Dmochowska Emma 
DWÓR W HALINISZKACH 
Nad Wiecznym Miastem powoli zachodziło słońce. Po niebie nie 
błądziła ani jedna chmurka. Było ono ogromne, szafirowe, nieruchome jak 
szklana kopuła. Powietrze drgało rozpalone. Od dalekich bagien za Tybrem 
niosły się czasem wilgotne tchnienia. Pył, wznoszący się tu i ówdzie z ulic, 
złocił się w powietrzu. Pod bramą San Paolo, której średniowieczne baszty i 
mury, zrudziałe latami, ostro rysowały się na błękicie nieba, było gwarno. Ku 
miastu wracały powozy odwożące turystów, wyjeżdżały dwukołowe wózki, 
ciągnione przez muły, na których gromadami zasiadali wieśniacy. Kilku 
cyklistów przemykało ostrożnie pośród tłumu. Strażacy w popielatych 
mundurach wiedli głośne rozmowy. Opodal szara i ciężka piramida Cestiusza, 
zieleniejąca u dołu plamami pleśni, wznosiła się na tle drzew protestanckiego 
cmentarza. Był to zakątek świeży i cichy jak oaza. Pod wiecznie bujną 
zielonością zapadały się powoli w ziemię groby zmarłych tu cudzoziemców. 
Na grobach tych bujnie rosła trawa i rozkwitały chwasty, wabiąc ku sobie 
pszczoły i inne owady. 
Panna Teresa Leonia Halicka szła do miasta. Wracała z bazyliki 
Świętego Pawła za murami — i czuła się już mocno zmęczona całodziennym 
chodzeniem. Bo też była to prawdziwa pielgrzymka — wotum uczynione na 
uproszenie łask Boskich i światła Ducha Świętego. Od tak dawna szukała 
drogi, a wszystkie były jakby zamknięte przed nią. Od tak dawna łaknęła 
światła, a w duszy jej była ciemność, chwiejność, dziwny jakiś zamęt. Mówiła 
do Boga: — Mów, Panie! Rzeknij słowo, a wszystko uczynię wedle Twojej woli. 
Ale dokoła panowało milczenie, słyszała tylko głos własnej duszy, niepewny i 
drżący. Wiedziała, że musi iść, że furta klasztorna na nią ezeka, że przysięga 
uczyniona w latach młodości obowiązuje ją nadal, Czuła, że nie jest już z tego 
świata. Była gotowa iść. Lecz dokąd? Dokąd? 
Przeszła pod ciemnym sklepieniem bramy. Po tamtej stronie słońce 
jeszcze jaśniej świeciło nie zasłonięte przydrożnym murem i przed oczami 
roztaczała się rozległa przestrzeń. Ulice były już wytyczone, ale jeszcze nie 
zabudowane, na wprost wznosiło się zielone wzgórze Awentynu, uwieńczone 
kościółkiem Maltańskim. 
Zwróciła się na lewo i szeroką, pustą ulicą szła ku rzece, widniejącej za 
kamiennym ocembrowaniem. Dokoła było cicho. Myślami wróciła znów do 
wspomnień, do chwili najważniejszej w jej życiu. 
Tak, było to kilka lat temu. Była młodziutką, dojrzewającą dziewczyną, 
gdy zaczęła ją dręczyć choroba dziwna, nieokreślona. Przykuta do łóżka, w 
strasznych cierpieniach traciła powoli władzę we wszystkich członkach, traciła 
mowę i słuch, i tylko jej wielkie oczy, nabrzmiałe i przerażone, świadczyły, że 
wciąż jeszcze żyje. Ale i w oczach zaczynało się mącić i co dzień mniej 
widziała, co dzień ogarniała ją większa ciemność. Aż wreszcie przyszła taka 
noc, że zwątpiono, czy będzie żyć. Przywołany ojciec Maks stanął nad nią 
wymawiając słowa absolucji, ale ona go już nie widziała. Matka i kilkoro 
przyjaciół klęczało dokoła, czekając ostatniego tchnienia. Szmer litanii za 
konających rozlegał się w smutnym pokoju. Gromnica, którą dano jej do ręki, 
paliła się żółtym płomieniem. Ona zaś zapadała wciąż głębiej i głębiej w noc 
jakąś bezbrzeżną, w przepaść, w pustkę... Aż nagle poczuła, że musi powstać, 
że coś ją podnosi, rzuca na kolana i ręce składa do modlitwy. I zrobiła się 
jasność wokół niej, jasność cudowna, niebiańska, i spłynęła z góry Madonna z 
promienistą aureolą nad czołem. Rozkrzyżowawszy złożone na piersiach ręce 
wyciągnęła je do niej i rzekła słodkim głosem: — Pójdź za mną. Rozsunąwszy 
fałdy szaty ukazała jej serce krwawe, siedmiu mieczami przeszyte. A potem 
wszystko znikło i Teresa Leonia poczuła, że spada gdzieś całym swym 
ciężarem, że czyjeś ręce ją chwytają, że na skronie leją jej wodę. Więcej nie 
zapamiętała. Ale gdy nazajutrz przyszła do siebie, przyczyna choroby była 
usunięta, organizm rozpoczynał normalne funkcjonowanie. Życie jej zostało 
ocalone. 
Podniosła głowę i rozejrzała się wokół siebie. Była już na placyku przed 
kościołem Santa Maria in Cosmedin, którego sczerniała wieżyczka przecinała 
niebo wąską linią. Za sobą zostawiła zielony Awentyn. Opodal ładna świątynia 
Słońca, jak cacko delikatne i wątłe, wznosiła swe kolumienki leciuchne i 
daszek na nich oparty. Po lewej stronie Tyber ujęty w kamień szumiał żółtymi 
wodami. Podeszła do brzegu. Była znużona chodzeniem, całodziennym 
postem, upałem, wrażeniami, jakich doznawała w tej pielgrzymce do siedmiu 
bazylik. Rada była spocząć na chwilę. A przy tym taki urok szedł od tego 
świętego miasta, od ruin, które widniały przed nią! Tyber płynął leniwie u jej 
stóp, tocząc mętne wody, zmęczone tylu wiekami wędrówki. Były ciężkie i 
ciemne, jakby kryły w swej głębi jakieś tajemnice i zbrodnie. Lecz dalej, ku 
zachodowi, w promieniach słonecznych przybierały barwy jaśniejsze, 
białomleczne i żółtawe, rozlewały się szeroko okrążając wysepkę Świętego 
Bartłomieja z jej czerwonawym szpitalem Bonifratrów i poprzecinane 
ciemnymi liniami mostów szły pod słońce odbijając przybrzeżne domy i 
kościelne wieże, za którymi leżał Transtewer z ciasnymi uliczkami i wąskimi 
domkami. W oddali wznosiły się zieleniejące wzgórza. A nad całym tym 
skupiskiem domów, kościołów, dachów, wieżyczek i murów królowała na 
niebie kopuła bazyliki Świętego Piotra. 
Słońce coraz szybciej chowało się gdzieś za Monte Mario i na ziemi 
zaczynał panować zmrok fioletowy i chłodny. Ale szczyty wież, z górującą nad 
nimi jasną, zwycięską kopułą bazyliki, ciągle złociły się nad Wiecznym 
Miastem. 
 — Tu es Petrus — szepnęła Teresa Leonia i z dumą patrzyła przed 
siebie. Tak, Rzym cały — to miasto o wielkich losach — był to proch i 
marność, pyłek nikczemny pod stopami tej świątyni. Nie Rzym tylko — świat 
cały czymże był wobec tej największej potęgi, tej najświętszej władzy, co od tej 
kopuły szła przez wieki całe, zwycięska, niezwalczona, wieczna — co brała 
swój początek u tronu samego Boga, a słowem Chrystusa zatwierdzona, objęła 
całą kulę ziemską i przyświecała jej, jak pochodnia wiodąca ku niebu... 
 — Tu es Petrus — powtórzyła i czuła, jak jej serce wzbiera miłością i 
przywiązaniem, jak wchodzi w nie moc niezwyciężona, a zarazem i wielka 
duma, że ona — słabe dziewczę — została wybrana przez Pana i powołana ku 
wielkiemu celowi. Wybrana! Tak, od chwili, gdy nad jej łożem zajaśniała 
słodka twarz Madonny, gdy usłyszała słowa: — Pójdź za mną! — życie jej 
przestało do niej należeć. Czuła i rozumiała, iż jest powołana do spełnienia 
jakiegoś dzieła — i żyła, czekając znaku. 
Pierwszą jej czynnością, po dźwignięciu się z choroby, było złożyć 
przysięgę i ofiarować Bogu swe serce czyste, żadną ziemską miłością nie 
skalane, ciało dziewicze, myśli i wolę, i całą swą istotę. Była zbyt młoda i 
jeszcze zbyt osłabiona, aby jakiekolwiek zgromadzenie zakonne mogło ją 
przyjąć. Musiała czekać i przysposabiać się do życia, które miało się stać jej 
udziałem. Czekała więc, a tymczasem poznawała reguły różnych zakonów i w 
obcowaniu z mniszkami, w częstych rekolekcjach, odbywanych w rozmaitych 
klasztorach, starała się poznać, gdzie wola Boska chce ją mieć. 
Tak minęło lat kilka — a wybór ciągle nie zapadał. Miała już lat 
dwadzieścia parę — dłużej zwlekać nie mogła. Głos wewnętrzny powtarzał jej 
wciąż: — Idź!, a nie wiedziała dokąd. Więc za radą ojca Maksa udała się na 
pielgrzymkę do siedmiu bazylik — i teraz, gdy wszystkie siedem obeszła, 
wracała do Świętego Piotra dla odprawienia końcowych modlitw. — Może 
tam, u grobu Apostołów, znajdę światło! — westchnęła. Podniosła głowę i 
ruszyła dalej. 
Szarzało już, ale Tyber, płynący od zachodu, niósł z sobą fale barw 
jasnych i niebo nad nim było u góry zielone, a złote u spodu. Tylko kopuła ze 
złocistej zaczęła zmieniać się na lazurową i, jak zawieszona w niebie, zdawała 
się garnąć pod siebie całe miasto. 
Teresa Leonia szła brzegiem rzeki. Choć zmęczona, przyśpieszyła 
kroku, aby za dnia móc jeszcze ukończyć pielgrzymkę. Idąc, znów rozmyślała. 
Przypominała sobie jedne po drugich zgromadzenia, które poznała. Więc 
pierwotne, ostre reguły benedyktynek, cysterek, klarysek, karmelitanek 
Świętej Teresy, wielkich pokutnic oddanych umartwieniu ciała, ubóstwu i 
kontemplacji — prawdziwe to były ofiary na ołtarzach Pańskich, baranki 
niewinne, przelewające dobrowolnie krew swą na odkupienie ludzkich 
grzechów, na przebłaganie gniewu Bożego. Ale ani jej zdrowie, ani 
usposobienie nie pozwalały się jej ku nim skierować — ascetyzm jej nie 
pociągał. Następnie reguły czynne, działające, biorące udział w życiu 
nieszczęśliwej ludzkości — franciszkanki, oddane maluczkim i ubogim, 
siostrzyczki ubogich, których szare habity znane były dobrze poddaszom i 
suterenom, Siostry Świętego Józefa, utrzymujące ochronki, bohaterskie 
Siostry Miłosierdzia, istna armia idąca wszędzie, gdzie grozi 
niebezpieczeństwo — i wszystkie inne zgromadzenia misyjne, które szły na 
koniec świata lub przenikały najniższe warstwy społeczne, głosząc naukę 
chrześcijańską i walcząc ze złym duchem. Były to święte dusze — pracowite, 
odważne, korne i cierpliwe — godne najwyższego uznania. Ale, widziane z 
bliska, jakże były ordynarne, pozbawione wszelkiej osobistej inicjatywy, ślepe 
narzędzia w ręku przełożonych, prozaicznie wykonujące pospolite czynności! 
Bez wychowania, bez polotu! Nie, wśród takich nie mogłaby wytrzymać. Był 
jeszcze cały szereg zakonów nowszych, liczących się bardziej ze 
współczesnymi warunkami — wizytki, sercanki, niepokalanki, nazaretanki, 
urszulanki, Zgromadzenie Sióstr de Sta Maria Reparatrice, Zgromadzenie des 
Dames de la Retraite i wiele, wiele innych jeszcze — zakony przeważnie dla 
osób „z towarzystwa", dla zamożnych i wykwintnych dam, które, pomimo 
najgłębszej pokory, nie mogły być narażone na brutalne zetknięcia z 
rzeczywistością, a uprawiały pobożność w przystępniejszej formie, i taką, 
która licowała z ich subtelną i wyrafinowaną naturą. 
W ich progi nieraz już wstępowała. Próbowała nowicjatu w 
SacreCocur; odprawiła u nazaretanek rekolekcje; zwiedziła kilka domów 
wizytek; wreszcie prawie się już dała uwieść urokowi przepięknych Sióstr 
Reparatrices, których poetyczne nabożeństwa, w kaplicy przybranej liliami, 
zawsze nadzwyczaj silnie na nią działały. 
Wszystkiego tego już próbowała — i wszędzie doznała zawodu. Z 
bijącym sercem wchodziła w progi każdego nowego klasztoru, mówiąc sobie: 
 — Tu znajdę odpoczynek i światło, a wychodziła z zawodem, z jakimś 
dziwnym niesmakiem. — Nie, i to nie dla mnie — powtarzała sobie, i szukała 
dalej. Bo wszędzie widziała jakieś braki, jakieś „ale", coś mąciło tę harmonię, 
którą sobie wymarzyła. I niepokój ogarniał ją coraz dotkliwszy i boleśniejszy, 
bo sumienie odzywało się ostrzegając, że czas upływa, a przysięga pozostaje 
nie wykonana. — Boże, wybaw mnie, ratuj, wskaż drogę! — szepnęła. 
Rozejrzała się wokół siebie. Wychodziła już z wąskiej uliczki na plac 
Św. Piotra. Zatrzymała się. Tyle razy widziała ten plac i kościół, a nigdy nie 
mogła na niego spoglądać bez zachwytu, zawsze, gdy wstępowała na schody 
krużganka, przepełniało ją uczucie dumy. Czuła się pewniejsza, śmielsza w 
tym wspaniałym otoczeniu, wśród tej kolumnady, co dwoma ramionami 
sięgała w świat, jakby go chciała objąć i rzucić do stóp ołtarza. — I teraz 
otucha zaczęła znowu wstępować w jej serce. Weszła do kościoła w 
przekonaniu, że tu ją czeka pożądana łaska. 
W olbrzymiej świątyni panował już zmrok, kontury rozpływały się i 
ginęły w półtonach. Pod sklepieniem zalegały cienie. Gdzieś wysoko ponad 
głowami rozety, kasetony, barwne marmury i postacie aniołów, a niżej 
kolosalne figury świętych, mozaiki jaskrawe, złocenia i rzeźbione kapitele 
zlewały się w monotonną szarość. Oko nie dosięgało już granic tej szarości i 
oprzeć się nie mogło na żadnym określonym kształcie. Czuło się tylko dokoła 
olbrzymią przestrzeń, jakieś obszary bezgraniczne, jakieś kształty nadludzkiej 
miary, potęgę i wielkość wlaną w mury i w kamienie. Wśród tego ogromu 
spowitego w mroki paliły się z dala żółtą łuną lampki u grobu apostołów. 
Gdy się znalazła w świątyni, Teresa Leonia poczuła się tak słaba, że 
musiała oprzeć się o ścianę, aby nie upaść. Chwilę stała z przymkniętymi 
oczami, w chłodzie marmurów, przejęta dreszczem oczekiwania — samotna w 
zapadającym zmroku. Kościół był pusty. Tylko gdzieniegdzie przemykała w 
oddali ku zakrystii postać posługacza w długiej sutannie albo jakiś spóźniony 
turysta dążył ku wyjściu. W głębi, przed posągiem św. Piotra oświetlonym 
płomykiem lampy, modliło się kilkoro ludzi. Czarna postać świętego siedziała 
na tronie, z nimbem wokół głowy, sztywna, wyprostowana i sroga, dzierżąc w 
ręku klucze od Królestwa Niebieskiego. 
Chłód, pustka i smutek wiały z tych olbrzymich murów nie ożywionych 
teraz barwnym rysunkiem mozaik ani grupami świętych, ani ruchliwym i 
głośnym zazwyczaj tłumem cudzoziemców. Smutek ten przenikał i Teresę 
Leonię i serce jej się ściskało, jakby w przeczuciu czegoś tajemniczego, co się 
miało stać za chwilę, czegoś nieznanego, co szło ku niej z tej ciemności. 
Gdy Teresa Leonia wróciła wreszcie do domu, pani Alina Halicka 
zerwała się z krzesła i zawołała: — Ach, mój Boże, taka byłam niespokojna... 
Je craignais quelque accident... Musisz być głodna i zmęczona? Już po 
siódmej. — Ale spojrzawszy w twarz córki zrozumiała, że zaszło coś 
niezwykłego i zamilkła, patrząc na nią pytającymi oczami. 
Teresa Leonia zdjęła kapelusz i powoli osunęła się na krzesło. Była 
blada, ciemne obwódki podkrążały jej błyszczące oczy. 
 — I cóż? — spytała wreszcie matka. 
Ona zwróciła twarz ku matce i rzekła stanowczym, spokojnym głosem: 
 — Bóg objawił mi swą wolę. Zakładam nowy zakon, zakon Sióstr 
Bolejących, na pamiątkę siedmiu mieczów, które przeszyły serce Matki 
Najświętszej. 
 — Zakładasz nowy zakon — wyszeptała pani Alina w osłupieniu — 
nowy... un ordre nouveau ale jak? Jakże to zrobisz? 
 — Nie wiem, nic nie wiem jeszcze. Ale to pewne, że Bóg tego chce — i 
tak będzie. Dotąd błądziłam w niepewności i w trwodze, bo nie widziałam 
drogi przed sobą. Ale dziś, gdy tylko weszłam do Świętego Piotra, uczułam, że 
zbliża się chwila objawienia. Straciłam przytomność... i ukazała mi się znowu 
Madonna, tak samo jak wtedy, i tak samo pokazała mi swoje serce. 
Usłyszałam głos, który mówił wyraźnie: — Założysz nowy zakon, zakon 
Sióstr Bolejących. 
Zamilkła, wyczerpana i bezsilna, lecz po chwili podniosła się i prędko, 
gorączkowo, zaczęła mówić: — O, teraz, gdy już wiem, co mam robić, nic już 
mnie nie wstrzyma, nic nie zatrwoży. Dość tych namysłów, dość zwlekania! 
Pójdę prosto przed siebie za tym głosem, który mnie woła i nikt nie ma prawa 
stawać mi w poprzek drogi. Niech się nikt nie waży! Niech nie próbuje, bo 
wszystkich złamię, zdepcę, zwyciężę! Ostatnią kroplę krwi oddam, ostatnie 
tchnienie, ale dzieło dokonać się musi, dzieło wielkie, święte, które mi sam 
Bóg w ręce włożył. Nic mnie nie zniechęci, nic nie zrazi, czuję się tak silna, tak 
potężna! To musi być wielki zakon, prawdziwy filar Kościoła, gwiazda na 
niebie katolickim, tarcza przeciwko niewierzącym, dom Boży pełen cnót i 
światła, i mądrości, przybytek doskonałości i wiary niepokalanej... Zakon 
Sióstr Bolejących prawdziwie nad grzechami świata, i nad losem naszym. 
Będzie to obrona dla tych, co się doń schronią..., przytułek, port bezpieczny... 
O, ja czuję dobrze, jaki on być musi, jakim Bóg chce go mieć... Widzę, widzę 
teraz, co jest do zrobienia — i już nic w świecie mnie nie powstrzyma, nie 
wróci z drogi, nic mnie... 
W tej chwili rozległo się ciche pukanie do drzwi. — Entrez! — zawołała 
pani Alina i do pokoju wszedł monsinior Żurowski. 
Był to jeszcze młody, wysoki mężczyzna, o kształtach wyraźnie 
zaokrąglonych i bladej, niezdrowej twarzy, którą oświecała para mądrych 
oczu i rozjaśniał uśmiech pogodny, pełen finezji. Ubrany był w czarną 
sutannę, doskonale skrojoną, ożywioną fioletowymi guziczkami. 
 — Przepraszam, że może o niewłaściwej porze przybywam — zaczął od 
drzwi, ale pani Alina rada była jego przybyciu i nie dała mu skończyć. Ale cóż 
znowu! w samą porę przychodzi. Owszem, nigdy nie był tak pożądany jak 
właśnie teraz, gdy tak ważne zmiany, lak nadzwyczajne objawienia... Tylko, że 
Therese Leonie taka wyczerpana tymi wrażeniami — ces saintes emotions — 
że doprawdy... 
Lecz zwróciwszy się do niej, pani Halicka urwała w pół zdania, widząc 
wyraz niezadowolenia na jej twarzy. Monsinior zrozumiał, że panna nie była 
rada z gadulstwa matki, więc chcąc dyskretnie się znaleźć i rzecz odwrócić na 
inne tory, zaczął: 
 — Ja właśnie przyszedłem w ważnej sprawie i chciałem się z paniami 
jak najprędzej podzielić wiadomościami... 
Położył kapelusz na konsoli i usiadł przy stole. Panie też zajęły miejsca. 
Pani Alina, trochę speszona chłodnym zachowaniem córki, spuściła głowę i 
bawiła się złotą obręczą, którą nosiła na ręku. Wszyscy troje czuli jakieś 
skrępowanie, coś, co ich wzajemnie onieśmielało. Ksiądz wyjął z kieszeni list 
ze stemplem austriackim i położywszy na kopercie swe białe, bardzo ładne 
ręce, zwrócił się do Teresy Leonii: 
 — Rzecz dotyczy powołania do stanu duchownego, o którym 
rozmawialiśmy. Kiedyś radziła się mnie pani w tym względzie i ja 
rekomendowałem Zgromadzenie Niepokalanek w Galicji, tak miłe dla 
naszych polskich serc! Otóż, pisze mi teraz przełożona... 
 — Przepraszam — rzekła spokojnym głosem Teresa Leonia — ale dziś 
nie obchodzą mnie już wcale dawne projekty. Zakładam sama nowy zakon, 
zakon Sióstr Bolejących. Taki rozkaz otrzymałam od samego Boga. 
Zdumienie odmalowało się na twarzy księdza Zurowskiego, wyrwał mu 
się krótki okrzyk: 
 — A?! 
Po czym nastało milczenie. 
Teresa Leonia oparła zmęczoną głowę o poręcz fotela i siedziała 
nieruchoma, zimna, z zaciśniętymi ustami, gotowa — w razie ataku — do 
zaciętej obrony. 
Pani Alina coraz bardziej nerwowym ruchem okręcała obręcz dokoła 
dłoni. Na usta cisnęły jej się tysiące słów, ale nie śmiała się odezwać. A ksiądz, 
w pierwszej chwili zdziwiony, powrócił do zupełnej swobody, nawet leciuchny 
uśmiech podniósł kąciki jego ust. Siedział nieruchomy, jakby czekając 
wyjaśnienia. Wreszcie Teresa Leonia odezwała się: 
 — Niech mama opowie..., ja nie mogę... 
Pani Alina poruszyła się żywo. O, tak, ona opowie wszystko. Gdzieżby 
jej, biednej, wymęczonej myśleć o mówieniu. Ona taka wyczerpana, na wpół 
żywa. I powstrzymywane dotąd słowa popłynęły potokiem, a opowiadanie 
było barwne i przejmujące. 
Monsinior słuchał uważnie, pochylony trochę do przodu. Na starannie 
wygolonej twarzy nie można było odczytać śladu żadnej myśli. Lekki 
uśmieszek znikł, a jego usta przybrały zwykły, łagodny, lecz stanowczy wyraz. 
Gdy pani Alina skończyła mówić, powoli podniósł głowę, a wyjęty list włożył 
na powrót do kieszeni. 
 — Skoro tak — rzekł — nie pozostaje mi nic innego, jak przeprosić raz 
jeszcze za niewłaściwość mych odwiedzin i pożegnać szanowne panie, życząc 
im wszelakich łask Boskich. 
Tu zrobił ruch, jakby chciał powstać. 
Zawód odbił się na twarzy pani Aliny. Czyżby o tak ważkim projekcie 
nie miał nic do powiedzenia? Wyciągnęła ku niemu ręce. 
 — O monsiniore — zawołała — zostań jeszcze z nami! W chwili tak 
ważnej potrzebna nam opieka i rada, oui, quelques bons conseils — ludzi 
świątobliwych i Bogu oddanych. 
 — Tak — rzekła Teresa Leonia. — Proszę o pomoc. Bóg mi objawił swą 
wolę i pewnie światła swego nie odmówi, ale i ludzka rada potrzebna. 
Monsinior Żurowski usiadł więc i znowu przez chwilę panowało 
milczenie. Wszyscy troje czuli, że między nimi stanęło coś, co im odbiera 
swobodę wyjawienia prawdy. 
Pierwsza odezwała się Teresa Leonia: 
 — Proszę powiedzieć mi szczerze, co monsinior myśli o tym, jakie jest 
jego zdanie? 
 — Mogę być zupełnie szczery? 
 — Najzupełniej. 
 — Otóż, jeśli tak, to naprzód zadam pytanie: jaki ma być specjalny cel 
owych Sióstr Bolejących? 
 — Jaki cel? Chwała Boga i Kościoła. Zresztą, bliższe szczegóły 
określimy później. Przede wszystkim ma to być polski zakon, na dowód, że 
duch katolicki nie zaginął wśród naszego narodu, że jesteśmy zawsze 
przywiązani do tronu papieskiego... 
 — O, proszę pani, w to nikt nie wątpi! To jest prawda, której dowodzić 
nie potrzeba. Ale czy ten zakon będzie należał do kontemplacyjnych, czy też 
do czynnych? 
 — Nie wiem jeszcze. Trudno tak... od razu... Powiadam monsiniorowi, 
że szczegóły określimy później. 
Znowu leciuchny uśmiech pojawił się na twarzy księdza, ale rzeki 
poważnie: 
 — Widzę, że plan nowego zakonu nie jest jeszcze wyraźny... 
 — Bo jakżeby... tak zaraz... — wtrąciła pani Alina. 
 — A zatem skorzystam z pozwolenia i powiem szczerze swoje zdanie. 
Chwilę siedział ze spuszczonymi oczami, jakby skupiając myśli, wreszcie 
zaczął mówić: 
 — Bóg w swej mądrości niezbadanej dla dobra dusz ludzkich i dla 
chwały Kościoła swojego od dawna świętych swoich pobudzał do fundowania 
zakonów. Ale każdy nowy zakon był zawsze umotywowany jakąś nową 
potrzebą, powstawał nie wskutek osobistych zachceń tego lub owego, a 
wskutek jakiegoś ogólnego stanu ludzkości lub jakiegoś niebezpieczeństwa. Z 
czasem, gdy się zmieniały warunki, upadały też i niektóre zakony, co dowodzi, 
że odpowiadały one potrzebom realnym świata, a nie były tworem 
indywidualnej fantazji lub ambicji. Dziś rzeczy tak stoją, że na każdym prawie 
polu działalności duchowej albo społecznej stoi zakon specjalnie tej 
działalności poświęcony. Braków doprawdy nie widzę w tej wewnętrznej 
organizacji naszego Kościoła. Jest on dobrze obsługiwany przez cnotliwe, 
karne i czynne legie zakonników. Przy tym w tej tak mądrej ekonomii jest 
miejsce dla wszystkich. Wszelkie odcienie charakteru, wszelkie usposobienia, 
każdy stan duszy może sobie w istniejących dziś zakonach znaleźć 
odpowiednie miejsce. W pełnym rozwoju są zakony ascetyczne, są 
łagodniejsze reguły oddane pracy umysłowej, pedagogicznej, filantropijnej, są 
wreszcie całe zastępy misjonarzy oddane szerzeniu wiary świętej. Jest w czym 
wybierać. I nie myślę, aby dusza szukająca Boga i życia doskonałego nie 
mogła wśród istniejących reguł znaleźć takiej, która odpowiadałaby jej 
usposobieniu. Po cóż więc tworzyć nowe dzieła, których żadna nowa 
przyczyna — o ile wiem — nie powołuje do życia? Czy nie lepiej dołożyć 
starań, aby utrzymać to, co już istnieje, niż rozpraszać je w produkowaniu 
rzeczy nowych, ale czy koniecznie potrzebnych? 
 — My nigdy dość zakonów mieć nie możemy — rzekła Teresa Leonia. 
 — Przede wszystkim powinniśmy pracować na miejscu, u siebie, w 
kraju. 
 — A wola Boska? A rozkaz tak wyraźnie dany mi z nieba? Monsinior 
uśmiechnął się pobłażliwie. 
 — Nie jestem kierownikiem sumienia pani — odrzekł — więc trudno mi 
osądzić, czy te objawienia i te rozkazy pochodzą rzeczywiście z nieba, czy są 
tworem wyobraźni. Wyobraźnia, tak zwana dziś autosugestia, nieraz płata 
nam figle. 
 — Więc monsinior wyobraża sobie! — zawołała pani Alina. 
 — Ja, szanowna pani, nic sobie nie wyobrażam, bo nic nie wiem. To są 
kwestie trudne do zbadania. Nie odważyłbym się wypowiadać swojego zdania 
bez długiego namysłu. Ale... jesteśmy wszyscy ludźmi, a zatem podlegamy 
omyłkom, błędom, fałszywej nieraz ambicji. A wróg naszego zbawienia czuwa 
i nie traci żadnej sposobności, aby nas wyprowadzić na manowce. 
 — O, monsiniore! — wybuchnęła znowu pani Alina. — Jakże można! 
Takie czyste, wzniosłe intencje..., chcieć rzucać na nie cień... une insinuation 
si blessante! Przecież Therese Leonie od najmłodszych lat... 
 — Niech mnie mama nie broni — przerwała panna Halicka powstając. 
 — Monsinior mi nie wierzy, na to nie ma rady. Wiem, że jestem istotą 
grzeszną i omylną, ale wiem również, że Bóg wybrał mnie na fundatorkę 
nowego zakonu i nic już nie może mnie zachwiać w tym przekonaniu. A 
ludzka krytyka! Niestety, jestem na nią przygotowana. 
 — Panie nie chcą mnie zrozumieć. Nie krytykuję, a jeszcze mniej 
wątpię w szczerość pani, ale ostrzegam. W sprawach nadprzyrodzonych nigdy 
nie można być dość ostrożnym. A teraz — dodał wstając i biorąc kapelusz 
 — muszę panie pożegnać. Żałuję najmocniej, jeśli to, co powiedziałem, 
sprawiło im przykrość. 
Po wyjściu monsiniora Żurowskiego nastała cisza. Teresa Leonia 
siedziała zagłębiona w fotelu. Po jej twarzy przebiegały to gniewne chmury, to 
odbłyski zapału. Pani Halicka zajęła się przyrządzaniem herbaty. Zamyślona 
także, dzwoniła łyżeczkami, ustawiała talerzyki z ciastem i zimnym mięsem, 
nie zauważając, że woda kipi i wylewa się z imbryczka. 
 — Mamo, woda już kipi — rzekła Teresa Leonia. 
 — Ah, mon Dieu, c'est vrai I wylało się... Taka jestem tym wszystkim 
zaabsorbowana... — I zaczęła gwałtownie gasić ogień. 
 — Ten nowy zakon — mój Boże! A ten Giacomo nieznośny, nie 
przyniósł śmietanki, choć mu dwa razy przypominałam. 
 — Jeśli dla mnie, to nie trzeba, mamo. 
 — Musisz być głodna, śniadanie jadłaś tak wcześnie. Weź przynajmniej 
szynki. Monsinior myśli, że to wszystko imaginacja. Mój Boże, jak to ludzie 
sądzą niesprawiedliwie! Ty... taka rozsądna, spokojna... gdzieżbyś sobie takie 
rzeczy wyobrażała! 
 — Mogę się mylić nieraz, to pewne. Ale tym razem nie mylę się. 
 — Pewnie, że nic. Ach, co ja robię! Od tych wszystkich wrażeń w głowie 
mi się już kręci i drugi raz wrzucam cukier do herbaty. Bo wiesz, powiem ci, 
co mi na myśl przychodzi. 
Pani Alina odsunęła filiżankę, i złożywszy ręce na stole, patrzyła w 
twarz córki. 
 — Mam projekt, ciekawam, co powiesz. II y va de ma vie. Widzisz, 
dzisiaj ja także przez cały dzień modliłam się za ciebie, moje dziecko 
najdroższe, i za siebie... Wiesz dobrze, jakie ciężkie było moje życie, smutne, 
samotne... A cóż dopiero będzie, gdy ciebie utracę. I prosiłam Boga, aby mnie 
natchnął dobrą myślą. Otóż, jak wróciłaś z tym postanowieniem, od razu 
poczułam w sobie głos Boży, pomyślałam: pójdę i ja, wstąpię do tego nowego 
zakonu... 
 — Mama do zakonu?!... 
 — Tylko nie dziw się i nie zaprzeczaj tak od razu — prosiła pani Alina 
składając ręce — przecież nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Czemuż bym nie 
mogła pójść? 
 — Ale to będzie zakon zupełnie na serio. 
 — Tak, dobrze. Czy myślisz, że nie byłabym zdolna...? Starzeję się, 
poważnieję z każdym dniem. 
 — Pewnie, owszem. Ale nigdy nie myślałam, aby mama... 
 — Widzisz, ja sama nie wiem, skąd mi to przyszło na myśl. Ale, 
ostatecznie, dlaczegóż by nie? Przecież nie byłabym ci chyba przeszkodą? 
 — O, nie. W niczym. 
 — A widzisz. A mnie by tam było najlepiej. Nie uwierzysz, jak mnie już 
życie zmęczyło. Je suis lasse. Tak pragnę cichego zakątka klasztornego. Nie 
odmawiaj mi tego. 
 — Ależ, moja mamo, dla mnie to byłoby najlepiej. Nawet ze względów 
finansowych wstąpienie razem z mamą będzie bardzo korzystne. 
 — A prawda, masz rację. Możemy obie wnieść swoje fundusze, zawsze 
będzie ich więcej. Tylko, cóż ja pocznę z Zosią? 
 — Z Zosią? — powtórzyła Teresa Leonia. 
 — I z tym nieszczęsnym Białym Dworem! Zamilkły i zamyślone wróciły 
do herbaty. 
 — Zosia powinna wyjść za mąż, jak najprędzej — rzekła po chwili 
Teresa Leonia. — Z Białym Dworem trzeba koniecznie coś zrobić — 
wydzierżawić, sprzedać, odstąpić stryjowi Józefowi, cokolwiek bądź, byle 
nasze części jak najprędzej spieniężyć i mieć wszystko w ręku. 
 — Tak, ale nim to wszystko się zrobi! — westchnęła pani Alina i 
posmarowała sobie bułeczkę. A Teresa Leonia rzekła: 
 — Ojciec Maks poradzi. 
 — Tak, ojciec Maks! Mówił, że przyjdzie dziś wieczorem. 
Jakoż około dziewiątej ojciec Maks, przezwany przez swe penitentki il 
padre nero, zasiadł w jednym z foteli pod lampą i słuchał opowiadania pani 
Aliny. Tym razem panie nie mogły się uskarżać na chłodne przyjęcie wielkiej 
nowiny. Czarne oczy ojca Maksa pałały blaskiem, na jego wąskich ustach 
pojawiały się uśmiechy rozanielone, a ręce wznosiły się ku niebu z 
zachwytem. 
 — Vous etes benie, mon enfant — vous etes predestinee — powtarzał 
głosem drżącym ze wzruszenia. A gdy się dowiedział, że i matka zamierza 
wziąć udział w budowie wielkiego dzieła, radość jego i entuzjazm nie miały 
granic. Mówił o potędze natchnienia Bożego, wobec którego wszelkie dążenia 
i cele są niczym. Mówił o duszach wybranych, które poświęceniem i ofiarą 
zbawiają świat i prowadzą wciąż dalej dzieło odkupienia. Mówił i miłości 
Bożej, która wszystko zniesie, wszystko przetrwa i w końcu zwycięży. 
Potem mówiono już wspólnie o rozmaitych zakonach, o potrzebach 
współczesnych, o grożących Kościołowi niebezpieczeństwach, o środkach i 
drogach do prędkiego osiągnięcia celu. Zarysy nowego zakonu Sióstr 
Bolejących zaczęły przybierać coraz wyraźniejsze kształty. A kiedy już późnym 
wieczorem ii padre nero wychodził od pań Halickich, zostawiał je pełne 
ufności w przyszłość i we własne siły, pełne nadziei w powodzenie 
zamierzonego przedsięwzięcia. A sam ojciec Maks czuł się dumny, że 
wykształcił takie wzniosłe dusze i powtarzał zachwycony: Quelles saintes 
femmes! quelles saintes femmes! 
CZĘŚĆ PIERWSZA 
Słońce wzeszło nad jeziorem. Mgły poranne uleciały w górę i rozwiały 
się. Zapowiadał się prawdziwie letni, skwarny dzień. Parę białych chmurek 
płynęło jeszcze tu i ówdzie, ale wietrzyk je rozpędzał, biegły więc skryć się za 
lasami. Czyste i szafirowe niebo objęło wieś litewską, oparło się z jednej 
strony na sosnowej ścianie lasu, z drugiej na pagórkach zieleniejących w dali i 
słało jej swe promienie, swą jasność, swe ciepłe podmuchy. 
Dwór w Haliniszkach stał biały i jaśniejący w słońcu, oblany wodami 
jeziora, w których odbjał się razem z zabudowaniami folwarcznymi, starymi 
drzewami ogrodu, ze strzelającymi wysoko topolami. Życie powoli zaczynało 
się budzić. Z folwarku wyjechały w pole skrzypiące wozy, parobcy i najemne 
robotnice wychodzili gromadami gwarząc głośno. Koło obór i stajen uwijać się 
zaczęli fornale i pastusi. Gruby głos ekonoma dźwięczał donośnie. W domu 
otworzyły się drzwi od kredensu i wyjrzał stary lokaj, a potem chłopiec z 
dzbanem wybiegł po wodę. Koło garderoby słychać było krzątaninę, wreszcie 
sama pani marszałkowa wyszła na swą codzienną gospodarską wędrówkę. 
Wyszła i zatrzymała się na ganku. Była mała i bardzo zgarbiona. 
Ubrana w czarną, kamlotową suknię i w czepeczek tiulowy bez żadnej ozdoby. 
Spod niego wysuwały się dwa pasma siwych, gładko przyczesanych włosów, 
które opasywały zmarszczkami poorane czoło i chudą zżółkła twarz o dużym 
orlim nosie, szarych, poważnych, rozumnych i spokojnych oczach surowo 
patrzących spod gęstych brwi. Podniosła twarz ku niebu, popatrzyła chwilę w 
jego gorący szafir, który się nad nią roztaczał, i szepnęła: 
 — Dziękować Bogu, będzie już ładna pogoda, żyto zwieziemy. — I 
powoli, stukając laską o stopnie, zaczęła zstępować z ganeczka. — Barometr 
od wczoraj poszedł w górę — dodała po chwili. Powolnym krokiem skierowała 
się ku folwarkowi. Niedaleko domu, zaraz za oficyną kuchenną, stały 
zabudowania gospodarskie: obory, chlewy, ptaszniki, piekarnia, mieszkania 
ochmistrzyni, dziewek i parobków, ale pani marszałkowa umyślnie wybierała 
zawsze drogę dłuższą, naokoło klombów. Idąc odmawiała pacierze. I teraz 
zawróciła ku krzakom jaśminowym i zaczęła półgłosem: 
 — Kiedy ranne wstają zorze, Tobie ziemia, Tobie morze, Tobie śpiewa 
żywioł wszelki, bądź pochwalon... 
Ale tu pieśń została przerwana. Na dębie, wznoszącym się pośród 
klombu, zrobiło się wielkie zamieszanie, słychać było łopot skrzydeł i klekot, 
szum i piski młodych bocianiątek, a z dala ukazał się w powietrzu bocian z 
rozpostartymi skrzydłami, niosący w dziobie jakąś grubą zdobycz. Pani 
marszałkowa stanęła i podniosła głowę. 
 — Ot, już wraca do dzieci. A jakie one już duże! Wkrótce wylecą z 
gniazda. Najwyraźniej widzę, jest ich czworo, a dziewczynki sprzeczały się, że 
tylko troje. 
Na drzewie przez chwilę trwała kłótnia, odzywały się głosy i szumiały 
skrzydła, aż wreszcie się uciszyło i staruszka poszła dalej, rozpoczynając na 
nowo: 
 — ...Tobie śpiewa żywioł wszelki, bądź pochwalon, Boże wielki! A 
człowiek, który bez miary, obsypany Twymi dary... 
Szła teraz obok rabatek kwiatowych, gdzie, skropione rosą poranku, 
podnosiły główki jaskrawe petunie, lewkonie, groszek pachnący i ciemne 
bratki, a rezeda bujnie rozsyłała dokoła przenikliwą woń. Gdzieniegdzie 
wyrastały ciemne krzaki georginii i wznosiły się wysoko cienkie i sztywne 
malwy, błyszcząc delikatnymi, niby z papieru wykrojonymi, kwiatami. 
 — ...Obsypany Twymi dary, coś go stworzył i ocalił, jakże by Ciebie nie 
chwalił... 
Od kwiatów wionęło słodkim zapachem. Parę pszczół przyleciało z 
brzęczeniem i usiadło na kielichach. Staruszka zatrzymała się znowu, obie 
ręce oparła na lasce i przyglądała się jaskrawym barwom kwiatów, ale nie 
przerywała modlitwy: 
 — Ledwie oczy przetrzeć zdołam, już do mego Pana wołam, do mego 
Boga na niebie i szukam Go... 
 — A pójdziesz! — zawołała nagle, gdy wielka wyżlica, biała w żółte 
plamy, wyskoczyła z bocznej ścieżki i pędziła prosto przed siebie poszczekując 
radośnie na widok pani. 
 — A pójdziesz! — powtórzyła. 
Ale Dianka wiedziała bardzo dobrze, że na staruszkę skakać nie można, 
więc tylko przypadła jej do nóg kręcąc ogonem, skomląc radośnie i ocierając 
grzbiet o jej czarną suknię. 
 — ...I szukam Go koło siebie. Wielu snem śmierci pomarli, co się 
wczora spać pokładli... 
Westchnienie wyrwało się z piersi staruszki. 
Oj, niedługo tu już, niedługo na tym świecie przebywać! 
Siedemdziesiąt lat to nie żarty. Już i nogi nie służą, i sił z każdym dniem 
ubywa, i pamięć słabnie. Koniec się zbliża. 
 — ...My się jeszcze obudzili... 
Wkrótce przyjdzie taki dzień, że się nie obudzi, że spocznie na wieki na 
cmentarzu parafialnym, w cieniu kamiennego krzyża, który już tylu bliskich 
osłania. Bo i czas po temu, oj, czas wielki! 
 — ...My się jeszcze obudzili, byśmy Cię, Boże, chwalili. Amen. 
 — Niechaj pani obaczy, jakiego szczupaka dal Bóg dziś złapać — 
odezwał się tuż obok męski głos. 
Z przeciwnej strony nadchodził wysoki mężczyzna w długich butach 
niosąc spory ceberek z wodą. Zdjął czapkę, zaświecił w słońcu łysiną, i mówił 
dalej: 
 — Poszedłja dziś skoro świt buczę wytrząsać. W pierwszym — same 
raki siedzą, w drugi płotek nalazło — paskudztwo! Wziął to, nazad w jezioro 
wrzucił. A w trzecim — patrzę, cości dużego siedzi. Aż ot — ten szelma był 
wlazłszy. Ha, zdrowy szczupak! 
Pani marszałkowa pochyliła się nad ceberkicm. 
 — Piękna sztuka! — rzekła. — I w samą porę, toż dziś pani Antoniowa 
przyjeżdża. 
 — Aha, wiem. Ja zaraz i pomyślał, że damy jutro na obiad. A czy z 
niego lepiej marynatę zrobić, czy tak, do jakiego sosu? 
 — To zobaczymy, pomyślimy, jak dogodzić. Nie wiadomo, jaka tam za 
granicą moda. 
 — Pójdęż ja teraz, do lodowni jego zaniosę. A czy u pani klucze? Pani 
marszałkowa wyjęła z kieszeni wielki pęk kluczy. 
 — A powiedz, Aleksandrze, niech Werusia wcześnie ogień zapali w 
kawiarni i niech śmietankę sparzy. 
 — A dobrze, powiem. 
Rozeszli się. Józef pobrzękując kluczami ruszył ku dworowi. Dianka 
pobiegła za nim. Pani marszałkowa okrążyła kuchenną oficynę i znalazła się 
na folwarku. Pół wieku już minęło, jak codziennie swój gospodarski spacer 
odbywała. Przed pięćdziesięciu laty jako piętnastoletnią dziewczynę przywiózł 
ją tu, do tych samych Haliniszek mąż, oddał jej wielki pęk kluczy i rzekł: 
 — Anuleczko, królowo moja, w ręce twoje składam moje bogactwa. 
Rządź, rozkazuj, panią tu jesteś, a my wszyscy twoi słudzy. 
I wzięła wtedy klucze w dziecinne jeszcze rączki, i dotąd je dźwiga w 
zestarzałej dłoni. Panią była w tym domu, ale też — jak to sama często lubiła 
powtarzać — i sługą wszystkich sług swoich. I nie było człeka w całym ludnym 
dworze, żeby nie miał do niej spraw i interesów; nie było biedy, nie było 
frasunku, których by dzielić z nimi nie musiała. Czy kto zachorował, czy były 
niesnaski w rodzinie, czy piorun chatę spalił lub zaraza bydło wygubiła, czy 
nie wiedziano, jak dzieckiem pokierować, czy potrzebowano rady lub zasiłku 
 — szło się wprost do pani marszałkowej. Ona zawsze była w domu, zawsze 
"na służbie". O każdej porze dnia przyjmowała, wstając od rozpoczętego listu, 
nie kończąc szklanki herbaty, przerywając rozmowę — wychodziła do 
przedpokoju i słuchała. 
Nikt, choćby najbiedniejszy, nie bywał od jej drzwi odtrącony, nikt nie 
odchodził od nich bez pomocy lub pociechy. Była surowa, ale sprawiedliwa, a 
sąd jej uważany był w okolicy za najwyższą instancję, od której już nie śniło 
się nikomu szukać apelacji. Pierwszy mąż głowę skłaniał przed jej zdaniem: 
 — Anuleczko, pani moja, co rzekłaś, to święte — mówił. — Salomonem 
jesteś, jak mi Bóg miły. 
Na to jej poważna twarz rozjaśniała się uśmiechem i groziła mu 
palcem, mówiąc: 
 — Oj, ty, ty, pochlebco! 
Wyszła, mając lat piętnaście, za pięknego Stefana Halickiego, którego 
wykształcenie, uroda, fortuna, stosunki, a nade wszystko wdzięk w obejściu i 
dar ujmowania sobie ludzi czyniły pierwszą partią w powiecie. Wyszła z 
gorącej miłości i oddała mu się całą duszą, dumna, że jest żoną człowieka, 
który w całym kraju znany był ze swych cnót obywatelskich, z popularności, z 
gotowości do służby publicznej. Widziała w nim wielkiego człowieka i, 
szanując tę wielkość, poświęciła się jej pielęgnowaniu. 
Mąż jeździł z zebrania na zebranie, a ona siedziała w domu, chowała 
dzieci, doglądała gospodarstwa, dbała o dobrobyt i powoli brała w swe ręce 
zarządzanie całym domem. On romantyk, poeta, filozof, rad był pozbyć się 
nieznośnej troski o byt, wstrętną mu życiową prozę odsunąć daleko od siebie. 
Więc coraz chętniej powierzał jej gospodarstwo i interesy i mieszać się nie 
chciał do niczego, oddany innym sprawom. A ona, skrzętna i pracowita, 
zapobiegliwa i roztropna, silną dłonią dzierżyła swe berło. Fortuna rosła, 
pieniądze się pomnażały, dostatek i obfitość panowały w Haliniszkach. Dbając 
o przyszłość synów dokupiła parę pobliskich wiosek, potem otrzymane w 
spadku poleskie dobra, Olanowicze, ogromne, ale zniszczone doszczętnie, 
uporządkowała i oczyściła z długów. Nawet wtedy, gdy pan Stefan, obrany 
marszałkiem, przeniósł się do Wilna i zaczął tam prowadzić dom otwarty, 
zyskując sobie coraz większą popularność i coraz liczniejsze zastępy 
przyjaciół, pieniędzy starczało na jego wystawne życie, nigdy nie odczuł 
materialnych braków. 
 — Gdyby nie ty, królowo moja — powtarzał nieraz — z torbami bym 
poszedł, jak mi Bóg miły, z torbami. 
Toteż i jej znaczenie rosło i powaga w rodzinie stawała się tak wielka, 
że nie ustępowała w niczym mężowskiej. Dla synów każde jej słowo było 
rozkazem i świętością. Rośli w karności, w czci dla rodziców, prowadzeni 
surową, ale kochającą dłonią. Było ich pięciu: Juliusz, Stefan, Józef, Antoni i 
Adam, jak pięć klejnotów w koronie. Józef ożenił się i objął w posiadanie 
odległe Olanowicze. Marszałek z czasem wrócił do rodziny, zestarzały i 
złamany, szczęśliwy już tylko, że ma kąt własny, z jedynym pragnieniem: 
spokoju. Wdowa po Antonim, której charakter wiecznie żądny wrażeń narażał 
często na przykrości całą rodzinę, wyjechała za granicę ze starszą córeczką, 
zostawiając młodszą Zosię pod opieką dziadków i oddając Adamowi w zarząd 
mężowski majątek, śliczny Biały Dwór. Adam też pomyślał o ożenku. Wybrał 
na żonę kobietę młodą i piękną i pokochał ją gorąco. Ale szczęście mu nie 
dopisało, narzeczona umarła niedługo przed ślubem, a on już na zawsze 
pozostał samotny. Nie oddalał się odtąd z Haliniszek. Zajął się pilnie 
gospodarstwem, pomagał matce, zarządzał Białym Dworem, pracował i 
krzątał się, nie myśląc więcej o własnym szczęściu. 
I życie szło naprzód zwykłą koleją. Starzy coraz bardziej chylili się ku 
mogile, młodzi rośli hartowani przez życie. Rozkwitały uczucia nowe, 
mężniały serca, dłonie wyciągały się do pracy, umysły zwracały się ku 
skarbom nauki. Życie, prawie wstrzymane przez chwilę, znowu zaczynało 
tętnić. 
W Haliniszkach, pod opieką babuni, rosły dwie młode gałązki i 
rozwijały się prześlicznie: Zosia — zdrowa, pełna sił i wesołości — była 
promieniem słonecznym w rodzinie, i Ania — sierota, którą marszałkowa 
przygarnęła i wychowała, a która dziś płaciła za doznane dobrodziejstwa 
miłością, wdzięcznością, poświęceniem. Była córką pięknej Celiny Halickiej, 
stryjecznej siostry tutejszych Halickich, która w młodości zakochała się w 
jakimś pięknym oficerze i wbrew woli całej rodziny wyszła za niego. Była to 
ciemna historia — gdzie, jak i z czego żyli, nikt nie wiedział, dość, że po kilku 
latach smutnej włóczęgi Celina wróciła do kraju jako wdowa, z malutką 
córeczką, bez środków do życia i z początkiem suchot. Nie śmiejąc się pokazać 
rodzinie, osiadła w Warszawie, próbując zarabiać na swe utrzymanie. Ale 
szczęśliwy traf zrządził, że pan Adam przypadkowo ją spotkał, a widząc, w 
jakim jest położeniu, zabrał i przywiózł do Haliniszek. Wprawdzie pani 
marszałkowa skrzywiła się dość ostro na jej widok, bowiem w legalność ślubu 
Celiny nie wierzyła nigdy, i wszelkie jej życiowe przejścia traktowała zawsze 
pogardliwie jako skandal rodzinny. Ale teraz Celina była taka zabiedzona, a 
przy tym tak chora, że trzeba było zapomnieć o wstydzie, jaki przyniosła 
rodzinie. Została więc. Cicha, blada, złamana, dogorywała w kąciku, aż na 
koniec zgasła, nie robiąc nikomu kłopotu i poszła odpocząć w rodzinnym 
grobie po swym burzliwym i gorzkim istnieniu. Nazwiska mężowskiego na 
kamieniu nagrobnym nie wyryto. 
Pozostała po niej sześcioletnia Ania wyglądała tak, jakby też niedługo 
zamierzała na tym Bożym świecie przebywać. Jej drobna twarzyczka świeciła 
tylko dziwnym i trochę gorączkowym ogniem olbrzymich, czarnych oczu. Jej 
zapadłe piersi, drobne rączki, jej krótki oddech, jej nerwowość, wrażliwość, 
jakaś przedwczesna uczuciowość — to wszystko nie dawało nadziei na 
przyszłość. 
 — I co my z nią zrobimy? — spytał pan Adam matki, gdy wieczorem, po 
pogrzebie Celiny, mała, zmęczona płaczem, zasnęła na jego kolanach. 
 — A cóż, kochanie moje, wychowamy — odparła pani marszałkowa. 
I wychowali. Odtąd obce dziecko, zrazu nieufnie powitane, wcieliło się 
w ten dom. Zapomniano ojej niepewnym pochodzeniu, o przeszłości. Mała 
wkrótce też sama o tym zapomniała. Znalazła rodzinę, dom i najczulszą 
opiekę. Znalazła babunię, u której za parawanem spała w łóżeczku, a która jej 
czasem robiła sanki z kart albo latawce z długimi ogonami, a wkrótce też brała 
na kolana i w wielkiej gazecie pokazywała litery. Znalazła stryja, którego 
miała prawo ciągnąć za wąsy i rozwiązywać mu krawat. Miała swoją Franusię, 
swojego pieska Amisia na dziedzińcu i wózek mały, a z czasem i ogródek swój 
dostała, a w nim własne rzodkiewki, ogórki i trochę kwiatów. Wreszcie i 
siostrę dał jej los, zsyłając do Haliniszek Zosię. I odtąd dziewczynki nie 
rozstawały się wcale. 
Zosia, młodsza o rok od Ani, była wyższa, silniejsza, żywa i ruchliwa 
jak chłopiec. Ale za to Ania, pilna w naukach, rozmiłowana w czytaniu, 
imponowała Zosi i rozbudzała w niej ambicję. Z latami zdrowie Ani poprawiło 
się cokolwiek, tylko ani gwałtownych ruchów, ani zmęczenia, ani silniejszych 
wrażeń nie mogła znosić bezkarnie. 
Bujna młodość Zosi i wdzięczne serce Ani opromieniały stary dom i 
ogrzewały skołatanych życiem jego mieszkańców. Marszałek nie mógł się 
obejść bez rannych odwiedzin obu wnuczek, które codziennie musiały go 
bawić podczas picia kawy. Pan Adam na ich widok rozjaśniał chmurną zwykle 
twarz. Babunia wodziła wzrokiem pełnym zachwytu za Zosią, a nad Anią 
kiwała smutno głową, martwiąc się jej złym zdrowiem. Nawet stary służący 
Grzegorz i panna Borsakówna apteczkowa wstrzymywali się od gderania na 
panienki. Były one ukochanymi dziećmi całego dworu, młodymi gałązkami, 
które strzaskany pień zdobiły świeżością i zielenią. 
Gdy pani marszałkowa weszła na dziedziniec folwarczny, zbliżyła się 
jedna z gospodyń i pocałowawszy ją w rękę, mówiła długo o jakimś własnym 
interesie. Obok zaś stał już stary owczarz, przybyły także z prośbą do pani. 
Załatwiwszy się z nimi, poszła dalej. Na folwarku było już spokojnie. 
Parobcy i robotnicy dawno wyszli w pole, bydło przed świtem wypędzono na 
pastwisko. Pani marszałkowa zajrzała do kurnika, kazała wypędzić młode 
indyki i pochwaliła, że się dobrze chowają; weszła do chlewu i wyznaczyła 
parę sztuk na podkarmienie, spytała o ranny udój i o tę krowę, co to 
wczorajszego dnia zakulała wracając z pastwiska. A że cielętom niosły właśnie 
dziewki jadło, więc zaszła do ich zagrody i, oparta na kijku, patrzyła z 
przyjemnością na ich ładne, białe łebki, zanurzone w korytach, na ich uszy 
odstające, którymi co chwila potrząsały odpędzając muchy, na tłuste ich ciała, 
pokryte płową sierścią. 
 — Jak wylizane — rzekła ochmistrzyni — a strach, jakie żarłoczne, co 
im nic dać, zawsze mało. 
 — Dziękować Bogu, tegoroczne udały się — odparła pani i zwróciła się 
ku wyjściu. 
Z piekarni doleciał zapach świeżego chleba, więc zatrzymała się jeszcze 
i spytała, z jakiej ilości rozczyniono, a ochmistrzyni skorzystała ze 
sposobności i rozpoczęła długą skargę na pisarza, że niegodną mąkę daje, 
same plewy, i to nic doważa, a potem łaje sieją, że chleb kiepski, tak że ona z 
tej przyczyny i zdrowie straciła, i przez to ludzkie gadanie dłużej nie może 
wytrzymać, ale pani marszałkowa przerwała: 
 — Daj pokój, Marcinowo, już ja znam twoje skargi. Pisarz daje, co 
kazano, a ty masz niespokojny charakter. 
I zawróciła ku dworowi. Ochmistrzyni została na drodze z rozpoczętym 
opowiadaniem i otwartymi ustami. 
Widząc przechodzącą staruszkę, kilkoro dzieci, które dotąd siedziały 
na ganku od piekarni, puściło się pędem za nią. Były bose, z rozwianymi 
lnianymi czuprynami, młodsze w koszulach tylko, a starszych parę w 
spodenkach i w ojcowskich czapkach. Za nimi szła siedmioletnia może 
dziewczynka niosąc na ręku duże dziecko i uginając się pod jego ciężarem. 
Spieszyła się bardzo, aby nie zostać w tyle. Dzieci zabiegły drogę pani i stanęły 
nieruchomo zbite w gromadę. Nic nie mówiły, tylko oczy ich, błękitne jak 
niezapominajki, patrzyły pytająco, jakby na coś czekały. Pani musiała dobrze 
znać te obyczaje, bo stanęła, chwilę także na nie patrzyła, a potem zaczęła 
szukać czegoś w kieszeni. Powoli wyjmowała z niej po kawałku cukru i 
podawała dzieciom, a one przytykały brudne buzie do jej ręki i prędko niosły 
cukier do ust. 
 — A cóż matka, chodzi już? — spytała dużego, pyzatego chłopaka. 
 — Jeszcze nie chodzi. Wczoraj z nogą było lepiej, ale dziś znowu 
haniebnie boli. 
 — Przyjdź do dworu po południu, to panienka znowu maści przyprawi. 
Zwróciła się teraz do starszej dziewczynki, dźwigającej dziecko: 
 — A czemuż to jego nosisz? Czy to on chodzić nie umie? 
 — Kiedy płacze. 
 — Popłacze i przestanie. Nie wolno go nosić. No, masz. Czemuż 
wczoraj nie przyszłaś do panienki? 
Dziewczynka spuściła głowę zawstydzona, bo musiała mieć grzech na 
sumieniu. 
 — Przyjdźże dzisiaj, taka duża, a jeszcze czytać nie umie! Fe! 
Pani marszałkowa ruszyła w swoją stronę, a kilka kroków za nią szły i 
dzieci. Co dzień tak było i co dzień, po otrzymaniu przysmaku, odprowadzały 
ją aż pod kuchnię. Dalej, do pałacu, wolno było chodzić tylko w niedzielę na 
pacierze i to tylko starszym. Koło oficyny zatrzymał marszałkowa 
nadchodzący pan Adam. 
 — Dzień dobry mamci — rzekł schylając się do ręki staruszki, a ona 
pogładziła go po głowie. Był to mężczyzna ogromnego wzrostu i okazałej 
ttiszy. Miał opaloną twarz i nierówne, twarde wąsiska opuszczone w dół 
melancholijnie. W ogóle wyraz jego twarzy, pomimo okrągłości i jaskrawej 
cery, był smutny, frasobliwy, przygnębiony, jakby martwy. Tylko szare oczy, 
do oczu matki podobne, patrzyły rozumnie. 
 — Jakże ty, kochanie moje, ze zdrowiem? — spytała matka. 
Marszałkowa mówiła głośno i wyraźnie, a on ucho przechylał i oczami 
starał się zgadywać słowa. Słuch miał tępy od dzieciństwa, a teraz, po 
różnych przejściach, nieszczęściach i chorobach, które przebył, pogorszył się 
jeszcze i ciężko było z nim rozmawiać. Był to najmłodszy z pięciu synów 
marszałkostwa i może najukochańszy, chociaż pani marszałkowa nigdy się do 
tego nie przyznawała. Ale gdy patrzyła na niego, oczy jej wilgotniały z 
rozrzewnienia, uśmiech ukazywał się na zapadłych ustach i wygładzał 
zmarszczki. Czasem wzdychała ciężko i głową kiwała nad jego dolą. 
 — Jakże ty, kochanie moje, ze zdrowiem! — powtórzyła głośniej. 
 — A nic, mamciu. Dobrze. To głupstwo! Ale ładną pogodę mamy na 
koniec. 
 — Chwała Bogu. 
 — Będziemy mogli żyto zwozić nareszcie. 
Chwilę milczeli oboje, patrząc na zalane słońcem podwórze, na dom 
bielejący w głębi, na zieleń i kwiaty i na błyszczącą taflę jeziora, które leżało 
tam w dali błękitne i przezrocze. 
 — Pięknie dziś! — rzekła pani marszałkowa. 
 — Pięknie, mamciu. Nie ma nic na świecie nad nasze Haliniszki. 
Uśmiechnęła się do syna i zauważyła: 
 — A ot, Antoniowej nie w guście. Woli zagranicę. On zasępił się, 
ściągnął brwi i rzekł krótko: 
 — Bo głupia. 
I znowu stali milcząc obok siebie, a oczy ich z lubością oglądały 
otaczające przedmioty. 
 — A wysłałeś konie? 
 — A jakże, wyszły rankiem. Faeton i bryka. 
 — Zobaczymy, jakie to te nowe projekty Antoniowej. Może tu osiądzie? 
Ale on, choć słyszał, tylko ręką machnął lekceważąco, jakby o takich rzeczach i 
mówić nie było warto, a spostrzegłszy opodal łowczego, ku niemu się zwrócił. 
Pani marszałkowa też skierowała się w swoją stronę, ku lodowni, spiżarni i 
apteczce, gdzie Aleksander z rondlami czekał na wydanie obiadu, a rudy 
Żydek na opłacenie mięsa, i gdzie ten i ów zaczął krążyć z różnymi interesami. 
Jeden przyszedł po pieniądze na pensję, drugiemu wypadło dać lekarstwo, ten 
przyniósł jaja i kurczęta do sprzedania, tamten prosił o przyjęcie dziewczynki 
na służbę, leśniczy przyniósł parę sztuk zwierzyny, a prosił o sok dla chorej 
żony, ekonomowa z drugiego folwarku przysyłała ogórki, a ekonom skarżył się 
na pachciarza; ogrodnikowa przychodziła pytać, ile truskawek zebrać na 
konfitury, a przy tym donosiła, że chłopaki ze wsi plądrowali w nocy po 
ogrodzie, wkradłszy się przez dziurę w płocie. Nagle przybiegł chłopak 
kredensowy z oznajmieniem, że Marcela kuchenna wylała sobie na nogę cały 
garnek gorącego mleka, a teraz jęczy i krzyczy wniebogłosy. 
Pani marszałkowa od jednego do drugiego szła spokojnie, miarowym 
krokiem. Tu weszła do garderoby i wydała jakiś rozkaz, tu wróciła do biurka i 
zapisała coś do księgi, z apteczki coś wydała, tego wysłuchała, tamtemu 
zrobiła wymówkę, temu wypłaciła należność. To się schyliła do szafki z 
lekarstwami, to wyciągnęła z szuflady rejestry gospodarskie, obrachowała coś, 
uporządkowała to i owo. I jak czółenko w krosnach, tak krążyła tam i na 
powrót, od swego gabinetu do przedpokoju, od garderoby do spiżarki, nie 
spiesząc się ani niecierpliwiąc, zawsze ta sama, spokojna i drugim na usługi 
oddana. 
I tak było co dzień, przez długie lata. 
II 
Panienki jeszcze spały. W ich pokoiku, na górze, cicho było zupełnie, 
przez nie zasłonięte okna dzień wpadał swobodnie. Nawet przez dzikie wino, 
które dom pokrywało, wdarł się promień słoneczny i kładł drgające blaski na 
bielonych ścianach i na podłodze. A panny wciąż spały. 
Zosia, biała i pełna, leżała w gęstwinie swych złotych włosów, 
wyciągnięta na stale za krótkim łóżku. Głowę, wspartą na ramieniu, odrzuciła 
w tył, zsunęła na bok kapę, którą była okryta, i bose jej stopy wyglądały spod 
długiej koszuli. Spała twardo, nieruchoma jak posąg złożony na puszystym 
sienniku i jak posąg biała w swych płóciennych draperiach, bezduszna i 
nieświadoma. Tylko fałdy na jej piersiach podnosiły się równo, tylko włosy jej 
rozsypane na poduszce falowały i lśniły, a przez jej młode i zdrowe ciało 
przepływała fala gorącej krwi, która różowiła jej okrągłe policzki i wydęte 
podczas snu usteczka. 
Pod przeciwległą ścianą stało drugie żelazne łóżeczko. Na nim, wtulona 
w poduszki, czerniała chuda i drobna twarz Ani. Jej ciemne rzęsy rzucały cień 
na policzki, na ustach pojawił się wyraz cierpienia, chorobliwe jakieś 
skrzywienie, które mógł rozwiać uśmiech, a które uwydatniało się teraz 
boleśnie na tej tak młodej jeszcze twarzy. Przez rozchylone nieco usta 
przedzierał się nierówny, przyspieszony oddech. Czasem lekkie drżenie 
przebiegało po całym ciele Ani, poruszała się niespokojnie i westchnienie jej 
się wyrywało, jakby skarga. 
Promień słońca, wdarłszy się przez liście dzikiego wina, błądził po 
pokoju, rozświecał kąty, dobywał blaski ze zwierciadła, ze srebrnych lichtarzy, 
wreszcie położył się wielką smugą na łóżku Zosi. Naprzód połechtał jej stopy, 
potem ozłocił fałdy jej koszuli, okrągłą linią światła zarysował jej biodra, 
wspiął się ku szyi, która odbiła się różowym blaskiem od białości płótna, 
rozsypał tysiące iskier w jej warkoczu i zaczął całować jej usta. Zosia poruszyła 
się leniwie, odwróciła do ściany i próbowała zasnąć. Chwilę leżała spokojnie i 
już, już zapadała w twardy, młodzieńczy sen, gdy nagle zerwała się. 
 — Wszak to dziś mama przyjeżdża! — zawołała. — Ach, Boże, a ja śpię 
sobie, jak gdyby nigdy nic. Aniu, wstawajmy! 
Na drugim łóżku, pod kołdrą, poruszyła się wątła postać. 
 — Co? Co się stało? Ach, to ty... 
 — Mama dziś przyjeżdża — powtórzyła Zosia. 
 — Zaraz, zaraz, poczekaj... Ja tak chcę spać... 
 — Ej, nie można, trzeba wstawać. Tyle jeszcze roboty! 
Ale Ania nie słyszała. Znowu oczy zamknęła i głowę oparła o poduszki. 
Zosia przeciągnęła się, ziewnęła szeroko i usiadła na łóżku. 
 — Ciekawa jestem, jaka dziś pogoda — szepnęła. 
Podniosła się żywo i boso pobiegła ku oknu. Otworzyła je szeroko i 
słońce całym potokiem wlało się do białego pokoiku, a z nim tchnienie 
letniego dnia, zapachy pól i rozgrzanej ziemi, odgłosy ludzi, szczekanie psa w 
oddali. 
 — Ach, jak ładnie — myślała Zosia i wzrok jej pobiegł w dal... — Dobrze 
być w domu! Jakie śliczne to jezioro w słońcu! Ciepło! Miło! Dobrze będzie 
wykąpać się dzisiaj. Ale tymczasem nie o kąpieli i nie o rozrywkach, ale o 
robocie wypada pomyśleć. Mama ma przyjechać nad wieczorem i babunia 
kazała przygotować jej pokoje. A te właśnie wyklejano nowym obiciem i 
wszystko się zabrudziło, więc trzeba będzie na nowo zapastować i 
wyfroterować posadzki, zawiesić świeże firanki, bo przecież musi być 
elegancko na przyjazd mamy i Tereni, za granicą przywykły do pięknego 
mieszkania i do wygód. I kwiatów trzeba narwać i porobić bukiety. O, teraz 
właśnie kwitną niezapominajki, a mama je tak lubi! Tam, za Pasznią, na łące, 
jest ich mnóstwo. Gdyby tak jeszcze przed obiadem zdążyć i pojechać z Anią! 
Więc nie trzeba tracić czasu. 
Zosia jednak nie odchodziła od okna i patrzyła przed siebie zamyślona. 
Więc to dziś miała przyjechać mama, ta mama taka śliczna i pobożna, i 
doskonała, i Terenia, Terenia, którą wszyscy tak szanowali jak świętą. I 
doprawdy musiała być trochę święta, jeśli od najmłodszych lat myślała tylko o 
zakonie. Już trzy lata, jak ich nie widziała. Wtedy była jeszcze dzieckiem, mój 
Boże, dzieckiem w krótkiej sukience. Więc ocenić ani zrozumieć nie mogła 
mamy i Tereni. Ale teraz ma lat osiemnaście, skończyła wychowanie, była 
przez cały rok w Warszawie. Teraz to zupełnie co innego, teraz potrafi pojąć te 
natury tak wzniosłe, tak wyjątkowe, te dusze tak święte. To są pobożne i 
gorliwe katoliczki, i chociaż z daleka, ale bardzo kochają swój kraj i wszystko, 
co polskie. Więc cóż łatwiejszego, jak się porozumieć i połączyć wszystkie 
myśli i dążenia. 
 — Teraz już pewnie będę zawsze razem z mamą. Terenia może wstąpi 
do klasztoru, ale my pewnie tu zostaniemy, może w Białym Dworze. I pewnie 
kiedyś pojadę gdzieś za granicę, do Włoch. O, gdyby tak pojechać do Włoch! 
Zobaczyć Rzym i Koloseum, i te wszystkie ruiny, i miejsca święte, i samego 
papieża! Boże, jak to musi być przyjemnie. Ale jeśli nie za granicę, to może i 
tak gdzie pojadę, na karnawał do Warszawy, bo i mama o tym w listach 
wspomina i stryjcio ciągle powtarza, że pannę trzeba pobawić trochę i świat 
jej pokazać, i za mąż wydać. Już to na zamążpójście dość będzie jeszcze czasu, 
ale pobawić się byłoby bardzo przyjemnie. Bywać na balach, mieć suknie 
jedwabne, czesać się modnie, jeździć karetą z wizytami i tańcować, tańcować, 
tańcować! A potem, kiedyś, wyjść za mąż. Ale to jeszcze nieprędko, tak, może 
za pięć lat, ale nie prędzej. I to tylko z miłości, bo inaczej — za nic w świecie. 
 — Ale tak czy inaczej, jak to będzie miło być już ciągle z mamą. 
Wszystkie panienki w Warszawie miały swoje mamy, a tylko ona i Ania nie 
miały. No, Ania, to nic dziwnego, bo sierota, biedna Ania! Ale jak się 
naprawdę ma mamę, to już trzeba być razem. Dobrze, że już teraz będą 
razem. 
I Zosia przeciągnęła się w słońcu, ziewnęła raz jeszcze i zaczęła się 
ubierać. Ania też się nareszcie obudziła, ale leżała cicho patrząc na krzątającą 
się Zosię. 
 — Aniu, wiesz — rzekła Zosia, stając przed nią z wysoko podniesionymi 
rękami, gdyż upinała sobie włosy do mycia — wiesz, zaraz po śniadaniu 
założymy kuce i pojedziemy do Paszni po niezapominajki dla mamy. 
 — Dobrze. 
 — A ty dzisiaj będziesz zdrowa? 
 — O tak. Nic mnie nie boli. 
 — Siądziesz sobie spokojnie w sadzie, pod tą dużą gruszą, możesz 
nawet wziąć książkę, a ja pobiegnę na łąkę, tam, wiesz, gdzie olchy, tam ich 
pełno rośnie. A tymczasem trzeba jeszcze pokoje urządzić, bo pewnie ta 
wrona — Julka — palcem nie kiwnie bez nas. 
 — Mówiła wczoraj, że wszystkiego dopilnuje. 
 — Et, już jej dopilnowanie! A teraz, Aniu, nie patrz w moją stronę, bo 
będę się myć. 
Rozmowa się urwała, ale za to w jednym końcu pokoju rozległo się 
zawzięte pluskanie, mydlenie, szorowanie szczoteczką, potem chwila ciszy i 
znowu energiczne wycieranie się ręcznikiem. 
Tymczasem Ania podniosła się na łóżku i zabrała się do wielkiej i 
męczącej czynności ubierania się. A widocznie czynność ta była dla niej 
ciężka, bo co chwila musiała odpoczywać. Pomimo że jej zdrowie znacznie się 
poprawiło, sił ciągle jej brakowało i każdy ruch ją męczył. Była „niedołęgą", 
jak sama mówiła, a wątłość ta raziła tym bardziej że obok rozkwitała jak kwiat 
w słońcu hoża i silna postać Zosi. 
Zosia skończyła swe ablucje i różowa od chłodnego dotknięcia wody, z 
mokrymi jeszcze kosmykami włosów nad czołem, stanęła przed lustrem i 
zabierała się do czesania. 
 — Już. babunia siedzi przy herbacie — rzekła — bo widziałam, jak 
nieśli masło z lodowni. A dziś świeże sucharki pieką... 
 — Wszak miałaś upięć sama na przyjazd cioci? 
 — Tak, ale cóż, kiedy nie miałam czasu. Przecież wczoraj przez cały 
dzień smażyłam agrest i wiśnie. Ale wiesz, Aniu, co ci powiem — tu Zosia z 
grzebieniem w ręku zwróciła się do Ani — pamiętasz naszą przysięgę, że 
będziemy pożyteczne? Otóż największym pożytkiem teraz byłoby osiąść w 
Białym Dworze i tam coś robić wkoło siebie, tak jak babunia w Haliniszkach. 
Bo jednak to grzech tak opuścić ten nasz Biały Dwór! 
 — Skąd ci to przyszło na myśl? 
 — To, widzisz, tak było: wczoraj przyjechała stamtąd Bartłomiejowa i 
zaczęłam z nią rozmawiać i pytać o wszystko i o tę Katarzynę, co to jej się 
niedawno urodziło dziecko. Otóż wiesz — dziecko urodziło się bardzo słabe i 
nikogo rozsądnego przy tym nie było, więc zanim się wybrali z nim do 
kościoła, dziecko umarło. I wiesz, Aniu, bez chrztu umarło. 
 — Ach, mój Boże! Czemuż go nie ochrzcił ktokolwiek? 
 — Czemu, właśnie dlatego, że tam nie ma nikogo takiego, coby myślał. 
Oni tam wszyscy żyją bardzo źle. A jak napadłam na Bartłomiejową, że 
ona powinna by takich rzeczy pilnować, powiedziała mi na to: ajej, panienko, 
tam taki „drenny" naród, oni i Boga nie znają, i do kościoła nie chodzą, a z 
dzieci we dworze to żadne nie umie pacierzy. 
Zosia zamilkła. I stały naprzeciw siebie obie dziewczynki ze 
zgorszeniem na twarzach. Wreszcie Ania zaczęła: 
 — Może by teraz ciocia... 
 — I ja tak myślę — dokończyła Zosia — i to by było najlepiej. Przecie 
można wyjechać czasem na krótko czy do Warszawy, czy za granicę — ja bym 
nawet bardzo chciała, szczególnie do Rzymu, ale mieszkać trzeba w Białym 
Dworze. I tak naprawdę, to doskonale można by tam się urządzić, dom trochę 
zrujnowany, ale to łatwo można naprawić. 
 — Ale czy ty myślisz, że twoja mama chciałaby tu zostać? — spytała 
Ania niedowierzająco. 
 — Czy ja wiem! Chociaż... może... Pisze, że ma jakieś nowe projekty, a 
zresztą i pieniędzy za mało na te ciągłe jazdy. Stryj mówił... 
 — Zobaczymy. 
 — Zobaczymy. 
I Ania westchnęła, a Zosia usłyszała smutną nutę w jej głosie i 
zawołała: 
 — Tylko ty się nie smuć, mój Niuczku drogi! Bo co by się stało, my 
zawsze będziemy razem. Rozumiesz, robaczku, rozumiesz? 
I obejmowała ją ramieniem, i pochylała nad nią głowę, macierzyńskim 
trochę ruchem gładząc jej włosy. Ale Ania uśmiechnęła się i odparła: 
 — Dajże pokój, ja się nie smucę. Ale to, co mówisz, że zawsze będziemy 
razem, to tylko ładne marzenie, a naprawdę będzie zupełnie inaczej. Ty 
pójdziesz gdzieś w świat i pewnie zaraz wyjdziesz za mąż, a ja... 
 — Ach, kiedy to będzie! Ja teraz nie chcę wychodzić za mąż. Kiedyś 
może, ale nie teraz. A może zostanę starą panną. Kto wie? 
Zaśmiały się obie. 
 — Starą panną! Ty! 
I Ania patrzyła z uwielbieniem na Zosię. Dla niej nie było piękniejszej, 
lepszej, doskonalszej na świecie. Pewna była, że równego ideału dotąd natura 
nie wydała — i w myśli jej nigdy nie powstało porównywać się do niej, a tym 
bardziej być o nią zazdrosną. 
 — Ciebie zaraz ktoś porwie — rzekła. 
 — I mnie, i ciebie, i każdą. Wiadoma rzecz: każda wrona znaleźć musi 
swojego gawrona — zaśmiała się wesoło Zosia. 
 — Nie, ja nie. Nigdy... 
 — Ale dlaczego? 
 — Dla wielu różnych powodów, a między innymi i dlatego, że jak się 
jest biedną, brzydką i wiecznie cherlającą, to lepiej o zamążpójściu nie myśleć. 
 — Ot, Aniu, gadasz! A ja ci mówię, że masz cudne oczy i jesteś bardzo 
interesująca. I gdybym ja była chłopcem... 
Miała ochotę coś dalej mówić, ale w tej chwili doleciał z podwórza 
stary, piskliwy głos, a także tak głośne szczekanie i ujadanie psów, że Zosia 
pobiegła do okna, aby zobaczyć, co się dzieje. 
 — Aniu, zobacz! Toż Kostucha, naprawdę Kostucha, a mówili, że ona 
umarła, ach, jak to dobrze! Poczciwa moja — kochana... 
 — Prawda, Kostucha. A ja za nią już dziesięć razy zmówiłam Wieczne 
Odpoczywanie. 
 — O, to jej się przyda na drugi raz. Ale musiała chorować, bo widzisz, 
jak się postarzała, i torbę już ledwie dźwiga. Ach, jaka jestem rada! Zaraz lecę 
ją przywitać! A te psiska jakby jej nie znały, szczekają jak na obcą żebraczkę. 
 — Cicho, pieski! — Zosia wychyliła się przez okno — a do nogi, leżeć mi 
zaraz, nie znacie Kostuchy, czy co! — Jak się masz Kostucho! To ty nie 
umarłaś? — krzyczała dalej przez okno kończąc zapinać stanik — dawno nie 
byłaś... 
Jakieś niewyraźne mruczenie doszło z podwórza i Zosia odbiegła od 
okna. 
 — Aniu, pożycz mi kilka groszy, bo ja nie mam, a przecie trzeba jej coś 
zanieść. 
I wziąwszy miedziaki, wybiegła z pokoju, zostawiając otwarte drzwi. 
Ale zatrzymał ją głos Ani: 
 — Zosiu, Zosiu, a pacierze? Zapomniałaś? 
 — Ach, prawda, zapomniałam. Ot, głowa! — I wróciwszy pośpiesznie, 
uklękła przy łóżku i półgłosem zaczęła: Ojcze nasz, któryś jest w niebie. Oczy 
przymykała, marszczyła brwi i ręce mocno ściskała, aby skupić uwagę i myśli. 
Ale zanadto było słońca dokoła i zapachów, i szmerów w powietrzu, i krew 
młoda zanadto jakoś kipiała, i życie wołało, a myśli, jak gromada motyli, 
fruwały po świecie. I nie szła modlitwa, i nie mogło się serce oderwać od tej 
ziemi, gdzie mu tak dobrze było. Więc tylko usta trzepały jedną po drugiej 
codzienne modlitwy, a myśli były daleko, daleko... 
...Jak było na początku, teraz i zawsze, i na wieki wieków. Amen. Boże, 
bądź miłościwi Boże, bądź miłościwi Boże, bądź miłościwi Trzy razy uderzyła 
się w piersi, przeżegnała się prędko i wstała. 
 — No, skończyłam. A Kostucha pewnie już poszła. 
Ale nie. Żebraczka stała jeszcze przed gankiem, więc Zosia uspokojona 
pobiegła na dół. Ania zaś kończyła ubieranie, a potem również uklękła przed 
obrazem Matki Boskiej Ostrobramskiej. Ale jej nie przeszkadzały odgłosy z 
podwórza ani myśli nie rwały się na zewnątrz. Z głową opartą na splecionych 
dłoniach modliła się długo i z całej duszy, a słowa wyuczonych pacierzy 
przeplatała westchnieniami i prośbami, których w żadnej książce nie 
wyczytała. 
Tymczasem Zosia już się rozgadała z Kostuchą, dowiedziała się 
szczegółów jej choroby i wyprosiła dla niej u panny Borsakówny kieliszek 
wina. Spotkawszy się ze stryjem Adamem, uwiesiła mu się na ramieniu i z 
nim razem weszła do stołowego pokoju. 
Pani marszałkowa siedziała przy samowarze, popijając herbatę, a stary 
Grzegorz stał za jej krzesłem i opowiadał o wszystkim, co się wydarzyło. To 
był odwieczny jego przywilej, zdobyty kilkudziesięcioletnią służbą u 
marszałka i wiernym przywiązaniem. Co rano powtarzała się ta pogawędka, 
zaczynająca się od stereotypowych słów: 
 — A cóż tam, Grzegorzu, słychać? 
 — A nic, jaśnie pani. Tak żeby co słychać było, to nic można 
powiedzieć, może jak dla kogo, ale, że ja plotek nie ciekawy... Za tą służbą 
człowiek czasu nic ma ni zjeść, ni wyspać się — a to jeszcze plotki zbieraj! 
Następowała chwila milczenia, po czym Grzegorz zaczynał: 
 — A jaśnie pani wic, że stary Kwaksza umierający, testament, mówili, 
pisze. On kiedyś na służbie nieźle sobie zarobił... ma teraz co rozpisywać... 
 — I tak dalej szły opowiadania. Pani marszałkowa słuchała, niewiele do 
nich wagi przywiązując. 
 — At, plotkarz stary! — mówiła o Grzegorzu. Ale jednak do tych plotek 
jego tak przywykła przez tyle lat, że może nawet bawiły ją trochę. 
Po ukazaniu się pana Adama i Zosi Grzegorz znikł zaraz. Zosia, po 
przywitaniu się z babunią, zabrała się do gotowania kawy. Był to jej stały 
obowiązek. Marszałek innej kawy pić nie chciał, tylko zrobioną i przyniesioną 
przez Zosię. Toteż, co dzień z rana musiała mu Zosia zanosić śniadanie do 
kancelarii i bawić go, zanim się posilił. Ustawiła więc porządnie na tacy 
garnuszek prażonej śmietanki, filiżankę, nasmarowaną masłem bułeczkę i 
dwa sucharki, zwykłą codzienną porcję, i szła pod drzwi kancelarii. 
 — Dzień dobry dziadziuniowi — wołała. — Czy można wejść? 
 — Dzień dobry, promyczku, chodź, chodź! — odzywał się z wnętrza głos 
stary. Marszałek przed obiadem nie wychodził z kancelarii. Szlafrokował 
sobie, jak mówił. Szlafrokowanie to jednak było bardzo eleganckie 
 — ogolony od rana, umyty, wyperfumowany, przechadzał się po pokoju 
w jedwabnym kitlu i w czapeczce na głowie, przeglądał ogromne stosy gazet, 
palił cygara, czytał i odpoczywał. Odpoczywał po całym życiu, po trudach i 
nadziejach, zawodach i bólach. I niczego już nie pragnął, niczego się nie 
spodziewał, o niczym nie marzył, tylko o odpoczynku. Chciał zapomnieć. Za 
młodu poświęcił wszystko, nie żałował siebie, ale teraz, w złamanym starcu 
egoizm wziął górę, i choć na dnie duszy pozostała krwawa rana, on bał się 
wszystkiego, co mogłoby tę ranę podrażnić. 
 — Dujcie mi pokój — mówił czasem, gdy ktoś zaczynał mu opowiadać 
jakiś ciekawy fakt, „de publicis" — i słyszeć nie chcę, i widzieć nie chcę. Ja 
swoje zrobiłem. Po co wy mi to opowiadacie! Ja nic nie chcę wiedzieć — nic, 
nic. Ja już leżę w grobie, rozumiecie, w grobie. Swoje zrobiłem. 
Czasami jednak, gdy jakiś smutny fakt doszedł przypadkiem do jego 
uszu, wpadał w rozpacz. Rany serca otwierały mu się z szalonym bólem i z 
całą młodzieńcza, siła. cierpiał i miotał się, i zaciskał pięści... Takie napady 
były straszne... Więc, jak przy chorym, wystrzegano się poruszania kwestii 
poważnych, a mówiono o fraszkach codziennych, żartowano, zabawiano go 
opowiadaniami. Najmilsze były mu panienki. Odpoczywał przy nich 
naprawdę. 
 — Ja zawsze lubiłem panienki — mówił podkręcając wąsa — i panienki 
mnie lubiły. Jak mi Bóg miły, nie przechwalam się, Anuleczko, pani moja, nie 
gniewaj się i nie bądź zazdrosna — dodawał zwracając się do żony — wszakże 
wiesz dobrze, żeś ty mi była pierwsza przez całe życie, nie pierwsza nawet — 
jedyna! 
I pani marszałkowa uśmiechała się trochę łzawo do starego małżonka, 
a czasem gładziła go po twarzy. 
Obie dziewczyny musiały mu więc dotrzymywać towarzystwa, 
zabawiać go, czytać mu czasem, grać z nim w domino lub w warcaby. A 
chociaż nie zawsze to je bawiło, nie uchylały się od tych obowiązków, bo 
bardzo kochały swojego dziadunia i, nauczone od dzieciństwa, uważały go 
zawsze za wielkiego człowieka. 
Tego ranka jednak Zosia, wchodząc z tacą w rękach do pokoju 
dziadunia, rzekła od razu: 
 — A wie dziadunio, że ja dziś niedługo posiedzę. Proszę prędko 
zabierać się do śniadania, bo ja nie mam czasu. 
 — O, patrzcie państwo! A gdzież to, promyczku, wybierasz się, co? 
Zosia postawiła tacę na stoliczku pod oknem i objęła staruszka za szyję. 
 — Wybieram się w świat — mówiła i przylgnęła różową buzią do jego 
twarzy — daleko, daleko — i znowu go pocałowała — niech dziaduś zgadnie 
dokąd? 
 — A nie zgadnę. 
 — To ja powiem. Naprzód, po śniadaniu, pójdę do błękitnego pokoju i 
będę czyścić, szorować, zamiatać, bo dziś mama przyjeżdża i trzeba, żeby tam 
było pięknie. A potem pojedziemy z Anią do Paszni i tam nazbieram na łące 
niezapominajek i porobię bukiety. 
 — Fiu, fiu, jaka z ciebie gospodyni! 
 — A tak, dziaduniu. Ja strasznie lubię gospodarować. Ale teraz niech 
dziaduś siada, o, tu, pod oknem, i niech prędziutko pije kawę, a ja dziadunia 
zabawię. 
I Zosia prowadziła staruszka do stolika, nalewała kawę do filiżanki, 
sypała cukier, dolewała śmietanki i, usiadłszy przy nim, patrzyła, jak dziaduś 
śniadanie spożywał, a tymczasem bawiła go gawędą. On odpowiadał, 
uśmiechał się do niej, przekomarza! się z nią, gdy nadeszła Ania i też się do 
rozmowy wmieszała. Siedziały razem na małej kanapce i obejmowały się 
ramionami. Złota czupryna Zosi mieszała się z ciemnymi włosami Ani, obie 
twarze, jak dwa różne kwiaty, pochylały się ku dziaduniowej, obie się 
uśmiechały, biło od nich ciepło wiosny i budzącego się życia. 
 — No, dziadunio już skończył, więc pójdziemy sobie — rzekła Zosia 
wstając. 
 — Poczekajcie jeszcze, niech cygaro zapalę. 
 — A prawda, cygaro! Gdzież są zapałki, popielniczka? 
Przebiegła przez pokój szukając, ale Ania już miała zapałki i podawała 
dziaduniowi cygaro. 
 — O, teraz dziaduś ma wszystko, proszę sobie siedzieć tu wygodnie i 
palić, a my pójdziemy. 
 — Już? 
 — Już trzeba. A może okno otworzyć? 
 — Otwórzcie. 
 — I gazetę podać? 
 — Podajcie. 
 — To już wszystko... 
 — A pocałować? 
 — O, tak! Trzeba dziadunia pocałować. 
I obie razem zarzuciły mu ramiona na szyję i całowały jego 
pomarszczoną twarz. A staruszek mrugał oczami z zadowoleniem, bo mu 
dobrze było w ich objęciach. 
Gdy panienki wróciły do jadalnego pokoju, zastały tam pana Adama i 
pana Szrotta kończących śniadanie. 
Pan Napoleon TulimaSzrott był to tłuściutki człowieczek lat około 
czterdziestu, niezmiernie ruchliwy i gadatliwy. Niegdyś pan niezłej 
szlacheckiej fortunki, dzisiaj metr muzyki, jak to każdemu, zaraz po 
przedstawieniu się, lubił meldować. Do Haliniszek przybył przed dwoma laty, 
a że właśnie wówczas rada rodzinna, złożona z marszałka, pana Adama i pani 
marszałkowej, dostrzegła u Zosi wielki talent do muzyki, więc zatrzymano go 
dla niej na rok. Ale rok minął, dziewczynki oddano do Warszawy dla 
dokończenia wychowania, a pan Szrott został. Dwieście rubli rocznej pensji za 
naukę muzyki też zostały, chociaż lekcje odbywały się tylko podczas lata, i to 
coraz rzadziej. 
 — Odliczać mu przecie nie będziemy — zdecydował pan Adam. — 
Biedny człowiek, niech sobie siedzi. 
Siedział więc i coraz bardziej wrastał w grunt Haliniszek, ale i 
wymagania jego wzrastały z każdym dniem. Już innych papierosów nie mógł 
palić, jak tylko najlepsze, wino pił co dzień i to dobre, nie byle jaką lurę. W 
jedzeniu przy marszałkowej nie śmiał wybrzydzać, ale gdy jej nie było przy 
stole, zaczynał opowiadać o kucharzach, jakich dawniej miewał u siebie, i z 
pogardą patrzył na podawane potrawy, co mu jednak nie przeszkadzało 
zajadać je z apetytem. Pannie Borsakównie robił wymówki, że mu nie dość 
cienkie daje prześcieradła, a gdy raz odważyła się posłać mu perkalową 
poszewkę, zrobił jej prawdziwą scenę. Podobało mu się bardzo krótkie futerko 
pana Adama, a że nic miał swego, zdjął je z wieszaka, przymierzył, uznał, że 
nieźle wygląda i odtąd stale je nosił. Pan Adam, zrazu trochę zdziwiony, nie 
protestował jednak, ręką machnął i zaśmiał się. Mimo to jednak pan Szrott 
umiał zachować pewną miarę, tak że na otwartą wymówkę nie naraził się 
nigdy. Nawet, ze względu na tę przeszłość, o której tak pięknie mówił, 
szanowano go i starano się mu dogodzić. Marszałka bawiła jego blaga i 
chociaż mówił o nim: 
 — Ot, łgarz, jak mi Bóg miły! — lubił go szczerze. 
 — A wie pan — rzekła Zosia, podając mu rękę — że dziś nie będzie 
lekcji. Nie mam czasu, muszę przygotować wszystko dla mamy. 
 — Ależ, panno Zofio, doprawdy, tak nie można. Przecież darmo jeść 
chleba nie będę. 
 — Cóż ja zrobię, kiedy nie mam czasu. Przecież to wakacje. 
I usiadłszy obok babuni, Zosia wypijała co prędzej herbatę i zjadała 
bułki, a zarazem mówiła o niezapominajkach i o spacerze, i o pokoju mamy, i 
o firankach. Marszałkowa słuchała z zaciekawieniem, czasem spytała o coś, 
zrobiła uwagę. 
A tymczasem pan Adam, po przywitaniu się z Anią, wziął obie jej ręce 
w swoje i uważnie na nią patrzył. 
 — No cóż, jakże spałaś? 
 — Dobrze, stryjciu. 
 — A nie kasłałaś? 
 — Tylko trochę. 
 — A głowa nie boli? 
 — Nie, stryjciu. 
 — Bierzesz proszki? 
 — Biorę, stryjciu. 
 — No, pamiętaj, żebyś mi dziś pięknie wyglądała, ciocia Antoniowa 
przyjeżdża, żebyś nam nie zrobiła wstydu przed nią. 
Ania uśmiechnęła się. 
 — Dobrze stryjciu. Wieczorem uróżuję sobie twarz, żeby stryjowi 
dogodzić. 
Tu wdał się w rozmowę pan Szrott. 
 — A czemu nie! Toż ja, panie, znałem za dawnych czasów księżnę 
Andrzejową z Kołynicz. Blada była z natury, ot, tak trochę podobna do panny 
Anny, to z rana, póki nie ubrana, nic, ale do obiadu, panie, regularnie co dzień 
uróżuje sobie twarz, i taka ładna, że padam do nóg! Więc mówię do niej: 
czemu księżna od rana nie chce... 
Ale tu Zosia przerwała opowiadanie pana Szrotta: 
 — Stryjciu, a stryj chciałby pojechać do Włoch? 
 — Nie. 
 — O, czemu nie? Tam tak ślicznie! A ja bym chciała... 
 — Winszuję. 
 — I jeśli mama kiedy znowu pojedzie, to poproszę, aby i mnie zabrała. 
 — I cóż tam we Włoszech zobaczysz? 
 — Wszystkov i papieża, i Rzym, i Forum, no i wszystko. 
 — I wyjdziesz za mąż za jakiegoś Włocha. 
 — O, to to nie! Nigdy za żadnego obcego nie pójdę. 
 — Obcego! — zaśmiał się pan Szrott. — Cha, cha, paradne, obcego, cha, 
cha, cha, to dobre, panie! 
 — A pewnie, nigdy bym nic poszła. Ale tylko tak pojechać, zobaczyć, to 
bym chciała — nic na długo. 
 — At, nie potrzeba — rzekł pan Adam dopijajcie kawę i zapalając 
papierosa — siedź, grzybic, póki cię nie zdybie tu jaki chłopiec. 
 — Ej, stryjciu, kiedy ja nie chcę żadnego chłopca, stryjcio zawsze z. 
tymi chłopcami... 
Stryj zaśmiał się głośno, a pan Szrott mu zawtórował. Wtem weszła 
pokojowa Werusia i, stanąwszy przy drzwiach, oznajmiła: — Jakaści baba jest 
przyszedłszy z Czykiszek i chce panią widzieć. — Marszałkowa natychmiast 
wstała i powolnym krokiem ruszyła ku wyjściu. Zosia zerwała się: 
 — Babuniu, więc możemy pojechać do Paszni? 
 — Czymże wy, kochanie moje, myślicie jechać? 
 — Kucami, babuniu, i kałamaszką. 
 — A czy to Ani nie zmęczy? 
 — Nie, babuniu — rzekła Ania — mnie dziś zupełnie dobrze. 
 — A pokoje dla mamy i dla Tereni gotowe? 
 — Zaraz wszystko tam zrobię. 
 — No to jedźcie. Tylko uważajcie na moście, jakoby dziurawy. 
 — Ja wiem, babuniu, nic strasznego. Wczoraj przejeżdżałyśmy. 
III 
Panienki wyjechały wkrótce po śniadaniu. W taki upał nie można było 
zbytnio pędzić kuców, a należało w porę wrócić na obiad, babunia bowiem nic 
cierpiała spóźniania się. 
Tak zwana kałamaszka był to wygodny wózek resorowy, umyślnie 
sporządzony przez pana Adama, aby Ania mogła, nie męcząc się, używać 
przejażdżek. Kuce spokojne były jak baranki, tak że nie mogło być mowy o 
żadnym niebezpieczeństwie. Zresztą Zosia nie takimi kucami powoziła, od 
dzieciństwa miała pasję do koni, a że była na przyjacielskiej stopie ze 
wszystkimi stangretami, więc nieraz już na koźle od faetonu siadywała i 
powoziła całą czwórką. A do konnej jazdy też się jej serce rwało. Ale o tym i 
wspominać nie warto przed babunią, która powiada, że kobieta na koniu tak 
wygląda, jak pies na płocie. Dosiadała, co prawda, czasem konia i hasała, 
siedząc choćby na męskim siodle, ale to było pół przyjemności. No, ale z 
babunią nie było rady. 
Panienki jechały słoneczną drogą przez dworskie pola, gdzie po jednej 
stronie dojrzewał jęczmień wąsaty, a po drugiej żyto zżęte stało w snopach. 
Właśnie korzystając z ładnej pogody składano je na wozy i zwożono do 
gumien, więc ruch panował wielki — na żółtym ściernisku jaśniały spódnice 
perkalowe i białe koszule, skrzypiały wozy, krzyczeli stojący na nich parobcy, 
konie skubały wyrastającą spośród słomy trawę, ekonom podjeżdżał to tu, to 
tam na swojej siwej szkapie, popędzając i strofując, a ponad tym wszystkim 
płynęła przez pola pieśń smętna, przeciągła. 
Gdy panienki przejeżdżały obok pracującej gromady, wychylały się i 
wołały do ludzi: „Boże dopomóż!" A oni podnosili czapki, kobiety kiwały 
głowami okręconymi w chustki i odpowiadali: "Bóg zapłać!", i stali przez 
chwilę, patrząc za oddalającym się wózkiem, i znowu spocone karki pochylały 
się ku ziemi, a ręce czarne i zgrubiałe zagłębiały się między snopy. Gdzieś 
wysoko na niebie świergotały skowronki. 
Za polami haliniskimi był lasek, gdzie wśród białawych pni i zieloności 
brzóz czerniały z rzadka sosny. Ziemia była pokryta wrzosem, a gdzieniegdzie 
strzelały w górę ku słońcu białe, anemiczne rumianki, i delikatne dzwonki 
liliowe. Dzikie krzaki malin rozrzucały wysoko swe girlandy, a słońce 
przyćmione przesiewało przez gałęzie jakby deszcz złoty, mieniący się i 
ruchomy. Panował tam cień i chłód. 
Więc Zosia zwolniła kucom biegu, a sama opuściła lejce na kolana i 
wyciągnęła się. 
 — Ach, dobrze na świecie! — rzekła. — Taki śliczny dzień, tak ładnie, 
tak wesoło! Zobacz, Aniu, nawet muchy są w dobrym homorze, widzisz, jak 
się lam kręcą i tańcują w słońcu. Tylko szkoda, żeśmy nie wzięły ogórków, pić 
się chce. 
 — Szkoda, ale pewnie znajdziemy coś do picia w Paszni. Stary 
Nikodem miewa doskonały kwas brzozowy. 
 — Może się coś znajdzie. — Zosia westchnęła. — Ale wiesz, Aniu, że mi 
się jakoś dziwnie robi, gdy pomyślę, że dziś mama przyjedzie... i Terenia... 
 — Przecież — zaczęła Ania — rada jesteś? 
 — O, naturalnie! Bardzo rada. Ale zawsze... to tak... jakoś... I co będzie 
dalej? Mama przyjeżdża z jakimiś projektami, bo w listach ciągle o tym pisze, 
jakby nas chciała na coś przygotować. Co to za projekty? 
Zosia zamyśliła się. Kuce szły wolno, machając ogonami i opędzając się 
od much. 
 — Zdaje mi się — rzekła Ania — że Terenia już wstępuje do klasztoru, a 
ciocia gdzieś z tobą zamieszka. 
 — Może — odparła Zosia i znowu zamilkły. 
Niepewność jutra mąciła im chwilę obecną, i wnosiła w ich jednostajne 
dotąd życie jakiś zamęt, wahanie się i niesmak, ale i ciekawości trochę. 
 — Najlepiej w Białym Dworze! — nareszcie rzekła Zosia, kończąc swe 
długie rozmyślania. 
Ale Ania tymczasem myślała o czym innym i tak daleko odbiegła 
myślami od poprzedniej rozmowy, że już się połapać nie mogła. 
 — Co — rzekła jak zbudzona ze snu — co najlepiej? Zosia roześmiała 
się. 
 — Gdzie ty byłaś? Budzę cię! Powiedz, o czym myślałaś, co? 
 — Myślałam... że może... że ona ma rację. 
 — Kto ma rację? W czym? 
 — Terenia. 
Zosia spojrzała pytająco. 
 — Nie dziw się, ale może lepiej, naprawdę i szczęśliwiej, wyrzec się od 
razu wszystkiego, nie chcieć niczego dla siebie, zapomnieć o sobie, a oddać się 
Bogu zupełnie, zupełnie! Poświęcić wszystko, a w zamian mieć spokój, 
szczęście i tę błogość niewysłowioną, której święci doznają. 
Na bladą twarz Ani wystąpił rumieniec i oczy jej zaświeciły, gdy to 
mówiła, i wzrok wznosiła przed siebie, ku ciemnemu szafirowi nieba, 
przebijającemu przez koronkę liści. 
 — Bo my szukamy szczęścia na tym świecie, a tu nie ma szczęścia, nie 
ma radości! Po cóż mamy się szamotać i rwać się na próżno do tego, czego 
nigdy nie możemy posiąść. Więc lepiej, lepiej raz sobie powiedzieć: nic nie 
chcę, niczego się nie spodziewam, niczego nie czekam tu na ziemi. I nie 
przywiązywać się do niczego, zrobić ofiarę zupełną i żyć tylko dla tamtego 
świata... i może utonąć w miłości Bożej... 
 — Ale, Aniu, to lepiej od razu pójść do klasztoru. 
 — Do klasztoru? Może... 
Zamilkły znowu i myślały. Ania z oczami zwróconymi ku niebu, Zosia 
ze spuszczonej głową. Słońce świeciło złotymi plamami, muszki brzęczały w 
powietrzu, kuce stąpały powoli. Pachniały trawy i zioła, i sosnowa żywica — 
świat się uśmiechał, owiany lipcowym żarem, tylko one siedziały zamyślone i 
poważne. Słowa Ani wywołały świat inny jakiś, zaziemski, nieznany, 
wzbudziły jakiś smutek, jakąś wielką tęsknotę, jakąś grozę. 
Tu nic ma szczęścia, nie ma radości. Tylko tam... Gdzie? Za żelazną 
kratą klasztoru, czy w cichym grobie, czy w krainie duchów — w mistycznej 
krainie miłości nadludzkiej? 
I pomimo słońca i upału, jakiś powiew z owej krainy zdawał się 
przelatywać nad ich głowami i ogarniała je trwoga. 
Zosia zaczęła nieśmiało: 
 — Aniu złota, ja wiem, dlaczego ty tak mówisz, ale wierz mi... — tu 
zawahała się chwilę — wierz mi, on nie jest wart tego... 
Ania spłonęła gwałtownym rumieńcem, spuściła głowę i przez chwilę 
milczała, a potem cichutko zaczęła mówić: 
 — Ja to wiem sama, wiem i wyrzuciłam go z mojego serca od dawna. 
Tak, prawdę ci mówię świętą, nie kocham go już, ani trochę nie kocham. 
Tylko mi go żal! Ach Zosiu, jaki żal! 
Głos jej się załamał i serce widać mocniej zabiło, bo położyła obie ręce 
na piersiach. 
 — Nikt z was nie wie, jaki on jest naprawdę, ile w nim skarbów... co to 
za serce, co za zdolności... Jaki by on mógł być, gdyby... 
 — Gdyby nie był próżny jak bańka mydlana, zarozumiały, gdyby nie 
hulał, nie tracił wszystkich zdolności swoich i pieniędzy, i zdrowia na 
głupstwa. Przecież, Aniu droga, wszyscy kochaliśmy go i chcieliśmy wierzyć w 
te jego wielkie plany, ale cóż! Wariat jest, blagier, narwaniec, a teraz to nawet 
gorzej. Przecież ta jego sprawa z Tomkiem — to wprost nieuczciwość. 
 — Wiem — szepnęła Ania — wiem i szczerze ci powiadam, dziś już go 
nie kocham. Ale pozostał żal... ach, Zosiu, jaki żal okropny. Więc cóż 
dziwnego, że szukam u Boga ratunku i dla niego, i dla siebie. Bo już nikt inny 
poratować mnie nie może — prawda? Cóż dziwnego, że po takim zawodzie 
myślę o tym, aby gdzieś się schronić, gdziebym mogła za niego się modlić i 
pokutować. Bo na świecie nie ma szczęścia, ach, nie ma. Same tylko zawody, i 
walki, i cierpienia... 
Zosia oburzyła się: 
 — Mój Niuczku drogi — rzekła — czytasz i czytasz jakieś święte rzeczy i 
trochę zaczynasz wariować. Przecie Pan Bóg wcale nie jest taki zły i okrutny, 
jak mówisz, i nawet na tym świecie daje nam mnóstwo chwil przyjemnych i za 
cierpienia nieraz potem wynagradza szczęściem. A ty chcesz wmówić i we 
mnie. i w siebie, że w tym życiu są tylko nieszczęścia. No. powiedz, czy 
pomimo tego nieszczęsnego Wacia, nie czujesz się czasami szczęśliwa? 
I tak prosząco popatrzyła na nią, że Ania zaczęła się tłumaczyć. Ależ 
nic, przecie nieszczęśliwa nie jest wcale i tylko Bogu powinna dziękować za to 
wszystko, co jej dał. Nie o sobie tylko mówiła, ale tak, w ogóle — czy nie lepiej 
zawczasu wyrzec się szczęścia i tych ludzkich przywiązań, i tej miłości do 
człowieka, zrobić z siebie ofiarę Bogu i żyć na tym świecie jakby na popasie 
tylko. 
 — Ale dlaczego, Aniu, dlaczego? Czemu mamy wyrzekać się tego, w 
czym nic złego nie ma? Przecież sam Pan Bóg nam dał te uczucia i to serce... 
 — Ale to serce nam tylko boleść sprawia. 
 — Wcale nie. Nic milszego, jak kogoś bardzo kochać. Dziękuję za takie 
życie bez żadnego przywiązania. 
 — Boga kochać trzeba i wszystkich bliźnich, ale nie przywiązywać się 
nad miarę do nikogo, bo to najczęściej zawodzi. 
 — Jak to? I nigdy się nie zakochać? Ależ, moja Aniu, to i babunia 
mówi, i wszyscy, że pierwszym celem kobiety jest wyjść za mąż, a nie kochając 
się, nie można iść za mąż, więc każda powinna siu zakochać. To nie dowód, że 
czasem się nie uda i że jest zawód. I sam Pan bóg tak chce, bo stworzył Adama 
i Ewę, a tak, to by stworzył tylko jednego Adama albo jedną Ewę. A ja 
strasznie nie lubię, jak ty zaczynasz mówić takie rzeczy, bo mi zaraz się 
wydaje, że tobie źle na świecie. 
 — Nie, Zosiu, mnie nie jest źle. A jeśli czasem myślę o wstąpieniu do 
klasztoru... 
 — Więc ty na serio myślisz wstąpić do klasztoru? 
I Zosia spojrzała prosto w oczy Ani, a la się zaczerwieniła jeszcze 
mocniej i odrzekła: 
 — Chcesz, abym była szczera? Więc powiem. Jeszcze nie myślę o tym, 
ale może... może to jedyna dla mnie droga. Widzisz, chcę być użyteczna i 
dobra i chcę żyć dla ludzi, dla kraju, a nie egoistycznie. Wszak pamiętasz, obie 
to postanowiłyśmy, i ja mam wstręt do tych, co tylko myślą o sobie. Był czas, 
że marzyłam oczym innym, ale widzisz,jak to się kończą marzenia... A 
powiedz sama, co ja mogę zrobić dobrego na świecie z takim zdrowiem jak 
moje? Zawsze będę dla kogoś ciężarem. Nie mogę ani zapracować na siebie, 
ani nic porządnie zrobić. A tam modlić się zawsze bym mogła. I widzisz, ja 
więcej niż kto inny muszę się modlić, bo mam własną duszę do zbawienia, tak 
jak każdy człowiek, i o nim muszę myśleć... Tak mi ciągle coś mówi, że za te 
chwile szczęścia i nadziei, które mi on dał, teraz należy się ode mnie Bogu 
ofiara — za tę jego biedną duszę... 
Ania urwała i siedziała ze spuszczonymi oczami. 
A Zosia wybuchnęła: 
 — Zwariowałaś Aniu! Pan Bóg miałby chcieć od ciebie ofiary całego 
życia za niego?! Dajże spokój, sensu nie ma! Cóż ty jesteś winna, że on 
noszedł na złą drogę? Twój wpływ na niego był dobry i póki ciebie kochał i 
słuchał, to zdawało się, że wyjdzie na porządnego człowieka. Zresztą, chcesz, 
to możesz modlić się za niego, ale dla niego iść do klasztoru i pokutować! Cóż 
mu to pomoże? I wiesz, co ja myślę, i pewnie babunia to samo by powiedziała, 
że już jeżeli chcesz ofiarować się za niego, to lepiej swoje dobre uczynki 
ofiarowywać, niż iść do klasztoru i tylko modlić się. A dobrych uczynków 
możesz tu robić, ile chcesz. 
Zosia zamilkła, bo już wyczerpała wszystkie swoje argumenty, więc 
zacięła konie i kałamaszka zaczęła żywiej się toczyć. Ania zdawała się 
rozmyślać głęboko, aż wreszcie rzekła: 
 — Może masz słuszność. Przecież nic jeszcze nie postanawiam, 
żadnych poważnych zamiarów nic mam, mówię tylko tak sobie, więc nie 
martw się, Dudusiu, i nie rób takiej smutnej miny, bo będę miała wyrzuty 
sumienia. 
Zosia położyła lejce na kolanach i zarzuciła ręce na szyję Ani: 
 — Moja ty złota, mój Niuczku, ani myśl o takich rzeczach! Ty wiesz, że 
ja bym nie mogła żyć bez ciebie. Panu Bogu wszędzie można służyć, a u nas 
bardziej niż gdzie indziej. A jeśli chcesz koniecznie się poświęcać, to dla mnie 
się poświęć i bądź zawsze ze mną, dobrze? Patrzyła w jej oczy, jasną swą twarz 
ku jej twarzy zbliżając. — Powiedz, już nie będziesz myślała o tym? Mów, nie 
będziesz" 
 — Ach, ty dzieciaku, nie będę, nie będę. 
 — No, pamiętaj. A teraz jazda! Hej, koniki! Hej! 
I Zosia wzięła znowu do rąk lejce, potrząsała nimi i trzaskała z bicza, a 
kuce, czując bliski wypoczynek, rwały żwawo naprzód. 
Pasznia był to zaścianek należący do Haliniszek, wydzierżawiony 
starym Borejkom, odwiecznym sługom Halickich. Dziś jednak nic było w 
domu nikogo — co żyło, pracowało w polu, więc postawiono kuce przy płocie. 
Ania z książką w ręku wyciągnęła się pod gruszą w ogrodzie, Zosia zaś 
wydobyła spod siedzenia kałamaszki koszyk na kwiaty i ruszyła na łąkę. Łąka 
leżała zaraz za sadem, a przez nią przepływał strumień ocieniony olchami. 
Tam to, nad jego brzegiem, rosły niezabudki. Zosia puściła się ku nim 
wydeptaną ścieżyną, a z obu stron otoczyły ją trawy pachnące. Łąka, nie 
koszona jeszcze w tym roku, rozkwitała bujnie różnobarwnym kwieciem. 
Chyliły białe główki stokrocie o żółtym oku, kołysały się goździki jak 
szkarłatne gwiazdki, liliowe dzwonki i koralowy szczaw, a nisko, wśród trawy, 
koniczyna różowa i ciemna brunetka mieszały swe przenikliwe wonie. 
Słońce świeciło. Niebo roztaczało nie zachmurzone koło, w powietrzu 
przezroczystym i ciepłym kręciły się i brzęczały muszki. Panowała południowa 
cisza — ludzie byli gdzieś w polu, chaty, tu i ówdzie rozsiane na widnokręgu, 
stały puste i zamknięte. Psy nawet drzemały i żadne odgłosy, prócz śpiewu 
skowronków i strzykania koników polnych, nie mąciły upalnego dnia. 
Z dala, rozsypane na wzgórzu, widniało parafialne miasteczko — 
Bialogóra — z, wieżyczkami kościoła strzelającymi w niebo, a tu bliżej, na 
prawo, rzędy topoli włoskich świadczyły o bliskości dworu. Zosia spojrzała w 
tę stronę: 
 — Ciekawam, kiedy to Mela wybierze się do nas? Tak dawno nie była! 
Już i chłopcy pewnie przyjechali. 
I szła dalej, machając koszykiem, szczęśliwa swą młodością, słońcem, 
co tak cudnie świeciło, życiem, co się do niej uśmiechało, i tymi blaskami, 
które ją zewsząd otaczały. Wreszcie dotarła do strumienia. Tam aż błękitniej 
Wyło od niezapominajek. Rosły kępami, pochylone nad wodą, zerkając 
niebieskimi oczkami spośród gęstwiny traw, więc Zosia uradowana rzuciła się 
ku nim i rwać je poczęła całą garścią. Przez liście olszyny słońce kładło jasne 
plamy na jej sukienkę, na złoty warkocz, na wpół już rozpleciony, na duży 
kapelusz, który osłaniał jej twarz. Lekkie babki wodne, jak z gazy utkane, 
przemykały koło niej i muskały jej włosy, komary brzęcząc latały nad nią, ona 
je odpędzała wielkim pękiem kwiatów, i dalej biegła po nową niezapominajkę. 
Pomimo cienia i wilgoci gorąco jej się zrobiło, krople polu wystąpiły na czoło, 
a nieznośne włosy, stale się rozpadające, grzały kark i plecy i okrywały ją jak 
płaszczem, więc niecierpliwym ruchem zrzuciła kapelusz na trawę 
wyprostowała się. Nagle krzyknęła i skoczyła w bok. Kwiaty wypuszczone z 
rąk rozsypały się wieńcem u jej nóg, i stalą przestraszona a zarazem 
uśmiechnięta. 
O kilka kroków przed nią, oparty o pień olchowy, ze strzelbą na 
ramieniu, stał młodzieniec. Musiał tam być już od kilku chwil, bo teraz z 
uśmiechem patrzył na nią i zdjąwszy czapkę zaczynał się tłumaczyć: 
 — Przepraszam, pani się przestraszyła, przepraszam bardzo. 
 — O, bo jakże, tak niespodziewanie... I, widzi pan, wszystkie moje 
kwiaty poleciały. — Zaczęła się śmiać. — Ach, jakie to zabawne! Pan pod tym 
drzewem, jakby duch jaki... Dawno pan tu stoi? 
 — Od kilku minut. Wracani spod Muszyny, z polowania, zobaczyłem 
panią na łące, więc stanąłem i patrzyłem. 
I widać było, że to patrzenie sprawiało mu wielką rozkosz, bo i teraz 
nic mógł jeszcze oczu od niej oderwać, wzrokiem obejmował jej postać, 
przyglądał się twarzy, rozwianym włosom, niebieskim oczom, które patrzyły 
na niego. I na twarzy występował mu rumieniec, a usta lekko drżały pod 
ciemnymi wąsami. A ona ciągle się śmiała. 
 — To ochota, stanąć pod drzewem i straszyć! E, pan taki duży i wąsy 
już ma, a zawsze taki sam. Pamiętasz, pamięta pan — poprawiła się — tę 
mysz, którąśmy wpuścili pannie Borsakównie do szufladki? A okulary panny 
Berty? 
 — A awanturę na siwej klaczy? Zaśmiali się oboje. 
 — Ach, Boże, to już tak dawno było! — rzekła Zosia. — No, ale co ja 
teraz zrobię z tymi kwiatami?! Cała moja praca przepadła. Ot, nieznośny pan 
Jerzy! 
 — Pozbieram je dla pani. 
 — Pozbieramy razem. Ale, prawda, jeszcześmy się nie przywitali nawet. 
Dzień dobry panu. 
 — Dzień dobry pani. 
I ponad wieńcem rozsypanych niezabudek podali sobie ręce. On 
zatrzymał przez chwilę dłoń jej w swojej, a potem nagle złożył na niej 
pocałunek. Ona nie stropiła się tym wcale i mówiła: 
 — Ale pan się zmienił przez dwa lata, bo to już dwa lata, jakeśmy się 
nie widzieli. Ogromnie. Pan teraz to już prawie mężczyzna. I takie wąsy — fiu, 
fiu. To już nie dawny Jerzyk. 
 — O, panno Zofio, ja zawsze ten sam. Tylko moje wąsy zmieniły się, ale 
ja nic a nic. 
 — Doprawdy? — Zajrzała w jego ciemne oczy, które błysnęły pod jej 
wejrzeniem. — Oj, ja w to nie bardzo wierzę. 
 — Chyba pani sądzi po sobie — odparł trochę smutnie. 
 — A pewnie. Cóż pan myśli! Ja teraz już jestem dorosłą panną, mam 
osiemnaście lat i pięć miesięcy i noszę zupełnie długie suknie. Tylko tu w 
trawie nie widać, ale zobaczy pan, zupełnie długie. 
 — A jednak wygląda pani na dawną Zosię, ot, taka sobie jeszcze mała 
dziewczynka... co jeszcze pisze: j'aimc, tu aimes, ii aime'... 
 — Ale, co pan mówi! Pan naumyślnie... 
 — Nie, doprawdy, wcale mi pani nie imponuje, pomimo osiemnastu lat 
i pięciu miesięcy. 
 — No, bo teraz mam warkocz spuszczony i jestem rozczochrana, ale jak 
mnie pan zobaczy uczesaną do góry, z ufryzowaną grzywką i w modnej sukni, 
to pan będzie musiał przyznać, że jestem prawdziwą panną. Ale co będzie z 
kwiatami? Trzeba je pozbierać. 
 — Zbierajmy więc. 
Schylili się oboje i milczeli przez chwilę. Pierwsza zaczęła Zosia: 
 — Kiedy pan przyjechał? 
 — Tu, do Bijuciszek, przedwczoraj wieczór, ale w Wilnie jestem już od 
dwóch tygodni. A panie? 
 — O, my już wróciłyśmy od miesiąca. Mama dziś przyjeżdża. 
 — A! 
 — I właśnie dlatego przyjechałyśmy do Paszni po niezapominajki, bo w 
Haliniszkach ich nie ma, a mama najlepiej je lubi ze wszystkich kwiatów. 
 — Z kimże pani przyjechała? 
 — Z Anią, ona siedzi pod gruszą i czyta. No, zdaje się, że już wszystkie 
zebrane. Chodźmy. 
Wstali i zaczęli układać kwiaty w koszyku. 
 — Niech pan weźmie mój kapelusz, tam leży, na trawie. Ja poniosę 
koszyk. 
I Zosia z kwiecistym koszem na ramionach ruszyła przez łąkę, a za nią 
podążył młodzieniec. 
Był to wysoki, zgrabny chłopiec lat dwudziestu paru, prześlicznie 
zbudowany, szeroki w ramionach, wąski w biodrach, silny, muskularny, istny 
atleta. Twarz jego nie była piękna, uderzała jednak dziwnym wyrazem smutku 
w oczach i łagodnością ust. Usta, pełne i czerwone, ruchliwe niezmiernie, to 
składały się w bolesnym skrzywieniu, to drżały jakby nie nasyconym 
pragnieniem lub gryzącą ironią, to znów zaciskały się uporczywie. Gdy 
uśmiech je rozsuwał, uśmiech wesoły, dziecinny prawie, ukazywały się spod 
warg zęby duże, białe, zdrowe i błyszczące niby klejnoty. Uderzało w tej 
twarzy także czoło dumne, wyniosłe, zakończone równą linią brwi, uparte 
czoło człowieka, który niełatwo zmienia swe zamiary i uczucia, który trudno 
się zapala, ale płonie długo. 
 — A pan zdał egzaminy? — spytała Zosia, zwracając ku niemu głowę. 
 — Część zdałem, ale jeszcze pozostają ostatnie i rozprawa na jesieni. 
 — O, to pan już w tym roku skończy? 
 — A tak, jeżeli się uda. 
 — Ach, uda się! Panu zawsze się udaje. To jak pan przyjedzie na Boże 
Narodzenie, to już pan będzie „skończony"człowiek. 
 — Ja nie przyjadę na Boże Narodzenie. 
 — Czemu? 
 — Bo jak tylko skończę, pojadę na Syberię. 
 — Na Syberię?! — Zosia zatrzymała się na ścieżce i podniosła na niego 
oczy podobne do niezapominajek. — Czy pan zamierza kogoś okraść albo 
zamordować? 
Zaśmiali się. 
 — Nie mordować, ale robić pieniądze. Mam obiecane tam miejsce. 
 — Ale czemuż aż tak daleko? To okropne! 
 — Jużci nie dla przyjemności tam pojadę — odparł Jerzy i zamilkli 
oboje. Słońce zalewało świat potokami ciepła i jasności, wszelkie stworzenie 
radowało się życiem, wesele rozlewało się dokoła, a oni szli w milczeniu, bo 
wśród tych słonecznych blasków stanęła przed nimi wizja śnieżnej krainy, 
stepów nieskończonych i smutnych, i jakby mroźne tchnienie wionęło na nich 
z daleka. 
 — Ja, gdybym była mężczyzną — rzekła wreszcie Zosia — to bym 
wolała mieć mniej wśród swoich, niż tam gdzieś jechać w te dzikie kraje, 
choćby za nie wiem jakie sumy. 
On nie chciał jej tłumaczyć, że gdyby był sam na świecie i nie miał na 
sumieniu rodzicielskich zobowiązań, to i on by wolał zadowolić się byle czym 
wśród swoich. Po cóż jednak mówić o takich rzeczach, więc odparł niedbale: 
 — Szkoda, że pani nie jest mężczyzną! 
 — A pewnie, że szkoda! Przynajmniej babunia pozwoliłaby mi konno 
jeździć i chodzić na polowanie. A pan, czy przynajmniej zabił dziś cokolwiek? 
 — Zabiłem dwie kaczki — odrzekł pokazując wiszące przy torbie ptaki. 
 — Ale bez psa trudno wypłoszyć. 
 — A gdzież Turek się podział? 
 — Biedny Turek już taki stary, że w piętkę goni, ale Jaś ma obiecanego 
wyżła z Ucian, może z nim będzie lepiej. 
 — Pan i bez psa zabił dwie sztuki — zauważyła Zosia. 
 — Tak, ale zobaczy pani, jeśli ten wyżeł będzie dobry, to co dzień po 
kilka kaczek będę przynosił. W tym roku sporo ich jest. Na Białce, to raz za 
razem zrywa się stadko. 
 — Boże, i czemu ja nie jestem chłopcem! — zawołała Zosia. — 
Chodzilibyśmy razem na polowanie i strzelali na potęgę. 
Ania powitała Jerzego przyjaznym okrzykiem i uśmiechem. Taki to był 
dobry znajomy i towarzysz lat dziecinnych. I znowu podziwiano jego wąsy, 
'mówiono o egzaminach, pytano o Suniżyckich, o Edzia, Emila i Jasia, którzy 
też na wakacje już zjechali. 
A tymczasem wieść o przyjeździe panienek doszła na pole do 
Borejkowcj, która pośpieszyła na ich przyjęcie. Nie słuchając wymówek, 
przyniosła pod gruszę dzbanek mleka, szklanki i talerz ze świeżymi kromkami 
chleba. I przepraszając, dygając i śmiejąc się głupkowato, zapraszała do 
jedzenia, więc rozłożono się na trawie pod starymi drzewami i zajadano ze 
smakiem. Ale rozmowa, zrazu ożywiona, rwała się jakoś. Tylko Zosia, 
roztrzepana jak zawsze, na nic nie zważała zajadając chleb razowy i pijąc 
mleko. Mówiła o tym, że wielkich pałaców nie cierpi, że wolałaby mieszkać w 
małym domku chociażby tu, w Paszni. Tak tu ładnie, wesoło i przytulnie w 
tych małych dworkach. Te pałace, jak na przykład w Olanowiczach, są zimne i 
antypatyczne. Odnaleźć się wśród nich nie można, tyle tam przestrzeni. 
Nagle Jerzy się odezwał ironicznie: 
 — Mój Boże, i wierzyć tu kobietom! Zachwycają się małymi dworkami: 
ach, takie to ładne, takie poetyczne, chatka nad strumykiem, poziomki, 
mleko! A proszę zobaczyć, czego takiej damie potrzeba: parkietów, draperii, 
mebli atłasowych, sprężynowych materacy, marmurowych łazienek, sukni co 
najmniej od Hersego, ekwipaży, kucharza i pasztetów... 
I panna Zofia będzie taka sama. 
 — Dyr, dyr, dyr! — przedrzeźniała go Zosia. — Cóż to za gderanie! A 
jaki pan złośliwy! Zupełnie jak osa. Fe, jak ja tego nie lubię. I to wszystko 
nieprawda, bo wcale tak nie jest. 
 — Zosiu — gromiła z cicha Ania — już lepiej jedźmy, bo zaczynacie się 
kłócić. 
 — Bo jakże! Pan nie wie i gdera. Ja, po pierwsze, nie miałam ani jednej 
sukni od Hersego i śpię zawsze na sienniku, i jeżdżę kałamaszką, i kąpię się w 
jeziorze, i najlepiej lubię nie pasztety, a kartofle i... 
 — Teraz tak, ale jak pani za mąż pójdzie, zaraz będą wymagania, fochy, 
ceregiele... 
 — Wcale nie. Zawsze będę wolała mały domek niż te ogromne 
pałaczyska. „Chałupeczka niska, ojciec matkę ściska. I my tak będziemy, gdy 
się pobierzemy" — zaśpiewała wstając. 
 — Zosiu! — błagalnym szeptem prosiła Ania. 
Ale Zosia, rozweselona, już nikogo nie słuchała. W podskokach biegła 
do kuców, chwytała Wilczka i całowała jego mokry pyszczek, wpadła wreszcie 
do wózka, śmiejąca się i wesoła. I gdy Jerzy stojąc opodal zdejmował czapkę 
na pożegnanie, ona wyciągnęła do niego rękę i rzekła: 
 — A pan to taki nieznośny i gderacz, i zrzęda, i nudziarz, jak i był. Ale 
proszę koniecznie przyjechać w niedzielę, bo płakać będę. 
Zacięła konie i ruszyła. 
IV 
Jerzy Lipowski był jedynym synem dość zamożnych niegdyś obywateli. 
W dzieciństwie bawił się w obszernych pokojach dworu, który był jego 
własnością, biegał po swoim ogrodzie, jeździł swoim wozikiem i swymi 
konikami. Ale były to czasy tak dawne, tak zapomniane i pogrzebane, że 
wydawały się snem jakimś fantastycznym. Jego dalsze życie w niczym nie 
przypominało lat dzieciństwa. Fundusze rodziców gdzieś się zapodziały, tak 
że śladu po nich nie zostało, a raczej został dług — niewielki, zaledwie kilka 
tysięcy wynoszący, ale zaciągnięty u takich ludzi, dla których te pieniądze 
stanowiły cały majątek — zaciągnięty w dobrej wierze, iż szczęśliwa gwiazda 
zaświecić przecież musi i że wszystko, co do grosza, zostanie zwrócone. I gdy 
mały, ośmioletni Jerzyk, po stracie obojga rodziców, został sam na świecie, 
jako jedyne dziedzictwo niósł z sobą zobowiązania ojcowskie, zażalenie 
pokrzywdzonych i słowa matki: „Oddasz im to, jak wyrośniesz, synku". 
Może dlatego, że rósł z tym ciężarem na duszy, oczy jego były tak 
smutne. Może dlatego czoło jego było tak uparte, że zamierzał ciężar ten 
podźwignąć i zrzucić, tylko usta miały wyraz tak łagodny i miękki, iż podobne 
były do kwiatowego kielicha. 
Jerzego wychowała ciotka, panna Paulina Narguttówna. Była to daleka 
kuzynka jego matki, panna samotna i biedna, która lekcjami zarabiała na swe 
utrzymanie. Mieszkała gdzieś w salce wysoko, nosiła zawsze tę samą czarną 
sukienkę z pocerowanymi łokciami i biegała od rana do wieczora z jednego 
końca miasta na drugi. Zarabiała nieźle, bo była zdolna i sumienna. Marzyła 
więc sobie, iż odkładając co roku po paręset rubli, zbierze mały kapitalik i na 
starość kupi sobie za miastem domek z ogródkiem, gdzie będzie u siebie i 
nareszcie odpocznie. Ale gdy pani Lipowska umarła, a mały Jerzyk został 
sam, marzenia panny Pauliny rozwiały się. Zabrała dziecko do siebie i już nie 
mogła odkładać paruset rubli. Jeśli wszakże to wyrzeczenie wiele ją 
kosztowało, nikt się tego nie domyślił, a najmniej ze wszystkich dziecko, które 
znalazło w ciotce czulszą od najczulszych matkę. Jeśli i była ofiara, to się 
prędko sowicie opłaciła, bo serce samotnej panny znalazło w dziecku skarb 
prawdziwy — zaspokojenie drzemiących gdzieś na dnie instynktów 
macierzyńskich. Salka jej, dotąd zimna i pusta, zajaśniała młodością, 
rozbrzmiała śmiechem, stawała się teraz huczna i wesoła, bo obecność 
Jerzyka ściągała towarzyszy i przyjaciół, a ciotka sama stawała się przy nim 
dzieckiem i drugi raz życie swe przeżywała na nowo. Gdy wstąpił do 
gimnazjum, jeszcze szerzej otworzyły się drzwi i ramiona ciotki na przyjęcie 
kolegów, bo jej serce pokochało i tamtych. I rada była coraz to liczniejsze ich 
gromady ściągać do siebie, słuchać ich gawęd, patrzeć na ich zabawy, 
częstować herbatą i karmić przysmakami. A gdy przyszły lata młodzieńcze, 
pełne wahań, ciekawości i zapałów, lubiła ciotka siadywać z robótką w ręku, w 
okularach na nosie i wielkimi ściegami cerując podarte koszule lub poszewki 
słuchać rozpraw, zachwytów, słów oburzenia lub projektów na przyszłość. I 
nieraz poczciwe jej słowo rzucone wśród gromady prostowało pojęcia i 
kierowało myśli na dobrą drogę. Niekiedy, gdy był czas wolny, czytywano 
wspólnie z chłopcami to, co inaczej może nie wpadłoby nigdy w ich ręce, a 
lektury chwalące bohaterskie czyny zostawiały w niejednej duszy ślady, 
których już żadne wichry i śniegi zasypać nie były zdolne. 
W tym otoczeniu panna Paulina zestarzała się nie czując ciężaru swych 
lat, zajęta dzieckiem, nie mająca czasu pielęgnować swych reumatyzmów ani 
pamiętać krzywd doznanych od losu Serce jej, które zrazu ukochało tylko to 
jedno dziecko, dziś zapalało się do wszystkiego, co piękne, szlachetne i młode. 
Z dziecka miała prawdziwą pociechę. Było dobre, zdolne, pracowite i 
karne, kochające głęboko, pełne subtelnych i szlachetnych uczuć. Trochę 
może uparte i zbyt nieśmiałe, czy też dumne, gdyż nieraz wolało cierpieć, 
rezygnować, milczeć, niż o cokolwiek prosić i uchylić karku. W jego duszy 
rosło coraz bardziej drażniące wspomnienie ojcowskich długów i słów 
matki: ..Oddasz im to, jak urośniesz". Pamiętał dobrze bolesną scenę, gdy owa 
wierzycielka, Pawiowa, dawna ochmistrzyni w domu jego rodziców, przyszła 
chorej matce wymawiać swą krzywdę, a matka zwróci.; długu nie mogła, bo 
sama była bez grosza. On wtedy już, małym będąc, postanowił dług ten 
spłacić, a postanowienie to z każdym rokiem się wzmacniało i niecierpliwie 
wyczekiwał chwili, gdy, wolny i nikomu nic nie winien, będzie mógł śmiało 
spojrzeć każdemu w oczy. I gdy po ukończeniu gimnazjalnych nauk przyszła 
pora wybraniu sobie fachu, wybrał nic to, co mu się może bardziej podobało, 
ale to, co dawało pewność prędkiego i opłacalnego zajęcia. Wstąpił do wyższej 
szkoły agronomicznoleśniczej i gotów był po jej ukończeniu wziąć pierwszą 
nadarzającą się posadę, pojechać na kraj świata, pracować, oszczędzać i nie 
wracać, aż zrzuci ten ciężar, co mu pierś przygniatał. 
Nie lubi! mówić z. nikim o tych sprawach i jednej tylko ciotce wyłożył 
swój plan. A gdy ona, przerażona myślą utracenia go na wiele lat. spróbowała 
zaoponować, Jerzy tak wymownie i boleśnie spojrzał na nią, że słowa jej na 
ustach zamarły. 
On sam zrazu odważnie i utnie patrzył w przyszłość i szedł w życie 
śmiało, aż przyszła miłość i nowy ciężar złożył;! mu na burki. 
Wakacje spędzał zwykle w domu wujostwa Suniżyckich, z których 
synami, Edziem i Emilem., przyjaźnił się w szkole. Było to blisko Haliniszek. 
Oba domy łączyło nawet pokrewieństwo, a dzieci znały się, przyjaźniły i 
uważały niemal za członków jednej rodziny. Mela Suniżycka była rówieśnicą 
Zosi i Ani, a synowie państwa Józefóstwa Halickich, którzy zwykle święta 
spędzali w Haliniszkach, nic mogąc jeździć aż na Polesie do rodziców, byli 
kolegami z Wilna Suniżyckich i Jerzego. Każdy więc projekt: majówka, 
grzybobranie, teatr amatorski lub żywe obrazy, układała zawsze cała 
kompania. Zdarzało się też nieraz i dłużej razem przebywać, a to z powodu 
lekcji tańców udzielanych przez sprowauzonego na lato metra, to z racji 
grasującej jakiejś epidemii, to wreszcie, aby przygotować jakąś wspólną 
zabawę. Toteż wszystkie najlepsze dziecinne wspomnienia Jerzego łączyły się 
z Haliniszkami, a złota główka Zosi wyglądała z każdego kątka jego pamięci, i 
uśmiech jej był cząstką każdej promiennej w życiu chwili. I sam nie wiedział, 
kiedy ją zaczął kochać. Musiało to być bardzo dawno, gdy była jeszcze małą 
dziewczynką, w wiecznie za krótkiej sukience, którą huśtał na żerdzi od płot u 
albo zrywał jej gruszki z wysokich drzew sadu. albo woził czółnem na drugą 
stronę jeziora po wodne lilie o wielkich, błyszczących liściach. Zosia była 
żywym, samowolnym dzieckiem, które sprawiało kłopot bonom i 
opiekunkom, więc jemu. jako rozsądniejszemu od innych, oddawano ją pod 
opiekę podczas wycieczek i spacerów; prowadził ja za rękę przez lasy i przez 
łąki, i jakoś umiał ją skłonić do posłuszeństwa. 
A gdy potem zaczęła rwać się do koni, on jeden umiał jej strzemiona w 
męskim siodle tak przekładać, że siadała .„po damsku" i w wielkim sekrecie 
przed babunią hasała gdzieś za folwarkiem. 
Ona go także bardzo lubiła, na równi z Edziem i z Julkiem, z Waciem, i 
z Emilem; nazywała go po imieniu i starała się odkryć jakieś łączące ich 
pokrewieństwo. Ale przez długi czas więcej ją obchodziły młode źrebaki i 
szczenięta Pianki, wreszcie kury i kaczki na folwarku niźli wszyscy chłopcy na 
świecie. 
Aż nagle zbudziło się w niej coś. co i jego oświeciło. Miała wtedy lat 
czternaście, gdy podczas pewnych świąl wielkanocnych przyjechał z wizytą do 
Haliniszek młodzieniec z sąsiedztwa. Tomek Hurwicz, piękny chłopiec, z 
górną wargą pokrytą już ciemnym meszkiem i zabójczymi oczami. Wprawdzie 
tymi oczami ani patrzył na Zosię, traktując ją jak smarkatą, a zerkał na ładną 
mademoiselle Hugenie a gdy jej nie było, na pokojówkę Werusię. Ale na Zosi 
zrobił jednak takie wrażenie, że zjawiła się przy stole z gładko zaczesanymi 
włosami, czego nigdy dotąd nie robiła, z niebieską kokardą u kołnierzyka i z 
zasznurowanymi ustami, które tylko z rzadka cedziły jakieś rozumne zdanie. 
