Józef Ignacy KRASZEWSKI 
LALKI Sceny przedślubne 
Inter calicem et os multa cadunt
Przysłowie 
Dworek szlachecki w Uściu nad Bugiem, własność pana chorążego Zachariasza 
Zebrzydowskiego, śmiało się mógł liczyć do najpiękniejszych wzorów 
siedzib starych, przy prostocie dawnej pełnych wdzięku niewyszukanego, 
naturalnego, chociaż się tu żadne nowsze pojęcie warunków piękności i dobrego 
smaku ani przyozdabiania siedlisk wiejskich nie wcisnęło. Sam dom 
stał pewnie od półtora wieku nie tknięty, ale go pierwszy właściciel z takim 
staraniem o trwałość budował, z takim materiałów doborem i obrachunkiem, 
że na nim przeżytych lat wcale znać nie było, oprócz że miał wybitniejszy 
charakter stary, którego żadne naśladowanie nie nadaje. 
Wzniesiony na podmurowaniu, ze swym dachem ogromnym, gankiem poważnym 
i rzeźbami drewnianymi u słupów, lepiej się wydawał od niejednego 
pałacu. 
Za tło służył mu sad i drzewa rozrosłe, a jak kokosz pod skrzydły tulić się 
zdawały porządnie rozłożone dokoła budowle gospodarskie. Wioseczka należąca 
do Uścia była niewielka, ale i na niej też gospodarza dobrego i troskliwego 
o byt włościan poznać było łatwo. 
Śmiało się tu jakoś wszystko uśmiechem powagi, uroczystości jakiejś pełnym, 
rzekłbyś, pobożnym i uświęconym. Nie inaczej by pewnie wyglądał 
dwór szlachcica w Panu Podstolim2 Krasickiego. I patrząc na Uście z dala, 
każdy doznawał tego wrażenia, jakie wywiera widok miły spokojnego, cichego 
szczęścia. 
Domyślać się go miał każdy prawo — a jednak w chwili gdy na próg domu 
tego wchodzimy, daleko było w nim od tego, co się na ziemi szczęściem zowie. 
W pierwszym pokoju, ze staroświecka i bardzo po prostu przybranym, 
mężczyzna już niemłody, średniego wzrostu, siwy, w długiej szaraczkowej 
kapocie3, siedział u okna z rękami złożonymi i niby oryginał staruszka Wańkowicza4, 
tego pięknego obrazu ukradzionego z przeszłości. Ale na czole jego 
nie było tego spokoju i rezygnacji, jakie opromieniają twarz malowanego 
starca. Wojna powlokła je zmarszczkami, w ustach czuć było niemy ból. 
Wieczór późnej jesieni z wolna zmrokiem okrywał okolicę — przez okna 
wpadały jeszcze reszty pomarańczowego światła z zachodu. Ogród otaczający 
dwór cały stał w złocistych i purpurowych barwach jesieni, a część jego już z 
liści była ogołocona. Przez na wpół otwarte okno przewiewało ciepłe jeszcze 
pięknego wieczora po dniu wyjątkowo gorącym powietrze. Starzec patrzał zadumany 
na niebo i drzewa, jakby nie chciał widzieć i nierad był słyszeć kobiety 
stojącej opodal przy kaflowym piecu, z założonymi rękami, widocznie 
toczącej z nim o coś walkę. 
Postać kobieca równie była niepospolitą jak ów starzec, któremu towarzyszyła. 
Znacznie młodsza od niego, równie słusznego wzrostu i silnej, pięknych 
jeszcze kształtów budowy kobieta nosiła na twarzy ślady niepospolitej, 
zachowanej starannie piękności. Ubiór jej nie był wykwintny, ale niezmiernie 
czysty i smakowny. Ciemnych włosów, czarnych oczu wypukłych, biała i rumiana, 
z małymi ściągniętymi ustami, pani chorążyna była jedną z tych 
piękności bez wyrazu, które zdziwić mogą, ale nie pociągają ku sobie. Na 
chłodnej tej, marmurowej fizjognomii nie malowało się nic prócz żelaznej woli, 
nienawykłej do uginania się w najcięższej walce. Oczy błyszczały czasem 
przerażająco despotycznie. 
Staruszek, nawykły znać nie od dziś do wojowania z żoną, siedział, jakby 
na teraz odmawiając jej walki, co widocznie panią gniewało. Milczał posępniej 
albo nie odpowiadając jej, lub słowem szczerym starał się zamknąć nieprzyjemną 
rozmowę. 
— Powiadam ci — szybko i głośno wołała pani chorążyna — że nic mnie więcej 
oburzać nie może nad twoje postępowanie. Zgodziłeś się na wszystko, 
powinieneś być szczęśliwym losem dziecięcia, a przecież się trapisz, jakby go 
największa spotkała niedola. A to tylko rano i wieczór Panu Bogu dziękować. 
— Jam nawykł, moja jejmość, moja Anno — rzekł po cichu chorąży ciągle 
patrząc w ogród — za wszystko, co mnie spotka, dziękować Bogu, dziękuję i 
za to, co się stało, ale nie każ mi być szczęśliwym z tego, co jeszcze różnie 
wypaść może... 
— Jak to „różnie"? jak to! — podchwyciła stojąca pod piecem kobieta zżymając 
ramionami. — A więc wolałbyś, aby twój kochany, jedyny syn, skończywszy 
jakieś tam szkoły z ekonomskimi synami razem, wrócił do Uścia 
hreczkę siać całe życie i, jak my, zakopany w kącie siedzieć? 
— Moja kochana Anno — odparł spokojnie chorąży — wierzaj mi, wierzaj, że 
niekoniecznie tam szczęście mieszka, gdzie go ludzie szukają. A byłożby to 
tak bardzo złym dla naszego dziecięcia, gdybyśmy je przy sobie mieli, gdybyśmy 
z nim razem żyć mogli, gdyby się nauczyło pracować na małym, na małym 
przestawać i w ciszy Boga chwalić? 
— Nie masz najmniejszej ambicji! — zawołała kobieta. 
— Nigdy jej nie miałem — rzekł stary. 
— Wolno jegomości dla siebie jej nie mieć, ale dla dziecka — odpowiedziała 
kobieta — dla dziedzica tak wielkiego imienia... 
Staruszek się dziwnie uśmiechnął. 
— Moja kochana Anno — rzekł — wiele to ja razy powtarzałem ci, że ja w to 
nasze wielkie imię nie wierzę. Szlachta jesteśmy jak i drudzy, i po wszystkim. 
— Co? Zebrzydowscy!!! — przerwała, ręce łamiąc, kobieta. 
— Ale, dalipan, wielce wątpię — śmiejąc się dodał stary — wielce wątpię, a 
raczej pewny jestem, że my od owych wichrzycieli5 sławnych wcale nie po5 
w ih r z yi e l e — Mikołaj Zebrzydowski (1553 -1620), wojewoda krakowski, 
w okresie bezkrólewia poparł 
Zygmunta III Wazę, następnie prze
chodzimy, to imaginacja pana brata Filipa, któremu się galicyjskiego hrabstwa6 
chciało i który papiery te nie wiem skąd powydobywał... 
— A jużciż ich nie pofałszował! — krzyknęła oburzona chorążyna. 
Stary uśmiechał się ciągle. 
— Moja jejmość — odezwał się — gdy mu się tej prozapii7 tak bardzo zachciało, 
a skinął tylko na gryzipiórków, nie potrzebował ich fałszować, wywiedliby 
go od króla Dawida8, gdyby był tego sobie życzył. Ale dosyć już tego, 
dalipan, dosyć... 
— Ano, nie i nie — oparła się jejmość — raz trzeba się o tym rozmówić jak 
należy, żeby to już nie powracało. Ja jestem z domu Babska i tylko prosta 
szlachcianka, a więcej mam ambicji od jegomości, coś się Zebrzydowskim 
urodził. Widziałeś jegomość sam papiery, a hrabstwa nie chciałeś i z kąta 
wyleźć swego nie potrafiłeś. 
— Daj mi asińdźka pokój — rzekł stanowczo stary, acz zawsze łagodnie — 
odmienić mnie nie potrafisz, przekonań nie zmienię. Kontentuj się tym, iż na 
twe prośby niemal się syna wyrzekłem, żem go oddał, aby z niego robił pan 
Filip, co mu się zamarzy... że z niego lalkę i panicza wystroi i że ja na starość 
pociechy z dziecka mieć nie będę... At, dosyć! 
— Ale, mój Zachariaszu — trochęłagodniejąc poczęła nie ustępująca kobieta 
— ja ciebie nie rozumiem. Dziecku się krzywda nie stała, syn nasz ma przed 
sobą otwarte wszystko... dziedziczy po stryju miliony. 
— Już nie mówmy, jak zrobione, choć to brat rodzony — rzekł stary — ale nie 
doszedłby do nich przecie, gdyby on jak ja na grzędzie gospodarzył. 
— Miał więcej sprytu i odwagi niż ty, mój Zachariaszu — odezwała się jejmość 
— ot i po wszystkim. Nikt mu przecie nic zadać nie może. Ludzie zapobiegliwością 
majątki robią, jegomość, nie wymawiając, mawiałeś: Maciek 
zrobił, Maciek zjadł, toteż jakeśmy w Uściu siedli, tak siedzimy. 
— Nie możesz się asińdźka skarżyć, aby ci na czym zbywało — odparł stary — 
posag nie uszczerbiony, ojcowizna twoja cała, coś się i uciułanego znajdzie. 
Krótkie milczenie żony dowiodło, że się 
przed dalszymi wymówkami roztropnie 
cofnęła. Zmieniła rozmowę, ale jej przerwać nie chciała mimo znaczącego 
westchnienia pana chorążego. 
— Mnie o to nie idzie — odezwała się 
— co ja mam lub my mamy chciałabym 
widzieć cię szczęśliwym, tak jak sama się czuję, i to mnie gnębi iż w jegomości 
tego przekonania wlać nie mogę. 
Stary odwrócił się nareszcie od okna, spojrzał na żonę, ręce na kolanach 
położył i wolnym głosem poważnie mówić zaczął: 
— Nigdym o sercu twym nie wątpił, moja Anno, inaczej przecież rzeczy widzę 
i czuję niż ty. Kobieta, dałaś się uwieść błyskotkom, ja, mężczyzna, stokroć winniejszy jestem, iż uległem napaści brata i twojej. Rekapitulujmy, 
moja jejmość, jak to było, i niech mnie, kto chce, sądzi, czy słuszności nie 
mam. Przypomnij sobie przeszłość. Po ojcu zostało nam dwa folwarki niewielkie, 
jam na moim pozostał, po staremu gospodarząc, pan brat, swój 
sprzedawszy, poszedł szczęścia szukać za kordonem9. Długośmy o nim ani 
wieści, ani słychu nie mieli. W ciężkich czasach nie zgłaszał się 
do nas, nic 
nie pomyślał 
o bracie. Ledwie przez obcych i wypadkiem dowiadywałem się o 
niesłychanych powodzeniach pana Filipa, co mnie wcale ku niemu nie ciągnęło. 
Urósł tak z dzierżawcy na dziedzica, a z jednej wsi dorobił się klucza10 
i dóbr, i majętności znacznych. Naraz słyszymy o hrabi Zebrzydowskim. 
Śmiać mi się chciało. Żenił się, wdowiał, robił majątek, a o nas nie pytał. 
Było tak przed ożenieniem z jejmością, było i potem, gdy nam Bóg syna dał. 
Aż 
jednego poranka przed nasz szlachecki dworek w Uściu zachodzi landara11, 
a z niej wysiada łysy i stary ten, któregom znał młodym i rumianym, 
sfrancuziały półpanek. 
— Całą gębą pan — wtrąciła jejmość. 
— Niech i tak będzie — mówił dalej stary. — Pan, bo się tu wkradł, kryjąc 
niemal z braterstwem, kryjąc z sobą, wstydząc szlachetki, którego się rodzonym 
musiał nazywać... I po cóż przybył, po co? aby, nie mając dziecka, syna 
przybrać naszego. Można by w istocie Panu Bogu za to dziękować, gdyby nie 
warunki. 
— Cóż za straszne warunki? ja, matka, co przecież kochać muszę dziecko 
moje, nie skarżę się na nie. 
— Bo ci głowę państwo i hrabstwo to, z pozwoleniem głupie, zawróciło — 
mówił chorąży — lecz warunki to były i są niemal bezbożne, nieludzkie prawie. 
Wydarł mi dziecko, kazał mu się niemal zaprzeć ojca. Pamiętasz asińdźka, 
iż 
żądał od nas słowa, że się u niego nigdy w Pruhowie nie pokażemy. Boże 
odpuść, podobno tam w Galicji puścił bąka, że ojciec hrabiego Romana 
nie żyje, wielkie dobra strwoniwszy. 
Dziwnie śmiać się począł stary. 
— No i cóż? zmarnowałże ci syna? — poczęła gorączkowo chorążyna — albo 
mu zabronił się tu pokazywać? Alboś nie widział i nie ocenił, co z niego za 
śliczne, miłe, delikatne paniątko zrobił? 
— A śliczne! śliczne! — przerwał chorąży — lalka, istotnie lalka... Na woskowanej 
posadzce ją postawić i uperfumowaną admirować, ale czy to mąż, czy 
to mężczyzna, czy to człek zbrojny na losu wypadki? — Ręką machnął w powietrzu. 
— Boże odpuść! lalka! lalka! 
— Tego nie możesz powiedzieć, aby mu serce popsuli i wysuszyli — żywo poczęła 
matka — ile razy był u nas, widziałeś, z jakim poszanowaniem, z jaką 
miłością przybywał. 
Westchnął pan chorąży i wstał... łzę kręcącą się w oku otarł i nie odpowiedział 
nic. 
— Moja Anno — odezwał sięłagodniej — chcesz szczęścia i spokoju mojego, 
proszę cię, błagam, nie poruszaj nigdy tej kwestii. Męczysz mnie i siebie 
nadaremnie. Co się stało, odstać się nie może, oddałem dziecię dla jego 
szczęścia niby... nie mam syna... nie zakrwawiaj mi serca, tobie starczy jego 
los świetny, mnie on napełnia strachem i zgryzotą. Dość tego. 
Domawiając tych wyrazów i już nie czekając na odpowiedźżadną, chorąży 
ruszył się ku drzwiom i chcąc dalsze przeciągnięcie rozmowy uczynić niemożliwym, 
wyszedł na ganek. 
Jejmość popatrzyła za nim długo, chwyciła kluczyki i jakby chcąc odzyskać 
czas stracony, wybiegła także w drzwi drugie. 
Stary stanął w ganku... oczy z początku bezmyślnie toczyły się dokoła, lecz 
wkrótce, jakby sobie gwałt zadając, zobaczywszy starego gumiennego12, 
przywołał go ku sobie gospodarz i wypytywać począł o dzień upłyniony. 
Stadnina powracała z paszy mimo wrót dworu, siewacze, którzy ostatki 
oziminy dokończyli, szli pozdrawiając starego, pługi i radła13 ciągnęły z pola 
do wsi. 
Było więc o czym mówić i radzić na dzień następny — najmniejszy szczegół 
nie uszedł baczności chorążego, który długo na podwórzu z gumiennym się 
zatrzymał. Szary mrok zastąpił wieczór malowany jaskrawo. Na niebiosach 
płowe światło poprzerzynane ołowianymi obłokami co chwila przygasało, z 
przeciwnej strony mżyły już na firmamencie gwiazdeczki. Zajęty rozmową i 
rozporządzeniami roboty na dzień następny, chorąży czymś jednak niepokojony 
był widocznie. Odwracał się za każdym odgłosem z dala usłyszanym, 
poglądał na drogę wiodącą ku lasowi, niepokój ten rósł z każdą chwilą. 
Na dworze też jakieś niezwykłe widać było przygotowania i krzątanie się 
służby niecodzienne. Chorążyna kilka razy wybiegała na ganek, przywołując 
niecierpliwie kobiety z bliskiej oficyny, nagląc o pośpiech i coraz nowych 
gnając posłańców ze dworu, którzy powracali, przynosząc rozmaite z kuchni 
przybory do wieczerzy. 
Mrok padał już coraz gęstszy i przez szyby dworku widać było rzęsisto 
oświetlony pokój bawialny, gdy chorążyna, którą zbyt długie zatrzymanie się 
męża z gumiennym zdwajało jej niecierpliwość, wyszła przywołując go ku sobie. 
— Co jegomość myślisz? — spytała — wszakże wyraźnie dał znać, że dzisiaj 
będzie. Może jaki w drodze wypadek. Na Uściług14 jechać musi, tam poczty15 
ani koni nigdy w porę dostać nie można, może, drogi są szkaradne, posłać by 
konnego, aby przeprowadził? 
— Po co? — zapytał chorąży — swoimi końmi nie jedzie, pocztowe weźmie, a 
pocztylionowie tak dobrze znają okolicę jak nasi ludzie. 
— Ale się na dziś zapowiedział — dodała matka — cóż to może być? 
— Nie wiem i sam niespokojny jestem — rzekł stary nie kryjąc wzruszenia — 
a cóż pomoże posłaniec? Mogło go co powstrzymać. 
Chorążyna ramionami ruszyła. 
— Otóż widzisz, jak by się był przydał kaganiec16, gdyby był w domu — odparła 
— ale ty zawsześ się sprzeciwiał zaprowadzeniu go, pod pozorem, że to 
pańska rzecz. 
— Gdzież ci to asińdźka widziała szlachcica na jednej małej wiosczynie paradującego 
z jezdnymi i kagańcami? 
Nie domówił jeszcze, gdy na gościńcu od lasu, w wielkim oddaleniu, usłyszano 
dzwonki pocztowe. Oboje chorąstwo zamilkli. Stary pobladł i wszedł 
powoli w ganek. 
— Choć kapotę byś nową włożył — odezwała siężona. 
— Po co? do syna? — odparł dziwnym głosem stary — a niech się nauczy widzieć 
mnie, jakim jestem w życiu powszednim. 
— Ale ludzie, co z nim przyjadą... 
— Asińdźka przecie wiesz, że ludzi nigdy hrabia Filip nie daje, aby z sekretu 
nie wydali, że ma takiego niepozornego ojca. 
Uśmiech pełen goryczy towarzyszył tym wyrazom. 
Dzwonki coraz się głośniej odzywały na gościńcu, nie było już wątpliwości, 
że ktoś się zbliżał ku dworowi, a dla obojga chorążych nie mógł to już być kto 
inny, tylko syn oczekiwany. Coraz niecierpliwsza pani, nim się ukazał powóz, 
postała chłopca, ażeby wrota otworzył. 
W mroku niewiele dostrzec było można. Coś ciemnego zbliżało się groblą 
ku dworowi i dzwonek poświadczał, że to był powóz pocztowymi końmi zaprzężony, 
gościniec nie prowadził nigdzie dalej — nie ulegało też wątpliwości, 
iż ktoś się zbliżał 
do dworu. Chłopcy szeroko już zawczasu otworzyli wrota, 
klaskanie z bata dało się słyszeć i kocz17, czterema pocztowymi chabetami 
ziejącymi parą, która z nich buchała, zaprzężony — w galop zatoczył się przed 
ganek, zajmując znaczną część szczupłego podwórza. 
Wszystko, co żyło we dworze, w oficynie, na folwarku, albo wybiegło na 
dziedziniec, lub przez okna się przypatrywało. Na płotach widać było poprzewieszanych 
chłopców i czeladź stajenną. 
W chwili gdy kocz zajeżdżał, służąca wybiegła ze dworu ze światłem, osłaniając 
je ręką od wieczornego wiatru. Z powozu, nie czekając na otwarcie go, 
wyskakiwał już młody, dwudziestoletni chłopiec, bardzo wytwornie ubrany, 
w lakierowanych bucikach, obcisłych rękawiczkach, tużurku18 czarnym, który 
spod zrzuconego na pół płaszcza wyglądał, w kapelusiku okrągłym, z nieposzlakowanymi 
kołnierzykami białymi obciskającymi mu szyję. 
Widząc go w uścisku milczących rodziców, którzy obok eleganta wyglądali 
oboje tak skromnie i niewytwornie, trudno się było domyślić w nim syna, 
chociaż piękną twarzyczką rysy matki przypominał. Jak przepowiedział chorąży, 
młody hrabia Roman nie miał z sobą nikogo ze służby. Staremu więc 
siwemu półsłudze, półgumiennemu zlecono wypakowanie powozu, a matka, 
nie puszczając syna, w którym oczy rozognione utopiła, prowadziła go do pokoju, 
za idącym wprzód chorążym. 
Tu przez czas niebytności jego zmieniło się wielce, bo stół był z wyraźnym 
wyszukaniem nakryty i światło na kominku, przy herbacie, na drugim stoliku 
u okna nad potrzebę zostało wyszafowane. Co tylko dom miał najparadniejszego, 
występowało, aby przed dzieckiem nawykłym do zbytków i wytworności 
pokryć 
ubóstwo istotne chorąstwa. Zmarszczył się nieco, widząc 
to, pan Zachariasz, ale widok syna go zajmował tak bardzo, że o wszystkim 
na chwilę zapomniał. Hrabia Roman wyglądał rzeczywiście na prawdziwe 
hrabiątko: z wypieszczoną twarzyczką, ruchami pełnymi wyszukanego jakiegoś 
wdzięku, obejściem się ceremonialnym i zapożyczonym. Znać było po 
nim, że się tu czuł nie w swoim żywiole. Matka, zobaczywszy go przy świetle, 
zaczęła ściskać na nowo, ojciec stał z wlepionymi w niego oczyma, milczący. 
Na kilka zapytań pierwszych tyczących podróży nieśmiało odpowiedział Roman 
i zdawał potrzebować odejść z wzruszenia. Matka chciała go zaraz posadzić 
przy herbacie, spojrzał trwożnie na ojca. 
— Siadaj, acan! — rzekł chorąży. 
Nie kleiła się rozmowa jakoś. Z przerywanego francuszczyzną, łatanego 
nieco opowiadania dowiedzieli się chorąstwo, że w istocie uściługski pocztmajster 
w zmowie z miejscowymi furmanami nie dał koni póty, póki sowitego 
nie ściągnął haraczu19 za pocztę w bok od gościńca. 
Chorąży z niedostrzeżonym prawie ironicznym półuśmiechem słuchał syna 
plątającego się ciągle dla braku wyrazów zastępowanych francuszczyzną z 
nałogu, chociaż wiedział dobrze, iż tego języka oboje rodzice nie rozumieli. 
Chorążyna to na syna z admiracją20 spoglądała, to z oburzeniem na męża. W 
istocie chłopak był godzien pewnie tej miłości, jaką 
mu matka okazywała, 
twarzy wdzięcznej i dobrocią trwożliwą nacechowanej, łagodnego wyrazu, 
niezmiernie troskliwy, aby się 
niczym nie narazić rodzicom dla niego obcym 
prawie. Na ojca spoglądał z obawą i niepokojem. Chorąży milczał ciągle, lecz 
wkrótce surowy wyraz oblicza zastąpiło politowanie jakieś i rozczulenie. Pomyślał 
może, iż to dziecię tak zniewieściałe nie było winne temu, iż je tak wychowano 
i taką go napiętnowano cechą. 
Chłopak rumienił się ciągle, długo trzymał kapelusz w ręku i nie śmiał 
zdjąć rękawiczek, które wreszcie na skinienie matki pościągał i wyszukawszy 
miejsca, złożył z kapeluszem na boku. Chorążyna miała naówczas przyjemność 
ujrzeć ręce syna białe, utrzymane z kobiecym staraniem i przyozdobione 
kilku pierścieniami, wśród których jeden z olbrzymim turkusem szczególnie 
oko pociągał. Ojciec rzucił tylko wejrzenie na te ręce niemęskie i żywo je 
zaraz odwrócił. 
Cały strój młodego hrabiego niezbyt był do odwiedzin domu rodzicielskiego 
stosowny, ale taki, jakiego prawidła wymagały od przybywającego wieczorem 
z podróży salonowego młodzieńca. Tużurek czarny leżał na nim, rysując 
piękną ciała budowę prześlicznie, buciki mogłyby były służyć elegantce do 
przechadzki, bielizna śnieżnej białości, ze złotymi guzami od najpierwszego 
wiedeńskiego jubilera, skrojona była wedle miary i czyniła zaszczyt paryskiemu 
krawcowi, który jej dostarczył. 
Obok niego chorąży w starej, wyszarzanej szaraczkowej kapocie i kozłowych 
butach odbijał dziwną jakąś powagą i męską siłą, gdy w tej postaci 
znać tylko było pieszczone o zewnętrzną formę starania. 
Ile razy oczy starego przebiegły, a raczej ośliznęły się szybko po synu, 
spuszczał je jakby zawstydzony i zbolały. Matka natomiast spoglądała na to 
dziecię tak śliczne z pociechą, tryumfem coraz rosnącym i unikać się zdawała 
spojrzenia na męża, ażeby widok ten nie zatarł jej doznawanej rozkoszy. 
— Stryj kazał oświadczyć swe uszanowanie — rzekł hrabia Roman po niejakim 
czasie — byłby zapewne sam ze mną przyjechał, bo bardzo pragnął widzieć 
ojca i mamę, ale zostawiłem go chorym. Leżał nawet przez dni kilka... 
byłbym przy nim został, gdyby nie wyraźny rozkaz udania się do Uścia. 
— Cóż mu to tam jest? — spytał chorąży. 
— Nie wiem prawdziwie — odparł przybyły — ale puchlina, którą miewał w 
nogach, zdawała się nieco postępować do góry. 
— To bardzo zły znak — rzekł stary — a doktorowie... 
— Nadworny nasz dosyć był strwożony — odezwał się Roman — przywołano 
nawet doktora Szwarca ze Lwowa... 
— Powinieneś był się zatrzymać — wtrąciła matka cicho. 
— Stryj mi kazał jechać — odparł zapytany — i polecił ojcu oddać list, do którego 
zdawał się przywiązywać wagę, bo mi kazał przywieźć nań odpowiedź 
jak najrychlej. 
To mówiąc hrabia Roman dobył bardzo pięknego pugilaresu z bocznej kieszeni, 
otworzył go i wyjąwszy zeń list wstał, by ojcu doręczyć. 
Chorąży siedział właśnie przy stoliku, na którym były dwie świece; w milczeniu 
więc otworzył zaraz kopertę i na list rzucił okiem. Nie śmiejąc przystąpić, 
żona starała się 
po twarzy męża odgadnąć, co mógłby list zawierać. 
Rysy jednak czytającego nie dozwoliły nic się domyślać, po chwili, przebiegłszy 
pismo, złożył je nie mówiąc słowa i schował do kieszeni. 
Pani chorążyna zawahała się z zapytaniem, przemogła ciekawość. 
— Cóż pisze? — wyrwało się jej w końcu. 
— Pomówimy o tym później — i zerwał się chorąży. 
— Ale to prawdziwe nieszczęście ta choroba hrabiego — wtrąciła żywo matka, 
nie chcąc okazać po sobie, ile ją lakoniczna odpowiedź męża obeszła — 
pewnie ci kazał powracać prędko... bywasz u nas tak rzadko, nawet się tobą 
nacieszyć nie można... 
— Ani go poznać, co gorzej! — dorzucił chorąży. 
— Powrót mój — jąkając się wtrącił syn — ma zależeć od rozkazu ojca... 
Spojrzenie badawcze matki nic nie potrafiło dobyć z zachmurzonego chorążego, 
który westchnąwszy, podparł się na ręku i zadumał głęboko. Skorzystała 
tylko z tego matka, po cichu poufalszą z synem rozpoczynając rozmowę. 
— Przygotowałam ci najlepszy pokój, mój Romanku — szepnęła matka całując 
go w głowę i przyciskając ją do serca. — Kazałam ogień napalić na kominie. 
Ty nawykłeś do tylu wygódek, o których my wyobrażenia nie mamy, 
sama nie wiem, jak by ci dogodzić. 
— A! tu mi zawsze dobrze będzie! — cicho, całując w ręce matkę, odezwał się 
syn. 
— A tam? wszak i tam jest... musi ci być dobrze, kochany Romanie. 
— Ale mnie dotąd wszędzie było i jest dobrze, kochana mamo — rzekł chłopak 
rumieniąc się. 
Rozmowa przeszła w szept cichy, a chorąży, jakby przebudzony, nagle 
wstał i pod jakimś pozorem z wolna się wysunął z pokoju. 
Naówczas namiętnie schwyciwszy dziecię w objęcia, chorążyna zawołała: 
— O! musisz mi wszystko, wszystko opowiedzieć o sobie! 
Pomimo dziwnej nieśmiałości, której hrabia Roman nie miał wcale w salonach, 
a nabawiał go ją mimowolnie dom rodzicielski, ilekroć w nim gościł — 
byłby się szczerze z matką rozmówił, bo do niej daleko byłśmielszym, ale ojciec 
wkrótce powrócił, a jego surowa postać zamknęła usta obojgu. Na twarzy 
starego znać było, że mu jakaś nowa troska przybyła, a pewnie ów list 
stryjowski przeczytać musiał. Poszedł na swe dawne miejsce przy stoliku i 
siadł, wedle zwyczaju ręce złożywszy. 
Rozpytywano o zdrowie hrabiego Filipa, o ostatnie podróże Romana odbyte 
po Europie, bo dla dokończenia wychowania wysyłał go przybrany ojciec do 
Włoch, Francji i Anglii, a Niemcy znał już dawniej. Młodzieniec pod wrażeniem 
świeżym tego, co widział, unosił się nad pięknościami natury, dziełami 
sztuki i wysoką cywilizacją 
zachodnich krajów. Matka słuchała go z zachwytem, 
ojciec z ciekawością ponurą i smutną. Parę razy nawet przerwał mu owe 
zachwyty, zwracając uwagę, że własny kraj miał też wiele rzeczy widzenia i 
poznania godnych. Tych hrabia Roman nie miał zręczności zwiedzenia, bo to 
zapewne w program wychowania jego nie wchodziło. 
Po herbacie i razem prawie podanej wieczerzy, bo tej czas był nadszedł, a 
chorąży swych obyczajów dla nikogo zmieniać nie lubił, hrabia Roman udał 
się, oddawszy dobranoc, na spoczynek. Odprowadziła go matka do wcześnie 
przygotowanego pokoju wychodzącego na ogródek, który na krótki pobyt 
swego dziecka, po kryjomu przed mężem, starała się przybrać wedle własnych 
pojęć o wygodach i nawyknieniach tego świata, w którym żyło jej dziecię. 
Pokój to był w zwykłe czasy przeznaczony dla krewnych i gości. Paliło się 
w nim najsuchszymi olszowymi drzewkami na kominku przybranym bukietem 
jesiennych kwiatów, jakie mógł dostarczyć ogródek. Całe łóżko i podłoga 
przed nim usłana była ogromnym dywanem macierzyńskim jeszcze wyprawnym, 
ale od dawna w kufrze spoczywającym. Świeżo zachowane jego barwy i 
jaskrawe róż bukiety dziwnie się wydawały na nie pokostowanej, z prostych 
tarcic21 podłodze. Ale tej niepodobna było zmienić i matka tylko ją wstydliwie 
poprzykrywać usiłowała małymi kilimkami dodatkowymi, tak że ledwie się jej 
kawałeczki pozostawały. Z własnej sypialni okradła matka też stary zegar, 
bez którego komin obejść się nie mógł. Wykadzono lawendową wódką i sionkę, 
i pokój, a co tylko wymyśleć było można dla wygody panicza, zniesiono 
na jego stolik i komodę. 
Świeże firanki białe nadawały niepozornej izdebce, której belki do rozpaczy 
chorążynę doprowadzały, fizjognomią wesołą i miłą. Nie było tu jednak tego 
wytworu22 i elegancji, jakich życzyła matka, bo tych dom cały nie miał nigdy. 
Wytworne tłomoki i torebki podróżnego z czerwonej skóry z brązowymi 
okuciami stały dotąd nie rozpakowane, bo służącego nie było. Spostrzegłszy 
to, matka zaczęła się naprzód domagać, aby pomóc mogła do rozłożenia synowskiej 
toalety. Hrabia Roman nie zaprzeczył, że wypakowanie jej było niezbędną 
potrzebą, lecz chciał się tym sam zająć. 
— Ja jestem nawykły w istocie do wielkiego porządku — rzekł — bo i stryjaszek 
to lubi, żeby zawsze było przyzwoicie wszystko i w swym miejscu... ale 
ja to natychmiast podobywam i rozłożę. 
Do rozłożenia wszakże okazał się brak stołu nakrytego, który by przybory 
eleganta mógł pomieścić. 
Na komodzie bowiem i na małym stoliczku tyle nagromadzono różnych 
rzeczy, iż toaleta już by się na nich jak należało rozłożyć nie mogła. Chłopak 
zawołany wniósł 
żądany stół; serwety jednak nie dozwolił zasłać hrabia Roman, 
upewniając, że ją ma z sobą i wozi zawsze na wszelki wypadek. 
Z pedantyczną dokładnością otworzył zamczystą torbę, która rozwarłszy 
się, ukazała zdziwionym oczom matki we wnętrzu swym niezliczone mnóstwo 
tajemniczych narzędzi, flaszek, szczotek, woreczków, pudełeczek i skrzyneczek. 
— I do czegóż się to wszystko przydać może? — zawołała pani chorążyna. 
Roman uśmiechnął się z pewną dumą. 
— Ale tu nie ma jednej śpilki, która by nie była koniecznie, nieodbicie potrzebną, 
widzi kochana mama — rzekł, dobywając lusterko, flakony, puszki i 
cały szereg najdziwaczniejszych narzędzi. — Bez tego ja bym doprawdy nie 
wiedział, jak się przyzwoicie umyć rano i ubrać... 
Dwanaście flaszek perfum różnych, wód do zębów, do twarzy, kilka gąbek 
różnego kalibru, ręczniki twarde i mięsiste, cienkie i delikatne, na ostatek 
pudełko różnych guzików i kolekcja szpilek zaświeciły symetrycznie ułożone 
na stole. Za tymi poszło wydobywanie ubrań wieczornych i rannych, czapeczek, 
fezów23, szlafroków, pantofli ciepłych i zimowych... tak że chorążyna, 
której to bogactwo zrazu pochlebiało, w końcu sama też uśmiechać się z niego 
zaczęła zamyślona. 
— Przyznam ci się — odezwała się cicho — że jesteście niewolnikami wielu, 
zdaje mi się, niezupełnie potrzebnych nawyknień. Mój Boże! myśmy życie 
całe przebyli, nie domyślając się wcale ich niezbędnej konieczności, ale... 
— Ale, proszę mamy — całując ją w rękę dodał hrabia Roman — u nas byłby 
wyśmianym, kto by do powszechnego zwyczaju się nie stosował, a popełnić 
jakąś nieforemność, okazać się nieświadomym pewnych obyczajów, to zabija. 
— To być może — spuszczając głowę i siadając u kominka, zamknęła matka 
— ja też dziwię się tylko, a nie krytykuję 
nic... Mówmy raczej o tobie. Jakże 
stryj? zadowolniony z ciebie? 
— Tak mi się zdaje — odparł Roman — okazuje ciągle największą czułość dla 
mnie i nieraz mi powtarzał, iż ziściłem jego nadzieję i godnym się okazuję 
potomkiem wielkiego Zebrzydowskich domu. Staram się do jego wskazówek i 
rad stosować. Moje stosunki nawet, znajomości, przyjaźnie poddałem jego 
rozkazom. 
— Boś ty także dobre, poczciwe dziecię! — przerwała matka, aby mieć powód 
pocałować go w głowę. 
Chłopak zarumienił się z radości i dumy. 
— Ale wie mama — dodał po cichu, rumieniąc się bardziej jeszcze i spuszczając 
oczy na śliczne swe białe, długie, szlifowane pazurki — wie mama, po 
co mnie tu podobno wysłano i co, jeśli się nie mylę, list stryjaszka zawiera? 
Chorążyna ciekawe otworzyła oczy, a Roman, zbliżając się, szepnął: 
— Zdaje mi się, że stryj mnie chce ożenić! 
Matka drgnęła i mimowolnie klasnęła w dłonie. 
— Czy to może być? 
— Już mi coś nawet wspomniał o tym. Czuje się 
gorzej i rad by to małżeństwo 
co rychlej przyprowadzić do skutku. Pewnie o tym pisał do ojca. 
— Ale z kimże! z kim? Znasz ją? — podchwyciła chorążyna. 
— Ja? widziałem ją raz tylko z daleka w salonie — rzekł chłopak. 
— Któż to jest? 
— Niech no mama posłucha... to pomysł stryjaszka, a może dawno osnuty 
projekt, o którym tylko wprzódy wspominać nie chciał... 
Chorążyna starym zwyczajem po cichu na intencję tę, żeby złej nie usłyszeć 
nowiny, prędko zmówiła „Zdrowaśkę”. Roman poprawił włosy, potem 
turkusowy pierścień na palcu, potem krawatkę i śpilkę i tak mówić zaczął: 
— W czasie kiedy jeszcze stryj miał 
interesa, jak powiada, i nim z nich 
przyszedł do tej wielkiej fortuny... 
— Którą tobie zapisuje — wtrąciła matka. 
— Poznał się we Lwowie z bardzo znacznym urzędnikiem austriackim, baronem 
von Wilmshofen. Mówią, że to stara bardzo familia i w wielkim znaczeniu 
i łaskach u dworu. Ten baron ożenił się we Lwowie z Polką i jakoś mu 
się tak szczęśliwie wiodło, że do dóbr w Galicji przyszedł. Później więc ze 
stryjem sąsiadowali i kochali się jak bracia. Umarła Wilmshofenowi żona, a 
potem i on sam jakoś prędko życie skończył, zostawiając córkę jedynaczkę, 
dziedziczkę sąsiadującego z naszym majątku. A że z familią swążył baron 
niedobrze, bo go podobno znać nie chciała, gdy ubogi wszedł w służbę, nie 
naznaczył opiekunem nikogo, tylko stryja. Stryj się z tym nie wydawał, że 
pannę wychowywał, oddawał na pensją i całym majątkiem zarządzał. Panna 
dorosła, ma przy sobie tylko teraz jedną starą ciotkę, niejaką panią Nieczujską. 
Stryj widocznie chce mnie z nią swatać. 
— I nie poznał was z sobą? — przerwała matka — i to jakaś Niemka! 
— Tylko nazwisko niemieckie, a wychowana we Lwowie na najpierwszej 
pensji w klasztorze. Stryj rad by co rychlej nas, widzę, pożenić, bo się obawia, 
aby jej kto nie pochwycił. Panna jest baronówna i ma parę milionów posagu. 
Chorążyna chwyciła się za głowę. 
— Poczciwy stryj magnatem cię zrobi! a co to za wielki człowiek! ileśmy mu 
winni... Panna wychowana w klasztorze... więc to skromne i poczciwe być 
musi. A ładnaż? 
Roman się na nowo zarumienił. 
— O! bardzo piękna! — zawołał — chociaż 
niewiele o tym mówić mogę, bo ją 
w salonie tylko widziałem z daleka, ale mi się wydała bardzo wdzięczną. Znać 
po niej wielką panią. Jak się ubiera, jaki chód, ruchy, dystynkcja. Wszyscy 
się nad nią unosili. 
— Ale jakże stryj mógł już pisać o małżeństwie niby o rzeczy pewnej i 
osnutej, gdy ty zaledwie wiesz o nim, a z panną nie miałeś czasu zrobić znajomości 
ani się starać jej podobać. 
— Proszę mamy — odparł z niejaką zarozumiałością młodzieniec — na wielkim 
świecie wszystkie małżeństwa tak rozumnie i z planem się wykonywują. 
Dlaczegoż by przyzwoity młody człowiek nie miał się pannie spodobać albo 
taka panna jemu? 
— Ależ charaktery? przywiązanie? 
— A, kochana mamo — cicho odezwał się Roman — ja tylko to powtarzam, co 
widzę i słyszę. U nas wszystko tak jest ściśle uregulowane, okryte prawnymi 
formami, przewidziane, obmyślane, że się zawsze charaktery zgodzić muszą, 
a jak stryj powiada, przywiązanie albo się później urodzi, albo przyzwoici ludzie 
potrafią się, nie okazując tego po sobie, obejść bez niego. 
Chorążyna, słuchając tej teorii synowskiej, dziwnie poczęła trząść głową. 
— Inny to świat — rzekła — ja go tam ani rozumiem, ani mogę pojąć, ale musi 
to z tym być dobrze, kiedy ludzie, co na świecznikach stoją, do tego doszli i 
tak sobie życie ułożyli... Żenią się i u nas dla dogodności, przez rozwagę, a 
małżeństwa bywają ni gorsze, ni lepsze niż te, które miłość wiąże... A jednakże... 
Westchnęła matka. 
— Cóż mnie do tego — dodała — jeśli ty to znajdujesz naturalnym i dobrym... 
a jednak ja bym dla ciebie była pragnęła żony, co by cię, jak wart jesteś, kochała... 
Spojrzała nań i pocieszyła się myślą: 
— Któraż by tego ślicznego chłopca mogła nie kochać! 
Zdaje się, że hrabia Roman, nie wydając się z tym, podzielał jej przekonanie. 
— Myślisz, że o tym pisał do ojca? — zapytała chorążyna. 
— Tak sądzę, kazał mi na list przywieźć odpowiedź. Głownie olszowe dopalały 
się na kominku, stary zegar wskazywał jedenastą godzinę. Chorążynie 
przyszło też na myśl, że dziecko mogło być zmęczone, wstała więc ściskając 
je w milczeniu, zadumana, a hrabia Roman, odprowadziwszy ją do sieni, rozebrał 
się przy niezręcznej pomocy chłopaka, którego mu przysłano do 
skomplikowanej toalety wieczornej, nie mniej jak dzienna wyszukanej i prawidłowej. 
Tymczasem chorążyna szła do sypialni, gdzie męża zastała klęczącego i 
zatopionego w jakimś rozmyślaniu głębokim. Zdaje się, że przyjście jej usłyszawszy, 
stary pośpiesznie dokończył modlitwy i wstał jakby ze snu przebudzony. 
W twarzy jego zamiast radości, jaką powinno było obudzić przybycie dziecięcia, 
malowała się boleść utajona. 
Chorążyna przewidywała już z niej burzę. 
— Czy to jegomości niedobrze z tego wzruszenia? — rzekła — może byś się co 
napił? 
— Ja? napił? — podchwycił stary — chyba letejskiej wody24? 
— Jakaż 
to woda? ja jej w domu nie mam — w prostocie ducha odezwała się 
chorążyna — może Roman, co z sobą różne rzeczy wozić musi, ma ją przypadkiem, 
poszłabym wziąść. 
Stary się uśmiechnął. 
— Nie trzeba nic już — rzekł — przejdzie to, jak przeszło wiele, jak wszystko 
przechodzi. Asińdźka już 
pewno wiesz o nowym pana Filipa projekcie. Lalkę 
tę ledwie wystrychnął, już smarkacza żenić myśli, i to jeszcze z baronówną 
niemiecką. 
— Roman mi mówił, że się czegoś domyśla... ale panna milionowa. 
— Niechże by sobie zaniosła i siebie, i miliony do Niemiec — zawołał chorąży 
— tego jeszcze brakło, żeby Roman przy niej się 
na cudzoziemca wystrychnął, 
choć i tak nie wiedzieć, co to jest... ni Polak, ni Francuz, ni Austriak, ni 
szlachcic, ni... 
Ruszył ramionami. 
— Proszą mnie o zezwolenie — dodałśmiejąc się ironicznie — prawdziwy luksus 
i ceremonialność pana Filipa, boć wiedzą, żem syna się zrzekł i ręce mam 
związane. Zdałem jego losy i szczęście o przyszłość 
na stryja, niech sam radzi... 
— Ależ dziecku choć błogosławieństwo twe należy — wtrąciła chorążyna. 
— Co mu po nim — smutnie rzekł ojciec — obcyśmy sobie, niepodobny do 
mnie, ja go nie rozumiem... rozeszły się drogi nasze. 
Głosu mu na chwilę zabrakło, lecz wnet z podniesionym i gwałtownym 
wybuchem mówić znowu zaczął: 
— O! nieszczęsna to była i grzeszna życia mojego godzina, gdym, uległszy 
wam, dziecka mojego się wyrzekł. Karze mnie Bóg, bom zasłużył, bom nie 
powinien był dla marnej próżności, dla bogactwa, dla jakichś wielkości głupich, 
które w oczach Bożych i ludzi statecznych nic nie znaczą, oddawać 
dziecko na pastwę komediantom, by z niego lalkę zrobili. 
Chorążyna przerażona załamała ręce. 
— Na miłość Bożą, ucisz się! co ci jest? Jeszcze Roman posłyszy! Co pomyśli? 
Jużeś i tak zimno go przyjął i karzesz za swą winę, jeżeli to być ma twoja 
wina. Za cóż każesz mu pokutować? 
Stary się umiarkował. 
— Masz słuszność — rzekł tłumiąc wzruszenie — dosyć tej rozmowy bolesnej, 
skończmy dzień, grzechy i karę ofiarując Panu na sąd Jego... 
To mówiąc ukląkł znowu i modlić się zaczął. Jejmość, która zrazu czekać 
chciała, dopóki nie dokończy pacierzy, i na spoczynek nie szła, przekonała 
się wkrótce, iż na próżno by się męczyła. Chorąży z głową w dłonie zanurzoną 
nie przestawał się modlić ciągle, niekiedy tylko westchnienie i bicie się w 
piersi świadczyło, iż czuwał jeszcze. Zasnęła więc jejmość znużona i nie wiedziała 
nawet, kiedy biedny starzec pokutne swe modły dokończył. 
Nazajutrz rano, gdy się zerwała z pościeli, chorążego już w pokoju nie było 
— wyszedł do dnia na palcach, aby się zająć gospodarstwem. Jejmość znalazła 
go odpoczywającego na ławce w ganku, smutnego jeszcze, ale z twarzą 
pogodną i zrezygnowaną. 
Przewalczył znać 
na modlitwie wczorajsze usposobienie swoje i był już panem 
siebie. 
Roman, który był nawykł do snu długiego i dłuższego czuwania, nie przebudził 
się tak wcześnie. Godzina była dziewiąta i śliczny czas chłodny, ranek 
jesieni ze słońcem jasnym na niebie rozbudził wszystkich do życia, gdy matka, 
usłyszawszy ruch w pokoju syna, posłała doń chłopca, czy każe odemknąć 
okiennice. Zerwał się Roman z pościeli i zapowiedział, że natychmiast 
wstanie i gotów będzie. Pomimo największego wszakże pośpiechu przygotowaną 
kawę trzy razy odnosić musiano, nim się w rannym ubraniu wielce gustowanym 
okazał 
w pokoju. Chłopak, który mu posługiwał i z ciekawością 
przypatrywał się całej manipulacji rannego ubioru, donosił co chwila o postępie 
tej ważnej czynności. Opowiadał dziewczętom w kawiarni25, że pan 
czesać się i szczotkować zaczął, że zasiadł do piłowania i szlifowania pazurków; 
że trzeci raz coraz inaczej się umywał, że w ostatku chustkę wiązał, co 
trwało kwadrans, i rękawiczki niezbędne z wielką usilnością uniknięcia 
marszczków naciągał. 
Cały ten ceremoniał na wsi, do dwojga starych rodziców był niezmiernie 
śmieszny, lecz hrabia Roman wychowanym był i nawykłym, nigdy z surowych 
obowiązków swych nie ustępować nic. Kapelusz ranny włożony wieczorem, 
rękawiczki niewłaściwego koloru wzięte po południu byłyby go w oczach 
własnych sromem okryły. 
Nawet pobłażająca matka z lekka ruszyła ramionami, spojrzawszy na rękawiczki, 
kapelusz, misterny węzeł krawatki i zaczesanie włosów, dowodzące 
niemałego trudu poświęconego przerżnięciu ich pod linię aż do karku. 
Ojciec może dlatego, witając się, nie przyglądał mu się bardzo, ażeby znowu 
niepotrzebnie nie oburzyć się. Zapach, który z sobą wniósł do pokoju 
Roman, woń najczystsza „Jockey Clubu”26 neutralizowała resztki dawnego 
jałowca i skórek jabłkowych z cukrem, ale nienawykłym zdała się zbyt silną i 
u mężczyzny teżśmieszną. 
Kawa z najdoskonalszym kożuszkiem i sucharkami, którą przygotowała 
matka, zdziwiła bardzo hrabiego Romana nawykłego śniadać po angielsku, 
herbatą, szynką i jajami na miękko; zawahał się przed filiżanką, gdyż innej 
kawy nad czarną nie pijał. Odgadła matka, że w czymś uchybić musiała, i 
szepnęła na ucho, co by sobie miećżyczył. Roman musiał się przyznać do jaj 
i herbaty, co uszło, szczęściem, oka chorążego, a samowar podano nieznacznie. 
W ciągu śniadania stary ojciec starał się syna słówkiem zaczepić, badając 
o nauki. Odpowiedzi nie bardzo widać były zrozumiałe, bo wkrótce pytać 
zaprzestał. 
— Nie może być — rzekł w końcu — ażebyś asan nie wiedział, co mi w liście 
przywiozłeś. Stryj pisze, że chce cię ożenić, zaręczając, że osoba przeznaczona 
mu jest majętną, dobrze wychowaną i znakomitego rodu. Wziął na siebie 
wszystko, niech i w tym rozporządza. Ja mej synowej niestety oglądać nie 
będę, abym jej przykrości oszczędził, a bylebyś waszeć był szczęśliwym, cóż 
mi do tego? Odpiszę więc, że się zgadzam, bo inaczej nie mogę, choćbym inaczej 
życzył może... Za wczesny to ożenek, choć stare przysłowie młodo żeniącym 
się dobrze wróży27. Bodaj się to sprawdziło... Błogosławieństwo daję z 
serca, bo tu pono Bóg więcej będzie miał do czynienia niż z innymi i cudu 
jego potrzeba, aby klejony związek był szczęśliwym. A w dodatku z Niemką — 
westchnął stary. 
— Ojciec dobrodziej pozwoli mi objaśnić — wtrącił nieśmiało Roman — że 
panna chyba tylko nazwisko ma obce. 
— Byle nie serce — dorzucił 
stary. — Pan Filip powinien wiedzieć, co czyni... 
musi ją znać, opiekunem jej był, wychowaniem się trudnił, to mnie pociesza... 
sobieć by szkody nie chciał czynić ani przybranemu dziecku. Zatem 
wola jego i Boska. 
Skłonił głowę. 
— Ale się przecie z bohdanką znacie? — spytał chorąży po przestanku. 
— To jest.. ja ją raz widziałem z daleka — rzekł Roman. 
— Tylko raz, i to z daleka — pochwycił pan Zachariasz i przeżegnał się w 
milczeniu. Na tym dokończył rozmowy w tym przedmiocie. 
— Stryj mi pisze — rzekł znowu, przeszedłszy się po pokoju — ażebyś tym razem 
długo nie bawił w Uściu i wziąwszy odpowiedź moją, wracał, a przyrzekł, 
że jeszcze raz cię przyśle. I w tym jego woli sprzeciwiać się nie chcę, zwłaszcza 
że chory i niespokojny. Jakkolwiek żal czuję 
w sercu do Filipa, iż mi 
dziecko odebrał, trudno, bym mu wdzięczen nie był za to, że, choć po swojemu, 
pilne miał 
staranie o waszmości. Inaczej on to rozumiał, a, na sumienie, 
zrobił, co przyrzekł... teraz, gdy chory, żal mi go, że sam został. Dziś więc list 
przygotuję, a na jutro rano do Uściługa konie — cicho dokończył stary i wyszedł. 
Matka ocierała oczy. Roman siedziałżałośliwie skrzywiwszy twarzyczkę, 
smutny, ale nie czujący tak wielkiego żalu po rodzicielskim domu, do którego 
wcale nie był nawykły. 
Był tu jakoś teraz tak nie w swoim żywiole, tak nie oswojony z życiem i 
obyczajem domowym, iż co chwila w czymś ojcu uchybić się lękając, cierpiał 
więcej, niż się cieszył. Z lat dziecięcych mało mu wspomnień zostało o miejscach 
i ludziach, zatarły się one późniejszym wychowaniem i życiem. Ubogi 
dworek, prosty stół, usługa kobieca, dziwne tryby tego powszedniego żywota 
pracy upokarzały go niemal. Nie będąc do tylu zepsutym, aby nie czuć poszanowania 
i miłości dla rodziców, był dla nich zobojętniałym i z obowiązku 
tylko oddawał im cześć należną. Przypatrując się ojcu, a nie mogąc pojąć, 
ażeby z konieczności i upodobania trwał 
tak zagrzebany w wiejskim kącie, 
przypisywał to dziwactwu jego. Nie mogło mu pomieścić się w głowie, ażeby 
Zebrzydowski przyszedł do takiego upadku i nie potrafił się z niego podźwignąć. 
Wiedział 
wprawdzie pan Roman, że są i biedniejsi jeszcze ludzie na świecie, 
przeznaczeni do twardej pracy, bez nadziei polepszenia bytu, ale tłomaczyło 
mu to urodzenie, kastowość, bez której nie pojmowałświata. Pewnym 
rodom w jego przekonaniu, jako przedstawicielom tradycji przeszłości, winno 
było społeczeństwo opiekę, poszanowanie i tę cześć, jaką gdzie indziej oddają 
białym krowom i słoniom, dla których stawiają się marmurowe żłoby kosztem 
wszystkich i perłowy obrok im sypią. 
Młodzieniec odebrał był to dobre wychowanie i zdrowe zasady, które nie 
dozwalają przypuszczać, ażeby Pan Bóg wszystkich do jednego stworzył losu 
i obowiązków. Miał zresztą uczucie miłosierdzia i litości w sercu dla biednych, 
którym w pewnej mierze czuł się obowiązanym dopomagać, tak jednak, 
aby ich od pracy nie odciągać i nie rozbudzać w nich nieprawych chęci do 
niepotrzebnego światła i wyrzekania się stanu, do jakiego byli stworzeni. 
