sobą parę tygodni... Co?... Mam nadzieję, 
że się na tobie nie zawiodę, moja ty Junono... Obejmował i ciągnął ją do siebie 
lubieżnie. Usta jego szukały jej ust, twarz była uosobieniem zmysłowości. Anna 
cofnęła się ze wstrętem, zakryła ręką usta. — Zawsze to samo! — zawołała 
wzburzona. — Uważasz mnie tylko za swoją nałożnicę. To okropne, okropne, mnie to 
oburza, upokarza, to mnie upadla! Oskar wściekły porwał ją w ramiona i zgniótł 
strasznie, głos jego miał głuche, groźne tony. — Musisz mi być powolną, kiedy 
chcę, kiedy rozkażę, żądam i ulegniesz. Podnieciłaś mnie do szaleństwa. Pójdź! 
Wlókł Andzię, niosąc ją prawie w ramionach. — Precz! — krzyknęła w najwyższej 
pasji. Odtrąciła go od siebie i wysunęła się z jego objęć. — Precz! NIe 
dotkniesz mnie dzisiaj. Idź spać, ja tu zostanę. Oskar śmiał się cicho, 
demonicznym chichotem. Tej samej nocy jeszcze Anna musiała mu być posłuszna. 
Mękę jej fizyczną zaćmił tragizm, pokrył czarnym kirem znękaną duszę młodej 
kobiety. XXVII Grom Wiosna była w całej pełni, początek czerwca. Buszowały 
wiatry, przesiąknięte ciepłymi prądami płynącymi z morza. Powiewy te nie były 
upalne, lecz miłe. Anna wdychała je z lubością w swe zbolałe piersi; wiatr 
morski przynosił jej jakby pełną czarę życia, z której piła chciwie. Po długiej 
chorobie nastąpiła rekonwalescencja. Anna siadywała przy oknie otwartym, 
zapuszczając przygasłe oczy w dal morską. Tam, skąd płyną te bałwany pieniste, 
poza tą cieśniną, tam chciałaby już być teraz, w porcie Calais, wsiąść do 
pociągu, który by ją wiózł przez obce kraje, miasta wspaniałe, huczne stacje i 
wysadziłby ją na małej, upragnionej stacyjce, wśród borów i stepów. Ucałowałaby 
tę ziemię drogą, pożegnaną tak dawno. Śniła o niej, majaczyła podczas choroby, 
pragnęła umrzeć, byle choćby duchem zalecieć nad Słuczy błękitno_szare fale, nad 
ciemnych borów rozkoszną gęstwinę. Tam teraz kwitną azalie: żółto_pomarańczowe, 
strzeliste kielichy lepkie z białym piórkiem w środku, nęcące czarem kształtu, 
bogactwem barwy i przepychem woni. Jakiż tam teraz aromat w borze z bujnych 
krzewów azalii, które wśród podłużnych liści ciemnoszmaragdowych, na wysokich 
łodygach uzbrojonych w kolce, panują na parterze lasów. Pyszne, królewskie 
podszycie sosen tytanów, sięgające wysoko, jakby do kolan tych masztowych 
kolosów. Krzewy azalii, gdy wyrosną bujnie, potrafią skryć w swym gąszczu 
jeźdźca na małym włochatym koniku chłopskim. "Draposztany" — tak je lud 
miejscowy nazywa z powodu niebezpiecznych dla ubrania kolców. Horska śmiała się 
serdecznie. — "Draposztany" kochane, kochane kwiaty, ileż razy wśród nich 
spacerowałam z Jasiem jeszcze i sama, z Hadziewiczem... i nawet z Oskarem 
zanurzała się w ten las żółto_ognisty, pachnący. I on podziwiał... Anna 
wstrząsnęła się na wspomnienie męża, serce jej kurczyło się z trwogi, gdy 
powracały myśli o strasznej jesieni i zimie spędzonej na Riwierze, potem w 
Paryżu. Postać męża w różnych fazach, dla niej coraz sztywniejsza i obca, jak 
groźna nieubłagana siła. Oskar przy rulecie w kasynie sypiący złotem. Skąd on ma 
tyle złota?... niepokoiła się nieraz. — Wygrawam — odpowiadał jej sucho. Ona 
jednak wiedziała, że właśnie przegrywa olbrzymie sumy. Widywała go często przy 
stołach gry w otoczeniu pięknych kobiet w stylu dawnej Lory, obecnie już nie 
pysznej kurtyzany, lecz wypędzonej przez męża i rozwiedzionej, zwykłej, upadłej 
kokoty kasynowej. Uśmiechały się do Oskara te kobiety bezwstydnie, pożerając 
wzrokiem jego stawki. Spotykała go najczęściej z jedną wykwintną damą, którą 
otaczał widocznie swą adoracją, zawsze taki sam typowy rasowiec, kryjący pod 
skórą światowej dystynkcji drapieżnego sępa, szukającego ofiar. Sępa czy 
głowonoga, który wyssawszy krew z jednej istoty ogląda się za drugą? Ale wówczas 
powinien już zaniechać pierwszej. Dlaczego nie puścił jej na Wołyń, lecz zabrał 
z sobą, aby ją mordować w dalszym ciągu, aby się znęcać nad jej duszą i ciałem, 
aby wreszcie doprowadzić do moralnej i fizycznej choroby? W Paryżu szalał. 
Ogarnęła go jakby wścieklizna używania życia, porwał go jego nurt. Anna 
wiedziała, że jakaś piękna baronowa, Francuzka, jest przyczyną nowych zapałów 
Oskara. Nic ją to już nie obchodziło, pragnęła tylko dla siebie spokoju i nie 
miała go. Po orgiach zmysłowych z francuską heterą, wyzuty z wszelkich etycznych 
i ludzkich względów, pastwił się nad żoną, opluwając ją resztą swych żądz 
nienasyconych, ohydnych. Anna pozbawiona zupełnie sił, woli własnej i pieniędzy, 
była jak prosta nędzarka w jego niewoli, żebrząca litości u swego tyrana, już 
nie dla duszy, ale dla ciała. Sam zdeprawowany doszczętnie, ciągnął żonę do 
ostatecznej ruiny moralnej, chcąc ją wtłoczyć we własne błoto. Pochłonął ją jak 
hydra, zostawił włókno, zabiete duchowo, bez wiary, bez krzty dawnych złud, 
nadziei, z resztkami fizycznych sił i zarodkiem nieuleczalnej choroby 
piersiowej. Gdy stała się już dla niego ciężarem bezużytecznym, cieniem ludzkim, 
gdy w rozpaczy porwała się raz na swe życie, wówczas odwiózł ją z Paryża do 
Hurlestone_House, chorą prawie beznadziejnie, kopnął ją jak psa zdychającego, 
zostawiając pod opieką najętej pielęgniarki. Choroba pochodząca z wyczerpania 
fizycznego i duchowej, krańcowej depresji, zakrawającej już na obłęd, ssała 
organizm długo, aż powaliła go, zdawało się tylko do powolnego konania. Jednakże 
spokój zupełny, cisza, powietrze świeże, morską solą przesiąkłe, a może i 
niewypełnione jeszcze przeznaczenie dwudziestoośmioletniej kobiety zwalczyły 
chorobę. Wiosna dokończyła cudu odrodzenia, duch się nie uratował, jeno spłynęło 
nań jakby odrętwienie po rozpaczy. Po trzech miesiącach zaczęła ledwo wstawać z 
łóżka, siły jej powoli wracały, a z nimi nostalgia do kraju rosła coraz 
potężniej. Anna myślała o Wołyniu, mówiła o nim bez końca pielęgniarce, gdy zaś 
już ta ją opuściła, rozmawiała z sobą, wywołując głośno ukochane miejsca. Na 
wspomnienie ludzi ogarniał ją żal i smutek. Nikt o nią nie dbał, wszyscy 
zapomnieli. Nikogo już tam nie miała, nikogo. Jedyna przyjaciółka i życzliwa jej 
dusza, Ewelina, nie żyje, zmarła podobno zeszełej jesieni. Andzia opłakała ją 
rzewnie. Nikt jej już nie czeka na kochanym Wołyniu, prócz jej ziemi, która 
wierną pozostanie. — Więc żyć dla niej i w niej spocząć. Byle nie tu, byle nie 
tu. — Ale za co pojadę, za co?... — zadawała sobie rozpaczliwe pytanie. Była 
zupełnie bez pieniędzy. Czy Oskar przychyli się teraz do jej prośby? — Ach, 
gdybyż zdrowie wróciło, może by sobie jakoś poradziła? Gdybyż cztery lata 
spędzone w Anglii, zwłaszcza rok ostatni wymazać z pamięci i zacząć nowe 
życie?... Czy to możliwe?... Czy ja jeszcze mogę marzyć? Czy mam do tego prawo? 
Dni biegły monotonnie. Anna spędzała je przy oknie, do parku wychodziła bardzo 
rzadko, zbyt była osłabiona, prosić zaś pomocy służby nie chciała za nic. 
Jakuba, starego kamerdynera, nienawidziła z całej duszy, czjąc przed nim 
zabobonny lęk, poza nim w pałacyku była tylko ochmistrzyni, która gotowała 
Horskiej i sprzątała jej pokój. Posępny pałacyk stał się wygnaniem dla Anny, 
wolała jednak tę pustkę, niż gwar wielkomiejski, przeżyła w nim piekło na ziemi. 
Cisza Hurlestone_House sprawiała jej ulgę wielką i Anna pokochała ciszę, 
przedtem pragnęła śmierci, teraz chciała żyć, aby powrócić do kraju. Targały nią 
często złe przeczucia, lecz oddalała je od siebie z gniewem, bo zakłócały jej 
słodkie tęsknoty. Pewnego dnia siedziała na tarasie, wysuniętym głęboko w 
otwartą część parku, z szerokim widokiem na morze. Wiatr chłodził ją przyjemnie, 
czuła żywszy obieg krwi w żyłach. Przyglądała się łódkom rybackim śmigającym po 
falach, zakrywanym niemal zupełnie przez bałwany, wznoszące się wysoko. 