Przy tym rzucała takie spojrzenia spod długich rzęs i miała takie rumieńce, że 
Jerzy siedział jak na szpilkach. Obiad wydał mu się wiecznością, drżał cały i 
czuł nieprzepartą chęć zrobienia awantury temu ładnemu chłopcu, któremu 
dość było się zjawić, aby wywołać takie wrażenie, aby zwrócić na siebie te 
oczy, jej oczy! Gdy wreszcie mógł się wymknąć i uciec od towarzystwa, 
schował się co prędzej za zielemciące wierzby nad brzegiem jeziora i tam, w 
samotności, leżąc z głową opartą na skrzyżowanych rękach, przeżył jedną z 
najcięższych i najbardziej pamiętnych godzin w życiu. Naprzód miotał nim 
tylko gniew i pogarda dla tamtego. 
 — Głupiec, lalka malowana — powtarzał — idiota! Czy on co umie! I 
sześciu klas nie skończył. Konno jeździć nawet nie potrafi. Ręce jak u 
panienki. I dwóch pudów nie podniesie... komar! 
Patrzył na swoje ręce, żylaste i tęgie, macał ramię, które pomimo lat 
dziewiętnastu miało twardość stali i muskulaturę atlety, i myślał: 
 — Ja bym go zgniótł na miazgę... o, tak bym go zgniótł... tak bym... 
I ogarniała go tak wściekła nienawiść, że zaciskał pięści, jakby 
naprawdę miał w ręku nieprzyjaciela, aż mu się paznokcie wpijały w dłonie i 
gryzł wargi do krwi. A potem przyszło pytanie: 
 — Ale za co? — i odpowiedź gniewna: 
 — Bo go nie cierpię, nie znoszę, nienawidzę... Ale za co? Po co on tu 
przyjechał? Popsuł nam święta... Nie popsuł wcale, wszyscy z niego radzi, 
panienki się nim zachwycają... A właśnie, panienki! Zosia nawet włożyła 
kokardę i robi taką minę romansową. Dla niego! Dla niego! A dla mnie co? 
Teraz, kiedy on jest, to na mnie nawet i nie spojrzy, tylko wpatruje się w tego 
bałwana. A ja? Dobry jestem, jak trzeba jeździć konno albo huśtać się, a tak, 
to nie. Poczekaj, nigdy już tobie nie będę strzemion urządzał — zobaczysz! Ot, 
żebym tak się utopił w tej chwili, żebym umarł tu przed nią, to by jej było na 
pewno wszystko jedno, zupełnie wszystko jedno. Więc po co żyć? Po co? 
I taka bezbrzeżna rozpacz go porwała, taki ból i żałość nad sobą, że 
zdawało mu się, iż serce mu pęknie i będzie koniec nędzy... — Niech umrę, 
niech umrę — szeptał — nie chcę żyć, bo nie mam nikogo, nikogo na całym 
świecie. Ciotka? E, co tam ciotka! Nikogo nie mam, nikt mnie nie kocha, nikt 
o mnie nie dba. — I łzy jak iskry gorące poczęły mu spływać z oczu. 
 — Na całym świecie nie mam nikogo — szeptał — kto by mnie kochał 
choć trochę. I znowu łzy sypały się gradem. Szlochał jak małe dziecko, on, 
dziewiętnastoletni chłopiec, który by się ze wstydu spalił, gdyby ktoś ujrzał 
choć jedną łzę w jego oku. Nie zdawał sobie nawet sprawy, za czym tak tęskni 
i płacze, ale czuł się tak bardzo samotny i opuszczony. Dusza rwała się w nim 
całą siłą ku innej jakiejś pokrewnej i bliskiej duszy, ku jakimś ramionom, 
które by go objęły i przytuliły. 
Aż nagle z głębi ogrodu dobrze mu znany głos zaczął wołać: — Jerzy! 
Jerzy! — Struchlał. Czego ona chciała od niego? Uciekać nie było sposobu, bo 
by go zaraz dostrzegła, więc postanowił leżeć cichutko w wierzbinie i nie 
odpowiadać. Może go nie znajdzie i zostawi w spokoju. Wcisnął głowę w 
dłonie i leżał nieruchomo, ale głos odezwał się już bliżej: — Jerzy! Jerzy! 
 — Gotowa mnie doprawdy odszukać — pomyślał ze strachem i co 
powie, gdy mnie zobaczy! — Ale już poruszyć się nie mógł i leżał jak martwy 
drżąc, że lada chwila zostanie odkryty. Szybkie kroki zaszeleściły w trawie tuż 
obok niego i głos Zosi zawołał mu nad głową — Jerzy! Czemu nie 
odpowiadasz? Krzyczę, wołam, a ty udajesz, że nie słyszysz. — Uklękła przy 
nim na trawie, a on się nie ruszał. 
 — No, co tobie? — mówiła. — Przyrzekłeś ze mną zagrać w krokieta. 
Czyś ty chory? 
 — Graj z Hurwiczem w krokieta — odburknął nie podnosząc głowy. 
 — Z Hurwiczem? Kiedy on już pojechał. 
 — Pojechał? 
 — Tylko co wyjechał. No, chodź, zagrajmy w krokieta. Czemuś taki zły i 
nie patrzysz na mnie? 
I starała się odjąć mu ręce od twarzy i zajrzeć w jego oczy. Ale on 
otrząsnął . się, odwrócił głowę i rzekł: 
 — Daj mi spokój, dobrze? 
Lecz ona naprawdę była zaniepokojona, zapomniała nawet o krokiecie 
i tylko chciała się dowiedzieć, co miał na sercu, więc nie dawała się odpędzić, 
ale porwawszy jego ręce, ciągnęła je do siebie i twarz zbliżała się do jego 
twarzy, pytając: — Ale co tobie jest, powiedz, co tobie jest? — Aż i jego dłonie 
opadły i ujrzała oczy zapłakane i jeszcze nie obeschłe łzy na policzkach. 
 — Jerzy, ty płakałeś?... — szepnęła. 
 — Nie nudź, zęby mnie bolą — odparł i odwrócił się od niej gniewnie. 
 — O, to nieprawda — rzekła i zamyśliła się. 
Poczuła tu coś tragicznego, jakąś grozę i tajemnicę, wiec zamilkła i 
siedziała cicho z oczami wpatrzonymi w pluskające fale jeziora. 
Po chwili żal mu się zrobiło, że był dla niej tak niegrzeczny i rzekł, nie 
podnosząc głowy: 
 — Idź, a ja zaraz przyjdę i zagramy. 
 — Kiedy ja nie chcę już grać w krokieta — rzekła smutnie i położyła mu 
rękę na ramieniu, chcąc go pocieszyć. 
Nastała cisza. On leżał wciąż z twarzą ukrytą w trawie, złamany i 
wyczerpany tą godziną męki. Już nie czuł bólu, tylko straszne zmęczenie i 
pragnął zapomnieć, nie myśleć wcale, zdrętwieć. Potem już niczego nie 
pragnął. Powoli wstępował w niego spokój dobroczynny i zdawało mu się, że z 
tej rączki, która spoczywała wciąż na jego ramieniu, sączy się słodycz, rozlewa 
się po nim, i przenika go całego na wskroś. Nienawiść, pogarda, zazdrość, 
które nim miotały przed chwilą, wypełzły z serca i skryły się gdzieś w cieniu, 
tęsknota i żałość cichły, usypiały, a rozchodziło się po nim jakieś ciepło miłe, 
jakby od niej płynące. I zaczęło mu być dobrze, tak dobrze, że nie śmiał się 
poruszyć, ani myśleć nawet, aby nie przerwać tej ciszy, która zapanowała w 
jego duszy. Leżał więc nieruchomy. 
A ona, czując już instynktem kobiecym, że jest mu pociechą w tej 
chwili dziwnego smutku, siedziała cicho, bez słów, tylko ręką na ramieniu 
opartą dawała znak współczucia i zachęty. 
Słońce przez zieleniejące gałęzie wierzbiny oświecało tę parę milczącą i 
nieruchomą, fale jeziora biegły ze szmerem do ich stóp. 
I wtedy Jerzy zrozumiał, że ją kocha. Ale nie przewidział jeszcze 
ogromu troski, jaką ta świadomość ze sobą niosła. Chwila obecna była dla 
niego szczęściem i upojeniem, i najwyższą rozkoszą, a o przyszłości nie 
myślał. Leżał u jej stóp, czuł na sobie jej rękę i serce jego wzbierało błogością. 
Dopiero gdy po wakacjach znalazł się w Wilnie, zrozumiał, że los, 
dorzucając mu do innych trosk jeszcze miłość do Zosi, obchodził się z nim z 
wyrafinowaną ironią. Toteż ogarnęło go oburzenie i wstyd przed samym sobą 
i postanowił wyleczyć się z tej „głupoty". 
Wychowany w czystym i biednym otoczeniu, nie miał dotąd wielkich 
względów dla spraw sercowych i lekceważył je sobie najzupełniej. Jego 
dziewiętnastoletnia, męska ambicja nie przyznawała kobiecie zbyt wielkiej 
roli w życiu. Miłość była dobrą zabawką dla paniczów, ale dla ludzi dojrzałych 
były ważniejsze rzeczy na świecie, a tym bardziej dla niego, który na swych 
młodych barkach dźwigał już takie ciężary! 
Wyjechał więc na studia z mocnym postanowieniem poprawy. I 
naprawdę, pierwszy rok w szerokim świecie tyle mu przyniósł wrażeń i 
nowych myśli, takie przed nim odsłonił widoki, że postać dziewczynki ze 
złotym warkoczem gdzieś się zapodziała i znikła. A gdy czasami wspomnienie 
o niej, wywołane przypadkowo, stawało przed nim, uśmiechał się sam do 
siebie z pobłażaniem i dziwił się, jak mógł niegdyś przeżywać dramat z tego 
powodu. 
Latem ujrzał ją, przywitał obojętnie i przez kilka dni był zupełnie 
spokojny. Ale czar działał i gdy odjechał, znowu obraz jej zabrał ze sobą i 
odtąd on już go nie opuścił. 
Pracował, uczył się, rozprawiał z kolegami, hulał nawet i pił czasem, 
gdy jaki grosz się znalazł, a ona była wszędzie obecna i szła za nim przez życie 
jak cień, jak własna dusza. I wszędzie widział jej oczy jak chabry i złote słońce 
jej włosów. 
Gniewał się o to, wstydził się swej słabości i gwałtem chciał zapomnieć. 
Byłby wolał do zbrodni się przyznać niż do tej niedorzecznej i dziecinnej 
miłości; kląłją, wyśmiewał; to rzucał się w rozpustne objęcia, to zamęczał się 
pracą, to zwracał się ku społecznym kwestiom, to starał się odurzyć lekkimi 
miłostkami, nic wszakże nie pomagało. Postać wygnana nikła na czas jakiś, a 
potem wracała znienacka i pochylała się nad nim, jak złoty motyl kuszący i 
nieuchwytny. 
Po pewnych wakacjach, gdy szesnastoletnia już wówczas Zosia jeszcze 
bardziej go odurzyła, postanowił nie wracać w te strony i nie widzieć jej wcale, 
aż się zupełnie wyleczy. Czuł bowiem, że nie ma prawa marnować siebie dla 
jakichś płonnych uczuć i wzruszeń i że jego męska duma nie pozwala mu 
hodować w sobie tej miłości, której nigdy promyk nadziei przyświecać nie 
może. Więc na następne lato postarał się o zajęcie w czasie wakacji i nie 
przyjechał wcale, chociaż serce bolało go nie tylko nad sobą, ale nad biedną, 
ukochaną ciotką, wyglądającą zawsze z upragnieniem przybycia „dziecka". 
I tak minęły dwa lata od ostatniego spotkania młodych. On wyrósł na 
mężczyznę, ona była dorosłą panną. Uczucia Jerzego nie zmieniły się, ale 
uspokoiły się trochę. Gdy jednak teraz ujrzał ją z daleka nad strumieniem, w 
migotliwym półcieniu olszyny, serce zabiło mu znów gwałtownie, i nie myśląc 
o niczym, rzucił się ku niej, stanął i patrzył. 
A gdy go pożegnała wesołym: „proszę koniecznie przyjechać w 
niedzielę, bo płakać będę", stał długo nieruchomy i znowu patrzył za 
oddalającym się wózkiem, za jej warkoczem i kapeluszem słomkowym, 
wreszcie za obłoczkiem kurzu, który się nad drogą unosił. Gdy znikło to 
wszystko — zawrócił i poszedł drogą ku Bijuciszkom. 
Szedł schylony z czapką nasuniętą na oczy. 
 — Nie dla mnie — powtarzał, a przed oczami stawała mu jej postać i 
szła z nim razem przez zalaną słońcem drogę. — A myślałem, żem się 
wyleczył, tak dawno już jej nie wspominałem. Ale dziś, gdym ją zobaczył tam, 
w olszynie, z tymi włosami rozwianymi, nie mogłem wytrzymać. Jaka cudna 
dziewczyna! — Przymykał oczy i przywoływał jej obraz, lubował się nim, 
przypominał sobie każdy jej ruch, każdą zmianę w twarzy, każdą nutę jej 
głosu, słyszał śmiech, czuł zapach zdrowia i czystości od niej bijący. I po 
chwili mówił sobie, że ją wkrótce — za rok, za dwa — zabierze kto inny, jakiś 
młokos bogaty. Zabierze jak swoją, a ona mu odda serce, to poczciwe serce, 
proste i kochające, odda mu ciało swe, odda młodość i myśli wszystkie, i życie 
całe. I że na to nie ma rady żadnej, że patrzeć na to będzie musiał z 
założonymi rękami, bo głową muru nie przebije, gwiazdy z nieba nie dostanie, 
partią odpowiednią dla niej nie będzie nigdy, choćby nie wiem jak pracował. 
A nawet, że śmiesznie jest — wprost komicznie — chociażby w myśli siebie 
przy niej stawiać. Że tacy jak on — skazańcy — nie mają praw już nie tylko do 
ładnych i bogatych panien z dobrego domu, ale do żadnej własnej, swojej 
kobiety. Że dom i żona to zbytek dostępny tylko dla tych, którzy mają o co 
ręce zaczepić, a przynajmniej nie mają starej, zapracowanej ciotki, ani długów 
ojcowskich do spłacenia. Że tacy jak on są po prostu szaleni, gdy podnoszą 
oczy ku dziewczętom pięknym i czystym, bo dla nich są dziewczyny z ulicy i 
szansonistki — i tam, w ich gronie, mają szukać zaspokojenia głodu 
sercowego, który ich szarpie. 
 — Tamte dla mnie, tamte — powtarzał. 
 — A od tej wara nawet myślom moim. — Ogarniało go znowu 
zniechęcenie do życia, obawa i zmęczenie, uczucie dobrze mu znane z 
dawnych lat. A że były one nienowe, więc umiał z nimi walczyć, umiał szukać 
na nie ratunku w przywiązaniu do ciotki, w poczuciu obowiązku, a przede 
wszystkim w swej męskiej dumie. — Przecież nikt o tym nie wie — pocieszał 
się — i nikt nie może się dowiedzieć. Wszak tyle mam panowania nad sobą, 
aby się nie zdradzić i nie być śmiesznym. Odjadę wkrótce na drugi koniec 
świata, ona pójdzie za mąż i sprawa będzie skończona. 
Pod wieczór przyjechały panie Halickie. Już od paru godzin Zosia 
biegała od okna do okna, niecierpliwiła się i czyniła różne złowrogie 
przypuszczenia. Zadręczała Werusie wymyślając coraz to nowe urządzenia w 
pokoju matki. Niezapominajki ułożone na talerzach z wigotną ziemią 
przestawiała ciągle z miejsca na miejsce, a pannie Borsakównie póty 
dokuczała o czysty obrus do wieczerzy, aż otrzymała, czego chciała, pomimo 
że to była dopiero środa i dawniejszy powinien był służyć aż do niedzieli. W 
całym domu słychać było jej krzątanie się i niepokój, aż marszałkowa, 
zawoławszy ją do swego pokoju, kazała usiąść przy sobie. 
 — Kochanie moje, i cóż pomoże takie latanie? — rzekła. 
 — Ach, babuniu, kiedy ja nie mogę — i, schowawszy głowę na kolanach 
staruszki, zaczęła powtarzać: 
 — Co to będzie, babuniu, co to będzie! 
Marszałkowa zrozumiała snadź, co się trzepotało w sercu dziewczyny, 
jakie niepokoje i przeczucia nieuchwytne nią miotały, może sama doznawała 
również pewnej obawy przed tym jutrem, które musiało być inne od dzisiaj. 
Położyła więc rękę zestarzałą na jasnej głowie Zosi i rzekła: 
 — Będzie, co Bóg da, kochanie moje, a wszystko, co da, przyjmiemy 
wdzięcznie. 
 — Tak, babuniu, ale... 
Turkot przerwał jej mowę. Tym razem był to turkot prawdziwy — i ze 
wszystkich kątów zaczęli się wysuwać domownicy na powitanie gości. Zosia 
była pierwsza u szklanych drzwi ganku, drżąc z niecierpliwości. Ale gdy powóz 
zajechał, napadła na nią dziwna jakaś nieśmiałość — i stała za babunią, 
trzymając się jej sukni, nieruchoma, zaczerwieniona, ze łzami w oczach, nie 
wiedząc, jak się przywitać. 
Aż pani Alina otworzyła ramiona i objęła córkę całując ją i powtarzając 
głosem wzruszonym: 
 — Moja Zosieńka, moja kochana córeczka, nareszcie, nareszcie 
jesteśmy razem. 
I odsunąwszy się trochę, patrzyła na nią rozrzewniona. 
 — Ależ wyrosłaś, wypiękniałaś — mówiła. — Już panienka z ciebie! Ani 
przypuszczałam, że mam już taką dużą córkę. 
 — Vois done Therese Leonie, co za śliczną masz siostrę. 
I zwróciwszy się znowu do pani marszałkowej, do rąk jej się schyliła. 
 — Kochanej mamie tyle zawdzięczam i doprawdy, nie wiem, jak 
dziękować za opiekę nad Zosią. A jakże zdrowie? Kaszel? Już tak tęskniłam do 
powrotu, tak marzyłam o tej chwili! Liczyłam dni i godziny, kiedy kochaną 
mamę i ojca, i Zosię, i wszystkich bliskich, ukochanych, znowu zobaczę... Na 
koniec Pan Bóg pozwolił, jesteśmy razem. 
Marszałkowa nie odpowiadała, spokojnie czekając końca przemowy. 
Pogładziła synową po czole i uśmiechnęła się do niej. Marszałek zachwycał się 
jej wyglądem: 
 — Jak róża wyglądasz — mówił. — Młodniejesz z każdym rokiem. Ot, 
zagranica... włoskie niebo... 
 — Ale i ojciec poprawił się od mojej bytności. 
 — At, co tam o mnie gadać! Grat stary. Mnie już nie ma, ja już nie z 
tego świata. Jestem już od dawna mort et enterre". 
Wtem nadeszła Ania i posypały się nowe uściśnienia, zapytania, uwagi. 
Aż wreszcie panie, zdjąwszy okrycia i kapelusze, zostały zaprowadzone do 
salonu i posadzone oficjalnie na kanapie. 
Siedząc naprzeciw matki i siostry, Zosia pilnie się w nie wpatrywała. Te 
kobiety, najbliższe na świecie, wydawały się jednak w tym domowym 
otoczeniu jakby z innej sfery. Było coś nieswojego w ich powierzchowności, w 
ich ubraniu, w ich wyrażaniu się, nawet w akcencie ich polskiej mowy, która 
była jednak poprawna i płynna. 
Pani Antoniowa była niegdyś bardzo ładna, a i dziś jeszcze, pomimo 
zbliżającej się pięćdziesiątki, cera jej była świeża i rumiana, niebieskie oczy 
świeciły jasno, zmarszczek prawie nie miała. Tylko figura, niegdyś wysmukła, 
zaokrągliła się i włosy, dawniej jasne jak len, świeciły dziś srebrnymi 
pasmami. Ale doskonale skrojony żakiecik maskował niedostatki figury, a 
włosy, chociaż gładziutko uczesane nad czołem, były z tyłu spięte w tak 
zgrabny węzeł, że stanowiły jeszcze niemałą ozdobę. Ubrana była zupełnie 
czarno, w lekką, angielskiego kroju suknię — i tylko biały kołnierzyk i 
mankieciki ozdabiały strój poważny, żałobny prawie, ale niezmiernie 
wykwintny. Wykwintna też i prawdziwie piękna była ręka, co się wysuwała 
spod białego mankietu, niezmiernie starannie utrzymana, o długich palcach, 
zakończonych paznokciami różowymi jak listki kwiatu, a świecącymi jak 
drogie kamienie, o arystokratycznym kształcie, miękka i biała; błyszczała 
kilku pierścionkami brylantowymi, a spod mankietu, na złotej obręczy, 
wyglądał czasami i rzucał ognie wielki rubin. Był to zresztą jedyny klejnot, jaki 
miała na sobie. Siedząca obok niej Teresa Leonia, wielki z matka stanowiła 
kontrast. Pomimo lat zaledwie dwudziestu wyglądała poważniej, rozsądniej, 
spokojniej od pięknej jeszcze i ożywionej pani Antoniowej. Była nieładna, 
bardzo drobna i szczupła, ale posiadała te same co matka cechy dystynkcji i 
wykwintu. A w jej surowo zamkniętych ustach, w jej prosto patrzących oczach 
i na czole wydatnym, nisko zarosłym płowymi włosami, malowała się 
stanowczość, silna wola — upór może nawet. Mówiła mało, głosem 
przyciszonym, ale dobitnie i zwięźle, bez żadnych gestów zbytecznych, ręce 
trzymając złożone na kolanach. Czasem spuszczała oczy i przez chwilę 
zdawała się skupiać w jakiejś wewnętrznej myśli — jakby w swym sercu 
szukała czegoś lub kogoś. Ale to trwało króciutko — zaraz podnosiła głowę i 
uśmiechem lub spojrzeniem brała znowu udział w rozmowie. 
Pani Alina pytała o krewnych, o znajomych. Widać było, że starała się 
zająć tym, co się przez ostatnie dwa lata tu działo. 
 — A kochana mama często ma wiadomości od Józefostwa? 
 — Onedgaj pisał Józef. On regularnie co dwa tygodnie pisuje. Wielką 
mają stratę — w fabryce, w tartaku. Pękł kocioł i cała maszyna na nic. 
 — Jakże ich synowie? 
 — Wiesz przecie, że Julek ożenił się? Bardzo zdaje się, porządną osobę 
wziął z Korony, Bujelewska. Byli tu podczas Wielkiej Nocy. I niebiedna — 
jedynaczka, więc z czasem i majątek na nią spadnie. Józefowie bardzo radzi. 
 — Kobietka jak cukierek — wtrącił marszałek. 
 — A Andzia? — spytała pani Alina. — Szczęśliwa? Gdzież oni są teraz? 
 — Szczęśliwa. Dobrego ma człowieka. Tylko daleko bardzo, gdzieś aż za 
Moskwą. Kolej tam budują. 
 — Tak daleko! Czemuż on tu gdzieś bliżej nie weźmie sobie miejsca? 
Andzi smutno musi być daleko od swoich, może i od kościoła. 
 — Towarzystwo ma tam jakieś wśród inżynierów — rzekł marszałek. 
 — Gdzie to teraz nie ma naszych! Rozlecieliśmy się po świecie jak stado 
wróbli. 
 — Jak była panną, to się nabawiła dosyć, kochanie moje. Józefowa co 
roku gdzieś z nią, bywało, wyjeżdżała na karnawał. Miała i konkurentów 
kilku, mogła wybierać. 
 — Ale ona też zupełnie zadowolona ze swojego losu — odezwała się 
Ania 
 — pisała do mnie niedawno, bo my pisujemy czasami do siebie, że me 
przypuszczała nawet, że tak będzie szczęśliwa. Tęskni czasem, ale tylko wtedy, 
gdy męża nie ma w domu. A jak wróci, czuje się potrzebna i tęsknić przestaje. 
 — Tak być powinno — rzekła babunia. — Raz za mąż poszłaś, to cala do 
męża należysz i do dzieci, a tęsknić do swoich nie ma czego. 
 — Ale, babuniu! — zaczęła Zosia. — Swoi zawsze najbliżsi... 
Zaczerwieniła się i urwała, bo przyszło jej na myśl, że najbliżsi bywają 
czasem tak dalecy i obcy! A stryj zaczął żartować: 
 — At, zobaczysz, przyjdzie „miesiąclizun", to ani się obejrzysz za 
swoimi. Zjawi się chłopiec i poprosi ładnie, to i polecisz za nim, choć na 
koniec świata. 
 — Co stryjcio mówi!... Stryj zawsze... 
Ale stryj zaśmiał się głośno. Babunia uśmiechała się, kiwając głową. Na 
ustach pani Aliny ukazał się wyraz niesmaku, jakiś grymas niezadowolenia z 
pospolitości żartów stryjowskich. Teresa Leonia zaś spuściła oczy i chwilę 
pozostała w skupieniu, oderwana od rzeczywistości, nieobecna, daleka od 
wszystkiego, co ją otaczało. 
Po chwili ozwała się pani Alina: 
 — Byleby iść za głosem Bożym i wedle Jego natchnienia postępować! 
On do każdego z nas przemawia II frappe a tous les coeurs. Chodzi tylko o to, 
aby głos ten usłyszeć i pójść za nim. 
Zamilkła i czas jakiś trwała cisza. Marszałek pokiwał głową z uznaniem 
dla jej słów. Pan Adam zapalił papierosa i otoczył się kłębem dymu. Zosia 
kręciła w palcach wstążkę od warkocza i myślała: — Jak ta mama ładnie 
mówi, tak jakoś inaczej od nas wszystkich. Już to pewnie Ania i ja wydajemy 
się jej bardzo proste i niewykształcone. 
Pani Alina poprawiła na ręku złotą obręcz z rubinem, spojrzała na 
paznokcie, a dostrzegłszy na jednym skazę, leciutko rękawiczką zaczęła ja 
szlifować. Marszałkowa zaś rzekła, wracając myślą do Józefostwa: 
 — Ot, biedę mają z Olesiem. Nie chce się uczyć. I w tym roku zerwał się 
z zakładu — nie zdał egzaminów — i cały rok stracony. 
 — To ten łotr Wacio ma na niego najgorszy wpływ. 
 — Wacio? A cóż on? 
 — Ach, lepiej o nim nie wspominać — odparła marszałkowa i 
westchnęła. — To szubrawiec. Wstyd dla całej rodziny. 
 — Zgubiony człowiek! — dodał pan Adam. 
Zosia spod oka spojrzała na Anię. Siedziała spokojnie ze złożonymi na 
kolanach rękami, tylko bladość ogromna pokrywała jej twarz i powieki drgały 
nerwowo. 
 — Biedactwo — pomyślała Zosia. — Ona go jednak bardzo kochała. 
 — Próbowali z nim na różne sposoby — rzekła po chwili marszałkowa 
 — i w domu trzymali, i dawali zajęcia różne. Cóż, kiedy nie chce żadnej 
pracy. Tylko hulać i hulać. 
 — Gdzie się nie poruszy, długów narobi, awantur, Bóg wie co! 
 — Gdzież on jest teraz? 
 — Zdaje się, że gdzieś za granicą, ale nikt dobrze nie wie. 
 — Już to w naszym rodzie — rzekł marszałek — to tak: jak Halicki 
porządny, to porządny. Ale jak uda się łotr albo niedołęga — to kłaniam się 
uniżenie! 
Podano wieczerzę i towarzystwo przeszło do jadalnego pokoju. 
W sali czekał już rządca, pan Huniewicz, młody chłopak, opalony i 
piegowaty, z ogromnymi czerwonymi rękami, które wysuwały się spod 
przykrótkich rękawów płóciennego surducika. 
Pan Adam przyjaźnie wziął go pod ramię i przedstawił wchodzącym 
paniom. Te skłoniły głowy, on mocno szurnął nogami i wszyscy usiedli do 
stołu. 
 — A kochana mama nie je? — spytała pani Antoniowa, widząc, że 
Grzegorz od niej samej zaczyna podawanie półmiska. 
 — Nie, kochanie moje. Wieczerzy już nie jem od lat kilku. Staremu im 
mniej, tym lepiej. Pan Bóg wie, co robi, bo jak zaczyna człowiekowi jedzenie 
szkodzić, to mu zęby odbiera. Ja i podczas obiadu to tyle, że pokosztuję mięsa, 
a tak, zupy zjem — i dosyć. 
I pani marszałkowa nalała sobie herbaty ze stojącego obok samowara. 
Pan Adam rozpoczął z Huniewiczem jakąś gospodarską rozmowę. 
Zosia nie mogła jeszcze otrząsnąć się ze swego onieśmielenia. Chciała 
przemówić do siedzącej obok Teresy Leonii, ale nie wiedziała, od czego 
zacząć. Wreszcie, zdobywając się na odwagę, wykrztusiła pytanie: 
 — Pewnie bardzo rada jesteś z powrotu do domu? 
Mówiąc to czuła, że pytanie jest niedorzeczne i że Terenia szczerze na 
nie nie odpowie. Ale ona zwróciła ku Zosi swój jasny, trochę przymglony 
wzrok i odparła cichym, ale wyraźnym głosem: 
 — Jestem rada, gdyż pewnie będzie to mój ostatni tu pobyt. 
 — Ostatni?... 
 — Tak. Wiesz przecie, że wstępuję do zakonu. 
Do zakonu! Tak, wiedziała o tym od dawna, ale zdawało jej się, że to 
rzecz daleka — mglisty projekt. Nie, to była prawda — i nic się nie zmieniło w 
jej zamiarach. Wstępowała do zakonu. 
Zosia spuściła głowę nad talerzem, a i Teresa Leonia nie miała widać 
ochoty przedłużać tej rozmowy, bo rzekła: 
 — O tym pomówimy obszerniej. 
 — Boże! — myślała Zosia. — To jednak okropne! Dobrowolnie wyrzec 
się wszystkiego, co się kocha. Jak ona może! 'Wstępuje do klasztoru — i 
ostatni raz tu przyjeżdża. Już nigdy nie zobaczy Haliniszek i Białego Dworu, 
nie uklęknie w naszym parafialnym kościele, nie usłyszy naszych śpiewów i 
naszej mowy, nigdy już nie zasiądzie do rodzinnego stołu i nie zakosztuje tego 
ciemnego chleba. Nigdy już nie spojrzy w twarz ukochanej babuni, nie 
poczuje jej ręki na swej głowie. 
Zosia objęła wzrokiem drobną postać marszałkowej. Siedziała przy 
samowarze przed całą baterią szklanek i filiżanek, trochę przysłonięta parą, 
która unosiła się nad jej głową, surowa, pełna powagi i jakiegoś nieziemskiego 
spokoju. Wszyscy wokoło ruszali się, mówili, jedli, a ona jedna siedziała 
milcząca, nieruchoma, jak obraz domowego bóstwa, które w sobie skupiało 
ducha całej rodziny, które trwało wiecznie, niezmiennie wśród zmian 
wszelkich, zawsze obecne, zawsze dobroczynne, zawsze ożywiające. I nagle 
zdało się Zosi, że wszystko wokoło jest niestałe i znikome, zmienne jak fale na 
jeziorze. Tylko ta babunia ukochana, ze swą poważną twarzą matki i pani, 
zmienić się nie może, musi trwać wiecznie. Ona uosabia duszę tego domu. — 
Jak ona może dobrowolnie pozbawiać się takiej babuni! — rzekła sobie w 
duchu, znowu zwracając myśl ku siostrze. W tej chwili przypomniała sobie 
poranną rozmowę z Anią i ogarnął ją niepokój. — Co ona myśli? Czy takie 
obcowanie z Terenią nie wpłynie źle na nią, nie zachęci jej? Przecież i ona 
także mówiła o porzuceniu wszystkiego. I z obawą spojrzała w jej stronę, ale 
twarz Ani była zupełnie spokojna i zdawało się, że słucha uważnie rozmowy 
pani Antoniowej z marszałkiem i z panem Adamem. Opowiadała ona głośno, 
tak, żeby i pan Adam mógł usłyszeć, o plantacjach eukaliptusów pod 
Rzymem. Ojcowie trapiści osiedli tam w najbardziej niezdrowej okolicy, na 
bagnistym gruncie, gdzie panowała dawniej nieubłagana malaria, i zasadzili 
gaje eukaliptusów. Drzewo to strzeże od febry, więc z jego liści wyrabiają 
pyszne likiery i sprzedają. Doskonałe są, nadzwyczaj smaczne i doprawdy, to 
jedyne lekarstwo na febrę. 
 — Lepsze od naszego wiśniaku? — spytał pan Adam. Pani Antoniowa 
uśmiechnęła się pobłażliwie: 
 — Tu wcale nie umieją robić likierów — odparła. 
 — Przebacz, bratowo, ale nie uwierzę. Mój wiśniak, jak się uda którego 
roku, to takiego i w Paryżu, i u swoich trapistów nawet nie znajdziesz. 
Pani Antoniowa nie zaprzeczyła. Grzecznie wycofała się z dyskusji, a 
pan Adam mówił dalej: 
 — Bo ja mam sekret. Nauczył mnie tego stary proboszcz Borysowicki, 
pamięta ojciec? Lubił mnie bardzo, więc raz mówi do mnie: Zapisałbym tobie 
cokolwiek, ale niewiele mam, a i to do synowca przejdzie i na kleryków. Więc 
tobie powierzę sekret, jak sprawiedliwy wiśniak robić... 
Wtem weszła do pokoju Werusia, trochę zalękniona, że przed 
zagranicznymi paniami wypada jej stanąć, i prędko zatrzepała: 
 — Jakiści człowiek jest do pani przyszedłszy, i gospodyni czeka. Pani 
marszałkowa wstała natychmiast i poszła, a tymczasem skończono drugą 
potrawę i Zosia zabrała się do nalewania herbaty. 
Rozmowa ciągnęła się leniwie, zahaczając o bieżące sprawy. Ania 
starała się ciocię zabawiać. Pan Adam znowu zwrócił się do Huniewicza z 
jakimś zapytaniem — i znowu omawiano kwestie gospodarcze. 
Chwilową dywersję zrobiło wejście pana Napoleona Szrotta, który się 
rzucił do ucałowania rąk pani Antoniowej, a zarazem tłumaczył opóźnienie 
swe przeróżnymi powodami, opowiadał o przejażdżce do Białogóry, 
zachwycał się ślicznym wyglądem przybyłych, a wreszcie usiadł na swoim 
miejscu i szeroko się rozparł. Skrzywił się z niezadowoleniem na pieczyste, 
które już ostygło i odsunął salaterkę z sałatą, mrucząc: 
 — Mogliby pamiętać, że nie jem ze śmietaną. 
Ale w tejże chwili rozjaśnił twarz i uśmiechnął się, bo pani Alina 
spytała go o żonę. 
 — Żyje od biedy, żyje — odparł. — At, nieszczęśliwa kobieta! — dodał, 
nabierając na talerz porcję wzgardzonej przed chwilą sałaty. — Biedne to, 
sterane życiem, a ciche, a potulne, a słodkie — powiadam państwu, wyjątkowa 
kobieta! szczerze mówię, wyjątkowa! 
Nikt nie zaprzeczał ani nie potakiwał. Więc pan Szrott, okrawując 
skrzydełko od kurczęcia, mówił dalej. 
 — Bo czy to inna zniosłaby spokojnie taką przemianę losu? Z 
dostatków, z wygód — szczerze mówię, pańskich — z własnego domu, teraz 
zeszła na nędzarkę — nie przesadzam, na nędzarkę. 
 — Wszak mieszka u krewnych? 
 — Tak, u krewnych. Ale czy to miło tak siąść choćby krewnym na 
karku, z dziećmi — sama chora, osłabiona, czy to miło? A ona nic — ani się 
poskarży — ani się skrzywi — wyjątkowa kobieta. 
Umilkł. Pani Antoniowa ze współczuciem westchnęła. A pan Adam, 
który nadsłuchiwał i domyślał się, o czym była mowa, machnął ręką w 
milczeniu i zapalił papierosa. 
Znowu rozmowa się urwała. Czuli wszyscy, że jakoś nie idzie. W 
półcieniu wielkiej sali paliły się żółte płomyki świec. Mrok i nuda zdawały się 
wyglądać z każdego kąta. Ania, najwrażliwsza ze wszystkich, czuła już bolesne 
strzykania w skroniach. Zosia wpadała w coraz gorszą nieśmiałość. 
Nagle pan Huniewicz przypomniał coś sobie. 
 — Aha — rzekł — zapomniałem państwu powiedzieć, toż Tomek 
Hurwicz Granuliszki sprzedał. 
Wszyscy się poruszyli. 
 — Co pan mówisz! — zawołał pan Adam. 
 — A tak — sprzedał. Dziś widziałem ekonoma stamtąd — starego 
Jaksztę — mówił, że wczoraj w Wilnie odbyła się licytacja — kupił jakiś 
mularz czy kowal. 
Wtem z przeciwnej strony stołu, gdzie siedział marszałek, ozwał się jęk 
tak bolesny, tak rozpaczliwy, że oczy wszystkich zwróciły się ku niemu. 
Staruszek rękami chwycił się za głowę, i powtarzał jedno tylko: Ach, Boże! 
ach, Boże! A potem zerwał się, rzucił na stół serwetę — i wyszedł z pokoju. 
Pozostali spojrzeli po sobie. 
 — Ojciec tak zawsze... jak coś posłyszy — tłumaczył pan Adam 
zdziwionej bratowej. 
 — Więc ta sprzedaż tak go wzruszyła? Vraiment? 
 — A tak — on nie może przywyknąć... 
Pani Alina nie zrozumiała, ale uważała za stosowne zamilknąć. I przez 
chwilę trwała cisza, i troska osiadła na wszystkich czołach. Ale wiedzieli, że w 
takich razach należy marszałka zostawić samego — więc się nikt nie ruszył — i 
pan Huniewicz dalej mówił: 
 — Licytację zaczęli od osiemdziesięciu tysięcy, ale podpędzili do stu 
pięciu. I z tego jemu — Hurwiczowi — nic się nie dostanie, wszystko 
wierzyciele zabiorą. Jakoby chwalił się, że całego funduszu ma teraz rubel i 
dwadzieścia kopiejek. 
Pan Adam rzekł: 
 — No, prędko się załatwił! A taki piękny mająłek! Marszałkowa, która 
wróciła na swe miejsce, zmartwiła się też tą wiadomością. 
 — To błazen! — rzekła z oburzeniem. — A pamiętam, ojciec jego, sędzia, 
porządny był człowiek, pracowity, akuratny, skąpy nawet. Dobrze, że tego nie 
dożył. 
 — Ależ to szkoda, taki majątek! — westchnął pan Adam. 
Pan Szrott, smarując bułkę grubą warstwą masła, westchnął i rzekł: 
 — Oj, młodzież teraźniejsza ani zasad, ani hartu, ani szlachetności 
uczuć... Tylko używanie i używanie! O, za moich czasów nie tak bywało! Nam 
przyświecała idea — my gotowi byliśmy wszystko poświęcić na ołtarzu idei. 
Nas nie oskarży historia o sobkostwo, o egoizm... 
 — Dzisiejszą młodzież — zaczęła pani Alina — to trochę tłumaczy, że 
wychowanie, jakie otrzymuje, jest zupełnie bezwyznaniowe. Dawniej były 
szkoły zakonne — uczono religii, wszczepiano zasady, des principes religieux, 
a teraz szkoły takie okropne! 
Po wieczerzy posiedzenie w salonie było niezbyt ożywione. Marszałek, 
już spokojny, grał przy bocznym stoliku w szachy z panem Szrottem. Pan 
Adam wyciągnął z szuflady talię kart i zaczął kłaść pasjansa. A obok siedząca 
pani marszałkowa, chociaż jednym uchem słuchała rozmowy i odpowiadała 
na pytania synowej, wciąż zwracała się do syna z uwagami: 
 — A czy nie lepiej tę dyskę położyć tu, na treflowej newce, jak myślisz? 
Oj, kochanie moje, jeszcze z tym waletem lepiej poczekać! Ot i as — no, teraz 
już wyjdzie... 
Ania i Zosia zajęte były robótkami. 
Wreszcie wybiła godzina dziesiąta i pani marszałkowa wstała, mówiąc: 
 — Pora już wam iść spać po podróży. Zosiu, odprowadzisz. 
Powiedziano sobie dobranoc, a pan Adam, całując rękę bratowej, rzekł: 
 — Pomówimy jutro o interesach. 
 — I owszem — odparła pani Antoniowa — i my mamy wiele do 
powiedzenia. Są rzeczy... zaszły różne takie rzeczy... że musimy serio o nich 
pomówić... 
Pan Adam zrobił na wpół zaciekawioną, na wpół usłużną minę, ale 
rzekł tylko: 
 — Służę bratowej. 
Tego wieczoru obie panienki długo nie mogły zasnąć. 
Ania, otulona kołdrą, rozmyślała, czyby nie dobrze było poszukać rady 
w swej wewnętrznej rozterce u tych świętych dusz — zwłaszcza u Teresy 
Leonii. 
Zosia leżała zapatrzona w gwiazdy, co przez okno świeciły, i myślała, że 
jednak w życiu bywają dziwne komplikacje i że czasem radości od smutku 
rozróżnić nie można. 
Tak zwany pokój babuni była to komnata duża, słoneczna, a 
umeblowana nadzwyczaj skromnie. 
Tam zawsze podawano poobiednią herbatę. Tace z imbrykami 
stawiano na okrągłym stole przed kanapą. Przy nim zasiadały panienki; niby 
to były zajęte robótką, ale ciągle ją przerywały, aby się odciąć stryjowi, albo 
żeby sięgnąć do „talerzyka". Talerzyk ów był zawsze pełny doskonałych 
domowych przysmaków. Były tam pierniki z żytniej mąki i pierniczki z 
kordymonią, makaroniki i orzechy w cukrze smażone i tłuczeńce doskonałe, i 
makowniki, i skórki pomarańczowe, chleb marcowy, ser jabłeczny i 
marmoladki, śliwki suszone z kminkiem i pyszne, nad wszystko ulubione, 
cukierki śmietankowe. 
Zwykle po półgodzinnym posiedzeniu pan Adam wracał do swego 
gospodarstwa, marszałek szedł na poobiednią drzemkę do swej kancelarii, 
panienki wracały do różnych swych zajęć, a babunia wkładała okulary i 
zabierała się do czytania gazet i miesięczników. Cisza zalegała dom cały, tylko 
zegar w stołowym pokoju wybijał godziny i papier szeleścił w rękach babuni. 
Ale dziś jakieś skrępowanie czuć było w towarzystwie — coś, co 
zapowiadało poważną, a może i niemiłą rozmowę. Wisiała w powietrzu jakaś 
zmora, którą wszyscy czuć musieli, bo twarze były nieśmiałe i jakby znudzone. 
Po odejściu marszałka i panienek pan Adam wyjął z kieszeni paczkę papierów 
i zwrócił się do pani Aliny: 
 — Trzeba nam z bratową pogadać o interesach. Ona poruszyła się żywo 
na kanapie. 
 — I owszem — rzekła — i owszem. I ja też chciałam z mamą pomówić i 
z Adasiem o bardzo ważnych rzeczach. Ach, tak — bardzo ważnych. Chodzi tu 
o całą przyszłość naszą — córek moich... i moją. 
Pani marszałkowa zwróciła oczy ku synowej z wyrazem ciekawości, a 
zarazem i pewnej obawy. 
Pan Adam rękę założył za ucho i pochylił się naprzód, aby ani słówka 
nie uronić, ale i na jego twarzy malowała się jakaś niepewność czy troska. 
 — Jeżeli tak — rzekł — to rachunki z Białego Dworu mogą poczekać. 
Niech bratowa naprzód powie, co ma do powiedzenia. 
Pani Antoniowa spojrzała na Teresę Leonię, która siedziała 
nieruchoma, jakby chcąc od niej zaczerpnąć odwagi, i zaczęła mówić: 
 — Nie pisałam wyraźnie o naszym postanowieniu, bo o tych rzeczach 
zawsze lepiej pomówić de vive voix, wszystko wypowiedzieć... Zresztą, pewna 
jestem, że kochana mama, taka wierząca, taka religijna... 
Tu schyliła się do rąk pani marszałkowej. 
 — Więc cóż, kochanie moje? — spytała staruszka. 
 — Pewna jestem, że kochana mama nas zrozumie i nawet może 
pochwali. I Adaś także, chociaż mężczyzna, ale ma dość głębokie religijne 
uczucia, aby nas zrozumieć. Wszak prawda? 
 — Ale o cóż chodzi? — spytał pan Adam. 
 — Zaraz... zaraz. Jestem pewna, że jak tylko kochana mama i Adaś 
mnie wysłuchają, to pochwalą i dopomogą do spełnienia wielkiego dzieła, 
które Pan Bóg nam powierzył — do spełnienia ofiary, której od nas wymaga. 
Tak, bo to jest ofiara... un sacrifice immense! 
Zamilkła na chwilę i poprawiła zsuwającą się złotą obręcz z rubinem, 
spojrzała na błyszczące paznokcie i dalej mówiła: 
 — Nasz święty Kościół katolicki znajduje się tera w nadzwyczajnie 
ciężkich czasach, ze wszystkich stron, i wewnątrz, i zewnątrz, szarpany jest 
przez nieprzyjaciół i przez własne swe dzieci. Niewiara, socjalizm, masonerią, 
materializm, wolnomyślność, mon Dieu, que saisjc! Tylu strasznych wrogów 
powstaje przeciwko tej świętej matce naszej! Otóż dzisiaj obowiązkiem 
wszystkich wiernych jest więcej niż kiedykolwiek garnąć się pod skrzydła Ojca 
Świętego, bronić go od napaści, życie swe poświęcać za niego i wszelkich sił 
używać, aby rozpowszechniać miłość dla Kościoła i dla tej stolicy Piotrowej, 
naszej wspólnej matki i opiekunki. N'est ce pas? — to nasz pierwszy 
obowiązek. Każdy katolik tak czuć powinien. 
Pani Alina odetchnęła i spojrzała na marszałkową i na pana Adama. 
Oni siedzieli milcząc, słuchali bardzo uważnie, ale na ich twarzach nie 
malowało się jeszcze ani uniesienie, ani przekonanie. Więc mówiła dalej, 
starając się dobitniej jeszcze i silniej przemówić do ich uczuć: 
 — My szczególniej, Polacy, jesteśmy dłużnikami stolicy świętej. Nikt 
tyle co my nie winien jej wdzięczności i czci. Czymże byliśmy, dopóki nas nie 
przygarnęła? K to z nas zrobił wielki naród, słynący niegdyś w świecie całym? 
Kto nas oświecił? Z czyjej łaski kwitły niegdyś w Polsce nauki, przemysł, 
bogactwa?... I tylu mieliśmy świętych, i tylu królów mądrych, i taką czystą, 
taką piękną historię! Kościół katolicki zrobił z nas tę sławną i groźną dla 
niewiernych siłę. Jemu wdzięczność wieczną winniśmy. 
Pan Adam poruszył się na fotelu i rzekł: 
 — Dobrze, to historyczna teoria. Bardzo pięknie. O cóż chodzi w 
praktyce? 
Pani Alina spuściła oczy, jakby się skupiała w sobie, i odrzekła głosem 
cichym, lecz stanowczym: 
 — Postanowiłyśmy obie z z Therese Leonie fundować zakon polski, 
który by walczył wszędzie i zawsze za Kościół święty i dawał mu świadectwo 
wierności narodu naszego. 
Umilkła. I nastała cisza. 
Pani marszałkową i pan Adam spojrzeli po sobie, ale nie rzekli ani 
słowa. Wyraźna troska wystąpiła na ich czoła i głowy pochyliły się niżej. Pan 
Adam leciuchno przebierał palcami po stole. Teresa Leonia siedziała wciąż 
nieruchoma i milcząca. 
Wreszcie pani Antoniowa znowu głos zabrała: 
 — Powinnam jaśniej wytłumaczyć się przed kochaną mamą i przed 
Adasiem. Proszę nie myśleć, że postanowienie to zrobiłyśmy lekkomyślnie. 
Nie, w tym wyraźny jest palec Boży. Długo i ja badałam swoje serce, w 
modlitwie i w sakramentach szukałam światła, radziłam się ludzi świętych i 
mądrych, walczyłam z sobą, nie mogłam się zdobyć na takie poświęcenie. 
Miłość kraju, rodziny, nawyknienia całego życia wstrzymywały mnie. Długo 
myślałam, że się łudzę, że Bóg takiej ofiary ode mnie nie wymaga... Ale 
wreszcie przekonałam się, że On tego chce... Tu ozwał się spokojny i wyraźny 
głos Teresy Leonii: 
 — Tak. Bóg nas wybrał do spełnienia tego dzieła. Wyraźnie tego od nas 
żąda, wskazuje nam drogę, którą iść mamy. Więc nie będziemy się opierały 
Jego świętej woli. 
 — A po czymże bratowa i Terenia poznajecie, że w tym postanowieniu 
jest wola Boska? — spytał pan Adam. 
 — Po czym? O, Bóg ma tysiączne sposoby przemawiania do duszy, 
która Mu się oddaje z ufnością! — zawołała pani Antoniowa. 
 — Ja miałam wyraźne objawienie — rzekła Teresa Leonia. 
 — Objawienie?! 
 — Kochanie moje — rzekła marszałkowa surowo — czy nie wyobrażasz 
sobie? Ostrożnie z tym, co się tyczy Boga. On byle komu nie zsyła objawień. 
Na twarz Teresy Leonii wystąpił gwałtowny rumieniec. Brwi jej zsunęły 
się gniewnie i jakieś ostre słowo zadrżało na jej ustach, ale powstrzymała się, 
spuściła oczy i po chwili rzekła: 
 — Wiem, że niegodna jestem łask Bożych, że jestem grzeszną i marną 
istotą, ale Bogu podoba się czasem wybrać słabe narzędzie dla dokonania 
wielkich dzieł swoich — i tym razem nie mylę się, Bóg mnie przeznacza na 
założycielkę nowego zakonu. 
Nastała cisza. Pan Adam pocierał swe stroskane czoło. Pani 
marszałkowa zapatrzyła się w dal widoczną przez okno — i westchnęła. Matka 
z córką znowu zamieniły spojrzenia i pani Alina zaczęła: 
 — Było to tak: Therese Leonie od czasu tej strasznej choroby, kiedy tak 
cudownie Matka Najświętsza przyszła jej na ratunek, postanowiła poświęcić 
się Bogu. Ja, ma się rozumieć, cierpiałam nad tym w głębi serca, bo jakaż 
matka by nie cierpiała, ale ani jednym słowem nie starałam się odwieść jej od 
tego. Milczałam i oddawałam Bogu w ofierze to najmilsze dziecię. Wtedy 
jeszcze dopełnić przysięgi nie mogła, z powodu zbyt młodych lat, więc 
tymczasem studiowała reguły zakonów istniejących, aby się na którykolwiek z 
nich zdecydować. Ale, dziwna rzecz, w każdym znajdowało się coś takiego, co 
nie przypadało do jej usposobienia. Więc wahała się ciągle i nie wiedziała, co 
począć, i była tym udręczona bardzo, bo czuła w duszy głos Pana wołający ją 
do siebie, a ona jeszcze się ociągała. Za poradą więc naszego spowiednika, 
kochanego ojca Maksa, postanowiła odbyć pielgrzymkę do siedmiu bazylik 
rzymskich. Jednego dnia, to było właśnie tej wiosny, wyszła od Świętego 
Piotra. Szła od jednej bazyliki do drugiej, coraz bardziej zmęczona, ale z coraz 
większą otuchą i wiarą, że Bóg nam wskaże drogę. Aż wróciwszy do Św. Piotra 
pod wieczór — panował już tam zmrok zupełny — zrobiło się jej tak słabo, że 
nie mogła utrzymać się na nogach. Uklękła przez Piętą Michała Anioła, tą 
cudowną Piętą, i pogrążyła się w modlitwie. A wtedy ujrzała najwyraźniej 
Pannę Najświętszą z sercem przebitym siedmiu mieczami, i usłyszała słowa: 
„Funduj zakon nowy na pamiątkę tych siedmiu mieczów". 
 — A w jakim języku były wypowiedziane te słowa? — spytał drwiąco 
pan Adam. 
Ale nikt nie odpowiedział na żart tak ordynarny i niesmaczny. Teresa 
Leonia siedziała nieporuszona, z twarzą rozjaśnioną wspomnieniem tej 
chwili, a pani Alina, po przerwie, mówiła dalej: 
 — Wróciła już dorożką do domu, bo nie miała sił iść dalej. Ja zaś przez 
cały ten dzień modliłam się także, i czułam, że i na mnie zstępuje łaska — że 
Bóg i mnie wzywa do połączenia się z nim przez śluby zakonne. Wyraźnie 
słyszałam głos mówiący: „Idź i ty!" Więc gdy Teresa Leonia wróciła, ja 
powiedziałam zaraz: I ja z tobą! 
 — Oto jest cała historia nasza — dodała pani Alina. — I doprawdy, któż 
może zaprzeczyć, że jest tu palec Boży? 
 — Kto by śmiał wątpić? — rzekła Teresa Leonia, podnosząc głowę 
ruchem pełnym stanowczości i energii. 
 — Więc postanowienie nasze zapadło. Dla większej jeszcze pewności 
prosiłyśmy o radę ojca Maksa i on w zupełności nas pochwala, ce cher pere! 
Przyrzekł zająć się wszelkimi formalnościami — a ojciec Stanisław Huniewicz 
układa regułę dla nas. Przed naszym wyjazdem już odbyliśmy kilka posiedzeń 
 — i długie były rozprawy. I zakon nasz ma nosić nazwę Zgromadzenia Sióstr 
Matki Boskiej Bolejącej, ponieważ taka, z sercem przebitym, raczyła ukazać 
się Teresie. 
Pani Antoniowa skończyła i spuściła oczy — a marszałkowa westchnęła 
głęboko i ciężko, i rzekła powoli: 
 — Kochanie moje, czy ty zastanowiłaś się nad tym, co robisz? Że 
Terenia chce wstąpić do klasztoru, to cóż robić? Swobodna jest — już w tym 
wieku, że może sobą rozporządzać — jeśli po namyśle widzi, że ma do tego 
skłonność, że nie pożałuje kiedyś młodości i życia — to niech idzie. Może w 
tym wola Boska! Ale ty, kochanie moje, nie masz prawa sobą rozporządzać, 
ot, tak — jak przyjdzie ochota. Masz obowiązki, masz majątek mężowski — 
masz drugą córkę. Cóż będzie z Zosią? 
 — Ona chyba do waszego klasztoru nie wstąpi — wtrącił pan Adam. 
Pani Antoniowa zawahała się. 
 — Z Zosią? — rzekła. — Ale Zosi tu doskonale, dzięki kochanej 
mamie... Zresztą ma osiemnaście lat, jest ładna, miła, pewnie wkrótce za mąż 
pójdzie. 
 — Pójdzie czy nie pójdzie, to Bogu wiadomo. Ale Zosia ma matkę i ma 
do niej prawo. Dlaczegóż ją skazywać na takie sieroctwo? Czemuż Zosia nie 
ma być przy tobie, kochanie moje, zanim wyjdzie za mąż? 
 — Przy mnie?... Zapewne... przy mnie... Owszem, kochana mamo, 
niczego bym tak nie pragnęła, jak mieć przy sobie to dziecko drogie, cette 
chere petite. Dotąd okoliczności zmuszały mnie do rozstania, ale to było 
bardzo i bardzo a contrecoeur. 
Pani Alina westchnęła i spojrzała na swoje paznokcie. 
 — Właśnie chciałam od dawna i tak tęskniłam do tej chwili, aby z 
kochaną mamą i Adasiem naradzić się, aby usłyszeć ich zdanie — Bóg nie 
tylko wymaga ode mnie ofiary życia całego, ale jeszcze każe walczyć z takimi 
trudnościami, nasuwa mi różne przeszkody, des difficultes sans nombre. Więc 
w takiej chwili potrzebuję poparcia bliskich osób. Proszę, radźcie mi, co mam 
robić? 
Patrzyła pytająco na staruszkę i na pana Adama, którego twarz 
pokrywała się coraz gęstszą chmurą. 
 — Chcesz bratowa posłyszeć moje zdanie? — rzekł nareszcie poważnie. 
 — Powiem to, co i mama. Terenia jest swobodna i ma prawo sobą 
rozporządzać. Szkoda, że dziewczyna młoda, zdrowa, dobrze, przypuszczam, 
wychowana z zasadami, z chęcią do dobrego, wreszcie z jakim takim 
funduszem porzuca kraj i obowiązki, jakie jej sam Pan Bóg tu naznaczył, 
wprawdzie nie przez jakieś objawienia, ale z natury rzeczy, i zamyka się gdzieś 
wśród obcych w klasztorze. No, ale każdy szuka szczęścia po swojemu. Mnie 
by się zdawało, że i Panu Bogu lepiej służy kobieta, gdy nie szuka objawionych 
powołań gdzieś za górami, a wyjdzie sobie za mąż, po prostu, ma dzieci, dom, 
rodzinę, gospodarstwo — pracuje dla swoich i na własnej ziemi... 
 — Przepraszam stryja — przerwała Teresa Leonia — ale ja za mąż nie 
pójdę, ani domu, ani dzieci, ani gospodarstwa mieć nie chcę — więc i 
wspominać nawet o tym nie warto. 
 — Nie, to nie. Gwałtem nie narzucam moich przekonań. Powtarzam, że 
wolna jesteś i możesz robić, co chcesz, bez niczyjej krzywdy. 
Przez usta Tereni przemknął ironiczny uśmiech, ale nie rzekła nic. 
 — Całkiem inna rzecz z bratową. Kto ma córkę, młodą dziewczynę 
potrzebującą opieki, ten nie ma prawa jej porzucać dla jakichś urojonych 
celów. Zosią trzeba się zająć — my tu z mamą tego zrobić nie możemy. 
 — A przy tym jest jeszcze jedna ważna kwestia. Wstępując do 
istniejącego zakonu wnosi się pewną sumę, kilka czy kilkanaście tysięcy, i 
rzecz skończona. Ale fundować zakon — to zupełnie inna sprawa. Trzeba mieć 
środki na utrzymanie nie tylko siebie, ale i wielu innych, i to przez 
nieokreślony czas. To rzecz kosztowna, zabawka dobra dla bogatych ludzi, ale 
nie dla zwyczajnej sobie szlachty i tam, gdzie już na majątku ciążą bardzo 
dotkliwe długi. Ciekawym, skąd bratowa myślisz wziąć fundusze na te 
wszystkie fundacje? 
 — Właśnie, mój stryju — odparła Teresa Leonia porozumiawszy się 
wzrokiem z matką — właśnie to jest kwestia, nad którą wspólnie zastanowić 
się musimy. Obliczałyśmy w Rzymie koszta całego urządzenia i one tak się 
przedstawiają: kupienie niewielkiego na początek domku, wraz z koniecznymi 
przeróbkami, około trzydziestu tysięcy rublii. Inne koszta, których zawsze 
trochę być musi, około dziesięciu tysięcy. Tak, że mieć musimy koniecznie 
zaraz przynajmniej czterdzieści tysięcy rubli. 
 — Mam przecie dom w Wilnie, kupiony na moje imię przez śp. Antosia 
 — wtrąciła pani Antoniowa. 
 — Dom zrujnowany, stary, daj Boże, żeby dali dwadzieścia tysięcy. Ale 
to wszystko początek, jak mówi Terenia, a dalej co, z czego żyć? 
 — Tu właśnie chodzi nam o radę kochanego stryja. Biały Dwór 
przynosi wprawdzie jakiś dochód, ale tak niewielki, że już teraz, nam we dwie, 
trudno było sobie poradzić nieraz — a naturalnie, utrzymanie całego 
zgromadzenia będzie kasztowniejsze od utrzymania dwóch osób skromnie 
żyjących. Więc gdyby to, co się mamie i mnie należy z Białego Dworu, nasze 
prawne części 
 — mieć w kapitale, toby procent był znacznie większy od dzisiejszego 
dochodu. 
 — I właśnie — wtrąciła pani Antoniowa — chciałam bardzo podczas 
naszej tu bytności sprawy te uregulować. Ty wiesz najlepiej, kochany Adasiu, 
jak to zrobić i jak rzecz całą ułożyć. Zosia zapewne wyjdzie za mąż, więc nawet 
dla jej losu lepiej byłoby wiedzieć, ile mieć będzie. A nam z Therese Leonie 
tym bardziej to potrzebne. Gdyby można było prędko dział przeprowadzić i 
wziąć to, co nam wypadnie... 
Pan Adam poruszył się niecierpliwie. 
 — Więc wam się zdaje — wybuchnął — że dział przeprowadzić w takich 
zawikłanych interesach jak białodworskie, zrealizować więcej dwóch trzecich 
majątku, to sobie ot taka łatwa rzecz jak papierosa zapalić. Co wam jest? 
Przyjechały, rozporządziły się, żeby pieniądze były, wpakowały do kieszeni — i 
skończona sprawa. Toż samo ocenienie takiego majątku zajmie już parę 
miesięcy. A skądże tam wziąć pieniędzy? W banku już od dawna założone, nic 
nie ma do sprzedania — a jeśliby i znalazło się co w lesie, to na to długo trzeba 
czekać. Ot, babskie rachunki! 
Pan Adam z irytacją wstał z krzesła i zaczął chodzić po pokoju. Ale pani 
Antoniowa łagodnie mówiła dalej: 
 — Toteż kochany Adasiu, przychodziła nam na myśl pewna 
kombinacja... 
Tu pani Alina spojrzała na córkę, a ta rzekła kończąc zdanie matki: 
 — Że może stryj Józef, który ma trzech synów, zechciałby nabyć od nas 
Biały Dwór, a wtedy cała suma podzieliłaby się na trzy części i byłoby dobrze. 
Pani marszałkowa, słuchająca dotąd w milczeniu, podniosła twarz, na 
której rysował się teraz wyraz niezwykłej surowości. 
 — Wszystko to, co chcecie zrobić — rzekła — jest głupie i złe. A pan 
Adam dodał: 
 — Józef Białego Dworu nie kupi, naprzód dlatego, że pieniędzy nie ma. 
Długą chwilę trwała cisza. Z podwórza dochodziły śpiewy wróbli na dachu, 
jakieś głosy oddalone, na oknie, w słońcu, brzęczały muchy. Osoby siedzące 
wokoło dużego stołu, na którym błyszczały szklanki i łyżeczki i porzucona 
leżała robota Zosi, miały wyraz zamyślenia i niesmaku na twarzach. Pani 
Alina bawiła się pierścionkami, ale silne wypieki na policzkach świadczyły o 
wewnętrznym wzburzeniu. Pan Adam, chodząc po pokoju, wypuszczał wielkie 
kłęby dymu z ust i targał swoje jasne wąsy. Marszałkowa zaś, z głową 
podniesioną, siedziała nieruchoma, surowa i spokojna. Siwe jej oczy, spod 
brwi krzaczastych, patrzyły prosto przed siebie, w jakąś dal niewidzialną, na 
czole wśród tylu zmarszczek żłobiła się jeszcze jedna głęboka bruzda. W tym 
domu, którego przez tyle lat była panią, zaczynały dziać się rzeczy niebywałe 
dotąd, jakieś nowe potęgi powstawały przeciw jej władzy. Więc podnosiła 
głowę i wytężała wzrok, aby dostrzec je i, jeśli czas jeszcze, przed nimi się 
uchronić. 
Pierwszy pan Adam zaczął mówić. Starał się być spokojny i powolnym 
głosem przedstawiał całą niepraktyczność, całą niemożliwość tych zamkirów. 
Mówił o mnóstwie istniejących zakonów, które powinny zadowolić wszelkie 
duchowe wymagania, mówił o Zosi, której się należy opieka matki, mówił o 
interesach majątkowych, już mocno skomplikowanych i w niedobrym stanie, 
o Białym Dworze, który potrzebuje też starań i doglądania. Wreszcie 
wspomniał o położeniu tych okolic, gdzie każdy chcący pracować dla Boga i 
dobra ogólnego znajdzie aż nadto wiele do roboty. Gdzież korzystniej i 
pożyteczniej wspomagać można religię, jak nie tam właśnie, gdzie lud jest 
nieoświecony, gdzie dzieci nie umieją pacierza, gdzie moralność upada, gdzie 
wzrasta zło i nędza, gdzie najgorsze działają wpływy? Kto chce walczyć za 
Kościół, to nie fundować zakony, nie pomnażać tego nieskończonego 
mnóstwa duchowieństwa, skupionego w Rzymie, ale właśnie te 
chrześcijańskie zasady, których Kościół uczy, rozsiewać i rozpowszechniać 
powinien wśród swoich. Bo ci swoi zawsze mają pierwsze prawa i pierwsze 
miejsce zająć powinni. Sam Bóg, dając nam ojczyznę, chciał, abyśmy dla niej 
pracowali, a nie szukali jakichś wielkich zadań gdzieś za górami. 
 — Ale, kochany Adasiu — przerwała pani Alina — nie chcesz 
zrozumieć, że właśnie praca dla swoich jest pierwszym zadaniem naszego 
zgromadzenia. Przecie to będzie zgromadzenie polskie, une congrćgation 
exclusivement polonaise. 
 — A cóż mi po tej polskości, która odrywa od rodziny, z kraju wywozi 
osoby tu potrzebne, tu może i bardziej pożyteczne. 
 — Bóg, mój stryju, nie zna tak ciasnych granic — odezwała się Teresa 
Leonia. — Te ludzkie obliczenia i rozróżniania nie mają przed Nim żadnego 
znaczenia. I z daleka można być pożytecznym. Czyż modlitwy nic nie znaczą? 
 — Modlitwy! — rzekł pan Adam wstając. — Najmilszą Bogu modlitwą 
jest spełnienie obowiązku. Ach, nie ma co gadać! Obłąkane jesteście, czy co u 
licha — dodał machnąwszy ręką i skierował się ku drzwiom. 
Ale pani Alina powstała także i zawołała: 
 — Kochany Adasiu, nie skończyliśmy jeszcze. Cóż będzie? 
 — A cóż ma być? I mama, i ja powiedzieliśmy oboje, co myślimy o tych 
waszych projektach. A co zrobicie — to już nie w naszej mocy. 
 — Aleje suis vraiment desolee, mnie jest ogromnie przykro myśleć, że 
kochana mama i Adaś nie pochwalają nas. Myślałam, że w rodzinie znajdę 
uznanie. Ach, jeszcze i tej ofiary wymaga Bóg ode mnie! 
 — Kochanie moje — rzekła marszałkowa — dość tej rozmowy. My, jak 
widzę, ciebie gadaniem nie przekonamy. A nie możemy pochwalić. Więc po co 
tu dłużej mówić? Zastanów się i pomyśl jeszcze — nic nie nagli. Może 
przekonasz się, że obowiązek gdzie indziej ciebie powołuje. 
 — Przecież nie mogę zmienić postanowienia i sprzeciwić się woli Bożej. 
Ale na to nie było odpowiedzi i skończyła się rozmowa. 
Pani Antoniowa i Teresa Leonia przeszły do siebie i zamknąwszy 
drzwi, spojrzały sobie w oczy. Obie miały twarze zarumienione, ale Teresa 
Leonia była zupełnie spokojna. Pani Alina wybuchnęła: 
 — Więc na pierwszym kroku trafiamy na opór. Wprawdzie nie 
spodziewałam się po nich zachwytów, przeczuwałam trochę niezadowolenia, 
ale tak wyraźnego potępienia — nie — nigdy! Boże, jak oni nic nie rozumieją! 
Obracają się w ciasnym kółku swoich zaściankowych interesów i stosunków — 
a poza tym nic. Nie są w stanie pojąć żadnej wzniosłej idei, żadnego 
poświęcenia. Nigdy chyba głosu Bożego nie słyszeli w duszy! Dla nich 
utrzymanie funduszu, wzbogacenie się — to cel życia! 
 — Moja mamo, czy mogło być inaczej? Kimże oni są tutaj? Poczciwymi 
ludźmi, zapewne, ale niczym więcej. 
 — Mój Boże, tak nie rozumieć nas! Tak obojętnie słuchać! Ja, gdy 
myślę o tych łaskach, które Bóg na nas zesłał, o tych znakach widomych Jego 
woli, to jeszcze mi serce bije ze wzruszenia. A i mama, i Adaś mieli takie miny, 
jakbym opowiadała bajkę, jak gdybym była niespełna rozumu. 
 — Bo dla świata, dla pospolitych dusz — ten świat wyższy, duchowy, 
ten nasz świat, nie istnieje. Oni nas mają za wariatki. 
 — Tak — to pewne. 
I Teresa Leonia weszła do swego pokoju i uklęknąwszy przed 
rozstawionymi na stoliczku obrazami zaczęła się modlić. 
Tymczasem pani Antoniowa stała w zamyśleniu pod oknem. Tak, 
słusznie Therese Leonie rzekła, każde wielkie dzieło było z początku 
wyśmiane. Przecież sam Chrystus powiedział: Błogosławieni, którzy cierpią 
prześladowania dla sprawiedliwości... I tak być musiało, bo tłum, dusze 
pospolite i ziemskie nie lubią wyższości. Ale trzeba swoje robić, nie oglądając 
się na nikogo — a Bóg dopomoże. 
Robić swoje — zapewne. Jej postanowieniem nie zachwieją słowa tych 
ludzi tutejszych, dobrych, poczciwych ludzi, ależ tak ograniczonych! Niech się 
dziwią, niech potępiają i gorszą się nawet, ona wszystko zniesie, przetrwa. 
Założy ten zakon nowy. 
 — I ty idź także — Bóg usunie wszelkie trudności i przeszkody. Byle 
teraz wytrwać i nie dać się zastraszyć! Zresztą, jakież to są te przeszkody? 
Brak pieniędzy? Ależ na taki cel muszą się pieniądze znaleźć i znajdą się w ten 
lub w inny sposób. 
Zaczęła obliczać. Zakładając zakon, konieczne jest mieć naprzód 
wygodne pomieszczenie, dom własny, choćby z małym ogródkiem i z kaplicą. 
Ale domy w Rzymie są teraz tak niedrogie z racji krachu budowlanego, że za 
jakieś sto tysięcy franków można by coś odpowiedniego nabyć. Mając już 
własny kąt, dość byłoby mieć zapewnionych kilkanaście tysięcy franków 
rocznie, bo w miarę przybywania członków zgromadzenia, przybywałyby i 
fundusze. Darmo przyjmowano by tylko w razach wyjątkowych. Chodzi więc 
przede wszystkim o zdobycie tego funduszu na początek. Teresa Leonia liczy, 
że potrzeba czterdziestu tysięcy rubli, ale może by i trzydzieści wystarczyło. 
Jeśli to prawda, że z Białego Dworu nic mieć nie można, chociaż spróbować 
jeszcze trzeba dział przeprowadzić i swoje części wycofać; ten Adaś zawsze 
widzi wszystko w tak czarnych kolorach! Jemu się zdaje, że wszyscy są 
zrujnowani! Ale w każdym razie jest jeszcze dom w Wilnie, kupiony na jej 
imię przez męża. Jakoby są na nim jakieś długi, ale o być musi coś 
niewielkiego. W każdym razie, to trzeba sprzedać i nie może być, aby dom w 
Wilnie nie mógł wystarczyć na dom w Rzymie, gdzie teraz wszystko tak tanie. 
Byleby to zdobyć, to i reszta jakoś się załatwi. 
O, brak środków nie powinien stanąć na przeszkodzie wielkiemu 
dziełu. Bóg opiekuje się tą sprawą i na wszystko znajdzie radę. 
A Zosia? Zosię trzeba jak najprędzej wydać za mąż. To wszystko ułatwi. 
Dla niej samej będzie to najlepiej. A przynajmniej miałyby one obie ręce 
rozwiązane. Taka opieka nad panną już dorosłą to rzecz strasznie kłopotliwa. 
Gdybyż ją tu chciano zatrzymać! Ale trudno tego wymagać. Dopóki była 
dzieckiem, to jeszcze było możliwe, ale teraz, niepodobna. Nie ma innej rady, 
jak wyszukać dla niej męża co prędzej. 
Pani Alina usiadła na sofce i zaczęła sobie przypominać wszystkich 
młodych ludzi, o jakich tylko zasłyszała w okolicy. Suniżyccy, za młodzi — 
żaden z nich jeszcze nie skończył nauk. Robicki, jakoby porządny, ale 
rodzina... taka sobie. Dwaj Luniewicze, może i poczciwi chłopcy, ale tout ce 
qu'il y a de plus commun. Chański?... No, a gdyby Chański? Cóż to szkodzi, że 
podstarzały? Bogaty, z arystokratycznej rodziny, stosunki ma najlepsze, 
wykształcony, człowiek europejski. Doprawdy, niezła myśl! Gdyby tylko 
zechciał! 
A przypuszczając nawet, że z Chańskim się nie uda (ii faut toujours 
avoir deux cordes a son arc) to, w najgorszym razie, można by Zosię zabrać na 
zimę do Rzymu. Tam może się także coś znaleźć. I kochani Suniżyccy, i 
hrabina Tur, i ten nieoceniony ojciec Maks dopomogą widząc, że chodzi o 
rzeczy tak ważne. Kto wie, może tam jeszcze łatwiej coś się znajdzie! Fama 
litewskich obszarów, szlacheckich fortun — to, owo, z daleka może więcej 
mieć atrakcji. 
Pani Antoniówa puściła wodze marzeniom. Dla jakiegoś 
podrujnowanego patrycjusza rzymskiego taka Zosia mogłaby być dobrą 
partią. Amerykanek coraz większy brak. Zresztą i ona sama, z tym 
warkoczem, podobać się może bardzo. A jaka by to była rozkosz wydać ją tam, 
do Rzymu! Mieć tam na miejscu córkę, księżnę taką a taką, bywającą w 
Watykanie, zajmującą podczas uroczystości kościelnych miejsce na trybunie, 
wśród najpierwszej w świecie arystokracji. 
I przymknąwszy oczy, pani Alina widziała już siebie w surowym, ale 
wykwintnie urządzonym parlatorium swego zgromadzenia; miała już na sobie 
czarną szatę zakonną i welon czarny spadał na jej ramiona. Wspaniały 
ekwipaż zajeżdżał przed drzwi, wygalonowany lokaj otwierał drzwiczki 
powozu i Zosia, szeleszcząc jedwabiami, pytała u furtianki o la Merę 
Supćrieure. Za nią wchodził jej mąż, książę taki a taki — a za nimi kroczyły i 
inne postacie, z wielkich rodów pochodzące, wykwintne, rasowe, liczące 
wśród antenatów nie tylko kardynałów, ale nawet i papieży może. 
Tak, to było piękne marzenie. I pani Alina, siedząc na sofce z 
przechyloną w tył głową i z przymkniętymi oczami, przenosiła się myślą w tę 
przyszłość wyśnioną tak dalece, że straciła zupełnie świadomość 
rzeczywistości. 
Nie dosłyszała pukania do drzwi i dopiero, gdy się te otworzyły i głowa 
Zosi zajrzała do pokoju, drgnęła i poruszyła się. 
 — Myślałam, że mama zasnęła może — rzekła przyszła księżna rzymska 
wchodząc — tak tu cicho! Już po szóstej — miałyśmy pojechać na spacer. Czy 
mama pojedzie? 
Pani Antoniowa wstała z kanapy. 
 — Na spacer! Wiesz, Zosieńko, dziś tak jestem zmęczona, że 
wolałabym to odłożyć na inny dzień. 
 — Dobrze. To ja stryjciowi powiem, aby na nas nie czekał. I Zosia 
wybiegła szukać stryja. 
A pani Alina podeszła do zwierciadła, poprawiła włosy, upudrowała 
twarz zgrzaną, i rzekła do siebie półgłosem: — Trzeba jednak najpierw 
spróbować z Chańskim. 
Potem usiadła przy biurku i wziąwszy arkusz pachnącego listowego 
papieru ze złoconym monogramem i hrabiowską koroną napisała nagłówek: 
„Mon Pere". 
VII 
Nazajutrz rano, zaraz po śniadaniu, faeton zaprzężony w czwórkę 
siwków zajechał pod ganek. Pani Antoniowa widząc to, westchnęła z cicha, 
robiąc w duszy ofiarę Bogu z tej nudnej wycieczki do Białego Dworu, od której 
nie mogła się wykręcić. Miała jechać z panem Adamem dla obejrzenia 
gospodarstwa i w duchu myślała sobie, że to zupełnie niepotrzebna fatyga, bo 
jej nie o gospodarstwo chodziło, lecz o pieniądze. Wypiła jednak prędko kawę 
i poszła do swego pokoju po płaszczyk i kapelusz. 
Teresa Leonia rzekła: 
 — Ja nie pojadę do Białego Dworu — może więc kto na moje miejsce... 
 — Jak to nie pojedziesz? — zawołała Zosia. — Tyle lat nie byłaś... 
 — Nie, nie pojadę. Cóż bym tam robiła? Tracić cały dzień! 
 — Ależ zobaczyć... 
 — Nic tam nie ma ciekawego, wolę zostać. 
Zosia chciała jeszcze protestować, ale powstrzymała się, zamilkła i 
pomyślała: 
 — Ja doprawdy nic już nie rozumiem. A głośno rzekła: 
 — Ja w każdym razie pojadę na koźle obok Wincentego, przyrzekł, że 
mi da powozić. 
 — Kiedy ty, kochanie moje, przestaniesz już z tymi końmi? — odezwała 
się pani marszałkowa. — Czysty z ciebie chłopiec! 
 — Ach, babuńciu, kiedy ja tak strasznie lubię konie! No, więcej lubię 
konie, jak... jak cokolwiek bądź. 
Marszałkowa uśmiechnęła się. I wkrótce potem faeton wyruszył z 
bramy. W głębi siedzieli tylko pani Antoniowa i pan Adam, bo więcej 
amatorów nie znalazło się. Dla Ani była to wycieczka zbyt męcząca. A na 
koźle, obok starego stangreta, siedziała Zosia, promieniejąca radością, bo 
wyprosiła sobie lejce i bat i powoziła całą czwórką. 
Dzień był jasny, ciepły, ale nie upalny. Wietrzyk przeciągał po polach 
marszcząc kosmaty jęczmień i srebrnozielony owies. Od koniczyny wiało 
miodowym zapachem. W dali, na rżyskach, pasły się krowy. 
 — Moja Zosieńko, czy ty się tam nie opalisz siedząc na takim słońcu? — 
przerwała milczenie pani Alina. 
 — O nie, mamo. Mój kapelusz ogromny — doskonale tutaj. 
Pan Adam nie zdawał się być skłonny do rozmowy. Siedział z 
papierosem w zębach zagłębiony w kątku i wodził po świecie zamyślonym 
wzrokiem. Aż się dziwiła jego towarzyszka, że tak trudno wciągnąć go do 
rozmowy. Po paru nieudanych próbach sama również zamilkła. 
Jechali więc nic nie mówiąc, każde zatopione w swoich myślach. Za to 
Zosia z Wincentym ciągle gawędziła. Od koni, ich narowów, zalet i wad, od 
zachwytów nad tegorocznymi źrebiętami, od utyskiwań na „panicza", że tak 
mało owsa każe dawać, przeszli na inne stworzenia, na cielęta i „parsiuki", a 
wreszcie i na dzieci Wincentego. Było ich ośmioro, a więc i temat był bogaty. 
Zosia zapytała o Wikcie, która niedawno poszła za mąż za kowala z Białogóry, 
i usłyszała długie opowiadanie o jej gospodarstwie, narzekania na teściową złą 
jak piekło i na chciwego szwagra. Potem mówiono o Ewce, co się u szwaczki w 
Wilnie uczyła, i o Jusciuku, co z łaski starej pani poszedł do lakiernika na 
wyterminowanie, i za rok już będzie czeladnikiem. O młodszych Wincenty z 
lekceważeniem powiadał, że jeszcze „nieciekawe", a gdy o córkach 
zawyrokował, że to „czerepy, nie dzieci, bo z synów tylko człowiek ma 
pociechę", Zosia tak się oburzyła, i tak końmi targnęła, że te o mało faetonu 
nie wrzuciły do rowu. Więc Wincenty odebrał lejce, żeby panienka pojazdu 
nie wywróciła, zwłaszcza, że leżała przed nimi góra stroma i kręta. 
Zwolniono więc kroku — i konie powoli, opędzając się od much 
ogonami, wstępować zaczęły pod górę. Powóz wlókł się ciężko, potrącając o 
kamienie. Panowała w powietrzu uroczysta cisza letniego południa, nawet 
ptaki milczały. Tylko w rowie, z głębi traw i kwiatów, odzywało się strzykanie 
koników polnych; Białe powoiki otwierały kielichy do słońca i słały wokoło 
migdałową woń. 
Wjechano wreszcie na górę. Wtedy pan Adam wychylił się z powozu, 
wskazał szerokim ruchem na kraj leżący u ich stóp, i rzekł: 
 — Ot, panie, widok! Choćbyś bratowa całe te swoje Włochy objechała 
wzdłuż i wszerz, nic równego nie zobaczysz. 
Pani Alina uśmiechnęła się pobłażliwie i odparła: 
 — Prawda, że tu bardzo ładnie! — i wychyliła się także, aby się lepiej 
przyjrzeć widokowi, znanemu niegdyś dobrze, a dziś zapomnianemu. 
U podnóża góry ciągnęła się dolina, na której szeroko i dziwacznie, 
łamiąc się w zagięcia i wykręty różne, rozlewały się srebrne wody jeziora. 
Wśród zielonych i złotych pól, wśród gajów i sadów, leżała cicho wielka, 
szklana szyba, zaledwie marszcząc się gdzieniegdzie drobną łuską, w której 
łamały się i iskrzyły promienie słońca, jak rozsypane na niebieskie morze 
brylanty. Niebo przeglądało się w zwierciadle wód, zabarwiając je swym 
gorącym szafirem. Rozsypane tu i ówdzie, kryły się zabudowania o strzechach 
słomianych, niskie i pokorne pod koroną drzew owocowych, biegły drogi, jak 
wstążki rzucone. Dalej na wprost widniały smukłe topolebiałe ściany 
Białego Dworu. Rzeczka połyskująca wśród zieleni oblewała jego mury. Na 
prawo Bijuciszki podnosiły w niebo swoje wieżyczki i glorietki. Pasznia kryła 
się wśród olszowego gaju. A tu zaraz na lewo, nad samym brzegiem jeziora, 
widniał jak na dłoni, kościół białogórski. Był to gmach murowany, świecący z 
dala czerwonym dachem i wysoką dzwonnicą. Postawiony na wyniosłym 
brzegu jeziora, królował jak twierdza nad całą okolicą. Miasteczko, rozsypane 
na pochyłości, tuliło się do jego stóp, sady i ogrody słały się kobiercem 
zielonym i puszystym, wsie, zaścianki i dwory otaczały go wiankiem, wody 
jeziora niosły jego obraz na swej fali, a on stał biały i jaśniejący w słońcu, 
wysoko w niebo wskazując ostrzem wieżyczki, jak palcem zwróconym w górę. 
I czuć było, że jest panem tej krainy, a zarazem i stróżem... 
 — Rzeczywiście, bardzo ładnie — powtórzyła pani Alina po chwili. 
 — Ach, mamo! — odezwała się Zosia z kozła. — Nigdy nic piękniejszego 
nie widziałam! Pewnie są we Włoszech prześliczne widoki, ale takiego jeziora 
nie ma. 
 — Jeszcze niewiele w życiu widziałaś, moje dziecko. 
Tymczasem przejechali główną ulicą miasteczka, odprowadzani 
ciekawym wzrokiem Żydów i Żydziątek. I znowu rozłożyły się przed nimi 
szerokie pola. Powóz okrążał teraz jezioro i skręcał ku widniejącym z dala 
topolom białodworskim. Wreszcie zboczył z głównej drogi na prawo, gdzie 
krzyż na murowanej podstawie stał na rozstaju, i wjechał w to, co niegdyś 
było aleją prowadzącą do dworu. Niegdyś! Bo dziś sterczało tylko 
gdzieniegdzie na wpół wyschnięte drzewo. Proga była nierówna, pełna 
wybojów, zarosła trawą, prócz wąskiego szlaku dla jednokonnych wózków i 
wydeptanej ścieżyny dla pieszych. Zabudowania folwarczne, widniejące wśród 
drzew, przedstawiały się nieźle — drewniane o murowanych słupach, kryte 
gontem malowanym na czerwono, miały wygląd pokaźny i mówiły o 
zamożności. Ale za to widok dworskiego podwórza był naprawdę smutny. 
Bramy od dawna już nie było, tylko słupy po niej zostały, szczerbate, 
poobijane z tynku, zarosłe u góry mchem i nieśmiertelnikami. Na gazonie 
pieniły się chwasty; wysoko wznosiły głowy wysmukłe pokrzywy, a psie 
rumianki znaczyły drogę brudnobiałymi plamami. Drzewa rozrosły się bujnie, 
nie krzywdzone przez nikogo; szczególnie rozpanoszyły się krzewy splątane, 
zbite w gęstwinę, bezładne i dzikie. A staroświecki dom, murowany, z 
przybudowaną drewnianą wieżyczką, która miała mu nadawać pozór 
elegancji i cywilizacji, tonął w cieniu, skrzywiony, martwy jakiś i bezduszny w 
tej pustce, z zamkniętymi okiennicami i starannie zaryglowanymi drzwiami. 
 — Ach, cóż to za okropna rudera! — zawołała pani Alina wysiadając 
przy bramie, bo na podwórze nie było już drogi. — I ten park, jakże się rozrósł 
nieładnie! Przecież tu dawniej było wcale przyzwoicie. 
 — Ale mamo! Nikt się tym teraz nie zajmuje — rzekła Zosia zeskakując 
z kozła — a szkoda, bo to mogłoby być takie ładne! 
 — Chyba trudno tu coś poradzić — dom jest zupełnie en ruines. 
 — Stary dom jeszcze dobry — rzekł pan Adam, powoli idąc za paniami 
 — mury grube, zdrowe. Ale ta ot, wieżyczka, to już na nic, niebezpiecznie 
nawet, bo może się zawalić. Myślałem kazać rozebrać tymi czasy... 
 — Ach, stryjciu!... 
 — A cóż robić, reperować — koszt. I dla kogo? Tu westchnął, a pani 
Alina spytała: 
 — Czy kto mieszka w domu? 
 — Póki żył stary Mateusz, on tu mieszkał i pilnował. A jak umarł, 
zaryglowaliśmy drzwi i okna, i tak stoi. Nie ma dochodów na opłacenie stróża 
i naprawienie domu, kiedy wszystko, co do grosza, wybieracie naprzód. 
Na twarzy Zosi osiadł smutek. Patrzeć nie mogła bez żalu na te stare, 
poważne mury, co się chyliły do upadku. 
 — Przecie tak łatwo byłoby to naprawić, urządzić, i mogłoby tu być 
miło i ładnie. 
Stary dom jakby z wyrzutem patrzał na nią oczami zamkniętych 
okiennic i zdawał się niechętnie zginać ku ziemi. 
 — O, gdyby to ożywić, uchronić, upiększyć i rozweselić! 
Po drugiej stronie widok był jeszcze bardziej opłakany. Niegdyś były 
tam umiejętnie przez warszawskiego ogrodnika zakreślone tarasy, otoczone 
murkami, na których w odstępach wznosiły się urny pełne kwiatów. Schody 
prowadziły coraz niżej, aż ku łączce zarosłej klombami drzew i przeciętej 
wijącą się rzeczką Białka. Stamtąd rozciągał się śliczny widok na pola, gaje i 
pagórki, na jezioro białogórskie, miasteczko i kościół. 
Park był założony kosztem wielkim i staraniem przez pana Antoniego, 
który chciał młodej żonie przygotować miłe gniazdko, otoczyć pięknem i 
poezją. 
Dziś śladu tych starań nie było już prawie. Ruina i ruina wiała z 
każdego kąta. Tarasy zarosły, kamienne ogrodzenia legły w gruzach, weranda 
w ziemię zapadła, a na ścianach domu woda, ściekając bez rynien, tworzyła 
wielkie plamy zielonej pleśni. Tylko świat Boży, zawsze równie piękny, 
roztaczał dokoła swoje wdzięki. I z dala, na górze, niewzruszony stał kościół 
biały, kierując wzrok ku niebu szczytem swej dzwonnicy. 
 — Ach, jak tu smutno! — szepnęła Zosia. 
Podeszła do rozsypującej się kolumny, na której stała jeszcze urna z 
odbitymi ozdobami i zwieszały się obfite sploty chmielu — chmielu 
zwycięskiego, co tu wszędzie rozrastał się swobodnie, snuł swe kosmate 
ramiona, owijał krzewy, płoty i gruzy, wspinał się na wysokie drzewa dusząc je 
w swych wężowych zwojach, czołgał się po ziemi, mienił się bladożółtym 
kwieciem i brudną zielonością. 
 — Ach, jak tu smutno! — powtórzyła Zosia, wodząc oczami po tej 
ruinie, skąd ludzka ręka dawno się usunęła, a został tylko czasniszczyciel. — I 
dlaczego tak? Czemu mama nie pozostała tu po śmierci ojca, zamiast jeździć 
za granicę? Gdyby tu ktokolwiek mieszkał, nie przyszłoby do tego. A ta ruina 
domu i ogrodu to tylko część tego zła, które się tu dzieje. 
I wspomniała na to dziecko Katarzyny, co niedawno umarło bez 
chrztu, bo nie było komu dopilnować, i na opowiadanie Bartłomieja, że tu 
nikt pacierza nie umie i że „naród drenny", i że do kościoła rzadko chodzą, 
chociaż tak blisko. I jakieś poczucie odpowiedzialności za te dusze zaczęło do 
jej duszy wstępować. Wszakże i ona była tu panią i do niej, i do jej starań 
Biały Dwór miał prawa. Czy to, co się tu działo, nie obciążało i jej sumienia? U 
babuni, w Haliniszkach, było inaczej. 
 — Chodźmy już stąd — odezwał się głos pani Aliny — aż przykro patrzeć 
na takie spustoszenie. A kiedyś tak tu było ładnie! — dodała z wymówką w 
głosie. 
Pan Adam uśmiechnął się gorzko, ale nie odrzekł nic i zawrócili oboje 
ku bramie. 
Pani Alina wysoko podniosła suknię, aby się nie zabrudzić, jedwabne 
podszewki zaś wydały przy tym przyjemny szelest. 
Zosia stała jeszcze nieporuszona. Pierwszy raz w życiu poczuła w sercu 
chłód wobec matki. Słowa rzucone przez nią na odejście brzmiały jej w uszach 
niemile. 
 — Więc czyjaż w tym wina, że tu jest opuszczenie i ruina — myślała. — 
Nie trzeba było siedzieć na drugim końcu świata dla swojej przyjemności i 
wszystkich pieniędzy wydawać. Stryj i tak dość robi gospodarując tu i 
doglądając interesów. Na utrzymanie domu i ogrodu wykładać nie może, bo 
mama zabiera wszystkie dochody. Nikt inny, tylko mama winna. I źle robi, 
źle, źle! 
Ale babunia mówiła, że dzieci rodziców sądzić nie powinny, nawet 
kiedy ci źle postępują. Więc odwróciła myśl od tej kwestii bolącej i pobiegła za 
starszymi. 
Ci właśnie stali przy bramie, gdzie ich zatrzymał jakiś starzec w koszuli 
i spodniach płóciennych, z bosymi nogami i czapką w ręku. Mówił głośno, 
jękliwie do pana Adama, podnosząc ku niemu twarz opaloną, bruzdami 
pooraną, o wyblakłych oczach, z których ściekały dwie łzy. Skarżył się: 
ekonom miał do niego złość, i gdzie tylko mógł, to go krzywdził, kręcił w 
wypłacie dni roboczych, i syna parobka onegdaj zbił za cudzą winę, i krowy 
jego nie puszczał na rżysko, a teraz świnię w szkodzie zajął i drugi dzień 
trzyma i nie karmi, chociaż on gotów sztraf — dwa złote — zapłacić, ale on bez 
rubla i gadać nie chce. Mówił to wszystko starzec głosem podniesionym, a łzy 
ściekały mu jedna za drugą po twarzy. Dłonią je ocierał. Pan Adam słuchał 
cierpliwie, zbytnio się nie rozczulając. Wreszcie rzekł: 
 — Przynieś dwa złote, to świnię każę zaraz wypuścić, a o krowach 
pogadamy. 
A gdy chłop niezupełnie zadowolony ucałował jego rękę i odszedł, pan 
Adam zauważył: 
 — Wart Pac pałaca, a pałac Paca. Bartłomiej drze z nich skórę, to 
prawda — nieraz skrzywdzi. Ależ i ten, pierwszy złodziej we wsi. 
 — Ale, stryjciu — zawołała Zosia — jeśli Bartłomiej ich krzywdzi, to po 
cóż go trzymać? 
 — Bo jeszcze lepszy jest od innego. Przynajmniej kraść nie daje. Toż by 
roznieśli wszystko, żeby im tylko pozwolić. 
 — Ej, stryjcio zawsze źle myśli o tych biednych ludziach — a ja jestem 
pewna... 
 — Ty, dzieciaku, co ty wiesz?! Dotknij się sama — to zobaczysz, jacy oni 
mili, ci kochani nasi chłopkowie. 
Zosia zasępiła się. 
 — Mili czy nie mili — rzekła — złodzieje czy nie, to inna kwestia. A 
dwór ich nie powinien krzywdzić. 
 — Racja. Mówisz jak Salomon. Ale na to jedyna rada: samemu siedzieć 
i takiego Bartłomieja pilnować. 
Milczenie zapanowało. Na to Zosia nie miała odpowiedzi. — Siedzieć i 
pilnować — powtórzyła sobie — tak, to jedyna rada i obowiązek. 
Po spożyciu przekąski przygotowanej w mieszkaniu Bartłomiejów, pan 
Adam wyprowadził bratową na gospodarską wędrówkę. A Zosia, zwoławszy 
kilkoro dworskich dzieci, przystąpiła do egzaminu. Chciała bowiem przekonać 
się sama o ile skargi Bartłomiejawej były słuszne. Rezultat wypadł smutny. 
Dzieci nie umiały nic prawie, prócz przekręconych słów pacierza — o czytaniu 
tylko parę z nich miało niejakie wyobrażenie, dwoje starszych zaś, liczących 
już dwanaście przeszło lat, nie było dotąd u spowiedzi. 
 — Już i proboszcz jak był, przyjechawszy po kolędzie, to wstydził i 
swarzył się — a taki nic nie poradzisz — prawiła Bartłomiejowa, obecna przy 
tym — ja panience mówiła, że tu takie drenne ludzie, że nie daj Boże! 
 — Cóż robią ich matki? — spytała Zosia. — Twoja mama — zwróciła się 
do dużego chłopaka o rezolutnej minie — gdzież jest, cóż robi? 
 — Mama? — odparł. — Mama chodzi na robotę do dworu. 
 — Co dzień chodzi? 
 — Kiedy to chodzi — a kiedy nie chodzi. 
 — A tatko? 
 — Tatko? Tatko we dworze przy koniach. 
 — A ty cóż robisz przez cały dzień? 
 — Ja? Ja gęsi pasę. 
 — Wieleż was dzieci w chacie? 
 — Dzieci? Ja i Marylka, i Józiuk, i Adamuk, i najstarszy Ignalek. 
 — A on — Ignalek — umie czytać? 
 — Ignalek? A jej, on cała zima był w Białogórze, w uczyliszczu. On takie 
piękne książki ma... 
Zosia nie pytała dalej. Zwróciła się do najstarszej z dziewczynek: 
 — A twoja mama co robi? 
 — Przy piekarni. 
 — A tatko gdzie? 
Dziewczyna zawahała się chwilę i rzekła: 
 — Nie ma tatki. — A wśród innych dzieci powstał szmer i chichotanie. 
Bartłomiejowa uznała za potrzebne wmieszać się. 
 — To córka tej Katarzyny — co to... panienka wie... 
 — Której dziecko niedawno umarło? 
 — Aha! 
 — A, wiem. Po takiej matce, która dziecku dała umrzeć bez chrztu, 
niewiele można było się spodziewać. 
Więc Zosia nie pytała dalej i przystąpiła do rozdawania pierników i 
cukierków, które z sobą przywiozła. Dzieci brały przysmaki, ale nie wiedziały, 
że trzeba za nie podziękować. Dzikimi oczami patrzały na panienkę, osowiałe i 
onieśmielone, a wyprawione wreszcie, zaraz za drzwiami rozpoczęły bójkę 
odbierając sobie wzajemnie to, co otrzymały. 
Pod smutnym więc wrażeniem wyjechała Zosia z Białego Dworu. 
Odwiedziny rodzinnego gniazda zbudziły cały szereg myśli poważnych i 
przygnębiających. Źle było! Trzoda nie miała pasterza, brygada nie miała 
dowódcy, dom był bez ogniska, bez ciepła, bez światła. Więc owce błądziły po 
manowcach, żołnierze rzucali broń, panował tam chłód, ciemnota, wyzysk i 
cierpienie — wiały wiatry obce i nieprzyjazne. Czyja była w tym wina, że dzieci 
rosły bez Boga i że elementarz był dla nich martwą księgą? Czy tych rodziców, 
których też nikt nie uczył? Czy tych oświeconych i wykształconych i tak 
pięknie mówiących państwa, którzy woleli pod niebem włoskim szukać 
wzniosłych i estetycznych wrażeń? 
I znowu z umyśle Zosi zbudziła się po raz drugi dnia tego krytyka 
matki. Ona winna — na jej sumieniu ciąży to, co się tu dzieje. I choć 
przypomniała sobie przestrogę babuni, aby rodziców nie sądzić, głos jakiś 
wciąż powtarzał jej do ucha: winna! winna! 
Słońce zapadało powoli za ciemną ścianę lasów uciańskich. Konie szły 
raźno w chłodniejącym już wietrzyku. Ale Zosia nie napierała się już lejc i 
bata. Siedziała zamyślona głęboko. W głębi powozu pan Adam z panią Aliną 
prowadzili żywą rozmowę. Co chwila cyfry, obliczenia wciskały się pomiędzy 
zdania pana Adama, a pani Alina przerywała ich nudne szeregi pytaniami: — 
Ale ogółem ile to będzie! Na ileż możemy liczyć? — Na co pan Adam spokojnie 
odpowiadał: — Niech bratowa zaczeka, zaraz zliczę. W ostateczności jednak 
rezultat liczenia musiał być niezadowalający, gdyż oboje zamilkli i wpadli w 
zadumę. 
Zbliżano się do Białogóry. Stąd nie widać było miasteczka. Tylko 
kościół promienny, w blaskach zachodu, stał na urwistym wzgórzu. Jezioro 
było ciche, nie zmącone najmniejszą zmarszczką, i odbicie kościoła leżało na 
nim ogromne, wydłużone, żyjące leciuchnym drganiem. A na szczycie 
dzwonnicy, jak gwiazda ogromna i gorejąca, błyszczał złoty krzyż wysoko na 
niebie. Powoli słońce zachodziło za lasy i różowe blaski znikały, a cień szedł 
od dołu coraz wyżej i wyżej, zagarniając w swą niebieskawą szatę ściany, dach 
i dzwonnicę. Wreszcie wszystko utonęło w mroku, tylko krzyż skrzył się 
jeszcze i gorzał na niebie jak pochodnia ognista. 
Wtedy odezwał się z wieży dzwon. Anioł Pański zwiastował Pannie 
Maryi... 
I przez drzemiące już pola i łąki, ponad spracowanymi głowami ludzi, 
ponad dachami słomianymi, przez wody i lasy, przez sady i ścieżki, i 
podwórka, przez powietrze mgliste wieczoru, szedł Anioł Pański, zwiastując 
wieść dobrą i skrzydłami swymi otulał do snu litewską krainę. 
Gdy wreszcie powóz zatrzymał się przed gankiem w Haliniszkach, 
pierwsza Ania wybiegła na spotkanie powracających. 
 — Zosiu, wiesz — wołała — mam wielką nowinę dla ciebie. — Będziesz 
taka rada, taka rada! 
W jednej chwili zamyślenie Zosi gdzieś się rozwiało. 
 — Co, co? — pytała, zeskakując z wysokiego kozła. — Co takiego? 
 — Poczekaj, opowiem porządnie. Ani ci się śni, jaka przyjemność. 
Okazało się, że podczas nieobecności Zosi przyjechali z Bijuciszek pani 
Suniżycka z Edziem dla pomówienia o wielkim pikniku tańcującym, 
który zamierzają urządzić w sąsiedztwie. Na to trzeba zgody kilku domów, 
pomocy stryja i aprobaty babuni, więc dziś jeszcze nic nie uradzono, ale za 
parę dni przyjadą tu znowu i coś się ułoży. 
 — Ale babunia się zgodziła? — spytała Zosia. 
 — Zgodziła się i jeśli tylko to się ułoży, będziesz z pewnością. 
 — Ach, Boże, co za szczęście! 
I już wszelkie smutne wrażenia, i myśli poważne, i wyrzuty sumienia 
rozwiały się, a została radość i ciekawość i wyczekiwanie. Więc Zosia w 
podskokach pobiegła do pana Adama prosić o pomoc, potem do dziadunia, 
aby się wiadomością podzielić, babuni już ręce całowała dziękując za 
pozwolenie, pytała o szczegóły, nie czekała odpowiedzi i tak dużo gadała i 
ruszała się, że na koniec marszałkowa rzekła: 
 — Kochanie moje, poza tobą nikogo nie słychać. 
Gdy wreszcie znalazła się w łóżku po długiej pogawędce z Anią, i sen 
zaczął jej sklejać powieki, unosiły się nad nią obrazy ruiny białodworskiej i 
oświetlonych sal balowych i na dnie myśli rozweselonej zabawą odzywała się 
cichutko — troska. 
Tymczasem pani Alina późno w noc prowadziła rozmowę z Teresą 
Leonią. Zdawała jej sprawę ze wszystkiego, co przez dzień cały widziała. 
 — O prędkim dziale i wycofaniu naszych części nie możemy myśleć 
teraz — mówiła. — Adam jest temu przeciwny i będzie utrudniał. On chce 
Biały Dwór wydzierżawić, więc tylko to możemy mieć, co dzierżawca zapłaci 
 — i to po opłaceniu procentów. 
 — Więc o skapitalizowaniu naszych części nie może być mowy? 
 — Ani słuchać o tym nie chce. Dziś napomykałam znowu, że może by 
dało się część przynajmniej sprzedać, ale on mnie zakrzyczał, mówił, że to 
wprost nieuczciwość o tym myśleć. Ja nie wiem, dlaczego on się tak gniewa? 
 — A gdyby, pominąwszy go, poradzić się u prawnika? — rzekła Teresa 
Leonia. 
Obie zamyśliły się i kombinowały coś sobie długo. A wreszcie Terenia 
rzekła: 
 — Jednak, gdyby Zosia wyszła za mąż, to by dział trzeba było zrobić. 
Żaden mąż nie zgodzi się na taką z nami wspólność. 
 — Prawda. Wtedy i Adam postarałby się o to. 
 — Trzeba ją wydać jak najprędzej. 
 — Trzeba. Ale za kogo? 
 — Niech mama jedzie z nią na ten piknik i zorientuje się. Może ktoś się 
znajdzie, o kim nawet nie wiemy. 
 — I owszem. Pojadę. Czegóż się nie robi dla dziecka i dla takiego celu! 
Pani Alina westchnęła. A Teresa Leonia rzekła: 
 — Teraz ja mamie też coś powiem. Zdaje się, że mamy kandydatkę do 
naszego zakonu. 
 — Kandydatkę? Doprawdy? 
 — Dziś długo rozmawiałam z Anią. Zwierzyła mi się z różnych przejść 
swoich — przebyła smutne chwile — zwykłe skutki tego, co one zowią 
miłością. Dziś, o ile się zdaje, wyleczyła się z tego zupełnie i pragnie przede 
wszystkim poświęcić się Bogu. To jest czysta i wzniosła dusza. 
 — I chce wstąpić do naszego zgromadzenia? To dobrze, niech jedzie z 
nami... 
 — Nie. Po cóż ma jechać, kiedy jeszcze zgromadzenie nie jest 
zatwierdzone i nawet jeszcze właściwie nie istnieje. Przysporzyłaby nam tylko 
kosztów. Niech zostanie, powiada, że tu czuje się potrzebna, a jak pierwsze 
trudności będą przełamane i zakon będzie istniał naprawdę, wtedy ją 
weźmiemy. 
 — Masz rację. Tak najlepiej. Kochana Ania! Ja zawsze mówiłam, że to 
jest une ame d'elite. 
 — Tylko niech mama z nikim, nawet z nią, o tym nie mówi. Ona nie 
chce, aby się to rozgłaszało przed czasem. 
 — Nie, nie. Nikomu nie powiem. Ale Bóg nami widocznie się opiekuje! 
Byleby teraz z Zosią coś ułożyć i mieć pieniądze! 
 — Bóg da, że może na tym balu... 
 — Może, trzeba pojechać. — I znowu westchnęła pani Alina i panie 
rozeszły się każda do siebie. Ale westchnienie to nie było niechętne ani 
smutne — myśl o balu nie była jej bynajmniej wstrętna. Przeciwnie, w 
jednostajności i nudzie wiejskiej bal ten przychodził w samą porę. Niegdyś 
pani Alina bywała dużo i lubiła się bawić aż nadto, a że zawsze była żądna 
nowości i wrażeń, więc zaspokojenia tej żądzy szukała tak w salonowych 
sukcesach, jak i w innych gwałtownych i nieraz niebezpiecznych 
wzruszeniach. Nawet po owdowieniu, bawiąc za granicą, zawsze umiała się 
otoczyć towarzystwem wesołym, a nawet i kilku dyskretnymi wielbicielami. 
Dopiero od czasu, gdy Teresa Leonia oddała się życiu duchowemu i na 
wpół klasztornemu, matka musiała hamować swe towarzyskie instynkty i 
stosować się po trosze do usposobienia córki. Rzuciła się więc na pociechę w 
sprawy filantropijne, zapisała się na członka do mnóstwa ochronek, 
przytułków, szpitali i żłobków, i zasiadając na sesjach, kwestując po 
kościołach, urządzając bazary, przedstawienia amatorskie, loterie i wenty, 
zapełniała sobie czas i myśl, wiecznie spragnioną pokarmu. Potem projekt 
nowego zgromadzenia pochłonął ją zupełnie. Narady z ojcem Maksem i z 
ojcem Stanisławem Huniewiczem, starania, plany, projekty różne nie dawały 
jej ani chwili wytchnienia. Jeśli gdzieś nie spieszyła i skądś nie wracała, to z 
pewnością do kogoś pisała, coś rachowała, przeglądała jakieś księgi, robiła 
jakieś wyciągi, rysowała wreszcie wzory habitów lub komponowała plan 
przyszłego domu. Tu zmieniało się położenie, przybywała troska nowa, ale nie 
ciężka, w postaci córki na wydaniu i drzemiące instynkty swatostwa odzywały 
się już w duszy pani Aliny, roiły się tam marzenia różne, ukazywały się męskie 
figury, postać Chańskiego przesunęła się przed oczami. I pani Alina, 
szepnąwszy raz jeszcze: 
 — 
I czegóż się nie robi dla dziecka i dla wielkiego celu — zagłębiła 
głowę w haftowany jasiek — i usnęła. 
VIII 
Była to niedziela i wybierano się do kościoła. Pani marszałkowa 
sumiennie przestrzegała bywania na mszy. Sama prawie zawsze jeździła. I 
dzisiaj, gdy po śniadaniu zatoczył się wielki kocz staroświecki z Wincentym 
przybranym od święta w granatowy płaszcz z peleryną, pierwsza wyszła na 
ganek gotowa do drogi. Miała na sobie morową mantylę i kapelusz z 
fioletowymi wstążkami, a w rękach trzymała ogromną księgę o złoconych 
klamrach, futerał z okularami i woreczek napełniony drobną monetą dla 
żebraków. Stanęła zgarbiona i czekała cierpliwie na tamte panie. Wreszcie i 
one się zjawiły. Pani Alina w czerni, wykwintna i dystyngowana, Terenia z 
gęstą woalką na twarzy i z różańcem owiniętym koło ręki, a Zosia ostatnia, 
śpiesząca się, zhasana, cała rumiana, z blaskami w oczach i uśmiechami na 
ustach. 
 — Ach, przepraszam, spóźniłam się, ale nie mogłam znaleźć 
rękawiczek. 
 — Na ciebie, kochanie moje, wszyscy czekać muszą — rzekła surowo 
babunia. 
Zosia spłonęła jeszcze gorętszym rumieńcem i już cichutko zajęła 
miejsce na przednim siedzeniu. Na kozłach, wyświeżona, szeleszcząca mocno 
wykrochmaloną spódnicą, rozsiadła się Werusia, której również należało dać 
skorzystać ze sposobności. Pan Adam wcześniej wyjechał „linijką". 
Ruszono. Marszałek stał na ganku, patrząc za odjeżdżającym koczem, 
który statecznie, poważnie posuwał się naprzód, a przy nim Ania, która 
najczęściej zostawała w domu, unikając zmęczenia, i odprawiała niedzielne 
pacierze ze służbą i z dworskimi dziećmi. 
Po drodze mnóstwo spotykano ludzi śpieszących ku Białogórze. Szli 
mężczyźni ubrani w wysokie buty, w spodnie płócienne i w szare 
samodziałowe kurtki, lamowane czarną taśmą. Wszyscy prawie mieli, 
pomimo gorąca, szyje okręcone jaskrawymi szalikami, młodzi tylko nosili 
krawaty. Spod czapek widniały jasne włosy krótko ostrzyżone i twarze ściągłe, 
opalone na kolor mahoniu, od których odbijały jasną plamą lniane wąsy i oczy 
błękitne jak niezapominajki. Małomówni, szli najczęściej jeden za drugim w 
milczeniu, z oczami utkwionymi w ziemię lub poważnie spoglądającymi na 
okolicę. Kobiety szły boso niosąc w ręku trzewiki, za nimi biegły dzieci, 
czepiając się spódnic. Mężatki miały na głowie czepki białe wyrurkowane i 
strojne w tanie kwiatuszki, a po wierzchu zawiązane chustki. Druga chustka 
duża złożona w klinek, okrywała im plecy, zwieszając się z przodu długimi 
końcami. W blaskach słońca gromadki te świeciły jak wiązanki kwiatów 
jaskrawością chust i białością koronek. Posuwały się naprzód śmiało depcząc 
kamienistą drogę. Z dalszych wsi jechali parafianie wózkami. Malutkie to były 
wózki, w małe koniki zaprzężone, nałożone sianem i zasłane dywanikami. Szły 
długim sznurem jedne za drugimi, pilnując wyżłobionej koleiny i nie 
wysuwając się naprzód. Koniki biegły żywo, nie kierowane prawie wcale przez 
pana, który bokiem siedząc na przodku palił fajkę i spluwał przed siebie, tylko 
dla parady trzymając w ręku lejce. Na widok kocza haliniskiego ludzie 
podnosili głowy patrząc ciekawie, jak ich wymijał, a niejeden zdjął czapkę 
przed starszą panią, bo znali ją wszyscy. 
Gdy powóz zatrzymał się przed bramą, Teresa Leonia przechyliła się 
przez portierę, próbując otworzyć, ale klamka była nadwerężona i jakoś nie 
szło. Lecz w tej chwili jakaś męska ręka ujęła ją, drzwiczki się otworzyły i 
Jerzy Lipowski z kapeluszem w ręku stanął gotów do pomocy przy 
wysiadaniu. 
 — Ach, to pan! — zawołała Zosia. — Jak to dobrze! Ja mam coś panu 
do powiedzenia! 
Starsze panie poruszyły się. Terenia pierwsza wysiadła, a Zosia musiała 
stać i czekać na swą kolej. Tymczasem mrugała na Jerzego i dawała mu różne 
znaki, a on w nią wpatrzony ledwie słyszał, jak go pani marszałkowa 
przedstawiała synowej i nie uważał na grzeczne słowa tejże do niego 
zwrócone. Wreszcie panie weszły na dziedziniec kościelny, a Zosia przypadła 
do niego: 
 — Panie Jerzy, będzie piknik? 
 — Nie wiem jeszcze. Mamy różne trudności 
 — Ach, mój Boże„jakież to mogą być trudności? To okropnie, jeśli nie 
będzie... 
I Zosia była bliska płaczu. 
 — Niech pani jeszcze nie desperuje. Przypuszczam, że jakoś sklei się. 
 — Mój panie Jerzy, mój drogi, niech pan tak zrobi, żeby był. Ja tak 
chcę tańcować! 
On objął ją całą wzrokiem, iskry mu się zapaliły w ciemnych oczach, ale 
zaraz przykrył je powiekami, i żartując odparł: 
 — Życzenie pani jest dla mnie rozkazem, ale tu chodzi o pana 
Chańskiego. Proszę do niego się umizgnąć, aby dał swoje salony, to już reszta 
się zrobi. 
 — Do pana Chańskiego umizgnąć się? Fe, za nic w świecie! 
 — A widzi pani. Nawet dla dobra ogółu pani tego nie chce zrobić. Co za 
egoizm! 
 — Nie egoizm, ale nie mogę. Ach, mój panie, czy mnie zaproszą? 
 — O, nie wiem!... Takie małe dziewczynki, to jakoś... na balu... Zosia 
zaperzyła się. 
 — To już... bardzo niemądre żarty! Tu wcale nie ma z czego się śmiać. 
Proszę nie zapominać, że mam osiemnaście lat skończonych. I jeżeli mnie nie 
poproszą, no, to ja... już nie wiem, co zrobię! 
On zaśmiał się. Przypomniała mu się dawna dziewczynka, drażliwa i 
wybuchająca gniewem. 
 — Ale zaproszą — rzekł — zaproszą. Niechże pani będzie spokojna. 
 — Na pewno? Niech pan powie, na pewno? 
Trzymała go za rękę i podniosła ku niemu twarz swą promienną i 
śmiejącą się w aureoli złotych włosów. A on wzrok topił w jej błękitnych 
oczach, umyślnie zwlekając z odpowiedzią, i brwi marszczył, siląc się na wyraz 
obojętny i poważny, gdy mu usta drgały i krew nabiegała do skroni. 
 — Czy mam pani przysiąc na wszystkie moce piekielne, że zaproszą? 
 — E, tak znowu to nie. Po co tu moce piekielne... Tylko ja tych żartów 
nie znoszę. Ale jak pan mówi, że tak, to już uwierzę. 
I Zosia wyjęła rękę z jego dłoni i pobiegła za tamtymi. Jerzy zaś zwrócił 
się także ku kościołowi i szedł patrząc za śpieszącą się dziewczyną. Widział jej 
nóżki stąpające prędko pod jasną spódniczką, widział chwiejący się na 
plecach gruby warkocz, niebieską wstążką związany, i kawałek szyi 
wysuwającej się spod kołnierzyka, i mały kapelusik słomkowy. Brwi jego 
zsuwały się coraz bardziej, a gdy znikła w drzwiach kościelnych, on odszedł w 
głąb cmentarza. 
Msza już była zaczęta. Ołtarz jaśniał w głębi żółtymi płomykami świec, 
organy huczały, a przez trzy okna z góry wpadały wielkie snopy słonecznych 
promieni i kładły się trzema wyraźnymi płachtami na zbitej masie głów, 
zabarwiając jaskrawo chustki kobiet, szaliki mężczyzn i złocąc głowy 
dziewcząt i dzieci. Poza owymi strugami światła panował półcień i tłum 
stojący i klęczący wydawał się jedną szarą, bezbarwną masą, stłoczoną, 
ściśniętą w czterech ścianach świątyni, prawie bez ruchu i bez głosu. Ginęły w 
tym półcieniu oddzielne postacie, zlewały się z sobą, łączyły, tworząc jedno 
wielkie ciało spracowane i cierpiące, jedną wielką duszę korzącą się i błagalną, 
jedną myśl, co tam gdzieś wysoko, w nieznanej a jasnej krainie, szukała sobie 
wypocznienia, jedno serce, co się w milczeniu zrywało ku niebu. 
Od ołtarza wznosił się głos księdza donośny i gruby, a organy 
odpowiadały. Lud klęczał i oczy w górę wznosił ku postaciom świętych na 
obrazach, ku dwom aniołom ze złoconego gipsu, które unosiły pod 
sklepieniem ciężkie swe kształty, ku tęczowym blaskom w szkiełkach pająków, 
ku wielkiemu krzyżowi z ciemnego drewna, na którym rozpięty wisiał 
Zbawiciel. A w gorącym, coraz bardziej dusznym powietrzu twarze bladły, 
czoła okrywały się potem, oczy mgłą zachodziły, przelatywały jakieś tchnienia 
z innego świata i napełniały dusze błogością i słodyczą. Po wielu twarzach 
spływały powoli łzy nie otarte, stygnące na policzkach. Niektórzy, nisko 
schyleni do ziemi, z czołem prawie opartym o podłogę, szeptali pacierze lub 
bili się w piersi. Tu i ówdzie wyrwało się westchnienie. 
Gdy panie Halickie dostały się do swojej ławki, marszałkowa zajęła 
zwykłe miejsce, a przy niej uklękła Zosia. Pan Adam już się tam znajdował. 
Pani Alina i Terenia, poszeleściwszy sukniami i różańcami, pochyliły głowy na 
złożone ręce i zatopiły się w modlitwie. 
Zosia wyszukała w swej książeczce Mszę Niedzielną i zaczęła czytać. Z 
początku to i owo jej przeszkadzało, myśl o pikniku nie dawała spokoju. Czy 
uda się namówić tego nieznośnego Chańskiego? A kto tam będzie? A jaką ona 
suknię włoży? Przeszłoroczna różowa była już całkiem nieświeża. 
Ale w tej chwili wszyscy powstali. Chłopiec w komży i czerwonej 
pelerynie przeniósł mszał z lewej strony na prawą i ksiądz zaczął śpiewać 
ewangelię. Zosia myślą wróciła do swej książki i już uważnie czytała: 
„Oto Słowo Twoje, Panie nasz Wszechmogący, ogłoszone ustami 
kapłana, brzmi w ustach zgromadzonego ludu, a serce moje wznosi się ku 
Tobie z błagalną modlitwą, abyś raczył..." 
Ale właśnie naprzeciwko drzwi od zakrystii cicho się otworzyły i kilku 
młodych panów weszło do kościoła. Byli to dwaj Suniżyccy, Edzio i Jaś, Jerzy 
Lipowski i jeszcze jeden nieznajomy młodzieniec. Zosia oczy ku nim 
podniosła, spotkała utkwiony w siebie wzrok Jerzego, ale tego nie zauważyła 
 — tylko nieznajomy ją zajął. Kto by to był? Pewnie dobry tancerz. Prędko 
jednak spuściła oczy i z wyrzutem sumienia wróciła do swej książeczki. Ale w 
przelocie" spostrzegła podniesione rondo i bukiet żółtych kwiatów na głowie 
panny Rokickiej, okolicznej piękności. 
 — Mój Boże — pomyślała — czego już ona nie wkłada na tę swoją 
głowę! 
Nie mogła jednak wytrzymać, aby drugi raz nie rzucić na nią okiem i 
dokładnie nie obejrzeć nadzwyczajnego kapelusza, co tam się piętrzył tak 
dumnie. 
Ale wszyscy już klękali znowu. I wkrótce dwaj chłopcy służący do mszy 
z całej siły zadzwonili. Żaden z nich pierwszy nie chciał skończyć, więc 
dzwonili nadzwyczaj długo. A tymczasem po całym kościele rozległo się 
szuranie nogami, bo lud klękał na Ofiarowanie. I Zosia pochyliła głowę. W 
książce zaczynała się modlitwa od słów: 
„O, nigdy niedocieczony rozumem człowieka Stwórco wszechświata, 
który nie gardzisz najlichszą modlitwą wznoszoną do Ciebie, racz przyjąć..." 
Ale ona już nie czytała. Z przymkniętymi oczami, odpędzając wszelkie 
myśli uboczne, wznosiła serce do Boga i razem z tym kielichem z ołtarza 
oddawała Mu je całkowicie. Kapelusz panny Rokickiej, nieznajomy tancerz, 
piknik nawet — wszystko gdzieś się rozwiało, znikło... i modlić się zaczęła całą 
duszą, prosząc o opiekę i błogosławieństwo dla siebie i dla swoich, o łaski 
wszelkie, i żeby babunia była zawsze zdrowa i żyła długo, długo i dziadunio 
takoż. I żeby Ania wyleczyła się i żeby wszystkim było dobrze, i stryjowi, i 
mamie, i Tereni, i wszystkim. I żeby krajowi całemu Bóg zesłał dobro 
wszelkie, i spokój, i dobre urodzaje, i żeby ludzie nie chorowali, i byli dobrzy i 
szczęśliwi wszyscy. A gdy na Podniesienie odezwały się znowu dzwonki i 
organy umilkły, zrobiła się wielka cisza, a jej serce rozpłynęło się w miłości i w 
uroczystym dziękczynieniu, i zdawało się jej, że weszły w nie te wszystkie 
błagania i prośby, co naokół drgały i że pierś jej rozszerza się uczuciami tych 
tysięcy, a serce, jak czara po brzegi pełna, wznosi się wysoko do Boga. I 
powtarzać zaczęła: — Nad nimi, nad nimi ulituj się, Boże! 
Msza skończyła się wśród ciszy. Tylko podczas ostatniej ewangelii 
zrobił się ruch koło drzwi, bo niektórzy wychodzić zaczęli, a inni znów skupili 
się bliżej ołtarza, na którego stopniach ukląkł proboszcz, zakrystian i chłopcy 
służący do mszy, i zaintonowano Święty Boże! 
Po pierwszej zwrotce, odśpiewanej drżącym głosem starego księdza, 
nagle przemówił lud. Było to zrazu coś, jakby ciemna chmura, jakby grzmot 
oddalony, który rośnie, rośnie i zbliża się, aby wybuchnąć nad głowami 
wołaniem olbrzymim: Święty, Nieśmiertelny! głosem, podobnym do tysiąca 
trąb, złocistym i jasnym dźwiękiem, hukiem rozsadzającym i mury kościelne, i 
piersi ludzkie, aby potem powoli opadać, zniżać się i kończyć prawie szeptem: 
Zmiłuj się nad nami! 
I znów nastała chwila ciszy. Od ołtarza podniósł się stary głos: 
 — Święty Boże, święty Mocny, święty Nieśmiertelny, zmiłuj się nad 
nami! 
I znowu buchnęła pieśń jak płomień, rosła aż ponad niebo i opadła 
gorącym tchnieniem na ziemię. 
I szła tak dalej — to drżąca w ustach staruszka przed ołtarze, to 
potężna i wspaniała, rwąc się falą z ust ludu. To wzlatując wysoko, śmiało 
dzwoniła u tronu Pańskiego, to brzmiała przed Nim w suplikacji i błaganiu, to 
rozlewała się potokiem na głowy ludzkie pogrążone w żałości i skardze. 
Lud mówił do swego Boga. 
Po skończonym nabożeństwie odwiecznym zwyczajem szła pani 
marszałkowa na groby rodzinne. I teraz skierowały się cztery panie ku 
oddalonemu końcowi cmentarza, gdzie za żelazną kratą wznosił się krzyż 
kamienny, pod którego cieniem spali w grobach członkowie rodziny 
Halickich. Było ich tam wielu. Na czterech rogach zasadzone modrzewie 
rzucały koronkowy cień na kamienne płyty — tylko gdzieniegdzie błyszczały 
złote napisy i żółte nieśmiertelniki w wiankach. Spokojny to był kątek, 
zacieniony i chłodny, i gwar świąteczny niewyraźnie tu dochodził. 
Marszałkowa otworzyła furtę i stanęła oparta na kiju. Spokojna i 
surowa, patrzała, na leżące przed nią mogiły. Tam, pośrodku, spoczywali 
rodzice, a obok puste miejsca czekały na nich oboje. Tuż blisko wielki biały 
kamień nosił tylko napis: Juliusz Halicki, — . Był to najstarszy z jej synów, 
pierwszy, oczekiwany..., upragniony! Poczęty z najgorętszej miłości, 
wykołysany marzeniami — ukochany nad wszystko. Piękny, zdolny, o 
szlachetnym sercu. Wcześnie go śmierć zabrała, śmierć piękna, ale jakże 
okrutna! Dalej leżał Antoni. Za nim skromny krzyż z napisem, wzniesiony na 
pamiątkę Stefana, którego ciało pozostało gdzieś na obczyźnie, ale którego 
duch pewnie tu nieraz przebywał. 
A tam, w rogu, pod samym murem, widniał napis króciutki: Celina. I 
nazwiska nawet nie położono na tym kamieniu, co pokrywał szczątki tej 
nieszczęśliwej kobiety i był ostatnim aktem jej romansu. Ale kwiatów było 
jednak najwięcej na tym grobie — kwitły bratki i lewkonie, i lilie białe wysoko 
wznosiły swe kielichy. 
A za tymi, w drugim rzędzie, leżały inne jeszcze kamienie, omszone już 
i nie świecące złotem liter. Nad tymi, co tam spali, już żadne serca nie bolały. 
Marszałkowa stała nieruchoma, mała i zgarbiona nad grobami 
ukochanych. Oczy jej przenosiły się z jednego na drugi, powolnie, miłośnie 
błądząc po tej ziemi, do której sama też wkrótce położyć się miała. Ale ciągle, 
co chwila, oczy te wracały ku wielkiej, białej płycie i spoczywały na imieniu 
syna: Juliusz Halicki, — . Tyle lat minęło od owej chwili — a ból był zawsze ten 
sam. I poprzez darń mogilną widziała nieruchome ciało i piękną, martwą 
głowę. I dwie łzy zbierały się znowu powoli w oczach staruszki, spływały po 
wyżłobionych w twarzy bruzdach i spadały na złożone ręce. 
Pani marszałkowa powoli odwróciła się od grobów, przymknęła furtkę 
i zgarbiona, postukując laską, poszła ku kościelnej bramie. 
Tegoż dnia, pod wieczór, Zosia czytała głośno jakąś powieść dla 
rozerwania Ani, cierpiącej od rana na migrenę, gdy z daleka dał się słyszeć 
turkot. Ktoś jechał aleją ku dworowi. Zosia położyła książkę. 
 — Czy słyszysz, Aniu? — spytała. Ania nadstawiła ucho. 
 — Ktoś jedzie — rzekła. 
 — Jedzie, najwyraźniej słyszę. O, przez most przejechali. Może z 
Bijuciszek... Polecę na górę zobaczyć. 
I w jednej chwili książka znalazła się pod stołem, a Zosia, skacząc po 
trzy schody na raz, pędziła na górę. Tam, z okna swego pokoiku, wyjrzała. 
Przez wysadzoną topolami ulicę posuwała się, błyskając w zachodzącym 
słońcu stalowymi okuciami, bryczka zaprzężona w dwa tłuste bułanki. W głębi 
powiewała jakaś peleryna szaraczkowa. 
 — Mój Boże, któż to taki?! Chyba tylko proboszcz! — myślała Zosia, 
wychylając się przez okno i wytężając wzrok. 
 — Tak, na pewno on. A ich ani widać! 
Tak, był to proboszcz — i Zosia, choć go lubiła bardzo, patrzyła teraz z 
urazą na jego bułanki i bryczkę toczącą się żwawo po drodze. Widziała jego 
pelerynę, którą wiatr rozwiewał, czerwoną twarz pod szerokim rondem 
kapelusza, i dwie ręce oparte na parasolu. Słyszała szczekanie Dianki i 
Rozboja i turkot bryczki po żwirze przed gankiem, otwieranie i zamykanie 
drzwi, głosy w przedpokoju, gruby śmiech proboszcza, wreszcie kroki 
oddalające się ku salonowi. Bryczka odjeżdżała wolno ku stajniom i bułanki 
spocone machały ogonami. 
 — Nieznośny ten proboszcz!. — szepnęła Zosia, odchodząc od okna 
zawiedziona w swych oczekiwaniach. — Potrzebna nam bardzo jego wizyta. I 
postanowiła nie schodzić wcale do salonu. Ale z dołu, z sieni, odezwał się głos 
Ani: 
 — Zosiu, Zosiu! — wołała. — Chodź prędko! Ksiądz proboszcz 
przyjechał. 
 — Przecie słyszę — odparła, przechylając się przez balaski, wielka 
rzecz! 
 — Ale chodźże prędko. 
 — Czegóż ja tam pójdę? — spytała zaczynając schodzić na dół. Ania 
stałą u początku schodów z tajemniczym uśmiechem na ustach. 
 — Idź do salonu, posłyszysz coś ciekawego. 
 — Co, może o pikniku? 
 — A widzisz, a nie chciałaś zejść. 
Ale Zosia już jednym susem była w salonie. Całowała proboszcza w 
rękę i wołała: 
 — A co, proboszczu, będzie bal? — I czerwona, uśmiechnięta, z 
niepewnością w oczach, ale tryskająca skwapliwością i weselem, stała przed 
nim, trochę zawstydzona własną odwagą, ale przede wszystkim ciekawa 
odpowiedzi. 
Proboszcz wybuchnął głośnym śmiechem: 
 — Cha, cha, cha! Patrzajcie państwo, panie dobrodzieju, jaka 
niecierpliwa! A to dopiero balu zachciało się, ot, jak! 
I trzymając jej ręce, patrzał na nią i śmiał się wciąż długo, serdecznie. A 
jej twarz, uszy, szyję oblewał coraz ognistszy rumieniec. Spuszczała oczy i 
wstyd jej było, że się tak wyrwała — jak Filip z konopi. 
 — Ot, panie dobrodzieju, w gorącej wodzie kąpana! Ledwie to od ziemi 
odrosło, a już balów jej potrzeba, ot, jak! 
 — A bo ja chcę tańczyć... — zaczęła Zosia. 
 — Tańczyć? A bardzo się chce..., co, bardzo? Oj, ty dzieciaku..., 
dzieciaku! — Puścił jej ręce, ale wskazał krzesło, aby przy nim usiadła i rzekł: 
 — Tańczyć chce się? No, to posłuchaj. 
I zwracając się do całego towarzystwa, dalej ciągnął przerwane 
wejściem Zosi opowiadanie: 
 — Tak, panie dobrodzieju, my na niego: a nie można, a trzeba, a nie 
wykręcisz się, kochanieńki. Dasz, dasz swój pałac, choćbyś nie chciał. Co to, 
młodzi zebrali się, chcą potańcować, chcą sobie zabawić się po bożemu — a to 
dla tego egoisty wszystko ma przepadać? Zaczął on trochę mięknąć. Mówi: u 
mnie nic nie ma, ani szkła, ani porcelany, co jest, to antyki, piękne rzeczy — 
pobijecie mi, zniszczycie. A na to Jerzy Lipowski: Cóż to pan myślisz, że 
dzikich ludzi pospraszamy! A zresztą jfc, mówi, na siebie biorę 
 — przywieziemy co potrzeba, ani jednego kieliszka nie poruszymy. Tak 
Chański powiada: U mnie takie piękne meble, same arcydzieła połamiecie na 
nic. A Lipowski mówi: W sali balowej i tak nic nie stoi, w stołowym zwyczajne 
krzesła, a że w salonie panie posiedzą na tych arcydziełach, to im nic się nie 
stanie. Tak on znowu: Moja służba stara, do niczego, nic w porę nie będzie 
zrobione. A Lipowski: My gospodarze, i służbę swoją przywieziemy. No, tak i 
zdał się, już nie było co gadać — Lipowski miał na wszystko gotową 
odpowiedź. Uparł się, i poty nudził, aż na swoim postawił. 
 — Więc będzie bal w Ucianach! — spytała pani Alina. 
 — A w Ucianach. Tylkoż wy, dzieciaczki — tu zwrócił się do panienek — 
pamiętajcie, pięknie podziękujcie Chańskiemu, bo to dla niego ofiara. Co to 
dla takiego wygodnisia nie spać, nie mieć swojej gazety do poduszki, a swoich 
pantofli, a swojej lemoniady. Ot, czyste utrapienie! 
Lecz Zosia zawołała: 
 — To dziwny człowiek! Ja bym chciała, żeby co dzień był bal w 
Haliniszkach! 
Proboszcz znowu zaśmiał się głośno, aż mu pełna twarz pokraśniała, i 
zaczął Zosię drażnić: 
 — Ta zaledwie od ziemi odrosła, a już gwałtu chce balów, jeszcze w 
krótkiej sukience chodzi... 
 — Wcale nie w krótkiej, księże proboszczu. Proszę zobaczyć! I 
zerwawszy się z krzesła przed nim stanęła. 
Proboszcz przekomarzał się z nią i aż trząsł się ze śmiechu. Babunię 
przekonywał, że ją trzeba zostawić w domu, że dzieciom najlepiej, gdy siedzą 
za piecem, a ona, rozweselona i szczęśliwa, odcinała mu się dzielnie. Aż i inni 
śmiać się zaczęli, a marszałek rzekł: 
 — Co wy tam teraz umiecie zrobić! Urządzą tam skakaninę jakąś, bez 
ładu i składu, tandetę, partactwo. Wytańczą się, wytrzęsą i powiedzieć gotowi, 
że była świetna zabawa. Spytajcie się mnie, jak pikniki urządzać. Anuleczko, 
pani moja, czy pamiętasz ten piknik, który kiedyś urządzałem w Wilnie 
podczas świętojerskiego jarmarku? O, to była zabawa. 
I marszałek ożywiony dawnym wspomnieniem zaczął opowiadać: 
 — Tak, była to feta wspaniała, elegancja szła w parze z przepychem. Był 
to bal kostiumowy, ale kostiumy były dozwolone tylko historyczne, z różnych 
wieków, z różnych stanów. Więc były i kontusze, i krakowskie sukmany, i 
średniowieczne, obcisłe stroje hiszpańskie z czasów Wazów i francuskie 
późniejsze, pyszne! A co tam były za klejnoty! Pamiętasz, Anuleczko, nie 
chciałaś sprawić sobie kostiumu, to ja ci za to kupiłem tę sztukę grodenaplu 
lawendowego. A cukiernika tośmy sprowadzali z Warszawy. Prawda, że takich 
tortów i cukrów nie zdarzyło mi się widzieć dotąd! Dla każdej wchodzącej 
damy był przygotowany bukiet z wierszami na jej cześć. To była feta. 
Marszałek westchnął na wspomnienie minionej świetności, a pani 
marszałkowa uśmiechnęła się i rzekła: 
 — My za tę fetę z własnej szkatuły dopłaciliśmy półtora tysiąca rubli 
rachunków rozmaitych. 
 — A, prawda — zaśmiał się staruszek. — Jak przyszło do rachunków, to 
naznaczonej składki nie wystarczyło. A trudnoż było od wszystkich zbierać 
znowu po kilka rubli. Trzeba było zapłacić. Więc ja do mojej dobrodziki: 
Anuleczko, królowo, ratuj! No, wzięła z szuflady i dała. Ależ burę dostałem! 
Oj, oj! 
Marszałek robił pokorną minę, a marszałkowa kiwała głową i śmiała 
się: 
 — Oj, ty kochanie moje, nieraz tak z tobą bywało. 
Tymczasem pani Antoniowa, która była wyszła przed chwilą, wróciła 
do salonu z małą paczką w rękach. Był to prezent z Rzymu dla proboszcza — 
posążek Św. Piotra z brązu, kopia sławnego posągu znajdującego się w 
bazylice. 
Zaczęły się objaśnienia, opowiadania. 
Proboszcz słuchał uważnie szczegółów, ale widać było, że się nimi 
zbytnio nie przejmował. Spytał jednak: 
 — A jakże papież się ma? 
Pani Antoniowa z przyjemnością rozpowiadać zaczęła: 
 — Dzięki Bogu, zdrowie Jego Świątobliwości jest zadziwiająco dobre: w 
tak późnym wieku, przy takiej pracy Jego Świątobliwość jest jeszcze pełen sił 
umysłowych, pamięci takiej, że najmłodszych zawstydza. Tak, w tym jest znak 
widomy opieki Boskiej nad Kościołem Świętym. Obdarzył Bóg swego 
namiestnika niezwykłą inteligencją i niezmordowaną pracowitością. Ojciec 
święty całymi nocami pracuje, a już o szóstej rano odprawia Mszę świętą. 
Pomimo częstych napadów kaszlu, które go bardzo a bardzo męczą, nigdy 
trybu życia nie zmienia i trzeba już ciężkiej choroby, aby się zgodził przeleżeć 
dzień lub dwa. A cóż za oszczędności w wydatkach! Tam, gdzie chodzi o 
chwałę Kościoła, Ojciec święty i milionów nie żałuje. Ale dla siebie, mój Boże, 
aż wstyd powiedzieć, przeznaczył sześć franków dziennie na stół i to mu 
wystarcza. Prawda, że takie małe potrzeby — duchem prawie tylko żyje. I 
patrząc na niego widać, że to ciało wątłe, słabe, zniszczone jest tylko powłoką 
tej wielkiej duszy, co mu przegląda z czarnych oczu, pomimo wieku tak 
ognistych jeszcze. 
 — A często go pani widuje? — spytał ksiądz. 
 — Nikt Jego Świątobliwości często nie może widywać — odrzekła. — 
Od czasu jak jest więźniem w Watykanie, publicznie, to jest y kościele Św. 
Piotra lub w kaplicy Sykstyńskiej, pokazuje się tylko kilka razy do roku w 
wyjątkowych uroczystościach i to trzeba mieć kartę wstępu. My jednak 
miałyśmy tej zimy szczęście być przyjęte przez Ojca świętego na audiencji. 
Tu pani Alina urwała i spuściła oczy, a twarz jej rozjaśniła się na 
wspomnienie szczęścia, którego dostąpiła. 