Dworek ojcowski w Uściu prawie tak samo go zawstydzał 
jak hrabiego Filipa, 
a stan rodziców upokarzał. Jakkolwiek więc czuł się do obowiązków względem 
nich, wolał je dopełniać z daleka, i gdy po przebytym długim dniu, raz 
tylko się przebrawszy, bo mu matka odradziła na wieczór wystąpić we fraku, 
nazajutrz rano żegnał w ganku oboje chorąstwa, zasmuconych odjazdem jedynaka; 
gdy powóz oddalił się od Uścia — w sercu młodego dziecka Pruhowa 
lżej się jakoś zrobiło. Odetchnął swobodniej. Wracał do życia, do którego był 
nawykłym, do kamerdynera, bez którego obejść się nie mógł, do kuchni, którą 
przyzwoici ludzie jedynie karmić się mogą, do godzin snu i czuwania normalnych, 
słowem, do tego porządku, bez którego zdziczeć się lękał. 
W ganku małego dworku siedzieli państwo chorąstwo, oboje zamyśleni, 
naprzeciw siebie, smutni oboje, i tym razem matka w duszy uznawała może, 
iż pan Zachariasz miał słuszność, bolało ją wyrzeczenie się dziecka, myśl, że 
je nierychło zobaczy i że szczęścia jego i świetności nie będzie mogła być 
świadkiem. Nie przeklinała jak on dnia i godziny, gdy oddała Romana, lecz 
pojęła teraz wielkość uczynionej ofiary. 
W drodze już hrabia Roman odebrał dwie telegraficzne wiadomości, iż słabość 
hrabiego Filipa zagrażający przybrała charakter, że powinien był powrót 
przyspieszyć, nie tracąc ani chwili, gdyż tego po nim stryj wymagał. Doktor 
nadworny, uspokajając, wszakże dokładał, że choroba, acz śmiertelna, kilka 
tygodni jeszcze przeciągnąć się może. Hrabia Filip znał 
stan swój niebezpieczny 
i z zupełną umysłu przytomnością przygotowywał się do ostatniej 
podróży. 
Z kilku już rysów poprzedzających można się domyślać charakteru tego 
niepospolitego człowieka, który powodowany ambicją, niepospolitymi obdarowany 
zdolnościami, potrafił stworzyć sobie fortunę, imię, stanowisko i 
przyszłą wielkość dla rodziny. W istocie pan Filip Zebrzydowski był człowiekiem, 
jacy się nie co dzień rodzą. Siła woli i rozumu zastępowały w nim wiele 
innych niedostających przymiotów. Wykształcenie niezupełne winien był sam 
sobie, energię dała mu natura niezłomną. Z pojęciem jasnym świata i ludzi, 
słabości i dróg, którymi idąc, korzystać 
z nich można, począwszy od małego, 
znalazł się u schyłku życia jednym z najmożniejszych galicyjskich magnatów. 
Wyrobienie hrabstwa w tej ojczyźnie wszelkich tytułów przyszło mu z łatwością, 
a uznanie społeczne tego przyrostu nie ulegało najmniejszej wątpliwości. 
Majątek otwierał mu wrota do najwyższych sfer, wśród których, mimo 
wychowania zaniedbanego, doskonale obracać się umiał. 
Razem się w szkołach uczyli z panem Zachariaszem i w żadnych innych 
pan Filip potem nie bywał, wyuczył się jednak wprawnie mówić dwoma niezbędnymi 
mu językami, francuskim i niemieckim, przejął formy towarzystwa, 
do którego pragnął się wcielić, a z książek nabył tej ogłady i encyklopedycznych 
okruszyn, o których wybornie wyżyć można, nic nie umiejąc, w tak nazwanym 
wielkim świecie. Nikt nie wątpił w kółku tym, które znało bliżej hrabiego 
Filipa, ani o jego prawach do hrabstwa, ani o świetności rodziny, o której 
dobrach w Królestwie i pozycji rozpowiadał bardzo zręcznie. W innych 
rzeczach mniej się 
panu nowemu powodziło, ożeniwszy sięświetnie, był i w 
pożyciu nieszczęśliwym, i zmuszonym potomka zapożyczyć 
od brata. Nie 
mając już innego celu w życiu, na to dziecię zlał wszystkie nadzieje swe i pla
ny, w nim widział głowę odnowionego rodu, gdyż w końcu sam nabył tego 
przekonania, iż do prawdziwych Zebrzydowskich należy z krwi i ducha. 
Wychowanie Romana do tego zmierzało głównie, aby w nim ani śladu szaraczkowego 
nie pozostało szlachcica28, chciał go mieć paniczem, choćby ze 
wszystkimi wadami do tego stanu i powołania przywiązanymi, byle w nim 
hreczkosieja29 nie było. Stało się, jak pragnął. Roman wyrósł na śliczną lalkę 
i codziennie uszczęśliwiał swą nicością przyzwoitą rozkochanego w nim stryja. 
Przebaczał mu hrabia Filip jego młodzieńcze wybryki, byle one z gustem i 
z szykiem były wykonywane. Cieszyły go nawet, bo panicz zbyt oględny, obrachowany 
i zimny nie byłby tak prawdziwym. Oszczędny i spekulujący nawet 
na najdrobniejszych przedsiębierstwach, dla synowca nie żałował nic 
hrabia Filip, równie jak dla okazałości i pańskości domu. 
W Pruhowie, na starej sadybie jakiejś, stanął był przed laty piętnastu pałac 
galicyjskim smakiem. 
Coś 
w rodzaju tego pudełka z hrabiowską koroną, które się we Lwowie 
domem czy pałacem Gołuchowskich30 zowie. Charakterami podobnych gmachów 
świeżo spanoszonych rodzin są pretensje do olbrzymich rozmiarów i do 
prozopopei31 architektonicznej. Są to murowane ody na cześć magnackich 
rodzin nowej kreacji. Jak w odach klasycznych macie tam przedsionki o kolumnach 
majestatycznych, szerokie skrzydła niby strofy, inwokacje32 herbowne 
na szczytach i heroiczno — monumentalne kominy na dachach jak 
wykrzykniki stojące. Czegóż tam nie ma prócz smaku! Hrabia Filip, nie mając go, jak inni jego rodzaju dorobkowicze, zapożyczyć trochę umiał, posiadał 
instynkt i przeczucie, zachował więc miarę w patosie i pałac jego wyglądał 
pańsko, ale nie śmiesznie. 
Założony park i zużytkowane drzewa stare nadawały mu poważną, niby 
dawniejszą nieco niż data wzniesienia postać. W takim gmachu życie musiało 
przybrać stosowne do niego formy pańskie. Przy największej oszczędności 
hrabia żył jak na Zebrzydowskiego przystało — miał kuchnię, stajnię, dwór, 
liberię33, nawet nadwornego doktora, nawet na tandetach zakupioną bibliotekę, 
nawet domową kaplicę, bo to wszystko do hrabiostwa należało. Dwa 
ordery, jeden krajowy, a drugi cudzoziemski, wisiały, wyrobione prawidłowo z 
gipsu, u herbu na pięć tarcz podzielonego przy facjacie34 pałacu. Hrabiowskie korony o perłach dziewięciu gęsto oprócz tego rozsypane były, gdziekolwiek 
je przyzwoicie umieścić było można. 
Na co dzień skromność przy życiu okazałym była wielka, bo hrabia lubił 
oszczędność drobnostkową, ale kilka razy do roku świetne bale i festyny 
przypominały go okolicy i utrzymywały tradycję wystawnego życia Pruhowa. 
Zbytecznym byłby szczegółowy opis pałacu, w którym starano się nade 
wszystko o wybitne gniazda arystokratycznego piętno. Hrabia Filip słusznie 
za najdoskonalszy wzór wybrał był 
sobie angielskie zamki możnych rodzin, 
ale mu brakło tego, co je najbardziej zajmującymi czyni, szczęśliwie zachowanych 
pamiątek odwiecznych. Były one nieodbicie potrzebne i targi europejskie, 
Paryż, Bruksela, Wiedeń, Wenecja, Londyn dostarczały brikabraku35, 
mogącego uchodzić za domowej przeszłości zabytki. Kochał się 
w tym hrabia 
Filip. Do niektórych sprzętów bardzo zręcznie podorabiano mu herby, do innych 
przywiązywał imaginacyjne historie przodków. Lwów i Kraków zaopatrzył 
go w karabele36, koncerze37, koszule38 i hełmy, dały się zdobyć stare 
pieczątki i zamek pod tym względem miał wyrobioną sławę, a nikt się ani nie 
domyślał, ani chciał dochodzić, skąd się to te zabytki dostały. Sala portretowa 
równie zręcznie dokompletowaną została starymi płótnami różnego pochodzenia, 
którym podorabiano herby i nazwiska; kilka wizerunków w stylu 
dawnym domalował lwowski artysta z taką niezręcznością, że mogły w istocie 
za prastare oryginały uchodzić. Pamięć ludzka nie sięga daleko, kilkanaście 
lat trwania w jednym miejscu tych familijnych pamiątek już im zupełnie 
prawo obywatelstwa nadało. Nikt nie śmiał wątpić o autentyczności. 
Gdy hrabia Roman, z ostatniej stacji39 wziąwszy konie, dobił się po najgorszych 
galicyjskich drogach już późną nocą, w oknach przedpokoju od dziedzińca 
zastałświatło jeszcze, a choć z powozem zatrzymał się u bramy, dosłyszał 
znać i domyślił się przybycia jego doktor nadworny, pan Pęklewski, i 
wybiegł naprzeciw niemu na ganek. Był 
to lekarz jakich wielu, a człowiek 
jeszcze dobijający się sławy, wziętości i pozycji w okolicy, więc duszą i sercem 
oddany domowi, przez który inne spodziewał się zadzierzgnąć stosunki. Nie 
kosztowała go więc służbistość największa przy starym hrabim i najczulsza a 
pełna poszanowania przyjaźń dla młodego. Obu był powolnym do ostatnich 
możliwych granic. 
— A! to szczęście, żeśmy się nareszcie pana hrabiego doczekali — zawołał 
Pęklewski zbiegając ze schodów, z których o mało nie upadł, spiesząc się naprzeciw 
nowo wschodzącej gwiazdy. — Hrabia się nieustannie dopytywał o 
pana. 
— Lecz jakże się 
ma? jak się ma? — przerwał Roman wchodząc już na ganek. 
— Nie mogę powiedzieć, ażeby się polepszyło — cicho odezwał się Pęklewski. 
— Nie mam co taić, godziny życia są policzone niestety, ale słabość da się 
przeciągnąć i przeciągnie. W tej chwili nagłego niebezpieczeństwa nie ma. 
Nadzwyczajna energia charakteru trzyma naszego hrabiego przy życiu. Osobliwsza, 
niesłychana organizacja, inny by tego nie wytrzymał. Lecz hrabia, 
gdy co postanowi, gdy czego zapragnie, zdaje się, że samo życie i śmierć 
zmusi do posłuszeństwa. 
— Czy śpi? -.zapytał Roman. 
— Choćby nawet drzemał, możemy wejść po cichu. Żądał tak bardzo przybycia 
hrabiego, iż się nim ucieszy, a tylko dobrze na zdrowie wpłynąć może. 
— Chodźmy więc. 
To rzekłszy, machinalnie obejrzał się po swym stroju Roman, egzaminując, 
czy jest przyzwoicie ubranym do wystąpienia przed stryjem. W tej chwili nawet 
nie mógł o pewnych prawidłach zapomnieć. Strój był podróżny, choroba i 
nagłość małe nieforemności dostatecznie tłomaczy. 
Na palcach przeszli parę pokoi pustych i przyciemnionych, w których kilku 
służących czuwało. Doktor Pęklewski ostrożnie podniósł ciężką portierę sypialnego 
pokoju i oglądając się bacznie, z palcem na ustach poprzedził Romana. 
Sypialnia, w której hrabia leżał, była przepyszna: łóżko, dookoła osłonione, 
było rzeźbionym arcydziełem XVI wieku. Do niego stosownie cały sprzęt został 
dobrany. W stanie zdrowia hrabia miał inny, powszedni pokój sypialny, 
o wiele skromniejszy — czując się jednak źle i coraz gorzej, zapragnął zająć 
ową paradną izbę i łoże, aby umrzeć z pewną prozopopeją odpowiednią rodowi 
swemu. Było mu tu może nawet mniej dogodnie, lecz wyglądało bardzo 
po pańsku. Komin z rzeźbionego drzewa, zwierciadła w ramach odpowiednich, 
stare biuro i stoły nadawały pokojowi ponurą jakąś powagę. Posadzka 
pokryta była grubym kobiercem, ciężkie portiery u wszystkich drzwi czyniły z 
niego jakby dawną komnatę zamkową. 
W chwili gdy weszli, ciężkie westchnienie dało się słyszeć zza firanek i głos 
osłabły, ale dosyć wyraźny i stanowczy odezwał się: 
— Pęklewski? 
— Jestem, panie hrabio — odparł cicho doktor uchylając firankę — jestem, i 
nie sam, mam szczęście zwiastować przybycie hrabiego Romana. 
— Odsuń firankę! — zawołał chory. 
W chwili rozkaz został wykonany, w świetle przyćmionej lampy stojącej na 
stoliku ukazała się blada twarz, rysów szlachetnych i pięknych, z oczyma 
głęboko wpadłymi, z usty wąskimi, zaciętymi, z czołem wypukłym, pięknego 
kształtu. We wzroku błyszczała w pełni inteligencja, było to wejrzenie człowieka, 
który jeszcze w zupełności sobą władał. 
Wychudła biała ręka wysunęła się spod okrycia i głos powtórzył: 
— Roman, chodź tu. 
Młody hrabia zbliżył się, uchylając głowę przed stryjem, przypatrującym 
mu się z niepokojem jakimś i ciekawością. 
— Dziękuję ci, żeś powrócił prędko — zawołał chory opadając na poduszki, 
ale ręką wskazując krzesło przybyłemu. — Siadaj. Masz list ojca? 
— Mam go. 
— To dobrze. Jesteśmy w porządku. Czekałem na ciebie — dodał hrabia. — 
Nie łudzę się wcale, puchlina podchodzi, odciągają ją i wstrzymują w nogach, 
jak mogą, ale nie są wszechmocni ci panowie doktorzy. Niech sobie mówią, 
co chcą, mnie nie oszukają... wiem, że się puchlinę przeciąga, nie leczy. Jestem 
do tego przygotowany... 
Mówił z tak gorączkowym pośpiechem chory, iż mu tchu zabrakło i musiał 
chwileczkę odpocząć. Zwrócił twarz ku Romanowi, wpatrzył się 
w niego i 
rzekł uciszonym głosem, chociaż bystre wejrzenie jego dostrzegło, że doktor 
przez dyskrecję się oddalił. 
— Pani Nieczujskiej poleciłem, aby przygotowała Lolę... Proszę cię, jedź, staraj 
się przypodobać, o czym nie wątpię, nous precipiterons le denouement40, 
tu nie ma co zważać na formy... ja mogę umrzeć, a chcę, wymagam, abyście 
się wprzódy pobrali. Nous sauverons les convenances41, a gdy idzie o rzecz 
tak wielkiej wagi, bierz je licho! 
Stanowcze to orzeczenie hrabiego w oczach Romana było niezmiernie znaczące, 
nigdy bowiem chory w zwykłych życia warunkach ani w tej myśli, ani 
w taki sposób byłby się nie śmiał wyrazić o rzeczy tak poważnej jak konwenanse 
i formy światowe. 
Tu znowu potrzebował odpocząć chory. Roman pochylony słuchał, przerwać 
nie śmiejąc. 
— Idź, jeśli jesteś zmęczony, każ sobie dać kąpiel, połóż się spać na godzin 
parę, kazałem, by konie, powóz i ludzie były gotowe. Jak tylko będziesz mógł, 
ruszaj zaraz do Gromów, prezentuj się, daj poznać, oświadcz i powracaj! 
Roman nie śmiał się sprzeciwić, ale zawahał się, hrabia Filip odgadł go. 
— Panna do mnie przywiązana, wierzy we mnie, wie, że tego chcę... nie będzie 
żadnych kaprysów. Po mojej śmierci... ha! mogłoby to wypaść inaczej... 
ale... 
— Niechże się kochany stryj nie męczy — przerwał Roman. 
— Bądź spokojny, mam miarę sił moich — dodał chory. — Pojedziesz, uczynisz, 
jak mówię. Jest to, nie przeczę, małżeństwo ekscentryczne. Powie niejeden, 
że mogłem was wcześniej poznajomić z sobą i przygotować je. Właśnie 
tego nie chciałem, byłby czas do zniechęcenia się i rozmysłów, a ja wiem, żeście 
dla siebie dobrani. 
— Kochany stryj pozwoli jednak... — rzekł Roman. 
— Nic nie pozwolę — odparł chory sucho — nakazujęślepe posłuszeństwo. 
Odetchnął znowu. 
— Tak jest, ślepe posłuszeństwo — powtórzył — obrachowałem wszystko. Jesteście 
oboje dosyć dobrze wychowani, by się znaleźć przyzwoicie. Nie możecie 
się sobie nie podobać... Ha! jeśliby później życie coś niespodzianego przyniosło, 
gdzież tego nie ma! 
Wyciągnął białą rękę jakby do pożegnania: 
— Idź, kąpiel powinna być gotowa, i do łóżka — dodał rozkazująco, szukając 
oczyma doktora. — Pęklewski — odezwał się głos podnosząc — weźże Romana, 
każ mu się wykąpać, potem zjeść, jeśli głodny, przespać i niech jedzie... 
niech jedzie. Ja spokojniejszy zasnę także, może trochę sił nabiorę. 
Z westchnieniem oparł głowę na poduszkach. 
Jeszcze Roman nie miał czasu pochylić się ku ręce stryja, gdy cudem zjawiający 
się Pęklewski pochwycił go, posłuszny rozkazom, i uniósł, wziąwszy 
pod rękę, z sypialni. 
W jednym ze skrzydeł pałacowych był apartament hrabiego Romana, 
urządzony z wytwornością i komfortem, tak aby w nim złotą młodzież, fashionablów42 
lwowskich mógł, nie czyniąc wstydu imieniowi Zebrzydowskich, 
przyjmować. Hrabia Filip czuwał nad tym, aby tam na niczym nie zbywało. 
Skrzydło stanowiło, można powiedzieć, oddzielne domostwo, ze służbą osobną 
i wszelkimi atynencjami43. 
Przywiązana doń była osobna stajnia, aby hrabia Roman mógł 
i na wyścigi 
stawić konie, i sportem się zabawiać, i wozownia obficie zaopatrzona w amerykanki44, 
powoziki, kocze itp. Pęklewski poprowadził podróżnego. którego 
rzeczy już wypakowano, do łazienki. Tu w istocie kąpiel już nań czekała. Była 
de rigueur45 po podróży. Pęklewski sam termometrem wypróbował wodę, aby 
za gorącą nie była, z zasady wolał chłodnawą. 
W pół godziny potem nakryte było do wieczerzy, do której doktor się przysiadł, 
aby wina czerwonego spróbować. Roman niewiele mógł jeść, nadto był 
znużony, a nim dokończył owej przymusowej przekąski, wtoczył się ogromny 
drab, niegdyś kawalerzysta austriacki pełniący funkcję koniuszego46, oznajmiając, 
że konie do wiedeńskiego kocza zadysponowane są na godzinę szóstą. 
Do Gromów, posiadłości baronównej von Wilmshofen, było mil sześć opętanych. 
Na pół drogi wszakże stała przeprząż47, tak że koniuszy spodziewał 
się, iż jaśnie wielmożny hrabia stanie u celu około południa. 
Obiad w Gromach jadano o trzeciej, był więc czas zaprezentować się, przebrać 
i zabawić 
do wieczora, spełniając rozkazy stryja, który się spodziewał, iż 
najdalej drugiego dnia Roman oświadczyć się potrafi. 
Doktor Pęklewski obowiązał się zbudzić hrabiego o piątej, tak aby wypiwszy 
herbatę, na szóstą był gotów. 
Cały ten program tak starannie obmyślany, o którego spełnienie punktualne 
miał się nieochybnie chory za przebudzeniem dopytywać — wykonano z 
nawyknieniem do posłuszeństwa wzorowym. Punkt o szóstej konie stały u 
małego ganku i hrabia Roman, zawinięty w płaszcz i szal przez doktora własnoręcznie, 
siadł do kocza, w którym, mimo cisnących się myśli i niepokoju, 
po półgodzinnych marzeniach zadrzemał. 
Kto inny byłby może więcej wziął do serca tak niezwyczajne położenie, tak 
dziwne zadanie, samą osobliwszą myśl podróży do nieznajomej całkiem panny 
dla tak natarczywego oświadczenia się jej. Hrabia Roman miał naturę 
ukołysaną mimo młodości, wiele żył, wiele próbował, znał więcej świata powierzchownie, 
niż się po nim spodziewać było można; powiedział sobie 
wreszcie, iż rzeczy były nieuniknione, a małżeństwo, wedle pojęć tego świata, 
do którego należał, nie krępowało swobody człowieka, aby go aż nieszczęśliwym 
uczynić mogło. Wielki wielbiciel piękności plastycznej, hrabia Roman, 
we wdzięku kobiety nie dostrzegł jeszcze duszy, nie wzbudziło się w nim nigdy 
serce i wszystkie panie dotąd dlań były równiuteńko uwielbienia godne. 
To tłomaczy, że mógł zadrzemać i spać do przeprzęgu, przebudzić się dla 
zapalenia cygara i zasnąć tak mocno powtórnie, iż go dopiero pod samymi 
Gromami stuknięcie o próg mostku zbudziło szczęściem, bo inaczej byłby 
przed ganek baronównej zajechał najnieprzyzwoiciej uśpiony, co by mu mogło 
popsuć reputacją. 
O Gromach, które baron von Wilmshofen nabył po zrujnowanej rodzinie 
jakiejś wraz z przyległościami znacznymi, które się przerywanym sznurem aż 
niemal ku Pruhowu ciągnęły, niewiele powiedzieć można. Baron, choć baron, 
ale biurokrata austriacki, nie miał najmniejszego smaku, a raczej smakował 
tylko w tym, co procentowało. Jednakże czuł, nabywszy majętności, iż gdzieś 
jakąś rezydencję założyć był sobie powinien, a że w Gromach byty stare muru 
kawałki, zbudował z nich sobie gotycki dom z pomocą architekta, który 
gotycyzmu uczył się podobno na padole galicyjskim48. Fantastyczny to był 
produkt człowieka, który ani budownictwa nie znał, ani miał wyobrażenia 
tego, co mu tworzyć kazano. Wieżyczki, do których wnijść nie było można, 
okna w facjacie poprzecinane na pół piętrami, strzałkowate ozdoby i bizantyjskie 
słupy mieszały się na stworzenie tej karykatury. 
Rzeczywisty tajny radca zupełnie był zadowolniony ze swojego pałacyku i 
urządził go sobie wewnątrz z niezwykłą czystością i staraniem. Niemniej zaklęty 
ten gmach na mieszkanie był najniedogodniejszym w świecie. Otaczały 
go słupy, krata żelazna, ogród, w którym była fontanna in spe49 i lauby50 
drewniane i murowane. 
Gdy Loli von Wilmshofen wychowanie się rozpoczęło, a ojciec jej umarł, 
hrabia Filip, któremu opieka nad jedynaczką powierzona była przy pomocy 
pani Nieczujskiej, prosił jej, ażeby w Gromach zamieszkała. Jej one winny 
były, że się w stanie dobrym doczekały dziedziczki. 
Ciocia Nieczujska, w szeregu postaci wchodzących do naszej powieści, 
niepospolite jako oryginalne zjawisko winna by zająć miejsce. 
Nie była ona nigdy piękną, może nawet nigdy nie wydawała się młodą, ale 
za to, starzejąc, śladu przeżytych lat nie okazywała po sobie. Ciemnej płci, 
zawiędła, krzepka, zdrowa, rumiana, miała w ruchach, mowie i minie coś 
żołnierskiego. W istocie była też wdową po kapitanie artylerii, z którym żyła 
tylko rok jeden. 
Przywiązana do niego nie pomyślała nawet nigdy o powtórnych ślubach, a 
Lolę ukochała jak własne dziecię, chciała też wychowywać ją w domu, lecz 
hrabia właśnie dla tego przywiązania pani Nieczujskiej i wpływu, jaki na 
dziecię wywrzeć mogła, powierzyć go jej nie chciał. Oddano panienkę na najdroższą i doskonałą pensję klasztorną i powierzono osobliwej pieczy pół tuzina 
guwernantek, nauczycielek i nadzorczyń. 
Nieczujska wiedziała, co z tego wyniknie, stękała, płakała, ale się oprzeć 
nie mogła opiekunowi, a oprócz tego czuła się biedną na jego i Loli łasce, nie 
miała kąta, była więc powolną, choć się oburzała i gniewała. 
Położenie jej w ciągłej ją stawiło z charakterem sprzeczności. Stworzona do 
rozkazywania, musiała być posłuszną. Całą pociechą jej było to, że się spodziewała 
po powrocie Loli do domu z wolna ją po swojemu na żywe przerobić 
stworzenie. 
Tak jak chorąży syna, ona Lolkę nazywała Lalką i Laleczką, a miała słuszność, 
gdyżśliczną ową panienkę inaczej trudno było nazywać. 
Od dzieciństwa aż do tej chwili Lola nigdy z prawdziwym światem i z rzeczywistym 
nie zetknęła siężyciem, żyła w atmosferze sztucznej, w zaczarowanym 
kole fikcji i obrazów kosztownych. Jak roślina w szklarni wyhodowana, 
którą lada zimniejszy oddech powietrza mrozić może, Lola wychodziła w 
świat pieszczonym dziecięciem bezbronnym, któremu wszystko prawdziwe 
było obcem. 
Bogata baronówna, kochana przez wszystkich, wychwalana, nawykła, by 
jej dogadzało, co ją otaczało, nie pojmująca w świecie niepodobieństw i niemożliwości, 
stawała wobec wielkiej życia zagadki jak zaczarowana, księżniczka, 
która po stuletnim śnie budzi się, nie wiedząc, gdzie się znajduje. 
Krótki pobyt w Gromach z panią Nieczujska, która nie mogła zbyt obcesowo 
napadać na biedną istotę serdecznie ukochaną, nie starczył na zmienienie 
tego stanu ducha i serca. Przyłożyła się też uboczna okoliczność do 
utrzymania Loli w śnie młodości. Jadąc na wieś uprosiła opiekuna pozwolenie 
przywiezienia z sobą 
na pierwsze dni samotności dawnej przyjaciółki i 
koleżanki z pensji, od roku już zamężnej, niejakiej Hermancji z Fiflów Grzegorskiej. 
Miał to być mentor51 dobrany najwłaściwiej na pierwsze w świat występy, 
ale nigdy nieszczęśliwiej trafić na nauczycielkę nie mogła baronówna. 
Pani Hermancja, córka bogatego bankiera, żona młodego spekulanta milionowego, 
już pierwsze lata przebyła na pensji w tych pewnych złudzeniach, co 
Lola, a od roku nie widziała innego świata znów oprócz salonów wiedeńskich 
i lwowskich i kunsztownej kultury. 
Nie myślała dotąd o niczym oprócz strojów, występów, zabaw, podróży i 
trwonienia życia jak najprzyjemniejszego. Było to dla niej głównym zadaniem. 
Wydana za mąż wprost prawie z pensji za młodego jegomości, którego 
nie znała prawie, położeniem nawet podobnym do teraźniejszego baronównej, 
zbliżała się do niej. 
Od dwóch dni oznajmiono już 
w Gromach o bliskim pretendenta przybyciu, 
oczekiwano go tu, można sobie wyobrazić z jakim niepokojem i ciekawością. 
Nieczujska ręce łamała po cichu, wołając ciągle: 
— Do czego to podobne, do czego to podobne! 
Lecz oprzeć się przeznaczeniu nie mogła. 
W saloniku ciemnym trochę, którego okna niby gotyckie, niezgrabnie kolorowymi 
szybami upstrzone, na ogród wychodziły, tego samego poranku siedziały 
przy stoliku, zastawionym śniadaniem dawno ostygłym i porzuconym, 
dwie nieszczęśliwe istoty, najśliczniejsze w świecie. 
Baronówna Lola, w białym szlafroczku tyftykowym52 ze szlakami kolorowymi, 
słusznego wzrostu, majestatycznej postaci, ciemnych oczów i włosów, 
była w całym rozkwicie niewieściej piękności. Wielkie czarne, zdziwione jakby 
źrenice patrzyły na świat rozkazująco i despotycznie. Dziewczę wyraźnie 
czuło się stworzonym do panowania. Twarzyczka trochę długa, ale pięknych 
rysów, miała w sobie coś z cudzoziemskiego typu: nie pociągała ona wdziękiem 
tym wrodzonym, który często mniej urocze twarze ponętnymi czyni, 
rozbudzała wszakże ciekawość jak zagadka, jak zamknięta księga w cudnej 
oprawie. W ruchach, mowie, postawie znać było, że baronówna wiedziała o 
swej wartości i cenić się umiała. Biło tam może i serce, lecz zasznurowane i 
ukołysane. 
Śliczne ręce — dosyć krzepkich rozmiarów jak cała postać — oznajmywały 
wypielęgnowaniem, iż pani ich dbała o to, by cała była piękną. Nóżce też starała 
się nadać pewien kształt arystokratyczny, na którym nieco jej zbywało. 
Do charakterystyki kobiecej należą te, często zaniedbane, piękne lub niepiękne 
łapki, które tyle co twarz mówią. Z rąk można odgadnąć kobietę, nawet 
jej losy i przeszłość, a na to nie potrzeba chiromancji53, tylko życia i doświadczenia. 
Ileż to rąk świadczy o doznanych nieszczęściach, o wyrzeczeniu 
sięświata, o przedłużonej młodości, o stanie umysłu nawet, który nie przywiązywał 
do nich wartości. Są ręce naturalne, są sztuczne, są piękne a popsute, 
są brzydkie a upięknione... a! są poczciwe nawet i czasem głupawe 
rączki. Ale nie mówmy już o tym. Lola miała duże a piękne ręce niemieckie, 
umiejętnie podniesione do ideału. W tej chwili, sparta na jednej z nich, z 
głową spuszczoną, zadumana, mogła służyć 
za wzór do obrazu niewinnej 
melancholii Greuze'a54. 
Naprzeciw niej, w fotelu z wielką gracją rozłożona, Hermancja, zdawała się 
wtórować jej smutkom. Dwie panie miały z sobą pewne podobieństwo układu 
i wielkie typów dwóch różnice. 
Pani Grzegorska była może powabniejszą niż surowa Lola, nieco dzika, 
nieco zagadkowa. Twarzyczka jej zaokrąglona, kształty utoczone, pulchniutkie, 
pełne, usta drobne a wydatne, nosek prawie zadarty, oczy wypełniające 
całą niemal powiekęźrenicami niebieskimi, postać przedziwnych form czyniła 
ją czymś w żywych obrazach kwalifikującym się na Hebe55 klasyczną. 
Tryskała z niej zalotność niewinna jeszcze, naiwna może, ale będąca w naturze 
całej istoty stworzonej, by się podobała, by pociągała ku sobie i wiodła za 
sobą orszaki wielbicieli. Mniej było w niej dystynkcji, ideału, niebieskich 
promieni, więcej ziemskich żywiołów i ziemskich popędów, co nie przeszkadzało 
jej być niebezpieczną, zachwycającą i, gdyby chciała, niepokonaną. 
Rok życia znać już był piękną panią nieco rozbudził i rozpragnił, jeśli się tak 
wyrazić można. Promieniała weselem, szczęściem, pewnością swych jasnych 
przeznaczeń. 
Siedziały tak dwie przyjaciółki naprzeciw siebie długo, wyczerpawszy znać 
rozmowę, gdy Lola odezwała się z ciężkim westchnieniem: 
— Powiadam ci. Hermo ty moja droga, nie ma dziwniejszego losu na świecie 
nad mój. Powtarzam za ciocią Nieczujską, do czego to podobne... to nie ma 
sensu. 
— Oryginalne, nie przeczę — odparła, bawiąc się 
sznurem czarnym swej 
rannej sukni. Herma — ale jużem ci mówiła, że i ja nie inaczej prawie poszłam 
za mąż. I, muszę dodać, kiedyż my inaczej wychodzimy, my, nieszczęśliwe 
niewolnice, kupowane na tym targu, który się nazywa salonem? Czyż my 
znamy kiedy narzeczonego, widując go po godzinie na dzień w białych rękawiczkach, 
teatralnie występującego ze wszystkimi swymi talentami i przymioty? 
— To prawda... ale ja, ja spodziewałam się, ja marzyłam... jam sobie zawsze 
mówiła, że nie oddam ręki, póki serca nie oddam... a tu... 
— O! serce! — rozśmiała się Herma. — Między nami dwiema, wiem, że nas 
nikt nie słucha, myślisz, że ja swego Seweryna kocham? Miły mi jest, przywykłam 
do niego, nie mam wstrętu, ale kochać?! Żebyś go zobaczyła, wcale 
nawet przyzwoicie wygląda, pół godziny mówi rzeczy zajmujące, ale kochajże 
się w człowieku, który cały dzień gorączkuje się nie dla ciebie, tylko dla pieniędzy, 
wraca do domu z pełną głową kursów56 i bilansów i przez sen mówi o 
podwyżce i spadku papierów57. 
— Ale bo ciebie wydano za spekulanta! — przerwała Lola. 
— Tak, a ty możesz pójść za sportsmena, za myśliwca, za gospodarza, za 
nie wiem kogo, i będziesz miała ze straszną jego namiętnością tak samo do 
walczenia jak ja. Takie to już teraz nasze życie... 
Westchnęła i rozśmiała się zaraz. 
— Ale co tam! na miłości idealne już wcale rachować nie można. Od czasu 
jak kucharki poprzebierały się za Heloizy, nie ma już Abelardów58. Nasze zadanie 
nie dać się zgnieść, opanować, zostać paniami, no i dobrze się bawić... 
Życie może być takie zabawne! 
— A! pleciesz doprawdy nic do rzeczy... nie masz litości nade mną — przerwała 
Lola — a tu losy moje rozstrzygać się mają. — Załamała ręce. — Ja muszę 
iść za tego hrabiego! muszę, co za wyraz okropny! Kobieta, która musi... nie 
może chcieć... i ja nie chcę. Nie chcę, a muszę! powiedz to sobie. 
— Mówimy to sobie drugi dzień — przerwała Herma — ale czegóż musisz? 
— Hrabia, mój opiekun, zaręcza, przysięga, że to była wyraźna wola ojca 
mojego. On tak był 
dobrym dla mnie, a dziś, umierając, zaklina mnie, abym 
spełniła wolę ojca i jego, że to jest jedyny środek do szczęścia, a dla niego to, 
co mu śmierć osłodzić może... Słowem, wszystko to razem stawia mnie w konieczności, 
w okropnej konieczności... 
— Śmiej się z tej konieczności okropnej. Ty bo masz jakieś usposobienie 
do pojmowania tragicznie żyda. Mówią, że postawą przypominasz Rachelę59... 
toteż i za karę masz miłujące role tragiczne. Co za okropna rzecz pójść za 
młodego, przystojnego, dobrze wychowanego hrabiego, który jest w dodatku 
bogaty? 
— Ale ja go nie znam! — wykrzyknęła Lola z rozpaczą. 
— To go poznasz. 
— A jeśli mi się nie podoba? 
— No, to go będziesz znosić jak ja mojego. 
— A jeśli podoba mi się inny?... 
— Nie! ty bo koniecznie tragedię sobie komponować musisz! — zawołała 
Herma. — Nie będziesz miała czasu myśleć o tym... świat cię porwie! Będziemy 
się bawiły... bawiły, szalały! 
Lola potrząsła główką. 
— Tylko co go nie widać — dodała po namyśle. — Wystaw sobie moje położenie... 
Jak mam wystąpić? jak się pokazać? co mówić? 
Pochwyciła się za głowę. 
— Wiesz co, to prawda — przerwała nagle Herma — najważniejszej rzeczyśmy 
nie obmyśliły, twojej toalety. Sama nawet nie wiem, co ci radzić... 
— Chcę wziąć suknię czarną — odparła z wielką serią 
Lola — wystąpię przed 
nim z całą powagą, na jaką się zdobyć potrafię. Żadnych błyskotek, pstrocizny 
żadnej, strój prawie żałobny... suknia czarna, wiesz, widziałaś ją, ta, która 
tak ślicznie leży. Samaś mi mówiła, że mi w niej bardzo do twarzy... 
— Ale coś przecie dla ożywienia jej dodać trzeba. 
— Nic, nic... białe mankietki i prosty, śnieżnej białości kołnierzyk. 
— Masz może broszę jaką? — zapytała Herma. 
— Wszystkie szkaradne — odpowiedziała Lola z oburzeniem. — Jedna mozaikowa 
wenecka, druga malachitowa60 spospolitowana, trzecia złota, stara i 
bez smaku. 
— A brylantowa? 
— Za nic brylantów nie włożę. Jedno, co bym mogła użyć, to coś złotego w 
rodzaju starożytnym, prostego a masyw61... widziałam takie przywiezione z 
Rzymu, ale sama nic podobnego nie mam. 
— Przecie brosza jest konieczną... 
— Mówię ci, żadnej ludzkiej nie mam. Westchnęła nieszczęśliwa. 
— We włosy czarne choć różę! — dodała Herma. 
— A! niech Bóg broni. Jak ty możesz nawet o takiej herezji pomyśleć. Róża 
to godło radości, szczęścia... ja nie chcę mu się wyświeżyć, ja go chcę przerazić! 
Herma w pulchne rączki klasnęła. 
— A! masz słuszność! tyś sto razy rozumniejsza ode mnie, niech drży przed 
tym majestatem zawczasu, niech się uczy posłuszeństwa i grozy... Oj, jaka ty 
jesteś przedziwna — dodała po chwilce — nieoceniona, jakaś ty nieskończenie 
dobra, żeś mi dozwoliła byćświadkiem tej sceny. Wiesz co, włosy puść w puklach 
na ramiona — zawołała, jakby uderzona myślą wielką — masz je przecudne 
i z tym ci niezmiernie do twarzy! 
— Proszę cię, to by wyraźnie znaczyło, że myślę mu się podobać. A nie, to 
być nie może. Włosy gładko przyczesane i zwinięte w warkocz bez pretensji... 
Ja chcę być prawie brzydką. 
— Nie rozumiem — odparła Herma — to nie jest naturalne, zawsze pragniesz 
być piękną. 
— Mówiłam ci, chcę być straszną! 
— To nie przeszkadza być piękną — Herma rzuciła się, nie domawiając tych 
słów, na szyję Loli i zaczęła jąściskaćśmiejąc się znowu. 
— Gdybym ja była w twoim położeniu — odezwała się — ja mam naturę inną, 
ja bym wystąpiła przed niego w całym blasku piękności, starałabym się go 
oczarować, rozkochać, przywieść do szału... Wierz mi, to daleko zabawniejsze. 
A, żebyś ty, chcąc nawet być straszną, przestraszyć kogo potrafiła, temu 
nie wierzę, nadto jesteś piękną... wiesz, tak piękną, że z moją twarzyczką subretki62 
czasem ci piekielnie tego oblicza Junony63 zazdroszczę. We mnie, ja 
to wiem, ludzie się kochają do szału przez dni kilka, a w tobie można się zakochać 
na wieki. 
Jeszcze tak paplały, gdy wpadła ciocia Nieczujska. Przy dwóch tych rozkwitłych 
bujnie różach kapitanowa wydawała się na kształt dojrzałego kasztana, 
ze swoją cerą brunatną, maleńkimi oczkami czarnymi i żołnierską postawą. 
Miała nawet zwyczaj brać się pod boki, a nosiła przy tym strój tak zaniedbany 
i niezręcznie włożony, jak gdyby chciała umyślnie wydawać się 
dziwacznie. 
— Moje panie! na miłość Bożą — poczęła od progu — godzina jedenasta, wy 
do tej pory w szlafroczkach, śniadanie nie sprzątnięte... czas się przecie poubierać. 
Hrabiego tylko co nie widać. Jeśli go nie było wczoraj, to dziś jak 
najpewniej będzie, nie ma najmniejszej wątpliwości. I to na obiad, ręczę... 
Obiad nawet zadysponowałam stosownie. 
— Otóż masz — przerwała Lola — ręczę, że doda występuje, a ja proszę i błagam, 
żeby tego nie było. 
— Co to jest „występuję"? — spytała Nieczujska wcale nie zmieszana — kazałam 
krem zrobić, czyż to dla nich występ? Przecież trzeba pokazać, że my 
tu żyjemy też po ludzku... a mam gościa oprócz tego jegomościa. Indyk na 
pieczyste... Nie ma żadnych wątpliwości. Ale, na Boga, ubierać się idźcie! 
— Dlaczego? dlaczego ja się mam spieszyć? — przerwała Lola — żebym zaraz 
wybiegła naprzeciw niego? Po co? przecie poczekać może. Właśnie pokazać 
tego nie chcę, iż był oczekiwany i że się tym niepokoiłam. 
— Ale ja go będę bawić w salonie? ja? — spytała Nieczujska. 
— Ale nikt — odparła Lola — niech się sobie sam bawi lub nudzi, to mi 
wszystko jedno. 
— Zlituj się, a toć przyszły mąż — zawołała Nieczujska — bo to rzecz nieuchronna, 
po cóż go dręczyć, po co go zrażać? 
Lola ramionami ruszyła. 
— Już to, moja Lolciu — poczęła ciocia biorąc się 
w boki — wy tu dwie z 
Hermą musiałyście dobrze się naradzić i ślicznych rzeczy nakomponować! 
Herma, która lubiła śmiać się ze wszystkiego, z czego płakać nie mogła, 
roześmiała się głośno. 
— Słowo daję cioci, że dawałam rady jak najrozumniejsze, jak najstateczniejsze, 
ale Lola... Lola się uwzięła grać z nim w strachy. 
— Jak to? — zapytała Nieczujska. 
— Chce koniecznie tak wystąpić, ażeby go nastraszyła. 
I ciocia zaczęła sięśmiać. 
— A już to próżno Loli chcieć coś narzucić, zrobi, co jej do głowy przyjdzie, 
lecz żeby miał się zlęknąć, choćby marsa64 nastawiła, to wątpię. Uważajcie, 
jak lepiej, ja się do niczego mieszać nie chcę, ażeby potem za nic nie odpowiadać, 
radziłabym tylko zawczasu o ubraniu pomyśleć, bo to będzie niemała 
sprawa. 
Lola milcząc wzięła chustkę ze stołu i pełna majestatu wyszła. Hermę zatrzymała 
Nieczujska szepcząc po cichu: 
— Cóż ona myśli? co mówi? 
— Mnie się zdaje — szepnęła w ucho cioci, sypiąc wyrazami przerywanymi 
śmieszkiem, Herma — mnie się zdaje, że ona mówi o straszeniu, ale sama jest 
w niemałym strachu... W istocie takie zamążpójście! Moja kochana pani Nieczujska, 
ja sama wyswataną zostałam jakby parową machiną, ale zawsze 
jeszcze nie tak. 
— Bóg wie, co to jest — odparła Nieczujska — naprzód, że to oboje młode, po 
wtóre, prawie się nie znają i tak łap cap do ołtarza, a wszystko to dlatego, że 
opiekun z puchliny umiera i lęka się, aby mu dziedziczka Gromów się nie 
wymknęła. A co potem będzie z obojgiem tych dzieci, to już na Pana Boga 
spuszczają. Śliczne mi ożenienie... 
Ruszyła ramionami Nieczujska, spojrzała na Hermę i niezmiernie zdziwioną 
została widząc ją jak zawsze śmiejącą się tym śmieszkiem na pół dziecinnym, 
który zwiastował prawie radość, iż tak osobliwej przygody miała być 
świadkiem. 
— Cóż na to już radzić? — zawołała — i ja pobiegnę się ubierać, bobym ani 
jednej sceny z tej komedii czy dramatu stracić nie chciała, a muszę się też 
jak do loży wystroić. 
Gdy się to działo na gotyckim zameczku w Gromach, hrabia Roman, przebudzony 
uderzeniem powozu na mostku, wyjrzał i z przerażeniem zobaczył 
przed sobą w pewnym oddaleniu cel swej podróży — wieżyczki niezdarne 
sławnej rezydencji hofrata65 i barona Wilmshofena. 
Zbliżała się 
chwila stanowcza, a Roman nie miał czasu, a raczej zapomniał 
był zupełnie namyślić się i obrachować, jak się miał przedstawić z listem 
stryja. Szło o to, a rzecz zdawała mu się niezmiernej wagi, czy jak, stał, po 
podróżnemu, naprzód zaprezentować się w tużurku, rękawiczkach ciemnych 
i kapeluszu rannym, a potem na obiad się pójść przebrać, czy też prosić od 
razu o naznaczenie mieszkania i formalną na pierwszy występ uczynić toaletę. 
Oba systema te miały coś za sobą, oba zdawały się dosyć usprawiedliwione, 
wybór był niezmiernie trudny. Jakże się biedził z sobą 
pan Roman, nie 
wiedząc, co postanowić, i chcąc już ciągnąć węzełki, gdy przed powozem rozległo 
się: — Stój! stój! — i wydobywszy głowę przez okno, zdziwiony niezmiernie 
hrabia ujrzał przed sobą pana Cherubina Bończę Bończewskiego, którego 
Niemcy zwali Ritter von Bontschefski — młodego przyjaciela i nieco dalszego 
sąsiada, konno, w pąsowym fraku, jadącego ze smyczą chartów66. 
Ritter był wieku tego co Roman, usposobieniami i pozycją socjalną zbliżony 
do niego, panicz jak on i członek korpusu złotej młodzieży. 
— Romciu, co ty tu, u licha, robisz? 
— Cherubin! a ty? 
— Ja poluję, jak widzisz. 
— A ja z listem stryja jadę do Gromów. 
— Stryj podobno dogorywa... 
— Ma się w istocie bardzo źle. 
— Z listem? ha! rozumiem — dodał Cherubin — to pewnie o ożenienie idzie, o 
którym powszechnie mówią. 
Roman się zarumienił i kazał powozowi stanąć, gdyż dotąd Cherubin jechał 
przy drzwiczkach. Zsiadł 
teraz z konia i odeszli nieco na stronę. Bończa 
popatrzył na strój podróżny elegancki okiem znawcy. 
— Przyznaj się — dodał ze śmiechem — jedziesz się pannie oświadczyć... 
— Jadę z listem stryja — ostrożnie odrzekł Roman, korzystając ze spotkania, 
ażeby dręczącej niepewności koniec położyć, zasięgając rady przyjaciela. 
Wziął go za guz od rajtroka67. 
— Mój Cherubku, z czym i po co ja jadę, o to nie idzie, ale bądź tak dobry, 
powiedz mi, bo ty w tej mierze jesteś sędzią kompetentnym, co ja mam zrobić. 
Panny i domu tak dobrze jak nie znam, czy wypada mi tak się naprzód 
zaprezentować, jak stoję, z drogi, a na obiad zrobić toaletę, czy też... 
Cherubin pokiwał głową. 
— W istocie — odezwał się — pytanie skomplikowane. Gdyby w domu byli 
mężczyźni, gdybyś był poufale znajomy, oczywiście, że powinien byś stanąć, 
jak jesteś. Ale to kobieta, panna! Z drugiej zaś strony prosić o pokój, przebrać 
się... jak? toilette du matin68 albo raczej rannej wizyty, a potem druga 
toaleta do obiadu, bo żaden człowiek przyzwoity, gdyby nawet sam na sam 
był, bez fraku do obiadu nie siada, to fundamentalne prawidło. 
— Na wsi? 
— Co to na wsi! W Anglii tak jest, czy na wsi, czy w mieście trzeba zwyczaje 
szanować, ou on est un malappris69. 
— Więc jak sądzisz? — spytał niespokojny Roman. 
— Trudno rozwiązać, bardzo trudno — odparł Cherubin. 
Spojrzał na strój Romana. 
— Masz na sobie ranny surducik — rzekł — który nie ujdzie na żaden sposób, 
trop sans facon70... 
— Więc się przebiorę — szybko dokończył 
Roman — ale kiedy już o tym mówimy, 
jak ci się zdaje, krawat biały?... 
Cherubin zadął usta. 
— Hm, sądzę, nie sądzę — zawyrokował — prędzej kamizelka... i to jest kwestia 
trudna. Panna, kobiety... Chociaż 
c'est recu71, że tylko do ambasadorów i 
na uroczyste obiady kładzie się krawat biały. Czarny ujdzie... Rękawiczki też 
paliowe72 lub perłowe, bo to wieś. 
Cała ta rozmowa z wielką z obu stron była prowadzona powagą. 
— A z włosami co zrobisz? — spytał Cherubin — bo to na wsi... 
— Ale mnie mój Francois fryzuje i czesze, jak nie można lepiej — odparł Roman 
— o to się nie troszczę. 
Podali sobie ręce. 
— A więc mam ci życzyć szczęścia? — dodał Bończa. — Pannę widziałem, 
bardzo piękna... że bardzo majętna, o tym wy najlepiej wiecie. Co się tyczy 
reszty, jest to tajemnica. Ciocia Nieczujska, bywając w sąsiedztwie, wychwalała 
baronównę jako niezrównaną istotę. Szczęśliwym zaprawdę jesteś człowiekiem, 
wszystko ci samo, bez szukania i troski przychodzi... Ja bym się też 
chętnie ożenił, szukam, a znaleźć nie mogę. 
Roman westchnął, nie miał znać ochoty przydłużać rozmowy. 
Bończa, przeciwnie, rad by ją był przeciągnąć, szło mu o wybadanie sentymentów 
przyjaciela, gdyż od dawna żywił nadzieję poznania baronównej i 
miał pewne projekta. Spieszne swaty chorego hrabiego pupili z synowcem 
wcale mu nie były na rękę, rachował jednak na to, co mu doktor powiedział, 
iż stary ten Filip żyć długo nie może, że ślub tak prędko się nie odbędzie, a 
on, korzystając z tego, iż pannie narzucony mąż pewno się 
nie podoba — odsadzić 
go potrafi. 
— Proszę cię, mój Romciu, ot, tak szczerze — odezwał się — serio więc myślicie 
dobijać targu? hę? Jakże? — wpatrzył mu się w oczy. — Szanuję wielce i 
pojmuję twojego stryja, ale wyznam, że mi ciebie żal. Młody jesteś, masz 
wszystko, czym się podobać możesz, trochę by ci się dłuższej swobody należało, 
panny nie znasz i tak w ciuciubabkężenić się musisz... 
Roman spuścił oczy. 
— Ale to, zdaje się, dawno ułożone są rzeczy — rzekł cicho — ja się stryjowi 
sprzeciwiać nie mogę... 
— Ja go szanuję też... mais je vous avoue73 — rzekł spiesznie Cherubin biorąc 
go za rękę, jakby się lękał, żeby mu nie uciekł — je vous avoue, c'est un 
procede, au moins, excentirque74 między nami, panna będzie już od roku źle 
Roman, milcząc, końce krawatu poprawiał. 
— Na twym miejscu — mówił Bończa — ja bym starał się przynajmniej przeciągnąć, 
gagner du temps76... 
Roman spojrzał na zegarek. 
— Jeszcze sam nie wiem, jak postąpię — odparł sucho. — Rzeczywiście to 
położenie osobliwe mnie przeraża. Jest to małżeństwo de raison et de convenance77... 
— I in articulo mortis78! — śmiejąc się dodał Bończa. — Zapewne, to jedna z 
najmniejszych rzeczy, mais cela frise le ridicule79, a śmieszność jest rzeczą 
niezmiernie bolesną. 
Roman zarumienił się, pierwszy bowiem raz przychodziło mu na myśl, że 
w istocie mógł się stać do pewnego stopnia śmiesznym. Zaniepokoiło go to 
mocno, a i tak już dosyć był niespokojnym. Westchnął. 
— Mnie cię szczerze żal — dokończył Cherubin — ale cóż robić. Stryj ma swe 
prawa i mariaż80 zresztąświetny. Sapristi!81 Pruhów i Gromy, takie dwa klucze 
bez długów to coś znaczy, dla połączenia dwóch takich kompleksów coś 
ważyć można... 
Śmiejąc się dosadnie ścisnął dłoń Romana, który wrócił do powozu zmieszany, 
a Bończa, cmoknąwszy na charty, puścił się kłusem przez pola, ręką 
jeszcze zasyłając mu najczulsze pożegnanie, choć wiedział, że mu groźbą tej 
śmieszności przeszył serce. 
Zbity z odwagi i z tropu Roman siadł do kocza, tak potrzebując rozmyślić 
się 
jeszcze nad znalezieniem się swym w Gromach, iż kazał jechać powoli, 
aby zyskać na czasie. 
Wcale się nie domyślał, iż z wieżyczki gotyckiego dworku Herma i Lola, z 
perspektywą82 stojąc, od dawną każdy jego krok śledziły. Jak tylko powóz się 
pokazał z dala, pusta Herma wykierowała nań teleskop i zawołała Loli. We 
dwie, na przemiany stojąc, miały czas napatrzyć się 
spotkaniu dwóch przyjaciół, 
ich obrotom, prawie mogły domyśleć się rozmowy. 
Teleskop był tak doskonały, iż Herma mogła przezeń wyegzaminować postawę 
i strój pretendenta83 i poznać pana Bończę, którego widywała we Lwowie. 