Ujrzawszy ją, rybacy kłaniali się jej uprzejmie, z widoczną życzliwością, paru 
wylądowało, podeszli do balkonu, otoczeni gromadką dzieci, których całe stado 
bawiło się na brzegu. Rybacy dopytywali się serdecznie o jej zdrowie, dzeci 
obdarowały ją bukiecikai mizernych polnych kwiatów. Rozrzewniła Annę troskliwość 
tych ludzi prostych, okazujących jej serce tak szczerze i bezinteresownie. 
Pytali ją, czy już zostanie w Hurlestone_House na stałe i czy jej czegoś nie 
brak. Zagawędziła się z nimi wesoło. Wtem jeden z nich, spojrzawszy w głąb 
parku, zawołał: — Jakiś dżentelmen jedzie autem, ale to nie nasz pan, samochód 
najęty z Dowru. A!... to ten sam turysta, co już był onegdaj na naszym wybrzeżu. 
Usunęli się przed nadjeżdżającym samochodem, który skręcił nagle z głównej drogi 
i zamiast do podjazdu właściwego podjechał z szumem przed taras. Horska 
spojrzała i nie uwierzyła własnym oczom. Z samochodu wysiadł Drohobycki. 
Wstępował na schody z kapeluszem w ręku, wlepiając w nią zdumiony wzrok. 
Podbiegła do niego z okrzykiem. — Pan tu? Skąd?... Jakim sposobem?... Wyciągnęła 
do niego rękę, którą długo i serdecznie ucałował, odczuł jej bezmierną chudość i 
spojrzał na nią ze współczuciem. Anna z instynktem kobiecym odgadła, że jej 
twarz i postać, tak bardzo zmieniona, zrobiła na nim przykre wrażenie, czytała 
to w jego oczach. Lecz on opanował się natychmiast. — Pani była chora, 
słyszałem, narażam panią, być może, jednak przyjazd mój był konieczny. — Panie, 
co słychać u nas, w Toporzyskach? Czemu nikt nie pisał? Tak o mnie zapomniano!? 
— wybuchnęła. — Ten sam zarzut robiliśmy pani, zanim nie zbadałem całej 
potwornej intrygi, która panią otacza. Nie otrzymywała pani listów z kraju? — 
Ani jednego od półtora roku przeszło. — My nie mieliśmy żadnych wieści o pani od 
dwóch lat. — Cóż to znaczy? — Listy do pani i od pani były przejmowane z całą 
systematycznością. — Przez kogo? — Robił to kamerdyner państwa, Jakub, z rozkazu 
pani męża. — To... nieprawda... nieprawda... — jęknęła. — Jakub podróżował z 
państwem zawsze, czy tak? — Przeważnie, był także z nami podczas ostatniej 
podróży na Riwierę i w Paryżu. — I on wykradał całą korespondencję do pani z 
Wołynia. — Skąd pan takie przypuszczenia... straszne? To jest rzecz niemożliwa! 
Jakub jest zdolny do wszystkiego, jednak... mój mąż... — Mąż pani chciał ukryć 
przed nią to, co się działo na Wołyniu. — Co takiego?... Mówże pan... — 
Toporzyska i Draków sprzedane, wilczarskie lasy również, tną najpiękniejsze 
uroczyska. Ruina zupełna, bankructwo. Anna cofnęła się, uczuła jakby uderzenie 
młotem między oczy, ziemia zawirowała pod nią wściekłym tańcem. Upadłaby z 
wrażenia, lecz Drohobycki ją podtrzymał. — Pani, na Boga, proszę być przytomna, 
dzielna, pani Anno... Przeraziła go myśl, że ona zemdleje. Jest świeżo po 
ciężkiej chorobie, taki cios może ją zabić. Zmieszany i przestraszony posadził 
ją na ławce tarasowej. — Pani Anno, co pani! — Co pan powiedział?... Co?... Czy 
ja śniłam?... Co się stało?... — Pani jest słaba, ja nie powinienem, nie 
zastanowiłem się, że taki grom... — Niech pan mówi — krzyknęła, rzucając się ku 
niemu jak oszalała. — Co się stało?... Toporzyska... Draków... — Sprzedane. — 
Kto sprzedał?... Kto? — Za długi prywatne i bankowe, które zaciągnął pan Horski, 
bank ziemski wystawił majątki na licytację! — Czy już... już... nie ma ratunku? 
— Żadnego. Kupił bogaty Rosjanin. — Rosjanin? — Pani Anno, czy pani jest 
przytomna? — Tak, tak, więc kupił Ros...janin... Ros...janin?... — Niestety tak. 
— Kiedy to się stało? — Przed miesiącem. Niech pani wierzy, że cała okolica 
chciała panią ratować, mieliśmy wspólnie nabyć te majątki, by z czasem... lecz 
licytację przyspieszono, stało się to nagle. — Czemu ja o tym nie wiedziałam, 
czemu nikt... przedtem?... Anna szeroko otworzyła przerażone oczy. — Pisaliśmy 
kilkakrotnie, zawsze bez skutku. Telegrafowaliśmy tu, do Hurlestone_House, 
wzywając panią, depesze były naglące, z podpisami okolicznych obywateli i panny 
Niemojskiej. Anna szeroko otworzyła przerażone oczy. — Eweliny?... Wszak ona nie 
żyje. — Panna Niemojska jest chora, ma sparaliżowane nogi, ale żyje. Leży w 
szpitalu w Żytomierzu. — Co to jest?... Panie Drohobycki, pan się chyba myli. — 
Niemojską widziałem przed swym wyjazdem z domu w celu odnalezienia pani, mam 
nawet list od niej. Skąd wiadomość o jej śmierci? — Mówił mi o tym... mąż. 
Drohobycki uśmiechnął się gorzko. — Łatwe wyzbycie się pani przyjaciół; 
Hadziewicz usunięty, Niemojska umarła. Hadziewicz wyjeżdżając płakał, włosy rwał 
z głowy, on wiedział, że nastąpi to, co nastąpiło. Po jego wyjeździe majątki 
zaczęły topnieć gwałtownie. Nowy plenipotent otrzymywał ciągle polecenia od pana 
Horskiego, aby dostarczać jak najwięcej pieniędzy. Uważał to dla siebie za 
główny obowiązek. Zapanował nieład niesłychany, poszły lasy, które za bezcen 
sprzedawano, zaczęły się pożary lasów, straty olbrzymie na fabrykach, procesach 
z różnego rodzaju czynszownikami, słowem działy się okropne rzeczy, kradzieże i 
tak dalej. Nowy zarząd dobrany był stosownie do wymagań pani męża. Ale... 
posądzano i panią... — Mnie?... O co?... — spytała Anna głosem znękanym. — Że 
pani wspólnie z mężem przyczyniała się do rujnowania majątków. Opinia jest taka, 
że pani wiedziała o wszystkim i nie starała się temu zapobiec. Niektórzy sądzą 
panią bardzo surowo. Nikt nie przypuszczał, że pani jest niewolnicą i... 
męczennicą — dokończył szeptem, patrząc na nią z gorącym współczuciem. Annę 
oblewał wstyd za męża, targała nią rozpacz. — Więc już nie ma ratunku?... Moja 
ziemia... sprzedana..., a Wilczary?... Co w Wilczarach? — W Wilczarach tną las. 
Uroczysko na Krasnej Duszohubie wycięte, kupili Żydzi, Temnyj Hrad... — Co 
Temnyj Hrad? Co?... mów pan prędzej... prędzej. — Podobno... rąbią... Ależ pani, 
spokoju, na miłość Boską... pani Anno. Kobieta załamała ręce nad głową strasznym 
ruchem. W jej oczach tragicznych Drohobycki ujrzał obłęd, okrutnie świeciły. 
Była uosobieniem nieszczęścia i fatalizmu. — Pani Anno spokoju, przecież Bóg 
panią nie opuści. — Bóg? Ha, ha, ha! — zaśmiała się piekielnie. — Gdybyż Bóg 
istniał? Ha, ha! Bóg! W Bogu szukać ratunku? Szukałam go u Niego. Tak, modliłam 
się, błagałam o miłosierdzie. Ale to nie dla mnie, zresztą miłosierdzia nie ma. 
Pan się dziwi? Pan jeszcze wierzy w Boga?... To dobrze, ja już nie potrafię. 
Temnyj Hrad rąbią, dęby? Piekło sprzysięgło się na mnie. Upadła na poręcz 
tarasu, skurczyła się i wybuchnęła przeraźliwym płaczem, lecz natychmiast 
powstała i zalana łzami, drżąca na całym ciele chwyciła Drohobyckiego za ręce. — 
Niech się pan nie dziwi mej słabości, ciężkie miewam chwile w życiu, ale i to 
jeden z ciosów najokrutniejszych. Znowu krótki łkający spazm. — Ani chwili do 
stracenia, muszę jechać tam... ratować, co się da ocalić. — Tak, pani, tak — 
zawołał gorąco — żałuję teraz, że nie przyjechałem wcześniej ostrzec panią, lecz 
sądziliśmy wszyscy, że pani idzie z mężem ręka w rękę, że on panią ostatecznie 
wciągnął w swój świat. Znany nam był wyjątkowy wpływ pana Horskiego na panią. 
