DUSZA W LETARGU 
Leżąc albo siedząc w swoim pokoju Wokulski machinalnie przypominał sobie, 
w jaki sposób ze Skierniewic powrócił do Warszawy. 
Około piątej rano kupił na dworcu bilet pierwszej klasy, nie był jednak pewny, 
czy takiego żądał, czy dano mu go bez żądania. Następnie wsiadł do przedziału 
drugiej klasy i zastał tam księdza, który przez cały czas podróży wyglądał 
oknem, tudzież rudego Niemca, który zdjął kamasze i oparłszy nogi w brudnych 
skarpetkach na przeciwległej ławce, spał jak zarżnięty. Wreszcie naprzeciw 
siebie miał jakąś starą damę, którą tak bolały zęby, że nawet nie obrażała się na 
postępowanie swego sąsiada w skarpetkach. 
Wokulski chciał porachować liczbę osób jadących w przedziale i z wielkim 
trudem zmiarkował, że bez niego jest ich trzy, a z nim cztery. Potem zaczął 
rozmyślać: dlaczego trzy osoby i jedna osoba stanowią razem cztery osoby -i 
zasnął. 
W Warszawie opamiętał się dopiero w Alejach Jerozolimskich, już jadąc 
dorożką. Kto mu jednak wyniósł walizkę, jakim sposobem on sam znalazł się w 
dorożce? o tym nie wiedział i nawet nic go to nie obchodziło. 
Do swego mieszkania dostał się ledwie po półgodzinnym dzwonieniu, choć była 
blisko ósma rano. Otworzył mu służący zaspany, rozebrany, przerażony jego 
nagłym powrotem. Wszedłszy zaś do sypialni Wokulski przekonał się, że 
wierny sługa spał na jego własnym łóżku. Nie robił mu jednak wymówek, lecz 
kazał podać samowar. 
Służący, otrzeźwiony, ale i zakłopotany, szybko zmienił prześcieradła i 
poszewki, Wokulski zaś zobaczywszy świeżo posłane łóżko nie pił herbaty, ale 
rozebrał się i legł spać. 
Spał do piątej po południu, a potem, umywszy się i ubrawszy jak do wyjścia, 
całkiem mimo woli usiadł na fotelu w salonie i drzemał do wieczora. Gdy zaś na 
ulicach zapłonęły latarnie, kazał podać światło i przynieść befsztyk z restauracji. 
Zjadł go z apetytem, popił winem i około północy znowu poszedł spać. 
Na drugi dzień odwiedził go Rzecki, ale jak długo siedział i o czym rozmawiali, 
nie pamięta. Tylko następnej nocy, kiedy obudził się na chwilę, zdawało mu się, 
że widzi Rzeckiego z twarzą bardzo zafrasowaną. 
Potem zupełnie stracił rachubę czasu, nie spostrzegał różnic pomiędzy dniem i 
nocą, nie uważał, ażeby godziny mijały za prędko albo za wolno. W ogóle nie 
zajmował się czasem, który dla niego jakby nie istniał. Czuł tylko pustkę w 
sobie i naokoło siebie i nie był pewny, czy nie powiększyło się jego mieszkanie. 
Raz przywidziało mu się, że leży na wysokim katafalku, i zaczął myśleć o 
śmierci. Zdawało mu się, że musi umrzeć koniecznie na paraliż serca; ale ani 
przerażało go to, ani cieszyło. Niekiedy z ciągłego siedzenia na fotelu cierpły 
mu nogi, a wówczas myślał, że idzie śmierć, i z obojętną ciekawością uważał, 
jak szybko owo cierpnięcie posuwa się do serca? Obserwacje te chwilowo robiły 
mu jakby cień przyjemności, ale i one rozpływały się w apatii. 
Służącemu nakazał nie przyjmować nikogo; pomimo to kilka razy odwiedził go 
doktór Szuman. 
Na pierwszej wizycie wziął go za puls i kazał pokazać język. 
— Może angielski?... — spytał Wokulski, lecz wnet opamiętał się i wyrwał rękę. 
Szuman bystro popatrzył mu w oczy. 
— Nie jesteś zdrów — rzekł — co ci dolega? 
— Nic. Czy znowu zajmujesz się praktyką? 
— Spodziewam się! — zawołał Szuman .- a pierwszą kurację zrobiłem na samym 
sobie: uleczyłem się z marzycielstwa. 
— Bardzo pięknie — odparł Wokulski. — Rzecki wspominał mi coś o twoim 
wyleczeniu. 
— Rzecki jest półgłówek... stary romantyk... To rasa już ginąca! Kto chce żyć, 
musi trzeźwo patrzeć na świat... Uważaj no i po kolei zamykaj oczy. Kiedy ci 
powiem: lewe... prawe... prawe... Załóż nogę na nogę... 
— Co ty robisz, mój kochany?... — zapytał Wokulski. 
— Badam cię. 
— O!... I masz nadzieję zbadać? 
— Spodziewam się. 
— A potem? 
— Będę cię leczył. 
— Z marzycielstwa? 
— Nie, z neurastenii. 
Wokulski uśmiechnął się i rzekł po chwili: 
— Czy możesz wyjąć człowiekowi jego mózg i włożyć na to miejsce inny? 
— Tymczasem nie... 
— No, to daj spokój leczeniu. 
— Mogę podsunąć ci nowe pragnienia... 
— Już je mam. Chciałbym zapaść się pod ziemię, choć tak głęboko jak... studnia 
w zasławskim zamku... I jeszcze chciałbym, ażeby mnie zasypały gruzy, mnie i 
mój majątek, i nawet ślad tego, że kiedykolwiek istniałem. Oto moje pragnienia, 
owoc wszystkich poprzednich. 
— Romantyzm!... — zawołał Szuman klepiąc go po ramieniu. Ale i to przejdzie. 
Wokulski już nic nie odpowiedział. Gniewał się za swoje ostatnie wyrazy i 
dziwił się: skąd nagle przyszła mu taka otwartość?... Głupia otwartość!... Co 
komu do jego pragnień?... Po co on to mówił?... Po co jak bezwstydny żebrak 
odsłonił swoje rany? 
Po wyjściu doktora spostrzegł, że coś się w nim zmieniło; oto na tle dotychczas 
bezwzględnej apatii pojawiło się jakieś uczucie. Był to bezimienny ból, z 
początku bardzo mały, który szybko powiększył się i stanął w mierze. W 
pierwszej chwili można go było porównać do delikatnego ukłucia szpilką, a 
później do jakiejś zawady w sercu, nie większej od laskowego orzecha. już 
żałował apatii kiedy przyszło mu na myśl zdanie Feuchterslebena: 
„Radowałem się w mojej boleści; bo zdawało mi się, żem spostrzegł w sobie tę 
płodną walkę, która tworzyła i tworzy wszystko na tym świecie, gdzie bez 
przerwy walczą nieskończone siły.” 
„Jednakże co to jest?” — spytał siebie czując, że w jego duszy miejsce apatii 
zajmuje głucha boleść. I wnet odparł: 
„Aha, jest to budzenie się świadomości...” 
Powoli w jego umyśle, dotychczas jakby zasnutym mgłą, począł zarysowywać 
się obraz. Wokulski ciekawie wpatrywał się w niego i dostrzegł — sylwetkę 
kobiety w objęciach mężczyzny... Obraz ten miał z początku słaby blask 
fosforycznego światła, potem stał się różowym... żółtawym... zielonawym... 
błękitnym... wreszcie zupełnie czarnym jak aksamit. Potem zniknął na kilka 
chwil i znowu zaczął ukazywać się kolejno we wszystkich barwach, począwszy 
od fosforycznej, kończąc na czarnej. 
Jednocześnie ból wzmagał się. 
„Cierpię, więc jestem!...” — pomyślał śmiejąc się Wokulski. 
Tak upłynęło kilka dni na wpatrywaniu się już to w ów obraz zmieniający 
barwę, już to w ból, który zmieniał natężenie. Czasami zupełnie ginął, pojawiał 
się drobny jak atom, rósł, wypełniał serce, całą istotę, cały świat... I w chwili 
kiedy już przekroczył wszelką miarę, znowu niknął ustępując miejsca 
absolutnemu spokojowi i zdziwieniu. 
Z wolna zaczęło się rodzić w duszy coś nowego: pragnienie pozbycia się i tych 
bólów, i tych obrazów. Było to podobne do iskry zapalającej się na tle nocy. 
Jakaś słaba otucha błysnęła Wokulskiemu. 
„Czy tylko aby potrafię jeszcze myśleć?” — rzekł do siebie. 
Ażeby sprawdzić to, zaczął przypominać sobie tabliczkę mnożenia, potem 
mnożyć liczby dwucyfrowe przez jednocyfrowe i dwucyfrowe przez 
dwucyfrowe. Nie dowierzając sobie zapisywał rezultaty działań, a potem 
sprawdzał je... Mnożenia na papierze zgadzały się z pamięciowymi i Wokulski 
odetchnął. 
„Jeszcze nie straciłem rozumu!” — pomyślał z radością. 
Zaczął wyobrażać sobie rozkład własnego mieszkania, ulice Warszawy, Paryż... 
Otucha rosła; spostrzegł bowiem, że nie tylko dokładnie pamięta, ale że jeszcze 
ćwiczenia te przynoszą mu pewien rodzaj ulgi. Im więcej myślał o Paryżu, im 
żywiej przedstawiały mu się tamtejszy ruch, budowle, targi, muzea, tym mocniej 
zacierała się sylwetka kobiety spoczywającej w objęciach mężczyzny... 
Już zaczął spacerować po mieszkaniu i oczy jego przypadkowo zatrzymały się 
na stosie ilustracji. Były tam kopie z galerii drezdeńskiej i monachijskiej, Don 
Quichot z rysunkami Dorégo, Hogart... 
Przypomniał sobie, że skazani na gilotynę najznośniej przepędzają czas 
oglądając rysunki... I odtąd całe dnie schodziły mu na przeglądaniu rysunków. 
Skończywszy jedną książkę, brał się do drugiej, trzeciej... i znowu powracał do 
pierwszej. 
Ból głuchnął; widziadła ukazywały się coraz rzadziej, otucha rosła... 
Najczęściej jednak przeglądał Don Quichota, który robił na nim potężne 
wrażenie. 
Przypomniał sobie tę dziwną historię człowieka, przez kilkanaście lat żyjącego 
w sferze poezji — tak jak on, który rzucał się na wiatraki jak on, był druzgotany jak 
on, który zmarnował życie uganiając się za ideałem kobiety — jak on, i 
zamiast królewny znalazł brudną dziewkę od krów — znowu jak on!... 
„A jednakże ten don Quichot był szczęśliwszy ode mnie! — myślał. — Dopiero 
nad grobem zaczął budzić się ze swych złudzeń... A ja?...” 
Im dłużej przypatrywał się rysunkom, im bardziej oswajał się z nimi, tym mniej 
pochłaniały jego uwagę. Spoza don Quichota, Sancho Pansy i mulników 
Dorégo, spoza Walki kogutów i Ulicy pijackiej Hogarta coraz częściej 
pokazywało mu się wnętrze wagonu, drgająca szyba, a w niej niewyraźny obraz 
Starskiego i panny Izabeli... 
Wtedy odrzucił ilustracje i zaczął czytać książki znane mu jeszcze z epoki 
dzieciństwa albo z piwnicy Hopfera. Z niewymownym wzruszeniem odświeżał 
w pamięci: Żywot św. Genowefy, Różę z Tannenburgu, Rinaldiniego, Robinsona 
Kruzoe, a nareszcie — Tysiąc i jedną nocy. Znowu zdawało mu się, że już nie 
istnieje czas ani rzeczywistość i że jego raniona dusza uciekłszy z ziemi błądzi 
po jakichś czarodziejskich krainach, gdzie biją tylko szlachetne serca, gdzie 
podłość nie stroi się w maskę obłudy, gdzie rządzi wieczna sprawiedliwość 
kojąca bóle i nagradzająca krzywdy... 
I tu uderzył go jeden dziwny szczegół. Kiedy z własnej literatury wyniósł 
złudzenia, które zakończyły się rozkładem jego duszy — ukojenie i spokój 
znajdował tylko w literaturach obcych. 
„Czy my naprawdę -myślał z trwogą -jesteśmy narodem marzycieli i czy już 
nigdy nie zejdzie anioł, który by poruszył betsedejską sadzawkę obłożoną tylu 
chorymi?...” 
Pewnego dnia przyniesiono mu z poczty gruby pakiet. 
„Z Paryża?... — rzekł. — Tak z Paryża. Ciekawym, co to?...” 
Ale ciekawość jego nie była dość silną, ażeby zachęcić go do otworzenia i 
przeczytania listu. 
„Taki gruby list!... Komu, u licha, chce się dziś tyle pisać?” 
Rzucił pakiet na biurko i w dalszym ciągu wziął się do czytania Tysiąca i jednej 
nocy. 
Co za rozkosz dla zmęczonego umysłu te pałace z drogich kamieni, drzewa, 
których owocami były klejnoty!... Te kabalistyczne słowa, przed którymi 
ustępowały mury, te cudowne lampy, dzięki którym można było zwalczać 
nieprzyjaciół, przenosić się w mgnieniu oka o setki mil... A ci potężni 
czarodzieje!... Co za szkoda, że taka władza dostawała się ludziom złośliwym i 
nikczemnym!... 
Odkładał książkę i śmiejąc się sam z siebie marzył, że on jest czarodziejem, 
który posiada dwie bagatelki: władzę nad siłami natury i zdolność stawania się 
niewidzialnym... 
„Myślę — rzekł — że po kilku latach mojej gospodarki świat wyglądałby inaczej... 
Najwięksi hultaje zmieniliby się na Sokratesów i Platonów.” 
Wtem spojrzał na list paryski i przypomniał sobie Geista i jego słowa: 
„Ludzkość składa się z gadów i tygrysów, między którymi ledwie jeden na całą 
gromadę znajdzie się człowiek... Dzisiejsze niedole pochodzą stąd, że wielkie 
wynalazki dostawały się bez różnicy ludziom i potworom... Ja nie popełnię tego 
błędu i jeżeli ostatecznie znajdę metal lżejszy od powietrza, oddam go tylko 
prawdziwym ludziom. Niech oni choć raz zaopatrzą się w broń na swój 
wyłączny użytek; niechaj ich rasa mnoży się i rośnie w potęgę...” 
„Niezawodnie byłoby lepiej — mruknął — gdyby tacy Ochoccy i Rzeccy mieli siłę, 
a nie Starscy i Maruszewicze...” 
„To jest cel!... — myślał w dalszym ciągu. — Gdybym był młodszy... Chociaż... 
No i tutaj bywają ludzie, i tu jest niemało do zrobienia...” 
Zaczął znowu czytać historię z Tysiąca nocy, lecz spostrzegł, że i ona już nie 
absorbuje go. Dawny ból zaczął nurtować serce, a przed oczyma coraz 
wyraźniej rysowała się sylwetka panny Izabeli i Starskiego. 
Przypomniał sobie Geista w drewnianych sandałach, później jego dziwny dom 
otoczony murem... I nagle przywidziało mu się, że ten dom jest pierwszym 
stopniem olbrzymich schodów, na szczycie których stoi posąg niknący w 
obłokach. Przedstawiał on kobietę, której nie było widać głowy ani piersi, tylko 
spiżowe fałdy sukni. Zdawało mu się, że na stopniu, którego dotykają jej nogi, 
czerni się napis: „Niezmienna i czysta.” Nie rozumiał, co to jest, ale czuł, że od 
stóp posągu napływa mu w serce jakaś wielkość pełna spokoju. I dziwił się, że 
on, który był zdolnym doświadczać podobnego uczucia, mógł kochać czy 
gniewać się na pannę Izabelę albo zazdrościć jej Starskiemu!... 
Wstyd uderzył mu na twarz, choć nikogo nie było w pokoju. 
Widzenie znikło. Wokulski ocknął się. Był znowu tylko człowiekiem zbolałym i 
słabym, ale w jego duszy huczał jakiś potężny głos niby echo kwietniowej 
burzy, grzmotami zapowiadającej wiosnę i zmartwychwstanie. 
Pierwszego czerwca odwiedził go Szlangbaum. Wszedł zakłopotany; ale 
przypatrzywszy się Wokulskiemu nabrał otuchy. 
— Nie odwiedzałem cię do tej pory — zaczął — bo wiem, żeś był niezdrów i nie 
chciałeś nikogo widywać. No, ale dzięki Bogu, już wszystko przeszło... 
Kręcił się na krześle i spod oka rzucał spojrzenia na pokój; może spodziewał się 
znaleźć w nim więcej nieładu. 
— Masz jaki interes? -zapytał go Wokulski. 
— Nie tyle interes, ile propozycję... Właśnie kiedy dowiedziałem się, żeś chory, 
przyszło mi na myśl... Uważasz... tobie potrzeba dłuższego wypoczynku, 
usunięcia się od wszelkich zajęć, więc przyszło mi na myśl, czybyś nie zostawił 
u mnie tych stu dwudziestu tysięcy rubli... Miałbyś bez kłopotu dziesiąty 
procent. 
— Aha!... — wtrącił Wokulski. — Ja moim wspólnikom bez kłopotu, nawet dla 
siebie, płaciłem piętnaście. 
— Ale teraz cięższe czasy... Zresztą chętnie dam piętnasty procent, jeżeli mi 
zostawisz swoją firmę... 
— Ani firmy, ani pieniędzy -odparł niecierpliwie Wokulski:- Firma bodajby 
nigdy nie istniała, a co do pieniędzy... Tyle ich mam, że mi wystarczy procent, 
jaki dają papiery. Aaa... i tego za dużo. 
— Więc chcesz odebrać swój kapitał na święty Jan? — spytał Szlangbaum. 
— Mogę ci go zostawić do października, nawet bez procentu, pod warunkiem, że 
zatrzymasz przy sklepie tych ludzi, którzy zechcą zostać. 
— Ciężki warunek, ale,.. 
— Jak chcesz. 
Nastała chwila milczenia. 
— Cóż myślisz robić ze spółką do handlu z cesarstwem? — zapytał Szlangbaum. — Bo mówisz tak, jakbyś się i z niej chciał wycofać... 
— Jest to bardzo prawdopodobne. 
Szlangbaum zarumienił się, chciał coś powiedzieć, ale dał spokój. Pogadali 
jeszcze o rzeczach obojętnych i Szlangbaum wyszedł żegnając się z nim bardzo 
serdecznie. 
„On, widzę, ma zamiar wszystko odziedziczyć po mnie — myślał Wokulski. Ha! 
niech dziedziczy... świat należy do tych, którzy go biorą.” 
Swoją drogą Szlangbaum rozmawiający z nim w tej chwili o swoich interesach 
wydał mu się zabawny. 
„Wszyscy w sklepie skarżą się na niego — myślał — mówią, że głowę zadziera, że 
wyzyskuje... Co prawda, o mnie mówili to samo...” 
Spojrzenie jego znowu padło na biurko, gdzie od kilku dni leżał list z Paryża. 
Wziął go do rąk, ziewnął, ale nareszcie odpieczętował. 
Była to korespondencja od baronowej mającej dyplomatyczne stosunki, tudzież 
kilka urzędowych aktów. Przejrzał je i przekonał się, że są to dowody śmierci 
Ernesta Waltera, inaczej Ludwika Stawskiego, który zmarł w Algierze: 
Wokulski zamyślił się. 
„Gdybym przed trzema miesiącami dostał te papiery, kto wie, co by dziś było?... 
Stawska — piękna, a nade wszystko jaka szlachetna... jaka szlachetna!... Czy ja 
wiem, może ona naprawdę mnie kochała?... Stawska mnie, a ja tamtą... Co za 
ironia losu!...” 
Rzucił papiery na biurko i przypomniał sobie ten mały, czysty salonik, w którym 
tyle wieczorów przepędził z panią Stawską, gdzie czuł się tak spokojnym. 
„No — mówił — i odrzuciłem szczęście, które samo wpadło mi w ręce... Ale czy 
może być szczęściem to, czego nie pragniemy?... I jeżeli ona choć przez jeden 
dzień tyle cierpiała co ja?... 
Okrutne jest to urządzenie świata, na którym dwoje ludzi nieszczęśliwych z tego 
samego powodu nie mogą sobie pomóc...” 
Dokumenta o śmierci Stawskiego leżały kilka dni, a Wokulski jeszcze nie 
zdecydował się, co z nimi zrobić. 
Z początku wcale o nich nie myślał, potem, gdy mu coraz częściej wpadały w 
oczy lub pod rękę, zaczął doświadczać wyrzutów sumienia. 
„Ostatecznie — mówił — sprowadziłem je dla pani Stawskiej, więc trzeba to oddać 
pani Stawskiej; ale gdzie ona jest?... Nie wiem... Zabawna byłaby historia, 
gdybym się z nią ożenił... Miałbym towarzystwo. Helunia miłe dziecko... 
miałbym cel w życiu. No, ale ona sama nie zrobiłaby interesu... Cóż bym jej 
wreszcie powiedział? Jestem chory, potrzebuję dozorczyni i dlatego ofiaruję 
pani kilkanaście tysięcy rubli rocznie... Nawet pozwolę się pani kochać, chociaż 
sam... Mam już dosyć miłości...” 
Dzień schodził za dniem, a Wokulski nie wymyślił sposobu odesłania papierów 
pani Stawskiej. Trzeba by dowiedzieć się, gdzie mieszka, napisać list 
rekomendowany, oddać go na pocztę... W końcu przypomniał sobie, że 
najprostszą rzeczą będzie wezwać Rzeckiego (z którym nie widział się od kilku 
tygodni) i jemu oddać dokumenta: Lecz chcąc wezwać Rzeckiego, trzeba 
dzwonić na lokaja, posłać go do sklepu... 
