W JAKI SPOSÓB DUSZĘ LUDZKĄ SZARPIE 
NAMIĘTNOŚĆ, A W JAKI ROZSĄDEK 
Otrzymawszy od pana Łęckiego zaproszenie na obiad, Wokulski wybiegł ze 
sklepu na ulicę. Ciasny pokój dusił go, a rozmowa z Rzeckim, w ciągu której 
subiekt udzielał mu przestróg i upomnień, wydawała mu się nadzwyczajnie 
głupią; nie jestże to śmieszne, ażeby stary i wystygły kawaler, wierzący tylko w 
sklep i w Bonapartych, zarzucał mu szaleństwo!... 
„Cóż ja robię złego — myślał Wokulski — że się kocham?... Może trochę za 
późno, ależ przez całe życie nie pozwalałem sobie na podobny zbytek. Kochają 
się miliony ludzi, kocha się cały świat czujący, dlaczegóż mnie jednemu 
miałoby to być zabronione? Jeżeli zaś ten zasadniczy punkt ma rację bytu, to ma 
ją wszystko, co robię. Kto się chce żenić, musi posiadać majątek, więc zdobyłem 
majątek. Musi zbliżyć się do wybranej kobiety — ja też zbliżyłem się. 
Musi troszczyć się o jej byt materialny i chronić od nieprzyjaciół — a ja robię i 
jedno, i drugie. Czy zaś w tym dobijaniu się o szczęście skrzywdziłem kogo? 
czy zaniedbuję obowiązków względem społeczeństwa i bliźnich?... Ach, ci 
kochani bliźni i to społeczeństwo, które nigdy nie troszczyło się o mnie i 
stawiało mi wszelkie przeszkody, a zawsze upomina się o ofiary z mojej 
strony... Lecz właśnie to, co oni dziś nazywają szaleństwem, popycha mnie do 
pełnienia jakichś fikcyjnych obowiązków. Gdyby nie ono, siedziałbym dziś jak 
mól w książkach i kilkaset osób miałoby mniejsze zarobki. Więc czego oni chcą 
ode mnie?” — pytał sam siebie w rozdrażnieniu. 
Ruch na świeżym powietrzu uspokoił go; doszedł do Alei Jerozolimskiej i 
skręcił nią ku Wiśle. Owiał go rześki wiatr wschodni i zbudził te nieokreślone 
uczucia, które tak żywo przypominają wiek dziecinny. Zdawało mu się, że 
jeszcze na Nowym Świecie był dzieckiem i że jeszcze czuje w sobie drgające 
fale młodej krwi. Uśmiechał się do piaskarza wiozącego swój towar nędznym 
koniem w podługowatej skrzyni, a żebrząca wiedźma wydała mu się bardzo 
miłą staruszką; cieszył go świst rozlegający się w fabryce i chciał pogadać z 
gromadką rozkosznych malców, którzy ustawiwszy się na przydrożnym pagórku 
ciskali kamieniami na przechodzących Żydów. Uporczywie odsuwał od siebie 
myśl o dzisiejszym liście i jutrzejszej wizycie u Łęckich; chciał być trzeźwym, 
ale namiętność przemogła. 
„Dlaczego oni mnie zaprosili? — pytał czując lekki dreszcz wewnętrzny. — Panna 
Izabela chce się ze mną poznać... Ależ oczywiście dają mi do zrozumienia, że 
mogę się żenić!... Byliby chyba ślepi albo idioci, żeby nie spostrzegli, co się ze 
mną dzieje wobec niej...” 
Począł tak drżeć, że mu zęby szczękały; wtedy odezwał się przygłuszony 
rozsądek. 
„Za pozwoleniem. Od jednego obiadu i jednej wizyty jeszcze bardzo daleko do 
dłuższej znajomości. Na tysiąc zaś dłuższych znajomości ledwie jedna prowadzi 
do oświadczyn; na dziesięć oświadczyn — ledwie jedne są przyjęte, a i z tych 
ledwie połowa kończy się małżeństwem. Trzeba więc być zupełnym wariatem, 
ażeby nawet przy dłuższej znajomości myśleć o małżeństwie, za którym jest 
ledwie jedna, a przeciw któremu ze dwadzieścia tysięcy szans... Jasne czy 
niejasne?” 
