Deotyma
NA ROZDROŻU
Powieść w dwuch tomach
Józefowi Ignacemu Kraszewskiemu.
Żeglarze nadają często wyspom i zatokom imiona swoich poprzedników, 
najpierwszych, najodważniejszych odkrywców, którzy wskazywali drogi i łamali się 
z niebezpieczeństwami nieznanej krainy.
I ja, wstępując w nowy zakres pracy, pierwszą jej próbę zdobię Twojem imieniem.
Pod taką opieką, śmielej ona pójdzie między naszę społeczność, która pojęcie o 
powieści polskiej nauczyła się łączyć z nazwiskiem Kraszewskiego.
Deotyma.
I.
Po ścieżce okrążającej brzegi łazienkowskiego stawu, przechadzał się zwolna 
zamyślony młodzieniec. Nie patrzył na nikogo, ale zato każdy z przechodzących 
lekko się za nim obejrzał, nie dla żadnej przesady w jego stroju, — młodzieniec 
był ubrany wzorowo; — nie dla żadnego blasku w postawie, — młodzieniec był 
naprawdę zamyślony i nie pragnął zwracać uwagi. Jeżeli się za nim oglądano, to 
jedynie z przyczyny, że był prawdziwem zjawiskiem piękności, dającem się 
przyrównać chyba do owych archaniołów, jakich Tycyan zatrzymał na swoich 
płótnach, a w których postaci siła męzka owiewa się niewieścim wdziękiem, w 
których oku promienność niebiańska zacienia się ludzkim smutkiem.
Możnaby sądzić, że ów Benjamin przyrodzenia powinien stąpać wśród samych 
tryumfów, otoczony tym. rojem satelitów, co zawsze krążą za gwiazdami. To też kto go spotkał samotnym i jakby oczekującym, przypuszczał że chyba 
spotyka bohatera romansu i oglądał się wzrokiem zapytania, czy nie dojrzy tej, 
co jest czekana. Niejeden przystanął i ciekawie rozpatrywał krajobraz, mówiąc 
sobie: — Jeżeli bohater tak blizki ideału, jakąż musi być bohaterka?
Ale próżno patrzono, jej nigdzie nie było. Nie mylili się jednak ciekawi. 
Młodzieniec czekał na nią, jako prawdziwy bohater romansu. Ale był-to romans 
dziś rzadki, niepodpadający pod żaden zarzut kodeksu, niezaostrzony smakiem 
zakazanego owocu, jeden z owych romansów, o jakich nasi ojcowie mówili, 
wspominając z zachwytem wiosnę swojego prawego żywota.
I nie mogła być inną sercowa powieść Wiesława Różyca, owego nieskazitelnego 
młodzieńca, którego wszyscy znamy i pomimo jego młodości rzetelnie szacujemy. 
Dość powiedzieć że dusza jego równie piękna jak postać.
Od kolebki ubóstwiany przez rodziców, którzy wszystkie myśli, wszelką pracę 
skierowali ku jego przyszłości, wyrastał wśród zacnych przykładów, w jednym z 
owych dworów wiejskich, co przechowały złote prawa rodzinnego i obywatelskiego 
braterstwa.
Wypieszczona w tem gnieździe, dusza jego nabrała tyle sił żywotnych, że choć 
przyszło gniazdo opuścić, skrzydła jej zdołały przeciąć wszelkie wiry i unieść 
ja. nad poziome burze.
Przysłany do Warszawy dla uniwersyteckich nauk, stał się wkrótce ulubieńcem 
profesorów, a co więcej, serca kolegów zaskarbił sobie przez niewyczerpaną 
łagodność, dla której z początku, pół. żartobliwie, przezwali go seminarzystą. 
Ale taka łagodność jest znamieniem wielkiej siły i co podbije, to nazawsze; jest 
ona jak sieć pajęcza, z której nie można się wywikłać. Zwolna owe uśmiechnięte 
pacholę pociągnęło za sobą współuczni, którzy szli za nim, jakby za wodzem 
ducha, nie zdając sobie sprawy, co ich do niego pociąga. Pociągiem owym był 
ogień, którego im niemal wszystkim brakowało, a który się przechował w 
Wiesławie: zapał.
Powszechnie to już znana uwaga, że dzisiejsza młodzież odznacza się przedwczesną 
dojrzałością. Nie myślimy tej uwadze nadawać cechy zarzutu. Zjawisko które się 
tak powszechnie i wytrwale pojawia, nie może być winą pojedynczych osobistości, 
ale musi wynikać z wielu i wielkich przeobrażeń, pocichu nurtujących 
społeczeństwo, które w pewnych dziejowych godzinach zastanawia się i wątpi, nie 
widząc jeszcze jasno dróg nowych przed sobą.
Ztąd dziś tylu młodych ludzi rozczarowanych, pierwej nim cokolwiek ich 
oczarowało.
Między działaczami wywołującymi podobny stan umysłów, jednym z najmniej 
zauważonych, a przecież najsilniejszych, jest kolosalny rozwój do jakiego doszła 
filozofia historyi.
Dawniej młodemu człowiekowi przedstawiano wzory z dziejów greckich, rzymskich i 
średniowiecznych, wyborowe wzory odwagi i ofiary, które duszę jego zapalały 
współzawodnictwem, często aż do śmierci niewygasłem.
Dziś, przystępując do badania dziejów, staje się niby nad olbrzymią mapą oceanu, 
gdzie mędrcy pooznaczali przeróżne prądy społeczne, gdzie wola ludzka zdaje się 
tracić wszelką wagę, gdzie największy geniusz wygląda zaledwie jak okręcik, 
który dlatego tylko do portu zawinął, że umiał się według prądu kierować.
Dla głębszych umysłów wielkość nie przestała i dziś być wielkością; ale' umysłom 
miernym, a tych jest najwięcej, — uśmiecha się ta zazdrosna teorya, co chce 
poniżać jednostki, aby podnieść ogół.
Co z tego wszystkiego wyniknie, wiadomo tylko niebu i... ministrom. A tymczasem 
rzecz pewna, że nasza młodzież posmutniała. Ręce jej opadają gdy widzi, że kto 
chce dzisiaj zdobyć prawdziwe znaczenie, musi albo rządzić milionami albo mieć 
miliony.
Niektórzy naoślep rzucają się w wielką kłótnię świata i chwytają pierwszy lepszy 
sztandar, nie wierząc w jego prawdę, ale używając go jako kija, na którym 
podpiera się, kto chce dojść do szczytu.
Inni, odrazu wielkim celom dawszy za wygraną, myślą tylko o zbijaniu dostatków, 
i to jaknajwięcej, i to jaknajprędzej, aby w pustyni życia urządzić sobie namiocik.... 
wygodny.
Ale i to pewna, że jeśli między rzeszą, pojawi się młodzieniec prawdziwie młody, 
wszyscy lgną. do niego mimowolnie. Starsi witają go z rzewnością, jako 
zmartwychwstanie własnych wspomnień; młodzi witają go z podziwem, jako 
urzeczywistnienie swoich marzeń.
Łatwo zatem zrozumieć, że i Wiesław zdobył sobie wszędzie życzliwość, zaostrzoną 
niejakim uśmiechem ciekawości. Patrzono jak na zjawisko na tego młodego 
człowieka, co wierzył szczerze w wielkie cnoty i wielkie poświęcenia; a choć 
były powątpiewania, czy potrafi ich w przyszłości dowieść, w każdym razie 
przyznawano, że mu do twarzy z wiarą w ideały, kiedy przez tę wiarę sam jest 
ideałem.
Świetnie skończywszy wydział prawny, Wiesław wszedł w urzędowanie, skromne, jak 
zwykle na początek, i szczupło uposażone. Ale nigdy nie usłyszano od niego słów 
niecierpliwości, bo Wiesław nie śpieszył się gorączkowo z życiem. Chciał pierw 
zasłużyć, nim użyje, i tak daleko posuwał purytanizm zasad, że byłby nawet z 
niechęcią przyjął od losu wszelką nagrodę niezapracowaną.
A potrzebował pracować i myśleć nad zbudowaniem sobie niezależnej przyszłości, 
bo rodzice jego nie byli bogaci. Na wsi, przy staroświeckiem urządzeniu domu, 
mogli żyć obficie i przyjemnie;
ale ich dochody, przeniesione do stolicy/zbiegłyby się w drobniutkie rozmiary, 
wobec ogromnej skali dobrobytu i wszechwładnych wymagań towarzyskiego nastroju.
Co tylko zaś można było ująć z majątku, i nawet więcej niż można, łożyli na 
wychowanie syna, przekonani, że najlepiej wraca się kapitał ulokowany na 
hypotece duszy. Zasada zawsze budująca, choć czasem omylna, a która na ten raz 
najpiękniejsze wydała owoce.
Miał wprawdzie Wiesław wuja bogatego, bezżennego, który go kochał niemal po 
ojcowsku; ale znając przekonania młodzieńca, można być być pewnym, że w 
rachubach swoich z losem nigdy nie liczył na tę łatwą przyszłość, tem bardziej 
że wuja kochał przywiązaniem prawdziwem, prawdziwszem niżeli świat przypuszczał.
Zresztą, nosił on w sobie złotą swobodę ludzi nieobarczonych jeszcze 
odpowiedzialnością za byt innych istot, swobodę która później nadaje tyle czaru 
wspomnieniom kawalerskiego życia.
Na dzisiaj dochody wystarczały mu, nawet z niejaką sutością. Odrazu wykreśliwszy 
z budżetu wszelkie wydatki, z jakiemiby się nie mógł rodzicom głośno przyznać, 
bogatszym znalazł się od wielu bogatych. Mieszkanie miał małe, ale je urządził 
jakby pieścidełko. Odziewał się ze starannością, którą umiał niemal do estetyki 
posuwać. Wszędzie bywał i wszędzie znajdował przychylność.
Zaszło nawet czego się nigdy nie spodziewał: stał się modnym.
Wszyscy pragnęli widzieć i mieć za gościa tego Antynousa, z Waszyngtonowską 
duszą. 
Ale razem z pierwszem powodzeniem, zaczęły się wznosić wkoło niego pierwsze mgły 
zawiści. Młodzi towarzysze rozrywek, którym solą w oku była jego aureola, 
postanowili wypróbować hartowność tej zbroi, sprowadzić go zwolna w przepaści, 
po których sami tak zgrabnie umieli się ślizgać, i już naprzód znajdowali 
nieopłaconą zabawę, wystawiając sobie, jak do zwykłej miary przytną, tą głowę, 
nazbyt wysoko się noszącą.
Trudno przysiądz, czy Wiesław kilkakrotnie ust nie zbliżył do czary zabronionych 
uciech. Ale za każdą razą wyniósł taki śmiertelny niesmak, tak zabijające 
wyrzuty sumienia, że sami kusiciele strwożyli się o niego i woleli, mówiąc ich 
własnemi słowy: — dać mu święty pokój.
A młodzieniec, przetrwawszy to pierwsze pasowanie się z życiem, otrząsnął ze 
stóp ostatnie pyły i wrócił między kwiat towarzystwa, tem piękniejszy, że nieco 
smutny.
Wtedy kilka czarodziejek salonowych zwróciło na niego aksamitne oczy. Ponętnym i 
nowym wydało się dla nich tryumfem, zarzucić pęta z jedwabiu na te Rafaeliczne 
skrzydła. Ale dusza Wiesława potrafiła uniknąć niewoli, utrzymując się zawsze 
wyżej, jednakże tylko tyle wyżej, aby jej nić ptaszniczki nie dosięgła, a zawsze 
dosyć
blizko ziemi, aby zataić swoję wyższość. W tej walce sercowej Wiesław, wiedziony 
instynktem rycerskim, czuł, że nawet broniąc się, niewolno zranić kobiety, i tak 
zręcznie umiał zamienić oręż, wmówić bohaterski opór w przeciwniczkę, że ta 
zawsze wyszła ze szranków bez upokorzenia, owszem dumna, bo przekonana, że ja. 
uznano za nieprzezwyciężoną, i odtąd na całe życie zachowywała dla Wiesława ten 
rodzaj rzewnej przyjaźni, jaką zawsze kobieta obdarza ofiary, co dla niej lub 
przez nią cierpią.
Silny przymierzem tych monarchiń, Różyc mógł teraz pogodnem okiem objąć całe 
koło towarzyskie; mógł bezkarnie być uprzejmym dla dam, i to dla wszystkich, 
nawet dla panien, czem ostatecznie zdobył sobie wysoką łaskę matron; zaszczyt 
wielki i nie tak łatwy jak się zdaje, bo w sercu niewiast sędziwych tkwi 
nieśmiertelny obraz młodzieży im współczesnej, obraz który, jako przeszłość, 
opromienia się ostatniemi blaskami ich słońca, a w cieniu uprzedzenia zostawia 
synów nowej doby.
Ale też już kiedy młodzieniec jest w łaskach u matron, to mu i królewicz 
pozazdrościć może. One się tak znają na ludziach! Tak umieją pochwalić z miarą, 
dowcipem, a czasem nawet z ową leciuchną dwuznacznością, na którą się i 
najcnotliwsza pod swym siwym włosem odważa. Co więcej, umieją radzić nietylko o 
sercu, ale i o przyszłości swojego wybrańca. Wiedzą one
po jakich ścieżkach dochodzi się do wszystkich zaklętych jaskiń ze skarbami 
życia, i jeśli tylko młodzieniec pozwoli im się z zawiązanemi oczami prowadzić, 
zawiodą go przez stopnie ołtarza, do złotych kopalń i gwiaździstych dostojeństw.
I wkoło Wiesława zrobił się niezadługo ruch pełen uśmiechów i szeptów, 
znamionujący że ukryte siły zajmują się jego losem. Spotęgowano tak wysoko jego 
osobiste znaczenie, że choć niebogaty, zaczął być wliczany między świetne 
partye, i matki nawet najposażniejszych dziedziczek przedstawiały go córkom, 
jako wzór przyszłego małżonka.
To też na setki możnaby rachować w Warszawie panny, co wracając z balu albo 
koncertu, wyjmując gałązkę z pomiędzy splątanych pukli, marzyły równie 
kwiecistemi i splątanemi rojeniami o ślicznym Wiesławie, którego imię sielankowe 
tak wdzięcznie się nadawało do poematu ich myśli.
A były między niemi i nadobne, i dobre, i zacne z rodu, i ponętne z wiana, były 
nakoniec (a te bywają może najponętniejsze) córki rodzin wpływowych, mogących na 
wysokie popchnąć stanowisko.
Nie pozostawało już naszemu młodzieńcowi, jak wybrać pomiędzy różnemi rodzajami 
szczęścia. Areopag niewieści postanowił, że Wiesław musi być szczęśliwy.
Ale nasz bohater jak przeszedł nietknięty przez
pułki czarnych pokus, tak szedł i między białemi pokusami, nie rozumiejąc, czy 
nie chcąc rozumieć sygnałów ich życzliwości.
Nie dlatego ażeby nie chciał nigdy pomyślećo wyborze małżonki; owszem, w swoim 
prawidłowym poglądzie na życie twierdził, że kto nie został księdzem, powinien 
się żenić, aby jeśli nie w Boskim, to w ludzkim zakonie służyć społeczeństwu.
Ale widział jeszcze, że przeciąg życia, jak przeciąg roku, jest przez sarnę 
przyrodę podzielony na pory, w które nie trzeba wprowadzać nieładu, ani mieszać 
zatrudnień i uciech jednej pory z drugą, jeśli się chce na zimę żywota znaleźć 
spichlerz i duszę dobrze opatrzone.
To też postanowił nacieszyć się swoją wiosną, dać przekwitnąć wszystkim bzom 
wyobraźni, dać się wyśpiewać wszystkim słowikom dumania, a dopiero potem wejść w 
burzliwe lato i zabrać się do znojnej gospodarki z losem.
Nie chciał czynić jak ci, co nie zebrali jeszcze żniwa zasługi, a już wyprawiają 
wesele, to wielkie okrężne życie.
Takie i tym podobne wywody młodzieniec mądrze sam sobie wyłuszczał. I było tych 
roztropnych rozumowań tyle, że możnaby osobną książkę z nich napisać.
A jednak, jeśli wolno szczerze opowiadać, żaden z tych powodów nie był 
rzeczywistym sprawcą jego obojętności.
Ta właśnie obojętność była prawdziwą wszystkiego przyczyną.
Dotąd żadna kobieta nie zapanowała wszechwładnie nad jego sercem.
Umiał się obronić od półuczuć, a całe, wielkie uczucie nigdy jeszcze nie 
zapukało do wrót jego przeznaczenia, tym swoim drobnym, różowym paluszkiem, co 
choć taki mały, przecież jak chce obraca globem świata.
Prawda, że też niełatwo było znaleźć kobietę, któraby odpowiedziała sprzecznym 
wymaganiom Wiesława.
Miała być niemajętną, a wykwintnie wychowaną. Piękną., a nie zalotną (tylko 
jeden raz w życiu). Głęboko wykształconą, a pełną dziecięcej prostoty. Wszędzie 
świętobliwą jak zakonnica, a w domu pieściwą jak bogini. Nakoniec, jak żony 
Cezara, nigdy nie miał jej musnąć nawet cień obmowy.
Niedoświadczony marzyciel nie wliczał w swój rachunek ani różnicy charakterów, 
co najpoczciwszą parę może na wrogów zamienić, —ani zachmurzeń zdrowia, co 
rządzi barometrem domowej pogody, — ani niedostatku, co jak miecz cherubina z 
każdego raju potrafi wypędzić, — ani nakoniec złośliwości świata, co na kryształ 
najczystszy umie chuchnąć tchnieniem zaraźliwej potwalrzy.
I zaiste, gdyby wszyscy młodzi wszystko umie i przewidzieć, toby chyba nigdy 
stuła dwóch rąk
nie związała. Ale pokolenia są jak żale; jedne po drugich biegną, aby rozbijać 
się o te same skały, a świat swoim torem idzie. Prawda że jak tez idzie, to aż 
się odechciewa powieści o nim pisać.
Jednak ile razy spojrzę na staw łazienkowski, na cudny pałac w wodzie 
odzwierciedlony i na cudnego Wiesława, który ciągle nad wodą. krąży, ten 
elizejski obraz nieco mię rozbraja i przywraca mi ochotę, aby wam opowiedzieć, 
jak to ów różowy paluszek zapukał do bramy jego przeznaczenia.
Zapukał, wedle zwykłej przekory losów, nie tam gdzie go czekano, w ołano i gdzie 
progi na jego przyjęcie strojono, ale do jakiejś furtki nikomu nieznanej, z po 
za której też nie zaraz głos dał się słyszeć.
A stało się to wszystko niedawno, bo ledwie przed kilku tygodniami.
Wiesław, różniący się w tylu względach od innej młodzieży, posiadał jeszcze i to 
wyróżnienie, iż nigdy nie pisał wierszy. Nawet w szkołach nie ukuł owej 
tragedyi, którą niegdyś każdy student musiał popełnić.
Ale miał inne ujście dla swoich marzeń: kochał namiętnie muzykę, i dotąd była-to 
jedyna jego namiętność. Od lat wielu grał na fortepianie z niewymownym 
wdziękiem, a niedawno zrobił jeszcze radosne odkrycie, że nowe narzędzie sztuki 
posiada we własnym głosie. Wprawdzie był-to tylko baryton o niewielkiej skali, ale posłuszny i zdolny wszystko wypowiedzieć.
Nie udawał się Różyc po naukę do pierwszorzędnych artystów, bo i nie śmiał, i 
nie pragnął sięgać po ich laury; chciał tylko małe kwiatki dyletantyzmu uprawiać 
dla własnej rozkoszy.
Wyszukał sobie profesora śpiewu, starego jak Saturn, brzydkiego jak Sokrates, 
pustelnika, co siedział gdzieś na czwartem piąterku, zanurzony w omszałych 
nótach. Nie cierpiał on muzyki nowej, Wagnera uważał za rodzaj antychrysta i nie 
chciał bywać w Towarzystwie muzycznem, bo i tam, jak mówił — już grasuje cholera 
nowatorska.
Ale było mu wspomnieć o Rossinim, to uśmiechał się pobłażliwie, — a na 
wspomnienie o klasykach rozjaśniał się, poważniał, piękniał i mówił jak 
arcykapłan o swoich bogach.
I rzeczywiście też chyba sami bogowie melodyi natchnęli Wiesławowi szczęśliwą 
myśl udania się pod skrzydła profesora Benedykta Bońki, bo stary maestro 
przechował wszystkie tajniki starej szkoły śpiewu, a wsłuchawszy się nietylko w 
głos, ale i w duszę ucznia, pokochał go, jak to po staremu umiano kochać.
Nieraz całe wieczory schodziły im na wczytywaniu się w najzawilsze partycye. 
Profesor powoli ciągnął za sobą Wiesława na zawrotne wyżyny kontrapunktu i 
generałbasu, a młodzieniec zdumiewał się i zachwycał, znajdując klucz tylu 
piękności w tej matematyce natchnienia,
Tak godziny, które dla wielu innych młodych marniały między wdową Cliquot a damą 
kierową, dla naszych dwóch kochanków sztuki niosły nieśmiertelne rozkosze, i 
nieraz dzień biały zastawał ich jeszcze wśród Mozartowskich upojeń.
Już przeszło od roku trwał ten harmonijny stosunek, kiedy jednego poranku 
Wiesław rzekł, wpatrując się mile w maestra:
— Nie wiem czy to wiosna myśli rozwesela, ale od kilku tygodni kochany pan 
profesor wydaje mi się w brylantowym humorze.
— Ja? Doprawdy? Znać to po mnie? To i niedziwno, bo jest czego.
— Czy tak? To już chyba pan profesor skończył owę operę, na którą czekamy i 
czekamy.
— Operę? Wam się zdaje że to operę człowiek pisze, jak referat. Nie, panie. 
Dzieła twórcze mierzą, się na lata, na dziesiątki lat! Nie skończyłem, ale 
tymczasem... znalazłem skarb.
— To wiadomość rzadka w dzisiejszych czasach. I gdzież on się chował? Jakże on 
wygląda?
— Jak wygląda?... Czarne oczy, złote włosy.... Na te słowa Wiesław zerwał się z 
krzesła.
— Wszelki duch Pana Boga chwali! Więc to skarb żywy, — i profesor go znalazł? 
Więc są na świecie oczy, co dla maestra świecą con fuoco? Bez żartu, czy 
profesor myślisz się... żenić?
Maestro uśmiechnął się smutnie, nawet z niejaką goryczą, przeszedł dwa razy przez pokuj, a potem, stanąwszy przed 
Wiesławem:
— Bez żartu — odrzekł — nie myślę. Dla mnie żona taka stosowna, jak sutana dla 
tego fanfarona Liszta. — Ale... gdybym miał takie latka i taką buzię jak ty, 
panie Wiesławie...
Tu wstrzymał się i po chwili dodał głosem pełnym przekonania:
— Doprawdy, to żona stworzona dla ciebie. Niech co chcą mędrcy mówią o 
niezależności
serca, doświadczoną jest prawdą, że podobne słowo, powiedziane wobec panny lub 
kawalera, zawsze mocno ich zaciekawia, i nieraz już stało się pierwszem słowem 
romantycznej księgi.
— Kochany profesorze, opowiedz-że mi dzieje tego skarbu. — Niech-że wiem, kogo 
mi przeznaczasz.
— Jest-to moja nowa uczenica, panna Zapolska, która tu niedawno przyjechała z 
matką swoją, panią Pełkową.
Wiesław lekko się wzdrygnął na to nazwisko Pełki, które mu nasunęło niemiłe 
wspomnienie. Pan Benedykt inaczej ruch jego zrozumiał.
— Chciałeś spytać, panie Wiesławie, jakim sposobem córka, chociaż panna, nosi 
nazwisko inne niż matka? Rzecz prosta: matka poszła za Pełkę in secunda voto, a 
co więcej, już drugi raz owdowiała, ale to niedawno, jeszcze żałoby nie 
skończyła. Trzeba wiedzieć, że kiedy była Zapolską, ba! co ja mówię, przecież to 
dwadzieścia lat zgórą — kiedy jeszcze sama była panną — dawałem jej lekcye muzyki. 
Talentu niby-to niewiele w niej było, a jednak tańcował świat jak zagrała, ale 
tego grania, dalibóg, nie ja ją nauczyłem, nie — chyba wszystkie wróżki razem 
zebrane. Spytaj każdego ze starszych, a każdy ci powie: ta panna Irena, to był 
ósmy cud świata. Gdzie się pokazała, ludzie za nią chodzili, jakby za procesya; 
konkurenci lecieli jak ćmy do ognia. Nakoniec wybrała Zapolskiego. Tego dobrze 
znałem; był-to rozumny i przyjemny człowiek: znał się na klasykach. Potem długo 
prowadzili dom otwarty; cała Warszawa trzęsła się rozgłosem ich balów, kuligów, 
amatorskich teatrów, a w poście urządzali wieczory muzykalne, któremi ja 
kierowałem. Można sobie wystawić, jaka to była muzyka; już ja nie dopuściłem 
żadnej artystycznej tandety. Ziewali ludziska, słuchając, ale uczyli się co to 
jest prawdziwa sztuka, i to, według mnie, było jedną z największych zasług domu 
Zapolskich. Tak tedy żyli sobie szczęśliwie i córeczka im się prześlicznie 
chowała. No i trzeba że ten Zapolski umiera, wdowa dom zwija, wyjeżdża za 
granicę i kończą się te wszystkie przepyszne chwile. Ale po dwóch latach 
wróciła, i to piękniejsza, cudowniejsza niż kiedykolwiek. Znowu tedy zacząłem 
tam przesiadywać, co niedziela na obiedzie, co czwartek wieczór, a gości zawsze 
huk, i wielki świat, i artyści, że już nie mówię o młodzieży. Powiadają że 
któryś z nich zastrzelił się
dla niej. Ale bo też to była czarodziejka, ta pani Irena! Ja, co to niby nie 
znam się na rzeczach światowych, a powiadam ci, panie Wiesławie, Armida! Prawda 
że też to były jej najświetniejsze czasy. Ale jedną razą, ni ztąd ni zowąd, 
dowiaduję się że poszła za tego Pełkę, którego mało znałem, i, przyznam się, 
nigdy nie lubiłem, moie z przeczucia, bo zaraz nam Irenę zabrał i wywiózł na 
wieś, gdzie całe dziesięć lat siedzieli jak zaklęci. Teraz dopiero, kiedy umarł, 
widać że i mieszkanie po nieboszczyku obrzydło wdowie, bo przed kilku tygodniami 
przyjechała tu z córką dorosłą, prześliczną panną, i na stałe chcą się osiedlić 
w Warszawie.
— Przepraszam że przerywam, panie profesorze, ale chciałbym zmiarkować, kto tu 
nosi nazwę skarbu, matka czy córka?
— Po prawdzie mówiąc, źle się wyraziłem; to nie skarb, ale cały szereg skarbów. 
A najprzód odszukanie tego domu jest dla mnie prawdziwem
odrodzeniem. Społeczeństwo dzisiejsze już mi jakieś obce i takie wstrętne, że 
jak wiesz, panie Wiesławie, wszystkich nawet uczniów z kolei poodpędzałem i 
ciebie jednego zostawiłem, bo ty jeden znasz dawną karność. Z panią Ireną mamy 
cały świat wspólnych wspomnień; przy niej odmłodniewam. Ona mię niegdyś tak 
umiała w oczach ludzi podnosić! Ja jej tego nigdy nie zapomnę. A zdawałoby się 
że to wszystko było wczoraj, bo wystaw sobie, zawsze taka piękna, jakby
doprawdy czary posiadała. Nic też w tem dziwnego; przypuszczam że ma lat 
czterdzieści, to dla niektórych kobiet chwila ostatniego, ale najwspanialszego 
rozkwitu. Wprawdzie ona dziś inna niż dawniej: jakaś bladość, jakiś smutek, co 
mię czasem aż niecierpliwi. Czyby tak żałowała tego drugiego męża? Nie 
rozumiem... ale zresztą: de gustibus non est disputandum. W każdym razie jej 
przyjazd to skarb — dla serca. Powtóre, wyobraź sobie, córka, ślicznota 
blondynka, ma głos jakich mało. Nie powiadam żeby to była Catalani, jednak na 
każdej scenie mogłaby zrobić furore i pod moim kierunkiem dojść wyżej, niż 
niejedna co blichtrem świeci. Ale niestety, ani jej gadaj o zawodzie teatralnym. 
Te panie maja. nawet przeciw scenie jakiś rodzaj uprzedzenia, którego nie 
rozumiem w nich, bo przecież nie żadne bigotki. Otóż ta poczciwa pani Irena, 
choć Warszawa teraz pełna przesławnych mistrzów, przypomniała sobie starego 
nauczyciela, kazała mnie szukać po całem mieście i odsunąwszy wszystkich owych 
fanfaronów, mnie dała za mistrza Cesi, bo nadomiar zachwycenia, jeszcze się 
nazywa Cecylia, jak nasza patronka. A wymodliła mi też prawdziwą pociechę. 
Wyszedłem już tak zupełnie z artystycznych stosunków, że dotąd na przykład nie 
mogłem z mojej opery usłyszeć ani jednej nuty, wygranej albo wyśpiewanej, i 
musiałem ją sobie wygrywać w duszy, jak Beethoven w swoich okropnych latach 
głuchoty. Otóż Cesai
zdjęła to zaklęcie z mojego utworu. Wyśpiewuje mi prześlicznie prawie wszystkie 
ustępy, szczególniej partyą sopranową. Wystaw-że sobie, panie Wiesławie, jaka 
podwójna rozkosz i dla nauczyciela, i dla kompozytora. Otóż to drugi skarb ze 
stanowiska sztuki. Nakoniec trzecim skarbem, najpiękniejszym, bo dla sumienia 
budującym, jest widok tego domu. Szczerze powiadam, że jeszcze nie spotkałem 
dwóch istot, któreby się tak głęboko i rzewnie kochały. Tu już nietylko przebija 
macierzyńska i dziecięca czułość, ale prawdziwa przyjaźń, która sprawia, że 
swoje myśli odgadują, z oczów sobie czytają, słowem każda tylko dla drugiej i 
przez drugą żyje.
— To tem dziwniejsze, zauważył Wiesław, że matka była powtórnie zamężna, co 
zwykle osłabia przywiązanie rodzinne.
— Pamiętajmy też, panie Wiesławie, że co ojczym, to nie macocha. I ten Pełka, 
choć go, co prawda, nie lubiłem, musiał być dobry, kiedy Cesia nie zachowała 
żalu do matki. Co ja też mówię? żalu! O takiem uczuciu nawet mowy być nie może. 
Niechby kto spróbował przyganić w czemkolwiek matce, to córkaby go chyba 
znienawidziła.
— Nie lękaj się, kochany profesorze, nie wywołam ja nigdy nienawiści u tego 
skarbu, który dla mnie raczysz przeznaczać.
Te słowa, niewinnie rzucone, widocznie nie podobały się maestrowi.
— Nie sądziłem — rzekł, wstając i kładąc rękę na ramieniu Wiesława — aby zwrot 
stylu, jakiego użyłem dla zaciekawienia do mojej powieści, tak był podchwycony i 
wciąż przypominany. Żart na stronę: ja nikomu żony nie raję. Nie jestem starą 
plotkarką, abym się wdawał w swaty.
— Ale o cóż chodzi, łaskawy panie Benedykcie, przecież wolno ze zwrotów twego 
stylu korzystać.
— O to mi chodzi, żeby mnie kto nie posądził, że szukam męża dla mojej uczenicy. 
Szukać go dla niej nie potrzeba. Znajdą ją, o mój Boże! aż nadto znajdą! I 
wiesz, panie Wiesławie, co ci jeszcze powiem, i to z głębi przekonania? Mnie się 
zdaje że Cecylia, przynajmniej póki matka żyje, wcale nie zechce pójść za mąż. 
Nadto matkę kocha, aby miała dla kogokolwiek ją opuścić, a nawet podzielić swoje 
serce. I dobrze zrobi: każda trzecia osoba, między nie wtrącona, popsułaby tę 
cudowną harmonią.
Po tych słowach, profesor wziął kapelusz i pożegnał Wiesława, przekonany że 
najwymowniej w świecie wybił mu z głowy małżeńskie zamiary. Ani się domyślał, że 
wywołał skutek odwrotny. Najgłębszym machiawelizmem nie byłby tyle dokazał, co 
swoją gniewną szczerota. Przedstawił Cecylią właśnie taką, o jakiej marzył 
młodzieniec: kobietą idącą do uczuć tylko po drodze obowiązków, posiadającą 
wszystko co świat przynęca i do świata nęci, a przecież unikającą wszelkich
ponęt, zamkniętą w pustelni, gdzie nic nie słychać, tylko glos macierzyński i 
śpiew serafinów.
Co do owej groźby, że nie opuści matki, że nie zechce pójść za mąż, Wiesław 
niewiele się troskał, i owszem, znajdował w tem najlepszą, rękojmię szczęścia. 
Wiedział że w duszy dobrze zbudowanej są komnaty dla wszystkich uczuć, które 
mogą się w nich pomieścić, nie przeszkadzając sobie wzajem. 
Ileż razy w towarzyskich rozprawach dowodził, ie najlepszą wróżbą wzorowej na 
przyszłość żony jest przeszłość wzorowej córki. Nie zwrócił oczu na żadną pannę, 
dopóki nie zauważył, czy jest dla rodziców tem, czem być powinna. Obiecywał 
sobie zawsze, iż nietylko żony nie będzie odciągał, ale owszem najgorliwiej 
utrzyma ją w serdecznych stosunkach z jej rodziną, przekonany, że mężowie, 
którzy chcą wyłącznie dla siebie zagarnąć serca żon swoich, zachwianiem 
powinności podkopują miłość.
Ale gdyby, jak profesor twierdził, Cecylia rzeczywiście była niedostępną 
miłości?
Na to przypuszczenie Wiesław się w duszy, uśmiechnął. Wszyscy młodzi ludzie, 
nawet cnotliwi, a cnotliwi może jeszcze więcej niż inni, mają wysokie 
wyobrażenie o przewadze męzkiego ducha. Wobec kobiet, przez uprzejmość lub 
dyplomacya, tają się z tem przekonaniem, nawet je osłaniają dworacką pokorą. Ale 
w danej okoliczności zawsze się ta pewność odnajdzie i między sobą
uznali za niewzruszony aksyomat, że niema kobiety, na któraby nie było broni; 
cała sztuka tylko, żeby tę broń znaleźć i wiedzieć czy jej szukać w piekle, na 
ziemi, czy w niebie.
Starsi mężczyźni już nie tak stanowczo odzywają, się w tym przedmiocie, coby 
dowodziło, że doświadczenie osłabia moc tego pewnika.
Ale Wiesław był młody, a w krótkiej wędrówce między ludźmi już tyle łatwych 
tryumfów zastąpiło mu drogę, że mógł bez wielkiej próżności liczyć na 
zwycięztwo.
Jednak przy pierwszym kroku spotykał zawadę: nie chciał przed rozdąsanym 
profesorem wyjawić swoich marzeń, a przecie tylko przez niego mógł szukać do 
nich dostępu.
Ale najniewinniejsza dusza, kiedy gorąco czego zapragnie, znajdzie dość 
wybiegów, aby oszukać stare oczy.
Przez wiele dni Wiesław unikał rozmowy o skarbach; nawet kilka razy przeciął ją 
z naciskiem, a przy sposobności dał poznać profesorowi, że szanuje w nim uczucie 
podobne do zazdrości.
Starzec, zawstydzony posądzeniem, które przy jego wieku i postaci mogło go okryć 
śmiesznością, zaczął sam rozpowiadać znowu o swoich najmilszych paniach, tem 
bardziej że ten przedmiot tak mocno jego myśli zajmował, iż mimowolnie zawsze na 
usta mu wracał.
— Chciałbym bardzo abyście się poznali — mawiał — ale to nic tak łatwo, jak. się 
zdaje. Te panie u nikogo nie bywają. Pani Irena mówiła mi, że przed skończeniem żałoby nie 
chce robić nowych znajomości. Pójść poprostu z wizytą., to chyba na to, aby 
zostawić bilety, i już finał.
Jednak nazajutrz pan Benedykt przyszedł z weselszem okiem.
— Panie Wiesławie — rzekł — mam dobrą nowinę. Dziś u pani Ireny zgadało się, że 
po obiedzie jadą za miasto i mają wysiąść w Wierzbnie, gdzie bardzo lubią się 
przechadzać. Wybierzmy się i my do Wierzbna, spotkamy się niby przypadkiem, ja 
ciebie przedstawię i raz przecie będę chodził między moją uczenicą i moim 
uczniem, jak andante chodzi między allegrem i scherzem.
Stało się według słów profesora... Stało się nawet więcej, niż wszelkie ludzkie 
słowo opowiedzieć może.
Pojechali do Wierzbna — Wiesław poznał Cecylią i... pierwszy raz w życiu 
zrozumiał, czem jest miłość.
II.
Więc teraz się nic dziwicie, że Wiesław szedł zamyślony, że z niepokojem 
spoglądał na spuszczające się słońce i liczył chwile, które dla niego były 
godzinami. Szczególna-bo też to owa elastyczność czasu, który się rozciąga albo zbiega, według sprężyn działających w 
duszy. Z dwóch takichże samych godzin jedna niewiedzieć gdzie się podzieje, 
druga niewiedzieć póki się przedłuża. Ach, oczekiwanie, to prawdziwe loże 
Madejowe, na którem serce rozpina się i pęka do nieskończoności. Niepróżno 
Włosi, zawołani we wszystkiem znawcy, policzyli do największych tortur: 
"Aspettare, non venire..."
A już nigdy silniej nie choruje się na tę trawiącą gorączkę, jak w latach 
pierwszej młodości. Wtedy ona może naprawdę strawić niejedne siłę duszy. Później 
człowiek nieraz doświadczy, że spełnienie najgorętszych oczekiwań wyszło mu na 
szkodę oczywistą, i nieraz dojdzie do wykrzyknika: "Obym nie był doczekał!" I z 
gorzkich doświadczeń wynosi przynajmniej tę korzyść, że potrosze osłabia w sobie 
zjadliwą moc pożądania, aż wkońcu nauczy się czekać, ale najczęściej wtedy, gdy 
już i czekać nie ma na co.
Ach, wszak to one! Tam na zielonej ławeczce, nad wodą! Któżby inny umiał z takim 
indyjskim wdziękiem trzymać parasolik?
Mimowolnie przyśpieszył kroku, a zmiarkowawszy się, znów go zwolnił, aby nie 
przystąpić ruchem zbyt napastniczym.
Idąc, układał sobie, że, najpierw zapyta, czy się co stało? Dlaczego tak 
okropnie się spóźniły? Ale przypomniał sobie na czas, że się nie spóźnia, kto 
nic obiecał przybyć, że mogły wcale nie przyjść.
Widząc je spokojnie siedzące, zrozumiał że godzina tylko jemu wydała się późną, 
że słońce i ludzie są w swoim porządku, a tylko jemu śpieszy się zegar serca.
— Dobry wieczór paniom — mówił, kłaniając
się matce, a spoglądając na córkę.
Zauważył że w chwili gdy go spostrzegła, Cecylia zarumieniła się leciuchno; byłto rumieniec nikły, jak błyskawica w noc pogodną, ale dla jego oczu i to już 
dobra wróżba; on tak rzadko mógł co wyczytać z oblicza Cecylii! I cóż miał 
wyczytać, kiedy prawdziwa niewinność jest tą białą kartą, na której dopiero po 
zbliżeniu do ognia występują powoli sympatyczne znaki?
Trudno o dwie postacie i podobniejsze i różniejsze, jak były matka i córka. W 
budowie rysów leżała na gruncie tożsamość rysunku, ruchy ich rządziły się jednym 
rytmem, wzrost był równie strzelisty i giętki. Obie olśniewały białością, 
nażyłkowaną na skroniach i rękach gałązeczkami lazuru, co zdradzają 
przezroczystość cery. Obie należały do rzadkiego, najrzadszego typu blondynek z 
czarnemi oczami, którym tak szeroko u naszych dziejopisów zasłynęła królowa 
Bona.
Były więc podobne, ale jak są podobne zachód i wschód słońca.
U Ireny życie potężnie wycieniowało szkic pierwotny. Jej rysy wgłębiły się i 
ścięły, z rysunku przeszły w rzeźbę. Cera utraciła młodzieńczą zapalność, 
zastygła w jednostajny spokój, który
jej nadawał istny profil kamei. Włosy, z latami mocno przyciemnione, rzucały 
rodzaj chmury na czoło, gładkie jak tabliczka ze słoniowej kości, ale na której 
już cieryienia wyrżnęły paro kresek. Oczy, jak źle przygasłe wulkany, na których 
rosną róże i winnice, zdawały się uśmiechać rozkosznie; ale przy dłuższej 
rozmowie przy natrąconem słówku wsyomnień, otwierały się w nich przepaściste 
głębiny, straszące i pociągające, jak wszelka otchłań. Tylko kiedy patrzyła na 
córkę, oczy te zalzawiały się niewypowiedzianą rzewnością, która tem większe 
sprawiała wrażenie, że świeciła tylko dla dziecięcia. Dla wszystkich innych po 
królewsku uprzejma, ale zawsze w siebie cofnięta, w swoich czarnych kaszmirach i 
koronkach wyglądała niemal tragicznie; zdało się że tylko urnę jej do rąk podać, 
a przybierze Sofoklesową postać.
U Cecylii piękność była jeszcze niestrudzona, ale i niewyrobiona życiem. Lica 
wypełniały się okrągłością brzoskwini i puszek ich co chwila wykwitał rozmaitemi 
stopniami różowości. Oczy, równie świetne i czarne jak u matki, nie ukazywały 
jeszcze owych głębin, które dopiero klucz wielkich cierpień lub wielkich 
namiętności otwiera; świeciły ciekawie a wstydliwie, jakby chciały, a nie śmiały 
o tajemnice świata pytać. Tylko kiedy zapatrzyła się w matkę, wzrok jej nabierał 
głębokiej smętności. Nigdy jednak ta smętność nie mogła zagarnąć całego oblicza, 
bo głowa była
rozweselona dyademem przepysznych włosów, których światło nie wpadało ani w 
odcień lniany, ani w odcień popielaty, ale świeciło złotem szczerem, gorącożóltem, przypominającem płomienno-włose piękności starej szkoły weneckiej.
Cecylia nie była już podlotkiem, weszła w dwudziestą drugą, wiosnę; jednak, czy 
przez nastrój wyjątkowy, czy przez wpływ otaczających okoliczności, utrzymała, w 
sobie usposobienie dziecięce, nieledwie dziecinne, które sprawiało że głównym 
wyrazem, jej twarzy i osoby całej był czysty, przezroczysty brak wyrazu.
Dla młodzieńca ze znużonem sercem, przesyconego wrażeniami, Irena byłaby miała 
nierównie potężniejszy urok, niż Cecylia. Ona już umiała cudownie czytać z 
księgi, która tamta ledwie sylabizować zaczynała. Ale każdy wie, że wtedy 
dopiero oceniamy piękną deklamacya, kiedy już znamy, i dobrze znamy, utwór 
wypowiadany; inaczej uwaga na treść zwrócona, odrywa nas od sztuki czytania i 
nie pozwala jej dość ocenić, chociażby i mistrzowską była.
W takiem położeniu znajdował się Wiesław. On także dopiero składał zgłoski w 
różowej księdze, zapewne wprawniej niż Cecylia, ale zawsze nieśmiało. Nieraz mu 
już podpowiadano romans, ale sam czytał go po raz pierwszy z kart własnego serca 
i dlatego ciekawszy był treści, niż stylu; czytał niepoprawnie, bo śpieszył się, 
chcąc tylko wiedzieć co zakończy księgę, czy tak, czy nie?
Te też pani Irena nie zdawała mu się kobietą, ale jakąż wspaniałą opatrznością, 
czuwającą nad jego ołtarzem, i odrazu postawili się względem siebie, jakby stali 
na dwóch krańcach życia; On z uszanowaniem i uległością syna, z rozkosznem 
natręctwem wnuczka, nadskakiwał jej i do łaski się wpraszał, przekonany że to 
najlepsza droga do innego serduszka. Ona miała niekiedy dla niego prawdziwie 
macierzyńskie uśmiechy i pobłażliwości, i zdawała się mile patrzyć na rosnące 
jego przywiązanie do córki, które on poczytywał za niezbadaną tajemnicę, ale 
które ona po kilku dniach dostrzegła swojem podwójnie bystrem, bo kobiecem i 
matczynem okiem.
Zdaje mi się że i Cecylia, mimo swojej prześlicznej bezwiedności, dobrze 
rozumiała serce Wiesława, bo jakżeby nie odczuła tej różanej atmosfery, jaką 
otoczył jej życie? Najniewinniejsza panienka umie dostrzedz uczucia jakie 
wznieca, a nawet im niewinniejsza, tem uroczyściej zapatruje się na ten 
przedmiot, bo wierzy iż miłość może być tylko jedną w życiu i trwa całe życie.
Już kilka razy Wiesław odgadł, że był odgadniony, i to odkrycie napełniało go 
radością, niemogąca się z żadnem dawniejszem wrażeniem porównać; najwyraźniejsze 
dowody sympatyi od innych kobiet nie przeszyły go nigdy wstrząśnieniem, jakiego 
doznawał ilekroć dostrzegł najlżejszą oznakę współczucia Cecylii. Prawda że tych 
oznak trzeba się było z wielką przenikliwością
domyślać, a w początkach miłości, im objawy jej są oszczędniej wydzielane, tem 
bywają, wyżej cenione.
Utwierdziła go w tym domyśle pani Irena, gdy dnia jednego zapytała z uśmiechem:
— Czy pan nie uważa, jaka się z Cesi teraz robi elegantka?
Poczem, przyciągnąwszy ręce zapłonionej córki i patrząc się jej figlarnie w 
oczy, dodała:
— Czy ty się dla mnie tak stroisz? Przecież w oczach matki, choćbyś i zgrzebne 
płótno włożyła, zawsze będziesz aniołkiem. Ej, to chyba nie dla mnie!
Wiesław, ma się rozumieć, jednym tchem wypowiedział, że panna Cecylia nie 
potrzebuje strojem podnosić swojej urody — że prawdziwa piękność, to arcydzieło 
natury, obchodzi się bez wymysłów ludzkiej sztuki — że nawet traci w nich 
pierwotną, cechę — i tym podobne, od wieków utarte zdania, którym damy w 
rozmowie z uśmiechem przytakują, a przed zwierciadłem wracają do własnego, 
przekonane że piękny strój jest dla kobiety tem, czem piękna oprawa dla 
klejnotu.
I tego przekonania nic im z duszy nie wydrze: ani obostrzenia prawodawców, ani 
przestrogi kaznodziejów, ani utyskiwania mężów, ani przymówki dziennikarzy, ani 
nawet czas głowę przypruszający śniegiem, bo ledwo je stracą dla siebie, już 
odzyskują dla córek.
Sam Wiesław potwierdzał to przekonanie, gdy
znajdował Cecylią codziennie piękniejszą; wprawdzie nie kładł jej wypięknienia 
na karb stroju, ale rósł w dumę, że to może dla jego oczu skromne dziewczę chce 
się przyozdobić.
W pierwszych dniach znajomości widział ją zawsze ubraną szaro, w jakichś barwach 
nieokreślonych, niekorzystnych dla blondynki. Może chciała pół-żałobą stosować 
się do kirów matki. Krój sukni ciężki, wysoko zapięty, przypominał habit. 
Odzienie było zawsze schludne, tylko że jednostajne i przedawnione w kształtach, 
jak zwykle u osób, co długo mieszkały na wsi. Wiesław kilka razy wyraził żal 
pochlebny, czemu panna Cecylia nie chce używać kolorów weselszych, 
stosowniejszych do swojej kwitnącej młodości. I wkrótce potem zaczęły się w jej 
ubraniu pojawiać nieznaczne zmiany, które dziś już doszły do przeobrażenia 
zupełnego.
Ach, bo też dziś była śliczna, jak już chyba śliczniejszą być nie można. Suknię 
miała z muślinu jasno-lila; powiewne rękawy i falbany obramowane były szlakiem 
ciemno-fiołkowym; reszta stroju stosowała się do tła obrazu: pasek aksamitny 
obiegający kibić, rękawiczka na rączce jak ulana, nawet wysmukły bucik, wszystko 
było fiołkowe. Na głowie, jakby ptaszek rozkładający skrzydełka do lotu, tkwił 
misternie kapelusik biały, ozdobny pękami bratków, ulubionego kwiatu Cecylii.
Niech co chcą mówią weterani salonów, wiecznie żałujący przeszłości, i 
cenzorowie spoleczeństw, wiecznie zadąsam na obecność — jednak mody dzisiejsze są bardzo ładne.
Już to każda moda, kiedy oczy do niej nawykną i kiedy nie spotwornieje przesadą, 
ma swój urok wyłączny i tak wiernie malujący lata w których powstała, że dość 
spojrzeć na portret z jakiejkolwiek epoki, aby podług jego stroju całą tę epokę 
w wyobraźni sobie odtworzyć. Modniarki i krawcy ani się może domyślają, jak 
dzieła ich igły wiernem są odbiciem ducha czasu.
Dziś już trudno mówić o strojach męzkich, gdyż to nie są stroje, ale poprostu 
odzieże. I w tej jednak prostocie upamiętnia się wielki wypadek dziejowy: 
bezwiednymi twórcami surdutów i czarnych fraków są najprzód Encyklopedyści, a po 
nich Dantony i Robespierry. Od czasu to, jak świat zakochał się w równości, 
mężczyźni zapragnęli wprowadzić ją wszędzie, i nawet w ubraniu wprowadzili... 
równość brzydoty.
Brzydko, ale trwało. — Brzydko ale wygodnie. Oto dzisiaj hasło płci brzydkiej. I 
nie troszczy się ona, co powie płeć piękna, tylko troszczą się malarze i 
rzeźbiarze, gdy im przyjdzie w obrazie lub posągu uwiecznić nowoczesnego 
potentata, i gdy fałdami jakichś fantazyjnych płaszczów muszą naprawiać 
geometryczny krój jego postaci.
Z kobietami łatwiejsza sprawa w sztuce. One nie doszły jeszcze do niszczącej 
osobistość, do wszystko pochłaniającej zarazy czarnego sukna. W ich strojach 
można jeszcze badać bieg historyi. Ileżto bitew, traktatów, teoryj nowatorskich, a nawet przewrotów literackich, w lot 
uchwyconych przez modę! Że już nie mówię o czasach Ludwików francuzkich, których 
mody przeszły w przysłowiowe typy, ale czyż i za naszej pamięci stroje 
niewieście nie zmieniały się wedle kroju ducha ogólnego?
Przed czterdziestu i trzydziestu laty, kiedy romantyzm wszechwładnie zapanował 
nad umysłami, kobiety zaczęły nosić suknie obwisłe i powłóczyste; stany długie 
jak kielich kwiatu; włosy ugładzone, niby rąbek, zasłaniały skroń, a nawet 
część. twarzy, jakby wylękniona skromność conajwięcej zasłonić się chciała. 
Wszystkie wyglądały nieśmiało, marząco, mdlejąco i baladowo, jak bohaterki 
Ossyana.
Aż znagła ruch niezwykły powstaje w białogłowskim świecie. Groźny wyraz 
równouprawnienie, jak wicher rozdziera Lamartinowską gazę rojeń, jak wicher 
rozwiewa włosy na zadumanych główkach. Marzycielki wołają o pracę, zaczynają się 
krzątać i oto aby wlokąca suknia im nie przeszkadzała, podpięły ją w nadobne 
zwoje; aby włos im oczu nie zasłaniał, odrzuciły go bogatym strumieniem na tył 
głowy; profil hardo się zarysowywa, kibić zdaje się cienieć wśród puszystych 
tunik, i wytwarza się jakiś strój nowy, paryzko-amerykański, śliczny, a taki 
czupurny, że najskromniejsza panienka nabiera w nim wyrazu lekko wyzywającego.
Właśnie i Wiesław podziwiał wyzywającą, minkę, która z modnym strojem przybyła 
Cecylii, a która może nawet leżała na dnie jej charakteru, chociaż przytłumiona 
poważnem wychowaniem. Tocząc z matką zwykłą rozmowę o pięknej pogodzie, o 
przejeżdżających i przechodzących osobach, nasycał oczy wdziękiem małomównej 
córki. Zaciekawiał go mocno koszyczek, płaski jak torebka, fiołkową wstążką 
zawiązany, który przy niej leżał na ławce.
— Co pani nosi w tym koszyczku?
— Podwieczorek dla łabędzi. Ach, niech mama się obejrzy, oto dwa przypływają! 
Już kilka razy zbliżały się do brzegu; może w nas poznają swoje codzienne 
karmicielki. Jakże miłosiernie szyjki wyciągają! Nie dajmy im dłużej czekać, 
pójdźmy!
Zerwała się i koszyczek chciała do niesienia oddać Wiesławowi; ale ten zmieszał 
się, zaczerwienił i rękę cofnął od koszyka, jakby dotknał gadu.
Dziwne są zwroty serca, kiedy naprawdę bić zacznie. Oto ów półbożek salonów, 
którego wytrawne kusicielki uwikłać nic mogły, dziś, wobec potulnej panienki, 
wpada w zabobony i trwogi zakochanych, z których się dotąd wspaniale uśmiechał. 
Ktoby uwierzył? Wiesławowi przeszło przez myśl, czy owo podanie kosza niejest 
symbolicznem. A choć w mgnieniu oka zrozumiał niedorzeczność przypuszczenia, 
pierwsze zmieszanie zmieszało go powtórnie.
Z prędką pomocą, przybyła mu Cecylia, która, jak się zdaje, przeniknęła omyłkę, 
bo twarz jej cała się rozpromieniła. Więc Wiesław lęka się jej odmowy? 
Zadziwiające odkrycie!
Szybkim zwrotem, jakby sama zmieniła zamiar, w ręku ścisnęła koszyczek, mówiąc:
— Nie, panu go nie dam.
A wzamian oddała mu parasolik, cacko białe jedwabne, o fiołkowych brzeżkach i 
kościanej rączce, które Wiesław chwycił skwapliwie i niósł za nią, rozmyślając 
nad słowem rzuconem z powodu kosza: "Nie, panu go nie dam."
Z gwałtownością, właściwą rozkochanym, przeszedł ze zbytku obawy do zbytku 
nadziei, dojrzał w tych słowach wyraźną obietnicę, postanowił zdobyć się na 
odwagę i uchwycić w lot szczęśliwą chwilę. 
Tymczasem Cecylia, ani się domyślając jak jej słowa zostały solennie zrozumiane, 
zbiegła nad brzeg i jedną ręką otworzyła króbkę, a drugą z niej czerpała 
żywność, którą ptaki, z pysznemi ruchami szyi, pochwytywały w cichości.
— Co to za cudowne stworzenia! Jaka w nich. poezya! — zawołała.
— Bo też łabędź jest godłem poezyi — odparł Wiesław. — Jeszcze Grecy nadali mu 
to boskie dostojeństwo, choć zaprawdę dziwnem jest, że pominęli wszystkie 
śpiewające ptaki, dla tej istoty dumnej i milczącej. Opowiadano sobie wprawdzie 
wieści o jego przedśmiertnym śpiewie, ale rzadko
kto go podsłuchał, jakby chciano dać do zrozumienia, że rzadko kto wykradnie 
tajemnice prawdziwej poezyi.
— Czyżby to miało znaczyć — przerwała Cecylia, że trzeba aż umierać, aby zostać 
poetą?
— Tak pani, zapewne. Cierpienie, to powolne konanie duszy, podnosi wysoko... Tu 
chwilę się zastanowił. Jednakże... jeszcze nie najwyżej.
Na tak nagły zwrot zdania, Cecylia z podziwieniem podniosła oczy, a Wiesław, 
który zdawał się tylko czekać takiego spojrzenia, ciągnął dalej:
— Choć gorący wielbiciel Greków, na ten raz nic zgadzam się z nimi. Jabym za 
godło natchnienia obrał nie łabędzia, lecz — słowika. Wielka jest poezya w 
cierpieniu, ale jeszcze większa w miłości.
Cecylia nic nie odpowiedziała, czując że rozmowa wchodzi na grunt wulkaniczny. 
Nie umiała jeszcze na takim gruncie wyprawiać pustych fajerwerków słowa. 
Pierwsza młodość albo wypowiada co czuje, albo milczy.
Zamilkła więc, a chcąc zapełnić przerwę, zaczęła rozmawiać z łabędziami.
— Chodź tu, chodź, nienasycony pieszczochu! Ach moja ty ślicznoto! Mój ty 
zaklęty królewiczu!
I tym podobne rzucała nawoływania, a rzucała głosikiem takim miękkim i 
rozpieszczonym, że nakoniec Wiesława zazdrość wzięła.Śmiejcie się, obojętni 
czytelnicy. Miłość ma swoję święte dziwactwa i dzieciństwa, które wydają. się śmieszne dla wszystkich oczu, oprócz dla tych co je natchnęły. Takie 
dzieciństwa nawet . złym miłościom nadają pozór niewinny i urok niebiański, a 
cóż dopiero uczuciom bez zarzutu.
Cecylia usłyszała po za sobą szelest niewytłumaczony. Ogląda się, o zgrozo! 
Białym dzióbkiem jej parasolika, owym dzióbkiem nieskalanym, co nigdy nie 
dotknął piasku, Wiesław ryje trawnik i grudki ziemi wyrzuca, jakby na niej 
chciał wywrzeć niecierpliwość co go podrywa.
Widząc że zwraca nakoniec uwagę, podniósł ku niej zadąsane wejrzenie.
— Po co — rzekł — marnować tak łaskawe słowa, dla istot co nietylko ich nie 
ocenią ale nawet nie rozumieją?
— A może i rozumieją? Patrz pan, jak ciągle koło brzegu krążą.
— Bo wiedzą że jeszcze dostaną strawę. Już ja dowiodę, że więcej dbają o pani 
chleb, niż o pani komplimenta.
To mówiąc, przystąpił do koszyka i zaczął z niego wyrzucać okruchy, a ciskał je 
tak gwałtownie i daleko, że łabędzie rzeczywiście oddaliły się od brzegu, w 
pogoni za przysmakami. Na widok tego odstępstwa, Cecylia wybuchnęła śmiechem 
pełnym pustoty, który ogarnął i Wiesława. Rzucając chleb na wyścigi, wydzierając 
sobie koszyczek, wpadli w złoty humor, w pacholęce rozfiglowanie, na które 
złożył się rzadki zbieg warunków: młodości, pogody i wzajemnie odgadnionych uczuć.
Przy wypróżnianiu koszyka, Cecylia dostrzegła na ręku towarzysza szczegół, który 
ja mile zastanowił; u mankietów nosił guziczki z emalią wyobrażającą bratki. 
Pytanie, czy wybór jej ulubionego kwiatu był umyślny, czy przypadkowy? Ta 
niepewność na czas ją ostrzegła, tak że spojrzawszy, drgnęła tylko i zatrzymała 
słowo na otwierających się już ustach.
Wiesław, jakby odpowiadał na jej myśli:
— To są — rzekł — bratki. Czyż nie wolno pani kolorów nosić?
— Czemu nie? Wolno, tem bardziej że to jest godło braterstwa.
— Dlaczego tem bardziej? Chciej to pani jaśniej wytłumaczyć — podchwycił, na 
prawdę zaniepokojony.
— O mój Boże! Czyż to trzeba tak wszystko tłumaczyć? Przecie rzecz jasna: 
niedawno się znamy, ale pan już okazał tyle życzliwości dla naszego domu, tyle 
że tak powiem synowskiego posłuszeństwa dla mojej mamy, że mogłabym prawie 
uważać go za braciszka.
Tu przerwała, a gdy młodzieniec ciągle milczał, jakby uważał wytłumaczenie za 
niedostateczne, dodała z wahaniem osoby niewiedzącej co ma powiedzieć:
Nigdy nic miałam brata, a to musi być wielkie szczęście.
— Nie przeczę. Zostać bratem pani, to już wielkie szczęście. Jednak są dusze 
dotyla niesyte, że możeby i takie szczęście im nie wystarczyło.
Zatrzymał się i czekał. Ale Cecylia nie odpowiadała. Myśl jego była już nadto 
jasną, a wyrazy jeszcze niedość jasne, aby wypadało odpowiadać. Spuściła oczy, a 
szkarłat coraz szerzej rozlewał się po jej licach.
Wiesław postrzegł to pomieszanie. Słowa cisnęły mu się na usta; jednak w 
ostatniej chwili uląkł się słów stanowczych. Tak mało jeszcze dał się poznać, a 
już ma na kartę stawiać cały wyrok życia lub śmierci? Namyślił się — i zamilkł.
Bo też i czas i miejsce nie wydały mu się jeszcze dość uroczystemi. Tu co chwila 
rozmowa mogła być przerwaną, a w każdym razie była niepokojoną przez mijanie się 
osób używających przechadzki, które nawet coraz gęściej snuły się wkoło nich.
Na czarodziejskiem tle krajobrazu, pod radosnem światłem czerwcowego wieczoru, 
ta nadobna para, karmiąca łabędzie, wyglądała tak legendowo, że coraz więcej 
przechodniów zatrzymywało się, aby patrzyć niby na pływające ptaki, a wistocie 
na chlebodawców. Powoli, gdy cała gromadka półkolem ich otoczyła, oboje zamknęli 
się w tej drażniącej a przecież rozkosznej ciszy, co spada jak wpół-przejrzysta 
zasłona po niedokończonem wyznaniu.
Milczenie jednak stawało się uciążliwem. Przyszedł im na ratunek głos pani Ireny, odzywający się z ławki. Wiesław skoczył po 
jej rozkazy.
— Zdaje mi się, żeby warto jeszcze przejść się nieco — rzekła, a po chwili 
dodała, patrząc na Wiesława z wyrazem podobnym do wdzięczności. — Jaka Cesia 
dzisiaj wesoła! Ach, kto ją umie rozweselić, ten już zdobył sobie moję przyjaźń. 
Całą, pierwszą młodość miała taką, smutną! A komuż jednak więcej szczęścia się 
należy? O panie, to anioł-pocieszyciel. Wierz mi, nie patrzę uprzedzonemi oczami 
matki, ale oczami kobiety, którą ciężkie zawotly nauczyły oceniać ludzi. Gdyby 
kto wiedział, ile ona już wycierpiała, ile innym cierpień ulżyła, nietylkoby się 
rozrzewnił, ale skłonił czoło.
Wyrazy matki niesłychanie zdziwiły Wiesława.
— Pani mówi, że panna Cecylia tyle już cierpiała? Nigdybym się tego nie 
domyślił, po jej młodocianej swobodzie, po jej prawdziwie dziecinnej pustocie.
Pani Irena smutnie skinęła ręką, dodając półgłosem:
Długoby o tem mówić, a może nie godzi się mówić.
Wiesław miał wielką ochotę badać dalej, ale właśnie Cecylia, do dna wypróżniwszy 
koszyczek, nadbiegła rozpromieniona, i wszyscy troje puścili się ścieżką ku 
pałacowi.
Nie wiem czy jest piękniejszy poemat, jak przechadzka po Łazienkach królewskich, z ukochaną, osobą.
Pół nieba rumieniło się czerwienią zachodu; druga połowa szarzała już perłowym 
zmrokiem, na którym wycinał się bledziuchny sierp księżyca. Wierzchołki drzew 
świeciły miedzianem! połyskami, a niższe klomby tonęły w czarności. Po wodzie 
biegła taśma światła, rozbryzgująca się iskrami o szkliste krużganki pałacu. Nad 
wszystkiem ulatywał z trawników balsam skoszonego siana, a z wonią razem unosiły 
się dźwięki orkiestry, która właśnie z uwertury Wilhelma Tella wygrywała 
pasterski ustęp z echami.
— Wiele już świata objechałam — mówiła pani Irena — a doprawdy ani we Francyi, 
ani nawet we Włoszech nie spotkałam rezydencyi równej naszym Łazienkom. Są, nie 
zaprzeczam, pałace bogatsze, parki wspanialsze, ale właśnie przez swój ogrom nie 
dają się odrazu objąć okiem, rozrywają i nużą uwagę. Tu jest całość zupełnie 
skończona. Trudno było na mniejszej przestrzeni więcej nagromadzić wrażeń. Ten 
amfiteatr jest jednym z najwdzięczniejszych pomysłów, jakie nowa sztuka ze 
starożytności przyswoiła. Most Sobieskiego taki majestatyczny, że nie maleje 
nawet wobec imienia jakie dźwiga. Przyjrzyjcie się, z jaką zręcznością gromady 
drzew poustawiane! Mały lasek sprawia złudzenie prawdziwej puszczy. Albo 
wszystkie linie wód i ścieżek, w jaki labirynt zwinięte! Codzień tu przyjeżdżamy i codzień, na każdym skręcie drogi, ponawia nam się niespodzianka. A już też 
perłą całego arcydzieła jest pałacyk; zawsze mi się zdaje że patrzę na pałac 
Armidy, który pod różczką czarodziejską żywcem z wód wystąpił.
Na wspomnienie Armidy, Wiesław zwrócił oczy ku pani Irenie, przypominając sobie 
słowa profesora Benedykta. Ale mu się nie wydała podobną do wschodniej 
czarodziejki. W swejej żałobie, w swojej powadze, w swojej macierzyńskiej 
pieczołowitości, była raczej podobna do jednej z cnót teologicznych, do boskiej 
Charitas, co jest wszystkich cnót matką.
Jako prawdziwa przedstawicielka miłosierdzia, przez całą przechadzkę ułatwiała 
rozmowę, trudząc się nieustannym monologiem, bo młoda para szła cicho, jakby 
zaklęta. Dopiero kiedy wyszli na taras, usta im się rozwiązały. Niebo już całe 
okryło się stalą, na której migotało kilka gwiazdek, rzęsiście odbitych w 
wodzie. Goście się rozchodzili. Zato posągi, coraz bielej rysując się na tle 
nocy, zaludniały ziemię wizyami. Sabinka, przełamana w objęciach Rzymianina, 
oglądała się bolęśnie na cyprysy czerniejące pod pałacem, jak rózgi liktorów. 
Psyche, rozkołysana w objęciach Amora, spoglądała zamglonemi oczami na 
wodotrysk, co się kręci w swoim kwiecistym koszyku, drobny a brylantowy, jak 
fontanna młodości. Orkiestra na pożegnanie grała Gawota
Ludwika trzynastego, ów klejnocik melodyi, co tak miękko usposabia serce.
Wiesław przystąpił do Cecylii, mówiąc półgłosem:
— Jaki dzisiejszy dzień szczęśliwy! Nieprawdaż pani, że szczęśliwy?
Chwilkę się zawahała i odparła głosem jeszcze cichszym:
— Taki szczęśliwy, że go sobie wyrzucam.
Te słowa były prawdziwą zagadką.
"Czuje się przy mnie szczęśliwa aż do wyrzutu sumienia, więc jestem chyba 
szalenie kochany. Ale dlaczego te wyrzuty? Czyby jej serce już było innemi 
obietnicami związane? Czy też to dusza taka ascetyczna, że sobie nawet cień 
ziemskiej rozkoszy wyrzuca?
Ważąc podobne wątpliwości, chciał je zręcznie ułożyć w zapytania, ale nie 
zdążył. Matka już nawoływała Cesię i wszyscy troje wyszli ku stajniom 
królewskim, gdzie podjechał powóz, a za nim dorożka Wiesława, którą odesłano, bo 
pani Irena zaprosiła go na herbatę. Pierwszy to raz podobny zaszczyt go 
spotykał; ucieszył się niewymownie i był jeszcze tyle prostodusznym, że swoję 
uciechę objawił wybuchem pełnym dziękczynień.
Pomimo rosnącego zmroku, przy wsiadaniu, wydało mu się jakby konie były jakieś 
ognistsze i zaprząg świetniejszy niż zwykle, a gdy z cienistych alei wyjechali 
na lepsze światło, dostrzegł
i w samym powozie odmianę: był-to śliczny, fiołkowy, jak z igły zdjęty koczyk, 
którego dotąd nie widywał.
— Cóż to znaczy? — zapytał. — Tylokrotnie widziałem panie wsiadające do tego 
powozu, a dziś, nie wiem czy dlatego że pierwszy raz w nim siedzę, ale mi się 
wydaje nierównie piękniejszy.
— Bo też — odparła matka — dziś pierwszy raz jedziemy na własnym wózku. Dotąd, 
wśród kłopotów jakie towarzyszą zwykle przesiedlinom, wszystko było tymczasowe. 
Teraz, kiedy już nasze pojazdy wróciły od lakiernika, sprowadziłam konie ze wsi 
i przyznam się, bardzo im jestem rada, bo najęte już mi się uprzykrzyły.
— Rzuciłem tylko okiem, jednak zdaje mi się, że jak na wiejskie, te konie są 
przepyszne.
— O, bo też mój mąż kochał się w koniach. Trzymał ich zawsze kilkanaście na 
stajni. W naszem bardzo niewesołem życiu, przejażdżki konne były przynajmniej 
jedną z rzadkich, dozwolonych rozrywek.
Przerwała i zapadła w posępne dumanie. Wiesław także się zamyślił, ale nie nad 
goryczą jej wspomnień; troskało go odkrycie większego niż sądził dostatku w 
rodzinie Cecylii. Nie trzyma kilkunastu koni na stajni, kto nie jest prawdziwie 
bogaty. A z jaką to niechęcią wyraziła się pani Irena o koniach najętych, które 
dla wielu rodzin wydają się szczytem zbytku.
Był on wprawdzie zanadto rozsądny, aby pragnać małej chatki, byle z nią. Ale nie chciał także być posądzanym, że pragnie 
jej, byle z pałacem. Wielkie bogactwo psuto mu surowy ideał przyszłej żony, a że 
serce już miał uwikłane, zasmucił się; czuł że będzie musiał wejść na drogę 
kolejnych ustępstw, jaka w drugich dotąd po Katońsku ganił.
Powóz toczył się coraz wolniej. Wjeżdżano pod górę, wiodącą do Belwederu. Na 
skręcie wąwozu, od gajów botanicznego ogrodu, doleciał ich śpiew słowika, dobrze 
każdemu przecie znany, a który dziś jednak młodą parę wstrząsnął niezwykłą 
wymową swojego srebrnego alfabetu. Spojrzeli na siebie jednocześnie i 
uśmiechnęli się, jakby mówiąc: Oto prawdziwa poezya! Oto król pieśni z naszego 
wyboru!
Było to pierwsze ich spojrzenie wyraźnie zamienione, pierwszy uśmiech Cecylii, 
znaczący więcej niż towarzyską uprzejmość.
Po chwili, nagłym zwrotem, rzuciła się ku matce i uścisnęła ją gwałtownie. Czy 
tym uściskiem chciała w łono macierzyńskie przelać nadmiar niespodzianego 
rozczulenia? Czyją niejako przeprosić za wykradzenie i oddanie obcemu cząstki 
serca, które dotąd wyłącznie do matki należało? Trudno wyrokować. Wiesław pewnie 
zatrzymał pierwsze, pani Irena drugie przekonanie.
Od belwederskiego pałacu woźnica puścił wodze koniom, a te z arabską szybkością 
rozpędziły się w ciemnej alei, migotającej podwójnym rzędami latarni, dość rzadkich aby nie rozświeciać, ale tylko pokazywać drogę.
Potężne to i rzeźwiące wrażenie, taka jazda wichrzysta, wśród ciemności 
przerywanej gdzieniegdzie roziskrzeniami, wśród chłodu wieczornego, co bije o 
twarz wonnem skrzydłem. Młodość lubi podobne wrażenia. Przyśpieszony pęd jazdy 
układa się do równowagi z tętnem jej krwi i natężeniem nerwów, a wtedy wydaje 
się istocie całej, że podwoiła w sobie władzę życia.
Cecylia pełnemi piersiami chwytała kordyał powietrzny, a Wiesław nie mógł 
znaleźć dość pochwał na chód rumaków, równy, posuwisty. Bo i on był znawcą w 
Jockej-klubowej nauce. Jakżeby podobnej pieczęci mogło brakować w dyplomie 
modnego młodzieńca?
Rozmowa, najprostszym biegiem, zeszła na przedmiot żywo w tej chwili obchodzący 
Warszawę.
— Panie pewno będą na jutrzejszych wyścigach?
— O nie, przy mojej żałobie nie chciałabym się jeszcze pokazywać na tak tłumnej 
zabawie.
— Ach, to wielka szkoda. Dla mnie tym sposobem zabawa straci swój największy 
urok.
Jeszcze kończył, kiedy Cecylia z niezwykłą żywością, uderzyła parasolikiem o 
poduszki kocza, a z ust jej wyrwały się słowa:
— Więc pan jednak będzie na wyścigach? Ja sądziłam...
Tu przyszło wahanie, zamilkła i z urażoną minką wsunęła się w głąb siedzenia.
Matka, przestraszona niestosownem odezwaniem się córki, zawołała z głośnym 
śmiechem:
— Jakaś ty Cesiu zabawna! Tobie się zdaje, ie jak twoja matka w żałobie, to już 
nikt. nie powinien się bawić.
I śmiała się dalej tym śmiechem przymuszonym, jakim starsze osoby usiłują pokryć 
niedoświadczenie młodszych.
Wiesław jednak błogosławił to niedoświadczenie. Pierwszy-to raz Cecylia rzuciła, 
a raczej chciała rzucić, słowo tyranii kobiecej, zdawała się wymagać ofiary, co 
może więcej dowodzi, niż gdyby z własnych życzeń ją czyniła.
Ale że niema nigdy światła bez cienia, gdy z jednej strony pochlebiało 
Wiesławowi rozdrażnienie dziewczęcia, z drugiej martwiła go prawdziwa fatalność, 
dla jakiej nie mógł spełnić tego pierwszego półrozkazu.
— W każdym innym roku, odezwał się nieśmiało, mógłbym bezkarnie ominąć tę zużytą 
zabawę i przeniósłbym nad wszystko przechadzkę w Łazienkach, które się stały 
teraz krainą moich marzeń. Ale w tym roku, na nieszczęście, ma biegać koń mojego 
wuja, który sam jutro przyjeżdża, i nigdyby mi nie darował, gdybym nie był 
świadkiem jego przewidywanych tryumfów.
— Aha, wuj pański? Zkądże przyjeżdża? Któż to jest?
Te słowa pani Irena wtrąciła niedbale, jak zwykle rzuca się pytania, przez 
sarnę, grzeczność zadane.
— Przyjeżdża z Kaliskiego, zkąd pochodzi rodzina mojej matki. Właśnie to jej 
brat starszy, Tytus Odonicz...
Wiesław mówił najspokojniej, to też zdumiał się niewymownie, spostrzegłszy 
piorunujące wrażenie, jakie to nazwisko sprawiło na jego słuchaczkach. Obie 
wybuchnęły wykrzykiem, który wprawdzie zaraz przytłumiły, ale że właśnie mijali 
pas światła, dostrzegł, jak Cecylia chwyciła matkę za rękę i jak zamieniły 
wielkie, tajemnicze spojrzenie.
— Co się stało? Czy panie się czem zatrwożyły?
— Nie — żywo odparła matka — tylko nazwisko pańskiego wuja... nasunęło mi wiele 
wspomnień.
— Czyżby mój wuj był paniom znany?
— Ach, i dawno... i dobrze znany... Tylko że od lat całych straciliśmy się z 
oczu.
— Ale — słodko przerwała Cecylia — teraz tę znajomość łatwo można odnowić. 
Nieprawdaż, panie Różycu?
— O pani, mój wuj będzie najszczęśliwszy z ludzi, gdy mu panie pozwolą 
przypomnieć się ich łasce.
Wiesław mówił z prawdziwym zapałem. Radowało go odkrycie stosunku między obu 
rodzinami, jakiego się ani domyślał. Chciał się w pełni tem odkryciem nacieszyć, o 
wszystko wypytywać, wszystko poznać jak własne, ale spotkał odpowiedzi krótkie i 
roztargnione.
— Gdzież państwo się znali?
— Rozmaicie, i w kraju i za granicą.
— Czy i panna Cecylia znała mego wuja?
— A jakże, ja nigdy z mamą się nie rozdzielałam.
— Dawno państwo się nie widzieli? 
— To zależy od tego, jak się komu czas rozdziału wydaje, dłuższy albo krótszy.
Trudno było przy huku powozów nużyć sąsiadki ciągłemi pytaniami, przestał więc, 
a obie panie zapadły w głębokie zamyślenie, z którego dopiero wyrwał ich turkot 
kół, wjeżdżających w bramę. Mieszkały na Nowym-świecie, w domu z pięknym 
gankiem, przez którego otwarte drzwi, pomiędzy zielonością i zwojami markizy, 
przeświecała szkarłatna łuna.
Schody przeszli milcząc, a gdy Sebestyan, kamerdyner siwy i wymuskany, jak 
markiz przeszłowieczny, otworzył drzwi od obszernego przedpokoju, następnie 
drugie od jadalni, gdzie wszystko nosiło dębowa, barwę, panie poszły zdjąć 
kapelusze, Wiesław zaś znalazł się sam jeden w salonie, którego łuna szkarłatna 
z ulicy go uderzyła. Bo też cały był karmazynowy, od wełnistego obicia na 
ścianach, okolonych złotemi prątkami, do mebli z jedwabnego adamaszku, oprawnych 
w rzeźbę naśladującą złote sznury; od ciężkich kotar, zapuszczonych na drzwi i okna, 
do ram od obrazów i zwierciadeł, które wszystkie były z czerwonego aksamitu, 
ujętego w ozdoby z bronzu.
Na głównym stole wysoka lampa, zasunięta różowym namiocikiem, roztaczała krąg 
światła na spietrzone książki i albumy, a po ścianach rubinowe kule rzucała w 
zwierciadła. Druga lampa, mniejsza, o fiołkowym daszku, stała tuż na niższym 
stoliku od roboty.
Pomimo tak przytępionego oświetlenia i surowej jednolitości stylu, komnata 
wyglądała jak zaczarowana, a co gorzej dla Wiesława, strasznie wyglądała po 
pańsku. Pierwszy raz uderzało go to spostrzeżenie.
Dotąd bywał zwykle w rannych godzinach, przyjmowany w buduarze, którego 
porcelanowe cacka nic mu wyraźnego nie mówiły. Zresztą, przy krótkich 
odwiedzinach, więcej się przyglądał mieszkankom, niżeli mieszkaniu. Dziś mógł 
się rozpatrzyć w szkarłatnym salonie, którego szczegóły dowodziły, że nietylko 
raz jeden sypnięto na urządzenie, ale że długie lata zamożności i artystycznych 
nabytków dołożyły do niego ręki. Tu spostrzegł nieocenione stoliczki z 
florenckiej mozaiki, tam srebrem okute szkatuły, owdzie posążek przypominający 
szkołę Cellini'ego, wszędzie śliczności sztuki, postawione nie dla widoku, nie 
dla samej parady, ale niejako wrosłe w codzienny użytek.
A nie brakło mu czasu do rozpatrzenia się we wszystkiem, miał go nawet aż nadto. 
Już na stole wszystkie przerzucił albumy, już na maleńkim fortepianie, 
prawdziwej perełce z fabryki Bechsteina, przewertował nuty, w których wyborze 
odnajdywał surowe zasady profesora Bońki, a panie jeszcze się nie zjawiły. 
Zwłoka zaczynaią przekraczać granice grzeczności. Zegar antyk, co bił wpół do 
dziewiątej po jego przyjściu, już uderzy samę dziewiąta. Czyż zmiana w 
spacerowym stroiu mogła trwać tak długo?
Sądził się chyba zapomniany, albo też on sam był przedmiotem jakiejś ważnej 
narady, tem bardziej że przezedrzwi przyległego pokoju słychać było glosy matki 
i córki, zmieszane w żywej, bardzo żywej rozmowie.
Z całych sił bronił się Wiesław od pokusy słuchania, a turkot powozów pomagał do 
obrony. Słowa pani Ireny dochodziły tylko równym szmerem, bo glos jej, jak 
zwykle u osób obytych z życiem, był już przysłonięty i opanowany. Ale świeży 
głos Cecylii wystrzelał czasem racami wyrazów, których niepodobna było nie 
rozumieć.
I tak, w jakiejś chwili zupełnego uciszenia się ulicy, Wiesław dosłyszał 
mimowolnie, przysięgam wam że mimowolnie, ale niemniej z wielkiem wzruszeniem, 
takie słowa:
— Zobaczy mama, że jeszcze się wszystko ułoży i raz przecie będziem szczęśliwi.
Tu zaszemrała stłumiona odpowiedź matki,
z której tylko dwa razy doleciał dźwięk podobny do wyrazu: Wątpię.
— Ale moja mamo, przecież i ja teraz mam trochę doświadczenia. Ja mu się już nie 
dam z rąk naszych wyślizgnąć.
Wiesławowi nuty z rąk wypadły, a zdumienie jego urosło jeszcze, gdy usłyszał 
panią Irenę odpowiadającą:
— Ciszej, Cesiu... zapominasz że tamten jest w salonie. 
Głosy przycichły i oddaliły się, jakby rozmawiające wyszły do innych pokojów.
Wiesław plątał się w myślach, ale przypomniał sobie w porę zasadę uczciwych 
ludzi, że z podsłuchanej, choćby najdziwniejszej rozmowy, nie trzeba nigdy robić 
użytku, nawet dla samego siebie, bo można popaść w najkrwawsze albo 
najśmieszniejsze omyłki.
Postanowił nic nie zgłębiać, a do nowego zwrotu myśli pomogło mu niespodziane 
odezwanie się dzwonka. Po chwili profesor Benedykt wszedł i z podziwem ręce 
rozkrzyżował:
— Ty tu, panie Wiesławie? A to prawdziwie szczęśliwe przeczucie mię 
przyprowadziło, bo właśnie przynoszę kilka kawałków z mojej opery, gdzie i twój 
głos nam się przyda. Ale czemuż tak samego zastaję?
Jeszcze nie dokończył, kiedy ze drzwi bocznych wyszły obie panie. Profesor, nie 
dawszy nikomu odetchnąć, zapędził Cecylią do przeglądania swojego Aryona, opery we trzech aktach, i wykładał jej traktat o szkodliwości zbyt 
świetnych efektów w pojedynczych rolach, traktat tem dłuższy, iż uczenica 
zdawała się go słuchać z oburzającem roztargnieniem.
Pani Irena zasiadła do haftu i kilka krotnic rzuciła na Wiesława (przynajmniej 
tak mu się wydało) spojrzenie inkwizytorskie. Młodzieniec przeglądał włóczki w 
milczeniu.
— Pan musiał mocno się tu wynudzić?
— Nie, pani. Nudzić sio trudno w takiej uroczej świątyni. Ale zato się... 
zasmuciłem...
— O mój Boże! Czemże takiem?
— Przeglądając tyle nagromadzonych przepychów, pierwszy raz przyszło mi na myśl, 
że panna Cecylia pochodzi z domu bogatego, a dla ludzi mniej obdarzonych od 
fortuny, dla ludzi młodych, których majątek leży tylko w przyszłości i w pracy, 
wielki posag jest rodzajem tamy, co zagradza drogę do wielu marzeń.
Pani Irena słuchała uważnie, położyła robotę, i po chwilce namysłu przemówiła 
głosem, który Wiesławowi wydał się uroczystym:
— Dobrze jest, że pan dotknął przedmiotu, co tyle sprzecznych zdań w naszym 
czasie obudza. Dzieie zupełnie przekonanie ludzi praktycznych, twierdzących że 
małżeństwo zawarte w ślepem uniesieniu, bez żadnych warunków dobrobytu, bez 
przewidywania przyszłości, kończy się najczęściej niesmakiem i niezgodą. Ale. 
według mnie, dosyć
aby jedna strona posiadała majątek, a która... to iuż rzecz obojętna. Niech mi 
pan nie przerywa; powtarzam: obojętna, bo jeśli druga strona przynosi wielkie 
bogactwa duchowe, to bilans łatwy do zrównania. Otóż w tem, podług mnie, leży 
największa korzyść wielkiego posagu, że panna nim obdarzona, może nie oglądać 
się, na majątek w wyborze przyszłego męża, ale wymagać od niego samych bogactw 
duszy. To też cieszę się, widząc moję córkę bogatą dziedziczką. Tak, cieszę się 
bo wiem że bogactwo pozwoli jej wybierać... według serca, zwłaszcza jeśli trafi 
na człowieka dosyć szlachetnego, aby się pozbył fałszywej ambicyi, owej 
bohaterskie) maski, pod którą, w gruncie kryje się tylko pycha.