„Aaa... dajcież mi spokój !” — mruknął. 
Wziął się znowu do czytania, tym razem podróży. Zwiedził Stany Zjednoczone, 
Chiny, ale papiery pani Stawskiej nie dawały mu spokoju. Rozumiał, że coś 
trzeba zrobić z nimi, a czuł, — że on nic nie zrobi. 
Taki stan ducha jego samego zaczął dziwić. 
„Myślę przecież prawidłowo — mówił — no, o ile nie przeszkadzają mi 
wspomnienia... Czuję prawidłowo... ach, nawet zanadto prawidłwo ! Tylko... nie 
chce mi się załatwić tego interesu i zresztą żadnego... Jest to więc modna dzisiaj 
choroba woli... Pyszny wynalazek !... Ależ ja, u diabła, nigdy nie stosowałem się 
do mody... W końcu, co mi tam moda czy nie moda; jest mi z nią dobrze, 
zatem... 
Właśnie kończył podróż do Chin, kiedy przyszło mu na myśl, że gdyby on miał 
wolę, to mógłby prędzej czy później zapomnieć i o pewnych wypadkach, i o 
pewnych osobach. 
„A tak mnie to dręczy... tak dręczy.!...” — szepnął. 
Już zupełnie stracił rachubę czasu. 
Pewnego dnia gwałtem wszedł do niego Szuman. 
— No, jakże tam? — spytał. — Czytamy, widzę... powieści, dobrze... podróże, 
doskonale... Nie miałbyś ochoty wyjść na spacer? Ładny dzień, a przez pięć 
tygodni chyba nacieszyłeś się swoim mieszkaniem... 
— Ty z dziesięć lat cieszyłeś się swoim — odparł Wokulski. 
— Racja! Ale ja miałem zajęcie, badałem ludzkie włosy i myślałem o sławie. 
Nade wszystko zaś nie miałem na karku interesów cudzych i swoich. Przecież 
za kilka tygodni będzie sesja tej spółki do handlu z cesarstwem... 
— Wycofuję się z niej... 
— Proszę... Dobra myśl — mówił z ironią Szuman. — I jeszcze, ażeby cię lepiej 
ocenili, pozwól im wziąć na dyrektora Szlangbauma. On ich urządzi!... tak jak 
mnie... Genialna rasa te Żydki, ale cóż to za łajdaki!... 
— No, no, no... 
— Tylkoż ty ich nie broń przede mną — zawołał gniewnie Szuman -bo ja ich nie 
tylko znam, ale i odczuwam... Dałbym gardło, że już w tej chwili Szlangbaum 
kopie pod tobą doły w owej spółce, i jestem pewny, że się tam wkręci, bo 
jakżeby polska szlachta mogła obejść się bez Żyda... 
— Widzę, że nie lubisz Szlangbaunla? 
— Owszem, nawet podziwiam go i chciałbym naśladować, ale nie potrafię! A 
właśnie teraz zaczyna się budzić we mnie instynkt przodków: skłonność do 
geszefciarstwa... O naturo! jakżebym chciał mieć z milion rubli, ażeby zrobić 
drugi milion, trzeci... i stać się młodszym bratem Rotszylda. Tymczasem nawet 
Szlangbaum wyprowadza mnie w pole... Tak długo kręciłem się w waszym 
świecie, żem w końcu utracił najcenniejsze przymioty mojej rasy... Ale to 
wielka rasa: oni świat zdobędą, i nawet nie rozumem, tylko szachrajstwem i 
bezczelnością... 
— Więc zerwij z nimi, ochrzcij się... 
— Ani myślę. Naprzód, nie zerwę z nimi, choćbym się ochrzcił, a jestem znowu 
taki fenomenalny Żydziak, że nie lubię blagować. Po wtóre — jeżeli nie zerwałem 
z nimi, kiedy byli słabi, nie zerwę dziś, kiedy są potężni. 
— Mnie się zdaje, że właśnie teraz są słabsi — wtrącił Wokulski. 
— Czy dlatego, że ich zaczynają nienawidzieć ?... 
— No, nienawiść zbyt silne słowo. 
— Dajże spokój, nie jestem ślepy ani głupi... Wiem, co mówi się o Żydach w 
warsztatach, szynkach, sklepach, nawet w gazetach...I jestem pewny, że lada rok 
wybuchnie nowe prześladowanie, z którego moi bracia w Izraelu wyjdą jeszcze 
mędrsi, jeszcze silniejsi i jeszcze solidarniejsi... A jak oni wam kiedyś zapłacą!... 
Szelmy spod ciemnej gwiazdy, ale muszę uznać ich geniusz i nie mogę wyprzeć 
się sympatii... Czuję, że dla mnie brudny Żydziak jest milszym od umytego 
panicza; a kiedy po dwudziestu latach pierwszy raz zajrzałem do synagogi i 
usłyszałem śpiewy, na honor, łzy mi w oczach stanęły... Co tu gadać... Pięknym 
jest Izrael triumfujący i miło pomyśleć, że w tym triumfie uciśnionych jest 
cząstka mojej pracy!... 
— Szuman, zdaje mi się, że masz gorączkę... 
— Wokulski, jestem pewny, że masz bielmo, i to nie na oczach, ale na mózgu... 
— Jakże możesz wobec mnie mówić o takich rzeczach?.. 
— Mówię, bo naprzód, nie chcę być gadem, który kąsa podstępnie, a po wtóre... 
ty, Stachu, już nie będziesz z nami walczył... Jesteś złamany, i to złamany przez 
swoich... Sklep sprzedałeś, spółkę porzucasz... Kariera twoja skończona. 
Wokulski spuścił głowę na piersi. 
— Pomyśl zresztą — ciągnął Szuman — kto dziś jest przy tobie?... Ja, Żyd, tak 
pogardzony i tak skrzywdzony jak ty... I przez tych samych ludzi... przez 
wielkich panów... 
— Robisz się sentymentalny — wtrącił Wokulski. 
— To nie sentymentalizm!... Bryzgali nam w oczy swoją wielkością, reklamowali 
swoje cnoty, kazali nam mieć ich ideały... A dziś, powiedz sam: co warte są te 
ideały i cnoty, gdzie ich wielkość, która musiała czerpać z twojej kieszeni?... 
Rok tylko żyłeś z nimi, niby na równej stopie, i co z ciebie zrobili?... Więc 
pomyśl, co musieli zrobić z nami, których gnietli i kopali przez całe wieki?... I 
dlatego radzę ci: połącz się z Żydami. Zdublujesz majątek i jak mówi Stary 
Testament, zobaczysz nieprzyjacioły twoje u podnóżka nóg twoich... Za firmę i 
dobre słowo oddamy ci Łęckich, Starskiego i nawet jeszcze kogo na 
przykładkę... Szlangbaum to nie dla ciebie wspólnik, to błazen. 
— A jak zagryziecie owych wielkich panów, to co?... 
— Z konieczności połączymy się z waszym ludem, będziemy jego inteligeneją, 
której dziś nie posiada... Nauczymy go naszej filozofii, naszej polityki, naszej 
ekonomii i z pewnością lepiej wyjdzie na nas aniżeli na swoich 
dotychczasowych przewodnikach... Przewodnikach!... — dodał ze śmiechem. 
Wokulski machnął ręką. 
— Mnie się zdaje — rzekł — że ty, który chcesz wszystkich leczyć na 
marzycielstwo, sam jesteś marzycielem. 
— A toż znowu?... — zapytał Szuman. 
— Tak... Nie macie .gruntu pod nogami, a chcecie innych brać za łeb... Myślcie 
wy lepiej o uczciwej równości z innymi, nie o zdobywaniu świata, i nie leczcie 
cudzych wad przed uleczeniem własnych, które mnożą wam nieprzyjaciół. 
Zresztą ty sam nie wiesz, czego się trzymać: raz gardzisz Żydami, drugi raz 
oceniasz ich zbyt wysoko... 
— Gardzę jednostkami, szanuję siłę gromady. 
— Wprost przeciwnie, aniżeli ja, który gardzę gromadami, a niekiedy szanuję 
jednostki. 
Szuman zamyślił się. 
— Rób, jak chcesz — rzekł biorąc za kapelusz. — Faktem jest jednak, że jeżeli ty 
wyjdziesz ze swojej spółki, to ona wpadnie w ręce Szlangbauma i całej zgrai 
parszywych Żydziaków. Tymczasem gdybyś został, mógłbyś tam wprowadzić 
ludzi uczciwych i przyzwoitych, którzy mają niewiele wad, a wszystkie 
żydowskie stosunki. 
— Tak czy owak, spółkę opanują Żydzi. 
— Ale bez twej pomocy zrobią to Żydzi chederowi, a z tobą zrobiliby 
uniwersyteccy. 
— Czy to nie wszystko jedno! — odparł Wokulski wzruszając ramionami. 
— Nie wszystko. Nas z nimi łączy rasa i wspólne położenie, ale dzielą poglądy. 
My mamy naukę, oni Talmud, my rozum, oni spryt; my jesteśmy trochę 
kosmopolici, oni partykularyści, którzy nie widzą dalej poza swoją synagogę i 
gminę. Gdy chodzi o wspólnych nieprzyjaciół, są wybornymi 
sprzymierzeńcami, ale gdy o postęp judaizmu... wówczas są dla nas nieznośnym 
ciężarem! Dlatego w interesie cywilizacji leży, ażeby kierunek spraw był w 
naszych rękach. Tamci mogą tylko zaplugawić świat chałatami i cebulą, ale nie 
posunąć go naprzód... Pomyśl o tym, Stachu!... 
Uściskał Wokulskiego i wyszedł pogwizdując arię: „Rachelo, kiedy Pan w 
dobroci niepojęty...” 
„Tak tedy — myślał Wokulski — zanosi się na walkę między Żydami postępowymi 
i zacofanymi o naszą skórę, a ja mam brać w niej udział jako sprzymierzeniec 
tych albo tamtych... Piękna rola!:.. Ach, jak mnie to nudzi i nuży...” 
Zaczął marzyć, i znowu zobaczył odrapany mur domu Geista i nieskończoną 
ilość schodów, na szczycie których siedział posąg spiżowej bogini, z głową w 
chmurach i z zagadkowym napisem u stóp: „Niezmienna i czysta...” 
Przez chwilę, kiedy patrzył na fałdy jej sukni, śmiać mu się chciało i z panny 
Izabeli, i ż jej triumfującego wielbiciela, i z własnych cierpień. 
„Czy to podobna?... czy to podobna?... — szepnął. — Ażebym ja...” 
Ale posąg wnet zniknął, a ból powrócił i rozsiadł się w jego sercu jak wielki 
pan, któremu nikt nie sprosta. 
W parę dni po wizycie Szumana zjawił się u Wokulskiego Rzecki. Był bardzo 
mizerny, podpierał się laską i tak zmęczył się wejściem na pierwsze piętro, że 
zadyszany upadł na krzesło i z trudnością mówił. 
Wokulski przeraził się. 
— Co tobie, Ignacy?... — zawołał. 
— Et, nic!... Trochę starość, trochę... Ot, nic!... 
— Ależ ty lecz się, mój drogi, wyjedź gdzie... 
— Powiem ci, że próbowałem wyjeżdżać... Już nawet byłem na kolei. Ale 
ogarnęła mnie taka tęsknota za Warszawą i... za naszym sklepem — dodał ciszej że... 
Iii... co tam!... Przepraszam cię, żem tu przyszedł... 
— Ty mnie przepraszasz, kochany stary?.. Ja myślałem, że gniewasz się na mnie. 
— Ja na ciebie?... — odparł Rzecki wpatrując się w niego z przywiązaniem. — Ja na 
ciebie?... — Ale co tam!... Przypędziły mnie tu interesa i ciężki kłopot... 
— Kłopot? 
— Wyobraź sobie, że Klejn aresztowany... 
Wokulski cofnął się z krzesłem. 
— Klejn i ci dwaj... pamiętasz?... Ten Maleski i Patkiewicz... 
— Za co? 
— Oni mieszkali w domu baronowej Krzeszowskiej, no i trochę, co prawda, 
szykanowali tego... tego Maruszewicza... On groził, a ci jeszcze lepiej... W 
końcu poleciał na skargę do cyrkułu... Zeszła policja, zrobił się jakiś skandal i 
wszystkich trzech wzięto do kozy. 
— Dzieciaki... dzieciaki!... — szepnął Wokulski. 
— Ja to samo mówiłem — ciągnął Rzecki. -Naturalnie, nic im się nie stanie, ale 
zawsze niemiła historia. Ten osioł Maruszewicz sam przestraszony... Wpadł do 
mnie, przysięgał, że on temu nie winien... Nie mogłem już wytrzymać i 
odpowiedziałem mu: „Żeś pan nie winien, jestem pewny; ale i to pewne, że w 
naszych czasach Pan Bóg opiekuj się hultajami... Bo naprawdę to pan 
powinieneś siedzieć dziś pod kluczem za fałszowanie podpisów" ale nie te 
lekkoduchy...” Aż rozpłakał się. Przysiągł, że odtąd wejdzie na dobrą drogę i że 
jeżeli dotychczas nie wszedł na nią, to tylko z twojej winy. 
„Byłem pełen najszlachetniejszych zamiarów — mówił — ale pan Wokulski, 
zamiast podać mi rękę, zamiast utwierdzić w zacnych intencjach, zbył mnie 
lekceważeniem...” 
— Poczciwa dusza! — roześmiał się Wokulski. — Cóż więcej? 
— W mieście gadają — mówił Rzecki — że opuszczasz spółkę... 
— Tak... 
— I że odstępujesz ją Żydom. 
— No, przecież moi wspólnicy nie są starą garderobą, ażebym mógł ich 
odstępować — wybuchnął Wokulski. -Mają pieniądze, mają głowy na karkach... 
Niech znajdą ludzi i niech sobie radzą. 
— Kogo oni tam znajdą, a choćby znaleźli, komu zaufają, jeżeli nie Żydom!... A 
Żydzi na serio myślą o tym interesie. Nie ma dnia, ażeby nie odwiedził mnie 
Szuman albo Szlangbaum, a każdy namawia, ażebym ja po tobie prowadził 
spółkę... 
— Właściwie ty ją dziś prowadzisz. 
Rzecki machnął ręką. 
— Twoimi pomysłami i pieniędzmi! — odparł. — Ale mniejsza... Z tego widzę, że 
Szuman należy do jednej partii, a Szlangbaum do drugiej i że potrzebują 
sztromanów... Przede mną jeden na drugiego wiesza psy, ale wczoraj słyszałem, 
że obie partie już mają się porozumieć. 
— Mądrzy! — szepnął Wokulski. 
— Ale ja do nich straciłem serce — odparł Rzecki. — Jestem przecie stary kupiec i 
mówię ci, że u nich wszystko stoi na bladze, szacherce i tandecie. 
— Nie bardzo im wymyślaj — wtrącił Wokulski — boć to przecie my ich 
wyhodowaliśmy... 
— Nie my!... — zawołał gniewnie Rzecki — oni wszędzie tacy... Gdziekolwiek ich 
spotkałem: w Peszcie, Konstantynopolu, w Paryżu i w Londynie, zawsze 
widziałem jedną zasadę: dawać jak najmniej, a brać jak najwięcej, tak we 
względzie materialnym, jak i w moralnym... Blichtr... zawsze blichtr!... 
Wokulski zaczął chodzić. po pokoju. 
— Szuman miał rację — rzekł — że wzrasta do nich niechęć, kiedy nawet ty... 
— Ja nie jestem niechętny... ja już schodzę z pola... Ale spojrzyj tylko, co się tu 
dzieje?... Gdzie oni nie włażą, gdzie nie otwierają sklepów, do czego nie 
wyciągają rąk?... A każdy, byle zajął jakie stanowisko, prowadzi za sobą cały 
legion swoich, bynajmniej nie lepszych od nas, nawet gorszych. Zobaczysz, co 
zrobią z naszym sklepem: jacy to tam będą subiekci, jakie towary... I ledwie 
zagarnęli sklep, już wkręcają się między arystokrację, już biorą się do twojej 
spółki... 
— Nasza wina... Nasza wina!... — powtarzał Wokulski. — Nie możemy odmawiać 
ludziom prawa do zdobywania stanowisk, ale możemy bronić własnych. 
— Ty sam opuszczasz stanowisko. 
— Nie przez nich; oni ze mną uczciwie wychodzili. 
— Boś był im potrzebny. Z ciebie i twoich stosunków zrobili szczebel... 
— No, co tam — przerwał Wokulski — obaj nie przekonamy, się... Ale, ale... Mam 
tu urzędowe papiery o śmierci Ludwika Stawskiego. 
Rzecki zerwał się z fotelu. 
— Męża pani Heleny?... Gdzie?... — mówił rozgorączkowany. — Ależ to ocalenie 
dla nas wszystkich!... 
Wokulski podał dokumenta, które Rzecki schwycił drżącymi rękoma. 
— Wieczny odpoczynek i... chwała Bogu!... — prawił czytając.- No, kochany 
Stachu, dziś nie ma już żadnej przeszkody... Zeń się z nią... Ach, gdybyś 
wiedział, jak ona cię kocha... Zaraz doniosę o tym biedaczce, a papiery ty sam 
zawieź i... oświadcz się z miejsca... Już widzę, spółka będzie uratowana, a może 
i sklep... Paruset ludzi, których uchronisz od nędzy, pobłogosławi was... Co to 
za kobieta!... Przy niej dopiero znajdziesz spokój i szczęście... 
Wokulski stanął przed nim i pokiwał głową. 
— A ona ze mną znajdzie szczęście? — spytał. 
— Szalenie cię kocha... Ty nawet nie domyślasz się... 
— A wie ona: co kocha?... Czy ty nie widzisz, że ja już jestem tylko ruiną, 
najgorszą, bo moralną... Zatruć komu szczęście potrafię, ale dać!... 
I jeżeli mógłbym dać coś światu, to chyba pieniądze i pracę, ale... nie dla 
dzisiejszych ludzi i jak najdalej od nich. 
— Eh, przestań!... — zawołał Rzecki. — Ożeń się z nią, a zaraz inaczej spojrzysz... 
Wokulski śmiał się smutno. 
— Tak... ożenić się!... Spętać dobrą i niewinną istotę, wyzyskiwać 
najszlachetniejsze uczucia, a myślą być gdzie indziej... I może jeszcze za rok lub 
dwa wymawiać, że dla niej porzuciłem wielkie zamiary... , 
— Polityka?... — szepnął tajemniczo Rzecki. 
— Co tam polityka!... już miałem czas i okazje rozczarować się do niej... Jest coś 
ważniejszego od polityki... 
— Może wynalazek tego Geista?... — pytał Rzecki. 
— A ty skąd wiesz? 
— Od Szumana. 
— Ach, prawda!... Zapomniałem, że Szuman musi wiedzieć o wszystkim. To 
także talent... 
— I bardzo pomocny. Swoją drogą, radzę ci: pomyśl o pani Stawskiej, bo... 
— Ty mi ją odbijesz?... — uśmiechnął się Wokulski. — Odbij, odbij!... Gwarantuję 
wam, że nie zaznacie biedy. 
— Tfy! dajże spokój!... Ziemia by się zapadła, gdyby taki stary grat jak ja myślał 
o podobnej kobiecie. Ale jest tu ktoś niebezpieczniejszy... Mraczewski... Szaleje 
za nią, mówię ci, i już pojechał do niej trzeci czy czwarty raz... Serce kobiety nie 
kamień... 
— O!... Mraczewski?... Już nie bawi się w socjalizm? 
— Ale skąd! on mówi, że byle człowiek odłożył pierwszy tysiąc rubli, a jeszcze 
poznał taką piękną kobietę jak Stawka, zaraz polityka wywietrzeje mu z głowy. 
— Biedny Klejn był innego zdania — rzekł Wokulski. 
— .Co tam Klejn, narwaniec!... Dobry chłopak, ale żaden subiekt... Mraczewski, 
oto była perła!... Piękny, paplał po francusku, a jak on spoglądał na klientki, jak 
podkręcał wąsy!... Ten zrobi interes na świecie i zdmuchnie ci panią Stawską... 
Zobaczysz!... 
Zabrał się do wyjścia, ale jeszcze stanął i rzekł: 
— Żeń się z nią, Stachu, żeń... Uszczęśliwisz kobietę, uratujesz spółkę, a może i 
sklep ocalisz. Co tam wynalazki!... Rozumiałbym cele polityczne w tych 
czasach, kiedy mogą zajść najdonioślejsze wypadki. Ale te machiny latające... 
Chociaż może i one przydałyby się? — dodał po namyśle. -Ha! zresztą rób, jak 
chcesz, ale prędko decyduj się co do Stawskiej, bo czuję, że Mraczewski nie 
zaśpi gruszek w popiele. To frant! Machiny latające... Phy! czy ja wiem?... 
Może i to... może i to na coś się przyda. 
Wokulski został sam. 
„Paryż czy Warszawa?... — myślał. — Tam wielki cel, ale niepewny, tu paruset 
ludzi... Na których nie mogę patrzeć...” — dodał po chwili. 
Zbliżył się do okna i jakiś czas wyglądał na ulicę, po prostu ażeby się przemóc. 
Ale wszystko drażniło go: ruch powozów, bieganina pieszych, ich zafrasowane 
lub uśmiechnięte twarze. Najbardziej zaś rozstrajał go widok kobiet. Zdawało 
mu się, że każda jest uosobieniem głupoty i fałszu. 
