ELIZA ORZESZKOWA 
NAD NIEMNEM 
TOM I 
I 
Dzień był letni i świąteczny. Wszystko na świecie jaśniało, kwitło, pachniało, śpiewało. 
Ciepło i radość lały się z błękitnego nieba i złotego słońca; radość i upojenie tryskały znad pól 
porosłych zielonym zbożem; radość i złota swoboda śpiewały chórem ptaków i owadów nad 
równiną w gorącym powietrzu, nad niewielkimi wzgórzami, w okrywających je bukietach 
iglastych i liściastych drzew. 
Z jednej strony widnokręgu wznosiły się niewielkie wzgórza z ciemniejącymi na nich 
borkami i gajami; z drugiej wysoki brzeg Niemna, piaszczystą ścianą wyrastający z zieloności 
ziemi a koroną ciemnego boru oderznięty od błękitnego nieba, ogromnym półkolem obejmował 
równinę rozległą i gładką, z której gdzieniegdzie tylko wyrastały dzikie, pękate grusze, stare, 
krzywe wierzby i samotne, słupiaste topole. Dnia tego w słońcu ta piaszczysta ściana miała 
pozór półobręczy złotej, przepasanej jak purpurową wstęgą tkwiącą w niej warstwą czerwonego 
marglu1. Na świetnym tym tle w zmieszanych z dala zarysach rozpoznać można było dwór 
obszerny i w niewielkiej od niego odległości na jednej z nim linii rozciągnięty szereg 
kilkudziesięciu dworków małych. Był to wraz z brzegiem rzeki zginający się nieco w półkole 
sznur siedlisk ludzkich, większych i mniejszych, wychylających ciemne swe profile z większych 
i mniejszych ogrodów. Nad niektórymi dachami, w powietrzu czystym i spokojnym wzbijały się 
proste i trochę tylko skłębione nici dymów; niektóre okna świeciły od słońca jak wielkie iskry; 
kilka strzech nowych mieszało złocistość słomy z błękitem nieba i zielonością drzew. 
Równinę przerzynały drogi białe i trochę zieleniejące od z rzadka porastającej je trawy; ku 
nim, niby strumienie ku rzekom, przybiegały z pól miedze, całe błękitne od bławatków, żółte od 
kamioły,* różowe od dzięcieliny* i smółek*. Z obu stron każdej drogi szerokim pasem bielały 
bujne rumianki i wyższe od nich kwiaty marchewnika*, słały się w trawach fioletowe rohule*, 
żółtymi gwiazdkami świeciły brodawniki* i kurze ślepoty, liliowe skabiozy polne wylewały ze 
swych stulistnych koron miodowe wonie, chwiały się całe lasy słabej i delikatnej mietlicy*, 
kosmate kwiaty babki stały na swych wysokich łodygach, rumianością i zawadiacką postawą 
stwierdzając nadaną im nazwę kozaków. Za tymi pasami roślinności dzikiej cicho w cichej 
pogodzie stało morze roślin uprawnych. Żyto i pszenica miały kłosy jeszcze zielone, lecz już 
osypane drżącymi rożkami, których obfitość wróżyła urodzaj; niższe znacznie od nich, rumianym kwiatem gęsto usiane, słały się na szerokich przestrzeniach liściaste puchy koniczyny; 
puchem też, zda się, ale drobniejszym, delikatniejszym, z zielonością tak łagodną, że oko 
pieściła, młody len pokrywał gdzieniegdzie kilka zagonów, a żółta jaskrawość kwitnącego 
rzepaku wesołymi rzekami przepływała po łanach niskich jeszcze owsów i jęczmion. 
Wśród tej wesołej przyrody ludzie dziś także byli weseli; mnóstwo ich ciągnęło po drogach i 
miedzach. Gromadami na drogach, a sznurami na miedzach szły wiejskie kobiety, których głowy 
ubrane w czerwone i żółte chusty tworzyły nad zbożami korowody żywych piwonii i 
słoneczników. Od tych gromad lały się i płynęły po łanach strumienie różnych głosów. Były to 
czasem rozmowy gwarne i krzykliwe, czasem śmiechy basowe lub srebrzyste, czasem płacze 
niemowląt u piersi w chustach niesionych, czasem też pieśni przeciągłe, głośne, których nutę 
porywały i przedłużały echa ze stron obu: w borkach i gajach rosnących na wzgórzach i w 
wielkim borze, który ciemnym pasem odcinał pozłoconą, przetkaną szkarłatem ścianę 
nadniemeńską od wysadzanych srebrnymi obłokami błękitów nieba. W tym ruchu ludzkim 
odbywającym się na urodzajnej równinie czuć było najpiękniejszy dla wiejskiej ludności 
moment święta: wesoły i wolny w słoneczny i wolny dzień boży powrót z kościoła. 
W porze, kiedy ten ruch znacznie już stawał się mniejszy, na równinie, z dala od tu i ówdzie 
jeszcze ciągnących gromad, ukazały się dwie kobiety. Szły one z tej samej strony, z której 
wracali inni, ale zboczyły znać z prostej drogi i chwilę jakąś przebyły w jednym z rosnących na 
wzgórzach borków. Było to przyczyną ich spóźnienia się, tym więcej, że jedna z nich niosła 
ogromną więź leśnych roślin, które tylko co i dość długo zapewne zrywała. Druga kobieta 
zamiast kwiatów trzymała w ręku niepospolitej wielkości chustkę, która za każdym jej szerokim 
i zamaszystym krokiem kołysząc się wraz z długim ramieniem powiewała jak sporej wielkości 
chorągiew. Z dala to tylko widać było, że jedna z tych kobiet miała w ręku pęk roślin, a druga 
szmatę białego płótna; z bliska uderzały one niezupełnie zwykłą powierzchownością. 
Kobieta z chustką była niezwykle wysoką, a wysokość tę zwiększała jeszcze chudość jej 
ciała, które przecież posiadało szkielet tak rozrosły i silny, że pomimo chudości ramiona jej były 
szerokie i wydawałyby się bardzo silnymi, gdyby nie małe przygarbienie pleców i karku 
objawiające trochę znużenia i starości, gdyby także nie ostre kości łopatek podnoszące w dwu 
miejscach staroświecką mantylę z długimi, co chwilę powiewającymi końcami. Oprócz tej 
mantyli zaopatrzonej w płócienny kołnierz miała ona na sobie czarną spódnicę, tak krótką, że 
spod niej aż prawie do kostek widać było dwie duże i płaskie stopy ubrane w grube pończochy i 
wielkie, kwieciste pantofle. Ubiór ten uzupełnionym był przez stary kapelusz słomiany, którego 
szerokie brzegi ocieniały twarz, na pierwszy rzut oka starą, brzydką i przykrą, ale po bliższym 
przyjrzeniu się uwagę i ciekawość budzić mogącą. Była to mała, chuda, okrągła twarz ze skórą 
tak ciemną, że prawie brązową, z czołem sfałdowanym w kilka grubych zmarszczek, z wpadłymi 
i kościstymi policzkami, z wyrazem goryczy i złośliwości nadawanym jej przez ostrość nosa i 
zaciśnięcie warg a wzmaganym przez szczególną ognistość i przenikliwość oczu. Te oczy 
zdawały się być jedynym bogactwem tej biednej, zestarzałej, złośliwej twarzy. Może kiedyś były 
one jedyną jej pięknością, a teraz, wielkie i czarne, spod czarnych, szerokich brwi oświecały ją 
jeszcze przejmującym blaskiem; miały one spojrzenie przenikliwe, ostre, urągliwe i płomienność 
nieustanną, jakby wciąż z wnętrza podsycaną, a dziwną przy tej sczerniałej, w dłoni czasu czy 
losu zgniecionej twarzy. Szła szerokim, zamaszystym, do pośpiechu znać przyzwyczajonym 
krokiem, a długie jej ramiona, u których wisiały ciemne, kościste ręce, kołysały się u jej boków 
w tył i naprzód, białą, rozwiniętą chustką jak chorągwią powiewając. 
Kobietę z kwiatami trudno byłoby nazwać od razu panną z wyższego towarzystwa albo też 
dziewczyną z niższych warstw wiejskiej ludności. Wyglądała trochę na jedno i na drugie. 
Wysoka, choć znacznie od towarzyszki swojej niższa, ubraną była w czarną wełnianą suknię, 
bardzo skromną, która jednak wybornie uwydatniając jej kształtną i silną, w ramionach szeroką, 
a w pasie cienką kibić zdradzała znajomość żurnalu mód i rękę biegłego krawca. W 
wyprostowaniu jej kibici i w delikatności cery czuć było także manierę i cieplarnię. Ale w 
zamian ruchy jej i gesty sprzeczały się z całością jej osoby trochą popędliwości i jakby 
przybranej rubaszności, nie miała ona przy tym na sobie ani kapelusza, ani rękawiczek. Głowę 
owiniętą czarnym jak heban warkoczem i twarz śniadą, z purpurowymi usty i wielkimi, szarymi 
oczami śmiało wystawiała na upalne gorąco słońca. Płócienny, tani parasolik opierała o ramię, a 
ręce jej dość duże i opalone zdradzały nader rzadkie używanie rękawiczek. Wszystko to uderzało 
tym więcej, że sposób, w jaki trzymała swą odkrytą głowę ciemne brwi nad siwymi oczami 
ściągała, nadawał jej wyraz śmiałości i dumy. W ogóle ta panna czy ta dziewczyna na lat 
dwadzieścia parę wyglądająca wydawała się uosobieniem piękności kobiecej zdrowej i silnej, 
lecz dumnej i chmurnej. Pogody, jaką nadaje ludzkim twarzom szczęście lub rezygnacja, w tej 
młodej i świeżej, ale niespokojnej i zamyślonej twarzy nie było, jakkolwiek rozjaśniało ją teraz 
to zupełnie fizyczne ożywienie, którym istotę ludzką, niezupełnie jeszcze przez życie 
zniweczoną, napełnia długa i swobodna kąpiel w kipiącym zdroju przyrody. 
Prędko idąc, aby szerokim krokom towarzyszki swej wyrównać, z zajęciem, prawie z 
miłością przyglądała się ona uzbieranej przed chwilą więzi roślin. Były tam bujne liliowe 
dzwonki leśne, gwoździki, pachnące smółki, liście młodych paproci, młodziutkimi szyszkami 
okryte gałązki sośniny. Wszystko to rzucało jej w twarz falę dzikiej i przenikliwej woni, którą 
też ona od chwili do chwili wciągała pełnym i długim oddechem swej silnej, szerokiej piersi. 
Rozkosz, którą uczuwała wtedy, i upał słońca, w którym nurzała swą odkrytą głowę, rumieńcem 
powlekły śniade jej policzki; zarazem surowe jej i zamyślone, choć pełne purpurowej krwi usta 
rozchyliły się w młodym i szczerym śmiechu. Śmiała się ze słów towarzyszki swej, która idąc 
wciąż prędko i wielkimi stopy swymi z wysoka i mocno o ziemię uderzając, grubym, nieco 
ochrypłym, przez brak oddechu często przerywanym głosem ciągnęła w borku jeszcze 
rozpoczęte opowiadanie. 
— Ot, tu, powiadam ci, w tym samym miejscu, pomiędzy tymi wzgórkami, te głupie chłopy 
wzięli mię za cholerę... Może nie wierzysz? Słowo honoru, prawdę mówię! Jeszcześ wtedy nie 
była w Korczynie, jeszcze mała byłaś, bo było to właśnie wtedy, kiedy ojczulek twój z tą 
Francuzicą romansował... 
Urwała nagle, stanęła, chrząknęła tak głośno, że aż rozległo się po polu; chustką trzymaną w 
ręku jeszcze głośniej nos utarła i gniewnie do siebie zamruczała: 
— Wieczna głupota moja! 
Młoda panna, której na chwilę twarz znieruchomiała, uśmiechnęła się znowu. 
— Co tam! Niech ciocia na to nie zważa! Jaż wiem dobrze o wszystkim i z przeszłością 
oswoiłam się zupełnie... Przecież ciocia nie przez złośliwość pewno... Co tam! Jakże to było z tą 
cholerą? 
Zaczęły iść dalej, tak samo prędko jak wprzódy. Stara mówiła znowu: 
— Ot, jak było. Z kościoła wracałam, tak jak i teraz, a śpieszyłam bardzo, bo Emilka była 
chorą i goście mieli na obiad przyjechać... Więc leciałam co tchu, wprost przez pole, które wtedy 
ugorem stało, przez puste zagony... Co dam krok, to półtora zagona przesadzę... Wprost jakbym 
nad ziemią leciała... A miałam na sobie zieloną suknię... jeszcze wtedy kolorowe suknie 
nosiłam... Kapelusz taki, ot, słomkowy zdjęłam i dla ochłody machałam nim sobie przed 
twarzą... Uf ! nie mogę... 
Zdyszała się, stanęła znowu i zaczęła kaszlać. Kaszel jej był gruby, chrypliwy, głośny, jakby 
dobywał się z głębi beczki. Mało jednak zwracała nań uwagi i zaraz idąc znowu opowiadała 
dalej: 
— Cholera wtedy grasowała po świecie; w naszych stronach jej jeszcze nie było, ale ludzie 
lękali się, aby nie przyszła... Otóż, kiedy mię chłopi wracający z kościoła zobaczyli tak lecącą 
polem, jak narobią krzyku, płaczu... Jedni zaczęli uciekać i biec tak prędko, jakby ich diabeł 
ganił, drudzy popadali pośród dróg na kolana i nuż żegnać się, czołami bić o ziemię, pacierze 
głośno mówić... „Cholera! — krzyczą — ot i już bieży, nam na zgubienie!” „Ale! — odpowiadają 
drudzy — już to nie co innego! Cholera, i koniec! Wielka taka, że głową nieba dostaje, w zielonej 
sukni i złotą łopatą macha!” Ta łopata, uważasz, to był mój kapelusz na słońcu błyszczący... 
prawda, że go też dobrze spłaszczyłam, bo zdjąwszy w kościele z powodu gorąca i nie mając 
gdzie podziać, położyłam go na ławce i przez całe nabożeństwo na nim siedziałam... Uf! nie 
mogę... 
Znowu zabrakło jej oddechu, chrząkała, nos ucierała i chwilę szła milcząc. 
— I cóż się stało potem? — zapytała młoda panna. 
— A cóż? Daremnie ekonom, który jak raz wtedy wracał też z kościoła, i Bohatyrowicze, 
którzy mnie kiedyś znali, z bliska nawet znali, perswadowali chłopom, że to nie była cholera, 
tylko panna Marta Korczyńska z Korczyna, kuzynka pana Benedykta Korczyńskiego...Nie 
uwierzyli i do dzisiejszego dnia nie wierzą... „Ot — mówią — czy to taka kobieta może gdzie być 
na świecie? Głową do nieba dostawała, nad ziemią leciała, zieloną suknię miała na sobie i złotą 
łopatą machała, morowe powietrze przed sobą pędząc...” Wieczna głupota ludzka! Powiadam ci, 
Justynko, że ludzka głupota to wielki i wieczny kamień. Większy on jeszcze od ludzkiej złości. 
Już ja to wiem, bo był czas, że i sama tak uderzyłam się o swoją własną głupotę, że... Uf! nie 
mogę... 
Sapała, chrząkała, kaszlała znowu głośno, jak z beczki. Justyna policzki i usta topiąc w 
dzwonkach, paprociach i gwoździkach zauważyła: 
— Przecież cioci te niemądre gadania nic nie zaszkodziły... 
Czarne oczy Marty Korczyńskiej spojrzały ostro, prawie zjadliwie. 
— Tak myślisz? — sarknęła — wiecznie to samo. Nikt nie uwierzy w to, czego sam nie 
doświadczył. Nie zaszkodziły! Pewno, nie zjadły mię one, ale... ukąsiły. Czy ty myślisz, że to 
miło być wziętą za cholerę? Nie byłam ja wtedy tak starą... dwanaście lat temu miałam lat 
trzydzieści sześć... 
— Więc teraz czterdzieści osiem? — z niejakim zdziwieniem zauważyła Justyna. 
— A ty może myślałaś, że sześćdziesiąt? — ostro zaśmiała się Marta. — Zapewne, wyglądam na 
tyle, sama to wiem, a i wtedy już niewiele lepiej jak teraz wyglądałam. Może nie wiesz 
dlaczego? Ha? czy wiesz dlaczego? 
— Wiem — z powagą odpowiedziała panna. 
— No, to dobrze, że wiesz; bo może zrobisz co takiego, abyś i sama prędko na cholerę 
wyglądać nie zaczęła... 
Justyna ramionami wzruszyła. 
— A cóż ja takiego zrobić i co przeciw temu poradzić mogę? 
Zamyśliły się obie i mimo woli zwolniły kroku, co najpierw spostrzegła starsza. 
— No, wleczem się jak żółwie. Prędzej, bo już tam Emilka wyrzeka pewno, że nie wracam, i 
zaczyna dostawać migreny albo globusa*... 
— A Terenia — podchwyciła panna — biegnie po krople z bobrowej esencji*albo po proszki 
bromowe, albo po antymigrenowy ołówek*, albo po Rigollot*... 
Zaśmiała się, lecz wnet spoważniała znowu. 
— Wujenka jest naprawdę biedna z tym ciągłym chorowaniem. 
Marta kiwnęła głową i machnęła ręką. 
— A pewno — rzekła — biedna kobieta! Ale bo, widzisz, żeby tak pchły pieścić, jak ona swoje 
choroby pieści, toby na wołów powyrastały, słowo honoru! 
W tej chwili za rozmawiającymi rozległ się turkot powozu; droga była w tym miejscu wąska, 
zeszły więc na stronę. Szły samym skrajem pola porosłego gęstą pszenicą. Biała i sucha kurzawa 
owiała je wielkim kłębem, o tyle jednak przezroczystym, że rozpoznać w niej było można 
zgrabny faeton*, ciągnięty przez cztery piękne, błyszczącą uprzężą okryte konie, i dwu 
siedzących w faetonie mężczyzn. Widziały też, że obaj mężczyźni, spostrzegłszy je, podnieśli 
nad głowami czapki, a jeden z nich nawet przechylając się nieco ku nim zawołał: 
— Święte panny: Marto i Justyno, módlcie się za nami! 
Marta z rozżarzonymi oczami i machając ku powozowi swą białą chustą odkrzyknęła: 
— A modliłam się, modliłam się, aby Bóg panu rozum przywrócić raczył! 
Wykrzykowi temu odpowiedział z oddalającego się szybko powozu wybuch śmiechu, 
widocznie basowy i ochrypły głos Marty przedrzeźniającego. Na twarz Justyny wybił się wyraz 
silnie uczutej przykrości, prawie udręczenia. 
— Boże! — szepnęła — a ja miałam nadzieję, że ten człowiek dziś już do nas nie przyjedzie, że 
go ten pan Różyc do siebie na obiad zaprosi... 
— Nie głupi on! — odpowiedziała Marta. — Zapewne Różyc zaprosił go do swego powozu; 
wolał więc swoje szkapiny do domu odprawić, a sam i w cudzym faetonie poparodować, i u nas 
cudzy obiad zjeść... dwie razem korzyści dla hultaja tego... 
Justyna była widocznie zaniepokojoną. Już pachnąca więź, którą trzymała w ręku, zajmować 
ją przestała. 
— Ciekawam — szepnęła — jaką to komedię mieć dziś będziemy? 
Marta spojrzała na nią przenikliwie i ciszej trochę rzekła: 
— O papuńcię swego lękasz się, ha? Ten błazen wieczne facecje wyprawia z tym safandułą... 
Tu aż się za wklęsłe usta swoje wielką ręką chwyciła. 
Po czole, ustach i nawet ramionach Justyny przebiegło drgnienie nagle jakby uczutego 
obrzydzenia; wnet jednak odpowiedziała: 
— Niech ciocia śmiało wszystko przede mną mówi. Ja dawno już zrozumiałam położenie ojca 
i swoje, dawno, dawno... ale oswoić się z nim nie mogę i nigdy, nigdy z nim się nie pogodzę... 
Marta zaśmiała się. 
— Ot, lubię takie gadanie! Ciekawam, co zrobisz? Musisz pogodzić się albo powiesisz się 
chyba czy utopisz się... Każdy desperuje z początku, a potem i godzi się z takim losem, jaki mu 
Bóg czy diabeł nasyła. Bo aby wszystkie losy ludzkie były robotą Pana Boga, w to ani trochę nie 
wierzę. Spowiadałam się już z tego i raz nawet absolucji od księdza nie dostałam; jednak nie 
wierzę... Powiadam ci, że każdy z początku desperuje, a potem jak baran na rzeź spokojnie swoją 
drogą idzie... Uf! nie mogę! 
Zakaszlała się tak, że aż jej oczy łzami zaszły. Krztusząc się jeszcze, tymi załzawionymi 
oczami na towarzyszkę popatrzała. 
— Ty bo, Justynko, straszną melancholiczką jesteś! Czemu nie robisz tak jak i inne panny? Z 
łaski wuja i wujenki korzystaj, strój się, kiedy cię stroić chcą, baw się, gdy tylko zdarzy się 
okazja, mizdrz się do kawalerów, a może którego złapiesz i za mąż wyjdziesz... ha? Słowo 
honoru! czemu ty tak nie robisz? 
Justyna nie odpowiadała. Szła prosto i równym krokiem jak wprzódy, tylko w rozpalonych i 
zamyślonych jej oczach błysnęły łzy. 
— Phi! — zaśmiała się Marta — melancholiczka jesteś... i dumna jak księżniczka. Od wujostwa 
nic przyjmować nie chcesz, ze swoich procencików ubierasz siebie i ojca, trzewiki nawet 
oszczędzasz, tak że czasem boso chodzisz, kapelusza i rękawiczek nie nosisz... 
— O, niech ciocia tak nie myśli! — porywczo prawie zawołała Justyna. — Ja ani kłamać, ani 
udawać nie chcę! Prawda, że zawsze łamię sobie głowę, aby mnie i ojcu tych kilku własnych naszych groszy na odzienie przynajmniej wystarczyło... Ale boso czasem chodzę i kapeluszów 
ani żadnych drogich rzeczy nie noszę nie tylko dlatego... nie tylko dlatego... 
— To i dlaczegóż? no, dlaczegóż? — błyskając oczami dopytywała się stara panna. 
— Dlatego — z nagłym i silnym rumieńcem odparła Justyna — że dawno już odechciało mi się 
ich strojów i zabaw, ich poezji i ich miłości... Żyję tak, jak oni wszyscy, bo skądże sobie wezmę 
innego życia, ale jeżeli mogę zrobić co inaczej niż oni, po swojemu robię i nikogo to obchodzić 
nie powinno. 
Marta przypatrywała się jej przenikliwie i z uwagą. 
— A wszystko to — rzekła — poszło od tej historii twojej z Zygmusiem Korczyńskim... prawda? 
Cha! cha! Myślałaś wtedy pewno, że cię otwartymi ramionami spotkają i do familii swojej 
wprowadzą... bo i tak przecie krewną im przychodzisz... A oni tymczasem... gdzie! ani pomyśleć 
o tym nie dali mazgajowi temu... Cha! cha! wiem ja to wszystko, wiem! Wieczna głupota 
ludzka! 
Justyna ze wzrokiem w ziemię wbitym milczała. 
— No, a myślisz że ty jeszcze czasem o tym mazgaju? Serce... boli jeszcze czasem? 
— Nie. 
Z krótkiej tej odpowiedzi poznać można było, że panna Justyna mówić nie chce o 
przedmiocie przez starszą jej towarzyszkę zaczepionym. Tylko już wszelki cień uprzedniego 
ożywienia zniknął z jej twarzy. Zmysły jej przestały pić z kielicha rozkwitłej przyrody rozkoszny 
napój zapomnienia. Gryząca troska przejrzała się w zwierciadle jej szarych, przezroczystych 
źrenic; jakieś wspomnienia czy wstręty opuściły w dół końce pąsowych warg nadając im wyraz 
znudzenia i goryczy. Wtem na drodze za dwoma idącymi kobietami zaturkotały znowu koła, 
tylko nieco inaczej niż wprzódy. Nie był to głuchy i do cichego grzmotu podobny turkot faetonu, 
ale klekotliwe trochę i z lekkim skrzypieniem połączone toczenie się kół prostego woza. 
Kurzawa też podniosła się znacznie mniejsza, opadła prędko i dwie kobiety, obejrzawszy się 
ujrzały za sobą długi wóz napełniony słomą, którą z obu boków przytrzymywały drewniane 
drabiny, a okrywał wzdłuż woza rozesłany, pasiasty i barwisty, na domowych, wiejskich 
krosnach utkany kilimek. Wóz ten ciągnęła para koników małych, tłustych, z których jeden był 
kasztanowaty z konopiastą grzywą, a drugi gniady z białymi nogami i białą łatką na czole. 
Oplatała je z rzadka uprząż z prostych, grubych powrozów. Gdyby nawet koła tego wiejskiego 
ekwipażu nie turkotały wcale, a ciągnące go dobrym truchtem koniki stąpały bez najlżejszego 
szelestu, zbliżenie się jego dałoby znać o sobie przez unoszący się zeń wielki gwar głosów. 
Napełniało go towarzystwo liczne. Na słomie okrytej pasiastym kilimkiem, pomiędzy okrągłymi 
poręczami drabin, siedziało kilka kobiet, z których jedna tylko była niemłoda, w ciemnej chustce 
na plecach i wielkim czepcu na głowie, inne zaś, niby klomb ogrodowy, kwitły rumieńcami 
twarzy i jaskrawymi barwami ubrań. Było im tak ciasno, że siedziały w różnych postawach i 
kierunkach, twarzami, bokami i plecami ku sobie zwrócone, ściśnięte jak kwiaty w bukiecie. 
Jednym z nich w tym ścisku chustki z głów pospadały i tworzyły na plecach kapiszony z muślinu 
albo perkalu; innym kosy nawet czarne albo złociste rozwinęły się na błękitne albo różowe 
staniki, a u wszystkich nad uszami i przy skroniach zwieszały się albo sterczały wetknięte we 
włosy pąsowe, liliowe i żółte kwiaty. Wóz trząsł nimi i silne ich kibicie chwiał wciąż w kierunki 
różne; chwytały też drabiny ciemnymi rękami albo czepiały się wzajem swych ramion i sukien 
śmiejąc się i gadając głośno i wszystkie razem. W tym gwarnym ogródku było tak ciasno, że 
woźnicy zabrakło miejsca do siedzenia: kierował on końmi stojąc u samego brzegu woza, a 
można by przypuścić, że postawę tę przybrał nie z konieczności, ale przez zalotność, dlatego aby 
w najkorzystniejszym świetle wydać się współtowarzyszkom podróży. Był to mężczyzna 
trzydziestoletni, wysoki i tak zgrabny, jakby go matka natura z lubością i wielkim staraniem na 
łonie swym wyhodowała. Tymczasem nie co innego, tylko ciężka praca około zdobywania jej 
darów, gorące jej żary, letnie i dzikie polne powiewy nadały temu ciału taką harmonię i siłę, że 
trzęsący się i podskakujący wóz nie mógł zmącić ani na chwilę jego prostych i wyniosłych linii. 
Od ogorzałej cery jego twarzy silnie odbijały złociste, bujne wąsy i jasnozłote włosy, opadające 
spod czapki na kołnierz szarej, krótkiej kurty, ku ozdobie zapewne zieloną taśmą oszytej. 
Niedbale w ogorzałych rękach trzymając lejce i nie odwracając twarzy ku wiezionym przez się 
kobietom, odpowiadał wesoło na zapytania ich i przycinki, czasem męski śmiech swój łączył z 
chórem cienkich, piskliwych śmiechów dziewcząt. 
Marta i Justyna zatrzymały się u brzegu drogi, w cieniu wierzby, której kwiat podobny do 
zielonawych robaczków osypywał im suknie i głowy. Marta w kierunku jadących machnęła swą 
białą chustką i niezwykle u niej przyjaznym głosem krzyknęła: 
— Dobry wieczór, panie Bohatyrowicz! dobry wieczór! 
Woźnica szybko zdjął czapkę odkrywając czoło mniej opalone od reszty twarzy, gładkie i 
pogodne. 
— Dobry wieczór! — odpowiedział. 
— Dobry wieczór! — chórem krzyknęły dziewczęta. 
— A skądżeś to pan wziął tyle dziewcząt? — zawołała znowu stara panna. 
— Po drodze jak poziomki uzbierałem — nie zatrzymując koni, ale tylko zwalniając nieco ich 
biegu odpowiedział zagadnięty. 
Jedna z dziewczyn, najśmielsza znać, przechylając się przez drabinę wozu i białymi zębami 
błyskając, głośno prawić zaczęła: 
— Piechotą, proszę pani, szłyśmy... a on nas napędził, tośmy mu kazały, aby nas zabrał... 
— Oho! kazały! — zażartowała Marta. 
— A jakże! — potwierdziła dziewczyna z wozu — czy ja nie mam prawa jemu nakazywać? jaż 
jego strzeczna* siostra! dla siostry szacunek mieć powinien! Bardzo słusznie! 
W tej chwili wóz zrównał się ze stojącymi pod wierzbą kobietami, woźnica po raz drugi zdjął 
czapkę i spojrzenie jego z wysoka spłynęło na Justynę. W tym szybkim spojrzeniu dostrzec 
można było, że oczy woźnicy błękitne były jak turkusy i że w tej chwili przeleciała w nich 
błyskawica. Ale wnet włożył na głowę czapkę, twarz znowu ku drodze zwrócił i poruszywszy 
lejcami zawołał na konie, aby szły prędzej. 
Wóz zaczął toczyć się prędzej. Justyna z zaciekawieniem i figlarnością w oczach, z 
rozchylonymi w uśmiechu ustami poskoczyła i gestem wesołym, który by nawet wykwintnemu 
oku mógł wydać się rubasznym, rzuciła na jadące kobiety swoją więź gałęzi i kwiatów. Na 
wozie wybuchnęły śmiechy, dziewczęta chwytały rozsypane kwiaty, niektóre z nich wołały: 
— Dziękujemy! dziękujemy panience! 
Ale woźnica nie obejrzał się i nie zapytał o przyczynę powstałego na wozie gwaru. Zamyślił 
się o czymś tak bardzo, że aż głowę, którą przedtem wysoko trzymał, trochę pochylił. 
Dwie kobiety iść znowu zaczęły. Marta mówiła: 
— Ten Janek Bohatyrowicz na pięknego i dzielnego chłopaka wyrósł... znałam go dzieckiem... 
Znałam ich kiedyś wszystkich... kiedyś... dobrze i z bliska... 
Zamyśliła się, mówiła ciszej trochę niż zwykle. 
— Był, uważasz, taki czas krótki, że ci Bohatyrowicze u nas we dworze bywali i do stołu z 
nami siadali... mianowicie, ojciec tego Janka, Jerzy, i stryj jego, ten Anzelm Bohatyrowicz, co to 
teraz podobno schorowany i melancholikiem jakimś stał się... Jednakowoż jaki to był kiedyś 
mężczyzna... przystojny, odważny, patriota... romansowy... Do takiej poufałości wtedy pomiędzy 
dworem a tą szlachecką okolicą* przyszło, że siądę sobie, bywało, do fortepianu i akordy biorę, a 
Anzelm za mną stanie i śpiewa: „Bywaj, dziewczę, zdrowe, ojczyzna mię woła!” A potem ja 
jemu śpiewam: „Szumiała dąbrowa, wojacy jechali...” Będzie temu już lat dwadzieścia dwa... trzy... Jaki to był gwar u nas, jakie życie i moje, i wszystkich... A teraz wszystko inaczej... 
inaczej... wieczny smutek... 
Mówiła to coraz powolniej, głową kiwała, a ogniste jej oczy nieruchomo tkwiły w dalekim 
punkcie przestrzeni. Wtem znad wozu, który oddalił się o kilkadziesiąt kroków, z 
towarzyszeniem klekotliwego turkotu kół wzniósł się czysty i silny głos męski z całej szerokiej 
piersi śpiewający strofę starej pieśni: 
Ty pójdziesz górą, ty pójdziesz górą, 
A ja doliną; 
Ty zakwitniesz różą, ty zakwitniesz różą, 
A ja kaliną. 
Justyna z szeroko otwartymi oczami i rozchylonymi w uśmiechu usty słuchała pieśni, która 
dalej rozlewała po polach swą rozgłośną i smętną nutę: 
Ty pójdziesz drogą, ty pójdziesz drogą, 
A ja łozami; 
Ty się zmyjesz wodą, ty się zmyjesz wodą, 
Ja mymi łzami... 
— Słowo honoru! — nagle i najgłębszym swym basem zawołała Marta — i my kiedyś z 
Anzelmem śpiewaliśmy ten sam duet... 
Na wozie stojący wysoki mężczyzna w znacznym już od dwóch kobiet oddaleniu śpiewał 
dalej: 
Ty jesteś panną, ty jesteś panną 
Przy wielkim dworze; 
A ja będę księdzem, a ja będę księdzem 
W białym klasztorze... 
— Ot — sarknęła Marta — w pieśni jest „będziesz” nie „jesteś”. Dlaczego on śpiewa „jesteś”? 
Przerabia sobie stare pieśni, błazen! 
Justyna uwagi tej nie słyszała. Gorący płomień przemknął w jej oczach. 
— Pyszny głos! — szepnęła. 
— Nieszpetny — odpowiedziała Marta. — Pomiędzy nimi często znajdują się piękne głosy i 
śpiewacy z nich zawołani... I ten Anzelm kiedyś, gdzie tylko, bywało, obróci się... śpiewa. 
Z daleka już, z daleka od toczącego się wozu przypłynęła jedna jeszcze strofa: 
A jak pomrzemy, a jak pomrzemy, 
Każemy sobie 
Złotne litery, złotne litery 
Wyryć na grobie... 
Stara panna stanęła nagle pośród drogi, podobna do wysokiego słupa ubranego w słomiany 
kapelusz i stojącego na dwu wielkich nogach w kwiecistych pantoflach. Wzrok w twarzy młodej 
dziewczyny utkwiła, wspomnienia i rozczulenia jakieś pracowały w jej chrypliwie oddychającej 
piersi, aż krzyknęła prawie: 
— A koniec tej pieśni znasz? Naturalnie, że nie znasz! Teraz już jej nikt... oprócz nich... nie 
śpiewa... 
Ramiona rozkrzyżowała i grubym, ochrypłym głosem zadeklamowała: 
A kto tam przyjdzie albo przyjedzie, 
Przeczyta sobie: 
Złączona para, złączona para 
Leży w tym grobie! 
— Ot, jaki koniec! — powtórzyła i wnet szerszymi jeszcze jak wprzódy krokami i mocniej 
ramionami rozmachując poszła dalej. 
Wóz napełniony wiejskimi dziewczętami wtoczył się pomiędzy szare domostwa i gęste 
ogrody wsi, długim sznurem rozciągniętej nad brzegiem wysokiej góry, u której stóp w falach 
swych błękit nieba i ciemny bór odbijając płynął cichy, spokojny Niemen. 
II 
W korczyńskim dworze na rozległym trawniku dziedzińca rosły wysokie i grube jawory 
otoczone niższą od nich gęstwiną koralowych bzów, akacji, buldeneżów i jeszcze niższą 
jaśminów, spirei i krzaczastych róż. Dokoła starych, kiedyś kosztownych sztachet topole, 
kasztany i lipy ścianą gęstej zieloności zakrywały drewniane gospodarskie budynki. U zbiegu 
dwu dróg okalających trawnik i rosnące śród niego potężne grupy drzew i krzewów stał dom 
drewniany także, nie pobielony, niski, ozdobiony wijącymi się po jego ścianach powojami, z 
wielkim gankiem i długim rzędem okien mających kształt nieco gotycki. Na ganku pomiędzy 
oleandrowymi drzewami, rosnącymi w drewnianych wazonach, stały żelazne kanapki, krzesła i 
stoliki. Naprzeciw gospodarskich zabudowań wznosiła się nad sztachetami gęsta zieloność 
starego znać, bo w aleje z grubych drzew wysadzanego ogrodu. Dalej widać było u jednego z 
krańców ogrodu przeświecający przez zieloność ów wysoki, w słońcu złocisty brzeg Niemna, a z 
niektórych punktów dziedzińca widzialną była i sama rzeka, szeroka, w tym miejscu okrągłym 
łukiem skręcająca się za bór ciemny. 
Nie był to dwór wielkopański, ale jeden z tych starych, szlacheckich dworów, w których 
niegdyś mieściły się znaczne dostatki i wrzało życie ludne, szerokie, wesołe. Jak działo się tu 
teraz, aby o tym wiedzieć, trzeba było dowiadywać się z bliska, ale co w oczy od razu wpadało, 
to wielka usilność o zachowanie miejsca tego w porządku i całości. Jakaś ręka gorliwa i 
pracowita zajmowała się wciąż jego podpieraniem, naprawianiem, oczyszczaniem. Sztachety 
psuły się tu po wielekroć, ale zawsze je naprawiano, więc choć połatane, stały prosto i dobrze 
strzegły dziedzińca i ogrodu. Stare również gospodarskie budynki miały silne podpory, a w 
wielu miejscach nowe strzechy i nowe pomiędzy drewnianymi ścianami słupy z kamieni. Stary 
dom niskim był i widocznie z każdym rokiem więcej wsuwał się w ziemię, lecz z dachem 
gontowym i jasnymi szybami okien nie miał wcale pozoru ruiny. Rzadkich, kosztownych 
kwiatów i roślin nie było tu nigdzie, ale też nigdzie nie rosły pokrzywy, łopuchy, osty i chrzany, 
a stare drzewa i dawno znać zasadzone, bo potężnie rozrosłe krzewy wyglądały świeżo i zdrowo. 
Dworowi temu, w którym jednak widocznie wciąż się coś psuło i naprawianym było, w którym 
widocznie także nic od dawna nie dodawano i nie wznoszono, ale tylko to, co już stało i rosło, 
przechowywano, porządek, czystość i dbałość nadawały pozór dostatku i prawie wspaniałości. 
Wielkość zajmowanej przezeń przestrzeni, niezmierne bogactwo napełniającej go roślinności, 
sama nawet starość niskiego domu i niejaka dziwaczność gotyckich jego okien wywierały 
wrażenie powagi, wzbudzały mimowolną poezję wspomnień. Mimo woli wspomnieć tu trzeba 
było o tych, którzy sadzili te ogromne drzewa i żyli w tym stuletnim domu, o tej rzece czasu, 
która nad tym miejscem przepłynęła, to cicha, to szumna, lecz nieubłaganie unosząca z sobą 
ludzkie rozkosze i rozpacze, grzechy i — prochy. 
Wnętrze domu posiadało te same, co i dwór cały, cechy dawnego bogactwa chronionego 
przez czujne i niestrudzone starania od rozpadnięcia się w łachmany i próchno. W obszernych, 
niskich i dobrze oświetlonych sieniach sterczały na ścianach przed wielu już zapewne 
dziesiątkami lat umieszczone ogromne rogi łosiów i jeleni; pomiędzy nimi wisiały uschłe wieńce 
ze zboża przetykanego czerwienią kalinowych i jarzębinowych jagód; naprzeciw drzwi 
wchodowych wschody* wąskie, niegdyś wykwintne, a dziś ślady tylko dawnej politury noszące, 
prowadziły do górnej części domu. Z tych sieni dwoje drzwi na oścież rozwartych wiodło z 
jednej strony do obszernej sali jadalnej, z drugiej — do wielkiego, o czterech oknach, salonu. Oba 
te pokoje dostatecznie zapełniały sprzęty, które, jak z kształtu i gatunku ich wnosić było można, 
kupionymi były przed dwudziestu przeszło laty i kosztowały wiele; teraz przecież ukazywały się 
na nich tu i ówdzie niewprawną ręką wiejskiego rzemieślnika dokonane sklejenia i naprawy, a 
drogą materię, która niegdyś okrywać je musiała, zastąpiła zupełnie tania i pospolita. Obicia na 
ścianach, tak jak i sprzęty, niegdyś kosztowne i piękne, a teraz postarzałe i spłowiałe, błyskały 
jeszcze tu i ówdzie złoconymi bukietami i arabeskami, zakrywało je zresztą w znacznej części 
kilka pięknych kopii ze sławnych obrazów i kilkanaście rodzinnych portretów w staroświeckich, 
ciężkich, z wytartą pozłotą ramach. Podłogi były tam woskowane i błyszczące, niskie sufity białe 
i czyste, drzwi staroświeckie, ciężkie, z błyszczącymi brązowymi klamkami, dywany duże i 
spłowiałe, w rogu salonu piękny fortepian, u okien ze smakiem ustawione grupy zielonych 
roślin. Widać było wyraźnie, że od lat dwudziestu nic tu nie przybyło, ale i nic nie ubyło, a to, co 
brudził, łamał i rozdzierał czas, ktoś ciągle oczyszczał, zszywał i naprawiał. Sprawiało to 
wrażenie pilnej pracy, usiłującej zwolnić, może zupełnie powstrzymać, stopniowo, lecz 
nieubłaganie proceder swój wiodącą przemianę bogactwa w nędzę. 
W przyległym wielkiemu salonowi pokoju, którego okno, jak i okna salonu, wychodziło na 
błękitniejący zza rzędu starych klonów Niemen, znajdowało się towarzystwo złożone z osób 
czterech. Pokój ten miał pozór gabinetu wykwintnej kobiety. Wszystko tu było miękkie, ozdobne 
i wbrew temu, co działo się w innych częściach domu, dość jeszcze nowe. Obicie osypane 
bukietami polnych kwiatów miało pozór nieco sentymentalny; gotowalnia okryta zwojami 
białego muślinu połyskiwała kryształowymi i porcelanowymi cackami; na etażerkach leżały 
książki, stały zgrabne koszyki i pudełka z przyborami do ręcznych robót. Materia okrywająca 
sprzęty pąsową barwą swą sprawiała na pierwszy rzut oka wrażenie świetności. 
Z tymi wszystkimi szczegółami sprzeczała się atmosfera pokój ten napełniająca. Była ona 
duszną i pełną zmieszanych zapachów perfum i lekarstw; ponieważ zaś okno i drzwi od 
przyległych pokojów szczelnie były zamkniętymi, pokój ten przypominał pudełko apteczne 
oklejone papierem w kwiatki i napełnione wonią olejków i trucizn. W rogu tego pokoju na 
pąsowym szezlongu we wpółleżącej postawie siedziała kobieta w czarnej jedwabnej sukni, z 
kibicią zbyt szczupłą, ale mającą w kształtach swych i ruchach wiele delikatnego wdzięku, z 
twarzą kiedyś znać zupełnie piękną, a i dziś jeszcze pomimo przywiędnięcia i zbytecznej 
chudości uderzającą niezmierną delikatnością płci, wielkością czarnych oczu o powłóczystym, 
łagodnym spojrzeniu, bujnością czarnych, starannie ułożonych włosów. Jakkolwiek skądinąd 
wyglądała na lat blisko czterdzieści, nie miała ani jednego siwego włosa, i jakkolwiek kibić jej i 
cera zdradzały do niedołęstwa posuniętą fizyczną słabość, drobne jej wargi były pąsowe i świeże 
jak u młodziutkiej dziewczyny. Rączki drobne, tak chude i delikatne, że prawie przezroczyste, 
tak pielęgnowane, że paznokcie ich posiadały kolor listka róży i połysk politury. Z wyrazem 
niemocy lub słodkiej rezygnacji splatała je ona i opuszczała na suknię albo rozmawiając czyniła 
nimi gesta rzadkie, drobne, powolne, objawiające śmiertelną obawę przed wszelkim żywszym i 
choćby odrobinę energiczniejszym poruszeniem ciała czy ducha. 
Była to pani Emilia Korczyńska, od lat dwudziestu paru żona Benedykta Korczyńskiego, 
właściciela odziedziczonego przezeń po ojcach i dziadach Korczyna. 
Naprzeciw pani domu siedziała kobieta na pierwszy rzut oka wcale do niej niepodobna, ale po 
przypatrzeniu się mająca z nią mnóstwo podobieństw. Zdawałoby się, że każda z nich należała 
do innego gatunku, ale do tej samej familii istot. Nieco młodsza, mniej widać piękna za młodu, 
więc teraz zupełnie już nieładna, była ona zarówno szczupłą i delikatną, słodką i cierpiącą; tak 
samo jak tamta splatała i opuszczała ręce, takie same czyniła gesty, taki sam miała głos smutny i osłabiony. Tylko zamiast pięknego stroju pani Emilii ubiór jej składał się z taniej i wcale 
nieozdobnej sukienki, z grubego obuwia i z cieniutkiej, batystowej, mocno przybrudzonej 
chustki, która zakrywając połowę jej brody, uszy i część włosów, małymi kończykami węzła 
sterczała nad ogromnym i widocznie przyprawnym, bo mocno zrudziałym warkoczem. Zapewne 
bolały ją zęby, ale niezbyt silnie, bo z owalnej ramy białobrudnej chustki wychylająca się 
twarzyczka, drobna, okrągła, przywiędła, niezmiernie czule, prawie miodowo uśmiechała się 
błękitnymi oczami i przywiędłymi usty. Uśmiechała się ona w ten sposób do dwu z obu jej stron 
siedzących mężczyzn, z kolei zwracając się ku jednemu i drugiemu, przy czym szyja jej, biała i 
okrągła, czyniła ruchy łabędzia schylającego głowę ku wodzie albo synogarlicy wyciągającej 
dziób ku kawałkowi cukru. Widocznym było, że ludzie ci byli dla niej tym, czym woda dla 
łabędzia lub cukier dla synogarlicy. Słów ich słuchała więcej niż z wytężoną uwagą, bo z 
uszanowaniem i rozkoszą, wtórując im przymilonymi uśmiechami, miodowymi spojrzeniami i 
cieniutkimi wykrzyknikami. Jednak żaden z nich w tej chwili bezpośrednio nie zwracał się do 
niej i nawet na nią nie patrzał. Tylko co przybyli, zabawiali rozmową swą panią domu, która 
także wydawała się ich przybyciem bardzo zadowoloną. Właściwie jeden z nich głównie 
zabawiać ją usiłował i ona też więcej i czulej na niego niż na drugiego patrzała. Nie był jednak 
ponętnym. Średniego wzrostu, niemłody, w bardzo starannym i modnym ubraniu, z przodem 
koszuli tak silnie nakrochmalonym, że wzdymał się mu na piersiach jak wklęsła płócienna 
tarcza, Bolesław Kirło miał okrągłą łysinę z tyłu głowy, włosy rzadkie nad niskim czołem, twarz 
długą, kościstą, z małymi, błyszczącymi oczami, ostrym nosem, wklęsłymi usty, tak starannie 
wygoloną, że aż na policzkach i brodzie błyszczącą. Brzydką tę twarz oświecała wielka i nigdy, 
zda się, nie ustająca wesołość. Z wesołym śmiechem, błyskając małymi oczami opowiadał on, że 
z panem Różycem z kościoła do Korczyna jadąc widział na polu dwie gracje. Na mitologicznym 
tym wyrażeniu nacisk kładąc, z rubasznym śmiechem wołał: 
— Gracje, jak Boga kocham, dwie gracje... Jedną, no to już bym każdemu darował, bo stara i 
zła; ale druga.... ho, ho, prawdziwa gracja, niech pan Różyc powie! Cukierek! Talia zgrabna, 
twarzyczka śniada, rączki... no, nie bardzo ładne, opalone... bo były bez rękawiczek... 
— O! więc gracja pańska była bez rękawiczek!... — ze słabym śmiechem zawołała pani Emilia. 
— I bez kapelusza — dodał Kirło. 
— Bez kapelusza! jakże to można chodzić bez kapelusza! — cichutko chichocząc powtórzyła 
kobieta z brudną batystową chustką dokoła twarzy. 
Kirło śmiał się; małe, świdrujące jego oczki coraz ostrzej błyszczały. 
— Niech pan Różyc zaświadczy... Co, panie Teofilu? cukierek? cacko? prawda? 
Wzywany na świadectwo mężczyzna nie odpowiadał. Światło z okna w ten sposób na niego 
padało, że twarz całkiem pozostawała w cieniu, a widać było tylko postać męską, wysoką, 
cienką, wykwintnie ubraną i głowę okrytą czarnymi, z lekka ufryzowanyni włosami; u oczu 
połyskiwały szkła binokli. Od chwili, gdy wszedł tu i zamienił z panią domu pierwsze słowo 
powitania, nie rzekł jeszcze nic... Prawda, że Kirło mówił ciągle i prawie sam jeden. Pani Emilia 
z ożywieniem zapytywała: kim były gracje spotkane w polu, a szczególniej ta... bez kapelusza i 
rękawiczek? 
— Była to zapewne jakaś wiejska dziewczyna... pan zawsze mistyfikować* nas lubi, panie 
Bolesławie! 
— Doprawdy! — z uśmiechem pełnym rozkoszy powtórzyła druga kobieta — pan nas zawsze tak 
mistyfikuje... Doprawdy! jak to można tak mistyfikować! 
— Ależ wcale nie! przysięgam paniom! jak Boga mego kocham, wcale nie mistyfikuję... — z 
komicznymi gestami tłumaczył się Kirło. — Nie była to wcale żadna wiejska dziewczyna, ale 
panna... co się nazywa panna... z pięknej familii, z pięknego domu, z piękną edukacją... 
— Panna z pięknej familii i z edukacją... — z wielkim już ożywieniem wołała pani domu — 
pieszo idąca, bez kapelusza... to być nie może... 
— To być nie może... Pan zawsze żartuje... — zawtórzyła druga kobieta. 
— No, a jak powiem jej imię i nazwisko, to co będzie? — z przekorną filuterią pytał gość. 
— Nie wierzę — twierdziła pani Emilia. 
— To być nie może; jakże to być może! — wstydliwie chichotał drugi głosik kobiecy. 
— A jak powiem — przekomarzał się Kirło — co mi za to będzie? Bez nagrody nie powiem! 
dalibóg! Co mnie panie dadzą za to, ha? Chyba panna Teresa pozwoli się pocałować? co? No, 
panno Tereso, tak czy nie? jeżeli pani mię pocałuje, to powiem, jeżeli nie, to nie! 
Wykwintny, w cieniu siedzący mężczyzna uczynił ruch zdziwienie czy niesmak objawiający; 
pani domu oswojona znać z żartobliwym usposobieniem gościa swego i nawet przyjemną 
rozrywkę w nim znajdująca śmiała się z cicha, trochę filuternie i zalotnie. Ale nic wyrazić nie 
zdoła wrażenia sprawionego przez propozycję Kirły na osobie, której ona uczynioną została. W 
owalnej ramie cieniutkiej, brudnej chustki mała i zwiędła jej twarz okryła się najjaskrawszym 
karminem; błękitne, niewinne oczy zmąciły się i nabrały wyrazu trwogi połączonej z upojeniem. 
Wątłą swą kibić w szarym staniku odrzuciła na tylną poręcz krzesła, ręce ku obronie wzniosła i 
cofając się, odwracając, rumieniąc, z chichotem, którym usiłowała pokryć zmieszanie swe i 
wzruszenie, bełkotała: 
— Ależ, doprawdy, panie Kirło... co pan wygaduje?... jakże można? pan zawsze żartuje... 
On jednak nie tylko wygadywał i żartował, ale brał się do czynu i czyniąc gest taki, jakby 
ramieniem swym kibić jej miał opasać, ogoloną twarz swą z wpółdobrodusznym, a 
wpółzłośliwym uśmiechem ku twarzy jej pochylał. Z chudych, bladych rąk swych tarczę sobie 
czyniąc, cała w tył odgięta, ale z dziwnie miodowym i upojonym wyrazem w oczach, wołała: 
— Oj ! oj ! o mój Boże! Co pan wyrabia! 
Pani Emilia z niezwykłą u niej żywością poruszyła się na szezlongu i wołać zaczęła: 
— Panie Bolesławie! proszę Tereni nie dokuczać! Niech pan jej nie dręczy! ją dziś zęby bolą. 
Kirło wyprostował się. 
— Racja — wyrzekł z powagą — racja! Buziak kobiety, którą zęby bolą, pożądanym nie jest, 
chociażby człowiek... kiedy indziej sobie na niego i bardzo zęby zaostrzył. No, cóż mam robić? 
Widzę, że muszę ciekawość pań darmo już zaspokoić. Taki to los biednego człowieka na tym 
świecie! Żadnej za nic nagrody! Ale nie! — zawołał nagle i z komiczną desperacją zwracając się 
do pani domu — chyba pani choć w rączkę pocałować się pozwoli! 
— Dobrze, dobrze — śmiejąc się i podając mu rękę wołała pani Emilia — tylko niech pan już 
mówi... 
Rączkę sobie podaną, istotnie śliczną, położył na swej dużej, kościstej dłoni i z miną 
smakosza przyglądał się jej chwilę swymi błyszczącymi, świdrującymi oczkami. 
— Śliczna! miła! malusia! malusienieczka rączka!– wymówił i złożył na niej długi pocałunek, 
w którym cześć i galanteria mieszały się z tajonym, niejako połykanym lubowaniem się 
przyjemnością innego wcale rzędu. Cień bladego rumieńca przepłynął chude policzki pani 
Emilii; cofnęła rękę i z większym jeszcze ożywieniem, z błyskiem w oczach, upomniała się o 
imię i nazwisko gracji. 
— Była to — wzdychając i wydymając wargi zadeklamował Kirło — była to cioteczna 
siostrzenica pana Benedykta Korczyńskiego, panna Justyna Orzelska. 
Dwa cienkie wykrzyki kobiece oznajmieniu temu odpowiedziały. Ale wmieszał się w nie i 
głos męski, który przemówił: 
— Więc ta panna, którąśmy jadąc spotkali, mieszka tu... jest kuzynką państwa... 
Pani Emilia dłoń przyłożyła do czoła; może w tej chwili uczuła ból głowy, ale grzeczna i 
słodka zawsze, gościowi odpowiedzieć pośpieszyła: 
— Tak. Justysia jest krewną męża mego, córką jego ciotecznej siostry. Ojciec jej, pan Orzelski, 
przez nieszczęśliwe zdarzenia utracił swój majątek, a wkrótce potem owdowiał. Od tego czasu 
oboje u nas mieszkają. Justynka, kiedy przybyła do nas, miała lat czternaście, a w tym wieku już 
są przyzwyczajenia, skłonności, którymi pokierować trudno... Jest ona zresztą dobrą, bardzo 
dobrą, tylko oryginalną, ale to tak oryginalną, że nie wiem już, doprawdy, skąd jej się to wziąć 
mogło... Zawsze inaczej robi niż wszyscy. 
Wykwintny mężczyzna, którego binokle połyskiwały w cieniu, wymówił: 
— Piękna panna. 
A po krótkiej chwili dodał: 
— Jest w jej powierzchowności jakaś świeżość, siła, prostota... 
— O! — zawołał Kirło — widzi pani, jak dobrze się przypatrzył... a raz tylko, i to śród drogi, 
cukierek ten widział... 
Kobieta z obwiązaną twarzą wtrąciła: 
— Justynka ma śliczną figurę... Ja jej zawsze figury jej zazdroszczę... 
Błyszczące binokle szybko zwróciły się ku niej. 
— Pani mówi? — cedząc nieco wyrazy zapytał gość. 
Może pani Emilia uczuła niewłaściwość odezwania się swej towarzyszki, bo szybko wtrąciła: 
— Tereniu, nie przedstawiłam ci jeszcze nowego sąsiada naszego... Gdy był u nas po raz 
pierwszy, leżałaś na migrenę czy flukcję*... Pan Teofil Różyc, panna Teresa Plińska, 
towarzyszka moja, niegdyś nauczycielka mojej córki, gdy była ona malutką... Wszakże to drugi 
raz dopiero mam przyjemność widzieć pana w domu naszym? 
— Tak, pani — z wytwornym ukłonem odpowiedział zapytany — i winszuję sobie, żem w tej 
pustej okolicy znalazł dom taki jak państwa. Zawdzięczam to panu Kirle, który mię pod tym 
względem oświecił... 
— Pan Kirło jest w każdym wypadku najlepszym sąsiadem i przyjacielem naszym. 
— Ja, pani, jestem zawsze najlepszym z ludzi i tylko... zapoznanym. 
— W domu naszym przynajmniej znajdujesz pan najzupełniejsze uznanie... 
Kirło ukłonił się z galanterią i wdzięcznością, ale dodał: 
— Nie u wszystkich, niestety, mieszkańców tego domu... 
— Ależ nie! u wszystkich! któż by?... 
— Panna Marta, na przykład, nie uznaje mię... — z komiczną żałością skarżył się Kirło. 
— O, Marta... Ona taka biedna... zgorzkniała.... popędliwa... 
— Panna Justyna... 
— O, Justynka! ona tak jest oryginalną... 
— Mąż pani... 
— Mąż mój! On zajęty... nietowarzyski... zawsze tylko o gospodarstwie swoim i o interesach... 
Przerwała i zwróciła się do Teresy Plińskiej, która w tej chwili z zachwyceniem 
przypatrywała się błyszczącym binoklom w cieniu siedzącego gościa. 
— Tereniu, daj mi trochę wody i proszek bromowy, bo czuję nadchodzący globus. 
Teresa poskoczyła ku toalecie i w mgnieniu oka podała towarzyszce żądane przedmioty. Pani 
Emilia delikatnie, z wdziękiem ujęła jedną ręką kryształową szklankę, drugą proszek zamknięty 
w dwu okrągłych opłatkach i tłumacząc się jakby z czynności, której dokonać miała, do nowego 
sąsiada rzekła: 
— Globus histericus... dokucza mi bardzo... szczególniej kiedy się czymś wzruszę... 
zmartwię... 
Tu połknęła proszek. Miała tyle powabu i gracji przy połykaniu lekarstwa, ile jej ma 
wyćwiczona tancerka w przybieraniu zalotnej pozy. Jednak widać było, że cierpiała naprawdę; 
ręką dotykała piersi i gardła, w których czuła nieznośne duszenie. 
— Czy świeże powietrze ulgi pani nie przynosi? — ze współczuciem zapytał Różyc. — Może 
pani okno otworzyć rozkaże? 
— O, nie, nie! — z żywym przeczeniem zawołała cierpiąca kobieta. — Ja się tak lękam wiatru, 
ciągów, słońca... Od wiatru dostaję zawrotu głowy, od ciągów newralgii, od słońca migreny... 
Tereniu, podaj mi proszę cię, toaletowy ocet... 
Kirło, cały nad nią schylony, z czułością szeptał: 
— Cóż? czy lepiej trochę?... dusi ciągle?... może przechodzi? 
Teresa podając ocet schyliła się też nad towarzyszką: 
— Początek migreny? prawda? Mój Boże! i mnie także zaczyna głowa boleć... 
Pani Emilia nacierając skronie octem cichutko szepnęła: 
— Moja Tereniu, ta Marta nie wraca dotąd z kościoła... jestem niespokojna o obiad... idź, 
dowiedz się, czy nakrywają do stołu. Czemu ta Marta nie wraca?... Nie wiem, czy gotują już dla 
mnie rosół... czuję, że nic innego dziś jeść nie będę mogła... Ach, ta Marta nie wraca... 
Z żywością i gracją podlotka Teresa biegła ku drzwiom, gdy szeroko otworzyły się one i do 
gabinetu wszedł mężczyzna, wysoki, barczysty, siwiejący, z długim wąsem, ogorzałą twarzą, 
pomarszczonym czołem i wielkimi, ciemnymi oczami, w których na pierwsze wejrzenie nic 
więcej wyczytać nie można było nad troskę i prawie ponure zamyślenie. Na powitanie 
gospodarza domu, pana Benedykta Korczyńskiego, dwaj goście szybko powstali. Ręka, którą im 
on na powitanie podawał, wielką była, od opalenia zgrubiałą. Zimno dotknął dłoni Kirły, a 
szczerszym nieco, choć obojętnym także, uściskiem objął białą i gładką jak atłas, 
wypielęgnowaną i wychudłą rękę Różyca. Teraz, gdy ten ostatni witając pana domu w świetle 
okna stanął, dokładnie obejrzeć było można powierzchowność jego arystokratyczną i jeszcze 
piękną, choć wyniszczoną i cierpiącą. Wysoki był i bardzo cienki, na małej i zgrabnej głowie 
fryzował włosy, dlatego zapewne, aby ukryć tworzącą się nad czołem łysinę; twarzą jego, o 
rysach prawidłowych i delikatnych, skórze białej i gładkiej jak welinowy papier, wstrząsały co 
chwilę nerwowe drgania przebiegające czoło i brwi. Od pierwszego rzutu oka poznać w nim 
można było człowieka bardzo światowego, przez fizyczną może słabość łagodnego i z systemem 
nerwowym chorym. Gdy stanął obok silnego, barczystego, ogorzałego pana domu, dwie ich 
postacie przedstawiły sprzeczność tak wielką, jak gdyby każdy z nich urodził się i żył na innej 
planecie. Jedną tylko cechę mieli wspólną: obaj wydawali się smutni. Korczyński wielką swą, 
ciemną ręką pociągając w dół długiego wąsa usiadł przy oknie i patrząc na żonę rzekł: 
— Dzieci nie ma! Od godziny już by tu być powinny. 
— O, ja także zaczynam być o to niespokojną i zapewne dlatego czuję już nadchodzącą 
migrenę — odpowiedziała pani Emilia i z cicha, zwolna uwiadomiła swoich gości o tym, że 
oczekuje przybycia na wakacyjne miesiące syna kształcącego się w szkole agronomicznej i córki 
będącej na jednej z pensji warszawskich. Mówiła, że Witold okazywał zawsze zamiłowanie w 
gospodarstwie wiejskim — znać odziedziczył to po ojcu — a Leonię wysłała na pensję dlatego, że 
przy swym słabym zdrowiu wychowaniem jej w domu pokierować nie mogła... Zresztą, jest to 
jeszcze dziecko, ma rok piętnasty... 
Kirło, który o tym wszystkim dawno już wiedział, usiłował zawiązać rozmowę z panem 
domu. Czynił to nawet z pewnym przymileniem, którym widocznie usiłował przełamać jakieś 
lody lekceważenia czy urazy. Zacierając kościste ręce i mile uśmiechając się rozpoczął: 
— Pan dobrodziej nawet w święto około gospodarstwa pracuje... 
— A tak — pociągając wciąż wąsa i posępnymi swymi oczami na przeciwległą ścianę patrząc 
odpowiedział Korczyński — dla nas święta nie ma. I owszem, kiedy oficjaliści i parobcy świętują, 
najbardziej pilnować trzeba, aby głodem nie zamorzyli koni i bydła albo dworu z dymem nie 
puścili... 
Nie była to właściwie odpowiedź niegrzeczna, ale ton, jakim wymówioną została, czynił ją 
obojętną i trochę rubaszną. 
— Ale co się tyczy tegorocznych urodzajów — rozpoczął znowu Kirło — obiecujące są, bardzo 
obiecujące... 
— A tak — odparł Korczyński — nie wiem jak gdzie, bom od kilku miesięcy nie ruszył się z 
domu ani na krok, ale u mnie na polu wcale pięknie... Jeżeli zbiór i zwózka pójdą pomyślnie... 
— Tysiączki będą, panie dobrodzieju, tysiączki będą z tego ślicznego Korczynka — zachęcony i 
do żartobliwego humoru swego powracając zawołał Kirło. 
Korczyński podniósł głowę i z urągliwym wyrazem swych smutnych oczu na sąsiada 
cieszącego się przyszłymi jego „tysiączkami” popatrzał. 
— A ceny? — zapytał. — Czy żona pana dobrodzieja mówiła mu, jakie były i pewno jeszcze na 
ten rok będą ceny na zboże? 
Kirło zmieszał się, ale wnet zatarł ręce i w śmiech uderzył: 
— Jak Boga kocham — ze śmiechem zawołał — żona moja jest tak zawziętą gospodynią, że do 
niczego mię nie dopuszcza... do niczego... Pod pantoflem siedzę po uszy... Ale mnie z tym 
dobrze i jej także... Bo i cóż, panie dobrodzieju, na tej nędznej folwarczynie mielibyśmy oboje 
do roboty? Albo ja, albo ona... A ponieważ ona chciała... 
Korczyński uśmiechnął się i zwrócił twarz w stronę, w której stała gotowalnia jego żony. Od 
tej gotowalni zaleciały go zmieszane zapachy toaletowego octu, ryżowego pudru i rezedowej 
perfumy. Pociągnął wąsa i zwracając się do żony rzekł: 
— Może by okno otworzyć? straszny tu zaduch! 
— O, nie! — łagodnie odpowiedziała pani Emilia — wiesz o tym, że ja nie mogę siedzieć przy 
otwartych oknach... 
— Głupstwo — mruknął Korczyński. — Musisz chorować w takiej zadusze siedząc. 
Delikatna, cierpiąca kobieta spłonęła rumieńcem. Zawstydziła się rubaszności męża, okazanej 
wobec mało jeszcze znanego gościa. Spuściła powieki, dotknęła dłonią piersi i gardła, umilkła. 
I wszyscy przez chwilę milczeli. Czuć było, że w zadusze tego pokoju wszystkim zrobiło się 
duszno. Pani domu coraz bezwładniej chyliła się na swym szezlongu; Kirło usłużnie posuwał ku 
niej wyszyte na kanwie poduszki; Korczyński długi wąs swój na gruby palec nawijał; binokle 
Różyca błyskały w cieniu ciekawie i jakoś drwiąco. W tej chwili kędyś z dołu słyszeć się dały 
pluski wody i przeciągłe, basowe wołania. Korczyński i Różyc jednocześnie spojrzeli w okno. 
Za oknem, za przezroczystą ścianą klonów, po błękitnym Niemnie płynęły tratwy, w mowie 
miejscowej płytami zwane. Jeden za drugim pod ciemną ścianą boru wieńczącego wysoki brzeg 
rzeki płynęły złote w słońcu, a stojący u sterów płytnicy*, w białej odzieży, silni jak wodne 
olbrzymy, nadając rudlom* ciężkie półobroty, uderzali nimi po wodzie, która z wielkim pluskiem 
tryskała w perlistych kaskadach. Zarazem ludzie ci rozmawiali z sobą długimi, basowymi 
krzykami, które obijały się o bór ciemny i wywoływały w nim głośne echa. Po przeciwległym 
wybrzeżu, pod gęstym borem, chodzili ludzie różni, pojedynczo i gromadnie, w szarych i białych 
ubraniach; gdzieniegdzie, nisko nad rzeką, skrzydlatymi punktami przelatywały rybitwy; w 
jednym miejscu rybackie czółenko kręto prześlizgiwało się pomiędzy płytami; w klonach 
szczebiotały szczygły, gwizdała wilga, zanosiła się od krzyku czeczotka. Świat cały stał w 
cudnej pogodzie jak czara nalana błękitem i złotem. 
— Piękna miejscowość — rzekł w zamyśleniu Różyc. 
Korczyński wskazał mu pracujących około rudli płytników. 
— Ci ludzie nie mają także święta... 
Różyc zdjął binokle i długą swą atłasową rękę powiódł po zmiętym i drgającym czole. 
— Mnie się zdaje — rzekł — że oni zawsze mają święto. Są zdrowi, silni i jakimkolwiek jest ich 
życie, żyć chcą... 
— Może pan ma słuszność — po krótkim namyśle odpowiedział Korczyński. — Praca 
nieszczęściem nie jest; idzie tylko o grunt, na którym człowiek pracuje, i o... skutki. Jeżeli co 
krok głową o mur uderzać się musisz i myśleć, że wszystko, cokolwiek byś zrobił... na diabła 
zda się... 
Machnął ręką i umilkł. Różyc cierpiącymi swymi, ale inteligentnymi oczami z zajęciem 
spoglądał na ogorzałe, zorane czoło i w dół spuszczone wąsy obywatela. 
— Do czego pan ostatnie słowa swe stosujesz?– zapytał. 
Spod wypukłych powiek duże, piwne oczy Korczyńskiego podniosły się na twarz gościa i 
utonęły w niej wejrzeniem głębokim i przejmującym. 
— Jak pań myśli?... — zaczął i zawahał się z dalszym mówieniem. Ogarnęła go widoczna, a 
dziwna w tak silnym człowieku nieśmiałość. 
— Jak pan myśli? — zaczął znowu — czy w teraźniejszych czasach ci nawet z nas, którzy 
pieniędzy nie marnują i jak woły pracują, zdołają... to... tamto... tego... 
Źrenice jego błyskały przelatującymi w nich iskrami; patrzał ciągle w twarz gościa i koniec 
wąsa do ust włożywszy przygryzać go zaczął. Widocznym było, że Różyc nie wiedział dobrze, 
co mu odpowiedzieć wypadało. Nad przedmiotem zaczepionym przez Korczyńskiego myślał 
zapewne niewiele; może też obchodził go on niewiele. 
— Któż to może przewidzieć? — zaczął. — Czasy są ciężkie. Ja zresztą te strony znam tak 
mało... świeżym przybyszem jestem... 
— Nie o te strony idzie — żywo podjął Korczyński — pod tym względem wszystkie strony u nas 
są sobie równe. Niechże mi więc pan powie przynajmniej, jak jest tam, gdzie pan mieszkałeś... 
Różyc z niedbałym uśmiechem, choć z silnym drganiem czoła i brwi odpowiedział: 
— Osobiście przedstawiam przykład zasmucający... Moje tamtejsze majątki są dla mnie 
stracone... 
— Wiem o tym, ale to co innego! — zawołał Korczyński. — Pan z urodzenia byłeś wielkim 
panem... No, a to... tamto... Ale chciałbym coś wiedzieć o obywatelstwie średnim, takim na 
przykład jak ja, siedzącym na dziesięcinach* ziemi kilkuset, tysiącu... trochę więcej... 
Światowemu i do wszystkiego przyzwyczajonemu człowiekowi odpowiedzi na pytania 
wszelkie zupełnie zabraknąć nie mogło. Począł więc opowiadać o finansowym i gospodarskim 
stanie średnich majętności ziemskich nad Słuczą położonych, a czy opowiadał dokładnie lub 
niedokładnie, prawdziwie czy nieprawdziwie, o to widocznie nie dbał. Nie zajmował się tym 
bardzo żywo, może uważał to sprawozdanie za próżną dla siebie fatygę. Ale mówił płynnie, do 
wykwintnej polszczyzny mieszając trochę francuskich wyrazów, od czasu do czasu, zręcznie i 
grzecznie, tłumił nerwowe poziewanie. 
Z dala od okna, w przyciemnionym nieco rogu pokoju, prowadziła się inna, znacznie cichsza 
rozmowa. Kirło, ku gospodyni domu pochylony, mówił do niej o czymś półgłosem, z wyrazem 
ubolewania naprzód, a potem tak jowialnej żartobliwości, że na koralowe jej usta z wolna 
powracał uśmiech. Z wdzięcznym na sąsiada swego spojrzeniem wyrzekła: 
— Pan zawsze pocieszyć i rozweselić mię musisz... O, gdyby mi pana jeszcze zabrakło... 
— Po co ma zabraknąć? — oburzył się Kirło. — Kiedy już tyle lat... 
Ukośne wejrzenie rzucił na pana domu, bardzo w tej chwili zajętego rozmową z Różycem. 
Potem szare, błyszczące oczki jego wpiły się w delikatne policzki pani Emilii, a koścista ręka 
posuwała się z wolna ku jej ręce, która na kształt listka lilii spoczywała na zwojach jedwabiu. 
— Biedna pani! — szepnął — już ja dziś muszę coś takiego zrobić, żeby panią rozweselić. 
Za oknami na błękitnym Niemnie ciężkie rudle wciąż uderzały w wodę wywołując pluski 
perlistych kaskad; lekki wiatr szumiał w klonach i mieszały się z nim fruwania ptasich skrzydeł. 
Na przeciwległym wybrzeżu, w ciemnym borze, ludność wiejska zbierała pewno poziomki lub 
zioła, bo w głębi boru odzywały się nawoływania: 
— Hu! ho! hej! hop! hop! 
Jednocześnie z wnętrza domu, ale z dala, jakby znad sufitu, osłabione odległością słyszeć się 
dało granie na skrzypcach. Chwilami rozpoznać można było, że w górnej części domu ktoś z 
wielką precyzją i umiejętnością grał jakąś wielką i trudną kompozycję muzyczną. 
Kirle te skomplikowane i pracowicie wywoływane tony skrzypiec jakby coś na pamięć 
przywiodły. Uśmiechnął się filuternie, dłonią po kolanie uderzył; wybiegł przez drzwi do salonu 
prowadzące, szczelnie je za sobą zamykając. 
W jadalnej sali, dokoła długiego stołu ciężko, lecz żwawo krzątała się Marta Korczyńska, 
która przed kilku zaledwie minutami wróciła ze swej dalekiej przechadzki. Wielki słomiany jej 
kapelusz leżał na jednym z krzeseł, a głowa, z cienkim warkoczykiem przymocowanym z tyłu 
wielkim grzebieniem, pilnie schylała się nad nakryciami, stwierdzając porządek ich i czystość. 
Przyrządzała sałaty i kompoty, przynosiła butelki z winem, co chwilę wybiegała, a powróciwszy, 
z brzękiem kluczy otwierała szuflady kredensowej szafy i urządzając, ustawiając, przyozdabiając 
wszystko, pantoflami wyszytymi w czerwone róże głośno klapała o podłogę. Dopomagał jej w 
tym gospodarskim zajęciu jeden tylko kredensowy chłopak, przyodziany porządnie i żwawy, ale 
niedorosły i ślepo tylko rozkazy jej spełniający. Cztery wiorsty* uszła dziś tam i na powrót, nie 
odpoczywała ani minuty, a nie znać było na niej strudzenia. Chrząkała, kaszlała, gderała i 
napędzała małego lokaja, a pomimo ciężkości chodu swego i pedantycznej dokładności, z jaką 
spełniała rzecz każdą, zwijała się tak prędko, że w niespełna kwadrans stół był już na dziesięć 
osób nakrytym i wszystko do obiadu przygotowanym. Chłopak chleb krajał, a Marta wkładała go 
do serwet, kiedy z dalszych pokojów wbiegła do jadalnej sali Teresa Plińska, w ręce klasnęła i z 
wybuchem radości zawołała: 
— A! pani już tu, panno Marto! i wszystko do obiadu przygotowane! Jakże to dobrze! Pani 
Emilia była bardzo niespokojną. 
— I niepotrzebnie! — ofuknęła stara panna — niech swoich robótek i swojego słabego zdrowia 
patrzy, a co się tyczy domu, to już do mnie to należy. 
— To nic — szeptała Teresa — ale ona zawsze o wszystko niespokojna. I teraz dostała globusu, i 
zaczęła już dostawać migreny... 
— Naturalnie! a poziewania jeszcze nie dostała?... 
— Jeszcze nie, chwała Bogu! — zupełnie serio i nawet z rzetelną dla Nieba wdzięcznością 
odparła towarzyszka pani Emilii. 
— A Benedykt w domu? 
— W domu, tam, z gośćmi i żoną... Znowu gniewał się, że pani i Justynka piechotą poszłyście 
do kościoła. Mówił, że w święto konie nie zajęte... 
— To niech odpoczywają, a jak odpoczną, lepiej się potem do gospodarstwa zdadzą... Wieczna 
głupota! Czy to my księżniczki; żebyśmy pieszo chodzić nie mogły? Uf! nie mogę! 
Kaszel ją porwał, ale trwał krótko, bo wstrzymywała się z całej siły, i nagła myśl jakaś 
piorunem, zda się, uderzyła o całą jej istotę. Głośno splasnęla rękami i do okna poskoczyła. 
— A dzieci jak nie ma, tak nie ma! — zawołała. 
Teresa tymczasem liczyła na stole nakrycia. 
— Na dziesięć osób, jak mamę kocham, na dziesięć osób nakryto! — piskliwie zawołała. — Czy 
więcej gości dziś przyjedzie? bo nas domowych sześć, a dwóch panów — to osiem... a tu na 
dziesięć... czy kto jeszcze przyjedzie? 
— Dwóch konkurentów do ciebie przyjedzie!– z gniewną ironią krzyknęła Marta. — Alboż 
mało naczekałaś się jeszcze na nich? No, to dziś trzech będziesz miała od razu. Pan Różyc już 
jest, a dwóch jeszcze przyjedzie... 
Zaczęła śmiać się tak, że aż łzy nabiegły do szyderskich, ognistych jej oczu. Teresa, 
zarumieniona trochę, dobrodusznie jej w twarz patrzała. 
— Co też pani wygaduje! Pan Różyc... gdzieżby on tam mógł... taki wielki pan... choć, 
doprawdy, tak jakoś patrzał... ej! oni wszyscy tacy... ci mężczyźni... Ale naprawdę, kto więcej 
przyjedzie?... moja droga pani, proszę mi powiedzieć, kto przyjedzie? 
I szczupłymi ramionami swymi z dziecinną prawie pieszczotliwością objąć usiłowała grubą 
kibić i cienką, żółtą szyję towarzyszki. Ale ona gwałtownie wyrwała się z jej objęć. 
— A dzieci! — krzyknęła. — Toż Widzio i Leonia powinni już od godziny być tutaj... Może choć 
na obiad nadjadą... 
— A, prawda — z widocznym uczuciem rozczarowania szepnęła Teresa — zapomniałam... 
— 
Zapomniała, zapomniała... — gniewnie ku szafie kredensowej idąc zamruczała Marta. — 
Może i matka zapomniała także... o dzieciach zapomniała... Co im w głowie? Romanse i 
apteka... Wieczna głupota!... A dzieci jak nie ma, tak nie ma!... O Boże mój, Boże! gdyby 
tylko nie jaki wypadek... bo z tymi kolejami żelaznymi wszystko być może... 
— 
Znowu stanęła twarzą ku oknu, głową wielkim grzebieniem sterczącą trzęsła i pęk 
kluczów głośno dzwonił w jej ręku. 
W tejże chwili za przymkniętymi drzwiami sali jadalnej dało się słyszeć szybkie ze 
wschodów zbieganie, potem szamotanie się jakieś, mocowanie, dwa głosy męskie, z których 
jeden zdawał się o coś nalegać, a drugi od czegoś wypraszać... struna jakaś kilka razy brzęknęła, 
na koniec, dalej już, w głębi domu, wybuchnął głośny śmiech Kirły... Marta, zapatrzona w szlak 
drogi, zza rozwartej bramy dziedzińca widzialny, na szczególny hałas ten nie zwróciła żadnej 
uwagí, ale Teresa rzuciła się ku drzwiom í naprzód przez nie ciekawie głowę wychyliła, a potem, 
z cienkim i uszczęśliwionym chichotem, drobnym swym dziewczęcym krokiem przez sienie i 
salon pobiegła. W głębi salonu drzwi od pokoju pani Emilii otworzyły się głośno i zjawił się w 
nich Kirło śmiejący się i ciągnący za sobą kogoś bardzo pociesznie w samej rzeczy 
wyglądającego. Był to staruszek średniego wzrostu, ale tuszy dobrej i w środku figury 
szczególniej wydatnie zaokrąglonej, z okrągłą, białymi jak mleko włosami okrytą głową, z 
okrągłą także, pulchną, rumianą twarzą. Wśród tej twarzy pulchne, rumiane usta uśmiechały się 
teraz z pełną zmieszania dobrodusznością i błękitne jak turkusy oczy patrzały z wyrazem wstydu 
i zalęknienia. To zmieszanie i zalęknienie źródło swe mieć musiało w ubiorze bardzo 
niestarannym, bo składającym się tylko z szerokiego, z kwiecistej materii sporządzonego 
szlafroka. Jedną ręką trzymając smyczek i zarazem powstrzymując od rozchylania się poły 
szlafroka, drugą ten białowłosy i łagodny starzec przyciskał do piersi skrzypce. Przy tym broniąc 
się przeważnej sile, która go naprzód pociągała, usiłował wciąż cofać się i ramię swe z dłoni 
Kirły wyrwać. 
— Puść mię pan... — szeptał i wykrzykiwał głośno — jakże można? przy damach... w 
szlafroku... 
Ale Kirło wciągnął go do pokoju, przy czym do Różyca zwrócony perorować zaczął: 
— Przedstawiam nowemu sąsiadowi naszemu najznakomitszego muzyka okolicy naszej... 
przepraszam! Litwy... a może i Europy... Zaniedbany ubiór jego przebaczą mu nawet damy, 
ponieważ jest artystą. Od urodzenia podobno aż do dnia dzisiejszego pracuje nad muzyką. 
Majątek, panie, przepracował... Ale gra za to... gra... 
— Puść mię pan... przy damach... przy nieznajomym człowieku... — wypraszał się í w celu 
wyrwania się nowe, a coraz śmieszniejsze wysilenia czynił staruszek. 
Nieznajomy człowiek, czyli Różyc, ze zdumieniem na tę scenę patrzał i nie tylko nie śmiał 
się, lecz delikatne wargi jego przybrały wyraz niesmaku. Korczyński, oswojony znać z dobrym 
humorem Kirły i jego objawami, spoglądał przez okno na klony i rzekę; panie, Emilia i Teresa, 
śmiały się: pierwsza cichutko i z niejakim zawstydzeniem, druga głośniej i z rozkoszą. Kirło, 
zachęcony powodzeniem swym wobec dam, a na obecnych mężczyzn już nie zważając, z 
komicznymi gestami i minami dalej prawić zaczynał: 
— Idę sobie na górę, aby naszego kochanego artystę odwiedzić... słyszę: gra! Dobrze, myślę, 
niechże przyjdzie zagrać dla nas... Wymawia się, że nie ubrany... Co tam! tym lepiej... artyści 
podobno, panie, zawsze nie ubrani i nie umyci... 
Wtem zza pleców szamoczącego się i już widocznie udręczonego starca wysunęła się młoda 
kobieta w czarnej sukni, wybornie uwydatniającej jej silną i zgrabną kibić. Wyprostowaną była i 
głowę otoczoną czarnym warkoczem wysoko podnosiła. Wśród śmiałej twarzy szare jej oczy 
wydawały się teraz prawie czarnymi i w twarz Kirły cisnęły płomienie gniewu. Na nikogo z 
obecnych nie spojrzawszy zwróciła się ku otwartym drzwiom salonu i zawołała głośno: 
— Mars! Mars! 
Na to wołanie zjawił się w progu pies myśliwski, ulubieniec pana domu, wielki, czarny 
ponter*. Kobieta krótkim gestem wskazała go Kirle. 
— Oto jest Mars — rzekła — wybornie umie on warować, aportować i przez kij skakać. 
Zawołałam go tu dla zabawy pana! 
Głos jej trochę drżał, usta zbladły i z oczu znowu trysnęły płomienie. Powoli jednak i 
łagodnie ujęła ramię starca. 
— Chodź, ojcze! — rzekła. 
Kiedy wyprostowana, z podniesioną głową i bladym, lecz nie zmąconym profilem prowadziła 
przez wielki salon siwowłosego, trochę przygarbionego i skrzypce swe do piersi przyciskającego 
starca, przypomnieć mogła Antygonę*... 
— Wspaniała! — zza binokli swych ścigając ją spojrzeniem szepnął Różyc. 
Kirło nie zmieszał się ani na chwilę i z nowym śmiechem szeptał do ucha Teresy coś, od 
czego rumieniła się i najmilszym uśmiechem rozjaśniała jej okrągła, rumiana, w owalną ramę 
chusteczki ujęta twarz. Korczyński motał wąs na palec i parę razy, do siebie więcej niż do 
innych, przemówił: 
— Dzieci nie ma! dziwna rzecz! dzieci nie ma! 
Różyc gospodynię domu nie mógł długo w osamotnieniu zostawiać. Toteż z wyrazem 
współczucia zapytał ją, czy na nerwy przeważnie choruje, a otrzymawszy twierdzącą odpowiedź, 
z żywszą jeszcze sympatią mówić zaczął o ogólnym teraz usposobieniu do chorób nerwowych i 
trudności znalezienia na nie radykalnego lekarstwa. 
— Co do mnie — rzekł — znam jedną tylko paliatywę*, która niechybnie o wczesną śmierć 
przyprawia, ale chwilowo przynajmniej zaspokaja potrzebę wrażeń i daje zapomnienie... o 
wszystkim... 
Pani Emilia jak do modlitwy ręce złożyła. 
— O, cóż to jest? — zawołała. 
— Morfina — z niedbałym uśmiechem szepnął gość. 
Ze zniechęceniem ręką skinęła. 
— Nie — rzekła z cicha — mnie się zdaje, że jedynym lekarstwem pewnym byłoby zadowolenie 
wyższych potrzeb istoty naszej, potrzeb serca... wyobraźni... szlachetnych gustów... Ale któż jest 
tak szczęśliwym, aby móc spełniać wszystkie marzenia swoje, aby dysonanse życia nie 
zatruwały mu ducha i ciała?... 
— Bywają też ludzie, którzy spełniają wszystkie swoje marzenia i od zbytku tego szczęścia 
stają się... nieszczęśliwymi... — z ledwie dostrzegalną ironią odparł gość. 
Znowu drzwi od salonu otworzyły się z łoskotem i zjawiła się w nich na oka mgnienie wielka 
postać Marty. 
— Dzieci jadą! dzieci... jadą! — krzyknęła swym grubym, ochrypłym głosem i wnet jak wicher 
rzuciła się w kierunku sieni. 
W uszach obecnych zabrzmiał tylko głos jej jakąś ogromną radością nabrzmiały, a w oczach 
wionęły końce mantyli i zamigotały czerwone róże pantofli. Korczyński, jakby wybuchem 
jakiejś palnej materii z krzesła poderwany, dwoma krokami przesadził pokój i zniknął. Pani 
Emilia bardzo powoli podniosła się z szezlonga. 
— Tereniu, droga moja... dajże mi płaszcz, rękawiczki, chustkę na głowę... 
Teresa w kilku fertycznych poskokach podała żądane przedmioty i do przywdziania ich 
dopomogła. Potem zaczęła sama owijać się ciepłym szalem, wsuwać na ręce trochę podarte 
rękawiczki, zawiązywać na głowie włóczkową chustkę. 
Pani Emilia postąpiła parę kroków. 
— Tak, doprawdy, osłabiona dziś jestem... — z cicha zaczęła — że nie wiem... czy zdołam wyjść 
na spotkanie moich dzieci... 
Ręce jej wspierające się o stół drżały i słychać było niemal przyśpieszone bicie jej serca. Nie 
udawała: była istotnie bardzo zdenerwowaną i słabą. Kirło pośpieszył z podaniem jej ramienia. 
Wsparta na nim szła przez salon, jak wiotka trzcina chwiejąc się prawie i z szelestem ciągnąc za 
sobą zwój jedwabiu. 
Wkrótce na ganku utworzyła się grupa osób, na której czele stał Korczyński, do niepoznania 
prawie zmieniony, bez śladu uprzedniej ponurości w błyszczących oczach, prawie bez 
zmarszczek na czole, z uśmiechem radości pod długim i w dół opuszczającym się wąsem. Na 
zapadłe policzki tuż za nim stojącej Marty wybiły się okrągłe, ogniste rumieńce; źrenice jej 
patrzące na drogę, śród której widać było szybko ku bramie zbliżający się punkt czarny, 
przygasły i zwilgotniały; zwiędłymi, uśmiechającymi się usty cichutko szeptała: 
— Aniołki! kotki! robaczki moje! 
Każdy by odgadł, że ci, których tu witać miano, rzucą się naprzód w objęcia tych dwojga 
ludzi. W głębi ganku, u samych drzwi wchodowych, Teresa z pomocą Kirły ustawiała 
przyniesiony z salonu fotel, na który wnet bezwładnie opuściła się pani Emilia. Do Teresy 
szepnęła: 
— Trochę laurowych kropli, moja Tereniu... 
A do Kirły: 
— Wróć pan do pana Różyca. Niepodobna przecież, aby zostawał sam jeden... 
Po kilku minutach przed ganek zajechała czterokonna bryczka, z której razem prawie 
wyskoczyło dwoje młodziutkich ludzi: wysmukły, złotowłosy chłopak i niedorosła, zgrabna 
panienka. Wybuchły pocałunki i zapytania; głosy zmieszały się. Słychać było huczenie Marty, 
śmiech podlotka, szybką mowę młodzieńca, spazmatyczne łkanie pani Emilii, piskliwe wykrzyki 
Teresy przyzywającej pomocy służących dla odprowadzenia pani do pokoju. 
Różyc i Kirło z roztargnieniem przypatrywali się tej scenie przez jedno z okien domu. Mało 
ich ona obchodziła. Nagle Różyc twarz od okna odwracając zapytał: 
— Któż to jest ta panna Orzelska? 
Kirło wybuchnął śmiechem. 
— Oho! wpadła panu w oczko, co? Nieszpetna, co prawda, ale dla mnie niesympatyczna... 
zimna... rubaszna... oryginalna... 
Wzruszył ramionami i usta wydął. 
— Gusta są różne — flegmatycznie odparł młody pan i malutką piłką począł bardzo uważnie 
robić coś około swych pięknych paznokci. 
— Biedna? Bez posagu? — zapytał po krótkiej chwili. 
— Pięć tysięcy ma na procencie u pana Benedykta. Cóż to za posag... Wcale posagu żadnego 
nie ma... a dumna przy tym jak księżniczka i zła jak szerszeń. 
— Zauważyłem to właśnie przed chwilą... 
Ironiczny trochę uśmiech przebiegł mu po cienkich ustach. 
— Z temperamentem dziewczyna... — dodał. 
Kirło swymi błyszczącymi, świdrującymi oczkami uważnie mu w twarz popatrzał. 
— Ej, nie zapalaj się pan tak prędko! — z wyraźnym niezadowoleniem zawołał. — 
Temperament! temperament! Był, ale już wywietrzał. 
Czarne, wąskie brwi młodego pana silniej niż zwykle drgnęły, a drgnienie to udzieliło się 
czołu i przebiegło skórę czaszki, aż pod przerzedzonymi i ufryzowanymi włosami. Zupełnie 
jednak obojętnym a nawet żartobliwym głosem zapytał: 
— Cóż tam takiego było? 
Kirło znowu filuternym stał się. 
— Pamiętasz pan Zygmunta Korczyńskiego, tego malarza, którego spotkaliśmy u Darzeckich? 
— Pamiętam, wcale przyzwoity człowiek i podobno nie bez talentu... Żona jego ładna, mała 
blondynka... Cóż więc? 
— No... on i panna Justyna... 
— Romans? — dorzucił pan. 
— I jaki! — wybuchnął Kirło. 
— Już z żonatym? 
— Ale gdzie tam! od dzieciństwa prawie... jak zwykle pomiędzy kuzynami... 
— A! dlaczegóż więc?... 
— Dlaczego nie pobrali się? Ależ i mowy o tym być nie mogło... Familia... i on sam... 
Dłużej rozmawiać nie mogli, bo towarzystwo całe z ganku wchodziło już do sieni i zaraz 
wejść miało do salonu. 
Tymczasem po wschodach, niegdyś politurowanych i ozdobnych, dziś tylko czystych i 
całych, Justyna wprowadziła ojca do górnej części domu, gdzie pośród obszernego strychu 
urządzonym był wąski korytarz z dwoma naprzeciw siebie otwierającymi się pokojami. Jeden z 
tych pokojów należał do Ignacego Orzelskiego i był zarazem sypialnią nocujących tu czasem 
gości. Justyna opuściła ramię ojca i wyjąwszy mu z rąk skrzypce, umieściła je w stojącym na 
stole podługowatym pudle. Czyniąc to, z cicha i trochę szorstko rzekła: 
— Dlaczego, ojcze, pozwalasz zawsze temu panu żarty z siebie... 
Urwała i uczyniła ręką gest zniechęcenia. 
— Po co ja to mówię! Tyle już razy prosiłam... przedstawiałam... Nic nie pomaga... i nic nie 
pomoże!... 
Wzięła dzbanek stojący w kącie pokoju i zaczęła zeń wodę do miednicy nalewać. Stary w 
rozwartym szlafroku i zupełnym pod nim negliżu stał na środku pokoju, zakłopotany trochę i z 
jednostajnym wciąż, dobrodusznym uśmiechem na ustach. 
— Widzisz, moja Justysiu — zaczął — żebyś ty wiedziała, jak to trudno... zresztą... cóż to 
szkodzi! 
— O! — zawołała — właśnie pragnęłabym, aby ojciec uczuł... 
Umilkła znowu, zawiesiła ręcznik obok miednicy i na jednym ze stołów ustawiła małe 
lusterko. Stary tymczasem drobnymi krokami zbliżył się do skrzypiec i już je z pudła wyjmować 
zaczął. Justyna delikatnie i powoli instrument znowu na uprzednim miejscu złożyła. 
— Trzeba się ubierać, ojcze! zaraz zawołają nas do stołu... 
— A! do stołu — powtórzył stary. — Dobrze... dobrze... bo już i głodny jestem... A nie wiesz tam 
czasem, co na obiad będzie? 
— Nie wiem — odpowiedziała i ułożyła obok lusterka wszystkie przybory do golenia się i 
czesania służące. 
— Wszystko gotowe, ojcze... 
Stary nie ruszał się i z ukosa na skrzypce spoglądał. 
— A może bym ja trochę jeszcze pograł? 
— A obiad? — zapytała Justyna. 
— A prawda... obiad! Pewno dziś co smacznego dadzą, bo goście są... Pytałem się nawet 
panny Marty z samego rana, co tam na obiad będzie, ale czy ona kiedy po ludzku do kogo 
przemówi! Burknęła... chrząknęła... czchnęła i na dół poleciała... a mnie już na dół nie chciało 
się schodzić... wypiłem więc kawę z sucharkami, troszkę szynki zjadłem i grałem sobie... Szynki 
w tym roku doskonale urządziła... i sucharki jej zawsze doskonałe... w ustach topnieją... caca! 
Powoli, leniwie usiadł przed lusterkiem i do robienia toalety swej przybierać się zaczął. 
Justyna prędko i zręcznie czyściła miotełką surdut ojca. Stary zachmurzył się. 
— Otóż to — gderliwym tonem zaczął — jak tylko goście przyjadą albo co tam innego stanie się, 
Franek u mnie ani nosa nie pokaże... Jeden ten chłopiec do wszystkiego... i przy kredensie, i do 
stołu usługuje, i mnie, i panu Benedyktowi... Do czego to podobne, aby w takim domu... nie było 
komu wody podać i surduta oczyścić? 
— Już oczyszczony! — odpowiedziała Justyna. 
— Oczyszczony... oczyszczony... — gderał stary.– A któż go oczyścił? Ty sama! Czyż to 
pięknie, aby panienka surduty czyściła?... do czego to podobne? 
Po ustach Justyny przemknął uśmiech. Stanęła na środku pokoju i zamyśliła się chwilę. 
— Jak ja stąd wyjdę — rzekła — ojciec znowu grać zacznie... 
— A może... — odparł stary — to i cóż? 
— Teraz nie można — odrzekła — bo jak na obiad zawołają, trzeba, aby ojciec był już ubrany... 
Lepiej może pudło na klucz zamknąć... 
— No, no! nie zamykaj... nie zamykaj!... 
Nic już nie odpowiadając zakręciła mały klucz w zamku, schowała go do kieszeni i wyszła. 
Drugi pokój na górze, niezbyt mały i bardzo czysty, o dwu łóżkach i umeblowaniu 
skromnym, lecz dostatecznym, stanowił od lat kilku wspólne mieszkanie Marty i Justyny. W tym 
pokoju Justyna stanęła przed otwartym oknem i rozplotłszy warkocze, powolnym ruchem 
rozczesywać zaczęła gęstwinę czarnych włosów, w które podczas rannej przechadzki wplątały 
się zielone igły i młodziutkie gałązki sośniny. 
Na Niemnie ruch ustał zupełnie. Tratwy przepłynęły, rybackie czółna znikły, samotność 
zaległa płynące błękity wody, nad którymi czasem tylko w olśniewającej światłości słonecznej 
szybko i kręto przelatywały połyskliwe jak atłas rybitwy. Na cichą wodę wypłynęła łódź mała, 
od jednego brzegu do drugiego wioząca dwóch ludzi. Jeden z tych ludzi siedział na dnie łodzi i 
twarz nad wodą pochylał tak, jakby z zajęciem przypatrywał się podwodnej roślinności, która tu 
i ówdzie wybijała się na powierzchnię kępami okrągłych liści i żółtych kwiatów wodnych lilii. 
Drugi, wysoki, w stojącej postawie rozgarniał wiosłem wodę zataczającą dokoła łodzi koliste 
bruzdy. Justyna spostrzegła, że ten przewoźnik, wstrzymawszy nieco ruch wiosła, z podniesioną 
twarzą patrzał chwilę na dom, u którego szczytu stała ona w otwartym oknie. Potem, gdy już 
łódź przybiła do brzegu, człowiek ów, wyskoczywszy na przeciwległe wybrzeże, stanął i znowu 
w tym samym kierunku spojrzał; ale wnet, na kształt górskiego jelenia, prędko i zręcznie 
wbiegać zaczął na wysoką, piaszczystą ścianę. Od chwili do chwili zatrzymywał się i podaniem 
ręki albo podłożeniem dłoni pod łokieć dopomagał towarzyszowi, który wstępował na górę 
znacznie powolniej, z trudnością, z przygarbionymi trochę plecami i pochylonym karkiem. 
Pierwszy z tych dwu ludzi ubrany był w kurtę z siermięgowego sukna zielonymi taśmami 
przyozdobioną, drugi miał na sobie długą kapotę, a na głowie pomimo gorąca wielką, baranią 
czapkę. Wkrótce obaj zniknęli za pierwszymi drzewami boru. Ale zaledwie zniknęli, z boru 
wybuchnęła i pod same zda się obłoki wzniosła się pieśń męskiego, silnego głosu: 
Wyszła dziewczyna, wyszła jedyna, 
Jak różowy kwiat, 
Oczy zapłakała, ręce załamała: 
Zmienił się jej świat. 
Czego ty płaczesz, czego narzekasz, 
Dziewczyno moja?... 
Głos śpiewającego oddalał się, oddalał się w głębokości boru i przycichał, natomiast z boru 
ozwały się powitalne czy wzywające wołania: 
— Hu! ho! hej! hop! hop! 
Ktoś basowym głosem przeciągle wołał: 
— Jan-ku! Jan-ku! bywaj! a by-waj! 
Jakaś kobieta cienkim i ostrym głosem u samego brzegu lasu na skoczną nutę zaśpiewała: 
Kiedy cię śpiewam, luby walczyku, 
Myślę o moim miłym chłopczyku... 
I urwała, a cisza wraz ze światłością słoneczną stanęły znowu, nie zmącone, od samego nieba 
do ziemi. 
III 
Benedykt Korczyński należał do niewielkiej w jego pokoleniu liczby ludzi, którzy odbyli 
wyższe naukowe studia. Zawdzięczał to czasom, w których upłynęła młodość jego ojca, tym 
czasom, które światła swe i wzloty otrzymywały od wielkiego i szeroko promieniejącego 
ogniska. Ogniskiem tym, w samym sercu prowincji roznieconym, była akademia wileńska*, a 
Stanisław Korczyński, syn napoleońskiego legionisty*, był przez czas jakiś jej wychowańcem. 
To zapewne, a może także rodowe skłonności, które nie zawsze, ale często jak krynica w łono 
ziemi w grunt wielu pokoleń wnikają, uchroniły go od zarazków unoszących się zwykle nad 
stojącymi wodami. Na gruncie pańszczyźnianym wytwarzającym gotowe dostatki, pod skalistym 
sklepieniem rozpęd wzroków i ruchy ramion tamującym, społeczeństwo było wodą stojącą, 
pełną zarazków ogłupienia, zezmysłowienia się, lenistwa i apatii. Organizmy ludzkie — biedne te 
gąbki, które stosownie do drzewa, na którym rosną, wsiąkają w siebie rozkładające lub krzepiące 
soki — przeciw zarazkom broniły się, jak mogły. Mnóstwo uległo; pewna jednak liczba uzbrojona 
do walki w odziedziczone lub zdobyte siły oparła się zwycięsko. Do ostatnich należał ojciec 
Benedykta. Pośród stref, na których, jak złotogłowy, pospolite tkaniny lub ścierki, zawieszają się 
ludzkie życia, to życie nie wzbiło się bardzo wysoko, ale też i na niziny nie spadło. Może ono i 
miało skrzydła, które w atmosferze gnijącej do niczego służyć nie mogąc przekształciły się w 
proste szczudła, użyteczne tylko do chodzenia po bagniskach bez obłocenia się i ugrzęźnięcia. 
Ale istnienie takich szczudeł w pewnych warunkach gruntu i atmosfery świadczy najpewniej o 
posiadanych niegdyś zaczątkach skrzydeł. Dość, że trzej synowie Korczyńskiego dzieciństwo 
swe spędzili w atmosferze wolnej od zgniłych oddechów rozpusty i tyranii, oświetlonej nie 
słońcem wprawdzie, ale przynajmniej gwiazdą cnoty, ożywionej nie czynami, ale przynajmniej 
utajoną do nich zdolnością ojca. Wielkie wrażenie w całej okolicy i nawet w całym powiecie 
wywołał postępek Korczyńskiego, gdy synów swych wysłał on po skończeniu przez nich szkół 
średnich do wyższych naukowych zakładów. Po co? dlaczego? Nie mieliż oni odziedziczyć po 
nim znacznego obszaru pięknej i żyznej ziemi, na którym żyć i panować będą sobie mogli, jak 
panowali i żyli przodkowie? Nie byliż szlachcicami, obywatelskimi synami? nie mieliż zatem z 
prawa urodzenia, przysługującego im stanu, położenia w świecie — punktu wyjścia dla 
spokojnego życia? Nie wszyscy postępkowi Korczyńskiego nadawali nazwę dziwactwa: byli i 
tacy, którzy czynili to samo; ale poważna większość wzruszała ramionami. Gdyby wtedy w 
cieniu bliskiej przyszłości zajrzał był wróżbiarz jaki, na całe gardło, na cały świat zaśmiałby się 
z tych dumnych, ufnych, takich pewnych! Korczyński wróżbiarzem nie był i wszystkiego, co w 
bliskiej przyszłości stać się miało, nie przewidywał; tak dalece nie przewidywał, że gdyby 
ktokolwiek rozwinął był przed nim obraz przeznaczeń jego synów, alboby uniósł się zgrozą i 
rozpaczą, alboby śmiał się na całe gardło krzycząc: „To niepodobna!” Jednak dzięki temu promieniowi światła, który kiedyś do jego głowy z wielkiego ogniska wniknął, część przyszłości 
przewidywał on i rozumiał; rozumiał, że prędzej lub później, może wcale prędko, praca 
niewolnicza stanie się pracą wolną i równiejszymi działami rozpadnie się pomiędzy ludzi. Wtedy 
życie jego synów wraz z życiem całego ogółu, przelane w formę nową, zapotrzebuje nowych 
narzędzi. Może też pragnął, aby synowie jego zażyli tych samych rozkoszy nauki, koleżeństwa, 
zaostrzania wzroku przez szerokość dostrzeganych widnokręgów, których on sam w młodości 
swej zażywał. Może jeszcze cień nadchodzącej przyszłości dotykał czasem jego głowy, bo na 
przedstawienia i żarty sąsiadów z namarszczonym czołem odpowiadał: 
— Na wszelki wypadek! Na wszelki wypadek! 
Na koniec w te starania byłego ucznia akademii wileńskiej o dobre przygotowanie synów do 
życia wchodziła też i rachuba. Nie mieli oni być tak bogatymi, jak się to ze strony wydawać 
mogło. Z obszaru posiadanej ziemi Stanisław Korczyński należał do średnio zamożnych 
obywateli. Potem już przez sposób życia powściągliwy i nieco nad inne pracowitszy, z możliwie 
najmniejszą na owe czasy krzywdą ludzką, do dziedzicznego swego Korczyna dokupił drugi, 
równej wartości folwark. W całości swej stanowiło to fortunę wcale piękną, która jednak, na 
cztery części rozdzielona — bo oprócz synów Korczyński miał jeszcze córkę — tych, którzy 
posiąść ją mieli, bogatymi uczynić nie mogła. W myśli swej Korczyński przeznaczał ojczysty 
Korczyn najmłodszemu ze swych dzieci, Benedyktowi, najstarszego, Andrzeja, na folwarku 
nabytym osadzając i na tych dwóch braci wkładając obowiązek wyposażenia siostry i średniego 
brata, Dominika, który w dalekim, wielkim mieście studiował nauki prawne. 
Benedykt skończył szkołę agronomiczną i do swego Korczyna wrócił w roku 1861. Matki nie 
miał już od dawna; ojciec mu zmarł przed paru laty; siostra była zamężną. W zamian, mniej niż 
o dwie mile od Korczyna, na pięknym folwarku swym gospodarował, od lat kilku już ożeniony, 
starszy brat jego, Andrzej; a młodszy, po skończeniu uniwersyteckiego kursu, tylko co wrócił do 
rodzinnego domu z zamiarem użycia w nim niedługiego odpoczynku. Oprócz tego znalazł w 
domu krewną swoją, od dzieciństwa sierotę i przez rodziców jego wychowaną Martę 
Korczyńską. Miała ona podówczas lat dwadzieścia cztery i w pełnym znaczeniu tego wyrazu 
można było stosować do niej nazwę dziewoi. Zanadto może wysoka, ale kształtna i ruchliwa, 
ognistooka; wesoła i wiecznie czynna, tak mu dom napełniała krzątaniem się swym, ładem i 
dostatkiem, że opustoszenia jego prawie nie uczuł. 
Zresztą, trzej bracia byli ze sobą zawsze w przyjaźni i zgodzie, a teraz do życia ich wpłynął 
pierwiastek, który z nich uczynił trzy niby strzały równym pędem ku jednemu celowi lecące. We 
wszystkich trzech ozwała się naraz krew żołnierzy spod Baru i Samosierry*, to zaś, co w 
pokoleniu najbliższym zadrzemało było i tylko przez sen niekiedy płakało, w nich uderzone 
dzwonem czasu krzyknęło i na skrzydłach fantazji wleciało w wysoko gorejące płomię. Hej! 
gorączką i burzą przeleciały im te dwa lata!* Stojące wody społeczne zaszumiały, wzdęły się i 
wyrzucały w górę kipiące kaskady; w martwej atmosferze wichry zaśpiewały roznosząc po ziemi 
złote tumany, a na niebie malując jutrzenki i tęcze. Duch demokratyzmu równającym pługiem 
orał społeczną glebę. Wyżyny, skruchą zdjęte, pochylały się ku nizinom, gotowe do 
wynagrodzenia krzywd, żebrzące prawie o życzliwość i ufność. Przyjazne i poufałe stosunki 
zapanowały były wtedy pomiędzy Korczynem a wsią sąsiednią, noszącą nazwę Bohatyrowicze. 
Mieszkańcy tej wsi mieli kiedyś pergaminy* i przywileje szlacheckie, ale przez zbieg 
okoliczności różnych utracili je od dość dawna i wiedli znojne, ciasne, ubogie życia małych 
rolników. Nagle dom korczyński na oścież roztworzył się przed nimi. Hej! byłoż tam wtedy, 
było ruchu i tłumu w tym niskim, obszernym domu! rozlegałyż się tam gwary i krzyki płynąc w 
dal po falach tej rzeki! Brzmiałyż tam i huczały, w głębiach tego boru i na rozłogach tej gładkiej 
równiny, takie stuki i hałase, jakich ani razu słychać tu nie było od dawnego czasu, od owego 
czasu, w którym powstały gęsto w pobliżu Niemna rozsiane okopy szwedzkie*! Najognistszym z 
braci Korczyńskich był najstarszy, Andrzej. Mężem i ojcem już, będąc zapominał o żonie, 
dziecku i gospodarstwie własnym, stale prawie w rodzinnym gnieździe przebywając. Dominik 
wybierał się w świat dla rozpoczęcia życia na własną rękę, lecz wciąż wyjazd swój odkładał i 
cichszy, więcej wahający się od innych, z braćmi jednak pozostawał. Marta przebywała wtedy 
złotą chwilę swego życia. Krzątała się dwa razy więcej niż zwykle, bo gości bywało mnóstwo; 
pełną piersią oddychała upalnym powietrzem chwili; wraz z innymi spodziewała się i pragnęła i 
jak ptak zdjęty radością, wiosny często śpiewała... 
Głos miała prosty i nieuczony, lecz silny i czysty. Z namiętnym i w owej porze rozmarzonym 
wyrazem swych płomiennych oczu zawsze coś do mówienia i do śpiewania miała z Anzelmem 
Bohatyrowiczem, przystojnym chłopcem w grubym obuwiu i surducie z domowego sukna, który 
śmiał się tak głośno, że aż się po całym domu rozlegało, z błękitnych oczu iskry sypał, potężnym 
barytonem tysiąc pieśni śpiewać umiał, przynosił dla niej do ogromnych mioteł podobne bukiety 
polnych kwiatów, a gdy obok niej przy obiedzie lub wieczerzy siadał, rumienił się tak, że aż 
uszy stawały mu w ogniu jak czerwone maki. Brat Anzelma znowu, Jerzy, przyjaźnią bardzo 
szczególną połączył się z najstarszym Korczyńskim. Szczególną była ta przyjaźń wobec różnic 
w wykształceniu i przyzwyczajeniach dwu tych ludzi zachodzących. Andrzej był synem 
obywatelskim, w dostatkach wzrosłym, w szkołach wykształconym, z najbogatszą w okolicy 
dziedziczką ożenionym, a przez to ożenienie i osobisty majątek swój bogatym; Jerzy posiadał 
zagrodę mającą około dwudziestu morgów przestrzeni, w szkole żadnej nie był, ziemię swą 
własnymi rękami uprawiał. Skądinąd łączyło ich niejakie podobieństwo położeń; obaj, niewiele 
więcej nad lat trzydzieści mający, posiadali już rodziny. Mały Zygmunt Korczyński i Janek 
Bohatyrowicz byli rówieśnikami. I inne jeszcze, głębokie podobieństwa zachodzić musiały 
pomiędzy tymi ludźmi, tak z wielu względów różnymi, gdyż odkąd poznali się z sobą, to jest 
odkąd bracia Korczyńscy, w niskich drzwiach pochylając wysokie swe postacie, po raz pierwszy 
weszli do chaty braci Bohatyrowiczów, Andrzeja i Jerzego zawsze prawie widywano razem. 
Razem na długie rozmowy wychodzili w szerokie pola, razem szli polować na dzikie kaczki i 
bekasy, razem rybackim czółnem pływali po Niemnie ku oddalonym wsiom i miasteczkom, 
razem niekiedy czytali, razem... 
Benedykt, wysmukły wtedy, szczupły, z twarzą przez długie przesiadywanie na ławach 
szkolnych trochę wychudzoną, więcej jeszcze do studenta niż do osiadłego obywatela podobny, 
przyjmował i gościł w domu swoim braci i sąsiadów; z poważnymi krewnymi, którzy do 
młodych Korczyńskich przyjeżdżali pełni przestróg i upomnień, staczał zażarte dysputy... 
Gorączką, gwarem, zapałem zleciały mu te dwa lata! 
Wszystko to po upływie pewnego czasu wydawać się mogło snem napełnionymi widzeniami 
prawie nadprzyrodzonymi: tak niezmiernie innym było to, co nastąpiło po nim... Kiedy Benedykt 
obudził się z tego snu swojej pierwszej młodości, spostrzegł przede wszystkim, że zabrakło mu 
obu braci. Andrzej Korczyński razem z przyjacielem swym, Jerzym Bohatyrowiczem, zniknął ze 
świata, a wnet po ich zniknięciu jedno z korczyńskich uroczysk nazwę swą zmieniło. W 
uroczysku tym znajdował się ów bór zaniemeński, który miał około dziesięciu włók rozległości i 
z którym łączyły się obszerne lasy, do Andrzeja i paru sąsiadów jego należące. Dotąd z powodu porastających je sosen i jodeł nazywało się ono Świerkowym; teraz powszechnie i we 
wszystkich warstwach ludności nazywać je zaczęto Mogiłą. Kto pierwszy nowej tej nazwy użył i 
jakimi były pobudki, które ją rozpowszechniły, trudno powiedzieć; lecz utrwalona w okolicznej 
mowie była ona jedynym grobowcem najstarszego z braci Korczyńskich. Innego nie wystawiono 
mu nigdy... Pozostała po nim wdowa wraz z małym synem osiadła w posagowym majątku 
swoim dość znacznym, o parę mil od Korczyna położonym. Dominik żył, ale losy odrzuciły go 
bardzo daleko i po kilku latach zaledwie przysłał bratu wieść, iż w tych dalekich stronach zdołał 
nareszcie zdobyć sobie byt skromny przez otrzymanie małego zrazu urzędu. Benedykt zaciągnął 
dług bankowy, aby bratu wypłacić to, co mu się według ojcowskiego rozporządzenia należało. 
Na wypłacenie posagu siostrze nie miał środków i zatrzymując go na hipotece* Korczyna, ten 
dotąd czysty jak kryształ majątek obarczył drugim już długiem. Były to długi konieczne, z natury 
rzeczy niejako, nie zaś z lekkomyślności i marnotrawstwa wynikłe; niemniej, kiedy Benedykt po 
raz drugi po obudzeniu się ze snu młodości rozejrzał się dokoła, spostrzegł, że synem bogatego 
domu obywatelskiego będąc, wcale bogatym nie był... Nie będąc tchórzem i nie mając 
szczególnych do sybarytyzmu skłonności bynajmniej by się tym spostrzeżeniem nie przeraził, 
ale po nim przyszło wnet wiele innych. Nastała była mianowicie pora niezmiernych urodzajów 
na te kije*, które w koła gospodarstw wszelkich włażąc, czyniły je podobnymi do wozów 
przebywających pewnego gatunku jesienne drogi, kiedy to koła po osie, a konie po golenie w 
gęstym błocie grzęzną. W takim położeniu rumaki, choćby arabskiej krwi, nic zrobić nie mogą: 
dla posuwania się wozu naprzód — wołów pokornych i cierpliwych potrzeba. Benedykt zrazu 
wierzgał i z nozdrzy ogień wyrzucał, jak oburzony i zniecierpliwiony rumak, ale stopniowo 
uspokajał się... Zrazu przyzwyczajeniami młodości pobudzany wytężał słuch w przestrzeń i 
oczami wodził czasem po obłokach. Ale spostrzegł znowu, że nic wcale przyjemnego nie mógł 
już tam usłyszeć ani zobaczyć; że śpiewające drzewa i grające zorze jego pierwszej młodości 
zaliczonymi zostały do bajek, i do takich w dodatku bajek, którymi dzieci straszą, ażeby były 
grzeczne. Pochylił tedy karku i zajął się tylko wyjmowaniem kijów z kół swego własnego wozu. 
Robota Penelopy*! Co wyjął kij jeden, właziło dwa; wyjął dwa, wyrastało cztery. Z początku 
czynił to niezgrabnie i zawsze jeszcze ku obłokom trochę zerkając. Wynikło mu stąd wiele strat i 
nieprzyjemności. Tak na przykład: raz w pierwszych jeszcze latach gospodarowania różne teorie 
dobrze mu znane wzbudziły w nim chęć, aby mieszkańcy dziedzicznych kiedyś jego wiosek 
nauczyli się czytać, owocowe ogrody zasadzać, u doktorów leczyć się, karczmy omijać... Lecz 
bardzo wkrótce wszelkiej roboty około tego zaniechać musiał, bo na kilka miesięcy wyjechał do 
najbliższego miasta w celu przeprowadzenia dość kosztownej i niebezpiecznej sprawy. Odtąd na 
ten punkt obłoków nie zerknął już nigdy. Innym razem agronomiczna wiedza jego doradziła mu 
zmianę istniejącej w Korczynie rasy bydła na inną: zmienił i znaczne korzyści obiecywał sobie z 
tego na przyszłość, ale tymczasem wydał sporo pieniędzy, a gdy przyszła pora wypłacenia 
czasowo ustanowionych podatków, nowy dług zaciągnąć musiał. Kiedy indziej jeszcze, 
mianowicie przed ożenieniem się z panną młodziutką, ładną, pięknie wychowaną i w której 
serdecznie był zakochanym, zachciało mu się ogród korczyński wykwintnie urządzić i cały stary 
dom swój rodzinny otoczyć zbytkiem kwiecistych kobierców i aksamitnych trawników. Sam 
posiadał znawstwo roślin, wynalazł sobie bardzo biegłego i również kosztownego ogrodnika. 
Przez dwa lata potem były istotnie w Korczynie cudne trawniki i osobliwe kwiaty, szparagi 
zadziwiającej grubości, brzoskwinie i nawet ananasy, ale po dwu latach jawnie i absolutnie 
okazała się niemożność utrzymania nadal tego świetnego porządku rzeczy bez niebezpiecznego 
zaniedbania najważniejszych majątkowych potrzeb i interesów. Kilka jeszcze podobnych 
zerknięć ku obłokom, a Benedykt Korczyński byłby do szczętu zrujnowanym. Ale w naturze 
jego, zapalczywej skądinąd, istniała zdolność do powściągliwości. Powściągnął się od 
wszelkiego wierzgania i rozdymania nozdrzy, a lekkie i pełne gracji kształty rumaka powoli, 
stopniowo przelewały się w grubą i ponurą, ale w równym i cierpliwym stąpaniu swym 
niezmordowaną postać wołu. Czy ta metamorfoza przyszła mu z łatwością? Nigdy z tym nie 
zwierzał się przed nikim, a raczej przed jedną tylko osobą zwierzać się kiedyś chciał i 
próbował... 
Dwanaście lat minęło było od owego osierocenia po braciach, majątkowego zubożenia i 
śmiertelnego rozbicia się młodzieńczych jego ideałów, kiedy pewnego letniego wieczora 
Benedykt po obszernym ogrodzie korczyńskim szukał swej żony. Resztki dziennego światła 
padały mu na twarz opaloną od słońca i błyszczącą od potu; szedł prędko i szerokimi krokami; 
gruby i do czerwoności ogorzały kark nisko pochylał. Coś go dręczyło, bo koniec długiego wąsa 
do ust wkładał i w zamyśleniu zębami go przygryzał. Po długim szukaniu i kilkakrotnym 
wołaniu usłyszał na koniec ozywający się w głębi cienistej altany łagodny i srebrny głos żony. 
Altana z przezroczystej kraty, wdzięcznie zbudowana i pachnącym kapryfolium gęsto opleciona, 
była jedną z nielicznych pozostałości owych ogrodowych upiększeń, które przed ożenieniem się 
swym przedsięwziął był Benedykt. Teraz dość było jednego rzutu oka, aby poznać, że myśli o 
jakichkolwiek ulepszeniach estetycznych na tysiąc mil oddalonymi od niego były. Wszedłszy do 
altany Benedykt po kilkakroć ucałował rękę i czoło żony i obok niej usiadł. Ładna, 
trzydziestoletnia brunetka w białym negliżu, w postawie objawiającej znudzenie i znużenie, 
siedziała na wygodnej ogrodowej ławce i poduszkę mając za plecami, ślicznie obute stopy na 
niskim stołeczku wyciągała. Na kolanach jej leżała otwarta książka. Wejście męża nie ożywiło 
jej zasępionych rysów; uchyliła się nieco, aby twarz swą odsunąć od głośnego i gorącego jego 
oddechu. 
— Takem się zmęczył, moja Emilciu — zaczął — że już trochę odpocząć muszę. Niech tam 
sobie ekonom i robotnicy poczekają, a ja kwadransik przy tobie posiedzę... Uf! te żniwa! nim je 
człowiek przebędzie, sto upałów go spali i sto strachów po nim przejdzie... 
— Ja także — z cicha odparła kobieta — czuję się bardzo zmęczona upałem. 
— Ale co tam ten upał! — ręką po spoconym czole przesuwając ciągnął Benedykt — fizyczną 
przykrość każdy znieść może, jeśli jest przy tym spokój... 
— A cóż cię znowu tak bardzo niepokoić może? — z ledwie dosłyszalną ironią zapytała żona. 
— Hm! zawsze mię o to pytasz, zawsze ci wszystko opowiadam i zawsze pytasz znowu... 
— Tak niezdolną jestem do zrozumienia i zapamiętania wszystkich twoich kłopotów i 
interesów... 
Z większym niż przedtem znużeniem przechyliła się na poręcz ławki i wygodniej drobne swe 
stopy na podnóżku ułożyła. 
— Jednakże — z trochą irytacji w głosie zaczął znowu Benedykt — rzeczy te są bardzo 
zrozumiałe i do zapamiętania łatwe... Do końca życia chyba nie zapomnę, w jakim byłem 
strachu, kiedy przeszłej jesieni z powodu złych zbiorów nie mogłem na czas zapłacić bankowej 
raty... Wszakże już Korczyn opisywać miano i ledwie nieledwie dostawszy pieniędzy, piorunem 
z nimi do Wilna leciałem. Całą przeszłoroczną jesień biłem się jak ryba w wodzie... Nie daj Boże 
takiej drugiej jesieni... 
Pani Emilia smutnie wstrząsnęła głową. 
— Mnie także zeszłoroczna jesień wcale niewesoło przeszła. Chorowałam na zapalenie 
oskrzeli... i sama w domu byłam... jak pustelnica... 
Benedykt rękę żony pocałował. 
— Bieda z twoim złym zdrowiem! Prawda, że dwa miesiące prawie nie byłem w domu, a przez 
ten czas ty kilka dni chorowałaś obłożnie... Ale przecież sama nie byłaś! Miałaś przy sobie pannę 
Teresę, Martę, Justynkę, dzieci... a nawet — dodał z uśmiechem — pan Ignacy mógł cię muzyką 
swoją rozrywać... Jakaż to pustynia? 
— Ja ciągle żyję na pustyni — szepnęła kobieta. 
— Oj! — krzyknął prawie mężczyzna — bodaj, że lepiej byłoby żyć na pustyni, jak wśród 
okoliczności takich, z jakimi ja ciągle ubijać się muszę. Ile mnie kosztuje na przykład to ciągłe 
prawowanie się z chłopami! Człowiek przecież nie urodził się na tyrana i ludożercę... Kiedyś mi 
do tego naszego ludu serce młotem biło. Ale cóż? Ciemnota to jest, a ja na to nic nie poradzę. 
Las mi rąbią, zboże spasają, na pastwiska włażą... Czyż mogę własności swojej nie bronić? 
Gdybym magnatem był, jak Boga kocham, nie dochodziłbym niczego i niechbym tam już mniej 
miał, byle tych sporów nie zawodzić... Ale samemu ciężko... Tu załatasz, tam dziura; tu zszyjesz, 
tam się rozporze — i Bóg jeszcze wie, co z nami będzie. Więc muszę, chcąc nie chcąc, włóczyć 
ich po sądach... a zawsze, dalibóg, we środku mi coś aż płacze... 
Niżej jeszcze pochylił grubego karka, a wielkie wąsy tak mu w dół zwisły, że klap surduta 
prawie dotykały. Dłonie o kolana opierał i w ziemię patrzał. Pani Emilia wzniesionym wzrokiem 
ścigając ruchy gałązek, z którymi wietrzyk jesienny igrał, szepnęła: 
— O! i ja także wiem, co to płakać bez łez... 
Benedykt podniósł głowę, z uwagą jej w twarz popatrzał, ręką potem machnął i rzekł: 
— Tylko, że u ciebie, Emilciu, pochodzi to z nerwów... mnie zaś — no! już tam o wszelkich 
rzeczach wysokich albo wesołych i marzyć przestałem... Ale chciałbym czasem odetchnąć 
swobodniej, pewnym być, że wam wszystkim nigdy chleba nie zabraknie... 
— O, chleb chleb! chleb! — z cicha zaśmiała się Emilia. 
Benedykt spojrzał na nią szeroko otwartymi oczami. 
— Czegóż śmiejesz się? Chleb! najpewniej o chleb mi chodzi! Więc cóż? ty nawet bez perfum 
i tych tam... różnych swoich szlafroczków obejść się nie możesz, a tak ironicznie mówisz o 
chlebie... 
— Ja obchodzę się bez wielu rzeczy, które są tym dla duszy, czym chleb dla ciała — żywiej 
nieco odparła. 
Popatrzał na nią znowu, wzruszył ramionami i pochylił głowę tak nisko, że końce wąsów klap 
surduta dotykały. Milczał. Ładna brunetka w białym negliżu milczała także, twarz jego, ubiór i 
całą postawę z wolna wzrokiem obejmując. Z gry jej delikatnych rysów poznać można było, że 
czyniła w tej chwili bolesne dla siebie uwagi i porównania. Myślała zapewne, że tego człowieka, 
który teraz obok niej siedział, nie takim wcale poznała i pokochała. Był on wtedy młodzieńcem 
zgrabnym, ze świeżą twarzą i trochę już smutnymi, ale pełnymi blasku oczami. Wieczorów 
tanecznych nikt nie wydawał wtedy, więc tańczącym go nie widziała; w zamian kilka razy miała 
sposobność zachwycić się jego gibkością i siłą, gdy siedział na koniu. Odwaga i zapał jego, dla 
których wielu nazywało go prawie szaleńcem, a także nieszczęścia dwu jego braci nadały mu 
aureolę rycerską i poetyczną. Powiadano, że dziwnym tylko zbiegiem okoliczności mógł tu 
pozostać. Przy ówczesnym braku młodych mężczyzn uchodził za partię świetną. Dumną była, że 
ją właśnie wybrał, że rozkochał się w niej z całą zapalczywością swej natury, że życie z nią, z 
nią właśnie, uważał za jedyną zorzę, która na niebie jego zaświecić mogła po zgaśnięciu tylu 
innych... O tym, że w Korczynie, który uchodził za fortunę wcale piękną, otoczyć ją i po wiek 
wieków otaczać miały wszystkie miękkości dostatku i wyszukanego smaku, prawie nie myślała, 
bo w domu rodziców swych wśród tego wszystkiego wzrosła i nie wyobrażała sobie, aby 
ktokolwiek mógł żyć inaczej. Rachuba więc nie powodowała nią bynajmniej, kiedy ze 
szczęściem rękę swą Benedyktowi oddawała. Po prostu, przyszły mąż podobał się jej bardzo, 
była w nim zakochaną. Czemuż więc teraz... Ba! byłże to ten sam człowiek, co przed dziesięciu 
laty? Od konnego jeżdżenia po polach i ciągłego ruchu rozrosły się mu kości i muskuły; 
pleczysty teraz był, stąpał ciężko, kark miał gruby i zaczerwieniony. Na czole, posiadającym 
kiedyś białość i gładkość prawie dziewiczą, każdy rok upłyniony zostawił po parę zmarszczek, a 
teraz, w czasie żniw, było ono wilgotnym od potu, od opalenia prawie brązowym. Ubiór jego 
składał się z wysokich butów i płóciennego surduta, a przynosił z sobą ostry zapach tego znoju, 
który oblewa ciała żniwiarzy, i tych zielsk dzikich, które na ścierniach czepiają się ludzkiej 
odzieży. Wprawdzie wszystkie te zmiany nie zaszły nagle, ale oko nawykłe do wykwintnych 
form życia nigdy oswoić się z nimi nie mogło. 
Dlaczego człowiek ten stał się takim, jakim był teraz, ani rozumiała, ani dochodziła. Dość, że 
od lat już kilku doświadczać zaczęła uczuć rozczarowania i zawodu, które czyniły ją smutną i — 
chorą. W tym odludnym i cichym Korczynie, przy tym człowieku spracowanyn i nie mającym 
czasu ani chęci do podzielania jej ulubionych rozrywek i zajęć wprost traciła ochotę do życia. 
Objawiało się to w coraz wzrastającym jej wstręcie do wszelkiego ruchu. Po cóż by zadawać 
sobie miała jakąkolwiek fatygę, skoro sobie przez nią żadnej przyjemności zdobyć nie mogła? 
Parę razy dla wzmocnienia sił i nerwów wyjeżdżała za granicę i wracała istotnie wzmocniona, 
odrodzona. Ale w kilka miesięcy po powrocie wracały jej z naddatkiem wszystkie słabości i 
smutki. Przestała bywać u sąsiadów, bo byli dawno znani i niezabawni; nie wychodziła na 
przechadzki, bo nic ciekawego ani miłego nie znajdowała w widoku nieba, ziemi i wszystkiego, 
co było na nich. Ogarniało ją coś bardzo podobnego do lenistwa ciała i duszy. Samo przejście z 
domu do ogrodowej altany nużyło ją niekiedy. Szczęściem było dla niej jedynym, że lubiła 
czytanie i ręczne robótki. Pochłaniała dużo książek, wyrabiała mnóstwo poduszek, serwet, 
kołder itd. Przy tym tęskniła i czuła się coraz częściej napastowaną przez różne bóle, 
dolegliwości, osłabienia, które zawsze przewidywała z daleka, spotykała z przestrachem i 
usiłowała odegnać mnóstwem starań i środków. Takim było jej istotnie nędzne życie... 
Kiedy ładna, trzydziestoletnia brunetka w milczeniu to wszystko wspominała i myślała, 
pleczysty, ogorzały, zmęczony i zgryziony mężczyzna w długich butach i płóciennym surducie 
zwrócił się do niej twarzą, popatrzał jej w oczy i w zgrubiałe swe ręce biorąc jej narcyzową 
rączkę zaczął: 
— Dlaczego ty, Emilciu, od jakiegoś czasu bywasz dla mnie tak obojętną? Co ja ci złego 
zrobiłem? Czy masz mi co do wyrzucenia? Ot, i dziś biegłem do ciebie, aby przy tobie uspokoić 
się... odpocząć... Chciałem wygadać się przed tobą, rozpowiedzieć ci wszystko, uścisnąć cię i 
poweseleć... A ty tylko narzekasz albo milczysz... ot, po prostu, jak wroga mnie traktujesz... Nie 
pierwszy już raz zauważyłem to w tobie, o! nie pierwszy... Jest się już tak od dawna, ale dziś 
większy mnie żal zdjął nad tym... Dlaczego zobojętniałaś tak dla mnie? dlaczego wiecznie 
czujesz się nieszczęśliwą, dlaczego? a? powiedz, aniołku mój, dlaczego? 