Nikt nie przypuszczał, że pani jest otoczona siecią intryg i kłamstw. — I wy 
mogliście wierzyć, że się was wyrzekłam? Że tak bezczelnie zapomniałam o kraju 
i... Ewelina uwierzyła w to? To straszne! To... to... podłe... — Pani Anno, 
niech pani nas nie potępia, my... — Ja nie dziwię się panu i okolicy, ale 
Hadziewicz, Ewelina... Grześko wreszcie... lub Kościesza... Janusz... — Niechże 
pani nareszcie przestanie wierzyć w Kościeszę. On należał do tych, co panią 
okradli nie tylko przedtem, lecz i teraz. On jest w spółce z Żydem_szachrajem, 
którego zarekomendował zarządowi Toporzysk, jako kupca na lasy wilczarskie. — 
Zarządowi, a wszak Toporzyska sprzedane? — Sprzedaż dokonała się przed 
miesiącem, Krasną Duszohubę zaś wycinali w ciągu ostatniej zimy. Po 
bezskutecznych odwoływaniach się do pani, panna Ewelina pisała do Monte Carlo do 
pani Von Bredov Nordica z zapytaniem, gdzie się pani znajduje. Odpowiedź była, 
że albo w Paryżu lub w Hurlestone_House, słowem niewyraźnie. Natomiast Nordicowa 
udzieliła nam dużo szczegółów o... istotnej sytuacji pani, które otworzyły nam 
oczy na jej... niedolę. — Jakimże sposobem pan mnie tu znalazł? — Pisaliśmy do 
pani do Paryża, na adres jej męża, otrzymaliśmy adres od administracji. Stamtąd 
również nie było odpowiedzi. Wówczas pojechałem sam. — Do Paryża?... — Tak. W 
hotelu, w którym mieszkał pan Horski, poinformowano mnie, że panią odwieziono 
już przed trzema miesiącami chorą do Anglii, pan zaś wyjechał do Londynu. 
Domyśliłem się, że pani jest albo tu, albo w Londynie i postanowiłem najpierw 
szukać w Hurlestone_House. Szczęście mi sprzyjało. — Gdzież się pan tu 
zatrzymał? — W Dowrze. Postępowałem jak detektyw, przyznaję. Zwiedzałem 
Hurlestone_House jako turysta, wyśledziłem, że pani jest w zameczku sama i po 
ciężkiej chorobie. Rybacy, których tu przed chwilą widziałem, współczują niedoli 
pani; podobno pani uczyła dzieci rybackie i była dobrym duchem ich rodzin, ci 
ludzie są wdzięczni i życzliwi, opowiadali mi, że kamerdyner Jakub, zaufany 
pana, strzeże panią jak cerber, że on ma u siebie pieniądze na wydatki domowe i 
pani osobiste, że przez jego ręce i kontrolę przechodzi korespondencja. Anna 
zakryła oczy, dławił ją wstyd i upokorzenie. Drohobycki kontynuował. — Ponieważ 
już po informacji pani Lory odgadliśmy, że listy nasze są konfiskowane, teraz 
byłem pewny, że konfiskuje takowe Jakub, oczywiście z wyższego rozkazu. Wpadłem 
na myśl zrobienia próby. Z Dowru zatelegrafowałem wczoraj do pani, że 
przyjechałem z Wołynia, w ważnym interesie, że chcę się z panią widzieć i proszę 
o wyznaczenie godziny audiencji. — NIe oddano mi tej depeszy — szepnęła Anna. — 
Wiem, ale ponieważ telegram był kategorycznie zapowiadający mój przyjazd, przeto 
otrzymałem odwrotną wiadomość, że państwo oboje wyjechali z Hurlestone_House, 
nie wiadomo dokąd. Podpisany był kamerdyner. — To okrutne, okrutne, więc ja tyle 
czasu... w niewoli? — Bałem się, że ten fagas zawiadomi męża pani o mojej 
depeszy z Dowru i że panią wywiozą. Natychmiast wsiadłem do auta, nie chcąc 
stracić ani godziny. — To dobrze. Kiedy pan wyjeżdża? — Myślałem, że... razem z 
panią? Horska zastanowiła się. — Nie, ja pojadę osobno, tak będzie lepiej. — 
Boję się być natrętny, jednakże... pani jest jeszcze bardzo osłabiona, taka 
podróż długa, bez opieki... — Nieszczęście i pragnienie ratowania resztek 
dodadzą mi sił. Ale przedtem muszę być w Londynie. — Pani w Londynie? Po co? — 
Nie chcę wszakże uciekać z Hurlestone_House, to by mi ubliżało. Pan chyba 
rozumie? — A jeśli mąż zatrzyma panią? Co wtedy? — Już mnie teraz nie wstrzyma 
żadna siła, nawet on. — Pani Anno, może pani jest w kłopocie z powodu braku 
odpowiedniej sumy na podróż, proszę się nie krępować... Odda mi pani po 
powrocie. Horska podała mu obie ręce. — Dziękuję panu z całej duszy, zacny 
przyjacielu, za wszystko dziękuję. Jestem istotnie bez grosza. Jakuba prosić nie 
będę. Owszem niech mi pan pożyczy tylko na przejazd do Londynu. — Niech pani tam 
nie jedzie, błagam panią, pani tam znowu uwięźnie. — Zapewniam pana, że za kilka 
dni będę w Toporzyskach. — W Wilczarach, pani Anno, tylko w Wilczarach. Tamto... 
przepadło. Bolesny skurcz skrzywił twarz kobiety, schyliła głowę, chcąc ukryć 
nowe łzy, i szepnęła cichutko, z beznadziejną rozpaczą. — Na ostatnim skrawku... 
mojej ziemi. XXVIII "Lasciate ogni speranza" (włos. — Porzućcie wszelką 
nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie.) W gęstej wilgotnej mgle, zatapiającej w 
sobie ulice Londynu, szła Andzia ociężałym krokiem, jak lunatyczka. Mieszkanie 
Oskara zastała puste, Szwajcar oznajmił jej krótko, że Horski wyjechał przed 
tygodniem do Paryża i nic nadto, żadnych wyjaśnień, żadnych szczegółów. Przyjęła 
wiadomość obojętnie. Sama przed sobą nie umiała wytłumaczyć swego przyjazdu do 
Londynu. Odepchnęła z dumą brutalne indagacje Jakuba i jego upór towarzyszenia 
jej, gnała ją tu siła nieprzeparta i przekonanie, że Oskar nie wie o ruinie 
grożącej im i że z nią razem zechce ratować, co się jeszcze da. Wszak nie jest 
tak podły?... Anna nie potępiała męża, czuła jednak w swej duszy wyrok na niego, 
czuła, że znowu się tylko łudzi. Wyjazd z Hurlestone_House, bez uprzedzenia 
męża, uważała za niegodną ucieczkę. Trzeba ostatecznie wyświetlić kwestię ich 
bytu i życia. Postanowiła w niczym mu już nie ustąpić, wyjawić swe credo 
stanowczo i wracać do kraju z nim, lub bez niego, ale za jego wiedzą. 
Tchórzliwie uciekać przed nim było dla niej wstrętne. Chociaż on o nią nie dbał, 
zostawił ją chorą na łasce służby, Anna jeszcze wierzyła, że wykrzesze w nim 
iskrę szlachetności, wierzyła, że jego lekkomyślność i rozpusta nie jest 
krańcową podłością. Wiara ta była w niej niesłychanie wątła, zdmuchiwało ją 
pierwsze lepsze wspomnienie z ubiegłej zimy, pierwsza refleksja, lecz Anna 
podniecała ją sztucznie, byle nie dopuścić do utraty ostatniej nadziei. Zresztą 
uplastycznić swych uczuć nie potrafiła, był w nich niezmierny chaos i bezład; 
więc marne falsyfikatki dawnej ufności w męża, słabiutka miniatura nadziei, że 
jednak przełamie się ta jego zimna obojętność pod wpływem wieści o dokonanej 
katastrofie w Toporzyskach i Drakowie. Może on nie wie, że to już spełnione? 
Może?... Może? ...Nie, to niemożliwe! On wie i dlatego unika jej, nie odwiedził 
jej ani razu w Hurlestone_House. — Ach! Czyż to powód dla niego? Wszak jej się 
nie obawia. NIe odwiedzał, bo nie było celu. Chora, wycieńczona doszczętnie i 
pozbawiona dawnej urody, nie była już dla niego ponętna. Szalał teraz za inną... 
— Głowonóg... Anna doznawała ulgi niewypowiedzianej, że już przestanie być dla 
niego pożądaną. Fizyczna i materialna ruina, ani jedno, ani drugie nie 
pociągające. Była przynajmniej spokojna osobiście, a zarazem ciekawa, jak on się 
teraz wobec niej zachowa. Gdy ujrzy ją wynędzniałą przez chorobę, chudą, ze 
śladami jedynie dawnej urody, zginie jego namiętność, która tak długo była jej 
przekleństwem, ale odżyją w nim może szlachetniejsze porywy, aby tę ofiarę swoją 
wyratować z ostatecznej nędzy. Anna pragnęła serdecznie takiej rehabilitacji 
męża, toteż jego wyjazd dotknął ją boleśnie. Szła trochę bez celu, doznając 
wrażenia, że jest jakby zawieszona w powietrzu. Majaczyło jej w umyśle, że 
trzeba sprzedać trochę klejnotów, by zyskać potrzebną sumę na podróż do kraju. 
Odmówiła prośbie Drohobyckiego, nie spodziewając się, że nie zastanie Oskara w 
Londynie. Minęła kilka jubilerów, nie mając odwagi wejść. Wtem spotkała się oko 
w oko z Katy Horską. Chuda miss wyciągnęła do niej rękę serdecznie, co Andzię 
niezmiernie zdziwiło. — Jak się masz, Anni! Czy już jesteś zdrowa? Wyglądasz 
okropnie. Pewno już wszystko wiesz o Oskarze? — Co się stało?... — Więc nie 
wiesz? Oskar wyjechał do Paryża ze swą kochanką, baronową X, Francuzką, 
awanturowali się tu zupełnie jawnie. No, zresztą wiedziałaś o tym, zapewne, 
jeszcze w zimie. Anna uczuła dziwny bezwład nóg, bała się upaść. NIe 
przewidziała takiej ostateczności, wieść ta przygwoździła ją na miejscu. Katy 
badała wzrokiem bratową. — Widzę, że jestem pierwszą zwiastunką tej wiadomości, 
ty mi tu zaraz zemdlejesz, jesteś jak cień. Chodź, pojedziemy do mnie. 
Podprowadziła zdrętwiałą Andzię do dorożki. — Po co wyjeżdżałaś z 
Hurlestone_House będąc chora? Oskara nie zatrzymałabyś nigdy, on terz znowu 
szaleje. Widzisz, to są mężczyźni! Egoiści, brutale, niegodziwcy. Oni wszyscy 
tacy, chcą nas mieć za niewolnice, człowieczego w nas nic nie uznają. Potwory! A 
ty im wierzyłaś, oddałaś Oskarowi całą swoją istotę na ofiarę całopalną. 
