Maria Kuncewiczowa
Cudzoziemka
Motto:
...ich sah dich ja im Traum und sah die Nacht in deines Herzens Raum, und sah die Schlang', die dir am Herzen frisst, ich sah, mein lieb, wie sehr du elend bist.
Heine
i
Róża zadzwoniła do drzwi w sposób kategorycznie jednak nerwowy: niechże otwierają natychmiast, chyba wiedzą, że ona tu stoi z ważnymi sprawami. Sabina szybko przytoczyła tym razem z kuchni do przedpokoju swoje wielkie tłuste ciało.
— Dzień dobry starszej pani — powiedziała służbiście.
Zdejmowała z Róży futro, odbierała mufkę, kapelusz, czekała na rozkazy, mruczała coś: potrząsała to jednym, to drugim ramieniem — widać było, że respekt, że nerwowy strach nie mogą zagłuszyć w niej starych urazów, a także chronicznej potrzeby protestu przeciwko charakterowi przybyłej.
Róża rozbierała się powoli, traktując Sabinę jak vieszak albo krzesła... 
W reszcie, poprawiwszy włosy, obrzuciła błyskawicznym spojrzeniem odbicie swojej twarzy w lustrze i podążyła w stronę pokoju. Na progu już niemal spytała o córkę: Gdzie pani? W łazience? Sabina odparła:
Widać pani zapomniała, że pani starsza miała przyjść. Wyszła, nic nie mówiła. 
Róża nie drgnęła pod ciosem, przeciwnie: zrobiła coś takiego, że jej policzki i oczy wydały się nagle jaśniejsze, nowsze — radosne. Zanuciła melodyjkę, zajęła się rozkładaniem paczek na toalecie córki. Sabina ciągle jeszcze stała koło przedpokojowych szaragów.
— Ano, pogoda ładna, to pani pobiegła se gdzieś z samego rana z panią Mirą w Aleje czy do jakiej tam „Europy". Jak to młode panie.
Róża nie wychyliła się w pole widzenia; z żółtego pokoju doleciał tylko ten sam co przedtem, wysoki, klarowny głos:
— Proszę wracać do kuchni. Jak zadzwonię, to Sabina poda mi herbaty. A na telefon będę uważała, pani tu będzie do mnie telefonowała, zapomniałam, że miała dzisiaj iść do szkoły Zbyszka, rozmawiać z wychowawcą.
Podłoga w jadalni zadudniła, drzwi do korytarza trzasnęły, po całym mieszkaniu poszedł łomot, gdzieś pomiędzy łazienką a spiżarnią z tumultu siły i wściekłości wydarła się piosenka drżąca, ostra, cieniutka: „Alleluja, niech panią nie buja..." Za drzwiami kuchni ta piosenka przepadła.
Teraz Róża usiadła i pozwoliła swojej twarzy zmierzchnąć. Usta zwycięskie wsiąkły w głąb twarzy, pozostawiając zaledwie ślad, szramę na powierzchni skóry, szerokie źrenice zwęziły się jak u bitego psa, nos stał się spiczasty, a czoło brudne, zmięte. Forsownie przełknęła ślinę — widać gorzką — bo kąty warg zadrgały. JPołożyła dłonie na poręczach fotela i tak zastygła.] '~~\
Niedługo wszakże trwał bezruch. W Róży niebawem zbudziło się coś naglącego, boleśnie żywego, napastliwego, z czym nie można zaznawać spokoju. Z pociemniałą twarzą wstała i wróciła znowu do wejściowych drzwi. Teraz — w zupełnej samoteości — po raz drugi wkraczała do mieszkania córki. Już nie tym elastycznym, urągliwym krokiem, już nie z tą obojętną postawą co przy słudze. -Toraz wkraczała ciężko, srogo, cierpiętliwie, jak obrażona matka, jak stara, niepotrzebna kobieta. Stuknęła zgiętym palcem w blat maho-/ niowego stolika.
— O, gdzie to Marta wypchnęła pradziadowski stolik! W siejai poniewiera, co przez tyle lat szanowałam, z niiejsea na miejsce poprzez całą Rosję. woziłam.
Schyliła się i troskliwie obmacała wygiętą empirową nóżkę. Jakiś czas stolik stał w dziecinnym pokoju —i wnuczek Zbigniewiprzywiązywał do tej nogi konia na bie"gtmacrT~~TTiadłamał ją. Próżno zabraniała. Córka śmiała się: „Dla niego to jest kareta, dziecko musi się bawić".
Róża, złowroga, sunęła w głąb mieszkania. Przystawała przy nowoczesnych, niedawno nabytych sprzętach, mruczała zjadliwie nad niskim dressoirem i nad wileńską tkaniną. W stołowym, między zegarem a lustrem, wisiał portrecik jej
ojca — niewielki dagerotyp ,w medaliowatej ramce z epoki. PoryWczo zerwała obrazek ze ściany i poniosła do tego miejsca, gdzie leżały jej rzeczy mufka, kołnierz futrzany... Tam go ukryła.
A Telefon nie dzwonił, w domu była cisza, tylko ulica w dole huczała i radio z piętra grało "Close your eyes" * .W angielskim, niezrozumiałym języku słowa brzmiały irracjonalnie, zwierzęco, jak modlitwa dzikiego człowieka. Zmysłowa obsesja i strach przed nocą były w tych słowach. Coś się przypominało wstydliwego, czegoś trzeba było się spodziewać i po czymś płakać, kiedy tak śpiewano. Róża zwiesiła głowę, opuścdła ręce, melodia płynęła nad sufitem i nad światom, a w sercu Róży poruszała się przeklęta młodość. Ciągle żywa, ciągle gryząca, jak złe, nierozumne szczenię.
Róża podeszła do lustra, obciągnęła na sobie sweter w pąsowe i srebrne skrzydła. Kupiła go niedawno, jednocześnie niemal z krótką, modną parasolką o rączce w formie ptasiego dzioba, jednocześnie z paryskim gorsetem i za jasnym na zimę paltem.
Sweter kupować poszły z córką Martą. Kiedy na ladę wyłożono całą serię trykotaży — córka natychmiast odgarnęła jaskrawe sztuki i spośród dyskretnie barwionych wyłowiła najciemniejszy. Ten podsunęła matce, mówiąc:
— Może mamusia przymierzy.'
Róża przymierzyła. Sweter był piękny, czarny, jak gdyby przyprószony szronem, z przepysznym," białym kołnierzem i takimiż mankietami. Zapinał się surowo na jeden rząd guzików. Marta stała olśniona przed matką.
— Cudnie, cudnie ci w tym swetrze — powiedziała. — Wyglądasz jak sen o zimie albo jak Petronela w swojej najlepszej formie — po jedzeniu, kiedy jest uduchowiona.
Petronela to była stara kotka angora.
Róża poczuła wtedy coś gorszego niż śmierć. Poczuła starość swoją, już dokonaną, już nieodwołalnie zapadłą i widoczną każdemu. Śmierć czuła nieraz — nie zbywało temu uczuciu na powabie. Kiedy przy ataku nerwicy czy w samobójczym zapamiętaniu drętwiały wargi, ciężki paralityczny chłód podnosił się falą od stóp poprzez uda ku sercu, doznawała obok fizycznej męczarni, obok wstrętu do własnej bezsiły — także pewnej obleśnej rozkoszy. Że zapada tak głęboko w nieodpowiedzialność, że mści się i że bezkarnie triumfuje nad przymusami życia; że przybliża się tuż-tuż i zaraz osiągnie — tajemnicę. Bezwład ogarniał ją jak nowy wymiar, jak atmosfera innego zwycięstwa. Ze śmiercią, gdy ta ustępowała z jej ciała, rozstawała się z żalem; to był rzadki, gorzki narkotyk, przedsmak nieznajomego świata, pełnego słodyczy. Natomiast starość odczuła teraz jak przewlekłą jawę, która podpełza do człowieka, żeby go obedrzeć z ostatniej nadziei, naznaczyć piętnem ohydy, gwałtem się z nijn stowarzyszyć, włóczyć go — śmieszną, zniekształconą marę —¦ po najparszywszych zaułkach człowieczeństwa. Sen o zimie. Petroneła w najlepszej formie — powiedziała córka. Jakże urągliwie zabrzmiały komplementy! Róża ze wzgardą odwróciła się od ich melancholijnej poezji, z nienawiścią przyjęła wersję o swoim duchowym, bezcielesnym pięknie.
— On ma za długie rękawy — odburknęła wrogo.
Sprzedawczyni i Marta zakrzątnęły się.
— Ależ to drobiazg, tu pod mankietem zrobi się małą zakładkę, poza tym sweter leży jak ulany.
Róża ściągnęła z siebie elastyczną wełnę... Córce łzy stanęły w oczach.
— Ależ dlaczego? Mamo ja proszę, tobie jest w nim ślicznie, pewnie myślisz, że" jest za drogi, błagam cię (siłą przytrzymywała żakiet na ramionach matki) — ofiaruję ci go, no — proszę, proszę — to będzie prezent ode mnie.
Róża bardzo źle spojrzała na córkę; Marta umilkła raptem, zatrzepotała rzęsami i tak już pozostała do końca bytności w sklepie — ogłuszona.
To i owo jeszcze przymierzała Róża, cały czas jednak zerkając na obcisły żakiecik w purpurowe
skrzydła. Wreszcie otrząsnęła się z propozycji subiektki i sięgnęła po niego. Sprzedawczyni /. pewną urazą pomogła włożyć za ciasny trykot, córka odwróciła oczy... Ton monologu sklepowej opadł i schłódł. Bardzo chwaliła żakiecik w czerwone skrzydła:
— I w tym także szanownej pani do twarzy. Bo przy siwych włosach ta czerwień pięknie kontrastuje i pani szanowna ma piękną cerę.
Marta ciągle milczała. Różę nie chłód śmierci ogarniał, nie; ciepły, mdły zapach spraw urojonych, beznadziejnych i żmudnych. Stała ponura przed lustrem, nie ogłaszając decyzji.
Sklepowa także na chwileczkę zacichła, zaraz jednak wzmogła się na duchu i z zapałem dodała:
— Za ten sweter ja gwarantuję, dziesięć sezo-. nów noszenia.
I tu dopiero Róża roześmiała się gromko. Powiedziała:
— Ha, moja pani, dziesięć sezonów to za wiele dla mnie; może jeden wystarczy? No, niech pani zapakuje ten żakiet.
Wyszły ze sklepu z Martą i rozstały się zimno; to było miesiąc temu. Róża zaraz następnego dnia po nabyciu swetra kupiła świetny pas gumowy, który ją wyszczuplił, a na wyprzedaży jesiennej kupiła jasne palto z bardzo cienką warstwą watoliny i parasolkę z dziobem.
W ciągu życia Róża niezbyt wiele czasujspędza ła przed lustrem. Za lat dzieciństwa nie odczuwał: siebie jako odrębnej od świata istoty, drżała, mie niła się na różnych przeciągach -— nic o swoin kształcie, o właściwym swoim kolorze nie wie dząc. Kiedy świeciło słońce, kiedy w taganro skim parku grzmiała muzyka, kiedy siostra mamy, wesoła Jula, śmiała się do oficerów albo konie gwardzistów parskały, albo w stepie kwith drobno różowe tulipany, albo dziad Zwardecki < zmierzchu wstawał nagle od karcianego stolika wytrząsał popiół z fajki, podchodził do okna, z; którym w dali majaczyły zielone kopułki soboru na tle sinej wstęgi Azowskiego Morza, chrząkal milczał, stroszył wąsy, wreszcie schrypniętyrr głosem zaczynał śpiewać: „Jeszcze Polska mie zginęła", a pan Heist, znakomity zegarmistrz warszawski, kompan na.zesłaniu, wtórował bębnieniem palców po szybie i wzdychaniem, kiedy Maniuta Psarułaki, córeczka kupca greckiego, szumiała haftowanymi majteczkami po tarasie — Róża czułą się piękna i dumnie patrzyła na ludzi.
Kiedy natomiast długi, gęsty, niechlujny desze? padał, kiedy żebrak w czeladnej babki Anastazji bił wszy na kudłatym kaftanie, kiedy pachniało nieświeżym masłem, kiedy ojciec mówił do matki: „Mierzawka!" ja dobrze widział w klubie, jakie u was ze sztabskapitanem Borejkinem szli sztuki pud stołem. Nad stołem buzia i rączki, i karty, a pod stołem — pfuj, ta suczka z przeciwka, i to u niej wstydu gdzie! więcej" — wtedy Róża czuła siq szkaradna, przepadała po kątach, rzucała na wszystkich pełne winy spojrzenia, za skarby świata nie zerknęłaby w lustro.
Dopiero w szesnastym roku życia był taki wieczór — już w Warszawie u Bądskich. Już w epoce tante Louise, tej, „która nie ugięła się i przetrwała"...
Róża stała pod piecem w mieszkaniu pana dyrektora, znakomitego skrzypka, boskiego Januarego, który „roznosił po świecie sławę polskiego imienia". Boski January był nieobecny. Jego głowa, ozdobiona parą wąsów ostrych jak szydła — kołysała się zapewne nad skrzypcami, czarując damy, gdzieś może na reunionie przy ulicy Wiejskiej albo w Resursie Obywatelskiej sterczała dumnie nad karcianym stolikiem. A może i na jakichś webowych, walansjeną rozszywanych poduszkach tarzała się ta artystyczna głowa w czułym tete a tete z kędzierzawą główką koryfejki baletu..
Pan dyrektor był nieobecny, a Róża stała pod piecem, czekając, kiedy panna Aniela Bądska ukończy gamy i zechce Ifaskawie zaakompaniować jedynej uczennicy papy „Moment musical" Szuberta. Jedynej uczennicy — pierwszej „adeptce" skrzypiec Warszawskiego >Konserwatorium na Tamce. Czarnej, chudej dziewczynie z rumieńcami ¦ latającymi jak płomień po śniadych policzkach, z lśniącym długim warkoczem, z kacapską wymową i z niemodnym medalionem na szyi.
Lampa ćmiła za mlecznym kloszem, czerwone pluszowe fotele jarzyły się po kątach, panna Aniela wybijała takt nogą: „raz i dwa i raz i dwa...", dorożki turkotały po kocich łbach Ordynackiej, gdzieś w głębi gmachu woźni — sprzątając — ciskali ławkami i chór „Lutnia" odwrzaskiwał „Nie masz pana nad ułana"; jakieś nigdy dawniej nie wąchane zapachy, jakieś niepojęte sprawy, nie marzone nastroje ciągnęły szarówką od obcego miasta, od cudzych mieszkań i zamiarów. Od tej całej „nieszczęśliwej, bohaterskiej" Warszawy. Róża zamykała się w sobie i pragnęła, śniła, modliła się, żeby z daleka, z daleka pochwycić nozdrzami nierzeczywisty, już umarły zapach Taganrogu.
Wtedy to skrzypnęły drzwi, pod piecem stanął Michał Bądski, najmłodszy syn mistrza. Róża poweselała, już chciała roześmiać się głośno, dygnąć trząchnąć warkoczami i dużo nagadać swoim śpiewnym kacapskim akcentem, ale Michał położył paleo na ustach. Przysunął się bliżej, zaczął niby dłońmi szukać po piecu najcieplejszego kafla i tak zagarnął, otulił, rozgrzał całą Różę. Później
wśliznął się ramieniem pod ramię, policzek przybliżył do policzka i powiedział cicho:
— Nie trzeba. Niech ona sobie gra. A my — lak.
Uścisnął lekko, patrzył. Róża poczuła się senna. Niebieskie, blade w złotych rzęsach spojrzenie Michała spływało na nią jak rzeka — powolna^ nieunikniona, groźna. Róża czuła, że wszystkie trzepoty i słowa, wszystko, co było dotąd dobrze wiadome — tutaj, teraz nie nada się do tego spojrzenia. Była bezradna, upokorzona, ale bała się drgnąć, żeby spojrzenia nie spłoszyć.
Po chwili Aniela przestała grać. Filuternym wzrokiem ogarnęła parę spod pieca.
— Boże, jakaż to śmieszna ta mała — rzekła. Róży nie dotknął okrzyk, nie miała siły czuć
nic innego poza ciepłem Mdchałowego ramienia. Natomiast Michał obruszył się, zamachał dłonią w kierunku fortepianu,- potem nie odrywając wzroku od czarniawych policzków, obróoił Różę delikatnie pod światło lampy i wyszeptał modlitewnym tonem:
— Ja, ja, das hat się schon — eine wunderschóne Nase *. No co, Różyczko — dodała oficjalnym głosem — zagramy naszego Szuberta?
Tego wieczoru — wróciwszy od Bądskich do domu — Róża z wielką ostrożnością zamknęła drzwi na klucz przed ciotką Ludwiką, zasiadła przed lustrem i nie wstała, aż świeca spłynęła w świeczniku. Odkryła swoją twarz.
Twarz odtąd stała się dla Róży na długo przedmiotem wytężonej uwagi, wielkiej troskliwości. Z niepokojem studiowała cerę, ściągała wargi i rozciągała w uśmiechu, mrużyła, to znów rozszerzała oczy, wkładając kapelusz przed lustrem. Diese, diese Nase, to było już przesądzone, tu nie było strapienia, skoro Michał chwalił, i to po niemiecku. Tym sroższe wątpliwości wybuchały na temat reszty fizjonomii. Czemuż Michał zupełnie" pominął resztę? Czyż tylko diese Nase?
Róża lękliwie porównywała ze swoją powierzchownością urodę koleżanek, obrazy, charakterystyki książkowych heroin. To wszystko było tak nieuchwytne,- wieloznaczne: cudze rysy, wiersze, własna twarz... Róża męczyła się, miotana z fali na falę od pychy, od samouwielbienia do kompletnej rozpaczy.
I tak: Roza Weneda Andriollego — czarnooka, bardzo do Róży podobna, tylko starsza (nos zupełnie taki sam) uchodziła za piękność w Warszawie. Ale komuż się podobała? Słowackiemu, Andriollemu, ciotce Ludwice, panu Czarnookiemu z Kujaw i sztubakom z I gimnazjum. Ale Michałowi? Tego nie można było wiedzieć, czy Michałowi podobała się Roza Weneda. Kiedyś znowu Koli] stek Relejewski, rudy, dumny, chociaż oberwany, l^na lekcji harmonii przysłał karteczkę: „M-lle Rose belle comme une rose" *. Serce na chwilę zabiło i zaraz usnęło w błogości, nareszcie będzie można spocząć, oprzeć się na słowach Kostka, który aż na Wołyń jeździł koncertować, więc dużo kobiet widział, dużo wiedział. Otóż nie — nie można było spocząć; bo Kostek to nie Michał, i Michał nie wiadomo, czy lubił róże, i Kostusia pan dyrektor zamknął na trzy dni w piwnicy o chlebie i wodzie. Czy taki mówi kiedy poważnie, i to z panną przybyłą z Taganrogu?
Niebawem do udręk z powodu twarzy przybyła iwa męczarnia, nowa tajemnica: ciało. Michał nosił za Różą skrzypce do domu. Michał wsze był w przedpokoju, ile razy Róża wkłada salopkę wychodząc z lekcji od pana dyrektora.
Michał podkreślił i zaopatrzył w dwa wykrzykniki tytuł pieśni Griega: „Je faime, helas"*, i te ' nuty sam położył na pulpicie przed Różą.
W pogodne wieczory ktoś chodził naprzeciwko okna po chodniku ulicy Mazowieckiej. Ktoś taki: chodził — wysoki, szczupły, szalenie wzruszający, z głową zadartą w stronę okna. Śpiewał, ręką dawał znaki... Róża bała się wiedzieć, kto to jest, '¦ nie stawała w samym oknie, tylko opodal za firanką, a na oknie stawiała świece. Stała nieraz długo, firanki drżały, płomień świecy kładł się pod westchnieniami, po ścianie błądził cień, oczy ;. uciekały w ciemność uliczną i tropiły, tropiły wysokiego przechodnia. Tante wołała z drugiego pokoju:
— Co tam robisz, moje dziecko? Czemu nie egzercytujesz się?
Róża odpowiadała natychmiast:
— Nie mogę dzisiaj, proszę cioci, maestro zabronił, mówił, że kiść sforsowana.
Aż wreszcie kiedyś — to już była wiosna i perskie bzy, takie same jak w Taganrogu, kwitły w Botanicznym Ogrodzie — Michał wieczorem zastąpił Róży drogę. Powiedział: :
— Różyczko, skarbie mojej duszy, aniele prześliczny, moje dobre dziecko... Popatrz, noc jaka piękna! Ptaszyno, ja wynająłem karetę. Nie bój się mnie, nie drzyj. To nic złego, przysięgam na
matkę. Ale gdzież pójdziemy? Powiesz cioci, że papo zatrzymał cię na wieczór i kazał grać z Anielcią. Przecież popis niedługo.
Zgodziła się. Pojechali.
Tak gdzieś przed siebie, ogrody pachniały, widać — za miasto. Między sobą a Michałem Róża postawiła skrzypce. Trzymali się za ręce, nic nie mówili. Michał głaskał dłoń. Później szeptał i przyciągał do siebie. Ale Róża siedziała sztywno. Nagle wyraźnie powiedział:
— Jaki piękny masz medalion — uchwycił medalion z lokiem zmarłego braciszka, jego ręka wydała się nad wyraz ciężka, gorąca, gdy spoczęła na piersi. Róża kazała zaraz wracać, płakała żałośnie, nie strącała jednak upartej, rozgorzałej ręki. Michał całował po piersiach, po ramionach, żeby przestała płakać. Wrócili szybko i nic już okropniej szego niż ta ręka nie stało się tego wieczora. Stało się jednak drugie straszne odkrycie: ciało. Ożyły piersi, biodra, kolana — wszystko, czego dotykały poprzez suknię dłonie Michała.
Później, w dobrych kilka lat po wielkim bólu rozstania, kiedy Michał siedział już w Wierchnie-udinsku jako inżynier powiatowy, mąż moskiewskiej kursistki, uwiedzionej przez siebie, sobie na wstyd, Róży na wieczyste konanie, kiedy już tam siedział, zgnębiony, przeklęty — Róża uwierzyła Kostkowi Relejewskiemu, Słowackiemu, panu Stanisławowi, Albinowi, tylu, tylu innym. Uwierzyła w swoją twarz, w swoje ciało i ofiarowała
siebie z łaski synowi burmistrza Nowego Miasta,
mrukliwemu Adamowi.
Zrobiła się zarozumiała, nieprzystępna. „Zimna piękność" — mówiono. Matka, biedna lekkomyślna Sophie (oboje z ojcem przy wlekli się po
dwóch latach za córką, Luiza obiecała złote góry,
ojciec wyżebrał translokatę, sprzedał dom, konie
— skończyło się na nędznym bycie w drogdej,
nieprzychylnej dla rosyjskich oficerów stolicy)
— Sophie błagała:
— Córko najdroższa, nie gub ty nas, patrz, papoczka już osiwiał od tych patriotyzmów,
co ta wariatka z nami wyprawia. Kiedy tam? co
tam ze skrzypki tej wyjdzie? pluń i wychodź za
mąż, krasawica ty moja...
Róża postanowiła się zemścić. Na Polsce, gdzde
ją nieszczęście spotkało, i na mężcfzyznach. Uroda
błyszczała na niej wtedy jak książęcy strój, wszyscy na ulicy odwracali głowy. Nie chciała ładnych
pawiczyków ani potężnych starców — takiego
właśnie chciała: cichego, nic nie znaczącego Adama, żeby na ndego zwalić swoją piękność jak miażdżący głaz. Żeby nic jej nie mógł ofiarować w
zamian za dar okrutny — ani rozkoszy, ani bogactwa — żeby za nic nie musiała być wdzięczna. Chciała takiego właśnie bezwolnego petersburskiego studenta z Darwinem pod pachą, z
obrazkiem Częstochowskiej w kieszeni, z kacapską brodą i romantycznym, nadwiślańskim sercem.
Świeżo upieczony kandydat nauk matematycz przyjechał po dyplomie do kraju, rodzina
awenny odprawiała, siostry na mszę dawały, żezostał czymś mniejszym — chociażby posadką
poczcie się ukontentował — a do prawosławfej Rosji nie wracał. Siostry upatrzyły,Różę. Coś
Jfzeba było dać bratu jako okup za górne ambije. Niech ma żonę niezwykłą, niech ożeni się z
jękną skrzypaczką. Czymże wobec tego będą pole klępy kuzynów?
śża umiejętnie błyskała źrenicami, spuszczała
|ie rzęsy, obciskała biodra w kaszmirowe prin?'y i oddała Adamowi mściwą rękę.
wzięli u Panny Marii w Lesznie. Róża w
tiulach pozwalała mieszczkom, drobnym,
?ym szlachciankom i zatabaczonym wujom
bwać swoje bursztynowe azowskie policzki.
|hylała głcwę i uśmiechała się tkliwie, gdy
iono, śliniąc się z uniesienia:
Witaj nam w skromnej, lecz — Bóg świadtiern — poczciwej rodzinie, panno zacna, nadob córo męczenników za polską świętą sprawę. .W
jękach twoich los Adama. Przywiążże małżonka
io tej naszej nieszczęśliwej ziemi. Tu pracujcie,
i dziatki chowajcie.
Siostry wraz z ojczulkiem burmistrzem odjechały — szczęśliwe — do Nowego Miasta, a w miesiąc później Róża wiozła Adama do Saratowa,
gdzie w gimnazjum „realnym" otworzył się wakans dla młodego matematyka.
O, jakże wysoko nosiła po Saratowie diese, diese — o ja — wunderschóne Nase! Ubierała się
czarno. Na to jedno jeszcze pozwalała Michałowi:
na swoją żałobę po nim. Chodziła wystrojona w
długą rotundę ze stuartowśkim kołnierzem i w
maleńki, na czoło zsunięty kapelusik, który zdobiło krucze skrzydło. Suknie nosiła opięte, z koronkowymi żabotami, czesała się gładziutko, z
rozdziałem pośrodku głowy, tylko kilka puszystych loków nad karkiem. Ręce bez pierścieni,
nerwowe i ciężkie. Kiedy podawała dłoń, czuło się
w uścisku martwy, jednak palący przedmiot.
Dwoje dzieci przyszło na świat, spłodzonych
najciemniejszą nocą. W ciągu dnia Adam nie miał
do żony przystępu, krzątała się po domu — stosownie do pory ubrana — obca, żadnej poufałości nie rozumiejąca. Kokietowała każdym ruchem, każdym zimnym słowem. Pobudzała do
szału zazdrości, bo tak samo ozdobnie i drażniąco
poruszała się wobec wszystkich mężczyzn.
W nocy leżała nieruchoma. Czyż miała ułatwić
Adamowi posiadanie? Czyż nie dość było gładkie
i różowe jej ciało, by sam jego widok stanowił
zdobycz bez ceny?
Raz Adam — w dwie godziny po wyjściu do gimnazjum — wrócił znienacka do domu. W salonie przy pianinie siedział znany w mieście meloman, prezes sądu okręgowego, gospodin Krylęnko, Małorus szafirowooki. Róża stała opodal. Ręka ze smyczkiem w dłoni spływała bezwładnie
między fałdami czarnej sukni — bezwstydnie blisko od apoplektycznego torsu Krylenki. Róża cała jaśniała swoim niedobrym pięknem. Ach, to
wtedy Adam popełnił owo szaleństwo, podniósł w
górę laskę, zachrypiał: —- Won, won, poszoł won
— i ramieniem, skaczącym konwulsyjnie, wskazywał drzwi prezesowi sądu. I to wtedy także Róża po raz pierwszy w małżeństwie pozwoliła w
pełnym świetle zobaczyć swoją twarz, skurczoną
od namiętnych uczuć.
— Głupi, głupi! — krzyczała — po tysiąckroć
głupi! Czego się boisz, czego się wściekasz? Nikogo nie pokocham nigdy — wszystko, świat cały
za mną zatrzaśnięty na wieki!!! Nędzna ja, nieszczęśnica, w złą chwilę urodzona.
Szły długie lata dobrego zdrowia, kwitnącego
wyglądu, szumiących kanausowych halek, częstych, łatwych triumfów Róży nad męskimi żądzami. Polubiła tę grę — cierpienia mężczyzn podtrzymywały ją jak alkohol.
Urodą operowała mistrzowsko. Ponieważ w
erotycznych okolicznościach nie bywała wzruszona, nie zbrakło jej nigdy okazji, by zaobserwować
w lustrze, który uśmiech, wyraz, jaka poza są
najbardziej korzystne. Zauważyła, że przy uśmiechu niezbyt szerokim mięśnie twarzy układają się
niesfornie, kryjąc oczy, co nie jest okupione błyskiem zębów. Zatem ilekroć wypadało mdło się
roześmiać, opuszczała głowę i dłonią przesłaniała
twarz — wtedy nie kompromitowała* oczu i nadawała śmiechowi pozory ładnej melancholii. Taka
była mądra.
Pielęgnowała się troskliwie. Na noc wcierała w
policzki maść ogórkową, ręce namaszczała coldcreamem, sypiała w rękawiczkach, nie nosiła raniących bryklami gorsetów, ciało utrzymywała w
pedantycznej schludności. Wiele w tym znajdowała pociechy, że tak prostymi środkami można
było osiągnąć zemstę nad rodem męskim, nad
Polską, nad Rosją i nad własnym życiem. Nie
myślała tak — zdawała sobie sprawę z proporcyj
ludzkich spraw. Z tego, że jeden człowiek nie może przesłonić sobą świata, ani świata czy narodu
reprezentować; a także, że zemsta niczego nie uleczy, że jest zadaniem śmiesznym, bo winowajca
zawsze pozostaje nieznany, mściciel zaś ostrze kary sam przeciw sobie obraca. Róża Jo wiedziała
— nieżyczliwe podboje, złośliwe romanse nie dawały jej nadziei na poprawę losu. Róża wiedziała,
ale czuła inaczej. Dla niej — wbrew wszelkiemu sensowi — jeden człowiek przesłonił świat,
jeden człowiek reprezentował naród i jedna tylko
niedorzeczna zemsta była uczuciem, którym oddychało serce. Taka Róża była głupia.
Ilekroć Adam chudł z namiętności i wodził
wzrokiem za jej biodrami, radowała się: dobrze
mu tak, kozłowi przeklętemu; na pewno zrobił
tak niejednej pannie .jak Michał mnie.
Ile razy Adam — otrzymawszy list z Nowego
Miasta — wychodził do kolacji osowiały, zrzucał
ze stołu rosyjskie gazety i krzyczał na synka:
— Jak ty mówisz? Jaka tobie mamoczka? Mamusiu masz mówić! — radowała się: dobrze ci,
Polacfeku; Polaczkowie, skorzy jesteście ludzi na
durniów wystawiać, zdradą człowieka żywcem do
grobu kłaść; więc sam pocierp teraz i Polska twoja niech przepadnie, zdradliwa.
Ile razy udało się Róży osiągnąć rozpacz czy upokorzenie Rosjanina, że gospodin pułkownik czy
statslkij sowietnik *, czy chociażby niefortunny, z
miłości ogłupiały praporszczyk ** — jąkał się,
bladł, jak zbawienia duszy wyglądał dobrego słowa — odtrącała z radością: poszedł won, Mochu.
Pocierp za tę twoją siostrzyczkę-kursistkę, kotkę
bezwstydną, Moskiewkę, co podłymi sposobami
zgubiła Michała.
Ile razy, powróciwszy z miasta, zamykała się w
swoim pokoju, padała na kolana, tuliła głowę do
krawędzi łóżka, biła pięścią o podłogę, dusiła się
w łkaniu i synek Kazio stukał drobną rączką do
drzwi, a ona wciskała szal do ust, żeby nie krzyczeć głośno, kiedy potem stawała na nogi, drętwa,
zimna, z nieprzytomnym spojrzeniem — radowała się wtenczas zjadliwie: dobrze ci, „Różyczka",
dobrze, na cóż było zaprzedawać się duszą i ciałem temu blademu frantowi? Teraz cierp, cierp
i zęby zaciskaj...
Kiedy dzieci podrosły, Róża nie tak już okrutnie prześladowała ludzi swoją urodą, zawsze jednak pilnie o nią dbała.
Z biegiem lat coraz skrzętniej zwracała na to
uwagę, jak ludzie na nią patrzą, jakim tonem, w
jakich słowach wyrażają komplementy.
Jeżeli spostrzegła, że jakiś szczegół powierzchowności zestarzał czy zeszpetniał — w pierwszej chwili przerażała się niemal do omdlenia.
Żółta plama na szyi czy obeschnięcie naskórka na
brodzie wydawały się złowrogim sygnałem, patrzyła w lustro rozszerzonymi ze strachu źrenicami. Ale nie śmierci się bała — bała się metamorfozy. Że kiedy to przyjdzie wreszcie, a właściwie kiedy t o wróci, Róży już nie będzie wolno tego przyjąć. Że t o stanie przed nią i wcale jej nie pozna, bo Róża będzie zmieniona.
Nieustannie — wbrew wszystkiemu — czekanie na powrót tego było czymś tak naturalnym
i niedostrzegalnym jak krwiobieg. Róża nawet
nie rozumiała, o co jej chodzi, gdy patrzyła ze
śmiertelnym lękiem na zmarszczkę czy na inny
ślad przemijania. Nie rozumiała także, czemu
w lęku i w rozpaczy godził ją z życiem, zachęcał
do wytrwania widok owej wunderschóne Nase,
klasycznego w istocie nosa, który nie ulegał
wpływowi czasu. Sama nie wiedziała czemu, gdy
— ostatecznie przygnębiona — rezygnowała
z gładkości skroni, z żywości cery, przestawała
troszczyć się o blask oczu — nieposzlakowana linia nosa, cała diese, diese Nase pozostawała
przedmiotem uwagi, pychyH nadziei. Aż wreszcie
dwa miesiące temu w Królewcu...
Miesiąc temu córka Marta powiedziała:
„Wyglądasz jak sen o zimie, jak Petronela
w najlepszej formie". I Róża przeraziła się do
szpiku kości. Czyżby? Czyżby ją w Królewcu
oszukano? wydrwiono? Na progu śmierci niemal
objawione życie czyżby miało okazać się zmorą?
Córka z podziwem patrzyła na nią w sklepie, nie
powiedziała jednak żadnej z tych rzeczy, które
się mówi żywej, prawdziwej kobiecie.
„Zdrada, znowu zdrada..." — zakołysało się,
zakotłowało, zaszumiało w Róży od przeczuć, od
objawień, od bolesnych świateł. Więc może nie
zrozumiała w Królewcu? Więc tamto znaczyło co innego! To ona sama — oszalała z czekania
i z krzywdy — napełniła krwią obojętne słowa,
rozpaliła w sobie te wspaniałe ognie! A jednak
nie mogła chyba pomylić się tak wariacko? Gdyby oczy Gerhardta, dłonie Gerhardta były oczami i dłońmi upiora, jakaż byłaby przyczyna, jaki
sens okrutny przebudzenia Róży?
Zlekceważyła córkę. Kupiła czerwony żakiet
i za jasne palto. To ziściło się — odrzuciła czerń.
Nie dostojeństwo, jak chciała Marta: czerń
w stroju Róży oznaczała czekanie.
Radio gra „Close your eyes". Róża — wzburzona pominięciem przez córkę swojej wizyty,
zirytowana brakiem szacunku tutaj, w tym zięciowskim domu, dla empirowego stolika, zmęczona gniewem — usłyszała pieśń i pragnęła zapomnieć, jaki jest dzień, jaka sytuacja.
Zerknęła w lustro, obciągnęła na sobie sweter
w czerwone skrzydła...
i Siadła, wyjęła z mufki czarny gamasz włóczkowy z jeszcze nie wyciągniętymi drutami i drUgi
— już zupełnie gotowy. Gamasze zrobiła dla
Adama. Należało wyciągnąć druty, wykończyć
szydełkiem pierwszy. Zabrała się do' pracy.
Tymczasem radio ciągle grało. Zmętniale oczy
uniosła w górę, serce powolutku, powolutku, jak
zaczajone zwierzę, odwróciło się na bok, krew.
gorącą falą chlusnęła do twarzy, gardło zacisnęło
się, po nogach od krzyża w dół zbiegły mrówki...
Róża odłożyła robotę i ni stąd, ni zowąd rozpłakała się.
Szybko jednak zapanowała nad czułością,
wstała, przeszła do salonu. Nad staroświecką kanapą rozpięty był szal wschodni jej babki, zesłanej wraz z mężem ongi, w 31 roku, na Kaukaz.
Babka Zwardecka „wodę z Tereku na koromysłach nosiła..."
Szal — obok listu księcia Józefa do dziada
Żabczyńskiego, kapitana legionów, obok pożółkłego „stanu służby" tegoż kapitana, który był ranny w rękę pod Santo Leo, w nogę pod Somosierrą, w głowę pod Hohenlinden, przetrwał San Domingo i w „nadgrodę czynów walecznych" otrzymał „pensję retretową w Korpusie Weteranów",
obok liściku nabazgranego dziecinnymi kulasami
przez ojca, jedynaka tamtego Napoleonidy, do
jakiegoś w gęstwinie zamierzchłych rodzinnych
powikłań utajonego wuja Eckerta, liściku skropionego łzami dwunastoletniego kadeta — sieroty: „Wielce czcigodny, sercu memu miły Wuju
dobrodzieju, mnie się zdaje i ja w tym proszę ratunku, że ja tu w Petersburgie zaazynam zapominać mój rodzinny język", obok „Matki-Spartanki" Kniażnina, przepisanej en pattes de mouche *,
obrysowanej w emblematy narodowe na panieńskim sekretnym sztambuchu przez ciotkę Luizę,
uczennicę Jachowicza — szal babki Zwardeckiej
był dokumentem, którym Róża dumnie legitymowała się w życiu. Był jak gdyby pokwitowaniem
historii ze świadczeń publicznych rodu.
Róża, wyposażona w wyżej wzmiankowe
przedmioty, czuła się w prawie gardzić pariotycznym społecznikowaniem męża, ba — gardzić
w ogóle ubożuchną, łapserdacką, niewolniczą
Polską.
„Przodkowie moi po mieczu i po kądzieli krew
swoją przelewali dla kraju" — mawiała. Kiedy
generał-gubernator, graf Brenczaninow, zobowiązany za współudział Róży w koncercie na Instytut Ślepych, protegowany przez Marię Teodorównę (jakże pięknie grała wtedy Róża „Legendę"
Wieniawskiego, przyciskając do skrzypiec aksamitny podbródek i mrużąc czarne oczy) — przyszedł z wizytą, pochylił się nad kołyską tak samo
czarnookiego niemowlęcia i zapytał: „Jakże na
imię temu miłemu, przecudnemu dziecku?" —
Róża odpowiedziała wyzywająco: „Casimir. To
jest polskie, królewskie imię — Kazimierz. Jego
ekscelencja może już zapomniał, że w Polsce dawniej panowali królowie?" Tak powiedziała, zrażając — ku rozpaczy męża — do siebie i do sprawy katolickiej kaplicy liberalnego dostojnika w
Saratowie.
Szal babki Zwardeckiej — to był rok 31. Wtedy
powstańcze wojsko biło się w mundurach, wtedy
cesarz Wszechrosji tytułował sią królem Polski,
wtedy matrony nie chodziły jeszcze w czerni, z
krzyżami na hebanowych różańcach, nie oddawały
klejnotów na żebracki skarb narodowy,. wtedy
Polska nie nazywała się cette malheureuse et
.sublirne martyre *, nie skamlała po emigracjach,
nie pieniła się po szczurzemu w niewoli, tylko
gryzła wędzidło jak świeżo osiodłana klacz. Dla
Róży Polska skończyła się w roku 1831.
Tego Kniaźnina tante Louise, córki legionisty,
wcześnie osieroconej wraz z kilkorgiem młodszego rodzeństwa przez ojca, pokłutego wszystkimi
gatunkami antybonapartystowskich kul, i przez
matkę — półkrwi Hiszpankę, pół-Mulatkę, łup
z trującej wyspy, tak nietrwały w zimnym klimacie — sztambuch ciotki Louise, panny z murzyńskimi wargami i z neoficką srogością .w sercu dla wszystkiego, co niecnotliwe, niewzniosłe,
nie dość Bogu, znękanemu krajowi i braciom w
Chrystusie oddane — Matkę-Spartankę w wieńcu spętanych orłów, ten dokument Róża przechowywała z rozsądku. Błysnąwszy w rozmowie
nazwami ze „stanu służby" — Lombardia, Somosierra, Berezyna, Waterloo, otuliwszy się w szeleszczący bogactwem i legendą szal babki Zwardeckiej, uroniwszy łzę nad skargą kadeta w mikołajewskich akselbantach — Róża miała zwyczaj z westchnieniem i ze zmarszczką na czole
przedkładać rozmówcy sztambuch. Sztambuch
także. Że oto przetrwali, nie wynarodowili się,
nie zmoskalili. O... słaba dziewczynka — sierota,
na nędznym weterańskim chlebie, nie ugięła się.
I w tej swojej biedzie i sieroctwie warowała,
oszukiwała, przyczajała się przed władzą, póki nie
porosła w pierze i nie uciekła wrogom. A potem
— tak, pracowała dla kraju. Całe życie pracowała dla kraju. Owo „pracowała" Róża wymawiała
z patosem, który miał przesłaniać jej obrzydzenie
do krecich, łachmaniarskich „prac", tak przecież
szanowanych przez prelegentów, autorów i dobrze myślącą opinię.
Róża wspięła się na palce, szarpnęła szalem.
Okazało się wszakże, że nie pluskiewkami był
przybity, lecz gwoździami. Wielkimi, ordynarnymi gwoździami. Zleżała tkanina pękła i rozlała
się tępo bez jedwabnego szelestu — jak przegniły łach. Róża wydała okrzyk, otarła palce o suknię, ścierpła, jak gdyby dotknęła trupa. Przez
chwilę stała — zmrożona. Niebawem jednak
ochłonęła i złość rozpaliła jej na policzkach wypieki.
— Polskie porządki — syknęła. — Tylko w
polskim domu możliwa jest taka barbaria.
No tak, bo w pałacu baronostwa Kiticyn Róża
widziała, jak czepiec frejliny dworu Katarzyny
Wielkiej wylegiwał się w watowanej gablocie.
Chwyciła nożyczki, poczęła zaciekle wydziobywać
nimi wielkie gwoździe, kaleczące chtfstę znad Tereku. Zmęczyło ją to zaraz i nie było skuteczne.
Rozejrzała się po pokoju. Na biurku zięcia w
wielkim poszanowaniu pod klósikiem stał krucyfiks z chleba, ulepiony w katordze przez zięciowskiego wuja. Za krucyfiksem leżał nóż do rozcinania kart w kształcie krokodyla z rozwartą
paszczą. Ten krokodyl mógł się nadać do wydobywania gwoździ. Wyciągnęła rękę i sięgając po
nóż strąciła na ziemię krucyfiks wraz z kloszem.
Rozległ się brzęk, a twarz Róży wypogodniała
jak po minionym bólu.
— Pewnie mężulek kazał Marcie tak ze mną
postąpić! — szeptała. — Akurat dzisiaj tak ze
mną postąpić, dzisiaj!... Więc maszże, niegodziwy.
Prawie wesoła — dokończyła przy pomocy krokodyla zdejmowania chusty. Strzepnęła ją, złożyła, odniosła tamże, gdzie portrecik ojca.
Telefon zadzwonił, upudrowała się gorączkowo,
przybrała oschły wyraz twarzy — może Marta?
— i podeszła do aparatu. Ledwie zdjęła słuchawkę, Sabina przycwałowała słoniowym truchtem
przez korytarz.
— Czego? — spytała Róża. — Mówiłam, że sama odbiorę.
— Nie, ja tak tylko przyszłam, że może pani
starsza prosi herbaty.
Umyślnie powiedziała „prosi", jak do małego
Zbigniewa. Róża, słysząc wyraźnie w tubie niecierpliwe i nieśmiałe „halo, halo" Adama — rzuciła przecież w stronę kuchni:
— Proszę nie przeszkadzać. Pani właśnie przeprasza, że się spóźnia, musi czekać na tego wychowawcę.
Sabina z pasją zawróciła z drogi.
„Halo, halo" Adama stało się już rozpaczliwe,
kiedy Róża mruknęła:.
— No, dobrze, „halo", czego chcesz? Jej nie
ma...
Adam widać stropił się, bo napadła na niego
podejrzliwie:
— Tak, ja; więc cóż z tego? Niemiła niespodzianka? Wolałbyś przed córeczką skargi na mnie
roztaczać? Wy wszyscy dobrzy jesteście — zacietrzewiła się, nie dawała przyjść do słowa. — Wyzyskać człowieka, ostatnią skórę zedrzeć z tej
matki, niech pracuje dla was, jak czernoraboczaja *, ale zrozumienia od was nie czekaj — glos
jej robił się nienaturalnie jasny, zdyszany. —
Nic nie widzą, niczego nie zauważą, nie ocenią...
Milcz, milcz, ja dobrze wiem, jaki jesteś — stłumiła głos w obawie przed Sabiną — przyjdź tu
zaraz; nie, nie na obiad, tylko właśnie zaraz —
gamasze gotowe!
Trzasnęła słuchawką, cała drżąca wróciła do
salonu.
Mijając wielkie lustro, spojrzała na jaskrawy
sweter i twarz jej wypogodniała znowu. „Close
your eyes" — nie, w salonie nie było słychać radia sąsiadów, na adapterze skończyła się już ta płyta.
Róża podeszła do fortepianu, zaczęła przerzucać
nuty. Po chwili rozłożyła na pulpicie „Żal" Chopina, etiudę zaadaptowaną do śpiewu. Siadła, zagrała parę taktów... Ogromnie lubiła śpiewać, wiecznie złorzeczyła ciotce Luizie za skrzypce.
Tante zdołała wyłamać się z petersburskiego Instituta Błagorodnych Diewic *, ukończyć pensję w
Warszawie i Hotel Lambert w Paryżu. Zdołała także odrzucić miłość opiekuna z urzędu weterańskiej
córki, gospodiha Sziszko, ziemskawo-pristawa **,
natomiast wyuczyć się przecudownie języków,
przepisać do sztambucha — oprócz „Matki-Spartanki" — całego „Konrada Wallenroda" oraz pozyskać przyjaźń znakomitych ziemiańskich rodzin
na Kujawach.
Długie lata zmieniała dwory co szkolne pokolenie, ćwiczyła panięta w wymowie pięknego francuskiego rrr i w nienawiści do ,.dzikiego najeźdźcy
ze wschodu'1. Aż wreszcie, zebrawszy kapitaltk
i kolekcję złotych zegarków z emalią ¦— souveniry * po wdzięcznych pupilach zjawiła się którejś
jesieni w Taganrogu, by obrzucić wzgardliwym
spojrzeniem lekkomyślną Sophie, która niepomna
krzywdy swego ojca-patrioty, nieświadoma jak
gdyby owego noszenia na koromysłach wody z Tereku przez rodzoną matkę Anastazję, nieświadoma
bodaj nawet tragedii męża — sieroty po napoleończyku zmuszonego do służby carowi, nieświadoma
niczego chyba, co „poczciwe i honorowi należne",
szastała się po oficerskich klubach.
Elle Ta foudroyee du regard, cette malheureuse
Sophie *. 1 zamknęła :;ię z ojcem w gabinecie.
Przed wieczorem wezwano Różę. Ojciec wyglądał chory. Może płakał? Miał żółte policzki, czerwone oczy. Ciotka oddychała szybko, nad jej
brwiami błyszczały krople potu, prędziutko przesuwała złote serduszko — klamrę na łańcuchu od
face-a-main. Róży oznajmiono, że tante Louise w
wielkiej swojej dobroci, chcąc uchować ją od zmoskalenia w dzikim kraju, zabiera ją do Warszawy,
gdzie Róża będzie uczęszczała na prywatną pensję,
a także do konseiwatorium celem nauki skrzypiec
Odjazd nastąpi za dwa dni, koleją żelazną. Ty 
wina wrogości: obca ciotka. Warszawa, skrzypce
i kole] żelazna — runęły na Różę o październikowym zmroku, kiedy matka z Julą stroiły się du
klubu, wszędzie w domu pachniało perfumanr,
i świeżym waniliowym ciastem, stygnącym na kredensie, kiedy Mamuta Psarulaki, wpadłszy dowiedzieć się, co jest na jutro zadane z olieczestwiennoj
islorii *, siadła do fortepianu grać Kazaczju kołybielnuju piesniu **, a jej kuczer **ł huczał w kuchni
wesołym inałoruskim basem.
„Skrzypce to początek całego mego nieszczęścia
— mawiała później Róża. — Cóż za głupia śmiałość, co za podłość zniszczyć komuś życie, wyrwać
z domu, z gimnazjum! (jakie ja miałam stopnie'
żeby nie arytmetyka, na pewno skończyłabym
z cyfrą, u nas w Taganrogu gimnazjum było pod
protektoratem imperatorowej). Od przyjaciół oderwać! z dobrego ustalonego bytu! I dlaczego? Dlatego, że starej pannie, że Luizie, tej od siedmiu boleści, zachciało się "polskie dziecię ratować*.
A także swój sławetny ród gwiazdą artystyczną
ozdobić. Ojciec, znaczy się, był bohater narodowy,
kamrat Napoleona, a bratanica, ot, pierwszą polską skrzypaczką będzie! Trzebaż nieszczęścia, że
na krótko przed przyjazdem tej zmory do Taganrogu byłam ja na jednym koncercie... Jula, jak
wyszła za mąż za bogacza Czerepachina, taszczyła
mnie wszędzie ze sobą po lożach... Powróciłam z
koncertu, gdzie oficerowie mało na kawałki nie
rozszarpali z zachwytu jednej czerńomazej * Włoszki — skrzypaczki. (Przyjechało cudo z zagranicy, sznur pereł, warkocze do ziemi, ramiona gołe
jak z marmuru i coś tam, romanse jakieś gra na
skrzypcach. Wtenczas une violoniste -— to była
rzadkość!) Oficerowie powściekali się; Jula, wariatka, bierze pelerynę sobolową i rzuca na scenę
(koncert był w operze). A ja patrzę. No cóż? naturalna rzecz — oszalałam także samo. Powróciłam...
"Papoczka, kup mnie skrzypka, nic ja robić nie
chcę, tylko być une violoniste' celebre**a nie, to
umrę". Ojciec — biedaczysko opowiedział wszystko siostruni... No? ale czyż to jest powód dla rozumnych ludzi? Ach, co oni ze mną zrobili! A głos
zawsze miałam jak złoto".
Pogasłych zórz
Nie zatlisz już
I noc, ciemna noc
W duszy mej...
Zaśpiewała nieśmiało, atakując górne g, kołysząc się słodyczą smutnych wyznań, dziękując w
duszy — komu? — za melodię dodaną do ludzkich boleściwych słów. Słyszała z dezaprobatą
drżenie sopranu (starcze tremolando — pomyślała), dziwiła się, że minione życie tak szerokimi falami napływa do mózgu, do serca, że z tak za
mierzchłego czasu przyahodzą te fale, niosą obrazy tak wyraźne, ciepłe, brzmiące tylu prawdziwymi głosami... I że serce topnieje jak zraniony owoc.
Aż w uszach szumiało od fal, od bólu serca, własny głos w pieśni brzmiał obco, a obce — we
wspomnieniach — brzmiało najbliższą swojskością.
Nagle Róża drgnęła —- zadzwoniono do drzwi
wejściowych. Spiesznie porwała się (może Marta?),
nie chciała, żeby Sabina asystowała przy spotkaniu z córką. Nogi uginały się pod nią, kiedy szła.
(Zanadto mnie muzyka wzrusza, nie mam już sil
na muzykę — myślała). Zdążyła jeszcze zawrócić
Sabinę:
— Nie trzeba, nie trzeba! Ja idę.
Otworzyła — przed drzwiami stał Adam.
— A ty czego tu? — spytała.
Aż głową podrzucił ze zdumienia, biała broda
wysunęła się naprzód.
— Jak to czego? A któż kazał mi natychmiast
Czyż to nie ty krzyczałaś na mnie
przez telefon?
Nieprzytomnie patrzyła na męża.. Raptem roześmiała się, zawstydzona. ¦
Xo. czegóż ty zaraz? nie można zażartować?
Chodź juz, chodź -— gamasze gotowe.
Wszrdi ¦— przygarbiony, pachnący wodą kolońską, s.wy, jak zawsze wobec Róży niespokojny, od
które] strony wypadnie się bronić. Rozebrał się
powoli z powodu artretycznej sztywności karku
i trochę chyba dlatego, żeby odsunąć chwilę zadzierzgnięcia rozmowy. Wieszając futro, wpychając szalik w rękaw, zerkał nieznacznie na Różę,
chcąc wymiarkować jej usposobienie. Wreszcie
z obu nozdrzy przedmuchał starannie nos w wonną chustkę i bez słowa — z namaszczeniem ucałował dłoń żony.
Ten moment, kiedy siwa, wyszczotkowana głowa Adama pochylała się do ręki Róży — widocznie wzruszył ją, bo ciepłe chimeryczne światłe
przewiało przez jej twarz i powstrzymała jakieś
wyrazy, już biegnące na wargi.
Weszli w milczeniu do pokoju z fortepianem.
Adam usiadł, wyciągnął nogi, rozejrzał się wkoło
po ścianach, po fotelach, jak gdyby badając świadków życia córki, czy w tym domu nie stało się nic
złego — znowu zerknął na Różę, odwrócił oczy,
podobnie, jak robią psy wobec nie dość im znanych osób, wreszcie zanucił raczej, niż powiedział:
— Tek, tek... No i jakże się czujesz?
R&ża wtenczas strząsnęła ze siebie czar powitania; z odzyskaną w całej pełni napastliwością
prychnęła:
— Jak ja mogę się czuć! W moich warunkach...
Człowiek na starość łat tuła się po obcych ludziach,
a swoi nawet nie interesują się, co z nim, jaki on...
Nie zauważają. Ot, i córeczka! Przychodzisz —
a ona i nie myślała na ciebie czekać.
— Ach, więc umówiłaś się z Martą, to znaczy,
że ona zaraz przyjdzie — rozjaśnił się Adam.
— Nic nie znaczy, wcale nie znaczy. To tylko
znaczy, że coś chlapnęła jęzorem, a myślała o czym
innym. A czego ty od niej chcesz?
— Ja nic, tak chciałem dowiedzieć się, czy
zdrowi.
— Ach, więc pani Kwiatkowska nie wystarcza?
— zatriumfowała Róża.
Adam skrzywił się.
— Ach, moja Elciu kochana, dałabyś spokój
Poczciwa kobiecina... czego ty. wiecznie czepiasz
się do niej? Ot, dziś jeszcze rano mówiła, że takich
konfitur jak ty smażysz, żeby i kolor, i smak, żeby
nie pleśniały i nie cukrowały się, to w życiu nie
widziała.
— Ach, wielki honor, wielki zaszczyt; A co ona
w ogóle w życiu na swojej Piwnej i na Mokotowie
widziała, ta twoja pani Kwiatkowska?.Jaki to czuły robi się w obronie pani Kwiatkowskiej! „Moja
Elciu kochana". Jak będę umierać" pewnie tak do
mnie nie powiesz?
— Jezus Maria! Jaka ty niemożliwa. Czegóż tobie umierać? Chwała Bogu, ślicznie dziś wyglądasz, cera rumiana.
— Nic nie szkodzi, mój ojciec w trumnie także
miał cerę rumianą.
— Ach, przestań, Elciu...
— Elciu, Elciu...
Wielekroć powtórzyła to imię, za każdym razem
nadając mu inny ton uroczystego, karykaturalnego brzmienia.
Ewa, Eveline — to było imię, które nadała jej
Luiza, dla względów prestiżowych. Róża pamiętała dobrze ten dzień.