Ujął jeszcze i drugą jej rękę, twarz swą blisko do jej twarzy przychylał i z miłosnym prawie 
spojrzeniem, z prośbą, coraz ciszej i czulej zapytywał: 
— Dlaczego, Emilciu? powiedz! a? dlaczego, moja koteczko? 
Nie broniła się pieszczotom jego, ale delikatną i coraz więcej zasępiającą się twarz swą od 
jego twarzy oddalając z przejmującym żalem zawołała: 
— O! gdybyś się ty był tak nie zmienił, Benedykcie, gdybyś się tak nie zmienił! i ja... byłabym 
może taką, jak dawniej... Ale tyś się tak zmienił... zmienił... 
Zastanowił się chwilę nad tym, co powiedziała. 
— A tak — potwierdził — zmieniłem się istotnie... 
— I tak nadzwyczajnie — dorzuciła — jakby cię dotknęła różdżka jakiegoś złego 
czarnoksiężnika... 
Machnął ręką i zaśmiał się wpółwesoło, wpółgorzko. 
— Jaki tam czarnoksiężnik! — odparł. — Życie to, moja duszko, życie zmienia ludzi. W takich, 
uważasz, okolicznościach ostatni chyba głupiec utrzymywać się może w roli Adonisa*... Ale 
jeżeli ci idzie o moje serce, charakter... 
Z wyjątkową u niej energią wyprostowała się i z głębokim przekonaniem rzekła: 
— Nie, Benedykcie, nigdy nie zgodzę się na to, aby życie wymagało od nas takich ofiar. Może 
ono być piękne i szczęśliwe, ale tylko dla tych, którzy odrzucą jego brzydką i prozaiczną stronę. 
Ale jeżeli kto tak, jak ty, zanurzy się w samych materialnych interesach, a wyrzeknie się 
wszelkiego piękna i wszelkiej poezji... wtedy. 
— Więc oboje z tobą zanurzać się będziemy w poezji — przerwał mężczyzna — a tymczasem 
bank lub lichwiarze sprzedadzą nam Korczyn i wraz z dziećmi pójdziemy w świat o kiju... 
Mówił to łagodnie, ale gdy teraz spojrzał na żonę, wyraz lekceważenia przebiegł mu po 
twarzy. 
— Nie rozumiemy się i zrozumieć się nie możemy — ze smutną obojętnością rzekła pani 
Emilia. 
— Ale na koniec — zawołał mąż — czegóż chcesz? co mi masz do wyrzucenia? dlaczego jesteś 
nieszczęśliwą? Czyżbyś naprawdę wymagała ode mnie, abym nieodstępnie przy tobie siedząc 
zaniedbywał obowiązków, jakie mam dla dzieci i dla ciebie samej? abym jak bałwan jaki czytał 
z tobą romanse, słuchał rzępolenia Orzelskiego i nie dbał o ten nasz kawał ziemi, a na koniec i o 
swój honor? bo przecież od interesów majątkowych i honor nieraz zależy! Czyżbyś naprawdę 
tego ode mnie chciała? 
— Ależ nie! — żywo zaprzeczyła kobieta — teraz już tego nie chcę... o nie! Każde z nas ma już 
teraz świat osobny... zupełnie inny... 
— Więc czegóż ci brakuje? Zbytkiem istotnie otoczyć cię nie mogę, ale i po cóż ten zbytek? a 
niedostatku dotąd, chwała Bogu, w domu naszym nie ma. Pracy i kłopotów nie masz żadnych... 
Wiedziałem od razu, że nie jesteś do pracy ani stworzoną, ani wychowaną, i nie wymagałem jej 
nigdy od ciebie. Gospodarstwem zajmuje się Marta... ty robisz to tylko, co chcesz... Dzieci masz, 
przywiązanie moje... książki... robótki... 
Powoli ładna kobieta wyprostowywała wątłą swą kibić, aż wyprostowała ją zupełnie i z 
błyskiem w oczach przerwała: 
— Wyliczyłeś wszystko, co mam, wyliczże teraz to, czego nie mam. Cóż ja mam? Żyję w tym 
kącie jak zakonnica, więdnę jak kwiat zasadzony na piaskach. Cóż stąd, że nie doświadczam 
niedostatku? Moje potrzeby są większe, wyższe... O smaczny obiad nie dbam, ale pragnę dokoła 
widzieć choć trochę poezji, piękna, artyzmu... A gdzież je tu znaleźć mogę? Ja pragnę wrażeń... 
natura moja nie może być stojącą wodą, ale potrzebuje błyskawic, które by nią wstrząsały... Ja 
pragnę nade wszystko podziału uczuć... a czy jest przy mnie choć jedno serce, które by uderzało 
razem z moim sercem? Mówisz zawsze, że mię kochasz! Ja to uważam za bolesną tylko ironię! 
Przebacz, że powiem prawdę. Nie masz natury dość wytwornej i zarazem gorącej, abyś mógł 
kochać tak, jak ja kochaną być potrzebuję. Gdybyś mię tak kochał, nie opuszczałbyś mnie na 
godziny i dnie całe dla prostych materialnych interesów. Przy mnie, dla mnie zapominałbyś o 
wszystkim, nie obrażałbyś co chwilę gustów i przyzwyczajeń moich, ale wyrzekłbyś się raczej 
wszystkiego, zapomniałbyś o wszystkim, byle mię rozweselić, zająć, uszczęśliwić. Tak ja 
rozumiem miłość, takiej spodziewałam się od ciebie i dawno już wiem, żem się zawiodła. 
Cierpiałam nad tym tak, że aż się zachwiało to biedne, słabe zdrowie moje. Na koniec zdobyłam 
się na rezygnację. Ale za to gdybym ja miała choć rozrywki i przyjemności jakie... Żyję na 
pustyni... nikogo nie widując, sama przed światem za lasami tymi ukryta... Proza... proza... 
proza... Ja na niej, tak jak ty, poprzestawać nie mogę... I nuda... Ja nudzę się... Przecież książki i 
robótki wystarczyć nie mogą nikomu, a choćbym chciała zająć się jeszcze czym innym, nie 
pozwala mi na to słabe moje zdrowie... 
Mówiła to wszystko bez gniewu, cicho i tylko z wielkim żalem. Oczy jej napełniły się łzami, 
które przecież powściągnęła, i z ruchem zupełnego zniechęcenia dodała: 
— Ale po cóż o tym mówić? Ty się nie zmienisz i nic się nie zmieni. Gwiazdy losu różnym 
światłem świecą. Moja jest ciemną. Z pociechą myślę, że jestem słaba i mam złe zdrowie, może 
więc wkrótce mogiła. 
Woń rezedowej perfumy wionęła od chusteczki, którą na chwilę do oczu swych przycisnęła. 
Potem odwróciwszy twarz patrzeć zaczęła na powietrzną grę kapryfoliowych gałązek, którymi 
wietrzyk poruszał. 
Benedykt nie przerywał, słuchał i koniec wąsa przygryzał, a gdy umilkła, nie patrząc na nią 
przytłumionym głosem wymówił: 
— Ja... moje... mnie... dla mnie... przy mnie... 
Po chwili wstał. Zdawać się mogło, że wysoka i silna postać jego cięższą jeszcze stała się niż 
wprzódy. 
— Prawdę powiedziałaś — rzekł — że nie rozumiemy się i zapewne nie zrozumiemy się już 
nigdy... Nie jest to już dla mnie nowym odkryciem, tylko że dotąd łudziłem się jeszcze... Cóż 
robić? Niech jeszcze i to... Tylko pozwól powiedzieć sobie, że te twoje „kwiaty na piaskach”, 
„wstrząsające błyskawice”, „gwiazdy losu”, „mogiły” i tym podobne górności nie są wcale 
poezją, jak to sobie wyobrażasz, ale przestarzałą i złej wody romansowością. Ja także kiedyś na 
rzeczach wzniosłych i od pospolitości życia oderwanych znałem się, a wyrzekłem się ich nie dla 
hulanki i nie dla metresy, ale dla konieczności i obowiązków życia. Może i w tym jest także 
trochę poezji, ale ty się na takiej nie znasz?... Cóż robić? Niech jeszcze i to... 
W głosie jego słychać było trochę łez i więcej powściąganego gniewu. Wyszedł z altany. 
Długo potem Benedykt w gabinecie swoim i na ganku domu wypłacał tygodniową należność 
robotnikom, naradzał się z ekonomem, głośny i żwawy spór wiódł z dwoma Bohatyrowiczami, 
którzy przyszli prosić o zwrot swych koni, w jego zbożu pochwyconych. Ostatnia ta czynność 
najwięcej zmęczyła go i zgryzła. Od ludzi, którzy w płóciennych kapotach stali na wschodach 
ganku, żądał pieniężnej zapłaty za stratę, którą poniósł. Oni prosili zrazu, potem jeden z nich 
stawił się hardo, zaprzeczając wszystkiemu, wyrzucając mu zbytnią srogość i dla ich położenia 
niewzględność. Ubodło go to znać do żywego, bo odpowiadając głos tak podnosił, że aż krzyk 
jego na cały dwór się rozlegał. Ale i jeden z tych ludzi, średniego wzrostu, z twarzą do rydza 
podobną i zuchwale sterczącymi wąsami, uniósł się także. 
— Niechże nas sądy sądzą! — zawołał — niech pan na nas skargę podaje... bez procesu 
obdzierać się nie pozwolim... 
— Podam — krzyknął Korczyński — i także nie pozwolę, abyście mnie okradali... 
— Za pozwoleniem pańskim! — krzyknął zagrodowiec — złodziejami nie byliśmy i nie 
będziemy nigdy... Teraz my na pana podamy skargę za ubligę... 
— Podawajcie i do samego diabła, tylko mi z oczu ruszajcie! Zaraz! Jak nazywacie się? to 
jest... imiona wasze? 
Starszy i wyższy, chudy, schorowany i dotąd ciągle prawie milczący postąpił krok naprzód; 
oczami, które kiedyś błękitne być musiały, ale teraz spłowiały i wyraz miały cierpiący, na 
Korczyńskiego popatrzał i cicho odpowiedział: 
— Anzelm Bohatyrowicz... 
Na szczególne spojrzenie i szczególniejszy jeszcze dźwięk głosu, z jakimi to imię i nazwisko 
wymówionymi zostały, w gniewie swym najmniejszej uwagi nie zwracając Korczyński zapytał: 
— A drugi? 
— Fabian Bohatyrowicz! — jeżąc się i sierdzisto odkrzyknął zapytany. 
— No, więc będziecie mieli proces... a teraz... wynoście się... prędzej! 
Ten, który nazwał siebie Anzelmem, znowu na Korczyńskiego popatrzał i z cicha wymówił: 
— Łaska pańska na pstrym koniu jeździ... jednakowoż nieboszczyk pan Andrzej nie tak pewno 
postępowałby z nami! 
Słowa te ukłuły Korczyńskiego. Zmiękł, ochłonął, ale zachmurzył się jeszcze więcej. 
— Nieboszczyk pan Andrzej żył w innych czasach — mruknął i szybko zwrócił się ku drzwiom 
domu. Na progu stanął, zawahał się i przez ramię do odchodzących ludzi zawołał: 
— Połowę kary daruję, ale połowę zapłaćcie... 
— Nie zapłacimy nic — odpowiedział młodszy i sierdzistszy — niech pan do sądu idzie i nas 
ciągnie... co robić! 
Sceny takie na ganku korczyńskim powtarzały się bardzo często, bo kilka wsi chłopskich i 
jedna okolica szlachecka trzymały Korczyn w oblężeniu formalnym i gdyby Benedykt zażarcie 
jej nie bronił, mnóstwo tych drobnych rybek rozszarpałoby w mgnieniu oka tę większą rybę. 
Tego dnia jednak czuł się więcej jeszcze niż zwykle rozdrażnionym i zgryzionym. Przyczyniła 
się do tego w znacznej części owa rozmowa w altanie, a w pewnym też stopniu jakieś mgliste 
wspomnienia, które mu sprowadziły twarz i słowa Anzelma Bohatyrowicza. Według wyrażenia, 
którym określał pewne uczucia swe, „we środku mu coś płakało”. Bo prawdą jest, że ideały 
młodości, grubym piaskiem wielu następnych wypadków przysypane, przemieniają się w 
szczypawki, które przy lada poruszeniu kąsają w serce. 
W gabinecie swym przy biurku, na którym paliła się lampa i leżały gospodarskie księgi 
rachunkowe, wziął głowę w obie dłonie i pogrążał się długo w myślach ponurych. Potem wyjął 
jeden z listów pod ciężkim przyciskiem leżących i powoli, z uwagą, z częstymi przestankami 
czytać go zaczął. Był to list brata jego Dominika, pisany ze stron bardzo dalekich i brzmiący, jak 
następuje: 
Kochany bracie! Jak mi nie żal ciebie*, że tak męczysz się i gryziesz ze swoim 
gospodarstwem, ja w i n i e ni powiedzieć słowa prawdy. Wy wszyscy nie umiecie dawać 
sobie rady. Czy człowiek grzybem jest, aby do jednego miejsca przyrastał i choće m u t a m 
n i e i d z i e, gdzie indziej sobie szczęścia szukać nie chciał? Świat szeroki i można na nim 
znaleźć sobie wygodne miejsce, trzeba tylko mieć energię i trzeźwo patrzyć na rzeczy. Żebym ja 
wiedział, że ty trzeźwo już patrzysz na rzeczy, tobym postarał się wydobyć cię z tego nieznośnego 
położenia, w jakim wy wszyscy p o s t a w i l i śi e siebie. Sprzedaj Korczyn, a ja dam tobie 
miejsce zarządzającego we d n yh wielkich tutejszych majątkach. Jestem w bliskich 
stosunkach ze d n y m księciem, który teraz właśnie potrzebuje człowieka uczciwego i 
specjalnie wykształconego, aby majątkami jego zarządzał. Pięć tysięcy rubli rocznej pensji, 
utrzymanie dla ciebie i całej twojej familii, mieszkanie w pałacu, pojazd i sześć koni na rozkazy. 
S t r o n a tu przy tym bogata i różne spekulacje robić można, kto ma pieniądze: drzewem 
handlować czy w i n o k u r n i ę* założyć, czy p o d r a d y* brać. Ale to już trzeba umieć robić 
i nie wiem, czy ty potrafisz, bo mnie dotąd tylko n a s ł u żi e doskonale idzie, a spekulacje 
udają się nie bardzo. Zawsze lepiej by ci było z taką pensją i czystym kapitałem, który by tobie z 
Korczyna został, niż teraz. Ja wiem, że tobie to wbić w głowę nie będzie łatwo; ja pamiętam, jak i 
mnie smutno było p o s w oes t r o n i e i jak ja męczył się, póki sobie tych różnych głupstw 
z głowy nie wybił. Ale na szerokim świecie człowiek p o n i e w o l i wiele nauczy się i wiele 
zapomni. Wszystko jedno, gdzie żyć, byle uczciwie i wygodnie. Ja uczciwie żyję (t e m u ż t o i w 
spekulacjach szczęścia nie mam), ale o wygodę swoją i swojej) familii dbam i na s ł u żi e 
dobrze stoję. Dbajże i ty o to, abyś dla u r oo n ec e l i reszty życia nie zmarnował. Ja ciebie 
chcę ratować i wszystko zrobię, aby ci tu dobrze było. Choć wiele ja zapomniał, nie zapomniałem 
jednak tych czasów, kiedy my z sobą razem rośli, uczyli się, a potem... Ot, biedny Andrzej! 
Dwóch nas tylko zostało, a ani ja ciebie nie mam, ani ty mnie... Chciałbym, żebyś ty ż y ł w tej samej s t r o n i e, co ja, i żeby nasze dzieci zapoznały się z sobą. Zastanów się nad tym, co ci 
doradzam, pomyśl... 
Benedykt myślał, że i ten także zmienił się bardzo. Życie! Od kilku lat pisywał do brata 
rzadko i listy od niego przychodzące z niesmakiem odczytywał. Kilka razy chciał sprzeczać się z 
nim listownie, ale na długie pisanie nigdy czasu nie miał i wszelka umysłowa robota była mu 
coraz trudniejszą. Machał więc tylko ręką, więcej namarszczał czoło, myślał, że naprawdę 
żadnego już brata nie posiada na świecie, i na długie miesiące o Dominiku zapominał. Teraz 
jednak łagodniej niż zwykle i uważniej list jego odczytywał. Cóż? życie! czego ono z ludźmi nie 
wyrabia? jednego zmienia tak, drugiego inaczej. Wiele on tam, ten brat, zapomniał; o dawnej 
przyjaźni ich przecież pamiętał. Może i słusznie doradza? Może to psie życie do niczego istotnie 
nie prowadzi? Człowiek rdzewieje tylko, duszę w sobie gasi. Gdyby to choć we dwoje... ale 
tak... z tym domowym jeszcze nieszczęściem ciężko. Tam pracy zapewne będzie wiele, ale praca 
nie jest bynajmniej straszną, a tylko to jest strasznym, co jej tu towarzyszy. Tam obok pracy 
będzie spokój, pewność jutra i przy tym... tych wiecznych kłótni z ludźmi nie będzie. O, te 
kłótnie! 
„Gdybym magnatem był, jak Boga kocham, nie dochodziłbym niczego i niechbym tam już 
mniej miał, byle tych sporów nie zawodzić; ale samemu ciężko.... A tak i sam uspokoję się, rdzę 
z siebie zetrę, i ludziom dokuczać przestanę... Niech już tam lepiej dokucza im kto inny! Kto 
wie? Może i zrobię tak, jak mi bratczysko radzi... Jak ja go dawno nie widziałem! Co tam ta... 
prawi o swojej pustyni! Ot, ja to na pustyni żyję! Ani wygadać się przed kim, ani u kogo rady 
albo pociechy zasięgnąć! Tam miałbym blisko brata. Zmienił się? Cóż? życie! Biedny on taki jak 
i ja!” 
Odkładał list pod przycisk myśląc, że dziś, jutro napisze do Dominika w sensie twierdzącym. 
„Trzeba się tylko o wszystkie warunki detalicznie rozpytać i żeby mi pozwalali, choć raz na 
trzy lata, w te strony przyjechać, bo jeżeli na zawsze... to z tęsknoty zdechnę...” 
Wtem z trzaskiem otworzyły się drzwi i do gabinetu wpadło małe stworzenie skaczące jak 
konik polny i przy każdym skoku rozwiewające dokoła głowy włosy mające barwę dojrzałej 
pszenicy, gdy ją ozłaca słońce. Wpadło, poskoczyło, rękami szyję Korczyńskiego objęło i bardzo 
cienko i głośno wyszczebiotało: 
— Ciocia Marta pyta się tatka, czy tatko tu kolację przynieść każe, czy będzie jadł w stołowym 
pokoju, czy kurczęta i mleko kwaśne, czy maliny... bardzo smaczne, tatku, maliny... Ciocia 
Marta dała mnie ich dużo, dużo, i ciasteczka z malinami pieką się, ale jeszcze nie upieczone. 
Ciocia Marta mówiła, żeby tatko dziś jadł mleko kwaśne, bo dobre, a wczoraj było niedobre... 
Korczyński pochylił się i usta dziecka pocałunkiem zamknął. Był to jedyny sposób 
powstrzymania tego ptaszęcego szczebiotu, lecz powstrzymania go tylko na chwilę, bo mały 
paluszek wnet wyciągnął się w przestrzeń ku białym, małym motylom, które wleciawszy przez 
otwarte okno, dokoła lampy krążyły albo padając na szarych okładkach ksiąg rachunkowych 
rozpinały swe skrzydła drobne i drżące. 
— Widzi tatko? motylki... o! jakie motylki... ale w ogrodzie ładniejsze... Julek mówił, że za 
miesiąc będą już rybacy łowićaię*... wie tatko, w nocy... na czółnach... z takimi ogniami... 
Czy tatko kiedy łowił z rybakamiaię? Julek mówił, że to takie malusieńkie, malusieńkie 
motylki... dla ryb, widzi tatko, na przynętę... 
— Widziu! — zaczął Korczyński w twarz małego syna patrząc tak, jak może dotąd nigdy nie 
patrzał.– Widziu, słuchaj, Widziu! 
— Co, tatku? 
— Lubisz ty te malutkie, białe motylki? 
— Lubię, tatku, takie ładne... 
— A Niemen lubisz? 
Dziecko aż nóżkami zatupało. 
— Tateczku, żeby tateczko wiedział, jak to dobrze pływać i ryby łowić!... Ja z Julkiem dziś 
pływałem... on złowił szczupaka... wie tatko, na sznur... a ja na wędę dwa kiełby, takie śliczne, 
śliczne kiełbiki... 
— A las lubisz, ten co za Niemnem? 
— Aj, tateczku, my z ciocią Martą i z Justynką w niedzielę do lasu sobie popłynęli, grzyby 
zbierali i tak było wesoło, wesoło... 
Grube ramię mężczyzny coraz silniej obejmowało szczupłe ciałko dziecka i duże, ponure 
oczy miękły i promieniały topiąc się w czystych, błyszczących, ruchliwych źrenicach 
dziecięcych. 
— A tatka kochasz? A? 
Na pomarszczonym czole, szorstkich policzkach i długich wąsach Korczyńskiego nie było 
takiego miejsca, którego by nie ucałowały śmiejące się i świeże usta jego syna. Był to swawolnik 
i wisus, jakich mało; nie tylko w całym domu, ale i w całym Korczynie słychać go było. Kiedy 
go do nauki napędzano, krzyczał: „Nie dręczcie mię!” i biegł co siła na folwark do 
parobkowskich dzieci czy w pole do żeńców albo pastuszków; ale czasem sam, z dobrej woli, 
zaczynał uczyć się żarliwie, z książką zaszywał się w takie kąty, że go wynaleźć było trudno, a 
gdy mała siostra raz zachorowała, niańczył ją i bawił całymi dniami, tak że aż sam pobladł i 
schudł... Korczyński na to dziecko swoje patrzał teraz długo i z zamyśleniem głębokim. Myślał, 
patrzał i uśmiechać się zaczął. 
— Oj, ty, nadziejo moja! 
Chłopczyk aż krzyknął, taki mocny i szorstki całus przygniótł mu mały policzek. Korczyński 
z rozweseloną twarzą rzekł: 
— Poproś cioci Marty, aby mi tu przysłała kurcząt, mleka kwaśnego, malin i wszystkiego, co 
chce... Jeść mi się zechciało diabelnie! 
Tej nocy jeszcze bratu odpisał w sensie przeczącym. 
Nazajutrz oboje z Martą wstali jak zwykle o piątej z rana i jak zwykle oba ich głosy przez 
dzień cały huczały po całym dworze. Mieli oni z sobą oprócz innych i to rodzinne podobieństwo, 
że głosy ich stawały się z latami coraz grubsze i krzykliwsze. Oprócz pracy kłopotliwej i 
drobiazgowej, której się oddawali z coraz ciaśniejszą wyłącznością, oboje mieli w życiu swym 
jakiś pierwiastek, który obudzał w nich częste rozjątrzenia. To usposobienie do gniewu i 
ponurości wzrosło u Korczyńskiego od dnia, w którym znowu stoczył on z żoną krótką, ale dla 
niego niezapomnianą rozmowę. Tym razem ona to weszła do gabinetu jego i więcej jeszcze niż 
przed paru laty smutna i osłabiona oznajmiła, że pomówić z nim chce o interesach. Korczyński 
zdziwił się i ucieszył. Zawsze jeszcze spodziewał się trochę, że żona jego prędzej czy później 
weźmie jakiś udział w jego myślach i zajęciach, że nastąpi pomiędzy nimi, jeżeli nie zupełne, to 
przynajmniej niejakie porozumienie. Pośpiesznie więc przysunął jej najwygodniejszy fotel 
oświadczając zupełną swą chęć i gotowość do pomówienia z nią o interesach. Cicho, płynnie, 
łagodnie wypowiedziała mu, że życzy sobie, aby od połowy jej posagu wypłacał jej procent, 
który ona użyć chce na osobiste swe potrzeby. Posagu wniosła dwadzieścia tysięcy: prosi o 
procent tylko od dziesięciu i tylko o osiem od sta, choć wszyscy teraz dziesięć i dwanaście płacą 
z największą ochotą. Może nawet tę sumę otrzymywać w dwóch albo trzech ratach. Słowem, na 
rzecz wspólnego życia ustępuje połowę swoich dochodów i w wypłacie drugiej połowy uczyni 
wszelkie dogodności i ustępstwa, ale pieniądze te musi posiadać w swym ręku i do swego 
rozporządzenia, ponieważ ma potrzeby swoje i gusta, którymi jego obarczać wciąż nie chce, a 
bez których zadowolnienia na tej pustyni i wśród tych nudów po prostu żyć nie może. Chciałaby 
przyozdobić trochę swoje gniazdko, to jest te pokoje, w których najwięcej przesiadywać lubi; 
słabe jej zdrowie potrzebuje wielu lekarstw; lubi przy tym czytać i zajmować się robótkami. 
Będzie więc sobie za te pieniądze przyozdabiać swoje gniazdko, kupować lekarstwa, książki, 
włóczki, bawełnę i nawet suknie. 
— Spodziewam się — zakończyła — że nie zechcesz mi odmówić tej drobnostki... Wszak i dotąd 
zawsze kupowałeś wszystko, czego zażądałam, ale sprawiało ci to kłopot, a ja znowu 
odmawiałam sobie wielu rzeczy, byleby ci prośbami mymi nie dokuczać. Tobie to więc nie zrobi 
różnicy żadnej, a mnie, w moim smutnym życiu, przyniesie trochę ulgi i przyjemności... 
Czy proponowany układ zrobić mu miał jaką różnicę, tego Korczyński najlżejszym ruchem 
twarzy nie okazał. Łagodnej i długiej mowy żony wysłuchał z uwagą, ze spuszczonymi oczami i 
długi wąs na palec zakręcając. Gdy skończyła, ukłonił się jej z tak wykwintną grzecznością, 
jakby przed nim siedziała nie kobieta, z którą pod jednym dachem żył już od lat kilkunastu, ale 
jakaś łaskawa dlań kredytorka, i również z wyszukaną grzecznością odpowiedział: 
— Życzenie twoje starać się będę spełniać jak najakuratniej. Proszę tylko, abyś chciała ściśle 
oznaczyć mi terminy wypłat... 
Odpowiedziała, że ten punkt sprawy jest dla niej zupełnie obojętnym, ale wytworna forma 
obejścia się, jaką dnia tego z nią przybrał, tak ją ujęła, tak jej może dawne czasy i dawnego 
Benedykta przypomniała, że z powłóczystym spojrzeniem i prawie namiętnym ruchem obie ręce 
ku niemu wyciągnęła. 
Gdyby on był wtedy pochwycił ją w objęcia i okrył gorącymi pocałunkami, gdyby potem 
zaprzestał ciągłego chodzenia około gospodarstwa i jeżdżenia za interesami, a w wykwintnym i 
modnym ubraniu przesiadywać zaczął w jej „gniazdku” razem z nią czytając w trzech językach 
powieści i podróże i długimi godzinami miłośnie w oczy jej patrząc — kto wie, jakie zmiany w 
pożyciu ich zajść by mogły; kto wie, czy tym sposobem zmysłom jej i wyobraźni uczynić by 
zadość nie mógł... Ale on znowu tylko ukłonił się jej bardzo grzecznie i jednej tylko z 
wyciągających się ku niemu rączek dotknął z lekka końcami swych palców. Ona też odwróciła 
się szybciej daleko, niżby się tego po jej osłabieniu spodziewać było można, i odeszła. Wtedy ten 
pleczysty i silny mężczyzna zaśmiał się zrazu krótkim, nerwowym śmiechem, potem dłuższym, 
a potem tak długim i ustać nie mogącym, że aż na kanapę z łoskotem upadł i oczy sobie obu 
rękami zakrył... 
Od tej pory pani Emilia przestała już i do ogrodowej altany uczęszczać. Za pieniądze, z 
zegarkową akuratnością otrzymywane od męża, okleiła swą sypialnię papierem błękitnym, a 
gabinet białym w polne kwiatki. Tu ustawiła meble błękitne, tam pąsowe, toaletę przyozdobiła 
puchem muślinów i koronek, etażerki napełniała coraz nowymi książkami i cackami, coraz nowe 
sprowadzała materiały do ręcznych robótek. Teresę umieściła obok sypialni swej, aby zawsze 
mieć pod ręką lektorkę, powiernicę i podawaczkę lekarstw. Tak żyła, z łóżka przenosząc się na 
szezlong i z szezlonga na łóżko, cicha, łagodna, nie tylko nikomu nie dokuczając, ale cienia 
przykrości nigdy nie czyniąc, dniami i tygodniami czasem nikogo z domowych nie widując i ani 
wiedząc, co się w dalszych pokojach domu dziać mogło. O tych dwóch swoich ulubionych, 
ustrojonych, wszystkim, co lubiła, usłanych pokojach poufnym swym mawiała: 
— To cały mój świat! 
Światem zaś Benedykta stał się obszerniejszy od pokojów jego żony, ale także niezbyt 
obszerny Korczyn. Stopniowo i coraz prędzej te czterdzieści włók gorszego i lepszego gruntu 
zasłaniały przed nim całą kulę ziemską ze wszystkim, co na niej jest i było. Usiewał co rok 
dwieście morgów zbożem i pastewnymi trawami; na piaskach sadził kartofle i wyprzedawał je z 
zyskiem sąsiednim gorzelniom, inwentarze starannie utrzymywał, we dworze zawsze miał coś 
do naprawiania i podtrzymywania, z sąsiadami o każdy pręt* ziemi, o każdą spasioną trawkę i 
każdą w lesie zrąbaną gałąź przed sądami i bez sądów ujadał się coraz zacieklej. Z kilku tysięcy 
przez całą tę pracę otrzymywanego dochodu wypłacał raty bankowe, procenty od posagu siostry 
i z największą już regularnością procenty od połowy posagu żony. Potem płacił za syna w szkołach i za córkę na warszawskiej pensji. Co zostawało pieniędzy na utrzymanie domu, tym 
rządziła Marta. Co zostawało czasu od gospodarstwa i interesów, tego używał Korczyński na 
polowanie z wyżłem i czytanie gazety, przy którym najczęściej zasypiał. Gazeta mówiła o 
głośnych i dalekich sprawach, które coraz więcej wydawały mu się obcymi i jałowymi. 
Wszystkie siły swe przelewał na ten warsztat, na którym od lat tylu i z takim trudem tkał byt 
własny i przyszłość swych dzieci. Nici tkaniny rwały się ciągle i uciekały w głąb pasma; chwytał 
je, związywał i drżał o to, aby kiedykolwiek nie porwały się ze szczętem. Lękał się też wielu 
innych jeszcze rzeczy. Czasem zdawać się mogło, że zapominał mówić, tak był milczącym. 
Kiedy zaś rozgadał się, nie o wszystkim mówił jasno. Nabył zwyczaju zastępowania niektórych 
zdań lub imion własnych trzema nic nie znaczącymi wyrazami: „To... tamto... tego...” Nie były 
one jego przysłowiem, bo nie używał ich zawsze, ale czasem, gdy zaciąwszy się w mowie i 
trochę jąkając się zaczynał swoje: „To... tamto...’’, słuchaczom się zdawało, że mądry i filuterny 
błysk przelatywał mu w piwnych, posępnych źrenicach... 
IV 
Ustawiczne kłopoty i zajęcia pana Benedykta z jednej strony, a z drugiej słabe zdrowie pani 
Emilii i sposób życia, jaki wiodła ona od lat już wielu, nie dozwalałyby na utrzymywanie 
szerokich stosunków towarzyskich. Oboje też, choć dla przyczyn różnych, nie pragnęli ich 
wcale. On unikał wydatków i przeszkód w gospodarskich pracach, ona lękała się ruchu, gwaru i 
wszelkiej fatygi. Jednak zupełnie wyosobnionymi spośród ludzi być nie mogli. Dawne stosunki 
sprowadzały im niekiedy odwiedziny krewnych i sąsiadów; raz w rok, na imieniny pani domu 
przypadające w ostatnim dniu czerwca, zjeżdżała się do Korczyna znaczna ilość gości. Był to już 
zwyczaj przyjęty od tak dawna, że zmienić go było nie podobna bez uchybienia najprostszej 
przyzwoitości i narażenia się na niechęć wielu osób. 
W wielkiej jadalnej sali około czterdziestu osób wstawało od stołu okrytego staroświeckimi 
naczyniami z porcelany i kryształu i ciężkim, również staroświeckim srebrem. Światło 
słoneczne, łagodzone przez zapuszczone u okien sztory, nadawało tej zastawie bogate połyski. 
Jak w całym dworze, tak i tutaj widać było obfite pozostałości dawnych dostatków tego domu. 
Nic nowego, ale wszystko, cokolwiek przez trafy losu wydartym nie zostało, ze starannością 
świadczącą o czujnych i czynnych głowach i rękach zaoszczędzone i przechowane. 
Gospodyni domu, cała błyszcząca od dżetowych ozdób, które ją okrywały, dała znak wstania 
od stołu. Z najstarszego przy stole miejsca powolnym ruchem podniosła się wdowa po Andrzeju 
Korczyńskim, kobieta na wiek swój jeszcze zadziwiająco piękna. Matka trzydziestoletniego 
syna, mogłaby prawie podbijać serca ludzkie, ale jak ogólnie w okolicy tej wiedziano, wszelka 
zalotność była jej zawsze i zupełnie obcą. Od owej przed dwudziestu trzema laty wydarzonej 
straszliwej chwili, w której dowiedziała się, że jest wdową, nie zdjęła z siebie ani razu sukien 
żałobnych i w posagowym swoim majątku, wychowaniu i pieszczeniu jedynaka wyłącznie 
oddana, żyła jak zakonnica, świata unikając, a wszelkie przypuszczenia o możliwości 
powtórnego wyjścia za mąż odpierając nieprzezwyciężonym chłodem. Toteż cnoty czystości i 
poświęcenia zdawały się od stóp do głowy przyoblekać jej wysoką i bogato rozwiniętą kibić, 
którą malowniczo opływała czarna i ciężka suknia. Czarne koronki i gładkie pasma jasnych, 
siwiejących włosów żałobną ramą otaczały twarz jej o rysach wydatnych i prawidłowych, 
delikatną bladością okrytych i zmąconych ledwie dostrzegalnymi zmarszczkami, które zbiegały 
się w drobne snopy około wielkich, smutnych oczu i chłodnych, dumnych ust. Najdrobniejsza 
błyskotka nie ożywiała jej wdowiego stroju; uśmiech wesoły bardzo rzadko oświecał zamyślone 
rysy. Gdy szła albo do kogo przemawiała, głowę podnosiła wysoko i powieki spuszczała, co 
rzucało na nią podwójny wyraz wyniosłości i skromności, w którym przemagała wyniosłość. Jak 
wysoce poważali ją członkowie jej rodziny, świadczył o tym lękliwy nieledwie pośpiech, z 
którym gospodarz domu, gdy tylko powstała z miejsca, podawał jej ramię. 
Jakiś otyły i na jowialnego gastronoma wyglądający sąsiad ofiarował się na towarzysza 
siostrze pana Benedykta, pani Jadwidze Darzeckiej, całkiem do brata niepodobnej, przysadzistej, 
rumianej, gadatliwej i zanadto bogato w aksamit i brylanty strojnej kobiecie, która rękę swą 
bransoletami okrytą kładnąc na ramieniu sąsiada, zza tłumu osób z krzeseł powstających dojrzeć 
usiłowała, z kim dwie dorosłe i dwie niedorosłe córki jej od stołu odchodzić będą. Mąż jej, 
człowiek wysoki, sztywny, siwiejący, z arystokratycznymi rysami twarzy, który w czasie obiadu 
płynnie i kwieciście mówił o Włoszech, Paryżu, Ostendzie i różnych innych wsławionych 
punktach Europy, za gospodarzem domu i jego bratową szedł z panią Emilią. W ogóle na 
rodzinie Darzeckich znać było niepospolite w tych stronach bogactwo. On miał ruchy i mowę 
człowieka silnie stojącego na złotych nogach; panie były strojne i mówiły wiele o zagranicy i 
zabawach. 
Równie bogaty albo i bogatszy jeszcze Teofil Różyc siedział był przy stole obok małej, 
zgrabnej, młodziutkiej blondynki, która szeleszcząc swą jasną atłasową suknią, żywo poruszając 
głową ubraną w kwiaty, z dziecinnymi prawie ruchami obnażonych śnieżnych ramion, 
szczebiotała mu po francusku: comme quoi* przed dwoma laty męża swego Zygmunta 
Korczyńskiego, na wodach* poznała; comme quoi podobał się jej od razu, ale rodzice jej, w 
odległych stąd stronach mieszkający, długo zgodzić się nie chcieli, aby ona tak wcześnie za mąż 
wychodziła; comme quoi matka Zygmunta, pani Andrzejowa Korczyńska, tam przyjechała, za 
synem się wstawiła i wszelkie przeciwności zwyciężyła; comme quoi przed dwoma laty z 
Zygmuntem do tej okolicy przyjechała, ale okolica nie podoba jej się bardzo, naturę ma 
monotonną i prozaiczną, towarzystwa i rozrywek wcale nie ma; Zygmunt malować tu nie może, 
bo mu brakuje natchnień i tematów, więc pewno oboje wkrótce do Monachium lub Rzymu 
wyjadą, gdzie talent malarski Zygmunta etc., etc. Różyc, ze swą wykwintną postawą i białą jak 
welinowy papier twarzą, grzecznie słuchał tego ptaszęcego szczebiotu, podtrzymując go 
rzucanymi czasem słowami, a często zza szkieł swych binokli patrząc ku przeciwległemu 
punktowi stołu, na którym Justyna po francusku także, rozmawiała z niemłodą i bardzo w tym 
towarzystwie osamotnioną cudzoziemką, nauczycielką młodszych panien Darzeckich. Parę razy 
spojrzenia, jego wracając, od Justyny zbiegały się w drodze ze spojrzeniami siedzącego po 
drugiej jego stronie Zygmunta Korczyńskiego, przystojnego, choć trochę zbyt bladego i na wiek 
swój chmurnego bruneta. Obaj spoglądali często w jedną stronę, co na cienkie wargi Różyca 
sprowadziło szybki, ironiczny uśmiech. Ale młodziutka Klotylda, szczebiocząc, gestykulując, 
często w twarz męża wlepiając długie spojrzenia, nic wcale nie spostrzegała, a kiedy wstawać od 
stołu zaczęto, z dziecinną prawie wesołością ramię Zygmunta pochwyciła i wznosząc ku niemu 
swą zgrabną główkę i swe szafirowe oczy, do niego znowu szczebiotać zaczęła. 
Tak utworzyły się cztery naczelne pary, za którymi posunęło kilka innych, daleko skromniej 
wyglądających, złożonych z kobiet i mężczyzn, których ubranie i twarze zdradzały walkę z 
losem dość ciężką. Byli to sąsiedzi Benedykta Korczyńskiego, mniej więcej w takim, jak i on, 
położeniu będący i podobny prowadzący sposób życia. Kobiety tam były w podstarzałych 
materiach i tanich błyskotkach; mężczyźni ogorzali, wąsaci, ubrani wcale nie według ostatniej 
mody. Pomiędzy tymi kilkunastu twarzami kobiecymi i męskimi znajdowały się takie, którym 
spracowanie czy zgryzoty wychudziły policzki i przedwczesnymi zmarszczkami okryły czoła; 
teraz jednak, wśród licznego zebrania, czuli się i oni czy usiłowali okazać się wesołymi, a w 
dodatku jeszcze eleganckimi. Chód i ruchy ich zdradzały, że takie ceremonialne odchodzenie od 
jadalnych stołów zwyczajnym im nie było, że jeśli i znali kiedyś podobne parady, to od dawna 
od nich odwykli. Mężczyźni nie czynili sobie nawet wielkiego przymusu, ale panie krygowały 
się nieco, próbowały ruchów majestatycznych lub polotnych, uśmiechami ozdabiały przywiędłe 
usta, przez co nabierały charakteru obcej im może kiedy indziej nadętości lub gapiowatości. 
Za tymi skromnymi parami, na których najwyraźniej odbijało się piętno czasu i miejsca, 
nastąpiło znowu kilka par świetnych. Różyc prowadził strojną pannę Darzecką, która miała 
wysoki wzrost Korczyńskich i chłodne rysy swego arystokratycznego ojca, a której narzeczony, 
blady blondyn z angielskimi bokobrodami i tytułem hrabiego, podawał ramię siostrze jej, 
młodziutkiej, żywej, zalotnej brunetce. Potem szedł jeszcze Kirło prowadząc Teresę Plińską, 
która dnia tego już nie twarz, ale gardło obwiązane miała batystową chusteczką, a prowadził ją w ten sposób, że kilka patrzących na to osób uśmiechnęło się albo nawet zaśmiało głośno. 
Krygował się, ramię jej do boku swego przyciskał, o czymś jej szeptał; widocznie towarzyszkę tę 
wybrał sobie dla żartu i śmiechu. Na koniec, w nieładzie już, posypała się młodzież płci obu pod 
przewodnictwem dwudziestoletniego syna i czternastoletniej córki gospodarstwa. 
Justyna, powstawszy z miejsca, szybko przybliżyła się do ojca, który na ogólne wstawanie od 
stołu nie zważając, pilnie i chciwie dojadał ogromną porcję galarety i biszkoptów. Ku schylonej 
nad talerzem i srebrem siwizny okrytej głowie jego schylając swą głowę, ubraną tylko w czarny 
warkocz i parę świeżych kwiatów, z lekka ramienia jego dotknęła. 
— Chodźmy, ojcze! 
— Zaraz, zaraz — odmruknął — tylko widzisz... skończę... 
— Wszyscy odchodzą — bardzo cicho nalegała samemu — tak przy stole zostawać nie wypada... 
Błękitne, wilgotne, z rozmarzonym wyrazem oczy starego znad talerza podniosły się na 
pochyloną twarz córki. 
— Nie wypada... to prawda, że nie wypada; a kiedy nie wypada, to nie ma już co... chodźmy.., 
Raz jeszcze spojrzał na pozostałą pośród talerza galaretę, starannie serwetą otarł swe pulchne, 
pąsowe usta i siwe wąsy, wstał, właściwym sobie ruchem, wysuwającym nieco naprzód żołądek, 
wyprostował się. Justyna wsunęła mu rękę pod ramię. Poszli za innymi, lecz w znacznej od 
innych odległości. 
— Dobry był obiad — mruczał stary — bardzo dobry... Polędwica trochę nie te... ale kurczęta i 
szparagi... caca! Jadłaś, Justynko, a? 
— Jadłam, ojcze — odpowiedziała. 
— Che, che! — zaśmiał się i filuternie na córkę spojrzał — albo to ty na takie rzeczy uważasz? U 
ciebie jeszcze fiu! fiu! w głowie! Słyszałem dziś, jak Kirło mówił pani Benedyktowej, że ten 
Różyc w tobie... te... a i Zygmuś znowu dojeżdżać zaczyna... dawne dzieje... przypominają się 
może? a? choć już żonaty... ale serce to te... nie sługa... wiem ja to sam... pamiętam... 
Justyna szła zwykłym swym równym krokiem, z głową nieco podniesioną i patrzyła w 
ziemię; można by myśleć, że słów ojca nie słyszała. 
W sali jadalnej pozostało tylko paru lokajów, którzy, z gośćmi przybyli, pomagali w 
usługiwaniu przy stole jedynemu w tym domu lokajczykowi. Pozostała tam także Marta, w dniu 
tym świątecznie ubrana, z kolorową kokardą na szyi i wysokim grzebieniem we włosach. Do 
obiadu prawie nie siadała, chociaż nakrycie dla niej znajdowało się na stole; nadzorowała 
przynoszenie półmisków, kolej podawania wszystkiego, dokładność i szybkość usługi. Zapewne 
już i na parę dni pierwej przed tym dniem, zupełnie w domu wyjątkowym, panna Marta sporo do 
czynienia mieć musiała, bo gdy wszyscy wyszli już z sali, ciężko na jedno z krzeseł opadła i 
splecione ręce na kolana opuściła. Zgarbiła się przy tym i pochyliła głowę tak, że wydawała się 
skurczoną i jakby w sobie zwiniętą. Spod schylonego czoła, na które zbiegło mnóstwo 
zmarszczek, zamyślonym spojrzeniem wodziła po długim stole i w nieładzie około niego 
stojących krzesłach. Powoli głową trząść zaczęła tak, jak ktoś, kto wspomina i wśród miejsc tych 
samych pamięcią ściga wcale inne obrazy i twarze. Powoli też ogniste oczy jej przygasały, 
nieruchomiały i zachodziły wilgotną mgłą. Nagle odezwał się za nią ostry dyszkant domowego 
lokaja, Franka: 
— Kawę przyniosłem! 
Jak sprężyną podniesiona z krzesła wstała i dwoma szerokimi krokami przystąpiła do 
bocznego stołu, na którym tylko co postawiono wielki imbryk ze zgotowaną kawą. Chwyciła 
imbryk i nalewać poczęła kawę do starych porcelanowych filiżanek. 
— Franek! — zagrzmiał na całą salę głos jej basowy i trochę ochrypły — po jakiemu to filiżanki 
wytarte! pył na spodzie! Podaj mi tu czystą serwetę, niedołęgo, słyszysz? 
Tymczasem odchodzące od stołu pary przebyły wielki przedpokój i do połowy salonu 
doszedłszy, rozstawały się ze wzajemnymi ceremonialnymi ukłonami. Pani Andrzejowa, nie 
podnosząc powiek, cieniem uśmiechu i lekkim pochyleniem głowy, którą wnet znowu wysoko 
podniosła, podziękowała szwagrowi. Darzecka rękę otyłego sąsiada, który jej świetnego 
wydawania córki za hrabiego winszował, ściskała tak mocno, że aż bransolety jej głośno 
zadzwoniły. Młodziutka i malutka Zygmuntowa Korczyńska złożyła przed swoim chłodnym i 
zachmurzonym mężem dyg żartobliwy, a tak głęboki, że aż prawie do ziemi przysiadła, po czym 
wnet znowu pochwyciła jego ramię, jakby ani na chwilę rozstawać się z nim nie chciała. 
— Tu fais des folies, Clotilde *– z cicha upomniał ją mąż. 
— Mais puisque je suis folle de toi*! — tuląc się mu do boku i oczy ku niemu wznosząc 
odszepnęła. 
Pani Emilia, wiodąc panie ku głównym kanapom i fotelom, kończyła rozmowę z wysokim i 
sztywnym szwagrem swego męża, który z galanterią zwracając ku niej swą delikatną, bladą, w 
wąską ramę siwiejących bokobrodów ujętą twarz, płynnie i ozdobnie mówił tym razem o 
Szwajcarii. 
— Gdyby bratowa chciała kiedy wyrwać się z tego zakątka i czas jakiś przepędzić w uroczej 
Szwajcarii, zdrowie jej i humor uległyby niezawodnie bardzo szczęśliwym zmianom. 
Jednak zdrowie jej i humor wydawały się dziś doskonałymi i patrząc na jej z lekka 
zarumienione policzki, promieniejące oczy i pąsowe usta, nikt by nie odgadł męczarni, które 
przez kilka dni poprzednich przebywała. Już przyjazd dzieci na wakacje, mieszając w zwykły 
tryb jej życia trochę ruchu i gwaru, stał się dla niej przyczyną wzmożonego bicia serca i paru 
bezsennych nocy. Wobec mającego wkrótce nastąpić w domu jej zebrania śmiertelnie lękała się 
na ten dzień właśnie dostać migreny, chrypki, newralgii, żołądkowej niedyspozycji, 
czegokolwiek słowem takiego, co by jej fatygę przyjmowania gości uniemożebniło. Z tą obawą 
przebywała dnie i budziła się nocami, biorąc zdwojone dozy bromu, laurowych kropel i 
magnezji*, płucząc gardło roztworem różnych soli i kor, smarując maściami zagrożone bólem 
miejsca. Trwało to aż do dzisiejszego ranka, w którym przy bardzo starannym i długim ubieraniu 
się przypomniała sobie dawne, lepsze czasy i zapragnęła znowu być choć przez dzień jeden taką, 
jak niegdyś, niegdyś... Wyszła do salonu dziwnie wzmocniona i podniecona, z żywością ruchów, 
których wczoraj jeszcze nikt by się w niej ani domyślił, z tym samym rozpromienieniem oczu i 
uśmiechu, z jakim teraz zwróciła się ku dwom sąsiadkom, które zapytywały ją o jej słabe i tak 
bardzo, bardzo delikatne jej zdrowie. 
Za otwartymi na oścież szklanymi drzwiami stała wysoka ściana zieloności, w której klony, 
wiązy, lipy, jawory, w nierozwikłany chaos mieszając potężne swe gałęzie, zdawały się tłumnie 
tłoczyć i następować na siebie. Gęste sploty dzikiego wina, tworząc grube kolumny i 
przezroczyste festony, ocieniały obszerny i kilku wschodami z ogrodem rozdzielony ganek, na 
który gospodarz domu wyprowadził starszych sąsiadów swych i krewnych, częstując ich tam 
cygarami. W jednym z rogów salonu, przy otwartym fortepianie, Różyc, młody hrabia z 
angielskimi bokobrodami i Zygmunt Korczyński, którzy znać cygar palić nie chcieli, bo na 
ganek nie wyszli, rozmawiali ze sobą, przyciszonymi głosami, ale bardzo uprzejmie. Mało sobie 
znani, zeszli się oni z sobą pociągnięci niby prawem naturalnego doboru. Pomimo bowiem 
wielkich różnic powierzchowności, z ubiorów swych, gwałtownie na pamięć przywodzących 
żurnale mód, z postaw i ruchów, nic pod względem wykwintności nie pozostawiających do 
życzenia, ze sposobu mówienia, wyróżniającego się lekkim cedzeniem sylab i przymieszką 
francuskich wyrazów, z kobiecego prawie wydelikacenia cery i rąk — byli oni bardzo do siebie 
podobni, przedstawiali niejako jeden typ, przez pewne warunki urodzenia, wychowania i 
majątku wyrabiany. Tylko że hrabia cedził sylaby i francuszczyzny używał najwięcej, a 
Zygmunt Korczyński najmniej; przy tym u tego ostatniego w układzie włosów, wyrazie twarzy i przybieranych pozach było coś marzącego i jakby nałóg do malowniczości zdradzającego, co 
koniecznie przypominać musiało artystę. 
Istotnie, opowiadał on w tej chwili dwom towarzyszom swym o paroletnim pobycie swym w 
Monachium*, który więcej mu przyniósł korzyści i artystycznych uciech niż kilkuletnie studia 
odbyte w szkołach sztuk pięknych, wiedeńskiej naprzód, a potem trochę w paryskiej i 
düsseldorfskiej*. Hrabia chwalił także Monachium, Wiedeń, Paryż, ale przekładał Włochy, gdzie 
wśród najpiękniejszej natury znajdowały się według niego najpiękniejsze w świecie kobiety. 
Różyc znowu najdłużej mieszkał w Wiedniu, to miasto znajdował najweselszym i w nim — jak o 
tym z ironicznym uśmiechem nadmienił — najpiękniejsze swe pozostawił wspomnienia. Po kilku 
minutach podobnej rozmowy razem jakoś podnieśli powieki i uważniej niż przedtem wzajemnie 
na siebie popatrzali. W spojrzeniach ich, oprócz zwiększonej uwagi, przemknął cień ironii i 
wszystkim trzem razem błyskawiczny uśmiech przemknął się po ustach. 
— Pomyślałem sobie właśnie w tej chwili — więcej jeszcze niż zwykle cedząc sylaby zaczął 
hrabia — jak to dziwnie i... trochę... ambarasująco... poznawszy te wszystkie miejsca, o których 
tylko co mówiliśmy, spaść na jakąś jałową i głuchą pustynię... 
Najpewniej wszyscy trzej razem o tym samym pomyśleli. Różyc nerwowym ruchem 
pociągnął sznurek od binokli i uwalniając na chwilę od szkieł oczy swe, których czarne źrenice 
przygasłe były i smutne, niedbale wymówił: 
— Tout lasse*! 
— Ale pan — zwrócił się do Różyca Zygmunt Korczyński — nie miałeś jeszcze czasu zmęczyć 
się tą głuchą i nudną pustynią, o której wspomniał hrabia, od trzech miesięcy dopiero mieszkając 
w swoich tutejszych majątkach. Ja, który obywatelskiego nowicjatu liczę już dwa lata, mogę 
powiedzieć panu, że... ambaras mój, jak wyraził się hrabia, granic nie ma i że dotąd jeszcze nie 
doszedłem do zrozumienia, jakim sposobem pośród tych stodół, obór i tak zwanych interesów 
wyżyć potrafię... 
— Na pociechę swą i uprzyjemnienie czasu masz pan przynajmniej piękny talent — uprzejmie 
podjął Różyc. 
Po bladej, ciemnymi bokobrodami otoczonej twarzy Zygmunta przebiegł bolesny prawie 
niepokój. 
— Zaczynam wątpić, czy go posiadam — z pozorną niedbałością, ale przykrym zagięciem ust 
odpowiedział. 
— Jakież teraz płótno przygotowujesz pan... — zaczął hrabia. 
I nie dokończył, gdyż zza Różyca i Zygmunta wysunął się w tej chwili młodziutki, 
dwudziestoletni chłopak, w którym na pierwszy rzut oka można było poznać studenta. Średniego 
wzrostu i bardzo zgrabny, poruszeniami ciała i grą fizjonomii zdradzał organizację niezmiernie 
żywą i nerwową. Rysy twarzy miał delikatne i piękne, ale cerę bladawą i zmęczoną; drobny, 
jasny wąsik zaledwie zaczynał osypywać mu górną wargę, a z wielkich, piwnych oczu, zupełnie 
do oczu Benedykta Korczyńskiego podobnych, zdawały się sypać iskry i tryskać płomienie. Z 
żywością i zapałem, które widocznie zwyciężać musiały trochę nieśmiałości i zmieszania, z 
rękami w tył założonymi i lekkim ukłonem, zwrócił się ku Różycowi. 
— Przepraszam pana — zaczął głosem prawdziwie młodzieńczym i trochę więcej niż wypadało 
podniesionym — ale tak chciałbym wiedzieć, jakie reformy i urządzenia wprowadzić pan 
zamierza w swojej Wołowszczyźnie. Słyszałem, że są to dobra bardzo zaniedbane, i jak dowiedziałem się, że pan w nich sam zamieszkałeś, ucieszyłem się nadzwyczajnie. Tak 
cieszyłem się, doprawdy, że będę miał przyjemność poznać pana, i tak obiecywałem sobie 
obszernie o tym z panem pomówić... że... że nie mogłem sobie odmówić... 
Przed kilku godzinami młodziutki syn gospodarstwa został przez ojca swego tym z gości, 
którzy go jeszcze nie znali, przedstawionym; wiedząc więc, kim był ten, kto go teraz z 
widocznym połączeniem żarliwości z nieśmiałością napastował, Różyc uśmiechnął się uprzejmie 
i po chwili wahania odpowiedział: 
— Bardzo mi przyjemnie i chciałbym prawdziwie życzenie pańskie spełnić... tylko... tylko że o 
wprowadzeniu reform czy ulepszeń w Wołowszczyźnie dotąd nie pomyślałem... 
Szczere, naiwne, głębokie zdziwienie odbiło się na ruchliwej i wyrazistej twarzy studenta. 
— Jak to!... — zaczął — a ja myślałem, że właśnie tacy ludzie jak pan, młodzi i możni... dawać 
muszą inicjatywę... przykład... naukę... 
— Ależ ja wcale nie jestem już młodym! — z silnym drganiem czoła i trochę przykrym 
śmiechem zawołał Różyc. 
— Quand on a mangé un million, on se sent un siécle sur le dos, n’est-ce pas*? — z trochą 
koleżeńskiej poufałości szepnął do Różyca hrabia. 
Ale młodziutki Witold Korczyński na przerwy te nie zważał i mówił znowu: 
— Mnie to, widzi pan, niezmiernie interesuje... Od dwóch lat nie byłem w domu, bo w 
przeszłym roku ojciec pozwolił mi spędzić wakacje na praktyce agronomicznej w pewnych 
wielkich i wzorowo zagospodarowanych dobrach... Teraz skończyłem w szkole kurs drugi i 
mam już niejakie wyobrażenie o tym, jak być powinno, wiedząc dobrze skądinąd, jak w naszych 
stronach jest... Mnie się zdaje, że jest bardzo źle pod każdym względem, i że panowie 
powinniście ogromnie wziąć się do pracy i nad ziemią, i nad ludem, aby... 
— Widziu — z pewnym zakłopotaniem do stryjecznego brata przemówił Zygmunt — głowę 
masz tak napełnioną teoriami, że wygłaszać je potrzebujesz zawsze i wszędzie... Jest to zwykłą 
cechą pierwszej młodości... 
— Naturalnie — prostując się i głowę podnosząc przerwał Witold, a z oczu posypały się mu 
iskry — i nie obraziłeś mię wcale, Zygmuncie, przypominając, że jestem bardzo młody. Ty 
zresztą także młodym jesteś i nie masz prawa usypiać na swych malarskich laurach. Cóż byś, na 
przykład, odpowiedział mi, gdybym cię zapytał: jak w twoich Osowcach stoi lud wiejski... tak... 
na przykład... pod względem oświaty... moralności, ekonomicznego bytu?... 
— Odpowiedziałbym, że stoi on pod tymi wszystkimi względami jak najgorzej... — z 
niedbałym uśmiechem odparł Zygmunt. 
— I ty o tym możesz tak lekceważąco mówić! I panowie możecie tak obojętnie względem tego 
się zachowywać! — oburzył się chłopak i znowu zwrócił się do Różyca. — Mnie się zdaje, że pan 
chyba inaczej myślisz o tym niż Zygmuś... on tak był wychowany... zresztą... artysta! Ale pan 
pewnie zechcesz zstąpić do klas niższych, tak długo zaniedbanych, a którym wszystkie idee 
naszych czasów przyznają prawo... 
— Mój Widziu — z widocznym już znudzeniem przerwał znowu Zygmunt — idee czasu są 
rzeczą bardzo piękną... 
— I szanowną — z uśmiechem dorzucił hrabia. 
— Ale spytaj się swego ojca, w jakie położenie popadł był kiedyś, kiedy to zamierzał 
zstępować... dźwigać... 
Witold zarumienił się jak zmieszana dziewczyna, spuścił oczy i wyjąkał: 
— Mój ojciec... nie jest dość możnym... nie posiada może dość środków... 
Widocznie ta wzmianka o ojcu sprawiła mu przykrość, wnet jednak z odrodzoną żarliwością 
zwrócił się do Różyca: 
— Ale pan... — zaczął. 
Tu przecież głos młody także, choć trochę grubszy od jego głosu, przerwał mu 
wykrzyknikiem: 
— Witold ma słuszność, zupełną słuszność! Któż, jeśli nie panowie, powinien naprawiać błędy 
starszych, a nam młodszym drogi torować?... Gniew przejmuje, kiedy przybywając z szerokiego 
świata widzimy, jak wszystko zastojowi okropnie ulega. Gospodarstwa rutyniczne* albo 
zrujnowane, ziemia z rąk waszych ucieka, lud dziczeje, a nikt ani palcem nie poruszy, aby 
cokolwiek podnieść... udoskonalić... 
Z tymi słowami w sukurs Witoldowi przybywał nieco starszy od niego kolega szkolny, 
student tak jak i on, syn jednego z obecnych tu i w tej chwili na ganku siedzących obywateli. 
— Temperatura podnosić się zaczyna — szepnął do Różyca hrabia. 
Ale Różyc wszystkich tych przemów studentów słuchał ze spuszczonymi oczami, nerwowym 
ruchem palców igrając ze sznurkiem od binokli, z drgającym, tak drgającym czołem, że drgania 
te dosięgały skóry czaszki pod rzadkimi, ufryzowanymi włosami. Coś go dręczyło i jakby 
zamierzał koniec położyć sytuacji dla niego przykrej, zwrócił się do Zygmunta z prośbą, aby 
przedstawił go on matce swojej. 
Hrabia podążył zwolna ku punktowi salonu, w którym znajdowała się jego narzeczona; dwaj 
studenci, wraz z trzecim, który się do nich przyłączył, żywo rozmawiając i gestykulując usunęli 
się na stronę, a Zygmunt Korczyński i Różyc przebywali całą długość salonu zmierzając ku 
fotelowi, na którym w gronie pań, ale milcząca i nieco wyosobniona, siedziała pani Andrzejowa. 
Na ukłon przedstawianego jej dystyngowanego pana odpowiedziała zwykłym sobie powolnym 
pochyleniem głowy, która ani na chwilę nic ze swego wyniosłego i surowego charakteru nie 
utraciła. Dopiero kiedy Różyc obok niej usiadłszy mówić zaczął o tym, że widział i podziwiał na 
jednej z wielkomiejskich wystaw obraz, który przed trzema laty wyszedł był spod pędzla jej 
syna, podniosła powieki i w twarzy stojącego przed nią Zygmunta z nieopisanym spojrzeniem 
zatopiła swe oczy, jeszcze bardzo piękne, choć widać było, że barwę ich i blaski przez długie 
lata gasiły tęsknoty i łzy. Przy tym surowe jej usta rozwarły się nieco i zarysowały uśmiech 
niewymownej tkliwości i słodyczy. Był to jednak przelotny błysk, po którym grzecznie, ale 
chłodno rozmawiać zaczęła ze swym nowym znajomym o talencie Zygmunta, o przeszkodach, 
jakie znajduje on w rozwijaniu go, odkąd mieszka w domu, o trudności połączenia zawodu 
gospodarza wiejskiego z natchnieniami i potrzebami artysty... Przy tych ostatnich uwagach 
wbrew zwyczajnemu układowi swemu uczyniła parę niespokojnych poruszeń i znowu oczy na 
syna podniosła, tym razem przecież badawcze i trochę strwożone. Ale do ramienia Zygmunta 
pośpiesznie uczepiła się już młodziutka jego żona i z zalotnymi minkami coś do niego szepcąc, 
uprowadziła go na stronę. Niektóre z pań siedzących na kanapie i fotelach nieznacznie 
ukazywały sobie młodą parę, oględnie i z cicha robiąc uwagi, że w tym małżeństwie czułość 
żony o wiele stopni przenosi czułość męża, że ona, dość posażna, świetnie skoligacona i 
wychowana, wydaje się zakochaną w nim bez pamięci, a on ma bardzo minę człowieka 
położeniem swym znudzonego. Wieści chodzą, że gospodarstwem prawie się nie zajmuje i 
interesy swe wcale nieosobliwie prowadzi, a pani Andrzejowa żałować już zaczyna, że 
wychowała syna w nadzwyczajnych pieszczotach, z dala od kraju i tego kawałka ziemi, na 
którym żyć mu wypadało. 
— Dobrze jej tak, bo jest dumna jak udzielna księżna i syna za półbożka miała... — zagadała 
jakaś żywa i mowna sąsiadka, jedna z tych, których jedwabne suknie nosiły na sobie widoczne 
ślady dawności i kilkakrotnych przerabiań. 
Druga, łagodniejsza, z długą, mizerną twarzą na dłoni opartą, inaczej o tym sądziła. Głową 
ubraną w dziwne jakieś pióra powoli wstrząsając, smutnie zaczęła: 
— Bez ojca chowany... bez ojca!... Co to jest chłopców wychowywać bez ojca, to ja wiem, bo i 
mnie w tym samym czasie, co i pani Andrzejowej, opiekuna dla synów zabrakło!... 
— Ciotkę miał za to — sprzeciwiła się pierwsza — tę Darzecką, co to wypadkiem za bogatego 
człowieka wyszedłszy, sama nie wie, jak dąć się i stroić... Ona także synowczykowi poduszeczki 
pod boki podkładała i geniusz wmawiała... 
— Przez pamięć dla brata może — broniła druga — przez pamięć dla brata... i jakiegoż brata i 
człowieka!... Sierotę po nim pieściła i jak najwyżej wyniesionym widzieć pragnęła. 
Kawa czarna i towarzyszące jej napoje już przez lokajów rozniesionymi zostały, ale tacę z 
likierami Kirło pochwycił z rąk służącego i na bocznym stole w salonie ją postawił. Kościste 
policzki jego rumieniły się trochę, małe oczy błyszczały, najjowialniejszy w świecie uśmiech 
otwierał wąskie usta. Był w tej chwili upostaciowaniem doskonałego zadowolenia ze zjedzonego 
obiadu, wypitego wina i najbardziej może z panującego dokoła towarzyskiego gwaru. W dwóch 
palcach jednej ręki trzymając zgaszone przez wzgląd na panie cygaro, drugą przebierał flakony 
napełnione płynami różnych barw i wabił nimi ku sobie wszystkich, którzy się znajdowali w 
pobliżu. W pobliżu tacy z likierem znalazł się naprzód ów otyły i na wesołego gastronoma 
wyglądający obywatel; podążyło ku niej potem z ganku paru innych sąsiadów; stanął też przy 
niej z opróżnionym kieliszkiem w ręku stary Orzelski. 
— A co pan piłeś? maraskino? różany? kawowy?– zagadał Kirło. — Może innego teraz? 
którego? służę! 
— Kawowego kropeleczkę, jeżeli łaska! 
— Dobrze, a który to? 
— Drugi! — z dobrodusznym uśmiechem i rozkosznie ustami cmokając odparł ojciec Justyny. 
— Bóg trójcę lubi! — zawołał częstujący i przed starym, którego okrągła twarz rumieniła się 
coraz bardziej, postawił jeszcze jeden napełniony kieliszek. 
Wszyscy blisko stojący zaśmieli się wiedząc, że żartowniś zmierza do zupełnego upojenia 
starego, ale on wymawiał się i jeden kieliszek do ust niosąc, drugi na środek stołu odsuwał. 
— Nie... nie... nie... — tłumaczył się — gdybym jeszcze ten wypił, to nie mógłbym te... 
— Czego byś nie mógł? — spytało na raz ze śmiechem kilka głosów. 
— Grać — odpowiedział. 
— Racja! — odrzekł Kirło. — No, to kiedy pić pan nic chcesz, idź przynajmniej do panienek. 
Widzisz pan, jaką smutną minę ma panna Teresa... ot, tam, z gardłem obwiązanym siedzi i 
marzy... pewno o panu... Bo panowie może nie wiecie, jaki to z naszego muzyka bałamut i 
amator płci pięknej... ho, ho! Kiedyś był sławnym z tego... a i teraz jeszcze... panna Teresa wie o 
tym najlepiej... 
Ktoś mu przerwał zapytaniem jakimś, więc zaczął o czym innym mówić i żartować z kogo 
innego. Orzelski zaś w dwóch palcach trzymając kieliszek, do połowy jeszcze zielonym 
trunkiem napełniony, drobnym krokiem, z dobrodusznym wyrazem oczu i uśmiechu, 
wyprostowując się i wyginając naprzód okrągły żołądek, zmierzał istotnie ku gronu panien, które 
wielkim półkolem obsiadły stół, piętrzący się albumami i ilustracjami w zniszczonych oprawach. 
W gronie tym złożonym ze starszych Darzeckich i kilku innych panien, mniej lub więcej 
wykwintnie ubranych i wesoło rozmawiających, znajdowała się i Justyna. Ciemny i 
niekosztowny jej ubiór uderzająco wyróżniał się pośród różnobarwnych i jasnych strojów, a 
głowa, tylko czarnym warkoczem i parą świeżych kwiatów ozdobiona, prawie surowego 
charakteru nabierała od wszystkich tych strojnych, ruchliwych i wesołych główek. Ona wesołą 
nie była. Już Darzeckie, bliskie jej krewne, uczyniły jej uwagę, że jak zazwyczaj ubrała się 
niewłaściwie i w ubraniu tym, a także ze swym milczącym usposobieniem, wygląda jak 
desperatka. 
Uczucia desperacji może nie doświadczała, ale w toczących się rozmowach o zagranicy i 
wyprawie młodej narzeczonej, o różnych towarzystwach, zabawach, nowych książkach i 
słynnych w tej chwili kompozycjach muzycznych prawie żadnego nie przyjmowała udziału. 
Chwilami, gdy zamyślała się i nieruchomym wzrokiem patrzała w przestrzeń, można było 
zgadnąć, że czuła się zupełnie na zewnątrz tego wszystkiego, co dokoła niej zajmowało i 
rozweselało innych. Ciężka nuda spłynęła jej na oczy i usta, czyniąc w tej chwili twarz jej daleko 
starszą, niż była istotnie. Znużenie i zesztywnięcie rysów nie pierzchło wtedy nawet, gdy 
zobaczyła swego ojca około tacy z likierami i usłyszała głośne żarty Kirły wraz ze wtórzącymi 
im śmiechami sąsiadów. Nie uczyniła tym razem nic, aby przeszkodzić tej zresztą dość 
pospolitej igraszce, i w poczuciu bezsilności własnej nieruchomą pozostała. Tylko brwi jej 
ściągnęły się nad oczami, które znudzone, znużone, napełniały się wyrazem niepocieszalnego 
smutku. Ale jakichkolwiek w tej chwili doświadczała uczuć, nikt ich nie spostrzegał i nie 
odgadywał. Widocznym było, że obojętna dla wszystkiego, co ją otaczało, nawzajem żadnej 
takiej nie przedstawiała cyfry, z którą by ktokolwiek dla jakichkolwiek przyczyn liczyć się tu 
chciał czy musiał. Towarzyszki i kuzynki dla milczącego jej humoru i może skromnego stroju 
trochę się od niej odwracały, hrabia tuż obok niej prowadzący ze swą narzeczoną dowcipną 
szermierkę ignorował ją zupełnie; dwaj ludzie, którzy w czasie obiadu szturmowali ją 
przelotnymi, ale znaczącymi spojrzeniami, przed chwilą salon opuścili. Różyc, którego 
stopniowo, ale bardzo widocznie opanowywało dziwne dla wszystkiego zobojętnienie, ze 
ściemniałą nagle cerą i zgasłynmi oczami nieznacznie wysunął się w kierunku sali jadalnej. 
Zygmunt Korczyński, po cichej, ale dość żywej rozmowie z żoną, którą na koniec obok matki 
swej umieścił, wyszedł na ganek. 
Na ganku rozstawiono już stoły kartowe, ale grono poważnych panów jeszcze do gry nie 
zasiadało. Kończyli picie likierów, palili cygara i gwarnie rozmawiali. Wprzódy nieco do salonu 
dolatywały z rozmowy ich niektóre słowa, rzec by można techniczne czy profesjonalne, jako to: 
tyle i tyle kopiejek za pud* takiego i takiego zboża; tyle i tyle za wiadro wódki; taki i taki umłót; 
taka i taka orka, siejba, kośba itd. Teraz jednak mówili już o polityce. Przedmiotu tego dotknął 
pierwszy Darzecki, który pod grubą kolumną zieleni sztywnie stojąc i kręte nitki cygarowego 
dymu z cienkich warg wypuszczając, płynnie i kwieciście mówił o różnych w gazetach 
wyczytanych przewidywaniach i kombinacjach. Niektórzy z sąsiadów żywszymi albo i 
rubasznymi uwagami i wykrzykami mowę tę przerywali. Najbardziej nawet ogorzali i zgrubiali, 
najmniej z pozoru do czynienia mieć mogący z jakimkolwiek drukiem, przy tej okoliczności 
mówili o krajach dalekich i ludziach potężnych, zapalając się przy tym, rozprawiając i zawzięte 
zawodząc sprzeczki. Gospodarz domu w rozmowie tej najmniejszy przyjmował udział. Prawie 
pośrodku ganku siedział on na żelaznym krzesełku w takiej pozie, że od ogarniającej go płachty 
światła postać jego odcinała się w pełni swych silnych i ciężkich zarysów i że można mu było 
prawie policzyć wszystkie zmarszczki na czole i policzkach i wszystkie białe nitki w gęstych i 
ciemnych włosach. Z ramieniem położonym na stojącym przed nim stoliku, machinalnie bawiąc 
się kieliszkiem, w którym łamał się promień słońca, odzywał się rzadko, a pochyloną nieco 
głowę wstrząsał czasem i uśmiechał się to filuternie i niedowierzająco, to smutnie. Raz jednak, 
wśród najbardziej ożywionej rozmowy, jakby sobie coś nagle przypomniał, głowę podniósł, 
uśmiechnął się, kieliszkiem o stół uderzył i zawołał: 
— Te gazety, moi panowie, to czyste zawracanie głowy, i nic więcej! Jak się ich człowiek na 
noc naczyta, to potem śnią mu się takie rzeczy, że wolałby wcale nie spać... 
Spod zielonej kolumny trochę ironiczny głos Darzeckiego zapytał: 
— Cóż takiego? Czy miałeś, panie Benedykcie, z powodu gazet straszny sen jaki? 
— Naturalnie — odparł Korczyński — i jak jeszcze straszny! 
Uśmiechnął się żartobliwie, ale zarazem długiego wąsa mocno w dół pociągnął. 
— Nie jestem przecież babą, abym snami miał się przerażać — – zaczął — ale miałem jeden taki, 
że każdemu by od niego włosy dębem na głowie stanęły. Ot, jak było. Przed dwoma jakoś 
miesiącami naczytałem się był wieczorem o wojnach takich, co były, są, będą i licho już zresztą 
wie jakich. Zaraz potem położyłem się, usnąłem i śni się mnie... uważacie panowie, że do Korczyna naszło mnóstwo wojska bismarkowskiego*... słowem, pruskiego wojska... Dziedziniec 
i ogród pełen żołnierzy, dom pełen oficerów... Ja w strachu! Zniszczą Korczyn, myślę sobie, do 
góry nogami przewrócą, spalą, stratują, rozerwą, jeżeli nie przyjmę ich tak, jak tego żądają... Co 
robić? Wola, niewola, przyjmuję... Tak, zdaje się, zwijam się, tak częstuję, karmię, poję, 
zapraszam, w oczy patrzę, czy kontenci... A oni piją, jedzą, hałasują, hulają... Chwała Bogu, 
kontenci, myślę sobie, i sam kontent jestem... Ot, myślę, zaraz i pójdą sobie z Panem Bogiem, 
objadłszy mię, co prawda, dziedziniec i ogród zdeptawszy, ale resztę w całości zostawiając... Już 
zdaje się i odjeżdżać sobie mają... żołnierze na konie siadają, oficerowie szable przypasują... już 
zaraz i cicho u mnie będzie... Wychodzę, zdaje się, na ganek, z wielkim ukontentowaniem, aż tu, 
panie, patrzę, z tych pagórków, co to wiecie, tam het, za równiną... drugie wojska... 
Tu zaciął się. 
— To... tamto... 
Promień słońca filuternym błyskiem przebiegł mu w piwnych źrenicach. 
— Cóż? Strach mnie do szpiku kości przejął... lecą! to... tamto... panie, pędzą... także do 
Korczyna... wprost do Korczyna... a tamci jeszcze nie wyjechali... Masz! myślę sobie... 
Przyjmowałem jednych, aby mi dworu z dymem nie puścili... a teraz to... tamto... i będzie mnie 
tu ostatni amen! Jak chcesz, człowiecze, kręć się i wierć się, nie wykręcisz się i nie wywiercisz. 
Z tej strony ci w skórę i z tamtej... także w skórę! O Jezus, Maria! Obudziłem się cały w potach i 
nazajutrz chodziłem jak struty. 
— Sen mara! — tonem pocieszenia odezwał się ktoś z obecnych. 
— Prawdziwie typowy sen! — zawołał Darzecki z tak głośnym śmiechem, jakby w tej chwili 
zwykła dystynkcja zupełnie wyszła mu z głowy; ale zarazem szyję, zazwyczaj sztywnie 
wyprostowaną, zgarbił nieco, przez co kółka cygarowego dymu, dotąd triumfująco sobie w górę 
ulatujące, ciężko jakoś wionęły ku ziemi. 
— Co tam! — zaczął w kącie ganku jakiś widocznie zgryźliwy i mocno przez życie gryziony 
sąsiad — co tam te Prusaki! bez Prusaków najbliżsi sąsiedzi ogryzą nas jak psy kości... Jeszczem 
jednego procesu z chłopami o pastwisko nie ukończył, a już mi drugi o grunt pod leśnictwem 
wytoczyli!... 
— Oj! te procesy! — stęknął pan Benedykt. 
— Napłodziło się ich u nas jak robactwa w mokre lato! — zauważył ktoś inny. 
— A propos! — zaczął Darzecki — jakże tam jest z tym twoim procesem, panie Benedykcie, 
który ci ta szlachta... jakże się nazywa?... wytoczyła? 
— Bohatyrowicze! — podjął Korczyński — a cóż? złupić chcą ze mnie pięćdziesiąt dziesięcin 
wygonu... ktoś w nich wmówił, że one do nich należeć powinny... Wnieśli do sądu... i w 
pierwszej instancji przegrali... Zanoszą teraz apelację... trwa to już dwa lata i co mię ta historia 
pieniędzy i zgryzoty kosztuje!... 
— Czy nie mają żadnej racji? — przerwało parę głosów. 
— Taką chyba, że paszy mają mało, więc chcą moją własnością paść swoje inwentarze — bronił 
się pan Benedykt. — Planami i wszystkimi dokumentami dowieść mogę... 
Zapalać się zaczął i byłby pewno długo rozwiódł się nad procesem, o którym mowa 
sprowadziła mu na czoło zdwojoną ilość zmarszczek, ale zobaczył kilka osób z przedpokoju do 
salonu wchodzących i pośpiesznie zerwał się z krzesła. W tej samej chwili jedna z pań na 
kanapie siedzących i wszystkim, co je otaczało, bardzo zajętych rękę do czoła podniosła. 
— W imię Ojca... — cicho do sąsiadki szepnęła.– Toż to Kirłowa zjawia się tutaj! A skądże jej 
się to wzięło! Już chyba lat z dziesięć nigdzie w sąsiedztwie nie bywa! Ależ zmieniła się, 
zmieniła, o, moja pani! 
W progu salonu pan Benedykt z widocznym i szczególnym uszanowaniem podawał ramię 
kobiecie, za którą postępowała młodziutka, niespełna może szesnastoletnia dziewczyna i dwóch 
młodszych od niej chłopców w szkolnych ubiorach. Średniego wzrostu, szczupła, prosta, z 
wdzięczną linią szyi i ramion, żona Kirły wyglądała z daleka na kobietę bardzo młodą, a 
złudzeniu temu dopomagały włosy niezmiernie jasnej barwy, z tyłu głowy w prześliczny, 
ogromny warkocz upięte. Z bliska dopiero uderzał i prawie zadziwiał kontrast, który z młodością 
kibici jej i warkoczy tworzyła twarz tak ogorzała, że od włosów ciemniejsza, z czołem 
przerzniętym kilku poprzecznymi zmarszczkami, ze zwiędłymi, choć bardzo kształtnymi usty. 
Była to po prostu zgrubiała i sterana twarz kobiety jeszcze młodej, bo trzydziestoparoletniej, z 
natury wcale ładnej. Bardzo zgrabna pomimo swej starej i niemodnej sukni, szła przez salon na 
ramieniu gospodarza domu wsparta, nieśmiała jakaś, prawie zlękniona, z niepokojem oglądająca 
się na postępujące za nią dzieci. Kiedy pani Emilia, powstawszy z kanapy i szeleszcząc suknią 
okrytą bogatym i błyszczącym haftem, wprowadzała ją do grona najpoważniejszych kobiet, ze 
zmieszanego jej spojrzenia, roztargnionego uśmiechu i wahających się, lękliwych ruchów 
poznać można było, że od wszelkich towarzyskich zebrań bardzo odwykła, a z odległych 
wspomnień wiedząc dobrze, jak wśród nich znajdować się należy, trwożyła się ciągle, aby 
czegoś niewłaściwego i nieprzyzwoitego nie popełnić. Drżała trochę i śpiesznie oddychała 
siadając obok wytwornej i wyniosłej pani Andrzejowej, która jednak dość przyjaźnie, choć 
zawsze trochę z wysoka, oświadczała jej swoje przyjemne zdziwienie nad tym, że na koniec 
spotkać ją mogła, ją, która od tak dawna nie ukazuje się nigdzie. Ośmielona trochę, jednak 
przyciszonym jeszcze głosem odpowiedziała: 
— Pan Benedykt był tak łaskaw, że zapraszał mię razy kilka i sam, i przez Justynkę, którą do 
mnie przysyłał. A jakżebym ja takiemu dobrodziejowi odmówić mogła? 
— Szwagier mój ma więc przyjemność widywać panią czasem? 
Kirłowa splotła ręce, okryte zbyt wielkimi i niezupełnie świeżymi rękawiczkami. 
— O, mój Boże! — zawołała — a jakżebym ja sobie z gospodarstwem i interesami rady dać 
mogła bez pomocy zacnego sąsiada? Teraz to już nic: nauczyłam się i przywykłam. Ale z 
początku byłabym przepadła razem z dziećmi, gdyby pan Benedykt nie pomagał mi radami, a 
czasem i osobistym dojrzeniem tego i owego... 
Teraz, gdy w zapale mówić zaczęła głośno, w głosie jej parę razy zabrzmiały nuty grube, z 
delikatnością kibici jej i ruchów dziwnie sprzeczne; użyła też paru wyrażeń wcale 
niewykwintnych. 
— Jak Boga kocham — dokończyła — takiego dobrego człowieka, jak on, chyba na tym podłym 
świecie nie ma... 
Toteż na twarz pani Andrzejowej wybiło się trochę niesmaku, a u boku świekry swej siedząca 
śliczniutka Klotylda szeroko oczy otworzyła i z trudnością powściągnęła latające po jej 
pąsowych ustach uśmieszki. Gospodyni domu pośpieszyła wyrazić ubolewanie, że tak bliska 
sąsiadka przybyła dziś do jej domu tak późno. Kirłowa zmieszała się znowu, zgrabną swą kibić 
pochyliła w trochę niezgrabnym ukłonie i widocznie zdobywając się na śmiałość, zbyt głośno 
odpowiedziała: 
— A jakże ja, moja pani, mogę tak w każdej chwili zostawiać w domu dzieci? Troje starszych 
odważyłam się wziąć z sobą, bo myślałam, że mi państwo tego za złe nie weźmiecie; ale dwoje 
młodszych nie mogłam przecież na rękach sług zostawić i musiałam czekać przyjścia 
Maksymowej, która je wyniańczyła i taką jest poczciwą babą, że byle tylko posłać po nią, zaraz 
przychodzi... Z małymi dziećmi to jak ze szkłem ostrożności trzeba... ale moja babula 
Maksymowa dobrze ich tam dopilnuje... 
Za plecami świekry swej Klotylda wpychała koronki chusteczki w parskające śmiechem usta; 
pani Andrzejowa jak grób umilkła; pani Emilia podniosła rękę do czoła i gardła, jakby w tej 
chwili dostawać zaczynała migreny i globusu. Jedna z tych pań, które ciągle ciche uwagi nad 
wszystkim czyniły, szepnęła do drugiej: 
— Jak ta Kirłowa zgrubiała i sprościała; o moja pani! a jaka z niej przed zamążpójściem 
śliczna panienka była!... Różycówna z domu przecież! 
Kirło biegł z ganku na powitanie żony. Po prostu biegł. Przybiegłszy pochwycił obie jej ręce i 
okrył je najczulszymi pocałunkami. Twarz jego, silnie zarumieniona od trunków, takie wyrażała 
zadowolenie, że aż mu oczy zwilgotniały. 
— Jak to dobrze, jak to dobrze, że choć raz w świat się wybrałaś! — wołał, a potem zwrócił się 
do otaczających: — Moja Marynia to taka domatorka, że ją od gospodarstwa i dzieci ani 
wyciągnąć... 
Ona, z podniesionym ku niemu wzrokiem, serdecznie też ręce mu uścisnęła. 
— A dawno państwo nie widzieliście się z sobą?– żartobliwie ktoś ze strony zagadnął. 
— A z tydzień już będzie, jak w domu nie byłem! — z zupełną swobodą odparł Kirło. 
— Mąż mój ma już taki charakter, że potrzebuje rozrywek i nudzi się w domu; ja go więc we 
wszystkim z największą ochotą wyręczam — pośpiesznie dodała Kirłowa. 
Kirło szedł witać dzieci. Dwaj chłopcy, w gimnazjalnych bluzach i przeraźliwie stukającym 
obuwiu, z wiszącymi u boków czerwonymi rękami, przyparli się do fortepianu i wytrzeszczonym 
wzrokiem na wszystkich i wszystko patrzali. Dziewczynkę Justyna przywiodła do grona panien i 
obok kilku podlotków umieściła. Niezupełnie jeszcze długa suknia z białego muślinu, różową 
wstążką przepasana, śliczną musiała wydawać się w domu i matce, i córce; tu jednak obok 
bombiastych i z mnóstwa fatałaszek złożonych strojów młodszych panien Darzeckich i żółtawej, 
na bladaczkę widocznie chorej córki Korczyńskich wyglądała bardzo skromnie i ubogo. Spod tej 
sukni ukazujące się małe stopy w skórzanych, grubych bucikach dziwnie odbijały przy szeregu 
wykwintnych stópek, okrytych ażurowymi pończoszkami i pantofelkami takimi, że każdy z nich 
ozdabiać mógł jako cacko ładną etażerkę. Właścicielka tego biednego stroju nie przedstawiałaby 
także nic osobliwego, gdyby nie posiadała przedziwnej świeżości twarzy i nieporównanej 
dziewiczości spojrzenia i ruchów, które ją czyniły zupełnie podobną do świeżo rozkwitłej i zza 
zielonych liści ciekawie wyglądającej róży polnej. Ciekawie spośród różowej twarzy patrzały 
oczy jej, błękitne jak niezabudki; gruby i tak jasny jak u matki warkocz wił się po spływających 
w dół jej ramionach; ręce zbyt ciasnymi rękawiczkami jak pączki zaokrąglone na kolanach 
splotła i — milczała. Panienki, obok których usiadła i którym Francuzka nauczycielka pomagała 
w rozpatrywaniu ilustracji, rzuciły na nią parę ukośnych spojrzeń i zajęcia swojego wcale dla 
niej nie przerwały; ale w zamian z przeciwległego końca salonu biegł ku niej młody i zgrabny 
chłopak, z dziecinną prawie radością w ładnych, lecz już trochę zmęczonych rysach. Pochwycił 
obie jej ręce, po koleżeńsku mocno nimi zatrząsł i szybkim ruchem obok niej usiadł. 
— Jak dawno ja panią... pannę Marię... czy można, jak dawniej, mówić: Maryniu? 
— Można — odszepnęła rumieniąc się po brzegi jasnych włosów i ukazując w śmiechu rząd 
śnieżnych zębów. 
— A pani... Maryniu, będzie mi mówić po imieniu? 
— Czemuż by nie? — ze zdziwieniem odpowiedziała. 
— Dawno cię już nie widziałem, moja droga, kochana Maryniu! Dwa lata nie byłem w domu... 
Jak ty od tego czasu urosłaś... 
— I ty, Widziu, zmieniłeś się trochę... zmizerniałeś... 
— Pracuję... uczę się... myślę... A ty co porabiasz? 
— To co i dawniej: mamie w gospodarstwie pomagam, młodszą siostrę uczę... ogród 
warzywny i nabiał zupełnie już do mnie należą... 
Ostatnie słowa z dumą wyrzekła. 
— A stara Maksymowa czy żyje? — zapytał Witold. 
— Żyje, zdrowiuteńka! 
— To dobrze! A też dzieciaki, nad którymi dwa lata temu tak ślęczałaś? 
— Już czytać umieją... 
— Moja ty droga, dobra!... jak ja się cieszę, że zobaczyłem ciebie! Ile ja tobie do powiedzenia 
mieć będę. 
— Przyjedziesz do Olszynki? 
— A jakże! przyjadę, przyjadę! nie raz, sto razy! 
Z dziecinnym uszczęśliwieniem, od którego oboje drżeli prawie, Witold Korczyński i 
Marynia Kirlanka patrzali sobie w oczy. Wtem, jakby wtór do ich radości, rozległy się w salonie 
naprzód fortepianowe akordy, a potem przeciągłe tony skrzypiec. Przed chwilą pani Emilia 
uczuła, że dalsze rozmawianie z gośćmi stawało się dla niej coraz trudniejszym; sztuczne 
podniecenie, które z rana uczyniło ją żywą i mówną, ustępowało przed znużeniem i osłabieniem; 
szczupła jej kibić garbiła się i opadała na poręcz kanapy, po prostu siły ją opuszczały. 
Gasnącymi oczami porozumiała się z Justyną, która wstała i zbliżyła się do fortepianu. Orzelski, 
który po wysączeniu z kieliszka ostatniej kropli likieru i kilku krygach wykonanych przed 
rumieniącą się Teresą Plińską, drobnymi swymi kroczkami kręcił się dokoła swych leżących na 
fortepianie skrzypiec, ujął je teraz powoli; z lubością, jak najmilsze dziecię, i z oczami 
rozkosznie przymrużonymi, smyczkiem po strunach powiódł. 
Dźwięki muzyki napełniły salon. Ojciec i córka grali jakąś piękną, długą i trudną 
kompozycję, przy której stopniowo, ale zadziwiająco Orzelski zmieniał się i przetwarzał. W 
miarę rozwijania się i potężnienia tonów, spod smyczka jego wychodzących, stary muzyk także 
wyrastał, usubtelniał się, szlachetniał. Niewielka i pękata postać jego nabierała linii prostych, 
niskie i białe czoło, z którego w tej chwili zniknęły wszystkie zmarszczki, wysoko podnosił, 
wzrok promienny, natchniony daleko kędyś posyłał. Lotne marzenia i skrzące zapały, morza 
rozkoszy i smutku, ze strun skrzypiec lejąc się w jego piersi, co chwilę zmieniały grę jego rysów, 
ścierając z nich wszelki ślad pospolitości i głupoty. W tym natchnionym artyście aniby poznać 
było podobna tego smakosza i zmysłowca, który przed chwilą nie mógł rozstać się z talerzem i 
słodkie oczy robił do starej panny z obwiązanym gardłem; ani tego dobrodusznego, głupowatego 
starca, który bez cienia urazy poddawał się drwinom znajomych. Było to prawie 
czarodziejstwem, a tą czarodziejką, która go różdżką swoją dotknęła, była wielka, całe długie już 
życie tego człowieka przenikająca namiętność. 
Justyna swój trudny i zawikłany wtór wykonywała z precyzją i czystością, świadczącą o 
znacznej muzycznej wprawie, ale nie widać było po niej najlżejszego miłego albo przykrego 
wrażenia. Zupełnie obojętna, trochę nawet sztywna, z twarzą, w której żaden rys ani razu nie 
drgnął, widocznie spełniała obowiązek swój starannie, umiejętnie, ale zimno. Grała na pamięć; 
powieki miała spuszczone, a kiedy je podnosiła, wzrok jej był tak samo jak przedtem znużony i 
przygasły. Raz jednak odbiło się w nim wrażenie przykre. Naprzeciw siebie ujrzała stojącego we 
drzwiach salonu Różyca. Przez ostatni upłyniony kwadrans zaszła w nim dziwna zmiana. 
Opuścił był salon osłabionym krokiem, pożółkły i cierpiący; wrócił odmłodzony, świeży, 
promieniejący, z błyszczącymi oczami i lekkim nawet zarumienieniem na welinowych 
policzkach. Stanął w drzwiach, pociągnął w dół binokle i na grającą patrzał z takim wyrazem, że 
prędko spuściła ona oczy i ani razu już ich nie podniosła. Był to wzrok taki, jakim śmiały i 
pewny siebie zdobywca niewiast ogarnia, rozbiera i niejako w posiadanie swe obejmuje kobietę, 
której zażądał. 
Muzyka trwała długo; niektórzy słuchali jej z uwagą i przyjemnością, a niektórzy z 
pootwieranymi od zdziwienia albo skrycie poziewającymi ustami. Na ganku nawet gwarne 
przedtem rozmowy przycichły. Gospodyni domu nie potrzebując mówić odpoczywała. W chwili, 
kiedy skrzypce i fortepian grzmiały świetnym i wybornie wykonywanym brio* 
, Różyc 
nieznacznie i na palcach przesunął się przez salon i na nie zajętym krześle obok Kirłowej usiadł. 
Ona przyjaźnie i poufale uśmiechając się podała mu rękę. Wszyscy wiedzieli, że ten 
trzydziestoletni pan, który już stracił pół miliona, i ta spracowana kobieta w starej sukni byli z 
sobą dość blisko spokrewnionymi. Z właściwą sobie gracją ruchów nachylił się on do samego 
prawie ucha sąsiadki. 
— Kuzynko — szepnął — czy znasz dobrze pannę Orzelską? 
Twierdząco skinęła głową. 
— Bywa ona u ciebie? 
Znów głową kiwnęła i z ciekawością na niego spojrzała. 
— Chcę cię prosić... abyś nas kiedy razem do siebie zaprosiła... żebyśmy tak wypadkiem... 
spotkali się kiedy u ciebie... Tu nie wypada mi bywać tak często... jakbym tego potrzebował... 
Oczy szeroko otworzyła i naprzód wpatrzyła się w niego z nieopisanym zdziwieniem, a 
potem tak głośno, że aż kilka osób na nią się obejrzało, wybuchnęła: 
— A toż co?... 
I dźwiękiem własnego głosu przelękniona cicho dokończyła: 
— Czy nie myślisz czasem tej biednej dziewczyny bałamucić? No, to spotykaj się z nią w 
swoim Wiedniu, ale u mnie jej pewno nie spotkasz... 
Różyc śmiał się cicho. 
— Parafiaństwo, kuzynko — szepnął. 
Wiedział zapewne, że wyraz ten ją ukole. Jakoż na mgnienie oka zmieszała się i zasmuciła. 
Ale potem energicznie odpowiedziała: 
— Niech sobie będzie parafiaństwo! Lepiej byś i ty wyszedł na tym, kuzynku, gdybyś był 
sobie parafianinem. 
Nagle zamyślając się odpowiedział: 
— Może... 
Ale w tej chwili nie mógł znać długo ani zamyślać się, ani smucić. 
— Moja droga kuzynko — szepnął znowu — żebyś wiedziała, jak ona mi się podoba!... Ślicznie 
zbudowana kobieta i takiego coś ma w sobie... te szare oczy przy czarnych włosach... 
Patrzała chwilę na nienaturalny blask jego oczu i zwiększające się rumieńce. Czuła się 
zwierzeniami, które jej czynił, obrażoną, ale obrazę zwyciężała litość... 
— Biedny ty jesteś; kuzynku... a dziś w dodatku i upiłeś się jeszcze czy co? 
Znów z zamyśleniem odpowiedział: 
— Może... 
Muzyka umilkła, kilka osób otoczyło Orzelskiego dziękując mu i chwaląc odegraną 
kompozycję. On prostował się, promieniał. 
— Caca uwerturka! — mówił — caca!... 
Justyna powstała z wolna i odejść od fortepianu zamierzała, kiedy Zygmunt Korczyński 
Orzelskiego opuszczając, drogę jej zastąpił. Pięknej istotnie muzyki słuchał on był stojąc w 
pozie jakby z przyzwyczajenia malowniczej. Smutnym wydawał się i rozmarzonym. Teraz, z 
niepewnym i przymuszonym uśmiechem na bladej twarzy, półgłosem przemówił: 
— Zdaje mi się, kuzynko, że nie lubisz muzyki tak, jak lubiłaś ją dawniej... 
Na ostatnim wyrazie położył znaczący nacisk. Ona stała przed nim ze spuszczonymi 
powiekami, nieruchoma, ale wzruszenia swego ukryć zupełnie nie mogła. 
— Nie — odrzekła z cicha — nie, nie lubię już muzyki wcale... 
Stał ciągle tak, aby odejść i rozpoczętej rozmowy przerwać nie mogła. 
— O, gust kobiet zmiennym jest! — zawołał. — Ale w tobie zaszłą zmianę przypisuję temu, że 
oprócz muzyki ojca swego, która zresztą jest wyborną, żadnej innej nigdy nie słyszysz... Gdybyś 
słyszała... 
Tu ożywiając się coraz, mówić jej zaczął o mistrzach muzycznych, których grę słyszał w 
wielkich europejskich miastach. Potem opowiadał o nowych słynnych operach. Sposób 
mówienia miał łatwy, obrazowy, okazujący niepospolite znawstwo muzyki i w ogóle sztuk 
pięknych. Ona słuchała go wciąż w nieruchomej postawie, kiedy niekiedy paru słowy 
odpowiadając, ale bledsza niż zwykle i z szybko podnoszącą się piersią. Widać było, że głos jego 
ją upajał i że zbliżenie z nim poruszało do głębi całą jej istotę. On w jej bladej i zamyślonej 
twarzy zatapiał oczy, tak jak u wszystkich Korczyńskich duże, w podłużnej oprawie i z piwną 
źrenicą. Zręcznym poruszeniem salonowego strategika dokonał takiego półobrotu, że ją sobą od 
kilku w pobliżu stojących osób odgrodził i malowniczo wspierając się o fortepian zapytał: 
dlaczego, gdy on do Korczyna przyjeżdża, ona bywa najczęściej niewidzialną lub ukazuje się 
tylko na krótko? 
Odpowiedziała, że czasem wuja w gospodarstwie wyręcza, a czasem ojca pielęgnować musi. 
Zaśmiał się. 
— Po cóż mówisz nieprawdę? — szepnął. — Nie chcesz mnie widywać, wiem o tym! Masz do 
mnie urazę i pogardzasz mną! Słusznie, ja sam sobą pogardzać zaczynam! 
W głosie jego było tyle goryczy i żalu, że prędko odpowiedziała: 
— Nie, nie... nie to! 
Chciała mówić dalej, ale urwała nagle, bo w drugim końcu salonu ujrzała parę oczu 
utkwionych w nią z nieopisanym wyrazem. Były to oczy Klotyldy, więcej jeszcze błyszczące i 
szafirowe jak zwykle, ale wcale inaczej niż zwykle patrzące. Obok młodziutkiej kobiety ze 
swym wiecznie jowialnym, a trochę złośliwym uśmiechem na twarzy siedział Kirło. Przed 
chwilą ukazał jej rozmawiającą przy fortepianie parę i żartobliwie zapytał: 
— Czy pani nie zazdrosna? 
— O kogo? o co? — zapytała, ale patrząc we wskazanym jej kierunku zarumieniła się jak 
wiśnia. 
— Pani nie wie? — ciągnął żartowniś — toż to pierwsza miłość mężulka... Panna Justyna... 
pierwsza miłość... a pani zna przysłowie... 
Tu przerażającą francuszczyzną zaczął: 
— O n... o n r e w i e n... t u ż u r... 
— A ses premiers amours *– dokończyła żona Zygmunta i z niedbałym śmiechem dodała: — 
Wiem, wiem dobrze o tej pierwszej miłości... wszyscy mi tu o niej opowiadali... Ale pan może 
zna inne przysłowie polskie: Pierwsze kotki... 
— Za płotki — dokończył Kirło i zaśmiał się szczerze z całego serca. 
Ale na ustach Klotyldy prędko zamarł uśmiech i sama ona zmartwiała jakby, oczy swe 
wlepiając w tę wysoką i pysznie rozwiniętą kobietę, do której z ożywioną i wzruszoną twarzą 
mąż jej przemawiał tak długo... długo... drogę jej zastępując i od innych ludzi odgradzając ją 
sobą. Justyna spotkała się z tym wlepionym w nią spojrzeniem, które zdawało się ją osypywać 
żarem gniewu i nienawiści. Ale dziewiętnastoletnie serce, które spojrzenie to jej posyłało, zdjąć 
musiały zarazem trwoga i żałość, bo Justyna widziała, jak szafirowe, rozżarzone zrazu oczy 
Klotyldy zaczęły wilgotnieć i mglić się, aż stanęły w nich wielkie, szklane, z całej znać siły 
wstrzymywane łzy. Zarazem, ładną tę i świeżą jak wiosna twarz okrył wyraz cierpienia, który 
uczynił ją podobną do twarzy bezbronnego, a dotkliwie udręczonego dziecka. W tej chwili 
Zygmunt Korczyński, ramieniem swym dotykając prawie rękawa sukni Justyny, z cicha 
zapytywał: 
— Czy zupełnie, zupełnie już przeszłość naszą wyrzuciłaś ze swej pamięci? Czy nie 
przemówisz do mnie nigdy jak do przyjaciela swego, do brata? 
Z trudnością odrywając oczy od zmienionej twarzy Klotyldy, podniosła głowę i zimno 
spojrzała na stojącego przed nią, a wzrokiem błagającego ją mężczyznę. 
— Zupełnie i nigdy — odpowiedziała z taką pewnością głosu, że zraniony czy obrażony oddał 
jej lekki ukłon i usunął się na stronę. 
W salonie zrobiło się trochę chaosu; ktoś zaproponował przechadzkę po ogrodzie, panie 
wstawały z kanap i fotelów, młodzież z pierwszego hasła korzystając zbiegała ze wschodów 
ganku, na którym poważni panowie już przy kartowych stołach do gry zasiadali. Pan Benedykt 
wraz z innymi gotował się do rozpoczęcia winta, ale widocznie bez zapału i tylko przez 
grzeczność. Kirło za to tak chciwie na zielone sukno i karty spoglądał, że na chwilę śmiać się i 
innych śmieszyć przestał. Znać było, że tę rozrywkę namiętniej jeszcze lubił niż inne. 
Pani Emilia wraz z innymi paniami zbliżała się ku drzwiom na ganek prowadzącym. 
Przechadzka po ogrodzie, w którym i wiatr powiewał, i słońce jeszcze silnie dogrzewało, 
przejmowała ją obawą. Ruchem głowy przywołała Justynę i słabym swym głosem poprosiła o 
przyniesienie płaszcza, chustki na głowę, parasolika, rękawiczek... Justyna śpiesznie zwróciła się 
ku drzwiom przedpokoju, Różyc poskoczył za nią. 
— Pani pozwoli, że ją wyręczę... 
Po rozmowie swej z Zygmuntem, blada i zmieszana, słów tych, z doskonałą galanterią 
wymówionych, nie usłyszała i nie spostrzegła, że do przedpokoju wbiegł za nią Różyc i razem z 
nią zbliżył się do wieszadeł złożonych z rogów łosich i jelenich, na których wprzódy już 
przygotowano rzeczy, teraz przez panią Emilię zażądane. Podniosła ramiona dla zdjęcia płaszcza 
i na jednej z rąk swoich uczuła dotknięcie jakiejś gładkiej jak atłas ręki. Zarazem zobaczyła obok 
siebie zbyt cienką, ale wytworną postać młodego pana, który z pełną pośpiechu usłużnością, 
zwoje koronkowej chustki niby rozplątując, ręką swoją ścigał jej rękę i w twarzy jej zatapiał 
takie same spojrzenie, jak te, które raz już, przed kwadransem, była spotkała. Wyrzekł przy tym 
po cichu kilka słów, których nie dosłyszała; może szum w uszach i ogień w głowie uczuła, bo 
spąsowiała aż po brzegi czarnych włosów. Odwróciła się prędko i niosąc ozdobny płaszcz pani 
domu, z krwistym rumieńcem na policzkach i obrazą w oczach do salonu powróciła. Za nią, 
doskonale nad sobą panujący, szkłami binokli pobłyskując, z koronkową chustką i parasolikiem 
w rękach szedł Różyc. Zapewne w towarzystwie tym zauważono dość wyraźne zajęcie się tego 
ostatniego ubogą krewną gospodarstwa, bo kilka osób spojrzało na nią ciekawie i z 
zadziwieniem, a Klotylda, już na ramieniu męża swego zwieszona, z ironicznym uśmieszkiem na 
ustach orzuciła ją od głowy do stóp jednym z tych spojrzeń, które z namiętnych i wymownych 
oczu wypadają jak strzały obelgi. Ale to młode serce, o szczęście swoje strwożone, tylko co 
jeszcze przyjmować w siebie zaczęło truciznę życia, więc gniew i pogarda ustępowały w nim 
prędko przed smutkiem i rozżaleniem. U stóp wschodów gankowych stojąc Klotylda mocno, 
mocno tuliła się do boku swego męża i podnosiła ku niemu rozżalone oczy. On na nią nie 
patrzał. Oczekując na zejście z ganku matki swej i gospodyni domu, z niecierpliwością w 
zaciśniętych wargach, wzrok pełen nie spełnionych marzeń topił w gęstwinie ogrodu. U brzegu 
ganku gospodyni domu dalszy pochód gości swych zatrzymywała. Płaszczem owinięta, z głową 
koronkami gęsto omotaną, z rozpiętym parasolikiem, mężnie wyszła na ganek, ale przed 
wschodami rozdzielającymi go z ogrodem zawahała się i stanęła. Wyraz cierpienia i 
zakłopotania twarz jej okrył. 
— Doprawdy... — zaczęła — nie będę mogła... nie, nie będę mogła za nic zejść z tych 
wschodów... 
Nikt się temu nie dziwił; wiedziano powszechnie o sposobie życia, który wiodła, i jej 
niezmiernie słabym zdrowiu. Kilku panów z pośpiechem pomoc swą ofiarowało, ale ona jej nie 
przyjęła. Bardzo dobrze wiedząc o tym, że wygląda jeszcze młodo i powabnie, nie chciała 
okazać się niedołężną. Jednak wschody te były dla niej straszne... Najbliżej stojącym osobom 
mówiła, że doświadcza takiego uczucia, jakby przebywając je koniecznie, koniecznie upaść 
musiała... Zbliżała się ku nim i odstępowała, wyciągała naprzód śliczną nóżkę i z lekkimi 
wykrzykami cofała ją jakby na widok rozwartej paszczęki węża; walczyła z sobą tak, że aż 
okryła się rumieńcem wysilenia. Na koniec, z krótkim, nerwowym śmiechem, nie zeszła, ale 
zbiegła ze wschodów prędko, lekko, z wdziękiem. Powodzenie to ośmieliło ją znać i ucieszyło, 
bo pośród kilku kobiet i mężczyzn, którzy ją otoczyli, szła dalej aleją ogrodu równym i silnym 
krokiem, z ożywieniem rozmawiając. Darzecki, który zza kartowego stołu przypatrywał się tej 
scenie, ironicznie trochę zauważył: 
— Ależ twoja żona, panie Benedykcie, nie jest tak bardzo osłabioną, jak się jej zdaje... 
— At! — rozdając karty odrzucił Korczyński — z nudów zasiedziała się i od chodzenia 
odwykła... Zresztą, zawsze słabe zdrowie miała!... 
W pustym zupełnie salonie Justyna, przed otwartymi drzwiami stojąc, patrzała na 
towarzystwo rozsypujące się w różne strony ogrodu, aż odwróciwszy się, ku sali jadalnej 
zmierzała. Zaledwie jednak kilka kroków uczyniła, usłyszała za sobą szybkie stąpanie i z cicha 
wymówione swe imię. Zygmunt Korczyński szedł za nią, niespokojne spojrzenia rzucając na 
fortepian, krzesła i stoły. 
— Zapomniałem wziąć swój kapelusz... kapelusza szukam — ze zmieszaniem i drżącymi usty 
wyszeptał. 
Prędko, zanim usunąć się zdołała, zbliżył się ku niej i rękę jej pochwycił. 
— Kuzynko — zaczął — czy nie cofniesz tych słów, które tylko co powiedziałaś?... Zupełnie i 
nigdy! Więc o przeszłości zapomniałaś zupełnie i nigdy niczym dla mnie nie będziesz... nawet 
przyjaciółką... siostrą? Ależ ja nie mogę... 
Osłupiała zrazu, oblana gorącem jego słów i wzroku, prędko jednak i ruchem gwałtownym 
rękę swą z dłoni jego wyrwała. 
— Czego chcesz ode mnie? — zawołała. — Jakim prawem, za co robisz sobie ze mnie zabawkę 
całego swego życia? Dość już... proszę cię, kuzynie.. czego chcesz? 
Słowa plątały się jej w ustach i głos zamierał w gardle. 
— Duszy twojej chcę, Justyno... przyjaźni... ufności... 
— Duszy! — zaśmiała się przeciągle i bolesna ironia mignęła jej w oczach. — Czy myślisz, że 
jestem takim samym dzieckiem, jakim byłam wtedy, kiedy mię te wszystkie twoje piękne... o! 
takie poetyczne słowa... 
Nie dokończyła. Nagle opanowała siebie i postąpiwszy parę kroków naprzód, rękę ku 
ogrodowi wyciągnęła. 
— Idź, kuzynku, i podaj ramię żonie swojej, która jest ślicznym i zapewne dobrym dzieckiem, 
twemu sumieniu powierzonym. Ona cię kocha... a moja dusza. 
Od stóp do głowy drżeć zaczęła. 
— Moja dusza — dokończyła — nie przyjmie nigdy tego, co ty jej teraz ofiarować możesz! 
Chwiejnym trochę, ale śpiesznym krokiem, jakby nie tylko od niego, lecz i od samej siebie 
uciekała, z salonu wyszła. 
W sali jadalnej zobaczyła Martę, która nisko schylając się nad stołem i głośno sapiąc, 
pogrążoną była w układaniu na kryształowych podstawach owoców í konfitur. Stanęła i patrzała 
chwilę na szerokie, zgarbione plecy i w tysiąc zmarszczek pogiętą twarz starej panny. 
Przybliżyła się prędko i dotknęła ciemnej, kościstej ręki, która z niezmierną starannością 
bujnym, czerwonym głogiem warstwę białych porzeczek przyozdabiała. 
— A toż co? — głowę podnosząc krzyknęła Marta. — Czego ty chcesz ode mnie? — łagodniej 
zapytała. 
Drżąca jeszcze i ze łzami w oczach Justyna szepnęła: 
— Może pomóc... przynieść... cokolwiek zrobić? 
— Ot, jeszcze czego! Wiesz dobrze, że nie lubię, aby kto wtrącał się do moich interesów... 
Sama sobie zawsze radę daję i teraz dam... Baw się, kiedy ci wesoło... 
— Mnie niewesoło... — odpowiedziała. 
— A co ja na to poradzę? Melancholiczka jesteś! Do głowy po rozum pójdź, chłopców 
bałamuć, to i wesoło będzie... 
Mówiła to zwykłym sobie tonem, szorstko i ironicznie, ale zmarszczki jej czoła przerzedziły 
się trochę, a wzrok ognisty i chmurny nabierał przyjaźniejszego wyrazu. Zdawało się, że wnet 
podniesie swą rękę, po której ściekało trochę konfiturowego soku, i ruchem pieszczoty przesunie 
ją po rozognionej twarzy stojącej przed nią dziewczyny. Ale w tej chwili u końca sali rozległ się 
przy bufecie brzęk padającego na ziemię i rozbijającego się szkła wraz z piskliwym wykrzykiem 
kobiecym. Była to panna służąca pani Emilii, wystrojona i fertyczna, która tu niby Marcie w 
zajęciach jej pomagała, ale daleko więcej eleganckim kamerdynerem Różyca niżeli robotą swoją 
zajęta, jeden z niesionych ku stołowi przedmiotów z rąk wypuściła. 
— Wieczna niedola! — porywając się z miejsca i do bufetu przyskakując krzyknęła Marta — 
kryształową karafkę stłukła! Otóż to wasza pomoc! Idź mi stąd zaraz, frygo, i ani pokazuj się 
więcej! Ruszajcie stąd wszyscy! Sama wszystko własnymi rękami robić wolę niż do takich 
szkód dopuszczać! Od garnituru karafka!... Sto lat może garnitur był cały, a teraz, masz!... 
Wieczna niedola! Uf! nie mogę! 
Zgryziona tak, że aż jej ręce drżały, rozgniewanym, a więcej jeszcze rozżalonym głosem na 
służbę krzyczała, dla zebrania szczątków karafki na ziemi przysiadła i zakaszlała się długim, 
przeraźliwym, grzmotowym kaszlem. 
V 
Justyna bocznymi drzwiami wybiegła z domu i brzegiem warzywnych ogrodów szła w 
kierunku pola. Wkrótce też znalazła się na ścieżce, kręto biegnącej pomiędzy zbożem i mającej 
pozór wąskiego korytarzyka, którego ściany tworzyło żyto wysokie, gęste, jeszcze zielone, ale 
już w bujne kłosy wypływające i szafirowymi cętkami bławatków usiane. Było coś tajemniczego 
i pociągającego w tej ścieżce utopionej na dnie kłosistego morza, która, zaczynając się u stóp 
zabudowań dworskich, biegła w głąb równiny, biała i twardo udeptana. Wydłużając się, to 
skracając, zwracała się ona w różne kierunki; zdawało się nieraz, że już, już kończy się i urywa, 
aż za zawrotem albo za zieloną miedzą ukazywała się znowu, wabiąc i wiodąc — nie wiedzieć 
dokąd. Nikt widzieć jej nie mógł oprócz tego, kto nią szedł, a ten, kto nią szedł, nie widział także 
nic oprócz gęstwiny łodyg i kłosów dokoła siebie, a nad sobą błękitnej kopuły nieba. Była to 
niska puszcza, u szczytów swych samotna i cicha, a w dole wrząca życiem niewidzialnym, które 
ją napełniało mnóstwem szelestów, ćwierkań, fruwań, brzęczeń, świegotów zlewających się w 
nieustanny, przy samej ziemi kipiący szmer. 
Justyna wypadkiem znalazła się na tej ścieżce i nie myślała wcale o tym, dokąd ją ona 
zawiedzie. Więcej instynktownie niż rozmyślnie uciekała od tego wszystkiego, co ją raniło, 
nudziło i poniżało. Od kilku lat cierpiała wiele i coraz więcej... Dlaczego czuła się tak głęboko i 
bez ratunku nieszczęśliwą? Jakim sposobem życie jej taki kierunek przybrało? Dlaczego z 
gorącego snu pierwszej młodości obudziła się nie tylko samotna i smutna, ale zarazem obrażona 
i z nie wyschłą dotąd kroplą goryczy w sercu? W tłumnym nieładzie odłamy przeszłości zbiegały 
do jej pamięci; szła prędko, ze schyloną głową, i myślała, że kiedy była dzieckiem, już tylko 
słyszała o tym, że kiedyś ludzie bywali weseli i szczęśliwi, że im żyć było łatwo; teraz zaś życie 
stało się próżnym uciech, a pełnym trudów i przeszkód. Te przeszkody przełamywano dokoła 
niej z wyrzekaniami, których treść coraz lepiej rozumiała, i z wysileniami, od których ludzkie 
ciała chudły i zmarszczkami okrywały się twarze. Ale jej ojciec czuł się spokojnym i 
szczęśliwym, tak jak i dawniej; nie przełamywał nic i żadnych wysileń nie czynił. Wprawdzie 
ten wychowaniec minionej minuty czasu, którego przez całą młodość dla pięknej gry na 
skrzypcach pieściły i wychwalały wszystkie dostępne mu towarzystwa i za którego 
rozmarzonymi oczami przepadało wiele kobiet, nie był zawsze takim, jakim stał się w ostatnich 
dziesięciu latach, ale posiadał wszystkie zadatki tej przyszłej swojej postaci. Justyna pamiętała, 
jak stopniowo zaokrąglał się i nabierał pulchności rąk i policzków, smutnym albo zagniewanym 
nie widziała go nigdy. Jakimikolwiek były otaczające go okoliczności, cokolwiek jego albo 
bliskich mu spotykało, zachowywał on zawsze, wraz z niezmąconą pogodą, dziecięcą prawie 
łagodność. Unosił się i płonął wtedy tylko, kiedy grał. Grał ciągle, z przerwami przez 
nieuchronne konieczności sprowadzonymi. Można by myśleć, że ukochana sztuka zużywała 
wszystkie jego siły i zaspokajała pragnienia. Tak przecież nie było. Miał drugą jeszcze 
namiętność. Pod złotawym, a potem już siwiejącym wąsem zawsze purpurowe, zmysłowe jego 
usta układały się w wyraz lubości, ilekroć zobaczył jakąkolwiek ładną twarzyczkę lub zgrabną 
kibić niewieścią. Można było nawet uczynić to spostrzeżenie, że obie jego namiętności 
podsycały się wzajemnie. Im dłużej grał, tym posuwiściej i z większym rozmarzeniem przybliżał 
się do przedmiotu miłosnych swych wzruszeń; im silniejsze i bardziej przez przeciwności 
rozdrażniane były te wzruszenia, tym więcej i zapamiętalej grał. Wiele wspomnień mętnych i 
urywanych, ale o których teraz jeszcze z podniesionymi powiekami myśleć nie mogła, pozostało 
Justynie z czasu tego, kiedy jej matka często i gorzko płakała, a o jej ojcu domowi z cichym 
śmiechem wiele pomiędzy sobą szeptali. Wtedy jeszcze dziwiła się nie rozumiejąc, ale 
niebawem zrozumieć musiała. Dokładnie, plastycznie, dziś jeszcze wyobrazić sobie mogła tę 
kobietę, chudą i zwinną, z włosami jak krucze pióra czarnymi i ognistymi oczami, czasem 
gadatliwą i zalotną, częściej ponurą... Była to jej nauczycielka, Francuzka... Uczyła ją krótko i 
prędko dom opuściła, a prawie jednocześnie w podróż, która długo trwać miała, wyjechał i 
Orzelski. Zabrał z sobą swoje skrzypce. Nie tylko skrzypce — bo przed wyjazdem zaciągnął dług 
nowy i znaczny. Czy nieobecność ojca trwała kilka miesięcy lub rok cały, Justyna nie pamiętała, 
ale o jej przyczynie wtedy już wiedziała dokładnie i jasno, bo w przeraźliwym rozstroju 
domowym i majątkowym nikt jej przed nią bardzo nie ukrywał. W zamian pamiętnym był dla 
niej dzień, w którym pośród krzyczącej, znieważającej albo żałośnie wyrzekającej gromady 
kredytorów siadała z matką do powozu. Pojechały do Korczyna. Z pamięci Justyny nigdy nie 
wyszła rozmowa matki jej z Benedyktem Korczyńskim, w której kobieta od dawna już na siłach 
upadająca, a teraz śmiertelnie zagrożona, błagała krewnego o zaopiekowanie się jej córką w 
razie jej rychłej zapewne śmierci. Zwątlała i bezsilna, drżała na całym ciele, ręce wychudłe i jak 
wosk żółte załamując, a twarz jak opłatek przezroczystą strumieniami łez oblewając. Pan 
Benedykt mówił niewiele, końce długiego wąsa do ust wkładał i przygryzał, ponuro przed siebie 
patrzał, aż na koniec chylące się przed nim czoło krewnej ucałował i ku niemu wyciągnięte, 
biedne, żółte ręce mocno uścisnął. Kiedy powróciły do domu, na dziedzińcu już usłyszały tony 
skrzypiec. Pan tego domu powrócił, nie na długo. Wkrótce wiadomością o śmierci swej krewnej 
przywołany, pan Benedykt przyjechał, z mnóstwem trudów interesy majątkowe Orzelskiego 
uregulował, małą sumkę z ogólnego rozbicia uratował i owdowiałego ojca wraz z 
czternastoletnią córką do Korczyna zabrał. Orzelski okazywał się przez ten układ rzeczy 
zupełnie uszczęśliwionym. Po swej ostatniej romansowej przygodzie postarzał znacznie, więcej 
tyć zaczął i dla płci pięknej zobojętniał. Nie pozbył się przeto wszelkich przyjemności życia. 
Kuchnia korczyńska dzięki Marcie była wcale dobrą, a dnie całe zostawały wolne, zupełnie 
wolne od wszystkiego, co przedtem ciążyło niekiedy na nich. Mógł je bez żadnej już przeszkody 
i odpowiedzialności poświęcać muzyce. 
Teraz przed pamięcią Justyny powstała kobieta z majestatyczną postawą, z głową wyniośle 
podniesioną i skromnie spuszczonymi powiekami, w wiecznie czarnym, wdowim ubraniu. Była 
to po panu Benedykcie druga jej dobrodziejka. Zobaczywszy dziewczynkę, która jeszcze nosiła 
żałobę po matce, przyciągnęła ją ku sobie i serdecznie ucałowała. Zawsze smutne jej oczy 
napełniły się litością. Do obecnego pana Benedykta rzekła, że krewna Korczyńskich nie może 
być dla niej obcą, że obowiązek wychowania jej na jednym tylko z braci ciążyć nie powinien, że 
ona, w imię Andrzeja, prosi o danie jej w nim udziału. Gdy wymawiała imię zginionego męża, 
chłodne zawsze jej usta drżały. 
— Ty wiesz, bracie — dokończyła — jak niezachwianie chowam w mym sercu miłość i wierność 
dla tego bohatera mego. Niewidzialny cielesnym oczom, jest on zawsze duchowi memu obecny. 
Często rozmawiam z nim w ciszy nocnej i błagam Boga, aby pozwolił mu słuchać słów moich; 
kto wie, może prośba moja wysłuchaną bywa! Dziś mu powiem, że w rodzinie jego jest biedna 
sierota, której losem, wspólnie z tobą, zajmę się w jego zastępstwie. 
Zajęła się, nawet szczerze i starannie. Na współkę z panem Benedyktem opłacała nauczycielki 
Justyny, sprawiała jej coraz nowe i ładne suknie, sprowadzała dla niej książki i nuty. Czasem 
dorosłą już dziewczynkę na tygodnie i miesiące zabierała do swoich niegdyś pięknych i 
obszernych, a dziś znacznie zmalałych i powoli w ruinę upadających Osowiec. 
Tu umysł Justyny napełnił się mnóstwem obrazów, składających główny moment 
dotychczasowego jej życia. Młody chłopak, o sześć lat od niej starszy, w domu, przy drogo 
opłacanych nauczycielach chowany i przez matkę starannie od wszelkich powszednich zajęć i 
zjawisk życia uchylany, wypieszczony, delikatny, z przepowiadaną mu przez wszystkich 
otaczających słoneczną przyszłością genialnego artysty... Z tym na wpół wykwintnym paniczem, 
a na wpół rozegzaltowanym artystą, łączyły się dla Justyny wspomnienia tych wszystkich 
wydarzeń i wzruszeń, które zazwyczaj stanowią wątek miłości, świeżej, szczerej, lata trwającej i 
obustronnie uczuwanej. Były tam ranki majowe i księżycowe wieczory, długie przechadzki, 
ciche rozmowy, wspólne czytania poetycznych i wzniosłych utworów, płacze pożegnań, kiedy 
on dla kształcenia talentu swego odjeżdżał w dalekie kraje, rozłączenia napełnione palącą 
tęsknotą i kojącymi ją nadziejami, listy wysyłane i otrzymywane, namiętne radości powitań, 
przyrzeczenia, przysięgi, plany wspólnej przyszłości, upojenia, po których dniami i tygodniami 
czuła na swych ustach ogień i słodycz jego pocałunków. Dziś jeszcze o tym wszystkim 
wspominając, stanęła śród ścieżki i w dłoniach ukryła twarz, do której dawna, silna i jedyna jej 
dotąd miłość uderzyła falą wzburzonej krwi. Prędko przecież pobladła, z gniewem w oczach 
wyprostowała się i szła dalej. Jakże skończył się ten poemat? O, bardzo prozaicznie! Wprawdzie 
bohater poematu wymówił głośno wyraz: „Małżeństwo!” i nawet przez całe dwa miesiące, zrazu 
energicznie i uparcie, a potem coraz słabiej go powtarzał. W tych dwóch miesiącach Justyna 
pamiętała każdy dzień i prawie każde do niej i o niej wymówione słowo. Myślała wtedy, że idzie 
o jej życie, więc wzrokiem i słuchem, które stały się nagle bardzo przenikliwymi, badała 
wszystko, co działo się wkoło niej. Wiedziała też o wszystkim. Wkoło niej wrzało. Pani 
Andrzejowej ubyło coś z jej majestatycznej postawy, tak czuła się zrozpaczoną postanowieniem 
syna. Mogła ona z wielką dobrocią i hojnością wychowywać ubogą sierotę, związkiem krwi 
połączoną z człowiekiem, którego w miarę upływającego czasu coraz więcej, jak utraconego 
kochanka i świętego męczennika, kochała i czciła. Ale kiedy potem tę nawet lubianą przez siebie 
dziewczynę przymierzała z synem swoim, znalazła ją tak malutką i położeniem w świecie, i 
wychowaniem, i urodą, i rozumem, że po prostu pojąć nie mogła takiego związku. O majątek 
mniej dbała, chociaż i pod tym względem, pomimo rzetelnego oderwania się od materialnych 
spraw świata i bardzo małego rozumienia majątkowych interesów, czuła, że upadające Osowce 
potrzebowały wzmocnienia i podpór. Ale przede wszystkim pragnęła dla syna kobiety wysoko 
urodzonej, z rozległymi koligacjami, z wychowaniem świetnym, jakiejś na koniec muzy, która 
by niewątpliwemu dla niej geniuszowi jego dopomagała do wzrostu i lotu. Wszystko to, bez 
gniewu i uniesienia, bo z krewną Andrzeja źle obejść się nie mogła, owszem, smutnie, ale też i 
dumnie, wypowiedziała Justynie. 
Daleko mniej powściągliwą była ciotka Zygmunta, kobieta bardzo żywa i wysoko ceniąca 
bogactwo. 
— Powinnaś była wiedzieć, moja Justynko — mawiała — że tacy ludzie, jak Zygmunt, z takimi, 
jak ty, dziewczętami romansują często, ale nie żenią się prawie nigdy! 
Na głowę pana Benedykta posypały się gromy. Pani Andrzejowa co parę dni wzywała go do 
Osowiec; Darzecka przyjeżdżała sama i z szelestem jedwabnych sukien, wzburzona, głośno swe 
gniewy i niechęci wyrażająca, wpadała do gabinetu brata. Wdał się też w sprawę i sam 
arystokratycznie wyglądający Darzecki, monotonną i płynną mową swą bratu żony 
oświadczając, że wcale nie zgadza się z jego chęciami i gustami, aby tak bliski mu przez żonę 
krewny żenił się — nie wiedzieć z kim... Pan Benedykt wpadał w gniewy tak głośne, że w całym 
domu go słyszano, gdy zapytywał: „Czy ma dziewczynę utopić albo zastrzelić?” Na koniec 
zażądał rozmówić się o tej sprawie z Zygmuntem. Rozmówił się i na zakończenie z chmurną 
żartobliwością rzekł: 
— Wiesz co, gagatku? jedź sobie znowu za granicę i ucz się malować... Osowce wprawdzie 
zrujnują się do reszty, ale tobie samemu serce pewno nie pęknie, bo... bo prawdę mówiąc, sam 
nie wiesz, czego chcesz! 
Wyjechał — a po dwóch latach spędzonych w ogniskach sztuk pięknych, przeważnie w 
Monachium, wrócił żonaty. 
Całe to zajście było dla Justyny ciosem zrazu, który wtrącił ją w rozpacz, a potem policzkiem, 
pod którym uczuła, że jest dumną i że godność ludzką okrutniej jeszcze zranioną w niej została 
niżeli miłość. Było ono także ostrą strzałą, która serce jej przeszywając otworzyła zarazem jej 
oczy. Spostrzegła i zrozumiała wiele rzeczy umykających dotąd wzrokowi jej i rozwadze. 
Zrozumiała przede wszystkim położenie własne i dla swej marnej teraźniejszości wzgardą zdjęta, 
zlękła się przyszłości... Dotąd miłość, uciechy jej, cierpienia i marzenia pożerały jej czas i do 
syta karmiły myśli i serce. Gdy tego pokarmu zabrakło, spostrzegła i uczuła, że nie posiada 
żadnego innego dla nasycenia ciężko wlokących się godzin i dni; że w niej i dokoła niej nie ma 
nic takiego, na czym by mogła zawiesić kotwicę nadziei jakiejkolwiek, choćby z pospolitego 
metalu ukutej. Czasem, gdy zamykała oczy i myślała o tym, co z nią jest i być może, zdawało się 
jej, że patrzy w jakąś bezmierną pustkę, po której niby widma strapione i wątlejące błąkały się 
młode siły jej ciała i ducha... Teraz człowiek ten chce znowu w tej pustce rozpalić płomię, które 
już raz tak srodze opaliło jej skrzydła. Przed kilkunastu zaledwie minutami do głębi istoty swej 
czuła się wzruszoną samym tylko dźwiękiem jego głosu. Była już zapomniała, a teraz... czyż 
znowu... czyż znowu? Sto głosów zdawało się w niej wołać: Nie! A jednak w nudzie i 
bezcelowości życia swego może kiedy... może... Nie była dzieckiem, miała lat dwadzieścia 
cztery i kiedyś bardzo kochała — wiedziała, czuła, czym bywa i jakie przemoce wywiera szał 
krwi i serca... Przerażenie dreszczem po ciele jej przebiegło. Zarazem czoło jej zapaliło się 
wstydem. Przypomniała sobie spojrzenia i zaczepki tego drugiego, wykwintnego pana, z 
wychudłym ciałem, chorobliwie drgającym czołem i atłasową ręką, która tak bardzo znacząco 
szukała i dotknęła jej ręki. Cóż to było? Podobała mu się? Widziała to aż nadto, ale czyliż także 
z doświadczenia nie wiedziała, że „tacy ludzie, jak on, z takimi, jak ona, dziewczętami 
romansują często, ale nie żenią się prawie nigdy”. Kimże więc była? Jakim było jej miejsce i 
znaczenie pośród tych, z którymi upływało jej życie? O! naturalnie, powiedziano jej to kiedyś i 
sama to przyznawała — była ona nie wiedzieć kim! 