Gdy powóz zatrzymany poruszył się znowu, Lola i Herma pobiegły się 
ubierać. Dano znać na dół, ażeby przybyłemu powiedzieć, iż pani domu nie 
była ubraną i przyjąć go nie mogła jeszcze. 
Roman, na zegarku widząc już pół do pierwszej, był pewien, iż na wsi o tej 
godzinie wszystkie toalety są skończone. Zdziwił się nieco, gdy mu kamerdyner 
w ganku ceremonialnie wyrok wydany obwieścił i poprzedzając go, zaprowadził 
do przeznaczonych mu pokojów. 
Pani Nieczujska starała się za wcześnie o to, ażeby młodemu hrabiemu 
dać 
apartament, który by o domu wyobrażenie zrobił korzystne; wydał się 
jednak rozpieszczonemu Romanowi i Francois tres mesquin84. A złego smaku. 
Norymberszczyzna nieboszczyka hofrata nadto go pstrzyła, a przez nią 
czuć było tandetę. 
Bądź co bądź, Roman wolał, że go zrazu nie przyjęto, miał czas się jeszcze 
namyślić. Trudno uwierzyć temu, lecz głównym przedmiotem tych rozmysłów 
było, czy od razu wystąpić we fraku, czy w surducie. 
Do godziny pierwszej musiał się co najmniej ubierać, obiad miał być o 
trzeciej. W ostatniej instancji rozstrzygnął Francois, który frak przygotował. 
Było to nieco śmiesznym, lecz tyle już tu gromadziło sięśmieszności, że na 
jedną więcej nie było co uważać. 
Z niemałym trudem dokonawszy toalety rozumowanej, z cylindrem pod ręką, 
w rękawiczkach perłowych, z lekka uperfumowany ekstraktem siana, z 
głową przedzieloną cudownie, z włosami ułożonymi anielsko, ze szpilką w 
chustce ozdobną prawdziwym skarabejem85 egipskim hrabia Roman spuszczał 
się z wolna po wschodach do sieni. 
Tu oczekiwał nań kamerdyner, który mu drzwi salonu otworzył. 
Przygotowanym byt gość na ujrzenie już oczekującej go gospodyni. W salonie 
nie było nikogo. Nawet ciocia Nieczujska nie wyszła jeszcze. 
Ponieważ dzień był jesienny i chłodny, paliło się na kominku, na stołach 
porozrzucane były albumy i książki. 
Salon świeżo umeblowany okrutnie przypominał hotel pierwszego rzędu. 
Zwierciadła w ramach złoconych, portiery tuzinkowe, meble form zużytych 
nie miały żadnego charakteru. 
Hrabia Roman, zawsze z kapeluszem pod ręką, nie śmiejąc siąść, przechadzał 
się po cichu, zaglądając w książki, aby z nich choćby powziąć jakiekolwiek 
wyobrażenie o charakterze swej przyszłej narzeczonej. 
Jeden z albumów zawierał same portrety koleżanek z pensji, drugi nauczycielek. 
Ilustrowane tomy przy nich leżące były tak pospolite, że z nich o 
smaku i upodobaniach nic wnosić nie było można. Coś więcej mówiły, choćby 
o lingwistycznych studiach baronównej, na drugim stole jeden tom Goethego, 
jeden tom Longfellowa86, jeden Manzoniego87 i jeden Mickiewicza. Widocznie lubiła poetów. Ale wszystkie te tomy, jak się okazało wziąwszy je w 
ręce, były nie porozcinane. 
Żadnej kobiecej robótki nie było w salonie. Na trzecim stole cały stos 
dzienników mód porozrzucanych przez Hermę leżał 
w chaotycznym nieporządku. 
To już miało pewne znaczenie. Roman się ucieszył, lubił w kobiecie 
elegancję, obawiał się w żonie gospodyni, kucharki. 
Dostrzegł też 
na niesmacznej poduszce szytej herb Wilmshofenów arcyskomplikowany, 
nad którym studium dosyć przyjemnie czas mu zajęło. 
Składał on się z sześciu tarczy i trzech hełmów nad nimi, na których były 
bawole rogi, ogon pawi i głowa Murzyna. W środku haft nie dozwalał nic rozpoznać 
wśród pstrej mozaiki nad głową z wielkimi uszami, wątpliwa była czy 
ośla, czy cielęca, pięć jakichś plam i mnóstwo pasów. Herb miał fizjognomię 
zupełnie obcą, kosmopolityczną, ale niczego. Panna więc musiała do rodu 
pewną przywiązywać wagę, co też hrabiego Romana uradowało. 
Z tego, co młodość lubi, były tylko dosyć wyschłe i zaniedbane kwiatki 
przy oknach. Niektóre z nich powiędłe schylały główki, mdlejąc z pragnienia. 
Dwa wielkie portrety Amerlinga88 wystawiały nieboszczkę baronowę, hożą i 
piękną kobietę, w sukni atłasowej z koronkami, bransoletami, koliami89, łańcuchem, 
wachlarzem itp., i hofrata w mundurze, orderach, z kapeluszem pod 
pachą, ręką jedną spartego kunsztownie i z gracją na stole, na którym leżały 
rozrzucone papiery z pieczęciami i kilka ksiąg wyglądających na kodeksa 
praw. W głębi widać było bibliotekę. 
Twarz hofrata, ogolona na czysto, miała wyraz zadumy oficjalnej i powagi 
wysokiego urzędnika. Spoglądał 
z portretu na świat bezrangowy i beztytułowy 
z dumą wielce wyrazistą. Ręka z lekka sparta na stole, choć od niechcenia, 
zdawała się rozkazywać posłuszeństwo papierom. Na jednym z palców 
widny był pierścień ogromny brylantowy, otrzymany w nagrodę. 
Wpatrzywszy się w portrety, hrabia Roman zadumał się mocno — niezmiernie 
mu to wszystko parafiańszczyzną i biurokracją czuć było. Na kominie zegar 
stał tak brzydki, iż hrabia wstrząsnął się nań spojrzawszy. Na wahadle 
niby na huśtawce siedział pastuszek i pasterka. Pastuszek w pluderkach90 z 
różowymi podwiązkami, pasterka w kapelusiku szwajcarskim. Podnoszenie 
się i opadanie tej pary było niecierpliwiące. Ale zegar, jak inne sprzęty, był 
zabytkiem po hofracie, który kupił go za dzieło kunsztu. 
Upokorzony widokiem tak niesmacznego towaru w salonie hrabia Roman 
stał jak wkuty, nie mogąc od niego oczu oderwać, gdy drzwi się boczne 
otwarły i w milczeniu, procesjonalnie wyszły: naprzód czarno ubrana, poważna, 
chmurna baronówna Wilmshofen, za nią usiłująca śmiech w sobie 
pusty stłumić Herma, na końcu kapitanowa Nieczujska. 
Ta ostatnia bardzo się rzadko ubierać czuła potrzebę, nie lubiła stroju, nie 
cierpiała myśli o nim, zmuszona więc tym razem niby się ubrać, wystąpiła 
dosyć dziwacznie. Herma, którą wezwała na radę, do szkockiej sukni ponapinała 
jej kokard pąsowych i coś na głowie umieściła, co nie wiedzieć, czy 
było strojem, czy przypadkowo narzuconym gałgankiem. Procesja tych trzech 
niewiast wychodziła ze drzwi powoli, nic nie mówiąc i widocznie zmieszana. 
Piękność Loli naprzód uderzyła stojącego w środku salonu hrabiego, była 
w istocie imponującą, majestatyczną, ale przy wielkiej młodości ta wymuszona 
nieco powaga była niemal przesadzoną i śmieszną. 
Jakby dla uwydatnienia jej jeszcze śmiejąca się twarzyczka Hermy stała 
tuż dla kontrastu, poza nimi ciemnobrunatna maska pani Nieczujskiej 
skrzywionej okrutnie wypełniała trójkę najdziwaczniej dobraną. 
Lola szła sztywnie, milcząco i zaledwie skłoniła głową, gdy hrabia Roman, 
dobywszy list stryja z prawidłowym ukłonem, głosem nieco drżącym odezwał 
się: 
— Przebaczy pani, że się jej sam przedstawić muszę, wprowadzony do jej 
domu tylko listem polecającym mojego stryja. Od dawna pragnąłem mieć 
szczęście... 
Lola trochę za spiesznie przerwała mu, nie dając dokończyć: 
— Przez nikogo lepiej pan hrabia zaleconym mi być nie mogłeś, jak przez 
mojego kochanego opiekuna. 
Tu wypadło hrabiemu Romanowi prosić gospodyni, aby go nie znanej mu 
przedstawiła przyjaciółce, gdyż panią Nieczujska znał dawniej. 
— Moja przyjaciółka Herma Grzegorska... pan hrabia Roman Zebrzydowski. 
Figlarne oczki Hermy strzeliły na prost w źrenice nieszczęśliwego Romana 
z taką ironią, iż się nieco zmieszał. 
Śmieszność 
przepowiedziana przez Bończę już mu się w tym wejrzeniu 
czuć dawała. Pot występował na czoło. Pobieżne spojrzenie na Lolę przekonywało 
go, że więcej była zmieszaną i zakłopotaną niż radą z jego przybycia. 
Młoda gospodyni wskazała fotel. Pani Nieczujska spytała nagle o zdrowie 
hrabiego Filipa. 
— Jest dosyć niedobrze — wybąknął Roman. 
Nie ma innej rady — pomyślała w duchu kapitanowa — jeśli ja tu nimi nie 
zarządzę i nie wezmę 
ich pod swoją opiekę, jakąś niedorzeczność zrobią i nie 
wiem już, jak z tego wyjdą. 
Prawie słowo w słowo toż samo powiedziała sobie Herma, a co pomyślała 
Lola, odgadnąć było trudno. 
Zasiedli tedy, Lola zawsze z powagą niezmierną. Herma, jako osoba zamężna, 
z pewną swobodą pozy rozsiadła się, pochyliwszy książkę, żeby nią 
zakryćśmiejące się usta, a oczkami świdrowała biednego młodzieńca na wylot 
bez litości. Ile razy hrabia w tę stronę spojrzał, znajdował ten jej wzrok 
nieustannie wlepiony w siebie, a nie opodal zegar fatalny z kołyszącą się pasterką 
i pastuszkiem do niecierpliwości go doprowadzał. 
Na Lolę natarczywie zbyt patrzeć i badać ją przyzwoitość nie pozwalała. 
Nieczujska stała na straży pilnej, ażeby, w razie niebezpiecznego przechylenia 
się jakiego rozmowy, ratować. 
Ale rozmowa wcale nie szła, po kilku wymówionych słowach wątek pękł i 
nie sposób go było nawiązać. Milczenie to tak śmieszyło Hermę, że książkę 
przyłożyła aż do ust. Nieczujska była oburzona jej swawolą, Lola, czując się 
wystawioną na wzrok narzeczonego, rumieniła się i bladła. Położenie z każdą 
chwilą stawało się nieznośniejszym. Hrabia Roman czuł, że od jego przytomności 
umysłu zależał ratunek. Niebezpieczeństwo natchnęło go komunałem. 
— Mało znam tę okolicę — rzekł — chociaż od Pruhowa nie bardzo jest odległą. 
Gromy bardzo są pięknie położone... ogród... 
Herma całą twarz już zakryła. Lola jako gospodyni zebrała się na odpowiedź: 
— Gromy nie mogą iść w porównanie z rezydencją pańskiego stryja. Pamiętam pałac z lat dawnych, bywałam tam, gdy pan hrabia odbywałeś podróże. 
Park mi się bardzo podobał. 
— Jest to dzieło mego stryja. 
— O! stryj pański ma wiele gustu — dodała Nieczujska, podsycając tę 
sztuczną rozmowę. 
— Listu nie przeczytałam — wtrąciła Lola ciągle z wielką powagą — lecz samo 
to, że mógł go pisać mój opiekun, już mnie uspokaja. 
Roman nie śmiał wspomnieć, że list był dyktowany i drżącą ledwie podpisany 
ręką. 
— Chwilowo jest nie bardzo źle — odezwał się — lecz lekarze przestraszają 
nas. 
— Bo to ci doktorowie — wtrąciła ciocia — zawsze gotowi straszyć tylko, aby 
mieć potem większą z uratowania zasługę. 
Rozmowa tak przeraźliwie była pospolitą i nudną, że Herma, która się 
wcale innego spodziewała, zniecierpliwiona porwała się i poszła do okna. 
Dało jej to zręczność wystąpienia przed zdumionymi oczyma młodzieńca z 
całym zalotnym wdziękiem postaci. 
Zegar wskazywał dopiero drugą godzinę — do obiadu było niezmiernie daleko, 
minuty pełzły żółwim krokiem. Herma, gdy wychodziła do salonu, posprzeczała 
się była i nastraszyła Lolę, dowodząc, że powinna sam na sam pozostać 
z hrabią Romanem. Z tego powodu przerażona Lola wymogła na przyjaciółce, 
że ją na chwilę nie opuści. Lecz zrobienie figla nadto było powabnym 
dla Hermy, aby na nią zbyt wiele liczyć było można. Lola truchlała. 
W tej chwili dla jakiejś dyspozycji kamerdyner wywołał ciocię Nieczujska; 
okiem litości błagającym spojrzała Lola na towarzyszkę, która niby nic nie 
widząc i nie rozumiejąc, z kwiatkami u okna miała do czynienia. 
Roman rozglądał się po salonie, ale w oczach mu sięćmiło, widział tylko 
przed sobą malowanego hofrata, perpendykuł91 zegara i ogromne falbany 
sukni pani Hermy. Na Lolę nie miał nawet spojrzeć odwagi. 
Pierwsze wejrzenie nauczyło go, że była bardzo piękną, że ruchy jej, pełne 
powagi, wrodzonym, instynktowym nacechowane były wdziękiem. Głos miała 
miły choć 
na pozór surowy. Nie zakochał się od tego spojrzenia, bo w ogóle 
do zakochania był trudny, ale powiedział sobie, że jako hrabina Zebrzydowska 
baronówna pięknie będzie wyglądać. 
Jakkolwiek uprzedzona przeciw narzuconemu jej pretendentowi, Lola też 
nie znalazła go tak źle, jak się lękała: wydał jej się krochmalny, sztywny, 
zimny, ale znośny. 
Herma, z daleka go egzaminując, wyznała w głębi ducha, że daleko był pokaźniejszym 
od jej męża. 
— Pan wiele podróżowałeś? — zapytała, nagle przysiadając się do niego 
Herma. — Gdzież pan był? 
— Po troszę wszędzie — rzekł Roman — podróż jednak odbywałem tak pośpiesznie, 
iż za niezbędne uważam ją kiedyś, jeśli okoliczności dozwolą, powtórzyć. 
— A Paryż pan zna? — spytała Herma, której narzucało się inne pytanie, 
zaledwie litością dla Loli powstrzymane: chciała go zapytać, czy był w Kołomyi. 
— W Paryżu mieszkałem kilka miesięcy, ale na Paryż i to za mało. 
— Lub za wiele — dodała Herma — bo się już po kilku miesiącach pobytu tęskni 
za nim. Ja tylko kilka tygodni przesiedziałam tam i zapomnieć go nie 
mogę. A! uroczy... Namawiam Lolę, byśmy jechały razem. 
Roman odpowiedzieć nie umiał; Lola strzępiła bardzo piękną batystową 
chusteczkę. Wchodząca na powrót Nieczujska zdyszana popatrzyła na Lolę 
bladą, na zbyt rumianą Hermę, na wyprostowanego kawalera i w duchu rzekła 
sobie: 
— To dopiero historia! Co ja tu z nimi pocznę? 
Hrabia Roman z ciężko dobywających się z ust Loli wyrazów, z całej postawy 
jej, z twarzy mógł poznać, że nie był dla niej pożądanym gościem. Mógł 
się on tego spodziewać wcześnie, ale inaczej sobie wyobrażał tę wychowankę 
klasztoru, jako istotę trwożliwą, nieśmiałą, powolną, dziecinną. Znajdował w 
jej miejscu wprawdzie wiekiem młodziuchną, ale niezwykle surową, nasrożoną 
i zimną istotę, która mu się mówić zdawała, że go nie chce i że może sobie 
iść precz. 
Takie na nim czyniła wrażenie. Zadanie stawało się nieskończenie trudniejszym, 
niż sądził. 
Nieczujska, widząc zakłopotanie dwojga przyszłych małżonków, puściła się 
sama na gadaninę dosyć niezręczną, byle nie dać utrapionemu zapanować 
milczeniu. Plotła trzy po trzy, lecz to ratowało resztę towarzystwa od gorszego 
jeszcze łatania rozmowy przerywanej. Mówiła, co jej do ust przyszło. Roman 
kiedy niekiedy rzucił słowo. Herma miała pretekst do śmiechu, który ją dusił, 
Lola patrzyła w okno, prawie się nie mieszając do rozmowy. Wszyscy coraz 
to spoglądali na zegar, który ze swymi pastuszkami huśtającymi się, jakby 
wcale nie szedł, tak wskazywał powoli upływające minuty. 
— Wszystko to nic jeszcze — mówił sobie w duchu Roman — ale po obiedzie! 
Co ja tu nieszczęsny poradzę i jak się z nią rozmówię? 
Tej właśnie rozmowy Herma była najciekawszą, obiecywała sobie, bądź co 
bądź, ją podsłuchać. 
Biła trzecia, gdy kamerdyner otworzył drzwi i pani domu, wejrzeniem zapraszając 
gości za sobą, umyślnie podała rękę Hennie. Hrabia został z Nieczujska 
i musiał ją prowadzić. Zastanowił się w tej chwili mocno, czy nie było 
w tym uchybienia formom, czy to nie oznaczało dlań odepchnięcia i pogardy, 
ale kodeks przyzwoitości wytłomaczył mu, iż z dwojga gości gość kobieta 
zawsze miała pierwszeństwo. Zostawała wątpliwość, czy nie powinna była 
gospodyni jemu kazać prowadzić ją do stołu. Nad tym obiecywał sobie później 
się zastanowić. 
Stół zastawiony był bardzo skromnie, unikano widocznie występowania. 
Gospodyni posadziła przyjaciółkę 
na pierwszym miejscu, w końcu stołu, sama 
usiadła z jednej strony, z drugiej, przez cześć dla płci należną, Roman 
pani Nieczujskiej krzesło ustąpił, a sam siadł prawie na samym końcu. I to 
się jakoś niedobrze złożyło. Widocznie nie przywiązywano tu wielkiej wagi do 
przybycia jego osoby. Obiad też zadziwił go spartańską prostotą mimo indyka 
i kremu. W pałacu w Pruhowie dawano często jeść wcale niesmacznie, ale z 
pewnym szykiem — tu go nie było. 
Przy stole Herma sama bawiła wszystkich, a Roman, powiedziawszy sobie, 
że nie ma nic do stracenia, nie bardzo się na podobanie wysilał. Jadł, milczał 
i czasem słówko rzucił... zaczynał się czuć obrażonym; gospodyni jadła, choć 
nie miała apetytu, aby nie pokazać wzruszenia, jakiego doznawała. 
Wstali od stołu wszyscy niekontenci z siebie, nawet Herma, której brakło 
oczekiwanego dramatu. 
Kawę czarną bez likworów92, co niezmiernie zastanowiło Romana, podano 
w salonie. 
— Nie mam co robić — rzekł sobie w duchu — rozkazy stryja są stanowcze, 
przyśpieszę rozmowę, wezmę arbuza93 i jeszcze dziś odjadę. 
Lecz właśnie owo przyśpieszenie rozmowy było niezmiernie trudne, bo 
wszyscy się uwzięli, aby ją uczynić niepodobną. Wstrzymywana wzrokiem 
przyjaciółki Herma, w końcu i litością tknięta, nie wychodziła z salonu, kręciła 
się po nim ciocia Nieczujska. 
Zaczynało się na zmierzch zabierać, gdy Roman sięgnął po kapelusz; ruch 
ten nadzwyczaj wszystkich zastanowił i zdumiał. Pewni byli, że zanocuje. 
Przykre położenie dodało odwagi młodzieńcowi. Wstał z krzesła. Nie miał 
już nic do stracenia. Zwrócił się ku Loli nie mniej od innych zdziwionej, a 
nawet trochę niespokojnej, co to znaczyć miało. 
— Gdyby pani była łaskawą kilku słowy odpowiedzieć na list mojego stryja 
lub przynajmniej pozwolić mi z sobą pomówić słów kilka... 
Niezmiernie zmieszana Lola ruszyła się na kanapce. Ciocia Nieczujska 
przed chwilą była wyszła. Hermie dosyć było tych słów, aby się co najprędzej 
wysunąć i stanąć przyczajonej za drzwiami. 
Zostali sami. 
Roman, z kapeluszem w ręku, w pozycji jak do kontredansa94, czekał na 
odpowiedź. Lola z wolna wzrok nań pytający podniosła. 
— Treść listu — odezwał się młodzieniec — musi być pani wiadomą. Proszę 
wierzyć, iż czuję całą ekscentryczność położenia, w jakie mnie wola stryja, a 
pani opiekuna wprawiła, lecz nie będę nadużywał go i radził pani. Jest to 
dziwactwo chorego człowieka, któremu jednym słowem możesz pani koniec 
położyć. Wiem, jak muszę byćśmiesznym i przykrym gościem... 
Lola się zerwała szybko z kanapy, jakby po namyśle, z heroiczną odwagą. 
— Pan się mylisz — rzekła — jakkolwiek wola mojego opiekuna zdawać się 
może dziwaczną, jest ona dla mnie wyrazem woli ojca... Gotowam jej być posłuszną. 
Roman osłupiał. 
— Tak jest — dodała — lecz spodziewam się, że z tego pośpiechu, który spowodowała 
choroba, pan hrabia nie zechcesz korzystać. Podamy sobie ręce 
przy ołtarzu, rozpoczynając od tego lepszą wspólną znajomość. 
Przymuszony uśmiech przebiegł jej usta. 
— Nie wiem, czy pan się mnie podobasz, nie śmiem sobie pochlebiać, że ja 
mu się podobać mogę... 
— A jeżeli nie? 
— No to żyć z sobą nie będziemy! — sucho odparła Lola. — Ja pana nie znam, 
a zapowiadam, że jestem wymagająca. 
Roman milczał. 
— Odmowa z mej strony — mówiła Lola — miałaby i ten skutek nieszczęsny, 
że mogłaby wpłynąć na stan zdrowia opiekuna, co wiecznie miałabym sobie 
do wyrzucenia. Jesteśmy więc przeznaczeni. Bardzo mi pana żal... 
— A! pani — zawołał 
Roman — mnie nie ma co żałować, choć w istocie nieszczęśliwy 
jestem, będąc zmuszony dla pani być nienawistnym natrętem. 
— Nie mówmy o tym — przerwała Lola — mamy wiele innych rzeczy do ułożenia 
wprzódy, nim... nim się ta formalność odbędzie. Pan jesteś człowiekiem 
honorowym, spodziewam się... 
Roman się skłonił zdumiony tąśmiałością pensjonarki, która mówiła dalej 
z rodzajem dziecinnej egzaltacji: 
— Ja pańskiej woli w niczym tamować nie będę, ale moją chcę zachować 
całą. 
Znowu się skłonił Roman, słuchając coraz baczniej. 
— Żyłam dotąd tak zamknięta w ciasnych murach — mówiła Lola głosem 
drżącym — iż pragnęświat szerszy poznać i zobaczyć. Nie będę od pana potrzebowała 
nic, bo mi na to starczą, jak mówią, dochody z majątku. Być może, 
iż będę podróżowała... 
— Sama jedna? — zapytał Roman. 
— Któż panu broni jechać też, byle nie razem ze mną — dodała Lola — ja 
chcę być swobodną, ale pańskiej swobody nie krępuję. 
— Pozwoli mi pani powiedzieć słówko? — przerwał hrabia. 
— Słucham pana. 
— Cóż ludzie powiedzą na takie małżeństwo? — odezwał się strwożony widocznie. 
— Przyznaję się pani, że opinia świata obchodzi mnie wielce, że narażać 
się na nieprzyzwoitość lub śmieszność nie chciałbym za nic ani na nie 
panią narażać. 
— Wszak się to da uniknąć... ja także śmieszną być nie chcę, ale przyznam 
się panu, że gdybyś pan udawał zakochanego, a ja wzajemną, to dopiero byłoby 
prawdziwie śmiesznym. 
— Nie wiem — odparł grzecznie Roman — boć zakochać się bardzo mogę i 
czuję... 
— A! proszę bez tych komplementów! — przerwała Lola — ja w to nie wierzę. 
Roman zamilkł. 
Lola darła ciągle, mówiąc, chusteczkę, znać było po niej, że naprzód sobie 
tę rozmowę osnuła, że ją, obawiając się sama siebie, recytowała jak lekcją. 
Nie śmieli spojrzeć jedno na drugie. 
— I to jeszcze dodać muszę — odezwała się Lola — że jestem charakteru 
energicznego, że niełatwo daję rozkazywać sobie, że przemoc mnie oburza i 
że w małżeństwie niepodległą chcę pozostać. Wolę, żebyś to pan wiedział 
wcześnie. 
Roman słuchał coraz bardziej odurzony tą odwagą dziewiczą, naprzeciw 
niej on ze swej strony nie miał prawie nic do odpowiedzenia. Zdało mu się 
jednak, że wobec wyznań tak otwartych powinien był także coś o sobie powiedzieć. 
— Co do mnie — odezwał się — nie wiem prawdziwie, jakim jestem, a raczej 
jakim będę, lecz mogę panią zaręczyć, że nie popełnię umyślnie nic, czym 
bym się pani mógł narazić, i że się starać będę raczej osłodzić jej życie, niż je 
zatruć. Pani sama wiesz o tym najlepiej, iż w całym dosyć dziwnym staraniu 
moim o jej rękę, jeżeli to tak nazwać można, nie było ani mej woli, ani winy. 
Stryj i okoliczności przemagające zmusiły mnie do tego. Pani także postanowiłaś 
ulec konieczności, nie będziesz więc chciała mścić się na mnie za winę 
nie moją. 
Lola słuchała z uwagą, ale bynajmniej nie zmiękczona tym wyznaniem. 
— Czy pani pozwoli mi choć do jutra pozostać? — zapytał Roman. 
— Nie bronię, proszę, i owszem — odparła Lola — ale zastanów się pan, do 
czego się to przydało? Stryj pański jest chory i niespokojny, kilka godzin 
rozmowy nie zapozna nas lepiej z sobą. Możesz pan zabawić, ale nie wiem, 
czy się to godzi i czy to panu być może przyjemnym. 
Zmieszał się Roman — Lola miała słuszność, nie pozostawało mu nic, tylko 
zimną otrzymawszy posłuszeństwa obietnicę, wziąść kapelusz i jechać. Panna 
go w istocie przytomnością umysłu i chłodem, wyższością pewną, którą 
uznawał, przestraszyła. 
Nie mówiąc słowa podniósł się z krzesełka i skłonił ceremonialnie, a baronówna 
wstała i z powagą przesadną ukłon mu w milczeniu oddała. Rozstawali 
się po tych kilku godzinach nie tylko nie zbliżeni, ale poróżnieni prawie. 
Już szedł do drzwi, gdy jakby na dany znak ukazała się 
z jednej strony 
ciocia Nieczujska wielce niespokojna, z drugiej Herma z poważniejszą niż 
zwykle twarzyczką. Obie z dala pożegnawszy, Roman znalazł się w sieniach 
cały pomieszany odprawą. 
— O, wiesz — odezwała się Herma postępując ku przyjaciółce — przyznaję, że 
nie mogąc się oprzeć ciekawości, słuchałam pode drzwiami i powiem ci, że 
nie tylko jego, ale i mnie przestraszyłaś swoim znalezieniem się. Ja bym tego 
nie potrafiła. Żal mi chłopca, bo wcale przyzwoicie i potulnie wygląda, a odpędziłaś 
go w sposób taki, że we mnie litość wzbudza. Lolu! co się tobie stało? 
Z zarumienioną twarzą Lola wstała. 
— Cóżem miała zrobić? miałam mu się zalecać i ze strachu go sobie jednać? 
Nigdy w świecie! co ma być, będzie, ale się nie ugnę. 
— Lepiej mu było odmówić! — zawołała doda Nieczujska — cóż on winien? 
— A cóżem ja winna? — odparła Lola. 
— Skaranie Boże z tym stryjaszkiem na śmiertelnej pościeli. Jemu dobrze, 
bo umrze i nie będzie świadkiem, jak to piwo pić będą, którego nawarzył, ale 
my! my! — zawołała ciocia Nieczujska za boki się biorąc. 
Lola z dumą spojrzała na towarzyszki i szybko wyszła z pokoju. Nikt nie 
dostrzegł, że łzy miała na powiekach... 
— Słowo cioci daję! — zamknęła Herma — ja się sama Loli zlękłam! 
Gdy Roman wyszedł z pokoju, zaczynało już zmierzchać; ponieważ nie 
spodziewał się wcale tak prędko być zmuszonym wyjeżdżać, koni zaprzężonych 
nie znalazł, a usłużny Francois, rozpakowawszy toaletę całą i tłumoki, 
urządziwszy pana pokój, sam poszedł wypalić cygaro u pisarza prowentowe
go95. Trzeba więc było posyłać 
do stajni po konie, na folwark po służącego, a 
samemu czekać w sieni lub zajść do naznaczonego mieszkania. 
Położenie stawało się nadzwyczaj kłopotliwe, nadchodziła pora herbaty, 
nie być na nią nawet dla ceremonii zaproszonym, Roman pojąć tego nie 
mógł. Z dobrą jednak fantazją poszedł na górę, a w kwadrans zjawił się zaanimowany96 
improwizowanym ponczykiem97 Francois. 
— Wiesz, że hrabia chory, muszę pospieszać z powrotem, mam ważne polecenia, 
konie zaprzęgać, jedziemy natychmiast. 
Francois zrazu pojąć nie mógł tak nagłej zmiany rozporządzeń, tym niedogodniejszej 
dla niego, iż pisarz miał bardzo przyjemną siostrę, z którą zamierzał 
wieczór przepędzić. 
Natychmiast wszakże oswajając się z położeniem, pomyślał o przebraniu 
pana na drogę, gdyż 
we fraku i cylindrze sama przyzwoitość jechać nie pozwalała, 
nie licząc tego, iż to było zbyt niewygodnym. 
— Kagańca nie mamy! noc ciemna choć oczy wykol — rzekł Francois — a nie 
mogę zaręczyć, czy i furman nie jest trochę pod datą98. 
— A już, bądź co bądź, jechać trzeba! — westchnął Roman. 
W tej chwili przyszło mu na myśl, że po drodze miał Bończę niedaleko i że 
do niego mógł zajechać, tłomacząc bardzo naturalnie swój wyjazd pod noc z 
domu panny niewłaściwością przenocowania. 
— Być może, iż do dnia przestoimy w Odryszowie — rzekł do sługi — mam 
jeszcze do pomówienia z panem Cherubinem. 
Francois, który pakował już, nic nie śmiał odpowiedzieć, ale pojął, że wyjazd 
był przymuszony i że to nie było najlepszą wróżbą dla projektu pana, o 
którym w Pruhowie wszyscy wiedzieli. Tknęło go to, że tak hrabiego jakaś 
baronówna śmiała lekko traktować, i zabrał się gorąco do przyśpieszenia 
wyjazdu. 
Nieczujska tymczasem, która zrozumiała kłopotliwe położenie Romana i 
rada była coś na to zaradzić, poszła jeszcze za Lolą, aby jej przedstawić, że 
tak pod noc wypędzić kogoś 
z domu było nielitościwym. Pomagała jej Herma, 
ale we dwie nie potrafiły przemóc panny Loli. 
— Ja szczęśliwa jestem, żem się go pozbyła — odpowiedziała — a wy chcecie, 
abym siebie sama potępiła, prosząc go, żeby, odprawiony, zatrzymał się. To 
by dopiero było pięknie. Jak gdybym nie wiedziała, co robię. Dowiodłabym 
słabości charakteru i byłabym w jego oczach zabitą na wieki... niech sobie 
jedzie. Za nic w świecie tego, com zrobiła, nie odwołam. 
Herma patrzała na nią z podziwieniem, ciocia poruszała głową znacząco; 
tymczasem konie zaszły pod ganek, tłumoki znoszono co prędzej i hrabia 
Roman w podróżnym stroju zbiegł ze wschodów. 
W sieniach niby przypadkowo spotkała się z nim ciocia, której o to szło 
wielce, aby, gdy już małżeństwo zdawało się nieuchronnym, za wczesnych 
zadatków do kwasu i niechęci nie było. 
Roman znał ją dawniej, a jako starsza i rubaszna kobiecina, pozwalała sobie 
z nim być poufałą. 
— Czekaj no — odezwała się odprowadzając go na stronę. — Jedziesz pewnie 
gniewny, a tu się nie ma ani czego, ani za co komosić99. Baronówna była w 
przykrym położeniu, toć rozumiesz, tam stryj czeka chory... dalipan, że i sobie, 
i wam oszczędziła nudnego wieczora, i tak lepiej. 
— Ale ja też to samo znajduję — rzekł zawsze nadzwyczaj grzeczny Roman. — 
Bynajmniej tego za złe nie mam, i owszem... 
— Słuchajże — dodała Nieczujska — Lola ci się mogła wydaćźle, ja ci słowo 
daję, kochany hrabio, złote serce, najlepsze dziecko w świecie. Ale co chcesz, 
człowiek czasem ze strachu głowę traci. 
Uśmiechnął się 
hrabia, nie znajdując, żeby się go panna ulękła lub straciła 
głowę. 
— Zobaczysz, przekonasz się — mówiła Nieczujska — będzie najlepszążoną... 
Poznacie się bliżej, ręczę. 
Uderzyła się w piersi ciocia. 
— Już za drugim razem będzie lepiej, ona się ośmieli, hrabia także... i pokochacie 
się, dalipan, bo to i koniecznie potrzebne, i musi być. 
Ze spuszczoną głową słuchał tych pocieszeń młodzieniec, chcąc się wyrwać 
czym prędzej. 
— Nie zrażaj się pan tylko — dokończyła ciocia. 
Roman pożegnał się, konie stały już, powóz był upakowany. Francois założył 
cache — nez100 od wilgoci jesiennej, siedli i ruszyli. 
— Do Odryszowa! — rzekł hrabia — tam konie spoczną trochę. 
Podróż wcale nie była przyjemną. 
W niedostatku kagańca zapalono latarnie w koczu, ale te, doskonałe w 
mieście, na grobelkach i mostkach oświetlały tylko już przebyte niebezpieczeństwa. 
Trzeba było jechać powoli, stawać nawet, aby nie znaną drogę badać 
gruntownie, i do Odryszowa późno już dostał się Roman. Przez kilka tych 
godzin myślał ciągle o swym położeniu, myślał to, co powie przed Bończą, 
którego wtajemniczać nie wypadało. Stanęło na tym, aby w jak najpomyślniejszym 
świetle odbytą kampanię przedstawić. 
Pan Cherubin Bończa, tylko co powróciwszy z polowania, na którym jednego 
tylko lisa uszczuł i z chartami swymi wcale miał nieprzyjemne rozprawy, 
siedział u komina z cygarem, w humorze nie najlepszym, gdy mu o gościu 
oznajmiono. 
Cale się 
go nie spodziewał, ale rad mu był wielce, bo coś z niego dobyć 
miał nadzieję i rozerwać się. Dom był kawalerski, ale na wielkiej stopie, choć 
w wielkich długach. Bończa musiał utrzymywać się na tym tonie fałszywym i 
wysokim dla ożenienia. Nie wypadało mu, mając różne projekta, spuścić z 
niego. Długi więc nie zawadzały elegancji, dobrej kuchni, polowaniom wystawnym 
i sportowi. Sam dwór, w nadziei, że doń wkrótce gospodyni zawita, 
był przystrojony na jej przyjęcie. 
Żydzi, nie wątpiąc o tym, że się pan Cherubin dobrze ożeni, pożyczali 
chętnie, nie zbywało więc na niczym. Naprzeciwko przybywającego Romana 
wypadł w eleganckim dezabilku101 wieczornym gospodarz. 
Na pierwsze wejrzenie domyślił się z twarzy umyślnie rozpromienionej Romana, 
że tam coś nie bardzo szczęśliwie mu pójść musiało. Znawca instynktowy 
charakterów, wiedział, że hrabia, gdyby mu się powiodło, byłby 
skromny i pokorny, rozpromienienie okrywało tylko niepowodzenie. Udał 
jednak, że nic nie rozumie. Wziąwszy się pod ręce, poszli razem do gabinetu, 
zadysponowano herbatę i wieczerzę razem. 
— Nie spodziewałem się, żebyś dziś nazad powracał — zawołał Bończa. 
— Ja także — rzekł Roman — ale złożyło się lepiej, niż się spodziewałem. 
Rozmówiliśmy się szczerze i otwarcie z baronówną, rzecz skończona, spieszę 
do stryja chorego, aby go można uwiadomić. Zajechałem tylko na chwilkę, 
troszkę spocząć u ciebie. 
— Doskonale zrobiłeś, mam parę kuropatw, które nam dadzą z rożna, szpikowane, 
z cytrynką, bo po obiedzie u panny musisz być głodny. Que diable!
Spojrzał na niego. Roman wyciągał się na kanapce widocznie złamany i 
znużony. 
— No a panna, jak ci się podoba? 
— Prześliczna! a jaki takt! jaka przyzwoitość! Gdybyś widział toaletę! 
Bończa się uśmiechnął. 
— Samąś ją tam zastał? 
— Z przyjaciółką, panią, panią... zdaje mi się, Grzegorską. 
— Ano! znam, wiem! ale się dziwnie dobrały, przyznam ci się — szepnął 
oglądając się gospodarz — Grzegorska śliczna jak anioł, sprytna jak szatan, 
zalotna jak nie wiem co... niekoniecznie dla panienki mającej wyjść za mąż 
dobrym jest mentorem... 
— Towarzyszka z pensji. 
— Ano — rzekł Bończa — dla twojej tylko wiadomości dodam, że ta piękna 
Herma od roku jak poszła za mąż i głowy zawraca wszystkim. 
— Może temu niewinna. 
— Zdaje się, że wie, co czyni, ale ją to bawi. Niebezpieczna gra... 
Roman ruszył ramionami. 
— Baronówna — rzekł — tak odmienne ma usposobienie i charakter, że na 
niążadna przyjaciółka wpływu mieć nie może. 
Bończa zamilkł. 
— Cieszy mnie to — odezwał się z udaną czułością — że ci się podobała. No, 
ale jakże to poszło? bo, przyznam ci się, zadanie było nie lada. 
— Wielce ułatwione poprzednimi układami i listem stryja. 
— On vous a donc recu a bras ouverts103 — rozśmiał się pan Cherubin. 
— Nie mogłem się spodziewać lepszego i milszego przyjęcia... 
— I dlategoś się tak zawinął z powrotem — nie mogąc się już powstrzymać 
od sarkazmu prysnął Bończa. 
Obraziło to Romana, że został odgadniętym, lecz się powstrzymał i przerywając 
rozmowę rzekł tylko: 
— Zawsze to oboje nas żenowało i wolałem na pierwszy raz nie być bardzo 
natrętnym. 
— A zatem wesele! kiedyż? 
Roman nie wiedział, co odpowiedzieć. 
— To zależy od stryja... 
— A! a! — rzekł Bończa. 
Podano wieczerzę i herbatę. Gospodarz był tak grzecznym, że już nie nastawał 
na Romana, aby się więcej od niego dowiedzieć, zaczęto mówić o polowaniu 
i o koniach, i o innych ulubionych młodzieży przedmiotach. 
Bończa jednak powiedział sobie, że należałoby korzystać z tego, iż narzucony 
kawaler nie bardzo się podobać musiał. W takim razie pierwszy lepszy 
ma nadzwyczajną szansę, panna może się zakochać na przekór. Wprawdzie 
położenie jasne nie było, lecz na gwałt postanowił się dostać do Gromów. Nie 
wydał się z tym jednak wcale. Głowęłamał, jak upozorować naprędce wciśnięcie 
się 
do domu panny. Zajmowało go to tak cały wieczór, iż zamyślony, 
dał nieco wytchnąć i spocząć biednemu Romanowi. 
Na rozmowie już niewiele zajmującej przesiedzieli do północy, konie hrabiego 
były dysponowane na rano. 
Położywszy spać gościa, pan Cherubin Bończa poszedł do swojego pokoju, 
sam kłaść się nie myśląc — potrzebował koniecznie znaleźć 
środek przyzwoitego 
wciśnięcia się do domu baronówny. 
Wiele okoliczności utrudniało to przedsięwzięcie zuchwałe. Chciał to uczynić 
tak, aby nie był pomówiony o zdradę, tak, żeby panna nie domyślała się 
jego zamiarów, żeby to miało pozór jakiego przypadku. 
Przejrzawszy się w zwierciadle i porównawszy swe siły z siłami nieprzyjaciela, 
hrabiego Romana, znajdował się nieskończenie nad niego wyższym. Był 
nim w istocie w pewnych względach, bo do samoistniejszego używania woli 
nawykły, choć lalką był jak współzawodnik, ruchawszy jednak daleko od 
niego. Szło mu głównie o nic więcej, tylko o posag panny, nadzwyczaj dlań 
potrzebny i, jak mu się zdawało, daleko łatwiejszy do pochwycenia niż inne 
tych rozmiarów. Dodawała mu męstwa ta uboczna okoliczność, że znał dobrze 
Hermę, że był 
jednym z jej admiratorów wybranych i że pewien się zdawał, 
iż mu ona dopomoże na przekór drugim, dla pokazania swej siły i dla 
przyjemności zawiązania intrygi. 
Szło tylko o to, jak trafić do niej. Nałamawszy sobie głowę do rana, Bończa 
w chwili wyjazdu Romana udał, że śpi, a nie zasnął, dopóki tajemniczego liściku 
nie napisał do pani Grzegorskiej i nie wysłał go do Gromów. 
Jakkolwiek niewiele wykształcony i więcej ogładzony niż utalentowany, 
pan Bończa, zarówno z wielu innymi swego rodzaju, miałżyłkę i spryt do intrygi 
bardzo wielki. Na to niewiele geniuszu potrzeba, najprostsze środki, obrachowania 
najpospolitsze najlepiej częstokroć służą. 
Co stało w liście do Hermy, nie wiemy, ale nazajutrz około południa przyszła 
odpowiedź, którą z żywym zajęciem odczytał Bończa i natychmiast począł 
skwapliwie wybierać się do Gromów. 
Nie potrzebujemy mówić o tym nawet, iż od koni począwszy do krawatki, 
wszystko przy wyjeździe na efekt było obrachowane. Bończa umiał wystąpić i 
pokazać się, zastosować do okoliczności i odegrać, jaką chciał, rolę. 
Niezmiernie zdziwioną została o niczym nie wiedząca ciocia Nieczujska, 
gdy ujrzała przez okno powozik i w nim kawalera, który przez kamerdynera 
domagał się w pilnym interesie widzenia z panią Grzegorską. 
Poczęło się 
parlamentowanie, chodzenie, narady i pani Herma otrzymała 
bardzo łatwo pozwolenie przyjęcia gościa, który jej jakoby wiadomość o mężu 
i od męża przywoził. Zgodziła się nawet baronówna zaprosić go na herbatę. 
Cioci Nieczujskiej, która tę przyjaciółkę jakoś nie bardzo lubiła, nie podobało 
się to, ale do zbytku i do śmieszności surową być nie chciała. Zamilkła. 
W salonie przyjęła gościa Herma i miała czas naśmiać się 
z nim, nakłócić, 
nażartować, a może i naradzić, nim wyszła gospodyni. Niezmiernie była ożywioną 
i jakby wyegzaltowaną figlem, który jej charakterowi tak dogadzał. 
Nie domyślając się nic w świecie, Lola ukazała się wreście po długim oczekiwaniu. 
Charakter dziecięcia jeszcze rozpoczynającego dopiero życie nie był 
tak stanowczo wyrobiony, aby o nim coś wyrzec było można; w Hermie, równie 
młodej, temperament i zmiana stanu już wskazywały, czym być miała w 
przyszłości, baronówna szukała drogi, wyrabiała sobie fizjognomię przyszłą. 
Tak jak była, wyglądała na świeżo z klasztoru wyzwoloną pensjonarkę, 
wiedzącą o tym dobrze, iż jest bardzo bogatą, baronówną i piękną. 
Zdawało jej się, że to wszystko razem użyte nadawało jej prawo być nieco 
trudną w wyborze i godną hołdów powszechnych. Duma w tym rozwijającym 
się dziecięciu była może najwyraźliwiej odznaczającym się rysem. 
Marzyła o przyszłości i świecie, wcale tym nie przybita i nie zmieszana, że 
miała wyjść za jakiegoś hrabiego narzuconego jej. Małżeństwo było wrotami 
do wypuszczenia w świat i na swobodę. Serce i dusza spały. 
Lola, jak jej towarzyszki, czytała wiele ukradkiem podostawanych książek 
złych i dobrych, nie rozmarzyły jej wcale. Miłość malowana w nich tak czarownie, 
ale ze wszystkimi swymi następstwami tragicznymi, nie pociągała ją 
zbytecznie, nawet ciekawości nie nęcąc. Miała o niej to pojęcie, że powinna 
przyjść jak piorun i że z nią będzie musiała walczyć. Obiecywała sobie jednak 
zachować całą swą godność i nie poddać się tyrance. 
A! śniło się tam w tej główce wiele rzeczy dziwnych o tym nieznanym życiu 
przyszłym, w którym przede wszystkim obiecywała sobie grać wspaniałą, 
wielką, idealną rolę. 
Dlatego może na początek i to męczeństwo, na które ją opiekun skazywał, 
nie było dla niej tak straszne, przynosiło jej od razu rolę — stawiało ją na piedestale 
istoty poświęcającej się dla pamięci ojca i woli opiekuna. 
Pozowała już jako umęczona i nie zrozumiana. 
Pan Ritter Cherubin von Bończa, z całą swą dosyć pospolitą męską pięknością, 
elegancją, dobrym tonem, tuzinkowym sprycikiem lwowskiego lwa, ze 
swymi stosunkami i pozycją socjalną, nie był dla panny baronówny zagrażającym. 
W oczach jej był to prosty śmiertelnik... jej śniły się daleko wspanialsze 
ideały. 
Na panu Cherubinie wystąpienie baronównej, pierwsze wejrzenie na nią, 
uczyniło daleko większe wrażenie niżeli on na niej. Kawaler przygotowany był 
do umiejętnego skorzystania ze zręczności i uczynienia efektu. Piękna ta postać, 
poważna, sztywna, pamiętająca o każdym swym ruchu, zmieszała go. 
Herma spoglądająca na nich z ukosa Dostrzegła to i rozśmiała się w duchu. 
Dla niej zrobienie figla komukolwiek bądź było pożądane, więc gdyby 
Bończa padł ofiarą, równie by ją to zabawiło. Kawaler z wyszukaną grzecznością 
i z respektem przysiadł się do gospodyni, pragnął dać poznać, iż na nim 
piorunowe uczyniła wrażenie, niby zapomniał w ustach języka, niby mu słów 
zabrakło, niby był uderzony śmiertelną strzałą... 
Byłoby to może na kimś doświadczeńszym zrobiło wrażenie — Lola nie dostrzegła 
części tej gry, a zresztą to poszanowanie bałwochwalskie zdało jej się 
bardzo naturalnym. 
Wkrótce Ritter odzyskał przytomność, więc chciał się popisać z dowcipem, 
rozumem, wielkim tonem, dystynkcją, i dosyć niezręcznie dosypywać zaczął 
coraz do rozmowy książąt, hrabiów, ministrów, z którymi był albo w pokrewieństwie, 
albo na najlepszej stopie. 
Zużyty ten środek podwyższenia się, coś na kształt obcasów u butów, 
najmniejszego nie miał skutku. Baronówna zamyśloną była i milczącą. Herma śmiała się w duchu. 
Rozmowa poprowadzona na wiadomości z wielkiego świata ożywiła się z 
pomocą paplącej chętnie Hermy. Lola więcej słuchała, niż udział w niej brała. 
Do obrachunków pana Bończy, który dotąd wcale ani o hrabi Romanie, 
ani o widzeniu się z nim nie wspominał, należało delikatne z boku zadraśnięcie 
Zebrzydowskich i uczynienie ich trochęśmiesznymi w oczach panny. 
Wziął się do tego grzecznie, bo po przyjacielsku. 
— Sąsiedztwo nasze, bliższe i dalsze — odezwał się mówiąc o okolicy — mogłoby 
doprawdy, gdyby nieco było spójniejsze, być bardzo przyjemnym. Starczylibyśmy 
sobie, nie potrzebując szukać gdzie indziej rozrywek. 
Tu zaczął wyliczać sąsiadów, chwaląc niby wszystkich, a zręcznie przypinając 
łatki. Wpadł na Zebrzydowskich... 
— Z tym domem — rzekł — jestem z dawna poprzyjaźniony. Tego poczciwego, 
dobrego Romka, mogę powiedzieć, żem w świat wprowadzał, choć mało co od 
niego jestem starszy. Hrabia Filip mi go powierzał. Roman jest bardzo dobry 
chłopak, ale zanadto nieśmiały, zbyteczny formalista... jeszcze się nie uformował 
i wątpię, żeby kiedy na energią wielką się zdobył. Hrabia Filip ze zbytniej 
o niego troskliwości całą w nim zabił samoistność, której mężczyzna tyle 
potrzebuje, a wiadomo, jak zacny, szlachetny stary hrabia jest despotyczny... 
Lola z większą coraz słuchała uwagą, zarumieniła się mocno, Bończa zaczynał 
sobie winszować, że tak zręcznie temat ten rozwinął, gdy nagle baronówna 
mu przerwała: 
— Przepraszam pana — odezwała sięśmiało — hrabia Filip jest moim opiekunem, 
mam dla niego obowiązki, kocham go jak ojca... przykro by mi było 
surowy o nim sąd posłyszeć. 
Bończa się zmieszał. 
— Ale pani dobrodziejko — zawołał poprawiając się — nikt bardziej nade 
mnie szanować go i kochać go nie może, ce qui n'empeche pas104 sądzić o jego 
charakterze... a co się tyczy hrabiego Romana... 
Lola, z pewną dumą podniósłszy główkę, przerwała: 
— Dawno pan był we Lwowie? 
Pytanie to, rzucone tak wyraźnie, aby nie dopuścić dalszego rozwinięcia 
tematu, do reszty zmieszało nieszczęśliwego, który zamilkł równie, chcąc coś 
odpowiedzieć. 
Herma byłaby parsknęła śmiechem, gdyby nie odwróciła się na bok i nie 
zasłoniła chustką. Litość miała nad nieszczęśliwym i przyszła mu w pomoc: 
— Właśnie pan Bończa niedawno męża mojego tam spotkał i przyniósł mi 
kilka słów od niego. 
Pobity kawaler potrzebował czasu do namysłu, nim się znowu odezwał. 
Szło mu widocznie źle, lecz był uparty i nie dawał sięłatwo zbyć odprawą. 
Zręcznie więc zaofiarowywać się począł pani Hermie przybyć jutro po list jej 
do męża. Herma nie chciała mu odmówić, oczyma jednak wskazała, milcząc, 
gospodynię, która zdawała się nie słyszeć i nie spieszyła z zaproszeniem. 
Rzecz pozostała w zawieszeniu. 
Podano herbatę, do której wyszła i ciocia Nieczujska, z daleka znająca 
Bończę, ale jako przebywająca w Gromach i oswojona z tym, co się w okolicy 
działo, z niezbyt dobrej strony. Lola zwróciła się ku niej, tak że awanturnik 
pozostał na łasce i rozmowie ze swą protektorką. Sprawa zdawała się przegraną. 
— Zmiłuj się, pani, powiedz mi — szepnął do śmiejącej się Hermy pan Bończa 
— co na niej czyni wrażenie, co jest jej słabą stroną? ratuj mnie... 
Herma śmiała się zza wachlarza. 
— Któż panu winien, że nie wiesz, co każdej z nas bez wyjątku jest najmilsze... 
pochlebstwo! Wielbij pan bóstwo! więcej nie powiem! Jaki pan dziś nieznośnie 
ograniczony... 
Bończa zaczął litanię uniesień nad rezydencją. 
— Zachwycające te Gromy! nie znam nic piękniejszego, nic bardziej oryginalnego, 
nic wdzięczniejszego nad nie — odezwał się. — Dziś, gdy zostały ożywione 
przybyciem swej pani, nowa w nie wstąpi dusza... staną się perłą naszej 
okolicy! 
Lola spojrzała na niego. 
— Przyznam się panu, że w mych oczach wiele tu braknie. 
— Dla nas dziś nie braknie już nic, gdy pani w nich jesteś. 
— Pozwól pan przestrzec się, że na pierwsze poznanie komplement zdaje się 
być przyspieszonym. Pan mnie nie znasz... 
— A, pani? bez pochlebstwa i bez komplementu — zawołał z uniesieniem 
Bończa. — Dosyć jest raz widzieć panią! 
Lola się zarumieniła. 
— To mi wcale nie pochlebia — odezwała się 
szydersko nieco — więc pan nie 
przypuszcza, ażeby we mnie coś więcej bliższego poznania godnym było nad 
to, co się przy pierwszej odkrywa wizycie? 
Zmieszał się Bończa, a Herma na ten raz nie potrzebowała chustki, parsknęła 
nie wstrzymywanym śmiechem. 
— Byłbym najnieszczęśliwszym, gdybym źle się dal zrozumieć i uchybił pani 
— zawołał — prawdziwie... rzeczywiście... 
— Pan mi nie uchybiłeś — odparła Lola — chyba tym, żeś mnie za bardzo 
młodą wziął dziecinę, którą lada cukierkiem nakarmić można. Ja słodyczy 
nie lubię... 