Wokulski musiał przyznać, że jest jasne. Gdyby wszelka znajomość prowadziła 
do małżeństwa, każda kobieta musiałaby mieć po kilkudziesięciu mężów, każdy 
mężczyzna po kilkadziesiąt żon, księża nie daliby sobie rady ze ślubami, a cały 
świat zamieniłby się w jeden wielki szpital wariatów. On zaś, Wokulski, nie 
tylko nie był jeszcze dobrym znajomym panny Łęckiej, ale dopiero znajdował 
się w przededniu do zrobienia z nią znajomości. 
„Więc cóż zyskałem — spytał — po bułgarskich niebezpieczeństwach i tutejszych 
wyścigach lub pojedynkach?...” 
„Zyskałeś większą szansę — objaśnił rozsądek — przed rokiem miałeś może jedną 
sto — albo jedną dwudziestomilionową prawdopodobieństwa, że się z nią 
ożenisz, a za rok możesz mieć jedną dwudziestotysięczną...” 
„Za rok?... — powtórzył Wokulski i znowu owionął go jakiś chłód surowy. 
Wydarł mu się jednak i zapytał: — A jeżeli panna Izabela pokocha mnie albo już 
kocha?...” 
„Naprzód — należałoby wiedzieć, czy panna Izabela może kochać 
kogokolwiek...” 
„Alboż nie jest kobietą?” 
„Trafiają się kobiety z defektem moralnym, niezdolne kochać nici nikogo, prócz 
swoich przelotnych kaprysów, podobnież i mężczyźni; jest to tak dobra wada, 
jak: głuchota, ślepota albo paraliż, tylko mniej widoczna.” 
„Przypuśćmy...” 
„Dobrze — mówił dalej głos, który Wokulskiemu przypominał zgryźliwe 
zrzędzenie doktora Szumana — gdyby więc ta pani w ogóle mogła kogoś kochać, 
to nasuwa się drugie pytanie: czy pokocha ciebie?” 
„Przecież tak wstrętny nie jestem.” 
„Owszem, możesz nim być, jak najpiękniejszy lew jest wstrętnym dla krowy 
albo orzeł dla gęsi. Widzisz, mówię ci nawet komplimenta: porównywam cię ze 
lwem i orłem, które mimo wszystkich zalet budzą jednak odrazę w samicach 
innego gatunku. Unikaj zatem samic innego niż twój gatunku... 
„Wokulski ocknął się i rozejrzał. Był już niedaleko Wisły, obok drewnianych 
śpichrzów, a przejeżdżające furmanki zasypywały go czarnym pyłem. Szybko 
zwrócił się ku miastu i począł rozważać samego siebie. 
„We mnie jest dwu ludzi — mówił — jeden zupełnie rozsądny, drugi wariat. Który 
zaś zwycięży?... Ach, o to się już nie troszczę. Ale co zrobię, jeżeli wygra ten 
mądry?... Cóż to za okropna rzecz posiadając wielki kapitał uczuć złożyć go 
samicy innego gatunku: krowie, gęsi albo czemuś jeszcze gorszemu?... Cóż to 
za upokorzenie śmiać się z triumfów jakiegoś byka albo gąsiora, a jednocześnie 
płakać nad własnym sercem, tak boleśnie rozdartym, tak haniebnie 
podeptanym?... Czy warto żyć dalej w podobnych warunkach?” 
I na samą myśl o tym Wokulski uczuł pragnienie śmierci, ale tak zupełnej, żeby 
nawet resztki jego popiołów nie zostały na ziemi. 
Stopniowo jednak uspokoił się i wróciwszy do domu począł zastanawiać się już 
całkiem chłodno nad tym: czy na jutrzejszy obiad włożyć frak, czy surdut?... 
Albo czy do jutra nie zajdzie jakaś nieprzewidziana przeszkoda, która znowu mu 
nie pozwoli zbliżyć się do panny Izabeli? Potem jeszcze zrobił rachunek 
ostatnich handlowych obrotów, wysłał parę telegramów do Moskwy i 
Petersburga, a nareszcie napisał list do starego Szlangbauma proponując, ażeby 
mu pożyczył swego nazwiska w celu nabycia kamienicy Łęckich. 
