Maria Dąbrowska 
Noce i dnie. 
Tom I 
Bogumił i Barbara 
Dawnymi czasy Niechcicowie żyli mniej więcej tak, jak żyją wszyscy 
po dworach na wsi. Utrzymywali zażyłe i urozmaicone stosunki z 
całą, nawet najdalszą rodziną siedzącą przeważnie na takich samych 
jak i oni folwarkach lub na związanych źródłami dochodów ze wsią 
pańskich posesjach śród ogrodów na skrajach miast. Czuli się 
organiczną częścią potężnego jakby plemienia, które wystarczało 
samo sobie, miało własną rodzinno-przyjacielską gwarę, 
zastanawiało się, w jaki sposób wychowywać swe dzieci, aby je raz 
na zawsze uchronić przed wpływami z zewnątrz, załatwiało wszystkie 
sprawy życiowe, prawie że nie wychodząc poza granice środowiska, a 
nawet zgoła poza granice narastającego ciągle od wszystkich stron 
rodu. Ale dziad Bogumiła Niechcica, Maciej, zaczął się 
niepostrzeżenie z tego świata wydzielać. W domu jego pojawiali się 
coraz częściej znajomi i przyjaciele spoza klanu, uczeni, 
profesorowie, artyści, pisarze dzienników, działacze i członkowie 
klubów politycznych, ludzie niepewnego pochodzenia albo którzy 
wyszli ze swojej sfery. Mówiono, że Maciej Niechcic traci dla 
obcych rozum, serce, a przede wszystkim pieniądze. Uznano go za 
człowieka niespokojnego i zaczęto się go wystrzegać. 
Za okoliczność łagodzącą jego dziwactwa starali się względniejsi 
spośród krewnych uważać domniemaną ambitną chęć naśladowania 
wielkich panów, magnatów i dostojników rządu, patronujących nauce, 
sztuce lub ruchom politycznym. 
Wprędce jednak przekonano się, że tego rodzaju ambicje nie 
przyświecały Niechcicowi, gdyż nie widać było, aby znaczenie i 
świetność jego domu wzrastały pod jakimkolwiek względem. Maciej 
Niechcic zdawał się raczej wszystko czynić po temu, aby zbiednieć 
i zmarnieć. Między innymi, po wojnie 1830 roku, zapragnął jeden ze 
swoich trzech dziedzicznych majątków zamienić na inny, z jakichś 
względów lepiej odpowiadający jego widokom. Przy prowadzeniu 
związanych z tym układów okazał więcej ufności do ludzi niż 
przezorności w dopilnowaniu swych interesów, na skutek czego kupił 
majątek ze stanem hipoteki, który wnet stał się powodem utraty i 
świeżego nabytku, i jednego z pozostałych rodzinnych folwarków. 
Syn Macieja Niechcica, Michał, odziedziczył tedy po ojcu dobra 
Jarosty mocno już okrojone, wziął też po nim niespokojne 
usposobienie. Wyrywał się tak samo niesfornie z granic swojego 
świata, a życie samodzielne rozpoczął od gorszącego uczynku. 
Ożenił się z nowicjuszką panien dominikanek, Florentyną Klicką, 
bardzo ładną i bardzo ubogą panienką znakomitego nazwiska, która 
wstąpiła była do klasztoru, żeby nie być na łasce bogatych 
krewnych. Powiadano, że Michał Niechcic potajemnie się z nią w tym 
klasztorze widywał i że ją właściwie stamtąd wykradł. A chociaż 
potem przeprowadzono wszystko według prawa i obyczaju, panna 
odbyła pokutę i uzyskała zwolnienie z nowicjatu, a oboje dostali 
rozgrzeszenie i ślub, to przecież dwory i dworki długo nie mogły 
darować Niechcicowi tego postępku. On jednak bardzo się tym nie 
przejmował, bo chociaż dobrym był dla każdego człowiekiem, to 
uczuć, na których mu zależało -poważania, przyjaźni, bliskości szukał 
tak jak i ojciec, nie po sąsiednich dworach, ale po 
świecie, śród ludzi zajmujących się pracą umysłową albo sprawami 
publicznymi. Pani Florentyna zaś czuła się szczęśliwa w tych 
nowych dla siebie stosunkach, zarówno dlatego, że zaznawszy w 
młodości wiele upokorzeń od ludzi równego sobie stanu uważała 
towarzystwo innego pokroju za wielką łaskę losu, jak i dlatego, że 
czuć się szczęśliwą było zgodne z jej miłującym wszystko 
usposobieniem. 
To byli rodzice Bogumiła Niechcica. 
Bogumił Adrian był ich najmłodszym synem, przyszedł na świat w 
wiele lat po ślubie. Starsze dzieci powymierały, co było, jak 
mówiono w okolicy, karą Bożą za odwrócenie się pani Florentyny z 
drogi świętego powołania. 
Bogumił chował się zdrowo, a mając piętnaście lat wziął z ojcem 
udział w powstaniu 1863 roku. 
Do powstania Michał Niechcic przystał też nie wtedy, kiedy to 
zostało postanowione przez ziemiaństwo, ale od razu na początku, 
razem z mieszczaństwem, inteligencją miejską, rzemieślnikami i 
różnego rodzaju młodzieżą. Jego udział w walkach był o tyle 
wybitny, że po klęsce Jarosty zostały skonfiskowane, a on sam 
zesłany na Syberię. Żona podążyła za nim. Syna, Bogusia, wzięli 
pod opiekę krewni, jedni z tych, którzy potomstwo Macieja 
Niechcica uważali za rodzinę wariatów. Obowiązki wychowawcze wobec 
powierzonego im młodzieńca pojmowali w taki sposób, że Bogumił po 
niejakim czasie uciekł od nich, i to tak akuratnie, że ślad po nim 
zaginął. Przez ten czas pani Florentyna pochowała w dalekich 
tajgach męża, wróciła do Polski i opłakawszy zaginionego syna 
została gospodynią w pewnym znajomym dworze. Była z tego kawałka 
chleba zadowolona, gdyż odznaczała się w dalszym ciągu skromną 
pogodą ducha, która jej nie opuszczała w żadnych okolicznościach 
życia. Po niejakim czasie jej sterane wiekiem i przejściami 
zdrowie niezmiernie podupadło. Wtedy właściciele dóbr Krępa, u 
których pracowała, wyporządzili dla niej mieszkanko w oficynie i 
tam umieścili ją razem z bratem, również byłym powstańcem, 
Klemensem Klickim, który dotąd, jako nie mający środków do życia i 
przy tym słaby na umyśle, znajdował się był w przytułku. 
Do tego to domku, gdzie rezydentka Florentyna Niechcicowa dożywała 
swych dni wespół z Klemensem Klickim -pewnego dnia zapukał 
wracający z wieloletniej tułaczki syn Bogumił. 
Barbara Joanna, późniejsza żona Bogumiła Niechcica, była z domu 
Ostrzeńska. Jej znowu dziad, Jan Chryzostom Ostrzeński, stracił 
majątek Lorenki śród mnóstwa niepomyślnych okoliczności natury 
gospodarczej, świadczących tyleż o ciężkim położeniu całego w 
ogóle kraju, co i o tym, że gromadzenie i utrzymywanie dóbr 
ziemskich nie leżało w charakterze owego Jana Chryzostoma. Lecz 
jeśli posiadał on podobnie jak Niechcicowie zdolność do tracenia 
majętności doczesnych, to nie zdradzał natomiast żadnych upodobań 
do obejmowania w posiadanie lub tworzenia jakichkolwiek innych 
dóbr, bardziej niematerialnych. Nie wydzierał się też do nikąd ze 
swojej sfery, przeciwnie, marnował ojcowiznę żyjąc z rodziną i 
sąsiedztwami w najlepszej komitywie. Był pełnym życia hulaką, 
którego wszyscy lubili, gdyż ze wszystkimi pił, polował, grał w 
karty i tańcował. Synom nie zostawił już własności, tylko drobne 
dzierżawy. Jeden z nich, Adam, był powabnej powierzchowności i 
miał usposobienie ojca. Podczas gdy jego bracia podochodzili na 
powrót do własnych mająteczków, on stracił na swej dzierżawie 
wszystko, a że nie cierpiał wsi, przeniósł się niebawem do miasta, 
gdzie został urzędnikiem skarbowym. 
Stosunki jednak towarzyskie utrzymywał wyłącznie z okoliczną 
ziemiańską szlachtą, gdyż tylko z nią potrafił dobrze się bawić. 
Miał szczęście do ludzi, mimo braku majątku był wszędzie dobrze 
widziany i wkrótce ożenił się z Jadwigą Jaraczewską, panną na dwu 
folwarkach. Do ożenku, prócz szczęścia, pomógł mu i przypadek. 
Ojciec, mianowicie, panny młodej wydał ją za niego z gniewu, że 
się ośmieliła zakochać w guwernerze z sąsiedztwa, człowieku 
niemieckiego i mieszczańskiego pochodzenia. Ojciec ów był mason, 
demokrata i dawny major napoleoński, przeniknięty ideałami 
rewolucji francuskiej, co mu jednak nie przeszkadzało żywić ślepe 
przywiązanie do tradycji, do herbu i do rodu. Chciał on był wydać 
swoją córkę za mąż tak, żeby to było zgodne zarówno z wymaganiami 
rodu, jak i z jej uczuciami. Gdy jednak po odkryciu romansu z 
nauczycielem zaczęła mu się upierać, że jeśli nie pójdzie za 
niego, to wstąpi do klasztoru -w napadzie przekory, okrucieństwa 
i dumy postanowił ją wydać bez uwagi na jej uczucia za pierwszego, 
kto się trafi, byle to tylko był szlachcic. Trafił się właśnie 
Adam Ostrzeński, który nadto dzięki urokowi osobistemu zdobył 
sobie już dawniej życzliwość rodziców panny. 
Panna wstąpiła z płaczem w nakazane jej związki małżeńskie i nie 
była z mężem szczęśliwa. Adam Ostrzeński w bardzo niedługim czasie 
stracił obydwa posagowe folwarki i zaczął żonę na długie miesiące 
porzucać dla innych kobiet -ona zaś nie mogła zapomnieć swego 
nauczyciela. Posiadali jednak oboje tyle wdzięków i czułości 
usposobienia, że nie mogli pozostać dla siebie obojętnymi. Po 
każdej stracie majątkowej, po każdym nieporozumieniu i rozejściu 
się uczuć wracali do siebie na nowo śród wybuchów rozpaczliwej 
miłości i mieli ze sobą sześcioro dzieci, z których czworo się 
chowało. 
Barbara była najmłodszym z tych dzieci, podobnie jak Bogumił był 
najmłodszy u swych rodziców. Nie pamiętała ona już domu swego 
zamożnym. Urodziła się w miasteczku, w którym Adam Ostrzeński po 
wielu odmianach losu objął stanowisko burmistrza. Miała pięć lat, 
kiedy straciła ojca. Adam Ostrzeński zginął od pioruna we własnym 
mieszkaniu, w chwili gdy stanąwszy w czasie burzy przy oknie 
usiłował lepiej je domknąć, żeby woda deszczowa nie ciekła na 
podłogę. 
Owdowiawszy pani Jadwiga Ostrzeńska za namową seniora rodu, 
bogatego radcy Joachima Ostrzeńskiego, poczuwającego się do opieki 
nad rodziną lekkomyślnego krewniaka, przeniosła się do miasta 
gubernialnego Kalińca. Otworzyła tam stancję dla uczniów kształcąc 
zarazem i wychowując z wielkim trudem własne swe dzieci. Po roku 
takiego życia wybuchło powstanie 1863 r; wszyscy chłopcy ze 
stancji, nie wyłączając najstarszego Ostrzeńskiego, Daniela, 
poszli do lasu. Pani Jadwiga zbiedniała wtedy do reszty i musiała 
zmienić obszerne mieszkanie na pokoik z poddaszem oraz wyprzedać 
nieomal wszystkie meble. Ani na chwilę jednak nie podupadła na 
duchu i ani na chwilę nie dopuściła, by dzieci przestały się 
uczyć. Smutne doświadczenia młodych lat rozczarowały ją do honorów 
i korzyści płynących z majątku lub urodzenia. Wierzyła tylko w 
wykształcenie. Pragnęła, by jej synowie byli uczonymi, a 
przynajmniej, by zajęli stanowiska wymagające zajęć wyłącznie 
umysłowych; to samo chciała uprzystępnić i córkom. Gdy powstanie 
upadło, a Daniel, ranny w nogę, wrócił ostatecznie do domu, pani 
Jadwiga poruszyła wszystkie możliwe stosunki aż do znanego radcy 
Joachimowi kalinieckiego wicegubernatora włącznie -aby synowi 
umożliwić ukończenie gimnazjum, a potem wstąpienie do Szkoły 
Głównej. Lękliwa i niepewna siebie z natury -stawała się zażartą i 
nieugiętą, gdy szło o pokonanie szykan albo trudności związanych z 
kształceniem dzieci. Pod tym względem była gotowa na największe 
ofiary i upokorzenia, aż do wstrętnego jej szukania protekcji u 
czynników rządowych. Tylko pomocy materialnej nigdy od nikogo nie 
przyjmowała -pod tym względem była niemile i opryskliwie dumna -z 
niechęcią godziła się jedynie na letnie wyjazdy do Piekar 
Wielkich, majątku radcy Joachima. Poza tym wierzyła, że w 
najgorszych warunkach da sobie zawsze radę i że z czasem dzieci 
jej dopomogą. Jeden syn miał być przyrodnikiem, drugi inżynierem. 
Byli oni już w wyższych zakładach naukowych, Daniel w Warszawie, a 
Julian w Petersburgu, i zarabiali na swe życie lekcjami. Matce 
jednak wciąż jeszcze nic nie mogli przysyłać, może też nie 
poczuwali się do tego, zajęci sprawami wiedzy. Tak, że pani 
Jadwiga z dwiema córkami żyła w niewysłowionym ubóstwie. Przez 
pierwsze lata utrzymywano się prawie wyłącznie ze sprzedaży 
ostatków dawnej świetności: płóciennych obrusów, starych futer, 
webowej bielizny i pamiątkowych sreber. Gdy tego zabrakło, starsza 
córka, Teresa, doszedłszy do wyższych klas gimnazjalnych, zaczęła 
dawać lekcje, które nie zawsze starczały na obiad, ale nie 
pozwalały umrzeć z głodu. 
Położenie rodziny znacznie się polepszyło, kiedy Daniel i Julian 
skończyli studia. Julian pozostał w Petersburgu i tylko listem 
zawiadomił, że ma już dobrą posadę, lecz Daniel zamieszkał z matką 
i siostrami i zaczął wykładać przyrodę w świeżo założonej 
prywatnej szkole realnej w Kalińcu. Zawód nauczyciela był jednym z 
tych niewielu zawodów, jakie się otwierały wówczas w Polsce przed 
ludźmi z wykształceniem. Także i córka Teresa została niebawem 
nauczycielką w gimnazjum, do którego przedtem sama chodziła -a 
gdy najmłodsza, Basia, ukończyła szkołę -i ona zaczęła udzielać 
świeżo nabytej wiedzy po różnych prywatnych domach. 
W domu pani Adamowej Ostrzeńskiej zrobiło się teraz wesoło, gwarno 
i rojno. Wzięto jak się należy mieszkanie w środku miasta, a 
przyjaciele Daniela i znajome Teresy schodzili się do niego po 
południu i wieczorami na herbatę, na wspólne czytanie książek, na 
śpiewy i na tańce. Młodziutka panna Basia, mimo poważnych zarobków 
dochodzących do kilku rubli miesięcznie, nosiła jeszcze krótką 
suknię. Uważana była przez towarzystwo zbierające się u pani 
Adamowej prawie że za dziewczynkę, ale w sposób, który nie 
upokarzał jej miłości własnej. Nie tylko bowiem dopuszczano ją do 
wszystkich uciech bardziej dorosłego zespołu, ale wyróżniano ją 
niejednokrotnie w najrozmaitszy sposób. Przyjaciele Daniela 
Ostrzeńskiego byli to młodzi studenci lub świeżo pokończeni 
adwokaci, doktorzy i nauczyciele, przyrodnicy, historycy i 
matematycy. Wszyscy mieli w sobie zapas sił i zdolności na miarę 
wielkich przedsięwzięć, a w braku rozleglejszego pola działania, 
do którego rząd nikogo nie dopuszczał, wyładowywali nadmierną 
energię w gawędach i zabawach. Czytano wspólnie "Historię 
cywilizacji Anglii" Buckle'a albo "Przyczyny zjawisk w przyrodzie 
organicznej" Huxleya, dyskutowano teorię Darwina, grano 
etiudę rewolucyjną i preludium zwane "powstańcze" Szopena oraz 
sonatę Patetyczną Beethovena, śpiewano ballady Mickiewicza albo 
pieśni: "Orle, powstań z więzów, z ran...", "Schowaj, matko, 
suknie moje, perły, wieńce z róż...", "Czemu sercu smutno..." i 
tym podobne, odbywano przy księżycu spacery nad rzekę i po parku, 
tańczono do białego dnia, wyprawiano się łodziami w okolice 
Kalińca albo pod przewodnictwem Daniela urządzano ekskursje 
botaniczne. Latem przenoszono ten sam tryb spędzania wolnego czasu 
na wieś, do radcy Joachima, który chętnie gromadził koło siebie 
zarówno ubogą rodzinę, jak i jej przodujących pod względem 
towarzyskim i umysłowym przyjaciół. 
Panna Barbara zasmakowała wtedy w rozmaitości życia oraz w 
duchowych rozrywkach, których udzielającą się wesołość brała za 
istotę swojej własnej natury. Czuła się w owym czasie osobą 
radosną i szczęśliwą, zwłaszcza gdy śród gości znajdował się pan 
Józef Toliboski, młody prawnik niewysokiego wzrostu, ale zgrabny, 
brunet z czarną brodą i jasnymi oczami, których kolor był zimny, 
stalowy, a wyraz ognisty i pieszczotliwy. Zdawał się on być mocno 
zajęty młodszą panną Ostrzeńską. Chociaż nie widywali się nigdy 
sam na sam, ale śród ludzi zawsze był przy niej. 
Razu pewnego, w czasie wycieczki, całe towarzystwo spoczęło na 
wzgórku nad rzeką. Część łożyska w tym miejscu była zarośnięta i 
okryta kwitnącymi nenufarami, które bardzo się podobały pannie 
Barbarze. 
— Szkoda -powiedziała -że nie można ich dostać. 
Józef Toliboski spojrzał na nią i nic nie mówiąc, bez uśmiechu, 
jakby to nie był zalotny figiel, ale surowe świadectwo jego 
gotowości na wszystko, wszedł, jak stał, w rzekę, pogrążył się w 
nią do ramion i wrócił z naręczem ciężkich, białych kwiatów. 
Pozostali na brzegu przez cały czas dowcipkowali zanosząc się od 
śmiechu, a panna Barbara płakała. Po tym wydarzeniu była tym 
bardziej szczęśliwa, gdy pan Józef znajdował się śród gości. 
Minęło parę lat. Daniel zaręczył się. Teresa także niebawem 
została narzeczoną. Panna Barbara przepadała za Danielem i 
uwielbiała Teresę. Toteż ich narzeczeństwo napełniało ją 
jednocześnie radością i rozpaczą, cieszyła się ich szczęściem, a 
martwiła się, że ich do pewnego stopnia utraci. I nie tylko ich. 
Obawiała się, że gdy brat i siostra ubędą z domu, rozpierzchnie 
się również to miłe, rozumne towarzystwo, śród którego tak błogo 
upływała jej młodość. Chociaż bywało nieraz, że czuła się sama 
nieodłączną częścią, a nawet ośrodkiem wieczorów, zabaw i 
pogawędek, nie miała o sobie tak dobrego mniemania, aby 
przypuszczać, że ci przyjemni ludzie schodzą się także i dla niej. 
Przychodzili dla brata, który był najmędrszym i najuczeńszym z 
nich wszystkich, i dla siostry, która była niezwykle interesującą 
i piękniejszą od niej osobą. Obie uroczystości weselne mało 
zostały pannie Barbarze w pamięci, gdyż cały czas myślała o tym, 
czy przyjaciele brata będą nadal bywać w ich domu. 
Wszelkie nadzieje co do tego straciła ostatecznie, ujrzawszy swoją 
nową bratową. Daniel Ostrzeński ożenił się z panną Michaliną 
Poleską, córką ziemiańskiego domu spod Warszawy. Rodzice panny 
młodej byli właśnie w przededniu utraty majątku, ich złe interesy 
odstraszyły ostatnio kilku pożądanych konkurentów i w tych 
warunkach uważali małżeństwo z młodzieńcem dobrego rodu i któremu 
wróżono wielką przyszłość naukową za rzecz nie do pogardzenia. 
Wszelako nie mogli się powstrzymać, żeby tu i ówdzie nie 
opowiadać, że córka ich popełniła mezalians, usprawiedliwiony 
tylko wielką miłością, której oni jako rodzice nie chcieli stać na 
zawadzie. Głosy te doszły do pani Adamowej i z tego powodu 
przyjęcie nowej synowej wypadło nieco wyniośle. 
Danielowa Ostrzeńska była młodsza od panny Barbary, miała lat 
siedemnaście, ale była już rozrośniętą, pysznie zbudowaną, 
dojrzałą kobietą, strojną, rumianą, przyciągającą wszystkie oczy. 
Panna Barbara wyglądała przy niej na niedorosłą dziewczynkę i taką 
się też poczuła. Zdawało jej się, że po raz pierwszy zobaczyła 
prawdziwą kobietę, wobec której takim jak ona nie pozostaje nic 
innego, jak tylko usunąć się w cień. Gdy tedy po jednym i drugim 
weselu nastąpiło w istocie kilka cichych, pustych i oszczędnych 
tygodni -uznała skrycie swą młodość za skończoną, a przy 
sposobności opłakała również nieuniknioną, jak mniemała, utratę 
przyjaźni pana Toliboskiego. Bowiem jeżeli nie zakocha się on w 
bratowej, czego oczywiście będzie się musiał wystrzegać, to w 
każdym razie w bijącym od niej blasku przestanie zauważać drobną 
Basię. 
Rzeczy jednak nie poszły tak źle. Przeciwnie, po krótkiej przerwie 
dawne stosunki znowu się nawiązały, grono przyjaciół zaczęło 
ponownie się spotykać, już nie w jednym domu, a w trzech. Michasia 
Danielowa była w istocie żądna hołdów, ale nie wierzyła też, aby 
czyjekolwiek współzawodnictwo mogło jej te hołdy odebrać. Lubiła 
pod każdym względem błyszczeć, lecz na światło, w którym chodziła, 
wyciągała innych, nawet, owszem, posiadała wyjątkowe zdolności do 
organizowania udanych przedsięwzięć towarzyskich. Czy na 
przyjęciu, czy na wycieczce lub ślizgawce, czy w czasie 
poważniejszych zebrań umiała uwydatnić rolę i zalety każdego z 
uczestników, tak że wszyscy czuli się dobrze, na swoim miejscu, 
potrzebni i pożądani -i chętnie wobec tego przyznawali jej we 
wszystkim pierwszeństwo. Nie posiadała wielkiego wykształcenia, 
nie ukończyła nawet gimnazjum, jak Basia i Teresa Ostrzeńskie, 
toteż gdy rozprawiano w tym młodym towarzystwie na tematy z 
historii, przyrody lub filozofii, potrafiła nieraz powiedzieć 
zabawne głupstwo, mieszała ogólnie znane fakty, zdarzało jej się 
nawet przekręcać bardziej oderwane wyrazy, nie mówiąc o 
nazwiskach. Za to z upodobaniem urządzała deklamacje, żywe obrazy 
i przedstawienia amatorskie i do tych rzeczy pociągnęła za sobą 
wszystkich, o co zresztą nikt nie miał pretensji, bo stosunki 
towarzyskie zyskały dzięki temu ogromną rozmaitość. Specjalnością 
pani Michasi było robić wszystko z niczego. 
— Z niczego -mówiła -wytrzasnęłam kolację, z niczego urządziłam 
kurtynę i dekoracje. I tę suknię, którą się wszyscy tak 
zachwycają, uszyłam sobie, po prostu mówiąc, z niczego. 
Wobec panny Barbary nowa bratowa okazała się bardzo serdeczna i 
obie młode osoby prędko się ze sobą zaprzyjaźniły. Przyjaźń ta 
była nawet ze strony pani Michaliny bardziej zupełna, bo panna 
Barbara żywiła zawsze niejakie zastrzeżenia. Między innymi pani 
Michalina do objawów przyjaznej bliskości zaliczała wspólne 
omawianie strojów i starań dotyczących pielęgnowania urody. Panna 
Barbara zaś z trudem znosiła tego rodzaju poufność. Zarówno miłość 
własna, jak jej wstydliwość strasznie cierpiały, gdy bratowa 
ganiła lub chwaliła ją pod tym względem, albo kiedy się 
rozbierała, żeby pokazać nowy krój gorsetu czy też majtek. Za to 
rozmawiać z nią o potocznych wydarzeniach było wesoło i 
przyjemnie. Znikła też obawa o utratę względów pana Toliboskiego. 
Danielowa Ostrzeńska w ogóle była w tej dziedzinie znacznie mniej 
niebezpieczna, niż się zdawało. Panowie uwielbiali ją, ale z 
daleka. Mimo wielkiej swobody obejścia była zbyt potężna i zbyt 
odświętna, żeby wzniecać bardziej osobiste uczucia. Zapewne i 
miłość do Daniela czyniła ją niedostępną, niektórzy jednak panowie 
twierdzili, że i dla męża jest ona obojętna, gdyż w ogóle nie 
posiada w sobie uczuć i temperamentu miłośnicy. Daniel wszelako 
musiał w związku z nią o czym innym być przekonany; panna Barbara 
nie wyobrażała sobie, aby można było widzieć kogoś równie 
szczęśliwie wyglądającym i bez pamięci zakochanym, jak on był w 
tym okresie. 
Tak czy inaczej, żadnej z panien młodego towarzystwa pani 
Michalina nie odbiła adoratora, a panna Barbara zyskała nawet śród 
zabaw, przez bratową urządzanych, dwu poważnych konkurentów, 
którzy jednak z powodów nie dość wyraźnych dla otoczenia zostali 
odrzuceni. Zaś Józef Toliboski mimo oczywistej piękności pani 
profesorowej, jak zwano Danielową Ostrzeńską, mimo jej falistych, 
kruczych, kunsztownie uczesanych splotów, złocistych oczu i 
umiejętności obracania się w świecie -nie przestał w dalszym 
ciągu asystować pannie Barbarze. I to nie tylko na oczach ludzi chodzili 
teraz razem na samotne spacery, w czasie których młody 
człowiek nie był tak nadskakujący jak na wieczorkach, ale potrafił 
zawsze spojrzeniem, uściskiem ręki albo słowem -zwłaszcza słowem 
— dać poznać swoją przyjaźń. Panna Barbara cierpliwie radowała się 
tym stanem rzeczy w ciągu dwu następnych lat, aż póki nie rozeszła 
się wiadomość, że Józef Toliboski się żeni. Rozrywki i spotkania 
towarzyskie były już w owym czasie rzadsze, praca zawodowa 
pochłaniała coraz to więcej czasu, Danielowi i Teresie urodziły 
się dzieci. Ślub Józefa Toliboskiego z nieładną, bogatą panną 
Narecką odbył się w Warszawie, gdzie rodzice narzeczonej spędzali 
zimę. Józef Toliboski wyrzekł się pięknej przyszłości, jaką mu 
rokowano w adwokaturze, i państwo młodzi zamieszkali w oddalonym o 
kilka mil od Kalińca Borownie, majątku posagowym panny młodej. 
Barbarę Ostrzeńską ogarnął wkrótce potem jakby przestrach przed 
uczestnictwem w życiu. Odsunęła się zupełnie od świata, ubierała 
się czarno i surowo, a że nosiła krótkie włosy i wygląd miała 
nieco chłopięcy, zaczęto ją nazywać "klerykiem". Bliskie stosunki 
utrzymywała tylko z siostrą, która była, zdaje się, jej 
powiernicą. Pewna zażyłość łączyła ją również ze szwagrem. Był to 
niezbyt przystojny, ale wesoły, dowcipny i energiczny Litwin, 
nazwiskiem Kociełł, który siostrę swojej żony bardzo lubił i 
zawsze potrafił ją rozruszać. 
Panna Barbara, jak przedtem marzyła wciąż o dalszych studiach i o 
nieokreślonym bliżej odznaczeniu się w dziedzinie pracy umysłowej, 
a może literackiej, tak teraz straciła nagle wszelkie pod tym 
względem ambicje i postanowiła nauczyć się krawiectwa. W tym celu 
za pożyczone od szwagra pieniądze wyjechała do Warszawy, gdzie w 
znanym magazynie sióstr Kunke, na rogu Królewskiej i Krakowskiego 
Przedmieścia, zaczęła pobierać odpowiednie nauki. Ten rodzaj pracy 
wyrównał pewne niedociągnięcia jej przyjaźni z bratową Michaliną. 
Teraz z punktu widzenia zawodowego mogła z przyjemnością 
rozprawiać z nią o strojach i bieliźnie. A ponieważ czuła się 
winną, że nie potrafiła dawniej sprostać pod tym względem 
upodobaniom Michasi, więc słała do niej częste listy z opisami 
najodpowiedniejszych w danym sezonie ubiorów, czarnych ze złotem 
atłasów, błękitnych sukien z żółtymi adamaszkowymi stanikami, 
modnych ciemnoszafirowych aksamitów oraz najbardziej noszonych w 
Paryżu kostiumów koloru "wydra". 
Po wyczerpaniu się pożyczonego funduszu panna Barbara rzuciła 
krawiectwo, ale nie opuściła Warszawy. Zaczęła na nowo zarobkować 
udzielając lekcji arytmetyki i robót ręcznych na pensji, założonej 
przez jej szkolną koleżankę. Tym sposobem wróciła do dawnego 
rodzaju towarzystwa i dawnych upodobań intelektualnych. Poznała 
przy tym nowy rodzaj duchowych przyjemności, nie związany z 
osobistymi stosunkami. Dostarczały go jej zbiory muzealne, teatry, 
wystawy obrazów, poranki w Towarzystwie Muzycznym i odczyty 
publiczne. Ten nowy sposób obcowania z wiedzą i sztuką nazywała w 
listach do siostry "prawdziwym używaniem życia". Odzyskała 
wesołość, dawną kaliniecką bandę przestała uważać za 
niezastąpioną, latem już nie zawsze jeździła do siostry i do 
matki. Spędzała wakacje i ferie świąteczne albo na Litwie u 
niedawno poznanej rodziny szwagra, gdzie za którąś bytnością 
odrzuciła znów oświadczyny starającego się o nią młodzieńca -albo 
u dalszej krewnej Ostrzeńskich, pani Ładziny, zamieszkałej w 
miasteczku Borku, na północnym Mazowszu. Do tego Borku panna 
Barbara lubiła jeździć, gdyż czuła się tam pożądana; oglądano ją i 
podziwiano jako warszawiankę, osobę z wielkiego świata. A prócz 
tego były to okolice zupełnie inne niż pod Kalińcem. Wszędzie 
naokoło rozciągały się mieszane liściaste lasy i przez te lasy 
wiodła droga od kolei do Borku. Jeżdżąc tą drogą panna Barbara z 
przyjemnością zapominała o tym, co było i co będzie, i tonęła 
całym jestestwem w śniadym gąszczu, w różnolitej, pełnej śpiewu i 
szumu zieleni. Oczywiście we dnie, gdyż o ile zdarzyło się 
przebywać lasy nocą, drżała nieco, zwłaszcza przy mijaniu 
olbrzymiego lasu w dobrach Krępa, gdzie zawsze próchno świeciło 
blado w ciemnościach. 
Jan Łada pochodził z drobnej szlachty, ale pamięć o morgach, co 
musiały były należeć do jego dziadów -dawno zginęła. Bywał 
pisarzem prowentowym i oficjalistą w wielkich majątkach, a że 
odznaczał się skrzętnością i miał szczęście, więc się trochę 
dorobił. Trochę się dorobił, a trochę wziął w posagu za żoną. 
Kiedy panna Barbara go poznała, był człowiekiem nieubogim, pełnił 
obowiązki sędziego gminnego, miał posadę sekretarza w jakimś 
przedsiębiorstwie Towarzystwa Rolniczego, a nadto był na powrót 
jakby po trosze ziemianinem, posiadał na własność przytykający do 
miasteczka piękny dwór, ogród i parę włók ziemi po rozpadłym 
dominium Borek Dworski. Łączył w sobie kilka zawodów, a wyglądał, 
jakby go stać było na kilkanaście. Był to urodziwy, silny chłop o 
krzaczastych czarnych brwiach, jasnych pod nimi oczach, szerokim 
czole, wąskiej a okrągłej brodzie i pysznych, spadających na 
malinowe usta wąsach. Ożenił się z rozumną, ale chorowitą, 
niepokaźną i lękliwą panną, której potem całe życie nie cierpiał. 
Pani Zenobia Ładzina była w porównaniu z nim, zarówno z urodzenia, 
jak z wychowania, wielką damą, za co tym bardziej lubił ją spychać 
w kąt i dotkliwymi żartami wymawiał jej to brak urody, to chorobę. 
W związku z tym wściekał się również wiecznie na wątłe, 
inteligentne, nerwowe po matce dzieci i bił je, aż świstało. Dla 
obcych był gościnny, serdeczny i wesoły i nie miało się wrażenia, 
że to przez fałsz. Po prostu każdego lubił więcej niźli swoją 
rodzinę. 
Dla pani Ładziny przyjazdy Barbary Ostrzeńskiej były czymś 
prawdziwie opatrznościowym. Przywoziła książki i pisma, można było 
w rozmowie z nią zapomnieć o smutnym, cierpkim życiu, na które 
patrząc panna Barbara myślała: -Jak to dobrze, że ja nie wyszłam 
i nigdy nie wyjdę za mąż. 
Łada obecność panny Ostrzeńskiej uważał za sposobność do 
urządzania wieczorków i przyjęć, za którymi przepadał. 
Na jednym z takich tańcujących wieczorków znajdował się ktoś, kto 
zrazu tańczył, a potem wycofał się za próg sąsiedniego pokoju i 
stamtąd zaczął wodzić spojrzeniem za jedną z bawiących się osób. 
Zasuwał się przy tym coraz to bardziej w cień aksamitnej portiery, 
jakby pragnął kierunek swego wzroku osłonić tajemnicą. Nie był to 
już młodzieniec, ale mężczyzna, wysoki, o długich i pięknych 
nogach, wąskim stanie, rozległej piersi i szerokiej, przyjemnej 
twarzy. 
Młoda osoba, z której nie spuszczał oczu, miała na sobie czarną, 
układaną spódniczkę z bokami podpiętymi nie tak przesadnie, jak to 
widział u innych, i staniczek cały naszywany dżetami. Wyglądała 
najwyżej na lat osiemnaście, włosy jej były czarne i krótko 
obcięte, oczy -jeszcze nie zdołał zauważyć jakie, twarz drobna, 
lecz wyraźna, harda i szczera. Układ całej postaci był swobodny i 
powściągliwy, ruchy niewymuszone, a gdy uwijała się po sali w swym 
lśniącym pancerzyku, światło mieniło się na nim tysiącem złotych 
zygzaków i błyskawic. 
Ktoś z domowych przeszedł mimo zajętego patrzeniem gościa, który 
drgnął i zapytał zmieszany: 
— Kto jest ta panienka w takim staniczku w zygzak? 
Młodym człowiekiem, który się tak zapytał, był Bogumił Niechcic. 
Panna Barbara Ostrzeńska miała już dwadzieścia pięć lat w ową 
zimę, w którą poznała Bogumiła Niechcica -on zaś był człowiekiem 
trzydziestosześcioletnim. Nie zrobił na niej wrażenia i gdy 
nazajutrz po wieczorku, na którym został jej przedstawiony, 
wyjechała do Warszawy, to już w drodze pamiętała go jedynie o 
tyle, że gdy sanki wjechały w mroczne krępskie lasy, pomyślała: 
— Aha, to tu gdzieś mieszka ów Niechcic, co się tak na mnie gapił. 
— Gdyż, owszem, zauważyła, że się jej przypatruje. 
Na Wielkanoc nie jeździła tego roku do Borku, była u Kociełłów, u 
których mieszkała już teraz i matka Ostrzeńska, i gdzie każde 
przybycie cioci Basi było mocno oczekiwane przez dwie córeczki 
pani Teresy, Oktawię i Sabinę. 
Dopiero latem udała się znowu panna Barbara do Ładów, a gdy tylko 
do nich przyjechała, Bogumił Niechcic zaczął bywać w ich domu 
coraz to częstszym gościem. Panna Barbara patrzyła na niego teraz 
dużo łaskawszym okiem, zwłaszcza gdy się dowiedziała, że był w 
powstaniu i że potem doświadczał niezwykłych przygód tułając się 
długo po świecie. Co prawda jej nadzieja, że coś o tych rzeczach 
usłyszy, okazała się płonna; Bogumił Niechcic nie życzył sobie czy 
też nie umiał nic powiedzieć o swych ciekawych zapewne 
przeżyciach. Panna Barbara była patriotką i przebywając w Borku 
często chodziła za miasto na wzgórek zwany mogiłą powstańców, żeby 
składać tam wianki. Wzgórek był porośnięty dziką różą i zielem, a 
znajdował się na skraju lasu w pobliżu białych murów parafialnego 
cmentarza. Pola przytykające do drogi, co szła między cmentarzem i 
lasem, należały już do dóbr Krępa, w których Bogumił Niechcic był 
rządcą. Często go też tam w swoich wycieczkach spotykała, to na 
koniu, to pieszo, i zawsze wtedy towarzyszył jej aż do posesji 
Ładów. Próbowała przy tej sposobności zagadnąć go ostrożnie o 
przeszłość. Ale Bogumił i wtedy nie mógł się zdobyć na żadne 
opowiadanie. Zapytany za pierwszym razem, czy wie, że ten kopczyk 
to jest mogiła powstańców, odpowiedział: 
— Tak, wiem -i spojrzawszy przelotnie na cmentarz nagle się 
głośno roześmiał. 
Panna Barbara wzięła to za prostactwo i przez resztę drogi 
milczała nieprzychylnie, śpiesząc tak, jakby pragnęła okazać, że 
nie chce, by jej nadążył. Bogumił nadążał jednak przygnębiony i ze 
spuszczoną głową, wreszcie rzekł tonem proszącym o przebaczenie: 
— Wiem o tym, bo jestem sam z tych stron. Stąd pochodzę. Z 
niedaleka. I tu -dodał -i tu... -zająknął się. 
Nie powiedział nic więcej. Lecz dziwna rzecz, ta niejasna 
odpowiedź w zupełności zadowoliła pannę Barbarę. Żegnając się 
zapytała jeszcze tylko, jakby na znak, że go pojęła: 
— Umie pan jakąś pieśń z tych czasów? 
— Owszem -odparł niezmiernie ucieszony. -Umiem i zaraz jutro 
zaśpiewam. 
I od tego czasu często w saloniku państwa Ładów śpiewał soczystym 
barytonem różne piosenki powstańcze. Jedną z tych pieśni bardziej 
niż innymi zachwycała się panna Barbara. Słów jej nie mogła nigdy 
zapamiętać. Wiedziała tylko, że po każdej zwrotce powtarza się 
tam: 
a więc polami, borem, lasami i ostępem marsz 
śpiewając, bracia, partyzantko, żyj... 
czasami też przypominała sobie ze środka słowa: 
broni nie mamy, a więc co masz, z tym w bój... 
reszta wiecznie ginęła w niepamięci. Za to melodię tego śpiewu 
potrafiła wywołać w sobie na każde zawołanie, teraz i przez całe 
życie, i zawsze łączyła się ona ze wspomnieniem Borku i czasów tu 
przeżytych. 
Dzięki tej pieśni panna Barbara pogodziła się z tym, że Bogumił 
Niechcic nie umiał nic powiedzieć o rzeczach, które były w nim dla 
niej najbardziej interesujące. Zaczęła nawet przekładać tę 
skrytość nad chętną wymowność dawnych swoich znajomych i 
przyjaciół, gdy nagle Bogumił sam popsuł jej dobre usposobienie. 
Raz na przyjęciu u sekretarza sądu, na które ją zaproszono wespół 
z Ładami, obecni byli dwaj oficerowie rosyjscy z pobliskiego 
garnizonu. Panna Barbara zrazu się nasrożyła. Wprawdzie przed 
kilku laty sama w Kalińcu dawała lekcje w rosyjskim domu 
wicegubernatora Rybnikowa, ale przy bliższym poznaniu okazali się 
to ludzie szlachetni, krytycznie wobec swojego rządu usposobieni, 
a Polsce życzący wyzwolenia, przy tym z tradycjami udziału w 
ruchach postępowych i rewolucyjnych. Stary Rybnikow nieraz sam 
oprowadzał pannę Barbarę po mogiłach i pobojowiskach powstańczych, 
znajdujących się w okolicach Kalińca. Tu zaś miała przed sobą 
obcych oficerów, o których nie wiedziała nic prócz tego, że byli 
żołdakami noszącymi znienawidzony mundur. Takich nie spotykała w 
swym otoczeniu. Ani w Kalińcu, ani w Warszawie wojskowi w 
prywatnych domach nie byli przyjmowani. Lecz na głuchej prowincji 
było to we zwyczaju, zwłaszcza gdy brakowało partnerów do winta 
lub młodzieży do tańca. Tak że po pewnym czasie panna Barbara 
oswoiła się z tym drażniącym widokiem, a nawet była rada, bo 
nadarzała się jej może jedyna sposobność zetknąć się z wrogami 
swej ojczyzny i dać im poznać, co o nich myśli. Uczyniła to w ten 
sposób, że jednemu z oficerów pozwoliła się do siebie z lekka 
zalecać, a gdy ją po podwieczorku zaprosił do tańca -wyniosłym 
spojrzeniem i odmową uprzytomniła mu, jaki dystans dzieli córkę 
ujarzmionego narodu od najeźdźcy. Gdy w poczuciu odniesionego 
zwycięstwa rozglądnęła się mimo woli dokoła, ujrzała, że Bogumił 
Niechcic siedział tymczasem przy niedużym stoliku z drugim 
oficerem i pił z nim krupnik. Pił po prostu na umór i nawet zdawał 
się już być trochę podpity, gdyż poczerwieniał, a jego modre oczy 
zmalały i miały niemądry wyraz. Co gorsza, gdy się podsunęła, 
usłyszała, że Niechcic właśnie jemu, temu Moskalowi, opowiada o 
swych przygodach powstańczych. Mówił po polsku i panna Barbara 
najwyraźniej usłyszała: 
— My zaś wtedy wyszliśmy z tego lasu i dalejże na Ruska. -Oficer 
odpowiadał po rosyjsku coś, w czym panna Barbara nie mogła się 
połapać. Słyszała tylko pojedyncze słowa: -mołodiec... 
mołodiec... lubieznyj drug, Bogumił Michajłowicz... -i widziała, 
że pan Bogumił z tym oficerem bardzo sobie świadczyli. Zgorszona 
wyszła do bocznego pokoju i nie miała już ochoty powracać do 
zabawy. Gdy się nazajutrz zobaczyła z Niechcicem, powiedziała do 
niego ostro: 
— Ładnego pan sobie znalazł powiernika do tych zwierzeń, których 
my jesteśmy niegodni. 
Niechcic stropił się i przeraził. 
— Co ja zrobiłem? Czy ja co mówiłem? -jąkał. -Pewno byłem 
pijany. Jezus Maria, na pewno byłem pijany -dodał z rozpaczą. 
Nie próbował już się nawet tłumaczyć. Powtarzał tylko: 
— Czy pani mi to kiedy daruje? 
Nie dała mu co do tego na razie żadnej pewności, ale oczywiście, 
niebawem rzecz poszła w zapomnienie i przez następne tygodnie 
Bogumił Niechcic uchodził nawet po trosze za starającego się o 
rękę panny Ostrzeńskiej. Pani Ładzina powiedziała jej pewnego 
dnia, że oświadczyłby się on dawno, tylko nie śmie. A panna 
Barbara odrzekła na to: 
— Niech nie śmie. Ja go nie chcę. 
Potem jednak żałowała tych słów. Dręczyła ją myśl, że powtórzone 
mogły zrobić panu Niechcicowi zbyt wielką przykrość. Usiłowała 
obmyślić coś innego, bardziej łaskawego, co mogłaby mu za 
pośrednictwem pani Ładziny oznajmić. Gdy jednak zaczęła mówić z 
nią o tym i dowiedziała się na wstępie, że tamte słowa nie zostały 
powtórzone -uspokoiła się i zaniechała zamiarów dawania mu 
nadziei. Tym bardziej że po krótkim okresie wyrozumiałości pod tym 
względem raził ją w nim znowu brak jakiegokolwiek wyrobienia 
umysłowego. Niechcic był może na swój sposób rozumny, ale nie miał 
znajomości literatury i mnóstwa będących w obiegu wiadomości 
naukowych, nie miał też krzty dowcipu, bez którego rozmowa 
towarzyska była wszak rzeczą bez powabu i czczą. Panna Barbara 
dziwiła się temu wszystkiemu, bo słyszała od pani Ładziny, że 
rodzina Niechciców była kiedyś znana z różnych umysłowych 
zamiłowań i że po konfiskacie majątku Jarosty wywieziono podobno z 
tamtejszego dworu znaczną i wartościową bibliotekę do jakichś 
rosyjskich zbiorów. Poza tym przecież Niechcic przebywał tyle lat 
za granicą. Jakże się mógł tam nie kształcić? Raz, mimo że sobie 
wciąż obiecywała o nic go już nie pytać, zagadnęła go, czy zna 
jakie języki. Odparł, że umie po niemiecku, a na dowód 
zaśpiewał: 
Der Mensch lebt nicht von Brot allein, 
er muss auch etwas glücklich sein. 
Pannie Barbarze piosenka ta wydała się głupia i prostacka, popsuła 
jej nawet wspomnienie tamtych innych pieśni, które jej się w panu 
Niechcicu więcej podobały niźli on sam. 
Więcej niż on -mimo że przecież Bogumił Niechcic był przystojny, 
a nawet miał w sobie coś, co więcej znaczy niźli foremne ciało. 
Wszystko od stóp do głowy było w nim sympatyczne. Patrząc na jego 
twarz spoglądało się niby w czysty, przestronny dziedziniec 
wiodący do bezpiecznego domu. Wystarczało go ujrzeć, aby być 
dobrze usposobionym, nie tylko do jego osoby, lecz w ogóle do 
życia. 
Wszelako panna Barbara mówiła sobie, że przystojnych jest wszędzie 
dużo na świecie i że to wszystko tak się na tle Borku wydaje. Gdy 
tylko sobie wyobraziła siebie z nim w Warszawie albo w Kalińcu, 
wnet doznawała uczucia, przed którym sama była rada skryć się choć 
w mysią dziurę. Doznawała przeświadczenia, że będzie się go 
wstydziła. 
Na takich różnego rodzaju niepewnościach zeszły wakacje. W 
ostatnim dniu, a nawet w ostatniej godzinie pobytu panny 
Ostrzeńskiej w Borku, Niechcic wyznał jej swe uczucia. 
Było to w ogrodzie, po którym wyszli pochodzić przed wyruszeniem 
na kolej. Panna Barbara dałaby wówczas nie wiem co za to, żeby 
mogła nie odpowiedzieć, żeby ją kto zwolnił z tej konieczności. 
— Zaraz -rzekła wreszcie, zaczerpnąwszy ze wszystkich sił 
powietrza -zaraz. Niech pan się namyśli, może pan nie wie na 
pewno, czy pan mnie kocha. Mnie się to zdaje niemożliwe. Ja się 
tego nie czuję godna. 
— Wiem na pewno, że panią kocham -odparł chmurnie. -Ale skoro 
pani tak mówi, to znaczy, że ja pani jestem niemiły -dodał takim 
głosem, jakby mówił o ciążącym nad sobą wyroku śmierci. 
— Nie jest mi pan niemiły -zaprzeczyła zrozpaczona -tylko mnie 
się zdaje, że my nie... że my nie jesteśmy dla siebie. 
— Dlaczego? -zapytał usiłując opanować wrażenie, jakie te słowa 
na nim sprawiły. I nagle odpowiedział sam sobie: 
— Tak, rzeczywiście, my nie jesteśmy dla siebie. Słusznie mnie 
pani odrzuca. Pani z jej wykształceniem, z jej urodą, z jej 
stanowiskiem w świecie zasługuje na lepszy los niż związanie życia 
z takim jak ja człowiekiem. 
— To jest, jak to? Co? -zawołała stropiona, ale od domu zaczęto 
wołać, że już najwyższy czas jechać. Rozmowa się przerwała i panna 
Barbara wpadła jeszcze do swojego pokoiku, żeby zobaczyć, czy 
czego nie zostawiła. Gdy wysuwała i zatrzaskiwała z powrotem puste 
szufladki, raptem pojęła odpowiedź pana Niechcica. Myślał, że go 
nie chciała, ponieważ był rządcą i ubogim człowiekiem. A tymczasem 
ona dopiero w tej chwili uprzytomniła sobie tę okoliczność. A 
przez cały czas dotąd w swych sądach o nim nigdy, przenigdy nie 
brała jej pod uwagę. Na miłość boską, nie mogła go zostawić z tego 
rodzaju myślą, równie przykrą dla niego, jak dla niej. Wypadła na 
werandę potrącając, niezbyt przytomnie czekające by ją pożegnać 
towarzystwo, odszukała Niechcica i pociągnęła go za sobą w głąb 
mieszkania. 
— Panie -tłumaczyła pośpiesznie -panie, ja bym była nie wiem jak 
szczęśliwa z takim jak pan człowiekiem. Nie mam żadnego stanowiska 
w świecie. Nie jestem niczym lepszym... to jest... nie jestem 
niczym w ogóle. Nie mam żadnego tam wykształcenia. To nie o to 
idzie... 
Zatchnęła się. Co jeszcze chciała powiedzieć? Chciała -o, więcej, 
niż chciała, potrzebowała ze wszystkich sił objaśnić mu, jaki był 
stan jej serca. Że czuje się już spalona i zużyta, niezdolna do 
miłości, gdy on zasługiwał na dar wielkiego i pierwszego uczucia. 
Dar wielkiego, tak, wielkiego i pierwszego uczucia. 
Bogumił patrzył na nią dokładnie oczy w oczy, a widząc jej 
pasujące się ze sobą milczenie rzekł po prostu: 
— Rozumiem, pani kocha innego. 
Panna Barbara rzuciła się na to jak uderzona. 
— Nic pan nie rozumie! -krzyknęła z gniewem, który jednak wydał 
się Bogumiłowi jakby czymś dobrze wróżącym. -I skąd ten pomysł? 
Ja nikogo, jako żywo, nie kocham -przeczyła już łagodnie i tylko 
z lękiem, że ktoś w ogóle mógł o tej rzeczy mówić. Wezbrał w niej 
mściwy żal nadając inny bieg myślom i słowom. 
— Ja nie odmawiam, pan mnie źle pojął. Tylko teraz tak mało czasu 
i jestem zaskoczona. Trudno się porozumieć. Słyszy pan? Już nas 
wołają! 
Rzeczywiście z balkonu wołano: -No, młodzi państwo, dość już, 
dość już tajemnic! 
— Więc umówmy się, umówmy się tak. Jeżeli ja przyjadę tu na Boże 
Narodzenie, to znaczy, że wszystko dobrze, że się zgadzam. Albo 
nie -ja napiszę i w liście wszystko wyjaśnię. Albo nie... Lepiej 
niech pan przyjedzie do Warszawy, na Wszystkich Świętych. Albo 
niech pan napisze, a ja panu odpowiem. I niech pan się nie martwi. 
Wszystko będzie dobrze. Tylko trzeba trochę poczekać. 
Bogumił patrzył na nią uważnie i powtarzał: 
— Dziękuję. Dobrze. Przyjadę. Napiszę. Będę czekał. 
W chwilę potem panna Barbara wyrwała się z uścisków zebranego na 
ganku, żartującego grona, skoczyła do powozu, zapytała: -A gdzie 
moja walizka?! -po czym spojrzawszy na zegarek krzyknęła i już do 
końca drogi drżała, czy się nie spóźni. 
Tak więc zostali mniej więcej narzeczonymi. Mniej więcej, bo panna 
Barbara do ostatniej chwili nie była pewna swych uczuć ni 
zamiarów. W jednym z listów do siostry, pani Teresy Kociełłowej, z 
którą jedną jedyną poruszała te sprawy, śród opisu przedstawienia 
Hamleta i wystawy obrazów wspominała mimochodem: "podobno tam u 
was mówią, jakobym była narzeczoną. Zaprzeczaj, kochana 
siostrzyczko, tym pogłoskom, wszakże to nic pewnego. Czuję, że 
kiedy przyjdzie co do czego, powiem: nie -i wszystko się 
rozchwieje. Ale wracam do wystawy obrazów. Zapomniałam ci jeszcze 
napisać, że widziałam przepiękny obraz Matejki "Portret pana". Od 
razu można poznać, że to mistrz wielki malował. I wiesz, jeździłam 
na tę wystawę windą. Co za niezwykły wynalazek!" 
W innym liście donosi, że otrzymuje czasem listy od Bogumiła 
Niechcica. "Nazywa mnie w nich -pisze -gwiazdą, która zajaśniała 
nad jego ciemnym życiem. Chcę mu napisać, że mam dla niego 
siostrzaną przyjaźń, i na tym niech poprzestanie. Jak myślisz, czy 
powinnam tak zrobić?" 
Częściej powtarzały się w tych listach wzmianki o kimś innym, kogo 
z kolei panna Barbara zwała gwiazdą. 
"Nie wiem, czemu imię pana J. T. wciąż się powtarza w mych listach 
— dziwiła się sama jednym razem. -Przecież go już nie kocham". A 
kiedy indziej donosiła, że zwiedzała z kilku przyjaciółkami 
gabinet zoologiczny w uniwersytecie, i dodawała: "Gdy 
przechodziłyśmy dziedziniec uniwersytecki, domyślasz się, o czym 
wtedy myślałam. Myślałam o tych, których poznałam, gdy nosili 
jeszcze niebieskie czapki z białymi obwódkami. Gdy nie byli takimi 
jak teraz sztywnymi panami w tużurkach, lecz chłopcami, pełnymi 
zapału, a w oczach rozumnych świeciło tyle ognia, tyle wiary, tyle 
miłości. Tak żywo stanęła wtedy przed moimi oczami postać tego, 
który jest ukrytym kwiatem mojej duszy i którego wspomnienie jak 
brylantowa gwiazda zawsze przyświecać będzie mojemu życiu. -Niech 
cię to nie przeraża jednak, nie kocham go już, lecz te obrazy 
przeszłości są mi zawsze tak drogie. Nimi żyję". 
Przy końcu innego listu znajdował się dopisek: "Na Królewskiej 
ulicy na wystawie w oknie zobaczyłam cudną fotografię Byrona. 
Muszę się dowiedzieć, ile kosztuje, bo muszę ją sobie kupić. Co za 
wyraz i co za oczy! A choć bez brody, wiesz, kogo mi 
przypomina?!..." 
W początkach zimy Bogumił Niechcic zaczął nieco więcej miejsca 
zajmować w tych zwierzeniach. 
"Z panem Bogumiłem -pisała w połowie grudnia -dotąd jeszcze nic 
nie postanowiłam, boję się, bym później nie żałowała, choć gdyby 
mnie kto zapytał, czy go nie kocham, musiałabym powiedzieć, że 
często czuję dla niego coś więcej niż życzliwość. Lecz przytłumić 
tę życzliwość, a nawet zapomnieć o niej przychodzi mi z wielką 
łatwością. Jestem widocznie wprawna. Przecież stłumiłam tysiąc 
razy mocniejsze uczucie". Przed samym Bożym Narodzeniem doniosła 
energicznie: 
"Czy wiesz, co postanowiłam w kwestii l'amour? Otóż widzę, że 
Bogumił naprawdę mnie kocha. Ostatni jego list tak dobrze maluje 
jego proste i szczere uczucia. A wobec miłości cóż stąd, że już 
niemłody. Jam także już niemłoda, choć, śmiech powiedzieć, 
niedawno wziął mnie tu ktoś na pensji za jedną z uczennic. A i pan 
Bogumił podobno myśli, że mam osiemnaście lat. Ciekawa jestem, 
jaką minę zrobi, kiedy go wyprowadzę z błędu. Jednak mimo smutnych 
doświadczeń, które już mam za sobą, nie czuję się znów tak bardzo 
rozczarowaną do życia. Nawet z pewną nadzieją patrzę w przyszłość. 
Tak więc, kości rzucone. Pojadę, tak jak obiecałam, do Borku i 
niech się dzieje wola nieba, co będzie, to będzie". 
I wkrótce po Nowym Roku zaczęły wychodzić zapowiedzi Bogumiła 
Niechcica i Barbary Ostrzeńskiej -w Warszawie w kościele 
Karmelitów na Lesznie. W Warszawie, a nie w Borku, gdyż o to 
prosiły koleżanki i przyjaciółki panny Barbary, których życzenie 
było dla niej święte. Prócz tego miała nadzieję, że do Warszawy 
zjedzie na jej wesele Julian, inżynier z Petersburga. Co prawda, 
obiecywał on już dawniej przybyć na ślub Daniela i Teresy, a 
jednak nie przyjechał. W ogóle od czasu osiedlenia się poza 
stronami rodzinnymi ani razu jeszcze nie widział się ni z matką, 
ni z rodzeństwem. Tym razem jednak tak się złożyło, że miał swoje 
zawodowe sprawy do załatwienia w Warszawie, a więc może jednak 
przyjedzie. Wyjazd do jakiegoś na końcu świata położonego Borku 
byłby go na pewno odstraszył, a panna Barbara ani się spostrzegła, 
jak zaczęła dzień swego ślubu uważać po trosze za okazję do 
zobaczenia się z bratem. 
Zaraz w czasie świąt w Borku, kiedy jej zaręczyny stały się 
oficjalne, panna Barbara poprosiła Niechcica, żeby ją zawiózł do 
matki. Bogumił westchnął, gdy się z tym do niego zwróciła. 
— Nie chciałbym -powiedział -żeby pani myślała, że się mojej 
rodziny wstydzę, ale boję się, że moja matka nie spodoba się pani. 
To już zupełnie niedołężna staruszka. A jeśli pani idzie o 
zadośćuczynienie zwyczajom, to ona biedna przeszła już tyle i stoi 
tak dalece poza życiem, że nie przywiązuje do tego wagi. A ja tym 
bardziej. 
Panna Barbara pomyślała, że jej narzeczony też nie zna się na 
zwyczajach, gdyż te wymagały, aby starsza pani Niechcicowa złożyła 
wizytę rodzinie przyszłej synowej. Wiedziała jednak, że to jest ze 
względu na stan jej zdrowia, a także na różne inne okoliczności, 
jak odległość, koszty itp., niemożliwe. Zresztą konwenanse 
obyczajowe nie były dla niej żadnym bożyszczem, nie chciała być 
małostkową i nie podjęła tej sprawy, ale nalegała stanowczo, że 
będąc tak blisko musi poznać swą świekrę. Słyszała zawsze, że 
synowe ze świekrami źle żyją, pragnęła jak najprędzej okazać, że 
będzie pod tym względem stanowiła wyjątek. Płonęła chęcią 
oczarowania swej świekry, wzbudzenia w niej miłości do siebie, 
dania jej poznać, że inteligentna, taktowna panna wie dobrze, co 
się matce należy od syna, i że nie będzie pragnęła nigdy go jej 
odebrać. Spośród czekających ją w małżeństwie zadań i obowiązków 
to wydawało jej się w tej chwili najważniejszym. 
Wobec tego Bogumił przyjechał po nią nazajutrz w niezwykle 
pięknych, lśniących sankach. Śród pobrzękiwania dzwonków zasiedli 
oboje na granatowych mroźnych poduszkach i wsunęli nogi w kudły 
przepysznej, pokrytej suknem baranicy, a sanie szarpnęły nimi po 
cichu, aż odchylili się w tył, i pomknęły z sykiem i świstem po 
srebrzystej od słońca drodze. Panna Barbara żałowała namiętnie, że 
pan J. T. jej nie widzi. Gdy skręcili i wiatr mieli nie w twarze, 
a z boku, Bogumił objaśnił, że to są najlepsze dworskie sanki, 
które państwo Krępscy polecili mu wziąć, gdy się dowiedzieli, że 
jedzie po narzeczoną. 
— Tak? -ucieszyła się panna Barbara. -Więc to widać przyjemni, 
rozumni ludzie -i stosunki z nimi muszą być dobre. 
— Stosunki są dobre -odparł Bogumił -póki żyją starzy Krępscy, 
którzy pamiętają jeszcze, że mój ojciec był takim jak i oni 
człowiekiem. Lecz teraz syn ma objąć pomału rządy w majątku, a z 
tym nie wiem, jak będzie. 
Panna Barbara milczała niemile zdziwiona, gdyż uważała mimo woli, 
że owi Krępscy dopiero teraz będą mieli dane do szanowania i 
należytego traktowania Bogumiła. On zaś rzekł jeszcze po namyśle: 
— Mieszka też z nami stary mój wuj. Obłąkany. 
— Słyszałam o tym -odparła panna Barbara łaskawie. Jej chwilowe 
rozdrażnienie minęło i zaczęła znów roić, że zdobędzie również 
sympatię owego wuja. Kto wie, może nawet wpłynie na rozjaśnienie 
mroków jego umysłu. Słyszała już o wypadkach przywrócenia władz 
umysłowych za pomocą troskliwej dobroci. I układała sobie w 
myślach, jak się z tymi obojgiem przywita, jak ich zabawi, a 
nawet, co będą po jej odjeździe mówić, jak o niej marzyć i śnić. 
— Krępa -rzekł Bogumił. Panna Barbara z biciem serca rozejrzała 
się wkoło, niespokojna, czy otoczenie będzie się jej podobać. 
Przestraszała ją myśl, że mogłaby się dostać w brzydką, niemiłą 
okolicę. Na szczęście widok rozległego ogrodu, bramy i 
widniejącego w głębi, rozpostartego zacisznie i powabnie na tle 
potężnych drzew dworu -usposobił ją jak najlepiej. Zarówno 
położenie wsi, jak rozplanowanie folwarku było zachwycająco 
malownicze. 
Lecz gdy wjechali w podwórze, roztoczyły się przed oczyma panny 
Barbary jakby kulisy tego pięknego widoku. Sanki zaczęły stukać i 
podskakiwać na zgnojonej grudzie przed oborą, śnieg był tu 
wszędzie zbrukany i zaśmiecony. Długie bez końca, jednostajne 
budynki otaczały dokoła olbrzymi, pusty i smutny dziedziniec, z 
którego raz po raz zrywały się stada kawek z przenikliwym i 
kląskającym wrzaskiem. 
Pani Florentyna zajmowała jeden z trzech przydzielonych jej 
rodzinie pokoików w nędznej oficynie, mało różniącej się od innych 
budynków folwarcznych. Wielkie polne kamienie ułożone były pod 
drzwiami wejściowymi zamiast schodków. W pokoiku pani Niechcicowej 
było ciasno i duszno, i czuć było mdłą woń, jakby woń sędziwej 
starości. Matka Bogumiła siedziała w trzcinowym, powyściełanym 
zwykłymi poduszkami fotelu, a nogi miała okryte kraciastą chustką. 
Była otyła i spojrzała na pannę Barbarę oczyma wielkimi, lecz bez 
wyrazu, jakby nie nastawionymi już na żaden z przedmiotów tego 
świata. Gdy panna Barbara pochyliła się do jej ręki, staruszka 
pogładziła ją drugą ręką z wysiłkiem po włosach. Panna Barbara 
zapuściła już w ciągu tego roku długie włosy i okręcała je 
warkoczami dokoła głowy. 
— Piękne włosy -rzekła matka Niechcica głosem tak słabym, jakby 
się odezwał z dziecinnej nakręconej zabawki. -Ja też miałam duże, 
piękne włosy. Ale teraz... -zamilkła i po upływie pewnego czasu 
dodała z żałością: -powyłaziły. 
Niewiele co więcej zostało w czasie tej wizyty omówione. Wypili 
jeszcze we troje herbatę z bardzo dobrymi ciasteczkami, a kiedy 
potem wychodzili, Bogumił zapytał w sieni dziewkę idącą dokądś z 
szaflikiem: 
— Czy przy starszym panu jest kto? 
— Ludwiczkę posłalim! -krzyknęła nie oglądając się i śpiesząc w 
swoją drogę. 
Bogumił objaśnił narzeczoną: 
— Wujowi, zwłaszcza zimą, zdaje się, że to ciągle jest jeszcze 
powstanie. I ucieka nam na noc do lasu, tak że musimy go pilnować. 
Boimy się, żeby nam biedak nie zamarzł. 
Panna Barbara stała ze spuszczonymi oczyma i nie prosiła, żeby ją 
z tym wujem zapoznać. Sanki już na nich czekały, ale Bogumił rzekł 
prosząco: 
— Ja bym chciał jeszcze pani pokazać nasze nowe mieszkanie. Za dwa 
tygodnie ma być ostatecznie opróżnione. Teraz tam jeszcze 
mieszkają, ale już się wkrótce wyniosą. Szkoda, że nie można 
odnawiać, bo mróz. Postaramy się tylko wymieść, wyporządkować. To 
blisko, z tamtej strony ogrodu. Pójdziemy? Żeby pani nie myślała, 
że będziemy tak nędznie mieszkać jak tu. Mamy dostać cały osobny 
dom. 
Panna Barbara najbardziej pragnęła czym prędzej wracać do Borku i 
do Warszawy. Nie mogła sobie siebie w tej Krępie wyobrazić. 
Przestała wierzyć w swój ślub. 
— Nie, oczywiście, to małżeństwo nie może dojść do skutku myślała, 
jak gdyby nie znalazłszy w rodzinie i siedzibie Bogumiła 
tych możliwości, których szukała, nie widziała już żadnych innych 
nadziei na radość w przyszłym pożyciu. Nie śmiała jednak naglić do 
powrotu i choć nie upatrywała żadnego sensu w oglądaniu 
mieszkania, w którym nie miała zamiaru mieszkać, posłusznie brnęła 
przez śnieżne zaspy za Bogumiłem. Wkrótce zobaczyli ów dom i panna 
Barbara nabrała trochę otuchy. Był to nieduży, schludny domek 
stojący w ogrodzie, mający widok na łąki i na lasy. Przed domem na 
trawniku śród świerków bawiły się jakieś dzieci w szubkach i 
kapturkach. 
— Prawda, dzieci -pomyślała Barbara. -Będę przecież pewno miała 
dzieci. -I przemknęło jej przez myśl, jakie szubki, jakie 
kapturki będą one nosiły, gdy tak będą biegały po trawniczku śród 
świerków. Zatupała po śniegu, niby to z zimna, a w gruncie rzeczy 
z nagłej radości. 
— Czyje to dzieci? -spytała. -Czyje? 
— Dawnego administratora -wyjaśniał Niechcic. -Był tu niejaki 
Winczewski, co zarządzał wszystkimi folwarkami dominium, bo do 
mnie to należy tylko Krępa. Ale teraz, kiedy młody Krępski 
skończył studia rolnicze, starzy skasowali od Nowego Roku tego 
administratora. I my mamy po nim dostać mieszkanie. 
— To się dobrze złożyło -zawołała panna Barbara i wstrząsnęła 
się. Bogumił zląkł się, że jej zimno, i zaczął prosić, żeby przed 
odjazdem napiła się miodu. Inaczej może się jadąc przeziębić. 
Ruszyli z powrotem w podwórze, a panna Barbara zapewniała po 
drodze Bogumiła, że dawno jej się nigdzie tak nie podobało jak w 
tej Krępie. Przedtem rada była dać mu uczuć, że ją tu wszystko 
przygnębia. Teraz jednak drżała, aby się nie domyślił poprzedniego 
stanu jej duszy. 
Zaś jeszcze raźniej poczuła się, gdy wypiła owego miodu. Ochoczo 
wsiadła do sanek, a kiedy wyjechali pomiędzy lasy, zapragnęła, by 
ją Bogumił pocałował. Nic nie mówiła, lecz on odgadł jej chęci, a 
wtedy naraz życie z nim wydało jej się czymś łatwym i powabnym, 
gdziekolwiek by je zasnuli, w Krępie czy też nie w Krępie, śród 
pięknych czy też obojętnych krajobrazów. 
Lecz po powrocie do Warszawy uczuła, że ani ten miód, ani ta jazda 
sankami, ani te pocałunki nie dadzą się porównać z niczym, co 
tutaj miała. I znów popadła w wątpliwości i w męczarnie, co dręczą 
człowieka, gdy nieodparty głos namiętności nie wskazuje drogi, a 
umysł i wola nie są w stanie kierować się innymi nakazami nie 
zbudzonego jeszcze ducha. Ze strachem czekała bliskiej godziny 
ślubu i coraz częściej, co dzień prawie pisywała do siostry. 
"Gdyby szło tylko o miłość -skarżyła się -wiedziałabym, jakie 
mam słowo powiedzieć. Nie, -byłoby to słowo. Ale ślub, wesele, 
małżeństwo -z tym się łączy tyle różnych dodatkowych rzeczy, 
które człowieka bałamucą i nie dają mu rozpoznać swych uczuć. Przy 
tym zdaje mi się, że jeśli się teraz cofnę, to już nikt więcej nie 
będzie się chciał ze mną ożenić. A żyć samotnie z własnej woli niekiedy 
mi się ta myśl podoba... Lecz gdy tylko się na to 
zdecyduję, wnet mi żal tego, czego się wyrzekam, i na odwrót, 
pragnę żyć tak jak wszyscy, wypełnić swe przeznaczenie, być żoną, 
matką, panią domu, wypróbować swe siły. Ambicja, ciekawość, 
wszystko wchodzi tu w grę, a wszystko takie silne!" 
Na dwa dni przed ślubem przyszła wiadomość, że ani pani Teresa, 
ani jej mąż nie przyjadą. Ich dziewczynki zachorowały na odrę i 
żadne z rodziców nie chciało od chorych dzieci odjechać. O tym, by 
matka Ostrzeńska sama miała przyjechać, nie było mowy. Pani 
Adamowa już od dawna bała się na własną rękę wyruszać poza 
Kaliniec, bo jej się zawsze zdawało, że w drodze umrze na serce. 
Nie dość na tym, inżynier Julian również doniósł, że nie może 
przyjechać. Stanęły mu na przeszkodzie ważne czynności przy nowo 
budującej się linii kolejowej. 
Listy od rodziny nadeszły jednocześnie i panna Barbara odczytywała 
je ze łzami w oczach -i z taką rozpaczą w sercu, jakby zjazd 
rodziny był jedynym szczęściem, którego w dniu ślubu oczekiwała. W 
przystępie żałości zaczęła niezwłocznie pisać do pani Teresy. "Z 
płaczem -były słowa jej listu -dowiaduję się, że ani ty, ani 
Lucjan, ani Mama nie będziecie na ślubie, i z płaczem będę 
pojutrze żegnać Warszawę. Czułam się tutaj taka szczęśliwa, jakby 
cały świat do mnie należał. Te chwile miną i nigdy już nie wrócą. 
Może jeszcze się wstrzymać? Myśl, że wy macie teraz zmartwienie i 
że ja nie mogę być z wami, czyni mi życie nieznośnym. Nie widzę 
dostatecznie ważnego powodu, abym teraz nie miała być z wami. Nie, 
upieranie się przy małżeństwie, do którego nie czuję żadnego 
zapału, wydaje mi się w tej chwili czczą igraszką próżności wobec 
uczucia do was, najsilniejszego i najprawdziwszego, bo nie 
związanego z żadną światową ambicją..." 
Zmierzch zapadł, przestała widzieć litery i musiała zaniechać 
pisania. Usiadła na stołeczku przy piecu i płakała grzejąc 
zmarznięte ręce. Znajdowała się w swym pokoiku na pensji, w głębi 
lokalu słychać było śmiechy i bieganinę po schodach. Na ulicy 
rozlegało się klaskanie kopyt po bruku, a potem poślizgiwanie się 
podków o kamienie, jakby ktoś konia zatrzymywał. Światło zapalonej 
właśnie latarni zabłysło na ścianie pokoju. Panna Barbara czuła 
się jak podróżny, który wyrusza w niepowrotną drogę i którego jego 
najukochańsi nie przyszli przed odjazdem pożegnać. A jej 
wczorajszy świat, uczennice, koleżanki, znajomi pogodzili się już 
z tym, że ich miała opuścić, nie liczyli już na nią w swych 
zabawach. 
Wtem zapukano i zjawili się Ładowie, a z nimi Bogumił Niechcic. 
Mieli przybyć dopiero nazajutrz w południe, lecz i oni też 
otrzymali wiadomość od rodziny Ostrzeńskich, a nie chcąc, aby 
panna Barbara czuła się osamotnioną, przyśpieszyli swój przyjazd. 
Narzeczona nie wiedziała, jak im dziękować i gdzie ich z radości 
posadzić. Zapaliła światło, chciała kazać dawać herbatę, lecz oni 
naglili, by się ubrała i wyszła z nimi na miasto. Pójdą do 
znajomej Ładom cukierni na czekoladę, a potem wybiorą się razem do 
teatru. 
Grano tego wieczora "Czartowską Ławę". Łada zakupił lożę i panna 
Barbara znalazła się z Bogumiłem w samym środku wystrojonego, 
szemrzącego świata, w śpiewnym, niewyraźnym zgiełku strojonych 
instrumentów, w rzęsistym blasku kandelabrów. Serce jej biło, 
miała uczucie, że wszyscy na nich patrzą i osądzają jej wybór. I 
że dla każdego w tej chwili widoczne są braki pana Niechcica, jego 
niedostateczne wykształcenie, jego mieszkanie w nędznej oficynie, 
do której wchodzi się po kamieniach i gdzie panuje zaduch. 
Popełniła mnóstwo niezręczności, a choć była tu na swoim gruncie, 
czuła się tak zażenowana, że zaraz na wstępie zrzuciła za parapet 
loży rękawiczki; na szczęście siedzieli na parterze i nie 
wzbudziło to większej sensacji -musieli jednak odwołać się do 
pomocy woźnego. Bogumił, na odwrót, zachowywał się z powściągliwą 
niewymuszoną swobodą człowieka nieobytego, lecz już z natury 
nigdzie nie czującego się obco. Przychodziło mu to tym łatwiej, że 
nie zwykł był mieć wciąż siebie na widoku i że nie miał tak 
pobudliwej wyobraźni, jak jego narzeczona. 
Ochłonąwszy nieco panna Barbara spojrzała bardziej przytomnie i 
zauważyła, że Bogumił ma na sobie nowe ubranie i wygląda bardzo 
przystojnie. Jakaś pani w krzesłach zauważyła widać to samo, gdyż 
odwracała się i spoglądała nie to, że na ich lożę, ale całkiem 
wyraźnie na Bogumiła. Panna Barbara zaczynała się na nowo czuć 
nieswojo, a już wręcz przeraziła się, gdy ujrzała, że Niechcic 
nagle wstał i ukłonił się owej damie. Nie śmiała się spytać, kto 
to, musiała doczekać, aż spytają Ładowie, i usłyszała, że to 
krewna Krępskich, którą Bogumił widział parę razy w ich domu. 
Uspokoiła się, lecz w czasie pierwszego antraktu doznała nowego 
wstrząśnienia. Gdy się przechadzali we czworo po kuluarze, młoda 
panienka w seledynowych muślinach mijając ich upuściła niechcący 
wachlarz. Bogumił podniósł go i został obdarzony takim 
spojrzeniem, że panna Barbara spostrzegłszy to zadrżała. Co 
gorsza, gdy mijano się potem raz jeszcze, spojrzenie się 
powtórzyło, a tym razem panna Barbara miała wrażenie, że i pan 
Niechcic jak gdyby się uśmiechnął. Nie śmiała nic na to 
powiedzieć, nie czuła się w prawie do tego, lecz wpadła w skrytą 
rozpacz. Po raz pierwszy uprzytomniła sobie, że nie sama ona tylko 
jedna musi być koniecznie przedmiotem uwielbienia Bogumiła. Mógł 
się on przecież z łatwością zakochać w której z owych dwu dam. 
Wszak dał dowód, że się potrafi zakochać od pierwszego wejrzenia, 
a tę z krzeseł znał już w dodatku przedtem. Obie damy były też 
przecież sto razy od niej piękniejsze i wspanialej ubrane, a 
oprócz tego, co tu skrywać, patrzyły na niego tak, jak ona nigdy 
na niego nie patrzyła. Im on nie zdawał się prostakiem. Snadź 
trzeba było być tak piękną i tak ubraną jak one, by ocenić zalety 
Bogumiła, a ona, widać, biedna, nie znała się na rzeczy. 
Niemożność pokochania Bogumiła całą pełnią uczucia wydała jej się 
nagle nie -godną lamentu i rozgłosu -wyższością rozczarowanego 
serca, ale upośledzeniem duchowym, kalectwem i poniżającą niedolą. 
Strach, że Bogumił domyślił się, jak wielką była pod tym względem 
niedołęgą, przyprawił ją nieomal o zemdlenie. Uczuła się w 
niebezpieczeństwie i jak przedtem pragnęła odwlec dzień ślubu, tak 
teraz drżała, czy przez czas dzielący ją od ołtarza serce Bogumiła 
nie odwróci się od niej ze wstrętem i ach, jak chciała, żeby już 
było po wszystkim. 
Jednak w czasie trwania przedstawienia przejęła się nim do tego 
stopnia, że zapomniała o swym nieoczekiwanym strapieniu. Gdy 
wychodzono z teatru, trwożne myśli przypomniały się znowu, lecz 
nie miały już tej siły co przedtem. Żar uczuć, płynący ze sceny, 
udzielił jej się i doznała pociechy. Czuła się zdolną do 
pokochania Bogumiła, a nawet już go lubiła, już go chciała całować 
i nie bała się o jego uczucia, gdy jechali do domu z teatru. Bo 
kto kocha -ten się nie lęka. Mówiąc jej dobranoc przed drzwiami 
domu, gdzie mieszkała, Bogumił powiedział nieśmiało: 
— Muszę kogoś trochę zasmucić. Tak mi żal, bo taka ożywiona. Ale 
cóż mam robić. Nie będziemy zaraz mieli tego domku w ogrodzie. Ów 
administrator dostał miejsce dopiero od kwietnia i na razie do 
tego czasu będziemy musieli zostać na starym mieszkaniu. Wuja 
przeniosłem do jednego wolnego pokoiku na górce, a my będziemy 
mieli przy mamie pokój z kuchnią. 