— Trudno pani zaprzeczyć. Człowiek rozsądny powinien pozbyć się fałszywej 
ambicyi, dla tego samego że jest fałszywą. Przyzna jednak pani, że świat nieraz 
go za to fałszywie osądzi.
— Ach panie, gdzie chodzi o szczęście, któż się na świat ogląda?
— To prawda. Jednak pytanie, czy i sam ideał owego rozsądnego człowieka, w 
chwili ostygnięcia lub kaprysu, nie posądzi go o wyrachowanie.
— Panie Wiesławie, tu pan już chyba mówi o związkach zawieranych bez szacunku i 
bez prawdziwej miłości. Czyż takich, których naprawdę kochamy, możemy o złą myśl 
posądzić? Cała tylko sztuka, dać się naprawdę pokochać.
Tu rozmowa, z wielkim żalem Wiesława, zostaią przerwaną, przez nadejście 
Cecylii, która nakoniec wyrwawszy się ze szpon profesorskich, przyszła mocno 
zamyślona i siadła także do roboty.
Pierwszy to raz jej obecność zdala się uciążliwa młodzieńcowi, który byłby 
chciał do ostatecznych wyników doprowadzić rozmowę tak szczęśliwie zaczętą. 
Jednak po chwili zastanowił się, czy przerwa nie przyszła w sarnę porę? Cóż 
matka mogła mu więcej powiedzieć? Czyż mu nie wskazała, że wszystko możebne dla 
tego, kto serce jej córki potrafi zdobyć?
Do córki zatem zwrócił całą duszę i podczas gdy profesor zabawiał panią Irenę 
pogawędką o dawnych czasach, on zaglądał do koszyczka Cecylii, która długo 
wzdragała się pokazać mu swoję robótkę, gdyż był to wielki sekret, i musiał 
Wiesław zakląć się na słowo rycerskie, zanim został do niego przypuszczony. I 
jaki jeszcze sekret! Niespodzianka dla matki: okrągły podnóżek z sukna 
zielonego, na którym pod igłą Cesi wykwitał prześliczny wieniec, różnokolorowemi 
jedwabiami atłaskowo szyty, a wśród kwiatów biegł napis, łańcuszkiem złotym 
wyrobiony, zamykający dwuwiersz naiwny, jak jego twórczyni:
Podarek maleńki
Dla mojej mateńki.
Ale że z mateńką córka nigdy się nie rozdzielała, więc i tajemnicy trudno było ściśle utrzymać. Pani Irena udawała 
najczęściej, że nie widzi roboty; czasem znów udawała, że chce ją, gwałtem 
zobaczyć; ztąd pełno śmiechów, przekomarzali się i uścisków, z których wynikało, 
jak to mówią, sto pociech. Gdzie serce domem rządzi, tam najmniejsze drobnostki 
stają, się cegiełkami do budynku szczęścia.
Wśród tajemnych narad młodej pary, nad oprawą jaką tapicer miał nadać 
podnóżkowi, zjawiła się przeszkoda w robocie, pod postacią Sebastyana wnoszącego 
herbatę, nie owę herbatę dzisiejszą, już rozlaną i wpół wystygłą, ale cały 
przyrząd, który po staremu ustawiał się na osobnym stole i stanowił osobne 
państwo, rządzone przez córkę domu.
Dobre to były zwyczaje, owe robótki i nalewanie herbaty, któremi dawniej 
ułatwiano pannom ich cierniowe życie w salonie. Ach cierniowe, bez zaprzeczenia, 
bo i same czas pędzą ciężko, i dla drugich czuja się ciężarem. Nie mówię o 
balach, co są niby amatorskim baletem, ani o rautach, co są, niby amatorską 
musztrą. Tam panny mogą jaśnieć tańcem albo strojem, mogą nawet zwycięzko 
wybrnąć z ułamków rozmowy, przerywanej orkiestrą lub natłokiem; tam nakoniec 
grają jakąś określoną rolę.
Ale na mniejszych zebraniach ich położenie jest niejasne i musi mieć w sobie 
jakąś nielogiczność, kiedy wszyscy tak się boją salonów, gdzie dużo
panien bywa, kiedy młodzież tak uparcie od nich ucieka. A jednak trudno 
przypuściłaby wszystkie były tępe i ograniczone, bo przecież z tych samych 
panien wyrastają mężatki, za których towarzystwem później ta sama młodzież goni.
Owę nielogiczność łatwo odkryje, kto zrozumie, że rozmowa nie jest właściwem 
polem dla panny.
Jakąkolwiek przybierze postać, zawsze panna ulegnie krytyce. 
Jeśli mało mówi, źle. Niemy świadek rzuca paraliż na resztę zgromadzenia.
Jeśli dużo mówi i chce być dowcipną, tem gorzej, ach stokroć gorzej! Nie upłynie 
godziny, a dziesięć razy po oczach rodziców lub ciotek spostrzeże, iż się 
niewłaściwie odezwała, nie rozumiejąc zaś w czem i kiedy, resztę wieczoru 
przemęczy pod przytłumionym postrachem admonicyi, która ją na dobranoc czeka.
— Ale — odpowiecie mi — niechże mówi w miarę.
— A tak. Niby to łatwo. Aby odzywać się w miarę i w porę, trzeba doświadczenia, 
taktu, pewności i obosieczności słowa, wszystkich zalet, jakich panna jeszcze 
nic może i nie powinna posiadać.
To też i żal i niecierpliwość porywa, kiedy się widzi owe zaklęte istoty, które 
według dzisiejszej mody cały wieczór siedzą ze starszyzną, i to z założonemi 
rękami — na które niejeden spogląda z gniewem, gdy musi poświęcić żart wyborny,
ale przy nich wzbroniony, na które nakoniec areopag cały ogląda się z podziwem, 
gdy się odważą wtrącić słówko do rozmowy.
A jednak są na wszystko sposoby. Salonowa sztuka bawienia się, jak inne sztuki 
nadobne, nie przychodzi sama z siebie, ale potrzebuje studyów i posiada 
prawdziwe tajemnice rzemiosła.
Najskuteczniejsza zapewne z tych tajemnic spoczywa w talentach. Panienka która 
ładnie gra lub deklamuje, niejest już ciężarem towarzystwu, bo choćby nie 
wzbogaciła rozmowy, przy zdarzonej sposobności dołoży swój haracz do ogólnej 
skarbnicy rozrywek.
Jeśli nieba jej poskąpiła talentów, niech przynajmniej siedzi z igiełką. 
Milczące usta i spuszczone oczy nikogo nie rażą przy zajętych rączkach, a jeśli 
oczy te czasem błysną, jeśli usta czasem zadźwięczą, sprawią wrażenie, tem 
silniejsze, że mniej spodziewane.
Gdyby mężczyźni wiedziel jaka to rozkosz rozmawiać i słuchać z robótką w ręku. 
wynaleźliby sobie także jakieś pół mechaniczne: i pól artystyczne zajęcie, 
któreby oszczędziło wielu marnych słówek i połamanych wachlarzy. Dziwie się że w 
naszym wieku praktycznym, zwłaszcza też w Ameryce, gdzie czas nazywa się 
kapitałem; panowie nie znaleźli jeszcze sposobu zużytkowania godzin traconych w 
salonie.
Jednak najpolityczniejszym sposobem przerwania jednostajności wieczoru, bywał 
dawniej antrakt herbaciany. Wszystko odbywało się widocznie, a przecież wykwintnie. Jeszcze 
u nas nie znano tombakowych samowarów, aniby się kto poważył używać kopcących 
węgli. Wnoszono w samo serce salonu tak zwaną machinkę, ze srebrnej lub 
angielskiej blachy, spłaszczona i pękatą jak turban, zatknięty na filigranowej 
altance, w której palił się błękitny, spirytusowy ogień.
Na to hasło młodzi zrywali się i rozpierzchali jak stado ptasząt, a starsi 
odnajdywali chwilę do wytchnienia i wolnych żartów. Panny, które u wielkiego 
stołu zajmowały podrzędne miejsce, za stołem herbacianym zabierały pierwsze; 
mogły znaleźć sto sposobów dogodzenia lub dokuczenia gościom, wymierzając im 
rozmaicie moc herbaty. Młodzież skupiała się dokoła, pomagając i służąc pannom. 
Kamerdyner ani się już pokazał, bo od czegóż kawalerowie? Podawali cukier i 
przysmaczki, figle sobie płatali w przenoszeniu pełnych filiżanek, przytaczali 
co wieczór porównanie do pięknej Hebe, a machinka szumiała swoim przytłumionym, 
choć wrzącym głosikiem. Ach, ten szum, ileż mi przypomina różnobarwnych 
wieczorów, ubiegłych przez lat kilkanaście, kiedy w rodzicielskim domu codzień 
częstowałam domowników lub gości!
Ale podczas gdy ja się błąkam we wspomnieniach, Cecylia i Wiesław nietylko już 
rozdali cały zasób herbaty, lecz i spożyli jagody z mlekiem, tę najwyborniejszą, 
najpoetyczniejsżą potrawę,
iaką od czasu zagubionej ambrozyi wynaleziono.
Sebastyan wynosił ostatnią tackę, kiedy profesor uderzył pełny akord, i 
postawiwszy dwoje młodych po dwóch stronach fortepianu, kazał im u prima vista 
śpiewać duet z Ariona. Pierwsze próby szły opornie, przerywane fukaniem mistrza 
i śmiechem uczniów.
Ale niedługo ogarnęła ich wszystkich ta furya zapału, co pokonywa najtwardsze 
trudności, i duet poszedł tak tryumfalnie, że sam kompozytor wybuchnął oklaskiem 
i uciekł ku pani Irenie, aby łzo pokryjomu otrzeć.
Cecylia i Wiesław, zostawieni własnemu kierunkowi, wzięli się do muzyki 
przystępniejszej, a że Wiesław doskonale czytał nóty i umiał naprędce dobierać 
akorda, mogli i w mitach i w pamięci wyszukiwać wszelkie dueta, jakie im się 
kiedykolwiek podobały. Na tej zachwycającej rozmowie zeszła jedna i druga 
godzina, a matka i profesor, zagłębieni w swojej kanapce, rozrzewniali się, ale 
pocichu, a udawali że mówią o czem innem, aby młodej parze nie odjąć odwagi. 
Nie wiem czy jest dla zakochanych idealniejsza rozkosz, jak śpiewanie duetu. 
Wtedy serce wypowiada muzyką wszystko, czego słowem wypowiedzieć nie śmie, a 
nawet i to, czego ludzkie słowo wypowiedzieć nie może. Głos jest porwany głosem, 
tony wabią, się i gonią, coraz wyżej, coraz zawrotniej, aż zachwyt dochodzi do 
szczytu,
do zapomnienia o samym sobie. Glosy się wzajem pochłonęły, każdy śpiewa 
bezwiednie, słuchając tylko drugiego. Jest-to jakby uścisk duchowy, gdzie dwa 
pierwiastki nieśmiertelne łączą się w rytmie czasu. Prawdziwy przedsmak 
niebiańskiej harmonii.
Szły koleją barkarole, romancerosy i arye z oper. Wiesław chciał spróbować 
jednego z cudownych duetów Normy i już zaczął znaną przegrywkę, kiedy Cecylia 
chwyciła go za rękę i przerwała półgłosem:
— Ach panie! Tylko nie z Normy.....
— Dlaczego nie? 
— Ta muzyka mamie przypomina wiele przykrych, bardzo przy kryci i wrażeń... Może 
znajdziemy co innego.... Czy pan nie pamięta jakiego duetu z Damy białej?
Wiesław usłuchał i rozpoczął z nią jeden z najwdzięczniejszych ustępów tej 
perły, co nosi nazwę Damy białej. Ale coraz trudniej mu było śpiewać. 
Potrzebował wielkiej uwagi i zręczności, aby tenorowe partye przenosić na swoję 
skalę, a tymczasem przytomność coraz bardziej go opuszczała: pod magnetyzującym 
śpiewem Cecylii w oczach mu się ćmiło, wzruszenie, jak to mówią, chwytało go za 
gardło, aż przyszła chwila w której zupełnie głosu mu zabrakło i ręce opuścił z 
klawiatury.
Cecylia, łamiąc szklistą nutę, spojrzała na niego zdumiona.
— Wybacz pani... już nie mogę śpiewać... Fortepian stal koło otwartych drzwi 
ganku.
Wiesław zerwał się i przesuwając rękę po czole, wyszedł na świeże powietrze. 
Cecylia wyszła za nim, prawdziwie zaniepokojona.
— Co się panu stało?... Może szklankę wody?
— Nic pani... to tylko.... zbytek wzruszenia. Cecylia milczała chwilę, a potem 
odrzekła z niejakiem wahaniem:
— Tak... muzyka często nazbyt wzrusza.
— Ach pani, nie każda, ale taka jak dzisiaj! Mieli słuszność Grecy. Śpiewać aż 
do skonania... Łabędź wyższy od słowika... Słowik śpiewa i żyje. Łabędź śpiewa i 
aż umiera..... ze szczęścia.
Czyżby i szczęście miało być rodzajem cierpienia? Dlaczego?
— Może — odparła Cecylia — dlatego, aby dusza nie przywięzywała się zbyt do 
ziemi i tęskniła zawsze do lepszych światów, gdzie harmonia nie będzie już 
wyjątkiem, ale prawem.
Na wspomnienie o lepszych światach, oboje zapatrzyli się w niebo, i oparci na 
poręczy ganku, wpadli w milczenie nużące, nieokreślone, jak cisza przed burzą.
Ganki, wychodzące na ulicę, mogą w godzinach dziennych uprzykrzać się kurzem i 
turkotem. Ale wieczorem, przy zupełnem uciszeniu miasta, maja swoję odrębną 
poezyą, zwłaszcza w noc księżycową. Najprozaiczniejsze kamienice przybierają pod 
tem światłem kształty fantasmagoryczne.
Czarne śpiczastości dachów zdają się rosnąć w jakiś senny gotyk. Światełka 
migające gdzieniegdzie z okien, naprowadzają widza na całe dramata przypuszczeń, 
pewno nierównie patetyczniejszych, niż sceny co się rzeczywiście przy nich 
odgrywają. Czasem zdaleka zatętni jeszcze powóz; coraz bliżej wytrzeszcza 
latarniane oczy, przeleciał z hukiem, i znów można dumać. Czasem zapóźniony 
przechodzień równym krokiem dzwoni o flizy: uderzony światłem otwartego ganku, 
podniesie głowę, chwilę przystanie, i odchodzi, marząc nadługo o czułej parze, 
której cienie zarysowały mu się pośród kwiatów ganku. Niejeden tak obejrzał się 
na Cecylią i Wiesława. Stali, napozór nieruchomi, ale w głębi istnienia wylękli 
i drgający, bo już między nimi, jak tęcza ognista, przerzucał się ów prąd 
elektryczny, którym geniusz miłości łączy dwa bieguny swojej potęgi.
Aż czara ich serca się przepełniła. Wiesław pierwszy przerwał milczenie.
— Widzi pani te dwie gwiazdy, co świecą tak blizko siebie? Oto tam; na prawo, 
nad wieżami świętokrzyzkiemi?
— Widzę.
— Może to są. nasze gwiazdy?
— Jak spostrzegam, pan badał nietylko astronomią, ale i astrologia.
— Dajmy na to, że to są. gwiazdy naszych
przeznaczeń. Powiedz pani, czy wtedy powinny świecić nierozłącznie?
— Jeżeli Bóg je tak umieścił na niebie, czemuż się mają rozłączyć?
— Pani zaczynasz od słowa jeżeli. Ale po czemże wyrozumiemy wolę Boską, jeżeli 
nie pogłosie, jakim niebo w nas samych przemawia? Ja za wskazaniem tego głosu, 
już w jednej z owych gwiazd poznałem własną. Czy pani w drugiej poznaje swoję?
Cecylia zwróciła ku niemu oblicze, pałające czarownem zmieszaniem. Jakby 
usuwając się z pod przemocy jego wzroku, cofnęła się aż w narożnik ganku i z 
głową pochyloną na ręku wyszepnęła:
— Nie wiem... może chciałabym w niej poznać moję gwiazdę.
— Chciałabyś, o moja anielska patronko harmonii? Więc mogę wierzyć, że nasze 
losy tak się połączą na ziemi, jak te gwiazdy na niebie?
Tu Cecylia włosy z czoła dłońmi odgarnęła, jakby rozpędzała marzenia, i rzekła 
już wyraźniej:
— Panie Wiesławie, losem moim ani chce, ani powinnam sama rozporządzać. Wola 
matki, wola mojej świętej, drogiej mamy, będzie zawsze moją jedyna wolą.
O, jeżeli tak, to nadzieje moje blizkie spelnienia. Przed chwilą słyszałem od 
niej słowa, które mi dodały odwagi. O nic nie pytam, tylko czy mi 
pani pozwalasz zanieść do mamy prośbę o twoję rękę?
Tu Cecylia podniosła na niego oczy, już nic rozmarzone, ale jasne i przenikliwe; 
po chwili namysłu, odezwała się głosem pełnym poważnej, mocy:
— Nie, panie. Jeżeli mam szczerze radzić, powiem: jeszcze nie. Poznajmy się 
lepiej. Słusznie mówią, że czas tylko to szanuje, co sam wybudował.
— Jak widzę, pani ma jednak swoje własne, silnie określone zdanie.
— Ach, gdyby pan mógł wszystko wiedzieć.... Jeszcze wczoraj może nie miałam 
zdania, ale dziś....
— Cóż się dzisiaj takiego stało?
— Dzisiaj.... zaszły okoliczności.... doszły mie wieści, które mi zabraniają 
myśleć jeszcze o własnem szczęściu. Pierwej muszę spełnić ważniejszy obowiązek, 
pomyśleć o szczęściu innem, stokroć zasłużeńszem w oczach Boga. Ale nie chcę 
więcej się tłumaczyć, bo nie chcę być pytaną. Są świętości, których tykać się 
nie godzi. Pan przecie nie weźmiesz moich słów za odmowę? Jest-to proste żądanie 
zwłoki, może nawet koniecznej dla tak niedawnych znajomych. Przyszłość zostawmy 
przyszłości, a tymczasem bądź mi pan wiernym, najwierniejszym przyjacielem. Na 
pierwszy dowód tej przyjaźni, wymagam aby nam pan jaknajprędzej swojego wuja 
przyprowadzi!. Chcialabym, ażeby między naszemi rodzinami odnowiły się stosunki życzliwości.
To mówiąc, z obiecującym wzrokiem, z pieściwym uśmiechem podała mu rękę i ruchem 
pełnym kobiecego despotyzmu pociągnęła go do salonu, gdzie pan Benedykt już od 
kwadransa stał i rozmawiał z kapeluszem w ręku, nic wiedząc czy ma czekać, czyli 
nie, na Wiesława. Pod badawczym wzrokiem profesora, zapłoniony młodzieniec uczuł 
zakłopotanie podwójne, bo i z nim nie chciał wychodzić, i z paniami dziś już nie 
chciał zostawać.
Po wielkich wstrząśnieniach, dusza potrzebuje rozmówić się sama z sobą, 
obrachować mnogość swoich zdobyczy.
Wiesław był jak szczęśliwiec, który w ciągnieniu loteryi dosłyszał, na sam 
wielki los, numer podobny swojemu, ale jeszcze nie ufa dość własnej pamięci i 
chce w samotności odszukać swój bilet, aby go porównać i raz wyjść ze 
zwątpienia.
Wziął więc także swój zgrabny, szary kapelusik, ze wzruszeniem do ust podniósł 
rękę nietylko matki, ale dziś już i córki, i wyszedł z panem Benedyktem, który 
mu się zdawał posępny.
Długo szli w milczeniu, aż Wiesław zagadnął:
— Jak to być może? Pan profesor, który tyle wie o pani Irenie i jej domu, nie 
wspomniał mi nigdy, że mój wuj, Tytus Odonicz, jest jej dobrze znany. Jak przyjm 
szczam, kochany profesor chyba nic o tem nie wiedział, bo przecież przez sarnę dla mnie życzliwość byłby 
przytoczył taki pomocny argument.
— Wiedziałem ja wybornie, i jakże miałem nie wiedzieć, kiedy go tam przed laty 
codziennie spotykałem; ale właśnie z życzliwości dla ciebie, panie Wiesławie, 
nie chciałem przytaczać tego pokrewieństwa przedwcześnie, bo gdyby nasze panie 
wiedziały, czyjego siostrzeńca przyprowadzam, kto wie jakiem okiem byłyby na 
gościa patrzyły. A możeby nam obu drzwi zamknięto? Teraz, kiedy już sprawione 
pierwsze wrażenie dobre, i strasznie, jak mi się zdaje, dobre, może łaska 
siostrzeńca przemoże niełaskę wuja.
— Ale cóż tak strasznego mogło zajść między moim wujem, a panią Ireną?
— Co strasznego? Alboż ja wiem? Wszystko nazywa się strasznem w historyach 
sercowych.
— Ach, więc tam chodziło o serce?
— Mój Boże, jak ci młodzi nic nie wiedzą! A przecież przed laty dziesięciu, 
dwunastu, cała Warszawa wiedziała, że pan Tytus Odonicz należy do najgorętszych 
wielbicieli pani Ireny. Wszyscy sądziliśmy że się pobiorą. Co się potem stało — 
nie wiem. Czy po jej wyjściu za Pełkę widywali się jeszcze, nikt mi nie umiał 
powiedzieć. To tylko pewne, że gdy w ostatnich czasach wspomniałem kilkokrotnie 
o twoim wuju, pani Irena za każdą razą przecięła rozmowę z niezwykłą sobie
gwałtownościa i do końca dnia była okropnie smutna.
— Jednak ci powiem, łaskawy profesorze, iż dzisiaj obie panie oświadczyły mi 
wyraźną chęć spotkania się z moim wujem.
— Doprawdy? to cóś dziwnego. Może zaszły jakie zmiany. Zresztą kto was tam 
wszystkich zrozumie.
Profesor oburknął się temi słowami na rozstanie, bo właśnie doszli do rogu 
Jerozolimskiej ulicy; droga mu wypadła prosto a daleko, aż na Sewerynów, podczas 
gdy Wiesław skręcił na lewo, dążąc do narożnego falansteru, który połową swoich 
stuokiennych oczu spogląda na dworzec kolei wiedeńskiej, pełen ruchu i turkotu, 
drugą. na cztery rzędy drzew cichej i małoludnej alei. Na tę stronę wychodziły 
dwa okna oświecające mieszkanko Wiesława, a że to było na drugiem piętrze, widok 
z nich roztaczał się obszerny i pełen rzeźwych powiewów od Wisły.
Młodzieniec, wróciwszy do domu, nie zapalił światłu, ale siadłszy z cygarem w 
otwartem oknie, zaczął obrachunek z wrażeniami dnia ubiegłego, i znalazł tak 
wielką summę szczęścia, że, jak Polikrates, aż się strwożył.
Był kochany! O tej prawdzie nie mógł wątpić, niewolno mu było wątpić po dniu 
dzisiejszym. Im więcej sobie przypominał ruchy, spojrzenia i słowa Cecylii, tem 
był pewniejszy swego szczęścia. A jeśli jej odpowiedzi na ganku we mgle
niejakiej pozostały, czyż nie powinien był sobie samemu owej. mgły przypisać?
— Ja błąd popełniłem! Ten sam błąd, co mię dawniej w ludziach i książkach tyle 
niecierpliwił: zgrzeszyłem pośpiechem. Jakto? Ledwie od kilku tygodni 
przeszedłem próg ich domu, a już się oświadczam? Ach, doprawdy, póki na nią 
patrzyłem, póki z nią rozmawiałem, byłbym przysiągł, że już się znamy wieki. I 
teraz jeszcze trudno mi pojąć, że niema trzech miesięcy, jak pierwszy raz ją 
spotkałem. Te miesiące wydają mi się pełniejsze, prawdziwsze, niż wszystkie lata 
minione. Musiałem jednak bardzo dziwnie wyglądać z moim przedwczesnym wybuchem. 
Conajmniej dziwnie... Czy tylko nie śmiesznie? O nie. Ona była tak wzruszona, 
pomieszana, jak.... jak osoba której serce wyrywa się do przyzwolenia, a godność 
kobieca i takt światowy jeszcze każą odwlekać ostatnie słowo. Jak ona umiała 
prześlicznie łączyć te sprzeczne wymagania, wysunąć się z trudności w jakich 
jąpostawiłem, wszystko przyrzec, a nic nie określić! Nie mogę. sobie nawet jasno 
zdać sprawy z misternych tych odpowiedzi; to jedynie dobrze pamiętam, że umiała 
dać moim nadziejom i zgrabną nauczkę cierpliwości, i najsłodszą obietnicę 
ziszczenia.
Z pół godziny samego siebie nastrofowawszy, Wiesław jednak zaczął się i 
uniewinniać. Czyż zakochani mogą działać zawsze w porę i w miarę? Horrendum!... 
To właśnie cecha obojętności. Prawdziwa miłość wszystko usprawiedliwia i musiała go usprawiedliwić w oczach 
Cecylii, kiedy nie wywołała w niej gniewu. A jednak on sam jak umiał się niegdyś 
gniewać, w podobnych okolicznościach, kiedy to mamy i ciocie, wujaszkowie i 
bracia, wciągali go w swaty do sióstr i córek kiedy pochlebstwem i 
podchwytywaniem chcieli z niego wyłudzić oświadczenie, jak umiał się oburzać, 
odcinać! Jak mu się układy zdawały zawsze zbyt gwałtownie prowadzone!
A teraz on sam je przyśpieszał. Może dlatego właśnie, że druga strona nie 
śpieszyła? Może dlatego, że przeszkody, według odwiecznej tradycy, wywołują 
silniejsze pragnienie? Może,.. Ale po co nam szukać sztucznych tłumaczeń, kiedy 
jedno i jedyne jest prawdziwe.
Dotąd bywał kochanym, a dzisiaj sam kochał. Przez to ziemia i niebo, czas i 
wieczność, wszystko mu wyglądało naodwrót, jak człowiekowi co z widza przeszedł 
na aktora i patrzy już nie z sali na scenę, ale ze sceny na salę.
Wtedy się dopiero widzi, jak to sądzić i ganić łatwo, a jak wielką rolę wypełnić 
trudno!
Jednak, kiedy nadzieja jest suflerem serca, mimo wszelkich usterków, rola jakoś 
idzie, wpada się w zapał, który zaślepia na niedostatki i trudności, który 
wszystko w różowej barwie przedstawia. 
Taką się przedstawiła przyszłość Wiesławowi.
— Cóż może mi przeszkodzić, kiedy nietylko
Cecylia, ale i matka tak widocznie moim zamiarom sprzyja? Ach, ta nieoceniona 
matka! Nie pożałuje, gdy mi odda córkę. Nigdy syn prawdziwy takim nie był, jakim 
ja będę dla matki Cecylii.
Druga godzina uderzyła na kolejowej wieży; kury się odzywały z folwarku 
świętokrzyzkiego; chłód przedświtowy zaszumiał po drzewach; księżyc, ten sam 
księżyc, który oświecał rozmowę na ganku, błyszczał jeszcze, ale już pokładał 
się nizko i ukośnemi promieniami zrzadka przestrzelał szarzejącą aleję.
Wiesław, skinieniem od ust, przesłał znak serdeczny temu jedynemu świadkowi 
najpiękniejszej chwili swego życia; zamknął okno, zapalił lampę i za radą 
rozsądku miał iść na spoczynek.
Wkrótce jednak uśmiechnął się z tej hygienicznej rady. Był tak wytrzeźwiony 
radością, że o śnie nawet myśleć nie mógł. A przytem, szczerze mówiąc, żal mu 
było przespać bezwiednie godziny, które mógł rozkosznie przemarzyć.
Ach, i miał słuszność! Jeżeli człowiek doczeka takiej pory życia, którąby chciał 
widzieć trwającą niezmiennie, niech się nią nacieszy do syta, niech nie marnuje 
drogich godzin, bo i tak złote dni prędko miną, a nastaną długie dni słoty, 
które będzie chciał całe przespać, byle ciążący czas zabić.
Siadł Wiesław przy biurku, i pod zwykłem w takich razach natchnieniem, chciał 
spisywać dzienniczek swoich wrażeń. Ślicznie w górze wysztychował datę: Środa — 
dnia -go czerwca.
Potem, z piorunującą, szybkością zapisał kilka stronic, i zdawało mu się że to 
będzie cóś przepysznego; ale kiedy odczytał, uląkł się bezładu i bezbarwności 
swego dzieła. Wobec jeszcze drgaiących wspomnień, słowa zdawały mu się blado i 
mętne jak dagerotyp.
Rzucił pióro i z półki wybrał kilka książek, i to samych arcydzieł, w których 
sądził że przejrzy się jak w zwierciedle, bo dusza jego przepełniona, łaknęła 
zamiany wrażeń. Brał kolejno Walter-Skotta, Georges Sand'a i nawet Szekspira. O 
dziwy! Te same karty, co mu się dawniej wulkanami zdawały, w których podziwiał 
znajomość serca ludzkiego, teraz były dla niego albo nieme, albo brzmiące 
fałszywym tonem. Każdą książkę odsuwał z niesmakiem, znajdując we własnem sercu 
powieść i poemat stokroć cudowniejszy.
Już dzień przeglądał przez wszystkie szczeliny, już świergot ptaszków podzwaniał 
o szyby, a on jeszcze się przechadzał po ciasnym pokoju, dziwiąc się że nikt 
przed nim nie umiał wypowiedzieć ani odmalować prawdziwej miłości. Bo też nikt 
jeszcze tak jak on nie kochał.
Każdy oburzy się na podobne zdanie, a przecież każdy w życiu miał chwile, gdzie 
był jak Wiesław przekonany, że nikt jeszcze tak jak on nie kochał!
Można się z tem przekonaniem nie przyznać, ale wszyscy zakochani, noszą je w 
głębi duszy.
Czyżby zjawisko powtarzające się tak wiernie do stworzenia świata miało być 
prostem złudzeniem?
Pamiętam, że raz w kółku dobranem rozbieraliśmy szeroko ten przedmiot. Różne 
przedstawiano poglądy: jedni w tem przekonaniu widzieli miłość własną, inni 
zaślepienie, inni siłę wyobrażni, podbudzona przez serce, i t. d. i t. d.
Mówiono szeroko, dowcipnie, ironicznie i rzewnie, nikt jednak nie umiał przeciąć 
ostatecznie sporu.
Nakoniec moja przyjaciółka odezwała się kilku słowami, pełnemi wielkiej prostoty 
i wielkiej mądrości, któremi odrazu usta nam zamknęła.
— Mnie się zdaje, — rzekła, — że mówiąc tak, zakochani mówią tylko prawdę, bo 
każda para kocha się inaczej.
Inaczej! Oto słowo zagadki.
Nie o to chodzi, czy mniej czy więcej? czy lepiej czy gorzej? Ale że — inaczej.
I zaprawdę, jeżeli od tysiąców lat, jak listki się zielenią i ludzie na siebie 
patrzą, nieznaleziono jeszcze ani dwóch listków, ani dwóch twarzy zupełnie sobie 
podobnych, jeżeli świat kształtów tak jest bajecznie bogaty, czemużby świat 
duchowy miał być uboższym? Jak ludzie ludźmi, nie było dwóch uczuć zupełnie 
sobie równych, i zdaje mi się. że gdyby wszystkie miłości zmieszać razem, jakby 
kwiaty w koszyku, każda para odrazu odróżniłaby swoję.
Dlatego-to poeci od tysiąców lat śpiewają miłość, a przedmiotu nie wyczerpali i 
nigdy nie wyczerpią. Światło jest jedno, ale w każdem sercu odbite inaczej.
Zawsze muszę się wracać do słowa mojej przyjaciółki. Bo też najlepszym sędzią na 
miłość jest przyjaźń, jak odwrotnie, najgorszym sędzią na przyjaźń jest miłość.
I niedziw. Miłość prócz siebie nic nie widzi, podczas gdy przyjaźń wszystko 
widzi, prócz siebie.
III.
Nazajutrz był wielki upał, który dał się Wiesławowi we znaki, kiedy wracając z 
biura przyszło mu szukać wuja po hotelach, i to jeszcze szukać nadaremnie.
Wszędzie było pełno jak w ulu, ale pana Odonicza ani śladu.
Różyc, po obiedzie wróciwszy do siebie, znużony gorącem i nocą. bezsenną, wielką 
miał ochotę pozostać do wieczora w domu. Cóś go odpychało od jazdy na wyścigi. 
Trzeba jednak było jechać. Pewnie wuj, nie znalazłszy mieszkania w hotelach 
głównych, umieścił się w jakim drugorzędnym, i nie wątpi że siostrzeniec będzie 
go szukał na Tnokotowskiem polu. Trzeba zresztą jaknajprędzej
się z nim spotkać, aby go jeszcze dziś wieczorem przyprowadzić do pani Ireny,
Już też i dorożkarz, od wczoraj zamówiony, spoglądał niecierpliwie ku oknom 
Wiesława.
Zebrał się na odwagę młodzieniec, i choć jakiś nieswój, wyjechał strojno i 
szumno. Wkrótce też widok ruchu panującego na mieście orzeźwił go i 
rozweselił.Śliczna jest Warszawa w porze jarmarku wełnianego i wyścigów. Ostatni 
to, ale najwdzieczniejszy rozkwit jej rocznego życia. Po skonczonym owym 
rozkwicie, co żyje rozjeżdża się na wieś i za granicę, a miasto aż do adwentu 
wygląda pusto i wyblakło.
Ale w końcu czerwca wszystkie żywioły składają się na jego uświetnienie. 
Przywilej pięknej pogody, do tego miesiąca przywiązany, radosne tło nadaje 
obrazom. Wykwintność pojazdów i zaprzęgów, co w zimie ginęła pod roztopami i 
zamiecią, teraz wyprawia niejako swój pochód tryumfalny. Damy przez całą. wiosnę 
pracują nad wielkiem dziełem letnich strojów, ażeby w owych dniach, razem z 
różami, wystąpić w pełnym kwiecie. Złota młodzież, zwykle rozpierzchnięta, 
odnajduje się nagle i w jeden hufiec zgromadza, pod czarodziejskiem skinieniem 
dżokeja. Nakoniec napływ obywateli wiejskich, tych ogorzałych a uśmiech niętych 
wełniarzy, co każdego w oba policzki całują, i raz przyjechawszy, chcą Warszawki 
na wszystkie sposoby użyć, dorzuca do tęczowego
obrazu staropolski odcień rubaszności i serdeczności.
Przybywszy na plac wyścigowy, Różyc, zwyczaiem łudzi wyższego tonu, wszedł do 
samej areny. Zdawało się że idzie za tymże tonem, kiedy ledwie okiem rzucił na 
damy, stojące w powozach i rozsiadłe na amfiteatrach; ale u niego roztargnienie 
takie nie pochodziło z dumy, tylko, skoro wiedział że Cecylii tu niema, całe 
widowisko stawało się dla niego obojętnem.
Pierwszym znajomym, co mu zaszedł drogę z wielkim wykrzyknikiem powitania, był 
człowiek którego Różyc byłby wolał nigdy nie spotykać, znany całej Warszawie 
Alfred Pełka. On to był owem nieprzyjemnem wspomnieniem, co się nasunęło 
Wieslawowi podczas opowiadania profesora o powtórnych zaślubinach pani Ireny, i 
nigdy nie mogł usłyszeć nazwiska Pełki bez uosobienia go sobie w tej postaci, 
która była dla niego chodzącą antypatyą.
Niewszyscy jednak podzielali ten wstręt do pana Alfreda, który był rodzajem 
towarzyskiego rozbójnika i, jak wszyscy wielcy rozbójnicy, miał swoję aureolę 
sławy.
Uchodził za arcy-pięknego, chociaż to była piękność zgruba wyciosana, jak u 
primo tonowe z opery włoskiej. Postawę miał wysoką, nawet nieco zawysoką, 
jeszcze po młodzieńczemu wciętą, ale w ramionach barczystą i rozrosłą. Wiesław, 
choć mało co mniejszy wzrostem, wyglądał
przy nim jak Sylf przy Gladyatorze. Z. wielkiej głowy spływała grzywa czarna aż 
do niebieskości, połyskująca jak zwierciadło. Brwi, także takie czarne, że 
zdawały się chyba węglem pociągnięte, biegły prawie nieprzerwanym łukiem nad 
oczami pysznie wyciętemi i którym każdy musiał przyznać blask niepospolity; ale 
był-to blask metaliczny, cały po wierzchu, jak w oczach tygrysa. Nos rzymski, 
posągowo ścięty, usta grube a szkarłatne i zęby ostrej białości} przeglądające z 
pod kruczego wąsa, dopełniały postaci tego lwa, który, prawdę mówiąc, był już 
lwem schodzącym z pola, chociaż dopiero trzydzieści trzy lat liczył.
Bo też zawcześnie zaczął po świecie wojować. W wieku w którym inni dochodzą do 
zenitu życia, on wyczerpał wszystkie jego rozkosze i wszystkie zdrożności, a 
teraz chodził jakby własne widmo, nosząc w głębi duszy żal do całego świata, żal 
który się zdradzał ironią na ustach.
A jednak pod szczęśliwą gwiazdą rozpoczynał życie. Iluż młodych mogłoby 
podobnych początków pozazdrościć! Obdarzony historycznem nazwiskiem, dorodny i 
bogaty, ujrzał przed sobą wszystkie wrota otwarte, wszystkie oblicza 
uśmiechnięte. I wszystko to, samochcąc, przemarnowaL Szedł między życzliwymi, 
rabując serca, kalając wyobraźnie, niszcząc dobre sławy. Najszczerszą przyjaźń 
odepchnął niewdzięcznością, najczystszą, miłość obryzgał cynizmem; sądził że 
świat cały jest dla jogo zabawy i bawił się darciem dusz ludzkich jak złe dziecko motylem, a tyle miał przywilejów danych od przyrody i losu, 
że przez długi czas uchodziły mu te rozboje, pokryte purpurą wielko-światowych 
tryumfów.
Trzeba tez przyznać że miał jednę niezaprzeczoną, zaletę, a ta była odwaga, 
posunięta aż do rawadyactwa. Kilka strasznych pojedynków, w których zawsze 
trupem przeciwnika położył, otoczyło go istną, twierdzą uszanowania i postrachu.
Jednak ten postrach szerzył wkoło niego pustki. Przez jaki dziesiątek lat 
najświetniejsze salony dobijały się. o jego obecność; ale gdy przepełniła się 
miara oburzenia, gdy tyle serc zraził i tyle zwycięztw przechwałkami utracił, 
przyszedł rok, w którym ujrzał wszystkie twarze dla siebie zmienione. Choć mógł 
stanowić wielką partyą, matki truchlały kiedy przemówił do ich córek, bo sama 
jego rozmowa rzucała już rodzaj cienia. Mężatki, nawet najzalotniejsze, unikały 
go, wiedząc że nie uszanuje żadnej tajemnicy. Ojcowie rodzin, spoglądając na 
niego ze źle tajoną, pogardą, przytaczali go synom, jako przykład wszystkich 
przywar których się powinno unikać.
Alfred miał nadto dowcipu, aby nie opuścić towarzystwa, zanim go samo opuści; 
cofnął się więc jak Franciszek Moor, dowodząc że niema co robić w społeczeństwie 
stojącem na fałszu i obłudzie, że trzeba wszystko zmienić, a tymczasem ze 
wszystkiego sobie żartować.
Wtedy młodzi ludzie o złych skłonnościach lub
słabej woli otoczyli go jak swego herszta i słuchali w osłupieniu jego 
migotliwych prelekcyj, wykładanych przy szalonych ucztach. Rzeczywiście posiadał 
on szatańską wymowę. Słuchając go, przysiągłbyś że świat składa się z samych 
oszukujących. i oszukiwanych; że mężczyzna i kobieta zawsze, nawet przy pozorach 
uczucia, są sobie wrogami: że sława i talent są rodzajem kradzieży względem 
ludzkości, dla której natura zawsze jednę, choć różnie rozsypaną, dozę swoich 
skarbów wydziela; że nakoniec ludzie cnotliwi są tylko lepszymi od innych 
komedyantami.
Salony przestały go widywać. Spotykano go już jedynie w klubach, cyrkach i 
teatrach; ale tam trzymał berło sadu, czy chodziło o konia, czy o spór 
szulerski, czy o warunki pojedynku, czy o przyznanie zwycięztwa w 
choreograficznych igrzyskach.
Czasem znikał na parę miesięcy, a niedługo z Homburgów i Bad-Badenów dochodziły 
wieści o młodym grafie polskim, co tu lub owdzie bank rozbił. Ponieważ zaś już 
dawno mówiono sobie do ucha, że pan Alfred jest zruinowany, owe rozbite banki 
dawały jedyny klucz do zrozumienia, zkąd pochodzą angielskie konie, fantastyczne 
karykle i Lukullusowe biesiady, jakiemi co styczeń i co czerwiec olśniewał 
Warszawian.
Po takim wizerunku łatwo zrozumieć, jak podobna postać była przeciwną 
Wiesławowi, który zostając w uprzejmych stosunkach z całem kołem
młodzieży, musiał się spotykać i z Alfredem; ile mógł wprawdzie go unikał, 
niewiele mu to jednak pomagało, bo Alfons owszem, z przekornym jakimś uporem, 
poszukiwał go i oznakami wielkiej zażyłości prześladował.
Wiesław nie mógł zrozumióć powodów tego wpraszania się w jego ufność. Bo też 
powody były podwójne i odwrotne.
Najprzód Alfred należał do najzjadliwszych kusicieli, co zamierzyli wciągnąć 
Różyca na fałszywe drogi. On podawał plany misternych sideł, w jakie się miał 
złapać niebieski ptaszek. On już naprzód wystawiał Wiesława, jako 
najwyraźniejszy dowód, że natura ludzka jest sama przez się skażona i tylko brak 
sposobności ochrania ją, od upadku.
Kiedy jednak przekonał się na własne oczy, że wszelkie pokusy rozbijały się o 
duszę Wiesława, jak złe uroki o brylantową, tarczę, którą, opiewa Tasso, zdumiał 
się naprawdę. Sam odważny i wielbiciel wszelkiej odwagi, uczuł coś podobnego do 
szacunku dla niezwalczoności moralnej, którą, dotąd uważał za niemożebną.
Nie chwalił wyraźnie Wiesława, ale go oszczędzał w swoich krwawych sądach i 
studyował z anatomicznem rozciekawieniem, jakby jakąś potworność duchową, która 
burzyła całą jego teoryą o wrodzonem skażeniu duszy ludzkiej. Meraz syknął z 
boleści, odkrywając w nim wszystkie przyloty, jakie mógł rozwinąć w samym sobie, 
a które zwichnął i stratował. Czasem, słuchając czystych jak łza słów Różyca, czuł że 
mu się w piersiach uśpiona moc porusza... może budzące się z letargu sumienie.
Wtedy byłby chciał rzucić się Wiesławowi na szyję, wyspowiadać się i wypłakać 
przednim, powiedzieć mu: Rób co chcesz ze mną, bądź mi przewodnikiem! Ale już 
było zapóźno. Pycha zamykała mu usta. Dusza, jak zawsze gdy odepchnie dobre 
natchnienie, zapadała w siedemkroć większą, zatwardziałość, i tylko taki owoc z 
podobnej chwili zostawał, że Alfred, co zawsze i wszędzie lubił się przedstawiać 
gorszym jeszcze niż był Wistocie, przed jednym Wiesławem udawał się za lepszego. 
Podnosząc się w jego oczach, pragnął niejako podnieść się. we własnych. Ostatni 
to sposób, w jaki źli ludzie po swojemu hołd składają dobrym.
— Kochany Wiesławie! Nakoniec cię spotykam! Wieki-śmy się nie widzieli. A 
wyglądasz... commo le prince Charmant.
Wiesław inną razą byłby się odczepił równie grzecznem słówkiem i poszukał sobie 
innego towarzystwa. Ale dzisiaj nie opuścił Alfreda, owszem, wziął go pod rękę i 
zadawał rozmaite pytania, chcąc dojść do jednego, które go skrycie trapiło.
— Powiedz mi, panie Alfredzie, czy to wasz krewny, ten Pełka, co był ożeniony z 
panią Irena dawniej Zapolską? Musiałeś o niej słyszeć, jeżeli jej nawet nie znasz.
— Wyborne pytanie! Jesteś nieoceniony, mój Wiesławie! Jakżeż nie mam jej znać, 
kiedy to moja macocha?
Na te słowa ręce Wiesławowi opadły. Odkrycie takiego spowinowacenia poszło mu w 
niesmak, jakby wśród ponętnych Owoców pokazał mu się brzydki owad.
— Macocha! To dziwne, że pan nigdy o niej nie mówiłeś.
— A cóż raiałera mówić? Że na wsi siedzą? Że jak tam przyjechać, to szczęki od 
ziewania spadają? Że nie chcą pieniędzy dawać?
Tu Alfred cały się nachmurzył i mówił dalej, głosem pełnym długo tłumionego 
oburzenia:
— Tak. Mój ojciec, niech mu Bóg nie pamię ta, fatalną miał myśl żenienia się z 
tą piękną panią, za którą wszystko złe weszło do naszego domu.
— Więc nie byli z sobą szczęśliwi?
— Szczęśliwi? Któż jest szczęśliwy? Prawdaże małżeństwo było dziwnie dobrane. 
Ona młoda, świetna, piękna jak słońce, a mój ojciec już co się nazywa w wieku, 
przynajmniej dwa razy od niej starszy, siwiuteńki, schorzały...
— Na miłość Boską! Cóż mogło ją skłonić? Przepraszam że tak mówię, ale 
doprawdy....
— Nie przepraszaj, mój Wiesławie; możesz się dziwić i ja sam nieraz w duszy jej 
się dziwiłem.
Że mój ojciec słynął z majątku, to nie powód; ona sama jeszcze bogatsza, a 
zresztą majątek przecie na mnie spada i muszę jej oddać tę sprawiedliwość, że 
nigdy nie pracowała nad odwróceniem go od mojej głowy. Ostatecznie więc — nie 
rozumiem. Widać że starzy znają jakieś czary, o których nam, młodym, nawet się 
nie śniło. Zresztą na co sobie mamy łamać głowę nad przyczynami postępków 
kobiecych? Czy to u nich jest jaka logika? Kaprys! kaprys, mój Wiesławie, oto w 
nowożytnych językach prawdziwe imię Kupidyna.
— Może być. — odparł z przymuszonym uśmiechem Różyc. — W królestwie serca i 
kaprys bogaty prowincyą stanowi. Jednak ze wszystkiego co pan mówiłeś, nie widzę 
jeszcze za co mógłbyś mieć żal do macochy. A zdajesz się go mieć i niepomierny.
— Długoby o tem mówić... Powiem ci tylko, że od dnia owych zaślubin, dom nasz 
stał się prawdziwem piekłem. Wprawdzie ojciec mój był zawsze... jakby to 
powiedzieć? trochę... twardy. Jednak po śmierci mojej matki żyliśmy dosyć 
wesoło, każdy na swoję rękę. Ale od powtórnego ożenienia ojciec mój tak się 
zmienił, że ja, rodzony syn, poznać go nie mogłem. Na dobitkę, w ostatnich 
latach, przyszedł mu do głowy pomysł, który wszystkich nas wykierował na 
prawdziwych aktorów tragedyi. Trzeba ci wiedzieć że dla lepszego powikłania 
intrygi, nietylko mój
oiciec był wdowcem i miał syna, ale Irena była wdową i miała córkę. Oho! Widzę 
po twojej twarzy, że to dla ciebie nie nowina. Czy znasz się z temi paniami?
— Tak... troszkę. Niedawno je poznałem.
— Otóż wystaw sobie, mojemu ojcu utroiło się w głowie ożenić mię z ową córką. A 
że ja nie miałem ochoty, ztąd historye, sceny, cale lata dąsów. Nakoniec mój 
ojciec wpada w gniew śmiertelny, i co najsmutniejsze, w tem zagniewaniu umiera. 
Ja zostaję pod jakimś rodzajem klątwy, zadziwiony, niepojmujący w czem tak 
zawiniłem? A to wszystko przez te kobiety! I nie mamże powodów skarżyć się, po 
co w nasz dom weszły?
Alfred, uniesiony własną mową., nie spostrzegł jakie wrażenie sprawiał na 
słuchaczu. Wiesław mienił się jak tęcza, ręką musiał przyciskać piersi, z 
których serce chciało mu wyskoczyć. Jakto? Ten wyrzutek towarzystwa, ten Don 
Żuan bez poezyi, któremu uczciwi ludzie z wahaniem rękę podawali, śmiał pomiatać 
imieniem Cecylii, jego idealnej Cecylii? Wiesław miał ochotę w twarz mu 
rękawiczką, cisnąć, ale przywykły do panowania nad sobą, spostrzegł szybko że 
nie ma prawa ujmować się za panią swoich myśli, że nakoniec przeszłość całej tej 
rodziny jest mu zamało znaną, aby nawet potrafił przeprowadzić obronę. 
Postanowił więc ile można grunt zbadać i odezwał się z przymuszonym śmiechem:
— Przyznaj pan, że jesteś dziwnie trudny, jeżeli nie miałeś ochoty żenić się z 
panną, Cecylią,
— Przyznaję. Przyznam nawet więcej, zrobiłem istne szaleństwo. Bo to dziewczyna 
i ładna i suto posażna. Prawdę ojciec mówił, śliczna partya. Ale cóż chcesz? 
Właśnie wtedy miałem, jak to mówią, w romansach, serce uwięzione, zaszyte w 
trzewiczku czarownej córy Terpsychory, która rządziła mną jak chciała. Zabroniła 
mi się żenić, a ja tak ślepo szedłem za jej wolą, że znalazłem dość siły, aby 
się oprzeć ojcu, macosze i nawet pięknym oczom Cesi. Źle zrobiłem. Moja Omfala 
niedługo pierzchnęła, a ja, Herkules za późno wytrzeźwiały, zostałem bez żony, 
bez posagu, wobec cieniów zagniewanego rodzica. Oj, mieli słuszność starzy 
Grecy, kiedy przedstawiali Pandorę z puszką napchaną nieszczęściami! Miał 
słuszność i stary Dumas, kiedy mówił: gdzie tylko źle, cherchez la femme.
Wiesław mało wierzył całemu opowiadaniu. Wiedział ile wymowny Alfred ma sławy z 
mistrzowskiej sztuki kłamania, którejby mu paryzki felietonista mógł 
pozazdrościć. Jednak ta poufalą nazwa "Cesi," to szpikowanie rozmowy "kochanym 
Wiesławom," sprawiało istne wrażenie kolców. Szedł z zaciśniętemi ustami, 
podczas gdy Alfred ciągnął dalej, tonem przyjacielskiego zwierzenia:
— Rozumiesz, kochany Wiesławie, że po awanturze podobnej, stosunki nasze trochę 
się rozprzęgły. Biedne kobieciny muszą, mieć żal do mnie i wcale im sio nie dziwię. 
Jednak, jako prawdziwe "bon enfant," gotów jestem pierwszy krok zrobić i pójść 
do nich z odwiedzinami.
— Wątpię — odparł sucho Wiesław — ażeby się to na co zdało. Te panie nikogo nie 
przyjmują.
— Nikogo, oprócz pana Wiesława Różyca, czy tak? Nie masz się co rumienić, znamy 
się na tem. Ale zresztą po co ich daleko szukać? Przecie tu je zapewne znajdę.
— Nie. Pani Irena nie chciała przy żałobie...
— O mój Boże, cóż to za przesady! One wszystkie takie; za życia mężów dokuczają, 
im, a potem drapuja się w swoje wdowie welony. Przecież i ja nie przyjeżdżam z 
Kochinchiny i znam europejskie zwyczaje. Pierwsze miesiące żałoby przesiedziałem 
w Niemczech, wynudziłem się z piwowarami i filozofami, ale teraz interesa mie 
przywołały, a wyścigi, to przecież nie bal żaden.
Tu rozmowa została ostatecznie przeciętą. Już kilka razy przerywali im ją 
znajomi, ale zawsze, widząc obu żywo zajętych rozprawą, oddalali się po krótkiem 
przywitaniu. Teraz jednak zastąpiło im drogę całe zbiegowisko elegantów, 
tłoczących się wkoło jakiejś ważniejszej osobistości, ktora głosem wodza, 
nadzwyczaj melodyjnym a jędrnym, panowała nad ogólnym gwarem.
Dosłyszawszy głos ten, Wiesław odbiegł Alfreda i rzucił się w środek 
zgromadzenia.
— Kochany wujaszku! Nakoniec cię znajduję!
Przywitanie było poważne, a przecież głęboko czułe. Bo też powaga na zewnątrz i 
nieogarniona głębokość uczuć wewnętrznych cechowały Tytusa Odonicza potężna 
antytezą, która sprawiała, że dla mało znajomych wydawał się zastygłą lawą, a 
dla tych co go dobrze poznali, co przebili pierwszą powłokę duszy, był także 
lawą, ale kipiącą, zwolna okrążającą drugich, aby ich całych cichym żarem 
pochłonąć.
Z postaci trudno być podobniejszym do Jowisza, jak był ten człowiek dziwny, 
który zdawał się zstępować z pod kolumn Partenonu i wyglądał, jak zabłąkany w 
naszym kamienicowym wieku.
Był-to ów typ najwyższego majestatu, połączony z najsłodszą łaskawością, jakim 
Homer i Fidiasz oblekli władzcę Olimpu. Postawa wspaniała, zawsze nieco w tył 
cofnięta, ramiona, lekko podniesione, jakby od dźwigania monarszego płaszcza, 
głowa wybornej okrągłości, włos bujny, w ciemne kędziory pozwijany, wszystko 
przypominało ojca bogów, jakim go, w stokrotnym wyobrażeniu, po muzeach 
spotykamy.
Ale ojciec bogów był zarazem kochankiem wszystkich bogiń i wielu ziemianek. 
Miłość grała tak wielką rolę w jego cudnie awanturniczym życiu, że zdaje się 
jakby on, pan świata, wszystko mogący i wszystkiem władnący, nie znalazł nigdzie 
wyższego, pożądańszego celu dla swojej
władzy, nad podbijanie serc niewieścich. Pyszna alegorya, mówiąca że moc, choćby 
nad całym światem, nie zastąpi jednej iskierki miłości.
To też studyując kronikę Olimpu, widziemy z podziwieniem, że nie najsłabsi 
niebianie, ale sam Zeus piorunowładny, Zeus orłami otoczony, jest najłatwiejszym 
do podbicia, najczulej romansowym z bogów. I nie można dostrzedz ani razu w jego 
dziejach, aby na zdobycie jakiego serca użył cienia władzy, tej władzy, którą 
przecież mógł wszystko otrzymać. Nie. Używa przeróżnych podstępów, słodkich 
sztuk uwodzenia, nawet rzecby można konceptów klasycznych, ale zawsze drogą 
prośby i przekonania, dając poznać, że i dla samego bóstwa tylko dobrowolne 
ustępstwo ma cenę. To też widziemy go zawsze ostatecznie tryumfującym, i kiedy 
gburowaty ród Tytanów ginie, żałowany tylko od skwaszonych mędrców, Jowisz 
rozszerza bez granic radosne panowanie. Kto wie, czy go nie zawdzięczał głównie 
pochlebnej opinii, jaką mu wyrobiły damy niebieskie i ziemskie?
System podobny przynosi tyle korzyści, że nawet ludzie, kiedy w swoim drobnym 
człowieczym zakresie Jowisza za wzór obiorą, dochodzą do powodzenia, jakie 
trudno sobie wyobrazić.
Małomówni i dumni względem mężczyzn, zimni i despotyczni dla ogółu kobiet, u 
pierwszych wzniecają rozumny szacunek, u drugich rozbudzają miłość własna i 
przekorną chęć walki przeciw obojętności. Nie tak ona trudna do zachwiania jak się zrazu zdaje, a już też 
kiedy zwalczona, to rozlewa się morzem słodyczy, rozpada się przepaściami 
pokory, nawskróś przenika atmosferą z ognia.
Podobni ludzie są mało lubieni, ale bywają gwałtownie kochani.
Nawet chociaż nie posiadają urody, wywierają na serca niewieście wpływ, którego 
nikt zrazu zrozumieć nie może. 
Ileż razy widziemy człowieka groźnego w społeczeństwie, nieprzystępnego w 
towarzystwie, który żeni się z istotą miękką, rozpieszczoną, trwożliwą. Świat 
się nad nią lituje. Tymczasem niezadługo rozchodzą się wieści, że owa ofiara 
jest królową w domu; każdy ją spotyka promieniejącą od szczęścia i dumy, bo ten 
przed którym drżą wszyscy, ten smok legendowy, daje się jej prowadzić na 
jedwabnej nitce, u jej stóp legł cichym barankiem i tyle przy niej umie słuchać, 
ile gdzieindziej rozkazywać.
Cóż dopiero powiedzieć, jeżeli, jak Tytus Odonicz, posiada przedziwną piękność? 
W chwili kiedy go spotykamy, wchodzi on już w czterdziesty siódmy rok życia, i 
ci co go dawniej znali, znajdują go zmienionym, ale sami pytają, czy jeszcze nie 
na korzyść?
Czoło wysokie jak zamknięta brama, przekreślone jest zgóry nadół tem lekkiem 
wklęśnięciem, co u frenologów nosi właśnie nazwę linii Jowiszowej i stanowi główną, cechę głowy lwa, ale rzadko spotyka się w obliczach 
ludzkich..
Za najlżejszem zmarszczeniem brwi taka kreska przemienia się na znak wielkiej 
grozy i ona też jedna oznacza całą potęgę tej twarzy, która zresztą, oddycha 
samą dobrotliwością.
Oczy niebieskie, w zwykłym toku życia, mało mówią do ludzi, zdając się raczej 
zapatrzone w głąb własną. Owal, mocno okrągły, jaśnieje zwykle rumieńcami, które 
przy każdem wzruszeniu dochodzą do prawdziwej purpury. Co najsilniej odbija od 
powagi całej postaci, to usta drobne, niemal kobiece, uśmiechające się różowo z 
po za brody bujnej, szeroko na pierś rozsypanej, a której ciemna gęstwina 
gdzieniegdzie się już przesrebrza.
Rozkochany w wiecznej młodości bogów Tytus, podobno marszczy brwi, ile razy, 
spojrzawszy w zwierciadło, zobaczy te srebrne przebłyski. Niesłuszne przecież 
jego zatroskanie: mąż co umiał przechować święty ogień w sercu, a słoneczny 
rozum na czole, nigdy nie jest wszechwładniejszym, jak przy pierwszych zorzach 
siwizny. Zachowuje on jeszcze wszystkie powaby młodości, a pozbył się jej stron 
ujemnych, nadewszystko niecierpliwego pośpiechu i zarozumienia, na których 
miejsce zdobył spokój dyplomatów i dumę ministrów.
Wtedy to on jest prawdziwie niebezpiecznym
dla serc niewieścich, a na umysły męzkie działa połączonym urokiem mistrza i 
kolegi.
Jakim bywał Tytus w dramatach serca, to mogły tylko wiedzieć wybrane przez niego 
bohaterki. Liczba ich musiała być bardzo mnogą, bo wszystkie kobiety chórem 
odzywały się o nim życzliwie. jedne dzięki słodkim wspomnieniom, inne może z 
obawy, aby nie uchodzić za wzgardzone.
A mogły go śmiało chwalić, bo on ani słowem, ani postępkiem nigdy nie podał 
żadnej w podejrzenie. Kamień grobowy nie jest wytrwalej milczącym, jak był 
Odoniczwe wszystkich przedmiotach dotyczących serca. Wiedział, że chełpienie się 
z tryumfów minionych zagradza drogę do przyszłych, i że najczęściej tylko 
odrzucona miłość chwali się dla zemsty, podczas gdy miłość przyjęta kryje się, 
jak skąpiec ze skarbem.
To też bez końca powtarzano, że Tytus Odonicz ma szalone u kobiet szczęście, ale 
czy u tej lub tamtej, nikt nie umiał zapewnić, a te bezimienne podboje wydawały 
się tem ogromniejsze, że nie znano ich prawdziwych granic.
Jakim był dla ogółu towarzystwa, o tem świadczył głos powszechnego uznania, 
chociaż nie powiem ażeby zawsze był głosem sympatyi.
Duma i powodzenie rodzą, głębokie zawiści. Przecież Tytus nie zdawał się o nie 
troszczyć, ani nawet próbował ich przebłagać.
Gdziekolwiek był, musiał być pierwszym. Wśród uczonych albo słuchał, albo 
odezwał się ze słowem, które odrazu rozstrzygało rozprawę. W salonie albo milczał z olimpijskim 
uśmieszkiem, albo znienacka brał wodze rozmowy, a wtedy wszyscy musieli o tem 
mówić i tak mówić, jak żądał.
Wśród starszyzny męzkiej był poważny do lodowatości, ale to poważny jak 
Mardocheusz. Wśród młodzieży stawał się stulicowy, giętki duchem jak Alcybiades. 
I tam zawsze trzymał pierwsze miejsce, choć niby z niego zstępował, jak 
monarcha, co raczy na równej stopie pobawić się z dworzanami.
A już też kiedy bawił się, to według przysłowia "jak król." — Kiedy dziwactwa, 
to lordowskie, — kiedy dowcipy, to paryzkie — kiedy bachanalie, to rzymskie — 
kiedy orgia, to babilońska.
Pomimo tak szumnych pozorów życia, nie nadwerężał majątku, chociaż miał wszelkie 
prawo nim szafować, bo cały był jego dziełem.
Wchodził w świat, podobnie jak Wiesław, mało obdarzony od Fortuny. Długo nie 
spostrzegano, że obok towarzyskich zajęć, prowadził cicho wielkie 
przedsięwzięcia fabryczne i przemysłowe, aż zwolna rozszedł się głos że jest 
bogaczem, a gdy go pod kształtem powinszować badano, uśmiechał się, tylko i 
odpowiadał symbolicznie swoim sposobem życia, coraz bardziej pańskim.
A znał się po mistrzowsku na sztuce wydawania pieniędzy, bo to jest także 
sztuka, nawet kiedy mądra, to piękna.
Niejeden płaci i płaci, a wydatki jego przechodzą, głuche i niepostrzeżone. 
Inny o połowę mniej wyda, a wielu ucieszy, niejednego obdarzy i jeszcze 
wszystkich olśni.
Już kiedy panu Tytusowi podobało się wydać dziesiątek tysięcy, to nazajutrz 
Warszawa mówiła. o stu tysiącach, i tak rosła koło niego fama Krezusostwa, Która 
mu pomagała w nowych przedsiębiorstwach, a w oczach tłumu więcej go podnosiła, 
niżeli wszystkie skarby jakie nosił w duszy.
Garnęli się też do niego i starsi i młodsi, nade. wszystko młodsi, najprzód że 
im pochlebiało przestawanie z koryfeuszem dobrego tonu, powtóre że spodziewali 
się nauczyć od niego trudnej sztuki radzenia sobie w życiu. Patrzyli z podziwem 
i zazdrością, na tego szczęśliwca, który umiał majątek zrobić, niezależność 
zdobyć, meżczyznom przodować, kobiety czarować i na domiar wyższości, o tem 
wszystkiem nie mówić.
Nęcił ich także do Tytusa wzgląd ważny: nie było w nim nic Katońskiego. 
Wprawdzie złych zasad nie szerzył, do złego nigdy nie namawiał, ale gdy je przy 
nim pełniono, nie ostrzegał, ani dawał nauk i nigdy się, przenigdy, nikomu nie 
dziwił.
Widać że ten praktyczny mędrzec, na wylot ludzi poznawszy, osądził ich 
niepoprawnymi i takim świat brał, jakim go zastał, nie próbując przerabiać, ale 
zbierając z niego sute plony, bo z wszelkich gruntów, żyznych czy jałowych, umiał dla siebie wyciągnąć soki życia.
To też z równą swobodą obracał się w każdem towarzystwie, rozumnem czy 
pustackiem, przyzwoitem czy zepsutem. Jakby z innej gliny niż wszyscy ulepiony, 
zdawał się nie lękać żadnej dżumy moralnej, i na mrowisko ludzkie patrzył oczami 
półboga.
Takie stawianie się do świata dawało mu wiele korzyści i rozkoszy, ale go też 
niejednej pozbawiło.
Jeżeli często zaznał miłość, nigdy nie zaznał prawdziwej przyjaźni.Żadne serce 
męzkie nie śmiało zapukać do tej piersi opancerzonej, szukać oparcia na tej 
pysznej skroni, co umiała schylać się pod ręką słabszą, ale nie znosiła sobie 
równej.
Za to, kiedy miał nieprzyjaciela, to miał go na całe życie. Nie dla braku 
usiłowań drugiej strony, aby go przeprosić i zmiękczyć; owszem, widziano ludzi 
co się poniżali, chcąc wrócić do jego utraconej łaski. Ale on sam bywał 
nieprzebłagany. Nie gniewał się, nie pomstował, broń Boże! Nie raczył prowadzić 
walki, ale cofał się w swój obłok obojętności, i nie było jeszcze przykładu, aby 
osoba, co go raz obraziła, zdołała odzyskać jego zaufanie.
'Ta bierna zawziętość otoczyła go rodzajem postrachu, pełnego nadskakiwania. Na 
wszystkich
jego stosunkach stała wielkiemi, czarnemi głoskami wypisana przestroga: Fragile.
Jeden tylko Wiesław obchodził się z wujem bez obawy. Nadto wierzył w jego i 
swoje serce, aby przypuszczać możebnosć obrazy. Zresztą mało znał przeszłość 
wuja. Tytus umiał zbywać pytania krótkiemi i bezbarwnemi odpowiedziami, które 
najciekawszych zniechęcały. Siostrzeniec, wykołysany w patryarchalnych 
pojęciach, nieważył się o bracie matki wytwarzać sobie niezależnego zdania. On, 
zwykle tak stanowczy w sądach natchnionych surowością, jaką często młodość i 
niewinność grzeszą, na ten raz wstrzymywał się od analizy. Wprawdzie nieraz 
dziwiła go wyrozumiałość, z jaką pan Tytus odzywał się w przedmiotach 
dotyczących przekonań i obyczaj ów; nieraz go drażniła zażyłość w jakiej 
zostawał z ludźmi, z którymi on, Wiesław, niechętnie się widywał. Jednak zawsze 
sobie powtarzał, że człowiek tego wieku i doświadczenia musi wiedzieć co czyni, 
i wolał go poprostu kochać, niżeli sądzić.
I jakżeż nie było kochać, kiedy wuj miał do niego, jak to mówią, prawdziwe 
nabożeństwo? A wiemy że Tytus, kiedy chciał być komu miłym, rozwijał zasób 
czarów, któremi mógł najsztywniejszą duszę, nawet junkra pruskiego, zawojować. A 
był naprawdę rozmiłowany w Wiesławie, jak Holender w dziwnym tulipanie, jak 
antykwaryusz w białym kruku książkowym.
— Wiesz, mój Wiesławie — mawiał — co w tobie najwięcej lubię? Oto że masz odwagę 
być typem zupełnie skończonym. W twojej Plutarchowej osobistości nie można 
znaleźć ani jednego dysonansu. Proszę cie, nię zmieniaj mi się w niczem, abyś 
nie popsuł tego ślicznego dzieła natury i sztuki.
A kiedy Wiesław obruszał się nieco na wyraz sztuka, tamten dodawał:
— Jakto, czyż wyrobienie duszy nie jest najwyższą sztuką życia?
Przy całem przywiązaniu, mało się widywali.
Kiedy jeździł na wakacye lub święta do rodziców, Wiesław był świadkiem 
uroczystych przy gotowań na przyjazd wuja. Cały miesiąc naprzó mówiono o tym 
wypadku, urządzano dom paradnie. Nakoniec gość się pojawiał, przez kilka godzin 
obdarzał wszystkich uroczą łaskawością, świetnym dowcipem, kosztownym gościńcem, 
i przed nocą zazwyczaj odjeżdżał, zostawiając znów na całe miesiące przedmiot do 
żalów i uwielbień.
W Warszawie siostrzeniec go widywał najczęściej w licznych lub hucznych 
zebraniach i to zawsze na krótko, bo pan Tytus wiecznie się śpieszył. Według 
jednych miał rzeczywisty powód pośpiechu w nieustannym nawale interesów, podług 
drugich drożył się ze swoją obecnością, aby ją tem pożądańszą czynić.
I teraz Wiesław byłby się chętnie rzucił wujowi na szyję, ale najprzód nie 
śmiał, powtóre ochłonął na widok rozkosznego uśmiechu, jakim pan Tytus przywitał Alfreda, 
przeciw któremu zraniona dusza Wiesława drgała z oburzenia.
— Szukałem wuja całe rano....
— I byłbyś mógł szukać do nocy. Stanąłem u znajomych. Oto właśnie ich widzę, 
pójdź ze mną, niech cię przedstawię.
Wziął Wiesława pod rękę i przyprowadził do powozu, gdzie siedziały dwie damy, 
jedna starsza, otyła, spowinięta szalem czerwonym jak jej oblicze, druga młoda, 
czarnowłosa i czarnobrewa. Po obu stronach drzwiczek stało dwóch panów, jeden 
podżyły, pękaty jak dynia, drugi młodziuchny, wąziuchny i bledziuchny jak komar.
— Pozwolą państwo, że im przedstawię mojego siostrzeńca: Wiesław Różyc, państwo 
Moszkowiccy, panna Helena ich córka, a to pan Ewaryst Korab, narzeczony panny 
Heleny.
Wiesław znał się już z Ewarystem i powinszował mu pięknego wyboru. Była to para 
prawdziwie po dzisiejszemu dobrana: panna, jak to zwykle narzeczone, wystrojona 
niby cudowny obraz, odznaczona zaręczynowym orderem bukietu; przytem dorodna jak 
amazonka, a zaczepna jakby krzak głogu. Narzeczony ubrany jak żurnal, obojętny 
jak sułtan, znudzony jak bohaterowie Musseta.
Pan Aleksy Moszkowieki z ucieszną dobrocią chwycił Wiesława za oba ramiona i 
popatrzył mu w oczy.
— Klejnocik chłopiec! — zawołał. — Winszuję
ci, panie Tytusie, takiego siostrzeńca. A tobie, panie... jak na imię?
— Wiesław.
— Aha! Perełka imię. Więc panie Wiesławie, tobie winszuję że masz tak 
znakomitego wuja, z którym znamy się dawno, oj, aż strach jak dawno! Trzeba ci 
wiedzieć, panie Wiesławie, żeśmy kolegowali w szkołach. A co? Ktoby to 
powiedział? On wygląda o dwadzieścia lat młodszy odemnie. I to tak we 
wszystkiem. On teraz pan, żyje na wysokich Parnasach, a ja sobie szlachcic na 
zagrodzie....
— No, no — przerwał pan Tytus — nie tak bardzo na zagrodzie. Pięć folwarków, 
sześćdziesiąt włók lasu, a i w Warszawie chałupka niczego, cóś na pałacyk 
zakrawa.
— Zwłaszcza — odparł pan Aleksy, kiedy ją mój łaskawca swoją obecnością 
zaszczyca. Wystaw sobie, panie Wiesławie, jakie szczęście mnie dziś spotkało. 
Idę sobie Wierzbową ulicą, a tu jedzie z kuframi, z manatkami pan Tytus. — Zkąd? 
Co? — Pokazuje się że pięć hotelów objechał i nigdzie nie znalazł stancyi. Więc 
ja dalej pakować się do jego dorożki i błagać: Mój dobrodzieju! Kiedy nigdzie 
nie znalazłeś lepiej, przyjmij u mnie starodawną gościnność. Jest w naszym domu 
całe jedno mieszkanie, co stoi pustkami po moim bracie, który wyjechał właśnie 
do Karlsbadu. Tam cię ulokujemy. T nie pytając dłużej, każę jechać na Chmielną 
ulicę, i mam raz przecie tego ptaszka, który zawsze tak daleko ł wysoko fruwał. Mam cię i nie puszczę, ani jutro, 
ani pojutrze, bo trzeba ci wiedzieć, panie Wiesławie, że za trzy dni wesele 
naszej córki, i twój wujaszek musi koniecznie z nami zostać, koniecznie, on 
będzie największą ozdobą kompanii.
— A jakże, to nawet kwestyi nie ulega — przerwała pani Moszkowicka. Pan Odonicz 
nie odmówi nam udziału w tak ważnej uroczystości, tem bardziej że go prosimy, 
ażeby zechciał być pierwszym drużbą i prowadzić naszę córkę do ołtarza.
— O! pan nie może odmówić! — dodała panna Helena. — Wszak pan słynie z 
rycerskiej dla dam uprzejmości.Ów jednak rycerz uprzejmości wytrzymywał 
wszystkie nalegania w milczeniu, aż oskoczony przez całą rodzinę, przez Ewarysta 
i wkońcu przez Wiesława, zlekka natrącił:
— Może być że zostanę. Muszę się jednak jeszcze z czasem obrachować.
Nie mógł więcej dodać, bo w tej chwili kilku mężczyzn nadbiegło, wołając: — Już! 
już! — I pociągnęło Odonicza.
Istotnie, już się zaczynało igrzysko. Muzyka ucichła, dzwon zatętni!, sędziowie 
na trybunie rozparli się jak należy i po całym tłumie przebiegła iskra 
elektryczna.
Dziwną jest potęga wrażeń zbiorowych. Kiedy się jeszcze objawia przy widowiskach
strasznych, jak bywały walki gladyatorów u Rzymian, jak są walki byków w 
Hiszpanii, można prędzej wytłumaczyć gwałtowność zajęcia. Choć potępiona przez 
rozum, jest aż nadto zrozumiałą dla wyobraźni.
Ale wyścigi konne! Podobne do blaszanych zabawek dziecinnych, urządzone z pompą 
prawdziwie szyderczą, zdaleka, dalibóg, wyglądają komicznie.
A jednak ja sama, choć nie mam najmniejszej słabości do dżokiej-klubowej sztuki, 
choć ani jeżdżę konno, ani się znam na koniach, sama przyznać muszę, iż gdy raz 
na lat dziesięć trafi mi się być na takiej zabawie, w chwili wyścigu udziela mi 
się ogólna gorączka. Me wzruszają mnie przecież ani wymokłe bieguny, ani 
wymokłejsi jeźdźcy, ani właściciele koni, obojętni mi lub nieznani, ale ogarnia 
mnie powszechna febra publiczności, zaraźliwa, jak wszelki zapał.
Istnieje w naturze ludzkiej struna bohaterska, popychająca do walki ze ślepym 
losem. Ona to jest źródłem rozkoszy we wszelkiej grze hazardowej. Ona każde 
losowanie przemienia w głuchą tragedyą, ona niewyczerpany urok nadaje obietnicom 
loteryi, ona sprawia, że najtwardszy pozytywista z niejakiem drżeniem podaje 
rękę Cygance wróżącej, ona za zielonym stolikiem napełnia serce gracza szeregiem 
Szekspirowskich wrażeń, ona to nawet lekkiej scenie konnego wyścigu daje władzę 
roznamiętniała.
Wiesław tem żywiej mógł zająć się widowiskiem, że osobiście obchodził go 
współudział wuja. Porwał go na chwilę prąd wszystkich spojrzeń, okręcających się 
ogniście wokoło areny, zielone rękawy i czapka dżokieja wujowskiego, wydały mu 
się szmaragdową gwiazdą, za którą życzenia jego biegły z niepokojem, a gdy 
nakoniec owa gwiazda pierwsza stanęła przed sędziami, kiedy Odonicz wystąpił po 
nagrodę, przyjęty fanfarą orkiestry i hukiem oklasków, serce w nim zabiło, 
podążył za odchodzącym spokojnie panem Tytusem i ściskając mu obie ręce, okazał 
taką żywą radość, że aż wuj spojrzał na niego z podziwem.
Była też to jedyna chwila przyjemna dla Różyca. Reszta czasu dłużyła mu się 
niewymownie, wszystko mu wyglądało nudno i wyblakło i samego siebie zapytywał, 
jak mógł innych lat szczerze się tu bawić? Nieobecność drogiej osoby jest jak 
zaćmienie słońca, pod którem wszystko szarzeje i ziębnie.
A jednak zajmujące to były wyścigi. Niczego nic brakło: ani poplątania się 
powozów przy wjeździe, ani powtarzanych do znużenia tryumfów Foskarego, ani 
spadnięcia jednego z panów jadących z przeszkodami, ani nawet tradycyjnej ulewy, 
która zwykle przetrzymuje, łudząc złośliwem słońcem, aż dopiero kiedy wszyscy 
się wybiorą i na dobre zasiądą, wybucha z szumem, podobnym do rymów Heine'go.
Tę razą jednak trwała króciuchno. Skończyło się na popłochu i gwałtownem 
podnoszeniu pojazdów. Wiesław znalazł schronienie w szybko zapiętej wiktoryi 
państwa Moszkowiekich, do której musiał, chcąc nie chcąc, wsiadać, przymuszony 
przez właścicieli. Ci, świeżo ze wsi przeniósłszy się do miasta, chcieli 
dowodzić pięknych manier przez natarczywą uprzejmość.
Pani Dorota Moszkowicka niestrudzenie bawiła gościa pytaniami o jego przeszłość, 
herby, koligacye, a nawet i o stosunki salonowe. Nie wiedzieć zkąd, nawinęła się 
rozmowa o pani Irenie i jej córce, bo zakochanym zawsze się niby przypadkiem 
nawija sposobność rozmawiania o drogiej osobie.
Pąsowa pani Dorota stanęła w podwójnych płomieniach, na wiadomość o powrocie 
pani Ireny do Warszawy.
— A mój Boże, cóż to za radość dla mnie! Ta kochana Irenka! Matki nasze od 
wieków były w przyjaźni, a kiedy dla mojej edukacyi przyjeżdżali moi rodzice 
przez kilka zim do Warszawy, Irena i ja, jeszcze podlotki, brałyśmy razem lekcye 
tańca, od Popiela, od tego samego co to dziś taki sławny. Potem pannami 
spotykałyśmy się na balach w resursie. Pamiętam jak zawsze miała wiele danserów, 
ale bo też była prześliczna, jak aniołek Boży. Musiała się bardzo odmienić, co?
I jak pan powiada, już drugiego męża pochowała? Mój Boże, jak to czas leci! I 
jak pan powiada,
ma córeczkę? A ładna? A moie już ją wydala? A może jest babunią? Mój Boże, ktoby 
to był powiedział, że ta mała Irenka będzie szanowną babcią: Zaraz jutro się do 
niej wybieram; przecież musi być na weselu Helenki, musi być z całą familią.
Wiesław niełatwo zdołał przyjść do słowa i objaśnić panią Dorotę, że cala 
familia składa się jedynie z córki pani Cecylii, ale o przeszkodach żałoby nie 
wspomniał, łudząc się miłą nadzieją, że może dla dawnych stosunków, pani Irena z 
córką dadzą się namówić na tę uroczystość, na którą już sam był zaproszony, 
równie jak na bywanie często, jaknajczęściej, przez całe życie.
Pomimo hiperbolicznych pochwał dla wuja, który w oczach państwa Moszkowickich 
uchodził za największego człowieka w Europie, pomimo serdecznej i poczciwej 
treści, monolog pani Doroty mocno się już uprzykrzył Wiesławowi, a co gorzej, 
zdawał się niecierpliwić samę pannę Helenę, co jak niewdzięczne kurczę, 
upstrzywszy się piórami orlęcia, nie chce już słuchać macierzystego skwierku. 
Zaciskając usta, kilka razy przeprowadziła spojrzenie porównawcze od Wiesława do 
Ewarysta, i musiało to porównanie wypaść na ciężką niekoryść narzeczonego, bo 
sposępniała i oczy uporczywie utkwiła w bukiecie.
Prawda ie też pan Ewaryst nie silił się na bawienie narzeczonej, a ledwie słońce 
znowu zajaśniało, pod pozorem przyjrzenia się wygrywającym koniom, wyciągnął z wiktoryi Wiesława, który też był mu, szczerze wdzięczny 
za ratunek.
— Ach jakiś ty cierpliwy, panie Wiesławie!— zawołał, rozpaczliwie ziewając. Żeby 
nie pierścionek na ręku, byłbym dawno uciekł z tego młyna. Trudno! Dla pięciu 
folwarków i dwupiętrowej kamienicy człowiek wiele znosi. No, zdaje się że moje 
dzisiejsze pensum już skończone, bo też to i ostatni wyścig; teraz podobno już 
tylko chłopskie szłapaki będą paradować, możemy się wynosić.
Tu ich spostrzegł pań Tytus, jak zawsze stojący w licznem gronie.
— Przecie wracasz nam, Wiesławie! Cóż cię tak długo bałamuciło? Czyjeż piękne 
oczy?
— Ach, nie oczy — podchwycił Ewaryst — ale usta, miodopłynne usta pani Doroty, 
mojej szanownej przyszłej mamy.
Wszyscy się, prócz Wiesława, roześmieli; pan Tytus wprawdzie się nie śmiał, ale 
rzekł z komiczną powagą:
— Proszę nic nie mówić przeciw małżonce mego amfitryona.
— Tak — przywtórzył z żywością Wiesław — gdybym kiedy miał narzeczoną, nie 
dałbym słowa powiedzieć przeciw całemu jej domowi. W smutnych żyjemy czasach.
— Słuchajcie, panowie! Mój siostrzeniec ma słuszność. Mówi jak z książki, i to 
ze złotej, bo z księgi przekonania. A teraz, kiedy zrzuciłeś z serca twoje 
Focyonowskie oburzenie, uspokój
się i słuchaj: ci panowie zawyrokowali jednogłośnie, że moję świeże zwycięztwo 
powinno być na świeżo oblane, zaprosiłem wiec wszystkich do Szwajcarskiej Doliny 
na kolacyą, ciebie zaś nawet nie zapraszani, bo z godności siostrzeńca, jesteś 
urodzonym wice-prezesem wszystkich moich przyjęć. 
Zatroskał się Wiesław wiadomością, która na dzisiaj niweczyła jego zamiar 
zawiezienia wuja do pani Ireny, nie mógł nawet słowa o nim natracić, bo wesoła 
gromada porwała go, wołając: "Dalej! na Dolinę!" I wszyscy hurmem rzucili się do 
wsiadania w koszykowe karyolki, odkryte omnibusy i pierwszo-klasowe dorożki.
Pan Tytus miał powóz najęty, ale bardzo wykwintny, do którego, oprócz 
siostrzeńca, zabrał Alfreda i Ewarysta.
Snuły się Wiesławowi rozmaite uwagi nad wyborem swoich dwóch sąsiadów:
— Czyż tu miejsce Ewarysta? Ach, gdybym był narzeczonym Cecylii, czyżby mię kto 
widział gdzieindziej, jak przy jej boku. Wszak wówczas każda chwila rozdziału 
jest torturą. I to na co? Aby dokazywać, nadziewać się zjadliwemi łakociami i ze 
wszystkich świętości żartować, podczas gdy opuszczona panna wraca z rodzicami na 
samotną herbatę. I to na dwa dni przed ślubem? Doprawdy, nie rozumiem. Albo ten 
Alfred, także tu potrzebny! Jeżeli wuj chciał się żenić z panią Ireną, jakże 
mógł zostać w tak dobrych stosunkach
z rodziną, co mu ją wydarła? Znowu nie rozumiem.
— O czem się mój poważny siostrzenice tak zadumał? — spytał znienacka pan Tytus.
— O rozmaitych, jakby to powiedzieć... niepewnościach myśli człowieczej.... A 
głównie się zastanawiałem, jak mi ta niegodziwa kolacya wypada nie na rękę.
— A to dlaczego? Tu Wiesław mocno się pochylił do pytającego i szepnął:
— Są piękne damy, które koniecznie chcą, wuja widzieć, i to jaknajprędzej, 
choćby dzisiaj. Ja niebacznie obiecałem im gościa po wyścigach sprowadzić, a 
teraz...
— Czy tak? odparł pan Tytus, rozjaśniony pełnym uśmiechem. Szkoda, ale cóż 
robić? Nie wiedziałem że w mojem imieniu obiecano; nieświadomość grzechu nie 
czyni.
Kończył te słowa, kiedy Wiesławowi zadrgało serce. Wśród pojazdów tłoczących się 
w Belwederskiej alei, błysnęły mu jabłkowite rumaki o lnianych grzywach, 
unoszące koczyk, fiołkowym atłasem wybity.