Jesienią w niedzielę szły z ciotką na obrzędowy
spacer do Łazienek, placem Wareckim, ulicą Szpitalną, Bracką, Alejami... Dorożki i kabriolety turkotały po wyboistym bruku. W pojazdach piętrzyły się damy i dziewczynki, szumiące od krochmalu, od jedwabiu liberty, od ostrowłosej sztywnej
wełny. Panowie w cylidrach i w melonikach tkwili bokiem na przednich ławeczkach.
Od czasu do czasu tempo ekwipażowej procesji
przerywał tętent rysaków, pomiędzy fiakry, faetony i landa wpadał powóz, zaprzężony w parę ogierów z długimi chwostami, opiętych w dugi, prowadzonych przez watowanego kuczera. Stójkowi po
rogach ulic tężeli na baczność, między przechodniami przewiewał podmuch nienawiści i zgrozy,
środkiem zaś jezdni, wymijając melancholijne pudła, przemykała wśród brzęku uprzęży generalsza
czy policmajstrowa. Tante ściągała usta w gwiazdkę, patrzyła w jeden punkt i ~ cedziła przez
zęby:
— Nie gap się, nie trzeba się rozpraszać, Rosalie.
Rosalie jednak z zachwytem, z utęsknieniem śledziła, póki nie znikł radosny bieg kłusaków.
Tak przyszły do łazienkowskiego parku i zaczęły podążać ku Okrąglakowi, gdzie sprzedawano
pierniki. Z ramion tante spływała pluszowa mantyla koloru marengo, podbita atłasem. Spod obwodu sukni wyzierał rąbek haftowanych pantalonów
i takiejże halki. Wszystko to szumiało jak słomiany chochoł, a trzewiki prunelowe skrzypiały.
Róża raz i drugi spojrzała z boku na tante, poczuła raptem, że policzki jej drgają, że zaraz roześmieje się do rozpuku. Przy tym ciotka kroczyła
tak drobno, tak szanowny miała wyraz twarzy.
Róża wiedziała, że zapanowanie nad potrzebą
śmiechu nie udaje się jej nigdy, że nie uda się i teraz, że ciotka wpadnie w irytację, w zdumienie, że
powodów śmiechu nie sposób będzie wytłumaczyć.
Cóż miała robić? Trącając obcasikami kamyczki,
Fante przeraziła się. Nie rozumiała, co wstąpiło
w bratanicę. Podbiegła kilka kroków i w popłochu zaczęła wołać: "Róziu, Kaziu, moje dziecko,
'eo tobie?" Wtedy to stała się ta rzecz — w mniemaniu ciotki. Ludwiki — głęboko zawstydzająca,
bolesna, rzecz nie do odżałowania.
Spacerowicze poodwracali głowy za pędzącym
podlotkiem, łapali wzrokiem wyprężone w locie
kruczoczarne warkocze, słyszeli rozpaczliwe okrzyki "Hóziu, Róziu" — i popadli w niepokój. Co? w
niedzielę? przed południem w Łazienkach? au
rendez-vous eleganckiej Warszawy rozbija się, potrąca katolicką socjetę kruczowłosa Rózia?
— Rojze, Rojze! stój, bo majtki zgubisz — zaryzykował obrócić sprawę w humor grubas ze złotą dewizką. Inni wszakże przechodnie nie byli
skłonni puszczać płazem wybryku intruzki. Odezwały się głosy:
— Do czego już dochodzi! Nawet tu, w Łazienkach, schronienia nie ma przed parchami? A na
Nalewki z powrotem! do ogrodu Krasińskich! Suma jeszcze się odprawia u Świętego Krzyża, a tu
Rojza kudłami swoimi potrząsa!
Ludzie postawali, ktoś warknął:
— Złapać i do rewirowego odstawić, niech prowadzi do cyrkułu! To bezprawie — tu Żydom nie
wolno.
Porucznik, który właśnie, ciągnąc za sobą szablę
i szykiem nisko opuszczoną na rapciach, nurkował wzrokiem wśród panien — kontent z pretekstu do zbliżenia z zawziętym tłumem Polaków —
podskoczył, zagrodził drogę Róży i chwycił ją w
objęcia. Różą" — nieświadoma efektu swojej eskapady i swego* imienia — nawet nie żachnęła się,
uczuwszy męskie dłonie na ramionach. Wesoła
twarz porucznika wyglądała znajoma, od chłopca
powiało Taganrogiem, perfumami Juli, czymś zupełnie niestrasznym. Z ufnością patrzyła w oczy
roześmianymi oczami. Porucznik stropił się.
— Da razwie eto Jewrejka? * — bąknął, zerkając na wzburzonych panów wokoło.
Ale już tante Louise nadążyła w skrzypiących
prunelkach. Płonęła z gniewu; parasolką o wysokiej, cienkiej rączce uderzyła porucznika w ramię
i krzyknęła:
— Puść pan natychmiast to dziewczę! A cóż to
znaczy, na Boga? II y a encore des juges a Varsovie **. Ja na pana sprawiedliwość znajdę. Cóż to,
moi państwo — rozejrzała się władczo po otoczeniu — moskiewski żołdak napastuje polskie dziewczę, a państwo milczycie? Czy już do tego stopnia
Polska spodlała w niewoli?
Porucznik puścił Różę, szybko odszedł, mrucząc:
— Jechidnyje Polacziszki*, czort nogę z wami
złamie...
Róża skubała chusteczkę, ciotka wzięła ją pod
ramię:
— Chodź, dziecko, i trzymaj się mnie! Dziewczę
polskie nie może dziś już liczyć na honor rodaków.
Publiczność pierzchła skonfundowana, jeden tylko grubas z dewizką — z początku taki polubowny
— odszczeknął:
— Imość matronę polską kroisz, a wnuczkę Rojzą ochrzciłaś! „Polska, honor Polaków!" I tu raptem — Rojza... Tfu, z taką rodaczką! — podejrzliwie przyglądał się Luizie.
Wieczorem tego dnia — o, jakiż ciężki to był
dzień, ciotka całe popołudnie modliła się, płakała,
krople laurowe kilka razy były w robocie, niedzielna kawa z kożuszkiem pozostała nietknięta,
Róży zabroniono wyjść do koleżanek, musiała odmówić różaniec i przepisać pięć trenów Kochanowskiego — wieczorem tegoż dnia tante wezwała ją
do siebie, dźwignęła się ciężko z klęcznika i zarządziła:
— Moje dziecko, zadaj kanarkowi siemienia
i kładź się na spoczynek. A od jutro wołać cię będę Eveline. Róża... tu w Warszawie całe Nalewki
rozbrzmiewają tym ordyharyjnym imieniem. Nie
życzę sobie, aby córka mego brata (tylko nieokrzesany, krótkowzroczny gbur mógł wziąć ciebie za
moją wnuczkę), aby wnuczka kapitana włoskich
legionów — uważana była za Izraelitkę! Trzebaż
doprawdy lekkomyślności tej Sophie, aby takie
imię dać polskiemu dziewczęciu!
Ale Michał nie zgodził się na Eveline.
Nawet później w Petersburgu, gdzie M-lle Żabczynskaja — jako Róża — nikomu nie była znana,
kiedy spotkali się po raz ostatni na chórku kościoła Świętej Anny — on" drżący w lisiej szubie (dar
¦ślubny przeklętej kursistki), ona blada, zimna
jak marmur — Michał szeptał:
— Przebacz, Różo moja... Różo mego życia...
Najśliczniejsza, jedyna moja Różo, przebacz nędznikowi. I żegnaj.
A'dam od początku mówił: panno Ewelino. Potem jednak już zawsze: Elciu. Dwa imiona — dwa
życia: pierwsze krótkie i prawdziwe; drugie —wymyślone, długie, nadto długie... Pierwsze — kwiat,
miłość i nieszczęście. Drugie: szacunek ludzki,
lionor, powolna śmierć duszy..
— Elciu, Elciu — przedrzeźniała Róża, syczała,
uż chrypła z szydliwości. Zdawało się, że tym imieniem chce ubiczować sprawców wszystkiego, co w
Jej życiu nastąpiło, gdy dla świata przestała być
Hożą. Adam mrużył oczy, drżał jak pod razami.
Wreszcie porwał się, zamachał dłońmi nad głową
nerwowym, chybotliwym krokiem szybko pobiegł
do drzwi.. Róża opamiętała się.
¦— Stój! dokąd idziesz? Jaki nietykalny zrobiłeś
się! Ja zresztą nie do ciebie...
Adam chrzęścił kaloszami przy szaragach. Wtenczas powiedziała obco i nieodwołalnie, jakby z drugiego świata:
— Wróć — ja tego żądam, Adamie.
Wstrząsnął się z wrażenia — wrócił, jeszcze bardziej zgarbiony. Tym razem przemówił serdecznie:
— Moja droga, uspokój się, przecież ty sobie
tym szkodzisz... Władyś mi opowiadał, że doktor
ten, jak jego tam, ten w Królewcu, najwięcej przed
irytacją przestrzegał... A on tam u nich sława.
Poczerwieniała, otworzyła usta. zatrzepotała
bezradnie... Widać było, jak ogromna fala uczuć
wzbiera w niej i zalewa świadomość. Zdołała
wszakże nie rzec nic — usiadła. Po dobrej chwili
odezwała się cicho:
— Ot, tu one są. Przymierz.
Wzięła gamasze, podała Adamowi'.
— Ach, dobrze, dobrze — z ulgą odetchnął —
ach, jak dobrze! Proszę o rączkę, mamusieczku —
ożywił się nagle, popadł w żartobliWość, w unie^
sienie niemal, szczęśliwy, że burza zażegnana.
— O, prawdziwie łaskę wyświadczyłaś, mnie
nogi tak już marzną, o, ja wiem, że nasza mamusia ma złote rączki. Jak zabierze się co robić...
no, i gadać nie ma co , fertig, abgemacht...*
Kiedyż to zaczęłaś robić gamasze? Trzy dni temu? I jak pięknie zrobione!
Paplał ze strachem i nadzieją, całował ręce żony, dreptał, oglądał gamasze.
Róża przerwała:
— Nie żadne trzy dri, tylko dwa tygodnie. Nie
o zręczność tu chodzi. nie o robotę. O co innego
chodzi.
Adam zakrzątał się żywo.
— A może ja od razu przymierzę? Naturalnie,
zaraz to zrobię, skoro mamusieczka pozwala...
Wziął gamasze, usiadł: zaczął majstrować koło
nóg. Zawsze miał ruchy powolne, zanim zdecydował się ująć czy przesunąć jakiś przedmiot albo
też w jakikolwiek inny sposób zakłócić spokój
martwych natur — namyślał się, wahał, kilkakrotnie wyciągał i cofał dłoń, jak gdyby niepewny
taktyki, jaką należałoby obrać, jak gdyby świa 
dom wielkiej powagi bezwładu, ryzyka wszelkich
zmian. Ilekroć Róża patrzyła na jego gospodarcze
czynności — tym bardziej popadał w zakłopotanie, ręce mu drżały, nie wiedział, po co sięgnąć,
na jakiej zasadzie się oprzeć, prawa fizyki traciły
sens, doświadczenie długich lat życia wydawało
się złudą, gubił poczucie rzeczywistości. Teraz
także to podciągał spodnie do pół łydki, to je opuszczał, zdezorientowany. Róża przyglądała się pilnie.
Milczała, więc powziął nadzieję, że jego zabiegi są
racjonalne, że dla włożenia gamasza to właśnie należy czynić: podciągnąć spodnie, rozwiązywać buty. Szybko zatem — z rzadką stanowczością, z zapałem — rozluźniwszy sznurowadło, przystąpił do
ściągania trzewika. Cierpiał na ischias, wszelki
wysiłek krzyża napawał go lękiem, więc przymrużył oczy, na zapas skurczył twarz w grymas bólu.
Wtem podskoczył jak oparzony i rozwarł powieki.
Róża śmiała się. Śmiała się burzliwie, wrogo, aż
ciarki przeszły Adama. Spróbował pomyśleć, że to
jego boleściwa mina rozśmieszyła żonę, rozprostował więc rysy i bąknął:
— Kiedy mnie, Elciu, naprawdę boli; jak tylko
schylę się, zaraz boli; czegóż tu śmiać się? No, nic,
nic, już nie będę — uspokajał.
Ale zaraz poniechał myśli, że z powodu miny ten
śmiech; "przestał uspokajać, opuścił ramiona, wyraz tępoty osiadł mu na ustach... Już wiedział: Róża nie z czegoś w nim chwilowego, przypadkowego się śmieje, śmieje się z niego całego. Z niego,
jaki on zawsze był, jest i inny być nie zdoła. Nie
było o co pytać, nie było jak się tłumaczyć, należało raz jeszcze przeczekać: oczy Róży błyszczały
żółto, jedynym ogniem, jakim umiała zapalać się
do męża — ogniem nienawiści.
Przełknął ślinę, pobladł, splótł ręce na brzuchu...
Wtedy Róża przestała się śmiać. Krzyknęła:
— Co ty robisz? Więc tylko przymierzyć trzeba?
Więcej nic?! I jak ty to robisz? Z czego one są, te
twoje palce? To są jakieś patyki, patyki!!!
Odwróciła się, słowo „patyki" zabrzmiało pełnią
wzgardy, obrzydzenia, pretensji, jak gdyby patyk
był najhaniebniejszym po wiek wieków przedmiotem na świecie.
— To są ręce? To mają być palce? Takie same
tępe jak ty!
Podbiegła żywo, pochwyciła w szpony obrzękłą
nieco, piegowatą dłoń Adama.
— Ja nie rozumiem, sama nie rozumiem — wyzionęła z głębin rozpaczy. — Ja nigdy nie widziałam takich głupich niepojętnych rąk!
Powiedział spokojnie:
— Puść — schował jedną dłoń za siebie, drugą
do kieszeni.
I to także wiedział: jego ręce dlatego były
k głupie, śmieszne, obrzydliwe, bo nie były ręimi Michała.
Przeszło czterdzieści lat już Adam to wiedział.
W pierwszym miesiącu małżeństwa wszedł kiedyś
znienacka do pokoju i zastał Różę stojącą przy
tnie, zapatrzoną... Wydała mu się nieduża w jalej sukience — nieduża i biedna. Patrzyła w nadwołżańskie miasto, wszystkim tam obca, jemu
również mało znajoma, pewnie -tęskniła do matki
albo do Warszawy, albo może do jakiejś dziecinnej godziny.
Od pierwszej minuty Adam zachwycił sią był
Różą — jeszcze wtedy, kiedy ją zaledwie dostrzegł
i obserwował spod oka w karetce pocztowej, zdążającej do Nowego Miasta. Zachwyt wzrastał później od spojrzenia do spojrzenia, od słowa do słowa, od niespodzianki do niespodzianki, rozsadzał
pierś, aż w końcu udusił wszystkie myśli i uczucia
Adama. Ten zachwyt — jak to z czasem,
nader już późno, Adam pojął — to było raczej
zdumienie. Nieustanne bez końca zadziwienie
Różą.
Tak samo jak w czasie ślubu Adam zapomniał
odpowiadać księdzu, pochłonięty chęcią dotknięcia policzków oblubienicy — nie w celu pieszczoty,
ale żeby się przekonać, że są takie właśnie niezwykle ciemne, a zarazem świetliste i że są prawdziwe — tak samo w ciągu wspólnego życia miał stale pragnienie sprawdzenia, czy dobrze słyszał, dobrze widział, co mówiła i czyniła Róża. Czy ona —
taka właśnie — istnieje. Przez kilkanaście lat zadziwienie Różą było źródłem potwornie bolesnego
szefcęścia. W dalszych czasach, tracąc barwę zachwytu, stało się koszmarem. Niespodziewaność,
niebywałość Róży uczyniła Adamowi świat puszczą, pełną zasadzek i upiorów.
Otóż wtenczas, kiedy tam wtedy zajrzał do ich
pierwszej sypialni, spostrzegł Różę w biednej, kusej sukienezynie, zapatrzoną w kontury dalekich
domów — wtedy nie zadziwił się, nie zachwycił.
Tego nareszcie czekał, to sobie nareszcie z dawna
wyobrażał, że tak któregoś ranka młodą żonę zastanie. Zagubioną w obczyźnie, wylękłą, zrozumiałą, brzydką. Westchnął, jak gdyby zdjęto zeń ciężar. Poczuł niezgłębioną czułość do mizernego
stworzenia. Zamarzył o poufnościach do łez, o spokoju, o swojej opiekuńczej przewadze, o solidarności małżeńskiej — o tych wszystkich,uczuciach,
które by nie były miłością i które by w końcu
oddały mu Różę naprawdę.
Wreszcie, wreszcie szedł do Róży jak do najbLiższego człowieka — szedł, by odpocząć po
szczęściu.
Zbliżył się pewnym krokiem, położył rękę na
ramieniu żony. Nie przestraszyła się, z wolna odwróciła głowę... I Adam doznał zawodu tak dotkliwego jak wędrowiec w obliczu fatamorgany: twarz
Róży wyrażała upojenie. Ta kobieta objęła go wzrokiem płynącym z niedostępnej dali. Wzrokiem,
który przesycała treść, nie mającą nic wspólnego z żadną mrzonką Adama. Róża znowu była piękna, nieprzewidziana znowu. Z radosną skwapliwością błysnęła źrenicami ad policzków męża ku
ręce, spoczywającej na jej ramieniu. Zatrzepotały
ntcjsy, oczy, nietrzeźwe z jakiegoś olśnienia, z wolna zaczęły jak gdyby przezierać jawą — pojawił
się w nich wstyd i wstręt. Jęknęła:
— To ty? — skurczyła się tak, że ręka mężowska opadła.
Tego dnia wieczorem Róża wstała od stołu przy
kolacji i bez słowa pobiegła do sypialni. Kiedy
Adam podążył tam za nią, płakała głośno, zwinięta
w kłębek na łóżku. Coś tuliła w objęciach. Nagle
przestała szlochać, podniosła na Adama czarne,
mokre źrenice, obojętnym głosem powiedziała:
— Patrz, to Michał.
Wyciągnęła ku niemu ciepłą od uścisku fotografię. Adam nie poruszył się... Wtenczas cofnęła fotografię, pogłaskała ją czubkiem palca i zaszeptała
do siebie:
— O, jakie ręce, jakie dłonie...
Adam nauczył się cierpliwości. Siedział teraz
przed Różą ze schowanymi rękami i przeczekiwał.
Róża natomiast wyglądała tak, jak gdyby nie miała już czasu czekać na nic. Jak gdyby wszystko
musiało być powiedziane i uczynione bez najmniejszej zwłoki. Na nowo i w jakiś ostateczny
sposób przerażona własnym życiem, wołała:
— A cóż to można wypracować takimi rękami?
Przecież ty chleba nigdy nie umiałeś ukroić!!!
Adam mruknął bez przekonania:
— Głodna chyba nie byłaś nigdy — ani ty, ani
dzieci...
Zachłysnęła się:
— Głodna? Czy ja nie byłam głodna? Jeżeli nie
byłam, to czemu? Kto lekcje dawał? Kto szył po
nocach? Przyjdzie jesień, chłód, wiatr, policzki kostnieją już w bramie, paniulki porozsiadają się po
domach, konfitury jedzą, czajok gorący popijają,
pasjanse kładą... A ja? Z jakąś niemrawą muzyczką *, zakutana po nos, z kładki na kładkę biegam!
Żeby prosto z galarów, od razu na rzece po najtańszej cenie od hurtowników jarzyn, owoców zakupić na zimę. A potem stój jeszcze i marznij — pilnuj mężowskiego dobra, póki do piwnicy nie zniosą. A na zegarek popatruj! Żeby na lekcję nie
spóźnić się i tymi ot, zgrabiałymi paluchami dobrze uczniowi pizzicata pokazać. A gimnazistów na
stancji kto trzymał? Kto suknie sto razy przerabiał, kto?!
Podchodziła do Adama, rozjuszona. Pobladł jeszcze głębiej, machnął ręką.
— At! Słyszałem tysiąc razy... No, dobrze'; pracowałaś i chwała tobie za to. Ja także do góry
brzuchem nie leżałem... Czegóż tu tak burzyć się?
zdrowie było — praca była. I Bogu dziękować.
Nic nie mogło Róży zażegnać. Chwyciła się za
serce, za gardło.,. Nie od razu zdołała wyrazić oburzenie.
— Bogu?! — krzyknęła —Ty znów ze swoim Bogiem? "Bogu dziękować", ..Bóg wie, co robi". Ol,
ukochane wykręty, żeby samemu nie starać się
nic rozumieć i nic zmieniać na lepsze! A może
przypomnieć jeszcze jeden wykręt: „Bóg dał, Bóg
wziął"? Co? nie pamiętasz już-, a?
Napierała na Adama kolanami, uderzała go
pięścią po ramieniu. Stukała tak tą drżącą pięścią
do niego, jak do zawartych drzwi.
— To ja przypomnę.,Ot, jak było... Kaziuczek
leży w rozprażonej .pościeli i dyszy, dyszy. Buzia
tak rusza się jak u rybki... A ja przy łóżku na ziemi. Już nie klęczę i nie siedzę, już sama nie wiem,
jak na tej ziemi trzymam się, chciałabym dziurę
sobą całą wyłamać w podłodze i zapaść się — zapaść choć w piekło, żeby już nie czuć i nie wiedzieć, nie myśleć i tego żalu okrutnego, krwawego nie mieć o krzywdę tego dziecka. I konsylium
było, i operacja była, i profesor z Moskwy sprowadzony, i gardziołko — podlecy — przecięli, tracheotomię zrobili, i nie ma, nie ma nadziei! Kaziuczek ten leży, oczki coraz głębiej podchodzą pod
czoło, przewracają się w tył, bieleją... I ja widzę
to wszystko. I ja nic nie mogę. A ty — ojciec. Ja
do ciebie: „Adam! Ratuj, bo oszaleję. Ratuj dziecko — deski, proch będę całować, po których chodziłeś". A ty? No... a cóż ty mnie na to? Głowę tak,
ot, po faryzejsku, jak teraz, zwiesiłeś i mówisz ma — sianym głosem: „Spokoju, Ewelina, spokoju...
Trudno, miła moja, Bóg dał — Bóg wziął,
nie w mocy ludzkiej sprzeciwiać się Bogu". Ot, co
ty powiedziałeś mnie — ojciec! „Bóg wziął".
Wziął... a maleńki leży tu, cały gorący — i dyszy.
I czeka od ciebie pomocy... A ty oddajesz go Bogu! Dla ciebie on już stracony, już „wzięty"... Ach,
zbóju, cierpliwy zbóju, świętoszku — toż przecież
przez ciebie ta choroba była... To czyjże ischiasik
felczer w sypialni masował? A dziecko stoi obok
i śmieje się: „Tatusiowi klapsy dają". A z fartucha tego felczera zarazki dyfterii sypią się jak
pchły! Bo onże — dezynfektor miejski! To któż
jego sam do domu na zgubę rodzonego dziecka
sprowadził? A potem Bogu żywego oddaje.
Ta, kto taki? A może i umyślnie? Umyślnie; tak;
bo ja świata za tym Kaziem nie widziałam wtenczas. Umyślnie'
Adam wstał z fotela. Nie był już blady. Był szary, zimny jak zdeptany śnieg. Tylko oczy wysadzone z orbit — czerwone i palące. Oczami zdzielił Różę. Pędził ją przed sobą — cofała się tyłem
do ściany, z dolną szczęką obnażoną w nierozumnym uśmiechu.
— Milcz! Przestań! — charczał. — Bo zabiję.
Przystanęła, zderzyła się z mężem piersią o pierś.
Rysy —¦ zamarzłe w grozie — odtajały, zawołała
cienko, wysoko, po dziewczęcemu:
— To zabij! Ach, i owszem, zabij... może właśnie należy dzisiaj mnie zabić! — zaczerpnęła
tchu. — Tyle lat mordowałeś, nie potrafiłeś zamordować, może dzisiaj się uda!
Adam chwycił ją za ramię. Widać było, że zbyt
wiele ma w gardle okropnych słów, że one go duszą, dlatego nic nie może powiedzieć, policzki mu
obwisły, przekrwione oczy zachodziły bielmem
szaleństwa, nienawiść podniosła się z dna życia,
przybierała, rosła, nagle stanął — cały w blasku
— nowy, straszny człowiek. Potrząsnął siwą Różą
z zapamiętaniem, z radosną srogością, jak nareszcie odkrytym wrogiem.
— Ty, ty... — szeptał.
W szepcie był odwet niewolnika, było szczęście
mordercy. Pochylił twarz nad jej twarzą, wyzwalał się i odradzał w swoinuiowyra, nienawistnym
wzroku. Przestał szarpać żonę, biała broda zjeżyła
się tysiącem żądeł, gniew wytrawiał go, prężył,
rozjaśniał na podobieństwo rozkoszy. Nic już chyba innego nie mogło się zdarzyć między tymi dwojgiem — tylko śmierć.
Róża uniosła powieki. Uważnie, przychylnie popatrzyła na nieludzkie grymasy męża.
— Mnie słabo...
Naraz posunęła się w bok dużym; miękkim ciałem, nozdrza zadrgały... Adam ledwie zdążył wytężyć ramiona — upadła w nie, drętwa. Jakoś
sprostał ciężarowi i ciągnął żonę z największym
wysiłkiem do kanapy. Nie miał czasu ochłonąć,
umniejszyć swego gniewu. Róża runęła nagle bezsilnością w sam środek jego morderczego zapału —
musiał ją ratować, jęczeć z niepokoju, zachowując
na twarzy nienawiść.
Nie zemdlała. Jednak nie pomagała ani jednym
drgnięciem, gdy Adam układał ją na kanapie; sztywne nogi, ręce bez czucia trzeba było dźwigać każdą z osobna. Dyszała ciężko, z rozwartymi oczami,
ale kiedy mąż odgarnął jej włosy z czoła — powiedziała sennie:
— Chciałeś mnie zabić.
Wtenczas dopiero oprzytomniał. Nienawiść'spłynęła z twarzy, machnął ręką.
— At!...
Usiadł przy Róży — na wieki już rozbrojony,
wyzuty z ostatniej nadziei. Przecież i nienawiścią
Róża nie pozwoliła siebie dosięgnąć — sama pogrążyła się w otchłań, w którą zapragnął ją strącić. I teraz Adam pragnął znowu wydrzeć ją stamtąd, za wszelką cenę mieć ją — ciepłą, żywą —
z powrotem. Rzucił się rozcierać jej nogi. Zerwał
pantofle, z całej siły tarł podeszwy, łydki, nachylił głowę, chuchał na prześwitujące przez pończochę ciało. Wreszcie Róża poruszyła nieznacznie
palcem prawej stopy, jednocześnie syknęła:
— Dosyć! Boli...
Ze wstydem cofnął zaraz rękę i westchnął:
— Prawda, te moje patyki...
Nie śmiał dotknąć żony, patrzył tylko błagalnie: może czegoś zażąda, wskaże jakiś środek... Odwróciła twarz do ściany — widocznie bezwład
ustępował, powiedziała:
— Przynieś z kuchni gorącej herbaty. Sabiny
nie puszczaj tu. Zatelefonuj do Władka, niech
przyjdzie zaraz.
Podreptał spełnić rozkazy. Po chwili, z filiżanką w ręce, telefonował:
— Czy Władzio? Chodżże, mój kochany, czym
prędzej, matka prosi. Tak, do Marci, tak. Nie. Koniecznie prosi zaraz.
Pospieszył z herbatą do Róży. Leżała już swobodnie — zadziwiająco beztroska. Przysunął mały
stolik, utknął w miejscu, nie wiedząc, co dalej.
Skrzywiła się, rzekła:
— No, jakże ja będę pić? Przecież nie usiądę
sama.
Więc poskoczył i dźwignął ją do pozycji siedzącej. Potem, przerażony własnym zuchwalstwem,
przycupnął na brzegu kanapy, zaczerpnął łyżeczką gorącego płynu, podał Róży do ust. Posłusznie,
jak dziecko, otworzyła wargi — przełknęła. Adama dreszcz przejął ze szczęścia. Osadził się lepiej,
z nabożeństwem zaczął poić żonę. Wkrótce opadła
na poduszki. Forsownie poruszyła grdyką, rumieniec oblał jej twarz, nos nawet się zaczerwienił,
oczy rozbłysły. Adam spróbował jeszcze podsunąć
łyżeczkę — uniosła dłoń, pieszczotliwie uchyliła
rękę męża. Roześmiała się. Struchlał, ona — z urazą i szacunkiem — powtórzyła:
— Chciałeś mnie zabić... No, no!
Dzwonek rozbrzmiał, więc Adam nie zdążył tym
razem zadziwić się Różą — pobiegł do przedpokoju. Na progu zatrzymał się: coś cicho wołała. Jakieś sło\vo nieprawdopodobne, tak szybko i dawno
poniechane... Trudno było uwierzyć, że je znowu
wymawia. Wytężył słuch... Tak, jednak bez wątpienia.
— Adasiu.
Zawrócił, zraniony tym za późnym słowem, pełen złych przeczuć.
— Ełciu kochana, co tobie? — pochylił się nad
leżącą.
— Nic, nic. Mnie tak dziwnie... Kiedy ty tam
biegłeś, mnie raptem się wydało, że ja nigdy ciebie nie widziałam. Ot, głupia, raptem zachciało się
zobaczyć.
Pół z płaczem, pół ze śmiechem powiedziała to,
zadyszała się, po chwili dodała:
— Ty nie myśl... Ta Kwiatkowska. Teraz ja
wszystko rozumiem.
Dzwonek szalał, Sabina szła z kuchni, słychać
było, jak dudni stopami przez jadalnię. Adam —
osłupiały — zapomniał o świecie. Róża popchnęła
go łagodnie.
— Idźże, idź —- dzwonią.
Tymczasem u drzwi wejściowych powstał harmider. Sabina — dowcipkując — zgrzytała zamkiem, jakąś paczkę ciśnięto o ziemię, czyjeś buty
głośno tupały po słomiance. Adam rozjaśnił się.
— To Zbyszek — a Róża spochmurniała.
— Nie trzeba jego tu, niech idzie do swego pokoju.
Ale Zbyszek już wkraczał do" salonu. Rzucił
okiem na babkę, na dziadka i zatrzymał się niepewny. Babki nie lubił, ile razy przyszła, zawsze
wypływały na wierzch jego przestępstwa, wszyscy byli w złych humorach. Dziadka lubił bardzo,
nie miał go wszakże za nikogo ważnego. Raczej za
coś w rodzaju pluszowego misia, którego sadza się
z honorami na kanapie, bo to „pamiątka"; którego
za nic by się nikomu nie oddało; którym nikt jednak nie myśli się bawić. To, że babka leżała na kanapie, nie zastanowiło Zbyszka — zawsze robiła
dziwne rzeczy: wyciągała z kątów starzyznę i kazała podziwiać albo zabierała jakiś potrzebny
przedmiot i wynosiła do siebie, albo krzyczała na
ojca, albo grała na skrzypcach... Teraz leżała — czerwona — w salonie o pierwszej po południu,
kiedy ludzie latają po ulicy. Jedno było wiadome,
że nic dobrego z tego nie wyniknie, i Zbyszek nieżyczliwie spozierał na babkę.
Róża zaś patrzyła na wnuczka z niepokojem. Do
Marty miała zawsze niechęć za „spiczastą brodę"
— znak szczególny Adama. Chłopcy — Władyś
i nieżyjący Kaziuczek — byli podobni do niej, mogła ich sobie wyobrazić jako swoje dzieci z Michałem, natomiast Marta była „nieodrodną córeczką
tatusia" — instynkt macierzyński musiał się tu
.eustanme przedzierać przez gęstwiną cech znieawidzonych, Zbyszek — poza tym, że syn i wnuk
spiczastej brody", nosił jeszdze „skórę zdartą"
z zięcia — drugiej antypatycznej istoty. Teraz
wszakże we wzroku Róży, skierowanym na Zbysia, był jakiś zamiar polubowny, pomieszany z nadzieją.
— No cóż — spytała — co powiesz? Co się mówi, kiedy się wchodzi do domu?
Adam zmarszczył się: i z pedagogicznego nałogu, i z natury — tak bardzo powolnej boskim
zrządzeniom — wielce szanował dzieci. Widział w
nich przyszłość narodu, nadzieję chrześcijańskiego
świata, okup rodziców przed Bogiem. Jakiekolwiek były — uważał je za dary nieba, podziwiał
Jich mistyczną potęgę, a zarazem bał się przedwcześnie obciążać słowem czy czynem fizyczną
i moralną słabość dzieciństwa. Do wnuków tym
łrdziej żywił respekt, że — oddalone odeń o dwa
okolenia — nosiły w sobie jeszcze więcej boskich
Jzkich tajemnic niż rodzone dzieci,
zyzwyczajony do napastliwości żony, szepnął:
Daj spokój, Elciu, daj spokój... — i czym prezagadał do Zbyszka:
Dzień dobry, Zbysiu, a ty czemu dziś tak
Lwcześnie ze szkoły?
— Cudzoziemko
Zbigniew nie odpowiedział. Złośliwie błysnął
oczami, cały był pochłonięty grą między sobą a
babką. Po chwili z triumfem wykrzyknął:
— Co się mówi? Nic się nie mówi! Bo ja do domu to już wszedłem w bramie. A tam stała platforma i dwa konie... To komu ja miałem mówić
dzień dobry?
Róża skoczyła na swojej kanapie.
— Ot, widzisz! Ot, masz! — zawołała. — Milutkie stworzenie. Ty do niego jak do dziecka — a
on, ot, jak odpowiada! Kpi sobie. To ma być dziecko? To stary krętacz, on jezuitę w kozi róg zapędzi. Po ojczulku handlarskie zdolności; tam podobno jakiś wujaszek śledziami handlował, to żydowska maniera... Czego patrzysz jak zbój? Człowieka nie widziałeś? Chciałbyć oczy wydrapać? Ja
wiem, że potrafisz! Tydzień miałeś — już matkę
pogryzłeś... Idź precz, nie dhcę ciebie widzieć, niegodny!
Siadła i wskazywała drzwi Zbysiowi gestem
tragicznym jak groźnemu, przebiegłemu wrogowi.
Malec otworzył usta, może byłby zapłakał,z przerażenia, gdyby słowa, ton, ruchy babki nie zajmowały go tak bardzo; ta gra niezrozumiała podnieca ta wszystkie władze, zmuszała do heroizmu.
Zbyszek westchnął głęboko i wrzasnął:
— To babcia niech idzie sobie precz z mojego
domoi!...
Wtenczas dopiero chwycił tornister, wybiegł co
sił w nogach — blady, roztrzęsiony, ryczący.
Róża z wyciągniętą ręką zdawała się jaśnieć złowrogą radością.
— Ot, ot! doczekałam się. Ot! — dyszała. — Wypędza mnie. Ten Żydziak wypędza mnie dzisiaj od
córki...
Cofnęła rękę, upadła na poduszki, zapłakała żałośnie. Adam już od dłuższej chwili biegał po pokoju z głową w dłoniach i jęczał:
— Ach, Boże, Boże miłościwy! Jaki wstyd, jaka
hańba, przestań, Ewelina, na litość Boga, przestań!
Teraz stanął i oglądał się dokoła jak człowiek,
któremu zmysły się mącą. Podszedł do Róży i patrzył na jej łzy z niedowierzaniem. Płakała coraz
głośniej, więc w końcu powiedział:
— Ach, czegóż ty? Sama zaczynasz, napadasz
jak szalona, a potem płaczesz...
Nie ustawała w szlochach, co pewien czas poprzez łkanie przedzierały się słowa: „wypędza",
„dzisiaj" i „żydowski krętacz".
Załamał ręce.
— Opamiętaj się, co ty gadasz, co ty chcesz, nieszczęsna? Przecież to dzieoko — wnuk rodzony, a
ty na niego jak na złoczyńcę. I jakiż on Żydziak?
I jaki on krętacfc? Ty sama dzika jak nie człowiek,
opętana czy co?
Róża pewnie nie zauważyła biadań Adama, opamiętała się nieco, gryzła chusteczkę, wyglądała na
zasłuchaną w jakieś szmery we własnym wnętrzu
— kołysała głową, szeroko otwierała, to znów
mrużyła oczy, niepokój ściągał jej rysy — w końcu westchnęła kilka razy, zacichła — z wyrazem
apatii.
Znowu zadźwięczał dzwonek, Adam — zelektryzowany — wybiegł do hallu. Otworzył drzwi; tym
razem był to Władyś z żoną. Weszli w obłoku zimna i niewinnej obcości, która wypływała z tego, że
siebie wzajem oraz własny dom cenili ponad wszystko: każdy człowiek, każdy fakt ze świata, chociażby najbliższego, musiał do nich docierać poprzez opar ekskluzywnych uczuć. Zawsze na ich
twarzach, kiedy wkraczali w cudzą sytuację, leżał
odblask ostatnich słów, które sobie powiedzieli,
które — nigdy, wobec niczego z zewnątrz ->- nie
mogły przestać być ważne. I teraz także — mimo
że milczeli, całując się z ojcem — wyglądali tak,
jak gdyby urwali w pół zdania.
Brnęli ostatnio przez mnóstwo kłopotów, właściwie nawet przeżywali klęskę. Władysia nagle odwołano z Królewca, w ministerium zmieniał się
kurs, przedstawiciele zgromadzeni, zaangażowani
w uprzednio obowiązującej taktyce, padali ofiarą
nowego układu, kariera Władysia zawisła w próżni — nosił się z zamiarem opuszczenia służby państwowej.
Nie był człowiekiem silnym. Róża dała pierworodnemu organizm drobniutki, choleryczny —
owoc panieńskiej anemii, zaostrzonej udręką niemiłego małżeństwa. W to wątłe ciało o wielkiej
śledzionie, o nerwowym sercu, o bolesnych ambicjach uwikłanych w kompleks niższości Adam wlał
balsam swojej flegmatycznej natury. I tak. między matką, przerażającą to bezprzyczynowym
gniewem, to nagłą niemacierzynską czułością, a ojcem zasuniętym w głęboki cień powszedniej pracy, moralizatorstwa i rezygnacji — Władysław wyrósł na mężczyznę popędliwego. i wyrozumiałego
zarazem: pełnego żółci wobec drobnych szykan.
wobec prawdziwie ciężkich sprzeciwów życia —
pełnego stoicyzmu. Po Róży odziedziczył impet
wewnętrzny, potrzebę zmian, triumfów, przodownictwa, po Adamie skłonność do przeceniania cudzej racji, strach przed odpowiedzialnością. Każde
nowe zadanie, jakie los mu nastręczył, uważał za
przekraczające jego możność, do niczego nie czuł
— się w pełni uzdolniony. Jednak z reguły podejmował te wszystkie trudy, nie na swoją — jak mniemał — zakrojone miarę. Szukał ich nawet. Kiedy
pośród ustabilizowanej sytuacji na horyzoncie zjawiała się szansa odmiennych wysiłków i osiągnięć, popadał w niepokój, poty tę szansę podchodził, osaczał, hipnotyzował, póki jej nie uchwycił.
Jego żywot zatem składał się z szeregu krótkich,
różnokierunkowych etapów, miał nerwowy fatalistyczny charakter włóczęgi. Ponieważ nałamując
tak swoją słabość do coraz innych, zawsze trudnych przedsięwzięć Władysław znajdował się w
stanie chronicznego podniecenia — wszelkie niewygody, marudztwa, złośliwostki czy tajemnice
bytu odczuwał jako dotkliwe krzywdy. Jego wiecznie napięte nerwy nie znosiły zarówno hałasów;
niepunktualności, złych pogód, choroby, uczuciowego przymusu, jak i metafizyki. Klęski natomiast przyjmował ze apokojem: nie .dziwiły go,
czekał na nie zawsze, głęboko przecież — wbrew
pozorom — przekonany o własnej nieudolności i o
własnej 'winie. Nie oskarżał nikogo, na krótką
chwilę nawet doznawał ulgi: oto brzemię spadło
z niezręcznych pleców, oto wolno wreszcie wypocząć na dnie upokorzenia. Wnet jednak zaciskał
zęby, dźwigał się i, obłudnie uśmiechnięty,
wszczynał pogoń za nową męczarnią.
Teraz także Władysław „chodził z główką na
boczek" — mówiła Jadwiga. To znaczy dreptał za
nowym stanowiskiem udręczony, niechętny samemu sobie i niezłomnie zdecydowany na najbardziej ambitne wyczyny.
Jadwiga — duża, ciepłokrwista kobieta, wytwór
rodziny opartej na kulcie mężczyzny — traktowała męża jak najukochańsze swoje dziecko i jak bohatera. Powiedzenia w rodzaju „główka na boczek" produkowała szeptem, rzewnie uśmiechnięta, tylko wśród osób niewątpliwie Władysławowi
oddanych. Macierzyńskie żarciki dawały upust potrzebie irracjonalnej czułości, w niczym nie naruszając rozumowej postawy Jadwigi wobec małżonka — postawy uwielbienia. Władysław — od dziecka do głębi duszy przerażony pogardą Róży dla
ojca — przyjmował to nie gasnące nigdy kadzidło
kobiece jak fantastyczny dar losu — z wdzięcznością i z podziwem. Jego dom, po którym troje pięknych dzieci chodziło pod komendą Jadwigi na palcach, żeby nie przeszkodzić żadnej myśli, żadnemu
kaprysowi ojca — to był nadspodziewanie pewny
okręt na nieprzyjaznej fali, miejsce trwałego triumfu i zuchwałej nadziei.
— Cóż to mama? Dlaczego kazała przyjść? —
zapytał Władysław, skoro tylko zdjął futro i pomógł się żonie rozebrać. Przeczuwał zgryzotę,
przybierał wyraz cierpliwości; Adam westchnął:
— Ot, zobaczysz...
A Jadwiga przysunęła się blisko, stanęła tuż
obok męża, gotowa osłaniać go i bronić, chociażby
wbrew niemu samemu.
Weszli we troje do salonu, sztucznie uśmiechnięci. Widząc, że matka leży, Władysław uniósł
brwi w górę, zrobił minę zatroskaną. I on, jak
Zbyszek, nie zdziwił się — Róża tak często, wyczerpana gniewem, opadała z siły; skrzętnie jednak, zamanifestował niepokój. Bo matka żądała tego zawsze; najformalniej żądała niepokoju o siebie.
Pierwszy raz zażądała, kiedy Władyś miał lat ze
sześć. Wyszła wtedy o trzeciej po południu na próbę do Klubu Szlacheckiego — niebawem miał się
odbyć koncert z jej współudziałem.
ftV domu zwykle w takich razach panowało
przygnębienie. Róża z samego rana, ubrana w batystową matinkę, zamykała się w salonie, pod żadnym pozorem nie wolno było tam wchodzić. W
przeddzień wieczorem domownicy otrzymywali
szczegółowe dyspozycje, babka Sophie coraz więc
nakładała okulary i wzruszając ramionami chodziła zaglądać do kartki na kredensie: o 10 rano —
Władyś łyżka tranu, o 11 — sprawdzić w kuchni,
czy mięso wyżyłowane, o 12 — dzieci na spacer;
o 1 — niech Anisja siada do reperacji... Sophie
śmiała się z tych godzin, z tego tranu, z tej pretensji, żeby wszyscy koniecznie coś robili — w Taganrogu nikt tranu nie pił, nikt, oprócz deńszczyków, nic nie robił, a ludzie byli szczęśliwi. Jednak
pilnowała się kartki, w razie uchybień — Róża
bywała straszna.lStawała przed matką, tak samo
wąskousta jak Ludwika, i syczała:
— Znowu taganroskie porządki? W moim domu? Papusia do grobu wpędziłaś swoim bałagaństwem — teraz chcesz dzieci moje demoralizować?
„Oficersza..."
Z tym słowem odchodziła, zajadła jak osa, a Zofia brała się pod boki, zadzierała głowę i burczała:
— Tak cóż, że „oficersza"? Chybaż lepiej „oficerszą" być niż wariatką?
Nastawała pora obiadu, krzątano się cicho w jadalni sąsiadującej z salonem, wreszcie ojciec wracał z gimnazjum, długo mył ręce, płukał gardło,
chodził na palcach, chrząkał — skrzypce nie milkły bynajmniej. Nie do zniesienia natarczywy,
przesadny, złośliwie smutny wydawał się ich głos
Władysiowi w chwilach niepewności, czy matka
zjawi się u stołu, czy nie. Zwłaszcza niektóre fugi,
maniackie pochody dźwięków w górę, ciągle to samo pytanie, docierające coraz innymi drogami do
tej samej granicy, gdzie czeka ta sama odpowiedź
— miały w sobie coś z chorobliwego snu. Władyś
w końcu sam zaczynał czuć się struną, którą matka smyczkiem łaskocze i przymusza do drżeń —
popłakiwał w kącie. Ojciec — po półgodzinie marudztwa — ucierał nosa, poprawiał krawat, bez
stukania wchodził do salonu.
— Obiad stygnie, Elciu — mówił. — Dzieci głodne.
Rozmaicie przyjmowała to Róża. Czasami ciskała skrzypce na dekę fortepianu, impetycznie odsuwała pulpit i — cała w płomieniach — wolała:
— Wiem, wiem, wiem! Cóż z tego, że obiad?
Czy już nie ma rzeczy ważniejszej niż obiad? Czy
ja sługą waszą jestem? A czy może nie zadysponowałam obiadu? Więc jedzcie i odczepcie się ode
mnie, dajcie mi oddychać. Oddychać mi dajcie!
Z tym okrzykiem wpadła do stołowego, trąc
dłonie chusteczką, rzucała się na krzesło, odpychała nakrycie, zapadała w ponure milczenie. Tylko Kazio umiał ją z niego wydźwignąć. To dziecko
— może dlatego, że przeznaczone do krótkiego życia — szczodrze szafowało urokiem, na który składała Się zarówno dziecięca potrzeba afektu, jak
przedwcześnie dojrzała umiejętność towarzyska.
Nie znosił pozostawania w cieniu, zawsze musiał
błyszczeć, zajmować sobą — i doskonale wiedział,
jak to robić. Jeżeli Róża była tylko zła, wygłaszał
zabawne słówka, wyciągał rączkę przez stół, stroił
śmieszne minki. Jeżeli zaś oprócz złości wyczuwał
smutek — używał bardziej sentymentalnych środków: sam smutniał, kładł głowę na stole, nie chciał
jeść. Róża po chwili pytała zwykle babki:.
— Cóż to Kazio? Chory?
Wtenczas zasłaniał buzię, żeby nie było widać
uśmiechu, dalej symulował nieszczęście, póki matka nie zwróciła się wprost do niego:
— Kaziuczek, co tobie?
I wtedy wszakże nie wypadał z roli: podnosił
szare, wielkie oczy, zamglone udanym żalem. Droczył się z matką, karcił ją za jej wybryki, długo
patrzył w ciszy łzawymi oczami, aż zapomniała
o sobie.
Częściej, niestety, Adama, odrywającego żonę
od muzyki, spotykała w salonie jeszcze gorsza odprawa. Róża nie słyszała — czy może udawała, że
nie słyszy — jego molestacyj. Grała dalej, namiętnie cisnąc skrzypce podbródkiem, wytmpując
rytm, licząc głośno. O ile upierał się przy swoim,
rzucała mu skośne wejrzenie, pełne niechęci
i wzgardy, szczególnie przy tym brawurowo pociągała smyczkiem.
Kilka razy ojciec uniósł się. Krzyczał, że przecież on i synowie mają także jakieś prawa, że dom
powinien mimo wszystko być domem, że Róża doczeka się kiedyś skandalu: Adam zabroni jej występować! Pojedzie do gubernatora, publicznie powie: albo koncerty i filantropie, albo obowiązki
rodzinne; niech ludzie rozsądzą, co ważniejsze!
Podczas jednej takiej sceny zamierzał jak"gdyb>
wyrwać żonie skrzypce. Róża, nie przerywając
„Melodii" Rubinsteina, cofała się w głąb pokoju,
okrążyła go i wkroczyła do jadalni. Adam za nią,
podniecony w najwyższym stopniu, usiłujący
przekrzyczeć instrument:
— Żądam, żeby szanowano mój czas i mój spokój! Żądam — tu wpadł w żakowską, płaczliwą
egzasperację, wskazywał miejsce pani domu przy
stole.
— Żądam, żeby to krzesło nie stało tu puste w
czasie posiłków!
Róża szła przez jadalny w powłóczystym szlafroku, unosząc w ramionach skrzypce. Wyglądało
na to, że nic nie może na nie poradzić, że one same grają żałosną „Melodię". Siadła na prezydialj
nym miejscu między babką Sophie a mężem, dzief
ci — wystraszone — wyciągnęły szyje, pieśń — cejraz zjadliwsza, coraz bardziej .rozmiłowana ^v
smutku — owiewała im twarze, zupa dymiła, a po.
policzkach Róży biegły łzy. ' /
To zdarzenie zachwiało opór Adama; przez długi
czas później nie przywoływał Róży na obiad. Iliekroć jednak matka egzercytowała się przed koła'
certem, serce Wladysia zamierało z trwrogi. K
więc, owego pamiętnego popołudnia, odjec;
wreszcie na próbę i Anisja, zniósłszy do dor
pudło ze skrzypcami oraz nuty, wróciła na ^
radośnie tupiąc po schoda.ch, w domu zrobił<
wesoło. Babka mrugnęła na dzieci, podreptał;,
nią do spiżarni, po chwili na stole zjawiły się ko|n|
fitury z melona, zastrzeżone wyłącznie dla gości'"
z kuchni doleciał pisk grubej Nadi — kabalark';
której nie wolno było na próg puszczać. Sophi'
pozwoliła chłopcom maczać palce w konfiturach
oglądać album, uderzać piąstkami w klawiatuijt,
fortepianu, paliła papierosy i kładła pasjansii
Ojciec był w szkole na sesji. Nikt nie przeszkadzał
nikt nie mącił odwetu po srogim, wymuszonym"
dniu. i
Poczucie wyzwolenia zapanowało tak wielkie, żr
Władyś zaawanturował się az do sekretarzy^
matki — wyciągnięto szuflady, grzebano w brosz
kach, w papierach powiązanych wstęgami, wreszcie chłopcy wysypali, co się dało, na dywan i przystąpili do rewizji szaf. Wystrojeni w nieskończenie długie, szeleszczące spódnice pudrowali się,
kichali w obłokach wonnego pyłu, hasali pośród
listów i koronkowych staników. To trwało długo,
ale w chwili najostrzejszego szału zabawy Kazić
zamilkł, rozejrzał się po sypialni Róży, podbiegł
do jej łóżka^wtulił twarz w kapę i zapłakał. Władysiem strach aż zatrząsł. Co tchu zdarł ze siebie
matczyne przyodziewki i półżywy zabrał się do
porządków. W kilka minut pokój wrócił do normalnego wyglądu, nawet puder zdmuchnięto z politury. Chłopcy na palcach wysunęli się do salonu... Zmierzch już zapadał, okna wyglądały jąk
niebieskawe, obce osoby z trenami. Dopiero światło lampy w jadalnym dodało otuchy; Sophie rozweselona wyszła z kuchni na spotkanie dzieci —
na tacy niosła patelnię ze stertą blinów i garnek
śmietany. Władyś z piskiem rzucił się do krzesła,
Kazio zaklaskał w ręce — to było danie, które
uwielbiali, którego na noc zabraniała Róża. Zaczęli pożerać, nie umywszy rąk, zwijali bliny,
uklepywali w garstkach, maczali je w garnku —
Sophie śmiała się. Niebawem poszli spać z kwaśnym smakiem śmietany w ustach i z uciskiem w
sercu.
Nie wiadomo, która to była godzina, kiedy Władyś naraz otworzył oczy i poczuł, że jego dłonie
uwięzione są w czyichś gorących dłoniach. Mrugnął kilkakroć, rozeznał, że twarz matki — także
gorąca — chyli się tuż nad jego twarzą. Zmartwiał.
Popołudniowe ekscesy w sypialni, bliny na noc
ugniatane brudnymi rękami — cała góra nie wiedzieć czemu tak radosnych grzechów zajaśniała
mu we wspomnieniu, przygnębiony, bał się poruszyć. A oczy Róży badały i badały z tak bliska...
Władysia gniew ogarnął. Więc matka przychodzi
w nocy urągać grzesznemu, kiedy wszystko złe
już się stało i niczego cofnąć nie można. A czemuż
odchodzi we dnie, czemu pozwala, by zło kusiło
małe dzieci — czemu ich nie pilnuje? Z niechęcią
odwrócił głowę. Wtedy właśnie Róża krzyknęła:
— Nic? Nic? Ani jednego słowa radości, że jestem? Kazio malutki, nie rozumie... Ale ty —
przez całe długie pół dnia, przez cały długi wieczór — ani jednej sekundy niepokoju o matkę?
gdzie ona? czy wróci? Leżysz? Leżysz jak lala
drewniana — nie cieszysz się, więc i nie lękałeś
się o mnie? Po cóż ja tu wróciłam, po co?
Szlochała, ojciec przybiegł, chwycił ją za ramię
i wyprowadził, szepcząc:
— Wróciłaś — na szczęście czy na nieszczęście
— to zachowuj się po ludzku, dzieci nie przerażaj.
Władyś został pośród ciemności, wstrząśnięty,
snu i jawy niepewny.
Od tamtego dnia zawsze, ile razy między .Różą
a domem przerywało się normalne współżycie —
gdy ono później wracało dopytywała srogo, czy
dzieci były o nią niespokojne. Nauczono się wkrótce tego obyczaju. Władyś sam wybiegał naprzeciw
matki z twarzą skłopotaną, sumiennie recytując:
— Ach, jesteś nareszcie? Gdzie byłaś tak długo?
Jak się czujesz? Bardzo tęskniłem do ciebie.
Władysław nie zaniedbał więc i tym razem
skrzywić się frasobliwie, witając matkę po kilkudniowej rozłące. Róża nie uniosła głowy: widać
było, że czeka na gorące słowa syna, na jego niepokój.
Stosunek Władysława do matki nie był tak równo napięty, tak bujny, jakby ona tego pragnęła,
ale jednak pełen prywatnej ciekawości i męskiego podziwu. Róża, wygnana z kręgu miłosnego
szczęścia, szukała porozumień z drugą płcią na
drodze macierzyństwa: synowie mieli ją pogodzić
z męskością. Kazio umarł, zaledwie błysnąwszy
jednym, drugim tajemniczym uśmiechem — na
Władysiu spoczął cały ciężar niedosytu Róży. Zbyt
prostolinijna, by w dziecku znaleźć źródło zmysłowych podniet, potrzebę współżycia z męskim żywiołem zaspokajała w ten sposób, że — w miarę
rozwoju Władysia — transponowała coraz więcej
swoich pragnień, pojęć, interesów na tonacje 
przede wszystkim uwagę na kobiety swietne,
piękne, wspaniale ubrane, wzgardliwe. Z huczącymi skroniami asystował tym paniom, rzucał i
kradkiem spojrzenia w głąb atlasowych staników
i zarozumiałych źrenic, usiłował wyobrażać sobie
te wspaniałe osoby blade, spłakane, kiedy on
nasyciwszy żądze — będzie odchodził do swoich
autokratycznych, męskich przedsięwzięć, a one
pozostaną, by tęsknić. Stroił się, świadomie używał'efektów ślicznej urody, gorzał, rozpaczał i nienawidził. W osiemnastym roku życia cytował
Schopenhauera, Strindberga i słuchając, jak matka gra Chopina, płakał do poduszki.
Róża szczyciła się synem. Kiedy Władzio był juz
młodziutkim mężczyzną, ona ciągle jeszcze była
młodą kobietą. Lubiła nade wszystko bywać z nim
między ludźmi. To jej na koniec pozwalało zapomnieć o Adamie. Póki WJadyś był mały, Adam musiał — na koncertach, na rautach dobroczynnych
— asystować żonie, a przynajmniej zgłaszać się po
nią. Ledwie Róża zaczerpnęła atmosfery artyzmu,
salonowej beztroski, bogatego cygaństwa, z postawy Adama ulatywał parafialny zapach belferki,
z oczu Adama wyzierała powaga codziennych, do
śmierci wytyczonych spraw.