Ogromnie naiwne są kobiety. Anna milczała, zgnębiona była i pełna strasznego 
upokorzenia. Gdy weszły do mieszkania Katy, ocknęła się. Po co tu przyszła? Żeby 
być przedmiotem litości jego rodziny? Uciekać stąd, uciekać jak najdalej. 
Zrozumiała teraz, że przyjazd do Londynu był błędem, okrutną igraszką losu! 
Urągowiskiem jej fatum, które nic jej nie oszczędziło, ostatnią złudę zwiało 
przed nią, zostawiając tylko zwątpienie. Jak przez sen słyszała szorstki głos 
Katy, potępiający mężczyzn i kobiety, poddające się dobrowolnie w ich jarzmo. 
Miss Horska namawiała bratową, aby została w Londynie i zapisała się do związku 
sufrażystek, twierdząc, że tam dopiero znajdzie istotne zadowolenie, przy tym 
zemści się na Oskarze, nienawidzącym sufrażystek. Andzia skrzywiła się uśmiechem 
sarkastycznym. — Moja zemsta nic go już teraz nie obchodzi, zrujnował mnie 
materialnie, więc jestem dla niego zerem. — No, jednak coś jeszcze zostało, 
skoro Oskar liczy na ciebie, że spłacisz jego długi. — Jakie długi? — Ostatnie, 
zaciągnięte u osób prywatnych w Londynie, dość duża kwota. — I on mówił, że je 
spłacę? — Tak, powiedział, że uregulujesz te długi sumą za sprzedany las, ten 
koło owych ruin starych, zwiedzaliśmy je wspólnie, bawiąc na Wołyniu. 
Zapomniałam nazwy, dziwaczna jakaś. — Więc on działał z całą świadomością? Więc 
i Temnyj Hrad sprzedany? — jęknęła Anna raczej do siebie. Wstała, pragnąc wyjść 
stąd jak najprędzej, czuła, że się dusi. Katy, widząc jej stan psychiczny, 
chciała ją zatrzymać, daremnie. Posadzka tego domu paliła stopy Anny, ogarnęła 
ją egzaltacja ucieczki stąd i z Londynu. Przebiłaby sobą mury, byle już tu nie 
być. W ciemnym przedpokoju, gdy wkładała na siebie okrycie z pomocą Katy, 
ujrzała nagle zjawisko, które ją przykuło na miejscu. W otwartych drzwiach 
stanęła wyniosła postać kobieca, w białych zawojach lnianej szaty, luźnej jak 
płaszcz arabski, w białym zawoju na głowie, z kagankiem w ręku, wzniesionym nad 
głową. Wizja lady Makbet, typowa twarz, skupione brwi, chłód i duma. Rysy 
niesłychanie przypominające Oskara. Tylko tragizm zawarty w źrenicach 
kobiety_widma, różny był od szyderczych oczu tamtego. Długą chwilę przyglądała 
się córce i synowej, po czym przemówiła niskim głosem. — Wszak to jest Anna? Co 
tu robisz?... Ciąży na tobie odpowiedzialność za Oskara. Nie umiałaś być dobrą 
żoną, taki zarzut to hańba dla kobiety, u nas to się piętnuje. Andzia 
przecierała oczy, myśląc, że to sen lub halucynacja. Otrzeźwił ją szept Katy. — 
Mama rozmawiała z duchami, ma dziś na seansie kilku sławnych spirytystów, jest 
nastrojona mistycznie, zresztą zawsze broni Oskara i patriarchalności w 
małżeństwie, dwa kontrasty, nieprawdaż? — Czy wiesz, gdzie jest twój mąż, Anno? 
Czy nie uznajesz, że twoje miejsce, jako żony, jest przy nim? — Niechże mama 
przestanie. Anna jest cierpiąca. Mama wie, że była chora w Hurlestone_House? 
Oskar uciekł z kochanicą, czy powinna gonić za nim, by mu się włóczyć u nóg? — 
rzekła Katy szorstko. — Hańba upadku męża spada na żonę. Postępek Oskara, to 
twoja wina Anno. — Moja wina? Moja hańba... ja... jestem odpowiedzialna... — Za 
to, żeś nie umiała być żoną, żeś nie umiała rozpalić ogniska patriarchalnego w 
waszym małżeństwie. Za to, żeś nie dała mężowi dziecka, żeś nie kochała 
rodzinnego życia i jego świętych praw. To hańba dla żony. — Ha, ha, ha! — 
zaniosła się Andezia okropnym, nieprzytomnym śmiechem. Szarpał jej piersi jak 
huragan. Tragiczny i straszny był jej śmiech. — Ha, ha, ha! Napiętnowana... 
napiętnowana, zhańbiona... Czy za to, że byłam jego niewolnicą?! Ha, ha, ha! Z 
tym śmiechem piekielnym, półprzytomna, wypadła z hallu, zbiegła ze schodów 
zataczając się i tłukąc o ściany. Katy nie mogła jej dogonić. Na ulicy Andzia 
oprzytomniała. Z Dowru jechała pod opieką Drohobyckiego, nie wiedząc o tym. 
Czuwał nad nią z daleka, ale incognito. Zanadto była pochłonięta swym dramatem 
życiowym, aby zauważyć tą dyskretną troskliwość. W Berlinie, oczekując na kurier 
odchodzący do Warszawy, piła czarną kawę przy ustronnym stoliku w wielkiej jak 
koszary sali bufetowej. W pewnej chwili stanęła przed nią dama wystrojona 
jaskrawo, wymalowana, w aweanturniczym kapeluszu na rudych włosach. — Handzia! 
Chyba się nie mylę... Andzia Horska, czy tak? Andzia patrzyła zdumiona. — Widzę, 
że i ty mnie nie poznajesz. Brawo! No, Lora jestem, zawsze ta sama Lora. Nie 
widziałaś mnie od stycznia i już oczy wytrzeszczasz. Wstrząsnęła ręką Anny 
zamaszyście i usiadła przy niej. — Co ty pijesz? Czarna kawa?... Głupstwo! Ja 
wolę coś solidniejszego. Kelner! Kelner! Zamówiła sobie jakąś mięsną potrawę i 
piwo. — Dokąd jedziesz, Andziu, gdzież Oskar? Czy jeszcze lata za tą głupią 
baronową Francuzką? Ależ ty wyglądasz, istny Piotrowin. Czyś zmartwychwstała? Co 
ci jest? — Chorowałam, już jestem zdrowa. — Cóż tu robisz? — Jadę do kraju. — 
Doprawdy? Tam podobno ruina, no, nic dziwnego, skoro Oskar grasował w twych 
majątkach przez pięć lat z górą, to już z pewnością zostawił kłaki. Wiem, jak 
grubo grał i jakie przegrywał sumy. Coraz nowe systemy gry wymyślał, przy tym 
otrzymywał stale imponujące zasiłki z Cr~edit Lyonnais. Skądże je czerpał, 
przecież nie z Hurlestone_House? Obdzierał kasę wołyńską. Ciebie także wycisnął 
jak pomarańczę. Ale, ale, wiesz, pisała do mnie nieśmiertelna Lincia, pytając o 
ciebie. Tyś ją opłakała, a ona sobie żyje w najlepsze. Skarżyła się, że nie 
pisujesz, żeś się ich wyrzekła i takie tam różne swoje trele. Ty zaś, o ile 
wiem, listów od niej w zimie nie otrzymywałaś, a przecież trudno pisywać do 
kogoś, za kogo się już odmawiało wieczny odpoczynek. Tylko, że ja to wszystko 
przewąchałam i jestem na tropie. — A ty, Loro, dokąd jedziesz? — Andzia chciała 
zmienić rozmowę. — Ja?... Na chybił trafił. Jadę, a gdzie się zatrzymam, sama 
nie wiem. — Więc tak bez celu? Lora zaśmiała się i wychyliła jednym tchem kufel 
piwa. — Bez celu to nie, cel mam nawet ważny, żeby zarobić, bo ze mną krucho. W 
Monte było mi już źle i głupio, trzeba szukać nowych szans. — A... Nordica? — 
Niech go diabli wezmą! — krzyknęła. — Tę poczwarę, pokrakę. Sprzedał willę i 
poniósł się w świat. Może go gdzieś spotkam, plunę mu w ślepia. Mówią, że jest w 
Konstantynopolu. Może zostanie jakimś bejem i założy harem, a najprędzej będzie 
okradał z wdzięków sułtańskie piękności. Lora zaczęła bluzgać tak ohydnym 
cynizmem, że Andzia wiła się na krześle, nie wiedząc co z sobą począć. Kokota 
spostrzegła to wreszcie. — Aha, ty tego nie lubisz, no, to nie mówmy o tym 
łajdaku, życzę mu na zakończenie, żeby dyndał na szubienicy. Toż on mnie 
zostawił prawie na bruku, nawet mi wszystkie moje klejnoty pozabierał. Szast, 
prawst i po awanturze. W Monte, po dawnej świetności już nie było co robić, ale 
ja jeszcze wypłynę. Przecież nie zbrzydłam. Co?... Przysunęła do Anny twarz po 
prostu ohydną, niby maskę z blanszu, różów, szminek, z oczami sztucznie 
powiększonymi, z tuszem na rzęsach i powiekach, z wyrazem bezczelnego piętna 
prostytucji. Anna mimo woli wzdrygnęła się z obrzydzenia, spuściła oczy na 
filiżankę, nic nie mówiąc. Lora śmiała się. — Et! Bo ty jesteś... Ale ja sobie 
poradzę. Z południa jadę na północ, dla odmiany, nikt mnie tam nie zna. 