Nie mógł się powstrzymać od wpół cichego wykrzyku: To one! I zdjąwszy kapelusz, 
kłaniał się z tem uniesieniem, co sprawę serca we wszystkiem, nawet w ukłonie 
zdradza.
Zaciekawieni jego towarzysze zwrócili oczy w tę stronę i jednocześnie podnieśli 
kapelusze,
a dwie przejeżdżające damy nietylko po dwakroć, skinęły głową, ale wbrew 
przepisom dobrego tonu, obie się kilka razy obejrzały za mijającym je powozem.
Odonicz także zwrócił głowę za siebie i trzymał ją, tak uporczywie zwróconą., 
jakby na śrubie się skręciła. Dopiero kiedy jabłkowite konie zupełnie w natłoku 
zniknęły, zwolna ją odwracał, a wtedy Wiesław dostrzegł, jak straszna zmiana w 
nim zaszła: z twarzy zdawało się że krew tryśnie, czoło rozcięło się przełomem 
zgrozy.
Tymczasem pan Alfred wołał:
— Jakaż to moja belle-mera zawsze śliczna! Musi chyba mieć jakiś sekret 
młodości, jak nieświętej pamięci Ninon. A i córeczka nieszpetna.
— Wcale nie, chociaż blondynka — wtrącił niedbale Ewaryst, — a blondynki, podług 
mnie, to zawsze mdłe jak Alta-pasta.
Uśmiał się Alfred, a Wiesław ani śmiać się, ani gniewać nie miał czasu, bo wuj 
wlepił w niego iskrzące oczy i zapytał głosem przyciszonym, ale surowym:
— Spodziewam się przecie, że to nie do tych pań chciałeś mię prowadzić?
— I owszem, właśnie do nich. Mój dobry Boże, czy to wujaszka gniewa? Przecież 
wujaszek dawniej... podobno... znał się z panią Ireną? Zresztą, cóż miałem 
robić? Sama mi oświadczyła, najuroczyściej i najserdeczniej, że koniecznie się 
chce z wujem widzieć.
Pan Tytus ruszył ramionami i rzucił jedno słowo, ale syczące ironią: "Wczas!" A 
potem zapadł w milczenie, w którem nawet wieczny uśmiech z jego ust się zatarł.
Do głębi duszy zgryzł się Wiesław odkryciem takiej zawziętości. Przeczuwał ile 
ona burz może sprowadzić na jasne dotąd niebo jego marzeń, i pierwszy raz w 
życiu rzucił ku wujowi spojrzenie gorzkiej niechęci.
Przyszła jednak niedługo chwila, w której sadził że wszystko odrazu się naprawi.
Kiedy konie ich stanęły u wejścia Doliny Szwajcarskiej, ujrzał... kogo? panią 
Irenę i jej córkę, idące pieszo po bocznej ścieżce. Widać że wysiadły i używały 
przechadzki, a dziwnym trafem znalazły się właśnie w tej chwili przed krytą 
aleją wiodącą ku Dolinie. Jeśli to był traf, był on tak szczęśliwy, że Wiesław 
poczytał go za zrządzenie Opatrzności.
Obie damy stanęły z radosnym wykrzykiem, z jakim się dawnych przyjaciół wita; 
pani Irena, zwykle taka blada, teraz po oczy zapłoniona, podbiegła ku panu 
Tytusowi, uścisnęła jego rękę i zamieniła z nim słowa pół-ciche, gwałtownem 
wzruszeniem z obu stron drgające, z których jednak Wiesław nic nie mógł 
dosłyszeć, bo panna Cecylia, witając kolejno trzech młodzieńców, rozmawiała z 
szybkością sobie niezwykłą, śmiała się głośniej niż przystało, wszystko jakby 
chciała odwrócić uwagę i zagłuszyć rozmowę matki.
Krótko jednak trwała ta rozmowa. Po kilku pytaniach i odpowiedziach, ciśniętych 
z głuchym szmerem, jak kamienie w wodę, pan Tytus odezwał się głośno:
— W każdym razie panie wybaczą, że na teraz dłużej służyć im nie mogę, bo goście 
przezemnie zaproszeni czekają.
Tu porwał pod rękę Wiesława i gwałtownie go pociągnął do krytej alei, a rękę 
jego trzymał tak mocno, że młodzieniec, odurzony tem niespodzianem zakończeniem, 
napróżno się kilka razy szarpnął, i odwracał głowę, zazdroszcząc Alfredowi i 
Ewarystowi, którzy jeszcze żegnali Cecylią, podczas kiedy matka stała opodal jak 
wryta.
Wkrótce, nie wiedząc sam kiedy i którędy, znalazł się przed altaną, z której huk 
orkiestry spadał grzmotami na jego pomącone myśli; labirynt białych krzeseł i 
stołów plątał mu się w oczach nieskończoną siatką, i nie ocknął się, aż pod 
ostremi żartami towarzyszów, którzy możebne i niemożebne wnioski wyciągali z 
jego pomieszania.
Nie godziło się z tajemnicą serca zdradzać przed tylu obojętnemi i złośliwemi 
oczami, tem bardziej że pan Tytus utkwił w siostrzeńca wzrok ponuro badawczy. 
Zdobył się Wiesław na przymusową, wesołość i obronną ręką wyszedł z gradu 
żartów.
Jednak, w półgodziny później, kiedy naczelny kelner doniósł że kolacya gotowa i 
cała młodzież
hurmem ruszyła za Tytusem, Wiesław sam teraz chwycił go pod rękę i zcicha mówił: 
— O wuju! Nie spodziewałem się aby wuj, przy swoim pięknym charakterze, miał 
jednak tyle okrucieństwa...
— Okrucieństwa? — powtórzył szyderczo pan Tytus, roześmiał się i zamilkł.
— Tak jest. Wolno było wujowi postąpić sobie... dziwnie.... kiedy jest panem 
swojej woli, ale pocóż mnie wciągać w nieznana mi wojnę? Gwałtem odrywać mię od 
osób, w oczach których nic chciałbym uchodzić za... conajmniej... niegrzecznego?
— A mój Wiesławie, któż mógł wiedzieć że to cię tak mocno obchodzi? Teraz ja ci 
powiem: O siostrzeńcze! Nie spodziewałem się, abyś tak gorączkowo dbał o łaskę 
tych osób. Przed godziną, jeszcze nie wiedziałem że się znasz z niemi; zresztą 
przy twoim klasycznym charakterze, któż cię mógł posądzić o ten romantyczny 
wybuch? Ale masz słuszność, masz zupełną słuszność, nie myślę cię wcale krępować 
jakąś wujowską władzą, która byłaby, conajmniej... śmieszną. Widzę, jak ci nasze 
towarzystwo cięży; nie przecz, to ci z oczu patrzy. Sądziłem wprawdzie że po tak 
długiem niewidzeniu się naszem zechcesz pierwszy wieczór spędzić ze mną. Ale 
jeżeli głos serca, lub jakikolwiek inny, woła cię gdzieindziej, możesz odejść, 
nic będę się wcale gniewał za pogardzenie moją. kolacyjką... Niemiłą księdzu ofiara.. wiesz resztę.
— Wujaszek zawsze dobry, lepszy niż sam udaje. Mnie z wujaszkiem naprawdę miło, 
wieczerzą, nie śmiałbym gardzić, owszem, zostanę, choć może nie na całej, bo wuj 
kochany wie, że ja nietęgi do hulanki, ale...
Tu Wiesław przybrał swój najpieszczotliwszy wyraz i składając ręce błagalnie, 
spytał:
— Ale jutro... wujaszek pójdzie ze mną do pani Ireny?
Wuj się zawahał, aż spostrzegłszy niepokój młodzieńca, dodał z dwuznacznym 
uśmiechem:
— Dlaczegóż nie? zobaczymy.
Wiesław pocałował wuja w ramię jedno i drugie, a właśnie też wchodzili do 
pierwszej z bocznych sal gmachu Doliny, gdzie stół iskrząco nakryty, obiecywał 
ucztę co się zowie: przez otwarte okna chłód wieczorny przynosił echa muzyki i 
rozfalowany szmer tłumu.
Me brakowało przysmaków swojskich i zamorskich. Likwory i francuzkie wina 
przemieniały szkło na rubinowe i bursztynowe kielichy. Lód dzwonił w 
posrebrzystych konwiach, gdzie pochylone szampanki drzemały, czekając aż im 
będzie wolno przypuścić szturm do stołu. Na samym środku tokaj w omszałym 
płaszczyku królował: nad całą, rodziną, flaszek, jakby krotochwilny dziadunio.
Umysły także były nalane szumom i dowcipami które tylko czekały na odkorkowanie. Goście po pierwszych ostrygach już 
postanowili, że ta biesiada musi stać się pamiętna., jako stypa, przy której 
Ewaryst ma pochować i opłakać swoję kawalerską wolność. Zdawało się że to 
nietrudne, kiedy żadnemu z ucztujących, a było ich do piętnastu, nie zbywało ani 
na rozumie, ani na światowym blasku.
A jednak zabawa jakoś nie szła. Najciekawsze przedmioty rozpraw nie chciały 
czepiać się umysłów. Najświetniejsze koncepta przechodziły niedość ocenione, co 
ich autorów do reszty kwasiło.
Biesiadzie brakowało warunku jednego, ale żywotnego: ręki sterującej. Trafiło 
się dziś jak na przekór, czego jeszcze nikt nie zapamiętał: gospodarz nie był w 
swoim złotym humorze.
Wiesław nieraz widywał go milczącym, ale nigdy smutnym, a był nim teraz. Tak, 
Tytus Odonicz, ów olimpijczyk niezmiennie promienny, był smutny po ludzku, a 
sprawiał tem przykrzejsze wrażenie, że od czasu do czasu podnosił oczy jakby 
przebudzony, przymuszał się do uśmiechu, do pół-żartów, i wnet czarne myśli znów 
nim owładały.
Różyc nigdy może nie uczuł głębszej do wuja sympatyi, jak odkrywajne w nim tę 
człowieczą, stronę, ale reszta zgromadzenia zdawała się zniecierpliwiona. Nie 
śmiano gospodarzowi przymawiać, tylko zdziwione spojrzenia pytały: — Kiedy nas 
zaprosił, czemuż nas nie bawi? —
Wiesław sam nie był weselszy, czuł że się przykłada do ochłodzenia towarzystwa, 
i postanowił uwolnić je od swojej obecności, tem bardziej że nie mógł dnia 
zakończyć, nie pojawiwszy się chociaż na chwilę u pani Ireny.
Już też czas naglił. Z głębi doliny już wyrzucano pierwsze race fajerwerku, 
które jednak mdło wyglądały, w tych najdłuższych dniach roku, kiedy noc tak 
długo musi walczyć, zanim szczątki światła pokona.
Przystąpił do okna, dla pozornego przyjrzenia się ogniom, wyjął zegarek było już 
dobrze po dziewiątej wyszedł niby dla wydania służbie rozkazów, pędem przebiegł 
krytą aleję, i skoczył w jednę z setnych dorożek, tłumnie czekających pod 
bramami zakładu.
W parę chwil już dzwonił do drzwi, do których wczoraj wchodził tak radośnie. 
Dzisiaj wszedł z nieśmiałością, która jeszcze wzrosła, kiedy stanąwszy na progu 
karmazynowej sali, ujrzał obie panie na kanapie, złączone w nieskończonych 
uściskach.
Cecylia całowała matkę z pieszczotliwością małego dziecięcia, wynajdywała słowa 
kojące i najsłodsze nazwy. Matka oddawała jej uściski, ale w zupełnem milczeniu.
Kiedy spostrzegłszy Różyca, pani Irena spojrzała dalej, jakby kogoś więcej 
szukając, i z przyciszonym jękiem znowu opuściła głowę, przez tę chwilę Wiesław 
mógł dostrzedz, jak mocno była zmieniona; oczy spłakane, usta gorzko przycięte, cała twarz zdawała się o 
dziesięć lat zestarzała.
Cecylia także ku drzwiom oczy zwróciła, a nic widząc nikogo więcej, zwolna się 
podniosła, podała rękę Wiesławowi i rzekła:
— A więc sam? Słysząc, niespodziane już o tej godzinie, dzwonienie, 
sądziłyśmy... że może... wraca grzesznik pokutujący. A tymczasem to wraca 
niewinny. Cieszy mię jednak że pan przyszedłeś pomimo przymusu, którym, jak 
widziałyśmy, chciano pana oddalić. Pan jesteś dobry, lepszy.... od swoich 
krewnych.
— Łaskawe panie, — rzekł Wiesław, siadając ze drżeniem — nie myślę 
usprawiedliwiać mego wuja. Gdybym nie wiedział że był zawsze wzorem człowieka 
światowego, mógłbym go doprawdy posądzić o złe wychowanie, po dzisiejszem jego, 
raptusowem rozejściu się w Alejach. Jednak co do odwiedzin wieczornych, upewniam 
panie, że nie zła wola, ale zupełna niemożność pozbawiła go tak miłej chwili.
Tu szeroko rozpowiedział wyścigi, przesadzając natarczywość z jaką wuja zmuszono 
do wydania wieczerzy, malując jaskrawo niecierpliwość gości i nagłość godziny.
— Zresztą — kończył — wuj najlepiej sam się usprawiedliwi jutro, bo już co 
jutro, to niezawodnie przyjdzie złożyć paniom swoje uszanowanie.
Na te słowa, pani Irena pierwszy raz podniosła oczy i lekki uśmiech rozjaśnił 
jej rysy.
Rozmowa szła dalej, chwytając się tych i owych przedmiotów, ale szła nieraźno. 
Tu także panował chłodny przymus. Gość sam ponosił wszystkie trudy wymowy. 
Cecylia czasem tylko rzucała słowo roztargnione, nieraz nawet źle zastosowane. 
Pani Irena milczała jak zabita, tylko ciężkie i mimowolne westchnienia podnosiły 
jej piersi, widocznie przepełnione łkaniem.
Przyszła chwila ciszy tak nużącej, że Wiesław zapytał samego siebie, czy 
naprawdę nie jest natrętnym? Uczuł się zraniony spostrzeżeniem, że jego obecność 
nie wystarczała na rozradowanie Cecylii i że drobna, uboczna okoliczność, mogła 
tak ją. dla niego zmienić.
Wstał i dosyć sztywno pożegnał się z paniami, tem bardziej dotknięty, że go nie 
przytrzymywały.
Kiedy przechodził koło ganku, serce mu się ścięło na widok uroczego ustronia, 
gdzie jeszcze wczoraj przeżył pamiętną godzinę.
— Jakże mało postępów uczyniłem w jej sercu, a raczej jakże się cofnąłem! — 
pomyślał boleśnie. — Dwadzieścia cztery godzin nie minęło, a ona już zupełnie 
inna, jakby nie owa Cecylia, ale jakaś jej siostra, z podobnem obliczem a 
odmienną duszą.
Dochodząc do progu, obejrzał się tęsknie, jakby chciał się jeszcze raz przekonać, czy to doprawdy ten sam salon i te same 
osoby?
Cecylia znowu całowała matkę po rękach i twarzy, i jak się zdawało, już tak 
zupełnie zapomniała o gościu, że nawet nie dostrzegła jego zatrzymania się na 
progu.
Opuszczając Dolinę Szwajcarską, miał Wiesław szczery zamiar tam wrócić. Ostatnie 
odwiedziny odjęły mu ochotę do wszystkiego.
Skierował się ku swemu mieszkaniu i kroczył posępnie przez Jerozolimską aleję, 
patrząc z roztargnieniem na ostatnie race, unoszące się w kierunku Doliny, na 
gwiazdy i księżyc, który dziś mu się wydawał wyblakły i bez wyrazu.
A jednak noc była cudna; poobiednia ulewa rozpędziła upał, bezchmurne błyskawice 
tryskały cicho na pogodę.
Wróciwszy do domu, Wiesław nie otwierał okna, nie poił się powietrzem, ani 
marzył.
Dostrzegłszy na biurku wczorajsze próby dziennika, odczytał je, zamyślił się 
żałośnie i p. od datą:
"Czwartek 7-go czerwca" dopisał znany dwuwiersz z piosenki Franciszka I-go.
"Souvent femme varie;
Fol est qui s'y fie."
A potem położył pióro, czując ie mu się pod nie cisną słowa zbyt gorzkie.
— Trzeba — rzekł — jaknajprędzej zasnąć. Byle doczekać jutra. Jutro przecież 
wszystko odmieni. Jutro może wróci wczoraj!
IV.
"Każdy dzień ma dosyć swojej troski." — Ta prawda ewangeliczna mogła się 
stosować do dnia następnego, który zaświtawszy, przestał być różowem jutrem, 
aby, jak każde dzisiaj, przynieść swoję troskę.
Różyc dnia tego spychał sprawy biurowe z pośpiechem, który wszystkich zadziwił w 
urzędniku znanym z sumienności. Spieszno mu było pójść i porwać wuja, a i 
gospodarzom jego należały się odwiedziny.
Przed trzecią godziną już był na Chmielnej ulicy, która, chociaż ciasna i pełna 
turkotu, ulubiona jest rodzinom przybywającym z prowincyi, i prawdę mówiąc, 
powinnaby się nazywać ulicą Obywatelską.
Jeden z piękniejsyych domów był własnością państwa Moszkowickich, którzy razem z 
bratem zajmowali całe pierwsze piętro, podzielone na dwa mieszkania.
Wiesław, przeszedłszy schody, zawahał się między dwojgiem drzwi, umieszczonych 
po obu stronach sieni: dostrzegł na nich blachy; po lewej stronie stał napis 
Aleksy Moszkowicki, po prawej
Aloizy Moszkowicki. Tu więc zadzwonił, upewniony że to jest strona oddana 
wujowi.
Zaraz mu też otworzył Hubert, kamerdyner pana Tytusa, człowiek którego głowa, 
chód i ruchy dziwnie przypominały kunę. Są ludzie co umieją, się znaleźć w korcu 
maku. Odonicz miał ten dar rzadki: umiał zawsze sobie dobrać otoczenie, i 
dowiódł go nawet w wyborze kamerdynera. Hubert posiadał wszystkie niemal języki, 
przytem wszystkie wybiegi Molierowskie, wszystkie finezye wielkiego świata, 
dojrzane z za drzwi przedpokoju, nakoniec dyskrecyą zdolną oprzeć się torturom i 
poświęcenie Seida.
Nikt pod słońcem nie znał tylu tajemnic z życia Odonicza, choć ten nigdy się z 
niczem Hubertowi nie spowiadał. Hubert umiał czytać z jego oczu, z jego krótkich 
rozkazów i z jego milczenia. Pytał się zawsze tylko tyle, aby nie przeinaczyć 
danych sobie zleceń, a były często niełatwe. Spełniał je przecież rozumnie i 
szybko, a, co stokroć ważniejsze, z miłością i dumą, bo swego pana uważał za 
Salomona i nieraz gniewał się na świat, że niedosyć ocenia człowieka, który 
powinien conajnmiej nosić koronę.
I dobrze mu się działo z tym fanatyzmem części. Potrzeby duszy czul zaspokojone, 
jak każdy co trafił na swoje powołanie, a w potrzeby ziemskie opływał dosyta, bo 
pan Tytus był hojny, w domu łagodny i miał rodzaj wdzięczności dla tych co go 
umieli odgadywać.
Wiesław jeszcze się bawił biczykiem i konikiem, a już widywał Huberta zupełnie 
takim, nie dzisiaj. Zdawało się że ten człowiek nigdy jak był młodym i nigdy się 
nie zostarzeje. Zawsze pod bronią, jakby się urodził w czarnym fraku, zawsze 
miał w oczach badawczy niepokój, a na ustach zawiędły uśmiech.
Trzeba przyznać, że Wiesław niewielką czuł do niego skłonność, a dziś Hubert 
jeszcze przykrzejsze sprawił na nim wrażenie, bo go przywitał niedobrą nowiną.
— Jest pan w domu?
— Jest. Ach, jakże nie ma być, kiedy chory! Rzeczywiście Wiesław zastał wuja 
rozpartego
na sofie, w pysznym palmiastym szlafroku, o purpurowych wyłogach, z ogromną 
turecką fajką w ustach; przy nim na stoliczku stało kilka flaszeczek i słoików.
— Co słyszę? Wuj chory!
— Rzeczywiście... nie wiem co mi się stało...
— A to prawdziwe nieszczęście! Cóż będzie z naszą wizytą?
— Jak widzisz, na dzisiaj nic z niej nie będzie. Wytłumacz mię przed temi 
paniami.
Wiesław stanął porażony. Strwożył się o całą swoję przyszłość, a po chwili, 
odrzuciwszy osobiste myśli, strwożył się naprawdę o zdrowie pana Tytusa.
— Wujaszek musiał wołać doktora, kiedy tu widzę tyle flaszek? '
— Nie tak prędko mam ja zwyczaj wołać doktora. To tylko pani Dorota, na pierwsze 
wspomnienie że jestem niezdrów, naznosiła mi kordyałów, kropel, potem słodyczy 
do zajedzenia lekarstw, słowem całą swoję apteczkę, z sekretami od babki i 
prababki. Nie znam ludzi poczciwszych, gościnniejszych i... nieznosniejszych. 
Nie mogę zażądać szklanki wody, żeby mi zaraz nie wnoszono dziesięciu gatunków 
soku, win i różnych małmazyj.
Wiesław jednak przyglądał się choremu i nie mógł dopatrzyć w nim najmniejszego 
śladu cierpienia. Pan Tytus wyglądał jak słońce. Przykro zwątpienie przebiegło 
myśl Wiesława. 
— To mnie przynajmniej pociesza, że wujaszek tak dobrze wygląda.
— Cóż chcesz? Taka już moja natura. Choć się do trumny kiedyś położę, jeszcze 
nie będą chcieli mie pochować.
— Jednak możebym poszedł po lekarza? Nie można wiedzieć, czy to nie jest co 
niebezpiecznego.
Pan Tytus silnie go przytrzymał za rękę, i z tym uśmiechem dwuznacznym, którego 
Wiesław nie lubił:
— "Nie chodź — rzekł — i nie bój się o mnie. Już ja umiera sam o sobie radzić. 
Pozwolisz cygaro?
Wiesław, zapaliwszy cygaro, siadł na sofie przy wuju. Zapanowało prawdziwie 
wschodnie milczenie.
— Cóś mój pan siostrzeniec zapisał się do sekty Pitagorejczyków. Czy wolno znać powód tego zaniemówienia?
— O, powodów jest wiele. Primo: zdrowie wuja...
— Ten powód się nie liczy. Przedmiot ogadany.
— Secundo: niepokój, czy wujaszek się nie gniewa, że wczoraj tak wcześnie 
opuściłem kolacyą.
— Niepokój zbyteczny. Niby nie wiesz, jak lubię każdemu zostawiać świętą 
wolność? Albo się z nami nie bawiłeś dobrze, albo miałeś nadzieję z kim innym 
bawić się jeszcze lepiej. W każdym razie słuchałeś zdrowej logiki. Ten powód się 
znów nie liczy. Cóż jest tertio?
— Ach, tertio, to obawa, jak ja się pokażę u pani Ireny bez wujaszka. Nie 
uwierzy wuj, jak już wczoraj byłem źle przyjęty...
Pan Tytus powstał z sofy, założywszy ręce na piersiach, wpatrzył się w Wiesława 
i wybuchnął homerycznym śmiechem.
— Mój Wiesławku, czyś ty dzieciak, żeby ci trzeba przy damach pomagać? Przecież 
już sobie wyrobiłeś sławę salonowego czarownika. Przecież dotąd umiałeś krążyć 
między białogłowami, jak Tayllerand między mocarstwami. Patrzcie go! Wygląda jak 
Endymion, niby dumny jak Hipolit, rycerski jak król Artur, a potem przychodzi 
skarżyć mi się jak żaczek: "Aj, wujaszku, chodź zemną, bo ja bez wujaszka się 
boję, damy nie będą chciały na mnie patrzyć, jeszcze mię wypędza." Wstydź się, chopcze! Ja w twoim wieku byłbym wyrzucił za dziesiątą górę 
wszystkich wujów i ciotki, coby mi się byli śmieli mieszać w moje plany. 
Młodzieniec który nie umić walczyć, tylko z całą armią familijną za plecami, 
jest młodzieńcem zgubionym.
— Ależ wujaszek mię nie rozumie. Tu jest wyjątkowa okoliczność... tu niechęć 
wuja stawia prawdziwą przeszkodę...
— A to dziękuj Bogu że jest przeszkoda. Wyścigi do szczęścia tylko z 
przeszkodami dobrze
idą.. Nie, nie, mój panie siostrzeńcze, choćbym nawet był zdrów jak ryba, 
jeszczebym nie poszedł z tobą, choćby dlatego jedynie, żebyś raz się nauczył sam 
sobie radzić na świecie.
Siostrzeniec był istotnie zakłopotany. Pan Tytus, mistrz we wszelkim fechtunku, 
czy na stal czy na słowa, zamiast odpierać zarzuty Wiesława, sam pierwszy mu je 
czynił, i sprowadził walkę na pole ironii, w której przeciwnik nigdy nie był 
mocny.
Widząc jak wuj coraz prędzej chodzi po pokoju i coraz gęściej rzuca słowa 
drwiące, chciał przystąpić do niego solennie i otworzyć mu swoje serce.
Ale w tej chwili, zamiast Wiesławowego serca, otworzyły się drzwi, w których 
stanął pan Aleksy; rozkrzyżował ręce i wykrzyknął:
— Chodzącego zastaję! Nasz chory chodzi! Chwałaż Bogu! A co? Kordyały mojej pani 
żony czy nie mówiłem że lepsze, jak te łepki od szpilek, co to dziś chorym na 
końcu noża dają? A... i pan Wiesław! Cóż, hulało się wczoraj z wujaszkiem? 
Dobrze, dobrze, młodzież powinna hulać. Ale zdroweczko, jak widzę, nic nie 
ucierpiało. Krew z mlekiem, brawo! Żeby to nasz Ewarystek był taki! Gdzietam! 
Wczoraj zbałamuciliście go trochę, i dziś już zaraz mizerota jak śledź wygląda. 
Już kiedy chorować, to rozumiem tak jak pan Tytus: chory, chory, a wygląda jak 
pączek w maśle.
Na tę ostatnią uwagę, wyrzeczoną w prostocie ducha, panu Tytusowi tak się mocno 
śmiać chciało, że wstał i zajął się odmianą stroju.
— A to co znów? — wołał pan Aleksy, wsuwając mu napowrót palmiaste rękawy.
— Już niezadługo obiad, ubierani się.
— Dziś ci się nie dam ubierać, mój łaskawco. Pójdziesz jak jesteś. Choremu wiele 
wolno.
— Ale przecież damom tak się nie pokażę? Nie jestem znów taki chory.
Każdego innego byłby pan Aleksy przymusił, ale Odonicz tylko troszeczkę brwi 
nasunął, a już gospodarzowi ręce opadły.
— Rób jak chcesz, dobrodzieju. Co to za pyszność ten hałat! To musi ze sto rubli 
kosztować. Czy to u Persów kupowane?... Teraz przecie już mój pan gotów. Co to? 
Jeszcze jakaś flaszeczka? Larendogra? Fiu, fiu. Jakieś perfumy? A też mocne! I w 
apteczce mojej żony nic podobnego
niema. Doprawdy, tylko przeszedłeś koło mnie, panie Tytusie, a już jestem jak 
celebrant między kadzielnicami. Co też to ci Niemcy nie wymyślą!
— Na ten raz, panie Aleksy, to nie wymysł niemiecki, ale czysto angielski. Niema 
na świecie perfumów jak Atkinsona.
— No, co teraz, to już jak myslę, elegant skończony. Chodź, mój brylancie, po 
drodze powiem ci wielki sekret: pomimo piątku, dostaniesz rosołku, tak, tak. 
Moja żona nie lubi tych wybryków, ale dzisiaj sama zadecydowała dla ciebie tę 
receptę; choremu wiele wolno.
Tu Różyc wtrącił słowo:
— Jeżeli jeszcze nie zaraz państwo siadacie do stołu, chciałbym i ja złożyć moje 
uszanowanie.
— A choćbyśmy i siadali, to prosimy! Siądziesz z nami i z wujaszkiem.
— A już co to, to trudno. Przy pierwszej wizycie?
— A i czemuż nie? Czy to po polsku takie ceremonie? Gościowi wszystko wolno.
— Wszystko? Szanowny panie, już chyba nie zupełnie wszystko.
— A no, może masz i racyą, chłopcze. Jak to ci młodzi zaraz dojrzą filuterną 
stronę każdego słówka. Masz racyą powiemy: gościowi wiele wolno.
— Tak jak choremu?
— A tak, właśnie. Możnaby nawet, jak to w tym naszym paradnym panu Jowialskim, 
zrobić z tego przysłowie. Na przykład: Choremu i gościowi... nie, trzeba ich jakoś 
odróżnić. — Choremu w całym świecie a gościowi u nas.... Jaki tu u licha rym 
wymyślić?.... Aha, już wiem!
"Choremu wszędzie, gościowi w "Warszawie, Wolno wszystko prawie."
— Brawo! zawołali obaj słuchacze, i śmiejąc się niby z poezyi, a wistocie z 
poety, przeszli za nim na drugą stronę sieni, gdzie wpadli w prawdziwy chaos.
Pani Dorota właśnie powracała z miasta. Wnoszono za nią paki i pakieciki, 
ostatnie pieczęcie wielkiego dzieła wyprawy.
Para narzeczona bawiła się, a raczej nudziła, krążąc od pokoju do pokoju, bo 
nigdzie nie można było długo wytrzymać, nawet gościa nie wiedziano gdzie 
podziać. Wszędzie panował ten niewymowny nieład, który poprzedza wielką 
uroczystość domową: w salonie zaprawiano posadzkę, w buduarzo zawieszano 
firanki, wszędzie ludzie w fartuchach kręcili się, tłukąc młotkami i przesuwając 
drabiny.
Okazało się najpraktyczniejszem pójść odrazu do jadalnego pokoju i zabrać się do 
zupy, którą i Wiesław musiał rad nierad spożywać, a nawet więcej uczuł się rad, 
niż sam przewidywał, bo poczciwość gospodarstwa coraz milej głaskała go po 
sercu, jakby mu kto wygrywał stary menuecik,
wprawdzie z kilku nutami mocno sfałszowanemi, ależ i kurant dawnego zegaru 
nieraz, choć popsuty, słucha się a słucha.
Z wielką pompą, w osobnej ważce, przyniesiono dla pana Tytusa ów sławny rosół, 
na który i Ewaryst spoglądał pożądliwem okiem, bo dla wszystkich podana polewka 
piwna zdawała się niebardzo przypadać mu do smaku; całego też obiadu prawie nie 
tknął, wytrzymując grad nalegań z oczami skromnie spuszczonemi. Wprawdzie mocne 
jest podejrzenie, że idąc na ten obiad wstąpił do Boucquerella i spożył potężny 
beefsteck, ale teraz jego wstrzemięźliwość wyglądała na suszenie piątku, co 
niewymownie budowało zacne serce pani Doroty.
Wiesław także zdobył sobie jej łaski, choć zupełnie przeciwnym środkiem, bo 
swoim zdrowym apetytem i wdziękiem z jakim pochwalił pulchne, staroświecką modą 
smażone małdrzyki..
— Pan, jak widzę, — mówiła — choć młody, znasz się na prawdziwej, polskiej 
kuchni, a choć mądry, umiesz i o tem pięknie mówić. Ach, pomóż-że nam tą wymową 
w naszych bezsilnych prośbach u wujaszka. Wystaw pan sobie, taki chory i chce 
koniecznie jutro jechać! A przecież pojutrze wesele. Nie chcieć nam jednego dnia 
poświęcić, to prawdziwa obraza przyjaźni.
Wiesław, ma się rozumieć, pomagał całą wymową w naleganiu na wuja. Przypuszczono 
atak zupełny, na bagnety dąsów, na kartacze przycin
ków i ogniste bomby afektu. Pan Tytus wszystko wytrzymywał, każdemu się odciął, 
i po półgodzinnej wrzawie, szturmujący utracili zupełnie nadzieję zwycięztwa.
— Jakoś mi się nie wiedzie — mówiła pół płacząc pani Dorota — z mojemi godowemi 
zaprosinami. Nie pierwsza to odmowa, co mnie dziś spotyka. Wracając ze 
sprawunków, wpadłam do Irenki. Mój Boże, jak się też cieszyłam, widząc ja po 
tylu latach, i jeszcze taką piękniuchną, że ja wzięłam za jej własną córkę! 
Naśmiałyśmy się z tej omyłki, ubawiły się jak królewnę, cóż kiedy w końcu 
popsuła mi całą przyjenmość? Odpaliła moje zaproszenie i to bez pardonu. Wymawia 
się żałobą; ależ to już jedenasty miesiąc, toby się i spowiednik nie pogniewał, 
że poszła do starej znajomej, tem bardziej że wesele będzie bez tańców, bo nasza 
Helenka tak chce koniecznie. Wprawdzie ja lubię jak u nas tańcują, ale na ten 
raz, kiedy ona heroiną fety, niech sobie według swego widzimisie rządzi.
— Moja mamo — przerwała panna Helena — dzisiaj nikt już nie urządza tańcujących 
wesel, zwłaszcza w mieście. Cest mauvais genre. N'estce pas, monsieur Evariste?
— A naturalnie! — potwierdził pan Ewaryst, i zahukana matunia umilkła.
— Wiec pani Pełkowa — zapytał nagle pan Tytus — odmówiła, stanowczo zaprosili 
pani na wesele?
— Stanowczo, najfatalniej stanowczo. Błagałam, całowałam, prosiłam, żeby choć 
córeczce pozwoliła, nic nie pomogło. Ona taka akurat jak i pan uparta.
— Otóż pani dowiodę, że nie jestem tak jak tamta pani uparty. Zmieniam 
postanowienie, zostaję na uroczystość niedzielną.
— Wiwat! Mech żyje pan Tytus! Niech żyje przyjaźń i poświęcenie!. Tak 
wykrzykiwano wkoło stołu; sypnęły się podziękowania i uściski; pan Aleksy kazał 
przynieść bociankę ze starym węgrzynem, szły toasty na cześć: "naszego 
dobrodzieja i luminarza!" Dalej zdrowie "narzeczonych," zdrowie "gospodarstwa" i 
t. d. Zajaśniał dobry humor, nawet Ewaryst rozruszał się przy węgrzynie, nawet 
panna-Helena rozpromieniła się na myśl, że król warszawskich elegantów będzie, 
ja prowadził do ołtarza.
Jeden tylko Wiesław nie uległ ogólnemu rozradowaniu. Nagła zmiana w 
postanowieniu wuja dziwiła go, niepokoiła i naprowadzała na domysł, że unikanie 
pani Ireny miało głębsze niż sądził przyczyny. Kilka razy utkwił w panu Tytusie 
wzrok badawczy, a, ten mu odpowiedział owym niedobrym uśmiechem, który 
spokojnemu zwykłe Wiesławowi przypominał że i on ma nerwy. Po obiedzie, kiedy 
zaczęto oglądać klejnoty i koronki wyprawne, wymknął się nieznacznie
i podążył ku "swoim paniom," jak już je w duszy nazywał.
Przez drogę buńczucznie sobie powtarzał nauki niedawno słyszane: "Cóż to, 
chłopcze? Czynie umiesz sam łuku Amora naciągnąć? Czy jedno skrzywienie wujaszka 
ma zaraz cięciwę zerwać? La fortune souritaux intrepides... Nihil desperandum... 
i tym podobne maksymy, wymyślone przez wszystkich ludów fantazye, aby ludziom 
dodać fantazyi.
To też z dobrą miną dzwonił do drzwi pani Ireny. Ale już się zachmurzył, kiedy 
otwierający Sebastyan zmierzył go wzrokiem niepewnym i zająknął się, mówiąc że 
"nie wie czy panie są w domu, lub czy przyjmują." Nakoniec poszedł się 
dowiedzieć.
Wnet w jadalnym pokoju zaszeleściła suknia, i głos panny Cecylii, źle 
przytłumiony, zapytał:
— Aha, pan Różyc? Czy sam?
— Sam, proszę pani.
— To niech Sebastyan powie, że pani chora, me przyjmuje.
Tu Wiesław nie mógł wytrzymać I przez drzwi niedomknięte zawołał:
— Sam, łaskawa pani, ale z interesem. Pozwól mi tylko pani trzy słowa 
powiedzieć, a potem już się nie będę naprzykrzał.
Tu drzwi przed nim otwarto; wszedł do jadalnego pokoju, gdzie zobaczył Cecylią, 
stojącą, pod oknem, z twarzą, surowszą, niż ją kiedykolwiek.
widział; nie przypuszczał nawet, aby mogła mieć tak surową.
Nie prosiła go siedzieć, rękę niechętnym ruchem podała, a wzrok zdawał się 
pytać, jaki to "ów interes?"
— Wybacz pani to gwałtowne wdarcie się do jej progów, ale jakże mógłbym odejść, 
nie usprawiedliwiwszy się z pozornego niedopełnienia obietnicy? Jeżeli wuj nie 
przyszedł, to jedynie dla nagłej choroby. Tak. pani, zachorował nam dzisiaj, i 
to mię nawet mocno niepokoi. Mam przecież nadzieję, że złe prędko ustąpi, i wiem 
na pewno, że gdy tylko zdrowie mu pozwoli, wuj pośpieszy swój hołd paniom 
złożyć.
— Już co o tem, to niech mi wolno będzie wątpić, — przerwała z goryczą Cecylia. 
— Nie wiem czy starczy mu czasu na owo złożenie hołdu, bo dziś choruje, a jutro 
wyjeżdża. Tak, tak, panie, jesteśmy lepiej uwiadomione, niżeliby kto sądził.
— Już rozumiem! — zawołał Wiesław. — Pani Moszkowicka dziś tu była i przyniosła 
paniom te wiadomość. Ale ja przynoszę świeższą, mój głos jest telegramem, co 
zawiera Ostatnie wiadomości. Mój wuj zmienił zdanie: zostaje na niedzielne gody, 
a zapewne i na dni następne.
— Czy tak? — podchwyciła Cecylia i zapadł w nagłe zamyślenie.
— Tak, pani, ma być nawet pierwszym drużbą.
— Więc zostaje! — powtórzyła znowu Cecylia,
a jej oczy błysnęły płomieniem, który zastanowił Wiesława.
— Jaka szkoda, — wtrącił, po chwili milczenia — że panie się nie dały namówić na 
tę uroczystość! Dla mnie traci ona przez to swój największy powab.
Sądził że podobnem słowem wywoła przynajmniej uśmiech na usta Cecylii; ale 
uśmiech się nie pojawił.
— Cóż robić? — odpowiedziała posępnie. — Matka moja nie życzy sobie i nawet nie 
może, bo także jest cierpiąca. O, już co ona, to prawdziwie chora. Ja też nie 
mogę jej opuszczać i teraz nawet...
Tu z za paska dobyła zegarek, a spojrzawszy:
— Ach! — zawołała — oto właśnie godzina, w której mam lekarstwo mamie podać...
Zmieszany Wiesław pożegnał ją ukłonem. Cecylia szybko odbiegła, ale we drzwiach 
zwróciła jeszcze głowę, jakby żałowała swego chłodu; oczy jej zamgliły się 
rzewnością, która młodzieńcowi przypomniała onegdajsze wejrzenia. Raz jeszcze 
wyciągnęła do niego rękę, mówiąc:
— Wybacz pan, ale do chorej matki trudno się nie śpieszyć. Zresztą, przecież się 
znowu niezadługo zobaczymy, nieprawdaż?
Tu figlarnie główkę przechyliła i znikła za szkarłatną portyerą salonu, sądząc 
pewnie że zabalsamowała wszystkie rany Wiesława.
On jednak był wzburzony; gniewał się... sam
nic wiedział czy na siebie, czy na nią. Widział z upokorzeniem, jak chciano go 
się pozbyć grzecznie, a nawet ledwo że grzecznie.
Wyszedłszy na ulicę, czuł że mu trzeba zagłuszyć czarne podszepty hipokondryi, 
zapragnął ludzi i jakiejkolwiek zmiany w myślach.
Ale dnia tego nic mu się nie wiodło. Wstąpił do kilku znajomych, żadnego nie 
zastał. Pojechał w Aleje, nikogo z młodzieży nie spotkał, z nikim i nigdzie się 
niemógł zabrać. Wieczorem przyszła chwila, kiedy uczuł że już nie można dłużej 
bić się z samotnemi myślami, i postanowił wrócić do wuja. Spostrzegł nawet że 
najprostsza troskliwość nakazuje mu ten obowiązek.
Jeżeli w jakiej mitologii istniał kiedy Bożek zdziwienia, musiał on wyglądać, 
jak wyglądał Różyc w chwili, kiedy Hubert zatrzymał go we drzwiach słowami:
— Pana niema, od godziny wyszedł.
— Jakto? Taki chory i wyszedł?
Zapewne pan Tytus nie przewidział powtórnych odwiedzin siostrzeńca i nie 
ostrzegł Huberta, jak ma odpowiadać. Ten jednak po zdziwieniu młodzieńca 
zmiarkował, że sprawa niejasna, i dodał:
— Pewno się pan wybrał do jakiego doktora.
Mówił głosem przekonywającym, ale jednocześnie oczy jego mignęły uciechą 
człowieka, co rad jest zadrwić z dobrodusznych gości.
Wiesław miał na ustach tysiąc pytań, spostrzegł
przecież jak niegodną, byłaby podobna inkwizycya i odszedł ze spuszczona głową..
Herbatę wypił w cukierni, gdzie nie dojrzał ani jednej znajomej twarzy, a 
wróciwszy do domu, w dzienniku nie zapisał ani jednego słowa.
Nieprzywykła jeszcze do rozczarowań, dusza jego zaniemówiła.
V.
Nazajutrz Wiesław powziął od rana wielkie postanowienie. Przyobiecał sobie przez 
cały dzień, tak jest, przez cały, nie pokazać się u pani Ireny.
— Niech też — powtarzał — i panna Cecylia troszkę poczeka. Niech się choć jeden 
dzień zatroska
o swego zbyt wiernego sługę.
W rannych godzinach praca urzędnicza ułatwiła mu wytrzymałość. Wychodząc z 
biura, już rozmyślał nad trudnością, dotrzymywania ciężkich postanowień, kiedy 
na Saskim placu usłyszał kilkakrotne za sobą wołanie, obejrzał się i spostrzegł 
Ewaryata, który wywijając cienkiemi nóżkami
i trzcinową laseczką., doganiał go z lekkością, polnego konika.
— Postój-że, Wiesławie, choć chwilkę! A jaki też idziesz zadumany! Już gonię cię 
przez całą. Wierzbową, żebyś się też choć raz obejrzał. A właśnie ciebie pragnąłem dzisiaj spotkać, nikogo bardziej jak ciebie. Gdzież 
idziesz?
— Tu zaraz, do restauracja Francois na obiad.
— A to bardzo dobrze, pójdziemy razem, opowiem ci zdarzenie które mi sio wydaje 
bardzo dziwne i sadzy że ty jeden możesz mię objaśnić. — Wystaw sobie — mówił 
dalej, zasiadłszy z Różycem do stołu — przed godziną wstępowałem do Bardeta, a 
to, mówiąc nawiasem, w interesie za który ty, jako młodzieniec sławnie 
chevaleresque, powinieneś mię pochwalić. Wiesz że jutro, po weselu, o jedenastej 
wieczorom, wyjeżdżamy sznelcugiem wiedeńskim do Paryża; otóż ja na wsiadaniu do 
wagonu chcę ofiarować pannie Helenie, wówczas już mojej szanownej małżonce, 
bouquetmonstre, w którym bedzie schowana paryzka bombonierka, a w tej 
bombonierce jeszcze jest skrytka na brylantowy fermoir. Rozumiesz: koncept 
genialny i którym pewniej zdobędę sobie odrazu łaski żony, niż gdybym po waszemu 
siedem lat nadskakiwał. Otóż, chcąc dopilnować wykonania tego arcydzieła, 
zaszedłem raz jeszcze do Bardeta. Stoję sobie w bocznem zagłebieniu, tam gdzie 
to wielka szyba prezentuje publiczności najponętniejsze okazy, kiedy spostrzegam 
jak wujaszek pański zajeżdża i staje przed sklepem. Nie zdziwiło mnie to 
bynajmniej, bo jako pierwszy drużba, ma obowiązek dać Helence ślubny jej bukiet. 
Wchodzi tedy pan Odonicz z wielkim trzaskiem. Co to jest mieć taką, królewską, 
mino! Zaraz wszyscy
sklepowi mnie chudzinę porzucają, a biegną, do niego, choć ja przecie niegorzej 
płacę. — Czy gotowe moje kwiaty? — odzywa się takim głosem, jakby Napoleon do 
swoich marszałków. — A jakże — odpowiadają — gotowe i bardzo efektowne. — 
Schowany za parawanik z doniczek, patrzę co też to będzie tak efektownego? 
Przynoszą.... nigdy nie zgadniesz.... wieniec z róż białych i gałązek cyprysu. I 
to nie wianek, ale prawdziwe wianczysko, duże oto jak ten stoliczek. Cóż u 
licha, myslę sobie, czy chce moję narzeczoną obdarować wróżbą wdowieństwa? Czy 
szuka ze mną pojedynku? — Nasz pan Tytus łaskawem skinieniem głowy pokazał, że 
wieniec mu do gustu przypada, kazał go ładnie owinąć, zapłacił, zabrał, 
wychodząc obejrzał się jeszcze i dodał: Proszę pamiętać o moim bukiecie na 
jutro. A kiedy wsiadał, -słyszałem jak zawołał do stangreta: Jedź na Powązki! — 
Nie wierząc własnym uszom, zapytałem się sprzedających: Powiedzcie mi państwo, 
do czego mogą służyć podobne wieńce? — Do ubierania grobów — była odpowiedź, a 
ja, co już od dziesięciu łat nie pamiętam abym się czemu dziwił, na ten raz 
otworzyłem wielkie oczy i do tej chwili je otwieram.
— Prawda że to dziwne, odparł zamyślony Wiesław.
— W każdym innym człowieku — ciągnął dalej Ewaryst — taki sentymentalny wybryk 
byłby zrozumialszym. Ale Odonicz, którego wszyscy
uważamy za wzór praktycznej filozofii, ów bezwyznaniowy, bezsercowy mędrzec, co 
życie zwykł brać z jego słonecznej strony, żeby ten człowiek osobiście 
obstalowywał wieńce i woził się z niemi po cmentarzach, to jest cóś niepojętego, 
to nawet przeciw jego własnym zasadom grzech nie do darowania. Musi się pod temi 
różami i cyprysami ukrywać jakaś tragiczna historya. Opowiedz mija, mój 
Wiesławie, bo to chyba dramat, jakiego świat nie widział.
— Uwierzysz mi, albo nie uwierzysz, panie Ewaryście, ale ci zaręczam, że ani na 
jotę nie wiem więcej od ciebie, a co do zdziwienia, to moje pewnie największe. 
Już to ja mu za grzech nie poczytam owego, jak nazywacie, sentymentalnego 
wybryku. Wszystko zależy od stanowiska, z jakiego się zapatrujemy na czas i 
wieczność. Owszem, w moich oczach wuj niesłychanie zyskuje, kiedy zdolny jest 
przynieść taki dowód rzewnej pamięci dla jakiejś ukochanej i opłakanej istoty; 
chociaż doprawdy nigdy nie słyszałem, aby poniósł jaką. ciężką stratę.
— W każdym razie, mój Wiesławie, zgrabnie wybadaj wujaszka, a potem udziel nam 
odkrycia, bo to dla nas młodych będzie z niemałą korzyścią duchowa..
— Chcesz żartować, panie Ewaryście, a pod kształtem żartu wielką wypowiadasz 
prawdę. Istotnie, dla tych co mego wuja uważają, za ideał filozofa 
bezwyznaniowego i chcą we wszystkiem
wzorować się na nim, byłoby nieobliczoną zdobyczy duchowa, gdyby odkryli, że ten 
arcy-pozytywista wierzy jednak jeszcze wzagrobowe tajemnice. To tylko szkoda, że 
sam jest chodzącą tajemnica, i bardzo wątpię aby się znalazł kto na zwiecie, 
komuby otworzył ten grób w sercu zaklęty. Bo też to dziwny człowiek! Każdy z nas 
przecie potrzebuje się czasem życzliwej duszy a wierzyć, podzielić wrażeniami, 
porównać swoje zdanie z obcem; czasem nawet, choć nie chcemy się zwierzać, 
lubimy aby nas pytano i podejrzywano, dla samego pochwalenia się, żeśmy byli 
bohateranii ciekawej przygody. On nigdy. Drugich to umie słuchać, zachęcić, 
objaśnić, a sam nic potrzebuje ani rady, ani nawet zamiany myśli. Ja przecież 
rodzony siostrzeniec, a jeżeli wiem cokolwiek z jego życia, to tylko przez moję 
matkę, albo przez głos powszechny. Próbowałem kilka razy go badać, a zawsze 
postawił się jak człowiek, któremu nic ważnego nigdy się nie wydarzyło i który, 
choćby chciał, nie ma co opowiadać.
— Ale bo też — zawołał Ewaryst — widać że nic umiesz go zażyć z niańki. Jakże 
być może, aby taki człowiek nie miał stu tysięcy awantur w swojem życiu, i abyś 
ty, jego faworyt, choć jednej z niego nie wyciągnął? Słyszeliśmy, panie 
Wiesławie, że jeszcze chodzisz do spowiedzi, fakt u młodego człowieka dziś 
rzadki i który nieraz nam się wydawał zbytecznym; dziś jednak widzę
że może być przydatny, bo przecież musiałeś się napatrzyć, jak to się sumienia 
otwiera.
— Ej, panie Ewaryście — zakończył Wiesław — powstając od stołu — przy obrządku 
do jakiego się gotujesz, sądzę że i ciebie, jutro jeśli nie dziś nawet, czeka 
ten fakt, który nazywasz zbytecznym... Idź obrachować się z sumieniem, a ja 
pójdę spowiadać wuja, chociaż zdaje mi się że mój penitent będzie krnąbrny i 
głuchoniemy.
W kilkanaście minut później Różyc pytał:
— Cóż, Hubercie, pan zdrowszy?
— A jakże, proszę pana, dzięki Bogu zdrowiu-sieńki. To też go i niema w domu. 
Jak wyszedł o dziesiątej zrana, tak cały dzień bawi na mieście; ale go tylko 
patrzyć, bo mówił że wróci przed wieczorem. Państwo Moszkowiccy już dziesięć 
razy o niego się dowiadywali.
— Kiedy mówisz, Hubercie, że go tylko patrzyć, to nie mam po co odchodzić. 
Poczekam na wuja.
Wiesław rozgościł się w drugim pokoju, a wyczekując, chciał ze ścian i sprzętów 
odgadywać przyzwyczajenia właściciela. Dziwnie mu jakoś ponuro i zaniedbanie 
wyglądało to gniazdo półbożka. Dopiero po chwili przypomniał sobie, że 
prawdziwym mieszkańcem tej komnaty był nie pan Tytus, ale pan Aloizy 
Moszkowicki, którego nie znał, a którego teraz wyobraził sobie jako starego 
kawalera i wygodnickiego, co miarkował po głębokości mebli wysiedzianych, 
zieloną skórą, obitych, po olbrzymiej fajczarni, której półkole jeżyło się całym batalionem kosztownych cybuchów, po starej serwantce, 
dźwigającej wazo i czarki do pończu, a nakoniec po kilku bardzo pięknych, ale 
odwiecznych sztychach, z których jeden przedstawiał królową, Wiktoryą, 
młodziuchną, w koronacyjnym stroju, drugi Lole Montez, z maską i szpicrutą w 
ręku, trzeci Mickiewicza, dumającego na skale.
Wszystko to chmurzyło się ową niby rdzą, niepochwytną, która osiada na 
mieszkaniu nawet najpiękniejszem, jeśli nie bywa często odnawiane.
Wszystko zaś co błyszczało, co nosiło oznaczony koloryt, musiało należeć do 
tymczasowego lokatora. W kącie migotał od skówek i zamków lekki angielski kufer, 
na którym kartki wszelkich kolorów opowiadały nazwy wszelkich stolic Europy. Pod 
oknem otwarta, prześliczna szkatułka podróżna, roztaczała swoje składane 
zwierciadła, misterne kryjówki i srebrem okuwane flakony.
Na biurku leżał rozrzucony stos papierów, od których Wiesław uczciwie już 
odwracał oczy, gdy między niemi dostrzegł puzderko, w pośpiechu jak widać 
zapomniane, bo nawpół otwarte, w którem na amarantowym aksamicie spoczywała 
nadzwyczaj świetna miniatura.
Ze złotego pierścienia ramki wychylało się, do pól postaci, wyobrażenie pysznej 
i groźnej brunetki. Owal klasyczny, nos rzymski, usta szkarłatne, a nad tem 
wszystkiem oczy pełne ognia, wydające się zbyt ogromnemi, co jednak mogło być 
położonem na karb miniaturowej roboty, której właściwością, jest zwykle przesada w 
zaokrągleniach.
Ubranie, choć bez świecideł, wyglądało na kostium. Wokoło włosów, z których 
sadze zdawały się sypać, nad nizkiem czołem, wystrzelał dwiema gałązkami ciemny 
wieniec dębowy. Biała chlamyda spadała na piersi, odsłaniając śmiało, może nawet 
zaśmiało, jędrną szyję i ramiona, które miały połyski atłasu i spiżu. Ręka, 
obnażona aż po klamrę naramiennika, trzymała sierp złoty, a jego ostrze migotało 
wązko, jeszcze jednak mniej tnąco, niż uśmiech tego oblicza, którego nie można 
było zapomnieć, jakby wyrzutu sumienia.
Wiesław sadził z początku, że to jakiś wizerunek z czas ów Dyrektoryatu, i 
dziwił się niesłychanej świeżości przechowanej w farbach, a razem z 
przypuszczeniem takiej daty, zaczął wnioskować, że pan Aloizy musi być jeszcze 
starszy niż mniemał, gdy nagle na pokrywce puzderka dojrzał napis wytłoczony w 
safianie:
"Al divino mio carissimo Tito."
— Aha! zawołał, więc to własność wujaszka! Musi być niemało takich portrecików w 
tym kufrze i w skrytkach podróżnej szkatułki.
I przestał badać przedmiot, który miał dla niego urok pięknej ruiny, dopóki go w 
myśli splatał z nieznanym bohaterem i za tło mu dawał tajemnice wieku minionego; 
teraz widział w nim tylko jeden z tuzinkowych kaprysów rodzonego wuja, jeden z fabrycznych wyrobów nowoczesnego artyzmu.
A jednak, dziwnym ciągnięty magnesem, ledwie odszedł od biurka, wrócił znowu i 
zapatrzył się w miniaturę, już nie dla odgadywania jej dziejów, nie dla sądzenia 
jej ze stanowiska sztuki, ale dla nasycenia oczu rodzajem piękności, której 
między żyjącemi zawsze dotąd unikał, i nawet w obrazie patrzył na nią z trwogą. 
Wszystkie zle pokusy, jakie mu kiedykolwiek drogę zaszły, wszystkie na niego 
patrzyły z tych oczu, tem silniejsze, że spotęgowane w jednę postać. W jej 
przynętach mało udziału brała dusza, tem mniej udziału brało serce, a jednak 
wybuchały z niej żary, od których widzowi krew kipiała. Można było pod tym 
portretem, zamiast imienia, podpisać: Namiętność.
Wiesław czuł jak wszystkie burze, które zwykł żelazną wolą na wodzy trzymać, 
podnoszą się w nim i buntują, a jednak patrzył. Strofował się za miękkość z jaką 
pozwala bujać swojej wyobraźni, bo wiedział że ona w chaosie żądz jest 
niebezpieczniejszą jeszcze niż serce; gniewał się na siebie, jednak patrzył.
Nakoniec zakrył oczy i pomyślał gorzko:
— Na cóż się przyda przez całe lata hartować duszę i oczy, jeżeli potem jeden 
martwy obrazek burzy całe rusztowanie zasad? Cóżby dopiero było, gdyby 
rzeczywistość pod taką, postacią przyszła kusić?
Mylił się jednak Wiesław. Ta sama postać żyjąca nie byłaby go może tak 
wzruszyła, jak w arcydziele pendzla. Bo to jest i chwałą, i zakałą wszelkich 
sztuk plastycznych, że idealizując postać ludzką, umieją, tak najwyższe jak 
najniższe skłonności rozbudzać nieraz silniej, niż sama rzeczywistość.
Wśród tych rozmyślań usłyszał dzwonienie i wyjrzał do przedpokoju, spodziewając 
się wuja, ale we drzwiach od sieni spostrzegł z wielkiem swojem podziwieniem 
siwego Sebastyana, który, trzymając list w ręku, certował się z Hubertem.
— Można zostawić — mówił ten ostatni z uśmiechem — jak list od damy, to się 
zawsze przyjmuje.
— Nie, nie, odpowiedział tamten, mnie kazano go oddać do własnych rąk pana 
Odonicza. Kiedy go niema, to wrócę później.
Tu spostrzegł zaglądającego Wiesława i szybko cofnął się za drzwi, a gdy ten 
wolał za nim: — Jak się masz, Sebastyanie? Cóż to za interes? Przecież mnie 
możesz list powierzyć — Sebastyan zawołał z pół piętra: — Nic. jaśnie panie, nic 
pilnego... Już ja tu wrócę inną razą. I puścił się, dudniąc po schodach, a 
Hubert rzucił ku Wiesławowi spojrzenie znaczące i uśmiechnął się dyplomatycznie, 
tak że młodzieniec pomyślał:
— Czyby te panie prowadziły z wujem korespondencya o której nic nie wiem? Ach to 
i lepiej, może na tej drodze przyjdzie łatwiej do porozumienia.
I znowu kroczył po samotnym pokoju, teraz już nie tak samotny, bo obraz Cecylii 
chodził za nim cichym lotem anioła stróża.
Ale tam na biurka miniatura zdawała się naśmiewać śmiechem Kleopatry, jakby 
mówiła:
— Piękny chłopcze, twój anioł z nieba przyszedł, nie zaprzeczam, i może ci 
przyniesie niebo; a jednak ci to nie wystarczy, bo na ziemi najmocniejsze są, 
prawa ziemi. Cecylia może da ci zrozumieć szczęście, ale nie da ci pojąć czem 
jest rozkosz, a to wielkie i dotąd nierozwiązane zadanie, która z tych dwóch 
szal więcej w życiu ludzkiem waży?
Wiesław usiłował odpowiadać własnym myślom: Znam was, głosy kłamliwe! Rozkosz? 
Ziemia? To wszystko złuda i znikomość.
— A jednak, dodał, stając znów przed wizerunkiem, czyż ja nie sądzę, jak ślepy o 
kolorach? Pogardzam rzeczami, których znać nie chciałem. Ale gdybym zaznał, 
czybym jeszcze gardził? Zakazane owocemusza. mieć jednak w swoim jadzie słodycz 
z niczem niezrównaną, kiedy ci co jej zakosztowali, wszystko za nią oddać 
gotowi.
Tu pochwycił puzderko i poniósł bliżej oczu.
— Zdaje mi się, mówił, że takiej kobiety nigdy nie mógłbym pokochać, ale nic 
wiem czybym się jej skinieniu mógł oprzeć..
I już ustami chciał musnąć połyski malowanego ramienia, kiedy dzwonek powtórnie 
zadrgał i wnet do pokoju wszedł pan Tytus.
Siostrzeniec szybko postawił miniaturę i zarumienił się, jakby go kto zszedł na 
zabronionej schadzce. Jego wzruszenie zastanowiło wuja; obejrzał się badawczo, 
spostrzegł otwarty wizerunek i szepnął, brwi marszcząc:
— Ach.... zapomniałem schować.... szkoda.
— Dlaczego szkoda? Przecie raz podpatrzyłem jednę z tajemnic wujaszka! 
Przepraszam za patrzenie, ale cóż ja winien że była otwarta i taka piękna? Bo 
już co to, to trzeba przyznać. Nie próżno wuj słynie z gustu. Piękna, że aż 
strach... doprawdy strach.... już jabym się bał takiej kobiety.
Wiesław umyślnie wynajdywał nagany, aby wmówić w siebie wstręt do miniatury, 
mocno jednak zasmucił się, widząc jak pan Tytus, ciągle chmurny, zamyka ją i 
niesie do szkatuły.
— Już wujaszek chowa? I to tak głęboko? Aż na dwa spusty? Oho, nie 
przypuszczałem aby wuj umiał być zazdrosny.
Wuj obejrzał się na niego ze smutkiem i powagą.
— Czemuż to, rzekł, nazywać zazdrością? Nie może być mowy o podobnem uczuciu 
wobec grobów. To nie zazdrość, ale uszanowanie.
Wiesław na te słowa także nagle spoważniał, przystąpił do pana Tytusa, ujął jego 
rękę i do ust ją poniósł, a gdy ten spojrzał na niego z po-dziwieniem:
— Tak — rzekł — ja wujaszka od tej chwili dwa razy wiecuj kocham.
— Za co? Bardzo mie to cieszy, ale za co?
— O, długoby o tem mówić! Zawsze miałem wuja za człowieka z charakterem 
szlachetnym, który nikomu złego nie wyrządzi, a dobre owszem gdzie może czyni, 
ale nie z zasady, tylko tak....
jakby to powiedzieć? przez rodzaj duchowego epikureizmu, dla przyjemności 
czynienia dobrze. Miałem wuja za wielkiego artystę w sztuce życia, ale z tem 
wszystkiem, i właśnie dlatego, za człowieka z sercem wyschniętem i z myślą 
zajętą jedynie tem doczesnem życiem. Czy wujaszek się nie gniewa?
— Bynajmniej. Słucham owszem z ciekawością twoich wrażeń. Chciałem się takim 
wydać w oczach ludzkich i widzę że dopiąłem celu.
— Otóż, wuju drogi, dzisiaj zmieniłem zdanie, przynajmniej w części. Nie wiem 
dlaczego wuj się chce w oczach ludzkich takim wydawać, ja przecież widzę że w 
gruncie jest innym. Człowiek co z uszanowaniem, ze czcią spogląda na groby, musi 
mieć wiarę w inne życie.
— O mój Wiesławie, to niekoniecznie. Można bardzo szanować groby, czcić pamięć 
umarłych, a przecież o dalszym ciągu mieć swoje od rębne przekonania.
— Dlaczego się, wujaszku, zapierasz tego, co ci z oczu patrzy? Doprawdy że w 
tych oczach cóś prześwieca, jak łza... Szanować groby musi każdy
uczciwy człowiek, ale stroić je, przynosić na nie podarki pośmiertnej miłości, 
potrafi tylko ten, co przypuszcza że duch zmarłej osoby może widzieć te oznaki 
hołdu, bo inaczej byłoby to czystem dzieciństwem, jakąś teatralną paradą. 
Wujaszek patrzy zdziwiony, a co? Nieprawdaż że mam słuszność i że można 
przypuszczać mocną wiarę w takim co jeździ na Powązki, z wieńcem róż i cyprysów?
— Cóż to znaczy? — zawołał pan Tytus z lekkim ruchem oburzenia. — Zkąd ty wiesz 
to wszystko? Od innego nie dziwiłyby mnie podobne podejścia, ale od ciebie, 
Wiesławie! Ja nie lubię, nie cierpię kiedy mnie kto szpieguje.
— Wuj przecie zna mię nadto dobrze, aby na prawdę czynić mi taką, wymówkę. Ale 
jeżeli wujaszek chciał mi dokuczyć, to i ja też zemszczę się przestrogą, że 
jeśli kto chce zachować zupełną tajemnicę, powinien lepiej jej pilnować. Nie ja, 
ale jeden z moich kolegów wypatrzył, jak wuj kupował u ogrodnika ów wieniec i 
kazał się wieźć na cmentarz. Więc naturalnie do mnie z pytaniami, zaklęciami, 
abym wytłumaczył o co chodzi; a ja tu jak wrogu. Można sobie wystawić, ile 
między młodzieżą z tego powodu przekąsów, domysłów i uśmiechów. Ja zaś wyniosłem 
tylko przekonanie, że wuj jest jeszcze lepszy niż sądziłem, że musiał kiedyś 
bardzo kochać i bardzo cierpieć. 
— Jakto, mój Wiesławie, i ty dopiero dzisiaj
zdobywasz to przekonanie? Ach, jakież z ciebie dziecko, a raczej jakaż w tobie 
prawdziwa młodość! Czyż dlatego że się kto nie skarży, to dowód że nie cierpiał? 
Przeciwnie. Zupełnie przeciwnie! Ci, na których cierpienia jest jeszcze 
lekarstwo, żalą się i szukają, ratunku. Ale ten co cierpi z własnej niejako 
winy, z krwawej w życiu omyłki, z niepoznania się na sercach ludzkich, po co mu 
skarga? Jedni mu odpowiedzą: "Sam sobie winę przypisz." Drudzy powiedzą: "Wielka 
rzecz! Każdy z nas przebywał ciężkie przejścia, a jednak żyjemy." I prawda, 
żyją, ale jak? To tylko wiedzą ci, co już schodzą w drugą połowo życia. Czy ty 
sądzisz że wesołość, dowcipkowanie oznaczają szczęście? Czyż człowiek w moim 
wieku żyje jak młodzik, jak trzpiot nigdy niesyty, bez jakichś gorzkich 
przyczyn, co zwichnęły jego powołanie? Gdyby wszystko szło jak iść powinno, 
czyżbym nie miał własnego gniazda, poważnego celu życia? Ale ja żyję z dnia na 
dzień, byle resztę tych. dni już zepchnąć, a choć samotność, smutek i 
rozmyślanie nęcą mię jakby pokusy, uciekam od nich i odurzam się między ludźmi, 
bo w samotności czuję... że mógłbym zwaryować.
Słuchając tych niespodzianych wyznań, Wiesław był jak człowiek co wchodząc na 
rozkoszną, zieloną górę, odkrywa nagle u jej szczytu wypalenisko czarnego 
krateru i woła, cofając zapęd z przerażeniem: "Cóż tu się dziać musiało, nim te
żużle wystygły, nim na ich popiołach wyrosły całe drzewa!"
Ta chwila była dla młodzieńca jednem z potężnych objawień życia, to też chwycił 
się oburącz za głowę, zatroskał się głęboko przewidywaniem przyszłości, co dla 
każdego z nas, pod różowym płaszczem, tyle chowa cierni, potem przystąpił do 
pana Tytusa, który ze zwieszoną, głową rzucił się na sofę, i chwytając go za 
obie ręce, mówił z rozrzewnieniem:
— Słuchaj, mój wuju... zamłody jestem, aby się wdawać w rady; jednak czasem i 
dziecko może dobrą myśl nasunąć. Otóż mnie się zdaje, że wujaszek nie umie się 
leczyć. Zupełna samotność, albo towarzystwo ludzi obojętnych, równo są dla 
zbolałej duszy niezdrowe. Czyby nie lepiej wybrać sobie kilka serc życzliwych, 
ale to prawdziwie życzliwych, przed któremi można zdjąć owę maskę wesołości, co 
przy końcu musi strasznie ciężyć?
— I po co? Aby obudzać litość? Ja nie chcę być żebrakiem serca. Boleść powinna 
mieć swoję godność.
— Ach wuju, litość a współczucie tak od siebie różne, jak niebo od ziemi! I 
największy mocarz, bez przyjaciół, będzie nieszczęśliwy.
— I cóżby mi pomogli? Tego, co się stało, nie odrobią.
— A choćby i nic pomogli, to zabalsamują wszystko co zranione. Zresztą przyjaźń 
sama
przez się daje szczęście, przy którem można zacząć niejako nowe życie.
— Cóż mam robić, Wiesławie? Przyjaźni się nie szuka, ale się ja spotyka, a ja 
nie spotkałem.
— Kto wie? Znałem wielu zacnych i znakomitych ludzi, co chcieli całą duszą, 
przylgnąć do Tytusa Odonicza, robili nadludzkie wysilenia, aż nakoniec usunęli 
się, zrażeni tem zamknięciem w sobie, które wuj nazywa godnością, a ja nazwałbym 
inaczej...
— Jak na przykład? Mów śmiało.
— Pychą, wuju! Ach, nic innego tylko pycha, uczucie potępione przez wszystkie 
religie, może nietylko dlatego że człowieka psuje, ale że go unieszczęśliwia.
— Masz po części słuszność. Uczucie które zwiesz pychą, a które mógłbyś 
łagodniej nazwać dumą, wyrobiło się we mnie bardzo silnie, właśnie przez 
poczucie mojej niedoskonałości. Znam samego siebie aż nadto dobrze, ale nie mam 
ochoty aby drudzy mnie równie dobrze znali. Przyjacielowi trzeba się wywnętrzyć, 
trzeba mu otworzyć najskrytsze tajniki serca i życia, a z Czegoż po większej 
części składa się życic ludzkie, jeżeli nie z omyłek i błędów? Taką, 
szczerością, nadawałbym drugiemu prawo sądu, uwag i nagany. O! to byłoby dla 
mnie zanadto upokarzające! Wolę sobie sam radzić i milczeć.
— Tale. Wuj udaje przed ludźmi zupełnie szczęśliwego, ażeby uchodzić za 
nieomylnego.
Pan Tytus zarumienił się i spuścił oczy., jakby go te słowa dotknęły; wkrótce 
jednak uśmiechnął się i dodał:
— Cóż ci to szkodzi, jeśli mnie to sprawia przyjemność?
— Szkodzi! Ach i bardzo szkodzi! Już jabym nie potrafił kochać człowieka 
nieomylnego. Przy najgłębszej części, musiałbym lękać się i wstydzić takiej 
nadludzkiej istoty. Albo zupełnie szczęśliwego jakżeż tu kochać, kiedy się wie 
że największem przywiązaniem nic już nie można dodać do jego szczęśliwości? O 
nie! Serce moje, wujaszku, ośmiela się do ciebie, gdy widzę że i twoje umie po 
ludzku czuć, żałować, choćby nawet i błądzić. Przypuszczam że nie chcesz znieść 
równego sobie, nie chcesz przyjaciela. Dobrze, ja też nie roszczę pretensyi do 
podobnego zaszczytu, nie mam ani lat, ani zasług po temu. Ale możesz mieć 
powiernika, potulnego jak owi konfidenci z Rasynowskich tragedyj, rodzaj 
sekretarza od serca, który będzie wszystkie twoje myśli zapisywał we własnej 
duszy, będzie płakał z tobą i uśmiechał się z tobą. Tylko już nie bądź wiecznie 
w sobie zamknięty! Rozmawiaj ze mną częściej jak dzisiaj. Bądź dobry!
— Czyż ja nie byłem dotąd dla ciebie dobry?
— Bogiem a prawdą, niebardzo. Był wuj łaskaw, grzeczny, ale właśnie zagrzeczny, 
taki prawie jak dla panów Arturów, Alfredów, Ewarystów et compagnie.
— Ach niewdzięczniku, przecież z tobą byłem troszkę inny?
— Sam, wujaszku, powiedziałeś: troszkę, to dla mnie zamało. Ach, gdybyś 
wiedział, ile razy serce moje rwało się do ciebie, ile razy pragnąłem wkraść się 
w twoje zaufanie! Bo przecież to niemałe szczęście być tak blizkim krewnym 
znamienitego męża, a mnie to szczęście prawie nic nie przynosi. Zawsze ta 
lodowata etykieta ścinała mi usta. Ale dziś już lody przełamano i nic mię od 
ciebie nie odpędzi. Tak, wujaszku, poznajmy się bliżej, a będzie nam obu lepiej.
To mówiąc, Wiesław siadł przy wuju i ruchem rozpieszczonego dziecka obejmując mu 
szyję, głowę przytulił po synowsku do jego piersi. Pan Tytus przycisnął go 
silnie, usta złożył na jego czole z gorącością żywszą, niż można ją było u niego 
przypuścić, ale zaraz potem wzdrygnął się, lekko odepchnął Wiesława i rzekł z 
prawdziwym smutkiem:
— Kochane dziecko! Nie kuś mnie swojem poczciwem sercem. Otóż teraz powiem ci 
dlaczego zawsze unikałem zbliżenia z tobą: lękałem się przywiązać do ciebie, a 
ja już nie chcę przywiązywać się do nikogo ani do niczego na świecie.
Młodzieniec zerwał się na równe nogi. — Wuju, co to za desperacka maksyma! A 
przecież nasze życie tyle tylko warte, ile kogoś, albo przynajmniej cóś kochamy.
— I ja tak dawniej sądziłem. Ale jeśli dożyjesz mego wieku i przejdziesz takie jak ja próby, (od czego niech cię Bóg 
broni!) spytasz może: Le jeu vaut-il la chandelle? — Prawda że wielkie 
przywiązania dają wielkie rozkosze, słodycze i pociechy, ale też przynoszą takie 
udręczenia, takie niepokoje, że pytanie czy się opłacą? Ach, ile kosztują, nikt 
nie wie lepiej odemnie! Dlatego to mówiłem, że chcę żyć już tylko z dnia na 
dzień i niczego nie brać bardzo do serca.
— Ależ wuju, to poprostu życie egoisty.
— Myślisz że mi tą nazwą przyganisz? Bynajmniej. Czasem dobrze zrozumiany egoizm 
bywa dobroczynniejszy od ślepej miłości. Mówiłeś: "Poznajmy się bliżej, a będzie 
nam obu lepiej." A ja mówie: kto wie czy nam nie będzie gorzej?
— Ach wuju, cóż za pytanie!
— Tak, tak, pytanie. Czy ty myślisz, mój Wiesławku, że ja, patrząc na twoje 
prowadzenie się bez zarzutu, studyując twój charakter sympatyczny, nie byłem 
także pociągany do ciebie niewypowiedzianym urokiem? Nieraz brała mię ochota 
przygarnąć cię jak rodzone dziecko i w tobie utopić całą moc przywiązania, 
jakiej mi jeszcze, niestety! aż nadto zostało. Ale wtedy właśnie starałem się 
być coraz zimniejszym, odstręczyć twoję młodą ufność, i myśl przywiązania cię do 
mnie odpychałem, jakby zły podszept, bo to dopiero byłby prawdziwy egoizm.
— Dlaczego, mój wuju? Nie rozumiem dlaczego?
— Dlatego, że nasz wiek i nasze usposobienia nie zgadzają, się dostatecznie, 
abyśmy mogli być prawdziwymi przyjaciółmi, a ty już jesteś zanadto wyrobiony, 
abym swobodnie mógł tobą, kierować. A trzeba ci wiedzieć, że moje przywiązanie 
jest tyraniczne. Ja kiedy kocham, to całą duszą, i tak chcę być nawzajem 
kochany. Nie przeczę że dla mnie byłbyś promieniem pocieszenia; osłodziłbyś mi 
niejedne chwilę, zapełnił próżnię mojego serca. Ale wszystkie życzenia, 
wszystkie marzenia znów zgromadzić na jednej głowie, o! jest-to zbyt śmiało grać 
z losem! Truchlałbym śmiertelnie za każda, twoją, chorobą, skrycie zazdrościł 
każdej cząstki twojego serca, któraby nie dla mnie była przeznaczona, a ty 
jednak w ciągu życia musisz przecie przechodzić przez różne wstrząśnienia i 
rozdzielać duszę na różne uczucia. Byłoby niewymowną dla mnie przykrością, 
gdybyś lubił osoby których ja nie lubię; a kto wie, czyby nie weszła pomiędzy 
nas taka, coby nas zupełnie rozdzieliła? Może nawet już jest zapóźno?
Tu mówiący zatrzymał się i spojrzał na Wiesława. Ten, nie rozumiejąc 
dostatecznie, zwrócił rozmowę do ogólników.
— Wszystko co wuj mówił, możnaby także powiedzieć o stosunku rodziców z dziećmi, 
a przecież ten stosunek daje tyle miłości i szczęścia.
— A, to zupełnie co innego! Rodzice mają bohaterstwo obowiązku, którego ja się 
mieć nie podejmuję. Gdybyś był moim synem, gdybym od
kolebki twoję duszę jak miękki wosk urabiał, musiałbym dalej czuwać i przyjąć 
pieczęć taką, jak a. sam wycisnąłem. Ale nie mając praw ojcostwa, mamże 
przyjmować jego odpowiedzialność? Zresztą nie mówmy już o mnie. O ciebie 
Wiesławie chodzi mi głównie! Jakieżby twoje życie było? Z przyjacielem równego 
wieku możesz iść pełen nadziei, razem błądząc, razem budując sobie ideały. Ale 
ze mną? Ty zaczynasz, ja kończę. Ty szukasz, ja wiem że nie można znaleźć, a 
jeśli się znajdzie, to w każdym razie nie to, czego się szukało. Ty powinieneś 
marzyć, zachwycać się ułudną dekoracyą przyszłości, ajabym cię mimowolnie 
wciągał za kulisy i pokazywał ci windy gromów i tekturę obłoków, co wszystko 
brałeś za Olimp. A to byłoby źle, bo tyle twego, co się życia napatrzysz w 
perspektywie. Na twoje uniesienia, na twoje wykrzyki zapału, które może w oczach 
aniołów są prześliczne, a w moich tylko naiwne, nie mógłbym się powstrzymać od 
uśmiechu niedowierzania i takim uśmiechem zwarzyłbym już w pączku wszystko, co 
powinno zdobić twoję wiosnę. Sama moja troskliwość stałaby się dla ciebie 
niewolą; nad każdą przepaścią chciałbym cię zatrzymać, na każdej stromości 
podawałbym ci rękę, i to nie byłoby dobrze, bo młody człowiek powinien sam sobie 
ścieżki szukać, sam ją sobie wykuwać, choćby miał dziesięć razy wrócić się z 
drogi, choćby miał sto razy się poślizgnąć. Tylko walka wyrabia hart. Stałoby 
się więc jedno
z dwojga: albo zawojowany przez mój wpływ codzienny, szedłbyś na pasku i w końcu 
utracił samodzielność, albo zniecierpliwiony, otrząsałbyś się powoli z tej 
nieznośnej opieki, wkońcu może zupełnie się zbuntował, a toby mi rozdarło serce. 
Jednem słowem, nigdybyśmy nie mogli się zrozumieć, jak głodny i syty, jak ten co 
chce chodzić i ten co znużony chce siąść. Przecież nawet Mentor — chociaż to 
była sama bogini mądrości, w kształt ludzki zamaskowana, — jakiż z niego 
nudziarz! A Telemak przy nim wyszedł na co? Na poczciwego z kościami... gamonia. 
— Wierz mi, nie wdawajmy się w żadne egzaltacye, idźmy sobie jak szliśmy dotąd, 
każdy swoją drogą, a czasem przy spotkaniu podajmy sobie ręce, zamieńmy dobre 
życzenie i dalej!
Wiesława mocno ubodły epilogowe żarciki pana Tytusa, który ochłonąwszy z 
chwilowego wzruszenia, wrócił się do swojej szydzącej lekkości.
— Ma wuj słuszność, przynajmniej w połowie. Odrzucając niepotrzebne egzaltacyą — 
na tym wyrazie położył nacisk — radząc ze stanowiska czysto praktycznego, 
przyznaję że wujowi na nicbym się nie przydał. Ale przeczę twierdzeniu, aby wuj 
miał być dla mnie tak szkodliwym; w każdym razie mógłbym wiele skorzystać z 
gorzkiego jego doświadczenia.
— Ach, doświadczenie! To jeszcze jeden wyraz, którym ludzie tumanią się 
wzajemnie, i to
w dobrej wierze. Człowiek robi głupstwa po głupstwach, omylą się na ludziach, na 
losach i na sobie, a zawsze sądząc że na inny raz bedzie mądry po szkodzie, 
zapisuje te szkody w pamięci czy sumieniu, z czego tworzy się książka, mazana, 
skrobana, poprawiana. To nazywa się doświadczeniem. Im kto grubszą taką księgę z 
sobą nosi, tem więcej rości sobie prawa, aby drugich strofować i samego siebie 
cenić. Rzeczywiście dla niego ta książka ma wielką wartość, choćby jako 
pamiętnik, ale dla innych nie na wiele się przyda, bo każdy musi pisać swoję 
własną. Uznaną jest prawdą, że historya nie powtarza się dla narodów; jabym to 
zastosował i do pojedynczych osobistości. Niema dwóch ludzi, którymby się te 
same przygody w życiu przytrafiały; więc doświadczenie jednego, drugiemu 
najfałszywiej wypadnie. Czy znasz sławną anegdotę o komarze i cielęciu?
— Nie, nie znam.
— A, to wyborna historya. Opowiadał mi ją w Rzymie pewien prałat, dowcipny jak 
prawdziwy labuś włoski. W jakiemś Seminaryum odbywał się egzamin, a odbywał się 
nietylko z prawa kanonicznego, z przepisów duchownych, ale i z ceremoniału 
kościelnego, który nieraz przedstawia mnóstwo nieprzewidzianych trudności. 
Egzaminator, wielki kazuista, lubił uczniów zaprawiać do ciężkich zagadnień, a 
gdy razu jednego stanął przed nim kandydat słynny z bystrości umysłu, zapytał 
go: — Cobyś uczynił, gdyby w chwili kiedy nabożeństwo odprawiasz, komar wpadł ci do kielicha? — Pytanie rzeczywiście kłopotliwe. 
Połknąć owad w całości i jeszcze drgający? Niekażdy znajdzie na to odwagę, a co 
gorsza, grozi to nieprzyzwoitem zakrztuszeniem. Wyrzucić? Nie godzi się, bo 
trzeba wyrzucić razem z kroplą poświęconego wina. Młody kandydat, po oliwili 
namysłu, odrzekł skromnie: Wziąłbym go ostrożnie we dwa palce, przypalił u 
jednej ze świec stojących na ołtarzu, wrzucił napowrót do kielicha, i jako 
odrobinę popiołu wypił razem z winem. — Odpowiedź wywołała niesłychane oklaski i 
pochwały; każdy, jak nad jajkiem Kolumba, dziwił się nad tak prostym sposobem 
rozwiązania zagadki. Po tym kandydacie nadchodził drugi, chłopak tępy, który na 
tryumf poprzednika rozdziawił usta z uwielbienia. Temu egzaminator zadał nieco 
zmienione pytanie: — Cobyś uczynił, gdyby, przypuszczam, cielę zabłąkane weszło 
do kościoła i napiło się wody świeconej z chrzcielnicy? — Kandydat pomyślał 
sobie: — Kiedy tamtego tak chwalono, czemuż nie mam korzystać z nauki? — I 
odpowiedział poważnie: — Wziąłbym je ostrożnie we dwa palce, przypalił u jednej 
ze świec stojących na ołtarzu, wrzucił napowrót do chrzcielnicy i wypił razem ze 
święconą wodą. — Jeszcze kończył, kiedy śmiechy i drwinki rozległy się wokoło 
kandydata, który wielkie oczy otwierał, nie pojmując dlaczego jemu ganią to, co 
drugiemu chwalono? Otóż tak się
dzieje najczęściej, kiedy chcemy do siebie przystosować cudze doświadczenie.
— Ach wujaszku, anegdota paradna i w każdym razie "si non e vero, e ben trovato. 
" Nie przeczę że niezgrabny naśladowca może stać się podobny owemu kandydatowi i 
jego cielęciu. Ale wyjątki nie osłabiają teoryi, której bronię tem uporczywiej, 
że już z własnego doświadczenia. Ileż razy dobrze wyszedłem na słuchaniu 
starszych!