Ksiądz zaś przypomniał coś sobie i spytał: 
 — A panna Teresa gdzie? Coś nie widać... Nastała chwila ciszy. 
Wszystkie oczy zwróciły się ku pani Antoniowej. 
Ona jakby wahała się z odpowiedzią, wreszcie odchrząknęła i rzekła: 
 — Moja córka pędzi życie odosobniony. Tu nawet mało się udziela. 
Przygotowuje się do zmiany stanu... 
 — Cóż, za mąż idzie? — spytał proboszcz. 
 — O, nie, wstępuje do zakonu. Proboszcz się zadziwił. 
 — Do zakonu! Patrzajcie państwo, panie dobrodzieju! A ja ciągle 
czekam ze stułą — myślę: pora by ślub dać. Ot, jak, do zakonu! No, no — nie 
spodziewałem się... 
 — Szkoda dziewczyny — zauważył marszałek. 
Pani Antoniowa poruszyła się żywo, ale nie rzekła nic. A proboszcz, 
rozchyliwszy sutannę, wsadził pierwsze palce obu rąk sobie pod pachy, a 
pozostałymi z lekka bębnił po piersiach. Oczy jego błękitne, łagodne, jak oczy 
dziecka, wybiegły dalekim spojrzeniem poza otaczających, poza mury domu, 
gdzieś wysoko, w szafirowe niebo — i zaczął mówić powoli: 
 — Szkoda, nie szkoda! Na nasz ludzki rozum, to zdaje się lepiej: niech 
idzie za mąż, niech gniazdko uściele, niech dziatki rodzi, niech domem rządzi. 
Tak zdaje się lepiej. A taki, jak Pan Jezus zawoła do siebie i powie: Chodź, to 
nie ma co, i tu już żaden rozum nie pomoże. Rzucaj wszystko i idź!... O, 
zazdrosny On, panie dobrodzieju. Jak sobie kogo upodoba, to nie ma rady! 
Ot, żeby mnie zapytali, powiedziałbym: niech idzie za mąż panna Teresa, 
najlepiej zrobi. A Pan Jezus inaczej sobie obmyślił — i taki po swojemu. 
Wykręcaj się jak chcesz, a nic nie pomoże. Z Bogiem nie wojować. 
Chwilę zamyślił się i bębnił palcami po kamizeli, a dziecinne jego oczy 
zachodziły wilgocią, jakby zbierały się w nich łzy, około pełnych ust rozsiadał 
się półuśmiech błogi. I westchnął głośno: 
 — Ach, ach, panie dobrodzieju! Czy to człowiek wie, co go czeka! Ot, 
prawdziwie, człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi. Czy to ja, młodym będąc, 
myślałem kiedy, że skończę na probostwie? Gdyby mi kto powiedział, to bym 
go miał za kpa. W wojsku służyłem — i szlify, epolety, wojenka, a piękne 
panny były mi w głowie... A ot, Pan Jezus zawołał. Wykręcałem się, panie 
dobrodzieju — długo. A taki musiałem kapitulować. 
Tu zwrócił się do pani Aliny: 
 — To naprawdę wstępuje panna Teresa? No, patrzajcie państwo! I 
gdzież to, w Krakowie? 
Pani Alina stropiła się znowu: 
 — Nie, jeszcze nie wiemy..., pewności nie ma, prawdopodobnie w 
Rzymie. Zobaczymy, jak się ułoży. 
Marszałkowa od dawna milcząca śledziła wyraz twarzy synowej. A 
teraz, widząc jej pomieszanie, rzekła dobitnym głosem: 
 — Antoniowa z Terenią myślą nowy zakon fundować. 
Pani Alina zaczerwieniła się i pośpieszyła z tłumaczeniami o wyraźnej 
woli Boskiej. 
Zosia spojrzała zadziwiona na matkę, a proboszcz, wziąwszy tę 
wiadomość za żart lub nieporozumienie jakieś, wybuchnął znowu głośnym 
śmiechem: 
 — Cha, cha, nowy zakon! Mało tego jeszcze! Cha, cha, cha, i pani 
Antoniowa zakonnicą, a to paradne! Komedia, co? Patrzcie państwo, panie 
dobrodzieju, któż to wymyślił? 
I śmiał się dalej, nie widząc zagniewanej twarzy pani Aliny, coraz 
bardziej zdziwionych spojrzeń Zosi i złośliwego uśmiechu marszałka. 
 — Niech się proboszcz tak nie śmieje, to rzecz zupełnie prawdziwa — 
rzekła wreszcie pani Antoniowa siląc się na spokój, chociaż głos jej drżał z 
rozdrażnienia. 
 — Prawdziwa? A paniż moja kochana, nigdy temu nie uwierzę. I do 
czegóż ten nowy zakon? Mało to ich jest na świecie? Na wszelkie gusta się 
znajdzie... A żeby pani miała do klasztoru wstępować!... Pani!... Cha, cha. toż 
chyba skończenie świata, panie dobrodzieju! Toż ja panią znam nie od dzisiaj 
 — no, i wszystkiemu prędzej uwierzę. 
 — Ależ, księże proboszczu! Jakże można przeczyć... 
 — Daj pani pokój! Czyja ludzi nie znam? Ot, panna Teresa, nie 
mówię... Może..., może... Ale pani! Cha, cha... 
Pani Alina odwróciła głowę niezadowolona bardzo. Ale na jej szczęście 
przykra rozmowa została przerwana wejściem pana Adama ze Szrottem. 
Proboszcz wstał z fotela i zaczęli się witać. Całowali się w oba policzki, głośno, 
serdecznie. A zaraz potem pan Adam rzekł: 
 — Cóż, zagramy? 
 — Ot, panie dobrodzieju, gracz zajadły! I tchnąć nie da, zaraz do 
stolika. 
 — Bo proboszcz aż drżysz z niecierpliwości, żeby prędzej do 
preferansa. Jak przyjdzie niedziela, to już od samego rana — i przede mszą i 
podczas mszy o partyjce myślisz... 
 — A nieprawda! Ot, kochanieńki, przepraszając kłamiesz. Żebym ja... 
podczas mszy... To ty sam... 
 — Kiedyż to wszyscy wiedzą — żartował pan Adam — że proboszczowej 
tylko karty w głowie i jak kogo na koniach oszukać. Ot, i mnie oszukałeś 
proboszcz na tej siwej, co to przehandlowaliśmy za ogierka. A czy to tak godzi 
się duchownej osobie? Toż ona dychawiczna. 
 — Kłamiesz, kochanieńki. U mnie ona dychawiczna nie była, to już 
wyją tutaj zaziębiliście, czy co? A zresztą, gdzież miałeś oczy, panie 
dobrodzieju? Cha, cha, trzeba było obejrzeć, trzeba było patrzeć. Ja na 
ogierku nie oszukałem się. Cha, cha, cha. 
Śmiał się proboszcz głośno, aż mu się trząsł wielki brzuch i oczki 
mrużyły się. Bo nie było dla niego większej przyjemności, jak przekomarzać 
się z panem Adamem o konie, którymi wiecznie handlowali z sobą. A 
znawstwo w tym kierunku było jego słabą stroną. Wiedzieli o tym wszyscy... 
Toteż marszałek dodał: 
 — A te bułanki teraźniejsze proboszcza to licha warte. 
 — Co, moje bułanki licha warte! — zawołał ksiądz zrywając się. — Moje 
bułanki? Najlepsze konie w całej parafii. 
 — Licha, nie licha — rzekł pan Adam — ale nie dałbym za parę więcej jak 
osiemdziesiąt rubli. 
 — Osiemdziesiąt rubli, osiemdziesiąt rubli za takie konie, panie 
dobrodzieju?! 
 — Jakie tam konie?! Prawy — to spieczony, a i lewy — nic 
szczególnego. Tyle, że proboszcz pchasz w nie owsa bez miary — więc 
wypasione. 
Proboszcz zaczął się gniewać naprawdę. 
 — Nie słuchaj, panie Adamie. Co masz takie brednie prawić — że i 
szkoda śliny — to lepiej siadajmy do preferansa. 
 — A to najlepiej — odezwał się pan Szrott — i może dziś z kurą 
zagramy? 
 — Z kurą? Patrzajcie państwo, panie dobrodzieju, jaki pan znalazł się! 
Z kurą, jeszcze czego! A niech Pan Bóg broni, na takie ciężkie czasy! Nie 
potrzeba. Bez kury i po setnej. 
Ruszyli ku drzwiom werandy. 
 — Po setnej? To już nie ma interesu. 
 — Tobie, kochanieńki, panie dobrodzieju, szulerka chyba w głowie? 
Zrujnowałeś się raz, chcesz drugi raz się zrujnować. 
Ustawiono zielony stolik. Zjawił się na czwartego pan Huniewicz — i 
zaczęła się gra. Zrobiła się względna cisza przerywana tylko wykrzyknikami: 
Trefle! piki! kara! kiery! albo przyśpiewywaniem proboszcza, który gdy się 
bardzo zamyślał nad jaką kartą, nucił sobie pod nosem: ..Zginęli Grecy, 
zginęli Rzymianie. I my zginiemy, wierni chrześcijanie" albo „Kiepsko u 
Witebsku — a u Olszy jeszcze horszy". Czasem powstawała sprzeczka i słychać 
było głos pana Szrotta, wołający: 
 — Przepraszam, ale to trzeba nie mieć żadnej idei, żadnego pojęcia... 
 — O, patrzajcie państwo, panie dobrodzieju — to niby moja wina?! 
Czemuż sam nie wyszedłeś w kiery? 
 — Jakże miałem wychodzić w kiery, kiedy proboszcz najwyraźniej 
pokazywał mi swój kolor? 
 — Jaki kolor? Co gadasz, panie dobrodzieju? 
 — No, trefle. 
 — Dajże pokój. Ani ja pokazywałem, ani co. Sam napierałeś się kierów. 
 — Przepraszam, ale z proboszczem grać nie można. 
Cichło jednak wkrótce. Znowu z szelestem kart wypadały 
sakramentalne słowa: Siedem pików... osiem karo... lub nucenie proboszcza: 
„Z wysokiego łóżka spadła poduszka — stąd się taki morał wywodzi, że kawa 
cukrem się słodzi". 
IX 
Nazajutrz rano, po naradzie z Teresą Leonią, pani Antoniowa zawołała 
Zosię do swego pokoju i wyjawiła jej swój zamiar fundowania nowego zakonu 
Sióstr Matki Boskiej Bolejącej. Zosia, pomimo że się spodziewała jakiegoś 
wyjaśnienia, zadziwiła się. 
 — Fundować zakon, mamo?! Ja myślałam, że to tylko święci albo 
wielcy ludzie fundują zakony. 
 — Moja Zosieńko, wszyscyśmy powołani do świętości. A zresztą, Bóg 
wybiera do swoich celów często najlichsze narzędzia. 
 — No tak, ale zawsze... I po co ten nowy zakon? 
Pani Antoniowa rozpoczęła opowiadanie o celach i potrzebach Sióstr 
Bolejących. Mówiła o powołaniu Teresy Leonii od dawna już odczuwanym i o 
własnych swych aspiracjach do ciszy klasztornego życia, o chęci oddania się 
zupełnie Bogu i o zapadłym ich wspólnym postanowieniu. 
 — Ale... jakże będzie? — zaczęła Zosia, której nagle zrobiło się bardzo 
smutno. — Mama pójdzie do klasztoru i Terenia także. A ja? Cóż będzie ze 
mną? 
I ogarnęło ją uczucie strasznej samotności. Łzy naszły jej do oczu i 
zaczęły płynąć po twarzy. 
 — Ależ, Zosieńko... moja Zosieńko — uspokajała ją matka — wszak to 
wola Boża. 
Ale ją teraz gniew porwał i nie mogąc się powstrzymać wybuchnęła: 
 — Bo mama mnie nie lubi, ani trochę nie lubi! Mama nigdy nie lubiła 
mnie i nie myślała o mnie. Nigdy, nigdy! Mama wolała siedzieć za granicą z 
Terenią, niż być ze mną.ja jestem bardzo nieszczęśliwa. Wszystkie dzieci 
mają matki, a ja nigdy mamy nie widzę, zawsze jestem sama... I ja wiem, że 
mama mnie nie lubi... 
 — Ależ, Zosiu — starała się przerwać matka — co ty mówisz! 
 — A tak, a tak! Czy mama kiedy dbała o mnie? Wszystko mamie jedno, 
co się ze mną dzieje. I teraz ja myślałam, że już będziemy razem mieszkać — 
czy w Białym Dworze, czy gdziekolwiek — to mama teraz z tym klasztorem... 
Zosia była cała czerwona od powstrzymywanych łez i od żalu 
wzruszenia, które ją ogarniało. Stała na środku pokoju zaperzona i gniewna. A 
pani Alina nie wiedziała, co powiedzieć, aby ją uspokoić. Trwożliwa z natury, 
scen i wymówek nie cierpiała i teraz trochę obawy czuła przed tą gwałtowną 
dziewczyną, która tak śmiało rzucała jej w oczy wyrzuty. 
 — Ależ, moja Zosieńko, ależ, moje dziecko, uspokój się — mówiła. Ale 
Zosia nie słuchała — coraz bardziej unosiła ją żałość i oburzenie, coraz 
gorętsze słowa wyrywały jej się z ust drżących od wstrzymywanego płaczu. 
 — Każda matka dba o swoje dzieci, tylko mama nie dba o mnie, mama 
zostawiła mnie na łasce babuni, jakby sierotę... A teraz mama znowu pojedzie 
zakładać jakieś klasztory, a ja... cóż będzie ze mną? 
 — Ależ, moja Zosieńko, kiedy nie pozwalasz powiedzieć... Przecie 
Bóg... 
 — Bóg na to nic nie poradzi, że mama o mnie nie dba. 
 — ...Przecie Bóg nami wszystkimi się opiekuje i... 
W tej chwili otworzyły się drzwi i Teresa Leonia stanęła w progu. Był 
taki spokój i stanowczość, i siła w jej oczach, była w niej taka niczym nie 
zachwiana pewność, takie poczucie nieomylności, że pani Alina i Zosia 
uspokoiły się zaraz. Ona utkwiła swe daleko patrzące oczy w siostrę i rzekła 
cicho a wyraźnie: 
 — Sprzeciwiasz się rozkazowi Boskiemu. Dla nędznych, egoistycznych 
pobudek stajesz w poprzek woli Boskiej. Chyba nie pojmujesz, co robisz? 
Zosia zmieszała się, siostra zawsze jej imponowała. 
 — Bóg rozkazał nam fundować zakon, który by walczył za Kościół 
święty, za ginące w grzechu dusze ludzkie. Dzieło to jest wielkie, święte. 
Czymże wobec tego, powiedz, czymże jesteś ty, abyś miała, dla swej 
przyjemności czy wygody, głos przeciw nam podnosić? Powiedz sama, czy 
wobec takiego celu możemy myśleć o twoich zachciankach, o twoich 
 — zresztą bardzo poczciwych — uczuciach? Powiedz, co ważniejszego? 
Bóg i Jego rozkaz czy też twoja przyjemność? 
Zosia milczała. Stojąc ze spuszczoną głową skubała wstążkę od 
warkocza i myślała: — A może... może one mają słuszność... Czymże jestem ja 
w porównaniu z Bogiem — ale jednak... 
 — Zresztą — zaczęła znowu Teresa Leonia i wzięła ja za rękę — przecież 
ciebie nie opuszczamy. Mama troszczy się o ciebie i myśli o twoim losie. Co 
Bóg da, nie wiemy. Zapewne ześle ci zamążpójście odpowiednie, ale do tego 
czasu będziesz z nami, i do Rzymu możesz razem pojechać. 
Pani Alina i Teresa Leonia spojrzały po sobie i porozumiały się oczami. 
 — Zapewne pojedziesz z nami do Rzymu — rzekła pani Alina. 
 — Zakon jeszcze nie założony, więc tymczasem możemy zająć się tobą. 
 — I zobaczysz, jak ci tam będzie przyjemnie. 
Ale w obecnej chwili przyjemności rzymskie Zosi nie wzruszały. Stała 
wciąż nieruchoma i myślała: — Może one mają słuszność — Bóg może 
wymaga czasem zaparcia się, poświęcenia. 
Jakby odpowiadając na tę myśl, Terenia znowu zaczęła: 
 — Ale gdybyś nawet miała przecierpieć i stracić coś na tym osobiście, 
czyż nie czujesz się na siłach zrobić tego dla Boga? Czyż głos Jego, żądający 
może i od ciebie ofiary, odbije się bez echa od twego serca? Będziesz stawiała 
wolę swoją i własny interes ponad wolę Jego i interes Kościoła? 
Zosia niżej jeszcze spuściła głowę. Głos wyraźny i stanowczy Teresy 
Leonii przejmował ją dziwną jakąś obawą. 
 — Bóg ciebie nie wzywa do zakonnego życia — mówiła ona dalej — nie 
żąda od ciebie zaparcia się ziemskiego szczęścia, ale żąda, abyś mu nie 
stawała na drodze, gdy wolę swą objawia, abyś nam nie była kulą u nogi, 
przeszkodą w wykonaniu naszej ofiary. Owszem, żąda On od ciebie 
współdziałania, chce, abyśmy w tobie znalazły pomoc, pociechę, a nie 
utrudnienie. Czyż nie czujesz tego? Czyż nie słyszysz głosu Jego w swej duszy? 
Zosia nie słyszała Jego głosu, ale czuła, że oburzenie jej rozpływa się, 
gniew topnieje, a wola mięknie i poddaje się. W oczach kręciły się łzy, ale były 
to łzy jakieś łagodne. 
Wyczytała Teresa Leonia tę zmianę w jej twarzy i rzekła: 
 — Przyrzeknij, że nam trudności nie będziesz stawiała, że owszem, 
czym tylko zdołasz, przyczyniać się będziesz do wielkiego dzieła. 
A Zosia, zupełnie już pokonana, odpowiedziała: 
 — Przyrzekam. 
 — Bóg ci to wynagrodzi — rzekła Teresa — i wyszła z pokoju. 
Pani Alina wzięła córkę w objęcia. Wzruszona była jej smutkiem, łzami 
i obietnicą od niej otrzymaną. Więc chciała ją pocieszyć. Posadziła przy sobie 
na sofce, uspokajała, ściskała i starała się projekty swe w jak najmilszym 
świetle przedstawić. Nie, nie rozstaną się teraz jeszcze. Przeciwnie, razem 
będą ciągle, dopóki Zosia nie wyjdzie za mąż albo dopóki Pan Bóg tymi 
rzeczami nie pokieruje. Przecie nic nie nagli, Bóg widzi te trudności, więc tak 
wszystko ułoży, aby było dobrze. A mówić, że jest nielubiana, nie godzi się, bo 
od takich słów macierzyńskie serce boli strasznie, tym bardziej że to fałsz. 
Kochana jest bardzo, bardzo, zawsze jest i będzie najmilszą córeczką, drogim 
dzieckiem. I zresztą, po cóż te żale? Teraz będą razem, potem znajdzie się 
dobry mąż i wszystko będzie dobrze. A kiedyś, kiedyś W przyszłości, może 
Bóg pozwoli im wszystkim powrócić do ojczyzny... 
Pani Alina umilkła. A Zosia spytała, wycierając oczy: 
 — Więc w Białym Dworze nigdy już nie zamieszkamy? 
Ale pani Alina śmiejąc się zaczęła mówić, że nie można razem 
wszystkiego chcieć — i Białego Dworu, i Rzymu, że trzeba czegoś się wyrzec, a 
przedkładać większe dobro nad mniejsze. A widząc, że oczy Zosi znowu 
napełniły się łzami, rzekła: 
 — A ty, moja córeczko, nie płacz i nie smuć się, bo mi tym jeszcze 
bardziej utrudniasz ofiarę i rozdzierasz serce. Powinniśmy z radością 
przyjmować rozkazy Boskie i nie sprzeciwiać się nawet myślą Jego świętej 
woli. 
I białą ręką, strojną w pierścienie, gładziła pani Antoniowa spuszczoną 
główkę Zosi. Ale ta zdawała się pieszczot tych nie czuć i myślała, że jednak 
dziwne są na świecie sprzeczności. Co jest złe w oczach babuni, dla mamy jest 
święte i dobre. I komu wierzyć? Dotąd wierzyła, że wypełnienie obowiązków 
najbliższych, codziennych, jest pierwszym zadaniem człowieka. A teraz 
odkrywały się przed nią nieznane jakieś światy, do których odwoływani byli 
ludzie od tych najbliższych obowiązków i szli mówiąc, że Bóg ich tam 
powołuje. Może tak było w istocie... Tymczasem przyrzekła, że przeciw matce 
i siostrze nic mówić ani robić nie będzie, więc dotrzymać musi przyrzeczenia i 
nie będzie im kulą u nogi. Ale to wszystko dziwne... dziwne! 
I w głębi jej serca powstawała i rosła fala goryczy. Nie, matka jej nie 
lubiła widać, jeśli tak spokojnie mówiła o rozstaniu, o takim zupełnym 
rozstaniu, gdzie już nic, nic nie ma wspólnego, o takiej wiecznej rozłące, o 
takim rozdziale myśli i celów, i dróg... Mówiła o tym spokojnie, z 
przyjemnością nawet, jak obca już sercem istota, która tylko przez grzeczność 
zgodziła się chwilę jeszcze tu przebyć, ale już cała należała do jakiegoś tam 
innego świata, obcego, dalekiego... do innych ludzi, do innych krain. 
Ale właśnie pani Alina zaczęła mówić o Rzymie i Zosia zwróciła ku niej 
myśli. Włochy, Rzym wszakże to był cel jej marzeń. 
Pani Alina mówiła, że tak będzie najlepiej: przebędą rok w Rzymie, 
Zosia dokończy tam wychowania, będzie mogła widzieć najpiękniejsze w 
świecie zbiory, muzea, galerie, kształcić się, uczyć, doznawać wrażeń 
podniosłych na całe życie, uświęcać duszę u źródła wszelkich łask, a przy tym 
poznać trochę towarzystwa, bywać w kółku ludzi najwykwintniejszych, wśród 
najwyższej arystokracji, nie tylko rodowej, ale umysłowej i moralnej, a przy 
sposobności pobawić się nawet trochę. Czyż to nie nęcące? 
Zosi żal topniał powoli. Do Włoch, jaki czar miały już te słowa nawet. 
Włochy, z tym niebem pogodnym, z tymi gajami pomarańczowych drzew, z 
tymi ruinami, które oplatały bluszcze. Włochy, z tą swoją poezją, z tym 
mnóstwem legend, z tymi setkami lat historii. Włochy, z których szło na świat 
cały wszystko, co wielkie i piękne. Być we Włoszech! Widzieć Rzym! Co to za 
cudny sen! A ten sen mógł się zamienić w rzeczywistość. 
Sama już nie wiedziała, czy ma się cieszyć, czy smucić, czy gniewać się 
na matkę za projekty zakonne, czy wdzięczną być za obiecaną podróż? 
Ale w ustach pani Aliny ten klasztor odsuwał się na coraz dalszy plan, 
stawał się zamiarem mglistym, dalekim, niepewnym prawie, a wyjazd do 
Rzymu przybierał postać realną, nastąpić miał już wkrótce, za parę miesięcy. 
Więc Zosia coraz uważniej słuchała, a wreszcie i pytać zaczęła, i powoli 
zapaliła się do tego wyjazdu. Rozstały się w najlepszej zgodzie. 
 — To takie młode jeszcze — mówiła pani Alina do Teresy Leonii — że 
można ją byle czym załagodzić. Dobrześ zrobiła, ThćreseLćonie, przyrzekając 
wziąć ją na zimę do Rzymu. 
 — Tak. Ale swoją drogą bierzemy na siebie kłopot niemały. I gdyby 
dało się tymczasem tu coś znaleźć... 
 — O, gdyby!... 
Zosi, gdy wyszła wreszcie z pokoju matki, świat wydawał się inny niż 
był przed paru godzinami. Haliniszki zmalały jakoś w jej oczach. Mój Boże, 
czymże były takie Haliniszki w porównaniu z Rzymem! A ona może za kilka 
miesięcy chodzić będzie po Rzymie, deptać będzie tę samą ziemię, którą 
deptał niegdyś Cezar i Grakchowie, i tylu wielkich ludzi, i sam Święty Piotr! 
Stać będzie na Forum, gdzie prawdziwi Rzymianie się przechadzali, i w 
Koloseum, gdzie ginęli męczennicy. Zobaczy największy na świecie kościół, 
ten cud świata. A potem pewnie i samego papieża zobaczy, a już kardynałów i 
biskupów — to całe mnóstwo. A może i w Wenecji będą i gondolą po cudnych 
lagunach się przejedzie! I zobaczy morze — prawdziwe morze z falami 
ogromnymi. Boże, czy to wszystko prawda? 
W głowie jej się kręciło. Dusiło ją od nadmiaru wrażeń... 
 — Gdzie Ania — pomyślała — muszę jej powiedzieć... 
Ale na zegarze była dopiero dwunasta, a o tej porze Ania była zajęta i 
na żadne przerwy nie zgadzała się nigdy. Więc Zosia usiadła do fortepianu, 
jak zwykle o tej godzinie, i rozwinąwszy Gradus ad Parnassum Clementiego, 
zaczęła bębnić po klawiaturze. Nigdy Clementi nie miał u niej łaski, zawsze 
naznaczoną na ten dzień etiudę zbywała jak najprędzej, a brała się do swoich 
sztuk ulubionych: do sonat Beethovena, do Pastorali Scarlattiego i do 
wesołych, ślicznych Tańców węgierskich Brahmsa. 
Ale dziś jej nic nie mogło dogodzić ani uspokoić. Nie, musiała się 
wygadać. Przecie tak, z tą nową myślą o Rzymie, siedzieć nie mogła spokojnie 
i wygrywać sobie. Może Ania zechce choć przez chwilkę jej posłuchać. Więc 
urwała w samym środku jakiegoś andanta, zerwała się ze stołka i pobiegła do 
kawiarni. 
Kawiarnia był to wielki pokój, do którego zstępowało się z sienrpo paru 
schodkach. Przeznaczony był do wszelakich gospodarskich zajęć, ale panna 
Borsakówna wolała w swojej garderobie się krzątać, więc zwykle pusto tam 
było. Okna wychodziły na ogród i były do połowy okratowane. Na środku stał 
olbrzymi stół, a na nim rozsypane suszyły się różne ziółka: mięta, rumianek, 
kwiat lipowy, piołun, bez lekarski, kwiat nasturcji itp., i wydawały z siebie 
słodką, stęchłą woń. W głębi piec z zielonych kafli i komin nakryty kapturem 
zajmowały cały kąt. Przez otwarte okna wpadały teraz szerokie strugi 
słoneczne i leciał zapach dojrzewających owoców. Muchy wirowały i słońcu i 
siadały na schnących ziołach. 
Pod jednym z okien, przy stoliku, siedziała Ania, a wkoło gromadka 
dzieci. Każde miało przed sobą rozłożony elementarz i trzymając patyk w 
brunatnej rączce, wodziło po nim wskazując litery. Wszystkie razem głośno i 
dobitnie czytały: 
 — Chata, a chałupa to jedno. Chudy jak chart... 
 — Co to jest chart? — przerwała Ania. 
Dzieci podniosły główki, nastało milczenie. Marylka zerknęła na 
Franka i zaczęła chichotać, a mała Wikcia pomyślała trochę i odezwała się 
cieniutkim głosem: 
 — Chart — to taki ciucia. 
Tamte głośniej się roześmiały, ale Ania pogładziła dziewczynkę po 
głowie i rzekła: 
 — Bardzo dobrze. A gdzież Wikcia charta widziała? 
 — O, tu na obrazku — i mała wysunęła paluszek wskazując 
wyrysowanego psa. 
 — Ot, jaki u jego ogon zakręcony — zauważył pyzaty Wincuk. 
 — Jaki u niego, nie u jego — poprawiła Ania i dodała — chart to taki 
pies duży, chudy, z długim ogonem zakręconym. Służy on do polowania na 
zające. On bardzo prędko biega, więc jak go wypuszczą na zająca, to biegnie 
za nim, dopędza i biednego zajączka dusi. No, czytajcie dalej. 
Znowu główki pochyliły się nad elementarzami i rozległy się cienkie 
głosiki: 
 — Chorych poją herbatą... 
 — I ja piłam herbatę, jak mnie brzuszek bolał — zauważyła Wikcia, ale 
nikt nie odpowiedział i dzieci czytały dalej stukając patykami po książkach: 
 — Z tej chałupy bucha paskudny zapach. 
Tu Franek parsknął śmiechem i schował twarz w książkę, a Ania 
oburzyła się: 
 — Co to jest, proszę nie śmiać się, kiedy nie ma z czego. Franka zawsze 
jakieś głupstwa się trzymają. A Marylka niech siedzi spokojnie i nogami nie 
bryka pod krzesłem. No, dalej. 
 — Bo chyba tam gospodyni ladaco. Topola usycha. Po lasach i łąkach 
pastuchy pasą. Filip... 
Nagle jakaś niecierpliwa ręka targnęła drzwiami i złota głowa Zosi 
wsunęła się do pokoju. Wszystkie dzieci oczy oderwały od książki. 
 — Aniu — zawołała Zosia — ja muszę tobie coś powiedzieć. Czy ty 
prędko skończysz? 
 — Ależ, Zosiu, jeszcze nie ma pierwszej! 
 — Ach, kiedy ja nie mogę... 
I Zosia weszła do pokoju. Dzieciom uśmiechnęła się nadzieja prędkiego 
końca lekcji, więc śledziły ciekawie twarze obu panienek, które zaczęły mówić 
po francusku. Ale Ania nie ustąpiła. I tak dość już często zdarzały się przerwy, 
dzieci w ten sposób nigdy niczego się nie nauczą. Zosia poczeka, nic się jej nie 
stanie. 
I nie było rady. Zosia, czując, że nie jest w stanie wygrywać sonaty, 
wolała zostać w kawiarni i słuchać lekcji. 
 — No, dobrze już, poczekam. Cichutko sobie posiedzę. Przysiadła na 
niskiej ławeczce przy piecu, a lekcja postępowała dalej. Po czytaniu przyszła 
kolej na katechizm. 
 — Ile jest grzechów głównych? — spytała Ania. 
Dzieci jednym tchem wyliczyły siedem grzechów głównych. 
 — No, a cóż to jest na przykład — gniew? 
Marylka spojrzała na Franka, który nic nie odpowiadał, i zaczęła pod 
stołem wyrzucać nogami. Mała Wikcia skubała swe paluszki i nie miała nic do 
powiedzenia. Tylko Wincuk widocznie się namyślał i buzię wydymał. 
 — Cóż to jest gniew? — powtórzyła Ania, zwracając się wprost do 
niego. 
 — To jak kto kogo poszturcha — odparł prędko i zwiesił głowę. Wybuch 
śmiechu spod pieca nie dał Ani wypowiedzieć pochwały, którą 
miała na ustach, i Zosia przyskoczyła do stolika: 
 — Dobrze, dobrze! Jak kto kogo poszturcha, doskonale powiedział! Ot, 
tęgi z ciebie chłopak — dodała biorąc go pod brodę — dam ci za to piernika. 
 — Zosiu, nie, przeszkadzaj. 
 — Nie, nie, już cicho siedzę. 
A wtem wzbiły się razem dwa głosy Franka i Marylki, opowiadające 
jakąś historię bójki na folwarku. 
 — Tak on Andrukowi jak dał — mówił prędko Franek, powstrzymując 
śmiech i zadyszając się zarazem — tak Andruk i powalił się na ziemię. A 
dziewki podeszli do jego... 
 — Nie dziewki — przerwała Marylka — sam komisarz, co 
przyjechawszy był tylko co na siwej, jak wziął bizuna... 
 — Da nieprawda! — zakrzyczał Franek. 
 — Dzieci, co to jest — zwróciła się do nich Ania. — Cicho bądźcie! I po 
jakiemu wy mówicie? Marylko, czy mówi się był przyjechawszy? 
 — Przyjechał — szepnęła Marylka i dodała — a bo on nie tak mówi. 
 — Ty sama — zaczął Franek. Ale Ania surowym spojrzeniem przerwała 
dyskusję i sama głos zabrała. Mówiła, jak to brzydko, kiedy dzieci zajmują się 
plotkami i rozpowiadaniem, co kto złego zrobił, że nie powinny wcale 
zajmować się tym, co robią starsi, a pilnować tylko siebie. — „Nie suń nosa do 
cudzego prosa", to jest bardzo mądre przysłowie, i żebyście je zapamiętały, 
napiszecie mi to każde po trzy razy w swoim zeszycie. Ale tylko ładnie, 
starannie i czyściutko, żeby nie było ani jednego kleksa. A teraz, Wincuk niech 
powie bajeczkę o koniku polnym i mrówce. 
Wincuk powoli, z namysłem, wypowiedział wiersze, wyraźnie i głośno, 
z widocznym zrozumieniem. Zosia była zachwycona. 
 — Jak on doskonale mówi! A powiedz, kto był rozumniejszy: konik 
polny czy mrówka? 
 — Wiadomo, mrówka. 
 — Dlaczego? 
Dzieci zaśmiały się. 
 — Bo ona nazbierała sobie i ma. A tamten... 
 — A konik polny tylko tańcował, prawda? — rzekła Ania. — Ale ja znam 
takich ludzi, którzy także chcieliby przez cały dzień tylko skakać, biegać, 
bawić się. A do pracy zapędzić, ani rusz! A wy takich ludzi znacie? 
Dzieci spojrzały po sobie. Franek spuścił głowę, a Marylka siedziała 
cała czerwona i oczy wytrzeszczała na panienkę. 
 — Znacie takich ludzi, próżniaków, leniuchów, co? 
 — Znamy — szepnęli razem Franek z Marylką. 
Więc Ania, powstrzymując się od śmiechu, powiedziała jeszcze kilka 
słów niezbędnej nauki moralnej i lekcja była skończona. 
 — Ach dobrze — zawołała Zosia — że już skończyłaś! Ty nie wiesz, ja 
tyle mam ci do powiedzenia, już nie mogę wytrzymać. Usiądź tu przy piecu i 
posłuchaj. 
Obie dziewczyny usiadły na niskiej ławeczce. Zosia objęła Anię 
ramieniem, przytuliła się do niej i tak trzymając ją bliziutko prawie szeptem 
opowiadała wszystko. Mówiła o postanowieniu matki i o Tereni, i o przyszłym 
zakonie, i o projekcie wyjechania na całą zimę do Rzymu, i śmiała się, i 
smuciła się, i chwilami gniew wzbierał na matkę, że ma jakieś swe własne 
drogi i swój własny świat, i że ją uważa za ciężar tylko, i przypominała sobie 
obietnicę swą, że im nie będzie ciężarem i zaporą. Czasem zapalała się, 
mówiąc o Rzymie, to znów żartowała sobie, że mama chce się jej pozbyć i 
wydać za mąż za pierwszego lepszego. Ania milczała, czasem tylko wtrącając 
słówko, ale oczy jej przepaściste i marzące płonęły coraz goręcej, na dnie ich 
zapalały się złote iskry, a czasem powlekały się mgłą, jak woda jeziora, gdy po 
nim przeleci wicher: Ale Zosia przypominała sobie, że rozstać się muszą i 
rozczuliła się na tę myśl. I porwawszy Anię w objęcia zaczęła ja ściskać i 
całować z takim uniesieniem, jak gdyby już nadeszła chwila owego rozstania. 
 — Nie, nie pojadę, ja bez ciebie nie wytrzymam, ty mój Niuczku drogi. Jakże 
ja bez ciebie będę... 
 — Ależ Zosiu, to nie na wieki. A cóż zrobisz, jak mnie zupełnie nie 
będzie? 
 — Jak to nie będzie? 
 — Przecież wiesz... i ja też... tam pójdę... 
 — Co, do klasztoru? Boże, i ty do klasztoru! Wszakże o tym nie myślisz 
naprawdę? Aniu, nie?... To nie naprawdę? 
Ania milczała, więc Zosia zsunęła się z ławki i klęcząc przed nią starała 
się zajrzeć w jej oczy. 
 — Mów, Aniu, mów... 
Ania podniosła oczy, spojrzała na nią, a potem wzrok jej wzbił się w 
górę, poleciał w przestrzeń, do nieba błękitnego, co tam przez otwarte okno 
jaśniało, za obłoki, za chmurki białe — wysoko, wysoko. Zosia patrzyła w te 
oczy czarne, z których wzlatywała dusza, i ból i strach ją przejmował, cześć 
jakaś, jak przed czymś niezrozumiałym, ale wzniosłym i nieziemskim — i już 
bezwiednie tylko powtarzała: 
 — Mów, Aniu, mów... 
Usta Ani złożyły się do uśmiechu, ale oczu nie odwracała od wysokich 
błękitów nieba, ręce złożone oparła na piersiach: 
 — Coś mnie tak ciągnie, coś mnie tak woła — rzekła. — I w dzień, i w 
nocy słyszę jakby głos mówiący: idź, idź. 
Więc Zosia nie wytrzymała dłużej. Wrażenia dnia tego już wezbrały w 
niej i wybuchnęła głośnym płaczem. Już tam, w pokoju matki, łzy się jej 
kręciły, ale teraz było to bardziej z głębi serca, gwałtowniej i boleśniej. O, 
jakże była nieszczęśliwa! I mama, i Terenia, i ta jej najukochańsza, wszyscy, 
wszyscy ją opuszczali. Nikt jej nie kochał i ona była sama jedna prawdziwa 
sierota na świecie. I co jej z tego, że, pojedzie do Rzymu! I co z tego, że 
zobaczy Forum i Św. Piotra kościół i samego papieża, kiedy jest nieszczęśliwa 
i nikt jej nie lubi ani trochę. Łzy gradem się lały mocząc suknię Ani, na której 
kolanach głowę swą kryła, łkania wyrywały się z piersi razem z mnóstwem 
urywanych słów, gniewnych i rozżalonych. Ania przerażona otulała ją 
ramieniem i starała się uspokoić. Gładziła rozwichrzone włosy, pieściła i 
całowała — nic nie pomagało. 
Wtem w drzwiach stanął stary Grzegorz: 
 — Ci to panienki nie słyszeli, że goście są przyjechawszy? Panicze i 
panienka z Bijuciszek. Już kiedy przyjechawszy! 
Zosia zerwała się na równe nogi. 
 — Ach, Boże, a my nie słyszałyśmy nic! To pewnie o piknik. A jakże ja 
tak pójdę? 
 — Czekaj, przyniosę ci wody. — I Ania pośpieszyła do sąsiedniej 
garderoby po wodę. A tymczasem Zosia wycierała oczy, chłodziła twarz przed 
oknem. I już znikały ślady łez, uśmiechy ukazywały się koło ust, i gdy Ania 
wróciła z wodą, śmiała się już na dobre i wołała: 
 — Jaka ja rada jestem, że przyjechali! To pewnie już z zaproszeniem. 
Ot, będziemy tańcować. 
Zmoczoną chustkę przykładała do oczu i wciąż pytała: 
 — Nie widać, że płakałam? Już nie widać? 
 — Nie, nie widać. Tylko włosy masz rozrzucone. 
 — 
Ach, u mnie zawsze rozrzucone! To nic. Chodźmy już. Taka rada 
jestem!... 
X 
Sprawa pikniku była zdecydowana. Chański uległ przemocy i dał swój 
pałac, ale pod warunkiem, że o niczym wiedzieć nie będzie. Żadnych trosk 
gospodarskich ani odpowiedzialności nie brał na siebie i przyrzekał tylko, że 
o godzinie dziewiątej w naznaczony dzień przywdzieje frak i stanie u 
drzwi dla przyjęcia gości. Było to już wiele. Resztą musieli już zająć się sami 
organizatorowie zabawy. Pani Suniżycka w pierwszym zapale oświadczyła, że 
wszystko bierze na siebie, wszystkiego dostarczy, wszystkim zarządzi, i już się 
o to postara, aby bal odbył się pięknie, elegancko i comme il faut. Po 
ściślejszym jednak obrachunku okazało się, iż na owe spodziewane 
siedemdziesiąt osób Bijuciszki nie posiadają dostatecznych zapasów 
porcelany, srebra, bielizny stołowej i że należy udać się o pomoc do 
Haliniszek. Zresztą chodziło o namówienie pana Adama, aby pojechał gości 
zapraszać — miało to dodać powagi całej imprezie. 
Więc młodzież wyruszyła do Haliniszek z ogromnymi regestrami 
wszystkich potrzebnych rzeczy — i gdy Ania z Zosią weszły do salonu, zastały 
chłopców w ożywionej z marszałkową naradzie, a Melę w drugim końcu 
pokoju przymilającą się do pana Adama, który roli gospodarza balowego 
przyjąć się wzdragał. 
 — Także, znaleźliście sobie baletmistrza — mówił — ja na balu! Kto wie 
co! Młody byłem i nie tańcowałem, a tu pod starość będę wam bale urządzał. 
 — Ależ wujaszku — mówiła Mela — trzeba się poświęcić czasem! 
 — To już za wielkie poświęcenie 
 — Wielkie poświęcenie pojechać do kilku domów... Ja bym dla 
wujaszka i w ogień skoczyła... 
 — Terę, fere — gadanie! 
 — Zosiu, Aniu! Chodźcie na ratunek. Nie poradzę sobie sama z tym 
nieznośnym wujaszkiem. 
I pan Adam został ze wszech stron otoczony przez panienki, które 
ciągnęły go za rękawy, wspinały mu się do ucha, namawiały i krzyczały — tak, 
że wreszcie odurzony zgodził się na wszystko. 
 — Byle się odczepić! — rzekł, opędzając się im jeszcze. 
 — A fe, stryjciu! Jaki niegrzeczny! My przecie damy — zawołała Zosia. 
 — Jakie tam damy! Muchy uprzykrzone... 
 — Wszystko jedno — byle swego dopiąć. 
Śmiali się wszyscy i mówili wszyscy razem — pytania, odpowiedzi, 
uwagi, żarty krzyżowały się. Zosia płonęła oczekiwaniem, ciekawością, 
radością na myśl zabawy, pierwszego balu. Jerzy zbliżył się do niej. 
 — I cóż? — zapytał. 
 — Ach, bardzo rada jestem — bardzo! Bardzo! Będzie strasznie wesoło. 
Byle bym tylko nie siedziała w kącie. 
 — Postaramy się o to. 
 — O, dziękuję. Niech pan pamięta. Ale naprawdę — to pan wszystko 
zrobił. Proboszcz opowiadał, jak pan się kłócił z panem Chańskim. Nie 
wiedziałam, że pan tak lubi tańcować. 
Jerzy uśmiechnął się trochę smutnie. 
 — O, tak — rzekł ironicznie — ja namiętnie lubię tańcować. 
Zosia nie zauważyła jego dziwnego wyrazu, bo w tej chwili Edzio zaczął 
głośno dowodzić, że trzeba dać jak najtańszą kolację, gdyż taka jest urnowa, 
że co ze składki zostanie, to odda się na wpisowe dla biednych studentów. 
Inne głosy zaoponowały i żywo dyskutując towarzystwo całe przeszło na obiad 
do jadalnej sali. 
Przy stole rozmowa się ożywiła. Zjawił się pan Szrott i zaczął się 
rozpytywać o jakieś wyżły świeżo do Bijuciszek przywiezione. Jaś chwalił je 
niezmiernie i opisywał ich zalety, a Jerzy drwił sobie z ich, powiadając, że 
węchu nie mają, z czego wywiązała się bardzo gorąca sprzeczka. Stąd przeszli 
do strzelb i nabojów, i już wybrnąć z nich nie mogli. 
Aż pan Napoleon Szrott wystąpił z efektowną wiadomością, jakoby 
najpewniejszą, że państwo B. z Wilna, ogólnie tu znani, idą do rozwodu. 
 — Co, to młode małżeństwo? — zdziwił się marszałek. Niedawno 
przecież tu byli, wydawali się tacy zakochani... 
 — Mówią ludzie, że ona temu winna. Coś pod tym się ukrywa. — I pan 
Szrott zaczął opowiadać z dwuznacznym uśmiechem jakąś skandaliczną 
historię. 
 — Dałbyś pan pokój z takimi plotkami — zgromiła go pani 
marszałkowa. — Porządna może kobieta, a jak wezmą na języki, to naprawdę 
do złego doprowadzą. 
Raptem Mela zabrała głos. 
 — A ja znajduję — rzekła — że oni dobrze robią. Rozwód to może 
jedyny ratunek. Co za racja cierpieć i znosić, kiedy można się rozstać i obojgu 
będzie lepiej. Owszem, bardzo rozumnie robią. 
 — Kochanie moje, a przysięga? — rzekła babunia surowo. 
Ale Mela nie zważała już na nic. Kwestia praw kobiety była jej 
ulubionym konikiem, więc zatrzepała żywo, machając białymi rączkami: 
 — A ja znajduję, że małżeństwo takie jak jest dzisiaj, to najokropniejsze 
poniżenie dla kobiety. Niewola! Barbarzyństwo! Mężczyznom wszystko 
wolno, wszystko przed nimi stoi otworem. A te biedne żony muszą ciągle w 
domu siedzieć, dzieci hodować, chodzić z kluczami — i jeszcze gadają im 
wiecznie o głupiej wierności! 
Uśmiechy ukazały się na twarzach mężczyzn. Ale znano już do dawna 
Meli „bziczka" i nie walczono z nią poważnie. Tylko pani Antoniowa, tłumiąc 
swe oburzenie, spytała: 
 — Czyżbyś, kochana Melciu, była... emancypantką? 
 — Ależ, moja ciociu, naturalnie! Każdy, kto nie jest kretynem, kto choć 
trochę myśli i czuje, musi pragnąć zburzenia tych wszystkich przestarzałych 
pojęć i niby moralnych zasad. To się wie! A już kobieta, która by chciała dalej 
gnić w dzisiejszym upośledzeniu — to przyznam się... 
 — Oj, zada nam wszystkim od idiotów i kretynów — szepnął Emil. Ale 
Mela galopowała coraz dalej i nie widziała już wesołości na twarzach 
chłopców ani pobłażliwego kiwania głową babuni, ani spuszczonych 
oczu Teresy Leonii, ani zgorszenia pani Aliny. Ta jednak próbowała jeszcze 
zaoponować: 
 — Ależ Melciu, przeznaczenie kobiety jest jej przez samego Boga 
wskazane i Kościół wyraźnie określa... 
 — E, co mi tam Kościół! To wszystko są jakieś przedpotopowe teorie, 
dziś tylko dewotki zwracają na nie uwagę. A kobiety inteligentne, idące z 
duchem czasu, kpią sobie z tego. Tak, nie ma głupich! Dość już było tej cnoty, 
tej uległości i tej wierności, minęły czasy patriarchów. 
 — Ależ i mężczyźni na wierność przysięgają — zauważył Jerzy. 
 — Przysięgają i nigdy nie dotrzymują. 
 — Bo duch skory, ale ciało mdłe — rzekł marszałek. I dodał biorąc za 
rękę siedzącą obok żonę: — Mais on revient toujours a ses premiers amours, 
nieprawdaż, Anuleczko? — I schylał głowę nisko, i w oczy jej zaglądał. 
Ona uśmiechnęła się do niego. A uśmiech ten rozjaśnił jej surową 
twarz, bił jasnością z szarych oczu i rozlewał się dokoła falą miłości i 
przebaczenia. 
Tymczasem Emil drażnił siostrę. 
 — Dziwne są te kobiety — chcą równości, a przecie, jako wiecznie 
małoletnie, słabe istoty, nie rozwinięte dostatecznie potrzebują... 
Mela rzuciła się gniewnie. 
 — Ja wcale nie jestem istota słaba. 
 — Jak to nie? I fizycznie, i umysłowo słabe jesteście. Ja, jako medyk... 
 — Emilu! Daj mi pokój! Ja wiem, że mam rację i nikt mnie nie 
przekona. 
 — O, to babski argument! 
 — Przekona cię ten, w którym się zakochasz — rzekł Jerzy poważnie. 
 — O niedoczekanie! Ja tego głupstwa nie zrobię. 
 — Oj, nie zaręczaj! Przepowiadam ci, że teraz na pikniku zjawi się jakiś 
nieznany królewicz — przyjdzie, spojrzy i zwycięży. I panna Mela, jak 
niepyszna, złoży przed nim rączki i rzeknie: Panie mój i władco! — Jeszcze 
tańcować będziemy na twoim weselu. 
 — O, nigdy, nigdy! Nie pójdę nigdy za mąż. 
 — Więc zostaniesz starą panną? 
 — A cóż w tym złego? Będę przynajmniej wolna. 
 — O, Melu!... zaprotestowała Zosia. 
 — A pewnie. Wolę być starą panną niż mieć jakiegoś nieznośnego męża 
przez całe życie. 
 — A ja nie — rzekła Zosia bardzo stanowczo. I miała coś dalej mówić, 
ale nagle urwała, spuściła głowę i zaczerwieniła się po uszy. 
Po obiedzie i po krótkim posiedzeniu w pokoju babuni Zosia 
zaproponowała przechadzkę po ogrodzie. 
 — Chodźmy do wiśniaku — zaprojektowano — doskonałe są teraz 
wiśnie. — I młodzież tam się skierowała. 
Po chwili wielki kapelusz Zosi, napełniony wiśniami, leżał na trawie, a 
dokoła rozsiedli się wszyscy i zajadali żwawo. 
 — O, już nasze haliniskie wiśnie sławne na całą okolicę. I babunia 
nigdy tych drzew nie wydzierżawią, więc możemy jeść od rana do wieczora. 
 — Dobra to rzecz. Tylko nie lubię wybierać z nich pestek do smażenia 
 — rzekła Mela — to takie marudztwo! 
 — Jak wyjdziesz za mąż, to każesz mężowi to robić — rzekł Jerzy. Mela 
odcięła mu się ostro. I znowu zamilkli. Kilka pszczół z brzęczeniem latało nad 
nimi, a w górze kłóciły się i hałasowały ptaki. 
 — Te psotniki wszystkie wiśnie pozjadają! — zawołał Jaś. 
I porwawszy gałąź, rzucił ją do góry. Zatrzepotało, zaświergotało, 
zaszumiało i wielkie stado ptasząt frunęło w powietrze. Z krzykiem i piskiem 
usiadły na pobliskich drzewach, i kręcąc główkami, coś gadały do siebie. 
 — Ot, żebym tak miał pistolet — rzekł Jaś, kładąc się znowu jak długi 
na trawie — to bym wszystkie powystrzelał. 
 — O, biedne drozdy, szkoda ich! — ujęła się Ania za ptakami. 
 — Tego paskudztwa zawsze będzie dosyć. A wie Ania, ja w tym roku, 
zaraz powiem, zabiłem już... I Jaś podparłszy się na łokciach zaczął prawić 
Ani o swych myśliwskich przygodach. 
Mela z Edziem i Emilem znowu rozpoczęli jakąś naradę 
balowogospodarczą wciąż sięgając po wiśnie do kapelusza i pestki rzucając 
poza siebie. Zosia nie wtrącała się do rozmowy, a nawet nie słuchała jej. 
Dzisiejsze poranne wiadomości, takie ważne i doniosłe, wracały jej na myśl i 
wobec nich wszystko, nawet piknik, malało i gasło. 
Jerzy patrzył. Przed nim pod wielką gruszą siedziały na trawie trzy 
panienki. I ładnie im tam było, na tle starego ogrodu, gdzie złociły się gruszki 
na gałęziach i wiśnie się czerwieniły. Siedziały obok siebie, jak trzy królewny z 
bajki, w zaczarowanym ogrodzie, czekając przeznaczenia. 
I podobne były do siebie przez swą młodość, przez tę czystość, co z ich 
oczu wyglądała, i przez ten znak zapytania, co im tkwił w duszach. A jednak, 
jak różne! Ania wątła i bezcielesna, żyjąca płomieniem, co gorzał w głębi, 
jakimś niedościgłym marzeniem, mistycznym życiem nadziemskim, 
uśmiechała się trochę zmęczonym i zagadkowym uśmiechem, a z oczu jej 
przeglądała dusza. Mela swój zadarty i ciekawy nosek obracała na wszystkie 
strony, jakby wietrząc coraz to coś nowego, a czoło marszczyła i brwi ściągała, 
i ładne swe dziecinne usteczka to wydymała, to składała w podkówkę, to 
rozsuwała w uśmiechu, dołki sobie głębiąc na twarzy, ruchem głowy odrzucała 
wciąż spadającą na czoło grzywkę i rączkami bezustannie machała, a z 
każdego jej ruchu, ze spojrzenia, z uśmiechu tryskało życie kipiące, ogniste. 
Przy niej, wyciągnięta na trawie i na łokciu wsparta, Zosia jaśniała jak duży 
kwiat wśród zieleni, białością i różem cery i złocistą koroną włosów. Oczy jej 
przymykały się na wpół przed blaskiem nieba i wydawały się spod frędzli rzęs 
głębsze i ciemniejsze, a spojrzenie ich trochę przymglone miało miękkość 
aksamitu i wprost pieściło. Usta pełne i czerwone miały połysk i dojrzałość 
tych wisien, co tam u nóg jej leżały rozsypane, a i tę słodycz mieć musiały. I z 
jej pięknych kształtów, bujnych a gibkich, z jej rozrzuconych loków, co jak 
żywe mieniły się w słońcu mnóstwem barw i odcieni, z jej piersi dziewiczej 
kryjącej się skromnie pod fałdami bluzki, z jej białości i z tych róż 
rozsypanych na policzkach — szło wołanie jakieś nieświadome i tajemnicze: 
miłości! miłości! 
A liście jabłoni i grusz drżały nad nimi, rzucając cienie ruchome i blade 
i czasem promień słońca przez nie wystrzelił i musnął włosy lub popieścił 
twarz. Trawy i owoce wydawały woń słodką, woń rozkwitu i dojrzałości. 
Brzęczały pszczoły i ćwierkały wróble. W głębi, jak zwierciadlana tafla, leżało 
w słońcu ciche jezioro. 
Trzej chłopcy opowiadali coś z ożywieniem przerywając sobie w pół 
słowa. Emil zapalił papierosa i wypuszczał z ust kłęby sinawego dymu, który 
unosił się chwilę nad głowami i ginął w przestrzeni. 
A Jerzy wciąż patrzył przed siebie milcząc. Słyszał słowa urywane, ale 
treść pozostawała mu obca. Było mu smutno, ale zarazem błogo. Zdawało mu 
się, że jego dusza, w formie jakiejś przezroczej mgły, wychodzi z niego i 
kładzie się do stóp tej dziewczyny złotowłosej, i że rośnie, rośnie i całą 
ogarnia, otacza, chłonie i łączy się z nią w wielkim wołaniu: miłości! miłości! 
A tylko jego ciało siedzi tu, o jabłoń oparte, nieruchome, bezmyślne. I 
ten stary ogród, z siedzącymi w nim trzema dziewicami, wydał mu się teraz 
miejscem nie istniejącym w rzeczywistości, ale tylko w jakimś bajecznym 
świecie, w jakiejś innej, lepszej egzystencji, i wiedział, że mu tam w tamtym 
świecie wolno siedzieć w starym ogrodzie i patrzeć na trzy siedzące w trawie 
dziewczęta i kłaść przed tą złotowłosą swą duszę w postaci lekkiej mgły, 
ogarniać ją i łączyć się z nią w wielkim wołaniu: miłości! miłości! 
Że w tym bajecznym świecie ona, czekając przeznaczenia, jego 
oczekuje, jego pragnie, ku niemu się nachyla, jak róża ku motylowi, który jest 
jej kochankiem. 
I nagle z głębin niezbadanych jego mózgu powstały słowa: „Śmierć i 
żona od Boga przeznaczona". Śmierć i żona! Jakie zestawienie... 
Śmierć i żona! Dźwięczały mu w uszach te sylaby, jak uporczywe 
muchy nie wiadomo skąd się pojawiające. Słyszał je wszędzie... brzmiały w 
powietrzu... Śmierć i żona... od Boga przeznaczona... 
Naraz zrobił się ruch. Towarzystwo podnosiło się z trawy. 
 — Zjedliśmy już wszystkie wiśnie — mówiła Mela. — Nie mamy po co tu 
siedzieć dłużej. 
 — Przejdźmy się nad jeziorem — rzekła Ania — a potem wrócimy na 
werandę. 
 — Wkrótce będzie pora jechać — dodał Emil. 
Ruszyli. I Jerzy wstał leniwie, marzenia i widzenia pierzchły, a przy 
nim stanęła Zosia i mówiła: 
 — Co panu jest dzisiaj, panie Jerzy? Mina nieszczęśliwa aż strach! 
Milczenie grobowe. Pan się nudzi z nami, co? 
O, gdzież był ów ogród zaczarowany i ta królewna złotowłosa, którą mu 
tam wolno było pragnieniem swym ogarniać, i która się ku niemu skłaniała, 
jak róża ku motylowi! Teraz stała przed nim panna z dobrego domu, 
wykwintna i posażna, której myślą nawet tknąć nie miał prawa. Więc odparł 
żartobliwie: 
 — Skądże to raptem u panny Zofii tyle łaski, żeby aż na moją minę 
zwracać uwagę? Cóż to za atak dobroci? 
 — A skąd to u pana tyle złośliwości, żeby mnie złem za dafere płacić? 
Ja się troszczę o niego, jak o kogo dobrego, a on mi tu mówi impertynencje. 
O, bardzo ładnie! Gniewam się na pana. 
I odwróciła głowę niby z gniewem, ale śmiała się i spod spuszczonych 
powiek patrzyła na niego. A była taka śliczna w tej chwili, taka figlarna i 
ponętna, że jego odstąpiła całkiem przytomność i rzekł próbując jeszcze 
żartować: 
 — Proszę mi spojrzeć w oczy. Czy pani się gniewa naprawdę? 
 — A cóż pan myśli! naprawdę. 
I podniosła na niego oczy, w których błyszczał śmiech. A on porwał jej 
obie ręce i patrzył na nią. Zrazu udawała, że się gniewa, potem zaczęła się 
śmiać powtarzając: — Niech pan mnie puści! No..., proszę puścić... — I kręciła 
się, i tupała jak dziecko nogami. Ale on nie puszczał i wpijał w nią wzrok coraz 
ostrzej, coraz namiętniej... Aż i u niej śmiech urwał się na ustach, a na twarz 
zaczął występować rumieniec i oblewał jej policzki, czoło, uszy — stała z 
oczami utkwionymi w jego oczach, zawstydzona, oniemiała. On czuł, że tego 
za wiele, ale tak mu było rozkosznie trzymać te dwie rączki w swych dłoniach i 
oczy wpijać w jej oczy, i czuć się w tej chwili panem jej rumieńców i wzruszeń, 
i czuć, że ta krew gorąca, co ją oblewa, jest na jego rozkaz wywołana... Puścił 
ją wreszcie, a ona, zamiast wyrwać się i biec za tamtymi, szła obok niego 
milcząc, niespokojna jakaś i zdziwiona. 
Jemu zaś nagle wstyd się zrobiło samego siebie i szedł również 
milczący, ze spuszczoną na piersi głową. 
 — Idiota jestem! — powtarzał sobie. — Głupiec! Baba! Kompromituję 
się jak błazen! 
A tymczasem na ścieżce ukazał się pan Adam. 
 — A ja was szukam — rzekł trzebaż coś ułożyć. Jeżeli chcecie, abym 
jechał zapraszać, to chyba tak zrobimy: niech jeden z was zostanie tu na noc, a 
jutro ruszymy do sąsiadów. 
 — Ja nie mogę — rzekł Edzio. — Jutro z Melą jedziemy do Wilna. 
Trzeba muzykę zamówić — to i owo kupić. 
 — Ja też nie mogę za nic — rzekł Emil. 
 — To ty zostań, Jerzy. 
 — Ja? Kiedy ja miałem jutro... 
 — Nic nie miałeś... Trzeba, żeby który z was został. Sam nie pojadę 
przecie. 
 — Niech Jerzy zostanie, to najlepiej. 
 — Niech i tak będzie. Zostanę. — I mówiąc to Jerzy uczuł wielką 
radość, a zarazem rzekł sobie w duchu: Jestem idiota! 
Na tym więc stanęło. Mela z braćmi wyjechali po wczesnej wieczerzy, a 
on pozostał. Wieczór zszedł cicho pod światłem lampy. Dzienne sprawy były 
ukończone, ostatnie rozporządzenia wydane i marszałkowa zasiadła w rogu 
kanapy. Przy niej pan Adam rozłożył na stole pasjansa. Pan Szrott z 
marszałkiem grali w szachy przy małym stoliczku, a panie przyniosły robótki 
ręczne. Ale Jerzy poprosił Zosię, aby zagrała i ona chętnie się zgodziła. 
Przeszli więc oboje do saloniku, gdzie stał fortepian, i ona grać zaczęła. Nie 
była to muzyka artystyczna, ale jednak coś więcej nad zwykłe panieńskie 
brzdąkanie. Jerzy, wgłębiony w fotel, słuchał z rozkoszą. Widział ręce 
przesuwające się po klawiaturze i postać jej całą lekko pochyloną naprzód. 
Grała sonatę Beethovena, a muzyka ta, zdrowa i silna, znać stosowna była do 
jej własnego usposobienia i przemawiała głęboko do jego duszy. Czuł się 
prawie szczęśliwy słuchając jej i patrząc na Zosię. 
W niewielkim pokoiku cicho było i przytulnie, a przez okno leciały 
zapachy lewkonii i rezedy. Noc letnia niosła upajające powiewy, jakieś 
dreszcze i szmery wstrząsały powietrzem, wiatr wydymał firankę i muskał 
skronie Jerzego. A nutki biegły jedna za drugą, wiążąc się w smutne 
zawodzenia, albo w żartobliwą sprzeczkę, lub w poważne i silne akcenty. 
Było mu dobrze. Tak dobrze, że zaczął sam z siebie drwić. — Głupcze ty 
jeden — mówił do siebie — wlazłeś w cudzą skorupę i cieszysz się. Czy tu 
twoje miejsce? w dostatnim obywatelskim domu, u boku pięknej damy, z 
miną amoroso. Tobie zgiąć kark i pod jarzmem chodzić, zakasać rękawy i 
pracować — ruble ciułać, a nie wyciągać się wygodnie w fotelu słuchając 
muzyki. Tobie, gdy zechcesz rozrywki, to w knajpie siedzieć, dziewki uliczne 
ściskać, a nie podnosić oczu na skromną i czystą pannę... Nie dla ciebie ona, 
idioto, nie dla ciebie, głupcze! — A im bardziej drwił z siebie, im głębiej wbijał 
sobie strzałę w serce, tym gwałtowniejszym protestem serce to się wzdrygało. 
Nie, nie chciało ono rozrywek brudnych ani taniej miłości, wstrętem 
wzbierało na wspomnienie tamtych, ich bezwstydnych twarzy, ich cynicznych 
słów... I ze zgrozą powtarzał sobie: — Do nich należę, do nich powrócę prędzej 
czy później, tam jest mój świat, tam jestem na swoim miejscu. Nie tu! Nie tu! 
 — I zdawało mu się, że jakaś nieprzeparta siła, fatum nieubłagane ciągnie go 
tam w dół. A on przeciwko prądowi opiera się jeszcze i woła: — Nie, nie chcę! 
 — I wszystkimi władzami swymi, całą istotą, całą duszą rwie się ku tej 
atmosferze jasnej i czystej, ku temu kręgowi światła, jaki dokoła siebie 
roztacza duch cnotliwej kobiety, ku temu ognisku rodzinnemu, gdzie ona 
panuje i święte odprawia obrzędy. — Ach, mieć dom własny i własną 
ukochaną kobietę, to już wszystko inne na świecie musi wydawać się lekkim i 
łatwym! — myślał Jerzy, patrząc na złotą głowę Zosi. A wtem, znowu, jak 
przedtem w ogrodzie, w głębokości jego mózgu powstały słowa: Śmierć i żona 
od Boga przeznaczona....od Boga przeznaczona...? 
 — A pan pamięta Pastorale Scarlattiego? — spytała Zosia skończywszy 
sonatę. — Kiedyś, dawniej, grałam to panu, ale bardzo źle. Zagrać teraz? 
 — Owszem, proszę. 
I znowu pobiegły nutki jak perełki w przestrzeń, zabrzmiały fujarki, 
zaśpiewali pasterze i w słońcu, na łące, rozpoczęły się tany. 
Jerzy uspokoił się i słuchał już tylko melodii płynącej spod jej palców, 
patrzył na połyskujący w świetle warkocz, wciągał z rozkoszą powietrze 
nasycone zapachami kwiatów i wilgocią wieczoru. Było mu dobrze, cicho i 
słodko. 
 — Dosyć już — przerwała Ania wsuwając głowę przez drzwi — babunia 
dobranoc mówi. 
Jakoż marszałek i marszałkowa szli już do siebie i reszta towarzystwa 
rozchodziła się także po swoich pokojach. 
 — Za parę dni jedziemy do Wilna — rzekła pani Alina do Jerzego. — 
Może ma pan jakie polecenie do ciotki? Mam zamiar ją odwiedzić. Ale, a 
propos, gdzie mieszka teraz? 
 — O, zawsze w tym samym mieszkaniu, na Skopówce, dom 
Pilikowicza. 
 — Dobranoc. 
 — Dobranoc — mówiono sobie wzajemnie — i każdy szedł w swoją 
stronę, panienki na górę, pani Antoniowa i Teresa Leonia do swoich pokojów, 
a pan Adam z Jerzym do oficyny. 
A stary Grzegorz gasił lampy, zamykał na klucz drzwi od ganku i po 
chwili dom cały pogrążył się w ciemnościach. Tylko nad nim szumiały topole, 
przelatywały ptaki nocne — i gwiazdy mrugały. 
XI 
Panie Halickie zamieszkały, przybywifey do Wilna, w hotelu Wigury. 
Był to odwieczny zajazd, dziś zwany hotelem, posiadający cechy odległej 
starożytności: ogromną bramę wjazdową, Żyda faktora i Żydówkę faktorkę, 
wielkie stajnie dla przybyłych koni, samowar podawany na stołku pod 
piecem, dziewkę do posługi, rozczochraną, a często i bosą, i gospodynię 
dobroduszną i uśmiechniętą, u której można było za dwa złote dostać obiad 
wyśmienity. Mieszkańcy Haliniszek zawsze tam się lokowali podczas pobytu 
w Wilnie. Pan Adam lubił porządki, czy też nieporządki Wigury, i zawsze 
uszczęśliwiał panią Wigurzynę twierdząc, że w całej Europie nie znaleźć 
podobnego hotelu. Zosi i Ani ani się śniło, że gdzie indziej mogło być 
wygodniej. Tylko pani Alina nie zachwycała się bynajmniej tą affreuse 
auberge, a na faktorów, na służbę i na samowar pod piecem patrzyła wprost 
pogardliwie. A przed położeniem się do łóżka ze świecą w ręku starannie 
oglądała ściany i wszelkie szpary, mówiąc że w tym okropnym kraju on ne sait 
jamais... 
Noc jednak przeszła spokojnie. Nazajutrz od wczesnego ranka Teresa 
Leonia wyszła do kościoła, a do pani Antoniowej przyszedł rządca jej domu, 
Pietkiewicz. Nastąpiła długa narada przy rannej herbacie przerywana często 
ukazywaniem się Gołdy faktorki, która zaglądała wciąż do pokoju i pytała: 
 — Jaśnie pani, może korunki... wstążeczki, hafty potrzeba?... a może 
kaloszy?... Perkaliki mam piękne, ostatni fason... Dla jaśnie panienki kupić 
trzeba... Nu, proszę dać zarobić... Odekołon mam prawdziwy... 
Pomimo odradzań pana Adama, dom pani Aliny został przeznaczony 
do sprzedaży jak najprędzej... 
 — Moja to własność, więc nikt nie ma prawa się wtrącać — mówiła do 
siebie pani Alina i postanowiła nic nikomu nie mówiąc, działać na własną 
rękę. Pietkiewiczowi poleciła, aby szukał kupca i pomówił z faktorami. 
Przy tej sposobności dowiedziała się niemiłej nowiny, że dom mocno 
jest już zrujnowany. Dwa lata temu potrzebował już gruntownego 
odnowienia, ale pieniędzy nie było, a raczej pieniądze były gdzie indziej 
potrzebne, więc załatano byle jak, i tak zostało. Toteż porządniejsi lokatorzy 
wyprowadzili się zupełnie i wypadło ceny mieszkań obniżyć. Teraz i za tę cenę 
nikt brać nie chce i dwa największe mieszkania stoją od św. Jerzego pustkami. 
Pani Antoniowa z niezadowoleniem słuchała raportu swego 
plenipotenta. A gdy skończył, rzekła trochę kwaśno: 
 — Tym bardziej śpieszyć należy ze sprzedażą, bo widzę, że wkrótce 
same tylko koszta przynosić mi będzie to nieznośne domisko. 
Pan Pietkiewicz wprawdzie przekładał, że pora do sprzedaży jest 
całkiem niestosowna, że lepiej by było przed wiosną szukać kupca, że teraz 
latem żadnych interesów nie można prowadzić, ale pani Antoniowa przerwała 
oświadczeniem, że woli tanio sprzedać, byleby się raz pozbyć tego kłopotu, a 
mieć pieniądze. I stanęło na tym, że tegoż wieczora przyjdzie Pietkiewicz z 
faktorem Guldenem i że pomówią razem o interesie. 
 — No, przecież wyszedł ten dziad nieznośny! — westchnęła pani Alina 
po zniknięciu Pietkiewicza. — Możemy wyjść. Zosiu, mon enfant, prędko, 
bierzmy kapelusze, może jeszcze trafimy na mszę do Ostrej Bramy. 
Ale okazało się, że jest już dobrze po jedenastej, więc o mszy nie można 
było myśleć — i obie panie ruszyły po sprawunki. 
Zosia, w wybornym humorze, gawędziła nieustannie nie zważając na 
zasępienie matki. Wszystko ją bawiło. 
Wybrana suknia miała być cudna! — wprost marzenie! Biała, leciuchna 
jak pajęczyna i na jedwabnej, szeleszczącej podszewce. Nigdy w życiu nic 
równie pięknego nie widziała! 
Gdy wróciła do hotelu na obiad, nie mogła wstrzymać się od wylania 
swych zachwytów przed Terenią. Ta słuchała uprzejmie, ale widać było z jej 
oczu zapatrzonych w dal, że suknia, pantofelki, materiały i mody nic a nic ją 
nie obchodzą. Myśl jej goniła gdzieś w zaświaty i tylko przez grzeczność 
mówiła: 
 — Bardzo ładnie! To będzie z pewnością ładnie. 
Zgodziła się jednak najchętniej pójść z Zosią po obiedzie do miary, bo 
pani Alina czuła się zmęczona chodzeniem po tych okropnych trotuarach i 
chciała trochę wypocząć. O szóstej miały się zejść u panny Narguttówny. 
 — Ja tam chyba nie zajdę — rzekła Teresa Leonia. Zosię odprowadzę, a 
sama tu wrócę. 
 — Ach, Therese Leonie, czyby nie było lepiej, abyś też z nią pomówiła o 
naszym... 
 — Nie. Po cóż? Mama przecie wie, co powiedzieć. Ja wcale tam nie 
jestem potrzebna — odparła Teresa Leonia. I wyszły. 
Panna Paulina Narguttówna zajmowała od lat dwudziestu mieszkanie 
w jednym ze staruch domków na Skopówce. Był to dom dwupiętrowy, wąski 
od frontu, pomalowany na różowy kolor, z żółtymi gzymsami u okien. Przez 
ciemną bramę wchodziło się na podwórko, pośrodku którego była pompa, a 
obok suchotniczy kasztan. Do wyższych pięter prowadziły galerie drewniane, 
biegnące wokoło ścian, i zewnętrzne schody. Na tych galeriach każdy z 
mieszkańców urządzał sobie letnie posiedzenia, nawet gospodarskie 
czynności tam załatwiał, więc stały tam krzesła i małe stoliczki, wazony z 
pokojowymi roślinami, deski do prasowania, balie i ceberki — nawet na 
rozciągniętych od słupa do słupa sznurach suszyła się bielizna, rzucając 
śnieżne plamy w mrok podwórkowy. Pod pompą kwakały kaczki, szukające 
trochę wilgoci, parę psów i kilkoro dzieci bawiło się hałaśliwie. Z otwartych 
okien dochodziły najrozmaitsze odgłosy — turkotała maszyna do szycia, 
gwizdał szpak starego kawalera z frontowego mieszkania, ze strasznie 
rozbitego fortepianu płynęły gamy, ktoś gdzieś siekał mięso na kotlety. W 
górze, jak oprawione w ramę zrudziałych dachówek, gdzieniegdzie kominem 
przecięte, leżało niebo szafirowe, głębokie. 
 — Znasz dobrze pannę Narguttównę? — spytała Teresa Leonia, 
wchodząc na podwórze. 
 — O, tak, zawsze jak jesteśmy w Wilnie, to ją odwiedzamy. Nawet 
babunia była kiedyś u niej. I ona przyjeżdżała do Haliniszek, jak Jerzy i my 
chorowaliśmy na koklusz. Ale to już dawno. 
 — A trafisz do jej mieszkania, to cię tu zostawię? Mamę pewnie już 
zastaniesz. 
Gdy Zosia zadzwoniła do drzwi panny Pauliny, z głębi mieszkania 
doszedł ją stuk odsuwanych krzeseł, potem dziecinne głosy i tupotanie nóżek 
po podłodze. Drzwi się otworzyły i stanął w nich wysoki, chudy gimnazjalista. 
 — Panna Narguttówna jest w domu? — spytała Zosia. 
 — Nie ma. Ale zaraz przyjdzie. 
I nie czekając dłużej, zawrócił do pokoju na prawo, zostawiając Zosię 
własnej zaradności. Co tu robić, myślała, gdzie ja teraz mamę znajdę! 
Z pokoju na prawo doszedł ją głos dziecinny: Homo, hominis, homini, 
hominum... 
 — Hominem — poprawił gimnazjalista. 
 — Aha — hominem, homo, homine. 
 — Tam ktoś lekcję odprawia — pomyślała — a ja? Czy mam czekać? 
Może mama tu była i poszła? — Ale w tej chwili z lewej strony drzwi się 
otworzyły, wyjrzała z nich niemłoda kobieta, Zosia zbliżyła się do niej. 
 — Proszę pani, czy przychodziła tu przed chwilą jedna pani w czarnej 
sukni, miałyśmy się spotkać... 
 — Co? Czego? — spytała kobieta nadstawiając ucho. Zosia zaczęła 
głośniej: 
 — Nic nie słyszę, moja pani — odparła stara niecierpliwie — jakaś pani? 
Żadnej pani tu nie było, a zresztą czy ja wiem, panna Narguttówna zeszła 
tylko na chwilę na dół do chorego, zaraz powróci. Niech pani siada i czeka. 
Zosia postanowiła poczekać. 
Wesoło było i jasno w pokoju, do którego weszła. Otwarte okna 
wpuszczały masę światła i powietrza, bo wychodziły one ponad dachami 
innych domów na jakieś obszerne podwórze, na plac katedralny i na Górę 
Zamkową. Wielki szmat nieba przez nie zaglądał. Duży pokój, oklejony 
jasnym obiciem, zawieszony był sztychami, fotografiami, widokami z różnych 
stron kraju. Meble były stare i zniszczone, ale tak starannie wytrzepane i tak 
jakoś mile ustawione, że wyglądały zachęcająco i gościnnie. Pełno książek 
leżało na stołach, na półkach, a z każdego kąta wyglądały wielkie pęki 
świeżych kwiatów, przeważnie polnych i zieloności. Firanka przedzielała 
pokój na dwie części. 
 — Panna Narguttówna zaraz przyjdzie — powtórzyła pani i wróciła do 
swej roboty pod oknem. A Zosia usiadła i czekała. 
Zza sionki dochodziły głosy dzieci, deklinujące w dalszym ciągu jakieś 
łacińskie wyrazy. Potem krzesła się poruszyły, jakiś ruch zrobił się koło drzwi, 
śmiechy urywane. Do sionki ktoś wchodził, zaszeleściły jedwabie, drzwi 
otworzono i zamknięto. Jakiś głos kobiecy odezwał się: 
 — Wypił pan mleko, panie Bronku? O tam, na szafce, stoi w 
dzbaneczku. Jakaś niewyraźna odpowiedź, potem brzęk szklanki o spodek, aż 
wreszcie drzwi się otworzyły i weszła pani Alina, a za nią niewielka, drobna, 
stara panna. Włosy miała już zupełnie siwe i gładziutko nad czołem 
zaczesane, ale twarz zdobił jeszcze rumieniec i blask czarnych oczu tak jasny i 
wesoły, że nadawał jej cechę młodzieńczości. I dziwne było to połączenie 
siwizny i zmarszczek ze świeżością i rumieńcami prawie dziecinnymi, z 
wyrazem niewinności bijącym z tych wielkich oczu i z żywością ruchów, która 
ją czyniła podobną do ptaszka. Ubrana bardzo skromnie, w ciemną suknię i 
biały kołnierzyk, jaśniała pogodą i dobrocią, weselem jakimś wewnętrznym i 
dziewiczą czystością pod koroną białych włosów. 
 — O, Zosia! — Zawołała od wejścia. — Kochana! Jakże? Czy dawno już 
tu? — Przywitały się i panna Paulina przedstawiła towarzyszkę spod okna, 
niejaką panią Łowiczową, która okazała się głuchą zupełnie, schorowaną i 
nieszczęśliwą wdową, przybyłą chwilowo do Wilna dla interesów 
majątkowych. 
 — Strasznie biedna! — szepnęła panna Paulina — nikogo nie ma na 
świecie. A musi się jeszcze procesować z siostrą. Tu przyjechała, a że teraz 
pokoik Jerzyka wolny, więc zamieszkała u nas chwilowo... Wkrótce pojedzie. 
 — A ty, kochana Paulinko, zawsze w tym samym mieszkaniu? — 
spytała pani Alina, aby rozpocząć rozmowę. 
 — Ja, a jakże... Już nawet i nie wyobrażam sobie, abym mogła gdzie 
indziej... Jerzyk ciągle projektuje, że kiedyś będzie miał swój dom i weźmie 
mnie do siebie. Ale kiedy to będzie! 
Tu westchnęła, oczy jej zaszły mgłą, jakby łzami, ale zaraz roześmiała 
się i dodała: 
 — Tymczasem tu mnie bardzo dobrze, znają mnie wszyscy w całym 
domu i ja ich wszystkich znam, i dobrze, jak wśród swoich. 
 — Taki ładny widok! — rzekła Zosia, spoglądając przez okno. 
Ale panna Paulina zakrzątnęła się za firanką, zastukały talerze i 
wybiegła mówiąc: 
 — Zostańcie, panie kochane, na herbacie. Dobrze? Zaraz będzie... Ot, 
tak dobrze. Proszę zdjąć kapelusze i rozgościć się, a ja zaraz... 
Znikła za drzwiami, a pani Antoniowa rada była z tego zaproszenia, bo 
były sprawy, o których chciała dłużej pomówić z panną Paulina. Tymczasem 
spróbowała zawiązać rozmowę z panią Łowiczową, ale gdy to okazało się 
rzeczą niemożliwą, zamilkła i czekała. Zosia oglądała obrazy na ścianach i 
książki rozrzucone po stołach. Były one najrozmaitszej treści. 
Widać było, że najróżnorodniejsze prądy i myśli przepływały przez to 
mieszkanko, co się otwierało szeroko ku słońcu i podmuchom zewnętrznym. 
 — Ot, i herbata gotowa będzie w tej chwileczce — rzekła panna Paulina, 
wbiegając znowu do pokoju. — Tylko nakryję stół... — To mówiąc, przysuwała 
stolik do kanapy, ustawiała talerzyki, przynosiła cukier, bułki w koszyku, ser i 
masło, i wielki spodek konfitur, krzątała się leciutko, fruwając z kąta w kąt. 
 — Zaraz wszystko będzie. Tak się cieszę, że panie kochane dłużej 
zatrzymam i o Jerzyka rozpytam... 
W chwilę potem siedziały już we cztery za stołem popijając herbatę. 
Rozmowa się ożywiła. Panna Paulina ciekawa była wszystkiego. Słuchała z 
zajęciem opowiadania o pikniku, o Bijuciszkach i Haliniszkach, nawet o 
toaletę Zosi pytała szczegółowo, cieszyła się, że tańcować będą. 
 — A Jerzyk? Jakże, rad? Cieszy się z zabawy? 
 — Jerzyk to teraz prawdziwy pan Jerzy — rzekła Zosia. — Już i mówić 
inaczej nie wypada. 
 — A jakże. Tak, tak, już on dla całego świata mężczyzna dorosły, ale dla 
mnie, to zawsze Jerzyk. 
I znowu czarne oczy pokryły się mgłą, a na twarzy jej przemknął 
uśmiech rozczulenia. 
 — A twoja starsza? — spytała. — Terenia ma na imię, tak? Gdzie ona? 
 — Teresa Leonia — tak. Ona jest obecnie tu w Wilnie. Przyjechała z 
nami chcąc skorzystać z okazji i przystąpić do sakramentów świętych. Ale, 
kochana Paulinko, a propos. Chcę właśnie pomówić z tobą o... jednej ważnej 
sprawie... 
 — Pomówić... dobrze, kochana! Cóż takiego? Słucham... Ale wprzódy 
naleję wam jeszcze herbaty. 
 — Ja! Ja naleję! — zawołała Zosia, i pobiegła ze szklankami do 
kuchenki, gdzie stał samowar. 
A tymczasem panna Paulina nachyliła się do pani Antoniowej: 
 — Bardzo wyładniała twoja Zosia — rzekła. — Cóż to za śliczna figura! 
Jakie oczy, prawdziwe niezapominajki! A włosy!... 
 — Tak, rzeczywiście — sama to przyznaję — przystojna jest. A co 
najważniejsze, to że dotąd bardzo mało myśli o swej powierzchowności. 
 — Bo dobrze wychowana. Ach, cóż to za rozumna kobieta — ta kochana 
pani marszałkowa! Jak ona umie wszystkiemu podołać... To wzór dla 
wszystkich! A jakże... 
Tu Zosia powróciła z herbatą, a pani Łowiczowa wstała i rzekła: 
 — Dobranoc. Pójdę już do siebie. Ale niechże pani nie zapomni 
przepisać mi tę prośbę, będzie mi jutro potrzebna. 
 — Przepiszę dziś jeszcze — jakże! Przepiszę z pewnością. Dobranoc. 
 — Dobranoc. 
Wyszła pani Łowiczowa, a Zosia rzekła: 
 — Ona nie bardzo miła, ta pani. 
 — Tak, trochę kapryśna. Ale cóż to dziwnego? Taka nieszczęśliwa! 
Samotna, męża straciła, dzieci nie ma. A teraz ten proces... Biedna bardzo, bo 
jeszcze i szczęścia nie ma do ludzi, nikt jej nie lubi. Nawet na mnie napadają, 
że ją przyjęłam... Ale cóż by ona zrobiła? Nie ma za co mieszkać w hotelu i 
płacić. 
Zamilkła. I przez chwilę była cisza. Szarzało już na niebie i powoli 
mrok przenikał powietrze, pochłaniał jasność, osypywał świat szarnym 
popiołem i zasnuwał ziemię i niebo szarą krepą widzom. Przez otwarte okna 
powietrze wpadało chłodniejsze. 
Panna Paulina przerwała milczenie: 
 — Ach, tak się cieszę, że was widzę! Nie wiesz, Alinko kochana, jaką mi 
przyjemność sprawia każde spotkanie z ludźmi, których znałam dawniej. A 
nasza znajomość taka dawna! 
Uniesiona wspomnieniami mówiła o wspólnych znajomych i o czasach, 
gdy serca łączyły się zapałem i ramię przyciskało się do ramienia i ogniem 
płonęły głowy, a każdy gotów był na wszystko. Czasy te minęły — i dzięki 
Bogu, że minęły — ale ten, kto je przeżył, nie zapomni o nich nigdy. A ci 
ludzie! Tylko takie chwile mogą takich ludzi rodzić. Leliwa, Konrad, 
Muciański, panna Fabianna, Paweł i Antoni Dubowscy — i tylu, tylu innych! 
Co się też dzieje z tymi, którzy jeszcze żyją? A wiesz — rzekła — siostra Leliwy, 
Marylka, mieszka tu. Czasem zachodzę do niej. Biedna, sparaliżowana, w 
bardzo smutnej pozycji... 
Pani Alina nie odpowiedziała nic. 
Znowu nastało milczenie. Już półcień ogarnął cały pokój, sprzęty zlały 
się w nieokreślone kontury. Tylko dwa kwadraty okien jaśniały białawym 
światłem i płynął z nich orzeźwiający chłód. Na dzwonnicy katedralnej wybiły 
jakieś kwadranse. 
Pani Alina poruszyła się. 
 — Ah, mon Dieu, my tu gwarzymy sobie, a o interesie moim 
zapomniałam. Późno już i wkrótce wracać trzeba. 
 — Słucham, mów kochana — odparła panna Paulina odrywając wzrok 
od dalekiej przestrzeni powietrznej poza oknem. — Ale może lampę zapalić? 
 — Nie... nie! Tak lepiej. 
Interes był taki: chodziło z zwerbowanie amatorek do nowego zakonu. 
Aby rozpocząć swe istnienie, musiały one przecie ukazać się w liczniejszym 
gronie, a dotąd były tylko dwie, matka z córką i jeszcze jedna panna 
Malkiewiczówna, od dawna przebywająca w Rzymie. Ale panna Narguttówna 
jeszcze nic nie wiedziała o tym zakonie, więc musiała pani Alina opowiedzieć 
od początku jego historię. Panna Paulina słuchała uważnie, nie przerywając 
ani jednym słowem. 
 — Otóż — mówiła na zakończenie pani Antoniowa — chodzi nam 
bardzo o to, aby wstępowały do nas Polki wykształcone, z dobrych domów, 
mające stosunki, des ames distinguees enfin — to by prędzej nabywało nasze 
zgromadzenie rozgłosu, a przez to samo stałoby się pożyteczniejsze 
Kościołowi. Myślałyśmy, że nam w tym zechcesz dopomóc. Tu w Wilnie tyle 
jest osób bez celu spędzających życie, oddanych co prawda pobożności, ale to 
pobożności... takiej... comment vous le diraije?... parafialnej, pospolitej, une 
petite piete de bonnes femmes. Gdyby takie poznały nasz zakon, to by z 
pewnością uczuły ku niemu pociąg. Zrozumiałyby, że dopiero tam, w Rzymie, 
u samego źródła duchowego życia posiądą w pełni łaski i słodycze, których 
Bóg udziela swoim wybranym, że tam odetchną całą piersią tą świętą 
atmosferą, że się staną podporą Kościoła świętego i że własną duszę tam 
najłatwiej uświęcą i udoskonalą, a same używać będą szczęścia. Gdyby więc 
podsunąć tę myśl tym, co tu siedzą bezczynnie, gdyby je namawiać... Ty, 
kochana Paulinko, masz tu takie liczne stosunki, że pewnie mogłabyś nam być 
bardzo użyteczna. 
Pani Antoniowa urwała i przez chwilę zdawała się czekać odpowiedzi, 
ale gdy ta nie nadchodziła, znowu mówić zaczęła, nachylając się ku starej 
pannie: 
 — A może byś i sama do nas się przyłączyła, kochana Paulinko? 
Przecież niegdyś myślałaś o poświęceniu się życiu duchowemu — nieprawdaż? 
Może teraz ta chwila nadeszła? Nasz zakon właśnie potrzebuje takich jak ty, 
wykształconych, dzielnych, poświęcających się... 
 — Ach, kochana! Co ty mówisz... Jakaż ja wykształcona albo dzielna! 
Ot, stary grat, nic więcej! Aleja myślę nad tym, co opowiadałaś. I widzisz..., 
tak... tu panna Paulina zatrzymała się, jakby szukając słów — widzisz, powiem 
szczerze, życie zakonne, piękna rzecz, pewnie... Ja sama kiedyś, rzeczywiście, 
myślałam. 
Zatrzymała się trochę onieśmielona tym, że musi sprzeciwiać się 
miłym gościom i że nie może zgodzić się z nimi, ale czuła, że musi mówić 
dalej: 
 — Wiesz, przepraszam, kochana, ale powiem wszystko szczerze, a 
jakże: więc, jeśli mnie kto spyta o radę, zawsze odpowiem: zostań! Tak, życie 
zakonne piękna rzecz i ja też Pana Jezusa kocham z całego serca, ale jednak, 
gdy posłyszę, że ktoś pojechał sobie za granicę i tam wstępuje do zakonu, to 
mi zawsze przykro. Któż nam tu broni służyć Panu Jezusowi, a przynajmniej 
wśród swoich, dla swoich, co? A wyjechać to tak, jakbyś uciekał. Mówisz, że tu 
dużo bez zajęcia. Ach, nie! Każdy ma co robić, aż nadto, aż nadto. Byleby tylko 
chciał... 
 — Tu, kochana Paulinko, nie ma warunków umożliwiających życie 
zakonne, więc dusze powołane przez Pana muszą szukać właściwego dla 
siebie miejsca. Gdzież właściwsze, jak w Rzymie? 
 — Nie, widać, że już ja tego nie zrozumiem, za głupia jestem na to. 
Niech tam inni robią, jak im się zdaje, a jakże! A ja przy swoim zostanę i 
powiem szczerze, nie gniewaj się kochana, że nie będę namawiać nikogo. Nie! 
Ot, gdyby u nas, chociażby takie szarytki... to i owszem. Ale gdzieś w Rzymie! 
Nie, kochana, nie mogę. 
Pani Alina nic nie odpowiedziała i siedziały znowu wszystkie trzy w 
milczeniu. 
 — Jaka ona miła — myślała Zosia. — I według mnie, to ona ma rację. 
Jaka tam będzie korzyść z tego mamy zakonu, to jeszcze nie wiadomo, a 
zawsze to rzecz niepewna, tu zaś wytknięte obowiązki. 
Przesunął jej się przed oczami zrujnowany Biały Dwór i dzieci 
zdziczałe, nie umiejące pacierza, i wyzysk robotników, widziała znowu twarz 
staruszka pod bramą i te dwie łzy spadające mu z oczu na siwą brodę. 
Ale pani Antoniowa wstała i zaczęła się żegnać. Ton jej był chłodniejszy 
trochę, ale zawsze grzeczny. Mówiła, że dłużej zabawić nie może, bo czekać na 
nią miał rządca z kupcem na dom, że już późno i iść musi. 
 — Dziękuję, że byłaś kochana. I nie gniewaj się, aleja stara i głupia, 
więc może nie rozumiem, a jakże! A wam życzę wszystkiego najlepszego — 
mówiła panna Paulina i ze świecą w ręku przeprowadzała je na ciemną galerię 
i świeciła jeszcze, gdy na dół schodziły po stromych schodach. 
Pani Alina była jednak nierada ze swej wizyty. Przez całą drogę nie 
mówiła nic, ale, znalazłszy się z Teresą Leonią sam na sam, opowiedziała jej 
wszystko i zakończyła uwagą, że ta biedna Paulinka strasznie się postarzała 
pod każdym względem. 
 — Elle a baisse sous tous les rapports — zawyrokowała. — Dziś jest to 
egoistka, zacna osoba, zapewne, ale nic więcej, liczyć na nią nie możemy. 
Nie było czasu na dłuższą analizę charakteru panny Narguttówny, bo 
oznajmiono, iż Pietkiewicz z kupcem Guldenem czekają. 
Zosia tego wieczoru, pomimo całodziennego zmęczenia, długo zasnąć 
nie mogła. Położyła się wcześnie, ale leżała z otwartymi oczami, patrząc na 
pokój oświecony płonącą na ulicy latarnią, słuchając głosu matki i 
Pietkiewicza i chrapliwej mowy Guldena albo turkotu z rzadka 
przejeżdżającego powozu i myśląc... myśląc... Przez ostatnich kilka dni ile 
wrażeń, ile zmian, ile pojęć nowych! Tu piknik, suknia balowa, tu panna 
Narguttówna, taka dobra, wesoła i jeszcze młoda, pomimo swych siwych 
włosów i taka jakaś pociągająca! Tam znowu ta biedna Ania, która z powodu 
nieszczęśliwej miłości chce wstąpić do klasztoru. A mama ze swoim zakonem i 
podróż do Rzymu. Boże, od tego wszystkiego jakże łatwo dostać pomieszania 
zmysłów. 
 — Trzeba się nad jednym porządnie zastanowić — rzekła sobie Zosia i 
wyciągnąwszy się na wznak założyła ręce pod głowę, utkwiła oczy w jasną 
kratę na suficie i postanowiła nie myśleć o pikniku, ale tylko o Rzymie. Lecz w 
tejże chwili doszły ją z drugiego pokoju słowa matki: 
 — Na dwadzieścia osiem tysięcy zgadzam się, ale pod warunkiem, że 
będą mi wypłacone zaraz i że wszelkie koszta należą do kupującego. 
 — A ja pani dobrodziejce — odpowiadał przez nos Gulden — dam teraz 
dziesięć tysięcy, drugie dziesięć na Nowy Rok, a osiem na wiosnę. I koszta po 
połowie. 
 — Nie, panie Gulden, to niemożliwe. 
 — Nu, i ja nie mogę inaczej. Na moje sumienie! I tak ja mam wielki 
ryzyk. Nastąpiło jakieś suwanie krzesłami, szuranie nóg, zamykanie drzwi i 
już tylko dwa głosy przyciszone rozmawiały dalej. 
 — Mama jednak za tanio ceni swój dom — pomyślała Zosia. — Stryjcio 
mówił, że ojciec zapłacił trzydzieści tysięcy, a przecież teraz wszystko droższe, 
ale widać, że potrzebują prędko pieniędzy na wyjazd do Rzymu, a ja wiem, że 
teraz z Białego Dworu aż do jesieni nic nie można dostać. I tak stryjcio nieraz 
mówił, że dochodów nie wystarcza. Z czegóż one ten nowy klasztor zbudują? 
I widmo tego nowego klasztoru stanęło przed nią — mury ogromne, 
zamczysta brama, a wewnątrz sale sklepione, korytarze, chór, kaplica z 
gotyckimi oknami. A wśród tych murów posępnych mama w czarnym 
welonie, w czarnej szacie zakonnej, z rękami złożonymi pobożnie... 
A dlaczego proboszcz tak się śmiał, gdy o tym posłyszał? On sam 
ksiądz, a nie wierzył, i śmiał się tak szczerze, tak jak gdyby chodziło o jakąś 
Zosię albo Melę — babunia też ma minę niezadowoloną, ile razy wspomni się 
o Rzymie lub klasztorze. Bo i naprawdę, po co to mamie? Tak by dobrze było 
osiąść sobie w Białym Dworze i gospodarować, a przynajmniej nikogo by nie 
krzywdzono i dziećmi można by się zająć, i przyjemniej byłoby niż wiecznie 
jeździć i być daleko. Może mama rozmyśli się jeszcze i da pokój temu 
klasztorowi. Taki miły ten Biały Dwór! Taki ładny w tym wianku starych 
drzew, z tym cudnym widokiem na kościół i miasteczko! I tak tam wesoło — 
mnóstwo sąsiedztwa naokoło — Suniżyccy i Robiccy, i Chański, i Róźyńscy... 
Ciekawość, jakie też toalety Robickie sobie zrobią na bal. Ach, Boże, ten bal, 
żeby to się prędzej doczekać, a to jeszcze całych siedem dni! Ta biedna Ania 
ani myśleć nie może o żadnej zabawie. Biedactwo kochane! Czy też ona 
jeszcze kocha tego Wacia? Powiada, że nie, ale naprawdę, jeszcze go nie może 
zapomnieć. Jednak... dziwna to rzecz, ta miłość... ktoś całe życie był obcy, 
nieznany, a raptem, jak się go pokocha, to i życie już niemiłe bez niego. 
Dziwne to, a jednak — widać, że bardzo przyjemne. Tylko Mela się oburza — 
nie wiem dlaczego. A babunia mówi, że jak kto spełnia swe przeznaczenie, to i 
jest szczęśliwy. Może... ale jak to wiedzieć, gdzie jest przeznaczenie? 
Mamy przeznaczenie, zdawałoby się, siedzieć w Białym Dworze, a 
jednak jedzie do Rzymu i zakłada nowy zakon, i wtedy będzie szczęśliwa, gdy 
to zrobi, tak przynajmniej jej się wydaje... 
 — A moje przeznaczenie? — dumała Zosia, śledząc za jakimiś 
światełkami, które po ścianach migały. — Jakie ono jest? Gdzie mnie los 
rzuci? Komu ja się dostanę? — Myśli zaczęły się plątać w jej zmęczonej głowie, 
jakieś postacie nieznane pojawiały się przed nią. — Mąż, jak to zabawnie mieć 
męża! Ale i straszno, żeby na kilka dni, to jeszcze, ale na całe życie... — Sen 
ogarniał ją. Zbudziła się jeszcze, gdy pani Alina cicho drzwi uchyliła i weszła 
ze świecą do pokoju. 
 — Ach, to mama — rzekła. 
 — Nie śpisz jeszcze, Zosieńko, tak późno! Świecę zasłoniła troskliwie i 
uklękła do pacierzy. 
 — Śpij, Zosieńko, już po północy. 
 — Dobranoc mamie. 
I Zosia odwróciła się do ściany i wkrótce zasnęła. 
A pani Antoniowa klęczała przy łóżku i odmawiała wieczorne pacierze. 
Ale wciąż świeckie myśli przelatywały jej przez głowę jak muchy uprzykrzone. 
Odpędzała je, a one wracały. Wreszcie ogarnęły ją ze wszech stron, więc 
poddała się im i zaczęła liczyć. 
 — tysięcy rubli to będzie na franki... zaraz... Dwa razy będzie , a trochę 
więcej jak , no przypuśćmy , to razem . Tak — tysięcy franków. To strasznie 
mało! Czy za to można kupić dom? Ale cóż robić, kiedy więcej nie dają. 
Przecie czekać nie możemy. Byleby wypłacili zaraz, to bym się zgodziła. 
I znowu zwróciła się do Boga. 
 — Najsłodszy Jezu — szeptała po francusku — wejrzyj na tę, którą 
sobie obrałeś na sługę i oblubienicę. Wezwałeś mnie, oto jestem. Na słodki 
dźwięk Twego głosu wszystko porzuciłam i oto, Panie, gotowam na wszystko 
dla Ciebie. Znoszę niechęć ludzką, upokorzenie i drwiny, jestem nie 
zrozumiana i wyśmiana przez ludzi, nie mam znikąd poparcia i pokrzepienia. 
Ale nic to, Panie, wiem, żeś Ty mnie sam zawołał, więc niczym dla mnie sąd 
ludzki, idę ślepo przed siebie, słuchając jedynie Twego głosu. Ale Ty, 
ukochany mej duszy, potężny jesteś i nic się Tobie nie oprze. Więc daj mi 
środki na wykonanie Twej woli. 
Po długiej modlitwie pani Antoniowa wstała z klęczek spokojniejsza i 
jakaś zrezygnowana. 
 — Będzie, co Bóg da — rzekła do siebie, zaczynając się rozbierać. — Ja 
robię swoje, a niech Jezus najsłodszy tym kieruje. Zobaczymy, co mi jutro 
powie Gulden. 
Nazajutrz jednak interesy nie polepszyły się wcale. Gulden nie zmiękł 
ani trochę. Przeciwnie, stawiał coraz gorsze warunki. Pani Antoniowa nie 
wiedziała, co robić, aż Teresa Leonia wdała się w tę sprawę i zawyrokowała, że 
trzeba czekać. 
 — Taka sprzedaż nie da nam możności kupienia nawet małego domu w 
Rzymie — rzekła — więc lepiej poczekajmy jeszcze. 
Na tym stanęło i panie Halickie opuściły Wilno, nierade z bezowocnej 
podróży, ale zawsze ufne w opiekę Boską nad wybranymi duszami. 
XII 
Dwór w Ucianach był to gmach piętrowy, okazały, ale zwykle pusty. 
Pan Chański spędzał trzy czwarte roku za granicą, a gdy był w domu, mieszkał 
na dole, w małym apartamencie, gdzie miał swe ulubione obrazy, swoje 
książki, swoją łazienkę i sofę do odpoczynku, a przede wszystkim spokój 
absolutny, gdyż okna apartamentu wychodziły na ogród cienisty, dokąd nie 
dolatywały żadne ludzkie głosy, a służba miała przykazane, aby żadnych 
interesantów nie wpuszczała. O gospodarstwie i majątkowych sprawach nie 
wolno mu było wspominać, a z rządcą swym widywał się tylko wtedy, gdy 
wyjeżdżał i potrzebował pieniędzy. A i wtedy o żadnych interesach nie dawał 
sobie mówić: — Rób pan, co chcesz — mawiał — wydzierżawiaj, sprzedawaj, 
kupuj, tylko mnie tym głowy nie zawracaj. Przecie masz pan plenipotencję. Po 
to pana trzymam, abym o takich rzeczach nie potrzebował myśleć. Toteż 
gospodarstwo szło jak najgorzej w Ucianach i wiadome było w całej okolicy, że 
nigdy tam żadna robota w porę nie była zrobiona, że żyto mokło w snopach na 
polu całymi tygodniami, że z lasów wykradano drwa, ile tylko sąsiednim 
wsiom było potrzeba, że siana i słomy co roku brakowało na wyżywienie 
inwentarza, i że w gorzelni był stały deces od początku do końca kampanii. 
Śmiano się z Chańskiego i mówiono mu caasem: Mógłbyś mieć cztery razy 
większy dochód, gdybyś zechciał choć parę razy do roku wglądnąć w interesy. 
A on odpowiadał najspokojniej: — Na co mi to potrzebne? I tak mam dosyć. 
 — Ależ ciebie okradają. — A cóż mnie to może obchodzić! Ja i wiedzieć o tym 
nie chcę. Dzięki olbrzymiemu funduszowi, a stosunkowo skromnym 
wymaganiom miał rzeczywiście dosyć. I jakoś tam było. Życie spędzał 
wyciągnięty na sofie z książką w ręku lub w galeriach przed obrazami i 
rzeźbami. Obdarzony pamięcią i zdolnościami, nabył wskutek tego czytania i 
wiadomości bez liku. Ale korzyści z tego nie było żadnej, bo o żadnej pracy w 
jakimkolwiek bądź kierunku nawet mówić sobie nie dawał. Sam siebie 
doskonale oceniał i nazywał, żartując, pleśnią, co na wszelkich 
starożytnościach osiada. Towarzystwo lubił i za granicą otaczał się chętnie 
artystami, literatami wszelkich barw i szkół. Ale wiejskich swoich sąsiadów 
nazywał barbarzyńcami, okazami kamiennej epoki, i starał się jak najrzadziej 
ich widywać. 
Było to więc prawdziwe poświęcenie z jego strony, że się zgodził na 
urządzenie u siebie pikniku. Wprawdzie wymówił sobie, że sam o niczym 
wiedzieć nie będzie i że żywa dusza nie zajrzy do jego pokojów, ale 
świadomość tego, co się tam robi, denerwowała go. Wisiała nad nim jak 
zmora myśl: trzeba wstać, ogolić się, naciągnąć frak — i całą noc patrzeć na tę 
hecę, gadać z tymi ludźmi, słuchać ich gadania. 
 — O Boże! — westchnął dźwigając się i dzwoniąc na służącego. — 
Cóżem tak złego uczynił, abyś mnie tak okrutnie karał! — Zabrał się jednak do 
toalety. 
Na gospodynię zabawy sama się ofiarowała pani Suniżycka. Była to 
rola jak dla niej stworzona. Jej się zawsze marzyły fety, salony, piękne stroje, 
towarzyski gwar — ale niestety, życie dało jej bardzo ograniczone środki, 
kłopoty wiejskie, liczną rodzinę i męża niedołęgę. I nieraz dobrze musiała 
mózgiem kręcić, aby związać końce skromnego budżetu. O prowadzeniu 
domu comme il faut i myśleć było trudno. A w dzieciach nie miała pomocy — 
o szyk, o dystynkcję, o stosunki nie dbało z nich żadne. Mela nawet czasem 
wygłaszała takie zdania, jak gdyby całkiem nie była „urodzona". Jej dzikie 
pojęcia o godności kobiety, o niewoli małżeńskiej, o jakichś celach w życiu, jej 
dążenie do czegoś innego niż to, co było dotąd, jej stanowcza niechęć 
należenia do rzędu panien na wydaniu — to wszystko dawało serio do 
myślenia biednej pani Suniżyckiej. To nie były żarty! 
Dziś jednak wyjątkowo Mela była giętka jak trzcina. Wesoła, prosta, 
bez żadnych idei, bez emancypacji, bez wielkich słów, pomagała urządzać bal 
z takim oddaniem i zapałem, jak gdyby to nie ona sama przed dwoma dniami 
drwiła z tego jarmarku na panny. Zupełnie inna Mela! 
Więc pani Suniżycka była w doskonałym humorze, gdy ubrana w 
suknię zesztukowaną z dwóch materiałów, które ani barwami, ani gatunkiem 
do siebie nie pasowały, z pękiem piór w ufryzowanej głowie, ściśnięta, 
wysznurowana i modna do niemożliwości, stanęła w pierwszym salonie dla 
przyjęcia nadjeżdżających gości. Nie czuła zmęczenia po całodziennej 
tupaninie, pozbyła się wszelkich niepokojów gospodarskich, nie czuła już 
nawet, że nowe pantofle za ciasne i że ją odciski bolą. Żyła cała szczęściem 
chwili obecnej. Oto w wytwornych salonach przyjmuje gości, którzy 
napływają wciąż gromadą, a goście to strojni, wyfrakowani, panie w 
jedwabiach i koronkach, a takie comme ii faut! A za nią stoi Mela, taka 
ładniutka w swej różowej toalecie i też dzisiaj zupełnie comme ii faut i 
uśmiecha się do rozmawiającego z nią kawalera. 
 — A, kochana pani, chere madame! — woła pani Suniżycka w radości 
serca do wchodzącej pani Robickiej. 
 — I córeczki także! 
 — A, kochana doktorowa — wykrzykuje znowu — i doktor, także dawno 
nie widziani! 
Mela wygląda dziś rzeczywiście jak cukierek, cała różowa, 
uśmiechnięta, z chmurą wijących się loczków nad czołem, błyskająca zalotnie 
oczkami na obok stojącego młodzieńca. W ręku trzymała wachlarz z piór 
zasypanych blaszkami i co chwila, powiewając nim, rozrzucała dokoła snopy 
iskierek. Oczka jej też jak iskierki błyszczały i, zwracając się ku oczom 
towarzysza, w nich także zapalały płomyki. On stał nad nią, poprawny, w 
doskonale skrojonym garniturze i wciąż jej coś szeptał, o coś pytał zbliżając 
twarz do jej różowego uszka. Pytania były nic nie znaczące, nie 
usprawiedliwiające bynajmniej tajemniczego szeptu, ale jemu widać robiło 
przyjemność zbliżenie się do niej, więc przyciszonym głosem pytał: 
 — A ta wysoka panna w pincenez? 
 — To hrabianka Luboniecka. Bardzo sympatyczna, chociaż hrabianka. 
 — A ta brunetką przy niej? 
 — To jej przyjaciółka od serca, doktorowa Jankowska, one zawsze 
razem. 
 — Taaak? 
 — To pana dziwi, że hrabianka z doktorową w przyjaźni? Ale ta 
Luboniecka wcale nie taka gęś, jak one wszystkie. Dziewczyna zupełnie 
trzeźwa, społeczna, żadnych nie ma przesądów arystokratycznych... 
 — Mnie, proszę pani, to zupełnie wszystko jedno. Niech się przyjaźnią, 
jeśli im z tym dobrze. A ta dama z dramatyczną twarzą, któż to jest? 
Wchodziła do salonu młoda kobieta w białej powłóczystej sukni i w 
gronostajowej okrywce. Czarne jak noc włosy były upięte nisko na szyi w 
ogromny węzeł, a nad czołem zwichrzona grzywka łączyła się prawie z 
brwiami również czarnymi. Za nią postępował mąż, tak w nią zapatrzony, że 
aż zapominał przywitać się ze znajomymi. 
 — A, kochana pani Romana! — zawołała pani Suniżycka. — Słyszałam, 
że pani była cierpiąca, i obawialiśmy się, że dziś... 
 — O, tak, trochę — odezwała się kontraltem przybyła. — Ale to już 
minęło, a mąż mój tak nastawał, abym przyjechała... 
 — To i dobrze, doskonale! Będzie z pewnością wesoło... 
 — Chciałem, aby się Roma zabawiła trochę — rzekł obejmując ją 
rozkochanymi oczami mąż. — W jej wieku trzeba czasem... 
 — Ależ naturalnie! Trzeba korzystać z okazji. 
 — To są państwo Porażewscy — szeptała Mela do swego towarzysza. — 
On bardzo rozumny człowiek, kiedy jest sam, ale przy niej gubi się kompletnie 
 — i to z miłości! Czyż nie mam racji mówiąc, że ta miłość to bardzo niemądra 
zabawka? Nieprawdaż, panie Adolfie? 
Spojrzała bardzo figlarnie w oczy pana Adolfa i spotkała jego 
powłóczyste wejrzenie, ale gdy on nic nie odpowiedział, za trzepała dalej: 
 — Ten pan, jak jest przy żonie, to nic nie widzi, nic nie słyszy i nic nie 
rozumie — tylko w nią ma wlepione oczy i trwa w nieustającej adoracji. A ona 
przyjmuje hołdy i tylko dziwi się, że nie wszyscy są nią zajęci. Więc jeśli pan 
nie chce uchodzić za barbarzyńcę i za idiotę, w jej przekonaniu, to proszę 
zaraz jej się przedstawić. 
 — Dziękuję za łaskę. Wolę uchodzić za barbarzyńcę i za idiotę, a zostać 
tu, przy pani. 
Mela rzuciła mu spojrzenie i uśmiech i zaczęła się wachlować. 
 — Jaki pani ma ładny wachlarz! — zauważył pan Adolf — taki wesoły. 
Teraz modne są malutkie, malowane, Louis XVI, ale ja wolę te wielkie, 
puszyste. 
 — A jak doskonale wachluje! Proszę spróbować. 
 — Kiedy mnie nie jest wcale gorąco. Jeszcze bym się napił czego 
ciepłego. 
 — O, to czemu pan herbaty nie wypije? Wincenty! — zawołała na lokaja 
z tacą. I wziąwszy filiżankę, sama wrzuciła cukier i podała, mówiąc: 
 — Proszę sobie nie wyobrażać, że usługuję panu z dobroci. Ani trochę! 
To tylko przez egoizm — chcę, aby pan nabrał sił przed tańcami, bo mamy 
zamiar tańczyć do białego dnia. 
 — Oj, oj! — westchnął pan Adolf zasiadając w fotelu. A Mela zwróciła 
się do przechodzącego Edzia i spytała: 
 — Czy nie przyjechali jeszcze z Haliniszek? 
 — Nie, jeszcze ich nie ma. Strasznie się spóźniają, moglibyśmy zacząć. 
 — Tak, szkoda czasu. Już prawie wszyscy są. 
 — Pani Wika i Sienickie przebierają się na dole. Jak tylko przyjdą, to 
zaczniemy. — I pobiegł dalej. 
Ale właśnie w tej chwili w drzwiach coś zaszeleściło i weszła pani 
Antoniowa, poważna i dystyngowana, w swych czarnych jedwabiach, 
prowadzona przez Chańskiego, a za nimi Zosia z Jerzym. Pani Suniżycka żywo 
ku nim podbiegła powiewając kitą piór na głowie: 
 — A, kochana Alinka! Jakżeśmy się dawno nie widziały! I Zosia, chere 
petite!... 
 — No, nareszcie wyguzdraliście się — mówiła Mela biorąc Zosię pod 
rękę. — Czemuż tak późno? 
 — Ach, wiesz... mnóstwo nieszczęść... Mój stanik był za ciasny — i 
rękawiczka pękła, i... 
 — Poznajesz dawnego znajomego? — rzekła Mela. 
 — Pan Adolf, jak przyjemnie! Przecież się znamy z Warszawy. 
Przywitali się bardzo serdecznie i Zosia zwróciła się do Meli. Przerażonymi 
trochę oczami patrzyła dokoła, mrugała powiekami i mocno ściskała wachlarz 
w obu rękach, na ustach jej jednak błądził uśmiech. 
Nagle coś sobie przypomniała i nachyliła się do Meli: 
 — Moja Melciu, powiedz, czy ja nie jestem zanadto wygorsowana? 
Mela objęła ją wzrokiem. 
 — Ależ nie, gdzie tam, nic nie widać! 
 — Bo to tak okropnie, i wszyscy patrzą. Szkoda, że zdjęłam okrywkę. 
 — Przecież w okrywce nie możesz być cały wieczór. 
 — Nie, ale zawsze... jakoś... 
 — Pozwoli pani herbaty? — spytał Jerzy, przysuwając się z filiżanką. 
 — Ach, nie, dziękuję. 
 — Cóż to za mina zrozpaczona? Czy pani żałuje, że przyjechała? 
 — Nie, nie żałuję. Tylko tak dużo osób i jakoś straszno... Jerzy objął ją 
wejrzeniem od stóp do głów. 
Śliczna była w tym białym tiulowym obłoku, w koronie swych złotych 
włosów, z rumieńcem na twarzy i z ciekawością w oczach, trochę drżąca, 
onieśmielona, pełna ciekawości i zapału. Z wyciętego stanika wyrastały 
ramiona pokryte atłasową skórą, o ciepłym kolorycie, wznosiła się szyja 
okrągła, pełna, giętka, nie ozdobiona żadnym klejnotem. A z niej całej szła 
woń młodości i rozkwitającego życia, biło ciepło zdrowego życia 
nieświadomy jeszcze siebie urok dziewiczy i czar niewieści pełen obietnic i 
ponęt. 
Patrzył na nią, jakby w tej tak znanej mu postaci dostrzegł coś nowego. 
Bo też nowa była dla niego ta Zosia, nie miły dzieciak już, nie dziewczyna 
wiejska, którą znał dotąd, nie ideał dobra i piękna, wzniesiony w głębi, na 
ołtarzu jego serca, ale kobieta — uosobienie czaru, rozkoszy, miłości. 
I ona podniosła na niego oczy i zaczęła go oglądać. 
 — Jak panu ładnie w balowym ubraniu! — rzekła po chwili. 
Tak, ładnie mu było w strojnym ubiorze, w śnieżnym plastronie 
koszuli, od którego odbijała smagła cera i ciemne włosy. Wydawał się jeszcze 
wyższy niż zwykle, smuklejszy i bardziej wykwintny. Tylko ramiona szerokie i 
silny kark, jakby stworzone do dźwigania ciężarów, rysowały się wyraźniej 
pod cienkim suknem, tylko oczy głębokie, aksamitne, patrzały zawsze tęskno 
spod czoła upartego i usta składały się w miękkie, niepewne kontury, jakby 
wciąż drżało na nich jakieś nie dopowiedziane słowo. 
 — Bardzo panu ładnie — powtórzyła Zosia. 
Stali obok siebie patrząc sobie w oczy, z uśmiechami na ustach. 
Ona, ośmielona już trochę, zaczęła żartować mówiąc, że dawny 
rozczochrany Jerzyk zmienił się teraz na takiego szykownego pana, że ani 
poznać. 
On również, podrażniony jej obecnością, bliskością tej dziewczyny 
umiłowanej, lgnął do niej oczami, ale prostował się, przybierał trochę sztywną 
pozę, pomimo ognia, co się wewnątrz rozpalał, starał się żartować z nią 
swobodnie i mówił: 
 — Teraz widzę, że pani jest naprawdę dorosłą panną. Dopóki warkocz 
wisiał na plecach, to jakoś nie wierzyłem, ale jak pani sobie zakręciła taki 
pyszny węzeł na głowie, to już nie ma rady, muszę wierzyć. 
 — A widzi pan, mówiłam. Przecież skończyłam osiemnaście lat na 
wiosnę, więc jestem prawdziwą panną... 
 — Na wydaniu... 
 — Nie na wydaniu, bo jeszcze nie wyjdę za mąż, aż najprędzej za... pięć 
lat. 
 — Za pięć lat! Cóż to za termin? 
 — Nie żaden termin, ale chcę użyć swobody. Ot, lepiej proszę mi 
powiedzieć, kim są te trzy panie, co teraz wchodzą? 
Wchodziły do salonu matka i dwie córki, wszystkie trzy wysokie, 
sztywne i nadzwyczaj strojne. Były to panie Sienickie z odległych stron 
przybyłe chwilowo do kuzynki swej, pani Wiki Rodwiczowej, i zaproszone na 
piknik jako panny bogate, z wielkiego świata, partie znakomite. 
Nie znały tu prawie nikogo, a jednak, gdy weszły, zaraz otoczono je, 
przedstawiano się, proszono o tańce, próbowano zabawić rozmową. One 
przyjmowały te objawy uprzejmości jako należne hołdy, uśmiechały się zimno 
i niedbale rzucały półsłówka. 
Nie były ładne, ale bogate toalety, oryginalne uczesania i światowe 
ułożenie, szyk i pewność siebie imponowały, zwłaszcza w tym wiejskim kółku, 
wśród poczciwych, wiejskich postaci. Bo pomimo fraków i wygorsowanych 
sukien, pomimo nastroju świątecznego i elegancji, starającej się jak 
najdobitniej wyrazić — wsią czuć było całe towarzystwo. 
Starsi mężczyźni mieli opalone twarze, a czoła nad nimi białe, ręce 
czerwone, o krótkich paznokciach, które nie wiedziały, gdzie się podziać przy 
frakowym garniturze i bezradnie wisiały wzdłuż ciała. 
Panie ściśnięte w umyślnie na ten cel przerobionych stanikach 
trzymały przed sobą ręce w białe rękawiczki obciągnięte i wachlarze tchnące 
naftaliną i usilnie udawały światowość i ożywienie. Włosy nie znające żelazka 
były dziś dokładnie nakarbowane, a twarze nosiły wyraz trochę niepewny i 
onieśmielony, ale zarazem uroczysty, choć onieśmielenie trwało krótko i 
znikało na widok znajomych twarzy, a zastępowała je dobroduszność. 
Tworzyły się kółka w trzech salonach przylegających do balowej sali. 
Roznoszono herbatę, więc panie zbliżały się do stolików, przysuwały się do 
siebie i zaczynała się rozmowa od uwag i spostrzeżeń, a przechodziła z wolna 
na powszednie sprawy. 
 — Ale te Sienickie... — mówiła pani Robicka do pani Leniewiczowej — 
tyle o nich mówili! Nagadali, że takie a takie... A one — ani piękne, ani co. 
Spójrz pani, jaka niezgrabna ta blondynka. — I pani Robicka od niezgrabnej 
Sienickiej oczy zwracała ku własnej córce swej Kostuni, której figura 
uchodziła za nieporównaną. 
Pani Leniewiczowa myśl jej wyraziła w słowach: 
 — Pani Kostunia o wiele zgrabniejsza — rzekła. Nie miała ona jeszcze 
dorosłych córek. 
 — Mnie jako matce mówić tego nie wypada, ale już to każdy przyznać 
musi, że moja Kostunia... 
 — Tylko że tamte mają suknie piękne, uczesane tak modnie... 
 — Przyznam się pani kochanej, że ja dla młodej panienki nie lubię 
żółtego koloru. 
 — E, co tam, moja pani! Już one pewnie według ostatniej mody. Takie 
bogate!... 
 — Bogate? At, rozmaicie o tym mówią... — I obie panie zajęły się 
obliczaniem funduszów Sienickich. A tymczasem do ich stolika zbliżyła się 
młoda kobieta, fertyczna i ładniutka w skromnej białej sukni i rzekła: 
 — Dzień dobry pani — dzień dobry cioci! Tak się panie zagawędziły, że 
już mnie nie chcą przywitać. 
 — A, pani Różyńska! 
 — Jak się masz, dziecko! To przyjechaliście? A myślałam, że nie 
będziesz? 
 — Tak, proszę cioci, miałam nie być, bo mi się dzieciaki pochorowały i 
lękałam się, ale, Bogu dzięki, przeszło. Już Maniusia zupełnie zdrowa, a i 
Loluś wstaje, więc Bronek namówił mnie — i oto jestem. 
I młoda pani Różyńska z uśmiechem rozglądała się po salonie i 
kiwnięciem ładnej główki odpowiadała na ukłony. A spostrzegłszy 
Porażewską w drugim pokoju, ku niej się skierowała. 
 — Ot, moja pani — warszawianka! — zauważyła pani Leniewiczowa — 
a jak zżyła się z nami! Ani pamiętasz nawet, że nie tutejsza. 
 — E, pani kochana, to narzekanie na Królestwo, to, przyznam się pani, 
niemądre — odparła pani Robicka. — Ja byłam w Warszawie nie raz, moja 
Kostunia tam pensję kończyła, a nigdy nie miałam żadnej przykrości. Jak kto 
śmieszny, to jego wszędzie wyśmieją, ale żeby oni mieli dla Litwinów jakieś 
lekceważenie!... 
 — Taki jednak... — zaczęła pani Leniewiczowa. 
W drugim salonie panny głośną prowadziły rozmowę przeplataną 
śmiechem. Nie siedziały one po kanapach, pod blaskiem lamp stały grupami 
wśród salonu, jak bukiety różnobarwnych kwiatów, ruchliwe, strojne, 
pachnące, a dokoła kręciła się młodzież, jak czarne owady szukające miodu. 
Mela, niby domowa, przechodziła od jednych do drugich, dbała o ożywienie i 
wesołość ogólną. Nawet do Sienickich przemówiła parę słów, ale gdy 
otrzymała w zamian wycedzoną przez zęby i zaledwie grzeczną odpowiedź, 
odwróciła się obrażona. 
 — Wstrętne te Sienickie — rzekła do Zosi. — Nosy do góry zadzierają, 
jakby nam łaskę robiły. Po co żeście je zapraszali? — spytała, zwracając się do 
Jerzego. 
Ale on nie słyszał, bo właśnie rozmyślał nad tym, że teraz 
najwłaściwsza chwila zamówić Zosię do jakiegoś tańca. 
 — Poproszę ją o mazura — mówił do siebie. 
Ale nieśmiałość jakaś dziwna ogarniała go. Nie miał odwagi. — A może 
ona będzie wolała z kim innym — myślał. — Może mi przyrzeknie, a potem 
pożałuje... 
 — Przedstaw mnie pan, proszę — odezwał się przy nim głos męski. 
Hrabia Luboniecki stał, trochę naprzód pochylony w ukłon, przed Zosią. 
 — Pani pierwszy raz na balu? — spytał, po dokonanej ceremonii 
przedstawienia. 
 — Pierwszy raz. A skąd pan wie? Alboż tak dziko wyglądam? 
 — Pani wygląda jak pączek róży, gdy po raz pierwszy wychyli z listków 
swą główkę. Porównanie stare, ale dobre. Tańczy pani pierwszego 
kontredansa? — dorzucił słysząc dochodzące z sali balowej dźwięki muzyki. 
 — Nie. 
 — Mogę pani służyć? 
Zosia kiwnęła główką, a Jerzy zacisnął zęby. Hrabia odszedł, a w tej 
chwili jeden z młodych Leniewiczów przypadł do Zosi. 
 — Panno Zofio, czy pani tańczy pierwszego? 
 — Tańczę. 
 — To ci pech dopiero! Ani jednej damy! A drugiego? 
 — Tańczę. 
 — Gwałtu? A kotyliona? 
 — Kotyliona nie. 
 — To proszę do kotyliona. 
 — Dobrze. 
 — Ale na pewno? Bez żadnych wykrętów? Jerzy, ty świadkiem. 
 — Nie, nie, proszę być spokojnym! 
 — No, to lecę szukać damy do pierwszego. Pobiegł dalej. A Jerzy 
myślał: 
 — Głupiec jestem. I tak mi wszystkie tańce sprzątną, a ja pozwalam. 
No, już teraz poproszę o mazura, może jeszcze nie tańczy. 
I już się zwracał do niej z prośbą na ustach i czuł, że mu serce mocniej 
uderzało, tak pragnął tego mazura. A tymczasem ona spytała: 
 — Kim jest ten pan, którego mi pan przedstawił, nie dosłyszałam 
nazwiska? 
 — To hrabia Luboniecki. 
 — A, brat tej hrabianki, którą Mela tak chwali. Pewnie i on przyjemny. 
Rada jestem, że z nim tańczę, ale o czym my mówić będziemy?! 
Wtem wpadł między nich Edzio zdyszany mówiąc: 
 — Trzeba już zaczynać, niepodobna czekać dłużej, ta Rodwiczowa tak 
się guzdrze. 
 — Zaczynajmy bez niej. 
 — Tak, każ grać. Wezmę do pierwszego tura jedną z Sienickich, a ty 
proś Porażewską. 
Ruch robił się w salonach. Kierowano się ku balowej sali. Tam grano 
już walca. Przy drzwiach skupiła się gromadka. Jerzy czuł, że ostatnia 
sposobność uchodzi. 
 — Pani... — zaczął. 
I urwał, nie wiedząc co zrobić z tym drżeniem, które go ogarnęło i nic 
dawało słowa przemówić. 
Ale nagle Zosia podniosła na niego oczy, trochę zdziwiona dźwiękiem 
jego głosu. 
 — Co panu? — spytała nie rozumiejąc. 
 — Głupiec jestem — powtórzył sobie w duszy i patrzył na nią, ale nie 
mówił nic. A ona jakby zrozumiała nareszcie, o co mu chodzi, zaczęła się 
śmiać i kręcąc główką mówiła: 
 — A ja myślałam, że po starej przyjaźni pan poprosi mnie choć o jeden 
taniec. Czekam i czekam, a tu nic... 
 — Pani... ja chciałem. 
 — No i co? 
 — Ale może pani woli z kim innym? 
 — A co panu do tego, z kim ja wolę? Jak się czegoś chce, to się prosi i 
już. Widać, że pan nie chce. 
 — Panno Zofio! 
 — No więc cóż? 
 — Więc proszę... 
 — No, przecie! Dobrze, tylko przypomnę sobie. I Zosia na palcach 
liczyć zaczęła. 
 — Pierwszego kontredansa tańczę z tym hrabią, drugiego z panem 
Adolfem Zawidowskim, to nasz znajomy z Warszawy, kotyliona ze Stasiem 
Leniewiczem. No, to jeszcze jest mazur. Chce pan mazura ze mną? 
W oczach Jerzego błysnęła radość, czuł, że mu się usta rozsuwają same 
uśmiechem szczęścia, ale wyprostował się jeszcze sztywniej i rzekł chłodno: 
 — Proszę. A ona dodała: 
 — No, do bardzo dobrze. Już mam wszystkie tańce zapewnione, teraz 
będę spokojna. A stryjcio ciągle przepowiadał, że siedzieć będę pod piecem. 
Tylko niech pan, broń Boże, nie zapomni, mój panie Jerzy! 
W sali balowej zaczynały się tańce. Muzykanci ukryci na balkonie 
wygrywali jakiegoś straussowskiego walca i powoli łączyły się pary, oddzielały 
się od tłumu i wypływały na oświetloną przestrzeń. Spódniczki unosiły się 
leciuchno, trzepocąc jak wielkie motyle, figury objęte męskimi ramionami 
wirowały w takt muzyki, głowy przechylały się w tył i płynęły pary sennym 
trochę ruchem bez szmeru po gładkiej posadzce. Pod jedną ścianą siedziały 
długim rzędem tancerki, jak rzucona różnobarwna wstęga mieniły się ich 
sukienki na białym tle obicia. Naprzeciwko, w gromadzie, stali panowie. Była 
to czarna, zbita masa, która jak plama odcinała się wyraźnie od jasnego 
otoczenia. Nad wszystkimi górował Jerzy swą ciemną głową. 
Tańce szły zrazu leniwie. Z dwóch przeciwległych końców patrzono na 
siebie z pewną nieufnością, jakby obserwując się wzajemnie. Edzio miotał się, 
przebiegając salę od kąta do kąta, tu przedstawiając jakiegoś nieznajomego, 
tu porywając z krzesła pannę, tam wołając do gromady mężczyzn: 
 — Panowie, nie próżnujcie, ruszcie się przecie! 
Był już zgrzany mocno, pomimo chłodnej dokoła temperatury. Emil 
pomagał mu dzielnie, z poważną miną okręcał po kolei wszystkie panny jedną 
po drugiej. Za nim Jerzy równie sumiennie spełniał swój obowiązek 
gospodarski. 
Nagle z drugiego pokoju dobiegły wybuchy śmiechu. Głosy zmieszane 
zdawały się kłócić i spierać o coś, czy o kogoś, a szczebiot jakiś górował nad 
nimi. Zaszumiały jedwabie i w szalonym pędzie wleciała do sali nowa para. 
On z rozwianą czupryną, z latającymi połami fraka, kręcił się, wirował, rzucał 
się z rozmachem unosząc prawie z ziemi tancerkę, która uwieszona na jego 
ramieniu, z odrzuconą głową, nie dotykała prawie ziemi i drobnymi nóżkami 
starała się z nim zrównać, przy czym wciąż się śmiała. 
 — Rodwiczowa, pani Wika! — szeptano wokoło. Narwana zawsze... 
Wiecznie z tym swoim malarzem!... To nawet nieprzyzwoicie... 
Zgorszone oczy starszych pań odprowadzały tańczącą parę, usta 
składały się w oburzony grymas, głowy ku sobie się skłaniały i coś sobie 
szeptano do ucha. Panny kierowały ku nim zdziwiony wzrok, a pod wąsami 
mężczyzn ukazywały się uśmiechy. Ustępowano im z drogi, inne pary stawały 
zdumione, wszystkie oczy śledziły ich ciekawie, a ona wciąż się śmiała. 
Wreszcie malarz Żurko posadził ją pod ścianą i sam znikł za jakąś portierą, a 
ona zerwała się zaraz i zaczęła się witać ze starszymi paniami. 
 — O, przepraszam, najmocniej przepraszam za moje entree — tak bez 
ceremonii. Czy panie bardzo zgorszone? Proszę się nie gniewać na mnie, 
miałam zamiar być dzisiaj zupełnie przyzwoitą... ale ten wiariat... ach, Boże, 
już taki mój los, że zawsze muszę zrobić głupstwo... — Mówiła trochę 
dziecinnym głosem wydymając usta i przymilała się do pań, jakby jej chodziło 
o ich przejednanie, ale zarazem rzucała spojrzenie ku drzwiom, gdzie stało 
kilku panów, jej przyboczna gwardia, i posyłała im uśmiechy. Usiadła 
wreszcie koło tych drzwi i już, ani patrząc więcej na panie, ze swoją gwardią 
zaczęła rozmawiać i chichotać. Była to kobieta średniego wzrostu, szczupła, 
ale nie chuda. Twarz jej, nadzwyczaj biała, nie miała na sobie ani śladu 
rumieńca, tylko usta znaczyły się krwawą plamą i oczy piwne ze złotymi 
odbłyskami, podkrążone głęboko, paliły się trochę sztucznym ogniem. Ruda 
barwa włosów jeszcze bardziej uwydatniała bladość jej cery podobnej do 
płatka narcyza. Stanik opadał jej z ramion odsłaniając zuchwale szyję i pierś 
olśniewającej białości, a pośród zwichrzonych włosów lśniły rozrzucone 
brylanty. Było coś oryginalnego w całej jej postaci, coś, co przypominało 
zarazem motyla i jaszczurkę. Była w niej subtelność, wykwint, finezja 
doprowadzona do absurdu prawie, sztuczność w każdym słowie, jakby nic w 
niej nie szło z naturalnego popędu, a wszystko było robione, wyuczone i 
nabyte. Nawet śmiech, ten śmiech czysty, dźwięczny, który odsłaniał cudne 
ząbki i podnosił kąty jej czerwonych ust, a powieki zmrużał — nawet ten 
śmiech dźwięczał fałszywie. A jednak, to się właśnie podobało. Ta jakaś 
zagadka w niej ukryta, te nagłe zmiany wyrazu, które pozwalały snuć tysiące 
przypuszczeń, ta dwoistość jej duszy, właśnie to zaciekawiało i miało dla wielu 
niezwykły urok. I nikt, ani pani Porażewska ze swą niezaprzeczenie piękną 
twarzą, ani Sienickie ze swym wielkoświatowym szykiem, ani ładna pani 
Różyńska, ani świeżutkie Ławryniewiczówny, ani Mefe ze swym dziecinnym 
buziakiem, ani Zosia — nikt tak nit' nęcił, nie pociągał i nie zaciekawiał, jak 
pani Wika. Otoczona czarną ścianą fraków nie dbała o resztę świata, rzucała 
półsłówka, spojrzenia, uśmiechy, błyskała ogniem brylantów i tajemniczych 
oczu, flirtowała na zabój podniecona zgorszeniem, jakie czuła wkoło — i 
śmiała się, śmiała bez końca. 
Walc konał powoli. Jeszcze dwie pary kręciły się leniwie. Wreszcie 
jęknęły ostatnie nuty i muzyka zamilkła. A po chwila ozwała się krótka, 
wesoła pobudka do kontredansa i znowu ucichła. Ruch zrobił się na sali. 
Panny wstawały z krzeseł, wychodziły po kilka do innych salonów, zaglądały 
do zwierciadeł. Panowie biegali, przysuwali sobie krzesła, związywali je 
chustkami. Zamawiano sobie vis a vis. Powstała gdzieś w kącie sprzeczka. 
Edzio biegał bardzo zajęty. Wreszcie stanęły wszystkie pary i rozpoczął się 
kontredans. 
Pod światłem padającym z pająków i kinkietów posuwały się jasne i 
czarne postacie, łączyły się, rozłączały, zbijały w gromadę, rozchodziły w 
różne strony. Zrobiło się gorąco i gwarno. Szum zmieszanych głosów, dźwięki 
muzyki, stąpania i szelest sukien napełniały powietrze wrzawą i wesołością. 
Po cichych nutach walca, tego wyrazu sentymentalnej zmysłowości, 
kontredans odzywał się pełniejszym i głośnym akordem, łączył towarzystwo w 
jedną gromadę, zbliżał wszystkich ku sobie, ożywiał wspólną wesołością. 
Twarze były rozjaśnione, a ręce, łącząc się w figurach, ściskały się życzliwie. 
Sala zadrgała życiem, ruchem i ochotą. Bawiono się już na dobre. 
Zosia prowadziła ze swoim hrabią bardzo wesołą rozmowę. Jakoś tak 
poszło od razu i szło wcale gładko. On o coś zapytał, ona odpowiedziała i 
zrobiła jakąś uwagę; potem on tę jej uwagę pochwalił, a ona już nie 
potrzebowała odpowiadać, bo wstali i przetańczyli pierwszą figurę. A gdy 
usiedli znowu, ona postanowiła zacząć rozmowę i o coś koniecznie zapytać, 
ale zanim się namyśliła, on rzekł: 
 — Jaki śliczny bukiet bzu ma pani u stanika! 
Więc ona odparła, że bardzo lubi bez, szczególnie biały, ale że ten jest 
sztuczny. A on przyznał się, że też bardzo lubi bez i kwiaty w ogóle, ale tylko 
wtedy, gdy je widzi na staniku ładnej panny. Zosia zaśmiała się i odparła, że to 
nie jest prawdziwe amatorstwo. 
 — Owszem, najprawdziwsze — odrzekł hrabia — ale do ładnych 
panien. — Tu Zosi wydało się, że rozmowa staje się zbyt ryzykowna, tym 
bardziej że hrabia tak jakoś patrzył na nią... i że trzeba temat zmienić, ale na 
szczęście tu właśnie nastąpiła przerwa, bo wypadło przetańczyć drugą figurę. 
Potem Zosia namyśliwszy się dobrze zapytała, czy on lubi konie? I okazało się, 
że przedmiot to był niewyczerpany do rozmowy, bo wystarczył aż do końca 
kontredansa, po czym rozeszli się zupełnie z siebie zadowoleni. 
 — Nie takie to trudne, jak się zdaje — pomyślała Zosia. I dopędziwszy 
wychodzącą z sali Melę, zawołała: 
 — Ach, Melciu, jak ja się bawię doskonale! 
 — Z kimże tańczyłaś? — spytała ją matka zatrzymując dla poprawienia 
kokardki u paska. 
 — Z hrabią Lubonieckim, mamo. 
Pani Alina uśmiechnęła się z zadowoleniem. 
 — I jakże, moja Zosieńko? Jakże poszła rozmowa? 
 — O, doskonale, moja mamo. On bardzo przyjemny i ciągle coś mówił i 
ja także. 
Matka skończyła poprawiać kokardkę, przygładziła rozwichrzone 
trochę włosy, a Zosia dodała: 
 — Wie mama, bardzo mi się podoba ten hrabia. 
 — O, tak... Bardzo sympatyczny... Mój Boże! Kto wie? A może... 
 — myślała pani Alina, patrząc za odchodzącą Zosią. — Chociaż 
wolałabym Chańskiego. O, idzie właśnie... muszę go trochę wybadać... 
Przez pokój przechodził Chański. Młody był jeszcze, ale nadmiernie 
otyły i ociężały. Delikatne jego rysy roztapiały się w niezdrowej, białawej 
tłustości, która go zewsząd ogarniała. Tylko oczy bystro patrzyły zza szkieł i 
usta miały wyraz dobroci i łagodności. 
 — Panie Dominiku! — zawołała na niego pani Antoniowa. — Niechże 
pan tu ze mną usiądzie. Mam wielką ochotę pogawędzić z panem. Tak dawno, 
jakeśmy się widzieli. 
Chański zbliżył się do sofki. 