Zobaczysz, że ja jeszcze zrobię furorę. Ja mam sposoby na mężczyzn. — Wróć Loro 
do kraju, zmień życie, zacznij nowe, weź się do jakiejś pracy, oczyść duszę i 
ciało z tego... tego plugastwa. Ja ci dopomogę... jeśli zechcesz? — Och, jakaś 
ty paradna! Wiecznie próbujesz mnie nawrócić? Rekolekcje w zanadrzu. Myślisz, że 
już kariera moja skończona? Że quand le diable devient vieux, il devint 
religieux? (fr. — Kiedy diabeł zaczyna się starzeć, staje się religijny.)... 
ależ ja jestem twoją równieśnicą, dwadzieścia osiem lat to samo życie. Wszak 
jeszcze balzakowskiego wieku nie dosięgłyśmy, tylko ty zawsze miałaś inklinację 
do kwakierstwa i dlatego wcześnie postarzejesz się. A jednak... gdzie to się 
podziała nasza uroda, Handziu! Umilkła, zamyśliła się smutnie, po czym jęła 
mówić ciszej i wolniej: — Tak, tak, minęły lata. Różne były nasze losy, różne 
drogi, różne pojęcia, wierzenia i zapatrywania, a ot widzisz... obie jesteśmy 
już... w ruinie. Losy nasze, choć odmienne, skradły nam urodę i... i... 
wszystko, ciebie obdarły moralnie, fizycznie i materialnie. Ja wiem! Mnie z 
przepychu, do którego leciałam, jak ćma do ognia, strąciły na ulicę, pod 
latarnię. Jeszcze i to mnie czeka jako konkluzja. Psiakrew! Psiakrew! Kłamałam, 
że zrobię furorę. Oho, już kaput! Co było, nie wróci. Już mój los teraz wiadomy. 
Z miasta do miasta, z rąk do rąk, byle żyć, wystroić się i najeść. A koniec 
wiadomy, w szpitalu albo... w rynsztoku. Ferdu... ferdu po świecie, ot taka 
cygańska dola. — Lora, co ty mówisz? Czyje to słowa? — A no co? To jest wróżba 
starej worożychy cygańskiej. Pamiętasz? Mądra wróżba! Anna oparła łokcie na 
stoliku i skryła twarz w dłoniach. Wspomnienie wywołane przez Lorę zawirowało 
burzą w jej umyśle. Po długiej chwili tego zanurzenia się w odmęcie minionych 
zdarzeń poczuła lekkie uderzenie w ramię. Odkryła twarz i spojrzała na Lorę. — 
Patrz — szepnęła tamta. — Widzisz tego faceta, jak mi się przygląda? Ten 
spasiony jak wieprz, z grubym łańcuchem od zegarka. Niemiec naturalnie, pludra 
poznasz od razu, choćby był przebrany za lorda, czy weneckiego dożę. Rasy 
teutońskiej nie ukryjesz, Żyd i Niemiec wylezie ci nawet ze złotogłowia i 
gronostajów. Patrz, jaki ta bestia ma na palcu brylant, a mina, ta nigdy nie 
zawiedzie, że jest dużo złota. Żre jak sam Lukullus i smaczne rzeczy, a wciąż na 
mnie zerka. Widzisz? Lora zaczęła na odległość próbować swych sztuk zaczepnej 
strategii i tak się tym wkrótce zajęła, że pożegnała odchodzącą Andzię, nie 
widząc jej prawie w roztargnieniu. Gdy kurier ruszał, Horska spostrzegła przez 
okno Lorę w towarzystwie opasłego Niemca, wsiadających razem w najlepszej 
komitywie do jakiegoś sznelcugu. ...Ot, taka cygańska dola... huczało w mózgu 
Andzi. Pociąg nadbiegł z łoskotem i zatrzymał się gwałtownie na przystanku w 
Wilczarach. Drohobycki, który powitał Andzię na poprzedniej stacji, 
wyprzedziwszy ją w drodze z Warszawy, zajął się jej rzeczami. Ona zaś, ujrzawszy 
na peronie zgarbioną postać Grześka, wyskoczyła z wagonu lekko, jak odmłodzona. 
Stary spojrzał na nią uważnie, objął ją za kolana, ale wtem rozpłakał się i 
runął jej do nóg. — Pannuńciu, pani umiłowana, hołubko... Bojarzynko nasza! 
Wróciła, ot i wróciła, ot i mówił, że wróci. Prosił Boga, żeby śmierć odłożył, 
pokąd oczy nie popatrzą jeszcze na naszą panią, ot... ot... Andzia z uczuciem 
szczęścia całowała głowę starca, jakby rodzonego ojca. Drohobycki nie mógł ich 
od siebie oderwć. Gdy Anna stanęła na dziedzińcu wilczarskiej leśniczówki, 
rozszlochała się jak dziecko; upadłszy na ziemię przywarła drżącymi wargami do 
tej umiłowanej, upragnionej. XXIX Wywłaszczyciele — Więc wszystko przepadło? Już 
bez ratunku, bez nadziei? Stała przed Drohobyckim z załamanymi rękami, naprzód 
pochylona, patrząc na niego zrozpaczonym wzrokiem. On smutnie zwiesił głowę. — 
Nic nie można uratować, Temnyj Hrad stracony. Kontrakt jak najbardziej formalny, 
kupiec nie chce go zrywać za żadną cenę. Są w zmowie z Kościeszą i rozumieją, że 
interes pierwszej klasy. Grześko stojący opodal posunął się bliżej. — Wiadomo, 
takie bogactwo kupili za tanie pieniądze, to sobie wyrwać nie dadzą. Abo pan 
Kościesza głupi? I klejnoty bojarzynki i pożyczka jasnego pana nie zduża za to, 
co oni na tym borze zarobią. I prawo mają za sobą. Ho, ho!... To majstry! — Cóż 
teraz będzie? — Trzeba się pogodzić z nieszczęściem, pani Anno, forsować nie 
można i... nie ma z czego. Reszta sumy pozostałej za Temnyj Hrad powinna być 
zaoszczędzona. Uroczyska najpiękniejsze, Krasna Duszohuba, wycięte, pod Wołkiem, 
Medwedówka również, zaczęte przez Kościeszę dokończone przez... męża pani. 
Trzeba się z tym liczyć. Jedyny kapitał teraz, to te ostatki za Temnyj Hrad. 
Szczęście, że i tego pan Horski roztrwonić nie mógł. — Tak pan mówi? A więc 
proszę, coś panu pokażę. Wyjęła z biurka jakieś papiery i podała je 
Drohobyckiemu. — Te listy wczoraj otrzymałam, niech je pan przeczyta. W miarę 
czytania Drohobycki zbladł, ręce mu się trząsły. Anna chodziła po pokoju 
nerwowo. Gdy skończył stanęła przy nim. — Cóż pan na to? — To straszne! I pan 
Horski śmie żądać od pani takiej ofiary? Więc ostatni grosz, jaki pani pozostał, 
ma być użyty na spłatę jego długów, jeszcze długów? — Jak pan widzi, żądanie 
jest bardzo kategoryczne. Uprzedzała mnie o tym siostra jego w Londynie, lecz 
sądziłam, że suma za Temnyj Hrad jest nienaruszona. — Jeśli pani zechce spłacić 
jeszcze i te długi to już prawie ruina. Ale można odmówić. Długi zaciągnięte w 
Londynie nic panią nie obowiązują. — A obowiązek moralny? Czytał pan list? Ja go 
znam, on się zastrzeli, jeśli mu tych pieniędzy nie poślę. Teraz dopiero widzę, 
jak byłam lekkomyślna chcąc ratować Temnyj Hrad. No, ale te listy otrzymałam już 
po wyjeździe pańskim do Równego. To mnie jedynie tłumaczy. Drohobycki patrzył na 
nią ze zdumieniem. — I pani naprawdę nie waha się pozbywać ostatniego funduszu, 
rzucić w błoto swój byt, swoją przyszłość? Podniosła na niego oczy pełne 
bezbrzeżnego smutku i rezygnacji. — Nie mam już innych obowiązków, mnie 
wystarczy to, co mi jeszcze zostanie. — Ruiny — sarknął Drohobycki. — Tak, 
ruiny, ale jego muszę ratować. Nie mogę pozwolić na hańbę mego męża. Czytał pan 
list? — W liście nie ma ani jednego słowa, które by zdradzało przygnębienie lub 
skruchę. — Skruchę? Ha, ha! Oskar i skrucha! To zabawne. — Ton listu jest raczej 
rozkazujący, arbitralny. — To jego styl, niemniej odczuwam, że pomoc moja jest 
tam konieczna, jest nawet decydująca. Będzie to ostatnia ofiara, lecz spełnić ją 
trzeba. I decyzja Anny nie uległa zmianie. Drohobycki, widząc jej stanowczość, 
wzruszał tylko ramionami. Żona ratowała męża, czyż mógł jej tego wzbraniać? 
Jakim prawem? — Ta nieszczęsna kobieta jest zahipnotyzowana przez tamtego łotra, 
czeka ją zguba ostateczna — rzekł Drohobycki do Grześka. — Musi to i prawda, 
jasny panie, patrzę, patrzę daj dziwuję się. Z rąk kata popadła się nieboga w 
moc szatańską, boć nieczysta siła siedzi w tym... obcym. Aż i ona biedneńka 
sczeźnie jak jej matka, da prokopyszczski pan. Pewnego dnia wpadł do Wilczar 
młody Janusz Kościesza. Nie witając się, krzyknął: — Andziu ratuj, jestem 
zgubiony! Cała nadzieja w tobie, że brata nie opuścisz. — Co ci się stało? — No, 
jeśli mnie nie wyratujesz, to ze mną klapa. Więzienie mi grozi. — Mów wyraźniej, 
nie rozumiem, o co ci chodzi? Jakim sposobem mam cię ratować i od czego? — 
Musisz Andziu spłacić moje weksle, inaczej diabli mnie wezmą. — Ależ jakież ja 
mam obowiązki płacić twoje długi, Januszu, zastanów się. — Dlatego, że weksle te 
są z twoimi podpisami. Anna zbladła. Janusz patrzył na nią bezczelnym wzrokiem. 