Obu dłońmi schwyciła się za rozpaloną głowę, w gardle uczuła dławienie żalu, a na 
podniebieniu palącą gorycz upokorzonej dumy. Jednak uspokajała się powoli. Z szerokiej 
przestrzeni przylatywały świeże powiewy i łaskawie muskały jej włosy i szyję. Zza łez widziała 
wpatrzone w nią litościwie szafirowe oczy bławatków i kłosy zielone, prawie nieruchome, po 
których przecież cicho płynął kojący szmer. Przed sobą, o kroków kilkanaście, zobaczyła 
wznoszącą się nad zbożem, rozłożystą i całą w słońcu stojącą gruszę polną; pień, gałęzie i 
wszystkie liście tego drzewa były złote. Oglądała się dokoła, na wzburzoną twarz jej spływał 
wyraz ulgi. Widać było, że powoli o sobie i troskach swoich myśleć przestawała. Pochyliła się i 
rozchyliwszy gęste łodygi zboża z zajęciem popatrzała na fioletowe lady i rohule, gęstymi 
splotami obejmujące łodygi żyta. Gdy podnosiła głowę, jeden z kłosów szorstko przesunął się po 
jej twarzy; wzięła go w rękę i ostrożnie obejrzała napełniające go młode ziarna. Liliowy motyl 
wzbił się jej spod stóp i kręto wyleciał nad zboże; ścigała go wzrokiem, póki nie zniknął. Była 
już teraz o parę tylko kroków od gruszy polnej i ogłuszył ją krzyk drobnych ptaków, których 
ilość nieprzeliczona skakała, fruwała, kołysała się pośród złotych liści. W tej samej chwili, za 
zbożem, niedaleko, rozległ się głos ludzki. Był to silny i czysty głos męski, który zawołał: 
— Hej, kasztan, hej, hej! 
A w minutę potem po raz drugi: 
— Wolniej, gniada, wol–niej! 
W wołaniu tym, rozchodzącym się po ciszy polnej, nie było nic smutnego; owszem, brzmiało 
ono raźnie i ochoczo. Wnet potem rozległo się gwizdanie, w którym wyraźnie rozpoznać można 
było nutę piosnki zaczynającej się od słów: 
Przy drodze, przy drodze jawór rozkwitnąwszy, 
Gdzie pojedziesz, mój Jasieńku, konia osiodławszy? 
Jaworu tam nie było, ale u stóp gruszy polnej urywał się wąski korytarzyk i w prostej, długo 
ze stron obu wyciągniętej linii wysokie żyto stawało nad płachtą nagiej, ciemnej, świeżo zoranej 
ziemi. Justyna wyszła ze zbożowej puszczy i pod gruszą stanęła. Z jednej strony w znacznej 
odległości widać było długą i szaro stąd wyglądającą wieś, z drugiej dość blisko stały wzgórza 
porosłe drzewami; naprzeciw, jak okiem sięgnąć, niski owies i groch biało kwitnący okrywały 
ziemię. Ta sama ścieżka, którą Justyna zaszła aż w głąb równiny, przerwana płachtą zoranej roli, 
uparcie odradzała się wraz za nią i białym paskiem przerzynając puszystą zieloność grochu, 
znowu w owsie przepadała. 
Od jednego ze wzgórz ku gruszy polnej posuwał się pług, ciągnięty przez parę koni, z których 
jeden był kasztanowaty, z konopiastą grzywą, drugi — gniady, z białą nogą i białą łatą na czole. 
Za pługiem, z rękami opartymi na wysoko sterczących r ąz k ah pługu, szedł wysoki i 
zgrabny człowiek, w białym płóciennym surducie, długim do kolan obuwiu i małej czapce, która 
skórzanym daszkiem osłaniając mu czoło, nie zasłaniała z tyłu głowy jasnozłocistych włosów. 
Szedł prosto, równym krokiem, bez żadnego widocznego wysilenia; lejce z grubego sznura 
mocno z sobą połączone i wzdłuż boków końskich wyprężone, poniżej ramion opasywały mu 
plecy. Idąc wygwizdywał trzecią już strofę piosenki: 
Rybacy, rybacy, sieci zarzucajcie, 
Nadobnego Jasia na brzeg wyciągajcie. 
Pług posuwał się dość prędko; lemiesz głęboko pogrążał się w rolę, po żelaznej, błyszczącej 
policy nieustannie przepływały strumienie ciemnej, w miałki piasek rozsypującej się ziemi. 
Niewielkie konie z połyskującą szerścią szły równo i raźnie, a w niejakiej od nich odległości 
kilka wron, zdając się zaglądać im w oczy, tu i ówdzie skakało albo poważnie i ze spuszczonymi 
dziobami siadało na grudach. 
Nagle oracz gwizdać przestał i o kilka kroków spostrzec już można było, że uczuł się 
zdziwionym. Prędkim ruchem czapkę zdjął z głowy, konie zatrzymał i na kobietę, która tak 
niespodzianie dla niego wyszła spomiędzy gęstego zboża, patrzał ze zmieszaniem na twarzy i w 
postawie. Usta mu otworzyły się i pod złotawym wąsem ukazały śnieżne zęby. Uśmiechnął się, 
twarz odwrócił, zawahał się, chrząknął, na koniec, bojąc się znać zbyt głośno przemówić, prawie 
po cichu przemówił: 
— Czy panienka potrzebuje czego? Może drogę dokąd pokazać lub robotnikom pana 
Korczyńskiego coś powiedzieć? oni tam za górką... 
Odjął ręce od pługa, do odejścia gotów. Justyna postąpiła parę kroków po wąskim, zielonym 
pasie, rozdzielającym ścianę żyta z płachtą zoranej ziemi. 
— Dziękuję — odpowiedziała — wyszłam na przechadzkę i sama nie wiem, jakim sposobem aż 
tutaj zaszłam... 
Ruchem głowy wskazał na białą ścieżkę spośród żyta wyglądającą. 
— Ta ścieżka przyprowadziła — zauważył. — Ale to nic — dodał — że panienka tak daleko od 
dworu zaszła. Można wrócić krótszą drogą, tamtędy... między owsem trzeba iść i wyjdzie się na 
wprost okolicy, a stamtąd to już do dworu krótka droga. 
Mówił teraz głośniej już, prędko i z widocznym pragnieniem okazania się grzecznym i 
usłużnym. Wyciągniętym ramieniem wskazywał owies, przerzynającą go zieloną drogę i 
szarzejącą u jej końca okolicę. Justyna patrzała na żywe jego ruchy, którym kształtność ciała 
nadawała szczególną zręczność i giętkość; nie mogła też nie spostrzec, że z błękitnych, 
roziskrzonych oczu, zza zmieszania i zawstydzenia, wybuchała mu tajemna, lecz nie dająca utaić 
się radość. 
— Pan Jan Bohatyrowicz? — trochę nieśmiało zapytała. 
Odkryte i od reszty twarzy bielsze jego czoło zaszło rumieńcem, z rumianych i ogorzałych 
policzków ledwie krew nie wytrysnęła. 
— A jakże! — odpowiedział i palcami dotykając rączek pługa ze spuszczonymi oczami zapytał: 
— Skąd panienka wie, kto ja jestem? 
— Widuję pana czasem... ciotka Marta mówiła mi o ojcu i stryju pana... 
Znów twarz na chwilę odwrócił i chrząknął, ale śmielej już odpowiedział: 
— Pewno o stryju Anzelmie, bo on kiedyś dobrze znał pannę Martę... 
Urwał i po krótkim milczeniu, zdobywając się widocznie na nową śmiałość, dodał jeszcze: 
— I ja też kiedyś w Korczynie bywałem... ociec mnie tam brał z sobą... ale już potem nigdy nie 
byłem. Czego chodzić, kiedy żadnej przyczyny nie ma? 
I jakby mu nagle przyszła na pamięć jakaś obraza czy niechęć, głowę podniósł trochę butnie, 
brwi zmarszczył, ręce na rączkach pługa położył i zawołał na konie, aby szły naprzód. Lejce 
tylko, które mu plecy opasywały, ściągnął i parę razy do koni przemówił: 
— Wolniej, kasztan! wolniej, gniada, wol–niej! 
Pług posunął się znowu, tylko daleko powolniej niż wprzódy, i znowu lemiesz głęboko rył się 
w pulchną rolę, a po błyszczącej policy spływały strumienie ciemnej, miałkiej ziemi. Justyna 
wąskim brzegiem żytniego łanu szła obok pługa, z niejakim zdziwieniem na zachmurzoną nagle 
twarz towarzysza patrząc. Po chwili, wskazując rolę, zapytała: 
— Po koniczynie? 
— A jakże — odpowiedział. 
— Pod pszenicę? 
Rzucił na nią szybkie spojrzenie, w którym błysnęło trochę niedowierzania i obawy. Pomyślał 
może, że ona chce z niego żartować. 
— Panienka niby to zna się na gospodarstwie? 
Zmieszała się z kolei. Istotnie bardzo mało posiadała wiadomości o tej ziemi, po której 
stąpała i której zjawiska, obrazy i plony budziły w niej często ciekawość i zachwycenie. To i 
owo z rozmów toczonych dokoła niej zapamiętała, ale z bliska pracom rolniczym nie 
przypatrywała się nigdy. W tej chwili dziwiła ją pozorna przynajmniej łatwość, z jaką młody 
rolnik pracę swoją spełniał. Wyobrażała sobie, że orać jest bardzo ciężko. 
— Wszelako bywa — odpowiedział. — Bywa, że ciężko, bywa, że letko. Po pierwsze, to od 
gruntu zależy, a po wtóre, od uzwyczajenia i od siły. Do tego i pługi teraz insze jak dawniej. Dla 
mnie mórg zaorać to tak, jak prawie na spacer pójść. 
Przy ostatnich wyrazach głową rzucił raźnie, w górę spojrzał i znowu w uśmiechu, ale tym 
razem jakby triumfującym, białe zęby mu pod złotawym wąsem błysnęły. Widocznie, w 
poczuciu siły własnej i uzdatnienia do tej pracy, którą przez całe życie spełniał, uczuł się 
dumnym i wesołym. W ogóle w postawie, mowie i całym obejściu się jego dziwnie mieszały się 
z sobą i ruchliwie jedna przed drugą ustępowały: dzika nieśmiałość i harda butność, kobieca 
prawie wstydliwość i męska dojrzała siła. Znać w nim też było wielką żywość i mówność, 
powściągane przez chęć okazywania się grzecznym i przystojnym*. W tej chwili przecież 
żywość i mówność wzięły górę nad nieśmiałością. Coś u pługa poprawiwszy wyprostował się, 
na konie, które były stanęły, cmoknął i z promieniejącą twarzą zawołał: 
— Prędzej bym śmierci spodziewał się w tym momencie niż panienkę śród pola zobaczyć. 
Wszyscy mówili, że dziś we dworze bal... 
— Niewesoło mi było na tym balu i wolałam iść w pole — żywo też i zupełnie mimo woli 
odpowiedziała Justyna. 
Uśmiech zniknął z jego twarzy. Dłużej i śmielej niż dotąd popatrzył na nią. 
— Ja to już dawno wiem — ciszej znowu odpowiedział — że panience nie zawsze tam bywa 
wesoło. Ludziom gąb nie zatknąć, a i twarz człowieka wygada czasem, co się w sercu kryje. Jaż 
panienkę, choć z daleka, a często widuję... 
Wstrzymał się. Głos jego, ten silny głos, który na całą okolicę rzucał dźwięki rozgłośnych 
pieśni, zmącił się i urwał. Po chwili dopiero dokończył: 
— Może panienka gniewa się na mnie, że tak śmiele powiedziałem?... 
I niespokojnie, głowę pochylając, spojrzał w twarz idącej obok niego kobiety. Zarumienioną 
była, ale nie rozgniewaną; owszem, spod spuszczonych powiek wzrok jej podniósł się na niego 
ciekawie i przyjaźnie. Znowu okrągłe i rumiane jego policzki w ogniu stanęły. Odwrócił twarz, 
zawahał się, chrząknął i dokończył: 
— Panienka i wiedzieć o tym nie może, że ja na panienkę czasem patrzę i różne myśli 
przychodzą mnie do głowy. Słonko małego ptaszka nie widzi, jednakowoż on śpiewać zaczyna, 
kiedy ono wzejdzie, i nikt jemu tego zabronić nie może, bo choć on w niskim krzaku mieszka, 
ale swoje śpiewanie i swoją wolność ma! 
Znowu, pomimo woli może, podniósł głowę, oczy błysnęły mu dumą czy zapałem i u końca 
wyoranej bruzdy pług zatrzymując, raźnie zawołał: 
— Co tam! Ja panience powiem, że nie trzeba nadmiar troskać się i smęcić. Są na świecie złe 
ludzie, są i dobre. Podczas smętno bywa, a podczas może być i wesoło. Najgorsza to jest rzecz, 
kiedy człowiek nic nie robi, a tylko o swoich biedach myśli!... 
— To prawda — uśmiechnęła się Justyna — ale jeżeli kto na świecie nic do robienia nie ma?... 
— To nie może być... — zaczął i nie mógł dokończyć, bo z niejaką trudnością zawracał pług, 
aby poprzeczną bruzdą odgraniczyć zaoraną rolę od kwitnącego grochu. Jakkolwiek utrzymywał, 
że wyoranie morga ziemi było dla niego tym samym prawie, co przechadzka, jednak 
zatrzymując pług u początku drogi, owies przerzynającej, ocierał sobie pot, który bujną rosą 
wystąpił mu na czoło. 
Justyna pogładziła konopiastą, gęstą i wypieszczoną grzywę kasztanka. 
— Ładne i zgrabne koniki — zauważyła. 
— Silne i bardzo głaskliwe — widocznie pochwałą jej uradowany odpowiedział — głos mój 
znają, do ręki idą... Wszelakie zwierzę — dodał — ugłaskać można, byle jemu lubienie i dobre 
staranie okazać. Dla mnie zaś nic w gospodarstwie nie ma nad konie. Tak już widać 
przyrodziłem się do ojca, bo nieboszczyk ociec za końmi aż przepadał... 
Przewrócił pług w ten sposób, aby bokiem sunąć się mógł po ziemi, lejce zdjął z pleców i 
cmoknął na konie, które weszły na nieszeroką, trawą i dzikimi kwiatami porosłą drogę. 
— Czy pan ojca swego pamięta? — zapytała Justyna. 
— Dlaczego nie? Czasu śmierci jego siedem lat miałem i do nikogo, zdaje się, tak jak do 
niego, przywiązany nie byłem... 
— A matka żyje? 
— Żyje, chwała Bogu, ale ja z nią tak jak prawie nigdy nie byłem... 
Mówił teraz żywo i prędko, coraz więcej pozbywając się nieśmiałości. Można by nawet 
myśleć, że zapytania Justyny sprawiały mu radość, jakąś głęboką radość, która wilgotną mgłą 
przyćmiła na chwilę roziskrzony blask jego oczu. 
— Prawdę powiedziawszy — dodał — to stryj Anzelm był dla mnie i ojcem, i matką; ale 
kiedyściś zachorował i kilka lat nie tylko co, ale z łóżka podźwignąć się nie mógł. Wtenczas na 
mnie wszystko spadło: i gospodarstwu, i choremu stryju, i małej siestrze, i samemu sobie rady 
dawać musiałem, sam tak jak prawie dzieckiem jeszcze będąc. Najadłem się też w czasie 
niemało biedy, a w czasie i ludzie niemało mnie nakrzywdzili... 
Machnął ręką i znowu brwi trochę zmarszczył, ale zaraz z powracającą wesołością dokończył: 
— Teraz za to wszystko u nas odmieniło się na dobre, i tyle tylko mojej biedy, co jej we 
własnych żądaniach wynajdę. 
— Jakież to żądania? — z żartobliwym uśmiechem zapytała Justyna. 
On zmieszał się znowu, odwrócił twarz, chrząknął i po chwili dopiero odpowiedział: 
— Różne u człowieka bywają żądania: podczas i takie, co nigdy spełnić się nie mogą. Już, 
zdaje się, i wygnasz je z serca, i zapomnisz, a smętek i tęsknota, wszystko jedno, po nich ostają... 
Spojrzał w górę i zamyślił się, ale w tej chwili w owsie zaszumiało i o kilka kroków przed 
końmi ukazała się na wąskiej miedzy, dość szczególnie wyglądająca kobieta. Była to dziewczyna 
dwudziestoletnia, wysoka, z potężnymi rozmiarami ciała i twarzą tryskającą świeżością i 
zdrowiem. Kasztanowate włosy, słońcem przeniknięte, jeżyły się dokoła jej głowy jak złota 
gęstwina; gruby, splątany warkocz opadał na szerokie plecy, okryte jaskraworóżowym kaftanem. 
W dużej płachcie, przymocowanej do pasa, niosła mnóstwo polnego ziela, szła wyprostowana, 
szerokim i silnym krokiem, a spod kraciastej samodziałowej spódnicy wyżej niż do kostek 
ukazywały się jej duże, bose nogi. Z dala już widać było bławatkowy szafir jej oczu, które pod 
brwiami kasztanowatymi zaświeciły, rozbłysły i w twarzy Jana jak w tęczy utkwiły. Kiwnęła ku 
niemu głową i obojętnym spojrzeniem powiódłszy po Justynie, z szerokim uśmiechem pąsowych 
warg zawołała: 
— Pan Jan widać czasu ma dużo, kiedy sobie tak pomału idzie! 
Uchylił trochę czapki. 
— A panna Jadwiga co takiego w fartuszku niesie? 
— Ziele dla krów! czy to pan Jan nie poznał? Widać, że na słońce spojrzał, to w oczach 
pociemniało! 
— Może panna Jadwiga i zgadła! — z cichym śmiechem odpowiedział. 
Teraz ogromna dziewczyna z szafirowymi oczami i szeroko śmiejącymi się usty drogę mu 
zajść musiała i przechodząc raz jeszcze z bliska spojrzała na niego. Uśmiech jej zmącił się i 
zniknął, głowę trochę pochyliła i wymówiła prędko: 
— Dlaczego to pan Jan niełaskaw nigdy nas nawiedzieć? Zdaje się, że nie na końcu świata 
żyjem. Już i dziadunio o panu wspominał... 
Nie zatrzymując się ani na sekundę, pług i konie wyminęła i przodem poszła, a gdy z wielkim 
swym fartuchem, pełnym zieleni, z bogato rozwiniętymi kształtami ciała i jeżącą się nad głową 
złotą gęstwiną włosów szła prosto i prędko, można by ją było porównać do ogromnej, silnej i w 
sile swojej ponętnej Cerery*. 
— Kto to? — zapytała Justyna. 
— To jest panna Domuntówna, najbogatsza w okolicy aktorka... 
Justyna szeroko oczy ze zdumienia otworzyła. Jan uśmiechnął się. 
— Państwo nie rozumieją naszych nazwań — objaśnił. — Aktorka, czyli sukcesorka... to jest... 
dziedziczka... Dziadunio panny Domuntówny, Jakub Bohatyrowicz, miał tylko jedną córkę, 
którą wydał za Domunta. Córka i zięć prędko pomarli i tę jedną wnuczkę jemu zostawili. Całe 
tedy gospodarstwo, wcale piękne, na nią spadnie, a o starym gadają, że i pieniądze jeszcze ma... 
Justyna uśmiechnęła się. Spostrzegła była rozkochane spojrzenie, jakie Domuntówna przez 
mgnienie oka zatopiła w twarzy Jana: 
— Piękna panna! — ścigając wzrokiem oddalającą się zauważyła. 
— Co do piękności, to bynajmniej! — z widocznym niezadowoleniem odpowiedział — owszem, 
zdaje się, że nadmiar wielka i gruba! Ale — poprawił się śpiesznie — pracowita i z dobrym 
sercem, to prawda! Czy panienka uwierzy, że gospodarstwo u niej idzie nie gorzej jak u jakiego 
mężczyzny?... I wszystko ona robić zdoła, taka silna... Przeszłego lata o najemników trudno 
było, to, aż śmiech powiedzieć, sama z parobkiem kosiła i orała... Wtedy mnie stryj powiedział, 
żebym jej pomagał, bo starego Jakuba bardzo szanuje i do tego głowę sobie nabił... 
Zamilkł, widocznie, czegoś nie dopowiadając; zmieszał się znowu, chrząknął i prędko 
zagadał: 
— Ten Jakub to może już prawie dziewięćdziesiąt lat ma... Francuzów pamięta*, a więcej jak 
pięćdziesiąt lat temu z dziadem pana Benedykta Korczyńskiego na wojnę chodził. Po wojnie 
ożenił się, już w późnym wieku, i doświadczył wielkiego nieszczęścia. Żonka go porzuciła, a on 
to sobie tak wziął do serca, że od tego czasu troszkę zwariował. Nie to, żeby całkowicie 
wariatem był, ale troszkę... Jadwiśka pięknie staruszka dopatruje, lubi jego i pieści jak małe 
dziecko... 
Czuć było, że zbliżali się do wsi dużej i ludnej. Głosy ludzi i zwierząt coraz wyraźniej dawały 
się słyszeć. U brzegu kończącego się owsa trzej chłopcy, bosi i w białych z grubego płótna 
ubraniach, z niewielkiej przestrzeni pola zbierali koniczynę. Jeden, barczysty, tęgi i rudowłosy, 
kosił, a dwaj, młodzi, niedorośli, grabili i zgarniali ściętą trawę w małe kopice. Jan uśmiechnął 
się, otworzył usta dla powiedzenia czegoś i powściągnął się, na koniec, nie mogąc znać 
powstrzymać się zupełnie, do kosarza, którego kosa pobrzękiwała i na słońcu pobłyskiwała, 
zawołał: 
— Adaś! a spóźniliście się z koniczyną, aż wstyd patrzeć! Będzie wam za to od ojca!... 
Zaczepiony, nie odwracając się, z gniewem odkrzyknął: 
— Ciągnij się za swój nos, a o cudzy nie dbaj! 
Jeden z młodszych chłopców, grablami rześko ziemię drapiąc, cienkim głosem zawołał: 
— E! ociec dziś na nas i nie patrzy! Z miasta tylko co powrócił i o procesie gada! 
— Ja po swojej koniczynie już dziś i zaorałem!– filuternie sprzeciwił się jeszcze Jan. 
— Wiadomo! żebyś ty czego lepiej nie zrobił! znać dudka z czubka! — sarknął znowu kosarz. 
— W ojca wrodził się — zauważył Jan do Justyny — taki gniewliwy jak i ociec. Oni mnie 
streczno–streczni przychodzą, Fabiana Bohatyrowicza synowie... i pomiędzy nami kłótni żadnej 
nie ma. Tylko tego Adasia najwięcej teraz to gryzie, że mu w jesieni do wojska trzeba iść... Jak 
sobie na to wspomni, gadziną staje... Jeszcze i czwarty brat u nich jest, Julek, ale taki zawzięty 
rybak, że go z Niemna ani ściągnąć... Za Niemnem i za swoim psem, Sargasem, świata nie 
widzi, a do tego troszkę głupi. A siostrę ich, Elżunię, panienka widziała... 
Wtem stanął, zatrzymał konie i smutnie wymówił: 
— Ot już i okolica, i droga do dworu... 
Zdjął czapkę i w wahającej się postawie na Justynę patrzał. 
— Może bym ja — zaczął nieśmiało — panienkę do domu odprowadził, żeby podczas jaki zły 
pies albo bydlę nie nastraszyło!... 
Może jedno z tych nie spełnionych żądań, o których przed chwilą mówił, smutkiem napełniło 
mu oczy. Może żałował ubiegłej godziny czasu, przedłużyć ją pragnąc. Z niepokojem patrzał na 
tę, tak mu z pozoru obcą kobietę, która w tej chwili wcale go nie słuchając głowę podała 
naprzód, ciekawe i zachwycone oczy wlepiając w obraz tylko co ujrzany. Był to raczej mały i 
skromny obrazek wiejskiej zagrody, ale który dziś i z bliska widziany, powiał na nią czarem 
ciszy i świeżości. 
— Śliczna zagroda! — zawołała — kto tu mieszka? 
— Stryj Anzelm, czyli my wszyscy troje, bo pomiędzy nami we wszystkim jest wspólność. 
Mówiąc to, dwoma skokami przebył białą drogę wieś z polem rozdzielającą, jednym ruchem 
ręki otworzył, na oścież zamykającą ogrodzenie, przezroczystą i niewysoką bramę. Przez bramę 
tę właśnie Justyna ujrzała część zagrody; teraz, gdy wnętrze jej szerzej odsłoniło się przed nią, 
szybko postąpiła naprzód. 
Jan Bohatyrowicz z czapką w ręku i schyloną w ukłonie głową stał u bramy, wyciągniętym 
ramieniem wnętrze zagrody ukazując... 
— Proszę wejść, bardzo proszę wejść i spocząć. Stryj będzie bardzo kontenty i siestry zaraz 
zawołam... proszę, bardzo proszę... 
Nieśmiałość jego zniknęła bez śladu. Na swoich śmieciach puszył się trochę i dumniał, 
grzeczną przy tym gościnność okazać pragnąc. 
Zagroda była dość obszerną. Płot, z niewysokich i gładko ociosanych desek zrobiony, 
obejmował dobry mórg ziemi, na której z zielonej jak szmaragd łąki wyrastała setka młodych, 
przed kilku laty zaledwie zasadzonych grusz, śliw i jabłoni. Gdzieniegdzie te wysmukłe i z 
widoczną starannością piastowane plonki osypane już były zawiązkami owoców, a tu i ówdzie 
pomiędzy nimi stare wiśnie stały, całe w potopie czerwonych jagód. Środkiem ogrodu koła 
wyżłobiły na trawie dość szeroką drogę i gęsto zasiała się na niej biała dzięcielina. Za 
owocowymi drzewami ze dwadzieścia ulów, na błękitno pomalowanych, do połowy kryło się w 
łanie biało i różowo kwitnącego maku, zza którego wystrzeliwały malwy obrosłe płaskim i 
różnobarwnym kwiatem i ukazywała się gęstwina melisy*, bladej na tle ciemnozielonych 
wysokich i rozczochranych konopi. Dalej nisko na zagonach rosły lub wiły się warzywa, żółte 
słoneczniki wzbijały się nad delikatnym lasem białego kminku; tu i ówdzie pod grzędami 
wyrastały czerwone gaszty* i rozpierały się rozłożyste krzaki wieczorników*. Stuletnia może 
sapieżanka* gałęzie swe już bezpłodne, ale nieprzeniknioną gęszczą listowia okryte, kładła na 
oknach i ścianie domu, którego okiennice i narożniki na biało pomalowane wesoło zza niej 
wyglądały. Dom, w samej głębi tej sporej przestrzeni stojący, niski był, szary, słomą pokryty, z 
jednym kominem i słomianą strzechą. Do ogrodu stał boczną ścianą, w której świeciły dwa spore 
okna, a mały ganek z zębiasto wyrzeźbionym okapem i niskie drzwi do wyjścia miał od 
dziedzińca, na którym zza niziutkiego opłotku widać było świron* z wystającym i na kilku 
słupkach opartym dachem i stajnię, przed którą leżała brona, stały kozły do piłowania drzewa i 
żółciało trochę rozsypanej słomy. Stodoła wyglądała zza domu i kilku tuż przy sobie rosnących 
lip, a jeszcze dalej, za dziedzińcem i lipami, ledwie widzialny z wysokiej góry, migotał wąski 
pas Niemna z żółtą za nim ścianą i u samego skłonu nieba ciemną wstęgą boru. Promienie 
słońca, które pochylało się już do zachodu, igrały po trawie i w gałęziach rozżarzały barwy 
kwiatów, a wiśnie w wielkie rubiny zmieniały. Nad tym wszystkim, w głębokiej ciszy, dzwonił 
w drzewach świegot wróbli, brzmiało monotonne, basowe brzęczenie pszczół i wzbijało się 
morze woni z przemagającym wszystkie inne zapachem świeżo skoszonej trawy. 
Świeżo skoszoną trawę grablami zgarniał i w małą kopicę na dziedzińcu składał człowiek 
dość wysoki, bosy, w ciemnej, do kolan sięgającej kapocie i wielkiej, baraniej czapce. Ta czapka 
tworzyła mu jakby drugą głowę i uderzający stanowiła kontrast z resztą ubrania. Starym być 
musiał czy osłabionym, bo ruchy miał powolne i przygarbione plecy. Grable jego nieustannie, 
ale powoli posuwały się po ziemi, a od połowy ogrodu słyszeć już można było rozmowę, którą 
prowadził z kimś niewidzialnym, za domem znać i płotem dziedzińca stojącym. 
— Apelacja już, chwalić Boga, podana i mucha poniesie to, co pan Korczyński w wyższej 
instancji wygra! — prędko i zapalczywie mówił głos niewidzialnego człowieka. 
— A ja sto razy Fabianu mówiłem i sto pierwszy powtórzę, że mucha naje się tym, co my od 
pana Korczyńskiego wygramy — powoli i monotonnym głosem odpowiedział człowiek grabiący 
skoszoną trawę. 
— Czemuż to tak? — wybuchnęło zza płotu popędliwe zapytanie. — Czy to Anzelm dla naszej 
powszechności dobra nie życzy? 
— Życzę — brzmiała odpowiedź — ale powiadam: po cudze nie sięgaj! 
— A jak pokaże się, że wygon nie cudzy, tylko nasz? a Bóg mię ubij na duszy i ciele, że 
pokaże się tak, a nie inaczej... 
— Fabiana adwokat zbałamucił i Fabian wierzy... 
— Jeszcze ten nie urodził się, kto by potrafił mnie zbałamucić! Do sąsiada po rozum nie pójdę 
i nawet u Anzelma jego nie poproszę, choć Anzelmowi jeszcze ta mądrość z głowy nie 
wywietrzała, co jej kiedyś od wielkich panów nabrał... 
Głos niewidzialnego człowieka przybierał wciąż popędliwości, aż przy ostatnich słowach stał 
się rozgniewanym i zgryźliwym. Grabiący trawę z jednostajną wciąż powolnością zaczął: 
— Niechaj mnie Fabian wielkimi panami oczu nie wypieka... ja ich dwadzieścia lat nie 
widziałem i do śmierci już pewno nie obaczę... 
— Wszystko równo. Czego się człowiek za młodu nauczy, to i na starość mruczy — dojadał 
głos zza płota. 
Wtem niewielki, kudłaty pies z żółtą sierścią i wydłużonym tak jak u lisa pyskiem, który 
dotąd spokojnie leżał na rozrzuconej przed stajnią słomie, zerwał się i z głośnym szczekaniem ku 
ogrodowi poskoczył. Z ogrodu na dziedziniec wbiegła para koni ciągnąc za sobą pług w ten 
sposób, że łatwo mógł zaczepić o płot albo świroń i zepsuciu ulec. Człowiek w baraniej czapce 
głowę podniósł. 
— A toż co? a gdzież Janek? — na widok samopas pędzących koni żywiej przemówił. 
Ale w tejże chwili za czepiającym się już płotu pługiem przyskoczył Jan, bez czapki, która w 
ogrodzie na trawie leżała, zaczerwieniony i zdyszany. Jednym zamachem rąk pługowi nadał 
właściwy kierunek, lejce podjął i konie, które głosowi jego posłuszne były jako dzieci, przed 
stajnią zatrzymał. W mgnieniu oka przy stryju znalazł się i za ramię go pochwycił. 
— Stryjaszku! żeby stryjaszek wiedział, jakie mnie dziś szczęście spotkało... 
Ręce jego drżały, głos dygotał — w palcach ściskał kapotę starego, który z rąk grable 
wypuścił. 
— A toż co? Kto tam w sadzie? 
Żółty pies, minąwszy pług i konie, ze szczekaniem wpadł do ogrodu. 
— Mucyk! — rzucając stryja wołał za nim Janek– pójdź tu, Mucyk!... 
— Daj pokój Mucyku! Kto to taki? Pani jakaś? czego ona... 
Z dłoni sobie daszek nad oczami robił i w głąb ogrodu patrząc, usiłował rozpoznać rysy 
kobiety, dokoła której zwijał się poszczekując uspokojony już Mucyk. 
Jan stryja za rękę chwycił. 
— Z Korczyna... panna Justyna. Stryj wie... ta, co to ja stryju zawsze opowiadałem... Niech 
stryj idzie i przywita się... 
Ze zdziwieniem i prawie przerażeniem przygarbiony człowiek cofnął się ku domowi. 
— A toż co? — zawołał — z Korczyna... na co? po co? dla jakiej przyczyny?... 
— Bardzo jej upodobało się u nas, przyszła spocząć... niechże stryj idzie... 
Ale stary plecami przyparł się do ściany domu. 
— Na co mnie? nie pójdę... kiedy ją przywiodłeś, to idźże do niej sam... 
— Kiedy mnie konie odprząc i nakarmić trzeba!– gwałtownie szeptał Jan i za obie już ręce 
opierającego się pociągał. — Stryjku, stryjaszku, mój mileńki! mój rodzony! proszęż iść... 
prędko... ona w gościnę do nas przyszła... proszę iść... 
— Wariat ty, Janek, czy co? Ze wszystkim jak u wariata oczy błyszczą... czego ty mnie tam 
ciągniesz?... sam idź! 
— A konie! I czy to pięknie, żeby stryj sam gościa w swojej chacie nie przywitał?... Proszęż 
już iść... prędzej... mój rodzony!... 
Bosy i przygarbiony człowiek otulał się swą kapotą, głową w wielkiej baraniej czapce trząsł 
przecząco, do ściany wciąż się przypierał, ale przemoc, którą ten oszalały w tej chwili chłopak 
na nim wywierał, była widoczną. Wyrywając ręce swoje z jego dłoni, wpół z gniewem, wpół ze 
zgryzotą zawołał: 
— A puśćże już! Niechajże choć buty wdzieję! Ze wszystkim wariat! 
— Pójdzie stryj? 
— A już pójdę... ale niech buty wdzieję... 
Zniknął w głębi domu; Jan wpadł jeszcze do ogrodu. 
— Niech panienka będzie łaskawa siędzie, zaraz stryj przyjdzie... ja konie odprzęgę... 
I rzucił się ku stajni, do koni. 
W dużym tym ogrodzie, który był zarazem owocowym, warzywnym i kwiatowym, a także 
łąką i pasieką, znajdowała się jedna tylko ławka, przy ścianie domu pod dwoma oknami stojąca, 
z wąskiej, na dwu słupkach opartej deski złożona i tak długa, że dziesięć osób rzędem na niej 
usiąść by mogło. Tuż przed nią wyrastał z trawy szereg sztywnych malw, a nieco na prawo 
pszczoły nad błękitnymi ulami i różowymi makami brzęczały. Z tej ławki podniosła się wysoka i 
kształtna kobieta, z głową czarnymi warkoczami owiniętą i śniadą twarzą, o rysach wydatnych, 
którą rzeźwiące powietrze pola oblało teraz świeżym rumieńcem. Pomiędzy malwami, sama do 
pysznie rozwiniętego kwiatu podobna, stała w nieśmiałej trochę postawie, a szare jej oczy z dala 
już wpatrywały się w zbliżającego się ku niej człowieka. Nie był on dla niej całkiem nie znanym. 
Zasłyszała coś była o przeszłości jego, wspólnej z przeszłością Korczyńskich, z tą przeszłością, o 
której teraz prawie nigdy nie wspominano w Korczynie, lecz której niestarte pamiątki tkwiły w 
sieroctwie Zygmunta, w wiecznej żałobie jego matki, w położeniu, sposobie życia i posępności 
oczu Benedykta. Domyślała się także czegoś, czegoś więcej nad przelotną znajomość, co 
niegdyś zachodzić musiało pomiędzy człowiekiem tym i Martą. Z bliska, pomimo ruchów 
ociężałych i przygarbionych pleców, mniej staro wyglądał on niż z daleka. Z twarzy jego o 
rysach ściągłych i regularnym profilu poznać można było, że nie miał więcej jak lat pięćdziesiąt, 
ale była to twarz cierpiąca i zamyślona, z cerą od słońca trochę zaróżowioną, z zapadłymi 
policzkami i spłowiałym błękitem oczu. Ze sposobu, w jaki zbliżył się do nie znanej sobie 
kobiety, z ukłonu, jaki jej oddał, znać było, że dworne obyczaje nie były mu całkiem obce. 
Uchylił nieco baraniej czapki, lecz wnet ją znowu włożył na głowę. 
— Jestem Anzelm Bohatyrowicz — powolnym swym i monotonnym głosem wymówił — 
przepraszam, że w czapce ostanę, ale taką mam głowę, która lęka się przeziębienia... 
Było w nim coś obojętnego i przymuszonego, kiedy dłonią swą dotknął ręki, którą śpiesznie 
podała mu Justyna. Wzrokiem twarz jej omijał, a pod krótkim, siwiejącym wąsem bladawe jego 
usta zarysowywały linię surową. Jednak dwornym znowu gestem wskazał ławkę mówiąc: 
— Proszę, bardzo proszę sieść i odpocząć... 
Sam w stojącej postawie pozostał i daleko kędyś patrząc milczał. Pomimo usiłowań, które 
czynił, aby okazać się grzecznym i gościnnym, czuć w nim było dzikie boczenie się od ludzi i 
ukrywane, lecz niepozbyte uczucie niechęci. Spostrzegła to Justyna i ze zmieszaniem zaczęła: 
— Przepraszam, że weszłam, ale ogród ten wydał mi się tak świeżym i pociągającym, a pan 
Jan tak mię uprzejmie zapraszał... 
Trudno byłoby zgadnąć, czy pochwała jego zagrody albo też poufałe nazwanie po imieniu 
synowca nieco go rozpogodziły. 
— Owszem — rzekł — bardzo dziękuję... Już i nie spodziewałem się takiej promocji*, ażeby kto 
z Korczyna moją ubogą chatę nawiedził... 
Znowu uchylił czapki. 
— A jakże miewa się panna Marta Korczyńska?– zapytał. 
— Często i przyjaźnie o panu wspomina — żywo odpowiedziała Justyna. 
— Być nie może — zaprzeczył — pani tak tylko, z łaski swojej... Tyle lat... Widziałem ja ją... 
będzie temu lat trzy, w kościele... u! zmieniła się, postarzała... ze wszystkim już insza, jak była. 
— Od wielu lat wujowi memu pomaga i ciężko pracuje — wtrąciła Justyna. 
Trochę urągliwy uśmiech po ustach mu przemknął i ciszej rzekł: 
— A lękała się pracy! Ot, wszystko jedno, pracować wypadło... 
Zamyślił się, długą, bladą ręką poprawił nad czołem czapkę i daleko kędyś bladymi oczami 
patrząc monotonnym swym głosem wymówił: 
— Poranek widział kwitnącą, rumianą, a wieczór babą obaczył... 
Czy ta krótka rozmowa zajęła go i ożywiła lub też sposób wyrażenia się Justyny 
przypomnieniem czegoś dawno minionego pociągał go ku niej — postąpił krok naprzód i na 
ławce, dość jednak daleko od niej, usiadł. 
Wtem zza węgła domu ukazał się Jan, na rozmawiających spojrzał i nie zbliżając się 
przemówił: 
— Stryju, panience sad nasz bardzo się upodobał! 
— Chodźże tu! — zawołał Anzelm. 
Chłopak widocznie walczył z sobą. 
— Kiedyż jeszcze koniom nie wszystek owies zasypałem... 
— To idź i zasypuj! 
A zwracając się do Justyny, znowu trochę czapki uchylił: 
— Bardzo kontenty jestem, że się pani mój sadek upodobał. Wszystko to pochodzi z mego 
własnego sadzenia i starania. Gdyby pani dziesięć lat temu tu przyszła, obaczyłaby same rudery, 
badyle, śmiecie i paskudztwo... 
Justyna powiedziała mu, że słyszała o jego długiej i ciężkiej chorobie. 
— A... a... a... od ko... kogo? 
Zdziwił się tak, że aż jąkać się zaczął. Blade oczy jego z wytężeniem w twarzy jej utkwiły. 
— Czyżby w Korczynie kto jeszcze o mnie wspo... wspo.... mi... 
Machnął ręką i prędko dodał: 
— A to pewno Janek pani o tym mówił... Żeby nie! Dobrze jemu zapamiętało się te 
niedołęstwo moje, bo wiele on podtenczas biedy przecierpiał, tego i opowiedzieć trudno... A co 
to był za defekt, o tym jeden Pan Bóg wiedzieć może; dość, że zwalił mnie z nóg jak kłodę i 
dziewięć lat bezwładnym i w bólach trzymał... U doktorów radziłem się ze trzy razy, ale nie 
pomogli i nawet nic zepsutego w ciele moim nie wynaleźli...Mówili, że hipokondrię* mam... 
hipokondrykiem mnie nazywali... Duszna to podobno była choroba więcej niżeli cielesna... 
Rozgadał się i powolnym, monotonnym swym głosem opowiadać zaczął minione swe 
cierpienia. Z tego, co opowiadał, i nawet z wielu trwających jeszcze cech jego 
powierzchowności łatwo można było odgadnąć jedną z tych strasznych chorób nerwowych, 
które dla samej nauki do określenia i zwyciężenia wielce trudnymi bywają. Jakim sposobem 
pochwyciła ona tego człowieka prostego i tak ściśle z życiem natury spojonego, o którym Marta 
mawiała Justynie, że miał kiedyś postawę dębu i twarz do kwitnącego maku podobną? Widać, że 
on sam nieraz zapytywał siebie o to, bo w zwykły sobie sposób zamyślając się i kędyś daleko 
patrząc dokończył: 
— Różne na świecie bywają zdarzenia... Bywa to, że człowieka przez pole idącego szkodliwy 
wiatr obejmie i rumatyzmu albo innej choroby go nabawi. A bywają i insze wiatry, nie te, co w 
polu świszczą, ale te, co przez drogę życia człowieka przelatują... 
Potrząsł głową i kędyś daleko patrzał. 
Powolnym ruchem podniósł się z ławki i znowu czapki nieco uchylił. 
— To może pani będzie łaskawa sadek mój obejrzeć, kiedy się tak upodobał... 
Po niedawno skoszonej i gładkiej jak kobierzec trawie od drzewka do drzewka przechodząc, 
opowiadał jej wiek i pochodzenie każdego z nich, tłumaczył sposoby hodowania i gatunki. 
— To jest bonkreta... a to panny jesienne... to francmadama*... tam trzy sapieżanki... tam jabłka 
oliwne, zimowe papierówki... kalwinki... sztetyny*... a tam ten gaik cały śliwowy... 
Wyprężenie jego rysów, mające w sobie coś obojętnego i razem bolesnego, miękło i znikało; 
w bladym błękicie źrenic pobłyskiwać zaczęły nikłe, lecz prawie wesołe iskry. Po Justynie znać 
też było, że w tej zagrodzie, napełnionej urodzajnością i ciszą, swobodniej i szerzej oddychała 
niż przed godziną w napełnionym gośćmi salonie. 
Znajdowali się właśnie przy sporej grupie śliwowych drzewek, i Anzelm opowiadał, w jaki 
sposób chroni renklody i mirabele przed zimowymi śniegami i mrozami, kiedy Jan wybiegł 
znowu z dziedzińca i o kilka kroków stanąwszy słuchał przez chwilę ich rozmowy. 
— Czy panienka da wiary — zawołał — że stryj to wszystko własnymi rękami zasadził i teraz 
dopatruje?... Zdaje się, taki słaby, a wielką ma siłę i wytrwałość... 
Anzelm obejrzał się. 
— Chodźże tu, Janek! — po raz drugi zawołał. 
Ale chłopak wahał się znowu, to ku dziedzińcowi, to na Justynę patrząc. Widocznym było, że 
pragnął być tu i tam. 
— A kiedyż jeszcze konie napoić trzeba... 
— Pewno, że trzeba — odpowiedział Anzelm. 
I zwracając się do Justyny, zwykłą sobie powolną i czasem przerywaną mową, ale coraz 
swobodniej opowiadać zaczął, jak w ciężkiej słabości leżąc, nieraz nawet na świętą Wolę Bożą 
szemrał za to, że go bezczynnym i niepożytecznym uczyniła; jak gryzł go i przestraszał los tego 
chłopca, sieroty po bracie, którego źli sąsiedzi krzywdzili i z własności obdzierali, z sieroctwa i 
dziecinnego jego wieku korzystając; jak na koniec, kiedy już dźwignął się z niemocy, ręce paliły 
się mu do roboty. 
— Już to też dziesiąty rok, jak zmartwychpowstałem i chłopiec mój dorósł... Najpierw od 
sąsiadów wyprocesowaliśmy to, co nam odebrane było, potem zbudowaliśmy ten oto domek, a 
potem już wszystko poszło: i pasieka, i sadek. Janek nauczył się pszczelnictwa od jednego 
takiego człowieka, co sam na naukę do wielkiego miasta jeździł; ja znów od młodu przyuczony 
byłem do stolarstwa i jego przyuczyłem. 
Szerokim gestem zatoczył dokoła: 
— Wszystko to jest robota własnych rąk naszych: i ten płot z desek, i ten ganeczek, i ule. W 
potrzebie najemników do pomocy bierzem, ale sami my rolniki i sadowniki, i pasieczniki, i 
stolarze... W biednym stanie inaczej nie może być, kiedy człowiek żąda nie tylko nasycenia 
ciała, ale i tych różnych elegancji i przykrasek, co i niekoniecznie potrzebne, ale dla oczów 
miłe... 
Śmiał się teraz cichym, piersiowym śmiechem, przygarbione plecy prostował; nikłe iskry 
zlały się mu w źrenicach w spokojny i ciepły promień. Jednak w głębi tego człowieka było coś, 
co falą smutku czy zniechęcenia rychło gasiło jego wesołość. Pochylił znowu głowę, przygarbił 
się i powoli dodał: 
— Wszystko to jest doczesność i znikomość. Nie na takie roboty człowiek patrzył, a wniwecz 
poszły; nie takimi nadziejami karmił się, a najadł się trucizny... Każda rzecz na świecie jak woda 
przepływa, jak liść na drzewie żółknie i gnije... 
Patrzył w ziemię, mówił to monotonnie i coraz ciszej; można byłoby myśleć, że słowa te były 
pacierzem, który odmawiał od lat wielu, po wiele razy co dzień i może co nocy. Powoli jednak 
podniósł twarz i daleko patrzeć zaczął. 
— Ale nie każdy ma jednostajną łaskę u Boga i jeden więcej, drugi mniej szczęśliwości na tym 
świecie użyje. Może z tego wszystkiego Janek, dzieci jego i wnuki słodko i mile korzystać 
będą... Do tego — dodał — każdemu gniazdo swoje miłe, a osobliwie nam... 
Tu wzrok jego przesunął się po twarzy Justyny. 
— Panowie to co inszego — dokończył — do wielkich miast jeżdżą, za granicami przemieszkują, 
różne zabawy i rozkosze mają... A dla nas co? Dla nas ani Paryżów, ani honorów, ani pięknych 
muzyczek, ani wesołych asamblów* nie ma. Gniazdo nasze — wszystko nasze... i dla tej 
przyczyny trzymamy się jego zębami i pazurami... 
Justyna spuściła oczy. Było w nim znowu coś niechętnego i trochę urągliwego, kiedy słowa te 
wymawiał, a przed jej wzrokiem, nie wiedzieć czemu, stanął w tej chwili młody człowiek w 
ubraniu żurnal mód przypominającym, z postawą z przyzwyczajenia jakby malowniczo ułożoną, 
z wyrazem wiecznego niezadowolenia w pięknych oczach, a na ustach ze wspomnieniami cudów 
cywilizacji, widzianych i słyszanych w dalekich krajach. Ona tego człowieka kiedyś bardzo 
kochała, ale wydało się jej w tej chwili, że było to bardzo, niezmiernie dawno. W tej chwili także 
uczuła, że pomiędzy nią, stojącą wśród tej zagrody, a nim, przesuwającym swą twarz bladą i 
niezadowoloną po korczyńskim salonie, leżała wielka przestrzeń. Uczuła się daleko, daleko od 
Korczyna — gdzieś na jakimś zupełnie innym świecie. 
Kiedy podniosła oczy, u końca dziedzińca zobaczyła wybiegającego zza góry kasztanka, a tuż 
za nim jechał na gniadej Jan. Konie napojone i wykąpane w rzece, otrząsały z siebie gęste krople 
wody wesoło parskając. Jan z gniadej zeskoczył, a w minutę potem z wnętrza stajni zawołał: 
— Antolka! Antolka! 
Wołał tak na młodziutką dziewczynkę, która w krótkiej spódnicy, w różowym kaftanie i bosa 
ukazała się zza góry, niosąc na ramieniu koromysło* z dwoma pełnymi wiadrami. Wysmukła i 
wątła, przechylała się trochę na bok pod tym ciężarem i jedno ramię dla utrzymania równowagi 
zdala od ciała trzymała. 
— A co? — cienkim głosem odkrzyknęła. 
— Weź kluczkę i wisien z drzewa nazdejmuj! prędzej tylko! 
— Na co? 
— Dla gościa. 
I ciszej dodał: 
— W sad popatrzaj! 
Dziewczynka śpiesznie wiadra z wodą na ganku postawiła i koromysło z ramienia zdjęła, po 
czym na ogród spojrzawszy, ręką twarz zasłoniła i do domu wpadła. W minutę wybiegła znowu, 
ale już w trzewikach i z długą, u końca zakrzywioną tyczką w ręku. Jak sarna przez ogród ku 
największej wiśni biegła zagony przeskakując, ze wstydliwie spuszczoną głową. Ciemny 
warkocz aż do pasa spadał po szczupłych i gładkich jej plecach, u końce czerwoną wstążeczką 
związany. U początku warkocza sterczał czerwony kwiat gasztu. Podskoczyła, kluczką gałąź 
przechyliła i prędko wiśnie rwać zaczęła. 
— Przyrodnia jego siostra — z cicha rzekł Anzelm do Justyny — z jednej matki, nie z jednego 
ojca... Jaśmontówna... Jego matka, po bracie moim owdowiawszy, drugi raz za Jaśmonta poszła i 
o trzy mile stąd w Jaśmontowskiej okolicy żyła. 
Siedzieli znowu na ławce, pod ścianą domu, ale dokoła nich mniej cicho i samotnie stawać się 
zaczynało, niż było wprzódy. W szczelinach płotu zaświecił jeszcze jeden jaskraworóżowy 
kaftanik; zupełnie taki sam, jak te, które miały na sobie Domuntówna i Jaśmontówna, a nad 
niewysokimi deskami ukazało się czoło kobiece; oczy pod czołem tym umieszczone, przez 
szczeliny zaglądać musiały do wnętrza zagrody Anzelma. Po chwili, dalej nieco, wysunęła się 
znad płotu cała głowa mężczyzny, z krótko ostrzyżonymi włosami, sterczącymi wąsami i okrągłą 
różową twarzą, w miejscu zaś, gdzie kończyło się ogrodzenie z desek, nad niskim płotkiem, od 
kilku minut już stała, nie postrzeżona dotąd przez nikogo, podstarzała kobieta, w ciemnym, 
krótkim ubraniu i w chustce na kształt czepka na głowie związanej. Ciekawą znać była także zobaczyć, co się dzieje w ogrodzie sąsiada, jednak stała nieruchomo, w postawie zamyślonej, z 
podłużną i bladą twarzą na dłoni opartą. Anzelm na ciekawych sąsiadów nie zwracał żadnej 
uwagi i powoli, ale z zajęciem zapytywał Justynę u sposoby, w jakie zasadzają i pielęgnują 
owocowe drzewa we dworskim ogrodzie. Mało o tym wiedziała, gdyż ogrodem korczyńskim, z 
wyłącznością sobie właściwą, zajmowała się Marta. 
Uśmiechnął się znowu i głową pokiwał. 
— A lękała się pracy!... — z cicha powtórzył. 
Jan wbiegł z dziedzińca, zupełnie już widać o wyprzężonych z pługa ulubieńców 
współpracowników swych spokojny. Pobiegł do siostry i za ramię ją wziąwszy, do ławki pod 
domem stojącej prowadził. Z koszykiem pełnym wisien w ręku i z pochyloną ciągle głową przed 
Justyną stanęła. Widać było, że gdyby ją brat nieco powyżej ręki mocno nie trzymał, 
pierzchnęłaby wnet i schowała się gdziekolwiek. Ale wysmukła i cienka jej kibić była tak do 
młodej brzózki podobna, drobna schylona twarz miała tyle łagodnego wdzięku, a w oczach, 
które na chwilę oderwała od ziemi, błysnęła taka dziecinna ciekawość, z taką dziecinną 
bojaźliwością złączona, że Justyna ruchem zupełnie instynktownym za rękę ją pochwyciła, na 
ławie przy sobie posadziła i objąwszy, w białe, ciemnymi włosami zarzucone czoło pocałowała. 
Daleko ognistszy rumieniec niż ten, który oblał twarz jego siostry, wytrysnął na czoło i policzki 
Jana. Uszy jego nawet stanęły w ogniu! Stojąc pod sapieżanką, o pień jej plecami wsparty, 
spojrzał na niebo, na szczyty drzew, dokoła siebie i ręką przetarł czoło i oczy. Coś znać w tej 
chwili wezbrało w tej szerokiej i silnej piersi, a przed oczami iskry sypiącymi świat może 
zakręcił się wirem. Justyna, patrząc na wiotką i zaledwie dorosłą dziewczynkę, przypomniała 
sobie to koromysło i te dwa ciężkie wiadra z wodą, które przed chwilą na plecach jej widziała. 
— Czy to nie ciężko wodę nosić... na tak wysoką górę? — z cicha zapytała. 
— Żeby nie! — kręcąc w palcach brzeg fartucha odszepnęła Antolka. 
— Krwawa u nas woda — wtrącił Anzelm — z góry po nią iść trzeba i nieść ją pod górę. 
— Toteż, zimową porą osobliwie, częściej ja wody przyniosę niźli ona — jakby 
usprawiedliwiając się rzekł Jan. 
— Częściej on przyniesie niźli ja — podnosząc głowę i na brata patrząc potwierdziła siostra. — 
Ale — dodała prędko i z wzrastającym zawstydzeniem — ja takoż mogę... czemu nie! Już ja w tym 
roku drugie lato żąć będę... 
Justyna zamyśliła się — o czym? Może przed jej pamięcią stanęła kobieta wątła także i 
delikatna, którą dziś widziała wysuwającą i cofającą drobne nóżki z niewymowną trwogą 
uczuwaną przed zejściem z kilku wschodów. 
— Żaden człowiek sił swoich nie zna, dopóki ich w potrzebie... — zaczął Anzelm, ale nie 
skończył, bo w tej chwili rozległ się u płota głuchy stuk, podobny do tego, jaki by sprawiła 
spadająca na ziemię ogromna kluska. Niewysoka i krępa dziewczyna w różowym kaftanie, 
podobna istotnie do pulchnej i zarumienionej kluski, przez płot przeskoczyła i szybko zbliżała 
się do rozmawiających. Z dala już, wśród okrągłej i tłustej jej twarzy śmiały się do nich jej białe 
zęby, błyszczące oczy i zuchwale zadarty nosek. Z dala też na powitanie głową kiwała i wołała: 
— Dobry wieczór! Wszystkim państwu dobry wieczór! 
— Czego? — patrząc na nią zwięźle zapytał Anzelm. 
Tuż przed nim stając, głośno zaszczebiotała: 
— Przyszłam do Antolki wody pożyczyć... 
— Czy w garść wody nabierzesz? — flegmatycznie zapytał gospodarz zagrody. 
Dziewczyna spojrzała na czerwone ręce swe, które wzdłuż jej kraciastej spódnicy wisiały, i 
wybuchnęła śmiechem. 
— Bardzo słusznie! — przestając śmiać się, ale wciąż białe zęby ukazując odpowiedziała. — 
Wody w garść nie nabiorę, nie po wodę też przyszłam, ale żeby panienkę z Korczyna zobaczyć... 
Panienka mnie zna! 
— O! już zna! raz ciebie na wozie jadącą widziała i już zna! — zapominając o bojaźliwości swej 
oburzyła się Antolka. 
— Bardzo słusznie! bo kto na kogo kwiatami rzuca, ten tego nie tylko zna, ale pewno i lubi! 
— To jest prawda, że panienki bukiet wtedy wprost na nią upadł! — potwierdził Jan. 
— Takie już moje szczęście! bardzo słusznie! — na całe gardło zaśmiała się znowu dziewczyna. 
I wszyscy śmiać się zaczęli, nawet Anzelm ze słabym uśmiechem zwrócił się do Justyny: 
— Elżunia Bohatyrowiczówna, Fabiana córka... najpuściejsza dziewczyna z całej okolicy... 
— Bardzo słusznie! I pan Anzelm nie był pewno taki smętny, kiedy był młody — odcięła się 
Elżunia. 
— A warto by było rozumu troszkę nabrać, kiedy już tak jak prawie zaręczona — zażartował 
Jan. 
— Nieprawda, jeszcze nie zaręczona, jeszcze ociec na oględziny pojedzie... 
— Tak jak prawie zaręczona! tak jak prawie zaręczona! — rozszczebiotała się nagle Antolka. — 
Jaśmont ze swatem przyjeżdżał... nasza mama tobie go wyswatała... Może nie mówiłaś, że 
ładny? 
I koszyk z wiśniami pod samą prawie twarz przyjaciółki podsunęła. 
— Na, jedz wiśnie! 
Elżunia pełną garścią zaczerpnęła z koszyka czerwonych jagód i wnet je do ust poniosła, ale 
od płotu zabrzmiał męski głos z gniewnym i groźnym akcentem wołający: 
— Alżunia! a ty tu czego? Czy to tobie w chacie roboty nie stało?... Alżunia! 
Człowiek, który przed chwilą głowę znad ogrodzenia ukazywał, przestąpił niski płotek w tym 
miejscu, gdzie stała podstarzała, mizerna kobieta, i poważnymi, ale szerokimi kroki dążył ku 
domowi Anzelma ustawicznie dziewczynę przywołując. Córka tu przyszła niby po wodę, ojciec 
przychodził niby po córkę. Nie zlękła się ona bynajmniej, tylko umilkła, może dlatego, że usta 
miała pełne wisien, i usunęła się trochę pomiędzy wysokie malwy. Żółty Mucyk z gwałtownym 
szczekaniem zabiegł drogę przybywającemu, ale on go końcem buta odtrącił i z fantazją w 
postawie wśród obecnych stanął. Średniego wzrostu był, krępy, w surducie z grubego sukna i 
wysokich butach, z twarzą bardzo podobną do takiego rydza, w którego by wprawiono zadarty 
nos, kępkę sterczących wąsów i małe, błyszczące oczy. 
— Niechże i mnie będzie pozwolone przywitać Anzelmowego gościa — zaczął z niejaką 
nadętością w głosie i wymowie, a oczki jego drwiąco trochę świeciły. — Dawne to już czasy, 
kiedy przez nasze ubogie progi przestępowały takie znakomite nogi, a nie wiadomo, co by to pan 
Korczyński powiedział, gdyby wiedział, że siestrzenica jego znajduje się w bohatyrowieckiej 
okolicy, tak jak prawie w samym gnieździe jego największych wrogów!... 
Jan głowę w tył odrzucił i parę kroków naprzód postąpił. 
— My nikomu wrogami nie jesteśmy... — żywo zawołał. 
— Czy Fabianu język tak świerzbi, że przyszedł tu nie w czas o takich rzeczach gadać? — ze 
zwykłą sobie powolnością zapytał Anzelm, ale żywszym trochę ruchem czapkę poprawił. 
— A niby to Anzelm żadnego żalu do pana Korczyńskiego w sercu swoim nie chowa i żadnej 
ubligi od niego nie otrzymał? — znacznie już popędliwiej rzucił przybyły i coraz prędzej, z coraz 
więcej błyszczącymi oczami ciągnął: — Czy to Anzelm już nie pamięta, jak pan Korczyński 
przed całym swoim dworem mnie i Anzelma złodziejami nazwał? Czy Anzelm nie pamięta, jak 
pan Korczyński na nas różne kondemnacje* u sądów wyjednywał? Czy Anzelm nie pamięta, jak 
pan Korczyński do góry nos podejmuje, kiedy koło okolicy przechodzi albo przejeżdża? 
Ale Anzelm wyprostował się trochę, baranią czapkę bladą swą długą ręką na czole przesunął i 
przerwał: 
— Co ja pamiętam o panu Korczyńskim wspominając, tego Fabian ze wszystkimi swymi 
synami na plecach by nie poniósł. Jednakowoż źle nie życzę nikomu i między niczyimi wrogami nie jestem... Niech pan Korczyński żyje i zdrów będzie długie lata... Ja jemu przekleństwa nie 
posyłałem i nigdy nie poszlę... 
Spłowiałe jego oczy spojrzały kędyś daleko i plecy wnet przygarbiły się znowu. Fabian obie 
dłonie na kłębach oparł i zjadliwie wybuchnął: 
— Anzelm zawsze taki, jakby wczorajszego dnia z Panem Bogiem gadał. Ale ja inszy: ja panu 
Korczyńskiemu do śmierci nie daruję i tego, że mnie złodziejem przezwał, i tych krwawych 
rublów, co ze mnie na różne sztrafy* wycisnął... Nie zlęknę się ja i przed siestrzenicą jego 
powiedzieć, że ten proces, który z Bohatyrowiczami ma, przeze mnie ma. Ja szlachtę do niego 
namówił, ja adwokata znalazł, ja staram się i zabiegam. Niech zna, że i biedna mucha odejmuje 
się, kiedy ją ubijają. Czy wygramy, czy przegramy, ale on tymczasem naje się kłopotów i koszta 
położy. Dobrze mnie i to. Dobra kozie brzoza. On arystokrat i w złotnych pokojach mieszka; a ja 
ubogi szlachcic, z niskiej chaty; ale bywa, że mała mucha wielkiego konia do krwi ukąsi. Może 
ja w tym procesie darmo zdrowie położę i fortunkę swoją nadwerężę, może mnie głupie ludzie i 
kląć będą na wypadek przegrania. Ale mam nadzieję, że tak nie będzie, bo Bóg kotwica moja, a 
kogo on ma w swojej obronie, ten w złej nawie nie utonie... 
Mówiąc to wszystko, brał się w boki, szeroko rozmachiwał rękami, głos coraz podnosił, cały 
wewnątrz kipiał, a na twarzy spotniał. Zdawać się mogło, że nigdy mówić nie przestanie; ale Jan, 
który niespokojne wejrzenia na Justynę rzucał, głową kręcił, usta przygryzał i widocznie 
powściągał się z trudnością, teraz na ramieniu rękę mu oparł. 
— Niech pan Fabian upamięta się... — przez zaciśnięte zęby wymówił. 
Stary obejrzał się i głowę podnieść musiał, aby w twarz wysokiemu chłopakowi spojrzeć. 
— A co to? — krzyknął. 
— Niech pan Fabian do upamiętania przyjdzie!– głośniej powtórzył Jan, a z oczów jego 
tryskały takie błyskawice gniewu i z całej siły tłumionej groźby, że stary zmieszał się i nagle 
ochłonął. 
— A co ja takiego nagadałem? — ciszej zapytał. 
— Głupstw, głupstw ociec nagadał! — krzyknęła wyskakując zza malw Elżusia i chwytając go 
za połę surduta energicznie dodała: — Bardzo słusznie! Niech już sobie ociec stąd idzie, bo jak 
jeszcze troszkę tu postoi, znów pan Korczyński na język ojcu wlezie... 
Córkę usunął i ze zmieszanym wzrokiem rzekł: 
— Jeżeli co nie w czas naplotło mi się w gębie, to przepraszam... przepraszam... Język bez 
pamięci, sekretu nie strzyma... Przepraszam... dobranoc państwu! 
Zdjął czapkę i miał odchodzić, ale zatrzymał się jeszcze, na Jana patrząc. W rozgniewanej i 
rozognionej przed chwilą jego twarzy wszystko teraz śmiać się zdawało: i czerwone policzki, i 
małe oczy, i zadarty nos, i ruszające się wąsy. Czapką ku Janowi machnął i zawołał: 
— Kiedy Jezus przed Herodem do Egiptu ubieżał, to i mnie przed tobą ubieżać nie wstyd; ale 
to sobie pamiętaj, że jaja kur nie uczą. Pierwej doznaj, potem gań... Dobranoc! 
Machnął czapką i ku płotowi poszedł. Elżunia biegła tuż za jego plecami, podskakując, 
przyśpiewując i pestki od wisien z ust wypluwając. Wtem nad ogrodzeniem przesunęła się w 
powietrzu błyszcząca kosa i rozległo się basowe, niegłośne nucenie: 
A kto chce rozkoszy użyć, 
Niech idzie do wojska służyć*... 
Czuć było, że ten, kto słowa te nucił, smutny był czy nadąsany. 
Fabian przyśpieszył kroku i znowu najgroźniejszym swym głosem zawołał: 
— Adaś! a nie mogłeś to koniczyny skosić, kiedy ja w mieście byłem! Wszystkie zęby ci w 
gardło wepchnę, gamuło! 
— Już skoszona i niech ociec na darmo swego gardła nie mocuje! — wcale nie przestraszonym 
głosem odpowiedział tęgi, rudawy, ale prosty i przystojny chłopak, który wraz ze swą kosą 
ukazał się za niskim płotkiem. Nieruchomo dotąd stojąca mizerna kobiecina odwróciła się ku 
szaremu domkowi, nie opodal od zagrody Anzelma, za płotem, drzewami i kawałkiem ogrodu 
ledwie widzialnemu. 
— Alżusia! po wodę zbiegaj! — piskliwie i bardzo przeciągle zawołała. 
Z daleka już ozwał się rozkazujący głos Fabiana: 
— Nie trzeba! Imość zawsze tylko byś się Alżusią posługiwała, a chłopcom wszystkie folgi 
robiła. Niech Adaś po wodę schodzi, a dziewczyna i bez tego wieczerzę gotować będzie! 
— Adaś! schodzisz? — zawołała, a raczej zaśpiewała znowu matka. 
— Zaraz! — odkrzyknął niewidzialny już za drzewami chłopak i głośniej zanucił: 
Tam on rozkoszy użyje, 
Krwi jak wody się napije... 
W ogrodzie Anzelma znowu zapanowała cisza. Jan nieśmiało zbliżył się do Justyny. 
— Czy pani nie gniewa się za te... nieprzyjemności, które on mówił o panu Korczyńskim? 
Słyszał, że stryj nazywał ją panią, i w ten sam sposób mówić do niej zaczął. Stryj lepiej od 
niego wiedział, jak mówić i z każdym obchodzić się trzeba, bo przez lat parę codziennie prawie 
bywał we dworze. Ale Anzelm niespokojnym się stawał. Raz wraz poprawiał czapkę i na słońce 
mrużącymi się oczami spoglądał. Stało ono u skłonu nieba, w bliskiej już od ciemnego boru 
odległości; niewiele więcej nad godzinę do zachodu zostawało... 
— Janek! 
Spod baraniej czapki blade oczy z niepokojem wznosił ku twarzy synowca. 
— Czy my już dziś nie pójdziem do Jana i Cecylii? 
Jan zmieszał się także. 
— Może nie pójdziem ... co tam, że jeden dzień opuścim!... 
Stary głowę pochylił. 
— Źle! źle będzie — szepnął — jeżeli do jesiennej pory krzyża nie skończym... 
— Czy pani była w parowie Jana i Cecylii? — zapytał Jan Justynę. 
Przypominała sobie. Zdawało jej się, że coś o miejscu nazwę tę noszącym słyszała, ale nie 
była tam, nie, najpewniej nie była tam nigdy. 
— A pewno, pewno... co państwa takie rzeczy obchodzić mogą! — rzekł Anzelm. 
Justyna wstała. Znać pierwszą jej myślą było pożegnać tych ludzi i odejść. Ale rysy jej 
wyprężyły się, zesztywniały i twarz przybrała w mgnieniu oka pozór daleko starszej, niż była 
istotnie. Tak z nią stawało się zawsze, gdy uczuwała silne dotknięcie jakiejś wielkiej nudy czy 
żałości. Łatwo można było odgadnąć, że pomimo zdrowia i siły, które z niej całej uderzały, 
należała do organizacji, które rychło głodnymi sercami swymi młodość swoją pożerają. Nie 
chciała stąd iść ani tam wracać. Co ona tam będzie robić? Znowu sztywnie siedzieć obok 
wystrojonej i szczebiocącej narzeczonej hrabiego, znowu patrzeć na poniewierkę siwych włosów 
ojca, znowu spotykać podejrzliwe spojrzenie pani Andrzejowej lub łzą oszklone oczy Klotyldy, 
znowu przy każdym zbliżeniu tego człowieka, którego kiedyś pragnęła jak szczęścia, drżeć przed 
nim, przed nimi, przed trucizną własnego wzruszenia! Po co tam ona? komu potrzebna? Kto jej 
powrotu tam pragnie? A jeśli pragnie ktokolwiek, o! po tysiąc razy bodajby to pragnienie we 
wstręt się zmieniło! A tu? cicho, bezpiecznie i tak świeżo, jakby dla niej, rodzącej się na nowo, 
rodził się jakiś świat nowy. 
Wzrokiem przechodząc ze zmęczonej i cierpiącej twarzy Anzelma ku pochylonej w nagłym 
zamyśleniu głowie Jana, z prośbą wymówiła: 
— Weźcie mię z sobą! 
Anzelm uważnie i ciekawie na nią popatrzył. 
— A dla ja... jakiej przy... przyczyny? — zapytał jąkając się, jak zwykle bywało, gdy był 
zdziwionym albo wzruszonym. 
Zaraz jednak potwierdzająco głową skinął i czapkę prawie zupełnie nad głową podniósł. 
— Owszem, owszem — uprzejmie zaprosił. 
VI 
Szlakiem wzdłuż ogrodu przez koła wyżłobionym i białą dzięcieliną usianym wyszli na 
nieszeroką drogę, która okolicę z polem rozdzielała. Długi dzień letni zbliżał się do swego 
końca, w cichej i świetnej glorii pogody. Na całej przestrzeni niebieskiego sklepienia ani jednej 
chmurki, ani nawet jednego obłoczka nie było. Szafirowe w środku, bladło ono u skłonów, na 
zachodzie świecąc ogromną tarczą słoneczną, samotnie ku ciemnemu borowi płynącą. Długo 
rozciągnięta i wraz z brzegiem rzeki w półkole nieco zginająca się okolica stała cała w złotawej 
mgle utworzonej z lekkiej kurzawy, na wskroś promieniami słońca przepojonej. Z dala można by 
mniemać, że był to tylko gęsty pas roślinności, ale co kilkanaście lub co kilkadziesiąt kroków 
ukazywały się wśród tej zielonej powodzi coraz inne ludzkie siedliska. Były to szare, niskie i 
słomą pokryte domy, w pobliżu domów stojące świrny z wystającymi i na kilku słupkach 
opartymi dachami, stodoły, stajnie, obory, podwórka i sady. Niewysokie albo i całkiem niskie 
płoty z desek, kołków lub wzdłuż umieszczanych żerdzi nierozwikłaną dla oka plątaniną 
rozdzielały pomiędzy sobą te zagrody, które nie stały w szeregu prosto wytkniętym, ale 
wypadkiem jakby rozsypane cofały się w głąb lub wysuwały naprzód, czasem znacznymi 
przestrzeniami osamotnione, a czasem jedne zza drugich do połowy zaledwie wysunięte i 
wzajem na siebie następować się zdające; czasem zepchnięte aż na skraj wysokiej, ku rzece 
staczającej się góry, czasem krańcami ogrodów i tyłami stodół dosięgające przypolnej drogi. O 
wielkiej dawności tych siedlisk opowiadała wielka starość otaczających je drzew. Jedne z 
domów tonęły prawie w rozłożystych i srebro przelewających topolach, zza innych ciemne lipy 
wznosiły wysoko poważne swe wierzchołki; tu płaczące brzozy kładły na ściany i okna swe 
wiotkie gałęzie, ówdzie popielate wierzby wykrzywiały we wsze strony mnóstwo swych 
węzłowatych i powyszczerbianych pni albo przysadzisto po ogrodach rozsiadały się odwieczne 
grusze, albo najrzadsze i najwynioślejsze wyrastały na dziedzińcach słupiaste jawory. Niżej, 
młodsze od owych prastarych towarzyszy i stróży wsi, wiśniowe i śliwowe gaje nęciły wzrok 
głębokim cieniem swych bujnie rozrosłych wierzchołków i pozłacaną przez ruchome promienie 
słońca trawą swych podścielisk. Niżej jeszcze, tuż przy płotach albo pod ścianami świrnów i 
stodół, pełno było niskich leszczyn, zdziczałych malin i gęsto splątanych wiklin, wonnej 
piłowiei, krzaczastego żywokostu i brudnożółtych blekotów, zmieszanych ze śnieżnymi 
powojami lulku i kolczastymi kwiatami ostów. Tej dzikiej zarośli spod płotów i ścian wypleniać 
nikt tu znać nie miał czasu albo chęci, ale w zamian ogrody płynęły istotnym chaosem 
zmieszanych z sobą uprawnych roślin. Wszędzie tu nad zielenią niskich warzyw delikatnym 
lasem powiewały cienkie kminy i lebiody, maki różowo i biało kwitły, gęstą ścianą stały 
wysokie konopie, na wysmukłe tyki fasola rzucała zielone girlandy. U końca ogrodów, tuż przy 
domach, na większych lub mniejszych grzędach mieniły się mnóstwem jaskrawych 
łagodniejszych barw zmieszane, zwikłane, wzajem głuszące się i jedne nad drugimi bujające 
gaszty, wieczorniki, malwy, nagietki, żółte gwoździki, wysokie kiciaste rezedy, krzaczyste boże 
drzewka, pomarańczowe nasturcje, różowe grochy pachnące. 
Wszystko to związane z sobą było podwójną siecią płotów i ścieżek. Te ostatnie w 
niezliczonych skrętach biegły od domu do domu, przerzynały ogrody, przeskakiwały płoty, 
prześlizgiwały się pod ścianami, urywały się, znikały i z gęstej zieleni wypływały znowu, przed 
myśl i wyobraźnię przywodząc jakieś tłumne, spójne, gromadne życie. Jak obrazek za 
obrazkiem, zagrody te ukazywały się jedna za drugą, z daleka i z bliska, samotne lub ściśle jedna 
ku drugiej przysunięte, podobne do siebie, a przecież rozmiarami swych domów, gatunkami 
drzew i przemagającymi barwami roślin ze sobą różne. Wspólne tło błękitu i zieleni, wśród 
którego rozsiane były, czyniło z nich jeden obraz rozległy i bijący w otaczające powietrze 
stugłośnym rozgwarem. 
Justyna szeroko otwartymi oczami dokoła siebie patrzała. Znajdowała się teraz w samym 
niejako wnętrzu okolicy, spajającymi ją dróżkami i ścieżkami postępując. Kilkadziesiąt domów, 
które okrążała albo przez których dziedzińce i ogrody przechodziła, zamieszkiwało kilkaset istot 
ludzkich, które wszystkie u końca tego dnia pogody i pracy wysypywały się na zewnątrz. 
Mnóstwo kraciastych spódnic i kolorowych kaftanów kobiecych migotało wszędzie... Na 
dziedzińcach, wśród ogromnego gdakania kur, kobiety cienkimi głosami do nocnych siedlisk 
zwoływały domowe ptactwo. Inne siedziały na zagonach pieląc warzywo, inne jeszcze szły z 
wiadrami wody na ramionach albo w wielkich fartuchach niosły dzikie zielsko, albo przed 
domami myły domowe statki, albo po grzędach rwały do koszów liście sałaty, lebiody, buraków. 
Jednokonne i dwukonne pługi, na szeroko rozkraczonych włokach* położone, wracały z pola, a 
idący za nimi mężczyźni, starzy i młodzi, w kapotach i surdutach, w wysokich butach i bosi, w 
czapkach małych i zgrabnych albo wielkich i kosmatych, pokrzykiwali na konie, z daleka 
zamieniając się urywkami rozmów; z łąk albo od łanów pastewnych roślin powracający 
pobłyskiwali kosami albo wznosili w powietrze zębiaste profile grabli. We wnętrzu domów 
huczały obracane żarna i stukały krosna. Na każdej drodze, za każdym płotem ozywał się tętent 
koni, które chłopcy wyprowadzali na nocną paszę. Jedne z nich biegły luzem, na innych jechały 
bose niedorostki, w płóciennych ubraniach i z rozweselonymi twarzami pod zsuniętymi na tył 
głowy daszkami starych czapek. Na każdym dziedzińcu szczekał lub bawiąc się z dziećmi 
wesoło skomlił jakiś Mucyk, Żuczek, Sargas; Wilczek, których imiona głośno przez dzieci 
wykrzykiwane rozlegały się daleko. Pod gęstymi warzywami śmigały bure i czarne koty; butne 
koguty z płotów i gałęzi rzucały światu przeciągłe dobranoc; stada kaczek powracających z rzeki 
wylatywały zza góry i z krzykiem padały na trawy. W wiśniowych gajach dziewczęta 
podskakiwały ku okrytym jagodami gałęziom, a w pobliżu tych miejsc cienistych niejeden pług 
zatrzymywał się na chwilę i niejedna kosa z brzękiem wikłała się wśród gałęzi, gdy jej właściciel 
pochylał głowę — nie wiadomo, czy ku zerwanej wiśni, czy ku uchu dziewczyny rumieniącemu 
się pod wetkniętą we włosy nagietką. Czasem pod ścianą domu kilka podstarzałych kobiet 
siedziało na długiej ławie gwarząc spokojnie, z bezczynnie na kolana opuszczonymi rękami. 
Czasem na koniu, prowadzonym do kuźni, przesunęła się postać młodzieńcza, tak wysmukła i 
zgrabna, jakby przez natchnionego snycerza wykuta, z doskonale pięknymi liniami ogorzałego i 
przez słońce pozłoconego profilu. Czasem siwowłosy starzec powoli przeszedł pod szeregiem 
wysokich lip. Lecz w ogólności był to rój ludzki do roju pszczół podobny, ciężko i 
własnoręcznie pracujący, w grubej odzieży, z grubymi rękami, z ciemną ogorzałością na 
twarzach i z potem na czołach — nie ponury jednak, owszem, tu i ówdzie rzucający w powietrze 
wybuchy śmiechów kobiecych, młodzieńczych, dziecinnych. Pieśni, zaczynane i przerywane 
pracą, wzbijały się jedną lub kilku nutami i milknąc tu, odzywały się ówdzie, to bliżej, to dalej, 
to skoczne, to tęskne, aż pojedynczy męski głos jakiś przetrwał wszystkie inne i rozgłośnie na 
dziedzińce, ogrody i aż na pola rzucił strofę tej samej pieśni, którą niedawno wygwizdywał idący 
za pługiem Jan... 
Przy drodze, przy drodze jawór rozkwitnąwszy, 
Gdzie pojedziesz, mój Jasieńku, konia osiodławszy... 
Może śpiewałby dalej, ale około najbliższego domu powstał krzyk zmieszany z lamentem i 
śmiechem. Na drodze ściśniętej pomiędzy płotami dwóch zagród ukazała się para ludzi, z 
których jeden był małym, przygarbionym starcem, w płóciennej, aż do stóp zapiętej kapocie, a 
drugą — wysoka, pleczysta dziewczyna w różowym kaftanie i z kasztanowatymi włosami. 
Śnieżnie biała kapota nie była bielszą od włosów staruszka, z rzadka rozsianych po żółtej jego 
czaszce, a twarz jego bezzębna, malutka od ściągających ją zmarszczek, okryta była w tej chwili 
wyrazem nieprzytomnego przerażenia, które objawiało się także w widocznym drżeniu rąk jego i 
całej szczupłej, zwiędłej postaci. Nie mógłby był pewnie ustać na plączących się i 
podrygujących nogach, gdyby go wielka i silna dziewczyna wpół nie obejmowała, twarz swą ku 
twarzy jego pochylając i czasem łagodnie, a czasem z wybuchającą energią przemawiając: 
— Niech dziadunio uspokoi się! Niech dziadunio do chaty powraca! Pacenko nie przyjechał! 
Pacenki nigdzie nie ma. On już po babulkę nie przyjedzie! on już umarł i babulka umarła! Proszę 
nie dziwaczyć i do chaty wracać ! 
Ale stary prostował się z całej siły i na perswazje dziewczyny nie zważając, dygocącym 
głosem bełkotał i wykrzykiwał: 
— Pójdę! Znajdę! zabiję zwodnika! babulki nie dam. Gdzie on jest? Chodźmy, Jadwiśku, 
szukać! Prędzej chodźmy! 
Dziewczyna podtrzymując wciąż jego chwiejącą się postać powtarzała: 
— Pacenki nie ma! Pacenko umarł i nigdy już nie przyjedzie! To tylko te złe chłopcy 
Ładysiowe dziadunia tak straszą. 
Ale stary rwał się naprzód i swoje powtarzał, a coraz więcej trząsł się i zwiędłą ręką w 
powietrzu wygrażać zaczynał. Za nim dwaj chłopcy, bosi, gołogłowi, z minami wiejskich 
urwisów, wyskakiwali śmiejąc się głośno i powtarzając: 
— Pacenko przyjechał! Pacenko przyjechał i dziadulkowi babulkę odbierze! 
Dziewczyna głowę swą, zjeżoną gęstwiną kasztanowatych włosów, podniosła, a z 
szafirowych jej oczu na pełne i rozognione policzki ciekły łzy... 
— Co ja pocznę! — lamentowała — straszą i straszą, a ten idzie i idzie... Znowu narazi się na 
kiepkowanie ludzkie albo upadnie i stłucze się tak, jak wtedy... 
Jan do Justyny szepnął: 
— Stary zawsze tak wariuje, jak tylko kto mu powie, że Pacenko przyjechał... To ten Pacenko, 
co mu kiedyś żonkę zwiódł i w świat powiózł. 
Ale Anzelm przyśpieszył kroku i przed starcem stanąwszy powolnym swym głosem zapytał: 
— A gdzie to pan Jakub idzie? 
Małe oczy starca spod czerwonych i nabrzmiałych powiek wzniosły się ku jego twarzy. 
— A... a... a... zdaje się... pan Szymon? 
— Ja, Szymon, ale gdzie to pan Jakub idzie? 
— Szymon — objaśnił Jan Justynę — to był mój dziadunio, stryja i ojca ociec. Jakub żyjących 
ludzi nie rozpoznaje, tylko ich wszystkich za pomarłych ojców i dziadów przyjmuje... tak samo 
zupełnie, jak żeby śród nieboszczyków żył... 
— Pacenko przyjechał! — prędko mrugając powiekami i głosem skarżącego się dziecka 
powtarzał starzec. 
Anzelm wyprostował się i stanowczym głosem przemówił: 
— Pacenko nie przyjechał i nigdy nie przyjedzie, bo już na tym świecie wcale go nie ma. 
Bezbarwne i bezzębne usta starca otworzyły się szeroko, ale drżeć i naprzód wyrywać się 
przestał. 
— Nie przyjechał? Pan Szymon mówi, że nie przyjechał!... To te chłopcy znów mnie zwiedli. 
Przybiegli i krzyczą: „Przyjechał!” Ale czy pewno nie przyjechał? 
— Nie przyjechał — powtórzył Anzelm. 
— Czy słowo uczciwości? — z niepokojem jeszcze pytał. 
Anzelm z uroczystością w głosie odpowiedział: 
— Słowo uczciwości! 
Starzec uspokoił się zupełnie, dziewczyna wielką, czerwoną rękę do Anzelma wyciągnęła. 
— Dziękuję — rzekła — bardzo dziękuję. On zawsze panu Anzelmu wierzy; kilku takich ludzi 
jest w okolicy, którym zawsze uwierzy... Dziaduniu — znowu nad starcem schylając się dodała — 
proszę do chaty wracać... Mleczko dziś na wieczerzę będzie i pierożki z wiśniami zrobię... 
Chciała zawrócić go ku bramie zagrody, ale on uśmiechał się i z widoczną fantazją 
wyprostować się usiłował. 
— A... a... pan Szymon gdzie idzie? 
— Do Jana i Cecylii — odpowiedział zapytany. 
Jakby nagle blask słoneczny oświecił wyłysiałe czoło i wygładził zmarszczki starca. Uśmiech 
jego stał się szeroki, błogi, oczy usiłowały spojrzeć w górę, wskazujący palec, cienki i żółty, 
wzniósł do wysokości swej głowy i drżącym trochę ale podniesionym głosem mówić zaczął: 
— Jan i Cecylia! Aha! Jan i Cecylia! Było to w starych czasach, w sto lat albo może jeszcze i 
mniej po tym, jak litewski naród przyjął chrześcijańską wiarę*, kiedy w te strony przyszła para 
ludzi... 
Mówiłby pewno dłużej, ale Jadwiga ręce wzdłuż spódnicy opuszczając, z szerokim 
uśmiechem przed Anzelmem dygnęła. 
— Może panowie będą łaskawi, przy bliskości, do chaty naszej zajść... 
Szafirowe jej oczy parę razy z ukosa ku Janowi zerknęły. 
— Subiekcji czynić nie chcemy — odpowiedział Anzelm. 
Ona dygnęła znowu. 
— O subiekcję bynajmniej... proszę, bardzo proszę, dziadunio kontenty będzie... 
Ale Anzelmowi pilno było do celu wycieczki. Z grzecznym ukłonem i czapkę wysoko nad 
głową podnosząc, odszedł. Jadwiga posmutniała, dziadka wpół objęła i ze schylonymi nad nim 
szerokimi plecy, ze spadającą na nie roztarganą kosą, wprowadziła go do zagrody, której dom, 
stary, ale z gankiem i czterema oknami, zaledwie był widzialnym zza gęstwiny srebrnych topoli. 
Anzelm powolnym ruchem zwrócił się do Jana, który z kilku stolarskimi narzędziami w ręku 
z dala i biernie na tę scenę patrzał. 
— Poszedłbyś i dopomógł Jadwiśce dziadunia uspokoić... 
Chłopak wydął nieco usta, spojrzał na dach najbliższego budynku, chrząknął i odpowiedział: 
— Już uspokojony! 
W tej chwili bardzo blisko zagrody starego Jakuba i jego wnuczki na sporym podwórku 
rozpoczynała się gwarna rozprawa pomiędzy kilku ludźmi, którzy stali ściśnięci w ciasną 
gromadkę i spomiędzy których wybijał się donośnie zapalczywy głos Fabiana. Prędko znać 
przebiegł okolicę i naprędce kilku sąsiadów pochwyciwszy, ze wspólnego procesu i tylko co 
odbytej podróży do miasta sprawę im zdawał. Słychać tam było wykrzyki jego: 
— Bóg mnie ubij na duszy i ciele! 
A drugi raz: 
— Niech mnie mizerne ciało opuści, jeżeli mu nie pokażę, skąd kozy gonią! 
Parę pługów i bron z nie wyprzężonymi końmi stało u wrót podwórka. Właściciele ich 
słuchali wymownego sąsiada w zaciekawionych i niespokojnych postawach. Niektórzy odzywali 
się czasem z zapytaniem jakimś lub powątpiewaniem, ale jeden, wysoki i poważnie wyglądający 
w swej siwej, baraniej czapce, chudą twarz na dłoni opierał i spod czarnego wąsa ciągle, 
monotonnie, potwierdzająco powtarzał: 
— A jakże! a pewno! Żeby nie! A ma się rozumieć! 
Inny, bardzo znać ubogi, bosy i w siermiędze z szerokim, pięknym czołem i bujną, płową 
czupryną, ale z chłopska zarywającą mową, co moment jękliwie wymawiał: 
— Oj, biedne my, panoczku, biedne bez tego wygonu! Oj, k a b* to prawda była, panoczku, że 
my jego wygramy! 
Trzeci, młody i przystojny, ze starannie uczesaną bródką i zawadiacko zakręconymi wąsami, 
pokrzykiwał: 
— I koniec, i kwita! wygon powinien do powszechności naszej należeć i koniec, i kwita! 
— Od Adama i Ewy do nas przynależał — wzbił się znowu nad wszystkie inne i popędliwie 
zagadał głos Fabiana. 
Anzelm kroku przyśpieszał. Z ruchów jego widać było, że trwożnie boczył się od wszelkich 
gwarów i swarów. Na hałasującą gromadkę prawie lękliwe rzucał spojrzenia. Prędko przesunął 
się pod samą ścianą jakiegoś świrna. 
— Wygon nie był nigdy nasz i święcie do pana Korczyńskiego przynależy — zaczął z cicha — 
ale oni na każdą garść ziemi aż mrą z chciwości... 
Czapkę na czole przesunął, głową potrząsał. 
— Chociaż względem niektórych — dodał — to powiedzieć można, że na ziemię przymierają 
dlatego właśnie, że jej tak jak prawie wcale nie mają... Między nami wszelako bywa: jednym 
gody, drugim głody... 
Przechodzili teraz około malutkiej chatki, bez komina, bez ganku, bez płotu, z piędzią ogrodu, 
na którym rosło mizerne warzywo, i z jednym tylko ogromnym dębem, który litościwie jakby 
zarzucał na nią szerokolistne gałęzie. Zaduch, brud, nędza tchnęły z otwartej sionki, w której 
ciemnawym wnętrzu pokwikiwało prosię i blada kobieta siedząc na ziemi skrobała kartofle. 
— To jest Ładysiowa, czyli Władysławowa chata, tego samego Ładysia, co tam stał z 
Fabianem i z chłopska mówił; z chłopką ożeniony, czworo dzieci ma i pewno nie więcej jak 
półtora morga gruntu. Wszelako — powtórzył — między nami bywa... 
Istotnie, każdy mógł łatwo poznać, że rozmaicie pomiędzy nimi bywało. Takich chatek 
nędznych i nagich, jak Ładysiowa, znajdowało się niewiele, ale i pomiędzy zamożniejszymi znać 
było różnice dostatku i pomyślności. Znać było, że ziemia, ta jedyna podstawa, na której stały te 
zagrody, ulegała tu licznym i nierównym działom; że od dawna, może od wieków, pokolenia i 
rodziny kroiły pomiędzy sobą ten chleb dla nich święty i najdroższy; że w tę przepaść zieleni i 
kwiatów spływała obfita rosa nie tylko potu, ale i łez. Tylko drzewa odwieczne szerokimi swymi 
gałęźmi otulały zarówno dostatek i nędzę, a przyroda, miłosierna czy obojętna, zarzucała na 
wszystko welon rajskiej poezji. 
Nagle Anzelm opuścił okolicę i z drogi, która w tym miejscu szybko w dół spadać zaczęła, 
skręcił w stronę, w której płynął niewidzialny stąd jeszcze Niemen. Było to tak, jakby z 
powierzchni ziemi oblanej światłem i ciepłem słonecznym weszli w ocieniony i chłodny 
korytarz. Roztworzył się przed nimi parów tak długi, że końca jego najbystrzejsze oko dosięgnąć 
nie mogło, a tak głęboki, że dwie jego ściany podnosiły się nad nim jak wysokie góry. Zrazu 
ściany te miały pozór nagich, piaszczystych skał, przez niewiadome siły przyrody pogiętych w 
niezliczone garby i jamy, śród których gdzieniegdzie wyrastał krzak jałowcu albo cienka 
sośninka pochylała się nad przepaścią. Powoli przecież żółte ich tło usiewać zaczynała 
roślinność coraz obfitsza, aż wybuchały one morzem zieloności wszelkich odcieni, usianej 
kwiatami wszelkich barw. Jak okiem sięgnąć, naprzód i ku górze, po stromych spadzistościach i 
łagodnych stokach, rosły tam olszynowe i brzozowe gaje, jasne i przezroczyste nad 
nieprzeniknioną gęstwiną berberysów, ożyn, dzikich porzeczek, kwitnących głogów, wilczyn 
osypanych purpurowymi gronami jagód, kaliny śnieżnymi kwiaty jak wielkimi płatami śniegu 
bielejącej, które za podścielisko swe miały całe lasy krzaczystej lucerny*, ogromnych pokrzyw, 
ostrą woń wyziewających piołunów, wysokich i gwiaździstych rumianków i słoneczników 
polnych, dzikiego chmielu plączącego się z mnóstwem nierozwikłanych i nigdzie, zda się, początku ani końca nie mających wiklin. Wszystko to ze stron obu i z wielkiej wysokości 
ogromną i w różne kształty wzdymającą się falą spadało aż ku dołowi. U samego szczytu światło 
słoneczne przeciągało po tej gęstwinie szeroki pas złoty, w którym delikatne olchy zdawały się 
drżeć z rozkoszy i biała kora srebrniała na brzozach. Ale niżej słoneczny ten pas bladł i 
przygasał, aż znikał zupełnie, a w głębie parowu zsuwały się stopniowo chłodne i wilgocią 
napojone cienie. W głębi, na dnie, sunął kręty, puszysty szlak łąki. On to zdradzał tajemnicę 
przyrody i wieków; opowiadał, że tym czymś nieznanym i dawnym, co w tym miejscu ziemię na 
tę ogromną szczelinę rozłamało, było gwałtowne ramię wielkiej rzeki. Kiedyś, kiedyś uderzyło 
ono o ląd i przedarło w nim sobie łożysko, którego wody zniknęły od dawna, ale które dotąd 
jeszcze wilgocią przejęte zabarwiało tę łąkę zielonością wiecznie majową i bajeczny nieledwie 
rozrost dawało roślinnym tłumom wyściełającym te wysokie góry. Jednak łagodne i wdzięczne 
zakręty łąki zwężały się coraz, aż ustąpiły miejsca wąskiej rozpadlinie, a ścieżki w głąb parowu 
prowadzące zaczęły piąć się po stokach gór, to nagie, skaliste, ostrymi rozpęknięciami 
poprzerywane i kolczystą wikliną zjeżone, to zielone i tajemniczo pod sklepieniami liściastej 
zarośli przepadające. W rozpadlinie czuć było zbliżanie się do miejsc mokrych i żywymi 
wodami przejętych. Leżały tam wielkie, wilgotną pleśnią obrosłe kamienie, błękitnymi kępami 
kwitły niezapominajki, szeroko rozpościerała się leszczyna, a pod miękką pościelą, którą 
tworzyły trójzębne łotocie* i okrągły podbiał, toczył się cichy, ledwie słyszalny szmer. Wtem coś 
zawarczało i zadzwoniło na kształt gotującego się kipiątku. Była to krynica, której kryształowa 
szyba przebłyskiwała pod sklepistym pokryciem leszczyny i cienką nić strumienia rzucała 
pomiędzy gęste łotocie i czerwonawe kamienie. W gęstwinę leszczyn uplątane, wysoko tam 
kwitły błękitne cykorie, śniegiem bielały puszyste kity kotuszników, krzaczysty, liliowy 
dzięgiel* z groniastych koron swych rozlewał mocną woń heliotropu. I jakby w tym miejscu 
natura prawo głosu dawała tylko srebrnej strunie wodnej, cisza panowała tu nieskazitelna. Ptaki 
mieszkały u szczytów tych ścian wysokich, wśród jasnych olszyn i brzóz, ale w tej głębi nie było 
ich prawie. Krynica warczała, strumień dzwonił i czasem w berberysowym czy wilczynowym 
krzaku dało się słyszeć frunięcie skrzydeł lub od strumienia przeleciał rzeźwy powiew i z cichym 
szelestem strącił z głogowej gałęzi liście dzikiej róży. 
Justyna pomiędzy leszczyną stanęła i naprzód pochylona patrzała przez chwilę na utopioną w 
liściach i kwiatach krynicę. Za nią przystanął Anzelm i z brodą opartą na dłoni przesuwał wzrok 
dokoła. Cierpiące jego oczy były teraz bardzo pogodne; z żartobliwym uśmiechem wymówił 
zwolna: 
Luby wietrzyk trawę pieści, 
Strumyk mruczy, liść szeleści... 
Było to niewyraźne echo, przynoszące mu z odległej młodości urywek na wpół zapomnianego 
wiersza. Zaraz przecież zaczął iść dalej, a raczej wspinać się na górę, po naturalnie 
wyżłobionych, korzeniami drzew i wrosłymi w ziemię kamieniami najeżonych wschodach. Szedł 
powoli, z przygarbionymi plecami i z widoczną trudnością, ale Jan, torując sobie drogę wśród 
gęstych krzewów, dopomagał mu do przebycia miejsc najtrudniejszych. Dla wejścia na stromą 
górę nie potrzebował on wschodów. Wysoka i kształtna jego postać kołysała się w obie strony, 
jakby w wesołym i triumfującym poczuciu swej siły. Czasem znikał zupełnie w wysokiej zarośli 
lub ukazywała się z niej tylko głowa jego, małą czapką ocieniona i ramię w białym rękawie, 
troskliwie wyciągające się ku staremu. W pamięci Justyny błysnęło wspomnienie. Widziała już 
tych dwóch ludzi w ten sam sposób wstępujących na wysoki brzeg Niemna; wtedy jeden z nich 
przystawał czasem i twarzą zwracał się ku otwartemu oknu, w którym ona stała. Ale to przypomnienie błyskawicą tylko przemknęło jej przez głowę; zatrzymała się i z ciekawością 
patrzała dokoła siebie. 
Znajdowali się w miejscu o kilka stóp zaledwie oddalonym od szczytu góry, na łagodnym 
skłonie, który tworzył małą, nieco spadzistą równinę. Trzeba było tylko trochę wzrok podnieść, 
aby zobaczyć ruchomą frędzlę zboża rosnącego nad samym brzegiem parowu. U końca cienistej 
i w nierówne wschody powyszczerbianej alei, którą wspięli się aż tutaj, leżał olbrzymi kamień, 
pełen wgłębień i wypukłości, za siedzenia służyć mogących, miejscami siwym i brunatnym 
mchem obrosły, a miejscami zwieńczony gibkimi gałęźmi ożyn i rozchodników. Kilka cienkich 
sosen, z szerokimi u góry koronami, i rozłożysta grusza, z gęstwiną drobnych liści, wyrastały 
tam z ziemi okrytej rzadką trawą i osypanej igłami sosen. Pod sosnami i gruszą coś czerwieniało, 
błękitniało i bielało; trzeba było wejść pomiędzy drzewa, aby rozpoznać, że to grobowiec. 
Był to grobowiec bardzo prosty i ubogi, ale takiego kształtu i w taki sposób przyozdobiony, 
że aby móc podobny mu zobaczyć, trzeba by cofnąć się wstecz o kilka wieków. Składał się on z 
sześciokątnego, grubego u podstaw a zwężającego się ku szczytowi krzyża, na którego 
czerwonym tle bielała postać Chrystusa, a którego boki okryte były różnobarwnymi godłami i 
figurami. Były tam, białym pokostem powleczone i ściśle do krzyża przylegające trupie głowy i 
różne narzędzia Chrystusowej męki, płaskie popiersie Marii, z tkwiącymi w nim siedmiu 
pozłacanymi niegdyś i w kształt miecza wyrzeźbionymi strzałami, wsparte na rękach i w 
zamyśleniu na podstawach z drzewa lub gliny siedzące wypukłe figury świętych. Z chudości 
tych figur, ze szkieletowej długości ich członków, z okaleczeń, którymi czas zatarł rysy ich 
twarzy, poznać można było smak i robotę odległych czasów. Krzyż był tak spróchniały, że 
rychłym upadkiem groził, ale rozpięta na nim postać Chrystusa i boki jego okrywające figurę, 
przez czas okaleczone, ze spłowiałymi barwami i pozłotami, zachowywały niezmącone główne 
zarysy swe i cechy. Osłaniał je i od zupełnego zniszczenia chronił rozpięty u szczytu gontowy 
daszek. Na szerokiej podstawie krzyża bielał wyraźny jeszcze, choć miejscami zacierający się 
już napis: 
JAN I CECYLIA, ROK l549, 
memento mori* 
Tylko nazwiska nie było tam żadnego. Z bezimiennego tego grobowca, osłoniętego przed 
światem ścianą nadniemeńskiego parowu, przeszło trzy wieki patrzały na przepaść zieloną z 
warczącą w głębi krynicą, na olbrzymi i cały w mchach swych i wiankach leżący kamień, na 
wielki trójkąt Niemna, odsłonięty tu przez wyginające się w tył ściany przepaści i stojący w tej 
cichej pogodzie szybą błękitu i srebra. Za nieruchomą, zda się, rzeką wielka, samotna tarcza 
słoneczna wisiała nad samym już szczytem boru i tak go światłem swym przenikała, że żółte 
pnie sosen wyraźnie oddzielały się wzajem od siebie pod ciemnym pokryciem koron stojąc 
nieprzejrzanymi szeregi. 
Teraz ciszę tu panującą przerywać począł monotonny szmer hebla, przesuwającego się po 
leżącej na ziemi i do połowy już obrobionej kłodzie drzewa. Anzelm wielką czapkę swą zdjął 
przed grobowcem, ale wnet znowu głowę nakrył i w milczeniu, z nasępionymi brwiami, 
pogrążył się w swej robocie. Powoli i jakby automatycznie, nieprzerwanie przecież, długa i blada 
jego ręka przesuwała narzędzie po powierzchni drzewa. Krzyż próchniejący i który pierwsze 
jesienne wiatry obalić mogły, musiał być zastąpionym przez inny. Kilkadziesiąt lat temu taką 
samą robotę spełnił zgrzybiały dziś i na wpół obłąkany Jakub. Teraz jemu przypadło w udziale 
stróżować nad tą pamiątką, drogą zapewne licznym pokoleniom, skoro z nich każde znalazło 
wśród siebie kogoś, kto jej z powierzchni ziemi zniknąć nie pozwolił. Nowy krzyż okryją stare 
godła, krótki napis wyraźniej zabieleje na czerwonej podstawie grobowca i wszystko tu znowu będzie tak samo, jak było przed trzema przeszło wiekami, jak było w tej porze dalekiej, gdy 
dwoje jakichś ludzi o nieznanych nazwiskach i dziejach złożono w jednej mogile. 
Justyna wpatrywała się w stary grobowiec i w pamięci jej uparcie powtarzać się zaczęła strofa 
pieśni, którą niedawno, uniesiona wspomnieniem, wydeklamowała przed nią Marta: 
A gdy kto przyjdzie albo przyjedzie, 
Pomyśli sobie: 
Złączona para, złączona para 
Leży w tym grobie! 
Jan i Cecylia! Czy kochali się oni? Czy świat ich rozłączał, a połączyła mogiła? Jak żyli? i 
dlaczego, gdy umarli, tak na długo, na wieki, pozostali w sercach i pamięci ludzi? 
O parę kroków od niej na obalonym pniu sosny siedział Jan i uśmiechał się wpółfiluternie, 
wpółtajemniczo. 
— Stryj wie wszystko — zaczął — i bardzo lubi historię tę opowiadać. Trzeba go tylko pięknie 
poprosić... opowie. 
Istotnie, po Anzelmie widać było, że walczyć zaczynał z ogarniającą go chęcią mówienia o 
czymś, co go do milczenia raczej skłaniało. Zatrzymał raz hebel pośrodku kłody, spojrzał na 
Justynę i z cicha rzekł: 
— Na co? dla jakiej przyczyny? 
Po chwili jednak znowu podniósł oczy i dłużej popatrzał na zbladłą nieco i smutną w tej 
chwili twarz młodej kobiety. Czarowne marzenia grobowiec ten budzić musiał w jej młodej 
głowie. Nie śmiała prosić o nic tego nieznajomego człowieka, który ze swą pracowitą 
niezależnością i przeszłością pełną jakichś wielkich cierpień wydawał się jej dziwnie poważnym 
i surowym. Ale on prośbę wyczytał z jej oczu. Obejrzał się na słońce: poczerwieniało i do 
połowy ukryło się za borem. 
— Mało już dziś będzie roboty mojej! A wszystkie pustoty od młodych pochodzą! Wymyślają, 
pytają się, czas bałamucą, a tu i nic tak osobliwego do gadania nie ma! 
Nigdy jeszcze pod siwiejącym wąsem nie uśmiechał się tak łagodnie; mówił też wesoło i 
prawie z odcieniem filuterności. Czapkę nad głową podniósł. 
— Dlaczegóż nie? — dodał — jeżeli pani żąda posłyszeć tę historię, to o moją fatygę 
bynajmniej... Ja owszem... Nikt jej nie opisywał i w książkach nie drukował... Jeden człowiek 
opowiadał ją drugiemu i tak ona z daleka, jak rzeka przez różne kraje, przez przeddziadów, 
dziadów i ojców naszych przepłynęła aż do nas. Mnie jej nauczył stary Jakub, gdy jeszcze boso 
latałem i cielęta pasłem, a jego uczył nie wiadomo kto, może dziadek, może przeddziadek, bo w 
ich familii wszyscy długo żyją. 
Stolarskie narzędzie położył na stronie i na jednym z wgłębień olbrzymiego kamienia siedząc, 
uśmiechał się jeszcze. 
— Gadaj gadkę! Bajki babom, a to, co ja powiem, nie bajka! 
Wysoki zrąb kamienia, siwym mchem w tym miejscu porosły, służył za oparcie 
przygarbionym jego plecom, a na baranią czapkę i aż na ramiona opadały mu cienkie gałęzie 
ożynowego krzaku. 
— Było to w starych czasach, w sto lat albo może jeszcze i mniej potem, jak litewski naród 
przyjął świętą chrześcijańską wiarę, kiedy w te strony przyszła para ludzi. Niewiadomego oni 
byli nazwiska, niewiadomej kondycji, i to tylko można było poznać i z mówienia ich, i z ubioru, 
że przyszli z Polszczy. Dla jakiej przyczyny porzucili oni swój kraj rodzony i aż tu 
przywędrowali, zarówno niewiadomym było. Kiedy spotykający ich podczas ludzie pytali ich o 
nazwisko, odpowiadali, że przy chrzcie świętym nadano im imiona: Jan i Cecylia. A kiedy 
ktokolwiek chciał wiedzieć, dokąd i dla jakiej przyczyny wędrują, mówili: „Szukamy puszczy!” 
Widać było ze wszystkiego, że bali się jakiegoś pościgu i żądali skryć się przed ludźmi, a żyć 
tylko pod boskim okiem. Całej pewności co do tego nie ma, ale takie o nich chodziły głosy, że 
kondycja ich była nierówna, bo on był ciemnej twarzy i bardzo w sobie silny, tak jak to rzadko 
pomiędzy panami, a najczęściej w pospólstwie bywa, a ona, czy to szła, czy to stała, czy mówiła, 
czy milczała, wydawała z siebie pańską wspaniałość i piękność. Ale jak tam było z ich 
początkiem, wszystko jedno, dość że nietrudno znaleźli to, czego szukali. Cały tutejszy kraj 
zalegała podtenczas nieprzebyta puszcza, w której Pan Bóg nasiał co niemiara jezior błękitnych i 
łąk zielonych, a ludzie pobudowali troszkę osad, w których trudnili się sobie różną 
przemyślnością. W jednych miejscach, nad jeziorami lub nad rzeczułkami, siedzieli rybaki i 
bobrowniki; w inszych, tam gdzie stały lipowe lasy, pszczelniki miód i wosk pracowitym 
zwierzątkom odbierali; niektórym król nakazał, aby dla niego hodowali sokoły, i od tego poszło, 
że nazywali się sokolnikami, a inszych wolnością obdarował, aby tylko wszelkie posyłki jemu 
sprawiali i dla tej przyczyny mieli oni nazwanie bojarów*, czyli ludzi wolnych. O uprawianie 
ziemi było im bynajmniej*; ogrody mieli, ale najwięcej rzepę w nich sadzili i len w wielkiej 
obfitości sieli, bo owiec nie mając i wełny nie znając, odzieży płótnianej tylko używali. Zboże 
zaś rzadko gdzie zobaczyć można było, i to przy miastach, a w głębokiej puszczy jeszcze 
gdzieniegdzie nikt i nie słyszał o nim. Ale za to byli tacy, co w dębowych lasach żyjąc, trzody 
świń na żołędziach hodowali, i od tego dane im było brzydkie przezwisko świniarów, i tacy, co 
przy łąkach mieszkając, bawoły obłaskawiali i dla tej przyczyny nazywali się bawolniki. O 
pieniądzach to jeszcze gdzieniegdzie i nic nie wiedzieli, a jak kto chciał co sobie potrzebnego 
kupić, dawał skóry zdarte z ubitych bobrów, niedźwiedzi, lisów, kun i inszych zwierząt albo 
troszkę miodu i wosku, albo przyswojonego bawoła, karmną świnię i co tam zresztą kto miał. 
Chaty ich nazywały się numy i były bardzo biedne i smrodliwe, bez pieców i kominów, bo tym 
leśnym ludziom nieznajoma jeszcze była mularka. W Boga chrześcijańskiego niby to wszyscy 
już uwierzyli, a jednakowoż w głębokościach puszczy wiele jeszcze kłaniało się bałwanom i żyło 
z kilkoma żonami. Jan i Cecylia wzdłuż puszczę przeszedłszy poznali różne jeziora i łąki, 
zachodzili do rybaków, do bobrowników, do sokolników i do bojarów; zachodzili takoż do 
świniarów i do bawolników, ale nigdzie im nie podobało się tak, jak tutaj, nad brzegiem tego 
Niemna, i na tym właśnie miejscu, gdzie teraz ten pomnik stoi... Widać zobaczyli, że tu najmniej 
ludzie doścignąć ich mogą, a najlepiej im będzie pod jednym boskim okiem pozostawać. Może 
już tak im było przeznaczone, ażeby właśnie ten kawał ziemi zaludnić i nasz ubogi, ale 
długowieczny ród ufundować. 
Powolny i przyciszony głos opowiadającego brzmiał na wysokim stoku góry, monotonnością 
swą podobny do mruczącego u dołu strumienia. Czasem jednak zatrzymywał się i szukał w 
pamięci wyrazu lub nazwy, których w życiu codziennym nie używał prawie, ale jak słowa z 
pacierza, ze starej gadki wyrzucić nie mógł. Teraz z widocznym naprężeniem rysów wiązał 
przez chwilę w swej głowie wątek opowiadania, bojąc się splątać go albo część jego uronić. 
— Podtenczas — zaczął znowu — nie było na tym miejscu żadnego kawałka zoranej ziemi ani 
żadnego ludzkiego plemienia. Z tej strony rzeki i z tamtej strony rzeki, na prawo i na lewo, 
naprzód i w tył, rosła jedna tylko puszcza. Jan i Cecylia upatrzyli sobie właśnie te miejsce, gdzie 
teraz ten pomnik stoi, a gdzie podtenczas stał dąb taki stary, co może i tysiąc lat miał wieku, bo 
w jego wydrążeniu bawoła skryć byłoby można, i pod tym dębem zbudowali sobie najpierwej 
chatę, czyli takąż numę bez pieca i komina, nędzną i smrodliwą. Od razu inszej zbudować nie 
mogli. Lepiej mówiąc, on zrąbywał drzewa, oprawiał kłody i budował, a ona zbierała orzechy i 
dzikie jabłka, gotowała rybę, doiła bawolicę, którą on rychło sobie obłaskawił, naprawiała 
odzież, a gdy wieczór przyszedł i on położył się pod dębem, z oszczepem i łukiem napiętym przy 
boku, by zawsze od dzikiego zwierza się obronić, siadała przy jego głowie śpiewając i grając na harfie. Z wysokiego domu pewno była, bo po anielsku grała i śpiewała i ręce z początku miała 
takie białe, by lilie. Ale krótko tego było, bo pracując ciężko, w niewygodach i 
niebezpieczeństwach straszliwych, prędko pociemniała na twarzy i rękach, wyrosła, zmężniała w 
sobie, że podobną stała się do płowej łani, której trudności i samotności leśne najmilsze. Jak 
pierwsza matka ludzkiego rodu, miała ona podobno włosy złociste i takie długie, że pokryć nimi 
mogła siebie i swoją harfę: gdy też późnym wieczorem nad senliwym mężem śpiewała, on, choć 
senliwy, pieścił się z jej włosami, a potem o wschodzie słonka zdrowy i wesół do roboty 
wstawał, bo siły miał wzmocnione i serce pocieszone przez nią. Jednakowoż pomimo kochania i 
wszelakich jego rozkoszy nachodziły ich takie potrzeby i strachy, że inszym ludziom i pomyśleć 
o nich byłoby trudno. Wszystko tu było nie tak, jak teraz, ale okropniej i dziczej. Po puszczy 
chodziły stada żubrów, turów, niedźwiedziów, dzików i wilków, w gałęziach czaiły się drapieżne 
jastrzębie i krogulce, szerokimi skrzydłami łopotały krzywodzióbe orły. Nocami wyły puszczyki 
i po drzewach wieszały się rysie, w ciemności oczami jak latarniami świecące. Czasem kruki i 
kawki czarną chmurą zakrywały niebo, a dzikie konie napełniały zaciszności leśne grzmotem 
swoich kopyt i przeraźliwym wiżdżeniem. Nad rzeką i na wszelakich mokrych miejscach lęgło 
się wielkie mnóstwo obrzydłych żab, tarakanów*, wężów i jaszczurek. I rzeka ta nie była taka jak 
teraz. Głębinę i prędkość miała ogromniejsze. Wody były wtedy nadmiar silne i gniewliwe. 
Rozlewały się daleko i o ziemię biły, koryta w niej sobie prując, czego do dzisiejszego dnia te 
parowy pamiątką ostały. A po zimie wiosenną porą kry szły ogromne by stada koni dęba 
stających albo szklanne góry przez słonko, co się w nich przeglądało, tęczami nalane. Jak oni to 
wszystko znieśli i przemogli, Bogu świętemu wiadomo, dość że znieśli i przemogli. Już to jest 
pewne, że żaden człowiek siły swojej nie zna, nim jej w potrzebie z siebie nie dobędzie. Prawda i 
to, że wiele rzeczy i stworzeń podtenczas człowiekowi do pomocy stało. Narzędzia do 
wszelakich robót i myślistw przynieśli z sobą albo różnym sposobem zrobili sobie, dobre i 
mocne. Las dawał dzikie jabłka, orzechy, jagody i grzyby; do rzeki po napój przybiegały jelenie, 
daniele i sarny, które ze stad wielkich łatwo ubijać było; u góry żył lud wiewiórek, a u dołu w 
gęstwinach skrywała się mnogość zajęcy, łasic i kun; w wodach mieszkały wydry i bobry domki 
sobie budowały. A trzeba było tylko wędę, sieć albo oszczep w rzekę zanurzyć, ażeby z niej 
wyłowić tyle ryb różnych, jakich już teraz wcale ona nie ma. Do tego i lubości bywało tu 
nadmiar. Słowicze śpiewy umilały noce, a jaskółcze i gołębie gminy same przez się szukały 
przytułku pod dachem numy. Podczas ze sznura żurawi spadł jeden i łaskawie ostał już 
towarzyszem człowieka; podczas płochliwa sarna ugłaskać się pozwoliła, wiernie potem chodząc 
przy boku swej pani. Wszelako tam bywało: ciężko i mile, straszno i bezpiecznie. To tylko jest 
pewne, że nacierpieli się oni nadmiar, głodu, chłodu, strachu i zasępu najedli się do sytości; że 
wiele razy od upału i mozołu skóra z rąk i z nóg im złaziła, a od wiatrów i mrozu piekące bąble 
obsiadały ciała. Może dwadzieścia roków minęło im w tej męce, kroplami rozkoszy słodzonej, 
aż po puszczy puściły się pogłosy o tej parze ludzi, że przemyślnością swoją i krwawą pracą 
kawał duży lasu wyplenili, zboża nasieli i inszych różnych roślin nasadzili; że dom sobie 
zbudowali widny i czysty, z którego też dym przez komin wychodził; że nabyć u nich można 
niektórych takich rzeczy, których na szeroki okół nikt jeszcze nie miał. Poszli tedy do nich 
ludzie z różnych dalszych osad dowiedzieć się, jakże tam czyniły się takie cuda. A jak raz 
przyszli, to już na długo przy nich ostawali, przypatrując się różnym niewiadomym do tego 
czasu dziełom i przemysłom. Niektórzy prosili się, aby ze wszystkim już ostać przy nich dla 
wspólności i pomocy, ale Jan i Cecylia wprędce rodzonych doczekali się pomocników. Sześciu 
synów i sześć córek urodziło się im i wyhodowało nad brzegiem tej wody, w cienistościach tej 
puszczy, pod okiem jednego Boga. Jeden z tych synów pojął sobie żonę u rybaków, drugi ją 
wybrał pomiędzy sokolnikami, trzeciemu przeznaczenie dało bojarkę, czwartemu bobrowniczkę, 
piątemu pszczelarkę, a szósty handlując rybami, do których łapania wielką miał ochotę, przywiózł sobie dozgonną towarzyszkę aż z miasta Grodna, które podtenczas, dla przyczyny 
mnóstwa rosnących tam ogrodów, po rusińsku Horodnem zwano. Rusinką też dziewka owa była, 
ale podtenczas dwie krwie na jednej ziemi mieszkające nierzadko mieszały się z sobą i nie 
wynikała z tego nikomu żadna obraza ani ujma. Skąd synowie pojmowali żony, stamtąd 
przybywali mężowie dla córek i poślubiwszy je nie odjeżdżali nigdzie, tylko tu sobie budowali 
chaty, a tnąc las coraz dalej, uprawiali pola. Tak przeminęło lat osiemdziesiąt albo może i więcej 
od tego dnia, kiedy Jan i Cecylia pierwszy raz na tej ziemi nogi swoje postawili... 
Umilkł Anzelm, zmęczony niezwykłym wysiłkiem pamięci i myśli, kilka kropel potu 
zaświeciło na jego zapadłych i rozognionych policzkach, spłowiałe zwykle i blade oczy 
pobłyskiwały pod wielką czapką. Obejrzał się w stronę słońca; znikło już ono za borem, lecz 
Niemen teraz stał żółtawą taflą i jasne smugi rozciągnięte u zachodu nieba jaskrawo oświecały 
sunący od wschodu zmrok. 
— Dzień kończy się i moja gadka także do swego końca idzie — wymówił z uśmiechem. — Ale 
— dodał — w tym końcu także są rzeczy, które walor mają... 
Głośniej trochę i żywiej niż wprzódy mówił dalej: 
— Osiemdziesiąt lat albo może i więcej przeminęło od tego dnia, kiedy Jan i Cecylia pierwszy 
raz na tej ziemi nogi swoje postawili. Aż jednego razu znaleźli się tacy ludzie, którzy samemu 
królowi donieśli, jakie to dziwy dzieją się gdzieściś, w kraju litewskim, w najgęstszej puszczy 
nad samym brzegiem Niemna. Panował podtenczas ostatni Jagiellon, dwoma imionami: 
Zygmunt i August nazywany. Zapalczywy był on myśliwiec i właśnie w tej porze, kiedy mu to 
doniesienie zrobionym było, bawił się polowaniem w swoich knyszyńskich lasach. Zmiarkował 
zaraz, że od Knyszyna do tego miejsca, o którym jemu rozpowiadali ludzie, droga była nie 
bardzo daleka. Łowczym na apel zatrąbić, a panom jechać za sobą rozkazał i puścił się w drogę. 
Jechał i jechał, jechał i jechał, a panowie za największym z panów jechali, aż raptem zobaczyli 
jakoby koniec puszczy. Drzewa rzedniały i rozstępowały się, jakoby jadącym z drogi ustępując. 
Król pojrzał przez te szerokie otwory, krzyknął aż z zadziwienia i żartobliwie do panów swoich 
zawołał: 
„Hej! hej! Waszmoście panowie, widzi mi się, że ktoś tu dla mnie nowe królestwo gotuje!” 
Aż tu wszyscy wyjechawszy z lasu stanęli, oczom własnym wiary nie dając. Tam, kędy 
dawniej panowała dzicz drzewiasta, bezludna i głucha, srogim zwierzom tylko przytułek dająca, 
leżała wielka równina, żółtością ścierniska po zżętym zbożu pozostałego okryta. Na ściernisku, 
by wysokie domy lub też by słupy z pozwężanymi wierzchołkami, stały sterty wszelkiego zboża; 
sto par wołów orało pole pod przyszły zasiewek, a śród pola na gładkich łąkach hasały stada 
obłaskawionych koni, pasły się trzody krów ryżych i białych owiec. Na dwóch pagórkach dwa 
wietrzne młyny łopotały swymi wielkimi skrzydłami, lipowe gaje rozlegały się od bączenia 
nieprzeliczonych rojów pszczelnych, a w olszynach i brzoźniakach na wszystkich gałęziach 
wisiały wielkie jak czapki gniazda gawronie. Sto domów, przedzielonych ogrodami, sznurem 
wyciągało się w podłuż rzeki, a z ich kominów, by z kościelnych kadzielnic, sto złotnych dymów 
podnosiło się prosto do nieba. Na jabłoniach i śliwach liścia widać nie było za czerwonością i 
liliowością owocu, po zielonych trawach suszył się len i bieliły się sztuki płócien, w chatach 
krośna stukały i huczały terlice*, przed domami na gałęziach i płotach wysychały ufarbowane 
przędziwa wełny, a na dachach po stronach do słońca wystawionych dojrzewały żółte, ogromne 
dynie. Ptastwo domowe, ziemne i wodne, grzebało się w piasku lub z hałasem leciało nad rzekę, 
od której powracający rybacy wychodzili zza góry, niosąc po kilku siecie i niewody* z 
rzucającymi się w nich rybami. Co do rzeki, tej w dole płynącej, król z oddali zobaczyć nie 
mógł, ale rozpoznał, gdzie ona płynęła, po wysokiej, piaszczystej ścianie, nad którą stał bór, 
przez nikogo nie ruszany... ten sam! 
Tu opowiadający wskazał palcem pas boru rozciągnięty nad złotawym trójkątem Niemna. 
Zająknął się i głos mu zadrżał. 
— Te... te... ten sam! — powtórzył. 
— Tymczasem — mówił dalej — król jechał naprzód, oglądając się wokół i wesoło dziwiąc się 
wszystkiemu, co tu obaczył. Młody był podonczas i tylko co na tron swój wstąpił. Koń był pod 
nim arabski, ognisty, z rzędem kapiącym od złota i drogich kamieni. Nad czołem królewskim 
świeciło na kołpaku brylantowe pióro, a drogie purpury i gronostaje spadały z królewskich 
ramion aż prawie po końskie pętlice. Wokół niego i za nim jechali hetmany, senatory i insze 
panowie, a każden z koni, które pod sobą mieli, piękniejszy był od drugiego, a od kolorów ich 
szat i drogocenności siodeł aż ćmiło się w oczach. Za nimi jechali także sokolniki, na dłoniach 
trzymając zakapturzone sokoły, pieściwe pazie z różami na licach, hardonosa służba i bystrookie 
strzelce. A łowczowie złotne trąby wciąż do ust swych przykładali i rozgłośnym graniem 
rozgłaszali królewskie przybycie szerokiej równinie, długiemu Niemnu i aż zaniemeńskim 
głębokościom boru... Jako też ze stu domów i ze stu ogrodów, z pola, z łąk, z rzeki pozbiegali się 
wszyscy ludzie patrząc na nie widziane rzeczy i nie lękając się prawie, tylko podziwiając i 
oczekując: co z tego będzie? A król ich zapytuje: 
„Czy żywie jeszcze rodziciel was wszystkich?” 
„Żywie i w zdrowiu przebywa” — odpowiedział najstarszy syn Jana i Cecylii, który przed 
króla wystąpił, sam zmarszczkami cały poorany i siwy jak gołąb. 
„A rodzicielka czy żywie?” — pyta znów król. 
„Żywie i w zdrowiu przebywa”. 
Król podonczas rzekł: 
„Rad bym na nich pojrzał!” 
Wedle królewskiego żądania wnet stać się musiało. Z najpiękniejszego domu synowie i córki, 
wnuki i prawnuczki wyprowadzili parę rodzicielów. Więcej niźli stuletnie te starce szli same 
przez się, niczyjej pomocy nie potrzebując, w śnieżystych płótnianych sukniach, by dwa białe 
gołębie, jedno przy drugim. On opierał się na toporze w długim kiju oprawionym; ona zsiwiałe 
włosy po pas rozpuściwszy, głaskała biegnącą przy niej sarenkę. Kiedy już wobec króla stanęli, 
wszyscy zdumieli się, bo król kołpak swój zdjąwszy z głowy, powiał nim przed starcami tak 
nisko, że aż z brylantowego pióra sypnęły się gwiazdy. 
„Kto ty, starcze? — zapytał Jana — odkąd przyszedłeś? jak zowiesz się i z jakiej kondycji 
pochodzisz?” 
Starzec, jak przystało, pokłoniwszy się królowi, śmiele odpowiedział: 
„Przyszedłem tu od stron onych, którymi przepływa Wisła; nazwisko swoje oznajmię tylko 
jednemu Bogu, kiedy przed świętym sądem Jego stanę, a kondycja moja niską była, pokąd do 
puszczy tej nie zaszedłem, gdzie wszystkie stworzenia są zarówno dziećmi powszechnej matki 
ziemi. Z gminu pochodzę i pospolitakiem na ten świat przybyłem; ale oto ta pani i małżonka 
moja z wysokiego domu zstąpiła, aby moje wygnańcze życie podzielać”. 
Odpowiedź tę posłyszawszy król myślał długo, aż odwróciwszy się do panów, co wokół 
zgromadzeni byli, rzekł: 
„Dufam, że waszmościowie uprzejmie pochwalicie, a przyszły sejm sprawiedliwie zatwierdzi 
dekret, który zaraz chcę tu ogłosić”. 
Panowie myśl królewską odgadując i potakując głowami razem krzyknęli: 
„Inaczej nie może być, miłościwy panie! Sami tego żądamy i o to waszą królewską mość 
upraszamy”. 
Wtedy król odwrócił się do Jana: 
„Ty, starcze, wedle własnego żądania bezimiennym ostaniesz i jakeś się urodził, tak w grobie 
legniesz pospolitakiem. Ale żeś był bohatyrem mężnym, który tę oto ziemię dzikiej puszczy i 
srogim zwierzom odebrał, a zawojowawszy ją nie mieczem i krwią, ale pracą i potem, piersi jej 
dla mnogiego ludu otworzył, a przez to ojczyźnie bogactwa przymnażając: przeto dzieciom 
twoim, wnukom i prawnukom, aż do najdalszych pokoleń i samego wygaśnięcia rodu twego, 
nadaję nazwisko od bohatyrstwa twego wywiedzione”. 
Tu z prawicą wyciągniętą nad zdumiałym ludem król donośnym głosem wypowiedział: 
„Oto ten ród, idący od człowieka z kondycji pospolitego urodzenia, idzie w porównanie ze 
szlachtą rodowitą krajową i wszystkich praw stanowi rycerskiemu odpowiednich odtąd aż do 
wygaśnięcia swego używać ma i takowe wykonywać. Nobilituję was i nakazuję, abyście nosili 
nazwisko Bohatyrowiczów, a pieczętowali się klejnotem* Pomian, który jest żubrzą głową na 
żółtym polu osadzoną, jako pierwszy rodziciel wasz pokonał żubra i z odwiecznego jego 
siedliska uczynił to wdzięczne i obfitością ciekące pole...” 
W tym miejscu umilkł opowiadający; wyprostowana teraz postać jego, z wielką czapką na tył 
głowy nieco zsuniętą, wypukle odrzynała się od wysokiego złomu kamienia. Rękę w górę 
podnosił i słychać było, jak szeroko i głośno oddychał. Po chwili wymówił jeszcze: 
— Działo się to w roku, na tym pomniku wypisanym, tysiącznym pięćsetnym czterdziestym 
dziewiątym... 
Na zachodzie, nad borem, gasły pozostawione przez słońce pasy świetliste; zmrok sunący od 
wschodu zwolna obejmował całe sklepienie, na którym tu i ówdzie zabłysły nikłe gwiazdy. W 
zmroku naprzeciw umilkłego Anzelma widać było dwoje ludzi siedzących blisko siebie, 
pomiędzy cienkimi sosnami, na pniu obalonego drzewa. Kobieta opuściła ręce na kolana, 
mężczyzna twarz oparł na dłoni. Słuchali jeszcze, czekali. Po chwili też człowiek na kamieniu 
siedzący ozwał się znowu: 
— Taka jest historia fundatorów naszych, taki nasz tutaj zaczątek i oto dla jakiej przyczyny my 
na tej ziemi siedzimy. 
Potem głosem człowieka, który w głębi pamięci swojej budzi drzemiące wspomnienia, mówił 
jeszcze: 
— Wszelako późniejszym czasem w tym naszym rodzie przez Jana i Cecylię ufundowanym 
bywało. Włości nie mieliśmy nigdy i krwi ani potu z nikogo nie wyciskali. Bywało, że niektórzy 
z nas na wojny chodzili; bywało, że za panami z gardłami i szabelkami na sejmiki i sejmy 
ciągnęli. Jeden i drugi przebywał na pańskich dworach, o urzędnikowskie lub oficjalistowskie 
posady zaskakując. Jeden i drugi fortuny przyrobiwszy, gdzie daleko na osobnym folwarku 
siadał i pański już ród fundował. Ale najwięcej i tak jak prawie wszyscy, siedzieliśmy w swoich 
zaciszkach, własnymi rękami od matki naszej powszechnej chleb dobywając. Szmaty ziemi, by 
Chrystusowe szaty, rozdzielały się wciąż pomiędzy nami, a podczas, zrządzeniem boskim albo 
niedobrym charakterem ludzkim, wcale przepadały. Jednakowoż po większej części trwaliśmy 
przy swoich gnieździech większych czy mniejszych i dotrwaliśmy do tej pory. Teraz 
szlachectwo przeddziadów zdjęte z nas zostało; chłopami nazywamy się i jesteśmy... Ale o to 
bynajmniej. Wszyscy my kołki jednego płota i stworzenia czasowe. Bieda jedynie, że ubóstwo 
nasze rośnie i duszne zamroki ogarniają nas coraz większe... 