 — A tak, dawno. Już od dwóch lat nie byłem w Rzymie. Prawda, czas 
leci! Ale pani pozwoli, każę podać nam herbaty. Tak mi się pić chce! Pewnie i 
pani także? 
Wrócił po chwili, a gdy mu przyniesiono herbatę, usiadł wygodnie w 
fotelu obok pani Antoniowej, zwiesił głowę na piersi i westchnął. 
 — Ciężko żyć na świecie — nieprawdaż, pani? — rzekł. 
 — Dziś zwłaszcza, gdy panu cały dom przewrócili do góry nogami 
 — uśmiechnęła się pani Alina. 
 — Ach, pani — zawołał z boleścią i machnął ręką dodając: 
 — Już o tym nie mówmy lepiej. 
 — Tak, mówmy o czym innym. Cóż u pana słychać? Co pan porabia? 
 — Ależ, kochana pani! Cóż to za pytanie? Czyż ja kiedy co robię? 
 — Wiem, wiem. Ale jakież pańskie projekta? Przyjedzie pan w tym 
roku do Rzymu? 
 — Czy ja wiem! A pani? 
 — Ja — naturalnie. Tu zabawię tylko, dopóki się nie załatwię jakoś z 
interesami. Pan przecie wie o naszych zamiarach? 
 — Słyszałem, ale czy to na serio? 
 — Najzupełniej serio. Bóg nie żartuje, kochany panie Dominiku, i gdy 
kogo powołuje do siebie, to nie wolno się ociągać. Zresztą, nasza sprawa jest 
zupełnie postanowiona, oui, completement resolue i tam w Rzymie robi się 
już starania o zatwierdzenie naszego zakonu przez Ojca Świętego. Miałam 
wczoraj list od ojca Maksa. 
 — II padre nero — wtrącił Chański. Pani Antoniowa uśmiechała się. 
 — Kochany ojciec, zajmuje się nami tak gorliwie. W nim jednym mamy 
poparcie i zachętę. 
 — Cóż dziwnego, czuje, że przy tym i jemu trochę honoru dostanie się... 
Ale pani Alina nie dosłyszała. Myśl jej poleciała daleko, pod włoskie 
niebo i przed jej oczami stanął ksiądz o czarnych oczach „ii padre nero" jej 
ojciec duchowy, kierownik, pocieszyciel... I usta jej zaszeptały bezwiednie: 
 — O, le saint homme! Quelle ame! quel coeur! quelle intelligence! 
A Chański sięgnął po cukier i zaczął mieszać herbatę dzwoniąc 
łyżeczką. Przez salon przechodziły wciąż gromadki młodzieży, dążąc na 
galerię oświetloną czerwoną lampą, gdzie wieczorny chłód odświeżał zgrzane 
czoła. Panienki sprzeczały się z kawalerami. Nikły w półcieniu wśród palm i 
krzewów. Gwar podnosił się z każdego kąta, wesołość biła z każdej twarzy. 
Nawet ściany zdawały się już rozgrzane i nie raziły przykrą białością. Pani 
Suniżycka przesuwała się z pokoju do pokoju, powiewając pióropuszem, 
szczęśliwa i dumna z zabawy. Z oddalonej sali dochodziły głosy mężczyzn 
grających tam w szrubę. A wśród gwaru, szeptów, stuków, stąpań i 
zmieszanych głosów unosił się co chwila w powietrzu śmiech pani Wiki i 
dzwonił długo, przeciągle. 
 — Co to za dziwna powierzchowność tej kobiety! — rzekł Chański jakby 
do siebie. 
 — Czyja? Rodwiczowej? — spytała pani Alina zstępując ze świata 
wyobraźni i wspomnień. — Tak, oryginalna jest bardzo. Cest une petite 
elourdie..., ale to, au fond, dobra kobieta. 
 — Dobra kobieta? Czy panią miłość chrześcijańska nie zaślepia? 
 — Nie, kochany panie, croyezmoi. Znam ją dobrze. Tak często 
spotykamy się we Włoszech! I wiem, że pomimo tych pozorów ces allures un 
peu... un peu... comment dire... un peu risąuees, jest ona naprawdę bardzo 
pobożna, najlepszych zasad, przywiązana do rodziny, do męża... 
 — Do męża!! Chyba pani nie wie... 
 — Tak, to dziwne, on taki prostak. A jednak ona go bardzo kocha. No, 
naturalnie, nie może być między nimi nic wspólnego aucune communaute de 
sentiments, ale kocha go... 
 — A innych jeszcze więcej. 
 — Fe, panie Dominiku! Jaki pan złośliwy! I co pan cierpi do tej biednej 
Rodwiczowej? 
 — Ja do Rodwiczowej? Bóg widzi, że ani do niej, ani do nikogo nic nie 
cierpię. I ona, i świat cały są mi zanadto obojętne, abym miał coś do nich 
cierpieć. A cóż mnie to wszystko może obchodzić? 
I Chański powiedziawszy to wypił herbatę i wyciągnął się jeszcze 
wygodniej w fotelu. 
 — Czy pan jest desperat, czy złamane ma pan serce, czy co? To 
nienaturalne, żeby pana tak nic nie obchodziło... 
 — Nie jestem desperatem, a serce mam nie złamane, a otłuszczone. A 
że nic mnie nie obchodzi, to dlatego, że się lenię. No, pani nie ma pojęcia, jak 
ja się lenię nawet jeść i pić, nawet żyć. Tak bym spał i spał bez końca albo bym 
czytał leżąc na sofie. 
 — A to dlatego, że pan nie ma żadnych bliskich serc, żadnego 
przywiązania, żadnych obowiązków... Pan powinien by się ożenić, od razu 
byłoby inaczej — dodała pani Alina dyplomatycznie, bawiąc się 
pierścionkami. 
 — Ja ożenić się! Kochana pani, życie mi niemiłe, to prawda, ale jednak 
nie do tego stopnia, abym je miał sobie zatruwać umyślnie. 
 — Mais, cher monsieur, to byłoby szczęście dla pana. Czyż pan się 
nigdy nie kochał? 
 — Owszem, kochałem się. I to w pani. A tak — dodał, śmiejąc się — tak, 
tak, w pani, i pani dobrze wie o tym... 
 — Ależ nie wiem. Jestem starsza od pana. 
 — Mnie to nie przeszkadzało wcale. Pani była wysmukła, eteryczna, 
miała pani jasne włosy spadające w lokach po obu stronach twarzy, nosiła 
pani białe suknie muślinowe i wielkie kapelusze z florenckiej słomy, lubiła 
pani otaczać się kwiatami i z twarzą natchnioną mówić o męczeństwie, o 
bohaterstwie, o ofierze życia... Pamięta pani?... 
 — Ach, to było w Białym Dworze, a potem w Wilnie, w pierwszych 
latach po moim zamążpójściu. Pamiętam... 
 — Ja miałem lat osiemnaście i serce jeszcze nie otłuszczone, więc 
zakochałem się w pani. 
Pani Antoniowa uśmiechnęła się. 
 — Dawne czasy! — westchnęła i bawiła się złotą obręczą, która zsuwała 
się jej na rękę. 
 — A potem, gdyśmy się częściej zaczęli widywać, to proszę przyznać, że 
i pani trochę starań dokładała, aby mi w głowie przewrócić do reszty. 
 — Ja? 
 — A tak, pani. Nie zawsze klasztor nęcił ku sobie, nie była pani jeszcze 
wtedy święta, o, ani trochę! A moja miłość była niegorszą zabawką od wielu 
innych. No, czyż tak nie było? 
 — Ale nie, nie! Vous inventez des histoires. Ja ani się domyślałam. 
 — O kochana pani, to nieprawda. Kokietowała mnie pani porządnie. A 
ja się kochałem po uszy, pamięta pani? Ale proszę nie myśleć, że mam o to 
pretensję,'broń Boże! Owszem, rad byłbym, aby się i dziś kto znalazł... Mois ii 
n'y a pas de danger — dodał trochę smutnie. 
Więc pani Alina zaczęła mówić, że nie o kokietowaniu, ale o ożenieniu 
powinien by pomyśleć, nie jest jeszcze za stary na to i pewnie by się znalazła 
niejedna, która by się zgodziła życie mu poświęcić... 
 — Jak to miło być przedmiotem takiego poświęcenia! — zauważył pan 
Chański kończąc herbatę. 
...I wtedy by zaznał rodzinnego szczęścia i opuściłaby go ta wieczna 
nuda i melancholia. Potem mówiła o pannach w okolicy. Tyle ich jest i miłych, 
i dobrych, i ładnych — jest w czym wybierać. 
 — A najładniejsza jest córka pani. 
 — Zosia! — Błysk radości rozjaśnił twarz pani Antoniowej i cichutko 
westchnęła do Boga. A głośno rzekła: — Zosia nie ma pretensji do piękności, 
ale to dobre dziecko. Et celui qui la choisira, fera un bon choix — dodała 
znacząco. 
 — Właśnie dlatego powinna ona sama wybierać i przebierać, i nie iść, 
aż się zakocha. Taka panna może sobie pozwolić na ten zbytek: małżeństwo z 
miłości. 
 — Ach, cher monsieur! Miłość często zawodzi. Bezpieczniej tego nie 
szukać w małżeństwie. 
 — Ładne zasady! — mruknął Chański, a w duszy rzekł do siebie: 
 — Ta stara wariatka gotowa byłaby wlepić mi tego dzieciaka, gdybym 
tylko zechciał. No, macierzyńska miłość! 
Z sali balowej znowu odezwała się muzyka i zaczęto znowu tam się 
skupiać. Tańczyła pani Wika zwieszona na ramieniu Nicpohorskiego, z głową 
odrzuconą, z na wpół rozchylonymi ustami, teraz już milcząca, jakby 
rozmarzona i senna. Mela przelatywała z rąk do rąk, jak różowy kwiatek 
kolejno przypinany do każdego fraka. Zawidowski stał za jej krzesłem, 
niedostępny, i gdy wracała na miejsce, znowu szeptał jej coś do ucha. 
Piękna pani Porażewska oszczędzała sił i nie tańczyła wcale. Pani 
Różyńska porwała swego Bronka i bardzo po parafiańsku zmusiła go do 
przetańczenia paru tur. 
Chociaż towarzystwo nie było zbyt liczne, zarysowywały się jednak 
wyraźnie kółka. Arystokrację tworzyły Sienickie, Grzałkowscy, pani Wika ze 
swoim dworem i po części Lubonieccy, pomimo pozy na popularność. 
Suniżyccy, państwo Różyńscy, Haliccy i Porażewscy była to klasa przejściowa 
 — średnia. A już Robocka, Leniewiczowie, Ławryniewiczowa z córkami, 
Janowscy i wielu innych — był to motłoszek salonowy, ludek, szara garstka, 
traktowana grzecznie, ale trochę z wysoka. Ci jednak najlepiej się bawili i 
najwięcej wesołości przynosili z sobą. Ich śmiech szczery i donośny rozlegał 
się co chwila, ich ruchy były zamaszyste, ich twarze rozjaśnione. Ta młodzież 
brała się do panien z zapałem, a panny całą duszą uśmiechały się do swoich 
tancerzy. Chociaż czuli na sobie niekiedy trochę drwiące spojrzenia pani Wiki 
i jej gwardii, nie zwracali na to uwagi. 
A tymczasem jeden z jej najgorętszych wielbicieli, Niepohorski, 
schylając się nad nią tak nisko, że prawie muskały mu twarz jej rude włosy, 
mówił, wskazując towarzystwo: 
 — Bydełko boże, co? Jak pani może tu żyć między nimi? Ale — jakże 
włosy pani cudnie pachną — mam ochotę twarz w nie zanurzyć. 
 — O, bardzo proszę! Zepsuje mi pan koafiurę! 
 — Czy tylko dlatego? 
 — Chociażby — to dość ważna przyczyna. A ostatecznie, żyjąc wśród 
bydełka, muszę być takąż poczciwą krową, jak o, te wszystkie. 
Zaśmieli się. 
 — I dlatego wara mi od pani włosów. Dobrze, dobrze — już będę 
siedział spokojnie, żeby krówek nie skandalizować. Ale wąchać mogę? Ach, 
jak pachną. — I Niepohorski wciągał odurzające zapachy, którymi pani Wika 
przesiąkła, i mówił: 
 — Pani ma rację, że siedzi ciągle za granicą. Takie kobiety jak pani tu 
żyć nie mogą, bo nie mają odpowiedniego dla siebie tła. Pani w tej sukni, z 
tymi włosami, na tle bielonych ścian w dworku albo pola zasadzonego 
kartoflami — no, do czego to podobne? Karykatura, co? A pani na Jettee w 
Nizzy albo w weneckiej gondoli, albo na Pincio w pięknym powozie, to 
rozumiem! I pani sama to czuje. 
 — I dlatego też staram się być jak najmniej tu, a jak najwięcej tam. Z 
początku mąż krzywił się trochę, i chciał we mnie wmówić, że dobra żona 
powinna siedzieć w domu i gospodarstwa pilnować, ale potrafiłam mu to 
wyperswadować. Wytłumaczyłam, że to dobre dla innych — o, dla takich 
krówek. Teraz już jest wytresowany i wierzy w to sam, że taka istota jak ja nie 
może mieszkać w kraju i wdzięczny mi jest za każdy miesiąc tu przebyty. 
 — Oj, te kobiety! 
 — No, mój drogi panie — tylkoż nie narzekajcie na kobiety! Gdybym 
była inna, taka jak, na przykład, Leniewiczowa, podobałabym się panu, co? 
Pani Wika śmiała się, Niepohorski schylał się do jej ucha i szeptał coś 
długo. Siedzące obok panie zamieniały zgorszone spojrzenia. A dokoła rosło 
ożywienie. Gwarno było i huk rozmów zagłuszał nawet czasem muzykę. 
Zosia bawiła się doskonale. Nieśmiałość i zalęknienie opuściły ją 
zupełnie. Zarumieniona, z roztrzepaną grzywką nad czołem, z iskierkami w 
błękitnych oczach, latała jak biały motyl wkoło sali, przechodząc z rąk do rąk i 
śmiejąc się do każdego. Drugi kontredans przeszedł najpomyślniej. Pan 
Zawidowski był jeszcze przyjemniejszy od hrabiego. Zresztą, był to jakiś 
kuzyn cioci z Warszawy, a więc dawny znajomy. Było o czym mówić — i 
wszystko poszło jak po maśle. 
 — Nigdy nie przypuszczałam, że to takie łatwe — myślała sobie Zosia. 
 — niewielka to sztuka być światową damą. 
Po dłuższej przerwie, podczas której pochłonięto przy bufecie paręset 
kanapek i wypróżniono całą baterię karafek z zimnymi napojami, odezwała 
się pobudka do mazura. Zrobił się ruch, bieganina, nawoływanie — szukano 
dam — suwano krzesłami. Aż wreszcie huknęła komenda: wszystkie pary! I w 
dali zakotłowało się. 
Jerzy dotąd nie tańczył prawie wcale. Pierwsze tury walca, jako jeden z 
gospodarzy, musiał wykręcić, ale potem stał przy drzwiach i patrzył. 
Młodzieży było dosyć, więc na zapytanie: czemu nie tańczysz, śmiało mógł 
odpowiadać: damy nie mam. Czekał mazura. Czasem mówił sobie zimno i 
pogardliwie: 
 — Jestem głupcem ostatecznym, półgłówkiem, maniakiem. — Pomimo 
to śledził tańce niecierpliwie i oczami wodził za Zosią przez cały wieczór. A 
podczas przerwy wybrał dwa krzesła zasunięte w głąb framugi pod oknem, 
związał je chustką i poszedł szukać swej damy. 
 — Będę ją miał dla siebie, wyłącznie dla siebie — myślał i czuł koło 
serca błogość taką, że aż w ból przechodziła. A gdy wreszcie znalazł się w swej 
framudze sam na sam z nią wśród tłumu, gwaru, wrzawy rozmów i dźwięków 
muzyki, gdy ujrzał ją siedzącą przy nim, skromną, dziewiczą w swej białej 
sukience, poczuł się tak bezgranicznie szczęśliwy, że znowu słowa nie mógł 
przemówić i tylko patrzył na nią, napawał się rozkoszą obecnej chwili i pił 
słodycz jej wejrzenia, uśmiechu, głosu. Wiedział, że mówić wypada i że trzeba 
ją bawić rozmową, ale nie mógł. Ogarniało go jakieś czarowne odrętwienie, 
odbierało mu mowę, plątało myśli, mąciło wzrok. Siedział nieruchomy, 
milczący i tylko mówiły żarzące się jego oczy. A z całej istoty szła wielka fala 
miłości i obejmowała ją, oddzielała od reszty świata, porywała z sobą i niosła 
w jakąś inną krainę... Wszystko inne zapadło się gdzieś w ciemną otchłań, a 
on z nią leciał... leciał gdzieś w dal... 
 — Piąta szósta! — krzyknął mu nad uchem głos Robickiego. A Zosia 
zerwała się, mówiąc: 
 — To my! — więc wziął jej rękę i pobiegli w takt muzyki po błyszczącej 
posadzce. Stan dziwnej nieprzytomności minął i ujrzał się w sali oświeconej i 
pełnej wesołości, widział mknące pary i siedzące pod ścianami panie i panów, 
słyszał raźnego mazura i sam z wielką werwą i z życiem sunął przed siebie 
przytupując i bijąc hołubce. Okręciwszy Zosię, poszedł na rozkaz wodzireja 
szukać sobie damy do figury i z panią Różyńską stanął znów pośrodku. Zosia 
prowadziła już także kogoś i znowu wykręcono jakąś skomplikowaną figurę i 
znowu znaleźli się we dwoje na swoim miejscu, ale on już zupełnie odzyskał 
przytomność i rozpoczął rozmowę zapytaniem: 
 — Cóż, jakże? Wesoło? 
Ona zaś z zapałem, wznosząc ku niemu niebieskie oczy, zaczęła mówić, 
że nie wyobrażała sobie, aby to było tak przyjemnie, tak wesoło! O, chciałaby, 
żeby ten bal nigdy się nie skończył. 
 — Pani tak mówi, bo to pierwszy bal. A potem, jak pani pojedzie gdzie 
na karnawał, to zacznie wybredzać i krzywić się na takie wiejskie zabawy. 
 — A nie, nigdy nie będę wybredzała! Nigdzie lepiej być nie może, bo tu 
wszystko śliczne. A zresztą, ja nie pojadę wcale na żaden karnawał, bo mama 
zabiera mnie z sobą do Rzymu. 
 — Do Rzymu? 
 — A tak. Pan nie wie? Pojedziemy w tym roku do Rzymu na całą zimę. 
Ja uczyć się będę jeszcze włoskiego, muzyki i różnych rzeczy, i zwiedzać będę 
galerie i muzea, i wszystko. A mama będzie zakładała nowy zakon, razem z 
Terenią. 
 — Jaki zakon? Co pani opowiada? Nic nie rozumiem. 
 — No, zakon. Taki klasztor, polski zakon, który będzie walczył za 
Kościół rzymskokatolicki. Mama i Terenia wstąpią potem do zakonu, jak on 
już będzie. Ale pierwej trzeba dostać pozwolenie od papieża. 
 — Ale na cóż to? 
 — Jak to? Przecież wszystkie zakony są na coś potrzebne. A ten będzie 
walczył za Kościół, ale ja to panu kiedyś wytłumaczę, bo teraz i sama 
niedobrze rozumiem. Mama mi tłumaczyła, ale ja wtedy byłam taka 
zasmucona i tak chciałam płakać, że niedobrze słuchałam. 
 — Więc panią to smuci? 
 — To, że mama wstępuje do klasztoru? Bardzo mnie to smuci. I twarz 
jej, taka jasna przed chwilą, spoważniała. 
 — Bo, wie pan, ja zupełnie o czym innym marzyłam... Przecie panu 
mogę to powiedzieć, ja zawsze marzyłam o tym, że mama wróci i Terenia 
także, i że zamieszkamy razem w Białym Dworze. Ja tak lubię Biały Dwór! I 
tak by nam było dobrze tam razem! I przynajmniej byłabym użyteczna. 
 — Pani tak chce być użyteczna? 
 — Tak. I chcę, i muszę. Bo, wie pan, ja i Ania zrobiłyśmy 
postanowienie, prawie jakby przysięgę, bo to było w kościele, że nie będziemy 
egoistkami, ale że przez całe życie pracować będziemy dla społeczeństwa. A 
teraz — dodała Zosia po chwili — ja nie wiem, jak to będzie, bo cóż ja mogę 
zrobić dla społeczeństwa siedząc w Rzymie? 
Milczała chwilę i zaśmiała się: 
 — Ale po co ja takie rzeczy panu opowiadam! Pan pewnie powie, że to 
są pensjonarskie mrzonki, bo jak taka dziewczyna jak ja może coś zrobić dla 
społeczeństwa! 
 — Nie, tego nie powiem — rzekł Jerzy poważnie. 
 — A ja miałam już cały plan gotowy, gdybyśmy zamieszkały w Białym 
Dworze, i babunia mówiła, że dobry. Mnóstwo rzeczy bym robiła... a teraz... 
 — Przecież pani w Rzymie nie zostanie na wieki. 
 — Nie, ale w Białym Dworze nie osiądziemy. Już ja nie wiem, jak 
będzie. Ten mamy projekt wszystko popsuł... 
Zosia zapomniała na chwilę o wrzącej dokoła zabawie i zamyśliła się, 
ale nadeszła znowu ich kolej i musieli wstać i tańczyć, więc poważne myśli 
rozleciały się i pomknęły w oświetloną przestrzeń. 
Mazur panował. Nie było to już upojenie walca, ani towarzyskie 
gwarzenie wesołego kontredansa. Raźne, męskie akordy, budzące do czynu, 
do zuchwałości, do hulaszczej swobody, rwały się i dźwięczały, ale wnet ginęły 
i rozpływały się w cichych dźwiękach, w zachwyconym szepcie, w akcentach 
czułych i rzewnych. Buta i porywczość, hardość i duma gięły się i korzyły, i 
zmieniały się w zalotne słówka, i sypały jak perełki do drobnych stóp 
niewieścich. Wyburjiła namiętność ozwała się gwałtowną nutą, ale wnet 
milkła, a natomiast szła wesoła gawęda, przekomarzanie się, półsłówka i 
półwestchnienia. I sunęły pary po sali, dama zawsze pierwsza, na przedzie, 
wiodła rej w tańcu, trochę ku mężczyźnie pochylona, trzymając za rękę z 
daleka, a jednak wciąż prowadząc za sobą, ponętna a niedostępna, dająca się 
tylko na krótką chwilę porwać w ramiona i wykręcić w szalonym młyńcu — i 
znów pomykając na przeciwległą stronę, i znów kryjąc się przed nim, i 
uciekając od niego. Ożywienie wzrastało. Upajały się głowy, spojrzenia 
stawały się rozmarzone. Wysuwające się z kątów pary miały rumieńce na 
twarzach i oczy błyszczące, a czasem na czołach osiadały im jakieś myśli 
poważne, wywołane poufną rozmową we dwoje. A głos Robickiego wciąż 
grzmiał komendą: 
 — Kółeczko! Koszyczek! Chaine!... Z życiem! Z życiem, panowie! Gdy 
znowu Zosia z Jerzym wrócili na miejsca, ona rzekła: 
 — Ale niech pan nie mówi nikomu o tym, co ja panu powiedziałam. 
Będą śmiać się... 
 — Nie, nikomu nie powiem, to zostanie między nami. Przyjemnie mu 
było wymawiać te słowa: między nami. Zdawało się, że 
jakaś nić tajemnicza zawiązuje się rzeczywiście między nimi. 
 — I niech pan sam także nie śmieje się ze mnie. 
 — Ja? Nie. Owszem, chciałbym sam móc złożyć taką przysięgę. 
W jego aksamitnych oczach zapaliły się iskry i usta mu drżały trochę, 
gdy powtórzył: chciałbym... O, tak, dusza mu się rwała do tego, aby tu, w jej 
ręce, złożyć przysięgę, że zostanie, że pracować będzie, że każdą myśl, każdy 
trud, każdy czyn swoim poświęci. Przysięgę wykonałby święcie. Przez chwilę 
przemknął mu w myśli obrazek marzenie: on z nią, ręka w rękę, serce przy 
sercu, idą przez życie drogą stromą i ciężką, ale umiłowaną, idą razem, oparci 
o siebie, złączeni w jedną działającą i tworzącą istotę — razem cierpią, razem 
się trudzą i razem spoglądają w przyszłość, gdzie błyska może promyk 
nadziei... Obrazek marzenie przesunął się i znikł, a natomiast stanął obrazek 
rzeczywistość: starzejąca się ciotka, wyczerpana pracą dla niego, blada córka 
Pawiowej, siedząca nad igłą — i słowa matki: oddasz im to, jak wyrośniesz. A 
przede wszystkim cięższa od wszelkich długów i bardziej mu utrudniająca 
życie — ta miłość jego, głupia, beznadziejna miłość, która mu odbiera siły, 
zatruwa młodość — i zrobić z niego może niedołęgę, niezdolnego do żadnego 
czynu. Praca! Użyteczność! Cele społeczne! Niech o nich myślą ci, którzy nie 
mają nieszczęśliwej miłości w sercu i ojcowskich długów do spłacenia. 
Pierwszy jest obowiązek porządnego człowieka, a potem już niech idą 
obywatelskie czyny, ludzkość, patriotyzm, społeczeństwo. Móc się im oddać — 
to także jest czasem zbytek niedostępny. On i na to nie może sobie pozwolić — 
ma własne rozbujało uczucia do poskromienia, ma do ocalenia swą męską 
godność, ma długi — ma starą ciotkę, więc co mu pozostaje? Uciec jak 
najdalej i robić pieniądze. 
A może kiedyś... 
Zosia jednak czekała odpowiedzi. 
 — Chciałby pan? Więc czemu? — Podniosła głowę i zajrzała mu w oczy, 
ale aż się przeraziła, takie te oczy były smutne. 
 — Więc czemu? — powtórzyła ciszej. 
Lecz już kobiecym instynktem odczuła jego ból, jego gryzącą troskę, 
beznadziejność wobec tego życia, które przed nim stawało groźne i ponure. I 
już kobiecym sercem współczuła mu, stawała u jego boku, pochylała się nad tą 
duszą cierpiącą, brała ją w swe dłonie i chciała przytulić, ogrzać i ukoić. Nęciła 
ją tajemnica tej biednej duszy, tak dumnie ukrywana, którą ona wyczuła w tej 
chwili i bezwiednie skłaniała się ku niemu jako pocieszycielka, siostra, 
obrońca. On to zrozumiał, jakaś słodycz niezmierna rozlała się w jego sercu. 
Ale wnet przeraził się, byleby się nie zdradzić! Wszystko lepiej, niźli się 
zdradzić! Więc podniósł dumnie głowę i przybrał obojętną twarz. 
Milczeli tak długo. Mazur huczał, pary przelatywały im przed oczami, a 
na nich ciążyła jakaś chmura, aż Zosia rzekła powoli, uroczyście: 
 — A ja panu mówię, że wszystko będzie dobrze. 
 — Wszystko będzie dobrze — powtórzył sobie Jerzy i czuł ze 
zdziwieniem, że wierzy w te słowa. 
Więc po chwili mówić zaczęli o rzeczach obojętnych, po dawnemu, po 
przyjacielsku. Wymieniali uwagi, żartowali z siebie i z innych, wspominali 
dziecinne lata i było im dobrze razem. Tak dobrze, że zapomnieli 
o rzeczywistości, o mijających godzinach i gdy wreszcie mazur się 
skończył 
i dano hasło do kolacji, obojgu z ust wyrwał się okrzyk: 
 — Już? Tak prędko!... 
XIII 
Pani Alina nie była zadowolona z pikniku. Zobaczyła całe miejscowe 
towarzystwo w komplecie, osądziła, iż jest ono bardzo ordynarne i przekonała 
się, że tu partii dla Zosi nie znajdzie. 
Młodzież była to przeważnie studenteria na wakacjach, a kilku 
starszych i solidniejszych wcale nie myślało się żenić. Chański ramionami 
wzruszał i drwił sobie z wszelkich insynuacji; Niepohorski, dobra partia, był 
uznanym i nieodstępnym adoratorem pani Wiki; o malarzu Żurce nie było co 
mówić; Zawidowski może i wart zastanowienia, był zdaje się pod urokiem tej 
emancypantki, Meli; tylko hrabia Luboniecki... Dla niego może by i nie 
szkoda się pofatygować, bo i hrabia, i człowiek niezły, i pewne zasady 
najlepsze, i rói, i stosunki, a chociaż zachwiany mocno fundusz, ale zawsze 
pański fundusz i śliczna rezydencja pod Wilnem. Ale cóż, kiedy te 
hrabiowskie upodobania to zmienne jak marcowa pogoda. Dziś podoba się 
jedna, jutro już zapomni i za drugą goni. Że Zosia zrobiła na nim wrażenie, to 
pewne, ale na to jeszcze wcale liczyć nie trzeba, bo może to wszystko było tak 
sobie, a od podobania się do ożenienia nadzwyczaj daleka droga, a przy tym z 
Zosią bieda. Ona ma takie jakieś ordynarne gusta, które ją ciągną zawsze do 
tego, co jest mniej dystyngowane. Na przykład, woli tańczyć z jakimś tam 
Leniewiczem albo z Jerzym Lipowskim niż z kimś poważniejszym, 
przedstawiającym coś na świecie. Gdyby chciała i postarała się choć trochę, 
mogłaby mieć powodzenie. I nawet je ma, ale w kółku studenckim. No i 
naturalnie, że tamci, solidni, widząc ją otoczoną takimi młodzikami podsunąć 
się nawet nie mają ochoty, bo przecież z nimi rywalizować nie będą. 
O, nic dla panny niebezpieczniejszego, jak ten rodzaj powodzenia. 
Chwilowo to ją zadowala i nie stara się o względy innych, ale z czasem ta jej 
pozycja ustala się tak dalece, że nikomu na myśl nie przyjdzie o taką się 
postarać. Te wesołe, sympatyczne, podobające się i otoczone młodzieżą panny 
najtrudniej znajdują mężów. 
Uwagi te i obszerne spostrzeżenia rozwijała pani Alina przed Teresą 
Leonią, gdy nazajutrz pod wieczór wyszły razem do ogrodu. I obie doszły do 
wniosku, że tu nic się nie znajdzie, i nie ma innej rady, jak Zosię zabrać do 
Rzymu. Wydać ją za mąż trzeba koniecznie i to im prędzej, tym lepiej. Wobec 
tych wielkich zadań, które na nie czekały, obecność w rodzinie panny na 
wydaniu była wprost niemożliwa, a ponieważ w Haliniszkach dłużej po 
dawnemu nie mogła zostawać, więc innej nie było rady, jak zabrać ją ze sobą, i 
tam, o ile można najprędzej, wydać. Naturalnie, wielkie to jest poświęcenie 
zajmować się sprawami światowymi, gdy całą myśl chciałoby się zwrócić w 
inną stronę, ale widać, że tak Pan Bóg chce i trzeba spełnić Jego świętą wolę. 
Szkoda też i pieniędzy na te fraszki, wtedy gdy tak potrzebne gdzie indziej, i 
gdy ich tak brakuje, ale i tu trzeba mieć nadzieję, że jakoś rzeczy się ułożą. 
Na pikniku pani Alina zapoznała się bliżej ze starszą panną 
Grzałkowską, która sama zaczęła się rozpytywać o nowy zakon, i bardzo się 
nim zainteresowała. A że zna mnóstwo osób i obraca się w rozmaitych 
kółkach, więc pewnie zdoła dla Sióstr Bolejących pozyskać niejedną duszę. 
 — Daj Boże! — rzekła Teresa Leonia. — W każdym razie wątpić ani 
przez chwilę nie mamy prawa, bo wiemy, że Bóg nami się opiekuje i tak czy 
inaczej dojdziemy do celu. A co do Zosi, to tak będzie, najlepiej, gdy pojedzie z 
nami i tam jak najprędzej wyjdzie za mąż. 
 — Lękam się tylko, aby ona nie zechciała przebierać i czekać jakiejś 
nadzwyczajnej miłości. Te młode panny mają często na tym punkcie 
przewrócone pojęcia. 
 — O, na to nie pozwolimy — rzekła spokojnie Teresa Leonia. 
Tymczasem Zosia z Anią siedziały na niskim stołeczku u nóg babuni 
i Zosia po raz dziesiąty opowiadała wszystko od początku. Babunia 
słuchała uważnie, a Ania co chwila przerywała opowiadania pytaniami: 
 — A jak Mela była ubrana? Jak wyglądał Żurko, malarz? A pani Wika, 
czy naprawdę taka ładna? A o czym Jerzy z Zosią rozmawiał podczas mazura? 
A hrabia o czym? A Sienickie, czy miłe? A kto był najładniejszy z pań, a z 
panów? 
 — O, z panów, to nikogo nie było bardzo ładnego. Niepohorski 
przystojny i Staś Leniewicz także — kuzyn Robickich ładny, ale tak sobie, i ten 
malarz, jakiś oryginalny, ale niebrzydki. No i pan Różyński miły i śliczny. 
 — A hrabia? 
 — Nie, hrabia brzydki zupełnie, mały... w pincenez. 
 — I któż ci się najbardziej podobał, kochanie moje? — spytała 
marszałkowa. 
 — Mnie, babuniu? Ach, oni wszyscy bardzo mi się podobali! To znaczy 
ci, z którymi tańczyłam. Hrabia bardzo przyjemny i pan Zawidowski także, a 
Stasia Leniewicza i Jerzego to ja zawsze bardzo lubiłam. I wszyscy inni także 
bardzo grzeczni i przyjemni. 
 — To jeszcze w nikim nie zakochałaś się, kochanie moje? — 
zażartowała babunia. 
Zosia zaśmiała się. 
 — O, nie babuniu, ja nieprędko jeszcze się zakocham. 
 — I pewnie. Masz dość czasu jeszcze przed sobą. 
 — Tylko że mama i Terenia chciałyby, abym jak najprędzej wyszła za 
mąż, ja to wiem. Ale ja nie chcę i nie pójdę, aż mi się ktoś bardzo spodoba, ale 
to bardzo, bardzo. Prawda, babuniu? 
 — Tak, kochanie moje. Przyjdzie chwila, że powiesz sobie: ten albo 
żaden, to wtedy idź. Ale tak, przez wyrozumowanie, to grzech. 
 — Grzech, babuniu? 
 — A grzech, kochanie moje, względem siebie samej i względem niego, 
bo nie szukasz przeznaczenia i woli Bożej, ale jakichś tam postronnych 
względów i wygód, i jemu nie dajesz tego, do czego on ma prawo: serca 
całego. 
 — Jednak małżeństwo, babuniu, to rzecz straszna — rzekła po chwili 
Zosia. 
 — Straszna dla takiej, która w nim spodziewa się znaleźć rozkosze, a 
nie spełnienie obowiązku. A kto szuka naprzód woli Bożej, temu Bóg 
dopomaga i daje szczęście. 
Zosia zamyśliła się. Patrzyła na ciemny profil babuni zarysowany na tle 
okna i myślała: 
 — A babunia, czy zawsze była szczęśliwa? Może... dziadunio taki dobry! 
Szukała woli Bożej, a Bóg za to dał szczęście... I głośno rzekła: 
 — Dobrze, że to jeszcze nieprędko będzie. Marszałkowa uśmiechnęła 
się. 
 — Nie ma, kochanie moje, do czego się spieszyć — rzekła gładząc jasną 
głowę wnuczki. 
Wielka przyjemność już minęła. Białą sukienkę Zosi spakowano do 
kufra, obok rękawiczek i lakierowanych pantofli, i życie w Haliniszkach 
wróciło do normalnego trybu. Zosia wspominała wciąż jeszcze pyszną zabawę, 
ale nie przeszkadzało to jej w codziennych zajęciach. Gospodarowała pod 
okiem babuni, brała lekcje muzyki od pana Szrotta, a z matką rozpoczęła 
czytanie dzieł o Rzymie, aby się trochę przygotować do swej podróży. 
Jerzy został odwołany do Wilna i musiał wyjechać nagle, nie żegnając 
się nawet z nikim. Wyjazd ten był spowodowany nadarzającym mu się 
korzystnym zajęciem. Chodziło o przygotowanie do egzaminu jednego 
chłopaka, za co miano mu dobrze zapłacić, więc gdy wyczytał tę propozycję w 
liście od ciotki — pomimo jej rady, aby jeszcze użył wakacji — zerwał się i 
tegoż dnia do Wilna podążył. 
Chwila wyjazdu była dla niego ciężka, ale gdy się przemógł i wyjechał, 
poczuł jakby ulgę w sercu. Przebywając w sąsiedztwie Haliniszek, zapraszany 
tam często wraz z Suniżyckimi, w ciągłej bliskości Zosi, którą kochał, a której 
posiąść nie mógł nigdy, czuł się rozdrażniony, nieszczęśliwy i coraz bardziej 
pogrążał się w smutnych rozmyślaniach i przeczuciach. Widział swe życie, 
jakby wielką, mętną, ołowianą rzekę, która leniwe fale toczyła powoli, z 
wysileniem, ku morzu. A nad tą rzeką nie świeciło słońce ani jej brzegów nie 
pokrywała zieloność. Szła fala za falą automatycznym ruchem rzeczy martwej 
i ginęła w otchłani morskiej, i śladu po sobie nie zostawiała żadnego. 
 — To jest życie moje — myślał Jerzy. — Dzień za dniem płynie bez 
słońca, bez szczęścia, bez nadziei i tak będzie do końca, aż się wyleją wszystkie 
fale do morza wieczności i zakopią mnie gdzieś do ziemi, i nie zostanie po 
mnie nic... nic... Po co ta cała komedia? Po co z takim trudem wydobywamy 
się na świat, aby pożyć trochę, przemęczyć się lat kilkadziesiąt — i zgnić. Po co 
to wszystko? I pomyśleć o tych miliardach ludzi, którzy na tej kuli naszej 
wysilają się, aby żyć, pracują, krzątają się, zamęczają, aby jak najdłużej 
utrzymać się na powierzchni i wszyscy kończą tak samo, między czterema 
deskami trumny. I tak jest od lat, ciągle to samo da capo, da capo. I każdy, 
kto się urodzi, rozpoczyna na nowo tę głupią farsę... I komu to wszystko 
potrzebne? 
Gdy jednak się znalazł w Wilnie, we dwoje z ciotką, zrobiło mu się 
lepiej. Rozpoczął lekcje ze swoim uczniem i sam do nauki wziął się pilnie, 
starając się myśleć jedynie o egzaminach. Wprawdzie jasna twarz dziewczęcia 
towarzyszyła mu stale, niezapominajki jej oczu wyglądały zewsząd ku niemu, 
ale czuł się rzeźwiejszy, spokojniejszy i mógł oddać się nauce. A pod wieczór 
szedł sobie na odpoczynek gdzieś daleko za miasto, napawał się powietrzem i 
cudnymi widokami i wracał zgłodniały do domu. 
Wilno do połowy sierpnia było puste. Dopiero gdy uczniowie zaczęli się 
zjeżdżać do szkół, zaludniło się trochę. Jaś Suniżycki przyjechał również, 
pełen obrzydzenia i pogardy dla swego gimnazjum i westchnień, aby już raz tę 
katorgę skończyć i być kimś, a nie „guzikiem", jak go panny nazywały. 
Opowiadał bez końca o Bijuciszkach, Ucianach, Białogórze i Haliniszkach, tak 
że Jerzego zaczęła znowu dręczyć tęsknota. Potem przejazdem wpadli Edzio i 
Emil po drodze do swych wyższych zakładów. Potem inni jeszcze przemykali, 
aż wreszcie i Jerzy skończył swoje zajęcia z chłopcem, zapłatę otrzymał i 
zaczął także wybierać się w drogę. 
 — Czy nie myślisz wpaść jeszcze do Bijuciszek na pożegnanie? — 
spytała ciotka. 
 — E, nie, nie potrzeba — odpowiedział zimno. 
Panna Paulina spojrzała na niego uważnie swymi młodymi, żywymi 
oczami, które umiały do dna duszy jego dotrzeć, ale nic nie odpowiedziała i 
zakrzątnęła się około przygotowania bielizny na dzień wyjazdu. 
Ale nazajutrz zaszedł fakt, który zmienił postanowienie Jerzego. 
Otrzymał list od dobrego znajomego, właściciela olbrzymich obszarów na 
Syberii, którego synów przygotowywał kiedyś do szkół i z którym odtąd miał 
dość bliskie stosunki. Zdarzało mu się parokrotnie mówić z nim o swych 
dalszych planach. Teraz znajomy ów proponował mu we własnych dobrach na 
Syberii miejsce od Nowego Roku z pensją rubli rocznie, mieszkaniem i 
opałem. Na podróż i pierwsze potrzeby wydzielano mu osobno pewną sumę. 
Chodziło o zaprowadzenie w tych syberyjskich puszczach leśnej gospodarki, o 
zbudowanie tartaku, smołami, dziegciami itd. 
 — Co myśli o tym ciotuś? — spytał Jerzy podsuwając list pannie 
Paulinie. 
Ta wzięła do ręki papier i czytała mozolnie obce pismo. Czytała tak 
długo, że wreszcie łzy zaczęły napływać do jej oczu i zasłaniały jej litery i mgła 
zakryła cały świat. Ale łzom nie pozwalała wytrysnąć, bo wiedziała, że będą 
one kroplami goryczy w jego czarze, a i tak już czara ta nie była miodem 
nalana, więc siedziała nieruchoma, pochylona nad papierem, za mglistą 
przesłoną łez — i słyszała niespokojne kroki Jerzego wzdłuż i wszerz pokoju. 
Lękała się spojrzeć na niego. 
Milczenie trwało bardzo długo. On zdecydowany był od razu. Wiedział, 
że jechać tam musi — przecież od tak dawna świadomość ta nie odstępowała 
go ani na chwilę! Pojedzie — przez kilka lat żyć będzie byle jak i za byle co, a 
długi spłaci, z serca zrzuci kamień — i wtedy powróci. I tak będzie najlepiej. 
Dwa tysiące pięćset! Toż to suma niemała — i tu w kraju trzeba by latami 
czekać na coś podobnego. Więc jechać — jechać stanowczo, a im dalej, tym 
lepiej. Może tam, wśród pustyni bezgranicznej, wśród lasów dziewiczych i 
dusza znajdzie spokój, i serce uwolni się z nieszczęsnych więzów. Tylko ciotki 
było mu żal — żal tego starego zacnego serca, które mu się tak zupełnie 
oddało, żal tego domu, który był jego domem, i w którym nigdy nie poczuł 
sieroctwa... 
Ukląkł przy niej, objął ją i głowę położył na jej kolanach. Jak wtedy, 
gdy był mały i miał zmartwienie jakieś, a duma nie pozwalała mu się skarżyć, 
kładł cicho głowę na kolanach ciotki i klęczał tak, milczący, a ciotka wiedziała, 
że pytać nie trzeba, tak i teraz długo milczeli razem, łącząc się we wspólnej 
myśli we wspólnym cierpieniu. Gdy wreszcie Jerzy zaczął jej ręce całować, a 
ona już miała oczy suche i rzekła tylko: 
 — Jedź, a jakże..., kiedy trzeba, to trzeba. 
Przed wyjazdem ostatecznym i na lata całe, bo po zdaniu egzaminów 
już tu wracać nie warto było — wypadało pożegnać się przynajmniej z 
Suniżyckimi, więc Jerzy w parę dni potem zabrał się z wracającym 
bijucińskim pisarzem i wyruszył na ostatnią w tamte strony wędrówkę. 
Jesień już była. Lasy mieniły się rdzawymi barwami, a klony przy 
drogach stały całe w złocie i jarzębina rozwieszała na niebie pęki swych korali. 
Na rżyskach pasły się trzody i bielały stada owiec. Jadąc czuł Jerzy, że mu ten 
kraj, to rodzinne niebo, te widoki rozległe droższymi są nad wszystko w 
świecie. I nigdy tak wyraźnie nie słyszał głosu tej ziemi, która mówiła mu 
cichą mową. Nigdy jeszcze, tak jak w tej chwili odlotu, nie czuł się jej synem, 
ulepionym z jej gliny, wykarmiony jej chlebem, jej czystą rosą i jej płodami, 
wykołysanym szumem jej lasów, ożywionym jej bujnymi wiatrami — zrosłym 
z nią wszystkimi fibrami swej duszy. 
A jednak, żegnał ją na długie, długie lata... 
W Bijuciszkach było pusto po wyjeździe chłopców. Pani Suniżycka i 
Mela ogromnie się ucieszyły z jego przybycia, a gdy się dowiedziały się o jego 
wyjeździe na Syberię, wpadły obie w najczulsze dla niego usposobienie i 
pieściły go na wyprzódki, jak Mela mówiła, na zapas. Znosiły mu doskonałe 
przysmaki, bawiły go opowiadając nowinki i ploteczki sąsiedzkie, nie 
odstępowały prawie wcale. Ale on, choć mu dobrze było z nimi, milczący był, 
jakiś roztargniony i niechętnie mówił o sobie. Obie panie odczuły prędko jego 
wewnętrzną melancholie i nie dokuczały mu pytaniami, a owszem, starały się 
go rozerwać. Meli przychodziło to zaradnością, bo sama była jakaś zadumana, 
trochę smutna, trochę rozmarzona. Lecz pan Suniżycki nie wdawał się w te 
wszystkie finezje, a że z racji podagry by} w złym humorze, nie krępował się 
bynajmniej i roztaczał przed Jerzym własne swe nieskończone żale i gorzkie 
narzekania na zły los, na ludzi, na ciężkie czasy, ślepotę fortuny i na 
niemożliwość gospodarowania w tym kraju. 
Jerzy nie odpowiadał już na takie argumenty. Myślał tylko, że los jest 
dziwnie niesprawiedliwy dając skarby tym, którzy z nich nie umieją zrobić 
żadnego użytku. 
Gdybym posiadał choć czwartą część Bijuciszek, wzdychał chodząc po 
pustych teraz polach ze strzelbą na ramieniu, jakież inne byłoby moje życie! 
Ile jest szczęścia w posiadaniu choć małej cząstki tej świętej ziemi naszej, ten 
tylko rozumie, kto patrzy na nią z bliska, obcuje z nią, trzyma ją prawie w 
objęciach, a wie, że nigdy jej nie posiądzie. 
Na drugi dzień po jego przyjeździe Mela zaproponowała przejażdżkę 
konno. Miała nowego konia pod siodło, wyhandlowanego od Niepohorskiego 
przez ojca za parę podjezdków, i chciała się nim popisać. 
 — Pojedziemy przez Białogórę — rzekła wsiadając — to może 
wpadniemy do proboszcza. Przecie trzeba, żebyś się z nim pożegnał. 
 — A dobrze, bo wiesz, że pojutrze wracać muszę. 
 — Jak to, tak prędko! Ja myślałam, że z tydzień zabawisz. 
 — Nie, muszę. Czas już. 
 — Ale, to trzeba, żebyś i do Haliniszek pojechał pożegnać się. Zosia i 
tak już zła na ciebie, żeś nie był na św. Annę. 
 — Zła na mnie! Cóż jej na tym zależało... 
I Jerzy pochylił się nad końskim karkiem, i zaczął tręzlę poprawiać. 
Czuł, że ma jakiś wymuszony uśmiech na twarzy i to go gniewało, tym 
bardziej że Mela nie spuszczała z niego oka jakby badając. 
Wreszcie rzekła: 
 — Widać, że jej na tym zależało, bo mówiła po kilka razy, że nie 
przypuszczała, abyś wyjechał bez pożegnania i że to bardzo niegrzecznie, a 
więc teraz trzeba być. Pojedziemy jutro zaraz po obiedzie. Zresztą, ja chcę im 
pokazać mojego Bohuna. 
Jerzy nie miał zamiaru być w Haliniszkach, ale gdy Mela projekt 
zrobiła, a nazajutrz kazała konie osiodłać i sama ukazała się na ganku w 
amazonce, gotowa do drogi, on poczuł jakieś radosne trzepotanie w sercu i 
zrozumiał, że odjechać bez ujrzenia jej choć raz jeszcze byłoby próżnym i 
zbytecznym okrucieństwem. 
 — Niech ją zobaczę jeszcze raz taką, jaka dziś jest przed wejrzeniem na 
wielki świat! Potem ona się zmieni i nie będzie tą samą Zosią. Zakocha się, 
wyjdzie za mąż i będzie po wszystkim. 
Lękał się tylko, aby rozmowa o jego wyjeździe nie zatruła mu ostatnich 
chwil. Chciał je spędzić promiennie, bez tego widma zimnego, co by musiało 
rzucić cień dookoła. Nie chciał widzieć chmury na jej czole ani smutku w jej 
oczach, nie chciał też sam się narażać na niebezpieczeństwo serdecznych 
pożegnań, więc rzekł do Meli: 
 — Wiesz co, nie mówmy o tym miejscu na Syberii i o tym, że zupełnie 
wyjeżdżam. Będą się rozpytywać i robić uwagi. Na co mi to? Lepiej niech się 
potem dowiedzą, jeśli to ich obchodzi. 
 — Jak chcesz — rzekła Mela. — Może i lepiej. 
W Haliniszkach panienki siedziały na ganku zajęte gospodarską 
robotą: drylowaniem berberysu na konfitury; ręce ich były całe różowe od 
ściekającego soku. Wielki kosz do połowy już opróżniony stał przed nimi, a 
każda trzymała na kolanach salaterkę z obranymi już jagodami. Na fotelu, w 
głębi, dziadunio palił cygaro, zasłonięty ogromnym arkuszem papieru. A 
słońce przedzierało się przez liście dzikiego wina, czerwonego już od 
jesiennych nocy, i rzucało wielkie złote plamy na pochylone nad robotą głowy. 
Zosia na widok nadjeżdżających zerwała się z radosnym krzykiem: 
 — Ach, Mela! I Jerzy! Co za szczęście! I jaki śliczny koń, zobacz, Aniu. 
Nie, nie mogę panu podać ręki, bo jestem cała w soku. Jak to dobrze, żeście 
przyjechali! Siadajcie, my zaraz skończymy. 
Zjawił się chłopiec, który konie zabrał, i towarzystwo umieściło się na 
ganku, koło kosza z berberysem. Marszałek przysunął się z fotelem, rad z 
gości, a Ania rzekła: 
 — Nie możemy przerywać naszej roboty, bo babunia kazała skończyć 
dzisiaj, ale to nic nie szkodzi, rozmawiać i tak możemy. 
 — Ja wam pomogę — zawołała Mela zrzucając rękawiczki. 
I robota w jej białych rączkach poszła żwawo, a i języczki nie ustawały 
ani na chwilę. Mówiono o sąsiadach, o nowinkach wileńskich, o książkach 
przeczytanych, o polityce nawet. Wspominano pilnik i niedawne imieniny 
babuni, na które nikt nie przybył, prócz proboszcza, a wreszcie zwrócono się 
ku przyszłości. 
 — Co będzie od dzisiaj za rok? — spytała nagle Mela. 
I wszystkie twarze spoważniały. Marszałek westchnął głęboko i zwiesił 
głowę na piersi. Za rok! Czy będzie on jeszcze wśród żyjących, czy może już 
żółty piasek cmentarny zakryje przed nim świat, ten marny świat, a jednak 
ukochany? Oczy jego popatrzyły w dal, ogarnęły czułym wzrokiem to 
otoczenie takie ulubione i błądziły po drzewach ogrodu, po zabudowaniach 
gospodarskich i po ciągnących się po niebieskawą dal poletkach. 
Ania znad gałązek berberysu też podniosła oczy, w których zapaliły się 
ognie. Przez te dwa okienka wyjrzała jej dusza stęskniona, rwąca się ku niebu, 
pałająca zaziemską miłością — usta jej rozchyliły się półuśmiechem, zadrżały 
żądzą, a w myśli powtórzyła: 
 — Idę, Panie Jezu, idę — może za rok — może już będę Twoja... 
 — Za rok! — pomyślała Mela i spłonęła jak wiśnia. Ej, czy mi się nie 
wydaje? Może to wszystko sen... — I jeszcze szybciej drylowała czerwone 
jagody, które jak krople krwi padały przed nią do talerza. 
 — Za rok! — I Jerzy oparł głowę na ręku i zasłonił sobie oczy. On czuł i 
wiedział, że za rok źle mu będzie. Oddalenie, ciężka praca, niepewność jutra i 
samotność! Oto, co go czeka. Nie zasiądzie już wśród swoich pod litewskim 
niebem, w tych promieniach słońca jesiennego, co kładły dokoła czerwone i 
złote blaski, i grzały nie tylko ciała, ale i serca. Nie będzie karmił wzroku tymi 
widokami, z którymi od dzieciństwa zżyły się jego oczy. Nie odetchnie tym 
powietrzem rodzinnym, które mu niosło zapachy łąk i borów. I nie spoczną 
jego oczy na złotej główce dziewczyny, która mu była droższa nad wszystkie 
skarby świata, i nie dotknie jej ręki. Za rok ona może tę rękę złoży w innej 
dłoni i pójdzie z innym w życie, które się przed nią roztoczy szeroką drogą. A 
on?... 
A Zosia tymczasem myślała: 
 — Za rok już będę z powrotem w domu i wszystko będzie jak teraz. 
Byleby babunia, dziadunio i Ania byli zdrowi! Opowiadać im będę o całej 
podróży, o Rzymie i o wszystkim, i będzie znowu nam dobrze. Chociaż... tak 
przecie nie może być przez całe życie, coś musi się zmienić... — I nagle ta 
oczekiwana zmiana ją zasmuciła, myśl jej zatrzymała się stropiona przed tą 
wielką zagadką, która stawała przed nią; przepaść mgłą zasnuta otwierała się 
u jej stóp, a po tamtej stronie co było? Kto był? 
Podniosła głowę i ujrzała smutną rezygnację na twarzy dziadunia, 
zachwycone oczy Ani wznoszące się ku niebu, tajemniczy uśmiech na ustach 
Meli i zwieszoną głowę Jerzego. 
 — Każdy co innego czuje na myśl o przyszłości — pomyślała — ale 
Jerzemu najgorzej. Biedny on, pewnie pojedzie gdzieś na koniec świata i teraz 
myśli, że za rok będzie gdzieś daleko, sam bez żadnej bliskiej duszy. Ach, 
biedny on, biedny! 
A wtem on podniósł oczy, spotkały się ich wejrzenia — jego zbolałe i 
smutne — jej pełne współczucia i siostrzanej dobroci. Jego oczy mówiły: 
pragnę ciebie, pożądam, ale odchodzę bez słowa i bez promyka nadziei. 
A ona odpowiadała: powiedz tylko, czego ci trzeba — mam w sercu 
nieprzebrane skarby — otwórz to serce i czerp zeń do syta. 
Milczenie trwało już długą chwilę i tylko słychać było świergot wróbli 
pod dachem, gdy wreszcie marszałek westchnąwszy rzekł: 
 — Tout passę, tout casse, tout lasse — tak, tak, moi państwo! 
 — Są rzeczy, które nie przechodzą — szepnęła Ania. 
I jakby wywołana jej słowami na ścieżce wiodącej od folwarku ukazała 
się marszałkowa. 
Szła powoli opierając się na kiju, zgarbiona i drobniutka na tle słońcem 
zalanej przestrzeni, ale posuwała się naprzód miarowo, bez wahania. Nic jej 
nie złamało, nic jej nie zniechęciło, a chociaż dokoła ludzie i rzeczy mijały, ona 
trwała. I dziś tym młodym, którzy na nią z ganku patrzyli owiani smutkiem 
rzeczy mijających i niepewnych, ukazywała się ta postać babuni już nie jako 
wątła staruszka, którą lada tchnienie unieść mogło, ale jako wcielenie ich 
ukochania, ich najgłębszych przywiązań, ich nadziei i wiary — jako znak 
widomy tego wszystkiego, co pomimo niestałości wszelkich rzeczy ludzkich, 
pomimo ruin i zniszczenia, wiecznie trwa i trwać musi na wieki. 
Babunia szła powoli z kluczami w ręku, a gdy dostrzegła gości na 
ganku, uśmiechnęła się do nich przyjaźnie. Mela i Jerzy skoczyli na powitanie. 
 — Anuleczko, pani moja — rzekł marszałek zbliżając się. — A wiesz, 
nad czym rozmyślaliśmy? Ot, myśleliśmy, co będzie z nami za rok? Powiedzże 
nam Anuleczko, co będzie? — I wziąwszy żonę za rękę patrzył na nią staruszek 
na wpół żartobliwie, a na wpół trwożnie. 
Ona zaś ogarnęła ich wszystkich spojrzeniem pełnym czułości, a 
rozumiejąc, że przeleciała nad nimi chmura niepewności, melancholii 
trwogi, rzekła spokojnie: 
 — Ot, kochani moi, macie nad czym rozmyślać! Co będzie za rok? 
Będzie to, co Pan Bóg da — nic więcej. 
I powolnym krokiem podążyła do lodowni, ale za nią została smuga 
ciszy i ufności, jakaś jasność kładła się na wzburzone przed chwilą dusze, i 
głowy się podnosiły, i usta zaczynały się uśmiechać. 
Panienki skończyły drylowanie berberysu i znikły gdzieś wraz z 
koszem, talerzami i salaterkami, i Jerzy pozostał przez chwilę sam. 
Ale niedługo ukazała się zza oficyny Dianka w podskokach, a za nią 
wysunęła się postać pana Adama. Wracał z pola, gdzie kopano kartofle, 
zgrzany był i ochrypnięty od ciągłego nawoływania i krzyku. Ucieszył się na 
widok Jerzego. 
 — A toż straciliśmy już nadzieję! Myśleliśmy, że pojechałeś sobie. 
Dobrze, że się jeszcze widzimy. 
Usiadł ciężko na ławce, odsapnął, zapalił papierosa i dodał: 
 — A mam nawet trochę interesu do ciebie. Ot, tak nie szkodziłoby 
pogadać, kupić nie kupić, a potargować można. Przyszła mi do głowy jedna 
kombinacja, ciekawym, co powiesz. 
 — Słucham. 
 — Bo to, widzisz — zaczai pan Adam, pochylając się przez stół ku 
Jerzemu i podnosząc na niego swe wiecznie stroskane oczy — widzisz, co do 
tej gospodarki w Białym Dworze. Antoniowa wiadomo, baba, a w dodatku 
dewotka, a Terenia jeszcze gorsza, myślą, że tam skarby nieprzebrane. Dawaj 
i dawaj! A teraz jeszcze klasztor jakiś wymyśliły, słyszałeś! Licho wie co. I na 
to potrzebują bez końca pieniędzy. Dom w Wilnie pojechały teraz sprzedawać. 
At, powariowały z kretesem! Otóż i z Białym Dworem czyste utrapienie. Niby 
to ja tam gospodaruję. Ale im ciągle mało i mało. Mówią: żyć nie mamy z 
czego, więc włazimy w długi i z Białego Dworu ciągniemy, co tylko się da i 
ciągle źle. Więc ja sobie pomyślałem: wydzierżawię ja ten Biały Dwór — to i 
sam odpocznę, i przynajmniej dochód będzie wiadomy, określony, może i one 
się uspokoją, może potrafią zastosować się, i choć dla Zosi uratuje się 
cokolwiek. Nieprawdaż — co? 
 — Zapewne. Łatwiej się zastosować do określonego dochodu, ale czy 
pan znajdzie porządnego dzierżawcę? Niełatwa to rzecz — odparł Jerzy, a w 
duchu myślał: 
 — Po co on mi to wszystko opowiada? Co mnie to może obchodzić?! 
I już niezbyt uważnie słuchał dalszej mowy pana Adama, tym bardziej 
że w tej chwili Zosia z Melą ukazały się wśród bzów i szły w głąb ogrodu 
trzymając się za ręce. Nachylone były ku sobie ich główki i zdawały się coś 
sobie szeptać do ucha. Na jasnej sukni Zosi i na amazonce Meli słońce kładło 
poprzez gałęzie drzew czerwone blaski i migały ich postacie to w cieniu, to w 
jasności i zmniejszały się w oddali, aż gdzieś znikły zupełnie. I wtedy Jerzy 
usłyszał nad sobą słowa pana Adama: 
 — Uczciwy jesteś, to wiem. Pracowity, akuratny, a że znasz się na 
agronomii, to i dla własnej korzyści niszczyć nie będziesz majątku. 
 — Ja?! — zawołał Jerzy zaczynając rozumieć. Pan Adam zaśmiał się: 
 — Śpisz, czy co? Toż ja o tobie mówię. Pomyślałem sobie: kończy 
nauki, co ma się poniewierać gdzieś na służbie, lepiej niech bierze Biały Dwór 
na jakie dwanaście lat w dzierżawę. Mnie kłopot z głowy spadnie, a on sobie 
zarobi. Pierwszych kilka lat, ma się rozumieć, zarobku nie będzie, ale przeżyć 
jakkolwiek, przeżyjesz. A za jakie cztery, pięć lat to i odłożysz cokolwiek i z 
czasem możesz zrobić niezły interes. 
Jerzy utkwił oczy w twarzy pana Adama. Coś mu w głowie huczało i 
serce tłukło się w piersiach gwałtownie. Wziąć Biały Dwór i zostać tu blisko 
wśród swoich, oddychać własnym, rodzinnym powietrzem, pracować na tej 
swojej ukochanej ziemi i czasem widzieć ją, tę złotą główkę dziewczęcą. Boże, 
to szczyt marzeń! 
Pan Adam tłumaczył tymczasem, że inne dzierżawy wymagają 
kapitału, inwentarza, itd., inwentarz jest w porządku, weźmie pod rejestrem, 
a po terminie odda w tej samej cenie, w tej samej ilości. Zasiewy też weźmie, a 
potem będzie obowiązany oddać, więc tylko trzeba mieć jakie parę tysięcy, 
aby lato przebyć, robotnika opłacić, to, owo, do jesieni przebiedować. A toż 
nie wielkie rzeczy. Nawet, gdyby do tego przyszło, to by i pożyczyć warto. I 
można by się wystarać na niewielki procent. 
Jerzy głowę spuścił i słuchał. Tak, można by... Można by zamienić 
projekt wyjazdu na życie pożyteczne, miłe, szczęśliwe prawie. Można by 
zamiast tej strasznej tęsknoty wśród obcych tu mieć rodzinę, przyjaciół 
życzliwych. Można by, gdyby nie długi ojcowskie i gdyby nie ona! Tak, dzieci 
Pawiowej nie powinny na swą należność czekać ani jednego dnia dłużej niż 
było to możliwe. Nie godziło się dla osobistych względów ich dobrobytu 
odkładać na lata. Przyjmując miejsce na Syberii spłaci ich w ciągu lat paru. Tu 
pozostając może minąć i pięć, i dziesięć lat, zanim taką sumę zdoła odłożyć. A 
ona, a ta nieszczęśliwa miłość, od której szukał wybawienia? Dla niej to 
właśnie postanawiał tak niedawno jeszcze odjechać daleko, uciec gdzieś na 
krańce świata i tam otrząsnąć się, wyleczyć, zapomnieć. Czuł, że ta 
dziewczyna zajęła w jego życiu zbyt ważne miejsce, że działa na niego zbyt 
silnie, aby mógł pozostać blisko. Czuł, że pod wpływem tej miłości podsycanej 
ciągle, a nigdy nie zaspokojonej sam zniedołężnieje, zmarnuje siły i zdolności 
w próżnym wzdychaniu, że stanie się jak listek miotany każdym powiewem 
wiatru. Ze wstydem sam przed sobą musiał wyznać, że w jej obecności był do 
niczego. A czy miał prawo poświęcić godność swoją człowieczą, męską dumę i 
najcenniejszą cząstkę swej moralnej istoty dla jakiegoś całkiem niedościgłego 
ideału, dla jakichś romantycznych upojeń, które nigdy, nigdy przybrać nie 
mogą realnej treści. Czy w chwilach trzeźwości nie powtarzał sobie tego po 
tysiąc razy, że tylko w oddaleniu, w ucieczce był dla niego ratunek, że z dala 
od niej odzyskiwał energię i siłę do życia. Tyle razy przekonał się o tym 
dowodnie, tyle razy powtarzał sobie, że nie powinien jej widzieć nigdy. A teraz 
miałby siebie dobrowolnie skazywać na tę stałą i nieprzerwaną, chociaż 
słodszą nad wszystko męczarnię? Miałby krwi swojej serdecznej dać sączyć się 
co dzień po kropelce i marnieć bez czci, bez pożytku? Miałby świadomie 
obrócić się we wzdychającego Adonisa, w złamaną duszę, miałby usychać z 
miłości beznadziejnej przez całe życie? Nie. Był przecież mężczyzną i swoje ja 
cenił zbyt wysoko, aby się na to skazywać. Jeśli się zakochał nieszczęśliwie, 
tym gorzej dla niego, ale nie da temu uczuciu wyłamać się spod swej woli, 
zapanować nad sobą i zwichnąć swojego życia. Użyje radykalnego środka, 
wyjedzie na kraj świata i nie podda się. 
Wtem wśród drzew zabłysła znowu jasna sukienka i czarna amazonka i 
panienki wysunęły się na ścieżkę. Szły z wolna, wciąż zajęte rozmową. Mela, 
niższa i drobna, wznosiła głowę ku Zosi. Ta patrzyła na nią z góry, obejmując 
ją ramieniem. Obcisła suknia rysowała jej kształty falistą linią i za każdym 
krokiem rozsypywała się w fałdach koło jej nóg. Grzywka rozrzucona tworzyła 
jej nad czołem złocistą aureolę. I posuwała się tak naprzód, spokojna, jasna, 
zwycięska w swej dziewiczej nieświadomości. 
A Jerzy patrzył — i ogarniało go drżenie tak silne, że ujął obiema 
rękami poręcze fotela, aby się nie zdradzić. 
Wreszcie doszła do ganku i podniosła oczy. Po raz drugi dzisiaj 
spojrzenia ich się spotkały, ale tym razem musiały oczy jego być dziwnie 
wymowne, bo ona się zatrzymała, chwilę stała nieruchoma i nagle, 
spłonąwszy jak róża, twarz zakryła rękami i uciekła. 
 — Zosiu! Zosiu! — ozwał się za nią głos Meli. — Gdzie lecisz! Poczekaj! 
Jerzy przymknął oczy. Nie znana mu dotąd fala rozkoszy w nim 
wzbierała. Pierś rozszerzała się dumą i upojeniem. Miał przez chwilę niejasne 
uczucie, że dokonał jakiegoś zwycięstwa, że coś zdobył, coś posiadł, ale 
zarazem czuł, że jest głupi, śmieszny, dziecinny i czuł, że bronić się musi, więc 
wyprostował się, przeciągnął ręką po czole i rzekł do siebie: 
 — Trzeba uciekać. 
 — No i cóż? — spytał pan Adam, zapaliwszy drugiego papierosa. — 
Pomyślisz nad tym, co proponuję, co? 
 — Panie Adamie — rzekł Jerzy — niech pan wierzy, żę jestem bardzo 
wdzięczny, doprawdy, to dowód uznania, na który zdaje się nie zasłużyłem. 
Interes to byłby też dobry, dziękuję panu bardzo... 
 — Mniejsza o te grzeczności. Więc zgadzasz się? 
 — Nie mogę. 
 — Co? 
 — Nie mogę. 
Na twarzy Jerzego odbiła się taka boleść, gdy to mówił, że pan Adam to 
zauważył. 
 — Bój się Boga — rzekł. Co ci jest? 
On się przeraził, że da postępowaniem swoim powód do jakichś 
domysłów, więc odzyskał panowanie nad sobą i rzekł zimno: 
 — Nic mi nie jest. Żałuję bardzo, że o tej dzierżawie i myśleć nie mogę, 
ale przyjąłem już miejsce na Syberii, u Mielina. Zresztą i tak bym nie mógł... 
Kłamał, gdyż odpowiedzi na Syberię nie wysłał jeszcze i trochę się 
mieszał, starając się znaleźć przyczyny. 
Pan Adam spojrzał pytająco, chciał coś jeszcze powiedzieć ale spotkał 
się z tak zimnym spojrzeniem Jerzego, że zamilkł. 
 — Może się czegoś młokos obraził — pomyślał otaczając się kłębami 
dymu. — Czyja wiem? Ci ludzie dzisiejsi jacyś dziwni. A szkoda... 
Podczas wieczerzy rozmowa wlokła się leniwie. Wszyscy byli bez 
humoru. Ryzykowne projekty pani Aliny niepokoiły całą rodzinę. Właśnie 
czekano jej powrotu z Wilna, dokąd wyjechała przed paru dniami zwabiona 
wiadomością o nowym kupcu na dom, z mocnym postanowieniem sprzedania 
za jaką bądź cenę. To uszczuplanie funduszu i tak już nadwerężonego nie 
mogło obaw nie budzić, więc twarze były zamyślone i zasępione czoła. 
Rozmowa co chwila się rwała. Wszyscy radzi byli, gdy oznajmiono, że konie 
podeszły, Mela wstała zaraz mówiąc, że muszą wracać wcześnie, bo Jerzy 
jutro rano wyjeżdża. A Zosia i Ania zawołały, że ich przeprowadzą do aż 
mostu w alei, bo taki cudny wieczór, że będzie przyjemnie przejść się, więc 
chłopiec prowadził konie naprzód, a panny i Jerzy poszli za nimi. 
Na zachodzie paliła się jeszcze łuna czerwona, odbijając się w szerokiej 
szybie jeziora, a wyżej niebo mieniło się różową i seledynową barwą, aż z 
przeciwnej strony wpadało w szafir głęboki i zimny. Wśród tego szafiru płynął 
wielki srebrny księżyc. W jego świetle drzewa i krzewy potrząsały bladymi 
koronkami liści, cienie wydawały się niezgłębione i tajemnicze, zielone blaski 
leżały na trawnikach, powietrze było przesycone srebrzystym pyłem. 
Mela z Anią poszły naprzód, a Zosia zbliżyła się do Jerzego. 
 — Pan dzisiaj taki smutny! — rzekła nieśmiało. — Czy panu tak ciężko 
odjeżdżać? 
Nie pamiętała już o tym nagłym zawstydzeniu, które ją tam przed 
gankiem ogarnęło dzisiaj. Przyszło coś raptem i przeszło. Ot, głupstwo, 
znalazła się jak dziecko, aż śmiesznie, doprawdy. Nie, teraz myślała o nim. 
Mela jej powiedziała o jego wyjeździe i on tak dziwnie wyglądał przy 
wieczerzy, z tymi zaciśniętymi ustami, z tą zmarszczką na czole. Rozmawiał 
nawet, ale jakoś inaczej, może był chory, może był smutny, żal mu było 
odjeżdżać? A odjeżdża na tak długo, rusza gdzieś tak daleko i tam będzie sam. 
Ciotkę porzuca, i przyjaciół, i wszystkich swoich... Biedny on! Serce jej 
wezbrało współczuciem, więc zbliżyła się jeszcze i powtórzyła: 
 — Czy panu tak ciężko odjeżdżać? 
On, na dźwięk tego głosu, co się do niego odzywał tak miękko, czuł, że 
przestaje panować nad sobą, że się już nie może zdobyć na zwykły swój ton 
zimny i spokojny, czuł, że łzy cisną mu się pod powieki i że rad by rozpłakać 
się jak dziecko i w westchnieniu wyrwało mu się ciche wyznanie: 
 — Ciężko! 
Długą chwilę szli oboje w milczeniu oblani księżycowym blaskiem. Aż 
Zosia rzekła: 
 — Tak bym chciała, żeby panu było dobrze! Tak bym chciała!... Ale, czy 
pan już nie wróci po egzaminach? 
 — Nie, pani. Mam obiecaną posadę i już wprost tam pojadę. Po cóż 
bym wracał? 
 — Więc... Bóg wie, kiedy... się zobaczymy? 
On nie odrzekł nic, a ją coraz większy smutek ogarniał. Ach, biedny 
Jerzyk, biedny! 
Minęli bramę i szli przez lipową aleję ku mostowi, gdzie czekały konie i 
Mela z Anią. 
Gałęzie ogołocone już z liści tworzyły im nad głowami koronkowe 
sklepienie, a z pól szerokich i pustych i z bezlistnych drzew, i z łąk pożółkłych, 
i z nieba błyszczącego już tysiącem gwiazd, szła bezgraniczna melancholia, 
tęsknota jesieni, ból i zimno konania. I ta tęsknota, i ten ból przenikały ich 
dusze, mroziły je... Zosia otrząsnęła się. 
 — Ach, Boże! — westchnęła. — Tak bym chciała panu dopomóc! Ale 
cóż by tu poradzić? 
Zamyśliła się, a potem cichutko wyszeptała: 
 — Chce pan, to ja się modlić będę za pana, dobrze? Dobrze? — 
powtórzyła głośniej, nie otrzymując odpowiedzi i zaglądała w jego oczy. — Co 
dzień wieczorem zmówię choć jedno Zdrowaś Mario za pana, to z pewnością 
pomoże. Chce pan, mój panie Jerzy? 
On zwrócił na nią smutne oczy i po raz trzeci dnia tego spojrzenia ich 
się spotkały i zwarły. Na księżycowych promieniach poleciały ku sobie ich 
dusze, uścisnęły się — i zadrżały w uścisku. A na dnie ich źrenic zapłonęły 
ognie i zamigotały łzy. I serca wezbrały bólem rozstania, i zabiły jakimś 
dziwnym uczuciem, jakąś słodyczą i błogością bez granic. 
 — Zosiu! Jerzy! — odezwał się z dala głos Meli. — Czekamy od godziny. 
Przychodźcież prędzej! 
Zosia nagle porwała się i jak przebudzona ze snu zaczęła biec drogą. 
Marzenie prysło, została rzeczywistość. 
 — Pani — rzekł za nią Jerzy — pani naprawdę przyrzeka? 
 — Przyrzekam. 
 — Co dzień? 
 — Co dzień wieczorem zmówię za pana Zdrować Mario. Co dzień przez 
całe życie. Gdybyż to panu pomogło!... 
Odwróciła twarz i raz jeszcze spojrzała na niego — prędko, przelotnie 
 — ale była w jej oczach powaga przysięgi, a z ust jej znikł dziecinny uśmiech. 
 — Przez całe życie... — powtórzył on powoli i nagle zawołał namiętnie: 
 — O, pamiętaj... pamiętaj!... 
 — Ależ marudzicie — gderała Mela. — Już tak późno! Mama mi teraz 
nadokucza ze swoim comme il faut. No, do widzenia! Jerzy, może mi 
pomożesz... — I postawiwszy stopę na jego dłoni wskoczyła na swego Bohuna. 
 — Wiecie — mówiła zbierając fałdy amazonki — on chodzi jak anioł. Jak 
przyjedziemy kiedy do Bijuciszek, to Zosia spróbuje. Tylko że już Jerzego nie 
będzie. No, jedźmy już, jedźmy! 
 — Kiedyż pan do nas powróci? — rzekła Ania podając mu rękę. 
 — Czy powrócę!... — westchnął. 
Na moście zadudniły kopyta końskie — ozwał się głos Meli: 
 — Do widzenia! Przyjedźcie kiedy... 
Konie puściły się cwałem i powoli nikł w ciszy nocnej tętent — i coraz 
się oddalał. 
Chłopiec stajenny zawrócił ku dworowi. Panienki tylko, oparte o 
poręcz mostu, nie chciały wracać. Cudna noc księżycowa otoczyła je swoim 
czarem — smutek usypiającej natury przejmował je. Z oczami utkwionymi w 
dal mglistą i cichą stały milczące. 
Nagle Zosia głowę podniosła i rzekła nieśmiało: 
 — Wiesz, Aniu, powiem ci jedną rzecz, tylko nie mów nikomu. Mnie się 
zdaje, że Jerzy... mnie... 
 — I mnie się tak zdaje — rzekła Ania. 
 — Boże, skądże mu to przyszło do głowy? Ale on był dzisiaj taki jakiś 
dziwny... 
 — Dobrze, że już pojechał. 
 — Czy ja wiem, może i dobrze — ale jemu smutno. Biedny Jerzyk! Na 
tym skończyła się rozmowa i zwróciły się ku domowi. Zosia nie 
przyznała się Ani, iż obiecała mu modlić się co dzień o szczęście dla 
niego. I to była może pierwsza w życiu tajemnica, jaka między nimi powstała. 
Gdy wreszcie wróciły do domu, zastały panią Antoniową i Terenię, 
które tylko co przyjechały z Wilna i pośpiesznie zajadały wieczerzę. 
 — Wiesz, Zosieńko — zawołała pani Alina do córki — przywozimy 
dobrą wiadomość. Dom mój sprzedany, za miesiąc wypłacą całą sumę i 
ruszymy. 
 — Już za miesiąc! 
 — Tak, tak moje dziecko. Niedługo już będziemy w ukochanym 
Rzymie. Dzieło nasze posunie się naprzód. Mając już środki po temu, nasz 
zakon będzie mógł rozpocząć egzystencję. 
 — I wotum mojego życia nareszcie zostanie spełnione — szepnęła 
Teresa Leonia podnosząc oczy, w których zajaśniały dziwne jakieś blaski. 
Ania spojrzała na nią. Oczy ich spotkały się i Teresa Leonia wyciągnęła 
do niej rękę. 
 — Może i tobie dane będzie połączyć się wkrótce z nami — szepnęła. 
Ania skłoniła głowę w odpowiedzi i obejrzała się trwożliwie na Zosię, 
ale ta nie słyszała zajęta myślami nowymi, które się jej do głowy cisnęły, i 
rozpytywaniem się u matki. Rzym, wyjazd, była to już bliska rzeczywistość, a 
nie projekt mglisty i daleki, jak dotąd. Słuchała opowiadania matki, a w 
uszach dzwoniły jej wyrazy: za miesiąc! za miesiąc! Tego wieczora w pokoiku 
na górze długo nie mogły zasnąć obie panienki. 
Ania leżała nieruchoma, z oczami utkwionymi w gwiazdy mrugające 
poprze, szyby okien. W jej smutnym sercu była rozterka. Szeplał jej jakiś głos 
wewnętrzny: idź, zamknij się za klasztorny krata., a znajdziesz spokój i 
zapomnienie, i błogi stan nieświadomości, półsen mistyczny, w którym już 
ziemskiego bólu nie będziesz czuła. 
A głos sumienia mówił: dobrze, ty się zamkniesz w dalekiej celi, a tu 
kto zostanie na twoim miejscu? Kto wypełni twoje zadanie'? Kto zrobi twoją 
robotę? K to cię zastąpi przy babuni, której jesteś coraz bardziej potrzebna? 
Kto rozweseli dziadunia? Co się stanie z dziećmi, które uczysz, i z chorymi, 
których pielęgnujesz? 
 — Ale sam Bóg mnie woła — odpowiadała na to. 
 — Czy jesteś tego bardzo pewna? — mówiło sumienie. — Czy nic 
bierzesz zniechęcenia po doznanym zawodzie za wskazówkę woli Bożej? 
Gdyby Bóg wołał, to by naprzód usunął z drogi wszelkie obowiązki, u dopóki 
one istnieją, nie urojone, ale realne, prawdziwe, i owszem, mnożą się ciągle, 
to one powinny stać na pierwszym planie. Czy masz prawo jednym zamachem 
usunąć je z twej drogi i nie oglądać się na nic, iść do klasztoru? Czy masz do 
tego prawo? Czekać trzeba, czekać jeszcze. 
Tymczasem Zosia z głową przepełnioną nowymi wiadomościami, po 
długiej gawędzie, uklękła do pacierza. I powoli myśli jej zaczęły się plątać, 
wśród nowych wrażeń zaczęły występować i wypadki dnia dzisiejszego. Jerzy 
stanął w jej oczach taki smutny dzisiaj, taki przygnębiony i tak upadający pod 
ciężarem, co go gniótł, że już nic miał sił udawać obojętnego i przywdziewać 
zwykłej swej maski zimnej i sztywnej. Czyżby on... ją... naprawdę? Ej, może 
nie, ale w każdym razie, biedny on, biedny! I niech mu Najświętsza Panna 
dopomoże i opieką swą go otoczy, i płaszczem swym otuli, i pocieszy go, gdy 
będzie tam daleko, samotny i stęskniony, i kiedyś przyprowadzi go z 
powrotem szczęśliwie. 
I podniósłszy oczy ku słodkiemu obliczu Ostrobramskiej, Zosia zaczęła 
mówić: Zdrowaś Mario... Święta Mario, Matko Boża. módl się za nami 
grzesznymi teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen. 
CZĘŚĆ DRUGA 
I 
ZOSIA DO ANI 
Rzym, grudnia 
Moja Aniu najdroższa! Tak tęsknię czasami do Ciebie, że wytrzymać 
nie mogę. Gdybyś była blisko, zadusiłabym Cię uściskami. Ale cóż to 
dziwnego! Tu nie ma do kogo słowa przemówić, a tyle jest do powiedzenia! A 
tak, że mam. Mama teraz z tym kupowaniem domu i z urządzaniem się, i z 
bieganiem po notariuszach i adwokatach taka zajęta, że już na mnie i nie 
spojrzy. Jak przypomni sobie niekiedy, że żyję, to mówi: ach, moja Zosieńko, 
proś Boga, aby to się prędzej skończyło, to już zajmę się tobą i zobaczysz, jak 
będzie przyjemnie. Więc ja proszę Boga, aby już raz było przyjemnie — ale 
widać, że stąd do Pana Boga dalej, niż na przykład z Haliniszek, bo On nie 
słyszy — i jakoś wloką się te nudne interesa — i, jak dotąd, wcale nie jest 
przyjemnie. 
A z Terenią też jakoś nie idzie. Wiesz, ona bardzo dobra dla mnie, i z 
pewnością bardzo święta — ale ja nigdy nie wiem, o czym z nią mówić — i tak 
myślę, że i ona nie wie, o czym ze mną mówić, więc jak z nią sama zostanę, to 
zawsze się nudzę okropnie. A już panna Malkiewiczowna — no, to zupełna 
dewotka. Ty może nie wiesz, kto to jest panna Malkiewiczowna? To jest 
trzecia aspirantka. Bo widzisz — i mama, i ThereseLeonie, i ona są to 
aspirantki do tego zakonu, który będzie się fundował. Jeszcze nie mają 
papieskiego zatwierdzenia, więc żadnych ślubów nie składały — i naprawdę są 
jeszcze świeckimi osobami. Ale jednak, gdy przychodzi ojciec Maks, to do 
mamy mówi: ma merę, a do Tereni i do panny Malkiewiczówny: ma soeur. 
Ale to tylko przez grzeczność, bo nawet jeszcze habitu nie mają. Jak otrzymają 
pozwolenie od papieża, to zaraz włożą habity z białym woalem — i będą przez 
czas jakiś w nowicjacie, a potem włożą czarny woal — i już to będzie na 
zawsze. Chociaż w razie potrzeby, na przykład jeśli wypadnie jechać gdzieś 
koleją, to mogą być ubrane tak jak wszyscy, byle czarno. Dotąd są tylko trzy 
aspirantki, ale mama mówi, że jak będzie zatwierdzony zakon, to zaraz 
znajdzie się mnóstwo. Daj Boże, bo cóż to za zakon z trzema zakonnicami! 
Tymczasem zanim będzie to wszystko, te panie już się zajmują 
dobrymi uczynkami: chodzą do chorych i do konających i modlą się przy nich; 
zbierają do siebie biedne dziewczynki, uczą je katechizmu i rozdają dobre 
książki do czytania, to jest Terenia i panna Malkiewiczówna tym się zajmują, 
bo mama nie ma czasu. Z tym domem jest ciągły kłopot. Naprzód był jeden do 
kupienia bardzo wygodny, ale strasznie drogi, więc nie można było. Potem 
drugi się znalazł doskonały, bo i ładny, i wygodny, i cena przystępna, ale 
ojciec Maks odkrył, że tuż obok jest loża masońska (nie śmiej się — tu 
naprawdę pełno jest masonów — to wcale nie bajka), więc także nie można 
było. Trzeci był daleko od kościoła. Zabawnie to nawet powiedzieć tu w 
Rzymie, gdzie na każdej ulicy jest po kilka kościołów, a jednak tak się trafiło. 
No, teraz na koniec znalazł się domek śliczny, wąziutki wprawdzie, ale za to 
trzypiętrowy i z ogródkiem — niedaleko wielkiej bazyliki Santa Maria 
Maggiore i starego, miłego kościółka Santa Prasseda. Jedno przykre: to, że 
ulica nazywa się via Mazzini, od tego wiesz, Mazziniego, który walczył za 
niepodległość Włoch — ale na to nie ma rady. Mama już się zdecydowała i 
Therese Leonie też oglądała i zgodziła się, i jest nadzieja, że już na Nowy Rok 
wszystko będzie skończone i zgromadzenie tam będzie mogło się przenieść. A 
wtedy mama i ja przeprowadzimy się do hotelu i pójdziemy z wizytami do 
kilku domów znajomych — i ma już być bardzo przyjemnie. 
Wzdycham do tej chwili, bo, jak dotąd, strasznie jestem samotna. 
Wprawdzie mam swoją miss Anger, z którą zwiedzam kościoły, galerie i 
muzea i która doskonale wszystko wie i lepiej informuje niźli sam Baedecker; 
wprawdzie widzę mnóstwo rzeczy zadziwiających i ciekawych, ale to tylko do 
śniadania. Po pierwszej miss Anger rusza sobie do innych ladies, a ja resztę 
dnia spędzam w domu, w dość nudny sposób. Mieszkamy teraz bardzo 
niewygodnie, en pension, na via del Tritoe, mamy trzy pokoiki ciemne i 
nudne, tak że ciągle jedna drugiej zawadzamy i nie mamy chwili wolnej. 
Szczególnie drażni mnie głos panny Malkiewiczówny, krzykliwy i sepleniący, 
a nie milknący ani na jedną minutę. Nie wiem, jak ona sobie poradzi, gdy już 
będzie ten zakon, bo tam mają być godziny tylko na rozmowę, a resztę czasu 
trzeba będzie milczeć. Jej to będzie bardzo trudno. Gniewasz się, moja Aniu 
najmilsza, że nic Ci o Rzymie nic opowiadam. Kiedy, bo widzisz, z tym 
Rzymem to jest dziwnie. Tyle o nim słyszysz przez całe życic, że jak wreszcie 
przyjedziesz, to się spodziewasz Bóg wie czego, a tu dworzec taki jak wszędzie, 
dorożki, welocypedy, ulice wąskie i kręte, pełno zaułków brudnych i 
ciemnych, ludzie do wszystkich innych podobni, tramwaje, magazyny. Nawet 
Św. Piotr nie taki, jak myślałaś. A już Forum, o którym wymarzyłaś tyle, to 
wydaje się wcale nieciekawe. I myślisz sobie: i co tu tak osobliwego, ale już na 
drugi dzień inne masz oczy, a w tydzień po przyjeździe kochasz się w Rzymie. 
My I u już od miesiąca jesteśmy, bo przecie wiesz, że Terenia rozchorowała się 
i przebyłyśmy dwa tygodnie we Florencji; co dzień wychodzę z moją miss i co 
dzień z większą rozkoszą. Z tych brudnych zaułków, które mnie z początku 
raziły, powstaje czar jakiś nie do opisania. Ci ludzie, widzę, że są zupełnie inni 
niż na całym świecie. A to niebo jasne i ta światłość, co się wszędzie rozlewa! I 
to powietrze, które muska ci twarz jak najmilsza pieszczota! A Forum, ta 
zaczarowana kraina, gdzie żyjesz jakimś potężnym życiem, gdzie Cezar i 
Cicero, i Grakchowie przemawiają do ciebie i biorą cię do swego grona. Żyjesz 
z duchami ich... A Palatyn! Te pałace cezarów, te okropności, które się tam 
działy... A plac Św. Piotra ze swą kolumnadą! To, mówię Ci, tak ciebie ciągnie, 
że jak przez trzy dni tam nie pójdziesz, to tęsknisz jak za własnym krajem. 
Toteż ganiam moją miss okrutnie. Chciałabym przez cały dzień 
włóczyć się po mieście i patrzeć. Ona mi tłumaczy każdą rzecz naukowo i 
historycznie, a ja czasem nawet nic słuchani, tylko patrzę i marzę. Śmiać się 
będziesz, Zosia marząca to nowa rzecz, ale nic śmiej się, boja doprawdy 
miewam tu napady marzeń. Ach, gdybym miała z kim porozmawiać! Ale 
właśnie tego mi brak. Gdy wracam do domu, zastaję moje panie zajęte to 
pacierzami, to medytacją, to katechizowaniem dziewczynek, a mama pisze 
listy albo gdzieś idzie, więc muszę w milczeniu brać się do pisania 
dzienniczka, bo tego mama wymaga jako dowód, że korzystam z mego pobytu 
tutaj. A przy tym jest to ćwiczenie stylowe, bo jednego dnia piszę po 
francusku, a drugiego po angielsku. Jak powrócę do domu, to przeczytasz. 
Po śniadaniu schodzę na dół do salonu, gdzie stoi fortepian, i gram. 
Biorę lekcje muzyki od bardzo miłego staruszka — i to wielka przyjemność. 
Zobaczysz, jakie zrobię postępy. 
Papieża nie widziałam jeszcze. Jakeśmy przyjechały, był chory i 
wszyscy niezmiernie byli tym zaniepokojeni, ale teraz już mu lepiej i zaczyna 
dawać audiencje. A za parę tygodni ma przybyć jakoby wielka pielgrzymka z 
południowych Wioch i z Sycylii i papież, odprawi sam mszę w kościele Św. 
Piotra. Pewnie będziemy, bo monsignore Żurowski przyrzekł, że nam da 
dobre bilety. 
Nie masz pojęcia, jaki ten monsingore sympatyczny! Taki uprzejmy, 
wykształcony, światowy! I tak mu ładnie w tej czarnej sutannie z fioletowym 
pasem! Bardzo miły i mnie ogromnie się podoba, ale mama, nie wiem 
dlaczego, nie lubi go i Terenia także. Naturalnie, że tego nie mówią i są bardzo 
grzeczne, ale tak mi się zdaje. Co do mnie, wolę go sto razy od tego 
przenudnego ojca Stanisława, który na moje nieszczęście przychodzi parę razy 
w tygodniu i miewa z mamą i Therese Leonie nieskończone konferencje. Bo 
wiesz, on jest także jakby fundatorem tego zakonu i wszystko robi się z jego 
rozkazu i pod jego kontrolą. I nawet zdaje się, że on ma dostarczyć trochę 
pieniędzy na kupno domu. W każdym razie regułę on pisze i dlatego tak 
często przychodzi. Wtedy mnie wypraszają za drzwi i muszę siedzieć z panną 
Malkiewiczówną, której nie cierpię. 
Ale najmilszy z nich wszystkich i najłatwiejszy to ojciec Maks, mamy i 
Tereni spowiednik. To bardzo święty człowiek, a przy tym wcale nie 
imponujący. Nawet ze mną żartuje i drażni mnie, że pewnie i ja wstąpię do 
klasztoru. A ja mówię, że nie mam ochoty ani trochę. A on na to mówi, że to 
dobrze, bo i tak dość świętości na jedną rodzinę, a że mnie trzeba wydać za 
mąż. Naprawdę to i mama ogromnie chce mnie wydać za mąż prędko i pozbyć 
się kłopotu, ale nie tak to łatwo. Ja inaczej jak z miłości nie pójdę. A zresztą, 
tu nikogo nie ma, prócz księży. 
Widzisz, jak się rozpisałam. Gdyby mi było wesoło, to bym tak dużo nie 
pisała, ale dziś gorzej tęsknię do domu niż zwykle. Sama jestem w mieszkaniu, 
te panie poszły na jakieś wielkie nabożeństwo, a ja wyjść nie mogłam, bo 
jestem strasznie zakatarzona. Zimno jakoś, więc napaliłam w kominku, 
przysunęłam biurko i piszę. Ale teraz już ciemno się robi, więc ściskam Cię, 
moja Aniuś. Babuni, Dziaduniowi, Stryjciowi — wszystkim, wszystkim 
serdeczności ode mnie. Kiedyż będziemy znowu razem w kochanych 
Haliniszkach?! 
Twoja Zosia 
PS. Daj Diance kawałek chleba z masłem i powiedz jej, że to ode mnie. 
Ona zrozumie. 
ZOSIA DO ANI 
Rzym, grudnia 
Wyobraź sobie, Aniu droga, że jestem tak szczęśliwa, że wytrzymać nie 
mogę, ale umieram ze śmiechu, gdy pomyślę, dlaczego. Nie, gdyby mi kto 
powiedział, że mi będzie do szczęścia potrzebny pan Chański, lo bym się 
obraziła — nieprawdaż? A tu prawdziwa komedia! Skaczę z radości na jego 
widok. 
Ale poczekaj, opowiem od początku. Było to dzisiaj — siedzimy sobie 
przy śniadaniu razem i robimy jakieś roboty, a panna Malkiewiczówna swoim 
przebrzydłym głosem czyta nam jakiś żywot świętej Zyty (która, między nami 
mówiąc, wcale nas nie zachwyca, bo była sucha jak drewno), aż tu przychodzi 
Giacomo, najgłupszy lokaj w Europie i coś trajkotać zaczyna po włosku o un 
signore, a za nim, sapiąc jak miech, wtacza się przez drzwi kto? Pan Chański! 
Ja zrywam się na równe nogi, przewracam stolik ze świętą Zytą sprzed nosa 
panny Malkiewiczówny i rzucam się do niego, a mama także bardzo kontenta. 
Co? Jak? Skąd? A on najspokojniej kłania się i mówi: Dzień dobry. No, wiesz, 
to „dzień dobry" to było znakomite! 
Ach, jak to było przyjemnie! Opowiadał o Haliniszkach i o was 
wszystkich, i przywiózł listów pełno i Twój poczciwy. Ach, i te rozczulające 
pierniczki od babuni... Moja złota babunia, płaczę, jak spojrzę na to pudełko, 
bo i pudełko znajome, wiem, to od tych albertów, które stryj kiedyś przywiózł 
z Wilna. I sznurek znajomy, toż Twoi chłopcy robią te sznurki na widełkach z 
nici, które przędzie ślepa Baranianka. Boże, jakie to wszystko kochane! 
Pan Chański dość długo siedział i dał się wypytać o wszystko. Nawet 
wiem, jak Dianka wygląda, ale o Meli to nie bardzo wierzę, pewnie plotki. 
Przecież ona tak niedawno jeszcze mówiła, że małżeństwo to niewola. 
Myślałam, że mama gderać będzie za moją radość i że powie mi coś o 
przyzwoitości, dystynkcji itd., ale nic, ani słowa nie powiedziała. Widać, że 
sama bardzo rada. Teraz pan Chański, często będzie przychodził, bo na długo 
przyjechał. Nie wiem, czy później on mi się wyda taki miły, ale teraz rada 
jestem. Druga dobra nowina. Od Nowego Roku wyprowadzamy się stąd. 
Terenia z panną Malkiewiczówna na via Mazzini, do swego domu, a mama i ja 
do hotelu di Roma. I puścimy się w świat. Mama spędzać będzie ranki w 
swoim klasztorze, a ja tymczasem grać będę, czytać, spacerować z miss Anger 
itd., a od śniadania mama już będzie ze mną. Dzięki Bogu, dość już mam tego 
zakonnego życia. 
Ale teraz kończę już. Pan Chański przyjdzie wkrótce i ma nas zabrać na 
jakąś bardzo ciekawą licytację dzieł sztuki i starożytności. On tam coś będzie 
kupować, a my zobaczymy mnóstwo ładnych rzeczy. 
Ściskam Cię sto razy 
Zosia 
Wschodzące słońce pierwszymi promieniami uderzyło w kopułę 
bazyliki Świętego Piotra. Zajaśniał na niej krzyż złoty, zabłysła kula. I powoli 
wyłaniała się ona z opałowego tła nieba, olbrzymia, triumfalna, poważna, 
sięgająca w górę wysoko, a oparta silnie o ziemię, trzymająca się jej mocno 
swymi żebrami, panująca nad nią swym ogromem i potęgą. W przeczystym 
powietrzu porannym rysowały się wyraźnie jej kontury i najdrobniejsze 
szczegóły. Więc na gładkim jej ciele znaczyły się otwory okien, gzymsy i 
ozdoby, kolumienki podtrzymujące dach u szczytu latarni, a gdzieniegdzie 
rubinowym ogniem zapłonęła szyba, znacząc się jak klejnot w tej niby 
papieskiej tiarze, która się unosiła w blaskach słonecznych i spoczywała 
wszechwładnie nad głową uśpionego Rzymu. Kościół był jeszcze w cieniu, plac 
i kolumnada tonęły w niewyraźnym mroku, a ona jaśniała coraz żywszym 
światłem, przybierała barwy niebieskawe i złociste, mieniła się blaskami stali i 
zdawała się odcięta od ziemi, zawieszona wśród nieba, jak olbrzymi symbol 
królewskości i potęgi. 
Ale powoli ożywiały się posągi u jej stóp. Zbudził się Chrystus i 
dwunastu apostołów, a słońce zeszło niżej i cały kościół Świętego Piotra stanął 
w złotych blaskach. Zagrały fontanny; powiewając pióropuszem wód i tęcze 
rozrzucając dookoła. Plac ten, najpiękniejszy w świecie, zajaśniał świeżością 
poranka, tylko pod kolumnadą kryły się jeszcze cienie. 
I ludzkie postacie zaczęły się wysuwać z zaciemnionych uliczek i 
zmierzać ku kościołowi. Szły drobne i marne, rozsypane na wielkiej 
przestrzeni, niedostrzegalne wobec tych ogromów, powoli posuwające się ku 
krużgankowi, wstępujące po schodach i niknące. Zrazu szły te postacie 
pojedynczo lub po kilka zaledwie — ale wkrótce zaczęły się ukazywać całe ich 
sznury — parami kroczyli uczniowie seminariów, czarni, błękitni, czerwoni, w 
okrągłych lśniących kapeluszach — szły zakony różne, zakapturzeni mnisi, 
brodate głowy wysuwające się z brunatnych płaszczy, białe habity — 
zakwefione zakonnice — i znikali w otwartych drzwiach bazyliki. Wtem, z 
dala, na Zamku św. Anioja, zabrzmiała trąbka, odezwały się bębny i po chwili 
na plac wysunęła się kolumna narodowego wojska. Szła w milczeniu, 
miarowym krokiem, pobrzękując szablami, a zbliżywszy się do kościoła 
zrobiła obrót zwinny i wydłużonym sznurem, jak wstęgą błękitną, opasała go 
dokoła. 
Wreszcie zaturkotały powozy, ale te omijały główne wejście, 
przejeżdżały z hukiem pod arkadą na lewo i stawały w podwórzu przed 
bocznymi drzwiami. Wychodziły z nich czarne damy, ciekawie rzucając 
spojrzenia spod koronkowych woalów, i mężczyźni we frakach — a wszyscy 
mieli w rękach różowe karty. Czarna fala płynęła wciąż, ruchliwa, 
rozgorączkiwana — adamaszkowe kotary podnosiły się i spadały u drzwi i 
tłumy ginęły w kościele. Kilku gwardzistów pałacowych, w galowych strojach 
z białymi nad głową pióropuszami, odbierało od wchodzących bilety. 
W kościele było już rojno i gwarno. Słońce wpadało wielkimi snopami 
przez okna kopuły i rozsiewało dokoła światło wesołe i gorące. Kasetony i 
rozety w sklepieniu złociły się, lśniły na ścianach marmury bladoróżowe, 
zielone i żółte, w rozmaite splątane kształty; znad kapitelów wyrobionych 
misternie pochylały się głowy aniołów uśmiechnięte wśród złocistych 
skrzydeł. Najświętsza Panna z apostołami spoglądała z głębi kopuły na tłumy 
u swych stóp, czterej Hwangeliści siedzieli zadumani i sztywni, dzierżąc w 
rękach księgi święte — a nad nimi, wymalowany zlotem na błękicie, jakby na 
niebie, wyryty napis: Quia tu es Pctitis, super hanc petram aedificabo 
ecclesiain meam (...) et tibi dabo claves regni coclorum. Nad grobem zaś tego 
rybaka galilejskiego, któremu dane być miały klucze nieba, i który miał być 
węgielnym kamieniem tego królewskiego gmachu — paliło się cichym 
płomykiem osiemdziesiąt dziewięć lampek zdobnych w kwiaty. 
W świątyni wrzało. Tłumy cisnęły się w różne strony, szukając 
dogodnych miejsc. W przestrzeni wydzielonej posiadaczom różowych biletów, 
pomiędzy grobem a wielkim ołtarzem, tak zwaną katedrą w głębi, suwano 
ławkami, rozpychano się, walczono o miejsca. Mówiono głośno przeróżnymi 
językami. Powstawały sprzeczki tu i ówdzie, które uspokajać musieli 
gwardziści lub księża snujący się po kościele. Gwar panował taki, jak zwykle 
bywa w salach teatralnych przed rozpoczęciem widowiska, bo nikt się nic 
krępował myślą, że znajduje się w kościele. Angielki, przepasane rzemykiem 
od lornetki, rozkładały na kolanach serwety i spożywały butersznyty, 
wydobyte z woreczka. Włoszki krzyczały głośno, nawołując znajomych, 
rzucając dokoła spojrzenia i zaczepki, śmiejąc się i przedrzeźniając. Mężczyźni 
ziewali szeroko, niewyspani i śmieszni w galowych ubiorach i lornetowali 
uparcie wchodzące kobiety. Ogromna moc księży znajdowała się wśród 
tłumu. Wsią czuć było od nich, zapadłą parafią w jakiejś wioszczynie górskiej, 
bo dziwnie było to nieoszlifowane, rubaszne, krzykliwe, obrosłe i brudne, 
poufałe, a zarazem onieśmielone i dziwnie też odbijało od stołecznego 
duchowieństwa, które w dobrze skrojonych sutannach i w leciuchnych 
komeżkach, ogolone i eleganckie snuło się wśród publiczności, czyniąc honory 
domu. Ich glosy były przyciszone, ruchy spokojne i dystyngowane, a ręce, 
którymi wskazywali miejsca nowo przybywającym, starannie były utrzymane, 
białe i miękkie. 
O ile wśród publiczności wybuchały gwałtowne, starcia, ruch, gwar, 
śmiechy i wyrzekania, o ile lu zachowywano się hałaśliwie i zamaszyście 
robiono łokciami, o tyle po drugiej stronie balasek otaczających szerokim 
kołem ołtarz spokojnie było i przestronnie. Cala przestrzeń zachowana dla 
ceremonii była z obu stron otoczona wysokimi trybunami, z których 
spuszczały się festony szkarłatnych jedwabi bramowanych złotymi frędzlami. 
Jedną miało zająć ciało dyplomatyczne, drugą patrycjat rzymski. Poniżej były 
ławki i fotele dla wyższego duchowieństwa, dla kardynałów i prałatów. 
Powoli zapełniały się miejsca. Spokojnie , z dystynkcją wchodzili 
prałaci w fioletach, w białych komeżkach i w gronostajowych pelerynach, i 
kanonicy Św. Piotra w pelerynach z popielic — i zajmowali przeznaczone dla 
siebie miejsca. W oczekiwaniu przechylali się ku znajomym, podawali sobie 
ręce, wstawali nawet z krzeseł i rozpoczynali rozmowy. Przesuwały się ku 
trybunie dyplomatycznej panie w czarnych sukniach, w welonach spinanych 
brylantami, po drodze witały znajomych skinieniem głowy, za nimi szli 
posłowie dworów w mundurach wyszywanych, trzymając puszyste kapelusze 
pod pachą. Kilku mężczyzn we frakach pokazało się wśród prałatów i 
przyłączyło się do rozmawiających grup. Na trybunie patrycjatu gwarzono 
wesoło, lornetowano znajomych, zabawiano damy dyskretnie, a że gorąco się 
wzmagało, więc ukazały się wachlarze i powiewać zaczęły. A tu i ówdzie 
strojni, piękni i grzeczni uwijali się szambelanowie papiescy — camerieri 
segreti di cappa e spada — w hiszpańskich strojach renesansowych, w 
aksamitnych płaszczykach, ze szpadą u boku. 
Wśród tego wykwintnego otoczenia, spośród wieńca różnobarwnych 
dygnitarskich szat, ołtarz wzniesiony wysoko nad grobami Apostołów jaśniał 
płomykami świec, pusty i biały pod niezmierzoną kopułą. 
Czekano. Już i przybywających było coraz mniej. Olbrzymia świątynia, 
wypełniona ludem, gotowa była na przyjęcie swego kapłana. Nawet względna 
nastała cisza. Ulokowano się jako tako i czekano. Z góry lały się promienie 
słońca na głowy ludzkie, gorąco stawało się nieznośne, blask marmurów i 
złocenia mozaik raziły oczy, na twarzach odbijało się zmęczenie. Msza 
papieska naznaczona była na dziewiątą, a czekano od wschodu słońca. 
Zosia nie czuła jednak zmęczenia. Wzruszona, ciekawa, szczęśliwa, 
siedziała pomiędzy matką i siostrą naprzeciw ołtarza, w dobrym miejscu, 
umiejętnie wybranym przez panią Alinę, i patrzyła. Teresa Leonia zagłębiła 
się w książce do modlitwy, ale pani Alina umiała zrozumieć ciekawość córki i 
objaśniała półgłosem: 
 — Widzisz, to ambasador austriacki, a tamci z brodami to są wschodni 
biskupi, oni mają prawo brody nosić. A ci w hiszpańskich strojach, tacy ładni, 
to są szambelani świeccy. Widzisz tam, obok tego wysokiego prałata, stoi 
hrabia Sużyński. 
 — Widzę — jaki śliczny! Zwykle to on wcale nie jest ładny... 
 — O, bo w tym stroju każdemu do twarzy... A tam, na trybunie, 
markiza Mandzagoza z córką — ta, co się przechyla teraz — to sławna 
piękność rzymska — a przy niej państwo Goriglioni i hrabia Dusi — i książę 
Veletri. A ten pan z białą brodą to hrabia Buongiovanni, brat kardynała. Cały 
świat czarny! 
 — Widzi mama — tam, na trybunie dyplomatycznej, siedzi pani Tur. 
 — A prawda! Ona jest w przyjaźni z Fastenbachami — on jest posłem 
belgijskim przy stolicy świętej — pewnie z nim przybyła... 
Nagle zabrzmiał bęben wojskowy i wojskowa komenda. 
 — Już? — zawołała zrywając się Zosia. 
 — Nie, nie — to tylko gwardia. 
Ze środkowej nawy szła ku ołtarzowi garstka gwardzistów w 
prześlicznych mundurach, w błyszczących hełmach na głowach, z wyciągniętą 
szablą w ręku. Dowodzący nimi pułkownik, piękny mężczyzna o czarnym 
wąsie, zgrabny i sprężysty w swym obcisłym stroju, wydawał głośno rozkazy. 
Przy odgłosie bębna wojsko zrobiło obrót wokoło ołtarza, przemaszerowało 
wzdłuż i wszerz i stanęło przy balaskach wyprostowane, sztywne, z 
obnażonymi szablami. Tylko ogony końskie, spływające z hełmów, chwiały się 
leciuchno i gdzieniegdzie zamigotała sprzączka. 
 — Jacy śliczni! — zawołała Zosia, ale zawstydziła się zaraz, bo stojący 
opodal młody szambelan w hiszpańskim stroju snadź zrozumiał jej okrzyk, bo 
głowę ku niej zwrócił i patrzył na nią. I ujrzała twarz bladą o oczach płowych, 
otoczoną koronkową krezą — twarz jakby wyjętą z obrazów starych mistrzów 
florenckich — i tak jak one wyblakłą i zużytą, ale pełną wdzięku i finezji. 
A pani Alina zaczęła mówić o tym, jak to było dawniej, gdy wojsko 
papieskie było liczniejsze i naprawdę imponujące. Dziś, po utracie Państwa 
Kościelnego, musiano ze względów oszczędności zmniejszyć liczbę wojska i 
gwardię ograniczyć do pięćdziesięciu ludzi. Z taką garstką nie można mieć 
pojęcia o tym, czym były dawniejsze ceremonie. 
Znowu nastała cisza i wyczekiwanie. Czuć było zdenerwowanie, 
zniecierpliwienie w tłumie, wybuchał czasem okrzyk — i znowu milkło 
wszystko. I w olbrzymiej świątyni, wśród blasków i barw, ten czarny tłum w 
dole wydawał się jak zahipnotyzowany. Zegar wydzwaniał kwadranse. Dawno 
wybiła dziewiąta — dziesiąta już miała uderzyć. 
Nagle, gdzieś w głębi, rozległ się grzmot. Wydawał się bardzo daleki, 
ale, choć przerywany, rósł ciągle i zbliżał się. Tłum się poruszył, jakby wicher 
przeleciał po głowach, twarze ożywiły się, oczy skierowały się ku głównej 
nawie. — Il papa! Il papa — szeptały usta, a grzmot rósł wciąż, aż się rozsypał 
iskierkami oklasków i wylał potokiem głosów ludzkich: "Ewiva il papa! 
Ewiva! Ewiva!" 
A wtem z kopuły wypłynęły dźwięki srebrne i szły po świątyni, witając i 
ścieląc się pod stopy tego, który przybywał. 
Przybywał on płynąc ponad głowami ludzkimi, sunąc w powietrzu 
powoli, trochę chwiejnym ruchem. Wśród blasków słonecznych, wśród 
wiejących piór strusich, wśród rozszalałego adoracją tłumu zbliżał się — 
spokojny, posągowy, drobny i zżółkły, jak starożytna rzeźba ze słoniowej kości 
oprawna w złoto i klejnoty, zgarbiony pod ciężarem wielkiej tiary, w której 
ginęła jego głowa, jednostajnym ruchem robiąc na prawo i na lewo znak 
krzyża, bardziej podobny do figury misternie rzeźbionej, drogocennej i świętej 
niźli do żywego człowieka. 
Przybywał jak tajemnicza relikwia niesiona ludowi ku zbawieniu, jak 
bóstwo zstępujące z wyżyn na krótką chwilę ku pocieszę i uradowaniu serc 
ludzkich, jak uosobienie władzy i idea królewskości. 
A tłum miotał się, klaskał, krzyczał, powiewał chustami, wyciągał ręce. 
Huk głosów leciał pod kopułę, napełniał ją całą i odbiwszy się o jej najwyższe 
szczyty, wracał potokiem i rozlewał się po świątyni. 
Srebrne trąby zaś wciąż dźwięczały triumfalnym marszem. 
Przez chwilę zasłoniły orszak kręte kolumny baldachimu, ale wnet 
wynurzył się przed ołtarzem. Szedł więc naprzód mazziere niosąc wysoki 
krzyż złocisty. Za nim, jak wiązanka kwiatów różnobarwnych, wysuwało się 
duchowieństwo. Fiolet biskupów, owiany koronką alb śnieżnych, ozłocony 
gdzieniegdzie infułą, łączył się z purpurą kardynałów. Wszędzie błyskały złote 
smugi, mrugały klejnoty, powiewała pajęczyna koronek. A u stóp sedia 
gestatoria, zebrani w snop szkarłatny, jakby wieniec róż, szli sediarii, w 
malinowy adamaszek odziani, sztywni i poważni. Wielkie białe pióra, na 
złocistych kijach osadzone, poruszały się bez szmeru. 
Rozpoczęła się msza. Wołania ucichły, umilkły trąby, a z wysokiej 
trybuny ozwała się kapela papieska. Leon XIII wstąpił po stopniach do ołtarza 
i widać było jego drobną, zgarbioną postać, całą białą i żółtą, w żółtym blasku 
świec. 
Wśród tłumu wrzała tymczasem głucha walka o miejsca. Wszystkie 
szyje wyciągały się, zbliżano do oczu teatralne lornetki, szeptano sobie uwagi, 
pchano się naprzód bez miłosierdzia. Byli tacy, którzy próbowali stawać na 
ławkach, ale wtedy z dalszych rzędów odzywały się okrzyki: Dżu! dżu!, 
gniewne nawoływania, a nawet wyciągały się laski i uderzały po plecach i 
głowach. Więc zstępowano z ławek, odgrażając się i kłócąc w różnych 
jeżykach. A tłum coraz gwałtowniej parł naprzód. Bliżej! Bliżej! Byle widzieć, 
byle nasycić oczy ciekawym widowiskiem, byle się napatrzyć, nadziwować, 
naentuzjazmować do syta. Przebiegały w tej zwartej masie jakby prądy 
elektryczne, jakieś zachcenia adoracji, bałwochwalstwa, pragnienie tarzania 
się u stóp, unicestwienia wobec tej wielkości. Nie był to już zimny tłum, 
czekający i znudzony, wesoły i lekkomyślny. Była to masa gorejąca jakąś 
żądzą płomienną, od której zdawały się drżeć marmury i posągi, i mozaiki w 
kopule przybierać gorętsze barwy. I powietrze cale zdawało się tętnić i falować 
ognistym oddechem wkoło ołtarza. 
A z trybuny leciały śpiewy, jak strzały złote, po kościele. Na ciemnym 
tle basów szły aksamitne tenory mężnie i spokojnie, a nad nie wystrzelał 
sopran i leciał wysoko, wysoko, aż pod sklepienie, dzwonił pełnym, okrągłym 
dźwiękiem w kopule, znów spadał perłami, krył się w zgiełku innych głosów i 
znów się rwał w przestrzeń, dźwięczał jasną, młodzieńczą nutą. Śpiew to był 
równy, bezpłciowy, nieosobisty, jakby nie z ludzkich wychodził gardeł. Nic 
ludzie też to śpiewali, to tylko święte słowa liturgii płynąc z wyżyn niebieskich 
przechodziły przez piersi ludzkie i same na nich grały. 
Zosia zamieniła się cała w słuch. Wspięta na palcach, z szyją 
wyciągniętą, czerwona od gorąca — patrzyła. Śledziła każde poruszenie 
posługujących przy ołtarzu księży, twarze siedzących w fotelach kardynałów, 
eleganckie sylwetki szambelanów i szeregi gwardzistów. 
Ale nade wszystko starała się dojrzeć i uchwycić wyraz twarzy samego, 
papieża. To jednak było najtrudniejsze. Odwrócony do ołtarza, zgarbiony, 
schylony nad księgą, nie podnosił prawie głowy, w skupieniu wielkim 
odprawiając Ofiarę. Dopiero po skończonej mszy usiadł w fotelu dla 
wysłuchania śpiewanego Te Deum. I wtedy mogła Zosia zobaczyć wyraźnie 
jego ostry profil, niemal przezroczysty, jego twarz wychudłą i pomarszczoną, 
więc patrzyła chciwie na tę postać ustrojoną w klejnoty i złoto, siedzącą na 
tronie w otoczeniu wspaniałym, pod najpiękniejszą w świecie kopułą, w 
blasku marmurów i mozaik i powtarzała sobie w myśli: 
 — To jest papież, następca Pana Jezusa na ziemi, obraz Jego, 
namiestnik. 
I przed oczami jej wyobraźni stawała postać Jezusa takiego, jakim 
lubiła Go widzieć nad jeziorem Tyberiady, podobnym do haliniskiego jeziora; 
stał On w szacie białej, z. rozwianym włosem i ze słodkim uśmiechem na 
twarzy, a do nóg Mu przypadły dzieci, chorzy, biedni i On je wszystkie garnął i 
pocieszał. O, jakże te dwie postacie były między sobą różne! 
 — A to jest jego następca — powtarzała i czuła, że pomimo gorącej 
atmosfery, pomimo zapału, co dokoła panował, na nią wiał od tych 
świetności, od tego złota i od marmurów chłód jakiś dziwny i przejmował ja 
smutkiem i niesmakiem. — Przecież tera to co innego — tłumaczyła sobie. 
 — Papież jest i ziemskim monarchą, a Pan Jezus był tylko biednym 
synem cieśli... No, tak... to zupełnie co innego..., ale jednak... I nagle stanęła 
jej w myśli jedna z tych niedziel w białogórskim kościółku — i zdawało się jej, 
że słyszy lud śpiewający: Święty Boże!, i widzi te poważne, zachwycone 
twarze. Ach, jakże tam było inaczej! Tu szli dla człowieka, dla widowiska, dla 
pięknych ceremonii — tam tylko dla swego Boga. Tu była sala teatralna 
 — tam prawdziwy kościół. Tu, jeśli gdzie na ołtarzu stał krzyż, to taki 
drobny, mały, nikły, że i dojrzeć go było trudno wśród tylu wspaniałości. Za to 
groby papieżów rzucały się w oczy olbrzymimi postaciami, za to rozpierały się 
wszędzie piękne kobiety uosabiające ich cnoty, ewangeliści utwierdzający ich 
prawa i aniołowie czuwający nad ich nietykalnością, majaczyły tiary i klucze, a 
wysoko, na pierwszym miejscu, wśród glorii aniołków, jako najwyższa 
świętość tej świątyni, widniało krzesło św. Piotra! 
I Zosi znowu stanął w oczach kościółek w Białogórze, gdzie obrazy były 
brzydkie, a ściany tylko bielone, ale gdzie nad ołtarzem wznosił się krzyż z 
figurą Zbawiciela i zdawał się być rzeczywistym panem i władcą nic tylko 
miejsca tego, ale i serc ludzkich. 
 — Jakoś u nas inaczej — westchnęła Zosia. 
Tymczasem Te Deum zostało odśpiewane, papież usiadł na swej sedii i 
tłumy rzuciły się go żegnać. Znów powstał krzyk: wiva ii papa! Hwiva! Znów 
po świątyni leciał, jak wicher, głos tysiącznych piersi, grzmiał długim, 
przeciągłym okrzykiem, łamał się i milkł, i znowu się zrywał i namiętnie bił w 
sklepienia. Zdawało się, że od tego krzyku runąć muszą mury świątyni. 
Zosia przelękła i odurzona, obejrzała się wkoło siebie, ale nie 
dostrzegła już ani matki, ani siostry. Nieznacznie tłum je rozsunął i rozdzielił, 
a teraz parł naprzód ku ołtarzowi i ją ze sobą unosił. 
 — Boże, co ja zrobię! — zawołała z rozpaczą i wysunąwszy naprzód 
głowę, chciała rozejrzeć się i odszukać swoich. Ale dokoła widniały tylko 
czerwone, roznamiętnione twarze, otwarte wołaniem usta, oczy błyszczące, 
ręce oklaskujące, stado istot rozszalałych, podnieconych, które się miotały i 
parły naprzód. Czuła, jak ramiona ludzkie ją gniotły, jak czyjeś łokcie wciskały 
się w jej ciało, czuła na szyi, na skroniach gorąco i uniesiona falą posuwała się 
naprzód z obawą i rozpaczą w duszy. Aż zapora jakaś, balaski malinowym 
adamaszkiem pokryte wstrzymały tłum cały. I Zosia ujrzała przed sobą 
przestrzeń wysłaną dywanami, wśród której wznosiły się kręte kolumny 
baldachimu i płonęły jeszcze świece u ołtarza. Biskupi i kardynałowie 
wstawali z miejsc swoich i, wlokąc barwne szaty za sobą, przechodzili 
poważnie, kierując się ku wyjściu. Prałaci poprawiali na plecach gronostajowe 
pelerynki, prostowali się i znowu rozpoczynali z sobą rozmowy. Gwardziści w 
wojskowym porządku szli w głąb kościoła za papieskim orszakiem. A kilku 
mężczyzn we frakach, w pozach salonowych, trzymając ręce w kieszeniach od 
spodni, gawędziło sobie, czekając chwili powrotu. Tłum krzyczał wciąż 
jeszcze, ale Zosia, mając przed sobą oparcie, zatrzymała się i starała się 
oprzytomnieć trochę. 
 — Jak ja teraz mamę odszukam? — myślała zakłopotana i postanowiła 
stać nieporuszenie na miejscu i śledzić za wychodzącymi. 
Powoli głosy oddalały się, grzmot wychodził z odległych stron świątyni, 
a tłum powracał do równowagi. Kierowano się ku wyjściu, a czarna fala 
płynąć zaczynała ku drzwiom i ginęła pod karmazynową kotarą. 
 — Ale mamy nie widać i nie widać — niepokoiła się Zosia wodząc 
oczami po tłumie. — I co ja pocznę? Czy wracać samej, czy tu czekać? 
A koło niej fala wciąż płynęła, czarne fraki mężczyzn, czarne sutanny 
księży, czarne woale kobiet. Już i w oddzielonej przestrzeni, przed ołtarzem, 
pusto się robiło. A ona stała, trzymając się balaski, z oczami utkwionymi w 
tłum, osamotniona i wylękła. 
 — Czy pani kogo szuka? — odezwał się tuż przy niej głos męski po 
polsku. Odwróciła się zdziwiona. Za balaskami stał młody cameriere papieski 
w czarnym hiszpańskim stroju i pochylał ku niej twarz uśmiechniętą. Ujrzała 
znowu te płowe oczy, które już raz widziała w siebie utkwione i twarz bladą o 
jasnym wąsie. 
Odrzekła: 
 — Ja mamy szukam. W tłumie nas rozdzielono i teraz nie wiem, co 
robić. 
 — Panie mają powóz? 
 — Tak, mamy. 
 — To najlepiej będzie tam u drzwi się zatrzymać, matka pani także 
będzie musiała tam przyjść, nie znalazłszy pani w kościele. 
 — Prawda. To będzie najlepiej. 
 — Proszę poczekać, przeprowadzę panią. 
I nie czekając odpowiedzi młody człowiek obszedł dokoła barierę i 
torując drogę ku wyjściu poszedł przed Zosią. 
Na dworze słońce jaśniało pełnym blaskiem i tysiące iskier leciało od 
metalowych ozdób na uprzęży, od kół powozowych, od złoconych guzików 
liberii. Wsiadano do powozów, nawoływano stangretów po imieniu, śmiano 
się i żartowano. Kilku policjantów utrzymywało porządek. Panie poprawiały 
woale spadające i rozrzucone włosy, chłodziły rozpalone twarze na świeżym, 
ożywczym powietrzu. 
 — Jak się nazywa stangret pani? — spytał cameriere. 
 — Nazywa się Romeo z via del Tritone, ale ja bez mamy nie pojadę. 
 — Nie, nie, pewnie matka pani zaraz tu nadejdzie. Stańmy tu na boku i 
czekajmy. 
Stanęli pod drzwiami, a on znowu zaczął: 
 — Pani niedawno w Rzymie? 
 — Od miesiąca, ale na takiej uroczystości jestem po raz pierwszy. 
 — I cóż? Jakże się pani podobało? 
 — Ach, doprawdy, jeszcze sama nie wiem. Myślałam, że to poważniej 
wygląda. Tu wszyscy są jakby na zabawie — i tak krzyczą! U nas lepiej się 
zachowują w kościele. 
On uśmiechnął się. 
 — U nas biorą wszystko poważnie. Słowiańska dusza jest skłonna do 
mistycyzmu, do melancholii, nie zna tych głośnych porywów. — Po chwili 
dodał: — Trzeba widzieć Ojca Świętego na codziennej mszy w prywatnej 
kaplicy, to zupełnie co innego. Jego świętość, jego skupienie oddziałuje 
ogromnie. Zresztą i ten barokowy kościół Świętego Piotra psuje całe wrażenie, 
tu nie może być mowy o żadnym nastroju... 
 — Wszak to jest najpiękniejszy kościół... On uśmiechnął się 
pobłażliwie. 
 — O, któż to pani powiedział? 
 — Ależ wszyscy. Ja byłam pewna, że to bardzo piękne i że nie można 
inaczej myśleć. 
On zaczął się śmiać. 
 — O, konwenanse, szablony, formułki! Zaręczam pani, że to, co 
wszyscy uważają za piękne, jest najczęściej tylko kosztowne, bo piękności 
prawdziwej tłum nie jest w stanie odczuć, ona jest tylko dla wybranych, dla 
wtajemniczonych — pour les initids. I dlatego też o najpiękniejszych rzeczach 
najmniej mówią, a zachwycają się tym, co bije w oczy i jest łatwo zrozumiałe 
dla każdego. Na przykład Rafael — okrzyknięto go ósmym cudem świata i ta 
sugestia dotąd działa. A czymże on jest? Bezduszny, banalny... A taki mistrz, 
taki poeta, jak Botticelli, teraz dopiero zaczyna... 
Ale w tej chwili odezwał się za nimi uradowany głos pani Aliny: 
 — Zosiu! Co się z tobą stało? 
 — Ach, mama! Na koniec. 
 — Szukaliśmy ciebie po całym kościele. 
 — A ja nie wiedziałam już, co robić. Byłam w takim strachu... 
 — Dobrze, żeś tu stanęła. 
 — To pan mi poradził. 
Pani Alina zwróciła się ku młodemu człowiekowi. len skłonił się nisko. 
 — Jak widzę, pan był tak grzeczny, że się zaopiekował moją córką 
rzekła po francusku. — Dziękuję najuprzejmiej. Teraz musimy jechać. 
Od Nowego Roku Teresa Leonia z panną Malkiewiczówną 
przeprowadziły się do własnego domu na via Mazzini i rozpoczęły nowicjat. 
Pani Alina z Zosią ulokowały się w hotelu di Roma i puściły się w świat. 
 — Spełnić muszę obowiązek matki — mówiła sobie pani Alina — i 
ustalić los Zosi. Może Bóg da, że znajdę tu dla niej męża, a potem już, potem 
poświęcę się zupełnie Bogu. 
Więc oddała razem z Zosią kilka wizyt znajomym dawniej domom 
polskim zamieszkałym w Rzymie i oczekiwała zaproszeń, ale tego roku 
karnawał w czarnym świecie był dziwnie nieożywiony. Spotykano się kiedy 
niekiedy na five o'clockach, ale o wieczorach jeszcze nie było mowy. Dom 
hrabiny Tur, bardzo zazwyczaj otwarty i ożywiony, jeszcze dotąd nie ogłosił 
swoich „dni". 
Hrabina zrażona przykrościami, jakich zeszłej zimy doznała od 
„czarnych" za przyjęcie księcia Turynu na jednym ze swoich balów, sama 
jeszcze nie wiedziała, jak się teraz zachować. I nawet powiadano, że zamierza 
wyjechać do Nizzy na cały karnawał. 
U pani Wolkenstein, której soboty muzykalne miały bardzo dobrą 
renomę, także w tym roku drzwi były zatarasowane z powodu choroby córki. 
Cała nadzieja była w Montich, spowinowaconych przez nią z kolonią polską, i 
w Skoradzkich, którzy mieli córkę na wydaniu i prześliczny apartament w 
swej willi za Porta Pinciana. 
Tymczasem pewnego rana przyszli niespodziewanie państwo Sużyńscy 
z zaproszeniem do siebie na małą herbatkę. On był dalekim krewnym 
Halickich, zamieszkałym stale w Rzymie, gdzie piastował niezbyt uciążliwy 
urząd camerient przy Watykanie. Ona zaś, z rodziny emigrantów osiadłej od 
dawna w Paryżu, nie umiała prawie po polsku, ale miła, sympatyczna, 
uważała sobie za punkt honoru przyjmować w swoim domu Polaków 
przebywających w Rzymie i tworzyć dla nich un centre, un foyer polonais. 
W tym foyer polonais nie mówiono wprawdzie inaczej, jak po 
francusku, przez grzeczność dla pani domu, ale mówiono o kraju, o 
stosunkach tamtejszych. 
Panie Halickie, wchodząc tam o godzinie dziewiątej w dzień 
naznaczony, zastały już spore grono gości. W obszernym salonie palił się na 
kominku ogień oświecając czerwonym blaskiem twarz i fioletowy pas 
monsignore'a Żurowskiego, prowadzącego półgłosem gawędę z dwiema 
podżyłymi pannami. 
W przeciwległym kącie, nad stosami albumów, siedziała młodzież: 
panna Skoradzka, panna Tola Herd, siostrzenica hrabiny Turowej, dwie 
panny Iłżewskic, przybyłe z Warszawy i kilku młodych ludzi. A pod wielką 
lampą, osłoniętą koronkowym abażurem, panie i panowie skupieni byli koło 
stoliczka z maszynką i przyrządem do herbaty, przy którym gospodarowała 
pani Sużyńska, brzęcząc spodkami i łyżeczkami i nalewając wypieszczoną 
rączką herbatę do malutkich filiżanek. 
Wejście pani Aliny z córką wywołało ruch w towarzystwie. 
 — Tak późno, kuzynko! — zawołał pan Sużyński całując podaną sobie 
rękę. 
Pani Alina coś zaczęła o późnym obiedzie hotelowym i przerwała na 
widok wysokiego mężczyzny, który się do niej zbliżał. 
 — A, i profesor tu! Nie wiedziałam... 
 — Od niedawna. Od paru dni zaledwie. Zwykła praca w archiwum. A 
pani już swą młodszą córeczkę nam przywiozła? 
 — Tak, Zosiu — profesor Mężyk. 
 — Pani też może do zakonu? — spytał brodaty profesor z uśmiechem. 
Ona się roześmiała. 
 — O nie, nic! — zawołała żywo i dodała już poważnie: — Nie mam 
żadnego powołania. 
Monsignore Żurowski rzekł żartobliwie: 
 — O, powołanie się znajdzie, znajdzie, ale nie do duchownego stanu. 
Pani Sużyńska zbliżyła się do Zosi. 
 — Zapoznam kuzynkę z młodszym towarzystwem — rzekła biorąc ją 
pod rękę. — Pan Paliński, artysta muzyk — mówiła przedstawiając panów — a 
to pan Bruzdziewicz, artystamalarz. Sztuki piękne w komplecie. A to hrabia 
BarberiniBaraniewski, cameriere di Sua Santita, a to znajome, nieprawdaż? — 
dodała wskazując na panny. 
Zosia spojrzawszy na hrabiego BarberiniBaraniewskiego poznała w 
nim swego opiekuna od Św. Piotra i zawołała: 
 — O, ja pana już znam. 
 — A tak, miałem przyjemność panią ratować — rzekł składając przed 
nią ukłon. 
I zwracając się do towarzystwa opowiedział przygodę w zabawny i 
oryginalny sposób. 
Panny się zaśmiały i mówiono o ceremoniach papieskich. 
Potem mówiono, że prawdopodobnie przybędzie z Galicji pielgrzymka 
polska, do której wszyscy obecni w Rzymie Polacy będą mogli się przyłączyć, 
na co panny Iłżewskie podniosły ładne oczy ku górze z wyrazem zachwytu. 
Ale temat został przerwany przez pana Chańskiego, który przed chwilą 
wszedł był do salonu, a teraz wyciągał się wygodnie w najobszerniejszym 
fotelu. 
 — Państwo tu sobie gwarzycie o fatałaszkach, a ja przynoszę wielką 
nowinę. Proszę sobie wyobrazić, wykopali na Forum pyszną płaskorzeźbę. 
Byłem tam dziś razem z Rossim. No, cudo, powiadam, rzecz bajeczna! Rossi 
przypuszcza, że to z początku IV wieku przed Chrystusem. 
 — I cóż przedstawia? — spytał stając za nim pan Sużyński. 
 — Co przedstawia? Trudno to jasno określić, zdaje się, że jakąś ofiarę, 
dwaj młodzieńcy wiodą uwieńczonego byka, a nad nimi leci z trąbką zapewne 
Sława. 
 — Przyznam się, że nie cierpię tych starych gratów — rzekła panna 
Skoradzka, gdy tamci odeszli w drugą stronę pokoju. — Mój ojciec ma do tego 
pasję i wiecznie różni handlarze nanoszą mu tych rupieci do domu. Mówmy o 
czym innym. 
 — Na przykład, gdyby tak jaką wycieczkę ułożyć — wtrącił hrabia 
Barberini Baraniewski. — Podaję projekt... 
 — Mój Boże! Hrabia Paulin podaje projekta! — zaśmiała się panna 
Skoradzka, która pozowała na złośliwą. — Cóż to się stało? 
 — A, widzi pani, zmieniają się ludzie. 
 — Obrzydł już panu spokój święty, co? Nirwana dokuczyła? Jeszcze 
ujrzymy pana w roli dzielnego, energicznego, ruchliwego... 
 — O, co to, to nie. 
 — Ależ projekt? Jakiż to projekt? — spytały panny. 
 — Projekt taki: jutro po śniadaniu bierzemy jeden, dwa, trzy, dziesięć 
powozów, pakujemy się całą gromadą i ruszamy na przykład do Tre Fontano. 
Po drodze możemy zwiedzić Św. Pawła albo, jeszcze lepiej, zajechać do Term 
Karakalli. Pogoda cudna, korzystajmy. 
Powstały okrzyki zadowolenia. Panny zgadzały się wszystkie. Mamy też 
nie miały nic przeciwko temu. Pan Sużyński wprosił się do towarzystwa i 
nawet profesora zachęcono. Panna Skoradzka skrzywiła się tylko, mówiąc, że 
to wszystko zna na pamięć. 
 — A mnie zabierzecie państwo? — spytał pan Chański i jeszcze 
wygodniej rozpostarł w fotelu swe ogromne ciało. 
 — I owszem, ale pod warunkiem, że pan ani razu nie wspomni o swoim 
szezlongu i o swoich książkach. 
 — Oj, to będzie trudno. 
Zrobił się ruch, ustalano godzinę, miejsce zebrania. Pani Tur 
oświadczyła, że pojedzie także i zaprosiła do swego powozu pana 
Odałowskiego, korespondenta kilku pism krajowych, i malarza 
Bruzdziewicza. 
 — Pogawędzimy wspólnie o moich przyjęciach na ten rok — rzekła 
zwracając się do pana Odałowskiego. — Po zeszłorocznym skandalu 
potrzebuję rady pańskiej, lękam się wszystkiego. 
 — Ależ pani hrabino! Z największą przyjemnością służyć będę. 
 — Więc przyjdźcie panowie do mnie na śniadanie. Tymczasem hrabia 
Barberini Baraniewski zwrócił się do Zosi: 
 — Pani okolic Rzymu nie zna jeszcze wcale? 
 — Prawie nie. U Św. Pawła byłam już i w katakumbach, i w Termach 
także, ale Tre Fontano nie widziałam. Bardzo jestem ciekawa. 
 — O, sam kościół i klasztor niewarte widzenia, ale trapiści! Oto co jest 
ciekawego! 
 — Trapiści? 
 — Tak. Ich zakon jest w posiadaniu Tre Fontano, oni też przyjmują 
turystów i oprowadzają ich, więc można im się przypatrzeć. Ach, powiadam 
pani, to bajeczni ludzie! 
 — Oni muszą wiecznie milczeć? 
 — Tak, wiecznie. Ma się rozumieć gdy gości oprowadzają, to mogą 
mówić. Ale ich życie — to jest coś... coś, no, mówię pani, coś nadzwyczajnego. 
 — Tak, oni poszczą i wstają w nocy do modlitwy i... 
 — I żyją w tamtym świecie — literalnie, w innym świecie. Nie, tego rJe 
można sobie przedstawić. Oni już nie mają ciała, zmysłów, zachceń, pożądań 
 — oni są już czystymi duchami, pływają w morzu rozkoszy, obcują ze 
świętymi, z aniołami... no, powiadam pani, tak rozmawiają z aniołami, jak ja 
w tej chwili z panią rozmawiam. Widzą i słyszą to, czego nasze śmiertelne i 
grzeszne zmysły nie są zdolne widzieć i słyszeć. Tak — bajeczni ludzie. 
I mówiąc to hrabia Barberini Baraniewski podnosił do góry swe płowe 
oczy, które jeszcze bardziej bladły i jakby się rozpływały w mgle rozkosznej. A 
na usta jego wybiegł uśmiech rozmarzony. Zdawało się, że i on w tej chwili 
widzi jakiś inny świat i słyszy głosy niedosłyszalne dla reszty obecnych. 
 — Ach, wyzwolić się z tej brudnej cielesnej powłoki! Być czystym 
duchem — z dala od ziemi, od jej banalności, od jej fałszów... — szeptał. 
Zosia przyglądała mu się z zajęciem, trochę zdziwiona i rozbawiona 
tym mistycznym wybuchem, a panna Skoradzka, która słuchała także, 
spytała: 
 — Więc czemu pan nie został trapistą? Byłoby to tak interesujące, a 
zresztą i bardzo do twarzy w tym białym habicie. 
Ale on nie odpowiedział, tylko znowu, zwrócony do Zosi, zaczął 
opowiadać, jak mu przed kilku laty udało się być na nocnym nabożeństwie u 
trapistów — była to wyjątkowa łaska — i widział w bladym świetle lamp te 
twarze nieziemskie, te oczy patrzące gdzieś, gdzieś daleko w zaświaty i słyszał 
oficjum śpiewane cudnie, czystym gregoriańskim śpiewem... Ach, było to 
wprost odurzające! 
A tak to ładnie opowiadał, że zbliżył się Bruzdziewicz i wyjąwszy z 
kieszeni kawałek węgla, zaczął na jakiejś okładce szkicować tę scenę. 
 — Bardzo dobre, bardzo dobre — mówił mrużąc oczy i przechylając 
głowę na bok. — Pyszne w tonie. Czarne, białe i pomarańczowy promień 
lampy, tu i ówdzie, na łysej czaszce refleks. Dobre, dobre. 
W czasie gwarzenia młodszych nad stosami albumów starsi panowie 
przy kominku prowadzili rozmowę. Mówiono o polemice, jaka niedawno 
powstała w pismach polskich między znanym filozofem i przyrodnikiem a 
znakomitą powieściopisarką, o emigrowaniu z kraju za granicę talentów i w 
ogóle inteligencji. 
 — Przy tym u nas któż umie cenić artystę lub pisarza? rzekł malarz 
Skoradzki. — Pojęcia nie mają o sztuce. Dopiero jak za granicą zdobędzie kto 
uznanie, to i nasi zaczynają się zachwycać. Moje obrazy nie miały w kraju 
żadnego powodzenia, aż gdy zacząłem je stąd posyłać. 