— A! Jeżeli chodzi o takie utarte ogólniki, które sam zdrowy rozsądek 
postanowił, to ci nie przeczę. Jeśli starsi ci mówią: "Nie czyń drugiemu, co 
tobie niemiło. "Czem kto wojuje, od tego ginie." "Kto się ożeni, ten się 
odmieni."—"Niema złego, coby na dobre nie wyszło — ma się rozumieć że te maksymy 
zawsze ci się sprawdzą. Ale jeśli wyjdziesz z komunałów i zechcesz dobrać się do 
kluczów prawdziwego doświadczenia, zajrzeć w słodziuchną a okrutną dyplomacya 
życia, schwytać owe prawdy. co żywcem, jeszcze drgające, wyrywają się z serca, o 
wtedy poczynisz odkrycia które cię przestraszą lub oburzą i w które nie 
uwierzysz, aż... sam przymierzysz. I tak na przykład, dobrze zauważyłem, jak 
wpatrując się w miniaturę, powiedziałeś: — Piękna że aż strach. Już jabym się 
bał takiej kobiety. — Otóż czy wiesz jaki ja wniosek wyciągnąłem z 
doświadczenia, i to długiego, i to krwawego? Oto, jeżeli spotkasz kobietę piękną 
że aż strach, i śmiałą, że aż strach, kobietę co ci w oczy powió że cię kocha, 
co się rzuci w twoje objęcia
odda ci się bez granic, bez warunków i beż zastrzeżeń, pogardzi dla, ciebie 
opinią, wyrzecze się dobrej sławy, przyjaciół, szacunku i powić że jeszcze 
zamało dla ciebie czyni, o! takiej kobiety nie bój się! Nie pytaj o jej 
przeszłość, nie lękaj się z nią przyszłości, ach! a nadewszystko nie wymów jej 
nigdy ofiar jakie ci przynosi. Możesz jej. głośno nie bronić, ale jej nigdy nie 
potępiaj, ani w cudzych, ani nawet we własnych oczach, bo jeśli wiele cnót 
zdeptała, to jednę z nich posunęła do szczytu i w każdym razie nie tobie ją 
sądzić. Jeśli jej na nieszczęście nie kochasz, staraj się ukryć to przed nią, 
daj się przynajmniej ubóstwiać... już mniej nie możesz uczynić. Nie szukaj 
szczęścia gdzieindziej, nie dawaj jej współzawodniczek, bo jej miłość, choć 
niedzielona, więcej cię jeszcze uszczęśliwi, niż twoja miłość dla innych. O! nie 
baw się jej łzami, jej biciem serca! Dziękuj przeznaczeniu za skarb tak rzadki, 
bo wierz mi, ona ci będzie służyć jak niewolnica, będzie żyć dla ciebie i wkońcu 
umrze dla ciebie! — Ale jeżeli spotkasz kobietę co rządzi się taktyką Partów, co 
uciekając od ciebie, ciska ci strzały w same piersi, jeśli ta kobieta na sto 
sposobów da ci poznać że jesteś jej miły, ale głośno i przed ludźmi nie chce się 
nigdy do tego przyznać, jeśliłono jej bije wzruszeniem, a ramię wysuwa się z 
twoich objęć, jeśli na ustach ma zawsze cnotę i abnegacyą, a w oczach morze 
obietnic, o! takiej kobiety bój się! Jeśli ją pokochasz, zgubiony z ciebie 
człowiek. Ona swojej
cnoty użyje za wędkę, aby cię jeszcze silniej przytrzymać; będzie wymagała od 
ciebie wszelkich ofiar, oddasz jej swój czas, gusta, przyjaciół, powołanie, a 
ona nie poświęci dla ciebie ani jednego balu, ani jednego uśmiechu rywala. Ty 
przed nią będziesz, klęczał, jak przed aniołem, uwielbiając heroizm jej oporu, 
czując się niegodnym jej spojrzenia, a ona, temi anielskiemi, wstydliwemi 
oczami, będzie się spokojnie rozglądała w twojej duszy, jak plantator w 
niewolniku którego kupuje. Ha! więcej powiem. Na twoje przysięgi odpowie 
nakoniec, pół-wyznaniem, a wkrótce potem.... pójdzie za innego, bo odkryje że 
ten inny był lepszą partyą.
— Wuju! wuju! Ale to chyba tylko do wyjątków mogą się stosować takie słowa. 
Przecież nie można ich uważać za teorya, bo teorya taka dowodziłaby, że kobiety 
bez zasad są gronem bohaterek i męczennic, a kobiety cnotliwe stekiem 
intrygantek.
— A widzisz, Wiesławie. Tylko jeden przykład z pomiędzy tysiącznych moich 
spostrzeżeń ci przytaczam, a ty mi już nie wierzysz. I masz wszelkie prawo 
niedowierzać. Może dla ciebie okoliczności życia inaczej się złożą. Gdzie ja się 
sparzyłem, ty się może tylko rozgrzejesz, co dla jednych było trucizną, dla 
drugich będzie antydotem. Ciebie właśnie może uszczęśliwi taki smok cnoty. Me 
przesądzam, chociaż wątpię. To też nie myśl wcale, aby moje uwagi zakrawały na
teoryą. Niech mie Bóg broni od systematów. Każdy systemat grzeszy 
bezwzględnością, kiedy w życiu właśnie wszystko awszystko jest względne. Nawet 
ludzi nie znajdziesz ani zupełnie złych, ani zupełnie dobrych; z tego wynika, że 
w ciągu życia doznasz od złych wiele dobrego, a od dobrych złego. Ułóż to potem 
jak chcesz w swojej głowie, ja tylko wracam do mego założenia, że doświadczenie 
Pawła nie zda się dla Gawła.
Wiesław, nieco zasmucony, oparł czoło na ręku i obaj zapadli w milczenie, z 
którego po chwili zbudziło ich odezwanie się dzwonka.
— Ach, zawołał siostrzeniec, byle nie kto z Moszkowickich! Przy dzisiejszem 
naszem usposobieniu byliby nam wcale nie na rękę.
— Ich się nie boję — odparł pan Tytus. Wracając z miasta, wstąpiłem tam, aby 
ostrzedz że dziś już nie mogę się z nimi widzieć. Przyczyny prawdziwej, ma się 
rozumieć, nie podawałem. Ty się jej pewno już domyślasz: obchodzę dzisiaj 
żałobną rocznicę. Od dziesięciu lat przepędzam ją zawsze w samotności i 
rozmyślaniu. Prawda że niewiele co wymyśliłem, chyba ten gorzki pewnik, że i to 
co pogrzebane w ziemi, i to co pogrzebane w sercu, już nigdy znaku życia nie da!
W tej chwili wszedł Hubert.
— Proszę pana, tu już drugi raz przychodzi człowiek z listem od jakiejś pani, 
której nic chce wymienić, i powiada że musi samemu panu list oddać.
— Dowiedz się najprzód od kogo — odpowiedział pan Tytus, ale jeszcze mówił, 
kiedy we drzwiach od przedpokoju pokazał się Sebastyan. Przystąpił śmiało do 
Odonicza i wręczając mu grubą kopertę, z ukłonem się odezwał:
— Od pani Pełkowej. Kazała mi ten list do rąk własnych jaśnie pana oddać i 
zaczekać na odpowiedź.
Wiesław z gorączkową ciekawością wpatrzył się w oblicze wuja. Dziwna zmiana! Ten 
człowiek, którego twarz za najmniejszem wzruszeniem zwykle nabiegała purpurą, 
teraz pobladł chorobliwie, jakby przed napadem febry. List pochwycił z 
chciwością i odpowiedział głosem nawpół przydławionym:
— Dobrze. Zaraz będzie odpowiedź. Proszę poczekać.
Kiedy Sebastyan i Hubert wyszli, wstał z sofy, usiadł przy biurku, a Wiesław, 
jako dobrze wychowany człowiek, wziął dziennik i niby zaczął go czytać, ale 
ponad papierem oczy jego biegły ku wujowi, którego postępowanie, coraz 
dziwniejsze, stało się wkońcu takiem zagadkowem, że siostrzeniec, spuściwszy 
gazetę, nieruchomie śledził jego ruchy.
Pan Tytus długo wpatrywał się w podpis listu, oglądał go na wszystkie strony, 
ważył w ręku i znów patrzył wzrokiem, którego znaczenie trudno było odgadnąć.
Po długiem takiem wahaniu się czy walce, przy
której zupełnie zdawał się niepamiętać że ma w pokoju świadka, nie otworzywszy 
wcale listu, rzucił go wzgardliwie na biurko, z teczki podróżnej dobył białą 
kopertę, wsunął w nią ów list nietknięty, zapieczętował, na czystym wierzchu 
starannie nakreślił podpis i powstał. Wiesław także się zerwał, zastąpił mu 
przejście na progu i wybełkotał zaklęcie. Ale Odonicz, nie patrząc, nie 
słuchając, odtrącił go ślepem pchnięciem, wyszedł do przedpokoju i oddawszy list 
Sebastyanowi, rzekł mocnym głosem:
— Oto jest odpowiedź. Proszę oddać. Potem wrócił i zaczął szybko chodzić na ukos
przez pokój, łamiąc ręce, że aż kości trzeszczały, i z zawzięciem powtarzając 
wykrzyknik:
— Nakoniec! nakoniec!
Wiesław, przez chwilę skamieniały, zastąpił drogę chodzącemu.
— Wuju, wszak to był list od pani Ireny?
— Tak.
— I wuj go nawet nie przeczytał?
— Tak.
— I nierozpieczętowany jej odesłał?
— Tak.
— Na miłość Boską! ależ to największy afront, jaki można zrobić, a jeszcze 
kobiecie...
— I właśnie dlatego tak zrobiłem. Nakoniec przyszła i na mnie kolej!
Tu pan Tytus podszedł do szkatułki podróżnej, z jednaj ze skrytek wyjął paczkę 
papierów, — w bibliotece narodowej Brak ostatniej kartki Pierwszego tomu :(
Tom II.
VI.
— O mój Boże! Inaczej ja spędzałem ten wieczór przed dziesięciu laty! O tej 
godzinie ani jeszcze wiedziałem co mnie czeka. — Ale chcąc ogarnąć całość 
wypadków, trzeba sięgnąć nierównie dalej, temu lat piętnaście. Wtedy byłem wcale 
inny niż dzisiaj: wesoły, nie z wyrozumowania, ale ze szczerego popędu, a jednak 
używający życia bardzo umiarkowanie, już pewno nic z braku chęci, ale z braku 
środków, bo wówczas nie mogłem jeszcze nazywać się bogatym. Dochody moje ledwie 
wystarczały na pozorny byt wielko-światowca. Przebyłem już kilka dramacików tak 
zwanych sercowych (z rozmaitem wprawdzie powodzeniem), wyszedłem wśród 
grzecznego poklasku z kilku spraw honorowych, napatrzyłem
się w podróżach różnego kraju i obyczaju i nie doszedłszy lat trzydziestu, byłem 
pewny że znam nawskróś ludzi i życie. Nic mię w nich bardzo nie dziwiło. Owszem, 
dziwiłem się że książki przedstawiają w takich mocnych kolorach uczucia i 
namiętności, które właśnie w życiu potocznem wydawały mi się karłowate i 
zarażone miernotą. Czytając "Intrygę i miłość" albo "Korynnę,"uśmiechałem się, 
mówiąc: romanse! poezya! A w głębi duszy żałowałem że to tylko poezya. Aż dnia 
jednego, a raczej jednego wieczora, na dość nudnym balu, zkąd przed północą już 
chciałem się wymknąć, przeszła przedemną osoba, której widok, jeżeli podobne 
porównanie cię nic zgorszy, sprawił na mnie wrażenie owego gromu, co spotkał 
Saula u bramy Damaszku. Nagle przestałem widzieć świat otaczający, a zobaczyłem 
inny, jakby niebo roztworzyło się przedemną do swoich najsłoneczniejszych 
wnętrzności. W kilka chwil owe mgliste słowa: ideał, szczęście, miłość 
piorunująca, które dotąd miałem za śliczne kłamstwa, stały się dla mnie 
najdotykalniejszą rzeczywistością. Tak, Wiesławie, to wszystko istnieje. Ja, ten 
niby pozytywista, ten uznany szermierz negacyi, powiadam ci, istnieje, i daleko 
silniejsze, poetyczniejsze, niż w książkach. To tylko nieszczęście, że prawie 
nigdy nie pojawia się jednocześnie, ani z równą mocą, w dwóch duszach. Ztąd 
wszystkie owe rozdarcia, pogonie i ucieczki, pochwytywania się i wyrywania serc, 
które pod
gładką powierzchnią towarzyskiego życia toczą prawdziwą walkę Lewiatanów. O! 
teraz już się nie uśmiecham, kiedy czytam skargi poetów, albo klątwy 
powieściopisarzy. Czytam je z drgającem odczuciem, jakby opisy chorób które sam 
przebywałem, i nieraz muszę książkę zamknąć, jakby czarne drzwi przeszłości. W 
ów dzień pamiętny już miałem niejako przeczucie wszystkich niebezpieczeństw, co 
grożą w świecie nieznanym. Byłem wystraszony, jak człowiek co pierwszy raz 
wstępuje w łódkę i puszcza się na wichrzyste morze. A jednak taki człowiek 
płynie dalej; i ja puszczałem się, chciwy jakichś celów niewyraźnych, jakiejś 
nieskończonością... tem chciwszy, im więcej czułem pod sobą otchłani. Po 
pierwszej chwili tego ognistego oślepnięcia przypomniałem sobie, że jestem wśród 
ludzi, na balu, i zapytałem sąsiadów jak się po ludzku nazywa ta, co dla mnie 
już się nazywała: To ona! Była to znajoma ci Irena Zapolska. Przedstawiony przez 
gospodynię domu, resztę wieczoru przebyłem w stanie, który można porównać chyba 
do stanu ekstatycznych. Irena, pomimo stroju modnego i modnej rozmowy, sprawiła 
na mnie wrażenie nadziemskiej wizyi. Do dziś dnia pamiętam jej ubranie: suknia 
błękitna, ubrana czarnemi koronkami, na głowie i na szyi szafiry, mieszane z 
brylantami. Mógłbym to wszystko odrysować. Ale czego nikt nie odrysuje, to 
wyrazu twarzy i całej postaci: najcnotliwsza piękność i najpiękniejsza cnota, o 
jakich chyba Angelico z Fiesoli mógł marzyć. O czem rozmawialiśmy? Nie pamiętam. 
Odurzony, z niczego sobie nie zdawałem sprawy. Tylko wiem że jej rozmowa 
olśniewała i uspokajała razem, jak te sierpniowo noce, w których gwiazdy lecą, 
lecą, rzęsisto a cichuteńko. Nakoniec odważyłem się. zaprosić ja do tańca. 
Myślałem że apopleksya mię uderzy, kiedy przyszło ręką objąć jej kibić. Zdawało 
mi się to świętokradztwem. Porwałem ją jednak, nieco drżącą i jakby wzruszoną. 
Wirując z nią po salonie, obiecałem sobie że musze ją zdobyć, jakkolwiek i 
kiedykolwiek, ale muszę. Zakończenie tańca nieco mię wytrzeźwiło: w chwili gdy 
ją odprowadzałem do krzesła, przystąpił młody człowiek, bardzo przystojny i 
bardzo znudzony, którego mi przedstawiła jako swego męża. Tak, ona miała męża., 
Tylko co wracając z dość długiej podróży, nie znałem ich jeszcze obojga, choć 
wiole już słyszałem o ich osobach i salonie. Muszę wyznać, z przeproszeniem 
twoich Grandyssonowskich zasad, że odkrycie owego męża nietylko mnie nie 
zniechęciło, ale, po pierwszej chwili zdziwienia, dodało nowego bodźca. Kordyał 
miłości zaostrzał się smakiem zabronionego owocu; wizya niebiańska przedstawiała 
się tem ponętniejszą., że stała za przepaścią grzechu. Przeskoczyć aż do niej, 
albo ściągnąć ją z sobą w przepaść, i jedno i drugie wydało mi się losem godnym 
bogów; a nie wątpiłem o powodzeniu, tem bardziej że mąż mi wygląda! na woskową
lalkę od fryzyera. Później dopiero, we wspomnieniach, kiedy go osądziłem 
trzeźwiej i bezstronniej, musiałem przyznać mu wiele zalet. Miał naukę, i to 
gruntowna, a nie nużącą, bo cała się kryła pod ślicznym światowym polorem. 
Przytem gospodarz domu niezrównany z taktu i gładkości, towarzysz zabawy 
rozkoszny, ale jako mąż, to i dziś jeszcze został dla mnie prawdziwym sfinksem. 
Każda inna kobieta, mniej wzorowa lub mniej lodowata, byłaby mogła z odrobiną 
zręczności sto razy nadużyć jego zaufania. Nie wiem czy anielskiej czy 
szatańskiej pobudzce przypisać tę, filozofią. Czy tak świecie był pewnym żony? 
Czy też, sam prowadząc lekkie życie, chciał dowieść pobłażania, aby je przy 
okoliczności samemu uzyskać? Jeśli przypuścimy to drugie, mocno się omylił, bo 
nie miał czemu pobłażać. Irena żyła prawdziwie jak święta, co tem większą 
wydawało się zasługą, że tej świętości nie strzegły ani kraty, ani habity, ani 
nawet owa forteca rodzinna, ów regiment starych babek i ciotek, co niejednej 
chwiejnej cnoty, pilnują lepiej niż rygle. Trzymająca dom otwarty, jeżdżąca z 
obiadów na teatra, z teatrów na rauty, cały ranek otoczona tęczowem migotaniem 
sklepów bławatnych i zjadliwemi komplimentami modniarek, w każdym domu, i w 
swoim własnym, na spacerze i w kościele szpiegowana przez armią wielbicieli, 
którzy za cel życia stawiali sobie zaburzenie jej spokoju, sama jedna przeciw 
krociom przyjaciół-nieprzyjaciół, szła przez gęstwinę pokus, umiejąc nigdzie nie zaczepić 
ślubnego welonu. Był-to rzeczywiście artyzm cnoty posunięty do.... sztuki 
woltyżerskiej. Świat jej zastawiał sidła, obręcze, przeszkody, ona wszystko 
przeskoczyła i zawsze odnajdywała się na swoim apokaliptycznym rumaku, 
wyprostowana, nieskażona, a przytem zawsze uśmiechnięta. Bo nic w jej cnocie nie 
było nudnego, nic collet-monte. Nie gniewała się ani o drażliwy żart, ani o 
wybuch serca; tylko na żart odpowiadała sercem, a na serce żartem; i tak nikt 
nie mógł z nią, zajść dalej, jak po pierwszych dniach znajomości, a jednak każdy 
Bóg wie co roił, a ona się z nas wszystkich naśmiewała. To też mimo całej mojej 
dzisiejszej i wieloletniej nienawiści, muszę jej oddać sprawiedliwość, że nigdy 
nie zgrzeszyła miłością.. Ach, jeśli zgrzeszyła, i śmiertelnie, to przeciw 
miłości!
— Przepraszam wuja, że śmiem odezwać się z uwagą, jednakże nie wiem czy nawet w 
hyperbolach żalu i goryczy, wolno zwać grzechem przeciwko miłości proste 
wytrwanie w obowiązku?
— Ja też nie o tem mówie? i żal mój datuje od innej zupełnie epoki. Póki 
dochowywała wiary mężowi, była, nie przeczę, w swojem prawie, i tym właśnie 
heroizmem obowiązku tak mię niewolniczo podbiła. Przywykły do lekkiej gry w pólromanse, jakie się po salonach tak łatwo prowadzi, przekonany że dla człowieka z 
sercem i z głową, niema kobiety niezdobytej, chyba taka
szpetna i zła, o którą nikt się nie dobija, zacząłem bywać u Zapolskich pełen 
zaufania, że tam będzie pole mojego najpyszniejszego zwycięztwa. Poruszyłem 
niebo i ziemię, poruszyłem piekło i... nie zwyciężyłem.
— Ach wuju, cóż to za kobieta! Już kiedy wujowi, sławnemu z czarów, umiała się 
oprzeć, to prawdziwa perła.
— Tak, perła. A wiesz czem jest perła? Chorobą muszli. Ale mniejsza o to. Aby ei 
dać pojęcie, do jakiego stopnia umiała utrzymać swoję powagę Penelopy, opowiem 
ci tylko, że przez dwa lata bywałem u nich, najprzód co tydzień, potem dwa razy 
w tygodniu, potem codzień, (mąż mi robił wymówki, gdy nie przychodziłem), 
siadywałem z nią po kilka godzin sam na sam, i przez dwa lata nie śmiałem jej 
powiedzieć ani jednego słówka o mojej miłości. Widzę, Wiesławie, z blasku twoich 
oczów, jak ci serce rośnie na samo opowiadanie moich tortur. Myślisz sobie: 
"Dobrze ci tak, wujaszku, poco chciałeś gubić niewinność?" Oj chłopcze, nie 
zarzekaj się, nikt nie wie zkąd na niego padnie strzała. Oby cię twój dobry 
anioł ustrzegł od podobnych męczarni! Albo raczej nie... cofam te słowa... niech 
cię nie strzeże, obyś owszem doznał podobnych wrażeń, choćby takiemi mękami 
okupionych. Owe dwa lata milczenia, pasowania się i nadziei, były może 
najszczęśliwsze z całego mego życia. Nie wiem czy znasz śliczne słowa panny de 
Scudery, która
w starych latach, przypominając sobie jakąś idyllę młodości, zawołała: "Oh, 
l'heureux temps, ou j'étais si malheureuse!"
Tu pan Tytus westchnął z głębi piersi i zamyśił się, kiwając głowa, z owym 
ruchem płaczącego drzewa, co zdaje się pytać: "Naco i poco to wszystko?" Wiesław 
już nie śmiał czynić uwag, rozrzewniony takim prawdziwym żalem.
— O, te dwa lata, — ciągnął dalej opowiadacz — mocno mię zmieniły. Już nie 
marzyłem o zdobyciu Ireny. Najwyższem teraz dla mnie marzeniem było tylko wyznać 
jej moje uczucia, odmalować moje cierpienia, ażeby przynajmniej wiedziała ile 
dla niej znoszę. Zresztą postanowiłem niczego nie wymagać, niczego nie próbować, 
zostać na stopie przyjaźni, byle z samowiedzą miłości. Miałem chwilę w której 
znienawidziłem jej dziecko, te dzisiejszą twoję pannę Cecylią. Nie mogąc 
przypuścić aby Irena czerpała swoję siłę w miłości do męża (do takiego męża!), 
przypuściłem że ją czerpie w miłości do córki. Bo zwolna, pod lekkiemi pozorami 
światowego życia, odkrywałem w niej uczucie macierzyńskie silniejsze, niżby kto 
sądził. Doszedłem, że wiele z tych godzin które zdaniem ogółu miała spędzać 
przed gotowalnia, spędzała z córeczką, ucząc ją i pieszcząc a zajęcia te 
uważając za tak proste, że nigdy prawie nie wspomniała o swojem przywiązaniu, 
ani się chwaliła z poświęcenia. — Powiedziałem sobie: "Ztamtąd pochodzi opór." — 
Ale razu jednego,
w długiej rozprawie o uczuciach i powinnościach (Irena lubiła podobne rozprawy, 
bo też miała rzadki dar wymowy), gdy rozwinąłem tezę mająca dowieść, że mężatka 
bezdzietna jest mniej niż inne zobowiązana do strzeżenia tak zwanych zasad, i 
choć troszkę je naruszy, mniej niż inne zawinia przeciw społeczeństwu, moja 
słuchaczka wybuchnęła nieudanem oburzeniem, dowiodła mi iak dwa a dwa cztery, że 
każde złe jest równie ziem w oczach Boga, choć może mieć różną, doniosłość w 
oczach ludzkich, że przysięga nie znosi żadnych zastrzeżeń w przyszłości, że czy 
się męża kocha czy nie, czy się jest matką czy nie, zawsze sakrament 
sakramentem. Zdania te, a nadewszystko ogień z jakim były wyrzeczone, przekonały 
mię, że Irena trwa przy obowiązku nie przez miłość dla męża, nawet nie przez 
miłość dla dziecka, ale przez sarnę miłość obowiązku; uczułem że choćbym ją od 
wszystkich oderwał, nie potrafię wyrwać z niej sumienia. Od tego dnia 
rozkochanie moje zmieniło się w ubóstwienie, a zarazem ogarnął mię niezmierny 
smutek. Nie był on bez pewney słodyczy, wyglądał nawet na uspokojenie, ale krył 
w sobie największe niebezpieczeństwo: byłem przekonany że niezadługo umrę, i 
zdawało mi się że jako umierającemu, wolno mi wszystko wypowiedzieć. 
Okoliczności też składały się na otworzenie mego serca. Zapolscy przenieśli się 
za miasto, na letnie mieszkanie. Tani było mniej gwaru i wizyt, niż w zimowym 
wirze;
widywałem ją więcej, a choć zawsze prawie była ze swoją Cesią., wieczorem, kiedy 
dziecko spać poszło, a mąż, zatrzymany w klubie albo cyrku, jeszcze nie wracał z 
miasta, trafiały się godziny, w których sam jeden z Ireną, towarzysząc jej w 
długich przechadzkach, lub siedząc z nią pod werendą, wśrod tej rozmarzającej 
natury i samotności, czułem że tajemnicy nie utrzymam dłużej. Aż jednego 
wieczoru, pamiętam jak dzisiaj, chodziliśmy przy świetle księżyca. Musiało to 
być jakoś w czerwcu, albo prędzej w lipcu, bo właśnie lipy w pełnym kwiecie 
pachniały. Ja, chory i osłabiony, ledwo nogi wlokłem, aż siły mię zupełnie 
zdradziły, stanąłem i musiałem się nagle na twarzy zmienić, bo Irena, 
zatrwożona, zapytała co się ze mną dzieje. Wtedy wypowiedziałem z rodzajem 
oburzenia, że nie pojmuję jak ona może dotąd nie rozumieć, co się ze mną dzieje, 
jak może nie widzieć że ją kocham? W pierwszej chwili wzdrygnęła się i poruszyła 
ręką, jakby ją. chciała wysunąć z pod mego ramienia, jednak jej nic wysunęła, i 
dalej idąc spokojnie, odpowiedziała, że dawno dostrzegła wszystko, pomimo mego 
milczenia, że właśnie tem milczeniem, tem panowaniem nad złą skłonnością, 
zdobyłem sobie u niej tyle szacunku i przyjaźni; że jeśli chcę je nadal 
zachować, powinienem się wrócić do mojej dotychczasowej wstrzemięźliwości słowa, 
a ona będzie się starała przebaczyć i zapomnieć to, czego nie powinna była 
słyszeć. — Odpowiedź jej, dawno przewidziana
nie odjęła mi odwagi. Chciałem raz wszystko wypowiedzieć, wszystkie ciężary z 
serca zrzucić, ale władnie w tej chwili, zupełnie tak jak to się trafia na 
teatrze, zatętniły koła faetoniku i stanął przed nami — mąż. Przyznam się, że 
podając mu rękę, byłem nadzwyczaj zmieszany i spoglądałem ku Irenie, pełen 
obawy, aby jej zmieszanie nie uderzyło męża. Ale nie miałem się czego obawiać. 
Irena pozostała taka spokojna, taka majestatyczna, jak osoba co czuje że w 
niczem nie zawiniła. Wyższa nad wszelkie małostki zwykłych kobiet, jak mnie 
przed chwilą zgromiła bez gniewu, tak teraz męża witała bez trwogi, ani też 
przesadzonej radości. Piękny był ten spokój, mnie jednak oburzył. Krótko 
zabawiwszy, dosiadłem konia i wróciłem do miasta. Ale wielka to prawda "qu'il 
n'y a que le premier pas qui coute." To pierwsze wyznanie było istnem zerwaniem 
tamy, po którem nastąpił wylew pragnień wszystkich i uczuć, tem gwałtowniejszy, 
że długo wstrzymywany. Po namyśle, zacząłem pytać, czy ze strony kobiety samo 
słuchanie wyznania bez gniewu niejest już rodzajem zachęty? Wnet cała owa 
nadludzka rezygnacya pękła jak bańka mydlana, wszystkie pozory przyjaźni, 
któremi chciałem ubrać miłość, spadły jak źle przyczepiona maska, i od tego dnia 
już stało się niepodobieństwem wrócić do sztucznego stosunku, z którym byliśmy 
dotąd mniej więcej szczęśliwi. Wobec męża i gości zachowywałem się po dawnemu, 
ale gdy tylko nas zostawiono samych.
nie było końca moim rozwodzeniom się nad fatalnością co na mnie cięży, 
opowiadaniom katuszy, jakie dotąd w ciszy znosiłem. Pomimo solennych zakazów 
Ireny, wracałem zawsze do tego przedmiotu. Już teraz nic nie umiałem zamilczeć, 
ani ukryć. Zaczęła mię unikać. Wtedy przyszły z mojej strony skargi i wybuchy, i 
taka to już nasza męzka natura, że im więcej usuwała się odemniej tem zawzięciej 
za nią, goniłem. U kobiet przebiegłych jest-to jeden z największych sekretów 
powodzenia. Dafne wtedy się Apollinowi wydała laurem, kiedy uciekała od niego. 
Moja pogoń była tem ufniejsza, że już dosyć znalem Irenę i cały dom jej, aby 
widzieć jasno, że niema w tym domu szczęścia. Mąż, prawie zawsze nieobecny, 
wydawał mi się teraz śmiesznem straszydłem na dzieci, ale żona przedstawiała to 
straszydło na seryo i udawała szczęśliwą. Cały świat wierzył, tylko ja jeden nie 
wierzyłem. Więcej powiem: czułem że nie jestem dla niej obojętnym. Nie miałem 
żadnych dowodów, ani w słowie, ani nawet w spojrzeniu, a jednak byłem tak pewny 
jej serca, jak na przykład marynarz przepowiada burzę, choć jeszcze ani jednej 
chmurki na niebie nie widzi. — Raz tylko, przypominam sobie, padło z ust jej 
słowo, którem się nieco zdradziła. Skarżyłem się długo i gorzko na moje 
nieszczęście, na jej tak zwane okrucieństwo. Schylona w milczeniu nad haftem, 
nagle podniosła oczy pełne łez Wstrzymywanych, i odezwała się słowami Montezumy: "A ja, czyż jestem na różach?" Pamiętam że chwyciłem jej rękę, dziękując z 
uniesieniem, a chociaż, przestraszona moja wdzięcznością, chciała przeinaczyć 
znaczenie tych wyrazów, objaśniając mię że całe jej cierpienie pochodzi z 
chrześciańskiego miłosierdzia, które boleje, patrząc na boleść drugich, przecież 
ten jej pierwszy wykrzyknik rozbudził we mnie najszaleńsze nadzieje. Zacząłem ją 
obsyłać kwiatami, które przyjmowała z uśmiechem. Potem odważyłem się na dar 
większy, właściwie mówiąc, zanadto kosztowny. Było to całe ubranie na szyję i na 
głowę, z opałów. Ma to być kamień co przynosi nieszczęście. Wówczas nie znałem 
jeszcze tego zabobonu.
Nie odesłała mi klejnotów przez oddawcę, czem ucieszyłem się niezmiernie, ale 
przedwcześnie, bo wieczorem, kiedy goście od niej wyszli i zostałem ostatni, 
wyjęła z biurka owo puzderko i cała drżąca i zapłoniona włożyła mi je do rąk, 
zapowiadając że jeśli go napowrót nie odbiorę, nigdy już mnie w swoim domu nie 
przyjmie. Wyszedłem rozgniewany — i nazajutrz wróciłem. — Jednak te sceny, 
ciągle powtarzane, zmieniały nam życie na istne piekło. Całe pół roku 
przemęczyliśmy oboje w takiej głuchej walce. Humor Ireny się zachmurzał. Ja, o 
ile sobie przypominam, musiałem być nieznośny. — Jednego wieczoru, o! ten 
wieczór dobrze pamiętam.... oświadczyłem jej stanowczo, że sobie życie odbiorę. 
To nie był czczy frazes. Ty, Wiesławie, uśmiechasz się, a ja powiadam ci: byłem wtedy pewniejszy że się utopię lub zastrzelę, niż teraz, czy to 
drugie cygaro zapalę. Taki frazes, nadużyty w książkach, śmieszny w ustach 
fanfaronów, straszny jest, gdy pochodzi z przekonania. To też Irena się nie 
uśmiechnęła, ale wpadła w ponure zamyślenie, i w kilka dopiero minut 
odpowiedziała bardzo smutnie i bardzo poważnie: "Niepoczciwa to broń, której pan 
przeciw mnie używasz. Niepoczciwa podwójnie: jako groźba i jako podstęp. Pan 
chcesz nadużyć najlepszej strony mojego kobiecego serca, strony współczucia. Ale 
czyż godzi się poświęcać własną duszę, aby uratować bliźniemu życie? Taka teorya 
zadalekoby prowadziła. A teraz, posłuchaj pan: gdybyś, przypuszczam, potrafił 
kiedyś, raz jeden, sprowadzić mię z drogi obowiązku, wtedy, zapowiadam, tegoż 
samego dnia jabym sobie życie odebrała. Stoimy więc między dwoma samobójstwami." 
— Mówiła to wszystko z przerażającą spokojnością. Ale prawda ma swoję nutę 
niepodobną do naśladowania, którą odrazu można poznać w głosie. Jak Irena ją 
poznała w moim, tak ja teraz w jej głosie ją odczułem, i powiedziałem sobie 
że... wszystko skończone. To wrażenie stało się jeszcze głębszem, gdy po namyśle 
dodała: — "Moja śmierć byłaby tem straszniejsza, iż zostawiałaby sierotę." — 
Siedziałem przez chwilę odurzony, potem wziąłem kapelusz. Irena wstała i mówiła 
do mnie długo. Mówiła że powinniśmy zmienić układ naszego życia, rzadziej się 
widywać, uciekać od siebie, aby nie kusić nieba. Mówiła o sumieniu, o nagrodzie w 
innem życiu i tam dalej. — Odpowiedziałem z ukłonem że będę się starał próbować 
tego lekarstwa i wróciwszy do domu, postanowiłem wyjechać za granicę. Bo 
mieszkać w tem samem mieście co ona i rzadko ią widywać, to, czułem, było nie do 
wykonania. W kilka dni później, mając już pasport i upakowane rzeczy, poszedłem 
tam rano, z wizytą, pożegnalną. Żywiłem jeszcze cokolwiek nadziei, że w 
ostatniej chwili może jej serce przemówi za mną. Może jakie słówko, jakie 
skinienie mię zatrzyma. Ale Irena nie zatrzymywała mię wcale; owszem, pochwaliła 
mój wyjazd i pożegnała mie słowami pełnemi dobroci, tej okropnej dobroci, ktorą, 
zwykle spotykamy w mowie umierających, a która ma słodzić boleść ostatecznego 
rozstania. Wyjechałem, unosząc względem tej kobiety uczucie najpiękniejsze jakie 
unieść można, bo żal nic do niej, ale za nią. Nadziei nie unosiłem żadnej; w 
obecnym stanie rzeczy, nadzieja zdawała mi się zbrodnią, a myśl o możebnem 
owdowieniu Ireny, choć mi czasem przeszła przez głowę, upadała wnet sama z 
siebie. Zapolski, w sile wieku, zdrów jak ryba, wyglądał jak róża" a jeśli kto 
czuł się blizkim grobu, to ja, rozbity na siłach i duszy. — Tak się skończyła 
pierwsza faza mojego wewnętrznego życia. Opowiedziałem ci ją, z najdrobniejszemi 
szczegółami, ażebyś lepiej zrozumiał końcową jej perypetyą, a raczej
abyś mógł się przekonać, jak to zakończenie jest niezrozumiałe. — No, a teraz, 
dla lepszego zaciekawienia, pozwól mi zrobić maleńką pauzę i zapalić nowe 
cygaro. Cóż, mój milczący siostrzeńcze, jakże ci się z pierwszego rozdziału 
wydaje moja historya?
— Chce wujaszek szczerego zdania? Otóż wydaje mi się dosyć budująca, dosyć 
wzruszająca i.. Bogiem a prawdą, dość zwyczajna. — Mąż spokojny, to dobrze. — 
Żona cnotliwa, drugie dobrze — Uwodziciel nieszczęśliwy, przepraszam wuja, ale 
to także dobrze, i podobno najlepiej.
— Ach, jakiż z ciebie wybredny słuchacz! Powiadasz: zwyczajna. A ja ci mówię: 
najprzód, podobna żona nie jest zwyczajna: spróbuj tylko mo, jej roli między 
mężatkami, a zobaczysz. Powtóre, dla takiego co sam był bohaterem historyi, nie 
jest ona nigdy zwyczajną. Me przeczę, że w opowiadaniu traci niesłychanie na 
mocy kolorytu. Ale bo jakże się też sam opowiadacz zmienił! Jego słowa podobne 
do jego siwizny. A jednak w pamięci to wszystko wydaje się takie niedawne! Sam 
nie mogę uwierzyć, kiedy obliczam lata co mię dzielą od tych wypadków; jeszcze 
się z niemi nie mogłem oswoić. Prawda że też nietknięte nosiłem je w duszy, nie 
zużyłem ich na zdawkową monetę rozmowy między ludźmi. Tyś jest pierwszym na 
świecie człowiekiem, któremu pozwalam zajrzeć w moję ranę. To też cały ból 
wylewa się z niej odrazu, jak krew długo zatamowana. Zadługo! Takie dławione cierpienie w końcu dusi. Zadługo milczałem. Teraz muszę 
wszystko wypowiedzieć. O! gdybym mógł płakać.... to musi być ulga.
— Drogi, kochany wujaszku! — wołał Wiesław, powstając i całując go w ramię z 
całem uniesieniem poczciwej młodości — niech wujaszek płacze, jeśli może. Już ja 
takie łzy wyżej cenię, niż wszystkie uśmiechy, za które świat wuja wielbi.
— Złoty mój chłopcze! Nie bierz tak bardzo do serca słów może przesadzonych, co 
mi się pod naciskiem wspomnień wymknęły. Stare to dzieje, niema się czem 
alterować. Ale wówczas było czem, nie zaprzeczam. — Wyjechałem tedy z kraju 
bardzo chory. Doktorzy na gwałt mię wysyłali, zalecając najprzód surową kuracyą, 
a potem wszelkie możebne rozrywki. Dla spełnienia pierwszej części recepty, 
spędziłem kilka miesięcy u wód nadreńskich, wstając rano, pijąc kubki sumiennie, 
chodząc po lasach, po zwaliskach i z nikim nie szukając znajomości, pomimo że 
różne śliczne miss angielskie swojemi najbłękitniejszemi spojrzeniami litowały 
się nad moją mizernością, i smutkiem. Smutek ten był prawdziwy. Jak niegdyś 
Rachel, nie chciałem być pocieszonym. Jednakże, naprzekór mojej melancholii, 
wody mineralne działały cudownie, młodość wzięła górę, i choć dusza zawsze 
równie cierpiała, ciało zaczęło wracać do sił i praw swoich. Dla dopełnienia 
drugiej części kuracyi puściłem się do Paryża. Tam to po raz pierwszy
poznałem owo życie szalone, które dziś dla mnie jest już chlebem powszednim. 
Zdziwisz się gdy ci powiem, że z początku niebardzo w niem smakowałem. Trzeba w 
takie życie wjeść się, jak w ostrygi. Ale zato dzisiaj przyznaję, że ma ono w 
sobie powaby niczem niezastąpione, i gdy raz wrośnie w organizm, staje się 
niezbędne, jak nikotyna lub alkohol. Pierwsze miesiące pobytu w Paryżu nie 
zostawiły mi żadnego innego wrażenia, oprócz chaosu lampionów, orkiestr, 
jedwabnych szelestów, perłowych a tnących ząbków, fajerwerkowych bons mots i 
nieporównanych delicyj kuchennych, co wszystko wyglądało na śliczne piekło, lub 
na raj Mahometa. Pomimo pozornego oszołomienia, w sercu nosiłem ciągle 
niezagojoną ranę, i nasycając zmysły, byłem głodny duszą. Dopiero przy końcu 
zimy, w poście, nastąpił wypadek, co miał stanowczo wpłynąć na moje życie, choć 
i ten jeszcze nie miał zmienić mojej wewnętrznej istoty. — Jako bywalec 
teatralny i zakulisowy, w dzień pierwszego przedstawienia jakiejś opery, zdaje 
mi się Aubera, zostałem zaproszony na wspaniałą kolacyą, którą dyrektor teatru 
wyprawiał po skończonem przedstawieniu dla trupy włoskiej, dziennikarzy i kilku 
wybrańców z pomiędzy złotej młodzieży, do której miałem już honor być liczonym. 
Możesz sobie wystawić, a raczej szanowny Arystydesie, nie potrafisz sobie 
wystawić, czem jest podobna zabawa w takiej stolicy, jak Paryż. Z początku 
wieczerza grandseigneur, w parę godzin później souper-regence, w ostatnich godzinach 
bachanalia. Obok kilku Francuzek, które dowcipem swoim dosypywały siarki do 
rotowego ognia powszechnej rozmowy, dziwnie wyglądało i najwięcej naszę uwagę 
zwracało grono śpiewaczek włoskich. Wielki ich spokój i wielkie oczy więcej nas 
zaciekawiały, niż dobrze nam już znana ruchliwość i ciętość Paryżansk. Z 
pomiędzy Włoszek znowu dwie się odznaczały. Najprzód, naturalnie, primadonna, o 
ile ją pamiętam, gruba, oliwkowa, z oczami diabelskiemi i głosem anielskim. Tę 
hołdami otaczali znawcy, wychudli profesorowie i podłysiali melomani. My jednak, 
młodzi, studyowaliśmy inną śpiewaczkę, wprawdzie drugorzędną, nieledwie 
trzeciorzędną, bo już to głos miała arcy-mierny, ale zato obdarzoną najwyższym 
blaskiem piękności. Natura nieczęsto wysila się na podobne zjawiska. Możesz o 
tem sądzić troszkę z owej miniatury, którą podpatrzyłeś, chociaż miniatura jest 
ledwo słabym cieniem tej, którą miała przedstawiać. Nazywano ją La Romana. 
Rzeczywiście była Rzymianką. Prawdziwego jej nazwiska nikt w Paryżu nie 
wiedział. Mówiono że pochodzi ze znakomitej familii, że jest bogata, ale pędzona 
bodźcem niezwalczonego powołania, uciekła z pod rodzicielskich skrzydeł i 
wstępując na scenę, przybrała nową nazwę. Trzeba powiedzieć na jej 
usprawiedliwienie, czego się później dowiedziałem, że uciekła nie od matki, ale
od macochy, że ojciec jej był-to człowiek straszny i młodość miała tak 
nieszczęśliwą, jak rzadko; tylko w miłości sztuki znalazła pociechę. Powodzenie, 
którego nie mogła zdobyć podrzędnym talentem, zdobyła swoją, nieporównaną 
postacią, i szczerość każe wyznać, ze wstydem dla prawdziwej muzyki, ie nieraz 
więcej zbierała sonetów i bukietów, niż anielsko-głosa ale kulista primadonna. — 
Kilkakrotnie już ją słyszałem i podziwiałem z piękności na scenie, tego jednak 
dopiero wieczora, w towarzyskiem zebraniu, mogłem jej się bliżej i uważniej 
przyjrzeć. Co najwięcej podniecało nasze zajęcie się tą istotą niezwykłą, to że 
uchodziła za niezdobytą warownię. Majętna, niepotrzebująca nikogo, prowadziła 
życie samotne i ponure. Na czułe oświadczenia odpowiadała obelgami. Takie 
obejście, zwłaszcza u aktorki, jeszcze więcej przynęcało śmiałków. Ale nikt, jak 
mówiono, dotąd nie znalazł u niej łaski. Niejeden lord-milioner, niejedno 
książątko niemieckie dostało już tam odkosza. A odkosze jej słynęły, jako 
nienajmilsze.. Miała sługę, barczystego i zezowatego Włocha, który natrętów 
podobno ze schodów bez ceremonii zrzucał. I to wszystko działo się nie dla 
żadnej miłości cnoty albo pobożności. Romana głośno mówiła że jeżeli nikomu 
serca nie oddaje, to jedynie dlatego, iż dotąd nie spotkała mężczyzny, któryby 
wart był jednego spojrzenia. Wszyscy też szaleli za ową, jak ją zwano: "La femme 
sauvage." Istotnie wyglądała jak dzika kobieta; zdawało się że tylko co wyszła z lasu, że ją wilczyca rzymska wykarmiła. A przy tem 
wszystkiem imperatorski przepych w postawie i stroju. Przyglądałem jej się 
pilnie tego wieczora i znalazłem ją ieszcze dzikszą, niż wieść malowała. Gdy 
inne Włoszki powoli rozruszały się i rozochociły, gdy tygrysie zęby zaczęły 
pokazywać w szczerym śmiechu, ona jedna siedziała nieruchoma, z ustami 
wzgardliwie zaciętemi, ze spojrzeniem czarnem, zwróconem ciągle w jednę stronę, 
w tę właśnie gdzie ja siedziałem. Bo też we dwoje stanowiliśmy parę wyjątkowo 
cichą, prawie skamieniałą, między tem zebraniem ruchliwem jak żywe srebro. 
Nieuleczony jeszcze z mojej tęsknoty za Ireną, wszędzie się z nią nosiłem, jakby 
z łachmanem czarnej krepy, i nawet wśród przymuszonych szaleństw zachowywałem 
fizyognomią widma, dzięki której Paryżanki przezwały mię: "Le beau tenebreux." 
Przepraszam za przytoczenie przymiotnika, ale skromność musi ustąpić przed 
wiernością opowiadania. Otóż, jak mówiłem, nawet w największej zabawie, byłem 
podobny do tanesrza, co skacze z trupią głową pod pachą. Być może także, iż moja 
polska natura, przywykła do serdeczności naszych biesiad, nie mogła się jeszcze 
oswoić z biesiadami innych klimatów. Wesołość Francuzów jest jak ich szampan: 
ognista, szumna, tęczowa, ale — frappée ? la glace. — Mnie też ten chłód 
przenikał, siedziałem niewzruszony, myśląc o Irenie, a patrząc na Romanę, gdy ta 
ostatnia nagle wstała, wyprostowana jak trąba powietrzna przesunęła się przez cały salon, 
siadła przy mnie i zapytała: "Czemu jesteś smutny? Czegóż ci brakuje? Masz 
młodość, masz piękność, masz rozum i wymowę. Czy ci brakuje kobiecego serca? 
Jeżeli chcesz być kochanym, będę cię kochała na życie i śmierć, na wieczne 
szczęście i wieczne potępienie. Jeżeli nie chcesz, powiedz mi to od razu, a ja 
odejdę, — nigdy ci się nie przypomnę i nigdy cię nie zapomnę. — Takie słowa, w 
tumulcie bezmyślnej pustoty rzucone Dantejskim głosem, wstrząsnęły mie aż do 
przerażenia. Pierwszy to raz, od czasu jak opuściłem Irenę, dochodził mie głos 
prawdziwego uczucia, tylko tą razą był to głos pełen grozy, jakby wykrzyk 
Franceski z Rimini, wołającej z otchłani ognia. Zdawało mi się przytem, i do 
dziś dnia mam porozumienie, że w jej oczach była dżettatura, bo gdy mię całego 
objęła spojrzeniem, to jakby wąż się w koło mnie obwinął. Uczułem się bezwładny. 
Nie wiem czy najzimniejszy Purytanin, czy ty sam Wiesławie, mógłbyś nie uledz 
podobnej pokusie?
— Nie wiem doprawdy — odpowiedział Wiesław zamyślony, i wspomniał na własne 
wrażenie, gdy wpatrując się w miniaturę, pytał samego siebie, czyby zdołał 
oprzeć się jej skinieniu? — Cóż więc wuj odpowiedział?
— Oh! trudno wszystko spamiętać. Zacząłem naturalnie od wykrzyknika, że któż-by 
nie chciał być kochanym od takiej bogini? Potem przyszły
uniesienia nad jej wdziękami, nad mojem niespodzianem szczęściem; ale ona brwi 
zmarszczyła i powiedziała mi surowo: — Tu nie chodzi o komplimenta. Miałam ich 
dosyć. Nie chcę abyś był do innych podobny. Powiedz mi tylko, czy to ma być 
miłostka, czy miłość? — Przysiągłem więc, ma się rozumieć, że się będziem 
kochali na wieki, na wieczność, zakląłem się na księżyc i gwiazdy, jak się to 
zwyle praktykuje. Jeszcze przecie Grecy osądzili, "że Jowisz wybacza 
krzywoprzysięstwa zakochanych." — Wprawdzie nie byłem zakochanym, ale chciałem 
nim zostać, szczerze chciałem. Irena była dla mnie zupełnie stracona, rozpacz po 
niej wydawała się już i mnie szaleństwem do niczego nie prowadzącem, miałem 
sobie niemal za obowiązek. uczciwości wyleczyć się z tej chorobliwej desperacyi, 
a nie było lepszego lekarstwa, jak nowa choroba serca. Więc gdy się sposobność 
nastręczała, i to bez żadnych z mojej strony zabiegów, jak gdyby z nieba dla 
mnie spadla -przyjąłem ja. z wdzięcznością, choć sam nie wierzyłem w jej 
trwałość. Romans z aktorką wydawał mi się przelotna rozrywką, aże doktorzy 
zalecili rozrywki, chwyciłem się tej wesoło, żałując już zawczasu że to będzie 
meteor zanadto nigdy na rozpędzenie mojej nocy i jeszcze mniej wierząc w stałość 
Romany, niż we własną. Człowiek jednak, mający więcej doświadczenia, byłby 
prędko zrozumiał że tu się zanosi na wielką i tragiczną pasya. Kilka dni ledwie 
upłynęło, a już La Romana zmieniła się do niepoznania. Była to metamorfoza prawdziwie bajeczna; 
nigdybym nie uwierzył w możebność takiej przemiany, gdyby się nie odbywała w 
moich oczach i pod mojem niejako bezwiednym zaklęciem. Owa drapieżna, ponura 
istota nagle stała się łagodną, uległą aż do ślepego posłuszeństwa, świetną z 
dowcipu aż do atycyzmu. I co najdziwniejsze: tylko pod moją ręką szła 
obłaskawiona, dla wszystkich innych pozostała ową dziką kobietą. Tem 
wspanialszym, tem bardziej zjawiskowym wydał się mój tryumf; nawet w Paryżu, 
gdzie wypadki tak szybko chłoną się i zacierają wzajemnie, narobił on na długo 
hałasu. Nous faisions sensation. Romana nie kryła się wcale ze swoim dla mnie, 
rzec mogę fanatyzmem. Jako prawdziwa Włoszka, nie widziała występku w miłości, 
ale tylko w niewierności, i swoję nową postać przybierała najnaturalniej w 
świecie, nie wstydząc się jej, ale też i nie paradując nią przed ludźmi. Ja 
przeciwnie; nie mogłem dosyć nachwalić się moją zdobyczą; gdzie mogłem, 
pokazywałem się z nią razem, po lasku bulońskim codzień ją obwoziłem, rozparty 
jak tryumfator na rydwanie, ścigany zjadliwemi spojrzeniami zdeptanych 
współzawodników i głupowatem zachwyceniem przystawających episierów. Nieraz 
dostrzegałem, że jej przykro być jak pokazywaną jak żyrafa, lub inny dziw 
menażeryjny; ona rozumiała szczęście dla szczęścia, a nie dla ludzkiego 
poklasku, ale nie śmiała sprzeciwiać mi się w niczem i zmuszała się do uśmiechu, czując że takie widowisko dogadza i pochlebia mojej dumie. 
O! bo też ta duma potrzebowała odwetu. Moja miłość własna, długo upokorzona rolą 
patita odpychanego, teraz niemogła się nasycić szumnemi owacyami zwycięzcy, a 
nadewszystko słuszną radością człowieka prawdziwie kochanego, i to nie dla 
żadnej władzy ani majątku, ale tylko i wyłącznie dla swojej osoby. O! bo też 
byłem kochany bez miary, nad miarę i nad moję wartość. Przywykły do amazońskiej 
ambicyi naszych Polek, którym wiecznie trzeba nadskakiwać, albo do wyrachowanej 
zalotności Francuzek, z któremi wiecznie trzeba mieć się na baczeniu, nie mogłem 
zrazu przywyknąć do tej czołobitności, która przemieniała Romanę w 
najpokorniejszą i najczarowniejszą odaliskę. Że jednak nietrudno zasmakować w 
łakociach, i ja niedługo oswoiłem się z moją. rolą sułtana, i jak wszystkie 
Mahomety i Amuraty, zacząłem jej nietylko używać, ale nadużywać. Ach! bo też to 
trudno utrzymać równowagę, kiedy się w jednem ręku dźwiga same gwiazdy, a w 
drugiem same pioruny, kiedy się wie że jednym rzutem oka można zabijać albo 
wskrzeszać. Romana dała mi wszystkie prawa, wszystkie nad sobą władze i chciała 
mi dać wszystkie szczęścia. To było pracą jej dni w przemyśliwaniu spędzanych, 
rojeniem jej gorączkowych nocy. Odnajdywała dla mnie wszelkie tajemnice miłości, 
z jakich słynęły Aspazye greckie. Umiała być naprzemian kotką,
lwicą, gołąbką lub szakalem, wedle życzenia jakie z moich oczu wyczytała. Było w 
niej dziesięć kobiet różnych, cały harem ciągle czuwający, z którego jaką 
chciałem mogłem wywołać postać. I to wszystko zawsze działo się z pogodą, z 
Arystofanesowym komizmem. Raz tylko, pamiętam, śmiertelnie się rozgniewała, 
kiedy chciałem koniecznie uczynić dla niej znaczny, majątkowy zapis; zrobiła mi 
transtewerańską scenę, a że dnia tego byłem w dobrym humorze, gniew jej szczerze 
mi się podobał. — Pierwsze miesiące przeżyłem w odurzeniu, w którem zdawało mi 
się że byłem szczęśliwy. Jednak tylko zdawało się, i to może jedynie dzięki 
złudzeniu, do którego czasem umiałem doprowadzić moje wiecznie tęskniące serce. 
W chwilach najzawrotniejszych pieszczot, jeżeli potrafiłem sobie wyobrazić że w 
objęcia garnę nie Romanę, ale Irenę, byłem szczęśliwy i ona była szczęśliwa! Me 
wiedziała biedaczka, że wtedy właśnie, kiedy zdawałem sieją najwięcej kochać, 
byłem jej najniewierniejszy pamięcią i myślą. Ale zato gdy minęła chwila 
sztucznego omylenia, gdy tylko muśnięcie czarnych jej warkoczów przypomniało mi, 
że to nie są promienne pukle Ireny, ogarniał mię rodzaj wstrętu wobec tej nocy 
która chciała mi zastąpić słońce; stawałem się gorzki i szyderczy, a Romana nie 
mogła mię zrozumieć i ja nie mogłem samego siebie zrozumieć. Przecież to było aż 
nadto jasne: poprostu jej nie kochałem! A jeśli troszkę kochałem, to tylko tą 
czysto ziemską, najniższa, cząstką, miłości, która bez współudziału duszy nic może 
zapełnić istnienia i niestety prędko się przesyca. Po kilku miesiącach byłem 
przejedzony temi słodyczami aż do mdłości, zmordowany tym huraganem kochania aż 
do ospałości. Dziesięć razy na dzień, gdy mi się pytała: — Wszak tyś szczęśliwy? 
nieprawdaż? — odpowiadałem: — Prawda. — Ale ukradkiem oglądałem się po świecie 
za jakim samotnym kącikiem, gdziebym raz mógł odpocząć, zapomnieć o tej co mnie 
ścigała, a myślić o niedoścignionej. Przez jakąś wstydliwość serca, a zresztą i 
przez poszanowanie dla własnej dumy, nigdy przed Romana nie wspominałem o 
Irenie. Kiedy mię po całych godzinach brała na inkwizycyą co do mojej 
przeszłości, napomknąłem czasem, że przez te przeszłość przesunęło się wielkie 
uczucie, ale — dodawałem — już umarłe jest i pogrzebione. I nie było to w mojem 
przekonaniu kłamstwem: chciałem w siebie wmówić że jest pogrzebione. Romana 
wierzyła mi z niepojętą łatwością, wszystko przyjmowała za dobrą monetę, a ja 
tylko dziwiłem się w duszy, jak mogła jeszcze mię znosić?
— No, już wuj wybaczy — przerwał Wiesław — ale chyba kochany wujaszek nie musiał 
być taki bardzo nieznośny, kiedy wzbudzał tyle przywiązania.
— Ha! być i to może — odparł wuj z uśmieszkiem udanej skromności. — Zresztą, 
niepróżno to jeszcze starożytni przedstawiali Kupidyna
z przepaską na oczach: miłość jest rzeczywiście ślepa i zwykle tylko to widzi, 
co pragnie zobaczyć. Romana byłaby przysięgła że ją kochani nad wszystko, nawet 
moje kaprysy brała za dowody rozkochania; prawda że sama była im winna; 
rozpieściła mię i zepsuła, aż rozgrymaszony jak dziecko, sam już nie wiedziałem 
czego żądam. Byłbym chciał naprzykład widzieć ją razem i sama sobą, i 
podobniusieńką do Ireny, jakby można ogień z wodą złączyć, jakby jedna półkula 
duszy, nie zasłaniała zawsze drugiej. Dziś dobrze rozumiem że człowiek, co nie 
umie w życiu zadowolić się jednym rodzajem korzyści, bankrutuje prędko na 
wszystkich; ale wówczas chciało mi się niepodobieństw, i nie mogłem darować 
Romanie, że ich jakimś cudem nie urzeczywistnia. Już też i moja miłość własna 
mniej znajdowała pokarmu. Paryż przyzwyczaił się do mego zwycięztwa, po kilku 
miesiącach traktował nas z pół-szacunkiem, jakby pół-małżeństwo. Obejrzałem się 
po mojem przeznaczeniu i spostrzegłem, zdziwiony, a nawet przestraszony, że sam 
nie wiedząc kiedy, włożyłem na siebie pęta, niby lekkie, a trudne do 
rozwikłania, bo nigdzie widocznym węzłem nie spojone. Jest-to rzecz dziwna i na 
tryumf moralistów urządzona w świecie, że fałszywe obowiązki przynoszą 
najczęściej wszystkie ciężary prawdziwych, a nie przynoszą ani ich ulg, ani 
zaszczytów. Wprawdzie, mówiłem sobie nieraz: Ba! przecież jak zechcę, to i 
zerwę. Ale łatwo się mówi, a nie łatwo się zrywa, zwłaszcza kiedy druga strona ciągle ustępuje i 
nietylko me daje powodów do zerwania, ale naraża się na ciężkie sparzenia, byle 
zagasić najmniejszy iskierkę niezgody. Każda inna byłaby się sto razy 
zniechęciła rolą twardego pedagoga, jaką, względem niej przybierałem. I tak, 
raziło mię niewymownie jej obchodzenie się ze służbą. Jeżeli, oprócz mnie 
jednego na świecie, wszyscy, nawet w salonie, doświadczali jej gwałtowności, 
można sobie wystawić, co się naprzykład działo przy gotowalni. Miewała napady, 
pasyi, w których jej się trafiało uderzyć służącą; prawda że ją nazajutrz 
obsypywała darami i przepraszała ze zbytnią znów, podług mnie, poufałością. Ha! 
była w swoim domu. Szczerze mówiąc, nie miałem prawa mieszać się do jej 
gospodarstwa, jednak pozwoliłem sobie uczynić jej kilka uwag. Przycięła usta i 
zaczerwieniła się, jak osoba co wielki gniew przemaga, ale nic nie odparła, 
owszem, wysłuchawszy, podziękowała mi poważnie, i, co powiesz? od tego dnia 
zmieniła się zupełnie; już nigdy, ale to nigdy, służbie nie uczyniła krzywdy. 
Wszystko szło spokojnie i łaskawie. Nieraz widziałem ile ją kosztowało hamowanie 
dawnych przywyknień, jednak już nietylko przy mnie, ale i w mojej nieobecności 
pilnowała się mojego słowa, jak zakonnik reguły. Domownicy nie mogli wyjść z 
podziwienia. Więcej ci powiem: jest pole na którem kobieta bywa zwykle 
nieprzezwyciężona w oporze i uporze, to ubiór. Prędzej ci ustąpi hypoteki z połowy swego majątku, 
prędzej ci nawet poświęci rywala, niż wyrzeknie się sukni, albo kapelusza, w 
których sądzi ie jej do twarzy. Otóż byłem ciekawy, czy moja władza nad Romana 
sięga aż do tej jedwabnej granicy. Zacząłem przyganiać jej strojom, choć 
zaprawdę nie było czemu, bo ubierała się po królewsku. Znalazłem i tu uległość 
bez przykładu. Gdyby się była domyślała że to igraszka bez celu, byłbym 
niezawodnie bunt napotkał; ale jak wszystko, tak i te rady brała za szczere, za 
życzliwe, i choć nieraz były dzikie, prawdziwie niedorzeczne, stosowała się do 
nich z uśmiechem. Suknia raz przezemnie potępiona, choćby najładniejsza i 
najkosztowniejsza, już nigdy z szafy nie wyjrzała. Kazałem jej nosić kolory 
zupełnie do jej włosów i cery niestosowne, na przykład blado-niebieski albo 
mauve; wiedziała że jej w nich brzydko, jednakże nosiła, a ja muszę przyznać, 
nigdy jej nie znajdowałem powabniejszą, jak kiedy się szpeciła z mojej woli. I 
tak bez końca! W braku prawdziwego przywiązania, bawiłem się namiętnie, jakby 
grą hazardowną, tem kolejnem braniem jej na próby. Okrutna zabawa, która mi też 
potem przyniosła niemało udręczeń i kłopotów. I tak, dnia jednego, wybuchnąłem 
straszną filipiką na jej powołanie teatralne. Ktoby mię wtedy słyszał, mógłby 
sądzić że waryuję z zazdrości. Dowodziłem że jej nie posiadam zupełnie, póki 
cała publiczność może, i to
za nędzną opłatę, uwielbiać jej wdzięki i wywoływać ja, ile razy komu się 
spodoba. Nie jestem jej panem jedynym, kiedy każdy może oklaskiem, albo 
gwizdnięciem, wyrokować ojej przyszłości. Nie jestem jej szczęściem jedynem, 
kiedy bukiety i brawa mogą. jeszcze mieć dla niej cenę. Wiedziałem jak jest 
gorąco rozmiłowana w scenie, wiedziałem że to była jej pierwsza namiętność, to 
też ciekawie śledziłem wrażenie, jakie wywoła moja skarga. Słuchała z rodzajem 
przestrachu, w którym z wielkiem podziwieniem dostrzegłem i rodzaj radości. Nie 
dała mi zrazu wyraźnej odpowiedzi, ale nazajutrz przyniosła papier, który w 
moich oczach podarła. Była to umowa na przyszłą zimę, już zawarta z dyrektorem 
opery włoskiej w Paryżu, i którą tego poranku zerwała. Rzuciwszy szczątki 
papieru pod moje nogi, otoczyła mię nieśmiałem objęciem i powiedziała: Pierwsza 
to prawdziwa ofiara, jaką dla ciebie czynię. Wdzięczna ci jestem, że dałeś mi do 
niej sposobność. Ach! gdybym wiedziała, co więcej dla ciebie poświęcić? 
Wiesławie, cobyś ty uczynił w takim razie? Ja wiem że nie znalazłem ani słowa 
odpowiedzi, ale oparłem głowę na jej piersiach i rozpłakałem się w cichości, ze 
wstydu za samego siebie, z uwielbienia dla niej. Tyle uległości, tyle abnegacyi 
podbiło mię nakoniec i skruszyło; zacząłem poważniej zapatrywać się na to 
uczucie, a Romana zdawała się coraz szczęśliwsza. O, bo też wiedziała że ma 
straszną nademną
władzę! Chwilami tyran, częściej bywałem niewolnikiem. Miała pewien sposób 
wpatrzenia sio we mnie, który mię, jak spętanego, rzucał pod jej stopy. I ja 
powoli stałem się uległy, wdzięczny, serdeczny ile umiałem, ale z tem wszystkiem 
nie było mi wesoło. Spostrzegłem z przestrachem, że okropny błąd popełniłem, 
odciągając Romanę od sceny. Ta ofiara skuła jeszcze mocniej nasze losy. Teraz, 
kiedy wszystko dla mnie porzuciła, czyliż ja mogłem ją. porzucać? Wziąłem na 
barki rodzaj odpowiedzialności za jej przyszłość. Widziałem z jej spojrzeń, z 
jej słów przerywanych, że tylko czeka, abym sakramentem uświęcił nasz związek. 
Dziś jestem przekonany iż byłaby z niej wzorowa żona, ale wówczas wzdrygałem się 
na samo przypuszczenie takiego mezaliansu.
Jakto? Natoż w kraju odepchnąłem tyle świetnych partyj, aby z zagranicy wrócić 
ożeniony z exśpiewaczką. Wprawdzie pochodziła z dostojnej familii, ale ta 
familia jej się wypierała, cóż więc po takiej koligacyi? Żeby to jeszcze był 
jakiś geniusz muzykalny, jakaś sława europejska? Żeby z mojej strony było 
naprawdę szalone zakochanie? Ale nic z tego. Miała piękność i czule serce, to 
jeszcze niedosyć. To też ja, który zawsze marzyłem o szczęściu domowem, o życiu 
patryarchalnem, wobec Romany nigdy się r ie wydawałem z temi marzeniami; owszem, 
ciągle stroiłem drwinki z niewoli małżeńskiej, a ona ani przeczyła, ani 
potakiwała moim żartom, ale słuchała z pełną
smutku cierpliwością.. Oboje nie mieliśmy już teraz wyraźnego celu, ani 
zatrudnienia. Po zerwaniu kontraktu w Paryżu, Romana znienawidziła to miasto, 
którego też, jako prawdziwa Rzymianka, nigdy nie mogła lubić; mnie także 
zmęczyło sztuczne życie tamtejsze. Wybraliśmy się więc w lecie na wycieczkę po 
brzegach Renu i przez kilka tygodni zmiana, poezya natury, samotność ruin, 
wpłynęły ożywczo na omdlewający nasz romans. Wydawało mi się że moja przyszłość 
już zupełnie uśpiona i że od przyszłości nie powinienem wymagać nic więcej, nad 
to co zdobyłem. Aż dnia jednego u jakichś wód, zdaje mi się że w Wiesbaden, 
przeglądając w kursalu stosy gazet, trafiłem na Kuryera warszawskiego, gdzie mi 
wpadł w oczy artykuł, zaczynający się od słów takich... pamiętam je doskonale, 
stoją mi do dziś dnia przed oczami, jakby fosforem wypisane. Otóż ów artykuł tak 
się mniej więcej zaczynał: "Przed kilku tygodniami odprowadziliśmy na cmentarz 
powązkowski zwłoki ś. p. Ludwika Zapolskiego, zgasłego przedwcześnie na chorobę 
sercową. Zgon ten niespodziany przejął głębokim żalem liczne grono jego 
przyjaciół i zwolenników, dla których zamieszczamy dzisiaj kilka szczegółów o 
życiu i zasługach nieboszczyka, który w zbyt krótkim zawodzie dowiódł..." i t.d. 
i t.d., poczem następował mały życiorys. Tego już, ma się rozumieć, tak bardzo 
nie Studyowałem.
— Ach Boże! — przerwał Wiesław — po takiej
wiadomości wyobrażam sobie, jakie wuj musiał z tą biedaczką przebywać tragedye.
— Otóż nie, jeszcze wtedy nie było tragedyi. Po przeczytaniu owego Kuryera, 
myślałem że mię paraliż ruszy. Czyniłem sobie najkrwawsze wyrzuty, czemu nie 
umiałem utrzymać się wolnym przez ten rok zawieszenia? Ale któż mógł 
przewidzieć? Ten człowiek, któremu nie przyznawałem serca, umiera na serce, 
nagle, piorunująco, i zostawia mi wrota otwarte do szczęścia, a to szczęście 
zastaje mię wplątanego w stosunek trudny do przecięcia. O! bo przewidywałem że 
nici tych więzów, choć zerwane, długo będą się za mną wlokły. — Jednak 
niespodziane zabłyśnięcie nadziei nadaje ogromną energią. Uczułem się zdolny do 
najzawziętszej walki, do najmisterniejszej komedyi, byle się otrząsnąć z 
niewoli. Me poszedłem zaraz do domu, ale przez kilka godzin obiegałem wszystkie 
spacery, układając mój plan strategiczny, a gdy wróciłem do hotelu, to z miną 
jaknajsmutniejszą, "W tej chwili, mówiłem, odbieram telegram, w którym krewni mi 
donoszą, że matka moja nagle zachorowała, i dziś jeszcze musze do niej jechać. " 
Romana mi najzupełniej uwierzyła, spłakała się nad mniemaną chorobą tej, którą 
jeszcze w dzieciństwie utraciłem i którą ledwie jak przez mgłę pamiętam. 
Doprawdy, kiedy mnie. pocieszała z głębokiem współubolewaniem, kiedy sama rzeczy 
moje pakowała z pośpiechem, nie śmiałem oczu na nią podnieść. Odprodziła mnie aż na banhof. Tam, wyznam, bardzo mi się przykro zrobiło; sądziłem że 
już ją, ostatni raz widzę; to też pożegnanie nasze było nadzwyczaj czułe, 
obiecaliśmy sobie pisywać codziennie listy, chociaż ja już wtedy w duszy 
postanowiłem, że moje będą coraz rzadsze, aż wkońcu zupełnie ustaną. Znalazłszy 
się w wagonie, odetchnąłem, jak człowiek co uciekł z więzienia, i budowałem 
rajskie plany. Wprawdzie ten Eden był zatruty poczuciem, że zostawiam za sobą 
istotę, która we mnie utopiła całe swoje szczęście i której kiedyś będzie trzeba 
najcięższy cios zadać. Jednak nadzieja spotkania się z osobą prawdziwie, jodynie 
ukochaną, zaciera wszystkie inne wrażenia, i ja leciałem jak szalony, pewien że 
sam widok Ireny będzie wodą letejską na całą tę niezdrową przeszłość. Stało 
jednak w moim losie napisane, że się nieprędko z nią zobaczę. Kiedy 
przyjechałem, Ireny nie było już w Warszawie. Wyjechała przed dziesięciu dniami 
do krewnych męża, dla urządzenia interesów familijnych, bardzo, jak mówiono, 
powikłanych. Że rodzina Zapolskich w tamtych stronach liczna, nikt nie mógł 
objaśnić napewno, do kogo z nich pojechała i jak się nazywają, dobra w których 
bawi. Co gorzej, przyniesiono mi kilka razy fałszywe wskazówki, i listy moje, 
wysyłane do różnych Balabanówek i Czarnogródków, ginęły niepowrotnie, albo 
wracały do mnie retro. Zato z listów Romany żaden nie zaginął, i okropnie mię 
męczyła korespondencya,
w której musiałem udawać rosnący niepokój o moję chorą i rosnąca tęsknotę do 
mojej ex-ulubionej, której rysów już sobie prawie przypomnieć nie mogłem, tak to 
łatwo się zaciera wszelkie wmówione uczucie. Dopiero po dwóch albo trzech 
miesiącach szturmowania do owej prawdziwie dalekiej Ukrainy, trafiłem nakoniec 
na właści. wy adres i list mój doszedł do Ireny. Był on, się rozumieć, dosyć 
ceremonialny, jako lettre de condoléances. Jednak tyle weń włożyłem serca, że 
spodziewałem się w jej odpowiedzi odnaleźć choć jeden promyczek przeszłości. 
Tymczasem list od niej przyszedł chłodny i zwięzły, jakby od osoby, co mnie 
ledwo pamięta. Strwożyłem się niewymownie, czy nie zobojętniałem tak dla niej, 
jak Romana dla mnie. Zacząłem wysyłać list po liście, coraz czulsze, coraz 
pokorniejsze. W jej odpowiedziach przebijało się niejakie zdziwienie nad moją 
natarczywością, wyrazy były zawsze odmierzone według przepisów czystosalonowych, zarówno grzeczne, jak oziębłe. A żebyż choć i takie częściej się 
zjawiały. Ale to na pięć lub sześć moich listów, ledwie jeden od niej 
przychodził. — Całe dnie siedziałem w domu, ażeby nie ominąć odwiedzin 
bryftregiera, który stał się teraz dla mnie półbożkiem. W innych dniach krążyłem 
ciągle wkoło poczty, aby choć kilka minut wcześniej odebrać wiadomość. 
Najczęściej oddawano mi list nie od niej, ale od tamtej. Teraz wyobrażam sobie, 
że i tamta musiała z równąż gorączka
oczekiwać pisma odemnie, i to przypuszczenie jest mi niezmiernie bolesne. Kiedy 
rozwodziłem skargi przed panią Ireną, na krótkość i oschłość jej listów, 
tłumaczyła mi się nawałem interesów i zmartwień. Pisała że ma wiele przykrości 
od familii męża, który zaskoczony niespodzianą śmiercią, nie mógł zostawić 
testamentu, a teraz niedobrzy krewni różnemi matactwami przeczą jej praw 
majątkowych, których dla przyszłości dziecka musi bronić. To wszystko miało 
nawet podkopać jej zdrowie. Przerażony myślą że Irena aż choruje ze zgryzot i 
żyje wśród spisku nieżyczliwych, napisałem gorąca prośbę, czyby w imię dawnej 
przyjaźni, nie pozwoliła mi przyjechać na Ukrainę i pomagać jej w prowadzeniu 
interesów? Na ten raz odpowiedź przyszła prędko i brzmiała stanowczo, zaklinając 
mię, abym się nie ważył przyjeżdżać, gdyż, jak mówiła, taka odsiecz mogłaby 
zaszkodzić jej sławie i ostatecznie poróżnić ją z rodziną, która i tak już 
złośliwem okiem na nią patrzy. — Przyznam się że to wszystko zniechęcało mnie i 
doprowadzało do apatyi. Nie wiedziałem, jak to mówią, co ze swoją figurą zrobić. 
Tamta się niecierpliwiła, ta nadużywała mojej cierpliwości. Czułem że między 
mną., a Ireną leży jakaś zapora, ale czyż podobna ją usunąć, dopóki nie wiem 
jaka? tłumaczyć się, kiedy nie wiem z czego? Ach, zdawało mi się, że gdybym 
Irenę przez jeden dzień widział, zrozumiałbym ją i dał się zrozumieć odrazu! Ale 
tak, na zimnym papierze,
nie mogłem się niczego dobadać. — W ten sposób zeszła mi cała zima. Rozdarty 
między dwie korespondencye, nigdzie prawie nie bywając, zdziczałem tak mocno, 
żem cały dzień siedział przy kominie w szlafroku, pił herbatę i czytał Heinego.
— Biedny wujaszek! — odezwał się Wiesław. — Strasznie to już niezdrowy stan 
duszy, kiedy tylko heinowski pieprz smakuje.
— Dużoby o tem mówić, mój Wiesławie. Ręczę że nie czytałeś wszystkich dzieł 
Heinego, bo nie mówiłbyś o nim tak lekceważąco. Człowiek, co umiał przedstawić 
całą jednę stronę swego wieku, chociażby ujemną, jest w każdym razie potęgą.
— No, już na dziś daruję wujaszkowi nawet i Heinego, byle wujaszek nie tracił 
weny, bo przyznaję że ta historya ogromnie mię zaciekawia; pod skromnemi 
pozorami codziennych wypadków, odsłania cały psychiczny dramat.
— Oho! czekaj. Będzie tu coraz więcej dramatu, aż skończy się.... komedyą. Na 
wiosnę tedy, napisałem do pani Ireny, oświadczając, że już nie będę jej się 
narzucał ani z moją osobą, ani z częstemi listami, ale chcę czekać jej rozkazów 
i w tym celu zapytuję, gdzie i kiedy mogę mieć nadzieję się z nią spotkać? 
Odpowiedziała mi, na ten raz uprzejmie i nawet wesoło, że za parę miesięcy 
wybrnie, jak się zdaje, z interesów, że doktorzy ją w lecie do wód mają wysłać, 
ale nie wie
jeszcze do jakich, a zimę każą jej spędzić we Włoszech, że mi zatem na 
październik albo listopad daje rendez-vous w Rzymie. Ta nazwa Rzymu była 
podkreślona, co mię już wówczas nieco zastanowiło; nie domyśliłem się jednak, 
jak wielkie znaczenie miała ta kreseczka. W parę dni później odbieram inny list, 
od Romany. Ten mię nawskróś przejął postrachem, był datowany z Wrocławia. Zdaje 
się że coraz większy chłód i niedbałość moich listów zaczęły jej otwierać oczy. 
Pisała z goryczą., że nie może dłużej znosić takiej niepewności, i że jeśli 
stanowczo nie oznaczę epoki mego powrotu, przyjedzie bez wahania się do 
Warszawy, co istotnie mogła z każdą, chwilą" i to w kilkanaście godzin, 
uskutecznić. Czułem że spalę się ze wstydu, jeżeli za swoim przyjazdem odkryje 
wszystkie kłamstwa, jakiemi ją, od pół roku karmiłem, i ta myśl dodała mi 
skrzydeł. Nazajutrz puściłem się do Wrocławia, pędzony nietylko chęcią 
uprzedzenia Romany, ale troszkę i na złość Irenie. Bo i jakże? Ona mogła całe 
łata mię nie widzieć, na całe miesiące odkładać nasze spotkanie, może wcale już 
i nie myślała o mnie, a ja dla tej mrzonki miałem poświęcać jedyne serce na 
które mogłem rachować, istotę co nikogo prócz mnie na świecie nie kochała? 
Przyjazd do Wrocławia był dla mnie chwilą zwycięzką, nieledwie szczęśliwą, ale i 
pełną skrytego rozdarcia; moja Rzymianka umiała radość powitania spotęgować do 
stopnia który mię aż zasmucił, bo pomimo wszystkiego, w głębi duszy postanowiłem nieodwołalnie szukać już teras na 
seryo zaczepki, aby zawsze w odwodzie mieć możebność zerwania. A najprzód 
widziałem, że trzeba koniecznie znów Romanę wprowadzić na te deski teatralne, z 
których sam ją ściągnąłem. Z początku rzecz zdawała się nie do wykonania. 
Zaprzeczyć tak gwałtownie, tak oczywiście wszystkim swoim niedawnym, dowodzeniom 
i postępkom, to wygląda poprostu na waryactwo. Ale powiedziałem sobie: — Od 
czegóż rozum? Co się mogło zrobić, może się i odrobić. — I odrobiłem.
— A to wuj dokazał sztuki. Ale jakimże sposobem? Ja doprawdy nie rozumiem, jak 
to się podobne plany wykonywają,
— Nic prostszego. Okazałem jedynie to, co było prawdą: gorzkie wyrzuty sumienia 
za krok nierozważny, którym zwichnąłem całe jej przeznaczenie. Tylko podniosłem 
te wyrzuty do takiej desperackiej przesady, do takiej maniackiej uporczywości, 
że Romana nie mogła niczem na świecie uspokoić mnie, ani pocieszyć, dopóki się 
nie zobowiązała powrócić na scenę i dawniejszy mój postępek uważać za niebyły. 
Prawda że z początku słuchała mię z niedowierzaniem, z widoczną obawą, czy pod 
temi namowami nie ukrywa się jaka próba. Ale kiedy niezmordowane powtarzanie 
jednych i tychże samych błagań przekonało ją o mojej szczerości, zmiękła nagle w 
oporze i rozjaśniła się, jak jeszcze nigdy. O! bo namiętnie
kochała muzykę, łaknęła artyzmu i wszystkich jego wzruszeń, teatr był jej 
prawdziwem powołaniem Wtedy dopiero zrozumiałem, jak wielką uczyniła ofiarę, gdy 
zrzekła się go dla mnie bez wahania i bez szemrania. Teraz, kiedy zobaczyła że 
dogadzając moim życzeniom, może spełnić i najgorętsze swoje, wpadła w radość 
prawie dziecinną Oboje zajęliśmy się conajprędzej jej powrotem na jaką scenę. O 
paryzkiej ani było myśleć; gwałtowne zerwanie przeszłorocznej umowy zgubiło 
Romanę w oczach tamtejszych impresariów. Chciała już zostać w Niemczech, ale ja 
miałem plan inny. Wiedząc że na jesień muszę być w Rzymie, podsunąłem wybór 
którego z miast włoskich. Sam Rzym jednak odradzałem stanowczo, pod pozorem że 
nie wypada Romanie tam występować, gdzie mieszka niechętna jej rodzina. Prócz 
tego jednego, wszystkie inne miasta byty mi dobremi; chciałem tylko dostać się 
za Alpy. Raz tam zamieszkawszy, łatwoby mi już było wymknąć się do Rzymu, na 
chwilową niby wycieczkę, a Romana, przykuta swojem zobowiązaniem teatralnem, 
niezarazby mogła mię dogonić. Nadzieja powrotu do ziemi rodzinnej niezmiernie 
uśmiechnęła się mojej Włoszce; nie mogła mi się nadziękować za ten pomysł, co ja 
uwalniał od nieznośnych Tedesców, pomysł w którym, jak w każdym kroku moim, 
chciała widzieć nowy dowód miłości. Wszystko ją w tem złudzeniu utrzymywało, 
nawet i gorliwość, z jaką zająłem się naszym
zamiarem. Bo też wtedy, zrzuciwszy pychę z serca, uwijałem się, zupełnie jak ci 
mężowie sławnych aktorek, co powoli zostają, artystycznymi koniakami. Tygodnie 
mi schodziły na zbieraniu wiadomości, na pisaniu komplimentów dyrektorom 
teatralnym i podbijaniu wpływowych melomanów. Nakoniec udało mi się zawrzeć 
układ wyborny z teatrem La Fenice w Wenecyi, a udało się, jak sądzę, głównie 
dzięki fotografii Romany, którą dołączałem do wszystkich korespondencyj. — W 
Wenecyi czekały mię różne niespodzianki. A najprzód przyjęto mię z rodzajem 
czci, do której nie byłem przyzwyczajony, jako pierwszego i wszechwładnego 
ministra nowej divy, co u Włochów nadaje mocną pozycyą społeczną,. Nawet lud na 
placu św. Marka tłoczył się wkoło nas z uśmiechem zachwycenia i poszanowania, bo 
tam piękność i mi łość są, zawsze jeszcze uważane za bóstwa, i tem szczerzej 
wielbione, że Włosi prawic nie znają uczucia próżności: uwielbiać, to dla nich 
prawdziwa rozkosz. To też kobieta piękna i utalentowana, mężczyzna kochany i 
szczęśliwy, idą, tam w ciągłym, olympijskim tryumfie, nie narażeni na tę ogólną, 
poszczekującą, zawiść, która w innych krajach psuje, każde powodzenie; tam, 
jeżeli spotkają, zazdrość pojedynczą, to już walka idzie na życie i śmierć. — 
Nowe, jeszcze mniej spodziewane hołdy czekały nas w gmachu La Fenice. Moja diva 
była wprawdzie zamówiona jako druga śpiewaczka, ale że primadonna jeszcze nie
przyjechała, dyrektor odważył się na tymczasem powierzyć Romanie pierwsze role, 
wiedząc z doświadczenia, że jesienną publiczność można i tak zwanemi les 
doublures zadowolić. — Wystaw-że sobie zdziwienie dyrekcyi, artystów, całej 
Wenecyi i moję, kiedy Romana wystąpiła z potęgą, z werwą, nawet ze skalą głosu, 
jakiej nikt się u niej nie domyślał. Co się z nią stało, nigdy dobrze nie mogłem 
zrozumieć. Słyszałem nieraz, że kilkomiesięczna przerwa w uprawianiu jakiego 
talentu może się bardzo przyczynić do jego rozrostu, jeżeli zwłaszcza w porę 
jest użyta; i łatwo to zrozumieć: przy takim odpoczynku cały zasiew dawniejszej 
pracy prawie bezwiednie dojrzewa. Z Romana może zaszło cóś podobnego. Przyznała 
mi się po niejakim czasie, że przez owę zimę przebytą we Wrocławiu, pozbawiona i 
mego towarzystwa i teatru, porzuciła właściwe sceniczne śpiewanie, a oddala się 
surowym studyom; nie miały one wyraźnego celu, bo nie sądziła aby mogła kiedy 
powrócić na scenę, ale chciała czas zabić, i w tej pozornej zabawce znalazła 
wszystkie skarby, za któremi dawniej napróżno goniła. Głos jej nabył nowych 
tonów, nowych zwrotów i jakiegoś namiętnego tętna, które nieraz czyniło go 
porywającym. A jeśli wiele zyskała jako śpiewaczka, cóż dopiero jako aktorka! 
Powiadam ci, takiej gry, jak u niej wówczas, może nigdy u nikogo nie widziałem. 
Ale bo tu wszystko: życie, prawda, gwałtowność, pieszczotliwość, wszystko
się jakby czarem znalazło, i to posunięte do mistrzowstwa. Może też nie jest 
bajka, co ludzie mówią, że wielka miłość wszystko w człowieku potęguje. Może 
Romana pod wpływem serca tak wzrosła. Przyszłość nawet niejako udowodniła ten 
domysł, bo kiedy wpływ serca się zachwiał, owe dary także się gdzieś rozchwiały. 
Cały. jej zawód muzyczny możnaby tak określić: — tyle zdolności, ile miłości. 