Władyś miał zdolności do' muzyki. Róża nauczyła go grać na fortepianie. Cóż to był zavtriumf, kiedy szesnastoletni syn akompaniował jej publicznie
koncert Vieuxtempsa! Pod deszczem oklasków stali — ramię przy ramieniu — oboje młodzi, urodziwi i nie z tego świata. Oszołomiona wyższością nad
tłumem, tęsknymi spojrzeniami dygnitarzy —
Róża lubiła po koncercie gawędzić, z dala obserwując syna. W zgrabnym mundurku ośmioklasisty błyskał nieczule zębami, krzywił puszyste wargi, panny cierpiały, a Róża nasycała się zemstą.
Ach, wreszcie, wreszcie przestawała być ofiarą,
wreszcie kamieniało w niej kobiece, ubroczone
serce — niedobrym wzrokiem, niedobrą męską
siłą Władysia sama mogła teraz ranić, poniewierać kobiety!
I — jeżeli odchodziła z Adamem — wszystkim
było wiadome, dokąd prowadzi ją droga... Do
skromnego domu, do niemiłego małżeńskiego łoża, do jutra bez niespodzianki. Z Władysiem —
Róża zawsze odchodziła w nieznane.
W wieku lat dwudziestu paru Władyś zaręczył
się po raz pierwszy. Przebywał wówczas za granicą na studiach, pogrążony w młodzieńczej wzniosłości.
Dom rodzinny zmalał mu w perspektywie
wszechświata do rozmiarów ziarnka piasku. Jednak muzyka, którą przywykł uważać za organiczny zapach Róży, przyprawiała go nadal o niepokój, o mściwą ponurość — uczucia zasadnicze w
atmosferze matki. Na razie przez pietyzm synowski przymuszał się do tych nastrojów, często chodził na koncerty i do opery, by zmarszczywszy
brwi oddawać się — na cześć Róży — gniewowi
i rozpaczy. Wkrótce jednak spostrzegł, że w objawieniach muzycznych tyleż jest zgody z życiem,
pokory, ile satanizmu. Powoli pozytywny biegun
muzyki zaczął coraz bardziej przyciągać współczucie i tak rozluźniła się ostatnia więź z rodziną.
W pewnej organizacji studenckiej Władyś spotkał Halinę. Brzydka i uboga, nie miała w sobie nic
ze znienawidzonych uroków kobiecości. Nie trzeba
było ulegać jej po to, żeby ją w końcu podstępem
zwyciężyć — od razu ogłosiła się za zwyciężoną.
Bynajmniej także nie nękała tajemniczością, nie
przyprawiała o dreszcze ani wyrzuty sumienia. Po
prostu pracowali i wypoczywali razem w równym
cieple niewolniczych uczuć Haliny.
Po pół roku konspiracji Władysław zawiadomił
rodziców o swoich zaręczynach. Niebawem Róża
zjawiła się w Berlinie. Na dworcu syn powitał ją
kwiatami. Narzeczonej nie zabrał ze sobą, miała
zjawić się w pensjonacie dopiero nazajutrz po południu, gdy podróżna odpocznie. Władyś od razu
przybrał wobec matki postawę istoty tak przez nią
obdarowanej, że do śmierci nie zdoła dobrodziejstw
wypłacić. Róża wysiadła z pociągu z migreną
i wzniosła na syna oczy zbolałe, pełne wyrzutu.
Poczuł się winny za migrenę, za tłok w wagonie,
za hałasy uliczne; drżąc z niepokoju i z żarliwych
chęci sadowił matkę w dorożce, potem w fotelu
pensjonatowym. Krzątał się, rozbierał, ubierał,
podsuwał owoce i wodę kolońską. Róża tarła czoło,
a Władyś — ścierpnięty — powracał w nawiedzony świat swego dzieciństwa, który sądził, że opuścił na zawsze.
Pod wieczór Róża oprzytomniała i kazała zawieźć się do opery. Dawano „Butterfly". Jak zwykle, z całym entuzjazmem odniosła się do gmachu
i do jego urządzeń i z całą wrogością — do otaczających ludzi. Rozjaśniona, oglądała marmury i lustra, plusze, stiuki, sklepienia... Co chwila zatrzymywała Władysia, by wskazać jakiś szczegół architektoniczny, jakieś martwe piękno... Czyniła to
gestem pani domu, pysznej z własnych dostatków.
Rozczulenie zaś płynęło z poczucia niespodzianki:
nie była tu dotąd nigdy, nie obiecywała nawet
przyjechać, a oto przygotowano dla niej tyle skarbów. Kto przygotował? Widocznie nie wierzyła, że
sprawcami dzieł ludzkich są ludzie. Widocznie
uważała ludzi za nic nie znaczące, bezduszne narzędzia wyższych sił, bo ani cienia życzliwości nie
żywiła dla istot, których praca napawała ją dumą.
Spoglądano na nią z zainteresowaniem, panowie
z powodu odmienności urody, panie z powodu odmienności stroju. Garderobiana — poczciwa tłuściocha — uśmiechnęła się na widok matki z synem
odbierając płaszcze od Władzia szwargotała przyjaźnie, a wręczywszy numerek Róży poklepała ją
po ręku. Róża zmierzyła kobiecinę wzrokiem pogardy — ta oniemiała z przykrego zdziwienia. Po
drodze do lustra wszyscy musieli ustępować na
bok; jeżeli ktoś nie dosyć skwapliwie to robił, Róża
— znowu z' tą niezrozumiałą władczością osoby,
która jest wszędzie u siebie — odsuwała natrętów.
Ten i ów syknął rozdrażniony, jakaś siwa dama
zaczęła wygłaszać nauczkę o dobrych manierach,
urwała wszakże w pół zdania i podreptała czesać
się gdzie indziej.
Dopiero kiedy Róża uznała, że jej wygodzie stało się w pełni zadość, kiedy doprowadziła swój
wygląd do ideału, kiedy Władyś — zaopatrzony w
program i lornetkę — podał jej ramię, kiedy szli
z wolna w szeleście jedwabi czerwonym chodnikiem, Róża zaczęła rozdawać uśmiechy. Tak ot,
gdzieś w przestrzeń uśmiechała się, zawsze jeszcze
oślepiająco, z wielką uprzejmością. Uśmiechy spadały na żywTe twarze, rozniecały uczucia: mrużono oczy, chwytano za face-a-main i za monokle,
szeptano lub — przeciwnie — milknięto. Zwłaszcza
w przejściu między rzędami foteli reakcja była silna. Skoro jednak docierała do świadomości idącej,
Róża pochmurniała — doznawała obrazy. Brzydkim grymasem odpychała falę ciepła, którą sama
przywołała z tłumu. Zdawała się nie chwytać
związku między swoim uśmiechem a rozbudzoną
ciekawością obcych, gniewało ją, że sygnały porozumienia między nią a ową tak gościnną potęgą,
dźwigającą pałace dla cudzoziemek, mogły być
wzięte za chęć nawiązania kontaktu z tym czy innym człowiekiem. Twardo uderzała nogami kolana
sąsiadów, wytrąciła komuś z ręki pudło czekoladek i, nie bąknąwszy nawet pardon, siadła w krześle — znużona królowa.
Och, jakże cierpiał Władyś! Jak szybko i jak
kompletnie pogrążał się w otchłań bolesnego dzieciństwa! Od niedawna przez Halinę oswojony z dobrocią, ekstatyczny wyznawca zgody — z rozpaczą
wyczuwał dobrze znaną smugę wrogości, wlokącą
się za matką. W lodowatej strefie nieporozumień,
jaką stwarzała wokół siebie, musiał się więc znowu pomieścić — jej sojusznik, jej kontynuator, jej
rzecz. Bał się patrzeć na boki, w stronę dopiero co
zmaltretowanej publiczności, skórę miał obolałą z
niepokoju. Nachylił się pieczołowicie nad Różą,
usiłował odgrodzić ją od świata, jak niebezpieczną
substancję, jak truciznę. A jednocześnie gorąca
litość dla napastnicy przepełniała mu duszę, drżał,
czy już, zaraz, natychmiast, odwet nie dosięgnie
matki lub też czy ona sama nie załamie się w złej
królewskości, czy nie zapłacze głośno. Ze wszystkich sił przyzywał muzykę, aby rozpostarła nad
salą swój czwarty wymiar, w którym każda ludzka sprawa nabierze lepszych znaczeń.
Jakoż zabrzmiały niebawem skrzypce, altówki
i wiole, mające wyrazić urok nadmorskiego ogrodu, niecierpliwość Pinkertona, pokorę pani Butterfly, kapryśne odmiany losu. Skoro pierwsze
dźwięki tej włoskiej Japonii wypłynęły ze sceny,
Róża westchnęła i przymknęła1 oczy. Władyś mógł
spocząć. Góro rozpoczął błazeńskie służalstwo, baryton wniósł między magnolie elegancję urzędową
dandysa, niskim, ciepłym głosem zaśpiewała powitalny komplement Suzuki. Świergot dziewcząt,
canzona marynarza i gdzieś z dala, z dala, za wzgórzem wysoka fraza najradośniejszej motylej nadziei — szerzył się w teatrze brzask miłości uwieńczonej śmiercią. Władyś znał dobrze tę operę i nie
lubił jej tragicznego końca. Od pierwszej sceny
opancerzał się przeciw smutkowi finału. Kiedy
Pinkerton — rozkochany — pisał pod gwiazdami:
„Tyś moja... na całe życie!" — chrząkał z dezaprobatą i nieufnym wzrokiem oprowadzał patetyczne
gesty tenora. W drugim akcie, w czasie rozmowy
Butterfly z konsulem o ptaszkach i różach amerykańskich, śmiał się złowieszczo, a w scenie z kwiatami niechętnie odwracał głowę od egzaltowanej
Japonki i jej głupiej sługi.
Sąsiadka Róży łkała, ściskając ręce męża, który
ją uspokajał. Róża syknęła wrogo i powiedziała po
francusku:
— Żądam ciszy za moje pieniądze, ja chcę słuchać muzyki.
Ale w momentach napięcia akcji bladła, chwytała syna za ramię, ze zgrozą w oczach szeptała: '
— No, co? co? Ach, Boże...
Potem odrzucała głowę na oparcie fotela i milkła z wyrazem tak głębokiego wtajemniczenia, że
dziw brał patrzeć na nią. Oprzytomniawszy, rzucała po sali wzrokiem, który mówił: "Co wy wiecie, nieszczęśni?" Cały czas kołysała się jakTgdyby
na niewyczuwalnym wichrze, wyciągała dłoń.
otwierała ją i zamykała, przytakiwała czemuś gorąco, to znowu gorzko przeczyła — wyglądała
wciągnięta w sprawy niedostępne reszcie publiczności. Kilka razy spoglądała na syna jak z drugiego brzegu rzeki — triumfująco i rozpaczliwie. Władyś spuszczał oczy... Kiedy jednak Butterfly pożegnała swoje dziecko krystalicznym bohaterskim
la, później zaś szepnęła bez głosu: „Idź, baw się,
baw...", Róża nagle zmieniła postawę. Usiadła sztywno, poprawiła żabot i włosy, naregulowała lornetkę, zaśmiała się zjadliwie. Ku najwyższemu zawstydzeniu Władysia, harakiri miłośnicy przyjęła
ziewnięciem. Pinkerton krzyczał za sceną: "Butterfly, Butterfly!", a Róża — głośno jak we własnym domu — mówiła:
— No, chodźmy, tłok będzie straszny.
Wyszli wśród zżymań i złośliwości sąsiadów.
Nazajutrz rano Róża zwiedzała galerie. Władyś
zaś miał obowiązkowe seminarium. Przyszedłszy
po matkę do Kaiser-Friedrich-Museum, zastał ją
w sali średniowiecznych mistrzów, stojącą przed
„Ukrzyżowaniem" Konrada Witza. Nie od razu
dostrzegła syna, patrzyła w obraz z wysiloną uwagą, ramiona spuściła bezradnie. Widać było, że życzy sobie przedostać się do kraju świętości, ofiary,
zrozumieć, a może nawet podzielić męczarnię Jezusa i cierpliwość Maryi. Ale wyraz znużenia
świadczył o bezowocności wysiłku. Władyś znienacka pocałował ją w rękę. Wzdrygnęła się, poczerwieniała...
— Ach, ty... Wariat jaki!
Była zmęczona. Władyś zaczął entuzjazmować
się obrazem. Pokiwała głową.
— Tak, tak, ładne kolory. To niebo, ta zatoka...
Tylko fałdy na szatach sztywne.
Zupełnie już szeptem dodała:
— Wyraz... zadziwiający... bardzo.
Po czym z niechęcią odwróciła się od „Golgoty'"
i pociągnęła Władysia do okna, tak wyglądając, jak
gdyby wracała z pustyni.
— Wiesz, co ja lubię? — objaśniła. — Żeby
przed świętym obrazem można było myśleć o innym świecie, lecz ten inny świat żeby już nie wydawał się ludzki. Ot, tak jak u Leonarda da Vinci.
Płochliwie zerknęła w stronę Witza.
— A tamto ciągle ludzkie. Cierpią, krzywią się,
umierają...
Po obiedzie do pensjonatu przyszła Halina. W
wypiekach, ubrana „z godnością", nie na pokaz.
Władyś, rzuciwszy okiem na jej strój, ocenił, jakich to był rezultat wysiłków i przemyśleń. Róża
przywitała narzeczoną syna z przesadnym ugrzecznieniem. Usadowiła ją przemocą w fotelu, sama
przycupnąwszy na brzegu krzesła, natychmiast zadzwoniła na herbatę, przepraszała po stokroć, że
tak skromne przygotowała przyjęcie, ale cóż, w
¦ obcym mieście, w obcym domu... Zabrakło łyżeczki, szepnęła Władysiowi, żeby wyjął z neseseru
podróżne sztućce. Zajął się tym skwapliwie i niebawem podał żądany przedmiot. Jakżeż okropnie
spojrzała matka!
— Nie tę! srebrną — powiedziała zbielałymi ze
złości wargami.
Potem rozkładała i przekładała serwetki, próbowała coraz to innych kombinacyj nakrycia, mówiąc
nieustannie, uśmiechając się do lustra, co chwila
całując w głowę Władysia — ze współczuciem i z
żałością, jak człowieka, o którym wiadomo, że niedługo umrze. W oczach Haliny — najpierw zestraszonych i czułych, później pełnych zdumienia
— ukazał się mrok. Zesztywniała w swoim honorowym fotelu, umilkła, na pytania odpowiadała
monosylabami. Nastrój zapanował jak na five
o'clocku w ambasadzie — najbardziej jałowa
grzeczność, ani jednego odruchu, same nieosobiste gesty. Ten uścisk, ten serdeczny uścisk, po
który Halina przyszła do matki ukochanego —
straszył jak widmo! Wszysdy czuli, że on tam
gdzieś czekał i że zabrakło siły, która mogłaby
go zmaterializować.
W miarę jak znikały petits-fourki i jak pogłębiało się przygnębienie Haliny — Róża nabierała
życia. Opowiadała, a propos wczorajszego wieczoru w operze o wielkiej muzykalności Petersburga,
o kwartetach u leibmedyka, o własnych sukcesach
koncertowych i o pięknych wakacjach na Litwie.
Władyś mienił się na twarzy, nie śmiał przerywać
matce, nie podtrzymywał wszakże rozmowy, przeciwnie — chcąc stworzyć przeciwwagę dla obcej
przeszłości — zagadywał Halinę o bieżące sprawy
organizacyjne i uniwersyteckie, zupełnie Róży nie
znane.
I na to wszakże,Halina odpowiadała ceremonialnie, zbita z tropu, niczego już w życiu niepewna.
W końcu zapadła cisza, przesycona rozdrażnieniem, obrazą i czczością. Halina odeszła, zaledwie dotknąwszy dłonią rozpalonych palców Róży, odwracając oczy od wzroku Władysia.
Po chwili drzwi od schodów trzasnęły. Władysław wrócił z przedpokoju, stanął przed matką i załamał ręce. Patrzył na nią z gniewem, żalem, z uwłaczającą litością.
— No co? Co znowu za pretensje? — spytała.
Zbladł.'
— Jak mama śmiała tak potraktować tę dobrą,
dobrą dziewczynę?! — wykrztusił z głębi piersi.
Róża — jak zwykle w tych wypadkach, kiedy
pod wpływem jej nieludzkiej postawy pękał krąg
normalności i czarny żywioł, anarchia, otwierała
nagle swoje bezkresy — Róża uczyniła się lekka,
niebaczna. Z humorem wykrzyknęła:
— A jakże ja ją potraktowałam? Niedobrze?
Przecież nawet swoją łyżeczkę kaukaską dałam
jej do herbaty! Jeszcze mało?
— Proszę nie kpić ze mnie! Halina nie na fanaberie towarzyskie tu przyszła! To ma być moja
żona! Ja sobie tę kobietę wybrałem na życie! A
mama opowiada o Boboliszkach, Mysikiszkach,
o wąsach cara, o kijowskich konfiturach... Ani słowa, ani jednego ludzkiego słowa w ciągu całej godziny! Czy mama wyobraża sobie, jaka to krzywda dla^dziewczyny? Co ona sobie o mnie pomyśli?
Że ja po prostu zełgałem, że mama w ogóle nic
nie wie o naszych zaręczynach!
Krzyczał, czochrał sobie czuprynę, gryzł pięści.
Róża promieniała.
— Krzywda? — zdziwiła się. — Jaka krzywda?
Grzecznie kogoś przyjąć to krzywda? A o czymże
ja miałam z nią gadać, z tą jakąś twoją Haliną?
O jej cioci w Kozieglowach? A co mnie jej ciocia
obchodzi?
Władysław oparł głowę na skrzyżowanych ramionach, zaszlochał bezsilny:
— Zwariuję, .zwariuję...
Róża z początku napawała się tym płaczem.
Czarny nurt porywał ją, słowa, sytuacje, uczucia
wirowały — rzeczywistość tonęła w falach absurdu i koniec wszystkiego nareszcie wydawał się bliski. Ale Władyś łkał coraz bardziej spazmatycznie
— to nie było naturalne u dorosłego mężczyzny,
przechodził w dzieciństwie tyle chorób, serce miał
słabe, mógł dostać jakiegoś ataku. Róża — ku wielkiemu swemu gniewowi — uczuła się znowu zatrzaśnięta w fatalnych prawach świata. Nie wolno
jej było narażać synowskiego zdrowia, samowola
musiała się zatrzymać u wstępu na drogę, która
prowadzi ku śmierci.
— Uspokój się — powiedziała głucho, ledwie
żywa z irytacji — zrobiłam tak dla twojego dobra.
Przyjechałam ciebie ratować, mimo że — Bóg
świadkiem — niełatwo było zdobyć się na podróż.
Dzieci nigdy takich poświęceń nie umieją ocenić...
Ale ja... Boże mój... ja łudziłam się, że ty jesteś
inny.
Władyś skoczył na równe nogi. Skoro matka zaprzestawała szyderstwa, zgadzała się opuścić królestwo urojeń, gdzie była nieuchwytna, i gadać z
synem poważnie — wygasał okrutny ból serca,
obłęd już nie groził, na każde zło mogła znaleźć
się rada. Zawołał głośno:
— Mamo najdroższa! Ja wiem, ile tobie zawdzięczam! Otrzymałem takie wychowanie, że niejeden hrabicz mógłby mi pozazdrościć. Jesteś artystka — nigdy nic gminnego nie wprowadziłaś do
domu. Chodziliśmy z Kaziem ładnie ubrani, mieliśmy higieniczne jedzenie, świeże powietrze latem... Bo ty sto razy przerabiałaś swoje suknie
i dużo zarabiałaś muzyką. Chociaż mogłaś poszukać sobie innego szczęścia w świecie, nie opuściłaś
biednego i niezaradnego ojca i nas — dzieci. Przez
to, że jesteś utalentowana i piękna, mogłem przyjaźnić się z synami dygnitarzy, tańczyć z najwytworniejszymi pannami! Tak, mamo, ja wiem.
I teraz także rozumiem: przyjechałaś dla mego dobra... Ale pozwólże pomówić o tej sprawie serdecznie... Ja wszystko wytłumaczę!
Z najcieplejszych głębin szczerości wygłaszał
pochwałę matki podług jej własnego dokładnego
przepisu. Te słowa chwalebne unosiły się w atmosferze jego dzieciństwa i zostały przyswojone bez
reszty. Przy każdej okazji Róża ustala swoje tytuły do wdzięczności potomstwa. Adam zaś przypominał je i kolportował jak apostoł.
Teraz wszakże, na zagranicznym gruncie, po
długiej rozłące — wyznania syna zabrzmiały rewelacyjnie. Coś się wreszcie ziściło w życiu Róży,
jakieś marzenie w końcu stawało się ciałem: syn
dorosły ją wielbił. Doznała tak silnej radości! Podróż do Berlina, wybuch uczuć synowskich wydały się kulminacyjnym punktem życia. Róża przygarnęła do piersi głowę Władysława.
— A więc zrozumiałeś mnie wreszcie? Bogu
niech będą dzięki!
Rozpłakała się.
— Oto nagroda za moje nieszczęśliwe życie...
Syn mnie zrozumiał! Syn mnie ocenił!
Błogo uśmiechnięta, opadła na oparcie sofy.
— Chodź, Władysiu. Usiądź koło mnie, widzę, że jesteś już człowiekiem... Powiem ci wszystko.
Spuściła powieki, zbladła — zbliżał się moment
wyzwolenia: syn dowie się prawdy. Syn zniszczy
nikczemną jawę, stworzy nadrzeczywistość, w której matki w słodyczy niewinnego porozumienia
z synami otrzymują okup za to, że nie kochały ich
ojców.
Władysław zaniepokoił się. Nie chciał wspominać i rozpamiętywać dziejów Róży, chciał bronić
Haliny.
— Mamusiu — odezwał się — to ja najpierw
powiem ci wszystko. Posłuchaj...
Spojrzała na syna, mrugając — jak zbudzona.
Nde dał jej dojść do słowa.
— Otóż, mamusiu — prawił — ty jej nie znasz
i dlatego chcesz mnie „ratować". Myślisz tylko
o tym, że nie jest świetną partią, a przed godziną
uraziło cię, że ona nie jest ładna. Owszem, zawsze
asystowałem pięknym osobom, ale byłem smarkacz, sam nie wiedziałem, czego mi trzeba. Mamo,
Halina nie jest ani świetna, ani bogata, ale musisz
ją poznać — ona ma miliony zalet stokroć wspanialszych... Mamusiu, wierz mi, mnie takiej właśnie żony potrzeba... i ty przecież...
Ale Róża porwała się z sofy. Purpurowa, zawołała:
— Co ja „przecież"? Co „przecież"? Ja widzę
przecież, że omyliłam się! Haniebnie się omyliłam. Nie jesteś moim synem!
Patrzyła na Władysława z góry.
— „Takiej żony" mu trzeba! — parsknęła —
a więc takiej żony... Naturalnie, twojemu tatusiowi taka żona jak ja nie może odpowiadać i synek jego tak samo „wspanialszych zalet" szuka.
Cha... cha... — śmiała się — cha... cha... jak się
przyczaił! „Jesteś artystka, utalentowana, piękna"
Udaje, że zachwycony! A potem — „takiej żon}'
ze wspanialszymi zaletami" potrzeba.
Popchnęła syna.
— Idź i tej zmokłej kury nie próbuj tu wpychać,
nie imponują mnie -„wspanialsze zalety'1, twojemu
tatusiowi ją prezentuj!
Upadła na łóżko jęcząc:
— Acłi, dziecko moje jedyne, Kaziuczku! Ty byś
swojej matki nie dręczył. Kaziu mój, gdzie jesteś,
jedyna moja przepadła nadziejo? . '
Jeszcze kilka dni zabawiła wtenczas Róża w Berlinie. Po gwałtownej rozmowie z synem całą dobę
niemal udawała, że go nie zauważa. Jedli przy jednym stole, chodzili po mieście razem. Ale Róża
milczała, twarz miała zastygłą w wyrazie rozpaczliwej decyzji. Każdy jej ruch zdawał się przybliżać nieszczęście — złowróżbny i niespodziewany.
Njc pozwalała sobie usłużyć. Władyś, spragniony
okazania dobrych chęci, poszukiwał gorączkowa
parasolki, przewracając szafę do góry nogami. Róża tymczasem z lunatycznym spokojem sznurowała trzewiki. Po kwadransie, opuszczając pokój,
otworzyła kufer i wyjęła stamtąd parasolkę. Władyś wydał okrzyk, a matka — nieporuszona —
zstępowała ze schodów.
Przy przechodzeniu jezdni, przy stopniach autobusu, ramię Władysia skwapliwie wyprężone pozostawało nietknięte; kiedy siedli obok siebie, ani
skraweczek matczynej sukni nie przylegał do synowskiego płaszcza, kiedy Władysław mówił, pytał, nalegał, wzrok matki przenikał — skupiony —
jakieś dalekie, nieprzyjazne obszary. Obcość, niedostępność, napięcie tajemniczego, fatalnego zamiaru były tak wielkie, że Władys upadał ze znużenia. Kilkakrotnie chciał porzucić Różę w środku
drogi — niechże wykonywa swój straszny zamiar
samotnie! Jednak me porzucił. Bał się, że — cokolwiek wyniknie — ojciec zapyta z czasem zbielałymi wargami:
— A ty gdzież byłeś wtenczas, Władysiu? Gdzie
ty wtenczas byłeś?
Pod wieczór znaleźli się w parku. Róża umyślnie siadła na takiej ławce, gdzie było tylko jedno
miejsce. Władyś krążył w pobliżu. Jakaś dama
niebawem opróżniła krzesełko, upadł na nie czym
prędzej. Mógł nie tracić matki z oczu, a jedno1 — Cudzoziemka C)~
cześnie nie potrzebował ocierać się o jej wrogość — po tylu godzinach męczarni to była duża"
ulga. Z oddali kilkunastu metrów patrzył na Różę zbyt już wyczerpany, by tę nad wszystko znajomą postać spojrzeniem karcić lub wstydzić...
Róża śledziła go spod oka. Przekonawszy się, że
syn' siedzi opodal, odwróciła głowę w przeciwnym
kierunku. Po jej prawej ręce tkwiła wspaniale
wykrochmalona nurse, po lewej — starszy jegomość z cygarem. Róża z najwyższą dezaprobatą
spozierała na sąsiadów. Zaczęła demonstracyjnie
wachlować się chusteczką od strony cygara, od
strony zaś dziecinnego wózka odgradzać sfę parasolką. Po chwili zapanowało rozdrażnienie.
Starszy pan chrząkał i obciągał marynarkę, nurse
śpiewała nerwowo.
Władysław widział, z jaką uciechą matka
przyjmowała te objawy upokorzenia. Im boleśniej chrząkano i nucono z obu jej stron, tym samowładniej mościła się na ławce. Niańka przewijając niemowlę uroniła pieluszkę — czysty gałgan spadł koło spódnicy Róży. Ledwie to dostrzegła, otrząsnęła się ze zgrozą, zawołała „pfuj",
nadziała szmatkę na parasol i odrzuciła ją daleko
na trawnik. Wtedy nurse zażądała z krzykiem, by
die Gnadige * przyniosła pieluszkę z powrotem,
pan od cygar proponował, żeby damy tak grymaśne nie opuszczały nigdy swoich prywatnych
parków, jakiś przechodzień zatrzymał się.
Róża wśród tego zamętu powolutku zapinała
rękawiczki. W momencie najgorętszym wstała,
uśmiechnęła się, podeszła do wózka. Niania skoczyła ku obronie pupila, ale niemowlę leżało spokojnie — błyszczące świeżością, pyzate... Zanim
kto zdążył dech złapać, Róża pochyliła się nad
nim i zamknęła w dłoni rozchyloną automatycznie piąstkę. Bobuś zmrużył oczy, zaraz jednak
rozciągnął błogo usteczka i gruchnął jak -gołąbek. Odpowiedziała mu. Powiedziała mu coś równie bezsilnego, niepojętego, namiętnego. Jakieś
ptasie słówko. I ucałowała pulchną rączkę. To
wszystko stało się w kilka sekund... Nurse, grubas, przechodzień zastygli w osłupieniu, a Róża
już sunęła majestatycznie aleją. Władyś porwał
się w tropy.ze swego krzesełka, słyszał, że Niemcy pytają jeden drugiego:
— Was war das? Eine Kranke? Eine Hexe?
Was hat sie dem Kinde gesagt? *
Przechodzień objaśnił:
— Das war eine Fremde **
Kiedy zbliżali się do bramy ogrodu, Róża przystanęła. Podniosła głowę i patrzyła na niebo. Kilka co wcześniejszych gwiazd drżało tam jak
w odlocie, niski księżyc prześwitywał zza liści.
Obróciła się do syna, zagadała jak gdyby nigdy
nic.
— Ty, Władyś, nie boisz się tego tam wszystkiego? tej błyszczącej nocy?
Zaskoczony, nie wiedział, co rzec, ona zaś indagowała dalej:
— Co te Szwaby szwargotały o mnie, kiedy
odeszłam?
Głosem schrypniętym z długiego milczenia odpowiedział:
— Mówili, że mama jest eine Fremde — cudzoziemka.
Zaśmiała się krótko. Opuściła oczy. Coś nakreśliła parasolką na piasku, wreszcie westchnęła:
— Ot, los!
Wsunęła dłoń pod ramię syna.
— Czy wiesz ty — zadała jeszcze jedno pytanie — że ze mną wszędzie tak? I zawsze? Że gdzie
tylko ja ruszę się, wszędzie o mnie tak mówią:
cudzoziemka?
Zerknął na nią podejrzliwie, zaprotestował:
— Ech, skądże znowu! Za granicą nic dziwnego, ale w kraju? (Rodzice wówczas od kilku lat
już mieszkali w Warszawie.)
Zdziwiła się.
— W kraju? A gdzie oń, ten mó] kraj?
Rozłożyła race.
— Mój kraj... W Taganrogu nie chodziłam do
cerkwi, tylko do kościoła. Koleżanki, kiedy pop
szedł korytarzem, odsuwały się ode mnie: Polaczka. A w kościele kazania były po francusku
i nikt na mnie jak na swoją nie patrzył... Do Wafszawy przyjechałam — powiedzieli: „moskiewka,
akcent kacapski i śniada jak diablica". W.Petersburgu — warszawskaja barysznia: Nad Wołgę
mąż zawiózł — grafinia ze stolicy, artystka. Teraz, na starość — do Warszawy z powrotem. Znowu to samo: „Pani z kresów czy z Rosji? Bo od
razu poznać, że obca". No i tutaj: eine Fremde...
Czyż nieprawda? Zawsze i wszędzie tak: cudzoziemka.
Władysławowi serce zatłukło się w piersi... Nie,
nie — pomyślał z uniesieniem w kierunku niańki i grubasa — keine Hexe, keine Kranke — eine
ungliickliche Fremde... *
Ucałował rękę matki. Przytuliła się do niego,
zaszeptała:
— Widzisz, jak źle... Na ziemi wszędzie cudzoziemka, a nieba ja się boję. Ach, jak niedobrze...
Dlaczego?
* Keine Hexe... (niem.) — nie wiedźma, nie chora —
nieszczęśliwa cudzoziemka.
Nagle wbiła parasolkę w żwir i rozpaczliwie
krzyknęła:
— I ty chcesz żenić się, chcesz mnie opuścić,
Władysiu?
Trzy czy cztery dni, które nastąpiły po owym
nieskończenie długim dniu milczenia, minęły jak
chwila. Róża prosiła, żeby Władyś na razie nie
widywał się z narzeczoną (później zrobi wszystko, co zechce), żeby ten krótki czas poświęcił tylko matce. Może ostatni raz w życiu będą tak razem we dwoje?
To były najcudowniejsze wakacje Władysia. Róża — wyświeżona, wesoła — każdą godzinę po
brzegi wypełniała treścią. Zwiedzali miasto, obserwowali przechodniów, o zmierzchu siadywali
w pensjonatowym pokoju — matka reperowała
bieliznę, nicowała krawaty. Władyś deklamował
Słowackiego; wieczorami teatr albo koncert. Nie
to wszakże, co robili, było ważne, tylko poczucie,
że wszystko dzieje się w stanie łaski. Że zza każdego czynu i słowa przeziera tajemnica miłości.
Róży nie poznaliby w tych pamiętnych Władysiowi dniach nurse z parku ani słuchacze „Butterfly", ani Adam. Natomiast siwy mąż eks-kursistki poznałby zapewne od razu pupilkę swego
papy. Poznałby ten ozon namiętności, to spragnione cudów dzieciństwo, ten głód wzruszenia, zabawne słówka, strach przed abstrakcją, to
ubóstwienie piękna, pogardę dla niewtajemniczonych, poznałby czarne, gorące oko, którego blask
wybiegał poza rzęsy jak łuna pożaru.
Róża nie zwierzała się Władysiowi, nie mówiła
nic strasznego, a także nie dawała mu rad i nie
badała, jakie on ma zamiary. Nie ozuliła się, nie
kokietowała. Po prostu żyła tak, jak gdyby tamto — kiedyś — nie było się stało. Jak gdyby
Michał nigdy nie istniał, Adam zaś nigdy jej nie
zaślubił. Jak gdyby miłość czekała na niezawodne
spełnienie. Wszystko ją bawiło, podniecało, przemawiała do kelnerów, do sprzedawczyń głosem
poufnym i ciepłym. Płakała ze szczęścia, słuchając muzyki, patrząc na fantastyczne ryby
w akwarium...
Władyś chwilami miał wrażenie, że matka o nim zapomina. Że nie jest jej potrzebny sam
przez się, tylko — jako medium, pośrednik między nią a młodością.
O Halinie nie padło ani jedno słowo, również
ani jedno słowo o ojcu. Mówiąc do siebie i Róża, i Władyś przemawiali do nadprzyrodzonych potęg, które łatwo urazić, które ciągle trzeba czarować i zaklinać.
Raz Władyś zapytał o siostrzyczkę. To dziecko
przyszło na świat rok przed jego wyjazdem z domu, a w lat dziesięć po śmierci Kazia. Władysław
prawie nie znał małej Marty.
Róża spłonęła. Rzuciła synowi spojrzenie pełne
obrazy. Nic nie odpowiedziała. Zagryzła wargę,
biła rzęsami o policzki — cierpiała. I Władyś
zawstydził się tak bardzo, że cały świat ujrzał
w czerwieni. Na szczęście, ktoś zapukał do drzwi,
ktoś wszedł — zdarzenie rozpłynęło się w gwarze. Do końca berlińskiej wizyty między Różą
i Władysiem trwał ów błogosławiony, radosny,
tajemniczy pokój.
Rozstali się w uniesieniach.
Nazajutrz po wyjeździe matki Władyś poszedł
na cały wieczór do Haliny i mało nie płakał.
Gdzież się podziała Halina? Na kogo ją zamieniono? Kim była wątła, przebrzydła osoba? Dobroć, pogoda, czułość — Władyś nie odnajdywał
smaku wymarzonych uczuć w emanacjach panny, którą sobie upatrzył na żonę. Opuścił ją,
zgorzkniały — po tygodniu zwrócili sobie pierścionki.
— Dzień dobry, droga mamo...
— Dzień dobry, Władysiu.
Róża — wysoko wsparta na poduszkach — miała głowę odrzuconą w tył. Witając przybyszów
nie zmieniła pozycji. Władysław zobaczył z twarzy matki tylko usta: wargi, poruszające się leniwie przy dźwięku słów, i — zawsze białe —
równe duże zęby. Usta, tak widziane, były młode. Matka patrzyła w sufit... Podeszli bliżej
z Jadwigą, pochylili się nad leżącą. Syn ucałował
ciepłą, muskularną rękę, Jadwiga — jak zwykle
wobec Róży, zdyszana — ledwie wyjąkała:
— Jakże mama się czuje? Czy to migrena?
Czy przechodzi?
Róża odetchnęła głęboko. Nie odrywając oczu
od sufitu, szepnęła:
— Uff, jak ciężko!
Zaś po chwili pauzy:
— .Władyś, czy ciebie nie gniewają sufity? Czasami człowiek ciskałby czymś w te wszystkie
daszki, przegródki... Nie odczuwasz tego? Chce
się nieba nad głową.
Wszyscy milczeli, poruszyła się gniewnie.
— Co ojciec nagadał tobie przez telefon? Mnie
nic nie jest.
Władysław pośpiesznie zapewnił:
— Nic, mamusiu, tatuś nie gadał. Tylko, że
chcesz nas zobaczyć, więc z radością przybiegliśmy.
Pokiwała głową. Usiadła nagle, wyprostowana.
— Ty pewnie wyobrażasz sobie, że ja nic nie
rozumiem... „Z radością". Czy ja nie wiem, że
nikt nigdy do mnie nie „przybiega z radością"?
Zaśmiała się.
— A tam nad sufitami... kiedy przyjdzie czas,
także powiedzą może: tu nie ma miejsca dla cudzoziemki? Aha! Może...
Jadwiga z osłupieniem spojrzała na męża i pogłaskała go dla otuchy po plecach. Nie zwykła
docierać do sensu słów teściowej, samo ich
brzmienie napawało ją niechęcią. Tym razem
jednak — mimo marzycielskiego tonu — zdania
Róży wydały się jej szczególnie dokuczliwe. Władysław porywczo odsunął od siebie żonę.
Cudzoziemka... Ten wyraz podziałał nań jak
prąd magnetyczny. Egzaltacja pięknych berlińskich dni sprzed lat dwudziestu odżyła naraz
z całą gwałtownością. Więc przecież zdradził,
opuścił swoją cudzoziemkę!
Skorzystał z tego, że w kilka lat po zerwaniu
z Haliną dobroć i pogoda zastąpiły mu znowu
drogę, wcielone w postać powabniejszą, w serce
bardziej świadome, w żywioł gorętszy, mocniejszy. I że Róża nie mogła przyjechać. I że w gęstwinie młodości jesień zaczynała straszyć. I że
do snów o nieznanym lądzie przyplątał się sen
o nieznanym domu — o domu wesołych, spokojnych, nigdy szlochami nie budzonych dzieci.
Sprawę ubito wtenczas z Różą listownie. Ponieważ żądała zawsze, by małżeństwo syna było
szczeblem do jego kariery — Władysław, przemilczając sentymentalną stronę rzeczy, rozpisywał się długo o koligacjach i stosunkach panny
Żagiełtowskiej. O tej wielkiej korzyści, jaką
przedstawiciele wygnańczych rodzin odnoszą, łącząc się z rodzinami mocno osadzonymi w ojczystej ziemi, wpływowymi, swojskimi. Wspomniał o bezdzietnych wujach, przysyłał fotografie
dworów i nobliwych, długonogich wujenek,
tkwiących w siodłach „po damsku". Róża odpisywała: „Owszem, sferę ziemiańską pochwalam,
ale jakiż jest posag tej osoby i jak ona wygląda?" Wreszcie Władysław — po długich namysłach, zwłokach — zdecydował się na krok stanowczy: zawiadomił rodziców o dacie ślubu, dołączając zdjęcie amatorskie Jadwigi, ubranej
w batystową bluzeczkę, zapatrzonej bałwochwalczo w dumny profil narzeczonego. Na odwrocie
był napis: „Posagiem tej osoby jest świetne imię
Jej przodków oraz miłość, którą raczy żywić do
Waszego syna".
Ten list natrafił może na dzień ciepły i mglisty
— „perłowy". Róża lubiła nade wszystko taką
porę, nie grywała wtenczas na skrzypcach i nie
pędzała służących — nuciła „Traumerei" * Schumanna, mówiła, że czuje morze w pobliżu, że tak
właśnie, najpiękniej; bywało w Taganrogu wiosną. Pytała Adama, czy nie ma zbyt wiele pracy,
małej Marcie pozwalała czytać „Quo vadis:>, co
chwila wychodziła na balkon, przymykała oczy
i rozszerzając nozdrza mówiła:
— Ach, przypomnieć nie mogę... Ale to coś
strasznie miłego, dawnego... Powąchajcie, proszę.
A może: przeciwnie. Może dzień był zabity
deskami od urody świata, od dziecinnych wspomnień, od łaski? Może Róża, zerknąwszy na nieregularną, zakochaną twarzyczkę Jadwigi, odczytawszy napis stwierdzający bezposażność przyszłej synowej, zapaliła się do myśli o zemście?
o tym, jak będzie pasła oczy poniewierką bezbronnego stworzenia?
Władyś — w odpowiedzi — otrzymał lakoniczną depeszę: „Szczęść Boże".
Róża i Adam przyjechali pięć godzin przed
ślubem. Nie było czasu na oficjalne wizyty. Tyle
że Władyś zdążył chwycić pod rękę narzeczoną i z tiulów, kwiatów, majonezów, uprowadzić ją
— ku zgorszeniu ciotek — na chwilę do hotelu,
gdzie stanęli rodzice.
Jadwigę w ostatnich tygodniach panieństwa
rozpieszczano. Swoją konkietą uczyniła wszystkim przyjemność: stary Żagiełtowski — w dowód
zaufania — powierzył jej do korekty dzieło o monetach szwedzkich w Polsce, matka — pani Kasia — podarowała wachlarz romantycznej muzy,
litewskie krewne nadsyłały emaliowane brosze,
bransolety z granatów, turkusowe kolczyki, stryjciowie prawili zdrożności. Wybiegła z Władysiem
z cieplarnianej atmosfery swego domu i śpieszyła
do nowych, bliskich ludzi po nowe uściski, pochwały, zachęty. O matce Władysia wiedziała tylko, że artystka i że nerwowa. Spodziewała się
zatem, że trzeba będzie niewinnym żarcikiem
rozproszyć nadmiar egzaltacji; albo raczej może
zapłakać na pulchnym ramieniu, jednocześnie
własną chusteczką ocierając łzy damy. Na schodach hotelu Władyś nagle stanął. Był blady, surowy... Przytrzymał Jadwigę za rękę. Powiedział
| nieswoim głosem:
— Postaraj się... postaraj...
Zadrżała.
— Moja matka jest dziwna — dodał.
I zaraz weszli do numeru.
Róża siedziała na wprost drzwi w ciemnej koronkowej bluzce, pasmo siwych włosów błyszczało pośród czerni nad czołem. Adam — bez marynarki — majstrował przy umywalni. Skoczył,
chwycił surdut, wciągnął na grzbiet... Róża patrzyła na Władysia. Nikt nic nie mówił. Nozdrza
Róży falowały, zmrużyła rzęsy, nie poruszyła się
wcale... Adam chrząknął, za'krzątał się: „prosimy,
prosimy". Żyły miał nabrzmiałe na skroniach,
gorliwie wysunął krzesła. Jadwiga mówiła później mężowi, że nie tylko musiała przymknąć
oczy, ale i że płucom zabrakło oddechu, i serce
zatłukło' się bezsilnie: tak ostry był ten klimat.
Obejrzała się za Władysiem — czy ją będzie ratował. Ale Władysia już przy niej nie było, szedł
ku matce. Róża czekała bez słowa. Ukląkł przy
niej, położył głowę na jej kolanach. Jeszcze przez
chwilę milczeli; wreszcie Władyś porwał ssie
z klęczek, mówiąc:
— Mamo, to Jadwiga...
Wtedy Róża wstała, przeszła wyprostowana mimo Jadwigi, otworzyła kufer, wyjęła stamtąd małą tackę srebrną i podała na niej Jadwidze
okrągły chlebek oraz wyzłoconą solniczkę.
— Witam — rzekła.
Jadwiga schyliła się do ręki teściowej, natrafiła na próżnię, byłaby może krzyknęła ze zdziwienia, z gniewu, ale jej usta wpółotwarte zamknięto
pocałunkiem. Róża ucałowała ją w usta. Wizyta
nie trwała dłużej niż dziesięć minut. Róża zapytała o zdrowie państwa Żagiełtowskich, później
zaraz o najbliższego fryzjera. Adam cały czas
trzymał syna za rękę. Powtórzył kilkakroć: „bardzo się cieszę, bardzo się cieszę, naprawdę", i patrzył na Różę z modlitewnym błaganiem. Władyś śmiał się, opowiadał kłopoty u krawca, matka
przerwała mu srogo:
— A gdzie twoja szpilka — kamea? Dlaczego
jej nie nosisz?
W krawacie miał skromną srebrną szpileczkę.
Stropił się, nic nie odpowiedział. Jadwiga zaś nieśmiało położyła dłoń na jego ramieniu i szepnęła:
— Bo on teraz nosi dar od narzeczonej... Bo ja
mu to dałam na jego pierwsze moje imieniny...
Bo ja bardzo kocham Władysia.
Spojrzała czule po obecnych, zdobywała się w
niezwykłej okoliczności na zwykły głos serca, wierzyła w jego siłę, wierzyła, że zaraz ustąpi zniekształcające widzenie i normalny obraz świata powróci.
Róża chrząknęła. Z roztargnieniem przeniosła
wzrok na Jadwigę, spytała:
— Co pani?
Jadwiga spłonęła. Wstali oboje z Władysiem.
Adam odciągnął ich na bok.
— Moje dzieci, moje dzieci — zaszlochał raptem.
Żółty, roztrzęsiony, kreślił krzyże nad schylonymi głowami;
— W Bogu ludzka nadzieja — wyznał, całując
dłonie Jadwigi i policzki Władysława.
Wyszli mało przytomni i zbiegli pędem ze schodów. Na dole w hallu Władyś — mężczyzna na
stanowisku — pochwycił narzeczoną w objęcia i
jak dzieciak okręcił się z nią w kółko.
— Mama ciebie ucałowała — powiedział.
W kościele Władysław raz tylko doznał zgrozy.
Krocząc u boku matki w jednej z pierwszych par
ślubnego orszaku, nie widział nic, zapomniał o całym swoim życiu. Szelest matczynej sukni nie więcej go obchodził niż szelest liści tego lasku, gdzie
pół roku temu leżał — nieprzytomny — z Jadwigą. Dopiero po ceremonii, kiedy złagodniał trochę
wielki ucisk wzruszenia, rozejrzał się i zaniepokoił. Tłum zalegał prezbiterium, grawitując do
ośrodka, którym była panna młoda. Jadwiga —
biała — słaniała się na wielkiej fali serdeczności.
Nie widział jej twarzy, natomiast twarze stojących
z boku starych Żagiełtowskich, wpatrzone w
triumf „staruchy"' — jak słoneczniki — ukazywały każdemu pogodne, swojskie szczęście. Cały ów
tłum, taki ciepły, to byli krewni i przyjaciele.
Swoi ludzie. Plotkarze, zazdrośnicy, niedołęgi,
sprytne bestie i surowe pały, rozkosznisie, tercjarki, szlachetne, piękne dziewczyny, młodzi zapaleńcy, idiotki i karierowicze. Ale w tej wybranej godzinie nikt nie plotkował, nie szachrował, nikt nie
złorzeczył, nie plótł byle czego. Wszyscy życzyli
dobrze, wszyscy — przy grzmocie organów, pod
ciężką ręką wspólnego Boga — wielbili w zwycięstwie Jadwigi zwycięstwo własnego klanu.
Władyś odczuł ukłucie w sercu... Gdzie matka?
Gdzie ojciec? Potrącił tego i owego, ktoś syknął
nadepnięty i czym prędzej — poznawszy pana
młodego — ozdobił twarz uśmiechem. Ktoś inny
chwycił pod ramię i stroszył wąsy do braterskiego
pocałunku. Odsunął kordialnych jegomościów,
przecisnął się bliżej bariery oddzielającej prezbiterium od nawy głównej. W kościele gaszono żyrandole, z chóru spływał ostatni obłok dźwięków —
złowróżbnych, mrukliwych jak odgłosy przemienionej burzy. Ołtarz bił jeszcze jasnością i tam właśnie, między stallami, w blasku świec, kinkietów,
monstrancji i rodzicielskich spojrzeń odbierała hołdy Jadwiga. Róży ani Adama Władyś nie zoczył
w tym kręgu. Zeszedł po stopniach, już chciał wracać do zakrystii sprawdzić, czy nie rozmawiają z
prałatem... Nagle z ciemności, którą przepoławiał
dzień płynący z dala od rozwartych drzwi — z tej
cichej, pustej ciemności doleciał szelest jedwabiu.
Władyś struchlał, poskoczył w głąb bocznej nawy.
Tak... tam stała Róża wsparta na ramieniu Adama. Białe krepy na szarym staniku drżały. I tak
samo drżała dłoń na suknie mężowskiego rękawa.
Twarz była martwa, wąskie wargi zwarte szczelnie, policzki zalane pąsem, oczy utkwione w jakiś
bolesny cel. Ach, Władyś znał to spojrzenie! To
było spojrzenie, za którym tuż-tuż czyhały burzliwe, niesamowite łzy... Jęknął:
— Mamusiu, czemu wy tu stoicie?
Adam zamrugał nerwowo, wyprężył pierś obleczoną gorsem frakowej koszuli i odrzekł:
— A cóż tu złego? Tam tłok, a my z mamą sobie poczekamy...
Gdy to mówił, Róża odrywała powoli oczy od
okrutnego celu.
Spojrzała wreszcie na Władysława. Musiała
pewnie wiele sił użyć, żeby nie pozwolić rozszaleć się łzom. Ledwie rozwierając usta, chrypliwie
rozkazała:
— Idź precz do nowej rodziny! Pchaj się w tę
tłuszczę. Ja tam niepotrzebna.
Pani Kasia wyszła po Różę aż na schody. W kościele sprezentowano się Bogu i ludziom — w
domu nastał czas na sympozjon rodzinny. Podczas
ślubu tyle tylko zdołano zauważyć, że matka młodego — piękna i nadęta, a ojciec — ujmujący.
Wróciwsizy z obrzędu pani Kasia prędziutko poprzeniieniała kartki przy nakryciach: wycofała z
sąsiedztwa Róży głuchą hrabinę, na to miejsce
wsunęła jednego ze szwagrów — znanego charmeura *. Nagle zaniepokojona, zlustrowała kwiaty w pokojach, uczesania córek i zimne zakąski.
— Twarda sztuka ta mateczka — szepnęła młodszej
córce. — Ale czyż nasza Dola z Różnówki nie taka?
Diabeł po wierzchu! A au fond ** — nieśmiałe stworzenie... Nie dziwię się, że i pani nauczycielowa
troszeczkę miną nadrabia.
Pełna wyrozumienia, rozwarła ramiona na przyjęcie Róży. Stary Żagiełtowski z dubeltówki ucałował Adama.
Władysław widział, jak matka wchodziła do salonu... Teściowa prawą dłcnią podtrzymywała jej
łokieć, lewą przywoływała mężczyzn i młode kobiety:
— Pani droga pozwoli, że jej przedstawię...
Spieszono skwapliwie: jedni z' już gotową poufałością krewniacką, inni z dyskretjnym zainteresowaniem i najlepszą wolą. Dziewczęta chyliły się
do ręki, szykując jednocześnie policzki pod ulewę
dobrotliwych całusów. Starsze damy, rozsiadłe po
fotelach, poprawiały brosze, układały twarze
w wyraz koleżeństwa. Czuło się ogólną dyspozycję
do zwierzeń, uciechę z tego, 'że wchodzi ktoś nowy, a jednak nieobcy, z kim zbyteczne będą
grzecznościowe rozmówki, od razu przystąpi się do
uczuć i faktów prawdziwych. Zwłaszcza matrony
z niecierpliwością zdawały się oczekiwać chwili,
gdy Róża bez ogródek wyzna swoje życie. Władysław zobaczył świetny, przesadnie ugrzeczniony
uśmiech Róży — i zmartwiał.
Jadwiga dziwiła się.
— Czemu nie poasystujesz swojej mamie? Czemu nie chcesz, żebyśmy byli w salonie?
Tłukł się po bocznych pokojach, nie miał odwagi z bliska śledzić, jak jego złe przeczucie z wolna zmieniać się będzie w potworną rzeczywistość.
Gdy ruszono do stołu, twarz Adama odebrała mu
ostatnią nadzieję. Ojciec gorzał od wypieków, zainterpelowany przez służącego w sprawie przekąsek, odskoczył jak przed diabłem, głowę miał głęboko zasuniętą w ramiona — wszystko świadczyło,
że wstydzi się i rozpacza
Rzeczywiście, niebawem nie można było już
wątpić, że Róża odsłoniła się w całej prawdzie, że
osobom żądnym zwierzeń nie poskąpiła szczerości...
Koło jej krzesła w chwili zajmowania miejsc wynikła próżnia: tłoczono się ku dalszym nakryciom,
odwracano głowy, wreszcie pani Kasia wyłowiła
z ciżby owego charmeura oraz podolską ciotkę. Jegomość wzruszając ramionami siadł po lewej stronie Róży i od razu ostentacyjnie zatonął w swoim
vis-a-vis; ciotka nabożnie wzdychała.
Podczas toastów Róża śmiała się, jeżeli mówiono
rzeczy wzniosłe, a koncepty przyjmowała z pogardą. Adam nie uległ nieszczęściu. Kiedy przemawiali inni, chrząkał nerwowo, nie reagował na
treść, fale bladości i czerwieni przepływały mu
przez czoło — walczył z Różą. Nie patrząc na nią,
nie notując skurczów i blasków jej twarzy, nie słuchając słów — walczył z całej duszy. W odpowiedniej chwili wstał, chwycił kielich, głośno, surowo powiedział:
— Wznoszę zdrowie Jadwigi Żagiełtowskiej,
dziś już — ku wielkiemu naszemu szczęściu —
ukochanej żony naszego syna, któremu z głębi serca winszuję wyboru...
Pośród radosnej wrzawy, jaka zapanowała po
tych słowach, Róża parsknęła:
— A ja winszuję pannie Jadwidze sukcesu. Pan
Adam bardzo na duże oczy wrażliwy. Uwielbia
„wołookie". Toż jego własne wyrażenie! on tak
swój zachwyt dla piękna wyraża. Tylko po cóż
mówić „nasze" -szczęście? „nasz" syn? Co za carskie maniery!
Pito później wiele, śpiewano chórem, tańczono,
Władysław poprzez czad alkoholu i miłości kilkakrotnie dostrzegał matkę z lorgnon przy oczach,
wyprostowaną, ironiczną, mówiącą coś bez oglądania się na towarzystwo. Do kogo mówiła, kto jej
słuchał? Matrony pozapadały gromadkami w przepaściste kanapy, oddawały się wspomnieniom, plotkom, dziewczyny hasały w objęciach tancerzy,
starsi panowie — przy tokaju — solidarnie milczeli. Adam — wsparłszy gjowę na ręku — drzemał,
a ona mówiła. Czy słyszała sama siebie? Czy rozumiała? Władysław wytężał ucho, by pochwycić
choć jeden wyraz dziwacznej mowy...
Nad ranem — firanki nasiąkały już bladością
— zatęsknił nagle do Jadwigi, która gdzieś w weselnej ciżbie przepadła. Szukał jej po sypialniach.
W pokoju Steni, zawalonym paltami gości, pod toaletą prababki, płakała w uścisku pani Kasi. Zdrętwiał.
— Co to, Jadwiniu? Co tobie?
Pani Żagiełtowska zmieszała się, uśimiechnęła
z przymusem.
— Nic, tak.ie tam panieńskie smutki.
Ale Jadwiga odtrąciła ją, porywczo zasłoniła
twarz welonem i zza śnieżnego obłoku krzyknęła:
— Twoja matka powiedziała, że ślub prawosławny piękniejszy! I że w Polsce wszędzie śmierdzi! I że szlachta Polskę sprzedała, i że ja mam
oczy jak wół!!!
Łkanie złamało wysilony grosik, szeptem Jadwiga skończyła:
— I że miłość to łgarstwo, a ty miałeś już narzeczoną i z głodu skonasz przeze mnie.