— No, tak, podrobiłem twój podpis, gdzie miałem cię szukać, może w Anglii? A 
pieniędzy potrzegowałem na gwałt. Papa nieskory do dawania, ty wiesz, jaki to 
numer. Cóż tak na mnie patrzysz? — Ty ośmielasz się fałszować moje nazwisko? 
ależ to podłe Januszu, to kryminalna sprawa. — Toteż dlatego przychodzę do 
ciebie w nadziei, że sprawę tę umorzysz. Zbliżają się terminy płacenia, za kilka 
dni mogę być skompromitowany. — Otrzymasz zatem słuszną karę za łotrostwo, nie 
licz na mnie, jestem sama w ciężkich warunkach i ratować cię nie będę mogła. 
Janusz zaśmiał się cynicznie. Widząc jednak upór Andzi zaniepokoił się, 
sposępniał, jął narzekać na ojca, że nie uwzględnia jego potrzeb i bajecznie 
mało daje mu "forsy", że on wobec tego musi zaciągać długi. Z usprawiedliwień 
się i narzekań przeszedł w ton sentymentalny, w końcu zaczął prosić Horską, 
błagał ją, by go ratowała, słuchał z pokorą jej napomnień i ostrych wymówek, 
obiecywał poprawę, aby go tylko teraz ocaliła od hańby i wstydu. Tak zręcznie 
potrafił przemawiać, taki był zrozpaczony i biedny, że wzruszył Annę, pomimo, że 
już przestała ufać ludziom. Młodość Janusza i wpływy jego ojca, które nim 
kierowały, łagodziły w oczach Andzi jego winę. Zresztą był to jej brat, więc 
skazywać go na karę więzienia?... Piętnować go od razu w młodości mianem 
oszusta, co już na całe życie może być jego niedolą? Anna przestała się wahać, 
gdy Janusz wymienił sumę, odetchnęła, spodziewała się gorszej. Młody Kościesza 
prosił zaraz o pieniądze, lecz mu ich nie dała, postanowiwszy osobiście spłacić 
wierzycieli. Spotkało ją znowu straszne rozczarowanie. Weksli z jej podrobionymi 
podpisami okazało się tak dużo, że ogólna suma była dwa razy większa od tej, 
którą Janusz wymienił. Anna znalazła się w nader przykrym położeniu, kwota 
zdobyta za sprzedane klejnoty nie wystarczła. Ostatnią sumę za Temnyj Hrad Anna 
już odesłała do Londynu wierzycielom Horskiego. Drohobycki radził jej, aby 
spłaciła tylko część weksli Janusza, resztę powierzając Kościeszy, który miał 
pierwsze obowiązki wobec syna. Kościesza, zaczepiony o to przez Drohobyckiego, 
zjawił się w Wilczarach osobiście. Anna powitała go bardzo chłodno, on patrzył 
na nią pilnie, z nie ukrywanym zdumiemien i ironiczną fałdą koło ust. Przemówił 
szatańsko syczącym głosem: — Widzę, że nie posłużyło pani małżeństwo: zdrowie, 
piękno i fortuna utonęły w morzu na brzegach Anglii. Przepowiedziałem to od razu 
usłyszawszy o awanturniczym ślubie pani, a gdy poznałem jej męża... — Myli się 
pan, że fortunę pochłonęła tylko Anglia, początek upadku moich majątków datuje 
się dużo wcześniej, sięga bowiem czasów, kiedy byłam pod pańską opieką. 
Kościesza zmieszał się. — Jest pani źle poinformowana. — Niepotrzebne mi były 
informacje, miałam fakty. Ale zostawmy tę kwestię na boku, jako przedawnioną. 
Czego pan sobie życzy? — Przyjechałem z propozycją. Chcę kupić wyręby po 
sprzedanych lasach wilczarskich mianowicie — pustosz po Krasnej Duszohubie i 
Medwedówce. Pieniądze otrzymane za te grunty w połączeniu z resztą sumy za 
Temnyj Hrad, którą pani ściągnęła tak gwałtownie, pozwolą jej pokryć całkowicie 
zobowiązanie względem Janusza, no... i dadzą jej możność żyć jako tako, zanim 
przybędą nowe dłużki mężulka. Anna zadrżała z oburzenia. — Jak to, pan 
ośmielając się robić mi propozycje sprzedaży ziemi, żąda jeszcze, abym spłacała 
wszystkie weksle pańskiego syna? — Spłaca zwykle ten, czyje nazwisko figuruje na 
podpisie. Pani je wszakże sama podpisywała. — Przecież to jest fałszerstwo, mój 
podpis podrobiony, czyż pan o tym nie wie? — To mnie mało obchodzi, fakt faktem, 
że podpis istnieje i że do pani należy długi uregulować. — Ależ to jest tylko 
moja dobra wola, moja naiwność, moja łaska, słyszy pan? Janusz popełnił podwójne 
oszustwo, podrobił podpis i wymienił mi sumę więcej niż o połowę mniejszą od 
rzeczywisterj. Do tamtej byłam przygotowana i spłaciłam ją, ale ta kolosalna 
nadwyżka przeważyła szalę mej cierpliwości, nie mam na uregulowanie tej sumy i 
nie chcę o tym myśleć. — Wiem, że pan Horski kasę pani dzielnie wentylował i 
dlatego chcę kupić grunty po lesie, aby pani mogła jeszcze żyć. Anna zawrzała 
gniewem. — Uprzedzam, niech się pan nie łudzi, nie wydostanie pan ode mnie choć 
kawałka ziemi. Kościesza patrzył na nią z gryzącą ironią. — NIe sprzeda mi pani 
tych wyrębów? — Ani kawałka, powtarzam. — Ha, ha! A ja pani zapowiadam, że 
grunty te, jak i całe Wilczary, zmuszona pani będzie sprzedać bardzo prędko i... 
możliwe, że ja będę ich nabywcą. — Zapewne także pod pokrywką jakiegoś Żyda 
szachraja, jak w kupnie Temnego Hradu? Kościesza spąsowiał. — Sposobów nie 
przewiduję naprzód, ale Wilczary wysuną się spod nóg pani tak samo szybko jak 
Toporzyska i Draków. Nie chcesz mi pani sprzedać teraz wyrębów, oddasz mi je za 
pół roku i za pół ceny. — Nigdy! Zginę tu, lecz ziemi tej ostatniej mojej, nie 
oddam za nic i nikomu. — Hahaha! Zabawna egzaltacja. Miewała ją pani i dawniej, 
jednakże nawet wtedy zawodziła. — O jakim zawodzie pan mówi, czy o wypadku w 
Temnym Hradzie, który jest obecnie pańską własnością? Moja ówczesna egzaltacja 
nie doznałaby tam porażki, gdyby mogła przewidzieć, że istnieją w ludziach 
wampiry, mające na swych usługach upiorne indywidua w rodzaju Chwedźka. 
Kościesza zbladł straszliwie, zdrętwiał, jakby się cały zamienił w bryłę martwej 
gliny. Okropne w wyrazie wilcze źrenice rzucił niepewnie na Annę i pochylił się 
tak, jakby już już... miał ją zdławić. Ona mówiła dalej spokojnie, bardzo 
stanowczo. — Powtarzam panu raz jeszcze: ziemi nie sprzedam i sfałszowanych 
weksli Janusza, ponad sumę, do której mi się sam przyznał, nie spłacę. Jeśli zaś 
dowiodę fałszerstwa mego podpisu, Janusz pójdzie do więzienia. — I pani mówisz o 
tym z zimną krwią, i pani na to pozwoli... żeby jej brata... — Panie Kościesza, 
czy pan nie uznaje, że pierwsze obowiązki są wobec syna, nie zaś względem 
przyrodniego brata? — Syna? O ile wiem, mąż pani genialnie tracił majątki, tu 
wykazał znakomite zdolności, innych jednakże rezultatów jego męskiej energii... 
nie widać. Skądże raptem syn? Chyba podróż przyjaciela pani Drohobyckiego do 
Anglii wywarła tak piorunujący wpływ i stała się przyczyną przyszłych nadziei 
rodu Horskich. Anna pod obuchem tego bezmiernego cynizmu nie straciła panowania 
nad sobą, choć drżała ze zgrozy, wstrętu i obrazy. Podeszła naprzód parę kroków 
i otworzywszy drzwi wskazała je Kościeszy ruchem energicznym. — Wychodź pan stąd 
natychmiast... i więcej się tu nie pokazuj. — Przecież pani sama nadmieniła... 
o... synu — bąknął stropiony postawą Anny i jej rozkazem. — Mówiłam o ojcu — 
łotrze, który obowiązek ratowania syna — oszusta, składa na jego siostrę 
przyrodnią. Proszę wyjść... czekam. I stała przy drzwiach otwartych szeroko, 
mierząc Kościeszę wzrokiem pełnym wzgardy. On rzucił się naprzód z wściekłym 
okrzykiem: — Dobrze, wyjdę, ale wrócę tu wkrótce z komornikiem, on cię stąd 
wyświęci, ty jędzo! Anna zatrzasnęła drzwi za nim. Grad łez stoczył się po jej 
kredowych policzkach. Oparta o ścianę zapłakała gorzko, lecz wnet podniosła 
dumnie głowę. — Nie wolno mi już teraz płakać. Łzy to moja ostatnia zguba. Nie 
wolno... Zdusiła przemocą bolesny szloch w piersiach, by mężną być i do nowych 
walk gotową. XXX W jej obronie Drohobycki wychodził z leśniczówki podniecony 
niebywale. W ruchu jego i twarzy znać było gniew. Szalone postanowienie unosiło 
go już nieodwołalnie. Czuł, że popełnił generalne głupstwo, dążąc tam, gdzie 
popychała go dzika żądza zemsty, ale właśnie trzeba się uzbroić w duży zapas 
zimnej krwi, wyrobić w sobie jak najwięcej taktu, aby to posłannictwo samemu 
sobie narzucone spełnić godnie, wyjść zwycięsko z sytuacji, bądź co bądź 
oryginalnej może nawet... śmiesznej? Drohobycki zrozumiał to, lecz już by się 
nie cofnął. W kieszeni ubrania, na piersiach, wyczuwał twardą płaszczyznę 
pudełka safianowego z perłami i jeszcze miał w oczach bolesną twarz Anny, jej 
męczeński wyraz oczu, gdy oddając mu klejnot, mówiła cichym, przesmutnym głosem: 
— Niech się pan nie wzdraga, proszę to spieniężyć, to dużo warte, rzecz bardzo 
cenna. Co mogę, to mu jeszcze oddam, to już wszystko, co w gotówkę zamienić mam 
prawo. Gdy tłumaczył, że nie powinna tego robić, że przedmiot tak wartościowy 
jeszcze i jej w życiu przydać się może, że zresztą pamiątki po matce nie należy 
się wyzbywać, Anna uśmiechnęła się blado. — Ani matce ani mnie klejnot ten 
szczęścia nie dał, perły i rubiny, łzy i krew. Dostałam je od... KOścieszy, gdy 
wchodziłam w życie. Dawne czasy! Teraz rzuciłabym je sama mężowi, by stopiły się 
bez śladu w odmęcie... jego szałów. ...Ja to spełnię za ciebie — pomyślał 
Drohobycki i zdecydował się w jednej chwili. Horski utkwił zdumione oczy w 
bilecie, brwi podniósł do góry i wolno, z flegmą ruszył w stronę salonu. 