 — Przyznaję, że byłoby może dla kraju z korzyścią, gdyby nasza 
inteligencja rozproszona po świecie tam się skupiła — rzekł profesor, który 
lubił zawsze bezpośrednią drogę i był dumny ze swej bezstronności. — To by 
mogło wytworzyć pewną jasność, od której by się rozchodziły promienie. 
 — Ale ta inteligencja, czyby sama nie ucierpiała mocno, gdyby się 
zdecydowała zakopać tam, z dala od cywilizacji wszechludzkiej? — spytał pan 
Odałowski. — Czyby nie zagasła ta jasność i jeszcze większa byłaby strata dla 
kraju? Tak przynajmniej roznosimy po świecie naszą sławę, a tam bylibyśmy 
w warunkach tak okropnych! 
 — Najlepiej plunąć na wszystko — przerwał Chański rozkładając się w 
fotelu. — Krzyżyk postawić nad wszelkim patriotyzmem, narodowością, 
językiem, religią, e tutti frutti i tak się urządzić, jak komu wygodnie. 
W jego głosie była wielka ironia, ale twarz była spokojna. Nikt nie 
wiedział, czy drwi, czy mówi z przekonaniem. Przymknął oczy i na wpół leżąc 
w fotelu, zamilkł. Inni też milczeli przez chwilę i tylko z przeciwległych kątów 
salonu dochodziły głosy kobiet, brzęczenie łyżeczek o filiżanki i śmiech Mani 
Iłżewskiej. Monsignore Żurowski siedział nieruchomy z oczami utkwionymi w 
ogień kominka. 
 — Miałem stryjecznego brata, który, młodym będąc, był idealistą, 
zapaleńcem, patriotą, przy tym bardzo wykształcony człowiek, zdolny 
niezmiernie. Gdy skończył uniwersytet, uśmiechała mu się kariera świetna 
jako juryście. Miał protekcję, doszedłby prędko do profesury, ale on uważał za 
swój obowiązek osiąść na wsi, w majątku, więc wrócił, zakopał się gdzieś w 
mińskiej guberni. I co z tego? Stetryczał, zgorzkniał, zdolności zmarnował, a 
korzyści krajowi nie przyniósł żadnej. 
 — Skąd pan wiesz, że nie przyniósł? — spytał Chański, otworzywszy 
oczy. Monsignore Żurowski pokiwał głową. 
 — Smutno słuchać — rzekł — gdy panowie mówicie. Więc cóż, składać 
broń i zmykać? Niech talenty, zdolności, inteligencja, czoło narodu, niech 
jadą za granicę, pod włoskie niebo, a tam niech zostaje miernota, szary tłum, 
czy tak? 
Nikt nie odpowiedział, a on po chwili mówił dalej: 
 — Wprawdzie ja sam tu w Rzymie stale przebywam, ale też i nieraz 
myślę: czybym nie był pożyteczniejszy i kościołowi, i krajowi własnemu, 
gdybym tam gdzieś, jako wiejski proboszcz, pracować mógł? Stało się, niech 
mnie Bóg sądzi, ale każdemu nowo przybywającemu powiem zawsze: źle 
robisz, źle! To nie wyższe aspiracje twego umysłu ciebie tu gonią, ale 
małoduszność, egoizm, tchórzostwo, tak, tak... tchórzostwo! 
Spokojna zwykle twarz monsignore'a ożywiła się i leciuchny rumieniec 
zaczął mu występować na policzki, ale, jakby w obawie, że za wiele powiedział, 
że kogoś z obecnych mógł urazić, zatarł ręce z niepokojem i dodał: 
 — Naturalnie, są wyjątki, są okoliczności łagodzące. Nie mamy prawa 
potępiać nikogo. Niech Bóg sądzi ludzkie serca i ludzkie zamiary! Tylko, jako 
zasada... 
 — O, zasady! Dobrze o nich monsignore'owi mówić! — rzekł pan 
Odałowski. — Ale w praktyce... 
 — A nawet, jeśli chodzi o zasadę — to gdzież tu tak wielkie zło? — 
spytał malarz Skoradzki. — Czy artysta na przykład maluje w kraju, czy za 
granicą — to zawsze jest artystą polskim. Przecież nikt z nas nie zapiera się 
swojej narodowości. 
 — Owszem, dumni z niej jesteśmy — rzekł pan Odałowski. 
Ale w tej chwili przerwana została rozmowa panów, gdyż pani 
Sużyńska zaczęła prosić Palińskiego o zagranie czegoś malutkiego, choćby 
mazurka, walczyka. Byłoby to takie szczęście dla całego towarzystwa. 
On naprzód trochę się wymawiał, ale wreszcie usiadł do fortepianu i 
zagrał. Umilkli więc wszyscy i w salonie zrobiło się cicho. 
Grał cudnie. I Zosia słuchając odleciała myślą od tego domu 
rzymskiego, pełnego ludzi obcych, i frunęła daleko, do swoich, pod litewskie 
niebo. Zabrzmiała Pastorałka Scarlattiego, a jej stanęła żywo w pamięci ta 
chwila, gdy to samo grała w Haliniszkach Jerzemu. Mój Boże, jakże to 
wszystko było dalekie! I Haliniszki, i wszyscy swoi, i ten cichy wieczór letni. A 
Jerzy, gdzież on był teraz? Aż straszno pomyśleć, zapewne samotny wśród 
obcych ludzi, może w biedzie, w smutku, w tęsknocie. O, gdybyż to Zdrowaś 
Mario, które co wieczór odmawia na jego intencję, mogło mu pomóc i 
pocieszyć go choć trochę!... 
I nagle porwała ją szalona tęsknota do swoich, do kraju, do tego 
wszystkiego, co było takie swoje, takie kochane... I aż łzy w oczach jej się 
zakręciły. 
 — Panią muzyka wzrusza? — szepnął jej nad uchem hrabia Barberini 
Baraniewski, który ją obserwował od dłuższej chwili. I pochylił się nad nią, 
jakby chciał wywołać jakieś zwierzenie. 
 — Nie — odparła — dlaczego? — mrugała powiekami i starała się 
przybrać twarz zwyczajną. 
 — Widziałem w oczach pani wielkie wzruszenie, smutek prawie. 
 — E, to nic — zaśmiała się. — Myślałam o domu w tej chwili, i jakoś... 
Ale to nic... 
Hrabia odwrócił się, jakby zawiedziony. Mój Boże, jakaż to była prosta 
sobie duszyczka! Nie, wcale nie interesująca. 
Muzyka zamilkła. Otoczono artystę, dziękując i zachwycając się. 
Skupiono się wkoło niego, zmuszając do rozmowy, pytając o zamiary 
koncertowe, o przyszłe plany, wreszcie o królową Małgorzatę, do której 
wiedziano, że był przed paru dniami wezwany. 
On opowiadał o niej z zachwytem. Królowa go oczarowała, była taka 
miła, taka piękna i taka wykształcona, a przy tym taka dobra i tak szlachetnie 
myśląca. 
 — Dla takiej kobiety — rzekł profesor Mężyk — rozterka rządu 
włoskiego z Kościołem musi być straszną męką. 
 — Ja, choć słyszę zawsze o jej zaletach — odezwała się pani Alina — nie 
mogę w nie wierzyć. Osoba wierząca prawdziwie nie mogłaby tak żyć w 
nieprzyjaźni z Kościołem świętym, pod klątwą. 
 — A cóż ma robić? Wszak nie od niej zależy zmienić bieg historycznych 
wypadków — ujął się za królową pan Paliński. 
 — Nie wiem, co ona ma robić, ale trwać w błędzie i gubić duszę swoją 
na wieki... 
Chwilę trwało milczenie, aż ktoś podniósł głos i spytał: 
 — Ciekawym, jaki to jednak będzie koniec tej walki między rządem 
włoskim a papiestwem? 
Rozgorzała dyskusja. Różne były zdania. Jedni twierdzili, że Kościół 
musi wreszcie wyrzec się władzy doczesnej, że dziś nie jest mu ona konieczna, 
a bez niej zyskałby jeszcze większą władzę nad duszami i nad umysłami, że 
wpływ Kościoła na ludzkość wcale się nie zmniejszył od czasu zjednoczenia 
Włoch, co jest dowodem, że bez tej władzy obejść się może, że nawet bez niej 
jest potężniejszy. 
Ale te zdania były nieliczne. Większość obecnych mówiła, że papież nie 
może i nie powinien ustąpić ani na jotę praw swoich. Monarchą jest ponad 
wszystkimi monarchami i musi jako taki posiadać królestwo ziemskie. 
Wreszcie zabrał głos monsignore Żurowski: 
 — Kwestia to jest niezaprzeczenie ciekawa — rzekł — i dla każdego 
wzruszająca, ale kwestia to już z góry przesądzona. Tu dla katolików nie może 
być dwóch zdań. Papież musi wrócić w posiadanie swojego królestwa, bo 
słusznie je posiadał, a niesłusznie zostało mu odjęte. A czy prędzej, czy 
później to nastąpi — czy w ten lub inny sposób — to jest rzecz małej wagi. Że 
nastąpi — o tym nie może być wątpliwości. I nawet dla patrzących uważniej 
na rozwój społeczeństw jasnym jest, że chwila ta zbliża się. Ten tak silny 
zwrot ku Kościołowi świętemu, jaki zauważyć musimy, jest przepowiednią 
wielkich na świecie zmian. Nie tylko władza Ojca Świętego nie pozostanie 
uszczuplona, ale owszem, rozszerzy się jeszcze, wzmocni się i spotęguje, i cały 
świat ogarnie. 
Głos księdza był niezłomnie pewny, a szeroki gest jego obejmował 
rzeczywiście świat cały. I dodał jeszcze: 
 — Bo wszystko przeminie, a słowa Pana naszego nie przeminą. 
IV 
Na Piazza di Spagna panowała cisza. Była to pora południowa, więc po 
hotelach, w restauracjach, w pensjonatach zajadano śniadanie — a tłum 
cudzoziemców i gapiów zaludniający zwykle tę część miasta znikł chwilowo z 
ulic. Magazyny opustoszały, konie dorożkarskie drzemały w cieniu, stangreci 
czytali gazety na kozłach i nawet przekupnie, handlujący kwiatami, zdjęli z 
głów kosze pełne fiołków, hiacyntów i róż herbacianych, i, obsiadłszy 
fontannę wkoło, gwarzyli lub palili cygara, spluwając wciąż przed siebie. 
Tylko na schodach prowadzących do kościoła Trinita dei Monti modelki w 
rzymskich strojach, które pozostały bez zajęcia, kłóciły się między sobą, a 
kilku chłopaków, leżąc w cieniu balustrady na kamiennych płytach, grało w 
kości. Cicho było i ciepło. Słońce świeciło jasno na niebie bez chmur. Tylko z 
niedalekiego Corso dolatywał wieczny turkot powozów, gwar ludzki i krzyki 
przekupniów. 
O wpół do drugiej ozwał się zbliżający turkot i w głębi via Condotti 
ukazały się dwa powozy. Wjechały na plac, zwróciły się ku schodom i stanęły 
w cieniu domów. 
 — Nie widać jeszcze hrabiny — zawołała pani Alina z pierwszego landa 
do pani Ilżewskiej, siedzącej w drugim. 
 — Zaczekajmy — odpowiedziała ona. 
W tej chwili chłopcy grający dotąd w kości zerwali się i otoczyli 
powozy. 
 — Un soldo, signora! — krzyczeli wszyscy, a z drugiej strony porwali się 
przekupnie z kwiatami znad fontanny i biegli ku stojącym powozom z 
koszami na głowach, zachwalając róże i fiołki i błyskając czarnymi oczami i 
białymi zębami w uśmiechu. — Un soldo, signora! — krzyczały dzieci. 
 — Per la bella signorina! — wołał jakiś czarny przekupień, wtłaczając 
wiązkę hiacyntów w ręce hrabiego Barberini Baraniewskiego i posyłając 
wejrzenie pełne znawstwa ku Zosi. 
 — No, no, lasciate... — broniła się pani Alina. 
Ale ktoś powiedział, że dzieci ślicznie tańczą tarantellę, więc w lej 
chwili znalazł się bębenek i rozpoczął się taniec. A takie ładne były chłopaki w 
swych spłowiałych aksamitnych kurtkach, a oczy ich tak się śmiały i ruchy ich 
były tak piękne, że towarzystwo wysiadło z powozów, aby się im lepiej 
przyjrzeć, i soldy zaczęły się wysypywać z portmonetek. I kwiaciarze, 
korzystając z dobrego humoru, potrafili wsunąć kilka bukietów panom dla 
pięknych pań, ani się obejrzano, jak wybiła druga. 
 — Ale pani Tur nie widać — rzekła pani Iłżewska. 
 — Jeszcze nie zdarzyło się, aby ona stawiła się w porę — zauważył pan 
Sużyński. — Ale i Chańskiego nie ma. 
 — Mówił, że przyjdzie piechotą na plac. 
 — Oto idzie! — zawołała Zosia. 
Szedł pan Chański nie spiesząc się, trochę zasapany — i opędzał się 
laską od napastujących go chłopaków. 
 — On się trenuje, żeby schudnąć — zaśmiała się Mania Iłżewska. 
 — Trzeba prawdziwego poświęcenia dla pań — mówił witając się pan 
Chański — aby dziś jechać — tam w hotelu mam taki szezlong wygodny i takie 
stosy książek i pism do przejrzenia. 
Panny zachichotały. 
 — Po cóż pan przyjechał do Rzymu! Szezlong i w Ucianach mieć 
można. Czy warto na drugi koniec Europy przyjechać, aby leżeć cały dzień i 
pisma przeglądać? Zresztą to żadne poświęcenie dla nas, bo nam i bez pana 
doskonale, nie jesteśmy wdzięczne — ani trochę. 
 — Kiedy bo panie tak sypią słówkami, że tchu złapać nie można. Ot, 
proszę sobie dalej języczki strzępić, a ja tymczasem usiądę, bo nogi bolą. 
I pan Chański rozsiadł się w jednym z powozów i wyciągnął nogi. 
Tymczasem powstał okrzyk zadowolenia na widok powozu pani Tur, 
która nadjeżdżała z wielkim machaniem parasolek i kapeluszów na powitanie. 
 — Cóż za pyszne konie hrabina sobie sprawiła! — zauważył hrabia 
Sużyński. 
 — II me coutent les yeux de la tete — odpowiedziała. — Szelma Włoch 
okpił mnie szkaradnie. 
Termy Karakalli sterczały w słońcu nagimi ścianami, na błękicie nieba 
rysowały się brunatnymi plamami olbrzymich murów bez dachu, odartych z 
ozdób i z marmurów. Sale ciągnęły się jedna za drugą puste i wielkie, milczące 
dzisiaj w blaskach słońca, osierocone i martwe. W kątach walały się szczątki 
dawnych posągów, odłamki marmurów, zrzucone bezładnie i bielejące jak 
kości na cmentarzu. 
 — Tu — zabrał głos pan Odałowski zwracając się do pań — było 
dawniej tepidarium, sala kąpieli z letniej wody — tam na lewo frigidarium z 
ogromnym basenem wody zimnej, do pływania — a tu, na prawo, widzą panie 
okrągłą salę, dawniej sklepioną — caldarium — właściwa łaźnia. Tam zaś, 
przed nami, drugi tejże wielkości perystyl jak ten, którę dyśmy wchodzili. 
Zapełniony był posągami — tu znaleziono mnóstwo cennych rzeźb i mozaik, 
dziś przeniesionych do muzeów: gladiatorowie w tateranie, Byk Farnezyjski 
etc, etc. 
Panie szły przez ruiny w milczeniu. Patrzały w górę na zębate odłamy 
muru, spoglądały dokoła trochę zaciekawionym, trochę przelękłym wzrokiem. 
Ogrom tych proporcji przerażał je i onieśmielał. 
Mania Iłżewska lornetkę kierowała ku zwalonym kupom marmurów, 
opanowała ją szalona chętka ukradzenia jakiego odłamka. 
 — Jak myślisz.....szeptała do Zosi — żeby tak co ściągnąć? Nikt nie 
spostrzeże, co? 
I nieznacznie wysuwała rękę ku ziemi, ale wnet cofała się, wstydem 
przejęta. 
Zosia starała się myśli skupić i wywołać przed oczami wyobraźni tych 
rzymian, którzy się tu niegdyś przechadzali owinięci w białe togi lub walczyli 
tam w sali gimnastycznej, albo układali może jakieś rewolucyjne spiski w 
cieniu tych kolumn. Tu przecie koncentrowało się życie patrycjuszów. Jacy 
oni byli piękni! Podobni zapewne do tych posągów, których tyle widziała w 
galeriach watykańskich. Jakie ich życie było rozkoszne i wesołe! Jak inne od 
naszego! I jak dziwnie, że to wszystko tak zginęło, przeszło, zapadło gdzieś w 
przeszłość — i z całej tej dawnej chwały pozostały tylko te ruiny... Wszystko 
mija... przechodzi... ginie... Cóż z nas zostanie? I nagle ogarnęło ją poczucie 
znikomości i niestałości wszystkiego na tym świecie tak wyraźne, że prawie 
czuła przez chwilę posuwanie się ziemi, nieba i wszystkiego naokoło ku 
otchłani jakiejś, która była wiecznością. I czuła, jak sama szła też naprzód, 
parta jakąś niewidzialną mocą, i życie jej leciało, leciało gdzieś w dal 
nieznaną... 
 — Nie ma rady, iść trzeba tam, gdzie popycha przeznaczenie — 
pomyślała. 
A nad nią odezwał się głos hrabiego Paulina, nucący znaną piosnkę 
Tostiego: 
 — Rosę ce soir, demain fletrie. Comment vistu, toi qui n'as pas 
d'amour? 
Urwał. I to słowo „amour" zdawało się rozchodzić w powietrzu, drgać 
w błękicie, czepiać się murów i połamanych posągów i wszystko powlekać 
barwą świeżą i gorącą. 
 — Comment vistu, toi qui n'as pas d'amour? Tak, prawda, jakże ona 
żyła, bez miłości, bez żadnego droższego w sercu obrazu. A pod tym niebem 
gorącym wszystko mówiło nie tylko o znikomości rzeczy ludzkich, lecz 
bardziej jeszcze o miłości. Miłością tchnęło słońce palące, potężne, miłością 
wzdychał wietrzyk, co przynosił gorzkie zapachy bukszpanów i pinii, miłością 
przesiąkłe były te stare mury, miłością skrzyły się oczy ludzkie. Miłość 
panowała wszędzie — czepiała się ruin i serc żywych, leciała na promieniach 
słonecznych i czyhała w głębi niebieskawych cieniów, sączyła się wraz z 
zapachami kwiatów, drgała w powietrzu i przenikała wszystko. I bezwiednie 
serca tu miękły — rozpalała się krew. 
Zosia odwróciła głowę. Reszta towarzystwa była daleko, a w olbrzymim 
frigidarium oni byli sami. Hrabia Paulin patrzył na nią swymi płowymi 
oczami, które zasnuwały się mgłą. 
 — Nieprawdaż, pani — zaczął — że wobec tej znikomości wszystkiego, 
co nas otacza, trzeba się spieszyć z kochaniem? — A gdy ona nie odpowiadała, 
dodał: — Myśl o śmierci, o niechybnym naszym końcu, dodaje smaku i woni 
naszym wrażeniom. Gdyby nie było śmierci, zapewne nie byłoby miłości. 
Ona nie odrzekła nic, uderzona tą nową myślą. I szli obok siebie w 
milczeniu, w cieniu olbrzymich murów, zgubieni i samotni w tym ogromie. 
On patrzył na jej gibką postać, objętą w czarny żakiet, na złoty węzeł włosów 
pod toczkiem z ciemnych piórek, na cerę zdrową i świeżą, pokrytą jak 
brzoskwinia leciuchnym puszkiem, na to życie młode i bujność, co z niej 
tryskała. 
 — Tak, tak — mówił do siebie — typ to jest zdrowej dziewczyny, ale nie 
mój typ. O, nie! Tu jednak nie chodzi o to. — I głośno rzekł znowu: 
 — Patrzę na panią i myślę sobie, że pani na tle tych ruin to 
upostaciowanie wiosny wiecznie trwałej, wiecznie się odradzającego życia, 
miłości wreszcie, co jak Feniks odradza się z popiołów i trwa, i trwa. 
 — Czemu to ja mam być tym upostaciowaniem? Czemu nie pan? Pan 
także młody. 
 — Młody? Tak, latami mogę być uważany za młodego, ale cóż lata 
znaczą! Naprawdę jestem stary, stary jak świat, złamany, zmęczony, 
zamarły... Nigdy młody nie byłem... 
 — Dlaczego? 
 — Albo ja wiem dlaczego? Jest coś w tym powietrzu fin de siecle'owym, 
co nas postarza i niszczy, zjada nas. Jakiś Weltschmerz rozlany wszędzie, coś, 
co nam od początku zamraża krew w żyłach... Rodzimy się zgniłymi. I trzeba 
szukać aż w litewskiej wioszczynie, tam gdzieś w dzikich krajach, aby znaleźć 
taki okaz nieskalanej młodości, zdrowia, czystości, jakim jest pani. 
 — Czy pani nie kochała się jeszcze nigdy? — spytał po chwili. Zosia 
zaśmiała się i odparła, zwracając ku niemu głowę: 
 — Owszem, kochałam się i to nieraz. Kiedyś byłam na wieczorku u 
ciotki w Wilnie. O, wtedy byłam jeszcze dziewczynką w krótkiej sukni i był 
tam jeden gimnazjalista, który mi się podobał nadzwyczajnie, tańczył ze mną 
mazura i zapisał mi swoje nazwisko na wstążce od warkocza. O, chowałam tę 
wstążkę bardzo długo! A potem w Warszawie — kochałam się w profesorze 
literatury, ale to trwało krótko. A potem, to już naprawdę zakochałam się w 
jednym studencie, który razem z nami brał lekcje tańców, i to już trwało przez 
cały czas lekcji. 
 — A po skończonych lekcjach? 
 — Po skończonych lekcjach nie spotykaliśmy się, więc przeszło. 
 — A potem? 
 — O, już potem nic. Tyle było ważniejszych rzeczy do zrobienia, że nie 
miałam czasu myśleć o tym. 
Przez chwilę milczeli. On myślał: 
 — Dusza z jednej bryły zrobiona, wszystko jasne, proste, określone i 
pospolite. I co ja z taką będę robił? 
Zanucił jednak znowu: 
 — Rose ce soir, demain fletric. Comment vistu, toi qui n'as pas 
d'amour? 
 — O, będzie jeszcze dość czasu na to! — odparła. — Babunia mówi... — 
Przerwała i zaczęła się śmiać. — Ale pan nic nie wie o mojej babuni, a ja tak 
mówię o niej... babunia, babunia, to najlepsza i najrozumniejsza na całym 
świecie i już jak co powie, to pewne, że tak jest. 
I gdy mówiła o babuni, rozjaśniła się jej twarz, a on patrzył na nią z 
zainteresowaniem. 
 — Więc cóż babunia mówi? — spytał. 
 — Babunia mówi, że z wyjściem za mąż nie trzeba się spieszyć, że taka 
chwila przyjdzie, gdy człowiek powie sobie: ten albo żaden. A dopóki ta chwila 
nie przyjdzie, to iść nie trzeba. 
 — Babunia pani jest może najlepsza i najrozumniejsza na świecie, ale 
idealistka! Taka chwila nie zawsze w życiu przychodzi. Nie, człowiek to nie 
jest taka sobie prosta i nieskomplikowana istota, nie zawsze wie, czego chce, a 
czego nie chce. Dusza nasza to zagadka, labirynt, tajemnica, przepaść. 
Maeterlinck mówi... Czy pani czytała Maeterlincka? 
 — Nie. 
Wyszli już byli z frigidarium i za resztą towarzystwa dążyli przez 
perystyl, gdzie stało na podstawach kilka białych posągów zniszczonych i 
smutnych. Nagle Mania Iłżewska wypadła z jakiegoś kąta i, kryjąc coś pod 
pelerynką, mówiła do Zosi: 
 — Udało się, nikt nie widział. Wiesz, ściągnęłam! Śliczny kawałek, każę 
oszlifować i dam napis. Tylko pamiętaj, nic nie mów. 
 — Ach, Boże, ja bym się nigdy nie odważyła — rzekła Zosia. Poszły 
naprzód, a hrabia Barberini Baraniewski myślał: 
 — Niezaprzeczenie ładna jest i ma to, co ludzie nazywają wdziękiem. 
Ale cóż to za banalność! Co za pospolitość! Jaka też może być miłość takiej 
kobiety? Będzie to ta prosta, gruba, powszednia miłość, którą zwykle świat 
jest przepojony. Będą to te same pieszczoty, te same wzdychania, te same 
uniesienia, którymi każda pokojówka częstuje swojego strażaka czy kelnera: 
mój luby, mój skarbie, moje życie, mój jedyny! Będzie tam może i trochę 
namiętności i dużo poczciwości i wierność niezachwiana, będzie ciało zdrowe, 
tłuste, białe, i fale złotych włosów, i oczy niebieskie, i różowe usteczka, i 
naiwność domagająca się oświecenia, i wesołość, i szczebioty, i tak dalej, i tak 
dalej. To wszystko jest dobre, nawet doskonałe dla innych... Ale dla mnie?... 
Cóż bym z nią robił? Ona należy do rzędu istot prostych, zwykłych, żyjących 
na ziemi duszą i ciałem. To jest takie sobie ładne, zdrowe zwierzątko, 
wypasione i syte, niegłupie, niezłośliwe — owszem, nawet hodowane na 
moralnej karmie. Waza napełniona po brzegi zasadami, ale ani sensacjami 
swymi, ani intuicją, ani zmysłami nawet nie wzniesie się nigdy ponad 
banalność, ponad obrzydły szablon. A ja... ach, nie potrafię żyć z taką! 
Zosia z Manią Iłżewską przyłączyły się już do towarzystwa, któremu 
pan Odałowski znowu coś tłumaczył, a hrabia Paulin mówił dalej do siebie: 
 — Zresztą, wszystko mi jedno, ta czy inna. Ożenić się muszę, a żadna 
nie zastąpi mi Wiki. Po co mi ją odbierają? Co to komu szkodziło? Opinia, ani 
ona, ani ja nie dbaliśmy o opinię i było nam dobrze, o ile może być dobrze 
podobnym do nas istotom. O, Wika, to było co innego! To nie kawał mięsa 
biały i różowy, to dusza. W jej żyłach nic krew płynie, a jakaś substancja , 
szampana i kwiatowych soków, gdzie i kropla trucizny się znajduje. Jej oczy to 
nie jakieś błękitne krążki na porcelanowym tle, to przepaści bez dna, 
otchłanie ciemne, w głębi których migocą iskierki. Jej włosy to węże śliskie i 
zwinne, miedziane i ogniste. A ciało jej! Nie ma ono tej wulgarnej białości, nie 
jest to wielkie, utoczone, syte ciało zdrowego stworzenia, bez czucia i nerwów. 
Ona jest subtelna, ciemna, ze złotymi refleksami, zawsze chłodna... Chuda, ale 
nie koścista. Jej skóra to płatek kwiatu! To blady narcyz, wonny i upajający. 
Perfumy, którymi się zlewa, przygotowuje sama z różnych esencyj, toteż i 
zapach jej ciała jest zupełnie odrębny, jest w nim jakaś poezja mistyczna i 
tajemnicza, jest to połączenie czegoś zwierzęcego z wonią kadzideł 
kościelnych i z aromatem róż herbacianych... Ta perfumuje się pewnie z 
pierwszego lepszego flakonu, otrzymanego w prezencie na gwiazdkę, a włosy 
pewnie myje rumiankiem, aby nie ściemniały. O, sancta simplicitas! I co bym 
z nią robił? 
Nie zbliżał się już do towarzystwa, nie miał ochoty do rozmowy. Błądził 
smutnie wśród ruin, owiany jakąś nieznośną tęsknotą. Wielkie odłamy ścian, 
rdzawe i spalone w słońcu, wydawały mu się rozpaczliwie smutne, a światłość, 
co je zalewała, była tak arogancka, bijąca, natrętna, tak rysowała wyraźnie 
wszelkie szczerby i szczeliny, tak nielitościwie uwydatniała wszelkie braki... I 
ten ogrom bezmyślny i pusty drażnił go — i robiło mu się coraz nudniej i 
smutniej. 
 — A jednak — myślał — trzeba się będzie zdecydować. Tak dłużej nie 
mogę żyć. Tylko, co Wika powie?... 
Na trzecim piętrze jednego z wysokich domów przy via Veneto, w 
małym saloniku, siedziała przysunięta do kominka pani Baraniewska. Była to 
osoba niemłoda już, dość pełnej tuszy, na której bladej twarzy życie wyryło 
mnóstwo bruzd, tysiące zmarszczek i skrzywień. Oczy jej, jasne niegdyś, dziś 
były wyblakłe, jakby zmyte przez te łzy, które znać nieraz wylewała. Blond 
włosy, siwiejące pasmami, miały też pozór spłowiały, martwy, a otaczały twarz 
pełną, tłustą, bladą i zafrasowaną. Siedziała z robotą w ręku, otulona szalem, 
jak najbliżej kominka, na którym paliło się trochę węgla i kilka kawałeczków 
drzewa. Widać, że zimno jej było, bo co chwila owijała się szczelniej szalem i 
wyciągała ku płomieniom rękę ubraną w naparstek. 
Salonik był skromny, meble stare, dywan w wielu miejscach 
wystrzępiony i świecący białą nitką osnowy. 
Z przeciwnej strony kominka ojciec Stanisław Huniewicz siedział w 
fotelu, zawsze wyprostowany i surowy. W ręku trzymał numer jakiegoś 
misjonarskiego pisma. Był on dalekim krewnym Baraniewskich, ale łączył go 
bliższy od pokrewieństwa stosunek przyjacielski z samotną wdową, która 
pomimo piętnastu lat spędzonych w Rzymie, dotąd zżyć się nie mogła z 
tutejszym krajem i z tutejszymi ludźmi i pozostała zawsze tu obca. Ojciec 
Stanisław mieszkał blisko i często wieczorem zachodził na pogawędkę przy 
kominku. Czuł, że pani Baraniewskiej robi obecnością swą przyjemność i że 
zapełnia trochę pustkę jej życia. Sam zaś znajdował w jej towarzystwie trochę 
rozrywki po całodziennej pracy. Najczęściej byli we dwoje tylko, bo Paulin, 
chociaż mieszkał z matką, mało z nią przebywał. Stosunki światowe, 
artystyczne, literackie pochłaniały mu czas, a przynajmniej wieczory 
wszystkie. 
I dziś wiadomo było, że wyjechał w licznym polskim towarzystwie na 
wycieczkę do Tre Fontano i że zapewne z nim razem obiadować będzie. Nie 
spodziewano się jego prędkiego powrotu, więc pani Baraniewska i ojciec 
Stanisław wypili razem herbatę, a teraz siedzieli sobie przy kominku, ona 
pochylona nad robotą, on nad sprawozdaniem z misji w Afryce, z którego 
czasem odczyty wał jej wyjątki. Rozmowa szła leniwie, przerywana długimi 
chwilami ciszy, podczas których słychać było syczenie ognia. 
Właśnie ojciec Stanisław zagłębił się w opowiadaniu któregoś z ojców o 
świeżo założonej szkółce dla dzieci murzyńskich, gdy nagle pani Baraniewska 
spytała: 
 — Więc mówisz, ojcze kochany, że ona blondynka? 
 — Kto, ciotko? — ojciec Stanisław podniósł głowę, zmrużył oczy za 
okularami i starał się przypomnieć sobie, o czym wcześniej była mowa. Małe 
Murzyniątka i trudności zjednania ich wierze Chrystusowej pochłaniały jego 
myśli. 
A pani Baraniewska powtórzyła: 
 — Blondynka, mówisz? 
 — Kto, ciotko? 
 — Ta, wiesz, Halicka. 
 — A, Halicka! Blondynka — jasna blondynka. 
 — To szkoda, Pawełek mówi, że blondynki są mdłe. 
 — O, zdaje się, że panna Halicka nie jest mdła. Żywa, wesoła, śmieje się 
ciągle... 
I ojciec Stanisław złożył numer gazety, widząc, że się zanosi na dłuższą 
rozmowę. Murzyniątka wygnał ze swych myśli, a starał się przypomnieć sobie, 
jak wygląda panna Halicka. 
 — Oj, to zupełnie nie dla Pawełka — mówiła pani Baraniewska. — On 
lubi zagadkowe, tajemnicze, tęskne. Nie wiem, jak to będzie. Takie zwykłe 
panny nie podobały mu się nigdy, nie ma do nich gustu. On zawsze mówi, że 
dla jego duszy potrzeba... 
 — Dla jego duszy! Niechże ciotka przynajmniej duszy tu nie miesza — 
oburzył się ksiądz. — Paulin wcale nie dla duszy szuka towarzystwa kobiet. Co 
jego stosunek z Rodwiczową ma do duszy!... Najpospolitszy w świecie i 
podwójnie grzeszny romans, nic więcej. Zamężna kobieta!... Co tu mówić o 
duszy! 
Pani Baraniewska westchnęła. 
 — Ach, ach, i mnie tak się zdaje. Ale Pawełek mówi... 
 — Mało ważne, co kto mówi dla wytłumaczenia swoich namiętności. 
Szczerze ciotce powiem, że ten romans z Rodwiczową jest nad wyraz przykry, 
kompromitujący nie tylko ją, ale i Paulina — i że wszystko trzeba zrobić, aby 
temu koniec położyć. Gdyby panna Halicka... 
Pani Baraniewska podniosła swoją zafrasowaną twarz. 
 — Czyż ja, kochany ojcze, tego nie wiem? Ale cóż mam robić? 
Przekonywałam, prosiłam, gadałam, ile sił starczyło, a Pawełek mówi, że on 
bez niej żyć nie może. A jak ja mówię, że to grzech, że ona mężatka — to on 
takie filozofie zaczyna mi wyplatać, że już ja nic nie rozumiem. Ach, ach, 
ach!... Więc jak tu był mój brat, co to po nim cały fundusz ma spaść na 
Pawełka, to mówiłam z nim o tym, a on myślał, myślał i potem tak Pawełkowi 
powiedział: — Jeśli porzucisz to wszystko i zaczniesz coś robić, i ożenisz się 
porządnie, to nie tylko po mojej śmierci po mnie sukcesję weźmiesz, ale zaraz 
dam ci jeden majątek; siądź, gospodaruj tam sobie, a mnie płać tylko rentę, i 
to niewielką, ale na to trzeba, żebyś był kimś i żebyś przestał romansować, a 
ożenił się i był już solidnym człowiekiem. A nie, to i po mojej śmierci nic nie 
dostaniesz. — Tak on powiedział. 
 — A cóż Paulin? 
 — Pawełek udawał, że niby nie dba, ale ja jego znam i wiem, że on by 
chciał być bogaty. A wie, że wuj jak powiedział, tak zrobi, więc może... 
 — Więc może postara się o Halicką? — dokończył ojciec Stanisław i 
uśmiechnął się, ale wnet zmarszczył brwi i widać było, że coś sobie układał i 
kombinował w myśli. 
Chwilę znowu milczeli. Wdowa złożyła ręce na kolanach i poprawiła 
szal na plecach. Zimno ją ogarniało coraz bardziej. Ogień na kominku 
dogasał, a drewek już nic było, tylko węgle żarzyły się jeszcze. 
 — Szczerze ci powiem, mój kochany ojcze, że jakiś tu koniec być musi. 
My tak dłużej żyć nie możemy. Wiesz przecie, że w tym krachu budowlanym 
straciliśmy dużo. Z tego, co zostało, sztukuje się jako tako, ale nic uwierzysz, 
jak mi ciężko. Trzeba i mieszkanie opłacić, i kucharkę, i trzy osoby wyżywić, a 
teraz wszystko tak podrożało. Pawełek ma stosunki, potrzebuje i ubrać się, i 
pokazać się czasem, trudno, jak trzeba, to trzeba. Ciągle liczyło się na to, że on 
zacznie choć cokolwiek zarabiać, wszakże mój brat proponował mu nic raz 
miejsce przy swoich fabrykach, ale on nic chce, ociąga się, siedzi tu nic nic 
robiąc. Ol, niby coś pisze, jakieś wierszyki, to niby służy przy Watykanie, ale 
to wszystko tylko pociąga koszta, a nic nie przynosi I teraz doprawdy, jeśli 
jakiś koniec nie przyjdzie, to... to nie wiem, co będzie... 
Spuściła znowu głowę i z jej wyblakłych oczu zaczęły spadać Izy. 
Cichutko, prędko biegły jedna za drugą w wyżłobionych bruzdach i padały na 
czarną suknię, wsiąkając w nią zaraz, zawstydzone, ciche. 
 — Trzeba jednak o tym serio pomówić z Paulinem — rzeki ksiądz. — 
Niechby się postarał o tę Halicką; że się uda, to pewne, a panna zdaje się 
dobra. Matka i siostra święte dusze! Tylko — czy nic będzie przeszkadzała 
Rodwiczowa? 
Pani Baraniewska ożywiła się i zaczęła mówić, że na szczęście 
Rodwiczowa nic może teraz wyjechać z Merami, gdzie jest przy umierającej 
siostrze; przecież jej nie porzuci, więc gdyby tymczasem namówić Pawełka i 
gdyby te panie zechciały! Jak się raz coś zrobi, jak będzie po słowie, to już 
odrobić nic będzie można, a potem sam Paulin rad będzie, bo pozyska miłą 
żonę i wygodne życic, gdyż wuj dopomoże wtedy, pozycję będzie miał 
zapewnioną i będzie nareszcie kimś w świecie. Obywatelem będzie, panem u 
siebie. Przestanie wycierać cudze kąty i żyć tym włóczęgowskim życiem, 
dobrym może dla jakichś tam artystów i literatów, ale nie dla porządnych 
ludzi, nie dla szlachty z dziada pradziada, osiadłej po bożemu na swoich 
śmieciach. Już to śp. Józef, Boże odpuść, na włóczył się dosyć, ale to było co 
innego, a przy tym talent prawdziwy. Nie po jej myśli było to ciąganie się po 
Wenecjach i Rzymach, ale póki on żył, to nigdy grosza nie zabrakło. Malował, 
sprzedawał, a jak miał kapitał, umiał dobrze ulokować i pieniądze zawsze 
były. A teraz... 
 — Ale jakże myślisz, mój ojcze kochany, czy oni się zgodzą? ......spytała. 
Ojciec Stanisław zamyślił się. 
 — Zgodzą się — rzekł wreszcie. — Chyba, żeby się pannie nic podobał... 
 — O to nie ma obawy, jak zechce, to i spodoba się. Ale matka... 
 — Matka! I matka, i siostra będą za tym. Im ta panna w domu 
przeszkadza. Im prędzej wyjdzie za mąż, tym lepiej. Mają one wznioślejsze 
rzeczy na głowie, niż bawienie panny na wydaniu. Ciotka słyszała przecie, że 
zakładają one zakon Sióstr Matki Boskiej Bolejącej, zakon, który będzie, da 
Bóg, chwałą Kościoła świętego. I nawet to małżeństwo z Paulinem może być 
dla tego zakonu korzystne. Jest on cameriere przy Jego Świątobliwości, ma 
stosunki w Watykanie, dobrze widziany w czarnym świecie, nieraz może się 
im przydać. Ksiądz urwał, pomyślał chwilę, a potem dodał: 
 — Już ja w tym, że nam stawiać przeszkód nie będą. 
Wtem drzwi od przedpokoju otworzyły się cicho i wszedł hrabia Paulin 
Barberini Baraniewski. Niósł w ręku dużą wiązkę bladych róż. Nic nie mówiąc 
przywitał się z ojcem Stanisławem. 
 — Wcześnie wracasz — rzekła matka. — A ja myślałam, że tam gdzieś 
zostaniesz na obiedzie... Pewnie głodny jesteś? 
 — Nie, głodny nie jestem. Tylko herbaty wypiłbym chętnie. Czy 
można? 
 — Ale owszem — zaraz. Świeżej ci zrobię. 
Poruszyła się i odłożywszy robotę na bok, zaczęła się krzątać koło 
stolika z maszynką, a Paulin usiadł na jej miejscu w fotelu i patrzył w 
milczeniu na żarzące się węgle, a do twarzy przykładał sobie kwiaty i pieścił 
się z ich płatkami. 
Ojciec Stanisław rzekł nagle: 
 — A wiesz, żeśmy z ciotką mówili o tobie. 
 — Tak? — spytał Paulin obojętnie, nie odrywając oczu od ognia. 
 — Mówiliśmy, że zrobiłbyś najrozumniej, gdybyś się postarał o rękę 
panny Zofii Halickiej — rzekł dobitnie ksiądz. 
Łyżeczki zabrzęczały niespokojnie przy stoliku z maszynką. 
 — Tak? — powtórzył Paulin tym samym tonem. 
Ksiądz zmarszczył brwi niecierpliwie, ale zapytał spokojnie: 
 — A ty, cóż o tym myślisz? 
 — Myślę... myślę też, że zrobiłbym najrozumniej. 
Pani Baraniewska z łyżeczką w jednej ręce, a herbatnicą w drugiej, 
zbliżyła się. 
 — Więc? — pytał dalej ojciec Stanisław. 
 — Więc może ojciec raczy oświadczyć się za mnie pani Halickiej — a 
wtedy zobaczymy. 
 — Pawełku, moje dziecko!... — zawołała matka i z łyżeczką i z 
herbatnicą biegła do niego rozpromieniona. 
Ale on westchnął i rzekł: 
 — Niechże się mama nie cieszy. Więcej tu cierpienia niż radości. Oparł 
głowę na ręku i patrząc w gasnący ogień mówił jakby sam do siebie: 
 — Ostatecznie, mnie wszystko jedno: Zosia, Kasia, Masia czy Teresia 
 — biała, czarna, chuda czy pełna — cóż mnie to może obchodzić? Małżeństwo 
w ogóle — z kim by nie było — jest wstrętne. Może dla burżuazyjnych 
upodobań jakiejś kasty kretynów jest ono odpowiednią formą. Aleja! Kobieta 
jest przedmiotem w życiu koniecznym — nie przeczę, ale żona!... Żona 
przestaje być prawdziwą kobietą. Nie jest to już la femme, to uosobienie 
rozkoszy, poezji, uczuciowości. To jest już tylko ma femme. No, a to zupełnie 
co innego. Tak, wstrętne to. Ale i rycyna jest wstrętna, a jednak zażywa się ją 
czasami. Wziął ze stojącego na kominku pudełka papierosa i zapalił. 
 — Tak, tak — powtórzył. — Wszystko mi jedno. To jedyne wyjście z 
mego fatalnego położenia. Ożenię się z Halicką, będę jej dzieci hodował, 
pieniądze liczył i słuchał jej banalnego gaworzenia. Utyję może nawet na tej 
służbie i będę zupełnie szczęśliwy. 
Zaczął się śmiać. 
 — Ach, cha, cha, ja w roli d'un papa, to jest prawdziwy melodramat, 
co? 
Ojciec Stanisław i pani Baraniewska słuchali z przykrym uczuciem, ale 
powoli i on uspokoił się, a gdy wypił parę filiżanek herbaty' zaczął wcale 
rozsądnie mówić... Tak, o zakochaniu i miłości nie mogło tu być mowy, ale 
ożenić się, sam czuł, że musi. Nie można było nadużywać cierpliwości wuja. A 
tak dłużej żyć nie mógł, młodość schodziła na oszczędzaniu i prywacjach, 
kiedy tam u wuja czekały na niego dostatki. Ten obiecany majątek znał 
dobrze. To była rzecz piękna, doskonale zagospodarowana, która prawie bez 
kłopotu mogła dać egzystencję zupełnie przyzwoitą. Przy tym i Haliccy byli 
bogaci. Byłoby nieroztropnie z takiej sposobności nie skorzystać. Ostatecznie 
świat jest tak głupio administrowany, losy ludzkie są tak ślepe, że i walczyć 
przeciw nim nie warto. Będzie, co będzie. 
O Rodwiczowej nie wspominał, jak gdyby ta przeszkoda nie istniała dla 
niego wcale. I wreszcie stanęło na tym, że ojciec Huniewicz obiecał w jak 
najszybszym czasie prosić panią Halicką w imieniu hrabiego Barberini 
Baraniewskiego o pozwolenie starania się o rękę jej córki. Nie było obawy 
najmniejszej odmowy z jej strony, a pozyskanie względów panny zależało od 
samego Paulina. 
Wieczór skończył się wesoło prawie w zimnym i ubogim saloniku i pani 
Baraniewska z lepszą wiarą w przyszłość udała się na spoczynek. 
Ojciec Huniewicz dotrzymał obietnicy. Wybadał panią Alinę, co zresztą 
było rzeczą nietrudną, gdyż ta w zapale wydania córki za mąż zgodziła się 
natychmiast na kandydaturę hrabiego Barberini Baraniewskiego. 
 — Ależ i owszem! — mówiła. — Naturalnie, że się nie zobowiązuję do 
niczego. Zosi serca krępować nie będę — jamais de la vie!. Ale nic nie mam 
przeciw hrabiemu. Jak najlepszą mam o nim opinię — un homme charmant, 
więc jeśli chce, to będę mu rada, bardzo, bardzo... 
I ta radość biła z jej oczu, chociaż starała sieją ukrywać, tym bardziej, 
że Teresa Leonia dzieliła w zupełności te uczucia. 
 — Bóg nam zsyła nie tylko ulgę, ale i pomoc — rzekła. — Hrabia 
Barberini Baraniewski, mający takie stosunki i będący na służbie przy Jego 
Świątobliwości, może nieraz oddać usługę naszemu zakonowi. I kto wie — 
dodała po chwili wewnętrznej modlitwy — co się okaże! Lękałyśmy się, że 
obecność Zosi tu będzie nam przeszkodą, a tymczasem Bóg tak to pokierował, 
że przez nią pozyskamy ważną pomoc. 
Więc obie panie były zadowolone i budowały już wielkie plany na 
podstawie tego nowego aliansu. 
Zosia jednak nie domyślała się niczego, ale bawiła się coraz lepiej. 
Hrabia Paulin był prawdziwie miły w roli starającego się. Nie narzucał się, nie 
nadskakiwał, nie przybierał oficjalnej słodko znudzonej miny konkurenta, ale 
umiał coraz bardziej wejść w jej życie i coraz umiejętniej otoczyć ją siecią 
swych starań i drobnych atencji, przy tym nie był banalny. Wszystko, co 
mówił, było dla niej nowe, śmiałe, niezwykłe, tak niepodobne do słyszanych 
dotychczas rzeczy, takie inne jakieś, może nie lepsze i nie rozumniejsze, ale 
jakby tchnące tajemniczą wonią zakazanego owocu, zapewne jakąś nieznaną 
goryczą, jakimś smutkiem, jakąś leciuchną ironią, kroplą łzy i kroplą trucizny. 
Nawet milczenie jego było odrębne, było to milczenie smutne, marzące, w 
którym słychać było mowę duszy. Umiał on paru słowami, spojrzeniem, 
uśmiechem określić swój stan, wywołać nastrój pokrewny, uchylić, jak sam 
mówił, zasłonę dzielącą ten świat od tamtego. Umiał analizować, roztrząsać, 
wysubtelniać każdą myśl, każde uczucie. Powiadał, że nie dość mu piękny 
kwiat powąchać i podziwiać, że pragnie zagłębić się w nim, listków jego 
dotknąć i pieścić się z nimi. Serce ludzkie, a najbardziej jego własne, było dla 
niego takim kwiatem, badał je, rozkładał na cząstki, pieścił się z nim. 
 — Ja pani pokażę Rzym — rzekł — ale nie ten bedekerowski, inny... 
mój Rzym. 
I odtąd spotykali się na rannych przechadzkach pod okiem miss Anger. 
Pani Alina im tego nie broniła — i szli razem w różne znane jemu dobrze 
zakątki. Szli na Awentyn, do starych kościółków Św. Aleksego, Św. Sabiny 
albo dalej jeszcze do Św. Priski i Saby i stamtąd podziwiali widniejące na 
Palatynie wspaniałe ruiny pałaców cezarów, nad którymi cyprysy kładły 
żałobną wstęgę. Przy blasku chwiejnym woskowej świeczki zwiedzali 
katakumby i podziemia San Clemento, tajemnicze czeluście przesiąkłe 
modlitwami wierzących i prześladowanych. Szli na Transtewer, w ciasne 
uliczki, gdzie sprzedawały jarzyny przekupki o oczach ognistych, gdzie z 
wysokich pięter zwieszały się sznury z suszącą się bielizną, gdzie gromady 
dzieci obdartych hałasowały w słońcu, a wśród tych brudów i cieni wznosiła 
się wysoka, cudna wieżyczka kościelna i biła woda w fontannie, a wewnątrz 
błyszczały naiwne mozaiki na złotych tłach, dziewice mądre i dziewice głupie, 
alfa i omega, trzynaście owieczek legendowych. Albo w atrium Domu św. 
Cecylii stali długo wracając myślą do pierwotnych czasów chrześcijaństwa i 
rozczulali się widokiem statuy tej męczennicy, leżącej jak kwiat ścięty kosą 
barbarzyńcy. Szli też do will podmiejskich, do willi Wołkońskiej, gdzie w 
cieniu akweduktu brzęczały muchy, pachniały róże, gdzie unosiły się jeszcze 
duchy poetów, do willi Farnesiny, gdzie roztaczała się przed nimi pod 
kierunkiem Rafaela malowana legenda miłości Kupidyna i Psyche, gdzie jego 
własnego pędzla Galatea wychodziła z wód cudna i ponętna, do willi Mattei, 
owianej goryczą bukszpanów i cieniami pinii, z której widok rozciągał się 
daleko na ruiny Term i pierwotne kościółki skromniutkie i ciche, do willi 
Borghese wreszcie, gdzie w galerii obrazów długie spędzali godziny. Szli 
jeszcze dalej czasami, na Monte Mario, gdzie błądzili wśród ścieżek i 
wąwozów i gdzie co chwila odsłaniał im się widok wspaniały na Rzym leżący u 
ich stóp. Szli na via Appia i dumali wśród grobowców rozsianych na pustej i 
smętnej Kampanii, gdzie wiatr słony leciał od morza i akwedukty ciągnęły się 
połamaną linią, zżółkłe trawy szeleściły pod ich stopami, a na widnokręgu 
stały, jak senne zjawisko, niebieskie Góry Albańskie. 
Ale najulubieńsza była przechadzka po niektórych kościołach. Paulin 
lubił nade wszystko pierwotnych mistrzów naiwnych i wierzących. Fra 
Angelico przykuwał go do siebie na całe godziny. Lubił też wspaniałe stroje i 
dokładne szczegóły na freskach Pinturicchia i Perugina, spokój niebiański i 
przeźrocza Lorenza di Credi, siłę Ghirlandaia i pyszny rysunek Luki 
Signorelli, a nade wszystko kochał się w bladych i wątłych, ale tak 
poetycznych i namiętnych postaciach Botticellego. Gdy mówił o Botticellim, 
oczy jego zachodziły mgłą rozkoszy, wznosił wzrok do góry i uśmiechał się do 
mistycznych madonn, do aniołów w kwiecistych sukienkach i do kobiecych 
postaci eterycznych i bezcielesnych, a jednak tak drażniących i zmysłowych. 
 — Tu, w Rzymie, nie można mieć pojęcia o Botticellim — mówił. 
 — Trzeba jechać do Florencji — tam są jego arcydzieła. Tu on pracował 
na rozkaz, na obstahmek, tam z duszy i serca. Zresztą Rzym ze swoją 
wspaniałością całą na zewnątrz, ze swą zmysłowością wesołą i grubą, ze swą 
ziemskością, nie pasował nigdy do usposobienia wielkiego Sandra. To dusza 
mistyczna, roztęskniona, a zmysły przerafinowane, wysubtelnione do 
maksimum, szukające we wszystkim ultrasensacji, nadsmaku, nadwoni... To 
umysł, który przeczuł dzisiejszy Weltschmerz i dlatego może dzisiejszym 
arystokratom inteligencji odpowiada najbardziej. 
I przed jego freskami w kaplicy Sykstyńskiej, przed krzakiem 
ognistym, przed śmiercią synów Aarona i zwłaszcza przed Chrystusem, 
kuszonym od złego ducha, długie bywały dysputy, bo Zosia wolała olbrzymów 
Michała Anioła, przy których tamci wyglądali tak wątło, i wskazywała w 
zachwycie na Proroków i Sybille sklepienia, a on tych olbrzymów nazywał 
brutalnym uosobieniem siły fizycznej, zwycięstwem ciała i muskułów nad 
duszą. Szli do apartamentów Borgii i do Aracoeli, i do San Clemento, do Sta 
Maria del Popolo i do Sta Maria delia Minerva i czasem do watykańskiej 
Pinakoteki, gdzie starzy mistrze, niebiańscy quattrocenti, pokryci kurzem 
wieków, patrzyli ze ścian swymi naiwnymi postaciami. 
Lubili też oboje włóczyć się po kramach antykwarskich i przerzucać 
stare makaty złociste, miedziane sprzęty o delikatnych rysunkach, ryciny i 
obrazy ściemniałe od lat, majoliki i fajanse, i meble inkrustowane, i pożółkłe 
koronki. Tam czasem spotykali Chańskiego, a wtedy zawiązywały się spory, 
gdyż on miał cześć dla wszystkiego, co było siłą, zdrowiem i życiem, cześć tym 
większą, że sam, jak powiadał, nie żył, a wegetował tylko. 
I Zosi oczy otwierały się powoli na wszystkie piękności i czary 
rozsypane pod tym niezmąconym niebem włoskim, serce jej i umysł coraz 
żywiej czuły, coraz subtelniej analizowały, coraz jaśniej orientowały się wśród 
tych odcieni różnych, wśród rozmaitości zdań i poglądów, wśród tych 
duchów, które koło siebie czuła. Coraz większy zapał ją ogarniał, umysł jej 
kształcił się, smakowiciej odczuwała piękno i oddawała się cała upajającemu 
działaniu słońca, kwiatów i wiosennych woni. Czar działał, czar klimatu 
słodkiego, czar cudnej natury, czar rozrzuconych dokoła arcydzieł, czar legend 
i wspomnień, czar mistycznych kościelnych obrzędów — a nade wszystko czar 
hołdów i delikatnych starań, którymi ją otaczał mężczyzna. W tej atmosferze 
pięknej, namiętnej, a jeszcze tajemniczej ona się prędko rozwijała. 
Mimowiednie, bez starań, bez wysiłku, chyliła się ku tym promieniom, co 
zewsząd spływały na nią — i w blasku ich rozkwitała. Jeszcze nie widziała 
jasno dokoła siebie, ale czuła, że życie gra w niej ze zdwojoną siłą, że każde 
wrażenie jest teraz wyraźniejsze, że umysł obejmuje więcej i pojmuje lepiej, że 
nerwy, jak struny trącane umiejętną ręką, drgają i dźwięczą, że serce odczuwa 
to, co było dlań dawniej martwą literą. 
Wprawdzie w wirze nowych wrażeń dawne rozumowania, 
postanowienia, programy działania, projekty i zamiary usuwały się w głąb, 
pokrywały się jakby kurzem, rojem nowych myśli, drzemały gdzieś 
nieporuszone i zapomniane. Zosia, zajęta chwilą obecną, nie biadała już nad 
upadkiem Białego Dworu, nie wspominała swej przysięgi, nie krytykowała 
matki, nie łamała sobie głowy nad obowiązkami swymi. To wszystko leżało 
gdzieś na dnie serca nietknięte, nienaruszone, ale po wierzchu przelewała się 
fala życia. Nawet listy Ani nie wywoływały takiego jak dawniej echa. 
Wieczorem, gdy klękała do pacierza i mówiła jak zwykle: „Panie Boże, ofiaruję 
Tobie ten pacierz na cześć i chwałę Twoją przenajświętszą i na uproszenie 
zdrowia i szczęścia dla mamy, babuni, dziadunia, Ani i Tereni, wszystkich 
krewnych i wszystkich bliźnich"... wtedy przez chwilę Haliniszki i wszystko to, 
co było dotąd jej najwyższym ukochaniem, przesuwało się jej przed oczami, 
ale to trwało krótko i nikło. Jednemu jednak pozostała niewzruszenie wierna: 
obietnicy danej Jerzemu na pożegnanie. Codziennie na klęczkach odmawiała 
za niego Zdrowaś Mario — a wtedy myśl jej biegła daleko, daleko, na 
syberyjskie stepy — i zwieszała się nad jego samotną głową. 
I zewnętrznie też zmieniała się z każdym dniem. Hoża, zdrowa 
dziewczyna wiejska, naiwna i nieświadoma, znikała coraz bardziej, a 
wyradzała się inna, bardziej wytworna, bardziej kobieca istota, mająca już 
poczucie swej siły i uroku. Figura jej wyszczuplała, ruchy stawały się miększe, 
wzrok głębszy i bardziej pociągający. I stała się rzecz nie przewidziana przez 
hrabiego Paulina — w codziennym obcowaniu rozpalała mu się powoli krew 
do tej dziewczyny, którą niedawno zwał kawałem białego mięsa, bez duszy ani 
intuicji, która nie była bynajmniej „jego typem", i zaczynał jej pożądać. Nie 
była to miłość podobna do tych, które odczuwał już nieraz w życiu — nie było 
to owo zlanie się dwóch dusz, o którym lubił mówić, nie był to ów rozkoszny 
stan podrażnienia, w jaki go wprowadzała „boska Wika" — ale coś zupełnie 
odrębnego. Jakaś woń sielanki, jakieś tchnienie czyste i świeże, a jednak tak 
gorące, że czuł, jak tajały nigdy nie roztopione lody — jakieś uczucie wiosny i 
odrodzenia, młodzieńczości i zapału — coś nowego zupełnie, śmiesznie 
nowego w człowieku, który lubił i o sobie powtarzać: „Wszystko już było". I 
chociaż myśl o ożenku była mu zawsze przykra i przed matką narzekał wciąż 
na idiotyczny porządek burżuazyjnego społeczeństwa, i drwił z siebie i z Zosi 
gorzko — sama jej osoba stawała mu się coraz ponętniejsza. 
Zosia przez długi czas nie spostrzegła wcale, iż jest przedmiotem jego 
poważnych zabiegów. Przyjmowała zupełnie naturalnie jego uprzejmość, rada 
z towarzystwa miłego. Więc wyciągała go na spacery i na zwiedzania, 
zapraszała na wieczorną herbatę razem z Chańskim i z Iłżewskimi, donosiła o 
każdym projekcie i znakomicie ułatwiała mu zadanie. 
Świat czarny, pod koniec karnawału, rozbawił się trochę. Odbyła się 
une petite sauterie u państwa Montich i dwie soboty muzykalne u pani 
Wolkenstein, gdzie po śpiewach i popisach fortepianowych tańczono trochę. 
Wieczorki te eleganckie i kosmopolityczne nie odznaczały się wielką 
wesołością i Zosia, która się trochę na nich nudziła pomimo powodzenia, 
zaczęła myśleć, że jednak na pikniku w Ucianach bawiono się lepiej. 
Zapowiadano wciąż na poniedziałek zapustny wielki bal u hrabiny Tur, gdzie 
miał być zebrany cały Rzym. Hrabina bowiem nie umiała się ograniczyć do 
jednego tylko z dwóch światów rzymskich — lubiła mieć u siebie tłok, 
zapchanie, lubiła mieć wszystkich. Miała tę próżność, aby w salonach swoich 
przyjmować wszelkie ciekawe, egzotyczne, nigdzie nie widziane figury — 
„nowalie", jak je nazywała, i chełpiła się nimi, jakby własną kreacją. 
Tymczasem ograniczano się przeważnie do five o'clocków, dość 
sztywnych, więc towarzystwo przyjezdne trzymało się ciągle razem. Wycieczki 
odbywano wspólnie, wyjeżdżano w okolice Rzymu na całe dnie, a po późnym 
obiedzie zbierano się po kolei u jednych, to u drugich w hotelowych 
salonikach na filiżankę herbaty. 
Coraz się powiększało polskie grono turystów i gości. Przybyli z całą 
rodziną państwo Gorzeńscy z Podola i pan Grzałkowski z dwiema córkami, 
które objuczone bedekerami, notatkami, lornetkami, planami zaczęły zaraz 
dokumentne studia nad Rzymem, i bogata panna Łojska ze starą ciotką. Kilku 
młodych ludzi zjechało z Nizzy na zakończenie sezonu i czas spędzali mniej na 
zwiedzaniu niźli na asystowaniu paniom i na flircie. Gwarno było na 
wieczornych herbatkach i późno w noc przeciągały się rozmowy. 
Zosia bawiła się doskonale. Tyle było rozmaitości, tyle ruchu, wrażeń, 
przyjemności, nowych ludzi, nowych rzeczy! Przy tym budziła się też w niej 
powoli świadomość swych wdzięków i siły. Czuła, że jest ładna. Mówiły jej to 
oczy spotykanych na ulicy mężczyzn, którzy nie żenowali się wcale zaglądać 
jej pod kapelusz i szeptać prawie do ucha: O! che bella! che sympatica!, ku 
rozpaczy i zgorszeniu biednej miss Anger. Mówiły jej to słowa i wejrzenia 
otaczających ją panów, starszych nawet, takich jak Chański, który się 
uśmiechał do niej jakoś inaczej niż do wszystkich. Mówiło jej to własne 
zwierciadło, w które nauczyła się teraz dłużej i uważniej spoglądać, a 
najbardziej mówiło jej to zachowanie się hrabiego Paulina. Bez słów, bez 
wyznań, umiał jej tak wiele powiedzieć, że wreszcie zrozumiała. 
 — Czyżby on o mnie się starał? — rzekła raz do siebie z odrobinką 
zdumienia i z wielką dumą. — Czyż to być może?! On! 
Zdziwiło ją to odkrycie, bo na tyle sobie jeszcze nie ufała, a zarazem 
ogromnie pochlebiło to jej próżności. On! Wśród wszystkich, których dotąd 
poznała, on był najświetniejszy, najbardziej wykształcony, najbardziej 
oryginalny. Trochę artysta, trochę literat, trochę poeta (napisał dla niej 
śliczny sonet) i hrabia, i cameriere papieski, i tak doskonale wychowany, i taki 
interesujący... Ani tu w Rzymie, ani w kraju nigdy jeszcze takiego nie 
spotkała. Porównywała go z tutejszymi znajomymi — każdy przy nim tracił. A 
w domu? Ani Suniżyccy, ani Leniewicze, ani Zawidowski, ani Robicki, ani 
nawet hrabia Luboniecki nie mogli się z nim równać. I taki człowiek 
najwyraźniej składał jej hołdy, szukał jej towarzystwa, prosiło jej uśmiechy. 
 — Ot, konkieta! — pomyślała z dumą. — Nigdy nie spodziewałam się. 
Muszę napisać do Ani... 
I nie czekając dłużej, usiadła do swego biureczka, gdzie wznosił się w 
kryształowym kielichu pyszny bukiet róż, dziś rano ofiarowany jej przez niego 
i zaczęła: 
„Mój Niuczku najmilszy! Dawno już nie pisałam porządnie, ale za to 
teraz powiem ci jedną rzecz bardzo ciekawą. Wyobraź sobie, że tu jest jeden 
pan, i to hrabia, Barberini Baraniewski (trochę śmieszny jest ten Barberini 
obok tego Baraniewskiego, ale tylko Baraniewski nie byłoby szykownie), który 
mi ciągle asystuje i tak wygląda, jak gdyby się we mnie kochał. Ja nie wiem, 
czy to naprawdę, a w każdym razie nic z tego być nie może, bo ja się w nim nie 
kocham ani tyle. Ale tymczasem to bardzo przyjemnie, bo to mi daje pozycję 
w towarzystwie. Każdy musi pomyśleć, że taka panna, o którą się stara taki 
hrabia, to nie byle kto. Nieprawdaż? A przy tym, on jest bardzo miły i 
wykształcony i wie wszystko o Rzymie i o sztuce, i chodzi razem ze mną i z 
miss Anger do galerii i wszędzie — i wszystko mi rozpowiada doskonale. 
Tylko nie zawsze się zgadzamy w gustach, więc wtedy ogromnie dysputujemy. 
Ale to wszystko bardzo przyjemne. Mam nadzieję, że przecież do niczego nie 
dojdzie między nami, bo wątpię, aby on chciał się żenić ze mną, więc i 
oświadczać się nie będzie. To sobie tylko taki — jak mówią Iłżewskie — 
niewinny flircik. Ja jego ani troszkę nie kocham, ale rada jestem, że on się 
kręci koło mnie. Ty pewnie powiesz, Niuczku drogi, że ja jestem niemoralna? 
Ale wiesz, wszystkie panny takie same. Wszystkie, choć nie kochają się, robią, 
co mogą, aby panów przyciągnąć. Nawet gorzej ode mnie — wyrabiają miny i 
uśmiechają się tak jakoś i patrzą głęboko. A ja tego wszystkiego nie robię 
wcale, tylko pozwalam siebie uwielbiać. Widzę, jak śmiejesz się ze mnie i 
myślisz, że już zepsułam się w wielkim świecie i że jestem zarozumiała. Bądź 
spokojna. To tylko tu tak, a jak wrócę do domu, to będę taka sama jak 
dawniej. Teraz używam wszelkich przyjemności — ale wiem, że przecie tak 
zawsze nie może być i że przyjdzie czas na obowiązki, na poważne myśli, a 
może nawet i na smutki..." 
 — Czy można wejść? — zapytał u drzwi głos męski. 
 — Proszę. 
Drzwi się uchyliły i ukazał się w nich hrabia Paulin. 
 — A, to pan — rzekła Zosia podnosząc głowę znad listu. — Ale nie 
wiem, czy wypada mi przyjąć pana, bo mamy nie ma. 
 — Wypada — odparł biorąc krzesło i siadając przy niej. — Przychodzę 
nie z wizytą, ale jako posłaniec dobrych wieści. 
 — Proszę, to rola, w której dotąd nie widziałam pana! 
 — Zwykle c'est tout le contraire, chciała pani powiedzieć. Ale 
przepraszam, że odbiegnę od przedmiotu. Jak pani do twarzy w tej sukni! 
 — Ach, panie! Słyszałam to sto razy. 
 — To jeszcze za mało, gdybym był na pani miejscu, stale nosiłbym tę 
suknię. 
 — Tak? Spacerowałby pan zimą po ulicy w takich przeźroczach 
haftowanych? Prędko by się panu sprzykrzyło. 
 — Kiedy, bo pani nie wie, jak ten ton pysznie harmonizuje z włosami 
pani. To tworzy razem doskonały akord, obłok jakiś blady i złotawy, zimny i 
smaczny. Niechże pani jeszcze przypnie taką różę herbacianą do stanika, o 
tak!, cudnie! A w tym złotopłowym obłoku oczy pani i zęby świecą jak drogie 
kamienie, jak turkusy i perły. 
Patrzył na nią z lubością, a ona zaczerwieniła się trochę i chcąc pokryć 
pomieszanie rzekła: 
 — Czy pan skończył, bo byłabym ciekawa tych dobrych wieści tak 
szumnie zapowiedzianych? 
 — A, prawda. Otóż wieści są — i dobre, bo panią ucieszą. Primo: bal u 
hrabiny Tur w poniedziałek zapustny. Przynoszę wzięte u portiera 
zaproszenie. 
Zosia podskoczyła z radości. 
 — Ach, co za szczęście! Na koniec, na koniec choć raz się wytańczę... 
Zerwała się z krzesła: 
 — Ach, jaki pan dobry, że taką wiadomość nam przyniósł! Biegała po 
pokoju rozpromieniona. 
 — Hrabina Emma Tur — czytała na kartce brystolu — ma zaszczyt 
prosić panią Halicką z córką w poniedziałek na wieczór tańcujący o godzinie 
dziesiątej. 
 — Jakie szczęście! Trzeba Iłżewskim powiedzieć. To będziemy się 
bawili! 
 — A drugiej wiadomości pani nieciekawa? 
 — Drugiej? Owszem — słucham. — I znowu usiadła przed biurkiem. 
 — Druga taka: w pierwszym tygodniu postu przybywa nareszcie polska 
pielgrzymka i Ojciec Święty odprawi dla niej specjalnie mszę w kaplicy 
Sykstyńskiej i będzie bardzo piękna ceremonia. 
 — O, to też dobra wiadomości! Pan nam da bilety? 
 — Już zamówiłem u monsignore'a. 
 — No, prawda, że dobre wieści przyniósł nam pan dzisiaj. Dziękuję 
panu. 
Podała mu rękę i chciała wstać, ale on jej rękę w swojej zatrzymał, a 
potem powoli podniósł do twarzy i odwróciwszy oparł czoło na jej dłoni. Ona, 
stropiona, nie rzekła nic, a on zaczął mówić, jakby do siebie, z ukrytą w jej 
dłoni twarzą: 
 — Dziwna rzecz, taka mała rączka, a ile w niej się mieści! To świat cały! 
Z niej płyną łaski i ukojenia, i słodycz... Ona krzepi, ona pociesza... ona 
rozpala... ona i chłodzi. Małe to, a takie potężne! Ot, teraz schowałem się 
przed całym światem w tej małej dłoni, w tym listku róży. Jestem jak 
robaczek, co się zakradł w głąb kwiatu i tam upoił się rozkoszą i zginął... Nie 
widzę nic, nie słyszę, nie wiem. Idą po mnie prądy magnetyczne, zamykam , 
oczy, zapadam się w ciemności, ziemia się usuwa spode mnie, lecę gdzieś, w 
przestrzeń. I tak mi dobrze! O, niechże pani swej ręki nie usuwa! Żałuje pani 
tej minuty szczęścia dla mnie?... Ach, nic nie mówmy — pomilczmyj trochę 
razem. Tyle jest rozkoszy we wspólnym milczeniu, gdy usta nieruchome, ale 
dusze mówią... 
 — Moja dusza w tej chwili nic nie ma do powiedzenia — chciała rzec 
Zosia, ale powstrzymała się i siedziała spokojnie, zdziwiona trochę, 
rozdrażniona, z szaloną ochotą do śmiechu. Nie, stanowczo dobrze jest mieć 
wielbiciela i hrabia Paulin przyjemny jest bardzo, gdy mówi o sztuce, o Fra 
Angelico, o Botticellim, gdy wskazuje piękny efekt światła albo mówi o 
sukniach. Ale jak wpadnie w swoje rozmyślania na temat duszy, to dziękuję, 
nie można zrozumieć, czego on chce. O, już te nastroje, weltschmerze, prądy, 
czucia, przeczucia, odczucia nadludzkie, nadsmaki, nadwonie — to 
chińszczyzna! I teraz, ot, siedzi z ukrytą w jej ręku twarzą, wyobraża sobie, że 
leci w jakąś przestrzeń, a pokazuje trochę zbyt śmiało swoją łysawą czaszkę. 
Mój Boże, jakże komicznie muszą oboje wyglądać! 
Na szczęście niema scena została przerwana ponownym pukaniem do 
drzwi. Mania Iłżewska przyszła się dowiedzieć, czy idą dziś razem na 
Lohengrina. Na widok sam na sam z hrabią Paulinem uśmiechnęła się 
znacząco i już nie bawiła długo, ale wtem i pani Alina wróciła, rozpoczęło się 
opowiadanie o balu u hrabiny Tur, o pielgrzymce polskiej i o wszelkich 
projektach. Pani Alina jednak, chociaż słuchała uprzejmie, była widocznie 
roztargniona, miała wypieki na policzkach i chmurę na czole. 
 — Co się stało, moja mamo? — spytała Zosia, gdy tamci wyszli. — 
Mama tak jakoś wygląda... 
 — Ach, moja Zosieńko! Mam tyle zmartwień! Czasem ręce już opadają 
i gdyby nie ufność w opiekę Boską... I teraz na przykład. Zgłosiła się do nas 
kandydatka, ta hrabianka, którą widziałaś. Młoda, bogata, wykształcona, ze 
stosunkami. Przyjęłyśmy ją z otwartymi rękami. Pobyła dziesięć dni i 
występuje. I pewnie prosto stąd pójdzie do nazaretanek albo do niepokalanek, 
pójdzie i tam wstąpi, a my zostaniemy z niczym. Cest tellement mortifiant!I 
naturalnie, dopóki nie jesteśmy zatwierdzone, nikt nie chce wstępować, a 
zatwierdzone być nie możemy, dopóki nas tak mało. Bo właściwie jesteśmy 
tylko trzy, my i Malkiewiczówna, a nawet ja liczyć się nie mogę, dopóki mam 
córkę na wydaniu i tyle innych obowiązków. Ach, kiedyż to się skończy!... 
Pani Alina wyszła do swego pokoju, a Zosia myślała: 
 — To prawda, że strasznie im zawadzam. Jestem kulą u nogi mamie i 
Tereni — sama to czuję. Ale cóż na to poradzić? Iść za mąż za pierwszego, 
który się nadarzy? Za hrabiego Paulina? Mama tego by chciała — on jest 
przyjemny i jakoby porządny, ale ja go nie kocham — no, nic a nic nie 
kocham. Jakże tak iść za mąż bez miłości? 
Zosia zamyśliła się głęboko. Nie od dziś czuła wkoło siebie tajemniczy 
wpływ, napieranie, posuwanie jej ku temu człowiekowi. Nie mówiono nic 
wyraźnie, ani jednym słówkiem nie zdradzono się, ale było jakieś knucie, 
jakaś podziemna koło niej robota. 
Teraz po raz pierwszy zdawała sobie jasno sprawę z tego i 
przypominały jej się różne fakty, które ją utwierdzały w tym przekonaniu. 
Tak, chcieli ją wydać za niego. Chcieli w ten sposób jak najprędzej się jej 
pozbyć. Co mam zrobić? Co mam zrobić? — myślała. — Wrócić do domu, ach, 
wrócić do kochanych, bezpiecznych Haliniszek! Tam nikomu nie była 
ciężarem, tam życie szło równo, bez wielkich przyjemności, ale bez żadnych 
wahań ani niepokojów. I nagle tęsknota wielka porwała ją za domem, za 
swoimi. Wrócić, ach, wrócić! Uciekać stąd co prędzej! Ale myśląc tak, 
wiedziała dobrze, że pragnie rzeczy niemożliwej. Jakże wrócić? Z kim? Pod 
jakim pozorem? Tak nagle wymknąć się i uciekać, kiedy się przyjechało na 
całą zimę? Mama nigdy się nie zgodzi. Bo naprawdę — o cóż chodzi? Przecie 
hrabia Paulin nie oświadczył się nawet i może wcale o tym nie myśli. Dość 
będzie czasu na desperowanie, jak zajdzie katastrofa. Zawczasu krew sobie 
psuć — nie ma sensu. 
Wiec Zosia odzyskała dobry humor — i tylko postanowiła sobie, że 
odtąd dla hrabiego Paulina będzie zimna jak głaz, aby on zrozumiał, i jeśli ma 
jakie zamiary, aby się ich pozbył w porę. 
Z tym postanowieniem, trochę uspokojona, zeszła na obiad. 
VI 
Tymczasem hrabia Paulin postanowił raz skończyć tę głupią komedię. 
Matka zachęcała go do tego, wiedząc od ojca Stanisława, że pani Halicka 
czeka z coraz większą niecierpliwością wydania Zosi i że chętnie go przyjmie. 
Oświadczę się na balu w poniedziałek — rzekł do siebie hrabia Paulin 
 — to będzie całkiem klasycznie. Ale jak się oświadczyć? Co powiedzieć? 
Proszę panią ojej piękną rączkę albo: o, pani! bądź moją żoną!, albo: luba, 
kocham cię! Co u licha mówi się pannie w takich okolicznościach? 
Z Wiką było łatwiej — tam prosić nie było potrzeba — ja miałem le beau 
role. Ach, Wika, boska Wika! Co ona zrobi? — I czuł hrabia Paulin, jak na 
wspomnienie kochanki przechodziły mu po krzyżu dreszcze — po prostu 
strach go ogarniał, więc odsuwał tę myśl od siebie i zwracał się znowu ku Zosi. 
 — Nic wiem, jak to się robi i przypuszczam, że nawet ich mieszczański świat 
nie wynalazł dotąd przepisu na to. Liczmy na natchnienie. 
Z tą wiarą w natchnienie hrabia Paulin staranniej niż zazwyczaj 
dokończył swej toalety w dzień balu, przypiął do butonierki wiązkę fiołków — 
i zaraz po dziesiątej znalazł się we wspaniałym pałacu hrabiny. Pałac to był 
jeden z najpiękniejszych w Rzymie. Budowa jego rozpoczęta w końcu XVI 
wieku przez książąt Branca del Campo, wedle planów słynnego Giacomo delia 
Porta, została do końca doprowadzona dopiero w początkach XVII wieku. 
Przez dwieście lat należał on do jednego z książęcych rodów rzymskich i w 
murach swoich gpścił nieraz najznamienitszych mężów stanu, artystów i 
panujących. Potem wskutek rozrzutności właścicieli, szalonych zbytków i 
rozpusty przechodzić zaczął z rąk do rąk, aż został nabyty przed paru laty 
przez hrabinę Tur. Pani ta, rozporządzająca olbrzymim funduszem, a żądna 
ruchu, zabawy i popularności, szukała od dawna odpowiedniego dla swych 
celów mieszkania. Palazzo Branca był jakby wyśnionym jej ideałem. Zewnątrz 
skromny, poważny, wznosił na niskim parterze o kwadratowych okienkach 
dwa piętra w nieposzlakowanym, florenckim stylu. Ozdób prawie żadnych, 
prócz szlachetnego obramowania u okien i bogatego fryzu. W środku fasady 
balkon występował z pierwszego piętra i opierał się na czterech jońskich 
kolumnach, tworzących wyjazdową bramę. Wytworne to było, ale skromne. 
Podwórze za to uderzało bogactwem architektonicznym. Wzdłuż głównego 
gmachu i dwóch bocznych skrzydeł ciągnęły się na wszystkich piętrach 
galerie. Przeciwległa wjazdowi ściana składała się z takichże galerii, ale 
otwartych, gdyż za nimi rozciągał się niewielki ogródek. Porządek dorycki, 
joński i koryncki wznosiły się kolejno nad sobą. Naprzód męskie, jędrne 
kolumny doryckie pełne siły i hartu, potem wdzięczne jońskie słupy, 
przypominające sprężyste młodości, u szczytu korynckie, rozkwitające liśćmi 
akantu i kwieciem i wieńczące gmach cały girlandą zdobnych kapiteli. Na 
środku podwórza, w klombie palm i rododendronów, strzelała fontanna i 
spadała z szumem do starożytnej wazy marmurowej, pokrytej rzeźbami. 
Elektryczne oświetlenie kładło księżycowe blaski na liście latanii, na rzeźby i 
marmury, na wielkie cyprysy rosnące w ogrodzie — i nadawało staroświeckiej 
siedzibie pozór świetny, fantastyczny trochę, pozór zaczarowanego z bajki 
pałacu. 
Bal zapowiadał się wspaniale. Cały Rzym był zaproszony. Niepoprawna 
hrabina Tur nie mogła się ograniczyć do jednego tylko czarnego lub białego 
świata. 
 — Ach, Boże, cóż mi do polityki? — mówiła tym, którzy ją ostrzegali. — 
Jestem katoliczką gorliwą, życzę Ojcu Świętemu wszystkiego dobrego, ale nie 
mogę zerwać na przykład z panią Liną Monti, której mąż ma nieszczęście być 
ministrem finansów. Wszystko jedno, czarno czy biało, byleby dobrze 
bawiono się u mnie. 
Więc pomimo przyjacielskich ostrzeżeń, rozesłała do całego Rzymu 
karty zapraszające i aż się sama przeraziła w końcu obliczywszy, jakie to 
tłumy i jakie różnorodne żywioły znajdą się zebrane pod jej dachem. 
 — Miszkulancja, moja droga, miszkulancja! — mówiła do siostrzenicy 
łamiąc ręce z komiczną rozpaczą. — I co z tego wyjdzie! Poduszą się, będą 
sobie po nogach deptali, a mnie obgadają. O, ja nieszczęśliwa! 
Miała jednak, pomimo przeczuwanych trosk, minę rozjaśnioną 
uprzejmą, gdy stała u drzwi pierwszego salonu gotowa na przyjęcie swych 
gości. Piękna jeszcze, w sukni z pąsowego aksamitu i w sławnych swych 
rubinach, uśmiechała się do każdego wchodzącego tak zachęcająco, tak 
życzliwie, jakby chciała rozbroić złośliwość ludzką, która nad nią wisiała. I 
trudno też było oprzeć się jej wielkiemu wdziękowi połączonemu z 
dobrodusznością. 
Goście napływali falą. Przez marmurowe schody, ubrane kwiatami, 
podnosiły się z wolna ku górze strojne postacie kobiet, wlokące za sobą 
migotliwe treny sukien, sztywne jeszcze, poważne, z obstalowanym 
uśmiechem na ustach, z główkami na wpół zagłębionymi w puszyste kołnierze 
narzutek. Szli za nimi mężczyźni czarni i sztywni. W przedpokoju na górze 
tworzyły się już grupy, wszczynały się rozmowy. 
A hrabina Tur wciąż wyciągała ku przychodzącym rękę strojną w 
pierścienie, wciąż się uśmiechała, szczęśliwa na widok tylu gości, tylu 
znakomitych osób, tylu pięknych toalet i tej świetności, która ją otaczała. 
Bo też zgromadzenie było naprawdę świetne, toalety wspaniałe, 
kapiące od rodowych, odwiecznych klejnotów, a tytułów, mitr i koron 
gromadziła się niezliczona moc. 
Godne to też było takiego zebrania. Zdawało się, że bogactwo, sztuki 
piękne, najwyższy wykwint, myśl i praca ludzka podały sobie ręce, aby 
stworzyć jakiś pałac bajeczny, jakiś dworzec królewski z tysiąca i jednej nocy. 
Przez galerię oszkloną, której ściany zwierciadlane odbijały raz po raz 
przestrzeń podwórza zalanego elektrycznym światłem, pod sklepieniem, na 
którym rzeźbione amorki przerzucały sobie z rąk do rąk girlandy, wśród 
pęków żywych kwiatów, zewsząd się wychylających, wchodziło się do szeregu 
salonów. Ciągnęły się jedne za drugimi wspaniałe sale, obite adamaszkami o 
spłowiałych barwach, o dyskretnych a soczystych tonach złotawych lub 
bladoróżowych, zastawione meblami kunsztownie wyrabianymi, pełne 
drobiazgów artystycznych, starych obrazów, majolikowych waz, rześb 
brązów, gdzie nowoczesny gust zdołał przeistoczyć w modne intdrieur ten 
surowy palazzo Branca, w którego kątach unosiły się może jeszcze duchy 
dawnych jego właścicieli. Wśród przepysznych sprzętów, na tle jedwabistych 
adamaszków, rozkwitały całe klomby kwiatów, łagodząc zbyt poważne linie 
olbrzymich komnat i rzucając w nie wesołą, jaskrawą nutę. Kosze róż i 
hiacyntów wypełniały framugi okien, rogi pokojów były ustrojone w wiązki 
paproci, kosaćców fioletowych i dziwacznych storczyków, z kielichów 
kryształowych strzelały do góry śnieżne tuberozy lub tulipany barwne i 
kołysały się nad głowami siedzących. Nawet pająki jaśniejące setkami świec 
elektrycznych oplecione były wieńcami kwiecia i zieleni. Surowy pałac o 
poważnych liniach architektonicznych, budowany dla książąt i patrycjuszów, 
rozkwitł dziś i zajaśniał na przyjęcie całego Rzymu. 
Ale ten cały Rzym zawierał w sobie niewiele już prawdziwie 
rzymskiego. Była to zbieranina elegancka, strojna, wielojęzyczna, złączona 
jedną tylko wspólną myślą zabawy, a pochodząca z całej kuli ziemskiej i ze 
wszystkich sfer cywilizowanego świata. Byli tam rzymianie — stare rody 
patrycjuszowskie, wierne Stolicy Apostolskiej, nieprzejednane i wrogie 
nowemu porządkowi rzeczy — były też arystokratyczne rodziny, równie stare i 
możne, służące dziś królewskiemu rządowi, narodowej sprawie i dumne z 
dokonanego dzieła zjednoczenia. Byli karierowicze świeżo wzbogaceni, świeżo 
w urzędy i dostojeństwa wzrośli, od których czuć jeszcze było niedawną biedę 
i gonitwę za chlebem. Były zrujnowane tytuły, polujące na posagi. Był cały 
świat literacki i artystyczny — malarze i muzycy, klasycy i secesja, stare i nowe 
szkoły, prowadzące ze sobą zażartą wojnę, i dziennikarze, panowie opinii, i 
historycy, i archeologowie, i powieściopisarze — nawet sławny i otoczony 
najpiękniejszymi kobietami poeta Rafael d'Angeli, mistrz dekadentów, 
gwiazda młodego pokolenia, którego wiersze powtarzały na pamięć wszystkie 
najpiękniejsze usta. Była też cała elegancka kolonia cudzoziemców — a więc 
przede wszystkim mnóstwo ślicznych Amerykanek w ekscentrycznych i 
bogatych strojach, i kilka sztywnych Angielek udrapowanych skromnie w 
białe tiule i koronki, i parę Francuzek noszących z ogromnym wdziękiem 
staniki, których nie było prawie i wreszcie różne osobistości niewyraźne, 
pochodzące z jakichś niewiadomych krain: jakiś książę gruziński i kilka 
Kreolek z Wysp Filipińskich, rodzina Finów, jakaś młoda Japonka, córka 
posła, syn wzbogaconego na futrach i herbacie Sybiraka, paru Greków i 
Ormian — jakiś zdetronizowany władca jakiegoś nie znanego nikomu 
państewka — Norweg, który jeździł do bieguna północnego — podróżnik po 
Afryce prawie zjedzony przez ludożerców — kilku książąt krwi, działacze 
polityczni, emigranci, ministrowie i eksministrowie, uczeni, twórcy nowych 
systemów filozoficznych, francuscy powieściopisarze szukający wszędzie 
„dokumentów ludzkich" i panie, których mężów nikt nigdy nie oglądał, i 
wdowy po rozmaitych znakomitościach — i wreszcie cała masa młodzieży 
niewiadomego pochodzenia, a nawet nie zawsze wiadomego nazwiska. 
Była też większa część zamieszkałych i przebywających w Rzymie 
Polaków. A więc państwo Sużyńscy, państwo Skoradzcy z córką, pan 
Odałowski, malarz Bruzdziewicz, muzyk Paliński, profesor Mężyk, pani 
Iłżewska z Manią i Lunią i niedawno przybyła dla swej rozwodowej sprawy 
piękna złotowłosa pani Erbstein, pan Grzałkowski z dwiema córkami, 
arystokratyczni państwo Oryżewscy, patrzący z góry na zebraną tu mieszaninę 
i pani Wolkenstein z córką, i kilku bogatych Żydów spowinowaconych z 
polskimi rodzinami, pan Chański znudzony i nieszczęśliwy, i wreszcie pani 
Alina z Zosią. 
Zosia przybyła tu zaciekawiona i uradowana, ale zarazem przelękła 
trochę, bo czuła, że ten bal w niczym przypominać nie może pikniku w 
Ucianach, gdzie była wśród swoich, prawie w rodzinnym kole. Tu był tłum, 
obcy jej, nieznany tłum ludzi, których obyczajów nie znała, języka nawet 
czasem nie mogła zrozumieć. Gdy weszła z matką do pierwszego salonu, 
trochę była olśniona potokami światła, gwarem rozmów, które brzęczały jak 
pszczoły w ulu, i odurzającym zapachem kwiatów, perfum i pudru. Widziała 
przed sobą wielką, jasną przestrzeń, zasianą płomykami świec, i wielki rój 
postaci jasnych i czarnych, błyskających oczami i brylantami, poruszających 
ustrojone głowy, szeleszczących jedwabiami i sypiących iskry z wachlarzy. Z 
dalszych pokojów dolatywały dźwięki muzyki i, oczywiście, tańce już były tam 
rozpoczęte. A tu wśród kwiatów zabawiano się rozmową, popijano herbatę z 
malutkich filiżanek — i flirtowano. Grupy stojące tworzyły się pod białym 
światłem świec, a po kątach siedziały pary, przysłonięte liśćmi palm i 
parawanikami ze starych makat. 
 — Czy pani tańczy? 
 — Nie. 
 — To zabieram panią — rzekł hrabia Barberini Baraniewski, który 
czekał na nią u wejścia, i podał jej ramię, a ona się oparła i poszli razem przez 
szeregi salonów ku balowej sali, jaśniejącej w głębi. 
 — Qu'elle est donc cette jolie filie? — pytano patrząc na przechodzącą 
parę. Nawet poeta Rafael d'Angeli odwrócił znudzone oczy i powiódł za nimi 
wzrokiem. Znał hrabiego Paulina i postanowił spytać go o interesującą 
towarzyszkę, a tymczasem rzekł do siedzącej obok damy: 
 — Czuje pani zapach róży mistycznej? Bo tędy przeszła niewinność... 
W sali balowej, udekorowanej wspaniale kolorowymi marmurami i 
freskami doskonałych mistrzów, pod plafonem, na którym bogowie Olimpu 
ucztowali wśród obłoków, tańczono. Walc płynął po sali z okrytej roślinami 
trybuny i pary wirowały lekko w olśniewającej jasności. Powiewały suknie — 
błyskały brylanty — obnażone ramiona kobiet wykwitały spośród koronek i 
atłasów, jak blade kwiaty, pachnące i aksamitne. Światło świec kładło się 
białymi refleksami na skórze i złotym proszkiem sypało się na włosy. W 
rozgrzanej atmosferze unosiły się zapachy przenikliwe i odurzające. Muzyka 
kołysała jakby do błogiego snu miękkim, pieszczotliwym rytmem. 
 — Un tour de valse, n'estce pas? — rzekł hrabia Paulin. Zosia położyła 
mu rękę na ramieniu, on ją objął i puścili się razem. Ona jeszcze onieśmielona 
tym licznym a obcym otoczeniem, czuła, jak jej się w głowie kręci, jak serce 
bije — ale czuła też, jak miło jest tańczyć na tej lustrzanej posadzce przy takiej 
muzyce i z takim tancerzem. Czuła, jak krew rozgrzewa się w żyłach i życie 
szybciej tętni, i jakieś upojenie ją ogarnia — upojenie ruchem, życiem, 
jasnością, własną młodością, poczuciem swego wdzięku i czaru i tym 
otoczeniem czarodziejskim, i tą bliskością wielbiącego mężczyzny. I coraz lżej 
leciała w oświetloną przestrzeń — coraz równiej, coraz spoiściej wirowali 
razem. 
Aż nagle posłyszała szeptane jej w ucho słowa: Miła... cudna... kwiecie 
róży... zmiłuj się nade mną Promieniu słońca, zmiłuj się nade mną!... 
Zosieńko najmilsza, zmiłuj się nade mną... 
Krew jej uderzyła do głowy, ale rzekła zimno: 
 — Proszę pana, jestem zmęczona. 
Przytomność odzyskała zupełnie, nie była już onieśmielona, ale 
ogarniał ją gniew. 
 — Chcę usiąść — rzekła i uwolniła się z jego objęcia. 
 — Tu gorąco, zaprowadzę panią do bufetu — odpowiedział hrabia 
Paulin zupełnie spokojnie podając jej porzuconą okrywkę. 
Zosia spojrzała na niego. Nie było żadnej zmiany w jego twarzy, tylko 
oczy trochę zamglone, jakby ze zmęczenia lub z gorąca. — Co to jest? — 
myślała Zosia. — Czy mi się zdawało? — Spojrzała dokoła, jakby szukając 
ratunku, ale nie dostrzegła żadnej znajomej twarzy. Tańczono, rozmawiano 
po kątach, kokietowano za wachlarzami i szedł po jasnej sali, po kwiatach, po 
strojnych główkach kobiecych, po nagich freskach i po marmurach jakby 
powiew miłosny, jakby rozmarzenie i roznamiętnienie jakieś dziwne, które 
kładło w oczy połyski i otwierało usta półuśmiechem. Zosia poczuła się obca 
temu światu, oddalona i samotna. 
 — Przejdźmy do bufetu — nalegał hrabia Paulin — tam chłodniej. Więc 
oparła się znowu o jego ramię i on ją poprowadził. 
Bufet był ustawiony w galerii otwartej, naprzeciw wjazdowej bramy. 
Tylko gęste firanki ze wschodnich tkanin, zaciągnięte między kolumnami, 
chroniły od wieczornego chłodu. U dołu, z jednej strony, było podwórze 
otoczone portykami, zalane księżycowym światłem lamp, gdzie szemrała 
spadająca wśród kwiatów fontanna — z drugiej ogród tonął w cieniu i cyprysy 
stały tajemnicze. W marcowym powietrzu czuć było tchnienie wiosny 
włoskiej, wilgotnej i gorącej, zapładniającej rośliny, budzącej ze snu kwiaty, 
dającej przyrodzie pęd nowy ku życiu i rozkoszy. 
Hrabia Paulin przyniósł swej towarzyszce sorbet ananasowy i oparł się 
przy niej o balustradę. Chwilę trwało milczenie. W galerii było dość pusto. Po 
przeciwległej stronie dwie panie i kilku panów piło wino szampańskie i 
prowadziło głośną rozmowę po angielsku. Z dala dochodziły wciąż dźwięki 
walca. 
Zosia połykała z rozkoszą płyn zamrożony i myślała: — Może najlepiej 
udawać, że nic nie słyszałam. To już się nie powtórzy. A jak tylko kogoś 
znajomego spotkam, to się przyczepię, a jego unikać będę. Gdyby to wrócić 
wcześnie do domu, ale mama nie zechce, właśnie dlatego... — I czuła, że w tej 
chwili matka jest dla niej równie obca, jak cały ten otaczający ją tłum — i że tu 
w Rzymie nie ma nikogo... nikogo, kto by ją zechciał ratować. A wtem znowu 
usłyszała nad sobą przyciszony głos hrabiego Paulina: 
 — Zosieńko złota, królowo i pani, zmiłuj się nade mną! Teraz nie mogła 
już nie słyszeć. Zresztą gniew ją porwał. Wstała z krzesła i rzekła: 
 — Nie rozumiem pana. Cóż to za litania niemądra? Nie jestem ani 
królową, ani panią — a już Zosieńką dla pana nie będę nigdy. Proszę mnie 
odprowadzić do mamy. 
Ale on nie poruszył się z miejsca, tylko złożył ręce jak do modlitwy i 
powtórzył cicho: 
 — Zmiłuj się nade mną! 
Ona z gniewu i oburzenia zaczęła się śmiać. 
 — Doprawdy, pan jest komiczny w tej pozie! Czego pan chce ode mnie? 
Nie rozumiem tej komedii. 
 — Czego ja chcę? — powtórzył. — Chcę twojej duszy, chcę twego serca, 
chcę twoich oczu, twych ust, chcę twoich ramion, chcę ciebie całej! Chcę 
ciebie — ciebie, Zosieńko, promieniu słońca! 
 — Ale ja nie chcę — przerwała Zosia zaciskając w ręku wachlarz — i 
niech mi pan da pokój, bo nic z tego nie będzie. 
 — Nie chcesz być moja?... 
 — Nie, nie chcę. I niech pan do mnie nie mówi „ty" i „Zosieńko", bo 
wcale nie jestem niczym dla pana, tylko zupełnie... zupełnie obcą panną. 
Stała odwrócona od niego, drżąca ze wzruszenia i gniewu, ze 
ściągniętymi brwiami i rumieńcem na twarzy — i taka była ładna w tej chwili, 
z takim ogniem, w błękitnych oczach, że hrabia Paulin z lubością na nią 
patrzył. 
 — I dlaczego? — spytał z prawdziwym żalem. 
 — Bo ja pana nie kocham, ani tyle nie kocham. A wyjdę tylko za tego, 
którego pokocham. Więc nie chcę i słuchać tych wszystkich rzeczy. I proszę 
mnie odprowadzić do mamy. 
On nie ruszał się jednak i patrzył na nią. Nigdy mu się tak ponętna nie 
wydała. Ubrana w bladoniebieską tiulową suknię, powłóczystą i mocno 
wygorsowaną, zasianą perełkami szklistymi, które jak krople rosy błyszczały 
na niej, w aureoli złotych włosów przypominała postacie jakichś legendowych 
świtezianek czy rusałek, które kąpią się w blasku księżyca, sama do 
księżycowych promieni podobna. U jej białej piersi drżały listki białych 
goździków, a oczy pociemniałe z gniewu wydawały się prawie czarne. Nie, 
nigdy tak nęcąca nie była! I nie chciała go, nie chciała mu dać nic — nic z 
siebie. Mówiła, że go nie kocha ani trochę — ani tyle... Więc ogarnął go żal 
nad sobą niezmierny. Spuścił głowę i szepnął: 
 — Gdyby pani wiedziała, jak mi źle... 
Ale ona już tego nie słyszała. Z daleka, z drugiego końca galerii, zbliżał 
się powolnym krokiem Chański, więc ona, rada z jego widoku, dawała mu 
znaki. A gdy się zbliżył, poskoczyła ku niemu i rękę mu wsunęła pod ramię. 
 — Gdzie mama? Ja chcę do mamy — mówiła. — Chodźmy, chodźmy! I 
napędzała, i śpieszyła ku wyjściu, aż Chański zdziwiony zaczął się uśmiechać: 
 — Oj, pokłóciliście się, jak widzę, z tym poetycznym hrabiątkiem. No, 
niech pani przyzna, że on pani tendresy prawił — nieprawdaż, a pani mu dała 
odkosza? Co? Prawda? I dobrze. Nie dla pani ten wyskrobek, panno Zofio — 
nie dla pani. 
Prowadził ją przez szereg salonów, przez tłum twarzy nieznanych, 
powoli torując drogę. A ona wsparta na jego ramieniu czuła się przy nim 
bezpieczna — czuła w nim swojską, bliską istotę — jedyną tutaj, która ją 
ratować chciała. On mówił dalej pół żartem, pół serio: 
 — Takie panny, jak pani, przynajmniej na to mogą sobie pozwolić, aby 
iść za mąż z miłości. Jest to wprawdzie zbytek, jak na dzisiejsze ciężkie czasy, 
ale panią, panno Zofio, stać na to. 
 — Ja też inaczej nie pójdę. 
 — Chwali się pani to postanowienie, ale jak mama i siostrunia zaczną 
namawiać, a il padre nero weźmie w obroty — to co będzie? 
 — Nie pójdę, choćby nie wiem jak namawiali. Chański spoważniał. 
 — Niechże mała trzyma się ostro — rzekł pieszczotliwie — bo to nie 
żarty. A on... ten... ten zdechlaczek... niewart pani. Ja to serio mówię, panno 
Zofio — niewart — proszę pamiętać. 
Tymczasem pani Alina prowadziła bardzo ożywioną i przyjemną 
rozmowę w kółku dawnych znajomych. Była w doskonałym humorze. Dziś 
rano owa hrabianka, której odjazd był już opłakany i łzami oblany, wróciła 
niespodzianie do domu zgromadzenia z zamiarem pozostania, więc radość 
była stąd wielka. A teraz bal był taki świetny! Zbyt w gruncie serca była pani 
Alina światowa i towarzyska, aby się nie rozbawić na widok wspaniałego balu, 
aby się nie przejąć otaczającym ją splendorem i nie ożywić w tym tak 
wytwornym towarzystwie. Sumienie miała spokojne, bo nie szła dla siebie, ale 
spełniała obowiązek względem córki, a już raz będąc tutaj, lepiej było bawić 
się i być wesołą, niźli siedzieć w kącie ze znudzoną miną. Owszem, niech się 
ludzie przekonają, że prawdziwa cnota i prawdziwa świętość jest łatwa i 
ujmująca — a bynajmniej nie ostra i nie ponura, jak wielu się zdaje. Przy tym 
wiedziała, że czarna aksamitna suknia bardzo podnosiła blask jej pięknej 
jeszcze cery, i że szyja jej, która się wychylała z dyskretnie wyciętego stanika, 
mogła jeszcze rywalizować z najpiękniejszymi w Rzymie. Rozmawiała też 
wesoło z kilku panami, których dawniej znała dobrze. A w oddali stojący pan 
Skoradzki mówił do profesora Mężyka: 
 — Jaka to jeszcze przystojna kobieta ta Alina Halicka! Szkoda takiej do 
klasztoru. 
 — Czy to z tego klasztoru co będzie naprawdę? Tak sobie myślę, że to 
taka sama zabawka, jak wszystkie inne. Bo to pan wiesz, że ona zawsze... 
tego..., więc teraz nie może już głów ludziskom zawracać, to zwraca się do 
Pana Boga. Znana historia! 
 — Zapewne, gdyby ona była jedna, ale tam córka wszystkim kieruje, a 
ta na serio bierze się do rzeczy. Już kupiły dom i cały Watykan poruszają o 
zatwierdzenie papieskie. 
 — A pani Alina tymczasem pracuje nad pozbyciem się tej drugiej, 
młodszej. 
 — A tak, gwałtownie chce ją wydać za mąż. Zdaje się, że ten dudek 
Baraniewski kręci się koło niej i matka nic nie ma przeciwko leniu. 
 — Co pan mówisz! Takie zero pod każdym względem! Szkoda byłoby 
panienki — istny pączek różany. 
Na szczęście dla Zosi znalazł się na jej drodze malarz Bruzdziewicz, 
któremu od dawna była obiecała lansjera. A że hrabia Paulin, po niefortunnej 
z nią przeprawie, znikł gdzieś i nie pokazywał się wcale, więc reszta wieczoru 
zeszła dość wesoło. 
 — Byleby się mama nie dowiedziała — myślała Zosia — bo będzie 
koniec. 
I postanowiła nic nie mówić. Przecież i ten hrabia Paulin nie pójdzie 
się chwalić, że dostał odkosza — więc będzie cicho. Wkrótce rozbawiona, 
wśród tańców i bardzo wesołej gawędy, zapomniała o wszystkim. 
Bal u hrabiny Tur udał się tym razem znakomicie. Nie zaszła żadna 
kolizja między dwoma światami, które nieufnie patrzyły na siebie, ale wśród 
tłumów egzotycznych mogły barw swoich nie afiszować i nie wywieszać 
sztandarów. Więc pod plafonami starych mistrzów, wśród marmurów, złoceń, 
bladych gobelinów i klombów kwiecistych, w powodzi światła — bawiono się. 
Tańce szły składnie w balowej sali — pary wiązały się i rozsuwały w przeróżne 
figury — lansjer, walc, kotylion i pasdedeux następowały po sobie przy 
delikatnych dźwiękach muzyki. W długim szeregu salonów grupami, 
dwójkami gwarzono, flirtowano. 
W bufecie raczono się owocami i chłodnikami — wino lało się szerokim 
strumieniem. Zewsząd szły wesołe głosy, wzbijał się gwar różnych języków. 
Fala strojnych kobiet, lśniących bielą ramion, iskrami brylantów, jedwabiem 
adamaszków i atłasów przelewała się poprzez wspaniałe sale, podobna 
ruchomej girlandzie przepysznych kwiatów. Coraz silniejsze wonie, coraz 
bardziej drażniący aromat bił z tych wyciętych staników, z tych włosów 
poskręcanych w umiejętne sploty, z tych kwiatów, które więdły u rozgrzanych 
piersi. I głowy mężczyzn pochylały się coraz bliżej ku kobiecym główkom, usta 
szeptały słowa urywane, oczy wypowiadały sobie tajemnicze zaklęcia, ramiona 
obejmujące w tańcu wysmukłe kibicie opasywały je coraz ciaśniej, ruchy 
stawały się miększe, bardziej omdlewające. Muzyka dźwięczała wciąż 
kołyszącym rytmem. 
A w powietrzu rozgrzanym, przesyconym wonią ciał i kwiatów leciały 
prądy drażniące i zmysłowe. 
VII 
Zosia nie powiedziała matce ani słowa o zajściu z hrabią Paulinem. 
Myślała, że milczeniem uda się jeszcze puścić rzecz całą w zapomnienie. 
Matka nic o tym nic wiedząc, choćby pragnęła ją wydać za niego, namawiać 
nic może — a tymczasem, może coś się stanic, coś przeszkodzi — może się on 
rozmyśli — i jakoś utrze się cała sprawa. 
Ale nazajutrz po balu u hrabiny Tur, gdy Zosia z miss Anger były w 
mieście, przyszedł hrabia Paulin i prosił panią Alinę o chwilkę rozmowy. I 
powiedział jej wszystko. Mówił, że choć się czuje ze wszech miar niegodnym 
tak uroczej dziewczyny, miłość skłania go do proszenia o jej rękę. Że wyznał 
jej samej swe uczucia, ale ona odrzuciła je, nie dając mu nawet wypowiedzieć 
wszystkiego, co miał na sercu — i uciekła od niego z miną zagniewaną. Że 
jednak on przypuszcza i chce mieć nadzieję, iż to był pierwszy wybuch nie 
przygotowanego umysłu, ale że może po głębszej rozwadze i pod wpływem 
matki odmowę swą zechce panna Zofia cofnąć o wpływ taki prosi więc usilnie, 
a wyznanie swe ponawia i oczekiwać będzie wyroku. 
Pani Alinie przykro było bardzo dowiedzieć się o tym wszystkim z ust 
jego. Uczuła żal do Zosi za jej brak zaufania, a zarazem i gniew. Tak to jej 
troskliwość i zabiegi były ocenione! Ta mała odrzucała zdarzający się jej dobry 
los, nawet nie racząc się poradzić matki ani spytać ojej zdanie. To już była 
samowola nie do zniesienia! Szczęście jeszcze, że hrabia Paulin, nie zrażony 
pierwszym niepowodzeniem, nie liczył się ze słowami tej smarkatej i gotów 
był czekać, aż ona przyjdzie do rozsądku. Więc pani Alina nie szczędziła mu 
słów serdecznych i zachęty, swoją własną zgodę dała chętnie i przyrzekła 
dołożyć wszelkich starań, aby Zosię,skłonić do opamiętania. A gdy wyszedł 
hrabia Paulin, co prędzej ubrała się, wsiadła do dorożki i ruszyła na via 
Mazzini dla narady z Teresą Leonią. 
 — Wyobraź sobie, co się stało! — zawołała wchodząc i nie widząc nawet 
siedzącego w kącie ojca Maksa. — Ta mała, nic mi nie mówiąc, odmówiła 
hrabiemu. Cette pćronnelle!. 
 — Ależ to być nie może — rzekła żywo Teresa Leonia. — Dlaczego? 
 — Czy ja wiem? Kaprys, fantazja — dziecinada!... 
 — Jak to! I nic nie powiedziała? 
 — Nic. Ani słowa! Dopiero dziś dowiaduję się o tym od niego samego. 
Przyszedł, bardzo zmartwiony, il est amoureux fou, prosić, abym na nią 
wpłynęła. 
 — Więc się nie cofa? — spytał ojciec Maks z kąta. 
 — Ah, c'est vous, mon pere! Nie, nie cofa się. Na szczęście bardzo 
zakochany, ale co to za bieda z tą Zosią! 
 — Jeśli on się nie cofa — rzekła Teresa Leonia spokojnie — to fantazje 
Zosi dadzą się odmienić. — Chwilę zastanawiała się i rzekła: — Niech mama 
tu zaczeka, po pacierzach i po salut razem pójdziemy do niej i wtedy być nie 
może, aby się nie poddała. 
I zwracając się do ojca Maksa, dodała: 
 — A wieczorem, na zakończenie, przyjdzie ojciec nam dopomóc i 
powiedzieć jej słówko prawdy. Czy dobrze? 
 — Owszem, chętnie. 
 — Nie może tak być, aby kaprysy tej dziewczyny stawały nam na 
przeszkodzie w dokonaniu naszego dzieła. Jej prędkie wyjście za mąż jest 
rzeczą konieczną dla nas. Dopóki mama mieć będzie przy sobie pannę na 
wydaniu, nikt nie uwierzy, że nasz zakon jest rzeczą poważną. 
 — Naturalnie. 
 — To nas kompromituje. Te bale, te stroje..., dla mamy, jako przyszłej 
zakonnicy..., do czegóż to podobne! 
 — Tak, pewnie — rzekła pani Alina tłumacząc się — przecież sama to 
rozumiem. Bywam z Zosią prawdziwie a contrecoeur. Proszę mi wierzyć, 
drogi ojcze. Ale inaczej niepodobna znaleźć dla niej męża. 
 — Je le sais, j'en suis sur — mówił ksiądz. — Znam przecie serce pani i 
wiem, jak jest oderwane od rzeczy światowych. Ale jednak to bywanie 
szkodzić już nam zaczyna w opinii. 
 — Przynajmniej teraz, gdy się znalazł dla niej mąż — i to najlepszy, jaki 
być może — rzekła cichym a stanowczym głosem Teresa Leonia — to nie 
możemy pozwolić na dzieciństwa i kaprysy. 
Gdy to mówiła, usta jej zaciskały się ostro i twarz jej przybierała wyraz 
niezłomnej energii, tak, że ksiądz rzekł: 
 — Pamiętaj jednak, ma chere filie, że Kościół święty jest przeciwny 
zawieraniu małżeństw bez inklinacji wzajemnej. Nie trzeba forsować! Wstręt 
do przyszłego męża... 
 — Wstręt, ależ tu o wstręcie nie może być mowy! — zawołała pani 
Alina. — Przystojny, młody, miły, uprzejmy, dystyngowany mężczyzna, 
wykształcony jak rzadko kto, maniery najlepsze! Nie mówiąc o moralnej 
stronie, ale son physiąue est charmant. Przecież sama nigdy bym jej nie 
zmuszała przeciw skłonnościom. Ale w jej wieku nie ma się jeszcze żadnych 
wyraźnych skłonności. To się później wyrabia. Zosia — c'est une page toute 
blanche. 
 — Toteż i ja radzić jej będę, ale nie forsować! Nie forsować! Tout 
doucement — Bóg ją sam oświeci... 
 — Tym bardziej że jej własne szczęście w tym leży — rzekła Teresa 
Leonia. — Jeśli ma wyjść za maż, to gdzież znajdzie co lepszego? Tam, w 
kraju, trafiłaby znacznie gorzej... 
 — Tam — przerwała pani Alina — wziąłby ją jakiś szlachciura z zakutą 
głową, nie widzący nic poza swoją parafią. W każdym razie, doprawdy, nie 
krzywdzimy jej wydając za hrabiego Barberini Baraniewskiego. 
Zosia tymczasem nie przeczuwała bynajmniej burzy, która się nad jej 
głową zbierała. Nie przypuszczała, aby hrabia Paulin trafił do jej matki ze 
swymi oświadczynami po otrzymaniu od niej samej tak stanowczej odmowy. 
Wróciła dość późno ze spaceru z miss Anger, nie zastawszy matki, ubrała się 
do obiadu i zasiadła z książką przed kominkiem. Chłodno było tego dnia i po 
nieprzespanej nocy Zosia czuła się zziębnięta i znużona. Owinęła się więc w 
szal i starała się czytać uważnie, ale myśli odrywały się co chwila od książki i 
błądziły po świecie. 
 — Może źle zrobiłam, że nic nie powiedziałam mamie — myślała. — Nie 
trzeba mieć tajemnic przed rodzicami. Ale ja wiem, że mama namawiałaby 
mnie do niego, a ja go nie chcę. Nie, nie chcę. On bardzo przyjemny, nawet go 
lubię, ale nie na zawsze. Zresztą, jestem pewna, że on by chciał mieszkać w 
Rzymie albo za granicą, a ja chcę do domu. Ach, do domu, do domu! Do 
babuni..., do Haliniszek... 
I wyciągała ręce w pustą przestrzeń, i przymykała oczy, a pod 
powiekami zjawiały się obrazy swojskie i ukochane twarze. 
 — Gdyby oni wiedzieli, w jakich tu jestem opałach! — westchnęła. 
Zmrok zapadał. Powoli szare cienie wysuwały się z kątów i snuły się pajęczyną 
po ścianach i sprzętach. Na Corso zapalono elektryczne lampy i wlał się do 
pokoju blask ich księżycowy. W świetle, pod oknem, ożywił się wielki bukiet 
róż, otrzymany na wczorajszym balu podczas kotyliona. Listki zajaśniały jak 
blaszki gładką powierzchnią, a róże zapachniały mocniej. 
Z ulicy dochodził nieprzerwany turkot, gwar, nawoływania 
przekupniów i piskliwe głosy masek. Był to ostatni dzień karnawału i 
gromady białych postaci włóczyły się po ulicach ze śmiechem, ze śpiewami, z 
brzękiem tamburynów, zaczepiając przechodniów i rzucając na prawo i na 
lewo tłustymi dowcipami. 
Cały Rzym był na ulicy. Szereg nieskończony eleganckich powozów 
wracał ze spaceru na Monte Pincio i posuwał się krok za krokiem przez Corso. 
Po obu stronach na chodnikach zwarty tłum pieszych przepływał z wolna, 
stłoczony w ciasnej przestrzeni. Po rogach ulic, przed kawiarniami, stały 
dziesiątki mężczyzn z rękami w kieszeniach z cygarem w ustach, patrząc na 
przejeżdżające z wolna powozy, rzucając kobietom w oczy słówka pochlebne, 
składając nawet czasem dłonie do oklasku, gdy się która czymś wyróżniała od 
innych. 
Ale w hotelu tu blisko była cisza, więc Zosia nie zapalała lampy. 
Otulona szalem i skulona przy dogasającym ogniu na kominku, myślała: — 
Przecież tak zawsze żyć niepodobna. Naturalnie, że z czasem musi wyjść za 
mąż — wszakże sama nic nie miała przeciw temu. Ale wyjść z własnego 
wyboru, za kogoś kochanego bardzo i z nim razem zamieszkać — gdzieś na 
wsi, spokojnie i gospodarować u siebie, i być tym, czym jest babunia i czym 
była przez całe życie. 
I widziała siebie panią na wsi, wśród pól i łąk szerokich, wśród 
gromady ludzi swoich, bliskich krwią i duchem, na czele domu, którego była 
ciepłem, ozdobą i opiekunką zarazem. 
Widziała tego przyszłego męża — jakiś niewyraźny kontur wysokiego, 
dzielnego mężczyzny, wracającego po pracowitym dniu do domu, do niej... ze 
słowami miłości na ustach. Czuła rozkosz dzielenia myśli, dzielenia wrażeń, 
dzielenia pracy. Czuła, że z tym wymarzonym i zawczasu już ukochanym, 
przeczuwanym i wypieszczonym na dnie serca ona wszędzie i zawsze będzie 
szczęśliwa. 
A dzieci... Dzieci też być muszą, małe, śliczne stworzonka, bawiące się 
na trawie przed domem. 
I coś zadrżało w głębi jej istoty, jakieś ciepło rozlało się w jej sercu... 
Tak, życie jej takie być musi, tylko w takim znajdzie zadowolenie. Niech nie 
będzie świetności ani zabaw, ani strojów, to dobre na krótko — ale niech 
będzie rodzinny dom, obowiązki spełniane we dwoje, wieś i otoczenie 
swojskie i miłość... 
A z hrabią Paulinem nie mogłaby tego mieć, więc dobrze zrobiła 
odmawiając mu i pewnie babunia tak by powiedziała i nie żałuje tego ani 
trochę. Tylko mamie może być przykro. 
 — Ale tak dalece siebie poświęcać nie mam obowiązku — rzekła w 
końcu. 
Poruszyła się. Przez ciemniejące powietrze wpływała do pokoju dziwna 
tęsknota i smutek. Zosia myślą zwróciła się ku Haliniszkom. Wieczór 
nadchodzi, ciemno już nad jeziorem. Tam już pewnie babunia siedzi przy 
samowarze czekając wieczerzy. Ania czyta dziaduniowi gazety. Stryjcio w 
oficynie kończy jakieś rachunki czy dyspozycje i zaraz przyjdzie do domu na 
herbatę. Pan Szrott może wygrywa sobie na fortepianie. Grzegorz stuka 
talerzami. Zegar w przedpokoju wybija sekundy i tak cicho, tak milo, 
bezpiecznie jakoś i poczciwie w tych kochanych Haliniszkach. Ach, wrócić 
tam, wrócić choć na chwilę!... Rzym jest prześliczny, ale już dosyć, już chce się 
do domu. 
Zadzwoniono na obiad. Pani Alina nie wracała. 
 — Co się z mamą stało? — myślała Zosia. — Nigdy tak długo nie 
pozostawała w mieście. 
Podeszła do okna i patrzyła. 
Na wąskim Corso płonęły elektryczne księżyce zawieszone wysoko. 
Powozy szły wciąż dwoma sznurami, jedne za drugimi, na chodnikach był 
tłum. Nad nim leciały wołania roznosicieli gazet: „La Tribuna"! „La Tribuna" 
„Corriera di Sera"! „IL Monitore", „II Monitore di Roma"! i jakiś kobiecy głos 
ostro wrzeszczący: „Fiori freschi. Fiori freschi!" Z dala, z bocznych uliczek, 
dochodziły wesołe okrzyki obrzucających się confetti gromadek i bezustanne 
brzęczenie bębenków. Krzyki, turkot, głosy ludzkie i stąpania końskich kopyt 
zlewały się w jeden huk przeciągły. 
 — Boże, jak oni krzyczą! — westchnęła Zosia. 
Czuła się dziś nieswoja, strwożona jakaś i niespokojna. Podkręciła 
guzik i światło zabłysło w wiszącej u sufitu lampie, ale w jego blasku salonik 
hotelowy wydawał się bardziej jeszcze obcy i zimny, więc zgasiła je prędko. 
Stanęła przy oknie i stała tak znudzona, nie wiedząca, czym się zająć. 
Wtem usłyszała stukanie do drzwi. Wszedł poważny i czarny od stóp 
do głów ojciec Stanisław Huniewicz. 
 — Dobrze, że panią zastaję — rzekł. — Mówiono mi, że pani Halicka 
wyszła. Czy tak? 
 — Tak, wyszła od dawna. Nawet dziwię się, że dotąd. 
 — Coś musiało ją zatrzymać. Szkoda, miałem do pomówienia o ważnej 
sprawie. Tymczasem przynoszę paniom bilety na pojutrze. 
 — Ach! Już? 
 — Tak. Ojciec Święty zdecydował się wcześniej przyjąć polską 
pielgrzymkę niż zrazu zamierzał. Potem będą inne uroczystości. Spodziewana 
jest pielgrzymka z Ameryki, więc lepiej to teraz odbyć. O, to będzie 
prześliczna ceremonia! 
 — Bardzo się cieszę... 
 — Panie są dopuszczone wszystkie trzy do ucałowania stopy Jego 
Świątobliwości. Jest to wyjątkowa łaska, gdyż takich osób będzie tylko 
pięćdziesiąt. Nie można męczyć Ojca Świętego, który już i tak ma sam dla nas 
mszę świętą odprawić i może nawet przemówi do nas, więc liczbę tych osób 
musiano ograniczyć, ale matka i siostra pani, które dla Stolicy świętej życie 
swe mają zamiar poświęcić, godne są w zupełności tej łaski. 
Zosia słuchała, trzymając w ręku trzy niebieskie biglietti d'admissione. 
 — Bardzo ojcu dziękuję — rzekła. 
 — Proszę matce powiedzieć — zaczął ojciec Stanisław — że bardzo 
żałuję, iż jej nie zastałem. Chciałem ostrzec..., pomówić... 
Wstał i zaczął się żegnać, ale jakby wyczekując czegoś jeszcze. Wreszcie 
utkwił znad okularów surowy wzrok w twarzy Zosi i dodał: 
 — Matka pani jest świętą duszą, ale pani jej nie dość ufa. To źle, to 
bardzo źle. 
Wyszedł. 
Zosia zdziwiona, nie rozumiejąca jego słów, została znowu sama. 
Dziwny niepokój ogarnął ją i zaczęła niecierpliwie wyglądać powrotu matki. 
Drugi dzwonek obiadowy ozwał się, a pani Aliny nie było. 
Tymczasem jednak myśli jej zwróciły się w inną stronę. Rada była z 
zapowiedzianej ceremonii. 
Usiadła przy biurku w zamiarze rozpoczęcia listu do Ani, gdy wtem 
drzwi się otworzyły i weszła matka i Teresa Leonia. 
 — Ach, moja Zosieńko! — zawołała pani Alina. — Musiałaś być 
niespokojna i nic nie jadłaś... A ja nie mogłam wrócić wcześnie, bo Teresa 
Leonia chciała przyjść ze mną. Bo to..., widzisz, jest jedna rzecz... 
Zosię widok siostry od razu dotknął niemile. Poczuła, że to jej 
przybycie do niej się odnosi, więc przywitała się z nią nadzwyczaj zimno i nie 
rzekła ani słowa. 
Teresa Leonia spokojnie zdjęła kapelusz, usiadła i zaczęła swoim 
cichym, stanowczym głosem: 
 — Przyjdź tu, Zosiu, i usiądź przy nas. Mama i ja mamy z tobą do 
pomówienia. 
Powoli, niechętnie, czując już wewnątrz niemiły jakiś dreszcz, Zosia 
przysunęła sobie krzesło. W blasku lampy siedziały teraz w trzy: pani Alina, 
onieśmielona, zdenerwowana, kręciła na ręku złotą obręcz, której rubin rzucał 
ognie jaskrawe; Teresa Leonia, cała w czerni, wyprostowana i zupełnie 
spokojna, miała na twarzy zimny wyraz, a jej spuszczone oczy zdawały się 
wewnątrz siebie zaglądać i szukać światła na dnie serca; naprzeciw Zosia z 
rozwichrzoną grzywą i rozdętymi nozdrzami, gotowa do obrony. Serce jej 
tłukło się jakoś niespokojnie w piersiach i końce palców zaciskały się mocno, 
ale mówiła sobie w myśli: 
 — Nie dam się! Nie dam się, żeby tam nie wiem co, to nie dam się! 
Teresa Leonia zaczęła cichym głosem: 
 — Czy to prawda, że odmówiłaś hrabiemu BarberiniBaraniewskiemu? 
 — Prawda — odpowiedziała Zosia i podniosła hardo głowę. 
 — I nic mi o tym nie powiedziałaś! — westchnęła pani Alina. 
 — Dlaczego? — zapytała Teresa Leonia. 
 — Bo go nie kocham i nigdy kochać go nie będę. Przez chwilę panowało 
milczenie. 
Teresa Leonia znowu skupiła się jakby w modlitwie i rzekła: 
 — To nie jest dostateczna racja. Idzie się za mąż nie dla dogodzenia 
jakiejś tam miłości, ale dla spełnienia chrześcijańskiego powołania, dla 
założenia rodziny. Małżeństwo nie jest i nie powinno być dogadzaniem sobie i 
swoim ziemskim upodobaniom. Jest to instytucja poważna, dana nam od 
Boga i od Kościoła świętego, nie dla naszych grzesznych jakichś przyjemności, 
ale dla uświętobliwienia się i dla zbawienia duszy. Tak tylko pojęte 
małżeństwo zasługuje na błogosławieństwo Boskie, takie nie jest grzechem. 
 — Więc kochać się nie mamy prawa? — rzekła Zosia niecierpliwie. 
 — Zakochać się — nie. Kochać możesz i powinnaś męża, ale przede 
wszystkim jako duszę daną ci przez Opatrzność dla wspólnego życia, dla 
wspólnego zbawienia, niejako człowieka... 
 — Ach, Tereniu, co ty wygadujesz! Nie wiem, gdzie się nasłuchałaś 
takich rzeczy, ale mnie nie przekonasz. Wiem na pewno, że i Pan Bóg, i 
Kościół pozwalają się kochać — i to nie tylko w czyjejś tam duszy — ale tak, po 
prostu — tak jak w powieściach i wszędzie. I nawet jest bardzo źle wychodzić 
za mąż bez miłości — bo jak męża nie kochasz, to potem możesz w drugim się 
zakochać i cóż wtedy zrobisz? I chcesz mnie uczyć rzeczy, których sama nie 
rozumiesz — dodała rozdrażniona. 
 — Tak, to prawda. Dzięki niech będą Panu, nie rozumiem tych rzeczy 
 — rzekła Teresa Leonia i wzniosła w górę oczy z wyrazem zachwytu. A oczy te 
mówiły: dzięki Ci, Panie, żeś serce moje zachował od kału i brudu 
grzechowego, od nędznej miłości człowieka, żeś mnie wyniósł ponad zwykły 
poziom tego świata i żeś obrał mnie za naczynie łask swoich. Grzeszne żądze, 
zmysłowe uczucia nie miały nigdy dostępu do duszy mojej, która, jak 
kryształowa czara, jest Tobą jedynie napełniona, o, Panie! 
Ale pani Alina, chcąc obie strony pogodzić, zaczęła mówić. 
Przyznawała ona, że miłość dla człowieka nie jest grzechem, ale znowu taka 
gorąca, gwałtowna miłość nie jest wcale koniecznym warunkiem małżeństwa. 
Dość jest mieć sympatię, szacunek i wspólne zasady, a miłość przyjdzie 
niezawodnie potem. I bodajże najszczęśliwsze są małżeństwa zawarte 
rozsądnie, spokojnie, bo potem przynajmniej nie ma zawodów ani 
wzajemnych zażaleń. Nikt nie spodziewa się, że znajdzie jakieś niezmierzone 
szczęście, i nie ma pretensji do nikogo. A to szczęście, mój Boże, jakże ono 
często jest ułudne! Jak się prędko rozwiewa przed rzeczywistością! Jak krótko 
trwa... Zosia przerwała: 
 — Ja wolę choć krótko być szczęśliwa, niż przez całe życie mieć ni to, ni 
owo. Gdybym musiała żyć z kimś niekochanym, to bym go znienawidziła i 
byłabym zła dla niego i dla wszystkich. 
 — Dlaczegóż zaraz nienawidzić? Dlaczego ta ostateczność? Powiedz 
sama, czyż hrabia Paulin zasługuje na nienawiść? 
 — Nie, wcale nie, teraz... Ale... 
 — I czyż sama nie masz do niego sympatii? 
 — Owszem, mam... 
 — I podzielasz jego zasady, jego przekonania? 
 — Tego nie wiem wcale. On mówi zawsze o jakichś światłach, 
kolorytach, barwach, strojach, pomnikach, o kwiatach, o sukniach — wreszcie 
o nastrojach duszy, ale o jego przekonaniach i o nim samym nic nie wiem. 
 — Jak to! Nie wiesz, jakim on jest gorliwym katolikiem? — rzekła 
Teresa Leonia. — Jak służy Stolicy świętej z całym oddaniem się! Nie czytałaś 
jego sonetu Reine des Roses albo tej legendy L'Ange du Vaticarfl A widzisz? 
Nie zaprzeczysz, że trudno o piękniejsze zasady, o wznioslejsze myśli u 
młodego człowieka. 
 — Zwłaszcza teraz, w tym wieku niewiary i przeczenia — dodała pani 
Alina. 
 — Może on jest dobrym katolikiem — rzekła Zosia — ale co on robi na 
świecie? Kim on jest właściwie? Po co on tu siedzi? Czemu nie pracuje tak, jak 
każdy człowiek powinien pracować? 
 — Moja Zosiu — rzekła pani Alina — nie mów tak, bo doprawdy 
śmieszna jesteś. Ty myślisz, że jest tylko jeden rodzaj pracy i że kto nie siedzi 
w swojej parafii i od rana do wieczora nie chodzi około gospodarstwa — ten 
nic nie robi. Przecież prócz gospodarstwa jest tysiące innych zajęć — i nie 
tylko w kraju... 
 — Wiem. Ale swoją drogą, kim jest hrabia Paulin, tego mi nikt nie 
wytłumaczy — bo on, zdaje się — jest nikim. 
 — On jest bardzo wykształconym człowiekiem — o szerokich 
horyzontach myślowych — rzekła Teresa Leonia. 
Dalsza rozmowa została przerwana wejściem ojca Maksa. Zosia na jego 
widok ucieszyła się, myśląc, że przy nim drażliwy przedmiot rozmowy 
zostanie zaniechany. 
Ale ii padre nero, po usadowieniu się na kanapie, zwrócił się wprost do 
niej z zapytaniem: 
 — Eh bien, mon enfanl, comment vont les affaires de ce pauvre comte 
Paulin? 
A więc wiedział już o wszystkim i przyszedł dlatego jedynie, aby ją 
namawiać. A więc był to spisek, zupełny spisek przeciwko niej. 
Zosi krew uderzyła do głowy. Wstała z krzesła i wyprostowana, 
gniewna, odparła głośno: 
 — Elles vont aussi mai que possible, mon pere. Je ne l'epouserai 
jamais, jamais! 
Ojciec Maks uśmiechnął się. 
 — Tiens, tiens! quelle energie! Nous avons donc notre petite volonte? 
Ale Zosia już go nie słuchała i nie panowała nad sobą. Nie patrząc na niego, 
oburzona i płaczliwym głosem zaczęła mówić, że nie pójdzie za hrabiego 
Paulina, bo ma swoją wolę i w sprawie małżeństwa nikogo słuchać nie myśli. 
Nie kocha go i nie chce być jego żoną i nie będzie nią nigdy. 
Tym bardziej że teraz dobrze widzi, iż cała ta rzecz została ułożona 
przez matkę i przez Terenię, aby się jej pozbyć jak najprędzej, aby ją byle 
komu oddać i mieć rozwiązane ręce. Im wszystko jedno, co z nią będzie 
potem, czy ona będzie szczęśliwa, czy nie, byle nie mieć kłopotu, byle zrzucić z 
siebie obowiązki. Ale jeżeli tak, to zaraz napisze do babuni, że tu jej źle, że 
chce wracać i babunia ja zabierze i zatrzyma w Haliniszkach, gdzie nikt 
namawiać jej nie będzie do wyjścia za hrabiego Paulina. 
Mówiła prędko, głosem podniesionym, bliska płaczu. 
Pani Alina, trochę przestraszona, gotowa już była odstąpić od 
wszelkich namawiań. Ojciec Maks także, widząc jej wzburzenie, nakłaniać jej 
już nie zamierzał. Tylko twarz Teresy Leonii, jak zawsze spokojna, miała 
wyraz nieugięty. I gdy Zosia przerwała swą gwałtowną przemowę i w 
rozdrażnieniu zaczęła chodzić po pokoju, ona, nie ruszając się z miejsca, 
rzekła powoli: 
 — A pamiętasz, Zosiu, coś nam jeszcze w Haliniszkach przyrzekła, że 
nie tylko przeszkadzać nie będziesz, ale owszem, dopomoże nam do 
fundowania naszego zakonu. Twoje małżeństwo z hrabią Barberini 
Baraniewskim byłoby nam prawdziwą pomocą... i byłoby... godnym 
wypełnieniem obietnicy... 
 — Tereniu! — zawołała Zosia i stanęła przed nią ze ściągniętymi 
groźnie brwiami. 
Oburzenie mowę jej odjęło. 
 — Więc ty chcesz..., więc ty śmiesz mi proponować, abym ja dla was..., 
dla tego zakonu... I ja to niby miałam przyrzekać?! Ależ to kłamstwo! 
Wykręt!... Podły wykręt! 
Zatrzymała się i zaczerpnęła powietrza, bo tchu jej brakowało. Nie, 
słów nie miała na wyrażenie oburzenia, które nią wstrząsało. Na twarz jej 
wystąpiły rumieńce, a z oczu leciały błyskawice. Nagle uczuła, że dłużej nie 
wytrzyma, że się rozpłacze jak dziecko, a tego nie chciała za nic. Więc 
obrzuciwszy wszystkich troje spojrzeniem pełnym gniewu i pogardy odwróciła 
się żywo i wyszła z salonu. Drzwi jej pokoju zamknęły się z trzaskiem i klucz 
obrócił się w zamku. 
W saloniku oświetlonym światłem lampy nastała cisza. 
Pani Alina coraz zawzięciej kręciła złotą obręcz na ręku. Stropiona 
była, niepewna — i wzrokiem badała kolejno twarze córki i ojca Maksa. 
Ten ruchem trochę zakłopotanym drapał się w podbródek i poruszał 
nogą, a wydawał się też niemało zdziwiony i przerażony całą tą sceną. 
Tylko na twarzy Teresy Leonii nie ukazała się żadna chmura. Ze 
spuszczonymi oczami, siedziała nieruchoma, zatopiona w modlitwie czy 
rozmyślaniu, a wyraz nieugiętej woli nie opuszczał jej twarzy. 
Ojciec Maks nieśmiało zaczął: 
 — Ne pensezvous pas, ma chere filie, que vous avez quelque peu outre 
la chose? Le mariage ne saurait efre impose.. 
 — Soyez tranąuille, mon pefe — odparła ona podnosząc głowę. — Une 
semaine ne sera pas ćcoulće, qu'elle y consentira de son propre gre. Je vous 
en reponds. 
Ojciec Maks i pani Alina spojrzeli po sobie. Czy były to ze strony Teresy 
Leonii próżne słowa? Czy też miała ona, ta dusza wybrana, jasnowidzenie 
prorocze? Tydzień nie minie, a Zosia zgodzi się na to małżeństwo? 
 — Daj to, Boże — szepnęła pani Alina. A ojciec Maks, dodał: 
 — Que Dieu vous entende! car ce serait pour notre oeuvre un grand 
succeś. 
I rozeszli się, życząc sobie wzajemnie dobrej nocy. 
Tymczasem Zosia leżała na łóżku z twarzą schowaną w poduszce i 
płakała rzewnymi łzami. Czuła się bardzo, bardzo nieszczęśliwa. Nie chciała 
iść za hrabiego Paulina, ale gorzej jeszcze bolało ją postępowanie z nią matki i 
siostry. Tak, one spiskowały, knuły przeciwko niej, chciały ją wydać dla 
własnej wygody, dla własnych interesów, nie dla jej szczęścia. 
I przypomniały jej tę obietnicę daną nieświadomie, bez zastanowienia, 
bez jasnego pojęcia o jej znaczeniu. Ach, to było podłe! Podłe! Nie, tego po 
matce nie spodziewała się nigdy. Czyżby jej wcale nie kochała? Ach, Boże, 
czemu wyjechała z Haliniszek, z tych kochanych, swoich Haliniszek, które 
były taką spokojną oazą, przystanią bezpieczną i cichą! Czemu babunia 
zgodziła sieją oddać, wypuścić w ten świat okropny samą jedną? Bo mama i 
Terenia to nie tylko nie były opiekunki, ale przeciwnie, z ich strony groziło 
największe niebezpieczeństwo. 
 — I co teraz będzie? — myślała leżąc w ciemnym pokoju i wpatrując się 
w oświetlone błękitnym blaskiem okno od ulicy. — I co ja teraz zrobię? 
Uciekać? Ach, gdybyż uciec do swoich, do babuni! Ale jak? Mama nie wypuści 
mnie samej. I zresztą, jakże tak? Niepodobna. Napisać do domu?... Może by 
napisać? Babunia znajdzie jakiś sposób sprowadzenia mnie do siebie. 
Wprawdzie mamie będzie bardzo przykro, że ja szukam ratunku nie u niej, ale 
nie trzeba było ze mną tak postępować. Po tym, co zaszło, już nigdy, nigdy nie 
mogę mieć do nich zaufania, najmniejszego zaufania. Nie wierzę im, choćby 
nie wiem jak mówiły, że mnie kochają, to ja wcale nie uwierzę. 
I Zosia znowu schowała twarz w poduszkę i zalała się łzami. Czuła się 
tak samotna, tak opuszczona, taka sama na świecie! Wtem usłyszała głos 
matki pod drzwiami. 
 — Zosieńko, czy śpisz? Otwórz mi. 
Nie, nie otworzy, za nic otworzy. Nie chce ich widzieć, nie chce. — Jeśli 
mnie nie kochają, to i ja nie chcę ich kochać — szepnęła i leżała cichutko. 
 — Zosieńko, otwórz mi, ma chere petite. Nie wiesz, jak mnie martwisz 
takim postępowaniem — ozwała się znowu pani Alina. 
Zosia nie ruszyła się wcale. 
 — Zosiu, czy to wypada tak postępować? 
 — Gorzej jeszcze postępować będę — szepnęła do siebie Zosia. — Jak 
dla mnie kto dobry, to i ja dobra, a jak mnie kto oszukuje, to i ja będę zła. 
I nie ruszyła się. 
Pani Alina postała chwilkę jeszcze przed zamkniętymi drzwiami, a 
potem odeszła do siebie. Zosia zeskoczyła z łóżka i zaczęła szybko chodzić po 
pokoju. Ogarniało ją coraz większe rozdrażnienie. Ściany jej pokoiku 
wydawały się więzieniem. Dusza rwała się do domu!'Jakiś strach ją ogarniał... 
A może oni tu doprawdy zmuszą ją do wszystkiego, co zechcą? Może i 
wydadzą gwałtem za hrabiego Paulina? Nie cierpiała go w tej chwili... Kto wie, 
jeśli zaczną męczyć i gryźć, i o obietnicy mówić... gotowa z desperacji przystać 
na wszystko. Może oni mają tu swoje sposoby? I wracały jej namyśl jakieś 
straszne historie o średniowiecznych prześladowaniach, o morderstwach i 
truciźnie, o jezuitach i inkwizycji. Zdawało się, że z ciemnych; zaułków 
miasta, które tam pod oknami już spało, wychodzą krwawe duchy 
prześladowców i prześladowanych. 
 — Et, dziecinada — rzekła do siebie, ale jednak czuła, że drży. — I cóż 
mi, mogą zrobić? 
Ciemność ją rozstrajała najoczywiściej, więc przekręciła guzik, a gdy 
zajaśniało światło, od razu zrobiło się jej lżej na duszy. 