„Mecenas ma rację — myślał. — Lepiej kupić ten dom pod cudzą firmą. Inaczej 
mogliby mnie podejrzewać o chęć wyzyskania ich albo -co gorsze — posądzić o 
zamiar robienia im łaski!...” Jednakże pod powłoką obojętnych zajęć kipiała w 
nim burza. Rozsądek głośno wołał, że jutrzejszy obiad niczego nie oznacza i nie 
zapowiada. A nadzieja cicho... cicho szeptała, że — może jest kochanym, a może 
dopiero nim będzie. 
Ale cicho... tak cicho, że Wokulski z największą uwagą musiał się 
przysłuchiwać jej szeptowi. Dzień następny, pełen znaczenia dla Wokulskiego, 
nie odznaczył się żadną osobliwością ani w Warszawie, ani w naturze. Tu i 
ówdzie na ulicy kłębił się kurz wzniecony miotłami stróżów, dorożki pędziły 
bez pamięci albo zatrzymywały się bez powodu, a nieskończony potok 
przechodniów ciągnął się w jedną i drugą stronę chyba po to, ażeby utrzymywać 
ruch w mieście. Niekiedy pod ścianą domów przesuwali się ludzie obdarci, 
skuleni, z rękami wbitymi w rękawy, jakby to był nie czerwiec, ale styczeń. 
Czasem na środku ulicy przewinął się chłopski wózek napełniony blaszanymi 
konwiami, a powożony przez zuchowatą babę w granatowym kaftanie i 
czerwonej chustce na głowie. 
Wszystko to roiło się między dwoma długimi ścianami kamienic pstrej barwy, 
nad którymi górowały wyniosłe fronty świątyń. Na obu zaś końcach ulicy, niby 
pilnujące miasta szyldwachy, wznosiły się dwa pomniki. Z jednej strony król 
Zygmunt, stojący na olbrzymiej świecy, pochylał się ku Bernardynom, 
widocznie pragnąc coś zakomunikować przechodniom. Z drugiego końca 
nieruchomy Kopernik, z nieruchomym globusem w ręku, odwrócił się tyłem do 
słońca, które na dzień wychodziło spoza domu Karasia, wznosiło się nad pałac 
Towarzystwa Przyjaciół Nauk i kryło się za dom Zamoyskich jakby na przekór 
aforyzmowi: „Wstrzymał słońce, wzruszył ziemię.” Wokulski, który w tym 
właśnie kierunku wyglądał ze swego balkonu, mimo woli westchnął 
przypomniawszy sobie, że jedynymi wiernymi przyjaciółmi astronoma byli 
tragarze i tracze, nie odznaczający się, jak wiadomo, zbyt dokładną znajomością 
zasługi Kopernika. 
„Wiele mu z tego — myślał -że w kilku książkach nazywają go chlubą narodu... 
Pracę dla szczęścia — rozumiem, ale pracy dla fikcji nazywającej się 
społeczeństwem czy sławą — już bym się nie podjął. Społeczność niech sama 
myśli o sobie, a sława... Co mi przeszkadza wyobrażać sobie, że już posiadam 
sławę na przykład na Syriuszu? A przecież Kopernik nie jest dziś w lepszym 
położeniu odnośnie do ziemi i tyle go obchodzi statua w Warszawie, co mnie 
piramida na jakiejś Wedze!... Trzy wieki sławy oddam za chwilę szczęścia i 
dziwię się tylko mojej głupocie, że kiedyś inaczej myślałem.” 
Jakby w odpowiedzi na to spostrzegł po drugiej stronie ulicy Ochockiego; 
wielki maniak szedł wolno, ze spuszczoną głową i rękoma w kieszeniach. 
Prosty ten zbieg wypadków głęboko wstrząsnął Wokulskim; przez chwilę 
uwierzył nawet w przeczucia i pomyślał z radosnym zdumieniem: 
„Czy mi to nie zapowiada, że on będzie miał sławę Kopernika, a ja szczęście?... 