Panna Barbara aż zadrżała z uciechy na tę wiadomość. Tak bardzo 
pragnęła okazać czymś Bogumiłowi przemianę, której uległa. 
— Ależ to nic nie szkodzi -rzekła. -Tu czy tam, będziemy razem i 
wszystko będzie dobrze. 
— Wiedziałem, że tak powie -uradował się Niechcic. Wciąż jeszcze 
nie śmiał jej mówić "ty", a nie mógł, nie chciał już "pani". 
Znalazłszy się na powrót w swym pokoju panna Barbara zapaliła 
lampę i siedziała w milczącej zadumie przy stole nie zdejmując 
żakietu ani czapeczki. Na koniec wzrok jej, goniący wciąż jeszcze 
obrazy przeżytego wieczoru, padł na zaczęty o zmierzchu list do 
Teresy. Przeczytała go, podarła, a następnie zrzuciwszy okrycie 
napisała pośpiesznie nowy. 
"Spłakałam się -pisała -droga siostrzyczko, na wiadomość, że 
nikt z was na ślubie nie będzie, ale cóż, trudno. Jestem teraz 
cała przejęta myślą o tym, by sprostać obowiązkom, które na siebie 
biorę, może więc lepiej, że zobaczymy się potem, gdy będę bardziej 
spokojna. Za błogosławieństwo Mamy i za książęce dary z serca 
dziękuję. Zapowiadałyście, że nie będzie wyprawy, a toż to cała 
wyprawa! Wyobraź sobie, że Bogumił dowiedziawszy się, że będę 
sama, przyśpieszył przyjazd. Tylko co spędziliśmy z nim i z 
poczciwymi Ładami wieczór w teatrze. Dawano "Czartowską Ławę". Gra 
była zachwycająca, od uroczych piosenek mało mi serce nie 
wyskoczyło z piersi, a dekoracje przedstawiające górski krajobraz 
wydały mi się cudem. Wróciłam rozmarzona i jedno mnie tylko gnębi, 
że gdy ja tu używam, wy tam stroskani czuwacie nad łóżkami moich 
najukochańszych dziewczynek. O, gdy Bóg pozwoli, że będą już 
zdrowe, muszą kiedyś do mnie na wieś przyjechać. Od kwietnia 
będziemy mieli śliczne mieszkanie w osobnym domu w ogrodzie. Teraz 
dopiero widzę, jak wielką pomyślnością jest dla mnie to małżeństwo 
i miłość Bogumiła. Charakter jego podoba mi się coraz bardziej, 
nie masz pojęcia, jak zyskuje na porównaniu z każdym z moich 
znajomych, a zwłaszcza z tym, co, tak będąc obiecującym, tak się 
okazał zawodnym i nieciekawym. A jeśli idzie o stanowisko pana 
Niechcica i o to, że grozi mi zakopanie się na wsi, jak ubolewa 
moja dobra Michasia, to nie lękam się tego. Przyrodę zawsze 
kochałam równie silnie jak książki i dobre towarzystwo. Nie 
przeraża mnie to, że będę żyła śród lasów i śród łąk. A stanowisko 
pana Niechcica jest dla mnie aż nadto dobre, dziwię się nawet, że 
będąc przystojnym, a wcale jeszcze niestarym człowiekiem, nie 
obejrzał się za bogatszą. Wszakże ja nic nie posiadam prócz paru 
sukienek i koszul, których liczba co prawda znacznie się z waszej 
łaski zwiększyła, ale to też i wszystko. Moje lekcje nie są żadnym 
stanowiskiem. Lubiłam je, gdyż lubiłam przebywanie z miłymi 
dziewczętami, ale nie miałam nigdy zamiłowania do bakalarstwa, nie 
przynosiło mi też ono tyle, bym się mogła obejść bez waszej, 
najdrożsi, pomocy. Traktowałam tę pracę zawsze jak coś 
tymczasowego. Jak wiesz, marzyłam o czymś innym -wszak słyszałaś 
o kobietach, co pojechały na wyższe studia do Krakowa, do 
Petersburga lub za granicę. Lecz gdybym nawet miała i środki, czy 
odważyłabym się na to? Pewno nie -zresztą za późno już o tym mówić 
i myśleć. Wszystko tamto przepadło. Tak więc dziękuję Bogu za to, 
co jest, i jestem najlepszej myśli. Ściskam was, Mamie rączki i 
nóżki całuję, wasza -po raz ostatni wyłącznie tylko wasza -Bar. 
Ostrz." 
W dzień ślubu Barbary i Bogumiła wypadła zła pogoda -mróz, wicher 
i zadymka. Nim zdążono powsiadać do karet, furmani, konie i dachy 
pojazdów zasypane zostały śniegiem. Był już zmierzch. Jechano 
powolutku śród różowego światła latarń i jakby przedzierając się 
przez drgające zwoje gęstego muślinu. W kościele wszyscy musieli 
stać cały czas okutani w rotundy i szuby -gdyż panowało w nim 
lodowate zimno, a za każdym otwarciem drzwi smugi śniegu zaczynały 
wiać po posadzce. Z rodziny panny Barbary obecna była tylko pani 
Ładzina z mężem, ze strony Bogumiła występował jego dalszy krewny 
tego samego nazwiska, Hipolit Niechcic, posiadający niedaleko 
Borku własny folwark. Oprócz tego były koleżanki, przyjaciółki i 
znajomi panny Barbary. Panna młoda nie miała żadnej specjalnej 
ślubnej sukni, ubrana była w nowy, ale już od jakiegoś czasu 
noszony granatowy watowany kostium z szarym barankiem i takąż 
barankową z granatowym czapeczkę. Była zamyślona i miała nie 
widywany u niej dotąd, nieco wyniosły i srogi wyraz oczu. Gdy na 
chórze zaczęto grać i śpiewać, dwie łzy spłynęły po jej twarzy, 
która jednakże poza tym ani drgnęła. Wszyscy inni wciąż ze sobą 
szeptali tak, że w kościele prócz odgłosów niepogody słychać było 
świszczący szelest. Panowie odzywali się nawet basowym półgłosem. 
Na krótko przed oczekiwanym ukazaniem się księdza drzwi kościelne 
jeszcze raz się otwarły, a potem z grzmiącym hukiem zamknęły. Nikt 
nie zwrócił na to uwagi, gdyż do kościoła wciąż jeszcze wchodzili 
ci i owi spośród ulicznej gawiedzi. Nagle jednak odwołano pana 
młodego. Tuż za nim odeszli w głąb kościoła Hipolit Niechcic i 
Łada. Teraz dopiero panna Barbara zaczęła drżeć i mienić się na 
twarzy. 
— Co się stało? -myślała i nie śmiała zapytać, lecz serce w niej 
upadło. Może Bogumił rozmyślił się i nie chce z nią brać ślubu, 
może to owa pani z krzeseł lub ta z wachlarzem zjawiły się, by 
przerwać uroczystość. Tak czy inaczej, miała niejasne poczucie, 
jakoby zasłużyła na tego rodzaju niełaskę losu, i truchlała, 
czekając najgorszego. Bogumił tymczasem powrócił do orszaku, a 
ujrzawszy wpatrzoną w siebie, zmienioną twarz narzeczonej, 
podszedł do niej i pocałował ją w rękę. 
— Co się stało? -szepnęła -proszę pana. 
— Nic, kochanie -odparł -wszystko dobrze. -Lecz był blady jak 
płótno i pomimo wysiłku nie zdołał się uśmiechnąć -tak że panna 
Barbara nie odzyskała spokoju i myliła się przy powtarzaniu słów 
obrzędu. Ręka jej drżała tak, że ksiądz z trudem tylko zdołał jej 
włożyć obrączkę. 
Gdy po załatwieniu wszystkich formalności znaleźli się we dwoje w 
karecie, Bogumił powiedział prędko: 
— Moje dziecko, nie przejmuj się tym bardzo. Moja matka umarła. 
Nagle. Dostałem depeszę ze dworu. 
Tak więc ślubna podróż pani Barbary była to podróż na pogrzeb. 
Mieli tylko tyle czasu, by zabrać rzeczy i wyruszyć na kolej. 
Pociąg, na który według otrzymanego zawiadomienia miały być 
wysłane konie z Krępy, odchodził o siódmej z minutami. Ładowie i 
Hipolit Niechcic mieli zostać do rana, by pozałatwiać rzeczy, 
którymi państwo młodzi nie zdążyli się zająć. 
Do dworca Kowelskiego nie było bardzo daleko. Bogumił znalazł 
sanki zaprzężone w bystrego konia i przybyli na czas. 
Budynek stacyjny stał w polu i był tak zasypany, że wśród 
sinobiałej mgławicy widać było tylko ciemną smugę niskiej ściany z 
niewyraźnie oświetlonymi oknami. Dokoła była pustka i huczał 
wiatr. Pociąg stał już, świecił i dyszał, jego czarne kształty 
rozpływały się w sypkiej ostrej zawiei. Weszli do poczekalni. 
Bogumił kupował bilety, a pani Barbara szczękała z zimna zębami i 
powtarzała: -Jezus Maria, prędzej, prędzej, bo nie zdążymy. -To 
znów milkła, zamykała oczy, żeby nie patrzeć, jak Bogumił powoli 
odbiera resztę. W powietrzu coś niejasno dźwięczało, zapewne druty 
czy sygnały, czy słupy telegraficzne. 
Wreszcie znaleźli się w przedziale, w którym drzemał już jegomość 
w lśniących kaloszach. Jechali pięć godzin i przez cały ten czas 
nie śmieli ze sobą mówić ni postępować swobodnie jak ludzie 
zaślubieni. Zmarła była pomiędzy nimi, pani Barbara czuła, że 
Bogumił wciąż o niej myśli, i nie mogła mu tego mieć za złe, 
przeciwnie, musiała mu to chwalić. On zaś w istocie zapadał co 
chwila w zadumę, śród której wszystko obecne znikało mu sprzed 
oczu. Często jednak zrywał się i prosił żonę, to by się na nim 
oparła, to by się położyła. 
— Czy ci nie zimno, kochanie, czyś nie głodna -pytał, a ona 
odpowiadała: -Nie, dziękuję panu -gdyż nie mogła tak ni stąd ni 
zowąd zacząć mówić mu "ty". Niekiedy oboje zaczynali drzemać, a 
pani Barbara majaczyła, że matka Bogumiła nie umarła, popadła 
tylko w omdlenie. Gdy przyjadą, będzie już przytomna, lecz ciężko 
chora, a wtedy ona roztoczy nad nią opiekę, będzie ją na rękach 
przenosić z łóżka na fotel, aż staruszeczka wyzdrowieje -cóż to 
będzie za radość. O, jakże pragnęła zastać ją przy życiu i zatrzeć 
pamięć wizyty, w czasie której tak jej się wszystko u świekry nie 
podobało. 
O dwunastej w nocy siedli do sanek i jechali nimi do czwartej nad 
ranem. Na szczęście wiatr ustał najzupełniej, wypogodziło się, 
świecił księżyc, noc była przeczysta i lazurowa. Teraz jednak 
jeszcze trudniej było im porozumiewać się ze sobą, gdyż byli 
odziani w sterczące kołnierzami wysoko ponad głową olbrzymie, 
ciężkie futra, przez które mówili do siebie niby przez ścianę. 
Pani Barbara, wyglądając jednym okiem ze swych niedźwiedzi, 
zachwycała się tylko po cichu przywalonymi śniegiem sosnami i 
świerkami, co świeciły w księżycu olśniewającym blaskiem. 
Na koniec wjechali w znajome już podwórze i stanęli cicho przed 
niziutkim swym domem. Zrazu nie było nikogo widać, psy tylko 
poszczekiwały, lecz niebawem otoczyli ich ludzie. Było ich 
kilkoro. W milczeniu zaczęli świecić latarnią, bo księżyc zaszedł 
i robiło się ciemno. Okno pokoju starszej pani Niechcicowej było 
otwarte i widać było przez nie zapalone świece. Zmarła leżała 
jeszcze widać na łóżku. 
Pani Barbara wydobyła się z sanek, a Bogumił pomógł jej zesunąć z 
ramion niedźwiedzie, w których nie mogła się ruszyć. 
— Ostrożnie -powiedział wiodąc ją ku wejściu przez kamienie, 
które służyły za schodki. 
Mieszkanie po dawnym administratorze Winczewskim nie zostało 
Niechcicom na pierwszego kwietnia oddane. Ów administrator 
otrzymał miejsce samotnego i musiał jeszcze tymczasem rodzinę 
zostawić w Krępie. Jego żona była źle usposobiona do Niechciców, 
gdyż mając im odstąpić piękny dworek w ogrodzie uważała ich po 
trosze za przyczynę utraty miejsca. 
Kiedy pani Barbara dowiedziała się o tego rodzaju mniemaniach od 
swej służącej, Bylisi, popadła w przygnębienie, które dopiero 
Bogumił musiał rozpraszać. 
— Jakże możesz martwić się takimi rzeczami -mówił i tulił ją do 
siebie. -Przecież wiesz, że to nie ma z nami żadnego związku. 
Wszak stary Krępski nie mnie ma oddać zarząd dominium, tylko 
synowi. Ludzie ze wsi muszą czymś zapełniać wolne chwile, a 
Winczewska ma ich teraz więcej niż drudzy. Wciąż czeka na 
przeprowadzkę i koło gospodarstwa nie tak już chodzi jak dawniej. 
Więc sobie wymyśla takie rozmaite historie. 
I Bogumił sam rzeczywiście nic sobie z tego nie robił. Gdy 
spotykał dzieci z dworku, zaczepiał je, brał je ze sobą na konia 
lub na linijkę, a one jawnie okazywały, że za nim przepadają. 
Również i z panią Winczewską, gdy mijali jej ogród i ujrzeli ją z 
dala, wszczynał zawsze wesołą rozmowę, a jej skwaszona twarz 
stawała się przy tym na chwilę nieco weselsza. 
Jeśli pani Barbara była wtedy obecna, to stała cały czas jak na 
żarzących się węglach. Nie rozumiała, jak Bogumił może postępować 
w taki sposób z ludźmi, którzy źle o nich myślą. Sama starała się 
jak mogła unikać spotkania z chudą, zawsze cierpko skrzywioną 
postacią z dworku, a i dworek omijała z daleka, aby nie myślano 
tam czasem, że chodzi patrzeć, czy się jego mieszkańcy nie 
wynoszą. Natomiast w samotności często projektowała sobie, że 
pewnego dnia zdobędzie się na to, żeby pójść do byłej 
administratorowej i żeby tak jej powiedzieć: 
— Ani mi się śniło, droga, szanowna pani, ani mi się śniło pragnąć 
innego mieszkania niż to, co mam. Żyjcie sobie, państwo, gdzie 
jesteście, jak długo chcecie, zrzekam się tego dworku raz na 
zawsze. 
— Wezmę -rzekła raz do Bogumiła -pójdę i tak jej powiem. 
— Nie czyńże tego czasem -przestrzegał ją Bogumił -bo się z 
ciebie naśmieją albo tym bardziej cię obmówią, że się chcesz tutaj 
rządzić jak szara gęś, że masz protekcję, rozporządzasz 
mieszkaniami. 
I raz jeszcze zabraniał, lecz wyraz twarzy miał zadowolony, jakby 
mu się podobało, że pani Barbara nie w inny sposób, a w taki 
wzięła te sprawy do serca. Ona zaś zaniechała pomału zamiaru 
pójścia do pani Winczewskiej, ale wszystko, co jej chciała 
powiedzieć, mówiła swej służącej, Bylisi. Mówiła, a potem 
żałowała, że jeśli to jej gadanie się rozniesie, to ich mogą 
naprawdę zostawić, gdzie byli, i że nawet, gdy się dworek opróżni, 
osadzą w nim kogo innego. I zdawało jej się, że Bogumił już nazbyt 
pogodnie znosi niepomyślność losu, która kazała im pozostać w 
starej siedzibie. Mogło mu przecie choć czasem przyjść do głowy, 
że miejsce to nie jest znów takie czarowne, tymczasem on pomartwił 
się jedynie na wstępie, a potem był już taki z wszystkiego rad, 
jakby o sprawie mieszkania wręcz zapomniał. Jednakże, gdy 
napomknęła z goryczą raz i drugi o szkaradnej dziurze, w której 
wypadło im żyć, ujrzała nad swoje spodziewanie, że zrobiło to na 
nim bardzo silne wrażenie. Cały dzień był przygnębiony i zdawał 
się przed nią wstydzić. I pani Barbara, jakby jej szło nie o 
praktyczne wyniki, ale o wybadanie jego stosunku do tej sprawy, 
wnet przyznawała, że pogardzane mieszkanie ma swoje zalety. 
Zaś w gruncie rzeczy miało ono dużo złych stron. Schodki z 
dzikiego kamienia stanowiły z nich bodaj najmniejszą. Było ciemne, 
wilgotne i niskie, a myszy niepodobna w nim było wytępić. Było i 
ciasne, lecz tę szczupłość wymieniała pani Barbara Bogumiłowi 
właśnie jako zaletę. Cóż by teraz zrobili z obszernym 
pomieszczeniem we dworku po Winczewskich? Nie mieliby do tych 
pokojów co wstawić, przecież cudem zdołali zapełnić te "ciupki" w 
oficynie. Gorzej było natomiast, że w owych "ciupkach" pani 
Barbara nie czuła się dostatecznie u siebie. Zaraz przez sień, 
naprzeciwko ich drzwi, mieszkał ogrodowy, za nim, w izbie z 
osobnym wyjściem na podwórze, żyła stara, wysłużona komornica 
Ludwiczka, a jeszcze dalej, na samym końcu domu, znajdowało się 
coś pośredniego między kurnikiem a stancją, miejsce, w którym 
tuczono gęsi. Zaś w przeciwległym szczycie domu, za ich 
mieszkaniem, była wędzarnia. Pakowny to był więc i dosyć ludny 
budynek, lecz pani Barbara często w chwilach złego usposobienia 
mówiła, że czuje się, jakby zamieszkała w czworakach. Co prawda 
owe zbyt bliskie i niepożądane sąsiedztwa wyszły jej pod różnymi 
względami na dobre. Ogrodowy okazał się jednocześnie stolarzem, a 
mając w zimie nieco czasu porobił dla państwa Niechciców brakujące 
stoły i stołki. A Ludwiczka nauczyła panią Barbarę we właściwym 
czasie nasadzać kury, kaczki, perlice, sprawdzać jajka i chodzić 
koło kurcząt. Co do gotowania, pieczenia chleba i przyrządzania 
zapasów, to dużo wiedziała Bylisia od zmarłej starszej pani, ale i 
w tych rzeczach ostatnie zdanie należało nierzadko do Ludwiczki. 
Ogrodowy i Ludwiczka stali się tedy dla pani Barbary prawdziwą 
opatrznością, gdyż znajdowali się pod ręką, można było czerpać z 
ich pomocy i doświadczenia prawie niechcący, śród sąsiedzkich 
spotkań w sieni i w progu. To była pomyślna okoliczność, bo udawać 
się specjalnie gdzie dalej po radę pani Barbara nigdy by się nie 
odważyła -bała się i wstydziła krępskich ludzi. 
A sama na początku rzeczywiście do niczego nie umiała się wziąć. 
Sposobności, by się tego lub owego z domowych zajęć nauczyć, miała 
za panieńskich czasów dosyć i u radcy Joachima, i u matki, 
zwłaszcza póki żyła stara, wszystko umiejąca piastunka ich, 
Bursztynka. Lecz ówczesna panienka Barbara uważała roboty 
gospodarskie za coś tak łatwego, że szkoda było na nie pięknego 
czasu młodości. Tymczasem przekonała się, że potrzebowały one 
znacznej umiejętności, a także zamiłowania. Tego ostatniego nie 
mogła w sobie wzbudzić, gdyż ze wszystkich zajęć pani domu, które 
ją nęciły w małżeństwie, mogła się na razie oddać prawie wyłącznie 
tylko temu, czego najbardziej nie lubiła, to jest kuchni. 
Zachęcona przez wskazówki Ludwiczki, miałaby ochotę chować dużo 
drobiu i świń, lecz przy tym mieszkaniu wiele chować nie było 
można, gdyż nie było gdzie trzymać. Na całą żywiznę Niechcicowie 
dostali tu tylko szczupłą zagrodę w ogólnych zabudowaniach 
dworskich. Pani Barbara nie lubiła tam chodzić, by nie brnąć przez 
gnojówkę i nie spotykać służby dworskiej, której widok 
przypominał, że i oni też służą. Zresztą, te parę kur, kaczek i 
perliczek, jako też świnie i krowę, które do gospodarstwa 
należały, Bylisia była już przyuczona sama oprzątać, pani Barbarze 
zdawało się nawet, że nie jest ona zadowolona z wdawania się w te 
rzeczy. A że pani Barbara wciąż patrzyła na nią mimo woli jak na 
służącą nie swoją, a zmarłej starszej pani, więc usuwała się na 
bok i doglądała tylko paru kur, co siedziały na jajkach u niej w 
kuchni. 
Nadchodziła wiosna. Pani Barbara tyle się naroiła przed ślubem, co 
będzie siać i sadzić u siebie na wsi w ogródku, lecz przy 
podwórzowej oficynie nie było i ogródka, można było tylko patrzeć, 
jak się przyjmują w doniczkach flance pelargonij, które jej 
podarował sąsiad ogrodowy. Tym bardziej nie można było marzyć o 
tym, co się przedstawiało pani Barbarze jako jedna z największych 
przyjemności małżeńskiego pożycia -o zaproszeniu na lato rodziny 
i koleżanek. Mieszkanie było zbyt ciasne i zbyt nędzne. Tak więc 
pozostawała tylko kuchnia. Bogumił nie był pod tym względem 
człowiekiem wielkich wymagań. Nie był żarłokiem, nie lubił dań 
wymyślnych, ale pani Barbara dobrze widziała, że jeżeli co z 
drobiazgów, służących do opędzania codziennych potrzeb, może mu 
zrobić przyjemność, to gdy na stół podano coś, co lubił, albo gdy 
się w kuchni jakie danie wyjątkowo udało. Może przywiązywał wagę 
do jedzenia, jak kto inny przywiązuje ją do stroju, do wyglądu 
mieszkania lub do zwyczajów życia towarzyskiego. I chociaż byli 
ubodzy i musieli jeść skromnie, lubił, żeby było podane czysto, 
smacznie, bez żałowania przyprawy, i lubił mieć poczucie, że w 
domu nigdy nie brak czegoś do przekąszenia w szafie albo w 
spiżarce. Pani Barbara przeciwnie, jak żyje, nie dbała o jedzenie 
i nie miała w tej dziedzinie prawie żadnych szczególnych upodobań. 
Konieczność jedzenia uważała za pewnego rodzaju upośledzenie 
człowieka i prawdę mówiąc, jeżeli na co kiedy żałowała pieniędzy, 
to na jedzenie. Już prędzej rozumiała przyjemność picia, lubiła 
dobre wino. Starała się jednak, jak mogła, sprostać swym 
kulinarnym obowiązkom i nabrała w pieczeniu, smażeniu i gotowaniu 
pewnej zażartości, a nawet ambicji. Gdy coś przy obiedzie albo 
kolacji szwankowało, ona była tą, co się gniewała. Bogumił bardzo 
lubił ćwikłę ze sztuką mięsa, a także śledzie marynowane z cienko 
do nich krajanym kwaszonym ogórkiem. 
— Fe, fe -myślała pani Barbara o tych potrawach, lecz 
przyrządzała je, a choć były takie prostackie, nadanie im 
odpowiedniego smaku, zapachu i kruchości wymagało całej kopalni 
wiedzy: Często się też to jedno, to drugie nie udawało. Bogumił 
jednak nie dawał niczym wtedy poznać, że się czuje nieswojo, 
spożywał nie wzdragając się i mówił o czym innym, jakby w 
obyczajach jego leżało ujawniać tylko wesołe i dodatnie uczucia. 
Lecz pani Barbara przyciskała go do muru, powtarzając ze łzami w 
oczach: 
— Ty chyba jesz mnie na złość. Przecież widzisz, że mięso twarde, 
że ogórki za słone, że chrzan zanadto sparzony. Dlaczego robisz mi 
na złość? Błagam cię, nie jedz. -I bardzo była w takich wypadkach 
rozżalona. 
Podwórzowe mieszkanie miało tę jeszcze właściwość, że przesiąkało 
podwórzowymi woniami. Póki trwała zima, nie dawało się to we 
znaki, ale wiosną i latem pani Barbara bardzo cierpiała z powodu 
bliskości chlewów, obory i stajni, zwłaszcza gdy jej się 
przypomniało, że świeże wiejskie powietrze było jedną z tych 
rzeczy, na które się jadąc tutaj cieszyła. Już prędzej i łatwiej 
przywykła do nowego dla niej rodzaju ciszy i hałasów, jakie 
panowały w podwórzu. Z początku noce w dawnym pokoiku na Lesznie 
wydawały jej się znacznie spokojniejsze niż noce w Krępie. Tam daleki, 
przytłumiony gwar miasta lub czyjaś zapóźniona, niewyraźna 
muzyka za murami napawały całe jestestwo kojącym poczuciem 
bliskości ludzi, a nie mąciły spokoju i usypiały raczej, niż 
rozbudzały. Tu po skończeniu robót dziennych zapadała nagle tak 
wielka cisza, jakby ludność wymarła, a świat cały zaginął bez 
śladu w nieprzebytych ciemnościach. Ledwo jednak położono się 
spać, stróż nocny zaczynał chodzić i gwizdać przeraźliwie na 
wibrującej metalowej świstawce z kamyczkiem w środku. Nadto jeżeli 
był deszcz i na podwórzu stały kałuże, to miał on zwyczaj 
przechodzić pod samymi oknami Niechciców, gdzie było pasmo bruku. 
To powodowało takie dudnienie w ścianach, że pani Barbara jeszcze 
przed zagwizdnięciem budziła się z najmocniejszego snu. O wpół do 
czwartej dzwoniono już do doju, a dzwonek znajdował się na jednym 
z drzew, stojących w pobliżu ich domu; o czwartej szły znów koło 
ich okien dójki rozmawiając i szczękając bańkami. Zaraz potem 
włódarz łomotał w okiennicę i Bogumił zaczynał się ubierać. Zimą 
zapalał świeczkę i zasłaniał ją rozwartą książką od oczu pani 
Barbary, a później, kiedy nastały wczesne ranki, uchylał okiennicy 
tylko tyle, by poznajdować swe rzeczy. Starał się zachowywać jak 
mógł najciszej, najostrożniej, ale jak zwykle, gdy świadomy 
wysiłek woli jest zanadto ku czemuś napięty, nagle potrącał 
krzesło lub upuszczał coś z piorunującym hałasem. Przerażony 
zastygał wtedy na chwilę, a pani Barbara mówiła: 
— Nic nie szkodzi, ja nie śpię, nie śpię... 
Gdy Bogumił wyszedł, wszystkie odgłosy milkły na parę minut, a 
potem nagle cały dom razem z rodziną ogrodowego, ze starą 
Ludwiczką, psami, tuczącymi się gęśmi i własną pani Barbary 
służącą Bylisią zaczynał się odzywać, wstawać, krzątać, stąpać, a 
i w podwórzu brzmiał już rwetes i zgiełk. 
Na wsi nikt nie miarkuje ni głosu swego, ni hałasu, jaki sprawiają 
przedmioty. Drzwiami wali się tak, że tynk oblata ze ścian, 
okiennice zamyka się, jakby się je chciało połamać w drzazgi, mówi 
się, jakby wszyscy byli głusi. Lecz poza nocą, w ciągu której 
jeszcze i psy nie ustawały szczekać, i poza chwilami wyruszania do 
pracy lub powrotu z pól, na podwórzu przez większą część dnia 
panowała cisza. Jednak nie była to powabna cisza wiejska, pełna 
szumu drzew i szczebiotu ptasząt, jaką pani Barbara znała z 
przechadzek z przyjaciółmi. Była to wielka, prawie przygnębiająca 
cisza opuszczonego miejsca. Wszystko, co żyje, znajdowało się w 
polach lub na pastwiskach, albo wewnątrz budynków gospodarskich; 
podwórze wyglądało wtedy -latem jak płowa pustynia, zimą jak 
całun śmiertelny. Jeżeli nawet kto się ruszał pomiędzy budynkami, 
chodził koło drobiu czy świń albo rznął sieczkę -to kołatanie 
maszyny, odgłos kroków i wabiących stworzenie nawoływań zwiększały 
tylko osowiałe milczenie i pustkę. 
W pierwszych tygodniach pani Barbara myślała, że jej głowa pęknie 
od chwil gwałtu, a serce zamrze z żałości od godzin ciszy, ale 
niebawem przyzwyczaiła się do jednego i do drugiego. Nauczyła się 
nawet mówić gromko, co jej przyszło tym łatwiej, że głos miała z 
natury donośny. Zaś olbrzymie puste godziny wypełniała, czym 
mogła. Książki i gazety, które przysyłała czasami pani Teresa 
Kociełłowa, nie wystarczały, by zająć cały wolny czas; sprzątanie, 
polewanie kwiatów na oknach i przyrządzanie posiłków szło też 
prędko, gdyż Bylisia żwawo się ze wszystkim zwijała. Resztę 
wolnego czasu spędzała pani Barbara najczęściej z wujem Bogumiła, 
Klemensem Klickim. Był to szczupły i drobny człowiek o mętnym 
spojrzeniu bladych oczu, o siwych, bujnych włosach i 
rozwichrzonej, srebrzystej brodzie. Chodził latem w zrudziałej 
czamarze, a zimą w kożuchu, z którego nawet w domu niechętnie się 
rozdziewał, a i jedno, i drugie przepasywał zawsze mocno 
ściągniętym rzemiennym pasem. Nie miał jeszcze lat 
sześćdziesięciu, lecz życie przedwcześnie uczyniło go starcem. W 
czasie powstania dostał był cios kozacką piką w głowę, tak że mu 
pękła czaszka. A kiedy leczył się potem daleko od stron 
rodzinnych, żona jego uciekła z domu z rosyjskim oficerem 
dragonów. Te wypadki były, jak mówiono, przyczyną, że dostał 
obłędu. Jednak obłąkanie jego było spokojne i łagodne i polegało 
głównie na pomieszaniu ludzi, czasów i zdarzeń. Panią Barbarę na 
przykład bardzo lubił, ale kim ona jest -tego nie mógł rozpoznać. 
Zwykle brał ją za gościa, za przebywającą u nich czasowo kuzynkę i 
odnosił się do niej zawsze z wyszukaną uprzejmością. Zmarłą matkę 
Bogumiła uważał za swoją matkę i przeważnie miał ją też za wciąż 
jeszcze żyjącą. Często niecierpliwił się i pytał: "Gdzie mama 
poszła, dlaczego tak długo nie przychodzi?" Czasami zbywano go tym 
lub owym, kiedy indziej tłumaczono mu, że mama nie żyje. Wtedy 
płakał i mówił, że teraz jest już zupełnym na tej ziemi sierotą. 
Co do Bogumiła, to zdawał sobie sprawę, że to jest Bogumił 
Niechcic, jego siostrzeniec, ale uważał go za małego chłopca i 
często obiecywał mu dać w skórę. To znów przychodził czas, kiedy 
poznawał ludzi, ale za to był przekonany, że powstanie trwa ciągle 
i że jest na drodze do zwycięstwa. Naówczas co dzień prawie 
wyobrażał sobie, że tylko na krótko wpadł z obozu do Krępy, żeby 
się zobaczyć z rodziną, i że wnet musi wracać. Niekiedy przez parę 
dni z kolei co wieczór wybierał się do lasu. Latem, gdy go mniej 
pilnowano, zwłaszcza dawniej przed przybyciem pani Barbary, 
Bogumił nieraz, wyszedłszy rano w pole, znajdował go śpiącego pod 
stogiem albo na skraju lasu. Zimą uciekano się do najrozmaitszych 
sposobów, by go w domu zatrzymać. Najbardziej skutecznym było dać 
mu znać po cichu, że Moskale są we wsi i że ma się nie ruszać ze 
swojego pokoju. Wtedy uspokajał się, ale, niestety, na wszelki 
wypadek, żeby go nie znaleźli, chował się do szafy albo pod łóżko 
i bardzo trudno było go stamtąd wyciągnąć. 
Lepiej było, kiedy się pani Barbarze udawało wmówić w wuja Klima, 
że przecież w ostatniej bitwie partia została rozproszona i że 
dopiero taki a taki ma przybyć i dać znać, gdzie się oddział na 
nowo zbierze. Wtedy przez kilka tygodni był spokój. Klemens Klicki 
czekał cierpliwie pory paląc fajkę albo śpiewając półgłosem starą 
panieńską piosenkę: 
Gdy tańcuję zwinna, żywa, 
z wiatrem kosa moja pływa. 
Za mną chłopców rój... za mną chłopców rój. 
W tańcu dłoń mi lekko ściśnie, 
czułym okiem na mnie błyśnie 
narzeczony mój... narzeczony mój. 
Często też, jeżeli pani Barbara była przy nim, opowiadał jej o 
stoczonych potyczkach i swych przygodach w obozie. Bieg jego myśli 
był w tej materii tak prawidłowy, a opowiadania tak malownicze, że 
pani Barbara słuchała go z zajęciem, a nieraz nawet z 
patriotycznym uniesieniem. Wuj Klemens często też wspominał o 
swoich dowódcach, którzy nosili cudzoziemskie nazwiska: Szmeyc i 
Navoni. Na Szmeyca wymyślał, a Navoniego chwalił. Jeżeli Bogumił 
znalazł się w pokoju w czasie tych opowiadań, wujowi zaczynało się 
nagle zdawać, że jest w obozie, i krzyczał na Bogumiła: 
— Wynoś mi się zaraz do matki pod pierzynę, bo cię zbiję na kwaśne 
jabłko. Ja dzieci na rzeź prowadzić nie myślę! 
By wytłumaczyć pani Barbarze przyczynę tego gniewu, Bogumił 
opowiedział jej potem, że po rozbiciu oddziału, w którym był razem 
z ojcem, i kiedy ojca następnie w domu aresztowano, on udał się z 
powrotem do partii i bił się wtedy razem z wujem Klemensem. 
— Ale dziwna rzecz -dodał ze śmiechem -wtedy wuj mnie tak nie 
wypędzał. Chociaż miałem dopiero piętnaście-szesnaście lat. Byłem 
co prawda tęgi, mocny i potrafiłem, jak się okazało, dużo 
wytrzymać. Teraz mu się widać zdaje, że byłem młodszy. 
Raz w lecie nie dało się namówić wuja Klemensa, by na noc został w 
domu. Dostał napadu ostrego szaleństwa, rozbił okno, pokaleczył 
się i musiano go związać. Na pani Barbarze zrobiło to straszne 
wrażenie, płakała tak, że Bogumił się przeląkł i prosił, by nie 
zwracała na obłąkanego biedaka tyle uwagi i nie poświęcała mu tyle 
czasu. 
— Moje dziecko -nalegał serdecznie -moje kochane dziecko. Nie na 
to przecież wyszłaś za mąż, żeby pielęgnować szaleńca. Trudno, 
trzeba go zostawić więcej na Boskiej opiece. Nasza mu i tak już 
wiele nie może pomóc. 
Po tych słowach pani Barbara zaraz poczuła się rzeczywiście 
skrzywdzona przez los i odrzekła z godnością: 
— Cóż robić, muszę wypełniać obowiązki, na jakie zostałam skaza... 
które tutaj zastałam -poprawiła się. 
Od tego czasu pani Barbara to postanawiała sobie, że skoro ma być 
ofiarą, będzie nią w całej pełni i wszystkie swe siły, całe życie 
poświęci wujowi Klemensowi, to buntowała się, że w istocie nie na 
to wyszła za mąż, by pielęgnować obcego sobie bądź co bądź, 
nieprzytomnego człowieka. 
Gdy jednak wpadła z tego powodu w cichą rozpacz, nagle sprawa 
zaczynała jej się przedstawiać inaczej. Przypomniała sobie, że wuj 
Klemens jest powstańcem, człowiekiem, który walczył za wolność -i 
opiekowanie się nim było nie ofiarą ani stratą ostatnich lat 
młodości, ale zaszczytem, honorem, który ją wywyższał ponad inne 
zamożniejsze i weselej żyjące kobiety. 
Zaczynała się wtedy czuć szczęśliwą i siedząc w pokoju wuja z 
jakimś szyciem, śpiewała razem z nim: "Gdy tańcuję zwinna, 
żywa"... Miała przy tym uczucie, że jest słuchana i oglądana przez 
tysiące nieznanych ludzi, którzy lubują się tym widokiem i 
pochwalają jej słuszne postępowanie. 
Tak jednak czy inaczej myślała, od jednego nie mogła się teraz, po 
zaszłym z wujem Klemensem wypadku, uwolnić, to od strachu, od 
niepokoju o niego. Bogumił nie poznawał jej pod tym względem. 
Dawniej, o ile była przy wuju, to była, ale gdy zeszedł jej z 
oczu, to się spokojnie zajmowała czym innym; teraz nie mogła sobie 
dać rady, jeżeli nie wiedziała przez chwilę, gdzie on jest, co 
robi, jak się miewa. Odbiegała do niego od stołu, gdyż wuj Klemens 
na własne życzenie, jako ukrywający się, jadał u siebie; w nocy 
usłyszawszy kroki zrywała się w przekonaniu, że to nie stróż, lecz 
wuj Klemens wybiegł na dwór i chodzi pod oknami -a w ciągu dnia 
bez ustanku, jeśli sama tam być nie mogła, posyłała do jego pokoju 
Bylisię nakazując: -Idź no, zajrzyj, czy starszemu panu co się 
nie stało! 
Bogumił dziwił się z początku tej wzmożonej wrażliwości uczuć w 
stosunku do wuja Klemensa, ale niebawem zauważył, że pani Barbara 
i o niego teraz czasem zaczynała się bać. Gdy wracał do domu nieco 
później, niż należało, witała go słowami: -Jezus Maria, myślałam, 
że coś się stało. -I czego też dotąd nie bywało, niepokoiła się 
nawet o matkę i o siostrę, i gdy jakiś czas nie pisały, drżała o 
ich życie i zdrowie. Jakby napad szaleństwa, któremu uległ wuj 
Klemens, wzniecił w niej czy też pobudził do życia wrodzony może 
brak zaufania do otaczającej ją rzeczywistości, podał w wątpliwość 
bezpieczeństwo przebywania na świecie. 
Strach o wuja Klemensa zmuszał ją na przekór prośbom Bogumiła i 
własnym nieraz postanowieniom do jeszcze częstszego niż dawniej 
przebywania z chorym, chociaż obcowanie z nim przynosiło coraz to 
nowe udręki. Bo pani Barbarze zdawało się teraz ciągle, że zaczyna 
być w ciąży i nawet kiedy była jak najczulej usposobiona do 
starego powstańca, to bała się, że on ją nagle jakim wybrykiem 
przestraszy albo że widok tej poszwankowanej na umyśle ludzkiej 
istoty wpłynie w jakiś sposób ujemnie na przyszłe dziecko. 
Czasem wyśmiewała po cichu samą siebie za te myśli, tłumacząc 
sobie, że przecież w cechy duchowe niepodobna się zapatrzyć -ale 
gdy się już nieco uspokoiła, przychodziło jej na myśl coś 
gorszego, że nie z zapatrzenia, a z dziedziczności jej dzieci mogą 
być głupie. Małoż to się nasłuchała od studiujących przyrodę braci 
albo w rozmowach towarzyskich z ich kolegami o teorii 
dziedziczności? A jak się okazuje, rodzina jej będzie z obu stron 
obciążona skłonnością do chorób umysłowych. Wszak śród 
Ostrzeńskich był też wariat, niejaki Jacuś. Pani Barbara pamiętała 
go dobrze, bo żył na łaskawym chlebie u radcy Joachima. Siedział 
zawsze na szarym końcu wielkiego gościnnego stołu w Piekarach i 
bał się, że go legumina nie dojdzie. Tak że już przy zupie 
zaczynał lamentować powtarzając: "A dla Jacusia leguminy nie ma". 
Oni, młodzi, robili sobie wtedy z tego lamentu żarty i tym 
niefortunnym zdaniem posługiwali się w swych rozmowach jak 
dowcipną, wieloznaczną cytatą, lecz teraz miało ono tylko jedno 
znaczenie i brzmiało w jej wnętrzu jak zła wróżba, że jej dzieci mogą 
być idiotami. 
Jednak była jeszcze nadto młoda, aby miała dać się znękać tego 
rodzaju strachami. Znajdowała na nie ratunek, i to nie w rzeczach, 
które by pozostawały w jakimś z nimi związku, ale w całkiem 
pobocznych, które jednak zawierały w sobie nieoczekiwaną pociechę. 
I tak na przykład, gdy bardzo bała się pozostawać sam na sam z 
obłąkanym, a odejść nie mogła, bo znów bała się go też zostawić 
samego, przyszło jej raz do głowy, żeby z nim pójść posiedzieć do 
ogrodowej. Ogrodowy stolarz nazywał się Nebelski, żonie jego 
puchły nogi tak, że niewiele mogła chodzić i nawet latem całe 
tygodnie siedziała nieruchomo, to przędąc len swój lub cudzy, to 
zeszywając z kolorowych, obrzucanych włóczką gałganków serwety i 
dywaniki. Umiała też robić koronki na klockach, którego to 
przemysłu nauczyły ją panny ze dworu. Pani Barbara zaczęła więc do 
niej przychodzić i uczyć się roboty owych koronek. 
Nebelscy zajmowali dosyć dużą schludną izbę z podłogą i dwoma 
okienkami. Ich córka krzątała się po izbie, wuj Klemens palił 
fajkę albo nucił swoje wieczne: "Gdy tańcuję zwinna, żywa"... -a 
pani Barbara pomagała ogrodowej w robocie. I natychmiast jej myśli 
o dziedziczności albo strach przed zapatrzeniem czy też lęk, by 
wuj Klemens nie dostał ataku szału, znikały, przemijały bez śladu, 
jakby możność przebywania z nim śród ludzi zapewniała jej 
bezpieczeństwo nie tylko na teraz, lecz i na przyszłość. Nebelska 
opowiadała pani Barbarze w czasie tych jej odwiedzin o ich 
pochodzeniu. Trudno jej było ścierpieć, by ktokolwiek znajomy z 
nimi nie został wtajemniczony dokładnie w to, że byli szlachtą, że 
kiedyś posiadali majątek. I gdyby nie źli krewni, co ich wyrzucili 
z ojcowizny, nie potrzebowaliby dzisiaj siać pietruszki na cudzym, 
ale spaliby w puchu, a jedli na porcelanie. Czasem wpadał od 
roboty Nebelski, wołał: -Gdzie piłka od gałęzi? -a potem 
zatrzymawszy się na chwilę potwierdzał słowa żony. Wyciągał nawet 
i pokazywał swoje dowody szlachectwa, które zawsze przy sobie 
nosił. Brał jednak tę sprawę z dobrej strony i chełpił się, że 
chociaż tak podupadł, to jako szlachcic i tak wszędzie jest 
pierwszy, gdyż wszystko, do czego się zabierze, umie lepiej zrobić 
niż drudzy. Był pięknym mężczyzną i odbijał wyglądem od wszystkich 
folwarcznych ludzi w Krępie. Miał wąską twarz, głęboko osadzone 
błękitne oczy z dużymi przeźroczystymi powiekami, nosił bujne 
jasne wąsy i niewielką jasną brodę, obciętą w klin. Pani Barbarze 
przypominał portrety holenderskich mistrzów, których kopie i 
fotografie widywała w Warszawie. Nebelski rozumiał się na tym, że 
nie wygląda jak prostak, cenił to w sobie, nosił się z tym, jakby 
to był widoczny dla wszystkich jego herb. Nieraz mówił: -A choć 
ja szkół nie znałem, to żebym nawet gnój rozrzucał po polu, każdy 
pozna po mnie, żem pan. A po czym pozna? Po szyku. 
I mrużąc oko w stronę pani Barbary, dodawał: 
— Pani to rozumie, bo pani sama jest z panów. 
Pani Barbara czerwieniła się i pomijała to milczeniem. Za nic w 
świecie nie mówiłaby z tymi ludźmi o swoim pochodzeniu, o 
tradycjach swojego rodu. Zdawało jej się, że stawiałaby się tym z 
nimi na równi, a przecież jednak byli zupełnymi prościuchami, 
trochę lepszymi chłopami, on zaś pomimo niepowszedniego wyglądu 
zaledwie się umiał podpisać. 
Na początku jesieni cały ten tryb życia uległ zmianie. Wuj Klemens 
mimo zdwojonej czujności pani Barbary zdołał się w pewien dżdżysty 
wieczór wymknąć z domu. Szukali go we troje, Bogumił, Nebelski i 
pani Barbara. Znaleźli go dopiero około północy w lesie, w miejscu 
zwanym Gryczoł. Był boso, miał na sobie tylko czamarę i kalesony. 
Przemókł i dygotał tak strasznie, że nie mógł iść. Bronił się 
zresztą, nie dał się ruszyć z miejsca. Był przekonany, że został 
napadnięty przez Moskali, i złorzeczył, że żywym nie da się wziąć. 
Na koniec osłabł tak, że Bogumił i Nebelski wzięli go na ręce i 
zanieśli do bryczki. Niechcicowie posadzili go między sobą, objęli 
ramionami i okryli, czym mogli, lecz wszystko było mokre, tak że 
starzec wciąż trząsł się. Całą drogę to jęczał, to coś mówił. 
— Hasło -powtarzał -hasło... Szmeyc świnia, źle prowadził. Niech 
żyje Polska. -Wpatrywał się w ciemności przed sobą i wołał: -Nie 
tędy. Na prawo, ośle, na prawo! -a potem pytał znękany: -Daleko 
jeszcze -Michał -jak myślisz, czy to jeszcze daleko? 
Pani Barbara przyciskała go mocno do siebie i zanosiła się od 
płaczu. Na szczęście nikt nie słyszał, gdyż bryczka hałasowała, 
kałuże chlustały pod kołami, a deszcz i wiatr szlochały razem z 
nią. 
Nazajutrz wuj Klemens nie wstał już z łóżka. Chorował trzy 
tygodnie na zapalenie płuc. Przywożono doktora, stawiano mu bańki 
i zwyczajne, i cięte, lecz nic już nie pomogło, i umarł. W czasie 
choroby niezmiernie poweselał. Chciał ciągle widzieć przy sobie 
panią Barbarę. Uśmiechał się do niej i powtarzał z tkliwością: — Moja ci to Marysiuchna kochana. -Brał ją za swoją zbiegłą żonę, o 
której przedtem nic nigdy nie wspominał. Myślał, że do niego 
wróciła. Pogrzeb miał cichy i skromny. Dwór krępski przysłał przez 
Nebelskiego wieniec z jedliny. Z Borku przyjechali Ładowie. 
Później, gdy już było po wszystkim, Bogumił i Barbara poszli 
uporządkować pokoik wuja Klemensa. A gdy skończyli, siedzieli tam 
jeszcze chwilę rozpamiętując minione dnie. Było już prawie ciemno, 
pani Barbara prosiła Bogumiła, żeby zaśpiewał tę piosenkę, w 
której powtarzają się słowa: Teraz polami, borem, lasami i ostępem 
marsz. 
Nie mógł sobie jej dobrze przypomnieć, długo milczał, paląc fajkę, 
a w końcu zaczął nucić. Lecz prześpiewał tylko pierwszą zwrotkę i 
rzekł: 
— Wiesz, nie mogę... 
Pani Barbara zapłakała. 
— Dajże spokój -prosił Bogumił. -Przecież to dla niego takie 
szczęście, że umarł. Idzie sobie na koniec bez przeszkody tymi 
polami, borem, lasami... Nie szarpiemy go, nie ciągniemy do domu. 
— Ja nie nad nim -odparła -tylko tak... 
— A nad kim? -spytał. 
— Nad czym? -poprawił się po chwili. 
— Nad tym -szepnęła ku jego zdziwieniu -że nie rozumiem, po co 
to wszystko toczy się, mija... 
Po śmierci wuja Klemensa pani Barbarze przybyło dużo czasu, z 
którym w dalszym ciągu nie bardzo wiedziała, co zrobić. 
Cokolwiek chciała zapocząć, zaraz sobie uprzytomniała, że aby 
rzecz mogła pójść należycie, brak jej tego lub tego i że w takich 
okolicznościach może osiągnąć tylko daleko skromniejsze wyniki, 
niż pragnęła, a więc wolała nie kusić się o żadne. Tak, na 
przykład, mając pod oknem tylko miejsce na mały klombik, nie 
zrobiła żadnego. -Kwiaty? Dom w kwiatach powinien tonąć -mówiła 
— ale nie żebym miała ich tyle, co na cmentarzu na grobie. 
Za to podziwiała piękno natury tam, gdzie zostało ono szczodrze, 
bez ograniczeń i dla wszystkich jednakowo rozpostarte -to jest na 
łące i w lesie. Co prawda w głąb lasu nie zapuściłaby się za żadne 
skarby świata, błąkała się tylko po jego skrajach i pilnowała się, 
aby wychodzić przed południem, kiedy nie było obawy, że ją 
zmierzch może zaskoczyć. 
Jesień owego roku była długa, pogodna i ciepła, a widoki 
różnobarwnych zarośli tak urozmaicone, jak urozmaiconym pragnęłoby 
się widzieć swe życie. Zaś piękność świata cieszyła panią Barbarę 
w taki sposób i z taką siłą, jakby była pięknością jej własną, 
zdolną jej przynieść mnóstwo powodzenia i szczęścia. 
Raz jednak w czasie takiej przechadzki zlękła się, bo usłyszała 
wyraźnie, że w mokradle zarośniętym olszyną coś rusza się i 
czochra. Natychmiast przyszło jej do głowy, że to dzik, i puściła 
się pędem do domu. Kiedy mijała rzeczkę, ujrzeli ją żołnierze, 
którzy pławili tam konie, i zaczęli na jej widok pokrzykiwać. Pani 
Barbarze, zamierzającej właśnie na łączce nad rzeczką wytchnąć i 
przyjść do siebie, dodało to jakby skrzydeł. Słyszała za sobą 
tętent, była pewna, że ci Moskale ją gonią, a nawet, że ją już-już 
chwytają za włosy. Bez tchu biegnąc tyłami obór i stajen dopadła 
domu i godzinę leżała na pół żywa na łóżku, nim się wreszcie 
opamiętała. Potem przez kilka dni chodziła nieswoja, bo nie 
wiedziała, czy kto widział ten jej nikczemny strach. Raz jej się 
zdawało, że wszyscy to widzieli, to znów uspokajała się, że 
oczywiście -nikt. Sama nie powiedziała o tym nawet mężowi, bo się 
wstydziła zarówno tego, że tak nie wiadomo przed czym uciekła, jak 
i tego, że miała czas chodzić na takie wycieczki. A w cichości 
ducha dręczyła się jeszcze i tym, że zmykała tak przed najeźdźcami 
i wrogami ojczyzny. Czuła się pohańbioną na wieki i na próżno 
pocieszała się tym, że uciekała nie jako Polka, ale jako bezbronna 
kobieta przed gromadą dzikich, rozbestwionych zapewne chłopów. 
Tak, ale jakże pięknie byłoby zachować się tak, jak Polce 
przystało -a więc stanąć, coś im powiedzieć, pouczyć ich, że 
rycerz nie zaczepia przelęknionej kobiety, lecz śpieszy jej na 
pomoc. Zaś gdyby pojęli i ofiarowali jej tę pomoc, wtedy byłby 
czas dumnie im na to odrzec, że Polka nie przyjmuje pomocy od 
nieprzyjaciół ojczyzny. I całe to wydarzenie powracało raz po raz 
do jej pamięci z coraz to innym, a coraz bardziej wzniosłym i 
odważnym zakończeniem. Aż póki nie wyrugowała go inna, złośliwsza 
troska. 
Latem okazało się to złudzeniem, ale teraz znowu, po raz już nie 
wiem który, pani Barbara miała wrażenie, że chyba zaszła w ciążę. 
I na myśl o skutkach, które mogła ściągnąć na dziecko przez swoje 
wariactwo, nie sypiała po nocach, płakała, a nawet się modliła, 
chociaż nie była nabożna. Zaniechała też zupełnie samotnych 
spacerów i jeśli miała parę godzin wolnych, to biegła raczej do 
pani Zenobii Ładziny do Borku. Tu droga szła przynajmniej cały 
czas wsią i między domami, a iść do miasteczka, nawet wobec 
spotkanych ludzi, nie był to żaden wstyd. Wszak mogła mieć 
sprawunki. 
Z panią Ładziną czytały razem książki przysłane przez Teresę 
Kociełłową, a czasem szyły wspólnie sukienki i fartuszki dla 
synków pani Zenobii. Pani Barbarze tak dobrze to szło i dzieciom 
było czasem tak ładnie w tym, co zrobiła, że przypatrując się 
swemu dziełu gorzko żałowała porzuconego krawiectwa. 
— Miałabym już może niedługo własny magazyn -mówiła -i byłabym 
samodzielnym człowiekiem. Siostry Kunke dorobiły się na strojach 
damskich majątku i ze mną byłoby to samo, bo mnie nieraz po cichu 
mówili, że mam więcej od nich zdolności. A najważniejsze, 
mieszkałabym w Warszawie, gdzie każdej chwili można coś ciekawego 
zobaczyć, posłyszeć, przeczytać. 
I rozpaliwszy się, mówiła o przeżywanych tam w panieństwie 
rozkoszach. Raz opowiadała treść sztuczki Musseta oglądanej w 
teatrze, to znów przytaczała szczegółowo, co słyszała była na 
odczycie o wyspie Kubie, o morzach, niebach podzwrotnikowych, o 
palmach i zwyczajach mieszkańców. 
— Tak -dodawała. -Byłam głupia. Bałam się początków. Zdawało mi 
się, że być podręczną czy płatną panną w magazynie to nie dla mnie 
— że tego nie przetrzymam. Uważałam, że wyjść za mąż jest czymś 
najwięcej pochlebnym dla kobiety. A nad tym się nie zastanowiłam, 
żem tu przecie nie poszła na nic lepszego. Co prawda, to 
wiedziałam, że odjadę daleko i że nasze marne warunki nie będą 
moim znajomym tak ciągle biły w oczy, a miałam nadzieję, że po 
pewnym czasie dojdziemy i tu do czego innego. 
— I dojdziecie, dojdziecie -pocieszała ją pani Ładzina. -Któż by 
miał dochodzić, jak nie tacy jak wy? Ty z twoją inteligencją i pan 
Bogumił. Ja wierzę w pana Bogumiła. 
— I ja też wierzę -odpowiadała pani Barbara i zaczynała spieszyć 
do domu. Czuła się winna, jakby ubliżyła Bogumiłowi, i chciała mu 
jak najprędzej czymś dobrym wynagrodzić te myśli, o których nie 
wiedział. 
W niedzielę po południu, o ile Bogumił nie był we dworze na 
konferencji rządców, co się zjeżdżali z folwarków należących do 
Krępy, to Niechcicowie jeździli czasem z wizytami do Ładów lub 
innych znajomych z Borku, do sekretarza sądu, poczmistrza, 
księdza, do paru okolicznych dzierżawców. Niekiedy przyjęli kogoś 
u siebie, lecz nie mogli przyjmować ani często, ani większej 
ilości osób na raz ze względu na ciasnotę mieszkania. Jeździli też 
na proszone obiady do Hipolita Niechcica, tego, który był 
świadkiem na ich ślubie. Panią Barbarę zrazu to życie towarzyskie 
dosyć nęciło. Nie spodziewała się w swoim nowym środowisku znaleźć 
zrozumienia dla rzeczy, które ją zajmowały, ale ze swych 
dawniejszych tu przyjazdów pamiętała, że znajdowała w nim zawsze 
przynajmniej podziw i pochwałę dla swej urody i szyku, dla swych 
zalet umysłowych i towarzyskich -i tego podziwu spodziewała się 
nadal. Tymczasem kiedy zetknęła się bardziej na co dzień z tymi, 
co tak niedawno chwalili jej układ, jej wzięcie się, jej gust i 
wysokie wykształcenie, okazało się, że posiadają oni mnóstwo zalet 
i umiejętności, mających tu na miejscu pierwszorzędne znaczenie, a 
pani Barbarze obcych jak najzupełniej. A już pod wszystkimi 
względami czuła się przewyższona przez panią Urszulę, żonę 
Hipolita Niechcica z Turobina. 
Turobin był to folwark pobudowany dość lada jako na pustce, na 
leśnych wycinkach -reszta dużego majątku, dawniej 
rozparcelowanego. Dom był nowy, zwyczajny, z gankiem wspartym na 
czworokanciatych, tyle tylko że ociosanych słupkach. Młody ogród 
nie dawał jeszcze cienia, podwórze było jak u chłopów zaraz przy 
domu. 
Bogumił i Barbara przyjeżdżali zazwyczaj około dwunastej rano i 
zastawali w domu samego tylko pana z młodszą córeczką Helcią. 
Wchodzili do salonu, gdzie wszystkie meble, nie wyłączając 
fortepianu, okryte były pokrowcami, a na wyszczotkowanej podłodze 
krzyżowały się we wszystkich kierunkach domowej roboty chodniki. 
Hipolit Niechcic był wysokim człowiekiem o bardzo ozdobnych rysach 
twarzy i ciemnym zaroście. Miał pański garbaty nos i duże 
granatowe oczy, świecące tak, jakby się zawsze gniewał. Usta jego 
i cera twarzy były szarawe, bez życia, bez koloru i może dlatego 
nie wyglądał młodo mimo pięknej urody. 
Przywitawszy gości, oznajmiał, że żona i starsza córeczka zaraz 
wrócą z kościoła. Zasiadali tedy i czekali, a on zabawiał ich 
pokazując to fotografie rodziny, to rozmaite pamiątki. Gdy zaś 
wyczerpała się rozmowa o pamiątkach i fotografiach, zajmowano się 
Helcią. Uważano ją w domu za przyszłą piękność i było we zwyczaju 
razem z gośćmi podziwiać jej czarne rzęsy, modre oczy, złote 
włosy, cudowną cerę, a także jej grzeczność i dobre serce. 
— A matkę -mówił Hipolit Niechcic -to już tak kocha, że dałaby 
się za nią w kawałeczki pokrajać. 
W trakcie tego nadjeżdżała pani Urszula Niechcicowa z kościoła i 
wszyscy wyszedłszy na ganek patrzyli na sunącą dokoła gazonu 
karetę. 
Urszula Niechcicowa była przystojną, różanolicą blondynką z 
dołeczkami w policzkach, zawsze starannie i według mody ubraną. 
Towarzyskie obcowanie z nią polegało głównie na oglądaniu wyników 
jej niezliczonych umiejętności. Od razu, gdy po przyjeździe z 
kościoła zjawiła się w salonie, wypadło podziwiać jej płaszczyk i 
jej kapelusz, gdyż były to rzeczy własnej roboty, a nie 
ustępujące, jak musiała przyznać pani Barbara, najlepszym wzorom z 
żurnalu. Urszula Niechcicowa górowała nad panią Barbarą już tym 
samym, że nie skończywszy jak ona żadnego kursu krawieckiego była 
mimo to doskonałą krawczynią, krótko mówiąc, krawczynią z Bożej 
łaski. 
Cóż dopiero, gdy zaczęła oprowadzać panią Barbarę po kurnikach, 
gdzie stało bez liku kojców z nasadzonymi na jaja kurami, 
indykami, kaczkami, perlicami -jeśli to była wiosna, lub gdy ją 
zawiodła do spiżarni. Co tam były za konfitury, za gruszki w 
miodzie i occie, co za pikle i korniszony, jakie rydze i grzyby w 
marynacie, co za konserwy z jarzyn! Pani Barbara była tak 
oszołomiona, że już się nawet nie starała dochodzić, jakim cudem 
pracowitości i sztuki dobywało się to wszystko z nader młodego 
ogrodu. Przy stole próbowano różnorakich specjałów popijając 
równie znakomitymi domowej roboty winami i wódkami, a pani Barbara 
nie skrywała, że i co do smaku wszystko było wystawowe. Takich 
owoców smażonych, takich tortów nie jadła i w Warszawie u Lursa, a 
takich wędlin -ani nawet na Litwie. A i obrus, na którym jedli, 
był przez panią domu zimowymi wieczorami ślicznie wyhaftowany. 
Podnosząc jego brzegi, żeby się przyjrzeć wyszyciom i koronkom, 
pani Barbara miała uczucie, że ogląda zarazem własną swą nicość. I 
nie mogła się nawet pocieszyć, że jeżeli nie posiada w takim 
stopniu sztuki prowadzenia domu, to za to strawiła młodość na 
innych, bardziej idealnych sprawach. Bowiem stan posiadania 
Urszuli Niechcicowej i pod tym względem też wcale nie szwankował. 
Nie była wprawdzie obznajmiona z naukami przyrodniczymi ani 
prądami społecznymi, ale za to skończyła nie -przeznaczone dla 
plebsu -rządowe gimnazjum, lecz wytworną klasztorną pensję. Nawet 
pod względem znamion patriotyzmu wyprzedzała panią Barbarę, nie 
umiała bowiem po rosyjsku, którą to mową ciemięzców pani Barbara 
władała dosyć biegle. Urszula Niechcicowa znała za to francuski i 
muzykę i tym się też umiała pięknie, w razie potrzeby, popisać. 
Jedną z niewielu rzeczy, jeżeli można użyć tu tego wyrazu, którymi 
się u państwa Hipolitostwa nie chwalono, była starsza córeczka 
Ania. Uchodziła ona za krnąbrną, swawolną i brzydką. Raz, w chwili 
upadku ducha, pani Urszula przyznała się, że ta wyrodna dziewczyna 
chodzi jak chłopak po dachach i że chętniej przebywa ze służbą niż 
z rodziną. Pani Barbarze jednak podobała się ona tysiąc razy 
więcej niż ładna Helcia. 
Była to siedmioletnia, chuda i nad wiek długa dziewczynka, oczy 
miała równie piękne jak ojciec, ale o daleko przyjemniejszym 
wyrazie. Błyszczał w nich jakby wieczny zachwyt nad wszystkim. 
Jeżeli ją coś zabawiło, to zanosiła się od śmiechu w sposób tak 
zaraźliwy, że nawet jej rodzice nie potrafili utrzymać wtedy 
powagi. Bywała jednak i chmurna, zwłaszcza gdy jej kazano 
wychodzić do salonu do gości. Kręciła wówczas ponuro, wychylające 
się spod pokrowców, pomponiki lub frędzle, aż póki czego nie 
urwała, a wtedy, zgromiona, odchodziła, stawała za firanką przy 
oknie i chuchała na szybę pisząc coś na niej palcem. Lecz pani 
Barbarze udało się z nią raz czy dwa razy pogawędzić i 
stwierdziła, że potrafi ona do rzeczy i z werwą opowiadać o swych 
zabawach z dziećmi folwarcznymi, a nawet odtwarzać te zabawy 
śpiewając i tańcząc. Była towarzyska, nie lubiła tylko, gdy ją 
przywoływano, by odpowiadała na popisowe pytania, i gdy jej przy 
tym co dwa słowa przeciwstawiano Helcię mówiąc: -Patrz, jaka ona 
mała, a jaka grzeczna, jak ładnie odpowiada! 
Pani Barbarze podobało się w niej to wszystko. -A ja tę Anię 
lubię -mówiła -widzę w niej duszę jakby tuż-tuż pod skórą. 
Ciekawa jestem, co z niej wyrośnie. 
Hipolit Niechcic swoim gospodarstwem folwarcznym też nie bardzo 
się chwalił. Pokazywał czasem to źrebaki, to byczki, lecz u niego 
nie szło wszystko tak dobrze. Jego wyniki gospodarcze były takie, 
że Bogumił wzdychał i kręcił nad nimi głową. Toteż wolał on mówić 
o dawniejszych splendorach rodu usiłując obrazami przeszłości 
podtrzymać podupadającą teraźniejszość. Jednej niedzieli, w czasie 
oczekiwania na powrót pani Urszuli z sumy, wyciągnął spod 
fortepianu rocznik starego pisma i pokazał pani Barbarze rycinę 
wyobrażającą nagrobek rycerza. Napis pod ryciną objaśniał, że 
nagrobek jest znakomitym dziełem sztuki, a postać na nim 
— wizerunkiem zmarłego w XVII wieku chorążego ziemi drohickiej, 
Adriana Niechcica. Na płycie owego nagrobka znajdować się miał 
wiersz, który tu był przytoczony w następujących słowach: 
Tu leży komes Adrian Niechcic, 
od śmierci zraniony, 
z Anny Radolińskiej, 
z ojca Stanisława zrodzony, 
który ojczyźnie swojej dobrze się zachował 
więcej miecza i zbroje niż domu pilnował. 
Gdy pani Barbara odczytała tę pośmiertną poezję, Hipolit Niechcic 
wstał i dobył ze starego sekretarzyka dokumenty, które udało mu 
się niedawno zdobyć, a które świadczyły, że on właśnie pochodził w 
prostej linii od owego chorążego Adriana. Ten zaś wywodził się z 
rycerzy, którzy byli towarzyszami króla Bolesława Krzywoustego. 
— A teraz -rzekł -oto, co zostało. Resztki Turobina. A jeżeli 
nie będę miał syna, to i ród zginie. 
Bogumił słuchał obojętnie, paląc fajkę, a pani Barbara czerwieniła 
się, gdyż miała wrażenie, że siedzą tu oboje niby złoczyńcy 
używający nieprawnie znakomitego nazwiska. 
— Słuchaj -rzekła potem do Bogumiła -przecież wy jesteście 
krewni, więc i ty także musisz pochodzić od owego Adriana. 
Przecież masz nawet w metryce drugie imię zapisane Adrian. 
— E, to chyba przypadek -powątpiewał Bogumił. -Urodziłem się 
może na świętego Adriana. A co do pochodzenia, to matka opowiadała 
mi, że któryś z naszych pradziadów, tylko nie wiem, czy mój, czy 
Hipolita, był usynowionym przez Niechciców znajdą. Ale kto by tam 
takich rzeczy dochodził. 
Pani Barbara nagle się zatrwożyła. 
— Nie -odparła -takie rzeczy trzeba przecież na pewno wiedzieć. 
— Po co? -zadziwił się Bogumił. -Ale owszem, jeżeli ci na tym 
zależy, to mogę się zabrać z Hipolitem do wyjaśnienia tej sprawy. 
Pani Barbara teraz jeszcze bardziej się zlękła. 
— Niech Bóg broni! -oburzyła się. -Cóż ty myślisz, że ja 
przywiązuję wagę do takich rzeczy? Wasze herby zaczynają się nie 
od jakichś tam wojen za Bolesława Krzywoustego, ale od tego, 
czyście byli w powstaniu, czy nie. Ty byłeś -a Hipolit niech się 
sobie chwali swoim Adrianem. Daj mi słowo, że mu o niczym nie 
wspomnisz. 
Ale Bogumił nie potrzebował nawet i słowa dawać, bo ledwo 
skończyli o tym przedmiocie mówić, natychmiast o nim zapomniał. 
Za to pani Barbara była dalej tą sprawą zajęta. 
— Ród! -swarzyła się. -A co mnie na przykład po rodzie? 
Ostrzeńscy pochodzą podobno od Spytka z Melsztyna i cóż to ma za 
znaczenie, choćby dla moich braci? Znaczenie ma to, że są 
wykształceni, to im otwiera wszystkie drogi. O! Co tam komu po 
Adrianach, po herbach, gdy ludzie są do niczego. Ten Hipolit 
wydaje mi się człowiekiem do niczego. Ona -owszem, pyszna 
gospodyni. Ale w gruncie rzeczy, wiesz, gromadzić tak zapasy, co 
latami stoją w spiżarni, to nie jest żadne życie. To tak, jakby 
człowiek spodziewał się już tylko samego złego, samego niedostatku 
i chciał się zabezpieczyć przed głodem. No, nie? Ja ci mówię, że 
ten dom cały próchnieje -tylko ta Anka robi na mnie wrażenie 
jakby takiej świeżej gałązki, co wyrośnie i zakwitnie. 
— Czym ona tam zakwitnie -dodała po namyśle -to nie wiem, ale to 
nie będzie już w Turobinie ani w tym całym tutejszym świecie. 
Przyznaj mi, że mam rację. 
— Masz, masz -śmiał się Bogumił -tylko ja się aż dziwię, skąd 
tobie tyle rozmaitości przychodzi naraz do głowy. 
A jednak, mimo takiego osądzenia Urszuli Niechcicowej, pani 
Barbara wracała od niej zawsze pogrążona w podziwie i czarnych 
myślach. W takim samym usposobieniu wracała zresztą zewsząd, 
dokądkolwiek bądź pojechali. Mój Boże! Wszak ona się tylko tego 
obawiała, że poślubiwszy człowieka, co nie miał obycia 
towarzyskiego ani wyższego wykształcenia, będzie się czuła 
upośledzona wobec swego dawnego, wyższego świata. Tymczasem sto 
razy bardziej upośledzona czuła się tu, gdzie nie umiała tego, co 
wszyscy umieli. Jakże była słaba i niedołężna wobec tych 
wszystkich skrzętnych, zapobiegliwych gospodyń! A taką się sobie 
wydając, tym bardziej marzyła, jaka by to była przyjemność, gdyby 
ją one uwielbiały, lubiły, podziwiały. Bo uwielbienia i podziwu 
łaknie się najczęściej w okresach słabości i bezradności, gdy aż 
tego potrzeba, by poczuć, że się istnieje. 
Więc śniąc wyobrażała sobie, że w ciągu krótkiego czasu wyprzedzi 
w umiejętnościach pani domu wszystkie okoliczne znajome, a wówczas 
pokaże im, jak się trzeba do tych rzeczy odnosić. O, nie będzie 
się tak krępująco chwaliła, jak pani Hipolitowa z Turobina. Nie, u 
niej dobre rzeczy będą się zachwalały dyskretnie, same przez się. 
Wszyscy będą o nich mówili -prócz niej. Ona zaś będzie prowadzić 
dom otwarty, nie po to, by schlebiać brzuchom i gustom do 
niewyszukanej zabawy, ale by ociężałych ludzi tutejszych nauczyć, 
że sens istnienia polega na szlachetnych zajęciach umysłowych. 
Tak, zasmakują w rzeczach, o których im się nawet nie śniło, i 
będą mówić o niej: "Świetna z niej gospodyni, co za kuchnia, a 
gospodarstwo, ho-ho! A jednak nie zasklepiła się w domowym 
deptaku. Ma szerszy pogląd na rzeczy i wniosła nowego ducha w 
życie tych stron". 
Wtem, gdy dom jej będzie już i tak wystarczająco słynąć, rozlegnie 
się wiadomość, że w "Kłosach" lub w "Tygodniku" ukazał się jej 
artykuł. Będzie to rzecz społeczna, piętnująca gnuśne życie 
prowincji zajętej tylko spiżarnią. O, jakże wszyscy tutejsi ludzie 
poczują się nędzni, kiedy to przeczytają. Jak się tu wszystko 
zaroi, zamrowi nowym życiem, jak ją wszyscy otoczą, jak zapragną 
odmiany, ona zaś -cóż ona zaproponuje? Ona rzuci myśl założenia w 
Borku czytelni. 
Tu w marzeniach pani Barbary następowało puste miejsce, a potem 
błyskała myśl: -Nie, lepiej rozlegnie się wiadomość, że wydała 
ona powieść, pamiętnik swojej młodości. A może rozlegnie się 
wiadomość, że młody Krępski zakochał się w niej. Nie widziała go 
dotąd, bo był gdzieś za granicą, ale dlaczego by się w niej nie 
miał zakochać? Wszak kochało się już w niej: raz, dwa, trzy... 
pięciu ludzi. Młody Krępski jest podobno niebywale ładny -tak że 
ona też nie pozostanie obojętną, on zaś zapragnie przeprowadzić 
rozwód. A wtedy ona odpowie: -Jestem żoną powstańca, który ważył 
swe życie dla ojczyzny, i będę mu wierna do śmierci. I dumna 
jestem, że jestem matką jego dziecka. 
Ach, i zaraz pojawiało się owo dziecko, a nawet dwoje, chłopiec i 
dziewczynka, oboje piękni, oboje tak od urodzenia pod każdym 
względem niezwykli, tak uzdolnieni, że już po nich tylko widać 
było od razu, jakie jest właściwe miejsce Barbary i Bogumiła na 
świecie. 
I tak kłębiło się wszystko: dzieci, konfitury, powieści, artykuł, 
wiele artykułów, czyjeś oświadczyny, sukcesy gospodarskie, 
moralne, towarzyskie, losy najrozmaitsze, a wszystkie jakby dla 
niej stworzone, bo biedny człowiek, jeśli nawet nie potrafi dobrze 
przeżyć jednego życia, chciałby ich przeżyć z dziesięć. Ambicje 
rosły w długie, nie zajęte godziny, a w końcu stawały się tak 
nienasycone, że pani Barbara przestawała się czuć w możności 
zaspokojenia choćby jednej. Wtedy dziczała, kryła się przed 
ludźmi, nie chciała do nikogo jechać, bała się, że jak ją ludzie 
zobaczą w jej nędznym obecnym stanie, to się zrażą i nie zdoła ich 
już zjednać potem, gdy nadejdzie jej czas. Ale czy on nadejdzie? 
Nie nadejdzie, nie nadejdzie, życie jej zostało zmarnowane! Nie 
widziała dla siebie ni czasu, ni miejsca stosownego na świecie i 
chciała umrzeć młodo. 
Tak bywało raz po raz, ale kiedy indziej brała się do tej lub owej 
roboty, śpiewała i cieszyła się, że żyje. Gdyż była młoda i miała 
Bogumiła. O tak, mogła śmiało dziękować losom, że wyszedłszy za 
mąż bez miłości, jego właśnie dostała. Bogumił był jej pociechą i 
ucieczką przed koszmarami, Bogumił okazywał jej ten podziw i to 
uznanie, których potrzebowała. A kiedy czasem sama się przed nim 
kajała, że nie jest dosyć dobrą dla niego gospodynią -odpowiadał, 
że nie dba o to wcale. 
— Jak to -mówiła -nie dbasz, kiedy ja przecież widzę, w jakim 
jesteś dobrym humorze, jak ci nastawiają przekąsek, napitków. Na 
pewno chciałbyś, żebym ja była gospodarna. 
— Owszem -odpowiadał -lubię i to. Kto by tego nie lubił. Ale 
lubię tak samo żyć i bez tego. Mógłbym jeść co dzień to samo, spać 
na ziemi. Wódki mogę nie widzieć. Ja się do wszystkiego w życiu 
przyzwyczaiłem i nie przejmuję się tymi rzeczami. 
— A czym ty się przejmujesz? -pytała przypomniawszy sobie, ile 
dziedzin życia wartych zajmowania się nimi nie istnieje dla niego. 
— Tobą -odpowiadał niezmiennie, a z takim zawsze wyrazem głosu i 
twarzy, jakby to nie było słowo zwyczajne, lecz jakiś akt 
strzelisty do uwielbianych bogów. 
— Nieprawda -mówiła powstrzymując się od śmiechu i udając, że się 
oburza na taką zalotność nie w porę. -Ja wiem dobrze -dodawała co 
jest dla ciebie ważniejsze. Buraki. 
— Ano tak -przyznawał ze śmiechem. -Ano tak. 
I rzeczywiście, żył on swoją robotą na podwórzu i w polu do 
takiego stopnia, jakby od jej przebiegu zależała nie tylko 
zamożność właścicieli dóbr Krępa i jaka taka pomyślność ich obojga 
— lecz losy świata. W tym roku kiedy się pobrali, w Krępie 
zaprowadzono po raz pierwszy uprawę buraków cukrowych. Ileż rozmów 
z panią Barbarą miało za temat tę sprawę. Wiosną Bogumił 
wtajemniczał ją we wszystkie szczegóły zasiewu, przerywania i 
radlenia. Musiała nawet iść z nim w pole zobaczyć, jak buraki 
wyglądają, kiedy rosną za gęsto, a ile miejsca zyskały i jak się 
mogą rozkrzewić po przerwaniu. Jesienią, gdy zaczęto je kopać i 
odstawiać do świeżo zbudowanej przy szosie cukrownianej "kantorki" 
— był prawie nieprzytomny. Wstawał przede dniem i wyruszał z 
fornalami do wagi. Nieraz całe dnie bez jedzenia przebywał w polu, 
na kantorce albo w samej cukrowni, a wpadłszy na chwilę do domu 
jadł coś prędko, martwił się, że buraki mają za duży procent 
zanieczyszczenia, i pytał: 
— Jak myślisz, czy jakbym tak zaczął płacić od morga, to nie 
lepiej by je przy kopaniu otrząsali z ziemi? 
A potem stawał przy oknie i śpiesząc się przeglądał książeczki, 
katalogi i artykuły w czasopismach, poświęcone tej wielkiej w 
krajowym rolnictwie nowości. 
Tak było, a jednak prawdę mówił, gdy mówił do swej żony: "Tobą. 
Tobą się tylko przejmuję". 
Bo choć ubogie, niepełne i mało rzeczy tego świata obejmujące 
wydawało się pani Barbarze jego życie, to jednak żył on więcej niż 
jednym życiem, żył dwoma i obu im oddawał się pełną piersią; 
wszystek poświęcał się miłości i wszystek poświęcał się pracy. I 
jeżeli prowadzał panią Barbarę na pole, i zwierzał się jej z 
rolniczych kłopotów i projektów, i pytał: "Jak myślisz?" to nie 
dlatego, że chciał zasięgnąć jej rady i nie, że pochwalić się 
pragnął swoim działaniem, ale że wszystko było dla niego nie 
zakończone, nie dokonane, gdy ona nie spojrzała, nie usłyszała. A 
jeżeli w nocy zdyszany spoczywał u jej boku i zasypiał już, i 
raptem budził się, i mówił: "Słuchaj, wiesz, ja dziś odstawiłem 
całe dwadzieścia furmanek" -to sobie wtedy uprzytomniał, jak 
bezbrzeżnej dostąpił z nią tylko co szczęśliwości, skoro także i w 
pracy wszystko się dobrze powiodło. 
Nie miał on czasu, by tyle z panią Barbarą przebywać, ile chciał, 
lecz i w najkrótszą chwilę umiał okazać żarliwość, której inny by 
nie zmieścił w obszernym dniu miłości. Gdy się spóźniał na obiad 
lub kolację, pani Barbara, która lubiła, żeby wszystko było na 
porę, nie mogła go się doczekać i wychodziła czasem za próg, a 
bywało, że i dalej ku drodze, skąd miał przybyć. 