Trząsł głową. 
— Nikt prawie nie da wiary, że i tę historię fundatorów naszych w całej okolicy umie może 
trzech, może czterech ludzi. Umie ją stary Jakub, ale on już jest tak jak prawie nie żyjący; umiem 
ja, umiał kiedyś Fabian, umie może ten młody Michał, co tam stał wystrojony, z wąsami do 
góry. Insze o takie rzeczy nie dbają i w biedzie, w zasępie pamięci o nich mieć nie mogą... 
Chłopami być czy panami, to za jedno; ale w bydło obrócić się, to smętnie i tęskno... 
Widać było, że zgarbił się znowu i że głowa jego z wielką czapką oderwawszy się od 
kamiennego złomu pochyliła się nisko. Powolnym, zamyślonym szeptem dokończył: 
— Szczęście wywyższa, szczęście poniża, wszystko na świecie czasowe i przemijające... każda 
rzecz by woda przepływa, by liść na drzewie żółknie i gnije... 
Z obalonego pnia drzewa powstała kobieta i szybko zbliżywszy się ku zasmuconemu, 
pochylona, usta swe przyłożyła do szorstkiego rękawa jego kapoty. 
— Dziękuję! — wymówiła gorącym szeptem. 
On cofnął ramię, w tył się uchylił i przez chwilę w milczeniu na nią poglądał. Potem jąkając 
się, ze zdumieniem wymówił: 
— Do... do... dobra! 
Kobieta prędko odeszła, objęła ramionami cienki pień brzozy i w szarzejącą przestrzeń 
patrzała rozmarzonymi oczami. Myślała pewno, że szczęśliwymi, o! jak szczęśliwymi byli ci 
ludzie, którzy takie miłości w piersiach swych nosili i takie na ziemi pełnili zadania; że ona także 
z ochotą i dumą poszłaby na krańce ciemnej jakiej puszczy i pod dach jakiej ubogiej numy, 
byleby nie mieć w sercu i życiu pustyni, byle czuć się kochaną serdecznie i wiernie i widzieć 
przed sobą cel, choćby drobną migocący gwiazdą! Myślała pewno, że miała dziś sen cudowny, 
w którym zjawiło się przed nią jakieś długie, czyste, wysokie szczęście... Gdy oderwała wzrok 
od przestrzeni, zobaczyła obok siebie wysokiego mężczyznę, który, tak jak ona, stał wsparty o 
drzewo i długo, uparcie patrzał, nie w przestrzeń — lecz na nią. Krewki i wzburzony rzucił 
czapkę o ziemię i zawołał: 
— Bodaj to takie życie i szczęście! Przeklęta dola, która człowiekowi daje tylko to, co 
bydlęciu! Orz dlatego, abyś jadł, buduj na to, abyś miał gdzie zasnąć! I bydlę ma takie szczęście! 
Kiedy prawdziwego kochania zażądasz, to ono dla ciebie za wysoko rośnie; kiedy dla ludzi 
uczynić co zechcesz, to nie masz sposobów ani wiadomości. Na zgubę tylko małym mrówkom 
Bóg skrzydła daje! 
Odwrócił się i czoło do drzewa przycisnąwszy stał rozżalony, gniewny, jakichś wyższych 
przeznaczeń i uczuć pragnący. 
Justynie się zdawało, że słuchając tej popędliwej skargi młodzieńczej słucha samej siebie. 
Myśl, dotąd jej obca, błysk domysłu przebiegły jej przez głowę. Szybko przebyła kilka stóp 
dzielących ją ze szczytem góry i na tym szczycie przy uśpionym zbożu stanęła ze śpiesznie 
oddychającą piersią i osłupiałym prawie zdziwieniem na twarzy. Na żółciejące pola noc już 
spłynęła, ale z tego wysokiego punktu oko mogło sięgnąć daleko i rozeznać wśród ciemnej 
przestrzeni szary szlak Niemna i ciemny pas wysoko nad nim rozciągniętych zagród. 
W okolicy życie dzienne ustawało; tu i ówdzie tylko pobłyskiwiały w oknach drobne światła, 
wzdymały się fale oddalonych głosów, ozywał się tętent konia albo turkot kół. W jednym 
miejscu dziecinna widocznie ręka wydobywała z harmoniki jęczące tony, z innego kiedy 
niekiedy dolatywało urywane śpiewanie skrzypiec. 
Justyna spojrzała w górę i wyobraźnia ukazała jej pod gwiazdami postać kobiety ze 
złocistymi włosy okrywającymi ją i jej harfę, z łaskawą sarną u boku. Płynęła górą, potężna i 
cicha, z ręką ku ciemnemu pasowi zagród opuszczoną. Błogosławiłaż je czy komu ukazywała? 
TOM II 
I 
W Olszynce, za olchowym gajem, od którego zapewne folwark ten wziął swe nazwanie, na 
łagodnej wyniosłości gruntu dom niewielki, drewniany, nieotynkowany, niby z kosza zieleni 
wychylał się ze starych, ogromnie rozrosłych bzów i z gęstego rzędu fasoli, która, tuż przy 
ścianie posadzona gęste, i teraz kwitnące swe sploty zarzucała na tyki sięgające prawie niskiego 
dachu. Z tyłu domu znajdował się spory sad owocowy, prostym częstokołem ogrodzony, bez 
dróg i upiększeń żadnych; z przodu, za małym, trawą i gdzieniegdzie chwastami porosłym 
dziedzińcem, po łagodnej spadzistości spływały aż ku olchowemu gajowi duże i urodzajne 
ogrody warzywne. Gaj był świeży, czysty, z grubymi i cienkimi drzewami rzadko rozstawionymi 
na wilgotnej i gładkiej murawie. Za rzadko rozstawionymi i gładkimi pniami przebłyskiwał w 
płaskich brzegach płynący tu Niemen i ukazywało się gdzieniegdzie przeciwległe wybrzeże, 
okryte, jak okiem sięgnąć, gładkim, wilgotnym pastwiskiem. Gdzieniegdzie, niby drobne obrazki 
w zielonych ramach, widać było zza drzew pasące się na tej zarzecznej płaszczyźnie trzody albo 
pastuszków skupionych dokoła roznieconego ognia, albo nędzne, nie wiedzieć czyje, samotnie 
śród przestrzeni stojące chaty. Za domem i sadem leżały gładkie pola; z obu stron warzywnych 
ogrodów zieleniały niskie łąki, na których rosły grupy wierzb, a w mokrych zagłębieniach gruntu 
rozrastał się jasnozielony ajer* i stały wysokie łozy z długimi, obwisłymi liśćmi i wierzchołkami 
podobnymi do aksamitnych kołpaków. Było to miejsce ciche, skromne i prawie odludne. Z domu 
i całego jego otoczenia od razu wnieść było można, że wśród średniej własności ziemskiej 
Olszynka była posiadłością możliwie najmniejszą. Wniosek ten potwierdzała wieś chłopska 
pomiędzy łąkami do grupy wierzb przyparta. Składało ją chat kilkanaście, dość czysto i dostatnio 
wyglądających. Z bliskości, w której znajdowała się od dworku, łatwo było zgadnąć, że kiedyś 
do Olszynki należała. Był to więc kiedyś mająteczek kilkunastochatowy, czyli znajdujący się na 
granicy, za którą już do najdrobniejszych ułamków ziemi spływała własność mała. 
Ostry chłód zapanował po niedawno spadłym gradzie; silny wiatr kołysał wierzchołkami 
kilku rosnących na dziedzińcu topoli włoskich; deszczowe chmury szybko biegły jedną za drugą, 
to zasłaniając, to odkrywając błękit nieba. Jednak w Olszynce wszystkie okna domu, otoczone 
kwitnącą fasolą, były na oścież otwarte. Stały na nich pomiędzy kilku mirtami i rozmarynami 
kwitnące fuksje i róże miesięczne. Na ganku jedna z ławek zastawiona była hładyszami* pełnymi 
zsiadłego mleka, na drugiej stał naprędce znać tu umieszczony kosz z sałatą i jarzynami. Długa 
sień, przedpokojem zarazem będąca, rozdzielała dom na dwie połowy, z których w jednej 
znajdowały się pokoje mieszkalne, w drugiej kuchnia i izba czeladna. W głębi sieni wielki 
zamek wiszący u drzwi niskich i wąskich oznajmiał spiżarnię. Za starą szafą widać było 
drabiniaste schodki na strych wiodące; pod ścianami stały proste, drewniane skrzynie i stołki, 
kosze, z łoziny uplecione, a na miejscu najwidoczniejszym — niecki pełne świeżo upranej 
bielizny. Miano ją zapewne na strych wynosić, ale tymczasem tu jeszcze pozostawiono. Zapach 
mydlin z kuchennymi woniami złączony napełniał sień pomimo drzwi na ganek otwartych; w 
kuchni trzeszczał ogień i rozlegały się głosy kobiece i dziecinne; w pokojach mieszkalnych cicho było zupełnie i tylko czasem dolatywało z nich monotonne mruczenie, z którego można było 
odgadnąć pracowicie uczące się dziecko. 
Po sieni, kuchni i izbie czeladnej krzątała się Kirłowa. Dla chłodu i panujących w domu 
ciągów miała na sobie rodzaj sukiennego tołubka*, spod którego widać było tylko brzeg 
perkalowej spódnicy. To nawet gospodarskie, grube ubranie uczynić jej nie mogło grubą i 
niezgrabną. Ze swą kibicią prostą, wysmukłą, o wdzięcznej linii biustu i ramion, która nadawała 
jej z daleka pozór pierwszej młodości, z ogorzałą cerą twarzy, silnie odbijającą od zawiązanej na 
szyi białej chustki, ze ślicznym warkoczem jasnych włosów, niedbale z tyłu głowy skręconym — 
zaglądała ona do dzieży, w której dziewczyna miesiła żytnie ciasto, albo przechodząc do izby 
czeladnej naglądała prania bielizny, albo od płonącego w wielkim piecu ognia odstawiała 
hładysze, w których mleko zsiadłe zamieniło się już na twaróg, i zastępowała je coraz innymi, 
które z ganku przynosiła. Miała dnia tego wiele zajęcia około trzech razem odbywających się 
robót: prania bielizny, pieczenia chleba i robienia serów. Była niezadowoloną z siebie samej, bo 
takie zbieganie się na dzień jeden robót kapitalnych uważała za błąd i złe rozporządzenie się 
gospodarskie. Należało inaczej, wcale inaczej czas i zajęcie rozłożyć; takim sposobem wszystko 
razem robiąc nic się prawdziwie porządnie nie zrobi. Chodząc, krzątając się, naglądając 
wszystkiego, a to i owo własnymi rękami dokonując, żale swe wypowiadała dwom pomocnicom 
swym, dużym i silnym dziewkom, z których jedna chleb miesiła, a druga bieliznę prała. Nie 
znaczyło to wcale, by te dziewczęta o cokolwiek obwiniać miała. Wcale nie. Sama była winną 
wszystkiemu; czy zaleniła się trochę, czy też jej tak jakoś pomieszało się w głowie. A tu i 
Marynia plecia ogrodów warzywnych doglądać musi, i pomocną jej być nie może! Ostatni ten 
wykrzyknik oburzył trzynastoletnią dziewczynkę, która kosz z jarzynami tylko co z ganku 
przyniósłszy i zawinąwszy po łokcie rękawy starej perkalowej sukienki zabierała się właśnie do 
mycia sałaty i skrobania marchwi. 
— A ja, mamo? — zawołała — przecież ja tu jestem! Czy to tylko Marynia jest mamy córką? 
Przechodząc Kirłowa ręką gorącą od hładyszy, które w tej chwili od ognia odstawiała, 
pogładziła jasne, krótko ucięte włosy córki. Wszystkie one miały takie, jak len, jasne włosy: i 
ona sama, i szesnastoletnia Marynia, i trzynastoletnia Rózia, i nawet chłopcy. Nie wiedziała 
tylko, i nieraz nawet aż w głowę zachodziła, skąd ten najmłodszy jej dzieciak, ta czteroletnia 
Bronia, która jak cień za człowiekiem krok w krok za nią chodziła, wzięła swoją cygańską cerę 
razem ze swymi czarnymi jak atrament włosami i oczami. Było to w jej rodzinie pod każdym 
względem wyjątkowe stworzenie. Żadne z jej dzieci, gdy było małym, tak stale i nieustannie nie 
trzymało się jej spódnicy, jak ten mały i czarny rozczochraniec, bo włosy jej nie tylko były 
czarne, ale i wiecznie rozczochrane; kręciły się one jak wióry i żeby tam nie wiedzieć ile razy na 
dzień je czesać, zawsze wszystkie do góry powstawały albo na śniade czoło opadały, a spod nich 
jak żużle gorejące, czarne oczy patrzały na matkę, ciągle na matkę. I teraz oto tuż przy jej 
tołubku nieustannie z kuchni do sieni, z sieni na ganek, z ganku do izby czeladnej drepce a 
drepce w starych zrudziałych trzewikach, których tasiemki, żeby je sto razy na dzień najmocniej 
związać, zawsze rozwiążą się i wleką po ziemi za malutkimi nóżkami. W takim samym, jak 
matka, tołubku, bo najmłodszą będąc najłatwiej zaziębić się może, drepce i gada, tak samo 
nieustannie gada, jak drepce, choć nikt jej słuchać ani myśli, a tylko jedna Rózia od kuchennego 
stołu, na którym sałatę myje, odzywa się do niej czasem, z żartobliwą przekorą rozpoczynając 
sprzeczki czy napomnienia, o które znowu ona wcale nie dba. Wtem potknęła się i jak długa 
upadła. Zaraz przecież zerwała się z ziemi, wystraszonymi oczami patrząc, czy przez czas jej 
padania matka jej nie uciekła. Kirłowa na ziemi przysiadła i spełniać zaczęła robotę Penelopy, 
czyli związywanie u trzewików tasiemek, które były przyczyną upadku. 
— Żebyś bo ty, Broniu, choć na moment gdziekolwiek przysiadła. 
Dziecko zaśmiało się na całą kuchnię, a potem niespodzianie, z zadziwiającą logiką swej 
czteroletniej, rozczochranej główki odpowiedziało: 
— Kiedyż ja, mamo, jeść chcę! 
— Masz tobie — wstając stęknęła Kirłowa — godzinę temu przecież obiad jadłaś. 
Dziewczynka tym razem ramiona swe w grubych rękawach tołubka szeroko rozłożyła i 
bardzo poważnie usprawiedliwiła się: 
— Kiedyż ja jeść chcę! 
Kirłowa z szafy wyjęła bochen razowego chleba, odkroiła zeń kawał spory, miodem 
posmarowała i małej podała. Ząbki jak perełki drobne i białe zatopiły się chciwie w czarnym i 
osłodzonym chlebie macierzyńskim, ale właścicielka ich, głośno przeżuwając i różowe policzki 
miodem sobie osmarowując, nie mniej wytrwale niż wprzódy przy tołubku, tuż przy matczynym 
tołubku dreptała, a tasiemki jej trzewików znowu rozwiązane i wijące się w różne esy ciągnęły 
się za nią po ziemi. Jak tam przecież było, to było z córkami, ale co robią chłopcy, mianowicie 
młodszy Boleś, którego w bawialnym pokoju co dzień na parę godzin na klucz zamykała, aby 
już od książki odejść nie mógł. Starszy, Staś, pewno tam z chłopskimi dziećmi po łące czy 
drodze hasa i powróci z czołem pełnym guzów. Ale jemu więcej wolno, bo z promocją do 
czwartej klasy na wakacje przyjechał. Boleś zaś dwa lata już w drugiej klasie przesiedział i 
jeszcze promocji nie dostał. Zlękła się była tego ogromnie. Na rok trzeci w tej samej klasie 
pozostać nie wolno. Pójdzie precz ze szkoły i co ona z nim potem zrobi? Pojechała do miasta i 
wyprosiła, wychodziła, wyjęczała dla niego pozwolenie zdania powtórnych egzaminów po 
wakacjach. Powinien się więc do nich przygotowywać, a nie chce. Swawolny i leniwy. W ojca 
się wrodził. Cóż robić jednak? Napędzać dziecko trzeba, bo bez szkół — zginie. Ile ją już ten 
chłopiec bezsennych nocy kosztował! Ciekawość, czy teraz zamknięty w pokoju na klucz uczy 
się albo pustuje? Wyszła do sieni, aby przez drzwi posłuchać, co się w bawialnym pokoju dzieje, 
ale w tejże chwili dał się słyszeć stuk, brzęk i na dziedzińcu tętent szybko biegnących nóg. 
Kirłowa, a za nią malutka Bronia i większa Rózia na ganek wybiegły. Okazało się, że więzień, 
długim zamknięciem zniecierpliwiony, przez okno wyskoczył, wazon z kwitnącą fuksją stłukł i 
za bramę uciekał. Rozległy się wołania matki i sióstr, na które przecież był głuchy, z 
rozrzuconymi włosami, w swej przeszłorocznej podartej bluzce szkolnej co sił uciekając i w 
ucieczce tej ukazując podarte podeszwy butów. Gdyby Kirłowa na bunt ten zrezygnowała się* 
pobłażliwie, macierzyńska powaga jej ucierpiałaby na tym wielce. Nie pierwszy to już raz 
zresztą Olszynka była świadkiem podobnych skandalów. Dziewka od dzieży zbiega dogoniła, 
który z pogardą eskortę jej łokciami odpychając, nadąsany, ale i zawstydzony, do domu wrócił. 
Kirłowa z rozpaczą w oczach i gestach ze skrzyni stojącej w sieni i będącej składem przeróżnych 
rupieci gruby sznur dostała. 
— Chodź! — z wielką powagą do syna rzekła i za rękę go wziąwszy do bawialnego pokoju 
wprowadziła drzwi za sobą zamykając. Słychać było, że mówiła tam z gniewem i krzykiem, to 
znowu tonem upominania i przekonywania; wyszła po chwili z twarzą w ogniu, z drżącymi 
trochę rękami i ustami. Widać było po niej, że to srogie mentorstwo, które zmuszoną była 
względem dzieci swych okazywać, wiele ją kosztowało. Drzwi na klucz już nie zamykała, a na 
wystraszone i pytające spojrzenie Rózi odpowiedziała: 
— Przywiązałam go do kanapy i kazałam uczyć się... Mocno przywiązałam... 
Ale wnet uderzyła w nią troska nowa. 
— Żeby tylko Staś nie zaziębił się w taki zimny dzień latając... Dziś z rana gardło go bolało. A 
nie widziałaś, Róziu, w czym Marynia do ogrodu poszła? 
— Marynia poszła w tołubku, ale Staś poleciał w jednej płóciennej bluzce i mówił Rózi, że 
gardło go coraz gorzej boli. 
— Masz tobie! — za głowę schwyciła się Kirłowa.– Poszłabym go szukać, ale czasu nie mam... 
Istotnie, nie miała ani chwili czasu, bo oto i teraz we drzwiach od kuchni zjawił się młody 
oficjalista, namiestnikiem* tytułowany, jedyny jej w gospodarstwie pomocnik, który oznajmił, że 
ci kupcy, którzy tu tydzień temu zajeżdżali, przybyli znowu i życzą sobie zobaczyć wełnę. 
Ucieszyła się tą wiadomością bardzo. Miała około dwiestu owiec, merynosów, z których co roku 
sprzedawała mniej więcej dziesięć pudów wełny. Był to jedyny grosz, który wpływał do jej 
kieszeni w miesiącach letnich nie licząc nabiału i warzyw, których sprzedażą w najbliższym 
miasteczku opędzała potrzeby domowe. Przy zbliżających się żniwach, które znacznego wydatku 
na robotnika potrzebują, kupcy na wełnę byli jej niezmiernie pożądanymi. Zapomniała na chwilę 
o chlebie, serach, praniu, przywiązanym do kanapy Bolku i chorym na gardło Stasiu, z wielkim 
kluczem wyszła z domu i skierowała się ku spichrzowi, przy którego drzwiach oczekiwali na nią 
przybyli kupcy. 
Jednokonny ich wózek stał przy bramie; za bramą i dziedzińcem widać było ogród warzywny, 
na którego zagonach siedziało kilka kobiet wiejskich. W pobliżu tych kobiet, na zagonie także, 
siedziała młodziutka dziewczyna w sukiennym tołubku, na który spadał gruby warkocz jasnych 
włosów. Siedziała na zagonie i podnosiła głowę ku siedzącemu na płocie młodemu człowiekowi 
w myśliwskim ubraniu. Młody ten człowiek miał na plecach fuzję i z wielkim ożywieniem o 
czymś rozprawiał. Pomiędzy dwojgiem młodych ludzi leżał wielki, czarny wyżeł i pąsowymi 
czapkami świeciło kilkoro drobnych chłopskich dzieci. Kirłowa patrząc na ten dość daleki, ale 
wyraźnie widzialny punkt przestrzeni uśmiechnęła się. W rozmawiającej i dziecięcym 
drobiazgiem otoczonej parze poznała najstarszą córkę swoją i młodego Witolda Korczyńskiego. 
Nie miała jednak czasu przypatrywać się im długo; z ciężkością wielkim kluczem spichrz 
otworzyła i we wnętrzu jego wraz z kupcami zniknęła. Zabawiła tam dobry kwadrans, potem 
ukazała się znowu na dziedzińcu. Wiatr zadął silniejszy jeszcze jak wprzódy i nisko giął szczyty 
topoli. Olchowy gaj szumiał, za nim przebłyskiwały burzące się fale Niemna; ciemna i gruba 
chmura w otoczeniu mniejszych i lżejszych sunęła samym środkiem nieba; ostry i zimny deszcz 
padać zaczął. Kirłowa obejrzała się na ogród warzywny i zobaczyła młodą parę wraz z gromadką 
dzieci i czarnym wyżłem szybko dążącą ku małemu budynkowi, który u końca ogrodów 
warzywnych do płotu dziedzińca przyparty służył na skład ogrodowych nasion. Kobiety pielące 
z zagonów nie wstając podniosły głowy i patrząc na dziecinny drobiazg, który zapewne do nich 
należał, a teraz pod dach był uprowadzonym, śmiały się głośno i z uradowaniem. Kobieta 
pomiędzy dwoma kupcami od spichrza ku domowi idąca uśmiechnęła się znowu, ale wnet do 
towarzyszy swych zagadała. W burzliwej fali wichru i deszczu, z mokrymi włosami, zziębłe ręce 
w rękawy tołubka chowając, szła jak zwykle prosto, zgrabna i z dala dziwnie młodo i delikatnie 
wyglądająca, ale mówiła głosem podniesionym, z coraz większą energią i zaciętością; słychać ją 
było na całym dziedzińcu i aż w kuchni. Targowała się z kupcami, którzy jej dawali po 
osiemnaście rubli za pud wełny, a ona żądała po dwadzieścia. Coraz głośniej i energiczniej 
dowodziła przymiotów swego towaru, zsyłała się na Korczyńskiego i innych sąsiadów, którzy za 
tę cenę wełnę swą sprzedawali, przysięgała na dzieci, że taniej nie odda. Tak doszła aż do ganku, 
na którym jednak, gdy stanęła twarzą ku dziedzińcowi zwrócona, umilkła, a potem wykrzyknęła: 
— A toż co? 
Drogą pomiędzy gajem olchowym a warzywnymi ogrodami szybko jechała i już ku otwartej 
bramie dziedzińca zawracała zgrabna, błyszcząca od szkieł i posrebrzań, czterema pięknymi 
końmi ciągnięta karetka. Konie były w angielskich szorach*, na koźle siedział brodaty stangret i 
młody lokaj w zielonej, pozłacanymi taśmami szamerowanej kurcie. Poznała karetę i konie 
Różyca. Kupcy na widok przybywającego grzecznie oświadczyli, że do odjazdu gościa na 
zakończenie interesu czekać będą. Ale Kirłowa nie słyszała tego, co mówili. Zmieszała się tak, 
że przywiędłe policzki i drobnymi zmarszczkami porysowane czoło okrył aż po brzegi jasnych włosów świeży jak u młodej dziewczyny rumieniec. Wielki Boże! trzy hładyszki z mlekiem 
zsiadłym na ławce ganku, w sieni niecki z mokrą bielizną i zapach mydlin, a ona sama w starym 
tołubku i białej muślinowej chustce na szyi! Do sieni wpadła i z energicznymi gestami 
przywoływała dziewkę kuchenną, półgłosem rozkazując jej wnieść do izby czeladnej niecki z 
bielizną. Dziewka bosa, w grubej koszuli i krótkiej spódnicy, z czerwonymi, po łokcie 
obnażonymi i twarogiem poplamionymi rękami, wypadła z kuchni, porwała niecki i biegła z 
nimi przez sień właśnie w chwili, kiedy Różyc wysiadłszy z karetki w progu domu stanął. Za 
nim, na ganku, widać było zieloną, złotym galonem oszytą czapkę i trochę hardą, a trochę 
drwiącą twarz młodego lokaja. Dziewczyna z nieckami jak wryta stanęła, szeroko oczy i usta 
otwierając, i żadne mrugania ani gesty gospodyni domu zruszyć jej z miejsca nie mogły. Ale 
Różyc zdawał się wcale nie spostrzegać kłopotu, którego był przyczyną, i twarzą ku wieszadłom 
zwrócony, bardzo powoli, z pomocą lokaja paltot zdejmował. Potem zwrócił się ku gospodyni, 
która milcząc ze zmieszania rękę mu na powitanie podawała. Zrazu mniemać by można, że z 
niejaką przykrością przyjdzie temu wykwintnemu panu ścisnąć tę opaloną, widoczne ślady 
bliskich stosunków z kuchnią i praczkarnią noszącą rękę kobiecą. Przed chwilą właśnie od 
dotykania worów z wełną przylgnęło do niej trochę białawego pyłu, a przy zakręcaniu wielkiego 
klucza w zamku spichrza gwóźdź jakiś ją zadrasnął i pozostawił długą, czerwoną kresę. Jednak 
Różyc, nisko pochylony; złożył na tej ręce pocałunek nie ceremonialny, ale długi i przyjacielski. 
Bardzo ładne i jeszcze różowe usta Kirłowej zarysowały pośród zwiędłej twarzy uśmiech 
serdeczny. Otworzyła drzwi bawialnego pokoju. 
— Proszę wejść, kuzynku, bardzo proszę; tak cieszę się, że cię widzę... tak dawno u nas nie 
byłeś! 
Widać było, że cieszyła się istotnie, ale zaledwie przestąpiła próg pokoju, rumieniec znowu 
zalał jej twarz i czoło. Na kanapce przed rozłożoną książką siedział nadąsany, jak piwonia 
czerwony Boleś z nogą do nogi kanapy przywiązaną. Ten okropny chłopiec wyskakując przez 
okno rozlał atrament i w kilku miejscach poplamił nim pomalowaną na czerwono podłogę; w 
dodatku tuż przy jej tołubku znalazła się znowu Bronia, ta czarna, rozczochrana Bronia, ze 
swymi utrapionymi tasiemkami od trzewików, które ciągnęły się po ziemi. Mniejsza już o te 
tasiemki, ale chłopca odwiązać trzeba, choćby dlatego, że siedzi na jedynym miejscu, na którym 
z gościem swym zasiąść ona może! 
Pobiegła ku kanapie, przysiadła na ziemi i drżącymi trochę rękami rozwiązywała sznurek, 
który sama z przebiegłością więziennego dozorcy w mnóstwo węzłów była splątała. Różyc i tego 
jej kłopotu zdawał się wcale nie spostrzegać. Nachylił się do Broni pytając, czy zdrowa i 
dlaczego sobie czarnych oczu lepiej nie umyła, a potem nawet wziął dziecko na ręce i w oba 
miodem usmarowane policzki je ucałowawszy, z wolna znowu na ziemi postawił. Podniesienie 
tego małego ciężaru sprawiło mu znać zmęczenie, bo ręką powiódł po drgającym czole i głęboko 
odetchnął. Binokle opadły mu na piersi. Uśmiechał się do dziecka, ale wyraz oczu jego był 
smutny. Na koniec, uwolniony z więzów chłopiec, czerwony i zawstydzony, w kształcie ukłonu 
szasnął przed gościem nogami, z pokoju wypadł i drzwi za sobą ze stukiem zatrzasnął. Różyc 
trzymając ciemną rączkę dziewczynki zwrócił się do Kirłowej: 
— Ta faworytka moja wyrośnie na niepospolicie piękną kobietę; zobaczysz to, kuzynko. Już ja 
się na tym znam ! 
— Zawsze jesteś łaskaw na małego rozczochrańca tego, kuzynie — ze swym ponętnym 
uśmiechem odpowiedziała Kirłowa, ale oczy jej miały ciągle wyraz roztargniony i postawa była 
wahającą się i zmieszaną. W małej bawialni swej spostrzegła nieporządki, które ją zawstydzały. 
Kwieciste perkalowe pokrycie skromnych sprzętów swawolni jej synowie poplamili piaskiem i 
atramentem, pył okrywał stojącą pomiędzy oknami mahoniową komodę, i była to już wina Rózi, 
do której codziennie sprzątanie mieszkania należało. Z pośpiechem zamykała drzwi, przez które 
widać było sypialny pokój z dwoma usłanymi łóżkami i toaletą mahoniową, wielkim lustrem i 
rzeźbami przyozdobioną. Łóżka były czyste i nawet ozdobnie usłane, a staroświecka wyprawna 
jej toaleta stanowiła sprzęt dość osobliwy i kosztowny. Ale Kirłowa pamiętała dobrze o tym, że 
sypialnia, nawet najozdobniejsza, nie powinna ukazywać się oczom gości. Cóż, kiedy w tym 
domku były po stronie mieszkalnej tylko cztery pokoje: bawialny, sypialny, dziecinny i mała 
jadalnia, w której teraz sypiali chłopcy i kilka kur siedziało na jajach. Nie sposób było w takiej 
ciasnocie zachować wszystkie przepisy przyzwoitego urządzenia domu. Właśnie w chwili kiedy 
drzwiami otwierającymi się z jednej tylko strony widok sypialnego pokoju przed gościem 
zasłaniała, Różyc prawie pieszczotliwym ruchem rękę jej zdjął ze starej, żelaznej klamki i 
zatrzymując ją w swych chudych, ale jak atłas białych i gładkich rękach, z uśmiechem zaczął: 
— Widzę, kuzynko, że przyjazdem swoim sprawiam ci zawsze kłopot, i to mię martwi... Będę 
w tym wypadku, o! tylko w tym wypadku, lepszym od ciebie, bo zupełnie otwartym, i poproszę, 
abyś mię szczerzej uważała za krewnego swego, przed którym nie czuje się potrzeby ani 
ukrywać czegokolwiek, ani czegokolwiek się wstydzić... Dobrze, kuzyneczko? Proszę 
powiedzieć, że tak nadal będzie. Dobrze?... 
Rękę jej ciągle w dłoniach swych trzymając mówił to z tak serdecznym połączeniem żartu i 
czułości, że Kirłowa, uradowana i ujęta, znowu po brzegi włosów zarumieniona, ręce jego 
mocno ściskała. 
— Dziękuję ci, Teosiu — zaczęła — bardzo dobry jesteś... a1e ja, widzisz; mam dawne 
przyzwyczajenia moje, których nigdy pozbyć się nie mogę... 
— Niechże ci więc te przyzwyczajenia brużdżą w stosunkach z innymi, ale nie ze mną — 
żywiej niż zwykle zawołał Różyc. — Zresztą — dodał — powinnaś wiedzieć, że tyle już widziałem 
i zaznałem wszelkiego rodzaju zbytków, że mię największe bogactwa zadziwić nie mogą. 
Gdybyś była taką, jakimi zwykle bywają kobiety bogate, mniej bym się czuł do ciebie 
pociągniętym... 
Zupełnie już ośmielona, z figlarnym błyskiem oczu, który zdradzał, że kiedyś, w pierwszej 
może młodości, zalotność zupełnie obcą jej nie była, zauważyła: 
— Lubisz rozmaitość, kuzynku, i temu to widać względy twe zawdzięczam! 
Siadając obok niej na kanapie z uśmiechem odpowiedział: 
— Jestem, moja droga kuzynko, wielkim nicdobrego, który choruje od objedzenia się 
marcepanami i z uszanowaniem spogląda na ch1eb razowy... 
— O! — śmiejąc się zawołała — bardzo trafne nazwanie dla siebie wymyśliłeś! Trzeba 
rzeczywiście być wielkim nicdobrego, aby tak ślicznie urządzić się ze wszystkim... 
— Otóż to — potwierdził — otóż tak obchodź się ze mną zawsze! Jesteś jedyną w świecie osobą, 
która mi w oczy gorzkie prawdy mówi. Z początku mię tym zdziwiłaś, a potem zachwyciłaś. 
Chciałbym, abyś mię więcej jeszcze łajała. To coś na kształt uczucia owych dawnych 
pokutników, którym się zdawało, że za każdym uderzeniem dyscypliny jeden grzech spadał im z 
pleców... 
— Gdyby wszystkie twoje grzechy z pleców ci zrzucić, trzeba by ręki silniejszej niż moja — 
zaśmiała się jeszcze. 
Śmiech jej przecież, z początku swobodny i trochę rubaszny, topniał w żalu, który napełnił jej 
oczy. Wzięła rękę krewnego i patrząc mu w twarz zapytała: 
— Cóż? jakże? czy nie chorowałeś bardzo w tych czasach? może już obejrzałeś swoje majątki? 
A z tym okropnym przyzwyczajeniem... wiesz! co słychać? Może choć trochę starasz się 
przezwyciężać?... 
Różyc uśmiechał się niedbale, ale zarazem i przyjaźnie 
— Tyle mi na raz pytań zadałaś, moja droga spowiedniczko — rzekł — że nie wiem, na co 
wpierw odpowiadać. Nie chorowałem gorzej niż zwykle, ponieważ jedyną chorobą moją jest 
nieopisana apatia, mam się trochę lepiej, bo znalazłem coś, co mię w ostatnich czasach trochę 
podniecać zaczęło. Majątków swoich nie tylko jeszcze nie obejrzałem, ale mię sama myśl o tych 
oględzinach w rozpacz wprawia. Wiesz dobrze dlaczego. Lenistwo nieprzezwyciężone, zupełne 
do podobnych rzeczy i ludzi nieprzyzwyczajenie, na koniec i może najbardziej wieczne i 
nieodparte pytanie: po co? 
— Na koniec i najbardziej — z żywością przerwała — to twoje dziwne, okropne, z paskudnego 
tego świata, w którym żyłeś, przywiezione przyzwyczajenie... 
Zaśmiał się głośno. 
Kirłowa brwi zmarszczyła, energicznie jednak ściśniętą ręką o dłoń drugiej uderzając 
zawołała: 
— Śmiej się, ile chcesz, a ja zawsze powiem, że to jest jakaś niesłychana i niewidziana 
okropność... Już nasi chłopi lepsi, co się po prostu wódką upijają... 
— Niesłychana i niewidziana rzecz dla ciebie, moja kuzynko, i dla was wszystkich w 
odludnych kątach żyjących, ale na szerokim świecie rozpowszechnia się to bardzo, staje się 
prawie epidemicznym... 
Bystro zmęczonymi oczami na niego popatrzała: 
— Czy nie mogłeś uniknąć tej epidemii? Skąd ją wziąłeś? Nigdyś mi jeszcze o tym nie mówił. 
— Bardzo prosto — odpowiedział. — Pojedynkowałem się i byłem raniony w taki sposób, że 
cierpiałem okropnie... Z początku zadawano mi znaczne dozy narkotyku tego dla zmniejszenia 
bólów, a potem przywykłem... Jedyne to już dla mnie wyjście, przez które uciekam od ciężkiej 
nudy, od upadku sił i może jeszcze od... od czegoś podobnego do rozpaczy! 
Przykrył binoklami oczy, w których przebiegły gorączkowe błyski. Ona słuchała go ze 
zdziwieniem i ciszej jak wprzódy wymówiła: 
— Pojedynkowałeś się! Jezus, Maria! I to więc prawda, że pojedynkowałeś się! Z kim? o co? 
Z ostrym, nerwowym śmiechem odrzucił plecy na tylną poręcz kanapy. Po drgającym czole i 
dokoła śmiejących się ust przebiegła mu błyskawica cynizmu*, gdy odpowiedział: 
— Z kim? mniejsza o to! O co? wiesz? o ścierkę! 
Kirłowa obie dłonie do głowy podniosła. 
— A niechże diabli wezmą ten wasz wielki świat, na którym rosną takie szkaradztwa i takie 
trucizny! Wolę już ja być głupią parafianką, gęsią, owcą, a takiego wielkiego świata nie znać! 
— I masz słuszność — krótko rzekł Różyc. 
Słowa te z prostotą wymówione ułagodziły ją w mgnieniu oka. Z powagą jednak mówić 
zaczęła: 
— Ponieważ, kuzynie, zwierzyłeś się przede mną ze wszystkim, uważałabym się za podłą, 
gdybym ci pobłażała i przytakiwała... 
Urwała i zmieszała się trochę, bo uczuła nagle, że w mowę jej wplątywać się zaczęły 
wyrażenia grube i które dla siebie za niewłaściwe uważała. Tych wyrażeń i pewnych szorstkich 
dźwięków głosu nabrała w ciągłej styczności ze służbą, z parobkami, z robotnikami, a tak przy 
tym była żywą, że uniknąć ich nie mogła wtedy nawet, kiedy tego chciała najbardziej. 
— Jak wprzódy w swoim domu, tak teraz w swojej mowie coś nieeleganckiego spostrzegłaś, 
prawda?– zapytał przybyły. 
Zarumieniła się znowu trochę, ale wnet od siebie myśl odwracając, z zamyśleniem 
wymówiła: 
— Dziwna rzecz! Jesteś jednak i dobry, i rozumny... To tak zupełnie wygląda, jakby w jednym 
człowieku było dwóch ludzi... 
Różyc w rękę ją pocałował, 
— Powiedziałaś jak filozof. Widzisz, to ta dwoistość jest kluczem do odgadywania wielu na 
świecie zagadek... 
Splotła ręce na kolanach i kołysała głową w obie strony. 
— Wiesz co, kuzynie? — zaczęła — zdaje mi się, że byłbyś daleko szczęśliwszym, gdybyś się 
takim bogatym nie urodził. 
— Albo — przerwał — gdybym się był urodził... bardzo głupim. 
— Jak to? — zapytała. 
— Zgadnij! — zażartował i z ciekawością na nią patrzał. 
Przez chwilę myślała. 
— Cóż to tak trudnego do odgadnięcia! Gdybyś był głupcem, nie dbałbyś o nic i do końca 
hulałbyś sobie wesoło, a ponieważ, choć późno, do rozumu przyszedłeś, zrozumiałeś, coś 
zmarnotrawił i stracił! 
Śmiał się. 
— Nie masz pojęcia, kuzynko, jak lubię z tobą rozmawiać. Zupełnie rozumne rzeczy 
wypowiadasz w taki sposób... 
Zamyślili się oboje. Kobieta znowu roztargnioną stawać się zaczęła. Dość długa już rozmowa 
o przedmiotach obcych codziennym jej zajęciom zmęczyła ją nieco. Przypomniała też sobie 
swoje dzisiejsze roboty i interesy, myślała: czy też chleb posadzono już do pieca i czy kupcy na 
wełnę nie zniecierpliwili się czasem i nie odjechali? Wstała z kanapy, a zupełnie jednocześnie z 
nią podniosła się z ziemi siedząca dotąd u jej kolan mała Bronia. 
— Każę zaraz podać herbatę... 
Różyc z żywym poruszeniem upewnił, że herbaty nigdy prawie nie pija. Popatrzała na niego 
trochę przenikliwie, a trochę ze zmieszaniem. Po chwili jednak śmiało rzekła: 
— Mówisz nieprawdę. Herbatę lubisz i pijasz jej wiele... wiem o tym od męża. Ale raz już 
spróbowałeś naszej i wiesz, że nie jest tak wyborną jak ta, do której przywykłeś... 
Różyca prawdomówność jej widocznie bawiła i ujmowała. 
— Moja wina! — zawołał — złapałaś mię na kłamstwie. Wszelkiej rzeczy niesmacznej lękam się 
jak ognia... 
— Trzeba było powiedzieć tak od razu. Po co kłamać? I bez tego już pewno nakłamałeś w 
życiu jak ostatni faryzeusz. Przyniosę ci więc konfitur, bo o konfiturach moich nie będziesz mógł 
powiedzieć, że są niesmaczne. Nauczyłam się kiedyś przyrządzać je od Marty Korczyńskiej... 
Niewiele ich zwykle smażę, ale lepszych pewno i w swoim Wiedniu nie jadłeś! 
Prędko wyszła z pokoju, a razem z nią, tuż przy jej tołubku, podreptała Bronia w ręce 
klaszcząc i wołając: 
— Konfiturzki będą! konfiturzki! i ja, mamo, chcę konfiturzek! 
Z całej, dość osobliwej rozmowy dwojga krewnych dla tej małej, rozczochranej, czarnookiej 
istotki ten jeden wyraz posiadał sens zrozumiały. 
W gruncie rzeczy oprócz szczerej chęci uczęstowania krewnego Kirłowa pałała żądzą 
zajrzenia na drugą stronę domu. Musiało tam coś w jej nieobecności zepsuć się czy niezupełnie 
udać, bo do bawialnego pokoju doszedł po chwili podniesiony nieco głos, którym przemawiała 
do służących. Potem jeszcze zamieniła już w sieni kilka słów z kupcami i na koniec do 
bawialnego pokoju weszła niosąc na tacy kilka pełnych konfitur spodków. Tuż obok niej, 
potykając się co chwilę o rozwiązane tasiemki trzewików przydreptała Bronia. Za nią Rózia 
wniosła talerz pięknych malin i miałki cukier w staroświeckim, kunsztownie wyrobionym 
kubku. Takie kosztowne i piękne przedmioty, jak mahoniowa komoda pod ścianą, dwa olejne 
portrety na ścianie, toaleta z wielkim lustrem i rzeźbami, srebrny, osobliwego kształtu kubek, 
dziwnie odbijały na skromnym aż do ubóstwa tle tego domu, przypominając zarazem, że 
gospodyni jego pochodziła ze starego i niegdyś bogatego domu. 
Postawiwszy na stole maliny i cukier Rózia, poważnie prostując swą jak u matki zgrabną i już 
wysmukłą kibić z jasnymi, krótko uciętymi włosami, które przy każdym jej kroku w górę nieco 
podlatywały, wyszła z pokoju. Matka szepnęła jej coś o bieliźnie, kupcach i Stasiu. 
Różyc prędko i z pewną gwałtownością w ruchu ręki podnoszącej do ust łyżeczkę, jedząc 
konfitury mówić zaczął: 
— Wyborne, istotnie wyborne! Przepadam za słodyczami i paru godzin obejść się bez nich nie 
mogę! Więc nauczyłaś się smażyć konfitury od panny Marty Korczyńskiej... od tej oryginalnej 
starej panny... Bardzo to jest szanowna osoba, skoro takie umiejętności posiada... Ale, á propos, 
dawno widziałaś pannę Justynę? 
Kirłowa, spodek, na który położyła trochę konfitur, wkładając w ciemną rączkę Broni, żywo 
odpowiedziała: 
— Zdaje się, że nikt jej tak niedawno, jak ty, kuzynku, widzieć nie mógł. Przyjechałeś tu 
przecież z Korczyna. 
— Skądże wiesz?... 
— Słyszałam, jak o tym w kuchni mówił twój lokaj, i przyznam ci się, że zła jestem na ciebie 
za to ciągłe podjeżdżanie do Korczyna... 
— Naprzód nie ciągłe, bo byłem dotąd zaledwie kilka razy, a potem, czegóż zła jesteś? 
— Wiesz o tym dobrze — sarknęła. 
— Łaj mię więc — odpowiedział — pozwalam i nawet proszę. Ale cóż ja temu winien jestem, że 
panna Justyna bardzo mi się podoba? 
— Otóż to! — zawołała — dla ciebie i tobie podobnych jedna jest tylko ważna rzecz na świecie: 
podoba się albo się nie podoba. Zresztą nic. 
— Masz słuszność — odrzekł. 
— Ale na koniec — z coraz większą irytacją wołała — z czego ona, na nieszczęście swoje, tak 
bardzo ci się podobała? Przystojna jest, to prawda, ale tysiąc piękniejszych widziałeś pewno na 
świecie. Kokietką nie jest... 
— Otóż to — potwierdził Różyc. 
— Edukowali ją wprawdzie krewni, ale znowu ta edukacja nie jest tak bardzo świetną... 
— Otóż to — powtórzył. 
— Szczególniej od tej swojej historii z Zygmuntem Korczyńskim zrobiła się bardzo poważna, 
nie stroi się, nie zaleca do mężczyzn, nie szczebiocze... 
— Otóż to — raz jeszcze wymówił. 
— Więc cóż? Wy tam przecież na świecie do wcale innych kobiet przywykliście i dla wcale 
innych głowy tracicie! 
Przestał jeść konfitury, których prędko zjadł bardzo wiele, i o poręcz kanapy plecy opierając, 
z na wpół żartobliwą, a na wpół szczerą powagą mówić zaczął: 
— Przede wszystkim masz wiedzieć, że takie kryształowe, jak ty, osoby, wcale się na takich 
rzeczach nie znają. My tylko, wiesz? nicponie, wiemy dobrze, dlaczego do tej lub tej kobiety 
pociąg czujemy... Rozumiesz? pociąg, czyli instynkt, który daje nam wiedzieć, że z tą właśnie 
kobietą wychylić możemy w pełnym tego słowa znaczeniu kielich rozkoszy... Otóż i rumienisz 
się teraz jak pensjonarka... Ah! ah! cóż to za boska rzecz taki rumieniec na twarzy matki 
pięciorga dzieci! 
Rumieniła się istotnie, po swojemu, dziewiczo płomiennym i świeżym rumieńcem, ale 
przezwyciężając zawstydzenie, poważnie rzekła: 
— Nic nie szkodzi. Mów wszystko. Chcę wiedzieć, co myślisz o Justynie... 
— Zatem — mówił dalej — na pierwszym miejscu stoi tu pociąg czy, jaśniej dla ciebie wyrażając 
się, sympatia. Do panny Justyny uczułem od razu sympatię... wyznaję nawet, że bardzo, bardzo 
żywą... Masz słuszność, że wiele, wiele piękniejszych kobiet znałem na świecie i nawet... 
zdrowie i majątek na całopalenie przed nimi składałem... Ale w tym kontraście czarnych włosów 
i szarych oczu, jaki się znajduje u panny Justyny, w jej kibici, ruchach etc., etc. jest coś... coś 
takiego, słowem... ale passons* , ty tego nie zrozumiesz... ta dziewczyna ma temperament, 
upewniam cię, ma nawet wiele temperamentu... 
— Passons! — powtórzyła Kirłowa — cóż dalej? 
— Dalej jest to właśnie, co przed chwilą wyliczyłaś. Kokietek, szczebiotek, histeryczek, 
prawdziwych i fałszywych księżniczek miałem dosyć, zanadto; toujours des perdrix* nie było 
nigdy dewizą moją. Dla zmiany, widać, zacząłem przepadać za zdrowiem ciała i duszy, czego 
najlepszym dowodem jest ta admiracja i te rzetelne przywiązanie, które dla ciebie, kuzynko, 
powziąłem. 
Parę razy zdjął swe binokle i znowu nimi oczy zasłonił. Znowu też machinalnie zaczął jeść 
konfitury. Nagle, przerywając sobie jedzenie, zaczął: 
— Dziś, na przykład, siedziałem obok niej przy obiedzie. Dopóki dawałem jej to i owo do 
zrozumienia, okazywała się chmurną i odporną, prawie nie odzywała się, nie patrzała na mnie. 
Zmieniłem taktykę i zacząłem z tonu obiektywnego... ożywiła się natychmiast i rozmawiała 
bardzo przyjemnie. Opowiadała mi o naturze otaczającej Korczyn, o jakimś parowie 
nadniemeńskim i wcale pięknym przywiązanym do niego podaniu ludowym... w taki sposób, że 
byłem... byłem prawdziwie zajęty. Bardzo, bardzo jest rozsądną i kiedy mówi o takich rzeczach, 
które ją zajmują, ma takie ogniki w oczach i coś takiego w układzie ust... Tylko... Szturmem jej 
wziąć nie można... Dyplomacji cnota potrzebuje... i jest to jedyną jej przywarą, a zarazem i 
najsilniejszą ponętą... 
Kirłowa była tak zamyśloną, że ostatnich słów krewnego zdawała się nie słyszeć. Nagle 
podniosła głowę i tonem takim, jakby znakomitego odkrycia dokonywała, rzekła: 
— Kuzynie! jeżeli Justyna tak bardzo ci się podoba, ożeń się z nią... 
Różyc rękę z łyżeczką na stół opuścił, binokle zwykłym sobie prędkim ruchem w dół 
pociągnął, wpółzdumionym a wpółprzerażonym wzrokiem na krewną popatrzył i śmiechem 
wybuchnął. 
— Wyborny pomysł, kuzynko, wyborny, nieoceniony! — wołał. — Toż bym dopiero 
niespodziankę urządził światu i samemu sobie! A papa Orzelski? Czy ja bym tę chińską figurkę 
na kominku u siebie postawił? A francuszczyzna panny Justyny, entre nous *, dość kulawa? 
Gdyby się oko w oko spotkała z moją księżną ciocią, chybaby biedna ciotka śmiertelnego ataku 
spazmów dostała... 
Śmiejąc się jeszcze dodał: 
— Pomysł twój, kuzynko, świadczy o doskonałej dobroci twego serca i zupełnej zarazem 
nieznajomości świata... W takich amfibiach, jak panna Justyna, kochać się bardzo można, ale 
żenić się z nimi — impossible*... 
— Amfibie!– zawoła Kirłowa — kobietę do żaby przyrównywać!... 
— Naturalnie — przerwał Różyc. — Sama pomyśl: urodzona i nie urodzona, wychowana i nie 
wychowana, biedna i nie biedna... słowem, nie wiedzieć kto... 
Z błyszczącymi od gniewu oczami Kirłowa zapytała: 
— Więc po cóż jeździsz do Korczyna? 
— Bo mnie ta niespodziewana dla mnie samego sympatia ożywia trochę, podnieca, i 
doprawdy, zjawiła się ona bardzo w porę, kiedym już zwątpił o wszelkich urokach życia... 
— Ale jakiż koniec? — uparcie zapytywała kobieta. 
— Moja kuzynko — odpowiedział — za mało jestem filozofem, abym myślał o końcu każdej 
rzeczy... Advienne ce que pourra*.... I chwila przyjemności do pogardzenia nie jest... 
Kirłowa z wielką powagą i stanowczością rzekła: 
— Nic z tego nie będzie, mój drogi. Justyna nie da się zbałamucić Przeszła już ona przez 
smutne doświadczenie, znam dobrze jej charakter i sposób myślenia... 
Słuchał z zajęciem; czoło i brwi mu drgały. 
— Znasz ją dobrze? jesteś pewną tego, co mówisz? 
— Najpewniejszą. 
Zamyślił się, ręką powiódł po czole, źrenice mu zaszły wyrazem dalekiego jakiegoś marzenia. 
Kirłowej zdawało się, że westchnął. 
— Ale ty, kuzynie, naprawdę zajęty jesteś Justyną! — zawołała. 
— O ile jeszcze mogę być czymkolwiek albo kimkolwiek zajętym. Wyznam ci, że sam się 
dziwię... Ale niepodobne do przewidzenia są kaprysy serca czy tam wyobraźni... 
— Więc ożeń się z nią! — nie dbając jakby o wszystko, co przed chwilą mówił, zaczęła znowu. 
Ale przerwało jej otworzenie się drzwi od sieni i głos Rózi, który zawołał: 
— Mamo, Staś wrócił i ma okropną chrypkę... 
Kirłowa, jak sprężyną podjęta, skoczyła i z pokoju wybiegła. Wraz z nią, naturalnie, podobna 
do myszki wysunęła się Bronia. Różyc sam jeden pozostawszy, z czołem na obie dłonie 
opuszczonym, słyszał z głębi domu tu dochodzące napomnienia przelęknionej maki i odpowiedzi 
malca wypowiadane głosem tak od ochrypnięcia cienkim, że podobnymi były do 
najpiskliwszych tonów jakiegoś zepsutego flecika. Trzask ognia, stuk siekiery, pluskanie wody, 
głosy kuchennych dziewek dochodziły tu przez wąską sień z drugiej połowy domu. Na dworze 
pogoda stawała się cichszą i jaśniejszą. Wiatr ustawał, chmury rozbiegały się szybko we 
wszystkie strony nieba; przez gęste, wysokie bzy przedarł się promień zachodzącego słońca i 
pozłocił kwitnące na oknie skromne fuksje i róże miesięczne. Czy ten wysoki i chudy człowiek 
w wytwornym ubraniu, z ufryzowanymi włosami nad białym czołem i wiszącymi u piersi 
binoklami w złotej oprawie wsłuchiwał się w odgłosy tego małego domu i odgadywał z nich to 
życie, które w nim płynęło wiecznie tym samym, pracowitym i skromnym potokiem? Czy 
nasuwało mu ono porównania, uwagi, myśli tak dotąd nie znane, jak nie znanym dlań był cały 
rozległy rząd podobnych istnień? Wydawał się głęboko zamyślonym w chwili, gdy Kirłowa do 
małej bawialni wracając w zakłopotaniu swym zapomniała nawet o zamknięciu za sobą drzwi 
sypialnego pokoju. Nie myślała już także wcale o przedmiocie przerwanej przed kilku minutami 
rozmowy. 
— Syn mi zachorował — ze zmartwieniem rzekła — gardło ma słabe i w przeszłym roku dostał 
był tak silnego zapalenia, że doktora wzywać musiałam. Lękam się, aby znowu nie było to coś 
złego, i kazałam Rózi, aby lipowy kwiat przygotowała. 
Trwoga i zgryzota czyniły twarz jej daleko starszą, niż była przed kwadransem. Różyc rękę 
do niej wyciągnął. 
— Biedna ty moja kuzyneczko — rzekł — ile ty mieć musisz pracy, trosk i zmartwień z tym 
małym mająteczkiem, z dziećmi... 
Do głębi ujęta usiadła obok niego na kanapie, policzek oparła na dłoni i o wszystkim, co ją 
obchodziło, mówić zaczęła. Rada może była, że znalazła w krewnym współczującego jej 
powiernika. Opowiadała mu, jak przed laty dwunastu, we cztery lata po swoim wyjściu za mąż, 
spostrzegłszy, że w Olszynce wszystko szło bez żadnego ładu i dozoru i że wcale bliska groziła 
im ruina, wzięła się sama do gospodarstwa i interesów. Dla kobiety była to rzecz niezwykła, ale 
nie święci garnki lepią. Uczyła się u sąsiadów i sąsiadek, szczególniej u Korczyńskiego i Marty; 
z każdym rokiem przybywało jej energii i umiejętności, i jakoś to poszło i idzie, wcale dobrze 
nawet idzie, tylko z wychowaniem dzieci bieda. 
— Pięcioro — mówiła — pomyśl tylko, kuzynie, na tym kawałku ziemi, który około tysiąca rubli 
dochodu przynosi... Trzebaż to wykarmić, ubrać i czegokolwiek nauczyć! 
O edukacji córek już i nie marzyła. Sama je nauczyła, czego mogła, a zresztą niech dobrymi 
gospodyniami będą! Ale synów kształcić pragnęła i do szkół ich oddała marząc sobie, że jeden z 
nich gospodarzem na Olszynce zostanie, a drugi w świat z zawodem jakim pójdzie. Ale szkoły 
drogo kosztują. Czasem sobie włosy z głowy wydziera przemyśliwając, czym i jak za nich 
zapłaci. Dotąd znajdowała źródła i środki, ale nie jest pewną, czy tak do końca będzie. Lada 
niepowodzenie, lada klęska w gospodarstwie, a jej najdroższe nadzieje przepadną! Tymczasem 
robi, co może, i gdyby tylko Bolek większej ochoty do nauki nabrał, a Staś tak często nie 
chorował... Ot, jaka bieda! jeden zdrów, ale nie bardzo zdolny, drugi zdolny i chętny, ale słabego 
zdrowia. 
Wszystko to opowiadała z policzkiem na dłoni opartym i gęsto, gęsto w tej chwili drobnymi 
zmarszczkami okrytym czołem. Końce jej ładnych ust opuszczały się czasem w dół, rzucając na 
dolną część twarzy dwie głębokie bruzdy. 
— Ile ty lat masz, kuzynko? — zapytał wpatrujący się w nią ciągle Różyc. 
— Trzydzieści cztery — z niejakim zdziwieniem odpowiedziała. 
— Czy wiesz o tym, że kobiety w twoim wieku i tak, jak ty, urodzone używają jeszcze życia na 
swoją rękę, błyszczą w świecie, łowią w locie różowe godziny wesołości i szczęścia?... 
Niedbale skinęła ręką. 
— Mniejsza o to! Inne ja rzeczy mam na głowie... 
I dalej jeszcze opowiadałaby o swoich biedach i nadziejach, gdyby Różyc jej nie przerwał. 
Powoli, z przestankami, bo znużenie ogarniać go już zaczynało, mówić jej zaczął o zupełnej 
swej niezdatności do osobistego zarządzania Wołowszczyzną, o tym, że niepodobna mu w tych 
stronach osiedlać się stale, że pragnie i potrzebuje koniecznie kogoś do zarządzania majątkami 
tymi i chciałby, aby tym kimś był mąż jej, Bolesław Kirło. Układ ten — mówił — byłby 
korzystnym dla stron obu. Wołowszczyzna pod zarządem życzliwego krewnego zaczęłaby 
prosperować i większe dawać dochody; krewny zaś otrzymywałby za swą pracę wynagrodzenie, 
które by znakomicie podniosło dobrobyt jego rodziny: trzy tysiące rocznej pensji, tantiema od 
zwiększających się dochodów i inne różne zyski, które teraz leni się przypominać sobie i 
wyliczać... 
— Jeżeli nic przeciwko układowi temu nie masz, droga kuzynko, pomów o nim ze swoim 
mężem. Niech przygotuje kontrakt, umowę czy tam coś podobnego i przywiezie mi do 
podpisania. Za parę miesięcy będzie mógł przyjąć rządy majątków od teraźniejszego rządcy, 
który stał się zupełnie już niemożliwym. 
Kirłowa słuchała z uwagą, potem dość długo milczała i myślała. Widać było, że perspektywa 
przedstawiona jej przez krewnego uśmiechała się do niej prawie rajskim powabem. Odpocząć 
nieco po kilkunastoletniej ciężkiej pracy, gospodarstwo w Olszynce ulepszyć, synom i 
młodszym córkom staranne wychowanie zapewnić! Co za złote marzenie! Nic nad to na ziemi 
nie pragnęła. Ale po długim namyśle wyraz głębokiego smutku twarz jej pokrył. Głową 
przecząco wstrząsnęła. 
— Dziękuję ci — zaczęła z cicha — dziękuję, dziękuję, ale to być nie może... Ja... ja nigdy nie 
zgodzę się na to... 
Widziała, że patrzał na nią ze zdziwieniem, więc ze spuszczonymi powiekami, tak prędko, 
jakby pilno jej było pozbyć się tego przedmiotu rozmowy, ale zarazem z częstym wahaniem się 
głosu mówiła: 
— Byłoby to dla nas wielkim szczęściem i rozumiem dobrze, że właśnie dlatego propozycję tę 
zrobiłeś... ale widzisz... dla ciebie nie wynikłoby z tego układu nic dobrego... Jest to ostatni już 
twój fundusz... trzeba, aby ktoś zajął się nim na dobre, a Boleś... mój mąż... gdzie tam! ani 
myśleć o tym nie można! 
Nagle pochwyciła jego ręce i podniosła ku niemu wzrok pełen trwogi i prośby. 
— Tylko — zawołała — nie myśl o nim nic złego... proszę cię, nie myśl o nim nic złego! Ja 
wcale nie mówię, że jest on nieuczciwym czy coś podobnego. Wcale nie! Nic przecież złego 
nikomu nie zrobił, spytaj się wszystkich, a każdy ci powie, że nic złego nie zrobił i że to dobry 
człowiek, poczciwy... 
— Więc dlaczegóż? — pytał Różyc. 
— Dlaczego? Mój drogi kuzynie, każdy człowiek ma swoje wady, wiesz o tym dobrze. I on je 
ma... Nie są to nawet wady, tylko przyzwyczajenia... Pracować nie lubi, bez towarzystwa i 
rozrywek żyć nie może... Gdybyś wiedział wszystko: jak go wychowywali i jak pierwszą 
młodość swoją przebył, sam byś przyznał, że są to tylko przyzwyczajenia... Ojciec jego, mając 
ten tylko folwarczek, trzymał się wiecznie pańskich klamek, od komina do komina jeździł i syna 
z sobą woził. W szkołach trzy klasy tylko skończył i zaraz za skończonego obywatela uchodzić 
zaczął. Potem, kiedy ożenił się ze mną i moim posażkiem długi opłacił, ja sama starałam się 
wyręczać go we wszystkim i kłopoty od niego usuwać... Tak już przywykł... ale z tymi 
przyzwyczajeniami jakżeby on mógł tak wielkiej pracy podołać? Podjąłby się może, ale wiem, 
że nic by dobrego z tego nie wynikło... Nie chcę! Wolę już tak, jak jest! Proszę cię na wszystko, 
abyś jemu o tym projekcie nigdy nie wspominał i sam o nim nie myślał. Proszę... 
Różyc wpatrywał się w nią niby w ciekawe zjawisko. 
— Moja droga — zaczął — ty kochasz tego człowieka? 
Spojrzała na niego ze zdumieniem. 
— Jakże?... — zaczęła. — Poszłam za niego z miłości, nikt mię nie zmuszał, owszem, rodzice 
sprzeciwiali się, familia odradzała i paru innym dla niego odmówiłam. Czy ty, kuzynie, 
wyobrażasz sobie, że my, tak jak wy tam, na waszym wielkim świecie, dwadzieścia razy w życiu 
kochać i przestawać kochać możemy? 
— Dwieście razy! — poprawił. 
Ale ona żartobliwej poprawki tej nie słysząc mówiła dalej : 
— Nabiera się przecież przyjaźni i przywiązania dla człowieka, z którym choć czas jakiś 
przeżyło się szczęśliwie. Zresztą, dzieci!... Mój kuzynie, jeżeli ożenisz się kiedy i zostaniesz 
ojcem, zrozumiesz, jaki to węzeł! 
— Z tym wszystkim nie chcesz, abym twemu mężowi powierzył... 
— Nie! — żywo zawołała — nie chcę, stanowczo nie chcę; bo on by nie podołał i wyniknęłaby z 
tego szkoda dla twoich majątków... wiem o tym! 
Różyc wstał. Niejaka zdolność do sympatii i współczucia istnieć jeszcze musiała w tym 
apatycznym i chorym człowieku, bo wyraz, z jakim patrzył na krewną swą, był bardzo 
podobnym do wyrazu uwielbienia. 
— Cóż robić? — rzekł — kiedy tego żadną już miarą nie chcesz... ale musisz przynajmniej 
pozwolić... 
Obie jej ręce w swoich trzymając i w twarz jej patrząc z widoczną nieśmiałością dokończył: 
— Abym ponosił koszta wychowywania twoich synów, dopóki... dopóki oni nauk nie skończą 
albo ja reszty majątku nie stracę. 
Przy ostatnich wyrazach próbował uśmiechnąć się żartobliwie, ale nerwowe drgania tak mu 
wstrząsały czołem, brwiami i ustami, że twarz jego przybrała wyraz bolesny, prawie tragiczny. 
— Proszę — dokończył ciszej — proszę... 
Stała chwilę ze spuszczonymi oczami, płomiennie zarumieniona i milcząca. Może ze swymi 
także przyzwyczajeniami w tej chwili walczyła, dobrodziejstw od nikogo przyjmować nie chcąc. 
Dwie duże łzy wypłynęły spod jej spuszczonych powiek i na pięknie zarysowanych, 
przywiędłych policzkach przeciągnęły wilgotne bruzdy. Ale wnet potem podniosła na krewnego 
spojrzenie pełne głębokiej wdzięczności. 
— Dziękuję — rzekła z cicha — i przyjmuję... od ciebie! Zresztą, dla dzieci... wszystko... 
Pocałował obie jej ręce, a gdy wyprostował się, twarz jego wydawała się daleko spokojniejszą 
niż wprzódy, choć pociemniałą jakoś i bardzo zmęczoną. 
— Zrobiłaś mi prawdziwą łaskę... Na ciemnej przestrzeni, którą ciągle widzę przed sobą, będę 
miał choć jeden punkt jaśniejszy... O szczegółach tyczących się tych kochanych chłopców 
pomówimy innym razem. Teraz muszę już jechać... 
Spojrzał na zegarek. 
— Już przeszło sześć godzin, jak z domu wyjechałem. 
— Boże mój! — westchnęła Kirłowa — a więcej niż sześć godzin trudno ci obejść się bez... 
— Bez czego? Nazwijże choć raz rzecz po imieniu! Po prostu, przez usta ci przejść to nie 
może, co? 
Próbował znowu żartować, ale było coś rozpaczliwego w geście, jakim dłoń po czole 
przesunął, i wymówił: 
— Trudno... nie podobna! 
Ona z bólem na niego patrzała. 
— Wiesz co? — rzekła — jedyny dla ciebie ratunek byłby w ożenieniu się z kobietą rozsądną, 
szlachetną i którą byś kochał... 
— Wracasz do swego... 
— I ciągle powracać będę! — zwykłym sobie ruchem ściśniętą ręką o dłoń uderzając zawołała i 
z wesołym znowu spojrzeniem dodała: — Ce que femme veut, Dieu le veut*. Francuszczyzna moja 
pewno tak samo kulawa, jak u Justyny, ale przysłowie sprawdza się często, Zresztą, najlepiej po 
prostu mówić: gdzie diabeł nie może, tam babę pośle... Zobaczysz, że ja cię namówię... 
Przy drzwiach jeszcze, ściskając mu ręce, mówiła: 
— Jak tylko złapię swobodną godzinę, sama do ciebie przyjadę i znowu o tym pomówimy. I 
jeszcze coś na myśl mi przyszło. Jeżeli chcesz dla Wołowszczyzny prawdziwie dobrego rządcy, 
zrób tę propozycję Korczyńskiemu. To, to ale. Doskonały gospodarz, jak wół pracowity i perła 
uczciwości, mówię ci, że perła... Spróbuj... 
Niedbale machnął ręką. Widać było, że śpieszył bardzo z odjazdem i że wszystko na świecie 
obchodzić go przestawało, ale Kirłowa zbiegła z ganku i przy stopniu karety zgrabnym ruchem 
uczepiwszy się jego ramienia szepnęła, mu jeszcze na ucho: 
— Pomyśl nad tym, co mówiłam ci o Justynie. Kpij z cioci księżny i ze wszystkich 
światowych głupstw! Łajdactwo cię nie uszczęśliwiło, spróbuj poczciwego życia!... 
Jakkolwiek zobojętniały i znużony aż do bezsilności, zaśmiał się połową drgających ust. 
— Oto co znaczy prawdziwie rzeczy po imieniu nazywać! Dobrze, przyjedź do 
Wołowszczyzny, o wszystkim pomówimy. 
Zaledwie karetka wytoczyła się za bramę, Kirłowa do domu wpadła, w kuchni i izbie 
czeladnej kilka rozporządzeń wydała i do tego pokoju pobiegła, w którym znajdowali się jej 
synowie. Tu trafiła na gwarną scenę. Swawolny Boleś i niedomagający Staś zawzięcie bawili się 
z najmłodszą siostrą, strasząc ją niby tupaniem nóg i hukaniem nad samymi jej uszami; ale 
więcej niż kiedy rozczochrana i z tołubka swojego rozebrana Bronia znała się dobrze na 
podobnych żartach i udając tylko, że się lęka, z zanoszącym się śmiechem w różne kąty pokoju 
uciekała. Naprawdę przelękły się tylko siedzące w kotuchach* kury, które przecież stanowisk 
swych nie opuszczając, z postawami pełnymi powagi, wniebogłosy gdakały. Uspokojona trochę 
o syna, boć nie mógł czuć się bardzo chorym, skoro bawił się tak wesoło, Kirłowa kupców do 
bawialnego pokoju wprowadziła i po krótkiej jeszcze z nimi sprzeczce prędko, z niejakim 
rozmachem pióra umowę napisała, zadatek pieniężny wzięła i chwilę jeszcze bardzo grzecznie o 
urodzaju i cenach zboża porozmawiawszy, na ganek wyszła. 
Na dworze zimny wiatr przez dzień cały szalejący zupełnie ustał, powietrze było chłodne 
jeszcze, ale ciche i mniej ostre. Daleko, kędyś na krańcu zaniemeńskich pastwisk, słońce 
zachodziło pogodnie i jaskrawo, ulewą świateł napełniając przezroczysty gaj olchowy, zza 
którego rzadkich pni widać było pstrą trzodę na przeciwległym wybrzeżu rzeki rozsypaną. Z 
wilgotnej łąki, która spływała ku szarzejącej w pobliżu wiosce, od wód stojących, których 
istnienie zdradzały jasno zielone ajery i ciemne kołpaki łozy, dochodziły przeciągłe i coraz 
bliższe ryczenia krów. Ścieżką, która środkiem łąki biegła od dworu do wsi, szła gromadka 
kobiet, które od plecia warzywnych ogrodów powracały. Był to wijący się pośród zielonej 
przestrzeni sznur jaskrawych chustek kobiecych, pąsowych czapek dziecinnych i szybko 
migocących bosych stóp. Sposób, w jaki ta ścieżka wydeptaną była, opowiadał o częstych i 
licznych stosunkach zachodzących pomiędzy tym niewielkim dworem i tym niedługim 
szeregiem chat. Teraz także z gromadką powracających do wsi kobiet i dzieci rozminęło się 
kilku chłopów do dworu dążących. Kirłowa na ganku stojąc z daleka ich spostrzegła. Wiedziała, 
z czym przychodzą, ale w tej chwili nie mogła cierpliwie czekać nadejścia gospodarzy, którzy po 
trochu byli jej wspólnikami, bo obrabiali w Olszynce część gruntów, najbardziej od dworu 
oddaloną, po połowie dzieląc się zbiorami z ich właścicielką. Po prostu, trudno jej było w tej 
chwili stać na miejscu. Niespokojną czuła się widocznie; ze zmarszczonym czołem i wytężonym 
wzrokiem patrzała w stronę warzywnych ogrodów. Roboty dzienne były już tam ukończone: 
dlaczegóż więc córka jej nie wracała? Dlaczego ten ładny i taki żywy chłopak tak często tu 
przebywał, ani na krok dziewczynki tej nie opuszczając? I ojcu jego może się nie podobać, że co 
dzień prawie dla Olszynki Korczyn opuszcza. I Marynia... taka młodziutka i tak głębokie, 
niewymowne szczęście tryska z jej twarzy, gdy spostrzeże czarnego Marsa, który w szerokich 
podskokach na dziedziniec wpada pana swego poprzedzając. 
— Co ja z tym fantem pocznę? — z widoczną troską szepnęła do siebie kobieta. — 
Wypowiedzieć mu dom albo niegrzecznie przyjmować go... nie podobna! bo i za cóż? poczciwy 
chłopak i syn najpoczciwszego sąsiada! Znają się z sobą od dzieciństwa, więc może to taka 
przyjaźń... ale dlaczegóż już nie przychodzą! 
Zbiegła z ganku, prędko przeszła dziedziniec i niedaleko małego spichrza za kilku bzowymi 
krzakami stanęła. Zobaczyła córkę swą siedzącą na niskim progu małej budowy, do której 
wnętrza parę godzin temu przed padającym deszczem uprowadzała chłopskie dzieci. 
Z warkoczem lnianych włosów opadającym na wąski tołubek szesnastoletnia dziewczyna 
różowy swój policzek na dłoni wspierała i błękitne oczy wznosiła w górę ku twarzy stojącego 
przed nią towarzysza. W myśliwskim ubraniu swym, wysmukły i zgrabny, z lufą fuzji zza 
ramienia mu sterczącą, Witold Korczyński rozprawiał o czymś z ożywieniem wielkim i 
częstymi, żywymi gestami. Nadawało mu to z daleka pozór niepospolitej żywości i 
wybuchliwości, jakkolwiek w zmęczonej trochę cerze jego twarzy znać było długą już i 
wytężoną pracę książkową. Znać było w tym młodzieńcu dziecię chwili pełnej udręczeń serc i 
niepokoju umysłów. Nie rozrósł się on na kształt dębu szeroko i potężnie w ciszy i dostatkach 
rodzicielskiego domu, ale na ławach szkolnych we wczesnych trudach pamięci i myśli wybujał 
jak młoda topól, giętka i poddająca się ruchom otaczającego ją powietrza. Czoło miał dziewicze: 
białe i gładkie, oczy myśliciela, a zarys ust zdradzający nadmierną wrażliwość i czułość. W 
ruchach jego głowy była zbyteczna nieco śmiałość i duma; można by czasem rzec, że tuż, tuż, za 
parę dni lub godzin, wybierze się w podróż naokoło świata albo i na podbój całego świata. 
Znajdując się tu już od paru godzin wiele zapewne z towarzyszką swą mówić musiał, przyniósł 
dla niej książkę, która teraz leżała na jej kolanach; jednak ani ochoty do mówienia nie stracił, ani 
ona przestała go słuchać z ciekawością w ożywionych rysach i wzniesionych ku niemu oczach. 
Zaniepokojone serce matki na widok tej młodej pary uspokoić się mogło. On miał pozór 
nauczyciela, ona uczennicy; wyglądali jeszcze na parę dobrych przyjaciół zgadzających się z 
sobą we wszystkim i razem układających jakieś plany. Dziewczynka czyniła głową potakujące 
ruchy oznaczające zrozumienie albo wysoki stopień zapału, co zdawało się uszczęśliwiać i do 
dalszego mówienia zachęcać młodzieńca. Z oddalenia, w jakim się znajdowała, Kirłowa słyszała 
tylko oderwane wyrazy: lud, kraj, gmina, inteligencja, inicjatywa, oświata, dobrobyt itd. Parę 
razy tylko do uszu jej doszły całe okresy żywcem jakby z mądrej jakiejś książki wyjęte, a 
prawiące coś o pracach podstawowych i minimalnych*, o poprawieniu historycznych błędów itd. 
Uśmiechnęła się prawdziwie po macierzyńsku, trochę żartobliwie, a trochę dumnie. 
— Dobrze — rzekła — kiedy tak, to dobrze! Niech sobie gwarzą o takich pięknych rzeczach! 
I miała już odejść ku gankowi, ale jeszcze młoda para wzrok jej do siebie przykuła. Marynia 
zwolna podniosła się ze swego niskiego siedzenia i z powolnością ruchów zdradzającą głębokie 
zamyślenie wsunęła rękę swą pod ramię towarzysza. Powoli przeszli ogród warzywny i wzdłuż 
olchowego gaju kierowali się ku ścieżce do wsi wiodącej. Nieraz już Kirłowa widziała ich 
idących w tamtą stronę. Zdawało się, że machinalnie i bezwiednie prawie ciągnęła ich tam 
wewnętrzna jakaś siła uczucia i myśli. Teraz postacie ich i profile, blisko ku sobie przysunięte, 
plastycznie odbijały od zielonego tła gaju, po którym przesuwały się powoli. On więcej niż kiedy 
miał pozór apostoła idee swe wygłaszającego i myśliciela z chmurnymi trochę oczami pod 
dziecinnym czołem; ona szła z pochyloną nieco głową, z opuszczonymi w dół powiekami i tym 
zachwyconym uśmiechem na różowych ustach, który towarzyszy budzeniu się młodej myśli i 
woli. Za nimi szedł poważnie wielki, czarny wyżeł, a przed nimi zachodzące słońce kładło na 
drogę szerokie szlaki różowych, ruchomych świateł. 
II 
Paru godzin do południa brakowało, gdy Justyna z olśniewającej ulewy słonecznego światła 
wchodziła do przyciemnionej nieco sieni korczyńskiego domu. W rękach więcej niż kiedy 
ogorzałych, trzymała wielką więź polnych roślin, która w połączeniu z jasną barwą jej sukni i 
ognistymi rumieńcami policzków czyniła z niej upostaciowanie rozkwitłego lata. Na wschody 
ganku wbiegała żywo, ale potem stanęła i długo popatrzała kędyś daleko za bramę dworu, na 
pole. Zamyślenie to przecież smutnym być nie musiało, bo znowu zwracając się ku domowi 
prawie głośno zanuciła: 
Lecą liście z drzew, co wyrosły wolne, 
Na mogile śpiewa jakieś ptaszę polne...* 
Ale zaledwie weszła do sieni, przerwała nucenie i przyśpieszyła kroku, bo w sali jadalnej 
słychać było ożywioną rozmowę i nawet jakby sprzeczkę paru głosów. W głębi sali, plecami o 
bufetową szafę oparta, wielka i trochę przygarbiona, stała Marta, a przed nią młody chłopak i 
niedorosła panienka mówili jej o czymś oboje razem, o coś na nią nalegali, prosili. Chłopak miał 
na sobie krótkie i dość zaniedbane ranne ubranie, panienka zaś, wątła i z żółtawą cerą, cała w 
muślinach, wstążkach, lokach, przypominała bladego, ale ładnego motyla. Oboje bardzo prędko 
mówili: 
— Moja ciociu, czyż ciocia dla nas tego nie zrobi? Kiedy my tak prosimy, tak lękamy się o 
zdrowie cioci... Doktor powiedział, że cioci koniecznie leczyć się trzeba... że w tym kaszlu jest 
coś złego... Niech ciocia pozwoli, aby doktor tu przyszedł... my go przyprowadzimy... Czyż 
ciocia dla nas tego nie zrobi?... 
Cieniutkimi ramiony panienka usiłowała objąć kościstą kibić starej panny, a utrefioną swą 
główkę wysoko podnosiła, aby móc patrzeć w jej twarz, po której przepływały fale uczuć 
najsprzeczniejszych: gniewu i rozrzewnienia. Gniew przemógł. 
— A dajcież mi święty pokój! — rozległ się po sali głos basowy i ochrypły — oto mię napadli! 
wieczna niedola! Doktor wasz głupi... co on tam takiego w moim kaszlu usłyszał? Niech Emilkę 
i Terenię leczy, bo one chore, a ja zdrowa, zdrowiuteńka, mury łamać mogę i żadnych doktorów 
nie potrzebuję. Jeszcze czego! Wieczne głupstwo! Uf... 
Miała zakaszlać się, tak jak bywało zwykle, ilekroć mówiła ze wzburzeniem, ale wstrzymała 
się i tylko krztusiła się głośno. Wtem spostrzegła wchodzącą Justynę i rzuciła się ku niej jak ku 
zbawieniu. 
— Spacerujesz sobie, kochanko, spacerujesz, nie wiedzieć gdzie przepadasz i nic nie wiesz, co 
się w domu dzieje. Wieczna bieda! Emilka zachorowała na nerwy, na piersi, na serce, na 
wszystko... doktora sprowadzili... Benedykt tak zląkł się i tak prędko wieźć go kazał, że konie, 
powiadam ci, całe w pianie przed gankiem stanęły. Pół godziny temu przyjechał i powiedział, 
jak zawsze, że to nic strasznego... Wielkie rozdrażnienie nerwów i troszkę kataru, bronchitów, jak zawsze, powietrze jej zalecił, ruch, rozrywki, dwie recepty zapisał... Ale ja tam do jej pokoju 
weszłam z kawą i przekąską dla doktora i trzebaż nieszczęścia, zakaszlałam... troszkę tylko, 
mówię ci, że troszkę... A on popatrzył na mnie i powiada, że to zły kaszel, że mnie leczyć się 
trzeba... Ja w nogi, a dzieci za mną! „Lecz się, ciotko, i lecz się, pogadaj z doktorem i pogadaj!” 
A żeby on choć przez trzy dni ust nie otwierał, daj Boże! Chora... chora... wieczne głupstwo! Już 
jeżeli ja chora, to któż zdrowy? Powiadam ci, że w tej ścianie pięścią dziurę zrobię, jeżeli 
zechcę! 
Kiedy Marta prędko, z rozmachiwaniem ramion i trzęsieniem głowy, nad którą sterczał 
wysoki grzebień, wszystko to mówiła, Witold i Leonia prędko także i z ożywionymi gestami 
cicho porozumieli się ze sobą, z sali wybiegli. Justyna powolnym ruchem wzięła rękę Marty, 
cicho ją pocałowała i długo w oczy jej patrzała. 
— Ja to wszystko rozumiem, ciotko — wymówiła z cicha. 
— Już?... rozumiesz? — z trochę zjadliwym śmiechem zadziwiła się Marta, ale wnet 
spostrzegłszy, że coś niepotrzebnego powiedziała, wybuchnęła: — Cóż ty rozumiesz? tu 
najmniejszej rzeczy do rozumienia nie ma! Zdrowa jestem zupełnie i wcale nie potrzebuję, aby 
mi jak indyczce gałki do gardła rzucali... A ty zaraz w melancholię wpadasz... „Rozumiem!” Nic 
nie rozumiesz... Wieczne... 
Umilkła, bo wzrok jej upadł na snop roślin, które przyniosła Justyna i na stole położyła. 
— A toż skąd? — wskazując bukiet bardzo do różnobarwnej miotły podobny zawołała. 
— Niech ciotka zgadnie — uśmiechnęła się Justyna. 
Czy zgadywała? Wąskie jej wargi zacisnęły się i pośród zmarszczek prawie zniknęły; górną 
połowę swej ciężkiej postaci naprzód podała, a rozpłomienione przed chwilą oczy jej przygasły i 
w więź roślin wpatrzyły się tak, jakby ktoś wpatrywał się w nagle przed nim powstałe widmo 
czegoś, co niegdyś było żyjącym, znanym, może drogim. 
— Justyna! 
Na dnie stłumionego jej głosu czuć było jakieś wewnętrzne warczenie. 
— Co, ciotko? 
— Gdzie ty byłaś? 
Młoda panna spokojnie odpowiedziała: 
— W Bohatyrowiczach. 
— A któż ci dał... to...? 
Ciemnym, pomarszczonym palcem wskazywała bukiet, jeszcze odeń wzroku nie odrywając. 
Tym razem Justyna głowę nad więzią roślin pochyliła. 
— Jan Bohatyrowicz — ciszej odpowiedziała. 
Jakby ją to nazwisko w pierś uderzyło, Marta wyprostowała się i ze szczególnym 
połączeniem śmiechu i tego samego, co wprzódy, wewnętrznego warczenia wybuchnęła: 
— Cha, cha, cha! No, to już u nich familijne! Wiecznie bukiety wiążą, a co który zwiąże, to 
miotła. Czysta miotła! Widywałam ja kiedyś takie bukiety często, a ten do tamtych podobny jak 
dwie krople wody! Ależ pachnie, aż się po całej sali rozeszło! Znałam ja kiedyś i te zapachy... 
Uf... nie mogę... 
I nie mogła już wstrzymać się, zakaszlała; pomarszczone jej czoło nabiegło krwistym 
rumieńcem. Z tym rumieńcem na czole i krztusząc się jeszcze wymówiła znowu: 
— Justyna! 
— Co, ciotko? 
Stała teraz przed młodą panną prosta i ciężka, podobna do słupa umieszczonego na wielkich, 
w kwieciste pantofle obutych stopach, i wprost jej w twarz ostro patrzała. Po chwili wskazujący 
palec do wysokości swej twarzy podniosła i poruszyła nim w powietrzu prawie groźnie. 
— Cóż ty sobie myślisz, panienko?... — z cicha zaczęła. — Może ty myślisz, że jednym ludziom 
Pan Bóg daje serca, a drugim kamienie?... Pewno tak myślisz, ha? U ciebie serce, bo ty 
panienka, a u niego kamień, bo to chłop! ha? Pobaw się z kamuszkiem, pobaw się, co to 
szkodzi? z nudy, z melancholii! Na pociechę po pańskich karmelkach chłopskie miotły, 
tymczasem, póki Pan Bóg znowu jakiego panicza nie ześle, ha? 
W sposób ten mówiłaby może więcej, ale do sali wbiegł lekki, strojny, głośno śmiejący się 
podlotek i z radosnym błyskaniem oczu przylgnął cały do niej, jak blady motyl do ciemnego 
słupa. 
— Otóż i postawimy na swoim! otóż ciocia będzie musiała z doktorem porozmawiać! Już go 
Widzio tu prowadzi ! 
W salonie słyszeć się dały kroki dwu mężczyzn, z pokoju pani Emilii ku sali jadalnej 
zmierzające. Marta, jak wybuchającą miną podrzucona, porwała się z miejsca i kilku susami salę 
przesadziwszy wpadła we drzwi do dalszych pokojów wiodące. Za nią biegła Leonia, a potem i 
Witold, który doktora w salonie pozostawiwszy próbował jeszcze ciotkę dogonić i do zamiaru 
swego namówić. Ale Marta, pochylona, piętami suknię wysoko za sobą podrzucając, z głośnym 
tętentem stóp przebiegła parę pokojów, w których parę krzeseł na drodze jej stojących 
przewróciła, aż wpadła na dość długi korytarz, u którego końca znajdowała się spiżarnia. 
Biegnąc już wydobyła z kieszeni wielki klucz, który dopadłszy drzwi spiżarni drżącą z 
pośpiechu ręką w zamku obracać zaczęła. Oddychała przy tym głośno i coś po cichu mruczała. 
Ale tu dopędziła ją Leonia i, zdyszana także, za suknię ją pochwyciła. 
— Ciociu! — zabrzmiał na cały korytarz cienki i prawie płaczący głos podlotka — ja cioci 
śliczne pantofle wyszyję! ja ciocię co dzień tak wycałuję... tylko proszę... 
Marta odwróciła się i wątłą dziewczynkę nad ziemię uniósłszy, namiętnymi pocałunkami jej 
włosy, oczy i usta okryła. Zarazem do wnętrza spiżarni ją wciągnęła, prawie wniosła, za sobą i 
za nią drzwi z trzaskiem na klucz zamykając. Dopadł do nich teraz i Witold. 
— Ciotko! — zawołał — proszę iść do doktora!... 
Pod ściągniętymi brwiami oczy gniewnie mu już błyskać zaczynały. Ale we wnętrzu spiżarni 
słychać było wiele naraz odgłosów: śmiech, całusy, brząkanie szklannych naczyń. Widocznie w 
fortecy tej bawiono się wybornie. Z czołem do drzwi przyciśniętym Witold zawołał: 
— Czy ciocia nie zrobi tego, o co proszę? 
Za drzwiami głos gruby, ale w tej chwili miękki i pokorny, mówić zaczął: 
— Kotku ty mój, robaczku, złoty, miły! nie trzeba, jak Boga kocham, mnie nic nie trzeba! 
Czyż ja mogę komu ambaras jaki robić i sobą ludziom głowy kłopotać?... Nie gniewaj się na 
mnie, mój mileńki! Może chcesz co przekąsić?... Serek mam doskonały i świeże powidła. 
Chcesz? ha? Chodź do nas! 
— Niechże ciocia otworzy! 
Po chwili wszyscy troje znajdowali się w spiżarni. Ileż chwil, odkąd tylko pamięcią sięgnąć 
mogli, przepędzili oni w tym miejscu z tą wielką, gderliwą i często szyderską kobietą, która ich 
tu całowała, na ręku swym nosiła, przysmakami najrozmaitszymi karmiła, czasem tak pasła, że 
aż potem chorowali, a ona doglądała ich znowu, leczyła, drżąc o nich tak, że aż gorączkowe 
rumieńce żółte policzki jej paliły, a do snu i dla rozrywki śpiewając im grubym swym głosem te 
stare pieśni, które z dala od dworu unosiły się nad polami. 
Wcale co innego działo się w sypialni pani Emilii. Błękitny ten pokój błękitna lampa u sufitu 
zwisająca co nocy napełniała światłem do księżycowego bardzo podobnym. Oprócz tej lampy do 
późna zwykle paliła się tam jeszcze jedna, tuż przy łóżku pani Emilii umieszczona i czytającej 
Teresie przyświecająca. Codziennie do późna Teresa czytywała głośno powieści, pamiętniki, 
podróże w trzech językach pisane, bo ta mizerna, podstarzała panna, z twarzą przypominającą 
uwiędłą różę i chorobliwie erotycznym wyrazem ust i oczu, wcale dobrze znała trzy obce języki. 
Tej nocy książką, którą czytały, była podróż po Egipcie. Tyle naczytały się razem o wszystkich 
krajach Europy, że od jakiegoś czasu powędrowały już dalej, do innych części świata. Egipt 
podobał się pani Emilii do tego stopnia, że obudził w niej uczucie niewysłowionej tęsknoty. 
Wszystko, co o nim czytała, było tak nowym, uderzającym wyobraźnię, ponętnym. Czemuż nie 
urodziła się w Egipcie? Byłaby tam najpewniej szczęśliwszą! Zarzuciła nad głową szczupłe 
ramiona, wzdychała, oczy jej zdawały się rozszerzać, powiększać. Przerwała na chwilę czytanie. 
— Jak myślisz, Tereniu? ja bym tam pewno mogła wiele chodzić, ruszać się, żyć, kochać? 
— O, tak! — odpowiedziała Teresa — jakże tam ludzie wśród takiej natury i takich widoków 
gorąco kochać muszą! 
I jej blade źrenice w daleki punkt utkwione napełniły się także marzeniem. Stanął przed nimi 
wysmukły fellach* z oliwkową cerą, ognistym wzrokiem i mówił takie rzeczy, które usłyszeć 
ona pragnęła zawsze i których nigdy nie słyszała. Na świecie już świt błękitny zamieniał się w 
dzień biały, kiedy Teresa długo i gorąco ucałowawszy panią Emilię odeszła do sąsiedniego 
pokoiku, w którym sypiała. Ale zaledwie długim czuwaniem zmęczona połknęła parę 
codziennych pigułek i ułożyła się do snu, zaledwie przed usypiającym jej wzrokiem zjawił się i 
przemówił do niej ów oliwkowy fellach, zbudziło ją i z łóżka zerwało wołanie pani Emilii. Było 
ono tak żałosne, że prawie bosa, w narzuconym naprędce szlafroku, wbiegła do sypialni, którą 
jeszcze księżycowym blaskiem oświecała błękitna lampa. W tym łagodnym blasku pani Emilia 
wiła się na pościeli w męczarniach silnego ataku nerwów. Dusiła się, śmiała się i razem płakała, 
obu dłońmi przyciskała serce, które biło tak, że o parę kroków uderzenia jego słyszeć było 
można. Oprócz tego wszystkiego kaszlała jeszcze i czuła kłucie w piersi. Może to nie był tylko 
atak nerwowy, ale także skutki przeziębienia i zgryzoty. Przed dwoma bowiem dniami Witold 
uprosił ją, aby przeszła się z nim po ogrodzie. Wahała się długo, ale usilnym prośbom syna 
oprzeć się nie mogąc poszła. W czasie przechadzki użalała się przed nim na swoje smutne życie i 
zapewniała, że już długo chodzi i że rosa padać zaczyna. Przy tym syn nie okazał jej dość 
współczucia, na skargi jej odpowiadał milczeniem, i to ją zgryzło, bo raz jeszcze dowiodło, że 
nikt, nawet własne dziecko, ani zrozumieć, ani kochać jej nie umie. A potem znowu ten Egipt!... 
Słowem, dawno już nie cierpiała tak silnie jak teraz. Teresa utraciła zrazu przytomność; od 
toalety do szafy biegając rozbiła flakon z perfumą i flaszkę z lekarstwem, ale co pewna, to że 
zupełnie zapomniała o sobie i ze współczuciem gorącym, z gorliwością nieopisaną poiła i 
karmiła chorą różnymi zaradczymi środkami, grzała dla niej wodę, ocierała ją, pocieszała. Z 
przyzwyczajenia już tylko fruwała drobnym i lekkim kroczkiem, ale zrobienie jakiejkolwiek 
toalety ani nawet obawa przed rannym chłodem na myśl jej nie przyszły, kiedy o wczesnej 
rannej godzinie biegła budzić Martę i Benedykta. Oboje już nie spali. Marta doglądała 
froterowania posadzek dokonywanego przez kredensowego chłopca, polewała wazony u okien i 
jednocześnie przyrządzała herbatę dla Benedykta, którego osiodłany wierzchowiec stał już pod 
gankiem. Była to pora żniw, której część znaczną właściciel Korczyna spędzał zazwyczaj na 
koniu. Kiedy Teresa, w luźnym i mocno przybrudzonym szlafroku, z trochą własnych włosów 
rozczochranych nad pomarszczonym czołem, wbiegła do sali jadalnej, na żółtoróżowej jej 
twarzy malowało się tyle przerażenia i żalu, że Marta i Benedykt domyślili się wszystkiego. I 
rzecz szczególna! Pomimo że wypadki podobne dość często powtarzały się w jego domu, 
pomimo że od lat kilku nic już na pozór nie łączyło go z żoną, Benedykt dowiedziawszy się, o co 
idzie, kilku skokami znalazł się na ganku, a gdy wydawał rozkazy tyczące się zaprzęgania koni i 
przywiezienia lekarza z bliskiego miasteczka, wielkie ręce jego trochę drżały. Wnet potem 
pobiegł do pokojów żony i wkrótce z nich wybiegł, obu dłońmi głowy swej dotykając. Do 
Marty, która śpieszyła na górę po zażądane przez chorą ziółka, w przechodzie zagadał: 
— Nieszczęście z tymi babami! Biedna kobieta! męczy się okropnie! A ta znów druga klęczy 
przy łóżku i fontanną płacze! O nic u żadnej dopytać się nie można! 
Z ganku potężnym swym głosem krzyczał na służbę o jak najprędsze zaprzęganie koni i 
lecenie błyskawicą po lekarza i z lekarzem. 
Około południa jednak pani Emilia uspokoiła się znacznie i była już tylko tak osłabioną, że 
aby usłyszeć, co mówiła, trzeba było ucho do ust jej przykładać. W białych muślinach i haftach 
leżała na pościeli z zamkniętymi oczami, z wyrazem tak cichego i łagodnego cierpienia na 
twarzy, że w każdym na nią patrzącym istotną litość budzić musiała. Toteż Teresa, tuż przy jej 
łóżku siedząca, wpatrywała się w nią wzrokiem żałosnym, a Leonia, która cichutko wsunęła się 
tu po odjeździe doktora, smutnie z robótką w ręku w kąciku siedziała. Wtem do cichego pokoju 
doleciał turkot zajeżdżającego przed dom powozu, drzwi uchyliły się i dał się słyszeć szept 
Marty: 
— Pan Darzecki przyjechał z młodszymi panienkami, Benedykt prosi, aby Leonia przyszła 
panienki bawić... 
Marta mówiła, jak tylko mogła najciszej, jednak świszczący szept jej doszedł do uszu chorej, 
która otworzyła oczy, niespokojnie palcami poruszyła i wymówiła: 
— Darzeckie... Jak Leonia ubrana? 
— Chodź do mamy! — pośpiesznie zaszeptała Teresa. 
Panienka na palcach do łóżka matki przybiegła; pani Emilia ogarnęła ją wzrokiem, który, 
przed chwilą omdlały i zagasły, teraz nabrał trochę bystrości i blasku. 
— Suknia dobra — zaszeptała chora — ale kokarda zmięta i buciki brzydkie. 
Oczami dała znać córce, aby pochyliła się nad nią, i w czoło ją pocałowała. 
— Nie trzeba, aby moja córka była gorzej ubrana od Darzeckich... które stroją się... 
W tej chwili na pochylonej ku niej głowie córki spostrzegła coś takiego, co ją tak przeraziło 
czy podnieciło, że dość prędkim ruchem podniosła się i na łóżku usiadła. 
— Loki rozfryzowane! — jęknęła. 
A potem śpiesznie do Teresy mówiła: 
— Moja Tereniu, niech Zofia co najprędzej przypnie Leoni świeżą kokardę i włoży jej na nogi 
warszawskie pantofelki... Ale z włosami? co tu robić z włosami? 
— Zwiążę je wstążką! — zaproponował podlotek. 
— Cóż robić? zwiąż wstążką! — odpowiedziała matka. — Tylko — dodała — żeby wstążka tego 
samego koloru była co kokarda. 
Kiedy Leonia odbiegła, z dala już i głośno panny służącej przywołując, chora ruchem 
zmęczenia i nadzwyczajnej słabości osunęła się znowu na pościel i ledwie dosłyszalnym głosem 
poprosiła: 
— Moja Tereniu, pilnuj tylko, aby nikt tu nie przychodził, nikt a nikt... Nie mogę teraz znieść 
najmniejszej fatygi... Poczytaj trochę o Egipcie... tylko niegłośno czytaj... 
W błękitnej sypialni Teresa stłumionym głosem czytała francuskie podróże po Egipcie, chora 
czytania tego słuchała w bezwładnej nieruchomości, po salonie zaś przechadzało się dwóch 
mężczyzn, których wysokie postacie rozmijały się wciąż z przechadzającymi się także trzema 
niedorosłymi panienkami. Darzeckie i córka Korczyńskich trzymając się pod ręce chodziły 
wyprostowane i mierzonymi kroki, ale nad ich sztywnymi postaciami, rogi gorsetów 
zdradzającymi, małe, utrefione głowy bardzo ruchliwie zwracały się ku sobie w bardzo 
ożywionej pogadance. W rogu salonu z otwartą książką w ręku siedział Witold, ale nie czytał, 
tylko bystrym, uważnym i coraz chmurniejszym wzrokiem wpatrywał się w ojca i z kolei w 
siostrę. Widać też było, że przysłuchiwał się pilnie rozmowom przez obie te osoby 
prowadzonym. Istotnie, zaciekawiającą była zmiana, która zaszła w ruchach, fizjonomii i 
sposobie mówienia Korczyńskiego. Mogło się zdawać, że zmalał trochę i wyszczuplał, tak nisko 
głowę pochylał i porywcze swe i rozmachliwe zazwyczaj gesty powściągał. Sposób, w jaki do 
szwagra swego przemawiał, powściągliwym był także, jakby starannym, a wyraz oczu i ust 
zdradzał wyraźną chęć przymilenia się i przypodobania. Tylko może właśnie ten umizg i ta 
staranność o stanie się przyjemnym gościowi pogłębiły grube fałdy jego czoła i policzków, a 
długie wąsy opuściły aż na klapy płóciennego surduta, w którym przed chwilą zamierzał udać się 
w pole. Doskonałe przeciwieństwo z panem domu przedstawiał gość. Wysoki, cienki, tak 
sztywny, że można by go wziąć za chodzący posąg, wytwornie ubrany, chodził on po salonie 
krokiem mierzonym, trochę drobniejszym, niżby z natury wypadało, z lekkim poskrzypywaniem 
błyszczącego obuwia. Ręce trzymał w kieszeniach, a blada, wąska, delikatna i krótkim, 
siwiejącym zarostem otoczona twarz jego okrytą była wyrazem głęboko uczuwanej 
wielostronnej wyższości majątkowej, rodowej, cywilizacyjnej. Mową płynną i monotonną 
wyrażał on Korczyńskiemu głębokie swe ubolewanie nad tym, że niepokoić go musi 
upomnieniem się o dług swój, czyli o niewypłacony mu dotąd posag żony. Korczyński przy 
pierwszych zaraz słowach jego tej sprawy tyczących się drgnął, jak gdyby mu kto ostrze jakieś 
za skórę zapuścił, nagle i dziwnie lekko do bocznego stolika poskoczył i z uśmiechem prawie 
zalotnym wzięte stamtąd cygaro szwagrowi podał. 
— Dziękuję, przed obiadem nie palę nigdy — rąk z kieszeni nie wyjmując i przechadzki swej 
nie przerywając odmówił Darzecki. 
Benedykt z wyrazem prośby popatrzył mu w oczy. 
— A może?... wcale dobre... Przywiozłem takich parę pudełek z miasta na wypadek takich 
gości, jak kochany szwagier... tylko takich gości! 
— Dziękuję, nie — powtórzył gość z ledwie spostrzegalnym i pierwszym, odkąd tu przybył, 
poruszeniem głowy, a zaraz potem mówił dalej: — Właściwie, te kilkanaście tysięcy rubli są 
bagatelką, o której i mowy pomiędzy nami być nie powinno... Pojmuję dobrze solidarność 
obywatelską, będącą niejako fundamentem społecznej budowy. Powinniśmy podtrzymywać się 
wzajem, chociażby z ujmą własną... tak, cho-ciaż-by z uj-mą. Człowiek cywilizowany nie może 
doświadczyć większej przykrości, jak kiedy mu przychodzi pogwałcić w najmniejszej rzeczy te 
węzły, te sympatie, te najlepsze chęci, które uczuwa dla swoich bliskich, tak, dla swoich bliskich... 
— Procenty płacę regularnie — nieśmiało i cicho przerwał Benedykt. 
Mała, siwiejąca głowa, na sztywnym karku osadzona, uczyniła drugie z rzędu, zaledwie 
dostrzegalne poruszenie, tym razem twierdzące. 
— Regularnie, tak, re-gu-lar-nie. Jesteś, kochany szwagrze, człowiekiem honoru i serca i za 
prawdziwe szczęście uważam sobie, że ci to przyznać mogę... 
— Więc może i nadal... — szepnął Benedykt. 
Błyszczące obuwie gościa głośniej trochę skrzypnęło i była to jedyna oznaka, że czuł się 
cokolwiek zakłopotanym. 
— Niepodobna, kochany panie Benedykcie... Gdyby człowiek mógł zawsze być panem 
okoliczności; bezwarunkowo miałbym sobie za punkt obywatelskiego honoru, tak, ho-no-ru, a 
także za miłą powinność pokrewieńską i przyjacielską, uczynić ci i nadal, jak dotąd czyniłem, 
folgę, ustępstwo, ułatwienie w twoich interesach... tak jak dotąd czyniłem... 
— Za co ci, kochany szwagrze, najpokorniej wdzięczny jestem — przerwał znowu Benedykt, a 
głos jego był istotnie bardzo pokornym. — Dobroć i względność twoja — ciągnął — ośmiela mię... 
Wtem jak jasne motyle pomiędzy nagie ciernie w rozmowę tę wpadły trzy panienki. 
Trzymając się pod ręce, drogę dwom rozmawiającym mężom zabiegły i na paluszkach wstecz 
przed nimi idąc, chórem srebrzystych głosików zaczęły: 
— Papciu, kuzynki mówią, że salon nasz jest bardzo pusty i wcale nieładnie wygląda... I ja 
jestem tego samego zdania... 
— Wujaszek mógłby już, doprawdy, nowe meble sprowadzić i lepsze dywany sprawić... — 
jednogłośnie przywtórzyły dwie niedorosłe córki Darzeckiego. 
— U nas na pensji nawet salon daleko jest piękniejszy, a ja bym tak chciała, aby nasz był choć 
taki, jak tamten... 
— Pomiędzy oknami powinny być lustra i konsole*... — zadecydowały kuzynki. 
— Papciu, mój papciu, proszę sprowadzić lustra i konsole, bo doprawdy, mnie aż wstyd, że u 
nas takie nagie ściany... — żałośnie i prawie ze łzami ojcu w oczy patrząc wołała Leonia. 
Benedykt z rodzajem osłupienia na te trzy śliczne istotki patrzał, aż krzyknął prawie: 
— No, nie przeszkadzajcie nam rozmawiać! Lalkami wam jeszcze bawić się, a nie salony 
urządzać... 
Panienki trochę rozśmieszone a trochę zagniewane, frunęły ku tej stronie salonu, w której 
siedział Witold. Pierwszy raz, z siedzenia swego nie powstając, wmieszał się on do ich 
rozmowy. 
— Może byś ty, Leoniu, mozaikowej posadzki i fresków na suficie chciała... 
Gniewnej ironii, z jaką to wymówił, nie dosłyszawszy, cmoknęła bledziutkimi wargami tak, 
jakby czegoś smacznego skosztowała. 
— Czemużby nie! — zawołała — to prześliczne... ja to widziałam... 
I prędko, z zachwyceniem takim, że aż oczy jej błyszczały, opowiadała kuzynkom o 
wszystkich pięknościach, które czasem w wielkim mieście widywała. Ale kuzynki daleko od niej 
więcej o tym przedmiocie mówić mogły; bywały przecież u ciotecznej babki swej, bardzo 
bogatej hrabiny, która to właśnie skojarzyła małżeństwo pomiędzy ich najstarszą siostrą a swym 
krewnym, niebogatym hrabią. O nim to w tej chwili, o tym przyszłym zięciu swoim, mówił 
Darzecki Korczyńskiemu. 
— Zrozumiesz to łatwo, kochany szwagrze, że do takiej rodziny wchodząc córka moja musi 
posiadać wyprawę odpowiednią przyszłemu otoczeniu i stanowisku, tak, sta-no-wis-ku. Tę 
sumkę właśnie, o którą z przykrością, z rzetelną przykrością upominam się u ciebie, 
przeznaczamy z żoną na jej wyprawę... 
— Tak wielką sumę na wyprawę! — nie mogąc już powściągnąć się, tubalnym swym głosem 
wykrzyknął Benedykt i ręce szeroko rozpostarłszy jak wryty stanął. Ale zaraz musiał naprzód 
postąpić ze swym gościem, który ani na sekundę swych drobnych i poskrzypujących kroków nie 
zwalniając uśmiechnął się i odpowiedział: 
— Nie całą, nie całą... ale połowę pewno... Cóż szwagier myśli? Srebra, futra, koronki i inne 
tam różne kobiece fatałaszki to są rzeczy kosztowne... bardzo kosztowne. Fortepian z Paryża 
sprowadzić musimy. Żona moja chce i ja się na to zgadzam, aby córka nasza miała fortepian 
własny, a kiedy już kupować, to coś pięknego, wykwintnego, doskonałego, tak, wy-kwint-ne-go 
i do-sko-na-łe-go! Prawda? Szwagier sam pewno przyzna mi rację, najzupełniejszą rację. 
Czy Korczyński wszystkim koniecznym potrzebom przez szwagra wymienionym rację 
przyznawał — sam on tylko wiedzieć mógł o tym, ale co pewna, to że z pozoru wyglądał na 
osłupiałego i całkiem pognębionego człowieka. Milczał, myślał, ze spuszczoną głową długi wąs 
do połowy prawie w usta wpychał i zębami zawzięcie przygryzał, aż na koniec z cicha wymówił: 
— Może byście więc w tym roku na połowie tej sumy poprzestali... Kilka tysięcy mógłbym 
jeszcze jakimkolwiek sposobem dostać, ale kilkanaście, od razu... 
Uderzył się w czoło tak silnie, że po całym salonie rozległo się jakby klaśnięcie z bicza, a po 
wąskich ustach Darzeckiego przebiegło drgnienie niesmaku. Jednak tym samym zupełnie co 
wprzódy głosem zaczął znowu: 
— Niepodobna, kochany szwagrze, tak, nie-po-do-bna! Oprócz wyprawy córki mamy inne 
potrzeby i wydatki, a sam przyznasz, niezawodnie to przyznasz, że czasy teraz są ciężkie, bardzo 
ciężkie... 
— Niech diabli wezmą takie czasy! — coraz trudniej w tonie delikatności utrzymać się mogąc 
wykrzyknął Benedykt, ale zaraz głos zniżając i nader uprzejmie dodał: — Szwagierek 
przynajmniej na ciężkie czasy wyrzekać nie możesz... 
— Kto wie? — ze sfinksowym uśmiechem i melancholijnym spojrzeniem w dal zaczął Darzecki 
— tak, kto wie... 
Znowu w rozmowie dwu mężczyzn ta sama, co wprzódy, zaszła przeszkoda. Trzy panienki 
drogę im zabiegły i na paluszkach przed nimi idąc, z oczami ku Korczyńskiemu wzniesionymi, 
chórem zaszczebiotały: 
— Papciu! Wujaszku! wpadłyśmy na wyborny, doskonały pomysł! 
— Śliczny pomysł! — wzbił się nad inne głos Leoni. — Niech papcio sprowadzi cztery posągi, 
koniecznie cztery: dwa pomiędzy oknami staną, a dwa po rogach salonu!... 
— Teraz modnie salony posągami ubierać... 
— U nas na pensji są posągi, wprawdzie gipsowe, ale to nic nie szkodzi... zawsze to bardzo 
zdobi salon... Mój papciu, mój złoty, proszę do naszego salonu sprowadzić cztery posągi, choć 
gipsowe... 
Z nowego osłupienia budząc się Benedykt krzyknął prawie: 
— Zwariowałaś, Leoniu, czy co? Ruszaj mi zaraz z drogi i rozmawiać nie przeszkadzaj! 
Znowu z tym samym połączeniem śmiechu i obrazy podlotki frunęły w inną stronę salonu i 
znowu Witold, którego oczy iskrzyły się pod ściągniętymi brwiami, do siostry przemówił: 
— No, poprośże jeszcze ojca, żeby ci jaki pałac królewski do Korczyna sprowadził! 
Darzecki zaś za odbiegającymi córkami patrząc z pobłażliwym uśmiechem mówił: 
— Wesoła, swobodna, różowa młodość, wiek szczęśliwy, marzeń pełny!... 
A potem zaraz do ostatniego wyrazu przerwanej mowy swej powrócił: 
— Kto wie? kto na pewno wiedzieć może, dla kogo los łaskawym jest lub surowym? Nie 
narzekam, nie narzekam; w porównaniu z innymi w interesach stoję dobrze, tak, bardzo do– 
brze. Jednak równowaga ich trochę w ostatnich czasach zachwianą została... trochę... 
W na wpół spuszczonych oczach Korczyńskiego przeleciał przy tych słowach gościa 
zjawiający się w nich czasem błysk mądrej i nieco złośliwej filuterności, lecz zgasił go 
natychmiast gruby cień troski. 
— W zeszłym roku potrzebowaliśmy dom nasz powiększyć i trochę przyozdobić... żonie mojej 
zechciało się małej oranżerii, do której by wychodzić było można prosto z jadalnej sali... córki 
moje pragnęły inaczej umeblować swoje pokoiki... ja znowu popełniłem szaleństwo, tak, 
przyznaję to, sza-leń-stwo — powiozłem je wszystkie za granicę... Podróż sześciu osób 
kosztowała wiele, ale sprawienie im tej przyjemności było prawdziwą potrzebą mego serca, 
której odmówić sobie nie mogłem. Słowem, od lat kilku, to jest od czasu, kiedy starsze córki 
moje dorosły, wydawałem trochę za wiele, tak, za wie-le, i dlatego równowaga trochę się 
zachwiała... 
Wzburzeniu, które szeroką pierś jego podnosiło, folgi trochę dając, z całych sił przecież 
hamując się, Korczyński zauważył: 
— Ależ, kochany szwagrze, zawsze byłem zdania, że te powiększanie domu, te oranżerie i te 
wojaże były dla was wcale niepotrzebne!... 
O jedną czwartą tonu głos podnosząc i z widoczniejszym niż kiedy wyrazem własnej 
wyższości na twarzy Darzecki odpowiedział: 
— To względne, kochany panie Benedykcie, tak, bardzo względne. Jesteśmy ludźmi 
cywilizowanymi, a cywilizacja stwarza w nas potrzeby, gusty, przyzwyczajenia, dążenia, tak, dążenia, które są naszym życiem, których wyrzekając się gwałcimy niejako własną naturę, samą 
naszą duszę. Człowiek ucywilizowany rozkochany jest w pięknie, w harmonii, w rzeczach 
wykwintnych, wzniosłych; pragnie on także wrażeń, duchowego zasiłku, umysłowego wzrostu, 
których bez wytwornego otoczenia, bez podróży i tym podobnych zbytków życia posiadać nie 
można. Zresztą, mam córki i nikt mi tego za złe brać nie powinien, że pragnę dla nich losu 
najświetniejszego, tak naj-świet-niej-sze-go. Na koniec, znasz dobrze, kochany szwagrze, moje 
stosunki familijne. Jedna z ciotek moich wysokie zajmuje miejsce w kołach arystokratycznych... 
stryjeczny brat mój, powiększywszy znacznie swą fortunę, posiada dom po książęcemu prawie 
urządzony. Z tych dwóch źródeł płyną liczne moje znajomości i kuzynostwa. Stosunki zaś do 
wielu rzeczy obowiązują, niejako zmuszają. Jest to moralna presja, której poddajemy się chętnie, 
bo daje nam w zamian znaczną, bardzo znaczną sumę przyjemności zupełnie wyższych. 
Eksplikuję* się przed tobą, kochany szwagrze, ponieważ z przykrością, z rzetelną przykrością 
przychodzi mi kłopotać cię o tę sumkę... Ale znam cię, kochany szwagrze, jako człowieka 
honoru, serca i rozumu, więc nie wątpię, że gdy nad pozycją moją zastanowić się zechcesz, 
przyznasz mi rację, najzupełniejszą rację! 
Z powierzchowności sądząc nie widać było, aby Korczyński przyznawał szwagrowi 
najzupełniejszą rację; nic jednak o tym nie powiedział. W zamian, zniżonym i prawie pokornym 
głosem mówić zaczął o tym, że długu tego ani na chwilę uważać nie przestał za 
najsprawiedliwszy, że procenty regularnie opłacał i nawet przed kilku laty na żądanie szwagra 
stopę ich podniósł, że za wielkie wyświadczone mu dobrodziejstwo uważa, iż tak długo nie 
żądano od niego wypłacenia tej sumy. Potem, z kolei, eksplikował się z przyczyn, które tę 
wypłatę czynią dla niego niezmiernie trudną i prawie rujnującą, wyliczał dochody swe i wydatki, 
ciężary obarczające Korczyn, starania swe o zachowanie i ulepszanie majątku. Mówił długo, a 
ponieważ nie chciał, aby dzieci słyszały wszystko, co mówił, głos zniżał prawie do szeptu, co 
mowę jego podobną czyniło do odbywanej spowiedzi. Była to spowiedź widocznie męcząca, bo 
plecy garbiły mu się coraz więcej i wzrok coraz nieruchomiej tkwił w ziemi, a na sfałdowane 
czoło występowały krople potu. Na koniec, Darzecki u jednej z kanap otoczonych fotelami 
zatrzymał swe drobne, poskrzypujące kroki i na jeden z fotelów opuścił się w ten sposób, że 
można go było wziąć za siadający posąg. Benedykt usiadł także i przestając mówić słuchał 
długich i płynnych wywodów szwagra o różnych źródłach kredytu istniejących, a także takich, 
które by tylko istnieć mogły; o kapitale, który ludzie nie dość postępowi znieruchomiają w nie 
wycinanych lasach; o zyskach, które on sam spodziewa się osiągnąć z powiększonej swej 
gorzelni i nowo przez się założonej olejarni; o łączeniu przemysłu z gospodarstwem rolnym; o 
różnych systemach gospodarskich we Francji, Niemczech, Belgii, Holandii. Skończył na tym, że 
doradzał szwagrowi albo sprzedanie zaniemeńskiego lasu, albo pożyczenie wiadomej sumy u 
jednego z kapitalistów miejskich, z którym on sam posiada niejakie stosunki i szwagra 
zaznajomić gotów, który wprawdzie zażąda procentu wyższego, daleko nawet wyższego nad ten, 
jaki Benedykt płacił dotąd siostrze, co jest smutną, ale nieuniknioną koniecznością budzącą w 
nim samym żal, rzetelny żal, ale jeżeli tylko kochany szwagier zastanowić się zechce, nie tylko 
tego nalegania i tych strat, które poniesie, za złe mu nie poczyta, ale pozycję jego i jej potrzeby 
wyrozumiawszy przyzna mu niezawadnie rację, naj-zu-peł-niej-szą ra-cję. Korczyński jednemu 
tylko z tych punktów rację przyznawał: winien był siostrze kilkanaście tysięcy i oddać je, skoro 
tego stanowczo żądano, było jego bardzo naturalnym i prostym obowiązkiem. O sprzedaży lasu 
myśleć będzie i z kapitalistą zaznajomi się. Prawdopodobnie drugiego środka użyje raczej niż 
pierwszego, chociaż jakim sposobem z tej lichwy wylezie, gdy raz w nią wlezie, sam nie wie i 
nie rozumie. Szwagier utrzymuje, że racjonalniej byłoby las sprzedać; może i jest w tym 
słuszność, ale są znowu względy, które... 
Umilkł i zamyślił się najmłodszy z trzech niegdyś braci Korczyńskich, tak zamyślił się, że 
przypuścić było można, iż na chwilę o szwagrze i ciężkim kłopocie swym całkiem zapomniał. Po 
chwili twarz swą do samej prawie twarzy Darzeckiego przysuwając, jak tylko mógł najciszej, 
szepnął: 
— Szwagier może pamięta, że tam jest... to... tamto... mogiła... 
— Jaka mogiła? — zadziwił się Darzecki. 
— Andrzeja... i to... tamto... tego... tych, którzy z nim razem... 
Po chwili dokończył: 
— Wszystko to przeszło i wiadoma rzecz, że nawet wspominać o tym nie trzeba. Ale wie 
szwagier, czasem, kiedy na to... tamto... spojrzę i przypomnę sobie, zdaje mi się, że to kościół... 
Teraz Darzecki milczał chwilę, przypomniał sobie także, i oczy, których blade źrenice 
zmąciły się trochę i zamigotały, wzniósł ku sufitowi. Potem z westchnieniem zaczął: 
— Sentymentalność... tak, jest to, kochany szwagrze, sen-ty-men-tal-ność, której, na 
nieszczęście, każdy z nas mniej albo więcej ulega, a która już nam tyle złego narobiła... 
— Pewno, pewno! Tyle złego! — głośno przerwał Benedykt i z przekonaniem, prawie z 
zapałem dokończył: — Szwagier ma pod tym względem rację, najzupełniejszą rację! 
Umilkli, salon napełniały już tylko cienkie i mieszające się z sobą głosy panienek, które na 
trzech krzesłach w rząd ustawionych siedząc z ptaszęcymi ruchami ładnych główek po 
ptaszęcemu świegotały: 
— Najmodniejsze teraz pantofelki z szarego płótna ze skórzanymi deseniami... 
— Nie cierpię płóciennych... dla mnie najpiękniejsze z wyzłacanej skórki... tylko trzeba 
koniecznie, aby miały wąskie nosy... 
— Ach, wąskie nosy... koniecznie! koniecznie! U moich są za szerokie, prawda? 
I podnosząc nieco małą nóżkę Leonia ze smutkiem na twarzy, ze zmarszczonym trochę 
czołem ukazywała kuzynkom pantofelek swój na ażurową pończoszkę włożony. 
Darzecki powstał i odmawiając śniadania, na które zapraszał go Benedykt, wymawiając się 
tym, że dziś jeszcze córki swoje zawieźć musi do jednej ze swych ciotek o trzy mile stąd 
mieszkającej, brata żony żegnał i bratowej najgłębsze swe ubolewanie nad jej chorobą 
oświadczyć polecał. W przedpokoju mówić zaczął o Zygmuncie i nowym zajęciu, które ten 
młody człowiek dla siebie znalazł, a które raz jeszcze świadczyło o jego wyższych, 
niepospolitych zdolnościach. Zabrał się on mianowicie do rozkopywania tak zwanych okopów 
szwedzkich znajdujących się w bliskości osowieckiego dworu i niezmiernie się do tej roboty 
zapalił. Znalazł już nawet jakiś od rdzy podziurawiony pałasz i kilka monetek ze szwedzkimi 
napisami. 
— Zadziwiająco zdolny... wielostronnie utalentowany młody człowiek... genialny, tak, 
powiedzieć można... ge-nial-ny! 
Te pochwały synowcowi jego oddawane nie zdawały się bardzo Benedykta uszczęśliwiać. 
Słuchał ich z trochę posępnym, a trochę żartobliwym wyrazem twarzy. 
— Szkoda tylko — zauważył — że do gospodarstwa to już, jak się zdaje, najmniejszego talentu 
nie posiada. 
— Cóż szwagier chce? — z niezwykłym ożywieniem ukochanego siostrzeńca żony bronił 
Darzecki. — Cywilizacja ma swoje prawa. Jest to chłopak ucywilizowany, tak, wysoko nawet 
ucy-wi-li-zo-wa-ny. Przy tym artysta! Czy podobna wymagać, aby go te rzeczy... te małe i 
niziutkie rzeczy interesowały?... 
— Kiedyż bo — zarzucił znowu Benedykt — on podobno i nic nie maluje teraz... 
— A nie, a nie! Szkoda, tak, nieodżałowana szko-da. Ale inaczej być nie może... Artyście 
trzeba wrażeń, swobody, ciągłych widoków piękna... Gdzież on to wszystko tu znaleźć może? 
Przy tym pomiędzy tymi oborami, stajniami, parobkami etc., etc. czuje się on przygnębionym, 
obniżonym, unieszczęśliwionym... 
Rozmowa ta o synowcu, zamiast łagodzić, wzmagała jeszcze wzburzenie i rozdrażnienie 
Benedykta. 
— A, na miłosierdzie boskie! — zawołał — czy to ziemia jest rajem, żeby od niej wszystkiego 
dobrego razem wymagać było można! Czegoż ten gagatek więcej od losu swego żąda? Ma 
majątek, talent, matkę, która za nim świata nie widzi, młodą i śliczną żonę, tak w nim 
rozkochaną, że aż czasem ludzi śmieszy... 
Na ganku już stojąc, w płaszczu jakiegoś przedziwnego i zapewne bardzo wytwornego kroju, 
z lekka na ramiona zarzuconym, Darzecki pochylił się ku uchu szwagra tak, jakby to czynił 
posąg, i szepnął: 
— Nie mów tylko nic o jego żonie! Ładna i dobra kobiecina... koligatka* przy tym i nie 
biedna... ale zdaje się... że Zygmusia już znudziła... Cóż szwagier chce? Natura artystyczna! 
Nudzi go to, co posiada, pragnie tego, czego nie ma... 
Z tymi słowami i przy odgłosach pożegnalnych całusów panienek do powozu wsiadał. 
Korczyński zawołał z ganku na stajennego chłopcu, aby mu konia siodłano, i szerokimi 
krokami, wąs na palec matając, do salonu wrócił. Musiał jeszcze przed wyjechaniem w pole z 
synem się rozmówić. Innym razem może by tę rozmowę na później odłożył, polu i odbywającym 
się śród niego robotom pierwszeństwo dając. Ale teraz świeżo nań spadłą troską rozjątrzony 
musiał wypowiedzieć synowi uczute względem niego niezadowolenie. 
— Witold! — od drzwi salonu zawołał — czemuś to nie był łaskaw porozmawiać trochę z wujem 
i na ganek go przeprowadzić? 
Młody człowiek, który plecami do salonu zwrócony stał przed jednym z okien, powoli 
zwrócił się ku ojcu, ale przez chwilę nie odpowiadał nic. W delikatnych i ruchliwych rysach jego 
malował się niepokój. 
— Dlaczego obchodzisz się z wujem tak, jak gdyby to był twój koleżka, z którym wolno ci 
rozmawiać lub nie rozmawiać, grzecznym być albo niegrzecznym? Dziesięciu słów do niego nie 
przemówiłeś, gdy odjeżdżał, ukłoniłeś mu się z daleka i nie wyszedłeś nawet do przedpokoju, 
aby mu pomóc do włożenia płaszcza? Czy dlatego tak postępujesz, że jest to człowiek, którego 
ja łaski potrzebuję? który mię jednym swoim słowem może teraz z największego kłopotu 
wybawić? Czemuż nie odpowiadasz? 
Jeszcze nie odpowiadał, ale nie przez nieśmiałość; owszem, mnóstwo wyrazów cisnęło mu się 
na usta, które kilka razy zadrżały, otworzyły się i zamknęły znowu. Głębsze jakieś uczucie nad 
nieśmiałość wstrzymywało go od mówienia. Powieki miał spuszczone, ale gdy raz na ojca wzrok 
podniósł, był on pełen żalu i dręczącego wahania. 
— Czemuż nie odpowiadasz? czy oniemiałeś?– krzyknął już Benedykt. 
— Nie chciałbym, ojcze, rozgniewać cię i zmartwić. 
Benedykt z irytacją wybuchnął: 
— Facecja! już to zrobiłeś! Rozgniewałeś mię i zmartwiłeś, a teraz przynajmniej powiedz: 
dlaczego tak postępujesz z wujem? 
Smutne dotąd oczy Witolda błysnęły; zwyczajnym sobie ruchem ręce w tył założył i 
podnosząc czoło prędko i dość głośno wymówił: 
— Dlatego, mój ojcze, że dla pana Darzeckiego nie mam szacunku, a nigdy nie zniżę się do 
nadskakiwania człowiekowi, którego nie szanuję. 
Zdumienie Benedykta granic nie miało; wpatrzył się w syna osłupiałymi oczami i po chwili 
dopiero zdolnym był wymówić: 
— A toż co? skąd? dlaczego? 
Ale ani wiedział, ani pomyślał o tym, że natarczywymi pytaniami swymi otwierał ujście 
potokowi wartkiemu i naciskał grunt przepojony ogniem. 
— Dlatego — z kolei wybuchnął Witold — że jest to pyszałek, sybaryta, egoista, nie dbający o 
nic oprócz własnej pychy i wygody, nie widzący dalej niż do końca swego nosa, który zadziera 
pod obłoki dlatego, że ma większy od innych majątek, ciotkę hrabinę i stryjecznego brata 
wzbogaconego nie wiedzieć w jaki sposób, zapewne potem i krzywdą swych bliźnich. Nie tylko 
ludziom tego rodzaju sam nadskakiwać nie myślę, ale bolało mię, oj! jak mię bolało, że ty, mój 
ojcze, nadskakiwałeś jemu i robiłeś się przed nim takim małym, pokornym... 
Boleć go to musiało istotnie, bo i teraz ręką powiódł po czole, a wzrokiem już znowu nie 
rozgniewanym, lecz rozżalonym, twarz ojca mijając, kędyś daleko patrzał. Ale u Benedykta 
zdziwienie przytłumiło wszystkie uczucia inne, nawet gniew. 
— Patrzcie, jaki mi sędzia! — z ironią wymówił. — Jeszcze ci nie pora... 
— Pora, ojcze — popędliwie przerwał młody chłopak — zawsze jest pora i widzieć, i mówić 
prawdę. Młody jestem, ale właśnie dlatego czuję się w prawie sądzić tych, których sposób 
myślenia, życie, wszystko znajduje się w przeciwieństwie absolutnym ze wszystkimi ideałami 
młodego, lepszego, mojego świata! 
O rzeczach takich, jak ideały, lepsze światy itp., Benedykt od tak już dawna nie myślał, nie 
mówił i nie słyszał, że i teraz ominęły one organy jego słuchu, żadnego na nich nie czyniąc 
wrażenia. Głęboko w zamian dziwiło go i oburzało to, co syn jego powiedział o Darzeckim i o 
nim samym. Szwagra przywykł lubić i szanować nie pytając wcale, za co lubi go i szanuje; był 
wdzięcznym mu istotnie za wieloletnie nieupominanie się o wypłacenie długu; na koniec, 
obejście się Darzeckiego, jego wykwintność, koligacje, sam nawet sposób mówienia 
imponowały mu nieco bez własnej o tym jego wiedzy. Wszystko to było przyczyną, dla której 
wobec słów syna czuł przede wszystkim zdziwienie. Był przecież i rozgniewanym. 
— Raczysz więc mieć mi za złe — zaczął — że byłem uprzejmym dla człowieka, który 
uszczęśliwia moją siostrę i mnie wyświadczał dotąd ważną przysługę? 
— Nie uprzejmym, ojcze — z cicha poprawił Witold — ale nadskakującym, pokornym! 
— Głupiś — rzucił Benedykt, którego jednak posępne źrenice zmąciły się przy słowach syna i 
na chwilę utkwiły w ziemi — alboż ty znasz życie i jego konieczności? Zapewne, może z 
Darzeckim obchodzę się trochę... trochę inaczej niż z innymi, ależ on prawie los nas wszystkich 
w rękach swoich trzyma... Zresztą szanuję go istotnie... 
— Za co? — bystro w same oczy ojca patrząc zapytał Witold. 
Było to pytanie, którego Benedykt sam sobie nie zadał był nigdy i które dlatego właśnie 
sprawiło mu wielką przykrość. 
— Jak to za co? co za co? jakie za co? Choćby za to, że jest dobrym mężem i ojcem i interesy 
swoje dobrze prowadzi! 
— Czy jesteś pewnym, ojcze, że choć to jedno dobrze czyni? A też oranżerie, wojaże, paryskie 
fortepiany, stosunki z tym kapitalistą i za-chwia-nie rów-no-wa-gi... 
Ostatnie wyrazy młody chłopak wymówił z tak wybornym naśladowaniem układu ust i 
akcentu mowy Darzeckiego, że Benedykt odwrócił się na chwilę, by ukryć śmiech mimo woli 
wybiegający mu na usta. Bardzo jednak poważnie i z powracającym gniewem odrzucił: 
— Głupiś! co ty tam znasz się na tym! Dlaczegóż przynajmniej kuzynek swoich bawić się nie 
starałeś? One chyba żadnych jeszcze ciężkich grzechów nie popełniły, za które czułbyś się w 
prawie wysyłać je do piekła? 
— One same, mój ojcze, są całe jednym grzechem przeciw zdrowemu rozsądkowi i postępowi 
kobiet popełnionym... z wybuchającym na nowo zapałem zaczął Witold. — To są, mój ojcze, 
konsumentki, które z pewnością nic nigdy dla cywilizacji nie wyprodukują. Co ten stary kołek w 
płocie prawił o cywilizacji, fałszem jest i potwarzą na cywilizację rzucaną. Córki jego nie są 
ucywilizowane kobiety, ale światowe sroki, które w swoich ptasich główkach dwóch 
ucywilizowanych myśli nie mają, choć czasem o literaturze i muzyce mówią... 