Tym razem nie wiedział już co mówić gość i siadł do herbaty. Loli żal się go 
zrobiło nieco, starała się więc być grzeczną, ale chłodną, i wprawiła w zdumienie 
starego salonów ulubieńca swą pensjonarską, naiwnąśmiałością. 
— Oczywiście — rzekł 
w duchu — ton był chybiony, omyliłem się, trzeba się 
poprawić... 
Skierował więc rozmowę na literaturę, na nowe książki, których nigdy nie 
czytał, ale zręcznie o nich cudze sądy chwytać umiał. Dawało mu to zręczność 
na sentymentalną wejść drogę, powiedzieć coś praktycznego i głęboko 
uczutego. Herma trochę mu dopomagała. 
Wyszła tedy na scenę razem z panią Sand105, Dumasem106 młodszym i 
Feuilletem107 — miłość, przygody i losy kobiet, mężczyzn, bohaterów i bohaterek. 
Bończa przy tej zręczności począł popierać niezmiernie stary temat, iż w 
małżeństwie nic nigdy nie zastępuje i nie uniewinnia braku wzajemnego, wypróbowanego 
przywiązania. 
— Miłość jest treścią, jest niezbędnym warunkiem dozgonnych węzłów — 
zawołał — nie pojmuję mężczyzny, a tym bardziej kobiety, która się waży stanąć 
u ołtarza z sercem zimnym i bez tego świętego uczucia, które... 
Byłby mówił długo, ale Herma, której małżeństwo naprędce i bez wielkich 
sentymentów było powszechnie znanym, wzięła to do siebie i przerwała mu: 
— Co też pan pleciesz! — zawołała oburzona. — Gdzież to kto widział na 
świecie, aby prawdziwa miłość z małżeństwem w parze chodziła i długo się w 
nim utrzymać mogła! Ale nie ma na kuli ziemskiej dwóch ze sobą sprzeczniejszych 
rzeczy! Byłam przekonaną, że pan zdrowiej pojmujesz życie... Przecie! 
jedyny to sposób zabić miłość, gdy się ludzi pożeni. 
Lola rozśmiała się zarumieniona. Bończa osłupiał, postrzegł się dopiero, że 
wpadł i ugrzązł w komunałach. 
Herma zajadle nań napadła, widząc go pobitym i bezsilnym. 
— Panowie wszyscy wyobrażenia nawet o tym uczuciu nie macie. Gdzież to 
się dziś 
kto kocha, umiera, topi, zabija z miłości lub żyje z nią w sercu?... 
Słyszałam o hrabi P., który dostał tyfusu i skończyłżycie ze zmartwienia, gdy 
mu klacz na wyścigach chybiła, ale żeby kto choć pół roku kochał, od dawna 
przykładu nie było! 
— To wina pań, nie nasza — ofuknął przybity Bończa, który już z rozpaczą 
się bronił 
— panie nie umiecie w nas tchnąć tego uczucia i same jesteście lodem 
i chłodem. Cóż dziwnego, że miłość znikła. Nie myśmy jej źródła wysuszyli... 
Kobiety są dziś ironią i szyderstwem! 
— Rozmowa zaczyna być zajmującą — przerwała Herma. 
Lola zachowała milczenie. Herma chciała ją wciągnąć koniecznie, ale się jej 
to nie udało. 
— Jakież jest zdanie twoje? — zapytała. 
— Moje zdanie? — powoli rzekła gospodyni. — Ja sądzę, że są uczucia i rzeczy, 
które z poszanowaniem osłaniać należy, a nigdy ich nie czynić przedmiotem 
rozpraw i sporów. W życiu ludzkim miłość ma prawie religijne znaczenie... 
Arkę przymierza i księgi praw chowano za zasłonami w przybytku! 
Długie milczenie nastąpiło po tym wyszukanym frazesie, będącym przypomnieniem 
wcale szczęśliwym z jakiegoś romansu. 
Bończa nie znajdował nic właściwszym nad ogromne westchnienie. Zdawało 
mu się, że ono najlepiej odpowie i potwierdzi aforyzm108 pięknej gospodyni. 
Herma ruszyła ramionami i wstała od herbaty. Było to znakiem dla 
wszystkich do ruszenia się z miejsc, a Bończa, widząc, że wieczór już był 
późny, rad nierad pożegnał towarzystwo wcale niezadowolniony wyprawą. 
Był może w ganku, gdy piękna Herma stanęła przed Lola zamyśloną. 
— Słuchaj no ty — odezwała się tonem dziwnym — zaprosiłaś mnie tu na 
mentorkę, udawałaś nieśmiałą pensjonarkę, miałam być na bezdrożach życia 
twoim doradcą i przewodnikiem, ale ja widzę, że nie mam tu co robić, chyba 
brać u ciebie lekcje. Od wczoraj wprawiasz mnie w podziwienie! Ty jesteś doprawdy 
genialną. Jak wczoraj odprawiłaś Romana, dziś Bończę... słupieję. 
No, Romana mi nie tyle było żal, mam do niego wstręt jako do przyszłego oficjalnego 
męża, a my, mężatki, w ogóle wszystkich mężów nie cierpimy, ale 
ten Bończa... 
Lola ruszyła ramionami. 
— Jak to? podobał ci się? masz go za coś lepszego od hrabiego Romana? 
— Choćby za to, że się w tobie zakochał! 
— On! we mnie! za pierwszym wejrzeniem! — rozśmiała się Lola. 
Herma uznała właściwym dopomóc sobie fikcją. 
— Przyznał mi się, że cię już z daleka widział parę razy i że szaleje. 
Zarumieniona Lola wydęła usta dumnie. 
— Nie mogę nikomu zabronić szaleć — rzekła — lecz Bończa czyni na mnie 
wrażenie lalki od fryzjera. Il est mauvais genre!109 
— A! a! — odparła Herma — może masz słuszność. — Ciekawam — dokończyła 
w duchu — kto się jej podobać będzie miał szczęście? — Więc Roman — rzekła 
głośno — milszym ci jest? 
— Wcale nie, oba są dla mnie równej ceny, obu nie znam i żaden z nich nie 
czyni na mnie najmniejszego, ale najmniejszego wrażenia... Roman przynajmniej 
perfum znośniejszych używa. 
Na tym skończyła się 
rozmowa, Herma uznała się zwyciężoną sądem o 
perfumach. 
Wcześniej, niż się 
go spodziewano, powrócił hrabia Roman do Pruhowa. 
Doktor stał na straży znowu i przyszedł go przebierającego się przywitać, 
usiłując odgadnąć, co z sobą przywoził, a nie śmiejąc badać. 
— Jakże się ma stryj? — zapytał Roman. 
— Wcale nie gorzej, dzięki Bogu — pośpiesznie odparł Pęklewski — jestem 
szczęśliwy, iż w sporze z doktorem Szwarcem utrzymałem się przy swoim i że 
moje lekarstwo widocznie jak najpomyślniej skutkuje. 
— Mogę więc pójść do niego? 
— Służę hrabiemu... — pośpiesznie zrywając się dodał doktor — idziemy. 
W pokoju chorego firanka była nieco podniesiona, ostawiony poduszkami 
siedział blady w łóżku i pił podany mu rosół, gdy wszedł Roman, o którego 
przybyciu już był zawiadomiony. 
Kazawszy mu usiąść przy sobie, hrabia dokończył filiżanki spokojnie, parę 
razy spojrzawszy na synowca, spytał o drogę i dopiero odprawiwszy sługi, 
gdy zobaczył, że i Pęklewski wyniósł się dyskretnie, odezwał się. 
— Mówże szczegółowo, jak ci poszło, co mi przywozisz? Jak ją znalazłeś... 
proszę, szczerze, otwarcie... Zadanie było niepospolicie trudne. 
— Zastosowałem się do rozkazów stryja — odezwał się spuszczając oczy 
młodzieniec. 
— Jakżeś pannę znalazł? 
— Bardzo piękną. 
— A przyjęła cię?... 
Tu Roman zająknął się. 
— Grzecznie — rzekł, wyszukawszy słowo. 
Stryj popatrzał nań. 
— Oświadczyłeś się naturalnie?... 
— Oświadczyłem życzenie stryja, bo będąc tak krótko... i... 
— A baronówna? 
— Odpowiedziała, że będzie posłuszną woli opiekuna. 
— Zmieszana była? 
— Nie... nie bardzo, znalazłem ją bardzo śmiałą i pewną siebie. 
— Tegom się spodziewał — rzekł hrabia — w tym nie ma nic złego. 
Roman zamilkł. 
— Nie ma więc nic przeciwko małżeństwu? 
— Właściwie — odezwał się po namyśle miody hrabia — dała mi uczuć, że 
czyni to tylko przez posłuszeństwo woli ojca i opiekuna. 
— Ale bez płaczu? 
Zdziwił się mocno Roman. 
— Nic podobnego nie było. Baronówna zdaje się mieć wiele energii w charakterze. 
— To dziecko! — odparł chory. 
— Starałżeś się jej przypodobać? 
— Na to nie miałem czasu... i — rzekł Roman nieśmiało — baronówna nie dozwoliła 
mi nawet zbliżyć się poufalej. 
— Główna rzecz — przerwał, obracając się niespokojnie na poduszkach, 
chory — ażebyście się pobrali. Wszystko zresztą przyjdzie z czasem. Proszę 
cię, abyś mi tylko prawdę powiedział... nie masz wstrętu? 
— Ja? — pochwycił zdziwiony Roman — ale panna jest bardzo piękna, a wola 
stryja... 
— Tak, możesz się na to spuścić, że mój wybór będzie dobrym — począł stary 
zamyślony. — Wierz mi, każde małżeństwo jest loterią, wygrywa się lub 
przegrywa... bywa różnie. Z zimną krwią, z dala patrząc, lepiej się szansę rachują. 
Idealnych żywotów nie ma na świecie, znajdują się chyba w książkach, 
ludzie dobrze wychowani i przyzwoici zawsze sobie egzystencję układają 
znośną. Na to trzeba taktu et de la tenue110, nie wyłączając rozumu... et 
jamais casser les vitres111... 
Roman słuchał zadumany, myślał 
w tej chwili, czy granatowy, czy ciemnozielony, 
czy czarny frak włoży do ślubu. Stryj nie zdawał się tych głębokich 
dumań odgadywać. 
— Wszystko tedy dobrze — rzekł 
— idziemy pewno, a ja postaram się formalności wstępne przyspieszyć, aby ślub mógł się odbyć jak najprędzej. 
Roman, któremu rozmowa ciężyła, posłuszny wstał, skłonił się i wyszedł 
do swego mieszkania. 
Pierwszy raz w życiu miał tyle i tak ważnych rzeczy do obmyślenia, iż kilka 
godzin spędził na przechadzce milczącej po saloniku i gabinecie. Trącał o 
meble, tak był w myślach pogrążony. Obraz pięknej, ale nadzwyczaj surowej 
Loli niekiedy błyskał 
mu w oddaleniu. Daleko jednak ważniejsze miejsce w 
rozmysłach zajmowały wszystkie małżeńskie przybory i stanowisko, jakie 
miał zająć względem narzeczonej. 
— Malowanym będę mężem — rzekł 
w duchu — ale o to mniejsza... il faut 
sauver les apparences112... Na wielkim świecie, szczęściem, miłość jest nieprzyzwoitą 
et pas de mise113. 
To mnie ratuje. Oboje będziemy poważni i ludzie mogą myśleć, że sentymenta 
ukrywamy par une pudeur savante114. Kareta angielska ładna, ale 
gdzie ją teraz pokazać?... Zaprząg nie inny jak a la Daumont115. Przodem kurier 
w spodniach łosiowych, buty ze sztylpami116... koń tej samej maści co 
czwórka. Dwóch lokai z tyłu... Liberia pąsowa, galony117 złote. 
Mamy mieszkać w Pruhowie, stryj wynosi się do skrzydła... dwa osobne 
apartamenta, zupełnie oddzielne... salon w pośrodku wspólny... c'est ca118. 
Pokoje dla baronównej sam muszę urządzić, w domu u nich nie ma gustu. 
Nie winię ją 
o to, ona tam nic jeszcze nie miała czasu zrobić, mais c'est abominable!
Pierwsze dni będą rzeczywiście trudne. Najwłaściwiej by było zaraz wyjechać 
do Włoch, prosto od ołtarza, c'est tres comme il faut120, ale jakże stryja 
tak porzucić? Niepodobna! niepodobna! A potem nie pytałem, czyby się na to 
zgodziła? 
W Gromach może zostać Nieczujska, ja bym tam nie potrafił mieszkać 
mesquin121! 
A jakiego mają 
kucharza! i wino... przez grzeczność tylko wypiłem... 
ocet... 
Jeśli zechce jechać później za granicę, pojadę za nią. Dziwne położenie. 
Będę musiał poznawaćżonę po ślubie... w żadnym niepodobnego nie czytałem 
romansie. Boję się, żeby Bończa, który jest au fond122 złośliwy, nie plótł 
co, żeby nas na zęby nie wzięto. 
Powiada, że sama chce rządzić swymi dochodami? O tym nie wspomniałem 
stryjowi, powiem mu to później. Cóż mi do tego, mam dosyć... Małe 
dłużki kawalerskie porobione bez wiedzy hrabiego spłacą się powoli. 
Wedle wszelkiego podobieństwa ślub będzie w kaplicy lub salonie... ale to 
rzecz stryja. Włożę frak czarny... tak, stanowczo krawat biały... to się rozumie... 
włosy należy ufryzować! Byłbym za trzewikami i pończochami, ale o to 
spytać muszę jeszcze. To kwestia. 
Widzimy z tych próbek głębokich rozmyślań 
narzeczonego baronównej, iż 
nie brał zbytnio do serca nieszczęśliwego położenia swego. Niekiedy jednak 
bodło go to, że nie będąc ani brzydkim, ani niezgrabnym, tak jakoś mało zrobił 
wrażenia. 
— Przy dłuższym pożyciu — rzekł — przekona się, że nikogo z większym taktem, 
elegancją i szykiem nade mnie nie znajdzie. Coute que coute123, chybaby 
smaku nie miała, poznać się na mnie musi... Pochlebiam sobie! Podwoję starania, 
aby mnie nikt nie przeszedł ani ubiorem, ani manierą, ani delikatnością. 
Uśmiechnął się sam do siebie w zwierciadle. W istocie trzeba mu było oddać 
sprawiedliwość, że w swoim rodzaju był egzemplarzem przewybornym i 
że zrównać mu na polu jego popisów było trudno. 
Tegoż dnia jeszcze, ożywiony dobrą nowiną, posłał stary hrabia list do 
Gromów z podziękowaniem i życzeniem, aby baronówna jak najbliższy termin 
ślubu oznaczyła. Jak zwykle podyktował go doktorowi, podpisał i odprawił. 
Ku wieczorowi, skutkiem zapewne żywego zajęcia i lepszego humoru, stan 
chorego polepszył się też znacznie. Doktor Pęklewski był uszczęśliwiony, puchlina 
widocznie schodzić zaczynała, był to wypadek tak niespodziewany, tak 
szczęśliwy, że hrabia, sam poruszony nim, przyznał nadwornemu swemu lekarzowi 
genialność i naukę nadzwyczajną. Tego wieczora mógł trochę posiedzieć 
i jadł trochę więcej niż zwykle, z apetytem, jakiego dawno nie miał. 
Triumf Pęklewskiego był 
ogromny, ale on sam nie bardzo go sobie jakoś 
wytłomaczyć umiał. Jego podobno dziwiło to nie mniej jak wszystkich. 
Następnego dnia nadeszła odpowiedź z Gromów. Baronówna oświadczała, 
że się zastosuje do woli opiekuna i terminu oznaczać 
sama nie chce. Trochę 
to zniecierpliwiło chorego, kazał przywołać Romana, pokazał mu list i rzekł 
do niego: 
— Jedźże sam, umów się z nią, poproś, aby nie odkładała. Jest mi wprawdzie 
cokolwiek lepiej, ale na to wiele rachować nie można. Pod tym pozorem 
zobaczysz ją dłużej, boć trzeba się zacząć poznawać. 
Roman, posłuszny jak zawsze, odebrawszy rozkaz, skłonił się, zawołał 
Francois, rozrachował godziny, aby przed wieczorem stanąć, i natychmiast 
się wybrał. Na wyjezdnym hrabia Filip powtórzył mu jeszcze raz: 
— Przywieźże mi termin stanowczy. 
— Ale jakże stryj by sobie życzył? 
— Jutro niepodobna, za tydzień może się zbierzemy, za dwa, kto wie, czy 
nie byłoby za późno... Zobaczysz, co ci powie. Nie chcę jej w tym zadawać 
gwałtu. 
Z tym Roman wyruszył do Gromów i tym razem, na drodze nie spotkawszy 
nikogo, przybył przed samą wieczerzą. Zameldowano go pani, poszedł się 
ubrać 
i znowu we fraku, z cylindrem pod pachą, ze szkiełkiem na sznurku 
zjawił się w salonie, w którym zastał 
oprócz Hermy i gospodyni wcale niespodziewanego 
gościa, na którego widok niezmiernie się zmieszał. Były to odwiedziny 
drugie pana Bończy, który już 
tym razem został na wieczerzy. Po przywitaniach 
Bończa nadzwyczaj serdecznie, czule, prawie protekcjonalnie począł 
przyjmować hrabiego Romana, który do reszty zesztywniał. 
— Nie wiedziałem, że i tu znajomy... — rzekł sucho. 
— Przyjechałem od męża pani Grzegorskiej po list. 
— A! a! — odparł Roman i siadł nieco na uboczu. 
Bończa trochę także fantazji stracił. Lola mogła ich teraz obu porównać 
wygodnie, bec a bec124 siedzieli przy sobie; porównywała ich też okiem znawcy 
Herma, znajdując, że Roman był dystyngowańszy, a Bończa zabawniejszy. 
Zadawała sobie pytanie, którego by na męża wybrała, i musiała przyznać, że 
wszystko mówiło za Romanem. Ten kwalifikował się pod pantofel najdoskonalej, 
gdy przygniecenie Bończy nader zdawało się wątpliwym. 
Jakie uwagi czyniła Lola, nikt z niej odgadnąć nie potrafił, tak doskonale 
odgrywała obojętność. 
Na pierwszym wstępie zapytała o zdrowie opiekuna, hrabia Roman odpowiedział, 
iż miał się nadspodziewanie dobrze i że przysłał go o tym ją zawiadomić. 
Na tym chwilowo przerwała się rozmowa. 
— Znam hrabiego Filipa — odezwał się Bończa — to człowiek żelazny, jestem 
pewny, że i teraz zupełnie wyzdrowieje. Zapadał już nieraz ciężko, zawsze 
chorobę zwyciężył energią i wolążycia. 
Jakkolwiek pierwszy raz nie powiodło się Bończy w Gromach i powracać 
już pono nie miał zamiaru, rozmyślił się potem, przyjechał i potrafił, najrozmaitszych 
używając do tego środków, wciągnąć baronównę w dosyćżywą 
rozmowę. Był tu już teraz całkiem swój i obracał się swobodnie. Zdziwiło to 
nieco Romana, nie bardzo mu się nawet podobało, ale przełknąć musiał, nic 
nie pokazując po sobie. 
Bończa, wyczerpawszy z tą wizytą powody bywania, myślał tylko, jakby 
sobie wstęp zapewnić. Gdy ciocia Nieczujska przyszła do salonu, manewrował 
tak, aby na konferencję tyczącą się listu wyprowadzić Hermę do drugiego 
pokoju. 
Uśmiechając się wyszła figlarna kobiecina. 
— Cóż mi pan powiesz? — spytała — mów prędko, nie chcę, aby mnie posądzano, 
że mam z panem jakieś tajemnicze stosunki. Gdzie indziej nic bym 
sobie z tego nie robiła, ale tu nie chcę. 
— Więc krótko i węzłowato — rzekł Bończa — proszę panią o pomoc, o ratunek, 
jestem śmiertelnie zakochany! 
— W kim? w cioci Nieczujskiej czy we mnie? — spytała Herma. — Ciocia za 
pana nie pójdzie, a ja się dla niego nie rozwiodę. 
— Pani mnie nie chcesz rozumieć! 
Herma parsknęła śmiechem głośnym. 
— Dajże mi pan spokój z miłością! Pan, pan zakochany! pan, który jesteś 
największym w świecie i w Galicji bałamutem... Za kogo mnie pan bierzesz?... 
Bończa zmilczał. 
— Mów mi, że się chcesz ożenić, bo panna posażna, a przy tym piękna, co 
zawsze dobrze, rozumiem. 
— No, gdyby tak było? przypuśćmy — zawołał Bończa. 
— Toby było przynajmniej szczerym wyznaniem. Ale cóż ja na to poradzić 
mogę, w pokoju siedzi narzeczony. 
— Narzeczony, nie narzeczony, panna go musi nienawidzieć. Usiłuj pani 
tylko namówić ją, by ślub zwlekała. Doskonały pretekst, bo stary hrabia ma 
się lepiej, a ratuje się zwłoką od śmieszności. Pani na to wpłynąć możesz. 
— Cóż panu po zwłoce? 
— Ja nie tracę nadziei. 
— A ja dla pana nie mam najmniejszej. Powiem otwarcie, gdybym była w 
miejscu Loli, a miała do wyboru pomiędzy hrabią a panem, wybrałabym 
pierwszego. 
Bończa zagryzł usta i wyprostował się dumnie. 
— Wiesz pan, dlaczego? — dodała śmiała Herma — pan masz minę tyrana i 
despoty, a tamten potulnego chłopięcia. Jużciż, z dwojga, kobieta zawsze, 
jeśli ma rozum, wybiera złe mniejsze. 
— Tak się pani zdaje? — spytał urażony nieco Bończa. 
— Tak się mnie zdaje i jej zdawać musi. 
— Lecz cóż by to pani szkodziło wpłynąć na zwłokę? ja o nic więcej nie proszę. 
Roman niechybnie przybył naglić o pośpiech. Baronówna może lada 
czym się wymówić. 
— Zobaczymy — rzucając wzrok dziwny na suplikanta125, odezwała się Herma wchodząc do salonu. 
Podano wkrótce wieczerzę, przy której ogólna rozmowa dosyć była ożywioną, 
tylko Roman widocznie przybity mało się mieszał do niej. Lola mówiła 
wiele, nie chcąc widzieć, że hrabia coraz bardziej wyglądał ponuro. 
Po wieczerzy musiał Bończa pożegnać się i odjechać. 
Romanowi nie wypadało też tego dnia zagajać 
rozmowy i po jego odjeździe 
wziął kapelusz, ażeby wyjść także. Lola, zajęta jakąś 
żywą rozprawą o haftach 
z przyjaciółką, mało nań zwracała uwagi, powiedział: dobranoc, i odszedł. 
— Przyjechał niezawodnie nudzić 
mnie o ten termin znowu — odezwała się 
Lola, gdy odszedł. 
— Cóż myślisz? — spytały razem ciocia i Herma. 
— Sama nie wiem... ale trochę mnie to niecierpliwi. 
— Dałaś słowo — zawołała Nieczujska — nie ma już więc po co zwlekać. 
Lola spuściła oczy. 
— Lecz jeżeli opiekun ma się lepiej i wyzdrowieje, po cóż tak spieszyć? 
— O! ja głosuję z Lolą — podchwyciła Herma — po co spieszyć, zawsze się za 
wcześnie idzie za mąż. Radziłabym, nie gniewając chorego i nie odwołując 
danego słowa, coś takiego wymyślić, aby to się sobie zwlekło... 
Nieczujska ruszyła ramionami i załamała ręce, poczęła husarskim krokiem 
chodzić po pokoju. 
— Co się to dziś na świecie dzieje! co się dzieje! — zawołała — nigdzie najmniejszego 
sensu... Żenią się bez rozmysłu, bez przywiązania, nie znając, nie 
starając, jednego dnia chcą, drugiego nie chcą, nie mają odwagi wypowiedzieć 
posłuszeństwa ani dotrzymać słowa. Niechby była Lola wbrew i otwarcie 
oświadczyła: nie chcę, może bym nie pochwaliła tego, bo chłopiec jakiś 
dobry, ale bym zrozumiała... a ta przyrzekła i teraz bałamuci. Cóż to znaczy? 
— Moja ciociu — odparła Lola — to znaczy, że choremu nie chciałam robić 
przykrości, a dziś... rada bym choć się lepiej rozpatrzeć w tym, co czynię. 
— At! dzieci jesteście i po wszystkim — zawołała Nieczujska — ten był narzucony, 
więc niemiły, pokazał się drugi, furfant126 zadłużony, spekulant, co się 
o każdą posażna pannę stara, i gotowa moja Lola dać mu się na przekór bałamucić. 
Ja tego nie ścierpię, nie powiedziawszy, co myślę i czuję. To mówię 
ci, furfant jest! 
Lola się uśmiechnęła. 
— Jeśli mnie ciocia posądza, że podobny jegomość mógł na mnie zrobić 
wrażenie, doprawdy gniewać bym się miała prawo. Nie chcę ani tego, ani tego... 
Są czasem dziwne trafy i przygody, które w powieściach uchodzą za nieprawdopodobne 
wymysły, gdy w rzeczywistości powszedniej tłumaczą się fatalizmami. 
Jednym właśnie z takich wypadków było, że w chwili gdy się ta 
rozmowa toczyła, gdy zegar dobijał jedenastą, otworzyły się drzwi i kamerdyner 
wszedłszy, bez rękawiczek, widocznie pomieszany, począł coś szeptać 
cioci Nieczujskiej na ucho, która zdawała się go wcale nie móc zrozumieć. 
Z ust jej wyrywały się tylko słowa nie mające związku. 
— Co? Gdzie? ale to nie może być! Jak się nazywa? o tej godzinie! Cóż to 
znowu takiego! 
— Cóż się stało? — zawołały razem, zrywając się z siedzenia, Lola i Herma. 
Kamerdyner odstąpił krok. 
— Mów, panie Zambrzyski — odezwała się gospodyni — cóż to, tajemnica? 
— Ale żadna tajemnica! tylko kat wie co, czego ja zrozumieć nie mogę — 
przerwała ciocia ruszając ramionami. — Mów, panie Zambrzyski. 
Kamerdyner wyprostował się, chrząknął i począł: 
— Nie ma tak dalece nic — rzekł 
— tylko do pani kapitanowej gość przybył... 
Podobno zbłądził w drodze czy coś, i oto tak późno... 
— Gość? kto? — zapytała Lola. 
— Ale ja go nie znam! to jakieś bałamuctwo — przerwała Nieczujska. 
— Ja tam nie wiem, co jest, ale najętym Żydkiem z... na furce przyjechał 
młody człowiek. Prosi, aby się mógł widzieć z panią kapitanową, i opowiada 
się jako synowiec jej. 
— Żadnego synowca nie mam i nie znam! — ofuknęła kapitanowa — co znowu! 
przybłęda jakiś! Brat mój nieboszczyk nie byłżonaty. 
Herma po swojemu śmiać się mocno zaczęła. 
— A! to doskonała awantura! Gdzież ten nieznany synowiec? 
— Czeka przed oficyną z Żydem i furą — rzekł, nieco pogardliwie uśmiechając 
się kamerdyner. 
— Otóż proszę! — krzyknęła Nieczujska — jeszcze tego brakło! ale zmyjęż mu 
głowę dobrze, bo to nie może być, nie może być... 
I ruszyła ku drzwiom. 
— Ciociu! — biegnąca za nią wolała Herma — my tu poczekamy, przyjdź nam 
powiedz, co się stało. A! gdybym też mogła podsłuchać, jak go kapitanowa 
przyjmie! 
Lola nie mówiła nic; siadły dwie przyjaciółki na cichą rozmowę. Ciocia wybiegła. 
Kamerdyner za nią drzwi zamknął i poważnie się wytoczył. 
W oczekiwaniu końca tej osobliwszej przygody przyjaciółki siedziały w salonie, 
upłynął kwadrans, upłynęło pół 
godziny, cioci z powrotem nie było. 
Herma zadzwoniła. Kamerdyner się stawił. 
— Cóż się stało z kapitanową? — zapytały obie. 
— Nic nie wiem — rzekł Zambrzyski — nie mogłem iść za nią. Słyszałem tylko 
głos jej, zrazu bardzo żywy, potem coraz umiarkowańszy, weszła z podróżnym 
do gościnnego pokoju w oficynie, kazawszy daćświatło, i o ile mogłem 
dostrzec przez okna, kapitanowa płacze i ściska przybyłego. Musi to być w 
istocie jakiś synowiec. 
— Jakże wygląda? biednie? — zapytała Herma. 
— Dosyć przystojny i raźny mężczyzna — odparł Zambrzyski — ale koło niego 
ubogo. 
Lolę to zaniepokoiło. 
— Idź, panie Zambrzyski — odezwała się — i powiedz po cichu kapitanowej, 
że ją proszę, jeśli to jej krewny, aby go za mojego gościa uważała, a panu 
polecam, aby miał wszelkie wygody. 
Kamerdyner wyszedł, a w kilka minut dał się słyszećłatwy do rozpoznania 
chód pani Nieczujskiej, która otworzyła drzwi i weszła cała spłakana. 
Obie przyjaciółki pospieszyły naprzeciw niej. Kapitanowa padła na krzesło 
i milczała długo. 
— Któż to jest? co to jest? — poczęła Lola. 
— A! moja dobrodziejko, najmocniej cię przepraszam — odezwała się Nieczujska 
— daruj mi ten kłopot w domu, któż się tego mógł spodziewać! Jest to 
w istocie synowiec mój, ma na to dowody. Wychowany przez krewnych swej 
matki w Prusach, biedny chłopak, o którego istnieniu nawet nie wiedziałam. 
Gdzieś dopytał, że żyję, i przyszło mu do głowy mnie odwiedzić. Ja tu sama 
na łasce i będę wizyty przyjmować! 
— Ale co też ciocia mówi — oburzyła się Lola podbiegając ku niej — jej gość 
jest moim gościem. Proszę mi krzywdy nie czynić ceremoniami, za które 
gniewać się będę. 
I uściskała ją serdecznie. 
— Ciocia mi da słowo, że go nie puści stąd, póki sam nie zechce jechać. 
Niech sobie spocznie, niech się nim ciocia nacieszy. 
Kapitanowa porwała się z krzesła i poczęła Lolęściskać z rozrzewnieniem i 
gwałtownością sobie właściwą. 
— Poczciwe z ciebie dziecko! Bóg ci zapłać! — zawołała. — Ja ani on nie będziemy 
ci zawadzali. Pojedzie prędko, bo to chłopak pracowity i ma zajęcie, 
ale to nie do waszego towarzystwa człowiek. Ja sobie z nim jutrzejszy dzień w 
oficynie przebędę i niech rusza. Dzięki Bogu, choć wygląda bardzo sobie po 
prostu, ma, słyszę, zakład swój własny garbarski w którymś miasteczku w 
Wielkiejpolsce i dobrze mu się wiedzie. Uniwersytet skończył, widać niegłupi, 
ale wygląda jak hoży parobek! Mój Boże, mój Boże, na co to my zeszli! — dokończyła 
doda Nieczujska. 
— Ja na to nie pozwolę, aby się ciocia z nim chowała, przecież krewni jesteśmy, 
przyjąć go potrzeba jak należy. To moja rzecz — odezwała się Lola. 
Jeszcze raz uściskawszy baronównę, ciocia wybiegła do oficyny, niespokojna 
Lola powtórzyła rozkazy kamerdynerowi i koniec końcem wszystko we 
dworze wkrótce ucichło, a ciocia Nieczujska nierychło wróciła do swego pokoju. 
Nazajutrz nie taiła się z tym ani Lola, ani Herma, że tego garbarza wczorajszego 
bardzo widzieć pragnęły, choćby dla ciekawości, jak szlachcic na 
rzemieślnika przerobiony wygląda. 
Ale cały ranek Nieczujska z nim siedziała w oficynie. Gdy nadeszła godzina 
salonu i panie do niego zeszły, w kilka minut zjawił się nader smakownie 
ubrany hrabia Roman. On i Francois od rana układali, jak się miał przyodziać, 
co włożyć i których użyć 
perfum, aby dwa razy jednych nie powtórzyć. 
Wybrano „Cuir de Russie”127. 
Roman, mimo trosk, jakie go dotykały, wyglądałświeżo, ładnie, elegancko. 
W chusteczce wpięta śpilka wyobrażała dżokejskie trofea bardzo misternie 
wyrobione, guziki koszuli składały złote podkowy nabijane brylancikami. Na 
lakierowanych trzewiczkach cudownej roboty miał jak ulane kamaszki128, 
dobrane barwą do rannego stroju w ciemnostalowym kolorze. O włosów rozdział 
postarał się Francois, czynił mu honory, żaden fryzjer by się go nie powstydził. 
Z tyłu szczególniej pręga ta miała efekt wielce kunsztowny. Rozumie 
się, że strój, krój, szyk sukni Romana nic nie pozostawiał do życzenia. 
Jakby na przekorę spodziewającemu się stanowczej rozmowy i bliskiego 
poznania Romanowi gospodyni posłała natychmiast do oficyny, zapraszając 
koniecznie gościa wczorajszego na pokoje. 
Wprowadziła go z sobą zmieszana ciocia Nieczujska, a to pomieszanie łatwo sobie wytłomaczyć tym, jak się ten nieszczęśliwy nocny przybyły wydał 
przy nieposzlakowanej elegancji hrabiego Romana. 
Ratowało go to nieco, że chłopak był 
zbudowany jak Antinous129, zdrów, 
silny, barczysty i wcale pięknych rysów twarzy, w której widać było inteligencję 
i rozwinięcie umysłowe. Lecz zresztą wyglądał na tak dziwne stworzenie, 
iż hrabia, zobaczywszy go wchodzącego na pokoje, niemal osłupiał. Wziął go 
za pisarza prowentowego. 
Pan Adolf Nieczujski, wcale nie zmieszany, wszedł za ciocią, zaprezentował 
się nadzwyczaj śmiało i raźnie odezwał do gospodyni: 
— Niech mi baronówna raczy przebaczyć ten najazd. Zabłądził mój nieszczęsny 
woźnica i przywiózł 
mnie w niewłaściwej godzinie, tak żem tu niemałego 
narobił stryjence i pani kłopotu. Nie mogłem się, podróżując po kraju 
dla mojego interesu, oprzeć chęci poznania jedynej, najbliższej krewnej. 
Mówiąc to śmiał się dobrodusznie. Lola, zlitowawszy się widocznie nad jego 
położeniem, znalazła się bardzo przytomnie, odpowiedziała mu grzecznie, 
zaprosiła go, aby się w domu jej jak u krewnej uważał, słowem zrobiła, co 
mogłoby mu natchnąć otuchę. Poskutkowało to widać, gdyż położył zaraz 
swój okropny, z wielkimi skrzydłami kapelusz i nie mniej pierwotne rękawiczki 
na krzesełku, a sam, mimo że go zapoznano z hrabią, że się znalazł 
nagle w tak dystyngowanym towarzystwie, zdawał się, wedle wyrażenia Hermy, nic sobie z tego wcale nie robić. 
Spojrzał tylko na hrabiego, który mu się z dala ukłonił, nie podając naturalnie 
ręki, i jakby go to nic a nic nie obchodziło, że miał surdut czarny 
zmięty, nieosobliwie zrobiony, krawatkę bez śpilki, a kamizelkę nieforemną i 
breloki130 jakieś wcale niepiękne, siadł między paniami, nie tracąc ani humoru, 
ani miny. 
Hrabia przypatrywał mu się jakby wykopalisku przedpotopowemu: nie był 
to człowiek jego świata, widzieć go w salonie ocierającego się 
tak poufale o 
siebie mocno go bolało. Ale musiał to znieść, nie dając znać po sobie, jak go 
to obeszło. 
Herma wpatrywała się w przybysza z ciekawością psotnicy, której się trafił 
motyl do wsadzenia na śpilkę, Lola z pewnym zajęciem nie ukrywanym wcale. 
O hrabi Romanie zapomniano na chwilę. 
Zwykle w salonie, jak to u nas wszędzie po domach zamożnych się trafia, 
rozmowa toczyła się 
albo po francusku, lub kaleczoną francuszczyzną. Poczuli 
jednak wszyscy, litując się nad nieszczęśliwym garbarzem, że dla niego 
wypada mówić po polsku. 
— Jakże się panu podobała nasza okolica? — spytała Lola. 
— Piękniejszej w kraju nie widziałem — odparł Nieczujski — co za dwory i 
pałace! Dziwi mnie tylko, że stan przemysłu i byt ogólny niezupełnie odpowiada 
tej pozornej wspaniałości... Kraj to bez wątpienia mający wielką przyszłość. 
Przemysłowiec widocznie ze swego stanowiska zapatrywał się na prowincję, 
mało go kto zrozumiał. Hrabia, chcąc być grzecznym, upewnił go, że kraj 
i obywatelstwo bardzo bogate. Uśmiechnął się pan Nieczujski. 
— Nie przeczę — rzekł — i mam nadzieję, że się tu zamożność podniesie, gdy 
wszelkie siły uśpione i bezczynne spotrzebowane zostaną. Nasze Poznańskie 
— dodał — mniej malownicze, dla pejzażysty i turysty nie tyle dostarcza ciekawych 
widoków, ale Niemcy nauczyli nas zagospodarować je lepiej. 
Ponieważ w tym przedmiocie gospodarstwa nikt nie był mocny, zmilczano. 
Trudno jakoś przychodziło dobrać innego przedmiotu do ogólniejszej rozmowy. 
Hrabia Roman, czując się zaniedbanym i znajdując, iż aż nadto już bawiono 
tego przemysłowca, wszczął umiejętnie rzecz o ogrodach i kwiatach. 
Tu nie spodziewał się stykać z niemiłym owym prostakiem. Mając wiele erudycji, 
rozwinął swe poglądy na piękne ogrodnictwo i zacytował mnóstwo 
rzadkich roślin, którymi cieplarnie Pruhowa słynęły. 
Nieczujski słuchał z uwagą. W chwili gdy się tego najmniej spodziewano, 
aby się do rozmowy wtrącił, rzekł po prostu: 
— U nas też ogrodnictwo na wysokim stopniu i ja mam tę słabość, że piękne 
kwiaty lubię bardzo. Niemal wszystkie te osobliwości, o których hrabia 
wspomina, mam w trejbhauzach131 i oranżerii... sprowadzam coś co roku. 
Nic wdzięczniejszego nad pielęgnowanie roślin. 
Zuchwalstwo, z jakim garbarz wspomniał o swoich trejbhauzach i cieplarni, 
niesłychanie wszystkich zdziwiło. Musiało się to odmalować na twarzach, 
gdyż Nieczujski dodałśmiejąc się: 
— I nam, pracowitym ludziom, należy czasem chwila rozrywki niewinnej. 
Biedak chciał się tłomaczyć. Hrabia, ulitowawszy się, nic nie odpowiedział, 
pomyślał, że kłamie. Lola spojrzała na otwartą, uśmiechniętą 
twarz jego i na 
myśl jej to nie przyszło. 
Hermę to tak dalece zaintrygowało, że się przysunęła do Nieczujskiego. 
Można było sądzić, że to go zadziwi i zmiesza, ale bynajmniej nie zdawał się 
być poruszony. 
— Pan mieszkasz na wsi czy w mieście? — poczęła badać ciekawa. 
— W miasteczku — rzekł garbarz — ale mam dla mojej fabryki znacznej rozległości 
posiadłość, spory ogród, dom ładny, a przy nim rodzaj cieplarni, która 
stanowi razem mój salon zimowy. 
Na to sprofanowanie imienia salonu hrabia aż drgnął. 
— Doskonały garbarz! — rzekła w duchu Herma. 
Lola wpatrywała się w niego ciągle, egzaminując znać osobliwsze zjawisko. 
Gdy po cichu dalej ciągnęła się indagacja obwinionego o garbarstwo przybysza, 
hrabia Roman, usiłując wydobyć się na pole, na którym by się już nikt 
nie spotkał z nim, począł o literaturze i teatrze. 
Garbarz dał mu się popisać z całym zapasem wiadomostek i połapanych 
zdań; milczał pokornie, gdy Herma wszczęła spór o jakąś sztukę Dumasa. 
Szło o rozstrzygnięcie jej autorstwa. Hrabia przyznawał ją staremu Dumasowi 
— ojcu, Herma synowi. 
— Nie ma najmniejszej wątpliwości — wtrącił garbarz — że autorem jej jest 
młodszy... miałem ją w ręku niedawno. 
Piorun uderzający w dom nie byłby takiego uczynił wrażenia. Kto by się 
był spodziewał, że ten prosty człek w grubych butach z podeszwami angielskimi, 
w takim surducie, z chustką od nosa nie batystową mógł znać i czytać 
Dumasa. 
Hrabia odwrócił się zarumieniony. Herma zamilkła chwilę. Lola spojrzała 
żywo i milczenie zapanowało w salonie. 
— Sztukę tę w roku przeszłym widziałem w teatrze w Paryżu — dodał Nieczujski. 
— Byłeś 
pan w Paryżu? — spytała nierozważnie Herma, zarumieniwszy się 
sama za to mimowolnie wyrywające się jej pytanie. 
Nieczujski, wcale nie obraziwszy się nim, z prostotą rubaszną rozśmiał się 
także. 
— Chociaż garbarz i fabrykant — rzekł — podróżowałem wiele, znam z pieszych 
wędrówek moich studenckich i z późniejszych Paryż, Londyn i Włochy. 
— A nie umie się przyzwoicie ubrać! — pomyślał w duchu hrabia — osobliwsza 
jakaś figura! Co to się dziś po świecie spotka... 
— Ja też 
bardzom ciekawa obcych krajów — przerwała gospodyni — wiele się 
z nich nauczyć można, a jak nam, kobietom, osławionym z ciekawości, i prosta 
chętka widzenia może być darowaną. 
— Ale dlaczegoż nie — podchwycił Nieczujski — nie godzi się tylko zniechęcać 
przez to do własnego kraju. Jam się wiele nauczył i cieszę się z mych wędrówek. 
Anglicy, którzy najwięcej może podróżują po całym świecie, słyną też z 
przywiązania do old merry England132. 
Tych kilka słów angielskich dobiły już towarzystwo, że przez chwilę nikt 
ust nie otworzył. Nieczujski jakby u siebie w domu, wstał z krzesła i począł 
przez okna przypatrywać się okolicy i ogrodowi. Ciocia poszła za nim i wywiodła 
go do drugiego pokoju rozmawiając. Oczy wszystkich ścigały osobliwszego 
przybysza. Nie widać było po nim najmniejszego zafrasowania się towarzystwem, 
swobodnie, ale jakoś dziwnie rubasznie się poruszał. A był widocznie 
wykształcony, lecz prosty, jak go Bóg stworzył. Kunsztowne wychowanie 
nie zabiło w nim człowieka. 
— Wiesz, Lolu — szepnęła Herma — to wcale osobliwszy egzemplarz, któryśmy 
winni cioci Nieczujskiej... Jak go znajdujesz? 
— Zajmującym! — powiedziała Lola. 
— Ekscentryczny! — dodał hrabia — ale osobliwy... 
Korzystając z oddalenia się 
cioci i z chwilowego usunięcia się Hermy, która 
odeszła po chustkę zapomnianą, hrabia na ostatek odważył się zagaić najważniejszą 
dla siebie rozmowę urzędową. 
— Chciałbym pomówić o przedmiocie przez stryja mi poleconym — odezwał 
się nieśmiało. 
— Słucham — sucho odparła Lola. 
— Stryj przysyła mnie z prośbą, abyś pani raczyła naznaczyć termin dla 
mnie tak upragniony. 
— Upragniony! — podchwyciła Lola — ale po cóż ten dodatek? Ja zdałam się 
na hrabiego... 
— Hrabia odsyła mnie po wyrok do pani — przerwał hrabia uroczyście — prosi 
jednak, równie jak ja, o przyspieszenie. 
Lola nieznacznie ruszyła ramionami. 
— Czybyś pan nie znajdował — rzekła — iż wspólnymi siłami należy nam 
termin ten, o ile można, odroczyć? 
— Ja tego nie znajduję — odparł, grzecznie się uśmiechając, kawaler — lecz 
wola pani będzie dla mnie rozkazem. 
— Ale ja nie mam woli, jak hrabia widzisz — odezwała się 
Lola — gdybym ją 
miała, ręczę hrabiemu, termin musiałby być usunięty bardzo daleko... 
Na te słowa nie znalazł odpowiedzi Roman; dobył chusteczkę batystową 
woniejącą 
zapachem „Cuir de Russie’ i otarł nią spocone czoło, a potem 
westchnął. 
Westchnienie wydobyło z ust Loli smutny uśmiech. 
— Jakąż odpowiedź mam zawieźć stryjowi? 
Lola namyślała się smutna. 
— Wiesz hrabia co, powiedz mu raz jeszcze, jestem posłuszną, będę posłuszną 
i zastosuję się do jego woli. 
— Zdaje mi się, że hrabia życzyłby sobie najdalej za dni... 
Chciał dopowiedzieć, gdy baronówna, usłyszawszy „dni”, krzyknęła. Herma 
wbiegła na ten głos i rozmowa w stanowczej chwili najfatalniej została przerwaną. 
— Cóż to za doskonałe masz pan perfumy! — wtrąciła Herma. 
— Nie używam innych nad prawdziwe angielskie — rzekł, czując się w swoim 
żywiole, Roman. — Inne wszystkie są nieudolnym ich naśladowaniem. Siano 
na przykład, „Cuir de Russie”, inne wonie trudne do pochwycenia, a obrzydłe 
imitowane133 i fałszowane, nie są do użycia, jeśli nie pochodzą zza cieśniny134. 
Lola z politowaniem spojrzała na tryumfującego Romana, który z widoczną 
miłością ten przedmiot traktował, potem wzrok jej jakby dla porównania pobiegł 
zatrzymać się na garbarzu, który właśnie z ciocią do pokoju powracał. 
Herma w tej chwili, przypomniawszy sobie profesją gościa i nazwę perfum, 
którym ten dzień był poświęcony, o mało nie parsknęła śmiechem, bo jej na 
myśl przyszło, że ze skórami mieli do czynienia i że w tym była jakaś fatalność. 
Musiała aż wybiec, aby się powstrzymywanym śmiechem nie udusić. 
Nieczujska znać bliżej rozpytywała synowca i cicha jej z nim rozmowa pełna 
była wykrzyków podziwienia, które się jej z pełnego wyrywały serca. Nie 
umiała się nigdy powstrzymać od manifestacji tego, co czuła. Z twarzy znać 
było jednak, że to, o czym się dowiadywała, dziś musiało ją bawić, pocieszać i 
zdumiewać. Tak czas upłynął aż do obiadu, kamerdyner otworzył drzwi; skinęła gospodyni na hrabiego, aby rękę podał Hermie, a sama, obróciwszy się — 
o zgrozo! poszła do stołu z garbarzem. 
Dobiło to hrabiego, który długi czas nie mógł potem przyjść do siebie. 
— To już za daleko posunięta gościnność — rzekł w duchu — tego rodzaju 
człowiek... 
Spojrzał na gościa, który zasiadł do stołu, wcale nie zdając się przejęty łaską, 
jakiej doznał, i rozpoczął bardzo swobodną rozmowę, jakby się czul w 
kole osób sobie równych. 
— Demagog135 jakiś! — myślał hrabia — ta pogarda wszelkich form przyjętych 
tego dowodzi, szczęściem, że to ptak przelotny i że nam się tu długo naprzykrzać 
nie będzie. 
Rozmowa Nieczujskiego tak jakoś różniła się od pospolitej, że wszyscy zostali 
tym uderzeni. Zwykle mówiono o dzieciństwach lub dziecinnie o rzeczach 
ważniejszych, ten, ile razy usta otworzył, dotykał 
przedmiotów i objawiał 
jakieś poglądy, o których się nikomu nie śniło. Odpowiadano więc półsłowy, 
panowało zdumienie i jedna tylko gospodyni z wielkim, jak się zdawało, 
zajęciem słuchała tego osobliwszego kuzynka. 
Hrabia Roman, zgorszony wielce, postanowił 
temu koniec położyć i dopatrzywszy 
chwili dogodnej, rozpoczął 
opowiadania wielce interesujące o modach, 
o nowych balach, jakie się urządzały w stolicy Galicji na zimę, i formach, 
jakie na nich miały być przyjęte. 
Nieczujski jadł jak zgłodzony i słuchał tych powieści o wielkim świecie z 
ironicznym uśmiechem. 
— A! — zawołał, gdy w końcu hrabia dokończył i milczenie nastało — co to za 
szczęście dla mnie, prostego człowieka, że ja w tym kole, wśród tych ludzi, o 
których elegancji tak piękne pan hrabia opowiadasz rzeczy, żyć nie jestem 
zmuszony! Cóż 
to za niewola! co to za nudy by były dla mnie, który nie mam 
tak wykształconego smaku, ażebym umiał ocenić wszystkie przyjemności takiej 
egzystencji. Starczyłaby mi za najostrzejszą pokutę. 
— Jak to pan rozumie? — zapytał hrabia. 
— Nie obrażaj się pan hrabia — rzeki po prostu, z otwartością wesołą Nieczujski. 
— Panowie żyjący w tym świecie jesteście tym, co się zowie grzecznie 
hommes de loisir136, my jesteśmy ludźmi nawykłymi do pracy. Gdyby nam 
kto kazał myśleć całe życie o zawiązaniu krawatki, o ubiorze, o balach, o 
wieczorze, po którym następuje poranek u kogoś, obiad u innego, wieczerza, 
potem tańce, wyścigi... a! miły Boże, w tydzień by człowieka nie stało. Dodawszy 
do tego wielką troskę o to, co włożyć, jakie wybrać rękawiczki, jakiego 
kroju suknie, jaką sprawić liberię, co modne, a co niemodne... 
Śmiał się mówiący. Roman płonął jak człowiek osobiście obrażony. 
— Naturalnie — rzekł — że nie wszyscy są stworzeni do tego życia. 
— Ja myślę, że nikt — odparł Nieczujski — ale wychowanie wzwyczaja do niego, 
a do innego niezdatnym czyni. 
— Przecież w tym świecie także są zajęcia! — rzekł hrabia. 
— Jakie? — spytał Nieczujski. 
— Literatura, sztuki, gospodarstwo, interesa. 
— Ale gdzież czas na to wszystko? — podchwycił garbarz. 
Zamilkli trochę. 
Już nie tylko Roman sam, ale Lola nawet i Herma tą napaścią tak śmiałą 
na żywot wielkiego świata zdawały się dotknięte. Śmielsza więc Herma interpelowała137: 
— Za pozwoleniem, będzie to może niedelikatnie, ale jakież pan, co mówisz, 
iż do wielkiego świata nie należysz, pędzisz życie? 
Nieczujski zdawał się namyślać. 
— Wszystko, co piękne, co uszlachetnia człowieka, co obyczajom nadaje 
ogładę i stosunki przyjemnymi czyni, my także, ludzie pracy, cenić umiemy, 
brzydzimy się tylko próżnowaniem systematycznym, które zabija powoli 
człowieka i usypia, a z form przyjmujemy tylko te, które nie czynią kunsztownej 
lalki z istoty żywej. 
— Ależświat cywilizowany! — przerwała Herma. 
— Pani to nazywa cywilizowanym światem? — przerwał Nieczujski i jakby się 
nagle opamiętał, dodał — A! jakże bo niewłaściwy przedmiot wybrałem do 
rozmowy... 
— Owszem, mów pan, mnie to wielce zajmuje — przerwała żywo Lola. — Ja 
nie należę jeszcze, mogę powiedzieć, do żadnego świata. Przeznaczenie zdaje 
się mnie popychać ku temu, który panu tak się dziwacznym wydaje... chciałabym 
jak najwięcej słyszeć i myśleć... dla uczynienia wyboru! 
— A, jeśli mnie pani upoważniasz, to choćbym się miał narazić moją 
otwartością, będę mówił, jak myślę! — zawołał gość. — W tym świecie, co się 
nazywa wielkim, ludziom się zdaje, że do ideału dążą, ale... jeśli mam szczerze 
powiedzieć, podobni są do niego jak lalki wystawione u fryzjerów do obrazów 
wielkich mistrzów. Całe życie ich składa się z kunsztownego udawania 
jakiegoś i ciągłej obawy, aby się w czymkolwiek formom nie uchybiło. Życie 
przechodzi na zabawach, które nie bawią, na pracach, które nie zajmują i do 
niczego się nie zdały, na kłamstwie, które nikogo nie oszukuje, a którym się 
wszyscy częstują. 
— Więc pan — przerwał oburzony Roman — wolisz zapewne towarzystwo hałaśliwe, 
prostackie, w którym żadnej formy nie ma... aleć to barbarzyństwo! 
— Za pozwoleniem — rzekł Nieczujski — nie rozumiemy się, panie hrabio, ja 
wcale tego towarzystwa karczemnego nie lubię, bo to półzwierzęcy byt i życie 
w nim nieznośne, ale pomiędzy wyżynami wielkiego świata, który jest stworzony 
dla żywienia fryzjerów i modystek, a nizinami w grubych koszulach i 
łapciach jest środek. W tym środku, jak zawsze w świecie, na zetknięciu się 
dwóch antagonizmów jest życie normalne i prawda. 
Jeszcze może więcej niż treść wyrazów pana Nieczujskiego zdumiały Romana 
i słuchaczów użyte wyrażenia, wyniesione ze studiów uniwersyteckich, 
a w salonowej rozmowie niezwyczajne. Herma poczuła w tym jeszcze niezupełnie 
zwietrzałego niemieckiego bursza138, a Lola zaciekawioną nim była. 
Roman czuł dlań politowanie i rodzaj pogardy. 