Władysław — wśród szalonych gwałtów serca —
pomyślał: „Muszę wybierać —"¦ Róża albo Jadwiga". Rzucił się do nóg młodej żonie, wołając:
— Wyjedziemy stąd zaraz. Zapomnisz o niej!
Wyjechali.
Nikt wszakże nie mógł zapomnieć. Ani Jadwiga roztargnionego wzroku w odpowiedzi na wy-,
znanie „ja bardzo kocham Władysia", ani Róża
koliska „swoich ludzi" w blaskach prezbiterium,
ani Władyś szelestu sukni matczynej w pustej,
ciemnej nawie.
Róża często odwiedzała syna. Korespondencja
z Władysiem— zawsze jednako żywa — nie wystarczała, odkąd syn założył rodzinę. Nieprzeparta
ciekawość — mimo bolesnych rozczarowań —
sprowadzała matkę ciągle z powrotem w progi tego domu. I Władyś zawsze witał ją jak królową.
To, że dokonał wyboru, że przed kataklicznością
Róży schronił się w strefę równych pogód Jadwigi, uważał za wielkie swoje zwycięstwo. Ale poczucie zdrady nie opuszczało go w stosunku do
matki. Pragnął wiecznie wynagradzać ją, przepłacać.
Zresztą tęsknił. Na początku małżeństwa podczas wieczorów z Jadwigą, kiedy w skromnym, tu
i ówdzie wy prawną sitaroświecczyzną ozdobionym
mieszkaniu przesiadywali w zmierzchu czy
w świetle różowej lampy, mówiąc czule o rzeczach najsporniejszych, kiedy tak łatwo wybaczali sobie drobne urazy, wyrzekali się wzajemnie
wszystkiego, co by drugiej stronie mogło sprawić
przykrość, kiedy — wzruszeni, gotowi na śmierć
za ojczyznę — czytali „Wesele", albo tuląc się
do siebie obmyślali imiona i czyny swoich przyszłych dzieci — Władyś nieraz wpadał w rozdrażnienie. Śmiech Róży, płacz Róży, jakieś flageolety,
ekstazy, furie, tremolanda jawiły się pośród ciszy,
niedosłyszalne dla Jadwigi. Władysław z niechęcią
przeżywał wtedy mdły smak swego szczęścia, korzył się w duchu przed matką, błagał, by mu
przebaczyła. Nazajutrz pisał gorący list — i Róża
przyjeżdżała.
Pierwsze godziny bywały okropne. Róża zdawała się zaskoczona widokiem synowej, traktowała ją jak upiora; gdy zaś Jadwiga nie rozpływała
się w powietrzu, a także nie przybierała żadnej innej, zabawniejszej postaci, przybyłą ogarniała rozpacz... Miotała się w fantastycznych zachciankach.
Wśród upalnego dnia kazała palić w piecu, bo mieszkanie było rzekomo wilgotne, żądała niemożliwych potraw, łkała z powodu szelestu za ścianą,
błagała syna, żeby nie wychodził do biura. Władyś
z uniesieniem spełniał najdziwniejsze rozkazy, sam
łupał drwa, usługiwał, łasił się i uspokajał. Jeżeli
Jadwiga próbowała bagatelizować te sprawy, spoglądał na nią jak na wroga. Gdy wreszcie cały
porządek domu obrócony został na nice, gdy Róża
— spłakana — zasiadła pośród ruin Jadwisinej
władzy, następowały chwile najlepsze. Ocierając
łzy, zajadając jakiś smakołyk, uśmiechała się do
synowej poufale jak dziecko. Jadwidze usta drżały z obrazy, sztywno i grzecznie — nadludzkim
wysiłkiem woli — spełniała gospodarskie obowiązki. Róża jednak nie zrażała się jej postawą. Zupełnie innym niż zwykle, ciepłym, wzruszającym głosem pytała o rodziców, o siostry, kładła dłoń na
ręce syna, odchylała głowę, mówiła w zachwycie:
— Popatrz ty, popatrz, jakie ona ma oczy, ta
twoja żona... Choć i zła teraz jak kotka (nie, nie,
nie zaprzeczaj, ja wiem, że zła jesteś), a przecież
w tych oczach jakaś wiosna, jakieś odkupienie...
I cera śliczna. A bluzeczkę taką trzeba Marci sprawić.
Wstawała, szła do fortepianu i śpiewała Czajkowskiego: „O wczesnej wiośnie było to, w puszystej brzozy cieniu".
Jadwiga nie mogła w tych chwilach nienawidzić Róży. Radości tak gorącej jak przy jej pochwałach, niepokoju tak narkotycznego jak przy
jej ipiewie nie odczuwała nawet pośród pieszczot
męża. Wydawało się, jak gdyby miłość Władysia
uzyskiwała pełny wymiar, dopiero gdy Róża użyczała swej zgody i swego żaru.
Władysław promieniał. Szczęście stawało się bolesne. Milkli wszystko troje, zamykali oczy, życie spływało po nerwach tajemniczymi piorunami,
budzili się — jak wygnani z raju.
Ale to, co przychodziło potem, było nie do zniesienia. Róża zaczęła na pozór przyjaźnić się z Jadwigą, wkraczała w sekrety kuchni, garderoby...
Władysław — rozjaśniony — opuszczał panie dla
swoich zawodowych spraw. Powróciwszy zastawał
piekło. Jadwiga — z białymi wargami, bez głosu,
drżąca — ściboliła coś albo gotowała, mężnie panując nad sobą. Róża zazwyczaj grała. Witała syna,
jak gdyby nic nie zaszło, z ledwie wyczuwalnym
zuchwalstwem. Upierał się nie rozumieć sytuacji,
miał nadzieję, że rzeczy ułożą się same, skoro będzie udawał, że nic nie zauważa. Podniecony żartował, przyciągał Jadwigę. Siadano do obiadu czy
do kolacji... I nagle twarz Róży wykrzywiał grymas:
— O, jak to udaje niewiniątko, jakie miny stroi!
— wołała. — Święta dziewica! A karmić męża truciznami z konserw, byle białych rączek nie utrudzić przy blasze, to można? A kazać mężowi gołymi piętami świecić, byle na pisanie wierszyków
czas był — to także wielka anota? Tylko łóżeczko
w koronkach i w kwiatach! W kuchni i w szafie
może być błoto. Czy to tak mamusia uczyła? Czy
to taki jest polski w wysokich sferach obyczaj?
Jadwiga zrywała się od stołu:
— Tylko o mojej matce nie wolno! Tylko już
matki i Polski proszę nie tykać!
Odjazd następował wśród solennej ciszy jak pogrzeb.
Jakiś czas' Władysław upajał się wyzwoleniem
i skruchą. Przysięgał żonie, że nigdy więcej matki
nie dopuści do domu, że przekonał się ostatecznie
o jej nieludzkiej naturze. Jadwiga odzyskiwała
ufność w swoją siłę, znowu gwarzono o szlachetnych sprawach, pędzono ciche, uśmiechnięte dni,
dopóki Władyś — uspokojony rozsądnymi listami
— znowu nie popadł w złudzenia i w tęsknoty.
Sytuacja skomplikowała się bardzo, gdy przybyły dzieci. Jadwiga widziała w nich przede
wszystkim owoce miłości, jeden ton więcej w. harmonii małżeńskiego szczęścia. Uważała, że najlepszą higieną, najpożyteczniejszą dyscypliną dla
dzieci jest czułość. Jako rezultat upodobań cielesnych, dziecko wydawało się jej bardziej zależne
od pieszczot, od spojrzeń niż od glicerofosfatu i
świeżego powietrza. Karmiąc niemowlę mniej dbała o własne potrawy niż o radosny nastrój. Pielęgnując córkę czy syna w chorobie zapominała często o lekarstwach zajęta rozweselaniem i strojeniem malca. Chętnie także tolerowała luki w nauce, nie przymuszała do wytężonej pracy; podobnie jak pani Kasia unikała wszystkiego, co mogłoby zamącić atmosferę domu, wprowadzić irytację,
„zmartwić tatusia", jednym słowem — przeszkodzić miłości.
Ten system, tak podświadomie upragniony przez
Władysława, gniewał go i rozżalał jak każda wizja ziszczona. Patrząc na rajskie życie swoich dzieci, na te syte oczy, na wargi kapryśne, obrzmiałe
od pocałunków, od śmiechu, na przymilne ruchy,
na nieustanny korowód zabaw i łatwiutkieh dobrych uczynków — z uniesieniem wspomniał własne dzieciństwo.-Tran, gimnastyka, słone kąpiele, spacery, liczne nadprogramowe lekcje — dni
pokratkowane w koszmarną szachownicę, a w sercu świdrujący niepokój. A za drzwiami salonu zaciekłe skrzypcowe pasaże, zrywy, trzepoty i omdlenia dźwięków. A nad senną głową gorąca
twarz matki, a nad każdym dniem — tajemnica.
Błagał Różę, by zechciała spędzić raizem wakacje albo święta. Matka zgadzała się skwapliwie.
Jednak, wbrew oczekiwaniu, niewiele uwagi poświęcała wnukom. Były ładne, to dobrze ją do nich
usposabiało, zajmowała się żywo tropieniem rodzinnych podobieństw w grze rysów i charakterów. W miarę, jak w którymś z dzieci brał górę
typ. Władysia, to właśnie obierała na faworyta,
wszystkie zaś szykany kierowała przeciw „mamusinej córeczce" czy „synkowi". Właściwie jednak
nie pragnęła wpływać na kształtowanie tych istot
— były dla niej jak gdyby za mało realne, nadto
już poza jej był wychylone.
Tym niemniej z samego faktu obecności babki
wiele zmian przenikało w życie wnuków.
Róża wstawała wcześnie, podążała do łazienki.
Pierwsze jej przejście przez mieszkanie już było
jak podmuch sirocca: wzniecało niepokój, wróżyło odmiany. To, że ona gdzieś za ścianami patrzyła
na bezbronne przedmioty, na uśpione dzieci, na
ciepłe jeszcze ślady minionego dnia, stawiało Jadwigę na nogi. Wychylała głowę z sypialni i nasłuchiwała skrzypienia posadzki pod stopami teściowej, usiłując przypomnieć sobie, czy nie zaniedbała z wieczora któregoś z nakazanych przez nią
porządków. Jakoż w ciągu dnia wychodziły na jaw
skutki porannych inspekcyj: w kurzu na desce fortepianu widniał zygzak, rozpruta koszulka dziecinna albo trudny ręcznik wisiały na honorowych
miejscach, spleśniały kawał sera brylował pośrodku stołu.
Do śniadania Róża przychodziła starannie uczesana, ubrana całkowicie, w każdym swoim wieku
tchnąca naturalną świeżością. Podawała dłoń do
ucałowania i z wielką uwagą zabierała się do jedzenia. Wspólne posiłki były nieustannym egzaminem pani domu, kucharki, współbiesiadników...
Nieufnie przeżuwała potrawy, przez face-a-main
przyglądała się półmiskom, spozierała karcąco na
dzieci, służbę, synową.
Lubiła także znaleźć się w tym pokoju, który
właśnie sprzątano albo gdzie dzieci odbywały lekcje. Zarówno służba, jak nauczyciele w jej obecności popadali w nerwowe podniecenie, pracowali usilniej niż zwykle. Mimo to nigdy nie znajdowali w oczach Róży uznania. Na wszystko bowiem
miała swoje własne sposoby, które — w momentach dobrej woli — wykładała, pilnie bacząc później, czy ściśle zostały zastosowane. Zdarzało się,
że — dotknięta nieudolnością wykonawców — sama chwytała za szczotkę czy za podręcznik, zamiatała lub uczyła dla wzoru. W istocie: robiła to
lepiej. Jej gesty, jej słowa miały wówczas celność,
logikę, lotność niebywałą. Lokaj czy korepetytor
odchodził pokonany i wrogi.
Gości Róża traktowała podejrzliwie. Zjawiała
się w salonie szeleszcząca, strojna — i odzywając
się mało, obserwowała przybyszów oraz obrządek
przyjęcia. Nie ci obcy ludzie obchodzili ją, lecz
prestiż synowskiego domu. Czy zastawa dostatecznie błyszczy, czy ciasto bez zakalca, czy Jadwiga
godnie reprezentuje i czynie zdradza
tajemnic. To ostatnie było przedmiotem najbaczniejszej troski. Nie wierzyła w bezinteresowne stosunki, a także dobroć ludzką; wiecznie węszyła podstęp i przeszpiegi.
— Po co było gadać — napadała później na synową — że Władyś miał migrenę? Po co? Czy
chcesz, żeby zrobili z niego chorego niedołęgę? Posadę straci przez twoje plotkarstwo!
Albo przerywała Jadwidze rozmowę o letnich
projektach:
— Nic nie wiadomo, co będzie. Nie należy uprzedzać wypadków. Naucz się raz na zawsze, że
1'homme propose, Dieu dispose* — i nic więcej.
Nie dopuszczała także do poufałości. Jeżeli chwalono wygląd dzieci, sukcesy publiczne Władysława, przybierała wyraz sarkazmu.
— A cóż dziwnego? — wygłaszała. — Mają pięknego ojca, więc nie są brzydkie. Cóż dziwnego?
Człowiek utalentowany i wykształcony, trudno,
żeby nie odnosił sukcesów.
Czyniła tak „od uroku".
Jeżeli gość był postacią ważną, Róża uśmiechała się doń w ten swój ugrzeczniony, błyszczący,
nieosobisty sposób, który ponad głowę „figury"
miał na względzie jej mocodawcę — ukrytą, nieludzką potęgę. Pod adresem tej to potęgi Róża
składała oficjalny raport.
— Mój syn — mawiała — nie do takich tylko
zadań, jakie mu powierzono, jest kwalifikowany.
* Uhomme. propose, Dieu dispose (franc.) — odpowiednik przysłowia: człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi.
I on nie to jeszcze potrafi! Moi przodkowie i po
mieczu, i po kądzieli robili zawsze rzeczy ponad
możność motłochu. Nie broszurki pisali, nie rzepę sadzili, nie romansowali po salonach (tu zjadliwe spojrzenie na Jadwigę), tylko po całym świecie
polski honor nosili. Jeden dziad aż a San Domingo
się oparł, a drugi aż na Kaukaz w kajdankach przyszedł — i nie ugięli się. Nie ugięli się, panie! I nikt
im za to ani łezkami, ani pieniążkami, ani honorami nie płacił.
Toczyła dumnym okiem po salonie, przynosiła
"stan służby" dziada Żabczyńskiego, stukała palcem w pożółkły dokument:
— O, tu rok 1774 — w tym roku Józef Żabczyński „zaciągnął się jako żołnierz do pułku I piechoty Buławy Polney". — A tu rok 1811: Józef Żabczyński „rozkazem I. O. Xięcia Poniatowskiego w
Korpusie Weteranów umieszczony". Był w legii
włosko-polskiej, przy sztabie marszałka Masseny,
w 5 pułku, w 7 pułku piechoty Xięstwa Warszawskiego, był we Włoszech, nad Renem, na San Domingo, w Wenecji, pod Gdańskiem, w Hiszpanii,
ranny w rękę, w nogę i w głowę. Trzydzieści siędem lat wojaczki na obczyźnie! Tego byle kto nie
potrafi, co? No, a kimże on był, ten bohater, kiedy
w trumnę jego kładli? Generałem? pułkownikiem,
bogaczem? Kapitanem był! Na kapitańskie szlify
trzydzieści siedem lat, krwią brocząc, pracował.
A sieroty po nim cesarz rosyjski na łaskawy chleb
przyjął... A wnuczka całe życie tuła się i w Warszawie z powodu rosyjskiego akcentu źle od rodaków widziana... Tak, źle zawsze wszędzie widziana, bo dziad Psią Wólkę swoją kiedyś opuścił i po
świecie za polskim honorem uganiać się zapragnął.
Ot, co!
Gniewnie targała łańcuszek Luizy.
— Mój syn z takiego rodu, że jemu można wielkie rzeczy powierzyć. Ale prosić on o nic nie będzie.
To rzekłszy, z pogardą odwracała głowę od prze^
rażonego dygnitarza i wzrok pełen blasku kierowała w górę ku niewidocznemu rozmówcy. Czasami to spojrzenie zahaczało o twarz Jadwigi. Róża bladła wtedy, ściągała brwi.
— A ty czego się śmiejesz? — wołała. — W wierszykach patriotycznych inaczej piszą? Czy może
zabronisz mi mówić, co chcę, w domu mego syna?
Nie bój się, ten pan dobrze mnie rozumie, nie
wszyscy jeszcze wolą obłudę od prawdy!
„Ten pan" siedział jak na gorącym kamieniu,
mruczał coś niewyraźnie pod nosem; ale nie jego
chyba miała Róża na myśli, bynajmniej nie wyglądała odpowiedzi, bez pożegnania odchodziła do siębie, przesyłając w niewiadomym kierunku uśmiechy.
Po kilku dniach pobytu Róży, dom Władysławów zaczynał drżeć, przyspieszać tęrnpa, jak krypa porwana przez prąd. Szorowano, smażono, szyto, gniewano się na dzieci za uchybienia, na które
nikt przedtem nie zwracał uwagi, bagatelne czynności urastały do rozmiarów wydarzeń, tak dokładnie i szybko należało je wykonywać. Wszyscy truchleli, czy zdążą, czy zdołają... Jakiś wyścig pracy, rekordomania ogarniała zespół domowy. Jadwiga — nawykła od małego uważać czas za żywioł przyjazny, w którym bezpiecznie brodzi się
pod osłoną miłości — ze zdumieniem dostrzegała,
jak Róża zmusza ją do napastliwego chwytania i
wyzyskiwania godzin. „Ona jest zła — myślała Jadwiga. — Nic dziwnego, że żadna chwila jej nie
cieszy, że każdy dzień pragnie czym prędzej zabić pracą, fantazjami, obłędnym dążeniem nie
wiadomo dokąd. Ale ja zła nie jestem. Czemuż więc
pozwalam narzucać sobie tę paniczną ucieczkę
przed sobą?"
Tymczasem Róża nie przestawała straszyć i poganiać. Serce jej słabło z wiekiem, nie mogła wiele grywać na skrzypcach. Zamykała się w salonie,
szperała w nutach i — akompaniując sobie sama
na fortepianie — śpiewała. Głos był nieuczony, w
miarę upływu lat coraz cieńszy, coraz bardziej
dziecinny. Nie zawsze mogła objąć nim całą pieśń,
miejscami także akompaniament okazywał się zbyt
trudny dla sztywniejących wskutek artretyzmu
palców. Markowała zatem niedostępne partie, frazy zaś łatwiejsze podawała w pełni brzmienia. Gdy
się słuchało z daleka, te wybuchy po mglistych,
pobieżnych wypowiedziach przejmowały tym głębiej. Wyglądało to na dialog, na nierówny dwugłos, w którym Róża zawsze miała wstrząsającą
rację.
Ze szczególnym uniesieniem śpiewała „Ich grolle
nicht"* Schumanna. Słowa:
Wie du auoh sftrahlst Diamantanpracht,
Es fallt kein Strahl in deines Herzens Nacht. **
budziły zgrozę — tak nieodwołalnie zapadał ten
wyrok. Nie wierzyło się zapewnieniu „ih grolle nich t", dźwięczało raczej jak obietnica zemsty; tym bardziej że zaraz potem wizja:
Ich sah dich ja im Traume
Und sah die Nacht in deines Herzens Raume. ***
— wizja, zdobyta w dwóch kwintach jak w dwóch
podstępnych skokach, dążyła żywiołowo ku jeszcze
okropniejszym odkryciom:
Und sah die Schlang, die dir am Her.zen frisst. ****
Głos drżał w siedmiokrotnym re, prężąc się do
trzeciego skoku, do kwinty ostatniej — do triumfu nad zdradliwym sercem. Ale ten triumf to było
wysokie la, na które Róży nie starczało siły. Zazwyczaj urywała melodię po wyrazie die Schlang
— jak gdyby nadto przerażona; i z tą żmiją w
krtani milkła. Raz wszakże poniosła ją żądza odwetu: ostro, jasno, desperacko krzyknęła: am
Herzen frisst... Wtedy dzieci zajęte jakąś freblowsiką robótką przybiegły do Jadwigi.
— Co to, co to babcia tak krzyczy, mamusiu?
— pytały i tuliły się do matki.
Przygarnęła je, wzruszyła ramionami, miała już
odpowiedzieć z niechęcią:
— Ach, nie zważajcie na to! To są smutne rzeczy... — kiedy z salonu jak szmer kaskady doleciał, wśród radosnych arpeggiów, walczyk Gounoda:
Le printemps chasse les hivers
Et sourit dans łes artares verte... *
Dzieci chwyciły się za ręce i zaczęły tańczyć.
Innym razem Jadwiga czytała... wpadł do jej pokoju Władysław.
— Chodź, chodź — mówi — siądziemy sobie cichutko w gabinecie, posłuchasz.
Siedli blisko drzwi od salonu, w półmroku Róża
śpiewała:
* Le prwiteirops cha&se... (franc.) — wiosna przepędza
zimy i uśmiecha się w drzewach zielonych.
On jest piękny i wspaniały,
Męstwa laur mu zdobi skroń.
Śpiewała z uwielbieniem; hymn na cześć męstwa płynął gorącą falą, coraz czystszy, coraz bardziej heroiczny:
Idź, gdzie cel twój cię przyzywa,
Blaskiem chwały okryj się...
Poprzez mgłę łez Róża przysięgała:
Skargi ciche i westchnienia
Na dnie duszy skryją się.
I wreszcie — krystaliczny, seraficki ton, wzniosłość nieposzlakowana:
Tej, co serce twoje wzruszy,
Której miłość oddasz swą,
Będę błogosławić z duszy...
s
Sama prawda, sama najwstydliwsza dobroć ulatywała z tej strofy. Władysław uścisnął rękę żony. Twarz mu zbielała, powiedział szeptem:
— Widzisz, jaka ona jest, widzisz! Tak nie można kłamać, udawać, ona jest taka.
Jadwiga nie zaprzeczyła. Nikt na świecie nie zdołałby zaprzeczyć śpiewowi Róży, szlachetnemu,
szczeremu jak modlitwa. Przytulali się do siebie,
byli szczęśliwi.
Jeszcze Władysław wyznał, z głową w dłoniach:
— A czy wiesz, o kim myśli, kiedy tak śpiewa?
O mnie; powiedziała mi sama.
Róża skończyła ScŁmmanna. Jakiś czas piękna
aisza, pełna świętości, zalegała pokoje. Potem Róża
uderzyła zmów parę akordów i — tajemniczo —
zanuciła raczej, niż zaśpiewała:
Po kamniam struitsia Terek,
Pleszczet mutnyj wał,
Żłoj Czeczen połziot na biereg,
Toczit swój kinżał. *
Druga sylaba wyrazu kinżał wyostrzała się
złowrogo, miękkie średnicowe soi godziło w piersi
jak żelazo skrytobójcy. Władysław westchnął:
— Ach, Boże! Kołysanka mojego dzieciństwa...
Jeżeli w dzień byłem grzeczny, uczyłem się francuskich wierszy, wieczorem śpiewała mi to...
Kinżał rozwiał się, przebrzmiewał, to samo soi
— dopiero co tak mordercze — odzyskało swoją
słodycz:
No otiec twój staryj woin,
Zaklen w boju... **
Między snem dziecka a „złym Czeczenem"
stawiając tarczę męża-wojownika, Róża upajała
się dumą, słabością i bezpieczeństwem:
Spi, malutka, bud' pokojen
Bajuszki, baju...
Refren przemijał jak najczulsza pieszczota, jak
zefir. Władysiowie — pogrążeni w błogości —¦
sennie patrzyli na drzwi... Weszła Róża. Zauważyła uściśniętą parę. Wkoło ust miała jeszcze
obrzask pieśni, coś nieziemskiego. Ale oczy ostro
zabłysły.
— Och — zawołała — och, czy nie przeszkadzam? Zdaje się, weszłam nie w porę. Dziwię się
tylko, że takie karesy, takie dolce far niente,
a dziatki — zamiast leżeć po obiedzie — na głowach chodzą. Ten wasz Krzysio to istny zbój.
A może degenerat? W każdym razie nie należy
tak bez dozoru zostawiać go z siostrami!
Jadwiga porwała się, pełna zgrozy, Władysław
syknął:
— Ach, co też mama? — i zacisnął pięści.
Tak więc nie można było spocząć ani zaznać
jakiejkolwiek pewności przy Róży. Swoim śpiewem, swe im wzrokiem, swymi strasznymi słowami rozszczepiała każdą chwilę na tysiące różnolitych pasm, odkrywała na każdym kroku przepaście.
Jadwiga dostała nerwicy. Kiedy Róża przebywała w domu, świat wydawał się zaludniony
upiorami, zza każdej twarzy znajomej wychylało
się kilka szatańskich i anielskich sobowtórów,
każda najzwyklejsza chwila ukazywała szczeliny
ziejące wiecznością. Każdy dzień mógł być ostatni. Żona mówiła Władysiowi:
— Zlituj się, ja nie wytrzymam, ta kobieta
piekło nosi ze sobą.
Ale Władyś — taki przecież łagodny, skłonny
do szacunku dla każdej cudzej racji — odpowiadał twardo:
— Zabraniam ci tak mówić o matce. „Ta kobieta" wyprowadziła Mąnitkę z kataru kiszek,
nauczyła cię odróżniać schab od cielęciny, kwadrans od minuty i odkryła w Krzysztofie poetę.
Parę tygodni na rok.pożyć w piekle nikomu nie
zaszkodzi.
Przerażał się zresztą zaraz, czy nie ukrzywdził
Jadwigi, tulił ją i prosił zawstydzony:
— Miła moja, dobra, zrozum, że to nie o mnie
chodzi, ja chcę, żeby moje dzieci ją znały, jej się
to należy, i one doprawdy — wierz mi! — one na
tym nie stracą.
W jakiś rok po ożenieniu się Władysław przyjechał na parę dni sam do rodziców, do prowincjonalnego polskiego miasta, gdzie Adam był dyrektorem gimnazjum. Róża witając, goszcząc wtedy syna zdawała się nie pamiętać zrazu, że to jest
człowiek obrośnięty chmarą spraw już dokonanych, częstokroć obcych, nawet wrogich matce.
Traktowała go, jak gdyby przybywał z młodzieńczej próżni, z tego przedsionka życia, w którym
nic się jeszcze nie rozgrywa oprócz przygotowań,
buntów i nadziei. Jak zwykle niechętnie dzieliła
się nim z mężem i córką i uprowadzała na dalekie spacery we dwoje.
Po mieście nie lubiła chodzić. Spotykanym znajomym odkłamała się ironicznie, skubała syna za
łokieć, chichotała, ilekroć mijali jakąś miejscową personę; czasem znów zasępiała się, rumieniec oblewał jej policzki, szeptała poprzez zaciśnięte wargi:
— Bałwan... Dorobił się na piwie, cały dzień
do góry brzuchem leży i jakie to miny stroi, jakie fanaberie pokazuje!
Albo:
— Wydra! Wszyscy wiedzą, że ze szwagrem
amory uprawia, ale cóż? — „obywatelka miejscowa", więc nosa drze.
Najbardziej lubiła przedostać się za rogatkę
do miejskiego lasu. W przeddzień odjazdu Władysława zaprowadziła go tam właśnie. Usiadła
wśród polany, w pobliżu zagajnika, zdjęła kape^lusz i popadła w oszołomienie. Z początku łapczywie chwytała nozdrzami zapach smółki, jak,
gdyby niepewna, czy on nie zniknie zaraz na,
zawsze. Gdy jednak sosny nie przestawały pachnieć, uspokoiła się. Kazała przynosić sobie białe
goździki, poziomki, jakieś czerwone i żółte
Obejrzała się na syna, zapytała, sztucznie
uśmiechnięta:
~- A tobie podoba się żyć w chlewie?
Włudysław drgnął.
Jak to? Co mama przez to rozumie?
Wzruszyła ramionami.
No cóż? Ty już do trzódki przygarnąłeś się...
/nitoczka ukochana i cała liczna, zacna familia!
— A mama taka artystka — taka incomprise'a *, ale ożenić to mnie chciała ordynarnie —
z posagiem...
Wtenczas zawrzała:
— A tak, chciałam; pewnie, że chciałam, żebyś
miał pieniądze i był swobodnym człowiekiem, nie
potrzebował kłaniać się nikomu! Dla bogatego
człowieka inny świat, inne życie. Jakaż to ordynarność? Ot, teraz... rzucić by wszystko i jechać.
Piękne kraje, piękna muzyka, dziwne obce kwiaty... Ale nie; siedź! Ty w jednym brudnym miasteczku, ja w drugim. A dlaczego? Bo pieniędzy
nie ma. Bo synkowi zachciało się z gołą wnuczką senatorów żenić i czekać, aż jego cierpliwością i pracą kiedyś jego dziatki się wzbogacą...
A mnie do tej pory dawno robaki będą gryźć.
Załkała porywczo. Władysław się zasmucił.
— Ach, droga mamo — rzekł. — Mówisz o
swobodzie... A cóż to za swoboda być mężem bogatej żony, wszystko jej zawdzięczać? Tobie samej byłoby nieprzyjemnie.
Zastrzegła rzęsami, z wysiłkiem coś rozważała.
— Mnie? Dlaczegóż mnie nieprzyjemnie? Mnie
właśnie wtenczas byłoby nareszcie przyjemnie.
Gdyby ona była piękna, ta bogaczka, i jakaś do
rzeczy... to cóż? to i ona by z nami jeździła. A
* Incomprise (franc.) — nie zrozumiana.
Jeżeli koczkodan, to siedziałaby w domu przy gospodarstwie.
Roześmiał się. Czyż mógł się spierać z tym
krnąbrnym nieszczęśliwym dzieckiem?
— Niechże mamusia nie płacze — powiedział.
— Przekona się mamusia, że i <bez pomocy koczkodana wywiozę mamusię kiedyś — może niedługo — do pięknych krajów.
Minęło lat dziesięć, zanim Władysław mógł
spełnić obietnicę. Po wielkiej, wojnie wszedł do
shiżby zagranicznej państwa polskiego, jego kariera rozwijała się pomyślnie, otrzymał wreszcie
placówkę w Rzymie. Wtedy — mimo spustoszeń,
Jakie zostawiała w jego domu każda dłuższa wizyta matki — przede wszystkim postanowił: „Róża musi to wszystko zobaczyć. Teraz chyba uspokoi się moja biedna Róża". Ledwie osiedli z Jadwigą w starym pałacu przy Piazza dei Pilotti,
wprowadzono Różę.
Istotnie pierwsze czasy pełne były upojenia.
Chodziła — silna, elegancka, w swoim sześćdziesiątym roku wyglądająca na lat czterdzieści — po
Corso Umberto, po alejach Pincio, po tybrzańMkich mostach i mówiła głośno do siebie, jeżeli
uli* było komu słuchać jej zachwytu. Władysław
/resztą w miarę możności dotrzymywał jej towarzystwa. Mniej była wrażliwa na obrazy i rzeźby, chociaż tancerkę w Termach Dioklecjana —
tę, której chyba wielki wiatr miłości utrącił głowę jak roślinie — ucałowała w stopy pytając:
— Miła ty moja, gdzie teraz twoja śliczna
główka?
Najbardziej zajmowało ją życie — przyroda,
ludzie, ciepły opar przeszłości. Kiedy stała na
Ponte Sant' Angelo, nie zamek przyciągał jej
wzrok, tylko hen, w dali na lewo gromada ciemnych pinij za Watykanem.
— Jakie one smutne! — mówiła. — Niebo tu
szafirowe, powietrze jak kwiat, a one czegoś
smutne.
W Złotym Domu Nerona nie zdołała dłużej popasać niż kwadrans.
— A, tam! po piwnicach łazić — sarkała — że
też chciało się jemu mieszkać jak kretowi. A tymczasem te dudki w czerwonych szarfach uciekną,
a i słońce zajdzie.
Spieszyła czym prędzej z powrotem do ogrodu
obserwować jaskrawo wystrojonych pupilów jakiejś szkoły zakonnej.
Lubiła rzucać soldy do fontanny di Trevi, a
potem kłócić się z poławiaczami monet; w bazylice Świętego Piotra nic jej tak nie zajmowało
jak tęcze w kryształowych żyrandolach i twarze
żywych prałatów, odmawiających wspólnie brewiarz w kaplicy. Na Forum wzruszały krzaczki
wawrzynu między zwaliskami, obsypane takim
samym kwieciem, jakie widziała na marmurowych fryzach opodal.
— Takie same. Zawsze takie same. I przy weMtulkach takie były...
Ta myśl, że za czasów starożytnych laury kwitły lidentycznie, rozpromieniała ją do łez. Twierdziła, , że „teraz dopiero wierzy w tego jakiegoś
tam, co ssał wilczycę".
Niepokoiła się, czy nie kaiżą czasem wypleć
dzikiej rezedy w świątyni Wespazjana, na Palatynie usiłowała wyobrazić sobie suknie spacerowe Augusty Poppei, siadając na kamiennych ławkuch wzdychała:
— Ależ oni nie byli chyba tacy skłonni do
Ischiasu jak Adam...
Odmienne owoce, jarzyny cieszyły ją gorąco, /. zapałem uczyła się nawijać na widelec metrowe makarony, nawet pouczała i gromiła
dzieci, że robią to niezgrabnie. Okropnie śmieuzyli ją ludzie. Wradała na przykład do domu
uhu wioną:
— Wyobraźcie sobie. Weszłam do latterii.
Zgłodniałam czegoś. Kazałam dać caffe latte con
burro*. (Im zawsze trzeba tego burro przypomnieć, myślą, że każdy tak już będzie jak żebrak
nuche bułki jadł.) Ale ich bułki niezłe. Więc siedzę sobie i jem, Bogu ducha wanna. Aż tu raptem... huk, stuk na chodniku — drzwi naturalnie
otwarte. Trzęsienie ziemi czy co? Patrzę... wchodzi frant. Skóra koźla na nim. Motocyklem przyjechał, dlategoż ten harmider. Fuzja cieniutka
jak rożen, na ramieniu, kapelusik a la diable
nYemporte*. I serio. Okropnie serio. Wrzaskliwy.
Piesek też z nim, taki kłapouchy... Żeby tu zaraz
jemu na poczekaniu wszystko podawali! a nie,
to pójdzie i nigdy nie wróci.
Toż ja nie o piesku — o francie. A oni tak
przejęli się... latają, mało portek nie pogubią.
I ciągle: „caccia, caccia..." **. Ki czort ta caccia?
Słucham... słucham... raptem... Bożeż ty mój!
Duch Święty oświecił: ten Griszka-zamuchryszka
w koźlej Skórze, toż on na polowanie się wybrał!
Dlatego i ważny taki. I z tym rożnem, i z kłapouchem... Ot, dopiero pytam się kelnera... tak, jakoś tam comme une vache aspagnole *** z chińska
po węgiersku: „A cóż on, ten Nemrod, będzie
strzelał? I gdzie?"-Tamten nastroszył się, czupurny bardzo (oni tu wszyscy czupurni), i tłumaczy:
„Ptaszki — powiada — piceoli, piccoli... **** o takie
—¦ pokazuje, jak dłoń... Campania Romana — po
ptaszki piccoli pif, paf, bardzo dużo ich
No, a Nemrod nie siada, broń Boże; zdenerny, kawę żłopie, buły pcha, żeby — znaczy
ifiłe, mieć te piccoli mordować. A piesek,
ny taki, stoi, patrzy, jak jego koźlarz' obic, 1 chwostikom, biedactwo, wilajet... * No!
i U .się! Znowu huk, stuk i tak, aż nieprzyznuwet... motocykl bardzo nieprzyzwoity.
UH/ku wrzucili do koszyka, co z tyłu przyny, tylko główka kudłata wygląda. I frant
rożnem pakuje się na siodło. Hajda! Zali, icaszwargotali, zasmrodzili... Ot, będą piciiloć się z pyszna na Campania Romana!
t wraca — nadęty. Dumnie spogląda; znat;, patrz i na wąs motaj, signora forestiera **,
n nuród u nas waleczny,
iwludała, strojąc pocieszne grymasy, pokajjp"tami to franta z rożnem, to pieska —
1'wlendona, schrypnięta ze śmiechu. Dzieci
mS by za nią skoczyły w takich chwilach,
nlaal Jadwigę raziła u starej kobiety niepowanu wesołość, plastyczność maski, zbyt
! dosadne okrzyki. Pani Kasia miała również poczucie
humoru, ale był to humor aforystyczny, 
polegający raczej na dowcipnym komentatorstwie, nn parodiowaniu życia. Pani Kasia swoje zabawne uwagi o ludziach i zdarzeniach podawała cichutko, niemal na ucho, zatuszowując je
zawsze uśmiechem, który zdawał się przepraszać
za śmiałość. Aktorska pasja, napastliwa siła komiczna Róży, zniekszałcająca rzeczywistość w
obraz żałośnie śmieszny" wydawała się Jadwidze
czymś urągliwym, wysoce, nieprzyjemnym.
Jadwiga niepokoiła się słusznie słuchając karykaturalnych opowiastek teściowej: Róża ¦—nabłaznowawszy się do syta — popadała najpierw
w apatię, potem w ponurość. Zaczynała narzekać
na kuchnię, na zimne posadzki kamienne, na zapach frytury... Już w drugim tygodniu pobytu
punkt ciężkości zainteresowań przeniosła z Rzymu i okolicy na nowe gospodarstwo syna. W kilka dni po przyjeździe była razem z Władysiami
na raucie w ambasadzie. Ze swoim cieniutkim
nosem, doskonałą francuszczyzną, roztargnionym
„co, pani?" i żabotem ze starej koronki zyskała
powszechny aplauz. Papiery Władysia poszły w
górę. Ale Róża nie była zJbudowana.
— W Boboliszkach lepsze lody dawali —
oświadczyła.-1 to na co dzień. Nie dla kardynałów i dla markizów. To ma być reprezentacja
A cóż za lokaj taki z baranim głosem? Co ci Włosi o Polsce pomyślą?
Kiedy opadła pierwsza fala szczęścia z powodu
Włoch, kiedy wyszumiało pierwsze podniecenie —
— Popatrz — przywoływała Władysława —
ona, zdaje się, jedno dko ma krzywe. Może by do
okulisty? Może da się coś jeszcze zaradzić?
Na młodszą, Zuzulkę, gderała:
— Czego garbisz się? Ciągle pytają w ogrodzie,
czy ty kaleka. Bardzo miło'mnie słuchać!
Zbrodniczy zaś charakter Krzysztofa „malował
się na jego twarzy i kompromitował Polskę".
— Nikt nde chce bawić się z nim, a potem szepcą na boku „Polacco, Polacco" i uciekają, gdzie
pieprz rośnie. Od razu widać, jaki to gagatek.
Jadwiga — zawalona pracą przy instalacji w
nowym środowisku — szalała z rozdrażnienia
słuchając nieustannych krytyk. Swoim zwyczajem wszakże, zaledwie drżeniem rąk i wypiekami
zdradzała stan nerwów. Władysław „z główką na
boczek" czarował, to znaczy nie zauważał, w nadziei, że nie zauważona przezeń rzeczywistość
zniknie także i dla innych, że on ignorując zniweczy ją doszczętnie. Na pretensje Róży nic nie
odpowiadał albo mruczał coś dwuznacznego, zagadywał o wrażenia z zabytków, snuł wycieczkowe projekty.
Pierwsze przyjęcie u Władysiów przygotowywało się w nastroju wielkiego wzburzenia. Jadwiga zrezygnowała. Wszystkim rządziła Róża. Więc
płaczu Błużących i dzieci pełno było po kątach,
wydatki dochodziły do sum fantastycznych, Władyś — jak na krzyżu rozpięty między impetami
Róży a cierpiętliwą wzniosłością Jadwigi — zaniedbywał biuro. Jednak męczarnia wydała owoce wspaniałe: mieszkanie, potrawy, stroje domowników, tresura służby — to był szereg olśnień. Goście rozglądali się z uznaniem, niektórzy
komplementowali. Róża z początku milczała. Wysoko pod jej oczami wystąpiły ceglaste plamy. W
swoim głębokim fotelu skręcała i rozkręcała łańcuszek Luizy, podejrzliwie zerkając na strony.
Kiedy Jadwiga — uśmiechnięta — Czyniła gdzieś
w pobliżu honory domu, Róża mruczała półgłosem:
—¦ Mizdrz się teraz, mizdrz, czarną robotę już
inni za ciebie zrobili.
Przybywających witała z surowym dostojeństwem, miłych słów wysłuchiwała jak należnego
hołdu. Ktoś chwalił porcelanę z Baranówka —
skrzywiła się:
— Moja babka na zesłaniu w glinianej skorupie piła i też jej smakowało...
Wszedł polski ambasador. Cudzoziemskie towarzystwo skupiło się wokół niego, w Różę duch
wstąpił. Skinęła na. jednego, drugiego lokaja, tak
za manewrowała tacami, kielichami, koronkami,
kwiatami, że atmosfera świetności osiągnęła zenit. Manitka w białej krynolinie, z jasnym warkoczem wkoło głowy, z grottgerowskim czołem
uskrzydlonym ciemnymi brwiami, snuła się pośród Włochów jak egzotyczny sen. Krzysio
ostrzyżony w ramkę zastanawiał panie sępim sarmackim profilem, podziwiano portrety dziadów
w kontuszach i grafiki Skoczylasa, słuchano preludiów Chopina, smakosze delektowali się barszczem, wódką żubrówką i ciastami podług przepisu lekkomyślnej* Sophie. Błogostan płynący ze
szczęśliwego doboru wrażeń przyprawionych pikanterią obcości ogarnął zgromadzonych. Różnojęzyczni ludzie przemawiali do siebie z czułym
szacunkiem, z konfidencją. Wyrazy „Polska, Pologne, Polacco, Polish" pobrzmiewały emfazą.
Róża dała się uprosić i przy akompaniamencie
Władysia zagrała „Mazura" Apolinarego Kątskiego. Mało już grywała w tamtych czasach; repertuar zdobyty samodzielną prącą w nadwołżań
skim okresie leżał odłogiem, nie miała odwagi
zaniedbawszy technikę atakować tych w pełni
świadomości przyswajanych dzieł. Jeżeli co ryzy
kowała, to właśnie błyskotliwe drobiazgi z epoki
swego warszawskiego maestro. „Popisowe kawałki", produkowane ongi podczas rautów na ra
tuszu przez „pierwszą adeptkę skrzypiec miejscu
wego konserwatorium", „osobistą pupilkę" mistrza; „kawałki", od których jej samej szumiało
w głowie jak od wina. Maestro pochwalał ten
szum. Mawiał, krygując się i kręcąc spiczastego
wąsa:
ożeniony z Niemką)... otóż książę X miał łzy w
oczach. Doprawdy pani szanowna wielkie mogła
by oddać usługi polskiej propagandzie!
Twarz Róży pojaśniała:
— Ach, więc pan ambasador także uważa, r
sentyment? polski? dla Polski? — zapytał;.
— Może, „sława polskiego imienia", co? — Z:i
śmiała się hałaśliwie. — Maestro kubek w kubek
tak samo deklamował.
Arribasador mrugał oszołomiony, a ona ciągnęła dalej:
— Sentyment? Pan to nazywa polski senty
ment? No, a ja panu powiem, że ja przez p o 
ską blagę życie zmarnowałam! Ja mogłabym
wielką, wielką artystką być, żeby nie wasza blu
ga!
Wygłosiła tę filipikę po francusku — ostrym,
podniesionym głosem. Goście tłoczący się z gin
tulacjami odstąpili o krok, rozczulone miny sta
wały się nieaktualne, spoglądano po sobie z niepokojem, szukając wyjaśnienia. Władyś — blady
— wystąpił z tłumu.
— Panie ambasadorze — powiedział tak, że
wszyscy słyszeli — moja matka dotąd nie mi
przeboleć niesumiennośei jej pierwszego profr
ra skrzypiec, Januarego. Bądskiego... On istot i
zepsuł jej karierę.
Ambasador szybko ogarnął sytuację.
— No, tak — odrzekł, pełen ugrzecznienia
wzdrygaM się za każdym głośniejszym szmerem, nie robili żadnych projektów — czekali.
Róża nuciła chodząc,po mieszkaniu; zdawała się nie
zauważać zgrozy, jaką budziła u wnuków, wybredzała nadal przy stole, gromiła pokojówkę za nic
zręczność, przepadała na dalekich spacerach. Nikł
już jej nie towarzyszył — błądziła sama po mic
śoie. Wróciwszy z wyprawy zjawiała się w poko
ju, gdzie akurat przebywał ktoś z rodziny, a ch<>
ciażby ze służby — opowiadała. Jak było przy jem
nie, jakie wyjątkowe, nikomu dotąd nie znane rzi
czy oglądała, jak starali się jej usłużyć woźni
muzeach i zupełnie obce panie, jaki piękny obn
anonima odkryła, o wiele wspanialszy od renom*
wanych płócien, i jak słońce czekało z zachodei
póki ona nie nadąży na taras Villi Medici. Ogl
szała to wszystko stojąc; jak doniosłe wydarzeni
nie cierpiące zwłoki komunikaty... Milczą n
Chrząkała zatem, brała do ręki jakąś książkę .
nuty i odchodziła z tym łupem. Stosunkowo wir!
czasu spędzała w swoim pokoju, gdzie nie wia"l
mo było doprawdy, co robiła. Dzieci — odkąd /
mieszkała tam babka — przychodząc prosić <
stołu rozglądały się po doskonale im znanym y\
bineciku jak po jaskini czarnoksięskiej — ze srti
chem, z ciekawością. Szuflady, walizy zawsze li
wały zamknięte na klucz. Róża mimo to niech.
nie śledziła spod oka myszkujące spojrzenia win
ków.
No, czego, czego? — mówiła. — Jakich wam
Hł nadzwyczajności potrzeba? Powiedzieli swoje
I ifcwyć-. Cóż to za plotkarskie natury!
Któregoś wieczoru Władysław mijając sień —
już po kolacji, matki nie widział od rana,
Iki kazała tego dnia przysyłać sobie do pokoju trzymał się przy drzwiach Róży. W szpa
by potem rozpaczać? Już miał odejść.
i słyszał szmer... Ktoś wymawiał poszczególvn, później cichutko śpiewał, wreszcie...
tak bardzo znajoma: gardłowy, namiętny
Róży! Władyś pchnął drzwi.

przed kozetką, ramionami ogarniając
drobne przedmioty, tuląc głowę do krawędzi
Nic poruszyła się, kiedy do niej przypadł;

mu skroń; chrzęst jedwabiu, miłe słowa, zapach violettes de Parmes i ten 

osobisty, wzruszający, świeży, jak gdy¦tny zapach dzieciństwa. Przytulił się, cało:"Ji|cc od płaczu ramiona.
iwniusiu, mamusiu, nie można...

się razem z klęczek i siedli na kozetce i szepnęła:
— Ostrożnie, na miłość boską, zgnieciesz...
Szybko zaczęła odsuwać na bok jakieś rzeczy. Zapytał:
— Co ty tam masz, kochana?
— A, ot — odpowiedziała — zdrajcy, zdrajcy
Tylko zdrajcy mi pozostali.
Przybliżył lampę: to był krzyżyk, który po zerwaniu odebrała Michałowi; smyczek, ofiarowalijej przez Sarasatego, lok zmarłego Kaziuczka, fotografia zaręczynowa Władysia.
— Godzinami siedzę i patrzę na tych zdrajców
Serce krwią się oblewa... I żeby chociaż ktor.
z wnuków przyszło, zbliżyło się, pogłaskało po gło
wie! Nie! patrzą jak nararoga, jak na starego czło
wieka... Ach, starość!!!
Następnego dnia Władysław zabrał, maibkę <"<
Ostii. Strada lśniła czarno od rosy, w powietrz u
była woń ostów, Tybru i benzyny — Róża pro
mieniała. Zawsze, ilekroć ktoś dopomógł jej <l"
wydźwigniejcia się z gniewu, życie cieszyło ją Juk
gdyby darowane na nowo, na nowo pełne nadzii i
Władysław bał się, że pejzaż po drodze nie zaci.
kawi matki, ciągle obiecywał:
— Na razie to nic, ale zobaczy mamusia, jak li
dnie nad morzem. A później jeszcze Ostia Antn
— cudo, naprawdę cudo.
Uderzyła go po ręku.
gallus. Władysiu — chwyciła rękę syna, przytulił.-!
do ust. — Władysiu, więc wywiozłeś, przywiozło:1;
mnie... Więc widzę inny świat! Dziękuję.
Cały dzień spędzili na leniwych włóczęgach pr
Lido, przed wisiorem dopiero dotarli do wyko
palisk ostyjskich, do braimy umarłego miastji
Mało już było zwiedzających, portier niechętni i
wpuścił nowych gości, nagląc: ma presto, presto
signori *. Minęli jakieś sarkofagi, grobowce i wstt|
pili na decumanus **. Kamienny chodnik prowadził
między ruinami ku zachodowi, który promieniał
jesienną bladością. Szli, obcasy stukały głośno,
droga to rozszerzała się, to zwężała, w niektórych
miejscach stawała się groblą pośród cemlbrowa
nych sadzawek, w innych przecinała place, tra
wą zarosłe fora, gdzie cyprysy dymiły jak czar
ne płomienie, a mleczna nagość kolumn rn/.
świecała zmierzch. Gdzieniegdzie skrzydlata Vi*
toria bez twarzy albo zakrzepła w pożądaniu ma.-i
ka bez tułowia — uwięzione w załomach marmu
ru — zdawały się kontynuować męczarnię Tnn
_ tala.
Słychać było, jak woda pluszcząc ścieka <!
omszałych basenów. Liczne schody — szerokir
wyślizgane od stóp — prowadziły w nie istnieją<
* Mo presto (wł.) — szybko, szybko, proszę państ**
* Decumanus (łac.) — główna droga.
i rogi; szło się nimi i wstępowało się w niebo,
i właśnie blady zachód zaciemniony piniami.
V bez drzwi i bez mieszkańców, otwarte jak
itilnice — zamiast woni jadła i pracy — wy<ly zapach werweny. Skręcili w boczne uliczleytitawali w wyłomach ścian, pośrodku ino¦ wych posadzek, w niszach opuszczonych
btatwa, przed ołtarzami dzielnicowych laW"z(,>dzie tam niepodzielnie rządziły cyka'-' Thermopoliuin po ladzie marmurowej peł.'i w domu Diany na balkonie gołąb spaw ukłonach. Wreszcie dotarli dó teatru
iin jednej z wyższych ław w amfiteatrze.
umn za sceną wydawał się słaniać na lewietrze — tak były smukłe te marmuroW dole, u stóp świątyni Cerery kamien<* w pięknie udrapowanej tunice unosiła
rtem modlitwy, a może zalotności. Lilio1e smugi płynęły od zachodu. Żadnych
I nych uczuć — dzień tonął we wspomnie(i splotła dłonie i patrzyła w pustą scenę,
j działa się przeszłość. Wzrok jej — zra>¦; jasny — chłódł, nasiąkał mrokiem. Pomjła głową.
Ii, tak — rzekła — mój synu. Ot i przyil Ol, i patrzę na marzenie moje. Ot, i nie
innego świata, ale do czasu innego przei Mię. No, i co? — odwróciła się gwałtownie do Władysia. — Co z tego? Czy mnie
od tego lżej będzie? Piękne! prawda. Ale smulm,
smutne! Umierali, umierają, umierać będą. Wazy
stko jedno, gdzie, kiedy — umierać zawsze i wsią
dzie jest straszno!... Myślałam, że w cudownym
takim kraju, gdzie w końcu października wiecmi
ry lipcowe, gdzie na grobach siedzą i całują ślij,
a w grobach — werwena... ja .myślałam, że lutuj
śmierć niestraszna! Ach, Władyś ty mój — struaina, wszędzie zawsze straszna dla człowieka, klA
ry urodził się i nie żył. Nie żył wcale! Roz,unun"f
ty — nie żył?
Zerwała się z ławy — blada, gorejąca stałn im
tle łagodnego wieczoru, pomieszana z cyprysami,
i pytała:
— Władyś, jaikże będę umierać, kiedy nie żyłaja wcale?
Od wieczoru w Ostii minęło kilka lat, w
których Władysław wyzwolił się od Róży. Sw
z nią rozrachunki zamknął w Rzymie znaku
równości, dalsze świadczenia na jej rzecz trakt
wał jak wspaniałomyślne naddatki. Za pornieszczęśliwego dzieciństwa, za gust do trudużycia i samodzielnej myśli, za muzykę — akwii
wał ją nerwicą Jadwigi, podróżą włoską, komplikacjami we własnej karierze. Wszystko
po dawnemu. Matka odwiedzała Władysła
dawniej, trwała obfita korespondencja,
odbywały się wspólne święta, uroczyste wizyty 
syna w rodzicielskim domu. Ale stosunek do Róży
— Ojcze, mów prawdę! Co matce jest? Ją trzeba
ratować! Czy ona bardzo chora?
Adam rozłożył ręce.
Władysław nie dawał się uspokoić.
— Ach, przecież jej nie wolno irytować! Pi
cięż trzeba pamiętać, jaka ona jest. Doktor V
hardt mówił, że irytacja to dla niej śmierć
moja wina, moja! Powinienem być z nią si
a ja ją opuściłem...
Róża chrząknęła. Zakaszlała, odetchnęła głęboko, przemówiła najnaturalniejszym swoim, dź\
cznym, rześkim tonem:
— Czego-? tak gadacie o mnie, jakby mnie nie było? Ja nie umarłam jeszcze. Może by tak
piej mnie samej zapytać, co mnie jest, ha?
Wszyscy odwrócili się ku niej, Jadwiga
ko spuściła głowę, żeby ukryć uśmieszek:
— po raz nie wiedzieć który — nieszczęsny, i
poprawny Władyś natrafia na histerię i
gd'ie uporczywie chce widzieć dramat w> , ,
1, vej duszy. Władysław czule pochylił sig nml
matką.
— No, więc czegóż ty nas straszysz, niedobra t
Mówisz jakieś niesamowitości... Wyglądasz nie
jak... A potem raptem, no, popatrzcie —
— I bez twojego przypominania wytłumacz
Siadajcież, czego stoicie jak cyprysy nad sarkofagiem? A sarkofag... o! — wstała lekko z kan;i|
— chustki do nosa potrzebuję. Gdzie moja torebka?
Rzucono się na poszukiwania. Tym razem Adam
mówi dopisała pamięć: on pierwszy odkrył torebkę leżącą pod fotelem i wręczył ją żonie. Prz
trzymała jego rękę.
— Cóż to się stało? Adam znalazł? W komin 
zapisać!
Zmarszczył się, a ona objęła ramieniem głowę
męża i ucałowała w czoło.
— Dziękuję, Adam, dziękuję, przyjacielu.
— No, dobrze, cóż ty znowu? Bardzo proszę,
przepraszam...
Był tak zmieszany, twarz mu topniała z radości, nie wiedział, co mówi, wstydliwie zerknął im
Jadwigę, która odwróciła oczy. Róża zaś zawołała:
— Otóż go macie! Wyświadczył łaskę, a potum
przeprasza! On taki jest. Czy ja nie wiem, że lii
święte serce? Nikt może tak go nie ceni jak J"
Tylko cóż? Nieszczęście...
Zamyśliła się, ale zaraz odpędziła złe myśli.
— No, nie ma co. Teraz za późno. Chwała Bugu, znalazł on sobie tę Kwiatkowską.
Adam chrząknął. Władysiowie poruszyli
niespokojnie.
— Nie chrząkaj, Adam — przygwoździła go. —
Przecież ibez złego zamiaru. Tobie dobrze, mnie
szkoda, że wcześniej nie domyślili się. Ale
vaut tard que jamais *. Dzisiaj rozgniewałam się na Adama i ten malec Marcin nieokrzesany
Zanadto uniosłam się, to prawda. A dlatego,
było bardzo boleśnie — skrzywiła się 
opanowała jednak wzruszenie. — Boleści nikt nic nie zauważa. Przecież ja zmieniłam
się...
