GOŁĄB WYCHODZI NA SPOTKANIE WĘŻA 
Serwis i srebra familii Łęckich były już sprzedane i nawet jubiler odniósł pany 
Tomaszowi pieniądze, strąciwszy dla siebie sto kilkadziesiąt rubli składowego i 
za pośrednictwo. Mimo to hrabina Karolowa nie przestała kochać panny Izabeli; 
owszem — jej energia i poświęcenie, okazane przy sprzedaży pamiątek, zbudziły 
w sercu starej damy nowe źródło uczuć rodzinnych. Nie tylko uprosiła pannę 
Izabelę o przyjęcie pięknego kostiumu, nie tylko co dzień bywała u niej albo ją 
wzywała do siebie, ale jeszcze (co było dowodem niesłychanej łaski) na całą 
Wielką Środę ofiarowała jej swój powóz. 
— Przejedź się, aniołku, po mieście — mówiła hrabina całując siostrzenicę — i 
pozałatwiaj drobne sprawunki. Tylko pamiętaj, żebyś mi za to w czasie kwesty 
wyglądała ślicznie... Tak ślicznie, jak to tylko ty potrafisz!... Proszę cię... 
Panna Izabela nie odpowiedziała nic, ale jej spojrzenie i rumieniec kazały 
domyślać się, że z całą gotowością spełni wolę ciotki. 
W Wielką Środę, punkt o jedenastej rano, panna Izabela już siedziała w 
otwartym powozie wraz ze swoją nieodstępną towarzyszką, panną Florentyną. 
Po Alei chodziły wiosenne powiewy roznosząc tę szczególną, surową woń, 
która poprzedza pękanie liści na drzewach i ukazanie się pierwiosnków; szare 
trawniki nabrały zielonego odcienia; słońce grzało tak mocno, że panie 
otworzyły parasolki. 
— Śliczny dzień — westchnęła panna Izabela patrząc na niebo, gdzieniegdzie 
poplamione białymi obłokami. 
— Gdzie jaśnie panienka rozkaże jechać? — spytał lokaj zatrzasnąwszy drzwiczki 
powozu. 
— Do sklepu Wokulskiego — Z nerwowym pośpiechem odpowiedziała panna 
Izabela. 
Lokaj skoczył na kozioł i spasione gniade konie ruszyły uroczystym kłusem 
parskając i wyrzucając łbami. 
— Dlaczego, Belciu, do Wokulskiego? — zapytała trochę zdziwiona panna 
Florentyna. 
— Chcę sobie kupić paryskie rękawiczki, kilka flakonów perfum... 
— To samo dostaniemy gdzie indziej. 
— Chcę tam — odpowiedziała sucho panna Izabela. 
Od paru dni męczył ją osobliwy niepokój, jakiego już raz doznała w życiu. 
Będąc przed laty za granicą w ogrodzie aklimatyzacyjnym, zobaczyła w jednej z 
klatek ogromnego tygrysa, który spał oparty o kratę w taki sposób, że mu część 
głowy i jedno ucho wysunęło się na zewnątrz. 
Widząc to panna Izabela uczuła nieprzepartą chęć pochwycenia tygrysa za ucho. 
Zapach klatki napełniał ją wstrętem, potężne łapy zwierzęcia nieopisaną trwogą, 
lecz mimo to czuła, że — musi tygrysa przynajmniej dotknąć w ucho. 
Dziwny ten pociąg wydał się jej samej niebezpiecznym i nawet śmiesznym. 
Przemogła się więc i poszła dalej; lecz po paru minutach wróciła. Znowu 
cofnęła się, przejrzała inne klatki, starała się o czym innym myśleć. Na próżno. 
Wróciła się i choć tygrys już nie spał, tylko mrucząc lizał swoje straszliwe łapy, 
panna Izabela podbiegła do klatki, wsunęła rękę i — drżąca i blada — dotknęła 
tygrysiego ucha. 
W chwilę później wstydziła się swego szaleństwa, lecz zarazem czuła to gorzkie 
zadowolenie znane ludziom, którzy usłuchają w ważnej sprawie głosu instynktu. 
Dziś zbudziło się w niej podobnego rodzaju pragnienie. 
Gardziła Wokulskim, serce jej zamierało na samo przypuszczenie, że ten 
człowiek mógł zapłacić za srebra więcej, niż były warte, a mimo to czuła 
nieprzeparty pociąg — wejść do sklepu, spojrzeć w oczy Wokulskiemu i zapłacić 
mu za parę drobiazgów tymi właśnie pieniędzmi, które pochodziły od niego. 