A budujże sobie machiny latające, tylko zostaw mi swoją 
kuzynkę!... — Cóż znowu za przesądy?.. — opamiętał się po chwili. 
— Ja i przesądy!...” W każdym razie bardzo podobało mu się zdanie, że Ochocki 
będzie miał nieśmiertelną sławę, a on — żywą pannę Izabelę. Serce napełniła mu 
otucha. Żartował z siebie, lecz mimo to czuł, że jakoś więcej ma spokoju i 
odwagi. 
„Więc przypuśćmy — mówił — że w rezultacie po wszystkich moich zabiegach odtrąci 
mnie... No?... słowo honoru, że natychmiast wezmę utrzymankę i będę z 
nią siadał w teatrze obok loży państwa Łęckich. Zacna pani Meliton, a może i 
ten... Maruszewicz wynajdą mi kobietę mającą podobne do niej rysy (za 
kilkanaście tysięcy rubli można i to nawet znaleźć). Od stóp do głów owinę ją w 
koronki, zasypię klejnotami, a wtedy przekonamy się, czy wobec niej nie 
zblednie panna Izabela. -Niechże sobie potem idzie za mąż, choćby za 
marszałka i barona...” 
Ale na myśl o zamążpójściu panny Izabeli opanowała go wściekłość i rozpacz. 
W takiej chwili — chciałby cały świat nabić dynamitem i rozsadzić. Lecz znowu 
oprzytomniał: 
„No i cóż bym zrobił, gdyby podobało się jej wyjść za mąż?... Nie, nawet gdyby 
podobało się jej mieć kochanków: raz mego subiekta, drugi raz jakiego oficera, 
trzeci raz furmana albo lokaja... No i cóż bym na to poradził?...” Poszanowanie 
cudzej osobistości i swobody było w nim tak wielkie, że przed nim uginał się 
nawet jego obłęd. 
„Cóż zrobię?... cóż zrobię?...” — powtarzał ściskając dłońmi rozgorączkowaną 
głowę. 
Na godzinę wpadł do sklepu, załatwił kilka interesów i wrócił do siebie; o 
czwartej służący wydobył mu z komody bieliznę i przyszedł fryzjer ogolić go i 
uczesać. 
— Cóż słychać, panie Fitulski? — zapytał fryzjera. 
— Nic, a będzie gorzej; kongres berliński myśli o zduszeniu Europy, Bismarck o 
zduszeniu kongresu, a Żydzi — o ogoleniu do reszty nas...opowiadał młody 
artysta, piękny jak serafin, zręczny — jakby uciekł z żurnala krawców. 
Zawiązał Wokulskiemu ręcznik na szyi i mydląc mu policzki z szybkością 
piorunu, mówił dalej: 
— W mieście, panie, cicho do czasu, a zresztą nic. Byłem wczoraj z 
towarzystwem na Saskiej Kępie, ale cóż to, , panie, za ordynaryjna młodzież!... 
Pokłócili się w tańcu i proszę mego pana wyobrazić sobie...Główkę trochę 
wyżej s'il vous plait... 
Wokulski podniósł głowę trochę wyżej i zobaczył, że jego operator nosi złote 
spinki przy bardzo brudnych mankietach. 
— Pokłócili się w tańcu — ciągnął elegant błyskając mu brzytwą przed oczyma — i 
proszę sobie wyobrazić, że jeden chcąc kopnąć drugiego w wystawę — uderzył 
damę!... Zrobił się hałas... pojedynek...Mnie naturalnie wybrano na sekundanta i 
właśnie byłem dziś w kłopocie, bom miał tylko jeden pistolet, kiedy przed 
półgodziną przychodzi do mnie obrażający i mówi, że nie głupi strzelać się i że 
obrażony — może mu oddać, byle tylko raz... Główkę na prawo, s'il vous plait... 
No wie pan, byłem tak oburzony (przed półgodziną), że porwałem faceta za 
galeryjkę, kolanem w antresolę i — won! za drzwi. Z takim błaznen strzelać się 
niepodobna, n'est-ce pas?... Teraz na lewo, s'il vous plait . 