„Każda znajdzie swego Starskiego, prędzej lub później — myślał.- Każda go 
szuka.” 
Wkrótce znowu odwiedził Wokulskiego Szuman. 
— Mój drogi — zawołał od progu śmiejąc się — choćbyś miał mnie wyrzucić za 
drzwi, będę cię prześladował wizytami... 
— Ale owszem, przychodź jak najczęściej — odparł Wokulski. 
— Więc zgadzasz się?... Wybornie!... To połowa kuracji...Co znaczy jednakże 
silny mózg!... Po niecałych siedmiu tygodniach ciężkiej mizantropii już 
zaczynasz tolerować gatunek człowieczy, i to jeszcze w mojej osobie... Cha! 
Cha! Cha!... Cóż by było, gdyby wpuścić do twej klatki jakąś szykowną 
kobietkę... 
Wokulski zbladł. 
— No, no... wiem, że jeszcze za wcześnie... Choć już pora, ażebyś zaczął 
ukazywać się między ludźmi. To uleczyłoby cię do reszty. Bo weź za przykład 
mnie — prawił Szuman. — Dopóki siedziałem w czterech ścianach, nudziłem się 
jak diabeł w dzwonnicy; a dziś ledwiem pokazał się w świecie, już mam tysiące 
rozrywek. Szlangbaum chce mnie okpić i z jednego zdziwienia wpada w drugie, 
dzień po dniu przekonywając się, że choć mam tak naiwną minę, przecież z góry 
przewidziałem wszystkie jego cugi. To nawet zjednało mi u niego szacunek... 
— Dosyć skromna zabawa — wtrącił Wokulski. 
— Zaczekaj ! Drugą uciechę sprawiają mi moi współwyznawcy ze sfer 
finansowych, ponieważ zdaje im się, że ja mam nadzwyczajny spryt do 
interesów i że pomimo to będą mną mogli kierować, jak im się podoba... 
Wyobrażam sobie ich bolesne rozczarowanie, kiedy przekonają się, że ani 
jestem dość sprytnym do interesów, ani dość głupim, ażeby stać się pionkiem w 
ich rękach... 
— A tak namawiałeś mnie do wejścia w spółkę z nimi?.. 
— To co innego. Ja i dziś jeszcze cię namawiam. Na ostrożnej spółce z 
rozumnymi Żydami nikt nigdy nie stracił, przynajmniej finansowo. Ale co 
innego być wspólnikiem, a co innego pionkiem, jakim mnie chcą zrobić... Ach, 
te Żydziaki !... zawsze szelmy, w chałatach czy we frakach... 
— Co ci jednak nie przeszkadza uwielbiać ich, a nawet łączyć się ze 
Szlangbaumen!?... 
— To znowu co innego — odparł Szuman. — Żydzi, moim zdaniem, są 
najgenialniejszą rasą w świecie, a przy tym moją rasą, więc ich podziwiam i w 
gromadzie kocham. A co do porozumienia ze Szlangbaumem... Bój się Boga, 
Stachu! czyby to była rzecz rozsądna z nasze strony, gdybyśmy się żarli między 
sobą wówczas, kiedy idzie o uratowanie tak świetnego interesu jak spółka do 
handlu z cesarstwem?... Ty ją rzucasz, więc albo runie, albo złapią ją Niemcy i 
w każdym razie kraj straci. A tak i kraj zyska, i my... 
— Coraz mniej rozumiem cię — wtrącił Wokulski. — Żydzi są wielcy i Żydzi są 
szelmy... Szlangbauma trzeba wyrzucić ze spółki i trzeba go znowu przyjąć... 
Raz Żydzi na tym zyskują, to znowu kraj zyska... Kompletny chaos!.. 
— Masz, Stachu, mózg przewrócony... To żaden chaos, najjaśniejsza prawda... W 
tym kraju tylko Żydzi tworzą jakiś ruch przemysłowy i handlowy, a więc każde 
ich ekonomiczne zwycięstwo jest czystym zyskiem dla kraju... Nie mam racji?... 
— Muszę się nad tym zastanowić — odparł Wokulski. — No, a jaką jeszcze masz 
uciechę?.. 
— Największą. Wyobraź sobie, że na pierwszą wieść o moich przyszłych 
sukcesach finansowych już chcą mnie żenić... Mnie, z moją żydowską mordą i 
łysiną!... 
— Kto?... z kim?.. 
— Naturalnie, że nasi znajomi, a z kim?... Z kim zechcę. Nawet z chrześcijanką, i 
to z pięknej familii, byłem się ochrzcił... 
— A ty?.. 
— Wiesz co, że gotowem to zrobić przez ciekawość. Po prostu dla dowiedzenia 
się: w jaki sposób przekona mnie o swej miłości chrześcijanka piękna, młoda, 
dobrze wychowana, a nade wszystko z porządnej familii?... Tu już miałbym 
miliony zabaw. Bawiłbym się widząc jej konkury o moją rękę i serce. Bawiłbym 
się słysząc, jak mówi o swej wielkiej ofierze dla dobra rodziny, a może nawet 
ojczyzny. Bawiłbym się w końcu śledząc, w jaki sposób powetowałaby sobie 
swoją ofiarę: czy oszukiwałaby mnie starą metodą, to jest potajemnie, czy nową, 
to jest jawnie, i może nawet żądając mego przyzwolenia?... 
Wokulski schwycił się za głowę. 
— Okropność... — szepnął. 
Szuman patrzył na niego spod oka. 
— Stary romantyku!... stary romantyku!... — mówił. — Chwytasz się za głowę, bo w 
twojej chorej wyobraźni ciągle jeszcze pokutuje chimera idealnej miłości, 
kobiety z anielską duszą... Takich jest ledwie jedna na dziesięć, więc masz 
dziewięć przeciw jednemu, że na taką nie trafisz. A chcesz poznać normę?..: 
więc rozejrzyj się w stosunkach ludzkich. Albo mężczyzna jak kogut uwija się 
między kilkunastoma kurami, albo kobieta, jak wilczyca w lutym, wabi za sobą 
całą zgraję ogłupiałych wilków czy psów... I powiadam ci, że nie ma nic 
bardziej upadlającego jak ściganie się w takiej gromadzie, jak zależność od 
wilczycy... W tym stosunku traci się majątek, zdrowie, serce, energię, a w końcu 
i rozum... Hańba temu, kto nie potrafi wydobyć się z podobnego błota! 
Wokulski siedział milczący, z szeroko otwartymi oczyma. Wreszcie rzekł 
cichym głosem: 
— Masz rację... 
Doktór pochwycił go za rękę i gwałtownie targając nią zawołał: 
— Mam rację?... ty to powiedziałeś?... A więc — jesteś ocalony!... Tak, jeszcze 
będą z ciebie ludzie... Pluń na wszystko, co minęło: na własną boleść i na cudzą 
nikczemność... Wybierz sobie jaki cel, jakikolwiek, i zacznij nowe życie. Rób 
dalej majątek czy cudowne wynalazki, żeń się ze Stawską czy zawiąż drugą 
spółkę, byłeś czegoś pragnął i coś robił. Rozumiesz? I nigdy nie pozwól 
nakrywać się spódnicą... Rozumiesz? Ludzie twojej energii rozkazują, nie 
słuchają, prowadzą, nie zaś są prowadzeni... Kto mając do wyboru ciebie i 
Starskiego wybrał Starskiego, ten dowiódł, że niewart nawet Starskiego... Oto 
moja recepta, pojmujesz?... A teraz bądź zdrów i zostań z własnymi myślami. 
Wokulski nie zatrzymywał go. 
— Gniewasz się? — rzekł Szuman. — Nie dziwię się, wypaliłem ci tęgiego raka; a 
to, co jeszcze zostało, samo zginie. Bywaj zdrów. 
Po odejściu doktora Wokulski otworzył okno i rozpiął koszulę. Było mu duszno, 
gorąco i zdawało mu się, że go krew zaleje. Przypomniał sobie Zasławek i 
oszukiwanego barona, przy którym on sam odegrywał wówczas prawie taką 
rolę, jak dzisiaj przy nim Szuman... 
Zaczął marzyć i obok wizerunku panny Izabeli w objęciach Starskiego ukazała 
mu się teraz gromada zziajanych wilków uganiających się po śniegu za 
wilczycą... A on był jednym z nich!... 
Znowu ogarnął go ból, a zarazem wstręt i obrzydzenie do samego siebie. 
„Jakim ja nikczemny i głupi!... — zawołał uderzając się w czoło. Żeby tyle 
widzieć, tyle słyszeć i jednakże dojść do podobnego upodlenia... Ja... ja... 
ścigałem się ze Starskim i Bóg wie z kim jeszcze.” 
Tym razem śmiało wywołał w pamięci obraz panny Izabeli; śmiało 
przypatrywał się jej posągowym rysom, popielatym włosom, oczom mieniącym 
się wszystkimi barwami, od niebieskiej do czarnej. I zdawało mu się, że na jej 
twarzy, szyi, ramionach i piersiach widzi, jak piętna, ślady pocałunków 
Starskiego... 
„Miał rację Szuman — pomyślał — jestem naprawdę uleczony...” 
Powoli jednak gniew ostygł w nim, a jego miejsce znowu zajął żal i smutek. 
Przez kilka następnych dni Wokulski już nic nie czytał. Prowadził ożywioną 
korespondencję z Suzinem i dużo rozmyślał. 
Myślał, że w obecnym położeniu, prawie od dwu miesięcy zamknięty w swoim 
gabinecie; już przestał być człowiekiem i zaczyna robić się czymś podobnym do 
ostrygi, która, siedząc na jednym miejscu, bez wyboru przyjmuje od świata to, 
co jej rzuci przypadek. 
A jemu co dał przypadek? 
Najpierw podsunął książki, z których jedne oświeciły go, że jest don Quichotem, 
a inne obudziły w nim pociąg do cudownego świata, w którym ludzie posiadają 
władzę nad wszelkimi siłami natury. 
Więc chciał już nie być don Quichotem i zapragnął posiadać władzę nad siłami 
natury. 
Potem kolejno wpadali do niego Szlangbaum i Szuman, od których dowiedział 
się, że dwie partie żydowskie walczą między sobą o odziedziczenie po nim 
kierunku spółką. W całym kraju nie było nikogo, kto by mógł dalej rozwijać 
jego pomysły; nikogo, prócz Żydów, którzy występowali z całą kastową 
arogancją, przebiegłością, bezwzględnością i jeszcze kazali mu wierzyć, że jego 
upadek, a ich triumf — będzie korzystnym dla kraju... 
Wobec tego poczuł taki wstręt do handlu, spółek i wszystkich zysków, że dziwił 
się samemu sobie: jakim sposobem on mógł, prawie przez dwa lata, mieszać się 
do podobnych rzeczy? 
„Zdobywałem majątek dla niej!... — pomyślał. — Handel... ja i handel!... I to ja 
zgromadziłem przeszło pół miliona rubli w ciągu dwu lat, ja zmieszałem się z 
ekonomicznymi szulerami, stawiałem na kartę pracę i życie, no... i wygrałem... 
Ja — idealista, ja — uczony, ja, który przecie rozumiem, że pół miliona rubli 
człowiek nie mógłby wypracować przez całe życie, nawet przez trzy życia... A 
jedyną pociechą, jaką jeszcze wyniosłem z tej szulerki, jest pewność, żem nie 
kradł i nie oszukiwał... Widocznie Bóg opiekuje się głupcami...” 
Potem znowu wypadek przyniósł mu wiadomość o śmierci Stawskiego w liście 
z Paryża i od tej chwili kolejno budziły się w nim wspomnienia pani Stawskiej i 
Geista. 
„Mówiąc prawdę -myślał — powinien bym ten wyszulerowany majątek zwrócić 
ogółowi. Biedy i ciemnoty u nas pełno, a ci ludzie biedni ciemni są jednocześnie 
najczcigodniejszym materiałem... Jedyny zaś na to sposób byłby ożenić się ze 
Stawską. Ona z pewnością nie tylko nie paraliżowałaby moich zamiarów, ale 
byłaby najwierniejszą pomocnicą. Ona przecież zna pracę i biedę, i jest taka 
szlachetna!...” 
Tak rozumował, ale czuł co innego: pogardę dla łudzi, których chciał 
uszczęśliwić. Czuł, że pesymizm Szumana nie tylko poderwał w nim 
namiętność dla panny Izabeli, ale jeszcze zatruł jego samego. Trudno mu było 
opędzić się przed skutkami słów, że rodzaj ludzki albo składa się z kur 
kokietujących koguta, albo z wilków uganiających się za wilczycą. I że 
gdziekolwiek zwróci się, ma dziewięć razy więcej szans, że trafi na zwierzę 
aniżeli na człowieka!... 
„Niech go diabli wezmą z taką kuracją” — szepnął. 
Teraz począł zastanawiać się nad Szumanem. 
Trzej ludzie upatrywali w człowieczym gatunku cechy mocno zwierzęce: on 
sam, Geist i Szuman. Ale on sądził, że zwierzęta w ludzkiej postaci są 
wyjątkami, ogół zaś składa się z dobrych jednostek. Geist twierdził, przeciwnie, 
że ogół ludzki jest bydlęcym, a jednostki dobre są wyjątkami; ale Geist wierzył, 
że z czasem rozmnożą się ci dobrzy ludzie, że opanują całą ziemię — i od 
kilkudziesięciu lat pracował nad wynalazkiem, który by umożliwił ten triumf. 
Szuman także twierdził, że ogromna większość ludzi są zwierzętami, lecz ani 
wierzył w lepszą przyszłość, ani w nikim nie budził tej otuchy. Dla niego ludzki 
rodzaj był już skazany na wiekuiste bydlęctwo, wśród którego odróżniali się 
tylko Żydzi, jak szczupaki między karasianii. 
„Piękna filozofia!” — myślał Wokulski. 
Czuł jednak, że w jego zranionej duszy, jak w świeżo zaoranym polu, pesymizm 
Szumana bystro się pleni. Czuł, że gaśnie w nim nie tylko miłość, ale nawet żal 
do panny Izabeli. Bo jeżeli cały świat składa się z bydląt, to nie ma dobrej racji 
ani szaleć za jednym z nich, ani gniewać się za to, że jest zwierzęciem, nie 
lepszym i zapewne nie gorszym od innych. 
„Piekielna jego kuracja! — powtarzał. — Ale kto wie, czy nie słuszna?... Ja fatalnie 
zbankrutowałem na moich poglądach; kto mi zaręczy, że i Geist nie myli się w 
swoich albo że nie ma racji Szuman?... Rzecki bydlę, Stawska bydlę, Geist 
bydlę, ja sam bydlę... Ideały — to malowane żłoby, w których jest malowana 
trawa, niezdolna nikogo nasycić!... Więc co się poświęcać dla jednych albo 
uganiać za drugimi?... Po prostu trzeba się wyleczyć, a potem na odmianę jadać 
polędwicę albo ładne kobiety i popijać to dobrym winem... Czasami coś 
przeczytać, czasami gdzie wyjechać, wysłuchać koncertu i tak doczekać starości 
„ 
Na tydzień przed sesją, która miała zdecydować o losach spółki, wizyty u 
Wokulskiego stały się coraz częstszymi. Przychodzili kupcy, arystokracja, 
adwokaci zaklinając go, ażeby nie opuszczał stanowiska i nie narażał instytucji, 
która przecież jest jego dziełem. Wokulski przyjmował interesantów z tak 
lodowatą obojętnością, że nawet nie mieli ochoty wypowiedzieć mu swoich 
argumentów; mówił, że jest znużony i chory i że musi się wycofać. 
Interesanci odchodzili bez nadziei; każdy jednak przyznawał, że Wokulski musi 
być ciężko chory. Wychudł, odpowiadał krótko i cierpko, a w oczach paliła mu 
się gorączka. 
— Zabił się chciwością! — mówili kupcy. 
Na parę dni przed ostatecznym terminem Wokulski wezwał swego adwokata i 
prosił go o zawiadomienie wspólników, że stosownie do zawartej z nimi 
umowy, wycofuje kapitał i usuwa się ze spółki. Inni mogą zrobić to samo. 
— A pieniądze? -spytał adwokat. 
— Dla nich już są gotowe w banku; ja zaś mam rachunki z Suzinem. 
Adwokat pożegnał go strapiony. Tegoż dnia przyjechał do Wokulskiego książę. 
— Słyszę nieprawdopodobne rzeczy! — zaczął książę ściskając go za rękę. — Adwokat pański zachowuje się tak, jakby pan naprawdę miał zamiar nas 
opuścić... 
— Czy książę myślał, że żartuję?... 
— No, nie... Ja myślę, że pan spostrzegł jakieś niedogodności w naszej umowie 
i... 
— I targuję się, ażeby zmusić was do podpisania innej, która zmniejszy wasze 
procenta, a zwiększy moje dochody... — pochwycił Wokulski. — Nie, książę, 
usuwam się zupełnie na serio. 
— Więc robi pan zawód swoim wspólnikom... 
— Jaki? Panowie sami zawiązaliście ze mną spółkę tylko na rok i sami żądaliście 
takiego prowadzenia interesów, ażeby w ciągu miesiąca po rozwiązaniu umowy 
każdy wspólnik mógł wycofać swój wkład. To było wasze wyraźne żądanie. Ja 
zaś przekroczyłem je o tyle, że zwrócę pieniądze nie w miesiąc dopiero, ale w 
godzinę po rozwiązaniu spółki. 
Książę upadł na fotel. 
— Spółka zostanie -rzekł cicho — ale na miejsce pana wejdą do niej 
starozakonni... 
— To już z wyboru panów. 
— Żydowszczyzna w naszej spółce!... — westchnął książę. — Oni nawet na 
posiedzeniach gotowi rozmawiać po żydowsku... Nieszczęsny kraj! nieszczęsny 
język!... 
— Nie ma obawy — wtrącił Wokulski. — Większość naszych wspólników ma 
zwyczaj rozmawiać na sesjach po francusku i językowi nic się nie stało, więc 
chyba nie zaszkodzi mu i kilka frazesów w żargonie. 
Książę zarumienił się. 
— Ależ starozakonni, panie... obca rasa... Teraz jeszcze zaczęła się przeciw nim 
jakaś niechęć... 
— Niechęć tłumu niczego nie dowodzi. Lecz któż zresztą broni panom zebrać 
odpowiednie kapitały, jak to zrobili Żydzi, i powierzyć je nie Szlangbaumowi, 
ale któremu z chrześcijańskich kupców? 
— Nie znamy takiego, któremu można by zaufać. 
— A Szlangbauma znacie?... 
— Przy tym u nas nie ma ludzi dość zdolnych — wtrącił książę.- To są subiekci, 
nie finansiści... 
— A ja czym byłem?... Także subiektem i nawet restauracyjnym chłopcem; mimo 
to spółka przyniosła zapowiedziany dochód. 
— Pan jesteś wyjątkiem... 
— Któż panom zaręczy, że nie znaleźlibyście więcej takich wyjątków w 
piwnicach i za kontuarami. Poszukajcie. 
— Starozakonni sami do nas przychodzą... 
— Otóż to!... — zawołał Wokulski. — Żydzi przychodzą albo wy do nich, ale 
chrześcijański parweniusz do was nawet przyjść nie może, bo tyle napotyka 
zawad po drodze... Wiem coś o tym. Wasze drzwi tak szczelnie są zamknięte 
przed kupcem i przemysłowcem, że albo trzeba je zbombardować setkami 
tysięcy rubli, ażeby się otworzyły, albo wciskać się jak pluskwa... Uchylcie 
trochę tych drzwi, a może będziecie mogli obchodzić się bez Żydów. 
Książę zasłonił rękoma oczy. 
— O, panie Wokulski, to... bardzo słuszne, co pan mówi, ale i bardzo gorzkie... 
bardzo okrutne... Mniejsza jednak... Rozumiem pański żal do nas, ależ... są 
jakieś obowiązki względem ogółu... 
— No, ja nie uważam tego za pełnienie obowiązków, że od mego kapitału miałem 
piętnaście procent rocznie. I nie sądzę, ażebym był gorszym obywatelem 
poprzestając na pięciu... 
— Ależ my wydajemy te pieniądze — odparł już obrażony książę. — Ludzie żyją 
około nas... 
— I ja będę wydawał. Pojadę na lato do Ostendy, na jesień do Paryża, na zimę do 
Nizzy... 
— Przepraszam!... Nie tylko za granicą żyją z nas ludzie.. Iluż tutejszych 
rzemieślników... 
— Czeka na swoje należności po roku i dłużej -pochwycił Wokulski. — My obaj, 
mości książę, znamy takich protektorów krajowego przemysłu, mieliśmy ich 
nawet w naszej spółce... 
Książę zerwał się z fotelu. 
— Aaa!... to się nie godzi, panie Wokulski — mówił zadyszany.- Prawda, są wśród 
nas duże wady, są grzechy, ale żadnego z nich nie popełniliśmy względem 
pana... Miałeś naszą życzliwość... szacunek... 
— Szacunek!... — zawołał śmiejąc się Wokulski. — Czy książę sądzi, że nie 
zrozumiałem, na czym on polegał i jakie zapewniał mi stanowisko między 
wami?... Pan Szastalski, pan Niwiński, nawet... pan Starski, który nigdy nic nie 
robił i nie wiadomo skąd brał pieniądze, o dziesięć pięter stali wyżej ode mnie w 
waszym szacunku. Co mówię... Lada zagraniczny przybłęda bez trudu dostawał 
się do waszych salonów, które ja musiałem dopiero zdobywać, choćby... 
piętnastym procentem od powierzonych mi kapitałów!... To oni, to ci ludzie, nie 
ja, posiadali wasz szacunek, ba! mieli nierównie rozleglejsze przywileje... Choć 
każdy z tych wyżej oszacowanych mniej jest wart aniżeli mój szwajcar 
sklepowy, bo on coś robi i przynajmniej nie gnoi ogółu... 