— Witold! — zawołał Benedykt — nie pluć mi tak na krewnych! 
Ale chłopak tego wykrzyku ojca może nawet nie słyszał. Po czole przepływały mu rumieńce i 
zwilgotniały oczy. 
— Siostra moja na tej samej znajduje się drodze — coraz prędzej i zapalczywiej mówił. — 
Dawno już, mój ojcze, mówić z tobą chciałem o niej; ale wahałem się... nie śmiałem... Teraz 
powiem. To mój obowiązek i moje prawo. Jestem jej bratem i kochaliśmy się od dzieciństwa. 
Kierujecie ją na lalkę, na taką samą światową srokę... 
— Witold! 
— Tak, mój ojcze, na lalkę i światową srokę, która jeszcze od ziemi zaledwie odrosła, a już jej 
w głowie pantofle i posągi! Pantofle i posągi! Oto uczucia i myśli, na których gruncie wzrasta 
przyszła kobieta i obywatelka... 
— Witold! 
— Tak, mój ojcze! Marnujecie mi siostrę i to mię boli, bo nie jest ona ani złą, ani głupią, ale 
takie niestosowne do ducha czasu wychowanie, takie przykłady zrobią ją najpewniej, jeżeli nie 
zupełnie złą, to przynajmniej głupią sroką, gęsią, papugą... 
— Witold! Milcz! 
Tym razem wykrzyk był tak namiętny i głośny, że młody człowiek umilkł. 
— Milcz! milcz! milcz, błaźnie! — coraz namiętniej powtarzał Korczyński i z oczu ciskał 
błyskawice. Długo nic więcej przemówić nie mógł, aż na koniec zdławionym głosem rzucił: 
— Jesteś złym i zarozumiałym chłopcem, który nic nie szanuje i nikogo nie kocha. Nikogo nie 
kochasz i wszystkich krytykujesz, krewnych, siostry, nawet ojca... ojca, który jednak ciebie... w 
tobie... no! cóż robić?... Niech jeszcze i to... 
I prędko odwróciwszy się, szerokim krokiem wyszedł z salonu. Witold pozostał jakby do 
miejsca przykuty, bardzo blady, z zagryzioną wargą i gorejącym wzrokiem. Dwa wybuchliwe 
temperamenty, dwie rozdrażnione dusze: ojca i syna, starły się z sobą i scenę tę wykrzesały. Byli 
bardzo do siebie podobni, a podobieństwo to stało się jedną z przyczyn gwałtowności starcia, 
przygotowującego się zresztą od kilku tygodni. Od kilku tygodni, od pierwszego prawie dnia 
przyjazdu Witolda do domu po dwuletniej w nim niebytności, syn spostrzegał w ojcu i w 
ojcowskim domu mnóstwo rzeczy, które dawniej wcale go nie raziły, a teraz kłuły w oczy, w 
serce i w mózg; ojciec zaś uczuwał ze strony syna przymus, przemilczenia, chłód... Teraz gorzka 
uraza, którą w dumnego chłopca uderzyły krzyki i obelżywe słowa ojcowskie, mieniła się na 
pobladłej jego twarzy z wyrazem gryzącego żalu. Widział dobrze, że w oczach odwracającego 
się od niego ojca zamigotały łzy. Uraza jednak przemogła. 
— Milczeć! — przez zaciśnięte zęby zawołał — dobrze! o, pewno, że będę milczał i na takie 
ubliżenia nie narażę się już nigdy. 
Ale w tej samej chwili, innym znowu uczuciem zdjęty, rzucił się ku drzwiom i bez tchu 
prawie na ganek wypadł. Zobaczył ojca na konia wsiadającego i zbiegłszy ze wschodów ganku, 
tuż prawie przy koniu stanął: 
— Mój ojcze! może weźmiesz zamiast czapki swój kapelusz z szerokimi brzegami, bo słońce 
dziś bardzo dopieka... 
Nie podnosząc schylonej twarzy, z której długie wąsy aż na surdut mu spadały, i na syna nie 
patrząc, Benedykt krótko ofuknął: 
— Idź precz! 
I w tejże chwili ku bramie dziedzińca pocwałował. Wybornym był jeźdźcem; wysoki, silny, z 
grzbietem końskim jakby zrośnięty, pomimo ciężkości swej pięknie na koniu wyglądał. Niegdyś, 
w dziecinnych i pacholęcych swych latach, Witold zachwycał się widokiem siedzącego na koniu 
ojca. Uwielbiał go on wtedy więcej jeszcze niż zwykle i pragnął stać się do niego podobnym. 
Ale dziś dalekim był bardzo od poetyzowania tej postaci, która na domowym, lecz zgrabnym 
wierzchowcu z siłą i mimowiedną fantazją osadzona, miała w sobie istotnie jakąś szlachetną, 
dzielną, z błękitnych mgieł przeszłości wyłaniającą się rycerskość. Ofuknięty znowu, zbladł 
jeszcze więcej niż wprzódy, cofnął się i do krwi prawie przygryzając wargę, wzrok utkwił w 
ziemię. Z gorzkiego i gniewnego zamyślenia obudził go głos tajemniczo i jakby trwożnie 
wołający: 
— Witold! Witold! 
Podniósł wzrok i zobaczył wyglądającą zza węgła domu głowę, na pierwsze wejrzenie dość 
szczególny pozór mającą. Była to głowa mężczyzny dwadzieścia dwa lub trzy lata mieć 
mogącego, wielka, obrosła niezmierną gęstwiną rudawych i mocno rozczochranych włosów, z 
twarzą wielką, o rysach kształtnych, ale grubych, okrytych cerą tak ogorzałą, że prawie jak krew 
czerwoną, i u dołu policzków obrosłych również rudawą i rozczochraną gęstwiną włosów. 
Pośród tej grubej, czerwonej, obrosłej twarzy jaśniał szereg zębów białych jak śnieg a 
ukazujących się w uśmiechu trochę gapiowatym, a trochę jak u małego dziecka niewinnym i 
wesołym, i niewinnie, wesoło, przyjaźnie, błękitem i srebrem świeciła para wielkich, podłużnych 
oczu. Te to właśnie połączenie dziecięcej prawie niewinności i wesołości z grubością rysów, 
czerwonością cery i obfitością jaskrawych włosów nadawało charakter szczególny 
zaciekawiający tej głowie należącej do potężnie wzdłuż i wszerz rozrosłego, ciężkiego, 
muskularnego, w krótką, szarą siermięgę i wysokie, zrudziałe buty ubranego ciała. Z szerokich 
pleców tego wielkiego, niewinnie i gapiowato zębami i oczami śmiejącego się chłopca sterczały 
dwie wysokie i suche linie w grube sznury zaopatrzonych wędzideł*. 
— Julek! A co? — zawołał Witold, którego chmurna twarz rozpogodziła się w mgnieniu oka. 
Ale wielki chłopiec nie odpowiadał nic, tylko tajemniczymi gestami ręki i głowy przyzywał 
go ku sobie. Witold paru skokami znalazł się przy nim, a wtedy i on grubym szeptem mówić 
zaczął: 
— Jeżeli Witold chce dziś na kiełby jechać, to proszę teraz, bo pod wieczór może deszcz 
spadnie... 
— Dobrze! Dobrze! ale czegóż ty, Julek, tak szepczesz i chowasz się za ścianę?... 
Rudy chłopiec wielką swą głowę wtulił w ramiona i z gapiowatym śmiechem zaszeptał 
znowu: 
— A jakże! czy ja wiem? tak jak prawie sześć lat we dworze nie byłem... może tu kto na mnie 
gniewać się będzie... 
— A dlaczegóż czapki na głowie nie masz? 
Z tą samą mimiką chłopiec odpowiedział: 
— Czy ja wiem? we dworze? Może kto będzie gniewał się na mnie? 
— Włóż zaraz czapkę i mów głośno — zadyrygował Witold i widać było, że go znowu coś w 
serce ukłuło. Ale spojrzał na wędy i zwracając się ku dziedzińcowi zawołał: 
— Mars! Mars! 
Wielki, czarny ponter wyskoczył z kuchni, w pobliżu której stali dwaj młodzi ludzie. 
— Chodźmy! — zawołał Witold. 
— Chodźmy! — głośno już i raźnym gestem starą czapkę na ogromną czuprynę swą wkładając. 
powtórzył chłopiec w siermiędze. 
Przez furtkę do ogrodu wbiegłszy od starych klonów, długą ścianą stojących nad samym 
brzegiem wysokiej góry, szybko z niej zstępować zaczęli ku Niemnowi. Mars cwałował przed 
nimi. 
— A gdzież Sargas? — zapytał Witold. 
— Che, che, che! łódki pilnuje! — zaśmiał się jego towarzysz. 
— W domu u was wszyscy zdrowi? 
— A zdrowi, chwała Bogu! 
— Już z pięć dni w okolicy waszej nie byłem... 
— A jakże! już my mówili, że Witold może przestanie do nas chodzić, bo może Witoldu ociec 
zabronił... 
— Mnie nikt zabronić nie może przestawać z wami i być przyjacielem waszym — oburzył się 
Witold, ale tym razem wszelkie przykre uczucie krótko w nim trwać mogło. Dzień był taki 
pogodny, upalny, Niemen u stóp wysokiej góry toczył się taki błękitny i złoty, a u brzegu stała 
łódka mała, w której wnet z towarzyszem swoim usiądzie, aby na środek rzeki wypłynąć i koniec 
wędy w błękitach utopiwszy patrzeć mniej może na pływające po ich powierzchni i obecność 
małej rybki drżeniem swym zdradzające piórko, jak na ten mały, piękny, nad wszystko milszy 
mu kawałek świata. Oddychać będzie pełną piersią świeżością powietrza i wody i gwarzyć 
całym sercem z tym towarzyszem swym, z którym ileż razy w dziecinnych swych i nieco nawet 
późniejszych latach zbiegał razem z tej góry i, tak jak teraz, siadał razem do łódki, przy której w tej chwili na kształt posążka z czarnego marmuru siedział na straży wyprostowany i nieruchomy, 
czarny, kudłaty, sporej wielkości Sargas. Niezmącona, dziecinna wesołość okrywała delikatne, 
inteligentne, trochę już zmęczone rysy Witolda Korczyńskiego i grubą, czerwoną, rudawymi 
włosy obrosłą twarz Julka Bohatyrowicza. Gdy wiosłami zgodnie uderzyli oni o wodę, łódka 
zakołysała się na błękitnej i złotej toni, a dwa czarne psy, wyżeł i kundel, każdy naprzeciw 
swego pana siedząc, wesołymi także oczami ścigały niskie loty nadwodnych muszek, 
strzelistych babek* i złotym miodem obarczonych pszczół... 
Salon korczyńskiego domu rozbrzmiewał teraz muzyką skrzypiec i fortepianu. Pani Emilia po 
całogodzinnym przebywaniu wyobraźnią w Egipcie i zjedzeniu paru łyżek rosołu uczuła się 
znowu tak cierpiącą i smutną, że zapotrzebowała jakiejkolwiek rozrywki, jakiejkolwiek moralnej 
podniety. Czerpała je niekiedy w usposobieniach podobnych z muzyki Orzelskiego. 
Uszczęśliwiony wezwaniem przez Teresę przyniesionym mu, stary z pomocą córki ubrał się co 
najprędzej i wraz z nią na dół zszedłszy, z rozkoszą wygrywał teraz jedną po drugiej długie i 
zawiłe kompozycje. Justyna akompaniowała mu wprawnie, dokładnie i jak od dawna już 
bywało, obojętnie, prawie machinalnie. Trwało to dobrą godzinę. Orzelski, niezmordowany, 
zachwycony, rozmarzone oczy topił w rozciągniętej za oknami gęstej zieleni ogrodu, 
wysubtelniał się, piękniał, unosił się czasem na palcach nóg, jakby miał wnet oderwać się od 
ziemi. Justyna stawała się przeciwnie coraz bledszą, rysy jej sztywniały, oczy gasły, kilka razy 
ziewnęła głośno, czego jednak Orzelski, ekstazą porywany, nie spostrzegł. Niezmiernie trudnymi 
i mistrzowsko wykonanymi pasażami zakończył czwartą czy piątą z rzędu odegraną kompozycję 
i koniec smyczka do błogo uśmiechniętych ust przykładając, z rozkosznym cmoknięciem 
wymówił: 
— Caca nokturnek! prawda, Justysiu? cukierek! A teraz te... może sobie rapsodie zagramy... 
dobrze? 
I już skrzypce pod pulchną brodę podłożywszy, okrągłym ruchem ramienia smyczkiem w 
powietrzu powiódł i na struny spuścić go miał, a Justyna, cierpliwa, bierna, ze spuszczonymi 
powiekami, palce swe ku właściwemu miejscu klawiatury kierowała, kiedy w progu przedpokoju 
zjawiła się Marta. Nie zważając wcale, że czyni przerwę w domowym koncercie, oznajmiła ona, 
że z podaniem obiadu na powrót Benedykta oczekiwać będzie, a tymczasem dla tych, którzy się 
czują głodni, śniadanie podać kazała. 
Usłyszawszy wyraz śniadanie Orzelski jakby się ze snu obudził i chwilę tylko jeszcze ze 
smyczkiem na struny opuszczonym osowiałymi oczami za odchodzącą Martą popatrzał. Potem 
ostrożnie, z pieczołowitością troskliwej piastunki, skrzypce swe w podłużnym pudle składając, z 
innym nieco jak wprzódy, lecz również błogim uśmiechem zamruczał: 
— Śniadanie! o! dobra rzecz śniadanie! Z rana, przy kawie, tylko troszkę sucharków zjadłem! 
Żeby to panna Marta tego syrka dała z kminkiem i szyneczki... bo bifsztyk u nas robią nie te... 
Z tymi słowami, wyprostowany, i okrągły żołądek naprzód podając, uśmiechnięty, 
szczęśliwy, do sali jadalnej wszedł, a po chwili przy stole już siedział z serwetą na piersi 
rozpostartą i nad talerzem szynki, którą z taką samą starannością i uwagą, z jaką na skrzypcach 
wygrywał pasaże i trele, oblewał i zaprawiał oliwą i musztardą. 
Justyna przy fortepianie pozostała. Rzecz szczególna! Trudny i zawiły akompaniament do 
wielkich muzycznych sztuk wygrywając, czyniła to widocznie z musu tylko i konieczności, a 
myślami gdzie indziej przebywała. Teraz zaś nie tylko fortepianu nie opuściła, ale ze schyloną 
nieco nad klawiaturą twarzą, z zajęciem, szukać na niej zaczęła akordów, którymi widocznie 
zawtórzyć chciała nucie jakiejś, we wnętrzu jej zapewne śpiewającej. Zamyśloną była, oczy jej 
w klawiaturę utkwione miały wyraz pytania, które może powtarzało się w jej myśli tak uparcie, 
jak uparcie wiła się po niej owa daleka nuta, do której szukała wtóru. Znalazła go wkrótce; spod 
palców jej wyszło kilka przyciszonych akordów, przy których z cicha też zanuciła: 
Lecą liście z drzew, co wyrosły wolne, 
Na mogile śpiewa jakieś ptaszę polne... 
Rumieńce powoli opływały znowu śniadawe jej policzki, oczy błysnęły. 
Nagle z krzesła zerwać się chciała, ale wnet znowu usiadła. Zamyślenie jej, marzenie, tę nutę 
dalekiej pieśni, którą dziś wraz ze snopem dzikich roślin z pola przyniosła, przerwał jej turkot 
kół na dziedzińcu. Po chwili usłyszała w przedpokoju głos Kirły, który, rzecz dziwna! nie 
zażartował wcale z siedzącego naprzeciw otwartych drzwi Orzelskiego, ale owszem, przesłał mu 
z dala bardzo uprzejme powitanie. Do salonu wszedł z kapeluszem w ręku, ze sztywnym jak 
puklerz i śnieżnie białym przodem koszuli, szeroko wyłaniającym się spośród cienkiego i 
starannie sporządzonego ubrania. Na widok Justyny nie posunął się ku niej, jak to bywało 
najczęściej, z żartobliwą galanterią, nie spojrzał jej w oczy z drwiącą admiracją, ale przeciwnie, 
zbliżył się z zupełną powagą w postawie i na twarzy i rękę swą kościstą, lecz białą i 
wypielęgnowaną, ruchem serdecznym po jej rękę wyciągnął. Podała mu ją bardzo chłodno, ale 
on z głębokim prawie ukłonem złożył na niej pełen uszanowania pocałunek. Przy tym bez cienia 
uśmiechu przemówił: 
— Winszuję, z całego serca winszuję i proszę, abyś pani była pewną, że nikt nade mnie goręcej 
szczęścia życzyć pani i szczerszym jej przyjacielem być nie może... 
Mówił to ze wzruszeniem, które małe, świecące jego oczka wilgotnymi czyniły. Justyna 
lekceważąco ramionami wzruszyła. Powagę, uszanowanie, powinszowania i oświadczenia brała 
ona za nową formę drwin wesołego sąsiada. 
— Zapewne mam wujence oznajmić przyjazd pana? — obojętnie zapytała. 
— Jeżeli łaska, jeżeli łaska! — prawie pokornie poprosił Kirło. 
Pani Emilia słuchała była muzyki Orzelskiego nieruchomo na pościeli wyciągnięta, z 
zamkniętymi powiekami, spod których czasem na blade jej policzki spływała łza. Teresa, 
bezsennością i krzątaniem się około chorej znużona, siedząc na krześle, co chwilę usypiała i z 
gwałtownymi ruchami głowy budziła się w trwodze, czy nie drzemała za długo; Leonia zaś w 
kątku pokoju. przy szczupłym świetle dochodzącym tu zza opuszczonej sztory, zawzięcie 
wyszywała na kanwie pantofle dla Marty. Od czasu do czasu szeroko poziewała albo z wyrazem 
znudzenia i niezadowolenia wydymała bledziutkie wargi. Oznajmienie o przybyciu Kirły 
wywołało w tym dusznym i przyciemnionym pokoju ruch niespodziewany. Pani Emilia dość 
raźnie i z uśmiechem, który od razu zmęczoną twarz jej odświeżył, usiadła na łóżku i 
oświadczyła, że czuje się znacznie lepiej, ubierze się i do buduaru swego wyjdzie. Teresa z 
radości nad polepszeniem się jej zdrowia w ręce ją całowała, chichotała, od łóżka do toalety i na 
powrót biegała przynosząc mnóstwo przedmiotów do ubierania się potrzebnych. Przy tym i sama 
rzucała w lustro spojrzenia to przelotne, to dłuższe. 
Kirło samotnie w salonie przesiedział prawie godzinę, którą pani Emilia w asystencji Teresy i 
panny służącej spędziła przed zwierciadłem swej toalety, otwierając i zamykając pudełka i 
flakony; a w pracy tej czasem tylko dla odpoczynku czyniąc krótkie pauzy. Kiedy na koniec 
wstała od toalety i na spotkanie wchodzącego do buduaru sąsiada postąpiła, chód jej powolnym 
był i trochę jeszcze osłabionym, ale z ubrania i twarzy prawie niepodobna byłoby odgadnąć 
świeżo przebytych cierpień. Jednak nie udawała nic: ani choroby, ani polepszenia zdrowia. 
Zmiany te zachodziły w niej pomimo jej woli i wiedzy, mocą wpływów i wrażeń działających na 
jej nerwy. Z Kirłą łączył ją stosunek bardzo osobliwy. Był to jej przyjaciel, wielbiciel, 
powiernik. Myślała zawsze o nim jako o jedynym człowieku, który ją rozumiał i czynił 
wszystko, co od niego zależało, aby dopomóc jej w dźwiganiu smutnego życia. W głębokich 
tajnikach swej myśli była też przekonaną, że kochał się on w niej od dawna, stale, wiernie... Nie 
dziw wiec, że teraz przybycie jego obudziło w niej tę samą siłę, jaką przed kilku tygodniami 
znalazła była w sobie, aby przez cały dzień i część nocy przyjmować licznych gości i lekko 
zbiegać ze wschodów, z których zazwyczaj ją znoszono. Miała mu zawsze mnóstwo rzeczy do 
powiedzenia o sobie, wiedziała, że zawsze zabawi ją, rozerwie, coś miłego jej szepnie, jakimś 
wzruszeniem rozgrzeje. 
Istotnie też, na samym już wstępie przyjemnie ją rozczulił długim i pełnym współczucia 
ubolewaniem nad stanem jej zdrowia, a potem rozśmieszył ścigając przez dwa pokoje Teresę, 
którą dziś koniecznie chciał pocałować. Następnie, gdy wygodnie i miękko ułożyła się już na 
swym pąsowym szezlongu, z udaną powagą oznajmił, że przywiózł ciekawą, dla panny Teresy 
szczególniej niezmiernie ciekawą nowinę. Obie kobiety z upragnieniem wpatrzyły się w niego; 
on zaś z odpowiednią okoliczności mimiką opowiedział, że przybywa z Wołowszczyzny, której 
dziedzic, Teofil Różyc, zakochany jest po uszy w pannie Teresie, że wychwalał dziś jej figurkę, 
oczy, skromność, dobroć, że słowem, kto wie, czy pomimo wszystkich różnic majątkowych i 
innych na serio o niej nie pomyśli. Dziś właśnie ma do Korczyna przyjechać i Kirło pośpieszył z 
oznajmieniem paniom tej wizyty. Usta pani Emilii drżały powstrzymywanym uśmiechem, ale 
Teresa rumieniła się, to bladła na przemian; wszystkie nerwy jej twarzy drżeć zaczęły i oczy 
napełniły się łzami. Ze śmiechem i razem z płaczem rzuciła się ku pani Emilii, przysiadłszy na 
ziemi kolana jej ucałowała i z pokoju drobniejszym jeszcze kroczkiem niż zwykle wybiegła. 
Kiedy salon i przedpokój przebiegała, można by ją było wziąć za istotę nieprzytomną; jednak 
spotkanego lokajczyka zdyszanym głosem o Martę zapytała, a dowiedziawszy się, że znajduje 
się ona w swoim pokoju, jak wicher wschody przebyła i do tego pokoju wpadła. 
— Moja pani, moja złota, moja najdroższa, proszę mi na dziś swoich liliowych kokard 
pożyczyć! — obejmując Martę wyjęczała. 
— Pfuj! zgiń, maro, przepadnij! Toś mię dopiero przestraszyła! Któż to widział z takim 
impetem wpadać! — ofuknęła stara panna. — Na co ci te kokardy? owszem, pożyczę, ale na co ci 
dziś kokardy? 
— Trzeba, trzeba. Podobno mi w nich do twarzy... Pan Orzelski i pan Kirło mówili, że mnie w 
nich było do twarzy... 
— Cóż to? czy konkurent jaki przyjeżdża? — dostając z szuflady żądany przedmiot zapytała 
Marta. 
— Może i przyjeżdża! — z figlarnym mruganiem i kręceniem głową odpowiedziała Teresa. 
A gdy dwa jedwabne łachmanki znajdowały się już w jej ręku, stanęła przed małym, na 
ścianie wiszącym lusterkiem i poczęła nimi sobie włosy i stanik przyozdabiać. Oprócz tego 
układała na głowie zrudziały warkocz i brzeg stanika odchylała w ten sposób, aby zza niego 
ukazywała się jak najwięcej szyja, w samej rzeczy niepospolicie ładna. Ta głowa w brzydkim, 
zrudziałym warkoczu i twarz, która kształtem i barwą przypominała uwiędłą różę, osadzona na 
tej młodej, białej, delikatnej szyi, sprawiała wrażenie prawie bolesne. Marta, znająca dobrze 
usposobienie swej towarzyszki, a przy tym pogrążona w liczeniu sztuk stołowej bielizny, którą 
dziś do prania oddać jej było trzeba, najmniejszej uwagi nie zwracała na przystrajającą się i 
mizdrzącą przed lustrem kobietę. Ale i ona sama przystrajać się i mizdrzyć przestając, splecione 
swe ręce, małe i chude, na stolik opuściła i zamyśliła się. Wyraz nieskończonej, lecz cichej 
radości i wdzięczności twarz jej oblał i przyozdobił. Wyglądała teraz na słodką, dobrą, Bogu i 
ludziom wdzięczną istotę. Można by mniemać, że odmawiała w myśli gorącą, dziękczynną 
modlitwę. I jakże mogło być inaczej? Wczoraj jeszcze marzyła o oliwkowym fellachu, a dziś 
oznajmiono jej, że kocha ją lub bardzo, bardzo bliskim ukochania jest Europejczyk, młody, 
wykwintny, interesujący. O tym, że był także bogatym, nie myślała wcale. Nie za bogactwem 
tęskniła, lecz za miłością. Miłości jej było trzeba, miłości! miłości! Rzuciła się ku siedzącej na 
ziemi Marcie i przysiadłszy przy niej ręce jej, z której brudne serwety wypadły, całować zaczęła. 
— Moja droga, moja najmilsza! — szeptała — jeżeli Bóg w dobroci swojej to sprawi, że ja kiedy 
szczęśliwą będę, nigdy, nigdy o was i o domu waszym nie zapomnę, nigdy wam wdzięczną być 
nie przestanę za to, że przytuliliście mnie sierotę i ze słabym zdrowiem... 
— Czy ty, Tereniu, blekotu dziś najadłaś się, czy co? — burknęła Marta, ale wielką swą rękę 
pieszczotliwie przesunęła po tulącej się do jej piersi, rozpalonej, wyrazem szczęścia oblanej, a 
jednak tak biednie, biednie wyglądającej twarzy. 
— No, no! dość już tego! — łagodnie dokończyła — wiadomo, że jesteś dobrą dziewczyną, a 
tylko masz bzika... 
Trzydziestokilkoletnia dziewczyna porwała się z ziemi i chichocąc, skocznego walczyka 
nucąc, figlarnie głową kręcąc, najdrobniejszym swym kroczkiem z pokoju wyfrunęła. 
W buduarze pani Emilii wnet po wyjściu stamtąd Teresy dwoje ludzi rozśmiało się głośno i 
wesoło. 
— Uwierzyła! — wśród śmiechu zawołał Kirło. 
— Uwierzyła! — ze śmiechem także powtórzyła pani Emilia. 
Bawiła ją łatwowierność i naiwność towarzyszki, jednak zaczęła Kirle wyrzucać, że z niej 
żartował. 
— Ona jest dla mnie bardzo dobra... tak czule pielęgnowała mię dziś, gdy cierpiałam... Jedyna 
to istota, przez którą kochaną jestem... 
— Jedyna! — z wyrzutem zaszeptał Kirło i rączka użalającej się kobiety znalazła się w jego 
ręku. Delikatne jej policzki opłynął blady rumieniec, powieki spuściła i cicho wymówiła słów 
kilka o swoim biednym sercu i smutnym, smutnym życiu. Zwierzanie się z jednej strony, a 
wyrażanie najgorętszego współczucia i uwielbienia z drugiej trwało kilka minut, po czym Kirło 
budząc się jakby z upojenia, w które go zbliżenie się do sąsiadki wprawiało, z westchnieniem i 
omglonymi jeszcze oczami wypowiedział, że jednak ma istotnie do oznajmienia jej ciekawą i 
ważną nowinę. Dla niej nowina wszelka była prawdziwym dobrodziejstwem, więc niecierpliwie 
dowiadywać się o nią zaczęła. Widać było także, iż wieść, którą oznajmić miał, całkiem 
odbierała Kirle usposobienie tak do żartów, jak do zalotów. Zupełnie poważnie opowiedział, że 
wszystko, co Teresie mówił o Różycu, stosuje się w rzeczywistości do Justyny; że ten dziedzic 
starego nazwiska i wcale pięknego jeszcze majątku bardzo żywo zajęty jest panną Orzelską; że z 
nasuniętej myśli ożenienia się z nią śmiał się zrazu i żartował, ale teraz zaczyna się nad nią 
zastanawiać i kto wie? czy nie wyniknie z tego naprawdę ta dziwna niespodzianka, że prędzej 
lub później oświadczy się o jej rękę. 
— W głębi duszy — mówił Kirło — jest to desperat lamentujący nad ruinami swego zdrowia, 
majątku i życia. Może być więc, że jak deski ratunku schwyci się ożenienia z osobą, która mu się 
bardzo podoba. Sam przez się nie uczyniłby tego zapewne nigdy, ale żona moja, której jest 
wielkim admiratorem, nad skłonieniem go ku krokowi temu pracuje, a wiadoma to już rzecz, że 
s k e 1 a f a m we * . 
— Ce que la femme veut... — dopomogła pani Emilia. 
— Otóż to! A jeszcze taka f a m jak moja Marynia; bo pani i wyobrazić sobie nie możesz, jaka 
to energiczna baba! Zawczoraj była w Wołowszczyźnie, długo z nim rozmawiała i przyjechała 
do domu tak uszczęśliwiona, jakby skarb na drodze znalazła... Dowiedziałem się też od niej, że 
swoje swatostwo na dobrą już drogę wprowadziła. 
Z postawy i sposobu wysłowiania się Kirły widać było, że rzecz tę uważał za bardzo ważną 
dla Korczyńskich, dla siebie, a przede wszystkim dla Justyny, której imię wymawiał teraz z 
uszanowaniem, może mimowolnym, ale takim, że głowę przy nim nieco pochylał. Pani Emilii 
taki mezalians zrazu w głowie pomieścić się nie mógł, a potem samo jego przypuszczenie 
zachwyciło ją i rozrzewniło do stopnia najwyższego. Dla Justyny byłoby to szczęściem wielkim, 
niespodziewanym, o którym nawet marzyć ona nie mogła, ale ta strona nowiny niewiele ją zajmowała. Główny interes jej zawierał się w wielkości, wzniosłości i gorącości uczucia, które 
Różyca do tak nadzwyczajnego kroku skłaniać mogło. 
— O, Boże! cóż to za szczęście musi być dla kobiety obudzić taką miłość, miłość, która 
wszystkie przeszkody łamie i depcze, której się nic oprzeć nie może, która... dla której... przez 
którą... Dlaczego każdej nie danym jest spotkać na drodze swego życia takiego serca, takiej 
namiętności, takiego poświęcenia... 
Długo na temat ten fantazjując nie zauważyła niedorosłej, lekkiej jak motyl panienki, która 
wszystkiego przez otwarte drzwi sypialni wysłuchawszy kanwę z wyszytą różą na ziemię rzuciła 
i na paluszkach do dalszych pokojów wybiegła. Po chwili cienki głosik Leoni rozlegał się na 
wschodach, na których spotkała schodzącą na dół Teresę, i w pokoju panny Marty i Justyny, 
gdzie usłyszaną nowinę z niezmiernie żywymi gestami i błyszczącymi oczami opowiadała. 
W kilka minut potem w tym samym pokoju Teresa leżała na jednym ze znajdujących się tam 
łóżek, z wykrzywioną na głowie kokardą, spłakana i tak do poduszek przytulona, jak chore 
dziecko tuli się do piersi matki lub piastunki. Skoczne walczyki i dziękczynne modlitwy 
dalekimi już od niej były. Od czasu do czasu cicho i jękliwie wymawiała: 
— Co ja złego jej zrobiłam, że pozwala ona tak żartować ze mnie! 
A potem z żałosnym westchnieniem: 
— Ja ją tak kocham, a ona dla mnie nie ma żadnej sympatii!... 
Zaczęła znowu płakać i śród łkań mówiła jeszcze: 
— I jakiż to zresztą sens tak żartować ze mnie? Gdybym już była taką starą i straszną... 
Dwadzieścia dziewięć lat mam, dlaczegóżbym więc uwierzyć nie mogła, że się komuś 
podobałam! 
Po chwilowym uspokojeniu się jęknęła znowu: 
— Ja ją tak kocham, tak kocham, a ona żartuje ze mnie! O Boże, jak mię głowa boli! 
Wtem zerwała się i na łóżku usiadła. 
— O mój Boże! — krzyknęła — wszakże to ja jej lekarstwa nie dałam! Która godzina, Justynko? 
Pewno już pora minęła, a ona zagawędziła się i nie wzięła. Ten pan Kirło taki przyjemny... jak 
zagawędzi się z nim, pewno o lekarstwie zapomni... Która godzina, Justynko? Trzeba biedaczce 
dać tej mikstury, bo jeszcze znowu duszenie schwyci... A ja i zapomniałam, o Boże! 
Drżącymi rękami, żółtsza niż kiedy i od płaczu zaczerwieniona, warkocz i kokardę na głowie 
poprawiała i machinalnie już osuwała brzeg stanika, aby białą i kształtną szyję lepiej odsłonić. 
Potem za bolącą głowę chwytając się, na zapomnienie się swoje wyrzekając, nad chorą, o której 
zapomniała, użalając się, z pokoju wybiegła. Marta podniosła się wtedy znad stosu bielizny, 
którą już przeliczyła, i na siedzącą u okna Justynę popatrzała. 
— Cóż? — ozwała się — winszuję! Może cię świetny los spotka. Ten Różyc, słowo honoru, musi 
być uczciwym człowiekiem, kiedy naprawdę żenić się myśli z biedną dziewczyną. Cieszę się, 
życzę, winszuję... 
Z rozjaśnionego jej czoła i mniej niż zwykle ostrego spojrzenia widać było, że cieszyła się 
naprawdę. Jednak ku drzwiom idąc, znowu oburkliwie i z ironią rzuciła: 
— Nie melancholizuj tylko i nie kapryś, ale Panu Bogu dziękuj, bo jeżeli cię ten Różyc 
weźmie, nie będziesz miała nigdy szczęścia zrobić się cholerą albo synogarlicą. Cholera, 
uważasz, to ja, a synogarlica to Teresa... 
Z tymi słowami z pokoju wyszła. Justyna u otwartego okna siedząc naprawiała swoją 
znoszoną suknię. Od dawna robiła to zawsze sama, starając się jak najmniej usługi potrzebować i 
kogokolwiek sobą zajmować. Ale teraz igła wypadła z jej palców. Lepiej od wszystkich 
wiedziała ona, że w wieści przez Kirłę przywiezionej wiele było prawdy. W czasie ostatnich 
odwiedzin Różyca zajmowanie się nią młodego pana zaprawione było tym uszanowaniem i tą 
badawczością, z jakimi mężczyzna zbliża się do kobiety, względem której tworzy poważne 
zamiary. Może więc być, że lada dzień złoty owoc z czarodziejskiej jabłoni szczęścia spłynie jej 
do rąk. Myśląc o tym nie wyglądała jednak na szczęśliwą. Z pobladłą cerą, zmarszczonym 
czołem i zesztywniałymi rysami wydawała się znowu daleko starszą, niż była. We wzroku jej 
tkwiło uparte, naprężone, bolesne pytanie. Zadawałaż je sercu swemu, przeszłości swej czy 
przyszłości? Chwilami widać było, że przez własne myśli czuła się upokorzoną: rumieńce po 
czole jej przepływały i opuszczały się w dół powieki. Może wstydziła się własnych wahań i 
namysłów. Wypadkiem oczy jej spotkały się z leżącą na stole niewielką książką, której 
kosztowna okładka połyskiwała dwoma wyzłoconymi literami: Z. K. Wczoraj książkę tę wraz z 
małym, pachnącym listem przywiózł dla niej posłaniec z Osowiec. Przysunęła ją ku sobie, 
wyjęła z niej pachnącą, cieniutką kartkę i chmurny wzrok powoli przesuwała po okrywającym ją 
piśmie: 
Przestałaś lubić muzykę, Justyno, ale może jeszcze kochasz poezję. Czy jeszcze cokolwiek lub 
kogokolwiek kochasz? Cóż stało się z tą, którą niegdyś nazywałem moją iskrą i moim światłem 
księżyca? Jakie ty piękne, Justyno, miałaś niegdyś zapały i marzenia! Teraz spotykam istotę 
zimną i trzeźwą, z pospolitością życia pogodzoną, z prawami świata liczącą się i zapytuję: co 
stało się z tamtą? Próbuję wskrzesić cię, dawna Justyno moja! Weź do ręki tę książkę, idź do 
grabowej altany, czytaj i wspominaj! Może we wspomnieniach choć na chwilę dla ciebie z 
martwych powstanę, może cię one skłonią do przebaczenia, może zapragniesz, aby znowu, jak 
dawniej, oczy nasze razem na tych kartach spoczywały... Czy pamiętasz, Justyno, czy pamiętasz? 
Pozwól mi kiedy długo sam na sam z tobą porozmawiać. Wytłumaczę ci zagadkę mego 
złamanego życia, a wtedy zrozumiesz, że duszom naszym wolno zawsze do siebie należeć. O, nie 
lękaj się! Ja duszy tylko twojej pragnę, ale o nią, jak o swą dawną własność, nigdy upominać się 
nie przestanę. Gdybyś wiedziała, jak głęboko i bez ratunku jestem nieszczęśliwy! 
Zygmunt 
Czy pamiętała? Mocna, prawie trująca woń wspomnień biła jej do głowy z tej małej książki, 
którą dawniej tyle razy trzymali oboje, jakby jej ciężar wspólnych ich sił wymagał, z głowami ku 
sobie pochylonymi, z oczami utkwionymi w te francuskie wiersze, tam, u końca ogrodu, w 
grabowej altanie. Czy pamiętała? Każdy wiersz, każdy niemal wyraz tej książki był dla niej niby 
zmartwychwstającym słowikiem: Oczy jej zachodziły łzami i pierś podnosiła się wysoko, gdy 
zobaczyła dwa wiersze silnie niebieskim ołówkiem podkreślone: 
Je viens de m’incliner, madame, devant vous, 
Mon orgueil tout entier est encore a genoux*. 
Dwie jej łzy upadły na dwa te wiersze. Wyobraźnia ujrzała go klęczącego przed nią i z dumą 
u jej stóp złożoną pokornie jej tłumaczącego zagadkę swego życia i ich rozłączenia. Przerzuciła 
kilka kartek i czytała znowu: 
Aimer c’est douter d’un autre et de soi-meme, 
C’est se voir tour a tour dédaigné et trahi*... 
Tym razem wiersze te uderzyły w nią czymś innym niż wspomnienie. Oczy jej oschły, 
podniosła głowę, myślała. Nie, nie! kochać nie jest to wątpić o sobie i o drugich ani czuć się 
gardzoną, zdradzaną... Nie jest to przede wszystkim plamić się i krzywdzić! Kochać to ufać i w 
dwa serca na raz spoglądać jak w czyste zwierciadła, razem iść drogą długą i czystą, a u jej końca móc dwa swe imiona wypisać złotem przywiązania niezłomnego i zwyciężonych wspólnie 
postrachów życia... 
— Jan i Cecylia! 
Dwa te imiona Justyna prawie głośno wymówiła, książkę Musseta* porywczym prawie 
ruchem zamknęła i powstała. Wszystko na świecie mówić umie. Wymowę swą posiadają także 
zapachy. Wielka więź polnych roślin, która w prostym naczyniu z polewanej gliny stała na stole, 
zapachem swym napełniała pokój. Justyna rozgarniać zaczęła splątane ze sobą łodygi i kwiaty. Z 
rana Benedykt Korczyński, chorobą żony przelękniony i stroskany, wysłał ją w pole z 
zapytaniem do rządcy o ilość zebranych na dzisiaj żeńców. Wrócić mogła w kwadrans, wróciła 
po paru godzinach. Spędziła je na zielonych miedzach rośliny te zrywając. Zawsze je lubiła, ale 
nie znała nazw ich ani dziejów.Teraz każdą z nich nazwać mogła po imieniu, powiedzieć, kiedy 
rozkwita i w jakich dniach późnego lata lub jesieni znika z ziemi, którą stroiła. Czy podobna, aby 
ten słuszny, zgrabny chłopak z błękitnymi jak turkusy oczami, który, gdy nadchodziła, wiązał w 
snopy zżęte zboże, mógł czegokolwiek ją nauczyć? Jednak nauczył. Długo razem chodząc po 
miedzach i układając ten bukiet, bardzo do różnobarwnej miotły podobny, nieustannie ze sobą 
rozmawiali, nie o sobie jednak, tylko o tej naturze, której wtedy wydawali się wolnymi i 
szczęśliwymi dziećmi. Teraz Justyna pamięta całą tę lekcję wziętą z tak rumianych, a tak 
przecież niekiedy wzruszonych ust Jana Bohatyrowicza. Ta delikatna łodyżka z mnóstwem 
trójkątnych i w przedziwne fugi* wyrzniętych wisiadełek u szczytu to drżączka, która ręką 
ludzką poruszona wydaje się żywą, trwożliwą istotą. A to lenek kukawki, szorstki i twardy, z 
szafirowym kwiatkiem służącym do uściełania gniazda miłemu ptakowi wiosny. To szelestuszka 
o liściach prawie złotych i przy każdym dotknięciu zdających się coś tajemniczo szeptać, a to w 
bujny, śnieżny kwiat ustrojona trująca gałąź psianki. Ten liść szkarłatny jest więdniejącą lebiodą, 
która na trawy zielone rzuca krwiste plamy, a ta wijąca się gałązka drobnym, różowym kwiatem 
osypana to szczęście. Nazywa się ona szczęściem dlatego, że wróży dziewczętom. We włosy 
wpleciona, jeżeli rozkwitnie, ukochany kocha wzajemnie. A wzajemność w kochaniu czyż nie 
jest szczęściem? 
Z zamyślonym na ustach uśmiechem Justyna wyjęła z wielkiego bukietu gałązkę szczęścia i 
wplotła ją w czarny swój warkocz. Potem stanęła przed otwartym oknem z cieniutką i 
uperfumowaną kartką papieru, którą ze stołu wzięła. Przez chwilę szemrała ona w jej ręku, jakby 
była złotawą gałązką szelestuszki, aż powoli, z namysłem — któż odgadnie? może z walką 
— Justyna rozdarła ją na kilkanaście drobniutkich płatków, które rozsypały się za oknem i w 
morzu słonecznego światła zniknęły. Jak giętka roślina polna w jej warkoczu, tak na jej ustach 
wiła się cicha nuta: 
Lecą liście z drzew, co wyrosły wolne, 
Na mogile śpiewa jakieś ptaszę polne... 
III 
W porze żniw na tej rozległej równinie ziemia wydawała się złotym fundamentem 
dźwigającym błękitną kopułę i okrytym ruchliwym mrowiem drobnych istot. Właściwa barwa 
ziemi ukazywała się tylko tu i ówdzie na drogach porosłych rzadką trawą i na wcześnie 
zaoranych małych szmatach pola. Zresztą, wszędzie, od wzgórz obrosłych drzewami do 
wysokiej ściany nadniemeńskiej, dojrzałe zboża płynęły gorącą żółtą lawą, która miejscami 
wyginała się w zagłębienia, okryte również gorąco żółtym ścierniskiem. W tych to zagłębieniach 
rozszerzając je coraz i okrywając wypukłościami zżętych snopów, mrowiły się drobne, ku ziemi 
schylone istoty. Na linii poziomej spostrzegane, wydawały się one drobnymi, bo rozsypane śród 
wielkiej przestrzeni pełzały przy samej ziemi. Ale widziane z góry, spod obłoków, wydawać by 
się musiały niezawodnie tłumem rzeźbiarzy urabiającym w przeróżne wzory złoty fundament 
świata. One też to były, które go uczyniły złotym; ich to ręce w mgliste dnie jesieni i wiosny 
miesiły ten wosk cudowny, aż przy letnich skwarach spotniał on tą złotą lawą, która sokiem 
życia przeleje się w żyły ludzkości. Ulewą żaru błękitna kopuła oblewała ich zgięte plecy, a 
gorący ten oddech nieba, skraplając się na ich twarzach, spadał na ziemię deszczem potu. Z 
poziomu spostrzegane, były to malutkie, przyziemne robaki. Z góry widziane — jubilerowie 
obracający w swym ręku najdroższy metal ludzkości, artyści urabiający postać świata, 
pośrednicy otwierający łono ziemi dla zapładniających uścisków słońca. 
Na rozległej przestrzeni pola, którą wąska droga z bohatyrowicką okolicą rozdziela, żniwiarze 
wydawali się rojem istot nie tylko ruchliwych, ale i różnobarwnych. Wyglądało to tak, jakby 
malarz jakiś gorąco żółte tło bez ładu i symetrii osypał kroplami różnych farb. Biała i różowa 
przemagały wszystkie inne. Były to koszule mężczyzn i kaftany kobiet. Białość pierwszych była 
śnieżną, różowość drugich — gorącą. Przez parę tygodni poprzedzających porę żniw w 
Bohatyrowiczach panował wielki ruch prania i szycia. Do kilkunastu najmozolniejszych dni w 
roku przygotowywano się tam jak do wielkiego święta. Cała ludność okolicy jednocześnie wylec 
miała w pole, dla każdego więc było to wystąpienie publiczne, o którego przystojność, a nawet i 
niejaką wykwintność niezmiernie dbano. Kobiety dłużej niż zwykle przesiadywały nad brzegiem 
rzeki stukami pralników napełniając powietrze, a pranie to jeszcze poprawiały w domu dopóty, 
dopóki koszulom mężów i braci nie nadały prawie olśniewającej białości. Otwierały one 
skrzynie i wydobywały z nich najnowsze i z najlepszym smakiem, na domowych krosnach z lnu 
i wełny wytkane spódnice. Szyły też nowe kaftany i bardzo biedną była już ta, która, jak żona 
Ładysia z chatki pod dębem stojącej, nie miała wtedy na palcu mosiężnego naparstka, a w ręku 
kilku łokci liliowego, błękitnego lub różowego perkalu. Bardzo też biednym był ten, który, jak 
ów Ładyś z chłopska mówiący a bujną, złocistą czuprynę w górę zaczesujący nad szerokim 
czołem, nie mógł na tę porę przywdziać nowego obuwia, cholewami kolan sięgającego, i 
czarnych spodni, których szelki ciemnymi liniami przerzynały na krzyż olśniewającą białość 
koszuli. Ale młody Michał, pierwszy elegant okolicy, który nosił spiczasto przystrzyżoną brodę i 
w górę zakręcone wąsy, od stóp do głowy ubrał się w dymkę koloru kanarkowego i w zgrabnej 
czapce, w nowych butach, z fantazją stał na pustym wozie, galopem prawie przez parę koni 
ciągniętym od jednego z domostw ku polu. Zwolnił nieco bieg koni krzyżując się z innym 
wozem spiętrzonym górą snopów, na szczycie której siedział Jan Bohatyrowicz, w podobnież 
nowej czapce, z szelkami skrzyżowanymi na śnieżnej koszuli, z lejcami w rękach. 
— Matka pomagać przyszła? — gromko zapytał kanarkowy lew okolicy. 
— A jakże! — odkrzyknął wiozący snopy. 
— Szczęśliwemu i aniołowie ku pomocy stają! Do mnie nikt nie przyszedł! Niechby choć 
panna Antonina troszkę pomogła? 
— A to dla jakiej przyczyny? — z trochą obrazy w głosie wykrzyknął Jan. 
— Psie kawalerskie życie! Jak kobiet w domu nie ma, człowiek bez rąk prawie! Ale ja sobie 
trzy najemnice wziął; żną, aż szumi, i basta! 
— Hej! z drogi! — za wozem Jana rozległ się głos basowy i trochę gniewny. — Stanęli na drodze 
i językami mielą! Z drogi, hrabiowie! 
Był to nadjeżdżający syn Fabiana, tęgi, rudawy, jak zwykle chmurny Adam. Za nim 
nadjeżdżało jeszcze kilka wozów, z których, przy jednym, ciągniętym przez mizernego konika, 
ciężkim krokiem szedł bosy i cały w płótno ubrany Ładyś; na drugim, pustym, z grubą 
kasztanowatą kosą na plecach, w różowym kaftanie, z rozognioną twarzą, stała dziewczyna 
wysoka, prosta, silna. 
— Dzień dobry pannie Domuntównie! — z galanterią czapki uchylając zawołał rozmijający się 
z nią Michał. 
W odpowiedź dziewczyna brwi sobolowe ściągnęła i pogardliwym nieco śmiechem 
wybuchnęła: 
— O Jezu! Wszak to pan Michał! A ja myślałam, że to wilga na wozie siedzi! 
I ze zręcznością, której niejeden mężczyzna mógłby jej pozazdrościć, parą tęgich koni 
kierując, starała się przegonić wóz Jana, który przecież raźnym kłusem w bramę zagrody 
Anzelma wjechał i środkiem ogrodu, drogą białą od dzięcieliny, ku domowi pod sapieżanką 
stojącemu dążył. 
Kiedy na drodze rozlegał się turkot kół, gwar urywanych i głośnych rozmów, a czasem nawet 
zapanowywał ścisk wymijających się albo usiłujących wzajem przegonić się wozów, nad polem 
mrowiącym się gromadkami żniwiarzy, wraz z upałem i blaskiem słońca, stała wielka cisza. 
Gromadki żniwiarzy, nieprawidłowo śród szerokiej przestrzeni rozrzucone, nierównej wielkości, 
zwolna, lecz nieustannie posuwały się naprzód, w różnych kierunkach. Jedne z nich postępowały 
od okolicy ku wzgórzom, inne — od wzgórz ku korczyńskiemu dworowi; inne jeszcze poruszały 
się naprzeciw piaszczystej rozpadliny stanowiącej wejście do wielkiego parowu Jana i Cecylii. 
Czasem tylko wzbijał się nad nimi krótki wybuch śmiechu lub powietrzem przeleciało głośno 
wykrzyknięte imię, stado wróbli podjęło się z krzykiem, tu, tam, ówdzie szybko mignęły stalowe 
błyskawice sierpów. Zresztą, opróżnione wozy, jedno i dwukonne, zbaczając z drogi i bez 
szelestu prawie tocząc się po ściernisku, stawały w zagłębieniach otoczonych dokoła złotym 
lasem nie tkniętego jeszcze zboża; owady ćwierkały, czasem przelękniony ptak trwożnie 
zaświegotał, a wszędzie, szeroko, jak okiem zajrzeć i uchem zasłyszeć, płynął po polu suchy, 
nieprzerwany szelest przecinanych i na ziemię kładnących się kłosów. 
Paru godzin do zachodu słońca brakowało, kiedy Jan, po raz dziś może dziesiąty, wóz swój na 
ściernisko zawrócił i wjechał w szerokie i długie zagłębienie, w którym pracowała jedna z 
najliczniejszych gromad mężczyzn i kobiet. Była ona tak liczną, bo składało ją rodzin kilka. 
Chuda i chorowito wyglądająca żona Fabiana, w sztywnej chustce osłaniającej głowę i część 
mizernej jej twarzy, prędko jednak i wprawnie żęła obok swej córki, pulchnej i przysadzistej 
Elżusi, z dala świecącej jaskrawą różowością swego kaftana i mnóstwem polnych maków 
sterczących nad jej czołem, tak prawie, jak one, pąsowym. Za nimi dwaj niedorośli chłopcy żęli 
także, a jeden wielki, pleczysty, rudy chłopek, z czerwoną twarzą i rzędem białych zębów w 
wiecznym, gapiowatym uśmiechu ukazywanych, wiązał snopy, układał je w dziesiątki i pomagał 
do naładowywania nimi wozu nieco młodszemu, lecz również pleczystemu i silnemu bratu. 
Wszystko to czynił powoli, z leniwymi ruchami, jakby sennie. Za nim, jak nierozłączny cień 
jego, siedział lub chodził czarny, kudłaty kundel. Pan i pies jednostajnie często garbili się, 
wyciągali, poziewali. Czasem pies podnosił głowę i wtedy patrzali sobie w oczy. Pan śmiał się 
do psa wszystkie zęby ukazując. 
— A co, Sargas? Na Niemen może pójdziem? Na Niemnie lepiej, che, che, che! 
Pies wyciągał się i głowę w stronę rzeki zwracał. 
— Nie można, Sargas, nijak nie można! Nie puszczają nas na Niemen, che, che, che! 
— Julek! — zabrzmiał głos zawsze czegoś rozgniewanego Adama — zasnął stojąc czy co? snopy 
dawaj! hrabia! 
— Julek! — po kilku minutach donośnie wołała Elżusia — położyłeś się już czy co? Bardzo 
słusznie! leż sobie, a żyto niech gnije na ziemi! 
Wielki chłopiec, który istotnie jak długi rozciągnął się był na ścierni i leniwą rękę zatopił w 
kudłach Sargasa, wstał, wyciągnął się i począł znowu snopy wiązać. 
Dalej, co kilka i kilkanaście zagonów, różowiały i błękitniały kaftany kobiet i dziewcząt, 
iskrzyły się na głowach kwieciste chustki, czerwone i żółte kwiaty; pod jedną ścianą stojącego 
jeszcze zboża widać było kilka żwawo zwijających się najemnic Domuntówny i ją samą, to 
żnącą, to góry snopków uwożącą ku domowi, a na przeciwnym krańcu wydrążonego w zbożu 
zagłębienia, z dala od wszystkich, wlokła się smutnie uboga, samotna para ludzi. Mężczyzna był 
tam bosy i cały odziany w grube, szarawe płótno; kobieta w ciemnej, starej odzieży starą chustkę 
miała na głowie. Na ich zagonie stał wóz zaprzężony jednym mizernym konikiem i owinięte w 
płachty leżało kilkomiesięczne dziecko. Nikt im nie pomagał, nikt nawet z tych, którym obok 
nich z sierpem lub snopem przechodzić wypadło, z nimi nie rozmawiał. Był to najuboższy z 
Bohatyrowiczów, mieszkaniec chatki bez komina i ogrodu, stojącej pod dębem, i jego żonachłopka. 
Wszyscy ci ludzie znajdowali się tak blisko siebie nie dlatego, aby zagony, na których 
pracowali, były jedyną ich własnością, ale dlatego, że własności pojedyncze mieszały się na tej 
szerokiej równinie w chaos samym tylko właścicielom znany, a dla wszelkiego obcego oka i 
pojmowania do rozwikłania niepodobny. Żaden z nich gruntu swego nie posiadał w jednej ściśle 
ograniczonej całości ani w bezpośrednim z domem swym sąsiedztwie. Rzekłbyś, paciorki do 
mnóstwa osób należące i na traf w najróżniejsze kierunki rozsypane, a w przeciągu czasu na 
drobne ułamki rozbite. Każdy z nich wiedział, gdzie szukać swoich ułamków, i od jednego do 
drugiego przechodził z pługiem, siejbą, kosą i sierpem. W tym miejscu ułamek Jana i Anzelma 
znajdował się tuż obok tego, na którym pracowała rodzina Fabiana. Dwie tylko żniwiarki 
znajdowały się na nim: młodziutka, wiotka dziewczyna, której delikatnej twarzy nawet ciężki, 
całodzienny mozół zaczerwienić nie mógł, okrywając ją tylko słabym rumieńcem i lśniącą 
wilgocią potu, i tęga, muskularna, prosta jak świeca kobieta na pięćdziesiąt lat wyglądająca. O 
lat pięćdziesiąt można ją było posądzić tylko z powodu zmarszczek, gęsto jej czoło 
okrywających i ciemnej skóry, która jej drobne, chudawe rysy okrywała. Ale z ruchów 
sprężystych i trochę nawet nerwowych, z blasku małych, ciemnych oczu, z białości zębów, co 
chwilę ukazujących się zza przywiędłych warg, wydawała się prawie zupełnie młodą. Żęła 
prędko, z zapałem, wybornie, zabierając na raz wielkie garście żyta i tnąc je równo, nisko przy 
ziemi. Jednak ile razy prostowała się i nieco w tył odgięta ściętą garść do innych, już na ziemi 
leżących przyłączała, tyle razy do kogoś zagadywała, z żartem zawsze, ze śmiechem, z 
filuternymi spojrzeniami i zamaszystymi ruchami ramion, od których sierp jej rzucał w 
powietrze błyskawice wesołe i częste. W białej koszuli, osłoniętej nieco skrzyżowaną na piersi 
chustką, w krótkiej spódnicy w czerwone i granatowe pasy, w małym czepku z białego perkalu 
na siwiejących włosach, wydawała się najweselszą, najżwawszą i najrozmowniejszą ze 
wszystkich żniwiarek, choć była pomiędzy nimi najstarszą. Kobiety i dziewczęta odcinały się jej, 
czasem z chwilowym gniewem, gdy jednej dogadywała, że żnie powoli, i na wyścigi z sobą 
wyzywała; drugiej kawalerem jakimś, który ożenił się już, w oczy kłuła; trzeciej o weselu zaraz 
po żniwach nastąpić mającym przypominała. Chłopcy śmieli się z niej, o zdrowie trzeciego jej 
męża i o to, wiele jeszcze razy za mąż wyjść myśli, zapytywali. Teraz przed kilku minutami 
przerwała znowu pracę swoją i stojąc przed kimś na snopach siedzącym głośno prawiła: 
— Bo to, widzi panienka, po czym poznać głupiego? Po śmiechu jego. Kpinkują sobie ze mnie, 
że trzeciego męża mam. Owszem! Ja temu nie winna, że mnie Pan Bóg towarzyszów życia 
odbierał, a takie już moje przyrodzenie, że nijak bez kochania i bez przyjaciela dozgonnego żyć 
nie mogę. Kiedy Jerzego, ojca Janka, ten przypadek spotkał... 
Tu ręką w stronę zaniemeńskiego lasu rzuciła. 
— Niezupełnie we dwa lata za Jaśmonta wyszłam. Ludzie różnie gadali. Pusta baba, tak prędko 
towarzysza swego zapomniała! Owszem. Bo to wy jedno wiecie, a ja drugie. Co umarłym z tego, 
kiedy żyjącym w zasępie życie ubiega? Niech tamtemu Bóg najwyższy królestwo niebieskie dać 
raczy, a my sobie z tym wieczne kochanie przed ołtarzem zaprzysięgniem. Jedno zachodzi, 
drugie wschodzi, a ze smętku, jak z kozła, ani wełny, ani mleka! 
Zaśmiała się tak, że aż głowę na bok odkręcała, i wnet prawiła dalej: 
— Panienka śmieje się. Owszem. A jak Boga kocham, ja prawdę mówię. Bo to u mnie dwie 
rzeczy największy walor mają: kochanie i dozgonny przyjaciel. Takie już przyrodzenie mam. 
Jaśmonta, Antolki ojca, w dziesięć lat po ślubie odebrał mi Pan Bóg najwyższy. Tak samo jak po 
tamtym, Jerzym, desperowałam, ale kiedy rok ubiegł, zdarzył mi się Starzyński ze Starzyn. 
Ludziom znów na języki padłam. Owszem. Wy wiecie jedno, a ja drugie. Noc po dniu następuje, 
a dzień po nocy. Śmiech od płaczu smaczniejszy. Bieda mnie tylko była z dzieckiem. Ze 
Starzyńskim my jedne do drugiego chylili się jak dwa gołębie, ale wdowcem on był, gromadę 
wielką w chacie miał, z przyczyny córki mnie nie chciał brać. „Bo to gdzie ja tam będę — 
powiada — do siedmiorga swoich jeszcze jedno cudze przyprowadzał!” Boże najwyższy! Nie już 
mnie tak bez kochania i przyjaciela dozgonnego na całe życie przepadać! Wzięłam Antolkę i do 
Janka ją przywiodłam: „Masz tobie, synku, siestrę. Hoduj ty ją, a ona tobie do pomocy stanie”. 
Jemu było wtedy lat dwadzieścia, a jej sześć. Anzelm był strasznie gniewny. „Dla jakiej to 
przyczyny — mówi — sama dziecka swego hodować nie możesz? Zachciało się babie trzeci 
korowaj* piec! Chłopca i bez tego brud zjada, że go dopatrzyć nie ma komu!” Ale Janek jak 
przystał do niego: „Wezmę, stryjku, siestrę, i wezmę. Co ma u ojczyma w poniewierce ostawać, 
niech lepiej u nas rośnie, a jak troszkę podrośnie, to i nas dopatrywać będzie”. Antolka! Może 
nieprawda, że on tak mówił? Ot, jaki on! Bo to drugi odepchnąłby, a on przygarnął, na rękach ją 
nosił, karmił, odziewał i do mnie jeszcze przez okazję raz wraz nakazywał: „Mamie powiedzcie, 
że Antolka zdrowa i dobrze sobie rośnie!” Ot, jaki on! Antolka, może nieprawdę ja mówię? 
Do błyszczących, wesołych jej oczu nabiegły łzy. Rozczuliła się tak, że aż usta do płaczu 
skrzywiła i fartuchem całą twarz otarła. Wysmukła Antolka jak wiotka trzcina odgięła się znad 
ziemi i obie ręce, z których w jednej sierp błyszczał, ruchem zmęczenia nad głowę wyciągając 
odpowiedziała: 
— Lepszego jak on to już prawie na całym świecie nie ma. Żadnego ja smętku przy nim nie 
doznała. H o r ue m* razem i hulamy razem, a częściej on co ciężkiego zrobi jak ja... 
Zgięła się znowu ku ziemi i stara, gadatliwa kobieta także ku żytu zwrócić się miała, gdy żona 
Fabiana, żąć nie przestając, jękliwym i śpiewającym głosem swym przemówiła: 
— A koniec taki, że pani Starzyńska masz dwoje dzieci i żadnego sama nie wyhodowałaś... 
W mgnieniu oka spracowana i sucha ręka Starzyńskiej oparła się na jej kłębie. Cieńszym 
trochę niż wprzódy głosem odkrzyknęła: 
— Nie wyhodowałam, a najśliczniejsze ze wszystkich mam... Owszem! 
I zaniosła się od śmiechu. 
— Jak ku-kaw-ka*! — z ironią zaśpiewała znowu Fabianowa. 
W tej chwili wóz ciągnięty przez kasztanka i gniadą cicho wtoczył się na ściernisko. 
— O Jezu! — zanim jeszcze konie stanęły, z woza zeskakując krzyknął Jan i paru skokami 
znalazł się przy kobiecie na snopach siedzącej, którą usuwając się odsłoniła przed nim matka, a 
której suknia słomianej barwy złocisto na słońcu jaśniała. Więcej niż wesołością, bo serdeczną 
radością jaśniała twarz Justyny, kiedy z niskiego siedzenia swego oczy na przybyłego wzniosła i 
żywym, pośpiesznym ruchem rękę ku niemu na powitanie wyciągnęła. On tę rękę w obie dłonie 
pochwycił i nisko schylony, na chwilę do niej ustami przylgnął. 
— Troszkę spodziewałem się, że pani dziś do nas przyjdzie, bo mówiła, że chce na naszą 
robotę z bliskości popatrzeć; ale wszystko jedno, jak zobaczyłem, że pani tu siedzi, jakby mnie 
słońce przed oczami zaświeciło... 
— Przecież dziś słońce nie tylko świeci, ale aż prawie oślepia — z łuną rumieńca przepływającą 
po czole jej i policzkach zaśmiała się Justyna. 
Można by myśleć, że twarz Jana od jej śmiechu sposępniała. 
— Pani żartuje — opuszczając ręce rzekł ciszej. 
— Bo to on prawdę mówi — wmieszała się stara podnosząc się znów znad zboża i obok syna 
stając. — Tydzień już dziś, jak do niego przyszłam, i ciągle patrzę, jaki to zasęp na niego padł. 
Taki pochmurny zrobił się, że podczas przez całą godzinę gęby ani razu nie otworzy. Wszystko 
robi, co trzeba, owszem, ale smętliwie... ani pożartuje, ani zaśpiewa... a jak spytam się: „Co tobie 
takiego, Janku?” — to mówi: „Bo to mnie, mamo, ciemno robi się w oczach...” 
— Co tam o tym gadać, mamo! — z niezadowoleniem przerwał Jan — chodźmy lepiej do roboty. 
Łokciem czyniąc ruch taki, jakby odtrącić go chciała, z nogi na nogę przestępując, głową 
kręcąc, filuternie oczami błyskając, tajemniczo szeptać zaczęła: 
— Owszem. Ja wiem, skąd ten zasęp na niego przyszedł i dla jakiej przyczyny ciemno mu robi 
się przed oczami. Bo to trzydzieści lat ma i bez kochania żyje. Żenić się czas... 
— Co tam o takich rzeczach gadać! — z żywością tym razem i gniewnym błyskiem oczu 
przerwał Jan. 
— Owszem, czemu nie gadać? — żywo poruszając rękami i głową zagadała stara. — Bo to, 
widzi panienka, z Jadwiśką Domuntówną tak jak prawie od dzieciństwa lubili się... stryj tego 
tylko czeka, żeby pobłogosławić... i jej dziadunio pobłogosławi... 
— Chodźmy do roboty, mamo! — wykrzyknął prawie chłopak. 
— Owszem, dziewczyna jak raz dla niego para...pracowita, poczciwa, śliczna... i aktorka... Bo 
to całe gospodarstwo na nią po dziaduniu spadnie, a mówią, że może i z pięć tysięcy rubli 
warte... 
Daremnie tym razem odtrącała go łokciem: silnie, żelazną niby obręczą syn ramię jej ścisnął. 
— Bo to — próbowała mówić jeszcze — był taki czas, że pomiędzy nimi zaczynało się już 
kochanie... 
Ale teraz twarz Jana od brzegu włosów aż po ogorzałą szyję krwią nabiegła i z turkusowych 
jego oczu sypały się błyskawice. 
— Niech mama lepiej żąć idzie, co głupstwa ma wygadywać! — krzyknął i ku na wpół zżętemu 
zagonowi ją pociągnął, sam także ku wozowi odchodząc. 
Wesoła baba wybuchnęła głośnym śmiechem. 
— Bo to wstydliwy zrobił się! O kochaniu i żenieniu się ani przypomnieć nie pozwala. 
Wszystko jedno, w czasie ożenisz się! 
— A jak nie ożenię się?... Otóż pewnie nigdy nie ożenię się! — czapkę na ściernisko rzucając i 
snop z ziemi podnosząc zawołał. — Jeszcze tego nie było, żeby mnie kto do czego przymusił! 
Hardo głowę podnosił, usta wydął i gdy silnymi, namiętnymi ruchami snopy na wóz rzucać 
zaczął, łatwo było uwierzyć w to, że dumę i wolę swą miał. Nietrudno byłoby także wyczytać z jego twarzy ten zasęp i tę smętliwość, o których opowiadała jego matka. Pod okrywającą je 
czerwoną ogorzałością policzki jego schudły i wydłużyły się nieco, a gdy uspokojonymi już i 
prawie rytmicznymi ruchami snopy na wóz rzucając zamyślił się, na czoło jego znacznie bledsze 
od policzków wybiegła gruba, poprzeczna zmarszczka. 
Po chwilowych rozmowach znowu na łanie zapanowała praca milcząca i gorliwa. Lekkie 
przedwieczorne wiatry muskać poczęły wierzchołki nie zżętych jeszcze zbóż i urywanymi 
akordami szmeru wtórować temu suchemu, monotonnemu, nieustannemu szelestowi, jaki 
wydawały łamiące się pod sierpami kłosy i z ziemi podnoszone snopy. W tym szeleście i w tych 
szmerach postacie żniwiarek, różnobarwne, milczące, wysokie i niskie, grube i wysmukłe, 
prostowały się co chwilę i w tył nieco odgięte podnosiły w rękach garście długich, kłosistych 
łodyg, które na rozciągniętym powróśle złożywszy, znowu ku ziemi przypadały. Czasem ta lub 
owa szybkim ruchem rękaw odzieży po spotniałym czole przesunęła lub odetchnęła głośno. Do 
stóp im wraz z kłosami upadały różowe kąkole, pąsowe maki i szafirowe bławatki; za nimi 
niskie, liliowe grochy, drobne rumianki, kosmate kotki zostawały nietknięte śród ostrych kolców 
ścierni; spod ich rąk niekiedy wznosił się i w powietrzu igrał biały puch przekwitłego 
brodawnika; przed nimi, o kilka czasem kroków od pochylonych ich głów, zrywał się ptak 
spłoszony i przelęknionym lotem przerznąwszy powietrze, nie wiedzieć gdzie, może w gęstwinie 
zbóż jeszcze stojących przepadał. 
Na kilku snopach w jednym miejscu złożonych Justyna siedziała w zamyślonej postawie, z 
twarzą na dłoń spuszczoną. Uważnie, ciekawie przypatrywała się ruchom pracującego przed nią 
mrowiska ludzi. Ona także od dnia tego, w którym po raz pierwszy weszła do zagrody Anzelma i 
Jana, od wieczoru tego, w którym wraz z nimi wróciwszy z parowu Jana i Cecylii, pod dachem 
ich parę wieczornych godzin spędziła, odbywała podróż po kraju nieznanym. Przedtem w 
bezpośrednim jego sąsiedztwie żyjąc, wiedziała o nim to tylko, że istnieje, i wiedziała to w 
sposób obojętny, niewyraźny. Teraz przenikała w coraz dalsze jego głębie. Jak imion i dziejów 
wielu z tych roślin dzikich i pachnących, po które zawsze sięgała chciwie okiem i ręką, tak imion 
i dziejów wielu z tych ludzi już się nauczyła. Ta podróż po kraju natury, ku któremu zawsze 
pociąg czuła, i ludzi, których dotąd nie znała, budziła jej ciekawość i zajmowała umysł. Jak 
bujne kwiaty, rzeźwą rosą operlone i nieskończoną ilością barw jaśniejące, te poznawane z 
bliska widoki, prace, dzieje wpadały do tej wielkiej, ciemnej pustki, którą od dawna widywała 
ona, ilekroć przymknąwszy oczy patrzeć usiłowała w siebie i swoje życie. Teraz pełnym, 
bystrym, na wszystko uważnym okiem patrzała na to, co działo się przed nią. Czasem napełniało 
ją wielkie rozradowanie podnoszące się, kto wie skąd? może z łanów złotych, ze ścierni 
przetykanej kwiatami, z powietrznych ruchów sprawianych przez skrzydła ptasie i powiewy 
nadrzecznych wiatrów. Czasem wspaniała, choć prosta malowniczość widoku uderzała w nią 
falą zachwycenia, w której prostowała ona swą kibić tak, jakby sama, na wzór żniwiarek 
podnoszących w rękach kłosiste więzie, wnet powstać miała i niecierpliwie czy błagalnie nad 
głową wyciągnąć puste swe dłonie. Były też chwile, w których nieustający, suchy szelest kłosów 
wydawał się jej mową ziemi. Nie darmo dawny jej kochanek wspominał o jej dawnych 
marzeniach i zapałach. Była do nich skłonną i teraz, bo pochylona, z blaskiem w oczach i 
uśmiechem na wpółotwartych ustach wsłuchując się w szepty ziemi uczyniła ruch taki, jakby 
zaraz zsunąć się z niskiego siedzenia swego i do jej łona przypaść miała. 
Pod rękami coraz gorliwiej pracujących żniwiarek szelest kłosów stawał się coraz 
głośniejszym, coraz żwawiej rzucane snopy upadając na wozy wydawały głuche, szemrzące 
stuki... Od ziemi oblanej wonią świeżej słomy i okrytej ścierniskiem wyhaftowanym w drobne 
kwiaty Justyna podniosła twarz, zbladłą nieco, zesztywniałą, przez kilka minut postarzałą o lat 
kilka, ze źrenicami przygasłymi, które wilgocią zachodziły. Z dziwnym zmieszaniem, jakby 
nagle uczuła się w tym miejscu gościem natrętnym, istotą obcą i niepotrzebną, chwastem w 
kłosy wplątanym, uczyniła ruch do powstania. Usiadła jednak znowu i zmieszane, niespokojne 
spojrzenia rzucała dokoła siebie. Jedno z tych jej spojrzeń spotkało się ze stojącą w pobliżu, 
znieruchomiałą postacią Jana. Od kilku minut już robotę swą przerwawszy, u samego woza do 
połowy snopami napełnionego stojąc, wpatrywał się on w Justynę z takim wytężeniem, że aż 
głowę podawał naprzód, a na białe czoło wystąpiła mu znowu gruba, poprzeczna fałda. W 
rękach jego długie widły ukośną linią opuszczały się ku ziemi, badawcza ciekawość 
znieruchomiała i pogłębiała błękitne jego źrenice. Nagle widły mu z rąk wypadły i namiętnym 
niepokojem zadrgały rysy. W mgnieniu oka znalazł się przy niej, pochylił się, uczynił ruch taki, 
jakby rękę jej chciał pochwycić, lecz tylko przyciszonym głosem przemówił: 
— Co pani takiego? Taka pani raptem zrobiła się smętna? Aż łzy w oczach stanęły... Dla jakiej 
przyczyny?... 
Wyrazy, śpieszne zrazu, prawie gwałtowne, stopniowo miękły mu w ustach, prawie mdlały. 
— Może nadmiar śmiały jestem? — dokończył bardzo cicho. 
Podniosła na niego oczy napełnione blaskiem i łzami i cicho odpowiedziała: 
— Po co ja tu między wami? Wstyd mi! Taki wstyd!... Poszłabym sobie, ale i w domu także 
nic... nic... 
Umilkła, lecz on chciwie jeszcze słuchał chwilę, a potem z tą głęboką bruzdą, która w 
ostatnich dniach na czole jego zjawiać się zaczęła, wyprostował się i przed nią stanął. Nie 
wydawał się wcale zdziwionym, tylko w zamyśleniu, ze wzrokiem w ziemię utkwionym 
końcami palców dotykał czoła. Potem milcząc zrobił parę szerokich kroków, pochylił się nad 
matką, szepnął do niej słów kilka, a gdy do Justyny powrócił, sierp trzymał w ręku. Ona 
podniosła się z niskiego siedzenia swego i przed nim stanęła. Przez kilka sekund patrzali sobie w 
oczy, jakby wzajem myśli swe odgadnąć usiłowali, potem Jan śmiałym ruchem głowę podniósł i 
podając Justynie sierp, w którym słońce krzesało srebrne błyskawice, z cicha wymówił: 
— Proszę! 
Z pochyloną trochę głową wyciągnęła rękę i z poważnym na ustach uśmiechem połyskujące 
narzędzie z ręki jego wzięła. 
Na całe ściernisko pokryte mrowiskiem istot ludzkich, na cały ten łan szumiący upadającymi 
kłosami, rozległ się dźwięczny, donośny, pełną drżeń i uśmiechów radością nabrzmiały głos 
Jana: 
— Mamo! proszę tutaj! Mamo! mamo! proszę! 
Żwawa, wesoła kobieta w perkalowym czepku na siwiejących włosach biegła już ku Justynie, 
rękami machając i językiem trzepiąc: 
— Dobrze, panieneczko! dobrze, robaczku! Owszem. Bo to i nie bardzo trudna robota! Kiedy 
ja stara mogę, to dla jakiejże przyczyny nie mogłaby młoda? Nie święci, panieneczko, garnki 
lepią... Owszem... proszę tylko nachylić się, popatrzyć, a potem i samej spróbować... 
Antolka, Elżusia, dwie inne jeszcze dziewczyny wyprostowały się na zagonach i z 
uśmiechami, z niedowierzaniem, ale bez zdziwienia, patrzały na schylającą się ku zbożu pannę, 
w sukni z takiegoż perkalu, jak ten, z którego uszyte były ich kaftany, ale modnie skrojonej i 
przybranej, a obcisłością swą rysującej wydatnie kibić wysoką, silną i kształtną. Nagle 
przysadzista Elżusia zawołała: 
— Bardzo słusznie! Panienka żąć może tak, jak i my... jeszcze prawie silniejsza od nas... tylko 
gorset zdjąć trzeba, bo w nim i godziny wytrzymać nie będzie można... 
— Bardzo słusznie! — chórem zaśmiało się kilka kobiecych głosów i rzecz dziwna! z kilku par 
oczu trochę złośliwe i pogardliwe wejrzenia strzeliły na obcisły i wyraźnie rogi gorsetu 
zdradzający stanik Justyny. 
Z ognistym rumieńcem Justyna pochylała się ku ziemi obok matki Jana. 
— Jutro niedziela — rzekła z cicha — ale pojutrze przyjdę wcześnie i ubiorę się stosownie, a 
dziś, tymczasem, proszę mi pozwolić choć trochę... ile będę mogła... 
— Owszem, robaczku, dobrze! — zagadała stara — bo to nie słuchaj tego, co te sroki kraczą! 
Taka sama ty dobra, panieneczko, jak i one, tylko w poniedziałek kaftan sobie taki luźnieńki, 
szerokieńki włożysz i jak zaweźmiem się, to we dwie z dziesięć kop użniem Jankowi... Owszem. 
Jan teraz znajdował się na wozie, w połowie snopami napełnionym, a że więcej już snopów 
do zbierania nie było, stojąc na tym kłosistym, żółtym, sprężyście pod stopami jego uginającym 
się posłaniu, ze ścierniska zjeżdżał na drogę. W tej samej chwili z drogi na ściernisko wjeżdżała 
Domuntówna. Przestrzeń paru morgów przedzielała dwoje tych ludzi, których postacie na 
wozach stojące, jednostajnie wysokie, wyprostowane i silne przypominały ścigających się na 
arenach klasycznych atletów. Śnieżna białość jego koszuli na błękitnym tle powietrza 
odpowiadała gorącej różowości jej kaftana. Jego włosy w słonecznym blasku miały złotawą 
płowość zaczynającego dojrzewać żyta; jej bujna roztargana kosa wydawała się snopem gorąco 
brunatnej pszenicy. W takim od siebie znajdowali się oddaleniu, że rozmawiać z sobą nie mogli. 
Jednak dziewczyna w stronę jego wozu, z wolna jeszcze toczącego się po zagonach, patrząc 
rozpoczęła rozmowę taką, którą prowadzić z sobą od najmłodszych lat swych byli zapewne 
przywykli, która płynęła górą, nad złotym łanem i pochylonym nad nim mrowiskiem ludzi, w 
powietrzu czystym, gorącym, rozchodząc się czystą, rozgłośną nutą pieśni: 
O góro! o góro! zielony lesie! 
O drzewa zielone, liście spadające! 
O serce strwożone, do ciebie pragnące! 
O góro! o góro! zielony lesie! 
Jan Bohatyrowicz, skręcając na drogę brzegiem ścierniska sunącą, męski swój głos połączył 
ze śpiewem dziewczyny, w której stronę przecież nie patrzał. Jechał powoli i twarz obracał ku 
temu zagonowi, na którym obok białego czepka jego matki pochylała się młoda kobieca głowa 
czarnymi warkoczami owinięta. Do niej, dla niej, o niej śpiewał: 
Jak drzewo od mrozu pęka lub usycha, 
Tak serce do ciebie śmieje się, to wzdycha, 
O góro! o góro! zielony lesie! 
Jak kwiatek na słońcu kwitnie lub więdnieje, 
Tak serce do ciebie pali się, to mdleje, 
O góro! o góro! zielony lesie! 
Umilkł, a Domuntówna czystym, silnym kobiecym kontraltem sama ciągnęła: 
O drzewa zielone, liście spadające, 
O serce stworzone, do ciebie pragnące, 
O góro... 
Strwożone może było jej serce, bo głos jej zemdlał i na zatrzymanym wozie stała nieruchoma, 
na ten sam punkt łanu patrząca, ku któremu Jan z dala jeszcze twarz zwracał i wzrok wytężał. Z 
drogi, z daleka już, ale wyraźnie i rozgłośnie znowu na łan zleciały i po nim płynęły długie, 
namiętne dźwięki pięknego głosu Jana: 
Jak słowik na drzewie zaczyna swe pienie, 
Zasyłam do ciebie serdeczne westchnienie, 
O góro! o góro! zielony lesie! 
O piękna kalino, prześliczna malino, 
Najdroższa z klejnotów, ma luba dziewczyno, 
O góro! o góro! zielony lesie! 
Odchodzę od ciebie, tyś zawsze mi w oczach, 
I w myśli, i w sercu, i we dnie, i w nocy. 
O drzewa zielone, liście spadające, 
O serce strwożone, do ciebie pragnące... 
O góro... o góro... 
Wesoła baba, w białym czepku nad Justyną schylona, błyskając oczami gadała: 
— Bo to, widzi panienka, on pierwszy śpiewak w okolicy, a ona pierwsza śpiewaczka. I na 
gitarze dziadunio ją grać nauczył... Zimową porą, jak cała młodzież zejdzie się wieczorem do 
takiego domu, w którym największa jest świetlica, tańczą sobie, a jak nie tańczą, to Jadwiśka gra 
na gitarze, a mój Janek śpiewa... Owszem. Niech kochają się robaczki, niech kochają się! 
Niezadługo pewnie i pobiorą się... bo to słońce pierwej wzejść musi, nim dopiekać pocznie... 
Tak i kochanie zaczyna się pomaleńku, niby to jest, niby to nie ma, aż dopiecze i do ołtarza 
doprowadzi! cha, cha, cha! 
W tej chwili Justyna, która pod dyrekcją starej kilkanaście już garści żyta z trudnością i 
niezręcznie zżęła, ostrzem sierpa drasnęła się w rękę. Może sama przed sobą nie umiałaby zdać 
jasnej sprawy, dlaczego przy słowach i chichocie matki Jana ostre narzędzie drgnęło w jej 
silnym i bynajmniej jeszcze nie zmęczonym ręku. Draśnięcie było niewielkie i kilka tylko kropel 
krwi wystąpiło na ogorzałą, lecz delikatną skórę jej ręki; przecież wydało się jej, że ból 
dolegliwy uczuła, nie w ręku jednak, lecz w piersi. Tak jak tamte wszystkie robiły, wyprostowała 
się i dużą garść kłosistych łodyg w dłoniach podniosła, aby je za sobą na zagonie złożyć. Ale 
mimo woli wzniosła ręce wyżej, niż to czyniły tamte, i w tej postawie nieruchomą przez chwilę 
została. Myślała, że istotnie ta para ludzi młodych, silnych, jak poranek wiosenny świeżych i 
żadnym, zda się, południowym pyłem życia nie dotkniętych, stworzoną była dla siebie. 
Nadejdzie południe i piekące kochanie zaprowadzi ich do ołtarza, przed którym staną czyści i 
szczerzy, aby potem przez długie lata razem żyć w tym domku pod sapieżanką albo w tamtym 
pod lipami, który ona jemu bogatym wianem wniesie, razem tę ziemię złotymi plony okrywać i 
razem je zbierać, a w zimowe wieczory przy szumie nadniemeńskich wiatrów i bieli śniegiem 
okrytych rozłogów, przy blaskach księżyca srebrzących bór odwieczny i brylantami szronów 
okryte ściany parowu dźwiękami gitary i dwu swych połączonych głosów napełniać białą 
świetlicę. 
— Bo to panienka skaleczyła się! — zabrzmiał głos gadatliwej baby. — Boże Przenajświętszy! 
Ale to nic! to z nieuzwyczajenia! cha, cha, cha! Nim panienka za mąż wyjdzie, zagoi się! cha, 
cha, cha! Ej! bo to panienka i sama na paluszek swój nie dmucha, kiedy znowu do roboty bierze 
się! Owszem! To tak prawie, jak ja. Kiepkują ze mnie ludzie, że kochliwa jestem, ale o to mnie 
bynajmniej! Za toż o lenistwo nigdy na ludzkie języki nie padałam! I w swojej chacie wszystko 
zrobię, i synkowi na pomoc przybiegnę! Wiele zaś razy sierpem albo nożami do krajania zielska, 
albo tam czym innym ręce sobie pokroiłam, toby już tego i Bóg Przenajświętszy nie zliczył. A 
przy kochaniu wszystko dobrze. Tak i panience rączka zagoi się, jak tylko luby pocałuje. A czy 
jest luby? 
— Nie ma — z uśmiechem odpowiedziała Justyna. 
— Oj, to źle! trzeba, żeby był! Ale ja cościś słyszałam, że i był... tylko... niestały! Bo to 
ludziom gęby nie zatknąć. Gadali! A ja, owszem, dziwowałam się temu panu, że takiej ślicznej 
panienki nie wziął... i Jankowi za przykład stawiałam: „Nie bądź ty taki, synku! Jadwiśki swojej 
nie porzucaj!” A on jak ofuknie: „Ja — mówi — nic Jadwiśce nie przyrzekał, a ten pan tej pannie 
przyrzekał i nie dotrzymał. A kiedy tak, to on jest prawie łajdak, i do tego jeszcze głupi, bez 
oczów, bo panna śliczna i taka po nim teskliwa*, że mnie, zdaje się, łój roztopiony do serca 
kapie, kiedy ją gdzie obaczę!” Ot, jaki on! do mnie przyrodził się... czuły i taki romansowy... 
Ciemną, mnóstwem istotnie śladów skaleczeń okrytą ręką oczy sobie otarła, bo zawsze 
płakała albo przynajmniej na płacz się jej zbierało, ilekroć o rzeczach czułych i romansowych 
mówiła. 
W tej chwili na brzegu ścierniska rozległo się pozdrowienie, męskim głosem wymówione: 
— Dopomóż Boże! 
— Dziękujemy! — odpowiedziało kilka męskich i kobiecych głosów, a matka Jana 
wyprostowała się i rękę na kłębie opierając zaśmiała się do przybyłego całym rzędem swoich 
białych zębów. 
— Pan Fabian widać do hrabiów zapisał się, kiedy w taki roboczy czas spaceruje sobie. 
Owszem. Bo to wygoda w chacie wielką gromadę mieć. Żonka i dzieci wszystko zrobią, a ociec 
muchy po drogach łapie, cha, cha, cha! 
Na brzegu ścierniska rumianością rydza jaśniała twarz Fabiana, szorstkim wąsem zjeżona i 
parą małych, bystrych oczu połyskująca. 
— Ot, i poruszyła baba rozumem jak cielę ogonem! — z wolna postępując naprzód odkrzyknął. 
— U pani Starzyńskiej zawsze gęba wiatrem nabita... Kiedyż to ja od pracy ubiegałem? a że dziś 
przy robocie nie stoję, to z przyczyny takich interesów, których taka głowa, jak pani 
Starzyńskiej, pojąć nawet nie zdoła. Teraz zaś idę do moich snopków, co pod laskiem na mnie 
czekają, i tu zaszedłem dla obaczenia, wiele mego żyta na przyszły tydzień pozostanie. 
— Nic, tatku, nie pozostanie! Wszyściutko dziś zeżniem! — zawołała Elżusia. 
— Taki koniec, że bez jegomościa obeszło się i jednego naszego kłosa na tym kawałku dziś nie 
pozostanie! — zaśpiewała matka rodziny. 
Rodzina ta, z dwu kobiet i czterech mężczyzn złożona już, i przedtem gorliwie pracowała, ale 
wraz z nadejściem zwierzchnika swego gorliwość tę zdwoiła. Nawet wielki, pleczysty Julek, 
który przedtem stanął był na zagonie jak słup nieruchomy i sennym, tęskliwym wzrokiem w 
stronę Niemna patrzał, teraz z podniesionymi ramionami, głośno sapiąc i bardzo pośpiesznie 
widłami snopy z ziemi podnosił i układającemu je na wozie bratu podawał. Fabian coraz dalej po 
ściernisku powoli i z powagą postępował, a na widok kilkunastu swych zagonów zupełnie już ze 
zboża obranych z widocznym zadowoleniem kępką sterczących wąsów poruszał. Puszył się zaś 
coraz więcej, szerokie, czerwone ręce w kieszeniach czarnych spodni zatopił i coraz dumniej po 
tej części państwa swego kroczył, na której tak pomyślnie gospodarowała jego rodzina. Wtem 
stanął, rękę z kieszeni wyjął i czyniąc z niej sobie nad oczami daszek, w stronę dwojga ludzi 
samotnie u brzegu ścierniska pracujących patrzał. 
— Hej! Ładyś! — na całe ściernisko rozległ się krzyk jego popędliwy i głośny — a czyje to żyto 
żonka twoja sierpem zaczepia? Niby to na swoim zagonie żnie, a obok rosnące skubie! Bóg mnie 
ubij na ciele i duszy, kiedy te chamy ćwierci mego prawowitego zagonu nie spustoszyli! 
Krew zalała mu czoło, policzki i nawet białka oczu, które niepohamowaną złością zagorzały. 
Na widok szkody dobru jego wyrządzanej powaga jego i pycha zniknęły w mgnieniu oka i tak 
lekki, jakby miał lat dwadzieścia, z pięściami tak zaciśniętymi, jakby na śmiertelnego wroga 
godził, biegł, leciał prawie, zagony przeskakując i wysoko za sobą podrzucając ciężko obute 
nogi. Żona i córka jego żęły dalej, ale dwaj dorośli i dwaj niedorośli synowie, przerywając 
robotę swą, patrzali za nim z widocznym przestrachem w oczach, któremu jeden z nich tylko, 
zapalczywy i także do gniewu skłonny Adam, nie uległ. On także na widok szkody zbożu 
ojcowskiemu wyrządzonej gniewem zapłonął i na wozie pełnym snopów stojąc, z brwiami 
ściągniętymi i oczami błyskającymi, cały podał się naprzód, do skoku i rzucenia się ojcu z 
pomocą gotowy. W połowie drogi Fabian stanął, ku synom się zwrócił i obu rękami 
machnąwszy, z całej piersi jeden tylko wyraz im rzucił: 
— Gomuły*! 
Dwa zagony jeszcze przeskoczywszy, znowu obejrzał się i krzyknął: 
— Harbuzy*! 
Znowu poskoczył naprzód i raz jeszcze krwistoczerwoną twarz swą odwracając wrzasnął: 
— Z dopustu bożego durnie! 
Adam z wozu skoczył; niedorosłe chłopcy, z których jeden lat piętnaście, drugi siedemnaście 
liczyć mógł, sierpy na ziemię rzucili i wszyscy trzej wielkim biegiem puścili się za ojcem. Czas 
też był, aby z pomocą mu pośpieszyli, bo młodszy o lat kilkanaście, barczysty Ładyś i żona jego, 
wysoka, muskularna, z wielkimi rękami, choć z wychudłą twarzą kobieta, z krzykiem też, z 
pięściami i widłami na spotkanie napastnika biegli. Adam z wozu zeskakując widły z rąk Julka 
pochwycił. Dwie minuty zaledwie od rozpoczęcia się sporu minęło, gdy na ściernisku, tuż przy 
zagonie Fabiana, który stał się kością niezgody i którego brzeg istotnie przez sierp Ładysiowej 
żony w dziwne zęby i wykąsy poszczerbionym został, powstał kłąb zwikłanych z sobą ciał 
ludzkich, strasznymi krzykami buchający a ramionami i widłami na kształt miotanych przez 
wicher skrzydeł młyńskich rozmachany. Żniwiarki z sierpami w opuszczonych rękach na 
zagonach stanęły i w stronę bójki zwróciły twarze z przelęknionymi oczami i porozwieranymi 
usty. Widowiska takie nieczęsto zdarzać im się musiały, skoro czyniły na nich silne wrażenie. 
Zdarzały się jednak; bo i teraz niektóre szeptały pomiędzy sobą, że może Fabian Ładysia tak 
zbije, jak dwa lata temu zbił Klemensa, który mu łączkę spasał, albo sam okaleczony zostanie 
tak, jak mu się to zdarzyło w wypadku jakimś, w którym innemu sąsiadowi swemu przez pomstę 
za jakąś ubligę drogę zaorał. 
— Bo to — zagadała matka Jana — on i sam krzywdy ludziom robić umie... Te pólko Jankowe 
był już sobie przywłaszczył, kiedy Janek był mały, a Anzelm chory, aż go, owszem, procesować 
musieli... 
— Pani Starzyńska bardzo już wszystko pamiętająca — zajęczała żona Fabiana, która tak drżała, 
że aż zęby jej głośno uderzały o siebie. — A taki koniec, że ten Ładyś, złodziej, na wszelki 
kłosek, na wszelką trawinkę cudzą przymiera z chciwości. 
— Bardzo słusznie! z chamką ożenił się i sam schamiał, a teraz ojca jeszcze skaleczy! — 
popędliwie krzyknęła Elżusia. — Julek! — krzyczała dalej rozpaczliwie, oglądając się na wszystkie 
strony. — Julek! biegaj ojcu pomagać! 
I zaraz czerwone ręce załamała. 
— Bardzo słusznie! — jęknęła — uciekł. 
— Owszem, bo to na Niemen drapnął! cha, cha, cha! — roześmiała się Starzyńska. 
Istotnie, widać było z dala ogromnego, rudego chłopca biegnącego co sił przez ogrody i 
podwórka okolicy ku rzece. Z głową w tył odrzuconą, z miotającymi się w obie strony 
ramionami, przeskakiwał niskie płotki i pędem strzały obiegał domy, a za nim biegł też, pod 
płotkami prześlizgiwał się, zagony ogrodów przeskakiwał radośnie i rozgłośnie skomlący 
Sargas. 
Ale wrzawa kłótni przyciągnęła kilku ludzi z pobliskich łanków; Jan także, który na 
ściernisko pieszo już wrócił, z gniewnie ściągniętymi brwiami biegł ku walczącym. Po cichym 
przed chwilą polu rozlegały się krzyki trwogi i oburzenia. 
— Pozabijają się! Wstyd! Obraza boska! Biją się jak chamy! Fabian, upamiętaj się! Ładyś, 
rzuć widły! 
W kilka minut walczący rozbrojonymi i rozłączonymi zostali; napastnicy sapiąc i jeszcze 
krzycząc na swe zagony odchodzili; napastowani, z głośnym płaczem kobiety i dziecka, 
zjeżdżali ze ścierniska na swym mizernym, jednokonnym wozie, na którym siedział Ładyś w 
podartym nieco odzieniu i ze śladami uderzeń na twarzy. Rozjemcy pośpiesznie do pracy wracali. Jan oddając Adamowi widły, które mu z rąk był wydarł, ocierał pot z twarzy, okrytej 
wyrazem goryczy i pogardy. 
— Oj, wy, wy, złośniki, drapieżniki, wstydu w oczach i Boga w sercu nie mający! — głośno i z 
gniewem do Fabiana i synów jego mówił. — Czy wy psu oczy sprzedali, żeby takie rozbójnictwa 
i awantury wyrabiać? I za co? dla jakiej przyczyny? Za garść żyta... 
— Nie garść, ale pół zagona! — krzyknął Fabian — a ty w cudze garnki nie zaglądaj, żeby 
czasem na twojej głowie nie pękły! Ot, z dopustu bożego pośrzednik i jednacz jaki! 
Zaperzony był jeszcze, na czole miał czerwoną szramę, około nasrożonej kępki włosów siną 
plamę; jednak ze zmieszaniem na twarzy coś około wozu swego poprawiał i oczu nie podnosząc, 
coraz ciszej mruczał: 
— Kruk z rodu złodziej! Bodaj go marnie zabito, chama tego! bodaj on na psa zszedł! 
Adam na wóz wskakując, jak piwonia czerwony, krzyczał: 
— Kto hrabia, dla tego pół zagona nic nie znaczy, ale ubogiemu i prosiątko drogie! Jan 
arystokrat, to może swoje darowywać, ale my biedne mrówki, które swój gniew mają, gdy 
krzywdy ponoszą!... 
Jan parsknął szczerym, głośnym śmiechem. 
— Oj, Adaś, Adaś! — wśród śmiechu tego wołał — chyba ty na morzu rozum swój zostawiłeś, 
kiedy takie głupstwa gadasz! Jakiż ja arystokrat? Ja tylko to wiem, że nijaki porządny gospodarz 
nie zubożeje, kiedy mu biedny człowiek jaką tam garść zboża zeżnie albo trawinę spasie, i 
materia do zwady, a osobliwie do takiego rozbójnictwa z tego wynikać nie powinna. Ale twój 
ojciec na wszelką pylinkę ziemi i na wszelkie ziarneczko mrze z upragnienia, a ty znów w tym 
roku sępa ludziom pokazujesz ze strachu, że cię w sołdaty zaraz wezmą. W cudze garnki 
zaglądać nie lubię, ale to wam powiedzieć musiałem. Bić się z wami ani z nikim, jak Bóg jest na 
niebie, nie będę, ale językiem nie poruszyć, kiedy takie haniebne postępki widzę, to już nijak nie 
mogę. 
Głośno z gniewu i oburzenia sapnął, ręką machnął i wyzywającym ruchem czapkę na głowie 
przesunąwszy, na swoje zagony wrócił. 
Nic już prawie na tych zagonach do robienia nie pozostawało; trochę stojących jeszcze na 
nich kłosów za krótki kwadrans upaść miało pod sierpami żniwiarek. Starzyńska mówiła o 
pszenicy, której zbieranie w poniedziałek zaczynać trzeba, bo tak już dojrzała, że wnet 
wysypywać się zacznie. 
— Bo to panienka — gadała dalej — pewno już do nas drugi raz nie przyjdzie, takie grubiaństwo 
dziś obaczywszy. Nadmiar panienka przelękła się i już nawet uciekać chciała... cha, cha, cha! 
Istotnie, hałaśliwy spór w polu wybuchający strwożył był Justynę tak bardzo, że sierp z ręki 
upuściła. Oprócz trwogi doznała może jeszcze i innych przykrych uczuć. Niesmak odmalował 
się był na jej pąsowych ustach, brwi ściągnęła i zdawać się mogło, że wzgardliwie na ten kłócący 
się i do bójki zrywający się motłoch ramionami wzruszywszy śpiesznie, i zaraz odejdzie. Ale 
było to tylko mgnienie oka, po którym coś w sobie widocznie zwyciężała i nad czymś myślała. Z 
chciwą ciekawością patrzała na Jana, gdy usiłował rozbrajać walczących, i słuchała gniewnych 
jego wyrzutów, Fabianowi i synom jego czynionych. Teraz zupełnie spokojna, z twarzą od 
ciągłego pochylania się rozognioną, złożyła na ziemi garść użętego zboża i prostując się 
odpowiedziała: 
— Alboż to tutaj tylko zdarzają się rzeczy niedobre i smutne? Wszędzie są takie, i daleko 
jeszcze gorsze, a jedyna różnica — w formie! 
W słowach tych wypowiedziała myśl, która przed kwadransem zwyciężyła w niej przestrach i 
niesmak i od ucieczki stąd ją powstrzymała. Wypowiedziała ją po prostu, łagodnie, z lekkim 
wzruszeniem ramion głębokie przekonanie objawiającym. 
— Z daleka patrząc — z mimowolnym na Korczyn spojrzeniem dodała — można wyobrażać 
sobie, że tam, wyżej, nic złego ani brzydkiego nie ma, ale z bliska... jeżeli nie jedno, to drugie, i 
może jeszcze gorsze... jedyna różnica w formie! 
Starzyńska w grube i pokaleczone, ale kształtne, suche ręce klasnęła i zawołała: 
— Bo to panienka prawdę mówi. Owszem. Wszędzie znajdą się złe ludzie... tylko jedni 
inaczej, a drudzy inaczej złość swoją okazują... A Bóg najwyższy na jednym polu i barana, i 
kozła cierpi... 
— Jaki ja kontenty, jaki ja kontenty, że pani tak sobie pomyślała — zabrzmiał obok Justyny głos 
Jana — a to już mnie do głowy przychodziło, że pani Bóg wie za kogo nas poczyta, może za 
rozbójników jakich... 
Promieniał cały, śmiał się i nie wiedzieć czemu, pochyliwszy się nagle, kilka kwiatów ze 
ścierniska zerwał. Nie myślał o nich wcale, ale chciał ukryć płomienie, które mu czoło, policzki, 
uszy i aż ogorzałą szyję opłynęły. Z tym jeszcze powoli spływającym pożarem krwi i ze 
szczególnie przy nim odbijającym zamyśleniem w oczach powtórzył słowa Justyny: 
— Jedyna różnica w formie... czyli że wszelakie charaktery wszelako bywają objawiane: u 
jednych pięknie, u drugich brzydko... ale to jest forma, czyli powierzchowność i znikomość, a 
prawdziwy walor człowieka w tym, co on we środku ma... 
Zrozumieli myśli Justyny wybornie ją zrozumieli oboje: i syn, i matka. Antolka wpół gołębie, 
a wpół dziewicze swe oczy z ciekawością niezmierną i ze słodyczą głębokiego lubowania się ku 
Justynie wzniosła. 
— Żeby to Justynka w poniedziałek bez gorsetu przyszła, tobyśmy może i cały dzień razem 
żęły... — szepnęła. 
Przed dwoma już dniami zawarły pomiędzy sobą umowę, że wzajem po imieniu nazywać się 
będą. 
— Bo to i robotnica tobie, Janku, przybyła! Facecja, dalbóg, facecja! cha, cha, cha! 
Głośnym, filuternym śmiechem, na wsze strony oczami błyskając, zaniosła się Starzyńska, a 
potem nogą o ziemię uderzając i szeroko ramionami rozmachując zawołała: 
— A teraz, owszem, do roboty, dziatki! Bo to jeszcze jaki kwadransik i calutkie te pólko 
Jankowi ogolim! Żwawo, dziatki, żwawo! A i ty, Janek, za ten sierp chwycić się możesz, który 
Alżusia tam na zagonie rzuciwszy, sama za ojcem pobiegła! To nic, że takim wielkim 
mężczyzną wyrosłeś, swoim babom dopomóc nie wstydno! Żwawo, dziatki! 
Wyrazem dziatki i nową robotnicę swą ogarniała. Żwawo wszyscy czworo rzucili się ku 
zbożu, żwawo i milcząc żęli; tylko raz Antolka zachichotała z mimowolnych stękań, które 
niekiedy wydzierały się z piersi Justyny. Justyna zaśmiała się tak głośno, jak nie śmiała się 
nigdy, i zaledwie oddychać już mogąc upewniać zaczęła, że wcale a wcale zmęczoną się nie 
czuje, a Jan, z ogromną garścią zboża prostując się w całej swej wysokości, dziwnie w tej chwili 
poważnym i zamyślonym ruchem odgarniał z czoła opadające na nie włosy i w górę, wysoko, ku 
samym obłokom patrzał oczami napełnionymi srebrzystym światłem. 
Wtem tuż za nimi rozległ się gwar kilkunastu grubych głosów, z którego wyróżnił się głos 
jeden, młodzieńczy, dźwięczny i wesoły, ze śmiechem i klaskaniem rąk wołający: 
— Brawo, Justynko, brawo! Boże dopomóż robotnicy nowej! Jak się masz, Janku! Jak się ma 
pani Starzyńska! Brawo, Justynko, brawo! 
Szczupłym, lecz giętkim ramieniem znad ziemi podniesiona Justyna zobaczyła młodego 
krewnego swego, Witolda, który z głośną, dziecinną prawie wesołością w śmiechu, w oczach i 
na promieniejącym czole kilka razy ją po zagonie okręcił. 
— Dużoś nażęła? Długoś żęła? Czy naprawdę żąć umiesz? Przecież choć raz nie brząkasz na 
fortepianie i nie tułasz się po domu jak Marek po piekle. Bo przecież na świecie każdemu coś 
robić trzeba! Prawda, Janku? Pamiętasz, Janku, jakeś mię niegdyś z Niemna wyłowił, kiedym 
jeszcze malcem będąc pod sekretem przed Julkiem wybrał się na pływanie? Julek to pływać mię 
uczył! A panna Antonina czy mnie nie poznaje? Przecież dwa lata temu, i przedtem jeszcze, ile 
razy zbieraliśmy razem grzyby i poziomki! Ale z ciebie, Justynko, zuch! Znudziłaś się 
klepaniem po klawiszach i romansowymi książkami i żąć poszłaś — brawo! 
Śmiejąc się i w różne strony zwracając ściskał ręce Starzyńskiej, Antolki, Jana, który 
przyjaźnie i poufale śmiał się także, przypominając sobie, jak o lat blisko dziesięć młodszego od 
siebie Witoldka raz z wody wyciągnął. 
— Czemu Witold nigdy do nas nie zajdzie? — z wyrzutem zapytał. — Do Fabianów ciągle 
chodzi i do Walentych, nawet u Ładysiów raz był, a o nas zapomniał. 
— A kiedy twój stryj podobno chory i nie lubi widywać się z nikim! Ale zajdę, dziś jeszcze 
zajdę. Ja dziś na polu prawie cały dzień przesiedziałem, tam pod laskiem, i tak nagadałem się z 
ludźmi, że aż mię język piecze... 
Tu, jak swawolne dziecko, język z ust wysunął i wnet poskoczył za gromadą z kilkunastu 
mężczyzn złożoną, która minęła już ściernisko Jana i z gwarem grubych głosów postępowała 
drogą wzdłuż okolicy sunącą nieszerokim szlakiem. 
Wieczór zresztą nastawał. Za okolicą i rzeką słońce połową ognistej tarczy iskrzyło się nad 
borem. Ostatnimi promieniami jego przeniknięty, kołami wozów i licznymi stopami ludzi 
podniesiony, złoty tuman pyłu owinął znowu długi szereg domostw i ogrodów, potężne grupy 
drzew rozłożystych, splątaną sieć płotków i ścieżek. Biały pas drogi i wszystkie ścieżki, 
podwórka, wąskie przejścia pomiędzy ścianami świrnów i stodół napełniły się powracającym do 
domów mrowiem ludzi i zwierząt. W powodzi zieleni i tumanie pozłoconego pyłu pojedynczo i 
gromadnie przesuwały się, krzyżowały się z sobą, tu ukazywały, tam znikały barwiste kobiece 
ubrania, głowy w czapkach, chustkach i warkoczach, twarze zmarszczkami pokryte, mizerne, 
smutne lub rumieńcami kwitnące i pomimo przebytego dnia ciężkiej pracy w wesołych 
uśmiechach ukazujące perłowe rzędy zębów, ale wszystkie ciemną brunatnością ogorzelizny 
obleczone i wszystkie lśniące od potu, zaledwie poczynającego wysychać na daleko bielszych 
niż policzki czołach. Powietrze huczało od gwaru ich głosów, od ryku krów, meczenia owiec, 
turkotu kół i szczekania psów. Słychać było głuche postękiwania kobiet usiłujących prostować 
zbolałe plecy pod odzieżą, na której ciemniały mokre plamy potu, i chichoty dziewcząt, którym 
niesione sierpy nie przeszkadzały w grubych i ciemnych rękach układać małych wiązanek lub 
wianków z zerwanych po drodze kwiatów. Słychać było cienkie głosy dzieci wybiegających na 
spotkanie matek, swawolne krzyki podrostków, gdakanie kur, gruchanie gołębi i pianie kogutów. 
W zagrodzie Anzelma czerwone blaski słońca długimi szlakami kładły się na puszystym 
kobiercu po raz drugi podrastającej koniczyny i ukośnymi strzałami wślizgując się między 
gałęzie drzew, zarumieniały gęsto osypujące je owoce. Pszczoły ułożyły się już do snu w 
błękitnym tłumie przysadzistych ulów, za którymi w migotliwych światłach zachodu cicho stały 
rozłożyste wieczorniki i wysokie malwy. Ogród był pełen świegotu ptastwa i zapachu kwitnącej 
rezedy zmieszanego z ostrymi woniami mięty, piłowiei i bożego drzewka. Za gęstym listowiem 
stuletniej sapieżanki dwa okna w błękitnych ramach gorzały jak rozpalone rubiny. Przez otwartą 
na oścież bramę na szeroką, śladami kół zbrużdżoną i od dzięcieliny bielejącą drogę z rykiem i 
meczeniem wchodziły małe trzódki krów i owiec. 
Pomiędzy drzewami Anzelm w grubej swej sukiennej kapocie i wielkiej baraniej czapce 
przechadzał się z Witoldem Korczyńskim zwykłym sobie powolnym krokiem, młodego swego 
gościa od drzewa do drzewa prowadząc. Od wielu już lat na robotę w pole nie wychodził, dla 
czego w okolicy nosił przezwisko hrabiego. Wszyscy jednak wiedzieli dobrze, że nie pracy 
unikał, lecz tłumu i gwaru, które znać sprawiały mu dolegliwą przykrość, bo ilekroć wśród nich 
się znalazł, wyraz niepokoju, bolesnego niemal rozdrażnienia okrywał jego zmęczone rysy i 
napełniał bladobłękitne oczy. Prawie z przestrachem w postawie i ruchach otulał się wtedy swoją 
kapotą, cofał się i usuwał. W zagrodzie swej za to cichy był jak otaczająca go tutaj cisza i od 
wschodu słońca aż do jego zachodu czynił wszystko, co do czynienia było: kosił, grabił, sadził, 
podlewał, grodził, dopatrywał bydła i owiec, a w zimie cepem bił o klepisko; heblem, piłą, 
młotkiem i siekierą pracował około ulów, parkanu i domu. Wszystko to robił powoli, lecz 
nieustannie, z monotonnymi ruchami, w których tkwiło wieczne jakby zamyślenie duszy, daleko 
od obecnej rzeczywistości ulatującej. Dziś przez dzień cały z pomocą najętego parobka układał 
w stodole snopy przez synowca z pola przywożone, a gdy już snopów zabrakło, parobkowi po 
wodę zejść kazał do rzeki, sam zaś dopatrywał kasztana i gniadej, których Jan po raz pierwszy 
może w swym życiu sam nie dopatrzył, z gorączkowym pośpiechem na pole wracając. 
Wyszedłszy ze stajni Anzelm jak wryty stanął przed wrotami i z ręki daszek sobie nad oczami 
robiąc, w głąb ogrodu patrzał. Żółty Mucyk, z lisim pyskiem i ogonem, miotał się tam jak 
szalony, ujadając i zarazem trwożliwie cofając się przed wielkim, czarnym wyżłem, który 
poprzedzał dwóch środkiem ogrodu postępujących ludzi. Jednego z tych ludzi Anzelm poznał od 
razu. Był to fanfaron i elegant Michał, w ubraniu z dymki kanarkowego koloru, idący tu pewno 
w nadziei zobaczenia Antolki, do której od przeszłej zimy widocznym był aspirantem. Ale 
drugi... Tego drugiego poznał Anzelm wtedy dopiero, kiedy się znalazł przed nim o kilkanaście 
kroków, i nie poznał nawet, raczej domyślił się, kim on był, i mimowolnym, instynktowym 
ruchem otulając się kapotą, cofnął się nieco. W oczach jego zagrał bolesny niepokój, a cienkie, 
blade wargi ironicznym uśmiechem drgnęły pod płowym, siwiejącym wąsem. 
— Korczyński — szepnął — młody Korczyński... na co? po co? dla ja... ja... kiej przyczyny? 
Jednak, tak jak i w ów wieczór, gdy po raz pierwszy zobaczył Justynę, krokiem powolnym, 
ale uprzejmie naprzód postąpił, gestem grzecznym i dwornym czapkę nad głową podnosząc. 
Zdawać się mogło, że pomimo cierpienia, jakie sprawiało mu wszelkie zetknięcie się z ludźmi — 
zt y m imoże szczególniej ludźmi — ukazywanie się wobec nich uprzejmym, nawet wytwornym 
za konieczność dla własnej swej osobistej godności uważał. Jak wtedy ręki Justyny, tak teraz 
śpiesznie ku niemu wyciągniętej dłoni Witolda końcami palców zaledwie dotknął i nie na gościa, 
lecz kędyś daleko patrząc przemówił: 
— Nie spodziewałem się, nie spodziewałem się takiej promocji i ta... ta...kiego miłego 
spotkania! 
— Widzi Witold — zaostrzonego wąsika pokręcając triumfująco zawołał przystojny, śmiały 
chłopak w kanarkowym ubraniu. — Czy ja Witoldu nie mówiłem, że będzie grzecznie i jak się 
należy przyjętym? A to Anzelm tak już za swoją dzikość na ludzkie języki padł, że Witold nijak 
do Anzelma iść nie śmiał. „Chcę, a nie śmiem” — powiada. Aż ja wziąłem, przyprowadziłem, 
zaznajomiłem, i koniec, i basta! A gdzież to panna Antonina? 
I skoczył ku domowi, w którego sieni słychać było śmiejące się głosy i huk obracanych żaren. 
W małej, przyciemnionej sieni Starzyńska żwawo obracała okrągłym kamieniem żaren. 
— Ot, tak, panieneczko, ot, tak, robaczku, okręcać trzeba i okręcać... 
Siwiejące włosy spod białego czepka opadały jej na twarz rozognioną i spotniałą, ale po 
całodziennym żęciu nie wyglądała wcale mniej sprężystą i żwawą. 
— O, ciężko! — zawołała Justyna, gdy kamienne koło zaturkotało pod jej rękami. 
Oparty o odrzwia wysoki mężczyzna, którego śnieżna koszula bielała, lecz rysy znikały 
prawie w półzmroku sionki, śmiał się cichym, w głębi piersi szemrzącym śmiechem. 
— Rączki już nadmiar zmęczone, niech już odpoczną sobie, te miłe, śliczne rączki... Do takiej 
pracy nie wzwyczajone. 
Przez drzwi otwarte widać było kuchnię dość obszerną, w której po samym środku siedziała 
gromadka królików, tak ułaskawionych, że ludzkie głosy i kroki wcale ich nie płoszyły. Tylko w 
nierozwikłanej tej mieszaninie długich uszu i czarnej, białej, szarej szerści z dziesięć par oczu 
błyszczało na kształt czarnych paciorek w koralową oprawę ujętych. Przed niewielką kuchenną 
płytą, ogromnym kapturem osłoniętą, stała Antolka, cała w świetle rozpalonego w piecu ogniska. 
Złotawe blaski obejmowały jej wątłą, wysmukłą kibić, drobne rysy różowej twarzy i włosy pełne 
więdnących kwiatów. Stawiając na płycie garnek pełen wody nagle drgnęła. Kanarkowy 
kawaler, wybornie naśladując kukawkę, za plecami jej zawołał: 
— Kuku! kuku! kuku! 
— O Jezu! — zawołała i usta nieco wzgardliwie wydęła, choć w ciemnych jej oczach przebiegły 
wesołe błyski — czy to pan Michał nic dziś nie zmęczony, że aż tu jeszcze dokazywać przyszedł? 
— Ja okropnie zmęczony! oj, oj, oj! jaki ja zmęczony! Chyba mnie panna Antonina usieść przy 
sobie pozwoli, bo jeżeli nie, to tak zaraz, hrym! i z wielkiego zmęczenia do nóżek padnę! 
— Nie zapraszam i nie zabraniam — uśmiechnęła się dziewczyna — tylko ciekawość, dlaczego 
pan Michał na wieczerzę do domu nie idzie. Czy to pan zwykle wieczerzy nie jada? 
— Kiedy ja biedny człowiek jestem, sierota bezżenny, i nie ma dla mnie komu wieczerzy 
gotować! 
— A ciotka? 
— E! jaki tam smak w ciotczynej wieczerzy! Ja tu przyszedłem w nadziei, że na tę wieczerzę 
zaproszony będę, którą panna Antonina własnymi rączkami zgotuje. Czy mnie do tych 
przynależeć przeznaczono, którzy nadzieję za matkę sobie mają? 
— Nie potwierdzam i nie zaprzeczam — filuternie odpowiedziała dziewczyna. 
On podłużnymi, z szarą źrenicą oczami śmiało i razem czule na nią patrząc, dalej rozmowę 
ciągnął: 
— A żebym ja był kotkiem, toby pani inaczej mnie przyjmowała, bo bardzo kotków lubi. No, 
to ja zrobię się kotkiem. 
I z wiernością niezmierną przeciągłe miauczenie kotów naśladować począł. Na ustach coraz 
różowszej dziewczyny przelatywały i drgały uśmiechy. Spuszczała jednak powieki, wargi 
przygryzając. 
— I kotka panna Antonina dobrym słówkiem pogłaskać nie chce? No, to ja siędę sobie na 
drzewie i przemienię się w płaczącego puchacza! 
Siadł na ławce u pieca stojącej, głowę nisko zwiesił, ramiona u piersi skrzyżował, nogi daleko 
przed siebie wyciągnął i zaniósł się żałośliwym, a do złudzenia podobnym lamentem puchacza. 
Było to już więcej niż znieść zdołała powaga dziewczyny. Wybuchnęła takim śmiechem, że aż 
na ziemi pod piecem przysiadła. 
— Cha, cha, cha, cha, cha!– dźwięcznym, nieposkromionym, szesnastoletnim chichotem 
śmiała się Antolka. 
— Puha! puha! puha! — wtórował jej śmiechowi coraz zawziętszy i żałośniejszy krzyk 
puchacza. 
— W ogrodzie, w pełnym jeszcze słonecznych blasków świetle, Anzelm ogród swój gościowi 
ukazywał. Witold bacznie i z zajęciem oglądał młode drzewka, częste czyniąc uwagi nad 
niezupełnie dobrym ich hodowaniem. Tu gałęzie nie były obcięte, jak należało, gdzie indziej 
zbyteczne pędy pozostawionymi zostały, tam nie odjęto pąków, których istnienie wyniszczało 
drzewo. Anzelm ciekawie słuchał i uważnych, zamyślonych oczu nie spuszczał z twarzy 
Witolda. Twarz ta, ożywiona, nerwowa, z bladawą cerą i trochę zmęczonym czołem, tę miała 
właściwość, że jakimikolwiek były myśli, które w chwili jakiejś napełniały głowę młodego 
człowieka, płonęła w nich cała, jakby w łunie z wewnętrznego pożaru bijącej. 
— Pan tego wszystkiego uczy się teraz — powolnym, monotonnym swym głosem zaczął 
Anzelm — i widać, że uczy się nieobojętnie. Ja bez żadnej nauki sadek ten założyłem, a i poradzić 
się także nie było u kogo. Toteż i dowiaduję się ze słów pana, że niejedną zrobiłem pomyłkę... 
Wierzę... wierzę... Nauka ludzkim czynnościom przyświeca... 
Mówił z widocznym roztargnieniem, o czym innym myśląc, a wzrok jego coraz przenikliwiej 
i głębiej zatapiał się w twarzy młodzieńca. Nagle policzek na dłoń spuszczając, cicho szeptać 
zaczął: 
— Ale jaki pan jest podobny do stryja swego, pana Andrzeja! Chryste, jakiż podobny! I czoło, 
i oczy, i głos, i mówienie, wszystko takie... jakby pan Andrzej z mogiły powstał... 
Blade źrenice jego wejrzeniem pobiegły daleko, ku zaniemeńskiemu borowi, a potem znowu 
w twarzy Witolda utkwiły. 
— Tylko — zaczął jeszcze — nie daj Boże panu takiego... lo... lo... losu! 
Zająknął się dlatego może, że we wnętrzu swym zaraz słowom swym zaprzeczył. Podniósł 
pochyloną dotąd głowę, czapkę na niej poprawił, powoli wyprostował przygarbione plecy. 
— Albo i nie — ze srebrnym błyskiem oczu poprawił się — albo i nie! Daj Boże każdemu 
dobremu tak żyć i tak umrzeć, choćby i przedwcześnie! 
Serdecznym i zarazem ostrożnym jakby ruchem Witold w obie swe dłonie wziął jego rękę. 
— Za drugie życzenie dziękuję! — wzruszonym głosem wymówił — życia bez wyższych uczuć i 
myśli nie chcę i wolałbym umrzeć wcześnie z wielkim ogniem w piersi niźli z kamieniem lub 
mętną wodą żyć wieki ! 
Zrazu przy dotknięciu młodego człowieka Anzelm uchylił się nieco i zwykłym sobie 
trwożnym ruchem otulił się kapotą. Nie uścisnął też ręki Witolda, ale w słowa jego cały 
wsłuchany, usta w zdziwieniu otworzył i z cicha wymówił: 
— Nie spodziewałem się... nie spodziewałem się już w swoim życiu mowy takiej słyszeć... 
Chryste! Czy ubici mogą drugi raz ożyć? 
— Nie — zawołał Witold — oni sami śpią na wieki, ale uczucia ich i myśli krążyć nie przestają 
w przestrzeni i płonąć w powietrzu, aż wejdą znowu w żywych, młodych, silnych, kochających 
ziemię i ludzi! 
— Amen! — dokończył Anzelm, po czym oba stali przez chwilę wzruszeni, milczący i 
wzajemnie w siebie wpatrzeni. 
— Może być — zaczął Witold — że kiedykolwiek, gdy po skończeniu nauk do Korczyna wrócę, 
w wielu względach o pomoc pana prosić będę. 
— Mnie? — zadziwił się Anzelm i cofnął się znowu trochę. — Ej, nie! — ze spokojnym już 
zamyśleniem mówił dalej — ze mnie już żadnej pomocy nikomu nie będzie. Lata sił ujmują i 
ubiegłej wody nie wrócisz. Ale to jest prawda, że kiedy pan w Korczynie osiędziesz, trudno 
będzie, trudno... uskuteczniać dobre zamiary. Mnie, w moim zaciszku siedzącemu, zdaje się 
podczas, że jakieś wielkie lody świat ten pokryły i zrobiło się na nim nadmiar już zimno. Z nieba 
na nas leje się pochmurność, a my w tej pochmurności tak jak prawie groch rozsypany, którego 
każde ziarnko toczy się po osobno i po osobno gnije... plonu nie wydając. Kiedyś to były między 
ludźmi insze myślenia i insze zamiary, ale wszystkie czasy mają swój czas i każda rzecz przed 
oczami człowieka jak woda ubiega, jak liść zwiędnięty żółknie... 
— Dziwnie pan smutny jesteś i zdawać się może, że już o wszystkim dobrym zwątpiłeś — z 
palącą ciekawością w twarz mówiącego wpatrując się przerwał Witold. 
Zamyślony uśmiech przewinął się po ustach Anzelma. 
— Zasmęciłem się ja raz w życiu swoim tak, że i na zawsze smętny już ostałem, to jest prawda. 
Ale co do zwątpiałości, to bynajmniej! Widziałem ja, owszem, stare drzewa, co próchniały i 
waliły się po lasach, swoje przeżywszy, ale naokoło nich wychodziły z ziemi latoroście zielone i 
swoją koleją w silne drzewa wyrastały. Ot, i pan teraz taką prawie jest latorością, co nowy las 
przepowiada, a jeżeli panu w jakiej trudności czy w jakich zamiarach pomocy będzie trzeba, to 
nie ode mnie pan ją weźmiesz, ale od mego Janka, który zarówno jest jak latorość, co na mogile 
silnego dębu wyrosła. Tymczasami... 
Nagle ożywił się i prędzej nieco mówić zaczął: 
— Tymczasami ja cościś już i słyszałem o różnych pańskich rozmowach z ludźmi i radach, 
które pan dajesz. Ot, wczoraj Walenty przyszedł do nas i mówił, że pan z usilnością ludzi 
namawiał, żeby złożyli się wszyscy i ze cztery studnie w okolicy wykopali, toby nam woda tak 
prawie krwawa nie była. I Michał rozpowiadał, że pan zbudowanie spólnego młyna doradzasz, 
aby już na żarnach mleć potrzeby nie było, i różne tam insze myśli ludziom do głów podajesz. 
Owszem. Mnie tylko dziw brał, skąd to wszystko wzięło się u syna pana Benedykta 
Korczyńskiego, który dla nas wszystkich prawie taki jest obojętny, jakby on tylko był 
człowiekiem z duszą przez Pana Boga jemu daną, a my kamieniami, które nogami potrącać i 
odpychać trzeba. 
— Niech pan tego nie mówi, o! niech pan tego nigdy przede mną nie mówi! — porywczo 
zawołał Witold i płomienne rumieńce uderzyły mu do czoła. 
— Sam to już czuję, że zbyt śmiele przed synem na ojca powiedziałem, i o wybaczenie proszę 
— ze słabym też rumieńcem na chudych policzkach i znowu trwożnym ruchem owijając się 
kapotą przemówił Anzelm. 
— Nic to, nic! Pan nie byłeś zbyt śmiałym, tylko, widzi pan, ja ojca mego... dla mnie ojciec... 
no, ale nie mówmy już o tym! lepiej ja panu opowiem niektóre z moich myśli, czego bym dla 
was pragnął i o czym myślę, że być powinno... 
Przechadzali się teraz z wolna pomiędzy drzewami w jaskrawych blaskach zachodu, którego 
ukośne strzały ślizgały się po ich głowach i twarzach. Witold mówił jak zwykle prędko i 
popędliwie, z gestykulacją żywą, z ruchliwą grą rysów o czymś towarzyszowi swemu 
opowiadając, coś mu tłumacząc. Anzelm z przygarbionymi plecami i twarzą prawie nieruchomą 
słuchał go z uwagą i ciekawością, rzadko kilka słów zapytania lub odpowiedzi w rozmowę 
wtrącając. Parę razy jak w tęczę wpatrzony w twarz młodzieńca, cicho do samego siebie 
przemówił: 
— Jaki do stryja podobny! Chryste! jakiż podobny! 
I w miarę przedłużania się rozmowy ściągła, chuda, z lekka zaróżowiona twarz jego pod 
wielką, baranią czapką okrywała się wyrazem dziwnie z sobą zmieszanych uczuć: marzycielskiej 
radości i niezgłębionej tęsknoty. Wejrzenie jego coraz częściej biegło daleko, ku 
zaniemeńskiemu borowi, a długie, blade ręce, do połowy w rękawy kapoty wsunięte, splatały się 
palcami silnie — trudno było odgadnąć, czy w radości niespodziewanej, czy w żałości 
wspomnień. 
Na długiej ławce u ściany domu stojącej, pod sięgającą dachu, ogromną gałęzią sapieżanki, za 
wysokimi malwami i wieczornikami, w woniach rezedy i piłowiei dwoje młodych ludzi 
rozmawiało z sobą długo i z cicha. Dlaczego z cicha? Oni jedni tylko przyczynę tego znać mogli, 
jeżeli sobie o niej sprawę zdawali, bo tajemnicy żadnej w rozmowie ich nie było. Mężczyzna 
trzymał w ręku garść dzikich kwiatów i ziół, które jedne po drugich kobiecie podawał. 
— Widzi pani, jak bławatki już posiwiały! A takie były szafirowe, śliczne! To tak prawie, 
jakby i jasne lato starzało razem z nimi... A to przekwitły brodawnik; zdaje się tylko taka kulka 
puchu, a przy słońcu wygląda, jakby z najpiękniejszego szkła była zrobiona. Szkoda, że jak 
dmuchnąć, rozleci się zaraz na wszystkie strony i zniknie. Może to i szczęście człowieka takie 
same, jak ta kulka puchu. Dziś jest, a jutro przeciwny wiatr powieje i daleko odegna wszystko, 
co człowiekowi nad życie miłym było. Jak pani myśli, panno Justyno, czy szczęście człowieka 
zawsze jest takie niestałe? 
— Nie wiem — odpowiedziała kobieta — ja myślę czasem o szczęściu takim, którego by żadne 
najprzeciwniejsze wiatry rozwiać nie mogły, i innego — nie chcę. 
— To panna Justyna myśli, że ludzie mogą ciężko pracować i wszelakie biedy znosić, a 
szczęścia swego nie utracić? 
Wpół poważnie, wpół ze śmiechem odpowiedziała pytaniem: 
— A Jan i Cecylia? 
Chwilę milczeli. 
— Ot, ta gałązka z tymi ładnymi kitkami nazywa się tymotka, a ten różowy kwiatek to zajęczy 
lenek, a te żółte, takie jak prawie ogień żółte kieliszki... 
Z głębi domu, z kuchni, w której Antolka wieczerzę gotowała, doleciało grube i długie 
bełkotanie indyka, przy którym wybuchnął srebrny i nieposkromiony śmiech dziewczęcy. 
— Cha, cha, cha, cha, cha! — nieskończoną, zda się, gamą śmiała się dziewczyna. 
— Bołtu–bołtu–bołtu! — śmiechowi jej wtórowało wyborne naśladowanie indyczego krzyku. 
— Michał, widzi pani, już z rok do Antolki chodzi i chce z nią żenić się. Może co z tego i 
będzie, tylko nie zaraz, bo stryj i ja nie pozwolimy jej w szesnastu latach za mąż wychodzić. 
Jeżeli wiernie kocha, to niech jakich lat dwa albo i trzy poczeka, póki dziewczyna wzmocni się 
w sobie i pomądrzeje. Drugiemu smętny byłby ten odkład, a jemu nie! Zawsze wesoły i 
wszelakich konceptów pełno mu w głowie. Ja temu dziwuję się, bo choć z przyrodzenia 
smętliwy nie jestem, ale kiedy w jakich zamiarach swoich przeciwności doświadczam, to, zdaje 
się, do grobu poszedłbym zaraz. 
W kuchni wesoło i donośnie zagwizdała wilga, a jakby w odpowiedź jej z zagrody Fabiana 
doleciało także gwizdanie na nutę pieśni: 
A kto chce rozkoszy użyć, 
Niech idzie do wojska służyć... 
— Te kieliszeczki, takie prawie żółte jak ogień, to kwiat mokrzycy, a ta gałązka, widzi pani, ja 
ją do rączki pani przyłożę i zaraz przylepi się tak, że i oderwać będzie trudno, dla tej przyczyny i 
nazywa się ona lepka. 
Ostrożnie, z uśmiechem na ręku jej położył zieloną gałązkę, która też istotnie mnóstwem 
swych drobniutkich, zaledwie widzialnych kolców do niej przylgnęła. 
— Czy pani doprawdy popłynie z nami jutro na Mogiłę? 
Pochylił się trochę i nieśmiało w twarz jej spojrzał. 
— Bo to troszkę i wstydno, że do tego czasu nigdy jej pani nie odwiedziła... 
Śmiałość tego zarzutu w dziwnej była sprzeczności z nieśmiałością, z jaką na mgnienie oka w 
twarz jej spojrzał. Ona zamyślonym wzrokiem daleko gdzieś patrzała. 
— Iluż, iluż ja rzeczy w życiu swoim wstydzić się muszę — powoli i ze zsuniętymi brwiami 
wymówiła — a nigdy — dodała — nigdy tego tak mocno nie uczułam jak teraz. 
— Pani pewno popłynie jutro z nami? 
— Najpewniej. 
— A jeżeli czasem stryj zostanie w domu? 
Spojrzała na niego pogodnie, ufnie i odpowiedziała: 
— Popłynę z panem. 