— To są teorie — rzekł 
— na których cenie się my nie znamy. Cóż począć, gdy 
kogo przeznaczenie postawiło w tym świecie? Musi w nim żyć i niech mi pan 
wierzy, że tym, co w nim żyją, nie wydaje się to tak strasznym i ciężkim. 
— A, jak skoro komu z tym dobrze! — rozśmiał się Nieczujski. — Ja bo jestem 
prosty człowiek, nawykły do prawienia niestworzonych rzeczy. Co w myśli, to 
na języku. 
— To jak ja! — rozśmiała się ciocia Nieczujska — moją naturę masz! 
Herma i Lola popatrzały na siebie, dziwnie się im jakoś zrobiło. Hrabia się 
zupełnie odwrócił od sąsiada i milczał. Nieczujski tymczasem rzucał naiwne 
pytania o to i owo, na które rzadko mu umiano odpowiedzieć. Przekonywał 
się, że i pan ten, i panie warunków rzeczywistych kraju i życia jego nie znały 
zupełnie. Lola rumieniąc się tłomaczyła, że niedawno wyszła z pensji. Herma 
nie myślała oszczędzać człowieka, który zaczynał jej być wstrętliwym. 
— Ale cóż bo pan od nas chcesz? — zawołała — żebyśmy się takimi rzeczami 
zajmowały? Ja myślę o sukni, o ubraniu, o koronce, o balu, o podróży do 
wód i o tym, żebym się 
jak najlepiej bawiła, reszta mnie nie obchodzi, tylko 
mojego męża. Gdy mam czas, czytam książkę francuską lub niemiecką, trochę 
gram, trochę się nudzę, ale mi nigdy na myśl nie przyszło zaprzęgać się 
do jakiegoś tam gospodarstwa i pańszczyzny. 
— Szkoda, bo to by się dało pogodzić z muzyką, literaturą, a nawet elegancją 
kobiecie potrzebną i miłą, a przyjemnie by czas zajęło. 
— Prawisz pan kazania! — zawołała Herma. 
Nieczujski się rozśmiał. 
— Zawsze mi to wyrzucano! masz pani słuszność, jestem nudny jak kaznodzieja. 
— Ale nie, wcale nie — zaprzeczyła Lola — to przynajmniej coś dla nas nowego. 
Mów pan i nie uważaj... 
Ciocia wmieszała się do rozmowy po swojemu, zaczęto sięśmiać i epizod 
ten skończył się powszechnym porozumieniem, bo nawet Herma dała się 
przejednać. Hrabia tylko powziął gwałtowny wstręt do przybysza. 
Wstano od stołu, a po czarnej kawie, nie chcąc swą osobą natrętnym być 
salonowi, Nieczujski poszedł z cygarem do ciotki. 
Roman pozostał, uparcie na swym krześle dosiadując, w nadziei, że 
uchwyci chwilę do rozmowy z narzeczoną. Herma, czy za danym znakiem 
przez Lolę, która rada się była uwolnić od Romana i skończyć, czy dobrowolnie, 
wyszła. Hrabia natychmiast skorzystał z tego i zbliżył się do gospodyni. 
— Właśnie miałem pani oświadczyć prośbę mojego stryja. 
— Rozkaz raczej — wtrąciła Lola. 
— Nie, prośbę przyśpieszenia — potwierdził 
Roman. — Stryj prosi, aby najdalej 
za dni... 
Lola zmarszczyła się. 
— Zmiłuj się pan, dni? 
— Dni dziesięć — po cichu dodał hrabia. 
— Ale panie, to być nie może! — zrywając się odparła baronówna. — Sam pan 
do pewnych form i zwyczajów przywiązujesz wagę, a moja wyprawa nie skończona... 
tyle rzeczy brakuje. 
— Lecz szczególne okoliczności... wyjątkowe. 
— A! prawda, że jesteśmy, niestety, w położeniu zupełnie wyjątkowym — dorzuciła 
Lola — więc proszę pana, powiedz pan z łaski swej stryjowi, że chcę 
mu być posłuszną, ale życzę i błagam go, aby mi dał trochę czasu. 
Spojrzała na Romana, który siedział wyprostowany, najpocieszniejszą w 
świecie czułą robiąc minę i mrużąc oczy. Zdało się Loli, że widziała gdzieś 
zupełnie do niego podobnego glinianego kotka grającego amoroso139 na gitarze. 
Mimowolnie porównała w tej chwili rubasznego, wesołego, niezgrabnego 
trochę, ale pełnego naturalności i życia garbarza i choć, prawdą a Bogiem, 
wydawał się 
jej do zbytku oryginalnym, wolała jego rubaszność od tej sztywności 
narzeczonego. Całe życie przesiedzieć naprzeciw takiej istoty krochmalnej, 
zimnej, a udającej sentymentalizm, wyszukanie grzecznej i nie 
umiejącej się poruszyć, zdało się jej czymś przerażającym. Wzdrygnęła się. 
— Przeznaczenie! okropne przeznaczenie! — myślała — dlaczegoż mnie ono 
spotyka? 
Lola była po trosze także salonową laleczką, lecz w niej nie zabite instynkta 
ludzkie, uśpione, rozbudzały się powoli. Nigdy sobie innej nie wystawiała 
przyszłości nad taką, jaką ją Herma dla siebie mieć chciała, a jednak 
rodziły się wątpliwości, czy to się szczęściem będzie mogło nazywać, choć dla 
drugich może na nie wyglądać. 
Roman, nie mając już nic do powiedzenia, zabierał się do kapelusza a dla 
przeciągnięcia pobytu mozolnie nakładał 
z wolna za ciasne rękawiczki z całą 
sztuką, jaką tylko posiadają ci, którzy do tej sznurówki nawykli. 
— Chociaż pobyt tego jegomości — odezwał się z uśmieszkiem — zapewne się 
nie przedłuży, przyznam się, że wcale pani tego towarzystwa nie zazdroszczę. 
U nas w Galicji nawet między młodzieżą klasy średniej coś tak surowego i 
prostaczego znaleźć trudno. 
— Wiesz, hrabio — odparła Lola — nie powiem, ażeby mnie ten człowiek, prosty, prawda, ale szczery, otwarty, żywy, albo raził, lub nudził. 
— Pani jesteś dobrocią samą — dodał hrabia. 
— A! nie! sameś się pan mógł przekonać, że samowolna bywam i uparta, 
ale ten Nieczujski jest, mimo pozoru nieco dzikiego, bardzo wykształcony. 
— Pardon!140 — przerwał Roman — jest to ten rodzaj parafiańskiego wykształcenia 
właściwy Niemcom, co wszystko umieją oprócz znalezienia się w 
salonie, ja wolę Francuzów. 
— Milsi są, ale przyznaj, hrabio, ci są 
plus serieux141... 
Roman już był jedną rękawiczkę nałożył. 
— Nieskończenie mnie dziwi, że pani może choć chwilowe znajdować 
upodobanie w takim towarzystwie. Takich hommes serieux142, specjalistów, 
my zwykle najmujemy za pieniądze, żeby za nas coś robili, ale żyć z nimi! 
Lola nie znalazła już właściwym dłużej się spierać. 
— Wystaw sobie! — wbiegając zawołała Herma pełna pustego śmiechu — Nieczujski 
z ciocią poszli na folwark gospodarstwo oglądać. 
— Il y sera dans son element — przecedził przez zęby hrabia — dans la boue 
jusqu'aux chevilles143. 
Dowcip ten nie rozśmieszył Loli, popatrzała na strojącego się pretendenta i 
nic nie odpowiedziała. Herma tylko przyklasnęła. 
Roman, w końcu zapiąwszy drugą rękawiczkę na oba guziczki, gdyż nie 
nosił innych nad zapinane podwójnie, ceremonialnie rozpoczął pożegnanie i 
odjechał. 
Widząc powóz odchodzący sprzed ganku, Lola, jakby wielki ciężar spadł jej 
z ramion, padła na kanapkę i odetchnęła. 
— Wierz mi! wierz mi! — szepnęła przyjaciółka — to najlepszy z mężów... będzie 
głuchy, będzie ślepy i zrobisz, co zechcesz, byłeś umiała konwenanse 
zachować. O serce się ciebie nie spyta... chyba o suknię, jaką chcesz włożyć! 
Il est parfait!144 
Powróciwszy do Pruhowa, hrabia Roman z wielkim podziwieniem swym 
zastał stryja siedzącego w krześle. Był blady, wycieńczony, osłabły, ale chwilowo 
puchlina odeszła, trochę nadziei wstąpiło i jako człowiek czynny, który z 
każdej chwili czasu korzystać umiał, zajmował się już trochę zaniedbanym 
gospodarstwem i interesami. Nie łudził się on zbytnio, ale mając wiele do 
rozporządzenia, chciał Romanowi pozostawić wszystko w porządku jak zegar 
nakręcony, bo wiedział, że choć utrzymać potrafi ład zaprowadzony, stworzyć 
go nie będzie zdolnym. 
Piękny jeszcze dzień jesienny i trochę słońca wpadającego przez okno do 
sypialni wprawiły chorego w dobry humor, który u niego był rzadkim. Przywitał 
Romana pytaniami, na które szybko odpowiedzieć było potrzeba i kategorycznie. 
— Cóżeś robił? 
— Postąpiłem podług rozkazu. 
— Jakiż termin? 
— Baronówna na naznaczony się zgadza. 
— Doskonale! jak to, bezwarunkowo? 
— To jest z prośbą tylko, aby, jeśli to być może, niezbyt się spieszyć, gdyż 
wiele rzeczy niezbędnych jeszcze nie dokończonych. 
— Ale najniezbędniejsze to wesele, póki ja żyję, bo potem za nic nie ręczę. 
Znam dobrze Lolę — dodał stary — wychowywała się pod moim okiem, będzie 
umiała zastosować się do konieczności, do położenia, to pewna, jest dobra, 
ma wielkie przymioty, lecz boję się fantazyjek w jej głowie. 
Roman uśmiechnął się. 
— Czego się ty śmiejesz? — spytał stryj. 
— Bo stryj jak zawsze ma słuszność. Zdaje mi się, że byłem jużświadkiem 
jednej fantazyjki. 
— A? cóż takiego? co to takiego? — podchwycił 
ciekawie stary — mów mi, a 
jasno! 
— Właśnie w czasie mojego tam pobytu przyjechał jakiś synowiec pani Nieczujskiej. 
— Gdzie? skąd? co za jeden? nigdy o nim nie słyszałem. 
— A bo i ona go nie znała i nie wiedziała o nim, śmieszny młody człowiek, 
rodzaj demagoga, podobno właściciel garbarni w Poznańskiem. Prosty człowiek, 
dziwnie prosty. Proszę 
kochanego stryja, zaproszono go do salonu, po144 
i l e s t p a r f a i t ! (fr.) — Jest wspaniały! 
dała mu rękę do stołu i słowo daję, tak była dla niego, jakby dla człowieka 
naszego świata. Dała mu pleść, co chciał... to mnie oburzyło. 
— Zmiłuj się, przecie krewny, to prosta grzeczność, nie bądźże zawczasu 
zazdrosnym — odezwał się 
stary po cichu — zazdrość jest rzecząśmieszną, 
bardzo śmieszną. Muszę cię 
przestrzec, nigdy ona na nic się nie przydała, 
często jeszcze przeciwne wywiera skutki, a człowieka czyni pośmiewiskiem. 
Skandalu popełnićżonie nie powinien mąż dozwolić, ale proszę cię, małe słabostki... 
trochę zalotności i chęci podobania się, czasem i coś więcej dla 
świętego spokoju ścierpieć potrzeba i patrzeć przez palce. W tym świecie, w 
którym ci żyć przeznaczono, mój Romanie, galanteria jest rzeczą przyjętą, 
dozwoloną, niemal nieuchronną. 
Roman spuścił oczy słuchając tych nauk. 
— Ale ja wyrzucałbym sobie — podchwycił — gdybym się do tego stopnia poniżył, 
żebym o takiego tam jakiegoś jegomości miał być zazdrosnym. Tylko 
mnie ta zbytnia poufałość, której Lola dopuściła, raziła. Zdawała się w dziwacznej 
jego rozmowie znajdować przyjemność. 
— Prosta grzeczność. Długo on tam zabawi? — zapytał stryj. 
— Nie wiem, sądzę, że ledwie parę dni. Il est assommant145. 
— Jak wygląda? 
— Czerstwy i zdrowy, przystojny parobek. 
— Nieokrzesany? 
— Niby jakiejś pedanckiej instrukcji trochę tam widać — rzekł Roman — ale 
widać głowę przewróconą, demokratyczne zasady... Prawił od rzeczy. 
— Jak to? tak otwarcie? 
— O! wcale się nie żenował! 
Stary hrabia ruszył ramionami. 
— Bończa się też tam do domu pod jakimś pozorem wkręcił! 
— O! — ręką machając odezwał się hrabia Filip — o tego obawy nie mam. 
Znają go nadto wszędzie. Zawsze jednak to napływanie przypadkowe młodzieży 
nie jest dobre. Należy ślub przyspieszyć. 
Westchnął. 
— Gdybym żył — dodał — byłbym za tym, ażebyście, wedle zwyczaju, puścili 
się zaraz w podróż. Jest to najlepszy sposób zbliżenia się, poznajomienia, 
połamania pierwszych lodów. 
Hrabia, który nie śmiał wprzódy powtórzyć warunków, jakie mu narzuciła 
panna, nie chcąc stryja martwić nimi, począł się namyślać, czyby dla porady 
teraz wszystkiego wyznać nie wypadało. 
— Co ty się tam zamyślasz! — przerwał hrabia Filip, którego oka żaden ruch 
i najmniejsza zmiana fizjognomii synowca nie uchodziła. — Mów... co myślisz? 
Ja potrzebuję wiedzieć wszystko. 
— Przyznam się — nieśmiało rzekł Roman — że z pierwszej mojej bytności i 
rozmowy z panną niezupełną zdałem stryjowi sprawę. Jużciż nie mogę zaprzeczyć, 
że mnie przyjęto dobrze. W podobnym położeniu trudno było wymagać 
więcej, ale baronówna dosyć surowe nałożyła warunki. 
— No! to coś nowego! warunki? jakie? 
Zawahał się synowiec, lecz już trzeba się było spowiadać szczerze. Jął więc 
dobrze zapamiętaną rozmowę powtarzać wiernie, a stryj, którego czoło się 
parę razy zmarszczyło, słuchał z uwagą natężoną. 
Gdy skończył, poruszył tylko głową. 
— To są dzieciństwa — odezwał się — naturalnie będziesz musiał 
faire sa 
conquete146, ale gdybyś też, mając w pomoc kontrakt ślubny, nie potrafił tych 
ceregieli wprędce zakończyć, to by było śmiesznym. Przed ślubem się zgadza 
na wszystko, to zwyczaj, a potem... okoliczności, wypadki, charaktery... Nie 
ma się czego obawiać. No, ale za drugim razem milszą była? co? — zapytał w 
końcu. 
— Nie mogę tego powiedzieć, była tak prawie jak za pierwszym. 
— Trochę 
uparta... ale to przejdzie — rzekł stryj — l'essentiel147, abyście ślub 
wzięli. Tu co do form zachodzi pewna trudność. Jest we zwyczaju, że w domu 
panny młodej ślub się odbywa, choć ona sama nie może przyjeżdżać do narzeczonego, 
na to godność kobieca nie pozwala. Byłbym za ślubem w Gromach... 
ale jakże ja tam dojadę? A jeśli mnie nie będzie, to któż? Ciocia Nieczujska... 
Byłoby w tym coś nieforemnego. Sprowadzać zaś baronównę tu, 
choć to dom opiekuna, także jakoś trudno... 
— Prawdziwie nie wiem, jak z tego wyjdziemy — rzekł Roman. 
— Ja ci powiem, jak — odezwał się stary hrabia, spoglądając machinalnie na 
nogi swe kołdrą obwinięte. — Puchlina odchodzi, czas jest ciepły, doktor Pęklewski, 
choć się 
sprzecza i straszy, nie sprzeciwia się zasadniczo podróży, 
pojadę. 
— A jeśli to zaszkodzi? 
— Na wszystko byłem i jestem przygotowanym — odparł hrabia — to życie 
przyjmuję jak darowiznę, bom się nie spodziewał przeciągnąć je tak długo. 
Cóż mi może być? puchlina podstąpi do góry? ba! ale ona i w Pruhowie toż 
samo w każdej chwili uczynić może. Pojadę. 
Roman chciał protestować, hrabia dał mu znak, aby zamilkł. Zawołano 
zawsze w pogotowiu będącego Pęklewskiego. 
— Kochany doktorze — odezwał się stary — jest to tedy rzecz postanowiona, 
że ja na ślub jadę do Gromów. 
— Jak to może być! — ofuknął Pęklewski. 
— Pozwoliłeś przecie. 
— Ja? ja? ale nawet w najgorszym razie konieczności protestowałem... 
— Nic mi się nie stanie, pojedziesz ze mną. Muszę na ślubie być. 
Zamilkł Pęklewski. 
— To twoja rzecz, ty, co cudów dokazujesz, abym za dni dziesięć był w stanie 
podróż tę przebyć, a co będzie potem, zobaczymy. 
— Panie hrabio — zawołał Pęklewski — to prawie niepodobieństwo... a zawsze 
niebezpieczeństwo! 
— Ty wiesz, że ja, co chcę, to muszę spełnić — dodał hrabia. — Gotuj się do 
tego. 
Doktor w milczeniu skłonił głowę, nie chciał się sprzeciwiać, a nie śmiał 
wyznać, że za dziesięć dni życia, pomimo polepszenia nawet, ręczyć nie mógł. 
Hrabia z darowanych mu chwil, w których od cierpień gwałtownych był 
wolnym, jak najspieszniej korzystał. Nie tracąc czasu i widząc, że Romana 
samego posyłać na razie nie na wiele się przydało, tegoż dnia list wyprawił do 
pupili. Zdobył się nawet na napisanie go własnoręcznie, aby mógł czulej i goręcej do serca jej przemówić. Z południa ruszył posłaniec. Romana wysłał 
hrabia do miasta dla różnych drobnych sprawunków, o których z największą 
dokładnością pamiętał. 
Tymczasem w Gromach działy się rzeczy zupełnie niespodziewane. W 
pierwszych chwilach po przybyciu synowca kapitanowa nie miała ani czasu, 
ani sposobności rozmówić się 
z nim o domu, o Loli, o położeniu, w jakim ją 
zastał. Dopiero po obiedzie, z cygarem wyszedłszy do stryjenki i puściwszy 
się z nią do gospodarstwa, obszerniej o wszystkim rozgadał się i rozpytał. 
Opowiadanie o losach Loli, opiekunie, wychowaniu i zamierzonym ślubie 
nadzwyczaj pana Adolfa zajęło. Ruszał ramionami i wykrzykiwał zdumiony. 
Godzili się na to doskonale z kapitanowa, że to do niczego nie było podobne. 
— Ale to lalka! — zawołał 
Nieczujski — to nie jest człowiek! Jakże można poświęcić 
mu tę kobietę... 
— Jakiż na to ratunek — podchwyciła kapitanowa. — Ona się przecie na to 
sama zgadza. 
— Bo musi — rzekł Adolf — ale to niesłychana tyrania! Sama stryjenka powiada, 
że go wcale nie zna, że dla niego nie ma najmniejszego przywiązania. 
— Skądże się ono miało wziąść, kiedy ją dwa czy trzy razy widział w życiu. 
— Śmiałbym się prawdziwie — mówił 
pan Adolf — gdyby to nie było rzeczą w 
świecie najsmutniejszą. Co za przyszłość z takim elegancikiem pedancko do 
nicości swej przywiązanym? Nie znam baronównej, ale mi się zdaje lepszego 
losu warta. 
— Ja ją znam i jeszcze więcej nad tym boleję, bo wiem, że ona z nim nieszczęśliwą 
być musi. Żyjąc tu, miałam wiele zręczności słyszeć o Romanie, 
widywać go, jest to stworzenie zimne, zwichnięte w powiciu i ani sobie, ani 
nikomu szczęścia zapewnić nie mogące. 
— Więc tym bardziej przeszkodzić temu, zapobiec jest obowiązkiem. 
— Ależ któż to może uczynić? 
— Baronówna, oprzeć się, przeciągnąć może... 
— Zdaje mi się, że tego uczynić nie zechce, wiele w istocie winna opiekunowi, 
widzi w tym wolę ojca. 
Nieczujski ramionami ruszył. 
— Żal mi kobiety, która by szczęśliwą być mogła i rozwinąć się była w stanie 
na istotę pożyteczną. W tym świecie, w który on ją wprowadzi, umrze zaduszona 
lub zepsuć się musi. 
Kapitanowej łzy się zakręciły w oczach, które prędko otarła. 
— Co nam tam do tego -.rzekła — jam tu na łasce, mnie się nikt o nic nie 
spyta, milczeć muszę... 
Zamyślił się pan Adolf. 
— Wie stryjenka co — rzekł — proszę niby bez mojej wiedzy zaintrygować trochę, 
abym ja tu mógł dłużej pozostać. W życiu nie widzieliśmy się, nie będzie 
nic dziwnego, gdy kilka dni zabawię. 
— A cóż to pomoże? 
— Kto to wie! — zawołał 
pan Adolf — do dobrego uczynku czasem się Opatrzność 
przykłada... Niepodobna, by na baronównie rzucone rozsądne słowo nie 
uczyniło wrażenia, ufam w to. 
Kapitanowa najmniejszego, prawdę rzekłszy, nie miała zaufania we wpływ 
synowca, który się 
jej dziwnie zarozumiałym wydawał, ale chłopiec przypadł 
jej do serca, rada go była dłużej zatrzymać. 
— Co się tyczy pozwolenia zabawienia dłużej w Gromach — odezwała się — to 
mi będzie bardzo wyrobićłatwo. Zostaniesz tydzień i dwa, jeśli zechcesz. 
— No więc zobaczymy — rozśmiał się Nieczujski całując ją w rękę. — Nigdym 
się nie spodziewał w tej mojej podróży znaleźć stryjenkę i ratować od napaści 
jakąś daleką kuzynkę, o której wyobrażenia nie miałem. Będzie to dla mnie 
miłym wspomnieniem błędnego rycerza stojącego w obronie niewinności. 
Wesoły chłopak śmiać się zaczął. 
Tegoż wieczora kapitanowa umiała tak jakoś naprowadzić na wyjazd rozmowę, 
że Lola zmuszoną niemal była prosić pana Adolfa, aby dłużej tu wypoczął, 
co by mu dało zręczność lepiej poznać kraj i okolicę. 
— Chętnie bym był posłusznym rozkazom pani — odezwał się Nieczujski — 
ale się niezmiernie boję być natrętnym zawalidrogą. Stryjenka mi coś nadmieniła 
o bliskim weselu... tyle przygotowań... gość naówczas nie w porę. 
Lola zarumieniła się mocno. 
— My nie mamy nic tak bardzo do przygotowania — rzekła wzdychając. — 
Mój opiekun jest mocno chory, nie wiadomo jeszcze, kiedy i jak ten projekt 
przyjdzie do skutku... 
Herma siedząca z boku wtrąciła: 
— Ponieważ pan jesteś krewnym i jak domowym, mogę dopowiedzieć to, 
czego by Lolka nie śmiała, że to projekt wcale nie do rzeczy i że najlepiej by 
było, żeby się rozchwiał. 
Nieczujski popatrzał na Lolę, która spuściła oczy i nie zaprzeczyła. 
— Możemy mówić otwarcie — paplała Herma — przecież pan Nieczujski nas 
nie wyda z sekretu. Gdyby Lola nie miała wstrętu i obawy, ja bym nie powiedziała, 
ażeby to złe było małżeństwo, i nic bym nie miała przeciw Romanowi. 
Jak na męża w sam raz. Pozycja socjalna, majątek, tytuł i wychowanie. Nie 
wygląda poczwarnie. Czegóż można żądać więcej? Ja bym za niego poszła! 
Ale Lola go nie zna i nie chce. Takie małżeństwo z musu... pfe! 
— Ja o tym najmniejszego prawa nie mam sądzić — odezwał się Nieczujski. — 
Pierwszy raz w życiu widziałem hrabiego... a jeśli mam być zupełnie szczerym, 
prędzej pojmuję obawę baronównej niż uznanie, jakim go pani obdarza. 
Po cóż za niego iść? 
Lola milczała długo. 
— Przykra to rozmowa — rzekła po namyśle — lecz gdyśmy ją rozpoczęli, 
trzeba ją dokończyć, nie zostawiając nic w tajemnicy. Mój ojciec odumarł 
mnie sierotą, doświadczyłam najczulszej opieki hrabiego nad sobą, winnam 
mu wdzięczność, muszę się do jego woli zastosować. Wolą ojca było, ażebym 
mu była posłuszną. Hrabia Filip jest umierający... 
— Przepraszam panią — odezwał się Nieczujski — są to pobudki do poświęcenia 
się bardzo szlachetne, lecz tak zupełne oddanie się na ofiarę, całego 
życia, przyszłości, szczęścia, jest może za wielkim poświęceniem. Ojciec nie 
byłby tego po pani wymagał, a ów opiekun, gdybyś pani chciała tylko oprzeć 
się, jeśli ma dla niej przywiązanie istotne, nie mógłby zmuszać. 
— Dałam słowo! — prawie obojętnie rzekła Lola — ofiara jest tak, jak spełnioną. 
Ten wstęp poprzedziłżywszą dalszą rozmowę. Herma, która jednego dnia 
umiała nienawidzieć, brzydzić się i zapalać 
dla ludzi nieznajomych, której 
Nieczujski wydawał się ohydnym parafianinem, teraz znajdowała go bardzo 
znośnym, bo się jej zdało, że on tu do czegoś przydać się może i nawiązać jakąś 
intrygę. Pasjami lubiła intryżki i mataniny. Na myśl jej zaraz przyszedł 
Bończa, spłatanie figla Romankowi i krętanina, jaką to wywołać mogło. 
Jako jedyny środek podawała zwłokę. Gdy list nadszedł z Pruhowa, nie 
czyniono z niego tajemnicy. Ciocia, odkradłszy go, przybiegła z nim do oficyny 
do synowca. 
— Na, masz — zawołała — czytaj i radź, co ma odpisać... 
Pan Adolf długo dosyć list studiował. 
— Wiesz stryjenko co — rzekł — kto zyskuje na czasie, może się spodziewać 
zawsze, że się uratuje. Dziesięć dni to nic, trzeba koniecznie wymóc zwłokę 
najmniej dwudziestodniową... trzy tygodnie! Któż 
wie! potem się da może 
uzyskać jeszcze parę tygodni. Ażeby staremu osłodzić to wymaganie, baronówna 
może dozwolić, by synowiec bywał często i lepiej się dał poznać. Będzie 
ją nudził, to prawda, ale albo się z nim oswoi, lub mu to z głowy wybije. 
Niech ma odwagę prosić o trzy tygodnie, a kto wie... jakaś rada znaleźć się 
może. 
Pokiwawszy głową kapitanowa pobiegła do Loli, powtarzając jej słowa 
Adolfa. Baronówna się wahała, płakała. Herma zaczęła fukać, błagać, ciocia 
prosić. Koniec końcem odpisała, żądając nieodmiennie trzech tygodni i prosząc, 
by w ciągu tego czasu hrabia Roman częściej bywał. 
O wyraźne to żądanie spór był długi, Lola się opierała — przystała wreszcie, 
chcąc odmowę opiekunowi osłodzić. Z wielką radością wszystkich list został 
odprawiony. 
— No a teraz — zawołała ciocia — niech pokój przygotują dla hrabiego, bo 
najdalej jutro tylko co go nie widać. 
Chciała pani Grzegorska, znudzona tym życiem, odjechać, lecz Lola padła 
przed nią na kolana. Herma, rozpłakawszy się, została. 
Nieczujski siedział w oficynie, czytał, cygaro palił, odbywał długie przechadzki, 
a w godzinach przyjęcia na obiady i wieczory przychodził do pałacu. 
Z jego gburowatością pozorną nawet Herma potrafiła się obyć i oswoić. Lola z 
mocy pokrewieństwa co dzień była poufalszą. Pan Adolf widocznie zbliżenia 
się zbytniego unikał, następnych dni stał się daleko ostrożniejszym i baczniejszym 
w rozmowach i pokazywał się jak najmniej. Znajdowano to dziwactwem. 
W poselstwie wyprawiona kapitanowa zaniosła mu grzeczne wymówki. 
— Bardzo baronównie jestem wdzięczen — rzekł Adolf — ale przyznam się 
stryjence, że nie chciałbym się zbytnio narzucać. Jakkolwiek nie jestem młokos 
i umiem panować nad sobą, po co się mam narażać, żeby mi Lola lub ten 
trzpiot Herma zawróciła głowę, której do czego innego potrzebuję. 
Nieczujska aż się przeżegnała ze strachu. 
— Gdzież? co ci sięśni! ty masz nadto rozumu, a od niej do nas zbyt daleko. 
— Ale diabeł nie śpi! — zawołałśmiejąc się Adolf. — Prawda, że ona baronówna, 
a ja ledwie szlachcic i do tego fabrykant, ale po co za nią potem mam 
wzdychać. 
— Cóż znowu? przecież się nie zakochasz? 
— No a gdyby? — przerwał Adolf — po cóż się narażać na to? 
Spoważniała Nieczujska. 
— Niechże Bóg uchowa — rzekła — abyś, ją z ognia wyciągając, miał się poparzyć, 
ale mnie to do głowy nie przyszło. 
— Więc niech stryjenka im powie, że ja ich, prostak, zabawić nie mogę... że 
mam trochę zajęcia, że nie chcę się naprzykrzać, a kto wie, tak jak dziś rzeczy 
stoją, już bym sobie mógł i jechać. 
— O! co to, to nie — zaprzeczyła stryjenka. — Wiem, że cię nie puszczą. 
Przy wieczerzy tegoż dnia Lola zapowiedziała, aby kuzynek ani się myślał 
wybierać. 
— Bardzo bym był szczęśliwy, żebym się tu na co mógł pani przydać, i jeśli 
moja służba potrzebna, pozostanę — odezwał się Nieczujski — ale przyznam 
się pani, że zaczynam tęsknić do domu. 
— Kogo żeś tam pan zostawił? — zapytała Lola. 
— Fabrykę — rzekł Adolf — jest to istota zazdrosna, która wymaga, by na nią 
patrzeć ciągle. 
— Ale poczeka cierpliwie na powrót jego i nic się 
jej nie stanie. Ja czuję się 
jakoś bezpieczniejszą przy panu i proszę go, abyś się nie oddalał. 
Skłonił się Nieczujski. Pomimo że baronówna co dzień widocznie dlań była 
milsza i poufalszą, zachował się z pewnym uszanowaniem i bacznością na 
boku, nie dopuszczając zbytniego zbliżenia. 
Wyglądał nieco dziko, chwilami tylko, gdy się zapomniał, rozgadał, ożywił, 
obie panie godziły się na to, że jego towarzystwo milsze było daleko od 
wszystkich Bończów i Romanów wyperfumowanych i strojnych, którzy jeśli 
pobudzali, to chyba do ziewania. 
Herma się nawet zupełnie pogodziła z prostakiem, znajdując, że wcale był 
przyjemnym, gdy sobie pracę tę chciał zadać. 
Bończa, któremu się dość nieszczęśliwie powiodło w Gromach, w kilka dni 
potem na kawalerskim wieczorku po polowaniu u siebie, po dobrej wieczerzy, 
gdy mu się język rozwiązał, wyspowiadał się ze swego niepowodzenia i obszernie 
rozgadał 
o baronównie, o jej domu, o Romanie, o jego ożenieniu, wyrażając 
to życzenie, że młodzież 
jednak nie powinna by dopuścić, aby jej najposażniejszą 
pannę w okolicy tak bez walki nawet sprzed nosa sprzątnięto. 
Było to ze wszech miar niepolitycznym, gdyż 
zamiast sam korzystać z pozostałego 
czasu, drugich współzawodnictwo wyzywał, ale w dobrym humorze 
nie zawsze się 
liczy i mierzy, co się mówi. Zły był też na Romana tak, że wolałby 
wszelkiego innego widzieć na jego miejscu. Młodzież zgromadzona słuchała 
go z natężoną ciekawością. 
— To wstyd i hańba! — zawołał w końcu — ażeby nam baronównę wziął taki 
pan hrabia, nie starając się nawet o nią, wprost z łaski Bożej, żebyśmy nawet 
nie popróbowali szczęścia, żeby młodzież w obronie swych praw nie stanęła, 
panowie! 
Przyklaśnięto mówcy. 
— Ja nie mam sobie do wyrzucenia, żebym mimo przeciwnych okoliczności 
chociaż nie próbował szczęścia. Prawda, że mi się nie bardzo powiodło, ale 
się poświęciłem na pierwszy ogień. Czemu by i inni nie mieli tam sił próbować 
w szlachetnym zawodzie ubiegania się o serce i rękę dziedziczki Gromów? 
Stary hrabia zapanował nad nią prawem kaduka. Ja, czy mi się powiedzie, 
czy nie, nie ustępuję, a w dowód, że szanuję swobodę niewiasty i 
prawa młodzieży, wzywam panów tu przytomnych, by szli także w zapasy. 
Mijam, że panna bardzo ładna i pięknie wychowana, ale i klucz coś wart, i 
niedorzeczny pałacyk gotycki dałby się przerobić na znośny cottage148 angielski. 
Młodzież ochoczo i hucznie przyklaskiwała. 
— A tak — wołali podweseleni — powinniśmy wszyscy na przekorę temu monopolowi, 
który sobie nadali Zebrzydowscy, starać się o pannę. 
— Dobrze to mówić — odparł jeden — nikomu na ochocie nie zbywa, ale jakimże 
sposobem dostać się do tego zaczarowanego w Gromach zamczyska? 
Jużciż niepodobna zajechać tak nieznajomemu i przedstawić się pannie. 
— Moi panowie! — zawołał gospodarz — kto zechce, temu na środkach pewnie 
zbywać nie będzie. Trzeba tylko silnej woli i mocnego postanowienia. 
Mamże ja wam dyktować postępowanie? Cóż to, czy braknie stryjaszków, ojców, 
a choćby i dziaduniów, co znali pana barona Wilmshofena i z tytułu tego 
mogą do jego córki przybyć, prezentując jej swych synowców, synów i 
wnuków? Niech hrabia Roman i pan Filip nie wyobraża sobie, że jemu tylko 
przysługuje prawo otwierania drzwi dziedziczki. Do głowy po rozum, panowie, 
ale niechże Zebrzydowscy nam jej bez walki nie zabiorą! 
— Słowo honoru, ma słuszność, ma słuszność! — odezwano się ze wszystkich 
stron. 
Nazajutrz po wieczerzy Bończa, gdy sobie przypomniał wczorajszą mowę 
swoją, która niezmierne na sąsiadach uczyniła wrażenie, sam sobie wyrzucał 
poniekąd tę niezręczność, ale już było po czasie. Młodzież się rozjechała do 
domów, przemyślając, jak się dostać do Gromów. Uda się, nie uda, myślano 
sobie, spróbować się godzi, a choćby krwi tym panom napsuć. 
Nastąpiły więc w łonie licznych rodzin mających młodych panów na wydaniu 
narady bardzo poważne nad sposobami dostania się do baronównej. 
Postanowiono spieszyć się, nie wiedząc, że panna wyprosiła sobie przedłużenie 
ostatnich dni swobody do trzech tygodni. Okolica była dosyć obfita w 
kawalerów, począwszy od hrabiów, których było dwóch, i baronów, których 
liczono trzech. Reszta, dobra, stara szlachta, pisała się 
„von” i utrzymywała, 
że tyle co i pierwsi była warta. 
Pierwszym z hrabiów był 
Nepomucen hrabia Dambski; ojciec jego, niegdyś 
wysoki urzędnik, był w istocie w ścisłych stosunkach z nieboszczykiem baronem, 
ojcem Loli, większą część roku mieszkał on w Wiedniu, majątek 
zdawszy na syna. Był to Galicjanin, wiedeńczyk, osobny rodzaj pana galicyjskiego, 
który nie mógłżyć bez dworu, bez plotek wiedeńskiego bruku, bez 
Dauma149, Volksgartenu150, teatru i wszystkiego, co się składa na rozkosze 
naddunajskiej stolicy. Stary już hrabia Dambski grał jeszcze rolę młodą i o 
życiu jego wdowim na ucho rozpowiadano sobie historie różne, niezbyt budujące. 
Potrzebował od syna pieniędzy wiele, ale trwonił je w sposób najprzyjemniejszy. 
Życie wiedeńskie w ogóle kosztuje wiele, a wieczorne partyjki 
u Sachera151 są drogie. 
Hrabia Dambski nosił tytuł 
szambelana, a choć w czynnej służbie nie był, 
i to go do wielu kosztownych często wystąpień urzędowych obowiązywało. 
Syn hrabiego, który zrazu próbował kariery wojskowej, a w tej mu się nie 
powiodło, potem niby dyplomatycznej, w której nie był szczęśliwszym, na 
ostatek zamieszkał na wsi, gdzie się nudził, ale tu tylko spodziewał się ożenić 
bogato i tym interesa swe poprawić. Ojciec i syn byli ludźmi pięknego wychowania 
i najmilszej powierzchowności. Szambelan wydawał się prawie 
młodszym od syna, którego owe próby życia niezmiernie na ciele i zdrowiu 
zrujnowały. 
Hrabia Nepomucen, słuszny, twarzy przystojnej, chudy, suchy, blady, nieco 
kaszlący, miał rysy arystokratyczne, dziwnej regularności linii, lecz nic nie 
mówiące. Patrząc nań z dala, można go było wziąść za genialnego człowieka, 
tak twarz zdawała się mówić wiele, w istocie wyżyty, zimny, zadziwiał przy 
bliższym poznaniu nicością swą i komunałami, jakie prawił. Ale był najlepszego 
w świecie tonu. Wadą i nałogiem, którego się pozbyć nie mógł, bo ten 
pewnie ze stanu zdrowia pochodzić musiał, było nieustanne ziewanie. Spazmatyczne 
to rozdrażnienie napadało go często w sposób tak utrapiony, że 
wychodzić musiał z pokoju. 
Zresztą był to bardzo miły i nikomu nie szkodzący człowiek, oprócz że się 
uważał za jednego z najpiękniej urodzonych panów w całej prowincji i mało 
kogo uznawał sobie równym. Zwykł był mawiać o Dambskich jako o stojących 
na równi z Lubomirskimi i Potockimi152. Śmiano się z tego, ale on nie 
widział tego i znać nie chciał. 
Hrabia Nepomucen był jednym z pierwszych, którzy, korzystając z podanej 
przez Bończę myśli, wybrali się do Gromów. Stosunki ojca, który się właśnie 
na wsi przypadkowo znajdował, ułatwiały mu wnijście do tego domu. 
Drugim hrabią gotowym również do próbowania szczęścia był Ildefons 
Bramiński. Tytuł jego, już po r. 1772 otrzymany na drodze legalnej od rządu 
austriackiego za służbę dziada, który w pierwszych latach po zakordowaniu 
Galicji bardzo czynnie występował, byłświeży, ale niezaprzeczony. Matka 
pana Ildefonsa, żyjąca jeszcze hrabina z Mauldorfów Bramińska, była w 
wielkiej przyjaźni z baronową Wilmshofen, mógł więc pan Ildefons towarzyszyć 
jej w wycieczce do Gromów dla poznania córki nieodżałowanej przyjaciółki. 
Bramińscy wcale bogaci nie byli, szło im w interesach bardzo źle nawet, 
jak mówiono, żyło się w wiecznej walce z tym tytułem, który zobowiązywał 
do trzymania się na pewnej stopie, a tej wydołać nie było podobna. 
Hrabia Ildefons, krótko posłużywszy w wojsku, gospodarował teraz przy 
matce, żywiąc nadzieję, że go ożenienie na nogi postawi. Był to młodzieniec 
za wcześnie wyłysiały, ale rumiany i otyły, dosyć milczący, o którym nic charakterystycznego 
powiedzieć nie było można. Miał tyle talentu w postępowaniu, 
że nigdy fałszywego kroku nie zrobił, ale też i stanowczego a szczęśliwego 
dotąd nie udało mu się postawić. Przypisywano to zbytniej ostrożności i 
obrachowaniu, które często było przesadzenie baczne, bojaźliwe i odejmowało 
potrzebną energię do znalezienia sobie drogi na świecie. 
Matka, przywiązana czule do syna, dobra kobiecina, niezmierną wagę 
przypisująca swemu tytułowi, żyła w nim i dla niego tylko, całe dnie szyła 
coś na kanwie153 i zamyślona wzdychała. Gdy z powrotem od Bończy podszepnął 
jej syn o Gromach, zerwała się przejęta cała tą myślą szczęśliwą i 
byłaby może syna tegoż dnia zawiozła, gdyby ostrożny hrabia Ildefons nie 
objawił jej, że przody należy wszystko jak najpilniej obrachować i obmyśleć. 
Wierząc w syna, zdała na niego naznaczenie czasu, a sama wybierała się, 
tylko troszcząc o to, jak ma wystąpić. 
Do tych dwóch hrabiów dodać należy trzech baronów mniej więcej uprawnionych 
do noszenia tego tytułu. Dawano go im po miasteczkach i nie widzieli 
przyczyny, dla której by jako szlachcice mieli go odrzucać, gdyż, jak 
wiadomo, każdy u nas nobilis154 był sobie w najpełniejszym wyrazu tego znaczenia 
lieber Baron155. 
Pierwszy baron, Modest Podzamski, do imienia familijnego dodający dla 
powagi nazwę 
herbu „Leliwa”, pisał się Leliwa-Podzamski. Nazwisko nawet 
często się absentowało156, a pięknie brzmiące herbowne zawołanie zostawało 
samo. Baron Modest był niesłychanie czynnym i zapobiegliwym człowiekiem, 
charakteru gorącego, temperamentu zapalczywego. Przerzucał się w życiu na 
niższe drogi, szukał szczęścia po wszystkich kątach i może dlatego, że za nim 
tak zapalczywie gonił, nigdzie go znaleźć nie mógł. Leliwa miał stryja, którego 
użyć do wprowadzenia do domu baronównej zamierzał. Stryj byłświadkiem 
podpisanym na testamencie barona Wilmshofena. Stryj ten był sobie człowiek 
dobry, szlachcic siedzący w kącie swym, grający chętnie w wista157, gdy 
partyjka się trafiła. Bogu ducha zresztą winien i mocno niecierpliwiący się na 
synowca, który go swą ruchawością do rozpaczy przyprowadzał. Nie było w 
okolicy czynniejszego próżniaka nad pana Modesta Leliwę. Rzadki dzień 
przesiedział w domu, musiał być wszędzie, nie mógł najmniejszej zręczności 
wścibienia się gdzieś pominąć. Musiał być na każdym jarmarku, odpuście, 
imieninach, balu, wyścigach. Patrząc nań, zdawać się mogło, iż od tego życie 
jego i przyszłość zawisły; wyjeżdżał często przede dniem z domu, zamęczał 
konie, aby stanąć 
w miejscu na czas i z cygarem w ustach wyjść na rynek, i 
nic nie robić. Żaden pojedynek, zjazd obyć się bez niego nie mogły, ofiarował 
swe posługi każdemu, rwał się do robót najrozmaitszych i mimo najlepszych 
chęci na pojednaniach wychodził z guzem, a na spekulacjach ze stratą. Dodajmy 
do tego, iż grać lubił namiętnie, i może to go tak gnało, gdziekolwiek 
się ludzie zbierali i gdzie karty mogły być w robocie. Przegrywał prawie zawsze, 
chociaż grał doskonale i z wielkimi obrachowaniami. Baron Modest był 
przystojnym mężczyzną, ale do kobiet równie miał mało szczęścia jak w kartach. 
Drugim baronem był Rębaczewski, mimo nazwiska swego najspokojniejszy 
człowiek w świecie, wielki miłośnik ogrodu i natury. Lubił on w ogóle wszystko, 
co było pięknym, choć smak często mu dziwne figle wyrządzał. Przyozdabiając 
swą wiejską siedzibę, trafiał na pomysły, które ją najdziwaczniejszym 
płodem fantazji uczyniły. Wieś zowiąca się Grochówka wyglądała na coś cudownego, 
tyle tam było przyozdobień kosztownie i niezręcznie wzniesionych 
na to, ażeby się ludzie z nich śmieli. Nie zważając na to, Rębaczewski owe 
cuda natury i sztuki, gotyckie ruiny, kunsztowne pieczary, wodospady bez 
wody itp. pokazywał chlubiąc się nimi. 
Rębaczewskiemu dawno należało się ożenić, miał lat trzydzieści kilka, tył i, 
co go najbardziej bolało, szczytnych pomysłów swoich nie mógł przy ograniczonych 
środkach doprowadzić do skutku; wzdychał zawsze i powtarzał: — 
To, com zrobił w Grochówce, którą wszyscy podziwiają i oglądać przyjeżdżają, 
jest niczym obok tego, co bym mógł uczynić, gdyby środki były po temu. Dopiero 
byście zobaczyli... — Rębaczewskiego mogła wprowadzić chyba ciotka 
wiekująca przy nim, która niegdyś bywała w Gromach, ale ją skłonić do tego 
niemałą miał trudność. Nie wierzyła ona w to, ażeby siostrzeniec kiedykolwiek 
się ożenił. — Jemu co innego w głowie — mówiła — żadnej kobiecie przypodobać 
się nie będzie starał, pójdzie zaraz do ogrodu i zacznie rady dawać, 
jak go przerabiać. — Rębaczewski postanowił się starać o pannę szczególniej 
dlatego, iż znajdował się park w Gromach, który mógł nadzwyczaj być wspaniałym 
i zakasować wszystkie inne, gdyby on tylko doń rękę przyłożył. W 
Grochówce już nie ma co robić, ale tam... 
Ostatnim wreszcie z baronów stojących na liście pretendentów był Herman 
z Pniewa Pniewski, który dwa razy posłował, trzy razy publicznie przemawiał 
w sprawie propinacyjnej158 i miał się za męża stanu. Miał on także lat trzydzieści 
kilka, wyglądał poważnie, chodził zadumany, czytywał niemieckie 
dzienniki dla zorientowania się i liczył się do głów pewnego obozu, o którego 
odcieniu i kolorze ani on, ani ci, co go składali, nigdy dokładnego pojęcia dać 
nie umieli. Jemu majątek był 
potrzebnym dla odegrania tej roli, do jakiej się 
czuł przeznaczonym. Z goryczą krytykował on postępowanie swych współtowarzyszów 
na Sejmie159 i nie oszczędzał też sfer wyższych. W towarzystwie 
był to dobry człek, gdy się tylko zapomniał, że dźwigał na sobie misję społeczną. 
Ze szczególną troskliwością studiował ową kwestię propinacyjną, której 
znał wszystkie słabe i mocne strony, i umiał prawa szlachty do wyszynku 
bronić nader zręcznie i wymownie. Lubiano go powszechnie i nazywano „panem 
Posłem”. 
Z pomniejszej szlachty nie wymieniamy tu śmiałków, którzy przedsiębrali 
wyprawę po złote runo160. Baron Pniewski nie miał nikogo do wprowadzenia 
go na dwór baronównej, ale sądził, że kwestia propinacyjną dostatecznie 
usprawiedliwiać mogła pierwszą jego w Gromach wizytę. W chwili więc, gdy 
się tego najmniej spodziewano, oczekując tylko na hrabiego Romana i wyglądając 
go lada chwila, prawdziwy najazd gotował się w całym sąsiedztwie. 
Bończa, który go sam wywołał, a potem się uląkł, znalazł właściwym 
uprzedzić nieco mieszkańców Gromów i zapobiec temu, by ktoś nań winy nie 
złożył. 
Ufny więc w to, iż się już był zaintrodukował161 do tego domu i że w nim 
miał znajomą Hermę, wybrał się jednego dnia po południu. Złożyło się to tak 
właśnie, iż na kwadrans przed jego przybyciem, wysłany przez starego Zebrzydowskiego, 
przybył hrabia Roman, poprosił o mieszkanie dla siebie i poszedł 
się przebierać, gdy nic nie wiedzący o nim Bończa zajechał przed ganek. 
Baronówna była właśnie z przyjaciółką swą w pokoiku na górze swobodną 
rozmową zajęta żywo, gdy naprzód ukazał się znany ekwipaż narzeczonego. 
— Otóż tedy jest! — zawołała wyglądając przez okno i załamując ręce — oto 
jest nieunikniony mój przyszły. Mój Boże, Hermo, zadzwoń, co prędzej zadzwoń, 
będziemy musiały wyjść do niego, gdy dokończy toaletę. Za nic w 
świecie nie chcę zostać z nim sama, a ty mnie na przekorę w najniebezpieczniejszych 
opuszczasz chwilach. Trzeba prosić cioci Nieczujskiej, aby nam 
natychmiast na odsiecz przysłała kuzynka. Prawdziwie ja go zrozumieć nie 
mogę, jestem dla niego grzeczną, uprzedzającą, lubię go, a on, jakby na złość 
mnie, stroni, unika, kryje się i za każdym razem zapraszać go potrzeba. 
— Ja się mu nie dziwię — szepnęła Herma — przyjaźń i poufałość takiej 
ślicznej istoty jak ty jest niebezpieczna... — uśmiechnęła się Herma. 
— A! dajże pokój! niebezpieczna! dla niego... ale to człowiek tak chłodny... 
Zaledwie miała czas Lola wysłać rozkazy na dół, aby Nieczujskiego szukano 
i sprowadzono do salonu, aby go zaklęto na wszystko, żeby się natychmiast 
stawił, gdy powozik Bończy ukazał się przed gankiem... 
— Jest i ktoś drugi! To Bończa! — zawołała Herma wyglądając oknem — ten 
stanie choćby za Nieczujskiego. 
— Ale go nie zastąpi, bo mnie jeszcze gorzej od Romana nudzić będzie — dodała 
Lola. — Widzę w nim myśliwca goniącego za posagiem... nic więcej. 
— A Roman? — Hrabię Romana posyłają, to go nieco w mych oczach uniewinnia. 
Stryj nim kieruje, kocha się w dyspozycji... 
Nie spieszyły się panie wcale z wyjściem do salonu, tak że wprzódy, nim 
Nieczujskiego w pomoc przywołano i nim one zstąpiły z wyżyn na ten padół 
woskowany, Bończa ujrzał, chodząc po salonie, w otwierających się drzwiach 
przyjemną postać hrabiego Romana w rękawiczkach paliowych, z kapeluszem 
pod pachą, na ten dzień uperfumowanego angielskim „Ess — bouquet”. 
Woń była dystyngowana, przedziwna, użyta tak, aby tylko jej konające 
westchnienie czuć się dało. Hrabia Roman był wyznawcą tej zasady, iż przyzwoity 
człowiek winien z sobą przynosić tylko domysł, jakby przeczucie zapachu, nigdy nie obrażając nim olfaktorycznego162 nerwu tych, co go wąchać 
mieli szczęście. Perfuma powinna, mawiał, dać nie narzucać się, ale tęsknić 
za sobą, dać się czuć i ulatniać w tej chwili... 
Hrabia Roman który wiedział już o Bończy, wszedł do salonu z powagą 
człowieka ceniącego swe stanowisko w tym domu, w którym Bończa był prostym 
intruzem i natrętem. 
— Co to za miła niespodzianka — zawołał Bończa — spotkać się tu z wami! 
Jak się masz, kochany hrabio. 
Hrabia kochany tak czule podał końce palców Bończy, ale z twarzy jego 
wyczytać było można podziwienie, którego słowy wyrazić sobie nie życzył. 
— Jeszcze to większa niespodzianka dla mnie — rzekł — bom nie wiedział, że 
tu tak częstym jesteś gościem. 
Bończa schylił mu się do ucha. 
— Proszę cię — rzekł — jakiż jesteś niedomyślny, ja się od dawna w Hermie 
kocham. 
— A! a! a! — odparł hrabia przyglądając się w zwierciadle i korzystając z czasu, 
by węzeł chustki poprawić. 
Tego dnia miał wetkniętą w krawat jedną ze swych najpiękniejszych śpilek, 
prawdziwe arcydzieło jubilerskiego kunsztu. Proszę sobie wystawić z Benvenutowską163 
sztuką wydłubanego ze szczerego złota dżokeja na koniu 
wypuszczonym jak na wyścigach i zdającym się na przestrzeniach chustki 
ścigać ideały. Koń był 
en or bruni164, a dżokej emaliowany au naturel165, w 
kurtce niebieskiej. Ktokolwiek miał szczęście z bliska oglądać to misterne 
dzieło, unosił się nad wykonaniem jego mistrzowskim. Hrabia Roman brał 
rzadko ten klejnot, i to tylko dla okazania go osobom, co ocenić potrafiły ten 
okaz sztuki, zastosowanej do ludzkiej potrzeby tak skromnie... 
Z twarzy hrabiego Romana trudno było odgadnąć, czy uwierzył szepnięciu 
Bończy lub domyślił się wybiegu. Dalsza rozmowa miała o tym rozstrzygnąć i 
postępowaniem przybyłego pokierować, gdy tuż drzwi się dosyć gwałtownie 
rozwarły i powołany Nieczujski wpadł w tym samym ohydnym surducie i 
grubych butach, w których go widziano pierwszym razem, a co dziwniej, z 
dobrą ową fantazją, z której nic a nic nie utracił. Dwaj goście zwrócili się 
przeciw wspólnemu nieprzyjacielowi, za jakiego uważali rozgoszczonego tu 
tak poufalutko Nieczujskiego. 
Pan Adolf skłonił się grzecznie, ale niezbyt nadskakująco, i zbliżył się do 
hrabiego Romana, zdając się z pewnym zdziwieniem przypatrywać jego nader 
smakownemu ubraniu. 
— Baronówna bardzo przeprasza — rzekł 
— kazano mi oznajmić, że zaraz 
wyjdzie. Te panie były na przechadzce i potrzebują się przebrać podobno. 