— Co tu robisz? -pytał nadchodząc, a ona mówiła: -Czekam na 
ciebie. -Albo: -Chciałam wyjrzeć na ciebie. 
Zaś on nie mógł po prostu w to uwierzyć, nie posiadał się z 
radości i mówił: -To dopiero ja dziś jestem szczęśliwy. -I nawet 
potem w domu, przy stole, raz jeszcze powtarzał chytrze: -Czy 
wiesz, co mnie spotkało? Moja najmilsza wyszła po mnie na drogę. I 
ona wobec tego nie czyniła mu już wyrzutów, że się spóźnił. 
Nic też dziwnego, że niewiele od niej wymagał pod względem 
kobiecych umiejętności. To, że istniała na świecie, było już dla 
niego tak dużo. 
— Bylem tylko wiedział, że jesteś -mówił często -i że ci się ze 
mną nie przykrzy. 
I to nie mogło nie cieszyć pani Barbary, to nie mogło jej się na 
razie znudzić. Czasem próbowała przy tej lub innej okazji myśleć: 
— Czemu takim nie okazał się tamten, którego na darmo kochałam 
przez osiem lat? -Lub też na odwrót, porównywała, jak ubogimi 
były słowa miłości, słyszane od Bogumiła, wobec rzeczy, które 
Józef Toliboski umiał w tej sprawie powiedzieć. O, jego słuchając 
czuła się nie tylko wyróżnioną, ale jakby obdarowaną 
właściwościami, których dotąd nie miała. Potrafił on każdy jej 
ruch, każdy wyraz twarzy do czegoś cudownego porównać, we 
wszystkim, co jej dotyczyło, dopatrywał się stu znaczeń, a każde z 
nich czyniło ją na inny sposób czarowną i zajmującą. Lecz mimo 
całe owo gruchanie poszedł żyć z inną i nie on, a Bogumił dał jej 
poznać miłosną zażyłość. Do tej zażyłości nie była może 
szczególnie całym swym jestestwem usposobiona, ale chcąc nie 
chcąc, zaznała stąd radości tęgiej jak ów kielich miodu, którym ją 
w narzeczeństwie Bogumił na sankach poczęstował. Bogumił był 
dorodny, tkliwy i stanowczy i powzięła do niego upodobanie, które 
ją silnie zaprzątało. Zwłaszcza bliskimi stali się sobie pod tym 
względem po śmierci wuja Klemensa. W owym czasie pani Barbara 
chętnie i z upojeniem chroniła się przed czarnymi myślami dnia w 
cienie długich nocy, w które Bogumił darzył ją miłością częstą, a 
niewymyślną, pełną nie wymagającego zachwytu i niestrudzonej 
ochoty. 
Pod wpływem życzliwych i wdzięcznych uczuć, które stąd powstawały, 
pani Barbara częściej teraz i już nie z samej tylko 
niecierpliwości wychodziła mu w pole naprzeciw, a gdy potem 
wracali drogą, więcej też ze sobą i szczerzej rozmawiali. 
— Powiedz mi -pytała go raz -jak to się stało, że ty szkół nie 
skończyłeś? O twojej rodzinie słyszałam, że zwracano w niej na 
takie rzeczy uwagę. 
— Tak -wyrzekł po namyśle -ale wiesz przecież, jakie potem 
przyszły na nas okoliczności. Byłem żołnierzem, a kto się raz bił 
na wojnie, temu niełatwo powrócić do nauki. Ale zresztą może bym i 
powrócił, gdybym miał inne usposobienie. Ale ja byłem dosyć tępy w 
matkę -i taki jakiś z natury skłonny do upadku. A kiedy 
musiałem już ostatecznie uchodzić z kraju, tom po tych obcych 
światach przez dziesięć lat częściej bywał pod spodem niż na 
wierzchu. Kiedyś ci to opowiem, teraz to jeszcze się wstydzę. 
Tylko nie myśl, żem jakie świństwa robił, choć może... Lecz jeślim 
robił, tom zawsze potem żałował. Ale najgorsze było to, żem się 
stoczył między takich ostatnich bez jutra. I jak się w końcu 
wydobyłem na tyle, żem tu wrócił, żem dostał to miejsce i matkę 
odnalazłem -tom jeszcze nie dowierzał, że to na długo. Wciąż mi 
się zdawało, że tylko wytchnę i znów się na tamtą stronę 
potoczę... 
I w samej rzeczy odetchnął z całej siły, a potem dodał: 
— Dopiero jak ciebie zobaczyłem, to mi błysła nadzieja, że jest 
jakieś życie przede mną. Ja nawet nie rozumiem, skąd mi się wzięła 
śmiałość, żeby obstawać przy tym, że masz być moją. Wszakżem nie 
miał żadnej pewności, czy mi jesteś wzajemną, prędzej mogłem 
przypuszczać, że nie. Ale com się chciał cofnąć, to mnie coś jakby 
za łeb brało i jakby mówiło, by na te niepewności oczy zamknąć, bo 
inaczej zginiemy oboje. Bo ja miałem takie jakieś przekonanie, że 
i ciebie coś nęka, co ci może nie wyjść na dobre, jakbyś została 
sama. 
— Tak było -odparła przyśpieszając kroku. 
— Ano widzisz -rzekł Bogumił spochmurniawszy na mgnienie. -Ja 
tam nie dochodziłem, co to było, ale wierzyłem, że przy mnie ci to 
przejdzie. I myślę... -zatrzymał się i jakby przechodząc na inny 
temat dokończył: 
— I myślę, że mając ciebie stoję na pewnym gruncie i będę mógł do 
nie wiem czego dojść. 
— Do czego na przykład? -zapytała. 
— Nie wiem, ale tak -myślę, że niejedno przy tobie potrafię 
zrobić, może co naprawdę pożytecznego dla ludzi. 
Dawniej bałem się swej złości. Łatwo wpadałem w złość. Ale teraz i 
tego się nie boję, wiem, że będę dobry dla ludzi, kiedy ty jesteś 
przy mnie. 
— Nie, ty i beze mnie byłeś takim -powiedziała lojalnie. 
Tak tedy szli drogą od pola ku domowi, a ona myślała: 
— Co za szczęście, że mu nigdy przedtem nie powiedziałam, że go 
nie kocham. 
Gdyż czuła się teraz tak, jak gdyby go kochała, i świat cały 
dokoła zdawał jej się wonny, zdawał się rzewny i śpiewny. 
— O tak -powtarzała w duchu -jest wiele prawdy w tym, co starzy 
mówią, że choć się wyjdzie za mąż bez miłości -można potem 
pokochać. I nie przez obowiązek, ale tak, ponieważ widać wielu 
jest ludzi na świecie, których można pokochać. A może to mnie się 
tylko tak szczęśliwie trafiło? 
Był zmierzch i grudzień za pasem, ale czas łagodny i cichy. Świeża 
ciemność drażniła oczy, jak światło. Daleko na zachodzie, w 
szparze między ciemnofiołkowymi chmurami zorza czerwieniała niby 
żarzące się głownie. Wysoko nad głowami Barbary i Bogumiła śród 
sinych, pokawałkowanych obłoków lśnił tu i ówdzie czysty przestwór 
tak zielony, jakby nie niebem był, a łąką, i takiej pełen 
świeżości, jakby nie zimę zwiastował, ale wiosnę. 
Po Nowym Roku dworek dawnego administratora nagle pewnego dnia 
opustoszał i Niechcicowie mogli się do niego wprowadzić. Pani 
Barbara zrazu się dąsała mówiąc, że mieszkania tego za nic teraz 
nie przyjmie, i dopiero po długich namowach poszła je z Bogumiłem 
obejrzeć. 
— Widzisz, dobrze się stało -mówił Bogumił po drodze -że nie w 
zeszłym roku, a w tym je obejmujemy. Bo w tym roku tak ciepło, 
można je odnowić, a w zeszłym to byśmy byli musieli wprowadzić się 
w te brudy po Winczewskich. 
Gdy się znaleźli przy furtce, pani Barbara ujrzała, że wszystkie 
drzwi i okna dworku były pootwierane. Przed sienią stały spryskane 
wapnem kubły, beczki, wewnątrz słychać było echowe odgłosy 
chlastania pędzli, skrobania, suwania czegoś ciężkiego. W progu 
powitał Niechciców Nebelski. Twarz miał pokrytą białymi i szarymi 
kleksami. 
— Tak, proszę pani -mówił z werwą -Nebelski i to musi potrafić. 
Pani Barbara obeszła cały dom i nie skrywała radości. Cztery 
wygodne pokoje, choć zachlapane wapnem, były nawet w tym stanie 
pysznymi komnatami w porównaniu z klitkami w oficynie. Co to 
mówić, piękniej tu było niż wszędzie, gdziekolwiek dotychczas 
mieszkała, a niezmierzone przestrzenie łąk i nieba, które widać 
było przez okna, zdawały się także należeć do mieszkania i 
wzbogacać je posiadłością bez granic. 
— Wszystkie pokoje są słoneczne -objaśniał uszczęśliwiony Bogumił 
— a w tym tutaj słońce świeci podobno przez cały dzień. 
— O, to ja już w tym roku zaproszę i mamę, i Tereńkę! -wykrzyknęła 
pani Barbara. I miała uczucie, że teraz dopiero wychodzi naprawdę 
za mąż. 
Lecz wieczorem ogarnęły ją troski. 
Jezus Maria -mówiła -a jeśli Winczewscy dostali złe mieszkanie i 
zaczną nam zazdrościć albo źle życzyć. Albo najeżdżać nas tu 
zaczną, żeby nas wygryźć, i gadać może będą, żeśmy ich spod dachu 
wygnali. 
— Wygnali? Spod dachu? Kogo? Winczewskich? -zadziwił się Bogumił. 
— Ależ oni siedzą pod świetnym dachem. Czy ja ci nie mówiłem? 
Wzięli ogromną dzierżawę. 
Pani Barbara niby to się ucieszyła, ale w gruncie rzeczy 
zmarkotniała, tylko na inny sposób. 
— Ech -rzekła -pewno się tak tylko przechwalają. 
— Nie, to jest prawda. Winczewski umiał się przez ten rok 
zakrzątnąć koło swych spraw. Doszedł do jakichś pieniędzy i wziął 
w dzierżawę majątek... 
Bogumił przerwał, by nabić sobie fajkę, i pani Barbara musiała 
kilkakrotnie zapytać: "jaki majątek?", nim się dowiedziała, że 
Jarosty. 
— Jak to -pytała oszołomiona -te same Jarosty? 
— Te same -odparł śmiejąc się i błaznując. -Wielkie rzeczy! Te 
same. 
Tak jest. Skonfiskowane Niechcicom po powstaniu Jarosty należały 
do rosyjskiego ministra czy generała, który przez dwadzieścia lat 
odbierał z nich dochody za pomocą rządzącego ekonomami Żyda 
Szmulki. W końcu jednak uprzykrzyli się sobie wzajemnie z tym 
Żydem, czy też sprawiły to intrygi Winczewskiego, który miał 
podobno stosunki w guberni, tego już Bogumił dokładnie i na pewno 
nie wiedział -dość, że były administrator Krępy wziął Jarosty w 
długoletnią dzierżawę. 
Pani Barbara była tą wiadomością wstrząśnięta i znów nie chciała 
przenosić się do dworku. Bo jeżeli dorobić się, to znaczy brać w 
dzierżawę folwarki po tych, co padli w klęsce, w takim razie 
lepiej zostać w oficynie w podwórzu i być zepchniętym na samo, 
samo dno. Teraz nie uważała już tego za poniżenie. Owszem, dumnie 
stawała na progu z dzikich kamieni. Czuła się wywyższona honorem 
innego rzędu, tym, co wynika z doznania najwyższej 
niesprawiedliwości. W oczach i twarzach ludzi, co przechodząc 
podwórzem rzucali na nią spojrzenie, czytała myśl: 
— Patrzajcie -tak mieszkają ci, co mogli żyć w jarościńskim 
pałacu, lecz woleli ponieść ofiarę dla ojczyzny. 
Lecz nikt tak nie myślał -bo choć wiedziano, że "amistrator" 
poszedł na dzierżawę do Jarost, ale to było z Krępy opętane 
dziesięć mil drogi -mało komu było wiadome, czyje były dawnym 
czasem owe Jarosty, a i komu było wiadome, to nie pamiętał lub 
zgoła nie widział w całej sprawie nic szczególnego. 
I Bogumił nie widział w niej nic szczególnego. Jeden spada, drugi 
idzie do góry -tak już bywa na świecie. Gdy oznajmił o tym pani 
Barbarze, było mu nieprzyjemnie. Krew mu wtedy uderzyła do głowy, 
jakby był zmuszony ogłosić popełnioną przez kogoś nieprzyzwoitość, 
ale później przestało go to zaprzątać. 
Nie oburza cię ta nikczemność? -wyrzucała mu pani Barbara -to 
pójście na służbę do grabieżców? 
— A jakże -odpowiadał na to -oburza mnie. 
— Tak tylko mówisz -nacierała -ale w gruncie rzeczy nic cię to 
nie obchodzi. 
— Ależ obchodzi mnie -zapewniał. -Tylko że Winczewski na pewno 
nie zastanawiał się nad tym, co za majątek bierze. Ludziom idzie o 
to, by żyć. A zresztą gdzie Jarosty, gdzie my? -i obracał to w 
śmiech. 
Nie miał on poczucia własnej krzywdy. -Grabież? -mówił. -Niech 
się martwią ci, co ją popełnili. Ja się mogę nad nimi najwyżej 
litować. 
— I czy ja miałem czas przyzwyczaić się do tego, że mam Jarosty? 
Byłem takim smykiem, gdy się wszystko skończyło. 
Tak. Mogło mu najwyżej być żal wspomnień dzieciństwa, lecz tych w 
żadnym wypadku nikt go nie mógł pozbawić. Tej majętności, co ją 
człowiekowi pamięć uzbiera, nie strawi ogień i nie zabierze woda. 
A i do tego skarbu czy miał kiedy czas i potrzebę myślą wracać? 
Zaledwie by potrafił ustalić swoją tożsamość z chłopczykiem, co 
miał na swój użytek służbę, liczne pokoje, aksamitne ubranka. A 
zwłaszcza teraz, gdy był pochłonięty przenosinami do dworku. 
Naznaczał różne dnie, a potem cofał się, gdyż to lub owo nie było 
całkiem gotowe. Na koniec jednego ranka pani Barbara z Bylisią i 
Ludwiczką popakowały wszystko, powiązały, ludzie powynosili 
sprzęty i ładowali je na furmankę. Pani Barbara była w dobrym 
humorze, gdyż pogoda sprzyjała. Dzień był jaskrawo słoneczny i tak 
niezwykle ciepły, że nawet nieprzebyte zimowe błota na podwórzu 
podeschły. Takie dnie, gdy się zdarzyły zimą, przypominały pani 
Barbarze gorącymi barwami nieba i słońca krajobrazy południa, 
które pamiętała z warszawskich wystaw malarskich. Przypominały je 
więcej niż najgorętsze dnie lata, gdyż były bardziej w naszym 
klimacie niebywałe. 
Życie w dworku nie miało najmniejszego podobieństwa do czasów 
spędzonych w podwórzu. Pani Barbara nie znajdowała się już w 
siedzibie danej rodzinie Bogumiła poniekąd z łaski. Obejmowała 
dom, który im się, jako pracownikom, należał. A przy tym było to 
obejście samo w sobie, zamknięte płotem, osłonięte od oczu 
ludzkich ogrodem, drzewami, zaroślami, tak że można było zapomnieć 
o tym, że się jest sługą. Nie była to istotna zmiana warunków, a 
jednak te drugorzędne okoliczności zdawały się poprawiać ich 
stanowisko. A i ludzie zaraz to też odczuli. 
Bylisia przestała się uważać za służącą zmarłej starszej pani, 
zaczęła się z panią Barbarą lepiej rozumieć, i być w obowiązku na 
tym miejscu wydawało jej się czymś lepszym. Poprosiła nawet 
nieśmiało o postąpienie zasług, na co pani Barbara się zgodziła, 
gdyż miała na myśli, że będzie teraz więcej pracy w ogrodzie i 
przy drobiu, którego miała nadzieję sporo sobie uchować. Do ogrodu 
zaczęła przychodzić i Ludwiczka, już nie jako sąsiadka, lecz jako 
ktoś do roboty, najmowała się za grosze albo za strawę. I pani 
Barbara chętniej też okazywała, że ją uważa za równego sobie wobec 
praw naturalnych człowieka, i swobodniej z nią rozmawiała, niż gdy 
ją widziała kimś wysłużonym, w jedno mieszkanie posadzonym i za 
jedno niemal potraktowanym z matką Bogumiła, żoną zesłańca, osobą 
wygnaną z dóbr swych przez nieprzyjaciół ojczyzny. 
Ludwiczka była wdową, miała już siedemdziesiąt lat i trzymano ją 
na pewnego rodzaju łaskawym chlebie; dzieci jej pomarły, rozeszły 
się po świecie, dwoje wywędrowało nawet aż do Brazylii. Potraciła 
je z oczu, z myśli, nawet z pamięci -podobnie jak samice zwierząt 
tracą swoje dorosłe młode. Sama była jeszcze jednak dziarską 
staruchą, bynajmniej nie pochyloną ku ziemi, rozrośniętą, dotąd 
nie pozbawioną pociągającego wyrazu w twarzy ni blasku w oczach. 
Mogłaby już nie robić, bo miała kąt i strawę, ale wciąż pracowała 
to u tych, to u tamtych, przysparzając sobie lepszego bytu i 
ludzkiej życzliwości. Życie swe całe przeżyła w czasach 
pańszczyzny i często o tym z lubością opowiadała. 
— Toć -mówiła -choć i teraz państwo są dobre, ale pierw lepiej 
było. Bili -przyznawała -kto mówi, że nie bili? Ale bili na 
oczach, sprawiedliwie, i każdy wiedział, co go i za co czeka. 
Nieboszczyk, starszy jaśnie pan Krępski, dobrze na wszystko uważał 
i zawdy dołożył abo nagrodził, jak człowiek dostał za mało czy za 
dużo. A dziś co? Mało to razy karbowy abo i włódarz kogo zerżnie, 
potrąci, pokaleczy -a ze skargą iść, to się wyprze, i po drugie, 
każdemu strach, żeby się nie mścił. 
I znów opowiadała, jak było, niepomna, że nie pańszczyznę 
wspomina, lecz swą młodość. Należała zresztą, co prawda, do tych, 
co w każdym układzie stosunków potrafią zaznawać szczęścia -i 
czasy teraźniejsze też jej się miłymi wydawały, już przez to samo, 
że były. Mimo tej szczęśliwości usposobienia miała zwyczaj co 
chwilę płakać. Płakała nie z żałości, lecz ze wzruszenia, które ją 
ogarniało przy byle sposobności. A czasem -by wzbudzić żałość w 
innych, co jej na dobre wychodziło. 
Pani Barbara bardzo serio brała jej wynurzenia o pańszczyźnie. 
— Na co ci ludzie zeszli -mawiała Bogumiłowi -przez to poniżenie 
ich w ludzkiej godności, na jakie byli skazani! 
On zaś milczał, gdyż nie miał o tym zdania, lub też mówił 
niepewnie: 
— Ludźmi wszelako zostali, jak i każdy. 
Pani Barbara usiłowała Ludwiczce zagadnienia społeczne tłumaczyć 
po swojemu, gdy we dwie razem obrabiały w ogrodzie zagonki pod 
warzywo. 
— Prawdziwi, jak się należy, panowie nie bili i dawno już znieśli 
pańszczyznę. U mojego dziadka w Iwanowicach i w Barłogach ludzie 
nie robili pańszczyzny, tylko płacili z morga i nikt nie miał 
prawa ich bić. 
Ludwiczka zastanowiła się chwilę, a potem zapytała: 
— Z morga? Nie robili pańszczyzny? 
Po czym dodała bliska płaczu: 
— O Jezuchnu! To jak się ten dziaduś wielmożnej paniusi nazywał? 
— Nazywał się Laurenty Jaraczewski, był panem co się zowie, a 
każdego uważał za człowieka równego przed Bogiem i przed prawem. I 
pani Barbara poczerwieniała, przypomniawszy sobie, że jej matka 
opowiadając kiedyś o swoim zamążpójściu rzekła: -Ojciec mnie 
kochał, ale nie miał mnie za człowieka. 
Ludwiczka tymczasem ustała w robocie i płakała rzewnymi łzami. 
— Za człowieka! -mówiła szlochając. -I nazywał się Jaraczewski! 
Wieczny odpoczynek racz mu dać, Panie, jaśnie paniuchnowi naszemu 
kochanemu! 
A uspokoiwszy się nieco i wróciwszy do grządek podjęła 
współczująco i z przekonaniem: -Toteż bez to państwo one majątki 
utracili. W naszych stronach też byli takie panowie, to oni się 
między sobą mularzami poprzezywali i ziemię chcieli nadawać, ale 
ludziom strach było takich słuchać, bo oni się z diabłami 
zmawiali. To jak raz jednego takiego w Borku chowali, to diabły 
jego trumnę z woza do góry podnieśli i tak tę trumnę nosili, aż ją 
koło cmentarza boreckiego upuścili, ale już w tej trumnie tego 
pana nie było, bo on zaraz z tej trumny wyszedł i w psa czarnego 
się obrócił, i psem do dziś dnia ludziom się pokazuje, i niejeden 
go widział. 
— Co za brednie opowiadacie -zaperzyła się pani Barbara. — Najpierw to wszystko nieprawda. Przecież mój dziadek należał do 
takich mularzy, a byli w Polsce i księża, co do nich należeli. A 
potem, tutejszy dziedzic z żadnym diabłem nie trzyma, co tydzień 
się spowiada, a swoją drogą jeszcze przed powstaniem od 
pańszczyzny ludzi uwolnił. 
Ludwiczka i na to miała zaraz odpowiedź: -To jest znów insza 
rzecz -mówiła. -Nasz pan dziedzic Krępski musieli mieć nakazane 
w pokucie za jakiś ciężki grzech, żeby się tyla ziemi z majątku 
pozbyć. A teraz -dodawała -teraz już co innego. Teraz jest ukaz 
od samego cesarza. Ale ja się uchowałam za pańszczyzny -kończyła 
z dumą. 
Pani Barbara nie tylko w ogrodzie, ale i w mieszkaniu rozwinęła 
ożywioną działalność. Nie było, co prawda, czym tak bardzo 
zastawić czterech słonecznych pokoi. Największą ich ozdobę 
stanowiły dwa piękne politurowane orzechowe łóżka. Były one darem 
ślubnym radcy Joachima Ostrzeńskiego i przybyły aż z Piekar pod 
Kalińcem. Miały szczyty owalnej formy, nazywane przez panią 
Barbarę "medalionami", i miały pękate, ładnie wygięte nogi. W 
ciemnym pokoiku oficyny, gdzie się zaledwie mieściły, nie zwracało 
się na nie uwagi, lecz tu, w blasku słońca, wyglądały nadzwyczaj 
efektownie. Cóż jednak! -nie można ich było mieć we wszystkich 
pokojach. Posiadali jeszcze jeden mebel, godny tej nazwy -szafę 
jesionową, która została po matce Bogumiła. Drzwi tej szafy 
dzieliły się jakby na cztery pola, w których słoje drzewne były 
tak ułożone, że wiły się i mieniły jak chybotliwe płomienie. Pani 
Barbara lubiła tę szafę, lubiła patrzeć w te drzwi, mówiła, że ją 
to usposabia do marzeń. Reszta sprzętów były to sosnowe stoły i 
stołki, pociągnięte rumianą farbą jak u chłopów. Ale pani Barbary 
to nie zniechęcało; ubóstwo w nowym domu miało jednak cechę 
warunków, w których można było coś zrobić. Pojęła obecnie, do 
czego może być potrzebne zeszywanie dywaników ze starych 
gałganków. Nauczyła się tego i całe popołudnia spędzała nad tą 
niewdzięczną robotą. Pani Ładzina dopomogła jej ofiarowawszy całe 
pudło gałganków. Cięły z nich z Bylisią albo z Ludwiczką kawałki 
zakończone z jednej strony owalnie, z drugiej prostokątnie i 
obrzucały każdy kawałek włóczką odpowiednio dobranego koloru. 
Następnie na podkładzie z workowego płótna przyszywało się te 
skrawki takim sposobem, jak leżą dachówki na dachu, albo łuska na 
rybie. I można było dobierać je w ten sposób, aby tworzyły 
desenie; pani Barbarze przypomniało się, że jej matka umiała z 
owych gałganków układać nawet krajobrazy. Ona jednak nie była taka 
zdolna. Poprzestała na tym, że na jednym z dywanów pomieszała 
wszystkie kolory bezładnie i nazwała go "pstrym", na dwu innych 
zdołała ułożyć skrawki w kwadraty i koła. Wkrótce więc miała trzy 
różnobarwne nakrycia, które położyła na ławach pod ścianami, i to 
zastąpiło kanapy. Stół zaś i dwa stoliki okryła serwetami, które 
sama zrobiła na klockach i szydełkiem. Deseń był niewyszukany gwiazdy 
i gwiazdki połączone pajączkami, lecz ujrzawszy to dzieło 
rozłożone przed sobą pani Barbara nie mogła się powstrzymać, by 
nie zaśpiewać, i zaśpiewała sobie na cały głos: 
Hej, użyjmy żywota, wszak żyjem tylko raz, niechaj ta czara złota 
nie próżno wabi nas. 
Najwięcej przecież cieszyły ją pnie brzozowe, które Nebelski 
przyrządził jako słupki. Stały po kątach i pani Barbara 
umieszczała na nich szare dzbanki nabyte na targu i w te dzbanki 
wkładała dzikie zioła lub kwitnące i owocujące gałęzie, których 
zawsze dość było po lasach i zaroślach. Poszyła też do okien 
firanki z białego muślinu w kropki i naflancowała mnóstwo 
pelargonij, które tam w podwórzu nie chciały rosnąć, a tu ku jej 
radości, wsadzone w marcu, w czerwcu zaczęły już kwitnąć. 
Dokonawszy tego wszystkiego aż słabła z wielkiej radości, aż nie 
wiedziała, co robić, aż przysiadała to tu, to tam i przez godzinę 
czasem, z coraz to innego miejsca, przyglądała się w uniesieniu 
rzeczom, które zdziałała. Biedny człowiek dąży do tego, by 
uczynkiem zaświadczyć i samego siebie raz jeszcze przekonać o swym 
istnieniu, by zrobić coś, co się da z daleka obejrzeć, siebie 
samego w taki sposób przekroczyć, stać się światem, dotykalną i 
przedmiotową cząstką całej rzeczywistości dokoła. A opanowany tą 
chęcią czyni, co może, i nie zawsze wie, czym to, co uczyni, 
będzie dla drugich, jakie to miejsce zajmie śród niezliczonych 
zjawisk. Czyni, na co go stać, zeszywa dywaniki, urządza 
mieszkanie, wywraca i wznosi państwa. I tym ujawnieniem siebie 
było dla pani Barbary urządzanie się w nowym domu. I chciała, by 
ktoś z tego jej czynu korzystał, ujrzał go, czuł się tu dobrze, 
ocenił. O, teraz lepiej rozumiała Hipolitową z Turobina! I już jej 
się ona nie wydawała tak bardzo małostkową! Teraz i ona pragnęła, 
by ktoś z nią chodził, oglądał, co w każdym pokoju zrobiła. Ano, 
Bogumił znajdował się tu na to jakby z natury rzeczy. I oczywiście 
cieszył się, chwalił wszystko, jak mógł, ale radość jego była 
inna, nie taka, na jaką pani Barbara czekała. Bogumił radował się, 
że panią Barbarę to nowe mieszkanie bawi i rozwesela. Kładł palce 
między niciane gwiazdy serwety i mówił żartobliwie: 
— Co za prześliczne dziury. 
Albo w tkliwym pobłażaniu pytał, co będzie, jeśli zaczepi o którą 
z tych dziur guzikiem. Ale z ważności tego, co się w domu działo, 
nie zdawał sobie sprawy. On swe twórcze instynkty zaspokajał 
kierując pracą na polu, a do domu przychodził, by się nasycić 
miłością, spoczynkiem, snem, jedzeniem, rozmową ze swym kochaniem. 
I wszystko byłoby w porządku, lecz pani Barbara ze smutkiem 
zauważyła, że z tych wszystkich rzeczy mieszkanie było dla niego 
ostatnią. Domowe wygody i piękno obchodziły go tyle, co 
zeszłoroczny śnieg, nie miał pod tym względem żadnych niemal 
potrzeb, a ona tę właśnie potrzebę tak bardzo czuła się na siłach 
w nim zaspokoić. 
I miał też inne gusty. Ile razy pragnął się przypodobać i chciał 
jakim własnym pomysłem pokoje przyozdobić -wywoływał tylko niesmak 
i oburzenie. 
Na szczęście pani Barbara czekała odwiedzin rodziny, a nikt nie 
wydawał jej się bardziej odpowiednim do radowania się ich nową 
siedzibą niż rodzina. 
Nowe mieszkanie usposobiło ich zresztą tak przedsiębiorczo, że na 
Wielkanoc tego roku wybrali się sami do Kalińca. Pani Barbara 
gorączkowała się do tej podróży w nieopisany sposób. Wszystko ją 
do niej pchało. Teraz już niewątpliwie była w ciąży trzeci czy 
czwarty miesiąc -na pewno nie wiedziała, bo niezmiernie 
skrupulatne obliczenia ciągle jej się myliły. Chciała jednak 
jechać koniecznie, póki jeszcze to nie jest widoczne. To znów jej 
się zdawało, że wkrótce umrze, i pragnęła przed śmiercią zobaczyć 
matkę i siostrę, zwłaszcza siostrę. Zaś najczęściej prześladowała 
ją myśl, że jeśli nie pojadą z poślubną niejako wizytą do rodziny, 
to rodzina do nich też nigdy nie przyjedzie. 
Bogumił nie uważałby tego za szczególniejszą klęskę, ale panią 
Barbarę ta myśl wytrącała zupełnie z równowagi, była nie do 
zniesienia. Trzeba więc było jechać, trzeba też było pokazać, że 
nie są tak związani obowiązkiem, aby nie mogli się ruszyć. Bogumił 
lękał się, żeby pani Barbarze ta podróż nie zaszkodziła, dużą 
część drogi odbywało się końmi. Do Mławy pięć mil drogi, a potem z 
Kutna karetką pocztową cały dzień. Lecz pani Barbara tak bardzo 
chciała jechać, że się nie bała, i pewnego dnia wyruszyli 
zabrawszy koszyk świątecznych wiejskich smakołyków. 
W Kalińcu mieszkali u Kociełłów i było im tam dobrze. Mąż pani 
Teresy miał jeszcze jakieś dochody z resztek rodzinnej majętności 
na Litwie, a prócz tego zajmował niezły urząd w zarządzie 
gubernialnym. Pani Barbara miała mu to po cichu za złe, ale z 
drugiej strony ułatwiało to sytuację o tyle, że nie odczuwała w 
tym domu niższości swego służebnego stanowiska. Przeciwnie, być na 
służbie w polskim folwarku zdawało jej się czymś dostojniejszym 
niźli służyć u Rosjan. To poczucie dodawało jej pewności siebie i 
napełniało nawet jakby wdzięcznością dla szwagra. Był to zresztą 
przyjemny, wesoły człowiek, który przyjął Niechciców otwartym 
sercem, a potem znikł i mało się przez czas ich pobytu w domu 
pokazywał. Teresa mówiła, że tak jest zawsze i że nawet dzięki ich 
przyjazdowi teraz częściej go widzi. Oprócz posady pochłaniały go 
interesy, do których miał pewnego rodzaju namiętność, a oprócz 
interesów trzymały go jeszcze za domem i hulanki. Miał sławę 
najlepszego w Kalińcu znawcy win, karciarza i codziennego gościa 
starej winiarni Peszkego, gdzie w sklepionej izbie, zwanej 
"kątkiem", zbierała się lepsza część kalinieckiego męskiego 
towarzystwa, ta, która pragnęła używać krótkiego życia "nie 
szlifując", jak się mówiło, salonów rządowych, co czynili inni 
bardziej płaszczący się i giętcy. Poza tym, jeśli chodziło o 
wykształcenie, Teresa Kociełłowa nie zrobiła lepszego wyboru niż 
pani Barbara. Lucjan Kociełł coś tam skończył, i żeby pokazać swą 
niezależność, wygłaszał czasem wzgardliwe sądy o dziejach 
literatury rosyjskiej, mówiąc, że tam się wszystko na Łomonosowie 
zaczyna i na Łomonosowie kończy. Wielkiego zapasu wiedzy jednakże 
nie posiadał i sprawami umysłowymi zgoła się nie zajmował. Mimo to 
i mimo nieco obcesowego sposobu bycia uchodził za prawdziwego 
pana. Umiał obracać się w świecie i wdrażać posłuch dla swych 
różnych projektów, którymi starał się pobudzić miasto do 
przedsiębiorczości w kierunku organizowania klubów towarzyskich i 
akcji dobroczynnej. Twarz miał nieco tatarską, czoło cofnięte i 
niskie, oczy czarne szeroko rozstawione -spojrzenie wesołe i 
bystre, głos basowy, postawę wyniosłą, szyję nieco za krótką, a 
ramiona potężne. 
Dwie córki Kociełłów, Oktawia i Sabina, miały już osiem i sześć 
lat, zaczynały się uczyć. Sabina była prawdomówna, skryta i dzika. 
Oktawia rezolutna, ciekawa, dosyć wesoła i zmyślna. Obie miały po 
ojcu silną budowę i skośne czarne oczy, które jednakże miękkim 
wyrazem przypominały matkę. Obie były przejęte zjawieniem się 
nieznajomego wujka i obie, każda na swój sposób, garnęły się do 
niego. Zaś Bogumił nosił je na barana, huśtał na wyciągniętej 
stopie, gonił je po pokoju, śpiewał z nimi: 
Ani ja, ani ty 
nie umiemy roboty... 
albo inne podobne piosneczki. Dziewczynki były tego rodzaju 
postępowania bardzo spragnione, gdyż ojciec nigdy się z nimi nie 
bawił. Gniewał się na nie, że nie były synami, i jak gdyby się 
wstydził okazywać im czułość. Mówiono, że gdy miała się urodzić 
młodsza, groził odebraniem sobie życia, jeżeli i to też będzie 
córka. Tak że po przyjściu na świat Sabinki przez dwa dni nie 
śmiano mu jej pokazać. 
Pani Teresa pytała, skąd Bogumił tak umie z dziećmi. 
— Nie wiem -rzekła pani Barbara -tam na wsi, jak tylko zejdzie 
się gdzie z jakimi dziećmi, to też się z nimi tak bawi. 
Teresa Kociełłowa nie podupadła bynajmniej w tym związku, który 
mógł był ją pod wielu względami rozczarować. Pani Barbara nigdy 
jeszcze nie widziała siostry tak przystojną i ożywioną. Jej 
lazurowe oczy świeciły prawie natchnionym blaskiem, niewysłowiony 
uśmiech co chwilę zdobił rumiane, młode usta. Była pełna uroku i 
zarazem powagi, i zdawała się o każdej godzinie żyć całą piersią. 
Chętnie bywała sama w świecie i chętnie przyjmowała u siebie gości 
bądź zaproszonych, bądź tych, co czuli potrzebę przychodzenia do 
niej sami z siebie, a takich było dużo. Bawiła się z córkami, 
uczyła je, zarządzała domem i jeszcze oprócz tego pracowała na 
siebie. Tak jest, gdy spostrzegła tryb życia męża, wróciła do 
swego panieńskiego zajęcia, dawała lekcje na pensji. Była zbyt 
dumna, aby brać na siebie pieniądze od człowieka, który je wolał 
wydawać na co innego. Spędzała co dzień pięć godzin poza domem, a 
resztę dnia poświęcała domowi i przyjaciołom. 
Pani Barbara czuła się u niej niby w raju; omówiły ze sobą 
wszystkie swe ulubione książki, wszystkie sprawy dziejące się na 
świecie, wszystkie zagadnienia, które w nich obu narosły przez 
czas, kiedy się nie widziały. Nie mogły się sobą nasycić, nie 
mogły się na siebie napatrzyć, dość się do siebie naprzytulać, 
napieścić. Pani Barbara nie już wieczory, ale wręcz noce spędzała 
w sypialni Kociełłów. Lucjana nie było, rzadko wracał przed drugą 
lub trzecią nad ranem, Bogumił dawno spał w oddanym Niechcicom 
gościnnym pokoiku, a Basia i Terenia leżąc w uścisku na jednym z 
małżeńskich łóżek wciąż śmiały się, płakały, szeptały i mówiły. I 
milkły, i zamyślały się, a z milczenia tego rodziła się nie 
senność, ale nowa ochoczość, nowy zapał do jeszcze większej 
rozmowy. A gdy się wreszcie musiały rozstać, było to wprost 
rozdarcie i pani Barbara szła do siebie zataczając się jakby 
duchem pijana i myślała: -Boże, Boże, czemu życia swego z taką 
siostrą przeżyć nie można? 
Rozmawiały ze sobą i o małżeństwie pani Barbary. Nie mogła ona się 
skarżyć, wyznała skrycie, że może czuje się zadowolona, zadowolona 
w tym, w czym się najmniej tego mogła spodziewać -lecz jakież to 
dalekie od szczęścia, do którego tęskni, gdy tylko sobie przypomni 
kogoś, czyj widok sam więcej wstrząsał nią całą niż najsłodsze 
momenty z Bogumiłem. 
— Moje dziecko -rzekła na to Teresa, kołysząc siostrę w swych 
zawsze jakby kwieciem pachnących ramionach -najszczęśliwsze, z 
czystej miłości małżeństwo zawiera tyle samo niedoli, ile chwil 
szczęścia bywa w najbardziej chłodnym związku. My przy ślubie 
zawieramy nie jedno, a kilka małżeństw, gdyż w każdym jest 
materiał na kilka. A zresztą nie trzeba przeceniać znaczenia 
faktów samych w sobie, fakty są niczym -a kiedy my tęsknimy do 
innych zdarzeń, do innego życia, to może nie wiedząc o tym 
tęsknimy tylko do innego, właściwszego, rozumniejszego stosunku do 
życia? 
— A jakiż podług ciebie jest ten właściwy stosunek? 
Teresa milczała, patrzyła z uśmiechem w przestrzeń. I nareszcie 
mówiła: 
— Nie myśleć wciąż o sobie. 
Mówiła to po cichu i niepewnie, jakby wstydząc się, że daje taką 
skromną i pospolitą radę. 
I dodawała w zadumie: 
— O, twój Bogumił ma właściwy stosunek do życia. 
Pani Barbara nie pytała już -czemu, choć dziwiła się markotnie, 
dlaczego ona w takim razie nie potrafi się od niego tego nauczyć. 
Nie zawsze wszystko jednako pojmowała, co jej siostra mówiła, ale 
zawsze jednako czuła się jej słowami wzmocniona. 
O, pani Terenia była obdarzona dziwnie podnoszącą na duchu, 
pokrzepiającą mądrością. Nie wiadomo nawet, skąd ją czerpała, bo 
żyła sobie zwykłym, podobnym do tylu innych życiem. Ale u niej 
powszednie, domowe dnie zdawały się być bogatsze w doświadczenia i 
więcej zajmujące niż u drugiego nie wiem jakie przygody, i sączył 
się z nich zdrój myśli tak posilnych dla każdego, kto się z nią 
wdał w rozmowę! I wesołość jej usposobienia budziła większe 
zaufanie niż potoczna wesołość innych. Była to wesołość mężna i 
wielkoduszna, tak jakby pani Terenia znała do gruntu żałość życia, 
a kochała je mimo wszystko i kochała nie życie własne, co wielu 
potrafi, ale życie wszystkich, życie nieba i ziemi. 
To tylko dziwne, że choć mówiła: "Nie myśleć wciąż o sobie" -nie 
brała udziału w żadnych pracach społecznych i dobroczynnych, które 
właśnie na myśleniu o bliźnich polegały. Nie, do tego nie umiała 
się wciągnąć, próbowała, lecz to się na nic nie zdało. Dla 
każdego, z kim ją los zetknął, potrafiła być dobra i znajdowała 
zawsze możność dopomożenia każdemu w tym, w czym tego najbardziej 
potrzebował, ale zajmować się tym publicznie i zbiorowo -do tego 
nie była zdolna. 
W tych sprawach rej wodziły dwie główne panie Kalińca, dwie 
najświetniejsze gwiazdy: Michalina Danielowa Ostrzeńska i jej 
siostra, rejentowa Holszańska. 
Stefanię Holszańską pani Barbara znała dobrze z ostatnich lat 
swojego panieństwa. Przebywała ona wówczas jakby na dworze swej 
świetnej siostry i jak wiele panien z otoczenia pani Michaliny dzięki 
jej szczęśliwej ręce wyszła niebawem za mąż. Obecnie 
pyszniła się najpiękniejszymi w Kalińcu złocistymi włosami, 
najzgrabniejszą "panieńską" figurą i tak wielką miłością męża, 
jaką nie mogła się poszczycić żadna mężatka na wiele mil wokoło. 
Rejent Wacław Holszański był podobnym do Araba, wysmukłym śniadym 
brunetem o gorących i słodkich czarnych oczach. Miał tę 
właściwość, że niekiedy czynił ustami i zębami taki ruch, jakby 
chciał ugryźć powietrze. Na przekór namiętnej wschodniej urodzie, 
usposobienia był potulnego i nieśmiałego. Mówiono, że kochał się 
był nie w swej obecnej żonie, ale w innej, chodzącej z nią razem 
panience. Gdy jednak pani Michalina wziąwszy go na stronę 
spojrzała na niego bystro mieniącymi się złotymi oczyma i rzekła: 
— No i cóż? Widzę przecież, jak wy się w sobie ze Stefcią na zabój 
kochacie -nie śmiał przeczyć. Nie przeczył też i nadal, gdy mu 
urządzono zaręczyny i ślub. Jeżeli ta plotka zawierała prawdę, to 
tym większym tryumfem pani Stefanii było, że dawszy się poznać 
wzbudziła potem w mężu miłość tak jawną, że o niej w mieście 
mówiono. 
Ale niezależnie od płomiennego przywiązania swych mężów, obie 
panie miały u stóp swych całe miasto, nie tylko jako godne hołdów 
a przy tym nieskazitelne kobiety, ale jako działaczki. One to 
powołały na powrót do życia obumarłe Towarzystwo Dobroczynności, 
one założyły trzy żłobki i przytułek dla starców, za ich przyczyną 
miało wkrótce powstać w mieście Towarzystwo Muzyczne, im 
zawdzięczała początek czytelnia publiczna, ich pomysłem były 
wszystkie kwesty i wenty na ubogich. Panie te dwoiły się i troiły, 
przewodniczyły i uczestniczyły, wzniecały w ludziach potrzebne do 
działania ambicje, pobudzały ciężkich do honorowej pracy panów, 
których potem wysuwały na prezesów, same pozostając tak zwaną 
duszą i sprężyną każdego przedsięwzięcia. 
A to nie wyczerpywało ich energii. Pani Holszańska uprawiała prócz 
tego muzykę, hodowlę pieska rzadkiej rasy i -mimo bezdzietności kult 
domowego ogniska. Pragnęła bowiem, czego pragnie tysiące 
ludzkich serc: być wszystkim i być wszędzie, i we wszystkim 
przodować; porywać energią działaczki w mieście, zachwycać 
wdziękiem niewieścim w domu. 
Pani Michalina ognisko domowe trzymała nieco o chłodzie, ale za to 
próbowała różnego rodzaju interesów, do czego miała wrodzone 
upodobanie. To prowadziła stancję dla uczniów, to brała w 
dzierżawę kolekturę loterii, to kupowała i sprzedawała kamienice 
lub co się nadarzyło. W ten sposób podnosiła znacznie stopę 
życiową domu, czego Daniel Ostrzeński, zupełnie obojętny na sprawy 
dochodów, nigdy by nie był osiągnął. Daniel był już teraz także na 
służbie państwowej, gdyż prywatną szkołę realną, w której przedtem 
wykładał, zamknięto. Nie opłacała się -mało kto mógł sobie 
pozwolić na to, by posyłać chłopców do narodowej szkoły, która nie 
dawała im żadnych praw. Daniel wykładał więc przyrodę po rosyjsku, 
według nowych, obostrzonych niedawno przepisów. 
Pani Barbara jemu też miała rządową służbę trochę za złe, ale 
pocieszała się, że być nauczycielem to zawsze lepiej wygląda niż 
być zwyczajnym urzędnikiem. 
Zaś wracając do pań to prawda, pani Holszańska brała też jeszcze 
udział w ruchu literackim. Zabiegała o założenie w Kalińcu gazety 
codziennej i pisywała o miejscowych stosunkach do pism 
warszawskich. Właśnie w jednym z nich świeżo ukazała się jej rzecz 
i pani Stefania pokazała to pani Barbarze zapytując: -Czytałaś? Była 
to notatka drukowana petitem i zdająca sprawę z odbytego w 
nadrośniańskim grodzie przedstawienia amatorskiego na kolonie 
letnie. 
— A co? -rzekła szczęśliwa autorka, gdy pani Barbara skończyła 
czytać. -No, staramy się, jak możemy! -I mówiła to w 
przekonaniu, że dokonała ważnej rzeczy i że każde jej słowo tętni 
po całym świecie. Obie siostry miały zawsze to zbawcze 
przekonanie, tę wiarę w wartość, ważność i trwałość, a przede 
wszystkim w skuteczność wszystkiego, co czyniły. Lubiły też 
rozgłos, ale nie były pod tym względem wymagające ani też 
podejrzliwe. Każde pochlebne zdanie uważały za szczere, każde 
wydawało im się od razu głosem całego świata. A gdy hołdów 
chwilowo zabrakło, chętnie głosiły i mnożyły swą sławę same, 
opowiadając o przeszkodach, które musiały w swej działalności 
pokonać, i o zwycięstwach, które odniosły. 
Życie ich było inne niż życie Teresy Kociełłowej, ale było też w 
swoim rodzaju barwne i zajmujące. Z Teresą pani Barbara czuła się 
mała jak pyłek, ale nie upokorzona, przeciwnie, podniesiona w swej 
małości na niebotyczne wyżyny. Z nią przebywając wierzyła, że 
gdziekolwiek żyć będzie, może wypełnić, jak człowiekowi przystoi, 
swe przeznaczenie; ogarniał ją spokój i, niczym będąc, wszystko 
zdawała się trzymać w swym ręku, niczego też się wtedy nie bała i 
nikomu nie zazdrościła. Znajdując się natomiast w obecności 
Michasi i Stefanii, czuła się podniecona i rozjątrzona. Tysiąc 
nadziei błyskało przed jej oczami, tysiąc obaw pogrążało ją w 
otchłań smutku. Patrząc na nie, to potępiała je w duchu, że są 
takie gadatliwe, rozrzucone, dziesięć srok, jak to mówią, ciągnące 
za ogon, to znów myślała, że, mój Boże, ona się tak rwała do 
szerokiego życia, tutaj wrzało go tyle dokoła, gdy ona musi 
więdnąć w kącie zabitym od świata deskami. Zazdrościła, jakże to 
nazwać inaczej, zazdrościła swoim powinowatym. Czyż ona by nie 
potrafiła zabłysnąć tak jak i one? Posiadały mniej niż ona 
szkolnej nauki, nie pokończyły nawet pensji, a oto dzięki temu, że 
nie są na wygnaniu, że obracają się między ludźmi, jakiej to 
nabrały ogłady umysłowej. Można je dziś po prostu uważać za 
wykształcone. Stefania, owa Funia Poleska, która jeszcze kilka lat 
temu myślała, że Darwin to jest miasto, dziś pisze artykuły, czyni 
to, o czym drudzy tak na próżno marzyli. Tak! Pani Barbara już 
wiedziała! Nie wykształcenie jest najważniejsze, ale miasto! 
Miasto, gdzie życie się kłębi, gdzie człowiek nie cofa się, nie 
zastyga, ale rusza się naprzód. O, gdyby mogli przenieść się do 
Kalińca! Czy podobna, żeby Bogumił nie znalazł tu pola do pracy? 
Lucjan mu coś wyszuka. On już tylu ludziom znalazł dobre zajęcia! 
Był w wielkiej zażyłości i z Michasią, i ze Stefanią, pomagał im w 
ich dobroczynnych przedsięwzięciach, wyrabiał różne pozwolenia u 
władz, miał tyle stosunków! A pójdzie to tym łatwiej, że Bogumił 
bardzo się wszystkim podobał. Mówiono do pani Barbary: "Ależ ten 
twój mąż bardzo przystojny, bardzo jak się należy, bardzo miły". 
Mówiono to, jakby stwierdzając ze zdziwieniem: chwała Bogu jest 
lepiej, niż się można było spodziewać. Panią Barbarę zrazu to 
nawet drażniło -cóż oni sobie myślą, że ona za kogo wyszła?! Ale 
wszystko jedno. W każdym razie podobał się, nie raził, niech mu 
więc pomogą zostać tu między nimi! 
Bogumił podobał się nie tylko młodym, został i przez panią matkę 
bardzo dobrze przyjęty. 
Pani Adamowa Ostrzeńska, która takie zasługi położyła koło 
wychowania swych dzieci i tak spokojnie znosiła całe życie 
przeciwności losu, teraz, gdy mogła zażywać odpoczynku i jakiego 
takiego spokoju o dzień jutrzejszy, popadła w nie opuszczające ją 
prawie zdenerwowanie. Żyła była tylko dla dzieci, nie 
przysposobiła się do niczego więcej i teraz, kiedy dzieci nie 
potrzebowały już, by żyła dla nich, było jej ciągle smutno. 
Mieszkała na przemian to u Kociełłów, to u Danielostwa 
Ostrzeńskich i nigdzie nie czuła się dobrze. Wnuczęta, choć takie 
małe, miały już swoje na myśli, nie dały sobą powodować, żądały co 
najwyżej, aby się z nimi bawić, a babcia bawić się nie umiała. Na 
koniec los jej dopomógł, wygrała ćwierć losu na państwowej loterii 
klasowej i postanowiła rozpocząć życie na własną rękę. Wynajęła 
tedy pokoik z kuchnią na Dziadowym Przedmieściu, niedaleko 
mieszkania córki, i żyła teraz kłopotami, których jej ten byt 
samodzielny przysparzał. Dnie całe spędzała u Kociełłów, ponieważ 
o ile tylko nie miała w pobliżu siebie wnuczek, to truchlała na 
myśl, że im się stanie co złego. Oburzało ją to, że córka wychodzi 
na lekcje, a znów zabierać jej dziewczynek do siebie nie mogła, bo 
mówiła, że w jej mieszkaniu jest dla dzieci za ciasno. Zresztą 
hodowała kaktusy i bała się, że jak się dzieci rozdokazują, to jej 
poobtrącają kwiaty, pozrzucają doniczki. Zaś przesiadując u 
Kociełłów drżała, że przez ten czas zostanie okradziona. Trzymała 
więc u siebie służącą, która doglądała kaktusów, patrzyła przez 
okno i gotowała sobie na kuchence strawę, gdyż babcia jadała u 
Kociełłów. W nocy łóżko tej służącej, potulnej, niedorosłej 
dziewczyniny, było przysuwane do drzwi i stawiane tak, aby się ona 
musiała w każdym razie obudzić, gdyby kto się zaczął do drzwi 
dobierać. Mimo tej ostrożności babcia nie sypiała całe noce, 
paliła światło, zażywała krople i jak wybawienia czekała świtu. 
Lucjan Kociełł, który był dosyć porywczy w wypowiadaniu zdania, 
rzekł raz na to jej niesypianie: 
— Nasza babcia po prostu się boi. Najlepiej by zrobiła, żeby się z 
powrotem do nas przeniosła. 
Teresa milczała, lecz myślała to samo. Starsza pani Ostrzeńska 
nigdy dotąd nie żyła bez kogoś bliskiego, czyja obecność wydaje 
się zawsze najskuteczniejszą bronią na wszystkie 
niebezpieczeństwa. I nie o złodzieja tu szło. Ona się bała, krótko 
mówiąc, świata, a nawet wszechświata, którego czarnym bezmiarem 
czuła się w nocy objęta, z którym się czuła w ciemnościach sam na 
sam, bezradna i nieszczęśliwa wobec jego przygniatającej 
straszności. 
Tak może było, ale raptowne odkrycie tej prawdy przez Lucjana 
przyprawiło babcię o cierpkie myśli i rozpacz. Płakała przez kilka 
dni, że własne dzieci zazdroszczą jej spokojnego kąta, do którego 
na starość doszła. Gdy zaś chcąc ją pocieszyć zaczęto wynajdywać 
dobre strony owego kąta, płakała, że pragnęłyby ją widzieć jak 
najdalej od siebie, a może w trumnie. Tak więc trudno jej było 
trafić do przekonania, a trzeba było uważać, żeby jej nie 
zaszkodzić, bo zdrowie jej znacznie się w ostatnich czasach 
pogorszyło. Cierpiała na ciągłe bicie serca i ratowała się 
przykładaniem zmoczonej w wodzie i wyżętej chusteczki, a teraz to 
już i chusteczka, i różnego rodzaju krople ciągle były w robocie. 
W tym stanie ducha powitała przyjazd Niechciców jak zapowiedź 
lepszej przyszłości. 
— Tyś była zawsze moim najdroższym, najukochańszym dzieckiem rzekła 
do pani Barbary i nabrała przekonania, że dopiero u 
Bogumiłów odżyłaby, poczułaby się znów, jak dawniej, szczęśliwą. 
— Terenia i Lucjan mnie nie cierpią -mówiła rozżalona. -Nie 
wiem, co ja im zawiniłam, ale stracili do mnie serce. 
— Terenia? -oburzyła się pani Barbara. -Mamo, co też mamusia 
mówi! 
— Ja wiem, to straszne, ale tak jest, cóż robić. Daniel też mnie 
nie lubi, ale on uważa za wroga każdego, kto chodzi po świecie. On 
by chciał, żeby po nim jedna Michasia chodziła. A ona właśnie 
tylko ten świat ma w głowie. 
Bogumił przypadł starszej pani Ostrzeńskiej tak bardzo do serca, 
że aż dla niego zabłysła. Ubrała się w swą najpiękniejszą suknię z 
aksamitnym kaftanem, z koroneczkami u rękawów i pod szyją, zapięła 
się starą broszą z granatów, a w uszy włożyła takie same kolczyki. 
Były to jedyne klejnoty, które udało się, gdy przyszły lepsze 
czasy, wykupić, gdyż zostały były kiedyś sprzedane za 
pośrednictwem pewnej Żydówki, Bądźzdrówki, a ta była tak 
przywiązana do wielmożnej pani Ostrzeńskiej, że obiecała je w 
razie potrzeby choć spod ziemi wykopać -i wykopała. 
Ale pani Adamowa dobyła dla nowego zięcia, co miała najlepszego, 
nie tylko ze swej komody, ale i z samej siebie. Oczarowała go swą 
rozmownością, dowcipem, bystrym umysłem, a nade wszystko 
znajomością wiejskich stosunków. Widać było od razu, że jej na wsi 
zbiegł spory kęs życia i choć tyle lat przebywała już w mieście, 
nic wiejskiego nie było jej obce. Bogumił chętnie o wszystkim z 
tymi ludźmi mówił, a jak nie wiedział, co mówić, to chętnie 
słuchał, ale dopiero z teściową przemówili do siebie, jakby byli z 
jednego domu. 
Bogumił rad był jej za to chociaż nieba przychylić i nadmierna 
usłużność go zgubiła. Od razu pierwszego dnia zauważył, że babcia 
coraz to przykłada rękę do piersi i to ją mocno przyciska, to 
palcami uderza i przebiera po aksamitnym staniku. I że wtedy 
przynoszą jej ukradkiem zmoczoną chusteczkę, którą ona sobie wsuwa 
niepostrzeżenie w zanadrze. Zastanawiał się nawet, czy od tego 
bielizna nie jest mokra, a raz, kiedy tak sobie zaczęła rękę 
przykładać i oglądać się, a nikt nie podążył z chusteczką, on to 
uczynił. Widział, że tę chusteczkę ktoś położył na oknie, wziął ją 
stamtąd, zanurzył świeżo w dzbanku, wyżął i podał. Lecz starsza 
pani Ostrzeńska obraziła się, spojrzała na niego nieprzyjaźnie i 
za srogo: 
— A Bogumił na co mi to podaje? Ja szukam tabakierki. 
I od tej chwili przez dwa następne dni pobytu Niechciców była już 
ciągle nieswoja. 
Gdy nazajutrz pani Barbara odwiedziła matkę w jej domu, zastała ją 
siedzącą śród czerwono kwitnących kaktusów, zażywającą tabakę, 
kichającą i tonącą we łzach. 
— Mamusiu -spytała -nad czym mama tak płacze? 
— Płaczę, kochanku, nad tobą -wyznała -bo mi cię żal. Masz, 
owszem, dobrego męża, alem cię mogła wydać przecie za człowieka 
wykształceńszego i nie na taki koniec świata, i nie na takie 
marne, bądź co bądź, stanowisko. Czy ja kiedy myślałam, że moje 
dziecko będzie służyć we dworze? 
— Jak to "czy ja myślałam"? Przecież mama wiedziała, za kogo idę 
za mąż -odparła pani Barbara zgnębiona. 
— Tak -westchnęła matka -wiedziałam, ale się bałam przeszkadzać. 
Bałam się brać tego na swoją odpowiedzialność. 
— No więc tym bardziej nie ma co płakać. Ja się czuję szczęśliwa, 
a zajęcie Bogumiła nie jest niczym gorszym niż to, co robią inni, 
Lucjan... Daniel. Oni też nie są ludźmi niezależnymi. 
— Jest czymś gorszym -zapłakała na nowo pani Ostrzeńska. — Stefania Holszańska słusznie mówi, że to tak, jakby się zostało 
lokajem w domu, w którym się było panem. Tu wszyscy tak mówili, 
wszyscy uważali, że zrobiłaś mezalians. 
— Ach, wszyscy tak mówili? -rzekła pani Barbara blednąc i 
zamilkła. Bała się denerwować sama i bała się zaszkodzić matce na 
serce. 
— Mamo -poprosiła jedynie, rozdrażniona -niechże mama tak nie 
kicha i nie zażywa tak dużo tej tabaki. 
— Kiedy ja się, kochanku, tym tylko ratuję od kataru. 
— Ale to przecież musi szkodzić na serce. Od tego kichania można 
dostać ataku, to jest ataku nie, ale w nosie może co pęknąć. 
— Nie u mnie, kochaneczku -odparła starsza pani. -Ja jestem 
przyzwyczajona i umiem się z tabaką obchodzić. I nie od takiej 
tabaki. Zresztą, nie brońcie mi jedynej przyjemności, jaka mi 
jeszcze została. 
I ponownie kichnąwszy rzekła, gdyż już jej ulżyło na duszy: 
— Ale, Basiu, ty się tym, co ja tu gadam, nie przejmuj. Uszy do 
góry i wszystko będzie dobrze. 
Pani Barbara nie miała się czasu przejmować, było to bowiem ich 
ostatnie w Kalińcu popołudnie, zabierano ich to w to miejsce, to w 
tamto, a wieczorem urządzono pożegnalne zebranie u Daniela i 
Michaliny Ostrzeńskich. I już nie rodzinne tylko, zeszło się całe 
prawie dawne towarzystwo, prawie cała wesoła banda z minionych lat 
młodości. Bogumił nie znał nikogo z tych ludzi, ale nie zdawało mu 
się to sprawiać różnicy. Czuł się tylko mniej uczestnikiem, a 
więcej niby widzem na przedstawieniu, palił, częstował papierosami 
i życzliwie się wszystkiemu przyglądał. 
W salonie tymczasem omawiano z żywością występy Modrzejewskiej w 
Ameryce i utwory znakomitego Litwosa, którego nazwisko -Henryk 
Sienkiewicz -zostało świeżo ujawnione i było na wszystkich 
ustach. Wróżono młodemu pisarzowi wielką przyszłość, a pani 
Michalina odczytała ostatni jego utwór, zaczynający się od słów: 
Był okręt, który zwał się Purpura... 
I wszyscy wnet pojęli, że ten okręt oznaczał Polskę, a była tam 
następnie mowa o nieładzie, co wkradł się do załogi, o burzy i o 
napadzie korsarzy, i o tym, jak okręt zaczął tonąć. Jednym słowem, 
jasnym było już dla każdego, że jest to przypowieść patriotyczna, 
i goście poczuli się wzruszeni. 
— Wszyscy na dno! Do pomp! -wołała spiżowym niemal głosem pani 
Michalina, gdyż takim nakazem kończyła się czytana alegoria. 
Słuchano w zadumie i goście przyklasnęli zawartej w utworze myśli, 
zgodzono się bez sporu, że teraz, kiedy wszelka broń została 
narodowi z rąk wytrącona, pozostaje praca u podstaw, wszyscy u 
swoich warsztatów, czyniąc co można, by się nie dać i przetrwać. I 
każdy czuł się właśnie tym stojącym przy pompie i na dnie, i 
uprzytomniając sobie grozę położenia doświadczano niemal radości, 
że oto nadeszła epoka, w której najzwyklejszy śmiertelnik miał w 
sobie dosyć siły i umiejętności, by co dnia wypełniać wysokie, 
narodowe posłannictwo ratowania ojczyzny. Wtem zapragniono dać 
wyraz innym, bardziej walecznym uczuciom, zaświadczyć, że piersi 
obecnych noszą w sobie i gotowość do buntu. Ktoś uderzył w 
klawisze, a goście wnet podjęli znaną gniewną melodię i stojąc, 
przechadzając się lub otaczając fortepian śpiewali: 
Zemsta, Zemsta na wroga 
z Bogiem, a choćby mimo Boga! 
Zerkano przy tym na okna, a pani Michalina zapuszczała od 
niechcenia rolety. 
Pani Barbara podeszła do Bogumiła. 
— Znasz tę pieśń? -szepnęła. 
— Nie -odparł -właśnie się przysłuchuję. 
— A prawda -westchnęła -nie znasz "Dziadów". Ale myślałam, że 
śpiewaliście ją tam... 
— Nie -powtórzył Bogumił -nie śpiewaliśmy. 
Pani Barbara odeszła nucąc na drugą stronę pokoju i ci wszyscy, co 
tu teraz stworzyli tak ożywczy stan ducha, wydali jej się bardziej 
bojownikami niż ten mężem jej będący człowiek, co stał opodal, co 
nie czytał zakazanych utworów i nie znał tej pieśni, i słuchał. 
Obejrzała się wokoło. Ach, jak tu jej teraz brakło dwojga 
stalowych oczu, chłodnych a pieszczotliwych, i czarnych włosów, i 
czarnej brody otaczającej swawolne, szkarłatne usta. 
W salonie tymczasem prześpiewano jeszcze ze dwie-trzy pieśni, a 
potem zaczęto wspominać ubiegłe lata i tych spośród dawnego 
towarzystwa, którzy nie byli obecni. Lecz jedno imię i nazwisko 
omijano, choć należało do kogoś, kto był w tym gronie powszechnie 
lubiany, i pani Barbara poznała, czemu je omijano, poznała, że to, 
co jej się zdawało skryte przed ludzkim okiem, było dla wszystkich 
widoczne, i stropiła się. Na szczęście wrócono znowu do tematów 
ogólnych, rozstrzygano, kto w tej dobie jest największym pisarzem 
świata, omawiano mający się wkrótce odbyć w Kalińcu pierwszy 
koncert nowo założonego Towarzystwa Muzycznego. Gdy zaś zaczęto o 
tym, Stefania Holszańska siadła ponownie do fortepianu i 
zabrzmiało preludium Szopena, zwane powstańcze, a parę osób rzekło 
jedni do drugich: "Pamiętasz? Pamiętasz? Ulubione preludium Basi 
Ostrzeńskiej!" 
Pani Barbara słyszała te słowa i rumieniła się, i napawała się 
nimi. Jak było grane to preludium, tego nie wiedziała, nie znała 
się też na tym, dla niej nie preludium to było, a usta, oczy, 
twarze, uśmiechy, spacery, rzeka za miastem i płacz, i śmiech, i 
młodość. Uczuła się na nowo złączona ze światem, który porzuciła, 
który dla niej stał się przeszłością, a tu trwał i żył jako 
teraźniejszość i przyszłość. Zrazu wydało jej się i drażniące, i 
dziwne, i jakby dla niej niemal obrażające, że mógł on tak nadal 
istnieć na własną rękę, niebawem jednak pogodziła się z tym i 
widziała już tylko jedno: świat ten przyjmował ją na powrót z 
otwartymi rękoma -i zapragnęła w nim pozostać. O, nie przeżyła, 
dalibóg, nic takiego, co by tę przeszłość uczyniło zamkniętą kartą 
życia, do której tylko myślą chętnie się wraca. Chciała do niej 
wrócić cieleśnie, z niej snuć swe dalsze życie, tak jak snuli je 
choćby Danielowie, których chłopcy biegali po salonie. Było ich 
dwu, Anzelm i Janusz, obaj w tym samym wieku co dziewczynki pani 
Teresy, obaj ładni jak paziątka w złotych kędziorach, koronkowych 
kołnierzach i aksamitnych ubrankach. Zdawali się na przemian to 
oszołomieni, to przekonani, że wszystko dzieje się tu po trosze z 
ich powodu; przebiegali pędem od jednego z gości do drugiego, przy 
każdym stali chwilę, wdzięcząc się w milczeniu, i znowu biegli 
dalej. Wszyscy wdzięczyli się do nich nawzajem, jeden tylko Daniel 
zdawał się być obojętny dla synów. Gdy podchodzili, mówił: 
"odejdź", gdy widział, że coś ruszają, wołał: "zostaw", a oni 
również omijali go z daleka. Pani Barbara zauważyła to i dziwiła 
się. -Czyżby w przeciwieństwie do Lucjana martwił się, że ma 
synów, nie córki? -myślała i przypomniała sobie, co jej mówiła 
Terenia. Mówiła, że Daniel w ogóle lubi dzieci tylko, póki są w 
łonie Michasi. Gdyż wtedy przynajmniej zmuszona jest ona pędzić 
bardziej zamknięte domowe życie. Pani Barbara uśmiechała się i 
gładziła miękkie kędziory chłopców -i myślała, że co do niej, to 
pragnęłaby mieć już swoje małe jak najprędzej na świecie -i 
widzieć je biegające tu między gośćmi. Tak jest, omyłkowo poczęty 
w Krępie, tu by powinien chować się i biegać za lat parę ten 
chłopiec, którego w sobie nosiła. Gdyż chłopiec to będzie. Tylko 
że włosy będzie miał czarne i oczy szare. Myślała -szare, lecz 
widziała je stalowymi, a na twarzy tego przyszłego chłopca zdawała 
się już rosnąć duża, męska, w kwadrat obcięta broda. 
Zadumę przerwały jej Michasia i Stefania, które przyszły do niej i 
odciągnęły ją na bok. Niech się goście bawią, one chciały z nią 
pogwarzyć przed rozstaniem. Rejentowa Holszańska, która lubiła, 
jak to ludzie miewają we zwyczaju, namawiać drugich na swoje, 
zaczęła pierwsza: 
— Wiesz, co ja tobie, Basiu, powiem? Wyście nie powinni zostawać 
na wsi. 
— Dlaczego? -spytała pani Barbara, przyjmując obronny wyraz 
twarzy. 
— No, przecież nie możesz być, kochanku, całe życie ekonomową wytłumaczyła 
Stefania Holszańska ze słodyczą. Pani Barbara miała 
uczucie, jakby zajęła się ogniem. Po raz drugi dzisiaj zdjęła ją 
trwoga, że to wszystko zaszkodzi dziecku. Pani rejentowa mówiła 
tymczasem dalej: 
— Dla tych, co stracili pozycję na wsi, jedna jest tylko droga miasto. 
Z naszymi tradycjami, z naszymi dziedzicznymi zdolnościami 
tu tylko możemy się utrzymać na odpowiednim poziomie, gdyż tu 
tylko mają znaczenie zalety, rozumiesz, duchowe. Na wsi, po 
utracie majątków, możemy się już tylko poniewierać. A tu stoimy w 
pierwszym szeregu, służymy nowym ideom, nauce, postępowi. 
— Czekaj -przerwała jej pani Michalina -...postępowi, i co 
najważniejsze, moje dziecko, tu tylko możemy jeszcze na powrót do 
czegoś dojść. W handlu, w przemyśle, wszędzie, kochanku, pełno tu 
placówek do objęcia, tylko trochę energii, a wszędzie można się 
dorobić. My tu dziś możemy stać się wszystkim, bo te mieszczuchy, 
poza Żydami, to okropne mamuty, boją się każdego kroku naprzód. 
Czy bez nas wpadłby tu kto na przykład na myśl, żeby założyć 
Towarzystwo Wioślarskie? I to siedzą nad rzeką! A myśmy się 
zawinęli, kilku adwokatów, paru doktorów, rejentów, wszystko 
ludzie ze wsi -i już mamy i Towarzystwo Wioślarskie, i 
Towarzystwo Cyklistów. 
— Ale co stąd? -niecierpliwiła się pani Barbara. 
— To stąd, że panu Bogumiłowi raz-dwa byśmy tu co znaleźli. 
Wyrobiłoby mu się jakąś agenturę ubezpieczeniową, jakiś kantor. 
Zapytaj tylko Lucjana, ilu on już ludziom tak pomógł. 
— Tak, zapytaj Lucjana -powtórzyła rejentowa Holszańska. 
Nie było już jednak czasu ni pytać, ni dalej mówić, bo zrobiło się 
późno, wszyscy zaczęli się żegnać. Kociełłowie naglili do domu, 
kareta pocztowa, którą Niechcicowie mieli nazajutrz wyjeżdżać, 
ruszała w drogę już o dziewiątej rano. 
Bogumił podnosił do góry chłopców i mówił do nich: 
— Do widzenia, łobuzy. Przyjedźcie do Krępy, będziecie jeździć na 
kucu, który nazywa się Młynek. 
Pani Michalina, ujrzawszy chłopców wysoko w ramionach Niechcica, 
jakby ich teraz dopiero zauważyła i wpadła w gniewną rozpacz, że 
jeszcze nie śpią. Oni jednak nie dali się tak od razu zapędzić do 
łóżek. 
— Czy duży jest ten kuc Młynek? -pytali. 
— Jaki duży? 
— Czy umie skakać przez rów? -wołali jeszcze, gdy drzwi się 
zamykały za gośćmi. 
Pani Barbara wróciła do domu wstrząśnięta z powodu nie zakończonej 
rozmowy z bratową i jej siostrą. 
Czuję, że nie będę całą noc spała -rzekła, gdy się już położyli. 
— Ach, to bardzo źle -zmartwił się Bogumił. -Musisz się wyspać 
przed drogą. Spróbuj koniecznie zasnąć. 
— Toż mówię, że nie mogę -zniecierpliwiła się pani Barbara, a po 
chwili oświadczyła: 
— Mnie jest niedobrze. 
Dostała mdłości i oboje bardzo się przestraszyli. Mdłości 
pojawiały się u pani Barbary w początkach ciąży, ale już dawno 
ustały, a świadomi rzeczy mówili, że więcej nie wrócą. 
Co by to więc mogło znaczyć, czy jaka nieprzewidziana choroba? 
Bogumił wstał, zapalił światło, ubrał się na powrót. Pani Barbara 
siedziała na łóżku, patrząc osłupiałym wzrokiem przed siebie. 
— Coś mi zaszkodziło -mówiła. -Po cośmy wyjeżdżali! 
Bogumił chciał iść zbudzić kogo i prosić jakiej pomocy, ale pani 
Barbara nie dała. Po niejakim czasie zrobiło jej się lepiej i 
zaczęli rozmawiać. 
— Cóż, zadowolony jesteś? -pytała pani Barbara. -Jak ci się 
podobało? 
— A jakże, bardzo -odparł Bogumił i uśmiechem starał się 
powiedzieć więcej, niż potrafił słowami. -Ale może już lepiej 
śpij. 
— A ja ci mówię -wybuchnęła pani Barbara szeptem -że to wszystko 
źli ludzie, dla których nie było warto przyjeżdżać. 
— Źli ludzie -powtórzył Bogumił, zbity z tropu. -Kto źli ludzie? 
Twoja rodzina? 
— Rodzina? Co za rodzina? Holszańska to nie rodzina. Zawsze była 
złośliwa i nieszczera i lubiła się wtrącać w cudze sprawy. Ja i 
dawniej podejrzewałam, że to przez jej intrygi... -I pani Barbara 
zamilkła, przerażona tym, co chciała powiedzieć. 
Bogumił przypisał to nieoczekiwane rozdrażnienie jej stanowi i 
przestał się pytać. Prosił, żeby się położyła, że już późno, że on 
się też położy. 
— Toteż ja się nie wiem jak cieszę -dodał, jakby dopiero teraz 
odpowiadając na jej poprzednie słowa -że już wracamy do domu. 
Patrz, widzisz, pojutrze będziemy już w Krępie. 
— I już na zawsze będziemy tam dziadować -dokończyła wrogo. -A 
tak -dodała widząc jego spłoszone wejrzenie -wiesz, czym tu 
jesteśmy dla wszystkich? Ekonomami. 
Bogumił zwiesił głowę na piersi i milczał. 
— Dlaczego nic nie mówisz? -zapytała strwożona. -Co? 
— No, mój Boże, cóż ja mam mówić -odpowiedział niechętnie. — Ekonomem nie jestem, ale, jak już tak patrzeć na te rzeczy, to 
bywałem w życiu o wiele niżej. 
— Daj spokój -przerwała zapalczywie -to jest zupełnie co innego. 
Myślisz zresztą, że mnie wiele obchodzi, co tam kto mówi. Ale ja 
wiem jedno -zapłakała -że ja sama nie widzę przed sobą żadnej 
przyszłości, żadnego życia, o ile będziemy dalej gnuśnieć w tej 
Krępie. 
— Gnuśnieć? -pytał zasmucony. -A któż nam każe gnuśnieć? I 
gdzież widzisz to inne, lepsze życie? 
— Tu je widzę, w mieście. Patrz, jak one tu żyją, chociażby 
Stefcia, Michasia. Jak działają! Gdybyśmy się przenieśli do 
miasta, mogłabym i ja coś robić. 
— Nie, naprawdę -zapytał Bogumił ożywiając się -chciałabyś z nimi 
rajcować na zebraniach, zakładać te żłobki, przytułki? 
Na te słowa pani Barbara poczuła wyraźnie, że żadnej podobnego 
rodzaju pracy nie miała w swych pragnieniach na myśli. Przeraziła 
się, umilkła i pomyślała: -Dlaboga, więc czego ja chcę? 
Położyła się na wznak, zamknęła oczy i usiłowała pojąć sama 
siebie. Czyżby pragnęła jedynie takich wieczorów jak dzisiejszy, 
takich dni jak te pięć, które tutaj przeżyli? 
Bogumił przez ten czas rozebrał się ponownie, położył się i zgasił 
świecę. Nie domagał się odpowiedzi na swe pytanie, ale gdy już w 
pokoju było ciemno, powiedział z żalem: 
— Ja wiedziałem, że jak tu przyjedziemy, to zechcesz mnie 
porzucić. 
— Wiesz, że ja nie wytrzymam po prostu. Kto mówi, że chcę cię 
porzucić? 
— Ty mówisz. Bo tylko wtedy takie myśli przychodzą do głowy, jak 
się chce męża porzucić. 
— Nie znęcaj się nade mną i tak jestem dość nieszczęśliwa. 
— Masz tobie. Dlaczego nieszczęśliwa? 
— Dlatego, że jestem chora. Czyż nie wiesz tego, nie widzisz? A 
dziś czuję się cały dzień wprost niemożliwie i stąd to wszystko. 
Bogumił wstał raz jeszcze, chciał jej w czymś pomóc, lecz to ją 
tym bardziej rozgniewało. 
— O Boże -rozpaczała -czemu ty, człowieku, jeszcze nie śpisz? 
Sam mówiłeś, że trzeba spać. Mnie nic nie brak, chcę tylko trochę 
spokoju. 
Zgromiony tak Bogumił położył się po cichu, a pani Barbara 
niebawem rzekła: 
— Ja drżę przed tą jutrzejszą podróżą. Końmi po wybojach, taka 
szalona droga. Czyby już dawno nie powinna kolej chodzić do tego 
Kalińca? 
— Nic się nie bój, najmilsza -zaczął błagalnie Bogumił i pani 
Barbara czekała, co dalej powie, lecz nagle usłyszała, że on śpi. 
— Już śpi, wiecznie śpi -szepnęła z szyderczą boleścią. Ona 
jeszcze długo nie spała. Toczyła żwawe rozmowy z bratową i 
rejentową, rozprawiała się z nimi zwycięsko, znajdowała teraz 
niezbite argumenty dla pokonania ich racji. 
— Słusznieście zrobiły przenosząc się do miasta, ale każdy musi 
żyć na swój sposób. Każdy musi tym się zajmować, co kocha -wołała 
do nich myślami. -Bogumił tak kocha swoją pracę na wsi, że 
wolałby być parobkiem na wsi niż Bóg wie nie kim w mieście. I ja 
jestem dumna, że on taki, i ja też do tego tylko czuję powołanie, 
by mu towarzyszyć, a do czego jeszcze dojdziemy, to kiedyś 
zobaczycie. Zobaczycie -urągała. -Zobaczycie i Ujrzycie! 
A potem błąkała się myślą śród siebie samej niby śród nieznanego 
lasu i pytała, dlaczego ją tak boli to wszystko? A gdybyż Bogumił 
był nawet rzeczywiście parobkiem, nie tylko ekonomem? Czyż nie 
była wolna od przesądów, aby się miała tego wstydzić? A po drugie, 
kimkolwiek był, czy nie zeszedł na to niskie miejsce 
najpiękniejszą drogą, jako niewyrachowany bojownik wolności, co 
postawił na szalę życie, karierę, majątek i szedł na przepadłe, i 
ani się za tym wszystkim, co rzucał, nie obejrzał. I pani Barbara 
tarła bezsenne czoło i myślała zgryziona: -O, czemużem im tego 
nie powiedziała! Takimi słowy trzeba było właśnie przemówić: 
"Zeszedł na to niskie miejsce najpiękniejszą drogą, jako 
niewyrachowany bojownik wolności". Ach, żeby znaleźć rano jeszcze 
chwilę czasu przed wyjazdem i móc się zobaczyć choćby z Danielową. 