Rzuciła okiem na męża, na syna, na Jadwigę,
błagalnie.
przyjdę". Nie; dzwoni Adam. Żeby choć uo
szył się, że ja przy telefonie... Nie, o córkę pytał
Przykro, ale ja jeszcze nic. Każę jemu przychodzić, 'bo gamasze ciepłe dla niego zrobiłam. No
proszę, powiedzcież sami, czy miałam ja prawo
spodziewać się, że on zauważy? Sami powiedzt i
oczy bolą, on po całych dniach z Kwiatkowsą
i do teatru z nią, i do kościoła z nią, i wcale o mnie
nie troszczy się. A ja raptem... dwa tygodnie się
dzę, resztę oczu tracę i gamasze jemu robię. I
takiej chwili, kiedy on ani dba o mnie, tylko o córeczkę pyta, każę jemu przychodzić — i gama
daruję. Toż to zmiana! to ślepy by chyba zauw
żył, że wielka jakaś zmiana zaszła! No i cóż? Myślicie, że chociaż drgnął? Nie! — zwróciła sig do
męża, który od jakiegoś czasu wzdychał boleściwie. — Nie ma co wzdychać. Adamie, zrozum, *"
ja nie oskarżam ciebie, ja tłumaczę się przed tobą, przed synem... I przed synową — dodała p"
chwili z wysiłkiem. — Więc owszem, on bardzo
dziękował. Zaraz zabrał się te gamasze nakładać
I takie tam jak zwykle dusery, i rączki całuje. A 
zapytać się, zapytać: „Co z tobą? Pokaż się, kobieto, ty jesteś inna, nowa! Jakaż to tajemnica,
jakie czarodziejstwo przemieniło ciebie w człowieka?" Nie, on wszystko po dawnemu. Pi
mierzą, zachwyca się, dziękuje. Jak gdyby
naturalne było! Jak gdyiby to nic, nic w.
nie miało oznaczać! Drodzy moi, wy znacie mój charakter, moje życie... Ty szczególnie, ja ciebie
m teraz, Władysiu: czy mogłam nie rozgniewać
się i nie szaleć? On mówi: „Matka zirytowała
się, że gamasz nie tak wkładałem..." Nie
masz ten głupi chodziło i nie o ręce — choi rąk takich drewnianych cierpieć nie mogę,
Ą drogą — ale o ślepotę jego! O to, że
nie widzi on tego we mnie, co. jest najważne!!!
Zmęczyła się, zasapała, z ręką na sercu usiadła.
wzniósł oczy do góry i wzruszył ramionami.
Nagle opuściła ręce gestem najwyższego znużenia.
— Więc dobrze. Więc już wszystko jedno. Niech
będzie: wypieki. W każdym razie muszę jechać
do Królewca.
Trzy osoby wydały okrzyki niedowierzania.
— Do Królewca? Po co?
Siadła znowu i klasnęła w ręce.
— Dziwni ludzie, jak Boga kocham! Jak tu porozumieć się z takimi! Przecież chorobę we mnie
widzicie. Nic, tylko chorobę, prawda? To podług
was cała zmiana, czyż nie?
Patrzyła bystro po oczach, spodziewając się jak
gdyby — resztką sił — zaprzeczenia. Nikt nic
przeczył, chociaż na twarzy Adama i Władysia widoczna była chęć przeniknięcia nowego kaprysu
Róży, utrafienia w jej zamiar. Adam mruczał co:'
niewyraźnie. Władysław kręcił się zakłopotany
jedna tylko Jadwiga bynajmniej nie próbowali'
rozumieć, myślała już o czym innym.
Róża zaśmiała się sucho.
— No, więc jeżeli choroba — powiedziała — to
trzeba się leczyć... I chyba z dziesięć razy w ciągu
dzisiejszego dnia od was że samych słyszałam t><>
nazwisko: doktor Gerhardt... Gdzież on jest, juk
nie w Królewcu?
Zrobił się ruch.
— Ach, no tak, tak, oczywiście! Bardzo słusznii
Znakomity lekarz. Świetnie matce wtedy poradził, ma do niego ma zaufanie. Bardzo słusznie! Bezf'lc;drue należy pojechać...
A,riam — uszczęśliwiony, jak zwykle kiedy
eypiyw namiętności i tajemnic Róży opadał do
mmu żądań i projektów — szukał już w port'i pieniędzy na podróż. Władysław zacierał dło¦*, Jadwiga nawet skinęła z aprobatą. Róża tymnie zdejmowała z nich wzroku. Wargi, docc tak płaczliwe, twardniały w ironii, oczy
liały się smutkiem.
la ciebie po to, Władysiu, kazałam zawe— oznajmiła wreszcie — żebyś mi przez
stosunki ułatwił natychmiastowy wyjazd do
wca. Muszę doktora Gerhardta zobaczyć.
,dyś odetchnął z głębi piersi.
Meż, mamo droga, nic łatwiejszego. Doskoild To się zaraz jutro zrobi. Na upartego w ciąi Jednego dnia można załatwić sprawę. Zwłaszn cło lekarza! Pysznie. Może już pojutrze mamun będzie mogła jechać. Jednak — zatroskał się
czy to dobrze, żeby mamusia jechała sama?
' % niestety, nie mogę. Może by tak z ojcem?
Hoża porwała się z krzesła.
Co? z ojcem? Oszalałeś?
Itluda ze wzruszenia, trzęsła rękami nad głową.
Sama, sama! Tylko sama pojadę!
Ponieważ nie sprzeciwiano się, od razu zgasła,
nii I kła. Rzuciła kilka wystraszonych spojrzeń
przysunęła się do Jadwigi.
Dosyć już o moich sprawach — postanowiła sobie.
— Co u ciebie słychać, Jadwigo? Co pani Katarzyna porabia? — zapytała synowej.
Jadwiga przybrała postawę obronną. Zawsze
drażliwa na punkcie własnej rodziny, teraz szczególnie żywo odczuwała wszelkie aluzje do dziejów
pani Kasi i siósta?. Powróciwszy bowiem po dłuższej nieobecności do kraju, zastała swoich bliskici
w złej, uciążliwej doli. Stary Żagiełtowski umarł
kilka lat temu, Madzie opuścił jej natarczywy
poetyczny mąż, popadłszy w drugą z kolei namiętność — do podstarzałej Francuzki; Stenn.
miała gruźlicę.
Co robiła pani Kasia? Robiła tysiąc rzeczy nowych, nie zaniedbując anfi jednej ze wzniosłycl
tradycji. A więc niańczyła wnuki (synów Magdy
tak, jak nie niańczyła nigdy — wobec liczne^
wówczas sztabu rezydentek — własnych dzień
Chodziła sama po sklepikach, żeby oszczędzić ii
służbie, wystawała w~ogonie o publiczne dobru
dziejstwa, szukając względów panów i spań, dl
których dawniej obmyślałaby skuteczne protekcji
zapisywała, bez końca przeliczała wydatki, ska"i
wała swoje czwartkowe herbaty, pozwalała Stei
przyjaźnić się z Żydówką, nazywała stróża pańci
dozorcą i milczała, gdy chwalono demokratyczn
rządy lub literaturę bolszewicką.
To wszystko było nowe. Nowe także były 
poza ambicją erotyczną, i to w granicach najściślejszej praworządności katolickiej — to były istoty stracone. Właściwie tyjko Jadwiga, która „znalazła" męża poza domem, która — jedyna — wyłamała się dość wcześnie z dyscyplin rodzinnych,
odbiegł^ daleko od własnych larów i penatów, tyl
ko ona zrealizowała siebie.
Jadwiga z urazą, z podziwem myślała o tej drugiej matce — o tej strasznej Róży. Jak ona zawszo
sobą tylko była zajęta, swodm tajemniczym bólem
nierozumną tęsknotą, dokuczliwą muzyką... Jak
nigdy w niczym nie chciała nikomu ustąpić, jah
gardziła ludźmi, obywała się bez Boga, szydziła
z Ojczyzny. Jak nieludzko dręczyła swoje otoczę
nie. I jak się to sikało, że Magda i Stenia — w kr<;
gu dobrotliwych łask pani Kasi — marniały bcv
nadziei, a Jadwiga, przeflancowana w grunt zn
truty chimerami Róży, coraz mocniej i smakowi
ciej osadzała adę w życiu.
Nie znosiła matki Władysia. Nie znosiła jej tal<
jak nie znosi się chirurga, który operował b<
narkotyków. Bała się humoru Róży, uprzejmok
Róży, błyszczących uśmiechów Róży...
Zapytana przez nią o panią Kasię, odczuła ni<
nawiść i strach.
— Dziękuję, moja matka ma się nieźle.
Ale Róża nie pozwoliła urwać rozmowy. O d/
wo, położyła dłoń na dłoni Jadwigi, zapytała zm
wu — cicho, niepewnie:
. — Czy to prawda, że w głowach łóżka twojej
matki, odkąd ojciec nie żyje, wisi szarfa z czarnej krepy?
Jadwiga zadrżała. Jakie znowu drwiny z najWHtydliwszyoh sekretów rodzinnych kryły się w
tym pytaniu? Zacisnęła usta, była zdecydowana
milczeć, póki zdoła; a potem, jeżeli ją do tego zmuszą, powiedzieć. Zdobyć się wreszcie na odwagę,
głośno powiedzieć Róży wszystko, co myślała
do niej i o niej w ciągu tych nocy małżeńskich,
kiedy Władyś odsuwał się na krawędź tapczana,
rozdrażniony, zbolały — wrogi.
Róża nie cofała ręki. Pochyliła się ku Jadwidze,
zaszeptała nagląco:
¦- Powtórz swojej matce, że ja nie dziwię się.
Ja pamiętam, co ona mnie opowiadała wieczorem,
|xidczas waszego wesela. O tej ich podróży, kiedy
mąż wiózł ją do rodziców chorą, z wrzodami na
piersi, wychudzoną, brzydką. A sam w pośpiechu
włożył nie swoją marynarkę, za ciasną. I wyglądał śmiesznie. A kiedy pasażerowie wyszli z przedziału, ukląkł przed żoną, wpatrywał się w jej
twarz, a ona zasłaniała się i błagała: „Nie patrz
ttu mnie, znienawidzisz mnie za brzydotę"; a on
przytrzymał jej ręce i powiedział: „Jedyna moja,
piękno jest dla nieszczęśliwych, którzy nie kochajq. Kocham ciebie, jestem szczęśliwy"... A ona popotrzyła na niego, takiego starszego, poważnego
w tej kusej marynarce — i nie czuła już wrzodów,
tylko płomień... i płakała ze szczęścia. Ach, Jadwiga, powiedz matce swojej, że ja ten obraz długie lata nosiłam w sercu.jak truciznę. Gniewałam
się, nic nie rozumiałam. A teraz rozumiem. Rozumiem, jak to jestr kiedy piękno już nie obchodzi.
I rozumiem, że łóżko wdowy może być trumną. To
jej powiedz ode mnie.
Usunęła dłoń, wstała, podeszła do okna. Jadwiga także wstała — bez słowa. Dzwonek zabrzmiał
w przedpokoju, mężczyźni rzucili się ku drzwiom,
otwierano, mówiono głośno i cicho na przemiany,
zdejmowano z kogoś, okrycie...
Na progu stanęła Marta.
To było w dziesiątą rocznicę śmierci Kazia. Po
południu Róża z Adamem chodzili na cmentarz
i oboje płakali pod brzozowym krzyżem. Starszy
syn zaczynał już wtedy traktować ich jak wygnanych władców, niedorosłych do nowego czasu.
A pod murawą leżało stworzenie, które od nich
uczyło się życia, które — odchodząc — ufało, że
są panami świata i potrafią je przy sobie zatrzymać. Płakali z żalu za utraconą potęgą. Kazio
zwykł był uśmiechać się, jak gdyby wiedział
o nich rzeczy wspaniałe, nie znane im samym.
Znikł, zanim poznał wyrazy potrzebne, by swoją
wiedzą odsłonić. Płakali z rozpaczy, że nikt już
nigdy nie powie im, kim są i na jakie stać ich
czyny.
Wracali pod ręką, Zbratani, pierwszy raz chyba
do głębi sobie przyjaźni. Adam odprowadził żonę
do domu. Na progu, kiedy żegnał ją udając się na
sesję do szkoły, przytrzymała jego dłoń mówiąc:
Nie, siedź tam długo, mizerny jesteś, będę na
ciebie czekała.
Wyprostował się, bystro spojrzał na Różę z zapytaniem we wzroku. Jej oczy były dobre. Powiedziała jeszcze:'
— Musisz dbać o zdrowie... Adasiu.
Wtedy twarz Adama zmąciła się, targana przez
uczucia zbyt silne na niedołężne ciało. Mruknął
coś, potem stężał i głęboko odetchnął. Niebawem
odszedł, z czapką w garści, promienny.
Znalazłszy się w mieszkaniu, Róża wkrótce zapomniała o mężu. Władyś uściskał ją pobieżnie na
intencję zmarłego braciszka. Nie mógł być na
cmentarzu, miał trudne zadanie matematyczne,
czego w roku poprzedzającym maturę nie chciał
lekceważyć. Matury pragnął z całej duszy. Wpatrzony w tę datę jak w bramę, przez którą wkroczy we własny, niepodległy świat — coraz bardziej obojętniał na sprawy rodzicielskie. Róża
czuła obcość w uścisku dorastającego syna
i tęsknota za Kaziem powróciła falą gorzką jak
nigdy.
Czym prędzej załatwiła kilka gospodarczych
czynności, odłożyła kilka innych na jutro i drżącymi rękami pośpieszyła zamknąć się u siebie, zanim ból pofolguje sercu. Nad wszystko lubiła cierpieć z przyczyny srogości i tajemnic losu. W cierpieniu znajdowała prawo do gniewu. Łaski w rodzaju zdrowia, urody, powodzenia w pracy dźwigała niechętnie: obowiązywały do zgody z życiem.
Natomiast miłość, śmierć, fatalizmy nie zawinione, nieodwracalne — lubiła czuć w sercu ich pazury. Mogła wtedy pomiatać rzeczywistością, wynosić się ponad porządek świata, bez reszty zamieszkiwać w muzyce.
W dziesiątą rocznicę zgonu Kazia, powróciwszy
z cmentarza do domu, gdzie pierworodny syn, jedyna bliska istota, marzył o tym, by matkę porzucić, szczególnie mocno uczuła wyzwalający ucisk
krzywdy. Zabierano jej przecież jedno po drugim
wszystko, co ją przywiązywało do ziemi. Najpierw
Luiza odebrała Taganrog — szumne, dostatnie
dzieciństwo, bezbolesną ojczyznę; później kursistka moskiewska — Michała, mistrz January odebrał wielkość. Adam — szczęście, wreszcie śmierć
odebrała Kazia, a życie odbiera Władysia. Cóż
miała począć z tą nędzą, z tą pustką?
Podniecona widokiem grobu, długo płakała narkotyzując się wspomnieniami, licząc stare rany,
rozdrapując nowe. Wkrótce osiągnęła stan złowrogiej radości, który pozwolił jej triumfować nad
przemocą. Uklękła nawet i głową uderzała o podłogę — czyniła tak zawsze, ilekroć ból uwalniał ją od obowiązków. Nie oznaczało to modlitwy ani rezygnacji. Po prostu, szyja, barki, całe
ciało, wiecznie sprężone w postawie królewskiej,
tęskniło do spoczynku, a dziecinna dusza — do
hańby.
Bóg nigdy nie przychodził Róży z pomocą. Od
małego przekonywana o Jego istnieniu, próbowała
z rzadka usprawiedliwić się przed Nim ze swoich
grzechów albo wzywać Go na ratunek. Żadnym
znakiem wszakże nie zdradzał swoich nakazów,
nie odpowiadał na wezwania, nie przyjmował tłumaczeń. A w najważniejszej chwili życia zawiódł.'
Kiedy Michał odjeżdżał z Warszawy na politechnikę do Petersburga, zawiesiła mu na piersi własny krzyżyk chrzestny — boskie godło. Pobiegli do
kościoła. Róża kazała narzeczonemu uklęknąć
w prezbiterium przed wielkim ołtarzem, przed tabernaculum ukrywającym Boga. Sama zaś klękła o stopień niżej, żeby w niczym nie przeszkodzić i żeby cała najświętsza moc skupiła się na Michale. Czerwona lampka świeciła nad nimi jak
serce. Róża szeptała — nie śmiejąc oczu podnieść
na ołtarz, jedną rękę cisnąc do skroni, drugą popychając jak gdyby Michała w ojcowski uścisk
Pana:
— Boże, nasz Stworzycielu, władco całego świata, to jest Michał. To Jest Michał mój najukochańszy, który zawsze będzie słuchał Ciebie i wielbił.
Każ mu być dobrym. Niech on w rozłączeniu —
pamięta. Niech on nie złamie przysięgi. Pozwól mi
być z Michałem do śmierci, a ja będę Twoją wierną sługą.
Szeptała, a później mówiła głośno, z ufnością
i z oddaniem:
— Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się
imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola
Twoja święta, jaKo w niefbie, tak i na ziemi.
Wierzyła, że wola Boga nie może być zła albo
bezsilna, że Bóg nie może nakazać zdrady albo
zdradzie ulec.
I jakże zachował się Bóg? Czy można było prosić Go goręcej, zawierzyć mu skarb cenniejszy
niż miłość?
Na chórku kościoła Świętej Anny, w godzinę
rozstania, Michał trzymał w ręku krzyżyk Róży.
Głowę miał spuszczoną, wstydził się, mówił, że nie
był godzien daru. Róża pochwyciła drżącymi szponami ten krzyż...
— Oddaj, oddaj, nic mojego niech nie zostaje
przy tobie!
Odwróciła się i z krzyżem odeszła.
Ale nie przekonał jej Michał o swojej winie. To
Bóg był winien. To On nie okazał się godnym ojcem ludzi. Dopuścił zło zamiast dobra. A może nie
był dość potężny, aby złemu zapobiec?
Róża odtąd traktowała Boga — wedle napięcia
uczuć — raz jako nieprzyjaciela, raz jako istotę
uginającą się pod ciężarem władzy. Zaprzeczyć Mu
istnienia nie umiała. Wydawał się niewątpliwie
obecny w lasach, w morzach, w chmurach. Prakomórki, łańcuchy filogenetyczne, samowystarczalny, automatyczny kosmos „postępowców" — na
to nie odpowiadała wyobraźnia. W iburzy słyszała
Róża wyraźnie głos Boga; nocą widziała czarne
Jego przeloty pośród gwiazd. Wierzyła, że On
sprzyja drzewom, strumieniom, wilkom, że rozumie i kocha ich naturę. Kiedy ryczał grzmotami,
kryła się po zwierzęcemu, żeby Go rozbroić. Podczas pięknej pory, między jaśniejącą przyrodą
chwaliła Go, pragnąc, by nie wygonił jej ze swego
raju. Natomiast w natłoku spraw ludzkich Bóg
wyglądał mizernie. Róża podejrzewała, że tak jak
nie potrafił uchronić Michała przed zdradą, tak
samo nie jest zdolny bronić dzieci przed śmiercią,
biedaków przed głodem, matek przed^ samotnością,
tłabego przed wyzyskiem. Gniewało ją zaufanie
Adama do potęgi i wszechwiedzy boskiej. Upatrywała w tym małoduszność. „Wszystko zwalasz na
Haga — mawiała. — Zlituj się, On nie udźwignie
tylu losów baranich".
Od czasu do czasu, w okresach względnego spokoju, czyniła kroki ku porozumieniu: udawała się
do spowiedzi, przyjmowała komunię, pamiętała,
by wypełniać Dziesięcioro Przykazań, synom zalecała żegnać się, pościć, Adamowi okazywała szacunek... Wszystko to w nadziei, że Bóg się odmienił, nie jest już tak okrutny czy słaby jak dawniej i — przebłagany — okaże swoją boskość. Życie wszakże toczyło się dalej, pełne gorzkiej niedorzeczności, Róża coraz rzadziej myślała o StwórcyNa mogile Kazia — w tamtą okropną rocznicę
— zlękła się. Drzewa szumiały, kruk jak niedobry poseł krakał niebu o Tiercń, obłoki płynęły powolne, niewstrzymane, obce. Adam bił się w piersi i całował krzyż, ludzie na sąsiednich grobach
palili światła na cześć prześladowcy. Róża zaszlochała:
— Nie wiem, Panie Boże, nie rozumiem, może
musiałeś Kazia odebrać, nie wiem nic, to dziecko
niech zaświadczy, że było mądrzejsze ode
mnie...
Pogrążywszy się przecież, dwie godziny później, pod wpływem obojętności Władysia, w zgrozę i w słodycz poniżenia, bluźniła znowu:
— Teraz dopiero mi dobrze. Jestem wolna. Wezmę rewolwer i z tyłu strzelę w syna. Siedzi nad
matematyką: głuchy, ślepy, nie zauważa matki.
Wejdę i strzelę — może śmierć swoją zauważy.
Albo położę się z Adamem, wyjmę nóż spod poduszki, zarżnę cnotliwego katolika, jagnię Chrystusowe. A ty co? Jeżeli policjant nie zaprowadzi do więzienia, ty włosa z głowy mojej nie strącisz. Więzienie mnie niestraszne! Tak samo można taim łbem walić o posadzkę. Jestem wolna.
Człowiek podły wszędzie, zawsze jest wolny.
Wyjęła rewolwer, dawno ściągnięty z mężowskiego biurka, i — kierując się w stronę pokoju Władypia — przystanęła wprost okna, żeby w
świetle księżyca (noc już zapadła, lampy nikt nie
zapalił), żeby w tym świetle sprawdzić bezpieczniki i zawartość łożyska. Okno wychodziło na ogród
z dużą sadzawką. latarnie naftowe z ulicy siały
przez gałęzie pomarańczowy, ciepły brzask, a z góry spływał w sadzawkę księżyc biały i zimny. W
pobliżu sztachet ostatnie liście klonów — po kilśa
na każdym drzewie — drżały, z niewiadomych
przyczyn, bo wiatr ucichł: chorągiewka na dachu
altany tkwiła nieruchomo w blasze, ocynkowanej
k.sif?życem. Tak samo bez przyczyny marszczyła
mi; sadzawka.
Róża mocując się z cynglem
zerknęła w ogród.
Dreszcze wody i drzew ugodziły w nią, wstrząsnęły 
ciałem. Rewolwer wysunął
z dłoni, upadł na dywan, Róża przytomniej opatrzyła
popatrzyła w szybę.
Księżyc zawsze ją obezwładniał. Twierdziła, że
boi się nocnego nieba a że kocha ten strach. Odbywając wieczorne spacery dla zdrowia potrafiła po
kłótni z mężem o jakąś błahą sprawę dnia
stanąć nagle i — z twarzą wzniesioną ku niebu
— zamilknąć. Światło oblewało rysy, diese Nase
węszyła zapach gwiazd, oczy i zęby błyszczały niewystygłą złością, po chwili jednak już — zachwytem. Szarpała Adama iza rękaw:
— Patrz, patrz...
Adam sumiennie wyliczał konstelacje, planety,
nowo odkryte sensacyjne gwiazdy. Nie słuchała,
nigdy nie naliczyła się tych nazw. Zamykała w
końcu oczy i stała tak, z przegiętą w tył głową,
z uśmiechem bezpamięci w rozchylonych ustach.
Więc w drodze do morderstwa księżyc także Różę zatrzymał.
Upuściła rewolwer. Patrzyła onieśmielona w lunatyczne czary. Szepnęła: „Patrz, patrz..." poruszyła się, by wołać Adama, stąpnęła na rewolwer.
— Ach, co to?
Dech zamarł.
— Jezus, Maria, toż ja chciałam syna zabić! Dlaczego?
Zgrabiałymi palcami podniosła broń.
— Gdybym go zabiła, nie zobaczyłby tego ogrodu... Jaki piękny teraz ten ogród! Co ja chciałam
zrobić? Któż wie, czy tam pięknie u Kazia...
Nie miała siły na otwarcie drzwi. Schowała rewolwer, przytuliła czoło do szyby.
— Jutro Władyś to zobaczy... Jutro lepiej, bo
będzie pełnia. Jak cicho! Jak nieludzko! Jak dzwonią liście, woda jak żywal Bóg zapomniał o ludziach, a ludzie o Bogu. Jak dobrze! Warto żyć
dla tych nieludzkich i nieboskich godzin.
Zmąciły się myśli. Liście i woda zaczęły szumieć, światło księżycowe zabrzęczało jak struna e.
Róża cała przemieniła się w słuch. Dźwięk światła
coraz był wyraźnie jszy, chwytała już tonacje, rozróżniała klucze, rytm tętnił w skroniach. Nuciła.
Melodie stawały się konkretne, zorkiestrowane coraz dokładniej, w końcu utworzyły Allegro non
troppo z koncertu D-dur Brahmsa. Miesiąc temu
poznała ten koncert (Ysay grał go w Moskwie) i
doznała takiego zachwytu, jakiego nie czuła nigdy
nawet z powodu Kreutzerowskiej Sonaty... Tak,
niczym innym nie była piękna noc, tylko koncertem D-dur Brahmsa.
Róża prędko przeszła do salonu i zapaliwszy
ńwiece wydobyła skrzypce z pudła. Na pulpicie
rozłożyła partyturę. Gorączkowo podkręciła kołki, nastroiła instrument. Głowa pałała, ręce były
zimne.
Zagram czy nie zagram? Allegra nie ma co
iróbować. Adagio. Pamiętam każdą nutę. Tylko
;-zy pasaże wyjdą?
Zupełnie tak samo wyraźnie jak szelest liści za
"zybą, plusk sadzawki i szkliste dzwonienie księżyca słyszała wiolonczele, flety, altówki Brahmsowskiego koncertu. Wyczekała, aż rozwieje się
akord trąbek...
Pierwsze takty skrzypcowego partu zadźwięczały blado, w palcach nie było jeszcze ciepła, w piersi za wiele żaru. Niebawem wszakże wyrównał się
bieg krwi, prawa stopa ledwie widoczną pulsacją
wybijała rytm, ramiona stężały na marmur, kiście
nabrały miękkości.
Poprzez kantylenę płynącą na fali klarnetów dotarła łatwo do solą, które wypadło bezbłędnie.
Upojona uległością mięśni i współbrzmieniem fikcyjnej orkiestry, zwycięsko snuła pasaże. Ton nabierał z wolna mocy, forte espressivo miało już
pełny wyraz, staccata, szóstki arpeggia ulatywały
ze strun pasmami niezakłóconej błogości. Ostatnia fermata była jak szczęśliwe westchnienie.
Róża płonęła. Ukończywszy adagio stała prostsza, wyższa, lżejsza niż zwykle; czułam że odjęto
jej część ciężaru, serce uderzało równo, uwolnione
z nadmiaru tęsknoty. Niebawem zakrzątnęła się
żywo koło instrumentu, przetarła struny, podstroiła znowu... 
— Dziś albo nigdy — szeptała. — Nie wiem,
co to... Ten księżyc... Czy może Kazio mi pomagał! Spróbuję teraz Allegro non troppo.
Długo nasłuchiwała zjawiskowego tutti., Wreszcie wraz z uroczystym beethovenowskim akordem
wstąpiła w zespół. Palce sprawnie działały, pasaż
skrzypcowy za pasażem pokrywał majaczenie
oboju, fagotu, violi. Róża nie czuła zwykłej nieśmiałości wobec instrumentu; opór strun, włosia,
drewniane przydźwięki, niedołęstwo mięśni —
przestały istnieć. Muzyka zdawała się powstawać
w sposób niematerialny, bez udziału pracy, jedynie za przyczyną zachwytu. Wyzwolona z praw fizycznych, Róża bez najmniejszego trudu przenikała wszystkie strefy i wszystkie uczucia: zarówno
nieziemskie modlitwy, jak miłosne scherzanda!
Skrzypce utraciły wagę, objętość, smyczek utracił kształt, w dalekich przerzutach łamał się zygzakiem jak piorun. Między domem a światem znikł
przedział — księżycowa noc roztopiła ludzi, sny,
niebo i mury, tajemnica zmieszała się z wiedzą,
na miejsce chaosu wzeszła dźwięczna, jedwabista
pełnia.
Crescendo, stringendo, animoto, forte — Róża
bez wahań, bez bólu osiągała zenit.
Akordy... Ocknęła się pośród ciszy. Smyczek
drżał w dłoni, skrzypce dymiły niewystygłą melodią.
Ach, czyżby, czyżby? Czyżby czekało ją także
allegro giocoso? Wielki dreszcz bohaterstwa przejął niemłodą skrzypaczkę. Szeroko rozwarła oczy,
sprężyła znowu ramiona i — nieugięta, świetna —
runęła w rytmy czardasza.
Pierwszych kilka taktów, mimo podwójne nuty i szalone wzmożenie tempa, zapłonęło żywym,
łatwym ogniem, nierzeczywista orkiestra brzmiała spoiście jak morze. Róża poczuła łzy w gardle,
tak wiele łez, że krtań mało nie pękała od ich
nadmiaru. Spróbowała westchnąć. Jednocześnie w
melodii — tej najgłośniejszej, uczynionej ze strun
i z włosia — coś zazgrzytało, obniżyło się, coś skłamało. Pot zrosił czoło Róży; szybko przełknęła łzy,
podciągnęła intonację... Kiedy wszakże pasaż znowu rozbłysł czystością, usłyszała rzecz straszną:
wiolonczele, flety, viole odpływały w dal, zostawiając ją za sobą. Ścisnęła wargi, nadludzkim wysiłkiem pchnęła w przód, przyśpieszyła nutki trzy
razy wiązane... Już, już miała dogonić tutti. Wtem
huk bolesny ogłuszył ją i zamącił. Co to? — struchlała. Ach, nic! to serce śpieszy. Odzyskała
otuchę, przydała mocy lewemu ramieniu, smyczek
zamigotał w oktawach. Całą duszą wychyliła się
poza siebie ku niknącej harmonii, szum krwi stawał się jednak głośniejszy niż melodia, nie odróżniała już instrumentów, wyrwa w rytmie ziała coraz okropniejszą pustką.
Koza opuściła ręce. Siadła — nogi drżały. Rzu<'iła smyczek...
Księżycowa orkiestra pod batutą Brahmsa gralii dalej. Tylko na miejscu pieśni skrzypiec wystąpiła cisza ,— czarna jak zaskórna woda. Jeszcze
tu i ówdzie błyskał refleks solą... cisza przecież
czyniła się coraz głębsza, szersza i pochłaniała resztę wibracji. Z wolna milkły także widmowe inatrumenty. Po jednemu wsiąkały w próżnię...
Chaos bezdźwięczny pokrył wreszcie harmonii;.
Kóża łkała:
— To przeze mnie, przeze mnie. Ja zniszczyłam
WHzystko! Ja, podła, przez swoje niedołęstwo zgubiłam piękno tej nocy.
hzy padały na cremoński lakier. Szkoda, nie
wolno było niszczyć przedmiotu, na który ojciec,
liitnlaczysko, wydał całą schedę po Luizie... Otarła je lewą, umęczoną ręką.
W."raedł Adam. Zawiało wodą kwiatową Marć¦ lutl Niel. Starannie domykał drzwi za sobą.
Trwała dalej w bezruchu.
Spóźniłem się, wybacz. Diabli nadali, że akurat dziś na sesji wychowawców przyszła kolej na
klasę. Potem zabiegłem jeszcze do fryzjera;
tak, ale wyciągnąłem dziada z mieszkania
I kttiałem się ostrzyc. Skoro moja czarowna małżonka raczyła zwrócić uwagę na swego niewolnika
Zbliżał się pachnący, zawstydzony własną galanterią.
— Dziecko moje, ty znowu płaczesz? — krzyknął, kiedy żona pokazała twarz; w jego głosie
brzmiała pretensja. — Uspokójżę się, nie można
żyć tylko przeszłością, trzeba wreszcie stratę przeboleć...
Spojrzała nań bez obrazy. Przeciwnie: pod ciężarem klęski łaknęła przyjaciela. Kogoś, co by
perswazjami i radą umniejszył klęskę, dodał otuchy, podsunął nadzieję. Milczała dłuższą chwilę.
Westchnęła.
— Masz rację. Trzeba przeboleć. Teraz wymagania coraz większe, kompozycje coraz trudniejsze" dawniej Paganini — to był uczeń szatana,
a teraz każdy^zdolny uczeń musi być Paganinim.
Tylko że muzyka... muzyka coraz piękniejsza!
Adam cofnął się jak pchnięty w pierś.
— A więc ty o muzyce? Ty o muzykę pła~
czesz?
Skinęła głową.
— Jakże nie płakać* Adam. Pomyśl. Grałam ja
Sarasatemu — smarkata, ileż to lat temu nokturn
Chopina w jego układzie... Bóg wie jak; czyż ja
co umiałam wtenczas? Ten przeklęty January:
tylko „Valse Caprice" i „Souvenir de Moscou",
mazurki, i „Airs Varies"... Gaviniesa chociażby
albo Rovelliego — nawet nie wąchałam. Przecież
zmiany pozycji on nigdy mnie, jak się należy, nie
wpoił! Dopiero Auer daje mi w klasie Etiudy
(ukończona konserwatorzystka, uczenlt|i znakomitego wirtuoza, powinnam była
grać wtedy jak diablica) — a ja ani
Auer mówi: „Eh bien, jouez, 
a mnie krew do głowy rzuca się;
ujrzałam w kajet, widzę podwójne nuty, wiem,
Bóg wie co z tego wyjdzie — i tylko zęby
— i milczę. A oni wszyscy w śmiech:
Qu'est-ce que vous avez? A Varsovie on ne joue
Kreutzer? Qu'est-ce qu'on joue donc a Varsovie? ** Szto wy tam? Gospodina Moniuszko igrajetie?" A swoją drogą Sarasate powiedział:
„Pauvre enfant, quelle miserable ecole et quel
talent, parbleu" ***. Poleciał do walizy (byłam
u niego w hotelu z ojcem), wyjął smyczek —
oryginalny Tourte — i podaje: „Je crois en
vous. Vous vous en tirerez. Du courage, petite" ****.
Oczy Róży błyszczały. Adam usiadł ciężko, nie
przerywał; zapach Marecha! Niel ogarniał cały
pokój.
— „Vous vous en tirerez..." Łatwo powiedzieć!
Odwagę to ja miałam. Już po pół roku w Petersburgu wystąpiłam przed wielkim księciem. Musiałam. Stypendystka! Trzeba było pokazać, że
kazionny * chleb jem nie darmo. Ale im dalej,
tym większe trudności. A ręka fatalnie zaniedbana — szczególniej lewa. Po nocach ćwiczyć w internacie nie wolno, koleżanki zabiłyby — chcą
spać. W dzień... gram, gram, raptem serce zaboli
tak strasznie... Może Michał teraz gdzieś tu przechodzi obok ze swoją kursistką. Przecież, jok tylko przyjechałam, zastałam tę miłą niespodziankę... I wikt Okropny. Luiza jaka tam nie była, ale
kawa u niej zawsze z kożuszkiem i pieczywo doskonałe! W internacie nie mogłam ciągle rybnych
zup jeść i starej baraniny... Głodna byłam. Innym
przysyłali z domu, ja wstydziłam się pisać. Sama
przecież chciałam Petersburga — głównie z powodu Michała. Ojciec nie chciał, sami ledwie żyli... Rozpacz, głód, wysiłki nad ludzką miarę! Cóż
tu smyczek Tourte'a pomoże? Dostałam tyfusu.
Kiedy wstałam, doktor powiada: „Warn nie igrat'
na skripkie, a czułki wiazat' — sjerdce jele bjotsa" **. Zjadł mnie Peterburg. A potem już wiesz,
— Nie po to tu jesteś, żebyś mi grała po nocach... Do diabła z twoim Brahmsem!
Szarpnął, zaciągnął do sypialni...
Płynęły dalej nocne godziny, tak samo pełne
księżyca, muzyki jak w tej minucie, kiedy Róża
grała pierwsze solo adagia. Nie czuła ich już
wszakże, nie rozumiała. Krzyczała:
— Łotrze, łotrze...
Nad ranem, dusząc się od łez i od zapachu Marechal — poczęła Martę.
"¦ 
Marta stała w progu. Była bardzo poruszona.
Mimo swoich lat trzydziestu nigdy nie czuła się
wobec matki inaczej niż niegrzeczną dziewczynką. Tym razem poczucie winy szczególnie było
dokuczliwe. Zapomniała o umowie. Zapomniała
na śmierć, że matka zapowiedziała na dziś swoje
przyjście. W przedpokoju objaśniono ją, jak sprawy stoją: że Róża okropnie się zirytowała nie zastawszy nikogo, że gniew spędziła najpierw na
ojca, potem na Zbigniewa, że w ogóle czuje się
źle i chce jechać do doktora Gerhardta, ale atak
rozdrażnienia już minął i nawet bardzo poufałe
o czymś rozmawia z Jadwigą.
Marta — w przeciwieństwie do Władysia —
przy zetknięciu z matką zamiast rezygnować z siebie, od razu przenosić się w dziedzinę przeżyć Róży, próbowała zawsze wciągać ją w sferę
twoich odczuwań, szachować ją nimi i — przynajmniej na jakiś czas — obezwładnić. Teraz
także nie uznała za stosowne przeprosić, wytłumaczyć się, wtargnęła do salonu, wołając:
— Ach, mamo, gdybyś wiedziała, jak jestem
zmęczona! Ta Mira to wariatka, gdybyś ty wiedziała, gdzie ona mnie zaciągnęła! Na Pragę do
jakiejś kabalarki spod ciemnej gwiazdy; zakochała się — głuptas — i chce na gwałt wiedzieć,
co z tego wyniknie. Och, siadam, nóg nie czuję.
Mira taka była podniecona po tych wróżbach, nie
pozwoliła mi wziąć taksówki, pędziła mnie cały
ten piekielny szmat drogi piechotą... Dzień dobry, matuś, jak się czujesz?
Gadała prędko, niby nonszalancko, czuło się,
Jak bardzo jest niepewna skutków wymowy, jak
lęka się matki i jak swojej lekkomyślności żałuje. Spozierała na Adama z wyrazem serdecznej
pokory; widocznie gnębiła ją myśl, że — przez
nią — ojciec znowu cierpiał i, kto wie, co ucierpi dziś jeszcze. Ostrożnie uścisnęła Różę. Witając
się z Jadwigą ciągnęła dalej gorączkowy monolog.
— A śpiewać, mamusiu, to ja i tak bym dziaiaj nie mogła, bo o! — .chrząknęła, zakaszlała —
łyszysz, jak to dźwięczy?
Miała piękny głos. "W mowie nie zawsze ujawniało się jego piękno. Skryta, nerwowa, rzadko
mówiła swoim prawdziwym głosem.
Tak samo jak już w wieku lat kilkunastu zdołała ułożyć twarz w taką maskę, która najmniej
raziła Różę {Róża prześladowała ją za każdy grymas, za każdy wyraz ust czy oczu przypominający Adama), z głosu również uczyniła raczej środek, konspiracji niż narzędzie wyrazu. Ton jej
rozmów, bez względu na treść, był matowy,
chłodny, chropowaty. Dopiero przy niezwykle silnym wzruszeniu głos Marty tajał i odsłaniała się
jego ptasia wibracja.
Róża dary wokalne córki odkryła późno. Któregoś letniego wieczoru, kiedy muzyka wydawała
S*C 3eJ jedyną ojczyzną człowieka, osiemnastoletnia Marta przeszła przez pokój, gdzie matka przy
fortepianie daremnie usiłowała niemłodym, ograniczonym sopranem objąć frazę jakiejś pieśni.
Marta przeszła, zatrzymała się na wprost okna
i nagle pośród ciszy małomiejskiej uliczki krzyknęła:
—Selene, nocna pani, Selene!
Róża urwała akord, odwróciła się od fortepianu... Niespodziewany okrzyk był melodyjny,
zwycięski, wysoki, zdawał się rozbrzmiewać już
poza granicą, do której dążyła pieśń. Róża zawołała:
— Marciu, dlaczegoż ty nie śpiewasz? chodź
tu zaraz, zaśpiewaj!
Zagrała, zanuciła to samo, co przed chwilą
i Marta nieziszczalne dla niej wniebowstąpienia
<lLwięków osiągnęła za pierwszym otwarciem
krtani łatwo, klarownie jak ptak. Padły sobie
w objęcia — Marta podniecona księżycem i młodością, Róża — nadzieją, że córka zaprowadzi ją
dniej w muzyczne raje, niż zdołała to uczynić jej
własna kaleka umiejętność.
Marta nie miała głębokiej muzykalności. Małym dzieckiem zapędzona do fortepianu, zdobyła
elementarne zasady wiedzy muzycznej oraz pewną technikę pianistowską. Ale muzyka nie była
Jvj żywiołem. Po przewlekłych zatargach z matką studia fortepianowe rozprzęgły się w okresie
maturalnym. Róża wyjechała, tamtymi czasy do
Władysia, powróciła, jak zwykle, obca wszystkiemu w rodzinie i przyjęła nieokreślonym mruknięciem wiadomość, że Marta zarzuciła muzykę.
Po kilku dniach rzekła do Adama:
— Chwała Bogu, że już nie słyszę, jak Marcia
huczy pedałem w najnieodpowiedniejszych miejneach... Nie chce, to nie chce, a mnie co do tego? Ja zrobiłam, co mogłam. Władyś chociaż zaukompaniować potrafił, a ta (tak zawsze
mówiła o córce w momentach niechęci) za grosz
poczucia rytmu nie ma, tego nawet od niej nie
czekaj!
Natomiast głos wydawał się darem losu,
którego nie wolno wyrzec się za żadną ceną. Zjawił się w chwili, kiedy Różę zawodziły własne
środki wyrazu: osłabienie mięśnia sercowego
uniemożliwiało skrzypce, wiek ograniczał repertuar wokalny. Świeży, bogaty instrument, wyposażony w brzmienia tak osobiste, zamknięty
w gardle córki — to była ostatnia i wspaniała
szansa twórczości. Fakt niedostatecznej muzykalności Marty tym razem nie zniechęcał. Róża znajdowała wielką rozkosz w kształtowaniu — przy
pomocy cudzych żywych strun — kreacji muzycznej, której wymowa płynęła z jej talentu.
Kiedy dawniej narzucała Marcie własne sposoby interpretacji utworów pianistycznych, fortepian nigdy nie oszałamiał niespodziewanością
efektu. Brzmiał co najwyżej tak, jak Róża zamierzała. Głos Marty przeciwnie: modulowany
podług wskazówek, zawsze przynosił niespodziankę. Zawsze dodawał do melodii nieuchwytne pulsacje krwi, tajemniczość odrębnego istnienia. Często te akcenty indywidualne, nie mające nic
wspólnego z abstrakcją, naruszały harmonijny
ład pieśni. Wtenczas Róża wybuchała gniewem.
— Śpiewasz jak praczka, jak oślica, jak dziad.
Portamentów na sekundach nie wolno robić i nie
wolno przecież — na Boga — akcentować słabych części taktu, i nie rozciągaj temp, takie
rallentanda są dobre w Pacanowie!
Marta ciskała nuty, zamykała się z trzaskiem
" siebie.
W ciągu następnych lekcyj rozbujanie frazy
dawało się powściągnąć, także styl i barwę uczuciową poddawała Róża; a jednak ostateczny rezultat pracy zawierał w sobie ten urzekający
pierwiastek — nowość, którą do trcdu kompozytora i Róży dodawała Marta z zasobów własnego organizmu. Róża chwytała dziewczęce fluidy,
przesączone w melodie, doznając głębokiego wzruszenia: „Więc to jest Marta, więc taka jest córka Adama".
Kiedy Marta śpiewała, Róży zdawało się,-że
jest pomszczona. Że Adam otrzymuje należytą
karę.
To dziecko było córką Adama i ofiarą Róży.
Adam, taki zaciekły podczas tamtej nocy październikowej, nieustępliwy i bezwstydny w dążeniu, nie utrzymał po dniu swego władztwa. Ledwie świt przemienił się w jasną godzinę, klęczał
przy łóżku szlochając:
— Przebacz mi, przebacz, czy możesz mi przebaczyć?
Z pogardą odwróciła od swego oprawcy obolałe
ciało. Kiedy wychodził z sypialni, plącząc się
w sznurze szlafroka, krzyknęła:
— Dokąd idziesz? Zostań, paś się swoim zwycięstwem.
Podniósł sino podkrążone, niemłode oczy, pełne winy.
— Bóg mi świadkiem, że bardziej śmierci teraz
pragnę, niż rad jestem ze zwycięstwa.
Roześmiała się.
— Tchórz obmierzły! Ledwie krok naprzód postawi, już o sto się cofa.
Rzeczywiście Adam, odniósłszy triumf, wycofał
się niemal zupełnie z życia żony. Ciąża minęła
w rozłączeniu — Róża odjechała do przyjaciół
na chutor. Tam, w trzecim miesiącu, podźwignęła
fortepian, ale drobny krwotok nie naruszył płodu. Marta urodziła się pewnego lipcowego popołudnia, czerwona, jędrna jak jabłko.
Matka nie chciała karmić, sprowadzono mamki; Adam — nie dowierzając nikomu — sam pilnował żywienia i wygód noworodka. Później też
rosła ta mała pod opieką sług i lekkomyślnej
Sophie. Nie piła tranu, nie musiała gimnastykować się i wycinać z kartonu feudalnych pałaców,
jak dawniej Władyś czy Kazio. Mimo to Róża
wiedziała o każdym jej kroku. Często -wpadała
do dziecinnego pokoju w momencie najmniej
przewidzianym i wniwecz obracała ustalone porządki.
— Cóż to znowu? — szydziła. — Któż to kazał Marci sterczeć w domu, kiedy słońce na dworze? Czy to tak się ją hartuje? Do czego ten
kaftan flanelowy po szyję? Do czego ta papranina? Naje się surowych kartofli i dyzenterii dostanie.
Sophie łamała ręce.
— Już ja sama nie wiem, kogo słuchać, odczepcie się ode mnie. Toż jej papo rodzony ^cazał: nie
puszczać na dwór, póki katar nie przejdzie, trzymać ciepło. I niech bawi się w gospodarstwo. On
chce, żeby Tusia miała zamiłowanie do gospodarstwa...
Na to parskała Róża:
— „On chce"... Czy on potrafi chcieć, ten świętoszek? A ot, ja chcę, żeby Marta natychmiast
szła na spacer!
Wydzierano dziecku rondelki, wtykano kółko
do. garści i sprowadzano do ogrodu.
Kiedy ojciec wracał z gimnazjum, mała pędziła
ze skargą:
— Mama nie pozwoliła bawić się w gospodar-*
stwo, kazała biegać w ogrodzie...
Składała usta w podkowę. Adam wszakże —
wbrew oczekiwaniu — bynajmniej nie wpadał
w gniew. Przeciwnie, rozjaśniał się, dopytując:
— Ach, tak: mama kazała? Mama przyszła sama do ciebie i kazała?
Otrzymawszy potwierdzenie, dodawał sentencjonalnie:
— Trzeba słuchać się mamy, trzeba być
grzeczną dziewczynką.
Do obiadu, który następował później, Róża
przychodziła ze wzrokiem błyszczącym żółto,
uśmiechnięta. Nie witała się z mężem, siadała
i bębniąc palcem po stole patrzyła w swoje bezkresy. Adam ehrząkał, zagadywał, Marta kręciła się na krzesełku, czekając, kiedy wreszcie zostanie wyjaśnione, kto miał rację: tatuś czy mama; i co będzie jutro. Mówiono jednak same nieważne rzeczy. Dopiero po obiedzie, kierując się
ku swoim drzwiom, Róża rzucała:
— Podobno Marta ma w duchocie siedzieć
i kartofle pitrasić podczas ładnej pogody? Ona
jest anemiczna. Czy to naprawdę ruch na świeżym powietrzu dla niej niepotrzebny?
Adam ożywiał się:
— Ależ broń Boże, Elciu! rób, jak uważasz. Ona
trochę katarku miała, ja dlatego... No, ale naturalnie, jeżeli już przeszedł... A gospodarstwem
niech Tusia zajmuje się, kiedy pada deszcz —
nakazywał teściowej.
Osiągnąwszy zmianę, Róża zazwyczaj na długi
czas przestawała interesować się dzieckiem. Natomiast stosunek Adama do córki nie znosiłprzerw — wypływał bowiem z chęci nieustannego
upewniania się o jej istnieniu. Obojętne było, ku
jakim rezultatom zmierzają czynności małej Tusi — chodziło o to, żeby się nimi napawać. Codziennie przynosił dziecku nowe zabawki, ciekaw
do szaleństwa, jak ona z nimi postąpi, czy zaokrąglą się z bacznej uwagi jej oczy, czy też przeciwnie — zwężą się w uśmiechu. Jak nazwie nowy
przedmiot i czy go polubi. Róża kazała nadmiar
zabawek zamykać w szafie „na potem". To dało
powód do tajemnic, do konszachtów między ojcem
a córką.
W okresach desinteressement Róży Adam i Tusia rozzuchwalali się, zaczynali rozrzucać zabawki
po całym mieszkaniu, śmiali się głośno, recytowali bzdurne wierszyki, galopowali po jadalni na
bujającym fotelu, dziecko nie chciało usnąć, póki ojciec nie opowiedział mu bajki o cudownym koźle. Jeżeli Róża wkroczyła do pokoju
w chwili takich zabaw, patrzyli na nią — zaskoczeni i obcy, Marta nawet z komiczną arogancją.
Nazajutrz wszakże Adam unikał córki, zadziwiał ją obojętnością i po wszelkie dyspozycje odsyłał „do mamy". Róża wzbraniała się wyjawiać
swoje zdanie. Mówiła:
— Nie wiem. Ja się na tym nie znam. To pedagodzy się znają.
Dziecko krążyło między rodzicami bezradne;
kiedy zaczynało napierać się wskazówek, stercząc
koło kolan matki, odpychała je:
— Idź do twego tatusia. Czego ode mnie
chcesz? Przecież zawsze z twoim ojczulkiem przeciwko mnie spiskujesz... Róża lubiła śledzić i podglądać Martę. Istota, narzucona jej gwałtem, poczęta z uniesień nienawistnego człowieka, była dla niej
jak gdyby żywą tajemnicą Adama. Patrząc
z ukrycia na podskoki, na grymasy tego dziecka,
słuchając jego śmiesznej mowy, starała się znaleźć wyjaśnienie nocy październikowej. Mała
w przeciwieństwie do synów była miniaturą ojca. Ale z jej odruchów nie spływała żadna inna rewelacja, tylko ta, że Adam jest niezniszczalny. I że się rozdwoił, że coraz więcej go
dookoła.
Róża wychodziła nagle zza portiery czy z ciemności umyślnie przerażając Martę. Pragnęła bardzo zadawać jej ból. Bić jednak wstydziła się.
Ciało dziewczynki było białe, niebiesko żyłkowane — to było ciało Adama. Gdyby je biła, łączyłaby się z Adamem poprzez uczucie, w którym
wszystko można pomieścić: i nienawiść, i miłość
i rozkosz, i cierpienie.
Raz dziewczynka — już sześcioletnia wtedy —
czytała w kącie pokoju. Róża obcinała palmie
uschłe liście. Zerknęła w kąt, zawołała:
— Przynieś mi większe nożyczki.
Dziecko — zaczytane — nie drgnęło. Wtedy
chwyciła palczasty, ostry liść palmowy i przysunęła się cicho do córki. Stanąwszy tuż nad nią,
oprowadzała wzrokiem jej czoło. Od lewej strony
do prawej, i znowu od lewej do prawej... Tak,
to było czoło Adama, o którym nigdy nie mogła
inaczej pomyśleć niż: „ładne czoło". Z zatoką we
¦włosach z lewej strony i z kosmykiem nad prawą brwią. Michał miał pionową bruzdę między
oczami, gładkich ¦czół Róża nie znosiła.. Dziecko
czytało, o świecie bożym nie wiedząc. W pewnym
momencie oderwało oczy od książki, żachnęło się
w popłochu:
— Co to, co to, mamusiu?
Róża stała nad nim, z ostrym wielkim liściem
wzniesionym do ciosu...
— Ty, ty, milczku, ty wrogu... — syknęła i rzuciła liść.
Adam z czasem nabrał względem córki manier
skrytego nałogowca. Kiedy i gdzie mógł, dorywał
się do niej, całował jak wyratowaną z nieszczęścia, opowiadał, pytał. Gdy jednak czyjekolwiek
kroki zabrzmiały w pobliżu — odsuwał się lub
opuszczał pokój. Marta również wcześnie zdała
sobie sprawę z konieczności kospirowania przyjaźni z ojcem. Zapytywana przez matkę: kto ci
to dał, kto kazał to zrobić," od kogo to wiesz?
— odpowiadała wykrętnie, jeżeli sprawcą był
Adam.
Mimo to samotność Róży w domu wzrastała
w miarę lat Marty. Władyś odjechał na uniwersytet, milczenie zaś męża — dawniej tak beztreściowe -— nabierało siły, odkąd wspomagały
je ukradkowe spojrzenia córki. Róża nadal rządziła w sposób absolutny; ferowała wyrok i nikt
nie próbował sprzeciwu. Ale zawsze teraz.rządzeni byli jednomyślni — Adam i Tusia, było ich
dwoje w tym wymuszonym posłuszeństwie; a Róża była jedna pod ciężarem władzy.
W wieku lat siedmiu Marta dostała dyfterytu.
Adam od razu stracił głowę, jedno dziecko zabfała mu już ta choroba. Zobaczywszy białe naloty
w gardle i czterdzieści stopni na termometrze,
pobiegł do Róży, stanął blady, słowa nie mógł
wymówić. Składał tylko ręce jak przed potężnym
bóstwem.
Z głębi swego czarnego świata spojrzała ku
niemu i rzekła:
— No cóż, Bóg dał, Bóg weźmie. Czy nie tak?
A może twoją córkę On powinien oszczędzić?
Zsiniał, zacisnął pięści.
W nocy Róża nie mogła spać; wezwano zresztą
lekarza, przez wzgląd na opinię musiała asystować przy wizycie. Jej kazał doktor trzymać dziecko przy zastrzyku surowicy, jej polecił przygotować i założyć kompres. Obojętna jak głaz, wykonywała wszystko z idealną precyzją. Doktor
odszedł, zachwycony.
— Pod taką opieką dziecko musi wyzdrowieć.
Gdybyż wszystkie matki były tak rozumne, spokojne!
Ledwie opuścił mieszkanie, Róża wróciła do
swego łóżka. Słyszała, jak drzwi od dalszych pokojów skrzypią raz po raz, jak dziecko jęczy, jak
szepcą, rozlewają wodę, upuszazają na ziemię
różne przedmioty Adam, Sophie i służąca. Urągała:
— Ukochany tatusieczek jak nic wyprawi ukochaną córumię na tamten świat. Niech wyprawia,
a mnie co do tego?
Kręciła się w łóżku, nie gasiła światła — ciągle
nasłuchiwała. Zegar wydzwaniał kwadranse, zamęt w domu nie ustawał. Wreszcie wybiła pora
lekarstwa. Różę poderwało.
— Pójdę, zajrzę z daleka... Śmiechu warte te
ich szastania się, wzdychania, awantury... sensu
za grosz!
Uchyliła drzwi... Mała leżała na wznak —
krztusiła się, Adam wraz z Sophie po obu stronach łóżka trzymali ją kurczowo za ręce, wpatrując się z osłupieniem w zmienione rysy; służąca spała na podłodze. Tymczasem oddech dziecka
— chrypliwy — stawał się coraz rzadszy, pierś
unosiło żałosne wycie, żyły na szyi były wzdęte.