Zmierzyli się z Drohobyckim zimnym wzrokiem, po czym zamienili jeszcze 
chłodniejsze ukłony. — Prosty traf, czy też wyłączny cel sprowadza pana aż do 
Paryża? — spytał Horski, wskazując gościowi krzesło i podając cygaro. — 
Dziękuję, nie palę. Przyjechałem tu z własnej inicjatywy, w zamiarze pomówienia 
z panem w kwestii dość drażliwej, niemniej jednak nader ważnej. — Słucham. Twarz 
Horskiego była jakby symbolem szyderstwa i bezgranicznego chłodu. Drohobycki 
silił się na spokój. — Słucham — powtórzył Horski z dobitną intonacją. — Pisał 
pan przed tygodniem do Wilczar, żądając od swej żony nowej sumy pieniężnej. Czy 
tak? — Hm! czy pan jesteś powiernikiem mojej żony? — Stoję na straży resztek 
majątku, które jej pozostały po całej fortunie. Pan wie zapewne, w jakich 
warunkach jest obecnie pani Anna? — Wiem wszystko, panie, co się tyczy mojej 
żony, ale nie rozumiem pańskiej obecności w tej sprawie. Prosiłbym o bliższe 
informacje. Czy Anna zrobiła pana swoim rządcą? — Zdaje mi się, że pan mnie zna 
nie od dziś, moje stanowisko na Wołyniu jest panu wiadome. Powoduje mną głęboka 
życzliwość dla pani Anny i serdeczne współczucie jej... niedoli. Jest zupełnie 
sama, pozbawiona opieki i... wyzuta z dawniejszego bytu, do którego była 
przyzwyczajona. Powróciwszy do kraju, zastała ruiny swych majętności. — Ach tak, 
przypominam sobie. To pan przyjeżdżałeś do Hurlestone_House w roli anioła stróża 
i pod swym skrzydłem opiekuńczym uniosłeś Annę na Wołyń z domu męża bez jego 
wiedzy. Tak, to bohaterstwo w typie wołyńskich zuchów. Ale per Bacco! Lubi pan 
podróżować. Drohobycki zaciął zęby, opanował wzburzenie całą siłą woli. Rzekł 
spokojnie: — Przystąpmy do aktualności. Otóż skoro pan zna rzeczywisty stan 
majątkowy pani Anny, żądanie od niej nowych przekazów pieniężnych jest z 
pańskiej strony... nieuwagą. Pani Anna nie rozporządza już nawet najmniejszą 
sumką. Ostatniego zaś kawałka ziemi wyzbywać się nie będzie. Niech pan zatem nie 
niepokoi jej więcej żądaniami tego rodzaju, jeśli nie chce pan jej ostatecznej 
ruiny. Horski wstał. — Och, oo! Bardzo kategorycznie. Czy to już koniec misji 
bogobojnej, podjętej przez pana dla miłości mojej żony? — Nie — zawołał 
Drohobycki, wydobywając drżącą ręką pudełko z kieszeni. — Oto są perły pani 
Anny, nie mając pieniędzy, poleciła mi spieniężyć ten klejnot dla zaspokojenia 
jeszcze raz fantazji pana, która chyba będzie ostatnia. Bez wiedzy pani Anny 
oddaję panu osobiście te perły, jako dowód całkowitej ofiary pańskiej żony, na 
jego korzyść. Proszę już na nic więcej nie liczyć. Wtłoczył pudełko w rękę 
Horskiego. Oskar z zimną krwią postawił je obok na stoliku. — Dobrze, to 
załatwione, a teraz raczy pan wytłumaczyć mi się, jakim prawem przemawia pan do 
mnie w ten sposób i wchodzi w nasze małżeńskie sprawy? — Już mówiłem, skłania 
mnie do tego życzliwość dla niej i współczucie. — To mi nie wystarcza, panie, 
nawet z dodatkiem przyjaciela intime, którego się w panu domyślam, przyjaciela i 
pocieszyciela. — Proszę, niech się pan liczy ze słowami i... nie uwłacza czci 
własnej żonie. Zasługuje ona na najwyższy szacunek. — Nie wątpiłem o tym, ale 
teraz wątpię zawdzięczając to pańskiej interwencji, bardzo podejrzanej i nie na 
miejscu. — Jak pan... powiedział? — spytał Drohobycki, dusząc się z wściekłości. 
— Osobą swoją i zbyt śmiałym wtrącaniem się w moje prywatne sprawy rzuca pan 
cień na cześć mojej żony. Brudzisz ją pan w moich oczach, plugawisz. Drohobycki 
oszalał; wyrwał błyskawicznie portfel z kieszeni i rzucił Horskiemu prawie w 
samą twarz swoją kartę, na której szybko napisał ołówkiem adres paryski. — Takie 
obelgi zamazuję tylko na placu — wybuchnął. Horski wykonał ukłon sztywny z 
szydzącym i ciekawym grymasem w twarzy. — Nie omieszkam skorzystać z łaskawie 
udzielonego adresu. Adieu. XXXI Gehenna W poczekalni pierwszej klasy na dużej 
stacji węzłowej, siedziała w kątku, na fotelu, czarno ubrana kobieta; głowę jej 
omotywała gęsta woalka z czarnej gazy, postać bardzo szczupła, gięła się 
ociężale, zwisając na poręczy fotela. Przy stole, na środku sali trzech mężczyzn 
rozprawiało z sobą głośno. Omawiano świeży wypadek w Paryżu, podany przez 
dzienniki o pojedynku Drohobyckiego z Horskim. Obaj byli znani w tej okolicy, 
wypadek wywołał komentarze i wyjątkowe zainteresowanie. Ogólnie twierdzono, że 
bezpośrednią przyczyną zajścia, którego ofiarą padł Drohobycki, była żona 
Horskiego. — Naturalnie, jak zawsze, tak i tu cherchez la femme — mówił jeden z 
mężczyzn. — Ale to fenomenalna niewiasta, mówię ja panom, że ona bez ofiar, bez 
tragedii nie może żyć, jest to jej chleb powszedni, zdawałoby się konieczny do 
egzystencji, i to tak od najmłodszych lat. — Nie jest to może jej wina, los ją 
prześladuje. A ładna była, jucha! Widywałem ją często, teraz to podobno 
szkielet. — Pomimo to wodzi na manowce. Drohobycki kochał się w niej i nawarzył 
sobie dobrego piwa, jeśli nie wyzionie ducha, będzie miał naukę na całe życie. — 
Czy ciężko ranny? Widziałeś się pan z jego rodziną. Podobno jadą do niego?... — 
Tak jest, pojechali wczoraj matka i brat, ale nie wiedzą, czy jadą ratować, czy 
chować. Stan groźny, nie rokujący nadziei. Horski dobrze wymierzył; on 
znakomicie strzela, popisywał się tu na polowaniach, przebywając na Wołyniu. 
Niebezpieczny homo, ni to Anglik ni Polak, ale typowy dżentelmen. — Po co 
Drohobycki jeździł do niego? Czy ona go wysłała w poselstwie?... — Kto ją tam 
wie? Mąż ją rzucił, więc kaptowała sobie Drohobyckiego, na zapas, taka bez 
romansu ani rusz. Horski to zwęszył i dramat gotowy. — Ja jej nie znam, ale 
słyszałem o niej dużo dobrego, jest bardzo nieszczęśliwa i fatalistka. Los nie 
do pozazdroszczenia. — Ech, bo pan łaskawy zawsze ochrania kobiety, zwłaszcza 
piękne, a tymczasem trudno jej darować, że zmarnowała taki cudny szmat ziemi 
rodzinnej, to były złote jabłka te jej majątki. Tarło, nieboszczyk, zabiegał, 
pracował, a córeczka do spółki z zamorskim jakimś ananasem przeputała wszystko 
przez kilka lat; grali podobno oboje w ruletę, awanturowali się każde na swoją 
rękę, trwonili pieniądze i teraz majątki w cudzych rękach. Ziemia, od 
niepamiętnych czasów będąca w ręku Tarłów, dostała się teraz w ręce, z których 
już nie wyjdzie. Wstyd, hańba, to nie po polsku i nie po obywatelsku. Takiej 
pani uczciwy człowiek i prawy obywatel nie powinien podać ręki. — A Drohobycki z 
jej powodu może postradać życie. To wariat! — Tam był romans zupełnie jawny, 
Kościesza głośno o tym przebąkiwał. — Może żałował, że sam nie jest w roli 
Drohobyckiego. Rozmawiali długo na ten temt, sądzili Horską ostro i 
bezwzględnie, nie znając istotnej prawdy, szarżowali, obgadując Annę złośliwie, 
bez litości. Zaledwo jeden ujmował się za nią, lecz i tego przegadano, pobito 
argumentami. Nikt nie zwracał uwagi na czarną postać skuloną w kącie sali, nikt 
nie przeczuwał, co się działo w tym biednym sercu, co cierpiała jej dusza 
zraniona, jaki ból bezbrzeżny wyrażały jej oczy czarne, niegdyś gwiazdami 
lśniące, dziś zapadłe w głąb czaszki, mętne i zgaszone wieczną gehenną życia. 