— I żeby nie zapomnieć tych słów. Powtarzała je, powtarzała, ale 
niestety czuła, że ich nigdy nie powie. A może by napisać? Nie, i 
nie napisze. Ani Holszańska, ani Danielowa nie były przysposobione 
do słuchania takich rzeczy. Kto by teraz boje wspominał? Wszyscy 
uważali powstanie za nieszczęście, nawet ci, co w nim byli -i 
czyż nie słyszała, że trzeba pracować na dnie okrętu? A mówić o 
czymś niewczas to tak, jakby się kłamało, człowiek się jąka i 
wstydzi. Więc dość, dość! Nie myśleć o tym i spać. Ale jakże tu 
spać, kiedy się nagle jeszcze coś gorszego odsłania. Wszak oni 
wszyscy na pewno sobie tu myślą: "No cóż, nikt jej widać nie mógł 
i nie chciał pokochać, więc bez miłości wyszła za pierwszego, co 
się poważnie oświadczył". O gdybyż można ujawnić, ogłosić światu, 
że nie strach i rezygnacja, ale miłość wszystko ozłacająca, 
potężna miłość skojarzyła ją z Bogumiłem. Wszak jest taki obraz, 
gdzie król kładzie koronę u stóp nędznej żebraczki, czemuż by ona 
nie miała kochać na przykład parobka. Bodajżeby Bogumił był 
włóczęgą, parobkiem czy Cyganem, byleby ich taka miłość łączyła. A 
może ona ich łączy? Może się to wykaże? Przecież Bogumił jest w 
niej bez pamięci zakochany. Może dobrze byłoby zostać tu jeszcze 
dzień jeden, niechby wszyscy ujrzeli, uczuli, że i ona... niechby 
rzekli: "Co to za miłość! Wszystko blednie, gdy patrzeć na tych 
dwoje! To powtórzenie Tristana i Izoldy!" 
I słyszała, jak wszyscy to mówią, lecz nie o Bogumile, a o niej i 
o tamtym. Tamtego widziała przy sobie, a potem rozwiewał się i 
złorzeczyła mu: "O nikczemny, nikczemny, czemużeś mnie opuścił ciebie 
bym tak kochała -ciebie bym tak kochała". 
Tak miotając się usłyszała nagle, jak bije druga, a potem słyszała 
trzecią i czwartą, i liczyła, ile jeszcze godzin snu jej zostaje, 
lecz było ich coraz mniej, a o piątej postanowiła sobie, by już w 
ogóle nie spać. I wtedy właśnie zasnęła, a gdy zbudziła się, był 
już dzień i wróble świergotały za oknem. Zerwała się przekonana, 
że przespali godzinę podróży. Ale nie, było dopiero po siódmej. 
Zbudziła męża i kazała mu się ubierać. 
— Mamy jeszcze moc czasu -mówił trąc oczy -a zresztą pocztylion 
ma po nas zajechać i ma trąbić. 
Pani Barbara nie uważała, by mieli dużo czasu. O ósmej była już 
całkiem ubrana i po śniadaniu -a nawet na wszelki wypadek już się 
prowizorycznie z wszystkimi pożegnała. Nie mogła patrzeć, jak 
Bogumił powoli się zbiera -wciąż jej się przy tym zdawało, że 
kurierka bez nich odjedzie. Postanowiła wyjść jej naprzeciw. 
Wyszła tedy i szła w stronę ulicy Grodzkiej, gdzie była stacja 
pocztowa. Zrazu prześladowało ją niejasne wspomnienie nocnej 
udręki. 
— Co mnie za diabeł opętał -myślała. -Przecież ja będę miała 
dziecko. I dzień taki ładny. 
Na placu Świętego Jana stanęła przy skwerze, na którym wznosił się 
pomnik w kształcie czarnego obelisku. Ale nie patrzyła na pomnik, 
tylko na studnię, co była obok na placu. Z tej studni koło pomnika 
przynoszono zawsze niegdyś do pani Adamowej Ostrzeńskiej wodę na 
herbatę, bo tu była najlepsza w mieście woda. Pani Barbara 
usłyszała jakby w powietrzu czy w sobie dawne pytanie matki: "Czy 
wodę od pomnika na herbatę przynieśli?" 
Uśmiechnęła się i pośpieszyła dalej. Spoglądała po drodze na wieże 
kościołów, na stłoczone dachy, na rozległe frontony starych 
pałacowych kamienic, na wyloty uliczek pełne miękkości i różowej 
porannej mgły, na pąki kasztanów iskrzące się od słońca. Wiosenna 
wilgoć z nocy przyciemniła bruk i wyjaskrawiła barwy dachów. 
Wszystko było mokre, pogodne i świeże. Pani Barbarze wydało się 
nagle, że coś niezwykle ważnego i radosnego jest na świecie do 
uczynienia i że ona to właśnie uczyni, że coś niezwykle 
wartościowego jest na nim do przeżycia -i że ona to właśnie 
przeżyje, i że wtedy świat cały zaświeci, zabrzmi jak pieśń. I 
blask szedł od tej myśli, i w blasku tym biegła, ciesząc się i 
śpiewając -a usłyszawszy trąbkę pocztową, zaczęła sama jej głos 
wesoło naśladować. 
Miało się już na dzień i Bogumił ubierał się po cichu, kiedy pani 
Barbara zaczęła nagle jęczeć. Natychmiast wybiegł po Ludwiczkę, 
która bywała również babką przy położnicach. Wracając oddychał 
głęboko zimną rosą, nogi mu słabły -bał się. Było jeszcze szaro, 
ale żółte i rumiane drzewa owocowe majaczyły ciepłym blaskiem w 
jesiennej mgle. 
Stanął w jadalnym pokoju i stamtąd słuchał, jak pani Barbara 
przejmująco zawodzi. Gryzł ręce z żalu nad nią i powtarzał 
półgłosem: 
— To przejdzie. Złoto kochane. To przejdzie. 
Ludwiczka zajrzała i zapytała, gdzie on się podziewa, gdy powinien 
być teraz przy pani. Poszedł tedy i trzymając chorą za rękę znów 
mówił swoje: 
— To przejdzie. Złoto kochane. To przejdzie. 
Ludwiczka nakazywała pani Barbarze to wstać, to pochodzić, to 
stanąć. Bogumił prowadzał ją, układał, ocierał jej zroszone potem 
czoło, a ona, nie przestając jęczeć, patrzyła na niego z takim 
błaganiem o litość w oczach, że trudno mu było to znieść. Trwało 
to długie godziny, aż wreszcie ostry jęk chorej przeszedł w 
ciężkie, wysilone stękanie. 
— Tera -rzekła Ludwiczka. 
Lecz owo "teraz" ciągnęło się bez końca i dopiero koło południa 
pani Barbara nagle zamilkła, a po mgnieniu ciszy dał się słyszeć 
krzyk dziecka. Bogumił, jak we śnie, pomagał Ludwiczce i Bylisi 
nosić, wynosić, zawijać, obmywać i obcierać. 
Poszedł potem do kuchni, by wylać krwawy kubeł, i zobaczył bladą, 
z przerażonymi oczyma Bylisię, jak brała się do zapierania 
skalanych ręczników, prześcieradeł. 
— Boże -myślał -tyle krwi. Jakby kogo zarżnięto. 
Niewyraźne wspomnienie, jak kiedyś, niedorosłym chłopcem, sam tak 
leżał we krwi, przemknęło mu przez myśl. 
Do kuchni zajrzał nagle Nebelski i dał znać, że dziedziczka idzie 
ze dworu dowiedziawszy się od ludzi, że pani Niechcicowa rodzi. 
Bogumił wyszedł, by ją wprowadzić. 
Potem nieraz wracali myślą i w rozmowach do chwili urodzin 
Piotrusia, opowiadali sobie wzajem, jak się wszystko odbyło, 
jakich doznali wtedy uczuć, co myśleli i co im się zdawało. 
Bogumił zapewniał, że wszystko nie trwało siedmiu godzin i aż się 
dziwili, że Piotruś przyszedł na świat tak lekko. Zwłaszcza że był 
pierwszym dzieckiem i że pani Barbara miała delikatną budowę. 
Cieszyli się, że niemowlę, choć duże tak stosunkowo niewiele dało 
się matce we znaki. 
— To jest pomyślna wróżba -utrzymywał Bogumił. -Będzie łatwy do 
życia, będzie dobry dla ludzi. 
Pani Barbara twierdziła, że on już jest dobry dla ludzi. W 
istocie, chociaż musiał być przedmiotem różnych kłopotliwych 
zabiegów, to jednak prawdziwych zmartwień właściwie z nim nie 
mieli. W nocy spał prawie bez przebudzeń, we dnie bawił się 
jednakowo dobrze, czy to na ręku, czy w kołysce, czy gdy go 
układali na łóżku matki lub ojca i zostawili tak, wpatrującego się 
z natężonym zajęciem w sufit. Kaprysił tylko, kiedy był chory, 
lecz chory bywał rzadko, nawet na zęby marudził tylko dwie noce. 
Ale i wtedy, i później marudził zawsze mało. Ludwiczka mówiła 
nawet, że on za mało płacze. I jakby dla proporcji, ile razy go 
zobaczyła, zaczynała natychmiast popłakiwać i z miłości ku niemu 
nie mówiła już, ale prawie krzyczała: 
— Szczodraszek mój! Kochanuchny! Złotuchny! Jakie to w nim 
wszystko zdarzone, miłościwe, ładniuchne! 
A obracając się do rodziców, dodawała: 
— Dużom ja dzieci na ten świat przyjmowała, ale taki szykowny 
chłopczyk jeszcze mi się nie trafił. 
— E -powątpiewała pani Barbara -przy każdym pewno tak mówicie. 
Sama przecież widzę, że dziecko jest udane, ale takich na świecie 
tysiące. 
Jak tylko pani Barbara wstała i wszystko w domu zaczęło się toczyć 
normalnym trybem, zaraz poszła do dworu podziękować pani Krępskiej 
i jej córkom za pomoc, serdeczność i opiekę, jakiej od nich w 
czasie choroby doznała. A następnie cała rodzina Krępskich 
przyszła do dworku na podwieczorek i by zobaczyć Piotrusia. 
Stosunki między dworem a panią Barbarą były w początkach jej życia 
w Krępie trochę oziębłe. Pani Barbara boczyła się, a nawet 
gardziła nieco dworem. Uważała, że prawdziwym panem jest ten, co 
był w powstaniu, stracił mienie, podupadł, a więc oni. -Ci, co po 
tylu klęskach narodowych zostali bogatymi, warci są -mówiła -by 
ich jaka rewolucja zmiotła z powierzchni ziemi. 
Dwór też się trzymał z daleka, może się tam wstydzono za to nędzne 
mieszkanie w oficynie. Bo gdy tylko Niechcicowie osiedli w dworku, 
panny Krępskie przyszły ich zaraz odwiedzić, a po przyjściu na 
świat Piotrusia stosunki nie tylko się ostatecznie poprawiły, ale 
zacieśniły się prawie w przyjaźń. Póki Piotrusia wożono jeszcze w 
wózku, pani Barbara siadywała z nim całymi godzinami pod wielką 
lipą w krępskim parku i czytała pożyczone ze dworu książki, gdy 
zaś podrósł, bywał z matką tym bardziej częstym gościem we dworze. 
Chodził przy tym, biegał po lśniących posadzkach, taki nie bojący 
się, wesoły, jakby się tam urodził. We dworze zapraszając 
Niechciców kładziono zawsze nacisk na to, żeby mały także 
koniecznie przyszedł. A pani Barbara cieszyła się, że ma syna, 
którego każdy z radością widzi i który wszędzie zachowuje się 
skromnie, a niezależnie i tak wdzięcznie, że było z tego radości 
co niemiara. Dla niej też zresztą dwór, na który przedtem 
wygadywała, nie był to teraz dwór, ale niejacy Krępscy, znajomi, 
którzy umieli ocenić Piotrusia. I o tym, jakie stanowisko zajmował 
Bogumił w majątku, także już nie myślała. Syn był teraz ich 
stanowiskiem na świecie, a oni pokrótce i po prostu Barbarą i 
Bogumiłem, rodzicami Piotrusia; zajęciem ich było nie 
gospodarstwo, ale miłość do syna. Zdarzenia i zjawiska nabrały 
teraz innych kształtów, inaczej miały się do siebie. Wszystko poza 
synem stało się życiowo i praktycznie mało ważne, a przez to stało 
się ważne w inny sposób. Świat przestał być miejscem zabiegów, 
borykań się i strachów, stał się godny zachwytu. Rzeczy obróciły 
się ku pani Barbarze swoim jasnym, oświetlonym obliczem. Niczego 
nie pożądała, a wszystkim czuła się obdarzona. Była szczęśliwa. 
Zbliżenie z dworem było tym większe, że młody Krępski po krótkiej 
próbie gospodarowania z ojcem wyjechał z Krępy i przebywał na 
przemian to w miejscowościach kuracyjnych za granicą, gdyż był 
słabego zdrowia, to na Litwie w folwarku jakiejś swojej ciotecznej 
babki, którym podobno zarządzał. Tak że Bogumił stał się teraz 
głównym pomocnikiem dziedzica w zarządzaniu wszystkimi folwarkami 
Krępy. 
Stary pan Wojciech Krępski był człowiekiem, który swój majątek 
uważał za depozyt złożony kiedyś przez Boga w ręce jego rodziny. 
Wszystkie zresztą zjawiska społeczne i polityczne uważał za 
zesłane przez Boga jako próby, w których człowiek winien dowieść, 
czego potrafi dokonać na drodze cnoty w złych warunkach, tak samo 
jak w dobrych. Póki trwała pańszczyzna, pojmował ją uroczyście nie 
jako sposób na tanią robociznę, ale jako układ rzeczy, w którym 
obie strony winne były każda w swoim zakresie wykazać najwięcej 
cnót chrześcijańskich. Był rzetelnym panem, a poza godzinami pracy 
i poza koniecznymi wydatkami na rodzinę i dom czas jego i mienie 
należały do chłopów. Bił ich, pouczał, żywił, zaopatrywał, leczył, 
a nawet zapobiegał chorobom sprowadzając każdej wiosny cyrulika, 
który całej wsi puszczał krew. Jeżeli na kim zapomniano dokonać 
tej operacji, miał się on za nieludzko pokrzywdzonego i 
przychodził do dworu upomnieć się o swoje. 
Pan Wojciech nie wierzył w to, że wszystko, co ludzie uważają za 
postęp, jest dobre, ale miał umysł dość otwarty; potrafił znaleźć 
ziarna pożyteczne dla swoich religijnych poglądów także i w 
świeckim postępowym pojmowaniu rzeczy. I gdy powiały nowe prądy rychlej 
niż drudzy sąsiedzi przyswajający sobie chętnie tylko te 
zdobycze postępu, które pozwalały im wygodniej żyć -doszedł do 
przekonania, że chłopi staną się lepszymi chrześcijanami, gdy będą 
mogli swe obowiązki spełniać jako ludzie odpowiedzialni i wolni. 
I jeszcze nim wybuchło powstanie, nadał swym chłopom ziemię, nie 
wahał się przy tym dobrze nadebrać kiesy, żeby pomóc im się 
urządzić na specjalnie w tym celu odłączonej od majątku Kolonii 
Krępskiej. 
Pan Wojciech był religiant i pojmował rygory kościelne prawie po 
zakonnemu, lecz przecie nie formalnie. Sam żył skromnie, prawie 
ubogo, sypiał na wąskim, twardym łóżku w mało ogrzewanym pokoju. 
Wstawał ze świtem, co dzień sam objeżdżał wszystkie roboty, a 
wieczorami układał plany i sprawdzał rachunki lub czytał, jeśli 
nie dzieła rolnicze, to ojców Kościoła i Pismo święte, na co miał 
specjalne pozwolenie. Obcym, co go mniej znali, zwłaszcza ludziom 
z jego sfery, mógł się wydawać skąpym, gdyż nie był skłonny do 
wydawania pieniędzy na pokaz, dla zabawy lub dla podobania się 
bliźnim. Umiał jednak być szczodrym dla potrzebujących pomocy, był 
też bezinteresowny, nie przedsiębrał nigdy rzeczy dającej widoki 
na zysk, jeżeli nie była ona bezwarunkowo zgodna z jego pojęciem 
obowiązku. Mimo to, będąc zawołanym gospodarzem, przysparzał wciąż 
majątku. Uważano go też za pedanta, nieprzyjaznego wesołości, lecz 
ci, co go znali bliżej, tak jak Bogumił Niechcic, wiedzieli, że 
nie narzucał nikomu swego trybu życia. Mawiał, że każdy ma sobie 
wskazaną drogę służby bożej, nawet wesołek, twierdził, skacząc i 
dowcipkując może też Boga chwalić. 
— A kto go chwali -mówił -to ja poznaję po tym, jak modli się, 
jak pracuje i jaki jest dla drugiego człowieka. 
— Modlić się -dodawał -trzeba z wiarą, pracować -z nadzieją, a 
drugiego człowieka mieć z miłością na uwadze przed wszystkim 
innym. 
Żona i pięć córek pana Wojciecha były to osoby światowe, lubiące 
wesołość, a on pozwalał im na wszelkie wynikające z tego 
upodobania przyjemności, uważając tylko, by to nie pochłaniało 
więcej, niż miał prawo użyć z "depozytu" na osobiste potrzeby. One 
zresztą umiały się z tą okolicznością pogodnie liczyć, a 
ostatecznie nadrabiały własnymi dochodami. Z córek żadna jeszcze 
nie wyszła za mąż, chociaż były dorosłe i przystojne. Otrzymały 
jednak staranne, światłe wychowanie i miały wymagania. Panieństwo 
nie przykrzyło im się zresztą, były ciągle zajęte. Prowadziły 
aptekę domową, leczyły ludzi na wsi, uczyły dzieci czytać i pisać, 
a starsze dziewczęta -koronek i haftów, które następnie na ich 
dobro spieniężały w Warszawie. Założyły też przy dworze sklep 
wiejski, z którego dochód obracały częściowo na pożyczki dla 
poszkodowanych przez jakieś nieszczęście lub dotkniętych cięższymi 
kłopotami parobków -a częściowo na swoje potrzeby. Prowadziły 
nadto z matką wielkie kobiece gospodarstwo, czerpiąc z tego źródła 
środki na stroje, na zabawy, nuty i książki. Słowem, były to 
sprytne i ożywione panny, wcale przy tym niegłupie ani 
niezacofane. Przeciwnie, pobożność ojca podżegała je do przekory, 
a że, będąc bogatymi i najlepszego w tych stronach rodu, mogły 
sobie na to pozwolić, hołdowały postępowym i dosyć świeckim 
poglądom na sprawy literatury, wiedzy i życia społecznego. A 
jeżeli nie postępowym, to przynajmniej takim, które się na gruncie 
Krępy zdawały postępowymi, a nawet krańcowymi. 
Pani Barbara znalazła w ich towarzystwie odblask dawnego życia w 
Kalińcu i nic lepszego nie mogła sobie życzyć. Bała się tylko 
trochę starego pana Krępskiego. Wszystko, co Bogumił o nim 
opowiadał, przejmowało ją nieprzyjaznym, krytycznym podziwem. — Nadzwyczajny człowiek -mówiła, ale widać było, że sama nie 
miałaby chęci być taką nadzwyczajną. Czuła się nieswojo na sam 
widok wysokiej, suchawej postaci i twarzy o chudych policzkach, 
mroźnym spojrzeniu, spadających wąsach i zatroskanym czole. Korcił 
ją jednak, chciała, by ją lubił -on zaś uśmiechał się do niej 
przyjaźnie, co było dużo, ale patrzył spod oka i nic nie mówił, 
jakby miał niejakie zastrzeżenia. A uśmiechał się przyjaźnie, bo 
lubił Bogumiła. Pani Barbara wcale nie przypuszczała, że między 
tymi panami istnieje takie porozumienie -Bogumił rzadko 
opowiadał, jak się kto do niego odnosi. 
Pan Wojciech nie był człowiekiem rozlewnym w okazywaniu uczuć, ale 
przez to tym bardziej widoczne było, jak wyróżniał Niechcica. 
Czasami zimą -wtedy odwiedzano się częściej -gdy Niechcicowie 
zostali zaproszeni na podwieczorek, a potem panny Krępskie coś 
grały i śpiewały, starszy pan zasiadał na kanapie i wzywał 
Niechcica, by siadł przy nim. I siedzieli tak długo koło siebie, a 
chociaż milczeli, gryząc fajki, zdawali się być bardzo radzi temu, 
że są blisko jeden drugiego. 
Szczupła ręka pana Wojciecha wyciągała się też często, by 
pogładzić płowe włosy Piotrusia, do którego mówił "chłopyszku". 
Pani Krępska, rumiana, siwa dama, niezłej tuszy, również często 
zatrzymywała wzrok na małym Niechcicu. Jej ciemne, ogniste oczy 
powlekały się przy tym tyle samo zachwytem, co żalem. 
Oboje starsi państwo martwili się podobno trochę swym własnym 
synem. Syn ten, Tadeusz, był ich najstarszym dzieckiem, udanym, 
jeżeli idzie o piękność. Wzrostu bardzo bujnego, budowy nader 
męskiej, choć subtelnej, miał głowę i twarz poetycznego 
chłopięcia, o zdumiewająco złocistych włosach i jeszcze bardziej 
godnych podziwu ciemnych rzęsach i brwiach. 
Pani Barbara dopiero w drugim roku pobytu w Krępie poznała 
Tadeusza Krępskiego w czasie jego krótkiej gospodarki przy ojcu, a 
potem widywała go najczęściej tylko z daleka, gdy się czasem 
przelotnie u rodziców pojawiał. Miał wtedy lat coś dwadzieścia 
sześć czy siedem, a wyglądał na osiemnaście. 
Pani Barbara mówiła, że nie jest on w jej guście, i urodę jego 
nazywała zanadto dziewiczą. Ale gdy na niego choć przez chwilę 
patrzyła, to potem, czy zamknęła oczy, czy je gdziekolwiek 
obróciła, wszędzie przez jakiś czas widziała jego czyste i 
wzniosłe rysy, jak widzi się na każdym miejscu zachodzące słońce, 
gdy się raz w nie spojrzało. Jednak w twarzy, w ruchach i w całym 
zachowaniu się tego młodego człowieka było coś dziwnie sennego, 
nieobecnego, jakby natura wysiliwszy się na ozdobne kształty nie 
zdołała swego dzieła doprowadzić do końca. Gdy Niechcicowie o tym 
rozmawiali, pani Barbara mówiła, że wydaje on się jej niezupełnie 
żyjącym, a Bogumił powtarzał, co słyszał od jego ojca. Stary 
Krępski mawiał, że syn jego należy do tych, o których Pismo święte 
mówi, że nie są ani zimni, ani gorący i że musi on jeszcze wiele 
przejść, nim się stanie w pełni człowiekiem. Zaś Bogumił sam od 
siebie dodawał: 
— Tak, z ludźmi i w robocie to on jest sympatyczny, chociaż, 
wiesz, dziwny. Namęczy się, napracuje, a niewiele z tego wychodzi. 
Trzyma tę robotę w ręku, a ona od niego jakby o milę daleko. 
Chłopiec jak się patrzy, zdawałoby się, że stać go na Bóg wie co, 
a jego jakby na wszystko za mało. Skończył się -nim się zaczął. 
Szkoda. 
Matka i siostry uważały Tadzia za uosobienie dobroci, od czasu do 
czasu wzdychały jednak ciężko i mówiły: 
— Ale czy my o nim co wiemy? Czy on kiedy komu co powie? Nikt nie 
wie, co w nim jest. I czy co jest? -Napomykano o jakimś romansie, 
ale panienki, zwierzając się pani Barbarze, powiedziały o tym: 
— Tadzio nawet jak kocha, to tak, jakby nie kochał. 
Ludwiczka wyrażała się o nim: 
— Ładniuchny ten nasz młody jaśnie pan dziedzic. Ale rusza to się 
tak, jakby już był u Pana Boga w niebie albo jeszcze u matki w 
żywocie. 
Zważywszy to wszystko, nic dziwnego, że starzy Krępscy wzdychali, 
gdy była mowa o synu, i że patrzyli z rzewnością na Piotrusia 
myśląc zapewne, że on się zapowiada na prawdziwszego niż ich 
jedynak człowieka. W tym bowiem chłopcu przeciwnie, życia było na 
wszystko aż za dużo. Może nie zanosił się na piękność, ale jego 
dziecinna postać była jakby dokładnym wizerunkiem pełnej znaczenia 
i sympatycznej duszy, a gdziekolwiek się pojawił, zdawał się być 
nieodzowny w swym otoczeniu, a nawet po prostu mówiąc -nieodzowny 
we świecie. Udatnie zbudowany, wysokonogi, a zarazem w ojca barczysty, 
twarzyczkę miał przestronną i otwartą; płowe włosy, 
obcięte w grzywkę i spadające mu na ramiona, czyniły go podobnym 
do chłopięcych portretów średniowiecza, szare oczy, jeszcze 
piękniejsze niż u matki, odznaczały się tym bogactwem wyrazu, 
które zdaje się zapowiadać pełnię życia. Nieziemsko zadumane i 
uduchowione, umiały błyszczeć również nieokiełznaną i zuchwałą 
radością. Miał też to do siebie, że kto na niego spojrzał, rad był 
go już mieć ze sobą zawsze. Każdemu się zdawało, że oto, czego mu 
w życiu brak -takiego właśnie Piotrusia. 
— Zostań ze mną! Jedź z nami! Zostań z nami na zawsze! -od iluż 
to ludzi Piotruś słyszał te słowa, które mówi się do dzieci 
często, ale które do niego zwrócone brzmiały jak prośba z głębi 
tęskniących serc. Takie samo upodobanie jak ludzie z Krępy miała 
też do Piotrusia i rodzina pani Barbary, która odwiedzała ją w 
ciągu tego czasu parę razy. Ostrzeńscy zbaczali ku Niechcicom 
wracając znad morza, z Połągi albo z Sopot -i zostawiali zwykle 
swych dwu chłopców na resztę lata w Krępie. Pani Teresa również 
przywoziła tylko swoje dziewczynki, by zaraz jechać na Litwę do 
rodziny męża lub za granicę do miejsc kuracyjnych, gdyż zaczęła 
zapadać na zdrowiu. Była jak zawsze jedyną przyjaciółką swej 
siostry, ale nie było już między nimi teraz takiej chęci do 
wzajemnych wynurzeń jak dawniej. Pani Barbara zdawała sobie z tego 
sprawę i czuła nawet jakby skłonność do smucenia się tym, ale nie 
starała się tego smutku rozdmuchać. Dawna zażyłość z siostrą nie 
była jej teraz tak potrzebna do życia. Odnowienie jej odkładała 
sobie z lekkim sercem na później. Na razie już sam fakt, że miała 
kogoś ze swoich bodaj na krótko w domu, dostarczał jej niemałych 
wzruszeń i przyjemności. Gdyż mogła się teraz podzielić z gośćmi 
skromnie, ale przyzwoicie urządzonym wnętrzem i ogrodem pełnym 
owoców i kwiatów, a widziała przy tym, że wszyscy czują się dobrze 
w jej progach. Czasami tylko dręczyła się, że nie wszystko jest 
tak, jak być powinno, i gdy komu się u niej co podobało, mówiła: 
— Podoba ci się? To dziwne. Smakuje ci? A ja się właśnie martwię, 
że to się tak nie udało. Powinno było wypaść zupełnie, zupełnie 
inaczej. 
I denerwowała się, gdy goście nadal chwalili coś, co było tylko 
cieniem właściwej rzeczy. Albo znów brał ją strach, że jej dom w 
ogóle nie może być dla nikogo atrakcją. Wtedy starała się swoich 
gości zabawić, zapoznając ich ze wszystkim, co im się mogło poza 
tym w Krępie i okolicy podobać, więc z lesistymi krajobrazami, ze 
starymi domkami w Borku, z rodziną Krępskich. A szczególną ambicją 
jej miejscowego patriotyzmu było, aby każdy, kto do niej 
przyjedzie, poznał albo przynajmniej z daleka zobaczył młodego 
Krępskiego. Bo choć o nim sama tak rozmaicie mówiła, uważała go za 
najprzedziwniejszą niezwykłość Krępy. Do tego stopnia, że raz, 
ujrzawszy go oknem z kuchni, idącego mimo ich płotu, wpadła do 
saloniku, gdzie się właśnie znajdowali Ostrzeńscy, wołając 
gorączkowo: -Jeśli go chcecie zobaczyć, to chodźcie do okna w 
kuchni! -Wszyscy poderwali się z krzeseł, lecz nie zdążyli, 
piękny młodzieniec już przeszedł. A ponieważ Ostrzeńscy bywali 
zawsze na krótko i zetknięcia się ze dworem unikali, zaś młody 
Krępski także był rzadkim gościem w Krępie, tak się więc złożyło, 
że go nie poznali. Poznała go tylko Teresa, przyjechawszy kiedyś 
późną jesienią po swe dziewczynki. Teresa tak się starszym państwu 
Krępskim spodobała, że zaznajomiwszy się z nią wypadkiem na 
spacerze pod lasem, złożyli jej następnie u Niechciców wizytę. Zaś 
pan Tadeusz był z nimi i w czasie spotkania pod lasem, i potem u 
Niechciców. 
Pani Barbara gorączkowała się, bo wyglądał tym razem nie tak, jak 
był powinien. Jego sposób bycia, chociaż już się z nim oswoiła, 
drażnił ją też bardziej niż zwykle. Młody człowiek nie tylko mało 
mówił, ale wyraz twarzy miał osowiały, a nawet wręcz znękany. 
Chwilami twarze obecnych, rozradowane i ożywione, zdawały się pani 
Barbarze ładniejszymi od niego. Ożywił się dopiero pod koniec 
wizyty i to tak nagle, jakby ktoś z niego niepostrzeżenie zesunął 
jakieś więzy. Momentalnie stał się porywający, jego odosobnienie 
znikło, a uroda przestała się dawać we znaki. Oświadczył, że jest 
mu u państwa Niechciców tak dobrze, jak mu jeszcze nigdy nigdzie 
nie było, i że dużo stracił nie przyszedłszy tu wcześniej. Teraz 
jednak zaprasza się i będzie wciąż przychodził, czy go zechcą, czy 
nie. To trudno! Tak już musi. No, naturalnie, któż by, miły Boże, 
nie zechciał! Zapanowała radość, tym bardziej że i Piotruś brnął 
już na kolana młodzieńca, by go z bliska, jak najdokładniej, 
wsparłszy czoło o czoło i jedwabnymi rączkami obejmując pod brodę, 
zapytać: -Przyjdziesz? Powiedz. Przyjdziesz? 
— No i co? Prawda, że śliczny -rzekła pani Barbara po tej wizycie 
do siostry. 
— Nie -zaśmiała się lekko Teresa. -Wcale nie znajduję go ładnym. 
— Et -obruszyła się pani Barbara, zmartwiona, że największa 
ozdoba Krępy nie znalazła uznania. -To nieprawda! 
— Mówię ci -potwierdziła Teresa i dodała: -Czy on się nigdy nie 
ożywia? 
— Widziałaś przecież, że jak trzeba, to się ożywia. A ty byś 
wolała, żeby był trzpiotem jak tacy zwyczajni pięknisie? 
— Nie, to jedno mi się właśnie w nim podobało, że taki cichy. I że 
chodzi, jakby był nieprzytomny. O tak. 
Teresa zerwawszy się pokazała, jak młody Krępski chodzi. Piotruś 
zaczął ją naśladować, a ona chwyciła go pod ręce i oboje, 
błaznując, upadli na kanapę. 
— To ci się w nim tylko podoba, że tak chodzi? -wołała pani 
Barbara. -Co za przewrotne gusta! Ale musisz przyznać, że nawet w 
tym niepewnym chodzie jest jakiś urok! 
— To nie żadne przewrotne gusta -rzekła spoważniawszy Teresa. 
Tylko ja myślę, że z ludźmi jest tak samo, jak z książkami, z 
rzeźbami, obrazami. Nie pamiętasz? Jak coś wyglądało zanadto 
doskonale, to się nam nie podobało. Ja przypuszczam, że, wiesz, 
takie pewne zaniedbanie formy jest konieczne, by duch mógł przez 
nią przezierać. A nam przecie zawsze podoba się tylko duch, nawet 
kiedy o tym nie wiemy. 
— Och, och, och! Ja już odwykłam od takich mądrych rozmów -śmiała 
się pani Barbara. -A zresztą, jeśli idzie o ducha, to młody 
Krępski jest chłopcem idealnej dobroci. Może dlatego tak się 
wszystkim podoba, że stanowi rzadkie połączenie pięknej duszy z 
anielską postacią. 
Stojąc przy oknie, Teresa zaczęła nagle pisać palcem na zamglonej 
szybie. 
— Oba... 
Następnie przerwawszy, odwróciła się w stronę pani Barbary i 
rzekła: 
— Obawiam się, że nie... 
— Że co nie? -chciała wiedzieć pani Barbara, ale nagle 
dziewczynki Teresy wpadły z ogrodu i przerwały tę rozmowę, a potem 
zeszło to z myśli i zresztą, zdaje się, że Teresa już w ogóle 
nigdy więcej nie spotkała w Krępie młodego Tadeusza. A i on też 
nie zaczął wcale przychodzić do Niechciców, mimo że się jeszcze 
parę razy sam do nich zapraszał. 
Dzieci Kociełłów i Ostrzeńskich były już duże. Stanowiły jakby 
dwie pary: Anzelm Ostrzeński i Oktawia byli weseli, zuchwali i 
sprytni, Janusz i Sabina odznaczali się bardziej skrytym, 
sentymentalnym i nieśmiałym usposobieniem, ale wszyscy czworo 
łobuzowali się zdrowo i nieraz znikali pani Barbarze na długie 
godziny z oczu. Niepokoiła się wtedy, gdyż byli na jej 
odpowiedzialności, ale na ogół więcej miała z nimi uciechy niż 
kłopotu. Nie były jej te dzieci tak bliskie, by sprawiały 
cierpienie, a dość bliskie, by radowały. A nade wszystko miała 
przy nich co niemiara zajęcia. Trzeba było wciąż o nich myśleć, to 
jeść im dawaj, to łataj, to ceruj, to lecz, to przemawiaj im do 
rozumu -pani Barbara miała przy nich życie wypełnione po brzegi. 
Ale to jej dobrze robiło, i właściwie śród mnóstwa rzeczy, co ją 
teraz uszczęśliwiały, jedno tylko zmieniło się na gorsze, to jej 
stosunki z Bogumiłem. Nadszedł był wprawdzie znów krótki czas, że 
zatęskniła do dawnych nocy z pierwszego roku małżeństwa, lecz gdy 
wróciły, nie znalazła w nich tego, czego szukała. Pragnęła, żeby 
Bogumił był za dnia uważny, delikatny i czuły wobec niej niby 
książę, lecz by w nocy poczynał z nią sobie bardziej bezwzględnie 
i według własnej chęci. On zaś wtedy właśnie bywał najwięcej 
uważającym i zabiegał o to, aby jej było dobrze. To nie 
wystarczało pragnieniom, których nie śmiała ujawnić, marząc, aby 
Bogumił sam się domyślił, jak rozwiązłą była w swych pożądaniach, 
jak szorstkich pragnęła uniesień, gdy zaś się nie domyślał, 
wzbraniała mu nawet pocałunków. Jeżeli jednak, na odwrót, stawał 
się niekiedy zuchwały, brakowało jej tego porywu miłości, który na 
wszystko pozwala i każdy wybryk uświęca. Onieśmielała go wówczas i 
stawał się niezręczny, gdyż kochał ją i nie chciał jej w niczym 
uchybić. Wkrótce jednak wszystkie te porywy przeminęły nie 
zaspokojone, jak burza, co zdaje się nieuniknioną, a jednak 
przechodzi bokiem. Pani Barbara uciszyła się i zagasła do tego 
stopnia, że poufne życie z mężem stało się dla niej teraz udręką i 
kłopotem, a miłość Bogumiła zaczęła jej się zdawać niemożliwie 
wymagająca. I jeżeli go widziała wieczorem spragnionego i pełnego 
nadziei, mówiła: 
— Pomyśl, ile ja się musiałam dzisiaj nadreptać, ile ja teraz mam 
zajęcia: Jestem taka zmęczona, że marzę tylko o tym, żeby zasnąć i 
spać jak pień. 
— Już mnie nie lubisz -nie chcesz? -pytał z lękiem. 
Prawdą byłoby, gdyby to potwierdziła, lecz bała się tak uczynić. A 
nuż ocknie się w niej to coś, co z radością uważała za 
przebudzenie się miłości do męża. A jeśli nie, to gdy przyzna się 
do swego zobojętnienia, Bogumił gotów się odwrócić do innych. 
Wszak był tak silny, tak jeszcze młody, i żadna z kobiet wiejskich 
nie minęła go bez pokornego lub zalotnego spojrzenia. A wtedy ona 
cierpiałaby bardzo, bo gdy nas nie stać na miłość, stać nas zawsze 
na zazdrość. A zresztą bałaby się, tak by się strasznie bała 
zostać sama śród świata, odwróconego do niej plecami. Mówiła tedy: 
— Nie, mój Boże, lubię cię. Tylko widzisz, jestem tak pochłonięta 
domem, Piotrusiem, wszystkim. A jeszcze teraz mam na opiece 
dzieci. Bądź cierpliwy. To się zmieni. Niech się wszyscy 
rozjadą... 
A jeżeli nie było gości, to mówiła: 
— Bądź cierpliwy. Niech skończę z tą lub z tamtą robotą, a będę 
taka jak dawniej. 
A on był cierpliwy i czekał z tą bezrozumną nadzieją ciężko 
zakochanych, co jest tak niewyczerpana, że przecież doczekuje się 
czasem jakiej takiej pociechy. 
— Tak -myślał. -Ma ona teraz dużo pracy, a nie była do tego 
przyzwyczajona. Trzeba ją, kochaną, miłą, złotą, oszczędzać. 
I choć przychodziło mu do głowy, że nie ma na świecie takiego 
trudu ni skłopotania, przy którym by kochankowie nie potrafili dać 
sobie jakoś poznać, że się kochają -bronił się od tej myśli. Może 
się mylę -dumał. -Są różne usposobienia. 
Pani Barbara zaś tymczasem musiała wprost walczyć ze sobą, żeby mu 
nie okazać, że on ją denerwuje także poza miłością, po prostu jako 
człowiek. Gdyż patrzył na wszystko jakby z innego miejsca. Jeszcze 
w rzeczach ogólnych, które były zewsząd jednako widoczne, 
dochodzili łatwo do porozumienia. Ale w drobiazgach zawsze odezwał 
się nie tak, jak by pragnęła, zawsze to się nie w porę roześmiał, 
to się nie w porę zmartwił. Często miała wprost uczucie, że on jej 
zawadza i że mogłaby właściwie żyć sama, gdziekolwiek, byle z 
Piotrusiem; czasami tak dalece nie mogła sobie z tymi chęciami 
poradzić, że już miała mu to powiedzieć. Lecz wtem nagle zdarzało 
się, że Bogumił wyjeżdżał na dzień lub dwa w interesach majątku. I 
wnet pojawiało się mnóstwo spraw, których bez niego nie można było 
załatwić. Wszystko zaczynało się chwiać, a jak przedtem za dużo 
jej go było nieraz nawet w te krótkie chwile, w które pojawiał się 
w domu, tak teraz brakowało go nawet w te godziny, które zazwyczaj 
spędzał przy gospodarstwie. On sam w sobie nie był jej tak już 
potrzebny, ale jego obecność w zespole zjawisk, co stanowiły życie 
Krępy, była czymś nieodzownym. I pani Barbara błąkała się wtedy z 
synem po pokojach lub ogrodzie, to mówiąc, to pośpiewując: "Smutno 
nam, smutno nam bez tatusia". A gdy wrócił, rada była, że nie dała 
mu była poznać swego zobojętnienia i że nie potrzebuje w związku z 
tym przedsiębrać żadnych na własną rękę postanowień w rodzaju 
rozejścia się, pojechania z dzieckiem na jakiś czas do matki i tym 
podobnie. I następował czas ogromnej ulgi i wewnętrznego wesela, 
aż póki przykre stany ducha znów nie wróciły, gdyż wracały one, 
rzecz prosta. Przyszła i taka pora, kiedy pani Barbarze się 
wydało, że mogłaby doznać szczęścia zająwszy się kimś drugim. Ów 
ktoś drugi znalazł się nawet pod ręką. Był nim nauczyciel z Borku, 
kawaler z czarnymi oczami i zawadiackim kościuszkowskim profilem. 
Widywał on panią Barbarę u Ładów lub w innych domach Borku, bywał 
i w Krępie, uważano go ze śmiechem za jej adoratora, ale nikt nie 
brał tego poważnie. Taki młody nauczyciel musi z urzędu kochać się 
we wszystkich mężatkach. On jednak pewnego dnia, odprowadzając 
panią Barbarę od Ładów, rozmówił się z nią serio o swych 
uczuciach, zaś ona w krótkich słowach wybiła mu je z głowy; tak 
określiła to potem w liście do siostry. Wtedy też poznała, że to, 
by się kim drugim zająć -nie jest jej do szczęścia potrzebne. 
Owszem, uwielbienie nauczyciela było jej przyjemne. Wprawdzie 
teraz, gdy miała dziecko, a często i kilkoro dzieci na swej 
opiece, i tak wiele wszelkiego zajęcia -nie czuła się już tak 
bierną i słabą, by łaknąć wciąż czyjego uwielbienia -jednak miłym 
jej było wiedzieć, że jako kobieta ma jeszcze jakieś możliwości 
przed sobą. Ale też wystarczyły jej same te możliwości, nimi się 
dostatecznie napiła. I tak była nawet tą satysfakcją pochłonięta, 
że zrazu nie pomyślała, co się musi dziać z biednym nauczycielem. 
Dopiero potem zrobiło jej się żal i zaczęła fantazjować, jaką by 
mu wskazać drogę pociechy. Ale starała się być twardą. Myślała 
sobie, że cóż robić? Jeżeli jej, kobiecie, udało się poskromić 
nieszczęśliwą miłość, jeżeli ona umiała sobie powiedzieć, że życie 
nie traci wartości mimo sercowych zawodów, to tym bardziej nie ma 
co się rozpadać nad mężczyzną, któremu dostępne jest o tyle więcej 
rzeczy dających zapomnienie. Martwiła się wszelako niekiedy, ale 
te skrupuły nie mogły jej na dobre zaciemnić życia, które ją 
potężnie cieszyło. A cieszyło ją głównie za sprawą Piotrusia. 
— Świat taki piękny -myślała patrząc na niego -że i bez tak 
zwanej miłości można być na nim szczęśliwą. 
I czuła, że ma o czym dźwigać się i piąć się w górę. 
Jesień, w którą Piotruś skończył cztery lata, była pogodna i 
ciepła i pani Barbara często w tym czasie chodziła z synem do 
lasu. A choć mały nie mógłby jej przed niczym ochronić, 
przeciwnie, sam by w razie czego potrzebował obrony, to jednak 
czuła się z nim bezpieczna. Zapuszczała się z nim dalej, niżby 
kiedykolwiek odważyła się sama, aż do traktu wiodącego ku Mławie, 
aż do drugiego lasu leżącego za traktem, aż do rzeki płynącej za 
drugim lasem. Chodząc przyglądali się niebu i ziemi, pani Barbara 
uczyła syna rozpoznawać drzewa, czego ją znów nauczył jej brat, 
Daniel, jeszcze dawnymi czasy w Piekarach. 
— Patrz -mówiła -osina. 
Przerzedzone liście osiny drżały śród płowych gałęzi jak chmara 
żółtych motyli. 
— One się przygotowiają do spadania -zauważał Piotruś i stał z 
zadartą głową, przytrzymując matkę, by poczekała, aż który zleci. 
— Tak, ale drżą nie dlatego -pouczała go matka. -One zawsze tak 
drżą. Chodź, synu, bo cię szyja zaboli. 
Szli dalej, ale niebawem zatrzymywali się znowu, aby spojrzeć na 
kędzierzawy, jadowicie zielony mech. 
— Widzisz, jaki mech? -pytała matka rozgarniając liście, co go 
zasypywały. 
— Widzisz, jaki mech? -powtarzał nabożnie chłopiec. A przy 
następnej kępie mchu sam ciągnął matkę za rękę i mówił: 
— Widzisz, jaki mech? Widzisz? 
Czasem Piotruś zadawał sam ze siebie pytania, na które pani 
Barbara to odpowiadała od razu, to starała się wykręcać od 
odpowiedzi, zaambarasowana, czy czasem nie posieje w nim 
fałszywych albo niepożądanych wyobrażeń o rzeczach. Raz, gdy 
spotkali żabę, pani Barbara rzekła: 
— Jaka ta żaba jakaś nieduża. To widać młoda. A ty wiesz, mamusia 
wczoraj w ogrodzie widziała taką dużą żabę -o, taką. 
— Taką? -zapytał Piotruś i również pokazał rękami. -Czy taką? 
Niedostatecznie jednak upewniony, spytał niebawem: 
— Czy taką, jak mój pantofel? 
— No, może taką. 
Chwilę milczał, jakby napawając się uzyskanym w ten sposób obrazem 
dużej żaby, a potem wrócił raz jeszcze do tej sprawy: 
— A czy żaba może być taka duża jak mamusi pantofel? 
— Nie. A zresztą są kraje, gdzie żyją żaby większe niż u nas. 
Jakie większe? Mamusiu. 
— No... trochę większe. 
— Takie większe jak drzewo? 
— Nie, co znowu, takich żab nie ma, synku, na świecie. 
— A takie -pytał mimo to -jak cały las? 
— Żarty sobie stroisz z matki, mój chłopcze. Skądże by żaba mogła 
być taka jak cały las? 
Piotruś uśmiechnął się dowcipnie i podskoczył. Następnie, 
potykając się o słowa i myśli, zaczął gwarzyć: 
— Bo, jakby żaba była taka duża jak las. Większejsza... większa poprawił 
się -od lasa, toby tego... toby las był w tej żabie. W 
brzuchu -podkreślił złowieszczo. -I my by... to... i my byśmy 
szli z mamusią i myśliśmy by... 
— Myślelibyśmy -wygładziła pani Barbara. 
— ...ślelibyśmy, że to jest nie żaba... My nie wiedzielibyśmy! 
Mamusiu?! Czy las może być w brzuchu u żaby? 
Pani Barbara zaśmiała się i nagle zdjęła ją śmieszna zgroza. -A 
nuż dzieje się to wszystko w istocie w brzuchu obrzydliwej żaby. 
Czyż ludzie nie mogą być robakami we wnętrzu jakiegoś potwora? 
— Fe! -wykrzyknęła. -Co też ty wygadujesz! 
Piotruś pobiegł ze śmiechem naprzód, a stanąwszy rozejrzał się i 
spytał: 
— Czyj -jest -ten -las? 
Masz tobie! Czyje to jest? Na każdym kroku co chwilę słyszy się te 
słowa. Ileż razy Ludwiczka i Bylisia pytają samego Piotrusia: — Czyj jesteś? Czyje te zabaweczki? -A on ma na to odpowiadać: — Mamusin. Tatusin. Moje. 
Złość porwała nagle panią Barbarę, gdy to wspomniała. Słowa "czyje 
to" wydały jej się czymś niewłaściwym, a nawet prawie zdrożnym. 
Powiedzieć, że coś jest czyjeś, to jakby pozbawić tej rzeczy cały 
świat, wszystkich innych. 
Piotruś stał i powtarzał pytanie, i czekał na odpowiedź, a pani 
Barbarze mnóstwo wymyślnych tłumaczeń snuło się przez głowę, lecz 
wszystkie były dla dziecka za trudne, a dla niej samej także nie 
dosyć jasne. Już chciała odpowiedzieć, jak wypadało, że las jest 
pana Krępskiego, lecz zamiast tego rzekło jej się inaczej: 
— No, cóż -westchnęła -las jest pana Krępskiego i nasz, i 
gajowego, i tych ludzi, co przychodzą na chrust, na grzyby, na 
jagody. 
Piotrusiowi trafiło to do przekonania, jak trafiłoby zresztą 
wszystko, co by mu matka powiedziała. Snuł dalej: 
— Bylisi. Ludwiczki. Nebelskiego. Nebelskiego też? 
— Też. A jakże. 
Jemu zaś przypomniały się jeszcze inne osoby, które pragnął 
również lasem obdarzyć. 
— Anzelma. Janusza -wymieniał. -Okci. Sabinki. Cioci Tereni. 
Wujka. Babci. 
Wtem wystrzeliło pytanie: 
— Mamusiu -a czy -las -może -być -piesa? 
Ma się rozumieć, nie zawsze nękały ich takie zawiłe kwestie. 
Często chodzili sobie tylko, patrzyli i na tym się kończyło. 
Wspinali się pomału na leśne wzgórze, a potem zbiegali z niego 
wąską ścieżką wijącą się śród kolorowej gęstwiny. Lśniące od rosy 
pajęczyny łaskotały ich twarze, a mokre liście szeleściły donośnie 
pod stopami, wydzielając zawrotne aromaty. 
— Czujesz, jak liście pachną? -dowiadywała się matka; zaś potem 
skręcali nieco, ścieżka z mokrej i czarnej stawała się 
piaszczysta, las rozstępował się, rozwidniał, tu i tam ciągnęły 
się uschnięte wrzosowiska, a na nich rosły brzozy rozsiewające 
dokoła rzęsisty złoty blask, od którego oczy się mrużyły i błękit 
nieba wydawał się ciemniej szy. 
Tu, widzisz, zachorował dziadunio Klemens -objaśniła pani Barbara 
— to miejsce nazywa się Gryczoł. 
I znów plotły się pytania, odpowiedzi, westchnienia, śmiechy... 
Czasami w śniącej ciszy usłyszeli z wysoka pukanie i wtedy 
przytaiwszy się, z zapartym tchem szukali okiem dzięcioła. 
— Tam, tam -szeptała gorąco matka, wpatrzona w głowę ptaka 
odskakującą sprawnie od pnia na tle modrego nieba. I brała chłopca 
przed siebie albo nawet dźwigała go, stęknąwszy, do góry, żeby 
patrzył stąd, skąd i ona. 
Tutaj -szeptała -na drugim drzewie, na drugim. Pod tą suchą 
gałęzią. Niżej, niżej. Widzisz? Widzisz, synku? 
— Widzisz... synku -odpowiadał przejęty. 
Kiedy indziej napotykali wiewiórkę. Jakże ona zwinnie i bez 
szelestu pomykała z jednego pnia na drugi i z gałęzi na gałąź. 
Niepodobna było za nią wzrokiem nadążyć. Tu mknie jeszcze chyżo po 
ziemi, a tu -już cmoka po cichu na samym szczycie drzewa. Trudno 
było im się od niej oderwać. Tak im obojgu zależało na tym, żeby 
wiedzieć, co też jeszcze uczyni, na jaką gałąź skoczy, jak prędko 
zbiegnie znowu na ziemię, by się zwijać śród liści. Już odeszli 
daleko, a jeszcze wciąż się ociągali i oglądali. 
Aż nadszedł czas, gdy wszystkie liście opadły, wydały ostatnie 
swoje wonie i zbutwiały, a drzewa obnażyły inną swą piękność, 
jakby trwałą duchową piękność nagich gałęzi i konarów. Nastały 
długie wieczory, w czasie których wspomnienie jesiennych wędrówek 
odzywało się w zabawach Piotrusia. Całymi godzinami biegał dokoła 
stołu, szumiał i wirował, bawiąc się w liście spadające, a w końcu 
kładł się na podłodze na wznak i oznajmiał, że jest liściem 
leżącym w lesie. 
— Wstań, synu -mówiła na to matka. -Zaziębisz się na tej 
podłodze. Tam ciągnie spod wszystkich drzwi. 
A jeśli na to wchodził ojciec, chwytał Piotrusia pod pachy i 
podnosił do góry, aż głowa leciała mu wstecz, a włosy się 
odwiewały, obnażając czoło gładkie, jasne jak zorza. Ale ojciec 
dźwigał go jeszcze wyżej, sadzał go aż na szafie i to się 
nazywało, że liść pofrunął i na powrót przyrósł do drzewa. Pani 
Barbara odwracała się i zakrywała oczy. 
— Ja na takie zabawy nie mogę patrzeć! -wołała. -Czy ty go aby 
trzymasz? Zdejm go zaraz. 
A gdy chłopiec był już na ziemi, wyrzucała Bogumiłowi: 
Po co mu opowiadasz takie rzeczy, że liście przyrastają? Po co go 
bałamucisz? 
Wkrótce jednak zaczęto inaczej się bawić. Bogumił kupił w Mławie 
skrzypce i grał na nich wszystkie piosneczki, które umiał. Pani 
Barbarze zdawało się to oburzającym, że brał się do czegoś, o czym 
nie mógł mieć żadnego pojęcia. 
— Skądże byś ty mógł umieć grać? -mówiła z powątpiewaniem. 
— Uczyli mnie kiedyś trochę -odpowiadał. -W Niemczech grywałem 
nawet czas jakiś na podwórzach. Co prawda niewiele z tego 
pamiętam, ale przecie fałszować, nie fałszuję -usiłował ją 
przejednać, ale, by jej nie drażnić, zaczął kryć się ze skrzypcami 
do zimnego pokoiku na górze. Lecz pani Barbara bała się tylko, by 
on nie myślał, że ona może brać poważnie tę całą jego muzykę. O 
ile pojmował, że to tylko na niby, to niech sobie gra, ile zechce, 
zwłaszcza, że Piotruś to lubi. 
— Jeżeli masz już odwagę udawać, że grasz, to grajże jawnie nakazała 
mu. Bogumił skwapliwie usłuchał i odtąd grał zawzięcie, a 
pani Barbara przywykła słuchać, a nawet, prawdę mówiąc, słuchała z 
przyjemnością, chociaż to było dalekie od tego, co w młodości 
przywykła uważać za muzykę. Bogumił drobił i zacinał od ucha, grał 
tak, jak grają chłopi na tańcach i weselach, dziarsko, rzewnie i z 
ogniem. 
Skrzypce przyciągały zawsze do pokoju Bylisię, która mówiła, że aż 
jej się nie wiem co robi, jak pan zagra. Była ona krótką, grubawą, 
nie nazbyt przystojną dziewuchą, ale jej małe, wydatne usta miały 
w sobie tyle słodyczy, wesołości, dobroci i rzetelności, tak były 
pełne znaczenia i wyrazu, że wszystko inne zdawało się być tylko 
nieważnym dodatkiem. Usta te sprawiały, że wydawała się każdemu 
miła od pierwszego wejrzenia, i słusznie, gdyż charakter miała 
taki jak usta -one jedynie były w jej cielesnej powłoce 
doskonałym wyrazem jej duszy. Bylisia nie tylko słuchała piosenek 
granych przez Bogumiła, ale każdą z nich musiała z Piotrusiem 
odtańczyć. Brała go za ręce i wirowała, a on dreptał i 
przytupywał, patrząc ze skupieniem na swoje nogi. 
Tańce utkwiły Piotrusiowi do tego stopnia w głowie, że często już 
potem, kiedy go położono spać, raptem zrywał się, wyskakiwał z 
łóżeczka, wołał: 
— Jeszcze -jest -dzień... -i zaczynał w nocnej koszuli tańczyć. 
— Co ty, synusiu, robisz -strofowała go matka. -Masz spać! 
Przewrócisz się przez koszulkę! 
Lecz on przytrzymywał koszulkę rękami i tańcował dalej, 
przyśpiewując sobie nawet niekiedy różnymi słowy bez związku. 
— Co ty robisz? -pytała rozśmieszona pani Barbara. -Bogumił, 
chodź tu, zobacz, co ten twój syn wyrabia! 
Bogumił przychodził i łowili go, i za pierwszym razem, za drugim 
próbowali go nakłonić, żeby się kładł na powrót. 
— Kładź się, ty nieupamiętany dzieciaku! -udawali, że się 
gniewają. Lecz pomału sami zaczęli znajdować upodobanie w tych 
tańcach w nocnej koszulce. Doszło do tego, że ojciec mu do nich 
przygrywał, a matka klaszcząc w ręce wtórowała mu różnego rodzaju 
okrzykami lub śpiewała mu piosenkę wuja Klemensa: 
Gdy tańcuję zwinna, żywa... 
A zawsze musiało się zaczynać od tego, że Piotruś już leżał i że 
się do tego tańca zrywał z łóżka, wołał: -Jeszcze -jest -dzień i 
dopiero wtedy przy ruchliwym blasku ognia na kominku zaczynał 
swoje pląsy. I było to tak, jakby biesiadnikom, co już wstali od 
stołu, żal się zrobiło i powracali raz jeszcze, by dopić ostatnie 
krople z kielichów. 
Ale zdarzyło się raz czy dwa, że Piotruś po tych tańcach nie mógł 
długo zasnąć i pani Barbara powiedziała: 
— Ja muszę jednak temu koniec położyć, to jest i niezdrowe, i 
nierozsądne. 
A gdy ojciec i syn wracali mimo to do swojego, zaczęła wyrzucać 
Bogumiłowi, że jeżeli na to kupił skrzypce, żeby dziecko wybijać 
ze snu, to nie miał dobrego pomysłu. Doszło z tego powodu do 
sprzeczek, tak że Bogumił chciał już nawet komu te skrzypce 
podarować. 
— Zaniosę je -mówił -muzykantowi, co mieszka pod Borkiem. 
— Naturalnie -wzdychała pani Barbara. -Teraz, kiedy już wiesz, 
że dziecko się bez muzyki nie może obejść i że ostatecznie i dla 
mnie to jedyna przyjemność na tym pustkowiu, to właśnie chcesz się 
skrzypiec pozbywać. Mnie idzie tylko o to, żebyś grał w porę. 
Tymczasem jednak spadły śniegi, zima się zrobiła na świecie, 
Piotruś sam ze siebie przestał tańcować przed zaśnięciem, 
zajmowały go teraz kwiaty mrozu na szybach i opowiadania o 
nadchodzącej gwiazdce. 
Po świętach, gdy ustaliła się cicha, niezbyt mroźna pogoda, 
rodzice wyszli pewnej niedzieli z synem na spacer i doszli prawie 
do lasu, lecz stamtąd trzeba było już wracać, gdyż zaczynało się 
zmierzchać. 
— Za późno wyszliśmy -rzekła pani Barbara i przyśpieszyli kroku. 
Szli trzymając Piotrusia za ręce, a on -to wybiegał pomiędzy nimi 
naprzód, ciągnąc ich dłonie, to przyzostawał w tyle, opierając się 
i ślizgając po śniegu, to podskakiwał kilka razy na miejscu, a 
ojciec mówił wtedy: -Hop! Hop! -Niekiedy potykali się wszyscy, 
gdy nogi ich trafiły na zaspę nie urównaną przez płozy. 
— Słuchaj, czy on nie zmarznie? -pytała pani Barbara. 
— Nie, nie -uspokajał Bogumił. -Przecież jest tak cicho na 
dworze. Prawie jakby nie było mrozu. I nie czujesz, jakie ma 
ciepłe ręce? 
— Ciepło ci, synu? -starała się upewnić pani Barbara, a dziecko 
odpowiadało: 
— Ciepło ci, bardzo ciepło. Tak ciepło jak -stąd -do -rowu. — Nie. -Więcej. -Tak -ciepło -jak -stąd do nieba. 
— Ale się nie zgrzałeś? Nie jest ci za gorąco? 
Na niebie jeszcze jasnym widać było księżyc, a w jego pobliżu 
pierwszą gwiazdę. Śród zamarłego w śniegach świata księżyc ten 
zdawał się być żywym, rumianym kwieciem, rzuconym na blednące 
błękity. 
— Patrzcie, księżyc -rzekła pani Barbara i uczuła w sobie zdrój 
radości i siły, co wzbiera w nas czasem bez wyraźnego powodu, a 
jest tak potężny, jakby go wywołały doniosłe wydarzenia, i tak 
nieprzebrany, że nie zdaje się możliwe, by cokolwiek mogło go 
kiedy wyczerpać. Puściła rękę Piotrusia, chwyciła nieco śniegu i 
rzuciła nim w ojca. Piotruś zaczął ją natychmiast naśladować, a 
potem rozochocony popędził naprzód. Widząc to ośnieżeni rodzice 
mrugnęli na siebie i schowali się za krzakami tarniny. Piotruś 
dążył wciąż śmiało naprzód, ufny, że ma ich za sobą. Wtem obejrzał 
się, stanął. -Mamusiu! -krzyknął rozdzierającym głosem i zaczął 
biec z powrotem, a nie uważając już na drogę potknął się nagle i 
upadł. Pani Barbara wyskoczyła z ukrycia i w jednej chwili była 
przy nim. Przysiadłszy, trzymała go w objęciach i śmiechem starała 
się go przywieść do równowagi. 
— No cóż, synuchna? Uderzyłeś się? Nie! Złapałeś zająca! Buch 
zając! 
Piotruś nie płakał. Bogumił, nadążając powoli, patrzył na główkę 
syna wychylającą się znad ramienia pani Barbary. Czapka mu spadła, 
grzywka się na ukos odgarnęła i z jednej strony widać było 
niepokalane czoło. Oczy miał zamknięte, a na spąsowiałej 
twarzyczce wyraz żarliwego napawania się opiekuńczą bliskością 
matki. Rączki w szarych rękawiczkach o jednym palcu przyciskał 
kurczowo do jej pleców. 
— Zląkł się -rzekła pani Barbara zdziwiona, gdyż Piotruś nieraz 
chodził sam dużo dalej. -Nie można się z dzieckiem tak bawić dodała 
z żalem. 
— Zląkł się o nas -śmiał się Bogumił. -Myślał, że nas wilki 
porwały! 
Piotruś śmiał się już też i aby pokryć zawstydzenie zaczął 
wyprawiać różnego rodzaju skoki. Prędko się jednak zmęczył i 
zapytał, czy jeszcze daleko do domu. 
— A czy ciebie nóżki bolą, syneczku? Co to dziecko tak jakoś 
dzisiaj grymasi? Może chcesz do tatusia na rękę? 
— Co? Młody człowiek, co już ze mną na koniu jeździ, ma iść na 
rękę? -oburzał się żartami Bogumił. -Ale chodź. Tatuś się zabawi 
w twojego konia. 
Piotruś jednak opierał się mówiąc: -Nie. Ja sam -pójdę -po 
śniegu. 
I tak jakoś już o zmierzchu doszli do domu. 
W nocy Piotruś spał niespokojnie, a ręce i głowa jego były mocno 
gorące. Nad ranem zaczął się rzucać nieprzytomnie i po całym 
folwarku rozeszła się wiadomość, że Piotruś państwa Niechciców 
zachorował. 
— Niech się pani nie trwoży -mówiły panny Krępskie, które 
nadbiegły z pomocą. -U małych dzieci taka wysoka gorączka może 
nic złego nie znaczyć. Dzieci bardzo łatwo dostają dużej gorączki. 
Ile myśmy już takich wyleczyły. 
Pani Barbara patrzyła zamglonymi oczami i mówiła: 
— Ja się nie boję. Ja nie mam złego przeczucia. Matka miałaby 
przecież przeczucie. Ja wiem, że jemu nic nie będzie. 
Piotruś bredził i dyszał, a chwilami szukał z trwożną namiętnością 
ręki matki i pytał: -Mamusia jest? Jest? 
— Jest, kochaneczku, jest przy tobie -odpowiadali oboje. 
Po południu przyjechał doktór z Mławy, a wkrótce potem felczer z 
Borku. Nad wieczorem przybyła pani Ładzina. Krzątano się na 
palcach, dźwięczały bańki i buteleczki, pluskała woda na kompresy, 
chrobotał lód, od czasu do czasu doktór szorstko i głośno wydawał 
jakieś zarządzenia. 
Chłopiec stał się pośród tych zabiegów jak gdyby przytomniejszy, 
około dziesiątej wieczorem rozejrzał się i rzekł: -Tatuś! -a głos 
jego rozległ się donośnie i natarczywie śród przyciszonego 
napięcia, w jakim się wszyscy znajdowali. 
— Co, syneczku? 
— Tatuś -powtórzył chłopiec nagląco -graj! 
— Lepiej mu. Chce, żeby ojciec zagrał -rzekł ktoś z obecnych. 
— Skrzypce -zaraz, gdzie skrzypce? -I Bogumił rzucił się biec po 
nie jak po deskę ratunku. Pani Barbara wyszła za nim, chwyciła go 
za rękę. 
— Nie odchodź -błagała -nie odchodź. Słuchaj! On nigdy nie 
chorował! On przecież nigdy nie chorował -wybuchnęła zrozpaczonym 
szeptem, jakby dopiero to wydało jej się złowróżbną okolicznością. 
Usłyszeli, że ktoś powiedział: -Jemu już i skrzypce nie pomogą. 
— Na co tu tyle ludzi? -zlękła się pani Barbara. 
Wrócili do dziecka, które znów straciło przytomność. Podwojono 
starania. Doktór i jedna z panien Krępskich zostali na całą noc, a 
w kuchni czuwali Bylisia, Ludwiczka i gotowy na każde skinienie 
Nebelski. 
Nad ranem Piotruś skonał. Ucichło krzątanie się. Zemdloną panią 
Barbarę nacierano wodą lawendową i trzeźwiono solami. Bogumił 
wyszedł do sieni. Wśród nocnej bieganiny ktoś otworzył drzwi na 
dwór. Wiało przez nie mrozem i widać było siny od cieniów 
uchodzącej nocy śnieg, a nad śniegiem za czarnymi drzewami 
czerwone pasmo zorzy. Bogumił po omacku szukał czegoś na ścianie. 
Pani Barbara nie wiedziała, jak się odbył pogrzeb Piotrusia. 
Cztery dni i cztery noce przeleżała w nerwowej gorączce, bredząc i 
płacząc na przemian, nie przyjmując prawie pokarmu, nie poznając, 
czy też nie chcąc poznać nikogo z tych, co się nad nią schylali i 
starali się przywieść ją do jakiego takiego opamiętania. Nie 
wiedziała też, co się działo przez ten czas z Bogumiłem. W 
czworakach tylko, u Nebelskich i we dworze opowiadano sobie, jak 
on po śmierci dziecka wybiegł do ogrodu ze swoją strzelbą 
myśliwską, jak ją oparł o drzewo usiłując nacisnąć cyngiel i jak, 
nim to się stało -omdlał i upadł razem z bronią na ziemię. 
Widziały to Bylisia i Ludwiczka, które za nim wybiegły, a potem 
opowiadały o tym raz tak, a drugi raz inaczej. Opowiadały między 
innymi, że Ludwiczka poszła wtedy wołać pomocy, gdyż same nie 
mogły leżącego podźwignąć. Bylisia została, lecz strach ją zdjął 
przed panem leżącym w śniegu -pobiegła więc też ku wsi i wołała 
po drodze: -Pan się zabił -i przysięgała, że fuzja wystrzeliła, 
kiedy pan upadł. Ale nim ludzie się zeszli, Bogumił sam już 
oprzytomniał, wstał, wrócił do domu, a położywszy się na ławie, 
zasnął i spał koło dziesięciu godzin. Wstawszy, był już spokojny i 
zajmował się na równi ze wszystkimi pogrzebem oraz wysyłaniem 
wiadomości rodzinie. Na pogrzeb nikt nie zdążył przyjechać, byli 
tylko Ładowie i cała Krępa, lecz zaraz po pogrzebie przybyła 
Teresa Kociełłowa. Pani Barbara nie gorączkowała już wtedy, lecz 
nie wstawała z łóżka. Leżała na wznak wpatrzona bezmyślnie w 
sufit, marszcząc od czasu do czasu czoło i powtarzając szeptem: 
— Dlaczego? -Gdy Bogumił się do niej zbliżał, odwracała głowę z 
niechęcią, gdy ujrzała panią Teresę, wybuchnęła spazmatycznym 
płaczem, jakby widok tej nowej żyjącej twarzy uprzytomnił jej 
tylko niepowrotne zniknięcie tamtej, co już była pod ziemią. 
Teresa Kociełłowa z szorstką tkliwością wzięła siostrę w objęcia i 
trzymała ją przyciśniętą do siebie, aż póki płacz nie ucichł. Nie 
próbowała jej pocieszyć. Kazała ją zostawić w spokoju, a sama 
zajęła się domem i Bogumiłem, który chodził zaniedbany i nie 
ogolony, a najczęściej wróciwszy od gospodarstwa siadał w ciemnym 
pokoju paląc fajkę, aż póki nie wypadła mu z ust, gdy zaczął 
drzemać. Teresa próbowała mu towarzyszyć. Pierwszego dnia czuł się 
tym skrępowany, ale następnego dał się wciągnąć w rozmowę i widać 
było, że mu to ulgę przynosi. 
Trzeciego czy czwartego dnia Teresa zapytała go, czy to prawda, co 
mówią, że godził na swoje życie. 
Bogumił zmieszał się i skrył twarz w dłoniach. 
— Czy to kto widział? -zląkł się, a potem zaczął prosić: 
— Tereso, niech Teresa nigdy tego Basi nie powie. Nigdy. I niech 
uczyni tak, żeby jej o tym nikt nigdy nie powiedział. 
— Jakże ja to mogę uczynić? -westchnęła apatycznie. -Co mogłam, 
to zrobiłam. Zapowiedziałam wszystkim, żeby milczeli. Ale taka 
rzecz nie może się już nigdy w żadnym wypadku z tobą powtórzyć. 
Bardzo mnie zawiodłeś, Bogumile. 
Bogumił nie zdziwił się tym słowom. Był nawet jakby w swym smutku 
uszczęśliwiony, że mu czyniła taką wymówkę i że mógł się przed nią 
tłumaczyć. 
— To było tak -mówił -jakbym nie ja sam, ale ktoś drugi we mnie 
chciał to uczynić. Duszy mojej, czy tam sumienia mojego wtedy we 
mnie nie było. Dusza wyszła ze mnie za tym chłopyszkiem. To tylko 
ze mnie zostało, co skowyczało z bólu, a myśli brzęczały tylko, 
żeby z tym prędzej skończyć. Jam ani myślał -dodał schrypniętym 
głosem i odchrząknął. -Jam ani myślał, że potrafię tak cierpieć. 
Tylem przeszedł, a tak mi jest, jakbym był pierwszy raz ugodzony, 
jakbym jeszcze dotychczas nie znał, co to jest boleść. 
Teresa roześmiała się wewnątrz siebie półgłosem. 
— O -rzekła -człowiekowi często się zdaje, że już się skończył, 
że się w nim nic więcej nie pomieści. Ale pomieszczą się w nim 
jeszcze zawsze nowe cierpienia, nowe radości, nowe grzechy. 
— Tak, tak jest -przytakiwał Bogumił zdziwiony i ucieszony. -Jak 
Teresa dobrze wszystko rozumie. 
— Gdzie tam -odparła -nic nie rozumiem. Im dłużej żyję, tym 
więcej nic nie rozumiem. Ale kocham życie i uważam... 
— Co Teresa uważa? 
Nic nie odrzekła na to, ale nagle uczuli oboje, że sobie dość 
powiedzieli, i zamilkli na dobre. 
— Chodźmy do Basi -odezwała się pierwsza Teresa. 
— Chodźmy -zgodził się śpiesznie Bogumił, lecz po drodze stanął 
przy oknie w jadalnym i został. 
Pani Barbara leżała w słabym świetle małej lampki oliwnej i 
patrzyła na siostrę szeroko otwartymi, przytomnymi oczami. 
— Czy ten Bogumił -zapytała donośnym, zwykłym swym głosem -ma 
tam w ogóle co jeść? Czy to kto wydaje na obiady, na kolacje, na 
wszystko? 
Teresa usiadła na jej łóżku i zaczęła zdawać sprawę ze 
wszystkiego, co dzieje się w domu. Pani Barbara rzekła po pewnej 
chwili: -Ja wstanę -i rzeczywiście, chociaż to był już wieczór, 
wstała, ogarnęła się i obeszła, słaniając się, domowe 
gospodarstwo. Od tego dnia zaczęła też już wstawać rano jak zwykle 
i zajmować się domem; cokolwiek jednak czyniła, czyniła niby przez 
sen. Wkrótce Teresa musiała wyjechać, a gdy zostali sami, pani 
Barbara rzekła pewnego dnia do męża: 
— Zaprowadź mnie. 
W milczeniu ubrali się i poszli piechotą ku Borkowi na cmentarz. 
Pani Barbara zatrzymała się przy dwu bliźnich grobach matki i wuja 
Klemensa, ale Bogumił powiedział: -To nie tu -i szli dalej. 
Piotruś był pochowany po drugiej stronie ścieżki, za katakumbami, 
w których chowano jednego po drugim proboszczów parafii Borek. 
Leżał w tej części cmentarza, w której grzebano dzieci. Mogiłka 
jego odznaczała się tym śród innych, że była okryta świerkowymi 
wiankami, które ktoś otrząsał pracowicie ze śniegu, tak że 
wyglądała świeżo i zielono, owiana żywiczną wonią lasu. Pani 
Barbara patrzyła przez chwilę w oszołomieniu na krzyżyk z 
wypalonym w drzewie napisem. Ś.p. Piotr Niechcic, żył lat 4 -a 
potem nie uklękła, ale upadła na ziemię i zaniosła się nieludzkim 
płaczem. Bogumił chciał ją podnieść, ale stała się ciężka jak 
zwłoki, tak że dał spokój. Stał nad nią posiniały z zimna i z 
wrażenia, a gdy w końcu usłyszał, że coś mówi szlochając, ponowił 
swoje wysiłki i teraz dała się podnieść. 
— Ja nie miałam przeczucia -powtarzała. -Dlaczego ja nie miałam 
żadnego przeczucia? 
— Moje dziecko, nikt z nas nie miał przeczucia -powiedział 
nieudolnie. 
— Gdzie moje rękawiczki? -szeptała trąc czerwone zgrabiałe ręce. 
Znalazł je w śniegu i podał, ale pani Barbara ich nie włożyła. 
Gołymi rękoma zaczęła robić porządki, poprawiać wianki, odmiatać 
spadłe igły. 
— Chodźmy -rzekła wreszcie, a gdy wracali, była znacznie 
raźniejsza i Bogumiłowi zdawało się, że jeśli idzie o nią, to 
najgorsze minęło. Nie minęło jednak, gdyż nabrała teraz zwyczaju, 
że co dzień rano sama chodziła na cmentarz i spędzała tam długie 
godziny. A czas był ciągle zimny, śnieżny i mglisty, i nieraz 
wracała tak zmarznięta, że się potem nie mogła dogrzać. Bylisia 
długo się namyślała, co z tym zrobić, a w końcu powiedziała panu, 
że pani całe dopołudnia siedzi zawsze u grobu. Bogumił 
zmarkotniał, a nazajutrz zjechał konno z pola ku cmentarzowi i w 
istocie zastał tam żonę. Biegała pędem w tę i w tę stronę po 
ścieżce, widocznie, żeby się rozgrzać. Udał, że go przypadek 
sprowadził, tęskno mu się zrobiło, chciał pobyć przy Piotrusiu. 
— Dlaczego -zapytał -nie powiedziałaś mi, że przychodzisz tu 
sama? Boję się o ciebie. Tak zimno. Zaziębisz mi się. 
Wzruszyła ramionami i odparła niechętnie: 
— Wcale nie przychodzę. Nie zaziębię się. Mnie ciepło. -I nie 
oglądając się, obrażona, odeszła w stronę domu, on zaś wsiadł z 
powrotem na konia i błąkał się na nim w tę i w tę stronę, patrząc 
z dala, jak szła. 
Nazajutrz o tej samej porze podjechał do cmentarza linijką. Pani 
Barbara siedziała koło mogiły na ziemi w śniegu i Bogumił zadrżał, 
gdyż wydało mu się, że śpiewa. Szedł ku niej z bijącym sercem, 
lecz nie, to wiatr tak nucił w zaroślach. 
— Znów tu jesteś -rzekła powstając na jego widok. 
— Dziecko moje -zawołał składając ręce. -Między grobami 
niepodobna jest żyć. Trzeba wrócić do świata. 
— Patrzcie państwo -roześmiała się ostro. -Skąd ty możesz 
wiedzieć, w czym dla kogo jest świat? Ja tam go w niczym nie 
widzę. Wszystko powywracane do góry nogami, pobite. Same gruzy. 
Żadnego ładu ni składu. -Nagle rozgniewała się. 
— No, cóż tak stoisz -wykrzyknęła -i patrzysz na mnie, jakbym 
już była wariatką?! Co chcesz? Mam z tobą jechać? No, więc już idę 
i marsz. Siadam i jadę! Jadę do tego świata! 
I pierwsza przed nim dobiegła do linijki. 
Wracali w nieprzyjemnym usposobieniu i nic już do siebie nie 
mówiąc. Bogumił jechał noga za nogą, gdyż wiatr zwiał śnieg i 
poodsłaniał chropawą, twardą grudę. Pani Barbara zaczęła się w 
końcu niecierpliwić. 
— Dawno bym już zaszła piechotą -rzekła -i mniej bym zmarzła. 
Nazajutrz Bogumił nie śmiał zajrzeć na cmentarz. Ciężko strapiony, 
z trudem zmuszał się do uważania na robotę przy drzewie i przy 
młócce na dalekim folwarku pod lasem. Myślał przy tym, jak dobrze 
byłoby, gdyby Teresa u nich była. 
— Przecież umiałaby jej jakoś wytłumaczyć, że tak cierpieć nie 
wolno. Ja mówić nie potrafię. Żeby tak nie mówić było trzeba, a 
coś uczynić, to jeszcze... 
Wcześniej wrócił na obiad, mówiąc sobie po drodze: 
— Chodziła czy nie chodziła? 
Nim zdążył wejść i spytać, Bylisia wybiegła mu naprzeciw z 
wiadomością, że pani zachorowała. 
— Czemuś mnie nie kazała wołać? -zląkł się i upuścił kożuch, 
chcąc go w sieni powiesić. 
— Bałam się odejść, bo panią tak zamroczyło, że przestała o Bożym 
świecie wiedzieć -zapłakała Bylisia podnosząc za nim kożuch, 
rękawice i czapkę. 
Pani Barbara była w istocie nieprzytomna i nie poznała Bogumiła, 
gdy stanął w nogach łóżka. 
Tym razem okazało się to rzeczą bardziej poważną niż gorączka po 
śmierci Piotrusia. Pani Barbara musiała się zaziębić siedząc u 
grobu na śniegu i wywiązała się ciężka choroba kobieca, która 
trwała więcej niż sześć tygodni. Chora leżała przez cały ten czas 
w boleściach i w gorączce i było z nią już tak źle, że kiedy raz 
wieczorem zadzwonili w kapliczce w dworskim parku, ludzie zaczęli 
mówić, że pewno pani Niechcicowa umarła i że to na nią dzwonią. 