Podniecenie Róży wzrosło. Oto Adam siedzi tutaj
i przelewa w chore ciało swoją bezradną rozpacz,
sądząc, że je wspomaga i że je ratuje. Róża nie
mogła oprzeć się chęci dodania wstydu do rozpaczy męża.
— A cóż? — spytała znienacka. — Lekarstwo
dobrze działa?
Adam skoczył na równe nog*.
— Lekarstwo, lekarstwo... Któreż to lekarstwo?
Czy mama dała Tusieńce lekarstwo? — zwrócił
się do teściowej.
Sophie wzruszyła ramionami.
— Mnie nie mówili o lekarstwie.
Wtedy Róża stwierdziła:
— Szkoda, godzinę temu czas już było podać
digitalis. Przecież to dziecko ma serce słabe, ono
bez digitalisu nie wytrzyma do spadku gorączki.
Adam jęknął:
— Elciu, najdroższa, zapomniałem! Mówisz, że
nie wytrzyma? Boże, co ja zrobiłem! Czy jeszcze
nie za późno? Gdzie lekarstwo?
Wszystko leciało z drżących rąk. Róża sięgnęła
po flaszkę i zaczęła odliczać krople do szklanki.
„Raz, dwa, osiem, dziesięć" — tyle należało odmierzyć. Nagle blask niesamowity pod czaszką...
Duża dawka zabiłaby córkę Adama! Serce Marty,
skurczone, stanęłoby na zawsze w chwili, kiedy
ojciec drżał, czy swoim zaniedbaniem nie utrudnił mu walki. Ach, i człowiek, który był winowajcą życia, stałby się wtedy winowajcą śmierci... Róża powie „za późno". I Adam pogrzebie
córkę jako ofiarę swego niedołęstwa. Tak będzie
sprawiedliwie. Tak będzie przykładnie.
Róża przechyliła flaszkę, skłóciła płyn
w szklance, zbliżyła się do chorej... Ojciec i babka — z natężeniem patrzyli na ręce. Szklanka
dotknęła ust, dziecko odwróciło głowę.
— Podtrzymać ją!
Uniesiono gorące poduszki, głowę nieprzytomną
nachylono ku szklance. Wargi poruszyły się...
Jednocześnie także otwarły się oczy... I Róża zobaczyła w nich tę samą białą jasność zaświata,
którą są napełnione księżycowe noce. Między powiekami dziecka stało to wielkie, groźne, to piękne, obce ludziom i Bogu — tajemnica.
Róża rzuciła szklankę.
— Nie mogę, nie mogę! — krzyknęła. — Ja nic
nie wiem, nie mogę! ~*
Drugą dawkę odmierzył Adam, podała Sophie.
Róża po kilku minutach zamroczenia dźwignęła
się z krzesła, obudziła służącą.
— Nie mogę patrzeć na takie bełhołowie.
Niech wszyscy stąd wyjdą, ja sama zostanę przy
dziecku.
Zirytowała się.
— Znowu tu czegoś zapomną... W razie czego
nikt by naturalnie słowa nie pisnął na ojczulka
i na babcię, tylko wszyscy powiedzieliby: „Matka
winna, nie potrafiła dopilnować".
W dwa dni później Marta była rekonwalescentką. Doktor pisząc nowe recepty zapewniał
Adama:
— Nie trzeba, panie, żadnej pielęgniarki. Matka już to dziecko wyratowała od śmierci... Nie
przeszkadzajmy jej, niech je sama prowadzi do
zdrowia.
Od czasu dyfterytu zmieniło się postępowanie
Róży z Martą.
Różę opanował strach. Wyobrażała sobie, że
wsz; scy, całe obce miasto (mieszkali już wtedy
w kraju) śledzi jej stosunek do córki. Że sąsiedzi
i przechodnie kontrolują, czy dziecku nie dzieje
się krzywda albo czy Róża nie jest matką niedołężną, nieokrzesaną, nie mającą pojęcia o wychowaniu. Nieustannie musztrowała Martę: nie
garb się, nie rób min, nie wygniataj sukni; jak
wyjdziesz na spacer, co ludzie o tobie powiedzą?
Kiedy zaczęła się nauka szkolna, nigdy nie było
dość piątek, odznaczeń, popisów, Marta we wszystkim musiała być pierwsza.
Asystując przy egzaminach lub innych jakichś
występach publicznych córki matka patrzyła na
nią przez face-a-main, jak na obcą. Och, nie tak
bywało z Władysiem! Władysia Róża oszczędzała,
truchlaia oń, Władyś miał ją uprowadzić kiedyś
w inny świat, miał cudami odmienić jej życie.
Cierpiała na myśl o jakiejkolwiek szkodzie syna:
nauki, sporty, wszystko dawkowano mu ostrożnie, żeby — broń Boże — nie nadwerężyć cennego instrumentu wyzwolenia.
Po Marcie Róża nie spodziewała się niczego dla
siebie. Nawet ani jednej takiej chwili zachwytu,
dumy, czułości, jakich pełno przeżywała z przyczyny uśmiechu Kazia albo byle jakiego gestu
Władysława.
Często chwalono przy niej Martę:
— Jak ładnie córeczce wiją się włoski...
Czy też:
— Jaką wyrazistą buzię ma to dziecko...
Pomrukiwała niepewnie, mrużyła oczy i —
obserwując córkę — usiłowała wyobrazić sobie, że
jest kimś zupełnie innym, żeby móc ocenić uroki
Tusi. Zrywała się wcześnie dla przypilnowania
śniadania i wyjścia na pensję małej. Całe popołudnie trawiła z nią nad książkami, w czasie wakacji nie było końca kąpielom, kefirom, różnojęzycznym konwersacjom i robótkom ręcznym.
Dziecko upadało ze zmęczenia. Forsowne kuracje
dręczyły je nie mniej od nauki. Róża wszakże nie
miała litości.
— To lenistwo i histeria — twierdziła. — Nie
mogę pobłażać grymasom. Bo kto będzie za wychowanie odpowiadał? Matka, zawsze matka! Wyprowadzę na ludzi, a potem niech jedzie na koniec
świata. Ja na jej wdzięczność nie liczę.
Marta usychała z tęsknoty do przyjaciół. Róża nie dopuszczała do niej dzieci. W parkach wyszukiwała ustronne alejki, chodziła z własnym
krzesłem składanym. Skoro tylko zbliżała się
mała osoba z propozycją wspólnej zabawy, Róża
wołała:
— Marciu, proszę do mnie. Czy przeczytałaś już
„Chaperon Rouge"? A zakładka wyhaftowana?
No, to masz skakankę, poskacz sobie, to zdrowo
przed obiadem.
Adam usiłował perswadować.
— A może by tak Tusię na komplecik zapisać
w ogródku freblowskim? Albo niech zapozna się
z dziećmi sąsiadów. Jej smutno bez towarzystwa...
Róża wybuchała:
— Ach, „jej smutno"? Więc dobrze, niech się
zaraża krostami, liszajami, szkarlatyną! Niech uczy
się plugawych wyrażeń — wtedy będzie wesoło.
Tylko że ja nie zechcę ponosić odpowiedzialności.
I ratować wdącej nie zechcę!
W okresie szkolnym nie inaczej przedstawiała
się sprawa koleżanek. Raz do roku tylko bywały
zapraszane. Róża wtedy występowała ze wspaniałym przyjęciem. Stół uginał się pod tortami, owocami, kremami, z mebli zdejmowano pokrowce,
srebra błyszczały, posadzki lśniły. Program zabawy był ściśle ustalony. Zazwyczaj latarnia czarnoksięska zajmowała gros czasu, później należało kolejno deklamować wiersze, godzinę trwał „talar"
i „pierścionek", godzinę tańce, przeplatane grą w
szarady i lemoniadę. O ósmej wieczór gości żegnano.
Róża na chwilę nie opuszczała zgromadzenia.
— Co ta ruda szeptała tobie w kącie? — wypytywała później Martę.
Albo:
— Co miały znaczyć te głupie śmiechy i te miny w czasie kontredansa?
Okazywało się zawsze po przyjęciu, że dziewczynki są źle wychowane, brzydkie i bardzo zepsute. Z najwyższą trudnością Adam uzyskiwał
— po długich pertraktacjach — pozwolenie na
dwie, trzy rewizyty w ciągu zimy. Wtedy znów
Marcie nigdy nie było wolno pozostać do końca zabawy: musiała wracać do domu przed kolacją; w razie spóźnienia oczekiwały ją gromy i represje.
— A może w ogóle chcesz się wyprowadzić?
Proszę, proszę, fora ze dwora! I cóż ciebie tam tak
zachwyciło? Kompocik ze śliwek i plotki? Nie wyobrażaj sobie, że pójdziesz na imieniny tej twojej
kosookiej Karoloi!"
Na wyrzuty Adama z powodu rozpaczy Tusi Róża odpowiadała:
— Człowieku, i czegóż ty ją pchasz w zgniliznę?
Tak spieszno tobie ją zgubić? Czego dobrego może
ona nauczyć się od ludzi? Siedzisz w twoich szpargałach po uszy, nic nie widzisz, nic nie wiesz. Ale
ja znam świat, ja poznałam życie, ja wiem, ja
wiem, ja wiem wszystko!!!
Unosiła się, patrzyła na męża wzrokiem pełnym
tak okropnego wtajemniczenia, że Adama również
strach przejmował przed zgnilizną świata.
Tak strzegła Róża córki Adama — nienawistnego swego skarbu, wydartego śmierci.
Marta — skryta, milcząca, ogromnie rada życiu
— kontentowała się byle czym. Cieszyły ją przedmioty, oświetlenia, potrawy, umiane na pamięć
książki, anegdoty Sophie, przepływ czasu, nauka,
stopnie, sprężystość nóg i rąk — ta faza, w której
niemowlę bawi się kontemplacją własnych palców, trwała u niej przez całe dzieciństwo. Marta
poznawała świat badając siebie, ciesząc się bez
końca najpierwszymi wrażeniami. W swoim odosobnieniu nie czuła się samotna; przeciwnie — nie
mogła nadążyć odpowiadać na pytania fikcyjnych
postaci, a sprzęty, rośliny i sny stanowiły niewyczerpane źródło wiadomości. Nie było jej nudno.
W miarę jednak jak wzrastała energia i wiedza,
rosła także potrzeba sprzeciwu czy aprobaty rówieśników. Pragnęła konfrontować swoje zdobycze ze zdobyczami innych zwycięzców. Współżycie
szkolne nie wystarczało. Na pauzach, zaledwie
przełamało się drętwotę ciała ścierpłego od siędzenia w ławce i drętwotę obcości — już znowu
terkotał dzwonek. Marta buntowała się przeciw zakazowi przyjaźni. Na spacerach z ojcem pytała,
blednąc z nadmiaru wzruszenia:
— Dlaczego, dlaczego mama jest taka dziwna?
Dlaczego ja nie mam lubić nikogo?
Ojciec smutniał.
— Ach, to nie to, że nie lubić... Owszem, powinnaś lubić koleżanki i wszystkich. A tylko mama —
widzisz — ogromnie wiele cierpiała... Synka małego straciliśmy. Ty sama o mało na taki sam straszny dyfteryt nie umarłaś. Boi się zarazy.
Marta skwapliwie obiecywała:
— No to, tatusiu, ja do chorych nigdy nie będę
chodziła. Ale są przecież dziewczynki zdrowe i nawet mają ogrody i można tam być na świeżym powietrzu...
Wzdychał bezradnie.
— Trudno teraz o grzeczne, miłe dziewczynki...
Zresztą, gdzież czas na to, Tusiu? Co dzień lekcje
języków, w szkole sporo zadają, potem spacer. A w
niedzielę trzeba coś poczytać...
Wykrzykiwała rozdrażniona:
— Nieprawda, dużo jest miłych dziewczynek!
Jasia jest miła i Żabka, i Wiga — wszystkie miłe!
I wszystkie odrabiają lekcje i mają czas, wszystkie!!!
Wtedy zatrzymywał się, kładł ręce na ramionach córki, patrzył w jej oczy — upokorzony, pełen błagania o litość.
— Ale nie wszystkie — mówił — mają takie
matki nieszczęśliwe. Wierz mi, Marciu, wierz ojcu: ona jest Iłardzo nieszczęśliwa... Nie trzeba jej
martwić.
Odwracał ^łowę.. Milczał. Potem aaczymai
dowcipkować, żeby małą zabawić, proponował wyścigi, chowanki... Często jeździli za miasto i tam
harcowali jak dwoje dzieciaków. Kiedy Marta
przytulała do twarzy ojca pałający policzek, triumfował:
— Widzisz, widzisz, jak wesoło! I będzie
jeszcze tobie wesoło, dziecko drogie, życie przed
tobą długie, nabawisz się, natowarzyszysz do woli.
Nieszczęście Róży stało więc między Martą
a światem. Nie umiała go pojąć. Historia braciszka
i jej własnego — kiedyś — dyfterytu wyglądała na
hieroglif, który nie wiadomo, co oznacfca. Babka
Sophie opowiadała chętnie, jak pięcioro jej dzieci
dusiło się „na krup" i ocalało tylko jedno, najmłodsze — Róża. Babka opowiadała, paląc papierosy, zajadając konfitury, przeplatała opowieść
śmiesznymi anegdotami o zmarłych synkach, przepadała za towarzystwem i nikt nigdy nie wymawiał.z jej powodu słowa „nieszczęście". Marta domyślała się, że dyfteryt to było jedyne,
co można dziecku z nieszczęścia matki odsłonić,
że to znak umówiony, za którym kryły się tajemnice.
Kiedyś szły z Różą ulicami. Wiosennym popołudniem. Kasztany rozprostowały już zielone pięści, przebaczyły, zakwitły. Ludzie w porozpinanych
płaszczach mrużyli oczy od słońca, udawali, że im
za gorąco. Marta także rozwiązała szalik i powłóczyła nogami; me z prawdziwego zmęczenia, tylko
żeby od razu spoufalić się z wiosną, żeby*iie zauroczyć jej zachwytem. Zapach kwietnia przesączał
się przez -dym, kurz i benzynę. Róża mocno trzymała w dłoni rękę Marty, jedwabny płaszcz
chrzęścił, matka szła szybko i wcale nie żądała, żeby z powrotem zawiązywać szalik, bo słońce zajdzie niedługo. Marta powzięła nadzieję na wodę z
sokiem. Zbliżyły się do budki, gdzie syfon i kolorowa bania ściągały przechodniów. Marta zwolniła
kroku, przeważyła się cała ku budce, miała powiedzieć: — Mamusiu, mnie tak strasznie choe się
pić...
Ale szarpnięto ją i pociągnięto dalej z taką mocą, że aż serce stuknęło w piersi. Z lękiem zajrzała
w twarz matki... Róża patrzyła bacznie przed siębie, zdawała się coś śledzić, czemuś towarzyszyć.
Tusia wysiliła uwagę. Tak, matka nie spuszczała
wzroku z jednego pana i z jednej pani, którzy szli
ciasno spleceni, że trudno było odróżnić, gdzie
kończy się męskie" ramię, a gdzie zaczyna* kobiece.
Ci ludzie nie przebijali się przez tłum, raczej jak
gdyby pośród tłumu płynęli — osobni, nie spieszący nigdzie, ogromnie zajęci czymś swoim,
czymś już chyba spełnionym. Pani niosła przed sobą gałąź bzu jak świecę na procesji; oboje wpatrywali się w bez, na pochylonych ku sobie policzkach widać było uśmiechy. Nagle stanęli... Nie
uczynili nic więcej, tylko spojrzenia przenieśli
z kwiatu we własne oczy. Marta chciała ich czym
prędzej wyminąć. Matka jednak właśnie wtedy
zatrzymała się również — i Tusia struchlała, zobaczywszy, że za woalką Róży płyną długie, obfite,
lśniące łzy.
Od tamtego czasu słowo „dyfteryt" nabrało dla
Marty zapachu kwietnia. Kwiecień zaś smaku nieszczęścia...
Kiedy Władyś przyjeżdżał, Marta mogła robić,
co chciała. Zajęcia jej toczyły się dalej ustalonym
trybem, ale luki między nimi wypełniała oszałamiająca swoboda. Dochodziło nawet do tego, że
Marta wymykała się — nie zauważona — do koletanek, wracała z gardłem wyschniętym ze strachu
i zastawała tę samą ciszę, tę samą obojętność
w swoim pokoju, co i przed wyjściem.
Całe życie domu skupiało się wtedy w salonie.
Róża grała, śpiewała. Władyś akompaniował jej,
słychać było ich głosy — ciepłe, doskonale zestrojone, pełne treści. Drzwi od salonu pozostawały
zamknięte, a gdy Róża stawała w progu, trudno ją
byłcwpoznać — wyglądała na pannę wychylającą
się z balkonowej sali, by zaczerpnąć tchu między
jednym tańcem a drugim.
Adam także rozmawiał z synem, ale na to musiało wystarczyć pół godziny w gabinecie sam na
sam, najczęściej przed kolacją. Natomiast przy
stole trwał dalszy ciąg relacji, rozpraw, sprzeczek
między Różą a Władysiem, mało zrozumiałych dla
otoczenia. Spierali się o Wagnera, o Debussy'ego,
wymieniali nazwy utworów i gatunków muzycznych albo wspominali jakieś zdarzenia im tylko
znane, ludzi, którzy obchodzili ich tylko; padały
cudzoziemskie słowa, Róża, zaśmiewając się do
łez, opowiadała dykteryjki zupełnie niezabawne
dla Marty, którym Władyś wtórował cienkim,
dziecinnym chichotem.
Sophie wysilała się na znakomite dania i żądała
komplementów. Chwalili, zajadali, Władyś całował jej ręce:
— Ach, świat przejdziesz, a takich pierożków
jak nasza babcia piecze — nde spotkasz. Toż to są
poematy; po-e-ma-ty...
Wdzięczył się, Sophie popłakiwała z rzewności,
obiecywała mu obrazek z Leonem XIII albo parę
świeżuteńłdch jeszcze rękawiczek glacć po dziadku. Mimo przynęt popadał w roztargnienie — a po
chwili znowu dyskutował, opowiadał, zaśmiewał
się z matką.
Martę bardzo lubił. Przywoził jej zabawki, nazywał „pani Kornacka", że taka poważna. Róża
niechętnym okiem patrzyła na pogawędki rodzeństwa. Zaraz pierwszego dnia kazała zazwyczaj córce pokazywać Władysiowi kajety z najlepszymi
wypracowaniami, przez cały ciąg wizyty brata
Marta chodziła odświętnie ubrana, z kokardą
we włosach. Ale matka wyprawiała ją z pokoju,
skoro to tylko było możliwe. Przerywała jej odżywki.
— No, dobrze już, dobrze, idź do babci.
Albo:
— Nie popisuj się. Nie męcz brata. Chyba rozumiesz, że przyjechał wypocząć.
A jeśli Władysław brał siostrę na kolana, pieścił,
okręcał sobie jej loki na palcu, Róża czerwieniła
się, mrużyła oczy.
— Daj spokój, Władyś. Nie zatrzymuj jej, ona
musi jeszcze dziś dużo zadań odrobić.
Pewnego roku — Marta miała już wtedy ze
dwanaście lat — w czasie feryj wielkanocnych
matka z Władysiem szczególnie wiele wychodzili
razem. Kolacje niemal stale odbywały się w komplecie: ojciec, babka i Marta. Dla tamtych dwojga
zostawiano świeże nakrycia i zimne potrawy.
Sophie pilnowała, żeby nie wyjedzono im najsmakowitszych kąsków. Czuło się, że dom pękł na
dwie połowy: ci, którzy posilali się w milczeniu,
zmęczeni pracą, przy gorzej wyglądającym krańcu
stołu — to była jedna połowa; tamci zaś — wiecznie nieobecni, zagubieni w światłach i rozgwarach
miasta, na których czekał łosoś wędzony i owoce
— to była połowa druga.
Martę rozgoryczał taki podział. Z niechęcią spozierała na ojca — wydawał się sprawcą jej poniżenia
wszyscy musieli warować po kątach. Kiedy matka grała, otwierał sig inny świat — nieosiągalny urągliwy w swoim za wielkim pięknie — i ochota do życia mijała jak niedorzeczny kaprys. Wstawała natomiast tęsknota za czymś bez imienia. To niewiadome było zapewne szczęściem: Róża _ wbrew twierdzeniu ojca — nurzała się
w nim do woli.
Wybiła pierwsza godzina po północy. I jeszcze kwadrans... Wreszcie Marta usłyszała dobrze znajome szmery. Zdejmowano płaszcze, trzewiki skrzypiały... Ale poprzez te odgłosy nie dolatywał ani szept, ani śmiech. I kroki nie skierowały się w stronę jadalni, lecz podążyły do salonu, drzwi przeraźliwie trzasnęły — potem cisza. Po chwili Marcie wydało się, że struny dźwięczą, od niechcenia trącane smyczkiem. Wyskoczyła z łóżka, na palcach podążyła omackiem przed siebie. Nie miała zamiaru podglądać ani podsłuchiwać. Chciała tylko pobyć troszeczkę w przedpokoju, w smudze jeszcze nie rozwianej nocnego szczęścia tamtych. W dwóch susach dopadła wieszadeł, wtuliła twarz w okrycie matki... pachniało dymem papierosowym, perfumami, miastem. Na ziemi obok leżał program — podniosła go i głaskała śliski karton Tymczasem w salonie rozmawiano. Przez szczelinę drzwi wypływał żółty blask świecy^ Marta przysunęło się -bliżej i mimo woli nadstawiła uszu.
wszędzie on. Pusto. Tak pusto, że utrzymać się nie można... Ja
mam złą naturę, fciaily rozpaczam, chcę mścić się. I wtedy też zapragnęłam zemsty. Ach, Władyś, Władyś ukochany — Róża zalkała — już nawet strach wspomnieć, jak podle chciałam zemścić się na tobie za to, że zostawiasz mnie w pustce... I wtedy, Władyś (to była noc księżycowa) — spojrzałam w ogród. Drzewa, sadzawka, gwiazdy, taki właśnie blask na obłokach i na wodzie to tu, to tam, aż nagle — patrzę, słucham... wszystko! Drzewa szumią, blask szumi i świat pełni się, nalewa po brzegi. Czuję, słyszę, że istnieje wszystko... I przeraziłam się! Jakże to? ja chcę dziecku mojemu odebrać wszystko? Zapomniałam o zemście. To tylko pamiętałam. Brahms wie. Ja czuję, słyszę... A on wie. W koncercie D-dur powiedział wszystko. Rozumiesz, jak to jest? Harmonia. Przecież o to tylko chodzi... Tam u niego — pamiętasz?
Marta słyszy nucenie podobne do jęku. — U niego smutek i radość, klęska i zwycięstwo — to jedno. Nie ma^za czym tęsknić, rozpaczać. Nie ma tajemnicy. Nie potrzeba Boga. Jest wszystko. Rozumiesz? Jak w nocy księżycowej. Jeżeli taka noc jest piękna, ona jest cała, nie brak niczego na niebie, które widzimy, na ziemi, którą blask przed nami odsłania. I ten koncert D-dur także kompletny. W nim nie brak niczego. Klasycyzm, romantyzm... co było i co będzie... jest wszystko — jest harmonia!
całym ciałem napierała na szczelinę, żeby je
uchwycić.
— Przyszedł Adam... Cha, cha! — śmieje się raptem Róża... — Przyszedł i jemu także zachciało się harmonii... Innej harmonii. Zachciało się wszystkiego ze mną! On ze mną. Rozumiesz? — Róża krzyczy. — On ze mną... Dobra harmonia, co?
Drzwi ugięły się pod Martą. Drżąca, w nocnej koszuli, wpadła do pokoju i stanęła w kręgu świec. Róża siedziała na kanapie. Władyś ogarniał ją ramionami. Kiedy drzwi skrzypnęły, tamci drgnęli i przerażone oczy skierowali na Martę.
— Aoh, ach, patrz, Władyś — dziko wrzasnęła Róża —patrz, ona!
Po koncercie Hubermana Marta przestała zazdrościć Róży i Władysiowi. Cieszyła się nawet, że nie należy do tamtej strony. Patrzyła, jak za krzesłom matki przy stole — w oparach dyfterytu i kwietnia — unosi się nieludzki, niepochwytny Branms... Brahms, który wie wszystko.
Wkrótce po pierwszej lekcji śpiewu między Różą a Adamem rozegrała się walna rozprawa o przy szłość Marty. Zbliżał się termin zapisów do szkół
ojciec z dawna umyślił, że córka po 
szkołę ogrodniczą. Maleńka ferma, wokół kwiatów, warzyw i owoców pod hożej, niewybrednej panny, z czasem może hreczkosiej — takie było jego marzenie. Żona sprzeciwiała się. Przeciwnie, traktowała przy tym projekty:
Dobrze, dobrze, sadźcie sobie rzepę, ile dusza zapragnie, mnie przynajmniej ręce rozwiąże - kiedyś o mnie nie zapomni, zamieszkam gdzieś 
i odetchnę wreszcie od przeklętej pańszczyzny.
Jednak nadszedł czas realizacji programu, I druzgocący piorun! Roza powiedziała: Ja także mam prawo do córki. Nie pozwolę dziecka zmarnować. Pojadę z Martą 
będzie kształciła głos.
Na próg jej nigdy nie puszczałaś, kiedy grałaś albo śpiewałaś, podobno ona nie ma dobrego słuchu ani rytmu, z fortepianu nic nic wynikło... aż tu raptem... Żona wyniośle spojrzała.
— Niech ciebie o to głowa nie boli. Z fortepianu nic nie wynikło, bo nie chciałam, żeby wynikało. Każda durnica może bębnić na fortepianie, jak wykuje co należy. A głos — taki głos — zdarza siq jeden na tysiąc. I teraz ja chcę. Jej słuch, jej rytm, to wszystko biorę na siebie. Śpiewaczki rząd ko bywają muzykalne z urodzenia.
Adam umilkł. Po dłuższej chwili namysłu odezwał się tonem uniżonym:
— Elciu kochana, tyle już lat upłynęło od tam tej nocy, kiedym cię ukrzywdził... Bóg mi świad kiem, kajałem się gorzko i sam kary na siebie szu kałem za brutalny postępek. I nie szemrałem nigdy, widząc, że nie lubisz tego dziecka, że nie mato go za swoje... Później prawdziwie zbudowany by łem twoją macierzyńską sumiennością. Tak ożywił się, podniósł głos — każdemu do oczu stanq i zaświadczę, że to dziecko, do którego serca nl# miałaś, wychowałaś staranniej niż niejedna naj" tkliwsza matka. Ale, Elciu, dla mnie to dziecko jest czymś więcej niż dla ciebie... Ja sobie tę córk^ wymarzyłem, ona bardziej do mnie podobna nil chłopcy, to samo jej się podoba co mnie. Ona mil czy, ja milczę, a rozumiemy się dobrze. Elciu zarwał głębokim piersiowym basem — Elciu, 
o jakiej pomście? —zakipiała od słów. — Otóż dowiedz się, duszko pobożna, że ja dzięki twojej córce uwierzyłam w sprawiedliwość na świecie. A i ty może świecę sprawiedliwemu Bogu zapalisz, jeżeliś nieobłudny i naprawdę kary łaknący.
Westchnęła głęboko. Adam wyprostował się, patrzył na nią, oślepiony, jak w słońce.
— Mój Adam... — zniżyła głos — przypomnij sobie dobrze tamten wieczór, tamtą noc... Cóż to zabić pragnąłeś wtedy we mnie? za co zmaltretowałeś bezbronną? przeciw czemu spłodziłeś Martę? Przypomnij...
Milczał.
— Więc ja ci powiem: muzykę chciałeś zamordować! Przeciwko muzyce urodziłam twoją córkę! Czy miałam ją kochać — tę strzygę, nasłaną na zgubę mojej duszy? Ale mój dziad San Dommgo przetrzymał i spod Somosierry w mundurze powrócił, i ja także duszy swojej, choć nie serafickiej i diabłu nieraz przychylnej, ukrzywdzić nie dałam: nie zdradziłam muzyki. I mnie za to nagrodzono! Nie wiem, kto tam — twój Bóg łaskawy czy po prostu ślepy, rozumny los — nagrodził moją stałość. Marta nie będzie rzepy siała dla ciebie. Marta ma głos, którym można wyśpiewać najpiękniejszą muzykę! Życie Marty będzie moje — nie twoje.-Adamie.
Na tym rozmowę urwano. Adam, jęczący „Boże; ach, Boże'miłościwy", powlókł się do roboty.
Róża, z rozdętymi nozdrzami, twardo została przy swoim. W kilka dni później sprowadziła krawcową i kazała szyć Marcie suknie na Warszawę. Lekcje w salonie trwały.
I znowu Adam uniżył się. Któregoś popołudnia pozamykał skrzętnie drzwi do sypialni, wyjrzawszy przedtem, czy służby nie ma w pobliżu, usiadł koło Róży na kozetce.
— A czy ty pomyślałaś — zagaił — ile to będzie kosztowało: nauka śpiewu w Warszawie i utrzymanie dwu domów? Mnie nie stać na to, ja ciebie proszę serdecznie, zaniechaj tych dziwnych zamiarów.
Róża z litością pokiwała głową.
— Phi — bąknął Adam — domek popadii to była niezła okazja... Wszystkiego trzy tysiące rubli. A Władyś... Cóż Władyś! I tak do Berlina pojechał.
Różą krew zalała.
— Ach, ach, nie mogę słuchać! Miejże wstyd, milcz przynajmniej! „Władyś pojechał". Ale, gdybyś ty na emeryturze w popadijnym domku, gotówkę wydawszy, osiadł, któż by jemu na studia berlińskie dawał? W prikazcziki * musiałby iść, brodatemu kacapowi wysługiwać się. Ot, i patriotyzm! Ot, i Polska, ot, i baranek katolicki pokazał się! A ja — podła jędza, ran męczeńskiej ojczyzny niepamiętna — nie zgodziłam się jednak na słobodkę! Poty kołatałam, do kuratora słodkie oczy robiłam, póki nie przeciągnęłam ciebie do „Polski ukochanej" z powrotem!
— Tak, tak, przeciągnęłaś, bo taka fantazja akurat napadła — mruczał. — A wtenczas po ślubie właśnie z Polski wywlekłaś mnie do Saratowa.
Nie dała zbić się z tropu.
— Wtedy co innego. Wtedy w Polsce mogłeś tylko urzędniczkiem na poczcie zostać, dla Polaków wakamsów po gimnazjach nie było — Apuchtin nie puszczał. Musiałam przecie, rodzinę zakładając, myśleć o tym, żeby dzieci na pocztarków nie wykierować.
* Prikazczik (ras.) — subiekt.
Adam wzdychał.
— Pycha, ambicja niepohamowana... nic z serca! Polska tyle ciebie obchodzi, co psa piąta noga; powróciłaś tu z pychy, bo zachciało się syna na paniczyka hodować i starym znajomym sobole, w Rosji kupione, pokazać.
Wydęła wargi.
— Ach, jaka zbrodnia, ach, jak unicestwił! Sobole warszawskim kumoszkom pokazać nie grzech. I syna także nie grzech promować na coś lepszego. Żebym pozwoliła tobie wtenczas w Rosji zostać, jak purchawka rozdąłbyś się i pękł. A tak: warunki nowe, to i siły nowe musiały się znaleźć. I żyjesz, chwała Bogu, i do grobu daleko. A twoja wymarzona córeczka — zamiast cerkowno-słowiańskiej azbuki „Widzenia Księdza Piotra" uczyła się na pamięć. I zamiast na szlichtudy z popównami jeździć — do izby harcerskiej chodziła.
Tracił wątek, mrugał, jednak nie rezygnował oporu.
— Dobrze, dobrze, uparłaś się, przyjechaliśmy i w Warszawie osiedli... Doskonale. Ale przecież In ty sama po kilku latach zmusiłaś mnie znowu
lyriNktorstwo przyjąć na prowincji. Ja, dalibóg, i© czułem się na siłaah...
— O, o, właśnie, właśnie — rozgorzała. — „Nie m\e& się na siłach..." Ależ wiem doskonale, że \p czułeś się. Gdyby nie ja, nigdy nawet nie wąchałbyś dyrektorstwa! „W Warszawie..." Pewnie, że lepiej w Warszawie na belferce niż nad Wołgą w chałupie popadii! Trzeba jednak rozumieć, że co dyrektor, to nie belfer zwyczajny i że każdy człowiek obowiązany, jest dążyć! Dążyć, dążyć...
Powtarzała to słowo z żarliwością, z upojeniem, jak najdroższe imię; Adam opędzał się odeń dłonią, niechętny.
__ Dosyć już. No, więc dążyłem... Chociaż
moim zdaniem człowiek na każdym miejscu może być pożyteczny i nie ma co piąć się ciągle do jakichś urojonych wyżyn.. Spokojne sumienie to najwyższy szczyt. No, dobrze, mniejsza o to — zbagatelizował własną opinię, nawracał do zasadniczego tematu. — Dokądże znowu chcesz, żebym dążył teraz, kiedy tutaj robota tak pięknie się rozwija?
Pochyliła czoło w głębokim ukłonie.
__ A, widzisz! — poświadczyła. — „Robota
pięknie się rozwija", chociaż „nie czułeś się na siłach". Widocznie nie tak źle mieć żonę jędzę! Proponują tobie czy nie, objęcie kierownictwa kursów matematyczno-przyrodniczych w Warszawie? Więc obejmij i zobaczysz: tam także „robota pięknie się rozwinie", chociaż ty wolałbyś piąć się tutaj w spokoju na szczyt twojego sumienia. Ot, i nie będzie dwóch domów. Ot, i „dziwny zamiar" spełni się bez kosztu!
Dziwny zamiar spełnił się istotnie. Adam został dyrektorem kursów w Warszawie, Marta zaś — zamiast uczęszczać do szkoły ogrodniczej — uczyła się śpiewu u Włocha. Nowa epoka nastąpiła w rodzinie, wszystkie obyczaje uległy~ odmianie. Nie dni listów od Władysia były teraz dniami podniecenia Róży, lecz dni lekcyj Marty. Jak kiedyś czekała na listonosza, tak czekała obecnie na powrót córki od maestra. Już na progu chwytała z jej rąk nuty, patrzyła w nie chciwie, szukając wielkiej nowiny. Były to z początku vocalise'y i najprostsze włoskie aryjki w rodzaju „Caro mio ben".
— Jakże? — pytała. — udało się fa? — Nie spłaszczyłaś go? Nie zapomniałaś opuścić brody? A może wrzasnęłaś tak jak wczoraj? Co profesor powiedział?
Biegła oczami po pięciolinii jak po drutach telegraficznych wytyczonych w niebo.
— Chodź, chodź — ciągnęła Martę do fortepianu — powtórzymy wszystko za świeżej pamięci.
Słuchała z zapartym tchem sprawozdania z lekcji, Jaśniała dumą, nadzieją.
— Umyślnie nie chodzę z tobą — mówiła — byś przywykła do samodzielności, nie spuszczała się na mnie we wszystkim. Oho, w operze nie będę mogła biegać za tobą po scenie!
Adam chrząkał, uchylał drzwi, długo patrzył przez szparę.
— Nie przeszkadzaj — odganiała Róża. — Widzisz chyba, że Marta zajęta!
Salon — jak za koncertowych czasów Róży — stał się świątynią i fortecą.
Marcie serce wyrywało się do ojca. Żałowała, słysząc jego westchnienia, że nie szczepi drzewek, nie przebiera nasion, zamiast powtarzać bez końca mi, me, mo, mu, na coraz to innym tonie. Czuła, że w miarę jak kruszy się mur między nią a matką, wibrująca zasłona dźwięków oddzielają coraz szczelniej od Adama. Korzystała z. każdej okazji, by zostać z nim sam na sam i mówić o rzeczach potocznych, nieosobliwych, które tak lubił: o artykułach w gazecie, o mało znajomych ludziach, o książkach historycznych i jego dziecinnych wspomnieniach. Bardzo sztywna, starała się jednak ze wszystkich sił nadawać jak najwięcej ciepła słowom, użyczać im podskórnego sensu miłości. Ale — odkąd Róża sięgnęła po nią — nie mogli po dawnemu,dogadać się z ojcem. Spoglądał na córkę ukradkiem, podejrzliwie: czy aby to ta sama dziewczyna? Niekiedy we wzroku widać było podziw: że znalazła w sobie takie dary, którymi można zjednać Różę; innym razem — żal, że go zdradziła, że odeszła na tamtą stronę.
Róża, jeżeli — teraz — zastawała ich na rozmowie, płoszyła się. Oznajmienia, z którymi przychodziła, zamierały na jej wargach, nerwowo chwytała lub odstawiała jakiś przedmiot, wyglądała jak ktoś znienacka ugodzony.
— Cóż to znowu za konszachty? — pytała blado.
Dawniej również prześladowała przyjaźń córki z mężem, robiła to wszakże na zimno. Rzucała kilka szyderstw i odchodziła pełna satysfakcji. Zagarnąwszy Martę dla siebie, wciągnąwszy ją w krąg własnego urzeczenia, drżała, żeby nie wydarto jej z powrotem cennego łupu. Rozpaczliwie błyskała źrenicami.
— Co? już skończył się zapał? Fałdów trzeba trochę przysiedzieć, popracować porządnie i już skargi przed ojczulkiem? A on kontent! — zapalała się, głos wrzał z oburzenia. — Triumfuje kochający tatusieczek! Po" cóż córce być artystką, wysoko stać ponad ludźmi, ponad światem, kiedy grzeibać w ziemi łatwiej i bezpieczniej? Lepiejże kretem życie przeżyć niż ptakiem. Lepiej! lepiej! '
Uderzała pięścią o pięść, zaciskała wargi.
— Dobrze! — mówiła cicho, na pół uduszona przez wewnętrzne furie. — Bierz ją sobie, rób z niej kreta, mnie wszystko jedno. Ale ty... ty — obracała ku Marcie twarz białą, gorącą jak slońce przed burzą — ty pożałujesz kiedyś, pożałujesz... I będzie za późno.
Marta nie znosiła terroru. Widząc matkę tak wzburzoną miała chęć podbiec i uspokoić.
— Ależ my z tatusiem mówimy o „Faraonie" Prusa, ja wcale się nie skarżę... — jednak ambicja powstrzymywała ją. Milczała, złym okiem zerkając na matkę. Kiedy Adam usiłował tłumaczyć, ciągnęła go za rękaw:
— Przestań, tatusiu, przestań; mama i tak nie uwierzy.
Powracał dawny układ: ojciec z córką szepcący po 'kątach i Róża — w lodowatym obłoku. Znowu wiały po mieszkaniu szatańskie przeciągi, straszyło za każdymi drzwiami, krzyże w oknach dbiecywały torturę, każdy dzwonek wzywał na Sąd Ostateczny, stare meble ostrzegawczo trzeszczały, z nieba wyzierały tajemnice.
Najcięższa do zniesienia bywała cisza przy stole. Róża jadła powoli, pięknie operując dużymi rękami. Jej rysy — zastygłe w obcości — ziały chłodem. Tylko szczęki skrzętnie mełły jadło i raz po raz blask apetytu rozświetlał okolicę ust. W* przerwach między jedną a drugą potrawą opierała brodę na splecionych dłoniach, z przymkniętymi oczami zdawała się usypiać. Zmarszczki, skurcze, humory opuszczały twarz, jakieś natchnienie, podobne do śmierci, zasnuwało całą postać. Marta nie mogła opanować myśli, że dzieje się coś ważnego, groźnego, że niezrozumiała potęga, która rządzi matką, przełamie wszelkie
prawa, porwie Różę spośród rodziny, wciągnie w tłwoją otchłań. Róża doprawdy zdawała się odcieleśniać, niknąć w tej okropnej ciszy... W miarę jak pogłębiało się milczenie i bezwład, nabierała 
stawała się czymś jedynie wartym, upragnionym nad wszystko. Jej napastliwy głos zapadał gdzieś głęboko w minione dni, nie można było wcale, mając przed sobą wargi rozchylone słabością, przypomnieć sobie bólu, jaki zadawała słowami. Rzęsy przesłaniały ogień źrenic, drapieżne palce spływały miękko w wieczór. Ulatniał się gniew, kaprysy — zostawało piękne widii ut, bardziej przynależne baśniom niż mężowi ¦ córce. Marta szeptała, ledwie śmiejąc poruszać 
Mamusiu, może chcesz kompotu? A może
pozwolisz zapalić?
Nie odpowiadała. Po chwili jednak szczęki poruszały się znowu gestem żucia, Róża mrugała, w świetle lampy widać było smugi smakoszow-radości, spływające ku szyi. ilu oddychała — szczęśliwa, że udało się zatrzymać. Niebawem zresztą Róża ocieraniu, odchodziła, strącając z siebie serwetkę szumiąc suknią i nucąc. By przerwać zaklęcie, Marta po kilku dniach calu fortepian, rozkładała nuty i zaczynała grać arie. Umyślnie. Nie wprawki, nie gamy, tylko arie. Po jakimś kwadransie z głębi mieszkania nadciągały burzliwe kroki, drzwi rozlatywały się w dwie strony, do salonu wkraczała Róża.
— Proszę przestać — mówiła. — Proszę nie kaleczyć moich uszu. Można sobie być ogrodnikiem, można muzyki nie uznawać i nie rozumieć, ale kpić z muzyki nie wolno. Takie frazowanie to są kpiny! Jak kto nie umieć zaśpiewać najgłupszego pasażu, niech nie zabiera się do trylów. Cóż to za tryl? Czkawka jakaś...
Tu zaczynała naśladować rzekomy tryl Marty. Robiła to w sposób nieopisanie zabawny, z małpią zręcznością, z dziecięcym komizmem. Winowajczyni aż tupała z uciechy. Matka — zaprzestawszy min — spoglądała na nią ponuro, odpychała ją i sama siadała przy instrumencie.
— To proszę śpiewać. O, to — intonowała przepisane wprawki. — Ja blagi tolerować nie myślę. Dosyć przez nią ucierpiałam.
Oficjalny ton rozłamywał się nagle w szlochu. Marta zaczynała wtedy z niesamowitym zapałem śpiewać ćwiczenia, Róża uspokajała się, zapominała mówić „proszę", wykrzykiwała raz z irytacji, raz z zachwytu, patrzyła w usta córki jak w siedlisko czarów, wreszcie zamykała fortepian, obiema dłońmi ogarniała szyję Marty, oczy i usta zwężały się namiętnie — wyglądało na to, że córkę udusi. Szeptała jednak tylko:
— Ach, ty, ty niegodziwa! Wiąc umiesz jednak, więc wszystko potrafisz, udajesz tylko kreta, żeby mnie zamęczyć...
Całowała Martę, potrząsała nią, potem biegła:
— Czekaj, kogel-mogel przyniosą.
Marta bardzo kochała brata. Tak samo pociągający jak Róża, bo tak samo uwikłany w niedostępne sprawy, nie miał w sobie matczynej wrogości, nie szarpał nerwów okrutnymi odmianami humoru. Większość prezentów — lalki, mechaniczne zabawki, książki ilustrowane — zawdzięczała Władysiowi. Zdawał się serdecznie współczuć ubogiemu dzieciństwu siostrzyczki. Kiedy podrosła, on jeden uwzględniał jej potrzebą wierszy, patriotycznej egzaltacji i „bezprzedmiotowych wiosennych uniesień. Ale to wszystko — wspólne deklamacje Staffa, opowieści o pierwszych legionowych szaleństwach, zwierzenia o zmroku — to działo się w rzadkich chwilach, kiedy Róża nie mogła czy nie chciała być z synem. Wystarczyło, by zawołała z daleka — już Władyś pierzchał w środku sonetu jak nierzeczywista istota. Marta czuła, że w sercu brata zajmuje miejsce poślednie — za matką; złakniona wyłącznej miłości, chowała żal do Władysia.
Ilekroć miał odwiedzić dom, zapalała się i stygła na przemiany, z tęsknoty, ze szczęścia, z obawy przed upokorzeniem.
Kiedy w pierwszym roku jej studiów śpiewaczych zapowiedziano wczesnym latem jego przyjazd — doznała takiego wstrząsu jak nigdy dotąd. Niecierpliwe kroki dudniły już po schodach, gorączkowo otwierano drzwi od przedpokoju, potem Róża wołała:
— To on, to on! jest nareszcie...
Jeszcze później zapadła patetyczna cisza uścisków, Marta zaś ciągle nie mogła się otrząsnąć z tępoty: nie przebierała się, nie nastrajała rysów i uczuć na tony serdeczności. Wśród powitań nie zauważono jej braku, po dobrej chwili dopiero Władyś zapukał do drzwi:
— Marteczko, gdzie jesteś? Czy nie chcesz już znać twego starego brata?
Stał w progu, a zza jego ramienia wyzierała twarz Róży, pełna blasku. Serce Marty ścisnęło się: tamci już zdążyli w ciągu minuty zespolić się, stowarzyszyć na nowo. Patrzyli na nią dwiema parami oczu, lecz jednym spojrzeniem. Odwróciła głowę i czerwieniąc się rzekła:
— Przepraszam, byłam nie ubrana.
Przy stole Władyś rzewnie wspominał babkę — umarła w tych czasach. To był temat, który nie wywoływał zastrzeżeń: Sophie nikt nie kochał, była na to za mało poważna. Mimo że wszyscy nią się wyręczali, że pracowała tak wiele, traktowano ją zawsze jak zabawną figurynkę, nieodpowiedzialną za swoje gesty. Jej śmierć zrazu nie większe zrobiła wrażenie niż stłuczenie się lalki. Jednak już po tygodniu spostrzeżono, Ile luk, ile dotkliwych braków powstało wskutek zniknięcia Sophie. Zaczęto żałować, że odeszła, a ponieważ swoim zgonem wywołała zamęt nie w sercach, lecz w szafach i w kuchni, lubiono przy gospodarskiej okazji rozpamiętywać jej dzieła.
— Marteczko — zwrócił się Władyś do siostry, szczerze zatroskany — a czyś ty nie zapomniała wpisać sobie przepisy babci na „królewski" mazurek? Ona przecież wszystko robiła z pamięci... Jednak ten przepis nie powinien zaginąć.
Martę bardzo uraziły te słowa. Obejrzała się bezradnie na Różę, na ojca... Czyż Władyś nie wie? Wzruszyła ramionami, mruknęła chmurnie:
— Nie; nie zajmowałam się tym. Zrobił minę zaniepokojoną.
— Czemu Marta taka nieswoja? Czy ma jakieś utrapienie?
Wtedy Róża porwała się z krzesła.
— Jezus, Maria, a może ona zaziębiona? Tego tylko brakowało, żeby akurat dziś była chora.
Gniewnie pociągnęła córkę ku oknu.
— Pokaż gardło! No, otwórzże usta...
Zasunęła łyżeczkę w krtań, Marta — pąsowa z przykrości — krzyknęła:
— Aaa!...
Szarpnęła się i uciekła. Róża załamała ręce.
— Zdaje się, że łuki zaróżowione.
Toczyła po obecnych wzrokiem pełnym zgrozy. Władyś — jak zwykle — pośpieszył z otuchą:
— Różowe łuki to jeszcze nic strasznego. A rozdrażniona, bo ma pewnie trochę temperatury.
Zanim skończył, Róży nie było w pokoju. Niebawem wróciła zła.
— Wsadziłam jej termometr pod pachę, kazałam leżeć i dałam mleka z masłem.
Obiadu dokończono byle jBik, Róża "była roztargniona, Władyś musiał swoje opowiastki i indagacje kierować do ojca, gorący nastrój powitań szybciej niż zwykle opadł do poziomu codzienności.
Marta skwapliwie poddała się wersji o swojej chorobie. Widok brata — tak dawniej miły — drażnił ją nad wszelkie pojęcie. Wszystko, co Władyś mówił i robił, wydawało się niestosowne do okoliczności* odczuwała potrzebę gruntownych wyjaśnień.
— On ciągle myśli, że wszystko jest po dawnemu. Po dawnemu... — powtarzała przez zaciśnięte zęby, min,o że kilkakrotnie podczas obiadu zapytywał, czy duże zrobiła w śpiewie postępy. O co jej szło, gdy tak burzyła się przeciw Jego nieświadomości, nie rozumiała sama.
Termometr wskazywał 36 i 6. Rozgniewało ją * to — pragnęła chorować teraz i umrzeć. Z początku cieszyła się, że matka nie przychodzi uprawdzić temperatury.
— Chwała Bogu, zapomnieli o mnie, nie będę potrzebowała udawać.
Po jakimś kwadransie wszakże siadła na łóżku.
— Zapomnieli! A jednak wszystko zostało i xi dawnemu!
Z nosem w chusteczce położyła się znowu — irętwa, naprawdę już chora z rozpaczy.
Drzwi skrzypnęły... Ktoś wszedł na palcach. 1'oczuła zapach parmeńskich fiołków i niepokój v łcrcu. Róża pochyliła się nad łóżkiem.
— Czy śpisz? Marciu, czy śpisz? — szeptała wdwie dosłyszalnie.
Córka wstydziła się drgnąć, Róża westchnęła.
Marta powiedziała z głębi piersi: Nie śpię. Mam 36 i 6.
co stało się z Różą! Splotła dłonie, wybuchnęła śmiechem.
Niegodziwa, niegodziwa dziewczyna! A ja bałam się przyjść i pytać, bałam się... No, to U zaraz, umyślnie nic Władysiowi nie opowiem... to będzie niespodzianka. Jak się czujesz? Czy w gardle nie sucho? Nie drapie? Zaśpiewaj ten arpege: la-a-a-a-a-a-a. Ależ świetnie, głos dźwięczy jak kryształ.
Chyłkiem wślizgnęły się do salonu. Róża rozłożyła nuty, siadła do fortepianu. Patrzyła na Martę srogo jak w obliczu niebezpieczeństwa. Marta poczuła, że marzną jej stopy, ręce, policzki zaś ogarnia płomień. Desperaeka lekkość, coś błazeńskiego i bohaterskiego zarazem zaszumiało w głowie.
— Co śpiewać? — spytała drżącymi ustami.
Nie mogła zrozumieć odpowiedzi Róży, musiała podejść i zajrzeć w nuty.
Chrząknęła, zabrzmiały akordy...
Ich grolle nicht
Und wenn das Herz auch bricht
Ewig verlornes Lieb...
Ewig verlornes Lieb... *
Pierwszą frazę pieśni usłyszała gdzieś poza sobą, jak cudze wyznanie, z którym nie wiadomo, co zrobić; uporczywie wpatrywała się w lustro, pamiętając to tylko: „język blisko przy wargach, no i szczęk nie zaciskać". Nagle ujrzała twarz... Drgnęła. Czyjeż były te oczy, takie zapamiętałe w żalu? czyj był obłudny uśmiech przebaczenia i nozdrza dyszące zemstą?
* Ich groUe nicht... (niam.) — nie gniewam się, chociaż serce pęka, na wieki stracona miłości... ~
Wie du auch strahlst In Diamantenpracht... Es fallt kein Strahl In deines Herzens Nacht. Das weiss ich langst. *
Policzki Marty ścierpły — twarz w lustrze pochludła. Marta zrozumiała: żal, gniew, obłudne przebaczenie — to były jej własne uczucia; twarz w lustrze była jej twarzą; pieśń Schumanna stała wię dziś jej pieśnią.
— Ich sah dich ja im Traume... — Spojrzała wzrokiem, który mógł otruć życie.
— Und sah die Nacht in deines Herzens Raume — melodia wezbrała, przesiliła się, poniosła w górą.
— Und sah die Schlang, die dir am Herzen friist...
Wysokie la, nieosiągalne dla Róży, rozbłysło dwukrotnie pełnią bolesnej radości i spłynęło w w>l, wibrujące, młode, wspaniałe.
— Ich ,sah, mein Lieb, wie sehr du elend foist. **" Marta — na progu między przebaczeniem
a zemstą — odwracała się, przechylała z wolna w niedobrą stronę — strofa brzmiało coraz ciemnie]... Nabrała tchu:
Ich grolle nicht.
Ich grolle nicht.
Zstąpiła nieodwołalnie w mroki, spoczęła na złowróżbnym do.
Róża impetycznymi oktawami zasypała to zejście...
Jeszcze przez chwilę dźwięczały struny Bluhtnera, Marta zaś drżała z gniewu. W kącie salonu zasnutym zmierzchem uczynił się ruch... Odsunięto fotel, ktoś wstał, przekręcił wyłącznik. W jaskrawym świetle Marta zobaczyła, że ojciec siedzi na kanapie i patrzy na nią spod nawisłych brwi — pytająco. Władyś stał pod ścianą, zmieniony na twarzy. On także wpatrywał się w Martę. Po minucie ciszy rzekł:
— To niesłychane, jak Tusia robi się podobna do. mamy...
Uśmiechnął się z przymusem.
— Istotnie, wspaniałe rezultaty, wspaniały głos. Ale czy to nie jest zbyt poważny repertuar dla takiej, takiej... panienki? — dodał.
Róża odeszła od fortepianu.
— Nie — zaprzeczyła. — Nie! Nie ma zbyt poważnych repertuarów dla poważnego głosu!
Zbliżyła się do Marty, objęła ją, z bliska zajrzała w oczy, przeniknęła, ją gorącymi promieniami.
— Córeczka" moja... własna... — zaszeptała.
Marta westchnęła. Oparła głowę na ramieniu matki, doznała podobnej rozkoszy jak we śnie, gdy ciało, zawieszone pośród mroźnej próżni, opada wreszcie na murawę. '
— Mamo, moja mamo — ledwie zdołała poszyć wargi, bezsilne z radości.
W kącie salonu zatrzeszczała podłoga... To ułam wychodził z pokoju. Sunął zgarbiony, powłócząc nogami... Róża mocno trzymała córkę v uścisku. Na progu Władyś nerwowo splatał i rozplatał dłonie — przez mgłę łez obaj wydali nic Marcie bardzo dalecy.
Marta, znana w kraju śpiewaczka, ujrzawszy Różę pośród rodziny — pobladłą, wyrozumiale uśmiechniętą — Marta doznała wyrzutów sumienia okropniejszych, niż gdyby surowo ją zgromiono. Wiedziała, jaki był zazwyczaj cel odwiedzin matki: niepokoje o karierę primadonny. W rannych godzinach córka powinna była pracować nad śpiewem... Pośpieszyła usprawiedliwić swoje niedbalstwo.
Róża wszakże popatrzyła na nią ze zdziwieniem.
— Moja droga — westchnęła — ja nie przyszłam dzisiaj wcale zaganiać ciebie do śpiewu...
Z inną sprawą przyszłam — z moją własną sprawą.
Wówczas Martę strach przejął. Jak to? Więc śpiew córki przestał być własną sprawą Róży? Więc pojawiły się jakieś inne sprawy? Prawda: codzienny, nieubłagany przymus „stąd dotąd, stąd dotąd masz się nauczyć, pamiętaj, żeby następnym razem nie powtórzył się już ten błąd"
— jak gdyby chodziło o małą, bezwolną dziewczynę — to dokuczyło Marcie do żywego. Ale — mimo wszystkie bunty — niczego tak nie lubiła jak widzieć matkę szczęśliwą ze swojej przyczyny.
Przygarnęła się do Róży, chytrze zapewniając:
— Mamusiu, to nie wykręty, naprawdę zachrypłam. No, nie gniewaj się, na noc zrobię sobie inhalację, kompres, płukanie — wszystko, co zechcesz...
Ale Róża obróciła głowę w stronę córki bez jednego błysku porozumienia w oczach. Marta rozejrzała się w popłochu po obecnych... Wszystkie twarze wyrażały dezorientację i cierpliwość
— zwykłe wobec Róży uczucia.
— Mamusiu, czy o Zbyszka ci chodzi? — zaryzykowała, zniżając głos z niewytłumaczonego wstydu. — On jest raptus, ale wierz mi, bardzo ciebie kocha.
Schyliła się, pocałowała rękę matki. Róża uścisnęła jej dłoń.
— Ja wiem — przytwierdziła. — Cóż od dziecka wymagać, wyrobi się z czasem...