Tuż obok zielonej gałązki na ręku Justyny czerwieniła się szrama od draśnięcia sierpu 
pochodząca. Jan patrząc na tę różową szramę, tak jakby oczu od niej oderwać nie mógł, z cicha 
mówił: 
— Bo to, widzi pani, już ja dziś z twarzy stryja widzę, że go jutro chandra schwyci. A kiedy go 
już ta pochmurność napadnie, to za nic z domu nie wyjdzie, nie je, nie pije i z nikim gadać nie 
chce. Tak czasem przeżyje dzień jeden, a czasem dwa i trzy dni... My potenczas z Antolką na 
palcach chodzim i cicho gadamy, tak jakby umarły w domu leżał... Taka już u niego duszna 
choroba jakaś! 
W tej chwili Anzelm, niezwykle śpiesznym krokiem Witolda wyprzedzając, zbliżył się do 
jednego z otwartych okien domu. 
— Ja panu zaraz te książki pokażę — mówił — zaraz po... po... po... każę! 
Wąska ławka nie broniła wcale przystępu do okna; owszem, Witold przyklęknął na niej i do 
wnętrza zajrzawszy, jednym spojrzeniem ogarnął dość szczególnie wyglądającą izdebkę. Był to 
tak zwany przeciwek, dlatego tę nazwę noszący, że sień go rozdziela z obszerną świetlicą. 
Malutka to była izdebka, więcej długa niż szeroka, z niskim, belkowanym sufitem 
chropowatymi, skąpo pobielanymi ścianami. Drewniany tapczan z siennikiem, poduszką i na 
domowych krosnach wytkaną kołdrą, prosty stół pod oknem, zielona skrzynia, zapewne z 
odzieżą, i jedno stare krzesło z drewnianą tylną poręczą stanowiły wszystkie sprzęty znajdujące 
się w tej izdebce. Nad łóżkiem wisiały trzy spore obrazy: najwyżej, prawie pod sufitem, 
Ostrobramska Maria w ramach, złoconym i dość jeszcze błyszczącym papierem oklejonych; 
niżej, prawie nad samą pościelą, dwa szare, w drewnianej oprawie, wizerunki siedzących na 
koniu rycerzy. Zza ramy świętego obrazu wychylał się pęk palm święconych; na szare wizerunki 
opadała na ćwieczku zawieszona mała korona cierniowa. U okna, na stole, stał niewielki dzban z 
wodą i stała przy nim dnem do góry przewrócona szklanka, a dalej, przy samej ścianie, za 
lampką z wysokim kominkiem leżało kilka książek w zniszczonej oprawie. Po te książki Anzelm 
rękę wyciągnął i jedną po drugiej podawał je Witoldowi. Przy tym powoli czytał ich tytuły: 
— Psalmy* Kochanowskiego... Niech pan spojrzy na te dwa wyrazy, co na boku wypisane. 
— Andrzej Korczyński — głośno przeczytał Witold. 
— Pan Tadeusz... Niech pan spojrzy na te dwa wypisane wyrazy... 
— Andrzej Korczyński... 
— Ogrody północne*... Niech pan spojrzy... 
W ten sposób kilka tytułów przeczytał, bladym swym palcem wskazując napisy im 
towarzyszące, z jednostajnym zawsze brzmieniem. Jeden tylko był nieco dłuższy. Zawierał się w 
czterech wyrazach: „Andrzej Korczyński — Jerzemu Bohatyrowiczowi”. 
— Ojcu Janka, jego ojcu — ze szczególnym ku Witoldowi mrugnięciem szepnął Anzelm, a 
potem książki znowu na stole złożył. 
— Wszystko to od niego, i tyle tylko u nas światłości jest, ile jej on zostawił. Gdzie tam! i tyle 
już nie ma, bo jedni pomarli, drudzy zgłupieli i zapomnieli, a są i tacy nawet, co bez 
uszanowania i wdzięczności, owszem, z pośmiewiskiem go wspominają. Z mułu ziemskiego 
zlepieni jesteśmy i o to tylko dbamy, co tyczy się mułu tego, czyli naszego ciała. Ale kto raz, 
choć troszkę, duszne radości i żałości poznał i dusznego światła zapragnął, ten dla niego ma 
wieczną wdzięczność i czuje za nim wieczną tęsknotę. On tu siał, on oświecał, on ten ogień, o 
którym pan tylko co mówił, w sercach ludzkich podtrzymywał, on za niego i młodą głowę swoją 
oddał... Niechże mu światłość Twoja niebieska, o Boże sprawiedliwy! świeci na wieki wiekuiste, 
amen! 
Głowę ku rękom splecionym pochylił i dwie grube łzy ściekły na dwie ogniste plamy, które 
przy ostatnich słowach wybiły się mu na policzki. Witold wpółklęcząc na niskiej ławie, o ramę 
okna ramieniem oparty, wpadł w zamyślenie długie i posępne. Dość dziwną było rzeczą, jak ta 
twarz młodzieńcza mieniła się stosownie do wewnętrznych poruszeń duszy. Przed godziną 
wesoły, prawie swawolny jak dziecko, potem cały oblany łuną apostolskiego zapału, teraz 
wyglądał tak, jak gdyby skąpał się cały w cierpieniach, klęskach, upadkach i urąganiach 
napełniających całe lat dziesiątki. Istotnie, był on w nich skąpany, wzrósł wśród nich, zaprawiły 
mu one krew i myśl, aż teraz, dziecko prawie, stał z chmurnym czołem twardo doświadczonego 
męża i ponurym wzrokiem kogoś, kto patrzy w ciemne i niezgłębione otchłanie. Długo przecież 
trwać to u niego nie mogło i po chwili ciekawie znowu przypatrywał się wnętrzu izdebki 
Anzelma. 
— Izdebka pana przypomina klasztorną celę — zauważył. 
Anzelm także poskromił wzruszenie swe albo je ukrył i ze spokojnym już uśmiechem 
odpowiedział: 
— A tak. Ja też ją celką swoją nazywam. W jednej piosence są takie słowa... śpiewałem ja tę 
piosenkę, często śpiewałem, kiedy jeszcze pogoda i upał na świecie panowały: 
Ty będziesz panną, ty będziesz panną 
Przy wielkim dworze; 
A ja będę księdzem, a ja będę księdzem 
W białym klasztorze... 
IV 
Czółno, wysłane gałęźmi srebrnej topoli, Jan silnie od brzegu odepchnął, a potem sam w nie 
wskoczył. Z wiosłem w ręku, z czołem na wpół tylko daszkiem czapki osłoniętym, w krótkiej, 
kolan nie sięgającej siermiędze, zielonymi taśmami przyozdobionej, z uśmiechem towarzyszkę 
swą zapytał: 
— Czy wygodnie? 
— Wybornie — odpowiedziała. 
Zielone i wonne posłanie z liści było istotnie wygodnym; przykrywała je do połowy jej biała 
suknia. Kilka lat już minęło, odkąd ani razu nie pomyślała o przybraniu się w ten strój prosty i 
tani, ale świeży zalotnie odkrywający szyję jej i całe prawie ramiona. Od dawna też nie układała 
swych czarnych włosów w sposób tak dobrze uwydatniający piękne linie niskiego jej czoła i nie 
zwijała ich z tyłu czaszki w węzeł tak ciężki i malowniczo opuszczający się na kark, z lekka 
przez ogorzeliznę pozłocony. W kilka godzin po południu zstąpiła z wysokiej góry ku rzece i na 
chwilę stanęła w tym miejscu, gdzie w równej prawie linii z zagrodą Anzelma, pośrodku góry, 
na małej jej wypukłości, wyrastała gruba, rozłożysta topól. Pod topolą stanęła, pochyliła się i w 
dół spojrzała. W dole, na wąskim, piaszczystym wybrzeżu, tuż przy czółnie wysłanym zielenią, 
Jan spostrzegłszy ją, wysoko wzniósł czapkę nad jasnozłotymi włosami. 
— Dzień dobry! — donośnie zawołał. 
Woda pod dotknięciem wiosła zaszumiała, czółno zakołysało się i z przybrzeżnej mielizny na 
toń spłynęło. 
— A stryj? — zapytała. 
— Chory. Wczoraj po pożegnaniu się z państwem do swojej izby poszedł i drzwi na kruczek* 
zaszczepił. Przez okno tylko widać, że na tapczanie leży oczy sobie ręką zasłoniwszy, senliwy 
taki czy w myślach utopiony? Bóg to wie! 
W górę rzeki powoli płynęli. Nad rzeką wznosiła się z jednej strony naga, żółta ściana, z 
nieruchomym borem u szczytu; z drugiej wysoka, zielona góra, u której wierzchu białe i szare 
domostwa okolicy, z gankami swymi, świecącymi oknami i dymiącymi kominami, jak paciorki 
jedno po drugim wychylały się zza zieleni potężnych drzew i przezroczystych gajów. Od 
każdego z domostw biegły ku rzece wydeptane ścieżki i łamiąc się w różne kierunki, rysunkiem 
białych linii okrywały zielony, w garby i płaszczyzny pogięty stok góry. Upalne słońce 
osypywało nieścigniony szlak wody ulewą iskier, a tu i ówdzie łamiące się w falach promienie 
jego tworzyły ogniska olśniewających świateł. Chwilami te ogniska wyrzucające z siebie niskie 
snopy promieni bladły lub całkiem gasły, a w błękitach wody, pod delikatnym rysunkiem 
drobnych fal, sunęły ciemne odbicia przepływających pod niebem chmur. Nie były to chmury 
natychmiastową burzą grożące, ale raczej białe obłoki mętną szarością wydęte, wydłużające się 
wciąż i przybierające, z brzegami przelewającymi się w coraz nowe linie i kształty. W cichym i 
parnym powietrzu powoli i nisko sunąc, co chwilę przysłaniały one, to odkrywały rozżarzoną 
tarczę słońca, sprawiając tym w powietrzu zmienną grę promiennych jasności i nagłych 
przyciemnień. Tam gdzie rzeka daleko przed pomykającym czółnem za bór skręcała, zgromadzały się one, łączyły i skłon nieba zasłaniały ścianą wełnistych, ciemnych, srebrem 
obrębionych kłębów. 
— Może dziś deszcz albo i burza będzie — zauważył Jan, który na wąskiej ławeczce w sam 
prawie dziób czółna wprawionej siedział, w wodę patrzał i z pochyloną nieco głową powoli 
wiosłem fale jej rozganiał. 
Na wysokiej, zielonej górze zniknęły ostatnie domy okolicy, a tuż za nimi góra rozszczepiła 
się na rozpadlinę głęboką i długą, otwierającą się od strony rzeki olbrzymim trójkątem ścian w 
tył odgiętych i ku szczytom rozwierających się coraz szerzej. Jan ruchem głowy wskazał 
Justynie parów Jana i Cecylii i napełniające go nieprzebite, różnymi odcieniami zieloności 
mieniące się, jaskrawymi barwami kwiatów i jagód nakrapiane gęstwie roślinne. Podniosła się 
trochę na swym siedzeniu, w tym chaosie linii i barw pragnąc odkryć stary grobowiec. 
— Schowany on jest przed światem i z nijakiej strony zobaczyć go nie można — rzekł Jan. — 
Chyba jesienią, kiedy drzewa i krzaki wszystkie liście swe utracą, zamajaczy on przed oczami 
tego, kto tędy płynie. Czy pani nie uprzykrzyło się płynąć? 
Opowiedział, że do Mogiły z Korczyna i Bohatyrowicz dwie drogi prowadzą. Można 
przeprawić się na przeciwną stronę rzeki naprzeciw dworu lub okolicy i potem dobrą godzinę iść 
lasami; albo płynąć trzeba dłużej, z pół godziny, i wylądować na piaskach, od których do tego 
miejsca i wiorsty nie będzie. Powiózł ją tą drugą drogą, bo chciał jej pokazać piaski. 
— Później powiem — dodał — dla jakiej przyczyny zechciało mi się, aby pani na tych piaskach 
była. Dla mojej pamięci to takie miejsce... 
Nie dokończył, bo z uwagą, mrużącymi się nieco przed blaskiem oczami, przypatrywać się 
zaczął pszczole, która z głuchym brzęczeniem nisko nad wodą leciała. Z przeciwnego brzegu 
rzeki wracające pszczoły od czasu do czasu nad głowami płynących przelatywały, ale ta 
opuszczała się coraz niżej, okrywającą ją żółtą lepkością jak kroplami roztopionego bursztynu na 
słońcu błyszcząc. Jan chwiejnego jej i coraz niższego lotu z oczu nie spuszczał i zręcznym 
ruchem, w chwili gdy skrzydłami muskać wodę już zaczynała, posunął ku niej wiosło, na które z 
głuchym stuknięciem osiadła. Potem ostrożnie, troskliwie omdlały owad z wiosła na brzeg 
czółna zsunął. 
— Szkoda pracowitego zwierzątka, aby utonęło marnie — zauważył. — Może ty moja? — 
uśmiechnął się do pszczoły nieruchomo na brzegu czółna siedzącej. 
Za wielkim trójkątem otwierającym parów Jana i Cecylii zielona góra przemieniła się w 
stromą, gładką i nagą wyniosłość, od pokładów marglu zaczerwienioną i u samego szczytu 
wystającą szerokim, pogarbionym gzymsem twardej, gorąco-żółtej gliny. Pod tym gzymsem 
ciemniały otwory z niezmierną regularnością zaokrąglone i w równych od siebie odległościach 
ciągnące się długim szeregiem. 
— Co to? — ukazując je zapytała Justyna. 
Ale zanim towarzysz jej miał czas odpowiedzieć, w jednym z tych ziemnych wydrążeń 
zaczerniało coś, bielą błysnęło i ptak wysmukły, ze śnieżną piersią i długimi skrzydły szafirową 
czarnością połyskującymi, błyskawicznie szybko na dół spłynąwszy, krętym lotem prawie nad 
ich głowami przeleciał. 
— Jaskółka! — zawołała Justyna. 
— To są jaskółcze gniazda — na okrągłe otwory patrząc potwierdził Jan. — Taką ten ptak ma 
przemyślność, że w tej twardej i gołej skale mieszkania sobie wykuwa. Kiedyś nadmiar ciekawy 
byłem tych pałaców, i czy pani da wiarę? przekonałem się, że one tam sobie, te ptaki, prawdziwe 
pokoje i korytarze budują... Ot, i druga leci, i trzecia, i czwarta!... 
Z pokojów i korytarzy w nagiej i gładkiej ścianie wykutych ptaki wylatywały coraz liczniej, 
czarnymi skrzydły i śnieżnymi piersiami na jej czerwonawym i żółtym tle migocąc i szybko 
spuszczając się nad wodę. Szelestem ich skrzydeł spłoszona pszczoła z odzyskaną w spoczynku 
siłą zerwała się z brzegu czółna i z głośnym, tryumfującym brzęczeniem wzbijając się w 
powietrze, w kierunku parowu i okolicy uleciała. Jan patrzał za nią. 
— Ot, i uratowane pracowite, dobre zwierzątko! — z pogodnym, zadowolonym uśmiechem w 
oczach i na ustach z wolna wymówił. 
— Zawsze to o jedną śmierć mniej, a o jedną kroplę słodyczy więcej na świecie — dodała 
Justyna, i zdawać się mogło, że pogodne zadowolenie z uśmiechu Jana na jej twarz spłynęło. 
— Prawdę pani mówi — wiosło w wodzie zatapiając odparł — umierania i goryczy wszelakich 
pełno na świecie, a słodycz na nim bardzo jest droga... 
— Skąd pan wie o tym? — żywo zapytała. 
Popatrzył na nią długo, dziwnie, z trochę ironicznym uśmiechem w oczach. 
— Państwo myślą — zaczął — że człowiek w prostym stanie będący uczucia swego i swoich 
myśli nie ma. Ale może w tym jest pomyłka... 
Chciał coś jeszcze mówić, ale powstrzymał się, usta mu tylko drgnęły, krewkim ruchem 
czapkę na czole poprawił i żywiej wiosłować zaczął. 
— Wiem i wierzę — z powagą rzekła Justyna. 
Uśmiechnął się znowu i ręką skinął. 
— Co pani wie? — trochę porywczo rzucił. 
— To prawda — odpowiedziała i cała rumieńcem spłonęła. 
Jemu we wpatrzonym w nią wzroku zagrał żal. 
— Nie ma czego wstydzić się ani smęcić — łagodnie już przemówił — tak już pani urodziła się i 
uczyła się też czego innego... 
W tej chwili usłyszeli żałosne skomlenie psa i przewlekłym, gapiowatym głosem 
wymówione: 
— Dobry wieczór państwu! 
O kilkadziesiąt kroków od brzegu, w malutkim czółnie przymocowanym do tyki w dnie rzeki 
utkwionej, siedział z wędą na wodę puszczoną Julek Bohatyrowicz, a na małym, zielonym 
przylądku, w wyciągniętej postawie i z oczami w pana swego wpatrzonymi, czarny Sargas coraz 
głośniej i przeciąglej skomlił. Ten pleczysty człowiek, z wielką, czerwoną twarzą i 
wydobywającą się spod czapki gęstwiną ognistych włosów, w malutkiej łupince nieruchomo nad 
wodą siedzący, miał w sobie coś prawie fantastycznego. Wziąć by go można było za bajecznego 
mieszkańca wód, który na chwilę tylko i w połowie przybrał postać ludzką, drugą połową ciała 
tkwiąc w swym rodzinnym żywiole. Ale zupełnie ludzkim był uśmiech, którym człowiek ten 
witał nadpływających. Widać było zresztą, że takim samym uśmiechem, szerokim, dziecinnym, 
rząd śnieżnych zębów ukazującym, witał on wszystko, cokolwiek na niebie i ziemi spotykał 
wzrokiem podłużnych, pełnych, szafirowych oczu, tak samo, jak usta, śmiejących się dziecinnie, 
niewinnie i przyjacielsko. 
— A dokąd? — na płynącą parę patrząc, lecz najlżejszego poruszenia nie czyniąc zapytał. 
— Na Mogiłę — odpowiedział Jan. 
— Che, che, che, proszę tylko nie bawić się długo! 
— A dla jakiej przyczyny? 
— A dla tej, że przed zachodem słońca ulewa spadnie, che, che, che! 
Czółno Jana otarło się prawie o to, na którym siedział śmiejący się wciąż wodny atleta. 
— Czemu Sargasa do czółna nie wziąłeś? 
— Przeszkadza. 
— Głupie zwierzę! Przypłynąć mógłby do swego pana, kiedy tak już tęskni... 
— Nie pozwoliłem! 
Prędkim ruchem targnął wodę i mała rybka trzepocząca się u jej końca srebrną iskrą błysnęła 
w powietrzu. 
Jan i Justyna płynęli dalej. Jan mówił o Julku. Dziwny to był chłopak. Od dzieciństwa 
durniem go nazywali, ojciec nawet często go bił za nierozgarniętość i w familii był on zawsze 
ostatnim. Toteż przyrósł do Niemna; zdaje się, jakby duszę swoją w tej rzece zostawiał; tak pilno 
mu wracać do niej, ilekroć opuścić ją musi. Rzadko też ją opuszcza. 
— Na wodzie jada, na wodzie albo przy brzegu często i nocuje. Do roboty gospodarskiej 
nadmiar leniwy i niezdatny, ryb mnóstwo łowi, w bliskim miasteczku je sprzedaje i pieniądze 
regularnie ojcu odnosi. Niemen i jeszcze ten pies Sargas to całe jego kochanie. Kiedy trzy lata 
temu do wojska iść miał, to po całych dniach lamentował, jak on bez Niemna wyżyje i traf! 
skurczyły się mu dwa palce u prawej ręki. Ni z tego, ni z owego skurczyły się; okaleczał. 
Wszyscy dobrze wiedzą, co o tym okaleczeniu myśleć. Na to mu rozumu wystarczyło. Głupi 
niby, a chytry. Teraz za niego drugi z rzędu syn Fabiana do wojska pójdzie i dla tej przyczyny u 
nich tam wielka niezgoda w familii panuje. 
— Ale ot! — przerwał sobie opowiadanie Jan — już i piaski widać!... 
Brzegi rzeki stawały się coraz uboższe i dziksze. Z jednej strony, tam gdzie przed 
kwadransem sielsko i malowniczo uśmiechały się szare i białe domki o k o l iy, a potem 
wielki parów wspaniale rozchylał wargi swe zielonością po brzegi nalane, nad nagą, gładką, 
czerwonawą ścianą widać było stojące rzadkie zboża, tu i ówdzie ocienione krzywą wierzbą albo 
starą gruszą. Z drugiej strony brzeg zniżał się, do równego z rzeką poziomu spływał, a gęsty bór 
nie znikał wprawdzie, lecz cofał się, usuwany jakby przez rozległe, białe, małymi wzgórzami 
zbałwanione piaski. Czółno wiozące dwoje młodych ludzi skierowało się ku tym piaskom i 
wężowymi skrętami prześliznąwszy się pośród wielkich kamieni, nad płytką wodą z 
piaszczystego dna wystających, u lądu stanęło. 
— Proszę stanąć i naokoło spojrzeć — głosem cichszym niż zwykle rzekł Jan. 
Justyna usłuchała i zatrzymawszy się wzrokiem dokoła powiodła. 
Znajdowali się wśród piaszczystego rozłogu, którego część nie bez trudności już przebyli. 
Podobnym to było do jeziora, z jednej strony ujętego w ciemne półkole boru, a z drugiej 
rozdzielonego z rzeką, zasłaniającym ją pasmem piaszczystych pagórków. Jak powierzchnia 
wody, tak piaski te pokryte były nieskończonymi łańcuchami zmarszczek, a choć z pozoru 
powietrze wydawało się nieruchomym, unosiły się z nich tu i ówdzie niskie tumany i poziomym 
lotem przebywając małe przestrzenie, opadały na ziemię pyłem cichym i tak miałkim, że prawie 
ziarnko od ziarnka rozróżnić w nim było można. Bór niechętnie jakby usuwając się w głąb 
widnokręgu, zostawiał za sobą szerokie pasy karłowatych, kolczastych, białością piasku 
przeświecających zarośli i za nimi dopiero powoli wzbijał się znowu w wysoką, ciemną ścianę. 
U stóp zarośli różowate wrzosy rozciągały daleko swe suche, smętne girlandy, a potem już od 
krańca do krańca tej pustki nie było nic prócz pomarszczonych, głębokich piasków i małych 
tumanów, które tu i ówdzie wzbijały się na płaszczyźnie lub na kształt znikomych dymów 
wytryskiwały i nikły nad okrągłymi, nagimi czołami pagórków. Ani drzewa, ani kwiatu, ani 
najdrobniejszego ziółka. Żadnego też dźwięku oprócz krakania wrony, która ciężko i wysoko 
wyleciała znad rzeki i w borze przepadła; żadnej barwy oprócz białości piasku i szarawej 
różowości wrzosów, żadnego ruchu oprócz sunących po niebie ciężkich, długich, mętną 
szarością nabrzmiałych obłoków; żadnej woni oprócz suchego i krztuszącego pyłu, który 
wydawał się oddechem tego miejsca. 
Stopy Justyny pogrążały się całkiem w miałkiej, suchej, gorącej topieli, a wzrok jej ze 
zdziwieniem przesuwał się po tej pustyni, której nie widziała nigdy, na którą też prawie nigdy 
nie patrzało żadne ludzkie oko, bo żadna praca, żaden plon i żadna dokądkolwiek prowadząca 
droga nie przywodziła tu ludzkich kroków i zamiarów. Ale gdy spojrzała na towarzysza swego, 
większe jeszcze uczuła zdziwienie. Jan zdjął czapkę i zamyślonymi oczami wodził po nagich 
szczytach pagórków. Miał postawę człowieka, który stanął na progu kościoła i wpatruje się w 
ołtarz. Można by myśleć, że nigdzie tyle, ile w tym miejscu, nie czuł się człowiekiem i nigdzie 
tyle nie doznawał ludzkich, wyższych, od codziennego życia dalekich uczuć i myśli. 
— Dawno tu nie byłem — zaczął też takim głosem, jakim człowiek w progu świątyni 
przemawia. — Może pięć może sześć lat nie byłem... Stryj woli na Mogiłę tamtą drogą chodzić, 
bo raz, jak przez te piaski szedł, twarzą wprost na ziemię upadł i z godzinę od płaczu ryczał... 
— Czegóż tak płakał? — ze wzruszeniem, z którego przyczyn jeszcze sobie jasno sprawy nie 
zdawała, spytała Justyna. 
— Bo długo chorym będąc, z chaty prawie nie wychodził i pierwszy raz wtedy po swoim 
wskrzeszeniu te miejsce zobaczył, przez które kiedyściś z wielką kompanią jechał... 
Zrozumiała i więcej nie zapytała o nic. Jan ciągle na wzgórza patrząc sam mówił dalej: 
— Dla mojej pamięci te miejsce jest bardzo ważne, bo ja tu, z tego pagórka, ostatni raz ojca 
swego widziałem... 
Wskazujący palec ku jednemu z pagórków wyciągnął. 
— Widzi pani, tam, ten trzeci od boru pagórek... Dniem i nocą, latem i zimą pusty on stoi i 
żadne nawet ziółko uczepić się go nie chce. A jednakowoż był kiedyś taki wieczór, że od góry 
do dołu zdeptały go ludzkie i końskie nogi i łez niemało na niego spadło... 
— Pan to wszystko dobrze pamięta? 
— A jakże! Pani i wiary dać nie może, jak pamiętam. Siedem lat podtenczas skończyłem, 
ósmy mi szedł, to może i nie dziwno, że pamiętam. 
Uszli już byli kilkadziesiąt kroków naprzód; Jan znowu twarzą zwrócił się ku pagórkowi i 
stanął. 
— Stąd Niemna nie widać — zaczął — ale my wtedy z tego pagórka dwie godziny albo może i 
trzy patrzali na rzekę, którą przypływały czółna i łodzie, z jednej strony i z drugiej ludzi 
przywożąc. Od brzegu do brzegu zaś szedł i powracał promek na łodziach, nieduży... Wszyscy 
przez te piaski przeszli, przejechali, i już ich widać nie było. Wieczór zrobił się majowy. Jak dziś 
pamiętam, że księżyc dobrze już posunął się do środka nieba i tkwił nad samymi piaskami. 
Cichość panowała na rzece, na brzegach, tylko w borze słowik śpiewał... Wtenczas ojciec 
pocałował matkę, cościś jej poszeptał, a potem mnie z ziemi na rękach swoich podniósł i 
całować zaczął. Wprzódy nigdy mnie tak nie całował, bo człowiekiem był więcej pochmurnym 
niżeli wesołym i częściej w milczącym zamyśleniu pogrążał się, niż okazywał to, co miał w 
sobie. Całkiem inaczej jak stryj Anzelm, który wesoły był, gadatliwy i cały na wierzchu. 
Podobno też za tę pochmurność i za te utapianie się w myślach tak nadmiar ojca mego polubił 
pan Andrzej. Ale wtenczas ociec dziecko swe żegnający w zamkniętości swej nie wytrzymał, 
cisnął mnie do siebie tak mocno, że aż bolało, i mało nie tysiąc razy mnie pocałował. W tej 
samej minucie pan Andrzej żegnał się ze swoją żoną i ze swoim synkiem; stała też tam panna 
Marta, która w tę porę młoda jeszcze była, i kiedy troszkę wprzódy stryja żegnała, święcony 
medalik jakiś na szyi mu powiesiła; stało i więcej ludzi różnych ze dworu i z okolicy, może 
wszystkich osób ze dwadzieścia. Nikt tam bardzo głośno nie mówił, ale wszyscy rozmawiali, i 
zrobił się z tego taki gwar, jak kiedy wiele razem rojów pszczół brzęczy. Do tego dwa konie 
osiodłane i pod pagórkiem tym stojące z niecierpliwości pyrchały, kopytami piasek grzebiąc. 
Kiedy mnie ociec całować przestał i z rąk na ziemię wypuścił, tego momentu już nie pamiętam, 
to tylko pamiętam, że zobaczyłem go jeszcze, jak obok pana Andrzeja przez te piaski jechał. 
Widać bardzo płakałem i za łzami wprzódy zobaczyć go nie mogłem, bo wtenczas dopiero 
zobaczyłem, kiedy już znajdował się na połowie drogi pomiędzy pagórkami a borem. Księżyc 
tkwił wprost nad piaskami, a w jego światłości ociec i pan Andrzej jeden przy drugim na koniach 
równej piękności jechali. Jechali oni ani bardzo prędko, ani bardzo powoli, czapki ich 
karmazynowym kolorem świeciły, a konie pod nimi podnosiły się równo, równo, jak przy 
muzyce... Nie obejrzawszy się ani razu, piaski na ukos tędy przejechali i tam... widzi pani te 
miejsce, gdzie jodły mieszają się z sosnami, tam, w tym miejscu z oczu naszych znikli... Słowik 
w borze śpiewał... 
Wyciągniętym ramieniem wskazywał punkt boru, ku któremu właśnie zbliżali się powoli. W 
miarę zbliżania się do lasu piasek twardniał pod ich stopami; szli teraz po szeroko 
rozpościerających się różowatych girlandach wrzosów. Milczeli chwilę. 
— I więcej nigdy już pan ojca swego nie widział? 
— Raz już tylko po tym ostatnim rozstaniu o nim usłyszałem. Pewno dobrze po świętym Janie, 
a może i około świętej Anny, bo zboże już na polu prawie dojrzewało i gdzieniegdzie żąć je 
zaczynali, stali my w okolicy, nad samym brzegiem, w tym miejscu, gdzie, pani wie, na naszym 
podwórku lipy rzędem rosną. Niedużo nas było, może osób kilka, bo inni ludzie na swoich 
podwórkach zgromadzali się i, tak samo jak my, kupkami stojąc, wszyscy ku stronie piasków 
obróceni, stuków i grzmotów słuchali, co tam toczyły się i turkotały, to dłużej, to krócej, to 
prędko, to pomaleńku, jakby z całego nieba pioruny zebrały się i w te miejsce biły. Słowik już 
wtenczas nie śpiewał, tylko gdzieniegdzie podejmowały się znad boru chmury wszelakiego 
ptastwa i jak zwariowane, z przeraźliwymi krzykami latały nad borem, nad rzeką, na drugi brzeg 
uciekając albo też lecąc jak najdalej, zdaje się na oślep... Nad piaskami zaś ciągle grzmiało a 
grzmiało, i dopiero przed samym wieczorem grzmoty te zaczęły pomału ustawać, aż i zupełnie 
ustały, a za to po całym borze poniosły się wielkie ludzkie krzyki i zgiełki. Ja wtedy tak 
przeląkłem się, że całego mnie trząść zaczęło, i mocno uczepiłem się matki, która fartuch przy 
oczach trzymała i przed sąsiadkami, co do niej z szeptami przybiegły, po cichu lamentowała. 
Potem jednakowoż i krzyki zamilkły, noc nastała, widać, że niebo chmury zaległy, bo zrobiło się 
bardzo ciemno. Ale pomimo nocy ludzie wciąż kupkami na swoich podwórkach stali albo 
siedzieli ku piaskom patrząc, a na miejsce tych ptasich wrzasków, które rozlegały się we dnie, po 
całej okolicy w ciemności nocnej rozeszły się szepty ludzkie, szumienie wiatru naśladujące. W 
tej cichości i w tym szumieniu posłyszeli my jednakże na przeciwnym brzegu rzeki wielkie 
pluśnięcie wody, a potem już ciche, ale ciągle jednostajne, jednostajne pluskanie. Ktościś do 
wody skoczył, płynął, rzekę przepłynął, i spod lip naszych widać było cień jakiś wstępujący pod 
górę to prędko, to pomału, aż ostatni raz skoczył i wprost przed nami stanął. Matka przeżegnała 
się, krzyknęła: „Anzelm!” — i zakręciła się na miejscu jak nieprzytomna. Ale stary Jakub, który 
jeszcze wtenczas niezupełnie był wariatem, wziął stryja za rękę, do chaty go zawiódł i światło 
rozniecił. Kupka też ludzi wcisnęła się do chaty. Mnie znowu trząść zaczęło, kiedy na stryja 
spojrzałem. Jezu drogi! jak on wyglądał! Twarz miał czarną jak u Murzyna i tylko oczami 
wilczymi błyszczącą, odzież calutką w dziurach, rękę jedną opuszczoną i bezwładną, a z włosów 
i z odzienia woda mu potokami ciekła. Dyszał tak, że słowa wymówić nie mógł, i tylko kiedy 
niekiedy tak stękał, jakby w nim co pękało. Ludzie koło niego szeptali, pytali, nawet go za ręce i 
odzież targali, on nic. Raptem na mnie spojrzał i łzy potokiem ściekły mu po uczernionej twarzy. 
Za kołnierz od koszuli mnie schwycił i tak nagle do siebie przysunął, że aż krzyknąłem ze 
strachu. A potem zaczął do mnie mówić. Z początku niewyraźnie mówił, że i zrozumieć nie 
mogłem, ale potem, nie wiem czemu, zrozumiałem, że on mnie każe do dworu korczyńskiego 
lecieć, do pana Benedykta, który teraz w domu siedzi, i powiedzieć jemu... „O, Jezu drogi... 
powiedz ty jemu, że pan Andrzej tu...” i na czoło sobie pokazał... „a twój ociec tu...” i na piersi 
sobie pokazał. A potem jeszcze dołożył: „Obydwóch nie ma!” i spytał się mnie: 
„Zrozumiałeś?...” Zrozumiałem... Zrozumiałem tak dobrze, że do dziś dnia... 
Do dziś to wspomnienie rwało mu głos w piersi, która kiedy indziej tak rozgłośne pieśni na 
pola rzucała. 
Oboje nie spostrzegli, że już znajdują się w lesie; nie widzieli dokoła siebie drzew, świateł i 
cieni; nie słyszeli szczebiotu ptastwa, który nad nimi rozlegał się coraz głośniej. On szedł z nisko 
pochyloną głową, w ziemię patrzał i o towarzyszce swej całkiem w tej chwili zapominać się 
zdawał; ona, przeciwnie, ku niemu zwrócona, ani na chwilę nie spuszczała z twarzy jego swych 
szarych źrenic, które spod czarnych rzęs i brwi gorzały ciekawie i chmurnie. 
— Żałość mnie wtenczas ogarnęła taka, że o strachu zapomniałem. Do dworu drogę znałem 
dobrze, ociec mnie tam z sobą brał i panna Marta często po mnie przysyłała. Niedługa droga. Do 
dworu tedy leciałem w ciemności i od płaczu zataczałem się, ale leciałem, aż do sieni wpadłem, 
gdzie lokaj stał i z początku puszczać mnie dalej nie chciał. Ale dziecko całe w łzach 
obaczywszy puścił. Ja przez salę stołową i drugi jakiś pokój do gabinetu pana Benedykta 
wleciałem i wprost przed jego nogami na ziemię padłszy, głośno zawyłem. On stał pomiędzy 
kominem, na którym ogień palił się, i biurkiem, którego szuflady wszystkie powysuwane były. 
Więcej ja cień jego na ścianie niż jego samego zobaczyłem i zdało się mnie, że na tym cieniu 
wszystkie włosy jakby rozrzucony snop zboża zjeżone stały. Nachylił się, poznał mnie i na nogi 
postawił. „A co?” — zapytał. Ja jemu tchu od płaczu nie mając tyle tylko: „Stryj powiedzieć 
kazał, że pan Andrzej tu...” i na czoło sobie pokazałem „a mój ociec tu...” i na piersi sobie 
pokazałem. I dołożyłem jeszcze: „Obydwóch nie ma!” Tylko co zaś te dwa słowa wymówiłem, 
jak nie rozejdzie się po pokoju jakiś krzyk okropny, ni to ludzki, ni to zwierzęcy, i wtenczas 
dopiero obaczyłem, że w kąteczku pokoju pani Andrzejowa jak martwa kłoda zwaliła się z 
kanapy czy z krzesła na ziemię. Zwaliła się i leżała z twarzą do sufitu obróconą i taką białą jak 
kreda, z oczami zamkniętymi. Pan Benedykt tylko obydwoma rękami za głowę złapał się, 
tasiemkę od dzwonka tak mocno targnął, że mu w ręku została, i jak tylko do pokoju panna 
Marta wbiegła, panią Andrzejową jej pokazał, a sam pędem wielkim z domu wypadł i prosto do 
okolicy biegł. Ja też za nim biegłem, ale dopędzić go nie mogłem, bo już i zmęczony byłem... 
więc kiedy do chaty naszej wszedłem, pan Benedykt i stryj z sobą rozmawiali, a tego, co mówili, 
nie słyszałem. Jedno tylko to posłyszałem, że pan Benedykt zapytał się: „A Dominik?” Stryj zaś 
znak taki około rąk i nóg zrobił, jakby je czym wiązał, i stał ciągle plecami do ściany przyparty, 
z jedną ręką bezwładną, a drugą sobie po uczernionej twarzy jakby w nieprzytomności wodząc. 
Nogi pod nim trzęsły się i z włosów jeszcze po kropelce, po kropelce woda ściekała. Pan 
Benedykt nie zapłakał i nic nie powiedział, tylko do okna poszedł i w nocne ciemności patrząc, 
kilka razy takim głosem, jak człowiek w momencie konania będący, imienia boskiego wezwał... 
— Dziwne, straszne historie! — szepnęła Justyna. 
Jan, jakby obecność jej w tej chwili sobie przypominając, nagle zwrócił się ku niej i długo 
patrzył na kilka łez, które jedna za drugą, cicho i powoli, spod rzęs spuszczonych staczały się na 
jej policzki. Przed siebie potem spojrzał i żywym ruchem ramienia jej dotknął: 
— Niech pani stanie i popatrzy! 
Stanęła i w tej chwili dopiero spostrzegła, że znajduje się w głębi boru. W tej chwili też po raz 
pierwszy do słuchu jej dostał się ogromny gwar ptastwa, który od początku lasu rósł, wzbierał, a 
tu wybuchał niepodobnym do rozplątania chaosem dźwięków. Zarazem ogarnęły ją mocne 
wonie smoły, jałowcu, cząbrów, zmieszane z tym wilgotnym i cmentarze przywodzącym na 
pamięć zapachem, który wydaje z siebie wiecznym cieniem osłonięta, białą pleśnią kwitnąca 
ziemia. 
— Niech pani przed siebie patrzy — powtórzył Jan. 
To, co jej ukazywał, było rozległą polaną czy łąką leśną, objętą regularnym i ściśle 
zamkniętym kołem falistych wzgórzystości, po których pięły się i spływały coraz gęściej 
tłoczące się i plączące z sobą stare sosny, jodły i młode zarośla. Miejscami szerokie, aż do ziemi 
opuszczające się gałęzie jodeł i bujające dokoła nich, mnóstwem sęków zjeżone i girlandami 
szorstkich widłaków oplątane, młode zarośla jodłowe tworzyły długie ściany i grube kolumny 
zieloności tak ciemnej, że prawie czarnej. Gdzie indziej sosny wysmukłe, proste, gładkie, u 
szczytów swych dopiero korony gałęzi rozpościerające, podnosiły się znad kobierca w 
przedziwne wachlarze paproci i przedziwniejsze puchy mchów różnobarwnych wyhaftowanego. 
Te paprociowe liście, strzępiaste, wzajem na sobie spoczywające, lekkie, choć ogromne, 
wszystkimi odcieniami zieloności umalowane, i te wyglądające spod nich lub całkiem je 
zastępujące mchy seledynowe, brunatne, siwe, z niepojętą delikatnością w miriady 
drobniuchnych gałązek wyrzeźbione, słały się daleko, jakby w nieskończoność, znikając pod 
gęstwinami i odrodzonym morzem wypływając znowu na przezroczyste przestrzenie boru. Na 
przezroczystych przestrzeniach, w rozległym półcieniu, po gładkich pniach sosen, po mchach i 
paprociach, w górze, u dołu, wszędzie biegały, goniły się, ślizgały, tu pożarem wybuchały, tam 
rozbijały się w roje iskier, smugi, potoki, strzały światłości słonecznych. Wydawało się to 
świetną, zawrotną, w tajemnicy i milczeniu odbywającą się grą jasnych i mrocznych geniuszów 
lasu. 
Ale na otoczonej lasem polanie gier tych nie było. W górze zaokrąglał się nad nią błękit 
nieba, nieustannie przysłaniany sunącymi pod nim chmurami; w dole okrywała ją przyćmiona 
płachta słonecznego blasku, przerywana długimi, nieruchomymi słupami cieniów, od jodłowych 
gęstwin padających. Wysłaniem jej była trawa niska i nierówna, którą z rzadka usiewały liliowe 
cząbry i brunelki, białe krwawniki, drobne pączki dzięcieliny i gwiazdki nieśmiertelników. 
Brzegiem rosły i ku środkowi wybiegały krzaki jadłowców, twardymi jagodami niby czarną, 
połyskliwą rosą osypane albo czerwonawą rdzawością tu i ówdzie od ciemnej zieleni na kształt 
krwistych plam odbijające. Z suchych, kolczastych ich splotów wychylały się żółte kwiaty 
wilczej paszczy i wypełzały daleko po ziemi ciągnące się girlandy mnóstwa odmian powoi, 
bluszczów i widłaków. Tu i ówdzie pod krzami i śród niskiej trawy czerwieniły się i żółciły 
grzyby najszczególniejszych kształtów lub woń stęchlizny z siebie wydając bielała pleśń ziemi. 
W głębi, pod ciemną kolumną kilku splecionych z sobą jodeł, słupem padającego od nich cienia 
okryty, wznosił się niewysoki pagórek, kształt podługowaty i łagodne stoki mający, niby wał, 
niby kurhan, widocznie kiedyś rękami ludzkimi usypany i jak cała ta polana niską, w nierówne 
kępy pogarbioną trawą obrosły. 
Jan w milczeniu pagórek ten Justynie ukazał, ona też milcząc skinęła głową; wiedziała, że to 
zbiorowa mogiła. 
— Ilu? — z cicha zapytała. 
— Czterdziestu — odpowiedział, głowę znowu odkrył i kroku przyśpieszył. 
Suche, czarne szyszki pod stopami ich zatrzeszczały, kiciasty ogon uciekającej wiewiórki 
zaszeleścił w jodłach, kos gwizdał donośnie, trochę dalej szczygły zanosiły się od śpiewu, 
jeszcze dalej gruchały gołębie i tętniały we wszystkich stronach rytmiczne stukania żółn i 
dzięciołów, skądciś z wielkim szelestem skrzydeł i przeraźliwym ćwierkaniem wzniosła się 
chmura czyżów i trznadli, krasnoskrzydła sójka mignęła błękitem i na gałęzi sosny usiadła; w 
powietrzu jak w kadzielnicy olbrzymiej, głuszone zapachem pleśni, kipiały wonie jadłowca, 
smoły i cząbru, kiedy Jan i Justyna stanęli u Mogiły, na której gdzieniegdzie bujały proste i 
wysokie łodygi kampanuli*, mające, zda się, tuż, tuż, przy najlżejszym powiewie, w delikatne 
liliowe dzwonki uderzyć. Jan z głową odkrytą u stóp Mogiły stojąc z wolna wymówił: 
— Zupełnie jak w pieśni: 
Chyba czarny kruk zakracze, 
Czarna chmura dżdżem zapłacze... 
Kwadranse upływały, godzina prawie minęła, a Justyna siedziała jeszcze na stoku Mogiły 
utopiona w myślach i uczuciach prawie zupełnie dla niej nowych. 
Dziecko czasu ciągnącego się pasmem ciężkim i szarym, najdalszym wspomnieniem nie 
sięgała ona żadnej z tych ognistych i strzelistych chwil, które serca, nawet maluczkich, obejmują 
pożarem i rzucają w górę. Kolebka jej stała już w katakumbie napełnionej zmrokiem i 
milczeniem, pośród których szemrały tylko nisko, nisko przy ziemi krzątające się interesy powszednie i jednostkowe lub rozlegały się wzdychania i jęki podobne tym, które wydają wiatry 
w ciasnych przestrzeniach zamknięte. Rosła w atmosferze trosk i klęsk, domowymi ścianami 
ogrodzonych, dojrzewała w kole rozkoszy i strapień we własnym jej sercu tylko źródło 
mających. Wszystko, co otaczało ją, pogrążonym było w staraniach, w pracach, w rzadkich 
nadziejach i uciechach, w częstych obawach i żalach, zawsze i tylko osobistych, ciasnych i 
powszednich. Dokoła niej myśli ludzkie, jak ptaki z połamanymi skrzydłami, trzepotały słabo, 
ciężko, zakreślając nieustannie te same malutkie kółka; uczucia ludzkie, jak motyle, po 
świetnym momencie miłości i wzlotów, skurczone, zgniecione, podarte padały na ziemię. Ani 
razu w swym życiu nie widziała tych błyskawic, które z nieba ideałów zlatują w dusze 
mieszkańców ziemi; ani razu przed jej oczami nie wypadł z ziemi — nieba ideałów sięgający grot 
bohaterstwa. Nie widziała nigdy bohaterstwa, poświęcenia, dobrowolnie podejmowanych 
śmierci, walk, których by pole nie mierzyło się rozległością majątku czy szczęścia jednostki, a 
celem były ludzkość, naród, idea. Odwiecznym porządkiem padały na świat błyskawice owe, 
strzelały z ziemi owe groty, staczały się owe walki, ale daleko, daleko od miejsca, w którym 
urodziła się, wzrosła i dojrzała Justyna. Ani sztuka muzyczna, w której od dzieciństwa ćwiczył ją 
ojciec, ani lekcje udzielane jej przez nauczycielki, ani tyczące się obejścia i układu wskazówki i 
przestrogi, których często udzielała jej pani Emilia, ani czytywane wspólnie z kochanym 
człowiekiem poezje Musseta* i Feuilletowskie powieści* — nie podjęły przed nią zasłony, która tu 
i w tym momencie opadła na rzeczy wielkie, ważne i wysokie. Nieszczęście rzadko bywa 
mistrzem dobrym, a pognębienie, jak olbrzymia tłocznia, szczyty nawet kruszy i wtłacza w 
padoły. W życiu jednostek i narodów bywają momenty taką miarą nieszczęść napełnione, że nic 
już w nich więcej zmieścić się nie może. Takiego momentu dzieckiem była Justyna i dlatego z 
tej mogiły uderzyły w nią strumienie uczuć i myśli, jeżeli nie zupełnie dla niej nowych, to nigdy 
dotąd silnie nie zaznanych i wyraźnie nie określonych. Pogrążyła się w nich tak, że całkiem 
zapomniała o sobie. Pierwszy może raz w życiu, zupełnie, absolutnie o sobie zapomniała, i tylko 
tego nie czuć nie mogła, że serce jej stawało się większe, jakby nabrzmiewało jakąś z tonów bez 
słów uplecioną pieśnią, i gorętsze, jakby spod tej trawy, do której piersią lgnęła, wydobywało się 
i w nią wnikało niewidzialne płomię. Byłyżby zaraźliwym żarem spoczywające w samotnych 
mogiłach prochy zapomnianych? Albo w zamian nie otrzymanych wawrzynów otrzymywałyżby 
ich kości dar wiecznego pod ziemią gorzenia i wyrzucania na świat niewidzialnych iskier? 
Samotność i zapomnienie. Ileż wiosen, ile zim i jesieni przeminęło nad tym pagórkiem 
wznoszącym się za jeziorem jałowych piasków, w zamkniętym kole starego boru! Ileż przez ten 
czas przeniosło się po świecie hucznych, tryumfalnych, wesołych szumów, których najlżejsze 
echo tu nie doleciało! Płynęły dnie za dniami, lata za latami; kędyś, daleko, w wesołe pary 
łączyli się tancerze i zakochani; pracownicy z plonami w dłoniach wracali do ognisk domowych, 
wojownicy z chwałą na czołach nieśli zwycięskie sztandary, po cmentarzach płonęły pochodnie 
żałobnych parad i kwitły róże kochającymi dłońmi zasadzone. Tu, nad tym grobem, wiecznie 
było cicho i samotnie. Świat o nim nie wie nic i tylko niebieskie sklepienie zapala nad nim w 
pogodne noce gromnice gwiazd i lampę księżyca, a w dżdżyste i burzliwe rozciąga mokre całuny 
chmur i huczy potężnym, żałosnym hymnem wichrów. Wiosny i lata grają mu rozgłośną muzyką 
ptasich śpiewów, a zimy kładnąc po drzewach śniegi i szrony zmieniają je w marmurowe i 
kryształowe grobowce. Wtedy tu bywa zimno i pusto; blade słońce miriadami iskier haftuje 
śnieżne wysłanie polany, a w kryształowych koronkach drzew przemienionych w grobowce 
czerwony gil niekiedy zagwiżdże, sroka uderzy w żałobne skrzydła lub siwe wrony, te kumochy 
lasu, osiądą na nich i ochrypłymi głosy zagadają o plotkach ziemi... Zupełnie jak w starej pieśni: 
Chyba czarny kruk zakracze, 
Czarna chmura dżdżem zapłacze... 
Chyba też ziemia i drzewa powieją cmentarnymi woniami jadłowcu i pleśni, a w letnie 
wieczory wysmukłe kampanule, tknięte powietrzną pieszczotą, uderzą w liliowe dzwonki na 
pacierz żałobny, który wyszepczą chyba niskie trawy... 
Justyna podniosła głowę, bo usłyszała szmer monotonny, prawie srebrny, podobny do tego, 
jaki wydaje łagodnie z wysokości spadająca woda. Podniosła wzrok i zobaczyła przed sobą 
spływającą po czarności jodeł szeroką, ruchomą, srebrzącą się wstęgę. Ruchomość jej i 
srebrzystość podobna była do ściekającej z góry do dołu i wielkimi kroplami przelewającej się 
wody. Co to było? Czarodziejska kaskada jakaś przez rozrzewnioną dłoń leśnej bogini nad 
mogiłą tą zawieszona? Była to grupa osin cienkich, blisko przy sobie rosnących, w liście 
bogatych i gałęźmi w jedną wstęgę ze sobą splecionych. Trafem zdarzającym się dość często 
wyrosły one wśród iglastej gąszczy, srebrzystym potokiem przerzynały jej ciemność, a listki ich, 
okrągłe, drobne, gęste, jak srebrne krople w trwożliwym drżeniu błyskające, nieustannie, 
monotonnie, srebrnie szemrały, szemrały. 
W pobliżu osin o gładki pień sosny plecami oparty Jan stał z rękami na piersi skrzyżowanymi, 
roztargnionym wzrokiem po drzewach wodząc. Justyna z odległości kilkudziesięciu kroków 
widziała dokładnie profil jego twarzy i całą postać, wypukle w słonecznej smudze odrzynającą 
się od tła lasu. Długo na niego patrzała. Parę razy głowa jej zakołysała się jakby pod wpływem 
zdziwienia. Myślała może o niespodziance życia, która ją z tym człowiekiem niedawno 
nieznanym, dalekim zapoznała i tu z nim przywiodła. Potem we wpatrzonych w niego jej oczach 
zamigotały światła coraz żywsze i rozrzewniony uśmiech rozchylił wargi. Coś snuło się w jej 
myśli i grało w sercu, snuło się coraz prędzej, grało coraz głośniej, aż blady rumieniec wypłynął 
na jej policzki, a czarne rzęsy nagle w dół opadły i zwilgotniały. Prędkim, prawie porywczym 
ruchem powstała i nie chcąc znać deptać Mogiły obchodziła ją dokoła, ku niemu idąc. Szła 
prędko i lekko; suche nieśmiertelniki i zeschłe igły jodłowe szeleściły pod jej stopami. On 
szelest ten usłyszał, twarz ku polanie zwrócił, ramiona rozplótł i na spotkanie jej postąpił, ale 
zaledwie uczynił kroków parę, gdy ona przed nim stanęła i z pochylonym spłonionym czołem, ze 
spuszczoną, wilgotną rzęsą podała mu obie ręce. Nie porywczym ani namiętnym, owszem, 
miękkim i nieśmiałym ruchem wziął je w szerokie swe dłonie i nisko schylony przylgnął do nich 
gorącymi usty. Gdy wyprostował się i ona podniosła powieki, oczy ich po raz pierwszy, odkąd 
się znali, utonęły w sobie długim, pełnym nieśmiałych żarów spojrzeniem, a potem z trudnością 
odwracając się od siebie, jednocześnie zwróciły się ku Mogile. 
— Chodźmy — rękę pod ramię mu wsuwając rzekła Justyna. 
— Chodźmy — powtórzył. 
Skierowali się ku wyjściu z polany, a gdy szli jedno przy drugim, krokiem równym i 
jednostajnym, z twarzami trochę pochylonymi i mieniącymi się niemym wzruszeniem, można by 
mniemać — rzecz dziwna! — że w tym właśnie miejscu śmierci zdwojonym potokiem wezbrało w 
nich uczucie życia. Szli po przezroczystych przestrzeniach lasu, przez smugi świateł i cieniów, 
okrążając miejsca zbyt gęsto paprocią obrosłe, stąpając najczęściej po miękkich mchach, 
jeżących się gdzieniegdzie młodymi płonkami sosen i osin nakrapianych czerwonością brusznic* 
lub granatową czarnością czernic*. Kilka minut milczeli. Justyna parę razy podnosiła wzrok na 
towarzysza swego, jakby przemówić chciała, lecz wnet spuszczała powieki. Znać w niej było 
nieśmiałość, która w wyrazie jej twarzy zastąpiła dumę albo raczej hardą odporność, z jaką od 
dawna i najczęściej stawała przed ludźmi. Zdawać się mogło, że zdjęła z siebie jakiś obronny 
puklerz, że porzuciła ją wszelka troska o ustrzeżenie swej ludzkiej albo kobiecej godności; że ufna i spokojna, nieśmiałą tylko stała się wobec człowieka tego, który szczelnie w szerokiej 
piersi wzruszenia swe zamykając, z głębokim uszanowaniem wiódł ją przez miejsca bezludne; 
który, tak jak ona, kochając naturę, znał ją lepiej i zżył się z nią ściślej niż ona; który w ukrytych 
przed światem głębiach parowu i boru ukazywał jej przedwiekowe grobowce i zapomniane 
mogiły. Czyżby przez głowę przemknęła jej myśl, że był on od niej wielowzględnie wyższym? 
Jakkolwiek dziwną, może niepojętą myśl ta komukolwiek wydać by się mogła, powstała ona 
niezawodnie w głowie tej kobiety, która wiele prawd życia znalazła w gorzkich wodach bólu i 
obrazy, przed którą życie podniosło znad wielu zjawisk ułudne zasłony. Myśl ta niezawodnie w 
głowie jej powstać musiała, bo nieśmiało zrazu i urywanymi słowy, a potem coraz ufniej i 
żywiej mówić mu zaczęła o tym, co było największą męką jej życia i co najgłębiej uczuwała na 
widok powszednich nawet prac ludzkich; cóż dopiero w obliczu wielkich, spełnionych zadań i 
poświęceń, z których wspaniałymi widmami oko w oko spotkała się u grobowca Jana i Cecylii i 
na Mogile. Tę mękę już od lat kilku sprawiało jej uczucie zupełnej, rozpaczliwej 
bezużyteczności własnej. 
Skąd uczucie to w niej powstało? Rozumiała to dobrze, bo nieraz zastanawiała się nad tym 
długo. Powstało ono naprzód z doświadczeń życia, które serce jej opustoszyły z wielu marzeń i 
złudzeń; może jeszcze z jakichś myśli i dążeń czasu, które ją z dala dotknęły; może na koniec z 
tego, że była bardzo dumną. Ci, pośród których żyła, oskarżali ją o dumę. Słusznie. Była istotnie 
tak dumną, że głęboko upokarzały ją otrzymywane łaski i przysługi, których niczym 
odwdzięczyć nie mogła, nade wszystko zaś dnie i lata, które upływały marnie, bezczynnie. 
Porównywała siebie czasem do kamienia zalegającego darmo kawał pola, na którym by wyrość 
mogła jakaś garść plonu. Wstyd i nuda. Ciężką nudą przejmowała ją co rana myśl o dniu, który 
rozciągał się przed nią pustym, bezcelowym szlakiem; z ciężką nudą co wieczór kładła się do 
spoczynku. Czuła w sobie często bunt młodości, zdrowia i sił, które ją porywały, prawie niosły 
ku jakimś żywym i trudnym poruszeniom ciała i ducha. Pragnęła iść, biec, komuś w czymś 
pomagać, na celu coś mieć, ku czemuś zmierzać; pragnęła czasem choćby kamienie z miejsca na 
miejsce przenosić, choćby piłę żelazną pochwycić i drzewo nią przerzynać, byle to tylko na 
cokolwiek przydać się mogło, byle rozgrzać stygnące dłonie a ochłodzić rozgorzałe czoło. Ale w 
jej położeniu i otoczeniu nie było dla jej sił i chęci miejsca żadnego. Stary ojciec wprawdzie 
potrzebował niekiedy jej usług, ale drobnych, niewiele czasu zabierających, z których 
najważniejszą było wspólne z nim granie. Zresztą, wszyscy w Korczynie oddawali się swym 
zajęciom, jej w nich udziału nie potrzebując, nie przyjmując. Ilekroć przemocą prawie wedrzeć 
się w nie chciała, uczuła się zawsze tym, czym by być mogło piąte u wozu koło. Nikt nawet nie 
przypuszczał w niej tej potrzeby serca, ciała i duszy, nikomu na myśl ona nie przychodziła. Była 
ubogą krewną domu, panną mogącą jeszcze wyjść za mąż, i czymże więcej być mogła? Dla 
zajęcia czasu miała książki, fortepian, przechadzki po ogrodzie, wizyty sąsiadów — czegóż 
więcej potrzebować mogła? Potrzebowała jednak, tak dalece, że po razy kilka niepokoiła ją myśl 
opuszczenia Korczyna i udania się gdzieś daleko, do jakiego miasta, w którym by znalazła pracę, 
niezależność, pełnię dni i cel życia. Ale, naprzód, miałaż z sobą na walkę i biedę zabierać ojca, 
tego rozpieszczonego starca, który w Korczynie czuł się jak w raju, albo go pozostawić na 
barkach krewnych, którzy sami wcale wolnymi nie byli od trosk i ciężarów? A potem, dziecię 
wsi, rozłączenia z nią lękała się tak, jak przeraźliwego rozłamania życia na dwie połowy. Raz 
tylko z panią Emilią była w wielkim mieście, które sprawiło na niej wrażenie ciasnoty, zaduchu, 
zamętu nie rozwikłanego i blasku nie mającego dla niej ponęty żadnej. Nie znała świata, jego 
stosunków i wymagań; do rzucenia się w jego chaos i boje brakowało jej odwagi. Na koniec i 
zdolnościom swym nie ufała bardzo. Nie należała do tych, którzy wyobrażają sobie, że wszystko 
potrafią; ani do tych, którym rojenia o stanowiskach wysokich sił i odwagi dodają. Namyślała się 
więc, wahała, wpadała w głuche bunty lub martwą apatię, a dnie i lata, jak błyszczące, lecz 
wewnątrz puste paciorki, staczały się w przeszłość... 
O wszystkim tym mówiła coraz prędzej, żywiej, wzburzoną falą wyrzucając z ust zwierzenia, 
których dotąd nie czyniła nigdy przed nikim. Coraz śmielszą stawała się i coraz szerzej duszę 
swą otwierała, bo widziała, czuła, że ten, do kogo mówiła, słuchał jej także wszystkimi siłami 
duszy i rozumiał ją wybornie. Mimo woli ku niej pochylony, z wytężonym słuchem, ze skupioną 
uwagą, Jan od czasu do czasu czynił głową znaki potwierdzenia i zrozumienia. 
— A tak! — wymawiał. — A jakże!... Naturalnie! To wszystko prawda!... 
Raz, gdy umilkła, z namysłem rzekł: 
— Wszystko to prawda. Smętnie to i wstydno bogactwa używać, a nie swego; wysoko stać, a 
nie na swoich nogach; młodym i silnym być, a jak w zgrzybiałej starości, żyć w wiecznym 
odpoczywaniu... 
Innym razem jakby do siebie samego przemówił: 
— Ani ptak, ani mysz... jak nietoperz! 
W sposób ten uplastycznił przed sobą to zmieszanie bogactwa i ubóstwa, oświaty i nieuctwa, 
dość wysokiego stanowiska społecznego i zupełnej życiowej nicości, które ona sobą 
przedstawiała. Nigdy jeszcze nie czuła się tak zupełnie, tak nawet subtelnie zrozumianą, jak 
przez tego człowieka, który do jej życia i położenia przykładał miarę pracowitości i 
niezależności własnej. Powiedział nawet, że nie pojmuje, jak ona taką mękę wytrzymać może, 
bo gdyby jemu kazano po dniach całych z założonymi rękami siedzieć i kawałka chleba, dachu, 
surduta z cudzych rąk wyglądać, utopiłby się niezawodnie albo na pierwszej gałęzi powiesił. 
— Dziecko albo stary, to co innego, ale jak pani do tej pory tak wyżyć mogła, dziw mnie 
bierze... bo, chwała Bogu, zdrowie i siła aż biją od pani i zdaje się, choć wiadra z wodą na plecy 
zarzucić, toby podniosła pewno... 
Zaśmiała się i odpowiedziała, że najpewniej wiadra z wodą dźwigać by zdołała, skoro je 
dźwiga Antolka, dziecko jeszcze prawie i o połowę od niej szczuplejsza. 
Ale on, choć nie pojmował możności takiego życia, za winę go jej nie poczytywał. Tak już 
urodziła się i tak już ludzie i zwyczaje zrządzili, że stała się jak nietoperz, ni to myszą przy samej 
ziemi biegającą, ni to ptakiem kołyszącym się pod obłokami. Dawno domyślał się, że nie była 
ona szczęśliwą; od ludzi to i owo o niej słyszał. Co słyszał? nie powiedział tego wyraźnie, ale raz 
ręką gniewny gest uczynił i pomimo woli wybuchnął: 
— Ot! nie przyrodził się do ojca swego ten pan Zygmunt Korczyński!... 
Urwał, zmieszał się strwożony, czy jej nie obraził, i z odwróconą od niej twarzą nieśmiało wytłumaczył, że 
ludziom gąb pozatykać nie można... gadali, a on dziwił się i przez ciekawość przypatrywać się jej zaczął, ile tylko 
razy zdarzyło się mu ją widzieć. A zdarzało się czasem. Ona go nie widziała, lecz on ją widywał to w kościele, to 
znowu kiedy z panną Martą albo z gośćmi na spacer szła. Popatrzył tedy na nią raz i drugi przez ciekawość, a potem 
wiecznie już patrzeć by żądał i ilekroć zobaczył, serce dzwonem w nim uderzało. Czyż on wie, dlaczego tak było? 
Może i nikt na świecie nie doszedł jeszcze i nie wytłumaczył, co w jednym człowieku dla drugiego taką przyjaźń 
wznieca, że gdybyś i widłami od siebie ją odpychał, powraca. Zdaje mu się jednak, że pierwszą przyczyną jego dla 
niej przyjaźni było to, że smętek i ubolenie w niej rozpoznał. Twarz człowieka zdradza to, co się w sercu kryje. 
Nieraz myślał sobie, że Pan Bóg dał jej tyle piękności i wysoko ją postawił, a szczęścia nie dał. A ile razy o tym 
pomyślał, jakby roztopiony łój do serca mu kapał, taką boleść w nim uczuwał i taką łzawość. Gdyby był mógł, 
byłby wszystko porzucił i na koniec świata skoczył po wodę gojącą dla niej, tak jej żałował. Ale o takiej wodzie 
bajki tylko gadają i nie ma jej wcale na święcie. Więc tylko, ile razy ją zobaczył, cały dzień potem albo śpiewał, 
albo miał ochotę zaśpiewać tę piosenkę: 
Wyszła dziewczyna, wyszła jedyna, 
Jak różowy kwiat, 
Rączki załamała, oczki zapłakała, 
Zmienił jej się świat... 
Raz, kiedy to ją wracającą z kościoła spotkał na drodze z panną Martą, popłynął ze stryjem na 
Mogiłę i z przeciwnego brzegu w oknie stojącą ją obaczywszy nie mógł wytrzymać i tę piosenkę 
do niej zaśpiewał. Ale pewno ona wtedy ani patrzała na niego, ani słuchała tego, co śpiewał... 
Owszem, widziała go, pieśń, którą śpiewał, słyszała i od tego właśnie dnia zapamiętała i rysy 
jego, i głos tak wybornie, że potem spotkawszy go orzącego w polu poznała od razu: 
— Nie może być! — z wybuchającą mu na twarz radością zawołał — to pani choć raz okiem na 
mnie rzuciła! A ja wtenczas myślałem, że nigdy tego szczęścia nie dostąpię! 
Pochylił się trochę, w twarz jej spojrzał i taki ruch uczynił, jakby rękę jej pochwycić chciał. 
Ale dotknąwszy tylko rękawa jej sukni ramię w dół opuścił, wyprostował się i z głębi piersi 
głośno odetchnął. Zarazem, jak najczęściej bywało, kiedy uczuwał się zmieszanym lub 
wzruszonym, przelotne spojrzenie rzucił w górę. Justyna w tej chwili ku niemu wzrok podniosła 
i już go przez kilka sekund nie spuszczała. Spostrzegła, że gdy tak patrzał w górę, błękitne oczy 
jego wydawały się nalanymi po brzegi roztopionym srebrem. 
Wtem stanęli. Przed stopami ich, bladożółtym pasem zieloność trawy i mchu przerzynając, 
wśród grubej warstwy białego, drzewnego miału leżała na wpół obrobiona gruba kłoda drzewa. 
— A! — stając przed tą przeszkodą zadziwił się Jan — w tamtą stronę idąc koło tej kłody nie 
szliśmy! 
— Nie szliśmy — potwierdziła Justyna. 
Rozejrzał się dokoła. 
— Co mnie stało się? zdaje się, że dobrze ten bór znam; a nie tędy, kędy trzeba, panią 
powiodłem. Ślepota jakaś na mnie napadła... żeby jeszcze, broń Boże, deszcz nas nie złapał... 
Pilnie teraz patrzał na niebo, które nad drzewami tu i ówdzie już tylko ukazywało małe 
kawałki błękitu zza chmur łączących się w coraz większe i ciemniejsze płachty. U spodu boru 
pogasły wszystkie niedawno tak świetnie igrające światła słoneczne, a po szczytach jego wiatr 
przelatywał krótkimi jeszcze, urywanymi szmery. Ptastwo ze zdwojoną żywością świegotało i 
gałęzie napełniły się trwożliwym fruwaniem skrzydeł. Jan chwilę jeszcze rozglądał się po lesie. 
— Niewielka bieda! — rzekł. — Niezupełnie złą drogą my poszli, tylko dłuższą. Teraz trzeba 
nam ciągle na prawo iść, to za kwadrans na brzeg wyjdziem, wprost naszego czółna, i przez 
piaski już przechodzić nie będziem. 
Przeskoczył kłodę i wyciągnął rękę, aby do przebycia jej pomóc towarzyszce. Ale ona już 
także znajdowała się po drugiej stronie i tylko suknią zaczepiła o gałęź zgniecionego przez 
obalone drzewo jadłowcu. Pochylił się, w mgnieniu oka przezroczysty zwój muślinu uwolnił od 
czepiających się go kolców i błyskawicznie prędko do ust go przycisnął. Justyna tego spostrzec 
nie mogła, tym bardziej że wnet prostując się, omglonym, lecz z pozoru obojętnym wzrokiem po 
lesie rzucił i tonem przedmiotowo czynionej uwagi rzekł: 
— Piękne drzewa! Pan Korczyński dobre pieniądze mógłby wziąć, gdyby ten las sprzedał. Ale 
ot, nie sprzedaje jakoś... 
Po chwili mówił dalej: 
— Do nas też piękny kawałek tego lasu należy, to jest, nie do stryja tylko i do mnie, ale 
wspólnie do całej okolicy. Wszyscy mają prawo w nim rąbać, a że w tym rąbaniu żaden 
porządek zaprowadzony nie jest, powstają z tego kłótnie i niezgody. Las niszczą tak, że za lat 
kilka śladu po nim nie ostanie, i między sobą za włosy się o niego ciągają. Z panem 
Korczyńskim też z racji tego lasu ciągłe wojny idą i żeby on dobry był, toby już dawno zamianę 
jaką z nami uczynił, czy tam pewne rozgraniczenie jakie, byle po sądach siebie i ludzi nie 
włóczyć. Jeszcze by i nam do zaprowadzenia porządku dopomógł. Ale on i gadać z nami nie 
chce, chyba z przyczyny interesu jak do psów zagada, a inszym razem spotkawszy się i nie 
spojrzy nawet na człowieka, jak wilk w ziemię patrząc... 
Rzucił ręką i usta trochę wydął. 
— Co tam o tym gadać! Każdy teraz o sobie tylko myśli i siebie kocha. Pan Korczyński 
podobno inszym był kiedyś, a potem go coś odmieniło... nie wiadomo tylko, co takiego!... 
Justyna próbowała bronić krewnego i opiekuna, o jego uciążliwej pracy gospodarskiej i 
majątkowych kłopotach opowiadając, ale przed tym sercem świeżym i nienawiścią nie zatrutym 
długo bronić go nie potrzebowała. 
— Pewno! pewno! — twierdząco wstrząsając głową powtarzał Jan — utrapienia i aprensje* złość 
w człowieku rodzą. Ja sam, pamiętam, kiedy kilka lat temu Fabian mnie prześladował, na kłótnie 
wciąż wyzywał i pole moje jak swoje zaorywał, w taką złość wpadłem, że do domu przyszedłszy 
garnek, co na stole stał, o ziemię cisnąłem i roztłukłem, siestrę, małą jeszcze, złajałem i stryjowi 
jeżem się postawiłem. A wszystko to uczyniłem nie dobrowolnie, tylko przez nieścierpliwą 
zgryzotę i aprensję. Często cierpiąc, zdarza się, że nie ścierpisz!... 
Opowiadał, że w okolicy żyjąc wiele zgryzot i krzywd przenieść trzeba. W jednym gnieździe 
niejednaki ptak się lęgnie. Szczenięta od jednej psicy urodzone niejednostajne mają 
przyrodzenie. Tak samo i między ludźmi. Są w okolicy ludzie dobrzy i spokojni, są i tacy, co jak 
psy rozjadają się na sąsiadów. Ale najwięcej złych jest dlatego, że mało mając, z chciwością 
ubijają się o więcej i blisko siebie żyjąc, fałdów jeden drugiemu przysiaduje. 
— Pijactwa pomiędzy nami nie ma ani rozpusty nijakiej, ani złodziejstwa. Chatę choć na cały 
dzień otworem zostawić można, a nikt marnego węgla z pieca nie wyjmie. Za toż każdą grudkę 
ziemi jeden drugiemu z gardła by wydarł, a za najmniejszą szkodę albo ubligę do czubów się 
biorą lub do sądów ciągną. O szkodę zaś i ubligę łatwo tam, gdzie zagony jak groch w worku 
zmieszane, a okno w okno patrzy... 
Stryj i on sam zatargów i procesów, jak tylko mogą, unikają, po prostu za wstyd je 
poczytując, a także i dlatego, że smaku ani też pożytku w nich nie znajdują. Hojniejsza jedna 
garść z pokojem niżeli dwie z wojną. Lepiej z małego garnuszka jeść w spokojności, niż morze 
wychłeptać ze zgryzotą. Cukru garścią nie jedzą, ale niedostatku nijakiego nie cierpią. Prawda, 
że za bogatych w okolicy uchodzą, a to z tej racji, że gospodarstwo do nich dwóch tylko należy, 
raczej do stryja, ale to już wszystko jedno. Przy tym i ziemi mają sporo, morgów dwadzieścia. 
Trzech tylko w okolicy gospodarzy tyle jej ma, ale za to większe u nich gromady, jak u Fabiana 
na przykład: dusz siedem w domu. Inni daleko mniej mają: po dziesięć, osiem, pięć morgów, a i 
tacy są, którzy jak, na przykład Ładyś, i ćwierci beczki na swojej ziemi nie wysiewają. Co 
dziwnego, że w cudze lazą? Pusty żołądek mruczy. I u nich kiedyś bieda była, kiedy stryj był 
chory, a on jeszcze mały i nie bardzo do czego zdatny. Teraz zaś to już nie tylko że dobrze sobie 
żyją, ale i Antolka dostanie posag, jak za mąż wychodzić będzie, nieduży, pięćset rubli, ale 
Michałowi, który i bez tego by ją wziął, wielką tym pomoc przyniesie, a zawsze później 
większej poszany i od męża, i od jego familii doświadczy, jeżeli się choć małą rzeczą do 
spólnego dobra przyczyni. Dziewczyna też zasłużyła na to, bo pracowita i choć taka młoda, ze 
wszystkiego korzyść ciągnąć umie: z krów, z ptastwa, z przędziwa, z tkania. Krów mają cztery, 
owiec dwadzieścia; więcej mieć by potrzeba, ale z wypasem i łąką bieda. Dwie ciężkie biedy 
okolica przenosi, jedną, że łąk i wypasów za mało ma, a drugą, że woda nadmiar krwawa. 
Zresztą, praca około gospodarstwa nie Bóg wie jaka; człowiek się nią nadwerężyć nie może. 
Bywają czasy h o r o w a n i a i czasy odpoczywania — w zimie na przykład. Robota i wtedy jest, 
ale nie ciągła; wieczorami to już chyba tak kto około stolarstwa majstruje, inni siecie na ryby 
wiążą, jest jeden, co obuwie szyje; zresztą, zbierają się po takich domach, gdzie świetlice 
największe, grają na harmonikach i skrzypcach, śpiewają, czasem tańczą, czasem czytają. 
Czytaliby więcej i częściej, ale te książki, co u stryja są, dawno poprzeczytywane, a insze... 
Tu przerwał mówienie i niespokojnie obejrzał się za siebie. Z głębi boru leciał i kulą w 
powietrzu toczyć się zdawał szum do głuchego turkotu podobny. Wierzchołki sosen zakołysały 
się i gałęźmi jak wachlarzami poruszyły; na dno lasu niby welon z ciemnej krepy spadł zmrok 
szarawy, wszędzie jednostajny i gdzieniegdzie smugami krwistych świateł błyskający. Ptastwo znieruchomiało, ucichło, z rzadka tylko odzywając się urywanym ćwierkaniem; miarowe 
pukanie dzięciołów i żółn ustało; w krzakach i pod paprociami słychać było pośpieszny szelest 
owadów; wiewiórka wbiegająca na wysoką sosnę zatrzymała się w połowie drogi i, na sęku 
zawieszona, z odwróconą głową, czarne, zlęknione oczy w pociemniałą ziemię utkwiła. Nad 
kołyszącymi się czołami i powiewającymi gałęźmi drzew niebo usłało się puszystą, wzdętą 
szarością; wrony pod nim chmurą przeleciały, przeraźliwie zakrakały i skryły się wśród 
ruchomych szczytów, nagle milknąc przed toczącym się w głębiach boru szumem i turkotem. 
Jan niespokojnie na Justynę spojrzał. 
— Burza nadlatuje. Czy pani nie lęka się? — zapytał. 
Odpowiedziała, że trwogi najmniejszej nie czuje, i ciekawie rozglądała się w szczegółach 
ponurego w tej chwili obrazu przyrody. Jednak wywierał on znać na nią wrażenie mimowolnej 
obawy czy przygnębienia, bo zbladła trochę i pod muślinową suknią lekki dreszcz przebiegł jej 
ciało. Jan rozpaczliwym gestem rękę do głowy poniósł: 
— Głupiec czy wariat ze mnie! — zawołał — żeby w lesie zbłądzić i panią na trwogę albo i na 
przeziębienie narazić... 
Wnet jednak poskromił wzruszenie swe i zimną krew odzyskał. 
— W lesie pozostać na żaden sposób nie można, bo zaraz wicher gałęzie z drzew strącać 
zacznie, a niejedne cieńsze, to i z korzeniami z ziemi wyrzuci. Lepiej już płynąć. Z wodą czółno 
strzałą poleci... minut dziesięć, i pod okolicą staniem. Ulewy może i nie będzie albo bardzo 
krótka, bo chmury ptakami lecą, a choćby i była, lepiej dostać na głowę wiadro wody niż sosnę. 
Chodźmy prędko! 
Ostatnie dwa wyrazy nagląco wymówił i wziąwszy rękę Justyny w swoją, ku brzegowi lasu 
biec prawie zaczął. W parę minut stanęli na wąskim, kamienistym wybrzeżu, za którym rzeka, 
tak jak niebo ciemna, gwałtownym wiatrem gnana, toczyła fale wzdęte, w regularne fugi 
wyrzeźbione, białe plamy piany wyrzucające. Jan skoczył do czółna, silnym pchnięciem z piasku 
na wodę je zsunął i wiosłem u brzegu zatrzymując, do Justyny zawołał: 
— Proszę! 
Zawahała się. Spojrzała na wzburzony szlak rzeki, na małe czółno, które pod silnie 
przyciskającym je wiosłem woda rwała i targała; pobladła więcej jeszcze i nie wiedziała, co 
począć. Brwi Jana ściągnęły się nad oczami, z których strzelił błysk zniecierpliwienia. 
— Tu czasu do medytacji nie ma. Proszę do czółna siadać! — wymówił, a głos jego w szumie i 
huku wiatru brzmiał stanowczo, prawie rozkazująco. 
Wahanie Justyny zniknęło bez śladu; podbiegła do czółna, wskoczyła w nie i na dnie jego 
usiadła. On szybkim ruchem zgarnął jej pod głowę wyściełające czółno gałęzie topoli i szybko, 
ale łagodniej już przemówił: 
— Proszę nie lękać się. W różne ja pory i nie w takie burze, jak ta, po Niemnie jeździłem, a 
pływać umiem prawie jak ryba... 
Widać było po niej, że lękać się przestała. Z siły jego wlała się w nią ufność. Ale w tej chwili 
huk i turkot wichru zleciał już na brzeg boru, rozległ się suchy trzask łamiących się gałęzi i 
zaskrzypiały rozkołysane sosny, a przestrzeń, od skłonu do skłonu widnokręgu, od ciemnego 
nieba do ciemnej wody, stanęła jedną gęstą i z każdą sekundą przybierającą deszczową mgłą. 
Justyna znowu od głowy do stóp zadrżała. 
— Niewzwyczajona — szepnął Jan — jak dzieciątko! 
Błyskawicznym ruchem zdjąwszy siermiężkę swą, rzucił ją na towarzyszkę, którą okryła ona 
od szyi do stóp, a sam u dzioba czółna stojąc, wiosłem o wodę uderzył. Wicher szalał, ciemne 
chmury pod niebem białą płachtą zaciągniętym ptakami leciały, z rzadka rozsiane grusze i 
wierzby wściekle miotały się nad wysokim, żółtym brzegiem. Z drugiej strony stał bór kipiący w 
głębi, lecz na zewnątrz nieruchomy jak kamienna ściana, a po ciemnym, wzdętym, białymi 
plamami usianym szlaku rzeki czółno strzałą mknęło, wciąż ukośnie, ukośnie po falach 
puszczone, boki im umykając, a dziobem je porąc. Nie było samotnym; przed nim, w ten sam jak 
ono sposób, mknęło drugie, trzecie, czwarte; rybacy to uciekali do domów przed gwałtownym 
wybuchem przyrody, a na spotkanie tych niby lotnych, czarnych ptaków ciężko z przeciwnej 
strony sunęły, do wodnych potworów podobne, rudlami jak olbrzymimi płetwami o wodę 
uderzające, ciężkie, spłakaną żółtością wśród powszechnej szarości smutne płyty. 
W niespełna kwadrans, jak to przepowiadał Jan, ukazały się nad wysoką górą domy i drzewa 
okolicy. Rybackie czółna stały już na piasku wybrzeża; w przerzedzającej się mgle deszczowej 
widać było rybaków spokojnym krokiem wchodzących na górę; za jednym z nich, 
najbarczystszym i na burzę najobojętniejszym, ciągnął się ze spuszczonym ku ziemi pyskiem i 
ogonem czarny, zmokły pies. 
Kiedy Justyna stanęła na wybrzeżu, gwałtowny krzyk, który wydała z siebie przyroda, uciszał 
się, a płacz jej ustał. Wichrem przygnane chmury wicher przeniósł i pędził coraz dalej po jednej 
połowie sklepienia, którego druga połowa oblekła się nagle promiennym błękitem i zajaśniała 
tarczą słoneczną, czystą, wielką, zawieszoną nad zalegającym zachodni skłon nieba pasem 
roztopionego złota. Pas ten odbił się w rzece, która popłynęła szafirem i złotem, a nad nią z 
sunących wciąż powoli rozjaśnionych płytów podniosły się kręte, złote sznury dymu. Zielona 
góra z okrywającym ją rysunkiem ścieżek stanęła cała w kryształowych kroplach, drgających i 
świecących na każdym źdźble trawy i na każdym liściu chwastów. U szczytu jej wybuchnął 
świegot ptastwa i z dołu dostrzec można było w napełnionych światłem gałęziach drzew, które u 
góry rosły, tańczące z radości wróble, pliszki, szczygły i makolągwy. Wiatr słabł, opadał, cicho 
jeszcze i z lekka dmąc w jedną stronę; chmury kłębiąc się i mieszając naprzeciw słońca zwijały 
się w wał półkolisty i srebrem oblany. 
Po jednej z krętych ścieżek Justyna wstąpiła na górę i u połowy jej pod rozłożystą topolą 
stanęła. Jan czółno na piasek ściągnął i kilku skokami przy niej się znalazł. Niespokojnym 
wydawał się i zakłopotanym; cienia uśmiechu na twarzy jego nie było. W przemoczonej koszuli, 
ze zmokniętą siermięgą na ramieniu, szybko oddychając, od razu kilka pytań rzucił: 
— Przestraszyła się bardzo? Zmokła? Może przeziębiła się? Zdrowiu może zaszkodzi? 
Ale dość było jednego na nią spojrzenia, aby zrozumieć; że nie dręczącą wcale, lecz może 
rozkoszną chwilę przebyła. Odkąd usiadłszy w czółnie w oczach jego blask odwagi a w ramieniu 
wznoszącym się do walki siłę i zręczność ujrzała, wszelka trwoga w niej znikła, a natomiast 
przenikała ją do głębi słodycz zaufania. Ufała mu. Gdy stojąc u steru czółna, z brwią ściągniętą, 
z całą duszą w oczach skupioną, ku wodzie nieco pochylony, wiosłem odpędzał żywioł 
napastniczy i na wodnym bezdrożu niezawodne torował drogi, wydawał się jej samą śmiałością i 
siłą; uczuła się także śmiałą, silną, dumną nim i tym, że zaufać mu potrafiła. Oprócz tego 
wydawał się on jej i samą dobrocią. Pod gęstą mgłą deszczową z trudnością powieki podnosząc 
widziała jednak kilka szybkich, zmartwionych, troskliwych spojrzeń, jakie na nią rzucił, i razem 
z ufnością wdzięczność nieskończona dla tego serca, które tak prosto i szczerze słało się pod jej 
stopy, upoiła jej serce. Upojona i szczęśliwa stała pod topolą upewniając go, że nie przelękła się, 
nie zmokła, nie przeziębiła, i tego tylko żałuje, że wycieczka ich dłużej nie trwała. 
— To i chwała Bogu! — zawołał. 
Widząc ją zdrową i wesołą uspokoił się zupełnie. Widział też, że nie przemokła wcale. 
Siermięga jego była tak grubą i choć na nim wydawała się krótką, ją tak dobrze osłoniła, że 
deszcz suknię jej tylko przejął wilgocią. W zamian, mokre włosy zdwojonym ciężarem na kark 
jej spadały. Wstrząsnęła głową; luźny i w czasie burzy więcej jeszcze rozluźniony węzeł 
rozwinął się i czarną, wilgotną falą okrył jej plecy. Może sama nie czuła tego, że była w tej 
chwili zalotną. Ale on do tych opadłych, falistych zwojów przylgnął rozgorzałymi oczami i o 
krok za nią cofnięty, rękę ku nim wyciągnął, cofnął ją, wyciągnął znowu i lękliwie dotknął ich 
miękkiej, błyszczącej gęstwiny. 
— Że też to Pan Bóg takie cudności stwarza! 
Szept ten razem z jego gorącym oddechem ucho jej musnął, na włosach uczuła dotknięcie 
jego ręki; w tył nieco głowę odgięła i nieruchoma stała, z twarzą różową a wzrokiem utkwionym 
w szeroki pas złoty, który pod tarczą słońca zdawał się na oścież roztwierać błękitne niebo. 
Wtem na tym tle złotym zamajaczyły białe, skrzydlate plamy lecące nad rzeką, to niżej, to 
wyżej, ku zielonej górze. Były to ptaki dziwne i piękne, duże, niepokalanie białe, 
szerokoskrzydłe, z dziobami i nogami ognistej barwy. Ze dwadzieścia ich było; wyglądały jak 
napowietrzne lilie o ognistych łodygach i strzałach. Od stóp zielonej góry wzbiły się wysoko i 
ciężkie, milczące, poważnym, lekko szumiącym lotem popłynęły dalej, dalej, znad wody 
spłaszając malutkie wobec nich i trwożliwie przed nimi uciekające rybitwy. 
Justynę ciekawość o parę kroków naprzód rzuciła. Wydała okrzyk zdziwienia; pierwszy raz w 
życiu ptaki te widziała. 
— To są morskie wrony — zmąconym głosem wytłumaczył Jan — czasowe u nas ptaki i rzadkie. 
Nie każdego roku przelatują one tędy; podczas i kilka lat ich nie widać, potem pokażą się znowu, 
przelecą i polecą Bóg wie dokąd! 
Z zadumą za śnieżnymi ptakami okiem powiódł. 
— Ciekawość podczas człowieka ogarnia dowiedzieć się czego o tych stronach dalekich, do 
których ptaki latają... Żeby choć w książce albo w rozpowiadaniu jakim zobaczyć te morza, te 
kraje, te cudności i dziwy... 
— Razem o nich czytywać będziemy. Czy dobrze? 
Wszystkie promienie słońca w źrenicach mu zaświeciły. 
— Żeby to kiedy nastąpiło! Żeby to doprawdy... 
Wiatr powiał; topól zaszumiała i strząsnęła na nich krótką ulewę kropel. Roześmieli się oboje 
głośno, jak dzieci. 
— Chodźmy do chaty! — zawołał Jan. 
— Chodźmy! — ochotnie powtórzyła Justyna. 
Szereg lip na podwórku Anzelma i Jana stojących raz jeszcze osypał ich chłodną rosą, zanim 
stanęli przed otwartym oknem przeciwka, czyli izdebki, którą Anzelm celą swoją nazywał. 
V 
Pod otwartym oknem, na podługowatym, prostym stole, na kilku książkach w zniszczonej 
oprawie stała lampka z wysokim kominkiem; przy glinianym dzbanku i szklance z zielonawego 
szkła leżał wśród grubych okruch nie dojedzony kawał razowego chleba. 
— Już kiedy okno otworzył i chleb jadł, to prędko i odżyje — szepnął Jan. 
W głębi izdebki, pod ścianą okrytą cienkim i chropowatym pokładem wapna, na tapczanie 
zasłanym kraciastą, domowego wyrobu kołdrą Anzelm w kapocie i butach na wznak leżał, z 
jednym ramieniem bezwładnie wzdłuż ciała spoczywającym, a drugim na głowę zarzuconym. 
Szeroki rękaw kapoty zakrywał całkiem górną część jego twarzy i widać było spod niego tylko 
bladoróżowe, siwiejącym wąsem ocienione usta. Układ tych ust był tak surowy, jakby wnet 
otworzyć się one miały dla wydania słów gromiących albo gniewnego czy rozpacznego okrzyku. 
W górze nad leżącym w martwej nieruchomości człowiekiem blado błyskały ramy świętego 
obrazu i szaro majaczyły wizerunki rycerzy, cierniową koronką zwieńczone. 
— Żeby teraz z fuzji mu nad głową wystrzelić, ani poruszy się, ani przemówi, i żadne 
proszenie albo krzyczenie nic nie pomoże. Sam przez się potem dźwignie się i odżyje... 
Odeszli. Z małego ganku, gzymsem w grube floresy wyrzeźbionym otoczonego, widać było 
ciemnawą sionkę, w której stały żarna, i przez drzwi otwarte w kuchni czysto wymiecionej dwie 
naprzeciw siebie u białego sosnowego stołu siedzące na stołkach dziewczyny. W niedzielnych 
sukniach bijących w oczy morderową* i granatową barwą, w obcisłych stanikach i kolorowych 
kokardach u szyi, łokciami o stół oparte, głowy owinięte gładko uplecionymi warkoczami 
pochylały one ku sobie szepcząc o czymś z ożywieniem i bez ustanku. Pomiędzy nimi leżał na 
stole zaledwie rozpoczęty bochen chleba i stał gliniany, czarny garnek, z którego one 
drewnianymi łyżkami czerpały gęsty, biały chłodnik, z mleka, octu i posiekanej boćwiny 
złożony. 
Ujrzawszy wchodzącą Justynę powoli wstały, do progu podeszły, a gdy im ona rękę na 
powitanie podała, Antolka dotknęła jej nieśmiało i z krótkim dygiem, Elżusia zaś ścisnęła ją tak 
silnie, że aż całym ramieniem zatrzęsła, i wnet zagadała. 
— Panienka znowu do nas przyszła! Bardzo słusznie, nam bardzo jest miło panienkę widzieć. 
Uśmiech, z którym to mówiła, przyjacielskim był i wesołym, ale oczy jej, tak jak u Fabiana, 
małe i błyszczące, zdawały się ze złośliwą trochę ciekawością prześwidrowywać twarz przybyłej 
i złośliwie też zerknęły za znikającym w drzwiach świetlicy Janem. 
— Proszę usieść! — przemówiła młodsza z dziewcząt. — Czy Justynka nie bardzo zmokła, w 
deszcz z Mogiły wracając. 
— Oho! — zadziwiła się Elżusia. — Większa poufałość niż znajomość po imieniu panienkę 
nazywać... 
Antolka zawstydziła się i twarz ku ścianie zwróciła. 
— Kiedyż prosiła... — szepnęła. 
Justyna cienką jej kibić ramieniem otoczyła i w zarumieniony policzek pocałowała. 
— Suknia mi tylko zmokła, ale chętnie ogrzałabym się przy ogniu... 
— To ja zaraz rozpalę! 
Skoczyła i kilka polan z sionki przyniosła. 
— Poczekaj — zawołała Justyna i z lekka ją usunąwszy, sama przed piecem na podłodze 
przysiadła i ogień rozniecać zaczęła. 
— Oj, oj! nie potrafi! — na całe gardło zaśmiała się Elżusia. 
— Potrafię. Nie święci garnki lepią! — odpowiedziała Justyna. 
— Bardzo słusznie, tylko że panienka nie do tego stworzona! 
— Ot, widzicie, że już się pali... 
Kawał brzozowej kory płonął istotnie w piecu i językami ognia suche polanka obejmował. 
Popielaty królik spod pieca wyjrzał. Justyna wzięła go w ręce i ułaskawione, łagodne stworzenie 
wnet do piersi jej przylgnęło. Za tym pierwszym ukazał się drugi, trzeci, czwarty i wszystkie 
zwinąwszy się w jeden jedwabisty, pstrokaty kłębek, czarnymi oczami w czerwonych oprawach 
na nią patrzały. 
— A my o panience tylko co mówiłyśmy. O wilku mowa, a wilk tu. Bardzo słusznie! 
— Ona do Justynki ma wielką prośbę — kruczkiem* drzewo w piecu poprawiając uśmiechnęła 
się Antolka. 
Elżusia łokciem ją trąciła i dłonią usta zamknąć chciała. Ale Antolka chichocąc i głowę 
odwracając, rękę jej odepchnęła. 
— Ona Justynkę chce na wesele swoje prosić. Mówi, że wesele większy dla niej walor będzie 
miało, jeżeli Justynka i młody pan Korczyński na nim będą. I w oczach ludzkich to jej wielką 
promocję zrobi. Młodego pana Korczyńskiego sam Fabian zaprosi, choć długo ani słuchać o tym 
nie chciał, ale on ambicjant, więc sam nie żartem żąda panów w chacie swojej przyjmować. 
Wesele to odbyć się miało w parę tygodni po żniwach, około Matki Boskiej Zielnej. Fabian 
przed tygodniem na oględziny domu i gospodarstwa konkurenta jeździł i wszystko dobrze 
znalazł; niezupełnie dobrze, bo w chacie gromada spora, matka, dwóch braci, siostra, ale za to 
ziemi u nich morgów z piętnaście, inwentarz piękny, bo aż dwadzieścia sztuk bydła, i familia 
bardzo porządna: matka Giecołdówna z domu, jeden z braci ekonomem u panów różnych służył, 
a teraz żeni się z Zaniewszczanką, aż tysiąc rubli posagu bierze i zaraz folwark jaki w dzierżawę 
weźmie. 
— A pan młody? — zapytała Justyna. 
Dziewczęta znów zachichotały. 
— Taki młodzieńki... — szepnęła Elżusia i rozrzewnienie napełniło jej małe, błyszczące oczki. 
— Może więcej nie ma jak dwadzieścia jeden rok, i w sołdaty nie pójdzie, bo dwóch starszych 
braci już w wojsku odsłużyło — rozgadała się Antolka. — Ładnieńki sobie, tylko że bardzo 
maleńki... 
— A ty by chciała, żeby na świecie same takie Herody byli, jak twój Michał! — ujęła się 
Elżusia. — Niech będzie sobie maleńki, ale milusieńki... 
Znowu rozrzewniła się, aż łzy jej w oczach stanęły, lecz zaraz potem opowiadać zaczęła, że 
ociec jej sześćset rubli posagu przyrzeka, ale od razu dać nie może, bo pieniędzy nie ma. Więc 
połowę da gotówką, a na drugą połowę weksle wyda. Już to z familią narzeczonego umówione. 
— Ale wesele to już huczne sprawi, taki ambicjant! — wykrzyknęła Antolka. 
I wyprawę śliczną dostanie. Pościeli i bielizny cały kufer złożyła dla niej matka, a ojciec, jak 
do miasta jeździł, przywiózł jej kaszmiru* na suknię, prawdziwego czarnego kaszmiru, a to już 
jest najpiękniejsza suknia, jaka na świecie być może. I drugą jeszcze mieć będzie, morderowego 
koloru, ale tańszą... 
O strojach mówić zaczęły. Justyna dopytywała się o cenę sukien, które na sobie miały, kto je 
szył, czy w święta je tylko noszą albo czasem i na codzień? Teraz już obie rozgadały się jak czeczotki. Suknie im krawiec szyje, Żydek w miasteczku; mają takich po jednej, po dwie 
najwięcej, i noszą je tylko w święta. Na codzień nie używają inszych jak te, które utkają same, a 
która więcej i ładniej utka, tej sława i honor. Żadna dziewczyna w okolicy tyle strojów nie ma, 
co Domuntówna. Bransolety nawet ma, złotne kolczyki i pierścionki, bo i bogata jest, sukcesorką 
całego dziadowskiego gospodarstwa będąc, i Jankowi nadmiar przypodobać się pragnie. Ale 
Janek wcale na jej suknie z ogonami i złotne ozdoby nie patrzy; nawet mniej upodobania w niej 
znajduje, odkąd nimi popisywać się zaczęła. Raz, jak na hurbie (tak się u nich zebranie z tańcami 
nazywa) w broszce i kolczykach przyszła, a złotnymi bransoletami tańcząc dzwoniła, cygańskim 
koniem ją nazwał. Dla tej przyczyny tak ją nazwał, że Cyganie zawsze swojego konia we 
wszelakie błyskotki i dzwonki ubierają. Przy tym opowiadaniu aż zanosiły się obie od śmiechu. 
Justyna śmiała się także. 
Kiedy Jan, zdjąwszy z siebie przemokłą odzież, w kurcie z domowego sukna i z wywiniętym 
na nią kołnierzem białej i cienkiej koszuli wszedł do kuchenki, gwarno w niej było i wesoło. 
Antolka przed chwilą do bokówki była wbiegła i wyniosła z niej tak wielki pęk tkanin, że aż 
uginała się pod jego ciężarem. Rzuciła go na stół i teraz wszystkie trzy oglądały te wyroby jej 
rąk: suknie, dywany, kołdry mieniące się najróżnorodniejszymi barwami i wzorami, pasiaste, 
kraciaste, nakrapiane, z czystej i z lnem pomieszanej wełny. Jan siostrę o matkę zapytał. 
Powiedziała mu, że do Starzyn poszła, do męża, a jutro raniutko powróci jeszcze na dni kilka, 
aby im żąć pomagać. W Starzynach grunta niskie, więc żniwa późniejsze, dlatego może ona przy 
żniwach dzieciom pomagać, a potem do swoich w porę doskoczyć. Dwie mile ujdzie dziś w 
jedną stronę, a dwie jutro z powrotem i z sierpem na polu stanie, jakby nie pięćdziesiąt, ale 
dwadzieścia lat miała. 
— Chwała Bogu za taką starość — zauważył Jan — a z tej racji jest ona taką, że matka zawsze 
wesołą była i żadnych aprensji do serca nie dopuszczała. Ale nie każdy z takim charakterem 
urodzić się może... 
Drzwiczki od przeciwka, w kącie kuchni umieszczone, a tak wąskie, że prawie ich widać nie 
było, otworzyły się po cichu i ozwał się zza nich głos Anzelma: 
— Czy mi się tylko tak wydało, czy doprawdy głos panny Justyny usłyszałem? 
Justyna żywo ku drzwiczkom podbiegła. 
— Przez próg nie witam! przez próg nie witam! bo niezgoda jaka mogłaby z tego pomiędzy 
nami wyniknąć... a ja sobie niezgody z panią nie życzę... nie życzę! — z rzadką u niego żywością 
i żartobliwością zawołał gospodarz domu i w kapocie, zza której grubego kołnierza widać było 
koszulę u szyi tasiemką związaną, wysoki próg przestąpił. Justyna w obie dłonie rękę jego 
wzięła i chwilę milcząc na niego patrzała. Więc był to ten sam człowiek, któremu na 
piaszczystym pagórku Marta niegdyś święcony medalik u szyi zawiesiła i który potem, z twarzą 
uczernioną, z potokami wody ściekającymi z włosów i odzieży... Pierwszy raz zobaczyła go bez 
czapki. Czoło miał białą i cienką skórą powleczone, wysokie, z mnóstwem zmarszczek, które 
snopem leżały pomiędzy brwiami i stamtąd cienkimi nićmi rozchodziły się po całym czole aż do 
przerzedzonych, siwiejących włosów. 
Antolka podbiegła i w rękę go pocałowała. 
— Jeszcze dziś pierwszy raz stryjka widzę! Dopilnował tej minuty, kiedy po wodę poszłam, i 
wtedy do kuchni przyszedł, aby sobie kawałek chleba ukroić. Przychodzę do domu, chleb na 
stole, a drzwi od przeciwka znów zaszczepione... Wszystko zaś dlatego, żeby nie widzieć się z 
nikim... 
— Taka już mnie czasem oblega zgryźliwość, że i najmilszy staje się niemiłym — odpowiedział 
Anzelm i mocniej niż zwykle ściskając rękę Justyny, uważnie, prawie badawczo na nią patrzał. 
— Żęła podobno wczoraj na naszym pólku? Dziś na Mogiłę z Jankiem jeździła? a? — 
uważnego tego wzroku z niej nie spuszczając przemówił. — Nowiny, prawdziwe no... no... no... 
winy! — jąkając się dodał jeszcze, i uśmiech przyjazny, prawie radosny otworzył mu usta i 
rozszedł się po całej twarzy, aż na wysokie czoło, którego zmarszczki wyciągnęły się jak ukośne 
promienie. — Proszę, do świetlicy proszę! Kto widział gościa w kuchni przyjmować? Chata nasza 
niska, ale nie ciasna, nie ciasna! 
Jedną ręką poły kapoty u piersi przytrzymując, drugą na drzwi ukazywał i parę razy jeszcze 
powtórzył: 
— Proszę! proszę do świetlicy! 
W kuchni znajdowało się troje drzwi, z których jedne, zwykłych rozmiarów, otwierały się do 
sieni, a dwoje innych, wąziutkich i niskich prowadziło do przeciwka i do bokówki. Justyna 
zawahała się, niepewna, w którą stronę iść jej wypada; stary to spostrzegł, ramię jej podał i przez 
sień do świetlicy prowadził. Niegdyś, niegdyś widywał w korczyńskim dworze w ten sposób 
prowadzące się pary i sam od obiadów, od wieczerzy wstając podawał ramię wysokiej, 
czarnookiej, wesołej pannie. 
Świetlica była izbą niską, lecz bardzo obszerną, bo więcej niż połowę całego domku 
zajmującą, z trzema sporymi oknami, z których dwa były otwarte, ze ścianami gładko 
otynkowanymi, z podłogą ułożoną z prostych, sosnowych, lecz gładko wyheblowanych i 
czystych aż do białości desek. U niskiego sufitu grube, wapnem pobielone belki, krzyżując się z 
cienkimi deskami, tworzyły szeregi ciemnych próżni; całą prawie długość jednej ze ścian 
zajmował piec, do sufitu wysoki, z białych kafel zbudowany, a u dołu mający rząd małych 
sklepień, z których w zimowe wieczory rozlegać się musiały na całą izbę ćwierkania świerszczy. 
W kącie samotna, rozłożysta, ogromna, sto lat może mająca stała kanapa z olchowego drzewa, 
na czerwono pomalowana i kraciastą, domowego wyrobu tkaniną obita; naprzeciw znajdowało 
się łóżko z sosnowych, białych desek zbite i dostatnią pościelą wysoko usłane, a między oknami 
komodę olchową i na czerwono pomalowaną zdobiła szkatułka z czeczotkowego drzewa* z 
ukośnie stojącym lusterkiem, mały, czarny krucyfiks wiankiem z żółtego rozchodniku okręcony i 
mała lampa z grzybiastym szklanym kloszem. Zresztą, pod ścianami stały wysokie, zielone albo 
w kwiaty malowane skrzynie o bombiastych, żelazem okutych wierzchach, zydle z białych 
desek, przed nimi olchowe, czerwone stoły, a u stołów kilka krzeseł domowej widać roboty, 
niedawno sporządzonych, bo nie pomalowanych, z drewnianymi siedzeniami i tylnymi 
poręczami, z giętkiej może grabiny czy klonu w wysokie łuki powyginanymi. Przez drzwi za 
olbrzymim piecem otwarte ukazywała się bokówka, mała, podługowata izdebka, z jednym 
znowu, wysoko usłanym łóżkiem. Antolka sypiać tam musiała, bo wśród mnóstwa świętych 
obrazków, które nad łóżkiem ścianę okrywały, największymi rozmiarami i najjaskrawszymi 
barwami jaśniał obraz jej patrona, w wianki na Boże Ciało poświęcone, w palmy wielkanocne, w 
pęki suchych nieśmiertelników i świeżych nagietek ubrany. Przez otwarte okna zapachy kwiatów 
i ziół wnikając z ogrodu napełniały po brzegi całą świetlicę, a wtłaczające się przez nie gałęzie 
starej gruszy ocieniały ją zieloną, ruchomą firanką. 
Anzelm do jednego ze stołów Justynę przyprowadził. 
— Na krześle sieść proszę... wygodniej będzie niż na ławie... proszę na krześle usieść... 
I z żywością ruchów, której by nikt po nim spodziewać się nie mógł, zgrabnie, dwornie, 
krzesło dla niej niósł ku stołowi. Elżusia, która za całym towarzystwem wysoki próg świetlicy 
jak pulchna kluska przeskoczyła, śmiechem teraz, na gospodarza domu patrząc, parsknęła. 
— Już chyba skończenie świata nastąpi, kiedy pan Anzelm tak się rozruszał! — zawołała. — 
Takim alegantem ukazuje się, jakby nigdy tetrykiem nie był! 
— Ot, i z głupia odezwała się! — żartobliwie odparł Anzelm — bo gdyby mądra była, toby 
wiedziała, że kto niedźwiedzia przemoże, za nos go wodzić może. Widać, że mnie panna Justyna 
tak przemogła. 
Potem sam na zydlu siadając do Antolki zawołał, aby gościa wieczerzą poczęstowała. 
— Sam też — dodał — od wczorajszego wieczora tylko kawałek chleba przełknąłem, a i Jankowi 
po tej kąpieli, którą na Niemnie dziś wziął, głodno być musi. 
Wczoraj jeszcze dowiedział się od synowca, że na Mogiłę z Justyną on popłynie, a teraz 
dwojga młodych zapytywał, jak w czasie burzy wydobyli się z kłopotu, czy bardzo zmokli, ile 
czasu w borze spędzili. Opowiedział, że kilka razy spotkał się na Mogile z panią Andrzejową, 
która to miejsce odwiedza czasem, ale bardzo rzadko i niby przypadkiem. Wielką panią jest i 
wszystkie oczy na siebie ma zwrócone, to i trudniej jej takich wypraw dokonywać jak na 
przykład jemu, który przez nikogo nie postrzegany może sobie często pomodlić się i podumać, 
tam, gdzie brat jego wiecznym snem odpoczywa. 
Dwóch ich tylko było i siostra, która do zaniewickiej okolicy za mąż poszła, skąd też i matka 
ich pochodziła; a Jana matka znów Siemaszczanka z Siemaszek, tak jej zaś wypadło, że aż w 
czterech okolicach życie swoje pędziła: najpierw w ojczystej, czyli w Siemaszkach, potem w 
Bohatyrowiczach, gdy za Jerzego wyszła, potem za drugim mężem w Jaśmontach, a na ostatku, 
za trzecim, w Starzynach. 
— Nie wiadomo, czy to już ostatni mąż i ostatnie jej osiedlenie — żartobliwie znowu zauważył. 
— Bo mnie się zdaje, że gdyby dziś owdowiała, toby za rok poniosła się jeszcze za czwartego! 
Justyna zapytywała go o rozległość i ludność okolic, których nazwy wymienił. Odpowiadał 
jej chętnie i obszernie, o szczegóły, których nie wiedział, bo przez wiele lat nigdzie nie jeździł, 
do Jana się odzywając. 
— Wszystkich ich pani po troszku na weselu Elżusi zobaczy — rzekł Jan — bo Fabian pełno ma 
wszędzie krewnych i znajomych, a zechce pewno, aby o weselu jego córki cały świat gadał. 
Tymczasem Antolka i Elżusia stół szmatą płótna starły i w przeciągu pół godziny zastawiły 
go wszystkim zapewne, na co w tej chwili zdobyć się mogła chata Anzelma i Jana. Dokoła 
wielkiego bochna chleba zjawiła się misa kwaśnego mleka, w połowie z różową śmietaną 
zmieszanego, potem druga z położonym na niej plastrem miodu, tylko co znać razem z 
drewnianą ramką z ula wyjętego, dwa sery, z których jeden przywiędły a drugi świeży, żółte 
masło na spodku, na koniec, przez zaczerwienioną od ognia Elżusię przyniesiona patelnia z 
dymiącą jajecznicą. 
— Już jak ja jajecznicę zrobię — zawołała wesoła dziewczyna — to, bardzo słusznie! sam ociec 
czasem pochwali, choć jemu dogodzić tak prawie trudno, jak przez ten dom przeskoczyć... 
— Ja myślę, że Elżusia kiedykolwiek i przez dom przeskoczyć potrafi, taki z Elżusi kozak — 
zażartował Jan, ale na miód spojrzawszy brwi ściągnął. 
— A kto do ula chodził? — z gniewem zapytał. 
— A któż by, jak nie Antolka? Tylkoż siestra i mogła tak śmiele postąpić — odsarknęła córka 
Fabiana. 
— A raz na zawsze tego jej wzbroniłem! — zawołał Jan i po brzegi włosów zarumieniony ręką 
w stół uderzył. — Nieświadomy wszystko zepsuć może, a ona kiedy nie uczyła się, jak z 
pszczołami postępować, to niech nosa w nie swoje nie tyka! 
Wstawał już, aby do siostry z wymówkami iść, ale z bokówki cicha i zalękniona, wysunęła 
się dziewczyna, z ustami skrzywionymi i ręką policzek przyciskając. 
— A co? ukąsiła? — zawołał Jan. 
— Żeby ją cholera... — ze łzami kręcącymi się w oczach jęknęła Antolka. 
Jan, trochę jeszcze nasępiony, nic już siostrze nie powiedział, a Anzelm zażartował znowu: 
— Nie dbaj, że pszczoła kąsa, byleś miodu dostał! Co tam, że troszkę boli, nim za mąż 
wyjdziesz — przestanie! 
Kiedy chleb w rękach podniósł i kroić go zaczął, na spodzie bochna ukazały się wyraźne 
odbicia suchych lipowych liści, którymi gospodynie wkładane do pieca pieczywo od zetknięcia 
się z gliną i popiołem zabezpieczają. 
Na zydlu i krzesłach wszyscy dokoła podługowatego stołu zasiedli nabierając sobie na 
gliniane talerze jajecznicy i kwaśnego mleka. Przez parę minut nikt nic nie mówił. Anzelm, Jan i 
dwie młode dziewczyny jedli w sposób dość szczególny. Z grubo pokrajanych porcji chleba 
małe kąski odłamywali i dwoma palcami do ust je nieśli. Drewniane łyżki trzymali w palcach 
zgrabnie, delikatnie i zawartą w nich żywność powoli w usta wkładali, powoli też i cicho ją 
przeżuwając, po czym łyżki na stołach kładli i po kilku sekundach dopiero lub po minucie znowu 
je delikatnie ujmowali i powoli do ust nieśli. W tym szczególnym, przesadnie powolnym i 
delikatnym sposobie jedzenia widać było od dzieciństwa nabieraną albo i z krwią dziedziczoną 
obawę przed okazaniem grubiaństwa i żarłoczności. Anzelm przemówił pierwszy. Spojrzał na 
Justynę i jakby sobie coś nagle przypominając zapytał: 
— A może by pani herbaty wypiła? My ją rzadko kiedy pijemy, ale zaraz można zrobić... 
W bokówce, na olchowej czerwonej szafie stał niewielki blaszany samowar i Antolka już się 
z krzesła zrywała, aby biec go nastawiać. Ale właśnie w chwili, w której Anzelm pytanie swoje 
uczynił, Jan łyżkę na stole złożywszy, ręce na kolana opuścił i z uśmiechem głębokiego 
zadowolenia patrzał na Justynę, która w porcji ciemnego chleba, złotawym miodem 
posmarowanego, ze smakiem zęby zatapiając, także na niego patrzała. Oboje mieli uśmiechy w 
oczach i pytanie Anzelma usłyszeli dopiero wtedy, gdy je powtórzył. 
— Zdaje się — powoli zauważył Jan — że apetytu po spacerze nie brakuje i może obejdzie się 
bez herbaty... 
— Obejdzie się z pewnością! — zaśmiała się Justyna. 
— A ja teraz już na siestrę i nie gniewam się, że sama do ula po miód poszła! 
Zaśmiał się tak, jak śmieją się szczęśliwi, bez widocznej przyczyny, głośno, serdecznie, z 
głową w tył odrzuconą, i bez widocznej także przyczyny siedzącą obok Antolkę po włosach 
pogładził. Po czym łyżkę ze stołu delikatnie ujął i mleka nią zaczerpnąwszy, powoli do ust 
poniósł. Rękę miał dużą, w skórę ciemną i grubą obleczoną, bardzo czystą, o szerokiej dłoni i 
długich, cienkich palcach. 
Dnia tego przecież Anzelm był niepospolicie ożywionym, mównym i każde ciekawe oko 
długo zatrzymywać by się mogło na tym ociężałym, schorowanym, piętnem wielkich boleści 
przyobleczonym człowieku, kiedy dziś, pobudzany jemu tylko znanymi uczuciami, dworną 
uprzejmość i przyjacielską gościnność okazywał, rozmowę z gościem podtrzymać usiłując. Na 
ręku Justyny zobaczywszy czerwoną szramę zapytał, czy pochodzi ona od sierpa, a otrzymawszy 
twierdzącą odpowiedź, długo, dziwnie migocącymi oczami na nią popatrzył. 
— Ciężka praca! a? chociaż to wszystko od uzwyczajenia zależy. Nie wiem ja tylko i 
wątpliwość mam co do tego, czy osoba tak pięknie na fortepianie grająca do takich grubych 
robót uzwyczaić się może. 
Opowiedział, że nieraz idąc wybrzeżem rzeki albo przeprawiając się na jej drugą stronę, 
słyszał ją wspólnie z ojcem grającą. 
— Słodka muzyka — uśmiechnął się — uszy głaszcze i serce przenika. To jest prawda, ale druga 
znów prawda, że tak prawie po całych dniach w instrument stukać to może i nie mniejsza fatyga, 
jak pleć albo żąć... 
Na podwórku rozległo się ryczenie krów; dziewczęta zerwały się z siedzeń i pośpiesznie 
naczynia ze stołu sprzątać zaczęły; potem Elżusia nie ukazała się już więcej, a Antolkę widać 
było z dojnicą w ręku prędko przez sień na dziedziniec wybiegającą. Słońce zaszło już było od 
pół godziny; świetlicę napełnił szarawy zmrok. Jan małą lampę na komodzie zapalił i stryjowi 
oznajmił, że idzie najrzeć, czy parobek dobrze w nieobecności jego bydła i koni dopatrzył. 
Anzelm i Justyna zostali we dwoje. 
Niespodzianie dla Anzelma i może dla samej siebie Justyna z krzesła swego zsunęła się na 
zydel i ku staremu pochylona, ustami do ramienia jego przylgnęła. 
Nie zdziwił się bardzo, tylko zrazu, jakby przelękniony, w tył nieco uchylić się i kapotą otulić 
się spróbował. 
— Nowina! — wyszeptał — no... no... wina! 
Ale ona z czoła i ramion wilgotne jeszcze włosy swe odgarniając i z wyrazem pieszczoty oczy 
ku niemu wznosząc, z cicha mówiła: 
— Wiem, stryjku, wszystko, wszystko wiem... 
— A skąd? Kto mówił? Pewno już Janek językiem nasiekł... Nic ja w tym złego nie widzę, bo 
jeżeli pani jest tak łaskawa, że z nim w przyjaźni chce pozostawać, to i nie powinien mieć 
żadnych przed panią skrytości. 
Potrząsł głową. 
— Ale żeby ktokolwiek, choćby i on, wszystko to wiedzieć i przeniknąć mógł, o tym wątpię... 
Głęboko trzeba kopać, aby wodę znaleźć, a tym bardziej człowieka, żebyś nie wiedzieć wiele lat 
z nim przebywał, jeszcze wszystkich skrytości jego nie rozpoznasz... 
Ze wzrokiem kędyś daleko za otwarte okno puszczonym mówił dalej: 
— Wszelako zdarza się na świecie. U Boga i mucha, kiedy każe, żołnierzem musi być. Mały ja 
człowiek jestem, ale na wielkie rzeczy w młodości swojej patrzałem i w nich maleńki udziałek 
wziąłem, a z tego i całe późniejsze życie moje wyciekło. Korczyn! oj! i domyśleć się teraz nie 
można, jakie tam wtenczas rozlegały się mowy i postępki... Zdaje się, że wszystko, co ludziom 
Pan Bóg dał dobrego, poruszyło się wtenczas i zagadało. Brat obejmował brata, nie zważając na 
to, czy bogatego albo ubogiego obejmuje, rozumni głupim drogi pokazywali. A przed 
wszystkimi jeden cel świecił. Nas do tej festyny* nie tylko dopuszczono, ale i zapraszano, 
żądając, abyśmy życie narażali, ale tym, co go nie utracą, takie rzeczy pokazując, że aby je 
dostać, każdy chętliwie głowę pod niebezpieczeństwa podstawiał... Wiele bym ja mógł w tej 
materii mówić i opowiadać, ale... 
Długo wstrząsał głową, na parę gwiazd przez gałęzie sapieżanki przebłyskujących patrząc. 
— Senne widowiska... czasowe mary... 
Justyna, blisko do niego przysunięta, z jedną ręką pieszczotliwym ruchem na jego ramieniu 
złożoną a na drugiej twarz swą opierając, w milczeniu słuchała mowy jego powolnej, częstymi 
milczeniami przerywanej, w części tylko zwróconej ku niej a daleko więcej do półgłosem 
smutnych myśli i wspomnień podobnej. 
— W książce jednej wyczytałem: „Jak muchy padną w boju syny ludzkie...” A w drugim 
miejscu tej samej książki, czy może jakiej inszej, napisano: „Jak glina w ręku garncarza, tak 
ludzie w ręku Stwórcy.” Taka to już być musi kondycja nasza, ale serce człowieka podczas za 
słabe bywa, żeby ją cierpliwie i pokornie przenieść. Widać za mało cierpliwy i pokorny byłem, 
bo kiedy już te rzeczy obróciły się na złą stronę i zaćma* nieprzenikniona świat ogarnęła, 
zacząłem doświadczać nieścierpliwego żalu i gniewu, sam nie wiedząc nawet, przeciw czemu i 
przeciw komu ten gniew obrócić. Odżałować tego, co przeminęło, nie mogłem, ani też 
przywyknąć znów do zwyczajnego życia, od którego jakby na skrzydłach mnie odniosło. Co 
dawniej było — obrzydło; co bawiło i radowało — wydawało się samą marnością. Pójdę, bywało, z 
pługiem i tylko wspominam, co w tamtych złotnych dniach widziałem i słyszałem; twarze różne, 
postępki, sprzeczki i zdania wspominam i z pamięci swojej umyślnie je wybieram, podobnie jak 
skąpiec dukaty ze skrzyni wybiera, oglądając je i lubując się nimi. Tak czasem pośród mgły 
wiosennej i pół dnia na polu przy pługu przestoję o robocie, do której wprzódy chętliwy i zdatny 
byłem, zapominając. Albo zimową porą do wesołej jakiej świetlicy, bywało, wejdę i patrzę, jak 
ludzie rychło o wszystkim zapominający śpiewają, weselą się, tańczą. „Czy oni powariowali?” — 
myślę sobie, słupem niemym i nieruchliwym w kącie stojąc, a im więcej oni weselą się, tym 
widoczniej przed oczami staje mnie ta polana leśna z tym swoim smętnym pagórkiem i śniegiem, co na nią w ciemności nocnej białymi płatami pada. Co nowy taniec zagrają, to ja 
zaszepczę: „Wieczne odpoczywanie racz im dać, Panie!” Co nową pieśnię kto zawiedzie, to ja 
znów: „Wieczne odpoczywanie!” Co głośniejszym śmiechem kto wybuchnie, w mojej głowie 
rozlega się: „Wieczne odpoczywanie!” Na weselących się ręką machnę i do chaty pod śniegiem 
padającym idę, a w chacie... Chryste!... miejsce po bracie jedynym już i zastygło, żonka jego już 
po drugich weselnych godach, tylko sierotka mały mnie spotyka i tuli się do opiekuna jedynego, 
który mu na tym świecie pozostał... 
W drzwiach bokówki ozwał się szelest; Jan stał na progu, plecami o drzwi oparty, z 
ramionami na piersi skrzyżowanymi. W cieniu postać jego rysowała się w liniach prostych i 
wyniosłych. Cała świetlica pogrążona była w cieniu, bo mała lampa na olchowej komodzie 
stojąca słabe rzucała światło i tylko wąski jej promień spływał na ciemną kapotę Anzelma i na 
połyskliwe, rozpuszczone włosy Justyny. Po długim milczeniu Anzelm półgłosem i powoli znów 
mówić zaczął: 
— Każdemu jednakże stworzeniu dany jest zmysł ratowania się i od ostatniej zguby ubiegania. 
Tak i ja w jednym miejscu ratunek dla siebie postrzegając, do niego się udałem. Nie było mnie 
wtenczas więcej nad lat trzydzieści, nie dziwno tedy, że kochanie tyle prawie dla mnie znaczyło, 
co życie i szczęście. Widać, że przeznaczonym było, aby wszystkie miody i trucizny z Korczyna 
na mnie ściekły, bo tam mnie objawiły się te widowiska senne, po których pocieszyć się nie 
mogłem, i tam też gwiazda kochania mego zaświeciła. Może niejeden powie, że moja nadzieja 
nierozsądna była i że za wysoko odważyłem się spojrzeć, ale ja tak wtenczas nie myślałem. 
Wszak już mało nie dwa tysiące lat temu Pan Jezus równość po świecie ogłaszał i dużo o niej 
gadania w tym samym Korczynie słyszałem. Choć ta panna do pańskiej familii należała, ale ja 
też od niewolników rodu swego nie wiodłem, a choć ubogi, żonie i dzieciom kawałek chleba dać 
mogłem, nie gorszy może od tego, który w te czasy niektórzy panowie jadać zaczynali, a może i 
spokojniejszy, pewniejszy. Do tego, choć z pańskiej familii ona pochodziła, niewielka z niej była 
pani... niewielka! Cudze suknie na grzbiecie nosiła, wszystkiego od łaski krewnych wyglądając. 
Czemużby jej, zdaje się, własnego domu, choć niskiego, i własnej woli przy mężu kochanym i 
kochającym nie chcieć? Wzajemność zaś wiedziałem, że mam... wiedziałem. Nie na ślepego 
przecież patrzała ona swymi takimi ognistymi oczami i nie głuchemu takie rzeczy niejeden raz 
mówiła, które o wzajemności upewniają. Posunąłem się tedy... i odprawiony zostałem. Nie 
chciała. Nie można nawet powiedzieć, aby jej familia wielkie przeszkody stawiła. Pewno, że 
były tam ze strony krewnych perswazje, może i pośmiewiska, ale od ołtarza nikt by gwałtem jej 
nie odciągał. Sama nie chciała. I widzieć się ze mną nie chciała, aż ją raz w ogrodzie 
dopilnowałem i za rękę chwyciwszy o przyczyny tego despektu, który mnie od niej spotykał, 
zapytałem. Powiedziała przyczyny takie, że tylko na nie plunąć było warto. Perswadować 
chciałem i przekonywać, ale wyrwała się mnie i uciekła. Z płaczem ode mnie uciekła. I sama 
desperowała, a jednakowoż nie chciała... nie chciała... 
Od tej pory zaczął się najgorszy czas jego życia. Tylko co był świadkiem przeraźliwej 
zawodności ludzkich walk i nadziei, teraz poznał zmienność ludzkiego serca. Wszystko wydało 
mu się niepewnym, nietrwałym, marnym. 
— Taka mnie ogarnęła zwątpiałość, że wszystko, na co tylko pojrzałem, okazywało mi się w 
postaci znikomej mary. Dziś jest, myślałem sobie, a jutro rozwieje się i zniknie. Posłyszałem raz, 
jak ksiądz w kościele mówił: „Z ziemiśmy poszli i w ziemię przemienić się mamy”, i te słowa 
nigdy już z głowy mojej nie wychodziły. Gorzej od wszystkiego zwątpiałość ta mnie gniotła, bo 
żadnej już chęci i żadnego zamiaru do serca nie dopuszczała. Kiedy jeszcze cokolwiek robiłem, 
to tylko o tym biednym sierotce myśląc, żeby przy mnie z głodu nie zdechł, a dla siebie tobym 
już i palcem nie kiwnął, bo ciągle mnie na myśli stało: „Na co? dla jakiej przyczyny o marność i 
doczesność dbać?” Przed Bogiem się upokarzałem, ale już tylko o zlitowanie dla nieśmiertelnej 
duszy swojej prosząc; o to zaś, co mnie w tym życiu spotka, bynajmniej nie dbałem, pewnym 
będąc, że wszystko na zawsze utraciłem, a gdybym znów nabył, zaraz bym znów utracił... 
Jednak zbyt młodym był może i zbyt proste, zdrowe dotąd życie prowadził, aby w tym 
zwątpieniu o trwałości i wartości rzeczy ziemskich zastygnąć mógł i zmartwieć. Owszem, 
tęsknota za lepszymi dniami i żal po ukochanej kobiecie dręczyły go ciągle. 
— Nie zaskórną, ale głęboko w sercu zasadzoną tęskliwość i boleść czułem. Gdyby człowiek 
mógł łzami do grobu ściec, już bym wtenczas ściekł pewno. Samego siebie lękać się zacząłem, 
myśląc, że zwariuję albo nieprzyrodzoną śmiercią zginę; bo mi też już gałęzie drzew i 
głębokości Niemna po głowie chodziły. Wstyd mnie zdejmował, że mocy nijakiej nad sobą mieć 
nie mogłem, i Pana Boga na pomoc wzywałem, i niedobrowolnie łzy ciekły mnie z oczu. 
Którego dnia dźwignę się już z myśli ponurych i samego siebie nauczam: „Siły do kupy ściśnij, 
na biedę oczy zmruż i rzuć ją pod nogi, a pocieszenia sobie jakiego szukaj, ażeby woli boskiej 
nie sprzeciwiać się i marnie nie ginąć”. Zdaje się, że już i wyperswaduję sobie, desperację 
odpędzę i dzień, drugi jak wszyscy ludzie przeżyję. Nie, do życia ochota nie bierze i choć tak 
pracuję, że aż cały oblewam się potem, najmniejszym czasem o miłych nadziejach utraconych i o 
marności wszystkiego myślę. Raz już nawet zaswatałem się do panny jednej i sam pojechałem 
do niej. Jadąc myślałem: „Ożenię się i kwita! Chatę zaludnię, rozweselę się i odżyję”. Ale 
kiedym przyjechał i na pannę spojrzał: nie! Szpetna ona nie była ani głupia i to mi też tajnym nie 
było, że miłym okiem na mnie patrzała. Nie i nie! Tamta przed oczami stoi, a przy tym do czego 
inszego już uzwyczajony, co inszego poznawszy i pojąwszy, ani w jej mowie, ani w 
obchodzeniu się, ani w zamiarach, które objawiała, smaku żadnego znaleźć nie mogłem. 
Dużałem się* tak z samym sobą, jak pływacz z wodą, lat może ze trzy, a smętek zdrowia ubierał 
i czarne myśli siłę zjadały, aż bezsilny i z jakimiś dziwnymi, przechodzącymi i znów 
powracającymi boleściami na łoże padłem, dziewięć lat potem przez tę chorobę gnieciony, której 
doktorowie rady dać nie mogli i hipokondrią ją nazywali... 
Znaczenia nazwy tej nie rozumiał, ale wytłumaczył mu ją jeden z lekarzy powiadając, że 
choroba to jest więcej duszna aniżeli cielesna i że ją też duszne lekarstwa więcej niżeli cielesne 
ukrócić mogą. Zapewne tym dusznym lekarstwem była wielka chęć pomożenia synowcowi w 
dźwignięciu się z ruiny i biedy, a także pociecha, którą mu sprawiał widok dorastającego sieroty 
po bracie. Dziewczynka też, którą Jan naparł się wziąć od matki, mileńka była, wesoleńka i 
zawczasu już porządek w chacie robić zaczęła, a i bratowa, choć płocha i w romansach 
niepowściągniona, dzieci swoje często nawiedzała i jego doglądała, wesołą swoją gadatliwością 
babską śmiesząc czasem i rozrywając. 
— U Boga i ubity, kiedy każe, drugi raz ożyć może. I ja też wskrzesłem, choć niezupełnie... 
niezupełnie, bo mnie zdaje się, że u ludzi wiele czujących i raz już nadmiar zasmęconych nie 
tylko na ciele, ale i na duszy robią się takie zmarszczki, które nigdy zupełnie nie znikną. Tak i ja 
do tej pory nie mogę już ze wszystkim do zwyczajnego życia powrócić. Ruchliwości wszelakiej, 
hałasów, tłumliwych gadań ubiegam*, bo śród nich prawie bezprzytomnym się staję. Każdej 
nieznajomej twarzy ludzkiej najpierw zlęknę się zawsze, nim pokonawszy siebie przybliżyć się 
do niej zdołam. Podczas i boleści mnie napadają: cielesne i duszne. Od zaziębienia, by 
najmniejszego, w głowie łamania i bólu doświadczam, a kiedy w starych przypomnieniach i 
zgryzotach pomimo woli utopię się pamięcią, dwa i trzy dni jak martwy leżę, niczyjego widoku 
znieść nie mogąc i samego siebie prawie nie czując. Ale o to wszystko bynajmniej. Nieduże to 
dolegliwości i cierpliwie je przenieść można, spokojność i niejedną przyczynę do uciechy 
mając... 
Cieszyło go teraz wiele rzeczy: domek na miejsce starego i prawie już walącego się 
zbudowany; sad, który własnymi rękami założył; pasieka, którą Jan umiejętnie prowadził i powiększył; dorodny i szanujący go chłopak; łagodna i gospodarna dziewczyna; dobrze przez 
oboje prowadzone gospodarstwo; zresztą, słońce jasne, kwiaty pachnące, jaskółki gnieżdżące się 
pod okapem, cichość i spokojność panujące w zagrodzie, w tej samej zagrodzie, w której żyli 
dziady i przeddziady jego, a on sam urodził się, wyrósł i postarzał, więc nie tylko każdy kącik i 
każde drzewko, ale każdą jej trawkę i prawie każde ziarnko piasku znał, prawie w przyjaźni i 
poufałości z nimi żyjąc. 
— Te wiatry okrutne, które mnie drogę życia zabiegły, przeszumiały, przeleciały i daleko już 
znajdują się ode mnie. Więcej ja teraz dobrych godzin przepędzam niżeli złych i o to już tylko 
ubijam się przed Bogiem, aby Jankowi szczęśliwą dolę zesłał. Nic też nigdy przeciw jego sercu i 
żądaniu nie uczynię, a choćbym sam kiedy cokolwiek inszego myślał i żądał, jego myślom i 
żądaniom w poprzek nie stanę, owszem, dopomóc w nich postaram się z całej swojej siły i 
możności. Nie wróg ja jemu, aby mu w czym przeszkody stawić lub go do czego przymuszać, 
ale przyrodzony zastępca ojca i jak ociec niczego oprócz tylko jego dobra i szczęścia nie 
żądający... 