Nieczujski występujący w roli tłomacza i posła więcej jeszcze zdziwił hrabiego 
Romana niż Bończa składający swe odwiedziny na miłość dla pani 
Hermy. 
Nie odpowiadając mu hrabia Roman z godnością cofnął się krok w tył. 
— Pan tu długo bawi w naszych stronach? — zapytał dość nietrafnie Bończa. 
— Ja — rzekł 
Nieczujski zimno — nie wiem. Ciekawy jestem poznać ten kraj, 
a gospodyni tak łaskawa, iż mi gościnności nie odmawia, korzystam więc z 
niej. 
— I jakże się panu u nas podoba? — spytał z pewnym uśmieszkiem Bończa. 
— Kraj bardzo, co się tyczy, co z niego i z nim tu ludzie robią, trudno mi się 
wytłomaczyć — rzekł obojętnie Nieczujski. 
— Czy pan znajduje, że my tu zacofani jesteśmy? — spytał Bończa. 
— Dosyć — krótko odpowiedział Nieczujski — ale to nie całkiem wina panów. 
— Szczęście, że choć 
nie nasza wina — dodał Bończa po cichu, spoglądając 
na hrabiego, który nie okazywał jakoś chęci wmieszania się w rozmowę i stał 
zmuszając swe rękawiczki, aby się kapryśnych fałdzików w niepotrzebnych 
miejscach wyrzekły. 
— Szkoda, że pan zapewne nie będzie miał czasu rozpatrzeć się w okolicy, a 
przekonałby się pan, iż my nie bardzo tak znowu jesteśmy zacofani. Jakie 
konie, panie, u nas, jakie konie, jakie charty! 
— A! w tym być bardzo może, iż postęp jest wielki, nie przeczę — rzekł Nieczujski 
nie okazując chęci spierania się. 
— Śliczną mamy jesień! — przerwał 
aforystycznie hrabia Roman patrząc w 
okno. 
— W istocie piękna bardzo! — wtórował Nieczujski. 
— Ale my ją możemy przeklinać — rozśmiał się Bończa — gdyby nie piękność 
jesieni, panie na spacer by nie poszły i nie czekalibyśmy na zjawienie się ich 
tak długo. 
Nieczujski się uśmiechnął. 
— Niech panowie darują — rzekł — zesłany tu jestem, aby skrócić tę chwilę 
oczekiwania, a nikt do tego nie mógł być nade mnie nieudolniejszym. Proszę 
siadać. 
Hrabiego Romana oburzało to do najwyższego stopnia, że się tu ten jakiś 
prostak śmiał jak szara gęś rządzić. Odwrócił się z niecierpliwością i biorąc 
krzesło dał uczuć to gwałtownym jego posunięciem, jak był dotknięty. 
Bończa spojrzał na rywala i uśmiechając się zrezygnowany usiadł. Nieczujski 
też zabrał sobie trzecie krzesło i, co było najokropniejszym, nogę na 
nogę założył. 
Widok tych grubych podeszew unoszących się tak nieprzyzwoicie nad posadzką 
salonu obudził 
w hrabi Romanie smutne myśli o znikomości rzeczy 
ludzkich. 
— Otóż — rzekł w duchu — do czego doszły salony nasze, po których w lakierkach 
tylko dawniej ważono się stąpać... Rewolucyjne zasady! demagogia! 
Bończa obu ich miał na oku... gdyby był mógł, podszczułby był nieco jednego 
na drugiego, lecz nie wypadało. 
— Żeby też go nie odprawić z domu — myślał Roman — i jeszcze mu dawać 
takie prawa! Baronówna nie ma poczucia godności swej. 
Westchnął. 
W tej chwili wśród panującej ciszy w dziedzińcu dały się słyszeć klaskania 
z bata i zwróciły uwagę obu panów. Roman się zarumienił, Bończa pobladł, 
ktoś nowy zajeżdżał przed ganek. 
Kto to mógł być? 
Milczenie głębokie panowało w salonie, Roman i Bończa patrzyli na siebie, 
a Nieczujski na przemiany na nich obu. Wtem szeroko otwarty się drzwi i 
wtoczyła się naprzód straszliwie wyfiokowana osoba niemłoda, dosyć otyła, z 
uśmiechem na ustach, z oczyma przymrużonymi, postępująca z wielką powagą, 
krokiem mierzonym. Szukała ona wzrokiem niespokojnym gospodyni, 
której nie było. Wszyscy wstali z krzeseł 
na widok tego zjawiska. Za nią szedł 
milczący człowiek, młody jeszcze, z pięknąłysiną, rumiany, pulchny, w rękawiczkach 
białych, z kapeluszem pod pachą, we fraku, w ciasnych butach, 
strojny elegancko, ale bez znakomitego szyku, jaki odznaczał hrabiego Romana. 
Jego ubiór, mimo na pozór starannie zachowanych form nakazanych 
przez modę, pachniał małym miasteczkiem. Hrabia rozpoznać mógł zaraz 
krawca, który o prawdziwej dystynkcji nie miał wyobrażenia, a z krawca sądził 
człowieka. 
Był to hrabia Ildefons Bramiński z matką, która znać przygotowana do 
powitania tej drogiej baronówny, której od dzieciństwa nie widziała, widocznie 
była zmieszana, znalazłszy się w gronie samych mężczyzn jej nie znajomych 
lub zaledwie znanych z widzenia. Stała, nie wiedząc, co począć z sobą, 
gdy Nieczujski, czując się w obowiązku zastępowania gospodyni, zbliżył się, 
zapowiadając rychłe jej przybycie i wskazując miejsce na kanapce. Hrabia 
witał się tymczasem z Bończa, który miał minę kwaśną i tajemniczą, i z Romanem 
nasrożonym widocznie w obronie praw swych, na które napaść przeczuwał. 
Szczęściem dla wszystkich drugie drzwi otwarły się natychmiast i piękna 
Lola, za którą szła figlarna Herma, ukazała się w nich. Hrabina Bramińska 
powstała natychmiast, obudzając w sobie potrzebne uniesienie, i nie zważając 
na przytomność 
świadków, poczęta prędko nagotowane już powitanie: 
— Kochana, droga pani! Może nie przypominasz mnie sobie! Przyjaciółka 
twej matki jedyna, najszczersza, Bramińska. Nie mogłam wymóc na sobie, 
abym nie przybyła zobaczyć, uścisnąć, powitać córkę mej nieodżałowanej Zosi. 
O mój Boże! jakże ślicznie wyrosła... i jak mi matkę przypomina. Pozwól 
się uścisnąć... co za chwila! Jakżem szczęśliwa! 
Tu zwróciła się do stojącego wyłysiałego syna. 
— I niech mi wolno będzie przedstawić ci mojego Ildefonska, którego choć z 
imienia sobie przypomnisz, boście się dziećmi nieraz bawili i bardzo lubili. 
Lola stała ogłuszona tym wyrazów potokiem, dając sięściskać i dość zimno 
coś szepcząc. Hermie oczy świeciły się jak u kotka, który czatuje na zdobycz. 
Biegała nimi po stojących rzędem Romanie, Bończy i hrabi Ildefonsie. 
Przywitanie zresztą gościa z hrabią 
narzeczonym, z panem Bończą musiało 
być krótkie, bo hrabina nie dawała chwili spoczynku baronównie. Widocznie 
chciała ją czułością, zajęciem żywym spoufalić i pociągnąć. Paliła się jej 
twarz, bo to niemałego wymagało wysiłku, ale czemuż nie podoła miłość macierzyńska? 
— Droga moja, kochana pani — paplała — niewymownie mnie to cieszy, że 
cię widzę tak piękną, tak dystyngowaną, tak... a! kochałam matkę twą jak 
siostrę, mogę powiedzieć. 
Tu nachyliła się jej do ucha i przerywanym śmieszkiem szept niezrozumiały 
dokończył wstępną mowę. 
Panowie przytomni, nieco opodal się skupiwszy, jedli się oczyma. Hrabia 
Ildefons, obrachowany i ostrożny, zabawiał się widocznie rozpoznawaniem 
sytuacji i czytaniem fizjognomii, gdyż oka z panny nie spuszczał. 
Bończą bawił się brelokami od zegarka, a najnieszczęśliwszy hrabia Roman 
smażył się 
dans son jus166, nic nie mówiąc. W pewnym oddaleniu od 
nich Nieczujski wyswobodzony, zabrawszy miejsce u okna, spoglądał na baronównę, 
której mu widocznie żal było, widząc, jak się męczyła. 
Jedna Herma, spektatorka167 nie interesowana całej sceny, zdawała się 
zupełnie szczęśliwą, chociaż sznurowała usta i lękała się je otworzyć, aby się 
nieprzyzwoicie nie roześmiać. Ci trzej pretendenci, wzajem się rozpatrujący w 
sobie, śmieszyli ją nad wyraz wszelki. 
Twarz Loli robiła się coraz smutniejszą i surowszą, ale się to dawało tłomaczyć 
wspomnieniem matki. 
Hrabia Roman, zrazu jak osłupiały postawszy chwilę, z rodzajem heroizmu, 
rezygnacji i lekceważenia siadł nareście na krześle, ale w postawie 
mającej oznaczać wymownie, jak go dojmowało fałszywe położenie. 
Siadł, a raczej upadł na to krzesło nieco odwrócony od panny, rękę zarzuciwszy 
na poręcz niedbale, drugą założywszy za kamizelkę i skrzyżowawszy 
nogi od niechcenia, ręka zawieszona utrzymywała kapelusz, oczy wlepił w 
sufit. 
Przepysznie wyglądał, jak do portretu. Bończa niby się uśmiechał do Hermy, choć nie bardzo mu sięśmiać chciało, a Ildefons hrabia Bramiński, wyprostowany, 
obliczał, jak mu się tu znajdować wypadało. 
Panna nań 
wcale nie zwracała uwagi, chociaż matka ją zapewniła, że to 
był ten Ildefonsik, z którym się 
tak bardzo lubiła bawić i dla którego taką 
czuła sympatię. 
Położenie wszystkich było nieznośne, towarzystwo z żywiołów nieprzyjaznych 
złożone w jedną jakąś grupę i całość skleić się nie mogło. Lola była 
widocznie na mękach. 
Ale w dobrze urządzonym domu zawsze się można spodziewać dywersji168, 
choćby przez kamerdynera. Zaczęto przygotowywać w drugim pokoju herbatę 
i zjawiła się jak kometa przelatująca ciocia Nieczujska. 
Hrabia Ildefons zdecydował się rozpocząć cichą i skromną rozmowę z Bończą. 
Na Nieczujskiego nikt naturalnie ani spojrzał, co zdawało mu się dogadzać. 
Swobodny, spokojny patrzał sobie to na ogród, to na Lolę, której oczy 
kilka razy szukać się go zdawały. 
Opuszczony hrabia Roman poczynał się burzyć w sobie, gdy litościwa 
Herma przyszła mu w pomoc i przysiadła do niego. 
— Jakże się ma stryj hrabiego? — odezwała się — sam przyjazd pański zdaje 
się zapewniać, że lepiej... Lola była o jego zdrowie niespokojną. 
— Tak jest, stryj mój ma się lepiej znacznie — rzekł Roman smutnym głosem 
ofiary niewinnie poświęconej. 
Zniżył glos i po namyśle dodał: 
— Z jego rozporządzenia przybyłem tu, gdyż inaczej nigdy bym się tak często 
nie śmiał naprzykrzać, zwłaszcza że w Gromach, jak widzę, nie zbywa na 
towarzystwie. 
— A! to tylko dziś taki jakiś dzień szczęśliwy — złośliwie poczęła Herma — na 
dnie powszednie nie mieliśmy nikogo oprócz pana Adolfa Nieczujskiego. 
— Widzę, że nie odjechał jeszcze... 
— Lola go zatrzymała — mówiła z pewnym naciskiem Herma — to bardzo dobry 
i miły człowiek, chociaż niepozorny. 
— Tak bardzo niepozorny — śmiejąc się dodał Roman. 
— Ale mężczyzna bardzo przystojny — podchwyciła Herma — a że troszkę zaniedbuje 
się, tego mu za złe brać nie można. Bez pretensji... 
Roman milczał zacięcie. Herma paplała: 
— Wszakże z hrabią Ildefonsem i panem Bończą panowie się znacie? 
— A! bardzo dawno i dobrze! — rzekł Roman. 
Była to jakby przymówka złośliwa do tego, że nie mówili do siebie. Hrabiego 
Ildefonsa w istocie trudno teraz było wciągnąć do rozmowy, gdyż cała jego 
wielce wytężona uwaga zwrócona była na Lolę i matkę, która go usiłowała 
zbliżyć do niej i wyzywała coraz słówkiem jakim. Ale nader ostrożny kawaler 
odpowiadał krótko i zapobiegając wszelkiej kompromitacji, chciał być dla 
panny widocznie zagadką i tajemnicą. 
Troskliwa matka na przemiany cicho i głośno prowadziła rozmowę nieprzerwaną 
z gospodynią, pochlebiając sobie, że ją dowcipem i czułością swą zachwyci, 
chociaż 
w istocie do najwyższego stopnia tylko zamęczała. Chciała 
widocznie zawiązać stosunek poufały i serdeczny. 
— Ty, kochana baronówno, jesteś taka osamotniona, bez stosunków, bo 
chociaż wielce szacuję hrabiego Filipa, no, ale zawsze to mężczyzna, a kobiecie 
kobiet potrzeba i kobieta ją tylko zrozumieć potrafi. Nie dziwże się, iż z 
całego serca ofiaruję moją przyjaźń, pomoc sąsiedzką i posługi. 
Lola dziękowała; wtem jakoś dano znać, że herbatę podano, i całe towarzystwo 
przeniosło się do jadalnej salki, do wytwornie dosyć zastawionego stołu, 
u którego każdy zajął miejsce, jakie chciał i mógł. 
Nieczujski ostatni pozostałe zajął na swym końcu. Spoglądano na niego 
ciekawie, ale niepozorna jego postać nie zastraszała nikogo. 
Siedział skromnie, nie odzywał się wcale i trzymał na uboczu, tylko Lola 
uciekała się doń czasem wzrokiem, jakby przed nim poskarżyć się chciała, 
użalić i od niego sił zaczerpnąć do nieznośnej tej komedii życia. Wśród dwóch 
hrabiów i szanownego Bończy, sztywnych, wymuszonych, obrachowanych, 
nadętych, Nieczujski korzystnie odbijał męską postawą, otwartą fizjognomią i 
obliczem jasnym a pełnym męstwa i spokoju. 
— Kto to jest ten pan? — zapytała cicho hrabina Loli. 
— Daleki mój krewny, z Poznańskiego — odpowiedziała gospodyni. 
— Kto to taki ten jegomość? — pytał Bończy hrabia Ildefons półgłosem. 
— Jakiś kuzynek z daleka z wizytą przybyły, zapewne po pieniężną pomoc — 
odparł Bończa. 
Hrabiemu Romanowi zawadzał także ten intruz bardzo, ale nie był obowiązanym 
zbliżać się do niego. W ogóle był dosyć osamotniony i łapał kose wejrzenia 
wymierzone na siebie. 
Przy herbacie rozmowa mniej więcej była powszechną, gospodyni usiłowała 
w nią wciągnąć Nieczujskiego, który parę razy krótko odpowiedział. 
Utrapione owo posiedzenie skończyło się przecie. W przejściu na powrót do 
salonu Bończa miał zręczność zbliżyć się chwilę do Hermy. 
— Nieskończenie jesteście wszyscy zabawni — szepnęła mu figlarka. — Widzę, 
że pan za wygrane Romanowi dać nie chcesz, a oto i nowy rywal przybywa 
w hrabi Ildefonsie. 
— Niestraszny — odparł Bończa — lecz, co gorzej, jeśli Ildefons miał tę myśl, 
mogą ją powziąść i inni młodzi ludzie z sąsiedztwa. Będziecie panie miały 
najazd pretendentów i szturm do serca baronównej. 
— A! to będzie nadzwyczaj zajmujące! — zawołała Herma — bardzo bym rada, 
ażeby się przepowiednia sprawdziła! 
— A jakże pani nam wróży? — zapytał Bończa. 
— Ja wcale wróżką nie jestem. Lola, dobra, kochana, jest jeszcze dzieckiem, 
do serca jej zajrzeć 
bardzo trudno... a kogo wybierze sobie, tego nikt dziś nie 
odgadnie. Wiesz pan, z mężczyzn kto jej dotąd najmilszy? 
Bończa z niezmierną ciekawością pochylił się, aby tajemnicę usłyszeć. 
— Kuzynek Nieczujski! — śmiejąc się dodała Herma. 
— Nie może być! — zdumiony odparł Bończa — pani żartujesz! 
— Nic a nic, z nim mówić lubi, z nim jest najlepiej. 
— Ależ 
przecie to nam nie grozi! — zawołał kawaler — boć to człowiek nie naszego 
świata. 
Herma ruszyła ramionami. 
— Cóż mówi o mnie? — zapytał ciekawy. 
— Najgorzej, że wcale o panu nigdy nie wspominała. 
— Nie było to najgorzej jeszcze — przerwał Bończa — lecz pani by ją powinna 
przez łaskę dla mnie wybadać. 
— Nie przez łaskę dla pana, ale przez ciekawość zapytywałam ją. 
— I cóż? i cóż? — natarczywie badał Bończa. 
Roześmiawszy się, Herma na wychodnym już do salonu rzuciła mu w 
ucho: 
— Ciesz się, stoisz na równi z hrabią Romanem! 
Po tej zagadkowej odpowiedzi pierzchnęła. Bończa wrócił do salonu mocno 
zamyślony. Tu prędko nadchodzący wieczór jesienny zmuszał gości do odjazdu; 
hrabina Bramińska, wylewając ostatki czułości na córkę najlepszej swej 
przyjaciółki, zabierała się ją pożegnać, hrabia Ildefons obliczał się z sumieniem, 
czy jakiego nierozważnego nie popełnił kroku — ruszono się z miejsca. 
Bończa rad nierad wziął 
za kapelusz także. Tryumfujący ze swojego przywileju 
hrabia Roman pozostawał, otrzymawszy plac nad nieprzyjacielem cofającym 
się w porządku, ale z kwaśną miną. 
Nie był jednak sam, gdyż zapewne wskutek danego znaku Nieczujski pozostawał 
w saloniku i wziął się zaraz, przysunąwszy krzesło, do przeglądania 
albumów, jak gdyby one dla zabawy jego na stole rozłożone były. Herma dla 
zajęcia niespokojnych rączek miała szydełkową robótkę. Lola wyniosła jakąś 
kanwę rozpoczętą ogromnym deseniem. Wszyscy więc znaleźli sobie zatrud
nienie, jeden tylko hrabia Roman, zostawiony własnemu przemysłowi, nie 
bardzo wiedział, co począć. 
Jedynym talentem, jaki posiadał młodzieniec, który zresztą był także nieco 
muzykalnym, ale tu do wysokiego stopnia ćwiczeń swych nie posunął, było 
rysowanie karykatur. Znano go z tego, a drażliwe postacie lękały się tego 
niewinnego ołówka przedrzeźniającego je w dosyć 
pospolity sposób. W istocie 
karykatura jest pono najłatwiejszą 
do stworzenia z niewielką umiejętnością i 
dowcipem. Charakterystyczne rysy przesadzić potrafi nawet nieuk, pochwycić 
ich wyraz i uwydatnić umie tylko talent prawdziwy. Karykatura może być 
arcydziełem, ale znośną być może nawet, gdy jest bazgraniną. 
Hrabia Roman słynął ze swych karykatur. 
— Powinien pan nam dać próbkę swego talentu — odezwała się Herma — postaramy 
się o papier i ołówki, rysuj pan nasze karykatury. 
Romanowi pochlebiało to uznanie, bo on sam zbytnią nawet wagę przywiązywał 
do swego talentu, ale przychodziły mu te produkcje z ciężkością i improwizować 
ich nie umiał. 
Skłonił się grzecznie. 
— Nie przypisuję sobie tego daru, który mi pani przyznawać raczy — rzekł 
powoli cedząc — a nie śmiałbym w karykaturze przedstawić to, co w ideale 
widzę. 
— Ja się panu ofiaruję, bo ideałem nie jestem! — zawołała Herma — rób pan 
moją karykaturę. 
— Ja służę mu fizjognomią moją — dodał Nieczujski. 
— A przede wszystkim ja — śmiejąc się odezwała z kącika kapitanowa — ze 
mnie starej najłatwiejsza karykatura gotowa. 
Namyślał się hrabia, znać było, że niezupełnie się chciał bronić od popisu. 
Szło tylko o to, na kim miał sił spróbować. 
Szczęściem Bończę i hrabiego Ildefonsa tyle razy rysował wprzódy, iż obu 
ich umiał na pamięć, milcząc więc przysunął się do stołu. Herma żywo podsunęła 
mu „Fabery”169 i całą librę170 papieru, hrabia począł, cedząc, tłomaczyć 
się, że i karykatura wymaga natchnienia, że nie czuł inspiracji i świętego 
ognia... ale począł coś kreślić. 
Z dala przypatrywano się robocie. Tymczasem, gdy był tą pracą zajęty, 
Nieczujski nieznacznie dobył małego, w płótno oprawnego albumiku z kieszeni 
i ołówka, w książeczce swej także rysując. Z wejrzeń rzucanych ukradkowo 
na Romana można było wnosić, że jeśli nie karykaturą, to portretem 
jego się zajmuje. 
Zdziwiły się panie, gdyż w nim wcale nie domyślały się artysty dyletanta. 
Herma przypatrywała się obu z zajęciem, Roman zdawał się wytężać wszystkie 
swe siły na tę próbę, Nieczujski zamaszyste i swobodnie a pospiesznie 
dokonywał tajemniczej roboty. 
Gdy hrabia Roman pierwszy półarkuszek odłożył, ubolewając, że mu się 
nie udał rysunek, poszedł on po rękach. Poznano w nim łatwo Bończę skarykaturowanego 
dosyć szczęśliwie, ale sucho i niewprawnie. 
Herma winszowała, skromny autor ze spuszczonymi oczyma przyjmował 
pochwały i z większym zapałem brał się do drugiego. Nieczujski już rysunek 
swój wykańczał powolniej, nie postrzeżony. Złożył książeczkę i chciał ją 
schować do kieszeni, gdy Lola pod stołem wyciągnęła po nią rękę. Nieczujski 
się zawahał trochę. 
— Jestem bardzo nędznym amatorem — szepnął podając swój albumik — nie 
ma tu co patrzeć. 
Obie z Hermą ciekawie przechyliły się nad szkicem. 
Na całej stronicy zrobiony był dosadnie, wprawną ręką wizerunek nie skarykaturowany, 
ale prawie upiękniony i niezmiernie podobny hrabiego Romana, 
którego charakter, sztywność, krochmal, dystyngowana maniera pochwycone 
były z niezmierną trafnością. Nie będąc karykaturą, portret jednak 
zdawał się złośliwym, bo uwydatniał wszystkie słabości i wady pierwowzoru. 
Ze szczególną miłością odrobiona była śpilka w chustce i nieposzlakowany 
krój sukni. Herma zdziwiona o mało nie krzyknęła. Lola uśmiechnęła się i 
posmutniała nagle, wpatrując się w wizerunek tej lalki. W tym portrecie był 
cały człowiek, można go było w jakim magazynie mód za szkłem na wzór wystawić. 
Wdzięczne rysy nic nie mówiące oddane były z dziwną prawdą i bezstronnością, 
ołówkiem nie kierowała namiętność, a jednak smutne to było... 
Mimowolnie ciekawe rączki pań z cicha poczęły przewracać kartki już prawie 
szkicami zapełnionego albumiku. Były to jakby podróżne notaty z datami 
i oznaczeniem miejsc. Widoki chat, cerkiewek, kościółków, dworów, strojów 
włościan, typowe twarze, figury fantastyczne — ani na talencie, ani na wprawie 
nie zbywało Nieczujskiemu, choć obojga dotąd nikt się nie domyślał. 
Hrabia Roman tymczasem szkicował 
pracowicie Ildefonsa, który mu się 
udał lepiej. Był on gotów, gdy właśnie albumik przeglądać skończono i Nieczujski 
po niego rękę wyciągnął, ale Herma go zatrzymała; zaczęto chwalić 
bardzo Ildefonsa, lecz razem śmiać się z niego. W istocie był 
on zabity tym 
rysunkiem, który i podobny był, i wielce śmieszny. 
— Cóż pan powiesz na to — wtrąciła Herma — że ja tymczasem w czasie gdyś 
pan tych sąsiadów egzekwował171, c'est le mot172, zrobiłam pańską nie karykaturę, 
ale skromny portret. 
— Pani? mój? — niespokojnie się rumieniąc zawołał hrabia Roman, któremu 
nigdy na myśl nie przyszło, że i on mógł zostać karykaturą. 
— Nie chwaląc się 
jednak — dodała Herma — byłam dla pana nieskończenie 
litościwszą niż hrabia dla tych panów. 
To mówiąc ukazała mu album. Roman, który miał pewne sztuki pojęcie, 
zdumiał się nadzwyczajnie i zamilkł. Z daleka patrzał na swój wizerunek i nie 
wiedział sam, czy się gniewać, czy dziękować. 
Nie przyszło mu na myśl posądzać on Nieczujskiego, bo tak był zatopiony 
w swych karykaturach, że go rysującym nie dostrzegł. 
— Nieprawda, że schwyciłam trochę podobieństwo? — spytała złośliwie 
Herma. 
— Ja o tym sądzić nie mogę — odparł nieukontentowany widocznie Roman — 
lecz muszę przyznać, iż rysunek bardzo ładny. 
Herma schowała albumik pod stół, lecz przy oddawaniu go Nieczujskiemu 
nie uniknęła wejrzenia Romana, który widząc go przechodzącym do kieszeni 
młodego jegomości, spochmurniał jeszcze bardziej, ołówek rzucił i siadł w 
krześle nadęty. 
— Nie wiedziałem, że pan jesteś artystą — szepnął niechętnie do Adolfa. 
— Ja wcale nim nie jestem — odpowiedział Nieczujski — nie mam do tego 
pretensji. 
Portret ten schowany do kieszeni w niezmiernie zły humor wprawił hrabiego. 
Czuł, że wobec niego karykatury pełzły i że on był zapłatą za złośliwość, z 
jaką swych rywalów odwzorował. 
— Ten jegomość za wiele sobie pozwala — pomyślał — lecz cierpliwości, 
wiecznie tu przecież siedzieć nie będzie. 
Tak spłynął długi wieczór, nieznośny dla Loli szczególniej, oglądającej się 
na zegar ciągle, aby godzinę pożegnania przyspieszyć. 
Hrabia Roman, który czul się w obowiązku dosiedzieć do ostatnich krańców 
czasu, jaki przyzwoitość oznaczała, nie opuścił salonu aż o jedenastej, 
namyśliwszy się, że na wsi mogła to być godzina spoczynku. Wątpliwość 
miał, czyliby dłużej jeszcze nie należało nudzić panny, na którą nadaremnie 
spoglądał, nigdzie się z jej wzrokiem spotkać nie mogąc, lecz Herma zaczęła 
znacząco składać robotę i on wziąść musiał za kapelusz. 
Nieczujski szukał swojego także, gdy Lola dała mu znak nakazujący, aby 
pozostał. Odchodząc Roman rzucił nań wejrzenie jak sztyletem przeszywające 
i z dala mu tylko głową kiwnąć raczył. 
Na wschodach słychać było krok odchodzącego Romana, gdy baronówna 
załamała ręce i zawołała do Adolfa: 
— Zmiłuj się pan, powiedz mi, co mam począć? Z kilku słów hrabiny domyślam 
się, że tu wkrótce cale sąsiedztwo w Gromach przyjąć będę musiała. 
Rozdrażni to mojego opiekuna, do rozpaczy doprowadzi hrabiego Romana, a 
mnie na śmierć zamęczy! 
— Trochę cierpliwości — rzekł uśmiechając się 
zapytany. — Co to pani szkodzi? 
Czyżby pani wolała przez kilka dni siedzieć 
tete-a-tete173 z hrabią Romanem? 
— A! niech Bóg uchowa! 
Herma sięśmiała. 
— Mnie by się zdawało, że to by było raczej do życzenia niż strasznym. 
— Byłaby to zabawka, rozrywka, może nawet zajmujące dla pani studium. 
Daruje mi pani, że się mieszam w nie swoje sprawy, ale zostałem wyzwany, 
będę więc otwartym. Nadzwyczaj niezręcznie komedią gram i wolę szczerze 
mówić, co myślę. 
— Ale mów pan, mów, proszę! — żywo zaczęła Lola. 
— Hrabia Roman nie jest pani tak nadzwyczaj miłym, ażeby już 
z nim nikt 
współzawodniczyć nie mógł — mówił spokojnie Nieczujski. — Dlaczegóż by pa173 
tete-a-tete (fr.) — sam na sam, we dwójkę 
ni nie chciała rozpatrzeć się w innych, widocznie stojących w rzędzie konkurentów? 
Może być, że pani uczynisz między nimi wybór szczęśliwszy... 
Lola głową potrząsła i spuściła oczy. 
— Za to ręczyć nie można — ciągnął 
dalej Nieczujski. — Któż wie? Tu idzie o 
życie całe i przyszłość, nie godzi się ich poświęcać dla grzeczności względem 
opiekuna. 
— Ma zupełną słuszność! — wtrąciła Herma żartobliwie. — Co mówisz o Bończy?... 
— Moja droga Hermo! — zakrzyknęła Lola — proszę cię! 
— A hrabia Ildefons nie wyglądaż majestatycznie z tą młodocianąłysiną 
podwyższającą mu czoło i nadającą jego fizjognomii takiż wyraz myślący? 
Lola wzdrygnęła się nie odpowiadając. 
— I nie rozczula cię hrabina mama z tą troskliwością dla ciebie, ze swymi 
wspomnieniami dzieciństwa, gdyście z Ildefonskiem igrali razem?... 
— Tego nigdy w świecie nie było! — zaprotestowała Lola — nigdy Ildefonsek 
ów nie był u nas. 
Spojrzała rozpaczliwie prawie na Hermę i Nieczujskiego. 
— Kogóż się jeszcze możemy spodziewać? — spytała. 
— Ja tak dobrze sąsiedztwa nie znam, ale ciocia Nieczujska... 
Kapitanowa kończąca drut w pończosze i siedząca w kątku westchnęła. 
— O to! to! — rzekła — jeśli wszyscy jechać zechcą, zawiędłych i świeżych 
kawalerów nie zabraknie. 
— Na przykład? — nalegała Herma. — Niech ciocia tę staroświecką pończochę 
porzuci i da nam przedsmak przyszłych naszych rozkoszy. 
— Czekajcież, muszę myślą przebiec okolicę — mówiła z drutem w zębach 
ciocia kapitanowa. — Ano, naprzód pan Modest baron Leliwa. Tego tak pełno 
wszędzie, iż nie sposób, żeby się tu nie wkręcił. 
— Znam go — dodała Herma. — Młodzież nazywa go „Bąkiem", bo się jak bąk 
ciągle kręci, a może, iż bąki strzela. Dalej, ciociu! 
— Jest jeszcze Herman Pniewski, „Posłem” zwany. 
— Cóż chcecie, wcale przyzwoicie nudny człowiek — wtrąciła Herma. 
— I Rębaczewski, który Grochówkę tak przyozdobił, że na ogród pono długi 
zaciągał, człek z gustem. 
— Przejeżdżając admiruję zawsze chiński domek w jego ogrodzie... żywcem 
z pudełka od herbaty. 
— Na ostatek hrabia Nepomucen... hrabia Nepomucen, szambelanic. 
— I tego znam — dodała Herma. — Ziewa strasznie... 
Lola słuchała, Nieczujski stał milczący. 
— Ale bo pani dobra — odezwał się do Hermy — zbyt jesteś surową. Jużciż 
niepodobna, aby, licząc z Bończą, jeśli się nie mylę, między sześcią jeden się 
nie znalazł, o którym by coś dobrego powiedzieć nie można było. 
— Nie o jednym, o każdym powiem panu coś dobrego — żywo odcięła się 
Herma — a jednak z tych sześciu ja bym wybrała chyba siódmego. 
— Jak to? hrabiego Romana? — zapytał Nieczujski. 
— O! ten się nie liczy, to urzędowy nudziarz. 
Milczenie trwało przez chwilę. Lola machinalnie rozłożyła kalendarz i szukała 
w nim, wiele jeszcze dni swobody pozostawało. 
Biegły z taką niepoścignioną szybkością. 
Po powrocie z Gromów pani hrabina Bramińska, przez całą drogę nic się 
od zadumanego syna nie mogąc dopytać, z bólem głowy siedziała na kanapie. 
Wstydziła się ona tego defektu przed ludźmi obcymi, lecz gdy nie było świadków, 
porzuciwszy robotę, szczególniej w stanowczych życia chwilach lubiła 
ciągnąć kabałę174. I teraz z głową związaną chusteczką, po staroświecku w 
szafranie175 ufarbowaną, pilnie rozkładała karty, gdy syn wszedł, przebrawszy 
się, zadumany wielce, trąc włosy, których nie miał, i usiadł naprzeciwko 
niej. 
Westchnęli oboje spoglądając na siebie. 
— Cóż ty mówisz? — spytała matka, która w rozumie syna najgłębszą pokładała 
wiarę. 
Ildefons głową z lekka potrząsł. 
— Niełatwa to rzecz coś o tym powiedzieć — począł nieco ochrypłym głosem 
— o to! o to! niełatwa. Skomplikowane tam rzeczy. 
— Skomplikowane, mówisz? 
— Nawet bardzo! — mówił jakby do siebie hrabia Ildefons. — Ja, kochana 
mamo, lubię wszystko rozważyć, rozważyć i dobrze obrachować. To nie dosyć, 
że tam hrabia Roman na przeszkodzie stoi. O niego to by tam zresztą i 
mniejsza było, żeby tylko z nim się jednym miało do czynienia. Ale jużciż nie 
darmo siedzi pani Grzegorska, ona tam też kogoś protegować musi. Może 
Bończę, bo to chytry, przebiegły człek, a i na tym nie koniec. No, a ciocia 
Nieczujska... ta też wpływy mieć musi, a przy niej syn. Jakaś figura niby cicha, 
ale ja dobrze obserwowałem go. Baronówna często na niego spoglądała, 
on też. Niby prosty człek, ale temu ufać nie można. 
— Mój Boże, jak to ty wszystko zaraz umiesz pojąć! — westchnęła hrabina 
smutnie. — Ja czyniłam, co mogłam, aby ją ująć, przemawiałam do serca, do 
uczucia, do wspomnień... zimne jakieś stworzenie. 
— Ładna panna — wtrącił Ildefons. 
— E! żeby znowu tak bardzo ładna — odezwała się matka — zobaczysz, jak to 
prędko zwiędnie i zestarzeje. Ładniejsze Gromy. Westchnęli oboje, Ildefons 
zamyślił się głęboko. 
— Ja mam coś! — rzekł. 
— Cóż takiego? 
— Ciotkę i jej syna trzeba by ująć. Przez nich by się drogi utarły. 
— Ale jak? 
— Nie wiem — mówił 
hrabia — tego nie wiem. Ludzie ubodzy, gdyby mieli na 
widoku korzyść jaką... 
— A! to prawda! — szepnęła matka — ale jak do nich przystąpić, jak? 
— No nie wiem — zakończył Ildefons zatapiając się w myślach. 
Na tym pierwsza narada dnia tego się skończyła. Nazajutrz zaledwie wstali 
od stołu w Gromach, gdy powóz czterema końmi zaprzężony przywiózł do 
ganku szambelana hrabiego Dambskiego z synem hrabią Nepomucenem. 
Stary był skromnie ubrany we frak czarny, a ordery zawieszone niósł w 
miniaturze na łańcuszku, od niechcenia. Maltański Krzyż176 prawie był klapą 
przykryty i mało co widoczny. 
Gdy oba z wielką pompą wtaczali się 
na pokoje, hrabia Roman pobladł jak 
trup i ledwie się mógł powstrzymać 
od okazania gniewu. Ojciec pełen życia i 
syn ziewający, milczący, wyglądający na dyplomatę nudzili już prawie kwadrans 
gospodynię, a śmieszyli jej przyjaciółkę, gdy nadjechał pan Rębaczewski. 
Były to już dwie postacie z odgadniętych przez ciocię Nieczujską wczoraj. 
Rębaczewski uczynił takie wrażenie przybyciem swym na oficjalnym pretendencie, 
hrabi Romanie, iż ten, chcąc pannie okazać widocznie swoje najwyższe 
nieukontentowanie z tego najazdu gości, jak mu się zdawało, wywołanego 
przez nią dla dokuczenia mu tylko, wyniósł się na górę do swojego pokoju i 
pozbawiwszy ją miłego towarzystwa swojego, w fotelu cygaro palił. 
Nie taił on przed sobą, iż to był krok nader śmiały, nadzwyczaj dzielny i 
niezawodnie wywołać mający otwarte tłomaczenie, rozmowę. Wahał się nawet, 
czy o tym kroku na własną odpowiedzialność przedsięwziętym nie należało 
zawiadomić stryja listem. Zdawało mu się, że tym usunięciem się baronównę 
nastraszy. Gdy godzina herbaty wybiła, a Rębaczewski właśnie zabawiał 
Lolę, kreśląc plan zupełnego przeobrażenia parku, poczynając od wycięcia 
starych drzew, które perspektywę zasłaniały, Lola szepnęła Nieczujskiej, 
aby pana Adolfa posłała ściągnąć hrabiego Romana. 
Posłuszny pan Adolf zawahał się, ale poszedł. Na górze zastał malkontenta177 
rozpartego w krześle z wonnym cygarem. 
— Baronówna prosi pana na herbatę! — rzekł wszedłszy. 
Roman spojrzał zrazu milczący, twarz jego objawiała, iż kaprysić chciał, 
nie wiedział, co dalej począć. 
— Mam dreszcze i ból głowy — rzekł namyśliwszy się — jest to moje zwykłe 
nerwowe cierpienie, raczy pan podziękować za pamięć ode mnie i powiedzieć, 
że chyba po odjeździe gości od mojej newralgii178 będę wolny. 
Nacisk mocny położywszy na odjazd gości, hrabia sądził, iż uczynił już 
bardzo wiele. Głową ruch znaczący wykonał, skłonił się i palił cygaro. 
— Przyślemy tu panu herbatę, a bodaj i wieczerzę, jeśli newralgia dozwoli 
jeść — nieco żartobliwie odpowiedział Nieczujski — może by lepiej było całkiem 
dziś nie wychodzić. 
— O tym mój ból głowy rozstrzygać będzie — zakończył hrabia, nogę na nogę 
założył i palił. 
Był pewny, że panna to uczuje ogromnie. W samej rzeczy obeszło się bez 
niego. Rębaczewski zabawiał ogrodem, a szambelan opowiadaniem o nowym 
Wiednia przeistoczeniu. Lola, tego dnia zrezygnowana już, była coraz bardziej 
milcząca, stary hrabia Dambski zabawiał ją wszakże, bo był człowiekiem 
mimo swej próżności miłym i nieskończenie żywszym od syna, który minami 
i ruchami więcej podsycał rozmowę niż słowy; ani hrabia Modest, ani Rębaczewski 
nie zachwycili ją wszakże. 
Gdy ją pożegnali nad wieczorem, miała dopiero czas zapytać, co się hrabiemu 
stało. 
— Hrabia dostał newralgii, głowa go bolała — rzekł Adolf uśmiechając się — 
zezwolił nam jednak pocieszać się nadzieją, że po odjeździe gości ozdrowieje 
może. 
Herma śmiała się uradowana. 
— A! przedziwny! — wołała. — Szkoda tylko, że nas dwóch karykatur pozbawił. 
Jeszcze o tym szeptano, gdy hrabia Roman z wielką powagą wszedł do salonu, 
dając uczuć baronównie, iż się czuł obrażonym. Ją to tylko zniecierpliwiło. 
W chwili gdy się towarzystwo rozpierzchło, szepnął zbliżając się, że prosi 
o chwilę rozmowy. Lola spokojnie wyszła z nim do jadalnej, która stała 
otworem. 
— Nie zdziwi się pani — odezwał się poważnie hrabia — gdy wyznam, że jestem 
silnie dotknięty, mocno zasmucony. 
— Czym? 
— Co znaczy, proszę pani, ten ciągły najazd na Gromy? 
— Nie rozumiem, dlaczego pan mnie pytasz o to? 
— Juściż zdaje mi się, że bez zezwolenia jej... 
— Daję panu słowo, że nie prosiłam nikogo. 
— Lecz to podaje w wątpliwość w oczach ludzi moje położenie. 
— Pan masz moje słowo — odezwała się obrażona nieco Lola — lecz pana od 
wszelkich zobowiązań uwolnię, jeśli mu się co we mnie i u mnie nie podoba. 
Przed opiekunem będę się umiała wytłomaczyć. 
Nastąpiło milczenie znaczące. 
— Mój stryj — dodał hrabia — miał nadzieję, że przez te dni pani mi się zbliżyć 
dozwoli i dać poznać. 
— Wszak tego panu nikt nie broni. 
— Ale jesteśmy ciągle w tłumie natrętów. 
— To prawda! cóż ja na to poradzę? — odezwała się rozgniewana nieco baronówna. 
— Wie pan co, trzeba by napisać i przybić na bramie, nie jestem już 
wolną i że wstęp do mnie dopuszcza się tylko za dozwoleniem opiekuna. 
— Pani się gniewa... 
— Ja? wcale nie! śmieję się, bo to po prostu śmieszne! 
Westchnął hrabia. 
— Cóż ja mam począć? 
— Jak się panu zdaje. 
— Kilkanaście dni takich wizyt, takiego nacisku... 
— Każ kartę przybić na bramie! — rozśmiała się złośliwie baronówna a zwracając 
się nagle ku zdumionemu jej śmiałością Romanowi, dodała — szanowałam 
i szanujężyczenie ojca i wolę opiekuna, którego kocham, zawarowałam 
sobie jednak trochę 
swobody, która mojej ofiary miała być nagrodą. Widzę, 
że pan hrabia już teraz ją chcesz krępować! Cóż będzie potem? 
— Ja wcale nie krępuję swobody — wyjąknął 
hrabia — ja tylko pytam pani o 
znaczenie tych odwiedzin. 
— Zapytaj pan o nie tych, co przyjeżdżali — odparła uspokajając się 
— Pani o tym nic nie wiedziała? 
Lola zaczęła sięśmiać, obrażony Roman skłonił się i rzekł: dobranoc. Sądził, 
że to będzie cios stanowczy i ostateczny. Baronówna wróciła powoli do 
salonu, prawie nieporuszona. Okoliczności te zmusiły Romana do wystylizowania 
listu do stryja. Rozkazał więc panu Francois, aby dobył tekę podróżną 
i przyrząd do pisania. 
Wybierając się na dni kilka, hrabia był nawykły wozić ze sobą wszystkie 
przybory, jakich mógł potrzebować, gdyż 
pospolitym papierem, zwyczajną 
kopertą, ordynaryjnym atramentem i piórami, jakie się wszędzie spotykają, 
posługiwać się było dlań niepodobieństwem. Jak ubranie jego wymagało 
mnóstwa przygotowań nader wyszukanych, tak też każda czynność tylko z 
pewnymi warunkami dopełnioną przez niego być mogła. Portfel zawierający 
kancelaryjne przybory był przepyszny, ze skóry juchtowej179, z herbami i cyframi180. 
We środku liczne przedziałki mieściły papier z imieniem, cyframi, 
herbem i papier fantazyjny, takież koperty garniturowe różnych formatów, 
gdyż wedle prawideł papier i koperta bardzo rozmaicie używane być mogą i 
muszą, a nauka przyzwoitości wskazuje, do kogo na półarkuszku, a do kogo 
na półćwiartce pisać się godzi. Hrabia Roman rozłożył wszystko na osobnym 
stoliku i potrzebował pół godziny do przygotowania się do pisania, nie żeby 
zebrać myśli, lecz żeby samą czynność odbyć, jak należało. Już w chwili 
przystąpienia do listu wątpliwość poczuł, czy mu się skarżyć wypadało, i 
rozwiązał ten węzeł gordyjski181 niemożnością wyjścia inaczej z nader trudnego 
położenia. Potrzeba było zawiadomić 
hrabiego Filipa, jak tu rzeczy stały 
i jak narzeczona była usposobioną. Chociaż 
oburzony jej postępowaniem, 
Roman miał czas z wolna ochłonąć i wyrachować, że stryja powinien był jak 
najchłodniej o tym objaśnić, okazując jak najmniej zazdrości i gniewu. Siadł 
więc do listu, podłożywszy liniowany papier, dobywszy bibułę, wypróbowawszy 
pióro. List w formie i rodzaju dziennika zdał mu się najwłaściwszym. 
Opisał więc przybycie swe, osoby, które zastał, odwiedziny, jakie nastąpiły, 
później dotknął rozmowy z baronówną, ale tę złagodził znacznie. Żądał od 
hrabiego Filipa, aby go wsparł swą radą, i przyznawał się otwarcie, iż dotąd 
nie tylko nie postąpił we względach panny, lecz niemal część ich stracił, jeśli 
się tak wyrazić godziło. Szło mu źle jednym słowem, a najazd sąsiadów zdawał 
mu się umyślnym środkiem obronnym, aby zbliżenie utrudnić. 
Zrazu pisał hrabia Roman, nie mając zamiaru poprawiania listu i przerabiania 
go na czysto, okazało się jednak, iż kopia była nieuchronną. Mazał 
więc, przekreślał, uzupełniał i wielce znużony, dopiero dobrze po północy odczytawszy 
ostateczną redakcję, poprzestał na niej. Francois miał już polecenie 
nazajutrz pewnego wynaleźć posłańca i wyprawić list z żądaniem odpowiedzi. 
Dokonawszy tego ważnego aktu, po którym spodziewał się bury dla narzeczonej 
i skruchy z jej strony, hrabia, spokojny w sumieniu, przed zwierciadłem 
wieczorną toaletę wykonał i położył się, by usnąć snem sprawiedliwego. 
Następny dzień miał być nowymi utrapieniami oznaczony; o godzinie wizytowej, 
po obiedzie, ukazał się kocz staroświecki Leliwów z panem Modestem i jego stryjem, nadjechał z jakimś 
poselstwem od matki, hrabinej Bramińskiej, 
pan Ildefons, przywożąc oprócz tego piękny bukiet. Stryj bez przekonania 
jakoś indrodukował czynnego swego, ale zawsze niefortunnego synowca, 
pana Modesta, który natychmiast sobą cały salon napełnił. Zabawił 
nawet panie, bo mu się usta nie zamykały. Mówił, gestykulował, śmiał się, 
podskakiwał, biegał i pracował 
w salonie jak nikt. Herma żartowała sobie z 
niego, ale tak zręcznie, iż się na tym nie poznał. Lola, która pierwszy raz widziała 
egzemplarz tak znakomity wiercipięty, zajęta nim była jak dziecię zabawką. 
Pan Ildefons, dopełniwszy poselstwa swego, nadzwyczaj zręcznie zszedł z 
pierwszego planu sceny i cofnął się ku Nieczujskiemu, z którym się nieznacznie 
zapoznał. Parę razy zwrócił się z rozmową ku cioci kapitanowej 
mocno tym zadziwionej i odpowiadającej krótko, z towarzyszeniem ruchów 
osobliwych, innego mogących odstręczyć. Ostatecznie przysiadł się w kątku 
do pana Adolfa, który przeciwko temu nic nie miał, i nader grzeczne zawiązał 
badanie. Dowiedziawszy się o pragnieniu poznania kraju i okolicy, hrabia 
Ildefons zaprosił nawet Nieczujskiego, aby go .raczył odwiedzić, przyrzekając 
mu być pomocą do studiów nad tym, co znał doskonale. Pan Adolf dosyć 
obojętnie, ale grzecznie przyjmował ofiary hrabiego, chłodno nieco dziękował 
za nie, od rozmowy się nie uchylając, tak iż rodzaj znajomości został zawarty. 
Ostrożny hrabia Ildefons za pierwszym razem nie śmiał być zbyt natarczywym. 
— Państwo tu, jak widzę — rzekł hrabia — miewają dosyć gości co dzień... 
— W istocie, od czasu jak tu jestem, nie zbywa na nich. 
— Na wsi to bardzo przyjemnie... Leliwowie są po raz pierwszy? — spytał cicho 
Nieczujskiego. 
— Nie znam tych panów, a tu ich widzę w istocie dziś pierwszy raz. 
Bramiński nachylił mu się do ucha. 
— Niewielkie rzeczy — szepnął — niewielkie... dobrzy ludzie, no i po wszystkim, 
więcej powiedzieć nie można. — Rozmyśliwszy się doszepnął jeszcze: — 
niemajętni... nie... 
Zaledwie to wymówiwszy, hrabia Ildefons pożałował swej zbytniej i nieoględnej 
szczerości i zamilkł zamyślony. Wyrzucał już sobie, zagadał więc zaraz 
czym innym, a w końcu powtórzył zaproszenie do siebie pana Adolfa, który 
nic nie przyrzekając, podziękował. 
Leliwa tymczasem, którego stryj mało się odzywał, nadzwyczaj gorliwie popisywał 
się z żywością myśli i mnogimi wiadomościami. Nie uważał, że Herma wyciągała go na różne paplaniny co najmniej niepotrzebne, nie widział, że 
się z niego uśmiecha. 
Było to zabawnym i smutnym. 
Nieszczęśliwy stryj, mający więcej taktu, na próżno spoglądał nań, starając 
się go pohamować w zapędach, pan Modest był jak koń rozbiegany, którego 
nic wstrzymać nie może. Sypał jarmarcznymi anegdotkami i dowcipami, a że 
Herma sięśmiała, zapalał się coraz więcej. 
Nikogo ten tak zuchwały sposób postępowania w salonie bardziej oburzać 
nie mógł 
nad hrabiego Romana, który bladł, czerwieniał, zacinał usta, zakładał 
nogę prawą na lewą i lewą na prawą i wcale się 
do rozmowy nie mieszał. 
Parę razy wciągnięty w nią, ledwie raczył rzucić słowo. 
Tegoż dnia, chociaż w bardzo złym humorze, hrabia był z nadzwyczajnym 
smakiem ubrany. Surducik leżał 
na nim jak ulany, czarny krawat spięty był 
ogromnym turkusem, woniał rezedą jak grzęda rozkwitła. Wszystko to było 
stracone, nikt nań prawie nie patrzał, nikt woni tej nie ocenił. W barbarzyńskim 
owym towarzystwie nikt do tych rzeczy wyszukanych, przedziwnych, 
taką dystynkcją nacechowanych najmniejszej nie zdawał się przywiązywać 
wagi. Baronówna była roztargniona i wczorajszy mały spór, który powinien 
jej był dać do myślenia, nie wpłynął wcale na jej postępowanie. 
Toteż ilekroć w ciągu tego dnia hrabia przyzwoicie mógł się absentować, 
wychodził i spędzał smętne samotności godziny ze swym hawańskim cygarem. 
Nie umiał sobie tego wytłumaczyć, dlaczego najszczególniej wstrętliwym 
dlań był pan Adolf Nieczujski. Pierwsze wrażenie jego grubych butów i pomiętego 
surduta zatrzeć się w nim nie mogło. Nie zbliżył się też 
wcale do niego, 
a sama przytomność gościa tego w salonie niecierpliwiła go niewymownie. 
Zwiększali zły humor hrabia Ildefons i Leliwa. 
W jednej z tych wycieczek na górę 
do swojego apartamentu hrabia Roman, 
który znał dobrze hrabiego Ildefonsa, chociaż tytułu jego nierad był za równoważny 
ze swoim uważać, nie postrzegł się, iż Bramiński po cichu za nim 
wymknął. Dopiero na wschodach go zobaczył. 
— Nie pozwolisz mi też hrabia u siebie cygara wypalić? — zapytał Ildefons. 
— A bardzo proszę, comment donc182, bardzo proszę. 
Prośba ta była zimna, lecz wystarczająca, hrabia Bramiński wszedł. 
Dobywał już własne cygaro, gdy hrabia Roman uroczyście go powstrzymał, 
było to uchybieniem przeciwko formom. 
— Za pozwoleniem — odezwał się — mam przyjemność hrabiego przyjmować 
u mnie, zatem proszę na moje cygaro. 
Tu nastąpiło wydobycie różnych cygarnic zawierających wszelkie cygara do 
wyboru, hrabia Ildefons wziął pierwsze z brzegu i siedli milczący. 
Rozmowę trudno było rozpocząć. Zagadł ją przybyły pytając o zdrowie 
stryja, na co, nie sądząc potrzebnym ukrywać wcale, odpowiedział hrabia 
Roman, iż się znacznie polepszyło i na spodziewaną prędko konwalescencją183 
rachują z przyspieszeniem wesela. 
Oznajmienie tak otwarte o weselu fatalnie podziałało na gościa, który począł 
się przypatrywać cygaru swemu, mocno je ciągnąc, i po rozmyśle dodał: 
— Więc to tedy już pewne? 
— Alboż hrabia wątpiłeś? 
— Nie, ale nie wiedziałem, iż to już 
stanowczo, to jest, że to ostatecznie albo, 
że się tak wyrażę, finalnie postanowione. 
— Termin nawet oznaczony. 
Ildefons głową tylko poruszył. 
— A termin ten? — zapytał. 
— Bardzo bliski — ogólnikiem go zbywając odezwał się hrabia Roman. 
Znaczyło to nic innego nad: wynoście się, bo tu nie macie co robić. 
Bramiński miał wiele rezygnacji, westchnął. 
.Nie pozostaje, jak powinszować — dodał. 
Roman się skłonił nieco. 