Nikt nie uważał, jak drżały jej chude ramiona, gdy potępiono ją za zmarnowanie 
ziemi, za oddanie jej w obce ręce, gdy czyniono ją winną beznadziejnego stanu 
Drohobyckiego, podczas gdy ona nie wiedziała nawet, w jakim celu jeździł do 
Paryża. Wyczytana w pismach straszna wieść nowym była dla niej ciosem; uniesiona 
pierwszym uczuciem żalu, przyjaźni dla szlachetnego człowieka, tak bardzo 
życzliwego jej, który był już jedynym jej opiekunem i obrońcą, postanowiła 
jechać do Paryża, pielęgnować go w chorobie, aby się wywdzięczyć za jego serce i 
ofiarę dla niej poniesioną. NIe mogła wątpić, że pojedynek nastąpił z jej 
powodu. I oto tu na stacji musiała słuchać okrutnej rozmowy o sobie, szyderczej, 
pełnej jadu złośliwości ludzkiej, a tak barbarzyńsko niesprawiedliwej. Ale 
słuchała chciwie, każde słowo raniło jej serce, zabijało ją moralnie, lecz 
oderwać się od tej rozmowy, opuścić salę, by dłużej nie słuchać, nie potrafiła. 
Jęczało w jej piersiach, łkania w nich rosły, że ściskała gardło, by się nie 
zdradzić jakimś nieludzkim skowytem boleści. Jednakże rozpaczą tchnąca postać 
jej podziałała na obecnych. Rozmowa umilkła, ktoś zwrócił uwagę na figurę 
kobiecą nieruchomo tkwiącą w fotelu. — Cóż to za widmo? — szepnął jeden głos — 
śpi, czy czuwa i podsłuchuje? Annie dech zamarł w piersiach. — Dajże pan spokój, 
widać, że jakaś mniszka czy co? Wieje od niej smutkiem. — Śmiałbym się, gdyby to 
była osoba, o której mówiliśmy. Ot, byłby kawał! — Wtedy nie trzeba jej czyśćca, 
za naszą przyczyną odbyłaby go w tej sali. — Cóż chcecie, może jedzie także do 
Drohobyckiego, aby goić rany, wszakże przez nią je oberwał. Kobiety to lubią. — 
Niemile by ją tam przyjęła jego rodzinka — zawołał trzeci — byłaby całkiem 
niepożądanym intruzem przy łożu chorego. — Dzwonek panowie, pociąg nadchodzi. 
Czas. — Jeśli ta jejmość wsiądzie z nami do warszawskiego pociągu, to ją 
zaczepię — szepnął ten, który najzłośliwiej obgadywał Annę. — Taż co znowu! 
Przywidziało się wam, tamta podobno strojna, światowa dama, a toż biedota jakaś. 
Zaśmiali się i wyszli z sali. Horska siedziała bez ruchu, słyszała dzwonki, 
gwizd lokomotywy, wołanie szwajcarów, wreszcie hurkot pociągu odchodzącego do 
Warszawy. Czekała na ten pociąg, by spieszyć do Drohobyckiego i nie pojechała. — 
Po co? By być przedmiotem nowych kpin ludzkich? Jechać po nowe krzyże i nowe 
obelgi? Przesiedziała do świtu na swym fotelu, głucha i niema na wszystko, tylko 
z okrutnym dramatem szalejącym w duszy. Rano wywlokła się cicho z sali, kupując 
bilet do Wilczar, odległych o kilka stacji. Szła przez pożółkłe pustosze 
powleczone zgniłą trawą. Jesień późna hulała władczo, dął chłodny wicher i 
rozsypywał przed stopami Anny pokurczone liście, drżące długą wędrówką z lasów, 
by poigrać na martwych łąkach, zanim rozsypią się w proch. Anna szła naprzód, 
rozpatrując ruiny przeszłości. Oto tu była dróżka zwana "perekrestką", dziś 
odznacza się tylko wyboistym szlakiem pośród mnóstwa pni sterczących ponuro ze 
zgniłego gruntu. Dalej krzyż odwieczny na mogile kozaka, oparty był o sosnę, 
dziś sosnę ścięto, stoi sam, pochylony, bezradny samotnik tej pustki. Myśli Anny 
rozpierzchały się od bezmiernej tęsknicy wyrębów przesmutnych, biegły w świat, w 
wir wielkiej okolicy, gdzie w białych ścianach domu zdrowia walczył ze śmiercią 
Drohobycki, nowa jej ofiara, nowy straszny wyrzut. Od jego łoża myśli biegły 
jeszcze dalej, aż do Kairu, gdzie zwycięzca pojedynku przebywał obecnie i upajał 
się szałem życia razem ze swą Francuzką. Może skrył się pod upalne niebo Egiptu, 
by rozkoszy jego nie zmąciła wiadomość o zgonie przeciwnika? Anna wiedziała już 
wszystko, przerażał ją ten człowiek zimny jak głaz, który kroczył przez życie we 
własne tylko zapatrzony cele, ścierał tych, co byli mu przeszkodą, odtrącał 
znudzonym ruchem takich, którzy już przestali mu być potrzebni, lekceważył 
obojętnych. Potwór ludzki. — A jednak kiedyś?... Ile siły, mocy hipnotycznej, 
ile uroku wywierał? Stosuje to teraz względem swej Francuzki. — Cygany, jasna 
pani, jadą w kilka fur przed nami — zamamrotał Grześko. Zapomniała nawet, że on 
za nią idzie. — A prawda... Cyganie. Wielkie bryki kryte płótnem zrównały się z 
nimi i wnet stanęły. Mnóstwo czarnych oczu, kudłatych głów wyjrzało spod płacht. 
Młodzież otoczyła Annę i borowego. Z drugiej fury Cygan czarny wykrzykiwał, 
zwołując natrętów. Horska spojrzała i poznała Donru, króla bandy. Chciała się 
cofnąć, lecz i on ją poznał, raczej domyślił się. Gdy zeskoczywszy z fury witał 
ją po swojemu, z dziką szczerością, płachta uchyliła się podniesiona czarną, 
suchą ręką, wyjrzała spoza niej para okrutnych źrenic i jak dwa żuki wpiły się w 
twarz Anny. Starucha, przerażająca jak wiedźma, usiadła na łachmanach i 
wyciągnęła głowę owiązaną w szmaty. — Nie poznaje mnie damulka?... Ot, a ja 
poznała. Ja Makruna, worożycha... zdycham już... ja stara, jak czarna ziemia... 
A ty, paniuńciu młoda?... Hej, hej, ni urody, ni bogactwa, zmarniało... daj tak 
do końca... do wieku... Anna stała jak wryta, oczy szeroko otwarte płonęły 
przerażeniem. Cyganka zaśmiała się bezczelnie. — A tak i ja ciebie zobaczyła 
jeszcze, nie w tej krasie co wtedy, w boru... w złotym słoneczku, w królewskim 
blasku... oj nie w tej, nie w tej, ale taki ja ciebie zobaczyła. Młoda kobieta 
zaczęła uciekać, mijając furgony, przejęta grozą, gonił za nią potworny głos 
worożychy, wołającej ochryple: — MOścia damulka niech się nie stracha, powróżę 
ostatni raz, zdycham, zdycham już, dajcie grosik starej... Anna szła prędko, 
prędko bez tchu, nie słysząc błagań i ostrzegań Grześka. Borowy coś do niej 
mówił, od czegoś chciał ją odciągnąć. Nie słuchała. Czarna dróżka wśród traw, 
szlak śmierci, wiodły ją naprzód. Mijała moczary, nie widząc ich, znane dawniej 
miejsca były teraz dla niej obce, w uszach jej brzmiał śmiech i słowa Cyganki. 
Nagle po długiej wędrówce stanęła. Co to jest? Pustkowie rozległe, martwe, 
wyżyny wśród moczarów, a tam... tam ruiny zamczyska wielkie, zmurszałe, 
zgnilizną ociekłe; wyszczerzone oczodoły okien, paszczęki bram, wieże sterczące 
w górę przeraźliwie jak piszczele. Na prawo wyniosła, rdzawa skała, za nią głąb 
czarnego jak kir jeziorka. Dokoła rozgromiony bór, pole śmierci, pobojowisko. 
Potężne pnie w prochu leżące, zrąbane dęby, pobite jodły. Same, same trupy. — 
Temnyj Hrad! — krzyknęła Anna głosem, który nawet te gmachy drzew martwych 
powołać mógł do życia. Chwyciła się za głowę w obłędzie rozpaczy, instynktownie 
poznawszy swój święty dąb, dopadła doń z wściekłym jękiem i runęła na jego 
powalone cielsko. — Tu... tu... tu! — rzęziła w agnonii męczeńskiej. — Wiedział 
ja, że tak będzie, nie chciał puścić, prosił... Stary otarł rękawem grubą łzę. — 
Boże chorony... Ot! Taj hodi! — Umrzeć, umrzeć tu... Skonać jak on, jak 
Andrzej... Borowy pochylił się nad nią. — Nie umierać, ale żyć, da pracować, 
żeby więcej takich mogił oczy nie widziały. — Nic poza mną i nic przede mną... 
Wieczna gehenna!... Po co życie?... Dla kogo?... Pustka w duszy... w... sercu... 
— skarżyła się boleśnie. — Bojarzynko, a ziemia? Taż ona została, ona wierna, da 
miłowana, dla niej trza silną być, ten ostatni kawałek szanować, żeby już nikt i 
tknąć nie śmiał, jak sakrament. To teraz wasze prawo, hołubka nasza. Kobieta 
łkała, spazm tragicznego bólu wydzierał serce z piersi, lecz nie szumiały już 
nad nią, jak dawniej, królewskie korony temnohradskich dębów.