Póty chwały, póki szczęścia. — Sama w owym czasie nieraz mi mówiła, że nagłe 
swoje postępy, tylko mnie zawdzięcza; ale ja nie miałem dosyć miłości własnej, 
aby uwierzyć w tę swoję siłę cudotwórczą, i wszystko wówczas brałem za logiczny 
rozwój prawdziwego talentu. — Dyrekcya teatru czyniła mi codzienne wyrzuty, 
czemu zamówiłem drugorzędna posadę dla pierwszorzędnej śpiewaczki. A gdy, 
dawniej zamówiona, jakby naumyślnie dla nas się spóźniała, zerwano z nią. umowę 
i miejsce jej oddano Romanie. Odtąd, co reprezentacya, to owacya. Wszystkie 
kwiaty, oklaski i wiersze dla niej, a wszystkie powinszowania dla mnie, bo choć 
nikt się z tego jasno nie tłumaczył, wszyscy uważali mnie za kierownika i 
niejako twórcę nowej gwiazdy w sztuce. Takie położenie było dosyć dwuznaczne i 
niebardzo chlubne dla człowieka, co nie lubi być zaprzęgniętym do niczyjego 
wozu; że jednak wielkie powodzenie upaja, i mnie głaskały troszkę po sercu 
fanatyczne egzaltacye Włochów, a miałem też i rzeczywiste powody radości; nie 
mogłem sobie dosyć
nawinszować, żem namówił Romanę do powrotu na scenę, tem bardziej, kiedy nam ten 
powrót tak zwycięzko wypadł. — Teraz już, myślałem sobie, nie zostawię jej 
przecie w zupełnem opuszczeniu; wśród rodaków życzliwych, wśród tłumu 
wielbicieli po królewsku przez teatr płacona, przez koło artystyczne rozrywana, 
może łatwiej zniesie rozstanie się zemną,. Bo o rozstaniu trzeba już było myśleć 
nie na żarty. Wrzesień upływał i wszystko mnie na gwałt z Wenecyi wypychało. Na 
przykład, zapomniałem ci powiedzieć... zaraz prawie po przyjeździe, odebrałem 
list z Paryża, list w którym jeden z kolegów donosił mi, że pani Irena 
przejeżdżała przez Paryż, tydzień zabawiła i u wszystkich moich znajomych bardzo 
a bardzo dopytywała się o mnie, o szczegóły mojego pobytu w Paryżu i o wszystkie 
moje stosunki, poczem autor listu położył kilka kropek, które mi dały wiele do 
myślenia. Z jednej strony ucieszyło mię niezmiernie to zajmowanie się moją, 
osobą, z drugiej przecież nie życzyłem sobie wcale, aby Irenie opowiadano o mnie 
jakieś legendy romantyczne, tem bardziej, że złośliwość gotowa była nadać im 
koloryt za mocny. Postanowiłem więc już co prędzej odczepić się od Romany i 
kolejno próbowałem wszelkich tortur, jakiemi zdawało mi się że zniechęcę moję 
ofiarę. Cóż powiesz? Wytrzymywała wszystko z bohaterstwem, które mnie 
doprowadzało do rozpaczy. Widzę że się wzdrygasz — oburza cię moje okrucieństwo? 
Tak, dzisiaj łatwo
się oburzać, ale wtedy cóż było robić? Chciałem rzeczy rozpleść powoli i 
rozumnie, jak operator brać się do wszystkiego ostrożnie, i może właśnie 
zgrzeszyłem zbytniem oszczędzaniem cudzego serca. Wielu innych, na mojem 
miejscu, byłoby zerwało odrazu, poprostu, nie tłumacząc się i nic sobie nie 
robiąc z boleści biednej komedyantki. Kto wie czy i surowy pan Wiesław nie 
postąpiłby tak lakonicznie? 
— Przepraszam wuja, o mnie mowy być nie może, bo ja najprzód nie byłbym się....
— Już wiem co chcesz powiedzieć. Me byłbym się wplątał w podobną awanturę. O mój 
Wiesławie, możesz się kiedyś bardzo na sobie omylić! Masz teraz lat... 
dwadzieścia pięć? Jeszcze nawet nie? Dwudziesty piąty ledwo zacząłeś, 
nieprawdaż? No, to w twoim wieku i ja miałem sumienie tak lekkie jak twoje, a 
przynajmniej prawie tak lekkie. Ale chciałbym cię widzieć za drugie dwadzieścia 
pięć lat. Wystaw sobie że siedzimy znów razem, (ja bieluteńki jak gołąb, oparty 
na kiju, ty także już dobrze szpakowaty) i opowiadasz mi swoje dzieje, jak ja 
dziś opowiadam moje. Oj ręczę ci, że jeśli będziesz mówił nie dla przechwałek, 
ale bezstronnie i szczerze, znajdzie się niejeden ustęp trudny do wyznania, 
niejedno mea culpa, osłonięte wieczną wrotką: Nie mogłem inaczej.... albo: Już 
było zapóźno. Nawet i dzisiaj, gdybyś tak sumiennie uderzył się w piersi, 
mógłżebyś przysiądz, że nic zraniłeś nigdy żadnego serca? że nie dokuczyłeś istotom które cię kochały, a o których miłość nie dbałeś?
Wiesław się zarumienił — chciał mowne — i zamilknął. — Stanęły mu na myśli 
wszystkie śliczne panienki, wszystkie czarowne mężatki i wdowy, co kolejno 
chciały go podbić, co może wiele nocy dla niego przepłakały, wiele dni w 
tęsknocie przeczekały, a o których cierpienia podobno się nigdy nawet nie 
zatroskał. 
W duszy przyznał wujowi odrobinkę słuszności, ale głośno nie chciał jej 
przyznać, odpowiedział więc z pół-uśmiechem:
— Posądzenie wujaszka bardzo mi powinno
pochlebiać. Zdaje mi się jednak, że niewiele jeszcze miałem pola do sercowych 
okrucieństw, a jeśli komu dokuczyłem, to, doprawdy, chyba niechcący.
— A to już, mój chłopcze, wszystko jedno. Przecież nikt nie dręczy dla samego 
dręczenia, chyba jakiś Neron, albo Kartusz. Jeżeli przyzwoity człowiek wda się w 
dokuczanie, to już pewno musi mieć powody ważne i niejako usprawiedliwiające. Bo 
tylko zastanów się... logika życia jest taka straszliwa, że nieraz każe wielkie 
złe popełniać, ażeby z jeszcze większego wybrnąć. I ja względem Romany miałem 
jaknajlepsze intencye; w tem koniecznem zerwaniu chciałem jej zostawić cały 
tryumf. Bóg widzi że chciałem nie porzucić, ale być porzuconym. Robiłem wszystko 
co mogłem, aby jej się nie podobać, aby wywołać scenę, po którejby mnie wypędziła. Ach, byłbym zniósł wszelkie upokorzenia, byłbym 
się dał zepchnąć ze schodów, i jeszcze błogosławił ją na resztę życia! Cóż 
chcesz? Los, co zwykł się ludziom sprzeciwiać, i tu okazał swoję nieubłaganą, 
przekorę. Im bardziej usiłowałem Romanę zniechęcić, tem uporniej, tem 
gwałtowniej krępowała się do mnie; może bezwiednie czuła, że to już ostatnie 
chwile, i jak tonący, chwytała się każdej deszczułki ratunku. Z początku zdawało 
mi się że wyborną przyczyną kłótni będzie zazdrość, ma się rozumieć udana, bo w 
postępowaniu Romany i mikroskopem nikt nie byłby dojrzał śladu niewierności — 
ale od czasu jej nowych powodzeń, chodził za nią orszak wielbicieli, który mógł 
mi się niebardzo podobać. Było zwłaszcza jedno książątko włoskie, z czarną 
grzywką., z oczami jak komety, cudny chłopiec; wprawdzie, jak niejeden 
arystokrata włoski, nosił na rękach trzydzieści sześć pierścieni, a nie nosił 
rękawiczek, ale miał na którymś kanale pałac marmurowy, a co więcej kieszeń i 
serce złote. Otóż jednego pięknego poranku czy wieczora wybuchnąłem piorunująco, 
a propos czarnego księcia. Ach, mój Wiesławie, strzał mój nietylko nie trafił do 
celu, ale się przeciw mnie obrócił! Nigdy nie pamiętam, aby twarz Romany 
zabłysła większą radością. Więc mogłem być zazdrosny! Raczyłem być zazdrosny! 
Nieoszacowane odkrycie dla kobiety, co już może zaczynała o mnie wątpić. ' Na 
moje krwawe zarzuwyrzuty nic nie odrzekła, tylko z za paska wyjęła swój prześliczny fłorencki 
sztylecik i oddając mi go powiedziała poważnie: "Jeżeli kiedykolwiek, w 
czemkolwiek wyda ci się, żem zgrzeszyła przeciw tobie, chociażby w jednem 
spojrzeniu, pozwalam ci zabić mnie odrazu, bez sądu, bez tłumaczenia się Bogu, 
ani ludziom." — Struchlałem na taki argument. Tłumaczyłem jej że Polak nie 
zabija bezbronnych niewiast, i że w razie nieporozumienia, wolałbym nic nie 
mówiąc odjechać, na co odpowiedziała z wielkiemuniesieniem: "Odjechać byłoby 
stokroć gorzej, niż zabić." — Sztylet musiałem przyjąć, chociaż niechętnie, bo 
według zabobonu taki dar ma przynosić nieszczęście; ale że nic obiecałem go 
użyć, Romana wynalazła sposób jeszcze, jak sadziła, lepszy. — "Jeżeli, — 
szepnęła mi z uśmiechem — książę ci zawadza, znam w Wenecyi takich, co go 
cichutko sprzątną,." — A gdy się oburzyłem i, przedstawiałem jej 
niebezpieczeństwa podobnych przedsięwzięć, odpowiedziała z prawdziwie włoską 
naiwnością: — "Już ja to tak urządzę, że nikt się nigdy nie dowie przez kogo i 
dla kogo zniknął. " — W strachu przed kryminalno-policyjną burzą, cofnąłem się 
coprędzej z mojej roli Otella i owszem, pracowałem usilnie nad uspokojeniem 
Romany. — Szukając nowych sposobów zerwania, wydało mi się arcy-zbawiennym 
środkiem zapaść w głęboką melancholią. Dokazywała cudów serca i dowcipu, ażeby 
mie z niej wyleczyć,
ale nieboraczka nie mogła celu dopiąć, bo chory nie chciał być wyleczonym. Na 
długie i błagalne jej pytania, wydałem się z tajemnicą, że mi tęskno za krajem, 
za rodzinną, mową, za życiem spokojnem i obowiązkowem. Było w tem wszystkiem 
dużo prawdy; obrzydły mi już i Paryże, i Wenecye, i Włochy, i Włoszki, ach, 
nadewszystko Włoszki! Tęskno mi było do rozsądnego charakteru ludzi północnych, 
z któremi już mniej więcej wiemy jak sobie poczynać, podczas gdy ludy południowe 
myślą, czują i działają ciągłemi przeskokami, których nie możną nigdy naprzód 
odgadnąć. Ach, i te skargi przeciw mnie się obróciły! Przez kilka tygodni Komana 
była jakaś zamyślona i często znikająca. Mie wiem czy wynalazła w Wenecyi jakich 
Polaków, od których się poduczyła, ale jednego wieczora (smutnej to pamięci 
wieczór) zasiadła do fortepianu w tryumfującej postawie i zaśpiewała mi jakąś 
piosenkę Moniuszki.
— Jakto, wujaszku, po polsku?.
— Tak, po polsku. Wprawdzie, Boże zmiłuj się, jaka to była polszczyzna, ale 
intencyi nie brakło. O ile mi się nawet wydaje, musiała jeszcze we Wrocławiu 
rozpocząć ten kurs łamanej filologii, bo teraz od biedy mogła sama o potocznych 
rzeczach się rozmówić, a już co drugich, to niestety aż nadto dobrze rozumiała. 
Skończywszy owę piosenkę, oświadczyła mi bardzo pieszczotliwie, że jeśli mi tak 
tęskno do kraju, gotowa wszystko porzucić i zakopać się zemną w Polchoćby w jakim dworku pod śniegiem. Dziwna rzecz jak wszystko w życiu jest 
względne. Te same niespodzianki, te same wyrazy, co od osoby ukochanej mogłyby 
do łez wzruszyć i nazawsze podbić, w jej ustach wydały mi się szczytem natręctwa 
i tyranii. Na wszystkie plany wyjazdu, do kraju odpowiadałem milczeniem. a co do 
muzyki, zauważyłem, że Moniuszkę śpiewa szkaradnie i oświadczyłem jej to w oczy. 
Nie rozgniewała się, ale odeszła, siadła w kącie salonu i cicho płakała. Te łzy 
pełne niemych wyrzutów, ta niemożność przyprowadzenia jej do niecierpliwości, 
rozdrażniły mię ostatecznie. Chwila wydała mi się stanowczą. Wziąłem się na 
odwagę i zlekka wyśmiewając łzy ronione dla tak błahej troski, zapytałem coby 
uczyniła w razach ważniejszych, na przykład... gdybym się z inną ożenił. Nie mam 
jeszcze, mówiłem, żadnego wyraźnego zamiaru, ale przypuśćmy że okoliczności się. 
zmienią, że rodzina mię zmusi? — Pamiętam, jak nagle chustkę od oczów odjęła, a 
w tych oczach mignął połysk drapieżności, której sądziłem że już się nazawsze 
pozbyła. Wstała wyprężona jak struna i powiedziała mi: — Nie jesteś dzieckiem, 
ażeby cię ktokolwiek mógł przymuszać, a jeżeli się ożenisz, zabije albo ciebie, 
albo ją. Nie — dodała, — ciebie nie potrafię, ale zabiję najprzód ją, a potem 
siebie.
— Kategoryczna odpowiedź. I cóż wuj na to?
— Ja? Ma się rozumieć, ruszyłem ramionami
i powiedziałem jej z pogardą, że nie rodziłem się w kraju bandytów, ażeby mi 
ciągle gadano o zabójstwach, że nie myślę kochać zbrodniarki, że zresztą, wolno 
jej samej, jeżeli chce koniecznie, pójść w kajdany — ale że ją proszę, aby 
przynajmniej kogo innego obrała za powiernika tych. pięknych planów, bo mnie się 
takie żarty wcale nie podobają, po czem wszystkiem trzasnąłem drzwiami i 
wyszedłem, pozornie rozgniewany, w głębi duszy jednak tknięty straszną mocą tego 
przywiązania. Nie spotka się codzień takiej miłości, jak to mówią, na śmierć. — 
Ale od tego czasu już się cóś miedzy nami zerwało. Romana wróciła do dawnej 
ponurości. Wpatrywała się we mnie podejrzliwie. Ile razy weszła do pokoju, 
toczyła wzrokiem badawczym, jakby szukając czy jeszcze nie uciekłem. Oj! miałem 
też niezmyśloną chęć ucieczki. Chciałem, jak Henryk Walczyusz, zostawić list 
nadziany obietnicami i cichaczem się wymknąć: ale byłem pilnie strzeżony. — 
Jednak przy tych ukrytych zmartwieniach wszystko szło na oko bardzo zgodnie i 
świetnie. Romana miała takie w teatrze powodzenie, że odważyła się na rolę 
Normy, jednę z najtrudniejszych nietylko pod względem śpiewu, ale i gry, która 
tam wymaga wytrawnej sztuki tragicznej. Przyznam się że z niejaką obawą szedłem 
na pierwszą reprezentacyą. Przecież jeszcze ust nie otworzyła, już słuchacze 
byli podbici, tak cudną się wydała w roli Druidki. Żaden może kostium nie 
przypadał jej
ównie do twarzy, bo też i nie mogło być roli stosowniejszej do jej charakteru. 
Jak wyglądała, możesz mieć niejakie wyobrażenie z owej miniatury, gdzie właśnie 
przedstawiona jest w roli Normy.
— Aha! — zauważył Wiesław — teraz rozumiem i ów-sierp zagadkowy.
— Widzę jeszcze jak na dłoni wszystkie szczegóły tego wieczoru. Tłok był 
ogromny. Siedziałem w pierwszym rzędzie krzeseł, a dyrektor orkiestry mrugał na 
mnie tryumfująco, ile razy sala zatrzęsła się od oklasków. Trafiało się to 
często; cały pierwszy akt poszedł siarczyście jakby trzasnął z bicza. Nawet w 
Casta Diva, tym najtwardszym brylancie włoskiej muzyki, o który tyle głosów się 
rozbija, Romana dorosła, rzec mogę, do ideału Belliniego; nieporównaną brawurą 
porwała wszystkich, nie wyłączając i mnie, co niemało znaczy, bo ja pewno byłem 
najsurowszym z jej sędziów. — Po skończonym akcie, rozmawiam sobie najspokojniej 
z sąsiadem, a czuję że mie cóś ciągnie, aby się obejrzeć. Wstaję, rozglądam się 
po sali, i nagle, jakby mię kto dźgnął prosto w serce, spostrzegam... Irenę! 
Siedziała cała w bieli i perłach, przecudna jak anioł, trochę z loży wychylona, 
ze wzrokiem ku mnie zwróconym. Widać że to jej wzrok tak mię przyciągał. Jedyny 
to raz w życiu doznałem tej siły magnetycznej spojrzenia, o której tyle się 
słyszy i czyta, o której zresztą niewolno mi już wątpić: zdaje mi się jednak, że 
działa ona bardzo rzadko,
i tylko na osoby między któremi istnieje prawdziwie magnetyczny związek. Nie 
wiem jak i którędy, ale odrazu znalazłem się w loży Ireny, Musiałem przytłumić 
wybuch radości, witając się z nią pod ogniem tysiącznych lornetek i pod 
spojrzeniami dwóch mężczyzn, których już zastałem w loży. Jeden był młody, drugi 
stary. Młodego już trochę znałem: był to nie kto inny, tylko Alfred Pełka. 
Drugi, zupełnie mi jeszcze nieznajomy, uderzył mię na pierwszy rzut oka swoją 
mądrą, a razem bardzo niemiłą postacią. Wysoki, barczysty, ale przygarbiony; 
twarz ceglasta, oczka jakby świdry, czarność włosów podejrzana, pół Satyra, pól 
Cyklopa. Był-to rodzoniusieńki ojciec Alfreda, jaśnie wielmożny Ryszard Pełka, 
wysoki dygnitarz w sądownictwie, kawaler wielu orderów, pan wielu dóbr i 
kapitałów, sławny z inkwizytorskiej bystrości, z okrutnego skąpstwa i z 
szalonych wybryków synalka. — Swoją drogą w towarzystwie uchodził za bardzo 
przyjemnego, bardzo dowcipnego, był nawet w dziwnych łaskach u dam, pomimo 
głucho krążącej legendy o jego pierwszej żonie, która, jak mówiono, miała być 
prawdziwą męczennicą, aż z rozpaczy utopiła się w sadzawce własnego ogrodu. — 
Irena, zaznajomiwszy mnie z ową śliczną lalą, po chwilce ogólnej rozmowy, 
powiedziała mi że jedzie właśnie do Rzymu, że bardzo się cieszy z pomyślnego 
zbiegu okoliczności, co zbliża nas wcześniej niż mieliśmy nadzieję; objaśniła 
też mimochodem,
tamci panowie także są w podróży, że w Szwajcaryi z nią, się spotkali, i jako 
rodaczkę, a co więcej jawną znajomą, dalej po rycersku eskortują.
Każdemu z nas dostało się jakieś uprzejme słówko. — Powiedziała mi także: 
"Wprawdzie nakrótko jestem w Wenecyi, nie mogłam jednak odmówić sobie choć 
jednorazowej bytności w teatrze, ho jakżeż nie pójść, kiedy śpiewa ta sławna La 
Romana? — Zdziwił mie w jej ustach ten przymiotnik sławnej, którego, po prawdzie 
mówiąc, nikt ieszcze nie dawał Romanie. Takie wyrażenie, a nadewszystko nacisk 
na niem położony, wydały mi się ironia, tem bardziej że Irena, mówiąc, 
wpatrywała się we mnie badawczo i filuternie. — Zacząłem być trochę niespokojny. 
Z nowym aktem przyszedł nowy niepokój. Romana nie mogła mię dojrzeć w loży, bo 
stałem w głębi z Alfredem; Ryszard Pełka, jako najstarszy, zajmował na przodzie 
miejsce przy Irenie, a między nimi stała wciśnięta Cesia.
— Ach, więc była i panna Cecylia? 
— Ajakże, była. Jeszcze pamiętam jak w antraktach matka jej tłumaczyła, że 
Polion jest bratem Normy, że poszedłszy w służbę do Rzymian, popsuł się 
niegodziwiec, namówił siostrę, aby podcięła dąb czczony za świętość przez 
Gallów, że za to oboje muszą być spaleni, i różne takie pedagogiczne kłamstwa; a 
ja w mojej kawalerskiej ciemnocie zdumiewałem się i rozczulałem niezmiernie nad 
tą macierzyńska troskliwością. 
— Proszę wujaszka, czy panna Cecylia, czyli jak wuj mówi, Cesia, była już i 
wtedy taka piękna?
— Była zawsze bardzo do matki podobna, to dość powiedzieć. 
— Ależ to musiało być jeszcze bardzo małe dziecko?
— Nie tak bardzo. Jedenaście albo dwanaście lat. 
— Czy być może? Więc ileżby teraz miała?
— O! w każdym razie dziś jest więcej niż pełnoletnia. Już też wtedy dobrze 
wyglądała na podlotka; ale ją ubierano zupełnie po dziecinnemu; w majteczkach, w 
krótkich rękawkach, w złotych loczkach, wyglądała jak te dzieci, co się je na 
angielskich sztychach widuje. — No, a teraz wracam do Romany, bo chyba nigdy nie 
skończę. Ma się rozumieć, że ile razy wychodziła na scenę, pierwsze jej 
spojrzenie zwracało się do krzesła, na którem zwykle siadywałem. Teraz, gdy 
zobaczyła to krzesło pustem, ogarnął ją niepokój, a że to było w tej scenie, 
wiesz, kiedy to z lampą i ze sztyletem wbiega do jaskini, ów niepokój nadawał 
jej grze jakąś niezwykłą, dramatyczność. Widziałem wyraźnie jak mie wzrokiem 
szukała; oczy jej zgłębiały całą, salę. Nakoniec musiały mię znaleźć — śpiew jej 
nagle zmienił się w dzikie, spazmatyczne krzyki, rzucała się po scenie jak 
Eumenida. Wszyscy sądzili że to nowy sposób wykonywania roli, i przytłumiony 
szmer podziwu obiegał zdumiała publiczność, ale ja widziałem że się z Romaną coś niedobrego dzieje. Irena 
zwróciła się ku mnie i wyrzekła, rzecz dziwna! te samo słowa, które ty dziś 
powiedziałeś: — "Pysznie gra, ale jabym się takiej kobiety lękała." — Słuchając 
Ireny, pochyliłem się ku niej i wpatrzyłem się głęboko jej oczy, aby z nich 
wyczytać, czy w tych słowach nie zamknęła jakiej myśli ukrytej. — Z naszego 
zapatrzenia się i rozmarzenia wyprowadził nas najniespodzianiej wielki, 
nieopisany okrzyk przestrachu, który wszystkim widzom jednocześnie się z piersi 
wyrwał. Przyszła chwila, kiedy Norma powinna rzucić się z nożem na swoje 
niewinne ofiary; tymczasem Komuna, zamiast pobiedz ku nim w głąb jaskini, 
rozpędziła się na przód sceny, stanąwszy przy lampionach podniosła rękę, 
sztyletem grożąc wyraźnie naszej loży, chciała coś powiedzieć, coś wykrzyknąć i 
padła jak martwa. W całym teatrze powstał tumult, spuszczono kortynę, reżyser 
wyszedł, tłumacząc z nizkiemi ukłonami, że primadonna dostała ataku nerwowego i 
że publiczność jest proszona o chwilkę cierpliwości. — Nastało milczenie, 
podczas którego, wystaw sobie, wszystkie oczy zwróciły się ku mnie; wszystkie 
zdawały się pytać, dlaczego jeszcze jestem w sali? Nie wiedziałem co począć, 
kiedy Alfred przyszedł mi na pomoc. Zawołał: — "Trzeba nam się dowiedzieć co się 
naprawdę święci" — a mnie zagadnął: — "Pan pewnie tu już znasz drogę do kulis, 
to mi ją pokażesz." — Jeszcze się wahałem, ale Irena odezwała się głosem zagadkowym, w którym nie wiem co było, szyderstwo czy litość: — 
"Tak, idź pan — rzekła — idź, i powiedz nam co się tej biednej kobiecie stało?" 
— W gabinecie primadonny był już natłok. Reżyser i artyści teatru otaczali 
zemdloną.. Wszyscy potrącili głowy i rzucili się do mnie z prośbami o ratunek, 
jakbym był jej mężem albo doktorem, Rzeczywiście, jak tylko ją wziąłem za rękę, 
otworzyła oczy i podniosła się z zupełną przytomnością. Ale kiedy dyrektor 
podawał jej kordyał jakiś, ażeby mogła prędzej powrócić na scenę, oświadczyła że 
już dziś grać nie będzie. Dyrektor się gniewał, krzyczał że mu popsuła 
przedstawienie, że to czysty kaprys, wszyscy prosili, leczona powtarzała 
stanowczo: — "Nie, gdybym wróciła do tej sali, tobym chyba umarła." — Chciałem 
jej podać rękę, odepchnęła ranie; oparła się na ramieniu pokojówki i zeszła do 
swojej gondoli. Na wsiadaniu szepnąłem jej: — "Przyjdę niezadługo!" — Byłbym 
chciał więcej powiedzieć, ale natłok świadków i uśmiechy Alfreda zamknęły mi 
usta. — Gdyśmy wrócili do loży, zaczynano już jakiś balecik buffo, który miał 
zastąpić stracony połowę opery, ale większa część publiczności, przybywszy 
jedynie dla słyszenia Romany, wynosiła się jaknajprędzej. — Myśmy także wyszli. 
Na schodach przebyłem prawdziwie rotowy ogień uwag i wykrzykników. O niczem nie 
mówiono, tylko o Romanie, o mnie i o polskiej contessie, (bo tam każda 
podróżniczka suto jadąca jest contessą). Włosi, zawsze pełni współczucia dla spraw sercowych, rozgorączkowali się 
katastrofą tego wieczora. Ze wszystkich stron słyszałem takie na przykład 
frazesy: — "To nic innego, tylko scena zazdrości. "__"Jakże nie miała zemdleć, 
kiedy go zobaczyła w loży contessy polskiej?" — "Powiadają że to jego dawne 
bóstwo. " — Nie dziwię mu się, to piękność europejska. " — "Podobno wdowa; pewno 
się pobiorą. " — "Szczęśliwiec ten signor Polacco!"
"Nieszczęśliwa Romana!" — "Temlepiej, będzie można divę pocieszać." — I tak 
spostrzeżenia szły bez końca, a co je czyniło jeszcze wymowniejszemi, to że 
gdyśmy do mówiących dochodzili, rozmowy nagle ustawały. Zadziwisz się może, ale 
muszę wyznać, że mimo dość trudnego położenia, czułem się dumny i szczęśliwy; 
jedna dla mnie prawie umiera, drugą, prowadzę w tryumfie, a tą drugą jest kto? 
Owa czekana, marzona Irena, z która, w tęsknocie mojej, myślałem że już chyba 
nigdy się nie spotkam. Musiała i ona dobrze słyszeć co wkoło nas mówiono, bo 
ręka jej kilka razy na mojem ręku zadrżała, ale też to był jedyny znak 
wzruszenia. Zresztą wspaniała, z oczami spuszczonemi, przeszła jak Madonna przez 
tłum ustępujący jej z częścią. Przy wyjściu z teatru, stary pan Ryszard zaprosił 
nas na lody do Floriana, gdzie cudzoziemcy zwykle przepędzają wieczór, aby cię 
nasycić czarami placu Świętego Marka. Pamiętam jak ten złośliwiec Alfred odezwał 
się: — "Pan Tytus wątpię czy z nami pójdzie. Pewnie
gdzieindziej wołają go dawne obowiązki. " Poszedłem, najprzód aby dać poznać że 
nie mam żadnych obowiązków, powtóre że znalazłszy się nakoniec przy Irenie, 
żadną już siłą, niebieską ani piekielną, nie byłbym się dał od niej oderwać. 
Niedługo jednak pozwoliła mi się cieszyć swoim widokiem; po jakiej godzinie 
posiedzenia (godzinie w której dopiero zacząłem rozumieć, czem Wenecya być 
może), Irena zlękła się, że dziecko zadługo czuwa i odprowadziliśmy ją do 
gondoli. Wtedy trzeba już było koniecznie iść do Romany. Pierwszy raz tam 
wchodziłem niezbyt pewny siebie. Przyjęła mię ze zdziwieniem, jakby już nie 
spodziewała się tego wieczora mię widzieć. Mój pośpiech, moja niezwykła pokora 
nieco ją rozbroiły. Wypowiedzała mi jednym tchem, co jej ciążyło na sercu. — 
"Widzę — mówiła — że mie przestałeś kochać. Długo szukałam, kto jest powodem tej 
zmiany. Dziś nakoniec odkryłam. To ona, ta Polka, podobna do waszego śniegu. O, 
nie zapieraj się! Przecież tyle razy dostrzegałam cię w lożach pięknych 
cudzoziemek, wiedziałam że bywasz w salonach, gdzie ja nie uczęszczani, gdzie 
mogłeś spotykać wielkie damy najpowabniejszej a jednak byłam spokojna, bo 
czytałam z twojego oblicza, że nic mi nie grozi. Ale dziś.... O! ja znam się na 
każdym ruchu twoich rysów, jak żeglarz zna się na grze wody. Kiedy się ku niej 
pochyliłeś, kiedy utopiłeś w niej oczy (ach, jakie oczy!) poznałam ten ruch, to 
spojrzenie, które zdradzają prawdziwą, miłość, które czasem dla mnie miewałeś... Wtedy.... nie wiem co 
się ze mną stało... Zapomniałam o słuchaczach, o mojej roli, chciałam was 
rozdzielić... Gdyby nie zabrakło posadzki pod mojemi nogami, byłabym się rzuciła 
na nią ze sztyletem. Na dzisiaj uszła mojej ręki, ale nie wiem czy zawsze tak 
będzie, bo jeżeli nie nam granic w miłości, to wiedz że ich nie znam i w 
zemście. A więc... powiadam ci... bacz na swoie postępki, miej się za 
ostrzeżonego. " — Słuchałem, trochę zatrwożony, a jeszcze więcej zdumiony tem 
cudownem jasnowidzeniem serca, które z pomiędzy tysiącznych pozorów, odrazu umie 
wyróżnić prawdę; ale ukryłem i trwogę i zdziwienie pod dobrodusznym uśmiechem i 
powiedziałem jej: — Dziecko z ciebie! Sama przyznajesz, że w trudniejszych 
okolicznościach byłaś o mnie spokojna, zkądże ci dzisiaj ten napad włoskiego 
temperamentu? Rozmówmy się rozsądnie: ta pani jest moją rodaczką, moją bardzo 
dawną znajomą, muszę przecież jej robić honory twego kraju, muszę jej pokazać 
ciekawości Wenecyi; może nawet wypadnie mi za kilka dni wyjechać z nią do Padwy 
albo Werony. Nie widzę w tem wszystkiem powodów gniewu lub rozpaczy dla ciebie. 
Jakże możesz się lękać, kiedy już naprzód powierzam ci te wszystkie plany? Co w 
tobie najlepiej lubiłem, to twoję wiarę i spokojność; nie psuj-że mi się teraz i 
nie zatruwaj nam obojgu życia. Oto lepiej powiem ci że nigdy, ale to nigdy 
jeszcze nie byłaś
tak piękną! — W tem ostatniem zdaniu byłem szczery. Powiadam ci, jak wyglądała 
wówczas, to klękać! W tym druidycznym stroju, nawpół już odpiętym, w tej 
miłosnej zgrozie, cała drząca a pałająca, wyglądała heroicznie, magicznie i 
mitologicznie. Byłem też — więcej niż chciałem przyznać — wzruszony 
gwałtownością jej przywiązania. Takie straszne fiasco, poniesione dla mnie i 
przezemnie, takie, przed pełnym teatrem, mimowolne wyznanie miłości i zazdrości, 
to najtwardszego stoika musi zachwiać. A przytem... Dziwna też to istota 
człowiek; Obecność Ireny powinna była zobojętnić mię na wszystko; tymczasem nie, 
właśnie rozbudziła we mnie wieloletnie ognie i porywy, które tylko czekały 
wybuchu. Nie mogąc złożyć ich u stóp Ireny, musiałem je przelać na jaką inną, 
istotę. Poczęści więc z głodu sercowego, poczęści z popędu wdzięczności, tego 
wieczora stałem się dla Romany czulszym niż kiedykolwiek, tem czulszym, że to 
był niejako uścisk pożegnania. Chciałem pieszczotami uśpić jej czujność, 
tkliwością rozchwiać podejrzenia. Ale to już nie była moja dawna Romana. 
Pierwszy raz w życiu nie oddawała mi moich pocałunków, nie odpowiadała na 
słodkie nazwy. Rozdrażniony tem ostygnięciem, chciałem postawić na swojem, 
chciałem gwałtem w niej wywołać serdeczne uniesienie: okazywała się ciągle 
łagodna i bezbronna, ale jakby martwa. — Nagle moja dwuznaczna rola mi obrzydła. 
Obie jednocześnie zdradzałem. Wyszedłem
od Romany, pół gniewny na nią, pól na siebie. — Parę dni następnych spędziłem 
prawie wyłącznie w towarzystwie Treny; cyceronowałem po Wenecyi. Pomny jednak na 
groźby mojej Włoszki, bojąc się jakiego tragicznego spotkania, skróciłem te 
oględziny. Trzeciego dnia, wpadłszy do Romany, powiedziałem jej mimochodem i 
jako rzecz małej wagi, że odprowadzam panią Irenę do Werony; kiedy chciała mię 
uroczyście żegnać, roześmiałem się mówiąc: — Czy to warto dla kilku dni 
rozdziału? — Rozeszliśmy się więc prawie wesoło, tak mnie się przynajmniej 
wydało. — W tej podróży odżyłem, jakbym się drugi raz narodził. Oswobodzony od 
Romany, zbliżony nieustannie do Ireny, nie mogłem z początku wierzyć memu 
szczęściu. Szczęście to jednak nie było jeszcze tak zupełne, jak je przy 
wyjeździe marzyłem. Obaj Pełkowie jechali także do Rzymu: po drodze przyłączyło 
się do nas kilku innych rodaków; tworzyliśmy rodzaj karawany, której Irena była 
królową, i duszą. Ale to monarsze otoczenie dawało jej monarszą niedostępność. 
Co więcej, zdawała się bardzo starannie unikać wszelkiej ze mną poufnej rozmowy. 
Ach, co to był za takt w każdym postępku! Nigdy żadnej aluzyi do Romany, nigdy 
tych gorzkich przymówek, któremi kobiety mierne lubią wojować. Trzymała się w 
niezmiernej powadze i uprzejmości, ale i mnie też trzymała w nielitościwem 
oddaleniu. Nigdy nie mogłem znaleźć się z nią sam na sam. — Raz tylko, pamiętam, w Kolizeum, potrafiłem ją nieco odprowadzić na stronę, a gdy się 
unosiła nad pięknością obrazu, szepnąłem: — Ja tylko ciebie, pani, widzę. Twoja 
piękność nic się nie zmieniła, ale zato twoje serce jakże znajduję zmienionem! — 
Wtedy, z wielkiem mojem podziwianiem, obróciła na mnie oczy pełne smutku i 
odpowiedziała: — Z nas dwojga, nie wiem kto się prędzej zmienił?
— Na nieszczęście Cesia nadbiegła i nie mogłem się wytłumaczyć, ale z tych kilku 
słów zrozumiałem wszystko, domyśliłem się że Irena, w moim przelotnym stosunku z 
Romaną, widzi prawdziwą niewierność serca, i choć nie poczuwałem się do takiego 
stopnia występku, postanowiłem wszystkie kary przyjmować w pokorze, dopóki 
niezmordowaną cierpliwością nie odpokutuję tego błędu i nie wysłużę sobie 
napowrót jej łaski. — Cała ta przejażdżka po Włoszech przeszła dla mnie jak sen 
zaczarowany, bez owych gwałtownych wstrząsnień, które mnie przy Romanie na 
śmierć zamęczały. Z Ireną zapominało się prawie o namiętności, a żyło się cięgle 
poezyą serca. Był i tam jednak dramat nieustanny, tylko że osnuty na szczegółach 
drobniutkich, jak pajęcze nitki. Co rano wstawałem niespokojny w jakiem ją 
zobaczę usposobieniu. Czy będzie równie uprzejma jak wczoraj? Czy mi rękę poda 
na spacerze? Czy w jej mowie dopatrzę jakiś zwrot życzliwy? Wszystkie te 
odcienia, na pozór leciuchne, dla mnie stawały się wypadkami, taką to jest 
prawda.
że najmniejsze szczegóły nabiegają ceny, gdy dotyczą kobiety co sama umie się 
cenić. A choć zawsze niespokojny, bytem jednak pogodny i taki wedle przysłowia: 
"jakby mię kto na sto koni wsadził, " bo wszystko działo się z uśmiechem i w 
dobrym tonie. Ach wierzaj mi (zresztą nie mam potrzeby cię przekonywać, bo na 
ten raz wydaje mi się że będziesz ze mną w zgodzie), niema miłości, niema 
rozkoszy, niema ideału, coby się długo ostały contre le mauvais genre.
— Oj wujaszku, święta prawda. Nie może się też wuj dziwić, że i mnie dziś miło w 
towarzystwie pani Ireny i... jej córki. Ale nie mówmy teraz o mnie. Czy wujaszek 
już wtedy dostrzegał, że się zanosi na gody z panem Ryszardem?
— Prawdę mówiąc, nie dostrzegałem. Widocznem było tylko i dla mnie i dla 
wszystkich, że syn Alfred kocha się w niej szalenie; ale on zawsze się w kimś 
kochał, a Irena umiała go bardzo grzecznie i dowcipnie trzymać w karbach 
dworackiej uległości. To też mimo jego czarnych wąsików i Lowelasowskiej buty, 
niebardzo go się lękałem. Co się tyczy ojca, ten musiał już i wtedy być zajęty 
Ireną, ale mu to jakoś z oczów nie patrzyło; obchodził się z nią szorstko a 
dobrodusznie, jakby jaki na przykład stryjaszek. Oho! To był fines, mądral 
jakich mało! A przytem wesoły, żeby i Plutona i Prozerpinę rozchmurzył. Zawsze 
pełno miał anegdot, wyborowych, rzniętych jak brylanciki, zawsze umiał się 
odciąć, żarcik w lot
pochwycić, czasem też i ciął jak osa, a broń Boże zmieszać się albo obrazić, bo 
jeszcze gorzej uciął i nadomiar pole ostrzelał śmiesznością. Przepadałem całe 
życie za taką rozmową.; umysł w niej wytęża się i wyrabia, jakby w gimnastyce. 
Przy nim wszyscy stawaliśmy się rozumniejsi. — To też w tej podróży, kiedy 
jeszcze nie lękałem go się jako rywala, muszę powiedzieć że mnie prawie 
oczarował. A przytem co za obiady, niespodzianki, bukiety!
— Jakto? Przecież wuj mówił że taki skąpy.
— A to znów inna kwestya. Właściwie należał on do tak zwanych pyszno-skąpskich. 
W domu podobno sknerzył, i w drodze, jak dla siebie, to wszystkiego żałował. 
Miewał rękawiczki wycierane. gummą elastyką; nie wiem czy dwie pary w całych 
Włoszech zużył. Płaszczysko nosił jakieś dziwne, z osiemset dwudziestego piątego 
roku. O bułkę do swego śniadania targował się w hotelu. Ale gdy trzeba było 
wystąpić przed innemi z obiadem, z tryngeltem, z prezentem, ho! to szło po 
magnacku. Ja także nie żałowałem festynów, inni towarzysze podróży szli z nami o 
lepsze, i tak cała droga była ciągłem świętem. Twoja Cesia musiała tam nieraz 
chorować od nieprzebranych cukrów, jakiemiśmy ją obsypywali. Ale wszystkiemu 
jest koniec, i myśmy się dnia jednego znaleźli w Warszawie. 
— W Warszawie? A cóż Romana? Przecież tak łatwo wujowi nie dała pokoju?
— Nie, jednak mogłem sądzić że pokój łatwo okupię. Lękałem się sążnistych 
listów, z groźbami i wymówkami. — Tymczasem pisywała rzadko, każdy list był 
istnem arcydziełem wdzięku, dobrego smaku i przymglonej uczuciowości. Może 
wiedziona instynktem, chciała wyślizgujące się moje serce przytrzymać w tych 
nowych sidłach. Może naprzekór Irenie chciała dowieść, że i ona potrafi być 
idealną i sentymentalną. Tak sobie dziś tłumaczę pracowity artyzm tych listów; 
ale wówczas nic w nich nie widziałem, tylko dowód że i ona ostyga już w 
tęsknocie, że chce sztuką miłość zastąpić. Zacząłem więc i ja odpowiedzi moje 
kunsztownie stylizować, ciesząc się a razem i trochę gniewając, że tak łatwo 
zostałem zapomniany. W kilka tygodni po naszem rozstaniu, jedna z moich 
znajomości weneckich. przywiozła mi od Romany owę miniaturę, z liścikiem krótkim 
ale bardzo zgrabnym, gdzie pisała że — nie chcąc zatrzeć się w mojej pamięci, 
pragnie choć nakształt cienia być mi zawsze obecną" i to pod postacią, pod jaką 
ukazała mi się w dniu pamiętnym, kiedy sam powiedziałem, że nigdy nie była.... 
mniej szpetną. — To wszystko bardzo mi się podobało; odpisałem, serdecznie 
dziękując, a wkrótce doniosłem, że dla ważnych familijnych interesów muszę 
jechać do kraju, ale niezadługo wrócę, złączymy się znowu. i t.d. i t.d. — Na 
ten list nie odebrałem żadnej odpowiedzi. Sam też już więcej nie pisałem. Byłem 
pewny że na mój włoski dramat kortyna ostatecznie zapadła. Zresztą nie miałem już ani czasu, ani głowy do 
trudnienia się tą uprzykrzoną przeszłością; inne troski mię zaprzątały, troski 
nierównie głębsze, bo od nich cała przyszłość, cała szczęśliwość zawisła. — Z 
chwilą jak wagony stanęły przed peronem warszawskim, skończył się dla mnie 
codzienny, co -chwilowy stosunek z Ireną, skończyła się ta rozkoszna poufałość, 
do której kodeks podróży upoważnia. Owszem, od powrotu do kraju, mądra wdowa 
obwarowała się mocniejszym niż kiedykolwiek murem ceremonialności. Mieszkanie 
sobie urządziła wspaniale, zaczęła dużo bywać i jeszcze więcej przyjmować. 
Chwalono jej dom, jako bardzo przyjemny, pełen artystycznych rozrywek, ale mnie 
to wszystko nie bawiło. Byłbym chciał ją widzieć w skromnem zaciszu, w małem 
kółku wybranych, a tu trzeba zawsze było anonsować się przez galonowaną służbę, 
wchodzić uroczyście do buduaru, gdzie zastawałem już nieomylnie wcześniejszych 
odemnie gości, szukać jej po koncertach i balach, gdzie królowała i bawiła się 
nawet bezemnie, bo widziałem to wyraźnie, bawiła się niewinnie ale doskonale, 
używała w pełni przywilejów swojej nowej wolności. Musiałem patrząc na coraz 
nowych pretendentów, co z końca świata się zjeżdżali; a byli oni groźniejsi niż 
Pełka ojciec ze swemi facecyami i Pełka syn ze swoją złą famą. Widziałem ludzi 
możnych, rozumnych, dorodnych, co się nazywa niebezpiecznych, a z oczu tej 
sfinksowej kobiety nic
nie można było wyczytać. Każdego trzymała na pasku każdemu zdaleka pokazała 
błyskotkę nadziei, a w duchu musiała śmiać się z nas wszystkich porządnie. Wtedy 
uwielbiałem owę roztropność, owę godność wdowią. Dziś widzę że to nie było nic 
innego, tylko najwyrafinowańsza kokieterya. — Całą zimę przemęczyłem w tłumieniu 
zazdrości i budowaniu nadziei. Czasem wpatrywałem się w tę przekorną., 
żartobliwą królową, salonów, nic dowierzając czy to może być owa smętna, 
bohaterska Irena. Przecież dawniej, choć mężatka, choć związana i nieszczęśliwa, 
tylko co mi serca nie oddała. A teraz, kiedy los przeciął wszystkie więzy, 
usunął wszystkie zawady, zdawała się nie pamiętać scen między nami zaszłych i 
uważać mię niemal za obcego! Trzeba koniecznie było przeciąć tę zagadkę. — Po 
jednym z najświetniejszych u niej wieczorów, uparłem się, aby pozostać ostatnim. 
Siedzieliśmy sami w pustych a rzęsiście oświeconych salonach. Kilka razy dawała 
mi poznać że jest zmęczona i zdziwiona; ja udawałem że nie rozumiem. 
Powiedziałem sobie: — Dziś albo nigdy! — solennie się oświadczyłem, i... 
solennej doznałem odmowy. — Sadziłem że za powód tej odmowy usłyszę imię Romany. 
Irena nie wspomniała nawet o niej. Od straty męża zastanowiła się głęboko nad 
życiem, zrozumiała doniosłość opieki nad córką, dla której teraz powinna być i 
ojcem i matką, — nie chce narażać na podział serdecznej i majątkowej przyszłości Cesi, która dotąd ma szczęście być jedynaczką — zresztą Cesia za kilka 
lat dorośnie, matka powinna już myśleć o jej losie, a nie o swoim; nie chce być 
egoistką — postanowiła nie wchodzić w powtórne związki, chociaż zaprawdę wiele 
ją to postanowienie kosztuje, bo gdyby mogła jeszcze wybierać, nikt nie byłby 
godniejszy nademnie, który jestem... tu następowały komplementa, czyli sute 
ozłocenie pigułki. — Kiedy kobieta zasłania się tarczą macierzyństwa, ani anioł, 
ani szatan nie znajdzie na nią broni. — Obrażony tem zupełnem zapomnieniem 
przeszłości, nie próbowałem nawet jej przekonać i wyszedłem pełen goryczy, pełen 
zdziwienia, jednakże bez tej rozpaczy, którą zupełne zniszczenie nadziei powinno 
wywołać. Me wiem dlaczego, ale ta odmowa nie wydawała mi się ostateczną; Irena 
całą owę tyradę wypowiedziała z zamilczeniami i zahaczeniami, jakby program 
dawno przygotowany; wyglądała na kobietę co tylko pragnie spotkać przeciwieństwo 
i zostać przekonaną. Postanowiłem długo nie pójść do niej, pewny że sama do mnie 
wróci. — Istotnie, po jakich dwóch tygodniach, spotkaliśmy się gdzieś na raucie. 
Pamiętam, stałem oparty o kominek, kiedy przechodząc, rzuciła ku mnie długie, 
pełne żalu spojrzenie, i szepnęła: — "Czyż mogłam się spodziewać, że moja 
szczerość tak będzie nielitościwie odpłaconą? Więc pan wyrzekasz się i 
przyjaźni? O, to się nie godzi! Przyjdź pan po dawnemu, choćby z prostej miłości 
bliźnieaby pocieszyć i rozweselić biedną chorą, bo doprawdy jakoś ze mną niedobrze." — 
Miałem
wówczas tyle nad sobą siły, że nic nie odpowiedziawszy, zimno się ukłoniłem. — 
Ale na trzeci dzień poszedłem, i już chodziłem codzień. O! bo teraz dopiero 
zaczęła się epoka prawdziwego dla mnie tryumfu! Irena była nie do poznania. 
Smutna, niespokojna, nieraz w chwilach kiedy niby nie uważałem, wpatrywała sio 
we mnie wzrokiem pełnym boleści i rozrzewnienia. Widziałem, czułem, że miłość w 
niej przeważa nad wszystkiemi postanowieniami; dostrzegałem z niejednego słowa 
że potajemnie żałuje swojej odmowy, może tylko czeka na powrót mojej czułości? 
Sto razy brała się pokusa paść jej do nóg i chwycić ją w objęcia. Ale 
wystraszony niedawną porażką, nie chciałem się narażać na nowe 
niebezpieczeństwo, dopóki nie zdobędę pewności zwycięztwa. W tym celu obrałem 
zupełnie nową drogę: postanowiłem dowieść, że potrafię być dobrym dla Cesi. 
Zacząłem jej nadskakiwać, dogadzać, i rzeczywiście, par ricochet, przywiązałem 
się do niej szczerze.
— O, to nie trudno! — zawołał Wiesław. — Musiała już i wtedy być zachwycająca.
— A choćby też była i potworą, i diabełkiem, byłbym ją w różową bawełnę 
spowijał, po stopach całował, byle się przypodobać matce. I nie stracone też to 
były zabiegi. Serce macierzyńskie wyraźnie topniało; nieraz na widok moich 
ojcowskich pieszczot łzy błyszczały w jej oczach. Rodziła
się już między nami poufałość prawie familijna. Irena coraz mniej bywała w 
świecie; nieraz nawet, kiedy wieczorem przyszedłem, kazała dla innych gości 
drzwi zamknąć. Z tem wszystkiem więdła nam w oczach. Doktór, przywołany na moje 
prośby, kręcił głową i radził, aby raz jeszcze pojechała do Włoch, albo 
przynajmniej do Niccy. Poparłem gorąco ten zamiar; chciałem koniecznie raz 
jeszcze być z nią. w podróży, i to sam na sam. Wynalazłszy sobie jakiś interes 
za granicą, prosiłem o pozwolenie towarzyszenia jej w drodze. Na wielki mój 
podziw, przystała bez wahania i zajęła się tą podróżą prawie z dziecinną 
radością. Część mebli sprzedała, część odesłała na wieś, z gospodarzem domu 
skończyła rachunki, jakby już nie miała wrócić do tego mieszkania. Wśród 
najweselszych przygotowań, zaszedł mię nieprzyjemny wypadek. Jednego wieczora 
wracam śpiewający od Ireny, wchodzę już do mego domu, aż tu przy świetle gazu na 
schodach, spostrzegam jakiś kształt czarny, przysiadły, przyparty do drzwi 
mojego mieszkania Zbliżywszy się, poznaję że to kobieta z gęstym welonem, z 
rękami jakby załamanemi, siedzi na moim progu nieruchomie. Kiedy stanąłem przed 
nią, zerwała się, podniosła welon, i zobaczyłem istne widmo, w którem jednak 
odrazu poznałem Romanę. — "To ja jestem — powiedziała. — Długo próbowałam czy 
mogę źyć bez ciebie. Widzę że nie mogę. Nie piszesz, nie dajesz znaku życia. 
Przyjechałam tu, zamówiona
niby jednego z waszych teatrzyków. Jestem już w Warszawie od kilku tygodni. 
Wszyscy mówią że się żenisz. Nie chciałam uwierzyć, aż to z twoich ust usłyszę. 
Ile razy przyszłam, mówiono mi już w bramie że cię niema. Zawsze siedzisz u tej 
wdowy. Stróże nawet źle na mnie patrzą; może mnie biorą za jakąś intrygantkę, co 
chodzi pieniądze wyłudzać, a może ty sam kazałeś mnie wypychać? Nie? To i 
lepiej. Dzisiaj sobie powiedziałam, że muszę się ciebie doczekać. Chciałam 
zatrzymać się w twojem mieszkaniu; twój uprzejmy lokaj mię nie wpuścił. Minęły 
czasy kiedy drżał przedemną! Ale nie o tem miałam mówić. Powinnam raczej 
wytłumaczyć, dlaczego upieram się widzieć raz jeszcze człowieka który o to nie 
dba. Otóż, jeżeli się pan żenisz, chcę panu zwrócić wszelkie pamiątki, jakie od 
niego kiedykolwiek dostałam." — Tu zatrzymała się, czekając na odpowiedź. Nie 
wypadało mi przecie rozprawiać na schodach. Zaprosiłem ją., aby weszła. Huberta 
dla formy złajałem. Siedliśmy ceremonialnie w salonie, po dwóch stronach stołu. 
Wobecnym nastroju szczęścia nie mogło być dla mnie nic przykrzejszego, jak 
przyjazd tej kobiety, której widok nie rozbudził już nawet we mnie najmniejszego 
wzruszenia. Bo też straciła ostatnią. broń swoję, ten zmysłowy urok piękności, 
który mię czasem podbijał. Człowiek zakochany byłby się rozrzewnił zmianą 
sprowadzoną widocznie przez tęsknotę i rozpacz; mnie tylko odpychała
ta cera zielonawa, ta twarz wychudła, z której wyzierały oczy przerażająco 
wielkie. Nie mogąc się już uwolnić od jej natarczywości, postanowiłem 
przynajmniej tyle z niej skorzystać, aby ostatecznie mój los oswobodzić. 
Oświadczyłem bardzo poważnie, że wszystkie moje przewidywania spełniły się 
niestety, że muszę, Stosując się do ważnych układów familijnych, wejść w śluby 
małżeńskie, że to jest jednak tylko markuje de raison, i t. d..... Nic nie 
odpowiedziała, ale po chwili zamyślenia nagle wydobyła z pod płaszczyka paczkę 
niedbale zawiązaną, w chustkę i pogardliwie na stół ją cisnęła. Chustka się 
rozwiązała, patrzę, a tu wypadają z brzękiem wszystkie pierścionki, klejnoty, 
zwiędłe kwiaty, wachlarze — tysiące drobnostek niegdyś przezemnie jej 
ofiarowanych. Taka pogarda mocno mię dotknęła; ochłonąłem, jednak z obrazy, 
kiedy między pamiątkami spostrzegłem i moje listy. Odkrycie to nietylko mnie 
ucieszyło, ale i wzruszyło. Romana pozbawiała się broni, która w jej ręku mogła 
zawsze dla mnie być groźną. Nic nie mówiąc, wstałem, zebrałem jej listy, różne 
breloki, hafciki, ów sztylet, krocie podarków jakiemi mnie obsypywała, i 
wszystko zamknąwszy w pięknej, hebanowej szkatułce, do rąk jej złożyłem. Z 
jednym tylko darem nie miałem odwagi się rozstać: z ową miniaturą. Straszne to 
ubliżenie dla kobiety, wyrzucać jej portret! Pojęła moję delikatność, bo chociaż 
pilnie przeglądała szkatułkę, choć widocznie liczyła przedmioty w niej zawarte jednak o wizerunek się nie upomniała. Jedyna też to pamiątka jaką. zachowałem 
po niej. Skończywszy tę milczącą i bardzo przykrą zamianę symbolów naszej 
przeszłości, chciałem rozmowę zwrócić na inne tory. Pytałem o jej powodzenia 
teatralne, o nasze znajomości weneckie, ale mówiłem do automatu. Odpowiadała 
ledwie jedną sylabą, albo skinieniem głowy. Myśląc że chce odemnie jakiegobądź 
słowa czułości, puściłem się na pole obietnic, ale i to pole było ślizkie. — Mam 
nadzieję — mówiłem — że jeszcze nieraz się spotkamy, a gdybym nie znalazł 
szczęścia domowego, gdzieżbym, jeżeli nie u niej, szedł szukać pociechy? — 
Jednak te mamidła były tak brzydko niemoralne, a w dodatku kłamane, że co słowo 
się zacinałem — aż Romuna wstała i pożegnała mię ironicznym, teatralnym ukłonem. 
— Chciałem ją odwieźć albo odprowadzić: szorstko odmówiła. — Zapytywałem co 
myśli dalej czynić? Odpowiedziała że wkrótce z kraju wyjeżdża. — Bardzo żałuję — 
dodałem — że nie będę już mógł jej od wiedzieć, ale i ja wyjeżdżam na wieś. — 
Nie wspomniałem, broń Boże, o zagranicy, w obawie aby mię znowu nie ścigała. Już 
więc tylko, ze staroświecką galanteryą, pocałowałem ją w rękę, a gdy drzwi za 
nią zamknięto, nie mogłem się nadziękować Przeznaczeniu, że tak łatwo moję 
sprawę rozsądziło. Istotnie, wszystko poszło jak z płatka. Romana zachowała do 
końca spokój prawdziwie niepojęty: można go było wziąć równo za nietajoną 
obojętność, jak za głęboko tajony zawziętość. — Niemiłe wrażenie szybko się zatarło, 
kiedy nazajutrz, przy. szedłszy do Ireny, zastałem ją pakująca się wesoło. 
Radość wyjazdu tak ją rozochociła, że usunowszy służbę, sama z Cesią napełniała 
kufry i torebki. Ja też się rzuciłem do pomocy i cały dzień zeszedł na śmiechach 
i figlach. — W parę dni później, dla zachowania wszelkich praw przyzwoitości, 
rozjechaliśmy się każde w swoję stronę, ona do siebie na wieś, ja do siebie, i 
ztamtąd dopiero, w umówionym dniu i godzinie, spotkaliśmy się, niby przypadkiem, 
na jednej z dalszych stacyj kolei żelaznej. Tego dnia już tylko kilka godzin 
drogi nam zostawało do pierwszego większego miasta, gdzie mieliśmy ze dwa albo 
trzy dni się zatrzymać, dla obejrzenia pamiątek i okolic. — Gotowy i rozumny 
przewodnik nastręczał nam się w starym panu Ryszardzie, który właśnie 
zamieszkiwał to miasto. Od trzydziestu lat w niem urzędował. Bano go się, ale i 
szanowano powszechnie, już co prawda to prawda. — Uprzedzony przez syna o 
przyjeździe pani Ireny, czekał na banhofie z bukietem i karetki błagał ją aby 
przyjęła u niego mieszkanie. Ale ona, patrząc się na mnie, odmówiła, za co jej 
byłem serdecznie wdzięczny. W najlepszym hotelu wzięła dwa ładne pokoje, a ja, 
zawsze dla zachowania pozorów, stanąłem w innym hotelu. — Nazajutrz (było to 
właśnie -go czerwca, okrągło dziesięć lat temu), ranek zeszedł nam na 
oglądaniu ciekawości. Na
obiad. Ryszard bez pardonu zaciągnął nas już do siebie pokazywał różne 
kosztowności i archeologiczne dziwolągi, któremi jego pokoje były aż do natłoku 
zastawione. Obiad nam dal co się zowie, starymi ale dowcipnymi gośćmi, ze starą 
saską porcelana, staremi konceptami i starem winem, którem spełnialiśmy rymowane 
wiwaty najprzód kielichach, a potem w trzewiczku naszej ślicznej wdowy. Ja w 
niewinności ducha, nic nie podejrzywając, bawiłem się serdecznie i gospodarza 
domu całowałem po ramionach. Ale bo też powodzenie czyniło mię jak wosk miękkim; 
byłbym całował wszystkie groby i zzieleniałe posągi, któreśmy rano oglądali. — 
Po obiedzie, spacerze i podwieczorku, Irena pozwoliła abym ją odprowadził do 
mieszkania, a że było jeszcze wcześnie, zaprosiła mię na herbatę. Była zamyślona 
i zdawała się upadać pod ciężarem jakiejś tajemnicy. Po herbacie, kiedy Cesia 
poszła spać do drugiego pokoju, znaleźliśmy się oboje w nastrojeniu ducha 
niezwykłem. Zgubieni w obcem mieście, otoczeni gwarem hotelu, który nieraz 
więcej osamotnia niż najgłębsza cisza, uczuliśmy nagle ten prąd elektryczny, 
magnetyczny czy magiczny, co objawia dwóm istotom, że są tylko jedną. — Irena 
opowiadała mi, jak Ryszard usilnie ją prosił, aby choć na kilka dni pozwoliła 
się zawieźć do pięknych dóbr jego, położonych niedaleko miasta; chciał jej 
pokazać swój zamek i pyszne jego okolice. — Ale — rzekła — odmówiłam, gdyż zdaje 
mi się że ta wycieczka nie
podobałaby się panu. — Mówiąc to, zwróciła na mnie oczy zamglone, pełne tej 
pytającej trwogą z jaką, kobieta patrzy tylko na ukochanego. Upojony takiem 
spojrzeniem, takiem poddaniem się mojej woli, rozdarłem serce moje do głębi, 
zapytałem ze złożonemi rękami, ze łzami, czemu tak patrzy a jednak mię odpycha? 
Czemu się mnie radzi, a nie chce mnie za towarzysza całego życia? Przyrzekałem 
na wszystkie świętości, że będę dla jej córki nie ojczymem, ale ojcem, ach! i 
byłbym dotrzymał, jak Bóg w niebie! Widzę — mówiłem — że jest jakaś inna 
przyczyna która nas rozdziela, ale nie mogę i nie mogę jej odgadnąć. — Wtedy 
Irena wybuchnęła nakoniec słowami ukrywanej prawdy, boleści i rozżalenia. Tak! 
Nic innego nie dzieliło nas, tylko Romana, — Jeszcze za życia męża, mniemani 
przyjaciele, zawsze skorzy w donoszeniu przykrych nowin, opowiadali jej mój 
pobyt w Paryżu i stosunek z Romaną przesadzając wypadki, malując mnie jako 
szalenie zakochanego. Te wieści ją śmiertelnie zraniły. — To też — mówiła z 
zapałem — kiedy ujrzałam się wolną-, postanowiłam ukarać tę zbrodnię de l?seamour, odepchnąć miłość tak łatwo zmienną, i wyleczyć się z mojej niepotrzebnej 
tkliwości. Długo umiałam dotrwać potrafiłam nawet wyrzec słowo odmowy, myślałam 
że zwycięztwo już odniesione. Ale się przerachowałam z siłami. Teraz widzę, że 
trzeba mi było uciekać od pokus, a nie rzucać się w nie bez rozmysłu, i jeszcze 
przedsiębrać tę podróż we dwoje,
która mi nazbyt przypomina dawniejsze wzruszenia Struchlały od żalu i od 
szczęścia, wyspowiadałem się przed nią, jakby przed samym Bogiem. Opowiedziałem 
to wszystko co dziś mówię tobie, tylko stokroć goręcej i bardziej 
przekonywająco. Tłumaczyłem jej że przelotna, światowa rozrywka w męzkiem życiu 
nie ma poważnego znaczenia, że nas nie można sądzić według surowych, idealnych 
praw cnoty kobiecej. Prawda jest dobrym adwokatem. Musiałem być rzetelnie 
wymowny, bo zawziętość jej miękła z każdem słowem, twarz wvpogadzała się 
dobrocią. Nakoniec spytała uroczyście, czy moge przysiądz, że nigdy nie kochałem 
Romany? Przysiągłem. I zaprawdę nie kłamałem, twierdząc, że nietylko nigdy nie 
kochałem tamtej, ale że jej, Ireny, ani na jednę chwilę nie przestałem kochać. 
Złożywszy przysięgę na kolanach, dałem się porwać czarowi, chwyciłem ją. w 
objęcia, przycisnąłem do serca i na ustach jej w szalonych pocałowaniach 
złożyłem wszystko, czego głos niemógł dopowiedzieć. A ona, spytasz, co na to? 
Ona, po chwili zmieszania i wahania, opuściła głowę na moje ramię i oddawała mi 
moje pocałunki z uniesieniem, którego się nie spodziewałem od tej niby 
nadziemskiej istoty. Była to najszczęśliwsza chwila w moiem życiu. Ale krótko 
trwała. — Irena obejrzała się nagle na drzwi wpół przymknięte przyległego pokoju 
i wydarła się z mego objęcia. — Tam — rzekła — anioł śpi. Niech żadne słowo 
zażywe nie obrazi uszów nie winności. Rozejdźmy się. — Zaklinałem ją aby zaraz u. łożyła całą naszę przyszłość, 
naznaczyła dzień naszego związku, ale mówiła że jest zbyt wzruszona. — zresztą — 
dodało — teraz mamy dużo, dużo przed sobą czasu, już nikt i nic nam nie 
przeszkodzi Dziesięć razy chciałem odejść, dziesięć razy wracałem. Nakoniec 
zegar na korytarzu wybił północ. Wyraźnie prosiła abym wyszedł. Z progu raz 
jeszcze obejrzałem się na nią,; skinąwszy od ust ręką, przesłała mi napowietrzną 
pieszczotę. — Od tej chwili już jej nie widziałem, aż dopiero onegdaj, kiedy z 
tobą wysiadłem do Szwajcarskiej Doliny.
— Czy być może? Wujaszek żartuje. Co się stało?
— A tak, co się stało? I ja od dziesięciu lat zadaję sobie to pytanie, łamię 
głowę i nie mogę nic zrozumieć. — Kiedy wyszedłem na korytarz, zobaczyłem o 
kilka kroków dalej drzwi od sąsiedniego pokoju otwarte, a w nich stojącą... 
Romanę. Ubranie i włosy miała w nieładzie, piersi prawie obnażone, twarz w 
płomieniach, oczy w płomieniach; wpół owinięta jakimś czerwonym szalem, 
wyglądała strasznie, chociaż zawsze przepysznie; czysta Bachantka, w napadzie 
szału i zemsty. Zdziwienie przykuło mię przez chwilę na miejscu. Chwyciła mię za 
rękę, jakby w żelazne kleszcze, i przyciągając do progu, wyszeptała, prawie z 
sykiem: — Więc zaparłeś się swojej miłości? Znieważyłeś całą naszę przeszłość? 
Pójdź, wytłumacz się! — 'Ruszyłem ramionami i odpowiedziałem niecierpliwie: — Moja Romano, 
przecież cię uprzedziłem że się żenię, przecież jużeśmy się pożegnali czegóż 
chcesz odemnie? — A ona mówiła coraz głośniej: — Że się zmieniłeś, to ci 
darowałam, serce nie zależy od woli. Że się żenisz.... i to jeszcze darowałam. 
Ale jeśli mię nigdy nie kochałeś, o. tego nie daruję! Jakto? Więc ta cała twoja 
czułość, to była komedya? Więc na to zrabowałeś mi duszę, sumienie, szczęście, 
aby potem przed tamtą naśmiewać się z mojej wiary? U stóp tamtej złożyć mnie w 
ofierze? — Tak mówiła, pamiętam doskonale wszystkie jej wyrazy, ach, bo później 
ołowiem spadły mi na serce! Ale w owej chwili gniewały mię tylko, a nadewszystko 
przerażały myślą, że Irena może dosłyszeć tę burzliwą, rozprawę. — Na domiar 
jeszcze rozdrażnienia, kelner przechodził przez korytarz i widząc nas, 
uśmiechnął się złośliwie. Ten uśmiech doprowadził mię do wściekłości. 
Powiedziałem jej: "Dajże mi pokój, waryatka z ciebie." — Myślałem że się 
rozgniewa i puści mię, ale ona złagodniała nagle i płaczliwie prosiła: — Wejdź 
tylko, a wszystko ci przebaczę. Powiedz że to nieprawda.... że skłamałeś, aby 
się tamtej przypodobać.... powiedz żeś mię dawniej, choć przez jeden dzień 
kochał, a przebaczę. — Rozumiesz iż po niebiańskiej rozmowie z Ireną, byłbym 
wolał w przepaść skoczyć, w ogień się rzucić, niżeli ten próg przestąpić. 
Odepchnąłem Romanę. Wtedy, pamiętam, podniosła rękę i wyrzekła:
Wejdź, bo inaczej stanie się. nieszczęście. — Uderzony temi słowami, jaż się 
zawahałem, kiedy cóś za mną. zgrzytnęło, jakby drzwi zamykano albo otwierano. 
Zląkłem się żeby Irena, zwabiona moim głosem, nie wyjrzała i nie zeszła mię z 
Romana, szepnąłem więc na odczepkę: — Jutro przyjdę! — I uciekłem. — Na ulicy 
jednak ogarnęły mię różne niepokoje. Romana — myślałem sobie — gotowa wtargnąć 
do Ireny, zrobić jej scenę, nagadać jej fałszów. — Wróciłem się. Szwajcar 
spojrzał na mnie zdziwiony, powiedziałem żem zapomniał laski czy rękawiczek. Na 
korytarzu znalazłem wszystko w największej spokojności, drzwi pozamykane, 
żadnych głosów, tylko te gospodarskie hałasy, brzęk lichtarza, odsunięcie mebla, 
z któremi mniej więcej każdy spać się kładzie. Wyszedłem znowu, na ten raz 
niepostrzeżony, bo nikogo nie było w bramie. Długo jednak nie mogłem się 
oddalić. Bytność Romany w tym hotelu, i to właśnie w sąsiedztwie Ireny, 
przestraszyła mię i oburzyła. Jasny dowód, że byłem ciągle szpiegowany.. 
Postanowiłem użyć nazajutrz wszelkich środków, chociażby policyjnych, aby się 
oswobodzić od tej fatalistycznej pogoni. Co więcej, wspominając dawniejsze i 
dzisiejsze groźby zawziętej Włoszki, zacząłem drżeć o wszystko, nawet o życie 
Ireny. Ze dwie godziny krążyłem po placu, wpatrując się w okna hotelu. Wszędzie 
było cichuteńko, światła gasły, zegary na wieżach biły kwadranse po kwadransach już też i stróże nocni zaczęli się na mnie oglądać podejrzliwie. Około 
drugiej w nocy wróciłem do siebie uspokojony, i śmiejąc się z moich 
melodramatycznych obaw, zasnąłem w siódmem niebie marzeń. Musiałem być mocno 
zmęczony podrożą, bo obudziłem się późno. Ubranie też dużo zabrało mi czasu; nie 
pamiętam abym kiedykolwiek tak starannie i wybrednie się stroił. Miałem dla 
kogo!... Dopiero koło jedenastej, kiedy mogłem sadzić że i moję panie już 
gotowe, tryumfalnie do nich się wybrałem. Wychodząc na plac, spostrzegam przed 
bramą hotelu niezmierną ciżbę ludzi. Zgiełk, zamieszanie. Pytam co się stało? 
powiadają że tej nocy w hotelu jakaż kobieta się zabiła; inni przeczą, mówią że 
się nie zabiła, ale umarła, tknięta apopleksyą. Jedni mówią: Włoszka, drudzy 
Francuzka; wszyscy zgadzają się że cudzoziemka. Ta wiadomość spadła na mnie, jak 
piorun. Dobrze zrozumiałem, że w jeden czy drugi sposób, zawsze byłem sprawcą 
tej śmierci. Wiele osób spostrzegło moje straszne pomieszanie i zaczęło mi się 
przyglądać ze zbytnią ciekawością. Wbiegłem do hotelu. Służba latała po schodach 
wystraszona, gospodarz desperował że mu się goście wynoszą. Na korytarz nikogo 
nie wpuszczano, gdyż urzędnicy sądowi wszystko na miejscu sprawdzali i spisywali 
protokół. Chciałem gwałtem dostać się do Ireny: powiedziano mi że od rana się 
wyprowadziła, ale gdzie? Nikt nie u-miał wskazać. Pobiegłem do kilku hotelów, 
nie
znalazłem jej w żadnym. Szukając jakiejkolwiek wskazówki, zaszedłem do Ryszarda 
Pełki. Mówią, mi że jest w biurze. Idę do biura. Pan Ryszard mię przyjmuje w 
swoim pompatycznym, prezesowskim gabinecie. Siedzi taki nadęty powaga 
dygnitarską, że aż w nim nie mogłem poznać Amfitryona wczorajszej biesiady. Na 
moje gorączkowe pytania, co się stało w hotelu, gdzie się pani Irena obraca? — 
odpowiedział cedząc słowa: — "Pani Zapolska przeniosła się do mego mieszkania. 
Rano, jak tylko dowiedziałem się o zaszłym wypadku, ofiarowałem jej gościnność, 
ażeby ją usunąć od tych wszystkich policyjnych, sadowych i lekarskich dramatów. 
Co do samej katastrofy, nie mogę pana jeszcze stanowczo objaśnić. Mówiono z 
początku o samobójstwie, zdaje się jednak że to był apoplektyczny atak. 
Wolelibyśmy po sprawdzeniu zachować to drugie przekonanie, ażeby biednej 
kobiecie można przynajmniej sprawi.; chrześciański pogrzeb. Zresztą, śledztwo 
prowadzi się sumiennie."— Kiedy zapytałem, z prawdziwem już biciem serca, czy 
wiadome imię ofiary? potwierdził, niestety, wszystkie moje przeczucia. — "Jakaś 
to — mówił — przejezdna śpiewaczka, według pasportu i papierów u niej 
znalezionych Włoszka rodem, nazywała się Romana."— Słysząc o papierach, między 
któremi mógł się znaleźć jeszcze i jaki mój świstek, wolałem odrazu okazać 
szczerość i przyznałem się do dawnej znajomości z Romana.. Ryszard rzucił na 
mnie dziwne, sędziowskie spojrzenie, z którego nie mogłem wyrozumieć, czy dla niego ta 
wiadomość jest nową, czy też oddawna znaną, i po namyśle powiedział: —"Jeśli mam 
panu dać życzliwą radę, jedź pan prędko w dalszą drogę. Wiem że ostatecznie nic 
złego się. tu panu nie stanie, jednak dla podróżnego nie jest miło być wplątanym 
w awanturę, która z powodu świadectw i nudów protokolarnych, może go dłużej, 
niżby chciał, przytrzymać. W każdym razie zapomnij pan, że odemnie słyszałeś tę 
radę; w obecnej chwili mówi do pana nie urzędnik, ale przyjaciel. "— 
Podziękowałem za życzliwe ostrzeżenie, oświadczyłemj ednak, że nie mogę nic 
postanowić, póki się nie dowiem o zdrowiu pani Ireny. Uśmiechnął się złośliwie. 
—"Idź pan — powiedział — chociaż wątpię abyś został przyjęty. Nasza 
sentymentalna wdówka tak jest wzruszona tragedya od której tylko ściana ją 
dzieliła, że nam się rozchorowała naprawdę."— Wyszedłem, szydząc w duszy z 
powątpiewali pana Pełki o mojem przyjęciu. Krótki tryumf! Odźwierny oświadczył 
mi węzłowato, że pani Zapolska nikogo nie przyjmuje. Kładąc tę. odprawę na karb 
niechętnej służby, w godzinę później wróciłem z dukatem dla szwajcara i z 
biletem wizytowym, który na górę posłałem. Odpowiedź przyszła taż sama: — "Pani 
bardzo przeprasza, ale chora, nie może przyjąć. "— Tu już było cóś 
niezrozumiałego. Napisałem list pełen zdziwienia i żalu — Jeżeli — mówiłem — 
śmierć Romany tak ją
wzrusza, jest — to bardzo pięknie, bardzo po chrześciański!, ale za cóż pastwić 
się nademną? Czyż ta smierć, sprowadzona widocznie przez rozpacz i zazdrość, nie 
jest owszem najwybitniejszym dowodem jak byłem wierny Irenie, jak z Romana 
twardo się rozstałem i wszelką jej odebrałem nadzieję? Każdemu wolno mię 
potępić, ale tobie, Ireno, czy wolno? Mamże być wypędzony i karany przez te 
właśnie dla której popełniłem tyle okrucieństw, dla której obciążyłem sumienie 
mimowolnem niejako zabójstwem? Potem... przypominałem jej wczorajszy wieczór... 
Dwanaście stronic zapisało się ogniem i łzami. — Ten list sani zaniosłem i na 
dole oddałem. Całą resztę dnia, cały wieczór przemęczyłem, to wyczekując u 
siebie, to krążąc około domu Pełki. W oknach było ciemno, drzwi o siódmej z 
wieczora zatarasowano, i już nie mogłem się dodzwonić. Cała noc chodziłem z 
ulicy na ulicę, jak waryat. Nazajutrz rano przynoszą mi nakoniec odpowiedź: 
rozdzieram kopertę, patrzę... to mój własny list wraca do mnie! A na kopercie 
był podpis wyraźny jej ręką! Znałem ją dobrze, przecie odbierałem listy z 
Ukrainy. Więc czytała moje dwanaście stronic, te zaklęcia, te przypomnienia, co 
byłyby Medeę wzruszyły! I to wszystko, ślicznie złożone i zapieczętowane, 
rzucała mi w twarz! Wszak sam powiedziałeś, że to największy jest afront, jaki 
można zrobić. I za co? I jeszcze w jakiej chwili? Kiedy powinna mię pocieszać i 
uspokajać po nieSzczęśliwem zdarzeniu, którego, prawdę mówiąc, sama była powodem. Niedość na 
tem. Gdy wybiegłem z listem w ręku i z postanowieniem aby koniecznie, choćby 
gwałtem, dostać się do Ireny, zastałem dom Pełki zamkniętym, służby ani śladu, 
tylko jakiś chłopak wyszedł ze stajni, opowiedział mi że wszyscy państwo 
raniutko wyjechali na wieś i oddał bilecik od pana Ryszarda, w którym ten mi 
pisał: — Nasza wątła i lękliwa podróżniczka, ciągle pod wrażeniem doznanego 
postrachu, zapragnęła zmienić miejsce pobytu i zaszczycić mój domek wiejski, 
gdzie będzie mogła wypocząć w ciszy i samotności. Przepraszam cię, kochany panie 
Tytusie, że cię nie zapraszam do mojej chałupki, ale pani Zapolska wyraźnie, jak 
mówiłem, pragnie samotności. Gościnność nie pozwala mi iść wbrew jej 
życzeniom."— Po tej ucieczce i tym liście, zostałem jakby z nóg ścięty. 
Najprostsza godność zabraniała narzucać się ludziom, którzy mię bez ogródki 
odpraszali. Chcąc przynajmniej wyzionąć całą moję zgrozę, zacząłem posyłać list 
po liście, najprzód codziennie, potem dwa razy dziennie. Cóż powiesz? Wszystkie 
wracały do mnie, jak pierwszy, z adresem własnoręcznym Ireny, a z mojem pismem 
wewnątrz. Wróciłem się do stylu miłości i błagania. Zaklinałem aby choć jednem 
słówkiem wytłumaczyła swoję postępowanie, wskazała czem zawiniłem. Te listy 
musiały wyglądać jakby wyszły od bonifratrów. Codzień było mi trudniej pisać. 
Rano
wstawałem z zawrotem głowy, po nocach nagabywały mię strachy. W uszach nosiłem 
cały karylion dzwonów. Po jakim tygodniu, przyszedł dzień w którym już nie 
wstałem. Okazał się tyfus najzłośliwszego gatunku. Tu w moich wspomnieniach 
następuje ciemna przerwa. Przez wiele dni byłem naprawdę między życiem a 
śmiercią. W chwilach przytomniejszych pamiętam że marzyłem o śmierci, jak Arab 
marzy o źródle. I zaprawdę, lepiej by mi było wtedy skończyć ze wszystkiem, 
niżeli dożyć rozbudzenia, co mię po tym odpoczynku czekało! Ledwie wyszedłem z 
niebezpieczeństwa, ledwie zacząłem z łóżka przewlekać się na szezląg, pewnego 
dnia przychodzi do mnie Alfred Pełka, i po tysiącznych pytaniach o stan mego 
zdrowia, zaczyna mnie bawić nowinkami, a na wstępie opowiada, że wraca ze wsi od 
ojca. z wielkiej uroczystości, mianowicie z weselnych godów między tymże ojcem a 
panią Ireną Zapolską. Jak rozumiesz, podobna wiadomość, rzucona człowiekowi co 
ledwo jedną nogą wygrzebał się z grobu, mogła go w nim pogrążyć nanowo. Jeszcze 
Alfred nie wyszedł, już musiano zawołać doktora. Wybuchnęła recydywa choroby. 
Znów kilka tygodni minęło w pasowaniu się ze śmiercią. Z tej epoki zachowałem 
więcej wspomnień. Pamiętam że ciągle przychodziło do mnie widmo Romany, z krwawą 
piersią i jeszcze krwawszemi wyrzutami. Były to poprostu halucynacye choroby, 
ale wszystko jedno: prawdziwe czy złudne, zawsze
takie przywidzenia działają po Hamletowsku, mogą, zwichnąć umysł. Od owych też 
to nocy zacząłem już siwieć. Trzeba takiej żelaznej natury jak moja, aby 
przebrnąć podobną, próbę dla ciała i duszy. I to wszystko w obcem mieście, bez 
rodziny, bez przyjaciół. Jeden tylko Hubert był mi sługą, niańką., aniołemstróżem. Musiał się wiele dowiedzieć o mojem życiu, bo w malignie podobno bez 
końca gadałem, ale nigdy nie skorzystał z tych zwierzeń, aby nadużyć mego 
zaufania. Ten człowiek wart medalu. — Przyszło nakoniec i drugie wyzdrowienie, 
powoli, ciężko, ale przyszło. Rozmyślając przez długie dni bezczynne i noce 
bezsenne, wyrobiłem sobie zupełnie zmieniony pogląd na ludzi i na moję 
przeszłość. Posiadałem oba warunki, obie polowy zupełnego szczęścia: szalenie 
kochałem i byłem szalenie kochany. Cóż kiedy to szczęście podzieliło się na dwie 
polowy, i rozdzierając moję własną istotę, uczyniło mie najnieszczęśliwszym z 
ludzi? Osobę która mnie prawdziwie kochała, dręczyłem, oszukiwałem, aż ją 
doprowadziłem do tragicznego skonu. A ta ktorą, miałem za bóstwo, mnie dręczyła, 
mnie oszukiwała, aby wszystko zakończyć krwawym żartem, który i ja mogłem 
przypłacić życiem, gdyby nie ten Herkulesowy mój organizm, co mię wcale 
nieproszenie i niepożądanie wyratował. Trzeba jednak było żyć, i czemsiś życie 
zapełnić. Byłbym wówczas wszystką, krew oddał, aby zemścić się na Irenie, a 
Romanie wynagrodzić jej
cierpienia. Pierwsze było trudnem, drugie niepodobnem. Ach! wszystko jest 
możebne jeszcze między żyjącymi; ale kiedy klamka śmierci zapadnie, żebyś tam 
oczy wypłakał i glob cały poruszył, nic się nie odstanie! Teraz już nie w 
chorobliwych marzeniach, ale w głębi duszy stało ciągle przedemną rozżalone 
widmo Romany, a wyrzuty sumienia ogarnęły mię z mocą, której chyba tylko 
najwięksi zbrodniarze zaznali. Nie mogłem sobie nadewszystko darować, że owej 
fatalnej nocy nie wszedłem do niej choć na godzinę, choć na chwilę! Byłbym ją 
może wstrzymał od kroku rozpaczy, a teraz, po zdradzie Ireny, miał bym się przy 
kim pocieszyć, terazbym ją dopiero cenił! Wszystko zapóźno! — Pragnąłem 
przynajmniej, aby Irena dowiedziała się, jak gwałtownie żałuję Romany. W tej 
myśli napisałem do jej nowego męża list bardzo grzeczny, zapytując czyby władze 
nie mogły mi oddać zwłok nieszczęśliwej ofiary, która, oddalona od kraju i 
rodziny, miału we mnie jednym przyjaciela, czciciela i opiekuna? Nie szczędziłem 
w liście wyrażeń o Romanie najczulszych i najognistszych, o Irenie zaś ani 
słowa. Miałem nadzieję że Pełka pokaże ten list żonie, najprzód aby dogodzić 
wrodzonej złośliwości, powtóre aby ostatecznie zgubić dawnego rywala. Był też to 
główny powód, co mię popchnął do napisania listu, bo spełnienia mojej prośby, 
szczerze mówiąc, wcale się nie spodziewałem; wiadomo każdemu z jakiemi 
trudnościami jest
połączone wszelkie przewożenie zwłok, szczególniej kiedy ręka sprawiedliwości 
już się ich dotknęła Na wielki mój podziw, odpowiedź wypadła przychylnie. Pan 
Ryszard odpisał (nie wiem czy szczerze, czy ironicznie) że tak wielkie 
przykazanie zasługuje na wyjątkowe ustępstwo, i że użvje wszelkiej swojej 
władzy, aby mi wyjednać te łaskę. Muszę też przyznać, że nietylko w tej 
okoliczności, ale i we wszystkich innych, dotyczących owego wypadku, zostałem 
wolny od sadowych kłopotów. O nic mię nie pytano, nie wzywano do protokółu, cala 
sprawa Romany poszła cicho i utonęła w zapomnieniu. Jam tylko jeden nie 
zapomniał! Milo mi dziś pomyśleć, że przynajmniej zwłokom jej oddałem tę cześć 
ostatnią, bez której byłaby pogrzebana prawie jak żebraczka. Nawet mogiłki nie 
miała! I niedziw: nikt jej u nas nie znał, nikogo jej los nie obchodził. Podczas 
kiedy chorowałem, pochowano ją tymczasowo, naprędce, w jakimś starym, 
opuszczonym lochu. Po niektórych formalnościach, oddano mi trumnę. Zwłoki były 
już do niepoznania zmienione. Żałuję żem je widział. Po rzęsistych egzekwiach, 
przywiozłem je tutaj i na Powązkach przy naszym familijnym grobie postawiłem jej 
pomniczek, jak mogłem najładniejszy. Jeżeli kiedy będziemy razem na cmentarzu, 
pokażę ci to drogie miejsce. Bywam tam nieraz, a już co go czerwca, to 
rokrocznie wożę kwiaty i parę godzin spędzam.