— Panie Wokulski, krzywdzisz nas... Rozumiem, o czym pan mówisz, i na mój 
honor, wstydzę się... Ależ my nie odpowiadamy za występki jednostek... 
— Owszem, wy wszyscy odpowiadacie, bo owe jednostki wyrosły pośród was, a 
to, co książę nazywasz występkiem, jest tylko owocem waszych poglądów, 
waszej pogardy dla wszelkiej pracy i wszelkich obowiązków. 
— Żal mówi przez pana... — odparł książę zabierając się do wyjścia. — Żal słuszny, 
ale może niewłaściwie skierowany... Żegnam pana. Więc zostawiasz nas na 
pastwę starozakonnym?... 
— Mam nadzieję, że porozumiecie się z nimi lepiej niż z nami rzekł Wokulski z 
ironią. 
Książę miał łzy w oczach. 
— Myślałem — mówił wzruszony — że będziesz pan złotym mostem między nami a 
tymi, którzy... coraz więcej odsuwają się od nas... 
— Chciałem być mostem, ale podpiłowano go i zawalił się... — odpowiedział 
Wokulski kłaniając się. 
— Wracajmy więc do okopów Świętej Trójcy!... 
— To jeszcze nie okopy... to dopiero spółka z Żydami. 
— Tak pan mówisz?... — zapytał książę blednąc. — A więc ja... nie należę do tej 
spółki... Nieszczęsny kraj!... 
Kiwnął głową i wyszedł. 
Nareszcie odbyła się sesja rozstrzygająca losy spółki do handlu z cesarstwem. 
Przede wszystkim zarząd, utworzony przez Wokulskiego, złożył sprawozdanie 
za rok ubiegły. Okazało się, że obroty przewyższały kilkanaście razy kapitał, 
który przyniósł nie piętnaście, ale osiemnaście procent zysku. Wspólnicy 
słuchając tego byli wzruszeni i na wniosek księcia podziękowali zarządowi i 
nieobecnemu Wokulskiemu przez powstanie. 
Potem podniósł się adwokat Wokulskiego i oświadczył, że jego klient z powodu 
choroby wycofuje się nie tylko od zarządu, ale nawet od udziału w spółce. 
Wszyscy od dawna byli przygotowani na tę wiadomość, niemniej zrobiła 
wrażenie bardzo przygnębiające. Korzystając z przerwy książę poprosił o głos i 
zawiadomił obecnych, że skutkiem usunięcia się Wokulskiego i on występuje ze 
spółki. Co powiedziawszy zaraz opuścił salę obrad; na odchodne zaś rzekł do 
któregoś ze swoich przyjaciół. 
— Nigdy nie miałem zdolności do operacji handlowych, a Wokulski jest jedynym 
człowiekiem, któremu mogłem powierzyć honor mego nazwiska. Dziś nie ma 
jego, więc i ja nie mam tu co robić. 
— Ale dywidenda?... — szepnął przyjaciel. 
Książę spojrzał na niego z góry. 
— To, com robił, robiłem nie dla dywidendy, ale dla nieszczęśliwego kraju odparł. 
— Chciałem do naszej sfery wlać trochę świeżej krwi i świeższych 
poglądów; muszę jednak wyznać, żem przegrał, i to nie z winy Wokulskiego... 
Biedny ten kraj!... 
Wyjście księcia, aczkolwiek nieoczekiwane, zrobiło mniejsze wrażenie; obecni 
bowiem już byli uprzedzeni, że spółka utrzyma się. 
Teraz wystąpił jeden z adwokatów i drżącym głosem odczytał bardzo piękną 
mowę, której treścią było to, że z usunięciem się Wokulskiego spółka traci nie 
tylko kierownika, ale i pięć szóstych kapitału. „Powinna by więc upaść -ciągnął 
mówca — i gruzami swoimi zasypać cały kraj, tysiące pracowników, setki 
rodzin...” 
Tu przerwał czekając na efekt. Ale obecni zachowywali się obojętnie, z góry 
wiedząc, co nastąpi dalej. 
Adwokat zabrał znowu głos i wezwał obecnych, ażeby nie tracili męstwa. 
„Znalazł się bowiem zacny obywatel, człowiek fachowy, nawet przyjaciel i 
wspólnik Wokulskiego, który jest zdecydowany jak Atlas niebo podeprzeć 
zachwianą spółkę. Mężem tym, który chce obetrzeć łzy tysiącom, ocalić kraj od 
ruiny, handel popchnąć na nowe drogi...” 
W tym miejscu wszyscy obecni zwrócili głowy ku krzesłu, na którym siedział 
spotniały i zarumieniony Szlangbaum. 
— Mężem tym — zawołał adwokat — jest pan... 
— Mój syn, Henryś... — odezwał się głos z kąta. 
Ponieważ ten efekt nie był oczekiwany, więc sala zatrzęsła się od śmiechu. 
Swoją drogą zarząd spółki udał radosne zdziwienie, zapytał obecnych: czy chcą 
przyjąć pana Szlangbauma na wspólnika i kierownika? a otrzymawszy 
jednomyślne zezwolenie, wezwał nowego kierownika na fotel prezydialny. 
Tu znowu zrobiło się małe zamieszanie. .Natychmiast bowiem zażądał głosu 
Szlangbaum ojciec i wypowiedziawszy kilka pochwał synowi i zarządowi, 
postawił wniosek, że spółka nie może gwarantować wspólnikom więcej nad 
dziesięć procent rocznego zysku. 
Powstał hałas, kilkunastu mówców zabrało głos i po bardzo ożywionych 
rozprawach uchwalono, że spółka przyjmuje nowych członków wskazanych 
przez pana Szlangbauma, a kierunek spraw powierza temuż panu 
Szlangbaumowi. 
Ostatnim epizodem było przemówienie doktora Szumana, którego wezwano na 
członka zarządu, ale który odmawiając przyjęcia tak zaszczytnego stanowiska w 
szyderczy sposób pozwolił sobie zażartować ze spółki między arystokracją i 
Żydami. 
„Jest to jakby nieślubne małżeństwo — mówił. — Ale ponieważ z takich związków 
rodzą się niekiedy genialne dzieci, miejmy więc nadzieję, że i nasza spółka 
wyda jakieś niezwykłe owoce...” 
Zarząd był zaniepokojony, garstka obecnych oburzona; ale większość dała 
doktorowi rzęsiste brawo. 
Wokulski najdokładniej znał przebieg sesji: przez cały bowiem następny tydzień 
odwiedzano go i zasypywano listami lub anonimami. 
Przy tej sposobności odkrył w sobie nowy i dziwny nastrój duszy. Zdawało mu 
się, że pękły w nim wszystkie nici łączące go z ludźmi, że są mu obojętni, że go 
nic nie obchodzi, co ich obchodzi. Słowem, że jest podobny do aktora, który 
skończywszy rolę na scenie, gdzie przed chwilą śmiał się, gniewał lub płakał, 
zasiadł obecnie między widzami i na grę swoich kolegów patrzy jak na zabawę 
dzieci. 
„Czego oni się tak rzucają?... Co to za głupstwa!...” — myślał. 
Zdawało mu się, że spoza świata patrzy na ten świat, a jego sprawy widzi z 
jakiejś nowej strony, której dotychczas nie spostrzegał. 
Przez parę pierwszych dni nachodzili go wspólnicy, pracownicy albo klienci 
spółki, niezadowoleni z wejścia Szlangbauma, a może zatrwożeni o swoją 
przyszłość. Ci po największej części namawiali go, ażeby wrócił na porzucone 
stanowisko, które jeszcze może zająć, gdyż kontrakt ze Szlangbaumem nie 
podpisany. 
Niektórzy w tak smutnych barwach przedstawiali swoje położenie, a nawet 
płakali, że Wokulski doznał wzruszenia. 
Lecz zarazem odkrył w sobie taką obojętność, taki brak współczucia dla cudzej 
niedoli, że sam się zadziwił. 
Coś we mnie umarło!...” — myślał i odprawił interesantów z niczym. 
Potem przyszła druga fala odwiedzających, którzy pod pozorem podziękowania 
mu za oddane usługi chcieli zaspokoić ciekawość i zobaczyć, jak wygląda ten 
niegdyś silny człowiek, o którym teraz mówiono, że całkiem zniedołężniał. 
Ci już nie prosili go, ażeby wszedł znowu do spółki, tylko wychwalali jego 
minioną działalność i mówili, że nieprędko znajdzie się działacz podobny do 
niego. 
Trzecia fala gości odwiedzała Wokulskiego nie wiadomo po co. Bo nawet już 
nie mówili mu komplementów, ale coraz częściej wspominali o Szlangbaumie, 
jego energii i zdolnościach. 
Z gromady wizytujących wyróżnił się furman Wysocki. Przyszedł pożegnać się 
ze swoim dawnym chlebodawcą; chciał nawet coś powiedzieć, lecz nagle 
rozpłakał się, ucałował go w obie ręce i wybiegł z pokoju. 
Mniej więcej to samo powtarzało się w listach... W jednych znajomi i 
nieznajomi zaklinali go, ażeby nie cofał się od interesów, ustąpienie jego 
bowiem będzie klęską dla kraju. Inni chwalili jego minioną działalność lub 
żałowali go; jeszcze inni radzili mu połączyć się ze Szlangbaumem, jako z 
człowiekiem bardzo zdolnym i myślącym o dobru ogółu. Za to w anonimach 
wymyślano mu bez miłosierdzia, że zgubiwszy rok temu przemysł krajowy 
przez sprowadzanie obcych wyrobów, dziś zgubił handel sprzedawszy go 
Żydom. Nawet wymieniano sumę. 
Wokulski całkiem spokojnie rozmyślał nad tymi rzeczami. Zdawało mu się, że 
już jest zmarłym człowiekiem, który patrzy na własny pogrzeb. Widział tych, co 
żałowali go, co go chwalili, co mu złorzeczyli; widział swego następcę, do 
którego dziś zaczęły zwracać się sympatie ogółu, a nareszcie zrozumiał, że jest 
zapomniany i nikomu niepotrzebny. Był podobny do rzuconego w wodę 
kamienia, nad którym w pierwszej chwili powstaje wir i zamęt, a później tylko 
rozbiegają się fale coraz mniejsze, coraz mniejsze... I w końcu nad miejscem, 
gdzie upadł, tworzy się gładkie zwierciadło wody, gdzie znowu przebiegają fale, 
lecz zrodzone już w innych punktach, wywołane przez kogo innego. 
„No, ale co dalej?... — mówił do siebie. — Z nikim nie żyję... nic nie robię... cóż 
dalej?...” 
Przypomniał sobie, że Szuman radził mu upatrzyć jakiś cel w życiu. Rada dobra, 
ale... jak ją wykonać, kiedy on sam nie czuł żadnego pragnienia, nie miał sił ani 
ochoty?... Był jak zeschły liść, który tam pójdzie, gdzie nim wiatr rzuci. 
„Kiedyś przeczuwałem ten stan — myślał — ale dziś widzę, że nie miałem o nim 
pojęcia...” 
Pewnego dnia usłyszał w przedpokoju głośny spór. Wyjrzał i zobaczył 
Węgiełka, którego lokaj nie chciał puścić do pokoju. 
— Ach, to ty! — rzekł Wokulski. — Chodźże no... Co u was słychać? 
Węgiełek z początku przypatrywał mu się z miną niespokojną; stopniowo 
jednak ożywił się i nabrał otuchy. 
— Mówili — rzekł z uśmiechem — że wielmożny pan już na ostatnich nogach, ale, 
widzę, łgali. Zmizerniał pan, bo zmizerniał, ale na księżą oborę to już żadnym 
sposobem pan nie patrzy... 
— Cóż słychać? -powtórzył Wokulski. 
Węgiełek szeroko opowiedział mu, że już ma dom, lepszy od tamtego, co się 
spalił, i że ma mnóstwo roboty. Dlatego właśnie przyjechał do Warszawy, ażeby 
kupić materiały i zabrać choćby ze dwu pomocników. 
— Fabrykę mógłbym założyć, mówię wielmożnemu panu!... — zakończył 
Węgiełek. 
Wokulski słuchał go milcząc. Nagle zapytał: 
— A z żoną jesteś szczęśliwy? 
Cień przeleciał po twarzy Węgiełka. 
— Dobra kobieta, wielmożny panie, ale... Wreszcie przed panem powiem jak 
przed Bogiem... Trochę nam już nie tak... Zawsze to prawda, że czego oczy nie 
widzą, tego sercu nie żal; ale jak raz zobaczą... 
Otarł łzy rękawem. 
— Co to znaczy!... — zdziwił się Wokulski. 
— Ot, nic. Wiem przecie, kogo wziąłem, alem był spokojny, bo kobieta dobra, 
cicha, pracowita i przywiązana do mnie jak ten pies. No, ale co z tego?.. 
Dopótym był spokojny, dopókim nie zobaczył jej dawnego gacha czy jak tam... 
— Gdzie?... 
— W Zasławiu, panie — ciągnął Węgiełek. — Jednej niedzieli poszliśmy z Marysią 
na zamek; chciałem jej pokazać ten potok, gdzie zginął kowal, i ten kamień, co 
na nim wielmożny pan kazał mi wyciąć napis. Wtem patrzę, jest powóz pana 
barona Dalskiego, co ożenił się z wnuczką nieboszczki pani Zasławskiej... 
Dobra to była pani, niech jej Bóg da wieczne odpocznienie!... 
— Znasz barona? — spytał Wokulski. 
— Ojej! — odparł Węgiełek — przecie pan baron gospodaruje teraz dobrami po 
nieboszczce, dopóki się tam coś nie zrobi. A ja już za jego rządów wyklejałem 
pokoje i poprawiałem okna. Znam go!... rzetelny pan i hojny... 
— Cóż dalej? 
— Więc mówię wielmożnemu panu, stoimy w zamku z Marysią i patrzymy na 
potok, aż ci na jeden raz włażą między gruzy: pani baronowa, niby wnuczka 
nieboszczki, i ten psubrat Starszczak... 
Wokulski rzucił się na krześle. 
— Kto?... — szepnął. 
— Ten pan Starski, także wnuk po nieboszczce pani Zasławskiej, co się 
podlizywał jej za życia, a teraz chce zwalić testament, bo mówi, że babka przed 
śmiercią zwariowała... Taki to on! Odpoczął i ciągnął dalej: 
— Wzięli się z panią baronową pod ręce, patrzyli na nasz kamień, ale więcej 
gadali ze sobą i chichotali. Wtem Starszczak ogląda się. Zobaczył moją żonę i 
roześmiał się do niej nieznacznie, a ona tak zbielała jak chusta... 
„Co ci to, Maryś?... „ — mówię. A ona: „Nic mi...” A tymczasem pani baronowa i 
ten bisurman zbiegli z górki zamkowej i poszli między leszczynę. „Co ci to? 
mówię jeszcze raz do Marysi. — Ino mi gadaj prawdę, bom zmiarkował, że się z 
tym cholerą znasz...” A ona siadła na ziemi i w płacz: „Żeby go Bóg skarał! mówi 
— przecie on najpierwszy mnie zgubił...' 
Wokulski przymknął oczy. Węgiełek zirytowanym głosem opowiadał : 
— Jakem to usłyszał, wielmożny panie, myślałem, że polecę za nim i choć przy 
pani baronowej, nogami go zabiję na miejscu. Taki mnie żal zdjął. Ale wnet 
przyszło mi do głowy: „Po cóżeś się, durny, z nią ożenił? Wiedziałeś przecie, co 
za jedna...” I w tym momencie serce mi zemdlało, żem się nawet bał zejść z 
górki, a na żonę wcalem nie spojrzał. Ona mówi: „Gniewasz się?...” A ja: 
„Pewnieście się tu spotykali?...” „Bogiem się świadczę — ona odpowiada -żem 
go tylko wtedy widziała...” „I dobrzeście się sobie przypatrzyli!... — ja mówię.Bodajem był pierwej oślepł, nimem na cię spojrzał; bodajem zdechł, niżem się z 
tobą poznał...” A ona pyta się z płaczem: „Za co się gniewasz?...” Ja jej wtedy 
powiedziałem, pierwszy i ostatni raz: „Świnia jesteś, i tyle...” — bom już nie 
mógł wytrzymać. Wtem patrzę, leci sam pan baron, zakaszlany, aż posiniał, i 
pyta: 
„Nie widziałeś, Węgiełek, mojej żony?...” Mnie coś wtedy do łba strzeliło, żem 
mu odpowiedział: „Widziałem, jaśnie panie, poszła w krzaki z panem Starskim. 
Już mu zabrakło pieniędzy na kupowanie dziewcząt, to teraz chwyta się 
mężatek...” No, jak on na mnie wtedy spojrzał, choć i pan baron!... 
Węgiełek ukradkiem otarł oczy. 
— Ot, takie jest moje życie, wielmożny panie. Byłem spokojny, dopókim nie 
zobaczył jednego gacha; ale teraz na kogo spojrzę, wydaje mi się, że i on mój 
szwagier... A od żony, choć jej o tym nie gadam, to tak mnie odpycha... tak 
mnie odpycha, jakby co między mną i nią stało... Nawet pocałować jej nie mogę 
po dawnemu i żeby nie święta przysięga, to mówię panu, już bym porzucił dom 
i leciał gdzie na cztery strony.., A wszystko tylko z tego idzie, żem do niej 
przywiązany. Bo żebym ja jej nie lubił, to co mi tam!... Gospodyni staranna, 
dobrze gotuje, pięknie szyje i w domu cichutka jak pajęczyna. Niechby tam 
miała gachów. 
Ale żem ją lubił, więc przez to taki mam żal i złość, że się we mnie wszystko 
pali na popiół... 
Węgiełek drżał z gniewu. 
— Z początku, wielmożny panie, jakeśmy się pobrali, tom ino wyglądał dzieci. 
Ale dziś to mnie strach bierze, ażebym zamiast mojego dziecka nie zobaczył 
gachowego. Bo przecie wiadomo, że jak wyżlica ma raz szczenięta z kundlem, 
to później żebyś jej dawał wyżły najlepsze, zawsze się odezwie kundel w 
pomiocie, widać przez zapatrzenie... 
— Muszę wyjść — rzekł nagle Wokulski — więc bądź zdrów... A przed wyjazdem 
wstąp jeszcze do mnie... 
Węgiełek pożegnał go bardzo serdecznie, w przedpokoju zaś rzekł do lokaja : 
— Coś waszemu panu dolega... Zrazu tom myślał, że zdrów, choć źle wygląda; 
ale on, widać, nietęgi... Niech się wami Pan Bóg opiekuje!... 
— A widzisz, mówiłem ci, żebyś tam nie właził i dużo nie gadał odparł 
pochmurnie lokaj wypychając go do sieni. 
Po odejściu Węgiełka Wokulski wpadł w głęboką zadumę. „Stali naprzeciw 
mego kamienia i śmieli się!... — szepnął. — Nawet kamień musiał zbezcześcić, 
niewinny kamień.” 
Przez chwilę zdawało mu się, że znalazł nowy cel, chodziło tylko o wybór; czy 
wypalić w łeb Starskiemu wymieniwszy mu pierwej listę osób, którym 
zrujnował szczęście, czyli też — zostawić go przy życiu, lecz doprowadzić do 
ostatecznej nędzy i upodlenia?... 
Ale wnet przyszedł rozmysł i wydało mu się rzeczą dziecinną, a nawet 
niesmaczną, ażeby on miał poświęcać majątek, pracę i spokojność dla zemsty 
nad tego rodzaju człowiekiem. 
„Wolałbym zastanawiać się nad tępieniem myszy polnych albo karaluchów, bo 
one są rzeczywistą klęską, a taki Starski... licho wie, co to jest?... Zresztą 
niepodobna, ażeby człowiek tak ograniczony mógł być wyłączną przyczyną tylu 
nieszczęść. On jest tylko iskrą, która podpala już gotowe materiały...” 
Położył się na szezlongu i myślał: 
„Mnie urządził — dlaczego?... Miał wspólniczkę najzupełniej godną siebie, no i 
drugą wspólniczkę: moją głupotę. Jak można było od razu nie poznać się na tej 
kobiecie i zrobić ją bożyszczem dlatego tylko, że pozowała na istotę wyższą?... 
Urządził też Dalskiego, ale kto winien Dalskiemu, że oszalał na starość dla 
osoby, której wartość moralna leżała jak na półmisku... Przyczyną klęsk świata 
nie są Starscy ani im podobni, ale przede wszystkim głupota ich ofiar. A znowu 
ani Starski, ani panna Izabela, ani pani Ewelina nie spadli z księżyca, tylko 
wyhodowali się w pewnej sferze, epoce i wśród pewnych pojęć. Oni są jak 
wysypka, która sama przez się nie stanowi choroby, ale jest objawem zakażenia 
społecznych soków. Co się tu mścić nad nimi, po co ich tępić...” 
Tego wieczora Wokulski pierwszy raz wyszedł na ulicę i przekonał się, jak jest 
osłabiony. Kręciło mu się w głowie od turkotu dorożek i ruchu przechodniów, i 
po prostu bał się zbyt daleko odchodzić od mieszkania. Zdawało mu się, że nie 
dojdzie do Nowego Światu, że nie trafi z powrotem albo że mimo woli zrobi 
jakiś śmieszny skandal. Nade wszystko zaś lękał się spotkania znajomej twarzy. 