Ona zaś leżała tymczasem i już wiedziała, że leży, i nie czuła na 
koniec bólu, ale nękała ją w całym jestestwie niedogodność gorsza 
niż ból. Widziała wciąż nad sobą niby przedmioty, niby bryły 
kuliste i kanciaste, niby zadry i sople kolące. Wszystko to 
chwiało się i zwisało elastycznie na nitkach czy na gumkach, 
ciążyło, potrącało się, kurczyło i rozciągało piszcząc, szumiąc i 
dudniąc na przemiany i dolegało chorej tak, jakby to ona sama 
ciążyła i zwisała, i roiła się w mrowiu tych kształtów. Aż na 
koniec spomiędzy kłębiącego się zamętu i rozruchu zaczęła mknąć ku 
niej niby maska o zakrzywionym nosie. Nadciągała coraz to większa, 
większa, a potem znowu sunęła chyżo wstecz, a gdy już była malutka 
niby orzech, pani Barbara usłyszała, jak ktoś zapytał: 
— Co mówisz, dziecinko? 
Zobaczyła nad sobą twarz Bogumiła i znów usłyszała, jak ktoś 
rzekł: 
— Poznaje? -a ktoś drugi odszepnął: -Nie wiem. Uśmiecha się i 
coś mówi. Powtarza -maska, maska. 
Pragnęła ze zgorszeniem odrzec: "Nic podobnego", ale nie mogła 
wydobyć głosu. Zamknęła oczy, a gdy je ponownie otworzyła, dokoła 
było jasno i twarz Bogumiła schylała się nad nią jak przedtem. 
Pani Barbara chciała mu coś powiedzieć i niecierpliwiła się, bo 
wciąż pytał: 
— Co mówisz, najmilsza? Co szepczesz? -i przeszkadzał jej tymi 
zapytaniami. 
— Śni... śni... -powtarzała, a wreszcie zdołała to powiedzieć 
głośno i wyraźnie, jakby mówiła do głuchego: 
— Śniło mi się, że łąka i było mówieni: oddam ci syna na powrót, 
uczekaj, aż cię zaboli. 
— Co mówisz, jedyna? -Uciekaj? -Uciekniemy stąd, uciekniemy. 
— Uczekaj -poprawiła go z pogardliwą niecierpliwością -aż cię 
zaboli. 
Bogumił patrzył bacznie, przelękniony, że to gorączka wraca. 
— Kto tu stoi przy tobie, kochanie -zapytał -powiedz, poznajesz 
mnie? 
Spojrzała na niego zbiedzonymi oczyma i uśmiechnęła się z 
figlarnym politowaniem. -Cóż ty mnie takie pytania zadajesz? powiedziała 
przytomnie. W istocie nie była to już gorączka, lecz 
wielkie osłabienie, które z wolna mijało. 
Różne zabiegi, którym pani Barbara musiała się teraz poddawać, 
uprzytomniły jej w całej pełni, jak była chora, i to ją 
przygnębiło. Wstydziła się, prosiła, żeby panie Krępskie przestały 
do niej przychodzić. Pewnego dnia Bogumił zastał ją płaczącą, 
ukląkł i położył głowę koło niej na poduszce. 
— Czemu płaczesz? Patrz, wszak jesteś coraz to zdrowsza. Wiosna 
idzie. 
— Wiosna -powtórzyła z żałosną goryczą. Głowa jej stoczyła się 
bezsilnie na jego ramię, a on skwapliwie podsunął pod nią rękę, 
przysiadł na łóżku, a potem położył się na jego brzegu 
podciągnąwszy sobie krzesło pod buty. 
— Widzisz, będzie nam jeszcze dobrze -błagał zdyszany z radości, 
gdyż pierwszy to raz od śmierci Piotrusia tak się do niego 
przygarnęła. -Powiedz, czego się martwisz? 
Kilkakrotnie wznosiła oddech, by zacząć mówić, wreszcie rzekła po 
cichu: 
— One mówią, że ja już... Że ja już nigdy nie będę mogła mieć 
dzieci... 
Bogumił zamilkł tak, że prawie przestał oddychać. W samej rzeczy 
doktór jemu także to mówił, ale teraz co innego przejęło go 
wzruszeniem. Jeżeli, mój Boże, ona tak pyta, to znaczy, coś się w 
niej przesiliło, chce żyć. Chce żyć z nim, o radości! 
— Kto ci to mówił, pani Krępska, Ludwiczka, Bylisia? Niepotrzebnie 
ci to powtarzały. Takich rzeczy nigdy się nie wie na pewno. Jeżeli 
będziesz mnie kochała, to będziemy je mieli. Jeżeli będziesz... chciał 
powtórzyć, i nagle pożałował, że to mówi, gdyż uczuł, jak 
nieznacznie wzruszyła ramionami. 
— Bo w takim razie -rzekła idąc za tokiem swych myśli -to by 
znaczyło, że się nie jest już jak się należy człowiekiem... 
— Och -odparł po chwili namysłu -przechodzi się gorsze rzeczy i 
jest się wciąż jeszcze człowiekiem. 
— Jakie gorsze? -spytała. 
Nie odpowiedział. Zmrok zapadał, leżeli jakby pomału zasypiając, 
gdy nagle pani Barbara powtórzyła z naleganiem: 
— Jakie gorsze? 
— Ty to wiesz, że ja tu pod Borkiem byłem ranny? -zaczął Bogumił 
szeptem. 
— Wiem. No i co? 
— Wszystkie te blizny... jednym słowem, byłem cały skłuty i 
posiekany. Miałbym i ja wtedy powody bać się, że nie będę mieć 
dzieci -zaśmiał się. -Alem się nie bał, bom omdlał prawie na 
śmierć... 
— No i? Mówże dalej. 
— Mówię przecież. Więc-żem omdlał, a kiedy przecknąłem, to czułem, 
że mnie coś ciężko gniecie i ziębi, a to były trupy, bom leżał pod 
trupami. A przy mojej głowie zrazu nie rozumiałem, co ja takiego 
widzę, ażem rozpoznał, że to dół, i pojąłem, jakby nie myślą, a 
czuciem, że nas mają w tym dole chować. Wtedy zemdliło mnie ze 
strachu, a gdym znów przyszedł do siebie, usłyszałem uchem, co je 
miałem przyciśnięte do ziemi, że ziemia dudni. Ludzie chodzili 
wkoło i mówili: "Pchajta ich kupą do dołu". I jeszcze coś tam 
mówili, a ja siliłem się, żeby zastękać, zawołać, dać jaki znak i 
nie mogłem, bo mi się na powrót słabo zrobiło. Alem widać musiał 
czy krzyknąć, czy się ruszyć, bo mnie nie pochowali, a kiedym znów 
się zbudził, to czułem, że coś mną strasznie boląco tłucze, ale 
wiedziałem, że już tam nad tym dołem nie leżę. Już mnie wieźli na 
wozie w grochowinie. Przywieźli mnie tu do jednego majątku i tam 
matka do mnie przyjechała, i tam mnie wyleczyli. 
— No i co? -pytała dalej pani Barbara. 
— I nic. Ale ja ci wcale nie to chciałem opowiedzieć. Nie to było 
najgorsze. 
— Pewno -odrzekła twardo. -Nie umarłeś wtedy ani nikt ci nie 
umarł. 
— Nie umarłem, niestety -przyznał z goryczą i chciał wstać, ale 
ona go przytrzymała za rękę. 
— A to było -spytała -to było przy tej mogile w Borku, co ja na 
nią chodziłam? 
— Tak -odparł przejednany. -Tam ja miałem leżeć w tej mogile, co 
na nią nosiłaś wianki, kiedy byłaś panienką. I pamiętasz, jak cię 
tam czasem spotykałem, toś mnie pytała, czy ja wiem, że tam leżą 
powstańcy. A ja się wtedy wstydziłem i chciało mi się śmiać. 
Widziałem, że cię to irytuje, ale się nie mogłem powstrzymać. 
— Cicho bądź -szepnęła i przycisnęła usta do jego piersi. -Cicho 
— powtórzyła, całując go po rękach. 
— Nie czyńże tego -wzdragał się uszczęśliwiony. 
Zamyśliła się i zapytała: 
— A co było najgorsze? 
— Kiedy to tak trudno opowiedzieć. Nic. Głupstwo. Może kiedyś 
opowiem... 
— Mniejsza o to -szepnęła lekceważąco i znów uczuł, jak 
nieznacznie wzruszyła ramionami. Zdawała się żałować swojej chwili 
słabości. 
— Nie wiem, po co ci to mówiłam -rzekła. -Właściwie to wszystko 
jedno, czy mieć dzieci, czy nie mieć. Jego bym i tak drugi raz nie 
urodziła. Mnie nie o dziecko idzie. Ja jego kochałam. 
Będzie dobrze, będzie dobrze -zapewniał głaszcząc jej włosy. — Dwoje nas wszak, a i to już tak dużo. 
— Zostaw -rzekła odchylając głowę. Wstał co prędzej i odszedł ku 
oknu, ale ona dodała: 
— Zasłaniasz mi fuksje. 
Wtedy wyszedł zupełnie, żeby już nic więcej nie słyszeć, nie 
przyjmować do wiadomości. To była przecież taka szczęśliwa chwila, 
nie chciał, by ją cierpkie słowa zatarły. 
Była szczęśliwa, ale nie powtórzyła się więcej. 
Kiedy pani Barbara wstała i żyć niby zaczęła, zdawała się być 
tylko śladem po samej sobie. Wszystko jej się stało niemiłe, 
przestała dbać o swój wygląd, nigdzie nie chciała pójść ani nikogo 
widzieć. Z trudem dźwigała się z miejsca, by zarządzić 
najkonieczniejszymi domowymi sprawami. Jedynym uczuciem, które 
pozostało w niej żywe, a nawet rozżarzyło się i wzmogło, był 
strach. A mimo że tak zbrzydziła sobie życie, najbardziej lękała 
się śmierci. W nocy budziła Bogumiła mówiąc: -Bogumił, ja 
umieram. Serce mi bić przestaje. Boję się, boję, boję! -Kiedy 
indziej budziła go szarpiąc za rękę, a gdy zapytał, co się stało, 
szeptała: -Jezus Maria, zdawało mi się, że nie oddychasz. -I tym 
razem serce jej biło ze strachu tak, że aż drgała koszula. Raz, 
kiedy Bogumił poszedł na wieczór do dworu, a ona zasnęła wcześnie 
i potem zbudziła się, i nie ujrzała go koło siebie, przelękła się 
tak, że wyskoczyła z łóżka, okryła się na bieliznę rotundą i 
wybiegła z domu, a nie śmiąc zapukać do dworu przesiedziała z 
godzinę na ganku, nasłuchując, czy Bogumił jest tam wewnątrz i czy 
mu się nic nie stało. Miała wciąż uczucie, że śmierć, która mogła 
zabrać Piotrusia, zniweczyć takie kochanie, tym łatwiej zmiecie ze 
świata wszystkich innych. 
Bogumił, choć tak łaknął dowodów przywiązania pani Barbary, czuł, 
że jej obecny ciągły niepokój o niego nie z miłości płynie, i 
coraz bardziej się martwił. 
Pani Barbara zdawała się żywić urazę do niego i do Bylisi, i do 
wszystkich za to, że się krzątają, żyją mimo takiej w domu żałoby. 
Lecz jeżeli kto z domowników wspomniał z westchnieniem o 
Piotrusiu, wpadała w gniew, jakby nikt prócz niej nie miał prawa 
go opłakiwać ani nawet myśleć o nim i mówić. Bogumił rzekł raz do 
niej: 
— Moje dziecko, czy ty myślisz, że i ja nie cierpię? Ale przecie 
śród takich ran upływa każde życie. 
— Co ty tam wiesz -zadrwiła. -Tyś stracił syna, a ja straciłam 
wszystko. 
Nic nie odrzekł, ale myślą wciąż wracał do tego, co powiedziała. 
Spotykał on już takich ludzi na świecie, co ginęli albo marnieli, 
gdy im umarła kochanka, żona lub matka, czy też gdy się wykoleili 
z trybu życia, do którego nawykli. Współczuł im, bo wszyscy im 
współczuli, miał dla nich szacunek, gdyż mówiło się, że to ludzie 
lepsi i głębsi, co umieją prawdziwie miłować. Siebie między takimi 
uważał za mało sercowego, wstydził się tego, że z każdej niedoli 
wstawał jakby jeszcze lepiej kwitnący. 
Bo żeby tę siłę pocieszycielską dawały mu praktyki religijne, 
mógłby taki stan rzeczy uważać za godną dziękczynienia łaskę Bożą, 
ale on nie był zbyt skrupulatnym synem Kościoła, zwłaszcza w 
młodości, którą spędził śród tak różnie myślących ludzi, tak 
rozmaitych wyznań i światów. Tylko tak z natury miał to do siebie, 
że na co spojrzał, ku czemu się obrócił, dla każdej rzeczy zdawało 
mu się wartym żyć. Nawet i palcem nie ruszając, czuł się biorącym 
udział we wszystkim, co się działo czy trwało dokoła, a cokolwiek 
schodziło mu z oczu, nie mogło dlań przepaść na dobre. Gdy 
wspominał, płakał za tym, co przeminęło, lecz nie wspominając mógł 
na inny, jemu samemu nie dość pojęty sposób czuć minione dalej 
współprzytomne, obecne, wespół ze sobą żyjące, i nawet bardziej 
żyjące, niż kiedy to można było widzieć, dotknąć. Tak było i z 
Piotrusiem. 
— Czy mi się we śnie zjawił, czy mnie jako inaczej nawiedził, nie 
mam pojęcia, lecz go czuję, jakbym go nie utracił -mówił nieraz 
Bogumił do starego Krępskiego. 
Gdyż pani Barbarze nie mógł tego powiedzieć. Raz, gdy spróbował, 
rzekła srogo: 
— Bardzo sprytną wymyśliłeś sobie pociechę. Tyle oto są warte 
wasze ojcowskie uczucia. Wasze wszystkie -dodała -uczucia. 
Tedy zamilkł i tylko patrzył z żalem, jak ona się zaciekała w 
swojej męczarni, a pomału zaczął się niecierpliwić wobec takiego 
stanu ducha. Gdy to widział kiedyś u obcych po świecie, mógł się z 
trwożnym szacunkiem usuwać na bok, lecz by mu żona miała w ten 
sposób ginąć, na to nie chciał spokojnie patrzeć. -Skoro ze 
siebie samej -myślał -miłości do życia wysnuć nie może, trzeba 
jej do tego życia dodać coś nowego, niebywałego, co by nią 
wstrząsnęło, co by ją na nowo zbudziło. -Piekła go złość, że sam 
nie mógł się dla niej tym stać, gorzkie to w nim budziło skargi, 
lecz sobie tłumaczył, że jej wszystko niemiłe, co jej Piotrusia 
przypomina. Ale może, gdyby się znaleźli gdzie indziej, to i on 
innym by się jej też wydał człowiekiem. Zapragnął rzucić Krępę, 
przenieść się ze swym domem w inne, dalekie strony. Tu jej się 
wszystko stało cudzym, tak że nic jej do siebie nie nęci, ale to 
cudze zawsze jest nadto znajome, przypominające szczęśliwsze 
czasy. Niechże tedy idą prawdziwie między obcych, w takie miejsce, 
gdzie im obojgu wszystko będzie nawet z wyglądu cudze i gdzie będą 
musieli zacząć żyć od początku. Był na to coraz bardziej 
zdecydowany, wszak już dawno tęsknił za tym, by coś uczynić, i 
wiedział, że w taki tylko sposób na drodze praktycznego uczynku 
może mu się uda nieszczęśliwej dopomóc. A gdy go nachodził lęk, że 
losem drugiego człowieka nie można rozporządzać bez niego, mówił 
sobie, że ona wszak nic już nie chce, a zatem trudno, trzeba 
myśleć i czynić za nią. 
Kiedy jednak wypadło wziąć się na dobre do rzeczy, nie ku cudzym 
stronom się zwrócił, tylko zamknąwszy się pewnego wieczora w 
pokoiku, co mu służył za kancelarię, napisał długi list do Teresy. 
Teresa Kociełłowa przez cały czas choroby pani Barbary też 
niedobrze się miała i przebywała na południu, wysłana tam przez 
lekarzy. Teraz jednak była już w domu i słała do Krępy częste 
listy, na które zazwyczaj odpisywała była pani Barbara, obecnie 
jednak pozostawały one przeważnie bez odpowiedzi. Lecz owego 
wieczoru Bogumił napisał odpowiedź za wszystkie czasy; był to 
chyba najdłuższy list, na jaki w życiu się zdobył. 
Donosił o złym stanie pani Barbary i że niczym jej nie można na 
powrót powołać do życia. -"Chciałbym więc zasięgnąć rady -pisał 
— czy nie dobrze byłoby, abyśmy się stąd wynieśli i przeprowadzili 
w okolice Kalińca, gdzie żona ma tyle rodziny i przyjaciół, a może 
by się tam i dla mnie coś odpowiedniego znalazło. Jak się Terenia 
na to zapatruje?" -Chciał jeszcze dodać coś o zbawiennym wpływie, 
jaki by bliskość Teresy mogła wywrzeć na siostrę, chciał prosić, 
żeby znów do nich przyjechała, lecz rozpędzał się tylko piórem po 
powietrzu ponad papierem i nic już nie dopisał. 
Teresa Kociełłowa dosyć długo na ten list nie odpowiadała. Przez 
ten czas nadeszły ogniste, jasne dnie lata, w których blasku 
Bogumił nie czuł już takiej konieczności wyniesienia się z Krępy. 
Położenie wydawało mu się z dnia na dzień mniej beznadziejne. Pani 
Barbara zaczęła śród gorąca nabierać życia, a pewnego dnia, kiedy 
wychodził w pole, ujrzał ją wyglądającą przez okno, jak to czyniła 
dawniej, kiedy Piotruś bawił się koło domu. Uśmiechnęła się i 
powiedziała: 
— Upał, ale cudowny czas. Tylko uważaj, nie przepal sobie głowy. 
Rzekła to raźno i donośnie, a jemu od tych słów rozciągnęły się w 
przeszłość i w przyszłość ogromy szczęśliwości. Uczuł się 
rozbawiony, zapragnął wałęsać się tu i tam, podziwiać niebo i 
ziemię. Na co spojrzał, przy wszystkim chciało mu się przez chwilę 
zabałamucić, a choć się śpieszył do siana, przystanął po drodze 
śród olch koło strumienia, co pląsał z wartkim szelestem po 
kamykach, po dnie pełnym tu piasku, tu próchnicy. Woda mieniła się 
w cieniu i słońcu tysiącem czarnych i złotych połysków, cała w oka 
i cętki, aż Bogumił pomyślał, że to wygląda jak migotliwy grzbiet 
karpia. I zadziwił się, i ucieszył, że łuska ryby może być taka 
podobna do ruchu bystrej wody pośród kamyków. Poszedł dalej wzdłuż 
białej tafli stawu, lecz przy młynie znów na chwilę przystanął. 
Woda chlustała na koło, trące się ciężko przy każdym obrocie o 
jakąś deskę. Wnętrze młyna tętniło, a jego czarne, drewniane 
ściany drgały niby skóra, pod którą bije puls. Drgały jak miejsce 
na przegubie ręki pani Barbary, które przez tyle dni trzymał z 
rozpaczą w swej dłoni, błagając Boga, żeby gorączka spadła. 
Bogumiłowi to podobieństwo tak niepodobnych do siebie rzeczy 
wydało się pomyślną zapowiedzią i czymś, co przemawiało za 
pozostaniem w Krępie. Pomyślał, że albo życie nie ma żadnej 
wartości, albo jeśli ją ma, to we wszystkim znaleźć ją można -nie 
potrzeba po to nigdzie daleko chodzić. -Wszędzie -myślał -we 
wszystkim jest chyba tyle dobra dla człowieka, co umie patrzeć w 
głąb rzeczy. -I za takiego umiejącego miał w tym dniu siebie, i 
tak pragnął pociągnąć w tym samym kierunku panią Barbarę. -Ach, 
gdybyśmy mogli tu wszystko przecierpieć, tu odżyć, tu pozostać marzył. 
— I zresztą ja, który robić muszę na cudzym, gdzież ja 
znajdę przyjaźniejsze stosunki niż u tych Krępskich? -Nad 
wieczorem raz jeszcze powrócił do tych myśli. 
— Naturalnie, że zostaniemy -upewniał sam siebie. -Teresa do nas 
przyjedzie... 
Gdyż dziwna rzecz, już od paru dni, a teraz po prostu z godziny na 
godzinę rosło w nim przekonanie, że Teresa do nich przyjedzie. 
Wprawdzie nie napisał był o tym ani słowa, ale zdawało mu się, że 
list nie może być inaczej pojęty. To, co rzeczywiście napisał, 
znikło mu pomału z pamięci, a to, co chciał napisać, stało się 
listem właściwym, prośbą żarliwą, by Teresa przybyła im pomóc. 
Chwilami przypominał sobie z przykrością, że pisał coś o 
wyniesieniu się z Krępy, że prosił o radę w tym względzie. Wtedy 
ogarniała go złość, że się z taką rzeczą mógł zwracać do kobiet. 
Lecz to wnet przemijało i oto teraz, gdy myślał o radzie, jakiej 
mu Teresa miała udzielić, widział ją pod postacią samejże Teresy, 
siedzącej z nim, Bogumiłem, o zmroku na ławie w saloniku i 
mówiącej: -Ja kocham życie i uważam... 
I siebie słyszał pytającego: -Co Teresa uważa? 
I dalej nic już nie myślał, ale czuł się tak dobrze, jakby ona już 
tutaj była i jakby już tak ze sobą rozmawiali. 
Poczta, która dawniej dużo miejsca zajmowała w życiu pani Barbary, 
przestała ją od śmierci Piotrusia interesować. Bogumił odbierał ze 
dworu i listy, i gazety, a ostatnio był nawet skrupulatny w 
pilnowaniu tej sprawy, gdyż nie chciał, żeby odpowiedź Teresy 
wpadła w ręce pani Barbary. Lękał się, by jej to nie rozdrażniło, 
że knuł coś bez jej wiedzy. Zwłaszcza że to już było nie na 
czasie, bo się rozmyślił i postanowił zostać w Krępie, i chciał 
już tylko, żeby Teresa przyjechała do nich na lato. 
Tymczasem pewnego dnia, kiedy powrócił do domu z pola, pani 
Barbara powiedziała: 
— Byłam dzisiaj we dworze i oddali mi pocztę. Patrz, co pisze 
Terenia. 
— Byłaś we dworze? -powtórzył zaskoczony i wziął list, ale ręka 
mu drżała, więc go położył na stole i tak czytał. 
Zrazu pragnął tylko rozpoznać, jak Teresa przedstawiała sprawę 
jego projektów co do wyniesienia się z Krępy, i śród skaczących mu 
przed oczami liter szukał sposobu usprawiedliwienia się przed 
żoną. Przeczytawszy do końca, ochłonął, gdyż zrozumiał, że Teresa 
pisała tak, jakby wcale nie otrzymała jego listu, pisała do nich 
obojga, ale jednak dawała odpowiedź na wszystkie pytania, które on 
jej zadał. Uspokojony, przeczytał list ponownie i teraz dopiero 
zastanowił się nad jego treścią. 
Teresa donosiła, że o milę od Kalińca jest do wzięcia w 
samodzielną administrację duży, trzydziestowłókowy majątek, 
własność pani Letycji Mioduskiej, zamieszkałej w Paryżu. Sprawą tą 
zajmuje się jej plenipotent, niejaki Daleniecki, mieszkający 
również w Paryżu, ale chwilowo przebywający w Kalińcu. Rzecz jest 
pilna. Daleniecki chciałby zawrzeć kontrakt od zaraz albo 
najpóźniej od października. -"Jeżelibyście na to reflektowali pisała 
Teresa -to konieczne jest, żeby Bogumił przyjechał na 
kilka dni. Ja wyjeżdżam z dziewczynkami na lato do Piekar do radcy 
Joachima, ale Danielowie i Lucjan są na miejscu i wszystkim się 
zajmą -ja przy tym zresztą niepotrzebna, zawadzałabym tylko, a 
oni do takich rzeczy jedyni. Lucjan powiada, że ten folwark można 
będzie potem wziąć w dzierżawę, a jak nie, to kto wie, czy się tu 
z czasem i co lepszego nie trafi. Ziemia też tu jest w lepszej 
kulturze, więc i o dochód łatwiej, można prędzej do czegoś dojść 
niż pod Borkiem. Ja znów mam to na myśli, że będzie wam tu 
pomiędzy nami raźniej i że roztropnie byłoby tę odmianę losu 
przyjąć, bo wam tego potrzeba, żebyście się podnieśli na duchu. 
Dajcie znać telegramą na imię Lucjana, czy ma się dalej z 
Dalenieckim umawiać i czy Bogumił przyjedzie? Majątek nazywa się 
Serbinów. Basia pewno o nim słyszała, jak i o tej Mioduskiej, bo 
przed laty było tu o niej głośno. Ale to inne dzieje, a teraz 
najważniejsze, byście, namyśliwszy się, prędko odpowiedzieli". 
— Cóż ty na to? -zapytała pani Barbara z nie ukrywaną 
ciekawością. 
— Co ja na to? -powtórzył markotnie. Stał opuściwszy ręce i czuł 
się jakby przez Teresę oszukany czy też zlekceważony. 
— Ja... nie myślałem rzucać Krępy -rzekł i zaczerwienił się przy 
tym. 
— Nie myślałeś? A przecież wiecznie i tak tu siedzieć nie 
będziemy, a drugi raz może ci się coś podobnego nie trafić! 
— zawołała z nieoczekiwanym ożywieniem. 
— Chcesz, byśmy odjechali stąd, gdzie leżą mama, wujek, Piotruś? spytał 
spuszczając oczy. 
— Mnie jest zupełnie wszystko jedno -rzekła popadając na powrót w 
apatię. -Piotrusia nie ma ani tu, gdzie leży, ani tam, ani 
nigdzie. Ale jak możesz ty mówić takie rzeczy, tego nie rozumiem. 
Nie ja to przecież wołałam: "Nie można żyć wśród grobów. Trzeba 
wrócić do świata". Mniejsza z tym. Siedziałam tu po prostu nad 
listem Tereni i myślałam o tobie. Tutaj nie ma przed tobą żadnej 
przyszłości. Za dużo tej rodziny, tych Krępskich, tych przyszłych 
zięciów. Teraz są stosunki przyjacielskie, ale sam kiedyś mówiłeś, 
że wszystko dobrze, póki żyją starzy. A potem? Czy wiesz, jaki się 
okaże młody Krępski i czy w ogóle on tutaj będzie rządził? A tam 
przynajmniej nie będziesz miał nikogo na karku. Będziesz miał 
samodzielne stanowisko, wszystko będzie na twojej 
odpowiedzialności, zawsze to lepsza pozycja niż być tylko wiecznie 
na czyjeś zawołanie. 
Bogumił zawstydził się, że ona, tak jak była na wszystko 
zobojętniała, jednak myślała o nim i w dodatku patrzyła na rzeczy 
tak trafnie. Jeszcze kilka dni temu pozostanie w Krępie wydawało 
mu się odwagą, bo czyż może być większe męstwo niż zostać, gdzie 
nas klęska spotkała, a nie uciekać szukając zapomnienia w 
zmiennych widokach. Lecz teraz sądził, że na odwrót, było w tym 
tchórzostwo i lenistwo zmęczonego człowieka, co się boi wędrówki i 
nowych warunków życia. Stał, zmagał się ze sobą i nie mógł tego 
tchórzostwa pokonać. Bo jeszcze jakby los przyniósł zmianę 
niechcący, bez jego udziału, rzekłoby się, że trudno, i trzeba 
byłoby sprostać. Ale tu on sam się naprosił, a Teresa wynalazła 
Serbinów, jak dobra wróżka, co zbyt prędko spełniła nieopatrzne 
życzenie. Nagle niby otumaniony, wróciwszy myślą do Teresy, rzucił 
okiem na list i powiedział: 
— Pisze, że jej nie zastanę w Kalińcu. 
— No to co? -zniecierpliwiła się pani Barbara. -Sama przecie 
donosi, że jej obecność nie jest przy tym konieczna. I ma 
słuszność. Ona jest niezastąpiona, kiedy trzeba dodać ducha, 
pocieszyć i w taki sposób umie pomagać jak nikt, ale praktycznymi 
rzeczami ona ci się nie zajmie. Czyż jej nie znasz? -Ja wiem odparł 
Bogumił. -Ale ja myślałem, że ona przyjedzie do nas na 
lato, a ona jedzie do Piekar. 
— Bój się Boga, ty myślisz o błahostkach, zamiast o tym, co 
najważniejsze. Przecież w tym Serbinowie będziemy mieli Terenię 
wciąż niedaleko... A zresztą po co ona ma tu przyjeżdżać? Do kogo? 
— dodała pani Barbara z płaczem w głosie. -Przecież tu już nikogo 
nie ma. Nieraz siadamy do stołu, a mnie jest tak, jakby nikogo nie 
było, jakby nas nawet nie było. Ciągle mi się zdaje, że my na 
kogoś czekamy, oglądam się, gdzie się wszyscy podzieli, a im 
więcej by mi tu ludzi naszło, tym puściej byłoby wszędzie. 
Bogumił milczał przerażony tym powrotem czarnej rozpaczy. Miał 
chęć zaprzestać rozmowy, ale pani Barbara nagle się rozpłakała. 
— A może pomyślisz i o mnie! -zawołała. -Tak się niby martwiłeś, 
że nie mogę przyjść tu do siebie. No więc, kto wie? Jakbyśmy się 
stąd wynieśli, to może ja bym jeszcze odżyła? Dlaczego ja ci muszę 
to mówić? Czemu sam nie pomyślisz? 
— Widzisz, jaka jesteś niesprawiedliwa -rzekł poruszony. Przysięgam 
ci, że właśnie miałem to ciągle na myśli. Jeszcze jak 
byłaś chora, postanowiłem sobie, że się stąd wyprawimy. Sam nie 
wiem, co mi się stało, że kiedy przyszło co do czego, zacząłem się 
wahać. Starzeję się i widać ciężko mi już z miejsca się ruszyć. 
Ale ty masz rację, nie trzeba się nawet namyślać. Boję się tylko, 
że mnie Krępski tak łatwo nie puści. I przy tym nie wiem, czy ja 
będę mógł teraz na owe parę dni wyjechać. Zacząłem sianokosy. 
Każda godzina prawie na wagę złota. 
— Krępski miałby ciebie nie puścić? -zatrwożyła się pani Barbara. 
— Do tego stopnia zależny przecież nie jesteś. Masz prawo 
trzymiesięcznego wymówienia. 
A potem, połapawszy się w datach, krzyknęła: 
— Ależ to co duch trzeba do niego iść! Przecież ten Serbinów 
najdalej za trzy miesiące należałoby objąć. Jeśli będziesz 
zwlekał, to Krępski w istocie gotów powiedzieć, żeś go za późno 
uprzedził. Idź zaraz dziś! 
— Dobrze. Mam czas. Nie idzie o terminy, ale ja się przecież do 
niego przywiązałem. 
— Ach, przywiązałeś się. Widać życie nie nauczyło cię jeszcze 
rozstawać się z tymi, do których się przywiązałeś. 
— Właśnie dlatego, że nauczyło... Zresztą, wszystko będzie dobrze, 
nie kłóć się ze mną. 
— Ja się nie kłócę. O cóż miałabym się kłócić, kiedy mnie jest 
wszystko zupełnie obojętne. Tu czy tam -wszędzie jedna pustynia. 
Możesz sobie robić, co zechcesz. 
— Już postanowiłem, co zrobię, i nie myślę się cofać. Ale przecież 
Krępskiego też tak samego nie zostawię. Trzeba będzie znaleźć 
kogoś na moje miejsce. 
— Setki się tu znajdą na twoje miejsce, setki się znajdą bez 
żadnego szukania -gorączkowała się. -Idźże zaraz. Idź zaraz, mój 
jedyny. 
Bogumił wyszedł, ale go zatrzymano w podwórzu i dopiero nazajutrz 
rano mógł pomówić ze starszym panem Krępskim. 
— Tak -myślał idąc od stajen w stronę dworu -trzeba ostro stać 
przy tym Serbinowie. Już sama myśl o przeprowadzce podziałała na 
Basię uzdrawiająco. 
I tak postanowił przedstawić sprawę Krępskiemu. Chorą na duszy 
żonę chce przenieść w inne stosunki, jak się przenosi czasem w 
inne powietrze ciężko chorych na ciele. Z tą myślą brał za klamkę, 
gdy nagle odjął rękę; zatrzymał się i pod wpływem jakby raptownego 
natchnienia zmienił zamiar. Nie będzie nic wspominał o stanie pani 
Barbary. Przedstawi rzecz po prostu jako propozycję dotyczącą 
polepszenia ich bytu. Tak też zrobił. 
Była to szósta rano. Wszedł przez kuchnię. Zastał w niej 
Ludwiczkę, która siedziała przy blasze i odgarniała ze stojącej na 
ogniu śmietanki kożuszek, by spowodować narastanie coraz to 
grubszej warstwy tego specjału. Wołano ją do tego, gdyż domowa 
służba nie miała na takie dziwactwa czasu -a ona była kontenta, bo 
jej to przypominało dawne czasy, kiedy w tym celu była wołana jako 
dziewuszka z pańszczyźnianej chałupy. 
Wojciech Krępski siedział sam w rozległej jadalni przy śniadaniu, 
na które spożywał kaszę z mlekiem. Ujrzawszy Bogumiła powstał i 
wyszedł mu naprzeciw. Bogumił przystąpił od razu do interesu i 
opowiedział, co mu proponowano. 
— Według tego, co mi piszą -rzekł -to jest samodzielne i 
odpowiedzialne stanowisko i taka rzecz może nęcić każdego 
człowieka, a cóż dopiero takiego jak ja, co już przeżył na pewno 
więcej niż pół życia i musiał zawsze być między pośledniejszymi. 
Ale jak pan mnie zna i wie, że słów na darmo nie rzucam, tak może 
mi pan wierzyć, że mnie to nie ciągnie. Dosyć żem ja przeszedł, i 
nieraz widziałem, jaka bywa zależność i skrępowanie na wysokich 
stanowiskach, a jak niejeden zostaje panem siebie i w 
najskromniejszej pozycji. Jednak uważam, że takiej propozycji nie 
należy lekceważyć. Kiedy już los ją... -tu zaciął się -kiedy już 
los ją zsyła, to może ona mieć jakieś takie znaczenie, którego na 
poczekaniu trudno dociec -a które się może potem okazać ważne. 
Więc dlatego przyszedłem prosić o radę, jak mam uczynić, i do tej 
rady będę się stosował. Chyba -dodał -żeby co takiego, czego się 
nie spodziewam, pomieszało mi szyki. 
Stary dziedzic uznał sprawę za ważną, przejął się nią i obiecał 
namyślić się nad odpowiedzią. Bogumił wyszedł w poczuciu, że 
postawił rzecz ryzykownie, ale miał przeświadczenie, że inaczej 
nie było można. 
Wojciech Krępski spotkał go już w parę godzin potem na polu i 
poradził mu stanowczo, by jechał do Kalińca. 
— W takim położeniu jak wasze -rzekł -kiedy jesteście pogrążeni 
w żałobie i szukacie pociechy, to chociaż nie w przeprowadzkach 
się ją znajduje, jednakowoż ta odmiana losu może być zrządzeniem 
Opatrzności. Dlatego ja nie będę pana zatrzymywał, mój Bogumile, 
chociaż mi się żal z panem rozstawać i chociaż inaczej sądzę o 
tym, co się tyczy waszego bytu. Bo niech pan nie przypuszcza, żem 
waszej przyszłości nie miał pod tym względem na uwadze. Ale myślę 
w tej chwili o żonie pana. Bóg wszechmocny nieraz każe sługom 
swoim, błądzącym po omacku, udawać się tu lub ówdzie, by ich 
przywieść do pocieszenia i światła. Wiele cudownych nawróceń miało 
miejsce w podróży. Może i dla pani Niechcicowej ta podróż okaże 
się zbawienna. 
— Tak i ja się spodziewam -powiedział Niechcic, chociaż wiedział, 
że każdy z nich rozumie to inaczej. Sposób, w jaki Wojciech 
Krępski mówił o pani Barbarze, był mu nawet cokolwiek przykry. W 
rezultacie jednak Bogumił był zadowolony, uważał, że sprawa dobrze 
się rozstrzygnęła. Powtórzył pani Barbarze mniej więcej przebieg 
rozmowy, ale ona nie bardzo dobrze przyjęła to sprawozdanie. 
— Wygląda na to -osądziła -jakby skorzystał tylko ze 
sposobności, żeby się ciebie pozbyć. A taka niby miłość była, taka 
przyjaźń. Teraz niech się okaże, że ten Serbinów to mrzonka, 
wrócisz -a tu już miejsca dla ciebie nie będzie. I gdzie się 
podziejemy? A potem -co on przez to rozumiał, kiedy mówił, że 
miał naszą przyszłość na myśli? 
— Nie wiem -rzekł Bogumił. -Chcesz, to go się zapytam. A może 
mam się cofnąć? 
Lecz pani Barbara bała się i tu zostać, i tam jechać. Ach, gdzież 
jest to miejsce, w którym by można się schronić! 
— Nie, nie -mówiła zadumana. -Tu zostać też nie możemy. Chociaż 
swoją drogą żal mi i ogrodu, i tego domu. I okolicy. Pod Kalińcem 
okolica bardzo niemalownicza. A tutaj takie lasy, takie pagórki. 
A wreszcie rzekła: 
— Czekaj, wiesz, ja z tobą pojadę. Ja muszę własnymi oczyma 
zobaczyć ten Serbinów. Żebym potem nie żałowała. 
Ale gdy zaczęli obliczać, nie dało się tak zrobić, żeby mogli 
sobie pozwolić na ten wyjazd oboje. Pogrzeby i choroby pochłonęły 
zbyt dużo. 
Kiedy jednak Bogumił był już gotowy do drogi, pani Barbara popadła 
w innego rodzaju wątpliwości. 
— Słuchaj -rzekła. -Zastanówmy się chwilę. Bo ja rzeczywiście 
słyszałam w młodości i o tym Dalenieckim, i o Mioduskiej. I może 
lepiej nie wchodzić z tymi ludźmi w żadne stosunki. 
— Czemuż? -zdziwił się Niechcic. 
— Bo o nich różnie mówili. Owa Mioduska jest cudzoziemką, rodu 
podobno dobrego, córka jakiegoś powstańca greckiego czy 
węgierskiego, którego wyzuli z majątków i wypędzili z kraju. Ale 
Mioduski przywiózł ją sobie już z Paryża, gdzie nie wiem, czym się 
tam zajmowała -dość że widać ją kochał, bo się z nią w końcu 
ożenił... 
— I co? 
— To był strasznie bogaty człowiek, ten Mioduski -podjęła pani 
Barbara po chwili. -Należały do niego nawet miasteczka, na 
przykład Czałbów, Nieznanów. Rej wodził w całym Kalinieckiem, ale 
był też utracjusz i hulaka i całą fortunę przetrwonił. Pani 
Letycja też mocno lubiła życia używać, tak że w Kalińcu krążyły o 
niej pod tym względem legendy. W końcu został im tylko ten właśnie 
Serbinów. Mioduski umarł, a ona wróciła do Paryża. Ale widać, że 
jej ten Serbinów zapisał, skoro słyszę, że to do niej teraz 
należy. A umarł, jak mówiono, ze zgryzoty, bo nie tylko długów 
miał wyżej uszu, ale i o tę żonę był podobno do szaleństwa 
zazdrosny. Miała ona dosyć niespokojne usposobienie. Zresztą ja 
jej nie winię, mogła sobie być przy tym wszystkim najlepszą w 
świecie kobietą. Była też piękna, jak rzadko kiedy widzi się coś 
podobnego. Brunetka, cera brzoskwiniowa... 
No, a skądże się tu wziął Daleniecki? -przerwał Bogumił. 
— Otóż tego to nie wiem. Zeszedł się z nią widać w Paryżu, bo w 
Kalińcu on bywał, ale w innym czasie i wtedy chyba jej nie znał. 
Przyjeżdżał jako młody adwokat z Petersburga w majątkowych 
sprawach jakiegoś swojego klienta. On jest podobno zupełnie 
zruszczony, kształcił się w Petersburgu i pisuje do tamtejszych 
gazet. I to żeby do postępowych, ale nie -do takich najbardziej 
reakcyjnych, polakożerczych. I tam właśnie kiedyś w tych gazetach 
fatalnie opisał stosunki w Kalińcu, a zwłaszcza tamtejszy Związek 
Kredytowy Ziemski. Tak że nie tylko poobrażał na siebie różnych 
ludzi, ale wyszło na to, że jest zarazem jakby złym obywatelem 
kraju. Co prawda -dodała pani Barbara -to podobno ów Związek 
Kredytowy był w tamtych czasach rzeczywiście zbiorowiskiem 
niedołęgów, co tylko siebie wzajemnie popierali. 
— No widzisz -podchwycił Bogumił. -U nas nieraz tak bywa, że im 
co mniej święte, tym więcej poświęcane. Niczego tknąć nie można, o 
niczym słowa powiedzieć, a choć co czuć, to mów, że pachnie 
fiołkami. Może więc miał on rację, że to poruszył! 
— Tak, ale nie można się dziwić, że gdy rząd wszystko zamyka, to 
ludzie w każdym Związku gotowi są widzieć zaraz przedstawicielstwo 
narodu. 
— To prawda -przyznał Bogumił. -I przy tym nie w każdy sposób 
można wytykać zło. Trzeba się zastosować do okoliczności. 
— Kiedy właśnie jemu podobno o wytykanie zła najmniej chodziło. 
Zawsze o nim słyszałam, że to człowiek, co siebie tylko i swoją 
karierę ma we wszystkim na myśli. Może to zresztą przesada... Ja 
go nie znałam. 
Bogumił mocno się na chwilę zamyślił, a potem rzekł: 
— Nie, to mnie jednak nie zraża. Nie można życia przeżyć, 
niestety, między samymi godnymi. To, co nam proponują, samo w 
sobie złe nie jest. Trzeba spróbować, czy będzie można w tych 
okolicznościach uczciwie sobie poczynać. A może będzie można? Nie, 
ja się tego nie boję. 
— No to jedź -westchnęła pani Barbara, kontenta, że wziął to na 
siebie. 
I gdy pojechał, drżała tylko, by się dobrze udało. Słyszała 
przecież cuda o tym Serbinowie z czasów, kiedy pani Letycja 
Mioduska tam królowała. Słyszała, jakie tam były wspaniałe 
urządzenia, jakie altany, pokoje, łabędzie, jakie wszystko. Trudno 
jej było wprost uwierzyć, że się mogą dostać w takie niezwykłe 
miejsce. 
— To nie dla nas -myślała. 
Bogumił wrócił z Kalińca rozpromieniony i rozmowny jak nigdy. Już 
od progu wołał: -Klamka zapadła! Podpisałem kontrakt na pięć lat. 
— Bój się Boga, jak to? I byłeś tam, widziałeś ten Serbinów? 
— Byłem, a jakże! -zawołał z takim uniesieniem, jakby oznajmiał, 
że był na progu raju. -Wszystko widziałem, wszystkie pola 
obszedłem. Wszystko tam wygląda jak obraz nędzy i rozpaczy. 
I opowiadał, że Serbinów jest zupełnie spustoszony, zdewastowany. 
Do takiego stanu doprowadziły go złe rządy. W stodołach pusto, na 
spichrzu pusto, na polu perz zagłuszył wszystkie plony. Dlatego to 
Daleniecki zmuszony był zerwać kontrakt z dotychczasowym 
administratorem. 
— Mówili mi -kończył -że za Mioduskich były tam nie wiem jakie 
rozkosze, ale teraz został z tego tylko biały lakierowany mostek 
na wyspę, która znajduje się pośrodku stawu za domem. A właściwie 
to szczątki tego mostku. Dom jest murowany, z dużymi wysokimi 
pokojami, ale też w opłakanym stanie. 
Pani Barbara była zgnębiona. 
— I ty się w tych warunkach zgodziłeś? -dziwiła się. -Ledwośmy 
się tutaj trochę odgryźli, już znowu mamy iść na taki czarny 
chleb? 
— A ja myślałem... -zaczął Bogumił stropiony, lecz oczy wnet mu 
zabłysły. -Nie, słuchaj -dlaczego? Nie mów tak! Pomyśl, co to za 
zadanie -doprowadzić taki majątek do kwitnącego stanu. To mi 
dopiero robota, co mnie nęci. 
Był taki rozogniony, że patrząc na niego pani Barbara w końcu nie 
wiedziała, czy ma rozpaczać, czy tylko zbierać siły na to, co ich 
czekało. 
On zaś dodał jeszcze po chwili: 
— A Terenia, wiesz, była. Akurat przyjechała ze wsi. I strasznie 
się spodobała Dalenieckiemu. Tak, że jej obecność okazała się 
bardzo potrzebna. Bo chociaż Lucjan i Danielowa rzeczywiście 
świetnie grunt urobili, ale widziałem, że jak Daleniecki poznał 
Terenię, to się jeszcze więcej do gadania ze mną zachęcił. 
Cóż stąd? -rzekła pani Barbara i rada, i jakby lekko dotknięta. Przecież 
nie Terenia bierze w administrację Serbinów. 
— Tak, ale zawsze było mi przyjemnie, że on się na niej poznał. 
Terenia teraz bardzo dobrze wygląda, i tak jakby ciągle młodniała. 
— Doprawdy? -ucieszyła się pani Barbara. -Ale to nie należy do 
rzeczy -dodała. -Chcę, żebyś mi powiedział, jaki jest właściwie 
ten Daleniecki. 
— Bardzo przystojny, elegant pierwszej wody i owa panii Mioduska 
podobno za nim szaleje. 
— Nie, ty jesteś nadzwyczajny. Co mnie mogą obchodzić romanse 
Dalenieckiego. Powiedz lepiej, jak sobie wyobrażasz życie na tym 
pustkowiu? 
— Kiedy to nie będzie żadne pustkowie. Może pierwsze lata będą 
troszeczkę ciężkie. Ale później... Mówię ci! Ja jestem 
najlepszej myśli. Majątek jest pierwszorzędny. Tylko tam były 
okropne malwersacje i Daleniecki wciąż musiał zmieniać rządców. 
Byli tam i dzierżawcy, ale ci prowadzili wprost rabunkową 
gospodarkę. A ostatni administrator, niejaki Lalicki, dokończył 
tego zniszczenia, które inni zaczęli. Tak że Daleniecki musiał 
kontrakt z nim zerwać. 
— Jeżeli z innymi zrywał kontrakty, to potrafi i z tobą. Nie 
wiadomo, kto był winien tej gospodarce i jakie tam dawali warunki 
tym rządcom, może takie, że nie mogli jak się należy pracować powątpiewała 
pani Barbara. 
— Mogę mówić tylko o tym Lalickim, bo on tam jeszcze siedzi, więc 
widziałem, co to za człowiek. Otóż jemu nie powierzyłbym nawet 
trzech groszy. A co do mnie, to zdaje mi się, że kontrakt mam 
świetny. Michasia z Lucjanem dobrze sobie już nad tym głowę 
łamali, żeby mnie od wszystkich stron zabezpieczyć. Przyznam się, 
że ja sam tak byłem zajęty Serbinowem, żem nie bardzo zważał, co 
za cyrograf podpisuję. Ale jak ostatecznie przeczytałem, to aż się 
zdziwiłem, że tak o wszystkim pomyśleli. To praktyczni ludzie. I 
dobrzy. O, Michasia to zamaszysta kobieta. Chodź, zobacz teraz ten 
kontrakt. 
— Już ty z tymi twoimi zachwytami nad byle czym niedaleko 
zajedziesz. Ale stało się. Nie ma się nad czym rozwodzić -tylko 
sakum-pakum i znów dalejże powlec się w świat przed siebie rzekła 
pani Barbara w taki sposób, jakby wleczenie się w świat 
było dotąd jej stałym zajęciem. 
Na takich rozmowach i śród zwykłej letniej roboty schodziły dnie i 
tygodnie, aż zbliżyła się jesień, trzeba się było zbierać, żegnać 
i szykować do drogi. 
Nim zaczęło się na dobre pakowanie i przeprowadzka, Niechcicowie 
pojechali się jeszcze pożegnać do Turobina i do Borku. Odbyli to 
jednym dniem, w niedzielę, gdyż pani Barbara orzekła, że nie ma co 
tych rzeczy rozwłóczyć na dwa razy. Zatem przed południem i na 
obiad wybrali się do Hipolita Niechcica, zaś wieczór mieli spędzić 
u Ładów. 
Hipolitostwo Niechcicowie, mimo wciąż wzrastającą skrzętność pani 
domu, nie mieli się lepiej, przeciwnie, podupadli. Wprawdzie 
spiżarnia nęciła dalej mnóstwem przerobów i konserw, lecz 
wszystko, czym zarządzała pani Urszula, było niby plenna oaza 
pośród źle uprawionych pól, kiepsko żywionych, chuderlawych 
inwentarzy i wypowiadających posłuszeństwo zużytych narzędzi. 
Hipolit Niechcic oznajmił przy obiedzie, że zazdrości Bogumiłowi 
Serbinowa, gdyż teraz tylko na cudzym i za gotową płacę można się 
na wsi utrzymać, ze swojego zaś każdy pójdzie w końcu z torbami. 
Jego wielkie modre oczy lśniły przy tych słowach w ozdobnej, ale 
szarej bez życia twarzy, jakby były oświetlonymi z zewnątrz 
transparentami. Pani Urszula ani mu nie przeczyła, ani nie 
potwierdzała jego smutnych wywodów. Po prostu nie zauważała tego, 
co mówił, sądziła też widać, że i drudzy tego nie słuchają, bo 
nieraz, nim on skończył, zaczynała opowiadać o własnych udanych 
przedsięwzięciach i pracach. O tym, że wypisała formę z Warszawy 
od sióstr Kunke i że uszyła sobie kostium, który na proszonym 
obiedzie u rejenta w Mławie był wzięty za pochodzący od Hersego. I 
o tym, że gdy wszystkim sąsiadkom zeszłoroczne konfitury 
pofermentowały jeszcze zimą, ona ma swoje dotąd czyste jak szkło, 
bo wiedziała, jak się zabrać do rzeczy. Była pochłonięta swoją 
skrzętną, drobną radosną twórczością i nie uważała, aby to, co się 
wiodło lub nie wiodło poza tym, było ważne. Po obiedzie Hipolit 
powiedział do żony: -Daj pani karty -i oboje grali przez chwilę 
na rogu stołu w sześćdziesiąt sześć na orzechy. Bogumił i Barbara 
rozmawiali tymczasem z Helcią, która zapowiadała się coraz to 
bardziej na śliczną panienkę, ale była dosyć nieradna i w ojca 
mało ruchliwa. Pytali ją, czy Ania często pisuje, gdyż Ania była 
na pensji w Mławie. Następnie pani Urszula odpięła pokrowiec 
odziewający fortepian i zagrała gościom sonatę Księżycową 
Beethovena oraz romans cygański: "Oczi czornyja". Na odjezdnym 
Hipolit zwrócił się do Bogumiła, czy on ma jeszcze siodło i tę 
uprząż pod wierzch, którą mu kiedyś był pokazywał. 
— Mógłbyś mnie to odstąpić -powiedział -bo co masz takie rzeczy 
przewłóczyć. Tam przyjedziesz do gotowego, a ja się tu nawet dodał 
klnąc -na tych wycinkach siodła musiałem pozbyć. Ja do was 
wpadnę jeszcze przed waszym wyjazdem, to się porachujemy. 
Bogumił pomyślał, że w Serbinowie nie było ani siodła, ani nawet 
półszorków na konie, ludzie mówili, że to wszystko Lalicki 
wyprzedał, jak przewąchał, że nie będzie dłużej trzymany. To 
siodło i ta uprząż były nadto właściwie poza ubraniem jedyną 
własnością osobistą Bogumiła. Lecz przekonał on się już nieraz, że 
przedmioty, których komu odmówił, traciły potem dla niego całą 
wartość. 
— Dobrze -powiedział tedy. -Wpadnij albo przyślij jutro kogoś i 
niech zabierze. 
Pani Hipolitowa natomiast ofiarowała kuzynom na drogę dwa słoiki 
smażonych truskawek, tych właśnie, co na całą okolicę jedne jedyne 
nie sfermentowały. Uczyniła to z największym przejęciem i pani 
Barbara też była szczerze wzruszona, gdyż wiedziała, że to było 
tak, jakby ktoś drugi wyzbył się dla niej wszystkiego, co miał w 
spiżarni. 
Wróciwszy z Turobina Niechcicowie umyli się, przebrali i pojechali 
do Borku. 
Pani Barbara zapowiedziała była, że nie życzy sobie widzieć nikogo 
obcego, ale dla Jana Łady dwoje gości było to jakby nie goście, on 
musiał mieć zaraz winta, napoje, tańce, ruch, gwar i ciżbę koło 
siebie. 
Wjechawszy więc za bramę posesji Borek Dworski, ujrzeli wszystkie 
okna domu świecące jaskrawo śród wilgotnej, tylko co zapadłej 
ciemności. Sekretarz sądu, nauczyciel, poczmistrz, proboszcz, 
okoliczni dzierżawcy i paru drobnych ziemian, wszyscy byli obecni, 
wszyscy -uczestnicy przyjęć i zabaw z panieńskich czasów pani 
Barbary. 
Nauczyciel z Borku, ów młodzieniec o zawadiackim profilu i 
wielkich czarnych oczach, oraz Łada wybiegli do przedpokoju, by 
pomóc nadąsanej pani Barbarze zdjąć okrycie. 
Gdy Bogumiłowie weszli następnie dalej, śród gości zaległa na 
chwilę cisza i witano ich ze współczuciem, pokrywanym sztywnością. 
Pani Barbara zaczerwieniła się i źle wszystko przyjęła. 
Zapowiedziała Bogumiłowi po cichu, że w całym tym wariactwie nie 
będzie brała udziału. 
— Poproszę Zenię, żeby mi dała posiedzieć gdzie w ubocznym pokoju, 
a ty zostań i czyń sobie, co zechcesz. Wiem, że lubisz się bawić. 
— Moje dziecko -szepnął zmartwiony Bogumił -spróbuj się jednak 
rozerwać. Przecież dla nas się tu zeszli z dobrego serca. 
— Ani mi się śni -rzekła, a nauczyciel, ujrzawszy ją wycofującą 
się spomiędzy zebranych, ośmielił się przystąpić. 
— Boże -powiedział blednąc i oglądając się na obstąpionego przez 
damy Bogumiła. -Boże, pani nam się znów raczyła pokazać. I na 
moje nieszczęście, jeszcze... 
— Co "na moje nieszczęście jeszcze"? -zapytała pani Barbara i 
przestała się nagle gniewać na obecność tak wielu gości. 
— ...jeszcze po tym wszystkim piękniejsza -odparł wpatrując się w 
nią z osłupieniem. 
Pani Barbara spojrzała w lustro, w które od śmierci dziecka prawie 
że nie patrzyła, i ujrzała chmurną, jakby nie dość sobie znajomą, 
ale jakże młodą, jak zniewalająco sympatyczną osobę. Uczuła coś w 
tym rodzaju, jakby dar, który uważała za do niczego po wyjściu za 
mąż nieprzydatny, a od śmierci syna za bezpowrotnie stracony, 
został na powrót oddany do jej dowolnego rozporządzenia. A stało 
się to za sprawą nauczyciela o czarnych jak ciepła noc oczach. 
Postanowiła okazać mu za to nieco miłosierdzia, którego mu zawsze 
skąpiła. 
— Pobałamucę dzisiaj biednego chłopca -pomyślała -powiem mu, że 
jest podobny do najpiękniejszego portretu Kościuszki, tego z 
płomiennym okiem, z rozwianym kasztanowatym włosem. 
Lecz nie miała sposobności wykonać tego zamiaru, gdyż wnet 
podsunął się Łada. Nie był on już taki, jak przed pięcioma laty. 
Przytył trochę zanadto, ale miał zawsze swoje kobieco malinowe 
usta pod bujnymi wąsami, nie utracił też nic z nieprzebranych 
zasobów humoru i żywotności. Okazywał on i dawniej względy pani 
Barbarze, ale tym razem po raz pierwszy wziął ją niedwuznacznie w 
obroty i obcesowo dawał poznać, jak mu się podobała. To poskoczył 
ku niej i zatupał, jakby się zabierał z nią do mazura, to gładząc 
jej rękę mówił: -Myślałem, jak Boga kocham, że to kawałek 
jedwabiu. -To, gdy przy toastach ktoś wznosząc kieliszek prysnął 
niechcący na szyję pani Barbarze winem, zazdrościł temu winu. — Czemu -szeptał i dyszał -tym winem być nie mogę. 
Były to grube, prostackie zalecanki, ale pani Barbara rozhulała 
się i było jej wszystko jedno, kto mówi i co mówi, cieszyła się że 
do niej. Śmiała się i rzucała przejmującymi wejrzeniami ku 
wpatrzonemu w nią z oddali nauczycielowi. Bogumił, który sam nie 
bawiąc się nigdy nadmiernie umiał być zazwyczaj dobrym w zabawie 
towarzyszem, stracił swobodę ducha, gdyż dwoje bliskich sobie 
ludzi rzadko się razem dobrze czuje w podochoconym towarzystwie. 
Gdy jedno za dobrze się bawi, drugie smutnieje. 
Ani on, ani pani Barbara nie chcieli tańczyć; uznano to za 
usprawiedliwione i zaczęto się bawić w gry towarzyskie. Ten, ów 
pokazał jakąś sztukę z kartami, z pieniążkiem, z wyginaniem 
palców, a wszyscy naśladowali, powtarzali ją, póki się nie 
sprzykrzyła. 
Nauczyciel usiłował odzyskać utracone miejsce przy pani Barbarze, 
wymykał się pannom, które go otaczały, zabiegał to z tej strony, 
to z tamtej. Czasem udawało mu się powiedzieć do niej dwa słowa. 
— Czytała pani ostatni tom wierszy Asnyka? -zagabywał na 
przykład. -Moim zdaniem, cudowne. Ale czy pani nie uważa, że 
przydałoby się im nieco więcej uczucia? 
Mówiąc te słowa, miał nadzieję, że pani Barbara przypomni sobie 
jego talenty, wszak sam też pisał wiersze, może go o nie poproszą? 
Lecz pani Barbara nie podtrzymywała jego słów na tyle, żeby się 
mogły włączyć do ogólnej rozmowy. Rzucała ku niemu tylko zdawkowe 
odpowiedzi, zbywała go półsłówkami, chociaż, owszem, dobrze 
słyszała, co mówił, nawet myślała sobie ciesząc się: -On jest 
inteligentny. To dobrze. 
Pani Ładzina nie brała w zabawie udziału. Od czasu do czasu 
pojawiała się między gośćmi, by coś zarządzić lub sprawdzić, a 
potem wymykała się niepostrzeżenie do swojego pokoju, kładła się 
na łóżku i drzemała albo jęczała. Czuła się bardzo źle, chwilami 
myślała, że z niej życie ujdzie tego wieczoru. Dwaj synowie Ładów 
— przywiezieni z gimnazjum na pożegnanie cioci Basi, słaniali się 
popod ścianami, a jeśli zetknęli się z ojcem, to było to raczej 
zderzenie. -Co się chowacie po kątach! Co takie miny grobowe?! hukał 
na nich za każdym razem wspaniały rodzic, a oni odmrukiwali 
i patrzyli za nim jak psiaki, co warczą, boją się i pokornie 
kochają. 
Pani Barbara zauważyła to wszystko i myślała kiedy niekiedy: 
— Muszę iść do Zeni, muszę porozmawiać z chłopcami. 
Lecz porywano ją ku coraz nowym figlom. Postanowiono tańczyć mimo 
wszystko. 
— Jeszcze trochę wina, a i pani zatańczy. Raz żyjemy tylko, droga 
paniusiu -podżegał Jan Łada. I ze swej piwnicy, w której miał 
napitków co niemiara, kazał przynieść szampana. 
Ktoś, zdaje się, że proboszcz, zaintonował pieśń: 
Więc pijmy, więc pijmy zdrowie miłości... 
Starsza jejmość z długim nosem grała już walca, Łada odjął pani 
Barbarze od ust zaczęty kieliszek, wypił go do dna, rozbił ku 
ogólnej uciesze i nie ściskając już, ale gniotąc z całej siły rękę 
pani Barbary w swojej wielkiej dłoni, namawiał ją, by zatańczyła. 
Był już tak podchmielony i do tego stopnia rozgorzał, że mówił do 
niej -ty. 
— Chodź, chodź -powtarzał. -Ze mną, ze mną... 
— Co ja robię? -pomyślała pani Barbara i Łada wydał jej się 
poczwarą. Zobaczyła z daleka wlepione w siebie ze smutkiem 
niebieskie oczy Bogumiła i czarne -wzgardzonego nauczyciela. A 
następnie ujrzała cofającą się w głąb drugiego pokoju panią 
Zenobię Ładzinę i uprzytomniła sobie, że to wszystko z kieliszkiem 
i obejmowaniem do tańca działo się na jej oczach. 
Basta! Miała dosyć. Cierpkim słowem osadziła na miejscu Ładę i 
poszła szukać pani domu. 
Zenobia Ładzina leżała na łóżku w swoim pokoju pośród płaszczów, 
salopek i kapeluszy gości, które tutaj zwalono, tak że wszystko 
było nimi okryte. Lekarstwa, które zazwyczaj zajmowały tu dużo 
miejsca, musiano powstawiać na szafę -na szafie też stała lampa. 
Obaj chłopcy bawili się w tej ciasnocie pociągając nosami i 
przymierzając cudze kapelusze. Pani Barbara, pełna skruchy, 
schyliła się nad chorą kuzynką. Było jej nie do pojęcia przykro, 
chciała się jakoś usprawiedliwić, ale nim co zdążyła powiedzieć, 
pani Ładzina objęła ją za szyję. 
— O, moja miła -rzekła ciężkim głosem -jak mi żal, że się 
wyprowadzacie. Ty byłaś tutaj jedyną moją pociechą, jedynym 
źródłem życia. Ale wiesz, czym ja się teraz cieszę, czego się 
uczepiłam? Ja myślę, że tam pod Kaliniec to ja do was przyjadę. Na 
długo. Na całą zimę. Tu nie mogłam, tu było za blisko. Dziwne 
byłoby, że mogąc was odwiedzać każdej niedzieli miałabym u was 
mieszkać. Wyglądałoby tak, jakbym nie chciała być u męża. On by 
tego nie zniósł. Ale wyjechać tak daleko będę mogła. Powie się, że 
mi doktorzy kazali. 
Pani Barbara głaskała ją, tuliła i czuła, że tuli prawie szkielet. 
— Boże mój -myślała -jaka ona nieszczęśliwa, jacy ludzie są 
biedni, jaka ja podła. 
W innych pokojach wrzały już tańce na dobre, ale Niechcicowie 
zabierali się śpiesznie do odjazdu. Pani Barbara nie pamiętała 
dobrze, jak się od Ładów wydostali. Pamiętała tylko, że nauczyciel 
wsunął jej w rękę przy pożegnaniu jakiś papier, który trzymała 
potem całą drogę w ściśniętej pięści niby talizman, i pamiętała, 
jak w drodze bryczka skoczyła, uderzywszy kołem o kamień, a 
Bogumił powiedział: -Trzymaj się mnie -ona zaś rzekła: Czemuśmy 
nie zabrali Zenobii do Serbinowa? 
Oprzytomniała należycie dopiero w domu i czekając na Bogumiła, 
który został jeszcze chwilę na dworze, otworzyła rękę i 
rozprostowała zgniecioną kartkę nauczyciela. Było na niej 
napisane: "Mój ostatni wiersz", a pod tym dopisane krzywo 
ołówkiem: "Do ciebie, pani". 
Pani Barbara zaczęła czytać: 
I ja com pruł piersią wiatru groźne fale, 
ja, com gwizdy muskał skrzydłami mojemi, 
dziś błotem obryzgan, w rozpaczy i szale, 
Ze skrzydłem złamanym czołgam się po ziemi. 
Tyś to sprawiła, żem latał po niebie... 
Usłyszawszy kroki Bogumiła przestała czytać, podarła kartkę, 
rzuciła ją w tlejące jeszcze na kominku głownie. Mały płomyk 
zerwał się, błysnął i znikł. Bogumił przyszedł i mimo spóźnionej 
pory mieli ze sobą rozmowę. 
— Upiłaś się? -powiedział i starał się uśmiechnąć. W gruncie 
rzeczy był przerażony. -Jeżeli -myślał -w taki sposób ma się 
ona zbudzić do życia, to co to z nami będzie? 
— Upiłam się -potwierdziła pani Barbara. -Upiłam. Wiedziałeś, że 
pić lubię. Trzeba mi było nie dać. 
— Basiu, bój się Boga, co się z tobą dzieje? Co Łada tobie mówił? 
— Nic. Źle się stało, żeśmy tam pojechali. A mówiłam: nie chcę 
nikogo widzieć. Po coś chciał jechać? Teraz masz. 
— Ale co? -pytał badawczo i z rozpaczą. -Przecież nic się nie 
stało! Powiedz w tej chwili. Czy on tobie ubliżył? 
Pani Barbara wzruszyła ramionami. 
— Mówią -zamajaczyła -że to kobiecie ubliża. Ale to fałsz. To 
właśnie jej nie ubliża. Może budzić wstręt... lecz nie ubliża... 
nie ubliża... 
— Tyś nieprzytomna. 
— Nie -ocknęła się -ja żartuję. 
Ale on teraz nie wierzył. 
— Nie żartujesz -powiedział z gniewem. -Jeżeli zaloty jakiegoś 
draba mogą cię nie obrażać, to ty mnie nie kochasz, porzucisz 
mnie, odejdziesz. 
Nic nie odrzekła -a on zawołał: 
— Boże, Boże, miałyby już nie wrócić te czasy, kiedy byłaś dla 
mnie taka dobra? 
— Wtedy, kiedy byłam dla ciebie taka dobra, byłeś mi daleko mniej 
potrzebny. Daleko mniej niż teraz. 
— Mniej potrzebny niż teraz, kiedym tyle potrzebny, że mnie chcesz 
z drugim porzucić? Na co mi odbierasz i to nawet, co było? 
— Nic ci nie odbieram, z nikim cię nie chcę porzucić. 
— Jeżeli nie będziesz miała dzieci, to mnie na pewno porzucisz. 
— Z kim? -zapytała wdzięcząc się i pozwoliła mu się nawet 
pociągnąć na kolana. 
— Nie wiem. Nie wiem -odparł z boleścią, gdyż niemożność 
wskazania przyszłego uwodziciela wydała mu się raptem najgorszą z 
oczekujących go klęsk. 
Namyślała się chwilę i zmagała ze sobą, wreszcie rzekła: 
— Jeżelibym chciała cię opuścić, to wiedz, że już dawniej nie 
brakło mi ku temu sposobności. Dwa lata temu kochał się we mnie... 
no, jednym słowem, ktoś kochał się we mnie do tego stopnia, że się 
o mnie oświadczał, chciał mnie z tobą rozwodzić. 
— Kto taki? -spytał po cichu Bogumił. 
— Po co mówić? Jezus Maria! -przecież zgnieciesz mi ramię, masz 
ręce jak z żelaza. Nie mam prawa mówić -przecie to cudza 
tajemnica... Ale co tam... Powiem ci, żebyś sobie nie zaczął Bóg 
wie czego wyobrażać. Nauczyciel z Borku. Ten z czarnymi oczyma. 
— A ty co? Nauczyciel? A ty co? 
— Ja nic, śmiałam się. Nie jestem ja taka skora do zdrady. Ani też 
do miłości. Nie mam do tego usposobienia. I wiem, że jeślim 
przysięgała, tom przysięgała. 
— Więc to już się takie rzeczy działy za moimi plecami, a ja nic 
nie wiedziałem. 
— Jakie rzeczy? Przecież mówię ci, że się żadne rzeczy nie działy. 
Uspokój się. Wstyd prowadzić takie rozmowy. Nie jesteśmy już 
młodzi. 
— Ty jesteś młoda. Ty jesteś młoda -rozpaczał. -Wtedy miałaś 
Piotrusia. Ale teraz, jak jesteś sama, to mnie zdradzisz, 
odejdziesz. 
— Czy zdradzę, czy nie zdradzę -rzekła sennie -jedno wiem, że ci 
już nigdy nic o sobie nie powiem. Ale nie zdradzę. 
— Żebyś ty wiedziała -mówił kołysząc ją w ramionach -jak to 
dobrze, jak to słodko być wiernym i kochać raz na zawsze. Nie 
dlatego, że tak wypada, że tak się przysięga, ale dlatego... 
dlatego, że to tak dobrze, tak słodko... 
— Nie zdradzę -powtórzyła ziewając, i zasnęła w jego objęciach. 
Bogumił zamilkł i słuchał jeszcze długo tej przebrzmiałej rozmowy, 
i patrzył w to, co sobie powiedzieli, niby w otchłań. 
Nagle ujrzał przed sobą pola Serbinowa, odłogiem leżące niwy, 
buraki pozarastane perzem, kartorfle -wielkim ostem, puste 
stodoły i spichrze. Nie, nic nie mogło stanąć na przeszkodzie tej 
pracy, co go tam czeka. Wszystko, czym się tu dręczą -to czcze 
urojenia. Wystarczy o tym nie myśleć i nie mówić, aby to przestało 
być. 
Łagodnie usiłował panią Barbarę postawić na nogi. 
— Obudź się, kochanie -prosił. -Jest już po pierwszej. Trzeba 
się rozebrać i położyć. Jutro od rana musimy się pakować. 
Nazajutrz od świtu zaczęły się przygotowania do przeprowadzki. 
Bogumił był już wolny od zajęć, ale nie korzystał ze swobody, gdyż 
w podwórzu nie mogli się bez niego przy czymś obejść i został 
odwołany. A raz przystąpiwszy do roboty, znalazł jej zaraz mnóstwo 
czekającej na niego po stodołach, oborach i polach, więc nie 
wrócił aż dopiero na obiad. 
W domu tymczasem Bylisia, Ludwiczka i pani Barbara wynosiły 
pospołu co lżejsze meble, trzepały, czyściły i układały rzeczy, a 
Nebelski na trawniku zasłanym zwiędłymi liśćmi zbijał paki ze 
starych desek. 
Pani Barbara nie mogła pojąć, skąd się u nich wzięło tyle rupieci. 
— Jak tak -ubolewała przy obiedzie -to zawsze nam wszystkiego 
brakowało, a teraz nie wiem po prostu, jak my z miejsca z tym 
wszystkim ruszymy. Ja bym z połowę tych gratów zostawiła. 
Bogumił nie miał nic przeciw temu, żeby to lub owo zostawić. 
— Tam przy tym całym zniszczeniu urządzenie domu jest całkiem 
przyzwoite i należy do miejscowego inwentarza, tak że Lalicki nie 
ma prawa nic wywieźć. Daleniecki powiedział mi wyraźnie, że prócz 
mebli w salonie i sypialnym wszystko, a zwłaszcza kuchnia, ma 
zostać do naszego użytku. A my też nie mamy żadnych drogocenności, 
żeby warto było wszystko wlec w taką podróż. 
Przy tych słowach oznajmiono, że przyszedł człowiek od pana z 
Turobina. 
— To po siodło -rzekł Bogumił i zerwał się, by je kazać ściągnąć 
ze strychu. 
Po chwili człowiek z Turobina obarczony już siodłem i uprzężą 
przepraszał Niechcica, że wielmożny pan dziedzic nie mógł sam 
przyjechać, ale prosi, żeby państwo wypisali swój adres i co się 
będzie za siodło należało, to odeśle. Bogumił naradził się z panią 
Barbarą i dał pisemną notatkę do Hipolita, że o ile by chciał 
nabyć od nich takie i takie sprzęty, to są również do odstąpienia 
i mogą być w każdej chwili zabrane. 
Do wieczora wszystko, czego nie zdołano zapakować, zostało 
przeniesione na jedną stronę domu, druga została opróżniona i 
wyprzątnięta dla nowego rządcy, który wniósł się już następnego 
rana. To jest wniósł się o tyle, że postawiono mu tam dworskie 
żelazne łóżko, stół i stołek, na którym zaraz usiadł i tak w 
zadumie większą część dnia przesiedział. Był to człowiek samotny, 
który i na stałe miał zajmować tylko część domu umeblowaną przez 
dwór. A jak Bogumił nie mógł się od roboty do ostatniej chwili 
oderwać, tak on się nie kwapił do niej zabrać, czas i okoliczności 
wydawały mu się wciąż jeszcze nie po temu. 
Pani Barbara denerwowała się, ponieważ ona była już dawno ze 
swoimi rzeczami gotowa, gdy tymczasem Bogumił wciąż wybiegał na 
folwark i cała zawartość jego kancelarii, w której nie dał nigdy 
nic dotknąć, zniesiona teraz do sypialnego pokoju, spoczywała 
nienaruszona. 
Dopiero po podwieczorku zabrali się oboje do niszczenia tego, co 
nie było zdatne ani do zabrania, ani do zostawienia komukolwiek. 
Od kilku lat gromadzone szpargały, kwity, rachunki, stare recepty, 
resztki lekarstw, tysiączne drobiazgi, poutykane dotąd po 
szufladach, kuferkach, kątach i wnękach, wszystko zbierane w 
poczuciu, że może się przydać -szło teraz jedno za drugim do 
kominka i płonęło różnymi kolorami, wydając różnorodne zapachy. 
Był to ten sam kominek, przed którym Piotruś tańcował niespełna 
rok temu. Teraz oni krzątali się przed nim w szeleście papierów, w 
szczypiącym gardło kurzu, niekiedy zastygając na chwilę nieruchomo 
dla odczytania pożółkłych świstków, to znów odzywając się do 
siebie: -Co to jest? Patrz, czy to nie potrzebne? Po co ty to 
chowałeś? -Na ostatku pani Barbara poszła do jadalni i tam 
słuchała nie słysząc, jak nowy rządca coś jej szeroko opowiada, a 
Bogumił przez ten czas zapakował do wiśniowej skrzyneczki ubranka, 
zabawki oraz drobiazgi po Piotrusiu i postawił to śród rzeczy do 
zabrania. 
Trzeciego dnia rano Hipolit Niechcic przysłał furmankę po ławy, 
które chciał nabyć. 
— Ale o tym, ile się za to wszystko należy -zatroskała się pani 
Barbara -pewnoś mu wczoraj w tej kartce nie napisał. 
— Nie napisałem -rzekł czerwieniąc się Niechcic. -Cóż ja będę 
siodłami handlował? Czy starymi ławami? A zresztą... omówimy to 
kiedyś, później. Wszak i u nich się nie przelewa. Sama kiedyś 
mówiłaś, że ten dom bardzo zmarniał. 
— Tak, ale w ten sposób uczy się ludzi sobkostwa i zbytniego 
liczenia na drugich -rzekła pani Barbara, a powiedziała to raczej 
dla porządku i aby było wiadomo, że nie jest naiwna. Bo pretensję 
miała tylko, dopóki myślała, że Bogumił przez roztargnienie i 
niedołęstwo nie dopatrzył tej sprawy. 
Dowiedziawszy się, że wiedział, co czyni, przyjęła to za 
dostateczne wytłumaczenie. 
Uporawszy się z naładowaniem i odesłaniem turobińskiej furmanki, a 
potem z wysyłką swoich rzeczy na kolej, następnego dnia udali się 
Niechcicowie na cmentarz, gdzie na grobie Piotrusia został świeżo 
postawiony kamienny krzyż, taki sam, jaki mieli już od dawna 
Florentyna Niechcicowa i Klemens Klicki. Wróciwszy z cmentarza, 
poszli na obiad do Krępskich, skąd ich nieprędko puszczono, tak że 
wrócili do domu późno i mieli tyle tylko czasu, by pozamykać 
walizki i pożegnać się z ludźmi. Pani Barbara poszła sama do 
Nebelskiej i zaniosła jej przepis na lekarstwo przeciw puchnięciu 
nóg, znaleziony przy paleniu papierów po starszej pani. Bylisia i 
Ludwiczka zostały obdarowane różnymi drobiazgami, Ludwiczka 
otrzymała nadto kilka złotych z tym, żeby, póki żyje, sadziła 
kwiaty u Piotrusia -dwór pozwolił, by Nebelski dostarczał zawsze 
flanców. Popłakując i pokrzykując przyrzekła, że będzie to czynić. 
Bylisia zostawała w Krępie, gdyż w Borku miała rodzinę, a tu w 
majątku służył chłop, co się obiecał z nią ożenić, chociaż już nie 
była pierwszej młodości. Ale żałowała, że zostaje, i płakała nie 
gorzej od Ludwiczki uśmiechając się zarazem do Niechciców swymi 
serdecznymi ustami. 
W miarę jak zbliżała się chwila odjazdu, Niechcicom było coraz 
ciężej na sercu. Już tak dawno wiedzieli, że wyjadą i chcieli 
tego, ale nie myśleli, że to będzie takie męczące. Z żałością 
patrzyli na opustoszałe ciemne domostwo, które porzucali, z 
przestrachem na nieznaną ciemną drogę, co ich czekała. Czuli się 
nieomal, jak gdyby umierali, bali się i cierpieli. 
W Warszawie przejechali tylko z dworca na dworzec. Była to już 
głęboka noc, cisza -słychać było jedynie ciężki klekot wozów 
śmieciarzy, a klaskanie kopyt dorożkarskiego konia, co ich wiózł, 
zdawało się rozlegać po całym mieście. Dopiero na Marszałkowskiej 
zauważyli nieco życia, fiakry odwożące ludzi z teatru, elegantów 
szukających nocnej zabawy -ciemnych, snujących się przechodniów. 
W poczekalni dworca Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej drzemali przez 
kilka godzin, a właściwie drzemał Bogumił, bo pani Barbarze 
niepokój o kufry i o to, by nie przespali pociągu -nie dawał 
zasnąć. 
O szóstej rano ruszyli w dalszą drogę, a około południa przesiedli 
się do karetki pocztowej, która przez Czałbów i Nieznanów jechała 
do Kalińca. W Czałbowie po raz ostatni zmieniali konie i dłużej 
popasali. Stanęli w rynku, w którego jednym rogu otwierał się 
między krzywymi domkami widok na piękny zrujnowany dwór, stojący 
na wzgórzu w zawiei jesiennych liści. 
— Patrz, ten dwór należał kiedyś do Mioduskich. Potem to kupił 
podobno jakiś młynarz. A miasteczko dosyć ładne, prawda? Tu w 
naszych stronach miasteczka są czystsze niż u was. Zawsze zachód mówiła 
pani Barbara, znacznie się ożywiwszy. 