Strach ją zdejmował na myśl spotkania, lecz niewytłumaczony instynkt 
popychał. 
Na Krakowskim już z daleka zobaczyła szyld z napisem: J. Mincel i S. 
Wokulski, a o jeden dom bliżej nowy, jeszcze nie wykończony sklep o pięciu 
oknach frontu, z lustrzanymi szybami. Z kilku pracujących przy nim 
rzemieślników i robotników jedni od wewnątrz wycierali szyby, drudzy złocili i 
malowali drzwi i futryny, inni umocowywali przed oknami ogromne mosiężne 
bariery. 
— Cóż to za sklep budują? -spytała panny Florentyny. 
— Chyba dla Wokulskiego, bo słyszałam, że wziął obszerniejszy lokal. 
„Dla mnie ten sklep!”- pomyślała panna Izabela szarpiąc rękawiczki. 
Powóz stanął, lokaj zeskoczył z kozła i pomógł paniom wysiąść. Lecz gdy 
następnie otworzył z łoskotem drzwi do sklepu Wokulskiego, panna Izabela tak 
osłabła, że nogi zachwiały się pod nią. Przez chwilę chciała wrócić do powozu i 
uciec stąd; wnet jednak opanowała się i z podniesioną głową weszła. 
Pan Rzecki już stał na środku sklepu i zacierając ręce, witał ją niskimi ukłonami. 
W głębi pan Lisiecki, podczesując piękną brodę, okrągłymi i pełnymi godności 
ruchami prezentował brązowe kandelabry jakiejś damie, która siedziała na 
krześle. Mizerny Klejn wybierał laski młodzieńcowi, który na widok panny 
Izabeli szybko uzbroił się w binokle — a pachnący heliotropem Mraczewski palił 
wzrokiem i sztyletował wąsikami dwie rumiane panienki, które towarzyszyły 
damie i oglądały toaletowe cacka. 
Na prawo ode drzwi, za kantorkiem, siedział Wokulski schylony nad 
rachunkami. 
Gdy panna Izabela weszła, młodzieniec oglądający laski poprawił kołnierzyk na 
szyi, dwie panienki spojrzały na siebie, pan Lisiecki urwał w połowie swój 
okrągły frazes o stylu kandelabrów, ale zatrzymał okrągłą pozę, a nawet dama 
słuchająca jego wykładu ciężko odwróciła się na krześle. Przez chwilę sklep 
zaległa cisza, którą dopiero panna Izabela przerwała odezwawszy się pięknym 
kontraltem: 
— Czy zastałyśmy pana Mraczewskiego?... 
— Panie Mraczewski!... — pochwycił pan Ignacy. 
Mraczewski już stał przy pannie Izabeli, zarumieniony jak wiśnia, pachnący jak 
kadzielnica, z pochyloną głową, jak kita wodnej trzciny. 
— Przyszłyśmy prosić pana o rękawiczki. 
— Numerek pięć i pół — odparł Mraczewski i już trzymał pudełko, które mu nieco 
drżało w rękach pod wpływem spojrzenia panny Izabeli. 
— Otóż nie... — przerwała panna ze śmiechem. — Pięć i trzy czwarte... Już pan 
zapomniał!... 
— Pani, są rzeczy, których się nigdy nie zapomina. Jeżeli jednak rozkazuje pani 
pięć i trzy czwarte, będę służył w nadziei, że niebawem znowu zaszczyci nas 
pani swoją obecnością. Bo rękawiczki pięć i trzy czwarte -dodał z lekkim 
westchnieniem, podsuwając jej kilka innych pudełek — stanowczo zsuną się z 
rączek... 
— Geniusz! — cicho szepnął pan Ignacy mrugając na Lisieckiego, który 
pogardliwie ruszył ustami. 
Dama siedząca na krześle zwróciła się do kandelabrów, dwie panny do toaletki z 
oliwkowego drzewa, młodzieniec w binoklach począł znowu wybierać laski i rzeczy 
w sklepie przeszły do spokojnego trybu. Tylko rozgorączkowany 
Mraczewski zeskakiwał i wbiegał na drabinkę, wysuwał szuflady i wydobywał 
coraz nowe pudełka tłumacząc pannie Izabeli po polsku i po francusku, że nie 
może nosić innych rękawiczek, tylko pięć i pół, ani używać innych perfum, 
tylko oryginalnych Atkinsona, ani ozdabiać swego stolika innymi drobiazgami, 
jak paryskimi. 