— Pan nie wie, co tu Leliwów sprowadziło? — zapytał. Było to pytanie niedyskretne, 
gdyż mogło utkwić w samym hrabi Ildefonsie, który usta zaciął 
usłyszawszy je. 
— Ja myślę — rzekł — że prosta ciekawość. 
— A! — odparł hrabia — tak, zapewne, boć nie można przypuszczać, aby tu 
kto w innych zamiarach przybywał, mnie nieprzyjaznych i nieprzyjemnych. 
Mam słowo baronównej, śmiesznym by było starać się jej postanowienie zachwiać. 
Nie przypuszczam. 
— Kochany hrabio — odezwał się Ildefons nieco dotknięty — jużciż trudno 
wzbronić sąsiadom przyjemności poznania dziedziczki Gromów. 
— Ale tak jest — przerwał Roman — chociaż dla mnie właśnie w tych chwilach 
przedślubnych milsze by było sam na sam. 
Ildefons, nie dopalone położywszy cygaro, milczący zabierał się do wyjścia. 
— Cóż to? nie dopalicie cygara? 
— Dziękuję, muszę na dół powracać — rzekł Ildefons kłaniając się z daleka. 
— Daliście mi naukę, z której muszę korzystać. 
— Nie powinniście tego brać do siebie. Ależ przecie... ale zmiłuj się... 
— Nie gniewam się bynajmniej — roześmiał się Ildefons — lecz trudno to było 
inaczej zrozumieć. 
Sztywnie dosyć skłoniwszy się, wyszedł. Roman został, postrzegłszy się 
dopiero, iż niedorzeczność popełnił. Pogniewał się na siebie, lecz nigdy na 
tego przyjaciela nie zwykł był gniewać się długo — przebaczył mu chwilę uniesienia. 
— Ale bo też mi dokuczają! — pomyślał w duchu — trudno wytrwać. 
Ildefons, schodząc ze schodów, gorzko się uśmiechał: 
— Po diabłaż było prosić tego Nieczujskiego, jeśli już tak rzeczy stoją. 
Chmurny wrócił do salonu, wyszukał kapelusz i rękawiczki i po angielsku, 
bez pożegnania, się wymknął. 
Leliwowie na utrapienie hrabiego Romana zostali na herbatę. Baronówna 
nawet, może trochę złośliwie mszcząc się na narzeczonym, rozmowniejszą 
była niż 
zwykle i pana Modesta zdawała się przyjmować wcale dobrze. Nie 
zajmował ją, ale przynajmniej zabawiał. 
Już ciemnym mrokiem odjechali. 
Hrabia Roman siedział w salonie właśnie i z odcieniem ironii zapytał baronównę, 
czy jej też pan Modest się podobał. 
— Dosyć — odpowiedziała — może nie być tak dystyngowanym jak inni, ale 
ma wiele życia i dowcipu. 
— Dowcipu! — podchwycił hrabia. 
— Wesół jest i szczery — dodała Herma — i to coś warto. 
Na tym skończywszy, hrabia Roman narysował karykatury Leliwów obu, a 
w dodatku matki hrabiego Ildefonsa, którą uczynił w najwyższym stopniu 
śmieszną. 
— O talencie pańskim jużeśmy dawno wiedzieli — odezwała się, przyglądając 
temu dziełu, Lola — nie sądziłam jednak, byś pan hrabia potrafił być tak złośliwym. 
Biedna hrabina zasługiwała na więcej miłosierdzia. 
Tak skończył się ten wieczór. Nie było już zręczności zbliżenia się do baronównej, 
a przedsięwzięty opis wycieczki po Włoszech przez hrabiego zupełnie 
został chybiony, gdyż Nieczujski począł wrzucać pytania i czynić sprostowania, 
które Romana zmusiły do zamknięcia się w dostojnym milczeniu. 
Rzucił 
tylko zatrute wejrzenia na pana Adolfa, od którego się one odbiły, 
nie raniwszy go. 
List wysłany z Gromów rano doszedł 
zawczasu do Pruhowa. Hrabia siedział 
w fotelu i przezierał rachunki, gdy doktor Pęklewski wszedł z tym pismem, 
spodziewając się, iż 
nim uczyni przyjemność staremu. Wnosił bardzo 
słusznie, iż synowiec, znając stan zdrowia hrabiego, nie pospieszałby tak z 
udzieleniem mu złych wiadomości. 
Odsłoniono nieco firankę i hrabia, z niecierpliwością rozpieczętowawszy 
list, czytać go począł. Doktor stojący z daleka dostrzegł zaraz, że w miarę jak 
czytanie postępowało, chmurzyło się czoło starego, usta zacinały, twarz nabierała 
wyrazu, na którego znaczeniu omylić się nie było można. Energiczny 
starzec dokończył czytania powoli, wymógł na sobie spokój i rzucił list na 
stół. Oczy jego, podnosząc się, zatrzymały na doktorze, który stałśledząc 
każdy ruch jego. 
Westchnął. Nie bywał zwykle wywnętrzającym się, tym razem strapienie 
mu usta otworzyło. Wskazał ręką na leżący papier. 
— Ten biedny Roman — zawołał — nigdy w życiu sobie rady dać nie potrafi! 
Uchowaj Boże na mnie tego, co nieuchronne... jak on się na świecie obróci, 
odgadnąć 
nie umiem. Tyle starań około jego wychowania, tyle troskliwości o 
wykształcenie i wszystko daremne... wszystko daremne! — powtórzył starzec 
smutnie. 
Doktor nie śmiał pytać o nic. 
— Widzę — odezwał się — że list był niezupełnie zadowalniający pana hrabiego... 
nie byłbym z nim tak spieszył... 
— A cóż by to pomogło? — odparł z rezygnacją hrabia. — I owszem, lepiej, że 
wiem, jak rzeczy stoją, może się da coś zaradzić... Jesteś przyjacielem naszego 
domu — dodał ciszej. 
— Sługą wiernym — poprawił Pęklewski — niech hrabia wierzy, iż szczerszego 
nie ma. 
— Ufam, że tak jest — kończył stary — i dlatego tak jestem otwarty. Roman 
popsuł sobie, jak widzę, w Gromach. Mój doktorze kochany, nie wiem już, co 
począć... prosiłbym cię... 
— Niech hrabia rozkazuje — podchwycił doktor. 
— Jedź, czy co... pisać już próżno. Jedź ode mnie w poselstwie do baronównej 
— mówił z wolna hrabia — proś ją... sam nie wiem, co już radzić! niech 
przyjedzie jednego z tych dni na parę godzin do Pruhowa. Sam się z nią widzieć 
pragnę... to będzie najlepiej. 
Doktor siężywo zakręcił. 
— A jeśli pan hrabia by mnie potrzebował? — zapytał. 
— Nie zabawisz długo, nie spodziewam się nic tak złego, nagłego. Więcej mi 
pomoże trochę lepszej nadziei niżeli wszelkie leki. 
W ten sposób złożyła się nagła podroż Pęklewskiego do Gromów, która niezmierne 
tam wywołać miała zdziwienie. Zamiast powrotu posłańca, którego 
doktor zabrał z sobą za powozem, hrabia Roman doczekał się przyjazdu i nastraszył 
tak, że zbiegł ze wschodów, aby Pęklewskiego rozpytać, co się stało. 
— Nic nie ma nowego — odparł doktor — mam polecenie do baronównej... 
Romanowi tryumfem zabłysły oczy. 
— Hrabia prosi ją, aby go odwiedziła na parę godzin. 
Nie pytał już więcej, Pęklewskiego wprowadzono zaraz. Znajomym był baronównie, 
która go sam na sam przyjęła. Miała ona przywiązanie do opiekuna 
i niespokojna o jego zdrowie naprzód zagadnęła o nie. 
— O tyle, o ile w stanie tym dobrze być można, hrabia jest dobrze — rzekł 
Pęklewski. — Chociaż ja zawsze obawę o niego mam wielką. Wysłał mnie do 
pani. 
Lola spojrzała zarumieniona. 
— Hrabia prosi panią usilnie, abyś go odwiedzić raczyła. 
Nastąpiło dosyć długie milczenie. 
— Prośba jego rozkazem jest dla mnie — odpowiedziała z wolna baronówna 
— jutro jadę. Pęklewski się skłonił. 
— To go uzdrowi — dodał oglądając się po pokoju. — Muszę wyznać pani, iż 
go ostatni list hrabiego Romana mocno poruszył. 
— Musiał się skarżyć na mnie — spokojnie poczęła baronówna, wstrząsła 
trochę głową i jakby zmieniając rozmowę powtórzyła: — Jutro jadę, wszystko 
się wyjaśni. 
Smutna jej twarz, rezygnacja, małomówność uderzyły doktora, ale spełniwszy 
swe posłannictwo, nie mógł przeciągać 
rozmowy nadzwyczaj drażliwej. 
Zagadał więc o rzeczach obojętnych i miał nawet myśl uwolnienia baronównej 
od obecności swojej, a usunięcia się do Romana, aby nie być natrętnym, 
gdy do pokoju wszedł Nieczujski. Baronówna już go miała prezentować 
Pęklewskiemu, gdy ujrzała, że ci panowie ze zdumieniem i wahaniem się 
wzajem sobie nadzwyczaj pilnie przypatrywać zaczęli. Na ostatku Pęklewski 
nagle wstał i zawołał: 
— Pan Adolf Nieczujski! Cóż pan tu robisz? 
— Doktor Pęklewski! — odparł, ściskając dłoń jego Adolf. 
— Panowie się znacie? — spytała zdziwiona baronówna. 
— Od Berlina! — rzekł Nieczujski śmiejąc się. — Doktor Pęklewski część 
swoich studiów tam odbywał, a ja wszystkie. 
Po krótkiej rozmowie Pęklewski, zamiast udać się do Romana, zaciekawiony 
mocno wyszedł z Nieczujskim do jego pokoju w oficynie. Tu się uściskali 
na nowo. 
— Co ty robisz? — spytał Nieczujski. 
— Jak widzisz, staram się czegoś dobić z moją nieszczęśliwą medycyną. Jestem 
tymczasem nadwornym doktorem pana hrabiego Zebrzydowskiego i jego 
totumfackim184, a troszkę, pochlebiam sobie, faworytem. Do wielkich rzeczy 
to nie prowadzi, ale zawsze jest to czegoś początek, ale ty? 
— Moja historia daleko jest od twojej osobliwsza — odparłśmiejąc się Nieczujski. 
— Wpadłem tu zupełnie nieznajomy, po trosze jak Piłat w Credo185. 
Mam tu stryjenkę, kapitanową, chciałem ją poznać i odwiedzić — tu westchnął 
— zamiarem moim było krótko bardzo zabawić i powracać, bom zajęty 
i wybrałem się w podróż dla pewnych studiów przemysłowych. Tymczasem 
znalazłem tu taki skład okoliczności, iż mnie w rekwizycją186 wzięto... Będziesz 
mnie mógł może objaśnić. 
Pęklewski minę zrobił zafrasowaną. 
— Cóż, u licha — przerwał Adolf — jesteśmy starzy towarzysze i przyjaciele, 
zaufania nie zdradzę ani go nadużyję, możesz być ze mną otwartym. Dzieją 
się tu takie rzeczy, które w zwykłych życia stosunkach nie trafiają się, wytłumaczysz 
mi je i objaśnisz. Moja kuzynka ma opiekuna który ją gwałtem 
chce wydać za synowca. 
— Jak to gwałtem? czy baronówna nie chce wyjść za niego? Słowo dała. 
— Ale serca nie dała — odparł Adolf — to nie ulega najmniejszej wątpliwości, 
małżeństwo, jakie się składa, najwidoczniej źle każe wróżyć o przyszłości, 
któż jest ten umierający despotyczny opiekun, co je klei? 
Pęklewski spoważniał bardzo. 
— Hrabia Filip jest moim pryncypałem, protektorem i człowiekiem, któremum 
wielce zobowiązany. Surowo go sądzisz. Nie jest to despota, ale człowiek 
silnej woli i rozumu wielkiego. Synowca chce ożenić, aby go majątkowo 
podnieść, to być może, ale przekonany jestem, że energiczny dosyć charakter 
baronównej i nieszkodliwa nicość, ale to w sekrecie zatrzymaj, hrabiego Romana 
wchodzą u niego na rachunek. Panna będzie panią w domu i powoli go 
na pasku poprowadzi. 
Nieczujski ramionami ruszył. 
— Ale ją poświęca — wyrzucił — to się nie godzi. 
— Według swojego przekonania, nie. Roman jest chłopak uczciwy, tylko 
sparaliżowany wychowaniem. Zdaje mi się, że stryj, widząc to, małżeństwa 
pragnie dla niego, aby ona za oboje rozumem starczyła, lecz i jej z nim źle 
być nie może, chłopiec przystojny, dobrze wychowany. 
— A! to się u was nazywa dobre wychowanie — przerwał niecierpliwie Nieczujski 
— że po woskowanych posadzkach ślizgać się będzie umiał z szykiem, 
mój doktorze! 
Z kolei doktor ramionami ruszył. 
— To się nazywało dotąd dobrym wychowaniem — rzekł 
— gdy młodzieniec 
wielkiego domu elegancko dom reprezentował. Nie wymagano odeń nic więcej. 
Chciano panicza z niego zrobić i tak go wystrychnęli. 
— Przypuść, że nieszczęście, które może wszystkich spotkać, nawet takiego 
Zebrzydowskiego, przypuść, że zubożeje, że jutro nic mieć nie będzie, co pocznie? 
Pęklewski zmilczał. 
— Lekcje tańca dawał i uczył menueta187, a w dodatku — począł 
żywo Adolf 
— co za idea ślub przyspieszać, nie dać się im rozpatrzeć, poznać, samym o 
sobie wyrokować. 
Doktor począł chodzić zamyślony. 
— Dajmy temu pokój, co jest i co być musi — dodał — my na to nie poradzimy. 
— Być może, ale na to z zimną krwią patrzeć niepodobna — odparł Nieczujski. 
— Owszem, jestem tego przekonania, iż powinniśmy wszyscy zapobiec 
nieszczęściu, które się w oczach naszych gotuje. 
— Lecz czyżby baronówna tak była przeciwną? 
— Ona go znieść nie może i znosi tylko przez jakąś wdzięczność dla opiekuna. 
Zdaje mi się jednak, że żądać, by ją tak daleko posuwała... 
— Dajmy temu pokój — powtórzył Pęklewski — mnie nawet mówić nie wypada. 
Niech się 
sobie dzieje, co chce. Co mi tam do tego! Nie mieszam się do 
niczego. 
Nieczujski spojrzał — doktor Pęklewski zabierał się do drzwi. 
— Jakże ty jesteś z hrabią Romanem? 
— Nijak — rzekłśmiejąc się 
Adolf — on mnie ignoruje, a ja mam litość nad 
nim. Jeśli koniecznie chcesz wiedzieć, ja mu zawadzam, a on mnie niecierpliwi. 
— Bądź co bądź, aby się i na mnie nie pogniewał za to, żem tu przyszedł, 
nie idąc wprzód do niego, pozwól, bym tam poszedł... powrócę. 
Niespokojny wybierał Pęklewski szukać hrabiego Romana, słusznie się 
domyślając, iż 
go odwiedziny w oficynach zniecierpliwią. Zastał go chodzącego 
po pokoju, ręce w kieszeniach, z miną pańską i chmurną. 
Doktorowi szło o to bardzo, aby się w łaskach u hrabiego utrzymał, dostrzegł 
zaraz chmury i usiłował je rozpędzić. 
— Hrabia daruje, żem tu nie pospieszył, znalazłem niespodziewanie dawnego 
uniwersyteckiego towarzysza i chciałem się z nim rozmówić, przyznaję się, 
ażeby z niego coś wyciągnąć. 
Roman popatrzał. 
— Cóż to jest ten Nieczujski? — spytał. 
— Był to bardzo dobry uczeń w uniwersytecie i, jak sądzę, zamożny obywatel. 
— Garbarz. 
— Może być, że ma garbarnię. 
— Wlazł tu i siedzi, nie wiedzieć czego... prosty człek, nieznośny i daje sobie 
tony. Pan byś mu choćby ode mnie dać powinien do zrozumienia, że najlepiej 
by zrobił, gdyby sobie stąd pojechał. 
— Ja sądzę, że on to uczyni i bez mojej rady, bo mu, jak mówi, do domu 
pilno. 
— Bardzo się cieszę. 
— Baronówna jutro jedzie do Pruhowa, cóż on tu będzie robił? 
— Więc jedzie — uśmiechając się rzekł 
Roman — zatem i ja towarzyszę... to 
dobrze. Tu chwili nie było swobodnej, tak ta szlachta okoliczna się cisnęła... 
ohydnie. 
Pęklewski milczał. 
Hrabia był, jak na siebie, dosyć ożywiony, dobył chusteczkę i wachlując 
się nią mówił i chodził. 
— Widocznie tu buntowano baronównę... 
— Nie mogłem inaczej postąpić, tylko dać znać stryjowi. Jakież to na nim 
uczyniło wrażenie? 
— Do mojego wyjazdu nic nie uważałem oprócz niepokoju i niecierpliwości — 
odezwał się doktor — lecz jeśli mam prawdę powiedzieć, lękam się, aby choroba, 
której postęp z trudnością mi przyszło zahamować, nie pogorszyła się. 
Roman westchnął. 
— Jedźmy dzisiaj — rzekł po namyśle — uprzedzimy baronównę. 
Pęklewski skłonił się posłusznie, oba razem powrócili do salonu. Tu Lolę 
zastali spokojnie siedzącą z Hermą nad książką. Spojrzała na wchodzącego 
Romana i położyła swoją na stole. Z kapeluszem w ręku postępował ku niej 
krokiem mierzonym. 
— Ponieważ pani była łaskawa przyrzec nam swą obecność w Pruhowie, 
chcę ją poprzedzić jeszcze dzisiaj. Doktor Pęklewski jest stryjowi potrzebny. 
Lola skłoniła się tylko. 
— Ja — rzekła zwracając się do doktora — kazałam już konie rozstawić, tak 
abym jutro, choć późno, powrócić mogła, wyjdą przede dniem, będę więc w 
Pruhowie wcześnie. 
Prawie natychmiast nastąpiło chłodne pożegnanie, gdyż Roman odmówił 
zaproszenia na herbatę i pośpiesznie wyszedł ciągnąc za sobą Pęklewskiego, 
który ledwie otrzymał pozwolenie pożegnania dawnego towarzysza. 
— Jak to? jedziecie zaraz? — zapytał Adolf. 
— Każą mi, muszę. 
— No i znowu lat dziesięć widzieć się nie będziemy. 
— Być może. 
Ścisnęli się za ręce. 
— Doktorze — odezwał się Nieczujski — powiem ci szczerze, żal mi cię, grasz 
rolę dworaka, z którą ci ciężko i która cię do niczego nie doprowadzi. Wolałbym, 
żebyś w małym miasteczku biedę klepał, dorabiając się uznania i 
klienteli. 
— Być może, iż na tym skończę — szepnął Pęklewski. 
— Aleś od tego zacząć był powinien — zakończył Nieczujski i uściskał go. — 
Życzę szczęścia. 
Już u progu schwycił go jeszcze. 
— Jeśli ci się zręczność trafi — dorzucił — spełnij obowiązek i odradzaj staremu, 
aby ich nie żenił. Niewymownie mi tej kobiety żal, którą ten człowiek 
pociągnie w swój świat i moralnie zabije. 
Uwolnił się Pęklewski nie dawszy odpowiedzi. 
W pół godziny potem ekwipaż hrabiego wyruszał sprzed ganku. Herma, 
patrząc oknem, odezwała się: 
— A! gdyby raczył nie wracać!... 
Lola z głową spuszczoną nad książką, westchnęła tylko. 
Do dnia wyruszyła baronówna, uprosiwszy z sobą kapitanowę, która jej 
towarzyszyła. Nieczujski przyszedł się pożegnać do powozu. Na widok jego 
Lola wydobyła rękę, by mu ją podać. 
— Panie Adolfie! — zawołała cicho — nie opuszczaj mnie pan... siedź! Proszę, 
nie myśl o wyjeździe, póki się moje losy nie rozstrzygną. W panu czuję jakąś 
męską nad sobą opiekę. 
Konie ruszyły, Adolf długo zamyślony pozostał, zawrócił się potem i poszedł 
do swych książek do oficyny. 
Herma, która się nudziła, gdy jej kilka tylko godzin sam na sam z sobą zostać 
przyszło, nie wiedziała, co począć. Czytała, grała, patrzała w okno, ziewała, 
gniewała się, drzemała, a gdy pora obiadowa zbliżać się zaczęła, posłała 
bez ceremonii po pana Adolfa, który nadszedł. 
— Pan jesteś niegrzeczny — przywitała go od progu. — Wiesz, ja jestem samiuteńka 
jedna, skazana na nudy, i nie domyśliłeś się przyjść mnie bawić. 
— Ale bo widzi pani, ja i zabawny nie jestem, i bawić nie umiem. 
— To trochę prawda, alebyś się nauczył, jakbym panu dała kilka lekcji. Pan 
jesteś dziwny człowiek — dodała Herma — pan jesteś bardzo dziwny. 
— W czym? 
— We wszystkim. Grasz, choć młody, rolę sensata188, dobrowolnie się czynisz 
nieznośnym. 
— Nie jestem tu w swoim żywiole — odparł 
Nieczujski — niech mi pani wierzy, 
iż właśnie żadnej roli grać nie umiem i nie gram. Jestem całe życie tym 
nudnym człowiekiem, jakim mnie Pan Bóg stworzył. 
Spojrzała nań Herma dziwnie. 
— No, nie powiem, żebyś pan był nudnym, ale ekscentrycznym. Trochę 
więcej salonowej politury by nie zawadziło... 
— Tej już nie nabędę — rozśmiał się Nieczujski — a w towarzystwie, w jakim 
żyję zwykle i do którego wrócę prędko, ona mi niepotrzebna. 
Herma podparła się na ręku i zadumała. 
— Wiesz pan — rzekła cicho — kto inny na jego miejscu umiałby korzystać z 
tak dziwnego składu okoliczności. 
— Dla nabycia politury? — spytał Adolf. 
— A! nie! — niecierpliwie nóżką tupiąc dodała Herma. — Jak to? więc pan jesteśślepym? 
— O czymże mowa, nie wiem? — podchwycił Nieczujski. 
Popatrzywszy mu w oczy piękna pani mówiła dalej, ciszej coraz. 
— Kto inny na pańskim miejscu powziąłby niechybnie myśl, choćby zuchwałą, 
korzystania z tak nadzwyczaj mu przyjaznego usposobienia Loli. 
Widząc Adolfa, który w nią wlepił oczy zdziwione, jakby zrozumieć nie 
mógł, co chciała powiedzieć, Herma poruszyła siężywo i dodała: 
— Nudny pan jesteś! czyż jeszcze nie rozumiesz? 
— Słowo pani daję, że nie mogę zgadnąć, o co chodzi — odpowiedział spokojnie 
Nieczujski — nie mam sobie do wyrzucenia, abym nie korzystał z dobrego 
usposobienia baronównej. A ilekroć się zdarzy, daję jej jak najsumienniejsze 
rady... 
Herma sięśmiała, popatrzyła długo, długo na Adolfa, skrzywiła piękne 
usta, pokręciła główką i cicho szepnęła jakby do siebie: 
— Jakiż pan jesteś naiwny! 
— Mógłbym się pogniewać za ten przydomek — przerwał Nieczujski — bo to 
synonim niemal... głupiego. 
Ruszyła ramionami Herma. 
— Widzę — odezwała się — z panem inaczej mówić potrzeba. Ja jestem ciągle 
z Lolą, zwierza mi się, co myśli i czuje, prawie mimo woli, mogę więc o tym 
sądzić i nie mylę się, że ze wszystkich mężczyzn, jacy tu bywają i co się jej 
poznać dali, pan u niej miałeś najwięcej szczęścia, ale najmniej na to zasłużyć 
się starałeś. Jak ono się panu dostało, nie wiem, lecz widzę, że Lola ma 
dla pana skłonność. 
— Przyjaźń — przerwał rumieniąc się Adolf. 
— Ale co tam przyjaźń! — uderzając o stół ręką dodała Herma — gdybyś pan 
umiał korzystać, powtarzam, łatwo by się zrobiło gorętsze uczucie... 
Nieczujski dziwnie wstrząsnął głową. 
— W żaden sposób być to nie może — rzekł — ja i ona wychowaliśmy się i 
przeznaczeni jesteśmy do dwóch różnych wcale światów, mogą się znaleźć 
pewne sympatie i zgodności, lecz tylko dlatego, że się za mało znamy. Baronówna 
ma błyszczeć na wielkim świecie, do którego ja nie jestem stworzony, 
jam człowiek pracy, a ona... 
Nie dokończył. 
— Właśnie może te sprzeczności ją do pana zbliżają — poczęła Herma. — 
Zresztą 
ja w rozbiór przyczyn i odgadywanie pobudek zapuszczać się nie 
umiem, ale dosyć niedyskretnie zdradzam przyjaciółkę. Ona cały dzień nie 
myśli, nie mówi, nie troszczy się, tylko o pana... 
Nieczujski mocno się zmieszał. 
— A! to się pani zdawało — zawołał — jest tym grzeczniejszą i troskliwszą, 
żem tu gościem i że chce mi życzliwą i gościnną się okazać. 
Herma porwała książkę ze stołu, otworzyła ją i nagle zdesperowawszy zaczęła 
ją czytać. Adolf, zobaczywszy to, wziął się do przeglądania albumów. I 
była długa milczenia chwila, lecz ukradkiem badając twarz Adolfa, Herma 
łatwo się przekonać mogła, że iskra, którą rzuciła, nie wpadła w wodę i nie 
zgasła. Pan siebie i umiejący rządzić 
nawet wyrazem twarzy, Nieczujski był 
widocznie pod wrażeniem tego, co świeżo usłyszał. Siedział zadumany, z 
oczyma wlepionymi w książkę, w której nic nie widział. 
Machinalnie przewracał karty, czoło jego marszczyło się i wygładzało, wewnętrzna 
walka wstrząsała przez chwilę spokojną duszą. Znać, że się musiał 
głęboko zatopić w sobie, bo gdy oznajmiono do stołu i Herma wstała, przyszła 
do niego, wyciągnęła doń rękę, aby ją prowadził, to stała nie postrzeżona 
długo i śmiechem dopiero potrafiła go rozbudzić. Zerwał się przelękły, oglądając 
się, jakby nie wiedział, czego może chcieć od niego. 
— Jeszczem tak zamyślonego człowieka czy tak roztargnionego nie widziała 
w życiu. Kwadrans stoję przed panem i nie widzisz mnie. Solski oznajmił głośno, 
że dano do stołu, drzwi się odmykały... 
— Najmocniej przepraszam — rzekł zmieszany Nieczujski — to skutek tego, 
gdy człowiek pracy, jak ja, za długo się od niej oderwie. Masz pani słuszność, 
naówczas naiwnym się staje... głupieje. To się mnie trafiło — dodał prowadząc 
ją do stołu — a zapobiegając, aby choroba nie wzięła góry, trzeba uciekać, 
trzeba uciekać! 
Nie odpowiadając nic Herma popatrzała na niego, siedli do stołu i obiad 
przeszedł na obojętnej rozmowie. Dopiero przy deserze, gdy służba się oddaliła, 
założywszy piękne rączki jedna na drugą, pani Grzegorska westchnęła. 
— Nie uwierzysz pan — rzekła — jak mi tej Loli żal. Zawsze myślałam, że ona 
jak ja będzie się komentować tym światem i tymi ludźmi, wśród których żyć 
jesteśmy zmuszone. Dopiero od niewielu dni poznałam ją 
lepiej, ona będzie 
nieszczęśliwą. 
— Tak — odparł Adolf — jeżeli pójdzie za hrabiego Romana, to pewna, lecz 
mnie się zdaje, że powinna się uwolnić z tych więzów i czekać, aż się jej trafi 
ktoś, co by ją ocenić, zrozumieć i zastosować się do niej potrafił. Wielki świat 
— mówił dalej — obfituje wprawdzie w świecące lalki i ludzi tak upoliturowanych, 
że spod politury nie widać, z jakiego są drzewa, ale znajdują się wśród 
niego ludzie wykształceni, poważni i tworzący sobie w życiu zadania, które 
spełniają. Wszakże baronówna na jednego z takich trafić może. 
— Dosyć 
to trudne — odezwała się Herma. — Ja, przyznam się panu, wolę 
żyć w tym pustym świecie, z ludźmi pustymi, z których sięśmieję i rzucam 
nimi, jej to nie starczy... Za wiele wymaga. Mnie ci panowie bawią, ją nudzą. 
Trochę jest ekscentryczna. 
— Ja tego nie znajduję — rzekł Adolf. 
— Dodaj pan — kończyła Herma — że Lola nadto jest do pewnych form i 
ogłady nawykła, ażeby ją choćby w najidealniejszym człowieku nie raził brak 
pewnych warunków. Dla niej więc potrzeba człowieka... potrzeba człowieka... 
powiedziałabym, niemal takiego jak pan, gdybyś miał trochę lepszego krawca. 
Nieczujski począł sięśmiać, 
— Daruj pani — przerwał — krawiec mnie nie uczyni, czym nie jestem, maniery 
hrabiego Romana nie nabiorę nigdy, a może i dobrego smaku, którego 
uprawę zaniedbałem. 
Nagle Herma odwróciła się ku oknu i zmieniła temat. 
— Pomyśl pan, co to się tam w tej chwili dzieje w Pruhowie! Mnie to przez 
cały dzień 
nie wychodzi z głowy. To widzenie się ze starym hrabią, ta przewaga, 
jaką on ma nad nią, mogą ją zmusić do stanowczego poświęcenia się... 
Biedna Lola! Taką mieć kulę u nogi jak ten Roman. 
— Ale dlaczegoż ma znowu tak ulegać opiekunowi? 
— W tym wszystkim jest dla mnie jakaś 
tajemnica. Matka podobno umierając 
i znając swego męża, który był tak wyłącznie biurokratą, iż się do niczego 
więcej nie zdał, zdała opiekę na przyjaciela domu, hrabiego Filipa, ojciec 
umierając naznaczył go opiekunem córki. 
Spuściła oczy Herma i cichuteńko szepnęła: 
— Wie pan, nie chcę posądzać, ale to tak jakoś wygląda i ludzie tam coś 
mówią, jak gdyby między hrabią a matką baronównej była jakaś bardzo serdeczna 
przyjaźń, która tę opiekę jeszcze troskliwszą czyni. 
— Lecz to właśnie powinno by opiekuna skłonić, aby wszystko szczęściu 
pupili poświęcił — rzekł nie chcąc badać Adolf. 
— Tak, lecz hrabia chciałby dziedzica swego imienia i majątku połączyć z 
tą, którą też kocha jak w ł a s n e d z i ei ę — dokończyła Herma. — A — 
rzekła po chwili — nie położę się spać, dopóki Lola nie powróci i póki się nie 
dowiem, co się tam stało. Baronówna powie mi wszystko... Dzień taki mi się 
wydaje nieznośnie długi! 
To mówiąc wstała od stołu, Adolf odprowadził ją do salonu i jak mógł najprędzej, 
uciekł do oficyny. 
Po wyjeździe doktora Pęklewskiego z Pruhowa, nad wieczorem, hrabia Filip 
uczuł się gorzej nieco i kazał odprowadzić do łóżka. Wziął lekarstwo, odmówił 
wieczerzy, skarżył się na ból głowy, służący, który w ciągu tej choroby zawsze 
był przy nim, znalazł, że nogi znowu więcej namiękły, i zdało mu się, że puchlina 
postąpiła wyżej nieco. W nocy była lekka gorączka. Sługa chciał posłać, 
nic nie mówiąc, po doktora, lecz niewiele by to powrót przyśpieszyło, 
którego się w każdym razie spodziewano dnia tego. Jakoż nad rankiem Pęklewski 
przybył z hrabią Romanem i nie spocząwszy, pobiegł się zaraz dowiedzieć 
do pokoju chorego. Tu mu powiedziano, jakie zaszły zmiany, ale 
hrabia nade dniem zasnął, sprawdzić więc ich i rozpytywać się nie mógł. Pęklewski 
położył się w drugim pokoju na kanapce, aby być 
gotowym, gdy chory 
się przebudzi. Niedługo spoczywał, bo głos hrabiego dał się słyszeć i pobiegł 
zaraz do niego. Chory, postrzegłszy go, podniósł siężywo i pierwsza 
rzecz, o którą spytał, była: 
— A cóż? baronówna? kiedy? 
— Będzie tu za godzin kilka, myśmy ją z hrabią Romanem poprzedzili. 
Głowa starego opadła na poduszki, lecz natychmiast prawie podniósł się i 
chwycił doktora za rękę ciągnąc go ku sobie. Oczy mu błyszczały chorobliwie, 
usta miał spalone, oddech przyspieszony. 
— Mój Pęklewski — mówił prędko i gorączkowo — ty z całą swoją nauką i poczciwością 
nic nie poradzisz na to, zwlec można koniec choroby, ale go niepodobna 
odmienić, ja to wiem. O życie mi nie idzie, chodzi mi o to, ażebym 
dokonał, co mi każe serce i sumienie, potrzebuję na to czasu i siły. Jest mi 
gorzej, zdaje się, że puchlina postępuje. Zrób, co tam wiesz i umiesz, aby ją 
uprosić o folgę, choćby to w rezultacie skrócić miało konanie... Jutro przyjeżdża 
baronówna. 
— Dziś — poprawił Pęklewski — bo oto już dnieje, a za kilka godzin tu stanie. 
— Tak, prawda, prawda, noc przeszła — rzekł hrabia — przebyłem ją w gorączce. Dajże mi co, abym przytomnym był 
i silnym, i swobodnym... potem 
niech już będzie, co chce... 
— Ja myślę — pospieszył doktor — że pan hrabia nic nie potrzebujesz, tylko 
trochę wypoczynku. 
— Tak, a spokoju, który by dał wypoczynek, wyrobić na sobie nie mogę — 
odparłśmiejąc się smutnie hrabia. 
Doktor wziął za puls. 
— Poradzimy na to — rzekł — lecz niech pan hrabia dopomoże lekarstwu tą 
silną wolą, która działa cuda, trzeba chcieć... myśli niepokojące odegnać i 
zasnąć. 
Pęklewski z jednej z flaszek stojących przy łóżku wziął ciemną miksturę i 
podał jej łyżkę hrabiemu, który posłusznie połknął i spiesznie przyłożył głowę 
do poduszki. 
— Zbudźcie mnie, gdy myślicie, że będzie miała nadjechać, potrzebuję się 
ubrać. 
Zasłonięto firanki, Pęklewski rzucił się w fotel, lecz znać było, że go to 
wszystko dosyć niepokoiło. Roman wypoczywał i zajmował się rozporządzeniami 
na przyjęcie narzeczonej. 
Około godziny jedenastej dano znać, że powóz od strony Gromów się zbliża. 
Staraniem hrabiego przygotowane były pokoje dla baronównej, w których 
przebrać się, spocząć i śniadanie znaleźć miała. W chwili gdy powóz zachodził 
przed ganek, stary hrabia się przebudził. 
— Przyjechała? — zapytał. 
— W tej chwili — odezwał się Pęklewski. 
Sen trochę w istocie uspokoił chorego, który kazał sobie podać zwierciadło, 
spojrzał w nie i nic nie mówiąc zażądał, aby go ubrano. Ubiór ten mógł tylko 
do połowy jego osoby być zastosowany, nóg bowiem tknąć nie było można, 
obwinięto je tylko świeższą kołdrą i hrabiego przeniesiono na krzesło o kółkach, 
które z nim razem zatoczono do saloniku. 
Kazał zawołać hrabiego Romana. 
— Widziałeś Lolę? — spytał, gdy wszedł. 
— Przyjąłem ją, gdy z powozu wysiadała — odpowiedział hrabia — kazała mi 
powiedzieć, że gdy stryj zechcesz, w każdej chwili widzieć się z nim może. Nie 
rozumiem nawet tego, bo sądzę, że się ubierać musi... 
Stary spojrzał na zegarek. 
— O której przybyła? — spytał. 
— Było około jedenastej. 
Pomyślał nieco hrabia Filip, była dwunasta godzina. 
— Będę musiał nieco dłużej pomówić z baronówną — rzekł do Romana — 
bądź gotów, gdybym wskutek rozmowy zawołał, będziesz mi potrzebnym. 
Roman się skłonił, był zaś w zupełnej gotowości, gdyż powróciwszy wziął 
kąpiel, zjadł, przespał się nieco i nowe włożył ubranie, takie wytworne i tak 
skromne, iż mógł się w nim ukazać choćby na śniadanie u dworu. W krawacie 
fantazyjnym, który we własnym domu i przed obiadem uchodził, wpięta 
była śpilka rzadko się ukazująca. Wyobrażała ona główkę osłonioną tajemniczo, 
z palcem na ustach. Jubiler myśli i rysunek tego cacka zapożyczył ze 
sławnej rzeźby Preaulta189. 
Roman był tego dnia nadzwyczaj z siebie zadowolniony. Nie więcej nad 
kwadrans pracował nad politurą paznokci, które błyszczały jak opale190 i 
kształtem owalnym mogły zazdrość obudzić w kobiecie. Ręka nie była zbyt 
małą ani bardzo wdzięcznych kształtów, lecz sztuka poprawiła naturę. 
Zebrawszy myśli hrabia Filip dał znak, aby go wytoczono do salonu. Doktor 
miał oznajmić baronównie, iż opiekun tam czekał na nią. Wkrótce otwarły 
się też drzwi i Lola w skromnym stroju podróżnym, czarno ubrana weszła. 
Oczy hrabiego wlepione we drzwi na chwilę z niej nie zwróciły się, twarz 
przybrała wyraz smutny. 
Lola pomieszana, ale z uczuciem wielkim, zbliżyła się doń usiłując się 
uśmiechnąć. 
Przywitanie było milczące, lecz serdeczne; hrabia wskazał obok przygotowany 
fotel. Ledwie mógł mówić, tak był wzruszony, wziął ją za rękę i całując 
począł: 
— Widzisz, nie jestem bardzo dobrze, a tak mi życie potrzebne, właśnie gdy 
ode mnie ucieka. 
— Ale gorzej przecie nie jest? 
— Ani lepiej — rzekł hrabia — dni moje policzone, a jak we wszystkich ludzkich 
rachunkach coś na omyłkę też potrzeba mieć w zapasie. Moja Lolu kochana, 
chciałem cię widzieć koniecznie, aby prosić, byś mi choć zgon lekkim 
uczyniła i spokojnym. Chcę umrzeć, widząc twój los ustalony i przyszłość 
Romana. Co masz przeciwko niemu? 
Spojrzał na nią, oczy miała spuszczone i milczała. 
— Kochany opiekunie — odezwała się, z ciężkością dobywając wyrazów z 
siebie — nic nie mam przeciw niemu, ale nic za nim oprócz twej woli. 
— Tak, lecz spuśćże się na to, iż wola moja nie jest dziwactwem, nie jest 
chorobliwym marzeniem, jest rachubą na szczęście wasze. Znam Romana 
bardzo dobrze. Znam go lepiej niż ty, nie jest człowiekiem złym, lecz, niestety, 
pragnąc z niego uczynić dziedzica wielkiego domu, zatrzećślady pierwotnego 
wychowania, trafiłem na naturę miękką, która się inaczej obrobić nie 
dała. Jest dobrym, jest szlachetnym, ale jeśli ty go nie uratujesz, on zginie... 
Z nim imię nasze i moje ostatnie nadzieje. Nie żądam ofiary, bo wiem, że potrafisz 
go poprowadzić i będziesz szczęśliwą, to jest panią swej woli i losów. 
Romana znam, innego, jakiego byś wybrać mogła, ocenić bym tak nie umiał, 
lękałbym się o ciebie, wierz mi, umiej go prowadzić, prowadź, stanie ci się 
posłusznym. 
— Kochany hrabio — odezwała się po namyśle baronówna — dałam słowo, 
będę posłuszną, lecz pozwól mi westchnąć nad tą smutną koniecznością 
prowadzenia tego, który by właściwie moim być powinien przewodnikiem. 
— Twoim? — podchwycił hrabia uśmiechając się — ja cię tak jak jego znam 
od dziecka, widziałem cię rozwijającą się i rosnącą, nie sądzę, żebyś była 
stworzoną do podległości. 
— Lecz czyż w małżeństwie nie ma nic nad tę konieczność, ażeby jedno z 
dwojga panowało? — zapytała Lola. 
— Mogłoby się trafić — odezwał się hrabia — że dwa charaktery dobrałyby się 
zupełnie równej siły, ale jakże to rzadko się zdarza... Naówczas, gdy ostygnie 
miłość, rozpoczyna się walka, siły się równoważą i małżeństwo staje się, jak 
książę S. umierając mówił, trzydziestoletnią wojną. 
— Ja nie znam wcale świata — poczęła Lola, gdy zamilkł — inaczej sobie jednak 
wyobrażałam przyszłość. Chciałam, by w pomoc jej przyszło serce, żeby 
się zrodziło uczucie. My się nic a nic nie znamy! 
— Byłoby to wymówką dla mnie — odezwał się stary hrabia — żem was zawczasu 
nie zapoznał i nie zbliżył, ale przyznam ci się, żem się tego obawiał 
więcej, niż po tym spodziewał. Ta myśl, że możecie być dla siebie przeznaczeni, 
wstręt by obudzić mogła. 
— Pozwól mi być otwartą — zaczęła Lola coraz odważniej, widocznie usiłując 
się zdobyć na siłę — chcesz mojego szczęścia, byłeś przyjacielem mej matki, 
doradcą ojca, byłeś mi ojcem przybranym... 
Hrabia chwycił ją za rękę i spojrzał na nią z czułością, łzy mu się potoczyły 
z oczów. 
— Czyż pewien jesteś, że dla hrabiego Romana i dla mnie związek ten będzie 
szczęściem, nie niedolą i niewolą? 
Stary milczał długo. 
— Któż czegokolwiek na świecie mógł kiedy być pewnym — rzekł spokojnie — 
ale wy, młodzi, macie złudzenia, z których mnie życie wyleczyło, wy wierzycie 
w siły, w zjawiska, w szczęście, w marzenia, których nicości nauczyło mnie 
ono. Dlatego zdaje mi się, że za was i dla was obojga widzę jaśniej, rachuję 
ściślej i że się nie mylę. W każdym razie moja rachuba ma więcej szans 
prawdy niż inne. Czyż Roman biedny tak ci jest wstrętnym? 
Lola na usta już biegnące słowo wstrzymała, ręce jej ścisnęły się mocno i 
szybko poprawiła się: 
— Nie. 
— Ośmiel go, pozwól mu się zbliżyć — błagał stary. — Powtarzam ci raz jeszcze, 
on jest mojego rodu nadzieją, moją przyszłością, którą chcę w twe ręce 
oddać i powierzyć. Nazwisko nasze piękne, stare, zasłużone chcę uratować 
od zapomnienia i zguby... to, to jedyne moje pragnienie, to był cel mojego życia 
od czasu, jak innego się wyrzekłem. Nie mam nikogo oprócz Romana, a 
Roman sam, bez ciebie, zginąć może lub się zmarnować. Z drugiej strony o 
los twój mi idzie. Kocham cię więcej niż jego, przyszłość 
twoja obchodzi mnie 
jak własnego dziecięcia. 
Głos starego był tak błagalny, tak przejęty, iż Lola wzruszyć się nim dała. 
— Kochany hrabio — rzekła — spełni się wola twoja, lecz te dni, które mi dałeś, 
to ostatnie dni swobody... nie odbieraj mi ich. Ja ich potrzebuję, aby 
zwyciężyć samą 
siebie, aby się oswoić z tą przyszłością i z tym człowiekiem... 
Daruj mi je. 
— Ja ich nie odbieram — przerwał hrabia chwytając ją za ręce — lecz rachuję 
na ciebie... 
Odetchnął nieco. 
— Roman się skarżył — rzekł — że byłaś dla niego zbyt surową, natłok gości, 
których nacisku zrozumieć nie mogę, przeszkadzał mu się dać poznać. Skądże 
tak nagła sąsiadów czułość? 
— Ja tego nie rozumiem — odpowiedziała baronówna i zamilkła. 
Nic nie mówiąc hrabia wziął za dzwonek, który stał 
przy nim na stoliku, i 
zadzwonił. Kamerdyner ukazał się we drzwiach. 
— Prosić hrabiego Romana — rzekł sucho. 
Lola, usłyszawszy to, pobladła, ale spojrzenie na schorzałego starca odjęło 
jej odwagę odezwania się choć słowem. Czekała z rezygnacją na przybycie 
zapowiedzianego, który ukazał się w całym blasku, z wyrobionym na ustach 
uśmiechem. Hrabia przybrał twarz niemal surową. 
— Przywołałem cię — odezwał się — abyś jeszcze raz podziękował kochanej 
mojej pupili za dane słowo. Winieneś jej największą wdzięczność za to, że cię 
przyjąć raczyła, i spodziewam się, że ją całym życiem będziesz się starał okazać. 
Hrabia Roman zmieszał się mocno, zarumienił, skłonił i wyciągnął rękę, 
sięgając po dłoń panny, którą chciał ucałować. 
— Padnij jej do nóg! — zawołał stryj — nie będzie to za wiele. Mnie winieneś 
wychowanie i przysposobienie za syna, ale jej winien będziesz przyszłość całą. 
Nawykły do posłuszeństwa, choć z pewnym wahaniem, Roman zbierał się 
przyklęknąć na jedno kolano z należnymi dla ubrania swojego ostrożnościami, 
gdy Lola, której oczy łez były pełne, zerwała się z krzesła, by tej sceny 
uniknąć, i odbiegła kilka kroków. 
Stary popatrzał na oboje i westchnął. 
— Oboje jesteście młodzi i nieśmiali — szepnął po cichu — lecz mam nadzieję, 
iż bliższe poznanie te pierwsze lody połamie. 
Roman widocznie chciał coś powiedzieć i nie wiedział, jak się odezwać. 
— Pani zechce wierzyć — mówił jąkając się — pani będzie przekonaną, pani 
zaufa mi... 
Lola spojrzała nań szybko. Nie dokończył już i w rękę drżącą pocałował. 
Więcej na ten raz stryj wymagać nie mógł. Ażeby rozmowę z tego drażliwe
go sprowadzić tematu, spytał, czy Lola chce powracać tegoż dnia do Gromów. 
— Muszę, kochany hrabio — odpowiedziała żywo — mam gości. 
— Jak to! jeszcze gości? — zdumiony odezwał się hrabia. 
— Tak jest, moją dawną koleżankę z pensji, przyjaciółkę najlepszą... 
— A tak! panią Grzegorską — przerwał hrabia — lecz któż drugi? 
— Daleki krewny nasz, synowiec kapitanowej. 
— Ale ten przynajmniej nie powinien się liczyć do gości — odparł z uśmiechem 
hrabia — ma to być wcale pospolity człowiek, ubogi, bez wychowania. 
Lola się zapłoniła, oczy jej podniosły się i padły mimowolnie na Romana, 
jakby go oskarżały o tę złą opinię o panu Adolfie. Młody hrabia uczuł to i 
zmieszał się nieco. 
— Nie wiem, kto go tak hrabiemu odmalował — odezwała się baronówna. — 
Człowiek jest, w istocie, inaczej niż my, ale bardzo starannie wychowany, 
niedostatni może, lecz też niebiedny i wcale miły. 
Starzec spojrzał zdziwiony. 
— Wygląda jakoś oryginalnie — rzekł. 
— Niezbyt się stara o powierzchowność — dodała baronówna — to prawda. 
— Cóż to, długo ma zabawić w Gromach? 
— Nie wiem, ale rada bym go zatrzymać, widząc, jaką to czyni kapitanowej 
przyjemność. 
Zamilkli. 
— Do tych gości musi zaraz przybyć Roman — cicho dodał hrabia — bo go 
wyprawię, aby się lepiej dał poznać. Sądzę, że i inni goście z sąsiedztwa, nasyciwszy 
ciekawość, nie będą natrętni... 
— W istocie to był 
prawdziwy najazd — ośmielił się wtrącić hrabia Roman — 
co tylko miała okolica młodzieży, wszystko to wysypało się do Gromów. 
Staremu błysnęły oczy złośliwie. 
— Szkoda — począł jakby rozbudzony — że mnie nie prosili, abym ich rekomendował, 
miałbym zręczność o każdym dobre słówko powiedzieć, bo to 
wszystko dobrzy znajomi... Któż był? pewnie Ildefons hrabia Bramiński z 
mamą, którą ja jeszcze panną pamiętam. A! ciężko jej, ciężko nosić ten tytuł, 
jakiego się wcale nie spodziewała. Pan Ildefons ma wiele przymiotów, ale 
skrytych, bo ich nikt nigdy odkryć nie może... Musieli być Dambscy? Z papą? 
Prawda? ojciec i syn. Godni ludzie, oryginalni, bo ojciec wydaje się od syna 
młodszym... Nie zdziwiłbym się, gdyby się puścił w konkury! Myślę, że baronówna 
poznała i Pniewskiego z Pniewa z jego propinacyjną sławą, i Rębaczewskiego, 
postrach naszych ogrodów, i pana Modesta, który tak jest czyn109 
ny, że nigdy nic zrobić nie miał jeszcze czasu, i Bończę z jego końmi i chartami. 
Stary widocznie się rozpalał mówiąc o sąsiedztwie. 
— Wszystko ludzie godni — dodał — nieszczęśliwi tylko, na ruinach, na długach, 
na nadziejach, oczekujący z niebios posagu i panien. Hrabina Bramińska 
pości od lat dziesięciu na tę intencję, hrabia Dambski co rok zjeżdża na 
wieś zobaczyć, czy syn jego nie przestał poziewać i wzdychać... A! godni, mili, 
nieoszacowani! Jakżeby radzi podchwycić 
mojemu synowcowi narzeczoną. 
Jaki to tam musi być apetyt na Gromy! 
Złośliwy ten wybuch wprędce wyczerpał 
starego hrabiego. W ciągu mowy 
twarz mu się zmieniła, czułość na niej i wzruszenie znikły, nielitościwy sarkazm 
ją okrył. Baronówna słuchała z jakimś 
przestrachem i zdziwieniem. 
Inna strona tego człowieka odsłaniała się przed nią, gniew wewnętrzny ją obnażał. 
Ten, co przed chwilą był samą miłością i rozumem chłodnym, stał się niemal 
namiętnym i zajadłym. Jak gdyby odgadł wrażenie, które uczynił, nagle 
wstrzymał się hrabia Filip, ręką wychudłą powiódł po czole, zakaszlał się, 
oczy zamknął — potrzebował spoczynku po tym wysiłku wyczerpującym. 
Skinął na Romana. 
— Proś prędko Pęklewskiego — rzekł 
— aby mi przysłał lekarstwo, i każ dawać 
do stołu. Ja nie jem z wami, ale mojemu drogiemu gościowi towarzyszyć 
będę do stołu, aby nań dłużej popatrzeć. 
Wkrótce Pęklewski, we fraku już, ukazał się z flaszką, łyżką i niespokojną 
twarzą, hrabia połknął podany mu napój, drzwi się otworzyły i ukazała sala 
jadalna. 
Starym obyczajem była ona razem portretową. Po rogach stali czterej rycerze 
we zbrojach na straży tej galerii przodków okrywającej całe ściany. Przepyszny 
gobelin zajmował część jedną, nie zajętą nimi. 
Stół był zastawiony z przepychem, okryty srebrami, choć obiad przygotowany 
był 
tylko na cztery osoby, a jedna z nich wcale go dotknąć nie miała, 
bo stary hrabia jeść nie mógł i Lola też straciła apetyt po rozmowie. Kapitanowa 
tylko, podziwiając kuchnię francuską Pruhowa, jadła spokojnie za 
wszystkich. Gospodarz i delegowany przezeń mistrz ceremonii, hrabia Roman, 
usilnie się starali, aby przy tej zręczności okazać, na jakiej stopie dom 
miał być utrzymywany. Hrabia Roman zajmował się sam oznaczeniem prawidłowego 
porządku w podawaniu win, których nikt nie pił. W srebro oprawne 
kartki z programami obiadu, drukowane po francusku, leżały przed gośćmi. 
Nie brakło nic choćby na przyjęcie koronowanej głowy. Służba szła 
szybko, cicho, zręcznie i z pożądanym szykiem. 
Dla Loli zamyślonej, roztargnionej, usiłującej na próżno twarz wesołą okazać 
opiekunowi wszystko to było straconym. Ocenić tego nie umiała, choć we 
wszystkim lubiła elegancję i wytworność. 
Hrabia, świeżo po lekarstwie, wyczekać musiał do końca obiadu, nim mu 
filiżankę bulionu wypić było wolno. Uczta przeszła jakoś smutnie, podano 
kawę czarną, a służba baronównej, zawczasu odebrawszy rozkazy, pośpieszyła 
z przygotowaniami do odjazdu i powóz stanął przed gankiem. 
Hrabia usłyszał tętent koni i odgadł, co znaczył, pośpiech ten dotknął go 
widocznie, posmutniał, wpatrzył się w twarzyczkę pupili, jakby ostatni raz 
widział ją w życiu i chciał nią oczy nasycić. 
— Spieszycie się bardzo — rzekł cicho. 
— Musimy, kochany opiekunie — odparła Lola, która już nakładała rękawiczki 
i, zmęczona znać, pragnęła spoczynku i samotności. 
Po chwili wstała dla pożegnania baronówna. Hrabia siedział blady w swym 
krześle. 
— Któż wie, czy się jeszcze zobaczymy — rzekł cicho — moje godziny policzone... 
mam nadzieję, ale pewny nie jestem, czy dożyję chwili, co mi da spokój. 