Pili herbatę w zajeździe, a jak przedtem zdawało jej się, że nie 
ma na świecie rzeczy, co by jej mogła życie uczynić na powrót 
cennym, tak teraz miała uczucie, że wystarcza być w drodze i pić 
herbatę w zajeździe, i pokazywać komuś znajome strony, aby się 
czuć w pełni szczęśliwą. 
Dopiero kiedy o zmroku karetka pocztowa zatrzymała się, jak to 
było umówione, przy skręcie do Serbinowa, dobre usposobienie pani 
Barbary przepadło, a wszystko dokoła wydało jej się znów obce. 
Woźnica i jego pomocnik zeszli, aby zwindować kufry Niechciców, 
pasażerowie z wnętrza karetki podawali im zapomniane drobiazgi. 
— Jeszcze laska została -mówili. -I ta chustka też pewno 
państwa. 
Było już na pół ciemno, dookoła, jak okiem sięgnąć, leżały pod 
szarym niebem gładkie, bezludne równiny. Na prawo od miejsca, 
gdzie wysiedli, wiatrak chodził pomału, wydając odgłos: ach-ach. Z 
lewej strony przy zejściu się drogi z szosą widać było murowaną 
kapliczkę, a cały ten krajobraz był czarnosiny, zimny niby żelazo. 
Pośrodku drogi, na której tu i owdzie mętnie połyskiwały kałuże, 
ciemniał między drzewami ciężki kształt, w którym Niechcicowie 
rozpoznali karetę. Jakiś człowiek podszedł stamtąd ku nim, i nisko 
się pokłoniwszy zaczął w milczeniu przenosić kuferki i toboły na 
stojący tuż przy karecie wózek. Niebawem ktoś drugi dołączył się 
do pomocy. Bogumił zaczął rozmawiać z tymi ludźmi i odszedłszy od 
pani Barbary krzątał się razem z nimi koło wozu z rzeczami. Drzwi 
kurierki pocztowej zostały zatrzaśnięte i szarpnięciem 
wypróbowane. Ktoś zawołał: 
— Gotowe? -a poczmistrz zaczął grać na trąbce znaną pani Barbarze 
jeszcze z dzieciństwa melodię, co uczyniło jej to miejsce -rzecz 
dziwna -jeszcze bardziej cudzym i smutnym. 
Kurierka potoczyła się grzmiąco w stronę Kalińca, a oni wsiedli do 
pachnącej zakurzonym aksamitem karety. 
— Czy furmanki -zapytał jeszcze Bogumił -poszły dziś do kolei po 
nasze meble? 
— Poszły, dwie -odparły śmierdzące kożuchem i biedą ciemne 
postacie, które im pomagały przy rzeczach. 
Niechcicowie zamknęli drzwiczki i usłyszeli jak przez mgłę 
nawoływania się tych ludzi. 
Furman z karety marudził zapalając latarnie, a tamci z wozu 
niecierpliwili się. 
— Dali, jechać! -wołali. -Pokąd chceta tu stojać? 
Na koniec ruszyli. 
— Czy to daleko jeszcze? -zapytała pani Barbara. 
— Nie, jesteśmy już w Serbinowie. A do dworu mamy jeszcze około 
wiorsty drogi. 
Lecz pani Barbarze zdawało się, że jadą bez końca i że kareta nie 
toczy się naprzód, tylko rusza się z boku na bok, mości się i 
zagnieżdża, skrzypiąc śród błota. Jedynie przesuwające się 
uporczywie wzdłuż okien wysokie grube pnie drzew świadczyły o tym, 
że nie stoją na miejscu. 
— Co to za drzewa? Topole? -zapytała pani Barbara. 
— Topole -odparł Bogumił. 
— Jakie błoto. Tam nigdy takiego błota nie było. 
— Tam ziemie lżejsze. Zobaczysz, tu wszystko jest inne -objaśnił 
Bogumił. 
Niebawem zaczęli mijać chałupy ze światłem w drobnych okienkach. 
— Czworaki -rzekł Bogumił -a za czworakami zaraz wjedziemy w 
ogród. 
I rzeczywiście kareta wydobyła się na koniec, stękając, z 
grząskiej drogi i zatętniła po brukowanej alei. 
Otoczyła ich nieprzenikniona ciemność ogrodowej gęstwiny, po 
której błądziło niepewnie światełko jednej latarni. Druga bowiem 
zgasła zaraz po zapaleniu. 
Tak więc Niechcicowie zamieszkali teraz śród gładkich jak 
powierzchnia wody równin i czystych pól, w których największą 
gęstwiną był stary ogród przy dworze. Lasy wytrzebiono tu od dawna 
i na wiele mil wkoło. Rowy zarośnięte jeżynami, tarniną i głogiem 
były to jedyne dzikie miejsca w tych stronach. Wzrok, przywykły w 
Krępie napotykać wszędzie ścianę głuszy albo malownicze 
wzniesienia gruntu, w Serbinowie biegł bez przeszkód aż po kraj 
horyzontu, którego nieskazitelną, prostą linię garbiły tylko 
nieznacznie tu i ówdzie kępki płowej zieleni osłaniającej wsie. 
Ale pani Barbarze ta przestronna okolica, nad którą kłębiło się 
olbrzymie niebo płaszczyzn, wydawała się mroczną i jakby 
zapadniętą w głąb ziemi. Bowiem ogród i dwór musiały leżeć nieco w 
dole, choć to się nie dawało wyraźnie zauważyć. Wszędzie koło domu 
było jednak dużo cienia i chłodu, błoto wysychało na dobre jedynie 
w czasie największych upałów, a wtedy dna kałuż okrywały się jakby 
szarą i grubą skórą, poodstawaną od podłoża i popękaną w drobne 
szczerby. Chodząc po zadziczonym i wybujałym ogrodzie pani Barbara 
nieraz wspominała swój wysoko położony domek w Krępie. 
— Jaki tam był na przykład widok z okien -mówiła zachwycając się 
wstecz. -Jak okiem sięgnąć, wzgórza, lasy, łąki! I jak zdrowo, 
jak sucho. Już w godzinę po deszczu można było wszędzie iść bez 
kaloszy. A tu -ciemno, mokro, dokoła stawy... 
— Jednak narzekałaś w Krępie nieraz na wszystko -próbował osłabić 
te wspomnienia Bogumił. 
— Na to, o czym teraz mówię, nigdy nie narzekałam. Nie rozumiem, 
jak możesz nie pamiętać, że położenie tamtejsze zawsze mi się 
ogromnie podobało. Od pierwszego wejrzenia, od tego dnia, kiedym 
tam do ciebie pojechała jeszcze jako do narzeczonego. -I pani 
Barbara nalegała, żeby sobie to koniecznie przypomniał. 
On zaś mówił: 
— Bo nie siedź tak ciągle między tymi drzewami. Chodź ze mną w 
pole, na łąkę. Takich pól, takiej widnej przestrzeni w Krępie 
nigdzie nie było. To jest dopiero okolica stosowna dla rolnika. I 
co za ziemia! Chodź, zobacz. 
Pani Barbara tłumaczyła mu w odpowiedzi, że człowiek nie na to ma 
dom, by ciągle siedział w polu. I pytała, czy on nie wie, że jej 
spacery po polach dawno wywietrzały już z głowy i zbrzydły raz na 
zawsze. 
— A i kto by za mnie tutaj co zrobił? -dodawała zgorszona. -Jak 
by tu wszystko wyglądało, żebym ja się chciała za tobą włóczyć po 
polach. 
Roboty było rzeczywiście na każdym kroku co niemiara i pani 
Barbarze już na sam ten widok zdawało się, że jest szalenie 
zapracowana; ale w gruncie rzeczy ręce jej od wszystkiego opadały 
i do niczego nie mogła się zabrać, póki dawny administrator 
Lalicki był na miejscu. 
Zimą zadrzewione położenie domu mniej się dawało we znaki. Gdy 
liście spadły, gąszcz ogrodu stała się przejrzysta i widać było 
przez nią szerokie pola i wody. Natomiast obecność rodziny 
Lalickich czyniła wszystko o każdej porze roku niewygodnym i 
tymczasowym. Nie mogli się oni zaś wynieść, bowiem obiecana w 
innym folwarku posada zawiodła, a krewnym, których mieli w 
Kalińcu, nie chcieli się, jak mówili, sprowadzać na głowę. 
Siedzieli więc na głowie Niechcicom, a właściwie uważali, że to 
Niechcicowie im zjechali na kark, skazując ich na prawdziwy krzyż 
pański. Drobny, chudy, o zirytowanym wyrazie twarzy Lalicki 
chodził cały dzień po ogrodzie i po podwórzu ciągnąc za sobą po 
ziemi laskę, którą trzymał w założonych na plecy rękach. Ujrzawszy 
gdzie z daleka panią Barbarę przyśpieszał kroku, a ona nie patrząc 
nawet, gdy tylko usłyszała szelest laski śród liści, wiedziała, że 
Lalicki idzie ją dręczyć. Dręczył zaś ją w ten sposób, że jeśli 
jej nie dawał poznać, jaki jest przez nich nieszczęśliwy, to na 
odwrót, starał się ją przekonać, że i oni przyjeżdżając tu padli 
ofiarą szachrajstwa; zniechęcał ją, jak umiał, do Serbinowa. 
— Co? -pytał. -Pani tu ma zamiar sadzić warzywa? Tu się, proszę 
pani dobrodziejki, nic nie urodzi. O, państwo dobrze jeszcze 
naprzeklinają tę chwilę, kiedy tu przyjechali. Tu nikt nic nie 
poradzi i nikt na tym Serbinowie grosza zarobku nie zobaczy. Znam 
się na tym. Sam jestem z obywateli i moja żona jest obywatelska 
córka. Herbu Katerwa -dodawał po pewnym czasie. 
— Kto wie -broniła się pani Barbara. -Ja widzę, że ziemia tu 
doskonała, tylko że wszystko zapuszczone. Więc kto wie. 
— Kto wie? -drwił z goryczą Lalicki. -Byli tu już tacy, co nie 
wierzyli, póki sami nie posmakowali. Toć we mnie też wmówili, że 
to będzie złote jabłko. A to się okazało zgniłe jabłko. Każdego 
znęci, że dziedzica nie ma pod ręką. Dziedzica nie ma, ale i 
dochodu żadnego nie ma. Nie bójcie się. Już by on tutaj siedział, 
żeby miał czego pilnować. Czy tam -ona. 
Ujrzawszy w czasie takich rozmów nadchodzącego od roboty Bogumiła 
Lalicki kłaniał mu się z szyderczą elegancją i wołał: 
Dzień dobry! Dużo pan dobrodziej furmaneczek perzyku dzisiaj 
wywiózł? Pierwszorzędny majątek, co? Nawet i zimą jest co zbierać, 
byle mrozu nie było. Niech pan da spokój, ja panu mówię! Nic tego 
perzu z tej ziemi nie wywlecze. Co ja go się tu już nawywoziłem. 
Aż w końcu machnąłem ręką i panu radzę machnąć. Znam się na tym. 
— No, no -śmiał się dobrodusznie Bogumił. -Nie wygląda na to, 
jakbyś go pan wywoził, ale jakbyś go pan nawiózł z całego świata i 
tu zapuścił. 
— I tu zapuścił! Słyszała pani dobrodziejka? -I Lalicki zwracał 
się do pani Barbary biorąc ją na świadka tej nowej 
niesprawiedliwości, co go spotkała. A następnie wołał do Bogumiła: 
— Tak i o panu będą mówić! Pan tak samo wyjdzie z tego majątku, 
jak ja z niego wyszedłem. Tu się nikt nie utrzyma. Znam się na 
tym. Sam jestem z obywatelskiej rodziny. 
— Tymczasem nie widzę jeszcze, żeby pan z tego majątku wyszedł, 
chociażby się już należało -odpowiadał Bogumił i oczy zaczynały 
mu błyszczeć. 
Pani Barbara odciągała go i szeptała ze strachem: 
— Daj spokój, nie drażnij go, bo się jeszcze kiedy na ciebie 
rzuci. 
Bogumił nieczęsto miał sposobność rozprawiać z Lalickim w ten 
sposób, za to poznał jego niezwykłe zdolności do wynajdywania po 
wszystkich kątach przedmiotów, które się okazywały jego 
własnością. 
Jeżeli wyszedł kiedy poza sztachety ogrodu, to Bogumił spotykał go 
niebawem przed stelmachem lub koło kuźni, a w każdym razie zawsze 
przy wozach, przy narzędziach. 
Schylał się, węszył, myszkował, przyglądał się z podejrzanym 
zajęciem to zębom brony, to radłu, to bodaj łańcuchowi. 
— Czego pan szuka? -wałał na niego Bogumił. 
— Zdaje mi się, że to radełko jest moje -odpowiadał po namyśle 
Lalicki. 
Bogumił zbywał go żartami lub ofuknięciem, a Lalicki szedł za nim 
i udowadniał długo, aż do znudzenia, swoje prawa do radła. Czasem 
czynił to nadaremnie, czasem, kiedy szło o rzecz mniejszej wagi, 
znikała ona po prostu z podwórza po tego rodzaju rozmowie, a razem 
z rzeczą lub zaraz potem znikał i sam Lalicki. Wychodził na szosę, 
zabierał się z kimś i wracał po dwu dniach w jeszcze bardziej 
przykrym usposobieniu. 
Mówił, że jeździł szukać zajęcia i że znów nic nie znalazł. 
Znalazł za to jakieś racje, podług których należało mu się coś z 
ordynarii, i zaraz sobie tę należność wymierzał, a że nie było nic 
lepszego i nikt mu nie chciał pomóc, sam przynosił sobie na 
plecach bodaj choć worek grochu. 
Bogumił denerwował się i mówił do pani Barbary, że ten człowiek 
wciąż jeszcze znajduje możność rabowania majątku. Nie wiedział, co 
z tym począć, najprościej byłoby może napisać do Dalenieckiego o 
upoważnienie do przedsięwzięcia jakichś kroków przeciw tego 
rodzaju postępkom. Ale Bogumił wzdragał się i cofał przed tą 
myślą: Miałżeby szukać sojusznika przeciw temu pokonanemu 
człowiekowi? Zastał go tu takiego nie dobitego i trudno, musi do 
czasu znosić tę niedolę koło siebie. Nie w smak mu było co prawda 
płacić koszty roszczeń Lalickiego, którego wszystkie wygasłe na 
terenie folwarku prawa ciągle się w różnych postaciach i z 
powodzeniem odradzały. Nie mówiąc o brakach i niedoborach w 
podwórzu, nie zastali wszak ani tych mebli, ni sprzętów, które tu 
mieli jako własność majątku objąć, a on jeszcze się wciąż o coś 
upominał. Trudno było o to wszystko szarpać Dalenieckiego, trzeba 
było mnóstwo rzeczy na nowo sprawiać, tak do domu, jak do 
folwarcznego użytku. Bogumił zadłużył się od razu na początku i 
bał się, że o ile tak dalej pójdzie, Lalicki napędzi im jeszcze 
większych kłopotów. Sam więc starał się dla niego o jakieś miejsce 
to przez Lucjana Kociełła, to przez Żydka Szymszela, wędrownego 
kupca zamieszkałego w niedalekiej wsi Kurzy. 
Lalicki tymczasem wciąż jeszcze chodził, straszył, narzekał i 
pustoszył. Pani Barbara straciła w końcu cierpliwość i kiedy 
zaczął ją raz nudzić o jakiś żelazny garnek, co miał również być 
jego własnością i znajdować się w komórce pod schodami, gdzie się 
jednakże nie znajdował -rzekła zirytowana: 
— Panie, jeżeli był tam jaki garnek, to go pan sam już dawno 
wyniósł i sprzedał. 
I przestraszyła się, że się Lalicki obrazi, lecz on się nie 
obraził, tylko dalej chodził i szukał tego garnka. Wtedy 
powiedziała mu, że jeżeli się nie odczepi, to usłyszy od niej 
słowa prawdy. I nie odkładając powiedziała mu je natychmiast. 
Powiedziała, że zniszczył majątek, nie idzie o to czyj, ale że 
zmarnował do niemożebności miejsce, na którym powinien się chleb 
rodzić dla ludzi, a nie oset i perz. A w domu zapuścił grzyb. 
Grzyb w murowanym domu! Jakież to musiało być gospodarstwo, kiedy 
do tego doszło. I jeszcze zatruwa im życie głupstwami, jakby i tak 
nie dość mieli kłopotów. 
— Ja odchodzę i proszę raz na zawsze przestać mi głowę zawracać rzekła 
na zakończenie. 
Lecz Lalicki zaczął błagać, żeby nie odchodziła, chce bowiem 
jeszcze tylko dwa słowa jej powiedzieć. Dwa te słowa mówił prawie 
godzinę, gdyż był człowiekiem żądnym przekonywania bliźniego o 
swojej racji. Udowadniał, że majątek zdewastowali jego 
poprzednicy, oni również zaprowadzili grzyb w domu. Co do niego, 
to chciał jak najlepiej, lecz nie jest cudotwórcą! -Państwo się 
też przekonacie -zapewniał -że nie jesteście cudotwórcami. 
Rozstali się przepraszając się wzajemnie i jakiś czas był spokój, 
a potem wszystko wróciło do tego samego. 
Grzybem, o którym pani Barbara w swej rozmowie z Lalickim 
wspomniała, okazały się dotknięte pokoje od północy, i to do tego 
stopnia, że nie można było wcale w nich mieszkać. Zrywanie podłóg 
trzeba było odłożyć do wiosny, a że wszystkich pokoi było cztery, 
a Lalicki z żoną i córeczką zajmował najpiękniejszy 
południowo-wschodni, Niechcicowie przez długi czas musieli się 
gnieździć w małym wschodnim, który przeznaczali w przyszłości na 
kancelarię Bogumiła. Laliccy chodzili do kuchni i na dwór przez 
puste pokoje z grzybem. Pani Lalicka ukazywała się zresztą bardzo 
rzadko. Była otyła, niechlujna i wyniosła. Chodziła zawsze w 
podszarganym bajowym szlafroku długim do ziemi, tak że nim 
wzbijała kurz i rozmiatała śmiecie. Nawet do ogrodu wychodziła w 
tym szlafroku nałożywszy na niego watowaną rotundę. Mimo ciężkich 
warunków trzymała służącą, która zajęta była wyłącznie 
przysposabianiem różnego rodzaju posiłków, to dla swej pani, to 
dla panienki Alusi. Pani Barbara utrzymywała, że dwie te osoby 
cały dzień jedzą -wciąż noszono im z kuchni to jajka ubite z 
cukrem, to kompot, to jabłko pieczone, gdyż pani Lalicka miała 
jeszcze swój drób i swoje owoce. Między dziewczyną z podwórza, 
która posługiwała Niechcicom, a służącą dawnego administratora 
wynikały wciąż wojny o miejsce przy blasze kuchennej i o gałęzie 
na opał. Pani Barbarze z początku wydawało się, że to są spory 
możliwe do takiego albo innego rozstrzygnięcia, i usiłowała brać w 
nich udział. Wprędce jednak zobaczyła, że te zatargi są bez 
wyjścia, a im bardziej wydawały jej się łatwymi do załagodzenia, 
tym gwałtowniej obie dziewczyny przyobiecywały sobie wzajemnie 
rozwalić pysk. Dała więc spokój i gdy przybiegano do niej na 
skargę lub z pretensjami, mówiła: -Urywajcie sobie głowy, moje 
kochane, kiedy wam sprawia to taką przyjemność. 
Niebawem zresztą doszło do gorszych rzeczy. 
Listopad był tego roku pogodny i suchy, ale w grudniu zaczęły się 
słoty i przez dach na spichrzu lało się strugami na zboże. Nie 
pomogło żadne tymczasowe łatanie dziur, a gdy nadto spróchniała 
podłoga zaczęła grozić zarwaniem się pod ludźmi -spichrz 
znajdował się na górze nad owczarnią -Bogumił był zmuszony wynosić 
się ze sprzętem. Porozmieszczał tedy zboże w oficynie nad 
kurnikami i we dworze na piętrze. Chcąc zaś mieć wialnię w 
pobliżu, ustawił ją w pustym zagrzybionym salonie. Turkot wialni 
napełniał dom hałasem, a kurz zbożowy przenikał przez wszystkie 
drzwi drażniąc gardła i nosy, tak że pani Barbara, na przykład, 
miała stale chrypkę i katar. Drzwi na dwór były wciąż przy tym 
otwarte, a ludzie, co przychodzili młynkować zboże, tupali butami 
i stukali drewnianymi trepami po sieni, po schodach i po górze. 
Niekiedy słychać było za ścianami ich schrypnięte rozmowy, przy 
czym swój pogląd na życie wyrażali w sposób niezwykle uproszczony, 
za pomocą dwóch, trzech dosadnych propozycji. Gdy robota ustała, 
trzeba było wszędzie do późnej nocy sprzątać, wietrzyć i palić, by 
jakoś dogrzać stale wyziębiane mieszkanie. Trzeba było też jeszcze 
znosić wzmagające się niezadowolenie Lalickich, którzy byli 
śmiertelnie obrażeni na tego rodzaju tryb życia. Pani Barbara 
nieraz słyszała, jak w swoim pokoju, oddzielonym od nich tylko 
drzwiami zastawionymi szafą, rozmawiali umyślnie głośno, aby to 
doszło, gdzie trzeba. 
— Ja tylko chciałbym wiedzieć -irytował się Lalicki -którędy my 
mamy chodzić? Przez okno? 
A Lalicka mówiła: 
— Co to za wychowanie, żeby z domu robić stodołę! Mieszkanie tak 
gnoić! Niby państwo, a zaraz widać, że byli ekonomami! 
Bogumił widział i słyszał to wszystko. Był skłopotany, nie 
przypuszczał, że ową wialnią do tego stopnia pogorszy i tak 
niepomyślny stan rzeczy. Schodził pani Barbarze z oczu i myślał: O, 
żeby jeszcze tylko trochę była cierpliwa, przecież to nie może 
trwać wiecznie. 
Ona zaś była do podziwienia cierpliwa, jakby pod tym nadmiarem 
niewygód nabierała sił do przetrwania. Zwłaszcza Bogumiłowi nie 
skarżyła się na nic, chociaż nieraz myślała sobie, że im tu jest 
gorzej, niż było w Krępie. Nurtowało ją jednak to wszystko, a razu 
pewnego wysłuchawszy szczególnie głośnej i obelżywej gadaniny 
Lalickich postanowiła się z nimi rozmówić. Na samą myśl o tym 
serce zaczęło jej bić, położyła się, poczekała, aż głosy za ścianą 
ucichły, pomęczyła się jeszcze jakiś czas i wreszcie obszedłszy 
naokoło przez salon, gdzie na szczęście tego dnia nie robili, 
zapukała. Po chwili znalazła się pierwszy raz w pokoju zajętym 
przez Lalickich. Panował w nim zaduch i upał. Na kominku palił się 
ogień z gałęzi, a powietrze było takie kwaśne i gęste, że 
płomienie wydawały się czymś ożywczym i świeżym w tej stęchliźnie. 
Dzień był pochmurny i pokój, chociaż słoneczny, wyglądał dosyć 
ponuro, zwłaszcza że okna były częściowo zastawione szafami. 
Miejsce to było w ogóle tak zatłoczone mnóstwem sprzętów, że 
czyniło wrażenie już nie pokoju, a krzyżujących się korytarzyków i 
przesmyków między meblami. Tak że pani Barbara dopiero po chwili 
spostrzegła bawiącą się pod stołem córeczkę Lalickich, a potem za 
szafą na kanapie samą Lalicką, jedzącą z trzymanego na dłoni 
talerzyka pieczone jabłko. Następnie z innego zakamarka tego 
składu mebli wyszedł Lalicki. Córeczka na widok pani Barbary 
zerwała się i uciekła do matki, a i sami Laliccy wyglądali na 
zaskoczonych. 
Pani Barbara przyszła tu w gniewie, ale zdjęta politowaniem nie 
wiedziała, jak ma zacząć się kłócić. Miała chęć mówić zasadniczo o 
tym, jakie być powinny stosunki pomiędzy ludźmi, a bała się, że 
Laliccy tego nie zrozumieją. Sprzeczać się o drobne codzienne 
sprawy z tymi obcymi ludźmi nie chciała; zresztą awantura z 
Lalickimi wydawała jej się bez względu na przypuszczalny wynik 
przegraną i czymś przykrzejszym niż wszystko, co z ich powodu 
cierpieli. 
Laliccy tymczasem zaczęli się nagle pierwsi usprawiedliwiać, że 
siedzą jeszcze wciąż w Serbinowie, i ubolewać, że tyle kłopotu 
robią państwu Niechcicom. Następnie poczęstowali panią Barbarę 
zimnym naleśnikiem z powidłami, ale ona wymówiła się cierpieniem 
żołądka, gdyż brzydziła się jeść w tym powietrzu, mającym woń 
brudnej ścierki. Natomiast chciała zapytać, dlaczego oni się męczą 
w takiej ciasnocie, czemu nie wystawią niektórych mebli do pustego 
prawie jadalnego pokoju albo do sieni. Nagle jednak uprzytomniła 
sobie, że to jest śliski temat, i dała spokój. Zaproponowała więc 
tylko, że odstawi szafę od swoich drzwi, aby mogli przechodzić 
przez ich pokój, skoro nie chcą chodzić owym nieszczęsnym salonem. 
Na to oni prawie się obrazili. 
— Do tego -rzekli -jeszcześmy nie doszli, żebyśmy mieli komuś po 
pokoju się kręcić. Jesteśmy z obywatelskiej rodziny. Znamy się na 
grzeczności. 
I odzyskawszy rezon zaczęli mówić oboje mniej więcej razem. 
— Ale szanowna pani rozumie, że każdy na naszym miejscu uważałby 
takie postawienie mu wialni pod nosem za nie wiem jaką szykanę. 
— Państwo wiedzą, że to nie jest szykana, tylko konieczność! 
zawołała z naciskiem pani Barbara. -Czyż państwo są ludźmi złej 
woli? -I na temat złej woli doszło w końcu do zwady. 
W taki sposób męczono się wzajemnie jeszcze parę miesięcy. Dopiero 
w lutym Lalicki pewnego dnia poprosił o furmanki i oświadczył, że 
się wyprowadzają. Jeden ich znajomy obywatel założył w Kalińcu tak 
zwany wiejski sklep, a oni, jako znający się na produktach 
rolnych, będą go prowadzili. 
Gdy nie było żadnej nadziei, aby się Laliccy kiedyś wynieśli, 
Niechcicowie mieli do nich sporo niechęci. Teraz jednak, kiedy 
widać było, że się naprawdę szykują do przeprowadzki, pani Barbara 
zwłaszcza żałowała każdego opryskliwego słowa, na jakie sobie 
wobec nich pozwoliła. Oboje z Bogumiłem starali się okazać im 
życzliwość i sami wynajdywali różne drobiazgi, które zalecali im 
zabrać. Pani Barbara była przy tym w prawdziwej rozterce. 
— Boże, Boże -myślała -o ile byłoby piękniej, gdyby odjeżdżali z 
uczuciem, żeśmy zawsze byli dla nich dobrzy, choć na to nie 
zasługiwali. 
A potem zjawiała się myśl inna: 
— Kto wie -mówiła sobie -może i oni byli dobrzy ludzie, tylko 
tyle, że byli nam w drodze. A może myśmy istotnie ich skrzywdzili? 
Może oni słusznie żal mają do nas... 
Tymi wątpliwościami podzieliła się z Bogumiłem. Był zdumiony. 
— Że co? -pytał. -Że wyjeżdżali z żalem? Że mamy sobie wobec 
nich coś do wyrzucenia? No, moje dziecko, ja myślę, że chyba tylko 
Pan Bóg jest tak całkiem w porządku wobec wszystkiego i 
wszystkich. Ja zresztą mam przekonanie, że Laliccy wyjechali nie 
wiem jacy zadowoleni, a żeby nie to, że są oboje zgryźliwego 
usposobienia, toby się z naszej głupoty i naiwności zdrowo 
naśmieli. 
— Może masz i rację -rzekła bez przekonania pani Barbara. 
Tak czy inaczej -odjechali, już ich nie było. Bogumił i Barbara 
odetchnęli pełną piersią, poczuli się wolnymi. 
Nadszedł kwiecień, na drzewach zabłysły pąki, a potem świeża, 
gorzko pachnąca zieleń okryła przejrzyście czarne sploty gałęzi. 
Następnie przyszły ciepłe deszcze, spłukały lepkie łuski z 
rozwijających się liści i napełniły powietrze pobudzającą 
wonnością żyznej wilgotnej ziemi. Pani Barbara biegała upojona po 
ogrodzie i snuła projekty robót na wielką skalę. Lecz już w samych 
projektach jakież napotykała trudności! Jakże miała coś na 
przykład urządzać będąc otoczona dookoła stawami! Tak, dopiero 
teraz zdała sobie sprawę z tego, że stawy były tu gorszą 
przeszkodą do życia niż Lalicki. Żeby jeden, żeby rzeka, żeby 
jezioro, ale nie! -sześć, wyraźnie sześć stawów dokoła domu, 
sześć miejsc o wodzie stojącej, zionącej może malarią, nie mówiąc 
o rojących się zapewne wiecznie nad nimi komarach. Jeden ogromny 
staw leżał zaraz za domem, szło się do niego ścieżką wprost od 
werandy, no, ten był przynajmniej malowniczy, aleja nad nim 
wysadzana drzewami i krzewami ozdobnymi, wyglądała prawdziwie 
romantycznie. Na nim też znajdowała się owa wyspa, gdzie pani 
Mioduska przyjmowała ongi w altanie gości herbatą i muzyką. Z 
resztek mostu wiodącego na wyspę, nim zima minęła, zostały co 
prawda tylko pale sterczące z wody. Ma się rozumieć, na długo 
przedtem nieznani sprawcy postarali się o tak samo dokładne 
zniknięcie altany, stolików i ławeczek na wyspie, ale mniejsza z 
tym -wyspa wyglądała wciąż ładnie, a także i brzeg przeciwległy, 
zarośnięty wysoką trzciną, bardzo się dobrze przedstawiał. Lecz 
inne stawy wcale pięknymi nie były. Jeden z nich leżał między 
chlewami a oborą ordynariuszy i cuchnął szlamem. Drugi rozciągał 
się pośrodku podwórza, na kształt ogromnej płaskiej kałuży, nad 
którą nic nie rosło prócz paru wybiegających znad wody i ginących 
w szarym zdeptanym gruncie smug trawy. Trzeci, mały jak dziura w 
ziemi, o okrągłych brzegach wyłożonych murawą, cały okryty rzęsą, 
zieleniał przy starej, walącej się stodole, służącej za szopę na 
narzędzia. Czwarty leżał u wylotu drogi zwanej "ku przełazkowi" i 
wiodącej z ogrodu na podwórze. Jedną stroną przytykał do łąki, 
drugą do okólnika dla źrebaków, które miały tam zejście ku wodzie. 
Rosły nad nim wierzby o pniach wskutek przycinania rozdętych u 
szczytu w koślawe narośle, z których gałęzie wybiegały wszystkie 
prostymi pędami ku niebu. Może najweselej wyglądał jeszcze piąty, 
znajdujący się na samej łące, obrośnięty tarniną, krategusem i 
dziką różą. 
— Jak tu żyć, jak tu pracować śród takiego niezdrowia -myślała 
pani Barbara. -Przecież tu wszystko wygnije, a my pomrzemy z 
febry. 
I prosiła Bogumiła, żeby niektóre z tych stawów kazał pozasypywać. 
— Dobrze, pomyślę o tym -odpowiadał, a ona uspokajała się i 
przywodziła sobie czasem tę zapowiedź na pamięć, ale wtedy zaraz 
inaczej zaczynała patrzeć na stawy. Myślała, że może one są 
źródłem bujności roślin, których takie bogactwo rozwijało się na 
jej oczach z dnia na dzień. Zachwycona blaskiem wód odbijających 
słońce, księżyc, błękity, chmury, zorzę, poruszona uroczystymi 
chórami żab, co noc całą nie ustawały, zaczynała uważać te stawy 
nie za przeszkodę, a za ozdobę tutejszego życia. Obiecywała sobie 
ochronić je częściowo od zasypania i szczęśliwa brała się ochoczo 
do wykonywania swych planów. Cały dziedziniec przy domu, jak 
również ścieżki w ogrodzie były już chyba parę lat gracą nie 
tknięte i ledwo nastała wiosna, okryły się chwastem gęsto, jakby 
go umyślnie posiano. Aleja wiodąca od bramy była mroczna niby 
tunel podziemny. Drzewa okrążające dziedziniec i zarastające 
trawniki stanowiły leśną prawie gęstwinę. W szczycie domu gałęzie 
jesionów zasłaniały okna, a przy wietrze uderzały o szyby. 
Jaśminy, bzy, tawuły, trzmieliny i dzikie róże tworzyły między 
drzewami nieprzebyte zarośla. Ogród i sad, leżące za tą parkową 
częścią, były całe w chwaście i zielu, z jedną tylko kwaterą jako 
tako zrobioną pod warzywa. Drzewa owocowe ogromne, dawno nie 
nawożone, zdziczały i kwitły niezmiernie słabo, drwalnik walił się 
prawie, kurniki były do niczego. Należało to wszystko oczyścić, 
przerzedzić, popodcinać, uprawić, poreperować. 
Pani Barbara wzięła się na razie do gracowania z pomocą dziewuchy 
z kuchni i chłopaka. Wnet jednak zobaczyła, że nie da rady, nie 
dogoni umykającej pośpiesznie pory roku. Tu trzeba było ludzi, 
środków. A Bogumił nie mógł dać ani ludzi, ani pieniędzy. Sam był 
w strasznych kłopotach. Miał z początku nadzieję, że do wiosennych 
siewów upora się choć z perzem, lecz przekonał się, że Lalicki 
miał w tej sprawie po trosze słuszność. Perz, wywieziony z pól i 
leżący stertami w kącie podwórza, zazielenił się pięknie zarówno 
na tych stertach, jak na polach, z których go w pocie czoła 
wydarto. Bogumił wiedział, że da mu w końcu radę, ale też wiedział 
i to, że będzie się z nim borykać przez dobre parę lat. Stan 
budynków i narzędzi był wręcz fatalny i nadzieja, którą żywił 
Bogumił z początku, że przetrwają one jeszcze jakiś czas, 
zawodziła na całej linii. Wszystko wskazywało na to, że tu trzeba 
będzie robić wkłady i wkłady, a o dochodzie nie mogło na razie być 
mowy. Nagabywać Dalenieckiego też było jakoś trudno, nie zostało 
to ostatecznie przewidziane w umowie, choć zdawała się ona 
Bogumiłowi tak sprytnie i chytrze pomyślana. Zresztą Daleniecki i 
tak już właśnie na to się skarżył Niechcicowi, że dotychczasowi 
administratorzy wciąż tylko żądali pieniędzy. Bogumił starał się 
więc obywać bez najkonieczniejszych rzeczy, zaś drobnym wkładom 
dawał jakoś radę sam z własnej kieszeni, a właściwie z cudzej, bo 
musiał na to pożyczać. Całymi tygodniami obmyślał list do 
Dalenieckiego, w którym pragnął mu donieść, że nie tylko nic mu w 
tych pierwszych latach nie prześle, ale że pensji swej nie wyrobi, 
a nadto kto wie, czy nie będzie musiał zażądać funduszów na 
najpilniejsze wkłady. 
Nie miał jednak czasu na taki list, zaś Daleniecki, sam nie dosyć 
świadom gospodarstwa, a uprzedzony co do nadzwyczajnych talentów 
Niechcica, miast nadziei na pomoc przysłał mu zlecenia wykupu 
jakichś nie zapłaconych weksli. Ze służbą też było ciężko. Zasługi 
i ordynarie zalegały, mieszkania były pod psem, a ludzie, 
przyzwyczajeni do nieskutecznej srogości i lekceważenia ich 
potrzeb, byli źle usposobieni i do niczego. 
Wszystkie te kłopoty nie malały, lecz rosły, tak że ciężkie dnie z 
Lalickimi wydawały się śród nich ledwo kroplą goryczy, a nawet 
może i nie goryczą wcale. Gdyż wiele zła składało się wtedy na ich 
obecność, a teraz nie było tej wymówki. Żyjąc w ciągłym naprężeniu 
Bogumił nie miał tej cierpliwości co zazwyczaj, nic też dziwnego, 
że gdy pani Barbara zgłaszała swoje ogrodowo-kurnikowe potrzeby, 
zżymał się i dochodziło między nimi do sprzeczek. Raz powiedział 
jej, że powinna była zimą porobić co się da, wtedy o ludzi jest 
łatwiej, na co ona spytała: 
— Jak to, gracować ścieżki i kopać pod warzywa miałam wtedy, kiedy 
był mróz i śnieg? 
I tym podobnie szło dalej, lecz zazwyczaj Bogumił opamiętywał się 
pierwszy, kajał się i przepraszał, gdyż musiał przyznać, że pani 
Barbara, mimo utyskiwania, walczyła zażarcie z otaczającym ją 
opuszczeniem i czyniła, co mogła. Czasem nawet się o nią bał i 
prosił, by się zbyt nie męczyła, gdyż spodziewała się dziecka. Ale 
ona mówiła, że ani myśli słuchać. Przed narodzeniem Piotrusia 
szanowała się aż zanadto, i on się potem nie chował, teraz będzie 
sobie poczynać jak chłopki, a może dziecko będzie odporniejsze. I 
wyznaczała grządki, sadziła, siała, pełła. A nieraz, gdy podnosiła 
się spotniała od roboty, pochłonięta tym jedynie, co się działo w 
promieniu kilku kroków dokoła, miała uczucie, że się budzi ze snu, 
i pytała siebie: 
— Skąd ja się tutaj wzięłam? 
Tak pracując osiągnęli przecież ku jesieni jakie takie wyniki. 
Bogumił popłacił najpilniejsze długi, zebrał plon w dwójnasób 
większy, niż był w latach poprzednich, i wszystkie pola, prócz 
koniecznych przy trójpolówce ugorów, wziął pod uprawę. O żadnych 
tantiemach nie było, rzecz prosta mowy, ale Daleniecki, kiedy 
przyjechał latem na parę dni, był zadowolony z osiągniętego i 
przedstawionego mu skrupulatnie rezultatu i zalegającą pensję 
Bogumiła wypłacił mu gotówką na zlecenie pani Mioduskiej i z jej 
osobistych funduszów. Tak że zaraz mogli dopełnić różne braki w 
mieszkaniu i kuchni, teraz też dopiero ostatecznie pozbyli się 
grzyba. Podłogi w dotkniętych nim pokojach zostały zerwane, 
wszystko pod nimi aż do fundamentów oczyszczone i wysmołowane. 
Poczyniono też najkonieczniejsze reperacje na spichrzu, w 
stodołach, w owczarni, w oborze. Pani Barbara uprawiła jakąś 
trzecią część ogrodu warzywnego, sad wydzierżawili, skąd też 
wpłynęło nieco gotówki na najpilniejsze potrzeby. A tak życie 
stało się znośne i śród tego życia w rok po zamieszkaniu w tych 
stronach urodziła im się córka. Poród był ciężki, a dziecko -tak 
wątłe, drobne i słabe, że obawiano się zawieźć je do kościoła. 
Ksiądz z Małocina przyjechał i ochrzcił je w domu imionami 
Agnieszka Teresa. Podawali ją do chrztu ciotka Teresa Kociełłowa, 
i brat cioteczny, uczeń Anzelm Ostrzeński. Byli również obecni: 
babcia, Lucjan Kociełł i Danielowie, ale cichy i skromny obiad 
spożyto bez humoru, gdyż nie wiadomo było, czy dziecko będzie 
żyło. Żyło jednak, a po kilku dniach okazało się nawet bardzo 
wesołe i raźne. 
Niechcicowie nie złożyli wizyty nikomu z sąsiadów i nie pragnęli 
też na razie, by do nich kto przyjeżdżał. W dzień powszedni robota 
nie dawała im wytchnąć, w święta, o ile nie zaprzątało ich 
dziecko, czytali pisma, palili papierosy, do których i pani 
Barbara przyuczyła się od śmierci Piotrusia, albo drzemali, 
dosypiali swe krótkie, parogodzinne noce. Kilka razy Bogumił 
podnosił sprawę nawiązania stosunków towarzyskich z pobliskimi 
dworami. Pani Barbara jednak nie chciała. 
— Czyż ty nie wiesz -mówiła -kim są ci ludzie, ci obywatele 
ziemscy? Pyszałki i nieuki, co myślą, że ich majątki wiecznie 
trwać będą i każde drzwi im otwierać. 
— Zresztą -dodawała -nie miałabym w czym jechać. Chcąc bywać, 
trzeba mieć stroje. 
— Masz przecież taką śliczną sukienkę, tę czarną z takim świecącym 
staniczkiem. Mogłabyś się w niej nie wiem komu pokazać i na pewno 
byś najładniej wyglądała -zapewniał ją Bogumił. 
Ten niewczesny zachwyt rozdrażniał tylko panią Barbarę. Wydawał 
się zaświadczać o przykrym ubóstwie wymagań. 
— Najpierw -mówiła wzgardliwie -tej sukni już od świętej pamięci 
nie noszę. A potem ty to naprawdę zachwycałbyś się mną, nawet 
gdybym chodziła w worku. 
W gruncie rzeczy szło jeszcze i o coś innego niż stroje albo niska 
wartość okolicznych sąsiadów. Pani Barbara bała się, aby nie być w 
ogóle źle przyjętą. 
I nawet kiedy ktoś z sąsiedztwa odwiedził Bogumiła w jakim 
rolniczym interesie, nigdy się nie pokazywała z obawy, że zawarcie 
znajomości pociągnie za sobą potrzebę dalszych wzajemnych 
odwiedzin, z których mogą wyniknąć rozczarowania albo upokorzenia. 
Wyjątek zrobiła tylko dla dwu ludzi. Jednym z nich był Walenty 
Przybylak, właściciel folwarku Środa, leżącego tuż pod 
miasteczkiem Nieznanów i o parę wiorst od Serbinowa: Był to prosty 
gospodarz wiejski, co się dorobił majątku częściowo chodząc za 
młodu na Saksy, częściowo podejmując się w późniejszych czasach 
parcelacji wiejskich folwarków między włościan. Żona jego 
chodziła, jak powiadano, w chustce i nie umiała czytać, on zaś, 
choć nosił surdut, chętnie jednak nazywał się chłopem przy każdej 
sposobności. Zwłaszcza gdy mu wypadło pochwalić się jakim 
korzystnym przedsięwzięciem, zwykł był mówić: 
— Jo ta nie pon, to-żem się ta po stronach nie oglądał, ino żem te 
rękawy zakasał i zara się do ty rzeczy wzionem. 
Do niego pani Barbara chętnie wychodziła, gdy przyjechawszy w 
jakiejś folwarcznej sąsiedzkiej sprawie zasiadał z Bogumiłem do 
przekąski i wódki. Lubiła słuchać, jak opowiadał o ludziach i o 
rzeczach, lubiła z nim nawet rozprawiać. Nie wchodził on w żadną 
światową rachubę, nie zaspokajał ani nie podżegał żadnej ambicji, 
a i nie było żadnych obaw, by się mógł okazać krępującym. 
Przestawała z nim niby z malowniczym widokiem natury, od którego 
nic nie wymagając tyle się otrzymuje i który można w zamian darzyć 
szczerym zachwytem nie myśląc, ani jak to wygląda, ani do czego 
przywiedzie. Gdyż zachwycała się zarówno wrodzoną bystrością 
umysłu Przybylaka, jak jego darem opowiadania i trafnością sądu. 
Drugim sąsiadem, z którego przyjazdami pani Barbara się jakiś czas 
godziła, był Leon Woynarowski z Pamiętowa. Dał się on poznać 
dopiero w drugim roku pobytu Niechciców w Serbinowie. Całe 
uprzednie dwa lata spędził za granicą albo w Warszawie, zajęty 
przeprowadzaniem rozwodu czy separacji z żoną, której nie chciał 
pozostawić najmłodszej kilkuletniej córeczki. Ostatecznie jednak 
zostawił tę córeczkę i wrócił sam do majątku, a wkrótce przyjechał 
do Bogumiła w sprawie paszy dla bydła, której mu brakowało, której 
jednak Bogumił również mu nie mógł dostarczyć. Mimo to pan 
Woynarowski nie zdradzał chęci odjazdu i szukania tej paszy gdzie 
indziej, przeciwnie, zasiadł do dłuższej rozmowy, w ogóle zrobił 
wrażenie człowieka lubiącego zasiadać do dłuższej rozmowy. Był 
starszy od Bogumiła, miał już po pięćdziesiątce, ale wyglądał 
młodo, może dlatego, że golił zarost, co go w oczach pani Barbary 
czyniło podobnym do aktora lub księdza. 
Jednak podobał jej się, gdyż był wykształcony i umiał całymi 
godzinami mówić na każdy temat z ogromną znajomością rzeczy. 
Pani Barbara słuchała, potakiwała, wyrażała swój podziw i sama 
najserdeczniej zachęcała uczonego sąsiada do dalszego bywania. W 
końcu zaś zapragnęła już nie tylko słuchać, ale zapoczątkować 
jakąś wymianę zdań. To się jednak okazało niemożliwe. Pan 
Woynarowski patrzył z jednaką słodyczą w niebieskich mglistych 
oczach zarówno na panią Barbarę, jak i na Bogumiła, ale nie dał 
się wciągnąć w żadną potoczną rozmowę. Krążył uparcie koło 
zaczętego tematu, wracał do niego, aż póki go nie wyczerpał. Pani 
Barbarze wydało się to w końcu nudne, zniechęciła się. W dodatku 
pewnego razu Woynarowski zaprosił Bogumiła na karty, z których 
wrócił on do domu nad ranem. Zdarzyło się to pierwszy raz, od 
czasu jak się pobrali, i pani Barbara nie spała całą noc, była 
pewna, że się stało jakieś nieszczęście. Od tego czasu straciła 
resztę sympatii dla właściciela Pamiętowa. 
Nic dziwnego -powiedziała -że tej żonie sprzykrzyło się z nim 
siedzieć, on umie tylko grać w karty albo mówić bez końca. A kto 
wie, czy nie lubi i wypić. 
Bogumił bronił Woynarowskiego, nazywał go przyzwoitym i eleganckim 
człowiekiem. Utrzymywał, że ma do niego słabość, i ubolewał tylko, 
że nie zajmuje się on gospodarstwem, wskutek czego Pamiętów idzie 
na marne. Woynarowski, rzeczywiście, jeśli brał się do 
gospodarstwa, to tylko napadami, by przy pierwszej okazji wrócić 
do książek i rozmyślań. Wkrótce zresztą wyjechał znowu na dłuższy 
czas, pozostawiwszy w majątku prostego tylko włódarza. A tak 
zeszedł tymczasem z oczu, a poniekąd i z pamięci Niechciców. 
Wobec tego zostało im właściwie tylko towarzystwo rodziny, ale z 
tą widywano się również tylko, o ile ktoś z nich sam się o to 
postarał. Pani Barbara do tego nie dążyła. Przed urodzeniem 
Piotrusia ten świat był jej właściwym życiem, a małżeństwo, Krępa 
i nawet uprzednie warszawskie uciechy jakby podróżą czy szkołą, 
mającą swoje chwile przyjemne, ale od której chętnie się wracało 
myślą i tęsknotą do Kalińca jako do swego ukochanego domu. Za 
Piotrusia rzeczy się obróciły inaczej. Przeszłość raptem uschła i 
oderwała się od niej. Życie nabrało własnych, w przyszłość idących 
celów, a dawna rodzina i przyjaciele młodości przestali być 
nieodzownymi do istnienia. Przeobrazili się jednak z łatwością w 
sympatycznych znajomych, co zżyci z nią od najdawniejszych lat, 
świadomi na pamięć wszystkich drobnych sprawek familijnego bytu, 
mieli dla każdego drobiazgu życia Niechciców zawsze ciepłe 
zainteresowanie, czego pani Barbara właśnie potrzebowała. Ale 
teraz i to się skończyło. Piotruś umarł, a powrót do dawności, co 
była jeszcze przed nim, wydawał się rzeczą obrzydłą niby 
ostateczna porażka i przyznanie, że naprawdę nic ją już w życiu 
nie czeka. Te miejsca, tych ludzi kalinieckich pragnęła widzieć 
powracającymi do niej tylko jako wspomnienia. Powracający w swej 
żywej, dotykalnej postaci przestraszali ją niby widma. Wywoływali 
uczucie dotkliwej przykrości, jak kiedy nam się w dorosłych latach 
przyśni, że znów chodzimy do szkoły. 
Z jedną Teresą było inaczej. Zażyłość z nią polegała na wspólności 
upodobań duchowych i umysłowych, a bezceremonialna domowa 
poufałość nie doszła między nimi do tego stopnia, żeby zagasić ich 
wzajemną ku sobie ciekawość. Pani Barbara nie pokazałaby się nigdy 
siostrze rozczochrana, nie rozmawiałaby z nią o szczegółach 
swojego ciała lub swoich cierpień kobiecych. Ale jeżeli mniej z 
nią była swobodna niż z matką lub Danielową Ostrzeńską, za to 
bywała z nią daleko bardziej szczęśliwa i ożywiona. I to się nie 
zmieniło, a jednak stosunki Niechciców z Kociełłami nie zdążały ku 
zacieśnianiu przyjaźni. Pani Teresa wciąż obiecywała, że 
przyjedzie na dłuższy czas do Serbinowa, nieraz nawet oznaczała 
terminy, w ostatniej chwili jednak zawsze albo nie mogła, albo 
dziewczynki były chore, albo trzeba było wyjechać na Litwę do 
rodziny męża czy za granicę dla kuracji. 
Dom Kociełłów rozprzęgał się i mieszkanie ich stało przeważnie 
pustkami, bo gdy matki nie było, dziewczynki przebywały w 
Serbinowie albo u wujenki Danielowej Ostrzeńskiej pod opieką 
babki, która tam teraz mieszkała. A nawet gdy się zdarzyło, że 
Teresa była obecna, to nie jadano w domu, tylko o piętro wyżej u 
starej Francuzki Bonnard, dawnej nauczycielki małych, która teraz 
wydawała obiady, a przyjmowała do domu szycie. Teresa nie umiała 
już tak jak dawniej kłaść zapału we wszystko, co czyniła; domem 
zajmowała się apatycznie, dziećmi jakby przez siłę. U Ostrzeńskich 
i u Holszańskich mówiono często o jej zmienionym usposobieniu. 
Obie panie zdradzały przy tym, każda na swój sposób, chęć 
reformowania życia Teresy, a panowie denerwowali się i występowali 
w jej obronie. Zwłaszcza Daniel, chociaż zwolennik bezwarunkowego 
siedzenia kobiety w domu, dla Teresy czynił wyjątek. -Jeżeli nie 
jest tak wzorową matką i gospodynią, jak by mogła -mówił -to 
jedyne zło widzę w tym, że wyszła za mąż za tego tępego Litwina, 
co jej nie umiał ocenić. -Daniel Ostrzeński przesadzał; Lucjan 
nie był tępy. Ale Daniel patrzył na rzeczy pod kątem własnych 
bolączek, a szwagra nie lubił za to, że zajmując się namiętnie 
interesami wciągał w to jego Michasię. 
Pani Barbara martwiła się i też broniła Teresy. Przyznawała jednak 
w duchu, że jest ona nieumiarkowanie czymś skrytym zaprzątnięta zapewne 
swym cierpieniem, gdyż chorowała na serce i wątrobę. Mając 
do czynienia pod jej nieobecność z małymi pani Barbara nie mogła 
nie zauważyć rosnącego we wszystkim, co się ich tyczyło, 
zaniedbania. I dziwna rzecz, ile razy coś takiego, źle o Teresie 
mówiącego, spostrzegła, zawsze jej się śpieszyło, by to prędzej 
powiedzieć Bogumiłowi. Ale za każdym razem, gdy to miała uczynić, 
zdejmował ją strach, że go ujrzy tak zniecierpliwionym, jak bywali 
Daniel i Holszański przy niepochlebnych wzmiankach z powodu 
Teresy. Nic tedy nie mówiła, a wnet potem przychodziło opamiętanie 
i wstyd, że chciała obmówić tę jedyną może dziś istotę, którą 
zawsze żarem serca, głodem umysłu i zachwytem oczu kochała. 
Raz latem w trzecim roku pobytu Niechciców w Serbinowie pani 
Barbara pojechała do Kalińca za sprawunkami. Chodziła osowiale po 
sklepach, jedno dostała, drugiego zabrakło, trzecie było za 
drogie, czwarte, już po kupieniu okazało się nie tym, co chciała 
nabyć -ale nie to ją męczyło. Była w złym stanie ducha i samo 
kupowanie, zazwyczaj nie domagające się uzasadnień, zdawało jej 
się dzisiaj niepotrzebną czczą krzątaniną. Nękana przez jałowe 
pytanie: "po co, po co to wszystko?", już na odjezdnym dowiedziała 
się od spotkanej przypadkiem Danielowej Ostrzeńskiej, że Teresa 
jest w mieście. Że wcześniej, niż zamierzała, prawie nagle wróciła 
z zagranicy, ale że ma podobno znowu zaraz dokądś wyjechać. Panią 
Barbarę ta wiadomość podżegła do życia. Było jej tak, jakby 
znienacka odzyskała tę wiarę w sens i wartość istnienia, która 
jest konieczna dla ochoczego podejmowania mdłych powszednich 
czynności. Przestało jej się przykrzyć i zdobyła się jeszcze na 
załatwienie jakiegoś zlecenia Bogumiła, czego już chciała była 
zaniechać. Następnie kazała furmanowi Klimeckiemu jechać prędko do 
państwa Kociełłów. 
Zastała u nich w domu same tylko dziewczynki. Były to już 
właściwie duże panienki, z rysów podobne do ojca, ale o zgrabnych 
nóżkach i ładnych ustach matki. Sabina wyszywała na kanwie, 
Oktawia stała przy oknie nadąsana i prawie popłakująca. 
— A mama? -zapytała po przywitaniu pani Barbara. -Gdzie mama? 
— Mama poszła po kwiaty do stołu, bo na wieczór mają być goście. 
— A ty, Okta, czego masz nos czerwony? Beczałaś? Co ci jest? 
Oktawia zaczęła się skarżyć, że mamusia nie pozwoliła jej podłużyć 
sukienki. Jak ona wyjdzie do gości? 
— Patrzcie państwo -zaśmiała się pani Barbara. -Nie masz 
przecież jeszcze szesnastu lat i bardzo ci ładnie w takiej 
krótkiej sukience. Ja do osiemnastu lat chodziłam krótko. 
— Jeżeli nie jestem za młoda, żeby siedzieć z gośćmi -dowodziła 
Oktawia nie słuchając -to nie jestem za młoda do długiej sukni. 
Miała ona wartki i niecierpliwy temperament, domagała się już na 
każdym kroku miejsca przy biesiadnym stole życia i gotowa była do 
ofiarnych zabiegów i wysiłków, by je sobie zapewnić. 
— Mamusia chce, żebyśmy były wciąż małe. Mamusia wstydzi się przed 
znajomymi, że nas ma takie duże -skarżyła się rozgoryczona. -A 
mnie złość na to bierze. 
— Jak możesz się tak o matce wyrażać -zgromiła ją pani Barbara. 
— A ja, żeby mnie ubrali nawet w suknię z ogonem i chcieli 
posadzić na pierwszym miejscu, to i tak bym do tych gości nie 
wyszła -odezwała się z kąta Sabina, która znów lubiła zaznaczać 
swoje istnienie, swą odrębność i niepodległość. Dla tego celu 
gotowa była niejednego się wyrzec. 
— Przecież goście to nuda śmiertelna -dodała z wyższością. 
— A mama prędko przyjdzie? -zagadnęła pani Barbara. 
— Już idzie -oznajmiła Oktawia usłyszawszy chrobotanie klucza w 
zatrzasku. 
Teresa nadeszła w istocie z naręczem kwiatów, które rzuciła na 
stół, by się z siostrą przywitać. A mimo że witała ją uśmiechem, 
raptem skrzywiła się spazmatycznie i łzy jej pociekły z oczu. 
— Co ty, Tereńko? -przestraszyła się pani Barbara. 
— Ależ nic -rzekła wycierając oczy i śmiejąc się nadal. -Te łzy 
nie należą do rzeczy. Starzeję się i nerwy mi wypowiadają 
posłuszeństwo. 
Pani Barbara dawno nie widziała Teresy, a z tego, co mówiono 
ostatnio o jej zdrowiu, wyobrażała ją sobie istotnie źle 
wyglądającą i zaniedbaną. Ale Teresa wyglądała bardziej 
pociągająco i elegancko niż kiedykolwiek. Daleka od prawidłowej 
bez zarzutu piękności, miała zawsze postać czyniącą życie dla 
tych, co na nią spojrzeli, upajającym. Pani Barbara patrzyła na 
nią ciesząc się nią i pyszniąc, a jednocześnie czuła w sobie 
dreszcz niejasnego zatrwożenia, które od jakiegoś czasu dołączało 
się zawsze do jej podziwu dla siostry. Miała nawet w głębi duszy 
jakby lekką pretensję, że siostra trochę nie zbrzydła, nie 
postarzała. Przecież dla niej byłaby i wtedy jednakowo miłą, 
jedyną. 
Teresa prosiła ją o pozostanie na wieczór, ale pani Barbara nie 
dała się na to namówić. 
— Gdy widzę cię śród ludzi -rzekła -to tak samo, jakbym nie 
widziała cię wcale. Tak że uciekam, ale zobaczyć się z tobą muszę. 
Tylko powiedz, jak, kiedy? Podobno znów dokądś jedziesz? 
— Zabieram dziewczynki i jadę na całe lato na Litwę. Chcę się 
zakopać na wsi, tak żeby mnie oko ludzkie nie widziało ni ucho nie 
słyszało. Ale czekaj, przyjadę do was jutro albo pojutrze. 
— Dobrze. Tylko, prawda, jutro przyjeżdża Daleniecki, to znów 
będziesz wolała rozmawiać z nim niż z nami. Znów nic z ciebie nie 
będę miała. 
— Daleniecki? -wzruszyła ramionami Teresa. -Cóż on mnie może 
obchodzić. On będzie sobie zajęty swoim, a my -swoim. Wcale go 
możemy nie widzieć. 
No to dobrze, no to dobrze -powtarzała pani Barbara owładnięta 
wzruszeniem. 
Nastąpiło milczenie. 
— Mamusiu -rzekła Oktawia czekająca z niecierpliwością na tę 
przerwę w rozmowie. -Ja zaniosłam sukienkę do pani Bonnard i ona 
mówi, że koniecznie trzeba podłużyć. 
— Pozwólże jej podłużyć tę sukienkę -wstawiła się pani Barbara ona 
tu aż płakała biedaczka. 
— Masz tobie -zaśmiała się Teresa, trochę zakłopotana. -Mamy z 
moimi córkami niejednakowe gusty. Podług mnie, wyglądasz w długiej 
sukience jak dziewczynka z ochronki. Zresztą na dziś pani Bonnard 
i tak nie zdąży. 
— Zdąży! Ona już spruła obrąbek. Ja zaraz tam pójdę i razem prędko 
skończymy -wykrzyknęła Oktawia, po czym natychmiast znikła. 
— A więc już na wszelki wypadek spruła obrąbek -westchnęła Teresa. 
— Mam przedsiębiorcze córki. Ale to dobrze. Z tą energią lepiej 
sobie dadzą radę na świecie niż my z naszymi ładnymi twarzami. 
— Ach -rzekła pani Barbara z porywczą prawdomównością. -Oktawia 
posądza cię, że się wstydzisz takich dorosłych córek. 
Teresa poczerwieniała i nic nie mówiąc teraz dopiero zaczęła się 
rozdziewać z płaszczyka i kapelusza. Jej ciemne włosy rozrzuciły 
się przy tym młodzieńczo po jasnym czole, a ona je odgarnęła 
ruchem, który sprawił, że przed oczyma pani Barbary Piotruś stanął 
nagle jak żywy. I spojrzała też tak, jak patrzył Piotruś. Kolor 
oczu był inny, błękitny, i cała Teresa wydała się nagle pani 
Barbarze jakby ciemnoniebieska, ale spojrzenie było jak u 
Piotrusia. Panią Barbarą wstrząsnęło to odkrycie. Piotruś był 
podobny nie do niej, był podobny do Teresy i Bogumiła! Ugodziło ją 
to, jakby jej kto jeszcze raz odebrał na nowy sposób utraconego 
syna. Teresa i Bogumił zdawali się być jego rodzicami, a siebie 
ujrzała porzuconą, zepchniętą z drogi życia, raz na zawsze 
samotną. Zapragnęła co duch pędzić do domu, wstała i zaczęła się 
żegnać. 
— Nie posiedzisz ze mną jeszcze trochę? Nic mi nie mówiłaś o 
twojej małej. Czy zawsze taka ucieszna? 
— Właśnie dlatego muszę wracać, że Agnisia została sama z tą 
zwariowaną Rozalią -broniła się pani Barbara. -A już się robi 
ciemno. 
— Prawda, że to już prawie ciemno -rzekła Teresa. -Psujesz oczy, 
kochanku -zwróciła się do młodszej córki, która wciąż wyszywała. 
— Już za ciemno na wyszywanie. 
— Wiem, i właśnie miałam sama przestać -rzekło dziecko z 
naciskiem. I chcąc zaznaczyć, że nie na polecenie matki przerywa, 
szyło dalej. Dopiero gdy rada matczyna przebrzmiała i zatarła się 
w dalszej rozmowie pań, Sabinka wstała, poskładała robotę i 
wyszła. 
Pani Barbara nagle zlękła się rozstania z siostrą. 
— Po co ty masz jechać na Litwę? -zawołała. -Przyjedź na lato do 
nas. W Krępie tyle razy nam obiecywałaś, że przyjedziesz na 
dłużej. 
Teresa pokręciła w milczeniu głową. I rzekła, a nawet stęknęła 
prawie z wysiłkiem: 
— Nnnnie... nie mogę. Muszę jechać na Litwę. 
A potem, jakby idąc myślą za czymś sobie tylko wiadomym, 
westchnęła ciężko: 
— Och... Krępa... Krępa... Tam się wszystko zaczęło... 
— Co się zaczęło? -zapytała blednąc pani Barbara. Boże! 
Miałyby się jej złe przeczucia potwierdzić? 
— Co w Krępie? Co się w Krępie zaczęło? -pytała z wrogą 
niecierpliwością. -O -myślała przy tym -jak można być tak 
jednocześnie czyjąś ostoją i udręką! 
Teresa nie dała odpowiedzi, tylko podniosła ku stojącej nad nią 
siostrze twarz pełną niewymownego cierpienia, postarzałą nagle i 
wymęczoną. Pani Barbara była tak nie przyzwyczajona pytać siostrę 
o jej sprawy osobiste, że nie wiedziała, jak do tego przystąpić. 
— Jak ty się zmieniłaś, Tereniu! Tereniu! -rzekła z rozpaczą. 
— Tak -przyznała Teresa -dużo zmieniło się w moim życiu. Ja sama 
nie myślałam, że ja tak potrafię zgubić oczko... 
— Oczko? 
— A tak, wiesz, jak w pończosze. -I Teresa uczyniła rękoma ruch, 
jakby robiła na drutach, a potem ręce jej opadły bezwładnie na 
kolana. Przyglądając się swym otwartym dłoniom kiwała głową i 
szeptała: 
— Zaufałam, widzisz, zanadto życiu. Uwierzyłam, że można się zdać 
bezpiecznie na to, co się ot tak, niechcący dzieje. Że trzeba 
życiu, uczuciom... dać się toczyć. Myślałam, że w naszych 
instynktach jest miara, wskazująca, jak czynić w każdym wypadku... 
— Nie ma w nich żadnej miary -ogłosiła po chwili wrogo. -Trzeba 
mieć jakąś busolę... ale jaką? 
Panią Barbarę na razie zaprzątnęło namiętne współczucie dla 
cierpienia Teresy. 
— Pewno, że trzeba mieć busolę -mówiła, wysilając swą myśl. -Ale 
nie ufać życiu, bać się każdego swego kroku, każdego uczucia... ja 
to znam... to jeszcze straszniejsze. 
A po chwili, błąkając się zazdrosnymi przywidzeniami śród ciemnej 
dla siebie sprawy, zaczęła wołać: 
— Ale ja gadam, a nie wiem, o co idzie. Nic nie rozumiem. Nie 
rozumiem, dlaczego ty mnie mówisz to wszystko? 
Teresa odzyskała nagle swój zwykły pogodny spokój. 
— Nic, głupstwo -rzekła -nerwy. 
Ale pani Barbara odjechała do domu z bijącym sercem. Przywitawszy 
się z Bogumiłem patrzyła na niego jak na winowajcę, na którego 
twarzy powinny być odbite ślady burzliwych przeżyć. Lecz on był 
roztargniony i zajęty przygotowaniem rachunków dla Dalenieckiego. 
Jednak kiedy pani Barbara powiedziała mu o niespodziewanym 
powrocie Teresy, rozjaśnił się, jakby na niego słońce padło. 
Ujrzawszy to pani Barbara nie panując nad sobą powtórzyła mu 
rozmowę w sprawie sukienek Oktawii, ale Bogumił nie wziął tego do 
serca. Rzekł po prostu: 
— Któraż matka nie chciałaby, żeby jej dzieci były najdłużej 
dziećmi? 
— Wy z Teresą -wyprowadziła z tego wniosek pani Barbara jesteście 
stworzeni dla siebie. Co za ironia losu, żeście się nie 
pobrali. 
— Wmawiaj mi to, wmawiaj -roześmiał się Bogumił -aż w końcu sam 
uwierzę. 
I zaczerwienił się jednak. 
— Nie żartuj -rozgniewała się pani Barbara, ale nim zdążyła coś 
dodać, Bogumiła odwołano w podwórze i nie wrócili do tej śliskiej 
rozmowy. 
Nazajutrz byli pochłonięci przyjazdem Dalenieckiego, który 
pierwszy raz przybywał na dłużej, na cały tydzień. Zajął północną 
połowę domu, gdzie też jadał osobno, według paryskich zwyczajów, 
drugie śniadanie o dwunastej, obiad wieczorem o szóstej. Pierwsze 
dwa dni spędził zamknięty z Bogumiłem wtajemniczając się w 
interesy majątku, dwa następne poświęcił oględzinom wszystkich 
pól, podwórza, budynków, maszyn, robót. Obaj panowie bardzo byli 
ze siebie wzajemnie zadowoleni. Daleniecki uważał osiągnięte dotąd 
wyniki za bardzo dobre i upoważnił Niechcica do poczynienia 
różnych najkonieczniejszych wkładów. Bogumił tak się tym cieszył, 
że nie powiedział już nic o osobistych uszczerbkach, które był 
poniósł w pierwszym roku swej pracy, i o brakach w ruchomym 
inwentarzu, które sam pokrył. Bał się, by wyrównawszy jego straty 
Daleniecki nie stał się oględniejszym w inwestycjach, bez których 
nie można było ruszyć w gospodarstwie ni kroku dalej. I w tej 
dziedzinie jednak rzeczy przybrały pomyślny dla niego obrót, bo 
chociaż majątek nie przynosił jeszcze dochodu, Daleniecki przed 
odjazdem zaproponował mu zaliczkę na przyszłe tantiemy. 
Powiedział, że mogą sobie na to pozwolić, gdyż pani Mioduska 
zarobiła nieco na akcjach francuskich przedsiębiorstw 
przemysłowych. Na zakończenie omówiono projekty organizacji 
zarządu Serbinowa. 
— Na razie -mówił Bogumił -muszę sobie dawać radę sam z polowym 
i włódarzem. Ale jak tylko majątek zacznie przynosić dochody, 
trzeba będzie wziąć do pomocy pisarza. 
Daleniecki prosił, aby kochany pan Bogumił doniósł mu, gdy będzie 
chciał coś w tej kwestii postanowić. Miał on bowiem dużo 
znajomości po wsiach na Wołyniu, może więc będzie mógł wskazać 
kogoś odpowiedniego i z poczciwej rodziny. 
— A to byłoby świetnie -rzekł Bogumił. -Wiedziałbym 
przynajmniej, kogo biorę. 
Teresa Kociełłowa przyjechała do Serbinowa dopiero w ostatnim dniu 
pobytu Dalenieckiego. Natychmiast cały tryb życia się zmienił. 
Daleniecki zaproponował wspólny obiad w jadalnym pokoju, który 
przez dnie ubiegłe służył wyłącznie jemu. Resztę czasu spędzono 
też razem na werandzie, gdzie spożyto również i podwieczorek. 
Rozmawiali głównie Teresa i Daleniecki. Niechcicowie 
przysłuchiwali się przeważnie, częstując raz po raz to 
papierosami, to owocami, to kawą. 
Do przyjazdu Teresy pani Barbara uważała za rzecz bardzo wygodną, 
że Daleniecki nie narzucał im się ze swoim towarzystwem i że jadał 
osobno. Lecz teraz uczuwała to jako upokorzenie i, przytakując 
machinalnie rozmowie, rozgoryczona borykała się w myślach z 
przeminionym tygodniem. To znów spoglądając na pięknego wonnego 
paryżanina o długiej, wypielęgnowanej niby fala z jedwabiu brodzie 
myślała, że i on jest jakby stworzony dla Teresy. Co za czarowną 
stanowiliby parę! Od ostatniej bytności w Kalińcu pani Barbara 
była gotowa kojarzyć Teresę z każdym, kogo by przy niej ujrzała. 
Powstało w niej przekonanie, że każdy musi i powinien się w niej 
zakochać. Uważała ją za najgodniejszą, za jedyną godną miłości 
kobietę i nie mogła się z tym swoim nad nią zachwytem uporać. Raz 
myślała, że wobec tego żadnej innej kobiecie nie warto jest żyć, 
to znów pragnęła, by powodzenia Teresy ogarnęły cały świat, by 
doszły do szczytu, który już nie obowiązuje zwyczajnych ludzi i 
skąd nie mogłyby już iść dalej ani też nikomu niczym grozić. 
Teresa nigdy nie mówiła nic o swych przeżyciach miłosnych. Była 
raczej tą, co słucha cudzych zwierzeń. Lecz gdy inne, lubiące się 
chełpić lub skarżyć kobiety, dopełniają śród tych zwierzeń 
fantazjami niedostateczność przeżyć -u niej, o, jakież tajemnice 
mogły się kryć za błahymi napomknieniami w rodzaju: -"Dużo się w 
moim życiu zmieniło"... albo: "Krępa... Krępa... Tam się wszystko 
zaczęło". I to wspomniawszy Barbara już nie zaznała spokoju. Co 
mogły, co na Boga mogły oznaczać te słowa?! 
Była tak w końcu rozdrażniona, że na pół przytomnie brała udział w 
pożegnaniu Dalenieckiego. Odjeżdżał do małej stacji, leżącej o 
pięć wiorst od Serbinowa, tuż za kordonem pruskim. Bogumił odwiózł 
go, by pomóc w przeprawieniu się przez komorę. Teresa i Barbara 
poszły wtedy do sypialnego pokoju, gdzie Teresa bawiła się ze 
swoją chrześniaczką Agnisią. Po powrocie Bogumiła spożyto kolację, 
a potem dla Teresy z kolei zaprzężono konie do karety, gdyż uparła 
się, że musi dziś wracać. 
Gdy otworzono drzwiczki, okazało się, że kareta jest pełna 
bukietów jaśminu. 
— Co to? -pytała zaskoczona pani Barbara. Przemknęło jej przez 
myśl, że to Daleniecki kazał narwać tego jaśminu. Lecz Teresa z 
głośnym gardłowym śmiechem przechyliła się w tył i wyciągnęła obie 
ręce do Bogumiła. 
— Dziękuję, dziękuję! -zawołała. -Wszyscy są dla mnie tacy 
dobrzy. 
Pani Barbara zdrętwiała. 
— Widzisz, a ja śród tego gwałtu zapomniałam o kwiatach dla ciebie 
— tłumaczyła się zmieszana. -Bogumił świetnie się znalazł. Tylko 
że ty się udusisz w tym zapachu. 
— Nie, nie... Okna zostawię otwarte. Będzie dobrze! 
Teresa zaprosiła Niechciców na niedzielę na obiad. Jej wyjazd na 
Litwę odwlekał się z dnia na dzień i miał nastąpić dopiero po 
niedzieli. 
Niechcicowie stali przed sienią, póki kareta nie wytoczyła się za 
bramę, a potem Bogumił powiedział: 
— Przyjemnie było, prawda? Wszystko tak dobrze poszło. 
Barbara spojrzała na niego rozognionymi oczyma. 
— Było strasznie -oznajmiła bez chwili namysłu. 
— Jak to? Dlaczego? 
— Nie chcę, żebyś do mnie mówił -odrzekła jeszcze bardziej 
stanowczo. 
Bogumił nie rozumiał, co się pani Barbarze stało. Poszedł za nią 
do sypialni, gdzie zasiadła przy łóżeczku dziecka i udawała teraz, 
że go nie widzi. Jakiś czas milczał posłusznie, a na koniec 
zapytał: 
— Zmęczył cię dzień dzisiejszy? 
Odpowiedź wytrysła tak natychmiast, jakby dawno gotowa czekała 
tylko na to jego pytanie. 
— Weź, złam łodygę kwiatu, a potem dziw się, że zwiądł, i pytaj, 
czy jest zmęczony! 
— Nie rozumiem takich górnolotnych porównań. Powiedz wyraźnie. Czy 
ja ci co zrobiłem? 
— Och, to naiwne udawanie. Lepiej nie mów nic, bo mi obudzisz 
dziecko. I nie pal tu papierosa. 
I nagle, jakby to było umówione, przeszli do kancelarii. Tam 
rzeczy się od razu wyjaśniły. 
— Postawiłeś mnie w głupie położenie -rzekła pani Barbara. -Nie 
zasypuje się nikogo kwiatami w taki sposób, że ja nic o tym nie 
wiem. 
Bogumił patrzył na nią zgorszony, ale nie całkiem pewny siebie. 
— Że ty nic nie wiesz? Żartujesz chyba -próbował się uśmiechnąć. 
— Kazałem po prostu naciąć trochę gałęzi. Nieraz to przecież 
robiłem, kiedy kto z gości wyjeżdżał. 
— Co za obłuda! To ja przecież zawsze rwałam dla gości kwiaty. A 
jeżeli trzeba było chłopaka do nacięcia gałęzi, to ja ci o tym 
zawsze przypominałam. 
— Może... Nie pamiętam!... Wobec tego powinnaś być kontenta, że 
raz ja się sam domyśliłem. 
— Domyśliłeś się, kiedy chodziło o Teresę. 
Bogumił milczał. 
— Domyśliłeś się, kiedy chodziło o Teresę?! -powtórzyła 
natarczywie i z lękiem. 
— Może... -odpowiedział znów, patrząc w ziemię. -Więcej radości 
sprawia mi dać kwiaty Teresie niż komukolwiek z twojej rodziny. I 
jeżeli w tym jest co złego, to nie mogę nic na to poradzić. 
Pani Barbara tarła w pomieszaniu twarz, jakby się chciała 
przekonać, czy nie śni. Powtórzyła kilkakrotnie: 
— Więc już do tego doszło, że nic nie możesz poradzić. 
— Do niczego nie doszło -odparł Bogumił odzyskując przewagę. 
Zastanów się co ty mówisz, co czynisz? Po prostu lubię Teresę, bo 
któż by jej nie lubił. Nie rozumiem, co w tym takiego dziwnego. Ty 
sama kochasz ją... 
— Ale ja się z nią nie zmawiam za czyimiś plecami -przerwała 
Barbara. 
— Zmawiam?! 
— A tak -śpieszyła jakby teraz dopiero uprzytomniwszy sobie 
właściwą swoją pretensję. -Myślisz, że mnie idzie o kwiaty? 
Kwiaty są głupstwem. Ma się rozumieć, że masz prawo dać kwiaty, 
komu chcesz. Ale dlaczego ona tak zaraz się domyśliła i tobie 
dziękowała? To zupełnie tak wyglądało, jakbyście coś mieli ze sobą 
i jakbyś dlatego narwał dla niej jaśminu, i jakby... 
— Zastanów się, kobieto, co też ty wygadujesz. Dlaczego się 
domyśliła? Dlaczego mi dziękowała? Po prostu dziękowała jednemu z 
nas dwojga -tłumaczył Bogumił, ale zrobiło mu się w duszy jasno i 
ciepło na wspomnienie tej sceny. -Może -dodał -chciała mi 
okazać uprzejmość, bo przez cały dzień nawet mnie przy tym 
Francuzie... 
— Słuchaj -przerwała znowu dziko pani Barbara. -Po co mnie 
męczysz? Powiedz, że kochasz Teresę. Ja ci nie będę tego miała za 
złe. Przecież ja widzę, że ona jedna jest warta miłości na 
świecie. Ale niech ja raz dowiem się prawdy i niech się to 
wszystko skończy. Powiedz! 
— Co się ma skończyć -wzruszył ramionami Bogumił coraz bardziej 
chłodnąc. -Nie mogę nic powiedzieć, bo tak nie jest. Ja... nie 
kocham Teresy. 
Zamilkł zdumiony i rozgoryczony, że w ogóle mówi się o tym 
wszystkim. I badał siebie po cichu. Pierwszy raz zastanowił się, 
jak by nazwać to, co czuł dla Teresy. I czy to się w ogóle da 
nazwać. Była ona jedynym człowiekiem, którego lubił z niesłabnącą 
żywością, pomimo że żadne sprawy życiowe nie podtrzymywały tego 
uczucia. I pomimo że nawet niewiele z nią rozmawiał. Lecz gdy się 
znajdowała w pobliżu, to wszystko zaczynało być opromienione 
mnóstwem obietnic, możliwości... I to możliwości nie związanych 
ściśle z samą Teresą. Zapewne, że zachwycała go i głosem, i 
postawą, i wzięciem. Lecz ten zachwyt do niczego nie dążył, 
wystarczał sam sobie, zaspokajał się własną swą siłą. Podniety i 
nadzieje, które budziła w sercu Bogumiła Teresa, zasilały sobą nie 
ich wzajemny stosunek, tylko rzeczy i sprawy toczące się dokoła. 
Jeżeli coś mu nie szło, jeżeli do tego czy owego zabierał się bez 
zapału, a Teresa w tej porze się pojawiła, wszystko zdawało się na 
nowo wartym zachodu, a czasami dosyć było o niej pomyśleć, aby 
potoczne sprawy, choć i tak nigdy się nimi nie nużył, zyskiwały 
nową świeżość, nowe uzasadnienie. 