Skończył golić, umył Wokulskiemu twarz i owinąwszy go w strój podobny do 
śmiertelnej koszuli delikwentów, mówił dalej: 
— Że też nigdy u pana dobrodzieja nie spostrzegłem ani śladu kobiety: 
przychodzę przecież w rozmaitych godzinach... 
Wziął do rąk grzebień i szczotkę i zaczął czesać. 
— Przychodzę w rozmaitych godzinach, a oko, panie, mam na te rzeczy... no!... 
Pomimo to nigdy ani rąbka spódniczki, ani pantofelka, ani kawałka wstążki! A 
przecież nawet raz u jednego kanonika zdarzyło mi się widzieć gorset; prawda, 
że znalazł go na ulicy i właśnie chciał bezimiennie odesłać do redakcji. A, panie, 
u oficerów, szczególniej zaś u huzarów!... (Główkę na dół, s'il vous plait...) 
Czyste zatrzęsienie!...U jednego, panie, spotkałem aż cztery młode damy i 
wszystkie — uśmiechnięte... Od tej pory, daję słowo honoru, zawsze kłaniam mu 
się na ulicy, choć mnie opuścił i winien mi pięć rubli. Ale, panie, jeżeli za 
krzesło na koncert Rubinsteina mogłem dać sześć rubli, toż bym chyba nie 
żałował pięciu rubli dla takiego wirtuoza... Może by trochę poczernić włosy, je 
suppose pue oui? 
— Bardzo panu dziękuję — odparł Wokulski. 
— Domyślałem się tego — westchnął fryzjer. — W szanownym panu nie ma śladu 
pretensji, a to źle!... Znam kilka baletniczek, które chętnie zawarłyby z panem 
stosuneczki, a słowo honoru daję, że warto! Prześlicznie zbudowane, 
muskulatura dębowa, biust jak materac na sprężynach, ruchy pełne gracji i 
wcale nie przesadzone wymagania, szczególniej za młodu. Bo kobieta, panie, im 
starsza, tym droższa, zapewne i dlatego nikt nie ciągnie na sześćdziesięciolatki, 
że już nie ma na nie ceny. Rotszyld by zbankrutował!... Początkującej zaś da 
pan trzy tysiące rubelków na rok, kilka prezencików i będzie panu wierna.:. 
Ach, te kobietki!... Dostałem przez nie scjatyki, lecz nie mogę się na nie 
gniewać... 
Skończył swoją sztukę, ukłonił się według najpiękniejszych zasad i wyszedł z 
uśmiechem; patrząc na jego wspaniałą minę i portfel, w którym nosił szczotki i 
brzytwy, można by go wziąć za urzędnika z ministerium. 
Wokulski po jego odejściu nawet nie pomyślał o młodych i niewymagających 
baletniczkach; zajmowało go wielkiej doniosłości pytanie, które streścił w dwu 
wyrazach, frak czy surdut? „Jeżeli włożę frak, wyjdę na eleganta pilnującego się 
przepisów. które mnie w rezultacie nic nie obchodzą. A jeżeli włożę surdut, 
mogę Łęckich obrazić. Zresztą niechże znajdzie się ktoś obcy... Nie ma rady, 
jeżeli zdobyłem się na takie błazeństwa, jak własny powóz i koń wyścigowy, to 
już frak muszę włożyć!” 
Tak medytując śmiał się z tej otchłani dzieciństw, do której spychała go 
znajomość z panną Izabelą. 
„Ach, mój stary Hopferze! -mówił — o wy, moi koledzy uniwersyteccy i 
syberyjscy, czy który z was wyobrażał sobie mnie zajmującego się podobnymi 
kwestiami?...” 
Ubrał się w garnitur frakowy i stanąwszy przed lustrem uczuł zadowolenie. Ten 
obcisły strój najlepiej uwydatniał jego atletyczne kształty. 
Konie czekały od kwadransa i było już wpół do szóstej. Wokulski włożył lekki 
paltot i opuścił mieszkanie. Siadając do powozu był bardzo blady i bardzo 
spokojny, jak człowiek, który idzie naprzeciw niebezpieczeństwu. 