Wokulski pochylił się nad kantorkiem tak, że żyły nabrzmiały mu na czole i wciąż 
rachował w myśli: 
„29 a 36 — to 65, a 15 to 80, a 78 — to... to...” 
Tu urwał i spod oka spojrzał w stronę panny Izabeli rozmawiającej z 
Mraczewskim. Oboje stali zwróceni do niego profilem; dostrzegł więc pałający 
wzrok subiekta przykuty do panny Izabeli, na co ona w sposób demonstracyjny 
odpowiadała uśmiechem i spojrzeniami łagodnej zachęty 
„ 29 a 36 — to 65, a 15...” — liczył w myśli Wokulski, lecz nagle pióro prysło mu 
w ręku. Nie podnosząc głowy wydobył nową stalówkę z szuflady, a 
jednocześnie, nie wiadomo jakim sposobem, z rachunku wypadło mu pytanie: 
„ I ja mam niby to ją kochać?... Głupstwo! Przez rok cierpiałem na jakąś 
chorobę mózgową, a zdawało mi się, że jestem zakochany...29 a 36... 29 a 36... 
Nigdym nie przypuszczał, ażeby mogła mi być tak dalece obojętną... Jak ona 
patrzy na tego osła... No, jest to widocznie osoba, która kokietuje nawet 
subiektów, a czy tego samego nie robi z furmanami i lokajami!... Pierwszy raz 
czuję spokój... o Boże... A tak go bardzo pragnąłem...” 
Do sklepu weszło jeszcze parę osób, do których niechętnie zwrócił się 
Mraczewski, powoli wiążąc paczki. 
Panna Izabela zbliżyła się do Wokulskiego i wskazując w jego stronę parasolką 
rzekła dobitnie: 
— Floro, bądź łaskawa zapłacić temu panu. Wracamy do domu. 
— Kasa jest tu — odezwał się Rzecki podbiegając do panny Florentyny. Wziął od 
niej pieniądze i oboje cofnęli się w głąb sklepu. 
Panna Izabela z wolna podsunęła się tuż do kantorka, za którym siedział 
Wokulski. Była bardzo blada. Zdawało się, że widok tego człowieka wywiera na 
nią wpływ magnetyczny. 
— Czy mówię z panem Wokulskim? 
Wokulski powstał z krzesła i odparł obojętnie: 
— Jestem do usług. 
— Wszakże to pan kupił nasz serwis i srebra? — mówiła zdławionym głosem. 
— Ja, pani. 
Teraz panna Izabela zawahała się. Po chwili jednak słaby rumieniec wrócił jej 
na twarz. Ciągnęła dalej: 
— Zapewne pan sprzeda te przedmioty? 
— W tym celu je kupiłem. 
Rumieniec panny Izabeli wzmocnił się. 
— Przyszły nabywca w Warszawie mieszka? — pytała dalej. 
— Rzeczy tych nie sprzedam tutaj, lecz za granicą. Tam... dadzą mi wyższą cenę dodał 
spostrzegłszy w jej oczach zapytanie. 
— Pan spodziewa się dużo zyskać? 
— Dlatego, ażeby zyskać, kupiłem. 
— Czy i dlatego mój ojciec nie wie, że srebra te są w pańskim ręku? — rzekła 
ironicznie. 
Wokulskiemu drgnęły usta. 
— Serwis i srebra nabyłem od jubilera. Sekretu z tego nie robię. Osób trzecich do 
sprawy nie mieszam, ponieważ to nie jest w zwyczajach handlowych. 
Pomimo tak szorstkich odpowiedzi panna Izabela odetchnęła. Nawet oczy jej 
nieco pociemniały i straciły połysk nienawiści. 
— A gdyby mój ojciec namyśliwszy się chciał odkupić te przedmioty, za jaką 
cenę odstąpiłby je pan teraz? 
— Za jaką kupiłem. Rozumie się z doliczeniem procentu w stosunku... sześć... do 
ośmiu od sta rocznie... 
— I wyrzekłby się pan spodziewanego zysku?... Dlaczegóż to?.. — przerwała mu z 
pośpiechem. 
— Dlatego, proszę pani, że handel opiera się nie na zyskach spodziewanych, ale 
na ciągłym obrocie gotówki. 