Był to stan ducha nie mający nic określonego na widoku, bezcenne 
uczucie, na jakie pozwala sobie niekiedy mężczyzna, co niejednego 
w swym życiu kosztował i wie, że to i owo jest mu z łatwością 
dostępne. 
Bogumił był, owszem, gotów zdać żonie sprawę z tych uczuć, ale nie 
wiedział, czy to potrafi. Jednak spróbował. 
— Mogę cię zapewnić -powiedział -że w tym wszystkim nic więcej 
nie ma, tylko to, że ją rad widzę. Rad o niej myślę. I nic więcej 
nigdy z tego nie będzie. 
Gdy na to nic nie odrzekła, rozjaśnił się i ośmielony zawołał: 
— Ej, wiesz, kochana, gdyby to nie szło o Teresę, której naprawdę 
krzywda się dzieje, że z jej powodu tak niepoczciwie rozmawiamy, 
żeby to, mówię, nie dotyczyło Teresy, tobym był taki szczęśliwy, 
że jesteś o mnie zazdrosna. 
— Nie jestem zazdrosna. O, żebyś wiedział, jak się mylisz, jak 
nic, nic nie rozumiesz! -wykrzyknęła z tak szczerym i bolesnym 
oburzeniem, że się na chwilę przeraził, ale wnet wrócił do swej 
myśli. 
— Zazdrosna jesteś, zazdrosna -żartował -a więc lubisz mnie 
trochę. 
I chciał ją pocałować, lecz został odepchnięty. Pani Barbara 
odwróciła się gwałtownie, gdyż nie mogła powstrzymać śmiechu. Tak, 
śmiała się, śmiech ją porwał ze wszystkich słów, co między nimi 
padły. Gdyż tak dalekie były od gorzkiej prawdy, gdyż takim były 
fatalnym nieporozumieniem. Tu rzeczywiście nie zazdrość w grę 
wchodziła, a jeżeli zazdrość, to nie ta, z której się tak cieszył 
Bogumił. I gdy on zapaliwszy nowego papierosa chodził i powtarzał 
swoje naiwne i zarozumiałe w jej odczuciu: -Zazdrosna jesteś, 
zazdrosna -ona patrzyła ze zgrozą w swoje zmącone uczucia. 
Rozumiała, o, rozumiała aż nadto dobrze, co czuł Bogumił dla 
Teresy. Wiedziała doskonale, że nigdy nie szukali żadnego sam na 
sam. Ale już by wolała, gdyby Bogumił wyznał, że się ze sobą 
całowali, niż ten stan rzeczy pełny nieuchwytnych rozległych 
możliwości. Jej własne stosunki z Bogumiłem wydawały jej się czymś 
rubasznym i nędznym, i błotnistym w świetle tego zachwytu, którym 
zapewne promienieli ci dwoje. O, bo i Teresa była wzajemna. Nie 
darmo tak ręce do niego wyciągnęła za te jaśminy, nie darmo mówiła 
wtedy w Kalińcu: "Krępa... Krępa". 
Obraz tych uczuć nie zasilony żadnymi wyraźnymi faktami stawał się 
w jej myśli coraz to bardziej podobny do jej własnych dawno 
minionych przeżyć. Poczuła na nowo w całej pełni starą zakrzepłą 
ranę. Józef Toliboski i ona płonęli do siebie kiedyś taką nie 
wyznaną miłością! Zły los to zniweczył, a ona mogła to znosić 
tylko łudząc się, że takich rzeczy w ogóle już nie ma na świecie. 
I wystawiwszy sobie skrytą miłość, jaką mogą odczuwać do siebie 
Teresa i Bogumił, nie utratę Bogumiła opłakiwała, ale jakby 
potwierdzającą się na nowo utratę Józefa Toliboskiego. 
Lecz to było nie wszystko -ta sprawa miała łbów niby hydra. 
Wielka miłość Bogumiła starła była niektóre przynajmniej kolce 
tamtego starego cierpienia, te, co wyrastały z upokorzonej dumy. 
Jej wyjście za mąż nie było nadzwyczajnym tryumfem, a jednak ileż 
to razy w uciążliwych momentach krzepiła ją myśl, że dokonała 
pewnego rodzaju odwetu. I że gdzieś daleko, daleko we wsi Borownie 
Józef Toliboski wie, słyszy, widzi, zazdrości i żałuje. A odkąd 
się tu przenieśli, owo Borowno jest stosunkowo tak blisko, niecałe 
dziesięć mil od Kalińca; i właśnie teraz, kiedy wiadomości o niej 
mogą naprawdę dotrzeć do Józefa Toliboskiego, jej odwet miłosny 
miałby się okazać taki kruchy?! I zdawało się jej nieszczęsnej, że 
ten, którego w listach do Teresy nazywała kiedyś gwiazdą 
brylantową swojego życia, wie już wszystko, widzi i dzisiejsze 
jaśminy, i jak Bogumił ją opuszcza, jak zajęty jest inną; widzi to 
jak żywe świadectwo, że ona jest, że była zawsze niegodna 
czyjejkolwiek miłości. 
To nią miotało, a Bogumił powtarzał swoje: "kochasz mnie, boś 
zazdrosna" i bezwiednie podżegał ją tylko, by wyjawiła prawdę, by 
położyła kres jego krótkowzrocznej radości. 
Doprowadzona do rozpaczy niemożnością wyjścia z zamętu, zawołała 
męcząc się coraz bardziej: 
— To straszne! Ja nie wiem, jak ja mam znieść to wszystko! -I 
nagle, jakby jej trudno było znieść nie tylko własną rozterkę, ale 
i przedmioty leżące dookoła, chwyciła ze stołu swoją podróżną 
torebkę i rzuciła nią z całej siły o ziemię. 
Bogumił nie śmiał przez mgnienie się ruszyć, zdawał się wprost nie 
wierzyć własnym oczom, ale wreszcie schylił się i podniósł 
torebkę. 
Brała go wprost litość nad stanem pani Barbary. 
— No, cicho. Nic nie szkodzi -przemawiał do niej. -Nic się nie 
stało. I pomyśleć, że to ja tego wszystkiego narobiłem. Nigdy nie 
myślałem, że ciebie może tak obejść, co ja, głupi, uczynię. Już 
będę teraz uważny. Ale upewniam cię, że nie masz, jedyna, powodu 
do zazdrości. Czyż ty tego nie wiesz od dawna, że nie potrzebujesz 
być o nic i o nikogo zazdrosna? Upewniam cię, upewniam -powtarzał 
sam nie wiedząc, czy to mówi miłość, czy dobroć. 
Pani Barbara miała już tego dosyć. 
— Przestań! Przestań! -nakazała ściskając zęby. -Nie domagaj 
się, żebym ci powiedziała, czego będę potem żałować. Więc dobrze, 
jestem zazdrosna. A ty myślisz, że co? Że to dowód miłości? Wiedz 
zatem, że ten, kogom kochała, mógł był nie wiem co zrobić, nie 
wiem kogo zasypywać kwiatami, a ja za jeden uśmiech wszystko bym 
jemu przebaczyła. Ale ja nie jestem zazdrosna i nie o ciebie mi 
idzie ani o to, co tam czujesz. Ja nie mogę znieść, żeby mówiono, 
że i ty mnie opuszczasz dla innej. Rozumiesz? Teraz wreszcie może 
przestaniesz powtarzać swoje "zazdrosna, zazdrosna". 
Nastało milczenie, śród którego Bogumił powiedział: 
— Teraz wreszcie przestanę. 
Potem przystąpił do biurka, przesunął na nim jakieś papiery i 
nagle śpiesznie wyszedł. Wyszedł z domu, słychać było, jak 
otwierał drzwi frontowe. 
W pani Barbarze wszystko natychmiast ucichło. Lecz trwało to tylko 
mgnienie i jak bywa zazwyczaj, gdy po burzy nastaje chwila pogody, 
aby ustąpić stałemu dżdżystemu zachmurzeniu, zaczęły ją wnet nękać 
boleść i trwoga odmiennego rodzaju. Teraz dopiero stanęła wobec 
grozy, że Bogumił od niej odejdzie, a jeżeli nie odejdzie, to ona 
utraci w każdym razie jego serce. Niepodobna kochać potwora 
moralnego, jakim się czuła w tej chwili. I nie było jednego włókna 
w jej ciele ni jednego tonu w jej myślach i uczuciach, co by nie 
drżał przed opuszczeniem, które sobie samochcąc zgotowała. 
— To ty podły, ty bez serca człowieku, doprowadziłeś mnie do tego 
upadku -wyrzucała Józefowi Toliboskiemu, ale nie mogła w sobie 
wzbudzić nawet pożądanej nienawiści. Wszystko, co spowodowało 
nieoczekiwane zajście, zdawało jej się teraz papierową chimerą, 
błędnym ognikiem na moczarach. Jedynie prawdziwym, jedynie ważnym 
było samo to zajście. I ono było klęską, nieszczęściem, zagładą. 
Raz po raz błyskało co prawda w świadomości pani Barbary coś w 
rodzaju poczucia wyzwolenia, jakby spaliwszy za sobą mosty, 
stanęła nagle znów u początku życia, mogąca je ukształtować na 
nowo. Lecz to ginęło wnet, zatopione pewnością, że uczyniła coś, 
czego konsekwencje przerastają jej siły, a nawet chęci. Otworzyła 
się przed nią pustka i ciemność, która gotowa była albo pochłonąć 
ją na wieki, albo stać się nowym światem i światłem. Lecz pani 
Barbara nie wierzyła, nie ufała ni sobie, ni temu, że z tej 
ciemności, którą sama wyzwała, można by co wykrzesać. Zresztą zbyt 
słabo zdawała sobie w tej chwili sprawę ze swego własnego 
istnienia, aby miała rozważać, na co ją stać lub nie stać. 
Istniała zaledwie o tyle, aby czuć mrowie i ciarki chodzące jej po 
rękach i po nogach, drętwienie skóry i jeżenie się włosów na 
głowie. Chciała wybiec za Bogumiłem, lecz nogi ją zawiodły. 
Chwytając się po drodze sprzętów przeszła do sypialni, gdyż 
usłyszała, że Agnisia rusza się w swym łóżeczku. Dziecko zbudziło 
się i wspomniawszy widać, że nad wieczorem dostało ciastko 
pozostałe od podwieczorku z gośćmi, zaczęło powtarzać: -Mamusia, 
daj ciastku, daj. 
— Cicho, cicho. Śpij, śpij -szepnęła pani Barbara i spróbowała 
zaśpiewać. Lecz głos jej nie dopisał, zaskrzypiał, wysechł. 
Urwała. 
— Śpij, córuniu -rzekła. -Mamusia zaraz przyjdzie. 
Dziecko zaszczebiotało wymawiając każde słowo oddzielnie z 
namysłem i pytająco: 
— Mamusia -Aisi -ciastku -da? -po czym nagle zasnęło. 
Pani Barbara postała nad nim, a następnie słaniając się poszła do 
pokoju służby. 
Służąca Nastka stała w koszuli przy łóżku i w brudnożółtym świetle 
kuchennej lampki zaplatała warkoczyk. Była już przy samym jego 
końcu, cieniutkim jak sznureczek. Ręce miała wyciągnięte przed 
siebie, brew zmarszczoną. 
— Gdzie się włóczy Rozalia, dlaczego nie jest przy dziecku? zapytała 
słabym głosem pani Barbara i nie poczekawszy na odpowiedź 
cofnęła się do pokojów. Zdawało jej się, że Bogumił powraca, ale 
nigdzie nie zastała nikogo oprócz śpiącej Agnisi. 
Gdzie ty jesteś? Gdzie pan?! -krzyknęła zatargana nieludzkim 
strachem o niego i wybiegła do sieni. 
Bogumił musiał być na ganku, gdyż natychmiast odsunął zatrzask 
wejściowych drzwi i stanął przed nią. 
— No co? -rzekł. -Uspokój się. 
— Chcę ci coś powiedzieć -szepnęła oparłszy się o ścianę. 
— Co masz mówić? Nic się już nie odstanie. Ja zresztą wiedziałem 
dawno... zawsze... że mnie nie kochasz. A i o tym... o tamtym 
człowieku słyszałem jeszcze dawniej, nim się z tobą zaręczyłem. Od 
Ładów. Ale było mi wygodniej dojść do wniosku, że to były 
dziecinne mrzonki. I ty sama... ty sama powiedziałaś "nikogo nie 
kocham". Słusznie zostałem ukarany, żem jak smarkacz uwierzył. 
— Nie mówiłam tego, by cię oszukać -jęknęła. -I to prawda. 
Nikogo nie kocham -prócz... 
— Prócz?... 
— Ciebie -zapłakała i uklękła, gdzie stała, z daleka od niego, 
pod ścianą, zupełnie pokonana. -Wróć -szlochała -wszystko ci 
wytłumaczę. Nie gniewaj się. 
Potwornie ciężko było te słowa powiedzieć, ale musiała je 
powiedzieć. Rozpętało się w niej niebywałe uniesienie miłosne, 
które tak często wybucha pośród rozpaczy i strachu. O, czyżby on, 
taki wrażliwy na najlżejszy objaw jej tkliwości, miał pozostać 
nieczuły na ten ogień piekielny, który w niej nagle rozgorzał? 
Miałby zminąć się z tym, o czym wiedziała przecie, że zawsze 
marzył i marzył. Nie, nie pozostał nieczuły. Powtórzył kilka razy: 
— Ciebie... Ciebie... Po co ta komedia? Żeby potem było jeszcze 
ciężej na duszy? -Lecz gdy podszedł, by ją podźwignąć z ziemi, 
śmiertelnie zawstydzoną i gorejącą -wnet uwierzył i sam zapłonął, 
i wziął udział w tym, co nazywał komedią. Jakże miał nie wierzyć 
sercu, które tak biło, oddaniu, co tak było ofiarne i szczodre. 
I tak zupełne, że pani Barbara bała się zbudzić z szaleństwa, w 
które popadli znienacka; wszakże będzie już wtedy tą, co zawsze, 
będzie się wstydzić i cierpieć. A tymczasem zbudziła się 
szczęśliwa i nie wiedząca, czemu była szczęśliwa. Czy że obdarzyła 
miłością tam, gdzie zawsze czuła się taka dłużna, czy że los 
oszukała, czy że strach ugasiła, czy że doznała radości, skąd nie 
było już na nią nadziei? 
I co więcej, usposobienie to trwało, serce było niby ogród zewsząd 
otwarty, zadośćuczynienie dane Bogumiłowi nie nasyciło skruchy i 
potrzeby szczodrości. Czuła się jeszcze tak winną wobec Teresy. I 
kiedy zgodnie z obietnicą pojechali oboje w niedzielę do Kalińca, 
widząc ku swej radości, że są sami w swym kółku, wyznała: 
Tereniu, ty wiesz, jaką masz siostrę? Wyobraź sobie, ja zrobiłam 
Bogumiłowi scenę zazdrości o ciebie. Ale nie dziw się, nie dziw. 
Jesteś taka, że niepodobna uwierzyć, by się kto w tobie nie 
kochał. I skoro już tak jest, że mąż się musi kimś zachwycać, w 
kimś kochać, to, mój Boże, kimże się Bogumił ma zachwycać, jeśli 
nie tobą? 
I w podobny sposób mówiła jeszcze przez chwilę, przeniknięta 
wiarą, że w tym wielkodusznym świetle szczerości nic się już nie 
może zaczaić na jej zgubę. Zresztą po dniach ostatnich wiedziała 
tyle nowego o uczuciach Bogumiła do siebie. Przekonała się, że 
niczym nie podsycane, nie naprzykrzyły mu się, nie gasły, były 
coraz to potężniejsze. Mogła wyzywać los, mogła wszystko stawiać 
na szalę. A gdyby ją to miało nagle omylić, to niechajże! Byle 
przebrnąć przez to z weselem, dumnie, jak ktoś, kto nie lęka się 
udzielić nieprzebranego skarbu! A nawet -raczej wszystko utracić 
niż żyć przez chwilę z tym uczuciem pogardy dla siebie, które 
miała wtedy po tych jaśminach. I już chciała wykrzyknąć: -A 
jeżeli się naprawdę kochacie -gdy Teresa i Bogumił sami popadli w 
wesołość i w nieszkodliwe żarty. Teresa ucałowała Bogumiła w 
sposób prawdziwie rodzinny i powiedziała: 
— Masz więc, ty niegodziwa Barbaro, masz za twą zazdrość. Dobrze 
ci ona zrobi, bo już byłaś taka zarozumiała. Ale uspokój się, 
wszyscy wiedzą, że Bogumił świata nie widzi za tobą. 
Nadszedł Lucjan Kociełł i musiano mu wśród śmiechu streścić, o 
czym się mówi. Przyświadczył zdaniu żony. 
— A tak -rzekł -chcieliśmy go tu kiedyś zatrzymać wieczorem na 
karty, drożył się jak panienka, aż pastor Wenorden powiada: z 
panem Niechcicem tylko nie zaczynajcie. On się zawsze śpieszy do 
żony. 
Pani Barbara przeczyła tryumfując, a Teresa spojrzała na męża i 
wnet on stał się główną osobą chwili. 
— Och -rzekła -Lucjan się niesłusznie obwinia. Tak wygląda, 
jakby rzeczywiście ciągnął drugich do hulatyki. 
A gdy i dziewczynki przyszły na podwieczorek, powiedziała do nich 
wzruszona, prawie przez łzy: 
— Pamiętajcie wy, córy, że wasz ojciec jest skarbem. 
Zdawała się chcieć także czemuś zadośćuczynić. 
Po podwieczorku przyszli Ostrzeńscy, by pożegnać odjeżdżającą 
nazajutrz Teresę, i natychmiast zagrano w winta. Gdyż o ile Lucjan 
nie wychodził z domu, to lubił mieć na miejscu chociaż karty. 
Pani Barbara doszła wtedy do szczytu. Zostawiła Teresę i Bogumiła 
zabawiających się w szarady z panienkami i poszła odwiedzić matkę. 
Wieczór był taki piękny, tyle blasku złotego na niebie -jerzyki 
kwiliły wysoko ponad miastem. Szła śpiewając półgłosem, myślała, 
że będzie teraz prowadzić inne życie, stanie się wesołą, pogodną, 
jak za młodu. I wróciła tak samo śpiewając, była porywająca, z 
ogniem zwycięstwa w swoich srebrzystych oczach. Gdy się zbierali w 
przedpokoju do drogi, usłyszała, jak Michalina Ostrzeńska 
powiedziała w salonie: 
— A więc chwała Bogu wyszła już z tego stanu, w który popadła po 
śmierci dziecka. Widzieliście wy ją? Po prostu inna kobieta. 
— Coś ty wyprawiała? -śmiał się Bogumił. -Jesteś półdiable 
weneckie. 
Pani Barbara badała spod oka, czy nie skrywa on czegoś pod 
śmiechem. Ale w oczach jego, gdy spojrzał, było tylko oczekiwanie 
na bliską godzinę szczęścia. 
Mleczarz, który nazajutrz zabrał dla Teresy na drogę róż z 
Serbinowa, zapytany potem w domu, czy zdążył z kwiatami, gdyż 
Teresa miała wyjechać ranną kurierką, oznajmił, że zdążył, ale że 
pani Kociełłowa dziś jeszcze nie wyjedzie. Nie wiedział, dlaczego, 
bo chodził na Dziadowe Przedmieście bardzo rano. Kobieta, co tam 
posługuje, mówiła tylko, że jej nie kazali śniadania dawać na 
siódmą, jak było zamówione, bo panią głowa boli i pojedzie aż może 
dopiero jutro. 
Pani Barbara powtórzyła to Bogumiłowi. 
— Ją często głowa boli -rzekła -a wtedy jest do niczego. 
I nie przejęła się zbytnio, ale po pewnym czasie ta wiadomość 
zaczęła jej nieznacznie dolegać. Teresa od jakiegoś czasu jest 
pełna niespodzianek. A nuż zmieni postanowienie i wcale nie 
wyjedzie. I pani Barbara uczuła, że lęka się tej możliwości. Nie 
była pewna, czy wspaniałomyślne uczucia, którymi się ostatnio 
powodowała, wystarczą jej na długo. Już dziś rano czuła 
powracający przedsmak strachliwych domysłów i podejrzeń, ale 
myślała: "Teresa pojedzie, a to się tu wytrawi". Zaś w dalszej 
przyszłości zawsze człowiek widzi siebie zdatnym do ułożenia 
wszystkiego jak najlepiej. 
Ale co będzie teraz, jeżeli Teresa zostanie, a może przyjedzie do 
nich? Zaczęła się pomału przygotowywać do tej myśli i nawet 
wreszcie dźwignęła się na duchu. -Tak -myślała uspokojona -to 
by było z wszystkiego najlepsze, najprzyjemniejsze. -I z każdą 
chwilą wydawało jej się to więcej nęcące. Urządzała już w myślach 
dla siostry to ten, to ów pokoik i mnóstwo projektów miłego 
spędzenia czasu roiło się jej po głowie. 
W końcu denerwowała ją już tylko myśl, czy aby Teresa istotnie ten 
właśnie zamiar poweźmie. Z każdą chwilą rosło wyobrażenie uciech 
związanych z jej domniemanym przyjazdem. Ile książek mogłyby razem 
przeczytać, a jak Agnisia rozwijałaby się w towarzystwie ciotki i 
jej dziewczynek. 
Po południu Nastka, pieląca z panią Barbarą rezedę pod oknami, 
podniosła się i powiedziała, że ktoś jedzie dorożką z miasta. 
Obydwie patrzyły wyczekująco, a ciężkie lando dorożkarskie toczyło 
się rzeczywiście ku zajazdowi. 
Przyjechały nim Oktawia i Sabina z walizką. Przestraszone i 
spłakane oznajmiły, że mamusia bardzo zachorowała i ojciec kazał 
im zaraz jechać do Serbinowa, gdyż jest obawa, czy to nie ospa lub 
nie tyfus. Pani Barbara zatrzymała dorożkę i zaczęła się ubierać, 
żeby jechać do siostry. Przez ten czas Oktawia opowiadała, że 
mamusia zaraz wczoraj po odjeździe gości dostała dreszczów i brała 
chininę. W nocy nie spała, a nad ranem zaczęły się mdłości i 
okropny ból głowy. 
— Nie płaczcie. Gospodarujcie tu z Nastką i z wujkiem. Pilnujcie 
Agnisi i nie dajcie Rozalii od niej odchodzić. I trzymajcie się 
ostro, moje kochane. Pan Bóg da, że wszystko będzie dobrze. 
Widzicie, jak to trzeba matkę szanować i kochać -upominała je 
pani Barbara i trzęsącymi się rękoma zawiązywała woalkę. 
Dziewczynki pociągając nosami podawały jej torebkę, parasolkę. 
Bogumił, po którego Nastka biegała w pole, nadszedł, kiedy już 
dorożka ruszała z miejsca. Pani Barbara wstrzymała ją na chwilkę. 
— Jadę -oznajmiła. -Przyślij po mnie konie jutro rano. Niech ci 
dziewczynki wszystko opowiedzą. Do widzenia. 
Jechała tedy. Kamienie i słupy telegraficzne opieszale sunęły 
wstecz, a dalsze plany, kępy ziemi, wioski na horyzoncie pełzły 
pomału naprzód. 
— Moi kochani, prędzej -błagała pani Barbara dorożkarza. -Szkoda 
— podżegała go -że nie wzięłam naszych koni. Byłabym już na 
miejscu. 
Zamykała oczy i myślała: 
— Granica serbinowska już blisko, już ją mijam, już pewno widać 
Pogórze... 
I spoglądała znienacka, lecz stojący na granicy krzyż śród krzaków 
tarniny był ciągle jeszcze przed nią, a Pogórza wciąż jeszcze nie 
było widać. 
Wtedy zbroiła się w cierpliwość i zwracała się myślami do Teresy. 
— Boże, Boże, skąd się to wzięło -dociekała -to chyba nic 
poważnego. 
I znów zaczynała rozmawiać z dorożkarzem: 
— Moi złoci -mówiła -czy wy widzicie już Pogórze? 
Mógł przecie dalej widzieć, siedział o tyle wyżej. 
Wkrótce i ona ujrzała owo Pogórze -siną wyniosłość, której 
ukazanie się na horyzoncie oznaczało, że Kaliniec już blisko. 
Łoskot grubych kamieni bruku i rozmaitość podmiejskich widoków 
sprawiły, że dorożka zdawała się teraz żwawiej posuwać naprzód. 
Kilkoro dzieci zerwawszy się znad rynsztoka biegło za pojazdem 
chcąc się uwiesić. Inne wołały z daleka ku dorożkarzowi: -Batem 
ich! Batem! -Ludzie, zajęci swoim, snuli się w obie strony, dziad 
podwiązany pod brodę czerwoną chustką stał jak zawsze pod murem 
kościoła Bernardynów. Nic się tu nie zmieniło i pani Barbara 
poczuła się raźniejsza, jakby widziała w tym dowód, że i u 
Kociełłów nic takiego nie zaszło. 
Przed bramą domu, gdzie mieszkali, zobaczyła swego brata Daniela. 
Chodził tam i na powrót, jakby na kogoś czekał. Nie zdziwił się 
ujrzawszy panią Barbarę, która odprawiła dorożkę i stanęła przed 
nim bez tchu, nie śmiąc pytać. 
— No -rzekł -przyjechałaś. Chwała Bogu. Idź tam, ale nie siedź 
długo. I, moja złota, wypraw stamtąd Michasię. 
Powiedz, że ja tu stoję i czekam. 
— Ale co jest Tereni? 
— Tereni? Miała mdłości i bóle w krzyżu, kto wie, czy to nie ospa. 
— To straszne, Daniu! Terenia miałaby dostać ospy?! 
— Tak, to straszne -potwierdził Ostrzeński z przekonaniem. -Ja 
już nóg po prostu nie czuję, wyobraź sobie -dwie godziny tu 
czekam, a ta szalona kobieta, ta Michasia, całą noc dzisiaj nie 
spała. Ani pomyśli, że ma, uważasz, synów, i to raz tylko 
szczepionych! 
Pani Barbara zdziwiła się tej nagłej trosce o synów, którymi 
Daniel mało się na ogół przejmował. 
On zaś nie panował już nad rozpaczą i prosił: 
— Przypomnij jej o synach. Może to ją wzruszy. Ja bym jej śmierci 
nie przeniósł. A takie jak ona strasznie łatwo się zarażają. 
— Daniu -rzekła pani Barbara -uspokój się. Przecie to Terenia 
jest chora. Powiedz lepiej, byłeś tam? 
— Byłem -odparł, nieco się opamiętawszy. -Ale nie widzę powodu, 
żeby tam ciągle siedzieć. Robicie tylko zamieszanie koło tej 
biednej Tereni. To jest wariactwo. Od tego są fachowcy, doktorzy, 
pielęgniarki. Jej może w końcu nic nie być, a wy powymieracie. 
Pani Barbara spojrzała na brata z litością i zdziwieniem. 
Wzruszyła ramionami. 
— Nie bądź dziwakiem -rzekła. 
— Ja tam już chodziłem! -wołał Daniel idąc za nią do bramy. Ale, 
uważasz, to nie ma żadnego celu. I słuchaj -prosił żałośnie 
— moja złota, moja jedyna, przyślij mi tu Michasię. 
W mieszkaniu Barbara zastała matkę, Danielową i doktorów, którzy 
przybyli na konsylium. 
— Tyfus lub zapalenie mózgu -szepnęła pani Michalina ucieszywszy 
się na widok siostry męża. 
Pani Barbara czuwała wespół z matką i bratową przy Teresie całą 
noc i nazajutrz nie wróciła do Serbinowa. Dała tylko kartkę do 
domu, że zostaje, a potem co dzień wysyłała i odbierała wiadomości 
przez mleczarza. 
Po kilku ciężkich dniach gorączka cokolwiek się zmniejszyła i 
Teresa zaczęła odzyskiwać przytomność. Lucjan wypytywał doktorów, 
czy nastąpiło przesilenie, ale doktorzy zdawali się sami nic 
pewnego nie wiedzieć. Ociągali się z odpowiedzią, wciąż uparcie 
wracali do ręki chorej, badali tętno, zdwoili dawkę kamfory. 
Ostatecznie jednak orzekli bez zapału, że pewnego rodzaju 
przesilenie mogło w istocie mieć miejsce. Zastanawiali się nad 
tym, jak Teresę wobec tego odżywiać. Zalecili na razie dawać 
odrobinę śmietanki i może troszeczkę dobrej, świeżej maślanki. 
Pani Barbara strasznie się ucieszyła. Skoro mowa o takich 
rzeczach, znaczy wszystko jest dobrze. W dniach troski najmniejsza 
iskra nadziei zdaje się szczęściem bez granic, ale doznawszy tego 
szczęścia pani Barbara już o nie drżała, gdyż zdawało jej się 
równie potężne, jak kruche. Zapragnęła z nim uciec, jakby w 
mniemaniu, że je w ten sposób utrwali. Zapytała, czy może 
spokojnie odjechać na kilka godzin na wieś. W takim razie 
przywiozłaby i śmietanki, i maślanki, i to takiej, jakiej w 
mieście się nie dostanie. Doktorzy odpowiedzieli, że naturalnie 
można jechać, w danej chwili nie grozi żadne niebezpieczeństwo. 
Zaczęła się więc gorączkowo zbierać do drogi mówiąc sobie, że 
jeśli chce dalej pielęgnować Teresę, to musi wpaść do domu, 
sprawdzić, jak wszystko tam idzie, wydać nowe zarządzenia i zabrać 
ze sobą różne rzeczy, gdyż wyjechała była jak stała, a nie 
wszystko umieli jej według żądania dosłać. W miarę jak chwila 
odjazdu się zbliżała, lęk o to, co w domu zastanie, przesłaniał w 
sercu pani Barbary wszystkie inne uczucia. Wprawdzie miała stamtąd 
codziennie wiadomości, ale co znaczą wiadomości sprzed kilku 
godzin. Agnisia mogła rano być zdrowa, a teraz, kto wie, czy się 
nie wije w gorączce. 
— Stróż przyprowadził dorożkę -oznajmiła na koniec posługaczka 
Kociełłów. 
Pani Barbara schyliła się nad Teresą. 
— No, Tereńko -zawołała ochoczo -przywiozę ci śmietanki i 
maślanki. A co mam powiedzieć dziewczynkom? 
Chcesz może, by przyjechały? To je także przywiozę. 
Teresa odzyskała przytomność, ale była odurzona i z trudem tylko 
mogła zebrać i wyrazić swe myśli. 
— Dziewczynki -powiedziała słabo i dosyć obojętnie. 
I nie ujawniła chęci zobaczenia dziewczynek. Zaczęła natomiast 
szeptać: 
— Gdybym umarła... gdybym umarła, to w komodzie... Nie-nie-nie, 
nie w komodzie... nie w komodzie -powtórzyła prędziutko. I 
marszcząc brwi spojrzała miłosiernie, jakby prosząc o pomoc. 
— Zapomniałam -poskarżyła się i zaczęła od nowa: -Jakbym 
umarła... 
— O czym ty mówisz? -zaśmiała się z przymusem pani Barbara. Jest 
ci lepiej. Doktór pozwolił ci pić maślankę. Ja właśnie po nią 
jadę. Ja ci na wieczór przywiozę maślanki. 
Teresa pokręciła przecząco głową i zaczęła raz po raz otwierać 
dłonie rąk, spoczywających na kołdrze, odwracając je ku górze 
gestem zdumionej bezradności. Pani Barbara nie mogła na to 
patrzeć. Wzięła ją za obie te ręce i ściskając je rzekła: 
— Przywiozę ci pysznej maślanki, siostrunieczko. 
— Pysznej maślanki, pysznej maślanki -powtórzyła, jakby to było 
zaklęcie mogące odwrócić złe przygody. 
Wychodząc już spotkała w drugim pokoju jednego z leczących Teresę 
doktorów, który był wielbicielem chorej. Chodził w tę i w tę 
stronę, gryząc jedną po drugiej kostki zaciśniętych w pięść 
palców. 
— Nie chce widzieć córek? -spytał zatrzymawszy Barbarę. 
— W ogóle -dodał sam do siebie -nie znać, żeby kogo z rodziny 
chciała widzieć i mieć przy sobie. Nie pyta o matkę... to mi się 
nie podoba. Taka obojętność na doczesne stosunki... 
— Co też pan doktór mówi -przerwała pani Barbara oburzona. -Żeby 
miało być źle, toby właśnie chyba kazała przywieźć córki. Ale jest 
przecież dobrze. 
— Jest dobrze, naturalnie -powtórzył zdawkowo doktór. 
W drodze pani Barbara odzyskała zachwianą w ostatniej chwili 
otuchę. -Nie może przecie umrzeć ktoś, dla kogo się jedzie szosą 
ładnie do domu po maślankę. -I myślami opowiadała już Bogumiłowi 
oraz dziewczynkom dzieje ostatnich dni, a tak opowiadana choroba 
Teresy stawała się czymś przebrzmiałym, zażegnanym, 
nierzeczywistym. 
Przyjechawszy jednak na miejsce pani Barbara nie była już tak 
dobrej myśli i nie potrafiła wlać ducha w żądnych wiadomości 
domowników. 
Gdy po ciemku już wyruszyła z powrotem, czuła w całej sobie 
febryczne gorąco. 
— Nie denerwuj się -prosił Bogumił. -Ja jutro rano wezmę 
dziewczynki i przyjadę. Wszystko będzie dobrze. 
— Ja się nie denerwuję -odparła -tylko nie wiem, czy te butelki 
ze śmietanką i maślanką dobrze zakorkowane. Czy mi się nie wyleją. 
Butelki były dobrze zakorkowane, ale pani Barbara nie zastała już 
siostry przy życiu. Teresa umarła w godzinę po jej odjeździe. 
— Pewno -szeptała zanosząc się od płaczu pani Barbara -nie 
zastrzyknęliście kamfory, pewno nie było doktora. 
Zapewniano ją, że owszem, doktór był, kamfora była zastrzyknięta. 
Był też i ksiądz -matka i posługaczka zakrzątnęły się, by go 
sprowadzić -ale dokonał tylko ostatniego namaszczenia, gdyż 
Teresa konała nieprzytomna. Lucjan z płaczem pokazywał pani 
Barbarze stłuczoną ampułkę od kamfory. 
Nazajutrz od rana mieszkanie napełniło się ostrożną, milczącą 
krzątaniną. Niekiedy tylko czyjś zbrzęknięty od płaczu głos 
wyrywał się spomiędzy szeptów nieco bardziej donośnie. 
— Gdzie ktoś położył świece? -pytano. 
— Trzeba tym ludziom pokazać -mówiono -jak mają zieleń 
rozstawić. 
W pokoju dziewczynek słychać było szmer tnących materiał nożyczek. 
Pani Barbara z szyjącą po domach kościstą i anemiczną krawcową i z 
Francuzką Bonnard przyrządzała naprędce żałobę dla Sabiny i dla 
Oktawii. 
Bogumił wyszedł na miasto z Lucjanem, aby pomóc mu załatwić 
formalności. Daniel i jego dwaj starsi synowie, Anzelm i Janusz, 
przyszli na krótko przed wyruszeniem pogrzebu i zatrzymali się w 
sieni. Chłopcy spoglądali od czasu do czasu na swe żałobne 
przepaski badając następnie spod oka wrażenie, jakie one czyniły. 
Drzwi mieszkania stały otworem i na schodach tłoczyło się mnóstwo 
ludzi, zarówno tych, co przybyli na pogrzeb, jak obcych, którzy 
chcieli zobaczyć nieboszczkę. 
Pokój, gdzie niedawno żegnano tak wesoło Teresę przed jej 
zamierzonym wyjazdem na Litwę, był teraz przyciemniony, a pośrodku 
spoczywała zmarła, gotowa do znacznie krótszej, lecz niepowrotnej 
podróży. 
Pogrzeb miał się odbyć prosto z domu na cmentarz. Długo czekano na 
księdza, ale wreszcie kondukt wyruszył. Lucjan Kociełł był 
honorowym prezesem straży ogniowej, toteż idąca na przedzie muzyka 
strażacka uderzyła przeciągle w trąby i flety, gdy tylko karawan 
zaczął z wolna kołatać po bruku. Mnóstwo róż i jaśminów, 
wstrząsanych z lekka jazdą po kamieniach, okrywało trumnę i roniło 
wonne płatki na ziemię. Po obu stronach wozu szli strażacy z 
palącymi się pochodniami. 
A tak, znowu jedno z dzieci tej ziemi, urodzone śród jęków i krwi, 
odbywało swą podróż do grobu śród kwiatów, przy ogniach i muzyce, 
jakby wiekami uświęcone przekonanie bliźnich teraz dopiero wiodło 
je tryumfalnie do bram prawdziwego żywota. 
Bogumił i Barbara wrócili do domu z pogrzebu Teresy, weszli i w 
pierwszym pokoju, w kancelarii, zatrzymali się nie mając siły iść 
dalej. Własne mieszkanie wydało im się też cichsze i pustsze po 
tym zgonie. Bogumił usiadł przy biurku, jakby było coś pilnego do 
roboty, a pani Barbara spojrzawszy na jego pobladłą twarz nagle 
rzekła: 
— Czemużem ja nie umarła. Ja, której nikt nie kocha, po której 
nikt by przynajmniej nie płakał. 
Bogumił zebrał siły i powiedział z uśmiechem: 
— Nikt? A za kogóż ty mnie masz? To, że ja bym płakał, to ci nie 
dosyć? 
Nie wiedziała na pewno, czy to byłoby dosyć, lecz ją te słowa 
pokrzepiły, zmniejszyły jej żal nad sobą. 
— Nie słuchaj -rzekła. -Tak mi smutno, że mówię od rzeczy. Ale 
to jest prawda, że ci, co najwięcej warci są żyć, umierają za 
młodo. Wszyscy najlepsi, najmilsi. 
— Może prędzej zarabiają sobie na coś lepszego niż to nasze 
tutejsze życie -odparł nie bardzo wiedząc, co ma przy tym na 
myśli. 
— Nie -rzekła -to już ten los okrutny tak umie celnie wymierzyć, 
żeby zgnębić biednego człowieka. 
I nagle dała upust żałości: 
— Wiem, że ci ciężko -zapłakała -ale ty tak cierpieć nie możesz 
jak ja. Bo ty nie czujesz się winien. 
— Winien? Czemu winien? 
— Że Tereńka umarła. 
— Basiu, co ty? Któż tu w ogóle może być temu winien? 
— Ja -szepnęła pani Barbara błysnąwszy mściwym spojrzeniem. Ciągle 
mi się, wiesz, wydaje, że ta śmierć -to kara boska na mnie 
za to, że jestem taka... to jest, że nie jestem taka, jak być 
powinnam... że jednym słowem... 
Nie dodała nic więcej, ale Bogumił wiedział, co miała na myśli. 
— Jakaś ty zarozumiała -rzekł ostro. -Myślisz, że Bóg, jeśli 
jest, ugodziłby naraz tylu ludzi, zasmucił tyle serc i uśmiercił 
taką słodką istotę po to tylko, żeby ciebie ukarać za jakieś 
głupstwa, a choćby nawet za jaki wielki grzech? Zostaw lepiej tę 
biedną zmarłą w spokoju i nie dociekaj tak chytrze wyroków losu. 
Pani Barbara spojrzała na niego z wdzięcznością. O, jakim balsamem 
były dla niej te szorstkie, stanowcze słowa. 
— Prawda -pomyślała natychmiast -wszakże i Teresa mogła o mnie 
kiedyś skrycie myśleć lub mówić co złego. Może nawet kiedy bez 
mojej wiedzy nieładnie wobec mnie postąpiła? A czyżby z tego 
powodu zasługiwała na karę? Takich rzeczy nie można we wzajemnym 
stosunku, choćby najlepszym, uniknąć. I ależ oczywiście, że ze 
strony Tereni było to samo! Wszak była ona jednak zalotną, była 
nią i wobec Bogumiła, nie żałowała sobie spojrzeń, uśmiechów, ani 
myśląc, czy to kogo boli. Zatem wszystko w porządku. O, jak to 
dobrze mieć nie tylko samą siebie na myśli, jaka to ulga, gdy ze 
złej czy z dobrej strony wziąć drugiego człowieka pod uwagę. Któż 
to jej mówił kiedyś, że tak się czynić powinno? Prawda, przecież 
to właśnie Terenia była takiego zdania. 
Lecz mimo te wszystkie wyrównujące, pocieszające myśli pani 
Barbara nie mogła się obronić od uczucia, że winy Teresy nie mogły 
mieć tego znaczenia, tej wagi, co grzechy przez nią, Barbarę, 
popełnione. I zresztą nie chciała widzieć Teresy winną. Nie, to 
było ucieleśnione dobro, czyż inaczej można by tak po niej 
cierpieć i płakać? Nagle, jakby wykrzyknięte przez kogoś, rozległy 
się w pamięci pani Barbary słowa: -"Gdybym umarła, to w 
komodzie... nie, nie w komodzie..." Co to takiego? Jezus Maria! 
Przecież to Teresa mówiła do niej przed śmiercią takie słowa. Co 
one znaczyły? Może Teresa chciała jej powierzyć jaką tajemnicę. Co 
miała w tej komodzie? Nie, nie w komodzie, przecież powiedziała 
potem, że nie w komodzie... A jednak trzeba było chyba zajrzeć do 
tej komody. Że też ona mogła o tym zapomnieć! Lecz nawet gdyby 
pamiętała, czyż miała była zacząć ni stąd, ni zowąd szperać w 
rzeczach Teresy? Nie, doprawdy, tego sobie nie trzeba wyrzucać. I 
już przestawała się męczyć na ten temat, gdy błysnęła jej myśl: A 
nuż to było coś, co jednak dotyczy Bogumiła! Nie, czyżby w takim 
razie Terenia jej to chciała powierzyć? -Ale rozsądek nie był w 
stanie powstrzymać natłoku pytań i przypuszczeń wołających: — Czemu nie? a jeśli? -a może właśnie. I pani Barbara siedziała 
wciąż, nie ruszając się, w kancelarii, w której utknęli, i kiwała 
się z lekka, na nowo przeniknięta uczuciami strachu, obrazy i 
winy. 
— Cóż tak nic nie mówisz, kochaneczko? -zapytał w końcu Bogumił 
ocknąwszy się z własnej zadumy. 
— Tak sobie rozpamiętywam -odparła roztargniona. -I nic. Myślę, 
że masz słuszność. Masz słuszność. 
A po chwili dodała: 
— Wiesz, ja wezmę flanców i pojadę jutro do Tereni. Nasadzę jej 
astrów i lewkonij. Mam to jeszcze w inspektach. I dowiem się, co 
tam słychać u biednych dziewczynek. 
Bogumił radził, żeby poczekać nieco, gdyż mogiła jeszcze nie 
urządzona i nie będzie gdzie sadzić. Pani Barbara przyznała mu 
rację, a zresztą powstrzymały ją też inne okoliczności. Była 
zaziębiona, tak że musiała nawet trochę poleżeć, potem Agnisia 
czegoś gorączkowała; minęło więc sporo czasu, nim się dało 
pojechać do Teresy. 
Lucjan był człowiekiem czynnym, z niczym nie zwlekającym, i pani 
Barbara zastała mogiłę bardziej urządzoną, niż się mogła 
spodziewać. Stanowiła ona rodzaj równego z gruntem placyku 
otoczonego żelazną barierką i zasianego prawdopodobnie trawą, 
która jednak jeszcze nie powschodziła. Ale w głowach był już nawet 
umieszczony pomnik: złom różowoszarego granitu z czarnym napisem. 
Po obu stronach kamienia stała zieleń w doniczkach. Pani Barbara 
patrzyła uradowana, bardzo jej się to podobało, nie lubiła 
pretensjonalnych ani kunsztownych pomników i cieszyła się, że 
Lucjan okazał tyle dobrego smaku. Z ożywieniem, prawie wesoło 
zaczęła sadzić kwiaty, jakby to miejsce było tylko nowym, bardziej 
niż inne obchodzącym ją terenem zabiegów i pracy. Potem stanęła w 
zadumie i usiłowała sobie uprzytomnić, że stoi nad grobem Teresy. 
Na cmentarzu rosły wysokie drzewa, a w nich tuż nad głową pani 
Barbary drozd-śpiewak wygwizdywał ochoczą, prawie skoczną 
piosenkę. I dopiero ten śpiew śród zieleni pozłoconej słońcem 
rozżalił panią Barbarę. Uklękła i płakała, że już żaden z tych 
dźwięków życia, żaden z tych blasków świata nie będzie przenigdy 
usłyszany, nie będzie zobaczony ani przez Teresę, ani przez 
Piotrusia. Nie siebie tym razem żałowała, nie sama zdawała się 
sobie pokrzywdzona przez śmierć tych dwojga -ich miała w tej 
chwili za niepowetowanie skrzywdzonych. 
Gdy potem wycierając oczy zwróciła się ku wyjściu, ujrzała, że 
sąsiednią ścieżką szedł ku grobowi Teresy ktoś wysoki, niemal 
wiotki i znajomy. Znajomy w taki sposób, że razem z mignięciem tej 
postaci gorący dreszcz przeniknął panią Barbarę i przyśpieszyła 
kroku, jak gdyby uciekała. Wnet jednak stanęła i obejrzała się, 
ale wysmukłej postaci nie było już widać, gęsta zieleń ją skryła. 
— Czy to możliwe -myślała zaskoczona. -Nie, mnie się 
przywidziało. -Stała wahając się, czy iść dalej, czy wrócić, czy 
sprawdzić, czy poczekać. Na koniec wyszła jednak za bramę, to się 
ociągając, to śpiesząc, wciąż przy tym powtarzała: -Nie, mnie się 
przywidziało -ale co za szalone podobieństwo -co za 
podobieństwo! 
W domu Kociełłów Lucjan sam jej otworzył. 
— O -powiedział -jak to dobrze, Baszko -tak ją nazywał -że 
jesteś. Miałem do was właśnie pisać. Nie mogę się z tobą 
przywitać, bo porządkuję papiery i książki i jestem strasznie 
brudny. Rozgość się, a ja pójdę się umyć. Dziewczęta wyszły. 
Pani Barbara siedziała i rozglądała się po pokoju z tym uczuciem 
dławiącego zdumienia, jakie budzi po każdej śmierci człowieka 
niema trwałość przedmiotów. 
Gdy Lucjan wrócił, siedzieli długą chwilę w milczeniu, przerywanym 
półsłówkami, nie umiejąc podjąć rozmowy w tak zmienionych 
okolicznościach. Na koniec pani Barbara rzekła: 
— Mówiłeś coś, że miałeś do nas pisać? 
— A tak -przypomniał sobie Lucjan -i w strasznie ważnej sprawie. 
Przenosimy się do Częstochowy. 
— Ale niemożliwe! 
— Owszem. Rzuciłem posadę. Zakładam wielką cementownię. Spółka, ma 
się rozumieć. A sam osobiście będę prowadził biuro w Częstochowie. 
W ogóle postanowiłem się całkowicie przerzucić na tego rodzaju 
interesy. 
— Zawsze miałeś do tego pociąg -szepnęła pani Barbara -ale czy 
nie za wiele ryzykujesz? 
— Ha, może -odparł roześmiawszy się krótko, bez wesołości. — Jestem ryzykantem, to mój żywioł. Mam dość tego gnuśnego życia, 
tego biurka, klubu, kart, picia u Peszkego i drobnych pokątnych 
transakcyj handlowych, dobrych dla dam, jak Michasia. Potrzebuję 
realnych, na wielką skalę przedsięwzięć. 
— Terenia może by ci to odradzała. 
— Na pewno -potwierdził. -Terenia zawsze mnie zawracała z tej 
drogi. Nienawidziła interesów. I ja byłem jej o ile możności 
posłuszny, gdyż było to jedyne, czego ode mnie żądała. A spełnić 
jej żądanie... no, nie mówmy o tym. Ale teraz widzę, że źle 
robiłem. I że martwiłem ją, przez to właśnie, że jej słuchałem. Bo 
miałem za dużo energii i to szło na hulanki, które ją dręczyły, o, 
ja wiem, że dręczyły, choć nigdy nie powiedziała mi słowa... 
Lucjan mówił teraz obficie, jakby się w nim jakaś tama przerwała. 
Był zawsze człowiekiem pełnym życia, ale w takim ogniu, w takim 
prawie natchnieniu pani Barbara jeszcze go nigdy nie widziała. 
Roztaczał przed nią swe plany, niby program zupełnego 
przeobrażenia świata. Cementownia nie oznaczała bynajmniej samego 
tylko cementu. Wchodziły w to jeszcze cegielnie, gips, jakieś 
szczególnie ogniotrwałe dachówki, zwane eternit. Lucjan mówił też 
coś o domieszkach, szybko wiążących cement, o papie, żelazie, 
drzewie, a biuro w Częstochowie miało być szeroko pomyślanym 
biurem budowlanym. 
— Ale czy na to nie trzeba być inżynierem czy architektem? odważyła 
się powiedzieć pani Barbara. 
— Mam właśnie świetnego inżyniera -zapewniał Lucjan. -Ale tu 
przede wszystkim nie inżynier jest najpotrzebniejszy, lecz 
organizator. Być organizatorem, to jest fach, którego nikt u nas 
nie docenia, a bez tego, bez tego ani rusz. Otóż ja nim jestem. Z 
urodzenia. Tak jest. Ha! 
— Doktorzy -ciągnął z wypiekami na twarzy -nie dają mi pić. 
Głupcy! Ja pić nie będę, jak będę miał co robić. Straszą mnie, że 
coś tam w środku nie tak. A ja ich wszystkich przeżyję. Przeżyję 
ich. To, że późno zabieram się do tak wielkich rzeczy, świadczy, 
że będę żył długo. Kto ma wcześnie umierać, wcześnie też wypełnia 
swoje zadania, a ja dotychczas wegetowałem tylko. Zresztą czuję 
się zdrów jak nigdy. 
Mówiąc to chodził wielkimi krokami po pokoju i kolejno to 
przygładzał tęgą ciemną czuprynę nad niskim czołem, to brał w 
garść brodę ciągnąc ją w taki sposób, jakby ją z wody wyciskał. 
— Daj Boże... -zaczęła pani Barbara, lecz on nie słuchał. 
— Mam pewność -snuł dalej swoje -że mi się wszystko uda. Po 
prostu pewność -no! I nie tylko dlatego, że wierzę w siebie. 
Wiem, że Teresa mi pomoże. 
Usiadł i ciszej nieco, ale żarliwie mówił: 
Wyobraź sobie, ja wierzę, że ludzie po śmierci mają większą siłę 
oddziaływania niż za życia. Może dlatego właśnie odchodzą czasem 
tak nagle, że chcą lepiej nam pomóc. 
— Wierzysz w życie pośmiertne? -rzekła pani Barbara z nadzieją i 
powątpiewaniem. 
— Tak... to jest -nie. Rozum oczywiście mówi mi, że go nie ma. 
Ale mimo to nie mogę się oprzeć przekonaniu, że śmierć... czy 
umarli... tak, umarli, przeobrażają wszystko z większą siłą niż 
żywi. Ja na przykład czuję się dzisiaj innym człowiekiem; zdolnym 
do Bóg wie nie czego. Aż czasem myślę -o, gdyby Terenia mogła 
mnie teraz widzieć, a potem sobie urągam -bałwanie, przecież po 
to odeszła, by cię takim uczynić. 
— Jakże... jakże ona może ci pomóc... mogła cię takim uczynić, 
kiedy mówisz, że była tym rzeczom przeciwna -usiłowała zrozumieć 
coraz bardziej przejęta, ale i oszołomiona pani Barbara. 
— Ba! Będąc tu nie mogła wszystkiego zrozumieć. Ale teraz ma ten 
wyższy rozum, który my, żyjący... h-ha! żyjący -powtórzył z 
politowaniem -ledwo że przeczuwamy. Teraz ona wie, że ja do tego 
jestem stworzony. Jasne -nie? 
— A czy nie zrazisz się? -próbowała pani Barbara bronić się przed 
ogarniającym ją podziwem. -Mnie się zdaje, że ty lubisz tak 
zacząć coś, a potem rzucić. 
— A broń Boże! A broń Boże! -oburzył się. -Ja? Skąd? A zresztą 
owszem. Do mnie należy puszczać rzecz w ruch. Mam świetne pomysły 
i energię, a cierpliwość, żeby dłubać w szczegółach, muszą mieć 
inni. Podział pracy, moja kochana, jasne -nie? Zresztą, mówię ci, 
odkąd wiem, że Teresa tego chce, nic mnie już nie powstrzyma. 
Teresa mi pomoże. I ja tylko w ten sposób mogę z nią dalej 
obcować. Bo nikt z was nie wie, czym jest dla mnie jej strata zaszlochał 
krótko bez łez. -Mogłem ją zaniedbywać, mogłem jej 
całymi dniami nie widzieć, a jednak... Nie, wy, kobiety, tego 
nigdy nie zrozumiecie. 
Pani Barbara była wstrząśnięta. Znała tak dawno tego swojego 
szwagra i nie miała, jak się okazuje, pojęcia, co to za człowiek. 
Iluż on rzeczy był pełen, jaką bogatą miał naturę! Pani Barbara 
też nie cierpiała wszelkich tak zwanych interesów, ale to, że 
można je pojmować nie jako robienie grosza, ale jako tętniącą 
życiem i pracą działalność, było dla niej czymś nowym i bardzo 
pociągającym. I ta wiara Lucjana w życie zagrobowe Teresy, w jej 
obecne znaczenie, ta prawie bajka, którą tu rozpowiadał, nie 
raziła jej wcale. Przeciwnie, mistyczna wiara w połączeniu z na 
wskroś życiową praktyczną energią była bardzo na miejscu, można 
powiedzieć, że jedynie w tym połączeniu wydała jej się rzeczą do 
zniesienia, a nawet usprawiedliwioną. W ogóle Lucjan postawił 
sprawy w taki sposób, że zadrgała w niej coraz rzadziej się 
odzywająca żyłka poetycka, bezcenna skłonność do zespalania się ze 
wszystkim, co nam zachodzi drogę, stan, kiedy duch nasz pluszcze 
się zachwycony w nurcie życia nie przeciwiąc się, nie wątpiąc, nie 
krytykując. 
— Dobrze, ale czy musisz się wynieść? -pytała zasmucona, że 
utraci z oczu tego człowieka, którego tak jakby w ogóle po raz 
pierwszy ujrzała, którym została oczarowana i który w dodatku 
wywnętrzał się przed nią, jak rzadko mężczyzna wywnętrza się przed 
kobietą. -Czy musisz się wynieść? -powtórzyła. -Nie możesz tu w 
Kalińcu tego biura czy tam tych fabryk założyć? 
— Nie -uśmiechnął się do tego naiwnego stawiania sprawy. — Kaliniec to jakby zamknięte senne jezioro, mnie potrzeba takiego 
miejsca, co jak rzeka dokądś się toczy. Częstochowa leży na 
wielkim szlaku kolejowym, tam się zaczyna kraj hut, węgla, 
przemysłu... 
— Tu również mają budować podobno kolej -przerwała pani Barbara. 
— E-e, nie wierzę. Danielowa też ciągle o tej kolei majaczy. Ale 
to, jak mówią, nim słońce wzejdzie, rosa oczy wyje. 
Lucjan spojrzał nagle na zegarek. 
— Przypomniało mi się -powiedział -że dziewczęta miały iść z 
miasta do Ostrzeńskich i że ja się tam też obiecałem na kolację. 
Chodź ze mną, Baszko. 
— Nie -przelękła się pani Barbara, chociaż to ją kusiło. -Nie, 
strasznie się zasiedziałam. Szkoda, że nie zobaczę już dzisiaj 
dziewczynek. Zaraz... mnie się wprost wierzyć nie chce, że się 
przeprowadzacie. I kiedy to ma nastąpić? 
— O, jeszcze nie w tej chwili. Ale przed wrześniem nie będzie nas 
już w Kalińcu. Czekaj, zapomniałem. W papierach Tereni są twoje 
listy. Jeżeli chcesz je wziąć, to zaraz ci je dam. 
Pani Barbara drgnęła i zapłoniła się. Przedśmiertne słowa Teresy 
znów zatańczyły w jej myślach. -Może to to? -pomyślała i 
natychmiast ogarnął ją wyzwalający spokój. -No, ma się rozumieć, 
że to szło o jej listy. 
— Dobrze. Wezmę je -rzekła -przynieś. 
Lucjan przyniósł dużą kopertę zapieczętowaną i owiązaną sznurkiem. 
Powiedział: -Kilka tygodni temu, przed wyjazdem za granicę, 
Teresa zebrała te listy, zapieczętowała i dała mi nakazując ci 
oddać w razie jej śmierci. Dziwne -dodał westchnąwszy -Terenia 
częściej myślała o śmierci, niżby to można przypuszczać sądząc po 
jej usposobieniu. Miała raz po raz takie okresy. 
— To kiedy się z wami zobaczymy? -pytała pani Barbara chowając 
kopertę do torebki. 
— Chciałbym przyjechać do was na niedzielę z pannami. Bo potem 
zaraz jedziemy wszyscy do Krynicy. Doktor znalazł, że małe są 
anemiczne, a ja muszę grać rolę matki -ha! -parsknął znów swym 
smutnym, basowym śmiechem. -No, nie udawajmy -dodał. -Prawdę 
mówiąc, to i mnie każą na coś tam się leczyć. 
Stali już w przedpokoju, ale on jeszcze prosił: 
— Nie śpiesz się tak. Wiecznie tylko uciekasz i uciekasz. Ja się 
muszę przebrać do Ostrzeńskich, ale gdybyś poczekała, tobyśmy 
wyszli razem. 
— O, nie mogę -wypraszała się. -Mam niańkę, dobrą dziewczynę, 
ale nie bardzo mogę z nią dziecko zostawić. 
— Ha! -śmiał się znów Kociełł w swój porywczy sposób, lecz 
brzmiało to już obco. 
Wróciwszy do Serbinowa, pani Barbara wołała już od progu: 
— Przywożę ważną nowinę. Kociełł wyprowadza się z Kalińca. 
I cały wieczór omawiali z Bogumiłem tę sprawę. Dopiero nazajutrz 
pilnując bawiącej się Agnisi (Rozalia już gdzieś, jak zazwyczaj, 
przepadła) pani Barbara otworzyła kopertę Teresy i ze wzruszeniem 
przypatrywała się różnobarwnym kartkom papieru, które tak 
pracowicie zapisywała za czasów swego panieństwa. Zwłaszcza 
zabawnymi i zajmującymi wydały jej się listy do Okci i Sabinki, 
gdy były one jeszcze małymi dziewczynkami. Przerzucała je, ten 
zaczynając, ten kończąc -pisane były tak śmiesznymi wielkimi 
wyraźnymi literami, i śmiała się, i łzy jej w oczach stawały na 
wspomnienie tych przebrzmiałych czułości: "Droga moja 
dzieweczko... kochana ślicznotko... droga Okteńko... Buziaka za 
miły liścik, który tak dobrze i starannie napisałaś... Donieś mi, 
ukochana, czy łobuz Sabina dużo już umie po francusku i po 
niemiecku. O Ciebie się nie pytam, bo wiem, że jesteś pilną i 
zawsze starasz się korzystać. Już wkrótce zobaczymy się, wszak do 
mnie przyjedziecie, bardzo pragnę ucałować wasze koralowe 
usteczka..." 
— Boże wielki -westchnęła pani Barbara opuściwszy na kolana ręce 
z wiązką tych listów -jak ja te dzieci kochałam, gdzie się to 
wszystko podziało; one się chyba zmieniły, nie są mi już tak 
bliskie. Czy też może mnie się dawniej wszystko wydawało więcej 
wartym kochania?... 
Nagle, gdy zaczęła ponownie przebierać śród listów, spomiędzy 
sztywnego papieru, na którym były pisane, wymknęło się i wionęło 
na podłogę parę wiotkich, niedużych świstków. Pani Barbara podjęła 
je. Były zapisane ręką Teresy, ale tak widać śpiesznie, że prawie 
nieczytelnie. Jeden tylko był wyraźniejszy o tyle, że pani Barbara 
po chwili przyglądania mu się zaczęła rozróżniać słowa: 
"...tą myślą powodowana -czytała z niespokojnym zdumieniem zwracam 
się do Ciebie, drogi Tadziu, z gorącą prośbą. Nie wiem, w 
imię czego mogę przemówić, aby poruszyć Twoją duszę równie leniwą 
w dobrym, jak w złym. Oby prośba moja była tak przyjęta, jakbym ją 
zaniosła w imię tej nie znanej mnie siły, co potrafi Twą dobroć 
pobudzić do czynniejszego stanu. Idzie mi o tak niewiele, o 
zwrócenie mi listów moich pisanych do Ciebie w ciągu tych lat. 
Jeżeli moim życzeniem sprawiam Ci subiekcję i przykrość, to musisz 
mi wybaczyć i pocieszam się, że to przykrość powierzchowna i 
przemijająca. Ach, o cóż to ja się troszczę, wszak dla Ciebie samo 
istnienie jest dostatecznym cierpieniem, abyś miał jeszcze... Ty 
dość cierpisz przez samo istnienie, abyś..." 
Te dwa nie dokończone zdania były przekreślone, a dalej szło znów 
gładko: 
"Wiem, że ta prośba nie może być przez Ciebie zaraz i w zupełności 
pojętą. Jeżeli zobaczymy się jeszcze kiedy, to o ile sobie życzyć 
będziesz, wyjaśnię jej bardziej szczegółowe pobudki. Na razie 
niech wystarczy Ci, że znam dzieje niektórych pisanych do Ciebie 
listów, nie jestem tak zarozumiałą, abym sądziła, że moich nie 
może spotkać to samo". 
Tu następowały nie powiązane i pokreślone zdania: 
"...Odpowiesz... Może powiesz: z Tobą jest co innego, a jednak 
niestety i ja nie mogłam obudzić Twej melancholijnej duszy do 
życia i radości. Uważam to za swą winę, gdyż nie dość Cię 
kochałam, nie mogłam Cię takim, jak byłeś, dość pokochać... Uważam 
to za swą winę, gdyż nie mogłam Ci się całkowicie poświęcić, czego 
stan ducha Twego wymagał. Wszystko to musi... Listy te muszą 
zaginąć razem z pamięcią naszych nieszczęsnych, chociaż tak 
błogich spotkań. Winną jestem tak wobec Ciebie, jak wobec L. i 
dzieci, ale to sprawa mego rozrachunku z Bogiem. Listy odeszlij na 
poste... Odwołuję się... 
...O mój ukochany, uwielbiony, pożądany, uwielbiony do ostatniego 
tchu. Gdy kiedyś..." 
Tu urywała się karteczka będąca czym? Listem? Brulionem listu? 
Notatkami do listu? Czy ten list był przepisany? Wysłany? Kto był 
Tadzio? O czcze pytanie! Odpowiedź otrzymała była pani Barbara już 
wczoraj na cmentarzu, a i z treści listu Tadeusz Krępski stanął 
przed nią jak żywy. Teraz już i to zrozumiała, co znaczyły słowa: 
"Krępa, Krępa... tam się wszystko zaczęło". 
Ale jak się ta karteczka dostała między jej listy? Przypadkiem? 
Oczywiście, że chyba przypadkiem. Na Boga, czy Lucjan mógł ją 
znać? Nie, wszak Teresa oddała mu kopertę zalakowaną. Na tym więc 
polegała tajemnica Teresy, która ją, biedną, w ostatnich latach 
tak bardzo wybiła z równowagi! Pani Barbara nie potępiała, tylko 
bez granic współczuła. I śmiała się ze siebie szyderczo: 
— A tyś głupia, myślała, że twoje sprawy grają tu jakąś rolę. 
Gdzie się ciśniesz, ty, której przeznaczeniem jest nic nie 
przeżywać, być wyłączoną i tylko z dala widzieć, jak między ludźmi 
dzieją się rzeczy, o których się filozofom nie śniło. 
Na razie bowiem sprawa ta przedstawiała jej się jako tragiczne, 
oszałamiające bogactwo życia, od którego czuła się odrzuconą i to 
odrzuconą nie tylko sama. Bogumił wydawał jej się też odrzuconym i 
jakby trochę ośmieszonym przez rolę, jaką mu w tym wszystkim 
wyznaczyła. 
Z zamętu pytań, zamiarów, dociekań, wyroków, ze strasznej męki 
duszy wyrwała panią Barbarę Agnisia. Dziecko widząc matkę schyloną 
nad papierami przybiegło niosąc książeczkę. 
— Mamusia — rzekło — Aisia czyta-pisze. 
Matka wzięła dziewczynkę na kolana i nie patrząc pomogła jej 
wodzić ołówkiem po kolorowych obrazkach. 
— Aisia pisze -oznajmiło dziecko, a obróciwszy się w tył ku 
twarzy matki zażądało potwierdzenia tego zadziwiającego faktu. 
— Aisia pisze? Pisze Aisia? Aisia? 
— Nie, Aisia nie może tu pisać -rzekła przytomniejąc pani 
Barbara. -To są obrazki. Obrazki są do oglądania. Patrz, jak je 
pomazałaś. 
Agnisia zadumawszy się powtórzyła, przejęta nieznanym słowem: ...
aziaaś? 
Gdyż wymawiała w całości tylko dwusylabowe wyrazy; z dłuższych 
przyjmowała do wiadomości jedynie końcówki. 
Jakiś czas nękała jeszcze panią Barbarę myśl, że przedśmiertne 
słowa Teresy musiały znaczyć coś innego niż owe przez Lucjana 
oddane listy i niż owa karteczka, która znalazła się tam chyba 
przypadkiem i przez pomyłkę. Przychodziło jej tedy do głowy raz 
to, raz owo, myślała jednak o tym coraz rzadziej, rzecz ta miała 
pozostać na zawsze niepojęta. 
Jeszcze tego samego roku, w którym umarła Teresa, jesienią Bogumił 
doszedł do przekonania, że się już w kancelarii nie obejdzie bez 
pomocnika. A i plony zostały osiągnięte o tyle dobre, że pozwalały 
na nieduże zwiększenie kosztów administracji. Napisał więc do 
Paryża i wkrótce otrzymał odpowiedź. Daleniecki donosił, że po 
rozmowie odbytej z kochanym panem Bogumiłem w lecie, zaraz napisał 
był do krewnych, którzy mu polecają niejakiego Romana Katelbę. 
Chłopak ten ukończył nawet szkołę dla oficjalistów dworskich. Ma 
się zgłosić do Serbinowa, ale naturalnie przyjęcie go zależy od 
tego, czy się panu Bogumiłowi spodoba. 
Katelba spodobał się i został zgodzony, a pani Barbara cieszyła 
się, że Bogumił będzie mniej zawalony pracą. Pojechała zaraz do 
Kalińca po rozmaite rzeczy potrzebne do urządzenia tego, jak go 
nazywali, pisarza, i była w takim dobrym usposobieniu, że dała się 
nawet zaciągnąć Ostrzeńskim i Holszańskim do cukierni w parku na 
kawę. Śmieli się, że to jest wielki tryumf, gdyż Basia zawsze 
wiecznie "nie może" i "już odjeżdża". 
Gdy się następnie pożegnała i szła ku rynkowi, gdzie czekał na nią 
Klimecki z końmi, nurtowało ją niejasne, tęskniące poczucie, 
jakoby miała jeszcze coś ważnego do uczynienia. -Ach, prawda. 
Chciała wstąpić do Teresy, opowiedzieć jej o nowym pisarzu. Lecz 
Teresie nie można było już nigdy nic opowiedzieć. Co za rozpacz! 
Po powrocie żony z miasta Bogumił zapytał: 
— Gdzie umieścisz Katelbę? -a ona odpowiedziała, że chyba w 
oficynie po tej stronie, gdzie jest również mieszkanie oprzętki. 
Nowy pisarz zjawił się wkrótce, a tego samego dnia, w czasie gdy 
znoszono jego rzeczy do pokoiku w oficynie, ujawniło się, że 
mamka, a potem niańka Agnisi, Rozalia, uciekła z domu. Poprosiła 
panią, czy może iść do kościoła do Małocina na nieszpory i z 
nieszporów tych nie wróciła. Skrzynkę swą zostawiła, ale pustą, 
rzeczy widać musiała zabrać w zawiniątko. Po rozejrzeniu się 
stwierdzono, że w komodzie pani Barbary brakowało nieco pieniędzy. 
Tyle mianowicie, ile się Rozalii należało zasług za ostatni 
miesiąc. Była to uczciwa dziewczyna, miała tylko jedną słabość nie 
umiała się nigdy oprzeć nagabywaniom chłopców. 
— Pewno też i teraz poniosło ją za jakimś chłopaczyskiem osądziła 
pani Barbara i nie miała nawet czasu przyjrzeć się nowemu 
pisarzowi, musiała się starać o niańkę. Żyd Szymszel z Kurzy 
przychodził z paru dziewczynami, lecz żadna się nie nadała. Na 
koniec zgodzono drobną jasnowłosą Józię z Kalińca, którą poleciła 
rejentowa Holszańska jako jedną ze swoich wychowanek z domu 
sierot. 
Była ona uważna, chętna i od razu okazało się, że lubi mieć do 
czynienia z dziećmi. Agnisia przyjęła ją z otwartymi do uścisku 
rączkami i aby się tej nowej niańce przypodobać, starała się nawet 
najdłuższe powiedziane przez nią słowa powtarzać w całości -trud 
którego sobie wobec rodziców nie zadawała. Patrząc na te zaloty i 
uśmiechy swojej dziewczynki, pani Barbara rzekła: 
— Jakie to dziecko jest mało uczuciowe. Zdawało się, że tak 
kochała Rozalię. A ona może ze dwa razy po jej odejściu 
powtórzyła: "Nie ma Ozali" -a teraz, patrz! 
— Co ty od dziecka wymagasz? -ujął się za córką Bogumił. -Ona 
przecie tak daleko nawet pamięcią nie sięga. Jej się naprawdę 
zdaje, że zawsze miała tylko Józię i Józię. 
— Bronisz ją -odparła Barbara -bo ma twoje usposobienie. Ty też 
tak... do każdego jesteś niby to przywiązany, ale bez każdego 
możesz się obejść. 
— A czy to nie lepiej, żebyśmy byli dla drugich dobrzy, a łatwiej 
mogli się bez siebie wzajem obejść? Niż jak to bywa, że człowiek 
bez człowieka nie może wyżyć, a jak się zejdą, to się tylko dręczą 
i dokuczają sobie. 
— No dobrze -przestraszyła się -ale przecież beze mnie nie 
możesz się obejść? 
— Bez ciebie -nie -pośpieszył ją upewnić Bogumił. 
Pani Barbara jeździła od czasu do czasu do kościoła; chociaż w 
ogóle nie była praktykująca, ale tak, na wszelki wypadek. Zimą co 
prawda nie jeździła prawie nigdy, bo się bała zaziębić, ale w tym 
roku właśnie raz pojechała i w czasie mszy zobaczyła nagle wśród 
tłumu żarliwie modlącą się Rozalię. 
Po nabożeństwie przecisnęła się do niej i zawołała: -Róziu! 
Róziu! Nie poznałaś mnie? 
Rozalia zrazu stropiła się i zdawała się chcieć uciekać, ale wnet 
się opamiętała i schyliła się z powitaniem do ręki. 
— Róziu -powtórzyła pani Barbara -co się z tobą dzieje? Twoja 
skrzynka u nas została. Przecież musi ci być potrzebna. 
— Niechta -szepnęła Rozalia czerwieniejąc. -Niech już ostanie za 
ten wstyd, co ja państwu zrobiłam. 
Pani Barbara pogłaskała ją po ramieniu. -Moja kochana. Dokądżeś 
ty tak od nas poszła? Źle wyglądasz. Bardzo zbiedniałaś w sobie. 
Może ci czego trzeba? 
Rozalia chwilę milczała, aż odeszły z panią Barbarą w kąt 
cmentarza -wtedy opowiedziała, że uciekła, bo była znów przy 
nadziei, że wstydziła się i powiedzieć, i zostać, a ten, który jej 
to zrobił, nie chciał się z nią ożenić. Więc poszła tak z 
rozpaczy, dokąd oczy poniosą, myślała, że może w świecie między 
obcymi nie taki będzie wstyd. Ale daleko nie zaszła... 
— A gdzież, na miłość Boską, to dziecko? 
Rozalia zatchnęła się na mgnienie i rzekła z wysiłkiem: 
— Ciężkom robiła, tom też to maluśkie utraciła przed czasem. Ale 
tera nijak do siebie przyjść nie mogę. Choram i choram. 
Pani Barbara wzdrygnęła się, a po chwili szepnęła współczująco: 
— Bój się Boga, na coś ty tak zrobiła? Dziecko by się u nas 
chowało. I tego gałgana, co cię zdradził, upilnowałoby się, żeby 
się ożenił. 
— Bogać ta -rzekła kręcąc ze smutkiem głową. -Jak już z 
pilnowaniem, to na nic. Ja z przymusu bym z nikim nie żyła. 
— Ale żem też ja po tobie nic nie poznała! 
— Po mnie tak zawsze nic nie widać -odparła uśmiechnąwszy się 
trochę przez łzy. 
— Powiedzże, gdzie teraz jesteś, to ci się choć skrzynkę odeszle. 
— U chłopów teraz służę, u gospodarzy -oznajmiła, ale nie 
powiedziała gdzie. -Niech się ta skrzynka za moje grzechy u 
wielmożnych państwa ostanie. Niech ją ta państwo komu dadzą. 
— Nie wygadujże, powiedz, gdzie jesteś? Może chciałabyś wrócić? To 
się co znajdzie dla ciebie. Tam, gdzie jesteś, nie musi ci być 
dobrze, boś zmizerniała. Gdzie służysz, w Małocinie? 
Lecz ona nie chciała i nie chciała powiedzieć. 
— Zbiedniałam przez chorobę -twierdziła -ale już ja do nikogo 
nie pójdę. Już ja u tych, co jestem, życie skończę. 
Rzekła to z błyskiem w oczach, który dał pani Barbarze do 
myślenia. 
— Ja widzę ze wszystkiego -opowiadała potem Bogumiłowi -że mimo 
rozpacz i dziecko, i chorobę ona znów przez kogoś rozum straciła i 
znów na zgubę poleci. Żeby tylko, na rany Boskie, Agnisia nie 
wzięła z niej czasem tego usposobienia. Przecież ją ssała. 
Dopiero uporawszy się ze sprawą niańki pani Barbara rzekła: Niechże 
się teraz przypatrzę temu Katelbie. 
I z łatwością przyznała, że pisarz okazał się pod każdym względem 
bardzo na swoim miejscu. Był młody i cokolwiek nastroszony, jak 
pisklę jeszcze całe w pałkach piór dobywających się spomiędzy 
puchu, ale był dobrze jak na chłopca z prostego stanu ułożony, 
skromny, grzeczny i cichy. Średniego wzrostu, dobrej budowy, szyję 
miał mocną i szeroką, tak że linia głowy prawie się z nią zlewała. 
Twarz była otwarta, usta duże i szczere, oczy żywego niebieskiego 
koloru, trochę za głęboko osadzone i łatwo czerwieniejące, wąs mu 
się dopiero ledwo że, ledwo sypał. Wyglądał przyzwoicie, a w 
zajęciu był obowiązkowy i systematyczny. Bogumił nie mógł się go 
nachwalić. Wszelką robotę nie tylko w lot pojmował i pilnie 
wykonywał, ale starał się ją zrobić zawsze dobrze nad wszelkie 
spodziewanie. 
— Od razu widać -mówił Niechcic -że nie robi, by zbyć, ale by 
się czegoś nauczyć. Do czegoś dojść. I to mi się w nim podoba. 
Z początku noszono mu jeść do oficyny, gdzie mieszkał, ale raz 
pani Barbara zapóźniwszy się przechodziła od świń mimo jego okna i 
zobaczyła, jak siedząc samotnie przy stoliku spożywał obiad. 
Zrobiło jej się żal i od następnego dnia raz na zawsze zaprosiła 
go, żeby jadał z nimi. 
Z początku przykrzyło jej się to, ale wprędce przywykła do jego 
obecności przy stole, a i Bogumił był mu rad, gdyż miał z nim 
zawsze do pomówienia o gospodarstwie. 
Natomiast nadzieje pani Barbary co do tego, że Bogumił przy 
Katelbie będzie miał mniej roboty, spełzły na niczym. W dalszym 
ciągu nie dojadał on i nie dosypiał, a nawet, mimo zimowej pory, 
miał jakby jeszcze mniej czasu. Każdą chwilę, która dawniej była 
wolna, spędzał teraz albo z pisarzem wciągając go w różnego 
rodzaju kancelaryjne zajęcia, albo z książkami, w których szukał 
wskazówek co do najlepszego prowadzenia majątku. Sprowadził sobie 
wielką encyklopedię rolniczą, zamówił kilka czasopism poświęconych 
rolnictwu i hodowli, kupował książki z zakresu weterynarii. Nie 
było z nim teraz żadnej rozmowy, żadnego spędzenia czasu -był na 
nogach i w pracy od świtu do późnej nocy. Panią Barbarę zaczęło to 
w końcu gniewać. 
— Ja przecież -mówiła -mam niemało roboty, a zawsze znajdę 
chwilę, żeby zastanowić się, wytchnąć. A ty wciąż niby w jarzmie. 
I widzę, że ten Katelba nic ci nie pomógł, przeciwnie, musisz 
jeszcze jemu po piętach deptać. 
— Nie, tylko rozumiesz, ja teraz dopiero zaczynam wszystko jak się 
należy w ruch puszczać. Dotąd zmagałem się tylko z tym śmieciem, 
co tu było. Jeszcze rok będę miał taki ciężki, a potem zobaczysz, 
wszystko pójdzie jak z płatka. 
— Już ja przestaję w to wierzyć. Ty nie umiesz sobie ułożyć zajęć 
tak, żebyś miał czas na wszystko. Zedrzesz się na nic i po co? Po 
to, żeby temu Dalenieckiemu kieszenie złotem napchać. Jemu i owej 
Mioduskiej. 
— Dalenieckiemu? -spytał Niechcic zdziwiony. -Mioduskiej? Coś 
ty! Ja o nich wcale nie myślę. 
— Jak to nie myślisz? Przecie widzę, że jesteś gotów siebie samego 
okraść, rodzinie od ust odjąć, żeby tylko do Paryża jak najwięcej 
móc posłać. 
Bogumił w zamyśleniu potrząsnął głową. Tak, to prawda, że starał 
się jak najwięcej dochodu zdobyć dla właścicieli. Ale nigdy mu nie 
przyszło do głowy, że to tak może wyglądać, jakoby celem jego 
życia było nabijanie kabzy Dalenieckiemu czy tam pani Mioduskiej. 