Jadwiga uniosła głowę znad tygodnika i bystro popatrzyła na męża — taki stosunek teściowej do wnuka wróżył nienormalne rzeczy.
Włądyś natomiast rozjaśnił się.
— Czy słyszała mama — pośpieszył wyzyskać okazję — że Zuzia zaczęła uczyć się angielskiego?
— Bardzo dobrze — odpowiedziała mu z głębi przekonania. — Bardzo rozsądnie ze strony Jadwigi. Ja już dawno uważam, że ona doskonale malców chowa. Niby zabawki, rozrywki, a co roku jakiś postęp. Tak właśnie należy.
Adam wyciągnął chusteczkę i zaczął chrząkać te wzruszenia. Jadwiga oblała się pąsem. Władyś wstał, zanucił, żeby nie okazać, jak bardzo jest wstrząśnięty. Marta milczała.
— Podobno, mamusiu, chcesz pojechać poradzić się doktora Gerhardta — powiedziała po chwili nieśmiało.
Róża wyprostowała się. Brwi spływały ku skroniom jak dwie ciemne wstęgi, piękny nos zadrgał.
Tak — rzekła doniosłe. — Pojadę do Gerhardta. Pojadę... I zaraz znowu nachyliła się ku córce.
O tym właśnie chciałam z tobą mówić, ale ly widać nie chciałaś.
W wymówce nie było gniewu. Marta jęknęła z rozpaczy.
— No, to teraz, matuś, mówmy. Jeżeli to tylko do mnie sprawa, oni wszyscy wyjdą...
Róża wzruszyła ramionami.
— Dobrze; jak chcesz... Władysiowi właściwie wszystko już powiedziałam...
Syn podniósł się z krzesełka, wyciągnęła do niego ramiona.
— Chodź tu, Władysiu. Niech ja ciebie ucałuję. Dziękuję, kochany. Dziękuję serdecznie, że przyszedłeś. Za wszystko dziękuję.
Czule patrzyła mu w oczy. Wyrozumiała, ludzka, bardziej niż kiedykolwiek daleka. Uściskali się. Zanim Władyś zdecydował się uścisk rozluźnić, odsunęła go lekko i przywołała Jadwi— Tobie także, Jadwiniu, dziękuję. Przytrzymała jej dłoń obiema rękami, mocno
ucałowała policzki. Jadwiga nieprzytomnie podążyła za mężem. Na progu zatrzymał ją jeszcze głos teściowej — dziecinny, pełen tajonego śmiechu.
— A jeżeli co złego przypomni się — zapomnij... Ja już teraz wiem, że złego pamiętać nie warto.
Odeszli szybko, bojąc się patrzeć za siebie, bojąc się nieledwie oddychać, żeby tej dobroci nie s^oszyć. Adam podreptał w ślad za nimi.
— Więc nie odkładajże starań o paszport... może dziś jeszcze zdążysz...
Dalej szeptał już w przedpokoju.
— Najwidoczniej doktor Gerhardt ma na nią Hilny wpływ, nie można tego lekceważyć, przecież kiedy mówi o nim, wyraźnie zmienia się — i to na lepsze... Czy nie uważacie, co?
Marta uniosła od ziemi nogi matki i ułożyła je
na kanapie, po czym przyrzuciła chustą. W Róży
lego dnia było coś, co bardziej jeszcze niż zwykle
trudniało życie. Mimo że nie tylko słowa, ale
brzmienie głosu intrygowało nowością — Marta
ilwlekała chwilę rozmowy, jakby w przeczuciu
utastrofalnego jej sensu. Ta jakaś nowa treść —
,inne sprawy" — mogła mieć siedlisko w chordbie,
Orka pragnęła więc zażegnać rewelację dbałością
i ml rowie rewelatorki.
Nie ruszaj się — mówiła. — Pokaż puls...się, że jest bardzo nierówny. Dlaczego tak i zkowo oddychasz? Czy jechałaś windą? wnością biegłaś do tramwaju jak na pożar, lekarstwie po śniadaniu zapomniałaś. kryła troskliwie, uchyliła okna.
Może waleriany?
milczała. Słuchała napomnień jak ptasiego szczebiotu, który do niczego nie obowiązuje, t nic ludzkiego nie oznacza. Oczy powlekła biała mglistość, co wzmogło tajemnicę spojrzenia. U wała się spoczywać po niezmiernym wysiłku
— szczęśliwa ze zdobyczy, pewna własnej potęgi, wreszcie syta wiedzy i spokoju.
Uśmiechnęła się do córki ze swej błogiej dali.
— Czemu nie spróbujesz czesać się z przedziałkiem z boku? — spytała — Za surowo wyglądasz. Takie puszyste masz włosy...
Marta zapłoniła się. Róża — od czasu kiedy uznała ją za swoją — przemilczała jej powierzchowność. Zbyt namiętnie ongiś krytykowała „spiczastą brodę", zbyt wiele padło okrutnych słów o ruchach, minach, i sposobach bycia Marty, żeby to wszystko można było odwołać lub nadać temu inne znaczenie. Po adopcji więc Marta po prostu przestała istnieć jako uroda, stając się natomiast uosobieniem artystycznych możliwości. Dyskutowano sprawy „aparycji" zawsze tylko w związku z całokształtem estradowych czy scenicznych efektów. Róża mrużyła oczy, przyglądała się córce, odwoływała ją w towarzystwie spośród najciekawszych sytuacyj, żeby szepnąć:
— Na litość boską, panuj nad sobą, nie rozciągaj tak warg od ucha do ucha. Jakże to będzie wyglądało na estradzie?
Kwestie toaletowe traktowane były sucho. Róża dawała doskonałe rady, niemiłosiernie pilnowała krawcawych, żeby nie spartoliły modelu, nigdy wszakże nie istniało między nią a córką to smakowite porozumienie w rzeczach fatałaszków, które tyle miejsca zajmowało w stosunkach między panią Kasią a Magdą lub Stenią.
— Tak? — bąknęła Marta zażenowana. — Uwalasz, że lepiej byłoby z przedziałkiem z boku?
Róża wydobyła grzebyk z torebki... Odrzuciwszy chustę z nóg, siadła i przyciągnęła do siebie córkę.
— Czekaj, spróbujemy.
Zaczesała jej włosy do góry, zmieniła przedział, kilkoma gestami nadała głowie zupełnie inny charakter.
— Popatrz — rzekła, podsuwając lusterko. — Nie powinnaś zacierać naturalnego układu twoich włosów. Masz, tak jak twój ojciec, z lewej strony czoła taką zatokę we włosach. To bardzo właściwie... jest ładne.
Odłożyła lusterko. Zapatrzyła się w okno, spytał:
— Czy ciebie kto w tę zatokę całował?
Marta przełknęła ślinę. Nie zdołała odpowiedzieć. Róża — z grzebykiem w ręku, pochłonięta niezwykłymi myślami — nie wyglądała teraz ani na chorą, ani na złowrogą. Mimo to Marcie serce Kabiło.
— Nic nie poradzę — ogarnęła ją nagle świadomość, że rozmowa o „własnych sprawach" zaczęta i że jakiś rozdział w jej życiu — ukończony.
Chciała jeszcze uczynić ostatni wysiłek: obrócić wszystko w żart. Zaśmiała się.
— Czy podejrzewasz mnie o romans?
W tejże samej chwil klucz zazgrzytał w zatrzasku, rozległy się okrzyki Zbyszka: „Ojciec, ojciec...".
Róża — z twarzą nieprzeniknioną — położyła palec na ustach.
— Przyjdziesz do mnie po obiedzie. Wtedy pomówimy.
Sabina brząkała nakryciami, jej potężny cwał wprawiał w drżenie podłogi, od strony stołowego pokoju dolatywał zapach smażonych kartofli.
— Co tu u was dzisiaj? Befsztyki z kartofelkami? — zapytała Róża, nagle rozjaśniona. Marta poderwała się.
— Mamusiu droga, tego mi nie odmówisz: zjesz z nami. Ja zaraz zadzwonię do Strawskich, żeby na ciebie nie czekano.
Zamiast odpowiedzi matka wstała i podeszła do lustra. Przybrawszy wyraz dostojeństwa, poprawiła włosy, ubranie, upudrowała się i uperfumowała. Po tych zabiegach dopiero — jak gdyby upewniona, że sprosta swojej roli — oświadczyła gotowość zjedzenia obiadu u córki.
W jadalni Adam, Paweł i Zbysio krążyli już woli iło stołu. Wejście Róży wywołało wrażenie. Zby-**ck wystawił pierś, zaczął poświstywać, Adam ftmrużył oczy jak w wielkim przeciągu. Paweł mJłjł wargi. Właśnie do zięcia Róża najpierw się przybliżyła.
— Dzień dobry — powiedziała z uśmiechem. Nie tym świetnym, monarszym — z uśmiechem wstydliwym.
Teraz nieśmiały uśmiech zażegnał go w chwili! gdy już — na zapas — miał rzucić się w demonstracje urojonej potęgi. Odęte wargi zwiotczały, rozłożył ręce, zakrzątał się...
— Ależ co znowu! Prosimy, prosimy. Przysunął fotel dla Róży, zadzwonił na Sabinę,
sam usiadł, zmęczony daremnym wzburzeniem. Niebawem wszyscy zajęli miejsca, w ciszy czekając, co będzie. Sabina drgnęła, ujrzawszy panią starszą, nieco śmietany spłynęło z salaterki na obrus, wtedy po twarzy Marty przeleciał niepokój, Adam spuścił oczy. Róża natomiast chwyciła nóż, ._ w jednej chwili zdjęła z obrusa białą kroplę i strzą snęła na tacę, po czym spojrzała na Sabinę, jak gdyby z prośbą o aprobatę. Zbyszek zaśmiał się.
— A ja zawsze zlizuję...
Adam zaczął chrząkać, nawet Paweł zerknął na syna niechętnie, Marta skarciła:
— Cicho bądź, jakie niemądre żarty! Tymczasem Róża obróciła ku wnukowi twarz.
rozmarzoną.
— Tak, Zbysiu? ty zlizujesz śmietanę? A ja -pamiętam — przez cały miesiąc oblizywałam sit;, patrząc na puszkę kawioru...
Wszyscy ożywili się, zabrzęczeli sztućcami, Zyszek pisnął:
— Ojej, puszki babcia lizała...
Róża zaś ciągnęła dalej:
— Tak, mój drogi, nie smakowało mnie warszawskie jedzenie... W Taganrogu u babki Anartazji — dziadek dorobił się doktorstwem na zesłaniu, duży folwark miał koło miasta — wszystkiego było w bród. Ona, Litwinka, smakołyki przyprawiała pierwszorzędne, pigwy w cukrze, morele suszone nadziewane migdałami, kijowskie konfekty... Do szkoły Rózia zawsze w dywanowej torbie takie woziła śniadania, że teraz wprost uwierzyć trudno: bułki białe maślane z jesiotrem, i lomgą, z łososiem. Winogrona funtami, melony, ciasteczka kukurydziane... Tutaj przyjechałam: sztuka mięsa i flaczki, na śniadanie do konserwatorium plasterek salcesonu na chlebie, po ii idziesz — koleżanka raptem nachyli się do t" , kupi za dziesięć groszy węgierek, ot, i rozkosz na pół dnia, każdą śliwkę ssiesz kwadrans, j. ii wypluwasz na chodnik... A w niedzielę i i zaprowadzi do Łazienek i w nagrodę za i iioly kupuje „brukowy" pierniczek. Ach, kiedyś Mnlerz wracał z pułku aż stamtąd, z Taganrogu, Im Warszawy! Ojciec dał jemu do mnie przesyłKtoś stuka, otwieram, patrzę: sołdat. A on: i cienka taka i taka? Gościniec przywiozłem". itu kuferek drewniany, podaje paczkę: 
kawioru i chałwy tureckiej z cykatami, luki ogromny... Ach, chwyciłam ja blaszan-iMitem na szyję rzuciłam się sołdatowi. Płaczę, całuję: „Ty stamtąd, ty stamtąd naprawdę?" Aż tu Luiza wchodzi... Jak nie szarpnie mnie! „Tu es, folie, tu oublies ta pudeur, Lveline? Un moujik, un Russe, un homme śtranger" *. Wtenczas zbuntowałam się. „Nie Russe i nie etranger! — zakrzyczałam. — A zresztą wszystko jedno, niech nawet diabłem będzie, i tak bliższy on mnie niż ciotka, bo z tego miasta przyjechał, gdzie ja byłam szczęśliwa!" Musiałam za to „Grobu Agamemnona" nauczyć się na pamięć. Chałwę prędko zjadłam, a kawioru nie ruszałam chyba z miesiąc. Wydawało się mnie, że — póki puszka pełna — cały Taganrog jest ze mną. I ten park nad morzem, noce, kiedy spać nit możesz nie tylko z upału, z zapachu akacji, ale i z radości, że jutro znowu dzień będzie gorący i noc akacjowa. I ta zima sroga ze mną, sanki w trójkę zaprzężone, konie pod siatką, wieczory w piekarni u babci, kiedy mama z Julą w klubie, a dziewki małoruskie, czerwone od ognia, pieśni chórem śpiewają i z gałązek mrozu na szybie wróżą mnie listy, pieniądze i mołojca jak krew z mlekiem, pięknego... W piątki szczególnie) chciało się puszkę otworzyć. U Luizy postr obiad: śledź i kartofle w mundurach. Kawior .¦' pachnie. Bywało: zerwę się* od stołu pod byle jakim pretekstem, wezmę blaszankę, obliżę się, putem wracam z wypiekami i z gardłem ściśniętym. Po miesiącu nie wytrzymałam. Otwieram, " tu kwas bucha w nozdrza. Puszka stała w szafie, zepsuł się kawior. Ot, tak i łakomstwu nie ulżyłam, i Taganrogu do Warszawy nie udało się sprowadzić!
Zbyszek zatriumfował:
Róża zaśmiała się:
— Poczciwy ty mój, czyż wyprowadziła! Czyż to raczej nie przeszkadzałam im być lud mi? Powiadasz: nietuzinkowych... Szkoda, właśr szkoda, że nietuzinkowych. Przecież nie sam< ność jest przeznaczeniem człowieka! Czegóż wi koniecznie wydzierać się z tuzina? Ech, wariac czysta!...
Paweł tak bardzo zasłuchał się i zadziwił, przestał jeść, siedział mętnie uśmiechnięty. D wiedziawszy się na progu domu, że Róża, po ai ku nerwowym, zalega salon, że wzywano Wi dysia, że projektowany jest wyjazd do dokto Gerhardta — wpadł w złość. Popchnął jaki krzesło, warknął:
— Ani myślę przejmować się histeriami! Nie Sabina zaraz daje obiad.
Kiedy Adam wyszedł do niego zza portie przygnębiony i oznajmił:
— Żona czegoś niezdrowa, bardzo z Władysławem zlękliśmy się... — twardo popatrzył na teś" cia.
— To zastarzała choroba — rzekł. — Papa powinien był kilkadziesiąt lat temu o kuracji po. myśleć... Bo teraz już na kije za późno.
Tymczasem Róża zjawiła się w jadalni, zrówno" ważona jak nigdy, i z nadludzką pokorą oskarża* ła siebie. Paweł byłby chętnie tamte kije połamał na własnym grzbiecie.
Wniesiono pieczyste. Zbysio, uwielbiający befsztyk przysunął talerz. urno, ja proszę z cebulą! ly ojciec przeszył syna wzrokiem, zy ty jesteś pierwszy? A babcia? a gość? u zatrzepotała bezradnie. Róża zaś 
swoją dużą, ciemną dłoń i położyła ją ramieniu zięcia.
Daj spokój, Paweł. Toż dziecko, on głodny, ja gość? Wstyd byłoby mnie w tym domu ia uchodzić, zekłszy, nabrała sałaty. iCh, poczekaj! — zawołała córka. — Sałata octem. Przepraszam cię, w tej chwili każę . ie przyrządzić dla ciebie z cytryną. Matka wszakże przytrzymywała ją siłą na
— Siedź, nie dzwoń, nie lataj, nic mi się stanie, jeżeli raz zjem z octem...
Marcie wargi zadrżały. Róża, przez którą wylała tyle łez upokorzenia, krzywdy, nienawiści, doprowadzała ją teraz do płaczu dobrocią. I ten nowy płacz z powodu Róży, wzbierający w gardle, boleśniejszy. Przytuliła bez słowa policzek
do rękawa matki. Paweł natomiast porwał się od

do kredensu.
No, to jeżeli mamie ocet nie szkodzi, może winka czerwonego się napijemy? Przy takiej okazji? co?
Wydobył butelkę i kielichy. Kontent, że zi lazł wyjście ze stanu osłupienia, że udało mu skruchę przemienić w czynną sympatię, brzęcz.ii szkłem, przewiercał korek, sapał, potrącał — ro/ płomieniony od żarliwych chęci. Teraz dopiei" Adam zaprotestował.
— Nie, Elciu, tego już nie wolno tobie robi Jakżeż? Godzinę temu serce waliło, że o pL i ¦ kroków słyszałem, a tu raptem wino...
Wychyliła się ku niemu zza ramienia zięci.. Tym razem uśmiech nie był ani królewslki, am wstydliwy, był figlarny, młody.
— Nie wolno? Nieprawdę, Adam, mówisz! Mnie należy się pić,.nie tylko wolno. Czy wy wiecie, co o moim dziadu, napoleończyku, w pamiętnikach jednego legionisty napisane? Na własne oczy w bibliotece czytałam: „Odważny jak lew Na ból dziwnie wytrzymały. Rangi zaś wyższej ponad kapitana — mimo że jeden z najwytrwał szych oficerów Legii — wysłużyć nie zdołał, b>> trunków w nadmiarze używał i z pospólstwem nadto w konfidencję wchodził". Ranga? Ranga szczęścia nie daje! Dziad tyle krajów, tyle bied — popijając — w weselu ducha przemierzył i żył do osiemdziesiątki „na ból dziwnie wytrzymały"! A ot, ja... Nie piłam, z pospólstwem nie wdawałam się... Prawda: wierności, jaką tam komu i czemu zaprzysięgłam, dotrzymałam. I tchórzem nie nazwali mnie nigdy. Ale czyż na ból byłam
... Wlrzymała? Nalewaj, nalewaj, Pawełek! Rangi i lak nie wysłużę, za to może wytrzymalsza ¦ i obie!
Ujeęła kielich, podniosła, w źrenicach 
czerwony odblask wina:
Zdrowie mego dziada i jego pospolitej kompanii 
wychyliła duszkiem, Zbysio zaklaskał w ręce, od dłuższego już czasu wpatrzony w babkę z, teraz się rozpromienił. Babciu, za tego dziadka to i ja chcę pić, on nrdzo fajny! Babciu, poproś tatusia, przecież napoleończyków harcerze chyba mogą? a obróciła się żywo na krześle. Paweł, mój miły, zrób to dla mnie, nie wiadomo kiedy znowu do was na obiad przyjdę, nalej dla Zbysia! Niech on pije za dziadka, doprawiły warto harcerzowi.
Zbyszek zeskoczył ze swego miejsca, Paweł — podniecony, zupełnie już nieświadom, gdzie kończą się obowiązki gościnności — huczał basowym śmiechem, niby chował flaszkę, po chwili wszak-"P rhlusnął burgunda synowi i pośpieszył dolewać wszystkim.
Adam wił się jak na torturze. —- Elciu, przestań! Elciu...
Żartobliwie machnęła ręką w jego kierunku Tymczasem Zbysio wyciągnął do niej kieliszek.
— Proszę ze mną, babciu. Trąciła się.
— Wnuk kochany — szepnęła. — Obraziłam ciebie dziś, przepraszam.
Ucałowała chłopca, później odsunęła go nieco i mrużąc oczy rozważała: 
— Gdzie ja to podobieństwo do Żyda wynalazłam? Głupie przywidzenie! No, a nawet gdyby było podobieństwo — wielka rzecz. Och, przekonałam się ja, przekonałam, jaka bzdura te ważne różnice.
Na tej myśli zastygła. Adam i Marta zamienili zrozpaczone spojrzenia. Róża, wyzuta z gniewu i dostojeństwa, rozczerwieniona alkoholem, skłonna do wszelkiej ugody, przerażała ich. Tego, co mówiła w salonie o wielkiej zmianie, która rzekomo w niej zaszła, Adam nie traktował serio. Tyle razy wszak obwieszczała w ciągu ich małżeństwa, że „wszystko skończone", że „dłużej ani dnia", pakowała kufry, pisała testament, wyjeżdżała nawet... Cóż wobec znikomości realnych faktów znaczyć mogła jakaś zmiana wewnętrzna
— nieuchwytna, nie grożąca żadnemu porządkowi? Jeżeli rozpływały się we łzach testamenty, pogróżki, odjazdy, tym bardziej — sądził Adam
— rozwieje się bez śladu urojona tajemnicza przemiana. „Byle na nerwy i na serce Ewelina nie zaszkodziła sobie fantazjami" — troskał się.
pustawa żony podczas obiadu świadczyła, że '¦¦nr stało się coś, co uczyniło z Róży innego wieka. Adam, który obserwował przez lat rdzieści z okładem, jak najsroższe burze życia najcierpliwsze perswazje, najnaturalniejsze nawyki nie mogły w niczym zachwiać jej ciałem — zląkł się potęgi sprawiającej, że nieubłagana Róża przebacza nagle światu, Co to może być? — rozumował. — Czyżby czuła zbliżającą się śmierć? A przecież 
chorowała i nawet z Bogiem pojednać się nie chciała, cóż dopiero z ludźmi... Może Bóg ułyszał moje modlitwy i sam zstępuje ku niej, zmusza ją, by wreszcie ugięła przed Nim karku?
— Elciu — zapytał. — Wczoraj była niedzielia, Czy zachodziłaś na wotywę do tego kościoła, tnhh' — opowiadałem tobie — spowiednik jest i był mądry?
Spojrzała na męża... Z trudem odrywała wzrok wyobraźnię od jakiejś prawdy nad wszystko chyba jej miłej.
— Co mówisz, Adam? Na wotywę? Nie, nie zachodziłam. A po cóż mi wotywa i spowiednik? Ja W domu — wczoraj, przedwczoraj... tak: od soboty, od piątej gddziny po południu — siedzę, w duszy u mnie organy grają, nabożeństwo prawia się... Naprawdę!
— *f
Popatrzyła po obecnych, zdumiona.
— Na cóż tu Pan Bóg? Z tym, co ja mam w duszy, i tak grzeszyć nie można. A jeżeli zgrzeszysz — jak ja dzisiaj zgrzeszyłam gniewem, nie godna (natury od razu nie przełamiesz) — to tak żal, taka skrucha... Ręce i nogi całować chciałob> się i prosić: zapomnijcie, to ostatni raz było! Ostatni.
Marta poczuła się zraniona. Zbyt wiele powagi, dźwięk zbyt obowiązujący miały te słowa: raz ostatni. Róża jadła już wszakże befsztyk, żując smakowicie, piętrząc na widelcu mięso, jarzyny, przegryzając chlebem. %
— Wasza Sabina ogromnie się wyrobiła. Befsztyk tak usmażony, to jest kunststiick. Czy to z polędwicy, czy z pierwszej krzyżowej? Kartofelki wyśmienite... Taka kucharka to skarb.
Znowu odetchnięto swobodniej, znowu Paweł dolał wina, Zbyszek podskoczył na krześle, Adam westchnął. Marta próbowała dowcipkować.
— Przyznaj się, mamo, że twoje rewelacje o pradziadku to pod wpływem Boya! Zachciało ci się koniecznie także kogoś odbrązowić. A ja Wolałabym nie wierzyć w to, że pradziad był pijaczyna... Mój Boże, spiżowy komandor mego dzieciństwa! Ileż to Władyś naopowiadał mi o nim wzniosłości!
Róża połknęła spory haust, odstawiła kielich, 
wsparła brodę na splecionych dłoniach, powieki. Po chwili milczenia odparła bez
c nazywaj go pijaczyną. On, co zamierzył,
ił. Prawda, pułkownikiem nie został; ale
i ul wielkim żołnierzem. Przecież nie o ranmurzył, kiedy kraj porzucał... Marzył iść
za Napoleonem do ostatniego tchu — i szedł.
trzeźwemu może nie zaszedłby?... Tak
Ja nie zaszłam z muzyką tam, gdzie 
Kilka razy otworzyła i zamknęła usta, jak gdyby pragnąc coś jeszcze dodać i nie znajdując spokoju. Wreszcie wyrzekła:
Inna sprawa, że ci tam, co ten pamiętnik pi-i. nie napisali Wszystkiego... Trunki to nie była jedyna przeszkoda do awansu: dziad pił tylko, * I Jej nie spotkał. Marta przegięła się cała ku matce.
Jak to? Kogo nie spotkał? Róża podniosła głowę, zerknęła niespokojnie na wnuka.
Moje dziecko, pójdź do kuchni, przynieś mi szklankę wody.
Chłopiec, wybiegł, a Róża szeptem, ze zgrozą, powiadomiła zebranych:
— Póki nie spotkał Ińez. To było w Hiszpanii... ona była Kreolka. Ot, co znaczy: „z pospólstwem w konfidencję wchodził". Znaczy szlachcic, oficer, z Kreolką się ożenił. Tak, tak, w prababce waszej murzyńska krew płynęła. Ale pradziad — kiedy Kreolkę poślubił — pić przestał i jeszcze szybciej, chętniej za cesarzem podążał, czując miłość swoją przy sobie.
Zbysio wrócił z wodą. Babka umoczyła w nici wargi, odetchnęła głęboko, oczy silniej zabłysły.
— A jakżeż? — zawołała. — Czyż można ina czej dokonać wszelkich rzeczy? Cierpliwość min na ból wytrzymałość? Teraz dopiero rozumiem dlaczego artystką wielką ja nie stałam się! l'> przez ośli upór, przez zawziętość z życiem w kon f idem ej ę nie weszłam.
Podano deser, Marta zachwalała:
— Mamusiu, doskonały cake przyniosłam, spr<> buj.
Róża skosztowała.
— Ach, świetny, świetny! Daj jeszcze kawa łek. Boże, aż wstyd, jaka ja łakoma. Ależ bo zu pełnie podobne ciasto jadałam, wiesz u kogo? i' Maniuty Psarułaki w Taganrogu. U tej Greczynki. Skąd u nich cake angielski — sama powiedz?
Zadziwiła się, zamyśliła, przestała jeść. Twarz poczerwieniała mocniej, arterie na szyi nabrzmiały
Adam odsunął kompot, ale nie wstawał. Oczy jego wyrażały błogość, jednak wargi krzywiły się ze strachu, że owa przepiękna scena — obraz zgodnej, szczęśliwej rodziny, z Różą pośrodku, jako z przedmiotem upragnień — zniknie, przemieni w gorszące jakieś widowisko. Życzył sobie nad wszystko, nakłonić żonę do pozostania i truchlał, czy Róża nie znajduje się już u kresu swoich po. lubownych możliwości, czy namowa nie będzie nadużyciem jej siły. Tymczasem żona — ciągle po^ godna — podawała rękę zięciowi.
— Pójdę już, Paweł. Bardzo dobrze mnie z wami, ale nie zatrzymujcie. Przecież ja wyjeżdżam Właściwie ogromnie mało czasu pozostało.
Adam zaryzykował:
— Nie sądzę, Elciu, żeby Władysiowi tak szybko udało się formalności załatwić. Może zostaniesz jeszcze kwadransik? Miło tutaj...
Zakręciła się w kółko, jak gdyby szukając, którędy uciec, wstrząśnięta myślą, że ją osaczono i ix tymczasem przepadnie jakaś niepowszednia okazja. Marta zbliżyła się; wtedy Róża z nagłą egzaltacją krzyknęła:
— Ja pójdę, pójdę! Puść mnie, czyż nie możesz, zrozumieć, że nie wolno mi stracić ani jednej chwili.
W szumie jedwabi przemknęła do hallu i z dalu wszyscy zobaczyli, jak drżą jej ręce przy wiązaniu
lki. Gromadnie podążono za odchodzącą. Kiedy ujrzała przy sobie Pawła, podającego płaszcz, sia z lisem w ręku i Adama w szaliku — opuściła ramiona, głęboko westchnęła. Zdawała się budzić z koszmaru. Zanim włożyła palto, wstydliwy uśmiech sprzed godziny powrócił na jej wargi. Powiedziała półgłosem:
— Paweł, czy może Marta odwiedzić mnie jeszcze dzisiaj? Pozwól, ja proszę ciebie o to.
Odeszła zdyszana, w progu kłaniając się każdemu z rzewnością. Adam za nią jak powolny sługa.
Kiedy drzwi od schodów trzasnęły, Marta wy~ buchnęła płaczem.
— O, Boże, z nią coś się stało! — szlochała. — Ju jestem cała ścierpnięta, ja tego nie zniosę!
Paweł tupnął z, irytacji.
— Czy już nigdy w tym domu nie obejdzie się bez histerii? Jak matka raz w życiu okazała się rozsądną, miłą, normalną kobietą, to teraz t y musisz być wariatką. O co ci chodzi? Jeżeli lękasz ¦ię o jej zdrowie, to trzeba było patrzeć, jak jadła! Juk... piła! Przecież to, dalibóg, rozkosz patrzeć na taki apetyt u staruszki!
Marta zamilkła. Popatrzyła na męża nierozumiejącym wzrokiem.
— Co takiego? U jakiej staruszki? Trzepnął się dłonią po udzie.
— Awantura arabska, słowo daję! Naprawdę rozum tracisz. Toż tłumaczę wyraźnie: twojej matce młody może pozazdrościć apetytu, temperamentu i zdrowia. No, uspokój się już, Marteczko! wstyd — taka duża dziewczyna...
Chciał żonę przygarnąć. Odsunęła go.
— Moja matka nie jest staruszką — rzekła sucho. — Dokąd ona śpieszy? Dokąd śpieszy? — rozpłakała się znowu.
1?
Tymczasem Róża wyszedłszy z bramy przestała nagle spieszyć do swego domu. To znaczy do pokoju przy ulicy Wilczej, odnajmowanego „wraz z życiem" u „kulturalnej, chrześcijańskiej rodziny"
Adam, skoro znalazł się na ulicy, zaczął upatrywać taksówki.
— Pojedziemy, prawda? Zmęczona jesteś, niezdrowa? Spieszysz...
Przytrzymała go za ramię.
— Nie trzeba, Adam. Po co? Ja czuję się doskonale. I to nie to, że śpieszę, tylko czasu tracić cze goś nie miałam ochoty. Cóż tam jeszcze robić u Pawłów? Obiad, owszem, był doskonały. Bez żadnych frykasów, proste potrawy — za to świetna kuchnia. Ja lubię, żeby wszystko było a point! * No... ujadłam, wypiłam... Marcia przecież przyjdzie do mnie dziś jeszcze. A taksówką jechać, jak w pudle — nic nie zobaczysz. I za duszno. Pojedziemy dorożką.
Niebawem wsiedli w dryndę. Róża z dziecięcą radością umościła się na siedzeniu.
ich było brać, tych Polaków? Jak później ojciec mój, sierota weterański — niemłody już człowiek, mikołajewskim reżymem w korpusie i kampanią krymską sterany — w Taganrogu zjawił się, nic dziwnego, że dziad zaczął bić i głodzić Sophie, matkę moją (ona piętnaście lat wtedy miała), żeby za tego Adolfa Żabczyńskiego wyszła...
Zamyśliła się, z żałością patrzyła na mijane domy, na niebo...
— No, a teraz, ot, patrz... Polska. Nie bardzo ja ją, Adam, lubiłam — westchnęła. — I matkę moją, i mnie przymusili do niej. Sophie, ach, przecież ona za Saszą Boboleńskim przepadała i nigdy do ojca mego nie przyzwyczaiła się, chociaż on człowiek był — wieczny jemu pokój — szlachetny, wykwintny, pan prawdziwy. Tylko smutny, ludzi nie znoszący. A ja? Tyle mego szczęścia było, co w Taganrogu! Aż tu raptem powiadają: Taganrog — Azja; koleżanki, nauczyciele, chłopaki, jakie tam były, Żorżik, Pietia, Nikołka (jak on na ocarino pięknie grać potrafił!) — wszyscy oni wrogowie, barbarzyńcy, znaczy się: Moskale. Tak, ot, z dnia na dzień kazano całą moją radość, dzieciństwo moje porzucić — i do Polski wracać, do której dziadowie tęsknili. Dla nich ona krajem była szczęśliwej młodości. Ale dla mnie czym? Wygnaniem... Siedzib;| ciotki-sekutnicy! Ach, Adam... Kiedy już przyjechałam do tej Warszawy — nieznajomej, przeciwnej, do niczego miłego niepodobnej... jeżeli rozgniewałam się bardzo na kogo, wiesz ty, jak go przezywałam w myśli? „Asmodeusz, skatina... ojczyzna".
Adam zamachał dłońmi koło uszu, odpędzając Uniłowa. Skrzywił się:
— Daj spokój! I po cóż ty teraz to wywlekasz? Ink tam w myśli nazywałaś, tak nazywałaś, a przecież zawsze byłaś prawą Polką. Hoża kiwnęła głową z powątpiewaniem.
Prawą Polką? Przypomnij, co ty sam mówili mnie: „Przekora i pycha sprowadziły ciebie
do Polski z powrotem". Święta prawda. Tylko
przekorę i pychę z Rosji do Polski dążyłam...
teraz... Teraz ja jadę z tobą tymi ulicami...
one. Nic tu nie ma malowniczego w tym
ani bogatego. I czuję — co ty powiesz, mój
drogi? — ja czuję, że mogłabym umrzeć za nie!
Każdą cegiełkę tej Polski gotowa bym z radością umrzeć!
Puszył się niespokojnie.
Czegóż umierać? Lepiej żyć, Boga mając w
Dorożkarz zatrzymał konia. Dojechali.
Szkoda — powiedziała Róża. — Tak przyjemnie patrzeć na świat, kiedy serce dobre... Właściwie mało ja świata zaznałam. Adam zapłacił, dzwonił na portiera, a Róża jeszcze ociągała się w bramie.
Ledwie weszli i zdjęli okrycia, Adam wydobył portfel, włożył binokle, naszykował notes, ołówek... Tak uzbrojony, cierpliwie czekał, aż Róża pochowa do szaf swoje rzeczy. Krzątała się dość długo, wreszcie siadła naprzeciw męża, oddychając głośno, zmęczona. Zaraz wszakże zerwała się i zadzwoniła.
— Kawy napijemy się. Spojrzał na nią z wyrzutem.
— Dlaczego kawę czarną pijesz? Dawno zabronili.
Uniosła brwi do pół czoła.
— Kto zabronił? Warszawskie konowały? Doktor Gerhardt nic mnie o kawie nie mówił.
Wniesiono kawę. Ustawiła filiżanki, cukier, wśród tych zabiegów gospodarskich usiadła zno wu.
— Serwetki nie wiem, gdzie są — szepnęła. -A może bez serwetek wypijemy? Sił czegoś nic mam szukać.
Pogłaskała Adama po plecach.
— Ty naprawdę dobrze mnie życzysz? Zdrowia i długiego życia? Powiedz, Adam. Tylko kłamać ni.-warto, ja i tak poznam, czy prawda.
Wzruszył ramionami.
— Alboż ja kiedy tobie kłamałem? Nie kłamałem nigdy, chociaż ty i nie troszczyłaś się o to...
Spuścił głowę.
Nawet do kłamstwa okazje rzadko między i były. Róża trąciła go w łokieć.
— No, Adam, Adam! Daj spokój. Czego teraz wypominać? Co było czy nie było, tego teraz nie
wiesz. Ja, ot, chciałam — przeciwnie — powiedzieć, że żalu do ciebie nie mam. Ani za tamte ani za nasze czasy... Ani za dziś... Wszystko wybaczam.
Odstawił filiżankę, wyraz znużenia obciągnął mu rysy.
— Et! A rachunki? Mieliśmy zrobić rachunki. Bo ja w tej chwili mogę dać tobie na ten wyjazd złotych, z tym że do następnego miesiąca 
tyleż na fundusz wakacyjny. Bo do 
trzeba będzie pewnie wyjechać, a u Władzia teraz sytuacja przejściowa, na nich liczyć można. Co zaś do tej sumy z twoich akcyj, 
napisałaś mi upoważnienie, kuśnierzowi —
z poleceniem — wypłaciłem trzysta, o, tu
kwit oddam...
Róża jakiś czas nabożnie słuchała; później uwa-ui zuczęła ulatniać się z jej twarzy. Kiedy doszło iu kwitu, położyła dłoń na notesie Adama.
Dosyć tego. Chyba nie uważasz serio, że to Mftne rzeczy. Stropił się, zaczerwienił.
Jak to, jak to? Pewnie, że ważne. Sama zresztą chciałaś...
— Chciałam. Ja często chcę czegoś, a potem dziw mnie bierze, jak mogłam chcieć takiej niemożliwości.
Roześmiała się.
— Rachunki! Rachunki między nami,.. Ależ, Adam, czterdzieści lat małżeństwa! Ileż znowu lat potrzeba, żeby obliczyć, co ty mnie, co ja tobie winna?
— Ach, jeżeli w tym sensie — westchnął — istotnie sprawa trudna. Ale dlaczegoż dziś chciałaś to zrobić?
Spochmurniała. Dziecinna czułość osiadła wokói ust.
— Bo moje życie tutaj kończy się — rzekła. Adam drgnął. Rezerwa znikła w mgnieniu oka.
— Życie kończy się? Elciu, ty coś ukrywasz! Czy może byłaś już u" doktora? tutaj? nastraszyli ciebie?
Łzy zaszkliły jej źrenice, potrząsnęła głową.
— Ach, nie! Nie to. Tylko że u mnie stał się cud... To, na co zawsze czekałam, przyszło teraz.
— Co, co przyszło? jaki cud? — gorączkował się. — Powiedz wreszcie. Pewnie jakieś szaleństwo. Owszem, nie myśl, ja widzę od dłuższego czasu, że znowu coś w ciebie wstąpiło.
Załamała ręce.
— Znowu? Nie, nie znowu. Otóż właśnie nigdy tego nie było. To zupełnie jest nowe.
— Ale co, Ewelino? Przestań już w końcu dręczyć mnie zagadkami! Powiedz!
Wstała, podeszła do okna. Uczepiona jedną ręką firanki dyszała ciężko. Po chwili wróciła ze zroszonym czołem.
— Nie, Adam, nie żądaj. — Chcę strasznie powiedzieć i nie mogę. — Otarła twarz. — Widzisz przecież, że to nie w mojej mocy. — Chwyciła go obiema dłońmi za rękę. — Właściwie po co mówić? Tyle między nami było i zostało tajemnic, ty dlii mnie, ja dla ciebie zawsze byliśmy tajemnicą. I to nawet nie było złe. Tylko nienawiść była zła. Teraz ja pojęłam, że tajemnic nie trzeba nienawidzić... Więc i ty tę moją ostatnią tajemnicę uszanuj.
Adam skurczył się, przeżuwał jakieś słowa.
— Dobrze — wytchnął wreszcie. — Nie będę pytal. Ja także to wiem, że darmo mnie kusić się
pojąć. Żyj dalej po swojemu. — Zawahał się, pobladł. — Zresztą prawa nie mam... Odkąd nie mieszkamy razem, odkąd ty nie pytasz mnie o moje życie. Wstała rozpromieniona nagle.
Ot, ot — to właśnie! Widzisz, sam przyznałeś. Od roku mieszkasz u Kwiatkowskiej. Rozumiem: przyjaźń. Ona stara, ty stary — i oboje z jednej gliny. Lubicie siedzieć przy herbacie, opowiadać sobie o ludziach: ten taki, ten owaki, tego oszwabił, tamtemu żona uciekła — nie plotki,
tylko że czujecie się braćmi każdego. A potem:
O Polsce, o społeczeństwie... która partia ma rację, jak w dawnych czasach, jak teraz. I proroctwa...
I o Opatrzności Boskiej, o obowiązkach obywatela.
O młodzieży... Potem anegdotki, potem na odczyt razem czy do kina, albo do kościoła w niedzielę, na obchody różne narodowe, na imieniny do siostry na Mokotów... Ja rozumiem: twoja ciotka Regina taka była, w Nowym Mieście u rodziców tak rezonowali, interesowali się — i Kwiatkowska taka sama, i na Mokotowie tak samo. Ty to lubisz, tobie tego całe życie brakowało — i teraz znalazłeś.
I cieszysz się. I odpoczywasz. Cóż, ze mną ciężko było! Mnie nie obchodzili ludzie, ja dzika byłam, mnie obchodziła muzyka i mój ból, moja tęsknota i tajemnice. Ty, gdzie osiadłeś, zaraz miejsce zagrzałeś; mnie zawsze ciągnęło gdzie indziej. Twój ojciec — burmistrz, dziad — hreczkosiej: a moi — wygnańcy, tułacze i z legionu obcego żołnierze. My z tobą nie para. Rozumiem i pretensji nie mam. O, to ważne, widzisz! Nareszcie, nareszcie, nie mani do ciebie pretensji!
Zakrztusiła się, szarpnęła łańcuszek. — Jakież tu rachunki być mogą, jeżeli pretensj już nie ma?
Milczał, z trudem za Róży wartką mową nadąża jąc. Oczy utkwił w jej ustach, białe niemal ze sta rości, poważne. Nie przeczył i nie przerywał wcali — chłonął. Kiedy zahamowała się jej swada, milczał dalej, jak gdyby zasłuchany w cisze.. Wreszcie, niv zdejmując wzroku z warg żony, drżących po wielkim wysiłku — powtórzył:
— My z tobą nie para, tak...
Znowu zasłuchał się, chyba już w siebie, i pfrdW:
— Ale czy dużo par na świecie? A żyją jednak ix) bożemu. Wszystko, co powiedziałaś, jest prawią. O Kwiatkowskiej. O naszych rodzicach... I to lukże prawda, że byliśmy tajemnicą dla siebie, ledno tylko nieprawda: o nienawiści. Ty nienawidziłaś mojej tajemnicy. Ale ja twoją tajemnicę... twoją tajemnicę — zatrząsł się, nakrył oczy powiekami, ledwie dosłyszalnie wyszeptał: — kochałem.
Hoża załkała.
Ach, Boże... Jakież to okropne! /a wiem. Opanował się szybko, mówił dalej: „
Ty wiesz, jak bardzo zdumiewałaś i zachwycałaś mnie przez całą moją młodość. Wiesz, jak >iałem dniami i nocami. Jak pragnąłem ciebie mieć. Jaki byłem uległy. Ale czy -wiesz, kiedy prawe moją z tobą przegrałem? Kiedy ostanie w nicość zapadłem się, Eweliria? le odpowiedziała. Patrzyła w meęża łzawymi ncami. Zacisnął więc pięść na porręczy fotela, uósł się jak do skoku, zachrypiał: Wtenczas, kiedy raz jeden w życiu targnąwszy się na twoją tajemnicę, nie potrafiłem dłużej niż jedną noc wytrwać w nienawiści! Zachłysnął się, oczy krwią nabiegły.
— A czy wiesz może, kiedy ja to pojąłem? Dziś rano! Obraziłaś mnie okropnie... Powiedziałaś, że ja umyślnie dziecko moje śmierci oddałem, żeby tobie dokuczyć. I gorzej jeszcze postąpiłaś: obraziłaś Boga. Dlatego, że ja w tej strasznej godzinie naszego synka nie bluźniłem w ślad za tobą, że pragnąłem ciebie natchnąć chrześcijańską pokorą
— ty teraz, zatwardziała, po tylu, tylu latach, z Boga nieprzyjaciela ludzi zrobiłaś!!! żeby mnie dokuczyć...
Urwał, głosu mu nie stawało. Przełknął jednak ślinę, odetchnął, nie poddał się słabości. *
— Zmusiłaś mnie dziś do gniewu. Spowiadać się z tego będę: była jedna taka chwila, że zapragnąłem twojej śmierci... Ach, Elciu — złożył ręce
— ledwie to pragnienie ze łba przeklętego dostało się do serca, już przepadło! I kiedy tobie niedobrze zrobiło się, byłbym krew całą oddał za ciebie. Ale ty...
Wstał, zgroza rozszerzyła mu oczy.
— Ty... uśmiechnęłaś się do mnie tak, jak gdybyś mojej nienawiści sprzyjała!
Wzniósł ręce do góry, opuścił... Zgarbiony, odszedł do okna. Po drodze jeszcze szepnął:
— Wiele zrozumiałem dziś rano.
Hoża płakała. Rude październikowe słońce spływało coraz niżej po dachach, szyby trzeciego piętra naprzeciwko lśniły jak latarnie, dzień posuwał i u końcowi z patosem, który dostrzegały tylko bie. Przejęte, podniecone, tłoczyły się na gzymsie kamienicy, gruchały i patrzyły w zachód pustym wzrokiem. Adam utarł nos. Róża zbliżyła dotknęła jego ramienia.
Adam przebacz... Mnie serce kraje się, kiedy myślę o twoim życiu. Ale pomyśl ty także o moim. Mówisz: nie potrafiłeś nienawidzić. Ależ to ;nie szczęście twoje wielkie! Czy zastanowiłeś się wtedy, jak mnie ciężko, jak nieludzko było żyć moją nienawiścią? A dlaczego ty — dobry i rozumiejący — nie wyratowałeś mnie, głupiej? Dlaczego bałeś się mnie, Adamie? Dlaczego? 
Żałosnym, starczym głosem odrzekł:
Jakże ja mogłem ciebie od ciebie samej wybawiać?
zaszlochała zamiast odpowiedzi. Po drugiej nie ulicy szyby i gołębie lśniły jeszcze, w pokoju czynił się zmrok. Stali — milcząc — obok siebie, każde w swych osobnych myślach i wzruszeniach, jednakowo oboje bezradni. Kiedy szyby 
Róża ocknęła się pierwsza.
Ach, po cóż my w takie rozmowy okropne bawiliśmy się? I tak nic teraz poprawić już nie na, można tylko — skończyć. Naonczas Adam odwrócił twarz i powiedział:
— Tak, Różo. Niedługo skończy się wszystko. Jeszcze tylko to zrobić możemy: przebaczyć.
Spojrzeli na siebie... W zmierzchu nie widać było rysów — twarze majaczyły niewyraźnie jak strzępki mgły. Padli sobie w objęcia, zapłakali razem.
Pożegnawszy żonę Adam zstępował powoli z( schodów jej domu, nasłuchując, kiedy trzasną drzwi od mieszkania. Róży widocznie również nie spieszno było rozstać się z odgłosem jego kroków bo dopiero na samym dole pochwycił stuknięcie zatrzasku. I tedy jednak jeszcze nde zaraz opuścił dom. Oparł się plecami o ścianę, dolna warga ob wisła, wydobył chusteczkę, długo wiązał supeł n.i jednym rogu, wreszcie westchnął głęboko, odpro stował się — i poszedł.
W bramie spotkał Martę. Pędziła zatroskana, z< spuszczoną głową, przelękła się wpadłszy znienai ka na ojca.
— Ach, to ty, tatusiu? Jakże mama? Patrzył na nią, pochłonięty własnym przeż>
ciem, zaledwie poznając. Byłby nawet może wyni nął ją w milczeniu, ale uczepiła się jego ręki...
— Ojcze, na Boga, czy co złego się stało?
Z trudem przeniknął sens pytania, zastanowił ¦im; nad nim...
— Nie— odrzekł po chwili stanowczo. — Nie iluło się nic złego.
Nasunął głąbiej kapelusz, znowu zapadł w siebie. Marta stała onieśmielona, zanim nie znikł w ulicy. Nie uspokoiły jej słowa ojca, przeciwnie, utwierdziły w poczuciu, że dzień, który właśnie mierzchnął, nie był dniem powszednim.
Spory kawał drogi od siebie do matki umyślnie "la piechotą, żeby wzburzenie wywołane przez niezwykły obiad opadło i rozmowa, tak osobliwie rączęta, mogła toczyć się dalej w nastroju pogodnym. Aczkolwiek Róża zapowiedziała „własne prawy", Marta, nawykła do nieobliczalności matczynej, robiła rachunek sumienia, aby nie dać się wskoczyć wymówkom. Przebiegając pamięcią tych lat dwanaście, od dnia pierwszej lekcji: śpiewu, w ciągu których z dziecka stała się późno rozwiniętą dłlewczyną, a zaraz później żoną Pawła, matką Zbyszka i wreszcie doskonałą śpiewaczką — nie awała w nich win przeciwko Róży. W okresie panny zazwyczaj obojętnieją dla matek, zajęte oczekiwaniem miłości, ona właśnie w i to oczekiwanie ziściła. Jej pierwszy sen erotyczny — to nie był ani chłopiec, strzelający zza płotu rumak, który tratuje ognistymi kopytami, ani nauczyciel polskiego, ani Winicjusz, ani 
To była Róża w szeleście jedwiabiu, w zapachu nokturnów, pochylona nad jej spoconym czołem — sroga, śpiewna, z wielkim liściem palmowym w dłoni.
Skoro — dzięki głosowi — Marta osiągnęła wywyższenie aż do poziomu przyjaźni z matką, świat odmienił się tak dalece, tyle przybyło zachwytów, niespodzianek, przerażeń, że na tęsknotę nie było już miejsca.
Nastały wreszcie godziny poufałości. Róża opowiadała swoje dzieciństwo, epokę Luizy i Michała, później męczarnie w Petersburgu, zamążpójście i gorzką samotność. Spacerując z córką, trzymała ją mocno pod ramię, kiedy młodzi ludzie mijali je z ukłonami.
— Czy ten brunecik podoba się tobie? Albo może ten blondyn z chrystusową bródką?
Jeżeli Marta rumieniła się, Róża szeptała:
— Nie warto! Wszyscy oni, wszyscy jednacy. Który uroki rzuca, ręce, usta ma niezapomniane — ten zdradzi. U wiernego za to palce jak patyki i spojrzenie koźle. A serce? Serce mężczyzny zawsze nieprzychylne jest dla kobiety... Ja tobie mówię: jednemu warto życie ofiarować — sztuce.
I Marta święcie słuchała. Ile razy wiosenne wieczory wyciskały jej łzy z oczu, zamiast umawiać się na schadzkę, zaciekle ćwiczyła tryl, śpiewała: Tam, na wschodniej stronie, w czarowna, słodką ciszę; czy też: Nur wer die Sehnsucht kenth,
tftiss was ich leide * — i pokój niebawem powracał.
Raz tylko nie chciał powrócić, a to z przyczyny
Htefana. Nie potrafiła tego człowieka wyminąć,
uniknąć — osaczył ją zewsząd, stał się żywiołem,
w którym ją zamknięto. Trwało tak pół roku. Nie
czał jej od siebie; nawet kiedy dzieliły ich
kie przestrzenie, nim musiała oddychać, przez
o myśleć, jego tylko odczuwać. Od listu do lisrzebywała otchłanie niebytu głuche, tępe, kame. W tych otchłaniach straszyła ją Róża —
rrogi cień.
tóregoś wieczora Stefan czekał p<5d bramą
irta drżącymi rękami zapinała bluzkę, szukała
bki, rękawiczek... W salonie matka grała „EleMasseneta: Oh, doux printemps d'autrefois,
tes saisons vous avez fui pour toujours... **
ta akompaniament fortepianowy do pieśni.
rniej niezmiernie lubiła tę „Elegię". Kiedy po
pierwszy kazała śpiewać ją Marcie, rozsierdzię niemai do ataku nerwowego.
Czy ty jesteś dziewczyna, kobieta czy bałwan
drewniany? — krzyczała. — Przecież to nie laurki
nauczycielki, tu jest żywe uczucie ludzkie, tu jest żal, tu sprawy są jedyne, które minęły i ni<" wrócą!
Podarła nuty, później kupiła inne, ale wstydziła się wszczynać znowu ten temat. Nigdy więcej Marta nie śpiewała „Elegii", Róża zaś nuciła ją ukradkiem w chwilach smutku.
Zasłyszawszy przygrywkę do pamiętnej frazy, Marta upuściła torebkę. Obecność Stefana przed bramą przestała nagle wprawiać w drżenie je, ciało, wraz ze słowami „Elegii" Róża wyłaniał.. się z zapomnienia — zawsze pełna treści. Cói ka pchnęła jedne, drugie drzwi, wpadła do sa łonu.
— Chciałam powiedzieć ci dobranoc, mamusiu Idę do teatru.
Nad wszystko" pragnęła przytulić się do Róży, stwierdzić osiągalność tej niechwytnej postaci Stwierdzić, że — mimo szeregu zaniedbanycli lekcyj — życie jest tym samym życiem, co prze poznaniem Stefana.
Ale Róża wstała od fortepianu i zasłoniła f sobą jak przed wrogiem.
— Czego tu chcesz? — spytała. — Czułości twoich tu nie potrzeba, kto inny ńa nie czeka.
Jednocześnie Marta usłyszała, że Stefan gwiżdże na dole. Umówiony gwizd przeszył jej pieni gorącym ostrzem. Szarpnęła się ku oknu... I zn stygła. Róża mówiła:
I
— Idź, idź, nie wracaj. Przestań wreszcie udawać. Tyle obchodzi ciebie muzyka co zeszłoroczny śnieg. Jakież głupie urojenie: ty — moją córką! Oszukałaś mnie, pięknym głosikiem zmamiłaś, resztę sił wydarłaś z mego ciała, resztę wiary, ostatnią nadzieję z mojej duszy, obłudnico!
Marta zesztywniała. Otworzyła usta, złe słowa ihmęły się na wargi... Nie rzekła jednak nic, odwróciła się i szła z powrotem. Blisko progu już doleciało ją nucenie, podobne do jęku, takie samo jak w noc po koncercie Hubermana, kiedy jn>dsłuchiwała pode dTzwiami salonu. Róża grała „Klegię", usiłując — niby obojętnie — śpiewać liniej:
Je ne vois plus
le ciel bleu
Je n'entends plus le chant
joyex des oiseaux...*
Głos rozłaził się, drżał, niknął, w miejsce 
w muzycznych napływały łkania.
Tego Marta nie mogła ścierpieć. Świat za domem runął, pochłaniając Stefana, rzuciła się ku matce, blada, zamknęła dłonią jej usta.
Cicho, cicho — tuliła jak dziecko. — Nie śpiewaj, graj tylko, ja ci zaśpiewam. Już nie
Odetchnęła... Zaśpiewała tak pięknie, że piękniej nie można. Kiedy skończyła, Róża położyłu głowę na jej dłoni, patrzyła z dołu w twarz córki jak w gwiazdę.
— Teraz ty już wiesz, jak to śpiewać — szeptała.
Stefan odszedł, nie doczekawszy się Marty; wkrótce kazała mu wyjechać na zawsze. W ciągu dwóch lat, które nastąpiły, dała pierwsze koncerty, zdobyła pierwszą sławę. Zdarzało się, że zapadała w długie niehumory, nie dawała do siebie przystępu, głos brzmiał ostro, piana nie wychodziły. W jeden z takich dni Róża wsunęła się do jej pokoju, stanęła z dala i skubała żabot.
— No co, mamo? — sarknęła Marta. — Ja <> próbie pamiętam. Jeżeli akompaniator już jest, niech czeka.
Róża nie ruszyła się z miejsca, milczała. Wreszcie przemówiła:
— Nie; to nie akompaniator... To Paweł. Wolnym krokiem podeszła do córki. Nie p;>
trzyła na nią, patrzyła gdzieś za okno, oczy min ła zmrużone, nozdrza rozdęte, jak przy wielkim wysiłku.
— Wiesz co? — rzekła. — Ja myślę, że dobrze byłoby tobie wyjść za mąż za Pawła.
Marta drgnęła z wrażenia.
— Co? za mąż? za Pawła? dlaczego?
— A ot, dlatego — odpowiedziano jej i z fałIftw sukni Róży wysunął się bukiet storczyków.