 — Jutro napiszę do babuni o wszystkim, tak będzie najlepiej. A teraz 
zmówię pacierz. Przecież Pan Bóg jest wszędzie i nie może pozwolić, aby mnie 
tu skrzywdzili. 
Uklękła więc i zaczęła się modlić. Od dawna już tak się nie modliła. 
Czuła najwyraźniej, że Bóg jej słucha i mówiła do Niego z ufnością małego 
dziecka. Była pewna, że prośby trafiają do Niego i że On roztacza nad nią Swą 
opiekę. Przeżegnała się, uspokojona już, gdy nagle przypomniała sobie: 
 — Ach! Zdrowaś Mario za Jerzego!... 
Schyliła głowę na złożone ręce i myśl jej uleciała daleko, daleko na 
śnieżne stepy, pod mroźne niebo Syberii, i zatrzymała się nad jego samotną 
głową. Stanął jej jak żywy w oczach, widziała go wyraźnie i całą duszą lgnęła i 
tuliła się do tamtej duszy, cierpiącej, samotnej, stęsknionej... 
 — Za nami, za nim i za mną — módl się, Mario święta! 
VIII 
Nazajutrz wstała Zosia spokojniejsza już i jaśniej widząca stan rzeczy. 
Nic ustąpi, nie pójdzie za hrabiego Paulina — ale dla matki będzie, o ile 
możności, uprzejma i miła. Do babuni napisze dziś jeszcze i czekać będzie 
stamtąd postanowienia. Przykro jej było spotkać się z matką przy rannym 
śniadaniu, toteż marudziła z ubieraniem się i odetchnęła swobodniej, gdy 
wchodząc do saloniku dowiedziała się od służącej, że pani wyszła wcześnie i 
wróci dopiero na drugie śniadanie. Wielki Post się rozpoczął, a z nim razem 
nabożeństw przybyło i aspirantki miały czas bardziej zajęty. 
 — To i lepiej — pomyślała Zosia i wypiwszy kawę z wielkim apetytem, 
gdyż wczorajszego dnia była bez obiadu, zasiadła do biurka aby napisać do 
babuni. Ale zaraz wpadła Mania Iłżewska z zapytaniem, czyby nie mogły pójść 
razem, gdy miss Anger przyjdzie, zobaczyć nowy obraz Skoradzkiego, 
wystawiony w jego pracowni. Jej matka ma szaloną migrenę i wyjść nie może 
 — a tu spieszyć się trzeba, bo obraz wkrótce wywiozą. 
 — Dobrze, pójdziemy. Miss Anger miała przyjść przed jedenastą i 
zabrać mnie na mszę, więc może... 
 — A to i na mszę możemy pójść razem. Dziś Popielec — wypada się 
pomodlić. Chociaż doprawdy tak mało nagrzeszyłyśmy w tym karnawale, że 
nie ma za co pokutować. Ty może więcej, wszystkich panów pobałamuciłaś... 
 — Co ty pleciesz, Maniu! 
 — O, już tylko skromnej nie udawaj! Więc dobrze, idziemy razem. 
Ranek cały zajęło naprzód nabożeństwo, a potem przechadzka do willi 
Skoradzkich za Porta Pinciana. Tam gospodarz robił honory swojej 
wspaniałej pracowni. Obraz, przedstawiający jakąś scenę z życia dawnych 
rzymian, pełen był słońca, marmurów, klejnotów, szat barwnych i pięknych 
ciał. Głębokiego wrażenia nie robił, ale mile bawił oko. 
Kilku starszych malarzy i paru dziennikarzy miejscowych rozsiadło się 
po miękkich sofach, coraz to oryginalniejszymi frazesami wychwalając talent 
mistrza. Kilka pań z cudzoziemskiej kolonii przyglądało się ciekawie nie tyle 
obrazowi, co szkicom na ścianach, ślicznym draperiom, gratom kosztownym, 
sprzętom, zbrojom, dywanom, gobelinom, którymi była zapełniona 
pracownia. 
Gdy Zosia i Iłżewskimi i z miss Anger weszła, pan Skoradzki zajął się 
nimi uprzejmie. Posadził je w dobrym świetle, podał lornetki, tłumaczył każdy 
szczegół, a potem wyjął z teki szkice dawniejsze, fotografie innych obrazów i 
mówił dużo o swej sztuce, o swych kompozycjach, o swoich pomysłach, o 
swych dążnościach, o swych krytykach — i w ogóle o sobie. A że mówił po 
francusku przez grzeczność dla miss Anger, więc i obce panie i panowie 
zbliżyli się i utworzyła się koło niego grupa słuchających z uszanowaniem 
wykładu — raczej autobiografii, wypowiadanej płynnie, okrągłymi zdaniami, 
jakby nieraz już powtarzanej lekcji. W mowie swej zahaczał nieraz o młode 
szkoły, o nowatorów i rewolucjonistów sztuki. Ale traktował ich lekko, 
drwiąco, bez gniewu nawet tak jak olbrzym, któremu wysilenia karłów nie 
mogą grozić, który się nawet bawi widokiem ich bezowocnych trudów. Jednak 
gdy dwóch takich „młodych" weszło właśnie do pracowni i w milczeniu 
zaczęło się przyglądać obrazowi, a na ich twarzach nie odbiła się ani iskierka 
zachwytu, Skoradzki zaczął się irytować i głośno rzekł: 
 — Te wszystkie impresjonizmy, pointiliemy, prerafaelizmy, secesje — 
te powroty do czasów, kiedy nie umiano malować, te jakieś nastroje, alegorie, 
znaki zapytania, łamigłówki literackie — to jest po prostu nabieranie 
publiczności, to blaga, sztuczki. A pomimo wszystko, dobre malarstwo 
klasyczne i sumienne, oparte na porządnym rysunku i na studiach 
poważnych, zawsze musi odnieść zwycięstwo. 
To mówiąc patrzył z góry na dwóch „młodych", a ci zmierzyli go 
obojętnym wzrokiem, wzruszyli ramionami nad jego obrazem i bez słowa 
wyszli z pracowni. 
Epizod ten nie uszedł uwagi Mani Iłżewskiej, która wciąż trącała Zosię 
w łokieć i za jej plecami dusiła się od śmiechu. Na szczęście jakieś znajome, 
gospodarzowi towarzystwo ukazało się w drzwiach, on do niego się zwrócił, a 
panienki z miss Anger wymknęły się. 
 — A to zarozumialec! Myślałam, że pęknę ze śmiechu — wołała Mania 
Iłżewska zbiegając ze schodów. 
 — Ale obraz ładny — zauważyła Lunia. 
 — Ach! niebieskie z białym. 
Wszczęła się dyskusja, do której wmieszała się i miss Anger. Tylko 
Zosia nie miała ochoty nic mówić. Szła przodem milcząca. 
Wracały przez ogrody willi Borghese, które zieleniły się teraz świeżą, 
soczystą, wiosenną już zielonością. Na trawnikach, po rowach rozkwitały całe 
kępy białych i liliowych anemonów. Wierzby i łozy rozpinały przezroczyste 
tiule swych gałązek, delikatnymi jak puch listkami pokryte, a gdzieniegdzie 
krzak migdałowy wybujał różowobiałym bukietem. Pinie, wiecznie ciemne, 
wiecznie poważne, szumiały w górze. Z ziemi rozgrzanej szły zapachy 
odurzające, wiosenny ferment rodzącej natury, a niebo świeciło najczystszym, 
głębokim szafirem. W ogrodach było dość pusto. Tylko czasem przez cieniste 
aleje przeleciała gromadka cyklistów, rozrzucając iskry z kół niklowych, i 
dzieci bawiły się w piasku. 
Zosi nie cieszyła jednak piękność dokoła rozlana — bo gryzł ją 
wewnątrz niepokój. Wracała do domu, musiała spotkać się z matką... Może 
znowu znosić wypadnie namowy, przekonywania, żale. O nie, za nic w 
świecie! Dość już miała tego! Teraz pragnie spokoju, spokoju... 
Toteż została bardzo mile zdziwiona, gdy pani Alina po przywitaniu 
wcale wczorajszej kwestii nie wznowiła i, jak gdyby nigdy nic, zeszła z nią na 
dół, na śniadanie. — Może już koniec będzie — pomyślała Zosia. 
 — Czy wiesz, Zosieńko — rzekła pani Alina rozkładając serwetę na 
kolanach — że dziś rozpoczyna szereg konferencji pobożnych sławny 
kaznodzieja, dominikanin le pere Landrisac. Cudnie mówi! 
Siedziały już w sali restauracyjnej, na dole, przy oddzielnym stoliczku. 
Sala to była ogromna, długa i wąska, z drewnianą posadzką, gdyż służyła 
czasem do tańca. Ściany, wykładane kolorowym marmurem, zdobiły posągi 
białe, kopie z watykańskich galerii. Oświecona była z góry. Dwa długie stoły 
zajmowały środek, a wokoło stały stoliczki okrągłe, za które płacono 
oddzielnie. Zasiadała przy nich wyższa jakby kategoria gości, śmietanka table 
d'hóte'u. Zosia bawiła się zawsze widokiem sali — znała twarze wszystkich 
gości hotelowych, robiła o nich uwagi, przypuszczenia, interesowała się nowo 
przybyłymi. Niektórzy bliżsi sąsiedzi składali, przechodząc, ukłon ładnej Polce 
i jej matce. Często pan Chański, który mieszkał w tymże hotelu, przychodził 
do ich stolika, ale dziś go nie było. Iłżewskie jadły nieco dalej i cała rodzina 
Gorzeńskich rozsiadła się w głębi. Paliński zasiadał z nimi, bo była to bliska 
znajomość. Ostatnimi czasy dużo przybyło Polaków, zawiązały się nowe 
znajomości, odświeżyły dawniejsze — pielgrzymka polska niemało też 
przyczyniła się do tego ruchu. 
Siedząc naprzeciw drzwi, Zosia patrzyła na wchodzących. Co chwila 
drzwi otwierały się cicho i kilka osób przybywało do sali. Panie miały na sobie 
stroje ranne i spacerowe — ciemne, skromne suknie, bluzki paskiem 
ściągnięte; wiele przychodziło wprost z miasta w kapeluszach i okrywkach i 
spiesznie ściągały rękawiczki, dążąc na swoje miejsca. 
Panowie z pośpiechem zasiadali do jedzenia, głodni już po rannych 
wędrówkach. Suwano krzesłami, podnosiła się wrzawa rozmów — zapach 
sosów rozchodził się w powietrzu, brzęczały widelce na talerzach, a cała zgraja 
wyfrakowanych lokajów uwijała się z półmiskami w ręku, dzwoniąc sztućcami 
i kieliszkami. Przy małym stoliczku, na środku sali, sztywny i dystyngowany, 
jeden z „dyrektorów" hotelu dawał baczenie na wszystko. 
 — Une bouteille de Chianti, je vous prie — przerwała sobie pani Alina, 
mówiąc do lokaja, który właśnie podawał jej półmisek. Zaczęła powoli usuwać 
ości z kawałka smażonej na oliwie ryby i mówiła dalej: — Le pere Landrisac 
jest dominikaninem, młody jeszcze, nadzwyczaj świątobliwy, oui, ma chere, 
un saint! Rozpoczyna cały szereg kazań, mówić będzie dwa razy tygodniowo w 
St.Louis des Francais. Chciałabym, abyś i ty, moja Zosieńko, na nie 
uczęszczała. Nic piękniejszego, jak taka wymowa! Najlepsze towarzystwo 
zawsze była na tych konferencjach. 
 — Ależ i owszem, moja mamo. Nigdy nie słyszałam prawdziwie 
pięknych kazań. 
 — Naturalnie, cóż tam w kraju można posłyszeć! Nasi księża wcale nie 
umieją mówić. Dlatego też trzeba skorzystać. 
Weszło do sali dwóch młodych panów i, spostrzegłszy panie Halickie, 
zbliżyli się do ich stolika. 
 — Panie dzisiaj nigdzie się nie wybierają? — spytał młodszy. 
 — Owszem, ale wątpię, aby panowie zechcieli iść z nami — odparła 
Zosia. 
 — O! Dlaczego? 
 — Idziemy na kazanie ojca Landrisaca. 
 — A, aa... 
 — A co, widzi pan! — zaśmiała się. 
 — Tak i cóż my z sobą zrobimy? — spytał drugi litewskim akcentem. 
 — Może pan choć raz wybierze się do Św. Piotra. Od tygodnia być w 
Rzymie i nie wybrać się do Św. Piotra — to doprawdy... 
 — Jaż co dzień wybieram się, ale zawsze cości przeszkodzi. Ot i 
wczoraj,; miałem już czapkę na głowie, aż tu jak raz przyszli Jachimowicz z 
Bułowskim i siedliśmy do winta. No, i zagraliśmy się do nocy. A pani, to taki 
zawsze z ludzi wyśmiewa się... 
 — Bo i jest za co. 
Panowie odeszli w głąb sali — a Zosia zauważyła: 
 — Po co tacy jeżdżą do Rzymu? Winta można mieć i w domu. 
 — Taki to jest brak wykształcenia w tych naszych obywatelach — 
westchnęła pani Alina i zabrała się do sałaty. 
 — A panie już mają bilety na jutro? — spytał nagle głos tuż obok. Pani 
Gorzenska stała nad nimi, okrągła i rumiana, z uśmiechniętą twarzą. 
 — Bo my jesteśmy w desperacji, mówię pani, w desperacji! Tak 
chciałam być dopuszczona z moimi dziewczynkami do ucałowania ręki i nogi 
Ojca Świętego — a tu powiadają, że nie można — że i tak za wiele osób. Niebo 
i ziemię poruszyłam, do monsignore'a Żurowskiego trzy razy chodziłam, 
chociaż to tak wysoko, i nic. Ot, desperacja! I powiem prawdę kochanej pani, 
że to niesprawiedliwie. Cóż by się stało papieżowi od tego, a nam na całe życie 
pamiątka. My przecie zasługujemy, zdaje się, na względy. Któż więcej od nas 
robi dla papieża? Takie przywiązanie, taka wierność! A ot, i przystępu nie 
dają. 
 — Ależ pani... — zaczęła pani Alina. 
 — Wiem, wiem, co pani powie, że stary, że zmęczony. Ale niech 
przyzna, że jednak to krzywda dla nas... niesprawiedliwość... Jacyś Anglicy 
albo Amerykanie to zaraz są dopuszczeni wszędzie. A my, choć tacy 
nieszczęśliwi... Powinni by nas tu lepiej traktować... Ale idę już — idę, bo moje 
dziewczynki tam same zostały. 
Odeszła, a Zosia zaśmiała się: 
 — Pani Gorzenska obrażona na papieża — rzekła. 
Ryż z pomidorowym sosem był już zjedzony. Podano chleb z masłem i 
sery, potem owoce i obie panie wstały. 
 — Odpoczniemy trochę spokojnie i wcześnie wyjdziemy z domu, aby 
dobre miejsce znaleźć w kościele — rzekła pani Alina biorąc robótkę 
zasiadając w saloniku na górze. 
 — Teraz mogłabym napisać do babuni — pomyślała Zosia, ale jakoś jej 
się nie chciało zabrać do przykrego listu. 
A w tej chwili weszły obie Grzałkowskie. Były w kapeluszach i w 
żakietach, z parasolami, bedekerem i lornetkami przewieszonymi przez plecy. 
Przepraszając za ciągłe narzucanie się wytłumaczyły swą sprawę: czyby jutro 
nie mogły na nabożeństwo pojechać razem z paniami Halickimi? Ojciec ich 
był niezdrów i pewnie nie będzie mógł się poruszyć. Lękały się nawet malarii 
u niego, teraz powietrze takie niezdrowe! 
 — Już kupiłam butelkę eukaliptyny — rzekła starsza. — Mówią, że to 
najlepsze lekarstwo. 
Pani Alina najchętniej zgodziła się wziąć je z sobą. Wprawdzie miały 
one tylko różowe bilety, więc w kaplicy rozdzielić się wypadnie, ale pojadą i 
wrócą razem. Teraz szły do willi Borghese, gdzie jeszcze pozostały im dwie 
sale do dokładnego obejrzenia. 
 — Ja tamtą galerię znam już doskonale — pochwaliła się Zosia. 
 — Ach, moja droga, to oglądanie takie pobieżne, to nas nie zadowala 
bynajmniej — rzekła Ziuta — my nawet bedekerowi nie wierzymy. Mamy 
obszernie wypisane notatki, z najlepszych źródeł zaczerpnięte, i z nimi 
chodzimy wszędzie. 
Przy tym pokazywały gruby zeszyt oprawny, zapisany drobnym 
pismem. 
 — Ach, Boże, sama to pisałaś?! 
 — A tak, razem z Manią. Do tej podróży przygotowywałyśmy się długo. 
Grzałkowskie wyszły, ale zaraz po nich było parę wizyt. Państwo 
Oryżewscy z pożegnaniem, bo jutro, po nabożeństwie, mieli już wracać do 
kraju. Pan Sużyński, panna Łojska ze starą ciotką, wreszcie pan Odałowski z 
księdzem Subiniewiczem, przybyłym z dalekich stron dla wzięcia udziału w 
pielgrzymce polskiej. Pani Alina, rada z gości, ożywiła się, była miła, uprzejma 
i rozmowa toczyła się gładko i nieprzerwanie. Zosia także zapomniała 
chwilowo o swych troskach. 
 — Estce possible? Za kwadrans czwarta! — zawołała pani Alina, gdy 
ostatni gość wyszedł z salonu. 
 — Moja Zosieńko, prędko, wkładajmy kapelusze i ruszajmy! Byleby się 
nie spóźnić!... 
Przed kościołem St.Louis des Francais, na małym placyku, stało tak 
dużo ekwipaży, że przecisnąć się było trudno. A tramwaj, który przejść nie 
mógł, dzwonił bez miłosierdzia. Ekwipaże były prześliczne, błyszczące 
wylakierowaną uprzężą i stalowymi okuciami, czyste, wyświeżone. Konie, 
rosłe i piękne, potrząsały łbami, brzękając przy tym sprzączkami chomąt. 
Paru żebraków wyciągało chude ręce do wchodzących krzycząc głośno: 
 — Uno soldo, signore! Uno soldo... 
Ciężką zasłonę u drzwi podnosił plecami garbaty człowieczek, a w ręku 
trzymał kapelusz, do którego zbierał soldy za swą fatygę. 
Wnętrze kościoła było ciemne, tylko ołtarz w głębi jaśniał kilku żółtymi 
płomykami świec i przy nim ksiądz w kapie odprawiał wieczorne 
nabożeństwo. Cała nawa środkowa roiła się od postaci kobiecych. Zajmowały 
one krzesła ustawione dwoma rzędami wzdłuż filarów, a gdy tam miejsca, 
zabrakło, przynosiły krzesła z dalszych kątów kościoła i ustawiały je
pomiędzy rzędami, w wąskim przejściu środkowym. Pod amboną zwartą już 
stanowiły masę. I ciągle przybywały nowe, ciągnąc za sobą słomiane 
siedzenia, szeleszcząc jedwabiami poduszek, przepraszając po drodze, 
wsuwając się pomiędzy siedzące, robiąc sobie miejsce zuchwale, byle być 
bliżej i widzieć, i słyszeć! 
Po tym audytorium, które się gotowało do duchowej uczty, 
przechodziłydreszcze oczekiwania. W półmroku kościelnym skupiano się i 
starano się modlić. Talie, ściśnięte w doskonałych gorsetach i opięte w 
wiedeńskie żakiety, pochylały się na klęcznikach i głowy skłaniały się na 
złożone ręce. A głowy to były przeważnie młode i strojne w ufryzowane, 
czasem i ufarbowane włosy, w kapelusze prześliczne, na których powiewały 
kity piór i wdzięczyły się kwiaty, w butony brylantowe, rzucające ognie 
barwne. Leciuchna gaza woalek nadawała twarzom mgliste kontury. Profile 
odbijały się niewyraźnymi plamami na ciemnym tle. Z tych wytwornych 
postaci kobiecych wznosiły się zapachy perfum i pudru i łączyły się z 
zapachem kadzidła, które palono u ołtarza. 
Gdzieniegdzie, zagubiona wśród fali spódnic i okrywek, wyglądała 
obnażona głowa mężczyzny. Ale na ogół było ich niewielu. Woleli miejsca 
zajmować poza filarami, w bocznej nawie, gdzie stali lub siedzieli mniej gęsto 
zbici. Z boku usiadło kilka zakonnic w białych czepeczkach przykrytych 
czarnym woalem i, czekając kazania, odmawiało różaniec. 
Ambona wznosiła się, pusta jeszcze, pod marmurowym baldachimem. 
Panie Halickie zdobyły sobie krzesła, wsunęły się w środek nawy i 
usiadły. Pani Alina była wzruszona, bo pamiętała rozkoszne emocje, jakich 
doznawała zeszłej zimy słuchając konferencji ojca Landrisaca i spodziewała 
się teraz równie wzniosłych wrażeń. Zosia, odmówiwszy krótką modlitwę, 
rozglądała się po otoczeniu, zaciekawiona tym niezwykle eleganckim 
zebraniem. Poznawała niektórych znajomych — kilka pań widzianych z daleka 
na balu u hrabiny Tur — księżnę Buongiovanni, panią Monti, piękną panią 
Erbstein, i obok niej tego Szweda, który jeździł do bieguna, obie śliczne 
siostry O'Rennor, margrabinę Lucca, Amerykankę rodem, której 
ekscentryczny powozik i parę kuców znał cały Rzym — brzydką i zawsze 
krzycząco ubraną panią Wolkenstein, która, chociaż dopiero dla drugiego 
męża przyjęła katolicyzm, była teraz zapaloną dewotką — i wiele innych 
twarzy znanych z widzenia, ze spotkań po galeriach, w kościołach, na Pincio. 
Ale nie było czasu na długie rozglądanie się, bo zrobiła się cisza, potem 
ruch nagły wśród publiczności, suwanie krzesłami, odwracanie się twarzą do 
ambony — i w górze, pod baldachimem, ukazał się mnich. 
Ukląkł, zwrócony ku ołtarzowi, i zaczął się modlić. 
A tymczasem panie posuwały się, szeleściły sukniami, poprawiały się i 
lokowały wygodnie — składały ręce na kolanach w pozie słuchającej i 
poważnej. Pióra na kapeluszach fruwały, błyskały tu i ówdzie dżety okrywek. 
Wreszcie mnich powstał, zwrócił się ku publiczności i przeżegnał się 
szeroko. Chwilę stał z opartymi o pulpit rękami, wzrokiem wodząc po 
słuchaczach i zaczął: 
 — Petite, et accipietis; quaerite et invenietis; pulsate, et aperietur 
vobis. Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a będzie 
wam otworzone. 
Rzucił zebranym te słowa i zamilkł, jakby zbierając myśli. Oczy 
przymknął i stał chwilę w sobie skupiony. Wreszcie zaczął znowu: 
 — Bracia moi! Biorę te słowa Pana naszego za temat i dewizę do 
szeregu konferencji, które rozpoczynamy. 
Szukajcie! Kołaczcie, a znajdziecie, a będzie wam otworzone! Czym jest 
szukanie i kołatanie? Co znaleźć pragniemy i dokąd wejść? Oto są dwa 
pytania, nad którymi zastanawiać się będziemy. 
Szukajcie! Widzę w tej świątyni liczne i wyborowe zgromadzenie. W 
jakim celu tu przybyło? W jakim celu ci ludzie poświęcają czas swój i myśl i 
skazują się na długą godzinę nieruchomości i milczenia, i słuchania mojej 
biednej wymowy? Co ich do tego skłania? Co ich odrywa od przyjemności 
życia światowego, od wygód wykwintnego mieszkania, od rodzinnych uciech? 
Co ich goni? Jaki głos każe im iść? Po co tu przybyli? 
Bracia moi, przybywacie tu, do tej kazalnicy, nie dla zaspokojenia 
próżnej ciekawości, nie dla wzruszeń quasipobożnych, nie dla zmiany wrażeń, 
ale dlatego że słyszycie głos mówiący w duszy waszej: szukajcie! Głos ten jest 
tak wyraźny, tak potężny i rozkazujący, że słyszą go dziś i ulegają mu ci nawet, 
którzy twierdzili niedawno, iż żadne głosy zza świata nie istnieją i że wszelkie 
o nich wieści są halucynacją chorych umysłów. 
Tak, rozkaz Pana naszego: szukajcie! coraz donośniej brzmi na świecie, 
budząc z apatii, odrywając od służby zaprzysiężonej umysłom, niepokojąc i 
drażniąc, wlewając wątpliwość w umysły dotąd nie zachwiane, pewnej swego 
zdania, burząc mozolnie zbudowane teorie naukowe, wciskając się w ciszę 
szczęśliwych na pozór serc. 
I widzimy uczonych, światowe kobiety, młodzieńców, którym życie się, 
j uśmiecha tysiącem ponęt, literatów okrytych sławą, aferzystów oddanych 
robieniu grosza, szczęśliwych i smutnych, bogatych i ubogich, wykształconych 
i nieuków, możnych i prostaczków, garnących się ku światłu spływającemu z 
nieba. 
I widzimy te tłumy różnorodne, spoglądające w górę w oczekiwaniu,] 
jakiejś wieści dobrej, jakiejś pewności, jakiegoś ukojenia. 
 — Szukajcie! — rzekł Chrystus. — I bodaj nigdy jeszcze, przez długi 
szereg wieków, rozkaz Jego nie brzmiał tak donośnie. I wy, moi bracia, 
przychodząc tu, nie dla czego innego przychodzicie, jak dla szukania. Bo w 
głębi duszy najszczęśliwszy z was nawet — a któż tu jest, wśród was zupełnie 
szczęśliwy? — czuje jakąś pustkę, jakąś próżnię... jakieś nienasycone 
pragnienie. Szukajmy więc razem! 
O ile moje nędzne siły mi pozwolą, postaram się w tym szeregu 
konferencji dopomóc wam do znalezienia tej prawdy, do podniesienia ku , 
niej waszych serc, do jej ukochania na zawsze. Ten Chrystus, który rzekł: 
szukajcie, a znajdziecie, będzie waszym przewodnikiem na tej drodze, 
poprowadzi was stromą, ale bezpieczną ścieżką swej nauki, doprowadzi was i 
otworzy wam przybytek miłości swej świętej, nad którą nie masz wyższej 
szczęśliwości na świecie! 
Mnich zamilkł znowu i wzniósł oczy ku ołtarzowi. Oczy te były ciemne, 
podkrążone siną obwódką. Pod zrośniętymi brwiami błyszczały one dziwnym 
blaskiem. Usta miały zarys energiczny, surowy. Głowa, ogolona z wierzchu, a 
otoczona tylko dokoła wiankiem czarnych jak noc włosów, wychylała się, 
żółtawa i ascetyczna, z białej wełny habitu. Czarny płaszcz drapował jego 
wyniosłą postać i spadał za nim sztywnymi fałdami. Piękny był nie pięknością 
rysów, ale jakimś majestatem i powagą posłańca Bożego; świętym ogniem, co 
wewnątrz się palił i co z ust rwał się płomieniem i rozgrzewał ten tłum 
słuchający w skupieniu. 
Zosia patrzyła i słuchała. Patrzyła na tę białą postać mnicha, oświeconą 
blaskiem jego oczu i promieniem słońca, który padał z kopuły i ozłacał jakby 
aureolą jego szlachetną głowę i myślała, że jednak ten człowiek, unoszący się 
tam w glorii słonecznej, jest inny zupełnie od tego tłumu strojnego, 
pachnącego najlepszymi perfumami i powiewającego piórami kapeluszy, 
przywiązanego do ziemi tysiącem przyzwyczajeń, ambicji, wymagań i 
upodobań, że między nim tam w górze a tą elegancką gromadką jest 
olbrzymia przepaść. Słuchała i słowa jego głęboko zapadały jej do serca. 
Jak ciężkie krople łez gorących wpadały one tak głęboko z bólem 
prawie. I w miarę jak mówił, serce jej stawało się coraz cięższe, cięższe. 
Powoli zapomniała, gdzie się znajduje, nie czuła i nie widziała 
otaczającego ją tłumu, zlał się dla niej w jedną czarną i niewyraźną masę. 
Nieruchoma, ze splecionymi na kolanach rękami, z głową ku ambonie 
wzniesioną, podnosiła serce swoje ku temu zwiastunowi dobrej wieści, ale 
serce to było ciężkie nieskończenie i opadało wciąż, jak ptak, któremu 
skrzydła strzaskano. 
 — Szukajcie — mówił — a znajdziecie! Wszakże i ona szukała, szła 
niepewna, ręce wyciągała przed siebie i pytała wciąż: gdzie moja droga? Ale 
dróg było tak dużo i trudno było wybrać. Niegdyś zdawało jej się, że wie już, 
która jest jej droga i choć jeszcze nią nie szła, to była pewna, iż raz na nią 
wstąpiwszy, nie zabłądzi i dojdzie do celu. Zdawało się... A teraz?... Teraz 
wszystko zmąciło się jakoś dziwnie w jej umyśle i pewności żadnej nie ma, a 
serce jej ciężkie, ciężkie. Więc szukać na nowo? Szukać tak, jak gdyby nigdy 
żadnej drogi nie była sobie obrała? 
 — Co czyni człowiek szukający? — mówił głos z ambony. — Naprzód 
wstaje, porzuca dotychczasowe zajęcia, myśl odrywa od siebie i od wszelkich 
swych upodobań lub przywiązań, idzie szukać. Patrzy, słucha, wysila swój 
umysł w tym jedynym kierunku, przypomina, bada... Nie dba o to, gdzie, w 
jakich warunkach, w jakim otoczeniu znajdzie tę rzecz poszukiwaną. Byle ją 
znaleźć, byle ją posiąść! Tak, bracia moi, szuka ten, który znaleźć pragnie. A 
my, w poszukiwaniu tej Prawdy wiecznej, tej Miłości mistycznej, tego Słońca, 
ku któremu dążą świadomie lub nieświadomie dusze nasze, jak motyl dąży do 
płonącej świecy — jakże postępować mamy? Oto naprzód mamy powstać. 
Powstać z grzechowych zmaz, z ziemskiego brudu, ze zmysłowych więzów i 
kajdan — powstać i otrząsnąć się z tych drobnych przywiązań, z tych 
tysiącznych zabiegów, ambicyjek, trosk i próżności — zrzucić z siebie to 
jarzmo ziemskie, które nas przygniata — powstać i iść! Sercem czystym 
wznieść się do Boga i rzec: 
 — Nie dbam, Panie, gdzie znajdę Ciebie, czy wśród rozkoszy, czy wśród 
łez, czy w ubóstwie i cierpieniu, czy w dostatkach i pomyślności, czy w 
zapomnieniu, w ciszy i w samotności, czy wśród ludzi i wiru światowego, czy 
tu blisko, czy gdzieś na krańcach ziemi — bylebym Ciebie posiadł. Panie, 
niczym mi własne upodobania, nawyknienia i sympatie, niczym przywiązanie 
ludzkie i ziemskie, uczucia serca mojego, niczym świat cały — bylebym Ciebie 
posiadł, Panie! Niczym ból, niczym rozstanie, niczym samotność i tęsknota, 
bylebym Ciebie posiadł, o Panie! 
Mnich zamilkł — i przez chwilę trzymał obie ręce wzniesione do góry, 
w sposób pełen oczekiwania i prośby. Światło płynące z okna oświecało twarz 
jego surową a promienną. Odbijał białością na tle ciemniejącego już kościoła 
 — i zdawało się, że unosi się w powietrzu. A w dole, w półcieniu, przechodziły 
jakby tchnienia jakieś tajemnicze, jakieś mistyczne powiewy i dreszcze... 
 — A kto z takim oddaniem zwróci serce swe ku Panu, ten nie będzie 
czekał na próżno. Znajdzie i będzie mu otworzone. A znajdzie stokroć więcej, 
niźli się mógł spodziewać — bo ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani 
serce ludzkie nie przeczuło rozkoszy, jakie Bóg zgotował tym, którzy Go 
miłują. 
 — Bracia moi! Nędzna moja wymowa nie zdoła wam odmalować, czym 
jest szczęście miłości Bożej; moje niegodne usta nie zdołają was wtajemniczyć 
w tę szczęśliwość bez granic i miary. Powstańcie i szukajcie! Znajdziecie 
Światło, które was olśni i ogrzeje strudzone serce wasze — znajdziecie Ciszę 
tak wielką i Spokój tak błogi, jakiego świat nigdy wam dać nie może — 
znajdziecie Pociechę na wszystkie wasze bóle, na wszystkie rany i smutki, 
którymi karmiło was życie — znajdziecie Miłość prawdziwą, wobec której 
niczym są wszystkie wasze ziemskie znikome miłości. Bo Pan nasz będzie 
wam wtedy i Ojcem, i Matką, i Oblubieńcem, i Przyjacielem, — będzie 
Światłem i Pociechą waszą i w Nim znajdziecie spokój dla dusz waszych i 
odpocznienie. Szukajcie Go! On jeden wart miłości, On jeden zrozumie was, 
nie zawiedzie, pocieszy, ukoi i przygarnie — On jeden będzie wierny i choć 
niebo i ziemia przeminą, On nie przeminie. Za mały wysiłek, za mały trud On 
wam odpłaci całym morzem szczęśliwości. Za chwilę walki On wam da 
wieczność. 
Zosia już nie słuchała. Ogarniało ją dziwne uczucie — obezwładnienie, 
obojętność, znużenie coraz większe — jakby ciało jej martwiało i zamierało 
powoli. A dusza jej wydzielała się z tej cielesnej powłoki i jak ptak skrzydlaty 
leciała gdzieś do góry — z tej wielkiej wysokości, z tych wyżyn zawrotnych 
patrzyła w dół i widziała to życie swoje jak krótką chwilkę, jak mgnienie oka, 
jak kropelkę deszczu, która spada do morza i śladu po niej nie ma. Widziała 
pragnienia swoje i marzenia, i plany, i zamiary — jak mgiełki leciuchne 
znikające w przestrzeni. Widziała przywiązania swoje jak niteczki pajęcze, 
wiotkie i nikłe. I widziała ten świat cały, drobiazg w ogromie, rzucony w 
przestrzeni punkcik ruchomy, a w nim te ludy i te kraje, ziarnica piasku na 
brzegu nieskończonego morza. I wszystko to, pomimo swych dążeń 
wysiłków, i walk, ginęło bez śladu, rozwiewało się, nikło... Jedno tylko trwało 
niewzruszenie — wielkie Światło w górze, do którego zrywała się jej dusza. 
W kościele zrobił się ruch. Krzesła odsuwano, pochylano się na 
klęcznikach, zagrzmiały organy, od ołtarza doszła znowu woń kadzideł. 
Rozległy się śpiewy. Kazanie było skończone. Zaczęto wychodzić — 
zaszeleściły znowu jedwabie i tłum elegancki powoli płynął ku wyjściu. 
 — Pójdziemy już, Zosieńko — rzekła pani Alina. 
Gdy wyszły na powietrze, w ulice ruchliwe i zatłoczone, zdawało się 
Zosi, że świat jest inny niż przed paru godzinami — zdawało się, że każda 
twarz spotkana nosi na sobie piętno znikomości i śmierci. 
 — Czego oni tak biegną? Czego tak się troszczą? — myślała. — Jedno 
tylko jest ważne na świecie, a to wszystko zaraz przeminie. — I czuła, że nie 
warto o nic się troszczyć, o nic walczyć, o nic się starać — tylko wznieść się 
ponad tę ziemię w tej jasności niebiańskiej. I czuła w duszy zmęczenie wielkie. 
 — I cóż, Zosieńko? Wszak prawda, że cudnie mówi? — zaczęła pani 
Alina. — Ogromne wywiera wrażenie taka wymowa. Co to za głos! Jakie ruchy 
szlachetne! Jakie Wykończenie w każdym frazesie! O, bo też ten ojciec 
Landrisac, choć młody jeszcze, jest jedną ze świetniejszych gwiazd w Kościele. 
Cóż, nie żałujesz, że przyszłaś? 
 — O, nie, moja mamo. Bardzo jestem rada. 
Ale w sercu nie czuła żadnej radości, tylko znużenie wielkie, tęsknotę i 
smutek — smutek nieznośny. Pani Alina nie zauważyła tego jednak i mówiła 
dalej: 
 — Jaką wielką prawdą były jego słowa! Czymże jest świat wobec 
miłości Bożej i wobec życia duchowego? Wprawdzie nie wszyscy są powołani 
do takiego zupełnego wyrzeczenia się świata i oddania się Bogu. — ale ci 
wybrani, jakże powinni być wdzięczni i dumni. 
 — Ach — dodała z westchnieniem — kiedyż, Panie, pozwolisz mi oddać 
się Tobie w zupełności! 
 — To przymówka do mnie — pomyślała Zosia. — Z mojej racji mama 
nie może jeszcze wstąpić do tego swojego klasztoru. Gdybym wyszła za 
grabiego Paulina, to by miała ręce rozwiązane. — Ale tak myśląc nie czuła ani 
goryczy, ani niechęci żadnej. Była jakaś zobojętniała i znużona. I znowu po 
obiedzie, gdy zostały sam na sam z matką i pani Alina czule i nieśmiało 
poruszyła tę kwestię mówiąc o wielkich zaletach hrabiego Paulina, o jego 
zasadach chrześcijańskich, i o jego miłości — wreszcie o szczęściu, które 
płynie z wypełnienia obowiązków i ze służenia świętej, sprawie, Zosk znowu 
nie doznała ani niechęci, ani rozdrażnienia. Słuchała w milczeniu, obojętnie 
 — jakby nie o nią chodziło. A gdy się rozeszły do swoich pokojów, aby się 
wcześnie położyć przed jutrzejszą uroczystością, ona zamiast pisać o ratunek 
do Haliniszek, jak to zamierzała, zasnęła kamiennym snem. 
IX 
Gdy się panie Halickie znalazły ha swoich miejscach w kaplicy 
Sykstyńskiej, pełno już tam było, ale nie ciasno. Światło poranku wlewało się 
szeroko przez okna w górze i oświecało poważne, czarne zgromadzenie, które 
rozsiadło się na ławkach i pod ścianami. Byli tam mężczyźni woj frakach, 
księża, panie w czarnych welonach, kolegium polskie w czarnych i sutannach 
z zielonymi pasami, kilka zakonnych habitów. Teresa Leonia panna 
Malkiewiczówna i owa hrabianka, która po namyśle znowu wróciła do 
zgromadzenia, siedziały już w jednym z pierwszych rzędów, zatopiona w 
pobożnym rozmyślaniu, i pani Alina z Zosią zajęły obok nich miejsca. Zosia z 
pewnym zakłopotaniem zwróciła się do siostry na powitanie, ale ta była tak 
spokojna i naturalna, jak gdyby nic między nimi nie zaszło. Przy tym była 
czym innym zaprzątnięta. Przyszły zakon Sióstr Bolejących był w komplecie — 
a że dotąd zwlekano w Watykanie z daniem aprobaty, że jakieś nieprzyjazne 
wpływy tamowały im rozwój, że dotychczas jako zakon nie mogły otrzymać 
upragnionej audiencji u Ojca Świętego — więc postanowiły skorzystać ze 
sposobności i na dzisiejszej uroczystości wystąpić wspólnie nie jako zwykłe 
świeckie damy, ale jako kandydatki do stanuzakonnego. Liczyły na jednego 
z prałatów, monsignore Cechi, który został uproszony o przemówienie przy 
przedstawieniu paru słów za nimi do Ojca Świętego. Ojciec! Maks i ojciec 
Stanisław Huniewicz traktowali z nim obszernie w tej sprawie — i obiecał, że 
to zrobi. Właściwie do tej roli najodpowiedniejszy był monsignore Żurowski, 
który dziś miał ziomków swoich przedstawiać Jego Świątobliwości, ale jego 
niechętny stosunek do nowego zakonu nie pozwalał myśleć nawet o proszeniu 
go o to. W każdym razie przyszłe Siostry Bolejące były dziś w niemałych 
emocjach, gdyż wiele zależało od tego, jak się uda cała ta prezentacja. Czyż 
papież, wśród tego natłoku i przy zmęczeniu, zwróci na nie uwagę? Czy 
przyjmie je życzliwie? Czy monsignore Cechi wywiąże się zręcznie z zadania i 
powie wszystko, co potrzeba? Więc pani Alina, chcąc ulżyć sercu, zaraz 
zaczęła szeptać na ucho Teresie Leonii swoje obawy i niepokoje. A panna 
Malkiewiczówna też wmieszała się do rozmowy i we trzy coś długo gadały. 
A Zosia tymczasem rozglądała się wokoło. Cała kolonia polska była 
zebrana: Sużyńscy, Skoradzcy, hrabina Tur z siostrzenicą, Gorzeńscy, 
Oryżewscy, panna Łojska ze swoją ciotką, profesor Mężyk, Bruzdziewicz, 
Paliński, Odałowski, wszyscy młodzi panowie z hotelu, nawet sam Chański, 
nieszczęśliwy i zasapany. Opodal, przed ołtarzem, ujrzała hrabiego 
BarberiniBaraniewskiego w stroju szambelana, tak jak go po raz pierwszy 
ujrzała u Św. Piotra, gdy zaciekawiony jej zachwytami, podniósł na nią swe 
blade oczy. Ach jak to było dawno, jak dawno! Jak wiele odtąd się zmieniło! 
Jakim ona gorzkim dzieckiem była jeszcze wtedy! Myślała, że życie można 
wedle woli układać, a tymczasem... Jakoś wszystko tak dziwnie się plącze, 
zupełnie inaczej, niż się przypuszczało... I za nic, za nic w świecie ręczyć nie 
można. Z tym samym hrabią Paulinem czy ona wie, jak .... 
Powiedziała: nie, a jednak kto wie, co będzie? Wczoraj ojciec Landrisac 
mówił, że ten, kto szuka prawdziwie, nie dba o to, w jakich warunkach, gdzie i 
jak znajdzie. Byle znaleźć prawdę i miłość Chrystusa. To jedno ważne. Więc 
może... to droga najprostsza? Miłości ludzkiej szukać nie warto, a idąc za 
niego, ułatwiłaby matce i siostrze utworzenie zakonu, przyczyniłaby się do tej 
fundacji, która przecież ma na celu chwałę Boga i Kościoła. 
Może by to była najprostsza droga, bo te wszystkie marzenia to była 
dziecinada i wszyscy mówią, że człowiek sam nie kieruje swoim życiem. 
Spojrzała raz jeszcze na niego. 
Rozmawiał z jakimś poważnym prałatem i stał profilem do niej 
zwrócony. Głowa jego jasna wynurzała się z koronkowej krezy, odbijała 
bladością od czarnego aksamitu płaszczyka. Ładnie mu było w tym stroju 
renesansowym i sam wyglądał wytwornie i młodziej niż zwykle, trochę 
podobny do tych paziów i rycerzy, którzy tam w górze, na obrazach 
Ghirlandaia, Pinturicchia, Perugina i ukochanego jego Botticellego, stali ze 
szpadą u boku, patrząc na wielkie wypadki dokonywane przed ich oczami. 
Była i w jego postaci ta sama harmonia linii, ta sama bladość w kolorycie, ta 
sama wykwintność, arystokracja i morbidezza. 
 — Nie, nie będę o nim myślała — rzekła sobie Zosia. — Co będzie, to 
będzie, ale teraz trzeba uważać na wszystko, co się tu dzieje. Taki ważny 
dzień! 
W kaplicy panowała cisza i skupienie. Przybywający przesuwali się 
cicho na swoje miejsca, szeptano sobie na ucho, twarze były wzruszone i 
poważne — i wszystkie serca drżały w oczekiwaniu. I znać było zaraz, że to nie 
ciekawy widowiska tłum, że to nie żadna tłuszcza bałwochwalczej adoracji, 
gotowa ryczeć i wyć w szaleństwie, i rzucać się pod nogi bożyszcza. Była to 
gromadka wiernych, która przyszła powitać swego pana, hołd złożyć nie tyle 
jego osobie, co tej idei, której on był dla nich uosobieniem. Były to dzieci, 
które przychodziły do ojca, pewne, że znajdą w nim opiekę. Byli to 
nieszczęśliwi, którzy wśród codziennej męki przywykli wznosić oczy ku 
Świętej Stolicy i od niej spodziewać się ratunku, dusze wierzące kornie, a 
kochające głęboko. Byli to ludzie, którzy z krwią rycerskich przodków 
odziedziczyli, a z mlekiem pobożnych matek wyssali miłość do swojego 
Kościoła i wierność niewzruszoną, którzy, pomimo życiowych zmian i prądów 
i burz młodzieńczych, zachowali nietkniętą, nie wiarę może, lecz synowskie 
przywiązanie; którzy, chociaż nie zawsze hołdujący umysłem, gotowi byli w 
każdej chwili złożyć hołd krwi i życia tej papieskiej tiarze. Byli to potomkowie 
tych, którzy się sami zwali przedmurzem chrześcijaństwa. 
Widać było na tych pochylonych czołach, w tych brwiach ściągniętych, 
w bolesnym zamknięciu ust ślady stuletniej walki. Nawet głowy młode i 
piękne zdawały się owiane melancholią — jakaś myśl poważna patrzyła z 
najżywszych nawet oczu. A oczy te zachodziły teraz mgłą rozrzewnienia. Pan 
miał się ukazać swoim wiernym, Ojciec przyjąć miał swoje dzieci, Najwyższy 
Kapłan, Namiestnik Boski zstępował dla nich wyłącznie z wysokości swego 
tronu i tu za nich miał się modlić, za nich odprawiać ofiarę, za nimi wstawiać 
się do Boga i błagać o miłosierdzie! 
Za nimi! Za tymi pokrzywdzonymi, za którymi nikt już się nie 
ujmował, których wszędzie darzono tylko uśmiechem lekceważenia lub 
pogardliwym słowem, a częściej jeszcze nienawistnym oszczerstwem, którzy 
już nigdzie nie mieli przyjaciół życzliwych, których wszyscy i wszystko 
opuściło. Za nich miał się modlić. 
Więc serca wzbierały wdzięcznością i przywiązaniem, bo On był 
przyjacielem i Obrońcą i tu była jedyna ich przystań cicha, dom rodzinny, 
świątynia i przytułek. 
A gdy się ukazał, niesiony na swej sedii, bez wspaniałości i pompy 
ceremonialnych dni, bez oficjalnych postaci prałatów i kardynałów, bez 
dyplomatycznego ciała i szpaleru wojsk — ale prosty, skromny, a taki 
dobrotliwy i bliski, tak błogosławiący z głębi serca, taki ojcowski i łaskawy — 
to nie wybuchnęły okrzyki ani się nie ozwały klaskania, tylko czoła stroskane 
niżej się pochyliły, ugięły się kolana, a z oczu zaczęły sączyć się łzy... 
Płynęły te łzy po brodatych twarzach mężczyzn i po kobiecych 
policzkach. Ciche łzy wdzięczności i bólu, i rozczulenia. 
I posuwał się Kapłan Najwyższy przez ciche tłumy, które chyliły się 
przed nim, jak kłosy zboża w łanie. Szedł drogą usłaną sercami 
najwierniejszych swych dzieci i brał w swe stare, drżące ręce te serca wierne, 
aby je złożyć na ołtarzu, jako ofiarę godną Pana. 
Msza była cicha. Wśród obecnych panowała też cisza. Tylko na 
trybunie kapela papieska śpiewała i z pieśnią leciała modlitwa do Boga. 
Nieruchomi, jak obezwładnieni, klęczeli wszyscy — ani kartka nie zaszeleściła, 
ani nie zadzwoniły paciorki różańca. Tylko oczy mgliste wznosiły się ku 
ołtarzowi błaganiem bez słów, tylko jedna wspólna wszystkim dusza znękana 
przemawiała do Boga. 
Papież powoli, w skupieniu, odprawiał ofiarę. Zgarbiony i drżący, 
ruszał się z trudnością, tak już drobny i stary, taki bezcielesny, że zdawało się, 
iż lampka życia w nim płonąca zagasnąć może. Tylko oczy jego czarne, 
ogromne, przepyszne oczy młodzieńcze, prawie jakby nie należące do tego 
zgrzybiałego ciała, patrzyły żywo i świadczyły o siłach, które się jeszcze w nim 
zachowały, mówiły o duchu potężnym i świeżym, co w tej powłoce marnej 
zamieszkiwał jeszcze. 
Po mszy papieskiej nastąpiła druga dziękczynna, odprawiona przez 
jednego z prałatów, podczas której papież klęczał rozmodlony, z głową opartą 
na złożonych dłoniach. 
Ta msza trwała krótko. 
Zrobił się ruch. 
Na najwyższym stopniu ołtarza ustawiono krzesło, na którym zasiadł 
Leon XIII, a wokoło stanęli asystujący mu prałaci i księża. Monsignore 
Żurowski, w czarnej sukni z fioletowym pasem, imponujący i dystyngowany, 
miał mieć dzisiaj zaszczyt przedstawienia Jego Świątobliwości osób 
dopuszczonych do ucałowania stopy. 
Ale tymczasem wyszedł naprzód ksiądz Lubiniewicz, przybyły z 
dalekich stron, inicjator i duchowy przewodnik pielgrzymki, starzec wysoki i 
barczysty, o rysach jakby z kamienia ciosanych, prawdziwy typ kapłana 
żołnierza i rozpoczął łacińską przemowę. Mówił głosem donośnym a 
dźwięcznym, trochę drżącym ze wzruszenia, bez gestów, bez deklamacji, 
wylewając u stóp tego tronu czarę łez, rzucając wiązankę uczuć gorących, 
dając na przyszłość zapewnienie stałości niezłomnej. Mówił w imieniu 
milionów, a ci obecni wtórowali mu sercem całym. Leon XIII słuchał uważnie, 
a oczy jego zwracały się od księdza Lubiniewicza ku czarnej za nim gromadzie 
i spoczywały na niej życzliwie. Wreszcie ksiądz skończył przemowę, a 
zwróciwszy się do obecnych, zawołał głośno po polsku: 
 — A teraz, niech wszyscy tu przytomni, w imieniu swoim i dalekich 
braci, na znak synowskiego przywiązania i czci dla Ojca Świętego, powtórzą 
trzykrotnie ze mną: „niech żyje!" 
I trzykrotny grzmot głosów runął pod sklepienie Sykstyńskiej kaplicy: 
„Niech żyje! Niech żyje! Niech żyje!" Wyciągnęły się ręce do góry, jakby bronić 
i ochraniać chciały, po chwili opadły — i znowu cisza zaległa dokoła. A 
prorocy i sybille Michała Anioła patrzyli z góry na ten lud północy o 
rycerskich duszach i tkliwych sercach. 
Leon XIII wyprostował się na fotelu. Na wąskich, zapadłych jego 
ustach ukazał się uśmiech łagodny i czarne oczy żywiej zaświeciły. Oparł białe 
swe ręce o poręcze krzesła i zabrał głos. 
Mówił tą piękną, klasyczną łaciną, która zdumiewa uczonych i 
lingwistów, a mówił płynnie, wyraźnie, bez wahań i głosem tak silnym i 
młodym, że aż dziwnym w tej wyschłej piersi. 
Mówił, że hołd złożony tu przez naród tak zawsze drogi Kościołowi 
przyjmuje z radością tym większą, iż nie jest to objaw odosobniony 
i przemijający — ale jedno z ogniw długiego łańcucha wierności, który 
łączył Polaków z tą Świętą Stolicą. Tysiąc lat minęło, jak światło prawdziwe 
zawitało do Polski i odtąd nigdy ona swej matce, Kościołowi, nie 
sprzeniewierzyła się. Więc też i Kościół, jak matka prawdziwa, żywi dla niej 
najczulsze uczucia. 
 — Cenimy was, kochamy — i myślimy wciąż o was. Wasza szczęśliwość 
leży nam na sercu. Bóg, który w ręce nasze złożył rządy Kościoła swego, nie 
opuści oddanych sobie. Trwajcie niezłomnie przy wierze waszej, ufajcie nam 
zawsze. Błogosławię was z głębi serca — was i wszystkich nieobecnych tu braci 
waszych. Powiedzcie im, że o nich myślę, że pracuję dla ich szczęścia. 
Drobna ręka starca wzniosła się nad głowy i szerokim krzyżem 
błogosławiła chylące się czoła. A oczy jego, jaśniejące jak czarne brylanty, 
mądre i łaskawe, coraz czulej ogarniały gromadkę wiernych swoich. 
Oni mieli twarze wzruszone i oczy łzawe, a serca rozsadzała miłość 
wielka dla tego starca, który był im królem i ojcem. 
 — Dla niego żyć! Za niego umierać! — szeptały usta. 
 — Dla niego żyć i umierać — powtórzyła Zosia. 
I czuła, że w tej chwili oddałaby krew, życie, wszystko, co posiadała, za 
tego, który był żywym wyrazem ukochanej wiary, najbliższych sercu 
przywiązań. 
Zaczęły się przedstawiania. Leon XIII postawił nogę na poduszce i 
każdy zbliżający się klękał, pochylał się i ustami dotykał stopy papieskiej. 
Monsignore Żurowski mówił nazwisko, z dodaniem paru słów objaśniających, 
a wtedy papież łaskawie raczył przemówić prawie do każdego, znajdując 
zawsze jakieś uprzejme słowo i z dziwną lotnością orientując się wśród tego 
zgromadzenia. Jednym mówił, że się cieszy z tak pięknej pielgrzymki, drugich 
pytał o ich biskupów i duchowieństwo, tym wspominał znowu o odwadze i 
cierpliwości, innym powiadał: 
 — Je sais, je sais. Vous etes mes enfants de predilection. 
I wszyscy odchodzili z twarzą jasną i wzruszoną, jakby po dotknięciu 
przeświętej relikwii. 
Panie Halickie i dwie aspirantki zbliżyły się razem — ale ciasno było 
wszystkim pięciu przed tronem, więc Zosia pozostała z tyłu — i klęcząc 
onieśmielona i przejęta ważnością chwili, czekała kolei. Wtedy monsignore 
Cechi nachylił się do ucha papieskiego i rzekł: 
 — Ces dames ont l'ardent ddsir de fonder un nouvel ordre religieux — 
un ordre polonais, pour la gloire de Dieu et de son Eglise. Elies n'attendent 
que l'approbation de Votre Saintete. 
Monsignore Żurowski, słysząc to, zrobił ruch gniewny, ale 
powstrzymał się zaraz — a Leon XIII rzekł: — Ah, vraiment! Vous dćsirez 
nous servir? Eh bien, nous verrons, nous verrons. 
Teresa Leonia podniosła wtedy głowę i rzekła powoli a wyraźnie: 
 — Oui, SaintPere, nous faisons le serment de vous consacrer nos 
coeurs, nos forces, nos vies entieres. Daignez nous donner votre approbation. 
To jej przemówienie było dla wszystkich niespodzianką. Monsignore 
Żurowski zmarszczył brwi niecierpliwie — a w piersiach pani Aliny zabrakło 
tchu. Ale tyle było ognia w oczach Teresy Leonii, taki zapał bił z jej twarzy, że 
papież zrozumiał, iż z niepospolitą wolą ma do czynienia. 
 — Bien — odpowiedział zatapiając w jej twarzy swój mądry i 
przenikliwy wzrok — nous nous informerons de votre affaire. 
Teresa Leonia wstała razem u obu aspirantkami, ale pani Alina, 
klęcząc jeszcze, wyciągnęła rękę ku Zosi. Ona, coraz bardziej przelękła i 
zakłopotana, schyliła się do stopy papieskiej, gdy usłyszała pytanie: 
 — Et vous aussi — petite, vous prenez le voile? 
Głos zamarł jej w gardle, krew uderzyła do głosy i z oczami 
spuszczonymi wymówiła zawstydzona: 
 — Non, SaintPere. 
Leon XIII uśmiechnął się łaskawie do tej bujnej młodości i rzekł: 
 — Cest bien — c'est bien! 
Audiencja była skończona. Leon XIII zasiadł do sedii i został 
odniesiony do swych apartamentów poprzez ścieśnione szeregi, błogosławiąc 
i żegnając po drodze. I przybyli zaczęli zstępować w dół ku kolumnadzie, gdzie 
czekały powozy. 
Hrabia Paulin zbliżył się do Zosi i spytał: 
 — Pani mnie nie wypędzi, jeśli przyjdę dziś wieczór? 
 — Ja pana nigdy nie wypędzałam — odparła — ale wolałabym, żeby 
pan nie przychodził. 
 — A jeśli ja nie posłucham? 
 — To... cóż ja na to poradzę. 
I Zosia odwróciła się i podążyła za matką. Ale on szedł za nią i szeptał 
jej do ucha: 
 — Souvent femme varie, może i pani zmieni się dla mnie do wieczora... 
A ją strach zdjął i przyspieszyła kroku. 
Gdy się znalazły we dwie w saloniku hotelowym, pani Alina z Teresą 
Leonią spojrzały sobie w oczy z wyrazem triumfu. 
 — Ależ postąpiłaś mądrze! — zawołała pani Alina. — To przemówienie 
to był akt wielkiej dyplomacji. Teraz Ojciec Święty musi nami się zająć. 
 — Tak, pewnie — odparła Teresa Leonia. — Teraz będzie już pamiętał o 
naszej egzystencji. Trzeba było skorzystać ze sposobności. Ale teraz... 
Urwała i namyślała się chwilę, chodząc po pokoju, aż stanęła i rzekła 
dobitnie: 
 — Tym bardziej trzeba, aby Zosia wyszła za hrabiego Barberini 
Baraniewskiego. On dla nas byłby w Watykanie adwokatem i obrońcą przeciw 
intrygom niechętnych, on ma stosunki, jest w przyjaźni z monsignorem Cechi, 
potrafi przez niego i przez innych wpłynąć na Ojca Świętego. Przecie nie dość 
mu przedstawić naszą regułę — trzeba, aby zechciał ją zatwierdzić, trzeba, aby 
to zrobił jak najprędzej. A na to musimy mieć kogoś, kto by czuwał i był nam 
życzliwy. 
Stanęła przy oknie i patrzyła w szafirowe niebo rozciągające się nad 
linią dachów — drgało ono powietrzem ciepłym, przezroczystym, żadna 
chmurka nie mąciła przeczystej jego barwy. 
 — Trzeba skłonić ją do tego koniecznie — rzekła wreszcie. — Wszakże 
to dla jej własnego szczęścia — a dla nas to niezbędne, niezbędne. 
 — Chyba ty z nią pomówisz — odparła pani Alina — bo ja nie mogę. — I 
wyraz zalęknienia odbił się na jej twarzy. 
 — Naturalnie. Ja z nią pomówię. — I Teresa Leonia weszła do pokoju 
Zosi. 
Rozmowa trwała długo. Teresa Leonia nie mówiła już siostrze o 
szczęściu, nie potrącała kwestii sercowych. Przedstawiła jej sprawę jasno: dla 
założenia ich nowego zakonu konieczne było zdobyć sobie stałe i życzliwe 
poparcie przy jego Świątobliwości. Hrabia Barberini Baraniewski, związany 
takim węzłem, będzie czuf się w obowiązku ich protegować i wspierać, a 
dokona tego łatwo przez znajomości, które już posiada w Watykanie. Wiele, 
bardzo wiele od tego zależy. Czyżby ona — Zosia — była tak małoduszna, aby 
odmówić swego współuczestnictwa w wielkim religijnym dziele? Zwłaszcza że 
sama nie traci nic, bo człowiek, którego jej proponują, zasługuje najzupełniej 
na szacunek, na miłość nawet. Kochają. 
 — Ale ja go nie kocham — szepnęła Zosia. 
Teresa Leonia poczuła wahanie i zmęczenie w jej głosie, więc mówiła 
dalej. Mówiła, że życie jest takie krótkie, a wieczność nieskończona, że więcej 
szczęścia da poczucie spełnienia wielkiego dzieła niźli wszelkiej miłości. Że 
ten tylko szczęśliwy być może, kto idzie przez życie ze wzrokiem utkwionym w 
niebo, kto żyje dla Boga, a nie dla tego nędznego świata — że Bóg wynagradza 
stokrotnie i zlewa łaski swe na tych, którzy go miłują i Jemu przede 
wszystkim służą. 
Zosia słuchała zamyślona i milcząca. Dokonywał się w niej dziwny 
przewrót. Po gwałtownym oporze, jaki stawiała przed paru dniami wszelkim 
namowom, zdawało się, że jej siły wyczerpały się. Nie czuła już dostatecznej 
energii, aby się oburzać i sprzeciwiać, aby walczyć o swoją swobodę. Jakaś 
apatia i smutek ją ogarnął. To prawda — życie takie krótkie i tylko przejściem 
jest do dalszego życia — więc nie warto tak bardzo troszczyć się o to, jak 
upłynie. Byle cnotliwie! A przyczynić się do wielkiego dzieła — to zasługa 
pewna i będzie to jej policzone na tamtym świecie. Pewnie by to samo 
powiedział ojciec Landrisac. On przecie mówił, że powinno być wszystko 
jedno szukającemu, gdzie i jak znajdzie prawdę. Byle ją posiadł! A dziś 
jeszcze, u stóp Ojca Świętego, czyż sama nie czuła, że służyć mu powinna? 
Czyż nie powtarzała: dla niego żyć i umierać. A czymże mu lepiej usłuży? 
Zresztą, było jej wszystko jedno. — Życie takie krótkie! Niech się stanie, co ma 
się stać — może to jest wola Boska. 
Teresa Leonia umilkła. Wstała i zaczęła chodzić po pokoju. A Zosia 
siedziała w fotelu, znużona i apatyczna. Czuła, że grunt usuwa się jej spod 
nóg, że traci równowagę i gdzieś leci — leci w jakąś przepaść nieznaną. Ale już 
zatrzymać się nie może — nie ma sił, bo strasznie zmęczona i słaba. I dreszcze 
nią wstrząsać zaczęły. 
 — Cóż, Zosiu? — spytała Teresa Leonia po długim milczeniu. Zosia 
wstała, podniosła na nią zmęczone oczy i rzekła: 
 — Zrobię, co chcecie, ale ja go nie kocham... — I nagle w głowie jej się 
zakręciło, pokój zaczął wirować jej przed oczami i chwyciła za poręcz fotela, 
aby nie upaść. 
Może ja umieram, przeszło jej przez myśl — i uczuła radość. Ale nie 
zemdlała nawet — i po chwili usłyszała nad sobą głos Teresy Leonii. 
 — Bóg ci to wynagrodzi — będziesz szczęśliwa. 
Potem drzwi otworzyły się i zamknęły, i była sama. Chciała poruszyć 
się, zebrać myśli i zdać sobie sprawę z tego, co się stało — ale ciało jej miało 
wagę ołowiu i dźwignąć się nie mogła. I myśli jej były ołowiane i ciężkie. Więc 
nie myślała nic — tylko powtórzyła raz jeszcze: 
 — Róbcie, co chcecie. — I siedziała zdrętwiała, nieruchoma, odurzona 
 — wstrząsana od czasu do czasu dreszczem. 
ZOSIA DO ANI 
Rzym, marca 
Moja Aniu najdroższa, otrzymałam przed paru dniami Twój list, 
odpowiedź na wiadomość o moich zaręczynach. Ta wiadomość była jakoby 
tak pobieżna i nieszczegółowa, że prosisz o długi list i o opowiedzenie Ci 
wszystkiego. Aniu droga, chętnie bym Ci napisała wszystko, ale sama nie 
wiem, co się ze mną stało od pewnego czasu: ani myśleć porządnie, ani 
zrozumieć nic nie umiem. I nawet przed sobą nie mogę sobie zdać sprawy z 
tego, co się dzieje ze mną. Jestem zupełnie ogłupiała — ale nie myśl, aby to 
było z miłości... 
Spróbuję jednak opowiedzieć o tym, co się tu dzieje. Od tych dwóch 
tygodni jesteśmy w ciągłym ruchu, gorzej niż przedtem, bo przyjechało jeszcze 
więcej Polaków, cały hotel jest zapełniony — i ciągle to gdzieś idziemy, to się 
do kogoś spieszymy, to układamy jakiś spacer, to pędzimy do jakiegoś 
kościoła czy muzeum, to robimy jakąś dalszą wycieczkę, to słuchamy 
koncertów i kazań, to coś zwiedzamy, to czymś się zachwycamy. 
Od dziesiątej rano do późnej nocy jesteśmy na nogach, w towarzystwie. 
Byłoby to bardzo przyjemne, żeby nie było tak męczące. Ja mam już tego 
dosyć — chciałabym zatrzymać się i móc pomyśleć trochę — ale nie ma czasu. 
Nasze towarzystwo składa się z mnóstwa coraz to nowych osób, ale wszyscy tę 
mają wyrafinowaną grzeczność, że narzeczonych zostawiają ciągle en 
teteatete. Więc chociaż otoczenie jest liczne, my — to jest hrabia Paulin i ja — 
mamy aż nadto sposobności poznania się, rozmawiania z sobą. Rozmowy te 
są zawsze bardzo przyjemne, bo on jest niezmiernie wykształcony, trochę 
poeta, trochę artysta — widział dużo, czyta wszystko — a przy tym ślicznie 
mówi i lubi mówić. Nigdy z nim się nie nudzę. O ile zaś poznajemy się w tym 
rozmowach, to trudno określić. Wiem bardzo dobrze, co on myśli o Dantem i 
o Byronie, i o Fra Angelico i o Botticellim, wiem, co on odczuwa na widok 
zachodu słońca w rzymskiej Kampanii — i jakie wrażenie robi na nim morze 
wzburzone, a jakie spokojne — wiem, jakie lubi barwy i w jakiej sukni 
najbardziej mu się podobam — wiem nawet, że miłość pojmuje bardzo 
wzniosie, jako łączność dwóch dusz, lecących razem ku nieskończoności, że 
duszę ceni przede wszystkim i szuka naprzód duchowej sympatii — że chociaż 
posiada gust estetyczny i nie jest mu obojętna piękność — to tylko tak 
piękność do niego przemawia, która pochodzi ze wzniosłej duszy. 
Czy ja mam wzniosłą duszę, powiedz sama? Dotąd zdawało mi się, że 
moja jest taka sobie prosta, zwyczajna dusza. 
Wiem to wszystko. 
Ale o nim samym, o jego życiu, o jego przeszłości — wiem bardzo mało. 
Nie lubi o tym mówić — a gdy go raz zapytałam, dlaczego — 
odpowiedział mi bardzo poetycznie: czy wędrowiec, który tak długo tułał się 
po ciemnym i zimnym lesie, a wreszcie znalazł ognisko jasne i bezpieczne 
schronienie, lubi wspominać o swej tułaczce i o dawnych ciemnościach? A że 
to ja mam być owym ogniskiem jasnym, więc mi nie wypada protestować. 
Co dziwniejsze to to, że on i mojej przeszłości nie jest ciekawy. Gdy 
zacznę coś mówić o sobie lub o was, w ogóle o domu, to chociaż zawsze słucha 
uważnie, widzę, że go to niezbyt obchodzi. 
On lubi mówić o uczuciach, o psychologicznych zagadnieniach, a tak 
umie je analizować, roztrząsać, wysubtelniać, tyle umie robić uwag nowych i 
ciekawych, że słucha się go z wielką przyjemnością. Ja przynajmniej nigdy nie 
spotkałam nikogo, kto by tak ładnie o tym mówił. 
Co zaś do projektów na przyszłość, o które pytasz, to są one bardzo 
jeszcze niewyraźne. Wiele zależeć będzie od wuja, który ma tu przyjechać na 
Wielkanoc. Z tego, co mówi jego matka, wypada, że ten wuj ma zamiar 
odstąpić hrabiemu Paulinowi za życia jakiś majątek — więc zapewne tam 
mieszkać będziemy. 
Ja zapowiedziałam, że jednego chcę i wymagam — to zamieszkania w 
kraju, na wsi; jeśli nie w jego majątku, to w Białym Dworze; że to jest 
warunek, od którego nie odstąpię, bo uważam to za obowiązek i że musi mi to 
przyrzec. Zauważyłam, że on był trochę zdziwiony i śmiał się, pytając, czy ja 
posiadam bardzo długą listę obowiązków — ale przyrzekł. 
Tymczasem, ponieważ on tu jest potrzebny mamie i Tereni dla 
posuwania w Watykanie sprawy tego zakonu, więc choćbyśmy wzięli ślub 
przedtem, to zostaniemy tutaj, dopóki ten zakon już się nie rozwinie. 
Z tym ślubem, to jeszcze wszystko jest en l'air. Ja inaczej nie chcę, jak 
w Haliniszkach, jemu wszystko jedno — a tylko mama sobie ułożyła, że musi 
odbyć się w Rzymie. W każdym razie o tym nie mówi się jeszcze na serio, 
dzięki Bogu! Dopiero po Wielkiejnocy i po przyjeździe tego wuja. 
Ach, nie masz pojęcia, moja Aniu najmilsza, jak ja czekam 
Wielkiejnocy! Bo zaraz potem wracamy do domu. Terenia zostanie tu ze 
swoimi aspirantkami i pilnować będzie sprawy, a ja z mamą wyruszymy. Liczę 
dni i godziny... Zdaje mi się, że jakiś kamień spadnie mi z serca, gdy do was 
powrócę — gdy zrzucę tę skórę panny narzeczonej, będę po prostu Zosią, w 
moich perkalowych sukienkach i z dawnym warkoczem na plecach. 
Twoje ostatnie pytanie zostawiłam na koniec. Czy ja go kocham? 
Widzę twoją minę przerażoną, gdy ci odpowiem: nie. Ach, moja Aniu droga, 
cóż ja na to poradzę? Wolałabym i ja kochać go..., próbowałam sobie to 
wmówić — ale nie! Stanowczo go nie kocham. Powiadają, że to później 
przychodzi — że zakochania nie potrzeba do małżeństwa. Może... Ale ja 
myślałam, że to jakoś inaczej... Wiesz — ja bardzo się zmieniłam od czasu, jak 
tu jestem, i już dałam pokój dziecinnym marzeniom. Miłość spotyka się tylko 
w powieściach, a w życiu, zdaje się, że prawie nikt nie wychodzi za mąż z 
miłości. Przynajmniej tu wszyscy tak mówią. A dlaczego ja mu przyrzekłam? 
Bo mama i Terenia bardzo chcą mnie się pozbyć, a przy tym hrabia Paulin 
może im dopomóc w tych sprawach zakonu — jemu nic nie można zarzucić, 
ma mnóstwo zalet i jest bardzo przyjemny. A ponieważ żądnego nie mam 
powołania do klasztoru, więc raz trzeba pójść za mąż. A siedzieć i czekać tej 
miłości i ciążyć mamie i Tereni, kiedy zdarza się ktoś — miłość może nigdy nie 
przyjść... Więc zdecydowałam się. Czasami i ja myślę, że lepiej by było, aby to 
wszystko się nie stało. Ale stało się — i teraz słowo dane i za późno rozmyślać 
już nad tym. 
Ach, Aniu, sama mówiłaś niedawno, że szczęścia nie ma na ziemi. Ja 
wtedy oburzałam się, ale doprawdy, miałaś rację. Tylko że życie takie krótkie 
 — jakoś się je przebędzie. 
Nie martw się tylko i nie desperuj nade mną, mój Niuczku najdroższy, i 
nie sprowadzaj na siebie migreny z mojego powodu. Kto wie, może wszystko 
to zmieni się jeszcze na dobre! 
Nie wiem doprawdy, jakim cudem dali mi napisać taki długi list. 
Zwykle to co minuta ktoś wpada. Ale już odzywa się pierwszy obiadowy 
dzwonek, trzeba się ubrać i być gotową. Teraz hrabia Paulin jada z nami 
prawie codziennie, więc mama pilnuje ogromnie, abym była ładnie ubrana. A 
on mi zawsze przynosi kwiaty do stanika. Już to jako uprzejmość, to jest 
nieporównany. 
Więc ściskam Cię sto razy i bardzo, bardzo kocham 
Zosia 
Po napisaniu tego listu Zosia ubrała się w białą wełnianą suknię i 
wyszła do salonu. Hrabia Paulin czekał już tam na nią z wiązką 
bladoróżowych goździków w ręku, a tymczasem opowiadał pani Alinie o 
jakiejś rozmowie z monsignorem Żurowskim i o dalszych projektach, 
odnoszących się do sprawy zakonu. Znać było, że to go nudzi niepomiernie i 
że zajmuje się tym tylko z musu. Gdy Zosia weszła, zwrócił się do niej 
skwapliwie, rad z przerwy. 
 — Bądź pozdrowiona! — szepnął, podając jej kwiaty. — Pani nie 
przypuszcza nawet, jak dziś mi źle i smutno. 
A widząc, że pani Alina skierowała się do swego pokoju, dodał, biorąc 
rękę Zosi: 
 — Ach, tak smutno! 
 — Dlaczego? Co się stało? 
 — Nic się jeszcze nie stało, ale coś wisi nade mną... Wiem, widzę czarną 
chmurę nad sobą. 
 — Niechże pan nie będzie dzieckiem! Przyjdzie nieszczęście, to dość 
będzie czasu wtedy na desperację. A może nie przyjdzie wcale i wszystko 
będzie dobrze. 
 — O, niechże to pani powtórzy raz jeszcze! 
 — I wszystko będzie dobrze — powtórzyła Zosia, a jednocześnie 
westchnienie wyrwało się z jej piersi. 
On to zauważył i rzekł: 
 — A dlaczego to westchnienie? 
Ale ona nie odpowiedziała nic i stali oboje w milczeniu. Goździki słały 
im woń upajającą. On patrzył na nią uważnie, wzrok przesuwał po jej złotych 
włosach skręconych w węzeł i spiętych szpilkami z białego szytkretu, po jej 
czole, na którym pomiędzy brwiami zarysowała się od niedawnego czasu 
malutka, podłużna zmarszczka, na oczy jej spuszczone teraz i nakryte 
powiekami o długich, fryzowanych rzęsach — na jej policzki leciuchno 
zabarwione różem, na usta pełne, czerwone, ale zamknięte surowo. Potem 
wzrok jego prześlizgnął się po jej szyi schowanej w wysokim kołnierzyku i 
zatrzymał na jej silnych ramionach, na wypukłej piersi, którą opinała 
gładziutko biała wełna stanika. 
 — Istna Wenus — myślał. — Zdrowa, silna, krzepka. Stworzona do 
pospolitej miłości i do rodzenia dzieci. 
Wzrok jego skierował się ku jej biodrom zaznaczonym okrągłą linią 
pod suknią. 
 — To właśnie żona dla takiego Jachimowicza — myślał dalej — taki to 
by za nią szalał! Mówiłby do niej „serdeńko" i „koteczko" i co rok byłoby jedno 
dziecko. A ja w roli d'un papa — umrzeć ze śmiechu! 
Głośno zaś rzekł: 
 — Czy pani wierzy w przeczucia? Ona się zbudziła z zamyślenia. 
 — Co? Ja w przeczucia? O, nie, nigdy nie miałam przeczuć żadnych. 
 — A ja dziś czegoś się lękam, mówię pani, wyraźnie się boję. I oczami 
strwożonymi spojrzał w ciemny kąt pokóju. 
 — Jakbym widział, że coś idzie do mnie... nie wiem, co to jest... 
Niechże mnie pani spróbuje pocieszyć. 
 — Ach, Boże, jakże ja pana pocieszę? Wszakże pan w Boga wierzy i w 
to, że nic się nie dzieje bez Jego woli, więc... 
 — O, niechże mi pani nie mówi takich banalności! — zawołał hrabia 
Paulin niecierpliwie. — Każda stara ciotka to samo by powiedziała. 
 — I miałaby rację, cóż innego można powiedzieć? 
 — Jakaż ona ordynarna! — pomyślał hrabia Paulin i zamilkł. 
Idąc na dół za obiema paniami, do tabie d'hóte, porównywał w myśli 
Zosię z panią Wiką. Niegdyś przyszedł tak samo do niej z wiązką 
bladoróżowych goździków i powiedział jej: 
 — Bądź pozdrowiona! 
A ona, zamiast odrzec, tak jak ta głupia „Dzień dobry panu", położyła 
twarz na kwiatach i poprzez ich blade płatki patrzyła na niego swymi 
ciemnozłotymi oczami. Nie widział jej rysów, nie mówiła nic, nie poruszyła 
się, tylko oczy te jak gwiazdy błyszczały wśród kwiatów, tajemnicze, groźne, aż 
go dreszcze zaczęły wstrząsać. 
Potem on powiedział: 
 — O, jak mi dziś źle i smutno! 
A ona położyła swe zimne ręce na jego głowie i odparła: 
 — Ja jestem twoim złym duchem, ja jestem twoim smutkiem, kochaj 
swój smutek! 
Przy tym ręce te były takie aksamitne i świeże, gdy przesuwała mu je 
po czole. A goździki tak pachniały! Później on ją tak samo spytał, czy wierzy w 
przeczucia, a ona pochyliła się nad nim i rzekła powoli: 
 — Wierzę. Pamiętasz, gdyśmy się poznali, powiedziałam ci zaraz, że we 
śnie cię widziałam i to była prawda. Byłeś mi wyśniony, przeznaczony od 
początku wieków. 
Tak ona mówiła, ta boska Wika... A co ona teraz powie, gdy dowie się... 
Hrabia Paulin był roztargniony i niespokojny podczas obiadu. Ale gdy 
potem znaleźli się znowu sami na górze, w saloniku oświetlonym, ciepłym, 
gdzie na konsolach rozkwitały hiacynty i kosaćce, a przed kominkiem 
połyskiwał na stoliczku przyrząd do herbaty i zobaczył ją, swoją narzeczoną, 
jak białymi rękami, na których lśnił zaręczynowy brylant, dotykała filiżanek i 
imbryków i dzwoniła łyżeczkami, a czerwony blask ognia rzucał na nią 
drgające i ciepłe refleksy, uczuł, że opuszczają go wszelkie trwogi, że gorąca 
fala szczęścia po nim się rozlewa i że ta dziewczyna staje mu się naprawdę 
droga. A widząc, że jest z nią sam na sam, objadł ją ramieniem i przyciągnął 
ku sobie. Ona z lekka cofnęła się, spojrzała przestraszonymi oczami, ale nie 
rzekła nic. I ramię jego coraz ciaśniej ją otaczało i głowa jego coraz niżej 
skłaniała się ku jej twarzy. Przymknęła oczy i uczuła na sobie jego usta i 
muśnięcie wąsów. Było w tym dotknięciu coś tak nowego, coś, co tak ja 
obezwładniało, że nie próbowała się bronić i posłuszna, bierna, dawała się 
całować. A on szeptał jeszcze słowa piękne i słodkie. 
Ale pukanie do drzwi mu przerwało. Zosia jednym susem znalazła się 
na drugim końcu pokoju. Twarz jej płonęła. Cała rodzina Gorzeńskich 
przychodziła na filiżankę herbaty. A pani mówiła z uśmiechem: 
 — Czy tylko nie przeszkadzamy? Bo to zakochanym to najlepiej, kiedy 
są sami... 
Rozsiadła się jednak na kanapie, a panienki kręciły się po pokoju, 
przerzucały fotografie na stolikach, nuty na fortepianie. Wkrótce nadeszli 
państwo Sużyńscy i Paliński z Bruzdziewiczem, a Zosia zajęła się herbatą. 
Śliczna była dzisiaj w tej białej, gładkiej sukience, z tym rumieńcem i 
zmieszaniem na twarzy, taka gosposia miła nad rzędami filiżanek, brzęcząca 
łyżeczkami i uśmiechająca się znad obłoku pary, takie upostaciowanie 
spokojnego szczęścia domowego i kobiecości. Hrabia Paulin rozchmurzył się 
zupełnie patrząc na nią. Esteta, którym był w gruncie rzeczy, zachwycił się jej 
powabem, krew poczęła mu żywiej krążyć i rozpalać się do tej dziewczyny, 
która już była mu obiecaną, i którą przed chwilą tulił do siebie i pił ustami 
młodość jej, zdrowie i świeżość. Zapomniał o swych przeczuciach, o jej 
banalności, zapomniał o Wice nawet... Siedząc przy niej nachylał się do jej 
ucha i coś szeptał, a były to widać słowa gorące, bo na jej twarz biły coraz 
żywsze rumieńce. I tworzyli bardzo ładną, zwykłą i typową parę narzeczonych 
 — banalną parę. Zauważyła to nawet pani Gorzeńska ze swej kanapy i 
szepnęła pani Alinie, a ta z radością spojrzała ku narzeczonym i wzniósłszy 
oczy w górę, rzekła: 
 — Bogu niech będą dzięki! Jestem spokojna o szczęście Zosi. Zauważyli 
to też i młodzi i powoli, manewrując, odsunęli się na drugi 
koniec pokoju, zostawiając zakochaną parę sam na sam. Zosia, czując 
to, mieszała się coraz bardziej, onieśmielona jeszcze wobec obcych tą nową 
pozycją narzeczonej, a wobec niego tym, co przed chwilą zaszło. Ale on 
odwrócony plecami do wszystkich, zagradzał jej drogę, zasłaniał sobą i 
przysuwał się bliżej i ku niej pochylony, mówił z zapałem. 
Nagle okrzyk zadziwienia pani Aliny zmusił go do odwrócenia głowy. 
W środku salonu, oświecona lejącym się z góry światłem, śmiejąca się, 
szczebiocząca, stała — pani Wika Rodwiczowa. 
Hrabia Paulin pochwycił za poręcz krzesła, bo czuł, że mu się w głowie 
kręci. Czuł, jak krople potu wystąpiły mu na czoło i serce w piersiach się 
tłukło. Nie widział, nie słyszał nic i stał jak paraliżem tknięty, bez myśli, bez 
ruchu. Aż zbudził go głos tuż obok. 
 — Hrabia Barberini Baraniewski. Państwo się przecie znacie? 
Narzeczony mojej córki... 
Pani Wika wyciągała do niego rękę i śmiała się mówiąc: 
 — Ależ, znamy się! Kiedyś, tu w Rzymie, miałam przyjemność spotykać 
hrabiego. Narzeczony? O, najlepsze życzenia! 
I chłodna jej, drobna rączka ściskała dłoń hrabiego Paulina i ten uścisk 
wywoływał w nim cały rój sensacji i wspomnień, przejmował go do głębi. 
Po chwili ona siedziała obok Sużyńskich i Bruzdziewicza i opowiadała, 
jak tu niespodziewanie się znalazła; jak w Meranie przy chorej siostrze 
nabawiła się influency i doktorzy zaraz ją stamtąd wysłali, radząc zmianę 
miejsca i powietrza. Siostrę zostawiła pod dobrą opieką, a sama przybyła do 
ukochanego Rzymu, aby trochę wypocząć, gdyż czuła się strasznie 
wyczerpana. 
Mówiła to wszystko prędko, wesołym tonem zwykłego opowiadania, a 
na twarzy jej nie było bynajmniej śladów choroby. Cera jej, zawsze matowo 
blada, była może dziś trochę bledsza, a oczy jej świeciły dziwnym, zimnym 
połyskiem i usta znaczyły się czerwoną, ruchomą plamą i co chwila błyskały w 
uśmiechu rzędem śnieżnych ząbków, ostrych i drapieżnych, jak zęby młodego 
pieska. Ciemnorude włosy, w pięknych zwojach fryzowanych, otaczały jej 
twarz i nisko układały się na karku, spięte brylantową szpilką. 
Mówiła dużo, z ożywieniem trochę sztucznym, śmiała się przeciągle, i 
zdawała się zdenerwowana trochę i podniecona, ale niezwykle wesoła. 
Czasami wzrok jej spoczywał przez krótką chwilę na parze narzeczonych, 
którzy już teraz nie siedzieli obok siebie — i wtedy oczy jej stawały się 
ciemniejsze, prawie zupełnie czarne. Ale wnet wybuchała znowu śmiechem i 
coś dalej mówiła prędko. 
Obecność jej dodała życia całemu zebraniu, które dotąd prowadziło 
dość ospałą rozmowę. Zapanowało ogólne ożywienie i gdy pani Wika 
oświadczyła, że chce użyć spacerów, powietrza, ruchu, że jest w werwie — 
posypały się projekty wycieczek bliższych i dalszych. 
Wieczór skończył się wśród ogólnej wesołości. Pierwsza wstała pani 
Gorzeńska, a za nią poszli Sużyńscy. Pani Wika też zaczęła się żegnać. 
 — Taka rada jestem, że zastałam tu kochaną panią — mówiła do pani 
Aliny. — Nie wiedziałam, czy się spotkamy w tym roku. Szczęśliwie się stało, 
nie będę tak bardzo osamotniona i mąż mój przestanie mi gderać w listach za 
latanie po świecie, gdy się dowie, że jestem pod skrzydłem pani. Czy mogę 
napisać, że mnie pani bierze pod opiekę? 
 — Ależ i owszem! Bardzo mi to pochlebia. 
 — A więc, będziemy z panną Zofią siostrami przez parę tygodni — 
rzekła przyciągając Zosię i całując ją. — Zgadza się pani? 
Podała jeszcze rękę hrabiemu Paulinowi i wyszła szeleszcząc 
jedwabiami, a został po niej dziwny zapach jakichś nadzwyczajnych perfum — 
i jakby drżenie jej śmiechu w powietrzu. 
Wtedy dopiero hrabia Paulin oprzytomniał trochę i odzyskał mowę. 
Przez cały czas jej obecności czuł drżenie w całym ciele, a w głowie szum. 
Zdawało mu się, że widzi i słyszy przez sen tylko, co się wkoło niego dzieje. I 
silił się zrozumieć, uprzytomnić sobie to wszystko, a nie mógł. Teraz 
odetchnął głęboko. Sam już był w saloniku z obu paniami i usłyszał głos Zosi 
mówiący: 
 — Ona bardzo miła, ta pani Wika! Jak ją widziałam po raz pierwszy w 
Ucianach na balu, to mi się nie podobała, a teraz bardzo mi się podoba. 
 — Nie pamiętałam, czy się państwo znacie? — rzekła pani Alina do 
hrabiego Paulina. 
A on odpowiedział, siląc się na głos obojętny: 
 — Poznaliśmy się przed kilku laty. Po chorobie spędziłem zimę w 
Cannes i ona tam była. A potem tu, w Rzymie, spotykaliśmy się kilka razy. 
 — Ale zeszłej zimy pan nie bawił w Rzymie? 
 — Owszem, oprócz kilku miesięcy, które spędziłem w Neapolu i na 
Sycylii. W ogóle dotąd nigdzie zbyt stałym mieszkańcem nie byłem. Ale już 
późno — dodał i zaczął się żegnać. 
 — A więc jutro spotkamy się wszyscy na śniadaniu — przypomniała 
pani Alina. 
 — Tak, o wpół do pierwszej. 
 — I już stamtąd ruszymy — dodała Zosia. — Będzie bardzo przyjemnie. 
 — Dobranoc. 
 — Dobranoc. 
Hrabia Paulin wyszedł na korytarz i znowu odetchnął głęboko. Na 
koniec był sam, mógł zebrać myśli i zrozumieć, co się stało. Przyjechała — wie 
o wszystkim. Dość ją znał, aby uczuć od razu, że jadąc już wiedziała o 
wszystkim, i że dlatego tylko przyjechała. A więc czego chciała i co 
zamierzała? To było pytanie, które przede wszystkim sobie zadał, a nie miał 
na nie żadnej odpowiedzi. Czy będzie się starała zerwać jego projektowane 
małżeństwo? Czy robić mu będzie wyrzuty? Czy przygotuje mu scenę jakąś 
okropną? Czy zechce go skompromitować w oczach narzeczonej? Nie 
wiedział. 
A jemu, co robić wypada? Czy starać sieją przebłagać? Czy 
wytłumaczyć jej wszystko, i smutny swój stan finansowy, i zamiary wuja, i 
konieczność prawie tego małżeństwa? Czy szukać z nią porozumienia i starać 
się o poufną rozmowę? Czy lepiej unikać jej, nie drażnić, wyjechać może? Nie, 
tego nie mógł zrobić. Czuł, że teraz on jest w jej ręku i że wszystko stanie się 
tak, jak ona zechce i że on wobec niej ani własnej woli, ani własnego zdania 
mieć nie może. Czuł jednak również, że z Zosią rzeczy zaszły tak daleko, iż 
żadnym zmianom ulec już nie powinny. Zrozumie to przecież i ona i podda się 
losowi. Zresztą, może doprawdy będzie najlepiej wszystko jej wytłumaczyć po 
przyjacielsku. Może sama się zgodzi na to małżeństwo. Ach, to małżeństwo! 
Krew ścinała mu się w żyłach, gdy o nim myślał. Gdy przed chwilą widział tę 
przyszłą żonę swoją taką białą i dziewiczą, taką domową i gospodarną, a tak 
ponętną, gdy tam siedziała przysłonięta buchającą z maszynki parą, i gdy 
złożył głowę na jej piersi i poczuł przy sobie to ciało dziewicze i czyste, a pod 
ustami swymi miał tę twarz młodą, zdawało mu się, że ją kocha. — Ale tamta 
weszła, potrząsnęła rudymi włosami, wionęła zapachem indyjskich perfum, 
błysnęła oczami i białością zębów, zadzwoniła przeciągłym śmiechem i już on 
był jej sługą, jej niewolnikiem, jej rzeczą, już krew mu się paliła w żyłach, już 
wiło się w nim coś z bolesnej żądzy, już nad obawą przed jej gniewem górę 
brało pożądanie jej ciała. 
 — Ale nie, nie poddam się teraz — myślał zstępując ze schodów. — 
Wszakże cała moja przyszłość, cała egzystencja zależy od tego ożenku. I 
byłoby nieładnie... doprawdy nieładnie... 
Szedł przez korytarz pierwszego piętra, na którym już było cicho. Dla 
oszczędności pogaszono połowę lamp i panował tam półcień. Tu i ówdzie stały 
przed drzwiami wystawione do czyszczenia buciki. Cicho było. 
Wtem jedne z drzwi uchyliły się przed nim bez szelestu, jasna smuga 
przecięła mu drogę i kobieca postać w niej stanęła. 
 — Chodź! — szepnęła. 
I wziąwszy go za rękę wprowadziła do wnętrza i zamknęła drzwi za 
sobą. 
XI 
Znalazłszy się w jej mieszkaniu hraba Paulin poczuł dreszcze 
wstrząsające nim od stóp do głów. 
W saloniku niewielkim, oświetlonym płomieniem elektrycznym 
palącym się w szklanym kielichu, czuć było silną woń tuberoz i goździków. 
Jakoż całe ich pęki unosiły się z wazonów ustawionych na małych stoliczkach 
wśród drobiazgów, książek i fotografii. Wielka latarnia wyrzucała w górę 
ciemne liście w kształcie wachlarzy, których niebieskawe cienie rysowały się 
na ścianie, a pod nią stała kanapka, starą materią zarzucona i leżałapyszna 
tygrysia skóra, błyskająca w cieniu ostrymi kłami. W ogromnym zwierciadle 
odbijał się przez otwarte drzwi pokój sypialny, z łóżkiem szerokim, z 
gotowalnią świecącą mnóstwem flakoników i srebrnych puszek, z niskim 
szezlongiem, na którym leżały jakieś koronkowe negliże, ze swą 
tajemniczością i powabem wzbronionego zwykłym śmiertelnikom przybytku. 
Hrabia Paulin objął w mgnieniu oka te wszystkie szczegóły tak dobrze 
mu znane, tak mu żywo przypominające dawniej doznawane rozkosze, ale 
groza obecnej chwili i obawa przed nią były tak silne, że wszystko inne 
wydawało mu się snem tylko. 
A ona stała spokojna i zimna i patrzyła na niego długo. Nie mógł 
dostrzec wyrazu jej twarzy, bo była odwrócona od światła, ale widział w całej 
jej postawie, w głowie w przód pochylonej, w załamanych rękach, jakąś boleść 
 — i czuł, że smutek w nim również wzbiera i rośnie. Widział także nad jej 
głową rudawą aureolę włosów światłem przetykanych i linię jej ramion ginącą 
wśród masy czarnych koronek, błyszczące na palcach brylanty i czuł, że 
wzbiera w nim i rośnie pożądanie tej kobiety. Stał przed nią nieruchomy i 
wstrząsany w duszy najgwałtowniejszymi uczuciami. I nie wiedział nawet, jak 
długo trwała ta nieruchomość i to milczenie. Aż nagle ona poruszyła się, jej 
załamane dotąd ręce wyciągnęły się ku niemu i zarzuciła mu na szyję 
ramiona. 
Złączyli się w uścisku. 
Zrazu on nie śmiał dotknąć ustami tej głowy, co się do niego tuliła, ale 
ona objęła go za szyję obiema rękami i twarz jego, czoło i głowę poczęła 
obsypywać pocałunkami. 
 — Mój biedny, mój mały! — szeptała łagodnie z tą intonacją 
pieszczotliwą, z którą się mówi do dzieci — moje kochanie biedne! 
On, w oczekiwaniu wybuchów gniewu, sceny jakiejś okropnej, zrazu 
zrozumieć nie był w stanie. Ale głos jej był tak miękki, ruchy takie łagodne, że 
serce zaczęło mu tajać radością i począł całować te ręce, co go tak pieściły i 
powtarzać tuląc się do niej: 
 — Wiko moja, Wiko! Wiko jedyna!... 
I łzy prawdziwe poczęły zbierać się w jego oczach. 
 — Voyons, sois donc raisonnable — rzekła ona wreszcie. — Musimy 
pomówić rozsądnie. Siądź tu przy mnie — dodała wyciągając się na kanapce w 
cieniu palmy i robiąc mu obok miejsce — ale pierwej daj mi papierosa. 
A gdy on usiadł przy niej i dymek zaczął nad nimi się unosić, objęła go 
znowu za szyję i powtórzyła: 
 — Mój ty biedny! Opowiedzże mi wszystko! 
On, ośmielony i wdzięczny, zaczął mówić: 
 — Wiesz, jak moja matka od dawna pragnęła mnie ożenić — teraz 
pragnienie to wzmogło się jeszcze, stało się to wprost dla niej kwestią życia i 
śmierci. A przy tym mój wuj też tu przyjechał i namawiał, i stawiał takie różne 
warunki i obietnice... Tak mnie nudzili, tak dokuczali! A z tamtej strony była 
też zachęta, matka szczególniej ciągnęła mnie strasznie — o, zuchwale nawet! 
Wprost narzucała mi Zosię. Między nami z początku zaczęło się od flirtu — ot, 
tak, pour passer le temps. Ona, taka gąska, parafialna piękność. Ja nie 
miałem co robić. A potem — no, sam nie wiem, jak do tego doszło, prawie że 
mi się oświadczyły — i okazało się, że jestem zaręczony i że muszę się żenić. I 
teraz już klamka zapadła — dodał tonem, który miał być stanowczy. Wiedział 
dobrze, że całe to opowiadanie było szeregiem kłamstw i wstyd mu było 
trochę przed sobą samym. Ale nie mógł z nią mówić o swych sprawach 
majątkowych. Przecież dotąd uchodził przed nią za zamożnego człowieka! 
Kwestie pieniężne nie istniały wcale dla niego. Przyznać się do biedy, a co 
gorsza, do sprzedawania się za pieniądze — nigdy w życiu! Wolał już ujść za 
niezdarnego, za niedołęgę — to przynajmniej wywoływało u niej ten 
pieszczotliwy ton i wzbudzić mogło współczucie — rozbrajało choć trochę jej 
gniew, który zapewne miał lada chwila wybuchnąć. Więc mówił jeszcze o 
namowach matki, o kokieteriach Zosi, o zabiegach pani Aliny — przedstawiał 
siebie w roli ofiary, a wspominał jednak co chwila o honorze, który mu dziś 
nie pozwala już się cofnąć. Czuł sam, że jego wyznanie jest cokolwiek 
zaplątane, że sprawa nie całkiem wyraźnie się przedstawia. Ale ona zdawała 
się wszystko przyjmować za dobrą monetę i nie wątpić w jego szczerość ani na 
chwilę. 
Wprawdzie lękał się spojrzeć jej wprost w oczy i nie mógł zauważyć ich 
dziwnego blasku ani też trochę ironicznego uśmiechu, co się koło jej ust 
błąkał. Głos jej był zupełnie spokojny, gdy powtarzała gładząc jego włosy: 
 — Mój biedny mały! Moje kochanie!... 
Wreszcie, gdy skończył i umilkł, ona ujęła głowę jego w obie ręce i 
złożyła mu na czole serdeczny, macierzyński prawie pocałunek. On zaś 
wyszeptał wzruszony: 
 — Więc pozwalasz? Zaśmiała się: 
 — Ach, ty dzieciaku! Myślałeś, że się będę sprzeciwiała, że 
przyjechałam robić ci sceny zazdrości, intrygować, zrywać? Dobrą masz o 
mnie opinię! Ależ... ja tylko dbam o twoje szczęście... Jeśli ci dobrze będzie z 
tą twoją Zosią — to będę zupełnie zadowolona. 
Mówiła to tak naturalnie, a wydawała się tak spokojna, że w umyśle 
hrabiego Paulina zrodziło się podejrzenie. Spodziewał się wybuchu gniewu i 
obrażonej miłości własnej, spodziewał się stanąć przed rozdrażnioną mściwą 
kochanką, a znajdował łagodną, czułą siostrę, zapominającą o sobie w trosce o 
jego losy. Czy ona tak się zmieniła, czy też grała komedię? Przecież niedawno 
jeszcze podczas wspólnej a tajemniczej wycieczki do Neapolu ona mówiła, gdy 
pływali po błękitnej zatoce: 
 — Gdybyś kiedy inną pokochał, to bym i ją, i ciebie zabiła, a sama 
rzuciłabym się tu, do tej wody. Czym jest moje życie bez ciebie? 
A teraz? Żadne słowo gwałtowne nie wyrwało się z jej ust, zgadzała się 
na wszystko, nie wspominała nawet o sobie. Byleby on był szczęśliwy! 
Co się z nią stało? Czy nie leżała na dnie tej słodyczy jakaś nieznana 
trucizna? Ale nie. Twarz jej była taka jasna! Cały układ taki prosty, serdeczny. 
 — Może zrozumiała, że inaczej być nie może i pogodziła się z losem — myślał. 
A tak potrzebował w to wierzyć, że wmawiał sobie, iż tak jest i że mu już od 
niej nic nie grozi. Przy tym tak mu było z nią dobrze! W zacisznym pokoju, 
gdzie pachniały tuberozy i unosił się lekki dymek papierosa, na miękkiej 
kanapce, nad którą chwiały się liście latanii, oparty o nią — siedział 
nieruchomy. Po trwodze i napięciach całego wieczora, po tych wrażeniach, 
szarpiących jego nerwy, teraz zaczynało mu być dobrze, ciepło i jakoś miło. 
Jak po przebytym niebezpieczeństwie, chciał odpocząć i ukoić swe 
rozdrażnienie. Ona, jakby to odgadując — umilkła i tylko bliżej przytuliła go 
do siebie, ciaśniej oplotła mu szyję ramieniem. I siedzieli tak w ciszy i powoli 
wszelkie złe przeczucia jego, obawy i niepokoje znikały, odpływały gdzieś w 
dal, a wstępowało weń jakieś radosne rozrzewnienie. Ona była przy nim, była 
mu życzliwą, pobłażającą przyjaciółką, która wszystko zrozumiała i tylko 
starała się go uspokoić i natchnąć dobrą nadzieją. Zaczął więc mówić do niej 
półgłosem słowami pełnymi wdzięczności i zachwytu. Ona słuchała, 
uśmiechała się do niego i gładziła jego włosy — a jemu serce tajało i 
rozpływało się w piersiach. Mówił więc dalej o sobie, o swych uczuciach, 
bólach, tęsknocie do czegoś niewiadomego i nieuchwytnego, o swej duszy 
samotnej i błądzącej w przestrzeni, w poszukiwaniu wiecznym, o sercu 
nieszczęśliwym, o życiu bezcelowym, o żądzach nigdy nie nasyconych, o 
marzeniach bezpłodnych... Na małym zegarze, stojącym na biurku, wybiła 
druga. Wika zerwała się. 
 — Tak późno! — zawołała. — Jakże można tak późno siedzieć! Idźże mi 
stąd zaraz! Idź! Idź! 
Stanęła przed nim w świetle, ale chociaż mówiła idź, obiema rękami 
opierała się o jego ramiona i przykuwała go do kanapki — pochylała się ku 
niemu ruchem niewypowiedzianie miękkim, spod na wpół przymkniętych 
powiek oczy jej błyszczały, a w twarzy, podobnej do płatka narcyza, śmiały się 
czerwone usta. Była zachęta, nawet wyzwanie w tych ustach — w tych oczach 
była miłość. On zrozumiał, że może posiąść ją na nowo, przez głowę 
przemknęła mu myśl: Obie razem! Krew w nim zakipiała, objął jej giętką 
figurę i chciał ją porwać i przycisnąć do piersi. Ale nagle ona mu się wyrwała z 
rąk ruchem tak zwinnym i szybkim, jak ruch rozbawionej kotki i stanęła 
opodal ze śmiechem na ustach. 
 — A, nie! — rzekła — To, to nie! Jakże... A narzeczona? Śmiała się 
przeciągle, lecz cicho. 
 — Nie trzeba się zapominać — dodała znowu tonem macierzyńskim i 
pieszczotliwym. — My będziemy nadal przyjaciółmi — tylko przyjaciółmi. 
Pamiętaj o tym, mój biedaku. 
Na dobranoc złożyła mu na czole pocałunek siostrzany i klepiąc po 
ramieniu wysuwała za drzwi. Zostawszy sama, zarzuciła sobie ręce nad głową 
i westchnęła głęboko. 
 — No — rzekła do siebie — pierwsza scena odegrana z powodzeniem. 
I wybuchnęła głośnym, nerwowym śmiechem, a z oczu jej polały się 
łzy... 
I zaczęło się odtąd życie jeszcze bardziej gorączkowe. Pani Wika miała 
dar wprowadzania w ruch całego towarzystwa. Zdawało się, że każda chwila 
samotności i ciszy jest dla niej męczarnią, tak namiętnie szukała rozrywek i 
ludzi. Nigdy nie była zmęczona, zawsze gotowa do wszelkich spacerów, 
zwiedzań, wycieczek — zawsze na nogach, zawsze pierwsza do każdego 
projektu. Przy tym miała mnóstwo znajomości, stosunków, a gdy zabrakło 
dawnych, zawierała nowe na poczekaniu. Znała w Rzymie całą kolonię 
artystyczną, miała mnóstwo przyjaciół wśród turystów włóczących się po 
Europie, lubiła wynajdywać rozmaite kurioza, jak: nadzwyczajnych 
podróżników, zdetronizowanych książąt, misjonarzy, którzy uniknęli 
barbarzyńskiej śmierci, media spirytystyczne, fundatorów nowych sekt 
religijnych itd. Lubiła to wszystko, co trąciło czymś niezwykłym i umiała jakoś 
przyciągać ludzi do siebie. 
Wkrótce mały jej salonik hotelowy zaroił się trochę mieszanym, ale 
interesującym towarzystwem i wieczorne herbaty, które dawała u siebie, 
bardzo wielkie miały powodzenie. Uprosiwszy panią Halicką o opiekę, wzięła 
zupełnie serio jej przyzwolenie i mówiła wszędzie, że przybyła z tymi paniami. 
Prawie ciągle przebywała z nimi — razem odbywały wycieczki, razem spędzały 
wieczory, razem widziano je wszędzie. Umiała też obie pozyskać zupełnie. 
Taka była uprzejma, taka wesoła i pełna życia, a przy tym taka wykształcona, 
oczytana i tak ślicznie mówiąca! A chociaż młoda, ładna i trochę 
ekscentryczna, jej postępowanie było tak wzorowe teraz, a zasady, które 
wygłaszała, tak piękne, że wątpić o nich nikomu nie przychodziło na myśl. 
Ekscentryczność ta nawet dodawała jej wdzięku i przebaczano ją łatwo. 
Szczególniej Zosia ją polubiła. Po kilku dniach uważały się za dobre, stare 
znajome. Wprawdzie do żadnych zwierzeń nie doszło, bo i czasu na to nie 
było, ale stosunek zawiązał się nadzwyczaj bliski. 
Pomimo ciągłego ruchu i rozrywek, pomimo wesołego i przyjemnego 
towarzystwa, Zosię ogarniała coraz większa tęsknota. Jakiś smutek siedział 
zaczajony na dnie jej serca i w każdej chwilce samotnej wypływał na wierzch, 
jak oliwa na wodzie. Nie miała czasu badać siebie i analizować, a może też 
nieświadomie czuła, że to badanie jeszcze by gorszy smutek wywołało. Więc 
odpędzała złe myśli, sama szukała odurzenia i pocieszała się, że wkrótce to 
wszystko się skończy, wróci do domu, a tam w ciszy i w swojskim otoczeniu 
odzyska równowagę. Tam, w domu, pomyśli serio o swym przyszłym życiu i 
jakiś program sobie wytknie, a gdy przyjedzie tam hrabia Paulin, to będzie 
mogła bez ciągłych przerw i przeszkód pomówić z nim o wielu ważnych 
rzeczach i wybadać go w wielu ważnych punktach. Wprawdzie i tu czasem 
zaczynała rozmowę o tym, co jej leżało na sercu, o kraju, o obowiązkach, o 
tym, co jest do zrobienia, o życiu wiejskim i jego dobrych i złych stronach. 
Chciała go wciągnąć w to koło własnych myśli, zainteresować go, wzbudzić w 
nim zajęcie. Pytała go o wrażenia odniesione z kilkurazowych odwiedzin u 
wuja, egzaminowała z wiadomości gospodarskich, podsuwała mu projekty i 
plany przyszłej działalności. Ale czuła, że go to nudzi, że wszelkie realne, 
życiowe kwestie są mu obce, że choć ze zwykłą lotnością myśli jej sobie 
przyswaja, a nawet przejmuje się jej uczuciami, to tylko jako esteta, który w 
tym widzi nowy objaw, charakter, styl, pewne literackie pojęcie, a nie jako 
człowiek, który to samo odczuwa. I to ją drażniło i zasmucało, ale zawsze 
skłonna do optymizmu, pocieszała się, wmawiając sobie, że to się zmieni, gdy 
zamieszkają na wsi i on będzie musiał zająć się na serio i sam przyłożyć rękę 
do pracy. Wtedy pokocha to wszystko, co ona kochała już tak serdecznie i 
może być dobrze. Chodziło tylko o to zamieszkanie na wsi, więc przypominała 
mu jak najczęściej daną obietnicę i chociaż on się marszczył zabawnie mówiąc 
o gospodarstwie, ona zupełnie poważnie pocieszała go, że się wszystkiego 
prędko nauczy i że z czasem stanie się wzorowym hreczkosiejem. Raz, gdy mu 
to powiedziała, on się naprawdę oburzył. 
 — Ja hreczkosiejem! Za kogo mnie pani bierze? O, widzę, że nigdy, 
nigdy nie będę zrozumiany! 
Miał wyraz prawdziwego bólu i urazy w oczach tak, że aż Zosi przykro 
się zrobiło i zaczęła się tłumaczyć, mówiąc, że ona to uważa za najlepszy, 
najszlachetniejszy ze wszystkich zawodów, zwłaszcza dla Polaków i że on 
pewnie powie to samo za lat kilka, gdy bliżej pozna swój kraj i do niego się 
przywiąże. 
 — Ależ ja jestem bardzo przywiązany do mojego kraju — odparł. — Nie 
chciałbym nigdy być kim innym niż Polakiem. Dusza słowiańska, ze swoją 
tajemniczą tęsknotą, z tą głębokością uczuć, z tą naiwną wiarą, z tym trochę 
mistycznym polotem, a przy tym z tym ogniem, z tą fantazją tak poetyczną ma 
dla mnie niewymowny czar. Czuję w sobie samym zupełną zgodność 
i łączność z duszą mojego narodu. Jestem sam prawdziwym 
Słowianinem. Proszę mi tego nie mówić, że nie kocham mojego kraju. 
I zaczął tłumaczyć, że przecie nie wszystkie miłości są do siebie 
podobne. Są tacy, którzy ją okazują siedząc na wsi i sadząc buraki i kartofle, 
drudzy w inny sposób tego samego mogą dowieść. I nie można sądzić świata 
całego z punktu ciasnego, parafialnego patriotyzmu; dla ducha ludzkiego nie 
ma przestrzeni ani granic i niepodobna wszystkie dusze wtłaczać w 
jednostajny szablon, krępować ich rozwój, ich wzniosły polot... 
 — Ależ — przerwała Zosia — gdy, na przykład, jakieś miasto jest 
oblężone, to wszyscy mieszkańcy i uczeni, i prości, i biedni, i bogaci idą szańce 
sypać. Więc i tu... 
 — Comparaison n'est pas raison. To zupełnie co innego. I najlepiej 
niech szary tłum żyje wedle pewnych przepisów, a wyższe organizacje, 
wytworniejsze indywidua, arystokracja duchowa muszą sobie wyrobić własne 
formy bytu. 
 — Ach, Boże! — westchnęła Zosia. — Ja tego nigdy nie zrozumiem! 
Chyba już jestem taką zakutą parafianką. 
A po chwili dodała: 
 — Ale mieszkać stale będziemy na wsi? 
On tym razem nie odpowiedział nic. Gorycz mu wzbierała w sercu, gdy 
myślał o tym ożenku. Tak, będzie to wieczna walka o tę wieś, o te zasady, 
którymi ona była naszpikowana. Będzie to usiłowanie każdej chwili, aby z 
niego zrobić „obywatela", filar społeczeństwa, ziemianina, aby go wtłoczyć w 
te wstrętne formy uświęcone tradycją, a uznane za „porządne" wśród tego 
otoczenia kretynów, do którego wchodził. Będzie to stałe i nieustanne kłucie 
szpileczkami, ograniczanie, ścieśnianie, zapoznanie zupełne. Tak, nikt tam nie 
pojmie, nie podzieli jego uczuć, nie użali się nad jego bólem. Pozostanie obcy 
wszystkim, a przykuty na wieki. 
Były chwile, w których hrabia Paulin żałował szczerze swego 
postanowienia. A jednak nęciła go jeszcze sama osoba Zosi, pociągała go jej 
młodość, świeżość, zdrowie, bujność tej natury trochę pierwotnej. I nawet 
obecność pani Wiki nie mogła od razu zatrzeć tego wrażenia. Nastąpiło w nim 
dziwne rozdwojenie, jego dawna kochanka wlewała mu w żyły ogień palący, 
targała nim do głębi, narzeczona koiła jego nerwy, łagodziła rozdrażnienie i 
nęciła go, jak nęci podróżnego widok wiszącego na drzewie świeżego i 
soczystego owocu. Była wprawdzie, jak to sama mówiła, zakutą parafianką, 
nie rozumiała go, nie umiała wejść we wszystkie jego subtelności, ale taka 
śliczna była, świeża i miła, taka czystość duszy i ciała szła od niej, że mimo 
woli miał przy niej wrażenie świeżego podmuchu z łąk i pól, co niósł wesołość 
i zdrowie. Przemawiała do nieznanych mu tajników jego duszy i tam 
niespodziewanie na głos jej odzywało się echo. I to dziwne, nieoczekiwane 
uczucie miało swój wdzięk. 
Jednak wobec pani Wiki Zosia z każdym dniem traciła trochę w jego 
oczach — i to echo przez nią zbudzone coraz słabiej się odzywało. Kochanka 
brała górę nad narzeczoną. Tym bardziej że ta kochanka umiała nadzwyczaj 
zręcznie kierować sprawą i trzymając się wciąż na boku, nie narzucając się 
wcale, umiała zapełnić jego myśl i być mu ciągle obecną. Nie krępowała go 
bynajmniej, nie odsuwała od Zosi. Owszem, jako dobra przyjaciółka, co 
chwila przypominała mu jego słodkie obowiązki, umiała im zawsze zastrzec 
spokojne sam na sam, opiekowała się po macierzyńsku jego miłosnymi 
sprawami, chwaliła przed nim Zosię, wynosząc te właśnie jej zalety, które, 
wiedziała, że mu są antypatyczne, przepowiadała mu szczęście i powodzenie, 
snuła przed nim ocukrzone obrazki domowego pożycia. Słowem, wlewała mu 
do serca jedną ręką miód, drugą zaś piołun. 
Przy tym nigdy sama nie była tak czarująca, jak teraz właśnie, w tych 
pięknych, wiosennych dniach. Nigdy dotąd nie widział na jej skórze tak 
cudnych mlecznych tonów, nigdy oczy jej nie świeciły takimi złotymi 
blaskami, ani usta nie miały tego półuśmiechu pełnego obietnic, ani ucho w 
brylant zdobne nie przeświecało tak różową barwą, ani włosy nie wiły się w 
tak śmiałe zwoje, ani dotknięcie jej ręki nie było tak pieszczotliwie, ani głos jej 
nie posiadał takich nut głębokich, które obojętnym słowom nadawały 
znaczenie i wagę. Gdy, siedząc obok Zosi, widział ja wchodzącą do pokoju i 
idącą ku nim tym omdlewającym trochę i posuwistym krokiem i słyszał 
szelest jej sukni, i słyszał jej głos, i czuł woń jej perfum egzotycznych, słabo 
mu się robiło przez chwilę. Musiał przemocą wydobywać przyzwoite słowa z 
zaciśniętego gardła i z drżeniem w sercu ruszać się, chodzić, mówić i grać 
komedię obojętności. — Chciał parę razy spróbować jeszcze szczęścia i różne 
wynajdywał sposoby, aby ją wzruszyć. Starał się zastać ją samą i wtedy mówił 
jej o swej miłości, ale ona mu odpowiadała, że takich rzeczy nawet słuchać nie 
powinna, bo teraz jest mu siostrą i przyjaciółką i niczym więcej. Raz usiłował 
o późnej porze, odprowadzając ją do drzwi mieszkania, zmiękczyć prośbą i 
wyjednać, aby mu wejść pozwoliła, ale ona oburzyła się i odprawiła go z 
niczym. Nawet tak daleko cnotę swą posuwała, że zupełnie zabroniła się 
całować — i tylko wyjątkowo, gdy była dobra, pozwalała mu usiąść przy sobie 
na małej kanapce pod palmą i głowę złożyć na jej piersi. Wtedy gładziła jego 
włosy i prawiła mu morały, a on słuchał nieruchomy, z ogniem w żyłach, 
oddychał jej zapachem, czuł na twarzy ciepło jej ciała i omdlewał z rozkoszy. 
Ale tego mu nie wystarczało i coraz wyraźniej czuł, że odzyskać ją musi. 
Ta żądza wbiła mu się jak ostrze w serce i wszystko inne wobec niej znikło, 
rozwiało się. I im bardziej była ona nieuchwytna, tym goręcej rozpalała jego 
krew. Im bardziej odsuwała go od siebie, tym usilniej pracował głową, aby 
wynaleźć sposób jej zdobycia. 
Toteż szalona była radość, gdy jednego dnia — w dwa tygodnie mniej 
więcej po jej przybyciu — otrzymał od niej kartkę. 
„Jestem dziś trochę niezdrowa — pisała. — Nie wychodzę z domu i nie 
przyjmuję nikogo. Przyjdź wieczorem na pogawędkę we dwoje. 
W." 
 — Nareszcie! — pomyślał. 
I przez cały dzień był jak w gorączce. Nie mógł usiedzieć na miejscu, co 
chwila spoglądał na zegarek i miał tak zmienioną twarz, że aż go matka 
zaczęła rozpytywać, czy nie jest chory i na wszelki wypadek zmusiła do 
wypicia kieliszka eukaliptyny, z obawy przez malarią. A w sercu cieszyła się 
rozumiejąc, że ten niepokój jest zwykłą oznaką zakochania. A w kimże mógłby 
się kochać teraz, jak nie w narzeczonej? 
Hrabia Paulin miał obiadować w hotelu razem z paniami Halickimi. 
Napisał wcześnie, tłumacząc się, że dziś przyjść nie może, gdyż doczekał się 
dawno nie widzianego przyjaciela — i list ten posłał razem z wiązką róż dla 
Zosi. 
 — Hrabia Paulin pisze, że dziś przyjść nie może — rzekła Zosia do 
matki zapinając na ręku staroświecką bransoletę z kameą, dar narzeczonego. 
 — Ach, jaka szkoda! A ja właśnie miałam z nim pomówić o monsignore 
Cechim. Cóż robić! Pewnie jutro rano przyjdzie... Zresztą, może i lepiej się 
stało. Jutro odbywamy spowiedź przedrekolekcyjną, użyję spokojnego 
wieczoru, aby się przygotować. 
 — A ja napiszę do Ani — rzekła Zosia i zaczęła układać róże w wazonie. 
 — Już przeszło dwa tygodnie, jak ani słówka nie było z domu. Nie wiem, co to 
jest. Czy, broń Boże, kto nie chory? 
Zosia przypięła kilka róż do paska — i panie zeszły we dwie do sali 
restauracyjnej, dokąd zwykle zaraz po nich przychodziła pani Wika. Jadały 
razem przy wspólnym stoliczku. Dziś jednak podano ostrygi, potem zupę, 
pani Wiki nie było. 
 — Co się z nią dzieje? — niepokoiła się Zosia. 
 — Może jej kto przeszkodził, może niezdrowa — rzekła pani Alina. 
 — Z rana chodziłyśmy razem aż na Palatyn i była zupełnie zdrowa. 
Podano drugą i trzecią potrawę, ruch w sali wzrastał. Brzęk naczyń, głosy 
paruset osób, dźwięk sztućców, to wszystko tworzyło razem huk odurzający. 
Pani Wika nie przychodziła. 
 — Może doprawdy chora — rzekła Zosia. — Trzeba pójść do niej. 
 — Dobrze, zajdź do niej samą, a ja wrócę do siebie — muszę skorzystać 
ze spokojnego wieczoru. Tak mało ich mamy! 
Gdy po skończonym obiedzie Zosia weszła na korytarz, w którym 
mieszkała pani Wika, ujrzała koło drzwi stojącą jej pannę służącą, Ernestynę. 
Tak wyglądała, jakby czekała na kogoś. 
 — Madame est chez elle? — spytała Zosia. 
 — Oh, oui! — rzekła Ernestyna — entrez s'il vous pla't. — I sama 
otworzyła przed nią cichutko drzwi od saloniku — i znikła. 
W saloniku było ciemno, ale z sypialni padała, przez otwarte na rozcież 
drzwi, wielka struga światła. W stojącym naprzeciw ogromnym zwierciadle 
odbijała się postać pani Wiki leżącej na szezlongu. Miała na sobie 
jasnoróżowy szlafroczek z szerokimi rękawami, które zsuwały się odsłaniając 
białe ramiona. Ręce trzymała skrzyżowane nad głową ruchem leniwym i 
miękkim, a na nich opierała głowę, otoczoną rozpuszczonymi włosami. Włosy 
te, ciemnorude, połyskujące, jakby żywe, miały metaliczny jakiś odcień, 
przypominający wężową skórę i jak węże rozpełzały się wszędzie, plącząc się 
na poduszkach szezlongu, wśród koronek negliżu, wijąc się po jej szyi i 
ramionach. A wśród tych wężowych splotów twarz jej, bledsza niż zwykle, 
miała wyraz zły. Z ust otwartych świeciły ząbki ostre, drapieżne w dziwnym 
jakimś, wyzywającym i bezwstydnym uśmiechu. Było w całej jej postawie, w 
jej twarzy coś takiego, że Zosia, spojrzawszy na jej odbicie w zwierciadle, 
uczuła, że się czerwieni. Stanęła nieruchoma. Chciała spytać, czy można, ale 
uczucie jakby wstydu ją ogarnęło. 
 — Wyjdę cichutko — pomyślała. 
Aż wtem doszedł jej uszu głos męski, dobrze znajomy głos hrabiego 
Paulina. Zmieniony był, chrapliwy jakiś, błagalny, a zarazem gwałtowny. 
 — Pozwól, zgódź się — mówił. — Czyż nie widzisz, że ja oszaleję, jeśli 
mnie dłużej będziesz odpychać. Wiko, czy mnie już nie kochasz? A tak 
niedawno jeszcze..., tak niedawno... Ach, ja nie mogę tak żyć dłużej! Ja ciebie 
chcę, ja ciebie pożądam... Wiko... 
I z głębi pokoju wynurzyła się ku światłu postać hrabiego Paulina, 
którego Zosia nie widziała zrazu. I stanął w blasku lampy z wyciągniętymi 
rękami... Zmieniony był strasznie. Oczy zapadłe i sińcami podkrążone mgliste 
były, kąty ust opadły i dolna warga wysunęła się naprzód brutalnie, zwierzęco, 
a ręce wyciągały się naprzód jak szpony i drżały. 
 — Wiko! — powtarzał stłumionym głosem. — Ja ciebie chcę... Jej 
śmiech zabrzmiał w odpowiedzi. 
 — A narzeczona? — spytała. 
I zdawało się Zosi, że sylaby wychodzą z ust jej z sykiem, z jadem... 
Przykuta do miejsca, zamierająca z osłupienia, z oczami utkwionymi w 
zwierciadło, słuchała. 
 — Nie chcę jej, nie chcę! — zawołał hrabia Paulin. — Nigdy jej nie 
kochałem, wszak wiesz o tym. Po co mi o niej wspominasz? 
 — Ależ, mój drogi! Dziecko jesteś. Nie rozumiesz, że my przecież obie 
nie możemy być twoimi. 
 — Czemu? Ona wiedzieć nie będzie... A zresztą, niech tam! Wszystko 
poświęcę, a ciebie mieć muszę. Tyś dla mnie jedyna. 
Pani Wika zaśmiała się. 
 — E, e, gadanie! Szczerze ci mówię, daj mi spokój, a żeń się z tamtą. 
Wiesz, że cię kocham i że niełatwo mi przychodzi ciebie porzucić, ale z 
tamtą będziesz szczęśliwszy niż ze mną. 
 — Szczęśliwszy! — wybuchnął hrabia Paulin. — Jak ty możesz to 
mówić! Ty jesteś mi rajem, zapomnieniem, upojeniem najwyższym. Ty jedna 
mnie rozumiesz, ty jedna umiesz czytać w mojej duszy, ty jedna dajesz mi 
rozkosz zupełną, z tobą tylko mogę się zlać w jedno, zespolić się. Tamta, tamta 
to wiejska gąska, to materiał na domową kwokę i to jeszcze na najgorszy 
gatunek kwoki, bo z ideami, z patriotyzmem, z zasadami. Czy ja wiem! Dalej 
nie widzi jak do parafialnej dzwonnicy, a mnie chce przerabiać na obywatela, 
na filar społeczeństwa, na ziemianina! Cha, cha, cha! Mnie! Czy ty to 
rozumiesz? Mnie! A mnie co do ich społeczeństwa, do ich ziemi, do ich 
obywatelstwa? Ja chcę kochać nie po to, żeby dzieci mnożyć, przyszłych 
patriotów, ale po to, aby choć na chwilę wznieść się ponad ten podły świat i 
popłynąć z tą kochaną duszą w niebiosa. Żeby na jej piersi zażyć tych uczuć, 
których nie da mi żadna idea, żadne patriotyzmy, żadne cele i obowiązki i 
żeby zatonąć, zapomnieć, roztopić się we dwoje. Czy ja to mogę mieć z tamtą? 
 — Ale będziesz miał dostatek, pieniądze, wygody wszelkie, życie bez 
materialnych trosk, a to dla ciebie ważne. Będziesz bogaty, a przyznaj się 
szczerze, wszakże to cię skłoniło do tego małżeństwa? 
Chwilę trwało milczenie. On nie odpowiadał. 
Zosia, jak w ziemię wryta, stała, patrząc na tych dwoje ludzi. Miała 
wrażenie, że coś wali się jej na głowę, że gdzieś leci w ciemność. 
Pani Wika przeciągnęła się na szezlongu ruchem podobnym do sennej 
kotki. Fałdy lekkiego negliżu rozsunęły się i wśród koronek błysnęła białością 
szyja, pełna, okrągła, atłasowa. 
U ust hrabiego Paulina wyrwał się przytłumiony głos, podobny do ryku 
zwierzęcia i szedł ku leżącej kobiecie, blady, z zaciśniętymi ustami, z błędnym 
wzrokiem... i schylał się nad nią i obiema rękami szukał jej ciała. 
Wtem odskoczył. 
Przed nimi stała Zosia. 
Przez chwilę wszyscy troje byli nieruchomi i cisza się zrobiła w pokoju. 
Aż pani Wika podniosła się na łokciu i spytała ironicznie, wskazując na 
hrabiego Paulina. 
 — Cóż? Słyszała pani wszystko? Eh, bien, en voulezvous encore? Krew 
buchnęła Zosi do twarzy. 
 — Jesteście podli! — krzyknęła. — Podli! Podli oboje! Nie chcę was 
znać więcej, nigdy! Nigdy!... Masz — wołała ściągając z palca brylantowy 
pierścień i rzucając go pod nogi narzeczonemu. — Masz! — i rozpięła 
bransoletkę z kameą, która się potoczyła po dywanie. — Masz! — i wyrwała ze 
stanika przypięty pęk róż, jego dar. — Nigdy pana nie kochałam, wiesz o tym 
dobrze, ale myślałam, że jesteś uczciwy przynajmniej, a teraz... pogardzam, 
nie cierpię... brzydzę się... 
Znikła. 
Drzwi od korytarza stuknęły. I znowu zrobiła się cisza. 
Hrabia Paulin stał jak gromem rażony, a u nóg jego błyszczały brylanty 
pierścionka i leżały rozsypane blade róże. W powietrzu zdawał się dźwięczeć 
jej krzyk... 
Na szezlongu pani Wika leżała nieruchomo. Aż nagle śmiech jej 
wybuchnął znowu, czysty, srebrny, przeciągły... I tamto echo zranionej dumy 
dziewczęcej zacierało się i milkło. I ramiona jej rozwarły się szeroko, węże 
włosów zwichrzyły się i zadrgały, jak żywe, usta jej rozchyliły się i zawołała: 
 — Chodź! Bądź moim na zawsze! 
XII 
Gdy Zosia po tej okropnej nocy wstała nazajutrz rano, czuła się tak 
zmęczona i zbolała fizycznie, że zdawało się jej, że nigdy nie zdoła ubrać się, 
chodzić, ruszać się i mówić jak zwykle. Myśl o nadchodzącym dniu 
przejmowała ją trwogą. Znowu sceny, znowu wymówki, może i gniew matki i 
Tereni. A ona tak pragnęła spokoju! 
Wczoraj wróciwszy do siebie po tym strasznym przejściu, nie widziała 
matki. Zamknęła się w swoim pokoju i przez połowę nocy siedziała 
nieruchoma, odurzona tym, co widziała i słyszała. Serce nie bolało jej po 
stracie narzeczonego, ale czuła się pokrzywdzona, znieważona, wyśmiana 
przez tych dwoje. Ona im obojgu tak zaufała, a tu nagle... 
Przy tym te ich oczy błyszczące, te usta jakoś dziwnie uśmiechnięte, te 
białe ramiona pani Wiki, ten zapach perfum i tuberoz w jej mieszkaniu..., ten 
ohydny, zwierzęcy ryk hrabiego Paulina, gdy się na nią rzucał, ten jej śmiech, 
to wszystko razem zlewało się w jakiś zgrzyt ostry, drażniący, fałszywy, który 
zdawał się w jej uszach dźwięczeć jeszcze. To wszystko razem — to był brud, 
to był grzech, to była zgnilizna, do której i ona niechcący się dotknęła i czuła 
się zbrukana, zeszpecona, zraniona... Mój Boże, tak niedawno jeszcze te usta 
ją całowały... Wstręt nią wstrząsał na to wspomnienie. Czuła, że coś straciła 
bezpowrotnie, że z czegoś ją odarli i że dziś nie jest już ta sama, co wczoraj. 
Była zhańbiona, zbrudzona na zawsze. Nie, nigdy nie zetrze się z niej ten ślad, 
nigdy się nie otrząśnie z tego wstydu... 
Ta krótka chwila była dla niej objawieniem. Więc to była miłość? To? 
Widziała znowu tę straszną twarz hrabiego Paulina. O, nie, nie! 
Wszystko raczej, niż mieć z tym do czynienia!... 
 — Czemu nie wyszłam zaraz? Czemu nie uciekłam? — myślała. Ale 
wtedy przychodziło jej na myśl, że dobrze się stało, bo zostałaby żoną tego 
człowieka, oddałaby mu może serce. A tak przynajmniej była wolna, ach, 
wolna od niego! I w głębi serca czuła ogromną radość i drżała w oczekiwaniu 
tego, co miało nastąpić. Bo i co powiedzieć? Jaką dać rację tego nagłego 
zerwania? Nigdy, nigdy nie przyzna się do tego, co widziała, na samo 
wspomnienie rumieńce występowały jej na twarz. Zresztą matka i wszyscy 
mieli tak dobre wyobrażenie o pani Wice. Czy sumiennie jest opinię tę 
zachwiać? A może jej nie uwierzą? I nawet pewnie, że nie uwierzą, pomyślą, 
że jej się coś przywidziało. A ona wszystkiego powiedzieć nie może... nie, nie 
może... 
Gdy wreszcie, zmęczona okropnie, położyła się do łóżka i po długich 
godzinach przewracania się i kręcenia zasnęła na koniec, nie był to sen 
krzepiący i zdrowy. Jakieś strachy ją dręczyły, jakieś twarze pochylały się nad 
nią i zrywała się co chwila spocona i drżąca. Wstała, nie mogąc dłużej 
wytrzymać tej męki. Ale czuła się tak słaba i wyczerpana, że ledwie mogła się 
poruszyć. 
 — Wyjdę na powietrze, to mi lepiej będzie pomyślała. — Pójdę na 
mszę, może mnie Pan Bóg natchnie, co mam dalej robić. 
Było jeszcze bardzo wcześnie, gdy Zosia wyszła z hotelu. Ulice były 
puste, okna od magazynów przysłonięte. Zamiatano tu i ówdzie. Na placu di 
Spagna nie było jeszcze ani przekupniów z kwiatami, ani modelek na 
schodach, ani nawet żebrzących uliczników. Czasem przejechał wózek 
dwukołowy, zaprzężony w muła o wielkich uszach, czasem wóz wielki z 
mięsem. Z jednej z ciasnych uliczek jakiś wieśniak w baraniej kurtce wypędził 
stado kóz i gnał je dalej przez plac. Zosia wstąpiła na wysokie schody Trinita 
dei Monti. Kościół, oświecony już wschodzącym słońcem, rzucał długie cienie 
na drogę. Zamknięty był jeszcze. 
Zosia zwróciła się na lewo i poszła drogą ku Monte Pincio. Powietrze 
było chłodne, ale przeczyste i orzeźwiające. Na liściach i roślinach 
przydrożnych świeciła rosa i kropelki jej rzucały tu i ówdzie tęczowe smugi. 
Palmy wyrzucały w górę swe sztywne liście, obok wierzby potrząsały 
bladozielonymi tiulami i cyprysy stały proste na szafirowym tle nieba. 
Zapachy różne drgały w powietrzu, cicho było i samotnie wśród tej zieloności. 
Tylko z dala, koło sadzawki, paru księży chodziło z brewiarzami w ręku, 
odmawiając poranne pacierze. 
Zosia trochę onieśmielona samotnością, a zarazem rada z ciszy, szła 
dalej. Minęła taras, skąd się rozciągał sławny widok na Rzym, tyle razy 
podziwiany w ich zbiorowych wycieczkach i doszła do wgłębienia w murze od 
strony willi Borghese. Lubiła ten kątek. Tam góra była jakby urwana i mur 
stromo w dół się spuszczał, jak baszta przy jakiejś fortecy i aż straszno było z 
jego wierzchołka spojrzeć pod siebie, tak tam było przepaścisto i głęboko. A w 
dole nie było nic prócz wielkiej masy drzew, prócz morza zieloności, wśród 
którego czerniły się pinie. Nieraz, podczas rannych spacerów, gdy miss Anger 
zachęcała ją do podziwiania widoku Rzymu z tarasu — ona wolała stąd 
patrzeć na ten las zielony, który jej trochę przypominał gaje haliniskie. 
I teraz wprost tu podążyła z instynktownym pragnieniem odświeżenia 
oczu widokiem prostym i swojskim i nie spostrzegła wcale, że na jej widok 
siedzący na ławce ksiądz podniósł głowę i patrzył na nią ze zdziwieniem. A 
gdy się zbliżyła do muru, on wstał i podszedł do niej z wyciągniętą ręką. 
 — Cóż to panią tak wcześnie tu sprowadza? — spytał. — I samą? Bez 
mamy? 
Ona drgnęła na ten głos, ale, widząc przed sobą monsignore'a 
Żurowskiego, uśmiechnęła się i podała mu rękę. Zaczynała coś tłumaczyć, ale 
on przerwał, patrząc na nią badawczo: 
 — Pani coś jest, panno Zofio? Jakaś przykrość... smutek? Co się stało? 
A gdy ona tak zagadnięta znienacka spuszczała oczy i czerwieniła się, starając 
się coś wybąknąć, on dodał: 
 — Proszę nie udawać, bo ja widzę, że coś jest — coś tam na sercu leży. 
Wziął ją za rękę i posadził przy sobie na ławce. Mądre jego oczy na wskroś ją 
przeszywały. Ale dla niej nie było to przykre. Owszem, czuła jakby ulgę, że 
znalazł się ktoś, kto jej sprzyja w biedzie. Może by mu wszystko opowiedzieć? 
Może by on poradził najlepiej? Ksiądz — to będzie wiedział, co robić. Ale jak 
powiedzieć? — I znowu na wspomnienie wczorajszej sceny gorący rumieniec 
oblewał jej twarz całą, czoło, szyję i krył się pod wysokim kołnierzem żakietu. 
Monsignore obserwował ją uważnie i jakby widząc jej myśli, rzekł: 
 — No, odwagi! Wypowiedzieć swoją biedę komuś, kto ją odczuje i 
podzieli — to już ulga. 
Zosia podniosła na niego oczy. 
 — Nie wiem, czy mam prawo mówić — rzekła — bo tu chodzi o jedną 
panią, którą wszyscy uważają za bardzo porządną i tylko ja wiem, że ona nie 
jest porządna. 
 — A czy ta pani ma z panią coś wspólnego? 
 — O, bardzo wiele! — zawołała Zosia. I po chwili dodała: 
 — Powiem już — tylko bez nazwiska. Ale czy mi monsignore dopomoże 
potem? 
 — W czym tylko będę mógł. 
Więc ośmielona jego życzliwością zaczęła mówić. A w miarę mówienia 
jej własne uczucia rozjaśniały się dla niej i wszystko układało się jakoś w jej 
umyśle. 
A ksiądz patrzył na nią i w oczach jego wzbierało współczucie. Zapytał 
wreszcie łagodnie: 
 — Moje dziecko, jednego nie pojmuję. Jakim sposobem mogłaś to 
wszystko widzieć i słyszeć? 
 — A właśnie, to najdziwniejsze! Tak mi się zdaje — prawie pewna 
jestem, że jej o to chodziło, abym słyszała. Bo, monsignore, przecież łatwo 
było przypuścić, że nie widząc jej przy obiedzie, zajdę dowiedzieć się, czy nie 
chora. Na korytarzu czekała jej panna służąca i sama mnie wpuściła. Gdyby 
nie można było, to by ta służąca powinna mnie ostrzec. I czemu w salonie było 
ciemno, tak, że oni mnie dostrzec nie mogli? A w sypialnym pokoju było 
światło i szezlong, na którym ona leżała, był akurat wysunięty naprzeciw 
zwierciadła i tak oświetlony, że wszystko w zwierciadle widziałam. Ona 
chciała mnie zmusić do zerwania i wiedziała dobrze, że jak to posłyszę i 
zobaczę, to zerwę. Ona była pewna, że jestem tam za drzwiami i nie zdziwiła 
się ani trochę, gdy mnie zobaczyła. 
 — Więc zobaczyli panią? 
 — Tak — nie mogłam wytrzymać... porwał mnie gniew,.. 
 — I cóż? 
 — Wpadłam do nich i powiedziałam im, że są podli, że nie chcę ich 
znać i... i rzuciłam mu pierścionek zaręczynowy i bransoletkę, którą mi dał, i 
róże rzuciłam na podłogę. I poszłam sobie... Monsignore, przecież ja nie mogę 
wyjść za niego... 
I Zosia poruszona, rozżalona i zdenerwowana ukryła twarz w dłoniach 
i wybuchnęła płaczem. Wszystkie smutki, krzywdy, zawody, jakich ostatnimi 
czasy doznała, wszystkie niepokoje i walki, jakie przebyła, tęsknota za domem 
rodzinnym, opuszczenie i samotność wśród obcych, a nade wszystko, pomimo 
obecności matki, poczucie sieroctwa — to wszystko razem składało się na 
prawdziwy ból serdeczny, na cierpienie tak silne, że i te łzy, płynące obficie 
przez zaciśnięte palce, nie mogły jej ulżyć. 
Monsignore patrzył na nią w milczeniu i pozwalał się jej wypłakać. 
Rozumiał, że od dawna wstrzymywała się nie tylko od łez, ale i od myśli 
smutnych, aby nie psuć sobie tego ideału szczęścia, stawianego dla niej przez 
obce ręce, ale którego, jak deski ratunku, musiała sama się chwytać. Że więc 
teraz, gdy los tak gwałtownie zdarł jej zasłonę z oczu, czuła się zrozpaczona. 
Rozumiał także, że to zetknięcie się z brudem, o którym jej się dotąd nie śniło, 
musiało tę dziewiczą duszę zranić, przerazić i grozą przejąć. Na to nie było 
rady, tylko czas i oddalenie mogły te rany zagoić. Na szczęście serce jej nie 
cierpiało, to było jasne. 