I tak nie było, nie. Tę chwilę, gdy obliczał i wysyłał pieniądze, 
uważał tylko jakby za sprawdzian osiągniętych w pracy wyników. 
Dlatego się nią cieszył. Nie da się zaprzeczyć, że pracował na 
Dalenieckiego, a jednak czemu tak wyraźnie, stanowczo czuł, że nie 
na niego pracuje? Czyż był odpowiedzialny za to, że ziemia ta 
należała do bogatego człowieka, co w nią nie wkładał pracy? Czy 
miał przez to tę ziemię mniej kochać i mniej się dla niej trudzić? 
— Moja kochana -rzekł usiłując to jakoś wypowiedzieć. -Mioduska 
i Daleniecki przeminą i my też przeminiemy, a ziemia się zostanie. 
Musi być w ziemi wszystko zrobione tak, jak trzeba. Na to sieję, 
by wzeszło, reszta mnie nie obchodzi. 
— A mnie właśnie tylko ta reszta obchodzi. Jeżeli służyć, to już 
czemuś wielkiemu. 
— Dla mnie praca na roli jest wielką rzeczą. Ja w niej widzę to, 
czemu warto służyć. I temu służę. 
— Tak ci się zdaje. A ty służysz nie żadnej pracy na roli, tylko 
Dalenieckiemu -upierała się pani Barbara. 
— Nie -zaprzeczył Bogumił i nie mogli się porozumieć. 
W końcu jednak pani Barbara wymogła na mężu przyrzeczenie, że się 
będzie trochę oszczędzał. Dla nich, starzejących się ludzi, życie 
i zdrowie nie ma już może wielkiej wartości, ale dzieciom będą 
jeszcze długo potrzebni, a wkrótce będą mieli dwoje dzieci. 
— O ile, ma się rozumieć, nie umrę przy tym -dodała pani Barbara 
— a to jest bardzo możliwe, bo w gruncie rzeczy jestem już dosyć 
licha. 
Nie umarła jednak, i drugie dziecko urodziło się szczęśliwie 
wczesną wiosną. Była to znowu córka, dano jej imiona Emilia 
Florentyna. To dziecko pani Barbara sama karmiła. 
W tymże czasie Ostrzeńskim, nie spodziewającym się już dzieci, 
przybył trzeci syn -Bogdan. A gdy Emilia miała rok i parę 
miesięcy, doczekali się chłopca i Niechcicowie. Dano mu imiona 
Tomasz Michał. Michał na pamiątkę dziada, co umarł na Syberii. 
Przyjście na świat i chrzciny syna były to pierwsze prawdziwie 
wesołe uroczystości w Serbinowie. Na rodziców chrzestnych 
zaproszeni zostali Michalina Ostrzeńska i Lucjan Kociełł. Przybył 
on chętnie z Częstochowy na chrzciny i przywiózł nawet ze sobą 
córki. Ostrzeńscy stawili się naturalnie oboje ze starszymi synami 
i z babcią. Zaproszono nawet państwa Holszańskich. Miała również 
przyjechać pani Ładzina z Borku, by pozostać dłuższy czas u 
Niechciców, lecz w ostatniej chwili pogorszyło jej się na zdrowiu 
i musiała przyjazd odwołać. Pani Barbara leżała jeszcze w łóżku, 
ale drzwi jej pokoju otwarto szeroko, tak że mogła widzieć 
biesiadujących. 
Pito wino. Bogumił podochocił sobie, był z całego serca 
rozweselony. Uważał, że dobrze mu się dzieje. Doprowadził 
zniszczony majątek do normalnego stanu, a teraz miał jeszcze syna. 
Córki też, owszem, są dobre, ale przed synem zawsze więcej 
możliwości otwiera się na tym świecie. Ojciec i matka myśląc o tym 
czują się potężniejsi. Pił więc i młodzieży dolewał słodkiego 
wina, żeby dokazywała. Pani Barbara zauważyła, że Lucjan Kociełł 
nie pije. Zawołała Bogumiła i zapytała, dlaczego on nie pije. 
Bogumił powtórzył mu to, a Lucjan wtedy przyszedł i stanął w 
nogach łóżka. 
— Jesteś taki smutny, mój kochany -rzekła. -Nie pijesz. 
— Ha-ha! -odparł swym porywczym sposobem. -Wypróżniłem ja wiele 
beczek wina w swym życiu i teraz basta... 
— A interesa jak idą? 
— Interesa świetnie -odparł. -Interesa -powtórzył -świetnie. 
Ale czuję się niezdrów i muszę na siebie uważać. To mnie męczy. 
— Kpij sobie z tego -rzekła pani Barbara. -Będziesz żył sto lat. 
Od razu to widać po tobie. 
— Nie, naprawdę? -spytał rozpromieniwszy się i od tej chwili był 
już znacznie weselszy. 
Potem goście się rozjechali. 
Nastało gorące lato, pani Barbara dnia pewnego wyszła z robotą 
przed dom na ławeczkę pod kasztanami, otoczona trojgiem swych 
dzieci. Agnisia szczebiotała i pląsała po trawnikach, śród zarośli 
i po dziedzińcu. Emilka przy pomocy Józi próbowała stawiać swe 
pierwsze kroki; Tomasz spał w wózku, a matka odrywając raz po raz 
oczy od szydełkowych ząbków oganiała z niego muchy gałęzią. 
Było ciche niedzielne popołudnie. Lśniące wydęte obłoki żeglowały 
po modrym niebie; złocisty blask bił od zieleni ogrodu, ciemne 
liście i krążki światła mieniły się i mrowiły po twarzach, po 
ziemi, po trawie, gdy lekki wiatr zakołysał powietrzem. Z oddali 
słychać było nosowe dźwięki harmonii, a raz po raz -krzykliwy 
śpiew chłopskich dzieci, powtarzających jedynie -o-da-da-da. 
Myśli pani Barbary pobiegły wstecz ku dawnemu życiu, lecz zdawało 
jej się, że wspomina nie siebie, a inną znajomą sobie, ukochaną 
osobę, którą na zawsze utraciła. Zebrało jej się na płacz i 
starała się wspomnienia odpędzić. -Przecież teraz jestem 
szczęśliwsza, teraz jestem szczęśliwsza -powtarzała i próbowała 
coś nucić, ale głos ją zawodził, pierś ciężko dyszała, wszystko 
bolało od płaczu, co się nie mógł wydobyć. A całe piękno 
zieleniącego się w słońcu świata wydawało jej się czymś już dziś 
niepotrzebnym, czymś stosownym dla dawnego słodkiego życia, a 
teraz na darmo tylko roztaczającym się jakby w próżnym oczekiwaniu 
właściwych osób, które już nigdy nie wrócą... 
Gdy tak siedziała nie mogąc rozpoznać, co jest cieniem, a co 
życiem prawdziwym śród czasu, nadszedł ode dworu Bogumił i 
przyniósł list od Michaliny Ostrzeńskiej. Pisała, że babcia od 
kilku dni jest nie bardzo dobrze ze zdrowiem, lecz nie chce 
nigdzie z nimi na lato wyjechać. I czy nie byłoby najlepiej, aby 
Basia przyjechała i namówiła ją na parotygodniowy pobyt w 
Serbinowie. 
Pani Barbara poczuła coś w rodzaju gwałtownych wyrzutów sumienia. 
— Pojadę -rzekła -i przywiozę mamę do nas na dobre. 
— To dobra myśl -przyznał Bogumił. -To bardzo dobra myśl. 
Babcia zajmowała u Ostrzeńskich mały pokoik z wyjściem na korytarz 
przy kuchni. Na oknie stały czerwono kwitnące kaktusy, a na 
ścianie wisiały portrety jej i jej męża. Byli na nich 
przedstawieni oboje w młodym wieku. On -okazały, wygolony 
mężczyzna, z pełnym powabu spojrzeniem i miłymi, wesołymi ustami, 
ona -piękna, jaką była w te czasy. Czoło, nos, osada oczu 
klasyczne, aż prawie ostre w swej nieskazitelnej budowie, źrenice 
błękitne przy czarnych włosach i nieprawidłowy miękki owal twarzy 
z boleśnie ku jednej stronie uśmiechniętymi ustami. 
Pod portretami wisiała na ukos gromnica z wstążką i zeschłym 
wiankiem i stała komoda, a na niej -fotografie syna Juliana i 
zmarłej córki, Teresy. Zaś przed fotografiami -niski wazonik 
majolikowy w kształcie ściętego, pustego w środku pnia. Przy pniu 
tym był nadto majolikowy płotek, o który wspierał się majolikowy 
myśliwy z harcapem, w stroju z osiemnastego wieku i ze strzelbą w 
ręku. 
Babcia siedziała najczęściej w czerwonym aksamitnym fotelu przy 
oknie, modliła się z Dunina, cerowała skarpetki wnuków, martwiła 
się i czekała, czy kto do niej nie przyjdzie. Gdy zaś kto 
przyszedł, zrazu cieszyła się, a potem prosiła, by się dla niej 
nie fatygować, gdyż jest tylko kulą u nogi każdemu, piątym kołem u 
wozu, które lepiej żeby już zeszło ze świata. Wygadywała na siebie 
co mogła najgorszego, żeby wywołać zaprzeczenia i zapewnienia. I 
wywoływała je, ale chociaż były przekonywające, uspokajały ją 
tylko na krótko. Wnet bowiem przypominała sobie coś, co je 
obalało. Wczoraj na przykład! Zrobili do rosołu kluski francuskie 
i oczywiście nie udały się! Kto dziś takie rzeczy potrafi! A czyż 
nie mieli jej pod ręką? Nie mogli się zapytać? Nie, oni wolą niech 
się psu nie zda na budę, byle nie słuchać i zrobić po swojemu. 
Dajmy na to, że Michasia nie ma czasu, by dojrzeć kuchni. Ale czy 
nie mogła nakazać Antoniowej: -Pójdziecie zapytać starszą panią. 
— Przecież starsza pani jest tuż pod ręką. Nie idzie o kluski, ale 
czy nie można było się jej zapytać? -I to już dawno, dawno takie 
lekceważenie -myślała szperając pamięcią po nocach, dniach, 
miesiącach, latach ubiegłych. Kiedy na przykład chorowała Teresa, 
wezwano wtedy wszystkich do jej pielęgnowania, a ją, matkę, ledwo 
tolerowano! A gdy umarła, pamiętano, że umarła jako żona i jako 
matka, i jako dama opłakiwana przez uwielbiające ją towarzystwo, 
nikt prawie nie zwrócił uwagi, że to umarło jej dziecko. 
O, jak szczęśliwe w porównaniu z tym wszystkim wydawały jej się 
nawet bodaj te czasy, kiedy ją pod przymusem wydawano za mąż. Ile 
spraw działo się w owe lata przez nią, ile uczuć, dramatów 
wstrząsało ludźmi z jej powodu. Żyła z rozpaczą, ale czuła, że 
żyje! A dziś? A dziś? Jeżeli zajrzy kto do niej, to mówi słodko, 
prawda, ale ona wie -przyszedł, bo zdarzyła się taka chwila, że 
nie ma gdzie iść, co robić -tak więc wpada, by spocząć między 
godziną a godziną. Basia przychodzi, gdy Bogumił ma jeszcze coś w 
mieście do załatwienia. Michasia, kiedy wróci na swój stale 
spóźniony obiad taka zmęczona, że nie może zaraz zacząć jeść, bo 
dostałaby boleści; Daniel -gdy tak długo czeka na Michasię, że 
nie wie już, co robić, żeby sobie czas skrócić. Wtedy sobie 
przypominają, wtedy przychodzą, wtedy im jest potrzebna! 
Że być potrzebną i w taki sposób, to jednak jest być potrzebną; że 
życiem cieszyć się można, gdy przyjdzie na to pora, nie wpływając 
widomie na jego bieg, nie odgrywając w nim roli, a tylko samemu 
cicho się z nim tocząc -skąd miała wiedzieć? Nie każdemu dane 
jest wiedzieć na czas, w jaki sposób ma z życiem się jednoczyć, a 
wtedy biedny człowiek siedzi w fotelu i płacze nad swym 
odłączeniem od świata. Pani Adamowa Ostrzeńska i świat stali 
naprzeciw siebie i przepaść była między nimi, a w otoczeniu babci 
nie było nikogo, co by jej pomógł znaleźć kładkę przez ową 
przepaść. Bo komuż przyjdzie do głowy, że dusza zbłąkana śród 
niedomagań starego ciała szuka drogi z taką samą rozpaczą i 
nadzieją jak w dniach młodości. I że może jeszcze zaświecić, jeśli 
znajdzie sposób, w jaki ma się ustawić do ludzi i do rzeczy śród 
odmienionych warunków. 
Ostrzeńscy płacze i czarne myśli babci uważali za nieuleczalną 
cechę starości; któż by się troszczył o wykrzesanie z tego, co i 
tak musi dogasać, jeszcze jakiejś jednej ostatniej iskry! 
Troszczono się o jej picie, jedzenie, spanie, i gdy rozpaczała, że 
nie ma się czego uchwycić, błagano ją, by zjadła trochę kureczki w 
potrawce. W domu Ostrzeńskich było zresztą przeważnie pusto. Pani 
Michalina założyła w ostatnich czasach na mieście sklep z 
przyborami do pisania i jeżeli nie była na zebraniu dobroczynnym 
lub w towarzystwie, to przebywała w tym sklepie. Anzelm i Janusz, 
obaj kończący już gimnazjum chłopacy, pokazywali się tylko przy 
stole. Anzelm zdawał się nie lubić babki i trzymał się sztywno z 
daleka, Janusz był, owszem, serdeczny, ale w ten żartobliwy, 
protekcyjny sposób, którego starzy i dzieci nie znoszą. Daniel był 
do trzeciej w gimnazjum, a potem albo chodził od okna do okna 
wyglądając na żonę, albo brał ze sobą najmłodszego synka i szedł 
jej szukać po mieście. Czasem, gdy pozostawał w domu, babcia 
zdjęta strachem osamotnienia przychodziła do niego, chciała z nim 
porozmawiać. Lecz on przyjmował matkę sucho i opryskliwie. Uważał 
bowiem, że cały świat przeszkadza mu w obcowaniu z Michasią i to 
go do wszystkich niechętnie usposabiało. Wprawdzie Michasi nie 
było właśnie w domu, lecz mogła lada chwila nadejść. Zastanie w 
pokoju matkę i wnet zacznie się rozmowa, jak zdrowie, jak się 
spało, a co by mama dziś zjadła i tym podobne głupstwa, gdy on 
tylu tak ważnych rzeczy nie miał kiedy żonie powiedzieć. W takie 
chwile trudno mu było znieść kogokolwiek prócz małego Bogdana koło 
siebie. Ujrzawszy matkę tracił do tego stopnia panowanie nad sobą, 
że pytał: 
— Dlaczego mama nie posiedzi u siebie? 
— Chciałam zajrzeć, co słychać -mówi nieśmiało babcia i cofa się, 
i odchodzi zwarzona, siada w swoim fotelu i głośno powtarza: -Co 
za nieszczęśliwy dzień, Boże Boże! 
A gdy się wreszcie wypłacze i uspokoi, spogląda w pełnej żalu 
zadumie na portrety. Tak, tak! Była kiedyś znacznie młodsza od 
swego męża, lecz oto on pozostał na zawsze młodym, pełnym 
świeżości mężczyzną na portrecie, a ona spogląda na niego stara, 
siwa, w czepeczku. Skóra na tak wielbionym kiedyś pięknym czole 
zwiotczała jak zetlały jedwab, a przyjemny pulchny owal twarzy 
opuścił się torbiasto. Co prawda, i teraz mówią, że babcia jest 
bardzo ładna, ale tak mówią i o ludziach leżących w trumnie. 
Tak dręcząc się, szukając i probując na oślep wynalazła sobie 
babcia w końcu jakąś pociechę śród osaczających ją mroków. Z 
któregoś listu syna Juliana wywnioskowała, że pragnie on ją 
sprowadzić do siebie do Rosji. Tego się uchwyciła i tym zaczęła 
żyć snując plany, jak mu poprowadzi gospodarstwo. 
Julian Ostrzeński był ciągle kawalerem, dobrze mu się powodziło, 
miał ogromne dochody i każdego roku przysyłał podarunki matce i 
siostrzeńcom, przy czym dzieci Daniela, Teresy i Barbary ciągle mu 
się wzajemnie między sobą myliły. Tak że ostatnim razem, na 
przykład, młodzi Ostrzeńscy otrzymali od niego batyst w różowe 
kwiaty na sukienki, a dziewczynki Niechciców -męskie srebrne 
zegarki. Michalina Ostrzeńska, odkąd miała sklep, jeździła czasami 
w interesach do Petersburga i ona jedna z rodziny widywała 
Juliana. Miała o nim wiele do powiedzenia i dobrego, i złego. 
Nazywała go miłym człowiekiem, ale miękkim jak wosk. Irytowała się 
na niego, że marnuje, "przepaskudza", jak się wyrażała, szczodre 
dary fortuny. Budował on koleje i mosty na wschodzie lub na 
południu Rosji, zarabiał ogromne sumy i tracił je, wstyd 
powiedzieć na co. Po prostu mówiąc, utrzymywał wszystkie swoje 
dawne kochanki, a także jakieś dzieci, co do których wmówiono mu, 
że były jego dziećmi. 
— Setkami -mówiła pani Michalina -utrzymuje te baby i te 
dzieciaczyska. A wszystko to, ma się rozumieć, jedno wielkie 
oszustwo. Nabierają go, a on jest zupełnie wobec tego bezradny. I 
opowiadała dalej o różnych ciemnych typach, które tego 
nieszczęśnika nachodzą i wynoszą od niego tysiące, tysiące rubli. 
Zarzucała mu również i brak patriotyzmu. Powinien był w Rosji 
zrobić potężny majątek, wrócić do kraju, założyć tu gniazdo 
rodzinne i pracować dla dobra swoich. Tylko w takim znaczeniu 
uważała wyjazdy do Rosji za rzecz racjonalną i pożyteczną. 
Albo na przykład wpływy! Wpływów swoich on nigdy nie wykorzystuje 
na dobro Polski. A ma je kolosalne. W ogóle krajowych spraw nie ma 
nigdy na względzie, chyba tylko o tyle, że wspomaga polskich 
studentów i różnych wałęsających się po Rosji polskich biedaków. 
Owszem, każdy taki może być zawsze pewny jego pomocy. Ach, więc 
nie są to tylko dawne kochanki? No, rzecz prosta, zostaje trochę 
dla innych -przecież on rozporządza sumami, o których tu w kraju 
nie ma się nawet pojęcia. I mimo to, poza owym brakiem 
patriotyzmu, nie można powiedzieć, aby nie był idealistą. Bon 
vivant -to prawda, jada w najdroższym klubie i w ogóle wszystkie 
przedmioty powszedniego użytku uznaje tylko w najdroższym, 
najlepszym gatunku, ale trzeba go widzieć, jak się zabiera do 
wytyczenia trasy nowej kolei. Co za blask idzie wtedy od niego, 
jak wspaniale potrafi marzyć o tym, ile dobra spłynie na biedną 
ludność z tego podniesienia się okolicy! Lecz o tym, że ta ludność 
wydaje na świat ciemiężycieli jego ojczyzny, tak jakby nie 
pamiętał. 
Pani Barbara też raczej potępiała ludzi wyjeżdżających do Rosji. A 
jednak, dziwna rzecz, nie zgadzała się na sąd Michasi o Julianie. 
Są ludzie, z którymi nie lubimy być jednego zdania, i to miało u 
pani Barbary miejsce w stosunku do Michaliny Ostrzeńskiej. 
Słuchając jej opowiadań o bracie, wciąż skłonna była przeczyć. 
Na szczęście Danielowa nie była zażarta w sporze, o ile to nie 
dotyczyło praktycznych życiowych interesów. Zbyt też była 
przyzwyczajona do poklasku, aby miała różnicę zdań uważać za wartą 
dyskusji lub za niekorzystną dla siebie. 
I gdy pani Barbara starała się osłabić czynione Julianowi zarzuty, 
pani Michalina, by jej zrobić przyjemność, zaczynała go wychwalać 
z innej beczki. Mówiła o jego wielkim powodzeniu towarzyskim. Jaki 
to on był nieporównany dowcipniś i elegant, jak się o niego 
ubiegano, jak najwyżej postawione osobistości pragnęły go widzieć 
w swych salonach i u swych stołów. 
Ale pani Barbarze to znowu nie dogadzało. 
— Właśnie -mówiła -to mi się w nim nie podoba, to światowe i 
puste życie. 
Przy babci nie mówiono wszystkiego o Julianie, ale widząc, jak ona 
się coraz bardziej przejmuje myślą o pojechaniu do niego, 
Michalina Ostrzeńska nieraz kręciła głową. 
— Trzeba to będzie mamie wyperswadować -mówiła. -I muszę napisać 
do Juliana, by przestał matkę durzyć. Przecież jemu się nawet nie 
śni zabierać jej do siebie. I zresztą co ona by tam robiła. Tam 
nie ma miejsca dla matki. 
A babcia tymczasem krzątała się, zbierała. 
— Rzeczywiście wybiera się pani w taką daleką podróż? -pytał 
czasami babcię ktoś ze znajomych. 
— Tak -odpowiadała. -Syn do mnie przyjedzie do Kalińca albo może 
Danielowa odwiezie mnie do Warszawy, a syn tam będzie już czekał. 
O Barbarze i Danielu babcia mówiła po imieniu, jedynie o Julianie 
wyrażała się "syn", jakby on tylko, potrzebujący, jak uważała, jej 
opieki, był jeszcze synem we właściwym znaczeniu tego słowa. 
— A z Warszawy -opowiadała chętnie dalej -pojedziemy już razem 
do Odessy. Syn tam teraz pracuje i najmuje pod miastem willę z 
ogrodem. I pewno nie ma mu się kto tym ogrodem zająć. Tak że 
trzeba będzie niedługo jechać, żeby jeszcze założyć inspekty, 
posadzić wszystko, wypleć... 
— I podróż panią zanadto nie zmęczy? 
— A niech Bóg broni! Syn dostaje zawsze dla siebie osobny wagon, 
tak że będziemy jechać z wszelkimi wygodami. W takim wagonie ma 
się i sypialnię, i kuchnię. Nastawia się herbatę. Zupełnie jak w 
domu. Gdzież tu się można zmęczyć? 
W końcu chcąc przyśpieszyć wyjazd babcia zaczynała się pakować. 
Całymi tygodniami żyła przy powiązanych sznurkami kuferkach i za 
każdym dzwonkiem wyglądała do sieni. Doszło do tego, że gromadziła 
w komodzie zapasy na drogę, a gdy się psuły, trzeba je było siłą 
prawie wyrzucać. 
Po jednej ze swych bytności w Petersburgu Michalina Ostrzeńska 
przywiozła fotografię Juliana z dedykacją dla matki. 
— A nie powiedział, którego dnia mam wyjechać? I na cóż on mi to 
przysyła, przecież go niedługo zobaczę -pytała babcia i 
zdenerwowana odwijała fotografię. 
A odwinąwszy zaśmiała się zgorszona. 
— Co ty mi dałaś, kochanko? Przecież to jest mój stryj. Stryj! 
Brat ojca, Onufry! 
— Jaki brat ojca, mamo! To Julian. 
Fotografia przedstawiała głowę tłustego pana z klinuszkiem zarostu 
na środku brody, z pokrętnym wąsem i rozlanym bezkształtnie owalem 
twarzy, łysego, z naczesaną na łysinę do przodu misterną i przykro 
czarną grzywką, z podpuchłymi oczyma i ustami smakosza. 
— Przecież ma tu mama jego własnoręczny podpis -przekonywała 
roznamiętniając się Danielowa. 
Babcia patrzyła na podpis jak na wymyślne oszustwo. 
— Bajki mi opowiadasz. Patrz. Widzisz? To jest Julian! -rzekła 
karcąco. I wskazała na fotografię z komody, będącą obrazem 
szczupłego, smagłego młodzieńca o ładnie osadzonych marzących 
oczach, subtelnych rysach i tkliwych ustach omglonych dziewiczym 
zarostem. 
— Mamo, mamo, niech mama nie żartuje -śmiała się Danielowa chcąc 
w ten sposób na matkę podziałać. -Tak wyglądał piętnaście lat 
temu, a teraz -tak, i cóż robić? 
— Moje dziecko, chcesz ze mnie zrobić osobę niepoczytalną powiedziała 
babcia także udając żarty, lecz bardzo rozdrażniona. 
Pani Michalina zapomniała o sklepie, do którego się śpieszyła, i 
rozgorączkowana jeszcze z pół godziny, powołując się na różnego 
rodzaju dowody, usiłowała babcię przekonać, że fotografia 
przedstawia Juliana. Na koniec dobiła się tego, że babcia 
znienacka przestała się kłócić. Wsparłszy się łokciem na poręczy 
fotela, utkwiła brodę w złożonej dłoni, spojrzała z litością na 
synową i drwiąco zobojętniałym głosem rzekła: 
— Tak, tak. Zgadam się, zgadzam. Masz rację, kochaneczko. Wy 
wszyscy jesteście przecież mądrzejsi ode mnie. Więc to Juliś, 
powiadasz? No naturalnie. Naturalnie. 
Michalina zlękła się i zmartwiła. Wyszła jakoś nieśmiało, a potem 
rzekła do Anzelma: 
— Wiesz, syneczku, że babcia staje się nienormalna. 
On zaś odrzekł na to spokojnie: -Dawno nią była. 
Odtąd pani Michalina zaczęła przemyśliwać, czy zmiana miejsca i 
warunków życia nie wpłynęłaby na babcię korzystnie i czy nie 
zawieźć jej na kilka tygodni do radcy Joachima Ostrzeńskiego lub 
może do Niechciców. Zagabnięta o to raz i drugi, babcia rzuciła 
się w gniewie: 
— Intrygujecie wszyscy, żebym nie pojechała do syna. Wszyscyście 
zawsze byli jego wrogami. Chcecie, żeby sczezł marnie bez opieki! 
Przecież on ma tam wszystko nie urządzone. I czeka! Rozumiesz? 
Czeka! 
Pani Michalinie zabłysły oczy i straciła cierpliwość. A może 
myślała, że ostrym wstrząsem przywiedzie babcię do przytomności. 
Stłumionym przez namiętne wzburzenie szeptem zawołała: 
— A więc niech mama wie, że Julian ma nie tylko wszystko 
urządzone, ale że mieszka z kobietą. No, co mama tak patrzy? Z 
kobietą! Z kochanką! Z utrzymanką! No i Babcia stała przez chwilę 
z otwartymi ustami i wytrzeszczonymi oczyma. Nagle pokazała 
synowej język, odwróciła się i w milczeniu usiadła na swym fotelu 
zakrywszy ręką twarz. 
Danielowa też nie władała już sobą. 
— Mamo! -wołała, to obchodząc ją wkoło, to łamiąc ręce i 
zaczynając szlochać. -Mamo! Co ja mamie takiego zrobiłam? Mama mi 
tak wciąż przeczy. No, więc uniosłam się! Uniosłam. Nie z 
utrzymanką, ale no -z kobietą, którą kocha. Może się z nią ożeni? 
Moja mamo! 
— Nie ożeni! -rzekła babcia uroczyście, podniósłszy palec do 
góry. 
I więcej nie odezwała się tego dnia do nikogo ani słowem. 
Zaglądano do niej raz po raz i widziano, jak coś pisała. Napisała 
list, który nazajutrz rano oddała kucharce Antoniowej do wysłania. 
— Dajcie mi ten list -rzekła pani Michalina. 
Wzięła go do ręki i ze zdumieniem przeczytała adres: "J.Wielmożny 
pan Julian Ostrzeński w Iwanowicach, stacja pocztowa Czałbów". 
— Matko Boska -szepnęła pani Michalina -co tu robić? 
Chodziła z tym listem jakiś czas dokoła stołu, wreszcie 
zmarszczywszy się i zacisnąwszy oczy, aby na to, co czyni, nie 
patrzyć, rozerwała kopertę. List zawierał następujące słowa: 
"Najdroższy Julisiu! Rzucają tu na cieb straszne kalumje ale ja 
nie wierz Przyjedź jaknajprędzy i zabierz mnie. Daniel i Danielowa 
są dobrzy ale Michalina wdała się ze stryje Onufrym i 
znienawidziła mnie Muszę zaraz być w domu, aby wszystko wyjaśnić 
Zapyt rodziców czy mogę przyje Rodzice pewno zdrowi czy ojciec 
ciągle się gniew Twoja na zawsze Bogu cię polecająca Jadwi". 
Po zapoznaniu się z tym listem pani Michalina napisała do pani 
Barbary, a wkrótce Niechcicowie przyjechali i przy podwieczorku 
naradzano się ze smutkiem nad dalszym losem babci. Wezwany lekarz 
stwierdził początek sklerozy mózgu, przepisał jod i bardzo 
pochwalił projekt zmiany miejsca pobytu. 
— Na razie -uspokajał rodzinę -nie grozi żadne 
niebezpieczeństwo. To może trwać jeszcze lata i przy zmianie 
warunków, przy odpowiednim postępowaniu mogą nawet przyjść okresy 
powrotu do przytomności. 
Bogumił sam poszedł namawiać babcię na wyjazd do Serbinowa. 
Postanowił nie wspominać o Julianie, póki babcia sama o tym nie 
zacznie. 
— Moja mamo -przystąpił od razu do rzeczy -jedziemy do nas na 
wieś. Na mleczko, na powietrze. Doktór powiada, że mamie życie w 
tych dusznych miejskich murach bardzo szkodzi. A my już tak dawno 
chcemy, żeby mama do nas przyjechała. Dzieci się tak ucieszą. Moja 
mamo kochana. 
Były to sobie najzwyczajniejsze słowa, ale mówiąc je Bogumił tak 
się wzruszył, że łzy stanęły mu w oczach. 
— Tak mówisz, kochaneczku? -pytała babcia rozrzewniona. -Może 
masz rację. Dobry z ciebie chłopiec. A mnie powiedzieli, że ty 
mnie też nie cierpisz. Ja i sama czuję, że miasto mnie szkodzi. 
Ale oni, widzisz, chcieli mnie wysłać do Piekar. A na Piekary 
wiem, że ojciec nigdy by się nie zgodził. 
— Nie, któż by jeździł do Piekar -oburzył się Bogumił. -Tylko do 
nas. Niech no się babcia zaraz zbierze, a po rzeczy przyślemy 
jutro. A tabaczką mnie babcia nie poczęstuje? 
— Patrzcie go! Tabaki mu się zachciewa! -śmiała się 
uszczęśliwiona. -Masz, masz. A nie wciągaj za mocno. Czekaj! 
Nasypię ci. Daj tu rękę. O tak. Widzisz! Nie zdmuchnij. O, to jest 
dopiero sztuka! Na zdrowie! 
Częstowali się i dokazywali, aż reszta rodziny dziwiła się w 
drugim pokoju. Zaś babcia, ożywiona, uszczęśliwiona, przytomna, 
zaczęła się zbierać do drogi. O Julianie jakoś nic nie wspomniała. 
W Serbinowie oddano babci pokoik w ruskiej, przybudowanej części 
dworu, w której mieściły się prócz tego kuchnia, pokój dla służby, 
piekarnik i spiżarnia. Ładniejszy byłby pokój na górze, ale doktór 
nie pozwolił babci dużo chodzić po schodach. 
— A jeszcze po takich -mówiła pani Barbara, gdyż schody były 
spróchniałe i niewygodne. 
Nowy pokoik babci miał tę wadę, że jedna jego ściana przytykała do 
piekarnika i często była gorąca. Pani Barbara kłopotała się z tego 
powodu, ale babcia brała to wszystko z dobrej strony. 
— A cóż to złego dla mnie starej -ciepła ściana? -śmiała się. — Latem będę i tak wciąż na powietrzu, a zimą właśnie sobie akurat 
przy tej ścianie zawsze posiedzę. 
Bogumił sam pomagał się pani Adamowej Ostrzeńskiej urządzić. 
Przybił do ściany portrety, poustawiał meble, wszystko znalazło 
się na ustalonych miejscach, tylko na kaktusy, dla których parapet 
okna okazał się za wąski, trzeba było kazać stelmachowi zrobić 
drewniane schodki. 
Przez jakiś czas nowo urządzony pokoik babci uważany był za 
najładniejsze, najprzyjemniejsze miejsce w całym domu. Zwłaszcza 
pięcioletnia Agnisia była zamieszkaniem babci w domu bardzo 
przejęta i co chwila chciała do niej przychodzić. A z nią 
przychodziły zaraz Emilka i niańka Józia. To przyniosły babci 
kwiatów do wazonika ze strzelcem, to przybiegły pokazać nową 
zabawkę, to pytały, czy się mogą w pokoiku babci pobawić. Nawet 
mamka Tomasza, Józefa, duża koścista kobieta o niemiłym, ponurym 
usposobieniu, chociaż po przyjeździe starszej pani głośno ciągle 
mówiła, że okropnie starych ludzi nie lubi, zawsze, ile razy 
przechodziła z niemowlęciem koło babcinego okna, zwalniała kroku, 
by popatrzyć, co się tam wewnątrz dzieje. 
Dla pani Barbary pokoik matki, niski, bielony, jak niegdyś 
pokoiki, w których się wychowała, był niby cudownie ocalonym 
szczątkiem dawnych lat dzieciństwa. Nawet pachniało tam tak samo 
lawendą i woskiem. Teraźniejsze życie pani Barbary było już na 
tyle ugruntowane, że z chęcią napawała się aromatem wracających do 
niej okruchów przeszłości tak odległej, że była miłą jak 
rozrzewniająca książka. 
Często też przychodziła do matki to z bielizną do połatania, to z 
papierosem -by posłuchać opowiadań o dawnych czasach. Bogumił też 
zaglądał i sam zwykle przynosił, jeśli miał coś z ubrania do 
reperacji. 
Babcia ochoczo brała się do przyszywania, cerowania, łatania i 
była w świetnym humorze. 
— Tu u was czuję przynajmniej, że jestem na coś potrzebna mówiła, 
choć nie robiła nic innego niż to, co u Ostrzeńskich. 
— Głupia byłam -twierdziła -żem do was wcześniej nie 
przyjechała. Tak tu miło, swobodnie. Widzę teraz, że jestem 
stworzona do wsi. I zawsze ktoś z was jest w domu, nie tak jak u 
Michasi. Tam wiecznie pusto i pusto. 
O projekcie wyjazdu do inżyniera Juliana wspominała czasem, ale 
raczej go krytykując. 
— Bo też to był pomysł do niczego -utrzymywała z pewnego rodzaju 
pretensją. -Owszem, niech przyjedzie, rozmówi się ze mną jak się 
należy, a wtedy zobaczymy. 
— Słuchaj -pytała pani Barbara męża. -Czy nie uważasz, że mama 
przyszła tu zupełnie do siebie? Ani razu nie mówiła od rzeczy. 
— A widzisz -cieszył się Niechcic. -Może teraz przyznasz mi 
rację, że nie ma to jak wieś. 
— Na jedne rzeczy, a na inne wieś jest zabójcza -odpowiadała pani 
Barbara, gdyż od jakiegoś czasu nawiedzały ją myśli, że życie na 
wsi jest w gruncie rzeczy daremną stratą czasu. 
Co prawda, to od przyjazdu babci myśli te złagodniały, rzadziej 
bywała w krytykującym usposobieniu. Oboje z Bogumiłem mieli teraz 
uczucie, że kogoś tonącego, pogrążającego się w mrok, wydobyli z 
powrotem na światło i na bezpieczne miejsce. To ich odświeżało, 
przenikała ich wobec babci uszczęśliwiająca czułość, którą wzbudza 
zawsze każdy, komu się dobrze zrobiło, kogo się ocaliło. 
Wiedzieli, że losu nic nie odwróci i że stracili go tylko z oczu 
na chwilę, ale zyskawszy tę chwilę uważali ją za swoje dzieło i za 
morze czasu bez granic. Tak samo było i z babcią. Wstąpiły w nią 
jak gdyby nowe siły, a ona sama starała się pilnie o ich 
zachowanie i pomnożenie. Dbała o to, by nie zapomniano o śmietance 
dla niej, o drugim śniadaniu złożonym z wina z jajkiem, o to, by 
dostateczną ilość godzin spoczywać na świeżym powietrzu. A to 
wszystko nie z łakomstwa, nie aby miała upodobanie w dogadzaniu 
sobie, ale by jeszcze jak najdłużej być zdrową w tym domu, w 
którym życie nabrało dla niej znów ceny. 
Mijały tygodnie i miesiące, obecność babci spowszedniała, 
zwłaszcza że stan jej był o tyle dobry, że nie wzbudzał żadnych 
poważniejszych wzruszeń i niepokojów. Czasami widząc, jak matka 
sama zabiega dokoła siebie, sama troszczy się o swe zdrowie, pani 
Barbara czuła nawet zniecierpliwienie, jakby patrzyła na jakąś 
zdrożną gorliwość. 
— Ale niechże się mama uspokoi -mówiła wtedy. -Nikt nie zapomni 
ani o tej śmietance, ani o tym, żeby mamie wynieść fotel pod 
drzewa. 
Po niejakim czasie oczy babci jakby nieco przybladły, skarżyła 
się, że źle widzi, zapadała na zdrowiu, często dostawała rozstroju 
żołądka, bicia serca, ciężkich zawrotów głowy. Pani Barbara 
zaczęła wtedy na powrót koło niej troskliwie i czule chodzić martwiła 
się, że matka się nie dosyć szanuje. 
— Mamo -prosiła -dlaczego mama tak nic nie dba o siebie. 
Przecież nie można tyle chodzić, nie można się tak męczyć. I 
dlaczego mamuchna nie przypomniała dziś o śmietance? Niech mama o 
sobie pamięta, moja droga, kochana. 
Pewnego dnia babcia wyniosła ze swojego pokoju dywanik sprzed 
łóżka i chciała go wytrzepać. Ale zrobiło jej się słabo i 
poprosiła o to przechodzącą mamkę Józefę, która zawołała ze 
śmiechem: 
— Rzeczywiście. Na tom się godziła, żeby starym próchnom 
posługiwać. Żeby może po nich brudy wynosić? 
Słowa te usłyszał w swoim pokoju Bogumił i natychmiast odprawił 
Józefę, wypłaciwszy jej, co było trzeba naprzód. Babcia dostała 
ataku sercowego, pani Barbara była do głębi wzburzona. 
— Cała się trzęsę -mówiła. -Że się też wcześniej tej baby nie 
wyrzuciło. Ona by jeszcze kiedy i chłopcu co zrobiła. Nie mogę 
odżałować, że dało jej się go karmić. 
Józefa poszła wiązać swą pościel i szykować skrzynkę z rzeczami; 
za tą skrzynką, odsuniętą trochę od ściany, bawiły się akurat 
Agnisia i Emilka. Ujrzawszy je mamka Tomaszka, niby nienaumyślnie, 
przycisnęła je skrzynką, tak że się o mało nie podusiły. Wszczął 
się krzyk, pani Barbara powiedziała do Józefy: -Zobaczycie, że 
skończycie w więzieniu -na co ona odrzekła: 
— Nie wiadomo, kto pierwszy -i z tym poszła. 
Tomaszkiem zajęła się teraz cicho i zręcznie Józia, Agnisi 
polecono opiekę nad Emilką. Tomaszka dokarmiano mlekiem krowy za 
pomocą butelki ze smoczkiem. Pił dobrze, ale stał się grymaśny, 
krzyczał po nocach i ciągle chorował na żołądek. Pani Barbara 
czasem aż żałowała odprawionej mamki. 
— Diabłem była wcielonym, to prawda -utyskiwała -ale 
przynajmniej dziecko mi dobrze wyglądało. 
Innym razem dreszcz trwogi ją przenikał. 
— A może ona co temu dziecku zadała? Może jaki urok na nie ze 
złości rzuciła? 
— Taka jesteś wykształcona i wierzysz w podobne rzeczy? strofował 
ją Bogumił. 
— Nie wierzę -odrzekła, ale nie mogła opędzić się tej myśli. Tym 
bardziej że i z babcią zaczynało być krucho. Znowu mówiła od 
rzeczy. Wciąż zapominała, że Józefę oddalono, i biadała: 
— Nie chcesz mnie słuchać i trzymasz ją. Nikt mnie nie słucha, ale 
wspomnicie moje słowa. Ja mogę przysiąc, że ona tu dziś chodziła w 
nocy po sieni. Ona jeszcze kiedy weźmie i dom podpali. Ciągle się 
skrada i skrada. 
Pewnego dnia Józia przyszła do kuchni i szeptem powiedziała do 
pani Barbary, że w kuchni jest kobieta ze wsi, która umie 
odczyniać złe uroki. I że jeśli Tomciowa mamka zadała co dziecku i 
starszej pani, to ona by może pomogła. 
— Dajże spokój z głupstwami! -obraziła się pani Barbara. Żadnych 
znachorek nie chcę na oczy widzieć. Nie pozwalam. 
A kiedy stropiona Józia odeszła, pani Barbara przywołała ją na 
powrót do siebie. 
— Czekaj no -zawołała -cóż ty jej powiesz? 
— Powiem, że pani nie pozwoliła. Ale one się boją, że ona jest, 
jak to się mówi, znająca. I że jak się rozzłości, to jeszcze na 
nie co rzuci. 
— Co za one? 
— A w kuchni -szepnęła Józia. -Naścia z kucharką. 
— Jeżeli się macie bać -rzekła pani Barbara z godnością -to 
sobie z nią gadajcie, ale niech ja o tym nic nie wiem. 
A co to za kobieta? 
— Kolańska. Ona jest matką tego Tomka, co służy za kościelnego. Co 
na niego wołają "mały". 
Pani Barbara nic na to nie odrzekła, a za chwilę wyszła 
pośpiesznie z domu. Spotkawszy w progu Bogumiła powiedziała: 
— Przyszła tam stara Kolańska i ma odczyniać uroki. 
— Uroki? A ty pozwoliłaś? I gdzie tak biegniesz? 
— Musiałam pozwolić, bo to wszystko się boi, żeby im czego nie 
zadała, jak się obrazi. Ale mnie to nic nie obchodzi. Idę do świń. 
Chodź ze mną, pokażę ci karmnika. 
Bogumił poszedł z wahaniem. 
— A nie lepiej być przy tym? -pytał zaskoczony. 
— A co ja mam z tymi zabobonami wspólnego? -wzruszyła ramionami 
Barbara. -Chyba przez ciekawość, żeby się przyjrzeć ludowym 
obyczajom. 
Na chwilę stanęła, zakolebała się tam i z powrotem, ale 
ostatecznie poszła do chlewów. 
Stali przy zagrodzie tucznika, który siedział biały i ciężki, z 
różowymi uszami nawisającymi na oczy i niekiedy frasobliwie 
pochrząkiwał. Ale pani Barbara zdawała się nie myśleć o tuczniku. 
— Wiem, że pomóc, to ma się rozumieć nie może -mówiła 
rozdrażniona -ale i nie zaszkodzi. A jeżeli zaszkodzi? Chodź, 
wracajmy. Jeszcze mi dziecko przełamią, zapomniałam powiedzieć, 
żeby go nie tykali. 
Zawrócili, a pani Barbara szła tak prędko, że Bogumił nie mógł jej 
prawie nadążyć. 
W kuchni siedziała piękna kobieta w czepcu. Miała wygląd dostojnej 
starej księżny, czarne bystre oczy i dobrotliwe usta, od których 
rozchodziły się naokoło promieniście nieznaczne zmarszczki. Jadła 
chleb z serem i piła kawę z garnuszka. 
Widać się rozmyśliła i nie odczyniała -pomyślała pani Barbara z 
uczuciem przykrego zawodu. 
— Jak się macie -rzekła, a przyjrzawszy się bliżej dodała: -Ja 
was znam. Widziałam was w kościele. 
— No! -zawołała radośnie kobieta i wstawszy skłoniła się ręką, 
cokolwiek się schyliwszy. 
Pani Barbara pośpieszyła do pokojów i zapytała Józię z pretensją: 
— Cóż, dałyście spokój z tym odczynianiem? 
— Jak to? Odczynialiśmy -odparła Józia i opowiedziała, jak się 
wszystko odbyło. 
— Na co wy się wdajecie w takie rzeczy? Uczeni ludzie już dawno 
dowiedli, że to są głupstwa -pouczała pani Barbara. 
A gdy Tomaszek w dalszym ciągu mizerniał i chorował, mówiła: 
— Widzicie, jak mu to odczynianie pomogło. 
— Ja tam w to też nie wierzyłam -usprawiedliwiała się Józia. Ale 
jak zaczęły gadać, to sobie myślę, a niech tam. Ciemny naród 
ma takie zabobony. 
Po kilku tygodniach chłopiec się jednak poprawił, nabrał ciała i 
siły -a niebawem stał się mocny i zdrowy nie do poznania. 
— A któż to wszelako sprawił, jeżeli nie Kolanicha -utrzymywano w 
kuchni. -Ona je dobro. A od razu nikt nie pomoże. 
— Co wy mi tam bajacie -odpowiadała pani Barbara. 
— Był chory, bo zmienił pokarm, a teraz przyzwyczaił się już do 
mleka z butelki. Nad starszą panią też Kolanicha pakuły czy coś 
tam paliła, a nic jej od tego nie lepiej. 
Właściwie pod niektórymi względami babcia się poprawiła. Cieleśnie 
była krzepka, bicia serca ustały zupełnie, dobrze jadła, dobrze 
trawiła, dobrze spała, ale rozmawiać z nią było już bardzo ciężko. 
— Ty mnie słuchaj -mówiła na przykład do Barbary nosowym 
znaczącym szeptem, bo przy tym wciąż się bała, że ją ktoś 
podsłuchuje -zabieraj rzeczy i jedziem. Rodzice nie będą się 
gniewać. 
— A jeśli będą? Nie ma co się tak śpieszyć -wstrzymywała ją pani 
Barbara. -Może ja lepiej najpierw do nich napiszę? 
— Po co pisać -niecierpliwiła się babcia. -Zaręczam ci, że z 
upragnieniem na nas czekają. Ja przecież tam byłam tylko co, 
rozumiesz? Może tydzień, może dziesięć dni temu byłam tam i mówię 
ci -nic się tam nie zmieniło. W moim pokoju nawet szafa, jak ją 
zostawiłam uchyloną, tak została, ojciec nic nie dał tknąć, bo się 
co dzień spodziewa, że powrócimy. 
— Ale gdzie mama była tydzień temu? 
— Jak to mama? Nie mama, a ja byłam u mamy w Iwanowicach. No, nie 
wiesz? 
— A to co innego -mówiła pani Barbara zmęczona. 
Dziewczynki, gdy babcia odpowiadała im nie to, o co pytały, lub 
gdy zaczynała mówić sama do siebie, przerywały zabawę, stawały jak 
wryte i patrzyły jakby na jakieś złowrogie przedstawienie. Zdawało 
im się, że babcia naumyślnie tak wygaduje, nie mogły od niej 
wprost oczu oderwać. Czasem Emilka podskoczywszy roześmiała się ze 
zdziwieniem, a wtedy Agnisia poskramiała ją mówiąc: 
— Cicho, nie śmiej się. 
Pani Barbara kazała mieć starszą panią na oku to Józi, to Naści, 
ale babcia złościła się widząc je koło siebie. 
— Precz mi! -krzyczała na nie. -W więzieniu trzymać się nie dam! 
Nie ważcie mi się szpiegować. 
Najlepiej znosiła babcia obecność Bogumiła, któremu chętnie i do 
rzeczy opowiadała o przygodach swojej młodości, o tym, jak sobie 
ząb na schodkach kiedyś wybiła i jak z przyjaciółką, hrabianką 
Czarnowską, czytywała francuskie powieści. 
Ale Bogumił mógł z babcią przebywać tylko w niedzielę, a wtedy był 
zawsze tak żądny snu i wypoczynku po pracy, że czasem 
niepostrzeżenie śród opowiadań zadrzemał. A zbudziwszy się 
namawiał babcię, by z nim co pośpiewała, bo się bał, że znów 
zaśnie. Nucili zatem: "Hej, ty koniku wrony, olstrami objuczony" 
lub coś równie starego. 
A pani Barbara słysząc z daleka te śpiewki, płynące z miejsca, co 
było arką przeszłości, zamyślała się i powtarzała: 
— O czasy, czasy, gdzie wy. 
Pani Barbara zaniedbywała teraz dla matki niejedną z robót 
domowych, ale samą naprawdę trudno było babcię zostawić, gdyż była 
bardzo niespokojnego ducha. Raz zrzuciła ciężką doniczkę z 
kaktusem, całe szczęście, że nie na nogę, innym razem o mało nie 
ściągnęła sobie na głowę razem z gzymsem firanek, które chciała 
koniecznie zdjąć do prania, choć je właśnie tylko co po praniu 
zawieszono. Zdarzały się też i gorsze rzeczy. 
Pewnego dnia Barbara przyszła do Bogumiła i rzekła z płaczem: 
— Ja już nie wiem, co z mamą robić. Doszło do tego, że się 
załatwia po prostu w pokoju na podłogę. Ciągle się przy niej 
siedzi, prowadza się ją i wtedy nigdy nic, a jak tylko na chwilę 
się wyjdzie... 
I pani Barbara znów zapłakała nad tą poniżającą niedolą. Bogumił 
oderwał się od gospodarskich rachunków, utknął brodą w zaciśniętej 
pięści i patrzył spod oka na żonę z osowiałym współczuciem. Po 
chwili wstał, zaczął chodzić po pokoju, a wreszcie pogładził ją 
obu rękami po włosach i rzekł: 
— Uspokój się, moja kochana, jedyna... Cóż robić. Zapalmy 
papierosa. 
Zapalili, pani Barbara otarła oczy i powiedziała z proszącym 
jękiem w głosie: 
— Może by jutro jeszcze raz posłać po doktora? 
— Przecież był trzy dni temu. 
— A może by jeszcze raz posłać? 
Posłano tedy i przez kilka dni stosowano cierpliwie, co nakazał, a 
potem zaniechano wszystkiego, gdyż babcia lekarstwa wypluwała, a 
nacierania i kompresy jeszcze ją tylko bardziej drażniły. 
Pewnego dnia zrobił się gwałt, gdyż babcia kichnęła w tabakierkę i 
zasypała sobie tabaką oczy. Niechcicowie spotnieli, nim zdołali 
jej przemyć te oczy. Babcia zanosiła się przy tym od krzyku i pani 
Barbara bała się, że ona samego tego krzyku nie przetrzyma. 
Przyszedłszy na koniec nieco do siebie, nie dała nikomu się 
dotknąć prócz Bogumiła, który został przy niej w końcu sam i długo 
siedział przykładając na zapuchnięte oczy płatki z zimną wodą. 
Babcia poddawała się temu potulnie, sięgała po omacku do jego 
ręki, całowała ją i mówiła spod okładów: 
— Tyś anioł. Zapiszcie to sobie, zapamiętajcie. Tyś anioł. Anioł z 
nieba. 
A po chwili załkawszy wewnętrznie, jakby w nagłym poczuciu 
nieumyślnej udręki, sprawianej sobie i drugim, jakby w błysku 
pragnienia, by los jeszcze jakoś odwrócić, zapytała z ustami w 
podkówkę: 
— Czy ja jestem już grzeczna? Już grzeczna? 
Bogumił przesiadł się wtedy na łóżko i zdjąwszy płatki z oczu 
chorej objął staruszkę, kołysał ją w ramionach i mówił: 
— Grzeczna, grzeczna jak dziecko. 
Pani Barbara poszła tymczasem do sypialni. W miejscu, gdzie stało 
przypadkiem krzesło przy stoliku z lustrem, usiadła i założywszy 
na piersiach ręce kiwała się z przymkniętymi oczyma. Dzieci 
zahałasowały w jadalnym. Syknęła, otworzyła oczy, a mając przed 
sobą lustro patrzyła w nie i tak patrząc ujrzała nagle swe 
pierwsze siwe włosy. Były dziwne, nienaturalnie sztywno się wijące 
przy czarnych, prostych. Strasznie się zlękła tych włosów. -Boże 
— pomyślała z rozpaczą. -Ostatnie lata młodości. Starość się 
zbliża, a ja zamiast żyć, muszę się borykać z takim nieszczęściem. 
A to może trwać lata -przypomniały jej się słowa doktora. Było 
jej tak, jakby ciężki stan matki pozbawiał ją czegoś, co gotowe 
czeka do przeżycia, czeka na nią i czekać będzie na próżno. A więc 
żywiła jeszcze jakąś nadzieję? Na co? Nic określonego nie było już 
jej przedmiotem. A jednak trwała i wciąż wróżyła coś innego niż 
to, czym żyć przypadło. 
— A kiedy będę wreszcie wolna, będzie już nie czas -majaczyła, i 
wtem wzdrygnęła się uprzytomniwszy sobie, że wolna -znaczy sama. 
— W imię Ojca i Syna -westchnęła nie mogąc znaleźć innych słów na 
odżegnanie złych myśli. A potem zaczęła chaotycznie powtarzać 
jakieś wiersze, oderwane zdania z Mickiewicza, ze Słowackiego: 
"Anioły stoją na rodzinnych polach...", "Postój, ach, postój, 
hułanie czerwony...", "Polały się łzy me czyste, rzęsiste... 
rzęsiste... rzęsiste..." 
Wkrótce po wstrząsie z tabaką -a było to już w trzecim roku jej 
pobytu w Serbinowie -babcia pewnego dnia ubrała się w aksamitny 
stroik na głowę oraz w ciężką watowaną rotundę i tak ubrana 
wymknęła się z domu wcześnie rano, coś o siódmej godzinie. Sunęła 
z takim pośpiechem, że nim ludzie, którzy ją zobaczyli, dali do 
dworu znać, skręcała już na szosę. Bogumił kazał dać co żywo 
bryczuszkę, wsiedli oboje z panią Barbarą i dogonili babcię już 
prawie na samej granicy Serbinowa. Pozwoliła się z łatwością 
zabrać, gdyż jej powiedzieli, że jadą w tę samą stronę. 
Po powrocie z tej wyprawy babcia dostała dreszczów i gorączki. 
Zgrzała się widać idąc ciężko ubrana, a w powrotnej drodze musiało 
ją zbyt nagle owiać zdradzieckie tchnienie marcowe. 
Lekka grypa nie trwała długo, po tygodniu babcia wstała, lecz 
jakoś na dobre przyjść do siebie nie mogła. Niebawem znowu się 
położyła, gorączka zaczęła wracać, ale już nie na tle zaziębienia, 
tylko na jakimś innym. Doktór mówił, że zaatakowane są nerki, 
dawał się też we znaki ciężki rozstrój żołądka. Mijały dnie, 
tygodnie, nawet miesiące, a stan chorej się nie polepszał. 
Wychudła, nie przyjmowała prawie pokarmów nazywając wszystko 
wstrętnym i płacząc, że ją naumyślnie źle karmią. Osłabła tak, że 
trudno jej było nawet stanąć o własnej sile, zaś niewysoka 
gorączka trzymała się uparcie, spadając tylko w południe. Pani 
Barbara sypiała teraz nawet przy matce na zmianę z Bogumiłem. Co 
dzień też po trzy, cztery razy zakładała termometr męcząc przy tym 
i siebie, i matkę, która uważała to za znęcanie się nad sobą i 
zawsze w czasie mierzenia gorączki strasznie jęczała. Ale pani 
Barbara tyle nadziei pokładała w tym termometrze. A nuż wreszcie 
pokaże jakąś odmianę. Termometr jednak jak urzeczony wskazywał 
ciągle to samo. 
Sprowadzano coraz innego doktora, Michalina Ostrzeńska przywiozła 
nawet raz jakąś znakomitość chwilowo bawiącą w Kalińcu. I 
znakomitość, i miejscowi lekarze mówili, że stan nie jest 
beznadziejny, radzili to lub owo, zostawiali po sobie smugę 
chwilowego pokrzepienia na duchu, ale Niechcicowie widzieli, że 
babcia gaśnie z dnia na dzień. Tak że nawet w końcu posłano po 
księdza, który jednak z powodu nieprzytomności chorej mógł ją 
tylko namaścić świętymi olejami. Dopiero w czerwcu pewnego 
wieczora gorączka nagle spadła. 
Pani Barbara nieufnie badała przez chwilę termometr, strząsała go, 
pocierała, sprawdzała podnoszenie się rtęci. 
— Zasnęła -rzekł po cichu Bogumił schyliwszy się nad babcią. Idź 
się trochę położyć, Basiuchno. Ledwo stoisz na nogach. Ja 
zostanę. 
— Dobrze -odparła, gdyż w istocie ostatnie kilka nocy nie spała. 
— A lekarstwo kiedy dawałeś? 
— Przed półgodziną. Jak się zbudzi, dam znowu. Już idź, kochanie. 
Zdaje mi się, że najgorsze minęło. 
Pani Barbara odeszła bez radości, z mdłym poczuciem, że najgorsze 
bynajmniej nie minęło i że jeżeli to ma być wyzdrowienie, oznacza 
ono tylko powrót do niedoli bez wyjścia. 
Ale zrobiło jej się wszystko jedno. W ostatnich czasach tak bardzo 
się wymęczyła; że ogarnęło ją tępe i błogie przy tym 
zobojętnienie. Po tylu zgryzotach, szarpaninach i niepewnościach 
przestała raptem cierpieć. Nie chciała o niczym wiedzieć, 
rozebrała się, położyła w chłodnej zbawczej pościeli -było to 
prawie szczęście. 
Bogumił siedział tymczasem w czerwonym aksamitnym fotelu babci. 
Coś mu się zaczynało śnić, był również na pół przytomny. Nagle 
otworzył szeroko oczy -babcia się poruszyła. Zobaczył, że 
trzymała teraz ręce na kołdrze. Przebierała palcami, jakby coś 
chciała zgarnąć czy ująć żałosnym gestem niemowlęcia i 
umierającego, pierwszym i ostatnim gestem człowieka na ziemi. 
Wstał i podszedł do łóżka, potrącił stolik, łyżeczka oparta o 
szklankę zabrzękła; chciał dać lekarstwo, ale ujrzał, że babcia 
drży. 
— Czy zimno? -spytał troskliwie. 
— Nie, zimno mi nie jest -odparła przytomnie ze zdziwieniem, lecz 
dygotała coraz mocniej, tak że Bogumił objął ją ramionami i mówił: 
— Nie bój się -nie bój... nie bój... 
Nad ranem pani Barbara zerwała się z ciężkiego snu poczuwszy na 
czole rękę Bogumiła. 
— Chodź, kochanie -powiedział. -Mama zamknęła oczy. 
Pani Barbara zaczęła się w milczeniu ubierać. Agnisia zbudziła się 
i pytała: 
— Mamusiu, co się stało? Co tatuś powiedział? 
— Nic, śpij dziecko. Idziemy do babci. 
Pani Adamowa Ostrzeńska leżała przykryta już nie kołdrą, lecz 
prześcieradłem po szyję. W głowach łóżka na słupku od kwiatów 
paliła się zdjęta ze ściany gromnica. Okno było otwarte, ogród 
szarzał pod niebem bez barwy. Od czasu do czasu słychać było głosy 
pierwszych ptaków, brzmiące świeżo i przenikliwie. 
— Pomóż mi zestawić kaktusy -szepnęła pani Barbara krzątając się 
i płacząc. -I daj krzesło. Niech tu stoją przy mamie. Tak je 
zawsze lubiła. 
Gdy wstał dzień, Bogumił wysłał Katelbę do Nieznanowa po trumnę i 
do Małocina, żeby zawiadomić parafię. Listy do Kalińca wysłał był 
już o świcie przez mleczarza. Chciał jeszcze, żeby Katelba nadał w 
Nieznanowie depeszę do Juliana Ostrzeńskiego i do Lucjana 
Kociełła, ale nie znał dokładnie ich adresów i poszedł zapytać o 
to panią Barbarę. Po niezdolnym do rozpaczy oszołomieniu pierwszej 
chwili zamknęła się teraz w salonie i płakała. Nie chciała z nim 
wcale mówić, zdawała się być oburzona, że z taką zimną krwią 
zajmuje się drobiazgami. Poszedł tedy i szukał długo w komodzie 
babci, nim wreszcie poznajdował te adresy w starych listach. 
Dziewczynki błąkały się po domu milczące i zestrachane, wziął je 
ze sobą, zawołał służbę i zabrano się do przyodziania zmarłej. 
Pani Barbara siedziała ciągle w salonie, pogrążona w zupełnym 
upadku ducha. 
Skowyt żałości, która wylewa się we łzach, kiedy ktoś bliski 
umrze, minął, ale targała nią teraz bezsilna, jałowa i przesadna 
rozpacz sumienia. Czemuż odeszła spać i nie była przy śmierci 
matki? Czemuż buntowała się przeciwko życiu związanemu z 
nieszczęsnym losem obłąkanej? Na tak krótko potrzeba było mieć w 
sobie wielkoduszną ofiarę miłości, na niecałe trzy lata, a ona i 
na to nie potrafiła się zdobyć! 
Bogumił nadszedł znowu. We drzwiach zatrzymał się nieśmiało, 
zapytał: -Można? -a zbliżywszy się usiadł i wziął żonę ostrożnie 
za rękę. 
— Może chcesz się czym zająć, Basiuchno? -zapytał. -To ci się 
zrobi lżej. Trzeba w Kalińcu kupić sukna do karawanu, no i dla 
ciebie chyba, i dla dzieci na jakie czarne sukienki. Kazałem 
zaprzęgnąć do karety... Może byś pojechała? Wiem, że ci smutno, 
ale przecież rozpaczać nie ma powodu. Jest moc roboty i ja sam nie 
mogę sobie dać rady. 
Przed eksportacją na pewno przyjedzie ktoś z rodziny, a i po 
pogrzebie wypadnie przyjąć gości obiadem. Trzeba wydać jakieś 
rozporządzenia w kuchni. 
Pani Barbara rozgniewała się -i gniew jej rósł za każdym słowem 
Bogumiła. Ona sama wie dobrze, czy ma powód rozpaczać, czy nie. 
Nikt nie może wiedzieć ani rozumieć, co się w niej dzieje. 
— Jeżeli ty jesteś na tyle obcy i zobojętniały, że możesz teraz 
myśleć o gościach, o przyjęciach, to sobie się tym zajmuj. 
Dla mnie śmierć jest zbyt straszną rzeczą, żebym mogła się z tymi 
głupstwami pogodzić. Nie znoszę tych wszystkich obrządków, przy 
których głównie idzie o to, żeby się najeść i napić. I żeby klechy 
miały okazję do pokazywania swoich magicznych sztuk. -Czekaj nie 
odchodź jeszcze. -Gdzie są dzieci? 
Bogumił zatrzymał się posłusznie przy progu. 
— Tomaszek bawi się w pokoju służby pod okiem Józi, a dziewczynki 
są u nieboszczki. Wziąłem je ze sobą, żeby się przypatrzyły, jak 
babcię ubierają. Kazałem im narwać i przynieść kwiatów. Niech się 
nauczą, żeby nas umiały przystroić do trumny, jak pomrzemy. 
Zdenerwowanie pani Barbary doszło do szczytu. Czuła, że nie 
wytrzyma, by nie powiedzieć czegoś obelżywego. I powiedziała: 
— Jaki ty jesteś gruboskórny. Dzieci w to wciągać! I jeszcze w 
taki sposób. 
Ale czuła, że to nie dosyć, że musi się do reszty zapomnieć. 
— Wyście wszyscy sprościeli, schłopieli -mówiła drżąc. -Wszyscy 
jesteście bez nerwów, bez uczuć. Cały wasz ród. Czy to ja nie 
pamiętam twojej matki? Była przy zdrowych zmysłach, ale mówić z 
nią było jeszcze mniej o czym niż z mamą! A ja moją matkę 
pamiętam, kiedy była pełną inteligencji kobietą i stanowiła dla 
nas, dzieci, niezastąpione towarzystwo. I zdycham z żalu, że już 
reszta tego życia przepadła raz na zawsze, a ty mi zawracasz głowę 
obiadami dla gości! 
Umilkła, zatchnąwszy się prawie ze wzburzenia, ale słowa, które 
wyrzekła, zdawały się brzmieć dalej, jakby krzyczane przez 
wszystkie sprzęty dokoła. 
Bogumił patrzył na nią okrągłymi oczyma i mienił się na twarzy. I 
nic nie rzekłszy wyszedł. 
Pani Barbara ochłonęła raptownie. -Czemu to -myślała z 
przerażeniem -trzeba aż coś tak strasznego powiedzieć, żeby się 
uspokoić? -Bogumił nie wydawał jej się już nieczułym ani 
prostakiem. Właściwie już wtedy, kiedy był przyszedł, miała zamiar 
zająć się przygotowaniami do pogrzebu, pomóc mu. Ale obraziła się, 
że on ją do tego namawiał. Śmiał uważać jej żałość za przesadną! A 
teraz stało się, sama wymierzyła sobie zadośćuczynienie i oto 
razem z wybuchem irytacji przemijała rozpacz, znikała męka 
wyrzutów sumienia ustępując miejsca pogodnej melancholii. Bądź co 
bądź, matka umarła w postaci, w jakiej nie mogła być już dla niej 
niczym prócz utrapienia, i pani Barbara odzyskiwała ją nagle we 
wspomnieniu taką, jaką wspominać było czymś miłym i potrzebnym dla 
życia, odnajdywała ją przytomną, młodą, nie zamazaną przez okrutną 
rzeczywistość ostatnich lat. 
I radując się prawie, ubrała się co żywo do drogi, a potem 
pobiegła odszukać Bogumiła. Miotał nią strach, że mogło z nim się 
coś stać po jej słowach. 
— Pan poszedł z pisarzem do kancelarii -objaśniła ją Józia i pani 
Barbara poczuła się dotknięta: -A więc do tego stopnia nic go to 
nie obeszło, że poszedł sobie z pisarzem do kancelarii! 
Nie był jednakże w kancelarii. Siedział na ganku przed domem i 
palił papierosa. Nie był zajęty. 
— Jadę -rzekła pani Barbara. -Nie uważaj na to, co gadałam. 
Człowiek się robi czasem taki niepoczytalny. 
Wstał i podjął skwapliwie: 
— Ja to przecież rozumiem. Jak sobie pomyślę, ile ty już 
przeszłaś, biedaczko, w tym życiu ze mną, to i tak cię podziwiam, 
że się tak trzymasz, że jesteś taka dobra. 
— Nic nie przeszłam -zaprzeczyła. -I wcale nie jestem dobra. Ty 
jesteś dobry. Ty jeden tylko na świecie -oznajmiła szorstko. 
Klimecki podjechał przed sień, dziewczynki siedziały w karecie, 
chciały podwieźć matkę do bramy. 
Koło południa pani Barbara była już w domu z powrotem. Przywiozła 
chudą szwaczkę, sztukę czerni do karawanu i satynki na suknie dla 
siebie czarnej, a dla dzieci czarnej w białe kropki. Wzięto 
się zaraz do roboty i nad wieczorem wszystko już było jako tako 
poszyte. 
Eksportację do kościoła w Małocinie wyznaczono na dzień następny. 
Nie można było zwlekać, gdyż, jak to bywa latem, po zimnach i 
deszczach nastał męczący wilgotny upał i ciało nie mogło stać. 
Rano tego dnia po raz ostatni zaprowadzono dzieci na próg pokoju, 
w którym leżała babcia. Bił stamtąd duszny zapach więdnących 
akacji pomieszany z obcą, słodką i mdlącą wonią, od której 
dziewczynki pobladły. Mnóstwo bab wiejskich klęczało dokoła trumny 
i to jeszcze zwiększało zaduch. Dzieci folwarczne poszturchując 
się i gromiąc wzajemnie tłoczyły się w sieni. Agnisia pociągnęła 
ojca za rękaw i szepnęła: 
— My nie widzimy babci. 
Ojciec schylił się i chciał ją podnieść do góry, ale pani Barbara 
rzekła raptem: -Zostaw, zostaw, to straszne. 
I zakrywszy twarz ręką wycofywała się z tłoku. Bogumił spojrzał i 
ujrzał, że z prawego nozdrza żółtej, boleśnie zaostrzonej twarzy, 
spoczywającej w kwiatach, zaczyna wybiegać opornym, zatrzymującym 
się strumyczkiem gęsta, brunatna ciecz. Śród modlących się ludzi 
spostrzeżono to także, wszczął się rozruch. Zaczęto się cisnąć ku 
wyjściu. Dały się słyszeć głosy: -Krew z nosa poszła... krew z 
nosa... Może nieboszczka nie umarła? Wszelki duch Pana Boga 
chwali! -Bogumił Niechcic powiedział głośno i dobitnie: Uspokoić 
się. Toć każdy z was po śmierci taką posoką w ziemię 
pociecze. Panie Katelba! Stelmach! Zamkniemy trumnę! 
— To straszne -powtarzała pani Barbara, gdy się z dziećmi 
znalazła na powietrzu. 
— Co straszne? Mamusiu, co się stało? -usiłowała dowiedzieć się 
Agnisia. 
Zobaczyła nagle, że matka płacze, i zamilkła. 
Ojciec przyszedł na nie wyjrzeć. 
— No nic -powiedział. -Na takie gorąco rozkład wcześnie się 
zaczął. Musimy zamknąć trumnę. Ja już takie rzeczy nieraz 
widziałem. 
Po południu zaczęto się zjeżdżać na eksportację. Wszędzie naokoło 
domu, nawet w alejach sadu stały bryczki, powozy i dorożki. Konie 
leniwie podnosiły głowy i rwały liście z drzew, aż gałęzie 
podskakiwały w górę. Karawan, zbudowany z desek na rozworach 
drabiniastego wozu, obity czernią i zaprzężony w sześć siwych 
koni, zbliżał się pomału od podwórza. Był tak wysoki, że gałęzie 
drzew ocierały się z chrzęstem o jego wierzch. Czarno ubrani panie 
i panowie błąkali się grupkami dokoła zajazdu, siedzieli na 
ławeczkach pod kasztanami, wchodzili do domu, wychodzili. 
Miejscowi ludzie podawali jeden drugiemu zarządzenia dotyczące 
sformowania orszaku. Agnisia i Emilka nie wiedziały, kto je wśród 
czarnych welonów całuje, i dopiero po chwili rozpoznały wujenkę 
Ostrzeńską oraz panią Holszańską. Nie poznały za to matki pod 
przejrzystym czarnym woalem na twarzy i przybiegły do niej 
dopiero, gdy usłyszały, jak mówiła do Naści: -Musisz zostać z 
Tomaszkiem. Nie mogę dziecka brać ze sobą. Pójdziesz jutro na 
pogrzeb. 
Wynoszono trumnę, pani Barbara patrzyła na to surowo, a gdy 
zaczęto ją wciągać na karawan, rzekła zamknąwszy oczy: 
— Jezus Maria, oni mamę upuszczą. 
Bogumił poszedł pomagać, potem wrócił, powiedział: -Wsiadać już, 
wsiadać -zapakował dziewczynki, Józię i panią Barbarę do karety, 
zamknął drzwiczki, a sam pozostał na zewnątrz. 
— A tatuś? -zawołały dzieci, rozczarowane. 
— Tatuś pójdzie piechotą. 
— My byśmy też chciały iść z tatusiem piechotą -zaczęły obie 
prosić i póty się kręciły, aż pani Barbara zatrzymała karetę i 
rzekła: -No, to idź z nimi, Józiu. 
Dziewczynki w mgnieniu oka przebiegły na poprzek drogę, 
przeskoczyły rów i znalazły się na twardej gładkiej steczce, którą 
szedł ojciec. Spojrzał na nie i rzekł: -Idźcie spokojnie. -Szły 
tedy jak najciszej jedna za drugą, gdyż na steczce można się było 
tylko w pojedynkę pomieścić. Drogą i steczką za rowem szło prócz 
nich wielu innych uczestników eksportacji. Szedł między innymi wuj 
Daniel paląc cygaro i coś nucąc pod nosem. Pojazdy wlokły się 
skrzypiąc, karawan posuwał się ostrożnie, a przy trumnie siedzieli 
stelmach i ogrodnik, bo choć była przymocowana, ale zawsze na 
dołach trzeba było uważać. Na przedzie kroczył kościelny, Tomasz 
Kolański, zwany "mały", syn znachorki, dzierżąc ogromny krzyż, 
podtrzymywany nadto przez zarzuconą na kark taśmę i jakby ukośnie 
wyrastający mu z brzucha. Obok niego szedł organista w komży, 
który, gdy skręcano na szosę, zabeczał znienacka tak, że aż 
wszyscy się zlękli: 
Kto się w opiekę poda Panu smemu, 
a całym sercem szczerze ufa jemu... 
Podchwytywano śpiew to tu, to tam, jak wszczyna się wiatr szemrząc 
zrazu niepewnie tą lub ową gałęzią, aż po chwili zabrzmiało 
tłumnie: 
...śmiele rzec może: mam obrońcę Boga, 
nie przyjdzie na mnie żadna straszna trwoga żadna 
straszna trwoga... 
Ale nikt z państwa nie śpiewał -najwyżej mruczeli z cicha. 
Śpiewała służba folwarczna i ludzie ze Starego Serbinowa. 
W kościele dziewczynki zgubiły ojca i musiały się trzymać Józi, 
która wepchnęła się z nimi w jedną z ostatnich ławek. Na dworze 
zmierzchało, a tu wewnątrz była już noc zupełna, płonęło mnóstwo 
świec, ławka, gdzie dzieci siedziały, ruszała się i kołatała. Tuż 
nad głowami był chór, w którym organy dudniły basem -bu-bu-bu. 
Nazajutrz wszyscy, kto miał być na pogrzebie, pojechali prosto do 
Małocina. Było jeszcze więcej osób niż na wyprowadzeniu. Z daleka 
z Kujaw poprzyjeżdżali rozmaici sąsiedzi pani Adamowej 
Ostrzeńskiej, jeszcze z czasów jej młodości, gdy żyła na wsi. 
Przybył nawet radca Joachim Ostrzeński z Piekar Wielkich. 
Niechcicowie późno wyjechali na cmentarz, gdyż do ostatniej chwili 
spodziewali się, że może Julian Ostrzeński przyjedzie z 
Petersburga. Doczekali się jednak tylko Lucjana Kociełła, który 
przybył ranną kurierką do Kalińca, a z Kalińca -dorożką. Był sam, 
córki jego bawiły u ciotki na Litwie. Z nim wyruszyli do Małocina. 
Już w drodze spotkali posłańca, który niósł depeszę od Juliana. 
Nie mógł przyjechać. 
Do obiadu w Serbinowie usiadło tego dnia koło trzydziestu osób, 
tak że musiano dostawić stoły z czeladnej kuchni, zaś pan 
Woynarowski z Pamiętowa pożyczył swego kucharza. Dzieci Niechciców 
jadły osobno, a gdy skończyły, Tomaszka położono spać, a 
dziewczynki pobiegły do ogrodu i spoza krzaków jaśminu patrzyły 
przez otwarte drzwi na biesiadujących. Ojciec zobaczył je tam ze 
swego miejsca, wstał, wyszedł na werandę i zawołał, by przyszły. 
Pani Barbara przywiodła je do krzesła, na którym siedział otyły 
pan o czerwonej twarzy i spadających aż na piersi białych wąsach. 
— To są -rzekła -panie radco, moje córki. Ukłońcie się, 
dziewczynki. 
Pan położył każdej z nich na głowie ciężką rękę i pytał: 
— Jak wam na imię, dziewuszki? Co? Mówcie głośniej. Agnieszka 
i...? Emilia? Emilia... Ładne imiona. Ładne. Przywieźże mi kiedy 
te panny do Piekar, kochasiu. 
Inni goście też wołali dzieci ku sobie wypytując je o to lub owo. 
Pani Holszańska pytała, czy Józia nauczyła je wierszyka: "Kto ty 
jesteś? Polak mały", który musiała umieć z ochronki. 
Odpowiedziały, że nauczyła, i na żądanie zaczęły mówić 
jednogłośnie: 
Kto ty jesteś? Polak mały. 
Jaki znak twój? Orzeł biały. 
Wszystkie twarze obróciły się ku nim, a one zawstydziły się, 
zacięły i znienacka zamilkły. Agnisia spąsowiała, Emilka zaczęła 
płakać. Wyprawiono je prędko do drugiego pokoju i przerwany gwar 
zadźwięczał na nowo przy stole. 
Nie zasiadywano się jednak przy nim długo. Niebawem kolasy i 
bryczki zaczęły jedna za drugą odwozić gości, potem sprzątnięto ze 
stołu, jakiś czas dochodziły jeszcze z kuchni odgłosy zmywania 
statków, a w końcu powszednia cisza zaległa cały dom. Bogumił 
poszedł w pole, pani Barbara usiadła na chwilę przed sienią, żeby 
odpocząć. I natychmiast zdrzemnęła się i zaczęła śnić, że po bruku 
jedzie prędko karawan, ale miejski, z baldachimem, taki, na jakim 
chowano Teresę. Z tyłu biegną ludzie i usiłują wsunąć pod 
baldachim otwartą trumnę, w której leży ktoś w meloniku na głowie. 
Melonik podskakuje od ruchu jazdy i zesuwa się coraz bardziej na 
nos nieboszczyka, podobnego na przemian to do tej, to do innej 
osoby. Pani Barbara nie może na to patrzeć -boi się, że brzeg 
melonika zedrze temu komuś skórę z nosa. Biegnie, chce ręką 
melonik odsunąć, poprawić, ale nie może trafić. Na koniec potyka 
się o kamień i otwiera oczy. 
Zbudziła się bez przerażenia, jakie podobne sny zazwyczaj 
wzbudzają. Natomiast wydało jej się, że ptaki przestały śpiewać i 
że wkoło panuje drętwa cisza. Tego się dopiero szalenie zlękła. 
Lecz ptaki nie przestały śpiewać, tylko ona odeszła tak dziwnie 
daleko, że z trudem odzyskiwała zmysły. Wnet usłyszała, że 
szczebiocą jak zawsze, i już to tylko jedno wydało jej się takim 
nadmiarem życia. 
Patrzyła na chmurzące się niebo. Po tle świecącym od skrytego w 
mgłach słońca mknęły popielate rozwiane obłoki. Mknęły coraz to 
inne, lecz obraz nieba pozostawał niezmienny. 
— Cóż stąd, że umieramy? Życia jest wciąż tak dużo -majaczyła pani 
Barbara. -Wszystko mija, a nic się, nic się nie zmienia. Po 
złotym tle wciąż płyną szare obłoki... O, jak mnie ta myśl 
uspokaja -westchnęła. 
I powstało w niej coś na kształt błagania, by można było żyć 
zawsze tą myślą, tym spokojem. 