Jan szerokim krokiem przeszedł izbę, pochylił się i stryja w rękę pocałował. Potem 
wstrząśnieniem głowy odrzucił z czoła opadłą na nie gęstwinę jasnych włosów. 
— Bardzo już państwo zasmęcili się oboje; stryjowi to niezdrowo, a u panny Justyny nawet i 
łezki w oczach widzę. Co tam tak długo rozwodzić się nad starymi czasami! 
Słów tych jeszcze nie domówił, gdy pod oknami dał się słyszeć szelest kroków i słowa dość 
donośnym, ale dygocącym głosem wymawiane: 
— Ho, ho! znajdę ja go! znajdę bałamutnika tego, zwodziciela, złoczyńcę! Znajdę i ubiję!... tak 
mi Boże dopomóż, że jak psa ubiję! 
Drzwi świetlicy otworzyły się szeroko i naprzód wszedł przez nie trzęsący się staruszek, z 
kijem w ręku, z twarzą, która ceglaną różowością odbijała od śnieżnej białości włosów i kapoty. 
Trochę tylko za nim, ramieniem go podtrzymując, ukazała się wysoka, barczysta dziewczyna, 
dość szczególnie wyglądająca. Na pierwszy rzut oka trudno byłoby poznać w niej tę Jadwiśkę 
Domuntównę, która bosa i rozczochrana, w ogromnym fartuchu niosła przez pole zielsko dla 
krów, a w porze żniw żęła aż do skąpania się w strugach potu i snopy do gumna zwożąc, z 
męską siłą i zręcznością kierowała parą koni. Teraz miała ona na sobie suknię z wełnianej 
materii tak jaskrawo szafirowej, że patrząc na nią oczy aż mrużyć się musiały, z obcisłym 
stanikiem i bardzo długim ogonem, który ciągnął się za nią w miękkich, niezgrabnych, od rosy i 
pyłu zabłoconych zwojach. Na głowie jej piętrzyła się koafiura od sukni jeszcze niezwyklejsza, 
wysoka, kołysząca się, pomadą nasiąkła, jaskrawymi wstążkami i błyszczącymi szpilkami 
upstrzona. Błyszcząca, bardzo licha brosza ozdabiała jej stanik, liche także, ale błyszczące 
kolczyki i bransolety kołysały się u jej uszu i brzęczały u rąk wielkich i czerwonych. Potężna jej 
kibić, która śród pola, w stroju pracownicy wiejskiej, przypominała poetyczną i w sile swej 
dobroczynną Cererę, która na drabiniastym wozie ciągniętym przez rześkie konie do pamięci 
przywoływała klasyczne atletki, w tym stroju zbyt ciasnym i zbyt długim wydawała się spętaną i 
niezgrabną; twarz jej, pięknie szafirowymi oczami i kasztanowatymi brwiami przyozdobiona, 
wśród jaskrawych barw i błyskotek uderzała grubością rysów i burakową czerwonością cery. 
— Dobry wieczór... — zaczęła w progu, ale gdy spojrzenie jej upadło na stojącą obok Jana 
Justynę, zdawać się mogło, że nagle oniemiała. 
Stary Jakub za to, uwolniwszy się od ramienia wnuczki, dygocącym krokiem ku 
gospodarzowi chaty postępował srożąc się coraz bardziej. 
— Gdzie Pacenko? Niech mnie pan Szymon zaraz powie, gdzie tego krzywdziciela i naigrawcę 
mojego ukrył... a jeżeli nie powie, to jak mi Bóg miły, chatę zrewiduję i sam znajdę... a jak 
znajdę, to pomstę na nim wywrę za to, że mi kobietę na całe życie nieszczęśliwą uczynił, a mnie 
w g a ńi e pogrążył... 
— Znowu dziadunia Pacenką nastraszyli? — na Jadwigę patrząc zapytał Anzelm. 
— A jakże! — odzyskując mowę zawołała. — Taki był dziś spokojny, grzeczny, rozumny, jak 
już lepiej i nie potrzeba. Zjadł na kolację kwaśnego mleka i mówi: „Jadwiśka, pójdziem sobie 
którego sąsiada nawiedzić”. „Może pana Szymona?” zapytuję, bo już wiem, że gdyby 
powiedzieć: pana Anzelma, zaraz obruszyłby się i powiedział: „Ja do błaznów nie chodzę”. On 
zawsze myśli, że pan Anzelm młodym kawalerem jest, a gospodarzem w chacie nieboszczyk pan 
Szymon. Poszedł i pięknie, grzecznie szedł sobie nawet siłę dobrą mając, bo tylko troszkę 
opierał się na kiju; aż tu jak wyskoczą chłopcy zza płotu, jak krzykną mu w same ucho: 
„Pacenko przyjechał i znów babulkę zabierze!” Aż zatrząsł się cały, i żeby nie ja, na ziemię 
padłby... i już teraz nijak jego nie wstrzymać ani wyperswadować... drze się naprzód, że i 
zawrócić go do chaty nie zdołałam... 
Stary tymczasem kijem wywijając i groźnie pokrzykując, z kąta do kąta dreptał, we wszystkie 
pilnie zaglądając, ciemną bokówkę nawet obejrzał i do świetlicy wróciwszy, pod wielką kanapą 
kijem czas jakiś wodził, aż do pieca przydreptał i chciał zajrzeć w znajdujące się pod nim małe 
sklepienia. Ale usiłując pochylić się do samej ziemi, równowagę stracił i całym ciężarem swego 
wyschłego, lecz kościstego ciała na podłogę runął. Najbliżej upadającego znajdująca się Justyna 
najprędzej znalazła się przy nim i pochylona, już zręcznym ruchem głowę jego podnosiła, gdy 
rubasznym i wyraźnie rozgniewanym ramieniem odtrąconą się uczuła. 
— Za pozwoleniem, proszę dziadunia mego nie ruszać... już ja sama dam rady... już co się 
tyczy dziadunia, to on pewno do mnie należy... — prędko i plączącym się ze wzruszenia językiem 
zagadała Domuntówna. 
Jednocześnie z ostrożnością, lecz i niepospolitą siłą dziadka z ziemi podniosła, popędliwym 
gestem usuwając Jana, który jej chciał przyjść z pomocą. 
— Niech pan Jakub uspokoi się — przemówił Anzelm — Pacenki nie ma; ani tu, ani nigdzie nie 
ma, bo on już dawno z tym światem rozstał się. 
— Nie ma? — na kiju wspierając się i jeszcze cały drżący zapytał starzec — czy doprawdy nie 
ma? czy słowo honoru? 
— Słowo honoru! — uroczyście przemówił Anzelm. — Ot, niechaj pan Jakub spokojnie sobie 
usiędzie i grzecznie z nami pogada... 
W tej samej chwili Jan do Justyny szeptał: 
— Nadmiar bym chciał, żeby on przy pani opowiedział jedną historię o dwunastym roku... 
która zdarzyła się z jego bratem, kiedy tu Francuzi byli... On dużo ciekawych historii pamięta... 
Anzelm szept synowca może usłyszał, może też wiedział, czym najłatwiej starca zupełnie już 
uspokoić można, bo posuwając ku niemu krzesło przemówił: 
— Proszę usieść, bardzo proszę. Ciekawość mnie bierze, czy też pan Jakub pamięta jeszcze tę 
historię, co bratu Franciszku wydarzyła się w dwunastym roku... czy może już o niej i 
zapomniał! 
Na pomarszczoną, ceglastoróżową twarz starca spłynęła taka sama łuna odradzającej się i 
rozczulonej pamięci, jak wtedy, kiedy mu Anzelm wspomniał o grobowcu Jana i Cecylii. 
Zdawać by się nawet mogło, że nogi jego nabrały nagle większej mocy i skrzepiło się całe ciało, 
bo nie zważając na podawane sobie krzesło wyprostował się, obie ręce na kiju wsparł, czoło 
podniósł, ku sufitowi spojrzał. 
— A jakże — zaczął — a jakże! Pamiętam... ho, ho! jakby to wczoraj zdarzyło się... Najstarszy 
był... pięciu nas było... ja najmłodszy, a Franuś najstarszy... może mnie dziesięć lat było, a jemu 
dwadzieścia, kiedy go pan Dominik Korczyński, pana Stanisława, teraźniejszego dziedzica 
Korczyna ociec, do legionów zwerbował... przy Napoleonie obydwa wojować poszli... Z pana 
Dominika dobry był kamrat... dobry... ja o tym wiem... bo prawie we trzydzieści lat potem i sam 
z nim na wojnę chodziłem... Nad Franusiem naszym, starszym będąc, opiekę rozciągał, i przez 
listy my o jego powodzeniach i promocjach wiedzieli... Aż tu dwunasty rok przyszedł... Francuzi 
idą! Ociec mówi: „Pewno i Franuś nasz z nimi idzie”. A matka głową kiwa i odpowiada „Pewno 
idzie! Może i do nas zajdzie! Może my jego jeszcze raz przed śmiercią obaczymy!...” Może i 
obaczymy” — mówi ociec... Czekali jego, spodziewali się... Matka najmniejszym czasem w pole, 
na drogę wychodziła, a my, młodsze bracia, tylko co oczu nie powyślepiali, brata oficera 
wyglądając. 
Gdy stary to mówił, Jadwiga nie spuszczała z Justyny oczu, które coraz więcej zapalały się i 
roziskrzały. Nie dosłyszała tego, co Jan do niej przed chwilą szepnął, ale spostrzegła dobrze, że 
kiedy się nachylił ku niej, na ustach miał taki uśmiech, jakiego ona nie widziała u niego nigdy, a 
ciągle patrzał na jej rozpuszczone włosy; zdawać się mogło, że po prostu oczu od nich oderwać 
nie mógł. Justyna zaś słuchała go ze wzniesionym ku niemu wzrokiem, z którego biły promienie 
cichej, jakby nieśmiałej radości. Z trochę jeszcze dygocącym, ale coraz wzmagającym się i 
czystszym głosem opowiadającego starca złączył się gruby szept jego wnuczki. Zdawać się 
mogło, iż szeptem mówiła dlatego, że trudno jej było wydobyć głosu ze wzburzonej piersi lub 
też że sama lękała się tego, co mówiła. 
— Aaaa! — nie spuszczając wzroku z Justyny zadziwiła się — czy to teraz taka moda przyszła, 
żeby rozpuszczone włosy nosić?... Aaaa! rychło może i taka nadejdzie, żeby panny i gołe albo w 
jednych koszulach chodziły! 
Justyna w opowiadanie starca wsłuchana, może złośliwych słów dziewczyny nie słyszała, a 
może też udawała, że ich nie słyszy... Jan na mówiącą gniewne spojrzenie rzucił, ale 
przygryzłszy wargę i ramiona u piersi krzyżując, milcząc plecami ku niej się zwrócił. 
Starzec prawił dalej: 
— Tak my w zaciszku naszym siedząc, wędrownika z dalekich stron po drogach wypatrywali, 
aż zima naszła, taka okrutna, jakiej nigdy za ludzkiej pamięci nie bywało. Ludzi ledwie kiedy z 
chaty wychodzących zamrozie po rękach i nogach opadały, a podczas z wielkiego chłodu prawie 
tchu odwieść nie było można. Śnieg też często sypiąc płoty zasypywał i góry albo, zdaje się, 
kościoły na polu wystawiał. Jednego razu, samym rankiem, zawołał nas ociec, żeby my czegoś 
szli za nim w pole... już i nie pamiętam czego... Przez całą noc zawierucha była taka, że o dwa 
kroki domu albo drzewa byś nie rozpoznał. Śniegu moc nasypało. Idziem my w kożuchach przez 
ogród w śniegu brnąc, aż na końcu ogrodu ukazuje się nam cościś czarnego, stojącego... ni to 
goły pień z nagła wyrosły tam, gdzie go wprzód nie było, ni to drzewniana figura do płotu 
plecami przyparta. „A co tam takiego stoi?” — mówi ociec. „Nie wiemy” — odpowiadamy. A 
matka za nami idąca, nie wiadomo na co, ot tak, przez to chyba, że już ją ciągiem niespokojność 
jakaściś w pole i na drogi parła, powiada: „Może to, nie daj Boże, człowiek zmarznięty!” 
Wszyscy my poszli prędzej, tak że matka nie zdążywszy iść razem z nami w tyle ostała. Przyszli 
my w te miejsce, pojrzeli i tylko co ze strachu na ziemię nie popadli. „Toż to człowiek!” — 
krzyknął do nas ociec. A ja, choć najmłodszy, ale najśmielszy, przyskoczył i z bliskości na tego 
człowieka popatrzywszy takoż krzyknął: „Oficer, tatku, oficer!” Mundur na sobie ten zmarznięty 
człowiek miał cały w dziurach, a czy obuty był, tego i widzieć nie można było, bo śniegu 
nasypało się jemu aż po kolana i od kolan dopiero wyrastał on z tego śniegu, zupełnie jak 
drzewniany, plecami do płotu przyparty, żółty na twarzy gdyby wosk i tylko długie wąsy blond 
na brodę mu spadały, a oczy były jak w głowę wstawione szyby. Jedną rękę miał opuszczoną, a 
drugą bułkę w ściśniętej garści przy gębie trzymał. Od razu już my domyślili się, że uchrony od 
zamieci i chłodu szukając po polu, wędrował, nigdzie nie trafił, bułkę, co ją pewno w kieszeni 
miał, z głodu gryźć począł, i tak go śmierć od mrozu pod samym płotem naszej chaty schwyciła. 
Stoim my, patrzym, dziwujem się, ociec żegnać się świętym krzyżem począł, aż tu i matka 
nadchodzi. W śniegu brnęła, ale szła; cościś ją do tego miejsca parło... Przyszła, spojrzała, 
rękami klasnęła i okropnym głosem wykrzyknąwszy: „Jezus, Maria! toż to Franuś!” na śnieg 
padła... Podtenczas i my wszyscy rozpoznali, kim ten zmarznięty oficer był... 
Prawie jednocześnie, gdy stary słów tych domawiał, na uboczu nieco stojąca dziewczyna 
głośniej już jak wprzódy i z większym rozjątrzeniem zaszeptała: 
— Wielka rzecz! Każden, żeby tak włosy swoje rozpuścił, pokazałby, że ich niemało ma... ale 
nam, prostym dziewczętom, wstydno byłoby tak chodzić!... Oj, oj, włosów dużo, aby rozumu 
tyle! 
Jan prędko teraz ku niej przystąpił. 
— Niech panna Jadwiga żadnych przytyków nikomu w chacie naszej nie robi, ja pannę 
Jadwigę pięknie o to proszę — cicho ale z czołem poprzeczną zmarszczką przerzniętym zaszeptał. 
— To i co, że pan Jan mnie prosi? — z iskrzącymi oczami odszepnęła. — Może kiedyściś prośba 
pana Jana i miała dla mnie walor jaki... ale teraz to już widzę, że trzeba mnie zawczasu na ubocz 
schodzić, aby, broń Boże, pan Jan, z wielkimi paniami przestawając, mnie za swoją poddankę 
nie poczytał... 
Posrebrzane, pozłacane i paciorkowe bransolety dzwoniły u jej czerwonych rąk, które 
gwałtownymi ruchami splatała i rozplatała; we wzburzonym jej głosie zadrżały i na 
kasztanowatych rzęsach zawisły łzy. 
— Dla jakiej przyczyny panna Jadwiga tak złości się i alteruje*? A czy panna Jadwiga wie, że 
złość piękności szkodzi? — z trochą szyderstwa sprzeciwiał się Jan. 
Stary Jakub z wyrazem grozy na podniesionym czole, ze wzniesionym w górę żółtym jak 
wosk palcem mówił jeszcze: 
— Takim sposobem on do swego rodzinnego zaciszka powrócił i jak wartownik nieporuszony 
u wrót rodzicielskich stanął... Tak już jego, w drzewnianą figurę przemienionego, my wszyscy z 
ojcem na rękach swoich do chaty wnieśli a matka na tapczanie przy nim położywszy się jak 
wilczyca wyła... 
Do rozgniewanej wilczycy podobną była dziewczyna, która w tej chwili starca ramieniem 
objęła i usiłując ku drzwiom go zawrócić mówiła: 
— Chodźmy stąd, dziaduniu, no! chodźmy! Dość my już tu pobyli i miłych słów nasłuchali 
się... Tutaj nasza kompania niepotrzebna... Na co nam w oczy leźć... gardzicielom, co wcale 
inszej przyjaźni i sławy żądają? Znajomych nam, chwała Bogu, nie zabraknie... 
Policzki jej i nawet czoło zachodziły sinym prawie rumieńcem, z oczu sypały się iskry. 
Dziadka, który w chwilach przytomności posłusznym był jej jak dziecko, ku drzwiom 
uprowadzając, jeszcze mówiła: 
— Jedno wschodzi, drugie zachodzi! Nas już tu nie potrzebują. Tu już dobre przy lepszym 
staniało. To i chwała Bogu! Owszem! Aby tylko wszyscy na tym handlu dobrze wyszli, bo 
wiadoma rzecz, że kto wiele ściga, mało dogoni. Dobranoc państwu! Zdrowia i dobrego 
weselenia się życzymy! 
I gniew nieposkromiony, i ambitna obraza, i łkania z całej siły tłumione odzywały się w jej 
głosie. Dziadka do sieni wysunęła, flakowaty i zabłocony ogon sukni dla łatwiejszego przejścia 
przez próg w garść zebrała i z głośnym stukiem drzwi za sobą i dziadkiem zamknęła. 
Po wyjściu tych dwojga ludzi pozostali przez parę minut nie mówili nic. Jan pierwszy 
śmiechem parsknął. 
— Ot, języczna! — zawołał. — No, ależ zła! Ja i nie spodziewał się nawet żeby aż taka była! 
Może komu taka szparkość i języczność upodobać się może, ale już mnie to — bynajmniej! 
Anzelm nie zapytywał o nic i żadnej uwagi synowcowi nie uczynił. Widać było jednak, że 
zmarkotniał, nad czymś zastanawiał się i czegoś żałował. Ale Jan po wybuchnięciu śmiechem 
trochę zmieszany do ciemnej bokówki wyszedł, a wkrótce raźnie już do świetlicy wracając 
zawołał: 
— Może panna Justyna chce z bliska popatrzeć, jaka zaraz na Niemnie śliczna iluminacja 
będzie? 
— Jacicę łapią? — zapytał Anzelm. 
— A jakże! tylko co z ogniami wypływać zaczęli... 
— Już mnie i do domu pora! — wstając rzekła Justyna. 
— Ja panią odprowadzę, bo na dworze zupełnie ciemno... 
— Pójdę z państwem i ja — powoli wymówił Anzelm; powoli z zydla wstał i Antolce, która z 
dzbankiem pełnym mleka do świetlicy weszła, powiedział, aby mu czapkę z bokówki przyniosła. 
— Stryjka spacer po nocy sfatyguje — zauważył Jan. 
— Nie bój się. Choć i po nocy, kiedy zechcę, jeszcze prędzej od ciebie iść potrafię — 
zażartował Anzelm. 
W świetlicy zrobiło się trochę ruchu. Za Antolką wszedł Michał w kanarkowym ubraniu 
swym, uświetnionym jeszcze z powodu niedzieli szafirowym, w kształcie motyla związanym 
krawatem. Nie dokazywał jak wczoraj, ale owszem, z powagą ukłonił się i wszystkim: „Dobry 
wieczór państwu!” powiedziawszy, z jedną ręką u zaostrzonego wąsika, a drugą na kłębie 
złożoną w kącie izby stanął i ciekawie na Justynę patrzał. 
Antolka z dzbanka do szklanki ciepłe jeszcze mleko nalewała. 
— Może Justynka świeżego mleka wypije? proszę, bardzo proszę! — zapraszała. 
Anzelm swoją wielką baranią czapkę na głowę kładnąc, powolnym szeptem do synowca 
mówił: 
— Czy sfatyguję się, czy nie, a żeby panna z twojej przyczyny na ludzkie języki padła, nie 
przystanę. Już niedobrze, że na Mogiłę popłynąć nie mogłem, a nocne spacery we dwoje 
odbywać i jej za dobroć złością płacić nijak nie wypada... 
Jan objął go nagle, okręcił się z nim w kółko i z głośnym śmiechem w oba policzki go 
pocałował. 
— Każdy młody głupi! — otulając się kapotą i trochę na synowca rozgniewany sarknął Anzelm. 
Wieczór był ciemny, bo trzępiaste, wieloramienne, do rozwiewających się dymów podobne 
obłoki tu i ówdzie zasłaniały niebo i gwiazdy. 
— Jeżeli pani chce dobrze widzieć, to trzeba aż pod topolę zejść — ozwał się Jan. 
Justyna prędko zbiegła; Jan stryjowi zstępować z góry pomagał. 
Spod topoli widać było długi szlak Niemna, z jednej strony, naprzeciw Korczyńskiego dworu, 
za wysoki brzeg skręcający, z drugiej niknący w przestrzeni za dalekimi piaskami. Justyna 
czwarty już raz dnia tego widziała go w coraz innej postaci. Naprzód ciężkimi chmurami 
podszyty, a z powierzchnią wybuchającą promienistymi ogniskami świateł i skrzydłami jaskółek 
muskaną; potem wzburzony, ponury, wzdęte fale i białe piany toczący, z wlokącymi się w 
deszczowej zawiei żółtymi płyty i chyżo mknącym stadem czarnych czółen; potem jeszcze, po 
burzy, najczystszym błękitem i złotem płynący, w złote dymy ubrany, z poważnym nad sobą 
chórem śnieżnych wron morskich i płochliwą gromadką atłasowych rybitw; teraz, pozornie 
nieruchomy, słał się on w dole wstęgą na dwie podłużne połowy przeciętą: głęboko czarną pod 
długim cieniem boru, a z drugiej strony ciemnostalową. W tym pasie roztopionej stali nie 
błyskały odbicia gwiazd dymnymi, strzępiastymi obłokami przysłanianych, w zamian ślizgały 
się po nim blade połyski i wypływać nań poczęły czerwone, jaskrawe, z daleka kształt okrągły 
mające ognie. Spod stóp wysokiej góry wysuwały się one na punktach różnych, aż z rzadka 
uszykowanym szeregiem rzekę usiały. Gdy płynąć zaczęły, rozpoznać można było, że były to 
płomienie rozniecone na drobnych czółnach i przez siedzących przy nich ludzi wciąż podsycane. 
Było ich ze dwadzieścia. W głębokim dole, po nieruchomej z pozoru rzece płynęły bardzo 
powoli, powoli też ich odbicia kołysały się w ciemnej toni, a w blasku ich zaczerwienione profile 
ludzkich postaci i twarzy z wypukłością rzeźby i zarazem widmową tajemniczością odrzynały 
się od ciemnego tła przestrzeni. Lecz najdziwniejszym i prawie fantastycznie wyglądającym 
zjawiskiem była jakaś mgła gęsta, która niepojętym mnóstwem drobnych, jakby śniegowych 
płatków osypywała czółna i siedzących w nich ludzi, często blask ogni kulami niby białej pary 
przyćmiewając. W powietrzu jej nie było, nie było też na przestrzeniach rozdzielających czółna; 
nie wiedzieć skąd się brała. Jednak wkrótce widocznym się stawało, że składały ją niezliczone 
roje śnieżnych, malutkich motyli, które na skrzydłach z krepy jakby utkanych wylatywały z 
wody. Może było ich tyle, ile ziarn piasku na dnie Niemna, w którego głębiach zrodzone 
opuszczały swój żywioł rodzinny, z żądzą niepowściągnioną i nieścignioną chyżością w blask i 
upał płomieni wpadając. Podstępni rybacy z żywymi ruchami ramion cicho, szybko zgarniali do 
worów tę skrzydlatą zamieć, która ich głowy, odzież, czółna okrywała białością śniegu. 
Cicho, bardzo powoli, bez najlżejszego odgłosu, który by trwożliwe stworzenia wodne 
spłoszyć mógł i odstręczyć, nawet bez plusku wioseł, czerwone ognie i siedzące przy nich 
zaczerwienione profile ludzkie płynęły z dala od siebie w ciemnej przestrzeni po ciemnym 
szlaku rzeki, aż całą jego widzialną długość zajęły. Cicho było wszędzie: pod niebem, w 
powietrzu, na ziemi i na wodzie; tylko w górze, kędyś nad drzewami, wysoko wzbite i w 
ciemności niewidzialne, brzęczały roje nadniemeńskich muszek. Było to brzęczenie nieustanne, 
monotonne, metaliczne; zdawać się mogło, że wydawała je z siebie struna rozciągnięta i drżąca 
pomiędzy usianą płomienistymi punktami ciemną wstęgą rzeki a niebem, pod którym wisiały 
obłoki do rozwiewających się dymów lub do podartej krepy podobne. 
Troje ludzi u połowy góry pod topolą stojących w jednym z czółen poznało Witolda. 
Pierwszy spostrzegł go Jan: 
— Ot i pan Witold z Kaziukiem, Walentego synem, płynie! — zawołał. 
Nie z Julkiem tym razem, ale z innym jakimś rybakiem Witold płynął istotnie, cały śnieżną 
mgłą jacicy osypany, w milczeniu i pilnie tę samą robotę co i towarzysze jego spełniając. 
Delikatny profil jego wyraziście zarysowywał się na tle ognia, naprzeciw grubszej, lecz także 
młodej i kształtnej twarzy towarzysza. 
— Syn pana Korczyńskiego tutaj i siestrzenica jego z nami — z cicha rzekł Anzelm. — Nowina... 
no... wi... na...! Już i nie spodziewałem się nowin takich o... o... glądać! — cicho i mocno jąkając 
się dodał. 
Niewiele przed północą Justyna bocznymi drzwiami do Korczyńskiego domu weszła i zaraz 
w garderobie, w której się znalazła, usłyszała bardzo wyraźnie z sypialni pani Emilii dochodzące 
głośne czytanie Teresy. Przez dwoje drzwi na wpół otwartych widać nawet było część pokoju w 
błękitne sprzęty ubranego i oświetlonego błękitnym światłem, w którym rozlegał się zbyt 
pieszczotliwy, ale przyjemnie brzmiący i biegle po francusku czytający głos kobiecy. 
— „Znalazłszy się przed królem zrobiłam dyg aż do ziemi głęboki i długo nie śmiałam 
spojrzeć na tyle uwielbiane oblicze wielkiego Ludwika*! Kiedy na koniec wzrok podniosłam, 
zobaczyłam przed sobą wszystkie wielkości i chwały Francji otaczające monarchę, tak jak 
gwiazdy otaczają słońce. Był tam wielki Kondeusz, książę de Luynes, książę Montmorency, 
książę Saint-Simon, książęta Broglie’owie, hrabia de la Rochefoucauld, margrabia Créquy* i 
inni, i inni, a wszyscy oczy swe mieli utkwione we mnie i we wszystkich tych oczach wyraźnie 
wyczytałam podziw i uwielbienie, którymi ich piękność moja przejmowała. To potwierdzenie 
świadectwa, które tyle już razy wydawało mi moje zwierciadło, ośmieliło mię do ogarnięcia 
spojrzeniem twarzy królewskiej, a jakimże był mój zachwyt, gdy i jej także uśmiech, uśmiech 
króla-słońca, powiedział mi, że na niebie jego dworu wkrótce gwiazdą pierwszej wielkości 
zaświecę. Doświadczałam uczuć boskich; myślałam, że wstępuję do raju wielkości, blasku, 
elegancji i rozkoszy...” 
— Moja Tereniu — przerwał czytanie drugi głos kobiecy, słaby, łagodny, tęskny — czy możesz 
sobie przedstawić podobnie piękną, podobnie promienną egzystencję jak tej margrabiny!... 
— Ach! takiego życia nawet wyobrazić sobie niepodobna! — westchnęła Teresa. 
— Być gwiazdą pierwszej wielkości na dworze wielkiego króla... bawić się, jaśnieć... 
— Być kochaną... — przerwała Teresa. 
— O, tak! i przez kogóż? przez takiego margrabiego de Créquy!... Jakąż musiała być miłość 
tych wykwintnych, pięknych, poetycznych ludzi! 
— Ach! takiego szczęścia wyobrazić sobie nawet niepodobna! 
— W takich warunkach ja także byłabym zdrową, wesołą, zadowoloną, mogłabym tańczyć, nie 
tylko chodzić, pełną piersią oddychać, słowem, żyć! Prawda, Tereniu? 
— O! 
— Jakże nierówno pomiędzy ludźmi rozdzielone jest szczęście! — raz jeszcze westchnęła pani 
Emilia i zapewne łza spłynąć musiała po jej chudym i białym jak lilia policzku, bo słyszeć się 
dały perswazje Teresy: 
— Niech tylko najdroższa pani nie denerwuje się, nie płacze, bo znowu atak być może... Moja 
najmilsza pani, proszę zapanować nad sobą i nerwy oszczędzać... może już kula dusi?... 
Tego więc wieczoru pani Emilia i jej towarzyszka zamiast po rozłogach kuli ziemskiej 
podróżowały po przestrzeni czasu zatapiając się w czytaniu pamiętników jednej ze sławnych w 
wieku siedemnastym wielkich dam francuskiego dworu. 
Justyna weszła do ciemnej sali jadalnej, w której głębi przez drzwi szeroko otwarte widać 
było gabinet pana domu, obficie dużą na biurku stojącą lampą oświetlony. Przy biurku siedział 
Benedykt Korczyński i w rozwartej przed nim rachunkowej księdze kreślił długie kolumny cyfr i 
notatek. W świetle lampy wysoka i gruba jego postać z długimi wąsami, ciemną twarzą i 
gęstymi, rozrzuconymi włosami uwypuklała się ciężko i ponuro. Było coś smutnego i bardzo 
poważnego w tym człowieku, samotnie o północy w głębi wielkiego, starego domu pracującym. 
Wydawał się tak w pracy swej pogrążonym, że żadna myśl jej obca, żadna troska nie mająca 
związku z wychodzącymi mu spod pióra notatkami i cyframi dosięgnąć by go nie mogły. Jednak 
w sąsiedniej ciemnej sali odgłos stąpania usłyszawszy, żywym ruchem głowę znad księgi 
rachunkowej podniósł. 
— Witold? — głośno zawołał. 
Justyna w progu oświetlonego gabinetu stanęła. 
— A! to ty! — wymówił takim tonem, jakby tylko co był się ucieszył, a teraz uczucia zawodu 
doświadczył. 
Ręką po drgających od zmęczenia powiekach powiódł. 
— Nie wiesz czasem, gdzie... Witold? 
Powiedziała, że tylko co widziała go pływającego po Niemnie z rybakami, którzy jacicę 
łowią. 
— A! — rzekł krótko i znowu pochylił się nad rachunkową księgą. 
Justyna zbliżyła się ku niemu. 
— Dobranoc, wuju — rzekła z cicha í dłużej, serdeczniej niż zwykle rękę jego ucałowała. 
Po głowie jej kręciły się słowa: 
„Nie krzyknął, nie zapłakał, tylko przed oknem stanął i w nocne ciemności patrząc takim 
głosem, jaki u konających bywa, kilka razy imienia boskiego wezwał !” 
Całując go w rękę, w twarz mu patrzała. Boże! ileż zmarszczek, ileż zmarszczek tę twarz 
okrywało! Tworzyły one grube fałdy i cienkie promienie na czole, na policzkach, dokoła 
wypukłych oczu z piwną, posępną źrenicą. Która z tych zmarszczek była mogiłą jego obu braci? 
w których pogrzebane leżą nadzieje i uniesienia jego młodości? które wyrył czas przez 
dwadzieścia kilka lat długo, ciężko, ołowianymi kroplami na głowę mu ściekający? 
— Dobranoc, dobranoc! — z roztargnieniem odpowiedział i szorstkimi wąsami czoła jej 
dotknął. O nic jej nie zapytał. Nigdy domowych nie zapytywał o nic; co się ich samych tyczyło. 
Wiecznie zajęty, zafrasowany, zamyślony, wydawał się na wszystko, co z gospodarstwem i 
interesami związku nie miało, obojętnym, a zapewne takim był i istotnie. Jednak gdy odeszła, 
podniósł znowu głowę, odrzucił pióro i długi wąs gwałtownym ruchem w dół pociągnął. Coś w 
nim wrzało żalem, gniewem, niepokojem. 
— Z rybakami po Niemnie pływa... błazen! — gniewnie i prawie głośno sarknął. — Nigdy go w 
domu nie ma... nigdy przy mnie... nigdy tak, jak dawniej... zły chłopak... bez serca... egoista! 
Koniec wąsa do ust włożył, szklanym wzrokiem wpatrzył się w przestrzeń i ze zdumieniem, 
cicho, kilka razy wymówił: 
— Co mu się stało? co mu... co mu... co mu się stało? 
Nieopisana tęsknota poruszyła zmarszczki jego czoła, osłupiałe oczy wilgocią zaszły. 
Wszedłszy na wschody do górnej części domu prowadzące Justyna uchyliła po cichu drzwi 
pokoju swojego ojca. Rozlegające się w ciemności przeciągłe, głośne chrapanie oznajmiało o 
głębokim i spokojnym uśpieniu Orzelskiego. Otworzyła naprzeciw znajdujące się drzwi i 
znalazła się w pokoju swoim i Marty, lampką palącą się na stole oświetlonym. 
— Aha! jesteś! przecież wróciłaś! O północy panienka ze spacerów wraca. Winszuję, ale nie 
zazdroszczę! Mnie lepiej w łóżku leżeć. Starość i młodość! Wieczna historia! 
Słowami tymi powitał ją gruby i trochę ochrypły głos, z kąta dość obszernego pokoju 
wychodzący. W kącie pokoju stało łóżko, na którym watową kołdrą owinięta i w całej długości 
swej wyciągnięta, z twarzą ku sufitowi zwróconą leżała Marta. W półcieniu sztywne jej ciało 
podobnym było do spowitej mumii; żółta twarz majaczyła śród bieli poduszek i oczy jak czarne 
paciorki błyszczały. 
Justyna w milczeniu zbliżyła się do komody, nad którą wisiało przybite do ściany lusterko, i 
powoli suknię zdejmować i włosy splatać zaczęła. Marta mówiła ciągle: 
— Skądże to bogi prowadzą? A miotły żadnej z sobą nie przyniosłaś? Widziałam ja dziś, 
widziałam, jak stroiłaś się w muślinową sukienkę i z pół godziny włoski sobie przed lusterkiem 
układałaś. Byłam pewna, że spodziewasz się wizyty bogatego konkurenta. Ot, biały kruk znalazł 
się, słowo honoru! Biedną dziewczynę, nie tak to wysoko edukowaną i nie tak to nadzwyczajnie 
piękną, wprost z rezydencji u krewnych za żonę chce wziąć i wielką panią zrobić! „No, no! — 
myślę sobie — nic dziwnego, że sama nie wie, jak do niego przyozdobić się i ustroić!” Aż tu 
wzięła, poszła sobie i na pół dnia zginęła. Gdzie ty ginęłaś? Czy znów tam?... I po co to? 
Wieczne głupstwo! A żeby Różyc przyjechał, ha? Dwom bogom nie można służyć... albo 
książę... no, nie książę, ale w porównaniu z tobą więcej, niż książę... królewicz, albo chłop. Po 
chłopskie miotły chodząc królewicza stracić możesz i lament będzie, i prędko zrobisz się do 
cholery podobna, jak ja, albo do synogarlicy, wiecznie szyję po cukier wyciągającej, jak Teresa! 
Wieczny śmiech, słowo honoru! Cha, cha, cha, cha! Uf, nie mogę... 
Zaśmiała się, zakaszlała i zaraz znowu mówić zaczęła. Oprócz zwyczajnej żywości i 
popędliwości czuć było w jej mówieniu niezwykły niepokój. Nogami pod kołdrą czasem 
poruszała i oczy jej w półcieniu coraz silniej połyskiwały. 
— Cóż tam słychać?... ha? co ty tam robisz? o czym rozmawiasz? Alboż ty umiesz z nimi 
rozmawiać? Oni tam nic o francuskich romansach ani o sonatach i nokturnach nie słyszeli, a przy 
tym wyrazów takich śmiesznych używają... wszelako, smętek, przeddziady, złotny, siestra... 
pamiętam... pamiętam! Kiedyś tak byłam do ich mówienia przywykła, że i sama, bywało, omylę 
się czasem i powiem: przeddziad albo złotny, a potem aż palę się od wstydu. No, co tam! Pewno 
aż cię korci, tak chcesz dowiedzieć się, czy królewicz dziś przyjeżdżał. Bądź spokojna, nie 
przyjeżdżał. Kirłowa tylko zaraz po twoim wyjściu przyjechała; Emilka przysłała po mnie, abym 
ją przyjęła, bo sama spodziewała się migreny i już nawet poziewać zaczynała... W gruncie 
rzeczy, nie tyle z powodu migreny Kirłowej przyjąć nie chciała, ile dlatego, że leniła się 
rozmawiać. A Teresa znów mówiła, że jakąś bardzo ciekawą książkę dziś czytają. Wieczne 
głupstwo! Dość, że z Kirłową godzin ze dwie przesiedziałam, choć mnie aż z kanapy podnosiło, 
bo bułki dziś piekłam. Od pierwszego momentu o ciebie pytać się zaczęła: gdzie ty? co robisz? 
jak teraz wyglądasz? czy poweselałaś? Potem delikatnie naprowadziła rozmowę na Zygmusia i 
po cichutku mnie zapytała: czy ty już w nim ani troszkę zakochaną nie jesteś? Aż nareszcie i o 
kuzynku gadać zaczęła: jakie mu jeszcze majątki i bogactwa zostały, jaki on dobry, jaki 
nieszczęśliwy! Zapytałam się: dlaczego taki nieszczęśliwy? „Ot, mówi, żałuje, że młodość, 
zdrowie i tyle majątku zmarnował, a przy tym...” i cościś mnie takiego powiedziała, że nie 
zrozumiałam... „Największe jego nieszczęście” — zaczęła i zaczerwieniwszy się, jak to ona 
czerwieni się zawsze, za język siebie ukąsiła. Mnie ciekawość wzięła. Dopytywać się zaczęłam: 
jakie to nieszczęście? Ze spuszczonymi oczami jak truśka mruknęła: „Morfina!” I niczego już 
więcej o tym dopytać się u niej nie mogłam. O tym już tylko mówiła, że pragnęłaby bardzo, aby 
się ożenił i w Wołowszczyźnie stale osiadł, bo to jedno jeszcze mogłoby go ze wszystkich jego 
nieszczęść wyleczyć. Trzeba tylko, żeby ożenił się z kobietą dobrą, rozsądną, poważną i taką, 
która mu się bardzo podoba. Ta kobieta byłaby z nim szczęśliwa, bo dobry jest, rozumny, 
szlachetny i tyle tylko jego winy, że bogatym będąc za wiele sobie za młodu pozwolił. On sam 
już to zrozumiał i żenić się postanowił... Słyszysz, Justynko? Już postanowił, a ona, zdaje się, 
dlatego tylko dziś tu przyjechała, aby wyrozumieć, co ty o tym myślisz i jak postanowisz... Na 
swachę wykierowała się, ale nic w tym dziwnego nie ma: kuzynka chce od baletnic, bankructwa 
i jakiejś tam morfiny wyratować, a on podobno dobry dla niej i trochę jej nawet świadczy... 
Widzisz, co ja tobie naopowiadałam! Może zła koleżanka ze mnie? Teraz możesz spokojnie 
położyć się i o panowaniu marzyć. Nie rozumiem tylko, słowo honoru, dlaczego dziś w domu 
nie siedziałaś i na królewicza nie czekałaś? Papcio cały dzień sam grał, a nad wieczór zachciało 
mu się z akompaniamentem pograć... Jakiegoś nowego nokturna czy diabła nauczył się i ciebie 
nauczyć chciał... Po całym domu córeczki szukał, a córeczka jak w wodę wpadła. Gdzie ty 
przepadałaś? Pewno sama jedna jak mara nie włóczysz się po polach i lasach! Nim królewicza 
do reszty złapiesz, pasterza sobie jakiegoś wynalazłaś. No, przemówże choć słowo! Czy 
oniemiałaś? Ja do niej gadam i gadam, wszystkie nowiny, które ją interesować mogą, 
opowiedziałam, od gadania aż ochrypłam, a ona nic powiedzieć mnie nie chce... skryta, harda... 
niedobra dziewczyna... słowo honoru, niedobra! Uf! 
Łatwo odgadnąć było można, że pragnęła, aby ta, do której przemawiała tak długo, odpłaciła 
jej wzajemnym opowiedzeniem czegoś, co ją zajmowało, zaciekawiało gorąco, namiętnie. 
Namiętnym blaskiem gorzały teraz w półcieniu jej czarne oczy; ręce spod kołdry wydobyła i 
czyniła nimi niespokojne, prawie gwałtowne ruchy. W głosie, jakim ostatnie wyrazy swe 
wymówiła, brzmiał żal do towarzyszki uczuwany. 
— Skryta, harda, niedobra! — powtórzyła. 
Zakaszlała, umilkła i z oczami w sufit wlepionymi nieruchomo znowu leżała. 
Justyna z warkoczem już splecionym i z tyłu głowy zwiniętym, w białym, luźnym kaftanie, 
bosa, do łóżka jej podeszła i przy nim uklękła. Rękę jej dużą, kościstą w swoje ręce biorąc, 
blisko ku niej schylona, cicho zapytała: 
— Ciotko, dlaczego ty żoną jego zostać nie chciałaś? 
— A? co? — wzdrygnęła się stara panna i całym swym ciężkim ciałem ku pytającej się 
zwróciła. 
— Co? dlaczego ja... jego żoną... — głośnym i trochę świszczącym szeptem mówić zaczęła — 
jego?... czyją? czy ty go naprawdę widujesz... znasz? Czy to on sam tobie mówił... o mnie 
mówił... wspominał?... naprawdę wspominał? 
— Wspominał, mówił, wiele przecierpiał, i teraz jeszcze nie stał się zupełnie takim jak 
wszyscy... 
— Przecierpiał! a jaż nie przecierpiałam? Niezupełnie taki jak wszyscy?... a jaż taka? Wieczny 
smutek... wieczny smutek... wiecz-ny smu-tek!... 
Wielkie, ciężkie, długie westchnienie szeroką jej pierś podniosło; ozwała się w nim chrypka 
do jękliwego szmeru podobna. 
— Dlaczegóż? dlaczegóż więc? dlaczego? — rękę jej coraz mocniej w dłoniach cisnąc z 
gorączkowym prawie pośpiechem zapytywała Justyna. 
Rozgorzałe oczy Marty tkwiły w jej twarzy, jakby przeszyć ją chciały i dostać się aż do 
mózgu, aż do najskrytszych myśli. 
— Nie powiedział przyczyn? Wszystko powiedział, a przyczyn nie powiedział? a? 
— Nie powiedział. 
Długo milczała, potem spokojniej nieco niż wprzódy, od klęczącej przy niej dziewczyny 
wzrok odwracając, mówić zaczęła: 
— A ty chcesz wiedzieć? chcesz? przez ciekawość? Zawsze to rzecz ciekawa, dlaczego panna 
kawalerowi, choćby takiemu, harbuza dała. Pewno myślisz, że o czymś ciekawym posłyszysz? 
Jakaś osobliwa historia... przymus... przeszkody... awantury... tragedie! Otóż mylisz się. Niczego 
osobliwego, romansowego, jak na teatrze odegranego nie było. Była to sobie rzecz ordynarna, 
prozaiczna, taka, co wszędzie rośnie, i tam nawet, gdzie jej nie posieją. Było to wieczne 
głupstwo... moje własne głupstwo... widzisz, jak prozaicznie... 
Zaśmiała się. 
— Przyczyny... — powtórzyła — przyczyny... przyczyny... Dwie ich były: raz, że królewna 
okrutnie bała się ludzkiego śmiechu; po wtóre, że bardzo też zlękła się ciężkiej pracy. Ot, i 
wszystko. Zabraniać nie zabraniali, bo nikt też i prawa do tego nie miał. Sierotą byłam i 
dwadzieścia kilka lat miałam. Ale wyśmiewali, żartowali, kpili! Dopóki na świecie gotowało się 
jak w garnku i ludzie z pozapalanymi na karkach głowami chodzili, dopóty o równości mowa 
była; obejmowali się, ściskali, bratali, pan chłopa w karecie swojej woził i pięknie prosił: 
„Kochaj ty mnie choć troszkę i nazywaj mnie po imieniu, Wasylku! czy tam Jurasiu albo 
Anzelmku!” Ale kiedy pożar zgasł, na zgliszczach znowu pokazały się góry i doliny jak dawniej, 
jak dawniej... góry i doliny! „A ty, Wasylku albo Anzelmku, nie waż się z doliny na góry 
wchodzić! A ty, królewno, jeżeli z góry na dolinę zstąpisz, to my cię ani bić, ani prześladować 
nie będziem, bo za rozumni jesteśmy na to i za delikatni, ale wyśmiejem cię, tak wyśmiejem, że 
aż kolki nas w bokach zeprą!” Ot, jak było! Nie przeszkadzali, nie prześladowali, tylko 
wyśmiewali. „Ot, ślicznego konkurenta Marteczka sobie zdobyła!” Darzeccy wyśmiewali, ten 
błazen Kirło kpił, nawet pani Andrzejowa uśmiechała się na samo wspomnienie, że ja bym 
mogła wyjść za takiego człowieka, co własnymi rękami orze. Ten błazen Kirło aż zalegał się od 
śmiechu: „Co to orze! orać to jeszcze pięknie, poetycznie, ale on sam gnój na pole wywozi i 
pewno od tego bardzo śmierdzi!” I każdy, kto tylko o tym konkurencie posłyszał, aż kładł się od 
śmiechu. A ja, wiesz? jak w ogniu paliłam się we wstydzie. Nocami, bywało, płaczę z tęsknoty 
za nim i z wyobrażenia, jaka bym z nim szczęśliwa była, jak bóbr płaczę; a w dzień przed 
krewnymi i znajomymi, słowo honoru! zapieram się jego jak Piotr Chrystusa, i... wiesz? wieczna 
podłość! sama, sama z takiego konkurenta śmieję się, więcej jeszcze niż oni. Czasem łzy gradem 
leją się mnie po twarzy, ale oni myślą, że to od śmiechu... Jeden Benedykt nie wyśmiewał, bo 
mu i nie do śmiechu wtedy było i może nie tak prędko, jak inni, zapomniał o tym, że brat tego, 
którego tak wyśmiewali, do jednej mogiły położył się z jego bratem. Ale on znów z innej beczki 
zaczynał. Perswadował: „Praca ciężka. Będziesz musiała sama pleć, żąć, krowy doić, gotować, 
prać...” Całą litanię wypowiadał tego wszystkiego, co ja robić będę musiała. „Nie wytrzymasz, 
zdrowie stracisz, zgrubiejesz, schłopiejesz!” To mnie i najwięcej odstręczyło, jeszcze więcej niż 
kpiny i wyśmiewania. W samej rzeczy, jakimże to sposobem, ja, królewna, miałabym pleć, żąć, 
krowy doić, prać?... Zamęczę się, pewno zamęczę się, nie wytrzymam przy tym i schłopieję! 
Skąd te moje królestwo pochodziło? Diabli chyba wiedzą, bo goła byłam jak bizun, w 
dziurawych trzewikach czasem chodziłam; edukację jakąś miałam, ale wcale pewno 
nieosobliwą, a pracowałam w Korczynie od najmłodszych lat, zawsze, i nie na żart, bo całym 
domem, folwarkiem, ogrodem zarządzałam, szyjąc przy tym odzienie dla siebie i dla innych, dla 
siebie te tylko, które w prezentach od krewnych dostawałam. Ale z obywatelskiej familii 
pochodziłam, krewni majątki mieli... Więc tedy i królewna... Naprawdę, takiej pracy, jaką bym 
tam miała, przelękłam się... „Co tam — myślę — zapomnę, odtęsknię się, odżałuję!” A Darzecka 
trzepała: „Zdarzy ci się pewno ktoś inny, stosowniejszy, ja ci sama wyswatam!” Nie zdarzył się, 
nie wyswatała, bo prędko zaczęła własne córki swatać, a czy ja odżałowałam i zapomniałam, o 
tym już tylko mnie i Panu Bogu wiadomo. Dość, że za chłopa nie wyszłam, nie żęłam, nie 
płełam i krów nie doiłam... bo co się tyczy gotowania i prania, to zdarzało się, zdarzało się... 
Korczyn z wielkiego zrobił się małym królestwem i wypadało w nim nieraz ręce przy robocie 
namozolić... Ale nie żęłam i nie płełam... a to wiele znaczy... dla tego wyrzec się wiele warto... 
dla tego tylko, aby nie żąć i nie pleć, żyć warto... już to za wszystko wynagradza: i za kochanie, i 
za dach własny, i za te dzieciaki, które by może pieszczotami życie słodziły, i za to, że człowiek, 
zanim jeszcze postarzał, do cholery podobnym się zrobił, za wszystko wynagradza... za wszystko 
nagrodę sobie znajduję w tym, że nie żęłam, nie płełam i nie schłopiłam się... Toteż kontenta 
jestem, bardzo kontenta, i całe życie w wielkim ukontentowaniu przebyłam... A przy tym sława i 
honor mnie należy za to, że wyratowałam się od wstydu i poniżenia... sława i honor... wieczny 
honor... wieczny honor! 
— 
Ciotko! ciotko! biedna, biedna ciotko! — rękę rozgorączkowanej i coraz śpieszniej 
oddychającej kobiety w dłoniach swych tuląc szeptała Justyna. 
Ale ona, zwracając ku niej swą żółtą twarz, na której policzki wybiły się dwie ogniste plamy 
rumieńców, prędkim, świszczącym szeptem pytać zaczęła: 
— Cóż tam z nim? jak on wygląda? czy zupełnie wyzdrowiał? czy z synowcem w zgodzie 
żyje? 
Długo obie z twarzami ku sobie przybliżonymi szeptem z sobą rozmawiały. 
— Dom nowy zbudował? Jakże tam we środku? świetlica duża, czysto? porządnie? 
A gdy Justyna na wszystkie już pytania jej odpowiedziała, zapytywała znowu: 
— Wspomina? jak wspomina? 
Czasem zamyślały się obie i chwilę milczały. Potem słychać było znowu szept pytający: 
— Wspomina? czy często wspomina? 
Przyjaźnie, łagodnie, z cicha, klęcząca przy łóżku, kwitnąca młodością i siłą kobieta 
opowiadała drugiej — tej poranionej, zestarzałej, gorzkiej i gniewliwej — jak i kiedy o niej mówił, 
opowiadał, wspominał. 
Po wklęsłych, zwiędłych ustach Marty przewijać się zaczął uśmiech, uspakajały się 
wzburzone jej rysy, powieki opadały na ukojone, przygasłe, cichą słodyczą omglone źrenice. 
— Wspomina! — szepnęła raz jeszcze i uciszyła się zupełnie. 
Nie usnęła, ale cicho i nieruchomo leżała, tylko w jej piersi, wzruszeniem i długim 
mówieniem wzmożona, grała, jęczała, szemrała chrypka. 
— Ciotko — szepnęła Justyna — ty chora jesteś naprawdę i ciężko. Dlaczego leczyć się nie 
chcesz? 
Podniosła powieki i znowu ze zwykłą swą porywczością i oburkliwością sarknęła: 
— Po co? na co? czy nie możesz powiedzieć mi, po co i na co? 
A potem dodała prędko: 
— Któż ci to powiedział? Wymyśliłaś! i dzieci wymyślają, że ja chora. Zdrowszej ode mnie na 
świecie nie ma. Dajcie mi pokój z waszym leczeniem i z waszymi doktorami. Idź spać! 
Dobranoc! 
Wymówiwszy to zamknęła znowu powieki i znowu powoli wyrazem ukojenia i słodyczy 
oblekły się jej rysy. 
Justyna wstała, chwilę jeszcze na nieruchomo leżącą kobietę patrzała, aż pochyliła się i długo, 
cicho pocałowała ją w usta. Potem odeszła, lampę zagasiła i u zamkniętego okna usiadłszy 
patrzała na błękitnawe świtanie, wśród którego drzewa, niby zaczarowane straże, stały w 
nieruchomości kamiennej, blade obłoki krepowym welonem zasłaniały niebo, a na Niemnie 
bladosrebrnym gdzieniegdzie pluskały ryby, w wielkie koła rozbijając zwierciadlaną 
powierzchnię wody lub wyrzucając nad nią krótkotrwałe, niskie fontanny. Wkrótce znad boru, 
we wschodniej stronie nieba, wychylił się różowy rąbek jutrzenki, po gałęziach drzew przebiegły 
szeleszczące dreszcze, ciszę zmąciło przeciągłe, donośne pianie koguta, które rozległo się blisko 
domu, potem powtórzyło się dalej i znowu dalej, coraz dalej, a zarazem słabiej. Jak czujni 
wartownicy na rozległej przestrzeni rozstawieni i kolejno sobie hasło podający, tak ptaki te 
wśród powszechnego uśpienia powtarzały jeden za drugim wschód dnia zwiastujące, tryumfalne 
krzyki. Justyna w coraz rozszerzającą się i gorętszą wstęgę jutrzenki wpatrzona, uchem łowiła 
kogucie piania, które teraz słabym odgłosem dochodziły z okolicy, z najbliższych zrazu jej 
domów, potem z dalszych, na koniec, zaledwie dosłyszalne, z bardzo daleka, może aż znad 
parowu Jana i Cecylii. Zamknęła oczy i głowę złożyła na wspartym o okno ramieniu, i marzyła 
czy śniła? Widziała przed sobą wyraźnie, żywo, prawie jaskrawo zagrodę, blaskiem jutrzenki 
zaróżowioną, operloną poranną rosą i stąpającego po niskiej trawie dziedzińca młodego, 
pięknego chłopca. Do stajni poszedł, wrota jej otworzył, wóz drabiniasty wyciągać z niej zaczął. 
Młodziutka, bosa dziewczynka z wiadrami na ramionach pod szeregiem starych lip przebiegała, 
ku rzece dążąc; stary człowiek w grubej kapocie, z promienistym snopem zmarszczek na 
wysokim czole, otwierał okno przeciwka i blade, cierpiące źrenice ku porannemu niebu 
podnosił. Lecz któż to jeszcze wyszedł na ganek domu i stoi pod jego gzymsem w grube floresy 
wyrzeźbionym? To ona sama... ona... w krótkiej, kraciastej spódnicy, z kosą spuszczoną na luźny 
kaftan, z twarzą tak szczęśliwą jak szczęście tego pięknego chłopca, który ku niej oczy zwrócił, z 
sierpem w ręku... 
Marzyła czy śniła? Wydało się jej znowu, że zmrok panował na świecie, przezroczysty, ale 
bez dnia i słońca, a ona górą płynęła i szeroki widnokrąg obejmowała wzrokiem, tak szeroki, że 
widziała wyraźnie dwór korczyński i okolicę, i w gęstej zieleni ukryty grobowiec legendowej 
pary, i u drugiego końca widnokręgu smutną pustynię piasków, a za nią w zamkniętym kole 
wzgórzystości leśnych samotną, wielką mogiłę. Wszystko to pogrążonym było w 
przezroczystym zmroku; a ona płynąc górą trzymała w ręku lampę... lampę tę samą, która 
wczorajszego wieczora na olchowej komodzie Anzelma płonęła. Widać stamtąd ją wzięła i teraz 
podnosiła wysoko, a promienie jej, skąpe wprawdzie, wąskie, padały jednak na dachy domostw, 
złote nicie rzucały na spajającą zagrody sieć płotów i ścieżek, dostawały się z jednej strony aż na 
prastary grobowiec, z drugiej na opuszczoną mogiłę, oświetlając je i niby je wiążąc, łącząc jak 
ogniwa jednego łańcucha. 
Marzyła czy śniła? Na włosach swych, na twarzy, na ustach uczuła ciepłe, długie pocałunki. 
Były to promienie słońca, które wytryskując zza różowego pasa jutrzenki rozdarły białą krepę 
obłoków i końce strzał swoich spuściły na drzewa, na trawę, na wodę, na rozszczebiotane nagle 
ptaki i — na nią. Lecz sen czy marzenie niosły jej te pocałunki nie od gwiazdy dnia może, ale od 
kogoś innego, innego... bo twarz jej spłonęła rumieńcem i upojony uśmiech roztworzył pąsowe 
usta. 
T OM III 
I 
Wielką panią — jak nazywał ją Anzelm Bohatyrowicz — Andrzejowa Korczyńska nie była, ale 
gdy młodziutka, piękna i posażna przed trzydziestu kilku laty jednego z trzech braci 
Korczyńskich zaślubiała, powszechnie utrzymywano, że do małżeństwa tego tylko miłość 
skłaniać ją mogła. Starających się o jej serce, rękę i majątek było wielu; wybrała z nich najmniej 
bogatego i noszącego nazwisko najskromniejsze. Kochała, z ukochanym łączyła się w uczuciach 
i dążeniach, które młodość jego napełniły, a wkrótce przedwcześnie życie przecięły. Milionów 
mu w posagu nie wniosła, ale — majątek znacznie wartością przewyższający ten, który on 
posiadał, a stanowiący dziedzictwo piękne, do niej, jako do jedynaczki, wyłącznie należące. 
Osowce — podług ówczesnego rachunku — posiadały około stu chat, ziemi wiele, lasy piękne, 
dwór z pretensjonalną nieco wspaniałością zbudowany. Od razu poznać było można, że wzniósł 
go był przed kilkudziesięciu laty zamożny szlachcic, z panami w gonitwę wstępujący. Dom, na 
wiele mil dokoła pałacem nazywany, był po prostu dwupiętrową kamienicą z dwoma rzędami 
wielkich okien, czerwonym blaszanym dachem i szerokim, krytym podjazdem, którego arkady 
oplatała niezmierna gęstwina dzikiego bluszczu. Budowa ta, dość zimno i nago wyglądająca, 
miała przed sobą ogromny dziedziniec zdobny w klomby i trawniki, a tło jej stanowiły stare aleje 
i za nimi na znacznej przestrzeni rozciągnięty tak zwany ogród angielski*, w którego głębokich 
gęstwinach błyskała sieć wąskich dróżek, bielały w różnych kierunkach rozstawione ławki i 
wdzięcznymi łukami wyginały się mostki nad wąską, bystrą, wiecznie szumiącą rzeczką 
zawieszone. Niemna tu nie było, ale rzeczka przebiegając ogród o wiorstę stąd do niego 
wpadała, i tam, w wielkim trójkącie utworzonym przez jedno szerokie, a drugie wąskie koryto, 
na rozległej łące wznosiły się łańcuchy niewysokich, widocznie sztucznych wzgórz, którym 
miejscowa ludność dawała nazwę okopów szwedzkich. Podanie niosło, że niegdyś, przed dwoma 
wiekami, obozowały tu wielkie wojska i staczały się krwawe bitwy. Gdy aleje i zarośla ogrodu w 
jesieni liście swe traciły, łąkę, okopy i dwie łączące się rzeki, wielką i małą, w dalekiej 
perspektywie widać było z okien górnego piętra osowieckiego domu czy pałacu. 
W tym domu czy w tym pałacu pani Andrzejowa urodziła się, wzrosła i spędziła całe życie, z 
wyjątkiem ośmiu lat, które jej u boku męża i w jego domu upłynęły. U początku tych lat 
wyjechała stąd oblubienicą młodą i szczęściem promieniejącą, u końca ich wróciła wdową, w 
czarnych szatach, których już nigdy zdjąć nie miała. Nigdy nie była płochą, zalotną ani do 
zbytku wesołą; w pierwszej nawet młodości i najszczęśliwszych chwilach wyniosła jej postać 
zachowywała coś z ciszy i powagi znamionujących głębokość i powściągliwość uczuć, a w 
samym rozpromienieniu, z jakim od ślubnego ołtarza odchodziła, czuć było skupienie się, 
rozmyślanie, wewnętrzną modlitwę, zdradzające naturę do surowości względem siebie i może do 
mistycyzmu usposobioną. Ktokolwiek jednak znał ją w owej porze życia, pamiętał, że cera jej 
twarzy przypominała kwitnące róże, a układ i mowa, jakkolwiek poważniejsze i powściągliwsze, 
niż powszechnie u kobiet jej wieku i położenia bywało, posiadały wiele uprzejmości i wdzięku 
zdradzając zarazem zdolność do szlachetnych uniesień i zapałów. Wiedziano powszechnie, że dzieliła wszystkie przekonania i dążenia swego męża. Żona demokraty i patrioty, była mu ona 
powiernicą, pomocnicą, wspólniczką, a jeżeli w pracy jego zbliżania się do ludu i zawiązywania 
z nim poufałych węzłów dopomagać mu nie mogła, nie wynikało to z pychy, wzgardliwości albo 
z kastowych przesądów, ale z zupełnej niezdolności do chwilowego choćby rozstania się z 
wykwintnymi formami, do cierpliwego znoszenia zjawisk życia grubych i trywialnych. Nikt 
lepiej i łatwiej od Andrzeja nie umiał zbliżać się do serc prostych, nieoświeconych umysłów, 
nieokrzesanych postaci ludzkich, i nikt do tej czynności od jego żony mniej zdolnym nie był. On, 
zakochany w niej i wybornie ją rozumiejący, z łatwością i wesoło jej to pobłażał; ona zgryzioną i 
upokorzoną się czuła tym jedynym rozdźwiękiem, który w zupełnej skądinąd zgodzie ich 
panował. Chciała, usiłowała, pracowała nad sobą, walczyła z przyzwyczajeniami i najgłębszymi 
instynktami swymi — nie mogła. Wiele, wiele razy wchodziła była do niskich chat z sercem 
pełnym życzliwych uczuć, z ustami drżącymi od cisnących się na nie słów i zawsze stawała tam 
ze swą wspaniałą postawą i podniesioną głową, jak bogini, która w progi śmiertelnych wstąpić 
raczyła, z pozoru dumna i pogardliwa, w głębi rozpaczliwie zmieszana, co czynić i jak mówić 
nie wiedząca, można, a wobec nieznanej sobie siły niedołężna, oświecona, a stającej przed nią 
zagadki nie rozumiejąca, pełna najprzyjaźniejszych uczuć, a drżąca od wstrętu obudzanego w 
niej przez prozaiczność, prostaczość i chropowatość gruntu, na który wstąpiła. Ilekroć 
przemówiła — nie rozumiano jej; gdy do niej mówiono — nie rozumiała. Ogół ją pociągał, 
szczegóły raziły i odstręczały. Z nieprzezwyciężoną odrazą spoglądała na brudne ciała, 
niezgrabną odzież, odymione ściany, zgrubiałe i wykrzywione kształty i rysy. W duszę tego 
wielkiego, zbiorowego zjawiska wierzyła i zrozumieć ją pragnęła, ale aby do jej powłoki 
końcem palca dotknąć, ciężko z sobą walczyć musiała. Machinalnie cofała się przed trochą 
rozsypanego na ziemi śmiecia; do choroby prawie dławiły ją zapachy obór i stajen. Zdolna do 
zrozumienia najwznioślejszych abstrakcji i do namiętnego przeniknięcia się nimi, jak dziecię 
zdziwione i przelęknione stawała wobec wszelkiej choć trochę suchej i twardej realności życia. 
Wiedziała o tym, że z tych realności: z faktów, z cyfr, z poziomych prac, splata się drabina 
wiodąca ku ideałom; ideały kochała i rozumiała, ale żadnego szczebla prowadzącej ku nim 
drabiny własnymi rękami upleść nie mogła. Przeszkadzała jej w tym niezmierna estetyczność i 
wykwintność przyzwyczajeń i smaku tudzież duma prawie bezwiedna, ale całą jej istotą 
rządząca — duma nie tyle wysoko urodzonej i bogatej kobiety, ile istoty czującej, że sercem, 
myślą, smakiem wzniosła się nad wszelką pospolitość, płochość i prozę, że zdolną była do 
wielkiej czystości i podniosłości życia. Za dumę tę, nie rodową, nie majątkową, lecz raczej z 
idealistycznego pojmowania życia pochodzącą, do której jednak mimo jej woli i wiedzy 
mieszało się coś z arystokratyzmu rodu i majątku — karciła siebie nieraz, wyrzucała ją sobie i ze 
względu na jedyny rozdział, który ona stawiła pomiędzy nią a ukochanym przez nią 
człowiekiem, i przez głęboką religijność, która wszystkich na ziemi ludzi miłością i pobłażaniem 
ogarniać nakazywała. Jednak zniszczyć jej w sobie nie mogła — nie dlatego, aby była słabą i dla 
siebie pobłażliwą, ale może dlatego, że ta jej właściwość ściekła w nią razem z krwią wielu 
pokoleń, a utrwaliła się w atmosferze komfortu, poezji, wyniesienia się nad wszystkie 
powszednie sprawy i roboty życia, która napełniała jej dom rodzinny, otaczała ją ze wszech 
stron, gdy z dziecka wzrastała i dojrzewała. Potem, kiedy Andrzeja nie było już na ziemi, a krąg 
jej widzenia, stosunków, dążeń ogromnie zwęził się i zmalał, przyszła pod tym względem do 
zupełnej z samą sobą zgody. Powiedziała sobie, że jak ogień i woda, tak organizmy wyższe i 
niższe, istnienia poziome i wzniosłe pogodzić się z sobą nie mogą; że arystokracja ducha — 
polegająca na zamiłowaniu tego, co czyste i piękne, jest i być ma prawo, i że ona to może 
stanowi całą rację bytu ludzkości; że dla tego, co poniżej mozoli się, grzeszy i choćby z piękną 
duszą, ale w brzydkim ciele po świecie chodzi lub pełza, litość i pobłażliwość mieć, w potrzebie 
pomoc nieść trzeba, ale spokoju swego, samotnych wzlotów ducha, uszlachetnionych 
przywyknień i smaków w ofierze składać nie należy. Powiedziała to sobie i ze spokojnym już 
sumieniem, jak łabędź niepokalany, płynęła życiem wysoko, wysoko nad nizinami, po których 
zwijały się mrówki, skakały wróble i skrzeczały żaby, jednostajnie od pracowitych owadów, jak 
od płochych ptasząt i obłoconych płazów oddalona. 
Nie była wcale słabą ani dla siebie pobłażliwą. Już z samej jej powierzchowności wyczytać 
było można energię nie wylewającą się na zewnątrz ruchliwością i czynami, lecz ku 
wewnętrznemu życiu zwróconą i w ścisłych karbach je trzymającą. Energia ta rozniecała w niej 
ogniska gorących uczuć, może nawet namiętności, ale zarazem zamykała je w formę spokojną, 
niby płomię w marmurowym naczyniu płonące. Kiedy w dwudziestym szóstym roku swego 
życia rozstawała się z ukochanym mężem i jedynego jej dziecka ojcem — niepewna, czy 
kiedykolwiek jeszcze go zobaczy — złośliwi utrzymywali, że usiłowała naśladować Spartanki* i 
inne tym podobne postacie i historie. W rzeczywistości nie naśladowała nikogo; zbyt silnie 
kochała, aby w chwili owej o jakichkolwiek dawnych historiach myśleć mogła. Może te dawne 
historie rządziły jej krwią i nerwami, ale wcale nie pamiętała o nich i sama sobą tylko była, gdy 
na owym piaszczystym wzgórzu — przez Jana Bohatyrowicza Justynie ukazywanym — 
wyprostowana, silna, z rozbłysłymi od zapału oczami ramiona zarzuciła na szyję męża, mocno 
go pocałowała, a wnet z uścisku uwalniając z uśmiechem wymówiła: „Jedź, jedź!” i kilka innych 
wyrazów dodała, których już nikt nie dosłyszał. Gdy odjechał, spomiędzy skupionej na wzgórzu 
gromadki nieco wyosobniona, dała jej przecież hasło do wspólnej modlitwy. Uklękła i głośno 
zaczęła: 
— W imię Ojca i Syna... 
Odmawiała modlitwę za podróżujących i w niebezpieczeństwie będących głośno, powoli, 
wyraźnie, czasem tylko na parę sekund milknąc, jak gdyby słuchając oddalającego się w głębie 
boru tętentu konia lub znad boru ku niebu wzlatujących trelów słowika. Łzy wielkie i rzadkie 
jedna za drugą płynęły po jej policzkach, ale w jej głosie nie czuć było płaczu, wyprostowana 
kibić nie zachwiała się i nie zgięła ani na chwilę, nie wykrzywił się i nie zadrżał żaden rys 
twarzy. Potem raz przy dźwięku dziecinnego głosu zwiastującego straszną nowinę bezprzytomna 
padła na ziemię, ale dźwignąwszy się z parodniowej słabości, w której zdawało się, że rozum 
utraci, nigdy już więcej nie mdlała, nie wybuchała, świadomości i powściągliwości poruszeń i 
słów nie traciła. Taką też wróciła do rodzinnego domu swego. Na fizyczne cierpienia żadne nie 
uskarżała się nigdy; jednak świeże jej przedtem rumieńce zniknęły bez śladu i na zawsze. 
Rozpaczy, płaczu jej nikt też nie widywał, ale i wesołego jej śmiechu nie słyszano też nigdy. 
Ceremonialnie uśmiechała się czasem do obcych, przyjaźnie do krewnych i domowników, czule 
i nieraz z głębokim uszczęśliwieniem do syna, ale nie śmiała się nigdy. Rażącym to w niej nie 
było, bo w zupełnej harmonii zostawało z powagą i wyniosłością całej jej postaci. Znający ją od 
dzieciństwa wiedzieli zresztą, że wybuchliwej żywości i wesołości nie posiadała nigdy. Ludzi 
przecież to usposobienie jej, skupione w sobie, trochę zimne i dumne, onieśmielało i odstręczało, 
a ona nie czyniła nic, aby ku sobie ich pociągnąć. Owszem, osamotnienie, w jakim żyła, zupełny 
wkoło niej brak wszelkiego gwaru i żywego ruchu wydawały się jej jakąś wysokością, na której 
stała nad pospolitymi duszami i istnieniami górując. Łatwiej też w ten sposób ukryć mogła 
cierpienia moralne, a może i fizyczne, które na jej twarzy od razu zgasiły rumieńce młodości i 
zdrowia, łatwiej uniknąć zawsze dla niej przykrych zetknięć ze wszelką pospolitością lub 
brzydotą; łatwiej pogrążyć się bez podziału i przerwy w ulubionych zajęciach i tym trybie życia, 
który od razu, i, jak się pokazało, na zawsze sobie wybrała. 
Jakie były te zajęcia i ten tryb życia przez dwadzieścia trzy lata pustelniczego prawie jej 
przebywania w wielkim dwupiętrowym, murowanym domu osowieckim? Można to było 
odgadnąć z najbliższego jej otoczenia, gdy w południowych godzinach dnia sierpniowego 
siedziała ona u wielkiego okna w głębokim fotelu i ręce z robotą na kolana opuściwszy, 
wzrokiem zamyślonym po zielonych głębiach ogrodu i parku wodziła. 
Był to pokój na górnym piętrze znajdujący się, rogowy, z dwoma oknami na istotne morze 
ogrodowej zieloności wychodzącymi. Wysokość sufitu i prawie okrągły kształt pokoju nadawał 
mu pozór kaplicy, a wrażenie to wzmagało okrywające ściany stare obicie, w wielu miejscach 
spłowiałe, ale jeszcze błękitne i złoconymi gwiazdami usiane, zarówno jak znaczna ilość 
wiszących na ścianach malowideł i w przyćmionym rogu pokoju wznoszący się przed 
klęcznikiem wielki, czarny krucyfiks. Klęcznik był z cennego drzewa, pięknymi rzeźbami 
okryty; od ciężkiego, czarnego krzyża odbijała białością kunsztownie ze słoniowej kości 
wykonana postać ukrzyżowanego Chrystusa. Zresztą, oprócz tego krucyfiksu i leżącej na 
klęczniku bogato oprawnej książki do nabożeństwa świętości żadnych tu nie było. Na ścianach, z 
wyjątkiem kilku starych portretów i jednego daleko świeższego, który nad ozdobnym 
kominkiem umieszczony przedstawiał Andrzeja w porze najpełniejszego rozkwitu jego męskiej 
piękności, powtarzała się wciąż w ramach małych i dużych, rzeźbionych, złoconych, aksamitem 
oklejonych twarz jedna, dziecinna, pacholęca, młodzieńcza, męska, w różnych porach życia i 
usposobienia fotografowana, rysowana, szkicowana, malowana twarz Zygmunta. Wizerunek 
męża pani Andrzejowa posiadała jeden tylko, na żądanie jej w parę lat po ich pobraniu się gdzieś 
daleko stąd przez jakiegoś biegłego malarza mistrzowsko wykonany; portretów syna różnych 
rozmiarów i różnego rodzaju miała ze dwadzieścia. Daleko jeszcze więcej znajdowało się tu 
robót jego, od pierwszych dziecinnych prób ołówka do szkiców, studiów, kopii, które w różnych 
porach życia rzucał na papier i płótno. Było to małe muzeum z niezmierną troskliwością 
zgromadzone i które by każdemu bystremu oku istotę i historię jej syna opowiedzieć mogło. 
Takież samo zamiłowanie w zgromadzaniu pamiątek objawiało całe umeblowanie pokoju, które 
składało się ze sprzętów cennych i wytwornych, ale nienowych i niemodnych. 
Inne części tego domu starannie i wymyślnie odnowiono i przybrano przed ożenieniem się 
Zygmunta; sąsiedzi nawet złośliwie szeptali, że na te różne odnawiania, ozdabiania, przerabiania 
użytą została znaczna część posagowej sumy jego żony. Nikt się temu zresztą bardzo nie dziwił, 
bo powszechnie wiedziano o wysokim estetycznym wykształceniu i nader wymyślnych gustach 
młodego Korczyńskiego, zarówno jak o szerokich koligacjach i świetnej edukacji kobiety, którą 
zaślubiał. Ale w pokojach pani Andrzejowej nie zmieniono nic. W domu należącym niegdyś do 
jej męża od dawna mieszkali ludzie obcy, ale część sprzętów, które ją tam otaczały, znacznym 
trudem i kosztem przez nią nabyta, i teraz znajdowała się wkoło niej. Były to przed trzydziestu 
laty używane, lśniące, włosiennicą lub spłowiałym dziś adamaszkiem* obite kanapy i fotele, 
męskie biurko z cennego drzewa, piękna szafa napełniona książkami w zniszczonych oprawach. 
Jednak pomimo tej czci pamiątek znać tu było także żywe zajmowanie się i teraźniejszością. 
Mnóstwo dzienników i nowych książek napełniało stoły i nosiło na sobie ślady pilnego ich 
czytania. Długie godziny, całe dnie czasem schodziły pani Andrzejowej na przypatrywaniu się za 
pośrednictwem druku różnym społecznym drogom i przemianom, na ściganiu okiem nowych 
strumieni myśli i prac tego ogółu, o który troszczyć się przywykła była niegdyś wraz z 
ukochanym człowiekiem. Tu i ówdzie na ścianach i stołach rozrzucone wizerunki 
współczesnych pracowników: niejakiej sławy myślicieli, artystów i pisarzy krajowych, więcej 
jeszcze przekonywały, że znała i wielbiła tych wszystkich, którzy temu samemu bóstwu, na 
którego ołtarzu zgorzał Andrzej, choć innymi niż on sposoby, ofiarę z życia swego składali. 
Przed głębokim fotelem u okna wielki, głęboki kosz pełen był płócien i wełnianych materii, 
których część i teraz z igłą i innymi przyrządami do szycia na kolanach pani Andrzejowej 
spoczywała. W godzinach pozostających od czytania szyła odzież dla rodzin ubogich, na których 
widywanie zdobywała się bardzo rzadko, ale o których przez domowników swych zgromadzała 
liczne i dokładne wiadomości. Pajęczych robótek i ładnych drobiażdżków nie wykonywała 
nigdy, ale zręcznie i przemyślnie własnymi rękami sporządzała znaczne ilości różnorodnej niewykwintnej odzieży, która wiele istot ludzkich osłaniała przed udręczeniem chłodu i wstydem 
łachmanów. 
Tak jej zeszło lat dwadzieścia trzy, na których tle jednostajnym uwypuklało się kilka 
momentów stanowczych, do pewnego stopnia rozstrzygających o całej przyszłości jej i jej syna. 
Przed osiemnastu mniej więcej laty w tym samym pokoju stoczyła była z bratem zmarłego męża 
rozmowę długą i burzliwą, która o mało nie nadwerężyła na zawsze panującej w ich stosunkach 
zgody i przyjacielskiej poufałości. Prawny i przyrodzony opiekun małoletniego bratanka, 
Benedykt Korczyński, często podówczas bywał w Osowcach. Młody jeszcze w porze owej i 
niedawno ożeniony, dotkliwie już jednak uczuwać on zaczynał ciernie ogólnego i swego życia, 
w kłopoty różne popadał, grubiał, posępniał. Niemniej, w rządach majątku bratowej czynny 
przyjmował udział, tym czynniejszy, że ona po szczerze i gorliwie przedsiębranych w tym 
kierunku próbach zadaniu temu podołać nie mogąc, w imię sieroty po bracie pomocy jego 
zażądała. Z gospodarstwem i interesami dziedziczka Osowiec doświadczyła tych samych do 
zwalczenia niepodobnych trudności, którym uległa wprzódy wobec jednego z pełnionych przez 
jej męża zadań społecznych. Jak tam, tak i tu zetknięcie się z ludzką ciemnotą i nieokrzesanością 
okazało się koniecznym, a tak dla niej przykrym, że do zniesienia prawie niepodobnym. 
Rachunki, procesy, gospodarskie prace i plany w żelazne jakby kajdany ujmowały myśli jej i 
uczucia. Bezwiednie, pomimo nawet najsilniejszego panowania nad sobą, słuchając sprawozdań 
rządcy przypatrywać się zaczynała malowniczym grom świateł w zielonych gęstwinach parku, 
uchem ścigać melodię wiecznie wyśpiewywaną przez przebiegającą go rzeczkę, rozmyślać nad 
świeżo przeczytaną książką, wspominać jakąś rozmowę, swawolę, słowo, uśmiech małego 
Zygmunta. Gdyby szło o nią tylko, o nią jedną, wolałaby o wiele poprzestać na najskromniejszej 
mierności niż troszczyć się o materialne zyski lub straty. Do pewnego stopnia troski takie 
wydawały się jej nawet obniżającymi godność i wartość człowieka. Do ascetyzmu skłonna, 
zbytków żadnych nie pragnęła i nie używała; żałobne jej suknie kosztowały niewiele, stare 
sprzęty były jej najmilszymi; próbując samą siebie przekonała się nieraz, że przez czas długi 
poprzestawać mogła na pożywieniu najgrubszym i najszczuplej wymierzonym. Nieraz chęć 
życia w dobrowolnym, surowym ubóstwie przybierała w niej rozmiary gorącej żądzy. Wobec 
skarbu serca, który utraciła i o którym nigdy zapomnieć nie mogła, bogactwa materialne 
wydawały się jej marnością, po którą schylać się nie było warto; wobec zapałów i poświęceń, 
których była świadkiem i w których udział wzięła, dbanie o wygody, zbytki poczytywała za 
poniżenie moralne, co najmniej za płytkość i pospolitość; wobec publicznych nieszczęść i nędz, 
którym ze swej pustelni przypatrywała się chciwie i z bólem, dogadzanie zachciankom własnym 
i zgromadzanie środków, które je czynią możliwym, stawało przed nią w postaci wstydu i 
grzechu. Ale nie była samą. Rozumiała dobrze, że dla dobra syna, dla tej przyszłości jego, o 
której w ciche, szare godziny dziwne dziwy roić lubiła, powinna była przechować w całości to 
jedno przynajmniej dziedzictwo, skoro drugie, ojcowskie, na zawsze i nieodwołalnie straconym 
dlań zostało. Znowu więc pracowała nad sobą, walczyła, przezwyciężyć usiłowała 
przyzwyczajenia swe i najgłębsze instynkty, i znowu — nie mogła. 
Na szczęście brat męża przychodził jej z pomocą, którą z wdzięcznością przyjmowała, w inną 
jednak sprawę, stokroć w jej oczach ważniejszą i sercu jej bliższą, mieszania się jego dopuścić 
nie chcąc. Benedykt podobnym był w tym wypadku do ostrożnego i lękliwego strategika, który 
po wiele razy i z wielu stron ku obozowi nieprzyjacielskiemu z wojskiem swym podjeżdża, nim 
bitwę stanowczą wydać postanowi. Dla bratowej miał on szacunek rzetelny i onieśmielał go do 
niej układ jej pomimo przyjaznych z nim stosunków zawsze nieco dumny i chłodny. Więc po 
wiele razy o małym Zygmuncie mówić z nią zaczynał, to i owo do zrozumienia jej dawał, na 
myśl nasunąć usiłował, ale ona zdawała się nie słyszeć go lub nie rozumieć. Na koniec dnia 
pewnego do tego samego pokoju wszedł więcej niż kiedy zasępiony i pociągając wąsa, który już 
wtedy długi i w dół opadający twarzy jego nadawał wyraz wiecznego zmartwienia, oświadczył, 
że zamierza otwarcie i bez ogródek o małym synowcu z bratową pomówić. Zapytała go: co by 
jej dziecku miał do zarzucenia? Odpowiedział, że wyrasta ono na francuskiego markiza, nie na 
polskiego obywatela, na panienkę, nie na mężczyznę. 
Przed panią Andrzejową stał właśnie na stole pięknie wykonany i oprawiony portret 
dwunastoletniego chłopca w stroju francuskim zeszłego stulecia z aksamitu i koronek złożonym, 
z opadającymi na plecy strugami ufryzowanych włosów. Dziecko było istotnie bardzo ładnym, 
delikatnym i w malowniczym ubraniu swym wyglądało na książątko. Oczy matki i stryja zbiegły 
się na tym portrecie: pierwsze wyrażały miłość i uszczęśliwienie, drugie — lekceważenie i 
zgryzotę. Z lekceważeniem i zgryzotą Benedykt mówił dalej, że panicza tego na przechadzkach 
guwerner za rękę prowadzi pilnie go strzegąc od widoku i poznania wszelkiej rzeczy do świata 
tego należącej; że jest on fizycznie za mało na wiek swój rozwiniętym, w gustach wybrednym, z 
otaczającymi często despotycznym i wzgardliwym; że na koniec, jako jedyny środek nadania mu 
hartu ciała, trzeźwiejszego kierunku umysłowego i przyzwyczajeń lepszych, pan Benedykt 
doradza oddanie go do szkół publicznych. Wtedy pani Andrzejowa w całej wysokości swej 
powstała i nie tylko stanowczo, ale z oburzeniem oświadczyła, że nie uczyni tego nigdy. Ona, 
ona miałaby jedyne dziecko swoje zmieszać z tłumem pełnym najpoziomszych, a może i 
najbrudniejszych instynktów, zwyczajów, pojęć, wystawić je na niebezpieczeństwo zarażenia się 
pospolitością, prostactwem, może nawet panującą na świecie gonitwą za zyskiem, karierą, 
grubym materialnym użyciem! Nie gardzi ona tłumem, owszem, namiętnie pragnie doskonalenia 
się jego i szczęścia, ale dążeniem jej i celem życia jest to, aby syn jej był nad tłum wyższy, 
czystszy, doskonalszy. Tam rosną i na los szczęścia kształcą się prości szeregowcy; on, wzorem 
ojca, stać się powinien wodzem, w tym znaczeniu wodzem, iż kiedyś, w przyszłości, zaświeci 
tamtym wzorem wzniosłych uczuć i myśli, a może także i natchnionych przez nie czynów. On, 
przy jej boku, pod jej czuwającym okiem, wzrość musi czysty od wszelkiej moralnej skazy, z 
duszą tak wybredną, aby wszelki cień brzydoty i pospolitości wstrętem ją napełniał. 
Umysłowego wychowania jego przecież nie zaniedbuje, drogo opłacani nauczyciele uczą go 
mnóstwa rzeczy, a z czasem, gdy dorośnie, wyjedzie w świat po wyższą jeszcze naukę, ale 
tymczasem, w dziecinnych i pacholęcych latach, atmosfera czystości moralnej i estetycznego 
piękna otaczać go nie przestanie. Ten zbytek w otoczeniu i stroju, który tak bardzo razi jego 
stryja, jest tylko środkiem do nadawania mu tych wytwornych przywyknień ciała i ducha, które 
przez całe już następne życie chronić go będą od wszelkich nawet pokuszeń ku złemu, będącemu 
zawsze fizyczną albo moralną szpetotą. Od tego wychowawczego planu, od tych względem syna 
postanowień nie odwiodą jej żadne rady lub upomnienia; dlatego też życzy sobie ona i prosi, aby 
ją nimi więcej nie niepokojono. 
Benedykt zrozumiał, że wszelkie dalsze próby w tym kierunku pozostałyby nadaremnymi. 
To, co usłyszał, nie było kaprysem lekkomyślnej wietrznicy ani deklamacją rozromansowanej 
gęsi, ale przekonaniem i wolą kobiety myślącej i energicznej. Był to plan obmyślany, 
wyrozumowany, podstawy swe mający w najgłębszych właściwościach umysłu i charakteru tej 
kobiety, w samej niejako treści własnego jej życia. Ile to rozumowań mieszało się w tym planie 
dumy spoglądającej wiecznie ku szczytom dla tłumów niedosięgłym i spomiędzy nich 
wyosobnionym, nie zdawała ona z tego przed sobą dokładnej sprawy, jakkolwiek wiedziała o 
tym, że jest dumną, wzniosłymi pobudkami cechę tę swoją nie tylko usprawiedliwiając, lecz ją w 
sobie wysoko ceniąc. Kiedy Benedykt upierając się jeszcze mówić zaczął o tej właśnie dumie, 
którą tak przedwcześnie objawiać zaczynał mały Zygmunt, odpowiedziała, że pielęgnować jej w 
nim nie przestanie, bo z czasem stać się mu ona może puklerzem przeciw wszelkiemu poniżeniu 
się i bodźcem ku coraz wyższemu życiu. Benedykt w ziemię patrzał, wąsa w dół pociągał i 
chmurny, niezadowolony, lecz bezsilny, opuścił ten pokój do kaplicy podobny, w którym 
niedługo potem odegrać się miała jedna ze stanowczych scen życia jego właścicielki. 
Bardzo samotne i jednostajne życie prowadząc, pustelnicą zupełną pani Andrzejowa zostać 
nie mogła. Kiedy niekiedy odwiedzano ją, tu i ówdzie ukazywała się w domach krewnych i 
sąsiadów. Rzeczą więc było nie tylko naturalną, ale nieuniknioną, że raz ktoś zapragnął posiąść 
serce jej i rękę. I dlatego tylko wydarzyło się to raz jeden, że sposób jej życia i obejścia się 
zrażały do niej usposobienia płoche i odbierały nadzieję najśmielszym. Tym razem człowiek 
świeżo w okolice te przybyły, więc nie uprzedzony, poważny, nieskazitelny, równe jej położenie 
w świecie zajmujący, coraz częściej samotne Osowce nawiedzać zaczął, gorącą cześć i sympatię 
właścicielce ich okazując. Zamiary, które względem niej żywił, najbliższym jej krewnym 
powierzył, o wstawienie się ich i pomoc jak o łaskę największą prosząc. Wtedy cichy ten zawsze 
pokój stał się miejscem częstych rodzinnych zebrań, narad, namów, perswazji. Nikt prawie 
zrozumieć tego nie mógł, aby kobieta podówczas trzydziestoletnia, piękna, majętna zagrzebać 
się miała żywcem w żałobnym prochu wspomnień, wyrzec się na zawsze realnych i każdemu, 
zda się, niezbędnych uczuć i uciech życia. Nawet rodzina zmarłego Andrzeja nie tylko tego 
całopalenia od niej nie wymagała, lecz ją od niego wszelkimi siłami odciągała. Ruchliwa i we 
wszystko mieszająca się Darzecka za swatostwami przepadała zawsze. Benedykt miał nadzieję, 
że wykształcony i z prawości swej znany ojczym zgodniej z własnymi jego wyobrażeniami 
wychowaniem Zygmunta pokieruje. Przyjeżdżano więc do Osowiec, namawiano, rozpowiadano 
o cnotach i zaletach konkurenta, o jego szczerych i gorących dla młodej wdowy uczuciach. Ale 
najwymowniejszym ze swatów było jej własne serce, które za rozkochanym w niej człowiekiem 
przemawiało goręcej, niżby ona spodziewać się albo nawet przedtem przypuszczać mogła. 
Pomimo woli przy zbliżeniu się jego uczuwała, że nie jest abstrakcyjną formułą niewieściej 
cnoty, ale człowiekiem zmuszonym do doświadczania ludzkich pociągów i pokus. Pomimo woli 
odzywała się w niej żądza jakby zmartwychpowstania, jakby otrząśnięcia z siebie mogilnych 
prochów i wyjścia na świat słoneczny, pomiędzy kwiaty. Nęcić ją zaczęła myśl posiadania obok 
siebie rozumnego i kochającego towarzysza wszystkich chwil życia; tęsknota za ciepłem 
rodzinnego ogniska, jak smutna lilia o kroplę rosy błagająca, wyrastała z grobu, dotąd samotnie i 
niewzruszenie wznoszącego się na dnie jej serca. Przyszła na koniec chwila, w której przyjaciele 
i doradcy ujrzawszy ją słabą i wzruszoną wymogli na niej wahające się jeszcze i warunkowe 
słowo przyzwolenia. Odjechali, aby co prędzej radosną wieścią obdarzyć tego, kto na nią 
niecierpliwie i niespokojnie oczekiwał, ale zaraz po ich odjeździe w młodej kobiecie podniosła 
się burza gwałtownych i gorzkich uczuć. Dopóki rzecz była nie postanowioną i w dalekich 
zaledwie przypuszczeniach ukazującą się, dopóty wywierała na nią urok, odpychany, ale często 
nieprzezwyciężony. Teraz, gdy wnet już, wnet życie jej rozłamać się miało na dwie połowy, 
pierwsza ta, która przeminęła, uderzyła ją w serce i oczy całym blaskiem drogich i świętych 
wspomnień. Nigdy, nigdy tak jasno i dokładnie nie roztoczyły się przed nią dzień po dniu, 
godzina po godzinie lata jej pierwszej młodości i miłości; nigdy tak wyraźnie wyobraźnia jej nie 
odtwarzała postaci jej pierwszego i jedynego kochanka i męża. Jakieś smutne szmery 
powstawały wkoło niej i napełniały samotny jej pokój, zdając się przynosić długie, wieczne 
pożegnania, nie wiedzieć skąd, może z tej mogiły wznoszącej się w głębi boru, na którą teraz 
spadała mgła jesiennego deszczu i na której obraz w wyobraźni jej powstający spłynęły jej 
rzęsiste, gorące łzy. Nie, ona zapomnieć nie mogła ani wyrzucić z siebie tego, co tak głęboko 
zapadło w jej istotę i samo jedno dotąd ją wypełniało. Kiedy pomyślała, że wkrótce, prawie 
zaraz, kibić jej obejmą ramiona, a na ustach jej spoczną usta innego mężczyzny, że nowe 
obowiązki, a może i uroki życia do reszty rozerwą związek jej z tamtym i miłość dla niego, 
wspominanie o nim uczynią prawie grzechem i zdradą, uczuła naprzód ból taki, jakby po raz 
drugi na wieki rozstawała się z Andrzejem, a potem zdjął ją niezmierny wstyd nad małością i 
słabością własną. Jak to! dla pospolitych i przemijających rozkoszy, choćby dla trwalszych i 
wyższych, lecz zawsze samolubnych uciech, miałaby ona własnymi rękoma zdruzgotać ideał 
jedynej i wiecznie wiernej miłości, porwać nici pamięci wiążące ją z człowiekiem, który dla 
celów wysokich poświęcił życie, zdjąć z siebie nawet jego nazwisko, strzec się nawet jak zdrady 
westchnienia po nim! Jak to! miałaby ona, jak najpospolitsza z niewiast, przerzucić się z jednych 
objęć w drugie, w jednym istnieniu do dwóch należeć, szczęście sobie zdobywać, gdy tamten 
życie nawet utracił! Tamtemu więc śmierć wczesna i przez wszystkich, nawet przez nią 
zapomniana mogiła, a jej wszystkie wdzięki i pomyślności życia! Któż pamięć o nim na ziemi 
przedłuży, jeżeli ona wyrzuci ją z siebie? Kto przyjmie udział w jego ofierze, jeżeli ona go się 
zrzeknie? Kto myślą przynajmniej, żalem, uwielbieniem towarzyszyć mu będzie w stronach 
ponurych, jeżeli ona w słoneczne, kwieciste odleci? Za samo przypuszczenie, że tak stać się 
mogło, za minutę słabości zmysłów i serca wstydziła się tak srodze, że gdyby była mogła, 
deptałaby siebie własnymi stopy, że z gwałtowniejszym niż kiedykolwiek wybuchem miłości dla 
Andrzeja upadła na twarz przed krucyfiksem, nie do Boga przecież, ale do kochanka o 
przebaczenie wołając. Bogato rozwinięte, piękne jej ciało wiło się u stóp czarnego krzyża w 
objęciach upokorzenia i skruchy, a dusza niby sztyletem niewysłowioną tęsknotą przebita, z 
takim natężeniem wszystkich sił wzbiła się ku temu, za kim tęskniła, że wywołała jedną z tych 
wizji, którym organizmy ludzkie w wyjątkowych tylko stanach ciała i ducha ulegają. Była to 
halucynacja posiadająca dla niej wszystkie cechy dotykalnej rzeczywistości. Ujrzała Andrzeja; 
spłynął ku niej z góry z krwawiącą się plamą na bladym czole i łagodnym ruchem przebaczenia 
czy tkliwej opieki nad głową jej dłoń wyciągnął. Widziała go wyraźnie, z doskonałą 
wypukłością kształtów i dokładnością linii. Milczał, ale ona do niego mówiła. Co i jak mówiła, 
nigdy tego przypomnieć sobie nie mogła, wiedziała tylko, że była to dla niej chwila 
nieziemskiego zachwycenia, z której obudziła się smutniejsza, ale zarazem silniejsza niż kiedy, i 
której powtórzenia się nigdy pragnąć nie przestała. Ale nie powtórzyła się ona nigdy, tak jak nie 
powtórzył się wypadek, który ją poprzedził. Umysł miała zbyt oświecony, aby nie rozumieć, że 
wizja, której doświadczyła, była złudzeniem zmysłów, przez wyjątkowy w chwili owej stan jej 
ciała i ducha sprowadzonym, niemniej pozostawiła w niej ona ślad niestarty i z upływem czasu 
pogłębiać się mający. 
Na swój sposób i niezupełnie prawowiernie matka Zygmunta religijną jednak była głęboko i 
żarliwie. Zewnętrzne praktyki dopełniała rzadko; drobiażdżki noszące imię świętości: obrazki, 
posążki, poświęcane paciorki itp. wydawały się jej oznakami czci błahymi, nieestetycznymi, 
niegodnymi idei bóstwa. W zamian idea ta była jej nieskończenie drogą i świętą; wiara w ideał 
doskonały i niedościgniony, w potęgę i dobroć najwyższą i opiekuńczą stanowiła niezbędną 
potrzebę jej duszy i nie tylko nie zachwiała się w niej nigdy, lecz w życiu pełnym samotnych 
rozmyślań i cierpień dościgła niezwykłej mocy. Wierzyła także w istnienie zagrobowe, bo 
niepodobnym jej się wydawało, aby duchy ludzkie jak zdmuchnięte świece gasnąć mogły i na 
zawsze; bo myślała, że Twórca nie mógł daremnie dać stworzeniu swemu przeczucia i 
pragnienia nieskończoności, z którego powstały wszystkie jego wielkie dążenia i dzieła. 
Wierzyła więc niezłomnie w zaświatowe istnienie Andrzeja i zrazu nieśmiało, potem z coraz 
żywszą nadzieją myślała, że kto wie, czy miłość jej trwałością i siłą swoją nie okupiła sobie 
prawa wniknięcia w krainę nieznaną i dosięgnięcia tego, ku któremu od tak dawna wzbijała się 
bezustannym płomieniem ofiary. Jak martwy przedmiot poruszać się zdaje przez oczami tego, 
kto się weń długo wpatruje, tak cel niedościgły, ale długo i wyłącznie myśli i uczucia człowieka 
na sobie skupiający, zdaje się ku niemu zstępować i przybliżać. Przez długie godziny klęcząc 
przed krzyżem, symbolem męczeństwa za ideę poniesionego, które w jej osobistym życiu tak 
stanowczą odegrało rolę, kobieta, która przez lat dwadzieścia kilka ani razu nie zdjęła z siebie 
żałobnego stroju, pomimo woli i wiedzy przemawiać nieraz zaczynała do tego, po kim strój ten 
nosiła. Przemawiała czasem z zupełną i dziwnie uszczęśliwiającą wiarą, a czasem tylko z 
nieśmiałą nadzieją, że jest przez niego słyszaną. Nikt z ludzi nie słyszał tego, co ona mówiła i 
opowiadała jemu — nie tylko o sobie, ale i o tym, co on na ziemi najbardziej kochał i za co śmierć 
poniósł. Był to jedyny powiernik jej cierpień, tęsknot, pragnień, obaw i tego błysku szczęścia, 
który raz oświecił jej samotne, ciche, prawie klasztorne życie. 
Niewiele potem, gdy przekonała siebie i innych, że ani przeszłości zapomnieć, ani w objęcia 
nowej, chociażby najpromienniejszej przyszłości rzucić się nie może, jeden z nauczycieli małego 
jej syna odkrył w nim talent malarski. Ile w tym odkryciu z tryumfem matce oznajmionym było 
prawdy, a ile złudzenia lub może chęci przypodobania się pani domu, pani Andrzejowa o tym 
nie myślała. Od dzieciństwa w kierunku estetycznym starannie kształcona, grać i rysować 
umiejąca, nie posiadała przecież znajomości sztuk pięknych dość gruntownej, aby przez nią 
odkrycie to zgłębić i sprawdzić. Może zresztą sprawdzenie takie w stosunku do 
dwunastoletniego dziecka nie było możebnym. Od razu i niezłomnie uwierzyła w miłą sobie 
wiadomość, przyjęła ją nawet bez zdziwienia, jak coś, czego spodziewała się zawsze i co 
koniecznie stać się musiało. Zawsze i silnie przekonaną była, że w synu jej i Andrzeja prędzej 
lub później objawić się musi jakaś zdolność nad pospolity poziom go wynosząca, jakaś niby 
iskra z krwi rodziców przez naturę wzięta i na jego czole w gwiazdę pierwszej wielkości 
rozniecona. W mniemaniu jej inaczej być nie mogło: syn jej i Andrzeja człowiekiem pospolitym, 
takim, jacy składają szare i bezimienne tłumy, być nie mógł. Bez zdziwienia więc i uniesień, ale 
z wewnętrzną, głęboką radością wieść o rodzącym się talencie Zygmunta przyjęła i odtąd całe 
otoczenie jego, wszystkie na niego wywierane wpływy, przedtem już pierwiastkami wykwintu i 
piękna przesycone, skierowanymi zostały ku rozwijaniu w nim estetycznych zdolności i gustów. 
Pełne delikatnego wdzięku i wybujałych wymagań dziecko, w cieplarnianej atmosferze 
osowieckiego domu czy pałacu wzrastające i tak od otaczającego je świata oddalone, jakby 
mieszkańcem jego nigdy być nie miało, rwało się istotnie do ołówka, potem do pędzla, z 
niecierpliwością przypisywaną ognistemu temperamentowi, z fantastycznością za nieomylną 
oznakę geniuszu poczytywaną. Biegli i coraz kosztowniejsi nauczyciele wróżyli mu przyszłość 
wielkiego artysty, o której on słuchał z rozkoszą, każdy szczegół własnej osoby i codziennego 
życia tak wyjątkowym uczynić usiłując, jak wyjątkową być miała przypadająca mu w świecie 
rolna wybrańca. Jak promienie słońca skupiają się w soczewce, tak wszystko, co go najbliżej 
otaczało, starania swe i uwielbienia skupiało na nim, i tak z kolei on własne swoje myśli i rojenia 
na samym sobie skupiał. Wszystko, co istniało poniżej tej wysokości, na której niedorostkiem 
jeszcze będąc w mniemaniu swoim stanął, wydawało mu się brzydkim, niegodnym uwagi, nawet 
brudnym i wstrętnym. Nad sobą widział tylko przyszłego siebie. Był środkowym punktem świata 
dla wszystkich, których widywał, i dla samego siebie w oczekiwaniu, aż stanie się nim dla 
ludzkości, to jest, dla tej specjalnej ludzkości, która ma gładką skórę na twarzy i rękach, 
estetyczne ubranie i zna się na sztukach pięknych. O innej słyszał wprawdzie i czytywał nieraz, 
ale nie żywił dla niej uczuć żadnych: ani ujemnych, ani dodatnich. Po prostu: nie myślał o niej, 
nie dbał o nią, nie istniała ona dla niego. W zamian rósł i dojrzewał w absolutnej pewności, że 
jest jednym z najzdolniejszych członków owej znanej mu i pokrewnej ludzkości i że w 
przyszłości stanie się jednym z jej ulubieńców i bożyszcz. Przyszłość ta błysnęła mu nieprędko, 
raz jednak błysnęła. Po wielu latach daleko od rodzinnego miejsca spędzonych, po długich 
studiach długo niepomyślnymi tylko próbami wieńczonych, obraz przez niego wykonany 
wyróżnił się spośród wielu innych i ściągnął na siebie przychylną uwagę znawców. Właściwie, 
nie był to obraz, ale obrazek, rozmiarami drobny i z pomysłem dość pospolitym, ale w którego 
wykonaniu, pomimo niejakich usterek technicznych, czuć było pracowicie wybijającą się na 
wierzch zdolność. Pospolitość pomysłu i techniczne usterki krytykowano, lecz młodą zdolność 
przychylnie zachęcano do dalszej pracy. Powodzenie obrazka zwiększyła o wiele wiadomość, że 
malował go człowiek majętny, z bytem niezależnym i dość wysokim towarzyskim stanowiskiem. 
Spodem płynęły szepty mniej lub więcej wiernie historię jego ojca opowiadające. To i drugie 
sztucznie wydęło rozgłos imieniu młodego malarza i pierwszej roboty, z którą popisywał się on 
publicznie. Ale ani on sam, ani jego matka o sztuczności tej nie wiedzieli nic, a pochwały i 
zachęty raz jeszcze w ich umysłach sztucznemu wydęciu i powiększeniu uległy. Dla pani 
Andrzejowej była to chwila prawie upajającego szczęścia. Ziściły się jej najgorętsze pragnienia. 
Z ekstazą prawie myślała, że na tym samym ołtarzu, na którym zgorzał Andrzej, syn jego 
składać będzie ofiary geniuszu i pracy. Będzie on, wspólnie z garstką wybranych, światłem 
roznieconym w ciemnościach, chlubą poniżonych, świadectwem życia pozornie umarłym. Jego 
natchnienia utworzą jedną z desek ratunkowego mostu nad przepaściami unicestwienia i zguby, 
wytworzą jedną z cegieł do budowania arki, która płomień życia przenosi na drugą stronę 
gaszącej go powodzi. Ta myśl panowała w niej nad wszystkimi innymi. W okazywaniu uczuć 
swoich jak zwykle powściągliwa, w głębi szalała prawie z radości i dumy. Na powierzchowność 
jej wybiło się to promiennością cichą, ale stałą. Częściej niż wprzódy ukazywała się pośród 
ludzi, żądna może usłyszenia tego, co o jej synie mówiono, a może w radości swej większy do 
nich pociąg czująca. Ale w długie zimowe wieczory przy świetle lampy obszerny i wysoki pokój 
oświecającej albo w letnie gwiaździste noce, od których przez otwarte okna płynęły do tego 
pokoju potoki szmerów i woni, dłuższe niż kiedy godziny spędzała przed czarnym krzyżem na 
klęczkach. Bogato oprawnej książki na klęczniku spoczywającej nie otwierała prawie nigdy, ale 
z ust jej płynęły natchnione słowa dziękczynienia i błagania. Tyle lat w tym miejscu z 
zamkniętego przed światem swego serca wylewała tyle łez i skarg. Teraz o szczęściu i 
nadziejach swoich opowiadała duchowi Andrzeja, w którego związek z własnym duchem w 
miarę upływającego czasu wierzyła coraz mocniej. 
Działo się to przed czterema laty. Dziś prawie pięćdziesięcioletnia, pani Andrzejowa 
wyglądała na daleko młodszą, niż była. Kibić jej, zawsze okazała, w ostatnich latach wypełniła 
się jeszcze i zmężniała; biła z niej niepospolita siła i powaga. W wielkiej czystości i regularności 
prawie zakonnego życia, niby w krynicznej wodzie, blada jej cera zachowała delikatność i 
gładkość, drobnymi zmarszczkami gdzieniegdzie tylko mąconą. W pięknym pokoju, któremu 
kształt okrągły i ściany obrazami okryte nadawały pozór kaplicy, na tle wielkiego okna, za 
którym rozlewało się morze zieleni, opłynięta ciężkimi fałdami żałobnej sukni, przedstawiała 
postać malowniczą i szanowną. Regularny jej profil ocieniały koronki czarnego czepka i dwa 
gładkie pasma złotawych włosów, z rzadka jeszcze srebrnymi nićmi przetkanych. Piękne, białe 
ręce na zwoje grubego płótna opuściła; w samotności nawet, gdy była bezczynną, zachowywała 
najcharakterystyczniejszą cechę swojej powierzchowności: głowę miała podniesioną i 
spuszczone powieki. 
Jednak w wyrazie tej niemłodej, lecz pięknej i szlachetnej twarzy niewieściej nie widać teraz 
było ani szczęścia, ani spokoju. Cicha promienność, która ją przed czterema laty okrywała, bez 
śladu znikła. Zamyślenie jej nie było pogodną kontemplacją rzeczy miłych i pomyślnych, lecz 
niespokojną zadumą nad czymś niezrozumiałym i groźnym. Parę razy dłonią po czole powiodła, 
westchnęła, z piersi wydała dźwięk do cichego okrzyku zdziwienia podobny; palce jej szybkim, 
nerwowym ruchem kłuły igłą grubą tkaninę kolana jej okrywającą. Nie wyglądała na kogoś, w 
kogo by już uderzył cios bolesny i wszystkie jego nadzieje rujnujący, ale na kogoś, kto 
możliwość takiego ciosu jeszcze z daleka spostrzega i przyczyny jego odgadnąć usiłuje. Od 
dwóch lat zresztą, prawie od czasu gdy Zygmunt ożeniony do Osowiec wrócił i stale w nich 
zamieszkał, obcy nawet ludzie ten niepokój i gryzącą, choć żadnym słowem nigdy nie 
wyjawioną troskę w niej spostrzegali. 
Przed kwadransem zobaczyła była przez okna młodą parę ludzi ścieżkami parku dążącą ku 
owej łące ujętej w trójkąt dwóch rzek i wzdymającej się łańcuchem małych, sztucznych 
pagórków. Miejsce to stanowiło przed paru miesiącami ulubiony cel przechadzek jej syna; 
rozpoczął on był w nim archeologiczne poszukiwania, które przez tygodni kilka gorączkowo 
niemal go zajmowały. Teraz szedł tam znowu w wykwintnym letnim ubraniu, które czyniło go 
podobnym do obrazka z żurnalu mód wyciętego, z giętką laską w ręku, z twarzą ocienioną 
szerokimi brzegami fantastycznego nieco kapelusza. Pod jednym ramieniem trzymał sporą tekę 
rysunkową, u drugiego zwieszała się mała, przedziwnie zgrabna, w lekką, jasną tkaninę 
ustrojona kobieta. Twarzy tych dwojga ludzi pani Andrzejowa nie dostrzegała; ile razy przecież 
wychyliwszy się zza zieleni drzew przebywali widną część ścieżki lub trawnika, widziała 
dokładnie, że młodziutka kobieta tuliła się do boku męża, strojną głowę ku niemu podnosiła 
szczebiocząc, przymilając się, wszystkimi, zda się, siłami serca i wdzięków usiłując niby iskrę z 
krzemienia wykrzesać z niego jedno słowo serdeczne lub jedno wesołe spojrzenie; on zaś szedł 
obok niej mierzonym krokiem salonowca, może znudzony, może roztargniony, co pewna, to że 
milczący i obojętny. Tak przeszli część parku, przepychem starannie uprawianej roślinności 
otoczeni, blaskiem letniego słońca oblani, lecz dla troskliwie śledzącego ich oka ani szczęśliwi, 
ani nawet spokojni; aż na jednym z białych mostków, wdzięcznie nad szemrzącą rzeczułką 
zawieszonych, Klotylda gwałtownym ruchem wysunęła rękę spod ramienia męża i na chwilę 
gestem gniewu czy żalu obie ręce do oczu podniósłszy, szybkim biegiem puściła się ku domowi. 
On nie oglądając się i kroku nie zmieniając poszedł dalej, w przeciwną stronę, ku wiodącej na 
łąkę ogrodowej furtce. Jedyną oznaką wzruszenia, którego doznał, było parokrotne ćwiknięcie 
giętką laseczką rosnących przy ścieżce krzewów. Wkrótce zniknął za gęstym klombem akacji. 
Klotylda zaś biegła wciąż po trawnikach i ścieżkach parku do bladoróżowej chmurki podobna. 
Parę razy stanęła i obejrzała się, jakby miała nadzieję, że ten, z którym rozstała się przed chwilą, 
obejrzy się także za nią lub ją ku sobie przywoła. Za każdym jednak razem czyniła ręką gest 
zniechęcenia czy oburzenia, aż przystanąwszy u wspaniale pośród trawnika wyrastającego 
modrzewia, czoło o gruby pień jego oparła i po ruchach jej pleców poznać można było, że 
gwałtownie zapłakała. Potem, jak rozżalone dziecko wstrzymując nerwowe drgania rozognionej 
twarzy, skręciła w ciemną aleję wprost już ku jednym z wchodowych drzwi domu prowadzącą. 
Potem pani Andrzejowa usłyszała lekkie kroki synowej przebiegające szybko wschody i parę 
salonów; potem jeszcze drzwi jakieś zamknęły się ze stukiem zdradzającym rękę rozgniewaną 
albo zrozpaczoną — i wszystko ucichło. 
Tak było od dawna, więcej niż od roku; tak było ciągle. Dlaczego? Nieskończoną już ilość 
razy pani Andrzejowa zadawała sobie to pytanie, ale głośno nie wymówiła go jeszcze ani razu. 
Po wielekroć już chciała iść do niej, do niego, zapytywać, zwierzenia wywołać, może coś 
poradzić i czemuś zapobiec, ale powstrzymywała się zawsze. Widziała, czuła ranę życia tych 
dwojga ludzi, a lękała się jej dotknąć przez obawę sroższego jej zaognienia, przez delikatność 
uczuć szanującą uczucia i tajemnice choćby własnego dziecka. I teraz także powstała, zwróciła 
się ku drzwiom prowadzącym do salonów rozdzielających jej pokój z pokojem młodej synowej, 
ale wnet przy stole książkami i dziennikami spiętrzonym stanęła. Był to okrągły stół pośrodku 
pokoju umieszczony i fotelami staroświeckiego kształtu otoczony. Pośród książek i dzienników 
stała tam pięknie oprawiona, dość duża fotografia Zygmunta, przedstawiająca go w tej jeszcze 
porze życia, gdy dwudziestopięcioletnim młodzieńcem przebywał on w stolicy sztuki malarskiej, 
w Monachium. Wizerunek ten był jednym z ustępów jego życia, które rysowane, malowane, 
fotografowane napełniały pokój jego matki. W postawie trochę niedbałej, a trochę wyszukanej, 
wsparty o zrąb kolumny, ukazywał on twarz młodzieńczą, z rysami dość pięknymi, bez 
uśmiechu, bez ognia w spojrzeniu, z kapryśnym zagięciem warg cienkich i elegancko 
zaostrzonym wąsem ozdobionych. Z samego układu stóp jego u dołu kolumny skrzyżowanych 
można było wyczytać, że z uczuciem własnej wyższości nad wszystkim, co było na ziemi, 
opierał je o ziemię. Pani Andrzejowa splecione ręce na stół opuściła i długo wpatrywała się w 
ten portret syna, który przed sześciu laty wzbudzał w niej doskonałe zachwycenie i wzniecał 
cudowne nadzieje. Dziś nagle w tych ściągłych, ładnych rysach dostrzegła chłód i uderzył ją 
wyraz kaprysu te wargi otaczający. Uczyniła ręką ruch taki, jakby natrętną marę nie wiedzieć 
skąd zjawiającą się przed nią odegnać chciała. Ale ta mara wysuwała się nie z próżni urojenia, 
lecz z długich spostrzeżeń i uwag, które od czasu stałego osiedlenia się w Osowcach Zygmunta 
na kształt roju ostrych żądeł kąsały jej duszę. Osłupiałymi oczami wpatrywała się wciąż w 
portret. 
„Nie kocha jej! po dwóch latach małżeństwa już jej nie kocha! Czy on naprawdę kogokolwiek 
i cokolwiek kochał?” 
Pytanie to dla tej kobiety, która sama tak niezmiernie i wiernie kochać umiała, posiadało 
wagę ogromną. Mieszcząca się w nim wątpliwość była dla niej taką wątpliwością, którą ludzie 
odczuwają u śmiertelnego łoża swoich najdroższych. Nie z większą boleścią nad złożonym 
ciężką chorobą synem zapytywałaby siebie: „Wyżyje czy nie wyżyje?” Ona widziała ludzi 
umierających z wielkich miłości i czciła ich jak świętych; człowiek bez miłości, choćby małych, 
powszednich, wydawał się jej trupem. 
Wzrok podniosła na jedną ze ścian w połowie prawie okrytych rysunkami i malowidłami syna 
w różnych porach życia jego wykonanymi. Widokiem tym chciała może upewnić siebie, że 
posiada on nie tylko to, co poczytywała ona za życie człowieka, ale i to, co jest życia 
płomieniem i skrzydłami. Artystą był przecież, kochał sztukę! Ale to, na co patrzała, było tylko 
pacholęcymi próbami, tu, przy tym stole, pod jej okiem dokonywanymi. Gdzieniegdzie zaledwie, 
wśród tych dziecinnych prawie zabawek, ukazywały się roboty dojrzalszego wieku z dalekich 
krajów przesłane lub przywiezione: jakaś główka kobieca, jakieś studium martwej natury, jakiś 
drobny pejzażyk z niewolniczą wiernością z kawałka obcej ziemi zdjęty. Drobnostki zdradzające 
bladość wyobraźni i wielkie wysilenia nierozgrzanej ręki. Nicość pomysłów, mozolność, a 
przecież i niedokładność wykonania, żadnego śmiałego rzutu myśli ani oryginalnego uderzenia 
pędzla — nic osobliwego. I było to już wszystko, oprócz tego jednego obrazka, który przed 
czterema laty skrzesał nad jego głową pierwszy promyk sławy. Drugi po nim nie przybył — i 
nawet nie zaświtał. Dlaczego? Nie byłżeby on naprawdę artystą? 
Spokojną zwykle tę twarz kobiecą wykrzywił strach i ból; blade jej czoło zarumieniło się pod 
uderzającą w nie falą krwi; białe ręce kurczowo ścisnęły kartę rozwartego na stole dziennika. 
Widać było, że twierdzące odpowiedzi na pytania, które jak przeraźliwe błyskawice umysł jej 
przerznęły, byłyby dla niej gromem... 
W pełni słonecznego blasku, który tego dnia sierpniowego świetny, ale łagodny spływał z 
nieba bez skazy, suchą i niedawno skoszoną łąką szedł Zygmunt Korczyński. Równinę, jak 
okiem sięgnąć szeroką a jak szmaragd zieloną, przepasywały dwie wstęgi rzek zbiegających się 
ze sobą na dalekim punkcie firmamentu, a usiewały grupy drzew i krzewiastych zarośli, które tę 
łąkę czyniły podobną do parku rozległego, zasadzonego ręką przez bujną fantazję kierowaną. 
Pełno tu było blasków i zmroków, rozłożonych na trawach misternych rysunków cieni, złotych 
deszczów pomiędzy liśćmi, świateł w różnym stopniu natężenia, szczebiotu ptactwa, 
metalicznego brzęczenia owadów, aromatycznych woni bijących w powietrze nabierające już 
kryształowej przejrzystości zbliżającego się początku jesieni. Pośród tego wszystkiego Zygmunt 
postępował mierzonym krokiem doskonale przyzwoitego człowieka, który z przyzwyczajenia i z 
umysłu w zupełnej nawet samotności nie rozstaje się z umiarkowaniem i gracją poruszeń. Szedł 
coraz powolniej, a gdy w żurnalowym ubraniu, obcisłym i kosztownym, w płytkim obuwiu, 
które połyskiwało na słońcu, i ukazujących się zza niego cielistych kamaszach, spod mrużącej 
się trochę wzgardliwie powieki dokoła spoglądał, każdy wziąć by go musiał za turystę 
zwiedzającego ziemię obcą i ukazującą się mu w postaci bardzo ubogiej albo za mieszkańca 
wielkiego miasta wypadkiem pośród natury dzikiej i nieznanej zabłąkanego. 
Teka, którą niósł pod ramieniem, zdradzała intencje rysowania. Istotnie, przed kilku dniami 
spostrzegł tu był o tej samej godzinie w pewnej grupie olch pewne rysunki gałęzi i efekty światła 
stworzone jakby ku rozkoszy i natchnieniu pejzażysty. Zbyt długo uczył się sztuki malarskiej, 
zbyt wyłącznie skierowywał ku niej marzenia i ambicje swoje, by mógł nie być zdolnym do 
spostrzeżenia pięknego zjawiska natury i poświęcenia mu choćby chwil kilku uwagi. Dziś 
właśnie przed wyobraźnią mignął mu pejzażyk przed kilku dniami spostrzeżony; uczuł w sobie 
dawno nie zaznane ciepło i co prędzej udał się na łąkę. Może, może na koniec przyszła chwila 
rozpoczęcia po czteroletniej przerwie nowego dzieła, drobnego wprawdzie, drobnego, ale które 
stanie się przerwą w nudzie i chłodzie jego życia, a zapewne i szczeblem ku dziełom większym. 
Po półgodzinnym przebywaniu łąki, w czasie którego krok jego stawał się coraz powolniejszym, 
a wzrok coraz więcej wzgardliwym i znużonym, znalazł się tam, dokąd dążył. Stanął i patrzał. 
Było to zupełnie to samo, co widział przed kilku dniami; te same misterne rysunki liści, te same 
ciekawe oświetlenia podnoży i szczytów drzew; ta sama żółta wilga kołysząca się na gałęzi w 
głębokim cieniu. Z rana przez parę minut marzył o tym obrazku; teraz stał przed nim obojętny, 
samego siebie zapytując, co w nim dojrzeć mógł szczególnego. Drobna iskierka, którą przed 
paru godzinami uczuł w sobie, zgasła i nie czuł już nic prócz chłodu i zniechęcenia, które gniotły 
go od dawna. Oglądał się dokoła i myślał, że wszystko tu takie proste, pospolite, ubogie, blade. 
Światłocienie w tych olchach są wprawdzie dość piękne i mogą posłużyć za materiał do studium 
z natury, ale spróbuje przenieść je na płótno potem, kiedykolwiek... Dziś nie. Znudziła go swoją 
wieczną czułością i nie milknącym szczebiotem Klotylda, ostudził widnokrąg płaski, ubogi, choć 
niby dość bogatą roślinnością ozdobiony... Przewiduje na koniec jedną z najprzykrzejszych dla 
niego rzeczy: wieczorną rozmowę z rządcą o gospodarstwie. Przewidywanie to truje go po 
prostu, odbiera mu chęć nie tylko do malowania, ale prawie do życia. 
Opuścił grupę olch i zmierzał ku okopom, które łańcuchem niskich wzgórzy część łąki 
przerzynały. Jedno z tych wzgórz, szeroko rozkopane, z dala świeciło żółtością piasku czy gliny. 
Stanął przed tym otworem i myślał, jak powolną i nudną jest robota wygrzebywania z ziemi 
przedmiotów spoczywających w niej przez stulecia. Do tej roboty zapłonął był przed parą 
miesięcy, ale wcale czego innego spodziewał się od niej niż to, co otrzymał. W szkole sztuk 
pięknych, od niechcenia przebywanej, od niechcenia przerzucał starożytne księgi, a rysowane na 
ich kartach wykopaliska niejednokrotnie wzbudzały w nim ciekawość i przyjemne rozkołysanie 
fantazji. Wiedział wprawdzie, że tu nie po gruncie starożytnej Hellady lub Romy stąpa, jednak 
wyobrażał sobie, że znajdzie, jeżeli nie czary, ornamenty i posągi, to przecież zawsze coś 
szczególnego, co fantazji jego poda złotą kądziel. Do poszukiwań tych zachęcał go także mąż 
ciotki, Darzecki, z urzędu wysoce cywilizowanego człowieka, za jakiego się poczytywał, we 
wszelkich osobliwościach rozlubowany, a w geniusz żoninego synowca, chociażby dla honoru 
familii, świętą wiarę wyznający. 
Przez pewien tedy szereg dni obaj wytrwale stawali nad wzgórzem, które kilkunastu 
najemników rozkopywało, potnieli od upału, prawie ślepli od rozpatrywania każdej wyrzuconej 
przez rydel grudki ziemi, cieszyli się i nużyli, spodziewali się i zniechęcali, aż zniechęcenie i 
znużenie przemogło, roboty około starych okopów zaniechanymi zostały. Bo i cóż z nich 
wyniknęło? Po kilku tygodniach Zygmunt pomiędzy rupieciami napełniającymi jego pracownię 
umieścił kilkadziesiąt sczerniałych monetek wpółzatartym herbem Szwecji opatrzonych, a 
Darzecki uwiózł do domu rdzą przegryziony i podziurawiony pałasz. Rzeczy podobnych w 
okopach mnóstwo zapewne znajdować się musiało i badacz historii mógłby z nich zrobić niejaki 
użytek. Dla Zygmunta jednak nie przedstawiały one nic ciekawego ani ważnego. Gdyby to były 
urny do chronienia popiołów ludzkich, łzawnice*, dziwnych kształtów naszyjniki, 
przedhistoryczne czaszki, może by językiem tajemniczości lub malowniczości do wyobraźni 
jego przemówiły. Stojąc teraz przed żółtym otworem rozkopanego wzgórza, niechętny gest ręką 
uczynił. Wszystko tu, na tej ziemi, było takie biedne, marne, prozaiczne; nic wcale znaleźć na 
niej nie mogło takiego, co by dogadzało jego estetycznym i towarzyskim potrzebom. Marniał tu, 
po prostu marniał. Jedyną usługą, jaką oddało mu kilkotygodniowe zajmowanie się tymi 
okopami, było to, że więcej mając fizycznego ruchu schudł był trochę. Myśląc o tym spojrzał po 
własnej postaci. Utył znowu! Rzecz dziwna! od czego on tyć może? Nudzi się, martwi się, tęskni, a jednak tyje! Cerę twarzy ma wprawdzie bladą i znużoną, ale postać jego, szczególniej w 
środkowym punkcie, zaokrągla się i pełnieje. Na lat trzydzieści i jeden jest stanowczo zbyt 
ciężkim. Kto w tym wieku tak wygląda, za lat dziesięć najpewniej będzie otyłym. Myśl ta 
wprawiała go w rozpacz. Otyłość jest szpetnością, a wszelka szpetność budziła w nim 
obrzydzenie. Czyliż męczarnie duchowe nie przeszkadzają ciału nabywać kształtów 
prozaicznych? Wprawdzie wyborny osowiecki kucharz mistrzowsko umie łączyć kuchnię 
francuską z polską... 
Nagle odskoczył od rozkopanego wzgórza i daleko żywszym krokiem niż wprzódy z 
powrotem ku domowi dążyć zaczął. Przyczyną tego szybkiego odwrotu była gromadka ludzi, 
którzy od strony wsi, na krańcu łąki szarzejącej, ścieżką pomiędzy zaroślami udeptaną kierowali 
się w stronę okopów. Na ich widok znużone przedtem oczy Zygmunta, piękne, piwne oczy w 
podłużnej oprawie, napełniły się wyrazem prawie przestrachu. Może ci ludzie nie ku niemu szli, 
ale może i ku niemu, a on wolał o wiele zejść im z drogi i skryć się przed nimi w ścianach swego 
domu, w które bez pozwolenia jego wejść nie mogli. Gotowi byli jeszcze zapytywać go o co albo 
prosić, jak się to już niejednokrotnie ku utrapieniu jego zdarzało. Takie spotkania i rozmowy 
utrapieniem były mu nie dlatego, aby miał on względem ludzi tego rodzaju nienawiść, niechęć, 
urazę, ale właściwie dlatego, że byli mu oni tak doskonale obojętnymi, jak na przykład płynące 
pod niebem stada obłoków. I więcej jeszcze: bo obłoki bywają piękne i on czasem grze ich 
świateł i barw przypatrywać się lubił, ci zaś ludzie z grubymi kształtami i rysami są zawsze 
szpetni, a siermięgi ich czy kożuchy śmierdzą. Rozmawiać z obojętnymi rzecz to zwykle 
fatygująca. Po prostu lenił się fatygę tę ponosić i nie widział najmniejszej przyczyny do 
zadawania jej sobie. Wprawdzie byli to ludzie, ale najpewniej też wcale innego niż on gatunku. 
Że ród ludzki rozłamał się na dwie zasadniczo różne z sobą ludzkości: tę, którą składali tacy 
ludzie, i tę, do której on i jemu podobni należeli, nie przedstawiało to dla niego wątpliwości 
żadnej. Zresztą, myślał o tym rzadko, przypadkowo, przelotnie i niewiele go to wszystko 
obchodziło. 
Wchodząc na wschody swego domu spotkanemu lokajowi rzucił krótki rozkaz: 
— Śniadanie podawać! 
Czuł się bardzo nieszczęśliwym i bardzo głodnym. 
Pracownia młodego pana domu w Osowcach była pięknym pokojem z oknami dającymi tyle i 
takiego światła, ile i jakiego wymaga praca malarska. Mnóstwo w nim znajdowało się rzeczy 
różnych: sztalugi z rozpiętym i białą firanką osłoniętym płótnem, stosy tek, rysunków, szkiców, 
marmurowe i gipsowe posążki, popiersia, grupy, kawałki spłowiałych makat i staroświeckich 
materii, kilka oryginalnych kanapek do siedzenia lub do leżenia urządzonych, kilkanaście 
pięknych roślin w kosztownych wazonach — wszystko to z pozorną niedbałością rozstawione i 
rozrzucone; na koniec, w jednym z rogów pokoju śliczna szafka świecąca zza szkła różnobarwną 
oprawą paruset książek. Były to raczej książeczki niż książki: małe, ozdobne, lekkie. Panowały 
w nich poezja i powieść, jedna i druga w specjalnym i prawie wyłącznym gatunku: trochę tylko 
poetów polskich, zresztą zmysłowy Musset, tu i ówdzie Wiktor Hugo*, wiele rozpaczliwego 
Byrona*, sercowy Shelley*, uperfumowany Feuillet*, pesymista Leopardi*, najniespodzianiej spotykające się z tym poetą-myślicielem bajki starego Dumasa*, awantury bezmyślnej Braddon*; 
jeszcze coś z dzisiejszych ulubieńców francuskiej arystokracji: Claretiego*, Craven* etc., etc. 
Przed tą szafką, śliczną jak cacko, książkami do cacek podobnymi napełnioną, Zygmunt 
Korczyński stanął po krótkiej przechadzce wzdłuż i wszerz pracowni odbytej. Tylko co zjadł 
śniadanie w towarzystwie zapłakanej żony i matki, która wprawdzie z zupełnym spokojem jaką 
taką rozmowę przy stole utrzymywała, ale dziwnie bacznie wpatrywała się w niego. Zapłakane 
oczy żony i przenikliwe spojrzenia matki do reszty humor mu zepsuły. Czuł gwałtowną potrzebę 
czegoś, co by go rozerwało, pocieszyło, silnym jakimś wrażeniem omdlewającą istotę jego 
wstrząsnęło. Chciał malować — malować chciał zawsze, bo w sztuce, o której rojenia pochłonęły 
mu całą młodość, widział jedyne swoje przeznaczenie i jedyny piedestał, który mógł go umieścić 
wysoko... Dziś przecież, tak jak od czterech lat zawsze i co dzień, nie mógł wydobyć z siebie 
nic: żadnego pomysłu, żadnego ciepła, żadnej energii. Po krótkim okresie najpierwszej młodości, 
w którym zdawało mu się, że tworzy, i raz nawet coś drobnego, lecz niejaką wartość mającego 
utworzył, nastąpiła impotencja ciągła i zupełna. Wiedział o tym, że po widnokręgach sztuki 
przelatują często meteory natchnień słabych i niedokrwistych, które raz błysnąwszy nie wracają 
już nigdy, że w ambitnych szczególniej głowach bywają miraże natchnień, a wytężona ku 
jednemu celowi praca sprowadza czasem jeden jakiś wysilony i odradzać się nie mogący owoc. 
Ale nigdy ani na mgnienie oka nie pomyślał, że te meteory, miraże, ułudy jego tyczyć się mogą. 