— Żegnam pana i... dziękuję za wyjaśnienia — rzekła panna Izabela widząc, że jej 
towarzyszka już kończy rachunki. 
Wokulski ukłonił się i znowu usiadł do swej księgi. 
Gdy lokaj zabrał paczki i panie zajęły miejsca w powozie, panna Florentyna 
odezwała się tonem wyrzutu: 
— Mówiłaś z tym człowiekiem, Belu?... 
— Tak i nie żałuję tego. On wszystko skłamał, ale... 
— Co znaczy to: a l e?... — z niepokojem zapytała panna Florentyna. 
— Nie pytaj mnie. Nic do mnie nie mów, jeżeli nie chcesz, ażebym rozpłakała się 
na ulicy... 
A po chwili dodała po francusku: 
— Zresztą, może zrobiłam źle przyjeżdżając tutaj, ale... wszystko mi jedno!... 
— Myślę, Belciu — rzekła, z powagą sznurując usta, jej towarzyszka — że 
należałoby pomówić o tym z ojcem albo z ciotką. 
— Chcesz powiedzieć — przerwała panna Izabela — że muszę pomówić z 
marszałkiem albo z baronem? Na to zawsze będzie czas; dziś nie mam jeszcze 
odwagi. 
Przerwała się rozmowa. Panie milcząc wróciły do domu; panna Izabela cały 
dzień była rozdrażniona. 
Po wyjściu panny Izabeli ze sklepu Wokulski wziął się znowu do rachunków i 
bez błędu zsumował dwie duże kolumny cyfr. W połowie trzeciej zatrzymał się i 
dziwił się temu spokojowi, jaki zapanował w jego duszy. Po całorocznej 
gorączce i tęsknocie przerywanej wybuchami szału skąd naraz ta obojętność? 
Gdyby można było jakiegoś człowieka nagle przerzucić z balowej sali do lasu 
albo z dusznego więzienia na chłodne obszerne pole, nie doznałby innych 
wrażeń ani głębszego zdumienia. 
„Widocznie przez rok ulegałem częściowemu obłąkaniu” — myślał Wokulski. — Nie było niebezpieczeństwa, nie było ofiary, której nie poniósłbym dla tej 
osoby, i ledwiem ją zobaczył, już nic mnie nie obchodzi. 
A jak ona rozmawiała ze mną. Ile tam było pogardy dla marnego kupca...” 
Zapłać temu panu!...” Paradne są te wielkie damy; próżniak, szuler, nawet 
złodziej, byle miał nazwisko, stanowi dla nich dobre towarzystwo, choćby 
fizjognomią zamiast ojca przypominał lokaja swej matki. Ale kupiec — jest 
pariasem... Co mnie to wreszcie obchodzi; gnijcie sobie w spokoju!” 
Znowu dodał jedną kolumnę nie uważając nawet, co się dzieje w sklepie. 
„Skąd ona wie — myślał dalej — że ja kupiłem serwis i srebra?... A jak 
wybadywała, czym nie zapłacił więcej niż warte! Z przyjemnością 
ofiarowałbym im ten pamiątkowy drobiazg. Winienem jej dozgonną 
wdzięczność, bo gdyby nie szał dla niej, nie dorobiłbym się majątku i 
spleśniałbym za kantorkiem. A teraz może mi smutno będzie bez tych żalów, 
rozpaczy i nadziei... Głupie życie!... Po ziemi gonimy marę, którą każdy nosi we 
własnym sercu, i dopiero gdy stamtąd ucieknie, poznajemy, że to był obłęd... 
No, nigdy bym nie przypuszczał, że mogą istnieć tak cudowne kuracje. Przed 
godziną byłem pełen trucizny, a w tej chwili jestem tak spokojny i — jakiś pusty, 
jakby uciekła ze mnie dusza i wnętrzności, a została tylko skóra i odzież. Co ja 
teraz będę robił? czym będę żył?... Chyba pojadę na wystawę do Paryża, a 
potem w Alpy...” 
W tej chwili zbliżył się do niego na palcach Rzecki i szepnął: 
— Pyszny jest ten Mraczewski, co? Jak on umie rozmawiać z kobietami! 
— Jak fryzjerczyk, którego uzuchwalono — odpowiedział Wokulski nie odrywając 
oczu od księgi. 
— Nasze klientki zrobiły go takim — odpowiedział stary subiekt, lecz widząc, że 
przeszkadza pryncypałowi, cofnął się. Wokulski znowu wpadł w zadumę. 