— Ach, teraz nie dziwię się wujowi! — zawoła; Wiesław. —Ta Romana jednak nie 
była taka straszna, jaką się wydawała i jaką sama chciały się odmalować. Groziła 
że wszystkich pozabija, a tymczasem tylko same siebie zabiia.
— Jeżeli jeszcze i siebie zabiła — odparł pan Tytus. —Kto wie czy to nie żal ja 
zabił? Chociaż doprawdy wątpię, aby można z samej boleści umrzeć, kiedy ja moję 
przeżyłem. Póki jeszcze trwały te obrządki, podróże, stawianie grobowca, żałość 
moja miała się czem karmić. Ale po wypełnieniu wszystkiego uczułem czczość bez 
granic. Wróciły myśli zemsty. Kułem najdziksze zamiary. Chciałem Ryszarda Pełke 
zabić w pojedynku. Ale najprzód pytanie, czyby się starzec bił ze mną, Czyby się 
nie dał zastąpić przez syna? Powtóre, czyżby wdowa mogła zaślubić mnie, zabójcę 
męża? Nakoniec, czy już i warto było się z nią żenić?... W innych dniach znowu 
chciałem jeszcze raz ją oczarować, podbić, zbałamucić i od męża odciągnąć, aby 
wkońcu, jak Romana, została na mojej lasce i niełasce... Ale kiedy sobie 
przypomniałem opór, jaki stawiała za życia pierwszego męża, i ten plan wydał mi 
się niepraktycznym. A przytem.... prawdę mówiąc, byłby mie we własnych oczach 
poniżył. Odepchnąwszy więc wszystkie złe podszepty, postanowiłem tylko primo: 
prowadzić życie wesołe, ażeby dobrze słyszała i widziała, że bynajmniej nie 
desperuję po niej; secundo: zrobić wielki majątek, bo przecież poszła za tamtego tylko dla jego pieniędzy. Niech pożałuje, niech zobaczy że ze 
mną, mogła być ieszcze bogatszą! Dziwne są drwiny losu! Od owej epoki zaczęło mi 
się wszystko darzyć. Najsmaczniejsza uczta wtedy gotowa, kiedy człowiek już 
stracił zęby. Mnie wtedy przychodziło szczęście, kiedy nie miałem go już z kim i 
dla kogo użyć. Ale że było, to było. Naprzykład powodzenie u kobiet bajeczne! 
Dawniej potrzebowałem niemałych starań, zabiegów, aby się podobać. Teraz dość mi 
było spojrzeć, a wszystkie się garnęły, może właśnie dlatego, że sam nie byłem 
porwany, tylko grałem przytomnie dobrze wyuczoną rolę. Kazein z daniami poczęła 
sprzyjać i fortuna. Rzucałem się w najśmielsze interesa, wszystko szło jak z 
płatka. Milioniki się zaokrągliły. Ha! i za to dziękować przeznaczeniu. Już 
jeśli cierpieć i nudzić się, to lepiej w dostatkach, niż w biedzie. No, a teraz 
przyznaj, Wiesławie, że cię już musi mniej dziwić moja pozorna lekkość i moja 
ironia? Życie nie chciało mi się ułożyć na seryo... wziąłem je na żarty.
Tu pan Tytus gorzkim uśmiechem zakończył opowiadanie. Nastała chwila milczenia. 
Wiesław oparł głowę na rękach, pogrążony w bolesnem rozmyślaniu.
— Okropna historya.... — zawołał, zgarniając włosy z czoła. — Okropna! W 
postępowaniu pani Ireny jest cóś dziwnego, zbyt dziwnego, aby nie
miało przyczyny. Musi tam leżeć jakieś nieporozumienie... jakaś tajemnica...
— Niema żadnej tajemnicy. I ja długo szukałem nitek jakiejś dramatcznej intrygi; 
dziś doszedłem do przekonania, że to jasny i prosty wynik jej charakteru. Ta 
kobieta ma duszę z granitu. Co u innych jest energią, wytrwałością, u niej 
przemienia się w zawziętość. Zawzięła się na mnie z powodu Romany, postanowiła 
wciągnąć mię powtórnie, ułudzić kłamanem przebaczeniem, zmusić do zaparcia się 
przeszłości, widzieć mię u nóg swych zdeptanego, a nakoniec mi pokazać, że to 
wszystko jest tylko odwetem! Całą tę komedyą, nie przeczę, odegrała po 
mistrzowsku, ale takie mistrzowstwo nie przynosi zaszczytu. Przecież każdy 
uczciwy człowiek rai przyświadczy, że nawet w najsłuszniejszym żalu tak daleko 
niewolno posuwać zemsty, zwłaszcza kiedy śmiercią rywalki już sam los podjął się 
ją pomścić.
— I nigdy już wujowi nie dała znaku życia?
— Nietylko mnie, ale nikomu. Było mi z jednej strony przykro, że nic mogę jej 
mieć za świadka swoich powodzeń, z drugiej strony jednak cieszyłem się, kiedy 
zmiarkowałem jakie przyczyny od świata ją odsunęły: była co się zowie 
nieszczęśliwą ze swoim tak mądrze wybranym mężulkiem, który ją trzymał nieledwie 
pod kluczem. W kilka miesięcy po ślubie wziął dymisyą i zamknął się z nią w 
swoich starych basztach, gdzie jej strzegł z zazdrością godną Molierowskich męI owych bogactw podobno niewiele użyła. Z wiekiem wszystkie skłonności zwykle 
rosną; skąpstwo Ryszarda miało w ostatnich latach dojść do niewdzianych 
dziwactw. Wszystkie te szczegóły wiedziałem przez Alfreda, z którym wszedłem w 
niejaką zażyłość umyślnie, aby pokazać Irenie, że nie mam żadnego żalu do 
Pełków, a przytem też i w nadziei, że przez niego powezmę choć czasem języka. 
Alfred, który, jak wiesz, nic na ziemi i niebie nie szanuje, jak tylko zaczął 
mówić o miłym ojczulku i macosze, to włosy na głowie wstawały. Może przesadzał, 
ale i połowy było dosyć na obraz domowego piekła. Ile razy powrócił ze wsi, 
przywoził, jakby aktor, jakąś nową, scenę. Co najdziwniejsza, przed rokiem, może 
nawet jeszcze niema roku.... opowiadał mi...
Tu pan Tytus wstrzymał się i zawahał.
— Może lepiej nie mówić... Ale, powiedziawszy tak wiele, trudno już cokolwiek 
zataić. Zresztą, ta wskazówka może ci kiedyś posłużyć za przestrogę. Otóż, jeśli 
mamy wierzyć Alfredowi, przed jakim rokiem, pani Irena uknuła nowy planik na 
moję osobę, a mianowicie... abym się ożenił z jej córką.
— Z panną Cecylią? Wuj!...
Przy tym wykrzykniku Wiesław nie zdołał nad sobą zapanować; glos jego i krwawe 
zaczerwienienie zdradziły gwałtowną zgrozę.
— Tak, mój Wiesławie, z panną Cecylią.
Przyznasz że ten pomysł był koroną dzieła. Już teraz, jak widać, stałem się 
partyą dostatecznie-bogatą, a choć jestem dwa razy starszy od Cesi, cóż to 
znaczy? Wiek zdaje się nie stanowić przeszkody w oczach pani Ireny, która 
zresztą własnym przykładem teoryą tę stwierdziła. Dzisiejsza nasza rozmowa 
zmienia mój pogląd na wiele rzeczy, ale wówczas... nie byłbym się może bronił od 
tych swatów.
— Byłby się wuj ożenił?
— O, co to, to nie! Miałem ochotę udawać, że się staram o rękę Cesi, doprowadzić 
do zaręczyn, do wyprawy, do ostatnich zapowiedzi, a w chwili kiedy trzeba stanąć 
przed ołtarzem, wyjechać na koniec świata i pannę zostawić na koszu.
— I wuj miałby serce mścić się za matkę na niewinnej córce?
— A matka czy miała serce, kiedy mściła się na mnie? Zresztą, nie wiem sam.... W 
niektórych razach łatwo się myśli i mówi, ale niełatwo się robi. Zemsta, 
powiadają., jest rozkoszą, bogów. Ale my ludzie, a nie bogi; mściwe plany 
uśmiechają nam się, dopóki są planami: kiedy jednak przyjdzie naprawdę je 
wykonać, najczęściej ręce nam opadną.
— Ach! i to największa chluba człowieka — zawołał Wiesław — że w tym względzie 
nie może dorosnąć do bogów... pogańskich. Nie... powtarzam, wuj nie byłby miał 
serca.... A teraz jeszcze jedno pytanie: czy panna Cecylia wiedziała o tym zamiarze matki?
— Tego ci nie potrafię objaśnić. Być może iż ten zamiar nigdy nie miał 
rzeczywistej podstawy. Alfred mi tylko opowiadał, że w rozprawie z mężem nad 
przyszłością córki, Irena wspomniała o mnie, jako o pożądanym zięciu, ale mąż 
przeciął odrazu sprawę, oświadczając że mnie nigdy, pod żadnym pozorem, do swego 
domu nie wpuści. Miał stary dobrą pamięć, a dla żony, jak widać, niewiele 
szacunku.
Znów nastała chwila milczenia, dłuższa i cięższa niż poprzednia.. Ostatni ustęp 
opowiadania mocno zafrasował Wiesława, mocniej niż sam przed sobą chciał wyznać. 
Obaj czuli się znużeni. To smutne posiedzenie trwało już długie godziny. Kiedy 
pierwsza po północy uderzyła, Odonicz wstał i położył rękę na ramieniu 
siostrzeńca.
— A teraz powiedz, mój Wiesławie, czy możebne są owe zamiary niespożytej między 
nami przyjaźni, owe marzenia serdecznej ufności, które przed kilku godzinami 
roiłeś? Raz jeden ci się zwierzyłem, musiałem się zwierzyć, przynaglony twojem 
niespodzianem wyznaniem; ale cała ta rozmowa, zamiast nas zbliżyć, rozdziela nas 
owszem, i kto wie czy nie nazawsze rozłącza. Nie jestem ja żadnym wujem tyranem. 
Zanadto szanuję wolną wolę, zanadto rozumiem, niestety! niepokonany wpływ 
uczucia, ażebym w imię moich wspomnień miał wymagać od ciebie ofiary z całej
twojej przy szłości. Kochaj się, żeń z kim chcesz, nie będę ci stawiał, 
przeszkód, ani cię nudził morałami. Gdybyś jednak za żonę miał wybrać córkę pani 
Ireny, wtedy, daruj Wiesławie... ale musiałbym się usunąć zupełnie od ciebie i 
całego twego otoczenia. Powtarzam. ci, i w takim nawet razie nie myślę się 
gniewać, ani mieć żalu do ciebie, tylko... cofnę się więcej niż kiedykolwiek w 
moję samotność i milczenie. Drogi nasze rozchodzą się zbyt widocznie, abyśmy 
mogli iść ręka w rękę. Ja dążę pod wieczór... ty idź wesoło za wschodem twego 
słońca, oby dla ciebie wstało, pogodniej niż dla mnie! Z całej duszy ci życzę 
szczęścia, chociaż zaprawdę trudno uwierzyć, abyś je znalazł przy córce takiej 
matki. Niedaleko jabłko pada od jabłoni. Zresztą mogę się mylić. Czasem błędy 
rodzicielskie wywołują owszem w dzieciach odwrotne zalety. Nic nie mówisz, 
biedny chłopcze? Masz słuszność, cóż tu mówić? Oto lepiej uściskajmy się, 
szczerze i smutnie, jak na pożegnanie.
Różyc wyszedł od wuja ze zbolałą duszą.
Biednemu wiatr w oczy; temu co się martwi na jawie, przybywa zmartwienia i we 
śnie. Kiedy nad ranem trud go zmorzył, straszne myśli zmieniły się w 
straszniejsze widziadła. Słyszał jęki Cecylii, widział ją konającą w jakiejś 
dalekiej komnacie, chciał biedz na jej ratunek, wuj go wstrzymywał z piekielnym 
uśmiechem, i znów nagle Cecylia odnajdywała się w okrągłej miniaturze, niby podobna do siebie, ale ubrana jak druidka, rozzuchwalona jak 
bachantka, i znowu...
— Dosyć, moja pani autorko! Przecież piszesz powieść, a nie sennik.
Kiedy dosyć, to nie powiem końca... a szkoda! Bywają, sny ciekawsze od 
rzeczywistości.
Któż wie zresztą, czy sen nie jest powieścią, którą mieszkańcy innych światów 
opowiadają duszy ludzkiej?
VII.
Zajaśniał poranek niedzielny. Panna Helena wracała z matką od przedślubnej 
spowiedzi; na schodach kościoła minęły się z Różycem, ale ich ani nie przywitał, 
ani nawet spostrzegł; cały zamyślony, dążył śpieszniej niż zwykle. Przy swojej 
niezachwianej wierze, nawykł on sprawy tego świata odnosić stale do innego; więc 
ilekroć doznał czy pomyślności, czy zgryzoty, nigdzie nie było mu pilniej, jak 
do świątyni Pańskiej. Tam najlepiej myśli mu się wyjaśniały, tam najłatwiej 
składał z serca urazy i dawał się porywać nadziei. Dzisiaj też przesłuchał całej 
summy, zatopił się w harmonii organów i niebiańskie te głosy rozpogodziły mu 
duszę.
— Może — myślał sobie — Bóg pozwoli mi być narzędziem zgody, wybadać tyloletnie 
zakłócenie, przejednać wuja i upamiętać tę zagadkową.
kobietę? Ach, szkoda jednak — dodawał z westchnieniem — szkoda że matka Cecylii 
nie jest owym wzorem cnót, jakim aż dotąd mi się wydawała! Taka teściowa mocno 
psuje obraz przyszłego szczęścia. Zawsze to wielka boleść, kiedy nie można przed 
córką wyrażać się o matce szczerze i ze czcią, bezwzględną. Zresztą wpływ takiej 
matki.. Ba! przecież jak Cecylia raz pod mój dach wejdzie, potrafię zmienić jej 
atmosferę moralną, usunąć ją nieznacznie z pod tego drażniącego wpływu. Tak. A w 
cóż się wtedy obrócą moje piękne postanowienia? Usunąć córkę z pod skrzydeł 
matki? Odciągnąć żonę od jej całej przeszłości? Wszak przyrzekałem sobie 
uroczyście, że nigdy nie popadnę w ten grzech anti-rodzinny? Oj, teorya! Z nią 
wszystko łatwo i gładko; ale kiedy przyjdzie do zastosowania, konieczność zawsze 
cóś od nas wytarguje, aż czyste złoto zasad rozejdzie się na szelągi.
Tak z samym sobą rozmawiając, Wiesław kierował drogę do drzwi pani Ireny, bo 
pójść przecie wypadało. Wczoraj przez cały dzień się nie pokazał. Teraz truchlał 
jakie przyjęcie go spotka po owem obelżywem odesłaniu listu? Nie wiedział sam, 
jak ma się postawić do pani Ireny. To też kiedy Sebastyan odpowiedział mu sucho, 
że: "Pani chora, nie wstała, a panna jeszcze nie wróciła z kościoła" oddalił się 
skwapliwie, unosząc rodzaj tymczasowej ulgi.
W parę godzin później zajeżdżał do państwa
Moszkowickich wyświeżony i uśmiechnięty, ale tylko tym urzędowym uśmiechem, z 
którym każdy musi przychodzić na weselne gody. Po prawdzie mówiąc, niewiele 
sobie obiecywał przyjemności z tej zabawy, gdzie miało brakować najmilszej mu 
osoby, zabawy która prawie zawsze jest sztywną, chociaż się tak obiecująco 
weselem nazywa.
Mnóstwo przyczyn wielkich i małych składa się na oziębienie podobnej 
uroczystości.
A najprzód sama ważność wypadku.
Rodzice panny młodej, chociaż rozpromienieni i gościom niby radzi, duszę mają do 
głębi wstrząśniętą. Ojciec się troszczy i głowę sobie suszy, czy w intercyzie 
czego nie zmylono, lub nie pominięto? Matka łzy połyka; bo to nie żarty dziecko 
wychuchane i wypieszczone, którego się kilkanaście lat strzegło jak oka w 
głowie, oddać nagle, zupełnie, w moc obcego człowieka. A małżeństwo przecie, to 
istna loterya. Na milion, ledwo jeden wielki los padnie, a i biedną stawkę 
niekażdy wygrywa.
Panna młoda jest najczęściej milcząca, spłoszona i nieco smutna. Nieładnie to 
nawet jakoś w oczach ludzkich wygląda, jeżeli nie znać po niej rozrzewnienia, w 
chwili kiedy ma opuszczać rodzicielskie progi. A przytem czyż to każda zamienia 
obrączkę według życzeń serca i rojeń wyobraźni? Wielka część panien idzie za mąż 
z rozsądku, z posłuszeństwa, poprostu dla losu. A i ta
nawet, co idzie z prawdziwej miłości, choćby poźniej miała być najszczęśliwszą, 
w dzień swego ślubu nie będzie wesołą. Na stopniach. ołtarza każda musi zadrżeć, 
wobec groźnego majestatu przysięgi, przed zaklętą bramą nieznanej przyszłości.
Panu młodemu także nie same różowe myśli w tym dniu do głowy przychodzą. Żeby i 
najmocniej kochał przyszłą żonę, zawsze w ostatniej chwili troszkę mu żal 
pysznego, kawalerskiego życia, nieograniczonej swobody w rozrządzaniu godzinami 
i czynnościami swemi, owej złotej bezkarności, co mu dawała przywileje wszędzie, 
nawet w królestwie sumienia. Trzeba tego wszystkiego wyrzec się z dnia na dzień, 
zapomnieć i przejść w regulamin domowego pożycia, słodki wprawdzie, dawno 
żądany, ale ciasny jak każde prawo.
— Główne zatem postacie obrazu są. zwykle zmyślone i, jak to mówią, nieswoje. 
Ich nieruchomość oddziaływa na resztę towarzystwa, powaga onieśmiela popęd do 
zabawy. Jeżeli przynajmniej obie rodziny znały się oddawna i szczerze się zżyły, 
dzień ich skojarzenia może wywołać istotną radość. Ale często i najczęściej się 
zdarza, iż każda z tych rodzin żyła w odrębnem kółku; wtedy dzień weselny 
otwiera pole, na którem dwa obozy spotykają się po raz pierwszy. Nikt nikogo nie 
zna, wszystkich wszystkim trzeba na gwałt przedstawiać, dobrze wyjaśniając 
stopnie pokrewieństwa, dopytując się o sprawy i zdrowie osób od dziesięciu lat niewidzianych. Bo co najciekawsze, to że na każde wesele wychodzą, jakby 
z pod ziemi figury osobliwsze, zaklęte, które się tylko na te dnie odnajdują. 
Nie można zapraszać tych których się mieć pragnie, ale tych których mieć wypada.
— Pan Ignacy okropny był nudziarz, wszyscy od niego uciekają., trzeba go jednak 
zaprosić, niema rady: przecież to blizki kuzyn pana młodego.
— Pani Brygida wprawdzie nigdy u nas nie bywała, ale na ten raz musiemy jej 
posłać zaproszenie; choć daleka, zawsze krewna, i naszej córce na ślubny prezent 
już podobno kupiła bransoletkę.
— Państwo Tomaszostwo bardzo mili ludzie, onby nam ożywił całą. zabawę, ona 
śliczna, że malować. Ale niepodobna ich prosić; nie żadni krewni, tylko dobrzy 
znajomi, a gdyby przyszło prosić wszystkich znajomych, toby trze ba spędzić pół 
Warszawy. Już i tak pięćdziesiąt osób jest zapisanych, a tu stoły w jadalnym 
pokoju ledwie na czterdzieści sześć miejsc wystarczają, i to dobrze ścisnąwszy 
krzesła.
Takie zwykle rozmowy toczą się u rodziców panny młodej, podczas kiedy ojciec, 
albo brat jej, spisuje na długiej wstędze papieru listę osób mających dostać 
zaproszenie. Każde nazwisko przechodzi koleją pod ostrzem krytyki i namysłu, aż 
po wielu obcinaniach i dodatkach, występuje całość podobna do pstrej mozaiki, w 
której się trudno dopatrzyć rysunku.
Taką mozaikę, a raczej łamigłówkę towarzyską. Wiesław zastał w salonie państwa 
Moszkowickich, gdzie zgromadzenie rozsiadło się w ogromne koło, jakby na 
cenzurowanem.
Pod ścianami, na kanapach, jaśniały wspaniałe babunie, w morowych sukniach i 
trzypiętrowych czepkach; między niemi ruchliwe ciocie o żółtych szalach, z 
rurkowanemi loczkami u skroni.
W jednym rogu, na okrągłej sofce, zebrała się kupka rozmaitych kuzynek, 
bezposażnych panien mniej więcej nadwiędłych, którym ledwie co dwa lata trafi 
się gratka zabawy; to też siedziały potrwożone, albo pokwaszone, w swoich 
blondynowych pelerynkach i pomiętych różach, które się tylko od wesel dobywają.
We wszystkich oknach i na wszystkich progach stali mężczyźni, mniej więcej siwi. 
Jacyś odwieczni stryjowie w granatowych rajtrokach, jakiś głuchy jegomość, co 
bardzo głośno opowiadał Napoleońskie kampanie, kilku wyższych urzędników, z 
twarzami blademi jak ich białe chustki, i cała falanga zaindyczonych obywateli 
wiejskich.
W kąciku chichotały podlotki o długich warkoczach, a chłopcy w studenckich 
mundurkach oglądali się, kiedy też służba zacznie roznosić cukierki?
Po tem tle przygasłem, tchnącem staroświecczyzną i parafiańszczyzna, przesuwało 
się kilkanaście postaci takich zgrabnych, świetnych, jakby kto na stosie dawnej, 
wytartej monety, rozsypał
rulon dukatów, świeżo z pod stempla wyszłych. Było tu kilka prawdziwych 
elegantek, ubranych według ostatniego żurnalu, wciętych, podpiętych, jakby z 
igły zdjętych, i kilku paniczów najczystszej wody, ślicznych, ironicznych i 
dyplomatycznych. Wszyscy ci państwo, posiadając tajemny klucz i znaki masoneryi 
salonowej, rozumieli się półsłówkami albo półspojrzeniami, któremi cichutko 
sztyletowali resztę zgromadzenia. Żadnemu z nich nie przyszło na myśl, że za 
kilka dziesiątek lat i oni może siedzieć tak będą pod ścianami a młodzież 
dwudziestego wieku będzie się wyśmiewała z ich sukien niemodnych i wyobrażeń 
przestarzałych? Kto dożyje, ten zobaczy. Ale tymczasem uważali się za rodzaj 
męczenników towarzyskiego poświęcenia i szeptali, leciuchno ruszając ramionami: 
—"Dość ofiary, żeśmy tu przyszli; żebyż jeszcze i pośmiać się nie można, to 
chyba umrzeć z nudów."
Wejście Wiesława sprawiło silne wrażenie. Masońska część towarzystwa poznała 
kolegę, dzielącego z nią wszystko, oprócz złośliwości. Starsze panie i panowie, 
którym się kolejno przedstawił, zostali zachwyceni jego uprzejmością. A 
kuzynki.. Ach, te jedna przez druga wyciągały szyjki, takie zdumiałe i olśnione, 
jak gdyby serafin z lilią w ręku zstąpił z otwartych obłoków.
Niedługo jednak oczy zwróciły się w inną stronę. Weszła do sali bohaterka tego 
święta, panna Helena, w koronkach, jedwabiach i mirtach, wyglądająca
mizernie, jak zwykle panny młode, zmęczone ranną, spowiedzią, tysiącem 
przygotowań i wzruszeń. Gorączkowe rumieńce zdradzały że wzruszona. Ach, bo też 
było czego! Szewc niegodziwiec spóźnił się z atłasowemi trzewikami, stanik był 
zaciasny, musiano haftki przeszywać — potom... czuła że nie wygląda jakby 
chciała, a to już jedynie z winy tego upartego fryzyera. Trzeba wiedzieć że 
fryzyerowie mają szkaradny zwyczaj czesania panien w dzień ich ślubu inaczej, 
niż je czeszą zwykle. W tym względzie nikt ich nie przekona. Twierdzą, że welon 
wymaga jakiegoś odrębnego, niby starożytnego ułożenia włosów... obiecują złote 
góry. Po przypięciu welonu, staje się widocznem, że pannie z klasyczną modą nie 
do twarzy; matka narzeka, fraucymer podaje różne rady; ale goście raz po raz 
dzwonią, czas nagli, fryzyer obrażony, wziąwszy dukata, przepadł, i trzeba się 
tak pokazać.
Już wniesiono tacę z bukiecikami, już druchny, zbrojne w złote szpilki, 
poprzypinały je kawalerom, między których ze śmiechami i figlami wplątał się 
niejeden żonaty, już państwo młodzi na kolanach odebrali błogosławieństwo 
rodzicielskie (chwila zawsze rozrzewniająca, nawet dla trzpiotów i dla 
filozofów), a jeszcze nie przybył pierwszy drużba. Oczekiwano z niepokojem, bo 
przecież bez niego nie można było jechać.
Zjawił się nakoniec, jak zawsze się zjawiał, ostatni i najgoręcej przywitany. 
Możnaby sądzić,
że nie pan młody, ale on był bohaterem uroczystości. — Zaraz też twarze i 
rozmowy nabrały ożywienia; wszyscy, czując się pod okiem króla salonów, chcieli, 
jak to mówią., dobrze się wydać. Jedna z obecnych dam zrobiła słuszne, choć 
nieco gospodarskie porównanie. — "Ile razy pan Odonicz między nas wejdzie, to 
jakby kto do ciemnego pokoju wniósł lampę."
Kuszono się tłumnie. Wyjazd do kościoła ' jest zawsze najświetniejszym popisem 
weselnego orszaku. Białe lejce u koni, parada powozów, stroje dam wsiadających, 
gapienie się przechodniów, składają obraz niezaprzeczenie świąteczny. U 
wszystkich okien pokazują, się ciekawe twarze. Niejedna zatroskana matunia, 
spojrzawszy, z westchnieniem szepnie: "Kiedy też to od nas będzie taki orszak 
wyjeżdżał?
W kościele Wiesław oddawał się, jak te matki, uczuciu słodkiej zazdrości. 
Wyobrażał sobie chwilę, w której z Cecylią będzie stał przed kapłanem; od samych 
przeczuć szczęścia w oczach mu się ćmiło, a kiedy przyszło do słów 
sakramentalnych, dreszcz go przeszedł, jakby miał sam przysięgać.
Niemiłe wrażenie zbudziło go ze złotej wizyi. Z ust pana młodego odpowiedź 
wyszła ledwie dosłyszalna; zato panna młoda wyrzekła swoje: Tak! z gwałtownem 
sforzando, na które obecni się uśmiechnęli, a pani Moszkowicka aż się zapłoniła.
Tę niestosowną zamianę w sile głosów zauważyłam przy wielu ślubach i długo 
szukałam je
przyczyny; leży ona pewnie w dwóch odwrotnych obawach: pan młody lęka się że 
przemówi zagłośno, panna młoda lęka się że odpowie zacicho: każde wpada w 
przeciwną przesadę; ztąd maż wygląda nieśmiało, a żona zbyt śmiało.
Po wspaniałem Veni Creator, po gorących powinszowaniach zamienionych w zimnej 
jak loch zakrystyi, wrócono z równym hukiem i ceremoniałem na Chmielną, ulicę, 
tylko już nie do bawialnej, ale do jadalnej sali. Zaczęła się uczta 
przedwieczna, niby obiad, niby kolacya. Nie próżno państwo Moszkowiccy tyle lat 
na wsi mieszkali: półmiski się sypały z wiejską, obfitością. Polędwic, potrawek, 
zwierzyny było aż zadużo, za to służby, talerzy i nożów zamało. Usługa szła 
powoli. Pani Dorota nie darowała gościom ani jednego kąska, sama dokładała 
krnąbrnym na talerze. Pan Aleksy chodził z omszałemi buteleczkami, a już przy 
jarzynkach dobył stary malowany kielich, z którego lały się bez końca wiwaty i 
oracye.
Większa część zaproszonych używała całem Bercem darów gospodarstwa. Kuzynki 
jadły ile mogły, kuzyni pili więcej niż mogli.Śmietanka towarzystwa bawiła się 
także wybornie, chociaż cichutko, czyniąc spostrzeżenia nad szykownością 
froterów, poprzemienianych na ten dzień w lokai, nad różnym poziomem 
sztukowanych stołów, których schodkowatość zagrażała karat kom, a najbardziej 
nad mikroskopijnym rozmiarem przejścia zostawionego między krzesłami a ścianą,
gdzie nieszczęśliwa służba musiała się przeciskać, depcząc po jedwabiach i 
podnosząc półmiski. To tez nie obyło się bez oblania kilku błękitnych i różowych 
sukien.
Ale zato, na pociechę i wielki splendor obiadu, pan Tytus raczył być w pięknym 
humorze, a nawet od czasu do czasu puszczał szmermel dowcipu.
Wiesław upadał od znużenia. Że wszystko zwykł czynić sumiennie, więc bawił jak 
mógł swoje sąsiadki, ale w duszy wzdychał tylko do cygara i szerszego krzesła.
W połowie wetów, między tortem hiszpańskim a galaretami, otwarto drzwi od 
przedpokoju, a w nich stanęła, jak istne zjawienie, panna Cecylia Zapolska.
Powstał okrzyk zdziwienia i radości.
— A to śliczny gość! — Czemuż tak późno? Lepiej późno, jak nigdy! — A to 
niespodzianka!
Panna Cecylia, witając się z gospodarstwem, odpowiedziała głosem dźwięcznym, 
który doszedł aż do Wiesława:
— Moja mama jest nadto cierpiąca, ażeby mogła osobiście powinszować, ale chciała 
choć przezemnie przysłać swoje życzenia, a żeśmy się długo namyślały jak zrobić, 
wybrałam się dopiero na ostatnia, chwilę. Sami państwo mówicie: lepiej późno jak 
nigdy; odważyłam się więc napaść was wśród obiadu, aby i od mamy i od siebie 
uściskać
pannę Helenę, a raczej, przepraszam.... już panią Helenę.
Tu nastąpiły uściski z panną młoda i resztą panien. Powstał rozruch ogólny; 
chciano dla nowoprzybyłej zrobić miejsce, przedsięwzięcie arcytrudne. Wiesław 
miał nadzieję że Cecylia, przez skromność, skieruje się ku niższej stronie 
stołu, gdzie siedzieli młodsi, i że tym sposobem będzie mogł znaleźć się w jej 
pobliżu. Ale panna Zapolska, objąwszy badawczem spojrzeniem całe towarzystwo, 
poszła prosto ku wyższym sferom stołu i zatrzymała się naprzeciw Tytusa 
Odonicza, gdzie wnet jeden z rajtrokowych stryjów ze staroświecką grzecznością 
ustąpił jej miejsca.
Wiesław pierwszy raz widział Cecylią w wielkim stroju. Olśniła go. Kiedy ubrania 
innych kobiet nadwiędły już przez jazdę do kościoła i długie posiedzenie przy 
stole, ona w całej świeżości, spadłszy jak z obłoków, wyglądała nadpowietrznie i 
złocisto, chociaż nie było ani pyłku złota w jej ubiorze.
Ubiór ten mógł się nazwać arcydziełem: zwalczał mnóstwo trudności. Cecylia nie 
mogła wystąpić zupełnie biało, bo na weselu taki strój. stanowi wyłączny 
przywilej panny młodej; niemogła wdziać jaskrawych kolorów — pół-żałoba ich 
zabraniała. 
Włożyła suknię białą, ale gęsto naszywaną ciągnionym haftem ze słomki; w jasne 
włosy wpięła
trzęsące się owsy; kolczyki i naszyjnik miała z bardzo bladego, sycylijskiego 
bursztynu.
Blondynce trzeba wielkiej odwagi, wielkiej pewności swego czaru, ażeby się ubrać 
w kolor własnych włosów. Piękność Cecylii wyszła z tej próby zwycięzko.
Wiesław nie mógł z nią, rozmawiać, ale mógł ja doskonale widzieć, a nawet 
dosłyszeć niektóre jej wyrazy. W pierwszej chwili to spotkanie opromieniło mu 
zabawę bengalskiemi ogniami radości. Gorący i pełen sosów pokój wydał mu się 
świątynią., galareta ambrozyą, goście pół-bogami.
Niedługo jednak ta radość zaczęła się przyćmiewać. Cecylia nie spojrzała ani 
jeden raz w jego stronę, nie zdawała się go szukać między zgromadzonymi. Nic nie 
jadła, tylko bawiąc się bransoletką, rzucała długie i rzewne spojrzenia na pana 
Tytusa, który także wpatrywał się w nią bardzo, zabardzo, zdaniem siostrzeńca. 
Nakoniec przez stół się przechyliła i rzekła: —"Pan sobie przypomina dawną 
Cesię?" — Odonicz odpowiedział kilka wyrazów, których Wiesław nie mogł 
zrozumieć.
Przysłuchiwał się pilnie, ciekawy dalszej rozmowy, kiedy gospodarz domu 
przystąpił do Cecylii i podniósł w górę pełny kielich. Po wyczerpaniu wszelkich 
możebnych toastów, rad był ze znalezienia nowego; ozwały się sykania, dzwonienia 
o szklanki, wszyscy ucichli, a pan Aleksy wydeklamował:
Szczęście żeś do nas przybyła!
Bez ciebie był wielki skweres.
Witajże, panienko miła,
Co wyglądasz nam jak Ceres.
Toast zrobił furorę. Wśród oklasku i zgiełku powstano od stołów.
Różyc w natłoku, spotkawszy wuja, szepnął mu: — Ale też, od chwili jak weszła 
panna Zapolska, wuj oniemiał i patrzył w nią jak w tęczę.
— Prawda, patrzyłem, bo taka podobna do matki, że aż mię postrach ogarniał. Cała 
przeszłość zdawała się wskrzeszona.
A dostrzegłszy niedowierzający wyraz twarzy młodzieńca, dodał z uśmiechem:
— Cóż to, czy z ciebie taki hidalgo zazdrości, że na twoję pannę już i spojrzeć 
niewolno? Nie bój się, don Wiesławie, już ci nikt nie będzie miejsca przy niej 
zabierał, naciesz się, napatrz; ja idę na cygaro, bo ledwie żyję po tym 
szlacheckim festynie.
I skierował się istotnie do sąsiedniego pokoju.
Wiesław nie poszedł za nim, już nie marzył o hawańskich rozkoszach. Lawirował w 
salonie, aż się znalazł za krzesłem Cecylii.
Nie mógł odrazu zwrócić jej uwagi; Alfred Pełka, jeden z najdowcipniejszych 
filarów tego zebrania, stał przed nią i rozmawiał wesoło. Niedługo jednak i on 
odszedł do cygarowego pokoju. Wtedy zakochany, widząc wyłącznie dla siebie otwarte ucho swojej pani, rzucał w nie najsłodsze wyrazy.
Radował się spotkaniem, którego nadzieję mu już odebrano, unosił się nad 
skromnością i wdziękiem panny Cecylii. Ta słuchała z roztargnieniem, 
odpowiadając jak osoba, której myśl gdzieś daleko buja.
— Jacy szczęśliwi! — rzekł młodzieniec, wskazując na Ewarysta i Helenę, którzy 
naprzeciwko, siedząc obok siebie, oglądali pyszny bukiet, dar pierwszego drużby. 
Wiesław miał uszykowany w myśli cały szereg spostrzeżeń, któremi od szczęśliwej 
pary i bukietu, chciał przeprowadzić rozmowę do wspaniałego epilogu na cześć 
bożka Hymenu ale wśród najpiękniejszych początków, Cecylia nagle chwyciła za 
rękę damę obok niej siedzącą, jednę z ciotek panny młodej.
— Co to za portret? — spytała — tam w drugim pokoju? Zdaje mi się że znam osobę 
którą przedstawia.
— Chyba nie — odparła dama. — To portret naszej babki.
— Dziwne podobieństwo! — zawołała Cecylia. — Zresztą pendzel, o ile ztąd mogę 
widzieć, wyborny. Warto się przyjrzeć. Może i pani ze mną pójdzie?
Tu zerwała się jak jaskółka, wzięła pod rękę owę damę i zaciągnęła ją do 
drugiego pokoju. Różyc mógł widzieć z salonu, jak stała chwilę
przed portretem, w blizkości którego pod oknem siedział Odonicz, popijający 
czarną, kawę.
Nagle Cecylia zwróciła się ku niemu; przemawiała długo i żywo; pan Tytus położył 
cygaro, wstał i słuchał, mało odpowiadając, często się kłaniając. Po ostatnim, 
najgłębszym ukłonie, wziął ze stołu kapelusz, przeszedł przez salon i opuścił 
zebranie.
Gospodarstwo oboje zmartwili się serdecznie, widząc że gość najznakomitszy 
najwcześniej dom ich porzuca. Gonili go oboje aż na schody, ale nie dał się 
zawrócić.
Tymczasem Alfred, przechodząc koło Wiesława, mrugnął na niego znacząco i 
uśmiechnął się. Podążył za nim Różyc, chcąc wiedzieć co znaczą te sygnały. 
Alfred położył palec na ustach i zginął mu w tłumie.
— Musiał zawiele pić węgrzyna — pomyślał Wiesław i cofnął pogoń, tembardziej że 
Cecylia wracała do salonu.
Ach, jakże wracała zmieniona! Wzruszenie tak ją zapłoniło, że nietylko policzki, 
ale drobne uszka i szyja tryskały różowością; pierś uderzała widocznie, jak u 
wylęknionego ptaka; czarne oczy już nie dziwiły owym brakiem wyrazu, co ją 
czynił podobną do dziecka, ale błysnęły wytrawną bystrością trzydziestoletniej 
kobiety.
Błysk ten był krótki. Siadła, spuściła oczy, chwyciła porcyą lodów z tacy na 
której roznoszono chłodniki i zaczęła jeść szybko.
Wiesław przystąpił do niej.
— Pani — rzekł z goryczą, — wielka, jak widzę, amatorka malarstwa?
Podniosła na niego oczy, znów dziecinne, zdziwione, jakby nie mogła tej uwagi 
zczepić z żadnem wspomnieniem.
— Pani odnowiła znajomość z moim wujem? Na odpowiedź skinęła tylko głową, 
zwróciła się do grona panien siedzących w pobliżu i weszła z niemi w ożywioną 
rozmowę.
Po jakiej półgodzince przesunęła się do inney gromadki. Nieznacznie znikła z 
salonu.
Różyc wybiegł do przedpokoju, aby jej chociaż podać burnus. Wybiegł i 
lamentujący gospodarz.
— Cóż to? Już pani nam ucieka? A czy się to godzi? Kiedy się nie było w 
kościele, to trzeba przynajmniej pojechać z nami na kolej, odprowadzić tę biedną 
Helenkę.
— Łaskawy paniej sam powiedz, czy mogę chorą matkę na tak długo odjeżdżać? 
Wybaczcie państwo, ale niepodobna.
Zeszła, sprowadzona ze schodów przez pana Aleksego. Wiesław szedł za nimi. Na 
wsiadaniu spytał: 
— Czy panie dzisiaj nie pozwolą się jeszcze odwiedzieć?
— O, co dziś, to trudno... Godzina późna, mama się już położyła. Ale innego dnia 
prosimy, i owszem, bardzo prosimy.
Zatrzaśnięto drzwiczki, kareta odjechała.
Pan Aleksy wrócił nagórę, przekonany że Różyc idzie za nim.
Różyc już nie miał po co wracać. Spojrzawszy na zegarek, przekonał się że już 
później, niżeli sądził.
Pani Helena zmieniała swoje rąbki na czepeczek i strój podróżny. Ale Wiesław nie 
widział już ani jej błękitnego szlafroczka i popielatego płaszczyka, ani 
bukietu-monstre z brylantami, ani łez i uścisków na stopniach wagonu.
Siedział wtedy w swoim pokoiku, z westchnieniem przeglądając dzienniczek, od 
kilku dni już nietknięty.
Dzisiaj całą stronkę w nim zapisał.
Niedziela, -go czerwca.
— "Widziałem ją. — najniespodzianiej — kiedy już nie miałem żadnej nadziei tak 
prędko ją. ujrzeć! — To czysta łaska losu.
Była cudowna jak Ofelia. — Smutno mi jednak. — Nie, to nie była Ofelia.... ale 
raczej Tytania, królowa elfów, co drwi sobie z prostych śmiertelników.
A jednak bywało inaczej....
Wielka sztuka! Było inaczej, póki siedziałem sam z temi paniami. Nie miały skali 
porównania, chyba z panem Benedyktem.
Dziś pierwszy raz ją. zobaczyłem w licznem otoczeniu i odrazu widzę, że każdy 
może mię przyćmić.
Ja dzisiaj nie istniałem dla niej.
Cóż to będzie, gdy zaczną częściej w świat uczęszczać? Zostanę wyrzucony, jak 
zabawka, dobra tylko na czas żałoby i nudów.
A jednak, owa rozmowa na ganku?
Bogiem a prawdą, i ta rozmowa niewiele dowodzi. O ile sobie przypominam, nic nie 
obiecana, wszystko puściła w od włókę i niepewność. W takiej niepewności matka 
umiała ludzi całe lata trzymać.
Odkrycia po odkryciach! Wczoraj opowiadanie wuja, z którego Irena wychodzi 
potwornie. Dziś Cecylia odsłania mi nowe, nieznane dotąd oblicze, jakby maskę 
nagle odchyliła... Ach, i ja mogę zawołać: Chwilami taka do matki podobna, że aż 
postrach ogarnia.
O czem oni mogli tak żywo rozmawiać?
Kiedy weszła śmiało do tego pokoju, pełnego mężczyzn i dymu, żal mię ścisnął, 
jakby miała ztamtąd powrócić z suknią i z duszą mniej białą.
Przypominam sobie teraz wielkie, dziwnie wielkie wrażenie, jakiego doznała 
onegdaj, kiedy jej doniosłem że wuj zostaje na wesele. Czyżby to ta wiadomość 
zmieniła jej postanowienie? Bo przecież nie miała przyjechać? Czyżby jedynie dla 
niego przybyła? On od niej przynajmniej o dwadzieścia lat starszy! Zupełnie dla 
siebie niestosowni.
Mój Boże, ja tak myślę, bo tak mi potrzeba" ale co ona myśli, to pytanie? Jeżeli 
jest ambitna,
przeniesie wuja z jego rozumem, pańskością i milionami, nad moję skromną, 
figurkę.
Ale wuj! Wuj, znając moje uczucie, czyżby mogł mię tak zdradzić?
Piszę dzieciństwa, a zapominam o najprostszym rozwiązaniu zagadki: matka ja 
przysłała dla wytłumaczenia owej sprawy listu, dla złagodzenia wuja. To też 
zaraz po rozmowie wyszedł. Może udał się prosto do pani Ireny? Może to powód dla 
którego dziś już nie chciano mię przyjąć?
Matka ją przysłała, to widoczne. I cóż dziwnego, jeżeli, jadąc w tak drażliwej 
misyi, panienka trwoży się i wzrusza?
Może w tej godzinie tamci się już pogodzili, i jutro rano znajdę sojusz, z 
którego i dla mnie może wytarguje się trochę nieba.
A tymczasem anioł mój śpi w swojej niewinności i ani się domyśla że ja ją tu w 
duszy i na papierze oczerniam. Wybacz, aniele!"
VIII.
Nazajutrz Różyc w najlepsze był zajęty pisaniem referatu, kiedy niezwykłe 
trzaśniecie drzwiami zwróciło jego uwagę.
Alfred Pełka wszedł śpiesznie do sali i pochylając się nad stołem przy którym 
pracował Wiesław, szepnął:
— Mam do ciebie pilny interes. Czybyś nie mógł mi poświęcić godziny, 
półgodzinki?
W twarzy Alfreda było cóś wzburzonego i niedobrego.
Wiesław się zaniepokoił, czy nie chodzi o sekundowanie w jakiej ciemnej sprawie.
— Jeżeli to — odparł — interes urzędowy, możemy go tu w biurze załatwić....
— Wcale nie urzędowy.
— Więc jaki? Honorowy?
— I to nie. A zresztą., może i chodzi o czyj honor, ale w każdym razie nie o 
mój. Wyjdź tylko na chwilę. Tu nas tyle uszów podsłuchuje.... nie mogę, nie 
powinienem tu mówić. Chodzi o kobietę dobrze ci znajoma,
Wiele było panien dobrze Różycowi znajomych, jednak że głodnemu zawsze chleb na 
myśli, jemu zaraz w oczach stanęła Cecylia; pobladł i siedział bez ruchu, w 
obawie co dalej usłyszy?
Alfred brwi zmarszczył.
— Nie chcesz? — spytał — Ha! wolna wola. Mnie ta sprawa nic a nic nie obchodzi. 
Jeżeli chciałem cię ostrzedz, to z czystej dla ciebie przyjaźni.
— Cóż tedy mam robić?
— Nic, tylko pojechać ze mną do.... w jedno miejsce, gdzie cóś ciekawego ci 
pokażę. Za godzinkę będziesz z powrotem.
Wiesław tymczasem już nieco ochłonął.
— Może to — pomyślał — wcale nie o nią, chodzi?
Obejrzał się kłopotliwie na stosy papierów.
— Pojechałbym, ale tu tyle roboty nieskończonej...
— Wielka historya! Robota nie ucieknie. Czyi ty minister, żeby się biuro bez 
ciebie nie mogło godziny ostać? Cóżto? Przecież mogłeś zasłabnąć, mogli twoi 
rodzice przyjechać. Weź pierwszy lepszy pretekst. Idziemy teraz, albo wcale; 
potem już będzie zapóźno, i twoja bella biondinetta nam zginie.
Na wspomnienie blondynki, Wiesław zerwał się i rzekł: Idę. A to nietylko z 
ciekawości i niepokoju, ale z obawy, ażeby biondinetty nie zostawić samej, pod 
bardzo podejrzanem czuwaniem Alfreda.
Poprosiwszy jednego z kolegów, aby go na chwilę zastąpił, zbiegł ze swoim 
przewodnikiem, którego już zastał w dorożce.
— Prędzej, prędzej! — naglił Alfred wsiadającego, a na dorożkarza zawołał:
— Jedź w Aleje ujazdowskie! A żwawo, jak to ty umiesz.
Polecieli przez Nowy-świat, krzesząc iskry z bruku i strasząc przechodniów.
Różyc, troszkę urażony że go porwano jak pannę, nie mówiąc gdzie i poco, zapytał 
z przekąsem:
— O cóż tedy chodzi?
Alfred krzyknął mu w samo ucho:
— Teraz nie można mówić... zawielki hałas. Istotnie, turkot ich ogłuszał. 
Wiesław zamilkł i widząc się wiezionym w zagadkowe ustronie, wrócił do 
przypuszczenia pojedynku.
W połowie Alei, Alfred go trącił po ręku i oczami wskazał mu kilka powozów, 
stojących przed górną bramą ogrodu botanicznego.
Między temi powozami czekały, parskając, jabłkowite konie, z karetką pani Ireny.
Wiesław stanął w płomieniach. Już teraz nie wątpił, że chodzi o Cecylią.
Przy Belwederze Alfred kazał skręcić do Łazienek i stanąć u dolnej bramy 
botanicznego ogrodu. Tam wysiadł z Wiesławem, wziął go pod rękę, i powoli krążąc 
z nim przy łączce, na której smętnie się wznosi studnia naśladująca grób 
Metelli, mówił cichym a prędkim głosem:
— Słuchaj, Wiesławie. Nasza Warszawa jest małem jeszcze miasteczkiem, nic się w 
niej ukryć nie może. Wiemy wszyscy że jesteś zajęty panną Cecylią Zapolską, moją 
niedoszłą żonką. Zresztą, dość było wczoraj cię przy niej widzieć.... Kochasz 
się nietylko szczerze, ale jawnie, jak człowiek co dąży prosto do ołtarza. Otóż, 
właśnie wczoraj, przypadek uczynił mię świadkiem sceny, którą mam sobie za 
obowiązek ci opowiedzieć. Cesia przyszła do pokoju, gdzieśmy cygara palili, i 
miała ? parte z twoim wujem.
— To wiem. Widziałem ich rozmawiających.
— I słyszałeś?
— Słyszeć nie mogłem. Byłem w salonie.
— No, ale ja słyszałem. Przez czysty przypadek, bo przecież niejestem już 
ciekawy sekretów panieńskich, a najmniej Cesi, od której uciekam, jak od ognia. 
Stałem sobie w oknie, wpół zasłonięty przez grubą firankę, kiedy Cessia 
zaczepiła Tytusa. Odwrócona od okna, nie mogła mię widzieć, ale stała tuż przy 
firance, więc słyszałem, chcąc nie chcąc... wprawdzie nie wszystko. Początek 
rozmowy zginął, zagłuszony przez brzęk filiżanek, które lokaj zbierał na tacę. 
Kiedy odszedł, Cesia mówiła: "A zatem jutro będę na pana czekała w botanicznym 
ogrodzie. Ale umówmy się o miejsce, bo tam długo można się szukać. Jest jedna 
ławka w dole, wie pan, przy tym niedokończonym kościółku? Tam nikt nam. nie 
przerwie, a niech pan pamięta że matka moja nic o tem wszystkiem nie wie i 
wiedzieć nie powinna. Nie ona mię przysyła, i to co mam powiedzieć, to nie od 
niej, ale od siebie. " A potem dodała z naciskiem: "Więc już tak umówione? 
Jutro, w botanicznym ogrodzie, o drugiej po południu, na ławeczce pod 
Opatrznością."
— A wuj co na to? — spytał Wiesław głosem jeszcze na pozór spokojnym.
— Widziałem że się kilka razy odkłonił, jak człowiek co przystaje i przyrzeka. 
Słów nie słyszałem. Jeżeli mówił, to bardzo cicho. Ba! on wprawny w romansowe 
umowy. Zaraz się też potem rozeszli, jak ludzie co nie chcą być długo razem widziani, a nie domyślali 
się że mieli nieproszonego świadka. No i cóż, Wiesławie? Cóż myślisz o pannie, 
która w sekrecie przed matką daje rendez-vous takiemu Don-Żuanowi jak Tytus? 
Mnie nazywają. Don-Żuanem, ale ręczę ci, on sto razy gorszy. Gorszy, bo mędrszy 
i zręczniejszy. Ja zanadto chciałem rozgłosu i kobiety się mnie teraz boją.
Wiesław nic nie odpowiadał; szedł ze spuszczoną głową. Po długiej chwili 
przystanął i podniósł na Alfreda zaiskrzone oczy.
— Czy możesz mi przysiądz — zapytał — na Ewangelią, na cienie twojej matki, na 
cośkolwiek co ci jest świętem, że to wszystko prawdziwie słyszałeś?
A po chwili, łagodząc wyrażenie, dodał:
— To jest że się nie przesłyszałeś?
— Spodziewałem się tego pytania — odpowiedział najspokojniej Alfred — 
spodziewałem się i dlatego cię tu przywiozłem. Powiedzieć zakochanemu taką 
nowinę, a nie dać na nią dowodów, to jest i okrutnie, i nieostrożnie. Inny byłby 
mię wyzwał na szpady, ty mię wyzywasz na przysięgi. Wszystko to niepotrzebne. 
Dowód pod ręką.
Tu dobył zegarek.
— Dziesięć minut po drugiej. Jesteśmy tuż obok miejsca schadzki. Parę tylko 
klombów zasłania nam tę ławkę. Postąpiwszy kilkanaście kroków, możemy za minutę 
przekonać się,... Jeżeli na ławce siedzą oboje, lub nawet jedno z nich, to dowód, jak sądzę, 
dostateczny. Jeżeli żadnego z nich nie zobaczymy i do trzeciej godziny żadne się 
nie zjawi, przyznam że albo ja się przesłyszałem, albo panna się rozmyśliła, 
słowem cofnę całe oskarżenie. W każdym razie ta przechadzka żadnej szkody nie 
może przynieść; jeżeli prawda, przekonanie się o niej, choć zrazu bolesne, 
będzie dobrodziejstwem dla twojej przyszłości; jeżeli nieprawda, korona nikomu z 
głowy nie spadnie i jutro o wszystkiem zapomniemy.
Mówiąc, ciągnął Wiesława drożyną, na prawo. Ciągniony wstrzymywał go 
kilkakrotnie.
— Panie Alfredzie, czy to dobrze? Czy my mamy prawo ją szpiegować?
— Jakto, szpiegować? Żebyśmy się wdzierali do cudzego domu, albo zaglądali w 
cudze listy a! to byłoby nadużyciem. Ale że spacerujemy w publicznym ogrodzie, 
tego nam żadne prawo nie zabrania. A gdybyśmy też istotnie przypadkiem tu 
zaszli, czyżby odkrycie nie było to samo?
Tymczasem minęli ostatnią gromadkę krzewów, i w pagórkowatym zagłębieniu, pod 
niekształtną bryłą, niedokończonych murów, zobaczyli ławkę, na której 
rzeczywiście siedziała Cecylia. 
Ubrana ciemno, po usta zakryta woalikiem, zasłaniała się jeszcze książką, w 
której była na pozór pilnie zagłębiona; ale oczy jej, co chwila ślizgając się po 
za kartkami, strzelały daleko i badawczo. 
— A cóż, czy nieprawda? No, a teraz, Wiesławie, odejdźmy. Prędzej-że... idźmy 
albo w tę, albo w tamtę stronę, bo jeśli będziem tak długo stali, to i ona 
wkońcu nas dostrzeże.
Wiesław, biały jak płótno, patrzył ciągle. Młode jego oczy aż nadto ją 
poznawały, serce nie chciało poznać.
— Istotnie, któś podobny.... Ale to może nie ona....
— Wyborny jesteś! Własnym oczom nie wierzysz? W takim razie pójdźmy się 
przekonać. Zresztą już i tak nas pewno dostrzegła, byłoby niegrzecznie znajomej 
nie przywitać.
I ruszył ku ławce.
— Alfredzie! błagał półgłosem Wiesław — dążący za nim. — Zmiłuj się, nie 
zaczepiajmy jej, nie zawstydzajmy jej...
Ale Alfred już stał przed ławką, i uchylił kapelusza z niejaką junakieryą, która 
trąciła szyderstwem.
Wiesław, pokornie się skłoniwszy, stał za nim, jak winowajca.
— Pani tu? — wołał Alfred — ślicznie! Codzień pani sprawiasz nam niespodzianki. 
Staliśmy długo i przyglądali się, nie wierząc czy to może być pani, w takiem 
ustroniu i taka samiutka?
Cecylia się zarumieniła.
— Nie widzę nic tak dziwnego — odparła — jeżeli kto w dzień gorący szuka ciszy i 
chłodu w ogrodzie. Zresztą ja tu nie taka sama; przyjechałam z panną, służący, która siedzi tam niedaleko.
Wiesław obejrzał się i na górnej ścieżce dostrzegł istotnie siedzącą pod drzewem 
garderobianę, która kilka razy widział u pani Ireny.
— Ale — ciągnęła dalej Cecylia — wy, panowie, zkądżeście się tu wzięli? Sądziłam 
— dodała, zwracając się do Różyca — że pan te godziny zawsze spędza w biurze?
— Istotnie.... ale dziś.... wyjątkowem zdarzeniem.... — wybełkotał Wiesław i nie 
wiedział jak skończyć, kiedy uwagę Cecylii odwrócił Alfred; rozsiadł się na 
ławce ruchem nieco zbytniej poufałości i pochylając się ku Cecylii, zajrzał w 
jej książkę.
— Co pani czytasz? Powieść? Jak mi Bóg miły, nigdybym nie uwierzył! Naśladowanie 
Chrystusa!
I spojrzał na Wiesława, a śnieżne zęby świeciły mu od śmiechu.
Cecylia, niby poprawiając fałdy u sukni, odsunęła się na drugi brzeg ławki i 
spytała z przekąsem:
— Cóż pana dziś tak wszystko dziwi? Zdaje mi się że niejednemu z was przydałoby 
się czytanie tej książki.
— A i owszem, bardzo pani radzę takie budujące rzeczy. Dla dam, zwłaszcza też 
dla panien, nieraz trzeba duchownej przestrogi.
Cecylia urażona odwróciła głowę. Chciała się wydać swobodną w ruchach i 
spokojną, ale pomimo wszelkich usiłowań, wyraźne było w niej zmieszanie. 
Oglądała się z trwogą, mieniła się nagłemi rumieńcami. Zmierzywszy swoich 
towarzyszy wzrokiem zniecierpliwionym, zapadła w to kwaśne milczenie, które jest 
znaną bronią przeciwko natrętom, i często spoglądała na swoję książkę.
Wiesław ulitował się nad jej zakłopotaniem.
— Chodźmy, panie Alfredzie. Przeszkodziliśmy pani w jej czytaniu.
— Chodźmy — powtórzył Alfred, wstając. — Przeszkadzamy pani widocznie.
I odszedł.
Wiesław nie mógł jeszcze odejść. Stał przed Cecylią, patrząc w nią oczami 
pełnemi niewymownego żalu.
— Co panu jest? — zapytała z przekornym uśmiechem. — Czy pan chce mi co 
powiedzieć strasznego, że się tak długo namyśla?
— Ach pani, chciałbym wiele powiedzieć, a nie śmiem.... nie mogę słów dobrać.... 
Czemu pani tu przyjechała? Bez matki? Czy to dobrze? Mógłby kto panią 
zaczepić.... mógłby kto pomyśleć.... świat taki złośliwy! 
Cecylia uśmiechnęła się dumnie.
— Tylko od rodzonego ojca mogłabym słuchać podobnych uwag. Od brata nawetbym ich 
nie zniosła. Panu, o ile sobie przypominam, nie
dałam jeszcze żadnych praw do wglądania w moje postępki, które zresztą, chyba w 
zacofanych krajach mogą się wydawać śmiałemi; w Anglii albo w Ameryce 
uchodziłabym owszem za przesadzoną w ostrożności, kiedy dla poczytania książki w 
ogrodzie przyjeżdżam karetą, otoczona służbą. Jednak na ten raz istotnie żałuję 
żem przybyła i naraziła się na zaczepkę obu panów.
Wiesław, już zbity z toru jej obrazą, złożył błagalnie ręce.
— Przebacz pani... jeśli śmiałem czynić jakie uwagi, to z najczystszej, 
najgorętszej życzliwości. Pani nie wiesz, ale ja wiem....
— Cóż pan wiesz? Kiedy zacząłeś, to mów-że.
— Pani masz tajemnicę którą, sądzisz swoją wyłączną własność. Tymczasem jest 
któś, co jej się domyśla, co chciałby zbadać...
Cecylia zapłoniła się jeszcze mocniej. Zacisnęła usta, jak osoba co się głęboko 
a szybko chce namyślić.
Po chwili wstała, i patrząc Wiesławowi w oczy figlarnie, pieszczotliwie, 
czarująco:
— Aha! — rzekła — pan chcesz zbadać moje tajemnice? Dobrze, ale muszę się 
pierwej przekonać, czy jesteś pan zdolny do przechowywania tajemnic. Na pierwszy 
dowód, żądam, wymagam i rozkazuję, abyś pan nikomu na świecie nie wspominał o 
naszem dzisiejszem spotkaniu,
— Nikomu? Nawet mamie? Cecylia się zawahała, ale krótko.
— Nawet mamie — powtórzyła ze stanowczością, żartobliwy. Poczem, rzuciwszy na 
Wiesława głębokie spojrzenie, dodała:
— Będzie to pierwszy nasz sekret we dwoje.
To spojrzenie i to słowo zawróciły mu głowę.
— Może — ciągnęła dalej wesoło — mam ważne
moje przyczyny? A może chcę tylko wypróbować pańską dyskrecyą? To się pokaże 
kiedyś, nawet niedługo. Tymczasem pan przyrzeknij, że nikomu nie powiesz, jako 
mię tu dzisiaj widziałeś, i to nie powiesz, aż do chwili w której pana zwolnię z 
obietnicy.
— Ale pan Alfred powie?
— Pan Alfred u nas nie bywa. Zresztą o niego się nie troszczę. Tylko tych 
bierzemy na próbę, którzy nas mocno obchodzą.
W każdem słowie Cecylii było ziarnko kadzidła, zaprawne pochlebstwem, niechybnem 
bo serdecznem. Stopniowo upajały one młodzieńca. To też kiedy zapytała z groźbą 
i przymileniem:
— Cóż? Przyrzekasz pan?
Odpowiedział: "Przyrzekam," — ucałował jej rękę z uniesieniem i wrócił do 
Alfreda przekonany, że Cecylia, żądając od niego czegośkolwiek, wyświadczyła mu 
łaskę.
— Przyznaj, mój Wiesławie, że jestem wygodnym przyjacielem. Stałem zdaleka, aby 
wam zostawić wszelką wolność rozmówienia się. Ale widziałem dobrze, co się 
święci. Tyś ją przepraszał, ona ci wmówiła że jest niewinną, że na nikogo
nie czeka, a jeżeli czeka, to dla twego dobra, dla twego szczęścia, nieprawdaż? 
Oj, te kobiety! Żaden generał, we dwa ognie wzięty, nie umie się tak przytomnie 
ratować, jak one. Niebezpieczeństwo daje im prawdziwy geniusz.
Wiesław uczuł się zawstydzony przenikliwością Alfreda. Chcąc przed samym sobą 
znaleźć usprawiedliwienie, zawołał:
— Ależ jego nie było?
— Czegóż to dowodzi? Albo już poszedł, albo jeszcze nie przyszedł. Drugie 
prawdopodobniejsze, bo panna oglądała się ze strachem; oczy jej wyraźnie mówiły: 
"Jakież licho was tu przyniosło? A pójdźcież sobie, nim tamten przyjdzie!" 
Bylibyśmy im rzeczywiście mocno ich t?te-?-t?te popsuli. Co do mnie, przyznaję 
że mię ta rola niezmiernie bawiła; byłbym bez końca siedział i trzymał ją w 
udręczeniu. Ale ty, wspaniałomyślnie, wolałeś miejsca ustąpić rywalowi. Nie 
mogłem się sprzeciwiać, o ciebie przecie chodzi. Wolno poszkodowanemu przebaczać 
lub karać. Namyśl się jeszcze, może wrócimy i zobaczymy czy nadszedł?
Wiesław chwilę przystanął, ale wnet chwycił pod rękę towarzysza. 
— Nie — rzekł — wolę nie wiedzieć. Szli ku bramie. Alfred ciągle mówił.
— Wolna wola. Jeżeli złudzenie sprawia komu przyjemność, niech się niem karmi. 
Ja zrobiłem swoje. Gdyby nie chodziło o ciebie, Wiesławie, nie byłbym się nigdy w tę sprawę mieszał. Cóż mi do czyich romansów? Chce 
się panna gubić, niech się gubi. Nie mnie zaprawdę być moralistą i stróżem 
niewinności. Ale kiedy spostrzegłem że ty, z twoją świętą prawością i ufnością, 
możesz być haniebnie oszukany, odważyłem się na ostrzeżenie. Bo ty nie wiesz, 
Wiesławie, jak ja cię wysoko stawiam. Sam, co prawda, nie trzymałem się 
spartańskiej cnoty, ale nie mniej, a raczej tem więcej mam dla niej czci i 
podziwu i oburzam się, kiedy widzę jak przewrotność jej nadużywa.
Różyca niebardzo wzruszała ta nieproszona życzliwość. Im goręcej" Alfred się z 
nią oświadczał, tem podejrzliwiej Wiesław macał jej przyczyny. Przyszła mu na 
myśl uwaga, którą powinien był odrazu zrobić.
— Jeżeli tak mi dobrze życzysz, łaskawy panie Alfredzie, dziwię się dlaczego nie 
ostrzegłeś mię zaraz wczoraj. Bylibyśmy jeszcze może potrafili zapobiedz 
nieroztropnym zamiarom, bo to nic innego, tylko nieroztropność i 
niedoświadczenie.
— Dotknąłeś, Wiesławie, struny bolesnej, która od rana dzwoni mi wyrzutem. 
Wczoraj, wina było dużo, a co gorzej w mieszanych gatunkach. Długo mi się 
zdawało że jestem trzeźwy. Jeszcze kiedy Cecylia rozmawiała z Tytusem, trzymałem 
się w sztucznej przytomności. Później upał, mocne cygaro, chasse-café nagle z 
nóg mię ścięły. Zapomniałem o Bożym świecie.
Pierwszy to raz w życiu Alfred Pełka przyznawał się do słabej głowy. Ale też nie 
było w tem wyznaniu ani słowa prawdy: Na wczorajszem weselu zachował, jak 
zawsze, najwytrawniejszy przytomność, tylko nie chciał ostrzedz zawcześnie 
Różyca. Słusznie przewidywał że zacny młodzieniec dołoży wszelkich starań, aby 
nie dopuścić schadzki, a choćby tego celu nie dopiął, niebędzie już chciał 
czatować i podsłuchiwać w ogrodzie. Tylko nic niewiedzącego można było porwać i 
dostawić na miejsce, gdzie według Alfreda miało prysnąć szczęście Wiesława i 
dobre imię Cecylii. Wymówka jaką wynalazł była nadto prostą i prawdopodobną, aby 
Wiesławowi przeszło przez głowę o niej zwątpić. Westchnął tylko: — "szkoda!"
— Ach i ja mówię: szkoda! Mea culpa. Dziś jeszcze, jak na przekór, okropnie 
zaspałem. Koło pierwszej po południu budzę się z ciężką głową. Nagle, jak sobie 
przypomnę wczorajszą historyą, jak się zerwę przerażony, to powiadam ci, w pięć 
minut ubrałem się i wyleciałem na ulicę. Mówiłem sobie: jeszcze czas wszystko 
naprawić i ratować uczciwego człowieka od sideł tych intrygantek.
Wsiedli w dorożkę. Wiesław, rozważając ostatnie wyrazy, mówił jakby sam do 
siebie:
— Intrygantek? Przecież jest wolną? Ma za sobą wszelkie warunki. Mogłaby, jak 
się zdaje, kogo zechce wybrać? Pocóż tu intryga?
— Ach, jakież z ciebie niewiniątko! Wiele jest kobiet, które nie mogą, żyć bez 
dwóch, trzech, dziesięciu intryg prowadzonych naraz. One są tem w swoim rodzaju, 
czem wielu z nas, czem ja na przykład jestem w świecie męzkim. Nie dziwię im 
się. Taka gra z sercami bawi jak faraon, jak ruleta. Gdybym jednak miał się 
żenić, choć ja nie taki jak ty purysta, nie wybrałbym żony co w tej grze celuje. 
Patrz-no, jaka to wczesna przebiegłość i wprawa: już pokojówek używa do spisku. 
A na domiar wszystkiego, dewotka! To trochę zamłodo. Myślałem że tylko 
czterdziestoletnie umieją być razem i do tańca, i do różańca. Prawdę mówiąc, 
jakże się tu dziwić? Ze szkoły takiej matki! Niedaleko jabłko pada od jabłoni.
Ostatnie słowa dotknęły Wiesława, jak rozpalone żelazo. Pan Tytus także takiemi 
słowami określił przed nim Cecylią. Jedno i toż samo zdanie, a szczególniej 
przysłowie, z kilku ust słyszane raz po raz, nabiera, mocy jak powtórzone 
uderzenia młota.
Mówiący nie zważał na wstrząśnienie słuchacza i po chwili namysłu zaczął znowu:
— Być może zresztą, że panna Zapolska ma cele czysto praktyczne. Wszak byłeś 
dotąd dobrze przyjmowany? 
— Dobrze.... Tak mi się przynajmniej zdawało.
— Podpytywały się też te panie o twoje dochody, o stan twego majątku, obecnego i przyszłego? 
— Nie, ani słowa.
— Przyjdzie to, zobaczysz. W każdym razie przepowiadam ci i nadal dobre, 
doskonałe przyjęcie. Będziesz trzymany w odwodzie, na wszelki wypadek. Nie dla 
twojej, ma się rozumieć, biurowej pensyjki, albo porcelanowej twarzyczki, ale 
dla twojej sperandy.
— Dla jakiej sperandy?
— Przecież wszyscy są. przekonani, że wuj tobie zapisze swój ogromny majątek?
— Ach, któż to może wiedzieć? Któżby o tem myślał? Wolno wujowi zrobić z nim, co 
mu przez głowę przejdzie. Nigdy nie liczyłem....
— Ty nie liczyłeś, ale drudzy liczą. Jeżeli Cesia zagięła parol na te miliony, 
będzie próbowała dwóch sposobów, aby tylko je zdobyć: albo z pierwszej ręki, to 
jest razem z ręką pana Tytusa, albo z drugiej ręki, to jest drogą spadku przez 
ciebie. Zostaje ci więc nadzieja, że jeżeli panna się wujaszkowi odrazu nie 
podoba, albo z czasem sprzykrzy... możesz być wybrany, jak Thiers, faute de 
mieux.
Tu Wiesław, do żywego tknięty i oburzony, chwycił go za rękę mówiąc:
— Dość. Jest granica wszystkiemu, nawet przypuszczeniom. Pańskie są zbyt 
bolesne, zbyt ubliżające...
— Ba, to jeszcze najłagodniejsze! Jeżeli chodzi
o przypuszczenia, miałbym wiele gorszych.... Ale nateraz wolę je zamilczeć. 
Jesteś jeszcze nadto zaślepiony.
Dojeżdżali właśnie do biura. Widząc ten gmach, z którego wychodził swobodny, a 
wracał z duszą, rozbitą, Różyc chwycił się za czoło.
— W jakiż ciemny labirynt zostałem wprowadzony! Wszystko jeszcze dałoby się 
wytłumaczyć, ale jedynej, jednej rzeczy nie rozumiem, i czemu ta przed matką 
tajemnica?
— Czemu? Rzecz prosta. Jeżeli przed kim, to przed matką. Jeszcze nie 
zrozumiałeś?
— Daję słowo że nie rozumiem.
Dorożka stanęła. Alfred uśmiechnął się zjadliwie i zapytał:
— Czy nie czytałeś przypadkiem, w Revue des deux mondes, powieści niedawno 
drukowanej pod tytułem: Julie Trécoeur?
— Zdaje się że czytałem.... tak.... niedawno....
— I pamiętasz ją dobrze?
Wiesław się namyślił. Znagła, jakby piorun przed nim upadł, cały stanął w ogniu, 
usta mu zadrżały.
— Przypominam sobie.... ale cóż ta powieść może mieć za stosunek?...
— Poczekaj. O ile pamiętam, bohaterka tej powieści, panna Julia Trécoeur, tato 
bardzo wcześnie zaczęła być rywalką własnej matki.
— Człowieku! Co ty mówisz? Przez Boga! Cóż to za piekielny pomysł!
— A mój Wiesławie, nie gniewaj się tak łatwo. To nie żaden pomysł, tylko domysł, 
który, notabene, mógłby wiele wytłumaczyć. Błyskał mi on już w umyśle i dawniej, 
przed laty dziesięciu, ale niewyraźnie. Dzisiejsza awanturka przemienia go 
prawie w pewność.
— Ależ to byłoby potworne! Przecież wówczas była jeszcze dzieckiem?
— Nie tak bardzo. Któż z nas widział jej metrykę? Mogła mieć lat trzynaście, a 
mogła mieć szesnaście. Była już porządnie wysoka. Że ją po dziecinnemu ubierano, 
to niczego nie dowodzi. Wiele matek upiera się w tym względzie; póty ich wiosny, 
póki córka w krótkiej sukience. Tymczasem i w tej krótkiej sukience może się 
odezwać serduszko, a wtedy... tragedya gotowa. Ale ja ci tu Bóg wie co gadam, a 
dorożkarz spogląda z pod oka i myśli że się kłócimy. Adieu, kochany Wiesławie. 
Zaczynam żałować że się wdałem w cudze interesa. I zbytkiem przyjaźni można 
zgrzeszyć. Nie bierz-że tak bardzo do serca sprawy jeszcze nie wyjaśnionej. 
Czasem najgorsze obraca się na dobre. A teraz, bądź zdrów!.... Do Boucquerella!
IX.
Łatwo mieć filozofią za drugich. Łatwo to. zraniwszy kogo do żywego, powiedzieć 
mu: —
"Nie jęcz-że. Dalibóg nie chciałem ci sprawić bólu!" — Zraniony może zamilknie, 
ale tem dotkliwiej ból uczuje.
Nic Wiesława tyle nie oburzyło, jak wyrazy: "Nie bierz-że do serca sprawy 
jeszcze niewyjaśnionej".
A właśnież dlatego stała się tak groźną, że była i zamało i zawiele już 
wyjaśnioną. Napomknienia Alfreda, szczególniej ostatnie, rzucały straszne 
światło na przeszłość wszystkich osób, obchodzących Wiesława. Uderzył się w 
czoło, rozmyślając
"Więc to jest owa tajemnica, która zwikłała losy pani Ireny i wuja, która ich 
ostatecznie rozdzieliła? Ależ w takim razie pani Irena byłaby prawdziwą 
męczennicą, bohaterką zaparcia się tem wyższego, że tyle lat pokrytego 
milczeniem. A córka byłaby..... Ach, nie mogę przypuścić... A jednak, czemuż ją 
tam dzisiaj zastałem? Może przypadkiem. Fatalność miewa takie trafy. O nie! 
Próżno się łudzić, to nie mógł być przypadek. Miejsce i godzina zgadzały się z 
opowiadaniem Alfreda. Ach ten Alfred...."
Wiesław nie mógł o nim pomyśleć bez odrazy. Nie mógł w siebie wmówić 
najmniejszej dla niego wdzięczności, bo też podczas całej tej opłakanej 
przejażdżki nie dostrzegł w nim prawdziwego współczucia; owszem, kilka razy mu 
się wydało, że z pod tych przesadzonych czułości przegląda ironia i źle tajona 
radość, a już co w chwili rozstania, to widział w nim wyraźny tryumf.
Odurzony mętnością swoich myśli, Wiesław poruszał się mechanicznie. Wszedł do 
biura, przejrzał kilka papierów, nie rozumiejąc z nich ani litery, kolegom na 
traf odpowiadał, wyszedł sam nie wiedząc kiedy, wstąpił ze zwyczaju do 
restauracyi, gdzie się od roku stołował, kazał sobie podać obiad którego nie 
tknął, i znów, jakby w somnabuliźmie, zaszedł do swego mieszkania, siadł w oknie 
i bezwiednie rachował to obłoki sunące po niebie, to kłęby kurzu pędzące między 
topolami. Chciał się czegoś dorachować w swoich wątpliwościach, wynaleźć jakąś 
formułkę na swoje domysły.
Najbardziej gniewało go przyrzeczenie dane tak niebacznie. Ten jeden krok 
zamykał mu drogę do wszelkich poszukiwań, zabraniał wybadać panią Irenę lub pana 
Tytusa.
"Oj prawda że zręczna ta panna Cecylia!" powtarzał z goryczą. "Umiała mi podać 
niteczkę z jedwabnych słówek, którą sobie sam ręce związałem. Co tu robić? Kto 
wie, czy nie pójść jeszcze do wuja? Nie będę nic mówił o dzisiejszej schadzce, 
dane słowo to świętość, ale będę mówił o pannie Cecylii, o czasach minionych, 
natracę parę przypuszczeń. Zobaczymy wtedy czy będzie mógł jeszcze śmiało mi w 
oczy spojrzeć, czy się nie zatnie i nie stanie w sprzeczności z samym sobą. 
Zobaczymy czy ta ogromna historya, którą mi onegdaj wypalił z otwartością 
przeciwną jego charakterowi, nie jest bajką, ukutą dla omylenia mojej wiary i uśpienia czujności."
Skoro tylko Wiesław zobaczył przed sobą jakiś cel działania, zaraz mu wróciła 
młodzieńcza żywość; porwał się i postanowił dotrzeć do wuja koniecznie, chociaż 
przewidywał, że wuj będzie z nim pewnie unikał spotkania.
Gdy więc został przyjęty słowami: — "Pan wyszedł." — Odpowiedział: — "To 
poczekam. " — I szybko przeszedłszy przedpokój, pochwycił za klamkę. 
Już drzwi uchylił, już zajrzał V głąb drugiego pokoju, w którym zobaczył postać 
powstającą z krzesła, kiedy Hubert rzucił się za nim, przytrzymał mu rękę i 
drzwi zasłaniając, mówił tajemniczym półgłosem:
— Proszę pana, bardzo pana proszę, niech pan nie wchodzi.... tam już jedna osoba 
czeka na mego pana...... a że to dama, nie powinienem nikogo wpuszczać.
Wiesław istotnie widział, że osoba nagle powstająca była kobietą, w czarnej 
sukni, z grubą, zasłoną na twarzy.
— Któż jest ta dama?
— O, proszę pana, mnie tego wiedzieć niewolno, a choćbym wiedział, niewolno mi 
pamiętać. Zresztą.... — dodał z misternym uśmiechem — u mego pana podobne wizyty 
są tak częste, że i spamiętać trudno.
— Mój Hubercie, powiedz mi tylko jednę rzecz, jedyną: czy już ta pani tu kiedy 
była?"
— W tym względzie nie mogę panu nic powiedzieć napewno. Wszystkie damy, jak 
włożą" szal i czarny welon, to są, do siebie podobne.
— A czy ta pani sama prosiła, żeby nie wpuszczać nikogo?
— No, ma się rozumieć. Choćby nie prosiła, to przecież mam doświadczenie. U mego 
pana, jak na królewskim dworze: każdy bez gadania zna swój obowiązek.
— Proszę cię jeszcze, mój Hubercie..... czy ta pani już dawno czeka?
— Dość dawno, albo raczej nie, niebardzo dawno.
Tak się po Metternichowsku broniąc, Hubert szedł krok w krok za niechętnie 
ustępującym gościem, aż go grzeczniuchno wyprowadził za drzwi od sieni, które 
coprędzej zamknął i klucz na dwa spusty zakręcił.
Wyprowadzony stał jeszcze za progiem.
Byłby dał pół życia, aby te drzwi przebić.
Dlaczego Wiesław byłby dał pół życia? Dlaczego on, grzeszący zwykle zbytkiem 
szlachetności, poniżył się na ten raz do podpytywań tem nie potrzebniejszych, że 
bezskutecznych?
Dziwnie to napisać... sam Wiesław czuł że nie godzi się takiej myśli nawet 
przypuszczać do głowy, a jednak nie mógł jej odpędzić.
W osobie, czekającej na pana Tytusa, wydało mu się że poznał Cecylią..
Twarz zasłonięta nie pozwalała ostatecznie stwierdzić podobieństwa. Ale cały 
szkic postaci, który czarnym profilem zarysował się w świetle okna, jej ruch, 
kiedy na odgłos klamki zerwała się ciekawie i trwożliwie, ten ruch jaskółczy, co 
go tyle razy już zachwycał, wszystko przypominało ją do najwyższego złudzenia.
— Waryat ze mnie! — pomyślał. — Gdzieżby też porządna panienka przychodziła sama 
do mężczyzny, jeszcze takiego jak wuj! Wdawała się w konszachty z kamerdynerem, 
jeszcze takim jak Hubert! I czekała w pokoju kawalera, o zmroku!
Stanął mu na myśli ustęp z opowiadania wujowskiego, Romana siedząca na progu 
Tytusa. Tamtej Hubert nawet nie wpuścił, bo już znudziła jego pana, tę wpuszcza 
jeszcze.
— Jeszcze! I toby miała być Cecylia? Nie! Mie! Po stokroć nie!... Słusznie 
tamten mówił, że wszystkie kobiety, jak włożą czarny szal i welon, są do siebie 
podobne. A jednak.... Ta myśl osiadła mi na mózgu jak zmora, i będzie ciągle 
chodzić za mną, jeśli jej się odrazu nie pozbędę. Już wiem.... pójdę prosto do 
pani Ireny, zastanę pewnie pannę Cecylią, siedzącą najspokojniej przy hafcie lub 
książce, wyleczę się odrazu z moich śmiesznych obaw i przynajmniej ten jeden 
ciężar z serca zrzucę.
Pędzony niepokojem, szybko stanął u pani Ireny, która go przyjęła. Znalazł ją. w buduarze, cierpiącą, rozciągniętą, na 
szezlągu, smętną.
Bystrym rzutem oka zbadał wszystkie sprzęty i zakątki, majaczące w szarej 
godzinie. Prócz nich dwojga, nikogo więcej nie było w pokoju.
Po kilku wyrazach powitalnych, zapytał drżącym głosem:
— Gdzież panna Cecylia? Czy nie będę miał szczęścia dziś jej widzieć?
— Cesi niema w domu. Przyszła jej ochota zajrzeć do pani Moszkowickiej. Poczciwa 
myśl. Biedni rodzice pierwszy raz od lat wielu znaleźli się sami, córka wczoraj 
odjechała. Cesia wyprosiła u mnie pozwolenie, aby ten wieczór z nimi spędzić i 
pustki ich domu rozweselić. Niedługo dałam się prosić. Lubię kiedy młoda osoba 
garnie się nie tam, gdzie wesoło i gwarno, ale tam gdzie trzeba nieść pociechę, 
cierpliwie słuchać starców i nieraz połykać-nudy. Dobra to szkoła; w niej 
panienka wyrabia się niejako na siostrę miłosierdzia salonową. Gdyby nie moje 
zdrowie, byłabym i ja z nią pojechała. Ale nie mogę; od kilku dni jestem, jak to 
mówią, z nóg ścięta.
Na pierwsze słowa: Cesi niema w domu, Wiesław się, wzdrygnął. Na wiadomość gdzie 
pojechała zdjął go żal wielki.
— Miałem ją. tak blizko! Wychodząc od wuja, po drugiej stronie schodów mogłem 
wszystko sprawdzić! A teraz trzeba znowu wracać... i to jaknajprędzej, aby się przekonać, czy istotnie ją tam zastanę.
Nie wypadało jednak, ledwie wszedł, wychodzić. Dla samej przyzwoitości musiał 
przedłużyć rozmowę, z czego skorzystał, aby nie naruszając tajemnicy, krążyć 
około jej granic.
— Panna Cecylia często wychodzi z domu?
— Od jakiegoś czasu dosyć często. I dziś już wyjeżdżała w południe na miasto, po 
sprawunki.
— Aha, po sprawunki — powtórzył i zacisnął usta.
— Miło mi — mówiła matka — kiedy widzę że Cesia ma ochotę rozruszać się, 
pobawić, wrócić do prawdziwych cech młodości. Dotąd żyła prawie. jak zakonnica, 
bałam się żeby mi dziecko nie zdziczało. Teraz wpływ miasta, inne otoczenie... 
usunięcie wielu zdrażnień.... działają codzień widoczniej. Doprawdy, jakby się 
odrodziła. Oto i wczoraj: było już postanowione że nie pojedziemy do państwa 
Moszkowickich. Tymczasem rano wstała jakaś nieswoja; widzę wyraźnie że jej żal 
tej rozrywki, i pierwszy raz w życiu zdarzyło jej się o cóś przymówić. Prosiła 
czy nie pozwolę jej tam wpaść choć na godzinkę, bo wystaw pan sobie, nigdy 
jeszcze nie była na żadnem weselu. A może też ją tam ciągnęła nie sama chęć 
zabawy, ale jaki jeszcze inny magnes?
Mówiąc to, pani Irena rzuciła na Wiesława spojrzenie pełne dobroci i obietnic, 
które w innem
usposobieniu byłoby młodzieńca przejęło szczęściem. Dzisiaj zachował ponure 
milczenie.
— Ucieszyłam się serdecznie, widząc że Cesia zdolna jest czegośkolwiek pragnąc. 
Ukułyśmy naprędce ubranie. Musiała wyglądać... nieźle?
On wstał, i całując rękę pani Ireny, odpowiedział:
— Cudownie. Ale... pani tam brakowało... Jaka z pani matka nieporównana!
Wpatrywał się w panią. Irenę z głębokiem rozrzewnieniem.
— Nieszczęśliwa matko! — mówił w duszy. — Zaślepiona i oszukana ofiaro! Ty boisz 
się aby twoja córka nie zapadła w surowość zakonnicy? Ty myślisz że twoja córka 
dla mnie wyrywała się na to wesele? Że dziś jeździła tylko po sprawunki? Że 
teraz pociesza starców? Ach, żebyż przynajmniej to ostatnie było prawdą! Trzeba 
tam biedz.