Wrócił zmęczony i wzburzony, ale tej nocy spał dobrze. 
W tydzień po odwiedzinach Węgiełka wpadł Ochocki. zmężniał, opalił się i 
wyglądał na młodego szlachcica. 
— A pan skąd? — zapytał go Wokulski. 
— Prosto z Zasławka, gdzie siedzę prawie od dwu miesięcy -odparł Ochocki. — A 
niechże ich w końcu diabli wezmą, w jakie wpadłem awantury!... 
— Pan?... 
— Ja, ja, panie, i w dodatku bez winy. Włosy panu powstaną na głowie!... 
Zapalił papierosa i prawił: 
— Nie wiem, czyś pan słyszał, że nieboszczka prezesowa, oprócz drobnej części, 
cały swój majątek zapisała na cele dobroczynne. Szpitale, domy podrzutków, 
szkółki, sklepy wiejskie et caetera... A książę, Dalski i ja należymy do grona 
wykonawców jej woli... Bardzo dobrze!... 
Już zaczynamy wykonywać, a raczej starać się o zatwierdzenie testamentu, gdy 
wtem (będzie z miesiąc) wraca z Krakowa Starski i oświadcza nam, że w 
imieniu pokrzywdzonej rodziny wytoczy proces o zwalenie testamentu. 
Naturalnie, książę ani ja nie chcemy o tym słyszeć; ale baron, którego 
podburzyła żona, zbuntowana przez Starskiego, otóż baron zaczyna mięknąć... 
Nawet z tej racji przemówiliśmy się parę razy, a książę wprost zerwał z nim 
stosunki... 
Tymczasem co się dzieje — mówił Ochocki zniżając głos. — Pewnej niedzieli 
baron z żoną i ze Starskim pojechali do Zasławia na spacer. Co tam zaszło?... 
nie wiem, dość, że rezultat jest następujący. Baron jak najenergiczniej 
oświadczył, że testamentu obalić nie pozwoli, ale to jeszcze nic... Bo tenże 
baron stanowczo rozwodzi się ze swoją ubóstwianą małżonką (słyszałeś pan 
?...). Ale i to jeszcze nic: gdyż baron przed dziesięcioma dniami strzelał się ze 
Starskim i dostał kulą po wierzchu żeber... Mówię panu, jakby mu kto hakiem 
rozdarł skórę od prawej do lewej strony piersi... zły stary, wrzeszczy, wymyśla, 
gorączkuje, ale żonie kazał natychmiast wyjechać do familii i jestem pewny, że 
jej nie przyjmie... To twarda sztuka!... A tak się bestia zawziął, że na łożu 
boleści kazał felczerowi, ażeby mu, na złość żonie, ufarbował łeb i zarost i dziś 
wygląda na dwudziestoletniego trupa. 
Wokulski uśmiechnął się. 
— Z panią dobrze zrobił — rzekł — ale ufarbował się niepotrzebnie. 
— No i po żebrach dostał niepotrzebnie — wtrącił Ochocki.- A niewiele 
brakowało, ażeby prześwidrował mózgownicę Starskiemu!... Kule zawsze ślepe. 
Mówię panu, żem przechorował ten wypadek. 
— I gdzież teraz jest ten bohater? — spytał Wokulski. 
— Starski?... Dmuchnął za granicę, i nie tyle przed impertynencjami, które go 
zaczęły spotykać, ile przed wierzycielami. Panie! co to za majster... Przecież on 
ma ze sto tysięcy rubli długów. 
Nastało długie milczenie. Wokulski siedział tyłem do okna ze spuszczoną 
głową, Ochocki cicho pogwizdując rozmyślał. 
Nagle ocknął się i zaczął mówić jakby do siebie: 
— Co to za dziwna plątanina -życie ludzkie! Kto by się spodziewał, że taki 
cymbał Starski może zrobić tyle dobrego... I właśnie z racji, że jest cymbałem... 
Wokulski podniósł głowę i pytająco spojrzał na Ochockiego. 
— Prawda, że dziwne?... — ciągnął Ochocki — a przecież tak jest. Gdyby Starski 
był człowiekiem przyzwoitym i nie awanturował się z młodą panią baronową, 
Dalski niezawodnie poparłby jego pretensje do testamentu, ba! dałby mu nawet 
pieniędzy na proces, gdyż zyskałaby na tym i jego żona. Ale że Starski jest 
cymbał, więc naraził się baronowi i... uratował zapisy. Tym sposobem nawet nie 
urodzone jeszcze pokolenia chłopów zasławskich powinny błogosławić 
Starskiego za to, że umizgał się do baronowej... 
— Paradoks!... — wtrącił Wokulski. 
— Paradoks!... To są przecie fakta... A cóż pan sądzisz, czy Starski nie ma 
zasługi, że uwolnił barona od takiej żony?... Mówiąc między nami, to żaba, nie 
kobieta. Myślała tylko o strojach, zabawach i kokietowaniu, ja nawet nie wiem, 
czy ona co kiedy czytała, czy na co patrzyła z uwagą... Istny kawał mięsa przy 
kości, który udawał, że ma duszę, a miał zaledwie żołądek... Pan jej nie znałeś, 
pan nie wyobrażasz sobie, co to jest za automat i jak tam pod wszelkimi 
pozorami człowieczeństwa nie było nic ludzkiego... Że baron nareszcie poznał 
się na niej, toż to jakby wygrał wielki los... 
— Boże miłosierny! — szepnął Wokulski. 
— Co pan mówi? — zapytał Ochocki. 
— Nic. 
— Ale ocalenie zapisów nieboszczki prezesowej i uwolnienie barona od takiej 
żony to dopiero cząstka zasług Starskiego... 
Wokulski przeciągnął się na krześle. 
— Bo wyobraź pan sobie, że ten cymbał swoimi umizgami może przyczynić się 
do faktu rzeczywiście doniosłego — mówił Ochocki.- Rzecz jest taka. Ja nieraz 
napomykałem Dalskiemu (i zresztą wszystkim, którzy mają pieniądze), że warto 
by założyć w Warszawie gabinet doświadczalny do technologii chemicznej i 
mechanicznej. Bo pojmujesz pan, u nas nie ma wynalazków przede wszystkiem 
dlatego, że nie ma ich gdzie robić... Naturalnie, baron słuchał moich wywodów 
jednym uchem, a drugim je wypuszczał. Coś mu z tego jednak ugrzęzło w 
mózgu, bo dziś, kiedy Starski połaskotał go po sercu i po żebrach, mój baron, 
rozmyślając nad sposobami wydziedziczenia żony, gadał ze mną po całych 
dniach o pracowni technologicznej. A na co się to zda?... A czy ludzie istotnie 
zrobią się mądrzejsi i lepsi, gdyby im ufundować pracownię?... A ile by 
kosztowała i czy ja podjąłbym się urządzenia podobnej instytucji?... Kiedym zaś 
wyjeżdżał, rzeczy tak stanęły, że baron wezwał do siebie rejenta i spisali jakiś 
akt, który, o ile mogę wnosić z półsłówek, dotyczy właśnie pracowni. Zresztą 
Dalski prosił mnie, ażeby mu wskazać facetów zdolnych do dyrygowania tym 
interesem. No i patrz pan, czy to nie ironia losu, ażeby takie zero jak Starski, 
taki gatunek publicznego mężczyzny na pociechę nudzących się mężatek ażeby 
ten frant był zarodkiem technologicznej pracowni!... I niechże mi teraz 
dowodzą, że na świecie jest coś niepotrzebnego. 
Wokulski otarł pot z twarzy, która przy białej chustce wydawała się prawie 
popielatą. 
— Ale może ja pana męczę?... — zapytał Ochocki. 
— Owszem, niech pan mówi... Chociaż... zdaje mi się, że pan trochę przecenia 
zasługi tego... pana, a już całkiem zapomina pan... 
— O czym?... 
— O tym, że pracownia technologiczna wyrośnie z cierpień, z gruzów ludzkiego 
szczęścia. I nawet nie zadaje pan sobie pytania, jaką drogą przeszedł baron od 
miłości dla swojej żony do... pracowni technologicznej!... 
— A cóż mnie to obchodzi! — zawołał Ochocki wyrzucając rękoma. — Kupić 
postęp społeczny za cierpienia choćby najokropniejsze jednostki to, dalibóg! 
tanie kupno... 
— A czy pan przynajmniej wiesz, jakie bywają cierpienia jednostek? — spytał 
Wokulski. 
— Wiem! Wiem!... Wyrywali mi przecież bez chloroformu paznogieć u nogi, i 
jeszcze u wielkiego palca... 
— Paznogieć? — powtórzył w zamyśleniu Wokulski. — A czy pan zna ten dawny 
aforyzm: „Niekiedy duch ludzki rozdziera się i walczy z samym sobą”?... Kto 
wie, czy to nie gorsze od wyrywania paznogcia, a może od zdarcia całej skóry? 
— Iii... to jakaś niemęska dolegliwość! — odparł krzywiąc się Ochocki. -To może 
kobiety doświadczają czegoś podobnego przy porodach... Ale mężczyzna... 
Wokulski roześmiał się głośno. 
— Śmiejesz się pan ze mnie?... — ofuknął Ochocki. 
— Nie, tylko z barona... A pan dlaczego nie podjąłeś się zorganizować pracowni 
technologicznej? 
— Dajże mi pan spokój ! Wolę pojechać do gotowej pracowni, a nie dopiero 
tworzyć nową, z której bym nie doczekał się owoców i sam zmarniał. Na to 
trzeba mieć zdolności administracyjne i pedagogiczne, a już bynajmniej nie 
myśleć o machinach latających... 
— Więc?... — spytał Wokulski. 
— Jakie więc?... Byłem odebrał mój kapitalik, jaki jeszcze mam na hipotece, a o 
który od trzech lat nie mogę się doprosić, zmykam za granicę i na serio biorę się 
do roboty. Tutaj można nie tylko rozpróżniaczyć się, ale zgłupieć i skwaśnieć... 
— Pracować wszędzie można. 
— Facecje!... — odparł Ochocki. — Bo nawet, pominąwszy brak pracowni, tu przede 
wszystkim nie ma naukowego klimatu. To jest miasto karierowiczów, między 
którymi istotny badacz uchodzi za gbura albo wariata. Ludzie uczą się nie dla 
wiedzy, ale dla posady; a posadę i rozgłos zdobywają przez stosunki, przez 
baby, przez rauty, czy ja wiem wreszcie przez co!... Skąpałem się w tej 
sadzawce. Znam prawdziwie uczonych, nawet ludzi z geniuszem, którzy nagle 
zatrzymani w swym rozwoju wzięli się do dawania lekcyj albo do pisania 
artykułów popularnych, których nikt nie czyta, a choćby czytał, nie rozumie. 
Rozmawiałem z wielkimi przemysłowcami myśląc, że skłonię ich do popierania 
nauki, choćby dla praktycznych wynalazków. I wiesz pan, com poznał?... Oto 
oni mają takie wyobrażenie o nauce jak gęsi o logarytmach. A wiesz pan, jakie 
wynalazki zainteresowałyby ich?... Tylko dwa: jeden, który by wpłynął na 
zwiększenie dywidend, a drugi, który by nauczył ich pisać takie kontrakty 
obstalunkowe, żeby na nich można było okpić kundmana bądź na cenie, bądź na 
towarze. Przecież oni, dopóki myśleli, że pan zrobisz szwindel na tej spółce do 
handlu z cesarstwem, nazywali pana geniuszem; a dziś mówią, że pan masz 
rozmiękczenie mózgu, ponieważ dałeś swoim wspólnikom o trzy procent 
więcej, aniżeli obiecałeś. 
— Wiem o tym -odparł Wokulski. 
— No, więc spróbujże pan między takimi ludźmi pracować dla nauki. Zdechniesz 
z głodu albo zidiociejesz!... Ale za to jeżeli będziesz pan umiał tańczyć, grać na 
jakim instrumencie, występować w teatrze amatorskim, a nade wszystko bawić 
damy, aaa... to zrobisz pan karierę. Natychmiast ogłoszą pana za znakomitość i 
zajmiesz takie stanowisko, na którym dochody dziesięć razy przeniosą wartość 
pańskiej pracy. Rauty i damy, damy i rauty!... A ponieważ ja nie jestem 
lokajem, ażebym miał fatygować się na rautach, a damy uważam za bardzo 
pożyteczne, ale tylko do rodzenia dzieci, więc umknę stąd, chociażby do 
Zurychu. 
— A do Geista nie pojechałbyś pan? — spytał Wokulski. 
Ochocki zamyślił się. 
— Tam potrzeba setek tysięcy rubli, których ja nie mam — odparł. — Zresztą, 
choćbym je miał, musiałbym pierwej przekonać się, co to jest naprawdę... Bo 
owe zmniejszanie ciężaru gatunkowego ciał wygląda mi na bajkę. 
— Przecież pokazywałem panu blaszkę — rzekł Wokulski. 
— Aha, prawda... Niech no ją pan pokaże!... — zawołał Ochocki. 
Wokulskiemu wystąpił na twarz chorobliwy rumieniec i szybko zniknął. 
— Już jej nie mam!... — rzekł stłumionym głosem. 
— Cóż się z nią stało? — zdziwił się Ochocki. 
— Mniejsza!... Przypuść pan, że upadła gdzieś w kanał... Ale czy do Geista 
pojechałbyś pan mając na przykład pieniądze?.. 
— Owszem, pojechałbym, ale najpierwej dla sprawdzenia faktu. Bo to, co ja 
wiem o materiałach chemicznych, wybacz pan, ale nie godzi się z teorią 
zmienności ciężarów gatunkowych poza pewną granicą. 
Obaj umilkli, a wkrótce Ochocki opuścił Wokulskiego. 
Wizyta Ochockiego zbudziła w Wokulskim nowy prąd myśli. Poczuł nie tylko 
chęć, ale żądzę przypomnienia sobie doświadczeń chemicznych i tego samego 
dnia wybiegł na miasto, ażeby kupić retort, cucek, epruwetek tudzież 
rozmaitych preparatów. 
Pod wpływem tej myśli wyszedł śmiało na ulicę, nawet wsiadł w dorożkę; na 
ludzi patrzył obojętnie i nie doznawał przykrości widząc, że jedni ciekawie 
przypatrują mu się, inni go nie poznają, a inni nawet uśmiechają się złośliwie na 
jego widok. 
Ale już w magazynie szkieł, a jeszcze bardziej w składzie materiałów 
aptecznych przyszło mu na myśl, jak dalece osłabła w nim nie tylko energia, ale 
wprost ludzka samodzielność, jeżeli rozmowa z Ochockim przypomniała mu 
chemię, którą nie zajmował się od kilku lat!.. 
„Wszystko jedno — mruknął — jeżeli mi to czas zapełni” 
Na drugi dzień zakupił wagę precyzyjną i kilka bardziej skomplikowanych 
narzędzi i wziął się do roboty jak uczeń, który dopiero zaczyna studia. 
Na początek otrzymał wodór, co przypomniało mu czasy akademickie, kiedy to 
wyrabiało się wodór we flaszce owiniętej ręcznikiem, przy pomocy puszek od 
szuwaksu. Jakie to były szczęśliwe czasy!... Potem przyszły mu na myśl balony 
jego pomysłu, a potem Geist, który utrzymywał, że chemia związków wodoru 
zmieni dzieje ludzkości... 
„No, a gdybym tak ja za parę lat trafił na ów metal, którego Geist poszukuje? rzekł 
do siebie. — Geist twierdzi, że odkrycie zależy od wypróbowania kilku 
tysięcy kombinacji; jest to więc loteria, a ja mam szczęście... Gdybym zaś 
znalazł taki metal, co wówczas powiedziałaby panna Izabela?.. „ 
Gniew zakipiał w nim na to wspomnienie. 
„Ach — szepnął — chciałbym być sławnym i potężnym, ażebym mógł jej dowieść, 
jak nią gardzę...” 
Potem przyszło mu na myśl, że pogarda nie objawia się ani gniewem, ani chęcią 
upokorzenia kogoś, i znowu zabrał się do roboty. 
Elementarne doświadczenia z wodorem sprawiały mu najwięcej przyjemności, 
toteż powtarzał je najczęściej. 
Jednego dnia zrobił sobie harmonijkę fizyczną i tak głośno na niej wygrywał, że 
nazajutrz odwiedził go sam właściciel domu zapytując z całą uprzejmością, czy 
nie zgodziłby się na odstąpienie swojego mieszkania od kwartału. 
— A ma pan kandydata? — spytał Wokulski. 
— To jest... tak jakby... Prawie mam — odpowiedział zakłopotany gospodarz. 
— W takim razie odstąpię. 
Gospodarz trochę zdziwił się gotowości Wokulskiego, ale pożegnał go bardzo 
zadowolony. Wokulski śmiał się. 
„Oczywiście — myślał — uważa mnie za bzika albo za bankruta... Tym lepiej!... 
Prawdę bowiem powiedziawszy, mogę doskonale mieszkać w dwu pokojach 
zamiast ośmiu.” 
Potem przychodziły chwile, że nie wiadomo dlaczego żałował pośpiechu w 
odstąpieniu mieszkania. Ale wówczas przypomniał sobie barona i Węgiełka. 
„Baron — mówił — rozwodzi się z żoną, która romansowała z innym; Węgiełek 
stracił serce do swojej dlatego tylko, że na własne oczy zobaczył jednego z jej 
gachów... Cóż bym więc ja powinien zrobić?...” 
I znowu zabierał się do analiz, z przyjemnością widząc, że nie bardzo stracił 
wprawę. 
Zajęcia te wybornie go pochłaniały. Niekiedy przez kilka godzin z rzędu nie 
myślał o pannie Izabeli, a wtedy czuł, że jego zmęczony mózg naprawdę 
wypoczywa. Nawet przygasła w nim obawa ludzi i ulic, i zaczął coraz częściej 
wychodzić na miasto. 
Jednego dnia pojechał aż do Łazienek; zrobił więcej, gdyż spojrzał w aleję, po 
której niegdyś spacerował z panną Izabelą. Wtem zwabione przez kogoś 
łabędzie rozpuściły skrzydła i uderzając nimi o wodę przyleciały do brzegu. 
Zwykły ten widok straszne zrobił wrażenie na Wokulskim: przypomniał mu 
odjazd panny Izabeli z Zasławka... Jak szalony uciekł z parku, wpadł do dorożki 
i z zamkniętymi oczyma zajechał do domu. 
Tego dnia nie zajmował się niczym, a w nocy miał dziwny sen. 
Śniło mu się, że stanęła przed nim panna Izabela i ze łzami w oczach 
zapytywała go, czemu ją porzucił... Wszakże owa podróż do Skierniewic, 
rozmowa ze Starskim i jego umizgi były tylko snem. Wszakże jemu się to tylko 
śniło... 
Wokulski zerwał się z pościeli i zapalił światło. 
„Co tu jest snem?... — pytał się. — Czy podróż do Skierniewic, czy jej żal i 
wyrzuty?...” 
Do rana nie mógł zasnąć, trapiły go kwestie i wątpliwości największej wagi. 
„Czy osoby, siedzące w słabo oświetlonym wagonie, mogły odbić się w szybie myślał 
— i czy to, co widziałem wówczas, nie było halucynacją?... Czy posiadam 
w tym stopniu język angielski, ażebym nie mógł przesłyszeć się co do znaczenia 
niektórych wyrazów?... Jak ja wyglądam wobec niej, jeżelim zrobił tak straszny 
afront bez powodu?... 
Przecież kuzyni, i jeszcze znający się od dziecka, mogą prowadzić nawet dość 
drastyczne rozmowy nie zdradzając niczyjego zaufania?... 
Co ja zrobiłem, nieszczęśliwy, jeżelim się omylił tylko pod wpływem 
nieusprawiedliwionej zazdrości!... Wszakże ten Starski kochał się w baronowej, 
panna Izabela wiedziała o tym i już chyba nie miałaby wstydu romansując z 
cudzym kochankiem...” 
Potem przypomniał sobie swoje życie obecne, tak puste, tak okropnie puste!... 
Zerwał z dotychczasowymi zajęciami, zerwał z ludźmi i już nie miał przed sobą 
nic, no — nic. Co dalej pocznie?... Czy ma czytać fantastyczne książki? Czy robić 
bezcelowe doświadczenia? Czy jechać gdzie? Czy ożenić się ze Stawską?... 
Ależ cokolwiek z tego wybierze, gdziekolwiek pójdzie, nigdy nie pozbędzie się 
ani żalu, ani uczucia samotności! 
„No, a baron?... — rzekł do siebie. — Ożenił się ze swoją panną Eweliną i co?... 
Myśli dziś o założeniu pracowni technologicznej, on, który może nawet nie 
rozumie, co znaczy technologia...” 
Dzień i kąpiel pod prysznicem nadały znowu inny kierunek myślom 
Wokulskiego. 
„Mam, co najmniej, trzydzieści do czterdziestu tysięcy rubli rocznie; wydam na 
siebie dwa do trzech tysięcy, cóż zrobię z resztą, co z majątkiem, który mnie 
wprost przytłacza?... Za taką sumę mógłbym ustalić byt tysiącowi rodzin ; ale co 
mi z tego, jeżeli jedne z nich będą nieszczęśliwymi jak Węgiełek, a inne 
odwdzięczą mi się tak jak dróżnik Wysocki?...” 