Pozwól, bym, stary, pobłogosławił ci, podziękował. 
Spojrzał jej w oczy przez łzy, które mu zwilżyły powieki, Lola wzruszona 
pochyliła się ku niemu. 
— Bądź co bądź, niech ci Bóg w życiu błogosławi, jak ja błogosławię, powinnaś 
być szczęśliwą... 
Po chwili milczenia wstała baronówna, doktor się znalazł przy hrabi, hrabia 
Roman, śmielszy po kilku wina kieliszkach, podał rękę narzeczonej, aby 
ją do powozu odprowadzić, odmówić jej, nie obrażając opiekuna, nie mogła, 
poważna i ostygła już przeszła salę nie mówiąc słowa. Nieczujska za to żegnała 
sięśmiejąc, jakby czuła się w obowiązku trochę wesela rzucić na tę 
scenę zbyt żałobną i smutną. 
Lola rzuciła się w głąb powozu, odetchnąwszy swobodniej, konie ruszyły. 
Fotel hrabiego, którego głowa na piersi opadła, przesuwali już służący do 
sypialni, szedł przy nim Pęklewski. Stary nie mówił słowa, zdawał się pogrążony 
w myślach i jakby chwilowo nieprzytomny, co przypisać było można 
zbytniemu wysiłkowi dnia tego. Pęklewski nalegał, aby hrabia szedł zaraz do 
łóżka, co też wykonanym zostało. 
Parę razy spojrzał na Romana, który powrócił, i nie mówiąc nic zabierał się 
do spoczynku. 
Roman z doktorem wyszli do pierwszego pokoju, ostatni był mocno zakłopotany, 
tarł włosy i stękał. 
— Lękam się — rzekł po cichu do Romana — abyśmy dzień ten nie byli zmuszeni 
opłacić zbyt drogo. W takiej chorobie wszelkie niezwyczajne wzruszenie, 
wysiłek może za sobą pociągnąć bardzo złe skutki. Hrabia ma olbrzymią siłę 
ducha, ale i to się wyczerpuje. 
— Byłożby jakie niebezpieczeństwo? — zapytał Roman trochę przestraszony. 
Pęklewski poruszył ramionami. 
— Dotąd go nie ma, ale co się do jutra stanie, za to ja ręczyć nie mogę... 
To mówiąc padł na krzesło i zamyślony wsparł się na ręku. 
Hrabia Roman uspokoił się i w tej chwili przypomniał sobie, iż w pośpiechu 
po tym uroczystym obiedzie wody ze skórką cytrynową do popłukania 
ust dać zapomniano. 
To uchybienie wymagało surowego skarcenia, jakoż się udał niezwłocznie 
do kamerdynera, aby śledztwo przeprowadzić o wypadku, który mógł honorowi 
domu uczynić uszczerbek, gdyby został rozgłoszony. 
Nazajutrz po tym dniu pamiętnym, rano bardzo zbudził doktor Pęklewski 
śpiącego i owiniętego systematycznie w kołdrę, z pierzynką edredonową191 na 
nogach hrabiego Romana. 
e d r e d o n o w y (f r.) — puchowy; edredon — cenny puch otrzymywany 
z kaczek edredonowych odznaczający się miękkością i sprężystością 
Ponieważ zwyczajem było, iż go budził ekscytarz192 o naznaczonej porze, 
Roman, przetarłszy oczy, dorozumiał się zaraz, iż coś niezwyczajnego zajść 
musiało. Stojący przed nim blady doktor Pęklewski kazał się domyślać, iż 
chodziło o stryja. 
— Jakże się ma hrabia? — zawołał. 
— Ma sięźle — rzekł sucho dosyć doktor — wstawaj pan, życzy się widzieć z 
nim. 
— Cóż to hrabiemu? 
— Puchlina postępuje do góry, jest źle, jest bardzo źle, od wczoraj pogorszenie 
ogromne, tracę nadzieję wszelką, powinniśmy się przygotować na to, 
co najstraszniejsze. 
Zmieszany Pęklewski zaledwie mógł mówić. Nie mniej przerażony Roman 
ubierał siężywo, zapomniawszy teraz o wszelkich prawidłach i stopniowanych 
ablucjach193. Francois, który szczęściem nadbiegł, pomógł mu do 
odziania się przyzwoitego, o którym nie myślał. 
Była godzina piąta rano, dnieć zaledwie poczynało. W pałacu panowała cisza 
jakby przedgrobowa, ludzie wszyscy byli na nogach, ale chodzili jak cienie... 
Z jednego okna sypialni przez zielone firanki blade przeglądało światełko. 
Tam czuwała resztka życia. 
Gdy Roman wszedł z doktorem, hrabia chciał się podnieść z poduszek, poruszył 
głową, ale już dźwignąć jej nie mógł, ręka jego z niepokojem właściwym 
konającym poruszała się, chwytając bezmyślnie, co pod nią podpadło. 
Głos, który się dał słyszeć, był osłabły i zgasły. 
— Siadaj przy mnie, tu — rzekł do Romana — com przewidywał, to się stanie. 
Źle jest ze mną. 
Popatrzył na niego niespokojnie. 
— Mój Romanie, co się stanie z tobą? Trzebaż, bym nawet nie dożył tego 
wesela? Cóż teraz będzie, co będzie, gdy mnie nie stanie? 
Z politowaniem i niepokojem wlepił w niego oczy. 
— Któż wie? — szepnął jakby sam do siebie — może by lepiej było, żebym cię 
był zostawił przy rodzicach i dozwolił im wychować własne dziecię? 
Pęklewski zbliżył się do łóżka. 
— Proszę, zaklinam, niech się hrabia uspokoi — rzekł — nie ma nic groźnego, 
słabość już była kilka razy na tym stopniu. 
— Alem ja się nigdy nie czuł tak osłabłym, tak niespokojnym, tak źle — odparł 
cicho stary. — Gorzej jest, doktorze, niż kiedykolwiek było. 
Oczyma powiódł i zażądał, aby go podniesiono z poduszkami, oddychać 
coraz ciężej było... Widocznie spieszył się mówiąc, jakby obawiał, że mu czasu 
zabraknąć może. 
— Wszystko jest w porządku — mówił schylając się ku Romanowi na pół 
osłupiałemu — testament mój w sądzie złożony, papiery zregestrowane194... 
Ślub trzeba przyspieszyć nie zważając na żałobę. Pogrzeb także. 
Tu obejrzał się hrabia niespokojnie, skinął 
na synowca i szepnął mu do 
ucha głosem ledwie posłyszanym: 
— Ojcu dasz znać później, nie trzeba, ażeby się tu pokazywał, to by ci zaszkodzić 
mogło, mnie też i pamięci mojej. Pojedziesz do nich, jeśli zechcesz. 
Ręką przeciągnął po twarzy. 
— Księdza! księdza! — zawołał nagle. 
— Panie hrabio, spokoju, spokoju! — powtarzał Pęklewski, podając lekarstwo 
jakieś ręką drżącą. Chory wypił je i zdawało się, że podziałało nań. Zamknął 
oczy, odetchnął lżej, ręce opadły nieruchome, piersi poruszały się z 
wolna. 
Do pobliskiego probostwa pobiegł ktoś dać znać wikaremu, który sam tylko 
był 
w domu. Szczęściem ksiądz już wstał był i niedługo zjawił się we dworze. 
Hrabia zdawał się usypiać, lecz obudził się, odgadując przybycie wikarego, 
którego przywołać polecił. 
Doktor Pęklewski trochę był przeciwnym przypuszczeniu go, obawiając się 
wrażenia, lecz rozkazowi wyraźnemu ulec musiał. Spowiedź trwała krótko, 
ostatni obrzęd odbył się z przytomnością zupełną, lecz po niej hrabia znowu 
skarżyć się zaczął na duszenie, kazał podnosić poduszki i tak, siedząc, drzemał 
znowu. 
Hrabia Roman wyprowadził Pęklewskiego do przedpokoju. 
— Mów mi pan, czy istotnie jest tak bardzo źle? 
— Hrabia do jutra nie dożyje — odparł doktor — nie można sięłudzić, wszelkie 
środki podtrzymania życia daremne. 
Milczący powrócili do łoża umierającego, który to usypiał, to budził się, 
oglądając na Romana, a ilekroć go ujrzał, jakby zgryzota mu dokuczała, zamykał 
oczy wzdychając. 
Stan taki trwał do wieczora, nadeszła gorączka i chory stracił przytomność. 
Kiedy niekiedy wyrywały mu się z ust wyrazy dziwne, dowodzące, że 
przez głowę osłabłą przesuwały się marzenia z całego życia przypomnień. 
— Oświecić salę! — wołał — wdziać wielkie liberie... żeby mi było po pańsku... 
Zdjąć z niego kalkulacją szczelnie... rachunki są fałszywe... Pięćdziesiąt tysięcy 
czystego zarobku... Roman niech się uczy po angielsku... Brat mi tego 
za złe nie weźmie... uczynię szczęśliwym... To córka moja... to jej córka... jaka 
do niej podobna... tak jak ona smutna... niech zaraz do ślubu stają, zaraz... 
Ona go poprowadzi, jestem spokojny... Je suis le comte Zebrzydowski!
Urywane, bez związku wymykały mu się z ust te wyrazy przeplatane śmiechem 
i westchnieniem, w ostatku usta już tylko poruszały się bez głosu, oddech 
to ustawał, to wybuchał gwałtownie, walcząc sił 
ostatkiem z ugniatającym 
go ciężarem... śmiertelna bladość pokryła twarz... oczy się zamknęły. 
Hrabia Filip Zebrzydowski nie żył. 
Doktor Pęklewski, który stał przy łóżku, powolnie przycisnął na pół 
otwarte powieki. Roman stał osłupiały długo, musiał go odprowadzić do jego 
mieszkania. Tu dziedzic Pruhowa padł w fotel, aby siły odzyskać i powrócić 
do przytomności. W pałacu spodziewany zgon hrabiego nie wywołałżadnego 
poruszenia, wszystko zawczasu przygotowane było na wypadek pogrzebu. 
Nie miał się więc nawet czym zajmować hrabia Roman oprócz żałoby, którą, 
natychmiast przywoławszy Francois, rozporządził, jak być miała urządzoną. 
Nie wiedząc nawet o woli stryja, postanowił własnym domysłem pogrzeb 
uczynić jak najwystawniejszym, chociażby miał jak najwięcej kosztować. 
W tym zresztą zgadzał się z nieboszczykiem, który podobneż zawczasu wydał 
rozkazy. Doktor zresztą wyręczał czynnie hrabiego Romana, przypuszczając, 
iż mu za to wdzięcznym być musi, że go zastąpi w chwilach, gdy 
wzruszenie nie dozwalałoby pomyśleć o niezbędnych drobnostkach. W kilka 
godzin jednak młodzieniec, pełen rozsądku i mocy nad sobą, już się sam począł 
troszczyć o spełnienie obowiązków, jakie nań wkładała śmierć stryja. 
Głowa jego pracowała nad tym głównie, aby w ceremoniale pogrzebowym nic 
nie było opuszczonym, czego tradycja, zwyczaje i sława wielkiego domu wymagały. 
Przypomniał sobie, iż przyzwoitość kazała wystylizować 
lettres de faire 
part196, które służyć razem miały za zapraszające listy pogrzebowe. Sam więc 
siadł do redakcji tego aktu historycznego i ułożywszy go, zadzwonił, aby mu 
przywołano Pęklewskiego. Szło o to, ażeby w najbliższym miasteczku, w drukarnię 
i litografię197 zaopatrzonym, jak najdystyngowańszym smakiem wykonano 
co najrychlej listy. 
Pęklewski akomodujący się198 niezmiernie wziął to na siebie. 
Lecz nie dosyć na tym było — to, co miało służyć dla wszystkich, nie mogło 
być użytym dla przesłania żałobnej wieści do Gromów. Uczuł hrabia Roman, 
że szczególny stosunek, w jakim się do narzeczonej znajdował, obowiązywał 
go do własnoręcznego listu. Ani się z nim też opóźniać godziło. Siadł natychmiast 
do rozwiązania zadania, które w pocie czoła udało mu się z zachowaniem 
form wszelkich wygotować na czysto w przeciągu niespełna godziny. 
Wiadomość o zgonie hrabiego rozeszła się zresztą z szybkością niezmierną 
rozmaitymi kanałami po całym sąsiedztwie, a raz dopłynąwszy do miasteczka, 
z niego rozlała się tegoż dnia na dalsze okolice. Nie wiedziano tylko w 
Gromach o niczym, bo nikt by był nie śmiał do dworu śpieszyć z wieścią tak 
smutną. Tegoż dnia dowiedział się Bończa, hrabia Ildefons, Modest i inni i 
nowina ta wszędzie wywołała nadzwyczajne wrażenie. Wiedziano powszechnie 
o tym, iż hrabia Roman miał słowo panny, słyszano z różnych źródeł dosyć 
pewnych, że baronówna nie bardzo chętnie słowo dała narzuconemu jej 
Romanowi, nastręczało się więc gwałtownie to niezmiernej wagi dla całego 
sąsiedztwa pytanie, czy zgon starego hrabiego jej postanowienia nie zmieni. 
Zdania były bardzo podzielone, lecz większość pocieszała się tą nadzieją, że 
swobodniejsza Lola zapewne stosowniejszy wybór uczyni. Każdy z tych panów 
uważał siebie za najstosowniejszego. Jednym słowem, śmierć ta, zamiast 
żalu, niemal uczucie wyswobodzenia wzbudziła. 
Po powrocie z Pruhowa baronówna smutna zamknęła się u siebie, po cichu 
tylko rozmówiwszy się z Hermą, która daleko mniej od niej dowiedzieć 
się mogła, niż się spodziewała. Zwróciła się więc do cioci Nieczujskiej, którą 
wyspowiadała szczegółowo, ale i od niej wielkiego światła zaczerpnąć nie potrafiła. Nazajutrz uderzyło wszystkich, że baronówna w ciągłej zadumie jakiejś, 
patrząc i nie widząc, roztargniona, słowa się do nikogo prawie nie odzywała. 
Dopiero wieczorem Nieczujski jakoś potrafił zawiązać rozmowę, która 
się przeciągnęła do późna. 
Herma jak najtroskliwiej czuwała nad tym, ażeby jej nikt nie przerywał. 
Właśnie siedziała na straży, nieznacznie przysłuchując się dochodzącym ją 
słówkom, gdy służący ją tajemniczo wywołał. Wyszła, nie mogąc domyśleć 
się, o co chodziło. 
W sieni stał zaczajony Bończa, ujrzała go z nadzwyczajnym zdziwieniem: 
godzina była późna, odwiedziny kazały się domyślać jakiegoś wypadku. Bończa 
w długich butach, obryzgany błotem, widocznie tylko co był zsiadł z konia. 
Herma podbiegła do niego na palcach, z oczyma pałającymi ciekawością. 
Co to jest? 
— Chciałem pierwszy oznajmić państwu smutną wiadomość, do której pani 
przygotujesz może baronównę... Wiemy z pewnością, że hrabia Filip umarł. 
Zrazu Herma załamała ręce, bo się zwykle mimowolnie tym ruchem objawia 
podziw i przerażenie, wprędce jednak uspokoiła się jakoś. 
— Czy to pewno? 
— Najpewniej... w miasteczku już przygotowania do pogrzebu czynią. 
Bończa, zrozumiawszy, iż długo zabawić nie wypadało, ucałował pulchną 
rączkę pięknej pani, zakręcił się i zniknął. 
Namyślając się, z wolna weszła Herma znowu do salonu i za pierwszym 
wejrzeniem poznała, iż zajęta rozmową 
z panem Adolfem Lola nie postrzegła 
nawet jej zniknięcia i powrotu. Mogłaby więc była siąść na swym miejscu i 
tajemnicę jakiś czas zatrzymać przy sobie, ale tak piękna nowina w łonie tak 
żywej istoty jak Herma długo się ostać nie mogła — kręciła się na krześle, myślała 
i pierzchnęła co rychlej, aby do sekretu i narady przypuścić ciocię kapitanową. 
Ta siedziała nad swoją pończochą nic się nie domyślając, gdy Herma wpadła 
wystraszona, okazując, że z czymś przybiegła ważnym, opatrzyła wszystkie 
drzwi i tak się poczęła zwijać niespokojnie, przygotowując do wyznania, iż 
ciocię nastraszyła. 
— Co pani jest? na Boga? co pani się stało? 
— Zlituj się, kapitanowo, cicho! cicho! żeby się Lola nie domyśliła. 
— Czegóż? czegóż? 
— Żeby się nie postrzegła... 
— Lecz cóż się stało? 
Dopiero nachyliwszy się do ucha. Herma szepnęła: 
— Nieszczęście, stary hrabia umarł. 
Nieczujska głośno w ręce plasnęła. 
— A nie mówiłam! — zawołała — ja, widząc go, czułam, że nie pociągnie, jeszcze 
się zmógł tą rozmową, poruszył... Lecz skądże wiadomość? 
— Najpewniejsza, Bończa ją przywiózł. Cóż 
teraz poczniemy? co myślicie, 
jak sądzicie? co Lola zrobi? czy dotrzyma słowa? — ale to nie może być! Moja 
kapitanowo, co pani sądzisz? mów, ja głowę tracę! 
Trzepała tak, sypiąc pytaniami, że Nieczujska do słowa przyjść nie mogła. 
— Kto tu teraz przewidzieć potrafi, co się 
stanie? — rzekła w końcu — kto 
zgadnie, co się w jej sercu dzieje? 
— Ale juściż go nie kocha? 
— Tak, opiekuna jednak kochała... 
Kapitanowa potrząsnęła głową. 
— Powiedzieć jej, przygotowywać? czy taić przed nią? — spytała pośpiesznie 
Herma. — Mów, ciociu, mów, ty ją może znasz lepiej. 
— Bończa mógł zbałamucić, mogli go ludzie zawiadomić fałszywie. Może to 
pogłoska nieprawdziwa... po cóż ją nabawić niepokojem — przemówiła kapitanowa. 
— Dano by nam przecież znać wprzódy niż innym. 
Kończyła ledwie, gdy wprowadzono posłańca z Pruhowa z listem. Zapieczętowany 
był lakiem czarnym... 
Herma pochwyciła go prędko, zobaczyła adres do baronównej, poczęła obracać 
na wszystkie strony i nagle zapytała posłańca: 
— Umarł hrabia? 
— Jaśnie pan skończył — rzekł cicho stajenny. 
Dwie kobiety spojrzały po sobie, odprawiono posłańca do stajni. Ciocia 
Nieczujska nie bardzo wiedziała, co począć. Herma z trudnością mogła 
utrzymać w sobie tajemnicę. 
W salonie tymczasem pan Adolf, zostawiony sam na sam z kuzynką, prowadził 
spokojną i bardzo ożywioną rozmowę. Nie postrzegali się oboje, jak 
czas upływał szybko. Mówiono o wszystkim, o świecie, ludziach, losach, a 
Lola w usposobieniu smętnym utrzymywała, że są fatalizmy, przeznaczenia i 
nieuniknione dole. 
Przeciwnie Nieczujski, starał się jej dowieść, iż wola człowieka, gdy odważnie 
stanie do walki choćby z tą tajemniczą siłą, która losem się zowie, często 
z niej wychodzi zwycięsko. Sprzeczali się 
i zgadzali, rozumieli dziwnie, i Lola 
nie mogła się powstrzymać 
od naiwnego wyznania, które rumieńcem okryło 
twarz Adolfa, iż z nikim tak swobodnie, tak miło, tak otwarcie jak z nim wymieniać 
myśli nie mogła. 
— Niech kuzynka wierzy — odparł Nieczujski — iż mnie to nieporównanie 
większą czyni przyjemność niż jej. Pani znajdujesz łatwiej w tych kręgach, w 
których się obracasz, ludzi nawykłych do zastanawiania się nad podobnymi 
zadaniami, ja, choć się 
na towarzystwo uskarżać nie mogę, najczęściej muszę 
być z ludźmi, którzy tylko interesa materialne życia pojmują i cenią. Dla nich 
to, co poza nimi leży, zowie się próżną mrzonką. Był czas, żeśmy w istocie 
może do zbytku marzyli, ale dziś, przyznaję to, pozytywizm obrał 
z nas ducha, 
zniżył poziom myśli będących w obiegu, uczynił rozsądnymi do zbytku, 
ale istotami bez polotu. 
— Dlaczegóż się pan zamykasz w swym towarzystwie? — spytała Lola. 
— Inne byłoby dla mnie nieprzystępnym dla wielu różnic w przekonaniach... 
Są przy tym powody uboczne, których wyliczać trudno. 
— A! to pan, przebacz mi, że mu to powiem — odezwała się baronówna rumieniąc 
nieco — jesteś do zbytku nieśmiały i nadto ostrożny... 
— Jak to pani rozumie? 
— Widzę to nawet z jego obejścia ze mną — rzekła Lola otwarcie — gdybym ja 
niemal gwałtem nie wciągnęła pana w tę miłą dla mnie rozmowę, która mnie 
karmi i uspakaja, mówiłbyś pan chyba z drugiego końca salonu o pogodzie. 
Uśmiechnął się Nieczujski. 
— Boję się być natrętnym. 
— Dumnym pan jesteś do zbytku — mówiła baronówna — nie chcesz się nastręczać 
nikomu... zmuszasz, by się mu kłaniano. 
— A! nie, ale wolę pozostać na uboczu — rzekł Nieczujski zapominając się — 
ale wolę nie nawykać 
do zbyt wielkich przyjemności, aby za nimi i do nich 
nie tęsknić. 
— Przynajmniej za Gromami nie zatęsknisz pan pewnie, boś tu niewiele 
miłych, a dużo niesmacznych godzin przepędził. 
Adolf spojrzał na nią. 
— Przeciwnie — rzekł — pobyt mój tutaj policzę do najmilszych wspomnień 
życia. Zatruło mi go tylko to, że patrzeć muszę na położenie pani, które we 
mnie dziwne obudzą uczucia. 
— Fatalizm! — odparła Lola. 
— I trochę słabości — dodał Adolf — z energiczniejszą wolą można by wyjść z 
tego położenia zwycięsko. 
— A, nie znasz go pan jak ja! 
Wchodząc właśnie z zarumienioną mocno wzruszeniem twarzą do salonu, 
Herma zwróciła uwagę gospodyni i przerwała dalszy ciąg rozmowy. 
Lola popatrzyła na nią i uderzyła ją więcej niż wszystko malująca się w jej 
ruchomych rysach jakaś niecierpliwość 
i niepokój. Nikt mniej nad nią nie 
umiał ukryć się z uczuciem, jakiejkolwiek ono było natury. 
— Co ci jest. Hermo? — spytała Lola. 
— Mnie? ale nic, nic a nic! zaręczam. 
Powiedziała to takim głosem, iż z niego się domyślił nawet pan Adolf, że 
coś zajść musiało. Wejrzenie na Hermę potwierdziło go w tym przekonaniu. 
Piękna pani usiadła, wzięła jakąś robótkę, porzuciła ją, otworzyła książkę i 
odsunęła, w ostatku rozparła się w krześle, spuściła głowę i udawała spokojną, 
ale jak najniezręczniej. 
Nieczujska tymczasem, namyśliwszy się, powiedziała sobie w duchu: 
— Cóż to ona, dziecko czy co? Trzeba, żeby się uczyła żyć i cierpieć... 
Otworzyła drzwi powoli i list trzymając w ręku zbliżała się ku Loli. 
— Podobno staremu hrabiemu bardzo się pogorszyło — odezwała się, zwlekając 
jednak nieco oddanie listu. 
Usłyszawszy to Lola zerwała się nagle i zawołała: 
— Hrabia umarł! 
Wszyscy milczeli, Lola spojrzała zdziwiona — nikt nie zaprzeczał. Baronówna 
stała cała drżąca, opierając się o stół w oczekiwaniu. 
Najśmielsza kapitanowa, chwilę jej dawszy na oswojenie się z tą myślą, 
odezwała się: 
— No tak, nie ma co taić. Umarł hrabia... 
W milczeniu baronówna upadła na kanapę, sparła się na ręku i zakryła 
oczy. Nieczujska z wolna podsunęła jej list, który leżał nietknięty. Poznała na 
nim Lola kaligraficzne pismo hrabiego Romana... 
Herma, której ciekawość okruszynami nawet karmić się lubiła, wzięła na 
siebie wyręczenie w rozpieczętowaniu, rzuciła okiem na pismo i podsunęła je 
przyjaciółce. W niewielu wyrazach Roman dawał znać o poniesionej stracie, a 
że jako narzeczony nie uznał właściwym podpisać się „najniższym sługą”, a 
nie wypadało mu w tej chwili przypominać się z tytułem do ręki baronównej, 
po długim znać namyśle położył podpis nazwiska bez żadnej kwalifikacji. 
Zdobna pieczęć na kopercie uderzała rozmiarami olbrzymimi, zawierała 
bowiem wszystkie herby koligacyjne, godło i armatury199 przepyszne. Ręka 
piszącego zdradzała człowieka, któremu sroga boleść nie przeszkadzała do 
pisania na liniach i pamiętania o rysunku liter... 
Jeszcze bardziej niż listowi samemu Herma przypatrywała się twarzy 
przyjaciółki, usiłowała w niej wyczytać przyszłość, której była ciekawą, lecz 
baronówna płakała w tej chwili, płakała ze szczerego żalu po człowieku, który 
ją kochał... i myślała o przyszłości. Nie przyszło jej nawet do głowy przypuszczać, 
że ten wypadek mógł potargać węzły, które jej ciężyły, zdawało jej 
się przeciwnie, że słowo dane zmarłemu śmierć czyniła świętszym i nieodwołańszym 
jeszcze. 
Adolf, nie chcąc być natrętnym, wymknął się zaraz po cichu. Nieczujska, 
widząc się niepotrzebną, poszła za nim, dwie przyjaciółki same zostały... Milczenie 
trwało dość długo. 
— Nie dziwię ci się, że płaczesz — przerwała je w końcu Herma — ja po każdym 
umarłym płaczę.... ale, moja Lolu, pozwól sobie powiedzieć, że ja temu 
najzacniejszemu z opiekunów nie mam za złe, iż przyśpieszył nieco nieuchronne 
już zakończenie dramatu. Teraz następuje żałoba, hrabia Roman 
ma czas pokazać się w całym blasku tym, czym jest, to jest najnieznośniejszym 
z ludzi, bom się na nim okropnie zawiodła, i nastręczy ci, nie wątpię, 
sposobności dania mu odkosza. 
Baronówna oczy załzawione podniosła. 
— Mylisz się, moja Hermo — odezwała się — dałam słowo umierającemu, który 
na mnie włożył obowiązki, ufał mi, zdradzić go nie mogę, nie chcę, nie potrafię 
nigdy. 
— A! to już heroizm, którego nie pojmuję — zawołała Herma — skłaniam 
przed nim głowę i milczę. Cała moja nadzieja, że hrabia Roman, widząc, że 
nie masz doń serca... 
— Teraz mu to jak najmniej będę się starała pokazać — przerwała Lola. 
— Chcesz gwałtem być ofiarą? 
— Chcę, bo muszę. 
— Są rzeczy niepojęte — dokończyła Herma — nie rozumiem nic... 
Przyjaciółka rzuciła się jej na szyję wybuchając rzewnym płaczem, 
który jej mowę tamował. Łzy te najlepiej świadczyły, że wielką z siebie 
uczynić miała w istocie ofiarę, ale nieuniknioną. 
Tak się skończył ten wieczór. 
Nazajutrz rano posłaniec odjechał do Pruhowa bez żadnej odpowiedzi; gotowano 
się do pogrzebu. 
Nowy list oznajmił, iż przysposobienia do tego obrzędu mającego się odbyć 
uroczyście, na którym Jego Ekscelencja biskup diecezjalny miał celebrować, 
a kaznodzieja z Krakowa aż przybyć z egzortą200, zmusiły do odłożenia go do 
kilku dni. 
Lola przywdziała grubą żałobę, hrabia Roman namyślał się długo, czyby 
mu wypadało w ciągu tego czasu między zgonem a pogrzebem odwiedzić 
Gromy, uznał wszakże, iż się wstrzymać powinien. 
Nadszedł dzień naznaczony. Cały dwór baronównej, jej przyjaciółka, pani 
kapitanowa wyruszyli na pogrzeb; pan Adolf wybierał się z powrotem do domu nic nie mówiąc. 
Prawie w chwili gdy już wyjeżdżać miano, dowiedziała się o tym baronówna. 
Stała już w czarnych kwefach201 
zebrana do podróży tej, gdy Adolf żegnać 
się począł. 
— Ale to nie może być — zawołała, nie zważając na przytomnych i chwytając 
go za rękę — pan nie pojedziesz, pan mnie nie możesz opuścić w tej chwili! 
Pan Bóg pana zesłał dla mnie, ja go potrzebuję, ja proszę! 
Widząc, z jakążywością Lola rozpoczęła rozmowę, Herma pod pozorem zapomnianego 
czegoś uciekła. Ciocia Nieczujska stała opodal posępna. 
— Panie Adolfie — dodała nie puszczając jego ręki — ten, co był moim opiekunem, 
umarł, jestem sama na świecie, niedoświadczona, sierota... Jesteś 
mi krewnym, mam dla was sympatię, przyjaźń, szacunek... pan mnie nie 
opuścisz... 
— Ale, moja droga baronówno — wmieszała się kapitanowa, widząc, że Adolf 
zbladły milczy — nikt ci nie jest wdzięczniejszy nade mnie za dowód twej łaski 
i zaufania dla poczciwego mego Adolfa, tylko... tylko widzisz, on także ma 
obowiązki i interesa, on bo musi... 
Lola patrzyła, nie słuchając, na Adolfa, trzymała jego rękę i cała była drżąca. 
— Zostań pan! — powtórzyła. 
Nieczujski skłonił się, pocałował ją w rękę i nic nie odpowiedział. 
Milczenie oznaczało posłuszeństwo. Baronówna już miała, uspokojona, 
siąść do powozu, gdy nagła znać myśl uderzyła ją, iż Nieczujski, pozostawszy 
w Gromach, rozważyć może, odmienić zdanie i uciec. 
Odwróciła się od drzwiczek otwartych. 
— Ale pan jedziesz z nami? 
— Ja? — zapytał Adolf zdziwiony. 
— Tak, pan jedziesz — dodała rozkazująco baronówna. 
— Nie jestem przygotowany... 
— Dogoń pan nas, jak chcesz, ale daj mi słowo. 
Adolf i na to się zgodził. Powozy odchodziły, a on jeszcze stał w ganku zadumany 
i jakby złamany niespodzianym wypadkiem. Główka Hermy, odjeżdżając, 
wychyliła się uśmiechnięta ku niemu z wyrazem szyderskiego zwycięstwa. 
— Jestem szalony! — mówił 
do siebie Adolf — jestem słaby... jestem niezrozumiały 
samemu sobie. 
Tarł ręką po czole. 
— A tak! — dodał — są fatalizmy, są przeznaczenia, które w najspokojniejsze 
życie mogą wrzucić ziarna, co je jak mur rozsadzą... Co dalej? na Boga? co 
dalej... 
Wtem konie, które nakazano co najprędzej zaprząc, zabiegły po pana 
Adolfa. Poszedł się ubrać i pojechał do Pruhowa. 
Pogrzeb hrabiego Filipa odbył się naturalnie z całym przepychem i ostentacją, 
na jaką tylko mógł się zdobyć hrabia Roman. Herby jednak, którymi 
kościół został przyozdobiony, malowane naprędce przez niewprawnego artystę, 
wyszły spod jego ręki niezupełnie prawidłowo i dosyć fantazyjnie. 
Kiru202 nie żałowano ani świec, ani ludzi do orszaku, dla których szyto 
żałobę i płaszcze dniem i nocą. 
Jednym słowem przepych był wielki. Zdaje się, że hrabia Roman musiał 
czyhać na przyjazd baronównej, czekał bowiem nań u drzwi, wprowadził do 
kościoła i osobne zapewnił jej miejsce, obok którego sam pozostał. Baronówna 
nie mogła się temu oprzeć, chociaż było to publicznym uznaniem praw 
pretendenta do jej ręki. Zwracało to oczy, ale hrabia Roman właśnie sobie 
tego życzył. 
Po obrzędzie baronówna nie przyjęła jednak zaproszenia do pałacu i 
wprost do domu z całym dworem swym odjechała, co zresztą hrabia Roman 
znalazł, ściśle biorąc, prawidłowym. 
Kilka dni zajęty czynności urzędowe, w czasie których śmiertelny postrach 
panował w Gromach, bo się spodziewano co chwila przybycia narzeczonego. 
Baronówna była w szczególnym usposobieniu — nie dawała sobie nawet 
wspomnieć o tym, ażeby słowo dane złamać mogła, uważała się z nim związaną 
nieodwołalnie, a mimo to czuć było, że rada by zapomnieć o tym, co ją 
czekało, myśl nawet wszelką o tej konieczności oddalić. 
Jakby rozerwać się pragnąc, zapuszczała się w długie, nieskończone rozmowy 
z panem Adolfem. Mówiła z nim o swoich interesach, wymagała, aby 
rozpoznał stan majątku, aby się obeznał z tyczącymi się go sprawami, a mówiąc 
o przyszłości, zdawała się istotnie zapominać czasami, że ona była na 
łasce mało jej dotąd znajomego człowieka. 
Herma, aż do zbytku otwarta, mówiła jej śmiejąc się: 
— Na mnie ty robisz takie wrażenie, jakbyś jutro istotnie wyjść za mąż 
miała, ale za pana Adolfa. 
Przypuszczenie to, które mogło było obrazić Lolę, ani ją dziwiło, ani obruszało, 
ani zbijane było zbyt gorąco. Słysząc je baronówna wzdychała, spuszczała 
oczy i milczała. 
Pan Adolf chodził 
chmurny jak noc i, widocznie w walce z samym sobą, 
ożywiał się tylko, gdy z obojętnej w początku wpadał w jedną z tych rozmów 
nieskończonych z Lolą, z których Herma się wyśmiewała. 
— Co wy z sobą całymi godzinami mówić możecie, do tego stopnia zajęci, 
rozstrojeni, że o Bożym świecie nie wiecie? — pytała. 
— Zmiłuj się — mówiła Lola — to pierwszy mężczyzna, którego spotykam w 
życiu, co mnie rozumie i ja go rozumiem. 
— C'est beaucoup dire!203 — kończyła Herma. 
I nie było odpowiedzi. 
Do zachmurzonych twarzy w Gromach należała ciocia Nieczujska. Nie 
kryła się z tym bynajmniej, że ten kuzynowski stosunek pana Adolfa był jej 
nieprzyjemnym. 
— Ale bo nie wiedzieć, co to jest! — mówiła otwarcie Hermie. — Sama o tym 
nie wiedząc, bo to poczciwe dziecko, bałamuci mi Adolfa. Szczęście, że to 
człowiek stateczny, no a przypuściwszy drugiego na jego miejscu, głowę by 
stracił i gotowo by mu się nie wiedzieć co przyśnić. Po co kusić człowieka? 
— Ale Lola w najniewinniejszej myśli szuka roztargnienia — mówiła Herma. 
— Jąć o tym przecie wiem — niecierpliwie dodawała Nieczujska — a zawsze to 
nie do rzeczy... Ma narzeczonego... 
Od pierwszego dnia po odebraniu wiadomości o zgonie Lola przywdziawszy 
żałobę, i choć do niej obowiązaną nie była, nie zrzucała jej. 
Zdaje się, że uważała ją za tarczę i ochronę od napaści hrabiego Romana, 
za słuszny powód do odroczenia tej godziny ostatniej, stanowczej, która ją 
przerażała. 
Oczekiwanie na przybycie Romana przez dni kilka zatruwało spokój w 
Gromach, ale że się ani pokazał, ani listem zgłaszał, przestrach ów minął jakoś, 
zapomniano o nim trochę. 
Tymczasem jednego dnia przed obiadem grom ten wiszący nad głową baronównej 
spadł wreście. Hrabia Roman w grubej żałobie, krepach, obszywkach, 
ze śpilką czarną w chustce czarnej, z guzikami en jais204 u koszuli — 
zjawił się w salonie. Nie zastał w nim nikogo oprócz Adolfa, który z daleka go 
przywitawszy, miał sobie za obowiązek zawiązać rozmowę. 
Hrabia Roman przyjął tę grzeczność rumieńcem oburzenia, odpowiedział 
półsłowem i odwrócił się, dając poznać aż nadto wyraźnie, iżżadnych bliższych 
stosunków zawierać sobie nie życzył. 
Pan Adolf popatrzał nań długo z impertynenckim trochę wyrazem twarzy, 
siadł przy stole i zostawiwszy go stojącym śród salonu, wcale już zajęty 
książką nie zważał na niego, ale nie wyszedł, bo takie było życzenie baronównej. 
Wewnętrzny stan ducha młodego hrabiego dobitnie malował się na jego 
twarzy i w ruchach. Zdawało się co chwila, że wybuchnie, że popełni jakąś 
niedorzeczność, ale do tego zrazu nie przyszło. 
Zimna krew pana Adolfa zwiększała i co chwila potęgowała gniew i rozdrażnienie 
Romana. Poczynał się przechadzać 
po salonie, coraz żywsze dając 
oznaki niecierpliwości, jakby pannie chciał dać do zrozumienia, że miał tu 
swe prawa i nie był z tych ludzi, którzy czekają. 
Wpłynął ten zły humor na piękny zrazu układ włosów hrabiego Romana, 
które niespokojnie ręką rozgarniając, doprowadził do namiętnego nieładu 
nadającego mu fizjognomię desperata, niezgodną z jego naturą. 
Baronówna, jakby naumyślnie to smutne tete-a-tete przeciągnąć chciała, 
nie wychodziła. 
Dwa razy hrabia siadał i wstawał... pociągając jedną 
z czarnych rękawiczek 
urwał u niej guziki, chustkę zwinął w sposób najnieprzyzwoitszy, dobywając 
nieustannie zegarka skończył na tym, że minął się z kieszenią dlań 
przeznaczoną i dał mu zawisnąć na guziku od kamizelki, stworzeniu, jak 
wiadomo, słabym i urywaniu się podlegającym. 
Blisko pół godziny minęło na tej mimice, Adolf, zatopiony w książce, czytał. 
Zabrakło znać cierpliwości hrabiemu, który żywo przystąpił do niego i odezwał 
się z przekąsem: 
— Ponieważ pan w tym domu zdajesz się grać rolę gospodarza, raczże mnie 
pan objaśnić, jak długo mam oczekiwać na baronównę? 
Adolf niezmiernie powoli podniósł głowę, popatrzył wkoło i rzekł zimno: 
— O tym wcale nie wiem. 
Hrabia stał naprzeciw niego nieporuszony. 
— A! o tym pan nie wie! to zabawne! 
Pomilczał chwilę nie ruszając się z miejsca. 
— A pan tu jeszcze długo bawi? — odezwał się z przyciskiem. 
— I o tym nie wiem — odparł Adolf. — Kuzynka życzyła sobie, bym pozostał. 
— Kuzynka! — powtórzył hrabia — kuzynka... 
Adolf popatrzał i za nim jak echo potwierdził głośno: 
— Kuzynka. 
Dalej nad tę impertynencję, której sobie pozwolił hrabia w chwili rozdrażnienia, 
nie śmiał się już posunąć. Postrzegł właśnie wiszący na guziku rewolucyjnie, 
nieprawidłowo, skandalicznie zegarek, pochwycił go i zapakował 
do kozy, to intermezzo205 zmieszało go i odjęło ochotę do dalszej rozprawy. 
Począł chodzić po salonie. 
Lola z Hermą weszły. Hrabia zbliżył się ku nim sztywnie. Wprzódy jeszcze, 
nim go przywitała, baronówna zmierzyła oczyma obu panów zostawionych 
sam na sam i zrozumiała ich położenie. Nie wiedziała tylko, czemu je przypisać, 
czy dzikości Adolfa, czy niewłaściwemu znalezieniu się hrabiego. 
Powitanie było ceremonialne bardzo. Lola pochyliła się zaraz do Adolfa i 
szepnęła półgłosem: 
— Czemużeś pan nie zabawił hrabiego, aby mu czas skrócić? 
— Próbowałem — ciszej odparł Adolf — ale mnie odprawiono z dodatkiem 
niezbyt przyjemnym. 
Oczy Loli błysnęły gniewem i pobiegły na narzeczonego, który siedział z 
dumą konsularną na fotelu. 
Położenie stawało się przykre. Na licu gospodyni wypalony rumieniec nie 
schodził, szarpała w ręku chusteczkę. 
— Piękną mamy pogodę — odezwała się, jakby tylko dla uspokojenia sumienia, 
do Romana. 
— Jak na tę porę, prześliczną... 
Nie czekając nawet tej odpowiedzi, z której Herma już sięśmiać poczynała, 
Lola zerwała się z kanapki, skinęła na pana Adolfa i odprowadziwszy go do 
okna w drugim końcu salki, spytała nakazujące: 
— Jak to było? 
Nieczujski opierał się zrazu, ale potrafiła wymóc na nim powtórzenie tego, 
co mu hrabia powiedział, i szybkim krokiem wróciła na swe miejsce. 
Zbierała się burza widocznie. Sam hrabia Roman poprzedzające ją chmury 
postrzegł na czole panny. Zdawało się jednak, że ją rozwaga zakląć potrafiła. 
Baronówna z wolna ostygła, opanowała się i poczęła o czymś obojętnym. 
Herma się wmieszała do rozmowy, nie unikał jej Nieczujski i tak jakoś z biedą 
przeszedł czas do obiadu. Lola tylko z wielką odwagą i stanowczością 
grała poważnie rolę gospodyni. Hrabia, choć się nie udobruchał, bo przebaczyć 
nie mógł, że mu tak długo, i to jeszcze w towarzystwie czyimś, czekać 
kazano, stał się znośnym. 
Obiad przeszedł bez wypadku. 
W pochodzie nazad do salonu hrabia Roman wyraziłżyczenie poufnej rozmowy, 
która mu chętnie została udzieloną. Lola, nie czekając dłużej, weszła z 
nim do otwartego gabinetu. Hrabia, który tak rozmowy pragnął, wobec niej 
stracił nieco odwagę, przychodziła mu za spiesznie. 
— Pragnąłem... — rzekł cedząc nieco — życzyłem sobie pomówić z panią o 
wspólnych interesach. 
— Dotąd o wspólnych jeszcze nie wiem — odezwała się Lola spokojnie. 
— To jest względem ślubu — dokończył hrabia. 
Baronówna nie tak prędko zebrała się na odpowiedź. 
— Hrabia Filip był dla mnie czułym ojcem — rzekła — noszę po nim żałobę i 
nie sądzę, abym ją zrzucić mogła przed zwykłym rokiem i sześcią niedzielami. 
— Hrabia, mój stryj, przewidując swój zgon — rzekł Roman — wyraziłżyczenie, 
ażeby żałoba nie była do ślubu przeszkodą. 
— W tym jednym woli jego dopełnić nie mogę — przerwała baronówna — powtarzam, 
nie mogę. 
Hrabia milczał obracając kapelusz. 
— Więc pani każe mi czekać rok i sześć niedziel? 
— Nie ja, ale żałoba. 
— Ściśle biorąc — odezwał się Roman — tylko ja do żałoby jestem obowiązany. 
Radziłem się ludzi doświadczonych, dla pupilów terminem najdłuższym 
bywało sześć niedziel. 
— Ja radziłabym się tylko serca mojego — odpowiedziała Lola — a to mi każe 
nosićżałobę dziecka. 
Znowu przerwała się drażliwa rozmowa, hrabia poprawiał włosy i coraz je 
gorzej gmatwał. 
— Lecz przez rok chyba baronówna będzie musiała prosić o naznaczenie 
opieki? Prawo tego chce. 
— Mówiono mi o tym i stosując się do niego żądałam, aby naznaczono pana 
Adolfa Nieczujskiego, mego kuzyna. 
Zaczerwieniony mocno hrabia cofnął się krok zaciskając usta mocno. 
— Przy tej zręczności — kończyła panna — mam hrabiemu do uczynienia 
wymówkę. Słyszałam wypadkiem jego rozmowę z panem Adolfem. 
— Słyszała pani? 
— Tak jest, i nie kryję panu, że mi się nie podobała, że mnie obraziła. 
Roman zaczerwienił się z gniewu. 
— Ale mnie obraża pobyt jego tutaj. 
— Dlaczego? — spytała baronówna. 
— Bo pobyt przedłużony nie jest przyzwoity, bo to jest jegomość nie na 
swym miejscu w salonie pani. 
— Nie wiem, czy hrabia sobie przypominasz naszą pierwszą rozmowę — poczęła 
gospodyni usiłując się okazać spokojną. — Zapowiadałam panu, że so123 
bie wymawiam zupełną swobodę postępowania. Przyjmuję 
w moim domu, 
kogo mi się podoba, i nie pozwolę nikomu rządzić się tu za mnie. 
Hrabia Roman spuścił głowę. 
— Pani raczy wejść w moje położenie, są rzeczy, których ja od narzeczonej 
wymagać mam prawo. 
— Nie uznaję tego prawa, hrabio Romanie! — zawołała Lola. — Pan Adolf jest 
mi potrzebny, jest mi miły i dla fantazji pańskiej wcale nie myślę go stąd oddalać. 
Hrabia zamyślił się długo, westchnął. 
— A gdyby do tego przyszło, że jeden z nas dwóch oddalić się musi? — wyjąknął 
gniewnie. 
Lola zamilkła, jakby oddech wstrzymując w sobie, jakby wybuch hamowała... 
— Uczynisz pan, jak mu się będzie zdawało, ale pan Adolf nie odejdzie. 
Bladość chorobliwa okryła twarz człowieka, który widocznie mniej miał 
odwagi, niż jej okazał pod naciskiem chwilowego rozdrażnienia. Widząc, że 
się los jego ma rozstrzygnąć, rad by był powrócić do pierwszego położenia, a 
cofnąć się duma nie pozwalała. 
Czuł, że popełnił niedorzeczność. Rok i sześć niedziel żałoby dawał mu 
czas do trzeźwiejszego rozmysłu, pośpiech ten, prawie bez powodu, wydawać 
się musiał dziecinnym. 
— Pani więc odwołujesz swe słowo i sprzeciwiasz się 
woli nieboszczyka? — 
dodał półgłosem. 
— Nie, bom dając słowo, przypomnij sobie, stawiła warunki, do których się 
odwołuję. 
— Cóż mi pozostaje? — spytał Roman. 
— Zostawiam panu rozstrzygnięcie — żywo dorzuciła baronówna. 
Stał jeszcze przez chwilę hrabia, jakby wahając się, co począć. Duma 
wzięła wreszcie górę nad innymi uczuciami. 
— Przybyłem tu — przebąknął niewyraźnie — wioząc pierścionek przeznaczony 
niegdyś przez nieboszczyka do zaręczyn, nic mi nie pozostaje, jak dając 
pani czas do namysłu, uwolnić ją od mojej przytomności. 
Skłonił się, a wtem baronówna dodała pośpiesznie: 
— Czasu do rozmysłu ani potrzebuję, ani przyjmuję. To, czego pan wymagasz 
po mnie, jest niepodobieństwem. Jest to mój jedyny krewny, nie kryję 
panu, że dla niego mam szacunek i przyjaźń szczerą. 
— To jedno, iż ten pan jako kuzyn znajdować by się musiał w naszym przyszłym 
salonie, czyni dla mnie tolerowanie tego stosunku niepodobnym. 
Lola uśmiechnęła się, lecz w oczach jej widać było politowanie. 
— Zmuszasz mnie pan, abym przy rozstaniu z nim stała się niegrzeczną — 
rzekła zniżywszy głos do szeptu prawie. — Czyż hrabia sądzisz, że dla mnie, a 
ze mną może i dla wielu osób tajemnicą jest stan pańskich rodziców i ich 
położenie?... A pan wyrzucasz mi pokrewieństwo to i człowieka, na którego 
wartości się nie poznałeś? 
Piorun, który by uderzył w niego, straszniejszego by na hrabi Romanie nie 
wywarł skutku nad te ciche słowa, które go do ziemi przybiły. 
Stał się innym człowiekiem. 
Być może, iż Lola sama pożałowała słów wyrzeczonych, których powstrzymać 
nie umiała, tak upokorzonym go ujrzała, tak straszliwie zmienionym... 
Drżał cały oglądając się dokoła. 
— Jeśli stryj zwierzył pani tę tajemnicę, którą pragnął mieć ukrytą — rzekł — 
bo inaczej nie pojmuję, jak by ona do niej dojść mogła, nie godziło się... 
— Godzi mi się oznajmić panu, że ten zacny opiekun, którego szanuję pamięć, 
dla mnie nie miał tajemnic. Rzecz ta pozostanie, bądź co bądź, między 
nami, chociaż w mych oczach nieboszczyk dał dowód słabości. 
Zamilkła, Roman podniósł głowę bladą. 
— Mam pani słowo... 
— Nie wydam pańskiej tajemnicy, bądź pan pewnym — rzekła ruszając ramionami 
— bobym nieboszczykowi uchybiła i drogiej jego dla mnie pamięci. 
Roman nie miał siły już dodać ani słowa, skłonił się z daleka. 
Było to pożegnanie. Szybkim krokiem wyszedł do salonu, przechodząc 
przezeń skłonił się raz jeszcze wszystkim i zniknął. Konie znać stać musiały 
przed gankiem, gdyż wkrótce później powóz ruszył. 
Lola nierychło powróciła do salonu. 
Potrzebowała zebrać myśli, oprzytomnieć, uspokoić się, siadła w gabinecie 
sama, sparła głowę na ręku, zadumała się. Łzy potoczyły się z oczów. W takim 
stanie znalazła ją Herma, która weszła niespokojna i przestraszyła się 
widząc rozpłakaną, przypadła do niej żywo. 
— Lolu, co ci jest? co się stało? Czego płaczesz? Ten nieznośny hrabia wyjechał. 
Zerwałaś z nim? 
— Ja? nie! 
— Cóż zaszło między wami? 
— Nic nie wiem, nie pytaj mnie — mówiła przerywanymi słowy baronówna — 
nie rozumiem, co się stało... Nie wiem, co z tego wyniknie. 
Herma nic więcej dowiedzieć się już nie mogła. Błagała na próżno. Domyśliła 
się jednak łatwo, iż rozeszli się w nieporozumieniu. 
Wieczorem baronówna dla bólu głowy zamknęła się w pokoju. 
Nazajutrz ukazała się znacznie spokojniejszą, patrzyła tylko w okno, jakby 
czekała na coś, i pierwsza postrzegła z południa przybywającego w wielkiej 
żałobie masztalerza206 z Gromów, który przywiózł list do niej. 
Trzech posłańców jeden po drugim pobiegło po to pismo, lecz gdy je przyniesiono, 
Lola nie miała go siły otworzyć... Brała je po kilkakroć w ręce i rzucała 
z przestrachem. 
Przyjaciółka, patrząc na to zniecierpliwiona, wzięła na siebie rozerwanie 
koperty... przebiegła ją oczyma i z okrzykiem radości podała Loli. Obie zaczęły 
czytać pospiesznie. 
List wystylizowany znakomicie i przypieczętowany wielką pieczęcią domu 
Zebrzydowskich, pokorny, uniżony, błagalny niemal uwalniał baronównę od 
danego słowa. Hrabia, przekonawszy się, iż serca pozyskać nie był szczęśliwym, 
praw swych się zrzekał. 
— Jesteś wolną! to rozumniejszy daleko człowiek, niżem się spodziewała! — 
klaskając w dłonie zawołała Herma. 
Potem nachyliwszy się do ucha Loli, szepnęła ledwie dosłyszanym głosem: 
— Mimo wszystkich hrabiów i baronów okolicy idź ze mną o zakład, że za 
rok i sześć niedziel będziesz panią Adolfową Nieczujską... tylko zmiłujcie się, 
kupcie sobie choć mizerne baronostwo! 
Lola odepchnęła ją z lekka i niby gniewnie. 
— Nie wiedzieć, co pleciesz! — odezwała się. 
Zdaje się wszakże, iż Herma trafnie bardzo odgadła, bo wprawdzie nie w 
rok i sześć niedziel, ale w półtora roku, za trzeciej już bytności pana Adolfa w 
Gromach odbyły się zaręczyny, a wkrótce potem ślub, po którym państwo 
młodzi na kilka miesięcy do Włoch wyjechali. 
Hrabia Roman, zrzuciwszy żałobę, puścił się w wielki świat stolicy galicyjskiej, 
przebywszy jedną zimę we Lwowie. Tu jednak, chociaż przez część towarzystwa 
wysoko był cenionym, scena dlań wydała mu się za szczupłą. Na 
zimę następującą wybrał się do Wiednia, tu uczuł się dopiero całkowicie w 
swym żywiole. Dobra wypuszczone zostały dzierżawą z ekscepcją207 jednego 
folwarku z pałacem w Pruhowie. 
Tej pamiętnej zimy, która o przyszłym losie jego stanowić miała, hrabia 
Roman poznał w najlepszym towarzystwie wiedeńskim wdowę jeszcze młodą, 
uchodzącą za bardzo bogatą, znacznego domu i mienia na Węgrzech, bezdzietną, 
piękną i tak wielkiego tonu i dystynkcji, iż ideałem mu się wydala. 
Salon jej i dom przybytkiem był mody, elegancji i tej wyszukanej wykwintności 
form, do którego hrabia tak nadzwyczajną przywiązywał cenę. Podobała 
mu się czarodziejka z czarnymi oczyma i mimo dwóch pułkowników dobił się 
szczęśliwie pięknej, białej i czule ściskać umiejącej dłoń jego rączki. 
Czy był szczęśliwym, historia nie powiada, a czytelnicy sami się tego domyśleć 
powinni. 
Meran 1873 