Nieznacznie spojrzał na Mraczewskiego i dopiero w tej chwili zauważył, że 
młody człowiek ma coś szczególnego w fizjognomii. 
„ Tak — myślał — on jest bezczelnie głupi i zapewne dlatego podoba się 
kobietom.” 
Śmiać mu się chciało i ze spojrzeń panny Izabeli, wysyłanych pod adresem 
pięknego młodzieńca, i z własnych przywidzeń, które dziś tak nagle go opuściły. 
Wtem drgnął; usłyszał imię panny Izabeli i spostrzegł, że w sklepie nie ma 
nikogo z gości. 
— No, ale dzisiaj toś się pan nie ukrywał ze swoimi amorami — mówił ze 
smutnym uśmiechem Klejn do Mraczewskiego. 
— Ale bo jak ona na mnie patrzyła, to ach!... — westchnął Mraczewski, jedną rękę 
kładąc na piersi, drugą podkręcając wąsika. — Jestem pewny — mówił — że za parę 
dni otrzymam wonny bilecik. Potem -pierwsza schadzka, potem: „ dla pana 
łamię zasady, w jakich mnie wychowano „, a potem: „ czy nie gardzisz mną?” 
Chwila wcześniej jest bardzo rozkoszną, ale w chwilę później człowiek jest tak 
zakłopotany... 
— Co pan blagujesz! — przerwał mu Lisiecki. — Znamy przecie pańskie konkiety: 
nazywają się Matyldami, którym pan imponujesz porcją pieczeni i kuflem piwa. 
— Matyldy są na co dzień, damy na święta. Ale Iza będzie największym świętem. 
Słowo honoru daję, że nie znam kobiety, która by na mnie tak piekielne robiła 
wrażenie... No, ale bo też i ona lgnie do mnie! 
Trzasnęły drzwi i do sklepu wszedł jegomość szpakowaty; zażądał breloku do 
zegarka, a krzyczał i stukał laską tak mocno, jakby miał zamiar kupić całą 
japońszczyznę. 
Wokulski słuchał przechwałek Mraczewskiego bez ruchu. Doświadczał 
wrażenia, jakby mu na głowę i na piersi spadały ciężary. 
— W rezultacie nic mnie to nie obchodzi — szepnął. 
Po szpakowatym jegomości weszła do sklepu dama żądająca parasola, później 
pan w średnim wieku chcący nabyć kapelusz, potem młody człowiek żądający 
cygarnicy, nareszcie trzy panny, z których jedna kazała podać sobie rękawiczki 
Szolca, ale koniecznie Szolca, bo innych nie używa. 
Wokulski złożył księgę, z wolna podniósł się z fotelu i sięgnąwszy po kapelusz 
stojący na kantorku skierował się ku drzwiom. Czuł brak oddechu i jakby 
rozsadzanie czaszki. 
Pan Ignacy zabiegł mu drogę. 
— Wychodzisz?... Może zajrzysz do tamtego sklepu — rzekł. 
— Nigdzie nie zajrzę, jestem zmęczony — odpowiedział Wokulski nie patrząc mu 
w oczy. 
Gdy wyszedł, Lisiecki trącił Rzeckiego w ramię. 
— Coś stary jakby. zaczynał robić bokami — szepnął. 
— No — odparł pan Ignacy — puszczenie w ruch takiego interesu jak moskiewski to 
nie chy-chy. Rozumie się. 
— Po cóż się w to wdaje? 
— Po to, żeby miał nam z czego pensje podwyższać — surowo odpowiedział pan 
Ignacy. 
— A niechże sobie zakłada sto nowych interesów, nawet w Irkucku, byle tak co 
roku podwyższał — rzekł Lisiecki. — Ja z nim się o to spierać nie będę. Ale swoją 
drogą uważam, że jest diabelnie zmieniony, osobliwie dzisiaj. Żydzi, panie, 
Żydzi — dodał — jak zwąchają jego projekta, dadzą mu łupnia. 
— Co tam Żydzi... 
— Żydzi, mówię, Zydzi!... Wszystkich trzymają za łeb i nie pozwolą, ażeby im 
bruździł jakiś Wokulski, nie Żyd ani nawet meches. 
— Wokulski zwiąże się ze szlachtą — odpowiedział Ignacy — a i tam są kapitały. 
— Kto wie, co gorsze: Żyd czy szlachcic -wtrącił mimochodem Klejn i podniósł 
brwi w sposób bardzo żałosny. 