Znowu przypomniał sobie Geista i jego tajemniczy warsztat, w którym 
wykluwał się zarodek nowej cywilizacji. Tam włożony majątek i praca 
opłaciłaby się milion milionów razy. Tam był i cel kolosalny, i sposób 
zapełnienia czasu, a w perspektywie sława i potęga, jakiej nie widziano na 
świecie... Pancerniki unoszące się w powietrzu!... czy mogło być coś 
niezmierniejszego w skutkach?... 
„A jeżeli nie ja znajdę ów metal, tylko ktoś inny, co jest bardzo 
prawdopodobne?...” — pytał sam siebie. 
„No to i cóż? — odpowiadał. -W najgorszym razie należałbym do tych kilku, 
którzy wynalazek posunęli naprzód. Taka sprawa warta przecie ofiary z 
bezużytecznego majątku i bezcelowego życia. Więc lepiej tu zmarnować się w 
czterech ścianach albo zgłupieć przy preferansie aniżeli tam sięgać po 
bezprzykładną chwałę.?...” 
Stopniowo w duszy Wokulskiego coraz wyraźniej począł zarysowywać się jakiś 
zamiar; lecz im dokładniej pojmował go, im więcej odkrywał w nim zalet, tym 
lepiej czuł, że do wykonania brakuje mu energii, a nawet pobudki. 
Wola jego była zupełnie sparaliżowana; ocucić ją mogło tylko silne 
wstrząśnienie. Tymczasem wstrząśnienie nie przychodziło, a codzienny bieg 
wypadków pogrążał Wokulskiego w coraz głębszej apatii. 
„Już nie ginę, ale gniję” — mówił do siebie. 
Rzecki, który odwiedzał go coraz rzadziej, patrzył na niego z przerażeniem. 
— Żle robisz, Stachu — odzywał się nieraz. — Żle, źle, źle!... Lepiej nie żyć aniżeli 
tak żyć... 
Pewnego dnia służący oddał Wokulskiemu list zaadresowany kobiecą ręką. 
Otworzył go i przeczytał: 
„Muszę się z panem widzieć, czekam dziś o trzeciej po południu ; 
Wąsowska” 
„Czego ona może chcieć ode mnie?...” — zapytał zdumiony. 
Ale przed trzecią pojechał. 
Punkt o trzeciej Wokulski znalazł się w przedpokoju Wąsowskiej. Lokaj, nawet 
nie pytając, kim jest, otworzył drzwi do salonu, po którym szybkimi krokami 
spacerowała piękna wdowa. 
Była w ciemnej sukni, doskonale uwydatniającej jej posągową figurę; rude 
włosy, jak zwykle, były zebrane w ogromny węzeł, ale zamiast szpilki tkwił w 
nich wąski sztylecik ze złotą rękojeścią. 
Na jej widok ogarnęło Wokulskiego osobliwe uczucie radości i rozrzewnienia; 
podbiegł do niej i gorąco ucałował jej rękę. 
— Nie powinna bym mówić z panem!... — rzekła pani Wąsowska wydzierając mu 
rękę 
— W takim razie po cóż mnie pani wezwała? — odparł zdziwiony. Zdawało mu 
się, że go na wstępie oblano zimną wodą. 
— Niech pan siada. 
Wokulski siadł milcząc; pani Wąsowska wciąż chodziła po salonie. 
— Doskonale się pan popisuje, nie ma co mówić!... — zaczęła po chwili 
wzburzonym głosem. -Naraził pan osobę z towarzystwa na plotki, jej ojca na 
chorobę, całą rodzinę na przykrości... Zamyka się pan po parę miesięcy w domu, 
robi pan zawód kilkunastu ludziom, którzy mu nieograniczenie ufali, a potem 
nawet poczciwy książę wszystkie pańskie dziwactwa nazywa „przyczynkiem do 
działalności kobiet...” Winszuję panu... Gdybyż to jeszcze zrobił jaki student... 
Nagle umilkła... Wokulski był strasznie zmieniony. 
— Ach, cóż znowu, przecież mi pan chyba nie zemdlejesz?.. — rzekła 
przestraszona. — Dam panu wody albo wina... 
— Dziękuję pani — odparł. Jego twarz bardzo szybko odzyskała naturalną barwę i 
spokojny wyraz. — Widzi pani, że naprawdę nie jestem zdrów. 
Pani Wąsowska zaczęła mu się pilnie przypatrywać. 
— Tak — mówiła — trochę pan zeszczuplał, ale z tą brodą jest panu wcale nieźle... 
Nie powinien pan jej golić... Wygląda pan interesująco... 
Wokulski rumienił się jak dzieciak. Słuchał pani Wąsowskiej i dziwił się czując, 
że jest wobec niej nieśmiały, prawie zawstydzony. 
„Co się ze mną dzieje?..,” — pomyślał. 
— W każdym razie powinien pan zaraz wyjechać na wieś — ciągnęła dalej. — Kto 
słyszał siedzieć w mieście na początku sierpnia?... O, basta, mój panie... 
Pojutrze zabieram pana do siebie, bo inaczej cień nieboszczki prezesowej nie 
dałby mi spokoju... Od dzisiejszego dnia przychodzi pan do mnie na obiady i 
kolacje; po obiedzie jedziemy na spacer, a pojutrze... bądź zdrowa, Warszawo!... 
Dosyć tego... 
Wokulski był tak zahukany, że nie umiał zdobyć się na odpowiedź. Nie 
wiedział, co zrobić z rękoma, i czuł, że na twarz biją mu ognie. 
Zadzwoniła. Wszedł lokaj. 
— Proszę podać wina — rzekła pani Wąsowska. — Wiesz, tego maślacza... Panie 
Wokulski, niech pan zapali papierosa. 
Wokulski natychmiast zapalił papierosa modląc się w duszy, żeby mógł 
zapanować nad drżeniem rąk. Lokaj przyniósł wino i dwa kieliszki; pani 
Wąsowska nalała oba. 
— Pij pan — rzekła. 
Wokulski wypił duszkiem. 
— O tak, to lubię!... Za pańskie zdrowie! — dodała pijąc. — A teraz musi pan wypić 
za moje... 
Wokulski wypił drugi kieliszek. 
— A teraz wypije pan za spełnienie moich zamiarów... Proszę... proszę... tylko 
natychmiast... 
— Za pozwoleniem pani — odparł — ale ja nie chcę upić się. 
— Więc pan nie życzy mi spełnienia zamiarów? 
— Owszem, ale muszę je pierwej poznać. 
— Doprawdy?... — zawołała pani Wąsowska. — A to coś zupełnie nowego... 
Dobrze, niech pan nie pije. 
Zaczęła patrzeć w okno uderzając nogą w podłogę. Wokulski zamyślił się. 
Milczenie trwało parę minut, nareszcie przerwała je pani. 
— Słyszałeś pan, co zrobił baron?... Jak się to panu podoba?... 
— Dobrze zrobił — odparł Wokulski już zupełnie spokojnym tonem. 
Pani Wąsowska zerwała się z fotelu. 
— Co?!... — zawołała. — Pan bronisz człowieka, który okrył hańbą kobietę?... 
Brutala, egoistę, który dla dogodzenia zemście nie cofnął się przed najniższymi 
środkami... 
— Cóż on zrobił? 
— Ach, więć pan nic nie wiesz... Wyobraź pan sobie, że zażądał rozwodu z żoną i 
ażeby skandal zrobić jeszcze głośniejszym, strzelał się ze Starskim... 
— To prawda — rzekł Wokulski po namyśle. — Bo przecież, nie mówiąc nikomu, 
mógł był tylko sobie w łeb strzelić zapisawszy pierwej żonie majątek. 
Pani Wąsowska wybuchnęła gniewem. 
— Z pewnością — rzekła — tak by zrobił każdy mężczyzna mający iskrę 
szlachetności i poczucia honoru... Wolałby się sam zabić aniżeli ciągnąć pod 
pręgierz biedną kobietę, słabą istotę, nad którą tak łatwa jest zemsta, kiedy się 
ma za sobą majątek, stanowisko i przesądy publiczne!... Ale po panu nie 
spodziewałam się tego... Cha! cha! cha!... I to jest ten nowy człowiek, ten 
bohater, który cierpi i milczy... O, wy wszyscy jesteście jednakowi!... 
— Przepraszam, ale... o co właściwie ma pani pretensję do barona? 
Z oczu pani Wąsuwskiej posypały się błyskawice. 
— Kochał baron Ewelinę czy nie?... — zapytała. 
— Wariował za nią! 
— Otóż nieprawda, on udawał, że ją kocha, kłamał, że ubóstwia... Ale przy 
najpierwszej sposobności dowiódł, że nawet nie traktował jej jak równego sobie 
człowieka, ale jak niewolnicę, której za chwilę słabości można założyć powróz 
na szyję, wyciągnąć na rynek, okryć sromotą... O, wy panowie świata, 
obłudnicy!... Dopóki was zaślepia zwierzęcy instynkt, włóczycie się u nóg, 
gotowiście spełnić podłość, kłamiecie, ty najdroższa... ty ubóstwiana... za ciebie 
oddałbym życie... Kiedy zaś biedna ofiara uwierzy waszym 
krzywoprzysięstwom, zaczynacie się nudzić, a jeżeli i w niej odezwie się 
ludzka, ułomna natura, depczecie ją nogami... .Ach, jakie to oburzające, jakie to 
nikczemne... Czy mi pan co nareszcie odpowiesz?... 
— Czy pani baronowa nie romansowała z panem Starskim?- zapytał Wokulski. 
— O!... zaraz romansowała. Flirtowała go, zresztą miała do niego feblik... 
— Feblik?... Nie znałem tego wyrazu. Więc jeżeli miała feblik do Starskiego, to 
po cóż wyszła za barona? 
— Bo ją o to błagał na klęczkach... groził, że odbierze sobie życie... 
— Przepraszam, ale... Czy on ją błagał tylko o to, ażeby raczyła przyjąć jego 
nazwisko i majątek, czy też i o to, ażeby nie miała feblika do innych 
mężczyzn?... 
— A wy?... a mężczyźni?... co wyrabiacie przed ślubem i po ślubie?... Więc 
kobieta... 
— Proszę pani, nam, jeszcze kiedy jesteśmy dziećmi, tłomaczą, żeśmy zwierzęta i 
że jedynym sposobem uczłowieczenia się jest miłość dla kobiety, której 
szlachetność, niewinność i wierność trochę powściągają świat od zupełnego 
zbydlęcenia. No, i my wierzymy w tę szlachetność, niewinność et caetera, 
ubóstwiamy ją, padamy przed nią na kolana... 
— I słusznie, bo jesteście daleko mniej warci od kobiet. 
— Uznajemy to na tysiące sposobów i twierdzimy, że wprawdzie mężczyzna 
tworzy cywilizację, ale dopiero kobieta uświęca ją i wyciska na niej idealniejsze 
piętno... Jeżeli jednak kobiety mają nas naśladować pod względem owej 
zwierzęcości, to niby czymże będą lepsze od nas, a nade wszystko: za co mamy 
je ubóstwiać?... 
— Za miłość. 
— I to piękna rzecz! Ale jeżeli pan Starski otrzymuje miłość za swoje wąsiki i 
spojrzenia, to znowu inny pan nie ma racji dawać za nią nazwiska, majątku i 
swobody. 
— Ja pana coraz mniej rozumiem — rzekła pani Wąsowska.- Uznajesz pan, że 
kobiety są równe mężczyznom czy nie?.. 
— W sumie są równe, w szczegółach nie! Umysłem i pracą przeciętna kobieta jest 
niższą od mężczyzny; ale obyczajami i uczuciem ma być od niego o tyle 
wyższą, że kompensuje tamte nierówności. Przynajmniej tak nam to ciągle 
mówią, my w to wierzymy i pomimo wielu niższości kobiet stawiamy je wyżej 
od nas... Jeżeli zaś pani baronowa zrzekła się swoich zalet, a że się ich od dawna 
zrzekła, tośmy widzieli wszyscy, więc nie może dziwić się, że straciła i 
przywileje. Mąż pozbył się jej jako nieuczciwego wspólnika. 
— Ależ baron to niedołężny starzec!... 
— Po cóż za niego wyszła, po co nawet słuchała jego miłosnych paroksyzmów? 
— Więc pan nie pojmujesz tego, że kobieta może być zmuszoną do sprzedania 
się?... — zapytała pani Wąsowska blednąc i rumieniąc się. 
— Pojmuję, pani, bo... ja sam kiedyś... sprzedałem się, tylko nie dla zyskania 
majątku, ale z nędzy... 
— Cóż dalej? 
— Ale żona moja przede wszystkim z góry nie posądzała mnie o niewinność, a ja 
jej, co prawda, nic obiecywałem miłości. Byłem bardzo lichym mężem, ale za 
to, jak człowiek kupiony, byłem najlepszym subiektem i najwierniejszym jej 
sługą. Chodziłem z nią po kościołach, koncertach, teatrach, bawiłem jej gości i 
faktycznie potroiłem dochody ze sklepu. 
— I nie miałeś pan kochanek? 
— Nie, pani. Tak gorzko odczuwałem moją niewolę, żem po prostu nie śmiał 
patrzeć na inne kobiety. Niech więc pani przyzna, że mam prawo być surowym 
sędzią pani baronowej, która sprzedając się wiedziała, że nie kupowano od 
niej... jej pracy... 
— Okropność! — szepnęła pani Wąsowska patrząc w ziemię. 
— Tak, pani. Handel ludźmi jest rzeczą okropną, a jeszcze okropniejszą handel 
samym sobą. Ale dopiero transakcje zawierane w złej wierze są rzeczą 
haniebną. Gdy się taka sprawa wykryje, następstwa muszą być bardzo przykre 
dla strony zdemaskowanej. 
Jakiś czas oboje siedzieli milcząc. Pani Wąsowska była zirytowana, Wokulski 
sposępniał. 
— Nie!... — zawołała nagle — ja muszę z pana wydobyć zdanie stanowcze... 
— O czym? 
— O różnych kwestiach, na które mi pan odpowie jasno i wyraźnie. 
— Czy to ma być egzamin? 
— Coś na kształt tego. 
— Słucham panią. 
Można było myśleć, że się waha; przemogła się jednak i zapytała: 
— Więc utrzymuje pan, że baron miał prawo odepchnąć i zniesławić kobietę?... 
— Która go oszukała?... Miał. 
— Co pan nazywa oszustwem? 
— Przyjmowanie uwielbień barona pomimo feblika, jak pani mówi, do pana 
Starskiego. 
Pani Wąsowska przygryzła usta. 
— A baron ile miał takich feblików?... 
— Zapewne tyle, na ile mu starczyło ochoty i okazji — odparł Wokulski. — Ale 
baron nie pozował na niewinność, nie nosił tytułu specjalisty od czystości 
obyczajów, nie był za to otaczany hołdami... Gdyby baron zdobył czyjeś serce 
twierdząc, że nigdy nie miał kochanek, a miał je, byłby także oszustem. Co 
prawda, nie tego w nim szukano. 
Pani Wąsowska uśmiechnęła się. 
— Wyborny pan jesteś!... A któraż kobieta twierdzi czy zapewnia was, że nie 
miała kochanków?... 
— Ach, więc pani ich miała... 
— Mój panie!... — wybuchnęła wdówka zrywając się. 
Wnet jednak opamiętała się i rzekła chłodno: 
— Zastrzegam sobie u pana niejaką względność w wyborze argumentów. 
— Na co to?... Przecież oboje mamy równe prawa, a ja wcale się nie obrażę, jeżeli 
pani zapyta mnie o liczbę moich kochanek. 
— Nie ciekawam. 
Zaczęła chodzić po salonie. W Wokulskim zadrgał gniew., ale go opanował. 
— Tak, przyznaję panu — mówiła -że nie jestem wolną od przesądów. No, ale ja 
jestem tylko kobietą, mam mózg lżejszy, jak utrzymują wasi antropologowie: 
zresztą jestem spętana stosunkami, nałogami i Bóg wie czym!... Gdybym jednak 
była rozumnym mężczyzną jak pan i wierzyła w postęp jak pan, umiałabym 
otrząsnąć się z tych naleciałości, a choćby tylko uznać, że prędzej lub później 
kobiety muszą być równouprawnione. 
— Niby pod względem tych feblików?... 
— Niby... niby... — przedrzeźniała go. — Właśnie mówię o tych feblikach... 
— O!... to po cóż mamy czekać na wątpliwe rezultaty postępu? Już dziś jest 
bardzo wiele kobiet równouprawnionych pod tym względem. Tworzą nawet 
potężne stronnictwo, nazywające się kokotami... Ale dziwna rzecz: posiadając 
względy mężczyzn, panie te nie cieszą się życzliwością kobiet... 
— Z panem nie można rozmawiać, panie Wokulski — upomniała go wdówka. 
— Nie można ze mną rozmawiać o równouprawnieniu kobiet? 
Pani Wąsowskiej zapłonęły oczy i krew uderzyła na twarz. Usiadła gwałtownie 
na fotelu i uderzywszy ręką w stół, zawołała: 
— Dobrze!... otóż wytrzymam pański cynizm i będę mówiła nawet o kokotach... 
Dowiedzże się pan, że trzeba mieć bardzo niski charakter, ażeby zestawiać te 
damy, które sprzedają się za pieniądze, z kobietami uczciwymi i szlachetnymi, 
które oddają się z miłości... 
— Ciągle pozując na niewinność... 
— Chociażby. 
— I po kolei oszukując naiwnych, którzy temu wierzą. 
— A co im szkodzi oszustwo?... — zapytała, zuchwale patrząc mu w oczy. 
Wokulski zaciął zęby, ale opanował się i mówił spokojnie: 
— Proszę pani, co by też powiedzieli o mnie moi wspólnicy, gdybym ja zamiast 
sześciu kroć stu tysięcy rubli majątku, jak to ogłoszono, miał sześć tysięcy i nie 
protestował przeciw pogłoskom?... Chodzi przecież tylko o dwa zera... 
— Wyłączmy kwestie pieniężne — przerwała pani Wąsowska. 
— Aha!... A więc co sama pani powiedziałaby o mnie, gdybym ja na przykład 
nazywał się nie Wokulski, ale — Wolkuski i za pomocą tak małego przestawienia 
liter zdobył życzliwość nieboszczki prezesowej, wcisnął się do jej domu i tam 
miał honor poznać panią?... Jak by pani nazwała ten sposób robienia znajomości 
i pozyskiwania ludzkich wzglądów?... 
Na ruchliwej twarzy pani Wąsowskiej odmalowało się uczucie wstrętu. 
— Jakiż to znowu ma związek ze sprawą barona i jego żony?...- odparła. 
— Ma, proszę pani, ten związek; że na świecie nie wolno przywłaszczać sobie 
tytułów. Kokota może być zresztą użyteczną kobietą i nikt nie ma prawa robić 
jej wymówek za specjalność; ale kokota maskująca się pozorami tak zwanej 
nieskazitelności jest oszustką. A za to już można robić wymówki. 
— Okropność!... — wybuchnęła pani Wąsowska. — Ale mniejsza... 
Powiedz mi pan jednak, co świat traci na podobnej mistyfikacji?... 
Wokulskiemu zaczęło szumieć w uszach. 
— Świat niekiedy zyskuje, jeżeli jakiś naiwny prostak wpada w obłęd zwany 
miłością idealną i za cenę największych niebezpieczeństw zdobywa majątek, 
aby go złożyć u stóp swego ideału... Ale świat czasem traci, jeżeli ten wariat 
odkrywszy mistyfikację upada złamany, do niczego niezdolny... Albo... nie 
rozporządziwszy majątkiem rzuca się... To jest: strzela się z panem Starskim i 
dostaje kulą po żebrach... Świat traci, pani, jedno zabite szczęście, jeden 
zwichnięty umysł, a może i człowieka, który mógł coś zrobić... 
— Ten człowiek sam sobie winien... 
— Ma pani rację: byłby winien, gdyby spostrzegłszy się nie postąpił jak baron i 
nie zerwał ze swoim ogłupieniem i hańbą... 
— Krótko mówiąc — rzekła pani Wąsowska — mężczyźni nie zrzekną się 
dobrowolnie swoich dzikich przywilejów wobec kobiet... 
— To jest: nie uznają przywileju zwodzenia... 
— Kto zaś odrzuca układy — mówiła z uniesieniem -ten rozpoczyna walkę... 
— Walkę?.. — powtórzył śmiejąc się Wokulski. 
— Tak, walkę, w której strona silniejsza zwycięży... A kto silniejszy, to dopiero 
zobaczymy!... — zawołała potrząsając ręką. 
W tej chwili stała się rzecz dziwna. Wokulski nagle schwycił panią Wąsowską 
za obie ręce i umieścił je między trzema palcami swojej. 
— Cóż to znaczy?... — zapytała blednąc. 
— Próbujemy, kto silniejszy — odparł. 
— No... już dosyć żartów... 
— Nie, pani, to nie są żarty... To tylko mały dowód, że z panią, jako 
reprezentantką walki, mogę zrobić, co mi się podoba. Tak czy nie? 
— Puść mnie pan — zawołała szarpiąc się — bo zawołam na służbę... 
Wokulski puścił jej ręce. 
— Ach, więc będziecie panie walczyć z nami przy pomocy służby?... Ciekawym, 
jakiego wynagrodzenia zażądaliby ci sprzymierzeńcy i czy pozwoliliby nie 
dotrzymywać zobowiązań? 
Pani Wąsowska przypatrywała mu się naprzód z lekką trwogą, potem z 
oburzeniem, w końcu wzruszyła ramionami. 
— Wie pan, co mi na myśl przyszło? 
— Żem oszalał. 
— Coś na kształt tego. 
— Wobec tak pięknej kobiety i przy takiej dyskusji byłoby to rzeczą naturalną. 