Dlatego, że on ma zrozumienie dla sztuki. On
dla ciebie za śpiew, nie za głupstwa. Przyniósł ty, mówi: „Nie mogą zapomnieć, jak ona 
śpiewała". Czy ja wiem? Ja widzę, że nie ś szczęśliwa...
W kilka miesięcy później Marta przyjęła oświadczyny Pawła.
Lotnie lubił ją nie za głupstwa. Wszystko 
w domu ustępować przed jej pracą, nawet 
Naukowiec, mało zmysłowy, ambitny, muzykę i życie rodzinne traktował jako konieczność — raczej haniebną, którą jednostka twórcza m neutralizować duchową ekspansją. Swoich żalów do żony Wstydził, się. Nader szybko nadał stosunkom małżeńskim formę bezinteresowności i koleżeństwa dwóch istot, dążących — każda swoją drogą — do niematerialnego celu. Syna przekazano fachowcom od pedagogii. Współżycie flało na inteligentnych rozmowach, na sprzyjaniu każdemu triumfowi zawodowemu i 
w wysiłkach. Marta nieźle znosiła ten stany. Rewelacje, które nastąpiły po ślubie, zdekonspirowały w jej oczach miłość jako przymus logiczny, przykry, nieubłaganie bolesny w 
swoim przebiegu, jako daninę należną nnemu żywiołowi świata. Była wdzięczna, że Paweł nie upiera się przy tych groźnych praktykach. Wspomnienie szczęścia, jakie przeżyła ze Stefanem, tłumaczyła sobie odmiennością pierwszych uczuć młodzieńczych, niepowtarzalnych — sądziła. Jeżeli pociągali ją inni mężczyźni, zadzierzgiwała flirty, cofając się zawsze w chwili, kiedy spoza przyjemnego niepokoju zaczynała prześwitywać powaga. Nie wierzyła, aby spełnić 
uciesienia miłosne, wynikłe z najbardziej nawet gorących tęsknot, mogły ozdobić czy wzbogacić jej życie. Uznała siebie za typ chłodnej kobiety i nieraz z żalem o tym swoim upośledzeniu myślała.
Róża niepokoiła się jej flirtami.
— Czego ty szukasz? — pytała. — Jakiż niewierny Tomasz z ciebie! Czy nie mówiłam ci tysiąc razy, że te rozkosze to tylko w romansach. Głupia chęć: siły i czas tracić na plugastwo, gdy w muzyce znajdziesz wszystko, co tylko jest pięknego na ziemi!
Nadymała się, dodawała opryskliwie:
— A cóż ten twój Paweł? Dziecko przecie* masz, starą panną nie zostałaś, czego jeszcze p" trzeba?
Marta w duchu przyznawała jej rację.
Idąc do matki na ową ważną jakąś rozmową uspokajała się dwiema myślami: że — odkąd zn stała córką Róży — nie zgrzeszyła przeciwko nlr| I że „czegóż jeszcze" żądać można od życia po"i tym, co zostało jej dane.
Różę zastała siedzącą po ciemku w skórzanym fotelu Sophie. W pokoju unosił się zapach wody kwiatowej Adama i jeden — ostatni — promień chodu. Marta powiedziała:
— Jestem, mamo. Chciała zapalić światło.
— Poczekaj, aż to zniknie — szepnęła Róża i włkazała na promień — wąziutki pręt rudy na *f lanie.
Marta rozebrała się, przysiadła na kanapie.
— Jak się czujesz? Czy nie zaszkodziło ci wino?
Matka nie odpowiedziała. Po chwili dopiero 
— A, ot ja tobie wszystko opowiem. — Różu przysunęła się bliżej. — I zacząć muszę od swojej własnej sprawy... inaczej nie zrozumiesz.
Poprawiła włosy, obciągnęła suknię, wzdrygnęła się.
— Chłodno, daj z łaski twojej sweter. Marta sięgnęła po sweter, leżący opodal na łóżku, nawet o zmierzchu widny czerwienią i srebi nymi skrzydłami. Okryła nim matce plecy.
— Ha — westchnęła Róża. — Pamiętasz, jnl nie chciałaś pozwolić mnie kupić tego swetra? Jal koniecznie nastawałaś na tamten czarny z bi;ałym, żebym wyglądała jak „sen o zimie", albo jak stara kotka Petronela?
— Pamiętam.
— Więc teraz się dowiesz, dlaczego na żałob po sobie samej wtenczas nie przystałam. Nie zapomniałaś może i tego, że kupować poszłyśmy nazajutrz po ostatnim moim powrocie z Królewca?
— Nie zapomniałam, mamo.
Róża wyprostowała się, odchyliła w tył głowi;
— Ten mój pobyt w Królewcu... Przyj echu łam, jak zwykle, rozdrażniona. Więcej nawet ni; zwykle. W Warszawie nie mogłam już wy trzy mać, serce zaczęło boleć jakoś po nowemu, mii tak jak dawniej, mdląco, poetycznie, tylko ordy narnie: jak rana. Ludzie bardziej jeszcze wydii wali się dokuczliwi. Chodzę po mieście, przy próbach twojego recitalu niemieckiego asystuję, niby normalna, przytomna — a w mózgu ciągle jedna myśl: „Koniec z tobą, Róża. Nie ma co dłużej czekać, twój los ludzki nie wypełni się nigdy, kaleką zejdziesz do grobu". I żyły mało nie pękają z bólu. I ból w gniew się zamienia. Władyś, kiedy mnie zobaczył (zjawiłam się bez zapowiedzi, paszport miałam roczny), zląkł się: „Co to, mamo? Czy tatuś chory? Czy Marta rozwodzi się z Pawłem?" Mnie naturalnie jeszcze gorsza złość wzięła: zawsze wszyscy o wszystkich niepokoją się, tylko nie o mnie. Jak gdybym to nie ja była najnieszczęśliwsza, najbardziej zagrożona! Nakrzyczałam na niego, słabo zrobiło się... On, ty wiesz, jaki dobry. Zaraz: „Mamusia musi iść do doktora, mamusia źle wygląda, ja nie odstąpię". Zatelefonował, ułożył wizytę, ja nazajutrz idę... Niemców nienawidzę, doktorów nienawidzę, siebie zabiłabym za te wszystkie hece... A zdrowie naprawdę niedobre. U doktora w poczekalni siedzą dwie paniulki. Niemkinie, w takich, wiesz, kastorowych kapelusikach na czubku głowy, i młokos w mundurze. Trzeba poczekać. Pism cała sterta na stoliku, biorę ja szkła... chcę czytać... same niemieckie. Gotyku cierpieć nie mogę; wzięłam, popchnęłam binoklami, smyrg! na ziemię te piśmidła. Fircyk w mundurze biegnie i podnosi... We mnie krew zagotowała się: spojrzałam na niego jak na glistę, mówię: Danke,
ich lese keine deutsche Zeitungen *. Akurat wtedy drzwi otwierają się od gabinetu — doktor prosi mnie. Więc wchodzę, cała jeszcze gorąca, czerwona od tej sceny z gazetami. Zerknęłam, widzę: przysadkowaty Prusak, tylko oczy blade, spokojne, bardzo czegoś mądre. Popatrzył uważnie... Pyta się: taka i taka? wiek? choroby? Wszystko zapisuje... Raptem: czy z życia swojego zadowolona? Jakby piorun we ranie strzelił! „Ach ty, taki owaki — myślę — to ty będziesz mnie na prywatne rozmówki wyciągał? na plotki? A zasię tobie, Szwabie!" Przyjrzałam się jemu tak, jak to ja potrafię, że aż w pięty pójdzie... I powiadam: „Mój panjie, dziwnie pan zachowuje się wobec pacjentów, nie wiem, co to może mieć za znaczenie dla diagnozy, czy ja z życia zadowolona jestem, czy nie. To może w Niemczech modne są takie blagierskie sposoby? A zresztą, jeśli pan ciekaw, owszem — powiem panu. Tak, jestem bardzo z życia zadowolona. Moi przodkowie męczyli się dla ojczyzny, ja także nie traciłam czasu na głupstwa... I mój syn pierworodny teraz dla Polski odrodzonej pracuje. Wykształciłam go tak, że mogę być dumna z niego. Pan go zapewne zna, pan go widuje, jeździ wielką taką limuzyną... Tak, panie; może pan być pewien, że póki on tu
* Danke, ¦ ich lese... <miem.) — dziękuję, nie czytam niemieckich gazet.
jest, żadne szacherki pruskie na Mazurach nie ujdą na sucho, o nie". Wysłuchał; jeszcze i potakuje: „So, iso, na ja, schan..." * Tylko tak mi się /xlało, że jakby nie ludzkiej mowy słuchał, a nad ;trumieniem siedział i — z pobłażaniem, ze ;mutkiem — zatapiał się w jego szmer... Machnął ęką, mówi: „Proszę się rozebrać". Cóż, ja doktorów zwyczajna, doktor nie jest mężczyzną, i przy tym... stara ja przecież. Odpięłam bluzkę, itanik, pooibsuwałam ramiączka. Założył mi powyżej łokcia przyrząd do pomiarów ciśnienia krwi, zacisnął mocno, syknęłam, on — nic, czeka, patrzy potem na tarczę — kiwa głową, że niby rzecz dobrze jemu wiadoma. „Posłuchamy serca" — powiada. I tę głowę swoją wielką, kosmatą kładzie na mojej piersi... Dreszcz przejął; strasznie się zrdbiło. Odpycham. „Cóż to takiego — mówię — od tego jest słuchawka, co za dzikie porządki!" On znowu nic, tylko nie ustępuje. A kiedy szarpnęłam ramię, wziął moje ręce jak w kleszcze. Patrzę: Oko jego jedno tuż przy moim ciele, czuję nawet, jak rzęsy łaskoczą — a w tym oku takie skupienie... na czole żyła wystąpiła. On słucha. Cała zmartwiałam, ucichłam. Co on słyszy we mnie? Takie szemry i sprawy, których ja nie znam sama... Nareszcie puścił ręce, głowę swoją podniósł, wygląda, jakby wracał
So, so... (miem.) — no, dobrze, dobrze, pięknie.
— zmęczony — z daleka. Mnie ręce trzęsą się, nie mogę zatrzaskiem na zatrzask trafić, a doktor ten... Gerhardt... spojrzał. Uśmiech taki... ja nie wiem... taki chyba... boski? na jego twarzy. I mówi: „Ach, so alt und so dumm ist noch immer dies Wesen..." * Bierze pióro i pisze receptę.
Róża umilkła. Zdumienie z powodu słów doktora Gerhardta nie przestawało widać dotąd zapierać jej tchu w piersi. Uniosła w górę dłonie, splotła je jak do modlitwy.
— Marciu — oprzytomniała po chwili — słyszysz? So alt und so dumm, tak powiedział. A ja? Co ze mną się stało! Pomyślałam, po niemiecku nie rozumiem... Pytam się: Was, was? comment? co takiego? On pisze dalej. Schwyciłam go za rękaw i tarmoszę. Wszystkie krzywdy, wszystkie naigrawania się losu nade mną, wszystkie niepojęte wyroki stanęły w pamięci i palą do żywego. „Co pan? co pan? jakim prawem? — krzyczę. Odłożył pióro. Ja śmieszna pewnie byłam: rozjuszona stara jędza, na pół goła... Wstał, z góry spogląda na mnie, oczy ciągle dalekie, olśnione jak gdyby takim światłem, którego ja nie widzę... Raptem gładzi mnie po ramieniu i szepce trochę po polsku, trochę po niemiecku: „Nic, nic...
* Ach, so alt... (niem.) — ach, takie stare i takie wciąż głupie jest to stworzenie.
gniewać się tak. Nie złościć. Nicht iramer so
en". Poczułam, że coś pęka, że coś twardego
żelazo łamie się wokoło mnie i zostaję bezna, miękka, istny ślimak bez skorupy. Skóra
)nie, że ot, dotkną... i nie będzie czym osłonić
nie 'będzie czym serca uchronić. Zgroza. Ale
darciu — jakież szczęście! Jakie wyzwoleJuż chciałam zapłakać... Nie! pycha nie poa. Znasz moją ulubioną pieśń. Właśnie prze„Ich grolle nicht" Schumanna — zawsze ją
łych godzinach śpiewałam. Więc naciągam
Iko bluzkę i mówię: „Czego pan czepia się
;? Ich grolle nicht. Pan postępuje jak szarlatan.
Michała. Widziałaś ją. „Diese Nase. Diese wun derschóne Nase..." Któż to już raz powiedzia tak o mnie, przy mnie? Jakież to sprawy jedy ne, nieziszczone, najlepsze i najgorsze, zaczęh się od tych słów? Marciu... ty wiesz... Marciu Zachłysnęła się: cieniutko, śpiewnie zapłakała. Marta w popłochu ogarnęła ramionami ciemną postać.
— Matko droga, wiem. Lepiej już skończ... Róża jednak rozplotła objęcie.
— Nie, nie, do końca daleko... Słuchaj! Tamti słowa... Z tamtymi słowami — zacięła się. -A cóż to za ważne słowa? Wstyd i śmiech powU> rzyć komu! Że niby ktoś mógł przez całe długii życie powtarzać sobie takie głupstwo, w ciągu bezsennych nocy i parszywych dni — raz na po ciechę, raz na szyderstwo... Że mógł tymi dwu ma słowami nakarmić całe swoje życie. Ale, Mai ciu, trzebaż wiedzieć, jak było! Przecie sens sło wa nie zawsze jest ten sam, głupie słowo moi nabrać nadludzkiej powagi, jeżeli padnie w chwi li, która na nie czeka... Ach, jak czekałam, ja tak strasznie z całej mocy czekałam wtenczas w W;u szawie na dobre czyjeś słowo! Powiedzieli mnir „D<5 ojczyzny jedziesz, do Polski, do rodaków Bądź szczęśliwa. Bogu podziękuj". Jechałam j;i i marzyłam. Taka podróż wtenczas — tydzini blisko. Trzecia klasa, twardo, kupcy dziegciciii śmierdzą, wszędzie siemieczki i czajniki z gorącą wodą. Luiza nos watką perfumowaną zatyka I karmelki miętowe ssie. Każdego potrąca, nie odpowiada, jęczy tylko: „Ces sales brutes, ces katztpes" *. W Kursku na stacji nocą słowiki śpiewały. Wychylam się, słucham... Odciąga mnie od okna. „Jakie to słowiki? Gawrony! Tu vas entendre les rossignols de Łazienki. Tu vas entendre, Rosalie" **. Gdzieś tam znowu gaj piękny lipowy... „Nic to — powiada. — A czy widziałaś sosny, iwierki? "Szumią jodły na gór szczycie..." Zobaczysz, zobaczysz". Niektórzy podróżni wtykali
mnie w ręce kawał pieroga czy kawona.....Nie
bierz od tych gburów — mówi. — Od swoich co Innego, wszystko przyjąć pozwolę". No, i Polska nareszcie. Oczy mało nie wyskoczą z głowy, serce z piersi — przygotowałam się na cud. Tymczasem za Białymstokiem chałupy takie same, nośny, owszem, ładne, choć smutne. Wreszcie pokazali się inni ludzie... Wsiada grubas w pudermantlu. Wąsy jak wiechy, czapa na bakier, wzrok groźny... Ciotka mało nie skręci się z zachwytu. Szepce: „Regarde, c'est le vrai type d'un noble polonais. Quel nez aąulin, ąuelle dignite et quel
sentiment"*. Patrzę z nabożeństwem, a grubas tymczasem toboły roztasowuje. Stangret w liberyjnym kaszkiecie układa pakunki na półce, pod ławką, wszędzie. Mój kuferek stał z brzegu, stangret chce jego ominąć, a nasz noble wrzeszczy: „Czegóż, gamoniu, skrzynki nie zrzucisz? A gdzie umieścisz indory?" Chłop zawahał się, mruczy: „To tych paniów". Noble wtenczas wystawia na nas gały i jak gdyby bada: ważne persony czy nie? Widać uznał, że nieważne; nos rozdął, wąsiska nastroszył, powiada: „Paniów, nie paniów, mnie się tu więcej miejsca należy; w konstantynowskim powiecie włóczęgów dużo, ale pan prawdziwy jest jeden — Winołęcki, do kroćset! Zrzucaj, Wojtek, pudło". Luiza zatrzepotała „Przepraszam pana, ten kuferek całą prawie R<> sję na tym miejscu przejechał i nikomu nie wn dził". Nie zdążyła skończyć, grubas jak nie huk nie na nią: „Imość mi tu nie rób mitręgi. W R<> sji nie wadził, a mnie zawadził, i basta! Prędki> Wojtek, bo kasztan — widzę — gryzie srokatk' poniosą juchy i brykę rozbiją". To ten Wojt< łomot! moim kuierkiem o ziemię, indory we| chnął, słyszę, że coś trzasnęło. Rzucam się całi drżąca, otwieram, a tam lusterko kadeckie mej1.'
ojca, którego rai użyczył na drogę — stłuczone. Papo nieraz opowiadał, jak w święta, kiedy koledzy rozjechali się z korpusu po krewnych, on — sierota weterański, siadywał przed tym lustrem, uprzejme miny sam do siebie wyrabiając z nudów albo w twarz swoją tęsknie wpatrując się, żeby odgadnąć, który rys ojca-bohatera przypomina, a który matkę — z gorącego kraju prześliczną podobno kobietę. I tu masz! — na progu Polski lusterko to moje, męczeńską pamiątkę, le vrai type polonais rozbił w drzazgi... Zapłakałam. Ciotka długo kłóciła się, zawołali konduktora, ale ja uciekłam z przedziału i już tylko ze Btrachem, z nienawiścią patrzyłam z daleka, jak grubas później kiełbasę żarł, wódką popijał, u Luiza pani de Stael romans wyjęła, żeby swoją edukacją grubianina pognębić.
Róża zaśmiała się.
— Ot, jak mnie w Polsce witali! A potem... Opowiadałamżeż ja tobie nieraz te drobiazgi, docinki. Warszawiaczkowie bardzo są dowcipni! Ciotka tak samo... Niech ja tylko skrzywię się ¦lfoo po rusku zaśpiewam — zaraz wilkiem patrzy: „Dosyć, dosyć taganroskich fochów! Popatrz n" siebie, do czegoś ty podobna, nic dziwnego, ze ludzi w oczy kolesz — istna Cyganicha. Lepiej postaraj się być do Marylki podobna, prawdziwe to jest polskie dziewczę". Jeden maestro od początku słodkie oczy wywracał, ale brzydziłam się i nie wierzyłam ja dziadowi staremu... Więc pomyśl, Marciu, co znaczyły, czym stały się dl" mnie te słowa Michała!... Kiedy on — piękny ta ki, syn mistrza, polskiej sławy syn, tutejszy war szawski młodzieniec — zapatrzył się we mnie jak w zjawisko... kiedy ręki mojej szukał, po bladły... i kiedy, wyrazów dość rzadkich w mo wie własnej nie znajdując, po niemiecku aż urodę moją chwalił... to tak jak gdyby Polska pierwszy raz w ramiona mnie swoje przygarnęła! Nic tylko wiarę w siebie odzyskałam, nie tylko miłość do pięknego tego i dobrego Michała zapaliła się we mnie, ale i Ojczyznę raptem poczułam wkoło siebie, ziemię własną pod stopami i Boga nad sdbą!...
Marta ucałowała pałające policzki Róży.
— Odpocznij trochę, nie trzeba się gorączko wać.
Odsunęła ją.
— Nie, nie, nie przerywaj! Nie mogę o zdrajcy tym myśleć i milczeć; nie mogę. Wszystko, Ion cały mój on mnie odebrał. Zdradził — i świul zdradził razem z nim: Bóg, Polska, każdy dzień, noc każda mnie później zdradzała przez cztci dzieści pustych lat!!!
Teraz dopiero umilkła, wyczerpana. Za ścianie rozległy się dziecinne głosy, szuranie krzesła mi: siadano do podwieczorku. Róża pod wpływem domowego gwaru oprzytomniała, potarła
Nie wiem — powiedziała innym, tym swoim cichym głosem — żyje on czy umarł... awna wspominając go przeklinałam. Dziś h|Hę: jeżeli żyje, pokój z nim. Umarł? Niech emia lekką jemu będzie. Dziś... ja odpuściłam iżdemu.
Wstała. Jak cień czarny, duży, zaczęła bezsze-¦ stnie krążyć między meblami. Niebawem przetówiła znowu:
— Tak, zbliżam się, Marciu, do najważniejszej
:eczy... Przez kogo? dzięki komu mogę dziś odpuścić winowajcom i prosić, żeby mnie odpuszczono? Dzięki — niemu. Dzięki — Gerhardtowi. Urocznymi słowami odezwał się ten Niemiec w Królewcu! Przed nim stała zła, śmieszna, utara kobieta, której nie danym było przeżyć uwega życia: prawda... Ale mnie, kiedy posłyszałam te słowa, wydało się, Marciu, że tak nie Jest! Że to Róża rozkwitająca. że to stoi z czarnymi warkoczami śniada, obca, w nieznajomej ojczyźnie zabłąkana dziewczyna z sercem jeszcze cichym i mocnym... I że nie doktor, nie Niemiec, tylko Michał zachęca mnie znowu do świata!
Cień stanął; przybliżył twarz do twarzy Marty, w źrenicach widać było olśnienie.
— Mnie wydało się, Marciu, że nie za mną, a przede mną życie. Wszystko, co nie moje, przypadkiem i własną złością na mnie w ciągu lat zwalone — Adam, jego dzieci, nieudana muzyka, cała góra niedorzeczności okropnych — wszystko to z mózgu i z piersi ustąpiło... I obudziłam sio w tamtej godzinie, pośród tamtego wic czoru u Bądśkich, w szesnastej mojej wiośnu Szczęście, szczęście nadludzkie! Obudziłam się Patrzę w oczy łaskawe, miłość czuję, chcę zaśmiać się, ramiona stulić, w uścisk oddać ciało, dusze w niewolę, usta same coś szepcą... I przytomnieję. I słyszę,o moje usta powtarzają: „So alt und so dumm ist noch immer dies Wesen..." Nic wiem ja, Marciu, jak zapłaciłam, jak wyszłam Doktor odprowdził mne do drzwi — to wiem, bo jeszcze jedno spojrzenie jego zapamiętałam, jedno dotknięcie, słowa jeszcze jedne... Położył rękę na moim ramieniu... Przytrzymał mni< w progu, wzrokiem ciężkim, objął, zaszeptal „Ruhe... Ruhe... mein Kind"*.
Róża siadła w fotelu Sophie. Marta nie śmiali* nawet westchnąć. Milczały długo... Wreszcie ?.< wspomnień, z otchłani tajemnic przyszedł znowu głos Róży:
— Niedługo koniec już mojej sprawie, miej cierpliwość. Powiedziałam: dzięki Gerhardtow
odpuściłam moim winowajcom i sama o odpuszczenie proszę. Ty pewnie zapytasz się zaraz: dlaczego? A ot, córko moja, dlatego, że one jeden nie zląkł się mnie. On jeden nie słuchał słów moich, tylko serca posłuchał. On jeden dzieciństwo w starym moim sercu zobaczył. Nie perswadował nic, nie walczył ze mną, nie Obrażał się i nie pochlebiał: głupie ręce skrępował, językowi złemu kazał milczeć — serca
tuchał i męczarnię jego zrozumiał. Marta nie mogła dłużej znieść niepokoju. Rzuiła się do kolan matki, zawołała wśród łkania:
— Przestań, na Boga, mamusiu! Zaszkodzisz tobie, byłaś dziś taka niezdrowa. Miejże wzgląd na nas, na mnie; jeżeli rozchorujesz się, co będzie ze mną?
Róża pogłaskała włosy płaczącej, sama spokojna nad podziw. Uśmiechnęła się.
— Widzisz, to zawsze tak — rzekła. — Wszyscy wy dla minie tacy: boicie się. Żebym nie zrobiła wam czego złego. Zdrowa, chora — zawsze lii dla was niebezpieczna... zawsze straszna. Adam mówi: „Nie umiałem ciebie nienawidzić — kochałem. Przez noc jedną tylko nienawidziłem, ihwilę jedną chciałem twojej śmierci". Ach, irzebaż było właśnie albo zabić mnie albo obu-¦liłć z dzieciństwa mściwego, w którym zastygłam, kiedy Michał ledwie rozkwitniętą porzucił!...
Urwała. /
— Pomyśl, pomyśl, jak późno mnie obudzili, pomyśl... — szepnęła zdumiona..— Jak późno dostąpiłam złowienia... Czy zdążę jeszcze poistnieć trochę? człowiekiem trochę pobyć?
Ożywiła się, otrząsnęła jak ze snu.
— Zapal, Marciu, światło! Cóż my jak sowy siedzimy po ciemku? Pokażę tobie, jaką ja z tych rozsypanych topazów bransoletkę kazałam sobie zrobić.
Marta przekręciła wyłącznik i z lękiem pod niosła oczy na' Różę. Cień, który przemawiał do niej z ciemności, nie wydawał się być jej matku Bała się, że zamiast tak dobrze sobie znanych rysów, obciągniętych ruchliwą, ciemną skórii, zamiast zmętniałych źrenic i ust jak praw dziwa róża — uwiędłych w <xoe zmienionym kształcie, zobaczy obłok albo może szesnastolel nią Rosalie w hiacyntowych warkoczach. Air Róża nie była zmieniona. Blask tylko rozświr tlał ją silniejszy niż zwykle, aż zawstydzała tym blaskiem.
Idąc w stronę szafy, zerknęła w lustro.
— Do ondulacji nie poszłam! Ale chyba włoł\ dobrze jeszcze wyglądają...
Z bransoletą w dłoni zamyśliła się.
— Ileż tego było? Dwa tygodnie w Królewn, i tu miesiąc. Razem: półtora miesiąca życia.
Chwyciła Martę za rękę,
Wtenczas Róża zmieniła się w posąg triumfu. Drostowana, z falującymi nozdrzami, z torsem lotrackiej Nike, zawołała:
I— I ja wierzę' Wierzyć muszę, bo cud dla mnie, pde mną został uczyniony!
Położyła bransoletkę, obróciła się twarzą do lustra — córkę przyciągnęła do siebie.
— Patrz: widzisz te pomarszczone policzki,. :nięte czoło, te plamy fioletowe i brunatne pod
oczami? Czy widzisz tę maszkarę sześćdziesięcioletnią? tę nieszczęsną karykaturę kobiety? Marta zasłoniła się jak od ciosów.
— Nie, nie, nie mów tak! Nie. widzą! Zawsze jesteś piękna.
Róża szarpnęła, ją gniewnie.
— Cicho! Nie kłam! Wcale kłamać nie trzeba. I ty widzisz, i ja widzę: róży już nie ma, jest uschnięty badyL Ale to nic. Cud wszystko odmieni.
Drżącymi palcami musnęła skronie.
— Gerhardt, kiedy mówił do mnie, naprawdę widział mnie piękną. Jego głos nie kłamał: ten
głos pełen był ciepła, zachwytu. Ręce nie kłamały... spojrzenie... „Ruhe, Ruhe, mein Kind". Spuściła głowę.
— O, tu — położyła dłoń na piersi — tu biło jego tętno nad moim sercem. A tu — przesunęła dłoń ku ramieniu — ślad ręki nie ostygł jeszcze; trwa... Uśmiechnął się: „So dumm". I prawda! Cóż innego powiedzieć można o sercu?
Nagle żachnęła się.
— Co? śmiejesz się ze mnie? Myślisz pewnie: wariatka.
Patrzyła ostro.
— Nie wyobrażaj sobie, że od razu uwierzyłam; że nie sprawdzałam, na próbę nie wystawiałam Przecież rozumiem: mężczyzna czterdziestoletni i baba stara... W tydzień później przyszłam znowu. Udaję, że nic nie zauważyłam, nic nie wiem. I on nic. Tylko ten wyraz niepojętej dobroci... Pyta się. „Nun, wie gehfs?" Czuję od razu, że nie jak staruchę pyta, a jak dziecko. Znowu opryskliwa byłam, skarżyłam się, że lekarstwa nie skutkują. Ganiłam też niemieckie apteki. Zmierzył ciśnienie. Delikatnie tak, troskliwie naciągnął z powrotem suknię na moje plecy... Oczy przymrużył, coś na wet jak gdyby łzy zauważyłam za rzęsami... Powiada: „No, a jak tam humor? Wszystko, co było kiedy złego, trzeba zapomnieć. O miłych, dobrych rzeczach trzeba myśleć. An Leute, die się lieben...* Mnie serce stanęło. Przeraziłam się, że płaczem wybuchnę, więc ściągnęłam brwi, usta zacisnęłam. A on posmutniał, biedny: „Czemuż znowu gniew?
— powiada. — Pięknym twarzom uśmiech najbardziej przystoi". Zapisał nowe leki. „Następnym razem proszę przyjść uśmiechniętą; dla pani uśmiech
— to życie".
Podeszła do Marty, otoczyła ją ramionami..
— Córeczko moja! Oto z czym ja do ciebie dziś przychodziłam: zapomnij nauk moich ponurych! Ani ambicja, ani sztuka, ani podróże, ani bogactwo— uśmiech jest niezbędny do życia. Taki uśmiech, który z sytego serca płynie.
Marta odsunęła się od matki: jej oddech palił ją, natchniony wzrok przerażał. Na dnie samopoczucia budził się surowy sprzeciw.
— Nie wiem, mamo, nie bardzo to wszystko rozumiem — rzekła. — Powołujesz, się na cuda, nigdy nie ufałaś Bogu, nie pozwalałaś mi się modlić.
Róża zastrzygła rzęsami; namysł, czujność skurczyły twarz dopiero co tak ekstatyczną.
— Bogu? — powtórzyła. — Czyż to Bóg cuda działa? Ja także nic nie wiem, chociaż nieraz
chwaliłam się, że wiem wszystko... Ale myślę cuda powstają chyba tam, gdzie i muzyka — w ludzkim sercu. Czyż można wymodlić sonatą pieśń, symfonię? One rodzą się same. Marta przerwała z irytacją:
— Więc nie zapomniałaś o muzyce! Uważasz y, nawet za cud. Czemuż mnie każesz o niej zapominać?
Róża załamała ręce.
— Ach, jak trudno wytłumaczyć! Wiesz przecież, co to dla mnie za tragedia była zawsze: koncert Brahmsa. Ze nie mogłam ja jego wygrać Z powodu braku techniki — twierdziłam. — Roześmiała się burzliwie. — Bezduszna, ciemna istota! Teraz dopiero pojęfcim, jaki brak był tu najważniejszy. Żebym tej okropnej pustki w sercu nie nosiła, znalazłaby się i do zdobycia techniki... energia! A ty? pięknie śpiewasz. Głos, szkoła, styl bez zarzutu. Jednak czegoś brakuje w tym śpiewie: Czy nie piszą o tobie krytycy „śpiewaczka kulturalna" zamiast .zachwycająca śpiewaczka"?
Marta "wstała porywczo; usta jej zsiniały jak u Adama w chwilach wielkiego wzburzenia.
— Za późno, mamo, na te odkrycia, za późno1 Paweł mnie kocha, nie mogę go opuścić.
— Paweł ciebie kocha! — krzyknęła wtenczan Róża. — A czy ty od tej miłości lepsza, mądrzejsza stajesz się? Dzień każdy błogosławisz? Życie przeżywasz? Paweł lubi muzykę, Adam nie lubił, i tak samo ty przy nim, jak ja przy Adamie udajesz tylko człowieka, pustkę zapchać usiłujesz. Nie zapchasz, nie zapchasz, córko! Serca nie oszu kasz!'!
Zbliżyła się, patrzyła w oczy Marty pałającymi źrenicami, zniżyła głos do szeptu:
— Słuchaj mnie. Ja już odchodzę. Nie wolno tak żyć! Z takiego życia wyrastają zbrodnie. Ja nie życzę Pawłowi niczego złego, nikomu złego teraz nie życzę — on zapomni. Popatrz, twój ojciec jak o mnie zapomina z Kwiatkowską... A ty idź — chwyciła Martę za przegub, ścisnęła aż do bólu — idź, szczęścia twojego, póki czas, szukaj; inaczej w śmierci nie zaznasz spokoju, upiorem tu powrócisz, kobieto!!!
Waici utworzyły ostry, blady sierp opuszczony ku ziemi, oczy nakazywały, groziły, ale broda trzęsła się, na czoło pot wystąpił. Marta oplotła matkę ramionami.
— Cicho! — zaszlochała. — Nie patrz tak! Dokąd chcesz odchodzić, szalona?
Osunęły się obie na sofę, drżąc w uścisku. Niebawem Róża otarła łzy, odetchnęła z głębi piersi.
— Dokąd? Czyż nie domyślasz się? Napisałam w zeszłym tygodniu do niego, czy mogę przyjechać. WLsobotę o piątej po południu otrzymałam wiadomość: „Czekam".
Opuściła ręce.
— Jadę uczyć się życia. „Następnym razem — powiedział — proszę przyjąć uśmiechniętą" Przyjdę uśmiechnięta.
Kiedy przebrzmiał na dole schodów huk drzwi, którymi trzasnęła Marta, Różę opadła jedna z tych rzadkich miejskich cisz, czyniących wrażenie kata strofy; jak gdyby nagle zahamowano tysiączne kroki, tryby, rozmachy... Jak gdyby w ludzkie rojowisko spadła kropla zza świata — oddech nieskończoności. Róża szeroko rozwarła źrenice: czy pośród czterech ścian nie zjawi się sprawca ciszy, porywacz dzieci i kochanków, sędzia niesprawie dliwy — Bóg? Zadrżała.
Z milczenia ulic wypełzły słowa córki, przed chwilą zdeptane: „Nie ufałaś Bogu, nie pozwala łaś mi się modlić..."
Wstała, zgasiła światło, podeszła do okna. Naci dachem przeciwległej kamienicy drżały bledziut kie gwiazdy.
— A one czego boją się? — westchnęła. — Czyż by i w niebie nie ufano Jemu?
Zaciągnęła storę, wróciła na fotel, samochody dorożki już znowu pędziły — strach ustąpił.
— Nie, nie — zaszeptała — nie ma za co teraz mścić się na mnie... Przecież dziś właśnie wszystko robiłam tak, jak On każe.
Pod czaszką tętniły głosy minionego dnia. Łamliwy ze szczęścia głos Adama: „Nasza mamusieczka ma złote rączki", pełne zdumienia szepty zięcia i synowej, entuzjastyczne okrzyki Władysia, szloch Marty: „Dokąd chcesz odchodzić, szalona?", rozradowane piski Zbigniewa.
— Wszystkim, wszystkim serce otworzyłam — upewniała Niewidzialnego — January, żeby tu przyszedł do mnie, i jego przyjęłabym dobrze.
Jednak myśl o gościu z mogiły napełniła ją odrazą.
— Ach, po cóż Januaremu nieszczęsną Rosalie odwiedzać? Matka, ojciec nie pokazali się nigdy, Kazio znaku nie dał żadnego... Widać tam nieważne tutejsze sprawy, nawet o najbliższych zapominają oni.
Zdjęła bransoletę z topazów, odłożyła na stół. Płochliwie spojrzała po kątach — ścisnęło za gardło: pustka.
— Żywi odeszli, umarli zapomnieli — przewiał lal. — Spieszyłam, śpieszyłam, poodprawiałam łch... i dlaczego? Trzeba było choć Martę zatrzymać.
Poczuła, że serce szarpie się jak pies na uwięzi, a lewe ramię boli. Dotknęła policzków: gorące.
— Duszno tu. Podła Janina! Ile razy mówiłam,
żeby nie waliła tyle węgła naraz, codzień po tros ku, nie co drugi dzień piekło!!*
Róża porwała się biec do dzwonka, palce sku>
czyła w szpony, skronie pulsowały. Ale nogi by'
drętwe. Opadła w tył na sofę, gniew zgasł, sen
ność otuliła głowę. W tej narkotycznej chmur:.
¦ szemrało:
„Nicht so immer grollen... Mehr Ruhe... Spoko ju, spokoju."
Uśmiechnęła się.
— Michał... drogi mój... więc ty teraz doktorem w Królewcu?
Błogi spokój zstąpił na zbolałą.
— Zdrzemnę się. Cóż mam robić, sama? „Close your eyes" — zachęcał hawajski tenor,
ten, co z rana u Marty. Peruszyła wargami:
— Chustę babki Anastazji zabrałam... I stolik 'dziada zabiorę... bo zniszczą.
„Lean your head against my shoulder anJ sleep*. Close your eyes." Pochyliła głowę, upal z pieca, dopiero co tak nieznośny, przemienił si"; w miłe ciepło.
— Niech Aniela sobie gra, a my... tak — mówił Michał, szukał w ciemności; dosięgnął i tulił.
Zapłakała.
— Puść mnie. Jakież to ogrody? Tych ogrodów znam. Ach, wracajmy! co tante powie, że mnie ma tak długo?
Koła karety skrzypiały i skrzypiała chorągiewna dachu altany.
...czemuż ona skrzypi, skoro nie ma wiatru? Czemu liście i woda drżą, kiedy tajemnic nie ma, nie brak niczego tej nocy? Pełnia, pełnia... jest wszystko! Michale, ich grolle nicht, mój jedyny. Och, nie tylko adagio! I allegro giocoso dla naszej miłości za mało, serce mam pełne uśmiechu...
...niech gwiazdy nie drżą — trzeba ufać Bogu.
...Boże, nasz Stworzycielu, władco całego świata — to jest Michał mój najukochańszy, któremu przykazałeś być dobrym. To ten, który w rozłączeniu pamiętał. Który nie złamał przysięgi. Boże sprawiedliwy — to Michał, z którym być mi pozwoliłeś do śmierci. A to ja — Róża, twoja wierna sługa.
...posłuchajcie, Władysiu i Kaziu, szczęśliwi synowie Michała, jak gra wasza matka szczęśliwa... Nic nie przemilczam, niczego nie kradnę, każda nuta brzmi jak pełnia księżyca. Świadczcie za mną przed Bogiem, że nie skaleczyłam harmonii!
Orkiestra dżwiączała spoiście, wiolinowa melodia Róży płynęła po niej jak światło po falacl Wtem huk bolesny...
— Co to, co to? — Róża budziła się z jękiem. Ach, nic, to serce huczy.
Chciała wstać — na piersi leżał ciężar nad sił> Wyciągnęła ręce, zaczęła spychać ze siebie okrul ne brzemię.
— Łotrze! Adamie! Ty ze mną? Zachciało si.. wszystkiego ze mną?! Dobra harmonia" Precz, precz!...
Otwarto drzwi, światło zabłysło.
— Co pani? Co się pani stało?
Strawski potrząsał Różą. Mrugała nieprzytom nie.
— A? co? spałam. Zabierzcie go! Niby przeba czył — i wraca... Jakież tu rachunki być mogą?
Pochylono się nad Różą, szeptano, wreszcu skronie natarto wodą kolońską, wachlowano Trzeźwiała.
— Pan Strawski... Co takiego? Krzyczałam? Wiem... najpierw coś śniło się pięknego, potem zmora dusiła.
Przetarła oczy dłonią. Bełkotliwie mówiła:
— Widzi pan, co znaczy starość. Wina napiłam się, mięsa zjadłam, w towarzystwie pobyłam — o<i razu awantura. Nic... nic... to chwilowe.
Strawski i Janina stali z niepewnymi minami Telefon dzwonił.
— Idź, odbierz — nakazał gospodarz służącej. Po minucie zjawiła się z powrotem.
— Córka pyta, jak pani się czuje. Chyba powiedzieć, żeby przyszła?
Róża poczerwieniała.
— Nie waż się! Dlatego, że komuś ciężko z przejedzenia i zły sen się przyśnił, ludziom głowy zawracać? Lepiej łóżko pościel.
Kręcili się jeszcze chwilę — odeszli.
Znowu została sama z poczuciem, że — mimo wszelkich zaprzeczeń — dzieją się ważne sprawy. Usiłowała skupić myśli, by zrozumieć, dlaczego ręce drżą i tchu brakuje, dlaczego przedmioty nasycone są czyjąś surową obecnością — jak w wielkich godzinach życia. Zwlekła się, zaczęła chodzić od ściany do ściany, na nie swoich nogach. W uszach dzwoniło, lewe ramię dokuczało, jak gdyby puchło, w piersiach — ciężary i niesmaki. Jednocześnie męczyła świadomość, że coś zostało zaniedbane czy zniszczone, że jakaś najistotniejsza rzecz wymyka się i że za wszelką cenę należy rozpierzchłe wątki dnia pochwycić.
— Co ja miałam zrobić? co ja miałam zrobić? Miałam coś zrobić przecież...
Miasto odzywało się monosylabami bez treści. Trzasnęły drzwi, klakson zajęczał, woda spłynęła w rurze, z dna podwórka miauczały koty. Nagle z daleka przyszedł gwizd pociągu — przewlekły. Róża stanęła.
— O... o... o... to... to... Miałam wyjechać! Wyjechać muszę prędzej.
Ulga; nareszcie cokolwiek wiadomo. Wzruszyła się tak bardzo odnalezieniem przepadłego zamiaru, że w oczach pociemniało.
— Gdzie waliza? A krzyżyk mój gdzie? Jakże ja bez niego pojadę do Królewca? Michał upomni się: „Teraz zasługuję — oddaj mi na zawsze twój krzyż".
Podeszła do komody, żeby otworzyć szufladę. Ale klucz nie dawał przekręcić się w zamku. Poty wystąpiły na czoło... Zawadziła o torebkę, zrzuciła ją.
Obetrzeć czoło.
Patrzyła na leżącą pod krzesłem torebkę, w której była chustka. Lęk przejął: jak wydostać chustkę? Wszystko stawało się tak dalekie, trudne, nieprzyjazne... Sroga obecność pochłaniała świat, wzbraniała ruchów, czyniła Różę małą i bezsilną. Róża przymknęła oczy.
— Później to zrobię... Wypocznę najpierw.
Miała wstręt do patrzenia. Omackiem odnalazła łóżko, położyła się. Kiedy ustał wielki trud równowagi — szczęście napełniło strudzoną: wróciłam. Powtarzała „wróciłam" i cieszyło ją, że nie słyszy tych słów poza sobą, tylko w sobie — w skroniach, w żyłach, w jardłe... „Wróciłam" — szumiały myśli.
— Wszystko jest, we mnie. Tu tętno Michała w mojej piersi... Jego ciepło w sercu... Ruhe, Ruhe, mein Kind. Michał cały jest we mnie!
Myśli zacichły, wargi rozciągnęły się w uśmiech, wielki śmiertelny dreszcz rozkoszy poraził ciałc Róży.
Zastukano. Weszła Janina.
— Czy podać herbatę?
Zbliżyła się do łóżka, odskoczyła" wołając:
— Proszę prędzej, proszęl
Wpadli oboje Strawscy. Róża — wyciągnięta sztywno, upiorna w blasku żarówek — płakała z uśmiechem okropniejszym od rany.
Paweł mruknął zza ścfiany, kiedy Marta — zmęczona kinem — mijała halL
— Która to godzina? Tłucz, się, tłucz po nocy, ładnie zaśpiewasz na próbie.
Przemknęła do swego pokoju, szybko rozebrała się, zgasiła światło. W ciemności przesunęła dłonią po twarzy, jak gdyby i twarz chciała zgasić. Sen mimo to wydawał się czymś bardziej nieosiągalnym niż magia. Wspomnienia i przeczucia gęstniały w film o duszących wątkach. Z przeszłości zawiewały zrzędzenia Sophie, modlitwy ojca" szelest sukien Róży, studenckie bufonady Władysia. W tych bladych pasmach mrowiły się strzępy zdarzeń już bolesnych, chociaż nie spełnionych. Marta nie tylko słyszała szum krwi w czaszce, stukot serca w piersi, ale i szkliste drżenie drobniutkich jakichś fal, płynących z niewidzialnego w niewiadome. Te szmery absorbowały ją tak dalece, że nie słyszała natomiast melodii, która matowym jękiem nieprzerwanie płynęła z jej krtani:
Icih grolle nicht
Und wenn das Herz auch bricht
Ewig verlornes Lieb
Ewig verlomes Łieb...
Kiedy zadzwonił telefon, Marta wstała natychmiast — bez najlżejszego odruchu zdziwienia. Nie zapalając świateł po drodze, dotarła do hallu.
— Proszę. Jestem.
Ze słuchawki przemówił basowy głos:
— Tu Strawsłri. Nie jest dobrze, proszę pani. Matka pani żądała, żebym nie telef onowaŁ Ale ja nie mogę tego brać na swoje sumienie: niech państwo lepiej przyjadą.
Marta odpowiedziała:
— Tak, wiem, dziękuję panu, zaraz.
Ubrała się w jednej chwili, spojrzała na zegarek. Było pół do drugiej, zaledwie pół godziny temu wróciła z kina. Skrzydło jakiejś szafy trzasnęło. Paweł wyłonił się ze swojej sypialni zziębnięty.
— Co ty wyprawiasz? Co się tu dzieje? Z trudem rozwarła usta.
— Moja matka umiera.
Tak oto od siebie samej dowiedziała się Marta strasznej nowiny.
W bramie dozorca długo nie przychodził. Wpadła do jego dyżurki, potrząsnęła zaspanym chłopem.
— Prędzej! moja matka umiera.
Ta świadomość krzyczała w niej triumfalnie.
Przed stacją taksówek dopędził Martę Paweł — w palcie i w rozchełstanej koszuli. Jechali bez słowa, Marta wystukując o szybę rytm Ich grolle nicht.
Otworzył Strawski.
— Trochę lepiej. Wszystko, co było trzeba — zrobione. Teraz ^jest przytomna.
Przed tamtymi drzwiami spuściła oczy: nie znajdowała siły zobaczyć od razu. Kiedy je podniosła, dotykała kolanami materaca, słyszała głośny oddech matki.
Róża siedziała, wsparta o poduszkę... Zwyczajna. Wprawdzie nowy uśmiech zawstydzenia i czułości był ciągle na jej twarzy, ale ta
którą oswojono się w ciągu dnia, wróżyła raczej początek niż koniec wielkich spraw.
Marta nieśmiało ujęła dłoń chorej -w obie swoje dłonie. Ręka matki poddała się — muskularna, ciepła. Róża przemówiła, fiatrząc w stronę przedpokoju:
— Po cóż to było, panie Strawski? Noc, ludzie śpią...
Miała na sobie czepek koronkowy oraz piękny kaftan, haftowany własnoręcznie. Wyglądała na zadowoloną z siebie i z. zamętu, jaki ją otoczył. Doktor z Pawłem szeptali, akcentując niektóre słowa. Angina pectoris. Pantopon. Pierwszy atak. Mija. Konsylium jutro. Silna...
Róża skinieniem przywołała doktora. Twarz jej nie drgnęła i wzrok nie cofnął się ani na jotę od dalekiego punktu, w którym był utkwiony; spytała: 
— Czy to zawsze tak z sercem? So... dumm? Lekarz z pogotowia, młody, wcale — widać —
nienawykły do fachu, zaczerwienił się po korzenie włosów.
— Dwa zastrzyki zrobione, zaśnie pani, jutro zaczniemy się leczyć — za tydzień pani wstanie!
Nie słuchała wcale młodzieńczych okrzyków.
"żadna zgroza, żadna ulga nie odbiła się w jej spój -rżeniu — to, ca Rqża widziała, musiało być ważniejsze od śmierci. Obróciła nieznacznie głowę.
— Proszę tu bliżej"*^ Doktor poskoczył.
— Co? Napić się? Parę kropel można.
— Nie.
Dźwignęła powieki, ukazała oczy stężałe, surowe.
— Czy pan słyszał koncert D-dur Brahmsa?
Młodzieniec chrząknął. Wtedy powolutku przetoczyła źrenice w kierunku Marty. Znalazła ją. Rozkazała:
— Wytłumacz jemu.
Milczano. Kilkakroć przełknęła ślinę, poruszyła wargami — zadziwiła się jak gdyby, wreszcie rzekła:
— Trzeba posłyszeć. Ja znowu dziś wieczór— słyszałam. I teraz jestem człowiekiem™ Teraz mogę™ to grać.
Doktor załamał palce, aż trzasnęły stawy: chwyciwszy kasetę rzucił się do wyjścia, w progu przystanął.
— Proszę pilnować tętna. Jeżeli zacznie słabnąć, telefon jest w książce, mieszkam: o trzy domy.
Marta przesunęła dłoń na przegub Róży, puls bił mocno, choć powoli — jak młot. Róża drzemała.
Weszli Władysiowie. On blady, z rozdętymi nozdrzami, z brwiami u krawędzi czoła, ona — stateczna.
Nikt o nic nie pytał. Władyś opadł na fotel w głębi pokoju, spuścił głowę na ręce; Paweł stał przy oknie odwrócony tyłem, Marta liczyła: „Raz, dwa, trzy, dziewięć, piętnaście..." Puls podążał: Marcie zdawało się, że to Róża tak idzie naprzód z ogromnym wysiłkiem. ..Dziewiętnaście, dwadzieścia..." Trudną godzinę matka przemierzała pulsami.
Jadwiga otworzyła lufcik, otuliła kołdrą zdyszane piersi... Ktoś zakaszlał. Drgnęli wszyscy, z osłupieniem patrzyli po sobie... Kaszlała Róża.
— Zamknąć lufcik! Widocznie zaziębiona! Marta puściła kiść chorej. Stłoczono się. Jadwiga odsunęła wylękłych.
— Niech Paweł przyniesie z kuchni wody i cytrynę. Władysiu, rozcieraj matce stopy. Marciu, proszę o amoniak.
Odstąpili — każdy musiał dobrze skupić się, żeby zrozumieć, o co idzie. Wreszcie Władyś zaczął, skulony w nogach łóżka, wykonywać forsowne ruchy, Marta podała flakon, sięgnęła znowu po tętno — nie znalazła dłoni na dawnym miejscu. Obie leżały teraz blisko siebie, zwinięte* jak liście. Róża
spod spuszczonych powiek patrzyła na nie podejrzliwie. Nagle odezwała się:
— Dlaczego sine paznokcie? Dlaczego?
I wtenczas Marta osunęła się na podłogę. Głosu Róży, który wymawiał te słowa, nie mogła inaczej znieść: gruby, ciężki, tłoczył ją do ziemi. Nie odrywała jednak wzroku od warg, zża których płynął. Róża nie od razu wydobyła go z siebie. Tak zazwyczaj lotny — zapadł teraz widocznie w jakieś grzęzawiska. Szukała ustami... zstępowała, zdumiona, coraz głębiej we własne czeluście. Na koniec dał się wydźwignąć... Kiedy zabrzmiało okropne „dla-cze-go?", twarz Róży wyraziła zwycięstwo. Nie strach i nie naganę, które winny być w tym pytaniu zawarte, tylko zwycięstwo nad opornym głosem.
— Ach, ach — jęknął Władyś. Jednocześnie oboje z Martą zakryli sobie oczy. Paweł powrócił ze szklanką lemoniady. Jadwiga
kazała mu ująć chorą z tyłu i podciągnąć nieco ku górze. Wielkie żyły wystąpiły mu na skronie, kiedy to wykonywał. Róża robiła się bezwładna. Spojrzała, kto targa nią tak bez litości, kto ją tak przymusza... Poznawszy Pawła, przestała triumfować zlękła się — teraz dopiero. I gruby, obcy głos zamilkł.
Wszyscy odetchnęli z ulgą. Marta nabrała lemoniady na łyżeczkę, zbliżyła do obrzmiałych ust.
Nie rozwarły się, me ustąpiły... Łyżeczka upadła, ktoś krzyknął: „Boże!" Znowu stłoczyli się. Jadwiga zaszeptała nagląco: „PulS;' puls!" gdzie jest puls?" Pochwycono kilkorgiem rąk dłonie Róży.., i rzucono je na kołdrę z powrotem. Nie tętniły już rytmem pochodu, zaledwie coś nieuchwytnego drżało pod skórą. Zakaszlała. Nie zważali na to, runęli gromadą do telefonu. W przedpokoju oprzytomnieli , cofnęli się, tylko Marta została przy aparacie. Doktor natychmiast odpowiedział.
— Jestem.
— Doktorze, puls słabnie...
— Czy kaszlała?
— Ach, kaszle" kaszle...
— Już idę.
Marta rzuciła, telefon; stając -na progu, stanęła twarzą w twarz z matką; Róża— wysoko osadzona — patrzyła przed siebie nad miarę otwartymi oczami. W tych oczach odbijał się widok nietutejszy. Źrenice usiłowały go ogarnąć w całej jego dzikiej wielkości, rozszerzały się, rosły ciągle Marta w smudze nieziemskiego widzenia szła ścierpnięta. Uklękła... Opasała ramionami duże, ciepłe ciało, przytuliła głowę do łona, które ją wydało światu. . — .. '
W piersi Róży szemrało źródło. Leciutki, szklisty szmer — to były właśnie fale, z niewidzialnego płynące w niewiadome, te fale, które Marta słyszała powróciwszy z kina — w -piersi Róży biło źródło tych fal.
— Matko, moja matko — zapłakała.
Źródło ucichło. Jednocześnie — z wysoka* — z ust zawartych, zdawało się, na zawsze, przyleciał szept.
— Napiszcie... wracam... uśmiechnięta.
Drzwi skrzypnęły, doktor odciągnął Marię, opuściła zdrętwiałe ramiona, tuż koło jej policzków przesunęły się czyjeś buty... Znowu trzeszczy podłoga, westchnienia trzepocą, wzbifają się chmurą...
— Tak. Skończone — mówił doktor.
Martę ktoś dźwignął z ziemi, poznała twarde palce Pawła — „patyki, patyki" — wsparła się o szafę, uniosła z trudem głowę — i zobaczyła Adama.
Na tle ciemnego przedpokoju stał jej ojciec w drzwiach, zgarbiony* coś trzymając oburącz. Postąpił krok naprzód zawołał:
— Elciu, Elciu kochana! Syknięto z dwóch stron.
Władysław — z rysami skurczonymi — zabiegł mu drogę, położył palec na ustach, drugą ręką wskazał łóżko.
Siedziała tam umarła Róża. Nie zdążono jeszcze zniżyć poduszek ani zamknąć oczu martwych — patrzyły ciągle w swój daleki cel, okrągłe ze zdumienia.
Adam rozejrzał się po obecnych.
— Co ona? Widzi nas?
Ze zgrozą zaprzeczono trzęsieniem głów i szlochami. Więc jeszcze otworzył usta, ale nie wymówił dalszego pytania, padł na kolana i sunął powoli, szepcąc „Elciu...", wyciągając ramiona. Jadwiga chciała go podnieść... Odtrącił.
— Puśćcie — jąkał. — Ja muszę zapytać, ja przyniosłem...
W trzęsących się rękach migała chustka, zawiązana w supeł, i gamasz włóczkowy...
— Puśćcie... Ja jeszcze zapytam.
Doktor z Pawłem dali mu wreszcie rady, uprowadzili na sofę.
Tymczasem powieki opadły same na zdumione źrenice.
Uczyniło się cicho. Jeszcze ciszej niż wtenczas, kiedy pośród strasznego milczenia serce Róży śpieszyło do kresu. Wszyscy zapadli w przeszłość: teraz dopiero słyszeli wyraźnie słowa, których Róża — złych i dobrych — wyrzekła tyle w ciągu minionego dnia. Słuchali — każdy osobnym uczuciem — tego, co każdemu było przeznaczone. Nie rozumieli chaotycznych słów. Ale ich dźwięk gorący zachwycał każdego. Nie odróżniali złych od dobrych, myśląc o zmarłej — myśleli: „Róża". I tym imieniem rozgrzeszali zło, chwalili dobro.
Okna poszarzały, gołąb stuknął w szybę. Wstali, zbliżyli się do łoża śmierci. Marta wzięła wielki czarny szal koronkowy — szczątek taganroskiej świetności, i zarzuciła nim ciało.
Piękna głowa zapadła głęboko w puchy, tonęła, uchylała się światu.