Ale teraz kwestia pilniejsza, przeprowadzić zerwanie z hrabią 
Paulinem, zmusić matkę i siostrę do rozsądku, a ją, o ile można najprędzej, 
odesłać do kraju. Tam zatrą się wszelkie wrażenia ciężkie, tam przestanie czuć 
się ciężarem w domu i z czasem znajdzie przeznaczonego sobie przez Boga 
męża. Czuł monsignore, że ta rola pośrednika między Zosią a matką spada na 
niego, że musi zaopiekować się tą biedną dziewczyną, którą mu Opatrzność 
narzuciła i że teraz, wiedząc wszystko, nie może pozostać na boku. 
Zresztą i sama Zosia podniosła głowę i patrząc na niego załzawionymi 
oczami, prosiła: 
 — Niech monsignore pomówi o tym z mamą i Terenią. 
Więc chociaż ta rozmowa była mu nadzwyczaj przykra, chociaż w ogóle 
stosunek jego do pań Halickich był napięty od czasu, gdy zdanie jego o 
nowych zakonach takie wzbudziło oburzenie, podjął się tego zadania. I po 
odprawieniu mszy w kościółku polskim na via Sebastianelli udał się do domu 
Zgromadzenia Sióstr Bolejących, gdzie obie panie Halickie miały dziś ranek 
przepędzić na ćwiczeniach pobożnych. Zosia wróciła do hotelu. W niepokoju, 
nie mogąc sobie miejsca znaleźć, oczekiwała wyroku. Matki nie było w domu, 
wyszła nie wiedząc o niczym, przekonana, że Zosia śpi jeszcze i tam gdzieś 
oddawała się pobożnym praktykom, nie przeczuwając burzy, która się tu 
rozszalała. 
I Zosia rada była, że jej nie widzi i nieskończoną wdzięczność czuła dla 
monsignore'a Żurowskiego, iż wziął na siebie załatwienie całej tej okropnej 
sprawy. I jaki on był dobry! Jak serdecznie jej powiedział przy pożegnaniu: 
„Niechże dziecko nie płacze, nie rozpacza, bo Bóg czuwa i nie da zrobić 
krzywdy. Trzeba się pomodlić szczerze i uspokoić się. Wszystko będzie 
dobrze". Jaki kochany, miły ten monsignore! Łzy napływały do oczu Zosi, gdy 
o nim myślała. Ale nie chciała się rozczulać ani płakać i w samotności małego 
mieszkanka starała się czymś zająć. Modliła się trochę, a potem próbowała 
czytać, porządkowała drobiazgi na stołach, to układała w szufladach swoje 
rzeczy, ale nic jakoś jej nie szło, wszystko wypadało jej z ręki i umysł oderwać 
się nie mógł od tego jednego przedmiotu: co powiedzą mama i Terenia? Jak 
się to skończy? Więc bezradna, niespokojna kręciła się bez celu po pokoju 
drżąc i zrywając się za każdym szmerem, co chwila spoglądając na zegarek, to 
pełna nadziei, że wszystko będzie dobrze, to łamiąc ręce w rozpaczy. 
 — Co się tam dzieje? Co się tam dzieje? — powtarzała, przenosząc się 
myślą na via Mazzini i widząc w wyobraźni zimną twarz Tereni i gniewne oczy 
matki. 
I sama nie wiedziała, czego się boi, ale strach coraz większy ją ogarniał, 
krew zamierała jej w sercu i skulona w fotelu, z głową schowaną w dłoniach, 
lękała się spojrzeć wkoło siebie. 
Nagle za drzwiami usłyszała gruby głos męski: 
 — Tak mówżesz porządnie, ośle jakiś! „lei", czy nie „ici"? I cichsze 
tłumaczenie po francusku, że madame est sortie. 
 — A mademoiselle est? Czy jest? Zosia drgnęła. 
 — Boże, czyjże mógł to być głos, jak nie stryjcia! Ale skądże tu, w 
Rzymie? Jakiś Polak, ale nie stryjcio. O, nie! Oni sobie siedzą szczęśliwie w 
Haliniszkach i ani myślą, że jej tu źle... — I na wspomnienie Haliniszek łzy 
znowu napłynęły jej do oczu. 
Ale sprzeczka za drzwiami trwała dalej. Gruby głos męski miotał po 
polsku energicznymi wyrazami, aż jakaś silna ręka szarpnęła klamkę, drzwi 
się otworzyły i stanął w nich pan Adam Halicki. 
 — Stryjcio! — krzyknęła Zosia i jednym susem była przy nim, otoczona 
jego ramionami, schowana i przytulona do jego szerokiej piersi. — Stryjcio! 
Stryjcio! — powtarzała, płacząc i śmiejąc się z razem i obsypując twarz, jego i 
ręce pocałunkami. — Z Haliniszek! Z domu!... Ach, zabierzcie mnie, zabierzcie 
do domu... Ja do domu chcę, do babuni... Ja tu nie mogę dłużej... 
Płakała na dobre czepiając się ramienia stryjowskiego i twarz kryjąc 
mu na piersi. A on rzekł: 
 — Toż ja tego i przyjechałem. Ona spojrzała przez łzy. 
 — Zabrać mnie? 
 — A zabrać. 
 — A skądże stryjcio wiedział? 
 — Jak to skąd? Toż pisałyście o tych jakichś zaręczynach, więc my 
zaraz pomyśleliśmy: głupstwo zrobią. A jak przyszedł ten twój list do Ani, co 
ni to, ni owo, tak widzimy, że źle. Zabrałem się i przyjechałem. Jeśli ten jakiś 
hrabia będzie miał ochotę, to do Haliniszek wolna droga, niech przyjedzie, 
pokaże się, a zechcesz wtedy sama, no to zobaczymy. Ale tak, nie wiadomo ani 
kto, ani co, niedoczekanie jego! Niech przyjedzie... postara się... 
 — Nie, nie, ja nie chcę! — zawołała Zosia. — Nie chcę go widzieć nigdy, 
nigdy! Ja myślałam, że on uczciwy, porządny, a on jest okropny człowiek! Nie, 
nie chcę... 
I znowu wspomnienie wczorajszej sceny stanęło przed nią i okryło 
twarz jej rumieńcem. 
Pan Adam zdumiał się i zaniepokoił. W jego błękitnych oczach odbiło 
się przerażenie, otworzył usta i chciał o coś pytać, ale jakby zląkł się i zamilkł. 
A Zosia znowu się przytuliła do niego i zaczęła powtarzać: 
 — Ja chcę do domu, do babuni... 
Ale on nie odpowiadał, przerażonym wzrokiem patrząc przed siebie. 
Jakieś okropne myśli snuły mu się po głowie. Zosia szarpnęła go za rękaw. 
 — Stryjcio mnie zabierze zaraz do domu? Stryjciu, proszę powiedzieć! 
On otrząsnął się i spojrzał na nią. Nie, to było niemożliwe! Ale wiedzieć 
musiał wszystko. 
 — Zosiu — rzekł sadzając ją przy sobie — trzeba wszystko mnie 
powiedzieć — co i jak? Od początku do końca — rozumiesz? 
Ale ona znowu zaczerwieniła się i zwiesiła głowę. 
 — Kiedy ja, stryjciu, wszystkiego nie mogę powiedzieć — szepnęła. 
 — Co? 
 — Ja wszystkiego nie mogę powiedzieć... 
 — Jezus, Maria! Cóż ty zrobiła?! — krzyknął z rozpaczą. 
 — Ja, stryjciu? Ja nic nie zrobiłam. Oni zrobili bardzo źle. 
 — Kto — oni? 
 — Hrabia Paulin i... jedna pani. Zatrzymała się, cała czerwona. 
 — Więc jak to zobaczyłam — mówiła dalej po chwili — to ja im 
powiedziałam, że już nie chcę wyjść za niego. I nie pójdę, za nic w świecie! — 
dodała z gniewem. — Bo ja pierwej jego nie kochałam, to prawda, ale 
myślałam, że on porządny i że mnie kocha, a przy tym mamie i Tereni był 
potrzebny i wszyscy mówili, nie potrzeba koniecznie miłości. Więc 
przyrzekłam. Ale teraz ja wiem, że on kocha nie mnie, a zupełnie kogo innego 
i że śmieje się ze wszystkiego i za nic w świecie nie pójdę za niego! I niech 
stryjcio mnie zabierze do domu. 
 — Zabiorę — rzekł pan Adam. 
A przez zęby szepnął z oburzeniem: 
 — Ot, matka!... Boże odpuść... 
Oburzenie to nie wylało się jednak na zewnątrz wobec pani Aliny, która 
nadeszła spłakana, zawstydzona, nieszczęśliwa, gotowa na wszelkie 
ustępstwa. Od razu zgodziła się na wyjazd Zosi, na jej powrót do Haliniszek. 
 — Ja widzę sama — mówiła do pana Adama — że moje starania nie 
udały się. Już nigdzie przyjemniej być nie mogło, jak tu, a jednak ciągle 
tęskniła do tych swoich Haliniszek. A co do tego mariażu, to doprawdy, byłam 
pewna jej szczęścia. On mi się wydawał taki zacny, dystyngowany, 
wykształcony, jest przecież szambelanem dworu papieskiego. I taki był Zosią 
zajęty! Doprawdy, nie rozumiem całej tej historii. Przyrzekłam monsignorowi, 
że Zosi o nic pytać nie będę, więc nie pytam. Ale nie rozumiem. Co, gdzie ona 
mogła zobaczyć? Tak mi się zdaje, że jej coś się przywidziało. Te panny, to nic 
nie rozumieją i każdą rzecz mogą sobie wytłumaczyć najgorzej. Ale jeśli ona 
go nie chce, to trudno, nastawać nie będę. Chociaż... Bóg jeden wie, jaka to 
dla nas krzywda. Ale cóż robić. Bóg opiekuje się wybranymi swymi — i nie da 
zginąć swemu dziełu. A ona niech wraca do Haliniszek. Może jej tam będzie 
lepiej... 
I jakby ta myśl wyjazdu Zosi była dla niej ulgą, nagliła i ułatwiała 
wszystko. Stanęło na tym, że wieczornym kurierem wyjadą. 
 — Ale może by stryjcio chciał kilka dni chociażby przebyć i Rzym 
obejrzeć? — zauważyła Zosia. 
 — Ja? — zawołał pan Adam i ramionami wzruszył. 
A tymczasem, przebywszy całą przestrzeń z Wilna do Rzymu jednym 
tchem i mając przed sobą odwrotną drogę — poszedł do swego numeru 
wypocząć trochę. 
Dzień zeszedł na przygotowaniach do drogi. Między Zosią a panią 
Aliną nie było już wzmianki o całej sprawie. Obie starały się okazywać sobie i 
wzajemnie serdeczność, ale obie czuły, że dla nich rozstanie to będzie 
wybawieniem. Zosia na myśl, że wkrótce będzie w domu, wśród swoich, 
odzyskiwała już wesołość. Po południu wszystko było już gotowe do wyjazdu 
 — kufry zamknięte, skręt podręczny i worek w porządku — pokój cały 
ogołocony, pusty. 
Pani Alina rzekła do Zosi: 
 — Czy nie pożegnasz się z Therese Leonie? Zosia przeraziła się. 
 — Z Therese Leonie, mamo? Ach, Boże!... A ona nie przyjdzie? 
 — Nie, ona bardzo zajęta. Rozpoczynamy jutro rekolekcje. Wyjść nie 
może. Zresztą strasznie jest zasmucona. Może byś do niej pojechała? 
Zosia spuściła głowę — nie miała ochoty widzieć siostry. 
 — Będzie jej przyjemnie — przecież ona tylko twego dobra pragnęła... 
 — nalegała pani Alina. 
Zosia zgodziła się. 
 — Dobrze — będę u niej — ale chyba ze stryjciem. 
Pan Adam, który po kilkugodzinnym śnie i po spożyciu śniadania 
gotów był znowu na wszystko, przystał od razu. 
Więc pojechali razem do domu Zgromadzenia — pożegnanie odbyło się 
zimno, ale na pozór serdecznie. 
 — Pewnie nieprędko się zobaczymy — rzekła Teresa Leonia, stojąc, u 
drzwi wejściowych — a może i nigdy już na tym świecie. 
I nie było ani żalu, ani rozczulenia w jej głosie, gdy to mówiła. Owszem, 
coś jakby triumf bił z jej oczu. Zosi przeciwnie, łzy zaczęły się kręcić pod 
powiekami i chociaż nie kochała siostry, teraz czule ją uścisnęła — 
zapominając i przebaczając wszystko. 
 — Mamy jeszcze kilka godzin do obiadu — rzekł pan Adam, wsiadając 
do powozu — może byśmy się gdzie przejechali? Pokaż mi, co tam jest do 
widzenia w tym Rzymie — to za powrotem zaimponuję proboszczowi. 
Więc ruszyli na Forum, wysiedli przed Koloseum, obeszli Palatyn, 
potem podążyli do Św. Piotra i długą chwilę spędzili pod najpiękniejszą z 
kopuł. Zosia żegnała te dobrze znane kąty, myśląc: 
 — Może już nigdy tu nie wrócę! 
I trochę łzawym wzrokiem obejmowała ten Rzym, w którym tyle 
doznała wrażeń nowych, w którym tyle myśli i uczuć w niej się zbudziło! Ale i 
przecierpiała niemało, więc myśl o cichej przystani w Haliniszkach napełniała 
ją radosnym oczekiwaniem. 
 — A teraz pojedziemy jeszcze do San Piętro in Montorio — rzekła 
schodząc ze schodów ku powozowi. — Stamtąd widać cały Rzym i okolice jak 
na dłoni. Stryjciowi wszystko pokażę. 
Pojechali więc naprzód przez wąskie zaułki, ciasne i brudne. Minęli 
bramę San Spirito, potem wzdłuż szpitalnych gmachów długą, prostą ulicą 
skierowali się ku górze Janiculum, na której coraz gęściej zieleniły się ogrody. 
Konie powoli wspinały się pod górę, a Zosia tłumaczyła stryjowi wszystko. 
 — Ależ prawdziwa z ciebie rzymianka — śmiał się pan Adam. 
Ona zaś czuła, że z każdą chwilą opada z niej obca, rzymska powłoka, a 
staje się bardziej podobna do dawnej Zosi, że wyzwała się i otrząsa ze 
wszystkich naleciałości i jest znowu prostą, wiejską, polską dziewczyną. 
Wjechali na szczyt góry i stanęli przed kościółkiem. Kilka powozów 
stało na tarasie i grupy turystów z lornetkami rbedekerami kręciły się koło 
niskiego muru. Stąd rozciągał się widok na Rzym cały, na Kampanię i na 
dalekie góry. 
Szafirowe niebo bez chmurki leżało nad Wiecznym Miastem, gorące i 
przezroczyste, tylko na zachodzie szafir głęboki przechodził w 
złotoseledynowy i gdzieniegdzie płynął po nim purpurowy obłoczek, jak listek 
róży rzucony w przestrzeń. Słońce skłaniało się z wolna za góry zielone, za 
Janiculum i Monte Mario, a u ich podnóża leżało miasto ogromne, rude, 
pocętkowane błyszczącymi plamkami okien i krzyżów, które się zapalały 
czerwono. Jak rdzawa struga rozlało się ono pod błękitnym sklepieniem, 
opasane górami, których grzbiety chropawe różowiły się teraz w blaskach 
zachodu i które stały z dala na widnokręgu, niewzruszone, wieczne. 
Więc naprzód na lewo zębaty szczyt Soraktu przedzierał niebo 
twardym konturem, samotny szczyt wygasłego wulkanu, świecący jeszcze 
nagą skałą i zwałami kamieni. Za nim szły lekkie, faliste pagórki, spływające 
wdzięcznie ku dolinie. Tylko w dali, wysoko, jak niewyraźne widziadło senne 
majaczył okrągły grzbiet góry Leonessy, posiniały w przestrzeni. I znowu szły 
pagórki faliste, wznosząc się stopniowo aż ku potężnej bryle Monte Genaro, 
której ciemne linie znaczyły się surowo pośród różowych blasków. W 
przeczystym powietrzu widniały one porozrywane, strzępiaste, pełne 
załamań, szczelin i zakrętów, poważne i twarde. A potem stały góry skaliste, 
złote i różowe, sine, w blaskach całe, jak w szaty barwne przybrane, błyszczące 
gdzieniegdzie nagim, kamiennym ciałem. A linia ich na niebie była szlachetna 
i miękka i coraz to okrąglejsza, w miarę jak się zaczynały Góry Albańskie, 
błyskając rozsypanymi, jak klejnoty na błękitnym aksamicie, miasteczkami: 
Colonna, Rocca Priore, Frascati, Rocca di Papa, Marino, Castel Gandolfo. 
Wreszcie, doszedłszy do najwyższego szczytu Monte Cavo, spływały one ku 
nizinom Kampanii i nikły. I na prawo leżała bezmierna płaszczyzna, ku morzu 
się ciągnąca, niska, wilgotna, szara, pod lazurem nieba — i tylko przecinały ją 
porwane wstęgi akweduktów i bielejąca grobami via Appia. Była to ziemia 
bezpłodna już, starożytne Latium, co wydało Rzym potężny, a teraz leżało 
wycieńczone i ciche. 
Zosia i pan Adam patrzyli, stojąc obok siebie, oparci o niski mur 
kamienny. Jasność i ciepło ogarniało ich, przejmowało uczuciem rozkosznego 
zadowolenia. 
I Zosia zaczęła wskazywać po kolei. O tam, daleko na prawo, płynął 
Tyber szeroki, powolny, przecięty mostem kolejowym, i ginął w Kampanii. A 
ten wielki gmach biały to była bazylika Św. Pawła za murami, pyszna 
świątynia grecka, gdzie marmury i mozaiki lśniły i gdzie w podwórzu 
klasztornym, wśród arkad i kolumienek, kwitły róże. Ten mur stary to było 
średniowieczne ogrodzenie Rzymu; ciągnął się daleko, aż tam, do tej bramy 
Św. Pawła, przy której rosły cyprysy na protestanckim cmentarzu i wznosił się 
dziwny zabytek grobowy, piramida Cestiusza. A tu bliżej rozpoczynał się 
starożytny pogański Rzym, rozsiadły na siedmiu pagórkach: Awentyn, zielony 
ze swymi trzema kościołami; Celius, gdzie w okrągłej świątyni Św. Stefana 
męczarnie świętych wyznawców z okropnym realizmem rozpościerały się po 
ścianach, gdzie olbrzymie ruiny sterczały nagie i rdzawe, gdzie szumiały pinie 
i pachniały bukszpany willi Mathei; Palatyn, wzgórze cezarów, krwawiące się 
z dala w słońcu osypaną cegłą swych pałaców, zarysowane na niebie łukami 
arkad dumnych i żałobną czernią cyprysów, a za nimi, w głębi, poważna bryła 
Koloseum, a niżej rozsypane kolumny Forum Romanum — widać je stąd było, 
bielejące, jak spróchniałe kości szkieletu; Kapitol, serce Rzymu, gdzie stare 
posągi stały jeszcze na straży dawnej sławy i Marek Aureliusz z konia 
dyktował prawa i do ludu przemawiał, i wilczyca karmiła swe małe, gdzie 
błyszczała w słońcu dokończona fasada Aracoeli, gdzie w więzieniu 
Mamertyńskim unosiły się duchy chrześcijańskich męczenników i tryskało 
cudowne źródło, ręką Piotra wywołane, którym chrzcił nawróconych; poza 
tym w głębi, Eskwilin podnosił wysoko wieżyczkę bazyliki Santa Maria 
Maggiore; dalej szły ogrody zieloną strugą i na ich tle na Kwirynalskim 
wzgórzu stał pałac królewski, a przed nim na placu wspinały się w 
podskokach przepyszne konie, przypisywane przez fantazję narodową 
Fidiaszowi i Praksytelesowi; wreszcie Monte Pincio podnosił swą umajoną 
głowę i sam tonął w powodzi drzew. 
A tu bliżej, ponad rzeszą domów, ulic, dachów zmieszanych razem, 
wznosiły się jedna za drugą kopuły kościołów. Zosia wszystkie je znała: i Santa 
Maria im Campitelli i Gesu, i San Carlo a Catinari, i Św. Ludwika Francuzów, 
i San Andrea delia Valle, i Trinita da Pelegrini — i płaską, ledwie widoczną 
kopułę Panteonu, gdzie spoczywały zwłoki boskiego Rafaela, i San Carlo al 
Corso, naprzeciw hotelu di Roma, i świętą Agnieszkę z placu Nerona, i Santa 
Maria del Popolo, i dwa małe obok kościółki. — I pałace też umiała wskazać: 
pałac Wenecji, pałac Farnese, budowany przez Michała Anioła, i tu bliżej 
pałac Corsini wśród pięknych ogrodów, i śliczną Farnesinę, i pałac Falconieri, 
i ledwie stąd dostrzegalny pałac Colonna. A tu, u samego podnóża tarasu, 
czerniała w cieniu wielka i ciężka świątynia Santa Maria in Transtevere, z 
filigranową wieżyczką, a wkoło niej kupiły się i cisnęły domki wysokie i 
wąskie, o dziwnych balkonikach, schodkach i przybudówkach, starością 
przyprószone, niewyraźnej barwy, ożywione tylko gdzieniegdzie jaskrawą 
białością suszącej się bielizny. 
Niżej na lewo dźwigała swe ciężkie ciało forteca Św. Anioła. 
I miasto całe, i dalekie góry, i ogrody, i ruiny, i kopuły, i wieże owiane 
były niebieskawą jasnością nieba gorącego i różowymi promieniami zachodu. 
I nie było w tym obrazie żadnych ostrych konturów ani plam ciemnych, ani 
gwałtownych kontrastów. Atmosfera przezrocza, jasne barwy, blaski, mgły 
leciuchne i ciepłe powiewy otaczały miasto, rozciągnięte w dole — a nad nimi 
unosiły się chmurą złotą wspomnienia i legendy, duchy bohaterów, rycerzy, 
mędrców, wodzów, królów i poetów, świętych i zbrodniarzy, postacie posępne 
i szlachetne, wzniosłe i wytworne, wielkie i potężne. I zdawało się, że to 
kwiecie duchowe, co z tej ziemi wyrosło, chociaż już znikło, zostawiło po sobie 
barwy i wonie — wlało w miasto wieczną jakąś jasność, jakiś czar, jakieś 
upojenie — wyodrębniło je spośród wszystkich innych — i uczyniło je miastem 
na cały świat jedynym: Urbs orbis. 
Zosia stała nieruchoma, wpatrzona w ten horyzont szeroki i barwny. 
Tak, i dla niej tu się otworzyły szerokie horyzonty — myśl jej wspięła się na 
wyżyny i poszybowała daleko — serce nauczyło się bić żywiej — wzrok sięgnął 
głębiej i cała jej istota rozkwitła, rozwinęła skrzydła, nabrała chęci do życia, 
powiększyła się niejako. Przybyła tu przed pół rokiem nieświadomym 
dziewczęciem. Dziś wyjeżdża — ale jakże inna! Jak o wiele bardziej 
oświecona, myśląca i rozumiejąca wielkie prądy, które świat poruszały! Jak o 
wiele wytworniejsza, wysubtelniona, czująca, estetyczna! Jak prędko dojrzała 
pod tym gorącym słońcem! Zraniona, zawiedziona przez ludzi i z kroplą 
goryczy w sercu — ale jakże już świadoma życia, jak pewna swojego celu! 
Tak, Rzym był wielkim mistrzem. Ale mistrzem tak łagodnym i 
pociągającym, że chciało się, jak Maria u stóp Pana, siedzieć i słuchać — a nie 
zaś, jak Marta, troszczyć się i działać. I wyradzały się tu Marie zapatrzone i 
zasłuchane, które nie mogły oderwać ust od tego źródła rozkoszy, chociaż 
tam, daleko, czekała na nie troska i praca — i siedziały z założonymi rękami, 
ze słodkim w sercu wrażeniem, mówiąc do siebie, iż najlepszą cząstkę obrały. 
A tam — daleko? Tam Marty frasobliwe snuły grubą, szarą przędzę 
codziennego życia — i tkały grube, szare płótno narodowego bytu. 
Babunia stanęła Zosi w oczach. O, taką babunią być, która nie buduje 
klasztorów i nie staje jako filar przy papieskim tronie, ale walczy codziennie, 
przez życie całe, i trwa. O, być przy niej, dopomagać, współdziałać i stawać się 
coraz bardziej do niej podobną! 
A za postacią babuni zaczęły się przed oczami Zosi przesuwać obrazy 
dalekie tej krainy, gdzie rosną nad grobami piołuny, gdzie niebo twarz 
błękitną w szare kryje całuny. I obrazy te poczęły zasłaniać przed nią różany 
widok Rzymu i ruiny cezarów, i świątynie niezliczone, i ogrody kwitnące, i 
niebo to szafirowe. 
Zwróciła się na lewo. Tam, nad pagórkami ciemniejącymi w mroku, 
wznosiła się na niebie zwycięska kopuła bazyliki Św. Piotra. Zachodzące 
słońce ozłociło jej powierzchnię i wielka kula pod krzyżem sypała iskry. I 
panowała nad miastem, nad światem, napowietrzna jak wizja, odosobniona w 
swej glorii, niewzruszona w swej królewskości. 
A Zosi znowu stanął w oczach ten zachód słońca nad jeziorem w 
Białogórze i biały kościółek na wysokości z wieżyczką w niebo strzelającą i ów 
krzyż płonący krwawą łuną zachodu. Tam świecił w niebie znak ofiary i 
męczeństwa, tu kula ziemska, obraz potęgi... I usłyszała znów te dzwony, 
które na Anioł Pański wówczas biły... I wspomnienie to poczęło zasłaniać jej 
widok królewskiej kopuły. 
Więc westchnęła głęboko — i rzekła do pana Adama: 
 — Rzym prześliczny i wspaniały i zawsze będzie dla mnie drogi. Ale 
jednak — ach, jak mi już tęskno do Haliniszek! 
Gdy późno w nocy znalazła się w wagonie, w przyćmionym coupe, 
gdzie na jednej z kanap spał już na dobre pan Adam, wielkie westchnienie 
podniosło jej piersi. 
 — Dzięki Bogu, powracam! 
I czuła, że poza sobą niczego nie żałuje, że żadne więzy jej nie łączą z 
tym, co opuszcza, że cała dusza jej rwie się naprzód, naprzód do swoich, do 
domu, do kraju! Naprzód, do obowiązków, do wypełnienia powołania, do 
pożytecznej działalności! 
I nawet gorycz nagromadzona na dnie duszy roztapia się powoli i żal za 
doznaną krzywdę znika i wraca już dawna wesołość, chęć do dobrego i wiara 
w przyszłość i w szczęście. 
Sen zaczął sklejać jej powieki, ale zerwała się jeszcze i wyprostowana 
poczęła odmawiać wieczorne pacierze. Szła modlitwa do Boga z głębi 
radosnego serca i składała Mu daninę wdzięcznej i uspokojonej duszy. 
 — Ach, jeszcze Zdrować Mario za Jerzego — przypomniała sobie. I 
sennie trochę zaczęła: — Zdrowaś Mario, łaskiś pełna... 
A dusza jej poleciała poprzez obce kraje, przez góry i doliny ku 
śnieżnym stepom i nad samotną jego głową zawisła. 
 — Święta Mario, Matko Boża, módl się za nami...? Za nami? Za nami 
dwojgiem..., za nim i za mną i wszystkimi naszymi ukochanymi, za nami, 
módl się, święta Mario, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen. 
CZĘŚĆ TRZECIA 
Gdy pociąg wjechał na oświetlony dworzec i Zosia ujrzała przez okno 
Żydów popychających się ku wagonom trzeciej klasy, żołnierzy śpieszących z 
tłumokami na piecach i tłum przed drzwiami restauracyjnej sali, i te 
wszystkie twarze prawie znajome, te głosy przeciągające i trochę śpiewne, te 
czapki, te kalosze, których od tak dawna nie widziała, gdy tragarz, biorący 
rzeczy, spytał pana Adama: — A ci pan każe na zwoszczyka — ogarnęła ją 
szalona radość i zaczęła potrząsać ramieniem stryja i krzyczeć mu do ucha: 
 — Stryjciu, co za szczęście! Co za szczęście! 
Na dworcu był tłok, hałas, rwetes okrutny. Jednocześnie prawie kilka 
pociągów odchodziło w różne strony. Sale były przepełnione. I Zosia zdziwiła 
się zauważywszy, iż publiczność tutejsza była bez porównania ruchliwsza i 
głośniejsza od zagranicznej. Panie zwłaszcza biegały i ruszały się ciągle, 
niepokoiły się i niecierpliwiły. W restauracyjnej sali, gdzie wypadło czekać na 
odbiór kufrów, huk i brzęk szkła i sztućców był nieustający. 
I na ulicy, w okolicach dworca, huczno też było, dorożki i powozy snuły 
się w różnych kierunkach stukając po nierównym bruku. Tramwaje dzwoniły. 
Pomimo wieczornej pory wozy ładowne i skrzypiące sunęły ku kolei. Turkot 
zagłuszał rozmowę. 
Ale nagle wyjechano pod sklepienie Ostrej Bramy, zadudniło, echo 
odbiło się od muru — i konie zwolniły kroku. Na wąskiej ulicy, która się 
ciągnęła za bramą, było cicho. Powozy, idące stępa, nie czyniły hałasu. Z obu 
strony piętrzyły się mury, a nad nimi było niebo czarne, usiane gwiazdami. 
Od dołu Jatarnia rzucała żółtą smugę. Zosia odwróciła się. Wysoko, w kaplicy, 
migotała lampa czuwająca wiecznie, mrugająca czerwonym płomykiem przed 
obrazem, płomykiem cichym i nieśmiałym, ale wiernym i nigdy nie gasnącym. 
A w dole, w mrokach kolumnady, majaczyły jakieś postacie, pochylone, 
upadające do stóp Tej Świętej, która stamtąd, z głębi kaplicy, zsyłała łaski 
naokół, i w ciszy nocnej przemawiała do tych serc zbolałych i słuchała 
westchnień. 
 — Stryjciu, ja muszę wysiąść — szepnęła Zosia. — Ja tu muszę się 
pomodlić. 
I gdy uklękła na zimnym kamieniu i głowę pochyliła na złożone dłonie, 
porwało ją wielkie rozrzewnienie. Witała się z ziemią rodzinną, zespalała się z 
nią, kolanami w nią wrastała i mówiła do niej: — Nigdy już, nigdy ciebie nie 
porzucę. — A z tej zimnej ziemi i z ciemnych murów i z nieba zasianego 
gwiazdami szła ku niej jakaś moc dziwna, a smutek łagodny i słodki rozlewał 
się w jej duszy. I wdzięczność ogromna rosła w niej, że oto po długim 
rozstaniu, po przebytych próbach, po grożących nieszczęściach, po tylu 
przejściach i zmianach jest tu znowu u stóp Tej Świętej, tak jak dawniej, i że 
wszystko, co groziło, przeszło już, przeminęło jak burza i ona tu jest znowu. 
 — To dlatego, abym się stała użyteczna tutaj — myślała. I naraz dawna 
przysięga, złożona wspólnie z Anią, i dawne plany i postanowienia, i Biały 
Dwór, i wszystko, co było w niej najlepszego, stanęło przed nią. I czuła, że to 
wszystko jest jej tak drogie, tak bliskie, że rada by za to krew przelać do 
ostatniej kropli i życie oddać do ostatniego tchu. 
 — Matko święta! Matko święta! — powtarzała, nie mogąc się zdobyć na 
więcej słów. 
 — No, dosyć już, dosyć — rzekł wreszcie pan Adam, który po 
odmówieniu na klęczkach trzech pacierzy stał za nią z czapką w rękach. 
Powitanie w Haliniszkach było niezmiernie czułe. Marszałkowa miała 
łzy w oczach tuląc złotą głowę Zosi do piersi. Marszałek nie mógł się 
nacieszyć, że promyczek wrócił. Ania ściskała ją powtarzając: — Moja ty 
biedna, moja Dudusia! — Pan Szrott wypowiedział kilka komplementów ojej 
wyglądzie, a pan Huniewicz siarczyście szurgał nogami i pochrząkiwał z 
radości. A Zosia, po pierwszej chwili wzruszenia, śmiała się, plotła trzy po 
trzy, całowała ręce babuni i wieszała się na szyi marszałkowi, odcinała się 
panu Adamowi i droczyła z panem Szrottem. A taka łuna szczęścia od niej 
biła, że stary dom ożywił się nowym życiem — i babunia, kładąc się do snu, 
mówiła do marszałka: 
 — Bogu dzięki, jaka była, taka i jest. Nie zepsuli jej, zdaje się, po tych 
zagranicach. 
 — Jasny promyk! I narzeczonego tego tam nie bardzo chyba żałuje, bo 
w doskonałym humorze. 
 — At, kochanie moje! Takiż to był i narzeczony — przybłęda jakiś! 
Antoniowa dla swojej wygody złapała pierwszego, który się nadarzył. 
 — Nie Antoniowa, a Terenia. Już to ja, Anuleczko, znam się na 
kobietach. Ta Terenia to hic mulier — ona tam wszystkim rządzi. Zawsze 
powiadam, że jak kobieta ma takie blade, mgliste oczy, to skończona sprawa 
 — składaj broń i wołaj: pardon. 
 — Szczęście jeszcze, że Zosia nie zakochała się. Bóg strzegł! 
 — Tak, tak! Bóg strzegł! Warta ona dobrego losu. Bo ja sobie czasem 
myślę, że ona jednak do ciebie, Anuleczko, z charakteru podobna. A z 
wiekiem będzie coraz to podobniejsza. Więc niechby jej Pan Bóg dął choć 
takiego, jak ja, męża. Nie mówię, pani moja — miałem ja grzeszki swoje — 
miałem. Ale kochałem ciebie i kocham całą duszą — i na klęczkach czciłem, 
jak świętą. Niech i ją, promyczka tego, kto tak samo..., co? 
 — Ja jej, kochanie moje, większego szczęścia z mężem nawet i nie życzę 
 — rzekła marszałkowa przesuwając dłoń po głowie staruszka. 
Tymczasem na górze w panieńskim pokoiku długo paliło się światło i 
długo i szeroko Zosia opowiadała Ani swe dzieje. Przed nią nie było sekretu, 
więc opowiadała szczerze wszystko — wszystko. 
A gdy skończyła, długą chwilę milczały obie. Wreszcie Ania westchnęła 
i rzekła: 
 — Dzięki Bogu, skończone twoje utrapienia — i teraz będziemy razem i 
nie odjedziesz już. 
 — O, nigdy, nigdy nie odjadę! 
I Zosia przytuliła się do Ani, objęła ją i ściskała. Tak, teraz już ich nigdy 
nie opuści, dość ma tego świata i wrażeń nowych. Bezpieczniej siedzieć w 
domu, pod skrzydłem babuni. 
 — A jakże ciocia przyjęła tę wiadomość o twoim zerwaniu? — spytała 
Ania. 
Więc jeszcze dokończyła Zosia opowiadania i wyraziła wdzięczność dla 
ukochanego monsignore'a Żurowskiego i radość swą na widok stryja, i rzekła 
wreszcie: 
 — Jednak to jest rzecz smutna. Mam matkę i siostrę, one są święte i 
dobre, i pobożne, i mają pełno cnót, i niby mnie kochają. A nikt tyle nie zrobił 
mi złego, co właśnie one. Ja wiem, że to nieumyślnie, że tego nie chciały — ale 
tak jest. 
Pomilczały obie. Późno już było i cisza ogromna panowała dokoła. 
Wreszcie Ania rzekła: 
 — Jeszcze to szczęśliwie, żeś ty się w nim nie zakochała. Jakby to o 
wiele mogło być gorzej!... Cóż okropniejszego, jak potępiać tego, kogo się 
kocha. 
Westchnęła cicho. A Zosia nachyliła się nad nią: 
 — Ty o sobie mówisz, Aniuś? — spytała. 
 — Po trosze i o sobie. To okropne — kochać nieszczęśliwie i czuć, że te 
skarby naszego serca rzucamy na marne — perły przed wieprze... 
 — Ach, to okropne! Ale..., cóż z nim teraz? 
 — Z nim — coraz gorzej. Hulał strasznie — narobił mnóstwo długów, 
więc go wziął Janek do siebie i próbuje zająć go tam czymkolwie. Ale czy on 
zechce co robić? Wątpię — on pracy zawsze nie cierpiał. 
 — Tak, to jest zgubiony człowiek. Chyba, że Bóg się zmiłuje. Zosia 
przypomniała coś sobie. 
 — Ach, Aniu — mama dała mi całą paczkę rozmaitych papierów dla 
ciebie, nie wiem, co tam jest. Ale, czy nie reguła tego zakonu? Bo Teresa 
Leonia wspominała nieraz o tobie... One tam mówią, że ty chcesz do ich 
zakonu wstąpić. Czy to prawda? 
Ania uśmiechnęła się. 
 — Jak one zaraz biorą za słowo! Nie, teraz nic nie mogę chcieć, bo 
babuni i tutejszym wszystkim jestem doprawdy potrzebna. Babunia tej zimy 
bardzo się posunęła, nie zauważyłaś? Często niezdrowa, kaszle. Ja musiałam 
nieraz w małych rzeczach dopomóc. Dawniej myślałam, ale teraz... 
 — Ale teraz już nie myślisz! — zawołała Zosia. 
 — Nie ciesz się jeszcze, Zosiu. Myślę i teraz, że może tam moja droga — 
ale tymczasem stąd odjechać byłoby nieuczciwie. Może kiedyś... kiedyś... 
 — Kiedyś — na święty nigdy — przerwała Zosia tak wesoło, że obie 
zaczęły się śmiać. A potem rzekła: 
 — Ach, jak dobrze być w domu! 
 — Tak — tu prędko zapomnisz o wszystkim. 
 — Czy wiesz, że ja już prawie zapomniałam? — zaśmiała się Zosia. — 
Jak o tym mówię, to jeszcze biorę sobie do serca — ale już coraz mniej. A tu, w 
tych kochanych Haliniszkach, to już mi się wydaje, że to był tylko sen. 
I tak było w istocie. Nadzwyczaj prędko wróciła Zosia do równowagi. 
Po niejakim czasie Rzym, nowe pojęcia, nowe myśli, nowi ludzie, nowe 
wrażenia zaczęły zasnuwać się mgłą, zaczęły zapadać w dal i znikać. Panna 
światowa, elegantka, turystka, wielbicielka prerafaelitów i Danta zaczęła 
ustępować miejsca wiejskiej dziewczynie, prostej i niewykwintnej, wesołej jak 
skowronek, o gorącym sercu i bardzo określonych ideałach. 
 — A cóż, mamciu — mówił pan Adam do marszałkowej. — Zdaje się 
 — jakoś do naszej Zosi nie przystały zagraniczne fanaberie? 
 — Dzięki Bogu, kochanie moje — odpowiadała marszałkowa. — Jaka 
była, taka jest. Tylko że ja tam wszystkiego jeszcze rozebrać nie mogę 
 — dodała po chwili. — Jej pytać — niezręcznie. A ona sama mówić nie 
ma ochoty. I nie wiem, jak tam doszło do tego zerwania — i dlaczego zerwała? 
 — Ja tam także, moja mamciu, szczegółów nie znam. To wiem, że lepiej 
nie pytać. 
Pan Adam ręką machnął i milczał. Ale marszałkowa nastawała: 
 — Kochanie moje, cóż tam takiego mogło być, żeby i pytać nie można 
było! A mnie wiedzieć trzeba wszystko. 
 — Kiedy to, widzi mamcia, tam jakaś brudna historia. 
 — Eh, Adasiu — co ty gadasz! Wy mężczyźni — to zawsze... 
 — Nie, mamciu. I Zosia sama napomykała — i ten Żurowski, ksiądz, 
któremu się zwierzyła — jak tylko dowiedział się, że przyjechałem, to 
przyszedł do mnie, do hotelu. Bardzo roztropny człowiek! Otóż i on mi 
opowiadał. 
Pan Adam zbliżył się i mówił ciszej: 
 — Ona ich, moja mamciu, zastała — tego Baraniewskiego zjedna damą, 
ich znajomą — w zanadto wielkich czułościach. Okazało się, że on z nią 
romans miał od dawna i sobie dalej to prowadził pod bokiem narzeczonej. 
Marszałkowa pokiwała głową. 
 — Niech Pan Bóg broni! Co tam za ludzie! Ale jakże, kochanie moje, 
Zosia mogła ich zastać? Gdzież ona mogła z taką spotkać się? To nie może 
być. 
 — Kiedyż bo, mamciu, ta dama z nimi się znała. To osoba z 
towarzystwa, mieszkała w tym samym hotelu i ciągle bywały u siebie. Ja 
nawet, moja mamciu, domyślam się, kto to taki, to Wika Rodwiczowa. 
 — Kochanie moje, kto wie, co gadasz! — oburzyła się marszałkowa. — 
Rodwiczowa? Toż ona ma męża, dom, sama z porządnej rodziny. Będzie ona 
romansować po świecie! Et, przywidziało się wam i biedną kobietę 
krzywdzicie! Nigdy w to nie uwierzę. 
Pan Adam zaśmiał się. 
 — Niech mamcia nie wierzy, a tak jest. 
 — To nie może być. Mężatka, najlepszego ma męża..., czegóż by jej? I 
gadać o tym nie warto. 
 — A pewnie, że nie warto. Co było, to było, dość że Zosia nie poszła za 
tego jakiegoś hrabiego i chwała Bogu. 
 — Chwała Bogu! Znajdzie ona sobie lepszego. 
Minęła wiosna, lato i jesień. Śniegi pokryły białą płachtą kraj cały, 
mrozy ścisnęły wody w rzekach i jeziorach. Świat był martwy, blady i cichy, 
jak twarz umarłego. Wsie leżały zdrętwiałe pod szarym niebem, z którego 
sypało na nie wciąż śniegiem. Ale po miastach budziło się życie, skupiano się, 
łączono wspólną zabawą. Młodzi potrzebowali wesołości i ruchu, więc ojcowie 
opróżniali kasy, a matki jechały z córkami na karnawał. I epuzerowie 
wyruszali także upatrując sobie żony i posagi. 
W Wilnie karnawał był w całej pełni, zresztą pełność ta nie 
przekraczała bardzo skromnych granic: kilkanaście domów tworzących 
„towarzystwo" i nazywających się „arystokracją" dawało po kolei wieczory 
tańcujące i po kolei, codziennie prawie, spotykali się ci sami ludzie, 
prowadzili te same rozmowy, zjadali takie same kolacje i wytańcowywali te 
same walce i mazury pod dyrekcją tegoż samego wodzireja. Nie było w ich 
rozrywkach rozmaitości, ale za to w tym zamkniętym kółku stosunki 
zawiązywały się bliskie, jedni o drugich wiedzieli wszystko, niespodzianek 
nikt obawiać się nie mógł, panowała wzajemna życzliwość, nie wykluczająca 
jednak ploteczek i złośliwości, ale nadająca ogólny ton poczciwości i 
bezpieczeństwa. Był to też wygodny teren do starań matrymonialnych. 
Wszystkie te rodziny, będące prawie zawsze choć trochę ze sobą 
spokrewnione, wiedziały wzajemnie wszystko o sobie, a dzienne wizyty, 
ślizgawka, five'oclocki i bale dawały młodym nieustanną sposobność 
poznawania się. 
 — Trzeba jednak, aby i nasza Zosia trochę świata poznała — rzekła raz 
pani marszałkowa. 
A marszałek i pan Adam pokiwali głowami i uznali, że rzeczywiście 
trzeba. Już panna na wydaniu, niech sama ludzi pozna, niech i ją poznają. A 
może... 
Więc gdy po bardzo cicho spędzonym lecie nadeszła zima i wieści o 
kilku zapowiadających się w Wilnie zabawach, a pani Józefowa Halicka 
odezwała się z projektem przybycia na parę miesięcy do miasta z Lunią, 
familijny areopag haliniski postanowił Zosię jej powierzyć na czas jakiś. 
Parlamentowano dość długo, mnóstwo okazało się racji za i przeciw, aż 
wreszcie, w połowie stycznia, wyjechała Zosia do Wilna. 
Zosia pisywała często i obszernie, a listy jej były wesołe. Bawiła się 
dobrze, doskonale, tańczyła dużo, miała ładne toalety, ślizgawki używała z 
przyjemnością, była na kilku koncertach, poznała mnóstwo młodzieży i 
umiała każdego swego tancerza opisać zabawnie i dowcipnie, z pannami była 
na ty, ze stryjenką i z Lunią w najserdeczniejszych stosunkach i nie miała słów 
dla wyrażenia im swej wdzięczności. Słowem, wszystko było w porządku. 
Z pobytu we Włoszech została Zosi pewna dojrzałość, trochę nieufności 
do ludzi, trochę niedowierzania, dużo wykształcenia, krytyczny i własny sąd o 
wielu rzeczach, za poważne dotąd uznanych. Został też żal do matki i siostry. 
Lato przeszło spokojnie i dziwnie miło dla obu dziewczyn. W słońcu i w 
zieloności, nad zwierciadłem wód, pod pogodnym niebem, wśród dusz 
bliskich i pokrewnych łączyły się one coraz bardziej ścisłym węzłem przyjaźni. 
Zosia, poważniejsza niż dawniej, z zapałem wracała do swych planów i 
postanowień. Ania przy rosnących stale obowiązkach coraz dalej odsuwała 
myśl o zakonie, coraz pewniejszym krokiem stąpała po ziemi. I rosła między 
nimi miłość ogromna i zupełna harmonia. 
Haliniszki były bardzo ciche tego lata. Czasem zaledwie jakiś sąsiad 
zajrzał na krótką chwilę. Bijuciszki też były w tym roku prawie puste. Mela 
bawiła przez kilka miesięcy w Królestwie u krewnych, Edzio spędzał wakacje 
na praktyce gospodarskiej. Jerzego nie było, a Emil, prawdziwie 
roznamiętniony do medycyny, leczył na kilka mil wokoło, objeżdżał wsie, 
grzebał się w swoich książkach i dla nikogo, oprócz swoich chorych, nie miał 
nigdy chwili czasu. Jaś wprawdzie wpadał niekiedy do Haliniszek, ale zawsze 
ze strzelbą na plecach, z torbą myśliwską, z rękami czarnymi od prochu i 
stanowczo nie mówił o niczym innym, jak o polowaniu. 
Pani Antoniowa, pomimo obietnic, nie przyjechała. Z listów widać 
było, że sprawa zakonu zachwiała się znowu i że obecność fundatorek jest tam 
nieodzowna. Każdy list kończył się wylewem serdecznych uczuć i błagalną 
prośbą o pieniądze. Toteż pan Adam wydawał niecierpliwe westchnienia na 
sam widok rzymskiego stempla. 
Późną jesienią wróciła Mela, zagadkowa, tajemnicza, z przelotnymi 
uśmiechami na twarzy, łagodniejsza jakaś i już nic złego nie mówiąca o 
instytucji małżeństwa. Przyparta do muru przez Zosię przyznała jej się pod, 
sekretem, że jest zaręczona z panem Zawidowskim, że kocha go szalenie, a on 
ją również, że rodzice dali pozwolenie, tylko że jeszcze do wiosny, z powodu 
różnych jego majątkowych interesów, nic mówić o tym nie można. Wstydziła 
się zaś okropnie dawnych swych bredni, wypierała się wszystkiego, co 
kiedykolwiek mówiła o małżeństwie i mężczyznach, i biła się w piersi 
powtarzając: 
 — Głupia byłam! Głupia byłam, teraz namawiać będę wszystkich do 
miłości, bo to jest jedyne, największe szczęście na świecie. 
Przybywszy na dni kilka do Haliniszek, szeroko się rozgadała o swych 
marzeniach o przyszłości, o doskonałości Sewerynka i o jego dla niej miłości. 
Zosia, zrazu niedowierzająca, zaczęła potem słuchać jej ze wzrastającym 
zainteresowaniem i toczyły się nieskończone spory i gawędy do późnej nocy w 
panieńskim pokoiku na górze. 
A były też jakieś poufne zwierzenia między Melą a Zosią, do których 
Ani nie przypuszczono i które w Zosi oczach zapalały takie jakieś zagadkowe 
blaski i wywoływały wypieki na twarzy. I od tej właśnie pory zaczęła się w Zosi 
zmiana ta, niedostrzegalna dla innych, a dla kochających oczu Ani wyraźna, 
która ją tak niepokoiła. Jednak, pomimo dyplomatycznych zabiegów i pilnej 
obserwacji, niczego domyślić się nie mogła i to właśnie, ta tajemnica, co po 
raz pierwszy stanęła między nimi, przerażała Anię. 
I teraz w każdym liście, przychodzącym z Wilna, szukała między 
wierszami wytłumaczenia zagadki i nie znajdowała jej. 
Marszałkowa, marszałek i pan Adam cieszyli się z tych kilku tygodni 
rozrywki dla Zosi. 
 — Gdyby tam zdarzył się jaki porządny chłopiec — mówił pan Adam — 
a taki, co by się znał na gospodarstwie, tobym rad był. Już mi ten ich Biały 
Dwór tu siedzi... 
Ucieszył się więc szczerze, gdy pani Józefowa doniosła, że o Zosię stara 
się pan B. Ale babunia pokiwała głową i rzekła: 
 — Cóż, człowiek porządny! Jeśli sama go zechce, to niech idzie. A nie 
pójdzie, to mała bieda! Da Pan Bóg po własnej myśli doczekać. 
Więc gdy Zosia sama napisała, że odmówiła panu B., bo go nie kocha, 
nie było najmniejszego żalu w Haliniszkach. Nawet stryj, po namyśle, rzekł: 
 — Cóż to, czy to ona jakaś pierwsza lepsza, żeby zaraz za pierwszego 
iść? Przebiera, bo ma prawo. Nie będzie ten, to będzie drugi, a na koszu nie 
osiądzie, to pewne. 
 — Ot, widać woli Boskiej nie czuje — zdecydowała babunia. I nie 
troszczono się o to więcej. 
Zosia zaś ani chwili nie zawahała się. Dla niej jasne teraz było, że jeśli 
w ogóle kiedykolwiek stanie u ołtarza, to nie z zimnej rachuby, ale tylko z 
miłości, z woli Bożej, jak mówiła babunia. Dość już miała tej jednej przebytej 
próby. Wszelkie mariages de raison wydawały jej się wstrętne, ohydne, 
nieuczciwe. Ale i w ogóle małżeństwo nie nęciło jej bynajmniej. Przeciwnie, z 
rozkoszą powtarzała sobie, że jest wolna, że nie należy do nikogo, że nie 
potrzebuje silić się na takie lub inne uczucia. Epokę swego narzeczeństwa 
wspominała z obrzydzeniem, nie lubiła o niej myśleć i starała się na tę 
przeszłość rzucić gęstą zasłonę zapomnienia. I wcale nie miała zamiaru 
wprzęgać się na nowo w to jarzmo, które z taką rozkoszą zrzuciła niedawno. 
Więc z lekkim sercem odmówiła panu B., pomimo przedstawień 
stryjenki Józefowej, która żałowała szczerze, iż nie o jej Lunie chodziło, bo ta 
miała rozum i nie pogardziłaby dobrą partią. 
Był to wtorek zapustny, mroźny, suchy, słoneczny. Sanki z brzękadłami 
sunęły żwawo we wszystkich kierunkach, rozwożąc to elegantów światowych 
śpieszących z wizytami, to dzieci, którym w zapusty fundowano szlichtadę, to 
uczniów zabawiających się za otrzymane złotówki, to wreszcie Rosjan, 
jadących do jakiejś restauracji podmiejskiej na bliny z kawiorem. Nad końmi 
unosiły się kłęby pary. 
Tramwaje z dzwonieniem posuwały się po wymiecionych szynach. 
Czasem kareta przejechała zgrzytając po śniegu. Z kominów szły prosto w 
górę kolumny dymu szarego i rozwiewały się gdzieś wysoko, a w powietrzu 
pływały drobniutkie, brylantowe śnieżynki. 
Zosia skręciła z ulicy Wilejskiej na Bonifraterską i zaczęła schodzić 
szybko w dół ku placowi. Była sama, ubrana ciemno i skromnie, a w ręku 
niosła sporą paczkę w papier owiniętą, na której niedyskretnie rysowały się 
gdzieniegdzie jakieś tłuste plamy. Spieszyła się widać bardzo. Przeszła obok 
kościółka przez plac i wpadła w wąską Skopówkę. Tam do jednej z bram 
wbiegła i już galopem puściła się po stromych, zewnętrznych schodach. Na 
drugim piętrze, zdyszana i zarumieniona, zatrzymała się i pociągnęła za 
dzwonek. 
 — Otwarte — odezwał się głos z wnętrza. Zosia uchyliła drzwi i weszła. 
Z sionki, będącej zarazem i kuchenką, buchnął zapach roztopionego 
szmalcu. W głębi, pod płytą, palił się ogień, a przy nim, z patelnią w ręku, w 
chusteczce na głowie i w fartuchu, stała panna Paulina Narguttówna. 
 — Ach, to Zosia... kochana! Ot, wizyta! — zawołała i na jej twarzy 
odbiło się przez chwilę zakłopotanie. — Nie myślałam... a ja tak... po 
gospodarsku. 
 — Nie wizyta żadna, moja droga pani. I proszę, broń Boże, sobie nie 
przerywać! Ja tylko tak, na minutę, mam interes. 
I prędko zdejmowała palto, zrzucała rękawiczki i czapeczkę. 
 — Co to pani robi, pewnie chrust dla chłopców? A co, zgadłam? 
 — A jakże... chrust. Kupić drogi, cztery złote funt. A dzisiaj przyrzekli 
przyjść wieczorem. Dużo ich będzie. Więc myślę sobie: w domu usmażę. Ale 
jakoś nie umiem. Ciasto to mi kucharka z dołu zrobiła, a jakże, taka grzeczna, 
ale smażyć nie ma czasu, więc ja sama... Ale usiądź, Zosieczko, tam w pokoju, 
a ja oto, to skończę i zaraz przyjdę. 
 — Nie, nie! Nigdzie nie usiądę, tylko pani pomogę. O, proszę mi 
pozwolić! Ja pysznie umiem robić chrust. Zobaczy pani. Stryjcio bardzo lubi, 
więc nauczyłam się od Józefa i doskonale umiem. 
Zosia zawinęła sobie rękawy po łokcie, gwałtem wziąwszy patelnię z 
rąk panny Pauliny, stanęła przy ogniu. W czerwonym blasku śliczna była, 
jasna i złota cala. 
Panna Paulina protestowała. 
 — Jakże tak można! Zmęczysz się — osmalisz przy ogniu — nie można, 
a pewnie idziecie gdzie jeszcze na bal? 
 — A idziemy do Tańskich na five o'clock tańcujący. Ale to nic nie 
szkodzi. Moja droga pani, ja tak lubię kucharzyć! Niechże mi pani nie 
zabrania. 
Więc po kilku jeszcze próbach przekonania jej panna Paulina zgodziła 
się. Zosię przepasała swoim fartuchem, a sama usiadła i patrzyła. I wtedy 
widać było, że ogromnie się zmieniła ostatnimi czasy. Oczy, zawsze żywe i 
błyszczące, miały ciemne wokoło obwódki, powieki ociężałe, usta były sinawe, 
a policzki jakby z lekka nabrzmiałe i woskowej barwy. Włosy świeciły jej nad 
żywą i dobrą twarzą jak srebrna korona. I oddech był dziwny, wyrywał się z 
piersi w krótkich, urywanych odstępach — jakby zdyszany. Ale humor miała 
zawsze jednakowy. Usiadła i odpocząwszy chwilę zaczęła mówić: 
 — Bo ja — wiesz, kochana — bardzo lubię zapusty. Jak był Jerzyk w 
domu, to zawsze na wtorek wieczór zapraszał kolegów, ot, takich, co tu nie 
mieli nikogo, a jakże, i zawsze bywało u nas wesoło tego dnia. Tańczyli nawet 
 — grali na skrzypcach... Zeszłego roku to mnie tak jakoś smutno zrobiło się 
bez niego, że zamknęłam się i cały wieczór przesiedziałam sama. Ale potem 
myślę sobie: a za cóż ich krzywdzić? Cóż oni temu winni, że Jerzyk wyjechał? 
Więc ot, zaprosiłam, a jakże — i przyjdą. Tak, tak, przyjdą dziś. Niech zabawią 
się trochę biedacy. Mam dla nich dwa kółka kiełbas, chleb z masłem 
świeżutkim — no i chrust... 
 — A ja przyniosłam pani trochę rozmaitych przysmaków dla nich 
 — przerwała Zosia potrząsając patelnią, na której syczał roztopiony 
tłuszcz. 
 — Bo to, wie pani, wczoraj u stryjenki był bal prawdziwy, bardzo 
paradny, tańczyliśmy do piątej rano. I zostało mnóstwo rzeczy — i nikt tego 
zjeść nie może. O, tam w tej paczce. 
 — Ach, moja Zosieczko! Jakaś ty dobra! Ot, poczciwe serce! Pamiętała 
o moich biedakach. 
I panna Paulina rozwijała z pośpiechem wielką paczkę i wykrzykiwała 
radośnie nad każdą rzeczą. 
 — Boże kochany, tyle pączków! Ot, będzie radość! Toż oni przepadają 
za pączkami, a jakże. I kanapki z serem, z kawiorem, jakie śliczne, 
zgrabniutkie... 
 — Cały ranek wczoraj z Lunią pracowałyśmy nad nimi. 
 — I szynka świeża, pyszna szynka! Ach, moja Zosieczko, już nie wiem, 
jak dziękować! Będą mieli bal prawdziwy. Zaraz to wszystko rozłożę, 
poukładam, ot radość! Szkoda, że Jerzyka nie ma... 
I na to imię westchnienie wyrwało się z piersi starej panny i schyliła się 
do szafki po talerze. A nad płytą, nad pływającymi w szmalcu ciastami, złota 
głowa Zosi zwiesiła się trochę smutno i z jej piersi także wyrwało się 
westchnienie. 
 — Szkoda, że Jerzyka nie ma! — powiedziała ciotka. 
A jej w głębi duszy głos jakiś powtarzał to samo. Nie ma Jerzego! 
Gdzieś na końcu świata, samotny, wlecze marny żywot daleko od wszystkiego, 
co mu drogie. A myśl jego pewnie często wraca tu, do starych kątów, do 
swoich, do ciotki, do niej może... Tak, do niej. Czuła teraz i widziała wyraźnie 
to, co wtedy, w tę noc księżycową błysnęło tylko przelotnie przed jej myślą. 
Czuła to teraz i wiedziała na pewno — Jerzy ją kochał. Nie tylko słowa Meli 
poufnie jej do ucha szeptane utwierdziły ją w tej świadomości — nie, przyszła 
ta pewność sama przez się, bezwiednie — przeleciała przez góry i rzeki, 
narzuciła się jej. I to poczucie, że jest kochana cicho, czysto, beznadziejnie, 
bez słów, że tam gdzieś daleko płonie światełko przed jej obrazem, że jego 
myśl i pragnienie krążą koło niej i unoszą się nad nią jak motyle, bez szelestu, 
bez słów, to poczucie przejmowało ją rozkoszą. 
 — Aleja go nie kocham — powtarzała sobie. — Ja nikogo nie kocham i 
kochać nie chcę. Może kiedyś... za wiele lat. Ale teraz chcę być wolna i ani 
myślę się kochać... 
A jednak myśli jej coraz częściej ku niemu leciały i obraz jego coraz 
częściej stawał przed nią. Nieraz, wśród wesołej rozmowy, ukazywała się jej 
nagle twarz jego, ciemne oczy, czoło uparte i dumne, łagodne usta pod 
czarnym wąsem. Milkła wtedy, zdjęta dziwną tęsknotą i trwogą. I goręcej niż 
dawniej odmawiała za niego wieczorne Zdrowaś Mario i czasem, z głową, w 
dłoniach ukrytą, myślała o nim długo, długo... 
Panna Paulina powiedziała: 
 — Szkoda, że Jerzyka nie ma! — i westchnęła układając pączki na 
talerzu. Zamilkła i zamyśliła się. Wesołe jej oczy zaszły mgłą — bo była dziś 
trochę rozstrojona tym dniem zapustnym, wesołym dla wszystkich, a dla 
niego tak samotnym. Ale gdzieżby płakać teraz miała, przy gościu — i wobec 
tylu jeszcze rzeczy do załatwienia. 
Więc prędko sięgnęła do szafki po drugi talerz i poczęła na nim 
układać różowe płatki szynki — a czując, że trzeba coś przecie powiedzieć 
odchrząknęła i miała już zapytać o wczorajszy wieczór, ale Zosia ją uprzedziła. 
Wyrzuciła na półmisek śliczny, złotawy chrust i, nabrawszy nowych kilka 
kawałków na patelnię, znowu się pochyliła nad płytą i spytała: 
 — A pan Jerzy dawno pisał? 
 — Jerzyk? O, wczoraj miałam list! I wiesz, znowu przysłał dwieście 
rubli ] dla dzieci Pawłowej. Teraz już ma tylko tysiąc kilkaset rubli do 
spłacenia. Bo tam było około trzech tysięcy, a on już — z tymi dwustu — to 
prawie dwa tysiące spłacił — a jakże. Piszę, że ta myśl jemu wszystko osładza. 
 — Jakaż to Pawłowa? — spytała Zosia, która nic nie wiedziała. 
 — Ach, prawda, nie wiesz nic, kochana. A ja tak rozpowiadam, jakbyś 
wszystko wiedziała. Ale to nic, powiem tobie wszystko, bo tu nie ma nic złego 
 — a jakże. A nawet niejeden na miejscu Jerzyka ani by dbał, powiedziałby: nie 
ja brałem, co mnie do tego! Ale Jerzyk nie. On taki dumny, taki drażliwy! 
Dziecko moje! Nie miał spokoju, póki nie spłacił. I panna Paulina usiadła 
znowu na stołku przy Zosi i zaczęła opowiadanie. 
 — Ojciec Jerzyka był dobrym człowiekiem, ale nie umiał się rządzić. 
Nic — ot, tak, wszystko jemu z rąk padało. A jak przyszły ciężkie czasy, to i z 
majątku zszedł i umierając, zostawił długi. Jerzyk wtedy był malutki. Potem 
matka umarła i on został sam na świecie — bez grosza. Gdzie tam! Jeszcze i 
matki rzeczy, jakie były, zabrał gospodarz za mieszkanie. Ale Pawłowa tu 
bliziutko mieszkała, więc nieraz, jak ją bieda bywało przyciśnie, bo męża 
miała pijaka i dużo dzieci — to przyjdzie i skarży się, że pan Lipowski ją 
skrzywdził. A Jerzyk słucha i pięści zaciska, bo cóż on poradzi. Więc gdy ona 
umierała, to dowiedział się i sam poszedł do niej — miał już wtedy lat 
siedemnaście — i przyrzekł, że jej dzieciom odda wszystko — a jakże. I jak 
tylko skończył nauki, to zaraz pojechał na Syberię. Tam ojciec jego kolegi, 
Mielina, ma ogromne majątki i lasy, więc wziął Jerzyka dla zaprowadzenia 
tam gospodarstwa leśnego. Przez ten czas spłaci ojcowskie długi i jeszcze mu 
coś zostanie na rozpoczęcie tu czegoś — pewnie weźmie dzierżawę jaką albo 
co przy lasach i już zamieszkamy razem i będzie dobrze. Byle tylko doczekać 
dał Pan Bóg! Już rok i trzy miesiące, jak on tam jest — da Bóg, prędko czas 
zbiegnie i będziemy znowu razem. 
Panna Paulina opowiadała z twarzą opartą na ręku, zapatrzona w 
ogień, który buchał i huczał pod płytą i rzucał na twarz jej czerwony blask. 
Oczy jej błyszczały, takie żywe i młode w zwiędłej twarzy, a na ustach osiadał 
wyraz bezmiernej czułości. 
W kuchence, oświetlonej jedną lampką, rozchodził się zapach tłuszczu, 
na patelni syczały i rumieniły się faworki. Rosły w coraz wyższą górę na 
stojącym obok półmisku. Zosia coraz zgrabniej uwijała się, czerwona od 
gorąca, z zakasanymi rękawami, to rzucając w gorący płyn białe ciasto, to 
potrząsając patelnią, to delikatnie przewracając na niej złotawe i kruche 
kawałki. Ale myśl jej szła za słowami panny Pauliny i słuchała całą duszą. 
 — Jerzyk pisze — zaczęła po chwili przerwy stara panna — że dobrze 
mu tam. Ma mieszkanie w lesie, o sto pięćdziesiąt wiorst od najbliższej wsi, 
ale ciepłe i obszerne — a jakże. Ma co jeść i ma jakąś babę do gotowania. Ale 
towarzystwa żadnego! Jakiś Niemiec, maszynista, przyjeżdżał tam maszyny 
ustawiać, ale już wyjechał. Dobrze, że telegraf blisko, bo dla ten nowej kolei 
potrzebny. Czasem od inżynierów książki dostaje. Sam to tak oszczędza, że 
nie chciał nawet gazety trzymać. Ale już ja mu zaprenumerowałam i ma — a 
jakże. Dziecko drogie! 
 — A jak długo idą listy? 
 — Listy to idą dwanaście dni do miasteczka. Ale nie zawsze jest okazja, 
więc przeleżą czasem. Ale teraz on sam już posyła, raz na tydzień. O, latem 
jemu będzie lepiej, bo ma przyjechać tam na kilka miesięcy młody Mielin, 
jego kolega. Ojciec chce mu zdać te majątki, więc żeby przywykł. Jerzyk rad. 
 — A może pan Jerzy będzie mógł latem przyjechać? spytała Zosia 
schylając nisko głowę. Czuła, jak jej się robiło gorąco,'ale ogień był taki duży! 
 — E, nie, nie przyjedzie — odparła ciotka i westchnęła. — Może by i 
mógł uwolnić się, ale podróż drogo kosztuje, a jakże... tam, i na powrót. Nie, 
trzeba już doczekać końca tych trzech lat — wtedy powróci... 
 — A potem pan Jerzy ożeni się... — A może kiedyś i ożeni się. Daj Boże! 
Byle doczekać! Byle doczekać... I nagle te łzy, które pierwej mroczyły oczy 
panny Pauliny i które ona odpędzała tak usilnie, rzuciły się raptownie, 
niespodziewanie spod zmęczonych powiek. Kąty ust zadrgały, jęk żałosny z 
nich się wyrwał i panna Paulina ukryła twarz w dłoniach. 
 — Pani, droga pani! — zawołała Zosia. — Niech pani nie płacze! Rzuciła 
się do niej i ukląkłszy przed nią otoczyła drobną postać 
ramieniem. 
 — Pani, niech pani nie płacze! Zobaczy pani..., wszystko będzie dobrze. 
Jerzy powróci i z panią już będzie zawsze, i będzie szczęśliwy, i pani także... 
Mówiła do niej pieszczotliwie i obejmowała coraz serdeczniej starą 
pannę , tuląc ją do siebie. 
Ale ta sama uspokoiła się zaraz i ocierać poczęła oczy. Tylko lekkie 
łkanie podnosiło jeszcze jej pierś zwiędłą. I zaczęła przepraszać Zosię, że się 
przyj niej rozbeczała tak niemądrze! Ale to były zapusty, więc jakoś smutno 
bez Jerzyką. I on tam sam jeden... w tych lasach... A przy tym... przy tym 
czuła, że... że się go nie doczeka... 
 — Co pani mówi! Jakże można... — oburzyła się Zosia. 
Ale w tej chwili porzucone faworki zaskwierczały, zapiszczały na 
patelni, tłuszcz wykipiał i rozlał się z sykiem na płytę. 
 — Boże, mój chrust! 
I Zosia się porwała i podskoczyła do kuchni. 
A panna Paulina już zupełnie przyszła do siebie. Wstała i zaczęła śmiać 
się cichutko. 
 — Ot, kochana, nie wiadomo, co o mnie pomyślisz! Stara, płacząca 
beksa, a jakże... I nie zechcesz już do mnie przychodzić. Ale bądź spokojna już 
tego więcej nie będzie, nie. Będę rozsądniejsza. Bo i prawda, co pomoże 
płakać i tęsknić, i przeczuwać zło? Będzie, jak Pan Bóg da, a jakże... Ot i 
wszystko. 
Gdy w pół godziny potem Zosia schodziła ze schodów, twarz miała 
poważniejszą i dziwnie wzruszoną. 
 — Nie pójdę dziś na bal — myślała. — Powiem stryjence, że jestem 
zmęczona. I nie będzie to kłamstwo, po tylu nocach. A dziś nie mogłabym 
tańczyć. O, za nic w świecie! 
Miało się już ku wieczorowi. 
Na dworze mróz trochę zelżał i niebo pokryło się leciuchnymi 
chmurkami, które się różowiły w słońcu i płynęły wolno jedne za drugimi. 
Na Dworcowym placu śnieg leżał pod drzewami skweru, biały i twardy, 
a tylko środek ulicy znaczył się szarą, wyjeżdżoną pręgą. Drzewa bezlistne 
rysowały się jak czarna koronka na niebie. I cisza było wokoło, tylko dzwonki 
od sanek gdzieś daleko brzęczały. 
Zosia szła powoli, zamyślona, zapatrzona przed siebie. 
Coś z głębi jej duszy wstawało i chciało się na świat wyłonić, ale ona nie 
wiedziała, co to jest, i nie rozumiała siebie. Tylko zdawało się jej, że tam, u 
panny Pauliny, przebyła nie jedną krótką godzinę, ale długie, długie chwile, że 
od czasu, jak przechodziła tędy, wiele, wiele się zmieniło. 
Kościółek bonifratrów był otwarty. Zosia weszła. 
Dwie baby, okręcone w niewiadomego koloru gałgany, siedziały u 
drzwi na stołeczkach. Pod niskim sklepieniem kościółka mrok panował 
zupełny i tylko w głębi błyszczała lampka przed ołtarzem. Zapach wilgoci i 
kadzidła unosił się w powietrzu. I było tam cicho, ciepło i bezpiecznie. Szare 
cienie spowijały duszę w spokój i w błogość, kładły na czole welon zamyślenia, 
zmysły zamierały. A z tych murów przesiąkłych modlitwą i westchnieniami 
szło ukojenie niezmierne. I w tych mrokach, i w tej ciszy przebywał On, Pan 
serc, Pocieszyciel i Zbawca. Czekał w ołtarzu cichy i wierny... 
Gdzieniegdzie majaczyła jakaś zgięta postać, roztopiona w półcieniu, 
bezkształtna, bezcielesna, pogrążona w modlitwie. Czasem jakiś głośniejszy 
szept lub jęk stłumiony leciał ku ołtarzowi, a powietrze, kadzidłem wonne, 
ciężkie było od tych szeptów i od tych jęków, co się kładły chmurą pod Jego 
stopy. A On czekał w ołtarzu — Pan serc i Pocieszyciel... 
Klęcząc pod ścianą, Zosia czuła, że się coś w jej sercu roztapia, rozlewa 
potokiem żałości. Ból jakiś, dotąd nie zaznany, ją porwał, a przy tym słodycz 
ogromna. Czuła, jak jej dusza rozdziera się na dwoje i wchłania w siebie tę 
drugą bratnią, kochającą i smutną duszę Jerzego — i z nią jednoczy się i łączy, 
i na wskroś ją przenika. I zdało się jej, że on jest tu blisko przy niej i że 
potężny prąd od niego idący porywa ją i unosi z nim razem gdzieś daleko w 
przestrzeń — że zawiązuje się między nimi nić jakaś tajemna, co ich oboje 
razem splątuje i wiąże. 
 — Że on mnie kocha — to wiem — myślała — ale ja? Czyżbym go 
kochała?... 
I próbowała bronić się jeszcze, zbuntowała się przeciw tej niewoli, 
która jej groziła. 
 — Nie, nie kocham go. Tylko... tylko mi go żal... Ach, żal ogromny! 
 — I żal ten, jak fala, serce jej zalał i utonął w nim świat cały i bliscy, i 
dalsi, i ludzie, i sprawy wszystkie, i ona sama utonęła i rozwiała się w tym 
smutku, w tym bólu, którzy szedł od niego ku niej, jak czarna chmura. — 
Żałuję go, bo on dobry, szlachetny, dzielny — a taki biedny, tam... samotny... 
Każdego bym żałowała. Wiedziała, że kłamie sama przed sobą. Powtórzyła 
jednak mocniej: każdego bym żałowała. Ale gdy to mówiła, brała ją chęć 
pocieszyć go, ukoić, wejść w tajnie tego dumnego serca i przytulić go, 
ukołysać, tak jak się rozpłakane dziecię do snu na piersiach kołysze. 
 — Boże! Czyżby to była miłość?!... I pochylona nad własną duszą, jak 
nad wzburzoną wodą jeziora, starała się wzrok zapuścić w jej głębiny i 
zmierzyć się oko w oko z tym potworem, czy też geniuszem, co tak zmącił jej 
powierzchnię i wypływał teraz nieznany, groźny, tajemniczy... Czyżby to była 
miłość?... Nie, nie chcę kochać, nie będę. 
Zerwała się z klęczek. Usiadła na ławce i rozpoczęła pacierz. Jednak 
tylko usta modliły się, a myśli latały rozbite jak jesienne liście, które wiatr 
unosi. Ona chciała być wolna. Nie, kochać nie chce, nie chce. Wie już, co to 
jest miłość, jaki ona niesmak zostawia. 
Ale potwór czy geniusz, co wyszedł z głębin jej duszy, w ciemnościach 
idzie teraz ku niej. Coraz bliżej, bliżej podchodzi, owija ją swym mglistym 
ciałem, bierze ją w ramiona, owiewa tchnieniem słodkim a drażniącym... Ona 
się broni jeszcze — jakaś dziewicza hardość w niej powstaje i woła: nie chcę, 
nie chcę kochać! Nie chcę tych kajdan, tych więzów, tej służby! Nie chcę być 
czyjaś..., chcę pozostać nietknięta, wolna!... 
Ale potwór czy geniusz unosi ją, pochłania. Ona czuje, że ginie, 
ostatnim wysiłkiem podnosi wzrok na niego — zmierza się oko w oko. A oczy 
jego są oczami Jerzego. 
 — Boże, zmiłuj się! — westchnęła Zosia. I z rękami załamanymi 
szepnęła: 
 — Kocham. 
Poddała się. Bez czucia pozostała na ławce, nieruchoma, skamieniała. 
A z szarych cieniów, co ją okrążały, z mrocznych kątów kościółka, z 
powietrza pachnącego kadzidłem i wilgocią, ze ścian przesiąkłych 
westchnieniami i płaczem, z promienia lampki mrugającej przed ołtarzem, 
szła słodycz nieziemska, rozkosz i upojenie. 
A z głębi ołtarza, ze świętego tabernakulum, gdzie przebywał On, Pan 
serc, szedł do niej głos mówiący: 
 — Oddaj się, idź za nim! I kochaj... kochaj!... kochaj... 
III 
Karnawał się skończył. Pani Józefowa Halicka sama odwiozła Zosię do 
Haliniszek, zabawiła tam kilka dni i powróciła na Polesie. 
Zosia z radością znalazła się w domu. Dość już miała Wilna, miejskiego 
życia i towarzyskich rozrywek. Zdawało się jej, że tylko w domowej ciszy 
znajdzie uspokojenie. Bo gdy ochłonęła po tym pierwszym spojrzeniu 
rzuconym w głąb duszy, zaczęła bronić się przeciwko tej nowej sile, której na 
razie uległa. 
 — Nie chcę kochać — powtarzała sobie i postanowiła w ciągłym zajęciu 
i w systematycznej pracy znaleźć ratunek przeciw ogarniającej ją miłości. 
 — Niech mi babunia wyznaczy jakie zajęcie — prosiła po powrocie do 
domu. I wzięła się gorliwie do wyznaczonej sobie pracy. 
Ale spokój nie wracał. Jeszcze dni schodziły jako tako. Ale noce były 
najgorsze, zarazem pełne uroku i słodyczy. Gdy ciemność zrobiła się dokoła, 
świat realny gdzieś znikał, a zaczynało się panowanie fantazji, wtedy malała 
przestrzeń dzieląca ich i byli razem, bliziutko, złączeni uściskiem. Ona kładła 
głowę jego na swym sercu, mówiła mu słowa miłości i pociechy i czuła go tuż, 
tuż przy sobie. Czasem zmęczona całodziennym ruchem zasypiała mocno. Ale 
wnet budziły ją jakieś głosy na nią wołające — zrywała się, a dokoła panowała 
cisza i ciemność. Więc zasypiała znowu i znowu jakieś postacie pochylały się 
nad nią — i coś jej szeptały do ucha; to widziała we śnie ciemne oczy Jerzego, 
to słuchała jego słów i była z nim razem. A on zawsze był smutny, blady, 
chmurny. Więc starała się objąć go ramionami i załagodzić jego ból, a czasem 
czuła na sobie jego ramiona, odrywała się od ziemi i leciała z nim gdzieś 
razem... Ogarniała ją wtedy taka słodycz, powstawały z głębi jej istoty takie 
prądy niewypowiedzianej rozkoszy, o jakich na jawie nie miała pojęcia. Czuła, 
że to był tylko sen, lękała się przebudzenia — i powrotu do zimnej, nudnej 
rzeczywistości. Po takich nocach wstawała zmęczona, złamana, ze 
świadomością ogromnej odległości, która ją dzieliła od Jerzego, zawstydzona 
sennymi widziadłami, zniechęcona i smutna. 
Ania widziała to i domyślała się jakiejś miłosnej przyczyny. Ale pytać 
nie śmiała. 
Bo i Ania miała swój ciężki smutek do noszenia. O tym nieszczęsnym 
Waciu coraz gorsze dochodziły wiadomości. Przez czas jakiś zdawało się, że 
się nieco uspokoił; pod kierunkiem Julka zajął się leśnymi fabrykami w 
Olanowiczach i łudzono się, że rozpocznie porządne życie. Ale oto nagle 
zerwał się stamtąd, zostawiwszy mnóstwo weksli i długów, i teraz był w 
Wilnie, pił, hulał, rozbijał się, a znajdował jeszcze takich, którzy nie wahali się 
dostarczać mu pieniędzy. 
Wczesną wiosną przyjechała pani Alina. 
Teresa Leonia została w Rzymie na czele zakonu. Zakon, pomimo 
usilnych starań, nie został jeszcze zatwierdzony przez papieża, ale była 
wszelka pewność, że lada dzień zatwierdzenie to będzie uzyskane. Wszelkie 
przeszkody usunięto, kolegium, od którego to zależało, wypowiedziało zdanie 
przychylne i czekano na ostateczną decyzję. Tymczasem zakon wzrastał, liczył 
już sześć aspirantek, a kilka pań czekało tylko formalnego zatwierdzenia, aby 
przyjąć welon. Niestety, wszystkie te panie były niemajętne, chociaż 
wykształcone i z najlepszych domów (jedna nawet była hrabianką), żadna nie 
posiadała funduszu, który by poprawił mocno zagrożone interesy zakonu. Z 
każdym dniem było trudniej. Dom nie mógł przynosić żadnego dochodu, a 
podatki, reperacje etc. pochłaniały corocznie poważne sumy. Utrzymanie 
sześciu aspirantek i służby, opłacenie kapelana, a przede wszystkim starania 
w Watykanie, to wszystko wymagało ciągłych wydatków. Dochody z Białego 
Dworu były kroplą w morzu. I pani Antoniowa przyjechała po ratunek, bo byt 
zakonu był zagrożony. 
 — At, niewielka byłaby szkoda! — mruczał pan Adam. 
Jednak i on chciał uregulowania interesów i przede wszystkim działu 
majątkowego, bo wobec tych wielkich zamiarów i działalności pań Halickich o 
fundusz Zosi była poważna obawa. 
Więc stanęło obopólne postanowienie, że dział należy przeprowadzić 
co prędzej i staroświeckim obyczajem zwrócono się do sąsiadów. 
Parę miesięcy zeszło na rozpatrywaniu się w kontraktach, w 
rachunkach; w lesie, na oglądaniu Białego Dworu, na obliczeniach i naradach. 
Jako zasadę przyjęto pozostawienie Zosi majątku, a spłacenie matki i siostry. 
Była to kombinacja dogadzająca wszystkim trzem stronom zainteresowanym. 
Ale tu powstała trudność: skąd wziąć dostateczny kapitał, aby panią 
Antoniowa i Terenię spłacić? 
A pani Alina, nie mająca pojęcia o interesach, mówiła dużo o swych 
macierzyńskich uczuciach dla Zosi, ale nie ustępowała ani na jotę ze swoich 
praw mieniąc je ciągle prawami Boskimi. 
Pan Adam się zżymał. 
 — Zosię z torbami puszczą — mruczał ciągle. — Taka harhara, jak ten 
Biały Dwór, ani lasu, ani kapitału, same długi! Kto tu wydołać potrafi? Ja i sił 
już nie mam ani zdrowia... Za pięć lat bank nas będzie licytował! 
Aż go pani marszałkowa musiała uspokajać i mitygować, i w długich z 
nim naradach obmyślać środki ratunku. 
Zosi chodziło o jedno tylko, o utrzymanie Białego Dworu w swoim 
ręku. Zresztą ufała, że z długami sobie poradzi. 
 — Nic wydawać nie będę, składać będę każdy grosz, to się przecie 
spłaci kiedyś. 
I oburzała się ogromnie, gdy ktoś zaproponował odsprzedanie części 
majątku. 
 — Nigdy, za nic w świecie! Ani piędzi ziemi się nie pozbędę — zawołała. 
 — Ale to by od razu zyskało się dość znaczny kapitał. I reszta zostałaby 
prawie czysta. 
 — Nie, nie! Jeśli Biały Dwór daje dziesięć tysięcy dochodu, a będzie 
długu osiemdziesiąt, to przecież można i procenty opłacić, i corocznie trochę 
kapitału spłacać. 
 — Ale żyć nie będzie już z czego — zaoponowano. 
 — Ja nie potrzebuję żyć, bo mnie babunia wszystko daje. 
Zaśmieli się wszyscy i to przekonało ich. I stanął dział. Panie Halickie 
otrzymywały siedemdziesiąt tysięcy rubli w części natychmiast, w części 
ratami po pięć tysięcy rocznie przez lat siedem. Zosia brała Biały Dwór. 
 — Im za kilka lat nic nie zostanie z tego kapitału — mówił pan Adam — 
i nas zlicytują. To jak amen w pacierzu. 
A marszałkowa zawołała Zosię do siebie. 
 — Czy ty, kochanie moje — zaczęła — dobrze zastanowiłaś się, co na 
siebie bierzesz? Dług święta rzecz. Czy to matce, czy siostrze, czy obcemu 
spłacić musisz akuratnie. I ani o swej wygodzie, ani o swej przyjemności nie 
masz prawa pomyśleć, zanim się długu nie pozbędziesz. 
 — Ja wiem, babuniu. Ale Białego Dworu przecie sprzedać nie można. 
Ja wolę oszczędzać przez całe życie, a mieć go. Strasznie lubię Biały Dwór. 
 — To dobrze, kochanie moje. Tylko trzeba, żebyś wiedziała, co robisz. 
Bogata już nie będziesz nigdy. 
Zosia spojrzała przez okno w niebo błękitne i jasne — i pomyślała o 
Jerzym. Przecież i on nie był bogaty! Pracować musiał i oszczędzać. Czemuż 
by jej miało być lepiej? I owszem, niech nie będzie bogata, to może stanie mu 
się bliższą. Więc odparła spokojnie i stanowczo: 
 — Ja, babuniu, nie pragnę być bogata. Wiem, że i bez tego można być 
szczęśliwą. Nieprawdaż, babuniu? 
Marszałkowa nie odpowiedziała, tylko pogładziła głowę dziewczyny. 
Czuła, że ona wie, co robi i że następstwa swoich czynności rozumie. 
Wychowała ją przecież nie na marzycielkę, ale na roztropną i realną kobietę, 
która, choć młoda, umiała poważnie patrzeć w przyszłość. I była o nią 
spokojna. Nie, dla niej bogactwa nie były warunkiem koniecznym. Byt średni, 
dużo pracy i dużo kochania — to było dla niej szczęście. 
Pani Alina nie była jednak zadowolona z działu. Czuła, że ustąpić musi, 
ale uważała, że dostaną one z ThereseLeonie bardzo mało. I to jeszcze nie od 
razu, ale po części ratami. To było bardzo niewygodne. Próbowała namawiać 
do sprzedania części majątku, jak to proponował pan Suniżycki, ale Zosia 
stanęła przeciwko temu jak mur. 
 — Nie dam — rzekła — ani kawałeczka, nie dam. Mamie chodzi tylko 
o ten jakiś klasztor, a mnie chodzi o Biały Dwór. I nie pozwolę, nie, nie! 
Bez mojej woli działu nie będzie, a ja nie zgodzę się na sprzedaż. 
Musiała pani Alina ulec. Czuła w Zosi tę samą zaciętość i silną wolę, 
którą w Therese Leonie tak podziwiała. 
 — Ale niestety, jakaż między nimi różnica! — mówiła do siebie. — 
Tamta, moja święta, idzie przez życie ze wzrokiem ku niebu zwróconym. A 
Zosia, cała oddana ziemskim sprawom. Tak, to natura pozioma. Była chwila w 
Rzymie, gdy zaczęła się zapalać do wznioślejszego życia — ale to 'była chwila 
tylko. Teraz wzięły zupełnie górę instynkta ordynarne. Ach, czemuż jej 
wcześniej nie wywiozłam stąd, czemu jej nie wychowałam tam, gdzie by duszę 
jej umiano wykształcić i podnieść. 
Tymczasem jednak należało pogodzić się z losem. Dla formy czekano 
odpowiedzi Teresy Leonii. A pani Alina oddawała się arytmetycznym 
ćwiczeniom. Zamieniała ruble na franki, odejmowała, dodawała, dzieliła i 
zawsze dochodziła w końcu do smutnego wniosku, że z owych rubli nie da się 
postawić zakonu Sióstr Bolejących na stopie kwitnącej. Zaledwie jaka taka 
egzystencja była zapewniona. Ale cała nadzieja zwracała się wtedy ku 
przyszłości i ku tym zastępom aspirantek, które zawitać muszą w progi 
Zgromadzenia, a z których kilka przynajmniej będzie miało fundusz. Wreszcie 
przyszła odpowiedź z Rzymu. Teresa Leonia zgadzała się i na , jeśli inaczej 
być nie mogło, pewna, że Bóg wybranych swoich nie opuści. Ale w oddzielnym 
liście do Zosi pisała: 
„Nie myśl, kochana Zosiu, abym tego nie rozumiała, że tak mała spłata 
jest krzywdą dla nas; nie obwiniam ciebie, bo wiem, że masz fałszywe w tym 
względzie pojęcia i że jesteś pod wpływem tych, którzy cenią jedynie 
materialne i namacalne korzyści. Warn się zdaje, że utrzymanie kawałka 
ziemi jest większą zasługą nad założenie polskiego zakonu. A ja ci powiadam, 
że taki zakon ma pierwszorzędną wagę i że niczego żałować nie należy, aby go 
rozwinąć i dać mu środki do egzystencji. Ale wy tego nie rozumiecie. Czyż 
jednak, używając tam najspokojniej bogactw i dostatków, nigdy ci sumienie 
nie szepnie, że z twej racji matka twoja i siostra muszą sobie nieraz 
wszystkiego odmawiać i walczyć z ciężkimi trudnościami? Zresztą, nic więcej 
nie powiem. Zgadzam się na wszelkie wasze układy. Niech Bóg osądzi 
słuszność naszej sprawy". 
Zosię zaniepokoił ten list, ale tylko chwilowo. Nie, krzywdy niczyjej nie 
mogła mieć na sumieniu, biorąc majątek obciążony do ostatecznych granic. 
Sama bogactw nie zazna, ale przeciwnie, przez życie może całe liczyć się 
będzie musiała z każdym groszem i pracować, pracować. A one tu w kraju 
miałyby życie wygodne i dostatnie. Któż im każe zakony gdzieś w Rzymie 
fundować? Zresztą Biały Dwór będzie zawsze dla nich otwarty. Więc wszelkie 
skrupuły oddaliła od siebie i myśli zwróciła ku nowym obowiązkom, jakie na 
nią, jako na właścicielkę, czekały. 
Pani Alina, chociaż zatrwożona widokami skromnej przyszłości, rada 
była, że interesy dobiegają do końca i że może już wracać do Rzymu. Razem z 
Zosią i panem Adamem pojechała do Wilna, gdzie dokonano prawnych 
formalności działu i z lekkim sercem wyruszyła w drogę. Pożegnanie z Zosią 
było serdeczne i smutne. Obie czuły, że przepaść, która je od dawna dzieliła, 
teraz staje się coraz głębsza i wiedziały, że lata całe minąć mogą, zanim się 
znowu zobaczą. Obie miały łzy w oczach, a jednak obie uczuły ulgę, gdy się już 
rozstały. Lepiej im było w oddaleniu. Pani Aliny myśli pobiegły naprzód. 
Zosia, wypłakawszy się, poszła na pociechę do panny Pauliny i jak zawsze 
widok jej pokrzepił ją i ukoił, a opowiadania o Jerzyku wlały jej do serca 
ogromną słodycz. 
Wkrótce zapomniała o swych troskach, bo myśli jej zwróciły się ku 
nadchodzącej uroczystości. 
Ślub Meli zbliżał się i obie z Anią miały być na nim, po raz pierwszy 
wspólnie, jako druhny. 
Wielki był ruch w Bijuciszkach. A chociaż wesele miało się odbyć w 
Wilnie, w hotelu, dla uniknięcia kłopotu i tylko w małym kółku i ani tańców, 
ani żadnej wesołości nie było w projekcie, panny cieszyły się. 
Jakoż odbyło się wszystko uroczyście i poważnie. Panna młoda, świeża 
i różowa w swych białych tiulach, szła ochoczo do ołtarza, prowadzona przez 
wybrakowanych drużbów. Za nią pan Seweryn pokrywający wzruszenie miną 
znudzoną podawał ręce Zosi i Ani. 
Zrazu, gdy weszli do kościoła, światła, kwiaty, ołtarz jaśniejący i 
strojny, gotowy na przyjęcie tych przysiąg, marmurowi święci wychylający się 
u góry z cieniów kolumn, aby wziąć udział w weselu, muzyka głośna, jasne 
toalety, tłum ciekawych za kratkami, białe komże i złociste kapy, śnieżne 
plastrony koszul męskich i lekkie tiule panny młodej, szmer rozmów i szelest 
jedwabiów, wszystko to zlewało się w akord wesela i radości, ale nie nasuwało 
myśli głębokich. Był to śliczny salon, trochę inny od zwykłych salonów, 
przygotowany na przyjęcie tego eleganckiego towarzystwa, które tu na chwilę 
wkroczyło dla wypełnienia jakiejś przyjemnej ceremonii. Był to zaczarowany 
ogród, pełen barw i świateł, gdzie zaszli ci zakochani dla złożenia jakiejś ofiary 
dobrym bogom. I wszystko wokoło było poetyczne i pełne wesela i mówiło o 
szczęściu i o miłosnym upojeniu. 
Ale wtem ozwał się głos pana młodego powtarzającego za księdzem 
przysięgę: 
 — ... a iż cię nie opuszczę aż do śmierci, tak mi, Panie Boże, dopomóż... 
I głos Meli odpowiadał: 
 — ... a iż cię nie opuszczę aż do śmierci, tak mi, Panie Boże, dopomóż... 
Aż do śmierci! I przez zaczarowany ogród przeleciało widmo zimne. Aż 
do śmierci pójdzie tych dwoje razem, skutych łańcuchem na złą i dobrą dolę. 
Aż do śmierci te dwie dłonie, związane teraz stułą, trzymać się muszą, 
złączone, nierozerwalne. Aż do śmierci, aż do granicy ostatniej, aż nad zrąb tej 
przepaści, której nie ma końca. 
 — Jak to straszno! — pomyślała Zosia. — Czyja się kiedy na to odważę! 
Przymknęła oczy i starała się wyobrazić sobie, że to ona stoi tam, na miejscu 
Meli, u ołtarza, w tej białej szacie i w tym welonie dziewiczym i że ona składa 
przysięgę. A przy niej kto? Hrabia Paulin? Wstrząsnęła się na jego 
wspomnienie. Pan B.? O, nie, nie, nigdy! Więc Jerzy? Tak, Jerzy. Jemu tylko, 
jemu jednemu na całym świecie mogłaby powiedzieć: 
 — ... a iż cię nie opuszczę aż do śmierci, tak mi, Panie Boże, dopomóż. 
Obiad weselny był nieliczny, ale przyjemny. Toasty ożywiły towarzystwo. 
Wypito mnóstwo butelek szampana i z zadowoleniem udano się na 
spoczynek. Nazajutrz rano państwo młodzi wyjechali, odprowadzani przez 
całe weselne grono, a pani Suniżycka, zrozumiawszy teraz dopiero, że Meli nie 
ma i nie będzie, zaczęła tonąć we łzach. 
I mowy być nie mogło o tym, aby ją samą zostawić. Mąż musiał wracać 
co prędzej do Bijuciszek, a i synowie rwali się na wieś. W lipcu powietrze 
miejskie było nie do zniesienia. Ona zaś musiała przez kilka dni pozostawać w 
Wilnie. Były rachunki hotelowe do załatwienia, rzeczy do spakowania, nie 
dokończona wyprawa Meli do wysłania, mnóstwo zapomnianych drobiazgów, 
a wszystko to należało zrobić porządnie, z szykiem, comme il faut. Więc 
stanęło na tym, że Zosia z nią pozostanie, aby pocieszać w tęsknocie po Meli i 
dopomóc we wszystkim. Ania, zmęczona i wycieńczona tymi kilku dniami 
nieregularnego życia, wyruszyła z panem Adamem do domu. 
I po fecie nastała raptem cisza i nuda w mieszkaniu u Wigury, do 
którego się przeniosła pani Suniżycka z Zosią. Wszyscy się rozjechali, 
rozproszyli, nawet pani Suniżycka ze spuchłymi od płaczu oczami poszła do 
krawcowych i modniarek kończyć rachunki i pilnować pakowania, a Zosia, 
pożegnawszy Anię i stryja, nie wiedziała, co z sobą począć. 
 — Pójdę do panny Pauliny — pomyślała. — Opowiem jej wszystko. 
Będzie ze mnie rada. 
I wkrótce potem siedziały we dwie przy otwartym oknie, skąd ponad 
dachy widok się rozciągał na plac Katedralny, Górę Zamkową i zielone 
ogrody. Słońce za domami skłaniało się już ku zachodowi i powietrze było 
przyprószone różowym światłem. Gołębie fruwały na dachu katedry, całe 
śnieżne i jasne w wieczornej zorzy i spadały jak płatki śniegu na ziemię. 
 — Ach, kochana. I cóż, pięknie było? — pytała panna Paulina 
zaciekawiona i żądna szczegółów. — I jakże Mela, co? Płakała może? Nie, to i 
lepiej..., bo czegóż? Dobrze jej będzie, da Pan Bóg. 
Zosia musiała opowiadać wszystko. Jakie były toalety, jakie potrawy i 
kto z kim siedział u stołu, i jakie były toasty, i kto jak wyglądał, i ile co 
kosztowało, wszystko. 
 — Czemuż pani nie była? — spytała wreszcie. — Ciocia tak prosiła. 
 — Nie, kochana. Już na ślubach, to ja nie mogę, tyle osób! Ot, jakoś nie 
mogę. Poszłam do kościoła, a jakże... i pomodliłam się za nich. Ale być tam, 
nie, nie, nie mogę. Już na ślubie Jerzyka to będę. 
I panna Paulina zaczęła o nim mówić. Była w dobrym humorze, bo 
miała od niego wiadomość, iż teraz bawi z nim kolega jego, młody Mielin i 
jeszcze jeden student. Weselej mu więc w towarzystwie. Przy tym i wygodniej 
także, bo oni przywieźli z sobą kucharza i stół mają dobry. Chodzą też ciągle 
na polowanie, a do tego Jerzy strasznie zapalony. W ogóle ostatni list był 
swobodny i wesoły. Panna Paulina przeczytała go Zosi. 
I śmiały się obie z jakiegoś dowcipu, gdy nagle stara panna chwyciła się 
za serce, twarz jej zbladła okropnie, oczy zrobiły się szkliste. 
 — Co pani? Co to? — krzyknęła Zosia zrywając się. 
 — Nic, nic. Ot, tak..., trochę boli..., nic. Ot, już zaraz przejdzie. 
I rzeczywiście przechodził ból, twarz przybrała znowu zwykły 
uśmiechnięty i spokojny wyraz i panna Paulina zaczęła się śmiać. 
 — Przestraszyłaś się, kochana..., a jakże... Ale to nic, u mnie to często 
bywa. Ot, już i przeszło. 
Odetchnęła i oparła się o fotel. Na jej czole perliły się krople potu. 
 — Czemu pani się nie poradzi — szepnęła Zosia. 
 — O, nie, nie! Co tam radzić się, leczyć mnie zechcą. A tak, poboli i 
przejdzie, a jakże. Ot, już i dobrze. 
Zosia chciała coś dalej mówić, ale w tej chwili w przedpokoju odezwały 
się głosy i weszło trzech gimnazjalistów z zeszytami. 
 — Pani ma zajęcie — rzekła Zosia. 
 — A tak, tak. Wakacje, więc trochę czytamy razem. Komu nie udało się 
wyjechać na wieś, to choć tak pociesza się, a jakże... Cóż, kochani moi, zawsze 
tacy pilni, tacy akuratni. 
Chłopcy pocałowali w rękę starą pannę, zaszurgali nogami przed Zosią 
i zasiedli w głębi, przy stole. A panie zaczęły się żegnać. 
 — Patrzaj — mówił wysoki młodzian półgłosem, stuknąwszy w bok 
towarzysza — ot, szykowna facetka. I skąd ją ciotka wykopała? 
 — Fiu, fiu! to mi pachnie granmondem. A jaka wytentegowana. 
 — Już to wy — rzekł trzeci — byle spódnicę zobaczyli, zaraz i nosy 
nastawiają. Wstydzilibyście się... Ciekawość wielka. Ot, babiarze! 
 — Widzisz, obejrzała się... Jak Boga kocham, taka ładna, że ha!... 
. — Dalibyście pokój, zupełnie jak instytutki. Zacznijcie jeszcze 
rumienić się. 
Gdy Zosia wróciła do Wigury, zastała ciotkę płaczącą. Z załamanymi 
rękami chodziła po pokoju i co chwila wyrywały się z jej ust słowa bez 
związku: 
 — Boże, Boże, i po co ja się zgodziłam! Moje maleństwo... on ją tam 
zadręczy. Jeszcze się rozchoruje. Głupia byłam, należało zabronić, nie 
pozwolić! Co on tam z nią zrobi. Boże, Boże! 
 — Ależ, moja ciociu! — starała się uspokoić ją Zosia. — Czego się ciocia 
obawia? Pan Seweryn Melę tak kocha... 
 — Toteż to właśnie!... Kocha! Gdyby nie kochał, to by miał 
przynajmniej wzgląd jakiś..., a to... Ach, ci mężczyźni, egoiści, wszyscy co do 
jednego. 
I znowu łamała ręce, chodziła po pokoju, płakała i rozpaczała nad 
córką i nad sobą. 
 — Ależ, moja ciociu! — mówiła Zosia. — I Mela go bardzo kocha. 
 — Ach, moja kochana, cóż z tego! Co ona biedna wiedzieć może? Niby 
to się naczytała wszystkiego, a naprawdę to niewinna jak nowo narodzone 
dziecię. Czy ona wie, co ją czeka! Kocha! Mój Boże, cóż z tego kochania? Może 
ona i kocha. Aleja to wiem, że go nie cierpię, nie cierpię, nie nawidzę. I nawet 
to muszę powiedzieć, że on brzydko sobie postąpił z nami. Mela wcale nie 
chciała iść za mąż, ani trochę nie było jej pilno i gdyby on jej głowy nie 
przewrócił swoimi pięknymi słówkami, to by ani spojrzała na niego. Gdyby do 
niej nie robił czułych oczu, a nie plótł jej Bóg wie czego o miłości, to by jej ani 
na myśl nie przyszło. Naprawdę tak się nie robi w dobrym towarzystwie, to 
jest podejście! I ja słusznie, zupełnie słusznie mam żal do niego. I teraz..., 
Boże, Boże, co z nią teraz będzie! 
 — Co ma być, moja ciociu? Będzie najszczęśliwsza w świecie. Dlaczego 
nie ma być wszystko jak najlepiej? 
 — Ach, ty wiesz, ona taka wątła, nerwowa... 
 — Ależ i w domu była taka sama, a ciocia nie desperowała. 
 — Moja kochana, to zupełnie co innego — panna a mężatka. Ale ty tego 
nie rozumiesz i to nawet wcale nie comme il faut, aby panienka mówiła o 
takich rzeczach. 
Nie, tego już Zosia nie zrozumiała. At, biednej ciotce ze zmęczenia i z 
tęsknoty za Melą pomieszało się w głowie. 
Ale jednak i Zosia, gdy się nareszcie położyła do łóżka, długo zasnąć 
nie mogła. Z drugiego pokoju słyszała, jak pani Suniżycka przewracała się to 
na jeden, to na drugi bok, jak ucierała nosa i wzdychała ciężko. 
I jej własne myśli leciały za nowożeńcami, krążyły koło nich. 
Co oni robią we dwoje — sami nareszcie, połączeni i szczęśliwi? Pewnie 
całują się co chwila, bo już będąc narzeczonymi całowali się pod sekretem, 
więc cóż dopiero teraz! I rozmawiają, i są w doskonałych humorach. Mela 
taka zakochana, że wszystkie doskonałości widzi w nim, a i on także... 
Byleby on był zawsze dobry dla niej i lubił ją zawsze tak samo. Bo 
przecie mówią, że mężczyźni bardzo często zdradzają swoje żony, że naprzód 
kochają się bardzo, a potem przestają i kto inny im się podoba... Jeśli tak, to 
może i Jerzy już się zmienił, może już tam kto inny go zajął i o niej, o swej 
Zosi, nie myśli już nawet. 
Ale na to przypuszczenie straszny ból ją przejął. Gdyby tak było, toby w 
niej serce zamarło naprawdę, toby pękło, rozdarło się... A może to by było 
lepiej dla obojga? Nie, nie! Niech ta miłość przynosi same tylko kolce, niech 
rodzi samo tylko cierpienie, ale niech trwa, niech trwa, niech trwa wiecznie... 
I cierpieć przez niego to już jest szczęście. A jak wróci za półtora roku, to 
wtedy... 
Cóż wtedy? 
Było to pytanie, które sobie zadawała często, a odpowiedzi na nie 
jeszcze nie mogła znaleźć. 
A tymczasem noc otulała ją swoim płaszczem, aksamitne cienie kładły 
się na jej głowę. Mury, ściany, granice wszelkie rozpływały się, przestrzeń 
malała i w mrokach nocnych on był znowu przy niej. Dusza jej zrywała się jak 
ptak, któremu skrzydła rozwiążą i leciała do niego. I czuła go najwyraźniej, 
czuła przy sobie. A zasypiając wśród obrazów minionego dnia jego obraz 
najwidoczniej miała pod powiekami i jego imię na ustach. 
IV 
Był bardzo wczesny ranek, gdy zbudziło ją stukanie do drzwi. 
 — Co tam, kto? — zawołała Zosia, zrywając się. Gruba figura pani 
Wigurzyny wsunęła się do pokoju. 
 — A jej, moja panno Zofio kochanieńka, nieszczęście! — szeptała 
głośno. 
 — Co! Boże mój... Niechże pani mówi! 
 — Ot, nic więcej, tylko nieszczęście. Już ona, biednieńka, z tego nie 
wyjdzie. 
 — Kto, moja pani, kto? 
 — A któż? Panna Narguttówna. Toż przysłali stróżową, żeby panią 
obudzić i żeby przychodziła zaraz. Tak ja i sama nie wiem, co robić. 
 — Ale cóż jej jest? 
I Zosia pośpiesznie wciągała pończochy i narzucała ubranie. 
 — Ot, nic więcej, tylko jej koniec nadszedł. Biednieńka ona! Dziś rano 
znaleźli przy łóżku, na podłodze jak martwą. Sparaliżowało, czy co? 
 — Mój Boże, ale żyje jeszcze? 
 — Żyje. Doktora sprowadzili. I stróżową tu po panią Suniżycką 
przybiegła, a tak, bliższego nie ma nikogo teraz w całym mieście. Boże mój 
jedyny! Trzebaż to tak..., pewnie na cugu stała, zawiało... 
W kwadrans potem dorożka zatrzymała się przed domem Pilichowicza 
na Skopówce. Pani Suniżycka, we łzach cała, zaczęła szukać drobnych w 
portmonetce. A Zosia już biegła po schodach na górę. W mieszkaniu panny 
Pauliny drzwi i okna były otwarte. W sionce, która była zarazem i kuchenką, 
kilka kobiet szeptało w kącie i gdy Zosia weszła, zwróciły się do niej z 
opowiadaniem. Ale ona nie słuchała, minęła je pośpiesznie, rzuciwszy 
kapelusz na jakieś krzesło i stanęła progu pokoju. 
 — Przepraszam, tu nie można — zatrzymał ją jakiś drewniany głos. 
I ujrzała przed sobą osobę suchą, o zimnej, drewnianej twarzy, w której 
poznała sąsiadkę z przeciwka. A za nią, w głębi pokoju, za rozsuniętą firanką, 
leżała wśród poduszek panna Paulina z szeroko otwartymi oczami. Były w 
tych oczach trwoga i pytanie, i prośba o ratunek, i odblask nieziemskiego już 
światła. Wyglądały one jak gdyby same przez się żyły, niezależnie od tego 
ciała, co leżało jak martwe, zdruzgotane, bezwładne. 
Poznała widać Zosię i zdrową ręką zrobiła znak, oczami wołała ją do 
siebie i coś próbowała wymówić. Więc Zosia odsunęła od siebie czarną postać, 
która coś jeszcze protestować chciała i nie obdarzywszy jej nawet słowem, 
przy łóżku uklękła. Leciutki uśmiech rozsunął zsiniałe usta panny Pauliny i 
szepnęła: 
 — To dobrze..., kochana... — i zamknęła oczy. 
Rozpoczęły się bolesne, długie dni i dłuższe jeszcze noce. W jasnym 
pokoju, o szeroko rozwartych na świat boży oknach, konało z wolna dzielne 
serce, gasła pochodnia, co się przez całe życie gorąco paliła, śmierć kładła tu 
dłoń swoją. Niebieskawe cienie podkrążały oczy żywe jeszcze, na twarzy 
przebijała popielata, ziemista barwa i usta obwisły czasem bezwładnie, a 
słowa z nich wychodziły urywane, dyszące. Czasem bywały chwile polepszenia 
 — wówczas podkładano wysoko poduszki pod plecy panny Pauliny i ona, 
siedząc na łóżku, robiła projekty. 
 — Jak wróci Jerzyk, a ja wyzdrowieję — mówiła głosem złamanym, 
świszczącym — to kupimy sobie domek za miastem — ten, co pod lasem, z 
altanką — a jakże. Może wtedy i ta ręka będzie już zdrowa. A to, jak kłoda 
teraz — jak drewno. Z nogą już lepiej — ruszyć mogę — wkrótce chodzić 
zacznę — może jutro... Bo to, kochana — dodała do siedzącej przy niej — nic 
gorszego, jak rozleżeć się..., a jakże! 
Wodziła oczami po niebie i zajmowały ją chmury ciągnące po błękicie, 
lot ptaków w przestrzeni, gołębie gruchające na dachu katedralnym, muszki 
wirujące w słońcu. Wdychała świeże powietrze, pieściła kwiaty, które jej 
znoszono — i mówiła o wsi, o górach, o dawnych przechadzkach z Jerzykiem. 
Jego co chwila wspominała i nieraz długo wpatrywała się w jego fotografię. 
Nie wiedziała, iż dano mu znać o jej chorobie i nie chciała go niepokoić. 
 — Martwiłby się tylko — a nic nie pomoże — lepiej niech nie wie. 
Lubiła przyjmować odwiedziny, więc przychodził często ksiądz Łojski, stary 
jej przyjaciel, a czasem któryś z jej ukochanych chłopców. 
Ale po owych chwilach lepszych, gdy trochę nadziei wstępowało w 
otoczenie, przychodziły straszne dni męki. Gorączka ją paliła, ból rozdzierał 
piersi, a serce — to biedne, chore serce — miotało się i rozbijało, i drżało w 
swej klatce jak ptak oszalały. Wtedy bezwładna ręka i noga także zaczynały 
boleć. Co chwila jej się zdawało, że gdyby inaczej leżała, to by jej ulgę 
przyniosło. Przewracano ją więc, poprawiano poduszki — a za kilka minut 
znowu było to samo. 
 — Jezu miłosierny! — wołała. — Niech to będzie ofiara za moje grzechy 
 — i za Jerzyka — dodawała cichutko. 
Sakramenty przyjęła z wielkim nabożeństwem i często prosiła, aby się 
przy niej modlono. I wtedy, pomimo cierpień, ukojenie ją ogarniało. 
Dziękowała obecnym za ich dobroć i przepraszała za utrudzenie. 
 — Już ja wam tego nie oddam, kochane — mówiła. — Pan Jezus odda 
za mnie — a jakże! Ja tylko — jak tam będę — to prosić go będę za wami. 
W takich chwilach pogorszenia czuła, że śmierć jest nieodwołalna i 
starała się z tym pogodzić. Ale przychodziło to jej z trudnością. 
 — Tak bym chciała jeszcze pożyć choćby parę lat — wzdychała. 
 — Choćby do powrotu Jerzyka. — Ale dodawała zaraz: — Nie trzeba 
Panu Jezusowi się sprzeciwiać — zagniewa się jeszcze — do nieba nie wpuści. 
Na wspomnienie o tamtym życiu strach ją ogarniał. 
 — Jak wy myślicie, kochane — pytała — czy ja dostanę się prędko do 
nieba? Tyle nagrzeszyłam, ach tyle! 
A gdy ją uspokajano i grzechy jej traktowano z lekka, ona powtarzała 
strapiona: 
 — Bo wy nie wiecie. Ja kiedyś próżna byłam i wielka złośnica. Tyle, że 
Pan Bóg taki miłosierny. 
Z dnia na dzień stawała się słabsza — i sama to rozumiała. Nawet w 
chwilach, gdy ją nic szczególnie nie bolało, czuła, jak siły uchodziły. Był to 
jakby powolny a nieustający upływ życia, jakby zanik samego źródła istnienia. 
 — Wczoraj jeszcze sięgałam po fotografię Jerzyka, a dziś już nie mogę 
 — mówiła. — Niedawno mogłam sama trzymać talerz, a teraz za ciężko. Jakiż 
ze mnie grat do niczego! A żyć jeszcze chcę. Oj, głupia byłam — głupia będę do 
końca. 
Pani Suniżycka z Zosią nie odchodziły prawie od niej. Od pierwszego 
dnia przeniosły się z zajazdu Wigury do pokoiku Jerzego i tu już dni i noce 
spędzały, zmieniając się przy chorej. Panna Paulina bliskich krewnych nie 
miała wcale — a z osób z nią zaprzyjaźnionych prawie nikogo o tej porze roku 
nie było w Wilnie. Panna Leokadia, czarna sąsiadka, obrażona, iż nie dano jej 
tu pierwszorzędnej roli i nie pozwolono swego systemu zaprowadzić, 
pokazywała się tylko z rzadka. Do pomocy przychodziły kolejno dwie stare 
panny Geltenówny, które miały dla panny Pauliny wiele czci i przyjaźni. 
Zosia na drugi dzień po katastrofie napisała do Haliniszek tłumacząc, 
że wracać nie może. Na to otrzymała odpowiedź babuni: 
„Dopóki tam będziesz potrzebna, to zostań, kochanie moje. My, 
dziękować Bogu, zdrowi wszyscy, więc obejdziemy się bez ciebie, a widać, że 
sam Pan Bóg tak chciał, aby się ten smutek i na tobie oparł. Wielka będzie 
szkoda tej najzacniejszej panny Pauliny". 
Na wysłaną depeszę Jerzy odpowiedział, że wyjeżdża. Więc po 
tygodniu zaczęto go wyglądać i różne czyniono wyliczenia i przypuszczenia. 
Ale nikt z obecnych nie wiedział dokładnie, jak długo i kędy mógł jechać. Że 
listy szły dwanaście dni, to jeszcze niczego nie dowodziło. Może spiesząc się 
można było tę podróż odbyć w krótszym czasie. I wstępowała w serca ufność, 
iż chora przybycia jego doczeka. Lekarze jednak głowami kręcili i nie dawali 
żadnej nadziei. 
Po bardzo męczącym dniu nieustających bólów i strasznej duszności 
nastąpiła chwila spokojniejsza. Panna Paulina skłoniła głowę na wysoko 
spiętrzone poduszki i usnęła. 
Był wieczór cichy i ciepły. Okna były szeroko otwarte i przez nie 
widniało lipcowe, zielonawosrebrne niebo, bramowane na zachodzie różową 
wstęgą, która wciąż bladła. Gdzieniegdzie mrugała gwiazdka. Pomimo nocy 
powietrze było przesycone białością, jakby nalane zimnym, północnym 
światłem. Z ziemi podnosiła się wilgoć i chłód. 
Postawiono w kąciku świecę i osłoniono ją od strony łóżka, rzucała ona 
ogromne, dziwne plamy czarne i jasne po ścianach. Z ginącego w cieniu kąta 
dochodził tylko zbolały oddech chorej. Tej nocy pani Suniżycka zgodziła się 
położyć do łóżka wcześnie, w pokoju Jerzego, aby wypocząć należycie, była już 
bowiem wyczerpana. Pani Orecka z Zosią miały czuwać, kolejno siedząc przy 
chorej, to drzemiąc na sofce w przedpokoju. 
Zosia przysunęła się do świecy. Aby nie zasnąć, wzięła do rąk robotę. 
Słyszała, jak ciotka zamykała drzwi, potem jak się pani Orecka umieszczała na 
sofce i parę razy przewracała, szukając dogodnej pozycji. Potem na wieży 
katedralnej zegar wydzwonił jedenastą i uderzyły inne w mieście zegary. I 
zrobiło się cicho. 
Czasem w dole, na placu, coś zaturkotało, odezwały się jakieś głosy, ale 
coraz rzadsze, coraz bardziej oddalone. Czasem wietrzyk powiał, wydymając 
firankę i trącając o liście w wazonach. Mucha sennie przeleciała przez pokój i 
obiła się o klosz lampy. Zdawało się, że dokoła świat zamarł, że się całe życie 
skoncentrowało w tym jednym zaciemnionym pokoju, gdzie na łóżku dyszała 
umierająca kobieta. 
Tylko gdzieś z daleka, z drugiego końca świata, pędziła lokomotywa 
przez kraje, pola, miasta i lasy, jakby na wyprzódki ze zbliżającą się tu 
śmiercią i niosła „jego" do jej stóp. I zdawało się chwilami Zosi, że widzi tę 
gonitwę, że słyszy turkot i sapanie lokomotywy i jej bieg szalony, a tu czuje 
coraz wyraźniej, coraz dotykalniej, nadchodzącą śmierć. Ona szła cicho, 
milcząco, zdradziecko, skradała się po swą ofiarę i wyciągała po nią rękę, tuż 
blisko... A on, pomimo szalonego pędu, był jeszcze tak daleko! 
Panna Paulina poruszyła się na łóżku. Zosia poskoczyła do niej. Nie 
spała już, oczy były otwarte i błyszczały wśród wychudłej twarzy, ale głowy nie 
miała już siły trzymać prosto i opadała jej wciąż na piersi, jak zwiędły kwiat 
opada na łodygę. 
 — Może pani czego się napije? — rzekła Zosia. — Jest herbata, mleko... 
 — Dobrze, kochana, napiję się. 
A gdy parę łyżeczek przełknęła, odezwała się znowu: 
 — Teraz mi dobrze, nic nie boli. Chciałabym tobie coś powiedzieć. Czy 
nikogo więcej nie ma? 
 — Nie, nikogo. Pani Orecka śpi i ciocia Suniżycka także. 
 — To przyjdź tu, Zosieczko, usiądź tu, bliziutko, i daj mi rękę. Bo to 
widzisz, trudno powiedzieć... 
Urwała i chwyciła otwartymi ustami powietrze. 
 — Bo to, kochana, o Jerzyka chodzi — zaczęła znowu cichutko. — Ja 
ciągle myślę... o nim, a jakże... Onże mój jedyny, moje dziecko drogie! Jak 
mnie nie stanie, jemu będzie smutno samemu na świecie. Młody, to pocieszy 
się potem, ale z początku smutno będzie... Więc żeby jemu powiedzieć, że ja 
zawsze, zawsze... i z tamtego świata będę przy nim..., będę czuwać... i prosić 
Boga .zawsze... Niech on się nie bardzo smuci... 
Oczy jej zachodziły łzami i ręka drżała w dłoni Zosi. — Cóż, kochana, 
powiesz? 
 — Powiem. 
 — Sama? Bo to widzisz, Zosieczko, może to źle, że ja ci mówię, ale 
widzisz, od ciebie każde słowo będzie dla niego pociechą... Więc w pierwszych 
chwilach, póki on nie przywyknie..., nie zapomni... Więc sama powiesz? 
 — Powiem. 
 — Ot i dobrze, lżej jemu będzie... Bo ty tego nie wiesz... 
 — Owszem, wiem. 
 — Co, co wiesz, kochana? Co? 
 — Wiem, że on mnie kocha. I ja jego kocham. 
Zosia wymówiła te słowa wolno i poważnie, jakby składała przysięgę. 
Panna Paulina podniosła głowę i oczy jej zaświeciły. 
 — Co ty mówisz, kochana... — szepnęła po chwili. — To nie może być... 
On, ja wiem, że ciebie kocha od dawna, a jakże... od dzieciństwa prawie. I 
dlatego od ciebie każde słowo będzie pociechą. Ale ty..., kochana, to źle. On 
biedny człowiek, nic nie ma, a strasznie dumny, drażliwy... To źle, to nie 
można... 
 — Kiedy i ja niebogata, więcej mam długów niż majątku. Więc to żadna 
racja. A zresztą, czy źle czy dobrze, tak jest. I sam Pan Bóg nie poradzi już na 
to. I ja dalej nie zaglądam w przyszłość, pani droga, i nie pytam, co będzie? 
Kocham go z całej duszy i wszystko zrobię, aby on był szczęśliwy. 
Panna Paulina nie odrzekła nic. Znowu z jej błyszczących, czarnych 
oczu popłynęły dwie łzy i stoczyły się na zapadłe piersi. Ale jakaś słodycz 
zdawała się ją przenikać, jak gdyby wywołany przez tę bujną młodość duch 
miłości łagodził jej cierpienia i rozjaśniał jej troski. Trzymając wciąż rękę Zosi, 
usnęła spokojnym, pokrzepiającym snem. 
 — Tak, kocham go, chcę mu się oddać duszą i ciałem. Chcę samotność 
jego podzielić, pocieszyć go, dać mu szczęście. Tę dumną, hardą duszę 
przygarnąć i ukoić. Chcę, chcę! — powtórzyła Zosia. — Ja wiem, że we mnie 
on musi znaleźć szczęście, ja to czuję, ja to wiem, ja tego chcę. 
I w piersi jej wzbierała jakaś fala gorąca i serce rozszerzało się i rosło 
miłością olbrzymią, a w ramiona wstępowała siła i moc nowa ku objęciu i 
dźwiganiu tego męskiego serca, które, choć tak dumne, nic mniej 
potrzebowało podpory i opieki. 
Noc upływała cicho. Chora spała wciąż spokojnie. Godziny i kwadranse 
biły na wieży katedralnej, z jakiegoś podwórka kury zapiały. Na niebo wyszła 
ostatnia kwadra miesiąca i osrebrzyła świat. Od wschodu rozszerzała się wciąż 
różowa jutrznia, a na jej tle ciemno się rysowała Zamkowa Góra i wieża. Biała 
noc lipcowa miała się ku końcowi. Chłodne oddechy poranku poruszyły 
firankami i Zosia wstała ostrożnie, aby okna zamknąć. 
Ale po tej spokojnej, cichej nocy dzień rozpoczął się straszliwym bólem 
we wszystkich członkach i osłabieniem tak wielkim, że co chwila trzeba było 
chorą cucić, dawać jej do wąchania eter, nacierać octami skronie. Mowa była 
utrudniona, pokarmów ani lekarstw przełykać nie mogła. Oczy nawet, te żywe 
dotąd, wyraziste, czarne oczy, stawały się coraz biedniejsze, nieruchome i 
powlekały się mgłą. Tylko zdrową ręką ruszała wciąż, jakby szukając czegoś 
po kołdrze; otwierała ją i zaciskała, gniotąc na sobie falbankę od kaftanika, 
uporczywym ruchem chcąc coś objąć. Czasem serce bić przestawało, głowa 
opadała w tył, otwarte usta szukały powietrza, a w oczach zjawiało się 
przerażenie, prosiły o ratunek, o pomoc. Po chwili, z rzężeniem, zaczynała 
znowu oddychać i znowu biło serce, jakby chciało pierś jej rozsadzić. 
 — Dnia nic przeżyje — zawyrokował doktor ocierając łysinę. — Nie ma 
co męczyć lekarstwami. Zastrzyknąć eteru, więcej nic. 
Wyszedł. A po pozostałych kobietach dreszcze zaczęły przechodzić. To 
był koniec nieodwołalny, stanowczy. 
W południe przyszedł ksiądz Łojski. Chwilę u chorej zabawił — mówił 
do niej słowami pociechy i dodawał odwagi. Potem namaścił członki jej, czoło 
i piersi olejami świętymi na ostatnią podróż, w którą iść miała na tę drogę 
nieznaną i daleką. Uklękli wszyscy i szły za nią modlitwy do Boga, już nie 
prośby o życie, ale o śmierć szczęśliwą i o sąd miłosierny. Ona, choć już 
mówić nie mogła, oczami łączyła się z tymi, których porzucała — dziękowała 
im jeszcze, żegnała się z nimi. 
Dzień schodził w ciągłej męce. Pod wieczór przyjechali pan Adam z 
Edziem i były w przedpokoju długie szepty i narady. Oczekiwano Jerzego, 
obliczano, kiedy i jakim pociągiem mógł przyjechać. Ale jego nie było. 
Zosia nie odchodziła od panny Pauliny. Pochylona nad nią wachlowała 
jej twarz podczas ataków duszności, ocierała zimne krople potu na czole, 
rozgrzewała stygnące nogi. I zdawało się, że wśród mroków, które ją 
ogarniają, bliskość tej złotej głowy, ku niej się skłaniającej, dodaje konającej 
odwagi. Bcv ile razy oczy jej podniosły się ku oczom młodej dziewczyny, mgła 
z nich schodziła, wracał błysk przytomności, a niekiedy na ustach pojawiał się 
uśmiech. 
Pod wieczór zdawało się, że nadeszła ostatnia chwila. Serce zamarło, z 
ust otwartych żaden najlżejszy oddech nie wychodził, na twarzy osiadł gęsty i 
zimny pot. Ale wróciło jeszcze życie, słabe, gasnące, jak płomień wypalonej 
lampy. I znowu zapadła chora w stan obezwładnienia, znieczulenia zupełnego 
i leżała już bez ruchu, bez głosu, jak martwe ciało. Tylko rzężenie w piersiach 
świadczyło o tej iskierce, co się tam jeszcze tliła. 
Przez całą noc czuwali wszyscy wiedząc, iż noc ta musiała być ostatnia. 
Nawet panna Leokadia, czarna sąsiadka, przyszła, by dopilnować, iżby 
wszystko się odbyło wedle form uznanych przez nią za konieczne. 
Na namowy ciotki, aby się położyła, Zosia odpowiedziała stanowczo: 
 — Za nic w świecie. 
I dano jej spokój. Została przy łóżku panny Pauliny. Więc siedzieli tam 
wszyscy razem czekając wielkiej chwili, drżąc na spotkanie strasznego gościa, 
co miał wejść w te progi. I znowu godziny i kwadranse wybijały na wieżach 
kościelnych, znowu kury piały po podwórkach, a wietrzyk szeleścił w 
firankach. Wielka wiązanka róż, przywieziona dziś z Bijuciszek przez Edzia, 
pachniała w szklanym naczyniu. Znowu księżyc wszedł na blade, lipcowe 
niebo i sączył srebro w powietrze. I wreszcie zza Góry Zamkowej zaczął się 
rozlewać różowy brzask i wróble zbudziły się pod dachami. 
Panna Paulina podniosła głowę. 
 — Już ranek? — szepnęła niewyraźnie. 
A głos ledwie wychodził z jej piersi, bezdźwięczny i cichy. Poruszyły się 
Zosia i pani Suniżycka i pochyliły się nad nią. Na jej twarzy woskowobladej 
osiadły już dziwne cienie, ziemiste i sine. Oczy szkliste zdawały się nie 
widzieć. Rzekła jeszcze: 
 — Teraz będzie dobrze... 
Skłoniła głowę na poduszkę i zamknęła oczy. 
 — To już koniec — szepnęła głośno panna Leokadia. — Trzeba jej dać 
gromnicę do ręki. 
Jakiś ruch, pocieranie zapałek, szelest przewracanych kartek doleciał z 
drugiego kąta pokoju. Żółty płomyk zamigotał, a z nim razem przeciskała się 
przez otaczających łóżko czarna postać i powtarzała swym zimnym, 
drewnianym głosem: 
 — Do ręki dać, do ręki... 
 — Daj pani pokój — rzekł pan Adam odsuwając ją niechętnie. 
Ona się oburzyła, szepnęła coś o pobożności i przypadła do łóżka. Do 
stygnącej dłoni wsunęła świecę i sama, klęcząc, rozpoczęła litanię za 
konających. 
 — Kyrie elejson! Chryste elejson! Kyrie elejson! Chryste usłysz nas! 
Chryste wysłuchaj nas!... 
Ale Zosia tymczasem pochyliła się nad panną Paulina i wzrok wlepiła w 
jej stygnące rysy, jakby je na wieki chciała zapamiętać, wyryć sobie w myśli i 
przekazać jemu. I znowu oczy konającej otworzyły się i zatrzymały na niej — i 
mignęła w nich myśl żywa, przytomna. I rzekła cicho: 
 — Powiedz Jerzykowi..., niech mnie... pamięta... 
Chciała jeszcze coś dodać, ale chwycił ją dreszcz i wstrząsnął całym jej 
ciałem. Wyprężyła się, jęk wyrwał się z jej piersi i zawołała: 
 — Boże, bądź miłości w! — I opadła na poduszki. 
Raz jeszcze usta jej się poruszyły i ledwie dosłyszalnie szeptały słowa: 
 — Jezus Maria!... — i umilkły. I zrobiła się cisza. 
A wtem ozwał się z daleka dzwonek kościelny, zwołujący na prymarię. 
Tegoż dnia wieczorem, gdy Zosia, po całodziennym pobycie w 
zajeździe Wigury, dokąd zabrał ją przemocą pan Adam, i po kilkugodzinnym 
śnie wróciła do mieszkanka na Skopówce, zastała wszystko uporządkowane i 
zmienione. Ten pokój, gdzie tyle wspomnień bolesnych i słodkich zarazem 
uczepiło się ścian, pokój ten był zamieniony na kaplicę grobową. Czarne 
opony zwieszały się zewsząd, paliły się żółtym blaskiem świece i wielki krzyż 
srebrny wyciągał ramiona przygarniające i opiekuńcze. Pod nimi, w blasku 
świec, obstawiona wysokimi roślinami leżała w trumnie panna Paulina. Jej 
białe włosy zlewały się z tiulami poduszki, oczy miała zamknięte i długie 
cienie rzęs kładły się na twarzy stężałej, skrzepłej, do kamiennej figury 
podobnej. Ale wyraz cierpienia i męki znikł zupełnie. I było w całym osunięciu 
się ciała, w spokoju rysów, w tych rękach skrzyżowanych, w tych 
spuszczonych powiekach wrażenie odpoczynku po walce, po trudach, po 
skończonej pracy. Była też i powaga rzeczy nieodwołalnych i wiecznych, 
surowość i majestat zza świata i oddalenie zupełne od wszystkiego, co tu 
niedawno było jej życiem. Odpoczywała leżąc wśród płomyków świec i 
kwiatów, którymi ją obrzucono, i już nic ziemskiego nie mogło jej wzruszyć. 
Skończyła swą pracę, wypełniła zadanie i legła ze złożonymi na piersiach 
rękami do snu długiego, długiego... 
Przez otwarte drzwi wsuwały się co chwila jakieś nowe postacie. 
Klękały, szeptały półgłosem pacierz, robiły znaki krzyża, a potem wstawały i 
długo jeszcze ciekawymi oczami wpatrywały się w umarłą. Liczyły świece, 
wyciągały głowy ku kwiatom, oglądały złocenia trumny i znikały ciężko 
stąpając grubymi trzewikami. A inne znowu się wyłaniały z cienia... Czasami 
jakieś westchnienia podnosiły się z ciemnych kątów pokoju. Ale jej, leżącej 
tam na wzniesieniu, było już wszystko obojętne. Nie cieszyły ją hołdy, nie 
rozczulał płacz... 
Pan Adam pociągnął Zosię za rękaw. Wyszli do stancyjki Jerzego. Tam 
piętrzyły się, zwalone jedne na drugich, meble zsunięte z tamtego pokoju, a na 
jedynej wolnej sofce, nad szklanką herbaty, siedziała pani Suniżycka, 
upadająca ze zmęczenia. 
 — Ja kuzynkę zabiorę ze sobą do Wigury — rzekł pan Adam. — Trzeba 
się wyspać. Jutro cały dzień znowu... Tu modlić się będzie kilka bab, Edzio 
wstanie i ta czarna posiedzi do północy. 
 — I ja zostanę — rzekła Zosia. — Spałam cały dzień, teraz zostanę. 
Próbowano ją przekonać, ale nie ustąpiła i została. Edzio z początku też 
siedział z nią razem, mówili ze sobą trochę przyciszonym głosem, obliczali 
znowu, kiedy Jerzy może przyjechać. Ale Edzia prędko sen zmorzył, bo cały 
dzień był na nogach. Więc wyciągnął się na sofce i zasnął. 
Panna Leokadia zatapiała się w czytaniu jakiejś grubej księgi, ale i jej 
oczy się kleiły i co chwila głowa naprzód się pochylała. 
W przedpokoju przy lampce parę kobiet czytało psalmy. Były długie w 
czytaniu przerwy, bo drzemały z głowami wspartymi na rękach. To zapadała 
cisza ponura, to nagle głos jakiś się odzywał: 
„Z głębokości wołałem do Ciebie, Panie! Wysłuchaj głos mój! Niech 
będą uszy Twoje nakłonione na głos modlitwy mojej. Jeżeli będziesz 
roztrząsał grzechy nasze, Panie, nikt się przed Tobą nie ostoi. Lecz Ty jesteś 
litościwy, Boże..."... 
Strofa kończyła się niewyraźnym mruczeniem i znowu zapadało 
milczenie. I te pokoje, pogrążone w półcieniu, to ruchome światło, rzucające 
dokoła niekształtne odblaski, te postacie senne, skłaniające się pod ciężarem 
jakiejś niewidzialnej mocy, i ta oświetlona figura, nieruchoma i martwa 
pośrodku, ten kamienny spokój w aureoli białych włosów i białych tiulów, 
zapachy woskowych świec, świerkowych gałązek i kwiatów, to wszystko razem 
tworzyło świat jakiś odrębny, nierealny, jakieś królestwo snu i śmierci — 
duchów i mar. 
Tylko Zosia czuwała. Po kilkakrotnych namowach udało jej się pannę 
Leokadię wyprawić stąd do jej mieszkania. Sama wtedy usiadła naprzeciw 
trumny, w ciszy tej wielkiej, nieruchoma, skupiona, sam na sam ze zmarłą, 
patrzyła w to drogie oblicze przed sobą. 
Przez dziesięć dni jej choroby tyle było przy niej zajęcia, myśli tak były 
pochłonięte i tak ciągle przechodziły od nadziei do zwątpienia, że nie było 
czasu na smutek prawdziwy. A teraz wszystko już się skończyło. Ona niczego 
już nie potrzebowała. Jutro opuści ten dom i wszystko będzie skończone. 
Więc te ostatnie chwile, gdy mogła być z nią sam na sam, postanowiła Zosia 
spędzić jak najbliżej tej, z którą łączył ją węzeł wspólnej, a silnej jak śmierć 
miłości dla Jerzego. On był obecny w chwili jej konania, on wypełniał jej 
serce, jej życie całe. I umierając, zdała to dziedzictwo Zosi, a ta wzięła je w 
dłonie i dźwigać już będzie aż do śmierci. Tu, wobec tej cichej i świętej duszy, 
która jeszcze może unosi się nad ciałem, na tę martwą, ukochaną głowę 
przysięga kochać Jerzego aż do ostatniego tchu i dać mu szczęście i spokój, i 
serce swe gorące. Jego los będzie odtąd jej najpierwszą troską, on będzie 
celem jej myśli, celem jej życia... 
... Panie, wysłuchaj modlitwę moją — ozwał się nagle głos w 
przedpokoju, a dwa drugie odpowiedziały: 
 — „A wołanie moje niech do Ciebie przyjdzie! — Nie odwracaj oblicza 
Twego ode mnie. Gdy zostaję w utrapieniu, skłoń ku mnie ucho Twoje..." 
I dalej szedł głos jednostajny i miarowy, wychodzący z ciemności, 
grobowy i smutny. 
Biedna ciotka! Nie doczekała jego przyjazdu. Nie mogła oczu pocieszyć 
jego widokiem ani ręki złożyć na tej kochanej głowie. Biedny Jerzy, nie 
posłyszy już od niej słowa pożegnania i błogosławieństwa, które by mu było 
skarbem na cale życie. Pędzi gdzieś, co sił starczy, myśląc, że ją może jeszcze 
uściśnie — a tu... ot, co go czeka... 
Ale w tejże chwili z uśpionego w dole miasta, od strony ulicy, doleciał 
do uszu Zosi szmer jakiś, powóz wjeżdżał w wąski zaułek i turkotał po 
kamieniach. Nagle stanął. Serce jej zaczęło bić gwałtownie. 
 — Przyjechał — pomyślała. 
Aż usłyszała gwałtowne szarpnięcie dzwonka z bramy, niecierpliwa 
ręka z całej siły targała nim, a ostry jego dźwięk rozchodził się po podwórku. 
Jakieś szelesty, jakieś głosy — skrzyp otwieranej bramy doleciał, a potem 
wyraźne kroki po kamieniach i szybkie, gwałtowne rwanie się naprzód po 
stromych schodkach. 
 — Boże! Boże, zmiłuj się! — powtarzała drżącymi ustami. I ani 
poruszyć się, ani myśleć nie mogła i nie czuła nic prócz okropnej, bolesnej 
trwogi. 
 — Boże, Boże, zmiłuj się!... 
I w progu stanął Jerzy. Chwilę stał oniemiały, nie rozumiejąc. Aż 
wyrwał mu się z piersi jęk żałosny. I padł, jakby rażony gromem, do stóp 
zmarłej. 
Była chwila ciszy. Tylko zdawało się, że ściany powtarzają echem ten 
jęk, że powietrze rozbrzmiewa bólem i drga łzami. I z tej młodej piersi nisko 
schylonej ku ziemi zaczęły się wydzierać łkania i wstrząsać nią, i miotać, i 
roznosił się ten płacz po grobowej komnacie, i dzwonił nad głową tej, która 
tam, obojętna i zimna, leżała, i wołał na nią, i skarżył się jej. A był to płacz jej 
dziecka. 
 — Boże! Boże, zmiłuj się!... 
Nieruchoma, na swym miejscu, widziała Zosia tę postać klęczącą, tę 
głowę chylącą się nisko ku ziemi. Widziała, jak ciało jego kurczyło się i drżało 
w bólu, jak pierś rozrywało łkanie, a ręce ściskały czoło ruchem rozpaczliwym. 
Ten wielki, silny młodzieniec o barczystych plecach i potężnych ramionach 
złamany był, zmiażdżony, przybity nieszczęściem... I jak strzaskane przez 
burzę młode drzewo upadł i powstać nie miał siły. I jak u dziecka łzy gradem 
sypały mu się z oczu, i wyrywała się z ust skarga: 
 — Ciotuś moja..., ciotuś!... 
Długo łzy płynęły i płacz piersią wstrząsał, aż nastąpiło znużenie tak 
wielkie, że prawie zemdlenie. Cisza znowu się zrobiła uroczysta, a on podniósł 
głowę i, nie wstając, zaczął się wpatrywać w umarłą. Na jej kamiennej twarzy 
był spokój, a płomyki świec drgając rzucały na nią leciuchne cienie. I nie było 
na niej ani śladu cierpienia, tylko błogość jakaś, jakby rozradowanie. 
Z jego oczu znowu powoli zaczęły się sączyć łzy i spadały na ciemne 
wąsy. I tyle bólu, taki bezbrzeżny smutek wyglądał z jego twarzy, że Zosia już 
nie mogła dłużej wytrzymać. Cichutko uklękła przy nim i objęła go 
ramieniem. W tej chwili nie myślała o właściwości swego postępku, czuła 
jedno: on był jej oddany, za jego smutek ona była odpowiedzialna. Więc coś z 
wewnątrz zmuszało ją do pocieszenia i kojenia. Zresztą nie mogła już dłużej 
patrzeć na tę jego rozpacz, jej kobieca dusza drżała współczuciem i ramiona 
bezwiednie otwierały się ruchem macierzyńskiej opieki. 