— Ach, jakiż płaski kompliment!... — zawołała z grymasem.- W każdym razie 
muszę wyznać, żeś mi pan trochę zaimponował. Trochę... Ale nie wytrzymałeś 
pan w roli, puściłeś mi ręce, i to mnie rozczarowało... 
— O, ja potrafiłbym nie puścić rąk. 
— A ja potrafiłabym zawołać na służbę... 
— A ja, przepraszam panią, potrafiłbym zakneblować usta. . 
— Co?..: co?... 
— To, co powiedziałem. 
Pani Wąsowska znowu się zadziwiła. 
— Wie pan — rzekła zakładając po napoleońsku ręce — że pan jest albo bardzo 
oryginalny, albo... bardzo źle wychowany... 
— Wcale nie jestem wychowany... 
— Więc istotnie oryginalny — szepnęła. — Szkoda, że z tej strony nie dałeś się pan 
poznać Beli... 
Wokulski osłupiał. Nie na dźwięk tego imienia, ale z powodu zmiany, jaką 
uczuł w sobie. Panna Izabela wydała mu się całkiem obojętną, a natomiast 
zaczęła go interesować pani Wąsowska. 
— Trzeba jej było — ciągnęła — od razu wyłożyć swoje teorie tak jak mnie, a nie 
wynikłyby między wami nieporozumienia. 
— Nieporozumienia?.. — spytał Wokulski szeroko otwierając oczy. 
— Tak, bo o ile wiem, ona panu gotowa przebaczyć. 
— Przebaczyć?... 
— Jesteś pan, widzę, jeszcze bardzo... osłabiony — mówiła obojętnym tonem jeżeli 
nie czujesz, że postępek pański był brutalny... Wobec pańskich 
ekscentryczności nawet baron wygląda na eleganckiego człowieka. 
Wokulski roześmiał się tak szczerze, iż jego samego to zaniepokoiło. Pani 
Wąsowska mówiła dalej: 
— Śmiejesz się pan?... Wybaczam, ponieważ rozumiem taki śmiech... Jest to 
najwyższy stopień cierpienia... 
— Przysięgam pani, że od dziesięciu tygodni nie czułem się tak swobodnym... 
Boże mój!... nawet od paru lat... Zdaje mi się, że przez cały ten czas szarpała mi 
mózg jakaś straszna zmora i przed chwilą znikła... Teraz dopiero czuję, że 
jestem ocalony, i to dzięki pani... 
Głos mu drżał. Wziął ją za obie ręce i całował prawie namiętnie. Pani 
Wąsowskiej zdawało się, że dostrzegła w jego oczach coś na kształt łez. 
— Ocalony!... Uwolniony!... — powtarzał. 
— Posłuchaj mnie pan — mówiła zimno, cofając ręce. — Wszystko wiem, co 
między wami zaszło... Postąpiłeś pan niegodziwie podsłuchując rozmowę, którą 
znam w najdrobniejszych szczegółach, a nawet więcej... Była to najzwyklejsza 
flirtacja... 
— Ach, więc to jest flirtacja?... — przerwał. — To, co robi kobietę podobną do 
restauracyjnej serwetki, którą każdy może obcierać usta i palce?... To jest 
flirtacja, bardzo dobrze!... 
— Milcz pan!... — zawołała pani Wąsowska. — Nie przeczę, że Bela postąpiła źle, 
ale... osądź pan sam siebie, jeżeli powiem, że ona pana... 
— Kocha, czy tak? — spytał Wokulski bawiąc się swoją brodą. 
— O, kocha!... Dopiero żałuje pana. Nie chcę się wdawać w szczegóły, dość, 
jeżeli powiem, że widywałam ją prze dwa miesiące prawie co dzień... Że przez 
ten czas mówiła tylko o panu i że najulubieńszym miejscem jej przejażdżek 
jest... zamek zasławski!... Ile razy siadała na tym wielkim kamieniu z napisem, 
ile razy widziałam łzy w jej oczach... A nawet raz rozpłakała się na dobre, 
powtarzając wyryty tam dwuwiersz : 
Wszędzie i zawsze będę ja przy tobie, 
Bom wszędzie cząstkę mej duszy zostawi! 
Cóż pan na to?... 
— Co ja na to?.. — powtórzył Wokulski. — Przysięgam, że jedynym moim 
życzeniem w tej chwili jest, ażeby zaginął najdrobniejszy ślad mojej znajomości 
z panną Łęcką... A przede wszystkim ten nieszczęśliwy kamień, który ją tak 
roztkliwia. 
— Gdyby to była prawda, miałabym piękny dowód męskiej stałości 
— Nie, miałaby pani tylko dowód cudownej kuracji — mówił wzruszony. — O 
Boże!... zdaje mi się, że mnie ktoś na parę lat zamagnetyzował, że przed 
dziesięcioma tygodniami zbudzono mnie nieumiejętnie i że dopiero dziś 
ocknąłem się naprawdę... 
— Pan to mówisz na serio?... 
— Czyliż pani nie widzi, jaki jestem szczęśliwy?... Odzyskałem siebie i znowu 
należę do siebie... Niech mi pani wierzy, że jest to cud, którego najzupełniej nie 
rozumiem, ale który porównać można tylko z przebudzeniem z letargu 
człowieka, który już leżał w trumnie. 
— I czemu pan to przypisuje?... — zapytała spuszczając oczy. 
— Przede wszystkim pani... A następnie temu, że nareszcie zdobyłem się na jasne 
sformułowanie przed kimś rzeczy, którą od dawna rozumiał, alem nie miał 
odwagi uznać. Panna Izabela to kobieta innego gatunku aniżeli ja i tylko jakieś 
obłąkanie mogło mnie przykuć do niej. 
— I co pan zrobi po tym ciekawym odkryciu? 
— Nie wiem. 
— Nie znalazł pan czasem kobiety swego gatunku?.. 
— Może. 
— Zapewne jest nią ta pani... pani Sta... Sta... 
— Stawska?... Nie. Prędzej byłaby nią pani. 
Pani Wąsowska podniosła się z fotelu z miną bardzo uroczystą. 
— Rozumiem — rzekł Wokulski. — Mam już odejść? 
— Jak pan uważa. 
— I na wieś nie pojedziemy razem? 
— O, to z pewnością... Chociaż... nie bronię panu przyjechać tam... 
Zapewne będzie u mnie Bela... 
— W takim razie nie przyjadę. 
— Nie twierdzę, że będzie. 
— I zastałbym tylko samą panią? 
— Przypuszczam. 
— I rozmawialibyśmy tak jak dzisiaj?... Jeździlibyśmy na spacer jak wówczas?.. 
— I naprawdę rozpoczęłaby się między nami wojna -odparła pani Wąsowska. 
— Ostrzegam, żebym ją wygrał. 
— Doprawdy?... I może zrobiłby mnie pan swoją niewolnicą?.. 
— Tak. Przekonałbym, że potrafię mieć władzę, a później u nóg pani błagałbym, 
ażebyś przyjęła mnie za swego niewolnika... 
Pani Wąsowska odwróciła się i wyszła z salonu. Na progu zatrzymała się chwilę 
i z lekka odwracając głowę rzekła: 
— Do widzenia... na wsi!... 
Wokulski opuścił jej mieszkanie jak pijany. Znalazłszy się na ulicy szepnął : 
„Oczywiście, zgłupiałem.” 
Spojrzał za siebie i zobaczył w oknie panią Wąsowską, która wyglądała spoza 
firanki. 
„Do licha ! — pomyślał. — Czy ja znowu nie wlazłem w jaką awanturę?...” 
Idąc ulicą Wokulski wciąż zastanawiał się nad zmianą, jaka w nim zaszła. 
Zdawało mu się, że : otchłani, w której panuje noc i obłęd, wydobył się na jasny 
dzień. Pulsa biły mu silniej, oddychał szerzej, myśli toczyły się z niezwykłą 
swobodą; czuł jakąś rześkość w całym organizmie i nie dający się opisać spokój 
w sercu. 
Już nic drażnił go ruch uliczny, a cieszyły tłumy. Niebo miało ciemniejszą 
barwę, domy wyglądały zdrowiej, a nawet kurz, nasycony potokami światła był 
piękny. 
Największą jednak przyjemność robił mu widok młodych kobiet, ich giętkich 
ruchów, uśmiechających się ust i wabiących spojrzeń. Kilka z nich spojrzały mu 
prosto w oczy z wyrazem słodkiej tkliwości i kokieterii; Wokulskiemu serce 
uderzyło śpieszniej, jakiś prąd drażniący przeleciał po nim od stóp do głów. 
„Ładne!...” — pomyślał. 
Wnet jednak przypomniał sobie panią Wąsowską i musiał przyznać, że 
spomiędzy tych ładnych ona jest najładniejsza, a co lepiej, najponętniejsza... Co 
to za figura, jaki wspaniały kontur nogi, a płeć, a oczy mające w sobie coś z 
brylantów i aksamitu... Byłby przysiągł, że czuje zapach jej ciała, że słyszy 
spazmatyczny śmiech, i w głowic zaszumiało mu na samą myśl zbliżenia się do 
niej. 
„Co to musi być za wściekła kobieta!... — szepnął. — Kąsałbym ją...” 
Widmo pani Wąsowskiej tak go prześladowało i drażniło, że nagle przyszedł mu 
projekt odwiedzić ją jeszcze dziś wieczorem. 
„Przecież zaprosiła mnie na obiady i kolacje — mówił do siebie czując, że w nim 
coś kipi. — Wyrzuci mnie za drzwi?... Po cóż by mnie kokietowała. Że nie ma do 
mnie wstrętu, wiem nic od dzisiaj, no, a ja, dalibóg, mam na nią apetyt, który 
także coś wart...” 
Wtem przeszła obok niego jakaś szatynka z fiołkowymi oczyma i twarzą 
dziecka, a Wokulski spostrzegł ze zdziwieniem, że i ta mu się podoba. 
O kilkanaście kroków od swojego domu usłyszał wołanie: 
— Hej!... hej!... Stachu!... 
Wokulski odwrócił głowę i pod werandą cukierni zobaczył Szumana. Doktór 
zostawił nie dokończoną porcję lodów, rzucił na stół srebrną czterdziestówkę i 
wybiegł do niego. 
— Idę do ciebie — mówił Szuman biorąc go pod rękę. -Wiesz co, że dawno już nie 
miałeś tak byczej miny... Założę się, że wrócisz do spółki i porozpędzasz tych 
parchów... Co za Fizjognomia... co za oko... Dziś dopiero poznaję dawnego 
Stacha!... 
Minęli bramę, schody i weszli do mieszkania. 
— A ja w tej chwili myślałem, że grozi mi jakaś nowa choroba... rzekł Wokulski 
ze śmiechem. — Chcesz cygaro? 
— Dlaczego grozi? 
— Wyobraź sobie, że może od godziny ogromne wrażenie robią na mnie 
kobiety... Jestem przestraszony... 
Szuman roześmiał się na cały głos. 
— Pyszny jesteś... Zamiast wydać obiad na znak radości, to ten się boi... A cóż ty 
myślisz, że wówczas byłeś zdrów, kiedyś wariował za jedną kobietą? Dziś jesteś 
zdrów, kiedy ci się wszystkie podobają, i nie masz nic pilniejszego jak postarać 
się o względy tej, która ci najlepiej przypadnie do gustu. 
— Bah!... A gdyby to była wielka dama?... 
— Tym lepiej... tym lepiej... Wielkie damy są daleko smaczniejsze od pokojówek. 
Kobiecość ogromnie zyskuje na szyku i inteligencji, a nade wszystko na dumie. 
Jakie czekają cię idealne rozmowy, jakie miny pełne godności... Ach, powiadam 
ci, to ze trzy razy więcej warte... 
Po twarzy Wokulskiego przeleciał cień. 
— Oho! -zawołał Szuman — już widzę obok ciebie długie ucho tego patrona, na 
którym Chrystus wjeżdżał do Jerozolimy. Czego się krzywisz?... Właśnie 
umizgaj się tylko do wielkich dam, bo one mają ciekawość do demokracji. 
W przedpokoju rozległ się dzwonek i wszedł Ochocki. Spojrzał na 
zacietrzewionego doktora i zapytał: 
— Przeszkadzam panom? 
— Nie — odparł Szuman — możesz pan nawet być pomocny. Bo właśnie radzę w tej 
chwili Stachowi, ażeby leczył się romansem, ale... nie idealnym. Z ideałami już 
dosyć... 
— A wie pan, że tego wykładu i ja gotów jestem posłuchać — rzekł Ochocki 
zapalając podane cygaro. 
— Awantura! -mruknął Wokulski. 
— Żadna awantura — prawił Szuman. -Człowiek z twoim majątkiem może być 
kompletnie szczęśliwy, do rozsądnego bowiem szczęścia potrzeba: co dzień 
jadać inne potrawy i brać czystą bieliznę, a co kwartał zmieniać miejsce pobytu i 
kochanki. 
— Zabraknie kobiet -wtrącił Ochocki. 
— Zostaw pan to kobietom, a już one postarają się, ażeby ich nie zabrakło odparł 
szyderczo doktór. — Przecież ta sama dieta stosuje się i do kobiet. 
— Ta kwartalna dieta?.. — spytał Ochocki. 
— Naturalnie. Dlaczegóż one mają być gorsze od nas? 
— Nie ciekawa to jednak służba w dziesiątym lub dwudziestym kwartale. 
— Przesąd!... przesąd!... — mówił Szuman. — Ani się pan spostrzeżesz, ani się 
domyślisz, szczególniej, jeżeli cię zapewnią, że jesteś dopiero drugim lub 
czwartym, i to tym prawdziwie kochanym, tym od dawna przeczuwanym... 
— Nie byłeś u Rzeckiego? -spytał Szumana Wokulski. 
— No, jemu już nie zapiszę recepty na miłość — odparł doktór.- Stary kapcanieje... 
— Istotnie, źle wygląda — dorzucił Ochocki. 
Rozmowa przeszła na stan zdrowia Rzeckiego, potem na politykę, w końcu 
Szuman pożegnał ich. 
— Bestia cynik!... — mruknął Ochocki. 
— Nie lubi kobiet — dodał Wokulski -a w dodatku miewa gorzkie dnie i wtedy 
wygaduje herezje. 
— Czasami nie bez racji — rzekł Ochocki. — Ale też dobrze trafił ze swymi 
poglądami... Bo akurat przed godziną miałem uroczystą rozmowę z ciotką, która 
koniecznie namawia mnie, abym się ożenił, i dowodzi, że nic tak nie 
uszlachetnia człowieka, jak miłość zacnej kobiety... 
— On nie radził panu, tylko mnie. 
— Ja też właśnie, gdym słuchał jego wywodów, myślałem o panu. Wyobrażam 
sobie, jak byś pan wyglądał zmieniając co kwartał kochanki, gdyby kiedy stanęli 
przed panem ci wszyscy ludzie, którzy dziś pracują na pańskie dochody, i 
zapytali: „Czym się wywdzięczasz nam za nasze trudy, nędzę i krótsze życie, 
którego część tobie oddajemy?... Czy pracą, czy radą, czy przykładem?...” 
— Jacyż dziś ludzie pracują na moje dochody? -spytał Wokulski. — Wycofałem 
się z interesów i zamieniam majątek na papiery. 
— Jeżeli na listy zastawne ziemskie, to przecież kupony od nich płacą parobcy; a 
jeżeli na jakieś akcje, to znowu ich dywidendy pokrywają robotnicy kolejowi, 
cukrowniani, tkaccy, czy ja zresztą wiem jacy?.. 
Wokulski jeszcze bardziej spochmurniał. 
— Proszę pana — rzekł — czy ja potrzebuję myśleć o tym?... Tysiące żyją z 
procentów i nie troszczą się podobnymi pytaniami. 
— Ale ba!- mruknął Ochocki. — Inni to nie pan... Ja mam wszystkiego półtora 
tysiąca rubli rocznie, a jednak bardzo często przychodzi mi na myśl, że taka 
suma stanowi utrzymanie trzech albo czterech ludzi i że jacyś faceci ustępują dla 
mnie ze świata albo muszą ograniczać swoje, już i tak ograniczone potrzeby... 
Wokulski przeszedł się po pokoju. 
— Kiedy pan jedziesz za granicę? — nagle zapytał. 
— I tego nie wiem — odparł kwaśno Ochocki. -Mój dłużnik nie zwróci mi 
pieniędzy wcześniej jak za rok. Spłaci mnie dopiero nową pożyczką, a tej dziś 
niełatwo zaciągnąć. 
— Duży daje procent? 
— Siódmy. 
— A pewna to lokacja? 
— Pierwszy numer po Towarzystwie Kredytowym. 
— A gdybym ja panu dał gotówkę i wszedł w pańskie prawa, wyjechałbyś pan za 
granicę? 
— Jednej chwili!... — zawołał Ochocki zrywając się. — Cóż ja tu wysiedzę?... 
Chyba z desperacji ożenię się bogato, a później będę robił tak, jak radzi Szuman. 
Wokulski zamyślił się. 
— Cóż by to było złego ożenić się? — rzekł półgłosem. 
— Dajże mi pan spokój!... Ubogiej żony nie wykarmię, bogata wciągnęłaby mnie 
w sybarytyzm, a każda byłaby grobem moich planów. Dla mnie trzeba jakiejś 
dziwnej kobiety, która by razem ze mną pracowała w laboratorium; a gdzież 
znajdę taką?... 
Ochocki zdawał się być mocno rozstrojony i zabrał się do wyjścia. 
— Więc, kochany panie — mówił żegnając się z nim Wokulski sprawę pańskiego 
kapitału obgadamy. Ja gotów jestem spłacić pana. 
— Jak pan chce... Nie proszę o to, ale byłbym bardzo wdzięczny. 
— Kiedy pan wyjeżdżasz do Zasławka? 
— Jutro, właśnie przyszedłem pożegnać pana. 
— A więc interes gotów — zakończył ściskając go Wokulski.- W październiku 
możesz pan mieć pieniądze. 
Po.wyjściu Ochockiego Wokulski położył się spać. Doznał dziś tylu silnych i 
sprzecznych wrażeń, że nie umiał ich uporządkować. Zdawało mu się, że od 
chwili zerwania z panną Izabelą wchodził na jakąś straszną wysokość, otoczoną 
przepaściami, i dopiero dziś dosięgnął jej szczytów, a nawet zeszedł na drugi 
skłon, gdzie ujrzał jeszcze niewyraźne, lecz całkiem nowe horyzonty. 
Jakiś czas snuły mu się przed oczyma roje kobiet, a między nimi najczęściej 
pani Wąsowska; to znowu widział gromady parobków i robotników, którzy 
zapytywali go, co im dal w zamian za swoje dochody. 
Nareszcie twardo zasnął. 
Obudził się o szóstej rano, a pierwszym wrażeniem było uczucie swobody i 
rześkości. 
Wprawdzie nie chciało mu się wstawać, lecz nie doznawał żadnego cierpienia i 
nie myślał o pannie Izabeli. To jest myślał, ale mógł nie myśleć; w każdym razie 
wspomnienie jej nie nurtowało go w sposób jak dotychczas bolesny. 
Ten brak cierpień znowu zatrwożył go. 
„Czy to nie przywidzenie?” -pomyślał. 
Przypomniał sobie historię dnia wczorajszego; pamięć i logika dopisywały mu. 
„Może i wolę odzyskam?” — szepnął. 
Na próbę postanowił, że wstanie za pięć minut, wykąpie się, ubierze i 
natychmiast pójdzie na spacer do Łazienek. Patrzył na posuwającą się skazówkę 
zegarka i z niepokojem zapytał: „A może ja się nawet na to nie zdobędę ?.. „ 
Skazówka dosięgła pięciu minut i Wokulski wstał bez pośpiechu, ale też i bez 
wahania. Sam nalał sobie wody do wanny, wykąpał się, wytarł, ubrał i już w pół 
godziny szedł do Łazienek. 
Uderzyło go, że przez cały ten czas nie myślał o pannie Izabeli, tylko o pani 
Wąsowskiej. Oczywiście, coś się w nim wczoraj zmieniło: może zaczęły działać 
jakieś sparaliżowane komórki w mózgu?... Myśl o pannie Izabeli straciła nad 
nim władzę. 
„Co to za dziwna plątanina -mówił. -Tamtą wyrugowała pani Wąsowska, a 
panią Wąsowską może zastąpić każda inna kobieta. Jestem więc naprawdę 
uleczony z obłędu...” 
Przeszedł nad stawem i obojętnie przypatrywał się czółnom i łabędziom. Potem 
skręcił w aleję ku Pomarańczarni, na której byli wtedy oboje, i powiedział sobie, 
że... zje śniadanie z apetytem. Ale gdy wracał tą samą drogą, opanował go 
gniew i z dziką radością złośliwego dzieciaka poprzednie ślady własnych stóp 
zacierał nogą. 
„Gdybym mógł wszystko tak zetrzeć... I tamten kamień, i ruiny... Wszystko!...” 
W tej chwili uczuł, że budzi się w nim niepokonany instynkt niszczenia 
pewnych rzeczy; lecz zarazem zdawał sobie sprawę, że jest to objaw 
chorobliwy. Wielką też robiło mu satysfakcję, że nie tylko spokojnie może 
myśleć o pannie Izabeli, ale nawet oddawać jej sprawiedliwość. 