Ale pani Irena, ujęta jego rozczuleniem, w którem widziała tylko odblask innej 
czułości, nie pozwoliła mu odejść.
— Siadaj pan jeszcze i pomówmy, już nie o nas, nie o panu.
Tu zaczęła go się dopytywać, z troskliwością, niemal macierzyńską, o jego 
stosunki rodzinne, zajęcia biurowe, ile lat już pracuje, ile pensyi wysłużył, 
jakie ma w karyerze widoki.
— Oho! — pomyślał Wiesław — oto inkwizycya wróżona przez Alfreda.
I sierdził się w duszy, choć bardzo niesłusznie, bo młody człowiek, bywający 
wyraźnie w roli konkurenta, może się spodziewać że, prędzej czy później, rodzice 
panny zadadzą, mu podobne pytania. Zły to nawet znak, jeżeli go się o nic nie 
pytają.
Ale Wiesław raz uprzedzony, wszystko widział w czarnych kolorach.
— Pensyjka moja niewielka, a praca dość znaczna, przyznaję; ale się nie skarżę. 
Któż będzie pracował, jeżeli nie młodzi?
— Bardzo pięknie. Aż miło słuchać. Niejeden na pana miejscu wolałby więcej użyć 
i na drugich się spuścić, zwłaszcza mając takich rodziców co myślą, o 
wszystkiem, i wuja co jest prawdziwym wujaszkiem z Ameryki, a który podobno pana 
kocha jakby syna?
— Otóż i sprawa spadku na stół przychodzi — pomyślał Wiesław, i nic nie 
odpowiedziawszy, wstał powtórnie. 
— Gdzież się pan tak śpieszy?
— Jeżeli pani pozwoli, wstąpię do państwa Moszkowickich. Będę się starał 
rozweselić tam towarzystwo i pannie Cecylii ulżyć troszkę tych nudów, na które 
się tak bohatersko skazała.
Matka nie domyśliła się ironii zamkniętej w tych słowach, owszem z uśmiechem 
podając mu rękę — idź pan — rzekła — pozwalam i życzę dobrej zabawy.
A kiedy się odwrócił, szepnęła:
Jak mu śpieszno do niej! Chwała Bogu! Jeżeli jest taki, jakim się wydaje, to 
godzien Cesi. Szkoda tylko że w tym pośpiechu nie chciał nic mówić o Tytusie, na 
którego nakoniec naprowadziłam rozmowę. Chciałam wspomnieć o tym nieszczęsnym 
liście... nie dało się. Trzeba wszystko znowu przyszłości i Bogu zostawić.
Tymczasem Wiesław dobiegł już do bramy państwa Moszkowickich. Przyszło mu na 
myśl że jeśli Cecylia przyjechała, powóz powinien być w dziedzińcu, albo przed 
bramą.. Stała istotnie jakaś kareta, ale o kilka domów dalej, jakby dla 
niepoznaki cofnięta. Zbliżył się i poznał konie jabłkowite.
Już więc niezawodnie tu była, ale po której stronie domu?
Państwa Moszkowickich zastał w stołowym pokoju, przy nizkiej lampie. Pani Dorota 
szyła sobie kokardki do czepka z resztek białej wstążki pozostałej od 
wczorajszych bukietów, pan Aleksy, w szlafroku i okularach, powolnym głosem 
czytał żonie Kuryera.
— Wszelki duch Pana Boga chwali! — wykrzyknął, przyjrzawszy się wchodzącemu. — A 
to, mości dobrodzieju, gość jak z nieba! No tylko powiedz, Dosiu, czy nie 
poczciwy z kościami chłopiec? Inni przyszli na wesele, najedli się, napili, 
obtarli buzię i poszli precz, i nie wrócą aż drugi festyn wyprawimy. A ten zaraz 
nazajutrz pamięta o starych ludziskach.
— A jakże, łaskawy panie, przychodzę podziękować za miłe chwile wczoraj tu 
spędzone.
Przez niesłychane wysilenie wymówił te stówa spokojnie, ale oglądał się wzrokiem 
prawie obłąkanym.
Z kolei pani Dorota go witała:
— Oho! Znać zaraz że z pana kawaler wyższej edukacyi. Dziś między młodymi rzadko 
znaleźć prawdziwy respekt i galanteryą. 
Wiesław zdobył się jeszcze na pytanie:
— Więc państwo tak sobie we dwójkę siedzicie? Panna Zapolska nie była tu 
dzisiaj?
— Panna Zapolska? Była wczoraj, ale dzisiaj nie. Ona nie taka jak pan grzeczna, 
dziś ani się pokazała. Dlaczego się pan pytasz?
Zagadnięty długą chwilę nie mógł odpowiedzieć. Był porażony. Spostrzegłszy 
oczekiwanie pani Doroty, wyjąknął:
— Tak.... zdawało mi się.... że miała ten zamiar.... może źle zrozumiałem....
Odtąd zamilkł, tylko mu w duszy tętniały wyrazy:
— Kiedy niema jej tu, więc musi być tam!
To wołanie rosło w huk zawrotny, pokój kręcił się wkoło niego, a za serce 
ścisnął go żal bezdenny, podobny do żalu aniołów, kiedy widzieli swoich 
towarzyszów jasności, spadających z nieba w otchłanie.
Gospodarz starał się bawić gościa przedmiotem który sądził dla niego najmilszym.
— Ta panna Zapolska śliczna! Niema co mówić, perfekcya. A przytem zuch 
dziewczyna. Daj ci Panie Boże dostać kiedyś podobną żonkę i doczekać takich jak 
my latek. Bo widzisz, po dwudziestu kilku latach, znów siedzimy sobie jak dwa 
gołąbki, a choć trochę tęskno za Helenką, pocieszamy się jak możemy, wystawiając 
sobie żeśmy nazajutrz po ślubie. Hę? Nieprawdaż, Dosiu?
Dosia nie miała czasu odpowiedzieć. Wiesław chwycił się za skroń, jakby sobie 
nagle cóś przypomniał, spojrzał na zegarek i zawołał:
— Dziewiąta dochodzi! Ach, przepraszam państwa, zapomniałem że na mnie któś 
czeka z interesem, przepraszam i żegnam.
— Więc to tak, mości dobrodzieju? Po modnemu? Witam i padam do nóg? A ja 
myślałem że kochany gość wypije z nami herbatkę. Potem pani moja by mi pozwoliła 
fajeczkę, panu może papierosika. Wszak pozwolisz, duszko? 
— A i owszem. Cóż kiedy pan Różyc się śpieszy. Widać że cała ta wizyta była to 
tylko une visite de digestion za naszę wczorajszą kolacyą.
Gość już nie słyszał admonicyi pani Doroty, która miała sobie za obowiązek 
młodzież uczyć moresu.
— Dobry, ładny chłopiec, ale mu czegoś brakuje....
— Niczego mu nie brakuje, tylko poprostu zakochany po uszy. Ho, ho, zdradził się 
chłopak, nie
przyszedł dla naszych pięknych oczów, ale w nadziei że zastanie tu swoję pannę. 
A to się biedak złapał! Aż mi go żal było, boć to przecie i ja tak szalałem, 
dwadzieścia cztery lat temu, pamiętasz, Dosieńko? Dwadzieścia cztery lat! A za 
roczek będzie znowu wesele, i to nasze własne, i to srebrne!
Podczas kiedy siwa para spokojnie gruchała, Wiesław przechodził 
najgwałtowniejsze wstrząśnienie, jakie może dotknąć młodą, duszę.
Ledwie drzwi za nim zamknięto, otworzyły się naprzeciwko drzwi od mieszkania 
Odonicza, a z nich wyszedł pan Tytus, prowadzący pod rękę owę czarno ubraną 
osobę.
Młodzieniec w pierwszej chwili uląkł się pióru, nującej prawdy, nie chciał na 
nią patrzyć, jak dzieci co zasłaniają, oczy, aby nie widzieć stracha, i zamiast 
zastąpić im drogę, puścił się wgórę, o pół piętra wyżej.
Gdy jednak przebiegł kilka schodów, zdjęła go krwawa ciekawość ostatecznego 
przekonania, przechylił się przez poręcz, wzrok i słuch natężył...
O, już teraz nie można było wątpić! Poznał nietylko postać, ale głos...
Kiedy przyszło jej schodzić, uniosła nieco welon, którego gęstość zasłaniała jej 
drogę, a wtedy wyraźnie zobaczył twarz Cecylii.
I ona i pan Tytus szli, jak ludzie co się gorączkowo śpieszą. Głosy ich drgały 
od wzruszenia.
To też ani zauważyli struchlałej postaci, co się w głębi sieni przemknęła. 
Dosłyszał część rozmowy.
— Ach Boże — powtarzał Odonicz — Boże mój! Czemuż wcześniej nie wiedziałem? 
Bylibyśmy już dawno szczęśliwi! Czemuż Bóg wcześniej nie natchnął pani ta. 
myślą?
— Nie mogłam — ozwał się głos Cecylii — moja matka nie chciała. Stanowczo nie 
chciała. Musiałam wiele z sobą walczyć, nim się na ten krok odważyłam.
Mówiła jeszcze dalej, ale Wiesław już nie mógł jej dosłyszeć.
Uczepiony konwulsyjnie do poręczy, nie wiedział ile przebył, kilka minut, czy 
kilka wieków? Aż turkot odjeżdżającej karety wyrwał go z osłupienia.
— Dokąd oni pojechali? Czy to ucieczka? Trzeba biedz do pani Ireny, ostrzedz że 
jej córkę porywają... a jeśli jej nie uwiózł, ostrzedz przynajmniej że oszukują, 
zdradzają, i matkę i mnie!...
Wybiegł z bramy. Pojazd już był daleko; huczał jeszcze w końcu Chmielnej ulicy, 
ale wkrótce skręcił i zniknął mu z oczu. Wiesław chciał przyśpieszyć biegu: nogi 
się pod nim zwijały. Byłby dał pół majątku za dorożkę, i, jak zwykle się w 
takich razach zdarza, nie spotkał ani jednej próżnej.
Wybiegłszy na Nowy-Świat roztrącał ludzi i kilka razy pomylił się o bramę.
Nakoniec trafił do właściwej. W dziedzińcu z karety wyprzęgano konie. Więc tu 
przyjechali!
Na pierwszym stopniu zatrzymał się z oddechem zapartym. Z tychże samych schodów 
przed godziną, jeszcze zbiegał z ostatkami nadziei; teraz wchodził, wahając się 
i przystając, jak człowiek co idzie się topić.
Zbieg najprozaiczniejszych okoliczności otworzył mu wolną drogę. Lampa na 
schodach tego wieczora kopciła. Sebastyan to spostrzegł, ale w swojej 
kamerdynerowskiej arystokracyi, nie mogąc się poniżyć do starań około schodów, 
zbiegł i stróża szukał po dziedzińcu, a w myśli że zaraz wróci, zwyczajem sług 
na wsi chowanych, drzwi za sobą zostawił niezamknięte.
Wiesław zastał je nieco odchylone i wszedł. Nie było się komu opowiedzieć, szedł 
więc dalej do jadalnego pokoju, mdło oświeconego wiszącą, lampą.
Drzwi od salonu były otwarte, ale zapuszczone ponsową portyerą, która pod mocnem 
światłem sali rysowała się w ognisty kwadrat. Ujął ręką zaponę, uniósł nieco jej 
fałdów, ale nie przestąpił progu... skamieniał na widok, co mu się odsłonił.
Naprzeciw drzwi, w głębi salonu, pani Irena siedziała w fotelu pochylona, z 
oczami zakrytemi chustką; głowa jej wstrząsała się od przytłumionego płaczu.
Pan Tytus i Cecylia klęczeli przed nią, całując jej kolana i zaklinając ją 
najczulszemi błaganiami.
— Przystań, marno! — wołała córka, i podniosła ręce złożone. — Nie odmawiaj, 
mamuniu! Nie psuj-że nam szczęścia, nieledwie cudem zdobytego. 
Pan Tytus mówił:
— Jeśli moja prośba może jeszcze mieć jaką wartość, przystań, pani najdroższa! A 
jeśli moje słowo już nic nie znaczy, niechże głos córki cię wzruszy.
Pani Irena, zwolna odejmując chustkę od oczów, odpowiedziała z westchnieniem:
— Zobaczymy...
Przy pierwszym jej ruchu, Wiesław zmieszany puścił z ręki zaponę, która się 
znowu zamknęła, jednak usłyszał panią Irenę mówiącą:
— Zdaje mi się że tu któś wchodził. Klęczący musieli się obejrzeć, poczem 
uspakajali: panią Irenę.
— Niema nikogo. Któżby tu mógł wchodzić?
Po chwili pan Tytus wtrącił:
— Chyba Wiesław?
— O, tego się nie boję! — zawołała Cecylia. — Najprzód już późno. Powtóre, na 
wszelki wypadek ostrzegłam Sebastyana, aby mu powiedział że nas niema w domu. On 
dziś tu wcale niepotrzebny.
Znów się odezwał głos pana Tytusa: 
— Jednak... trzeba mu będzie to wszystko powiedzieć.
— No tak... — odparła Cecylia — ale może tylko mniej więcej, i w każdym razie 
niewcześniej, aż mama przystanie. 
Wiesław już miał dosyć.
Obelga, jaką widział w tych wyrazach, padła zimną wodą na żar jego boleści.
Zawrócił się tem śpieszniej, że głos Cecylii brzmiał coraz bliżej progu. 
Przestraszony, aby go nie zeszła w postawie podsłuchującego, coprędzej przeszedł 
napowrót przez jadalny pokój, gdzie dywan przytępiał jego kroki. W przedpokoju 
znowu nikogo nie spotkał, bo cała ta scena trwała ledwie kilka minut.
Na schodach jeszcze się zastanowił, czy nie wrócić jawnie i nie wypowiedzieć 
słów prawdy?
Ale przywykły do surowego ważenia wszystkich swoich postępków i wyrażeń, teraz 
uląkł się własnego gniewu.
Czuł że w tej chwili nie potrafi zapanować nad sobą, struchlał czy nie pójdzie 
zadaleko, zwłaszcza względem wuja, do którego wrzał śmiertelnym żalem. — 
Powiedział sobie: — Na później! — I wyszedł.
X.
Od dwóch dni Wiesław staczał się w przepaść. Łudzony z początku nadzieją, że 
potrafi wrócić
do brzegu, wisiał na niejednem urwisku, czepiał się najmniejszej gałązki, ale 
wszystko się pod nim załamywało i według odwiecznych praw ciężkości, które tak 
samo rządzą, w duszach, jak na planetach, spadanie stawało się z każdą chwilą 
gwałtowniejsze.
Pogodny stoicyzm jego zachwiał się w tych godzinach niepewności. Niepewność, to 
jakby konanie, boleśniejsze nieraz niż śmierć. I godziż się wymagać od owego 
nieszczęśliwca, lecącego w otchłań, aby nie krzyczał i rak nie wyciągał?
Teraz runął na samo dno przepaści.
Uderzenie było straszne, jednak doznał rodzaju ulgi. Uczuł grunt pod sobą, a 
chociaż to był grunt rozpaczy, wiedział już przynajmniej czego się trzymać, 
rozpatrzył się w otaczających ciemnościach i przedsięwziął wyjść z nich, ale 
inną drogą. Postanowił nigdy nie powrócić do ścieżki która go zdradziła i nawet 
nie obejrzeć się na nią.
Już ze schodów zstępując, znalazł równowagę duszy. Charakter jego, wyrobiony 
latami wewnętrznej pracy, nietylko zakrzepł chwilową jędrnością, ale zahartował 
się nazawsze, jak zwykle dobra stal w dobrym ogniu.
Oburzenie przemogło w nim boleść, a poddanie się Opatrzności przemogło 
oburzenie.
To też kiedy wychodził, nogi się już pod nim nie chwiały, nie miał za złe 
ludziom że po chodnikach tłoczą się i wesoło gwarzą, ani gwiazdom że bez chmurki świecą.
— Nie pierwszy ja, ani ostatni człowiek, — mówił sam w sobie — który cierpi i 
doznaje zawodu. Za cóż mam być od innych szczęśliwszy? Kiedyż tedy okazać 
odwagę, jeżeli nie w godzinie próby? Oto przyszła jedna z tych prób, do których 
religia nas przygotowywa, jedna z tych godzin czarnych, o których filozofowie i 
starcowie z postrachem nas ostrzegają. Trzeba ją przyjąć z godnością i raz na 
zawsze zrozumieć, że to życie nie jest celem, ale przejściem.
Jednak natura ma swoje prawa. Jeżeli nie sprowadza burzy, sprowadza omdlenie. 
Stanąwszy w domu, uczuł senność nieprzezwyciężoną; ledwie trafił do łóżka, gdzie 
go ogarnęło uczucie wiru i nicości. Wielkie zgryzoty, kiedy są przytłumione, 
porażają nieraz umysł takim pół-letargiem. Jest on męczący i niezdrowy, ale tę 
przynajmniej daje korzyść, że wymazuje z życia godziny, któreby inaczej wydały 
się wiekami.
Po owym prawdziwie feralnym poniedziałku, wtorkowy dzień zaświtał rozdąsany, 
dżdżysty. Na Wiesława ożywczo podziałało szare niebo i przykre powietrze; czuł 
się w swoim żywiole. Takie pośród lata dnie deszczowe, to jak ciężki smutek w 
młodości.
Cały ten dzień spędził w domu. Pierwszy raz bez widocznej przeszkody pozwolił 
sobie nie pójść do biura, Brał koleją to Żywoty Plutarch a, to
Ewangelią: wszędzie trafiał na obrazy i zdania malujące fałsz świata, 
prześladowanie cnotliwych i tryumf przewrotności.
Przerzucając kartki, słuchał czy kto po schodach nie stąpa. Czekał ciągle, czy 
nie zjawi się albo list od Cecylii, albo sam pan Tytus.
Iść do nich pierwszy nie mógł. W jakiejż pokazać się postaci? Jak człowiek co o 
niczem nie wie? Tegoby nie potrafił. Jak obrażony i rozumiejący zdradę? Ale 
wtedyby się trzeba przyznać że ich podpatrzył, podsłuchał ze schodów i z za 
firanek? Jakże im wytłumaczyć że to wszystko stało się przypadkiem, prawie bez 
współdziałania jego woli? Czyżby się w dodatku nie doigrał pogardliwych 
przymówek, on, co powinien utrzymać grozę oskarżyciela i majestat 
pokrzywdzonego?
Trzeba było czekać, aż sami się zgłoszą i raczą mu opowiedzieć, co o jego losach 
bez niego postanowili.
— Ja im tam niepotrzebny. Cecylia sama wczoraj rzuciła ten wyraz okrutny i 
pomiatający. Pewnie też swemu Tytusowi zakazała rozmówić się ze mną. Na to 
zawsze dość czasu... i to jeszcze mniej więcej... własne jej słowa. Oni się tam 
z sobą nie mogą nacieszyć. Używają wszelkich tortur moralnych, aby z matki 
wymusić przyzwolenie. Jeśli nad nią nie mają litości, jakże mają się troszczyć o 
mnie? Ani myślą że ja tu cierpię. Prawdę mówiąc, nawet się nie mogą domyśleć, 
kiedy nie wiedzą że wiem.
Około piątej po południu któś nieśmiało zapukał. Była to żona stróża, poczciwa 
stara kobiecina, u której miał wielkie łaski miły i zawsze grzeczny lokator. 
— Przepraszam pana że się dowiaduję, ale pan, jak uważałam, od rana z domu nie 
wyszedł. Coś mię tknęło czy pan nie chory? Możeby czem usłużyć? 
Podziękował za wszystko. Nie dała się jednak tak łatwo odprawić. Z własnego 
domysłu przyniosła mu obiad, pokój uprzątnęła, nowinkami bawiła; nakoniec, 
widząc że śliczny panicz jest nie do rozruszania, wyszła sobie cichutko, 
wzdychając na schodach.
I znowu godziny całe nadsłuchiwał. Nic! Ani odwiedzin, ani wieści.
Ta bierność zaczynała być nie do zniesienia.
Wiedział że go prędzej lub później czeka straszna scena wzajemnych tłumaczeń. 
Byłby chciał już raz przebyć tę krwawą operacyą serca, a tu nie można ani jej 
uprzedzić, ani przyśpieszyć, ani się doczekać!
O dziesiątej wieczorem, kiedy już zwątpił, aby ktokolwiek do niego się zgłosił, 
wstał, czując że sam z sobą dłużej nie wytrzyma. Zapragnął jakiejś ludzkiej 
twarzy, jakiegoś żyjącego głosu.
Wyszedł, i ostrzegłszy stróża na wszelki wypadek, aby dobrze uważał czy kto nie 
wstąpi lub nie zostawi listu, puścił się na miasto.
Do kogo iść? Czy do którego z kolegów? O nie!
Tam zawesoło i zagwarno. Mógłby spotkać u nich Alfreda, a ten niewart ażeby go 
szukać. Obojętny! Przecież to on pierwszy popchnął: go na drogę domysłów, rzucił 
go na pastwę podejrzeniom, a teraz ani zajrzy, ani się spyta! I lepiej, bo gdyby 
zapytał, cóż powiedzieć?
Pod wieczór czas wypogodził się prześlicznie. Różyc, wiedziony wspomnieniami dni 
lepszych, zaszedł na czwarte piętro profesora Bońki. Tam wiedział że go nie 
spotka ani fałsz, ani podstępna ciekawość.
Profesor, zgarbiony nad stolikiem pokrytym zdartą ceratą, przy jednej świeczce 
pisał nóty. Pokoik był ciasny i duszny; kurz od książek i dym tytuniu zasuły go 
mrokiem gęstym; ale oblicze piszącego z po za tych obłoków jaśniało szczęściem i 
natchnieniem, dwoma promieniami które i najszpetniejszą twarz ludzką umieją 
przetworzyć na obraz i podobieństwo Boskie.
Usłyszawszy skrzypnięcie drzwi, profesor syknął, jakby zniecierpliwiony 
przeszkodą, ale wnet serdeczność wzięła górę.
Otworzył na rozcież objęcia. 
— Kochany panie Wiesławie! Zastajesz mię w chwili wielkiej, jednej z 
największych mego życia. Piszę ostatni ustęp mojego Aryona.
— Ach! jakże nie w porę przyszedłem! Przepraszam...
— Nic nie szkodzi. Przecież się wena tak zaraz nie urwie. Jesteś nadto ładny i 
czarowny, abyś miał muzy wystraszyć. Siadaj. Albo nie, pierwej pozwól, niech cię uściskam! 
Dobrze kiedy jest z kim podzielić się radością.. Bo wystaw sobie co to za 
szczęście kończyć! Zaczynać, ba! to nie sztuka; wtedy zdaje się że wszystko 
łatwo pójdzie i składnie się złoży. Im dalej, tem ciężej. Jedno od lasa, drugie 
od Sasa, i nie chce się razem trzymać. Już w połowie dzieła ręce opadają, zdaje 
się znowu że wszystko nic nie warte. Ale to zła pokusa, trzeba ją odpędzać i 
brnąć dalej. A tu coraz nowe trudności łeb wychylają i wyją ze wszystkich kątów. 
Ale bo też to nie sonata, ani nawet symfonia, to ni mniej, ni więcej tylko 
opera. To cały świat, który trzeba z chaosu wyprowadzić. Już z samą 
instrumentacyą robota jakby sto tysięcy wojska musztrować. A równowaga ról! A 
dopieroż motywa, ach, te motywa! Krzycz jak czajka, nie przyjdzie bajka. Czasem 
czekasz i rok i dwa, nim złapiesz osiem taktów szczęśliwego motywu, ale też 
kiedy go raz masz, to już pół aktu wyrośnie jak na drożdżach. A trzeba się także 
bronić od zbytniego bogactwa, od tych ładnych a niepotrzebnych epizodów, co się 
bestyjki proszą., żeby ich nie wypychać. Powiadam ci, skaranie Boskie. Już 
myślałem że nigdy nie skończę. To zupełnie jak z dawnemi drogami. — Daleko do 
wsi? — Będzie z mila. — Jedziesz godzinę. Idzie drugi chłop. — A dalekoż tam 
jeszcze do tej wsi? — Niedaleko, już tylko z milka. — Ach, żeby to można dla 
siły twórczej wynaleźć jakieś szosy i koleje żelazne! Ale nie, widać Pan Bóg nie chce nam ująć zasługi. A ciężka, trzeba 
przyznać. Każda praca duchowa idzie, jak to mówią, wołami. Ale idzie. I ja oto 
jednak dożyłem dnia w którym kończę. Bo skończę, już mi tylko trzydzieści kilka 
taktów zostaje do obrobienia. To przez noc się wykuje, a teraz, na wytchnienie, 
zagram ci który z ostatnich kawałków. Naturalnie, fortepian nie może dać 
dokładnego wyobrażenia; jak wszystko pójdzie z orkiestrą, z chórami, to dopiero 
zobaczysz. Na tymczasem będę grał piąte przez dziesiąte, a — czuły słuchacz 
niech w duszy dośpiewa. 
Pan Benedykt, rozgorączkowany pracą, byłby mógł i godzinę prawić, bez przerwy ze 
strony słuchacza. Ten siedział nieruchomy, zdumiony że można się tak namiętnie 
zająć przedmiotem oderwanym od życia.
Profesor, zapalając drugą, świecę, spojrzał uważniej na gościa.
— Jakże też zmizerniałeś, panie Wiesławie. Cóż u licha? Musisz być słaby..
— Jestem słaby i mocno. A co najgorzej, dusza niedomaga. Zwykle jak niema 
zdrowia, to niema i humoru, i vice versa. To też przyszedłem to orzeźwić się, 
zapomnieć...
— A! kiedy tak, kiedy ci smutno, to nie zagram aryi konania z piątego aktu. 
Trzeba cóś innego... na przykład wielki sekstet, co czwarty akt
zamyka. Tu już niema żadnej melancholii, tylko walka, ruch, życie, con brio!
Zagrzmiały tony sekstetu, porywające, potężne. Wiesław chciał się wsłuchać, ale 
nie mogł samego siebie poznać. Muzyka, która dotąd zawsze niosła mu balsamy, 
dziś go drażniła, nieledwie gniewała.
Sztuka umie ugłaskać przemijające troski, poetyczne smutki. Ale wobec wielkiej, 
rzeczywistej boleści, wygląda prawie na ironią, a w każdym razie targa nerwy 
rozstrojone.
Z wysileniem doczekawszy się końca sekstetu i pochwaliwszy go ze sztucznym 
zapałem, Wiesław spytał przy pożegnaniu:
— Dawno też profesor był u pani Pełkowej?
— O, strasznie dawno. Może z tydzień już nic wychodziłem. Raz rozmachany w 
pracy, nie chciałem jej przerywać, ale sobie obiecywałem tę. wizytę za nagrodę, 
jak się dziecku obiecuje cukierek po skończeniu lekcyi. To też jeżeli dzisiaj 
skończę, jutro zaraz pobiegnę pochwalić się i nacieszyć. Już odchodzisz? Nie 
zatrzymuję cię, kochany chłopcze, powinieneś wyspać się i wydobrzeć. Okropnie 
wyglądasz. A ja, raz, dwa, trzy, do roboty!
Znalazłszy się znowu między pustem! ścianami swojego mieszkanka, Wiesław uczuł 
osamotnienie, jakiego nie znal jeszcze.
Ni pójść do kogo, ni do kogo wracać. Ni się przed kim poskarżyć, ni rady zkąd 
zasięgnąć.
Ogarnęła go czczość tak zabijająca, że zamierzał choć na kilka dni opuścić 
miejsca zohydzone i pojechać na wieś do rodziców.
Tam jeszcze znajdzie serca które go nigdy nie omylą, tam będzie mógł 
wypowiedzieć swoje cierpienia i pod błogosławiącą, ręką leczyć się powoli z ran 
odniesionych w boju życia.
Zadawał sobie nawet pytanie, czy nie lepiej zupełnie porzucić urząd i osiąść 
przy rodzicach na gospodarce. Bo o powrocie do Warszawy nie mógł myśleć bez 
wstrętu. Źyć w mieście, gdzie mieszkają ci, co go tak srodze zawiedli? Spotykać 
ich codzień w towarzystwach, po teatrach i przechadzkach? Patrzyć na ich 
tryumfujące szczęście? Ach, stokroć lepiej wyrzec się stolicy, rozrywek, 
świetnej przyszłości, zmienić wszystkie stosunki i życie skończyć głucho, byle 
wśród poczciwych ludzi. — Nie chciał jednak nic postanawiać, bez poradzenia się 
ojca.
Tymczasem nadzieja zmiany pokrzepiła go nieco. Zaczął się pakować, a chociaż 
mało potrzebował na pierwszą wycieczkę, chociaż mantelzaczek prędko się 
zapełnił, porządkował i resztę, w myśli że niezadługo wszystko przyjdzie 
zabierać.
Układał książki, odczytywał listy; gdyby miał czem rozporządzać, byłby pisał 
testament.
Zajęcia te przydały mu się na zabicie godzin, bo dobrodziejstwo kamiennej 
senności już tej nocy nie chciało wrócić. Owszem, był wytrzeźwiony
jak nigdy, myśli jego pracowały z logiką, nielitościwą.
Czasem jeszcze porywała go szalona chęć zwątpienia o swojem nieszczęściu.
— Czy ich nie zaprędko obwiniłem? Przeznaczenie umie czasem tworzyć pozory 
prawdopodobniejsze od prawdy i zawikłać je ze złośliwą sztucznością, która i 
najostrożniejszych omami.
— Może chodziło tylko o panią Irenę? Ale wtedy, czemuż sama intrygi nie 
prowadziła? Pocóżby miała córkę wystawiać na niebezpieczeństwa i obmowę? Ach, 
zawsze powtarzam, wszystko jeszcze dałoby się może wytłumaczyć, ale owa 
tajemnica przed matką! To jedno bezpowrotnie potępia Cecylią. Czemuż trzeba aby 
taki człowiek jak Alfred miał słuszność? Oburzałem się na niego, a 
niesprawiedliwie. Miłość Cecylii dla mego wuja musi już liczyć długie lata. 
Zamało, zakrótko spotykali się teraz, aby uczucie miało z taką przemocą od razu 
wybuchnąć. Już zapewne wówczas matka dostrzegła początki tej skłonności... 
Niedziw że sama się wahała, że nawet z męztwem ofiary odepchnęła ukochanego, aby 
w córce nie stworzyć wroga i sobie, i jemu. A podczas owej nocy fatalnej musiała 
córka, śpiąca w drugim pokoju, dosłyszeć rozmowę, pod której urokiem szala się 
już przechylała. Matka, przelękniona jej rozpaczą, postanowiła raz na zawsze 
przeciąć oburzające to współzawodnictwo, zniszczyć nawet jego możebność, i z 
dnia na dzień pierwszemu
lepszemu bez miłości oddala rękę. Trudno nic przyznać że tym sposobem wszystkie 
wypadki stają się jasne, — aż zanadto jasne! Co zaszło potem? Trudniej zgadnąć. 
Musiała Cecylia trwać uporczywie w zakochaniu, kiedy jeszcze przed rokiem, jak 
sam wuj napomykał, była mowa o ich połączeniu. Oh, ten wuj! Jam się korzył przed 
jego wielkością, jak głupiec rozczulałem się nad jego cierpieniami, a on sobie 
drwił ze mnie! Czemuż nie było po. wiedzieć otwarcie: Mój Wiesławie, obaj 
kochamy jednę, niech ona sama rozsądzi. — Byłbym ustąpił przed wyrokiem Cecylii, 
ale po co komedya? Trzebaż abym raz pierwszy, raz jeden pokochał, i między 
tysiącami kobiet niewinnych, szczerych, trafił na takiego szatana!
Wśród podobnie czarnych rozmyślań, wpadł Wiesławowi w rękę niedawno zaczęty 
dzienniczek. Rzucił okiem na pierwszą kartkę i z podziwieniem spostrzegł datę: 
środa, W-go czerwcu.
— Czy być może? Więc toby dopiero był tydzień?
Tak, — to dopiero był tydzień.
Wziął pióro, i przy dogorywającej lampie, której czerwone światło walczyło ze 
świtem, dopisał: Środa, -go czerwia — o -ej z rana.
— Kiedy ten dziennik zaczynałem, zdawało mi się że grubość książki nie starczy 
na dzieje mojego serca. Dziesiątej stronki nie zacząłem, a już niema co pisać. 
Wszystko się skończyło. Na zbudowanie szczęścia trzeba nieraz lat. Na jego
zniszczenie dosyć kilku dni. O wy, na których sercu chciałem szczęście budować, 
niech wam Bóg przebaczy! Może i ja kiedyś przebaczę. Dziś nie chcę wam 
złorzeczyć, ale nie chcę was i oglądać. Odjeżdżam, aby nie wrócić. Niech ten 
wyjazd bez pożegnalnego słowa, ani znaku, padnie wam na duszę, jak ciężkie 
pytanie!"
XI.
Po bezsennej nocy, zapragnął zmiany miejscu, powietrza i ruchu. 
Wypadało pójść do biura, opowiedzieć się z nagłym wyjazdem, ale było jeszcze 
zawcześnie, puścił więc wodze bezcelowej wędrówce.
Wydawała się ona bez celu, jednak serce go prowadziło.
Zaszedł do Wierzbna. Tam pierwszy raz ja spotkał! Śliczne i wesołe to ustronie 
zrobiło na nim wrażenie cmentarza. 
Zszedł do Łazienek. Przywykły widzieć je przy oświetleniu i ruchu wieczornym, 
ledwo mógł wśród nich się rozpoznać. Pustki poranne, urocze na dzikim polu albo 
w lesie, tu raziły przy dworszczyźnie gracowanych ścieżek i wykwintnych mostków. 
Paląc wyglądał jak zaklęty.
Wiesław siadł nad wodą, ale łabędzi nie było widać, a posągi, co o zmroku tak 
śmiało opowiadały mu swoje pogańskie miłości, o tej godzinie
zdawały się wstydzić i zamrużać oczy przed oślepiającym wschodem słońca.
Samolubna swoboda przyrodzenia ubodła młodzieńca. Wobec ruchliwych, sobą. tylko 
zajętych żywiołów, nie chciał dłużej rozwodzić swojej człowieczej, niesłuchanej 
skargi. Wstał i drogę powrotną skierował na Botaniczny ogród, koło grobowca 
Metelli. Szedł tamtędy umyślnie: jak Mucyusz Scevola, chciał cierpieniu dowieść 
że go się nie lęka, chciał serce przyzwyczaić do wrażeń palących jak czerwone 
węgle.
Kiedy jednak przechodził koło pamiętnej ławki, zasłonił oczy i przyśpieszył 
kroku. 
Biuro zastał już w pełnym ruchu.
Szczęśliwym trafem, posiadał urlop dawniej sobie udzielony. Obawa niewidzenia 
Cecylii, choćby przez dni kilka, nie pozwoliła mi dotąd zeń korzystać, ale teraz 
mógł każdego dnia wyjechać; przyszedł tylko ostrzedz swojego zwierzchnika.
Był to człowiek prawy, o surowej twarzy i chłodnem obejściu. Dziś jednak, 
spojrzawszy na Wiesława, powiedział mu z niezwykłą dobrocią:
— Jedź pan. Kto tak sumiennie pracuje, może i powinien czasem wytchnąć. Ale te 
interesa, dla których nas porzucasz, musiały cię nabawić zmartwienia, boś 
fatalnie zmieniony. Wróć nam, panie Różycu, weselszy.
I podał mu rękę, czego jeszcze nigdy nie uczynił.
Wiesława, który czuł się od wszystkich opuszczonym, ten mały dowód współczucia od obcego człowieka wzruszył więcej, niżby 
go w szczęśliwej chwili wzruszyły największe czułości. To też wychodząc, 
obejrzał się z rodzajem żalu, myśląc sobie: — Ten poczciwy człowiek ani się 
spodziewa, że ja tu może już nie wrócę.
Z biura wstąpił do kilku sklepów. Nie chciał się na wsi pokazać bez gościńca. 
Wybierając upominki dla matki, ojca i domowników, uśmiechnął się smutnie; 
porównał swoje dzisiejsze wrażenia ze wspomnieniami lat dziecinnych, kiedy to 
całą noc spać nie mógł, ile razy przygotowywał dla rodziców tak zwaną siurpryzę, 
jakie szumne deklamacye, albo klejone kostiumy. — Choć taki młody, miał już za 
sobą przeszłość. — Cóż to będzie — pomyślał — za drugie lat dwadzieścia? Może 
także uśmiechnę się nad wrażeniami, co dzisiaj sen mi odbierają....
Dobrze po południu wracał obładowany do domu i już zamierzał wkrótce wybrać się 
na kolej, kiedy żona stróża zabiegła mu drogę.
— Proszę pana, ten pan, co to taki brzydki, był tutaj i czekał na pana długo, 
długusieńko. A potem powiedział że musi już odejść, ale zostawił karteczkę i 
bilet.
Na kartce stało napisane ołówkiem:
"Kochany i zbyt szczęśliwy kapryśniku! Wracam w tej chwili od pani Ireny, gdzie 
się wszyscy o ciebie ogromnie turbują, więcej może niż zasługujesz. Już rozumiem 
twoję wczorajszą hipokondrya.. Musisz być na bakier z pewną śliczną panną. Ale nie bój 
się, o ile mogłem zmiarkować, już się musiała przeprosić, i będziesz pewnie 
najwdzięczniej przyjęty. W każdym razie jesteś oczekiwany, pani Irena prosiła 
mię, aby ci to wyraźnie powiedzieć, a co więcej, oddać własnoręcznie jej 
zaproszenie. Oddać nie mogę, wiej wszystko zostawiani u szanownej pani 
Cerberowej, a ciebie polecani opiece św. Cecylii,
jako jej Czciciel a twój przyjaciel
Benedykt Bońko."
Do kartki dołączony był bilet wizytowy pani Ireny Pełkowej z dopiskiem:
"Uprzejmie prosi pana Wiesława Różyca, aby zechciał przybyć do niej na obiad, 
dziś o godzinie piątej."
Wiesław siadł bez namysłu i pod pierwszem natchnieniem skreślił następną 
odpowiedź:
Szanowna pani!
"Bardzo żałuję, że nie mogę stawić się na jej wezwanie. — Nowy zwrot zaszedł w 
moich losach, myślach i uczuciach. — Pani mię zrozumiesz swojem wielkiem a 
zbolałem sercem i raczysz uwierzyć, że choć nazawsze oddalony, nie przestanę 
nieść jej czci najgłębszej, jako uniżony sługa.
Wiesław Różyc."
Pośpiesznie zapieczętowawszy, wybiegł na ulicę i chciał oddać list posłańcowi 
miejskiemu.
Ale ponieważ jest dowiedzionem, że każdy spotka posłańca, tylko nie ten co go 
szuka, szedł a szedł, napróżno upatrując, aż znalazł się o kilka domów od 
mieszkania pani Ireny.
Już rozmyślał czy nie oddać listu miejscowemu stróżowi, kiedy spostrzegł pana 
Tytusa. Wychodził właśnie z tej bramy, szedł prosto ku Wiesławowi.
Poznawszy go, rozkrzyżował ręce i witał z uśmiechem wdzięcznym, choć nieco 
zakłopotanym. Nie zważając na grobowe milczenie siostrzeńca, chwycił go pod 
rękę, ciągnął ku mieszkaniu pani Ireny i szybko mówił:
— Nakoniec cię zdybuję, niedobry latawcze! Gdzież nam się podziewasz? Nie 
widziałem cię od niedzieli. Te panie także się skarżą. Teraz właśnie szedłem do 
ciebie, myśląc żeś chyba zachorował. A czy się to godzi? My tu wszyscy głowę 
tracimy od wzruszeń, chcielibyśmy z tobą się niemi podzielić, a ciebie ani na 
oczy.
— Wczoraj — sucho odparł Wiesław, — cały dzień byłem w domu. Czekałem czy mi kto 
nie da znaku życia.
— Ty czekałeś? Zkądże taka nowa moda? Czy to młodzi ludzie mają czekać, aż 
starsi i damy do nich się zgłoszą? To my na ciebie od dwóch dni czekamy i 
troszkę się gniewamy... No, przynajmniej teraz nie dajże się prosić.
W tej chwili weszli do bramy. Wiesław, stanąwszy przededrzwiami sieni, rzekł 
stanowczo:
— Przepraszam, ale dalej nie pójdę.
— Cóż to znowu? Czegóż ty się tak dziwnie na mnie patrzysz? Ach... już rozumiem! 
Tobie nie może pomieścić się w głowie, jakim sposobem ja chodzę do pani Ireny i 
jeszcze ciebie namawiam? Prawda' Ty nic nie wiesz! Wiesławie, wszystko się 
odkryło, wszystko się zmieniło. To wielkie szczęście, dla każdego z nas wielkie, 
— ale może największe dla mego Wiesławka... Już — dodał, kładąc mu rękę na 
ramieniu — jakbym cię widział z Cesią przed ołtarzem.
Wiesław, który dotąd trzymał oczy posępnie wryte w ziemię, podniósł je nagle na 
pana Tytusa, jakby na archanioła głoszącego mu zmartwychwstanie. 
— Wuju! Cóż się stało? Cóż się odkryło?
— O! To długa i straszna historya. Me mogę przecież w bramie jej opowiadać. 
Pójdź prędko.
Wiesław biegł za wujem na górę. Serce mu biło młotem.
W przedpokoju Hubert gawędził po przyjacielsku z Sebastyanem, a spostrzegłszy 
wchodzącego Wiesława, mrugnął na kolegę, mówiąc: — Oto drugie wesele.
W salonie zastali panią Irenę, siedzącą na tym samym fotelu, na którym Wiesław 
ją widział po raz ostatni i pamiętny.
Dzisiaj Cecylia stała przy niej, układając kwiaty w wazonie.
Na widok Różyca, obie ucieszyły się, bez najmniejszej oznaki zmieszania.
— Przyprowadzam paniom zbiega.
— Nakoniec! — odezwała się matka. — Pan tak zapominasz o nas, że aż muszę 
posyłać wyraźne zaprosiny.
— Wystawcie sobie panie, ten ucieszny chłopiec czekał na nas i chciał abyśmy 
wszyscy hurmem poszli złożyć mu nasze uszanowanie.
Mimo tych śmiesznych oskarżeń, Wiesław milczał, wodził oczyma po obecnych, nie 
mogąc zmiarkować do jakiego usposobienia powinien się nastroić.
Nagle Cecylia klasnęła w ręce i zawołała ze śmiechem:
— Aha! Już rozumiem! To ja sama postawiłam pana Różyca w trudnem położeniu. Bał 
się przychodzić, aby wielkiej tajemnicy na szwank nie narazić. Ale teraz 
uroczyście zwalniam pana z danego słowa. Możesz pan wszystko opowiadać, tylko ja 
nie chcę być temu obecną.. Biegnę dopilnować obiadu, ażeby panowie nie myśleli 
że jestem jakąś lafiryndą, co umie tylko po ogrodach marzyć.
I dygnąwszy niziutko, frunęła za drzwi.
Wtedy wuj wziął siostrzeńca za rękę i przyprowadzając go przed panią Irenę, 
powiedział nawpół smutnie, nawpół żartobliwie:
— Oto widzisz osobę, od której dostałem trzeciego odkosza.
W Wiesławie serce, myśl, dusza, wszystkie władzo odezwał? się jednym chórem 
radości.
— Więc to o matkę chodziło! Jestem zbawiony!
Nie rozumiał jeszcze jakiemi drogami przyszło to zbawienie, dość że przyszło.
Już otwierał usta, już chciał zawołać: — Więc się myliłem? Wybaczcie! — 
Szczęściem dla siebie i dla drugich, spostrzegł w tejże chwili, jak mocnoby 
ubliżył zacnym i niewinnym osobom, dając im poznać, że mógł je nawet posadzić o 
fałsz i o zdradę. 
Wstrzymał więc niebaczny wykrzyk, ale nie mógł powstrzymać zewnętrznych oznak 
zawrotnego uszczęśliwienia. Runął do kolan pani Ireny, całował ja po rękach, 
potem rzucił się w objęcia wuja, który patrząc na niego z podziwieniem, spytał:
— Cóż to, niedobry chłopaku, czy cię tak cieszy że mnie odmówiono?
— Ach gdzież tam, wuju! Ja się tak cieszę.... widokiem tej zgody, tej cudownej 
zgody, o której wątpiliśmy wszyscy. Drodzy państwo, kiedyście się raz pogodzili, 
wszystko już pójdzie dobrze!
— Poczciwe dziecko! — szepnęła pani Irena, wyciągając ku niemu rękę.
— O, że poczciwe, to ja wiem najlepiej — podchwycił pan Tytus. — To też możesz mu pani zaufać jak własnemu dziecku. Opowiedz 
mu wszystko.
Zawahała się i zarumieniła, a rumieniec u kobiety, co ma jej wiek i powagę, to 
zjawisko rozrzewniające. Musi być straszna burza za widokręgiem duszy, kiedy 
mimo pozornego spokoju, zdradza się taką błyskawicą.
Spojrzała na pana Tytusa i rzekła z lekkim odcieniem wyrzutu w głosie:
— Po prawdzie mówiąc, kiedy siostrzeniec pański słyszał (jak sarn pan wyznałeś) 
ciężkie przeciw mnie oskarżenia, powinien znać i moję usprawiedliwienie. Ale 
dlaczegóż ja mam opowiadać? Czy nie lepiej, abyś pan sani dokończył?...
— O nie! Ja nie potrafię... za nic w świecie nie mógłbym... Od dwóch dni słyszę 
opowiadanie tych wypadków, a jeszcze ich sobie nie przyswoiłem dostatecznie... 
Pojęcia moje zostały zanadto zwichnięte, ażebym umiał tyloletni fałsz od razu 
prawdą zastąpić. Mów, pani najdroższa, niech przy tej sposobności i ja raz 
jeszcze usłyszę twoje żałosne, twoje rozdzierające dzieje... to będzie zdrowo 
dla mojej duszy.
I pan Tytus, siadłszy nieco w oddaleniu, głowę oparł na ręku i oczy zasłonił; 
zdawał się cierpieć więcej, niż kiedykolwiek.
— Podobno panu już wiadomo — zaczęła pani Irena, zwracając się ku Wiesławowi — 
że po stracie pierwszego męża długo się wahałam z odpowiedzią na żądanie pana 
Tytusa.
— Wiem i uwielbiałem szlachetność pobudek pani. Miłość macierzyńska, obawa aby 
córka nie ucierpiała na podziale uczuć i praw...
— O niech mi pan nie przypisuje więcej zasługi, niż jej miałam. Główną przyczyną 
wahania była obawa inna... samolubniejsza.... Wątpiłam czy jestem prawdziwie i 
wiernie kochaną. Nie przeczę że i tamte pobudki przemawiały we mnie silnym 
głosem, jednak nie dosyć silnym, kiedy mogły ucichnąć. Tak panie, przyszła 
chwila w której pan Odonicz potrafił się zwycięzko usprawiedliwić z zarzutów 
ciążących na nim, wymownie trafić mi do serca, tak że wszystkie inne względy 
ustąpiły.
— Pani zapewne wspomina ów wieczór w podróży?
— Tak, ostatni wieczór przepędzony razem, wieczór złotych marzeń i nadziei, po 
którym nastąpić miała noc. podobna do sądu ostatecznego, a po niej całe lata, 
podobna do życia potępieńców. — Jeżeli najmniejszą chwilkę szczęścia trzeba tak 
ciężko odkupywać, to zaprawdę waga złego i dobrego dziwnie jest na tym świecie 
odmierzona. Tylko wiara w inne życie, gdzie się wszystkie szale zrównają., może 
pogodzić z tem, co zowiemy niesprawiedliwością losów. O! niech się jednak nikt 
nie kwapi z tym śmiałym wyrazem, ze czczemi skargami! Bóg nieraz jeszcze i na 
tym świecie daje ryumf prawdzie. Oto i ja, przed śmiercią, doczekałam się chwili 
uniewinnienia i mam przedsmak
lepszego żywota, kiedy to aniołowie będą za nami świadczyli. I za mną świadczył 
mój anioł, moje niezrównane dziecię.
Wzruszenie głos jej przyciszyło. Po chwili, jakby wracając do ziemi, uśmiechnęła 
się po kobiecemu:
— Co to jest jednak szczęście! Choćby najkrótsze, zostawia ślad wieczny. Długie 
lata cierpień dzielą mię od tej rozmowy, a zdaje mi się że jeszcze ją słyszę, że 
patrzę na owo zwierciadło wązkie o mahoniowych stopniach, co między oknami nam 
świeciło, na owe sztychy angielskie po ścianach rozwieszone, któreśmy Cesi 
tłumaczyli...
— Tak.... — wtrącił pan Tytus — i na owę aksamitną kanapkę, gdzieśmy to siedli 
po herbacie. O! i ja wszystko widzę!... Ten salonik, zwyczajny, jak wszelkie 
salony hotelowe, mnie się przedstawia jak świątynia.
— Ach, dla mnie, panie Tytusie, ma on i inne wspomnienia.... czasem widzę go w 
ogniach piekielnych. Jeszcze teraz niekiedy śni mi się, że z niego uciekam, że 
ja i Cesia nie możemy się z niego wydostać, i taki sen swoją okropnością 
przechodzi prawie rzeczywistość. — Otóż, panie Wiesławie, owego dnia dałam się 
przekonać, co, prawdę mówiąc, nie było trudnem... serce żądało przekonania. 
Dałam się rozczulić, przyznaję, ale muszę dodać, że nie przyszło z mojej strony 
do żadnych przysiąg, żadnych nawet
Wyraźnych obietnic; wszystko zostawiłam w zawieszeniu: chciałam się pierwej 
pomodlić. Nieprawdąż, panie Tytusie? — Wuj pański, jak widzę, oniemiał, ale kto 
milczy, przyświadcza, — a ja powinnam ten szczegół przypomnieć, aby pokazać że 
mojem późniejszem postępowaniem nie złamałam żadnej przysięgi. Jeśli zaś raniłam 
serce, to byłam przekonana, święcie przekonana, że ranie tylko moje własne.
— Ha! czy wiesz dlaczego ja milczę? — zawołał pan Tytus, odejmując rękę od oczów 
roziskrzonych. — Ja sobie wymawiam, ja sobie nie mogę darować, czemu wtedy 
usłuchałem twego przechwalonego rozsądku, czemu się dałem wypędzić? Gdybym cię 
był związał jakiem ustępstwem, jakąś chociażby przysięgą, wszystko może byłoby 
się obróciło inaczej! 
— Panie Tytusie, nie żałujmy żeśmy się trzymali prostej drogi. Żal taki byłby i 
grzesznym, i na nic nie przydatnym, bo dla przeszłości żadne gdyby nie istnieje. 
Nigdy owszem nie wydałeś mi się lepszym i piękniejszym, jak odchodząc z 
uległością, przywiązania prawdziwego, bo tchnącego szacunkiem. — Pierwszą moją 
myślą było pobiedz do Cesi; musiała nie nie słyszeć, nie być na nic 
przygotowaną, bo dopiero za mojem wejściem rozbudziła się ze snu głębokiego i 
wyciągnęła ręce do uścisku. Oddałam go jej gwałtownie, prawie z trwogą. Zawsze 
to ciężkie przejście dla matki, donosić córce że jej daje ojczyma — tem
bardziej kiedy chodziło o pana Odonicza, do którego, o ile miarkowałam, Cesia 
wówczas niewielkie miała, jak to mówią, nabożeństwo.
— Doprawdy? — podchwycił Wiesław ze źle utajoną radością. 
— A tak, i nic dziwnego; dzieci nigdy nie mogą bardzo lubić tych, których matka 
nazbyt lubi; jest-to prosty instynkt serca, które zawsze pragnie wyłączności. W 
owej chwili, widząc ją tak spokojną, tak serdecznie ufną, nie miałam odwagi nocy 
jej zakłócać, uściskałam ją tylko z przytłumionemi łzami i odłożyłam wiadomość 
na jutro. Ach Boże, na jutro!... Wróciwszy do pierwszego pokoju, doznałam 
wielkiego zdziwienia; zdawało mi sio że na korytarzu słyszę jeszcze głos pana 
Tytusa. Uchyliłam drzwi, ale arkada wystająca z muru nie pozwoliła mi głęboko 
zajrzeć; rozmowa też zaraz ustała, i usłyszałam tylko oddalające się kroki. 
Wróciłam, uśmiechając się ze złudzenia, co mi wszędzie dawało słyszeć głos 
drogiej osoby. 
— To nie było złudzenie — szepnął pan Tytus. — Ach, może i szkoda żeśmy się 
wówczas nie zeszli..
— Obejrzałam wszystkie wyjścia i zakątki, co zwykły czynić kobiety przezorne, 
kiedy podróżują, zwłaszcza same. Drzwi od korytarza zamknęłam na dwa spusty, 
drugie od Cesi zostawiłam na rozcież otwarte, a trzecie, małe, które łączyły 
salonik z mieszkaniem nieznanych mi lokatorów,
obejrzałam pilnie. Klucza w zamku nie było, ale sadziłam że zwyczajem hotelowym 
znajduje się u gospodarza; drzwiczki pod parciem ręki ani drgnęły, wróciłam więc 
zupełnie spokojna i weszłam do alkowy, która tworzyła przy salonie osobny, 
kotarą, zasunięty pokoik. Przed zaśnięciem, chciałam ostatecznie rozmyśleć moję 
przyszłość. Z godzinę klęcząc, prosiłam Boga o szczęśliwe natchnienie. Widok 
mego dziecka odciągnął mnie na chwilę od pokusy wszelkich innych uczuć; zresztą, 
całe życie byłam z zasady przeciwna małżeństwom powtórnym, zwłaszcza gdy z 
pierwszego jest potomstwo. Jednak, po niejakiej walce, popęd serca wszystko 
zwyciężył. Wyrozumowałam sobie nowe zasady i wstałam przekonana, że niebo 
pobłogosławi mojej drugiej, a raczej mojej jedynej miłości. Nazajutrz miałam 
wybranemu dać słowo. Postanowienie moje musiało nie podobać się Bogu, a może też 
marzone szczęście było zanadto wielkiem, aby miał na nie w tem życiu pozwolić. 
Ale wtedy nie przeszło mi nawet przez myśl, aby temu szczęściu mogło 
przeszkodzić co innego, jak moja własna wola, i usnęłam w najzupełniejsze) 
błogości. Pamiętam, biła druga po północy, kiedy gasiłam światło.
— Ja wtedy jeszcze chodziłem pod oknami hotelu, trawiony złem przeczuciem.... 
Trzeba słuchać przeczuć....
Takie słowa półgłosem ciskał pan Tytus, który wyraźnie już nie mógł na miejscu 
dosiedzieć. Zachodzić po salonie, wzdychając i głową potrząsając, jak lew któremu zaciasno w 
klatce.
— Spalam już może zgodzinę; śniłymi się moje lata dziecinne, pełne kwiatów i 
jakiejś muzyki prześlicznej, kiedy z najsmaczniejszego snu rozbudził mię dziwny 
łoskot. Otworzyłam oczy, nie mogąc w pierwszej chwili zrozumieć gdzie jestem, 
czy u rodziców, czy w moim domu w Warszawie. Zdziwił mię pas światłu, który z 
głębi pokoju strzelił i zbliżał się do mnie. Kotara była nieco rozsunięta, przez 
otwór zobaczyłam postać kobiecą, nadchodzącą krokiem szybkim, a jednak 
przyciszonym. W jednej ręce niosła świecę, drugą przytrzymywała szal czerwony 
który ją owijał. Chciałam głowę podnieść — nie mogłam się ruszyć — byłam pewna 
że to sen przykry, a w myśli robiłam niesłychane wysilenia, aby sobie 
przypomnieć gdzie już tę postać widziałam? Bo widziałam ją, to niezawodne. 
Dobiegłszy do stołu, postawiła lichtarz. Po tym ruchu poznałam ją zupełnie. To 
była Norma, owa Norma raz widziana, a niezapomniana. Te same czarne włosy, tylko 
rozpuszczone, te węglowe oczy, ta harda postawa, tylko dziś cichsza a razem i 
dziksza, jak u osoby co się czai. Mówiłam sobie: — "To nic innego. tylko zmora, 
przybierająca kształty niedobrego wspomnienia." Chciałam krzyknąć, zdawało mi 
się nawet że krzyczę, ale głos uwiązł w piersiach. A tymczasem owa zmora, 
obejrzawszy się po całym pokoju, spuściła szal, podniosła rękę z czemś
błyszczącem i rzuciła się ku alkowie, zupełnie jak tamta chciała rzucić się ku 
mojej loży. Ale tą razą. nic mię od niej nie dzieliło. Uczułam jej ręce na moich 
piersiach; pod tem dotknięciem zupełnie się rozbudziłam, rozpaczliwym ruchem 
zdołałam się nieco podnieść i nawpół usiąść. Ten ruch mię zbawił. Uczulam tu, 
pod lewem ramieniem, najprzód dziwne wrażenie zimna, potem gorąca, potom ból 
ognisty. Ten ból wydarł mi z ust pierwszy krzyk prawdziwy. Ale też to był i 
jedyny. Uderzyła mię myśl, że krzyki moję przywołają Cesię, że dziecko może się 
wmieszać do walki i także jaki cios ponieść. Postanowiłam bronić się sama i jak 
najciszej. W niebezpieczeństwie, myśli nabierają szybkości, jasności niepojętej. 
Wszystko co wam od kilku minut opowiadam, trwało ledwie kilka sekund, a ja przez 
ten czas przeżyłam całą istność, zrozumiałam że to jest Romana, że sprowadza ją 
zazdrość, więc że walka będzie na życie i śmierć, że chciała mnie trafić w 
serce, ale przez mój ruch gwałtowny sztylet został podbity i zranił mię wyżej. 
Te myśli leciały jak pioruny, bijące jeden po drugim; jednocześnie cała 
przeszłość stanęła przedemną rozsuniętym obrazem, jak mówią że staje zawsze 
przed umierającymi, — a nakoniec przyszłość. Ach, nie moja! Muszę wyznać że nie 
myślałam ani o panu Tytusie, ani nawet o wieczności, ale tylko o Cesi. W takiej 
chwili widzi się najlepiej, jaka jest moc uczuć wyrosłych z obowiązków, wskazanych przez Boga samego. Myślałam: — jeśli zginę, ona zostanie sierotą, 
samiuteńką na świecie, narażona, może na dalszą zemstę! — I zebrałam cała. 
odwagę, aby walczyć do upadłego. Pomimo wszelkich wysileń, byłabym pewnie 
zginęła pod ciosem powtórnym, gdyby ta... kobieta miała jeszcze broń w ręku. Ale 
kiedy pierwszy cios wymierzyła, sztylet, odtrącony moim rzutem, wywinął się, 
zsunął po mojej piersi, w której wyrył bruzd, i wyślizgnąwszy jej się z ręki, 
spadł na łóżko, a ztamtąd na posadzkę. Słyszałam brzęk. Schyliła się szybko i 
jedną ręką szukaią go po ziemi, a drugą chwyciła mię za gardło, mówiąc przez 
zaciśnięte zęby: — A przeklęta? Zmusiłaś go aby się mnie zaparł? Słyszałam 
wszystko! To nieprawda! On mnie kochał i jeszcze kochać będzie, a ty zginiesz 
jak pies! Oto ci sprawiam wesele! — I miotała klątwy tem straszniejsze, im 
gwałtowniej się niecierpliwiła że nie może odnaleźć sztyletu. Ja miałam obie 
ręce wolne, obie wytężałam, aby jej rękę oderwać od mojej szyi; ale jej siła 
była niepojęta, żelazne palce trzymały mię jak w kleszczach. Już mi w piersiach 
rzęziło, już tchu brakowało, już mi pokój kołował w głowie. Nagle usłyszałam 
wykrzyk rozpaczliwy. Głos Cesi! Wtedy wstąpiła we mnie moc doprawdy jakby 
nadludzka. Oderwałam rękę Romany i pchnęłam ją takiem wstrząśnieniem, że upadla 
na kolana, a padając, zaplątała się w firanki łóżka. Skoczyłam na równe nogi; 
teraz ja byłam górą,
ja przyklękłam na jej piersiach, jaja chwyciłam za gardło. Pasowałyśmy się bez 
miłosierdzia. Moja biedna Cesia swemi rączynami pomagała jak mogła, aleja się 
ciągle obracałam do niej, wołając: "Zadzwoń! Na korytarz! Wołaj kogo. " Nie 
miałam nadziei, ażeby się na czas doprosiła pomocy, ale chciałam ją usunąć z 
widowni morderstwa, bo pomimo wszystkiego, czułam że tamta jest mocniejsza 
odemnie i że lada chwila jak wąż mi się wyślizgnie. Cesia mówiła mi później, że 
pobiegła do dzwonka, ale nie mogąc go znaleźć, a widząc że krew się ze mnie 
leje, nie śmiała już tracić czasu... Wtedy jej przyszedł pomysł... niewiem jak 
go nazwać... genialny, czy fatalny? Porwała marmur od stoliczka stojącego przy 
mojem łóżku, podniosła go z zadziwiającą siłą i kilka razy uderzyła ni mowę 
kobietę. Jeszcze słyszę jak ten marmur bije o tę czaszkę... Razy były tak 
gwałtowne, że ja mimowolnie cofnęłam ręce. Tamta jękła i runęła na ziemię. 
Jeszcze rękę nieco podniosła, jakby czegoś szukała, oczy jej w słup stanęły. 
Skoczyłam ku niej, pchnięta niepewnością — poruszyłam jej głowę: ta opadła 
dzwoniąc o podłogę. Nie chciałam uwierzyć, a musiałam. Nie żyła. Moja córka 
rzuciła się na mnie, wołając: Mamo! Ty żyjesz! Wszak ty żyjesz? Odpowiedziałam: 
Żyję. Ale wskazałam na tamte. Spojrzałyśmy po sobie z przerażeniem: nas nie 
zabito, ale myśmy zabiły.
Głos pani Ireny drgał jak w febrze. Nastało
krótkie milczenie. Wiesław chwycił się za skronie, wołając:
— Wielki Boże! Cóż to za przerażający wypadek! Ach biedne panie, co wyście też 
przebyły! 
— Tak, biedne bez zaprzeczenia. Wystaw sobie pan, co to jest znaleźć się w 
takiem położeniu osobom uczciwym, przyzwyczajonym do łagodnego obejścia, istotom 
któreby kurczęcia nie śmiały zarznąć. Rodzaj wychowania i warunki życia stawiały 
mnie zawsze między ludźmi, u których zbytnie podniesienie głosu już się 
rachowało za szczyt gwałtowności, i to bardzo nagannej. O zbrodniach, 
zabójstwach nie wiedziałam tylko z gazet, albo romansów Gaboriau; zdawało mi się 
że podobne rzeczy dzieją się w jakimś innym świecie. I trzeba aby takie 
nieszczęście spadło właśnie na mnie i na moje kochane, niewinne dziecko! 
Niewinne, bo mogę przysiądz przed Bogiem: ani ja, ani moja córka nie miałyśmy 
zamiaru odebrać życia tej kobiecie. Chciałyśmy ją tylko odeprzeć, ubezwładnia, 
zresztą alboż ja wiem czegośmy chciały? Broniłyśmy się poprostu. Ale w takiej 
chwili trudno mierzyć donośność uderzeń. Sam pan powiedz, jak tu było zrobić, 
kiedy nie zostawało ani chwili do namysłu? Ja przecież musiałam się bronić, a 
Cesia tembardziej broniła własnej matki. 
— Ale pani kochana — zawołał Wiesław — nie potrzebujesz się usprawiedliwiać. 
Przecież każdy
z nas uczyniłby to samo. Jakto? W nocy morderca mię napada, i nie miałbym się 
bronić na wszelkie sposoby? A jeszcze córka matkę! Przypuszczam że wśród bitwy 
syn widzi ojca w niebezpieczeństwie; czyż nie skoczy, nie zasłoni ojca własnem 
ciałem, nie będzie usiłował zgładzić nieprzyjaciela? I spełni to nietylko bez 
wyrzutu sumienia, ale jako najprostszy obowiązek. Tu trzeba tylko uwielbiać, że 
taka młoda panienka miała tyle odwagi i siły. To dowód, jak umie kochać.
Pani Irena zerwała się ze łzami w oczach i po macierzyńsku uścisnęła głowę 
młodzieńca, mówiąc ze wzruszeniem:
— Ach, jak pan to wszystko rozumiesz! Gdyby wszyscy chcieli tak rozumieć!...
Tu rzuciła nieśmiałe i niespokojne spojrzenie ku panu Tytusowi. Ten stal w 
drugim końcu pokoju, obrócony do okna, tak że nie można było widzieć jego 
twarzy.
Wiesław niecierpliwił się milczeniem wuja.
— Moja dobra pani — odpowiedział — nie wiem jak można inaczej rozumieć. A 
przecież to sprawa jasna jak na dłoni. Wyście obie niewinne, a ta Włoszka, to 
wcielony szatan, to prosta zbrodniarka.
Mówiąc, oglądał się w stronę okna. Nie mógł pojąć, czemu się pan Tytus jak on 
nie oburza, czemu jak on nie uspokaja stroskanej pani Ireny.
Gdyby się był jednak postawił w jego położeniu...
Łatwo sobie sąd wyrobić, kiedy się nie jest między sądzonymi.Łatwo mu było 
bezwzględnie potępiać kobietę, której nigdy w życiu nie widział.
Ale gdyby Romana była jego kochała? Gdyby ja był sto razy przyciskał do serca, 
czuł bicie jej piersi na swojej? Gdyby doszła do zbrodni przez miłość dla niego, 
tylko przez miłość?
O! wtedy, nie wiem na czyich ustach nie omdlałby ostateczny wyrok!
Pan Tytus nagle zwrócił się ku mówiącym; był śmiertelnie blady.
— Według pierwszych opowiadań, sądziłem że to pani zadała cios śmiertelny. 
Według dzisiejszych szczegółów rzecz się zmienia: widocznie zadała go córka.
Powiedziawszy to, pan Tytus dodał ciszej:
— O, tak wolę! Pani Irena nieco się zmieszała.
— Zapewne... Nie mogę zaprzeczyć że tylko córce winnam ocalenie. Jednak... nie 
chciałabym, aby na niej miała ciężyć cała odpowiedzialność. Może i które z moich 
uderzeń było nadto silne...
— Trudno to przypuścić — odparł pan Tytus. — Jabym raczej sądził że musiał róg 
marmuru w samę skroń ją trafić.
— O, to najprawdopodobniejsze — dodał Wiesław. — Bo też śmierć tak nagła, to 
wypadek rzadki. 
— Cóż pan chcesz? Gdyby kto chciał umyślnie cios podobny zadać, pewnoby mu się 
nie udało. Ale niechcącemu fatalność pomaga. Cóżeśmy nie wyrabiały, żeby ją 
ocucić! I ja nie mogłam uwierzyć w tę śmierć natychmiastową., tem bardziej że 
nie było na niej żadnej rany. Tylko twarz zesiniała, zrobiła się fioletowa. 
Wystaw pan sobie, co się z nami działo! Ja próbowałam ratować tę nieszczęśliwą., 
Cesia ratowała mnie, bo moja rana, chociaż niegłęboka, była bardzo boląca i na 
pozór groźna. Godzina upłynęła, nim zdołałyśmy krew zatamować i bandaże 
naprędzce zczepić. Cesia chciała wołać koniecznie doktora; nie przeczyłam jej w 
pierwszej chwili, łudząc się resztką nadziei, że jeszcze i w tamtej potrafi 
rozbudzić życie. Zwróciłam się do dzwonka, nie mogłam znaleźć sznura; myślałam 
że mi się ćmi w oczach, aż spojrzawszy w górę, ach panie Wiesławie, co za nowe, 
straszne odkrycie: Niepróżno już i Cesia pierwej znaleźć go nie mogła. Sznur był 
zebrany w wielki węzeł i zsupłany prawie pod samym sufitem. Wprawdzie tuż pod 
nim stała komoda, na którą, wszedłszy, wysoka osoba mogła wykonać tę sztukę. 
Dowodziła ona wielkiego obmyślenia całej sprawy. Albo sama zabójczyni potrafiła 
pierwej dostać się do mego pokoju (na przykład w ciągu dnia, kiedy byłam na 
mieście) i związała sznur, aby nam odjąć ostatnie hasło ratunku, albo, co 
jeszcze gorzej, była z innymi w zmowie. Bogata, mogła kupić wspólników: może kto 
ze służby hotelowej miał jej pomódz do sprzątnienia ciał naszych? Może jeszcze teraz 
czatował na korytarzu? Możeśmy z jednych rąk uszły, aby wpaść winne, 
groźniejsze? O! już teraz, choćby było można, za nic w świecie nie byłabym 
chciała zadzwonić, ani drzwi odchylić. Zlękłam się, czy przez pokój mojej 
strasznej sąsiadki nie wkradną się nowi mordercy. Drzwiczki tego pokoju były 
otwarte, zamek w nich znalazłam bez klucza i nadwerężony, a tuż za niemi stał 
duży i ciężki stolik, nieco na ukos odsunięty; widać że przez cały dzień 
drzwiczki były tylko na klamkę zamknięte, ale zasunięcie stołem dawało im 
pozorny opór. Weszłam ze drżeniem do tego pokoju, zastałam go pustym; drzwi od 
korytarza na zewnątrz dobrze były zamknięte, mogłyśmy z tej strony być spokojne. 
Przy szarem świetle, bo już dniało, spojrzałam z przestrachem na sprzęty 
nieszczęśliwej, rozrzucone po stołach; międy niemi, pamiętam, spostrzegłam 
fotografią pana Tytusa, w jakiejś przepysznej oprawie. Odwołała mię Cesia, która 
tymczasem znalazła ów sztylet pod łóżkiem.
— Ten sam sztylet — zawołał pan Tytus — który mnie dawała, ażebym ją, zabił. 
Czemużem nie...
Pani Irena nie dała mu skończyć: wzięła z blizkiego stolika piękny florencki 
sztylecik.
— Oto jest. Zachowałam go na straszną pamiątkę i dowód.
Pan Tytus chwycił rzeźbioną rekojść, a gdy
się przyjrzał, płomienie mu na twarz wystąpiły.
— Co to jest? Rdza? Krew?
— Tak, moja krew — odpowiedziała pani Irena ze smętnym uśmiechem — Cesia nigdy 
nie dała jej zatrzeć.
Położył broń z bolesnem syknięciem, jakby go sparzyła, i wykrzyknął, załamując 
ręce:
— Co najokropniejsze, to że mię ostrzegała, a ja lekceważyłem groźbę! Od tylu 
lat myślałem sobie: jednak nie miała serca tej groźby dotrzymać! Wolała zabić 
siebie, niżeli kogo z nas, i rozczulałem się nad jej mniemanem samobójstwem! I 
te pomniki! I te kwiaty!... Ach... szkaradna komedya losu!... Od czasu tej 
groźby, jam ciebie, pani, powinien już był nie odstępować ani na godzinę. A! 
Żebyś była przystała zaraz na połączenie!
— Cóżby to pomogło? Jako żona pańska, pewno nie uniknęłabym także jej 
prześladowania. Widziemy obecnie, ze wszystkich szczegółów zestawionych, że to 
był plan długo i mądrze snuty, jak cień chodziła za mną; z miasta do miasta, z 
mieszkania do mieszkania, byłaby mię póty ścigała, aż nie dziś to jutro, nie 
jutro to za rok, znalazłaby miejsce i porę stosowną, bo kto się tak zaweźmie, a 
przytem umie czekać, ten zawsze swego dopnie. Tem właśnie a nie czem innem jest 
włoska Vendetta. To jedno też cięży na jej pamięci. Gdyby się rzuciła na mnie w 
chwili uniesienia, o, to co innego! Prawa Boskie, a nawet ludzkie uwzględniają, szał 
gniewu. Ale zabójstwo rozmyślne, tak długo przemyślane... Z tem wszystkiem, nie 
mnie ją sądzić, została aż nadto ukaraną, i to przez moje ręce... Taka śmierć 
gwałtowna starczy pewnie za najdłuższy czyściec, a podobno też miłość ze 
wszystkiego rozgrzesza. Kto wie nawet, czy to nie był obłąd chorobliwy, skutek 
cierpień serdecznych? Może niezupełnie wiedziała co czyni?
Pan Tytus zatrzymał się przed panią Ireną, ujął brzeg jej koronkowego rękawa i 
musnąwszy go ustami, szepnął:
— Zawsze szlachetna! Jeszcze ją uniewinnia!
Ten jego ruch, te wyrazy, wzruszyły panią Irenę więcej może niżeli chciała 
okazać. Spuściła oczy wilgotne, i wszyscy troje zapadli w milczenie, które 
Wiesław przerwał, mówiąc jakby sam do siebie: 
— Trudno sobie doprawdy wyobrazić logiczny pochód myśli i rozwój wrażeń, co mogą 
człowieka doprowadzić do takiej zbrodni. Widocznie podsłuchała całą waszę 
rozmowę pod owemi drzwiczkami... Cóż się z nią. dziać musiało w owej chwili i 
przez całe następne godziny! Bo przecież kilka godzin upłynęło, zanim się 
odważyła te drzwiczki otworzyć? Aż strach pomyślić... Cóż to za otchłań dusza 
ludzka!... I jakżeż się skończyła ta noc nieszczęśliwa?
Pani Irena, zagadnięta, zebrała napowrót myśli.
— Tak, i ta noc się skończyła, choć mnie się zdawało że chyba nigdy się nie 
skończy. W obawie czy to nie cały spisek, postanowiłam czekać aż zupełny dzień 
będzie, aż wszyscy w hotelu wstaną,. Ubrałam się, namówiłam i Cesię żeby to samo 
zrobiła; biedaczka dotąd trzęsła się w koszulinie i boso. Opowiadała mi później, 
że mój krzyk ją rozbudził; niepewna, pytała się z drugiego pokoju co się stało, 
a nie słysząc odpowiedzi, tylko jakieś szamotania się i szepty, skoczyła i 
ujrzała.... co wiecie.. 
— Cóż się stało z tamtą... ze zwłokami? — zapytał Wiesław.
— Dotąd leżały ciągle, przy kotarze. Nie śmiałam ich z miejsca ruszyć. 
Próbowałyśmy jeszcze, czy może się życia dopukamy? Ale nie. Już zaczynały tężeć. 
Czuwałam ja nieraz przy chorych i konających, znam się niestety na pochodzie 
śmierci. Nie było już co robić. Siadłam na owej kanapce. Dogorywała świeca, ta 
sama którą, tamta zapaliła. Mój Boże! Dłużej trwała od niej! Nie śmiałam gasić 
płomienia, zdawało mi się ze razem z nim zadmuchnęłabym ostatnią iskrę jej 
życia. Wpatrując się w to straszne, mrugające światło, rozmyślałam co dalej 
czynić? Czy poradzić się pana Tytusa? Ten krok mię trwożył, bo jednak Komuna 
musiała go jeszcze obchodzić mocno, zwłaszcza zabita... i to przez kogo?... 
Wyznanie dzisiaj dużo
mię kosztuje, a cóż dopiero wtedy? Ale co robić? Wezwać gospodarza hotelu, 
wezwać władze miejscowe i opowiedzieć im się szczerze? Wtedy przyszła mi po raz 
pierwszy myśl okropna, okropniejsza niż wszystko: cały ten wypadek odbył się bez 
świadków. Jakże dowieść żeśmy były napadnięte, a nie napadły pierwsze? Martwe 
ciało przeciw nam świadczyło. Im więcej rozmyślałam, tera więcej czułam, że 
tyleż dowodów stoi przeciw nam, jak za nami, wyjąwszy chyba dowody moralne, głos 
opinii, na które trudno było rachować w mieście zupełnie nam obcem. Co 
najgorsze, nic a nic nie znałam się na prawach, zwłaszcza kryminalnych. Któż 
mógł przypuszczać, że ta znajomość będzie mi. kiedyś potrzebną ? Nie miałam 
wyobrażenia, jak sądy się zapatrują na podobne sprawy. Mówiłam sobie: z czasem 
przecież nas uniewinnią; ale pierwej co? Będziemy podejrzywane, badane, może 
więzione. A toć zgubiona przyszłość panienki, co siedziała na ławie oskarżonych! 
Że ja wtedy nie zwaryowałam, to prawdziwa łaska Boga, który widać chciał mię 
zachować dla tego drogiego i nieszczęśliwego dziecka. Przerażona, wróciłam do 
pierwszej myśli: bądź co bądź, wyznać wszystko panu Tytusowi i nic nie 
przedsięwziąć bez jego porady. Czekać aż przyjdzie? Zadługo. Umówiliśmy się 
dopiero na południe, mieliśmy iść dalej oglądać miasto. Posłać po niego? Tak 
rano, to mogło zwrócić uwagę i później się wykryć... zresztą nikogo nie byłam
pewna w hotelu. Po namyśle, wydało mi się najprostszem wyjść pod pozorem rannego 
nabożeństwa, zajść do hotelu gdzie mieszkał i posłać mu słówko wzywające. 
Napisałam w kilku wyrazach prośbę, aby przyszedł wcześniej, jak może 
najwcześniej, i słysząc już ruch w całym domu, włożyłam kapelusz. Pamiętam że 
przed zwierciadłem zlękłam się własnej twarzy: byłam zielona. Welonik dodał mi 
śmiałości. Chciałam wziąć i Cesię, bo jakżeż ją zostawić z trupem? ale odważne 
dziecko uparło się żeby zostać. Niewłaściwie nazywam ją, dzieckiem; była niem aż 
do owego wypadku, i to bardzo naiwnem; jeszcze ją. zajmowały lalki, a ja nie 
sprzeciwiałam się tym dziecinnym popędom, bo dopiero dwunasty rok liczyła. Ale 
od owej nocy dojrzała nagle duszą, sercem, umysłem, nie do uwierzenia, jakby jej 
w kilka godzin dziesięć lat przybyło. Już rano zemną. rozmawiała jak dorosła i 
rozumna osoba.
— I dlaczegóż nie chciała iść z panią? — spytał Wiesław.
— Słuszny dawała powód. W hotelach służba ma podwójne klucze. Jeśli, mówiła, 
wyjdziemy obiedwie i klucz zabierzemy, przyjdą, sprzątać pokoje, a wtedy 
wszystko się odkryje. Ale jak ja za mamą zamknę i klucze wewnątrz zostawię, nikt 
się już nie dostanie. Wyszłam więc. Na schodach uczułam całą. drażliwość mojej 
rany, ale wiele czyni kto musi. W bramie, jak mogłam najspokojniej, zapytałam 
szwajcara, w których kościołach są wczesne nabożeństwa, i śmiało puściłam się przez plac. Od czego to 
zależy nieraz cała przyszłość! Wśrodku placu spotykam Ryszarda Pełkę. Całe życie 
miał on zwyczaj wychodzić raniutko na ogromny spacer. Chciałam przejść 
niepostrzeżenie, ale mię poznał po chodzie, dogonił i zaczepił, dziwiąc się 
niezmiernie, dokąd idę sama o takiej godzinie. Trzeba koniecznie było dać jakiś 
powód. Kościół? Bałam się że będzie mi chciał towarzyszyć. Nagle myśli moje 
wzięły inny obrót: to spotkanie wydało mi się wskazówką Opatrzności. Przecież w 
jego ręku spoczywała najwyższa władza sądowa. Jego zdanie mogło najprędzej 
przeważyć szalę. Ten człowiek zawsze okazywał mi życzliwość, a przytem był 
powszechnie szanowany. Sam pan Tytus nie szukałby dla nas ratunku u nikogo, 
tylko u niego. Powiedziałam że mię spotkało nieszczęście wielkie, niesłychane. 
Poszukaliśmy ustronnego miejsca, gdzieby można się rozmówić, nie zwracając 
oczów. Na blizkiej ulicy stał kościołek, poprzedzony małym dziedzińcem 
cmentarnym z krużgankami. Tam stanęliśmy, jak ludzie co się u wejścia spotkali. 
Opowiedziałam szczerze, krótko, jasno, jak na spowiedzi. Zatroskał się i 
zatrwożył głęboko. Po namyśle, z zadziwiającą, przytomnością, nauczył mię jak 
mam w pierwszej chwili postąpić, a potem dodał: "Jeżeli pani powiedziałaś mi 
rzeczywiście wszystko, mam nadzieję, prawie pewny jestem, że panią, ochronię od 
wszelkiej odpowiedzialności. Ale trzeba mię słuchać ślepo, poddać się moim wszelkim rozkazom i wymaganiom, choćby 
niezrozumiałym na pozór, bo inaczej za nic nie ręczę. Jakie to szczęście, mówił 
jeszcze, żeś pani się nikomu pierwej nie zwierzyła, szczególniej panu 
Odoniczowi, który, jako główny choć mimowolny czynnik całej sprawy, mógł w 
pierwszej chwili jakim nieostrożnym wybuchem wszystko zgubić. Nie wymagam abyś 
mu pani kiedyś nie powiedziała prawdy, ale to nie prędzej, aż ja uznam chwilę za 
stosowną." Raz wyznawszy, musiałam przyjąć skutki mego zaufania i obiecać że 
wszystko spełnię, co też czyniłam bez najmniejszej obawy, bo okazał tyle 
gorliwości, współczucia i współubolewania, że odrazu chwycił mię za serce.
— Doprawdy? — zauważył pan Tytus, odzyskując w głosie swoję krwawą, ironią.
— A tak, czemuż nie mam być otwartą? Wtedy nie podejrzywałam w nim żadnego 
wyrachowania. Prawdę jednak mówiąc, przy samem odejściu, pamiętam... rzucił na 
mnie spojrzenie jakieś dziwne, które mię zastanowiło. Ale w takim stanie umysłu, 
wrażenia uboczne szybko się zacierają. Wpadłam do kościoła, tylko na minutkę, bo 
śpieszyłam się do dziecka. W jakiejś ciemnej kaplicy wyciągnęłam ręce do Boga, 
błagając Go aby nas wyratował od fałszywego oskarżenia, i muszę przyznać że w 
tym względzie Bóg mię zupełnie wysłuchał. Za powrotem do fatalnego pokoju, 
zastałam Cesię ciągle odważną, ciągle w ruchu.
Zmywała właśnie z posadzki ślady krwi, która była moją własną., ale mogła rzucić 
podejrzenie. Według danych mi wskazówek, weszłam na komodę i odwiązałam sznur od 
dzwonka, a potem, okropność wspomnieć... ja i Cesia podźwignęliśmy zwłoki, 
bardzo ciężkie, i zaniosły je na łóżko tej nieszczęśliwej. Gwałtowne ruchy 
otworzyły mi znowu ranę, musiałam ją świeżo opatrywać wodą; potem wszystką, 
zakrwawioną, bieliznę schowałyśmy na dno kufrów, zamknęły ją szczelnie, 
uporządkowały kotary, pościel, wszystkie sprzęty, i siadły, nie mogąc nawet 
mówić. O dziewiątej, według umowy, zjawił się Ryszard, na pozór wesoły; 
przyniósł mi bukiet z kwiatów polnych. Całe miasto znało jego ranne przechadzki, 
nikt się więc nie zdziwił tą wczesną wizytą. Chcąc ją upozorować jeszcze lepiej, 
zszedł wkrótce do bramy i przy wielu osobach posłał po duży pojazd, mówiąc że 
przyszedł namówić znajome sobie podróżniczki na całodzienną przejażdżkę po 
okolicach miasta. Wróciwszy na górę, wszedł do pokoju... nieboszczki. Nie wiem 
co tam robił. Zdaje się że tak wszystko urządził, aby wyglądała na ofiarę 
samobójstwa. Nie śmiałam zaglądać. W jakie pół godziny wrócił i drzwiczki 
starannie zamknąwszy, obejrzał nasze pokoje. Otworzył okno, ażeby wyziewy krwi 
rozpędzić, potem kazał sobie oddać sztylet, który schował do kieszeni, mówiąc: 
"Jeszcze nie wiem czy mi będzie potrzebny, czy nie; w każdym razie nie powinien 
się
u pań znajdować. "Nakoniec" na jego żądanie, zadzwoniłam o kawę. Siedliśmy, 
jakby nigdy nic, do śniadania, przy którem zaczął zręcznie podpytywać się Cesi. 