Jerzy drgnął na jej dotknięcie i podniósł wzrok. A gdy ujrzał jej twarz 
przy jej twarzy, nagły błysk szczęścia rozświecił jego oczy i jakieś słowo nie 
wymówione zadrżało mu na ustach. Ale wnet ból zwyciężył i znowu pochylił 
głowę na załamane ręce. Ona zaś silniej go objęła, jakby na znak, że jest tuż 
blisko ktoś, kto z nim razem się smuci, jakby mu przypomnieć chciała, że nie 
jest jeden na świecie, że ma przy sobie serce kochające i wierne. Klęcząc 
razem milczeli. Ogarniało ich oboje rozczulenie, słodycz jakaś tęskna i 
smętna. I od zmarłej szedł ku nim spokój i cisza, i otulał ich dwie dusze 
miękkim płaszczem melancholii i łączyły się te dwie dusze, zlewały się w jeden 
wspólny ból. 
Nagle jakieś wspomnienie targnęło myślami Jerzego i znowu zaczęły 
płynąć łzy. Ale pod ciężarem tego ramienia, które go otaczało, i łzy te były 
mniej piekące. I zaczął się skarżyć, jak dziecko skrzywdzone: 
 — I co ja teraz bez niej zrobię..., co ja zrobię?... Ją tylko miałem na 
świecie..., ją jedną. A teraz... I taka dobra była..., i tak mnie kochała! A teraz 
już nikogo nie mam..., nikogo, nikogo na całym świecie! Jestem sam... I co ja 
teraz zrobię?... 
 — Masz mnie — szepnęła Zosia. 
Ale on nie zrozumiał, czy nie dosłyszał, i mówił dalej: 
 — Tam, na Syberii, dni liczyłem do końca tych trzech lat, żyłem jak 
pies, pracowałem i zbierałem każdy grosz, aby długi spłacić i powrócić 
swobodny, i z nią zamieszkać i dać jej starość spokojną. A teraz ot, czego się 
doczekałem..., nawet jej pożegnać nie mogłem... I teraz jestem sam na świecie 
i już nikt się o mnie nie zatroszczy..., nikt... 
Dwie łzy spłynęły mu po twarzy. Otarł je i rzekł: 
 — Może to dziwne, że ja płaczę, ale nie mogę..., ach, nie mogę!... Jadąc, 
miałem ciągle nadzieję. A teraz, wszystko skończone. 
 — Ona podczas choroby mówiła często o swoim Jerzyku — zaczęła 
Zosia. — I w chwili śmierci ciebie wspomniała. Fotografię twoją ciągle miała 
przy sobie. 
 — Ach, ciotko! Ciotko! — szepnął on z nowym wybuchem żalu. 
I Zosia zamilkła, niepewna, czy mu nie przysparza męki. Tylko coraz 
mocniej otulała go ramieniem. 
 — Opowiedz wszystko — rzekł wreszcie. 
Usiedli razem i trzymając się za ręce patrzyli w twarz zmarłej. A Zosia 
szeptem mówić zaczęła. On słuchał, nie odrywając oczu od kamiennych 
rysów. Czasem tylko dreszcz nim wstrząsał i ściskał wtedy rękę Zosi. 
 — Ona kazała powiedzieć — mówiła Zosia — żebyś nie rozpaczał — 
żebyś nie smucił się zanadto, bo ona zawsze będzie i a tamtego świata patrzeć 
na ciebie i Boga prosić za tobą, i czuwać. I nie będziesz zupełnie samotny... I 
kazała mi przyrzec, że ja ci to wszystko powtórzę sama..., bo myślała, że ci 
milej będzie... posłyszeć to... ode mnie... — dodała cicho. 
Jerzy spojrzał na nią. Siedziała ze spuszczonymi oczami i z rumieńcem 
na twarzy. Ale wobec tego nieszczęścia, co w niego uderzyło, miłość jego tak 
na razie Zbladła i zmalała, że nie był w stanie odczuć jej, nie widział nic 
jeszcze, nie rozumiał. Czuł tylko, że obecność jej sprawia mu ulgę i że 
naprawdę nie jest zupełnie samotny. 
Zosia rzekła po chwili: 
 — Bo mi ciebie tak żal, tak żal! Wszystko bym zrobiła, aby ci być 
pociechą... gdybyś tylko chciał... 
Płacz zadrgał w jej głosie i urwała. A on zrozumiał na koniec. Przez łzy, 
którymi jeszcze zalane były jego oczy, błysnęła radość, porwał obie jej ręce. 
 — Ty!... — szepnął — Ty!... Więc ty... mnie? 
 — Tak — odrzekła. 
On osunął się przed nią na ziemię i złożył głowę na jej kolanach. 
I siedzieli tak razem, nieruchomi, milczący. Płomyki świec zaczęły 
blednąc i jakaś szarość przeniknęła powietrze, sącząc się przez czarne opony. 
A w ich dusze sączyła się też powoli błogość nieziemska, czysta i 
święta. Bez słów wyznawali sobie swą miłość, zaręczali się w obliczu zmarłej, 
brali się wzajemnie na życie i śmierć. I śmierć, pod której skrzydła miłość ich 
się garnęła, dodawała powagi ich niemej przysiędze. 
VI 
Zaraz po pogrzebie panny Narguttówny pan Adam zabrał Zosię do 
Haliniszek. 
 — Niepotrzebna już tu jesteś — zawyrokował — a nam bez ciebie źle. 
Jazda do domu! 
Ona zrozumiała, że nie było racji zostawania tu dłużej. Zresztą Jerzego 
od owej pierwszej nocy prawie nie widziała. Zajęty był, chmurny, milczący i 
zdawał się towarzystwa w ogóle, a jej w szczególności, unikać. Po pierwszym 
wybuchu żalu, którego jedynym świadkiem była ona, po wylaniu łez i 
wypowiedzeniu swej boleści, zamknął się w sobie. I jakby się wstydził tej 
chwili niemęskiego rozczulenia, stał się ponury, zimny, nieprzystępny i z 
surową na czole zmarszczką wypełniał swą rolę. Tylko w chwili, gdy 
spuszczano trumnę do dołu, Zosia dostrzegła z daleka, jak jego wysoka postać 
schyliła się nad grobem, a potem ręce podniosły się do twarzy ruchem 
rozpaczliwym. Zaraz zaś potem znikł i już go pożegnać nie mogła. 
Wyjeżdżając prosiła Edzia, aby go prędko przywiózł do Haliniszek. 
Suniżyccy mieli wracać do siebie nazajutrz i Jerzego zamierzali wziąć 
do Bijuciszek na czas jego urlopu. Stało się jednak inaczej, on im oświadczył, 
że jeszcze przez tydzień pozostanie w Wilnie i dopiero potem przyjedzie. 
Wielki stąd wynikł spór, ale on nie ustąpił i pozostał sam jeden w pustym 
mieszkaniu. 
Potrzebował rzeczywiście tej samotności, aby się zorientować i 
rozejrzeć w swym nieszczęściu. Zdawało mu się, że wśród tych ścian 
ukochanych, przesiąkłych jej duchem, łatwiej odnajdzie równowagę i potrafi 
przywdziać potem szczelniejszą maskę przed ludźmi. Czuł, że sama podstawa 
jego życia zachwiała się i runęła. Czuł, że życie to będzie musiał odbudowywać 
na nowo i na innym gruncie. Czuł się oderwany od pnia, który stanowił 
podporę i jedyną rację bytu, i uniesiony na wolę wiatrów, jak liść zielony 
jeszcze żyjący, a przez burzę miotany i skazany na zagładę. Nie miał pod 
nogami gruntu, nie miał już przed sobą celu, ani nadziei żadnej, a życic leżało 
przed nim długie, wstrętne, bezbarwne i głupie, jak piaszczysta droga pod 
mglistym niebem. Serce miał porwane na strzępy, umysł zachwiany, wolę 
złamaną. Więc jak zraniony zwierz skrył się sprzed oczu ludzkich, zakopał się 
w tej kryjówce, gdzie mogły go odwiedzać tylko duchy, i zamknął się ze swą 
rozpaczą sam na sam. 
A rozpacz ta była tym silniejsza, że wmieszała się do niej kropla 
słodyczy i wzburzyła uciszone przez czas i silną wolę uczucie. Miłość, która 
drzemała pod warstwą codziennych trosk, teraz wybuchła gwałtownie i 
wstrząsnęła całą jego istotą. Ta noc przyjazdu, noc niewypowiedzianej boleści 
i zarazem rozkoszy niebiańskiej, zrujnowała nie tylko jego najdroższe 
przywiązanie do ciotki, ale i w proch obróciła pracowity gmach jego dumnych 
postanowień. Ona miała nigdy nie wiedzieć o jego miłości. Dziś wiedziała, co 
gorsza, kochała także. 
Na tę myśl znowu fala rozkoszy zalewała mu serce. Kochała go! Czuł to, 
wiedział, był tego pewny. Słyszał znowu jej urywane słowa, widział jej złotą 
głowę, skłaniającą się ku niemu, czuł na sobie ciepło jej ramienia. I 
wspomnienie tego, co wówczas, wobec nieszczęścia i śmierci, nie wywołało w 
nim żadnego zmysłowego wrażenia, dziś zapalało ognie na dnie jego istoty, 
szarpało jego nerwami i budziło szalone pożądanie. 
W cichych ścianach mieszkanka, wśród pamiątek po tej świętej, przed 
jej pustym łóżkiem, przed fotelem, w którym siedziała zwykle, przy kwiatach, 
które ona pielęgnowała, Jerzy wykolejony i złamany prowadził z sobą walkę. 
Rozsądek i duma mówiły mu: Uciekaj co prędzej. Tam, na Syberii, zagrzebiesz 
się, będziesz pracował, zdobędziesz sobie fundusz, spłacisz długi, a kiedyś 
może powrócisz — zgorzkniały, zmęczony, ale nikomu nic nie winien, 
niezależny, obcy wszystkim, ale bez cienia zobowiązania do wdzięczności. 
Będziesz wiecznie samotny, ale dla takich, jak ty, nie istnieje rodzina, nie 
istnieje własna kobieta. Takim klub i restauracja mają starczyć za dom 
rodzinny, a kokota — za żonę. I śmieszny jest, wprost głupi człowiek, który 
wyciąga ręce do gwiazd na niebie zapalonych dla ludzi innego świata. 
Gwiazda nie zniży się do niego, a on tymczasem wpadnie do rowu. 
Ale wtedy odzywał się inny głos, cichy i nieśmiały: Ona mnie kocha, 
czuję, wiem, że mnie kocha. Więc czemuż mam się dobrowolnie jej zrzekać i 
iść tam, sam jeden, na wieczną mękę? Jeśli mnie kocha, to takiego, jakim 
jestem. Więc czemu? 
Rozsądek zaś powiadał znowu, że na to panieńskie kochanie rachować 
nie można. Wzruszenie, współczucie, sugestia otoczenia to i dosyć, aby panna 
sobie wyobraziła, że już bez niego żyć nie może. Odjedzie, to i cała miłość się 
rozwieje i drugi przedmiot się znajdzie. Przecie nie tak dawno była z kim 
innym zaręczona. A nawet, gdyby na razie kochała go, to i co z tego? Rodzina 
nigdy by się nie zgodziła na podobny mezalians i ostatecznie miałaby rację. Bo 
i jakąż on partię stanowi? 
 — A jednak, gdyby ona naprawdę kochała!... 
I widział ją znowu w tej żałobnej komnacie, w blasku gromnicznych 
świec — pochyloną nad nim, ze łzami w błękitnych oczach. I to zespolenie się 
w niej miłości ze śmiercią, grozy wieczności z tą słodyczą kochania dodawało 
jej jakiegoś mistycznego uroku, otaczało ją zaziemskim czarem. I dzwoniło 
mu w uszach stare przysłowie: 
 — Śmierć i żona od Boga przeznaczona. 
Śmierć i żona, dziwne zestawienie! Jak się jednak teraz zdołało 
przyoblec w realną formę! 
Zdawało mu się czasem, że ciotka, odchodząc, umyślnie tamtą tu 
zostawiła, aby jej miejsce zajęła w jego życiu. Umarli nie wstają, aby powitać 
przybyłych, ale umarłych zastępują żywi. Więc w obliczu zmarłej, leżącej 
wśród kwiatów, nieruchomej i obojętnej, ona powstała na jego przyjęcie, 
otworzyła mu ramiona i witała go dobrymi słowami i brała troskę o niego 
jakby w spuściźnie po tamtej. „Śmierć i żona od Boga przeznaczona". 
Ogarniała go szalona tęsknota za tą zmarłą, która mu była wszystkim na 
świecie. I w ciszy mieszkanka wspominał swe życie całe, jej obecnością 
opromienione, sieroctwo swoje, przez nią utulone, i łzy mu napływały do 
oczu, gdy myślał, że już teraz dla nikogo na świecie nie jest „dzieckiem", 
„Jerzykiem". 
Szedł na grób jej, na Rossę, gdzie więdły rzucone kwiaty i bladły na 
słońcu ws,tęgi wieńców i długie tam spędzał godziny. A po powrocie do 
pustego mieszkania ogarniał go znowu smutek bez granic. 
W umyśle jego rosło jednak z dniem każdym silniejsze przekonanie, że 
uciekać trzeba. Puścić w niepamięć tę noc, jakby jej nie było, zdusić w sobie 
szarpiące go siły, zagasić ognie i pożegnać się na długie lata. 
Będzie to najlepsza, najgodniejsza droga... 
Tydzień minął w tej samotności, gdy jednego dnia ukazał się we 
drzwiach Emil, przybyły wprost z domu z zamiarem zabrania Jerzego z sobą. 
Naprzód oburzył się na jego wygląd: 
 — Do czego ty jesteś podobny — istny trup! Wiesz co, chyba masz 
gorączkę, daj, zaraz zmierzę ci temperaturę... 
I sięgnął do kieszeni po nieodłączny termometr. Ale Jerzy zawołał: 
 — Dajże mi pokój ze swą medycyną, nie potrzebuję niczyjej opieki. 
Jeśli nie masz nic lepszego do powiedzenia, to po coś przyjeżdżał? 
 — Przecie tydzień minął, więc przysłali po ciebie. 
 — Nie wiem, czy będę mógł wyjechać. 
 — A co, mówiłem, żeś chory, z twojego zachowania to widać. Tym 
bardziej muszę cię zabrać. Rekolekcje już odsiedziałeś. Nic nie pomoże trapić 
się i desperować nad tym, czego odrobić nie można. Póki żyła ciotka, kochałeś 
ją. Umarła — sprawiłeś pogrzeb paradny, przyszyłeś do klapy białą tasiemkę 
 — no i już. Ani jej, ani sobie nie pomożesz, jak będziesz siedział i gnił tu latem 
w tym zapowietrzonym Wilnie. Siebie zresztą już doprowadziłeś do 
nerwowego wyczerpania. A przy tym możesz jej równie dobrze żałować na 
wsi, jak w mieście. 
 — Emilu, przestań — rzekł Jerzy surowo. — Nie wiesz, czym ona była 
dla mnie? 
 — Owszem, wiem — najlepszą matką była. Ja sam jej okropnie żałuję. 
Póki był człowiek w gimnazjum, cała pociecha była przyjść do cioci Paulinki. 
Ale cóż stąd? Czyż dlatego zdrowie sobie psuć i wyrzec się obławy? 
 — Obławy? 
 — A to nie wiesz? Pan Adam urządza w niedzielę obławę na wilki w 
haliniskim lesie, od różańskiej granicy... 
 — E, co mi tam obława! — westchnął Jerzy. Ale Emil dalej mówił: 
 — Tyle tego napłodziło się tej wiosny, że tylko wycie słychać po lasach. 
Dziewięcioro owiec porwały onegdaj z zagrody, koni w nocy paść nie można. 
Więc nasz stary Fajka wytropił całe ich gniazdo, ale z haliniskiej strony, i dał 
im znać. A że akurat tejże nocy dwa wieprzki spod chaty porwały leśniczemu, 
więc już miara się przebrała. Pan Adam uwziął się, że nie daruje i na niedzielę 
ogłoszona obława. 
Jerzemu oczy się zaświeciły. 
 — A któż urządza? 
 — Naszego Fajkę prosili. 
 — O, to dobrze. To już będzie porządek. 
 — Leniewicz ma być także. 
 — I ten umie ustawić. 
Rozmowa o obławie przeciągnęła się. Jerzy rozpytywał o szczegóły, 
zainteresował się i na chwilę zapomniał o swej męce. Przyrzekł nazajutrz 
zabrać się z Emilem do Bijuciszek. I tak przecież wypadało tam być — 
podziękować za wszystko i pożegnać się przed wyjazdem. 
Ale gdy ułożył Emila do snu w swoim pokoju i pozostał sam — znowu 
wróciły smutne wątpliwości. Czy dobrze zrobi jadąc tam i narażając się na 
spotkanie z nią? Jaką względem niej zachować postawę? Po tym, co było, co 
nigdy powtórzyć się nie powinno, czy nie najlepiej uciekać na kraj świata bez 
tłumaczeń, bez pożegnania? Ale jeśli ona go kocha... Oj, czy też nie za wiele 
wagi nadaje on temu przypuszczeniu? Czy nie bierze chwilowego 
roztkliwienia za miłość? Skąd by się tam miłość wzięła po tak długim 
niewidzeniu się, po jazdach i karnawałach, po flirtach z mnóstwem 
salonowych i świetnych młodzieńców, skądże by jej przyszło kochać jego, 
nudziarza, melancholika, dzikusa z lasów syberyjskich. Zapewne było w niej 
trochę przyjaźni, trochę życzliwości dla towarzysza dzieciństwa, ale upatrywać 
w tym miłość prawdziwą!... Czy niezbyt śmiałe złudzenie? A jednak... 
I walka, którą od tygodnia toczył, wciąż pozostawała nie rozstrzygnięta. 
Nazajutrz, pomimo źle spędzonej nocy, wstał Jerzy wcześnie i zdążył 
jeszcze wcześnie być na Rossie przed wyjazdem. Długo nie mógł się rozstać z 
tym grobem. Zdawało mu się, że wyjeżdżając popełnia czyn zły, że ciotkę 
opuszcza i pozostawia samotną. Ale gdy wreszcie znalazł się na bryczce i 
wyjechawszy na Snipiszki odetchnął powietrzem pól, czystym, wonnym 
powietrzem wsi, radość dawno nie zaznana porwała go i czuł, że serce mu 
rośnie, że pierś się rozszerza, że te ostatnie dwa lata ciężkiej troski i pracy 
spadają mu z karku i jakoś dziwnie lekko robi się na duszy. Czuł się nawet 
wesoły i przykro mu było, że tak w tydzień po stracie ukochanej ciotki może 
czuć co innego prócz bólu. 
Ale powietrze było takie łagodne i ciepłe! A niebo tak cudnie szafirowe, 
z lekkimi płachtami chmur białych, jak puchy łabędzie. A owies i jęczmień 
kłaniały się to złotawą, to srebrną falą — a gryka dojrzała czerwieniła się 
rdzawo i od koniczyny leciały miodowe, zapachy. Na rżyskach pasły się krowy, 
pstre, ruchome plamy w przestrzeni pól. Brzozy rozpuszczały swe gałęzie nad 
drogą, wykrzywione, rozczochrane — grusze szeleściły nad dachami chat — i 
zza płotów wypadały szczekające psy kudłate. Wózki jednokonne jechały 
koleiną wioząc do miasta produkty na jutrzejszy rynek. A nad cichą okolicą 
skąpaną w słońcu, owianą niebieskawą barwą lipcowego światła, wznosiły się 
zewsząd pieśni i leciały w niebo — pieśni ptasząt po gruszach, pieśń 
skowronka nad polem i pieśni dziewcząt o lnianych włosach, schylonych nad 
miedzą. Po rowach świerszcze ćwierkały. 
 — Ach, jakże tu cudnie! — rzekł Jerzy przerywając długie milczenie. 
 — Co, ładniejsze od twojej Syberyjki, nieprawdaż? — odparł Emil. To 
wspomnienie znowu zasępiło czoło Jerzego. Boże, co on tam pocznie teraz, 
gdy powróci? Sam na świecie, nie związany z nikim, nie należący do nikogo, 
nikogo nie obchodzący — istota bez rodziny, bez ojczyzny, bez domu, bez 
celu? Dopóki żyła ciotka — ona mu była rodziną i domem, ojczyzną i celem — 
ale teraz... I co on teraz bez niej pocznie? 
 — Ot, i Uciany już — ozwał się Emil. — Chański jakoby jest w domu. A 
pamiętasz nasz piknik? Wesoło było wtedy... 
 — Cóż Mela? — spytał Jerzy. — Gdzież podziała swoje zasady? Miała 
przecie nigdy nie iść za mąż? 
 — A poszła za pierwszego, który się nadarzył. A zakochana — Matko 
Boska! Jak kot! I wierzyć tu niewiastom. 
 — No, ale ten Zawidowski — cóż? 
 — A nic. Taki sobie dudek, jakich jest pełno na każdym kroku. Dobry 
facet — ale nic tam osobliwego. A ta — powiadam ci — przekonana, że on i 
Apollo, i Newton, i Dante, i książę Józef Poniatowski w jednej osobie. Wprost 
zgłupiała z miłości... 
 — A on? 
 — On? Cóż, pozwala się kochać. I chyba też po swojemu zakochany, bo 
po cóż by ją brał? Wie, że Mela nie Rotschildówna. 
 — Już i Biały Dwór — zauważył Jerzy. — Ale cóż to? Nie ma wieżyczki? 
 — A nie ma. Groziła zawaleniem, więc ją rozebrali. Teraz, wiesz, Zosia 
jedna jest właścicielką Białego Dworu. Zrobiły one dział tej wiosny — i Zosia 
wzięła na siebie majątek, a tamte ma spłacić. Interes nieszczególny, bo 
strasznie obciążyli jej część, ale ona się uparła, żeby całość zachować. Nie 
wiem, jak ona tam z tego wybrnie... 
 — Przecież tam są jeszcze piękne lasy. 
 — Piękne, ale dla takiego, co by z nich umiał korzystać sam. A któż 
będzie się tym zajmował? Pan Adam zna się na roli, ale o lesie pojęcia nie ma. 
Pewnie Żydkom sprzedadzą i stracą. 
 — A matka i siostra — założyły jakiś klasztor? 
 — A założyły, czy też zakładają — nie wiem i wiedzieć nie chcę. Dla tego 
klasztoru one gotowe Zosię do ostatka zrujnować. Im ciągle potrzeba 
pieniędzy — a skąd wziąć, jak nie z Białego Dworu? To są chore indywidua — 
histeryczki — do Charcota odesłać. Dewotki obrzydliwe! O mało tam Zosi nie 
wydały za jakiegoś rzymskiego hrabiego. Na szczęście wykręciła się jakoś... 
 — Jak to wykręciła się? Czyżby ją zmuszali? Musiała sama chcieć... 
 — No, nie. Chcieć — to nie chciała. Ale namawiali, przekonywali, więc 
zrazu zgodziła się. Ale raptem wzięła na upór i zerwała. 
Mijali właśnie białogórskie jezioro. Na tle wód i błękitnego nieba 
wznosił się wysoko kościół, strzelający wieżyczką w górę. Białe jego odbicie 
kładło się olbrzymie, wydłużone, migotliwe na fali jeziornej. Z dala na lewo 
już widniały topole bijuciskiego dworu. Na pagórkach, wśród gajów 
brzozowych, wśród pól pociętych w różnobarwne kraty rozsypane były niskie 
chatki o słomianych strzechach. 
 — Jaki tu śliczny kraj! — zachwycał się Jerzy. 
W Bijuciszkach przyjęto Jerzego nadzwyczaj serdecznie. Pani 
Suniżycka rozpłakała się na jego ramieniu — nazwała go czwartym synem — 
kazała przerzec, że dom ich będzie za swój własny uważał, i otoczyła go 
wszelaką możliwą troskliwością. Zresztą jednak w całym domu mówiono 
tylko o jutrzejszej obławie. Jaś nie mógł ani jeść, ani spać od dwóch dni — 
czyścił strzelby, łapał psy, oglądał ładunki — zbroił się, jak na wojnę. Miewał 
nieskończone rozprawy ze starym Fajką, a teraz Jerzego wtajemniczył od razu 
we wszystkie szczegóły jutrzejszej kampanii. Fajka dziś jeszcze obchodził 
legowisko. Były tam dwie wilczyce z małymi, jeden stary, ogromny wilk i kilka 
roczniaków. 
 — Będzie frajda — wygrzmocim całą familijkę — zawyrokował Jaś. 
Tego dnia kładąc się spać Jerzy czuł się rzeźwiejszy i szczęśliwszy niż przez te 
dwa ostatnie lata. Miał nad sobą niebo rodzinne, wokoło ludzi życzliwych i 
bliskich. Szumiały mu nad głową topole, zabrzęczał komar nad uchem, w 
sadzawce ogrodowej rechotały żaby. Miła, urocza była ta muzyka. 
VII 
Miejsce zebrania się myśliwych było naznaczone w Daugielach, 
zaścianku należącym do Haliniszek, na granicy lasu. I gdy Suniżyccy z Jerzym 
wjechali na małe podwórko, zastali już tam gwar niemały, ruch i tłum. Pod 
płotem stały bryczki sąsiedzkie z wyprzężonymi końmi, kilkanaście 
mniejszych wózków, które przywiozły oficjalistów i leśniczych z okolicznych 
dworów. Był i faeton elegancki ze stangretem w wypchanym jarmiarku, który 
koło koni coś majstrował. Stary Fajka, z trąbką przewieszoną przez plecy, 
uwijał się Wśród gromady, rozkazywał, rękami machał i krzyczał. W sadzie, 
na zielonej murawie, ustawiono dwa długie stoły, kilka ławek i zydlów. Tam 
pan Adam ugaszczał myśliwych śniadaniem. Obławnicy, huczki i psy już 
poszli, obchodząc z dala las cały i dopiero na dany trąbką znak mieli 
rozpocząć pochód swój z krzykami, wrzaskiem i ujadaniem. 
Wtedy spłoszone wilki, uciekając przed nimi, wpadną na linię 
rozstawionych strzelców i zostaną wymordowane co do nogi. Prowadzeniem 
obławników zajął się Wiktons z Haliniszek, uznana w tym względzie powaga 
 — rozstawiać myśliwych miał Fajka i pan Leniewicz. Tymczasem jednak, 
czekając hasła, spożywano śniadanie. Bigos buchał wonną parą z ogromnych, 
miedzianych kociołków, zawieszonych nad ogniskiem. Zimne mięsa i wędliny 
rozłożono na stołach. Krążył kieliszek ze starką. Na widok Suniżyckich pan 
Adam podszedł do nich. 
 — Wyobraźcie sobie — szeptał — marszałek graf Elster zaprosił się na 
obławę. 
 — A niechże go — przerwał pan Suniżycki. 
 — Co mówisz? — i pan Adam nadstawił ucha. 
 — Mówię, żeby go kaczki zdeptały. 
 — Aha..., pewnie... Ale bo widzisz — wypada jeszcze na obiad go 
zaprosić. 
 — Zbytnia poufałość! Na co ci ten kłopot? 
 — Potrzebny mi — do sprawy granicznej w Białym Dworze. 
 — A! — pan Suniżycki miał minę pełną uznania. 
 — Posłałem do domu, żeby był obiad paradny. Ale potem — on lubi 
karty — pikietę. Ani w szrubę, ani w preferansa nie gra — tylko w pikietę. Czy 
nie grasz ty czasem w pikietę? 
 — Jako żywo! Jestem wiernym adoratorem szruby. 
 — Czysta desperacja! Nikt nie umie tej pikiety. Pan Adam powiódł 
zafrasowanymi oczami dokoła. 
 — Jerzy gra w pikietę — odezwał się Jaś — i ja umiem. 
 — Ty smarkaczu jeden!... — rzucił się pan Suniżycki. 
 — Jerzy gra, powiadasz — rzekł pan Adam i zaczął wołać: 
 — Jerzy! Jerzy! 
 — A co, panie Adamie? 
 — Grasz w pikietę? 
 — Gram. 
 — I dobrze grasz? 
 — No, nieźle. Teraz na Syberii to z Mielinem grywaliśmy co dzień. 
 — Kochany! Ot, zacna dusza! Choć jeden znalazł się. Zabieram cię z 
polowania do Haliniszek i będziesz grał z marszałkiem. 
 — Ja? Dajże pan pokój! Jakże ja tak pojadę? 
I Jerzy patrzył na swoje długie buty i myśliwską kurtkę. 
 — A jakże my wszyscy? Też nie we frakach. Zresztą, buty pożyczę. Co 
tam! Jedziesz i koniec. Chodź, przedstawię cię. 
Nie słuchając dalej pociągnął go pan Adam do siedzącego w cieniu 
drzew grafa. Był to człowiek młody jeszcze, bardzo elegancki chrananier i 
przyjemnej powierzchowności, uprzejmy i łatwy w rozmowie. Miał tu 
niedaleko wieś, niedawno nabytą, w której spędzał letnie miesiące. A przed 
rokiem został mianowany marszałkiem powiatu. Ale z sąsiedztwem nie znał 
się wcale i po raz pierwszy był dzisiaj na zebraniu złożonym z miejscowych 
obywateli i choć przez wszystkich traktowany z uprzedzającą grzecznością, 
posadzony na pierwszym miejscu i gorliwie zabawiany przez obecnych, czuł 
się tu obco zupełnie. Z Jerzym rozmowa poszła dość łatwo i wprędce wpadła 
na ciekawy temat przyszłości Syberii, jej bogactw, kolonizacji i budującej się 
kolei. Graf mówił dużo i roztropnie. Biadał nad niedołężnością rodową 
Słowian, przepowiadał upadek ich wobec rywalizacji z rasą germańską, idącą 
przebojem, nie znającą żadnych przeszkód, idealnej natury, nie wierzył w 
ekonomiczne zdobycze na Syberii. 
Wtem z dala ozwała się trąbka. Przyskoczył pan Leniewicz, wielki, 
czerwony szlachcic z sumiastymi wąsami i zapominając o tytułach i honorach 
wrzasnął im nad uchem: 
 — Panowie, panowie, ruszajcie się. Za strzelby i do lasu! 
Zrobił się ruch. 
Wstawano. Każdy strzelbę swą lokował sobie na ramieniu i zdążano ku 
lasowi. Fajka szedł naprzód i co kilkadziesiąt kroków jednego z myśliwych 
stawiał pod drzewem. Posuwano się cicho, ostrożnie, bez rozmów i hałasów, 
brzegiem lasu. Linia myśliwych była rozległa. 
Po wierzchołkach drzew przebiegał wietrzyk i naginał ku sobie 
czerwone pnie sosen. Kołysały się one, uderzając czarnymi igłami i szumiąc 
poważnie. A niżej trzepotały się gdzieniegdzie listki brzóz, jak roje jasnych 
motyli, i leszczyna powiewała girlandami swymi. Las był cichy, pachnący 
żywicą w słońcu, pełen splątanych świateł i cieni, migający złotymi 
promieniami, śpiewający głosami ptasimi. A wtem, z daleka, z ciemnej głębi, 
powstały odgłosy, wołania, niewyraźne zrazu, mętne, urywane, a w miarę 
zbliżania się coraz bardziej przeraźliwe, coraz donioślejsze. Zdawało się, że las 
czegoś się przeraził, uląkł, wydając z siebie okrzyk zgrozy i przerażenia. 
Krzyki rosły niesione na liściach drzew. Można już było rozróżnić 
piskliwe głosy kobiet, ujadanie psów, grube okrzyki chłopów. A tu i ówdzie 
strzały zaczęły padać. Wtedy obławnicy zatrzymali się nie przestając 
hałasować. I las cały wypełnił się głosami ludzkimi, wielkim akordem 
przerażenia i groźby. Wilki, spłoszone z legowiska, biegły przed siebie i 
wpadały wprost na myśliwych. Postrzelone, zawracały z drogi i znacząc krwią 
wrzosy i mchy leśne próbowały bokiem wydostać się na wolność. Ale zewsząt 
otoczone, ranione prawdziwą kanonadą strzałów, padały wreszcie w ostatnich 
drganiach. Psy goniły za uciekającymi szarpiąc je, ujadając za nimi. Las 
skowyczał, jęczał, wył, dzwonił krzykiem i wybuchał strzałami. 
 — No, chwała Bogu, udała się obława — rzekł pan Leniewicz do 
Jerzego przechodząc mimo jego posterunku. — Strzelałeś? 
 — Do starej wilczycy i do roczniaka — zaczął Jerzy. Ale już tamtego nie 
było. 
 — A cóż panicz — spytał stary Fajka — czy choć strzelał? 
 — Strzelałem. Wyszła na mnie stara wilczyca, tak ja... 
 — A ot, siedem sztuk ubili. A jeszcze od różańskiej granicy dwóch 
gonią. Ale najstarszy, sam wojewoda, taki uciekł. Chitry on! A mówiłem... 
Wtem znowu ozwała się trąbka. Pan Leniewicz dawał znak, że 
polowanie ukończone. Zaczęli myśliwi schodzić ze swych posterunków i 
podążać na jej odgłos. Tam, nad stosem zabitych ciał wilczych, stało kilku 
ludzi uzbrojonych rozprawiając zawzięcie. A co chwila spośród gałęzi 
wysuwała się nowa figura, ze sterczącą nad głową lufą. Pan Adam częstował 
kolejno myśliwych kieliszkiem starki. 
Wilki leżały wyciągnięte na mchu. Ciała ich podziurawione były 
kulami, krew sączyła się jeszcze gdzieniegdzie z ran i zastygała czarną plamą 
na ziemi, a zakrzepłe w konaniu pyski szeroko były otwarte i świeciły białymi 
kłami, jakby jeszcze gryźć chciały. Psy, skulone w gromadkę, wyły nad nimi 
żałośnie, mściwie. 
Każdy przychodzący rozpoczynał opowiadanie na nowo, każdemu się 
zdarzyły rozmaite wypadki, każdy miał coś do zarzucenia, jakąś krytykę na 
ustach, jakąś do kogoś pretensję. Kto spudłował, napadał na innych; a kto 
wilka nie widział, ten nie posiadał się z gniewu. Wszyscy zaś nie mogli się 
uspokoić, że stare wilczysko, protoplasta rodu, uszedł i wymknął się. Wszyscy 
zdawali się pałać ku niemu osobistą, śmiertelną nienawiścią. 
Aż nagle z brzegu lasu ozwały się znowu strzały. 
 — Co to jest? Co znowu? — pytano i wielu biec zaczęło w kierunku 
strzałów. 
On to był właśnie, stary wilk, który zdołał się ukryć przed oczami 
wrogów, a teraz, gdy się cokolwiek uciszyło, pomykał dalej zaroślami, skulony 
i cichy, kryjąc się pod leszczyną, ale dojrzały go bystre oczy Jasia. Porwał się 
za nim, a Fajka także. Padły dwa strzały. Wilk stanął, zawrócił na miejscu i 
skrył się znowu w lesie. 
 — Trafiony, trafiony! — krzyczał Jaś biegnąc za nim. A Fajka wołał: 
 — Paniczu, toż fuzja nie nabita. Czego lecisz? 
Ale inni nadbiegli, Różyński, Jerzy, stary Bartłomiej, Leniewicz. 
Wilczysku przecięto drogę. Znowu zaczęła się kanonada. 
Stary wilk, licznymi strzałami raniony, padł wreszcie na ziemię. 
Obława była skończona. 
Tymczasem w Haliniszkach przygotowywano się do przyjęcia 
ceremonialnego gościa. Pani marszałkowa wezwała Józefa kucharza i rzekła: 
 — Ot, Józefie, mamy subiekcję. Kilku panów będzie na obiedzie i to 
kto! marszałek. 
 — At, sztuka wielka! — odparł Józef lekceważąco. — Tak i co, 
ważniejsze my goście widzieli... Damy obiad, że on takiego póki życia, nie 
jadł... Naradzim się z panią, i będzie. 
Zaczęła się narada, po czym marszałkowa wzięła klucze i poszła wydać 
ze spiżarni i z lodowni. Po drodze spotkała Zosię. 
 — Kochanie moje — rzekła — będzie dziesięć czy więcej osób na 
obiedzie. Ważni goście. Pójdź do ogrodu i wybierz na dwa klosze pięknych 
jagód — może truskawek jeszcze uzbierasz. Pomyśl, co można mieć, a potem 
wydasz Grzegorzowi porcelanę z szafy i herbowe srebro. I żeby wszystko, 
kochanie moje, było porządnie. 
Zosia zakrzątnęła się żwawo. Zrazu ucieszyła ją wiadomość o gościach. 
Od tak dawna nie było żadnej wesołości — tylko smutek i smutek! Ale radość 
niedługo trwała. Co jej z tych tam gości? Miała ona swoje troski, swoje 
zgryzoty — i ciężar na sercu wielki, ogromny, jak kamień młyński. 
Od powrotu z Wilna była roztargniona, zdenerwowana, skłonna do łez, 
zamyślona. Tylko ciało jej przebywało w Haliniszkach — myśli błądziły 
daleko. Czuła, że nadeszła w jej życiu chwila stanowcza — że coś z nią stać się 
musi — że dotychczasowy stan zmieni się i inny jakiś — lepszy czy też gorszy 
 — los ją pochwyci, z sobą uniesie. Wiedziała, że jutro będzie już inne od 
dzisiaj. Coś w niej samej się zmieniło, coś zamarło, coś powstało — coś ją 
pchało gdzieś naprzód, coś ją parło i gnało. I sama nie wiedziała, skąd szedł 
głos wołający na nią i dokąd ją wołał? Kochała się już od tak dawna, a dopiero 
teraz odczuła tę konieczność zmiany, ten fatalizm, co ją pchał naprzód na 
jakieś nowe drogi. Teraz dopiero odczuła na sobie niewidzialną jakąś rękę, co 
ją wiodła, jakąś wszechwładną siłę, co ją porywała za sobą. 
A przy tym dręczył ją niepokój. Co myślał sobie Jerzy po tym 
pierwszym, bolesnym spotkaniu, gdy prawie bez słów wyznali sobie swą 
miłość, gdy oboje zatopili się w smutku, w ciszy i w kochaniu, gdy serca ich 
zabiły razem, a dusze złączyły się, milczące i rozmiłowane — po tej pierwszej 
nocy on się usunął, zamknął przed nią, wdział maskę zimną i już ani jednym 
słowem, ani wejrzeniem nie dał jej prawa zbliżyć się do niego. I sam wobec 
niej był zimny, ceremonialny, na oficjalnej stopie dalekiego znajomego. Co to 
miało znaczyć? — Czy żałował tej chwili szczerości? Czy wstydził się tych łez 
wylanych — tych dziecinnych łez, które ją tak wzruszyły i uczyniły go 
droższym jeszcze? Czy żałował tego, że serce swe przed nią odkrył i że ona w 
nim wyczytała głęboko wyryte imię swoje? Czy też wszystko to razem było 
złudzeniem, grą wyobraźni i naprawdę nie było tam między nimi nic? Nie, 
temu nie wierzyła. Jerzy ją kochał. Tego była pewna — i nic w świecie nie 
mogło zmienić tej wiary. 
Więc cóż? 
Pytanie to, jak gwóźdź, tkwiło w jej mózgu. Więc co będzie dalej? Co 
się z nim stanie? Nie, on nie mógł, po tym, co zaszło, odjechać sobie — zerwać 
tę nić, co się między nimi zawiązała. — Więc jaka jest jej droga? Co powinna 
ona zrobić i czy w ogóle jest co do zrobienia? — Coś ją od wewnątrz popychało 
do jakiegoś czynu — ale do jakiego, nie wiedziała. I jak ślepa stała z 
wyciągniętymi rękami pytając siebie: Czy iść dalej? W którą stronę? Czy tam, 
pod stopami, czeka na mnie wygodna ścieżka, czy też przepaść głęboka? Mam 
się ruszyć, czy też stać i czekać? 
Ania ze wzrastającym niepokojem śledziła rozstrój Zosi. Parę razy 
próbowała pytać, ale Zosia była jak kamień niema. Więc czekała także. 
I teraz, gdy spełniwszy rozkazy babuni Zosia wróciła na górę i usiadła 
w milczeniu na kanapce, Ania spojrzała na nią ze smutkiem. Tak niedawno 
jeszcze każdy gość witany był przez nią radośnie, oczekiwany niecierpliwie, 
wszystko ją bawiło, pobudzało do śmiechu. Dziś tylu panów miało się zjechać, 
a ona siedziała zniechęcona, apatyczna, a oczy jej nie świeciły dawną 
wesołością. 
 — Co ci jest, Dudusiu? — spytała Ania nieśmiało. Zosia poruszyła się. 
 — Ach, wszystko mi obrzydło! Dość mam tego głupiego życia! 
I lękając się, że za wiele powiedziała, zerwała się i wybiegła z pokoju. 
Gdy wreszcie, po długim oczekiwaniu, goście, wyczyszczeni i o ile 
można wyelegantowani, zjawili się w salonie, Zosia o mało nie krzyknęła. 
Ponad głowami wchodzących dostrzegła ciemną głowę Jerzego. Nie 
spodziewała się go wcale. Pewna była, że bawi jeszcze w Wilnie, więc widok 
jego wybladłej twarzy i czarnych oczu, które bezwiednie jej szukały, 
wstrząsnął nią gwałtownie. Czuła, jak ognisty rumieniec ją oblewa, jak krew 
bije jej do głowy i przez chwilę świat cały przed nią zasłania i czuła zarazem, 
jak ogromna radość wypełnia jej pierś. On był tu blisko. Byli razem, razem! 
Nie widziała nic i nikogo, prócz tej czarnej, ukochanej głowy. Z 
roztargnieniem witała się z kilkoma znajomymi panami, którzy podchodzili 
do niej i nie zatrzymała nawet wzroku na kłaniającym się jej grafie. Widziała, 
jak Jerzy całował rękę babuni i ta coś do niego mówiła długo i drugą ręką 
pogładziła go po głowie. Kochana babunia! A musiała coś od rzeczy 
odpowiedzieć panu Różyńskiemu, bo on zaczął żartować: 
 — Nie myślałem, aby panna Zofia była tak wrażliwa na wielkości tego 
świata. 
 — Na jakie wielkości? 
 — No, przecież tu mamy tylko jedną, a pani już głowę straciła. 
 — Ale któż to taki? 
 — Tylko co był pani przedstawiony — marszałek, graf Elster. 
 — A cóż on mnie obchodzi! 
 — Może nie on, ale Biały Dwór i sprawa graniczna. Proszę więc być 
grzeczną dla niego, bo wiele od tego zależy. 
Ale w tej chwili i Biały Dwór, i sprawa graniczna były jej zupełnie 
obojętne, bo czuła za sobą zbliżającego się Jerzego. Czuła, że za chwilę poda 
mu rękę i usłyszy jego głos. Starała się zachować spokój i patrzyła uparcie na 
pana Różyńskiego, broniąc się przed rosnącą w niej pokusą odwrócenia głowy 
i spojrzenia na Jerzego. Za sobą usłyszała, jak komuś odpowiadał: 
 — Od wczoraj zaledwie — dotąd byłem w Wilnie... — Potem doszły jej 
uszu oderwane słowa i znowu głos jego mówiący: — ...tam jest to wegetowanie 
z dnia na dzień — coś na kształt katorgi... 
Nie wytrzymała. Urywając w pół słowa jakąś odpowiedź, którą dawała 
panu Różyńskiemu, odwróciła się i oczy jej spotkały się z jego wzrokiem. On 
też urwał w środku zdania, usta jego zadrżały, na dnie ciemnych źrenic 
zamigotały iskierki, ale zapanował na sobą. Sztywny, zimny, zbliżył się do niej 
i złożył głęboki ukłon. Ręce ich spotkały się, ale nie przemówili do siebie nic. 
A ona znowu poczuła, że ma coś do zrobienia, że coś na nią czeka, że 
jakiś głos ją wola. Ale co? Gdzie? Jak? — nie wiedziała. 
Obiad był długi i nudny. Wszystkich krępowała obecność obcego. Pani 
marszałkowa z trudnością rozumiała jego mowę, ale że obowiązek pani domu 
nakazywał jej być uprzejmą dla rzadkiego gościa, wiec posadziła go obok 
siebie i zabawiała, często jednak zwracając się do pana Leniewicza, siedzącego 
po drugiej stronie, który służyć musiał za tłumacza. 
Marszałek nie pokazywał się wcale, nierad był z gościa. 
 — Potrzebnie Adaś tych Niemców ściąga do domu — mówił. — 
Przynajmniej pod własnym dachem daliby mi święty spokój. 
I nie wychodził wcale ze swej kancelarii. 
Podczas obiadu graf, chociaż nie mógł mówić inaczej, jak rodzinnym 
językiem, mówił dużo i przyjemnie. Chwalił ogromnie litewską kuchnię, a 
mianowicie litewskie wędliny i miody. Mówił, że lepszych od Polek żon i 
gospodyń nie widział nigdzie, gdyż umieją dotknąć wszystkiego, a nawet 
koniuszków palców sobie nie zwalać, że przy praktyczności nie są skąpe, przy 
pracowitości nie są zapracowane, przy zajęciach najbardziej prostych i 
prozaicznych nie przestają być damami i zawsze trochę poetkami. A wdzięk! 
Jakiż to te panie Polki mają wdzięk nadzwyczajny! Co nie zrobią — wszystko 
czarująco. Byle co włożą na siebie — szyk! Taka szwaczka warszawska wyjdzie 
na ulicę, prosto zadziwienie! Grafini — nie grafini. Gdzie do niej Niemce albo 
i Francuzce! Ot, jedne tylko paryżanki... 
 — A pan i Warszawę zna dobrze? — spytała marszałkowa. 
 — A jakże. Siedem lat był. I strasznie polubił. Ulice wesołe, teatry 
rozkoszne, cywilizowana publika. Całkiem europejskie miasto! 
Po obiedzie podano kawę na werandzie od strony jeziora. Drzewa 
ogrodu rzucały już długie cienie na trawniki, a przez nie przeświecało słońce, 
skłaniające się ku zachodowi. Jezioro było spokojne, jak tafla srebrzysta, a po 
czystym niebie przemykały jaskółki i szczebiotały pod dachem. Na klombach 
kwitły niemodne, ale pachnące kwiaty: groszki, lewkonie, rezeda, balsaminy i 
petunie, a dalej stały w rabatach wysmukłe, sztywne i poetyczne malwy, a 
koło nich trzepotały się w słońcu białe motyle. 
 — Przejdźmy się trochę — rzekła nagle Zosia do Jerzego. 
Zeszli ze stopni werandy i poszli ścieżyną wśród kwiatów. Szli obok 
siebie wysocy oboje, zdrowi i piękni — a patrzącym z ganku za nimi mimo 
woli przychodziła uwaga: 
 — Jaka śliczna para! 
On ciemny, poważny, z chmurą zadumania i z upartą linią brwi 
czarnych na czole, o silnych barkach i żylastej dłoni, stworzony do 
kierowania, do dźwigania, do pracy — mężczyzna już, nie młodzieniec. Ona 
cała biała i jasna w koronie złotych włosów, o wypukłej piersi i szerokich 
biodrach — dojrzała do miłości i do macierzyństwa — i jak kwiat, otwierająca 
się ku rosie niebieskiej i ku słońcu — sama jak słońce promienna. Jeszcze 
dziewicza i ciałem, i umysłem — a już kobieta instynktem i słodkim 
współczuciem, i miłością. 
Chwilę szli w milczeniu. Kwiaty do nóg im się chyliły. Ona pierwsza 
spytała: 
 — A w Wilnie... cóż...? Jakże było? 
Nie wiedziała, jak ma do niego mówić, czy „pan", czy po imieniu. Więc 
zmieszała się i urwała. 
Ale on rzekł zimno, chociaż serce mu się ściskało. 
 — Pani pyta, co robiłem w Wilnie? Nic. Smutno było... 
 — O, ja wiem — rzekło prędko i zamilkła. 
I obojgu stanęła w myśli ta noc żałobna, gdy on ukrył głowę na jej 
kolanach i bez słów mówili sobie o swej miłości i składali sobie w obliczu 
zmarłej niemą przysięgę. Po takiej nocy nie mogli już być obcy dla siebie. A 
jednak on postanowił... 
 — Czemu pan mówi do mnie „pani"? — spytała Zosia i podniosła na 
niego niezapominajki swych oczu. 
Teraz on się zmieszał. 
 — Bo, zdaje się..., nie wypada... W każdym razie... — A w sercu myślał: 
 — Lepiej szczerze tę kwestię postawić i rozciąć. 
 — Jak pan był smutny, to nie myślał pan, co wypada — szepnęła Zosia. 
Spuściła oczy i nachyliła się po gałązkę rezedy. 
Lepiej raz z tym skończyć — pomyślał on znowu. I drżeć zaczął. Głosem 
zdyszanym rzekł: 
 — Była to chwila zapomnienia. Nie panowałem wtedy nad sobą, 
nieszczęście tak niespodziewane stanęło przede mną, że... straciłem władzę — 
i myśli moje, i... uczucia odkryły się... przed panią... 
Głos jego słabł, gdy mówił te ostatnie słowa: linia brwi zsunęła się i 
zwarła nad oczami boleśnie, ale podniósł głowę znowu i rzekł dobitnie: 
 — Trzeba o tym zapomnieć. 
Umilkli oboje i szli razem ścieżką. Zosia kręciła w palcach gałązkę. 
 — Więc to była chwila?... — szepnęła. 
On przymknął oczy. Czuł, jak dusza w nim wyje i zgrzyta. I odrzekł: 
 — Tak. 
 — Jerzy! Jerzy! — zawołał pan Adam z ganku. — Chodź, czekamy! 
 — Idę. 
Stanęli oboje i Zosia rzekła zimno: 
 — Życzę panu wesołej zabawy. 
 — Dziękuję. 
Ukłonił się i zawrócił ku werandzie, gdzie rozstawiano stoliki. A ona 
ścieżyną wijącą się wśród kwiatowych rabatek poszła nad brzeg jeziora. 
VIII 
Szła wprost przed siebie, aż doszła nad sam brzeg, wysoki, urwisty. 
Kilka wierzb pokręconych tu rosło, a w dole woda cicho oddychała, 
przezroczysta, niebieska, jak niebo, w wieńcu łąk i lasów, niekiedy muśnięta 
skrzydłem jaskółki. 
Oparła się o pień wierzby i patrzyła. Jak tu było spokojnie i słonecznie, 
aż się robiło cieplej koło serca. Te promienie złote, co tam w wodzie 
rozrzucały strugi brylantów, przenikały do wnętrza, grzały i świeciły. 
 — Tu spokojnie pomyślę, co mam robić — rzekła sobie Zosia i usiadła 
na trawie nad samym brzegiem jeziora. Zrazu to i owo mąciło jej myśli i 
rozpraszało je — tu rybka plusnęła i rozeszły się kręgi po wodzie — tam 
zawisła nad ajerem babka o zielonych skrzydełkach — to chmura muszek 
zamajaczyła w powietrzu. 
 — Co ja mam do zrobienia? — wracało uporczywe pytanie i tkwiło w 
mózgu. Powoli myśli zaczęły się rozwijać, jak przędza z kłębuszka, i rozmowa 
stoczona przed chwilą wracała. 
...I myśli moje..., i uczucia... odkryły się... przed panią... Trzeba o tym 
zapomnieć. — Więc to była tylko chwila? Tak... 
 — On kłamie! — zawołała Zosia gwałtownie. — Kłamie! Kłamie! To nie 
była tylko chwila! Nie! Ja wiem, że on mnie kocha — kocha — kocha... 
I twarz ukryła w obie dłonie. 
Tak, wiedziała o tym, była tego pewna. W każdej cząsteczce swej duszy 
odczuwała wyraźnie, nieomylnie jego miłość — była nią na wskroś 
przeniknięta — widziała ją, dotykała jej niemal. Czuła prąd jakiś idący od 
niego, który ją obejmował. Nigdy wobec nikogo na świecie tej pewności nie 
doświadczała. Tu nie mogło być pomyłki. On kłamał! Kochał ją, a udawał 
obojętność i to już od dawna — od wielu lat. I trzeba było takiego ciosu, jak 
śmierć, aby ta skorupa lodowa, którą się otaczał, pękła i roztopiła się we łzach 
 — i wtedy jego myśli i uczucia odkryły się — i zobaczyła dno jego duszy — i 
imię swoje głęboko tam wyryte. Ale to była, jak mówił teraz 
 — chwila zapomnienia i tylko chwila. Bo zaraz odzyskał panowanie nad 
sobą i postawił granicę między nią a sobą. Na dnie jednak była miłość — i już 
teraz nic tej świadomości zatrzeć nie może. 
A więc — jakiż stąd wniosek? On mnie kocha — ja jego kocham — 
szepnęła Zosia. — to fakt. A więc musimy..., musimy się pobrać. To było jasne 
jak dzień, jak to słońce, które teraz świeci na niebie. Inaczej być nie mogło. — 
Cała jej istota rwała się, leciała ku niemu. Już innego życia nie było dla niej. 
Pobrać się? Ale na to trzeba było, aby on się oświadczył, poprosił o jej 
rękę, poszedł do babuni zapytać, czy się zgadza — no, a potem, aby ślub wziął 
i zabrał ją z sobą. Z sobą..., więc dokąd? On nie miał domu swego ani stałej 
siedziby. Dziś był na Syberii, pracował na chleb — ale żony brać tam ze sobą 
nie mógł. Może by mu nawet jej tam nie dali. — Więc i dlatego nie chciał się o 
nią oświadczyć, chociaż ją kochał. Nie był „partią", nie miał funduszu — lękał 
się odmowy. Ależ, mój Boże! Biały Dwór do niej należał, więc mogliby tam 
mieszkać i gospodarować — i byłoby doskonale. Tak, ale to właśnie była 
największa między nimi zapora. On był za dumny, aby sam będąc biednym 
starać się o pannę posażną. Chociaż na Białym Dworze było mnóstwo długów, 
była to zawsze niby fortuna. Więc on jej nie chciał. I kłamał, i udawał 
obojętność, i chciał odjechać znowu daleko, daleko — i już może nigdy nie 
wrócić! 
 — Żebym była biedną nauczycielką albo sierotą bez grosza — myślała 
Zosia ze łzami w oczach — toby z pewnością mnie wziął. Ale że mam ten 
nieznośny Biały Dwór i że jestem niby posażna i z dostatniego domu — więc 
nie chce. 
I żal czuła do Białego Dworu, że stanął między nią a Jerzym. 
Ale nagle zerwała się. Nie, to być nie może, aby dla takiej przyczyny 
wyrzekać się mieli szczęścia oboje! Byłaby to zbrodnia. Jeśli on jest zbyt 
dumny, aby o nią prosić, to ona dumę złoży mu w ofierze i sama pierwsza 
prosić go będzie. Tak się nie robi na świecie — wie o tym — ale co ją obchodzić 
może świat, zwyczaje jego, opinia i zakazy! Tu chodzi o życie, o życie, o 
szczęście — o miłość. — Tak, dziś wieczorem albo jutro rano, gdy tylko 
znajdzie się odpowiednia chwila, weźmie Jerzego na stronę i powie mu 
wszystko. A wtedy — on już chyba będzie musiał ze swej dumy ustąpić... 
Tak trzeba zrobić — i to zaraz, choćby dziś jeszcze — nie tracąc chwili. 
I naraz uczuła uspokojenie wielkie. Oto, co miała do zrobienia — oto, 
co ją niepokoiło i nękało. Teraz wiedziała. 
Tego wieczora gra w karty przeciągnęła się do późna — i była już noc, 
gdy się część gości rozjechała. Pozostali poszli do oficyny z panem Adamem, 
gdzie im pokoje przygotowano. Jerzy nocował także, gdyż dopiero nazajutrz 
miano po niego przysłać z Bijuciszek. Ulokowano go w jednym pokoju z 
panem Różyńskim, obok położył się pan Leniewicz i po krótkiej rozmowie 
dano sobie dobranoc i zgaszono świecę. 
Ale Jerzy zasnąć nie mógł. Parzyła go kołdra, parzyły poduszki. 
Próbował leżeć spokojnie i wedle dawnej recepty ciotki liczyć do dziesięciu 
albo powtarzać w kółko jakąś strofę wiersza — na próżno. Sen nie przychodził, 
a rozdrażnienie wciąż rosło. Wreszcie nie mógł dłużej wytrzymać — ciemność 
i nieruchomość doprowadzały go do szaleństwa. Wstał, ubranie narzucił i 
cichutko wysunął się z pokoju. Drzwi od sieni były zaledwie na zamek 
zamknięte, więc otworzył je łatwo i znalazł się na dworze. 
Noc była śliczna. Na zachodzie jeszcze pozostała czerwona pręga, a już 
od wschodu rumieniło się niebo bladoróżową i seledynową barwą, która wyżej 
przechodziła w ton aksamitnego szafiru, gdzieniegdzie przetykanego 
gwiazdkami. Ale gwiazdy świeciły blado, bo gasiło je inne, rozlane w 
powietrzu światło białe i zimne, a w nim wszystkie przedmioty miały 
nierealny, mistyczny pozór. Drzewa ciemne rozwieszały gałęzie na tle nieba — 
topole stały nieruchome i sztywne. W dołach tworzyły się głębie cieniste, 
czarne przepaście, ciemne i jasne plamy, a wielka szyba jeziora leżała cicha 
odbijając szafir nieba i jutrzenkę, i gwiazdy. Dwór haliniski stał biały i zimny 
w tym oświetleniu północnego nieba, w tych srebrnych blaskach lipcowej 
nocy. Wszystko spało dokoła — i żadne światełko znikąd nie mrugało. Jerzy 
spojrzał w okna pokoiku na górze — ciemno tam było i spokojnie. Owionął go 
wietrzyk chłodny idący od jeziora — i zapachy kwiatów skąpanych w rosie. 
Rezeda i lewkonie rozsyłały dokoła odurzającą woń. Ale wietrzyk był 
pożądany, bo chłodził mu rozpalone czoło. Więc zdjął kapelusz i poszedł 
ścieżką wśród klombów oddychając z rozkoszą. Cicho było, tylko skrzypienie 
jego kroków po piasku odzywało się. 
Wtem usłyszał lekkie stuknięcie. Okno jakieś otwierało się ostrożnie. 
Przez gałęzie drzew spojrzał w stronę domu — i stanął, Zosia stała w oknie, na 
górze. Wysunęła głowę, spojrzała w obie strony — i oparła się. Twarz jej w tym 
zielonkawym świetle wydawała się blada, a oczy były smutne — ale koło ust 
miała jakieś zacięcie energiczne — jakiś wyraz dziwnie stanowczy. Ukryty za 
drzewami, nieruchomy, Jerzy na nią patrzył i myślał: 
 — I ona także nie śpi — i jej także coś dokucza, trapi, niepokoi. A to coś 
 — to ja! 
Uczucie niezmiernego szczęścia nim owładnęło. Był kochany! Kochany 
przez tę jasną dziewczynę, która tam w cichą noc letnią wzdychała do niego! 
Ona go kochała — jego, samotnika, biedaka, skazańca — jego, co teraz nie miał 
już nikogo na świecie całym — który nic nie posiadał, niczym nie był, do 
niczego nie miał prawa — jego, melancholika, nudziarza. — Ona go kochała! 
 — I gdyby on mógł... gdyby chciał..., te ramiona otworzyłyby się i wyciągnęły 
ku niemu, to serce uderzyłoby silniej pod jego pocałunkami — te usta 
rozchyliłyby się w nie znanym dotąd upojeniu. Trzymałby ją w objęciu — 
byłaby jego — jego własna — ona, ta cudna, złota Zosia — to marzenie jego 
samotnych nocy, to ukochanie jego życia! I byłoby szczęście. 
Spojrzał znów na nią. Z twarzą opartą na ręku stała w oknie 
nieruchoma i biała — i patrzyła na różowe pasmo jutrzenki. 
Gdyby on chciał..., gdyby mógł... Ale nie. I nie chce, i nie może — bo na 
to, żeby wziąć sobie żonę, i to pannę z dobrego domu, trzeba coś mieć — a on 
ma tylko ojcowskie długi i więcej nic. Dziś ona by może za nim poszła 
pomimo wszystko — ale co potem? — Więc nie. Jutro pożegna się i wyjedzie, i 
więcej nigdy jej nie zobaczy. Nigdy! Między nią a sobą rzuci przestrzeń 
niezmierną, położy pustynie, góry i lasy — postawi nieprzebyty mur 
milczenia. Te kochane oczy popłaczą może trochę — ale tak być musi — 
inaczej być nie może. Jutro się pożegna — spokojnie, zimno, jak należy 
między obcymi — i pojedzie sobie stąd na zawsze. Ale tymczasem, gdy nikt nie 
widzi, gdy ona ani się domyśla jego obecności, to przecież może nią się 
nacieszyć — upoić się jej widokiem i wyryć sobie w myśli obraz jej tak 
głęboko, aby cały szereg lat nie mógł go stamtąd wykreślić. Więc Jerzy 
patrzył, patrzył... Oczy jego przylgnęły do tej twarzy tam w górze, wpiły się w 
nią, wżarły. A usta jego spieczone pożądaniem i miłosną tęsknicą przesuwały 
się w myśli po jej złotych włosach, po jej bladych policzkach — zatrzymywały 
się na jej ustach i kładły na nich pożegnalny pocałunek. 
Ale wzrok jego zbyt zuchwale i zbyt ogniście rozdzierał przestrzeń. 
Serce jej odgadło jego obecność. Zosia naraz zaniepokoiła się, obejrzała się 
wokoło — trochę przestrachu odbiło się na jej twarzy, z zawstydzeniem 
nagłym spojrzała na swój nocny strój — i prędko, jakby onieśmielona, 
zamknęła okno — i znikła. 
IX 
Nazajutrz przy śniadaniu panował ruch niezwykły. Panowie Leniewicz 
i Różyński wyjeżdżali razem, Jaś Suniżycki przybył kałamaszką po Jerzego i 
wczorajsze dzieje od początku Zosi opowiadał. Mówiono o grafie, o 
białodworskim interesie, w którym liczono na jego poparcie; oglądano jeszcze 
skóry wilków zabitych, już rozpięte na ścianach lamusa i wysychające w 
słońcu, przed którymi wyły gromady psów; słuchano rozmaitych 
dodatkowych szczegółów rozpowiadanych przez leśniczego Wiktonsa, 
powtarzano marszałkowi, który wczorajszy dzień spędził samotnie, wszelkie 
ciekawsze epizody. Ania miała migrenę i nie wstawała wcale. Panią 
marszałkową wywoływano co chwila, to do baby, to do Żyda — pan Szrott 
rozpoczął nieskończone opowiadanie o własnych dawnych dziejach. — A 
wśród tego przyniesiono pocztę i panowie zaczęli przeglądać gazety. 
Śniadanie przeciągnęło się i marudzono z wyjazdem. 
Wreszcie konie pana Leniewicza podeszły i on, i parł Różyński zaczęli 
się żegnać. 
 — A nasze? — spytał Jerzy Jasia. — Kazałeś podać? 
 — Nasze zaprzężone — stoją pod stajnią. Ale poczekaj jeszcze, muszę 
pobiec do Wiktonsa, on mi przyrzekł porobić ładunki. Zaraz wrócę... 
 — Tylko śpiesz się — szepnął Jerzy. 
 — Zaraz, zaraz! 
Panowie wyjechali. Jaś poleciał na folwark, pan Adam gdzieś znikł i 
Jerzy został na ganku z marszałkiem. Świeże gazety leżały na stole i marszałek 
palił się, aby je prędzej wziąć do rąk. Ale zawsze grzeczny, nie chciał okazać 
gościowi swej niecierpliwości i zabawiał go rozmową. A rozmowa ta szła 
dziwnie ciężko, bo Jerzy kręcił się, nic mógł usiedzieć na miejscu, ledwie 
słyszał, co do niego mówiono, i odpowiadał nie do rzeczy. 
Czasem recytował długi frazes głosem jednostajnym, jakby nie 
wiedział, co mówi — czasem wlepiał oczy w jakiś przedmiot i patrzył nań 
osłupiałym wzrokiem. To chodził wzdłuż i wszerz po ganku — to się zrywał i 
znowu chodził. 
 — Jaki on jest nieprzyjemny — myślał marszałek. — Te nowe maniery, 
to jakieś chyba syberyjskie, bo dawniej był przyzwoity chłopiec. 
Ale pomimo zniecierpliwienia — pytał jednak: 
 — No, a cóż tam ta kolej? 
 — Kolej? O tak, kolej bardzo postępuje — odpowiadał Jerzy, nie 
przestając chodzić. — To jest przedsięwzięcie olbrzymie, które może być w 
skutkach swych doniosłe dla nas. Przemysł Królestwa, fabryki dzięki budowie 
tej kolei już się powiększyły, po jej ukończeniu Syberia stanie się stałym 
rynkiem zbytu dla wszelkich produktów. 
 — A maszże tam jakie towarzystwo? 
 — Nie, to droga rządowa — mówił Jerzy nie rozumiejąc zapytania. 
 — Żadne towarzystwo nie mogłoby tak olbrzymiej i ryzykownej 
antrepryzy wziąć na siebie. Kosztować to będzie setki milionów — są tam 
przecie i rzeki, i góry, i lasy dziewicze prawie... 
 — Co jemu jest? — myślał marszałek. — Jaki on nieznośny — wydaje, 
jakby nauczoną lekcję. 
I pożądliwym okiem patrzył na paczkę gazet bielejących na stole. Ale 
spytał jeszcze: 
 — A czymże tam zajmujesz się? 
 — Ja? — odparł Jerzy i stanął. 
Długą chwilę stał nieporuszony, jakby rozmyślając nad odpowiedzią 
 — wreszcie rzekł: 
 — Ja zajmuję się wyrębem lasu i dostawą materiałów leśnych do kolei. 
Postawiliśmy tartak — robimy deski, podkłady, belki, klepki, tarcice... 
 — Urwał i znowu zaczął chodzić. 
 — Nie, nie wytrzymam — rzekł do siebie marszałek. — Gdybyż on sobie 
prędzej pojechał! Gdzie one wszystkie pochowały się?! 
Ale na szczęście dla staruszka Zosia ukazała się we drzwiach domu. 
 — A na koniec! — zawołał. 
Zosia zbliżyła się. Miała zmarszczone brwi i usta zaciśnięte. Ciemne 
obwódki pod oczami mówiły o bezsennej nocy. Marszałek zauważył to i rzekł: 
 — Ale ty coś, promyczku, źle wyglądasz — czyś nie chora, broń Boże? 
 — Nie, dziaduniu, zdrowa jestem zupełnie. I teraz chcę pójść do 
ogrodu, pokazać panu Jerzemu, jakie mamy śliczne melony. Babunia kazała 
wybrać najpiękniejszy i posłać do Bijuciszek. Więc dziadunio poczyta tu sobie 
gazety, a my pójdziemy. 
Uścisnęła staruszka i zwróciła się do Jerzego: 
 — Pójdźmy — rzekła. — Chcę z panem pomówić. 
Głos jej był zmieniony, niepewny jakiś i głuchy i nie śmiała podnieść 
oczu na niego, tylko stała chwilę skubiąc wstążkę od warkocza. Aż się 
poruszyła żywo i powtórzyła: 
 — Pójdźmy. 
Poszli. Ona naprzód, bez kapelusza, świecąc w słońcu złotym 
warkoczem i białością letniej sukienki. On za nią onieśmielony, trwożny, w 
przeczuciu jakiegoś nowego cierpienia — ale obezwładniony jej rozkazem. 
Poszli ścieżką nad jeziorem, a potem brzegiem wody ku ławce ukrytej 
za wierzbami. Nie mówili do siebie nic — serca im zamierały w piersiach — 
myśli rozpierzchały się. 
Zosia usiadła na ławce i złożyła ręce na kolanach. Patrzyła prosto przed 
siebie na wody jeziora, a brwi jej coraz bardziej się zsuwały i czoło się 
marszczyło, i usta się zaciskały, jakby przed wykonaniem ciężkiej i niemiłej 
czynności. On, z kapeluszem w ręku, stał przed nią blady. 
Milczeli długo. Parę razy jej usta otworzyły się, jakby już... już... słowa z 
nich wyjść miały — ale znów się zaciskały i głos nie wychodził. Pasowała się ze 
sobą. Nagle zwróciła się cała ku niemu i spuszczając oczy i czerwieniąc się 
gwałtownie prędko mówić zaczęła: 
 — Bo jeśli ja nie powiem pierwsza, to pan nigdy się nie zdecyduje. I ja 
wiem bardzo dobrze, że to nie uchodzi i że to nieprzyzwoicie — i że panna 
nigdy pierwsza... Ale mnie to wszystko jedno... Bo ja wiem, że pan chciałby, 
ale pan myśli, że ja jestem bardzo bogata. A to nieprawda, bo na Białym 
Dworze jest pełno długów — osiemdziesiąt kilka tysięcy — i ja wcale nie 
jestem bogata. Więc postanowiłam powiedzieć panu..., powiedzieć, że ja..., że 
ja pana kocham. 
Wyrzuciła z siebie te słowa i twarz rozpaloną ukryła w dłoniach. Drżała 
od stóp do głów ze wzruszenia i ze wstydu, i z tego gwałtu, który sobie zadała, 
aby dumę swą dziewiczą złożyć ukochanemu w ofierze. 
A on stał nieruchomy i coraz bledszy, z przymkniętymi oczami. Ból 
wściekły i radość niewymowna nim miotały. Wreszcie ukląkł przed nią i wziął 
jej ręce w swoje. 
 — Wiesz, że ja cię kocham — rzekł. 
 — Wiem — szepnęła. 
Oczy ich się spotkały i powiedziały sobie stokroć więcej, niż by mogły 
powiedzieć słowa i przez chwilę patrzyli na siebie upojeni i szczęśliwi. Ale na 
jego twarz wstępowała z wolna chmura, usta zadrżały i rzekł cicho. 
 — A jednak to być nie może, musimy się rozstać... i zapomnieć... Zosia 
zerwała się. 
 — Rozstać się — my? Co ty mówisz — dlaczego? Oczy jej pełne były 
przerażenia. 
 — Mów! Czemu? — powtórzyła, gdy on milczał. 
Stała teraz przed nim z głową podniesioną, gotowa bronić swego 
szczęścia, walczyć za nie i zdobyć przemocą. 
On klęczał wciąż, oparty o ławkę, z głową nisko schyloną, złamany 
bólem i straszną walką, co się w nim toczyła. Tu było szczęście promienne, 
urocze, samo mu szło do rąk. Tam była męka samotna i blada. Co wybrać? 
Wiło się w nim serce z bólu, omdlewała dusza, ale odparł po chwili nie 
podnosząc głowy: 
 — Wiesz, że cię kocham. Dałbym wszystko, co mam, aby teraz tutaj 
umrzeć u nóg twoich — i nie odjeżdżać, i nie porzucać cię więcej. Ale 
zrozum..., my do siebie nie możemy należeć... Kimże jestem dla ciebie? Ty 
masz prawo do wszystkiego, do bogactw, do pozycji w świecie i do wielkiego 
nazwiska i do wszelkich świetności. A ja, cóż? Jestem biedak, tułacz na 
świecie, nie mam nic, jestem skazany na wieczną pracę, na ciężki zarobek — 
dla kawałka chleba. Cóż ja ci dać mogę? Nie zabiorę cię do lasów 
syberyjskich... Ja nawet podnosić oczu na ciebie nie powinienem, bo między 
nami jest przepaść, bo my jesteśmy z dwóch odmiennych światów i nigdy 
nasze drogi zejść się nie mogą... Bo twoja rodzina wprost śmiałaby się mi w 
oczy, gdybym się odważył sięgnąć po ciebie. Nie, trzeba się rozstać i 
zapomnieć... Dla mnie ta chwila szczęścia musi starczyć na całe życie. Być 
przez ciebie kochanym, ani nie zamarzyłem. Dziękuję ci... 
Ale Zosia wybuchnęła gwałtownie. Nie, tego się nie spodziewała! 
Marne jakieś pieniężne względy miałyby stanąć w poprzek ich szczęściu! 
Kochali się — to było dosyć. Ona nie potrzebowała ani bogactw, ani pozycji, 
ani żadnych świetności, gotowa była mieszkać na Syberii, wszędzie, choćby na 
końcu świata. A co do rodziny, to z pewnością nikt bronić nie będzie, bo 
wszyscy go lubią, cenią, nikt im nie będzie przeszkadzał. 
 — Tak ci się zdaje — odparł cicho Jerzy — ale z tego nic być nie może. 
Głowę schylił niżej jeszcze i oparł czoło o złożone na ławce dłonie. O, gdybyż w 
tej chwili zapadła się pod nim ziemia i pochłonęła go, i zasypała! Gdyby te fale 
jeziora zalały go, zabrały ze sobą! Gdyby z tego jasnego nieba spadł piorun i 
spalił go na proch, i starł to nieszczęsne, kołaczące się serce, rozdarte i 
umęczone! I była długa chwila ciszy. Fale z pluskiem obijały się o brzeg — 
drżały wysmukłe trzciny i brzęczały nad wodą komary. A gdzieś niedaleko w 
trawie odzywały się świerszcze. 
Zosia stała z załamanymi rękami, jak gromem rażona. Nie, tego nie 
spodziewała się. 
 — Jerzy! Jerzy! 
On zerwał się. Blady był i oczy mu świeciły jakimś gorączkowym 
płomieniem. Stanął przed nią, objął całą jej postać długim wejrzeniem, chciał 
coś powiedzieć, ale usta mu zadrżały i głos załamał się w gardle. Więc tylko 
obu rękami chwycił się za głowę i nie oglądając się biec zaczął przed siebie. 
Pędził, jakby go gnały furie o krwawych biczach, jakby się za nim 
rozszalały moce piekielne, jakby jedyne ocalenie było w ucieczce... W 
skroniach mu tętniło, w gardle dławił płacz, krople potu spływały mu po czole, 
a on biegł naprzód nieprzytomny, oszalały. Byle dalej! Byle dalej! 
X 
 — Stryjciu — rzekła Zosia tegoż dnia pod wieczór biorąc pana Adama 
za rękę. — Ja mam do stryjcia interes. 
 — No, patrzajcie państwo, cóż to takiego? 
 — Proszę przejść ze mną do ogrodu, bo nie trzeba, aby kto słyszał. 
 — Cóż to, sekret jaki, czy co? 
 — A sekret, stryjciu. 
I Zosia, uczepiwszy się stryjowskiego ramienia, prowadziła go znowu 
do ławki nad jeziorem. 
Teraz niebo było całe złote od zachodzącego słońca, a nad jeziorem 
paliła się zorza. 
Usiedli. 
Pan Adam zapalił papierosa, a Zosia rzekła wyraźnie: 
 — Stryjciu, ja kocham Jerzego. 
 — Masz tobie! A toż co nowego? 
 — I Jerzy mnie kocha. 
 — Kocha? 
Pan Adam pokręcił głową. 
 — No, to pobierzcie się. 
 — Tak stryjciu, ale on nie chce. 
 — Nie chce? To osioł!... 
 — On mówi, że ja jestem bogata, a on nie jest bogaty, więc on nie 
może... I on chce pojechać na Syberię i nigdy nie wrócić... Bo on mówi, że 
moja rodzina nie zgodzi się... A ja bez niego... nie mogę... 
Łzy zaczęły napływać do oczu Zosi i mrugała powiekami, aby je 
rozpędzić, ale usta jej drżały i krzywiły się mimo woli, jak u rozżalonego 
dziecka. 
Pan Adam oburzył się. 
 — Osioł jest! Kochacie się, to dosyć! Bogactwo, niewielkie tam to twoje 
bogactwo. Zadłużyli Biały Dwór, kto wie, co tam zostanie! A on to nie ma 
bogactwa w swojej głowie? Wykształcony, rozumny, pracowity, oszczędny, 
zawsze sobie poradzi i zarobi na siebie i na żonę. Kiep jest, kto inaczej powie. 
 — Prawda, stryjciu? Ja to samo jemu mówiłam, ale on taki dumny... 
 — Nie dumny, a durny, z przeproszeniem. Filozof jaki! Będzie on tu 
imponował. Ja jemu pokażę! 
Pan Adam zaperzał się coraz bardziej. 
 — Rodzina! Cóż to, on myśli, że ta rodzina to same półgłówki, że będzie 
tylko człowiekowi w ręce zaglądać, co ma. Cymbał jest, osioł, kiep, nie widzi, 
że nam żadne bogactwa nie zawrócą w głowie, że nam dla ciebie chodzi o 
człowieka, a nie o jego bogactwo... 
 — Prawda, stryjciu? 
I Zosia, z uśmiechem na twarzy, który się przedzierał przez łzy, 
przytuliła się do stryja. On ją objął ramieniem i przycisnął do siebie. Przez 
chwilę milczeli. A potem on zaczął pytać: 
 — Kocha ciebie, powiadasz? Skądże wiesz o tym? 
 — Ja, stryjciu, już dawno wiem o tym, jeszcze przed wyjazdem do 
Rzymu zdawało mi się... Ale teraz, kiedy przyjechał do Wilna i zastał ciotkę w 
trumnie, a mnie przy niej, to w pierwszej chwili nie mógł pohamować się i 
jakoś to wyszło na jaw. Ale potem on oprzytomniał i zaczął znowu udawać, że 
niby nic. Więc ja zrozumiałam, że on sam tego nigdy nie powie... 
 — No i cóż? 
 — Więc ja pierwsza jemu powiedziałam. 
 — Co powiedziałaś? Że jego kochasz? 
 — Tak, stryjciu. 
Na wspomnienie tej chwili znowu gwałtowny rumieniec oblał jej twarz, 
czoło i siedziała zawstydzona. A stryj dalej pytał: 
 — No, a on cóż na to? 
 — On wtedy przyznał się też, ale powiedział, że z tego nic nie będzie, bo 
moja rodzina nie pozwoli, bo ja bogata, a on nic nie ma i że odjedzie, że trzeba 
zapomnieć... 
Znowu kilka łez potoczyło się po jej twarzy i spadło na jasny stanik. 
 — No, a potem? 
 — Potem Jaś zaczął wołać na niego, więc on zerwał się i uciekł. Chciał 
coś powiedzieć, ale widać, że nie mógł, bo nic nie powiedział i uciekł. 
 — A cóż ty? 
 — Ja? Nic, stryjciu, nie bardzo pamiętam. Siedziałam tu, a jak 
wróciłam do domu, to już go nie było. I teraz kto wie, może on już pojechał z 
Bijuciszek i może już go nigdy nie zobaczę. 
I łzy coraz szybciej toczyły się jedna za drugą po zbładłej znowu twarzy 
i Zosia ukryła twarz w dłoniach i płakała. Pan Adam rozczulił się. 
 — No, nie płacz, nie płacz — mówił. — I nie wyjechał z Bijuciszek, i 
zobaczycie się jeszcze, i wszystko będzie dobrze. Oj, masz też nad kim oczy 
psuć! Cymbał ten! Szczęście samo lezie jemu do rąk, a on nie chce brać! Nie 
łez on twoich, a stu bizunów wart. 
 — A stryjcio tylko co mówił... 
 — Mówiłem i sto razy powtórzę, że porządny chłopiec. Daj Boże takich 
więcej! Był jak najlepszym synem dla panny Pauliny i nauki skończył" 
doskonale i widać zdolny, jeżeli dostał taką posadę poważną i sumienny, bo, 
choć nie zmuszony, spłaca ojcowskie długi, i dobrze wychowany, z zacnej 
rodziny, porządny chłopiec. Ale osioł, to osioł! No, dość tego. Jesteś zuch 
dziewczyna. Ale teraz nie płacz i zostaw mi całą sprawę, a może jakoś da się 
załatać. 
 — Ach, jaki stryjcio dobry! 
 — Ot, już i dobry! Oj, wy, zakochani! 
Westchnął pan Adam, bo mu na myśl przyszły własne jego dzieje. Ale 
teraz trzeba było na tę biedę poradzić i tych dwoje postawić na dobrej drodze. 
Jerzy gotów był naprawdę głupstwo zrobić i odjechać. Dumna, rogata dusza! 
Prosić i kłaniać się nie raczy. A wtedy, co będzie z Zosią? Wszystko lepiej, jak 
widzieć ją płaczącą i nieszczęśliwą! Chybaż by sprawiedliwości nie było na 
świecie, gdyby taki złoty promyk miał zgasnąć. Trzeba się rozgadać z tym 
pyszałkiem, szczerze, otwarcie rzecz mu przedstawić. Teraz on się wzdraga z 
obawy przez rodziną, ale gdy mu powie taż właśnie rodzina: Dajemy ci ją, bo 
ufamy tobie, bierz ją i niech wam Pan Bóg błogosławi! to przecież ustąpi ze 
swej dumy. Bo jeśli mu zawadza Zosi fundusz, to Bóg widzi, że po takim 
dziale niewiele z niego zostało. Długi z nią weźmie, a nie fundusz. A nawet, 
materialnie, jakby się tam przydał młody, dzielny, pracowity gospodarz! Taki 
to by może co jeszcze uratował, może by wynalazł nowe źródła dochodu, może 
by z czasem postawił na nogi tę walącą się ruinę. Pewnie, bogaty nie jest, ale 
dobry człowiek i Zosia go wybrała. Więc czegóż chcieć więcej? 
 — Chodźmy do domu — rzekł pan Adam. 
Wstali i poszli ku domowi przez ciemniejący ogród. Zosia, zmęczona 
wrażeniami, z malutką iskierką nadziei na dnie serca, poszła prosto na górę, 
do Ani, której migrena trochę się rozproszyła pod wieczór. Usiadła przy niej i 
w milczeniu wzięła jej rękę. W przyćmionym pokoju było cicho i szaro, jakaś 
tęsknota rozwieszała się w powietrzu. 
 — Zocho moja złota — szepnęła Ania. — Co ci jest? Takaś inna niż 
dawniej! Masz co na sercu? 
Zosia zrazu nie odrzekła nic, aż nagle, jakby ją coś rozpierało, zawołała: 
 — Ach, Aniu, ja jego kocham — kocham! I żyć nie chcę bez niego... 
 — A...! — ozwała się Ania. I obie zamilkły. 
Mrok zapadał coraz gęstszy, a one trzymały się wciąż za ręce, 
nieruchome, zamyślone. Dusza Zosi, drżąca pożądaniem i niepokojem, łączyła 
się z duszą Ani, już zrezygnowaną. 
Tymczasem na dole pan Adam wszedł do pokoju marszałkowej i zastał 
ją siedzącą pod oknem, wypoczywającą po całodziennej pracy. 
 — A ja do mamci z interesem — rzekł opuszczając swą postać na niskie 
koło niej krzesełko. — Z ważnym interesem. 
 — A co, kochanie moje? Czy nie o koniczynę dla cieląt? Kazałam już... 
 — Nie, mamciu — przerwał. — To nie o takie rzeczy, to o Zosię chodzi. 
 — A cóż tam, kochanie moje, z Zosią? Zdaje się, Bogu dziękować, 
wszystko dobrze. Chyba że... 
 — Mamcia się niczego nie domyśla? 
 — Ot, kochanie moje, zdawało mi się, ale to może tak sobie, że tam coś 
jest... między nimi... Strasznie oni wczoraj byli nie w humorach. Już tam i w 
Wilnie coś musiało zajść. 
Nachyliła się do ucha pana Adama i szepnęła: 
 — Czy nie na konto Jerzego, co? Pan Adam zaśmiał się. 
 — A tak, mamciu, właśnie, na konto Jerzego. Zakochani oboje. 
Marszałkowa zamyśliła się. Oczy oderwała od twarzy syna i podniosła wysoko 
ku niebu, na którym paliła się zorza, złota, purpurowa. I w oczach jej powoli 
zaczęły migotać łzy, i zmarszczki na jej czole zadrgały, a usta rozsunęły się w 
uśmiechu. 
 — Niech im Pan Bóg błogosławi — rzekła na koniec. — Dobrze wybrała. 
Sprawiedliwy, akuratny człowiek, a choć niebogaty, za to rozumny i 
pracowity. Czegóż więcej chcieć? 
 — Prawda, mamciu? Czego tu więcej chcieć? Więcej ona zazna z nim 
szczęścia, jak z niejednym bogatym i świetnym. Tu wiadomo przynajmniej 
kto, skąd, nie to, co jakiś rzymski hrabia czy szambelan. 
 — Kochanie moje, tu i porównania nie ma. A jeżeli, powiadasz, 
zakochani oboje, to i wszystko, co potrzeba. Ja sobie nieraz myślałam, że 
szczęśliwsza byłaby Zosia w miernym stanie, tu gdzieś blisko, jak w bogactwie 
i w paradzie. Taki już jej charakter. 
 — Więc mamcia nic nie ma przeciwko temu? 
 — Ja nic. Chyba, że Antoniowa... 
Ale pan Adam oburzył się. 
 — Jak to, Antoniowa! Jakiż ona tu głos mieć może? Ona straciła 
wszelkie prawa do córki, wyrzekła się jej od dawna. Gdzie mogła, krzywdziła 
ją tylko, a nigdy jej nie dała ani serca, ani opieki. Nie, ona tu bez głosu. 
 — Zawsze to jednak matka, kochanie moje — odezwała się pani 
marszałkowa — ale nie myślę, aby zechciała się sprzeciwiać. 
W pół godziny potem pan Adam wsiadał do bryczki i rzucał 
stangretowi rozkaz: do Bijuciszek! 
Zosia przez okno widziała, jak wyjeżdżał i serce jej zatrzepotało się w 
piersiach, bo czuła, że o nią tu chodziło. Ale nie śmiała pytać ani domyślać się, 
ani snuć zbyt śmiałych nadziei. Wieczór zszedł cicho i dość nudno przy świetle 
wielkiej lampy, która dziś oświetlała frasobliwe i zamyślone twarze. Ania nie 
schodziła jeszcze na dół, pana Adama nie było, marszałkowa była milcząca i 
zamyślona, marszałek z panem Szrottem grali w szachy, a Zosia, gorączkowo 
śpiesząc, robiła jakąś robotę szydełkową i głowy znad niej nic podnosiła. O 
dziesiątej dano sobie dobranoc. 
Tej nocy, pomimo swych trosk, Zosia spała kamiennym snem. Natura 
brała górę nad wzruszeniami. Nie darmo zeszłą noc prawie całą przesiedziała 
w oknie, myśląc i marząc, teraz spala jak zabita. Aż się Ania dziwiła. 
Za to z rana zbudziła się wcześnie, wypoczęta, rześka i z dobrą otuchą. 
W jej ciele, młodym i zdrowym, nadszarpnięte nerwy prędko wracały do 
równowagi, krew krążyła ochoczo i świat wydawał się niewymownie piękny. 
Była godzina wczesna, ale już spać nie chciała. Świecące słońce wabiło ku 
sobie. Ubrała się więc prędko. — Obiegnę ogród, zobaczę, co robią dziewczęta 
wzięte do pielenia, obejrzę maliny i pójdę się wykąpać — myślała. 
I po chwili w jasnej bluzie, z warkoczem na plecach biegła ścieżką 
wśród błyszczących od rosy trawników. Cudny był ranek, niebieski i złoty, 
pełen blasków, zapachów i ciepłych promieni słonecznych, pełen świergotu 
ptasząt i brzęczenia muszek, pełen róż kwitnących i perlistej rosy. Zosi 
zdawało się, że w taki ranek nic złego stać się nie może i czując w sobie falę 
życia bijącą gwałtownie, z rozkoszą oddychała tą radością i pięknem, które ją 
otaczało. Obiegła ogród, zajrzała do inspektów na pielące kobiety, przeszła 
między rzędami malin, których jagody soczyste i pełne czerwieniły się wśród 
liści, i poszła do kąpieli. Zimna woda jeszcze bardziej ją podnieciła i, gdy z niej 
wyszła, była różowa, pachnąca zdrowiem, z błyszczącymi oczami. Tylko włosy 
jej zamokły i ciężkie były od wody. Więc rozplotła je, roztrzepała na słońcu i 
rozrzuciła na plecach, aby prędzej wyschły. I w tym królewskim płaszczu 
złotych splotów, z ręcznikiem przerzuconym przez ramię, jasna i świeża w 
swej perkalowej bluzie, szła powoli do domu. Przez gałęzie drzew słońce 
kładło na nią to ruchome plamy światła, to niebieskawe cienie. 
 — Boże, daj, aby wszystko dobrze się skończyło! — myślała idąc ze 
spuszczoną głową. — Daj mi jego, Boże, a będę mu wierną, oddaną, dobrą 
żoną — i kochać go będę przez całe życie — i on będzie ze mną szczęśliwy. 
Ach, jak ja jego kocham!... Jerzy, mój Jerzy — mój jedyny... 
Czuła, jak wielki płomień miłości wystrzelał z niej, ogarniał tę 
ukochaną głowę, którą jak żywą widziała przed sobą. Czuła, że z jego serca 
bije ku niej takiż płomień gorący — i że te ich dwa serca, pomimo oddalenia, 
łączą się w uścisku. 
Jerzy! Mój jedyny!... Nie, nie! Rozstać się z nim nie mogła — on był jej 
życiem, jej tchnieniem — krwią jej żył, myślą jej mózgu, biciem jej serca. 
Wydrzeć to z siebie? Cóż zostanie! — śmierć chyba. Nie. Ona żyć chciała z nim 
razem, w nim i dla niego. Każda cząstka jej istoty rwała się, tęskniła do niego. 
 — Boże, Boże! Daj mi go!... 
Ale szelest przed nią na ścieżce wyrwał ją z zamyślenia. Podniosła 
głowę. 
Jerzy szedł ku niej. Blady był i oczy miał wilgotne i błyszczące — a usta 
rozsuwały mu się na białych zębach drżącym, wzruszonym uśmiechem. 
Ona, zdziwiona jego widokiem, stanęła bez słowa, prawie przelękła, i 
patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami. 
Zbliżył się, wziął obie jej ręce — i położył je sobie na piersiach. I stali 
tak bez słów, skupieni, poważni, w poczuciu tej wielkiej, nieodwołalnej chwili. 
Ona czuła pod rękami swymi uderzenia jego serca, które biło dla niej — dla 
niej! Miała je tam, pod dłońmi swymi, korne, oddane i gorące — i brała je w 
posiadanie. I strwożona, przejęta, onieśmielona, spuszczała oczy. A serce to 
wciąż biło i szeptało do niej: miłości..., miłości..., miłości... 
Słońce oblewało ich swymi promieniami — jego ciemną postać i jej 
złotą głowę — i byli razem jakby jedna istota o dwóch ciałach dopełniających 
się wzajemnie, istota pełna i doskonała, do której należała przyszłość. 
 — Więc mnie chcesz? — szepnął on wreszcie pochylając się nad nią. 
 — Chcę — odrzekła wyraźnie i podniosła na niego oczy. 
On niżej jeszcze schylił się przed nią i ustami przylgnął do jej rąk. 
Niebo miał w duszy. Więc już nie był samotny na świecie, nie był 
wydziedziczonym, tułaczem, skazańcem — rzuconym na pastwę tęsknocie. 
Nie był przybłędą, bez ojczyzny ni ogniska, liściem oderwanym od rodzinnego 
pnia — obcym wszystkim i wszystkiemu. Nie! Miał serce kochające, oddane i 
czyste, które mógł swoim nazwać — miał kobietę własną, piękną i dobrą, 
która przychodziła do niego w królewskim płaszczu swych złotych włosów i 
niosła mu królewski dar dziewictwa i miłości — miał ognisko jasne i ciepłe, 
przy którym roztopić się będą musiały wszelkie lody i śniegi jego duszy — 
pochodnię płonącą, z którą pójdzie przez życie prostą, ukochaną drogą. Miał 
ją! Ją, tę wymarzoną, wyśnioną od lat młodzieńczych dziewczynę, to 
pożądanie swej krwi, ten ideał swych myśli — tę Zosię złotą. Jego była na 
wieki — z własnej woli, nieprzymuszonej i wolnej. Jemu się oddawała duszą i 
ciałem. Jego kochała... 
Gdy wreszcie zawrócili ku domowi, ona spytała: 
 — A babunia wie? 
 — Wie. Byłem u niej i zgodziła się. Czeka na nas. 
 — Chodźmy. 
Poszli w milczeniu, odurzeni jeszcze, nie dowierzający szczęściu. Aż 
Jerzy zawołał: 
 — Boże, Boże! I za co ja taki szczęśliwy, taki szczęśliwy! 
W stołowym pokoju, przy samowarze, pani marszałkowa oczekiwała 
zakochanych. Wzruszona była i drżąca, ale nalewała, jak zwykle, herbatę, 
rozdzielała cukier porcjami i nie zapominała o nikim. Ale ręka jej trzęsła się i 
oczy zachodziły łzami, a usta co chwila bezwiednie szeptały: Daj im, Boże, 
szczęście! 
Marszałek był uprzedzony. Trochę zrazu zdziwił się, bo rzecz była dla 
niego niespodziewana. Ale zgodził się i nawet był rad. 
 — Lipowscy nie karmazyni — mówił — ale zacna, szlachecka krew. 
Wstydu Halickim nie przyniosą. A Jerzy tęgi chłop! Byleby się wyleczył z 
syberyjskich manier! Kochają się, to i dobrze. Miłość, Anuleczko, to racja nie 
lada — nieprawdaż, pani moja, królowo? Niech się kochają, niech się 
kochają... 
Więc gdy weszli, Jerzy z Zosią, przyjęto ich z otwartymi ramionami. Na 
głowy klęczących przed nią marszałkowa położyła ręce i oczy wznosząc do 
góry szeptała głosem niepewnym: Daj wam, Boże, szczęście! 
XI 
Przed kościołem w Białogórze było czyściutko wymiecione i wysypane 
piaskiem, a od bramy do drzwi kościelnych ciągnęło się sukno czerwone. 
Przez otwarte drzwi widać było w głębi ołtarz tonący wśród palm, mirtów i 
rododendronów i główne przejście usłane wzorzystymi dywanami. 
Chociaż to był dzień powszedni, w całej Białogórze panował niezwykły 
ruch. Na ulicy stały gromadki Żydów, małe Żydzięta przebiegały co chwila tu i 
ówdzie, do kościoła zaś ciągnęły po kilka razem wystrojone jak na festyn 
mieszczanki. Zgraja żebraków, z Kostuchą na czele, obsiadła bramę 
wjazdową. 
A kwietniowe słońce zalewało świat złocistymi promieniami i kładło 
wszędzie barwy i blaski na ten dzień uroczysty. 
Był to dzień ślubu Jerzego Lipowskiego z Zosią Halicką. 
Więcej niż półtora roku minęło od dnia ich zaręczyn. Syberyjskie 
zobowiązania Jerzego, konieczne przeróbki w Białym Dworze, wreszcie ciągłe 
mitręgi ze strony pani Antoniowej spowodowały, że się narzeczeństwo młodej 
pary tak długo przeciągnęło. I teraz nawet pani Antoniowa nie przyjechała. 
Kilkakrotnie z jej powodu zmieniano termin ślubu, a nigdy stawić się nań nie 
mogła. Wreszcie młodzi zbuntowali się i postanowili nie czekać dłużej jak do 
ostatnich dni kwietnia. Ale i teraz nieszczęście chciało, jak pisała, że właśnie w 
tym czasie zakon Sióstr Bolejących, już zatwierdzony przez papieża po 
odbyciu nowicjatu i ostatecznych święceniach, ma się przedstawić w 
Watykanie. Dzień oznaczony nie jest i być nie może zawczasu, bo zależy to od 
tysiąca okoliczności, a zwłaszcza od zdrowia Jego Świątobliwości, więc 
odjechać nie może w tak ważnej dla zakonu chwili. Obowiązek zatrzymuje ją 
w Rzymie, chociaż serce rwie się do najdroższego dziecka, które by z taką 
radością błogosławić chciała na tę nową drogę życia. Niech ta bolesna ofiara 
serca macierzyńskiego, złożona sercu Jezusowemu, ściągnie wszelkie łaski 
boskie na kochaną Zosieczkę. W dzień ten uroczysty na ich intencję 
odprawione będą w siedmiu kościołach msze święte, a wszystkie Siostry 
Bolejące obiecały przyjąć sakramenty i modlić się o szczęście dla nich. Przed 
obrazem zaś Madonny w San Agostino palić się będzie przez cały dzień 
siedem świec woskowych. Bóg musi wysłuchać tylu gorących modłów. List był 
niezmiernie czuły. W końcu prosiła młodą parę, aby za cel poślubnej podróży 
obrała sobie Rzym, gdzie by mogła ich uścisnąć i nacieszyć się ich szczęściem. 
Zosi przykra była nieobecność matki w tak ważnym dniu. Ale babunia, 
prawdziwa jej matka i opiekunka, była przy niej. Zresztą opuszczona czuć się 
nie mogła wśród ogólnych objawów sympatii i serdeczności, jakie zewsząd ją 
otaczały. Na ślub jej, chociaż miał być cichy i skromny, zjechała się rodzina, 
stanęło całe sąsiedztwo — stryjostwo Józefowie, oboje Julkowie, Lunia z 
mężem, młodzi państwo Zawidowscy, Suniżyccy, cała rodzina Leniewiczów, 
państwo Różyńscy, Robiccy, pani Ławryniewiczowa z trzema córkami i pan 
Chański, i Grzałkowscy, i piękna pani Porażewska, i wreszcie cała paczka 
kolegów Jerzego. Mały kościółek zaroił się dobrze znanymi twarzami. Panie 
poprawiały suknie, obciągały na sobie pelerynki i stały sztywne w 
oczekiwaniu. Panowie rozmawiali półgłosem. 
Pan młody, który z drużbami swymi przyjechał, stał na uboczu, nie 
widząc rzucanych na niego spojrzeń. Blady był bardzo, z oczami błyszczącymi, 
które nic nie widziały dokoła, zdenerwowany i rozstrojony strasznie. 
Chwilami wstrząsały nim dreszcze, w gardle go dusiło, coś jakby płacz w nim 
wzbierał — a nad wszelkimi innymi uczuciami zaczęło brać górę pragnienie, 
aby się ta ceremonia prędzej skończyła. 
 — Byle odbyć! Byle odbyć! — powtarzał w duchu. Aż usłyszano znowu 
turkot i wołania: 
 — Jedzie! Jedzie! Panna młoda jedzie! 
I przed bramę zajechała wielka poczwórna karoca, z której powoli 
wysiadła pani marszałkowa, a za nią panna młoda i drużki. Na chórze 
zahuczało, zaskrzypiało i ozwał się marsz triumfalny. Drużbowie podali ręce 
Zosi, drużki uczepiły się ramion Jerzego, za nimi sformował się parami orszak 
weselny i ruszono ku ołtarzowi. Szła kwiecistą drogą panna młoda, dziewicza i 
śnieżna w obłoku tiulowym. A za nią pan młody, spokojny na pozór, ale 
wewnątrz drżący ze wzruszenia. 
 — Byle to odbyć! — powtarzał sobie. — Byle odbyć! 
Ksiądz proboszcz wyszedł z mszą. Wszyscy zajęli miejsca na krzesłach 
ustawionych w półkole, a państwo młodzi uklękli na przygotowanych 
klęcznikach. Zrobiło się prawie cicho, bo grano na organach jakąś melodię 
leciuchną i sentymentalną, którą organista uważał za najwłaściwszą podczas 
ślubnego nabożeństwa. 
Jerzy uczuł naraz ogromną ulgę. Nerwy jego naprężone i zbolałe 
uspokoiły się. Oparł głowę na ręku i patrzył na ołtarz umajony zielenią i 
błyszczący od świateł i na rześkiego staruszka, proboszcza, którego 
dobroduszna zwykle twarz miała teraz uroczysty wyraz. A myśli rozwijały się 
jak przędza w jego głowie i snuły się długim pasmem, łączącym przeszłość z 
chwilą obecną i dziecinne lata z dniem dzisiejszym, i co chwila wracało wśród 
tej przędzy jak węzeł złoty postanowienie: 
 — Wszystko zrobię, aby ona była szczęśliwa! 
I spod spuszczonych rzęs starał się dojrzeć jej twarz, ale nie mógł, bo 
twarz ta była w obie ręce schowana i nisko pochylona nad klęcznikiem. 
Książka do nabożeństwa, w kość słoniową oprawna, leżała zamknięta przed 
nią. I nawet ustnie nie modliła się Zosia zwykłymi modlitwami. Szło z jej 
duszy gorące, silne wołanie do Boga, wołanie o opiekę, o światło, o mądrość, 
o łaskę, o szczęście i nie tyle dla siebie, ile dla tego jedynego, 
najdroższego, którego serce spoczywało w jej dłoni, którego losami ona miała 
kierować, który jej powierzył swój spokój, swoją cześć, najlepszą cząstkę swej 
duszy. O, być dla niego tym, czym czuje, że być powinna! Boże, daj! Boże, 
dopomóż! 
Po skończonej mszy zwrócił się proboszcz do zgromadzonych 
odchrząknąwszy, przemówił: 
 — Pobożni chrześcijanie! Moje kochane dzieci! Nie pora was teraz 
uczyć, jakimi macie być małżonkami, bo jeżeli dotąd tego nie wiecie, to i moja 
mowa niewiele pomoże. Jesteście poczciwi, zacni, kochacie się, czekaliście na 
siebie przeszło półtora roku, więc wasza miłość nie jest ot, tak sobie, zabawką, 
z łaski na pociechę. No, więc i będzie wszystko dobrze. To tylko chcę wam 
przypomnieć jeszcze, że w każdym porządnym domu, u dobrych katolików, 
pierwszą osobą powinien być Pan Jezus. Nie mąż, nie żona, a Pan Jezus. Jak 
Jego w sercach waszych postawicie na pierwszym miejscu, to i wzajemnie 
kochać się będziecie lepiej i poczciwiej, tak jak On przykazał i potraficie sobie, 
panie dobrodzieju, łatwiej przebaczać dla Jego miłości i spokojniej jedno 
drugie znosić. Ja wiem, moje dzieci, że wy teraz wyobrażacie sobie, że nic nie 
będzie do znoszenia, wszyscy zakochani tak myślą. A to nieprawda! Oj, 
będzie, będzie! I mój kochany Jerzy ma wady, ma, bo jest człowiek grzeszny, 
proch ziemski. I panna Zofia ma swoje przywary. Oj, daleko do doskonałości, 
nie ma co, panie dobrodzieju! Lepiej uderzyć się w piersi i przyznać się. Ale 
jak będziecie się kochać bardzo i będziecie Pana Jezusa często wzywać do 
pomocy, to i z wad poprawicie się i będzie wasz dom prawdziwie 
chrześcijańskim domem. A dom chrześcijański to... to jest fundament całego 
społeczeństwa... to jest, panie dobrodzieju, takie ognisko, z którego rozchodzi 
się ciepło i światło daleko, na wszystkie strony, to jest... takie źródełko, z 
którego płynie czysta woda, bez szumu, bez huku, cichutko, ale stale, ciągle i 
daje naokoło świeżość roślinom i kwiatom, i człowiekowi strudzonemu 
pokrzepienie. Ot, co to jest rodzina chrześcijańska! I to jeszcze muszę 
powiedzieć, że w tej rodzinie najwięcej zależy od żony. Tak, panno Zofio, ty, 
młoda oblubienico, panie dobrodzieju... Jak gdzie żona zła, kłótliwa, a 
strojami zajęta, a nie pilnująca domu, a wiecznie zasępiona, wiecznie 
niekontenta z tego, co ma, to tam, choćby mąż był dobry jak anioł i pracował 
jak wół, to nic nie poradzisz. Będzie nieład, brud, kłótnia, plotki, marnowanie 
grosza i obraza boska. To trzeba sobie zapamiętać. Ale nie na to ja ciebie, 
panno Zofio, chrzciłem przed dwudziestu laty, a potem przygotowywałem do 
Sakramentów świętych i nie na to ciebie twoja czcigodna babunia hodowała w 
posłuszeństwie i w dobrym przykładzie, abyś miała być złą żoną. Niech Pan 
Bóg broni! Owszem, będziesz dobrą żoną, dobrą matką, dobrą panią i 
gospodynią, prawdziwą kobietą ewangeliczną. No, a teraz, moje dzieci, 
uklęknijcie i wzywajcie Ducha Świętego, aby was oświecił i ugruntował w 
dobrych postanowieniach. 
Proboszcz był wzruszony własną mową i parę razy łzy mu się zakręciły 
w poczciwych oczach. A gdy ukląkł i zaintonował pieśń do Ducha Świętego, 
głos mu się trząsł. Zagrzmiało Veni Creator na organach. Przyjdź, Duchu 
Stworzycielu, napełnij serca Twych wiernych i zapal je ogniem miłości Twojej! 
Przyjdź! Przyjdź! 
Dusze Jerzego i Zosi napełniły się światłem, modlitwą i ciszą wielką. 
Na ich czołach osiadała coraz większa powaga. 
Organy umilkły. Powstali wszyscy. Państwo młodzi podeszli do stopni 
ołtarza i stanęli obok siebie. Promienie słońca, wpadając przez okno, kładły 
jasność niezmierną na jej białe tiule i złociły jego ciemną głowę. 
Ksiądz zwrócił się do Jerzego: 
 — Jerzy, masz dobrą a nieprzymuszoną wolę i postanowiony umysł tę 
Zofię, którą tu przed sobą widzisz, za małżonkę sobie pojąć? 
 — Mam. 
 — Nie ślubowałżeś której innej wiary małżeńskiej? 
 — Nie ślubowałem. 
 — Także i ty, Zofio, masz też dobrą i nieprzymuszoną wolę i 
postanowiony umysł tego Jerzego, którego tu przed sobą widzisz, za 
małżonka sobie pojąć? 
 — Mam. 
 — Nie ślubowałażeś komu innemu wiary małżeńskiej? 
 — Nie ślubowałam. 
 — Augeat in vobis Deus gratiam suam, ut quad dictis ore, opere 
impleatis. Per Christum Dominum nostrum. Amen — wyrzekł ksiądz. I 
wziąwszy z tacki obrączki złote, wyszeptał nad nimi łacińskie Oremus i 
powkładał im na palce mówiąc do każdego z osobna: 
 — Accipe annulum fidei matrimonialis in nomine sanctissimae 
Trinitatis, ut illum portans, armeris virtute coelestis defensionis, et proficiat 
tibi in salutem aeternam. 
I złączywszy ich dwie prawice związał je stułą i zwrócony do 
nowożeńców podawał im słowa przysięgi: 
 — Ja, Jerzy, biorę ciebie, Zofię, za małżonkę i ślubuję ci miłość, wiarę i 
uczciwość małżeńską, a iż cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż, 
Panie Boże Wszechmogący w Trójcy jedyny i wszyscy święci. 
 — Ja, Zofia, biorę ciebie, Jerzego, za małżonka i ślubuję ci miłość, 
wiarę, uczciwość i posłuszeństwo małżeńskie, a iż cię nie opuszczę aż do 
śmierci. Tak mi dopomóż, Panie Boże Wszechmogący w Trójcy jedyny i 
wszyscy święci. 
A zwracając się do otaczających podniesionym głosem rzekł proboszcz: 
 — Was, którzyście tu obecni, biorę na świadectwo, jeśliby tego kiedy 
była potrzeba, abyście świadczyli o niniejszym małżeństwie między osobami 
tymi prawnie zawartym i od Kościoła potwierdzonym. 
I dodał: 
 — Quos ergo Deus conjunxit, homo non separet. Et ideo matrimonium 
inter vos contractum, ego auctoritate Ecclesiae Catholicae confirmo et 
benedico. In nomine Patris, et Filii, et Spiritus sancti. Amen. 
Szerokim znakiem krzyża pobłogosławił chylące się głowy i ceremonia 
była skończona. 
Co Bóg złączył, człowiek już nie rozłączy. 
Organy zahuczały znowu triumfalnym marszem. Pary uszykowały się 
do odwrotu. Państwa młodych wsadzono do karety i zatrzaśnięto za nimi 
drzwiczki. Śliczna czwórka gniadoszów ruszyła. 
Milczeli zrazu oboje, wzruszeni, z poczuciem czegoś nierealnego, 
bajecznego, co się z nimi stało. Aż gdy wyjechali z miasteczka i poczuli się 
sami wśród niezmierzonych łąk i pól, zieleniejących wiosenną runią, pod 
olbrzymią kopułą błękitnego nieba w zalanej słońcem przestrzeni, serca ich 
wezbrały szczęściem i otworzyły się ramiona i pili rozkosz pocałunków swych 
czystych. 
W Białym Dworze był ruch ogromny. Oczekiwano przybycia państwa 
młodych, których spotykać miano uroczyście. Cała ludność Białego Dworu 
brała udział w tym przyjęciu. Była to feta na całym obszarze majątku. Więc 
naprzód na granicy czekała deputacja konnych chłopaków przy skleconej z 
zielonej wierzbiny bramie i gdy powóz nadjechał, zaczęto palić z pistoletów i 
ze starych strzelb i obrzucać jadących ziarnami zboża. Zatrzymano konie i 
jeden z chłopców, piętnastoletni wyrostek o lnianej czuprynie, wygłosił 
bardzo prędko i niewyraźnie rymowane powinszowanie. Po czym deputacja 
otoczyła powóz i ruszono dalej. U wjazdu do alei paliły się dwie beczki smolne 
i znowu sklecona była triumfalna brama i znowu gromada starych 
gospodarzy, kątników i ludzi dworskich składała życzenia. Po raz trzeci, u 
bramy wjazdowej, zatrzymano się i dziewczęta wiejskie podały młodej pani 
ogromny bukiet wczesnych, wiosennych kwiatów polnych — i znowu jedna z 
nich, śpiesząc się bardzo, wygłosiła wiersz długi cichym, monotonnym 
głosem. 
Wreszcie na panku stali oficjaliści. Pisarz w tużurku, ekonomowie z 
folwarków, nadleśny, lokaj i ogrodnik, a na ich czele Bartłomiejowa 
wystrojona, w nowej sukni, i Bartłomiej, trzymający tacę oplecioną kwiatami 
z chlebem i solą, i z pękiem kluczy. 
Po przywitaniu, wysłuchaniu oracji Bartłomieja i przyjęciu chleba i soli 
weszli oboje do domu, pod własny, wspólny dach. I stojąc na środku salonu, z 
którego widok rozciągał się na taras, na ogród, na rzekę, na łąki zielone i na 
widniejący z dala kościół białogórski, w milczeniu się uścisnęli. 
Wszedł służący i coś przemówił do Jerzego. 
 — Zaraz. Powiedz, że zaraz przyjdziemy — rzekł Jerzy. 
 — Musimy pójść na folwark — dodał zwracając się do Zosi — bo tam 
czekają z rozpoczęciem tańców. 
 — A, dobrze — idźmy. Ale... w tej sukni... 
 — To nic — przyjemnie im będzie popatrzeć na ciebie. 
Na podwórzu folwarcznym stały naokoło stoły i ławki, a w środku była 
pusta przestrzeń, czysto wymieciona, przeznaczona do tańca. Na małym 
wzniesieniu, w głębi, siedzieli muzykanci. Dokoła kołysały się na sznurach 
lampki, które zaczynało zapalać kilku chłopaków. Na stołach wznosiły się 
stosami nakrajane porcje chleba, pierogów, kromki sera, kawałki kiełbas, 
obwarzanki i pierniki, a w olbrzymich naczyniach dymił rosół i pływały 
kawałki mięsa. Wódki nie miało być wcale na tej fecie, urządzonej z woli i z 
prywatnych funduszów Zosi, tylko piwo. Herbata zaś dla starszych, a dla 
młodszych woda z sokiem. Ale za to muzyka dobra, basetla, skrzypce, flet i 
bęben. 
Gwar już panował ogromny. Tłum dziewcząt w jaskrawych, 
perkalowych sukniach i parobczaków, ubranych odświętnie, gromady 
starszych kobiet i gospodarzy w szarych, samodziałowych kurtkach, nawet 
dzieci cisnęły się około stołów, pożerając oczami zastawioną dla nich 
wieczerzę. Ale jeszcze nie zabierano się do jedzenia, czekano państwa 
młodych. 
Nadzór nad całą zabawą wziął na siebie Edzio, który na pięć mil dokoła 
znał każdego chłopa i miał wśród nich mir wielki. A teraz, przybywszy zaraz 
po ślubnym obiedzie, uwijał się jak mucha w ukropie, aby ład w zabawie 
utrzymać i wszystko zorganizować, bo Bartłomiej, chociaż krzyczał bardzo 
głośno i niejednego w plecy pięścią szturchnął, więcej wprowadzał zamętu jak 
porządku, a dbał bynajmniej nie o wesołą zabawę, a o pompatyczne przyjęcie 
państwa i o wysunięcie naprzód swej osoby. Toteż gdy na ścieżce od dworu 
zajaśniała suknia panny młodej obok wysokiej postaci nowego pana, rzucił się 
stary do beczek z piwem, do szklanek i kubków, aby móc pierwszy krzyknąć 
donośnym głosem: 
 — Zdrowie państwa młodych! 
Olbrzymi okrzyk mu odpowiedział i wzleciał pod wieczorne niebo. 
Wyciągnęły się do góry ręce, czapki wyfrunęły, a gdzieś pod płotem, daleko, 
wystrzeliły fuzje, trzasnęły baty i muzyka ryknęła donośnie. I zaczęły krążyć 
szklanki, kubki i blaszanki i coraz to z innej strony wołano: 
 — Zdrowie jasnych państwa młodych! 
I coraz to nowe gromady zbliżały się z ukłonami i z okrzykiem do 
młodej pary. 
Oni stali ze szklankami w ręku i odpowiadali ukłonami i uśmiechem na 
życzenia i mówili do bliżej stojących: 
 — Dziękujemy, z serca dziękujemy! I wam najlepszego życzymy. Da 
nam Bóg żyć z sobą w zgodzie, po sąsiedzku. 
 — A panienkoż nasza kochana — mówiły starsze kobiety trochę 
podniecone — my takież rade, że swoich panów doczekali. I nam teraz będzie 
lepiej — jakości porządniej. 
 — Teraz już zawsze będziemy z wami — mówiła Zosia. 
I patrząc na ten tłum, co się wkoło niej tłoczył, na te twarze, co się 
zaczynały rozgrzewać, wiedziała, że mówi prawdę. Tak, teraz zawsze już 
będzie z nimi, z tymi ludźmi, z którymi czuła się związana wiarą, mową, 
tradycjami, krwią niemal, którzy byli jej narodem, jej ojczyzną, których czuła, 
że kocha prawdziwie i chce wedle sił uszczęśliwić. Teraz zawsze będzie z nimi, 
w każdej sprawie, w każdej biedzie, w dniach smutku, w chwilach walki. 
Będzie z nimi. 
Spojrzała w twarz męża. On stał trochę onieśmielony, ale życzliwymi 
oczami wodził po otaczającym go tłumie i uśmiechał się. Był wzruszony i w 
uśmiechu usta mu trochę drżały, a że nie chciał tego pokazać, więc czoło 
marszczył silnie. Ale ona wiedziała dobrze, że ich myśli są wspólne, więc 
przycisnęła jego ramię i szepnęła: 
 — Lubisz ich, prawda? 
 — O, bardzo — odrzekł. 
Bardzo ich lubił, tych ludzi, których znał od dzieciństwa, wśród których 
upłynęły mu najlepsze lata, bardzo. A tym bardziej, że niedawno jeszcze byli 
oni jakby straceni dla niego, że nie miał nadziei żyć wśród nich. Więc teraz, 
gdy do nich wrócił, z radością powtarzał za żoną: 
 — Teraz już zawsze będziemy z wami. 
Ale muzyka zaczęła grać polkę i pary się zakręciły. Piwa już nie 
rozlewano, ale miski z rosołem i z barszczem ustawiano na stołach i koło nich 
skupili się ludzie. Każdy wyciągał własną łyżkę drewnianą i sięgał nią do 
miski, chleb trzymając w drugim ręku i powoli ogryzając. 
Na niebie zaczęły się różowić chmurki, a słońce szło już ku lasom 
uciańskim i chyliło się ku nim na spoczynek. Długie, niebieskawe cienie 
zaczęły snuć się po ziemi. A lampki coraz gęściej migotały dokoła podwórza, 
kołysząc się z lekka jak girlandy złotych kwiatów. 
Już zabawa rozpoczęła się na dobre. Muzyka grzmiała, nogi 
przytupywały, a głosy rosły w coraz potężniejszy huk, podobny do brzęczenia 
pszczół i do huku burzy. Jerzy i Zosia stali jeszcze wśród tłumu, rozmawiając z 
bliższymi, ale w głowach zaczynało im się kręcić, w oczach mąciło się. 
 — Chodźmy już — szepnął Jerzy widząc, iż ona się robi coraz bledsza. 
 — Dobrze, chodźmy. 
I korzystając z zapadającego zmroku wymknęli się i podążyli ku 
domowi. 
Tam było cicho. Ledwie głośniejsze dźwięki przedzierały się przez gęstą 
ścianę drzew. Od dwóch lat znaczne tu zaszły zmiany. Ręka właścicielki 
zaznaczyła się wszędzie. Nie było jeszcze pięknych trawników ani klombów 
kwiecistych, ani szerokich dróg żwirowanych. Dom świecił tu i ówdzie 
opadłym tynkiem, a dach był mocno połatany. Ale ruiną już nie pachniało. 
Drzewa były podkrzesane, dzikie chwasty ścięte, a chmiel, duszący w swoich 
ramionach całą roślinność dokoła, starannie był wypleniony. Wieżyczka, 
która dawniej dawała pozór fałszywej elegancji skromnemu dworowi, teraz 
znikła zupełnie. I stał dom obszerny, ale skromny, gościnny, ze swoim 
wygodnym podjazdem, zaciszny w wieńcu starych drzew. Wiele jeszcze 
pozostawało do zrobienia, ale już i wiele było zrobione i było to już gniazdo 
miłe, ciepłe i przytulne dla tej młodej pary, która tu osiadła. 
A teraz łuna zachodu pomalowała na różowo ściany domu i 
przeświecały one przez lekką zieloność rozwijających się drzew, jakby gazą 
obrzucone. 
 — Jak tu ładnie! — rzekł Jerzy. 
 — Prawda? — zawołała Zosia uradowana z jego pochwały. — Śliczny 
jest nasz Biały Dwór! Ale ja mam jeszcze różne projekty. 
I zaczęła opowiadać o swoich planach, o zmianach, jakich tu w 
ogrodzie myśli dokonać, o praktycznych swych pomysłach. 
 — Zobaczysz, już w tym roku będzie mnóstwo jabłek, bo drzewa 
doskonale opatrzone, a tak ładnie kwitną. 
I pociągnęła go pod owocowe drzewa, które teraz stały białe i różowe 
rzędami na murawie i wyciągały swe ukwiecone gałęzie, a przy każdym 
podmuchu sypały płatkami śnieżnymi. Silny, gorzki zapach jabłoni rozchodził 
się dokoła. A słońce zachodzące przeszywało ogród cały purpurowymi 
strzałami, które się kładły na kwiatach i na trawie. Biało tam było, różowo, 
puszysto i pachnąco. A gdy stanęła Zosia w swych śnieżnych tiulach pod 
deszczem kwiatów, sama była do nich podobna. 
Ale słońce chowało się już za lasy. Wielkie, ogniste, zasuwało się powoli 
za czarną koronkę sosen i przez nie przeświecało jeszcze, aż zgasło zupełnie. I 
tylko chmurki krwawe pływały jeszcze po niebie, dążąc po nim na spoczynek, 
płynąc jedna za drugą i układając się w spokojne, długie pasma, które coraz 
bardziej traciły barwę. A z przeciwnej strony, na niebie czystym i lazurowym, 
wstał księżyc blady i odbił się w biegnącej wodzie Białki. 
Cisza była wokoło. Tylko chrząszcze tłukły się po jabłoniach, a zza rzeki 
ozwały się po kałużach żaby i kumkały żałośnie. Z folwarku dochodził czasem 
brzęk muzyki i głosy mieszane. 
A ich oboje zaczął porywać ten czar wiosenny i wlewał się im w dusze i 
obezwładniał myśli, a żarem palił w żyłach. Coraz rzadziej mówili i tylko 
czasem rzucali obojętnym słowem, jakby dla pokrycia tego niepokoju, który 
ich oboje zaczynał ogarniać. I coraz bliżej przysuwacie do siebie, jakby siła 
jakaś wszechmocna popychała ich sobie wzajemnie w objęcia, jakby ich istoty 
pragnęły się połączyć, zlać w jedno, utonąć w sobie. Nad łąką zaczęły się 
unosić białe opary, a z ich serc rozkołysanych słodyczą wznosiła się pieśń bez 
słów, pieśń miłości i szczęścia. 
Wietrzyk chłodny zawiał od rzeki. Poleciały płatki jabłoni na ich dwie 
głowy tulące się do siebie i otoczyły je śnieżną zawieruchą. 
 — Ładnie! — szepnęła Zosia. 
 — Ale chłodno już — on odparł. — Przeziębisz się, chodźmy do domu, 
do naszego domu... 
Objął ją wpół, a ona oparła się o niego, prawie zwisła na jego ramieniu 
czując ogromną rozkosz tej bliskości i tego dotknięcia. I szli ku białemu 
domowi, owiani chłodem łąki, zapachem kwiatów i niebieskawą gazą 
promieni księżyca. 
W domu zapalone były wszystkie lampy, na stołach stały bukiety 
czeremchy i fioletowych kosaćców. Szumiał samowar w jadalnym pokoju i 
lśniła w świetle zastawa do herbaty. Ale służby nie było widać, gdzieś 
dyskretnie znikła po kątach. Byli sami. 
 — Chodź, obejrzymy wszystko. 
Więc poszli razem przez pokoje oświetlone i wonne od kwiatów. A 
Zosia wciąż nowe wydawała okrzyki podziwu. Bo Jerzy sam zajął się 
urządzeniem wnętrza domu. Od powrotu zamieszkał w Białym Dworze, objął 
interesy i gospodarstwo i pracował nad wystrojeniem dla niej gniazda. Meble 
były po większej części stare i zniszczone, ale przybyły nowe graty, trochę 
wschodnich dywanów, perskich tkanin, chińskich sprzętów i makat, które on 
skupował na obczyźnie, a teraz ustawił tak ślicznie i miło! Wiele i tu było 
jeszcze braków, kilka pokojów pustych zupełnie, wiele rzeczy nadwerężonych, 
ale jej zakochane oczy tego nie widziały, a patrzyły z zachwytem na ten dom, 
który już miał być zawsze ich wspólnym domem. 
 — Jaki śliczny! — zawołała, wchodząc do małego pokoiku, który miał 
być jej własny i w którym on zgromadził wszystkie najpiękniejsze sprzęty. 
 — Ach, jak nam tu będzie dobrze! O, Jerzy! Jaki ty dobry dla mnie! 
 — Objęła go za szyję i przysunęła mu usta do twarzy, a jego porwała 
szalona radość, więc schwycił ją w ramiona, uniósł z ziemi i jak dziecko małe 
tulił do siebie i niósł przez cały szereg pokoi, aż do sypialni w głębi, gdzie 
paliła się u sufitu przyćmiona lampka. 
 — Ach, Jerzy, jaki ty silny! — szepnęła ona, ale nie broniła się, 
zwalczona tą męską siłą. 
Wniósł i złożył ją na łóżku, i przytulony do niej wpatrywał się w nią. A 
ona, choć zamknęła oczy, czuła na sobie ten wzrok, co ją palił, co ją pożerał, 
pod którym ogarniało ją jakieś drżenie rozkoszne i dziwna omdlałość. 
Trwali tak długo, rozmarzeni w tej ciszy sypialnej komnaty, gdzie 
pachniały czeremchy. Tuż blisko, za oknem, w krzaku rozkwitającego bzu 
słowik trele swe wywodził. A dalej na łące rechotały żaby. Przez koronkowe 
story księżyc zaglądał im w oczy... 
Nagle na małym zegarze na konsoli zaczęła dzwonić godzina, cienkim, 
metalicznym dźwiękiem. Dwunasta! 
Jerzy podniósł się bez słowa i wyszedł z pokoju. 
Ona pozostała jeszcze chwilę bez ruchu — aż zerwała się szybko, zgasiła 
świecę i po ciemku zrzucała z siebie ubranie. Cichutko wsunęła się do łóżka, 
zawinęła się w kołdrę — i przymknęła oczy. 
Cicho było. Tylko słyszała bicie własnego serca — a pod oknem, w 
krzakach, śpiew słowika. Księżyc haftował na firankach i na ścianach 
fantastyczne kwiaty, gałęzie i arabeski — lampka kładła dokoła półtony 
różowe. 
 — Co to będzie? Co to będzie? — myślała i dreszcz nią wstrząsał. — Ale 
babunia mówiła, że mężowi trzeba zupełnie zaufać. A jeszcze takiemu 
kochanemu mężowi! Najlepszemu na całym świecie. A jednak są chwile, w 
których on jest jakiś dziwny..., jakiś inny..., obcy... Ale zawsze kochany, 
zawsze jej własny, jej mąż, jej jedyny.,. 
Leciuchny szmer tuż obok doszedł ją. Otworzyła oczy. Coś wielkiego, 
białego, pochylało się nad nią. Jakieś ramię rozpalone otaczało jej ramiona i 
głos namiętny szeptał jej tuż przy twarzy: 
 — Ty złota! Ty szczęście moje..., ty... ty... 
Ją porwała wielka fala miłości — zarzuciła mu obie ręce na szyję — i 
oddała mu się cała... 
Księżyc posuwał się z wolna po granatowym sklepieniu, rozświecał 
coraz to nowe kąty w ogrodzie, osrebrzał gałązki, bielił trawniki, całował 
rozkwitłe jabłonie, odbijał się pasmami brylantów w wodzie Białki, błyszczał 
w kropelkach rosy, kładł dokoła wielkie, zielonawe smugi, kroczył po niebie 
przezroczystym jasnym okiem spoglądając na ziemię, gdzie w jego świetle 
tajemniczym drgały prądy miłości i rozkoszy. Bo w tę noc wiosenną ziemia nie 
spała — drzemała tylko przykryta błękitnym płaszczem nocy — ale co chwila 
drżenie jakieś ją przebiegało i szło od niej ciche westchnienie, jakby przez sen 
wymówiona pieszczota. I w wielkiej ciszy zrywały się nagle głosy roztęsknione 
 — to jodły zaszumiały chwiejąc ciężkimi gałęziami — to brzozy zadzwoniły 
listkami — to jabłonie, szemrząc, sypały płatkami białymi. Krople rosy 
zsuwały się po liściach jak paciorki i na niższe gałązki spadały. Przepiórki 
gdzieś daleko nawoływały się po polach. Bąk samotny huczał poważnie. A gdy 
te głosy uciszały się, to wyraźnie zaczynał odzywać się w trawie świerszczyk i 
czasami chrząszcz z brzękiem przeleciał. A słowik, nie zważając na żadne 
przerwy, wciąż trylował i lał ze swego gardziołka prześliczne nutki i 
wypowiadał czułe zwrotki swej małżonce, siedzącej w głębi gniazdka... 
Zosia ocknęła się z tego stanu półomdlenia, a pół świadomości, w który 
zapadła przez długą chwilę. Przy niej spał Jerzy mocnym, kamiennym snem. 
Jego czarna, krótko ostrzyżona głowa rysowała się wyraźnie na tle poduszki. 
Czoło uparte i dumne, przecięte linią zrośniętych brwi, wydawało się teraz 
gładsze i jakby wypoczęte. Wąsy roztrzepane osłaniały usta pełne, czerwone, 
soczyste jak owoc — te usta, które już tyle dały jej upojeń. 
Oparła się na łokciu i patrzyła na niego. Cały rój myśli kłębił się jej pod 
czaszką — cały potok uczuć w niej się rozlewał... 
Aż on się nagle poruszył. Oczy senne otworzył powoli i na nią spojrzał 
kochającym wzrokiem — a z ust wyrwał się szept: 
 — Moja ty, moja... 
A w nią wstąpiło poczucie szczęścia bez granic. I znowu głowa jego 
opadła na poduszki, i zasnął. 
O, jakże go kochała! I on był jej, i ona była jego — na życie całe, na 
wieczność. Serce w niej topniało i rozpływało się w rozkoszy tak słodkiej, że 
już chyba nic słodszego nie mogło być na świecie. 
Słowik śpiewał pod oknem. Z dala dochodziło rechotanie żab. Blask 
księżyca zaczął blednąć na firankach i sączyć się zaczęła jakaś szarość — i 
rozświecała kąty pokoju. Czyżby to już był świt? 
Jej ciążyła bezsenność — uleżeć nie mogła w łóżku. 
 — Zobaczę, czy to już świta — pomyślała i cichutko zarzuciła na siebie 
ranną bluzę i podeszła do okna. Wsunęła się za firankę. 
Świtało na świecie. Powietrze zdawało się jakby nalane, przejęte białą 
farbą i na niebie księżyc bez blasku już znikał powoli. A rosa świeciła biało jak 
szron na murawie, na listkach i dalej na łące. Tylko na wschodzie, tam za 
Białogórą, pręga różowa leżała na widnokręgu i wciąż nabierała żywszej 
barwy. Obłoczki w górze były już złote — płynęły po niebie jak zwiastuny 
słońca. Słowik zamilkł po całej nocy miłosnych wynurzeń, ale w innych 
gniazdach budziło się życie, podnosiły się cienkie głosiki, skrzydełka 
strzepywały z siebie nocną rosę, tu i ówdzie ptaszek wyfrunął z pośpiechem. A 
w dali widać było na łące poważnego bociana, który już od dawna szukał 
pożywienia. Z rzeki zaczęły wstawać lekkie mgły i błądziły po świecie, coraz 
się podnosząc ku górze, rwały się na strzępy i rozwiewały się w powietrzu jak 
senne widziadła, które dzień rozprasza. 
Zosia stała nieruchoma, zamyślona. Jaki ten świat był piękny! Nigdy 
jeszcze tak pięknym się jej nie wydawał jak teraz, gdy sama czuła się 
szczęśliwa, kochana. Nigdy te barwy na niebie nie były tak przeźroczyste ani 
te obłoki tak lekkie, ani ta jutrzenka tak cudnie różowa i złota. Nigdy rosa nie 
szkliła się tak kryształowo ani listki drzew nie były tak podobne do zielonej 
gazy, rzuconej na niebo jak balowa szata. I nigdy dotąd ta ziemia nie mówiła 
do niej tak wyraźnym, doniosłym głosem. Teraz głos ten słyszała zewsząd ku 
niej płynący — i z wysokich jodeł szumiących, i z drobnych trawek operlonych 
rosą, i z rozkwitłych jabłoni, i z fali rzecznej, i z tych pól szerokich, gdzie 
siedziały po miedzach grusze, i z tych chat o słomianych dachach, skąd dymy 
wzbijały się teraz w górę, i z tych piersi ludzkich, które czuła dokoła siebie, z 
tych piersi smętkiem przepełnionych, ale twardych jak kamień i odpornych 
jak opoka. A w głosie tym była skarga i żałość — ale i ufność i nadzieja — i 
jakaś siła niczym nie zwalczona. 
Różowa łuna na wschodzie robiła się coraz jaśniejsza, odbijała się w 
wodach białogórskiego jeziora, rozlanych na horyzoncie, z których, zdawało 
się, że słońce wyjść zamierza, jak z łoża kryształu i opałów. Kościół na 
wysokości przybierał barwę różaną. 
I Zosia, oparta o okno, z oczami utkwionymi w to niebo przecudne, 
przeżywała powoli życie swe całe. Więc naprzód dzieciństwo „sielskie, 
anielskie" pod skrzydłem babuni, na łonie tej ukochanej ziemi rodzinnej. To 
dzieciństwo, w którym i on — Jerzy — zajmował już w jej życiu ważną rolę. A 
potem młodzieńcze lata, gdy wyrabiały się ideały, zapadały postanowienia, 
przyjaźń z Anią, budząca się miłość do wszystkiego, co wzniosłe, śmiałe, 
szlachetne. I ta chwila ulotna, gdy jego miłość zabłysła przed nią jak 
błyskawica — i zgasła w oddaleniu. 
Ale przyszły z daleka inne prądy, obce wpływy, obca wiara, obcy ludzie 
i zrobiły zamęt wielki w jej głowie. Bo mówili pięknie i bardzo wzniosie, 
stawiali przed oczami wszechludzkie cele i mistyczne racje, i wyższe jakieś 
dobro. A codzienne, zwyczajne dobro i prosty obowiązek traktowali z 
pogardą. Ale choć na dnie ich serca była pycha i miłość siebie, tak mówili 
umiejętnie i tyle potrafili nagromadzić wpływów, że przekonania jej wahać się 
zaczęły. A na czele tych ludzi obcych — była matka i siostra. Więc zdawało się, 
że gmach jej własnych zasad, gmach zbudowany na fundamencie serca — 
runie. I była chwila, że się wyrzekła swych marzeń i nawet własnego szczęścia 
i była gotowa pójść przez życie przykuta do człowieka, który był dla niej 
niczym..., niczym..., aby zadowolić ich chęci, aby pracować dla ich celów — 
przeciwko własnemu sercu i zasadom. 
 — Boże! Boże! I mogłam zostać żoną tamtego. — Teraz rozumiała, jak 
dalece byłoby to potworne. 
Spojrzała na męża. Spał ciągle, spokojny. O, temu dawała siebie z 
rozkoszą! Składała mu w dani duszę swą, myśli, parzenia — oddawała mu w 
darze ciało swe, wdzięki, młodość, wszystko..., wszystko... Bo kochała go, 
kochała bez miary! 
 — Bóg strzegł — myślała wracając do wspomnień. — Bóg strzegł, 
oświecił, wyprowadził z błędnej drogi, powrócił do ziemi rodzinnej i kazał tu 
żyć i umierać. I rozwiały się wszechludzkie cele i mistyczne racje. 
I, jak gdyby czekała tylko na oczyszczenie jej serca z obcych 
naleciałości, miłość przyszła. Miłość poważna, głęboka, utkana z łez, ze 
współczucia i z tęsknoty, osnuta na wspólnocie ukochania i celu, a 
zahartowana w długiej cierpliwości i w oddaleniu. Miłość nie na dziś i na jutro 
 — ale na życie całe, na wieczność całą. I przeszkody zostały zwalczone, lata 
próby przebyte — i oto należą do siebie — i rozpoczyna się dla nich dzień 
życia, dzień pracy — dzień miłości. 
A w tejże chwili z wód jeziora podnosiło ognistą głowę słońce. Wśród 
purpury wód, purpury nieba, samo rozpalone, gorące, wyłaniało się powoli, 
wkraczało na swą drogę i posuwało się coraz wyżej i wyżej, otoczone pożarem 
chmur. Ptaszki na gałęziach zaświergotały wszystkie razem. Rosa rozbłysła 
tysiącami brylantów. Mgły na łące rozzłociły się i wionęły w górę. 
Biaława barwa świtu zmieniła się na złoto roztopione, które 
przeniknęło powietrze i wlewało się w błękit nieba, w zieloność liści i w blady 
róż kwiatów jabłoni. 
 — Oto moje życie nowe — szepnęła Zosia mrużąc oczy przed 
olśniewającym blaskiem. Tak i ona, jak to słońce, wyłoni się z chaosu 
pragnień i marzeń młodzieńczych i pójdzie drogą niewzruszoną, coraz wyżej i 
wyżej! I ona będzie miała w sobie dość siły i blasku, aby, jak to słońce, 
oświecić ten kawałek ziemi, ogrzać go, rozjaśnić i krzepić. Będzie miała dość 
ciepła i miłości, aby życie Jerzego opromienić szczęściem, aby na tę drogą 
głowę zlać kojące pieszczoty, a to serce owinąć w spokój i ciszę. Będzie 
słońcem jego — ożywczym, radosnym. Będzie szła przed nim przyświecając w 
pracy, rozweselając w smutku, krzepiąc w chwilach słabości lub zwątpienia. 
Będzie jasnym promieniem nad jego głową, ciepłem i światłem jego życia. I 
nie tylko jego — ale wszystkich dokoła. Cały ten szmat ziemi rodzinnej i te 
niskie chaty, i te ciche zaścianki, i te tulące się do dworu czworaki — obejmie 
miłością, przygarnie sercem i świecić im będzie dobrotliwie, jasno, jak to 
słońce na niebie. 
 — Boże daj! Boże daj! — szepnęła. I spojrzała na śpiącego wciąż męża. 
 — Wszystko zrobię, aby mu było dobrze — rzekła do siebie i dodała z 
mocą: 
 — I będzie mu dobrze. 
Wzniosła oczy do nieba i duszę całą zwróciła do Boga. A gdy znowu 
spojrzała na daleki widnokrąg, słońce już się wzniosło na niebie, chmurki 
bladły i przechodziły w liliowe tony, a jezioro było całe złote i różowe. Na 
wysokiej, w niebo strzelającej wieżyczce kościoła krzyż się palił w słońcu. I 
ludziom nad rolą zgarbionym, cierpiącym, mówił krzyż ten o wyższej nad 
wszelkie ludzkie sile, o miłosierniejszym nad wszelkie ludzkie sercu i o 
sprawiedliwszym nad wszelkie ludzkie sądzie — mówił o nagrodzie za trudy, o 
nadziei i o zadośćuczynieniu. 
Więc Zosia uklękła przy oknie i złożyła ręce do modlitwy i ze wzrokiem 
utkwionym w krzyż płomienny zaczęła Zdrowaś Mario... 
Była to codzienna, przez te kilka lat, modlitwa za Jerzego — lecz dziś to 
wszystko, co ukochała, łączyło się w jej duszy z miłością dla niego w jedną 
nierozdzielną całość. 
...Matko Boża, módl się za nami grzesznymi, teraz i w godzinę śmierci 
naszej. Amen. 