„O co ja się irytowałem? — mówił do siebie. — Gdyby nie ona, nie zdobyłbym 
majątku... Gdyby nie ona i nie Starski, za pierwszym razem nie wyjechałbym do 
Paryża i nie zbliżyłbym się z Geistem, a pod Skierniewicami nie uleczyłbym się 
z głupoty... Wszakże to moi dobrodzieje ci państwo... Nawet powinien bym 
wyswatać tę dobraną parę, a przynajmniej ułatwiać im schadzki... I pomyśleć, że 
z takiej mierzwy kiedyś wykwitnie metal Geista!...” 
W Ogrodzie Botanicznym było cicho i prawie pusto. Wokulski wyminął studnię 
i z wolna począł wstępować na ocieniony pagórek, na którym przeszło rok temu 
po raz pierwszy rozmawiał z Ochockim. Zdawało mu się, że wzgórze jest 
podwaliną tych ogromnych schodów, na szczycie których ukazywał mu się 
posąg tajemniczej bogini. Ujrzał ją i teraz i ze wzruszeniem spostrzegł, że 
chmury otaczające jej głowę rozsunęły się na chwilę. Zobaczył surową twarz, 
rozwiane włosy, a pod spiżowym czołem żywe, lwie oczy, które wpatrywały się 
w niego z wyrazem przygniatającej potęgi. Wytrzymał to spojrzenie i nagle 
uczuł, że rośnie... rośnie... że już przenosi głową najwyższe drzewa parku i sięga 
prawie do obnażonych stóp bogini. 
Teraz zrozumiał, że tą czystą i wieczną pięknością jest Sława i że na jej 
szczytach nie ma innej uciechy nad pracę i niebezpieczeństwa. 
Wrócił do domu smutniejszy, ale wciąż spokojny. Zdawało mu się, że podczas 
tej przechadzki nawiązał się jakiś węzeł między jego przyszłością a ową odległą 
epoką, kiedy jeszcze jako subiekt i student budował machiny o wiecznym ruchu 
albo dające się kierować balony. Kilkanaście zaś ostatnich lat były tylko 
przerwą i stratą czasu. 
„Muszę gdzieś wyjechać — rzekł do siebie — muszę odpocząć, a później... 
zobaczymy...” 
Po południu wysłał długą depeszę do Suzina do Moskwy. 
Na drugi dzień, około pierwszej, kiedy Wokulski jadł śniadanie, wszedł lokaj 
pani Wąsowskiej i oświadczył, że pani czeka w powozie. 
Gdy wybiegł na ulicę, pani Wąsowska kazała mu wsiąść. 
— Zabieram pana — rzekła. 
— Czy na obiad?... 
— O nie, tylko do Łazienek. Bezpieczniej mi będzie rozmawiać z panem przy 
świadkach i na wolnym powietrzu. 
Ale Wokulski był pochmurny i milczał. 
W Łazienkach wysiedli z powozu, minęli pałacowy taras i zaczęli spacerować 
po alei dotykającej amfiteatru. 
— Musi pan wejść między ludzi, panie Wokulski — zaczęła pani Wąsowska. — Musi ocknąć się pan ze swej apatii, bo inaczej minie pana słodka nagroda... 
— Och?... aż tak... 
— Niezawodnie. Wszystkie damy są zainteresowane pańskimi cierpieniami i 
założę się, że niejedna chciałaby odegrać rolę pocieszycielki. 
— Albo pobawić się moim rzekomym cierpieniem jak kot poranioną 
myszą?...Nie, pani, ja nie potrzebuję pocieszycielek, ponieważ wcale nie cierpię, 
a już najmniej z winy dam... 
— Proszę?... — zawołała pani Wąsowska. — Myślałby kto, że naprawdę nie 
otrzymałeś pan ciosu z małych rączek... 
— I dobrze by myślał — odparł Wokulski. — Jeżeli zadał mi kto ciosy, to 
bynajmniej nie płeć piękna, ale... czy ja wiem co?... może fatalność. 
— Zawsze jednak za pośrednictwem kobiety... 
— A nade wszystko mojej własnej naiwności. Prawie od dzieciństwa szukałem 
jakiejś rzeczy wielkiej i nieznanej; a ponieważ kobiety widywałem tylko przez 
okulary poetów, którzy im przesadnie pochlebiają, więc myślałem, że kobieta 
jest ową rzeczą wielką i nieznaną. Omyliłem się i w tym leży sekret mego 
chwilowego zachwiania, na którym zresztą udało mi się zrobić majątek. 
Pani Wąsowska zatrzymała się w alei. 
— No, wie pan co, że jestem zdumiona!... Nie widzieliśmy się od onegdaj, a dziś 
przedstawia mi się pan jako całkiem inny człowiek, coś w rodzaju starego 
dziada, który lekceważy kobiety... 
— To nie lekceważenie, to spostrzeżenie. 
— Mianowicie?... — zapytała pani Wąsowska. 
— Że jest gatunek kobiet, które po to tylko żyją na świecie, ażeby drażnić i 
podniecać namiętności mężczyzn. Tym sposobem ogłupiają ludzi rozumnych, 
upadlają uczciwych i utrzymują w równowadze głupców Mają licznych 
wielbicieli i dzięki temu wywierają na nas taki wpływ jak haremy na Turcję. 
Widzi więc pani, że damy nic mają powodu roztkliwiać się nad moimi 
cierpieniami ani prawa bawić się mną. Nic należę do ich referatu. 
— I nawet zrywasz pan z miłością?... — zapytała ironicznie pani Wąsowska. 
W Wokulskim zakipiał gniew... 
— Nie, pani — odparł — tylko mam przyjaciela pesymistę, który mi wytłumaczył, że 
nierównie korzystniej jest kupić miłość za cztery tysiące rubli rocznie, a 
wierność za pięć tysięcy aniżeli za to, co nazywamy uczuciem. 
— Piękna wierność!... — szepnęła pani Wąsowska. 
— Przynajmniej z góry zapowiada, czego się mamy od niej spodziewać. 
Pani Wąsowska przygryzła wargi i skręciła w stronę powozu. 
— Powinien by pan zacząć apostołować swoje nowe poglądy. 
— Ja myślę, proszę pani, że na to szkoda czasu, bo jedni nigdy ich nie 
zrozumieją, a inni nic uwierzą bez osobistego doświadczenia. 
— Dziękuję panu za prelekcję — rzekła po chwili. — Zrobiła na mnie tak silne 
wrażenie, że nawet nie proszę pana, ażebyś mnie odwiózł do domu... Jesteś pan 
dziś w wyjątkowo złym humorze, sądzę jednak, że to minie... Ale... ale... Oto 
list — dodała wsuwając mu w rękę kopertę — który niech pan przeczyta. 
Popełniam niedyskrecję, ale wiem, że mnie pan nie zdradzi, a postanowiłam 
sobie ostatecznie rozwikłać nieporozumienie między panem i Belą. Jeżeli mi się 
zamiar uda, niech pan spali, jeżeli nie... niech mi pan ten list przywiezie na 
wieś... Adieu! 
Siadła do powozu i zostawiła Wokulskiego na ogrodowej szosie. 
„Do licha, czyżbym ją obraził?... — rzekł do siebie. — A szkoda, bo warta 
grzechu!...” 
Szedł powoli w stronę Alei Ujazdowskiej i myślał o pani Wąsowskiej. 
„Głupstwo!... przecież jej nie oświadczę, że mam na nią apetyt... A zresztą, 
choćbym trafił na dobrą chwilę, co bym dał jej w zamian?.. Nawet nie mógłbym 
powiedzieć, że ją kocham.” 
Dopiero w domu Wokulski otworzył list panny Izabeli. 
Na widok drogiego niegdyś pisma przeleciała po nim błyskawica żalu; ale 
zapach papieru przypomniał mu te dawne, bardzo dawne czasy, kiedy jeszcze 
zachęcała go do urządzania owacyj Rossiemu. 
„To był jeden paciorek z różańca, na którym panna Izabela odprawiała 
nabożeństwo!...” — szepnął z uśmiechem. 
Zaczął czytać. 
„Moja droga Kaziu! Jestem tak zniechęcona do wszystkiego i tak jeszcze nie 
mogę zebrać myśli, że dziś dopiero zdobywam się na opowiedzenie ci 
wydarzeń, jakie u nas zaszły od twego wyjazdu. 
Już wiem, ile mi zapisała ciotka Hortensja: oto sześćdziesiąt tysięcy rubli; razem 
więc mamy dziewięćdziesiąt tysięcy rubli, które poczciwy baron obiecuje 
umieścić na siedem procent, co wyniesie około sześciu tysięcy rubli rocznie. Ale 
trudno, trzeba nauczyć się oszczędności. 
Nie umiem ci opowiedzieć, jak się nudzę, a może tylko tęsknię... Ale i to 
przejdzie. Ten młody inżynier ciągle u nas bywa, co parę dni. Z początku bawił 
mnie rozmową o mostach żelaznych, a obecnie opowiada, jak się kochał w 
osobie, która wyszła za innego, jak za nią rozpaczał, jak stracił nadzieję 
zakochania się po raz drugi i jak by pragnął uzdrowić się przez nową, lepszą 
miłość. Wyznał mi jeszcze, że niekiedy pisuje wiersze, w których jednak opiewa 
tylko wdzięki natury... Czasami płakać mi się chce z nudów, ale że bez 
towarzystwa umarłabym, więc udaję, że słucham, i niekiedy pozwalam mu 
ucałować moją rączkę...” 
Wokulskiemu żyły nabrzmiały na czole... Odpoczął i czytał dalej: 
„Papo coraz słabszy. Płacze po kilka razy na dzień i byleśmy porozmawiali pięć 
minut sami, robi mi wymówki, wiesz za kogo!... Nie uwierzysz, jak mnie to 
rozstraja. 
W ruinach zasławskich bywam co parę dni. Coś mnie tam ciągnie, nie wiem piękna 
natura czy samotność. Kiedy jestem bardzo nieszczęśliwa, piszę różne 
rzeczy ołówkiem na spękanych ścianach i z radością myślę: jak dobrze, że to 
wszystko pierwszy deszcz zmyje. 
Ale, ale... Zapomniałam o najważniejszym! Wiesz: marszałek napisał do ojca 
list, w którym najformalniej oświadcza się o moją rękę. Całą noc płakałam, nie 
dlatego, że mogę zostać marszałkową, ale... że się to tak łatwo stać może!... 
Pióro wypada mi z ręki. Bądź zdrowa i wspomnij czasami o twej nieszczęśliwej 
Beli.” 
Wokulski zmiął list. 
„Tak pogardzam i... jeszcze ją kocham!” — szepnął. 
Głowa mu pałała. Chodził tam i na powrót z zaciśniętymi pięściami i uśmiechał 
się do własnych marzeń. 
Nad wieczorem otrzymał telegram z Moskwy, po którym natychmiast wysłał 
depeszę do Paryża. Następny zaś dzień, od rana do późnej nocy spędził ze swym 
adwokatem i rejentem. 
Kładąc się spać pomyślał: 
„Czy tylko ja nie zrobię głupstwa?... No, przecież zbadam rzeczy na miejscu... 
Czy może istnieć metal lżejszy od powietrza, to inna kwestia, ale że coś w tym 
jest — nie ma wątpliwości... Zresztą szukając kamienia filozoficznego znaleziono 
chemię; kto zatem wie, co się napotka teraz?... W rezultacie wszystko mi jedno, 
byle wydobyć się z tego błota...” 
Dopiero nazajutrz w południe przyszła odpowiedź z Paryża, którą Wokulski 
parę razy odczytał, W chwilę później oddano mu list od pani Wąsowskiej, gdzie 
na kopercie, w miejsce pieczątki, znajdował się wizerunek Sfinksa. 
— Tak — mruknął z uśmiechem Wokulski — twarz ludzka i tułów zwierzęcia: nasza 
zaś imaginacja dodaje wam skrzydeł. 
„Niech pan do mnie wpadnie na kilka minut — pisała pani Wąsowska — gdyż 
mam bardzo ważny interes, a dzisiaj chciałabym jechać.” 
„Zobaczymy ten ważny interes!” — rzekł do siebie. 
W pół godziny później był u pani Wąsowskiej; w przedpokoju stały już gotowe 
do drogi kufry. Pani przyjęła go w swoim gabinecie do pracy, w którym przecie 
ani jeden szczegół nie przypominał pracy. 
— A, pan jest bardzo grzeczny! — zaczęła obrażonym tonem pani Wąsowska. — Wczoraj cały dzień czekałam na pana, a pan ani się pokazał... 
— Przecież zabroniła mi pani przychodzić do siebie — odparł zdziwiony Wokulski. 
— Jak to?... Czyliż wyraźnie nie zaprosiłam pana na wieś?... Ale mniejsza, 
policzę to na karb pańskiej ekscentryczności... Drogi panie, mam do pana 
bardzo ważny interes. Chcę niedługo wyjechać za granicę i chcę poradzić się 
pana: kiedy najlepiej kupić franki, teraz czy przed wyjazdem?.. 
— Kiedyż pani jedzie?... 
— Tak... w listopadzie... w grudniu... — odparła rumieniąc się. 
— Lepiej przed samym wyjazdem. 
— Tak pan sądzi? 
— Przynajmniej tak wszyscy robią. 
— Ja właśnie nie chcę robić jak wszyscy! — zawołała pani Wąsowska. 
— To niech pani kupi teraz. 
— A jeżeli do grudnia franki stanieją? 
— To niech pani odłoży kupno do grudnia. 
— No, wie pan co — mówiła drąc jakiś papier — że jesteś pan jedyny do rady... 
Czarno to czarno, biało to biało... Cóż z pana za mężczyzna? Mężczyzna w 
każdej chwili powinien być stanowczy, a przynajmniej wiedzieć, czego chce... 
Cóż, odniósł mi pan list Beli? 
Wokulski milcząc oddał list. 
— Doprawdy? — zawołała ożywiona. -Więc pan jej nie kochasz?... A w takim 
razie rozmowa o niej nie powinna panu robić przykrości. Bo ja muszę... 
pogodzić was albo... Niech się już biedna dziewczyna nie dręczy... Pan się do 
niej uprzedziłeś... pan wyrządzasz jej krzywdę... To nieuczciwie... tak nie 
postępuje człowiek honorowy, aby zbałamuciwszy kogoś rzucał jak zwiędły 
bukiet... 
— Nieuczciwie! -powtórzył Wokulski. -Niech mi pani z łaski swej powie, jaka 
uczciwość może pozostać w człowieku, którego wykarmiono albo cierpieniem i 
upokorzeniem, albo upokorzeniem i cierpieniem? 
— Ale obok tego miałeś pan i inne chwile. 
— O tak, parę życzliwych spojrzeń i kilka dobrych słówek, które dziś mają w 
moich oczach tę jedną wadę, że były... mistyfikacją. 
— Ale ona dziś tego żałuje i gdybyś pan zwrócił się... 
— Po co? 
— Ażeby pozyskać jej serce i rękę. 
— Zostawiając drugą dla znanych i nieznanych wielbicieli?... Nie, pani, już mam 
dosyć tych wyścigów, w których byłem bity przez panów Starskich, 
Szastalskich i licho nie wie jakich jeszcze!... Nie mogę odegrywać roli eunucha 
przy moim ideale i upatrywać w każdym mężczyźnie szczęśliwego rywala czy 
niepożądanego kuzyna. 
— Jakież to niskie!... — zawołała pani Wąsowska. — Więc za jeden błąd, zresztą 
niewinny, poniewierasz pan niegdyś ukochaną kobietę?.. 
— Co do liczby owych błędów, to pozwoli pani, ażebym miał własna opinię; a co 
do niewinności... Boże miłosierny! w jak nędznym jestem położeniu, skoro 
nawet nie mam pojęcia, dokąd sięgała ich niewinność. 
— Pan przypuszczasz?.. — surowo zapytała go pani Wąsowska. 
— Ja już nic nie przypuszczam — odparł chłodno Wokulski.- Wiem tylko, że w 
moich oczach, pod pozorami obojętnej życzliwości, toczył się najzwyklejszy 
romans, i — to mi wystarcza. Rozumiem żonę, która oszukuje męża; bo ona może 
się tłumaczyć pętami, jakie wkłada na nią małżeństwo. Ale ażeby kobieta wolna 
oszukiwała obcego sobie człowieka... Cha!... cha!... cha!... to już jest, dalibóg, 
zamiłowanie do sportu... Przecież miała prawo przenosić nade mnie Starskiego 
i ich wszystkich... Ale nie! Jej jeszcze było potrzeba mieć w swoim orszaku 
błazna, który ją naprawdę kochał, który dla niej wszystko był gotów poświęcić... 
I dla ostatecznego zhańbienia natury ludzkiej właśnie z mojej piersi chciała 
zrobić parawan dla siebie i adoratorów... Czy pani domyśla się, jak musieli 
drwić ze mnie ci ludzie, tak tanio obsypywani względami?... I czy pani czuje, co 
to za piekło być tak śmiesznym jak ja, a zarazem tak nieszczęśliwym, tak 
oceniać swój upadek i tak rozumieć, że jest niezasłużony?... 
Pani Wąsowskiej drżały usta; z trudnością powstrzymywała się od łez. 
— Czy to nie jest imaginacja? -wtrąciła. 
— Eh, nie, pani... Skrzywdzona ludzka godność to nie imaginacja. 
— A zatem?.. 
— Cóż być może? — odparł Wokulski. — Spostrzegłem się, odzyskałem siebie, a 
dziś mam tę tylko satysfakcję, że triumf moich współzawodników, przynajmniej 
co do mnie, nie był zupełny. 
— I to jest nieodwołalne?... 
— Proszę pani, rozumiem kobietę, która oddaje się z miłości albo sprzedaje się z 
nędzy. Ale na zrozumienie tej duchowej prostytucji, którą prowadzi się bez 
potrzeby, na zimno, przy zachowaniu pozorów cnoty, na to już brakuje mi 
zmysłu. 
— Więc są rzeczy, których się nie przebacza? — spytała cicho. 
— Kto i komu ma przebaczać?... Pan Starski chyba nigdy nie obrazi się o takie 
rzeczy, a może nawet będzie rekomendował swoich przyjaciół. O resztę zaś 
można nie dbać mając liczne i tak dobrane towarzystwo. 
— Jeszcze słówko — rzekła pani Wąsowska powstając. — Wolno wiedzieć, jakie 
pan ma zamiary?... 
— Gdybyżem ja sam wiedział!... 
Podała mu rękę. 
— Żegnam pana. 
— Życzę pani szczęścia... 
— O!... — westchnęła i szybko weszła do następnego pokoju. 
„Zdaje mi się — myślał Wokulski schodząc ze schodów — że w tej chwili 
załatwiłem dwa interesa... Kto wie, czy Szuman nie ma racji?.. „ 
Od pani Wąsowskiej pojechał do mieszkania Rzeckiego. Stary subiekt był 
bardzo mizerny i ledwie podniósł się z fotelu. Wokulskiego głęboko poruszył 
jego widok. 
— Czy ty się gniewasz, stary, że tak dawno nie byłem u ciebie?- rzekł ściskając 
go za rękę. 
Rzecki smutnie pokiwał głową. 
— Alboż ja nie wiem, co się z tobą dzieje?... — odparł. — Bieda... bieda na 
świecie!... Coraz gorzej... 
Wokulski usiadł zamyślony, Rzecki począł mówić: 
— Widzisz, Stachu, ja już miarkuję, że mi czas iść do Katza i do moich 
piechurów, co tam gdzieś wyszczerzają na mnie zęby, żem maruder... Wiem, że 
cokolwiek postanowisz ze sobą, będzie mądre i dobre, ale... Czy nie byłoby 
praktycznie, gdybyś się ożenił ze Stawską?... Przecież to jakby twoja ofiara... 
Wokulski schwycił się za głowę. 
— Boże miłosierny! — zawołał — a kiedyż ja się wyplączę z tych babskich 
stosunków?... Jedna pochlebia sobie, że ja stałem się jej ofiarą, druga jest moją 
ofiarą, trzecia chciała zostać moją ofiarą, a jeszcze znalazłby się z dziesiątek 
takich, z których każda przyjęłaby mnie i mój majątek w ofierze... Zabawny 
kraj, gdzie baby trzymają pierwsze skrzypce i gdzie nie ma żadnych innych 
interesów, tylko szczęśliwa albo nieszczęśliwa miłość! 
— No, no, no... — odparł Rzecki — ja cię przecież za kark nie ciągnę!... Tylko, 
widzisz, mówił mi Szuman, że tobie na gwałt potrzeba romansu... 
— Iii.. nie!... Mnie bardziej potrzeba zmiany klimatu i to lekarstwo już sobie 
zapisałem. 
— Wyjeżdżasz? 
— Najdalej pojutrze do Moskwy, a potem... gdzie Bóg przeznaczy... 
— Masz co na myśli? -spytał tajemniczo Rzecki. 
Wokulski zastanowił się. 
— jeszcze nic nie wiem; waham się, jakbym siedział na dziesięciopiętrowej 
huśtawce. Czasami zdaje mi się, że coś zrobię dla świata... 
— Oj, to... to... 
— Ale chwilami ogarnia mnie taka desperacja, że chciałbym, ażeby mnie ziemia 
pochłonęła i wszystko, czegom tylko dotknął. 
— To nierozsądne... nierozsądne... — wtrącił Rzecki. 
— Wiem... Toteż nie dziwiłbym się ani temu, gdybym kiedy narobił hałasu, ani 
temu, gdybym skończył wszelkie rachunki ze światem... 
Siedzieli obaj do późnego wieczora. 
W kilka dni rozeszła się wieść, że Wokulski gdzieś wyjechał nagle i może na 
zawsze. 
Wszystkie jego ruchomości, począwszy od sprzętów, skończywszy na powozie i 
koniach, nabył hurtem Szlangbaum za dosyć niską cenę. 