Struchlałam. W mojem opowiadaniu przed kościołem nie wspomniałam nic o jej 
udziale; ma się rozumieć, wszystko wzięłam na siebie. Cesia, pomimo 
rozpaczliwych moich znaków i mrugań, opowiedziała rzecz inaczej, dowodząc że ona 
jedna jest sprawczynią śmierci. Wtedy ujrzałam po raz pierwszy, co później 
miałam widzieć tak często, Ryszarda w gniewie. Spojrzał na mnie po 
inkwizytorsku, mówiąc: "To taka pani szczerość? Proszę aby mi się to nie 
powtórzyło. Jest zaufanie, albo niema. Wszystko, albo nic." Zadrżałyśmy. Ten 
człowiek stawał się dla nas panem życia i śmierci. Jednak ta pierwsza burza 
prędko przeminęła; znów nas pocieszał, uspokajał, a kiedy kelner przyszedł 
zabrać kawę, spytał go z wielką prostotą: "Dużo też macie gości?" Tamten 
odpowiedział: "Niebardzo dużo, panie. Na tem piętrze prawie nikt nie stoi, bo 
najdroższe." Spojrzeliśmy po sobie z radością, upewnieni że nikt w nocy nie 
musiał słyszyć mego krzyku. Potem pytał o lokatorów sąsiednich, a gdy mu 
powiedziano że to jakaś cudzoziemka, dodał: "Nie pytam się przez ciekawość, ale 
przez uczciwość, bo właśnie przy kawie te panie mi mówiły, że w nocy słyszały 
tam jakieś jęki. Dobrzeby się dowiedzieć, czy nie zachorowała." Kelner wyszedł, 
mrucząc: "Ba! co jej się tam stać miało?" Jednak
przywołał służącą., aby zastukała. Kiedy zostaliśmy sami, spytałam z 
przestrachem: "Jakto? Pan sam ostrzegasz, i to w naszem imieniu?" A on 
odpowiedział: "Tak właśnie. Będziecie ostatnie posądzone, kiedy najpierwsze 
ostrzegacie." Tymczasem już od korytarza stukano. Póki życia, nie zapomnę tego 
łoskotu. Wiedziałyśmy dobrze iż nikt nie może otworzyć, a trzeba było udawać 
niepewność i oczekiwanie. Powstał alarm w hotelu, zbiegła się służba i gospodarz 
zafrasowany. Ryszard poradził aby posłać po ślusarza, a gdy go nie było widać, 
zawołał z naszego pokoju: "Przecież tu są drugie drzwi. Tylko niema klucza, 
gdzie klucz?" Gospodarz skoczył i przyniósł. Ryszard Sam otworzył drzwiczki z 
wielkim naciskiem i trzaskiem, a próbując raz jeszcze klucza, rzekł do 
gospodarza: "Przepraszam, zdaje się że z tego pośpiechu trochę zepsułem zamek, 
najchętniej zapłacę." Potem weszli do pokoju: powstały wielkie wykrzyki i 
ubolewania. Zaczęli się zbiegać podróżni z innych piątr, tłok zalał korytarz, 
nawet nasz salonik. Ryszard wszystkiem kierował, posłał po urzędników, rozkazy 
wydawał; co żyło go słuchało. W chwili największego rozruchu, wziął mię nabok i 
powiedział z prawdziwym przestrachem: "Na miłość Boską, czegożeście takie 
pomieszane? Nie możecie tu zostać.... wasze twarze was zdradzają." A gdy 
wszystko sprawdził, odezwał się głośno: "Ja tu nie mam co robić, doniesiecie, mi 
panowie co się dalej pokaże." Poczem
dodał, zwracając się z wielkiem uszanowaniem ku mnie: "Już dziś podobno nic nie 
będzie z naszej zamierzonej przejażdżki, ale zawsze służę pojazdem, bo sądzę że 
trudno pani zostać w tem smutnem mieszkaniu, tem bardziej że tu się zaczną różne 
przykre formalności, może nawet pokój ten będzie potrzebny moim urzędnikom, do 
rozłożenia się z papierami. Czyby nie było najskładniej, żebyś pani, zamiast 
jeżdżenia po hotelach, zechciała zajechać do mnie? Będę najszczęśliwszy, 
przyjmując damę tak zacną, której powinniśmy podziękować za miłosierne zajęcie 
się tą żałosną sprawą. " Czułam że jego mowa czyniła nas jak śnieg białemi w 
oczach ciekawych słuchaczy. Mieszkanie, wczoraj tak lekko odrzucone, dziś 
przyjęłam, jakby dobrodziejstwo. Kiedy mię ten poważny dygnitarz sprowadzał ze 
schodów, tłum z uszanowaniem rozstępował się przed nami w sieniach i na placu, 
bo już i plac był pełen ludu. W swoim domu, Ryszard oddał nam trzy pokoje 
prześliczne, ale wszystkie od dziedzińca, i prosił nas abyśmy do innych nie 
wchodziły, gdyż tam pełno osób z interesami do niego uczęszcza. Dziś widzę że to 
były środki ostrożności, aby nie dopuścić między nami porozumienia się, ale 
wówczas brałam wszystko za dobrą monetę. Owszem, ja i Cesia nie wiedziałyśmy jak 
mu dziękować za jego opiekę, czujność i troskliwość. Rozgościwszy nas, 
uczęstowawszy, ukoiwszy, wybrał się do biura. Kiedy wychodził, zapytałam go 
nieśmiało co
mam panu Tytusowi powiedzieć, jak przyjdzie? Po namyśle, pozwolił mi powiedzieć 
wszystko, pod warunkiem tylko zupełnej tajemnicy. Ach, mógł śmiało pozwalać, 
wiedział że do tej rozmowy nie przyjdzie. Przez pięć śmiertelnych godzin 
czekałam, siedząc jak na węglach. Żebym była mogła przynajmniej patrzyć na 
miasto, wyglądać czy pan Tytus nadchodzi, dać mu jaki znak z góry. Ale nie 
miałam żadnego okna od ulicy, a nie wypadało wtargnąć do wyłącznych pokojów 
gospodarza. Nakoniec jednak wzięła mię tak silna pokusa, że i tego 
spróbowałam... Próżna próba! Drzwi były na klucz zamknięte.
— A ja tymczasem — zawołał pan Tytus — chodziłem i chodziłem. Zawsze mówiono, że 
pani mię nie chce przyjąć.
— Mnie znowu mówiono, że nikt nie przychodził, że nikt się ani spytał. Służba, 
jak widać, była dobrze wyuczona. Kiedy Ryszard powrócił na obiad, zaklęła m go 
aby mi pozwolił napisać do pana; zgodził się z największą uprzejmością i sam 
zaniósł nadół list odemnie, króciuchny, w którym błagałam abyś pan choć na 
chwilę przyszedł. Po obiedzie Ryszard zniknął na dosyć długo i nagle wbiegł niby 
z radością, przynosząc mi odpowiedź, którą, jak mówił, na dole oddano. 
Otworzyłam, i znalazłam, co? Mój własny list, ten który przed godziną wysłałam, 
a jednakże koperta była wyraźnie podpisana ręką pana Tytusa.
Pani Irena zamilkła. Odonicz, wstawszy, położył ręce na ramionach Wiesława i 
patrząc mu w oczy, zapytał:
— Czy ty kiedy słyszałeś o czem podobnem?
— Nigdy! Ale przez Boga żywego, jak się to stało?
— Rzecz teraz jasna. Ten niegodziwiec miał już widać w ręku mój pierwszy list do 
pani Ireny, poprzemieniał na listach koperty i odesłał je nam wzajemnie.
— Dobrze, rozumiem, ale pieczątki?
— O! to najmniejszy kłopot. W naruszaniu pieczęci jest właściwie jedna tylko 
trudność: opór sumienia. Dla poczciwych ludzi stanowi on przeszkodę 
niezwalczoną, ale temu co raz wszedł w układy z sumieniem, reszta już łatwo 
pójdzie, przy odrobinie zręczności i wprawy. Porównywając teraz nasze listy, 
widziemy że w pierwszych pieczątki są bardzo niewyraźne, w niektórych znać 
wyraźnie drugą warstwę laku; zato późniejsze się wydoskonalają; może kazał 
zrobić stemple. O dwie cyfry nietrudno. I tak z nas każde cierpiało osobno, nie 
wiedząc o cierpieniach drugiego, ach gorzej! złorzecząc sobie wzajemnie. Co za 
machiawelizm! Ach ten człowiek! Jeżeli jest piekło, to chyba dla niego.
— Panie Tytusie, panie Tytusie, dajmy pokój umarłym. Prawda, Ryszard i Romana 
oboje zatruli nasze życie, ale nam ustąpili pola, dzisiaj są już na Boskim 
sądzie, a my oto możemy się pogodzić i zaznać jeszcze dni spokojnych. A gdyby też które z nas było pierwej 
zeszło ze świata? Straszno pomyśleć! Nie módz uniewinnić ani siebie, ani 
najukochańszej osoby. Bo pomimo wszystkiego, pan Tytus był mi zawsze 
najukochańszym. To też co cierpiałam po owym zwrocie listu, och, tego ludzkie 
słowo nie wypowie. Błagałam Ryszarda, aby mi pomagał w wyjaśnieniu tej 
niepojętej sprawy, poradził co robić? Wtedy siadł przy mnie, bardzo czuie, 
chociaż jeszcze poważnie, i powiedział: "Niema co robić. Nie chciałem cię pani 
przedwcześnie zasmucać, ale teraz muszę powiedzieć. Ten twój pan Tytus był dziś 
w biurze u mnie, aby się dopytać... nie o kogo, tylko o tamte. Jest zdesperowany 
śmiercią tej Włoszki więcej niż przystało, i ze wszystkiego co mówił widzę, że 
już pani pewno nigdy go nie zobaczysz." A gdy zdumiona i struchlała pytałam: 
Dlaczego? Odpowiedział z widocznem zakłopotaniem: "Albo uwierzył w samobójstwo 
tej Włoszki i tak jej żałuje, tak sobie jej śmierć wyrzuca, że chce z panią, 
zerwać, albo... doprawdy nie wiem jak to pani powiedzieć.... albo się domyśla 
inaczej... i ma panią za prostą zabójczynię, bo trzeba pani wiedzieć, że już po 
mieście krążą, różne pogłoski." Na ostatnie wyrazy uśmiechnęłam się tylko 
pogardliwie. Nadto szacowałam pana Tytusa, aby go posądzać o podobne myśli. Ale 
za to pierwsze przypuszczenie wydało mi się prawdopodobniejsze i przejęło mię 
najwyższą boleścią. Powtarzałam sobie że istotnie pan Tytus musiał chyba kochać, i bardzo kochać Romanę, 
kiedy jej tak rozpaczliwie żałuje, kiedy chce zemną zerwać. I znowu tego 
zerwania nie mogłam pogodzić z naszą wczorajszą, rozmową, z tyloma dowodami jego 
czułości dla mnie. A jednak było widocznem że zrywa, kiedy cały dzień się nie 
pokazał u mnie, kiedy list mój odesłał, nie racząc nawet nic objaśnić, ani 
wysłuchać mego usprawiedliwienia. To wszystko upokarzało mię śmiertelnie w moich 
własnych oczach i oczach Ryszarda, przed którym nie wiedziałam jak wytłumaczyć 
postępowa nie pana Tytusa. Ale to poniżenie, choć straszne, było jeszcze niczem 
w porównaniu z rozdarciem zawiedzionego serca. Myśli moje plątały się w chaos, w 
którym czułam że co chwila mogę stracić zmysły. Wieczorem dostałam gwałtownej 
gorączki, powiększonej zapewne i tą, która wszelkim poranieniom zawsze 
towarzyszy. Moja rana, źle dotąd opatrzona, przy takich jeszcze wzruszeniach, 
jątrzyła się w zastraszający sposób. Cesia wpadła w rozpacz, Ryszard okazał 
zgryzotę, która mię zdziwiła. Bezzwłocznie było trzeba doktora, a jakże tu go 
wzywać, jakże wytłumaczyć owę ranę dziwną, widocznie ostrem narzędziem zadaną? 
Ryszard, który chodził jak błędny, uderzył się nagle w czoło i zawołał: "Cudowna 
myśl! Pojedź pani do mnie na wieś, choćby na kilka dni; mam starego famulusa, co 
służył w wojsku przy ambulansach i umie leczyć rany lepiej niż wszyscy doktorzy. Dla całej mojej wiejskiej ludności jest felczerem, i mnie już nieraz wrócił 
zdrowie, a przytem taki przywiązany, że w ogieńby za mną skoczył. Przed nim nie 
potrzebujemy się tłumaczyć." Przystałam podobno, chociaż tego nie pamiętam, bo 
gorączka rosła. Ani wiem kiedy mię wywieziono i dostawiono do Złotopola, do tych 
dóbr tak pięknie nazwanych, ale gdzie życie wcale mi nie było złotem. 
Kilkanaście dni leżałam. Jednak wróżba gospodarza prędko się spełniła; domorosły 
felczer uspokoił ranę, zaczęła się goić. Wstawszy, nie wiedziałam co mam z sobą. 
począć. Dokąd jechać? Ryszard zaklinał, abym jeszcze została i dała przebrzmieć 
wszystkim wieściom złośliwym. "Póki — mówił — jesteś pani w moim domu, powaga 
mego stanowiska osłania cię, jak najlepsza tarcza. " Otoczył mnie i Cesię 
nadskakiwaniem, zbytkiem, staraniami, które mię z początku wzruszały, ale 
wkrótce spostrzegłam z przestrachem, że mu się... bardzo... zanadto podobam. 
Stawał się codzień czulszym, powiedziałabym nawet śmiesznym jak na swoje lata, 
gdyby niekłamane uczucie mogło kiedykolwiek być śmiesznem.
— I pani to nazywasz uczuciem? To prosta namiętność — zawołał pan Tytus.
— Może być jednak że mię kochał, po swojemu. I pańska Romana zdaje mi się nie 
kochała inaczej. Ona kochała aż do zbrodni, on do przestępstwa. Oboje mieliśmy 
nieszczęście być nadto kochanymi. Przeżywszy z nim całe lata, zrozumiałam do pewnego stopnia ten dziwny charakter. Był on istotnie pełen gwałtownych 
namiętności, ale przytem i ogromnej woli, która w nim wyrobiła wstrzemięźliwość 
posuniętą, aż do przesady. Chcąc opanować dziki swój temperament, poddał się 
hygienie godnej anachoretów. Ze słońcem wstawał, sypiał prawie na desce, chodził 
bez miary, pił tylko wodę, kart nie wziął w rękę; nieraz mawiał że "trzyma sam 
siebie na żelaznym łańcuchu." Ale gdy raz się łańcuch zerwał, gdy puścił wodze 
jakiejkolwiek namiętności, szał wybuchał z całą silą, z jaką był przytłumiany. 
Tak się stało i wówczas. Nicby jednak nie były pomogły wszystkie wybuchy i 
groźby, gdyby nie przekonanie, że byłam opuszczona przez pana Tytusa. Ciągle 
czekałam czy się nie nawróci, czy nie napisze? Wychodziłam przed dziedziniec, 
wypatrując w szalonem złudzeniu, czy nie nadjeżdża gościńcem. Nie mogłam i nie 
mogłam uwierzyć w moje nieszczęście; kilka razy jeszcze pisałam do pana. 
Czyniłam to potajemnie, ze wstydu przed Ryszardem, który udawał że nic nie wie, 
ale pewno wiedział najlepiej, kiedy wszystkie listy nieomylnie wracały do mnie. 
Poczta była daleko od Złotopola, a ludzie których używałam i przepłacałam, 
wszyscy widać przeciw mnie spiknięci, musieli te przesyłki najpierw doręczać 
swojemu panu. Mijały tygodnie, od pana Tytusa ani znaku życia; Ryszard był 
zawsze uprzejmy, ale coraz posępniejszy, i nie spuszczał mie z oka. Pewnego
dnia wyjechał na cały dzień do miasta. Za powrotem, późno już wieczorem wszedł 
do mego pokoju; była to śmiałość której sobie jeszcze nigdy nie pozwolił. 
Uczułam po całem jego obejściu, że nadchodzi stanowcza chwila. Rzeczywiście, 
zaczął od słów, na które zarumieniłam sio, jak dziecko. "Obiecałaś pani — mówił 
— nic nie czynić bez mojej rady. Zbawienie twoje i córki zawisło od tego 
warunku. Tymczasem dowiedziałem się, że pisujesz do pana Odonicza. Co piszesz, 
nie wiem, ale pewnie się usprawiedliwiasz. Sama pani rozważ: ja z całych sił 
pracuję aby tę sprawę w tajemnicy utrzymać, a ty jej szczegóły wypisujesz czarno 
na białem i poczcie powierzasz. Jest-to i nieostrożnie, i niewdzięcznie. 
Narzucasz się człowiekowi który ci okazuje pogardę, a pomiatasz człowiekiem 
któryby życie za ciebie oddał. Światowi przyjaciele odwrócili się od ciebie w 
złej godzinie, ja jeden zostałem ci wiernym i zostanę do śmierci, jeżeli mię nie 
odepchniesz. Ale trzeba też i moję cierpliwość oszczędzać. Nie bądź pani tak 
bardzo pewna wygranej. Byłem dziś w mieście. Sprawa nasza niedobrze stoi. Przy 
badaniu świadków, jeden z kelnerów przypomniał sobie szczegół straszny. Widział 
owej nocy, widział na własne oczy, jak Odonicz, wyszedłszy od pani, wchodził do 
tej Włoszki. Szwajcar także zaświadcza, że Odonicz dobrze po północy wracał 
drugi raz do hotelu, a co najgorsze że nikt go nie widział wychodzącym. Te 
zeznania rzucają nowe i niespodziane światło na sprawę. Czy wiesz pani co mówią, nietylko między gminem, 
ale w sądach? Mówią że był potajemnie ożeniony z Romana, a gdy, sprzykrzywszy 
ją. sobie, panią upodobał, zmówiliście się we dwoje, aby sprzątnąć tę 
zawadzającą żonę. Co mówię, we dwoje? użyliście i dziecka do pomocy, i to 
najwięcej oburza opinią. Pani powiesz mi, że cała ta historya nieprawdziwa, ale 
czegóż to dowodzi, jeżeli prawdopodobna i wszyscy w nią uwierzą?" Ja wtedy 
krzyknęłam: Ale przecież pan nie wierzysz? A on się uśmiechnął jadowicie i 
powiedział:" To zależy. Sędziowie napatrzą się tylu rzeczy niesłychanych, że 
wszystko mogą przypuścić. Widywano takie czyny między osobami najlepiej 
urodzonemi i wychowanemi. a przyznam się... upór pani w tej dziwnej wierności 
daje wiele do myślenia.... Tylko wspólnictwo zbrodni zawiązuje takie 
nieodgadnione stosunki." Słuchałam spiorunowana. Nie wiem czy te wieści krążyły 
rzeczywiście między publicznością....
— Gdzież tam! Nie krążyły nigdy, przecież byłyby i do mnie doszły — przerwał z 
oburzeniem pan Tytus.
— Tak, ale ja z mojego zamknięcia nic nie mogłam sprawdzić, a jak Ryszard zaczął 
mi przytaczać artykuły kodeksu, wystawiać złośliwość pozorów, Boże mój! włosy mi 
na głowie stanęły. Już widziałam Cesię, pana Tytusa i siebie, włóczonych po 
trybunałach. Kiedy uznał mię dostatecznie nastraszoną, Ryszard zmienił głos i powiedział: "Jest jednak środek 
ratunku, jedyny i nieomylny. Zostań pani moją żoną, a dowiedziesz swojej 
niewinności, najprzód w moich oczach, bo przestanę cię podejrzywać o tajemne 
zobowiązania, potem w oczach świata, bo świat przecież nie przypuści, abym się 
mógł żenić z osobą której nie szanuję. Zostawiam pani trzy dni do namysłu. 
Jeżeli po trzech dniach przystaniesz, obiecuję cała. sprawę zatrzeć zupełnie, 
nazawsze. Jeżeli odmówisz, będę wiedział co myśleć... umyję ręce od wszelkiej 
obrony, a wtedy radźcie sobie ze sprawiedliwością, jak możecie. " Panie Tytusie, 
miałam tyle odwagi, że prosiłam aby mi pozwolił jeszcze raz, ostatni raz, 
napisać do pana. Pozwolił wspaniałomyślnie. List mu chciałam przeczytać, 
odmówił, czem ostatecznie mię wzruszył. Nie wiedziałam że za drzwiami będzie go 
czytał i śmiał się ze mnie. Nie pamiętam w życiu dni dłuższych, jak te które 
przemęczyłam, czekając na odpowiedź od pana. Trzeciego dnia, jakby umyślnie na 
termin, przyszedł list... ale to znowu był mój własny, w kopercie z pańskim 
podpisem. Odebrałam go przy obiedzie, a wieczorem byłam zaręczona z Ryszardem. 
Ja i Cesia odprawiłyśmy cichuteńko pokutę kościelną, za mimowolne odjęcie życia 
bliźniemu: potem odbył się równie cicho ślub, podobny do pogrzebu, przynajmniej 
takim się mnie wydawał. 
Po milczeniu dość długiem, Wiesław zapytał:
— I pani była bardzo nieszczęśliwa?
— Nie wiem, doprawdy, jak panu odpowiedzieć. Idąc za maż w takich warunkach, nie 
spodziewałam się szczęścia, nie doznałam więc zawodu. Przyjęłam los ten, jako 
ciężkie dopuszczenie Boże. Zrazu odchodząc od ołtarza, mąż mój powiedział: 
"Spodziewam się że pani zapomnisz swoich gustów światowych. Ja nie jestem 
podobny do pana Zapolskiego; moja żona musi lubić dom, być wierną, i kochającą. 
" Wierną, ma się rozumieć; postanowiłam nią być i byłam do końca, w tym 
względzie sumienie moje nie przedstawia mi ani cienia wyrzutu. Ale aby stać się 
kochającą, niedość chcieć; pomimo wszelkich moich usiłowań, zawsze mi wymawiano 
oziębłość. Polubić dom także łatwem nie było. Złotopol pięknie położony, ale 
smutny. Ogród pełen świerków, zielonawych wód, a. przytem i tajemniczych 
wspomnień. Kiedyś, pamiętam, chodząc z mężem nad wodą, zapytałam czy to prawda 
że pierwsza jego żona się utopiła? Uśmiechnął się zagadkowo i odpowiedział: "A 
jakże, prawda. Nic dziwnego, to była waryatka." I zaczął mówić o czem innem, ja 
też nie pytałam więcej, przekonana że się zawsze albo zamało, albo zawiele 
dowiem. Mieszkanie mieliśmy niewygodne; pałacysko z pretensyą, a nieskończone. 
Ojciec Ryszarda zaczął go budować i w połowie dzieła umarł. Mój mąż wiekszą 
część życia przemieszkał w mieście, a kiedy osiadł w Złotopolu i chciał budowę 
kończyć, okazało się że początek już groził ruiną. Pokoje były ogromne, ale bez obić, schody 
o drewnianych, tymczasowych poręczach. Wszędzie jakiś chłód i pustka. Ludność na 
wsi krnąbrna, służba ponura i wystrachana. Byłam niby panią domu, wszyscy mię 
niby z pokłonem słuchali, a nie wypełniali żadnego rozkazu, póki nie poszli 
opowiedzieć się panu. I tak, razu jednego, nie w rok ani we dwa, ale w sześć lat 
po ślubie, Scholastyka, poczciwa służąca, jedyna co przy wiązała się do mnie. i 
do Cesi (ją też jednę przywiozłam tu z sobą), przyniosła mi list od jakiejś 
dawnej mojej znajomej; list był zupełnie obojętny, ale go oddała, nie pokazawszy 
pierwej panu. Oj! miała też krzyż pański do zniesienia za to! Jak łatwo zgadnąć, 
taka nieufność głęboko mnie obrażała. Dzisiaj rozumiem, że to nie była 
nieufność, ale obawa ażebym nie zrobiła jakiego odkrycia. Pierwsze jednak lata 
zeszły dosyć znośnie. Wprawdzie rozrywek nie miałam, ale ochota do nich dawno 
mię odeszła, a przytem, w zamian za wszystko, miałam wielkie, rozkoszne zajęcie, 
wychowanie Cesi. W niej odnalazłam całe szczęście, które Bóg mi gdzieindziej 
odjął. Cesia dorastała, ufność wzajemna także rosła. Zwierzałyśmy sobie 
wszystkie nasze wielkie cierpienia i drobne radości. Powoli, znalazłam w niej 
nietylko najlepszą córkę, ale najgorliwszą przyjaciółkę. I ta jednak pociecha 
sprowadzała niezgodę. Mąż mój, nie mając o kogo być zazdrosnym, gniewał się o tę 
wielką
miłość, która, jak twierdził, czyniła mu ujmę w mojem sercu. Cesia, mimo 
pozornej uległości, szczerze go niecierpiała. Nie dziwię się. Mój Boże! Wahałam 
się czy dać jej pana Tytusa za ojczyma, a musiałam jej dać takiego Ryszarda. 
Zaklinałam Cesię, aby cierpliwszą. była, przypominałam jak wiele mu 
zawdzięczamy, bo jednak dotrzymał obietnicy, sprawę Romany uciszył, nikt z nas 
nie był zaczepiony, a nawet posądzony. Cesia przynawała mi słuszność, była. 
jakiś czas powolniejszy, ale że ma charakter stanowczy i kocha mię biedaczka nad 
miarę, jak tylko mąż mi zaczynał dokuczać zrywała się na moję obronę. Ztąd burze 
codzienne. Życie stawało się z każdym krokiem cięższe. Mój maż, w kilka miesięcy 
po ślubie, wziął dymisyą, aby lepiej, jak mówił "używać szczęścia domowego." Z 
początku istotnie był dosyś wesoły i chciał widać być przyjemnym. Ale 
przyzwyczajony do rozkazywania na wysokiem stanowisku, zwolna przeniósł całą 
sprężystość władzy na nas. Trawiony bezczynnością, wglądał w drobnostki domowe. 
Przytem opuścił się w hygienie, na czem zdrowie i humor ucierpiały. "W ostatnich 
latach miewał napady gniewu, których doprawdy nie można niczem innem 
wytłumaczyć, jak tylko chorobliwym stanem. Z tem wszystkiem lata szły i dla 
Cesi; serce mi się krajało, widząc ją więdnącą w takim czyścu. Ja przynajmniej w 
przeszłości użyłam chwil świetnych i radosnych, ale ona nic nie znalu
prócz głuchych tragedyj, nikogo nie widywała prócz kilku starych nudziarzy, bo 
takich jedynie Ryszard przypuszczał do domu.
— Proszę pani — odezwał się pan Tytus — czy to prawda, że przed rokiem pani 
chciałaś córkę wyswatać za mnie?
— Za pana? Któż mógł panu taką bajkę przynieść?
— Któś co mógł uchodzić za dobrze świadomego — pan Alfred.
— Aha! Alfred. On gotów na wszystko. A zresztą... Jest może i w tej bajce źródło 
prawdy. Przypominam sobie jak raz przy Alfredzie utyskiwałam nad przyszłością 
córki, nad trudnością znalezienia dla niej właściwego losu. Mój mąż, pół żartem 
szukając dla niej męża, przytaczał różnych naszych sąsiadów, same partyę 
niestosowne i śmieszne, nakoniec zawołał: "Kogóż tedy chcesz? królewicza? 
cesarzewicza?" Wtedy odezwałam się, może niebacznie, że jeden jest człowiek na 
świecie, któremu podobnego życzyłabym dla Cesi. Ryszard pierwszy podsunął 
pańskie nazwisko i zaraz dodał z ironią: "Wątpię wszakże aby chciał bywać w 
naszym domu, a choćby chciał, to jeszcze niewiadomo czy jabym go wpuścił?" 
Jaknajprędzej inny obrót nadałam rozmowie, i nigdy już nic wróciliśmy do niej, 
ale Alfred nie omieszkał panu jej powtórzyć, i to przeinaczając, bo nie wątpię 
że szuka wszelkich sposobów, aby szkodzić Cesi.
— O, że szuka — wtrącił Wiesław — to ja wiem najlepiej. Ale dlaczego?
— Dlaczego? Dla najzwyczajniejszej zemsty. Właśnie w tejże samej epoce, przed 
rokiem, niespokojność moja o córkę stała się nie do zniesienia. Wyrzucałam sobie 
że nie mam dość energii na obronę dziecka, i oświadczyłam Ryszardowi że musiemy 
koniecznie wyjechać ze Złotopola, a jeżeli on nie może, bo zawsze składał się na 
brak zdrowia, to ja wyjadę z córką do Warszawy, albo za granicę. On, który nigdy 
nie dał sobie wspomnieć bez gniewu o podobnych zamiarach, tą razą uśmiechnął się 
wesoło i powiedział żebym się nie troszczyła, że już sam pomyślał o przyszłości 
Cesi. I wymyślił cóś przepysznego! W kilkanaście dni później pojawia się Alfred. 
Dotąd, pamiętna niektórych szczegółów przeszłości (pan Tytus mię zrozumie), 
trzymałam zawsze mego pasierba w wielkiem oddaleniu i surowej oziębłości. Ale tą 
razą przyjechał z wielkim trzaskiem, ukłonami i upominkami. Nazajutrz mój mąż 
oświadczył go o rękę mojej córki. Już tylko nam tego brakowało. Ma się rozumieć, 
odmówiłam z oburzeniem. Przecież ja się dawniej gniewałam, kiedy ten osławiony 
człowiek śmiał na mnie oczy podnieść a miałabym mu dać mego anioła? Dość było 
jednego Pełki w rodzinie, dość było jednej z nas na ofiarę. Ale mój mąż nie mogł 
zrozumieć powodów tej odmowy. Kochał syna gwałtownie, gryzł się jego 
szaleństwami, to tuż gorąco pragnął dobrze go ożenić, w nadziei że się ustatkuje. "Czegóż więcej żądacie, pytał 
ze szczerem zdziwieniem. Przecież Alfred jest piękny, jak mało kto w Polsce? 
Zostawię mu ogromny majątek, przytem rozkoszny, dowcipny, damy za nim 
przepadają." Ale byłam niepokonaną, Ryszard się zasmucił, i pierwszy raz w życiu 
mi ustąpił. Minęło kilka tygodni, myślałam żeśmy już oswobodzone od tej napaści, 
kiedy dnia jednego (pamiętny to dzień) Alfred niespodzianie przyjechał. 
Siedziałyśmy z robotą w salonie; mój mąż, mocno słaby, drzemał w sąsiednim 
pokoju. Alfred wszedł pomieszany, wyznał że pomimo pierwszej odmowy, żyć nie 
może w oddaleniu od Cecylii, padł mi do nóg, błagał abym się za nim wstawiła, 
potem zwrócił do niej mowę patetyczną, tak pełną ognia, że zaczęłam w nim 
przypuszszać prawdziwe przywiązanie. Cesia odcięła mu się ostro; wstał urażony i 
poszedł do ojca. Przez drzwi niedomknięte cała rozmowa nas dochodziła. Wtedy 
zrozumiałyśmy natarczywość jego konkurów; miał ogromne długi i nie widział 
innego sposobu spłacenia ich, jak posagiem Cesi. Gdy i ta nadzieja spełzła, 
żądał aby ojciec zapłacił. Ojciec, nieustannie przez niego obdzierany, odmówił. 
Wtedy niepoczciwy syn wystąpił ze sceną niegodną... wcale nie synowską. Wymawiał 
ojcu że już raz mu bogatą żonę zdmuchnął i dla siebie zabrał, a teraz nie umie 
czy nie chce drugiej mu naraić. Że już mu trzydzieści lat minęło,
uchodzi za bogatego, a z łaski ojca nigdy nie ma grosza przy duszy. Tamten 
słuchał, słuchał, aż nagle zaczął piorunować z całej wysokości obrażonego 
ojcostwa. Obaj krzyczeli, że ażeśmy się trzęsły ze strachu. Wkońcu ojciec kazał 
mu wyjść za drzwi i nigdy się na oczy nie pokazać. Alfred wyszedł blady, jak 
trup. Pobiegłam do męża, chcąc go ukoić i ubłagać; nigdy nie lubiłam Alfreda, 
ale teraz bałam się, aby nie sądzono że różnię ojca z synem. Nie dał mi trzech 
słów powiedzieć. Zaczął i na mnie krzyczeć: "Ja wiem że wy wszyscy przeciw mnie 
trzymacie. Chcielibyście widzieć mię już pod ziemią." Zamilkłam, rozżalona 
niesłusznością, wyrzutu, bo nigdy może dla tego człowieka nie miałam więcej 
współczucia, jak widząc go zranionym w najczulszej stronie serca. Już się 
oddalałam, kiedy odwołał mię łagodnie: "Irenciu, nie odchodź, jakoś mi 
niedobrze." Nim do niego doszłam, upadł, rażony apopleksyą. Twarz prawie 
zczerniała. Felczer domowy zaraz mu krew puścił, co uratowało życie, ale tylko 
na kilka tygodni, ach, i jakie życie! Przez pół ciała został paraliż, mowa 
odjęta. Po kilku dniach jednak zaczął znowu mówić i dużo, ale niewyraźnie. 
Rzadko już kogo poznawał. Ja jedna mogłam nieco rozumieć ten jego nieustanny 
monolog, nie wiedzieć nad czem utyskujący, nie wiedzieć czego żądający. 
Wprawiłam się w pochwytywanie wyrazów; z początku sądziłam że to czysto 
chorobliwe majaczenie;
zwolna jednak zaczęłam w tym chaosie dostrzegać powtarzające się ciągle zwroty i 
obrazy, które mię wprowadziły na drogę niespodziewanych podejrzeń. Często 
podrywał się, wołając: "Za co mię sądzicie? Za co mię skarżycie? Przecież nie 
zfałszowałem ani jednej litery?" Jednego wieczora zupełnie był nieprzytomny, ale 
gorączkowo ożywiony; mimo ciepłej pory, kazał wielki ogień rozpalić na kominku i 
wołał aby mu przynosić listy. Przynosiliśmy wszystkie jakie się znaleźć dały. On 
wszystkie odrzucał, niecierpliwiąc się rozpaczliwie. Zrozumiałam nakoniec z jego 
mowy, że chodzi o te moje listy, które pan Tytus mi odsyłał. Pobiegłam i wzięłam 
niektóre, ale nie wszystkie; tknięta jakiemś przeczuciem, zostawiłam kilka. 
Przyniesione, Ryszard pochwycił skwapliwie i nie rachując, wrzucił w ogień. 
Potem zaczął wołać: "A tamte?" Wszyscyśmy się pytali: Które tamte? A on 
powtarzał: "Tamte, co są u tamtego!" Nic nie mówiłam, ale dziwne myśli mię 
opanowały... Po dziewięciu latach poddania się nieszczęściu, zaczynałam pytać 
czy to nieszczęście nie było sztucznie zbudowane? W domu naszym panował popłoch 
nie do opisania. Alfred tułał się jak widmo po bocznych pokojach, czekał u 
progu, ale próżno. Prosiłyśmy za nim wielokrotnie... ojciec do końca nie 
przebaczył. Nastał dzień w którym uczuł się zupełnie przytomnym i tak wyraźnie 
zdrowym, że cały dom zaczął drżeć na nowo. Ryszard posłał coprędzej po prawnika, zamknął się z nim na godzinę i spisali testament. Wieczorem, kiedy weszłam 
do niego, zdaje mi się że mie nie poznał. Chcąc korzystać jednak z ostatnich 
błysków jego przytomności, zapytałam czyby dla pociechy nie chciał widzieć 
księdza proboszcza, który czekał w drugim pokoju? Słowa moję przeraziły chorego. 
Zawołał: "Nie chcę! Nie chcę księdza! Jeszczeby kazał wyznać, naprawić, 
pokutować. Ja to wszystko zrobię kiedyś, ale nie teraz. Ja jeszcze wyzdrowieję. 
Jutro mi będzie lepiej. " — Kiedy przyszło jutro, już nie żył.
Znów nastało milczenie. Wiesław spoglądał ze wzruszeniem to na panią Irenę, to 
na wuja. Uczuł się mały wobec tej wypróbowanej pary. Czemże była jego 
kilkodniową rozpacz, wobec ich dziesięcioletniej męki? A jednak i on cierpiał. 
Rana drobna, ale świeżo otwarta, więcej nieraz dolega, niżeli największa, dawno 
zagojona.
— Mąż pani — odezwał się pan Tytus — musiał zostawić niebardzo żałosne 
wspomnienie?
— Ach, niech Bóg broni, aby które z nas miało zostawić podobne. Służba, ludność 
wiejska, rozpromieniły się jakby, odrodzono. A Cesia? Ta pierwszy raz od 
dzieciństwa zakwitła i spojrzała na świat Boży jasno. Ja sama uczułam się jak 
osoba żywcem zamurowana, którą na czas odkopują, w chwili kiedy już, już sił i 
tchu jej brakuje. Musiałyśmy unikać ludzi, ażeby nie dostrzegli naszych 
nieprzyzwoitych wrażeń. Im mniej
czułam smutku, tem sumienniej postanowiłam dochować żałoby i wszystkich 
zewnętrznych oznak żalu. W testamencie z niemałem podziwieniem znalazłam znaczne 
zapisy dla siebie i córki. Nieboszczyk nam dawał, a synowi ujmował, ile tylko 
mógł bez nadwerężenia prawa. Postarałam się do pewnego stopnia nagrodzić 
Alfredowi ten uszczerbek; wiedząc że głównie potrzebuje gotówki, pokupowałam od 
niego na wagę złota konie i niektóre sprzęty. Jak tylko się skończyły obrzędy i 
konieczne formalności, uciekłyśmy ze Złotopola. Ach, w Warszawie odetchnęłam. Tu 
same słodkie i wesołe wspomnienia. Długo nie mogłyśmy uwierzyć.. że już nie 
cięży nad nami żadna ręka tyrańska; tygodnie upłynęły, zanim ośmieliłyśmy się 
głośno rozmawiać. Pierwszą myślą moją. było odnaleźć pana Tytusa i sprawdzić 
szczegóły naszego rozłączenia, bo teraz niczemu już nie dowierzałam. Przez 
długie lata wyrobiło się we mnie straszne, ale już uspokojone przekonanie, że 
mię przestano kochać, a może i nigdy nie kochano. Wszystko mię utwierdzało w tej 
pewności, nietylko zwrot moich listów, ale mnósstwo dalszych pozorów. Niezadługo 
po ślubie, mój mąż przeczytał mi tryumfalnie list, jaki pan do niego pisałeś, 
list okropny, pełen rozpaczy po Romanie, błagający o jej zwłoki, a dla mnie 
napiętnowany największą, obelgą, bo takiem zapomnieniem, jakby mię na świecie 
nie było. Później Alfred za każdym przyjazdem bawił nas opowiadaniami, w których, przypadkiem czy umyślnie, zawsze odnajdywały się wszelkie 
wiadomości, jakie tylko mogły być najboleśniejsze dla mnie; wiedziałam że pan 
Tytus się wybornie bawi, że interesami gorączkowo zajęcy, że w najlepsze głowy 
zawraca, a o dawnych znajomych ani wspomni... I mnie nic nie pozostawało, jak 
zamknąć się w najwyższej godności milczenia. Aż oto kilka słów zdradzonych przez 
malignę kładzie na tem wszystkiem nowy znak zapytania. Jaka to łaska Pana Boga 
że mię ostrzegł, i to przez własne usta Ryszarda! Bez tej przestrogi nie byłabym 
już nigdy szukała z panem spotkania; pan także, śmiertelnie obrażony, byłbyś do 
śmierci odemnie stronił. Tu więc przyjechawszy, zaczęłam się na wszystkie strony 
podpytywać. Długo spotykały mnie same zawody. Nietylko że pana nie znalazłam w 
Warszawie, ale nikt nie umiał mi powiedzieć napewno, gdzie pan się znajdujesz.
— Byłem poprostu na wsi.
— A teraz możecie sobie panowie wystawić, jakie było nasze wrażenie, kiedyśmy 
się dowiedziały że nowy nasz znajomy, pan Różyc, jest rodzonym pana 
siostrzeńcem.
— Zauważyłem to niesłychane wrażenie. Teraz się już nad niem nie dziwię.
— Odtąd nie wątpiłyśmy, że samo niebo przysyła nam pana Wiesława. Wszystko też 
zdawało się na dobre składać. Nazajutrz pan Tytus przyjeżdża, spotykamy się w 
Alejach. Ach to spotkanie! Ja na nie liczyłam, jak na hasło zbawienia. Krążyłam umyślnie przy Dolinie 
szwajcarskiej, w nadziei że i panowie tam wysiądziecie. Istotnie, zjawia się mój 
pan Tytus... pierwszy raz go widzę od tamtej rozmowy... mimo wszelkich uraz mało 
mi się serce nie rozpłynie — i cóż? Rozchodzimy się jeszcze nieprzyjaźniejsi, 
niż dawniej.
— Cóżeście sobie państwo takiego powiedzieli?
— Mój Wiesławie, jakże ja mogłem zrozumieć? Pani Irena powiada: — "Panie 
Odoniczu, serce kobiety wiele może przebaczyć; wyjaśnijmy raz naszę przeszłość, 
wytłumaczmy sobie owo odsyłanie listów. " Ja myślałem że mówi o moich listach, o 
tych co mnie były odsyłane, i oburzony że ona jeszcze może obiecywać 
przebaczenie, kiedy powinna sama o nie prosić, postawiłem się dosyć twardo.
— Ach, i jak! Pan powiedziałeś mi z gorzkiem lekceważeniem: "O pani, to rzeczy 
dawno zapomniane; niewarto ich nawet tłumaczyć." I odszedłeś, zostawiając mię 
wpół martwą,. Jeden tylko wyraz jeszcze mię pocieszał: obiecałeś nas odwiedzieć. 
Czułam po twoim głosie, że to czcza obiecanka, jednak jej się czepiłam z 
uporczywością nadziei. Cały piątek zszedł na oczekiwaniu. Ten dzień był dla mnie 
jakby rok. W sobotę odważyłam się na ostatnią próbę: posłałam list... aż się 
rumieniłam samej siebie... raz jeszcze list! Odesłałeś go pan w drugiej 
kopercie. Ten postępek, zestawiony z dawniejszemi, wywrócił cały
gmach moich domysłów i marzeń. Upokorzona do żywego, utwierdzona w pierwszem 
przekonaniu, postanowiłam nigdy już do pana kroku nie uczynić, a kiedy Cesia 
błagała mię abym jej pozwoliła na swoję rękę działać, zabroniłam surowo. Ale 
dziecko się uparło... i dobrze zrobiło.
— Panna Cecylia — rzekł Wiesław — dowiodła rzeczywiście niezmiernej... nie wiem 
jak powiedzieć? śmiałości, czy odwagi, bo działała nietylko przeciw pani woli, 
ale bez pani wiedzy.
— Zkąd-że pan przypuszcza że bez mojej wiedzy? zapytała matka z żywością.
— O pani, ja wiem wiele... a jednak może niedość wiele, aby mieć sąd jasny. 
Panna Cecylia sądziła się otoczona zupełną tajemnicą, tymczasem przypadek 
uczynił mnie kilka razy świadkiem rzeczy dziwnych... i to szczęście że mnie a 
nie innego... kto inny byłby sobie może źle wytłumaczył niektóre pozory.
— I cóż widziałeś tak strasznego? — zapytał, śmiejąc się, pan Tytus.
— No... na przykład panna Cecylia była samiuteńka w odwiedzinach u wuja.
Pani Irena zmieszała się i zatroskała. 
— Istotnie — rzekła — Cesia troszkę nieprzezornie prowadziła to przedsięwzięcie. 
Słysząc później szczegóły przez nią same opowiadane, zadrżałam wielokrotnie... 
ale cóż pan chcesz? Nie mnie ją strofować, kiedy wszystko czyniła z popędu 
najczystszej miłości dziecięcej. Wiele też
trzeba położyć na karb nieznajomości świata. Zkąd-że go ma znać, przesiedziawszy 
cala młodość na zaklętej pustyni? Ta to nieświadomość właśnie dala jej ślepą 
odwagę i pozwoliła cel osiągnąć.
— Kiedy jednak — wtrącił pan Tytus — Wiesław mówi że już wie dużo, a jeszcze 
niedosyć aby mieć sąd jasny, będzie może najlepiej, gdy się dowie wszystkiego. 
Niech panna Cecylia sama opowie nam swoję Odysseję.
— Słuszna rada — odrzekła matka. — Naiwność jej opowiadania będzie najlepszem 
świadectwem niewinności jej serca.
I wstając, dodała: — Poczciwe dziecko, przez delikatność usunęło się od naszej 
rozmowy. Czuje że matce byłoby trudno w obecności córki tykać niektórych ustępów 
swego życia. Ale teraz już na nią kolej.
Uchyliwszy drzwi, zawołała: — Cesiu! Cesiu! Gdzież tak długo bawisz?
Cesia wbiegła zarumieniona, z błyszczącemi oczami. Wiesław chciał jej ustąpić 
krzesła obok pani Ireny, ale nim zdążył, uwinęła się i siadła u stóp matki, na 
haftowanym podnóżku. (Dostrzegł wtedy że podnóżek już jest ukończony).
— Chciałbym wiedzieć — zapytał — jakich pani cudownych środków użyłaś, aby 
nawrócić mego wuja? Bo przecież matka pani próbowała napróżno. Ja rozwinąłem 
usiłowania ludzkie i nadludzkie... gdzie tam! Słowa moje padały jak na skałę. Pani się tylko pokazałaś i 
cud dokonany.
— O, przepraszam pana, wcale niedość było się pokazać. Wuj pański jest 
najupartszym, najbardziej nieużytym człowiekiem na kuli ziemskiej. Wszystkich 
zwyciężał, jak Rossya Napoleona, cofając się. Kiedy ten list odesłał, kiedy 
manię widziałam tak chorą i zgryzioną, wziął mię do niego żal śmiertelny. Idę do 
mamy i powiadam: Ja go muszę przekonać, ja mu oczy otworzę. Mama nie chce 
wierzyć, ani pozwolić. Błagam, zaklinam, nie i nie! Wtedy, w rozpaczy, 
postanawiam sama wszystko zrobić. Może to źle? Widać jednak że nie, kiedy Pan 
Bóg pobłogosławił. Przepraszam najdroższą mamunię — wołała, całując kolana matki 
— powiem jak małe dzieci: "Już nigdy nie będę..." ale na ten raz musiałam... cel 
uświęca środki. 
— O! moje dziecko, z tą jezuicką maksymą daleko można zajechać.
— Prawda, mamo, ale na ten jeden raz! Przecież nie trafia się codzień szczęście 
drogich osób do ratowania. Otóż, dowiedziawszy się przez pana Różyca, że jego 
wuj zostaje na ślub panny Moszkowickiej, powiedziałam sobie: I ja tam pojadę. 
Było to niełatwo, a nawet przykro, wybierać się na zabawę, kiedy matka niezdrowa 
i smutna. Musiała się mamunia bardzo dziwić, zkąd mi tak nagła ochota przyszła.
— Wszystko przypuszczałam, prócz myśli że
idziesz tam szukać pana Tytusa, bo mi nie powiedziałaś, filutko, że został na 
wesele.
— Jeszcze też miałam mówić! To byłoby zepsuć siurpryzę. Więc tedy stroję się, 
jadę, widzę nakoniec tego pana Tytusa, którego ledwie jak przez mgłę pamiętałam. 
Powtarzam sobie: Teraz mu wszystko powiem. Ale jakże to zrobić? Przy stole, w 
natłoku, ani sposób. Po obiedzie ucieka mi do drugiego pokoju. Ja za nim. 
Zaczepiam go prosto z mostu: Chciałabym panu powierzyć wielką tajemnicę.... Ale 
jeszcze tych słów nie dokończyłam, kiedy pan Tytus dobywa zegarek, bierze za 
kapelusz i mówi: "Przepraszam panią, po milion razy przepraszam, ale w tej 
chwili nie moge pozwolić sobie przyjemności dłuższej rozmowy... Inną razą., jak 
tylko pani każe. będę jej służył, tylko dziś niepodobna... O tej godzinie 
właśnie któś na mnie czeka z ważnym interesem." Muszę przyznać, panie Odoniczu, 
że kiedy chcesz być zimnym, jesteś co się nazywa strasznym. Stanęłam jakby kto 
górę lodu na mnie zwalił. Gdzie i kiedy odnaleźć drugą sposobność spotkania się 
z panem? Pomieszana, wpadłam na pomysł, który mi się wydał genialnym, a był, jak 
widzę, troszkę śmiesznym. Sądziłam że naznaczając panu rendez-vous tajemnicze, 
ogromnie pana zaciekawię i jak ptaszka złapię w sidło. Naznaczyłam więc panu owę 
schadzkę w ogrodzie, a chcąc uspokoić pańskie domysły i zwrócić je tylko na moję 
osobę, dodałam że mama nic o tem wszystkiem nic wie. Pan Odonicz odpowiedział ukłonem. Jego milczenie zdziwiło mnie, 
ukłon jednak mógł także znaczyć: Stawię się. Już też i nie było czasu się cofać, 
zniknąłeś pan jakby kamfora a ja zostałam, wzburzona i niezadowolona z samej 
siebie. Czułam że się zapędzam na drogę ślizką" nie w oczach sumienia, ale w 
oczach roządku. Wróciwszy do domu, sto razy już chciałam rzucić się mamie do 
nogi wszystko powiedzieć; ale zawsze mię wstrzymywała uwaga, że tak daleko 
zabrnąwszy, trzeba przynajmniej dopiąć celu. Mówiłam w duszy: Niech sobie pan 
Tytus co chce do jutra o mnie myśli, niech tylko tam przyjdzie, a wszystkiego 
się dowie. Całą noc jednak nie spałam, całe rano przemęczyłam się, jakbym 
rzeczywiście była winna. Po południu jadę z poczciwą Scholasią, którą musiałam 
troszkę przypuścić do sekretu. Ach, jakaż mie w tym ogrodzie miała spotkać 
konfuzya! Mój oczekiwany nie przyszedł, a przyszli wcale nie czekani. Panie 
Różycu, czy pan się tam znalazłeś przypadkiem?
— Proszę pani, długoby o tem mówić... Kiedyś może opowiem ten zbieg 
okoliczności... Dziś chciałbym tylko panią słuchać. Więc wuj wcale nie 
przyszedł? 
— Ma się rozumieć że się ani pokazałem. Przecież nie byłem dosyć dobrodusznym, 
aby uwierzyć w rendez-vous dla moich pięknych oczów. Zmiarkowałem odrazu że to 
podstęp, i to bardzo przezroczysty, a jeśli panna Cecylia sądziła mię
tak chciwym na tajemne schadzki, to tylko dowód jak mało zna ludzi, co długo w 
świecie żyli i wszystkiem są przesyceni.
— O, już to pewne — zawołała Cecylia, śmiejąc się wesoło — że jestem na zawsze 
wyleczona ze schadzek. Wróciłam do domu złamana, nietyle mojem upokorzeniem, co 
nieudaniem się zamiaru. Cóż było robić? Wiedziałam że pan Odonicz nazajutrz 
wyjeżdża. W rozpaczy odważyłam się na ostatnie kłamstwo i krok najszaleńszy: 
pojechałam do państwa Moszkowickich, a poszłam na drugą, stronę schodów. Służący 
pański nie miał ochoty wpuścić nieznajomej; ale przygotowałam talizman: słowa, 
że przynoszę ważną wiadomość dotyczącą się Włoszki Romany, otworzyły mi wrota. 
A! już kiedy pan Odonicz zastał mię u siebie, nie mógł się obronić prawdzie, 
musiał wszystkiego wysłuchać i dać się porwać. Wystaw sobie, panie Różycu, 
osłupienie, rozczulenie mamy, kiedy najniespodzianiej stawiam przed nią pana 
Tytusa, przekonanego i skruszonego. Już co ja, to myślałam że oszaleję ze 
szczęścia. Padamy do nóg mamie, błagamy aby nakoniec oddała swoję rękę panu 
Tytusowi, aż oto... cóż pan powiesz? Mama zaczyna się namyślać, ostatnie słowo 
odkładać, i do tej godziny, jeszcze nie dała się namówić. Niechże nam pan pomaga 
w prośbach, bo już nie wiemy co robić.
— Najłaskawsza pani — zaczął Różyc — i ja najpokorniej łączę głos
Ale pani Irena przerwała:
— Moi drodzy, jakże możecie mi się dziwić? Wahałam się przed dziesięciu laty, 
choć byłam jeszcze w sile wieku, pełna wiary w szczęście... a nie mam się wahać 
dzisiaj, kiedy tyle cierpień i zwątpień odjęło mi odwagę? Bo trzeba odwagi, aby 
wstępować w związki nowe, i to po raz trzeci, rozpoczynać niejako życie w 
chwili, kiedy się już powinno myśleć o innem życiu, bo jeszcze kilka lat, a 
przyjdzie starość, z nią inny pogląd na wszystko. Zresztą, po co przesądzać 
przyszłość? Dzisiaj dajcie mi się nacieszyć chwilą pojednania, tym prawdziwym 
ślubem dusz naszych. 
Mówiąc, spojrzała smętnie na pana Tytusa. Ten milczał, i ująwszy ze stołu 
sztylet, oglądał go w głębokiem zamyśleniu.
— Jakimże sposobem wrócił do pani? — zapytał.
— Znalazłam go w biurku męża.
— A ja — dodała Cecylia — chowam go jako straszną, ale i drogą relikwią, boć to 
przecież na nim jest krew mojej świętej.
Tu wstała i pieszczotliwym ruchem nieco uchyliła koronkową mantylę matki; pod 
białem ramieniem ukazał się początek blizny, widoczny jak sina niteczka, na 
której córka złożyła gorący pocałunek.
Panu Tytusowi na. widok tej rany, dla niego
poniesionej, oczy zamgliły się rozrzewnieniem i łza kroplista zwisła mu na 
rzęsie.
W tej chwili wszedł Sebastyan ze swoją, staroświecką miną i staroświeckiem 
ogłoszeniem: Waza na stole.
Panie i panowie ruszyli dwiema parami, i obsiedli stolik czworograniasty, 
jaśniejący od kwiatów i starych familijnych sreber. Obiad okazał się prawdziwem 
arcydziełem sztuki kucharskiej; Cecylia dzisiaj nie szczędziła specyałów.
Obie panie były rozpromienione; zato pan Tytus jakiś dziwny. Nie sarkastyczny, 
ani ponury, broń Boże! ale łagodny i cichy, jak nigdy. Czasem zdobywał się na 
wesołość, która wnet gasła, jak sztuczny ogień.
Wiesław także niewiele mówił. Pod ogromem nowych odkryć i nowego szczęścia, nie 
mógł trafić do ładu z własnemi myślami. Jadł, nie wiedząc sam co spożywa, 
rozmowy słuchał z roztargnieniem, a duszą co chwila zapadał to w przeszłość, to 
w przyszłość. Od czasu do czasu uśmiechał się mimowoli. Jeszcze nietylko 
dwadzieścia lat, ale dwadzieścia godzin nie minęło, a już się uśmiechał nad 
swoją Werterowska. przechadzką. o świcie, nad niedoszłą dymisyą, wyjazdem 
nazawsze, a nadewszystko nad listem pani Ireny, który jeszcze nosił w kieszeni.
Po obiedzie powstał zamiar przejażdżki do Wierzbna.
W obawie czy niebo się nie chmurzy, Cecylia wybiegła na ganek. Wiesław poszedł za nią. Dzisiaj nie było przed nimi 
księżyca, ale był wspaniały, palący się uroczyście, jak pochodnia hymenu, zachód 
słońca, który rzucał płomieniste połyski na warkoczową koronę Cecylii.
— Jak ja panią dotąd mało znałem — szepnął Wiesław. — Zdawało mi się że oblicze 
i dusza pani tchną dziecięcą swobodą, że pani jeszcze nigdy nie kosztowałaś 
gorzkich owoców z drzewa świadomości. Teraz... patrzę innemi oczami: umiem 
dojrzeć nietylko w słowach, ale nawet w uśmiechu pani, ślad długich rozmyślań i 
boleści.
— Nie dziwi mię złudzenie pana. Przez dziesięć lat w Złotopolu nauczyłam się 
taić wszystkie myśli, zacierać wszelki wyraz na twarzy, na której też w końcu 
wyrobił się rodzaj nieruchomej maski. Dziś jeszcze nie mogę od niej odwyknąć, 
ale w chwilach głębokich wzruszeń sama spada....
I spojrzała na Wiesława z wyrazem, który dowodził że to właśnie była chwila 
głębokiego wzruszenia.
Młodzieniec ujął jej rękę.
— Pani.... — rzekł — Cecylio.... Przed tygodniem, dziś właśnie tydzień.... 
mówiłaś mi tu słowa, których zrozumieć nie mogłem, o dopełnieniu ważniejszych 
obowiązków, o zapewnieniu cudzego szczęścia. Ależ teraz już te obowiązki 
dopełnione. Czyż więc teraz nie mógłbym usłyszeć ostatniego słowa?
Cecylia zamyśliła się, a nawet nieco zachmurzyła.
— Panie Wiesławie, na ostateczne słowo czy jeszcze nie zawcześnie? Gdybym 
powiedziała że. nikt mi się tyle co pan nie podobał, nie byłby to wielki 
kompliment, bo prawdę mówiąc nikogo nie znam, z nikim się częściej nie 
widywałam, chyba z panem Alfredem, którego nie rachuję między ludzi wartych 
poznania. Zostaw mi pan nieco czasu na wypracowanie mojej duszy, na rozpatrzenie 
się po świecie i życiu. Pan zapewne już nie potrzebujesz wyrabiać swoich pojęć, 
ani ludzi badać, ale użyjesz tego czasu, aby sobie zdobyć poważne stanowisko ' 
społeczne, a potem — czy pan słyszałeś kiedy panią Ristori?
— Nigdy pani.
— Ale pan wiesz jaki wyraz najpiękniej, sławnie wymawiała?
— Jakiż to wyraz?
— Vedremo.
XII.
— I cóż dalej? Obie pary pobrały się szczęśliwie?
— Ach, mili czytelnicy, czy uwierzycie? Dotąd jeszcze nie.
— To bardzo źle. Cóż warta powieść, której główne osoby ani się żenią, ani 
umierają?
— Przyznaję, niewiele warta Ale jeśli ma zaletę jaką, to chyba swoję 
prawdziwość. Przez tyle rozdziałów, z kwakierskim uporem, trzymałam się 
rzeczywistych wypadków, odrzucałam kuszące podszepty wyobraźni, mamże na samym 
końcu rozminąć się z prawdą?
Nie godzi się, tem bardziej że takie zakończenie, oprócz fałszowania treści, 
przedstawiałoby fałsz duchowy.
Tylko w baśniach i na teatrze bohaterowie zapominają, odrazu strasznych swoich 
przygód i długich nienawiści; jeszcze z krwi nie otrą mieczów, jakiemi się 
ranili, a już wzajemnie rzucają się w objęcia, stary król błogosławi i wszyscy 
wielkim orszakiem weselnym, wielkiem tutti z kotłami i puzonami żegnają, 
publiczność, która też o ich losy już dalej niewiele się troszczy.
Ale w życiu inaczej. Długo zajątrzone rany długo się potrzebują goić. 
Wieloletnie urazy tylko się z latami zacierają.
Odonicz nie mógł zaprzeczyć że był uszczęśliwiony, odkrywając niewinność i 
niezachwiane przywiązanie Ireny. Rozumował nad swojem szczęściem. Wmawiał w 
siebie, nakazywał sobie radość, nie była to jednak ta radość wielka i upajająca, 
której byłby doznał przed laty.
Nadto długo przyzwyczaił się uważać Romanę za swoję ofiarę, a Irenę za swego 
kata, aby odrazu odwrócić te pojęcia. Teraz wstydził się wyrzutów sumienia 
wycierpianych dla pierwszej,
wyrzutów serca rzucanych na drugą. Wprawdzie nie był im winien, przeznaczenie i 
złość ludzka w błąd go wprowadziły. Jednak dla duszy tak dumnej zaprzeczyć z 
dnia na dzień wszystkim swoim zdaniom, o! to próba twarda, zdolna wszelkie 
szczęście zachmurzyć.
Wiele go także kosztowało przyznanie się do tej zmiany przed Wiesławem. Nie mógł 
sobie teraz darować, czemu się przed nim wywnętrzył. Czemu dziesięć lat w 
milczeniu wytrzymawszy, nie wytrzymał jeszcze dwa dni dłużej? Ale któż mógł 
przewidzieć? Czy to nie prawdziwa feralność? Tajemnica zdawała się tylko czekać 
na jego zwierzenie, aby dopiero wtedy rozedrzeć przed nim zasłony.
A może też, na szali cierpień, trzeba było tego ostatniego upokorzenia, aby 
zawzięty los przebłagać?
Ta zabobonna uwaga nieraz mu na myśl przychodzi i pierwsze wstrząśnienie zwolna 
się uspokaja. Nieraz, kiedy rozmowa go ożywi, kiedy głos Ireny go oczaruje, 
Odonicz zapomina o latach przerwy; zdaje mu się że siedzi przy wdowie nie 
Pełkowej, ale Zapolskiej, że Cesia jest jeszcze mała, że mają w jakąś podróż 
jechać.
Ale niech w takiej chwili spojrzy na rękę Ireny, odwraca nagle oczy, ze 
zmieszaniem, prawie ze wstrętem... Ta ręka smukła, pieściwa, o którą tyle razy 
prosił, ta sama ręka... strach pomyśleć... zadawała śmiertelne ciosy... 
wprawdzie
była w swojem prawie, w najświętszem prawie obrony; trzeba dziękować niebu że 
znalazła dość siły, aby odeprzeć napaść, a jednak...
— Niema żadnego a jednak — powtarza sobie niecierpliwie. Powinienem czcić Irenę 
więcej, niż kiedykolwiek. I uśmiecha się znów i rozmawia, ale czar już zerwany i 
nieraz całe dnie miną, nim znów pochwyci złudzenie przeszłości. A nawet choć je 
pochwytuje, to nigdy zupełnie. Ach, oboje tacy zmienieni! 
Gdyby te lat dziesięć przeżyli blizko siebie, aniby spostrzegli różnicy. I nie 
mówię o zmianie zewnętrznej — ta obojgu raczej na korzyść wypadła. Co utracili z 
puszkowych, z motylich powabów pierwszej młodości, to druga młodość sowicie 
nagrodziła orlą potęgą, spojrzenia, wyrazem rysów rozumniejszym i może 
namiętniejszym niż dawniej. Z postaci mogliby się podobać jak nigdy, ale 
pojęcia! Ale pogląd na życie, a nadewszystko na miłość!
Gdzież jest owa, wróżka, na której skinienie serca się zapalały, wyobraźnie 
budowały czarowne zamki marzeń? Monarchini wdzięków, której postać obsypana 
klejnotami rozjaśniała gmachy, a rozmowa iskrząca dowcipem rozżarzała umysły? 
Gdzie nadewszystko owa niewinna zalotność, co potrafiła razem i wabić, i 
odsuwać?
Wróżka zmieniła się w posąg, piękny zawsze i godzien uwielbienia, ale 
nieruchomy, ze stopami przywalonemi od gruzów przeszłości. Zadługo na jej piersiach ciężył kamień przymusu i milczenia. Oduczyła się żądzy 
panowania, tryumfu, radości, wszystkiego, nawet skargi. Teraz, gdy się uśmiecha, 
to tylko aby drugim nie psuć wesołości, a gdyby nawet jeszcze odważyła się 
kochać, to już więcej dla cudzego, jak dla własnego szczęścia.
A Tytus? Irena nie może poznać swego łagodnego Endymiona w tym piorunującym 
Jowiszu. Młodzieniec lat dawnych, pełen wiary w uczucia, zapału dla zacnych 
myśli, rozmarzony o szczęściu domowem, ani podobny do potentata wiedzy, do 
rozsiadłego na złocie dyktatora hulaszczych biesiad, co na świat cały, a 
szczególniej na kobiety patrzy przez czarne szkło swoich zawodów.
Zawody te wprawdzie już się wyjaśniły, przyczyna co na duszy jego wycisnęła 
piętno goryczy, już dziś nie istnieje, ale wycisk na duszy został, i może się 
nigdy w zupełności nie zetrze.
Gdyby mu teraz przyszło stanąć z panią Ireną przed ołtarzem, nie wiem czyby 
szedł krokiem chętnym i wesołym. Czyby na własnem weselu mógł śmiało spojrzeć w 
oczy swoim adeptom, którym jako arcykapłan życia dla użycia tak świetnie 
wykładał anty-obowiązkowe zasady.
To też ostatnią odmowę Ireny przyjął z filozofią i rodzajem skrytej 
wdzięczności.
Pani Irena odgadła to wszystko. I nie potrzebowała namysłów, ani badań. Od 
pierwszej chwili, wzrokiem dawnej miłości, ogarnęła przepaść co ich dzieli.
Zaraz po pierwszem spotkaniu, kiedy koło północy Odonicz odszedł, Cecylia, 
uklękłszy raz jeszcze u kolan matki, pytała ze łzami w oczach: 
— Mamo kochana! Ja nie mogę mamy zrozumieć. Wszystko przewidziałam, oprócz tej 
odmowy. Przeszkody, jakie mama przytaczała, nie są, dość ważnemi, aby odpychać 
szczęście tak długo czekane. Musi być jakaś inna przyczyna, jakaś jeszcze 
przeszkoda, a ja nieszczęśliwa nie umiałam ani jej odgadnąć, ani usunąć.
Matka długą, chwilę się zawahała.
— Tak, Cesiu, jest przeszkoda, ale tej nikt na świecie nie mógł przeczuć, ani 
zaskoczyć. Nadto się prawdziwie kochamy, abyśmy miały przed sobą, ukrywać 
jakakolwiek myśl albo wrażenie. Otóż powiedz sama, czy pan Tytus przyjął tę 
wiadomość tak, jak się spodziewałaś? Nic nie mówisz? Twoje milczenie już dość 
mówi. Czekałam na pierwszy poryw uniesienia; od niego miała zależeć moja 
odpowiedź. Poryw nie przyszedł.
— Może to i prawda — odrzekła córka posępnie. — Ten człowiek niewart mamy.
— Nie, Cesiu, nie potępiajmy go tak prędko. Uniesienie od woli nie zależy. 
Lepiej że nie udawał. Zapomniałyśmy że lata musiały go odmienić. Może i mnie 
znalazł inną, niżeliby żądał. Może nie byłby już wspomniał o małżeństwie,
gdybyś sama tej myśli mu nie podsunęła. Przypomnij sobie: wszak po skończonych 
wytłumaczeniach, ty pierwsza zawołałaś: No, teraz już przecie mama nie odmówi 
ręki panu Tytusowi. Nie chcę ci, kochanie moje, wymawiać słów tych; wiem że 
wybuchnęły prosto z serca, w najlepszym zamiarze. Ale słysząc je, stanęłam w 
płomieniach. Zlękłam się, żeby nie sądził że jesteśmy w zmowie. Ma się rozumieć, 
po tak wyraźnem wyzwaniu, nie mógł odkładać oświadczyn, ale już wiedziałam co o 
nich myśleć, i odmawiając, ucieszyłam się na widok jego spokojności. Tak, moja 
złota Cesiu, ucieszyłam się szczerze.
— Dlaczego, proszę mamy?
— Dlaczego? I to ty się pytasz? A przecież mam. ciebie, czegóż mi więcej trzeba? 
Każdy nowy obowiązek odrywałby mię od ciebie, i zamiast dodawać, ujmowałby mi 
szczęścia. Wie Pan Bóg co czyni. Zesłał na mnie ciężkie próby, ale bez tych prób 
nigdybym nie wiedziała do jakiego stopnia mię kochasz. Teraz prócz ciebie już 
nic nie istnieje dla mnie. Chciałam odzyskać szacunek Tytusa i odzyskałam, 
dzięki twemu rozumnemu serduszku. Ale miłości już nie chcę, ach nie chce żadnej, 
oprócz miłości mego dziecka.
Cecylia została mocno zdziwiona i troszkę rozczarowana niespodzianem 
zakończeniem dramatu, w którym się podjęła trudnej roli Opatrzności. Przez 
długie lata, w sercu i wyobraźni, snuła romans dla matki, jak inne snują go dla siebie. Tęskniła, cierpiała za drugich, i 
w tem przeniesieniu osobistości zdobyła wielki zysk duchowy, nauczyła się 
zaparcia, zapomnienia o sobie. To też niebiosa pomagały, wszystko się udawało... 
cóż kiedy epilog chybił... Tyle razy, na tle tęczowej przeszłości, widziała już 
matkę idącą, pod ślubnemi szatami, do świątyni o rozbujanych dzwonach, opartą na 
ramieniu legendowego, niedościgłego oblubieńca, że nie mogła się łatwo rozstać z 
tym wypieszczonym obrazem.
Trzeba też dodać, że widziała zawsze w nim i siebie, także opartą na ramieniu 
narzeczonego, ale oboje stali w cieniu, na ostatniem tle, jako postacie czysto 
dodatkowe. Kto miał być owym narzeczonym? To ją najmniej obchodziło. Czuła 
tylko, że w domu nowożeńców panna, i to jeszcze dorosła, stałaby się wielką 
zawadą. Postanowiła więc, na ukoronowanie szego dzieła, usunąć się z domu, aby 
matce zostawić wolne pole do nowych uczuć i powinności. Jedynym na to środkiem 
było, z chwilą zamęźcia matki, pójść także za mąż, a już za kogo? To rzecz losu. 
To też kiedy los w same porę podsunął jej Wiesława, ucieszyła się że niebo tak 
dobrze za nią wybrało i miała szczery zamiar oddać mu rękę bez odwłoki.
Ale nieprzewidziane postawienie się pani Ireny, odmieniło nagle zamiary Cecylii.
Po pierwszej chwili zdumienia, uczuła radość
niesłychaną. Więc już nie miała potrzeby usuwać się z domu! Więc mogła nie 
rozłączać się z matką!
Wprawdzie matka wstawiała się za Różycem.
— Pomyśl, moja Cesiu — mówiła częstokroć — zdrowie moje bardzo już zachwiane, 
może mnie zabraknąć na świecie. Byłoby samolubstwem z mojej strony nie troszczyć 
się o twoję przyszłość. A z kimże znajdziesz pewniejszą, jak z tym człowiekiem 
wzorowym, co stworzony się zdaje na dobrego męża?
Cesia nie zaprzecza wysokich zalet Wiesława. Przyznaje nawet że jest bardzo, ale 
to bardzo miły. — Tylko, dodaje, najdroższa mamuniu, po co naglić? Tyle naszego 
co przeżyjemy we dwie, a gdy chodzi o zmianę losu, zawsze czas na ostatnie 
słowo. Już ja wiem że on będzie wiernie czekał.
W tym względzie Cecylia się nie myliła. Zaszłe w ciągu ubiegłego tygodnia 
wypadki przekonały Wiesława, jak mało jeszcze miejsca zajmuje w sercu swego 
ideału. Wiedział z przestrachem że była zdolna poświęcić jego miłość, a nawet 
szacunek, gdyby chodziło o usunięcie jednego kamyczka z pod stóp macierzyńskich.
Zwyczajny młodzieniec uczułby się pewnie zraniony i urażony. Różyc przeciwnie. 
Jako człowiek stawiający rodzinę nad jednostką, obowiązki nad uczuciami, uznał 
postępowanie Cecylii za takie właśnie, jakiego chciał od przyszłej żony,
przedsięwziął cierpliwie zasłużyć na miłość, która się nie dała zdobyć wstępnym 
bojem. Trzeba także dodać, że kilka słów rzuconych przez nią w rozmowie na 
ganku, o "poważnem stanowisku społecznem," drasnęło jego miłość własną; to 
draśnięcie może być korzystnem dla jego przyszłości. Przyobiecał sobie nie 
prosić o rękę Cecylii, aż będzie mógł odpowiedzieć wszelkim jej życzeniom. W tym 
celu, na przekór zwykłej swojej skromności, stara się o wyższe stanowisko, nie 
szczędzi pracy, ani nawet zabiegów.
U pani Ireny bywa często, ale z pewną, miarą. Nic nie przypomina, nie namawia, 
tylko usiłuje gdzie można usłużyć, a nadewszystko dać się dobrze poznać. Zdaje 
się że bliższa znajomość będzie mu najlepszym adwokatem.
Bo też Cecylia, prawdę mówiąc, niedosyć dotąd ceniła jego wartość. Jej się 
wydaje że takich Wiesławów jest wielu po świecie. Lepsze poznanie ludzi bez 
wątpienia w jej oczach go podniesie.
Ale w czyich oczach, a nadewszystko sercu, podniósł się do nieznanych wysokości, 
to w sercu swojego wuja. Bo niech tam co chce mówi duma, jeśli się komu raz 
duszę otworzyło, będzie się ją, otwierać i nadal. Kto zakosztował raz jeden 
nieopisanych słodyczy zaufania, ten już od nich nigdy nie odwyknie.
Po kilku tygodniach namysłu i walki, pan Tytus pewnego dnia przemówił do 
Wiesława tymże
samym, wzruszonym i wzruszającym głosem, jakim po raz pierwszy opowiadał mu 
swoję przeszłość.
Od tej chwili nie umie już mówić z nim inaczej.
Zawiązała się między niemi owa przyjaźń o której Wiesław marzył, potężna, 
głęboka, niepodobna do rozerwania.
I tak, matka z córką i przyjaciel z przyjacielem, przedstawiają dwa wzory 
zacnych uczuć., których urok jeszcze się podwaja przez wzajemne z sobą 
zbliżenie, bo kiedy ich widujemy, to najczęściej razem. 
We czworo jeżdżą po Łazienkach, we czworo ukazują się w loży Wielkiego, albo 
Letniego teatru. Warszawa, wśród codziennych swoich przepowiedni, wielokrotnie 
już ich żeniła. Gdy wróżby okazywały się mylnemi, nie brakło wydziwiań, a nawet 
złośliwych plotek. Obmowy i podejrzenia krążyły po zaułkach towarzyskich, 
rozsiewane wszystkie jedną, ręką, którą każdy łatwo odgadnie.
Alfred, odrzucony niegdyś przez Cecylią, poprzysiągł jej śmiertelną zemstę. I 
nietylko córce, ale i matce. Obie znienawidził za odgadnięcie swojej czarnej 
duszy, za okazaną sobie pogardę, za klątwy rzucone przez konającego ojca.
Byłby chciał widzieć Cecylią na ostatnim szczeblu nieszczęścia i poniżenia.
Kiedy zamiast klęsk i upadku, zobaczył ją oswobodzoną od przemocy ojczyma, w nieznanym blasku i pogodzie, kiedy jeszcze 
dostrzegł na domiar że zwróciła oczy Wiesława, tego Wiesława którego uważał za 
cudowny wyjątek w ludzkim rodzie, ogarnęła go demoniczna zawziętość.
Postanowił zburzyć przyszłość dwóch istot, których szczęście zdawało mu się 
urągać, i już Różyca wciągnął w misternie ułożoną kabałę, już, już sądził się 
blizki celu...
Co później się stało? Nigdy nie mógł zrozumieć.
Próżno badał Wiesława. Zgrabne odpowiedzi zamykały mu usta.
Widok powróconej zgody nie dał mu po nocach sypiać. Chciał przynajmniej ująć 
szczęśliwcom ludzkiego szacunku, roznosił zjadliwe wieści, ale i ta pociecha 
niedługo mu służyła. Potwarz się zawsze, jak to mówią, rozbije o Bożą mękę, a 
prawda, jak oliwa, prędzej czy później na wierzch wyjdzie.
Zupełnie innemi natchniony pobudkami, jest jednak w Warszawie i któś drugi, coby 
niechętnie patrzył na weselne gody w domu pani Ireny; to profesor Bońko.
Od czasu jak skończył swojego Aryona, stał się daleko więcej towarzyskim. 
Zmordowała go dzika cisza twórczości. Sam szuka serc przyjaznych i umysłów 
ciekawych, którymby mógł opowiadać trudy jakie przebył, tłumaczyć myśli jakie 
przeprowadził.
W kółku nam znajomem znajduje to wszystko; znajduje słuchaczy nietylko 
życzliwych, ale zapalonych do jego utworu.
Pan Tytus porusza niebo i ziemię, używa swojej znajomości zakulisowych wpływów, 
ażeby Aryona wprowadzić na scenę. Ale dyrekcya teatru stawia się jakoś twardo. 
Znawcy a zwłaszcza inni kompozytorowie, kręcą głową na dwie strony. Zwolennicy 
nowej szkoły mówią, że Aryon nie jest prawdziwie klasycznym, że wygląda na kopią 
bladą i zfałszowaną.
"Jeszcze się ten nie urodził, któryby wszystkim dogodził."
Przyjaciele profesora gniewają się ogniście na te sądy, według nich 
niesprawiedliwe i zazdrością tchnące. On sam je przyjmuje z niezrównaną pogodą. 
Czemże są takie chwilowe zawady, od losów albo ludzi pochodzące, w obec 
tytanicznych przeszkód, jakie zwalczył we własnej myśli? Największe zwycięztwo 
dokonane, opera już istnieje. A teraz, czy trochę prędzej czy później światu się 
ukaże, to już najmniejszy kłopot pana Benedykta! Wie on dobrze iż kiedyś będzie 
oceniony, a dzisiejszym brakiem uznania pocichu się nawet chlubi, pomnąc na 
podobne koleje prawie wszystkich mistrzów. O! już co ten, to naprawdę tworzy nie 
dla jednego pokolenia, ale dla wieków; nie dla poklasku ani zysku, ale aby 
zbogacić sztukę i dać ujście natchnieniu, co mu pierś rozpiera.
Szczerze nawet mówiąc, lęka się usłyszeć swoje dzieło na scenie. Tyle razy je słyszał i widział, wykonane przez chóry 
geniuszów nadpowietrznych, mieszkających w świecie jego marzeń, że ludzkie 
głosy, rzeczywiste narzędzia, nigdy nie dorosną, na ziemi do tej próby, 
odegranej w niebie.
Czasem wprawdzie, kiedy mu zawiść zbytecznie dokuczy, profesor grozi że pojedzie 
za granicę, tam przedstawi Aryona i raz jeszcze stwierdzi ewangeliczny 
przycinek: "Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju!"
Między wtajemniczonymi często się toczą rozprawy nad tą. sławną podróżą; Europa 
ma się zatrząść od niej. Dotąd jednak zostaje ona zawsze tylko groźbą. Samo 
przepisywanie partycyi zaniosło się na całe lata, bo profesor nie chciał go 
nikomu powierzyć i sam się niem pieści, a co popracuje, to przychodzi, w złotym 
humorze, pokazać nowy arkusz swoim kochanym paniom.
Ten humor jednak niezawsze był zloty.
Powtórne zjawienie się wuja, coraz częstsze bywanie siostrzeńca, przejęły go 
postrachem i wprowadziły prawie w czarną melancholią, Mało brakowało, żeby oba 
znienawidził. Truchlał, czy ci natrętni goście nie staną się panami domu, który 
troszkę uważał za własny, i nic odsuną go od istot, stanowiących serdeczną, 
stronę jego życia.
Wiesław, który coraz mocniej do niego się przywiązuje, zaniepokojony chmurnemi w 
nim zmianami, nie spuszcza go z oka, ale dotarł nie
mógł odgadnąć, czy maestro jest zakochany w matce, czy też w córce. Może w 
obydwóch razem?
Wszak pan Benedykt czci Mozarta i czci Beethovena, a gdyby go się spytać, 
którego więcej, byłby także zakłopotany.
Platoniczne, eteryczne, święte jego uczucie dla dwóch pań najmilszych, nie nosi 
żadnych cech ziemskości; jednę z nich jednak zachowało, i to gwałtowna, tem 
gwałtowniejszą., że odartą z wszelkiej nadziei: zazdrość. Sam żadnych praw nie 
rości, ale nie ustąpiłby ich drugiemu bez niepocieszonej, wewnętrznej rozpaczy.
To też długo chodził jak struty. Aż po kilku miesiącach, kiedy zobaczył że w 
domu pani Ireny nic się nie odmienia, że jest przyjmowany z większą niż 
kiedykolwiek przyjaźnią, kiedy zmiarkował po niektórych zwrotach rozmowy że 
jedna już zamąż iść nie chce, a druga jeszcze nie myśli, uspokoił się i ze 
wszystkimi pogodził, a nawet, w dobroduszność! uczonym właściwej, uwierzył że 
taki stan rzeczy może trwać bez końca.
Niech jednak pan Benedykt bardzo się nie cieszy. Według przysłowia: — "Co nie 
jest, być może." Według poety: — "Serce i potok ostrzegać daremnie."
Wiesław i Cecylia tyle śpiewają duetów, tyle rozmawiają, przy gwiazdach na 
ganku, że już pani Irena, nic nie mówiąc, skupuje po troszku atlasy i koronki 
wyprawne.
A i z nią samą co się stanie? Czas, który wiele niszczy, wiele i naprawia. Pan 
Tytus, pod wpływem kojących wrażeń i serdecznego otoczenia, zmienia się powoli, 
ale codzień. Zarzucił babilońskie uczty, coraz mniej bywa w świecie, coraz 
więcej przesiaduje u pani Ireny. Już kilka razy, całując jej rękę, nie widział 
przed oczami krwawej plamy, a niekiedy, zwłaszcza gdy są sami, wpatruje się w 
nią, z roztęsknieniem, które jej wiele, zawiele przypomina.
Niepróżno lud, na rozstajnych drogach, stawia krzyże, jako znak obrony. Mniema 
on że w tych miejscach zły duch lubi przesiadywać, czekając na przechodniów, bo 
tam kusić łatwiej niż gdziekolwiek. Nieraz istotnie wędrowiec, przyszedłszy na 
skrzyżowanie kilku gościńców, zastanawia się i waha. Jeżeli zwłaszcza niema 
drogoskazów, lub jeśli czas je wywrócił, widok dróg zupełnie sobie podobnych 
stawia go w ciężkiej niepewności. Każda zaprasza, każda kusi. A jednak one tylko 
z początku są podobne, tylko z początku idą blizko siebie — im dalej, tem się 
bardziej rozbiegają, aż promienie ich pójdą w odwrotne strony świata. Wracać 
się? to nadłożyć drugie tyle drogi. To też trzeba wybierać roztropnie, bez 
pośpiechu, wiedzieć dokładnie która droga idzie przez puszcze pełne zbójców, a 
która przez pola pełne wiosek. Jaka doprowadza do podejrzanej gospody, a jaka do 
stolicy o złotych wieżach. — Jeśli podróżny nie jest pewnym, woli czekać na
nowych przechodniów i spytać. Czasem zejdzie się ich kilku. Siadłszy pod krzyżem 
dla wypoczynku i wspólnej narady, opowiadają sobie drogi przeszłe, udzielają 
przestróg co do przyszłych.
W królestwie ducha, takie rozstajne drogi jeszcze większem grożą, 
niebezpieczeństwem.
Większem, bo tam nie można się wracać, i najczęściej kierunek, raz przez duszę 
obrany, stanowi o jej całej przyszłości. Tam jeszcze łatwiej się omylić, jeszcze 
mniej drogowskazów, a więcej pokus. Na dziesięciu ludzi, dziewięciu żałuje drogi 
jaką obrało.
W królestwie ducha przestrzenie większe, niżeli w drobnych państwach ziemi. Tam 
gościńce rzadko się krzyżują. Ledwie raz albo dwa przez ciąg życia przyszłość 
przedstawia nam kilka ścieżek, do wolnego, prawdziwie wolnego wyboru. To też 
kiedy taka godzina stanowcza wybije, dusza trwoży się, namyśla, szuka zewsząd 
rady i wyczekuje ile może.
Dusze, za któremi wędrowaliśmy dotąd, znalazły się w takiej godzinie swego 
przeznaczenia.
Każda idzie z innej przeszłości, przynosi inny zasób pamiątek, popędów i rojeń.
Siadłszy gromadką, opowiadają sobie trudy minione. Nie śpieszą się do nowych. 
Niedziw, dobrze im razem.
Takie jednak wytchnienie długo trwać nie może. Tylko patrzyć jak wstaną i 
puszczą się w dalszą podróż Czy dwiema parami? Czy każde zosobna? To przyszłość tylko pokaże.
Może kiedyś odnajdziemy ich w innej powieści? Może zbadamy nowe zwroty ich losu 
i serca?
Tymczasem, odpoczywających pod godłem wiary, uśmiechniętych miłością i nadzieją, 
zostawiamy ich na rozdrożu.
KONIEC TOMU DRUGIEGO I OSTATNIEGO