O niemotę swego geniuszu oskarżał świat zewnętrzny. Od zewnętrznego świata oczekiwał 
wszystkiego i na niego zwalał wszystkie winy. Nie przychodził mu na myśl ani Tasso* wielką 
pieśń swoją snujący w celi więziennej, ani Milton* śpiewający o raju w wiekuistych 
ciemnościach ślepoty. Nie przychodziło mu na myśl, że w każdej fali powietrza, światła, woni, w 
każdym kamyku przydrożnym i każdej trawie polnej, w liniach każdego ludzkiego oblicza i 
westchnieniu każdej piersi ludzkiej tkwi cząstka duszy świata, niewidzialnymi nićmi połączona z 
duszą artysty i w ruch ją wprawiać mogąca, jeżeli tylko naprawdę jest to dusza artysty. On był 
pewny, tak pewny, jak tego, iż żył i oddychał, że trzeba mu było gór, skał, mórz, puszcz, 
gorących szafirów niebieskich, nagich modeli, fantastycznych draperii, gwaru, gorączki, 
gonitwy, aby czuć, myśleć i tworzyć. Gdyby świat zewnętrzny oblał go jakim wielkim 
bogactwem i ugodził weń jakimi piorunami wrażeń... Tu, niestety, niestety! nic nie czyniło na 
nim wrażenia żadnego... Chodząc po swej pracowni, obu rękami, jak nieraz już bywało, 
pochwycił się za włosy... Był to gest gniewu czy rozpaczy, czy obu tych uczuć razem... 
Przy tym zjedzone przed chwilą śniadanie uczyniło go nieco ciężkim. Ten kucharz — przed 
samym ożenieniem się jego do Osowiec przybyły — doskonale gotował. Matka jego 
poprzestawała dawniej na starych i trochę już niedołężnych sługach, ale dla młodych państwa 
wszystko w domu odnowionym i ulepszonym zostało. Z takiej kuchni, jaka tu była teraz, 
niewidzialnie sączył się w żyły ludzkie ociężający olejek sybarytyzmu. Po półgodzinnym 
łechtaniu podniebienia wybornymi sosami i słodyczami uczuwało się potrzebę wyciągnięcia 
ciała na elastycznej kuszetce*, ponętnie ustawionej śród palm i dracen*. 
Zbliżając się do szafki z książkami Zygmunt spojrzał po swojej postaci. Tyje, stanowczo tyje! 
Co chwilę porywała go złość lub rozpacz, jednak tyje! Wina to braku wrażeń. Czymże, jeżeli nie 
opasłym wołem, stać się może człowiek wszelkich wrażeń pozbawiony? 
Wpółleżąc na elastycznej kuszetce przerzucał tomik poezji Leopardiego, którego niezgłębiony 
smutek zgadzał się z dzisiejszym, od dość już dawna zresztą trwającym jego usposobieniem. 
Wszystkie westchnienia, łzy, zwątpienia wielkiego pesymisty stosował do siebie. Czytając o 
nicości i rozpaczy powszechnego życia myślał o swoim życiu. Nie spostrzegł, że drzwi pracowni 
otwierały się parę razy, a zza nich wyglądała i wnet znowu cofała się piękna kobieca główka, w 
misterne puchy złocistych włosów i różowe astry ubrana. Parę razy główka ta zajrzała i cofnęła 
się, aż na koniec, równie cicho jak przedtem drzwi otwierając, do pracowni weszła Klotylda. 
Trochę jeszcze zapłakane jej oczy nieśmiało i prawie pokornie utkwiły w twarzy męża, który od 
kart książeczki wzroku nie odrywał. Na młodziutkiej jej twarzy malowało się pytanie: „Podejść 
do niego czy nie podejść? Przemówić czy nie przemówić?” Wahała się z tym nie dlatego, aby 
jeszcze czuła gniew lub urazę... Wprawdzie nie obdarzył on ją dzisiaj ani jednym serdecznym 
słowem lub choćby spojrzeniem i zdawał się nawet nie słyszeć tego, co ona do niego mówiła, 
wprawdzie obojętność ta, którą zresztą okazywał on jej teraz prawie zawsze, rozgniewała ją i 
rozżaliła tak bardzo, że przez całe dwie godziny snuła w ciężko zmartwionej swej głowie 
mnóstwo dziecinnych zamiarów wyjazdu, rozstania się, nawet samobójstwa. Ale żyć w 
nieporozumieniu z nim dłużej nad dwie godziny — przechodziło jej siły. Z natury była łagodną i 
łatwo przebaczającą. Pragnęła teraz pogodzenia się i choć jednej godziny pogodnego 
przestawania z nim sam na sam. Gdyby tylko wzrok podniósł na nią, z okrzykiem radości 
rzuciłaby się mu na szyję. Ale on nie spostrzegając czy udając, że nie spostrzega jej obecności, 
patrzał ciągle w książkę. Szafirowe jej oczy, blaskiem, głębią zdradzające temperament żywy i 
namiętny, były teraz bardzo strwożone, zmącone. Delikatne ramiona wzdłuż zgrabnej kibici 
opuściła i stała chwilę pośród pracowni, wahająca się, nieśmiała, rozkochana, aż na usta jej 
wybiegł figlarny uśmiech. Na palcach, cichutko, zbliżyła się do sztalug i odchylając zawieszone 
na nich płótno odsłoniła własny na wpół wymalowany portret. Posiadać swój portret ręką męża 
wykonany było od dnia zaręczyn z Zygmuntem ciągłym jej marzeniem. Po roku bezczynnego 
życia w Osowcach Zygmunt malować go zaczął, lecz dotąd nie skończył, robotę około 
rozpoczętego dzieła z dnia na dzień odkładając. Przed tym nie dokończonym, lecz już dość 
wyraźnym wizerunkiem Klotylda złożyła naprzód dyg głęboki, a potem przemawiać do niego 
zaczęła: 
— Dzień dobry pani. Dlaczego pani dziś taka smutna? Czy dlatego, że ktoś malować pani już 
nie chce? Ktoś jest bardzo niedobry. Wie on dobrze, że pani go kocha, kocha, kocha, a nie chce 
zapomnieć małego pani uniesienia i nadyma się, milczy, w książkę patrzy, kiedy pani przyszłaś i 
z całego serca pogodzić się już pragniesz... Biedna pani! Czy pani już nie kochają? O, nie, niech 
pani tak nie myśli, bo byłoby to zbyt bolesne... Ktoś jest tylko trochę kapryśny, trochę znudzony, 
ale niestały nie jest... I za cóż miałby przestać panią kochać? Przecież nie zmieniłaś się wcale na 
gorsze... owszem, trochę wyładniałaś jeszcze, a co do serca, tego nie odebrałaś mu dotąd ani 
cząsteczki... ani kropelki... ani iskierki... 
Łzy kręciły się w jej oczach, a w głosie drżał śmiech. W dziecinnym jej figlowaniu czuć było 
zaczynające rozdzierać się od zwątpienia serce kobiece; z ruchów jej, gestów, mimiki bił 
niewymowny wdzięk. Przed dwoma laty ten jej wdzięk wesoły i pełen gracji wprawiał 
Zygmunta w zachwyt; pod jego to wpływem, zarówno jak pod wrażeniem pięknej gry na 
fortepianie i śpiewu Klotyldy, rozpoczął on był małżeństwem uwieńczone staranie się o 
wypieszczoną i dość posażną jedynaczkę. Ale od tego czasu minęły dwa lata. Teraz uśmiechnął 
się wprawdzie, ale ze znudzenia i lekceważenia więcej niż z przyjemności. 
— Przeszkadzasz mi, Klociu — przemówił. 
Na dźwięk jego głosu frunęła ku niemu i z gracją przed nim przyklękła. 
— Przemówiłeś na koniec! Widzisz, ja pierwsza, ja, kobieta, przyszłam, aby pogodzić się z 
tobą. Powinno być przeciwnie, ale mniejsza o to! Kiedy się kocha, nie zważa się na miłość 
własną. Popatrz na mnie długo, dobrze, serdecznie, jak teraz rzadko patrzysz, i podaj mi rękę... 
Nie tylko wziął jej rękę, ale dość czule ją pocałował. 
— Więc nie jesteśmy już pogniewani? — z wybuchem radości zawołała. 
— Ach, nie! tylko... przeszkadzasz mi trochę... 
Znowu onieśmielona zaczęła: 
— Zdawało mi się, że nic nie robisz, bo przecież przerzucanie tej książki, którą znasz dobrze, 
nie jest robotą... 
— Wiele razy już ci mówiłem, że choć żadną pozytywną robotą zajęty nie jestem, nie idzie za 
tym, abym nic nie robił. Myślę... marzę... Wszak to materiał do przyszłej pracy... 
— To prawda — z powagą odpowiedziała — wiem o tym dobrze, ale jestem tak żywą... Czy 
chcesz zostać zupełnie samotnym? w takim razie odejdę... 
Może uległością jej ujęty, uprzejmie przemówił: 
— Owszem. Miło mi zawsze, gdy blisko mnie jesteś... 
Twarz i nawet ręce jego pocałunkami osypała, ale wnet zerwała się z miejsca. 
— Dobrze. Mój Boże, jak to dobrze! Wezmę sobie książkę i cichutko tam w kątku sobie 
posiedzę... Kiedy już będziesz miał czas, razem może poczytamy, a po obiedzie na przechadzkę 
pójdziemy, znowu razem... la, la, la, la, la! 
Piękny jej głos napełnił pracownię radosną, krótką gamą; z mozaikowej płyty stolika wzięła 
małą książkę i na palcach szła z nią ku kanapce w przeciwległym rogu pokoju stojącej, gdy nagle 
usłyszała głos Zygmunta: 
— Tiens, tiens! Clotilde*! pokaż mi tę książkę, którą trzymasz... co to? 
— Trzeci tom Musseta — z trochą zdziwienia odpowiedziała. 
— Skąd on się wziął tutaj? — książkę z rąk żony biorąc badał dalej. — Jakim sposobem mogłem 
nie spostrzec go na stole?... 
Młoda kobieta chmurnie na męża popatrzała. Twarz mu ożywiła się dziwnie nagle, a oczy, 
przygasłe wprzódy, błyskały. 
— Książkę tę — zaczęła z wolna — odwieziono tu przed kilku dniami z Korczyna... Wzięłam ją 
sama od posłańca i tu położyłam... Musiałeś ją pożyczać stryjence, pannie Teresie czy... 
Po ozdobny tomik rękę wyciągnął. 
— Daj mi to, a sama do czytania weź co innego, wszak ci to wszystko jedno... 
— Zupełnie wszystko jedno — odpowiedziała i podjąwszy tomik Leopardiego, który Zygmunt 
na posadzkę upuścił, usiadła z nim w przeciwległym rogu pokoju. Wesołość jej, szczęście, 
jednym serdecznym słowem męża obudzone, znikły bez śladu. Domyśliła się, komu w 
Korczynie pożyczoną była ta książka... 
Karty tej książki Zygmunt przerzucał teraz niecierpliwie, prawie gorączkowo, na nich i 
pomiędzy nimi czegoś szukając. Ta, której poezje te przesłał, pragnąc przez nie wspomnienia jej 
obudzić i uczucia wskrzesić, odesłała mu je przy pierwszej zapewne sposobności bez słowa 
odpowiedzi na list, który towarzyszył książce. Może jednak pomiędzy jej stronicami znajdzie 
jaką kartkę albo na stronicach jaki wiersz, wyraz przez podkreślenie w znak porozumienia 
zamieniony. Szukał, nie znajdował nic, ale w zamian Justyna jak żywa stanęła mu przed 
wyobraźnią i dreszcz uczutego wrażenia przebiegł po ciele. Wtem w przeciwległym rogu pokoju 
głos kobiecy, trochę ostry i szyderski, przemówił: 
— Czy słyszałeś o tym, Zygmuncie, że panna Orzelska wkrótce zapewne za mąż wyjdzie? 
Prędkim ruchem twarz ku mówiącej zwrócił. 
— Za kogo? — rzucił krótko. 
— Za pana Różyca — odpowiedziała. 
Zygmunt wpółleżącą postawę na siedzącą zmienił. 
— Quelle idée*! — zawołał. — Różyc nie ożeni się z nią nigdy! 
— Owszem — sucho i ostro twierdziła młoda kobieta — podobała mu się od razu i coraz więcej 
się podoba. Elle a de la chance, cette... cette... cette... rien du tout*! Pani Kirłowa, która ma 
wielki wpływ na kuzyna, nad skojarzeniem tego małżeństwa pracuje, i od pana Kirły słyszałam, 
że zdecydowanie się na nie pana Różyca jest tylko kwestią czasu. 
Z krzywym trochę uśmiechem Zygmunt powtórzył: 
— Impossible! Co? ona, ten model na silną Dianę*, miałaby wyjść za tego młodego starca!... 
Niedbale śmiejąc się chodzić zaczął po pracowni, ale oczy miał chmurne i błyskające pod 
ściągającymi się brwiami. Klotylda wodziła za nim wzrokiem i tym samym co wprzódy, 
suchym, ostrym, ironicznym głosem mówiła, w nieskończoność mówiła o nadzwyczajnym, 
cudownym szczęściu, jakim takie zamążpójście byłoby dla takiej panny Orzelskiej... Bo czymże 
ona była? Córką opasłego, idiotycznego ojca, rezydentką siedzącą na łasce krewnych, prostą, 
zupełnie prostą dziewczyną, bez układu, wdzięku, dowcipu i jakiegokolwiek talentu. Gra nieźle, 
ale jak po francusku mówić zacznie, to aż uszy bolą... Une fille sans naissance et sans 
distinction... une rien du tout...* Nie wiadomo nawet, co Różyc zrobi, gdy się z nią ożeni, i jak ją 
w świecie będzie mógł pokazać... Chyba przede wszystkim na pensję jaką ją odda... Model na 
Dianę! Zapewne, zdrową jest i silną, jakby była przebraną chłopką, ale ręce ma wiecznie 
opalone, jakby nigdy w życiu rękawiczek nie nosiła... Czy malarze wyobrażają Dianę w postaci 
rezydentki z opalonymi rękami? 
Pierś młodej kobiety szybko podnosiła się i opadała, gdy z drobnych jej ust sypały się te 
wszystkie złośliwe i obelżywe słowa. Roziskrzonymi oczami nie przestawała ani na chwilę 
wodzić za mężem, który przechadzając się ciągle zdawał się nie widzieć jej ani słyszeć. 
Pociągnął taśmę dzwonka i lokajowi, który zjawił się natychmiast, rzucił w zwykły sobie sposób 
krótki rozkaz: 
— Konie zaprzęgać! 
Lokaj zniknął za drzwiami, Klotylda porwała się z kanapki. 
— Jedziesz! — z żalem zawołała. 
Ironia i złośliwość, które wrzały w niej przed chwilą, znikły bez śladu; czuła już tylko, że mąż 
jej odjedzie i cały jej plan dnia szczęśliwie z nim spędzonego pierzchnie. 
— Muszę — obojętnie odpowiedział Zygmunt. 
— Dokąd? — zapytała znowu i ramionami objąć go próbowała, ale on twarzą zwracając się ku 
oknu po paru sekundach milczenia odpowiedział: 
— Do Korczyna! 
Zbladła i znieruchomiała. 
— Zygmusiu... 
Głos jej był teraz cichy, zdławiony. 
— Que veux tu, chére enfant*? 
— Ty tam nie pojedziesz, Zygmusiu... 
Szybko zwrócił się ku niej i z głębokim zdziwieniem zapytał: 
— Dlaczego? 
— Dlatego zaczęła — dlatego... 
I nie dokończyła. Strwożyła się, czy też ogarnął ją wstyd. 
— Dawno nie odwiedzałem stryja i mam do niego interes. Czy chciałabyś, abym zerwał 
stosunki z moim stryjem? 
— O, nie, nie! — z wybuchem zawołała — niech Bóg broni, abym wnosiła niezgodę do rodziny, 
w którą weszłam! 
— Czegóż więc sobie życzysz? 
Bladła i rumieniła się na przemian. Nie mogła, nie chciała być zupełnie szczerą. Duma i 
skromność usta jej zamykały. Wreszcie z płaczem prawie wybuchnęła: 
— Więc przynajmniej weź mię z sobą! 
— I to jest niepodobnym — perswadował. — Wiesz dobrze o słabym zdrowiu i dziwactwach 
stryjenki... częstych wizyt składać jej nie wypada... 
— To prawda — szepnęła mnąc i rozdzierając w palcach cieniutką chusteczkę. Najmniej baczne 
oko spostrzec by musiało, że bardzo cierpiała. 
— Jaki ty masz do stryja interes, Zygmusiu? — zapytała jeszcze, a niespokojne jej oczy tonęły 
w twarzy męża z takim natężeniem, jakby za cenę życia wyczytać z niej chciała prawdę. 
Uśmiechnął się. 
— Zmuszasz mię do mówienia ci o rzeczach nie zajmujących... Poradzić się chcę stryja co do 
zmian, jakie zaprowadzić należy przy zamienianiu gospodarstwa ekstensywnego na 
intensywne... 
Znowu zamknął jej usta, tak że nic odpowiedzieć nie umiała. Po krótkim więc wahaniu 
zarzuciła mu tylko ręce na szyję i lgnąc do niego całym swym lekkim, zgrabnym ciałem z 
błaganiem szeptała: 
— Dziś tam nie jedź... o mój jedyny... tylko dziś... proszę... proszę! 
Zygmunt łagodnie uwolnił się z jej objęcia, pocałował ją w czoło, dłonią parę razy po włosach 
jej powiódł i z tabureta biorąc kapelusz wymówił: 
— Do widzenia! Ne déraisonnez pas, ma mignonne*! Za kilka godzin przecież powrócę! 
Wyszedł z pracowni. U podjazdu turkotały już koła powozu. Klotylda stała chwilę pośrodku 
pracowni z obwisłymi na suknię rękami, z przygryzioną wargą, bez kropli, zda się, krwi w 
twarzy, i po kilku dopiero minutach za głowę się pochwyciła. 
— Do niej pojechał! — zawołała. 
Z szybkością strzały przebiegła parę salonów i do pokoju matki męża wbiegając wybuchnęła 
płaczem. 
Pani Andrzejowa siedziała na tym samym co przed kilku godzinami fotelu, ale nie nad robotą 
pochylona. Na kolanach jej leżała rozłożona książka, a u kolan na niskim stołeczku siedziało 
kilkuletnie dziecko, dziewczynka w grubej spódniczce i perkalowej chustce na głowie. Jednym z 
zajęć, którym wdowa po Andrzeju Korczyńskim oddawała się od lat dwudziestu kilku, było 
uczenie wiejskich dzieci. W obszernym dworze i wsiach najbliższych pełno było dorosłych już 
teraz ludzi, którzy w dzieciństwie swoim codziennie przez czas jakiś wchodzili do jej pięknego 
pokoju i dłużej lub krócej u kolan jej przesiadywali. Zstępować ku nim, mieszać życie swoje z 
ich życiem ani mogła, ani chciała. Przechodziło to jej siły i od dawna już przekonała siebie, że 
obowiązkiem nie było. Ale te dzieci czysto, na tę przynajmniej chwilę, ubrane, czasem ładne, 
często dobre, nie raziły wcale jej smaku i przyzwyczajeń, pracując zaś nad nimi myślała, że 
spełnia zakon* miłości bliźniego, nade wszystko zaś, że łączy się z Andrzejem w tym, co było 
jego najukochańszą ideą. Myśl o tej niewidzialnej łączni, którą przez tę pracę wytwarzała 
pomiędzy nim a sobą, sprawiała jej przejmującą, mistyczną rozkosz. Od dawna nieobecny i 
niepowrotny, nie przestawał on być dla niej natchnieniem i celem. 
Kiedy drzwi otworzyły się ze stukiem i śliczna kobieta w różowej sukni z nadaremnie 
tłumionym płaczem do pani Andrzejowej przypadła, dziewczynka cichutko wysunęła się z 
pokoju. Po raz pierwszy Klotylda powierzała matce męża swoje obawy i żale, ratunku i rady od 
niej wzywając, a po części za los swój odpowiedzialną czyniąc. Tę odpowiedzialność pani 
Andrzejowa czuła i uznawała sama. Ona to na wezwanie Zygmunta pośpieszyła w strony 
zamieszkiwane przez rodziców Klotyldy i wahających się nieco skłoniła do powierzenia jej 
synowi siedemnastoletniego, pięknego, utalentowanego dziecka. Urodzenie, stosunki rodzinne, 
posag, same nawet muzykalne zdolności starannie rozwijane i które w przyszłości wzrastać 
jeszcze mogły, zapowiadały Klotyldzie przyszłość świetną. Miałażby ona teraz, z winy jej syna, 
być nieszczęśliwą? Wina jego ciężko spadała i na serce jej, i na sumienie. Wiedziała aż nadto, że 
skargi młodej kobiety były słuszne; rozumiała wybornie, że cierpienie jej było dotkliwe i niezasłużone. 
Drżała na myśl, czym stać się mogło to dziecku zbytku i pieszczot, gdyby miłość jego 
dla męża, jedyna, na jaką zdobyć się mogło, nieodwzajemniona, zdeptana, zagasła. Na swoim, i 
więcej niż na swoim, bo na syna swojego sumieniu czuła odpowiedzialność nie tylko już za 
szczęście, ale i za duszę tej niewinnej dotąd i kochającej istoty ludzkiej. W samej sobie nosząc 
wierność niezłomną syna po prostu zrozumieć nie mogła. Przed dwoma laty przecież widziała go 
zakochanym w Klotyldzie. Jednak o wystygnięciu tego uczucia wiedziała z większą jeszcze 
pewnością niż sama Klotylda. Przed dwoma miesiącami odprawiła jedną ze swych służących, 
którą Zygmunt nazywał modelem do Fryny* i w której towarzystwie parę razy spostrzegła go 
była w parku. A teraz te wycieczki do Korczyna? Kochałżeby on naprawdę Justynę, a miłość dla 
Klotyldy byłażby w nim tylko omyłką zmysłów czy wyobraźni? Ależ gdyby ją kochał 
prawdziwie i silnie, byłby ją pojął za żonę! Ona małżeństwa tego nie chciała, sprzeciwiała się 
mu, to prawda, przymusu jednak na jego wolę, gdyby ją był stanowczo objawił, nie wywierałaby 
nigdy. Sam wahał się, namyślał, chciał i nie chciał, na koniec odjechał i zdawało się, że o 
wszystkim, co go z Justyną wiązało, zapomniał. Teraz jednak... znowu... Co to wszystko 
znaczyło? 
Czule, macierzyńsko obejmowała synową, głowę jej do piersi tuliła i z łagodnym spokojem 
pocieszała ją wszystkim, czym mogła; o jej obawach i cierpieniach poważnie z Zygmuntem 
pomówić przyrzekała, a na dnie duszy snuła rozpaczliwe myśli i pytania. Kiedy młoda kobieta, 
której uczynione zwierzenia a także pieszczoty i obietnice matki ulgę przyniosły, blada i 
spłakana, ale już znowu uśmiechająca się do życia, wyszła do ogrodu, aby ulubione kwiaty swe 
obejrzeć, pani Andrzejowa powstała i poruszyła stojący na stole dzwonek. 
— Dokąd pan Zygmunt pojechał? — zapytała zjawiającego się we drzwiach lokaja. 
Miała jeszcze trochę nadziei, że pojechał nie do Korczyna, a usłyszawszy odpowiedź, która 
jej tę nadzieję odbierała, po chwilowym milczeniu rzekła jeszcze: 
— Kiedy powróci, powiedz, że proszę, aby zaraz przyszedł do mnie. 
Po odejściu służącego długo sama jedna stała pośrodku pokoju z rękami splecionymi i 
opartymi o stół, pełen dzienników i książek. Na blade jej policzki wystąpiły plamy ognistych 
rumieńców. Wrzała w niej burza zgrozy i niezmiernego żalu. Zbyt wiele w samotności 
rozważała i myślała, aby miłość i nawet namiętność wzrok jej utrzymać mogły w wiecznej 
ślepocie. To zaś, co niezupełnie jeszcze dokładnie, ale już spostrzegała, było grubą ciemnością 
zachodzącą na najdroższe ideały i wszystkie pociechy i chluby. 
II 
W ostatnich dniach lipca, kiedy część zboża jeszcze nie zdjęta stała na korczyńskich polach, 
Witold i Justyna postępowali drogą z Bohatyrowicz do Korczyna wiodącą. Szli prędko i 
rozmawiali żywo, tak żywo i z takim zajęciem, że aż na policzki młodej panny wybiły się gorące 
rumieńce, a oczy jej, zazwyczaj trochę chmurne, jaśniały radością. Nie zatrzymując się i nawet 
kroku nie zwalniając, do młodego krewnego rękę wyciągnęła. 
— Dziękuję ci, Widziu, z całego serca dziękuję — z niezwykłym sobie wylaniem mówiła. — 
Wszystko, co mi powiedziałeś, przejęło mię głęboko. Od jakiegoś czasu te same myśli 
przechodziły mi przez głowę, tylko ich tak wyraźnie układać nie umiałam. Nie jestem, widzisz, 
ani uczoną, ani pod żadnym względem wyjątkową... sama jednak nie wiem dlaczego, 
dostrzegłam już w życiu wiele rzeczy marnych i trochę ważnych... 
Z wesołym uśmiechem dodała: 
— Nudziłam się okropnie i może z nudy wymyślałam sobie to wszystko, o czym ty daleko 
lepiej i więcej wiesz ode mnie... 
Spojrzał na nią z boku i filuternie. 
— A teraz nie nudzisz się? — zapytał. 
Przecząco wstrząsnęła głową. 
— Nie, od jakiegoś czasu nie! Chociaż, przyznam ci się, że jeszcze dobrze nie rozumiem... 
Urwała. 
— Czego jeszcze nie rozumiesz dobrze? 
Po chwilowym wahaniu się odpowiedziała z cicha: 
— Tego, co czuję, i tego, co myślę... 
— Brak przygotowania — zauważył — ale — dodał wesoło — wyjaśni się to zapewne, bo i 
doprawdy, dlaczegóż byś nie miała pójść nową drogą... 
Zarumieniła się jeszcze ogniściej i z żywością szepnęła: 
— Nie wiem... nie wiem... może to tylko złudzenie... lękam się... 
— Czego? — ciekawie zapytał Witold. 
Ale ona spłonioną twarz ku polu zwróciła i może pod wpływem zakłopotania, jakie jej ta 
rozmowa sprawiała, silnie ściskała w dłoni sporą wiązkę tylko co znać zerwanych floksów, 
pośród których tkwiła ogromna czerwona jeorginia. 
— Wcale nie wytworny bukiet — patrząc na kwiaty uśmiechnął się Witold. — Rzecz jest jednak 
godną uwagi, jak ci ludzie kochają się w kwiatach. Nawet ta prozaiczna Elżusia, która na dwa 
tygodnie przed ślubem liczy sztuki bydła narzeczonego i myśli o w e k s e l ah, które wyda jej 
ojciec, mnóstwo ich w ojcowskiej zagrodzie hoduje... 
Nagle zwracając się ku towarzyszce zapytał: 
— Czy doprawdy będziesz na tym weselu? 
— Naturalnie — z żywością zawołała. 
— Drużką Elżusi? 
— Naturalnie. 
— A tworzącym dla ciebie parę d r u ża n t e m będzie pan Kazimierz Jaśmont, którego 
cyfry na cieniutkiej chusteczce wyhaftujesz i tę chusteczkę ofiarujesz mu w zamian podanych ci 
przez niego bukietów mirtowych... Tak? Umiesz to zapewne na pamięć, jak i wiele innych 
rzeczy, których ponauczałaś się w czasach ostatnich. Czy wiesz o tym, że wczoraj, kiedy panna 
Teresa łzawiąc się z czułości opowiadała ci radość swoją i mamy z przypuszczalnego twojego 
małżeństwa z panem Różycem, śmiejąc się odpowiedziałaś: „Bo to wy wiecie jedno, a ja 
drugie!” Gdybym wtedy na ciebie nie patrzał, myślałbym, że to stara Starzyńska mówi! 
Prościejesz, Justysiu, widocznie prościejesz... 
Śmiał się głośno, wesoło i patrzał na Justynę bardzo przyjaźnie. Nagle zagadnął: 
— Czy to prawda, co pani Fabianowa Bohatyrowiczowa, née* 
Giecołd, mówiła, że już 
nauczyłaś się żąć wcale dobrze?... 
Justyna uśmiechając się pokazała mu obie ręce ze stwardniałymi trochę dłońmi i kilku 
szramami od ostrza sierpa pochodzącymi. 
— Przez cały prawie tydzień po kilka godzin dziennie żęłam... Praca to ciężka, mniej przecież 
ciężka niż... 
— Niż co?... 
Z błyskiem oczu dokończyła: 
— Niż wieczne gryzienie siebie popielcową myślą: „Prochem jesteś!” z dodatkiem: „Zanim 
jeszcze w proch się rozsypałaś!” 
— Brawo! Masz słuszność! Są na świecie ludzie, którzy od takich myśli naprawdę z rozpaczy 
w proch rozsypać się mogą, i ty widać do nich należysz! 
Po chwili z powagą zapytał: 
— Czy nie przechodzi to sił twoich? 
Kształtną i silną kibić swą prostując odpowiedziała: 
— Czy wyglądam na istotę, co ma taką postać, jakby do nieba miała się wnet dostać? 
Oboje parsknęli głośnym śmiechem, który przez kilka sekund wtórował ogromnemu, 
ogłuszającemu ćwierkaniu świerszczy w przydrożnych trawach. Znajdowali się w tej chwili tuż 
za stodołą korczyńską, która ze starymi już ścianami, lecz murowanymi słupy i starannie 
utrzymanym dachem zdrowo i silnie wyglądała. 
— Trzeba wiedzieć — zaczął Witold — że ojciec utrzymuje Korczyn w dziwnej całości i 
porządku. Pracuje też prawdziwie jak wół, tylko że wół takich kłopotów i niepokojów nigdy nie 
ma... Dobrze, że mu dziś trochę dopomóc mogłem, bo kiedyśmy się w okolicy spotkali, 
wracałem właśnie z pola, gdzie mię do robotników był posłał. Biedny, kochany ojciec! 
W tej samej prawie chwili stanął jak wryty i z nagle ściągniętymi brwiami słuchać zaczął. Z 
drugiej strony stodoły na folwarcznym dziedzińcu rozlegał się głośny, gruby, rozgniewany krzyk 
Benedykta. Słów tego krzyku nie można tu było rozróżnić, ale czuć w nim było groźby i obelgi. 
Witold rękę podniósł do czoła. 
— Jak mię to boli! Boże, jak mię to zawsze boli... 
Krokiem przyśpieszonym zaczął iść dalej, o towarzyszce swej zupełnie zapominając. 
Słońce zaszło już przed kwadransem i tylko nad zaniemeńskim borem pozostawiło szeroki 
pas jaskrawy, który dachy i szczyty drzew korczyńskiego dworu oblewał do pożogi podobnym 
czerwonym światłem. Tam, gdzie dziedziniec folwarczny szeroko otwierał się na Niemen, 
pomiędzy jednym z czworaków a stajnią, na tle czerwonych zarzecznych obłoków postać pana 
Benedykta rysowała się na kształt czarnej sylwetki, wysokiej, ciężkiej, wąsatej, której rysy 
znikały w oddaleniu, ale ramiona dokonywały gwałtownych gestów i długie wąsy szamotały się 
u piersi. Naprzeciw tej sylwetki stała druga, również na tle czerwonych obłoków czarna, ale 
znacznie niższa, z krępymi kształtami i głową, która jeżąc się rozczochraną czupryną, lękliwie 
wtulała się w ramiona. Pośrodku znajdowało się jakieś narzędzie rolnicze zaprzężone we dwa 
konie, melancholijnie ku trawie dziedzińca łby pochylające; u drzwi czworaka i wrót stajni stały 
gromadki ludzi, w milczeniu i nieruchomości krzyków pana domu słuchając. Witold szybko przebywając dziedziniec kierował się ku dwom czarnym sylwetkom, przez narzędzie rolnicze i 
parę nieruchomych koni rozdzielonym. Stając, od pośpiechu, z jakim szedł, trochę zdyszany, 
zapytał: 
— Co to, ojcze? 
Nie było już na nim ani śladu wesołości i szczęśliwego, młodzieńczego uniesienia, z jakim 
przed chwilą z Justyną rozmawiał. Ale pan Benedykt na wyraz twarzy syna wcale nie zwrócił 
uwagi. Rozpaczliwym gestem wskazując mu stojącego o dwa kroki parobka, głośniej jeszcze niż 
przedtem wybuchnął: 
— Skaranie boże! nieszczęście! zguba prawdziwa z osłami i łajdakami tymi! Żniwiarkę mi 
zepsuł! Kilka dni z nią po polu pojeździł i już zepsuł! A czy ty wiesz, gałganie, że ta żniwiarka 
więcej kosztuje, niż ty cały wart jesteś! Czy ty wiesz, że ja dobrze musiałem sobie głowy 
nałamać, nim zdobyłem się na jej kupienie?... Ale co to was obchodzi, że komuś szkodę 
zrobicie? Czy wy macie serce albo sumienie, osły, łajdaki, gałgany!... 
— Mój ojcze... — spróbował przerwać Witold. 
Ale Benedykt, jakby właśnie próbę tę chciał udaremnić, więcej jeszcze głos podniósł. 
— Czy ty myślisz — wciąż do parobka się zwracał — że ja ci to daruję? Żniwiarkę do naprawy 
poślę, ale co za nią w mieście zapłacę, to ci z pensji wytrącę... 
Na te słowa chłop krępy, w siermiędze ubrany, po raz pierwszy kudłatą głowę z ramion 
wysunął i mrukliwie przemówił: 
— Nie wytrącajcie, panoczku, bo z czegóż ja z dziećmi żyć będę... 
— Z głodu nie zdechniesz!... — krzyknął Benedykt — Ordynarię* masz... dach nad głową masz... 
krowę nawet trzymać wam pozwalam... A gdybyś zresztą i ziemię miał gryźć, wytrącę... jak 
Boga kocham, wytrącę... żebyś nauczył się, łajdaku, własność cudzą szanować! 
— Mój ojcze! — głośniej niż przedtem przemówił znowu Witold i wyprostował się znad 
żniwiarki, której zepsucie bacznie i prędko obejrzał. — Mój ojcze! ja się na tym znam trochę... w 
przeszłym roku tam, gdzie lato spędziłem, żniwiarki psuły się często, a ja przypatrywałem się, 
jak je naprawiano. Tę można będzie naprawić w domu, z małym kosztem i prędko... ja sam się 
tym zajmę... Maksymowi nie trzeba będzie nic z pensji wytrącać... 
Zwrócił się do parobka, który czapkę mnąc w rękach z nogi na nogę przestępował, wzdychał i 
coś niewyraźnie mruczał. 
— Słuchaj, Maksymie, czy ty rozumiesz, jak ta żniwiarka jest zrobioną i jakim sposobem żąć 
może? Pewno nie rozumiesz i dlatego ją zepsułeś, że nie rozumiesz... Oto, popatrz i posłuchaj, ja 
ci to zaraz pokażę i wytłumaczę... 
Łagodnie, powoli, wyrażeń chłopu zrozumiałych dobierając, z łatwością zdradzającą wielkie 
oznajomienie się z ludem, Witold mówił przez dobry kwadrans, składowe części narzędzia i 
połączenia ich żywymi gestami pokazywał. Parobek w postawie pokornej i ociężałej słuchał 
zrazu leniwie i tylko z przymusu, ale po paru minutach pochylił się i na żniwiarkę, to znowu na 
mówiącego spoglądać zaczął z ożywieniem i ciekawością. Kiwał przy tym głową w znak 
zdziwienia lub zrozumienia, z cicha pomrukiwał, wskazywanych mu części żniwiarki grubymi i 
węzłowatymi palcami dotykał. 
— No, widzisz — prostując się kończył student — nic tu takiego mądrego nie ma i tylko w 
obchodzeniu z tą maszyną trochę trzeba ostrożności i uwagi. Jutro obydwa wstaniemy o świcie, 
maszynę do kowala zawieziemy, a w jaką godzinę po wschodzie słońca będziesz już mógł w 
pole z nią wyjechać. Straty nie będzie żadnej ani nam, ani tobie... 
Ostatnie słowa widocznym zadowoleniem okryły ciemną, gęsto obrosłą twarz chłopa. Schylił 
się i z głośnym cmoknięciem całując rękaw surduta Witolda, z uśmiechem i głośno przemówił: 
— Dziękuję, paniczu! Daj Boże zdrowie! 
Po czym lejce z ziemi podniósł i cmoknął na konie, które żniwiarkę ku stajni pociągnęły. 
Benedykt od chwili wmieszania się syna w scenę pomiędzy nim a parobkiem zachodzącą stał 
nachmurzony i silnie wąsa w dół pociągał. Po oddaleniu się chłopa wzrok podniósł na syna. 
— Dałeś mi lekcję obchodzenia się z ludźmi. Teraz widać takie czasy przyszły, że jaja kury 
uczą. Dziwię się tylko, że od tylu lat nad książką ślęcząc umiesz tak biegle i w sposób 
odpowiedni z chłopami rozmawiać... 
— Jeżeli ci się to nie podoba, mój ojcze — żywo odrzucił Witold — samemu sobie chciej winę 
przypisać. Kiedy dzieckiem pod twoim okiem rosłem i kiedy następnie ze szkół do domu 
przyjeżdżałem, nie wzbraniałeś mi przestawania z wiejską ludnością... 
Zwracając się ku domowi Benedykt sarknął: 
— Na siebie samego bicz kręciłem. Według idylli, która w twojej dziecinnej głowie powstała, 
sądzisz teraz ojca... 
— Idylla! — popędliwie zawołał Witold. — Upewniam cię, mój ojcze, że patrzę na rzeczy 
bardzo trzeźwo i że... na razie... szczytem moich marzeń jest to, aby ludzie nie obchodzili się z 
ludźmi jak z bezmyślnymi bydlętami... gorzej, jak z kamieniami chyba, bo przecież są na świecie 
takie dziwaczne usposobienia, które i dla bydląt wyrozumiałość i litość mają... 
Benedykt zaśmiał się z lekceważeniem. 
— Kiedy już sam poturbujesz się dobrze nad gospodarstwem i interesami, będziesz wiedział, 
jakie różnice zachodzą pomiędzy teorią a praktyką, rzeczywistością a sielanką. 
Witold wpadł mu w mowę: 
— Jeżeli kiedy, mój ojcze, przekonany zostanę, że teorie moje z praktyką w żaden sposób 
pogodzonymi być nie mogą, w łeb sobie strzelę, ale od teorii nie odstąpię za nic... 
Benedykt stanął jak wryty i popatrzał na syna takim wzrokiem, jakby go ujrzał nad brzegiem 
przepaści. Po chwili przecież uśmiechnął się. 
— Dziecko jesteś... Każdemu zdaje się za młodu, że jeżeli gwiazdy z nieba nie zdejmie, w łeb 
sobie palnie, a potem i przy świetle śmierdzącej łojówki żyje... 
— Albo — zaprzeczył Witold — za swoją gwiazdę i aby smrodu łojówek nie czuć, łeb sobie 
roztrzaskać daje... Ty, mój ojcze, znasz z bliska takie przykłady... 
— Nie znam, nie wiem i nic wiedzieć nie chcę... sarknął Benedykt. 
— Stryj Andrzej... — drżącymi trochę usty zaczął Witold. 
Ale Benedykt znowu jak wryty stanął... 
— Cicho! — stłumionym szeptem zawołał. 
Szybko i z trwogą rozejrzał się dokoła, lecz w pobliżu nie było nikogo. Na usta Witolda 
wybiegł uśmiech bolesnej ironii. 
— Nie lękaj się, ojcze — z wolna wymówił — nikt nie usłyszał, że ze czcią imię twojego brata 
wspomniałem!... 
Ciemny rumieniec od siwiejących gęstych włosów aż po kołnierz koszuli okrył twarz 
Benedykta. Zmieszał się więcej jeszcze niż wtedy, kiedy Witold pokorną jego względem 
wierzyciela uniżoność zauważył. Złagodniał też i w bramie ogrodzenia, które dziedziniec 
folwarczny z dworskim rozdzielało, mówić zaczął: 
— Każdy za młodu ma swoje marzenia i teorie, którym później praktyka kurty kroi*. Łbem 
muru nie przebijesz, a tych ludzi gdybyś i miodem smarował, będą oni zawsze leniwi, niedbali i 
nieżyczliwi... 
— Cóż dopiero, kiedy się ich pieprzem karmi! — uśmiechnął się Witold. 
— A kto ich tam, do diabła, chce pieprzem karmić? — z odradzającym się rozjątrzeniem rzucił 
Benedykt. 
— Naprzód — zaczął Witold — aż nadto nasypało się im go do garnków z przeszłości, a potem... 
Stanął i twarzą zwracając się ku folwarcznemu dziedzińcowi, na czworaki wskazał. 
— Wszak nie myślisz pewnie, ojcze, że ludzkie energie i uczucia rozwijać się mogą w tych 
okopconych i przeludnionych izbach? Mówiłeś przed chwilą, mój ojcze, że dach nad głową mają 
i ordynarię biorą... w dodatku trzydzieści rubli na rok, które zmniejszają się przy każdej szkodzie 
uczynionej przez nieoświeconą i niezgrabną rękę... Istotnie, jest to byt mogący wzniecać i 
rozwijać gorliwość, dbałość, życzliwość... 
— A więc — wybuchając przerwał Benedykt — wynajdź sposoby na budowanie dla nich 
pałaców i żywienie ich pasztetami... bo ja i sam ani pałacu sobie nie wystawiłem, ani pasztetów 
nie jadam... Tak krawiec kraje, jak materii staje. Kiedy sam z kredką w ręku zaczniesz kroić, 
przymierzać, łatać i koniec do końca tak ciągnąć, aby je związać, że ci czasem aż ciężkie poty na 
skórę wystąpią, wtedy przekonasz się, co to jest praktyka, i w ogólności, co to jest w naszych 
warunkach życie... oj, życie! 
Roziskrzonymi oczami spojrzał na syna. 
— Chciałbym — trochę ciszej dokończył — chciałbym bardzo, abyś po ukończeniu nauk do 
domu wracając mnie już tu nie znalazł... abym już wtedy był tam, gdzie... to... tamto... gdzie 
sobie dawno poszedł... to... tamto... Andrzej! i mnie byłoby lepiej, i tobie... 
— Mój ojcze! — przerażonym głosem przerwać chciał Witold. 
Ale Benedykt przerwać sobie nie dał. 
— Tak — kończył — najpewniej byłoby lepiej... bo gdybyś miał do mnie przywiązanie... 
— Wątpisz o nim, ojcze! 
— Wątpię. Ale ponieważ tego nie ma... nie ma... no, to gdyby stary grat ustąpił, mógłbyś 
samowładnie w Korczynie rządzić i chłopów za pasterzy przebrawszy razem z nimi położyć się 
nad strumykiem i w dudkę gwizdać... 
Słowa te wymówiwszy koniec wąsa do ust włożył i z pochylonym karkiem, ciężko, prędko, 
szerokimi krokami ku domowi poszedł. Witold w bramie ogrodzenia stał jak skamieniały. Tak 
był wzruszony, że ramię mu drżało, gdy rękę do czoła podnosił. 
Po kilku dopiero minutach z cierpiącą i bledszą niż zwykle twarzą młody człowiek wszedł do 
sali jadalnej oświetlonej lampą palącą się nad stołem do wieczerzy nakrytym i dokoła którego 
dość liczne grono osób już zasiadało. Z wyjątkiem Kirły, który od kilku godzin bawił w 
Korczynie i po wieczerzy miał odjechać, było to tylko towarzystwo domowe. Ale, co się 
zdarzało nieczęsto, pani Emilia, dość zdrowa, w ładnym, letnim szlafroczku, przyszła dziś do 
stołu; obok niej umieściła się Teresa z lewą ręką, w której czuła reumatyczne bóle, na białej 
chusteczce u szyi związanej zawieszoną; u końca stołu Orzelski, błogo uśmiechnięty, dla 
lepszego przyjrzenia się ustawionym na stole półmiskom srebrne swe włosy pod światło lampy 
wysuwał; przy nim, wyprostowana, z ładną, żółtawą twarzyczką, siedziała Leonia; Kirło zaś ze 
śnieżystym i wykrochmalonym przodem koszuli, z przymilonym uśmiechem na kościstej twarzy, 
z rąk pana domu przyjąwszy kieliszek wódki, umieścił się naprzeciw Justyny z takim 
pośpiechem, jakby się lękał, aby go ktokolwiek w zajęciu tego punktu przy stole nie uprzedził. 
Od jakiegoś czasu okazywał on Justynie uprzejmość z nadskakiwaniem graniczącą, ani ku niej 
żartobliwej i lekceważącej galanterii, ani ku jej ojcu wesołych drwin nie zwracając. Teraz 
naprzeciw niej siedząc nie tylko poruszenia, ale i spojrzenia jej śledzić się zdawał. Przy tym z 
serwetą na szyi zawiązaną i całą pierś mu okrywającą zajadając ze smakiem kotlety, nieustanną 
prawie rozmową zajmować usiłował niezbyt ożywione towarzystwo. Mówił o Różycu. W 
ogólności mówił o tym krewnym swojej żony tak często i z takim zadowoleniem, że można by 
go było posądzić o szczycenie się tym pokrewieństwem. Zresztą sam nie taił tego, że się nim 
szczycił. Tym razem przecież mówił o nim nie tylko dla chwalenia się, ale i w innym jeszcze 
celu. 
— Zaręczam państwu — mówił — że gdyby mu żyłę przeciąć, popłynęłaby z niej krew tak 
błękitna... jak na przykład... jak na przykład niemeńska woda w pogodę... 
Teresa zachichotała. 
— Ej, doprawdy! pan zawsze żartuje! kto kiedy widział błękitną krew!... 
— Tak się mówi, moja Tereniu, o dobrych, starych rodach — łagodnie wytłumaczyła pani 
Emilia. 
Benedykt zamruczał: 
— Doskonałe porównanie... bo czy tam ta krew błękitna, czy nie błękitna, ale że wody w niej 
wiele, to pewno... 
Witold, ze spuszczonymi powiekami dotąd siedzący i nie dotykający wcale jedzenia, wzrok 
na ojca podniósł i w twarz jego nad talerzem pochyloną, surową, pomarszczoną długo popatrzał. 
— Zawsze to jednak, panie dobrodzieju — ciągnął Kirło — rzecz przyjemna... przyjemna... z 
takiego, jak Teofil, rodu pochodzić. Wprawdzie tytułu żadnego nie ma... ani książę, ani hrabia... 
ale takie szlachectwo, jak jego, równa się hrabiostwu, a może i jakiemu kiepskiemu księstwu... a 
jaka parantela... fiu! fiu! z najpiększymi familiami... panie dobrodzieju mój... rodzona ciotka za 
księciem... 
Ku Justynie błyszczącymi oczkami spojrzał, a spostrzegłszy, że potrzebowała soli, z 
pośpiechem i przymileniem ku niej ją posunął. Potem omletu z konfiturami z półmiska 
nabierając mówił znowu: 
— Poczciwy ten Teofilek! Dwadzieścia dwa lata miał, kiedy mu ojciec umarł... matka żyje 
jeszcze i w Rzymie na dewocji siedzi*... bardzo zacna matrona... a on dwadzieścia dwa lata miał, 
kiedy stracił ojca i w sukcesji wziął fortunę malutką, maluteńką, ni mniej, ni więcej, tylko, panie 
dobrodzieju, coś tak około miliona rubli, około jednego, jednego sobie milionka rubli... 
— O Jezu! — jęknęła Teresa. 
Orzelski językiem mlasnął. 
— Caca fortunka... caca... Żeby to te... mieć... choć dziesiątą część tego! 
— Aha! pewno! — podchwycił Kirło — żeby to te... cha! dziesiątą część... tak ze sto 
tysiączków... Ale pan omleciku jeszcze nie brał... służę panu! 
Ze słabym zaledwie odcieniem dawnej żartobliwości ojcu Justyny półmisek podał. 
— Teraz zaś — ciągnął — w trzydziestym pierwszym roku życia swego Teoś posiada już tylko 
trzysta tysięcy, bo Wołowszczyzna, lekko licząc i na najniższą cenę ziemi, warta jeszcze pewnie 
trzysta tysięcy. Przez osiem czy dziewięć lat stracił więc chłopak sześćset tysięcy... malutkie 
sobie sześćset tysiączków przez osiem czy dziewięć lat stracił... Ha? jak się to państwu podoba... 
zuch chłopak, co? 
I zaśmiał się dobrodusznie, serdecznie, a tryumfującym i uszczęśliwionym wzrokiem po 
obecnych wodził. Kolosalność cyfr wymienianych zachwycała i niejako w dumę wbijała 
posiadacza malutkiej Olszynki. Śmiech uspokoiwszy i z miną smakosza sącząc z kieliszka tanie 
francuskie wino, które na korczyńskim stole zjawiało się tylko przy gościach, opowiadał o 
sposobach, w jakich owe sześćset tysięcy przez Teofilka straconymi zostały. Powtarzał pogłoski 
i opowiadania, które krążyły po okolicy od przybycia do niej Różyca i które mieszkańców tych 
stron ciężkim życiem mniej lub więcej steranych w zdumienie wprawiały, Sodomę, Babilon i 
inne tym podobne miejsca nieprawości im przypominając. Łatwiej byłoby wyliczyć to, czego o 
Różycu nie mówiono, niż to, co mówiono, a co teraz Kirło z werwą okraszoną dowcipami i 
dwuznacznikami, ze szczególnym i widocznym lubowaniem się powtarzał. Wille w okolicach 
Wiednia i Florencji, apartamenty przy paryskich bulwarach, gry w ruletę* i sztosa*, głośne 
przygody z najgłośniejszymi przedstawicielkami półświata, w dziennikach aż opisywane zakłady 
i pojedynki... Ile w tym wszystkim mieściło się prawdy, a ile przesady, trudno zgadnąć; 
najpewniej przesady było niemało, ale i prawdy wiele. Siedzące przy stole korczyńskim osoby 
niektóre z opowiadanych szczegółów już znały; innych słuchały z rozmaitymi wyrazami twarzy. 
Z wyjątkiem przecież Benedykta, który schylał się jeszcze nad talerzem, i Witolda, który wciąż 
blady i smutny powiek prawie nie podnosił, wszystkie spojrzenia nieustannie zwracały się na 
Justynę. Kirło spostrzegłszy, że ku karafce rękę ona wyciąga, z pośpieszną, lecz i pełną 
uszanowania galanterią do szklanki jej wody nalał, po czym o wartości i piękności 
Wołowszczyzny mówić zaczął: 
— Pałacyk szyk! zaniedbany teraz, co prawda, ale gdyby go odrestaurować, urządzić... byłaby 
rezydencja pańska, rozkoszna... 
Końce palców swoich pocałował, a Orzelski, który niegdyś przez Wołowszczyznę przejeżdżał 
i pałacyk widział, ustami pełnymi omletu cmoknął. 
— Caca pałacyk... caca! 
Palcem w powietrzu wykręcać zaczął. 
— Wieżyczki, balkony, wykrętasy... tylko że z drogi patrząc zdaje się, że zaraz to... runie! 
— Nie runie. Pałacyk nie runie: wyrestauruje się, odświeży, urządzi, gdy tylko właściciel tego 
zechce... a zechce wtedy, gdy zrobi projekt ożenienia się. Ale co grunt, to że Wołowszczyzna 
posiada osiem folwarków ze śliczną glebą, a w tych folwarkach, jak u Pana Boga w spiżarni, 
wszystkiego pełno: lasy, stawy, ogrody, pachty*, młyny, dwie gorzelnie, dawniej fabryka czegoś 
tam była i przynosiła dużo, a choć upadła, znowu powstać może i dużo przynosić. Wszystko 
tam, co prawda, podupadło i zrujnowało się, ale podniesionym i wyrestaurowanym być może, 
gdy tylko Teofilek zechce, a zechce najpewniej wtedy, kiedy się ożeni; żoneczka rozumna i 
energiczna do gospodarstwa go zachęci i pieszczotami, rozumkiem, taktem swawolnego ptaszka 
w gniazdku zatrzyma... 
Tak mówił Kirło i wpółżartobliwie, wpół z rzetelną admiracją na Justynę patrzał. Filuternie i 
uniżenie przymilone jego rysy zdawały się do niej przemawiać: „Uwielbienia godną jesteś już 
przez to, żeś wzrok jego zwrócić na siebie potrafiła, a gdy to wielkie, cudowne szczęście, które 
ci prorokuję, posiędziesz, bądź na uniżonego sługę swojego łaskawą!” i wszyscy zresztą, oprócz 
Benedykta i Witolda, na Justynę spoglądali, a w spojrzeniach i uśmiechach pani Emilii, Teresy, 
nawet niedorosłej Leoni, którą opowiadania Kirły zaciekawiły i ożywiły, wyraźnie malowały się 
wykrzykniki: „Dziwne, nadspodziewane szczęście! cud prawdziwy nad biedną dziewczyną przez 
Opatrzność okazany!” 
Pani Emilia myśli te nawet słowami wyraziła: 
— Prawdziwy zaszczyt sprawi pan Różyc kobiecie, którą za żonę wziąć zechce. Taki ród, 
majątek... 
— Ach, i takie serce! — przebiła jej mowę Teresa. 
— A pałacyk! ach, mamciu, pałacyk! to najmilsze ze wszystkiego — na krześle podskakując 
wykrzyknęła Leonia, która przed niewielu dniami tak gorąco a nadaremnie błagała ojca o posągi 
i nowe meble do korczyńskiego salonu. 
Justyna przez cały ciąg wieczerzy milczała. Nie mogła jawnie odpierać ani przyjmować 
spadających na nią spojrzeń, uśmiechów, półsłówek, bo nie były jawnie ku niej zwracane. 
Rzadko podnosiła oczy, ale ile razy je podniosła, przebiegał w nich błysk obrazy. Wargi jej, jak 
dojrzała wiśnia pełne i purpurowe, przybierały chwilami wyraz dumny i wzgardliwy. Nie 
wiedzieć dlaczego, to, co innym wydawało się pochlebnym i zaszczytnym, ją drażniło i obrażało. 
Wszyscy wprawdzie wiedzieli o tym, że najwybitniejszą cechą jej charakteru była duma. Ale 
właśnie dumna kobieta powinna była świetnym zwycięstwem na wpół już odniesionym i 
otwierającą się przed nią perspektywą czuć się pochlebioną i uszczęśliwioną... 
Benedykt, który swoim zwyczajem jadł wiele i długo, a raz w rozmowę słowo rzuciwszy, 
więcej się już nie odzywał, rozumiał dobrze, iż wszystko, o czym przy stole mówiono, odnosiło 
się do Justyny. Kiedy po raz pierwszy usłyszał był od żony pełne zdumienia i zachwycenia opowiadanie o prawdopodobnych względem Justyny zamiarach Różyca i o staraniach w celu 
urzeczywistnienia się ich przez Kirłową czynionych, zdziwił się także i trochę ucieszył. 
— Daj Boże! — wymówił — daj Boże! Dla biednej dziewczyny świetna to partia i 
niespodziewana... istotnie niespodziewana!... 
Ale później niewiele myślał o tym. Krewnej i wychowanicy swej dobrego zamążpójścia 
życząc, czynnie doń dopomagać czasu ani ochoty nie miał. Wprzódy jeszcze nieraz przychodziło 
mu na myśl, że gdyby Justyna za mąż wychodziła, musiałby jej oddać zlokowane na Korczynie a 
do niej należące pięć tysięcy, co by mu nowych kłopotów przysporzyło. Teraz, przy tej 
wieczerzy, przyszło mu na myśl, że jeśli wyjdzie ona za Różyca, kłopot ten oszczędzonym mu 
zostanie, bo dziedzic Wołowszczyzny natychmiastowego wchodzenia w posiadanie tej sumki 
potrzebować nie będzie. Więcej o tym nie myślał wcale, tylko, widać, opowiadania Kirły, a 
szczególniej brzmiący w nich ton bałwochwalczej dla bogactwa i użycia chwalby zirytował go 
nieco. Kirło zresztą irytował go zawsze. Podniósłszy więc twarz znad talerza i wąsy serwetą 
otarłszy, jakby do wstawania od stołu obie ręce o stół opierając, przemówił: 
— Wszystko to bardzo piękne i ja panu Różycowi ubliżać nie chcę. Młody jest i poprawić się 
może, bo ja słyszałem i sam spostrzegłem, rozsądek i dobre serce ma... Ale abym przeszłość jego 
pochwalał, to nie. Taką fortunę stracić na karty i metresy rzecz niegodna. Tak tylko łajdaki 
robią... 
— Benedykcie! — z cicha jęknęła pani Emilia. 
— A tak — nie zwracając oczu na żonę energicznie potwierdził. — Przy tym tak już nic a nic nie 
robić, jak ci panowie, to także, powiem prawdę, świństwo. Człowiek, który na świecie jedząc 
chleb nie pracuje, czy tam w nim błękitna krew płynie, czy popielata, czy czerwona, jest 
darmozjadem i niczym więcej... Jeżeli zaś jeszcze i na marcypanach pasie się, a nawzajem dla 
świata, który mu marcypany daje, palcem nawet pokiwać nie chce, no, to już go mam za... 
Wtem przypomniał coś sobie, pomiarkował się i trochę miększym głosem dokończył: 
— Ale ja tego nie mówię do pana Różyca... nikomu ubliżać nie chcę... może on jest i 
najlepszym człowiekiem... tylko... te wielkie bogactwa, które takie frukta rodzą, te... te... to... 
tamto... 
Chciał widocznie połknąć wyrazy, które wydzierały mu się z gardła, ale nie dokonał tego. 
Ręką machnął i dokończył: 
— Te wielkie fortuny niechby wszyscy diabli wzięli!... 
Krzesło ze stukiem odsunął i od stołu wstał. Obok niego, ciche jak westchnienia, rozległy się 
jęki: 
— Benedykcie! ja nie mogę... o mój Boże... ja nie mogę wyrazów takich słuchać... ja... takich 
zdań... o takim człowieku... nie mogę... ja... 
Pani Emilia usiłowała podnieść się z krzesła, ale nie mogła. W gardle ją dławić zaczęło, nogi 
chwiały się pod nią. 
— A toż co? — ze zdziwieniem zapytał Benedykt — co ci się stało? 
Ale już Kirła z troskliwością i współczuciem przyskakiwał do pani domu ramię jej podając, a 
z drugiej podtrzymywała ją Teresa. Tak we troje przeszli całą długość jadalnej sali, Benedykt zaś 
jak wryty wzrokiem za nimi prowadził. 
— W imię Ojca i Syna... a cóż ja jej złego zrobiłem? Znowu zachoruje czy co? 
Ale w tej chwili giętkie dłonie obie ręce jego ujęły i przylgnęły do nich gorące usta. 
— Mój ojcze — z cicha wymówił Witold — pocałuj mię... proszę!... 
Coś dziwnie pocieszonego i roztkliwionego mignęło w ponurych źrenicach pana Benedykta; 
jednak surowo brwi zmarszczył. 
— Cóż? może za to, żem w twoją dudkę zagrał o tym panku mówiąc, raczysz mi winy moje 
przebaczać? 
Witold w dłoniach swoich ręce jego trzymając, powtórzył: 
— Pocałuj mię, mój ojcze... 
Na bladawym, smutnie przed nim pochylonym czole syna złożył pocałunek szorstki, ale 
długi. Uśmiech, niewesoły jednak, gorzki raczej, pod długim wąsem mu przebiegł. 
— Gorącą masz głowę — zauważył. 
Ale tej krótkiej, dwuznacznej uwagi Witold może i nie dosłyszał. Ze słowami, które ojciec 
jego u końca wieczerzy wymówił, i z pocałunkiem ojcowskim wróciła mu cała żywość i 
wesołość. Pochwycił wpół Martę, która do kredensowej szafy kompot i resztę wina chowała, i 
kilka razy obrócił ją w kółko, potem przy wtórze śmiechu, łajania i kaszlania starej panny 
przyskoczył do stojącej u okna Justyny. 
— Wiesz, Justynko — pięścią jednej ręki o dłoń drugiej uderzając prędko i z błyskającymi 
oczami mówił — ten Kirło to pasożyt, pieczeniarz, błazen, czciciel złotego cielca, hipopotaurus, 
mastodont*, przedpotopowe zwierzę! Gdybym mógł, tobym takich ludzi jedną ręką brał tak... za 
włosy, a drugą za gardło i — trrraf! karki bym im skręcał! 
Justyna parsknęła śmiechem. 
— Zrób to naprzód z kurczęciem — zawołała — a wtedy uwierzę, że mógłbyś zrobić z Kirłą! 
— Jak ojca kocham! — srożył się jeszcze student. — Bo to, widzisz, zakała świata! Gdyby nie 
tacy, jak on, świat by już był daleko... daleko... A nam o to przecież idzie... ty nie masz może 
pojęcia, jak nam o to idzie... o idee... o ludzką wolność, godność... W ogień bym za to wskoczył, 
rodzonego ojca mógłbym się wy... 
Wstrzymał się, nie domówił, trochę ochłódł. Nagle w twarz kuzynki przenikliwie spojrzał. 
— Czy ty, Justynko, za te dziurawe sito pójdziesz? 
Zaśmiała się znowu. 
— Masz taki sposób pytania, Widziu... 
— Wiesz dobrze, o kim mówię... No, za tego welinowego człowieka, jeżeli oświadczy się o 
ciebie, pójdziesz? 
Wzruszyła ramionami. 
— Mój drogi — z wolna odpowiedziała — czyżbym mogła odrzucać od siebie tak wielkie, 
niespodziewane, cudowne szczęście... taki zaszczyt i łaskę? Sam pomyśl, czyżbym mogła? 
Zdawało mu się, że w jej głosie dosłyszał tłumiony śmiech, ale twarz miała poważną, surową 
i niezwyczajnie błyszczące oczy. Ręką rzucił. 
— At — rzekł — niczego z kobietami pewnym być nie można! Zdaje się, że rozsądna, a może i 
pstro ma w głowie, czy ja wiem? Na Buszmanki* was wychowują, to i wszystko na świecie 
gotowe jesteście zrobić, byleby was ładnie ufarbowano. Ale tymczasem, nim wielką panią 
zostaniesz, na wesele Elżusi pójdziesz... wiesz? Marynia tam także będzie, już ja to u pani 
Kirłowej uproszę, byleby tylko pod opieką cioci Marty, którą także podejmuję się namówić... 
W tej chwili drobne jakieś ręce ramię jego objęły i prawie dziecinny głos tuż przy nim 
zawołał: 
— Widziu, i mnie weźcie na te wesele! już mnie o nim Zofia tyle nagadała... ona krewna pana 
młodego i zaproszona... tańczyć będą... i ja chcę potańczyć! 
— Z największą ochotą! — zawołał Witold — choć raz zobaczysz w Korczynie coś więcej nad 
dom i ogród! 
— Nie żartuj, Widziu — krzywiąc ładne, blade usta skarżyła się dziewczynka — mnie tak nudno, 
nudno ciągle u mamy w pokoju siedzieć albo po tych alejach w ogrodzie chodzić... 
— Patrzcie! — sarknął młody człowiek — od ziemi ledwie odrosła, a już nudzi się! Czy nie 
zaczynasz już i na nerwy chorować, moja ty... przyszła Buszmanko!... 
Dziewczynka skarżyła się dalej: 
— A pewno! Głowa mię boli często! Wiesz, Widziu, wolę już być na pensji, bo tam choć 
rozmaitości więcej... Całe moje szczęście, że dla cioci Marty pantofle wyszyłam... 
Tu niedokrwistość zdradzająca żółtawa jej twarzyczka rozjaśniła się uśmiechem prawdziwie 
dziecinnej radości. 
— Śliczne pantofle! — zawołała. — Jutro je cioci oddam! To dopiero będzie rada! rada! 
Klasnęła w dłonie, podskoczyła, brata wpół objęła i znowu żałosnym głosem prosić zaczęła: 
— Weź mnie, Widziu, na te wesele... potańczyć chce się... Zofia mówi, że tam wesoło będzie... 
taką ładną suknię już sobie przygotowuje! 
Witold zamyślił się. 
— Mamy o pozwolenie poprosić trzeba... 
— Poproś... — błagał podlotek. 
— Czemu sama nie chcesz?... 
Dziewczynka ruchem przestrachu ręce splotła. 
— Lękam się... nie mogę... jeszcze się zmartwi i zachoruje... Mama zawsze choruje, jak tylko 
co się jej nie podoba... Tobie łatwiej... ty rozumniejszy... 
W godzinę potem Marta z trzaskiem otwierając drzwi do pokoju swego wpadła i 
zobaczywszy znajdującą się tam Justynę wołać zaczęła: 
— Awantury! Słowo honoru, arabskie awantury! Na wesele iść z nimi! Przymila się, obejmuje, 
całuje, prosi... „Idź, ciotko, z nami do Bohatyrowiczów na wesele... idź, idź!” I śmiech, i złość! 
co ten chłopiec wymyślił sobie? Stare kości po weselach ciągać! Wieczny śmiech! a co ja na tym 
weselu robić będę? na co ja tam potrzebna! Pfuj, zgiń, maro, przepadnij! A to przyczepski z tego 
Widzia! Uf! nie mogę!... 
Jak uragan, od łóżka do szafy, to znów od szafy do łóżka biegała i trudno było zgadnąć, czy 
rozgniewaną była lub rozśmieszoną, bo śmiała się, łajała, rękami machała... Justyna przy świetle 
lampy u otwartego okna stojącej, szyciem zajęta, przyjazny wzrok na starszą towarzyszkę swoją 
podniosła. 
— Bo też ciocia pójdzie z nami na to wesele — z filuterną przekorą rzekła. 
— Wieczny śmiech! — krzyknęła stara panna — po co ja tam mam iść? na co? dlaczego? 
— Naprzód dlatego, że ciocia Witoldowi niczego by odmówić nie potrafiła, a potem dlatego, 
że są to przecież dawni znajomi cioci... 
Jak słup pośrodku pokoju stanęła, czarne jej oczy zapłonęły zrazu jak żużle, a potem zmąciły 
się wielkim zmieszaniem. Ciszej daleko niż wprzódy zamruczała: 
— Dawni znajomi! to prawda... i dobrzy niegdyś znajomi! Ale kiedy to było! I... krótko to 
było! A teraz... po co? czy po to, ażeby ludzi straszyć? jak upiór z tamtego świata przed oczami 
ich stanąć! Dawni znajomi! Ale... czy poznaliby mnie teraz? Czy ja bym ich poznała? Wieczny 
smutek... 
Nagle uciszona, przygarbiona trochę, naprzeciw Justyny po drugiej stronie stołu usiadła i w 
twarz towarzyszki wlepiając spojrzenie rozgorzałe i razem dziwnie jakby wstydliwe zagadnęła: 
— Jakże to było? Skąd się to wzięło? Czego dziś córka Fabiana tu przylatywała i gdzie 
biegałyście razem, jak podsmalone? Czy i Witold tam był? Wieczne dziwy! Czy myślicie 
przerobić się na chłopów? 
Było to tak. Dziś, dużo jeszcze przed zachodem słońca, gdy Justyna po parogodzinnym 
wtórowaniu na fortepianie ojcu do pokoju tego przyszła i w nadchodzący wieczór jak w pustą 
jamę patrzała, czym go zapełnić nie wiedząc, w otwierających się drzwiach, zasapana trochę od 
szybkiego biegu, w swojej odświętnej, bordowej sukni, stanęła Elżusia. Stanęła, krępą figurkę 
wyprostowała, zadarty nosek podniosła i zagadała: 
— Czy tu przyjmują, czy nie przyjmują? Jeżeli przyjmują, to dobry wieczór, a jeżeli nie 
przyjmują, to bywajcie zdrowi! Bardzo słusznie! Przyszłam panienkę na świeży miód zaprosić... 
Na krześle podanym jej przez Justynę siadając trzepała dalej: 
— Ten gamuła Julek sprzeczał się ze mną, że nie będę miała śmiałości iść do dworu, i z radą 
wystąpił, żebym koło oficyny szła i w kuchni spytała się, czy do panienki można... Ale ja nie 
taka! Czy ja pies, żeby koło kuchni chodzić? Bardzo słusznie. Poszłam sobie prostą drogą, przez 
ganek do sieni, a tu nie wiem, gdzie iść... na prawo czy na lewo? 
Na szczęście, do sieni weszła panna Marta, taka sroga, ale ona nie zlękła się jej wcale, bo i 
czegóż lękać by się miała? Nie przyszła przecież kraść i nie jest psem, aby ją można było 
wypędzać! Bardzo słusznie. A gdyby i samego pana Korczyńskiego spotkała, nie zlękłaby się 
również, choć on jest arystokrat. Ale on sobie, a ona sobie. U ojca rodzonego mieszka, cudzego 
chleba nie je i nikt nad nią żadnego postrachu ani pośmiewiska wywierać nie ma prawa. Jednego 
tylko Boga lęka się, po Bogu ojca, a więcej to już chyba takiego człowieka na świecie nie ma, 
którego by ona lękać się mogła. 
Ciekawie rozejrzała się po ścianach i sprzętach pokoju. 
— Nic osobliwego — zauważyła — w naszej świetlicy może jeszcze i piękniej. Na dole, to 
prawda, że pokoje piękne, ale nie nadmiar, chyba, ot, że podłogi błyszczą jak szkło, i to jest 
bardzo ładnie. Ale dziw wielki, że u króla żonka piękna! Bardzo słusznie! 
Prawdę powiedziawszy i pod sekretem, ojciec kazał jej iść do dworu i spróbować, czy też 
panna Justyna do chaty ich przyjść zechce. „Idź i niby to na miód zaproś!” Bardzo słusznie. Kto 
wspólnie z nami pracował, niech z nami i zabawi się; kto naszej gorzkości spróbował, niech i 
słodkości pokosztuje. Ale ona wie bardzo dobrze, o co jej ojcu idzie. Zachichotała. 
— Ojciec ambicjant taki, że już i przenieść nie może, aby w sąsiedztwie państwo bywali, a u 
niego nie. Powiedzieć, za nic tego przed nikim nie powie, ale już ja wiem, że jemu to smętliwie... 
A teraz i z tym procesem, co go z panem Korczyńskim zaprowadził, wielką alterację ma. Słyszę, 
w miasteczku mu powiedzieli, że adwokat apelację, czy coś tam takiego, nie w czas podał i że 
wszystko przepadnie. Może ociec myśli, że przyjdzie z panem Korczyńskim pojednać się, i 
orędowników u niego chce mieć. Bardzo słusznie. 
Ale i na tym wszystkim nie koniec. Elżusia zachichotała znowu, zarumieniła się, oczy na 
chwilę spuściła i wnet potem śmiało wypowiedziała: 
— Najwięcej, że ociec żąda oświadczyć, że wielkim dla nas wszystkich szczęściem to będzie, 
jeżeli panna Justyna i pan Witold na moim weselu będą. 
Gdy już obie w drodze były, pomiędzy dworem i okolicą Justynie powiedziała, że narzeczony 
ze swatem dziś do nich przyjechali. Swatem jest pan Starzyński, Janka ojczym. Justyna tedy 
narzeczonego jej pozna. 
— Młodzieńki i mileńki bardzo, a taki pokorny, że zdaje się jak baranek... 
Sposób, w jaki to mówiła, zdradzał wyraźnie, że była narzeczonym zachwycona. Jednak i o 
praktycznej stronie małżeństwa nie zapomniała. Podobało się jej bardzo, że Franuś Jaśmont miał 
dobre konie, krów aż sześć i spory kawał łąki. Gdyby to jeszcze ojciec mógł jej gotówką cały 
posag wypłacić! Ale gdzie tam! Połowę tylko wypłaci, a na połowę w e k s e l e wyda. Na ten 
proces z panem Korczyńskim wielkie koszta położył i teraz dla rodzonego dziecka kurczyć się 
musi. Żeby te procesy licho wzięło! 
Kiedy wchodziły do zagrody Fabiana, słońce rozściełało po jej trawach złoty kobierzec, a 
mnóstwem tajemniczych i ruchliwych świateł napełniało gaj śliwowy, w którym sterczało 
kilkanaście starych ulów, brzęczały pszczoły i na zabój śpiewały szczygły. Za śliwowym gajem, 
łankiem dojrzałego owsa i zagonami warzywa, u których kresu iskrzyły się krzaczyste floksy i 
czerwone jeorginie, dom ku ogrodowi bokiem, a ku małemu podwórku gankiem zwrócony stał 
pod srebrnymi topolami, które na jego strzechę i jedyny komin lać się zdawały nieustanny 
deszcz srebrnych kropel. Wszystko tu było tak prawie, jak u Anzelma i Jana, jednak daleko 
ciaśniej i biedniej. Ule były starej konstrukcji i niepomalowane, stodoła mniejszą i lasem 
chwastów dokoła obrosłą, ściany domu od starości trochę wykrzywione, strzecha miejscami od 
porastającego ją mchu zielona, miejscami żółtą słomą połatana. Z drzew owocowych, oprócz 
śliwowego gaju, tu i ówdzie pośród zagrody stało tylko kilka prawie zdziczałych grusz i jabłoni. 
Ale z ławy stojącej pod wykrzywionymi ścianami domu, spod dwu otwartych okien o małych 
i mętnych szybach, na widok wchodzącego do zagrody gościa bardzo poważnie podniosła się 
para ludzi i bardzo ceremonialnym krokiem naprzód dążyła. Mężczyzna, do rydza ze 
sterczącymi wąsami i błyszczącymi oczami podobny, jedną rękę opierał na kłębie, drugą, w 
której wytartą czapkę trzymał, spuszczał u boku. Kobieta, cienka, mizerna, w krótkiej spódnicy, 
przedwiecznej, rozwiewającej się mantyli i k o r n ei e, czyli białym czepcu z obfitym i 
sztywnym wygarnirowaniem, szła cała w takich uśmiechach i krygach, jak gdyby zaraz do 
ceremonialnego i dygającego menueta* stanąć miała. Na ścieżce pomiędzy owsem i zagonami 
buraków wydeptanej Fabian głośny pocałunek złożył na ręce Justyny, a wnet potem obie już ręce 
na kłębach opierając zaczął: 
— Bardzo jestem kontenty i najuniżeniej dziękuję, że otrzymać mogłem tę promocję, której tak 
często sąsiedzi moje doświadczają. Bo choć oni troszkę i bogatsi ode mnie, ale ja również sam 
sobie pan jestem i znacznym nie będąc mogę być zacnym. Proszę panią dobrodziejkę naprzód 
postąpić... z ukontentowaniem proszę! 
Fabianowa zaś usta sznurując dygała i w wyciągającą się ku niej dłoń Justyny wsunęła rękę 
kościstą, do pomarańczowej prawie barwy ogorzałą, od spracowania twardą. Trochę była 
zakłopotaną i bardzo zajętą tym, aby okazać się nie tylko przystojną, ale i dworną, nad to, co ją 
otaczało, nieco wyższą. Za mężem powtarzała: 
— Proszę... z ukontentowaniem proszę! 
I po zagonach buraków idąc stopą w gruby trzewik obutą, suche gałązki zrzucała ze ścieżki, 
którą szła Justyna. 
— Śmiecie u nas — tłumaczyła się — zwyczajnie, jak na małym gospodarstwie... pani do tego 
nie przywykła i ja kiedyś insze życie i uzwyczajenia miałam. Giecołdówna z domu jestem; ociec 
mój na takiej zagrodzie nie siedział, ale po dzierżawach chodził... później już, kiedy Pan Bóg nie 
pobłogosławił, pożary i mory na bydło nawiedziły, na ekonomię zszedł... 
Westchnęła i chudy policzek na dłoni oparła. 
— Jeszcze i teraz rodzonego mego brata syn, Józef Giecołd, dzierżawę trzyma... może pani 
słyszała?... od Korczyna niedaleko... A drugi Giecołd w biurze... 
Ale przerwał jej mąż: 
— A u imości wiecznie tylko Giecołdy w pamięci zasadzone! Wczas już by było znacznemu 
gościowi zarekomendować przyszłego naszego zięcia. Franuś, panie Franciszku! proszę tu do 
nas! 
Pod ścianą domu z ławy powstali znowu dwaj ludzie, z których jeden co najmniej dziwnie 
wyglądał. Dość wysoki, od karku do stóp jednostajną grubość mający, w zielonym jak trawa 
surducie, a z czerwoną, dobroduszną, śmiejącą się twarzą podobnym był do równo okrzesanego 
krzaku z zasadzoną u wierzchu piwonią. Drugim był młodziutki, dwudziestoparoletni chłopak, 
niski, szczupły, w czarnym surducie, z twarzą nieładną, ogorzałą, trochę głupkowatą i bardzo 
łagodną. 
— Pan Starzyński ze Starzyn, mąż dawniejszej pani Jerzowej... A to Alżusi kawaler, 
Franciszek Jaśmont... — zarekomendował Fabian. 
Elżusia, która dotąd w cichości szła za towarzystwem, zza ojca wyskoczyła i zagadała: 
— Jezu! a toż to pan Starzyński! Bardzo słusznie! A ja myślałam, że to taki wielki krzak 
piwonii pod naszymi oknami zakwitnął! 
Starzyński po surducie swoim wzrokiem powiódł i zaśmiał się najgłębszym basem, a tak 
serdecznie, że aż mu tłuste policzki trzęsły się i łzy do małych oczu nabiegły. 
— A to mnie tak moja imość wystrychnęła... — śmiać się nie przestając mówił — utkała sukno i 
kazała je na zielono pofarbować... Ja do niej: „Czy ty, babo, rozum na drodze straciła?” A ona: 
„Niech jegomość mnie podziękuje, bo zielony kolor najmilszy: nadzieję oznacza”. Co robić? 
kiedy choć stara, a romansowa! Wszystko równo! co człowiek wdzieje na siebie, to wdzieje... 
byle było co do gęby włożyć! 
Elżusia do ucha Justynie szepnęła: 
— Zdaje się, że dobry, a taki skąpiec, że niech Pan Bóg broni... od gęby sobie i dzieciom 
odejmuje, a pełną szufladę w komodzie ma asygnatek... 
Jednak tusza i barwa twarzy Starzyńskiego nie zdawała się świadczyć, aby miał on sobie 
bardzo od gęby odejmować. 
Przed ławą pod ścianą domu stojącą, na niedużym zydlu stała spora misa z pięknym, 
złotawym, tylko co z plastrów wyciekłym miodem, a przy niej leżał wielki bochen razowego 
chleba i szeroki nóż w kościanej oprawie. 
Pierwszą po przyjściu do domu czynnością Elżusi było zdjąć trzewiki. Boso teraz po trawie 
biegała narzeczonemu rozkazy wydając. 
— Panie Franciszku! proszę przynieść krzesło dla panny Justyny! 
Chłopak w mig ku chacie się rzucił. Fabian kroił chleb, którego spód, tak jak u Anzelma, 
okrywały wyraźne rysunki klonowych czy lipowych liści. Przez parę minut panowało trochę 
kłopotliwe milczenie, przerywane tylko wykrzyknikami Elżusi, która narzeczonego posyłała to 
po osobną miseczkę dla Justyny, to po łyżkę, to mu rozkazywała przepędzać psa na widok 
chleba zbliżającego się do zydla, musztrując go przy tym i niby wyśmiewając, to że powoli 
chodzi, to że niezgrabnie przyniesione przedmioty umieszcza, a wszystko to głośno, rezolutnie, 
białymi zębami w uśmiechach błyskając a imponująco zadarty nosek podnosząc. On zaś, 
milczący, pokorny, ze zmieszania niezgrabny, spełniał wszystkie jej rozkazy i komenderówki, a 
ilekroć na nią spojrzał, z podziwu czy zakochania usta otwierał i na podobieństwo słupa 
nieruchomiał. Miodu jeszcze ani skosztował, tak go Elżusia ustawicznie pędzała i musztrowała. 
Za to wszyscy inni, po kolei, nóż w kościanej oprawie brali, miód nim na chleb kładli i kęs jego 
odgryzłszy porcje na zydlu składali, powoli ze skrzyżowanymi na piersi lub opuszczonymi na 
kolana rękami przeżuwając. Fabianowa przewlekłym swym głosem opowiadała o pasiece, którą 
miał ojciec jej Giecołd, kiedy jeszcze po dzierżawach chodził. 
— Dzień po nocy, a noc po dniu następuje... — śpiewała — tak i ja... z dostatków takich na te 
małe gospodarstwo przyszłam; jak robotna pszczoła całe życie p r z e h o r o w a ł a m, i ot... 
czego dobiłam się!.. 
— Mruczydło z imości — sierdzisto przerwał Fabian — ze wszelakiej rzeczy materię do 
lamentów wyprowadzisz. Wiadomo: im gorsze koła, tym więcej skrzypią! 
Starzyński śmiał się znowu tak, aż mu łzy do oczu nabiegały. Fabian zaś nagle wzrok utkwił 
w ścieżce od bramy ogrodzenia przez ogród wiodącej, prostować się zaczął, z ławy wstał i rękę 
na kłębie oparł. 
Od wielkiego zadowolenia, jakie uczuł, rumiane policzki mu zadrgały i poruszyła się kępka 
twardych wąsów. 
— Wesoły nam dziś dzień nastał! — gromko zawołał. — Drugiego już znacznego gościa Bóg 
nam prowadzi!... 
Drugim tym gościem był Witold, który od kilku już minut niespostrzeżony przez nikogo za 
niskim ogrodzeniem stał gronu osób siedzących pod ścianą domu przypatrując się z daleka, aż 
nieprzezwyciężoną widocznie ochotą zdjęty ku niemu dążyć zaczął. Czarny Mars biegł za nim. 
Rękę gospodarzowi zagrody podając młody Korczyński przepraszał, że psa za sobą wiedzie. Ale 
Fabian z uprzejmością niezmierną i z szerokimi zarówno, jak niskimi ukłonami wykrzykiwał: 
— Nic to! Nic to! Z ukontentowaniem witamy... z ukontentowaniem, spólnie z pieskiem, 
witamy. A co to szkodzi! Kto pana kocha i jego psa głaszcze. Pies dobry lepszy niżeli zły 
człowiek! 
Łagodnego wyżła gładził istotnie, a Fabianowa z ławy powstawszy w rozwiewającej się 
mantyli najpiękniejsze ze swoich krygów przed nowym gościem wykonywała. Ale nic ją więcej 
uszczęśliwić nie mogło nad to, jak gdy Witold o zdrowie jej zapytał. Upatrywała w tym naprzód 
okazane jej uszanowanie, a potem była to na jej młyn wyborna woda. Uśmiechając się więc od 
radości, żałośliwym jednak tonem mówić zaczęła: 
— Skrzypię... ciągle skrzypię, ale to nic: skrzypiącego drzewa dłużej! My z panem 
dobrodziejem nie od dzisiaj znajomi... takim malutkim jeszcze przybiegał do nas, a i potem z 
klas do mamy i papy przyjeżdżając, czasem nawiedzał... Pan dobrodziej wie, od czego moje 
zdrowie na suche lasy poszło... H o r o w a ł a m, wodę na górę ciągałam... ta krwawa woda 
najwięcej mnie zgubiła... przy tym nie do tego urodziłam się... uzwyczajenia z początku nie 
miałam... bo pan dobrodziej przypomina pewno sobie, że Giecołdówna jestem, tego Giecołda, co 
po dzierżawach chodził... Brata mego syn jeszcze i teraz dzierżawę trzyma, a drugi w biurze... 
— Taż baba, też koła! — mruknął Fabian i mowę żonie przebijając począł gościa o żniwa 
korczyńskie rozpytywać. 
Starzyński, który także młodego Korczyńskiego znał od dzieciństwa, wmieszał się do 
rozmowy, o gospodarstwie, urodzajach i różnych glebach tej okolicy prawiąc i często rozmowę 
basowym, dobrodusznym, nieskończonym, zda się, śmiechem przerywając. 
Elżusia tymczasem, nieco z daleka, u węgła domu narzeczonemu do ust po odrobinie miodu 
łyżką wkładała, a on za każdym razem czerwoną jej rękę z głośnym cmokaniem ust całował. 
— Niech pan Franciszek tego cmokania zaprzestanie, a po ludzku ze mną pogada — 
zakomenderowała. 
Jak maszyna posłuszny, całowania zaprzestał, a w zamian szeptać ze sobą poczęli, a raczej 
ona szeptała, on zaś z pokornym wzrokiem wszystkiemu, co mówiła, głową potakiwał. 
Wtem u ogrodzenia z desek, rozdzielającego zagrody Anzelma i Fabiana, coś zaszeleściło. 
Była to Antolka, która ze szczytu ogrodzenia zsunęła się na ziemię, wywdzięczając się tym 
sposobem sąsiadce tą samą drogą nieraz do niej w odwiedziny przybywającej; tylko że gdy tamta 
spadała jak pulchna kluska, ta, wysmukła i lekka, zlatywała jak piórko. W codziennym stroju 
była, bo i dzień był powszedni, a tylko u Fabianostwa z powodu odwiedzin narzeczonego stał się 
świątecznym. Spostrzegłszy Justynę do głowy obie ręce podniosła: 
— Oj, Bożeż mój, Boże — zawołała — toż Jankowi zgryzota będzie, że dziś go w domu nie ma! 
Po siano na łąkę pojechał... aż o dwie mile!... 
Naiwny ten wykrzyk dziewczęcia purpurą okrył twarz Justyny, której właśnie Fabianowa 
opowiadała o najlepszych sposobach moczenia i suszenia lnu i o lnie mówiąc zupełnie o 
Giecołdach zapomniała. Witold nachylił się do ucha kuzynki. 
— Czegoś się tak zarumieniła? — z filuterną przekorą szepnął. 
Antolka, widokiem wielu na raz osób onieśmielona, zbliżała się powoli. O, ta nie potrafiłaby 
pewno rozkazywać narzeczonemu i do musztry go układać! Lękliwa była, łagodna i dziwnie 
delikatna w kształtach i ruchach. Ale też i ten młody mężczyzna, którego dymkowy surdut 
najpiękniejszą kanarkową barwą w tej chwili błysnął w bramie zagrody, pewno nikomu nad sobą 
przewodzić by nie pozwolił. On także jeździł po siano na łąkę, którą o dwie mile stąd wspólnie z 
kilku sąsiadami dzierżawił, ale przed godziną już powróciwszy kanarkowy surdut przywdział i 
tam, gdzie go serce ciągnęło, pośpieszył. Może z drogi zobaczył ukochaną przez płot do 
sąsiadów wskakującą. Z podniesionym do góry wąsem i śpiczastą bródką, w wysokich butach i 
zgrabnej czapeczce, szedł śmiało i szerokimi krokami, a gdy już doszedł do śliwowego gaju, za 
drzewo się ukrył i po całej zagrodzie rozległ się głośny, do złudzenia wiernie z natury 
naśladowany śpiew słowika. 
— Jezu! — krzyknęła Antolka. 
Po raz to pierwszy pewno na świecie słowicze trele młodą dziewczynę tak przestraszyły. Nie 
spostrzegła nadchodzącego Michała i zlękła się teraz bardzo, bo wyglądało to tak, jakby zmówili 
się tu przyjść jednocześnie... 
— Ciach, ciach, ciach... la... la... la... la... — w śliwowym gaju wyśpiewywał słowik; Starzyński 
brał się za boki od śmiechu, Fabianowa chichotała, Elżusia śmiała się na całe gardło, a 
narzeczony wiernie jej wtórował. Na koniec, elegant okolicy wynurzył się z gaju, a zmieszana 
Antolka, rezonem nadrabiając, zawołała: 
— Pan Michał nie wiadomo co dokazuje, a lepiej powiedziałby, czy Janek prędko przyjedzie? 
Odpowiedział, że Janek dziś na łące nocować będzie, bo wszystkiego siana jeszcze nie zebrał. 
Witold znowu figlarnie na ucho kuzynce szepnął: 
— Czegoś tak posmutniała, Justynko? 
Wesoło przed chwilą rozmawiała z dziewczętami, ale odpowiedź Michała mowę jej przecięła. 
Spłonęła znowu i parę minut na sapieżankę, z drugiej strony ogrodzenia szeroko gałęzie 
rozkładającą, z zamyśleniem popatrzała. Fabian sąsiada o Adasia zapytywał, który także z 
odległej, wydzierżawionej łąki siano zbierał, a według wieści Michała, tak jak i Jan, wrócić miał 
ledwie nazajutrz. On, Michał, najprędzej swoje skosił. Zmachał się tak, że mu i teraz jeszcze 
krzyż trzeszczy. Ale cóż robić? Komu pilno, temu pilno! Przy ostatnich słowach na Antolkę z 
ukosa spojrzał i z fantazją poprawił u szyi błękitną chustkę, w którą pomimo trzeszczenia krzyża 
ustroić się nie zapomniał. Dokoła zydla z misą, która zamiast miodu napełniła się teraz 
muchami, siedzące i stojące osoby toczyły rozmowę gwarną, z której najgłośniej wybijały się 
narzekania na brak łąk i pastwisk. Mała to rzecz o dwie mile po siano, i to, gdybyż na swoją, ale 
na wynajętą łąkę jeździć! Już i koniczynę sieją, i pola z zielsk wszelkich ogałacają, a zawsze 
srogi niedostatek cierpią. Zresztą, nie ta jedna bieda ich gniecie. Fabiana twarz zmarkotniała i 
okryła się mnóstwem zmarszczek. Powoli butę swoją tracił i ze zgryźliwością, markotnie 
wynurzać się zaczynał. 
— Języka — mówił — w czarce nie moczyłem i much po drogach nie ścigałem, a co z tego! Tyle 
tylko, żem duszę w ciele utrzymać zdołał, a chaty nawet nowej za co zbudować nie mam. 
Ręką ku zagrodzie Anzelma rzucił. 
— Tym dobrze! Więcej niż dwadzieścia morgów gruntu mają i we troje żyją... a u mnie i 
dwunastu morgów może nie ma, a dzieci pięcioro. Co ja z synami zrobię, jak wszyscy wyrosną, 
a żenić się zechcą? Dawniej w obowiązki szli i podczas dorabiali się czego, teraz o to trudno. 
Dzierżawkę, żeby i miał który za co wziąć, także trudno, bo na wielkie nie wystarczy, a małych 
naokolutko tak jak prawie nie ma... Jednym słowem, ani tędy, ani siędy... ani ty, człowiecze, na 
prawo nie pójdziesz, ani na lewo... nijakiej drogi i nijakiego przyrobku* nie ma. Choć zgiń, 
człowiecze, choć na śmierć zapracuj się, a poprawy losu swojego nie otrzymasz... 
— I ziemi przykupić — odezwał się Starzyński — żeby kto nawet siły do kupy wziąwszy na 
pieniądze i wzmógł się, dla inszej przyczyny nie możno... 
— A nie możno — przytwierdził Fabian — ni w czym rozszerzenia i ni w czym postępowania dla 
nas nie ma. Zewsząd otoczyła nas rola bogaczów, a my ledwie ścieżeczką wąską przecisnąć się 
możemy... 
W elegijny* ton opadł i na wzór żony, która już od dawna z twarzą na rękę opuszczoną 
kołysała się to w tył, to naprzód, policzek na dłoń opuścił. Gorzki uśmiech przebiegł mu pod 
szorstkimi wąsami. 
— O jednego syna to już i nie mam po co głowy suszyć... w sołdaty za trzy miesiące pójdzie, a 
choć za pięć lat i powróci, to ja tym czasem bez niego chyba potem do mogiły ścieknę. 
Najstarszy i pracowity, posłuszny, choć, do mnie przyrodziwszy się, gniewliwy. Drugiego mnie 
Pan Bóg bałwana dał, co tylko po Niemnie orać i kosić umie, a tamte dwa to jeszcze niedostałe 
trawy... ledwie do pasienia koni lub bronowania zdatne... 
Tak wyskarżywszy się uczuł wracającą mu dumę i zuchowatość. Głowę podniósł, 
chwilowego rozczulenia się zawstydził. 
— At! — wykrzyknął — szczęśliwe powodzenie robi szkodliwe ubezpieczenie. Może Pan Bóg 
dlatego nas grzesznych ludzi doświadcza i w gardło nieprzyjacielskie oddaje, abyśmy się na tym 
świecie nie fundowali*, ale ojczyzny wiecznej szukali... 
— Cierpliwość w niebo wwodzi — wtrącił Starzyński. 
— Bóg mnie ubij na ciele i duszy, jeżeli nie to samo zawsze myślę! — wykrzyknął Fabian — 
tylko jak podczas nieścierpliwe już bóle zdejmą, to człowiekowi trzy po trzy naplecie się w 
gębie... 
— Kogo Pan Bóg stworzył, tego nie umorzył, i koniec, i kwita! — wąsa w górę podnosząc 
zakończył Michał, który bardzo poważny udział brał w rozmowie toczącej się dokoła zydla, a do 
Antolki wobec tylu osób nie zbliżył się ani razu, to zapewne na względzie mając, aby 
dziewczyna na ludzkie języki nie padła. 
Starzyński z basowym śmiechem zauważył, że Fabian Panu Bogu za starszych synów 
dziękować powinien. Z młodszych to nie wiadomo jeszcze, co będzie, ale starsi obydwaj 
poczciwi i dobrze prowadzący się kawalerowie. Choć on w tej okolicy nie mieszka, ale wiedzą 
sąsiedzi, jak kto siedzi. Widocznym było, że Fabian pochwałami synom jego oddawanymi czuł 
się uradowanym i pochlebionym, ale obojętność i nawet niezadowolenie udawał. Głową 
lekceważąco trząsł, ręką machnął i niedbale rzucił: 
— At! osobliwa pociecha! Jeden kiep, drugi dureń, a obydwa błazny! 
Wkrótce potem odchodzących gości z ukłonami i długimi przemówieniami na wesele córki 
zapraszał. Kiedy kłaniał się po wielekroć i nisko, a wnet potem prostował się i dłonie na kłębach 
opierał, mówił o swojej ubogiej chacie i wnet dodawał, że mu o jej ubóstwo bynajmniej! bo sam 
sobie jest panem i znacznym nie będąc, może być zacnym; kiedy z przymileniem i prawie 
uniżonością patrzył w twarz młodego Korczyńskiego, a przy wzmiance o procesie z jego ojcem, 
którą nieuważnie uczynił Michał, wąs najeżył i czoło groźnie zmarszczył, widać w nim było 
naturę pełną cech z sobą sprzecznych, którymi były: głębokie dla wyższego w świecie 
stanowiska poważanie i butna z własnej niezależności duma, popędliwa gniewliwość i przebiegła 
filuterność, skołatanie troskami i trudami ubogiego życia, a w facecjach, przysłowiach, 
przypowieściach wytryskająca jowialność. 
— Łazarz mizerny — prawił — o bogaczowych pokojach wyśpiewywał: „Stołów, stołków 
obficie, i na ścianach obicie!” W mojej chacie takoż pięknych pokojów nie ma ani złotnych 
materii na ścianach, ale mnie o to bynajmniej! I przed takimi znacznymi gośćmi nie powstydzę 
się swego ubóstwa, jeżeli przyjdą dziewczynie mojej w dniu jej ślubu szczęścia życzyć, a za 
wielką promocję i osobliwą łaskę będę to sobie miał. Bo to każdy ptak podług swego nosa 
śpiewa, a w małym garnku barszcz tak samo w górę kipi, jak i w wielkim... 
Fabianowa zaś menueta tańczyła na trawach ogrodu, krygując się i dygając, przy czym o 
Giecołdach nie zapominała. 
— Józika Giecołda żonka swachą* na Elżusinym weselu będzie, pan Starzyński swatem, a 
panna Justyna pierwszą drużką do pary z panem Kazimierzem Jaśmontem, którego Franuś na 
pierwszego drużbanta zaprosił... 
W chude ręce klasnęła i z ukontentowania jakieś niby menuetowe entrechat* wykonała. 
— Widać już Pan Bóg mojej Alżusi takie szczęście dał, że taką chwalebną asystę będzie 
miała!... 
A Elżusia floksy dla Justyny zrywając narzeczonemu rozkazywała, aby najpiękniejszą 
jeorginię zerwał. 
— Nie ta! — wołała — tamta, wielka taka, czerwona... czy pan Franciszek ślepy, kiedy nie widzi, 
na co ja palcem pokazuję? Ej! pan Franciszek widać do zrywania kwiatów zdatny jak wół do 
karety! 
— Ale może za to w kochaniu zgrabniejszym się okaże! — jak grzmot potoczył się śmiech 
Starzyńskiego. 
Kiedy Justyna i Witold pod blednącym wieczornym niebem przy wielkim krzyku koników 
polnych, przerzynanym ostrymi głosami chruścieli i melodyjnym wołaniem przepiórek, do domu 
wracali, młodzieniec ze zwykłą sobie zapalczywością zajęty losami, charakterami, obyczajami 
ludzi, których przed chwilą opuścił, po raz pierwszy mówił do młodej swojej krewnej o myślach 
i celach, którym własną przyszłość poświęcić przyrzekał. 
Przed kilku miesiącami Justyna nie zrozumiałaby go może albo obojętnie słuchałaby o tych 
rzeczach, jak o zbyt dla niej odległych i niedostępnych, aby po nie sercem czy współudziałem 
sięgnąć mogła. Teraz idee z szerokiego świata, z dobrych serc i umysłowych trudów ludzkich, z 
powszechnego oddechu ludzkości ku niej przylatujące o pierś jej biły rozpalonymi skrzydły, a 
świetlistymi pasami przerzynały umysł. Wydało się jej, że to, co w drodze pomiędzy zagrodą 
Fabiana a korczyńskim dworem mówił jej Witold, niewidzialną nicią łączy się z godziną, którą 
spędziła na Mogile. Oderwane dotąd jej spostrzeżenia i wrażenia wiązać się zaczynały w 
całokształt myśli i uczuć, nad którymi zastanawiała się długo, gdy opowiedziawszy już Marcie 
wszystko, o czym ta wiedzieć chciała, i lampę zgasiwszy, samotna i cicha, stała w otwartym 
oknie na wieczór gwiaździsty patrząc, a uchem ciekawym, może tęsknym, łowiąc ostatnie 
szmery otaczającego Korczyn ludzkiego życia. 
Nazajutrz przed południem przez wpółuchylone drzwi pokoju Marty i Justyny zajrzała 
utrefiona główka Leoni. 
— Czy ciocia tu jest? — zadźwięczał głosik śmiechem nabrzmiały. 
— Jestem, kotko, jestem! — odpowiedział z pokoju głos gruby, lecz także uradowany. — A co 
chcesz, robaczku? Może kotlecika albo pierożków z czernicami? Gotowe już... doskonałe!... 
Dziewczynka weszła w draperiach i falbankach sukni, wyprostowana, uroczysta, z tysiącem 
uśmieszków na twarzyczce ładnej, roztropnej, niedokrwistej. W ręku niosła dwa kawałki kanwy 
włóczkowymi różami i floresami okryte. 
— Pantofle własnej roboty kochanej cioci ofiarowuję i proszę je przyjąć tak... tak... jak ja... 
Miała widać coś bardzo długiego i pięknego wypowiedzieć, ale widząc twarz Marty tak 
drgającą, jakby ją w mnóstwo miejsc na raz komary kąsały, nie dokończyła, tylko z podskokiem 
na szyję starej panny szczupłe ramiona zarzuciła i małą, ciemną, pomarszczoną, drgającą twarz 
pocałunkami okrywała. Rzecz była drobną, a jednak Marta śmiała się i razem płakała, 
dziewczynkę nad ziemią unosząc, do piersi ją przyciskając i w nieskończoność szepcząc, 
wykrzykując i wykaszlując: 
— Kotko ty moja... robaczku... słowiczku... rybko! 
Przyglądała się potem pantoflom, wychwalała je, do wielkiej nogi swej przymierzała z 
uszczęśliwieniem, które dziwne w niej sprowadzało zmiany: młodszą jakby, lżejszą, cichszą ją 
czyniąc. Na koniec znowu Leoni pierożki z czernicami ofiarowywała. Ale dziewczynka z 
lekkością metalowej turkawki* na jednej nodze okręcała się dokoła pokoju, przy czym klaskała 
w dłonie, wołała i wyśpiewywała: 
— Mama już wstała i kakao pije... Widzio poszedł już prosić, aby mnie pozwoliła na wesele 
pójść z nim, z ciocią i Justynką... poszedł... poszedł... poszedł prosić! 
Wtem ze stukiem otworzyły się drzwi i ukazała się w nich młoda, wystrojona panna służąca 
wołając: 
— Pani zachorowała i panny Marty do siebie prosi! 
Marta piorunem ze schodów zbiegła; za nią przelękniona, zasmucona, znowu sztywna, 
schodziła na dół Leonia. Przez sień szerokimi kroki przechodził Benedykt, wąsa rozpaczliwie w 
dół ciągnąc i spotykane osoby śpiesznie zapytując: 
— Co się stało? Znowu zachorowała? Czy po doktora posyłać trzeba? 
W progu salonu rozminął się z synem, który pośrodku sieni Leonię za rękę pochwycił. 
— Buszmankę z ciebie zrobią, jak ojca kocham, Buszmankę! — ze wzburzeniem zawołał i w 
głąb domu pobiegł. 
W sypialni pani Emilii działy się straszne rzeczy, których przyczyną najważniejszą, ale nie 
jedyną, była dzisiejsza rozmowa matki z synem. Wczoraj już po wystąpieniu przy wieczerzy 
Benedykta położyła się do łóżka z biciem serca i duszeniem w gardle. W nocy nagabywały ją z 
lekka żołądkowe kurcze, które uspokajała lekarstwami i słuchaniem prawie do wschodu słońca 
głośnego czytania Teresy. Kiedy wszyscy w domu i dokoła domu pogrążali się już w ruch i 
zachody pracowitego dnia letniego, ona usnęła. Niewiele przed południem, zdrowsza nieco, 
chociaż od smutnych na rozpoczynający się dzień przewidywań niezupełnie wolna, w śnieżnych 
puchach peniuaru ułożyła się na pąsowym szezlongu, po jednej stronie mając filiżankę 
wzmacniającego kakao, po drugiej książkę, którą wczoraj czytać rozpoczęła, i niedawno też 
rozpoczętą włóczkową robotę. Tuż przy niej, z ręką na chustce zawieszoną, Teresa piła 
kakawelo*, bo kakao jej nie służyło, i z opowiadaniem o śnie dzisiejszym łączyła przewidywanie 
bólu zębów, dla zapobieżenia któremu już użyła lekarstwa jednego, a drugie właśnie 
przygotowywała, gdy przez wpółotwarte drzwi buduaru zajrzał Witold i o pozwolenie wejścia 
zapytał. Pani Emilia nie tylko synowi wejść pozwoliła, ale gdy w rękę ją całował, kilka razy w 
czoło go pocałowała i łagodnym ruchem pociągnąwszy go ku obok stojącemu krzesłu, o złej 
dzisiejszej nocy i w ogóle o swoim sfatygowaniu i zdenerwowaniu powoli, z uśmiechem 
cierpliwym i smutnym opowiadać mu zaczęła. Trwało to dobry kwadrans, po którym Witold 
prośbę, z którą tu przyszedł, wypowiedział. Pani Emilia najzupełniej zrazu nie zrozumiała, o co 
synowi jej chodziło, i była pewną, że słowa jego źle usłyszała. 
— Gdzie? czyje wesele? Dokąd Leonia ma jechać? — z cicha i łagodnie zapytywała. — 
Przepraszam cię, Widziu, ale tak jestem osłabioną... z osłabienia mam szum w uszach... 
Kiedy na koniec dokładnie słowa syna wyrozumiała, osłupiała zrazu od zdziwienia, a potem 
żądaniu jego oparła się stanowczo. Stanowczość ta była cicha, łagodna, ale niezłomna. Rzecz 
cała zresztą wydawała się jej tak niesłychaną, że nie uważała nawet za potrzebne przyczyn oporu 
swego wypowiadać. 
— Ja — cicho i łagodnie mówiła — na takie dziwactwa zgodzić się nie mogę... Bardzo mi 
smutno, Widziu, że odmówić ci muszę, ale matką jestem i prowadzenie Leoni jest moim 
świętym obowiązkiem... Kiedy złożycie mię do mogiły, będziecie z nią postępować, jak się wam 
będzie podobało, ale dopóki ja żyję, moja córka nie będzie bywać w niewłaściwych dla siebie 
towarzystwach, psuć sobie układu i patrzeć na rzeczy, których nigdy widzieć nie powinna. 
— Owszem, moja mamo, powinna ona wszystko widzieć i słyszeć, aby znać ten świat, ten kraj, 
których przecie mieszkanką i obywatelką będzie — przerwał Witold, jak tylko mógł 
najcierpliwiej; po czym parę minut jeszcze, jak tylko mógł najcichszym głosem, przekonywał 
matkę o konieczności dania Leoni więcej fizycznego ruchu a umysłowej wiedzy o naturze i 
ludziach, pośród których upływać miało przyszłe jej życie. Pomimo jednak powściągliwości, z 
jaką mówił, kilka jego wyrażeń boleśnie panią Emilię dotknęło. Wzięła je za aluzję do jej 
własnej chorowitości i bezużyteczności. Zamiast więc współczucia, znajdowała u syna krytykę i 
przyganę! Jednak tego syna kochała! W dzieciństwie pieściła go więcej jak córkę, hałasować tylko w bliskości swojej nie pozwalając, a gdy dorósł, z lubością nieraz przypatrywała się jego 
wysmukłym kształtom i delikatnym rysom, które jej w rozrzewniający sposób przypominały 
takiego Benedykta, jakim on był w młodości i jakim, niestety, tak prędko i bezpowrotnie być 
przestał. Wielki żal do tego syna, który ani kochać nawzajem, ani rozumieć jej nie mógł, 
wzbierał w jej piersi i łzami napełniał ciemne, piękne, cierpiące oczy. Żadne przecież słowo 
gniewu lub urazy z ust jej nie wyszło; z wyrazem męczennicy na las swój zrezygnowanej 
wszystkiego, co mówił Witold, wysłuchała, i wtedy dopiero, kiedy o niezłomności oporu matki 
przekonany w rękę ją na pożegnanie całował, uczuła odnawiające się i tym razem gwałtowne 
kurcze żołądka. W kilka minut potem wiła się po szezlongu w istotnych i dojmujących 
męczarniach. Straszna gadzina histerii tę formę dziś przybrała, aby ją przeszyć swoim żądłem. 
Na nieszczęście Teresa, z ręką obezwładnioną i zębami, które od alteracji srodze się już 
rozbolały, pomocną jej tym razem być nie mogła. Do jednej chustki, na której wspierała rękę, 
dodała drugą, którą sobie twarz obwiązała, i skurczywszy się w kątku pokoju płakała nad 
cierpieniami przyjaciółki i swoją niemożnością przychodzenia im z pomocą, płacz od czasu do 
czasu połykaniem saliceli* i morfiny przerywając. Zawołano panny służącej, okazała się jeszcze 
potrzeba przywołania Marty; w zachód około chorej wtrąciła się i Leonia, ale pani Emilia długo 
żadnej ulgi uczuć nie mogła, przeważnie dlatego, że ciężkie stąpania i głośny oddech Marty 
drażniły .ją i irytowały. Irytacji tej niczym nie objawiała, ale cierpienia jej uspokajały się daleko 
powolniej, niż to bywało przy lekkim fruwaniu i ptaszęcym szczebiocie Teresy. Daremnie Marta 
na palcach nóg stąpać usiłując najciszej, jak tylko mogła, kołysała w powietrzu swoją wysoką i 
ciężką postać, daremnie tłumiła oddech i dławiła się powstrzymywanym kaszlem: sam jej szept 
nawet, gruby i świszczący, drażnił nerwy chorej. Spostrzegała to wybornie i zgryzota, którą nad 
tym uczuwała, oblekała jej twarz wyrazem dotkliwego zmartwienia. 
— Nigdy jej dogodzić nie mogłam i nie mogę — cichutko, jak się jej zdawało, do Teresy 
szepnęła i z głębokim wyrzutem samej sobie czynionym dodała: — Nie wiem, słowo honoru, po 
co żyję i chleb na tym świecie jem! Wieczna niedola! 
Jednak po lekarza posyłać potrzeba nie zaszła. Benedykt po kilku minutach w pokoju żony 
spędzonych do swego gabinetu wszedł i już brał za czapkę, aby udać się w pole, gdy przez drzwi 
otwarte w drugim pokoju zobaczył syna. 
— Witold! — zawołał — pięknieś postąpił! Zirytowałeś matkę, która teraz przez ciebie choruje. 
Czy do waszych teorii i idei należy także sprzeczanie się z babami i sprowadzanie im 
nerwowych ataków? 
— Szło mi o siostrę — cichszym niż zwykle głosem wymówił młody człowiek, z krzesła powoli 
wstając i książkę, którą przerzucał, kładąc na stole. 
Benedykt próg rozdzielający dwa pokoje przestąpił. 
— Matka miała zupełną rację — zaczął. — Leoni po zebraniach i weselach chłopskich ciągać nie 
trzeba. Nie rozumiem nawet, skąd ci do głowy przyszło sielankowymi swoimi pomysłami matkę 
męczyć? 
Witold milczał. Ręce w tył założył, powieki miał spuszczone i usta szczelnie zamknięte. 
— Czemuż nie odpowiadasz? — rzucił Benedykt, którego milczenie syna drażniło. 
Nie zaraz i z widoczną niechęcią syn odpowiedział: 
— Myślałem o tym, ojcze, dlaczego mnie nigdy, ani w dzieciństwie, ani kiedym dorósł, 
sielanek tych nie wzbraniałeś, owszem... owszem... nieraz mię sam zachęcałeś do nich? 
— Facecja! czy masz mię za ostatniego głupca, abym miał chłopca w puchach chować i na 
obłokach kołysać! Ale Leonia jest dziewczyną, a co chłopcu idzie na zdrowie, dziewczynie może 
zaszkodzić. Ty pewno i z tym się nie zgadzasz? co? 
Witold milczał. W twarzy jego po raz pierwszy Benedykt spostrzegł coś na kształt zaciętości, 
silne postanowienie wytrwania w milczeniu zdradzającej. 
— Cóż? — wymówił — czy nie uważasz mnie nawet godnym rozmowy z sobą? 
Nie podnosząc powiek młody człowiek odpowiedział: 
— Pozwól mi, ojcze, milczeć i tym sposobem nie ranić ciebie i siebie... 
— Nie ranić! — powtórzył Benedykt. — Masz słuszność! Nie nowych ran spodziewałem się od 
ciebie, ale może zagojenia tych... które... 
Ręką machnął. 
— Ale — dodał — to już na świecie tak! Przeciw komu Pan Bóg, przeciw temu i wszyscy święci! 
Niech jeszcze i to!... 
Porywczym ruchem czapkę na głowę włożył i wyszedł; Witold zaś stał długo na miejscu, w 
ziemię wpatrzony, do krwi prawie wargę sobie przygryzając, ale gdy pod gankiem tętent konia 
usłyszał, szybko do okna podszedł i nie opuścił go dopóty, dopóki odjeżdżający ojciec na drodze 
długim szlakiem ciągnącej się za bramą z oczu mu nie zniknął. Niespokojny, nad czymś 
namyślający się, z czymś wewnętrznie walczący, chodził czas jakiś po pustej sali jadalnej, aż 
przeszedł sień i salon, u drzwi matczynego buduaru stanął i na ich klamce rękę położył. Stał tak 
chwilę w nieśmiałej i wahającej się postawie, potem cichutko drzwi otworzył, ale zaledwie 
głowa jego ukazała się w przyciemnionym pokoju, gdy nagle wszystkie, prócz pani Emilii, 
znajdujące się w nim osoby obydwoma rękami ku niemu machać zaczęły. Przed chwilą właśnie 
chora uspokoiła się nieco i zdawać się mogło, że zadrzemała. Ujrzawszy zaglądającego do 
pokoju Witolda Marta, Teresa, Leonia i panna służąca w najgłębszym milczeniu i z najwyższym 
przerażeniem ramionami ku niemu zamachały. Miało to znaczyć, aby co prędzej odszedł i 
spoczynku chorej nie przerywał. Odszedł, a w kilka minut potem widać go było z fuzją na 
ramieniu, z czarnym Marsem i książką wyglądającą z kieszeni surduta idącego w kierunku 
Olszynki. 
Nigdy jeszcze nie widywano Benedykta tak ponurym i rozjątrzonym, jak tego lata, w którym 
na głowę spadł mu nowy majątkowy kłopot, a na serce tajemny i niespodziewany smutek. Ten 
smutek niemal z każdym dniem wzmagać się zdawał. Stosunki jego z synem były na pozór 
dobre, ale tylko na pozór. Chodzili razem po korczyńskich polach, rozmawiali o 
agronomicznych studiach, w których Benedykt niegdyś a Witold teraz żywe miał zamiłowanie, 
lecz obaj czuli, że to ich zetknięcie było zupełnie zewnętrznym, że dusze ich coraz więcej 
oddalały się od siebie. Od tego wieczora, kiedy Benedykt w bramie folwarcznego dziedzińca 
rzucił synowi bolesne wyrazy pragnienie rychłej śmierci objawiające, Witold zamknął się w 
niezłomnym milczeniu o wszystkim, co z najpowszedniejszymi sprawami związku nie miało. 
Chętnie o przedmiotach codziennych i obojętnych z ojcem rozmawiał, śpiesznie pochwytywał 
każdą sposobność dopomożenia mu w pracy lub oddania jakiejkolwiek przysługi, ale o 
przekonaniach swoich, o tym, co mu się podobało lub nie podobało, o własnej także przyszłości 
nie mówił z nim nigdy. Ilekroć przewidywał, że wydarzyć się to może, na twarzy jego zjawiał 
się ten sam wyraz zaciętego postanowienia, który już raz dotkliwie rozjątrzył Benedykta. Jątrzył 
go zawsze i coraz bardziej. Wolałby już był otwarte, nawet zawzięte sprzeczki niż to zamykanie 
się przed nim duszy, której wybuchliwą otwartość znał, więc sztuczną skrytość coraz więcej 
raniącym go przyczynom przypisywał. Bywały dni, w których nawzajem zdawali się siebie 
unikać i prawie wcale nie widywali się z sobą; i inne, w których nie szukając się z pozoru 
spotykali się jednak na każdym kroku, na wspólne przechadzki wychodzili i długie prowadzili 
rozmowy. Ale w tych rozmowach każda nuta serdeczna, każdy początek zwierzenia czy wylania 
urywały się prędko, ustępując przed tajonym ze strony jednej, a w gorzkich i porywczych 
słowach wybuchającym z drugiej rozdrażnieniem. Jednego z dni takich całą może godzinę 
rozpatrywali razem naukowe książki Witolda, z których młody człowiek czerpał tematy do 
opowiadania ojcu o różnych nowych pracach na szerokim świecie w dziedzinie agronomii 
dokonywanych. 
— Do diabła! — zawołał Benedykt — kiedy teraz pomyślę, że i ja kiedyś tyle książek czytałem i 
mądrości zjadałem, oddziwić się temu nie mogę. Teraz, panie, tak odwykłem, że jak tylko co 
drukowanego do ręki wezmę, zaraz zadrzemię!... 
I na przywieziony ze szkoły synowski księgozbiór — wcale nieduży — tak wystraszonymi, 
prawie przerażonymi oczami patrzał, że Witold zrazu parsknął wesołym śmiechem, a potem 
zaraz coś jakby litość czy rozrzewnienie wzrok mu napełniło. Wziął rękę ojca i do ust ją 
przycisnął. Benedykt namyślał się nad czymś przez chwilę. 
— Widziu — niepewnym trochę głosem wymówił — mam do ciebie prośbę! 
— Ty, ojcze, do mnie? prośbę? Rozkazuj tylko... 
Istotnie, widać było po nim, że gotów był w tej chwili rzucić się w ogień lub na skraj świata 
skoczyć. 
Długi wąs na palec motając i wzrokiem mijając twarz syna Benedykt mówić zaczął: 
— Za trzy tygodnie wyjedziesz z Korczyna... trzeba przecież, abyś wizytę pożegnalną ciotce 
oddał. Otóż, wiesz dobrze, jaki mam kłopot z tym długiem Darzeckich... Gdybyś do nich 
pojechał, o przedłużenie mi terminu lub rozłożenie wypłaty na lat kilka ciotki poprosił, przymilił 
się do niej, zjednał ją sobie... Same córki tylko mając ona za synami braci przepada, a Zygmuś, 
kiedy siedział za granicą, ciągnął z niej, ile sam chciał... Może by więc i dla ciebie teraz tę łaskę 
zrobiła... Wprawdzie Darzecki sam interesami rządzi, ale ona ma nad nim wpływ wielki, i przy 
tym to człowiek próżny, który za jeden niski ukłon, za jedno pocałowanie ręki, wiele uczynić 
może... Cóż? zrobisz to dla mnie, Widziu? 
Ciężka chmura okryła rozjaśnioną przed chwilą twarz młodego człowieka. Milczał. Benedykt 
trochę podejrzliwie, a trochę wstydliwie na niego spojrzał. 
— Cóż? zrobisz to, o co cię proszę? — grubiej już nieco zagadnął. 
— Nie, mój ojcze... boli mię to bardzo... ale nie... — stłumionym głosem odpowiedział Witold. 
— Dlaczego? Raczże mi przynajmniej wytłumaczyć... 
— Pozwól mi, ojcze, milczeć! 
— Znowu! — krzyknął Benedykt i twarz jego od włosów do szyi zalała się szkarłatem. Chciał 
coś mówić, długo jednak nie mógł, aż ze stukiem krzesło, na którym siedział, odsuwając 
zawołał: 
— Dobrze. Milczmy obaj. Chcesz mi być obcym? Zamykasz się przede mną jak przed 
wrogiem? Dobrze. Bądźże łaskaw uważać mię od tego czasu za swego znajomego, który tym 
tylko różni się od wszystkich innych, że weźmiesz po nim sukcesję! 
Tym razem Witold, bardzo blady, drżał cały, a z oczu sypały się mu iskry. Uczynił zrazu ruch 
taki, jakby miał za odchodzącym ojcem poskoczyć i z ust rzucić w zamian otrzymanej obelgi 
grad gorzkich wyrzutów. Ale nie uczynił tego. Było w nim coś, co nakazywało mu powściągać 
się i raczej wszystko znosić niż stargać do reszty łączący go z ojcem węzeł. Upadł tylko na 
krzesło, w obie dłonie wziął czoło i zawołał: 
— Okropność! okropność! Porozumieć się niepodobna! Błędne koło! 
Łatwiej zapewne porozumieć by się mogli, gdyby obadwaj nie byli krewcy i wybuchliwi; 
gdyby nade wszystko nieustanne rozjątrzenie, w którym od lat dwudziestu kilku żył ojciec, nie 
przeszło drogą odziedziczenia i niejako zaszczepienia w krew i nerwy syna. W krwi i nerwach 
obydwóch gorzkim warem płynęły z jednej strony przebyte, a z drugiej widziane i odczute 
niezmierne cierpienia. 
Raz jednak, wkrótce po skończeniu żniw, Benedykt z sąsiedniego miasteczka do domu 
powracający siedział na bryczce z tak raźną i wypogodzoną miną, jakiej od dawna już nikt u 
niego nie widział. Zapominając nawet o gderaniu siedzącego na koźle stajennego chłopca, 
filuternie uśmiechał się do siebie i, co mu się niezmiernie rzadko zdarzało, zamiast w dół 
pociągać, w górę czasem podkręcał wąsa. Gdy na dziedziniec wjeżdżał, zobaczył odjeżdżający 
od ganku i nieco z boku w cieniu jaworów zatrzymujący się zgrabny koczyk, czterema pięknymi 
końmi założony, ze stangretem w liberii. Na ganku zaś stał tylko co tym koczykiem przybyły 
Zygmunt. Z parokonnej, trzęsącej, na żółto pomalowanej bryczki wyskakując Benedykt 
uprzejmiej niż zazwyczaj synowca powitał: 
— W szczęśliwy dla mnie dzień przyjechałeś, Zygmusiu! Jakbym na sto koni wsiadł, taki rad 
jestem! 
Zygmunt milcząc szedł za stryjem w głąb domu, a Benedykt znalazłszy się już w gabinecie 
swoim zdjął płaszcz płócienny, czapkę na krzesło rzucił i z kieszeni surduta list jakiś wyjął. Był 
to na poczcie w miasteczku otrzymany list od prawnika, któremu prowadzenie procesu z 
Bohatyrowiczami powierzył i który uwiadamiał go, że strona przeciwna w podaniu skargi do 
instancji wyższej terminu uchybiła, że zatem wygrana pozostaje przy nim wraz z przyznaną mu 
przez pierwszą instancję sumą, koszta procesu wynagrodzić mu mającą. Listem o dłoń uderzając 
i szerokimi krokami po pokoju chodząc Benedykt wołał: 
— Na swoim postawiłem! I przegrali, i będą jeszcze musieli tysiąc rubli mi wypłacić! Dla nich 
to suma ogromna, a i dla mnie także niemało znaczy... szczególniej teraz. Ot, lament podniosą! 
Ale nie daruję! Jak Boga kocham, ani grosza nie daruję! Jeżeli dobrowolnie nie oddadzą, 
licytować będę... konie, krowy, graty i choćby poduszki zlicytuję, a swoje odbiorę! Niech nie 
zaczynają! I mnie przecież ten proces kosztował, nie tyle wprawdzie, ale zawsze kosztował. A 
fatyga i zgryzoty czy za nic poczytywać się mają? Dla nich to dobra lekcja, a dla mnie tysiąc 
rubli... fiu, fiu! nie piechotą chodzi ! 
Prawnik zapytywał w liście, czy ma czynić starania o wyegzekwowanie z bohatyrowickiej 
okolicy przyznanego mu przez sąd zwrotu kosztów. A jakże! Naturalnie! Natychmiast musi 
odpisać, aby usilne, najusilniejsze starania o to czynił. Egzekwować będzie należną mu sumę, 
egzekwować bez żadnego na nic względu! Na żadną nawet zwłokę nie pozwoli, ściśle stosując 
się tylko do litery prawa, a jeżeli nie oddadzą prędko i dobrowolnie, na licytację wystawi, 
wszystko, co mają, na licytację... tak! 
— Idź ty, Zygmusiu, na jakie pół godzinki do bab, a ja tę odpowiedź zaraz napiszę... Dziś 
wieczorem poczta z miasteczka odchodzi; umyślnego zaraz wysłać trzeba, ażeby nie spóźnić 
się... 
Od dobrego już dziesiątka lat do napisania każdego listu przybierał się długo i z niechęcią. 
Dziś przecież już przed biurkiem siedział, papier z szuflady dostawał i ręce zacierał. Widocznie, 
przy zdarzeniach podobnych nic mu już, tak jak dawniej, we środku nie płakało. 
Zygmunt, jak zawsze żurnalowy i trochę sztywny, z kapeluszem w ręku przez pustą salę 
jadalną przeszedł, ale po chwilowym wahaniu zamiast udać się do pokojów pani Emilii, po 
wschodach z sieni na górę prowadzących iść zaczął. Dom ten znanym mu był od dzieciństwa; a 
chwilowe wahanie sprawiła mu tylko myśl, że na górze mieszkała nie tylko Justyna, ale także i 
Marta. Przez okno przecież zobaczył starą pannę z kluczami i dziewką folwarczną idącą ku 
oddalonym budynkom. Drzwi pani Emilii były jak zwykle szczelnie zamkniętymi, salon 
zupełnie pustym; z góry dochodziły dźwięki skrzypiec. Wszedł na wschody; na wąskim i 
wpółciemnym korytarzyku oblały go fale muzyki Orzelskiego; otworzył drzwi prowadzące do 
pokoju, w którym, gdy był dzieckiem i dorastającym młodzieńcem, bywał dość często. 
Zamieszkiwała go wtedy Marta; teraz wiedział dobrze, że znaleźć tam może Justynę. 
Istotnie, na widok wchodzącego młoda panna podniosła się u otwartego okna i robota, którą 
w ręku trzymała — jakaś biała chustka z wyhaftowaną już jedną literą — z rąk jej na stół upadła. 
Trochę zbladła, potem zarumieniła się gwałtownie i zaledwie końcami palców dotykając dłoni, 
którą ze wzrokiem natarczywie w nią utkwionym wyciągnął ku niej przybyły, stłumionym nieco 
głosem zapytała: 
— Czemu przypisać mam, kuzynie, odwiedziny twoje... w moim pokoju? 
Zamiast odpowiedzi wpatrzył się w nią jeszcze uparciej i z żartobliwą pieszczotliwością 
wymówił: 
— Niegościnna! siadać mię nawet nie prosi! 
— Owszem, usiądź, kuzynie, proszę! 
Posunęła ku niemu krzesło i sama na uprzednim miejscu swoim usiadła, obojętna z pozoru, 
ale ze ściągniętymi trochę brwiami i migocącym w dalekiej głębi oczu zatrwożeniem. Usiadł tak, 
że końcem stopy obutej w cielisty kamasz i błyszczący trzewik prawie dotykał jej sukni. W 
otwarte okno spojrzał. 
— Dość malowniczy widoczek — zaczął. 
— Znasz go od dawna, kuzynie — obojętnie i z oczami na robotę spuszczonymi zauważyła. 
Obok znajdującej się już na chustce litery jednej zaczynała właśnie haftować drugą. 
— Przez co mam rozumieć — podjął Zygmunt — że nie potrzebuję wcale przyglądać się mu 
przez okno twego pokoju. Uprzejmą jesteś, kuzynko! Zresztą, masz w części słuszność. Nie 
posiadam sztuki zachwycania się widokami rodzinnej natury, może dlatego, że silne wrażenia 
wywierać na mnie może to tylko, co jest nowym, oryginalnym, niespodzianym... Jakże można 
porównać taki choćby jak ten ładny widoczek ze wspaniałymi, zachwycającymi scenami 
natury... 
Tu z wielkim istotnie wdziękiem słowa, wytwornie i malowniczo mówić zaczął o Renie, 
Dunaju, Alpach, szwajcarskich jeziorach, Adriatyckim Morzu... Może po części myślał o 
podbiciu ucha słuchaczki, bo głosowi swemu nadawał miękkie, muzykalne modulacje, ale widać 
też było, że wszystko, o czym mówił, budziło w nim kiedyś szczere zachwycenie, a teraz 
tęsknotę. Mówiąc nieustannie patrzał na pochyloną nad robotą głowę Justyny. Wzrok jego 
przesuwał się po jej kruczym, lśniącym warkoczu, po czystych liniach śniadego czoła, po 
spuszczonych i frędzlą czarnych rzęs otoczonych powiekach, aż utkwił w pąsowych, pełnych, 
zupełnie w tej chwili spokojnych ustach i spłynął z nich na kibić, której świeże i silne kształty 
rysowały się pod ciemnym stanikiem, a piersią poruszał oddech powolny i głęboki. Mowa jego 
stawała się też powolniejszą: kilka razy zająknął się, ręką dotknął czoła, aż nagle w połowie 
zdania opowiadanie przerywając, z rumieńcami wytryskującymi mu na blade policzki ciszej 
przemówił: 
— Spodziewam się, że nie myślisz, kuzynko, abym tu przyszedł w celu opowiadania ci o 
lądach i wodach tego świata... 
Nie zmieniając postawy oczy na niego podniosła: 
— Gdy tu wchodziłeś, zapytywałam cię właśnie, kuzynie, o przyczynę... 
— Przyczyna taka. Chciałem cię zapytać: czy to prawda, że pan Różyc stara się o ciebie, i 
czy... ewentualnie... masz zamiar poślubić tego już teraz wszechstronnie chudego milionera? 
Mówił śpiesznie i głos jego był trochę świszczący. Ona ręce z robotą na kolana opuściła i 
głowę podniosła. 
— Jeżeli zechcesz powiedzieć mi, kuzynie, jakim prawem zapytujesz mnie o to, wówczas na 
pytanie twoje odpowiem... 
Powściągając się widocznie znowu zapytał: 
— Ale ty sama tego prawa nie domyślasz się, czy... nie uznajesz? 
— Nie domyślam się — odpowiedziała. 
Pochylił się i chciał ująć jej rękę, ale ona krzesło swe cofnęła i ramiona u piersi skrzyżowała. 
— Jest to najświętsze ze wszystkich praw na ziemi... prawo miłości! — zawołał. 
Justyna szybko z krzesła powstała i dalej jeszcze ku otwartemu oknu cofając się zawołała: 
— Proszę cię, o! proszę cię, kuzynie, idź stąd! 
Ale on tuż przed nią stanął. 
— Nie lękaj się, Justyno, nie lękaj się niczego... Ta miłość, o której słuchać nie chcesz, jest tak 
czystą, wzniosłą, idealną, że obrażać cię nie może... Wiem dobrze, co powiedzieć mi możesz. 
Sam dobrowolnie utraciłem to, czego teraz wszystkimi siłami pragnę... Ale przebaczże mi chwilę 
słabości... Przypomnij sobie wiersz, który oboje tak lubiliśmy dawniej: Ils ont péché, mais le ciel 
est un don; ils ont aimé, c’est le sceau du pardon*! Bądź wspaniałomyślną i zwróć mi swoje 
serce, swoją ufność, przyjaźń... swoją duszę! Niczego więcej nie chcę, niczego więcej nigdy od 
ciebie nie zażądam, tylko — duszy twojej, Justyno! 
Przy ostatnich słowach z rozgorzałymi oczami obie już ręce jej pochwycił. Po jego twarzy 
przebiegły ironiczne drgnienia. Ręce swe z dłoni jego wysuwając zapytała: 
— Czy to dusza moja, Zygmuncie? Te moje ręce, które w swoich chcesz trzymać, czy to moja 
dusza? 
Potem znowu ramiona u piersi krzyżując z podniesioną, trochę pobladłą twarzą mówić 
zaczęła: 
— Dobrze, powiem wszystko i niech się to już raz skończy. Kochałam cię, kuzynie, do tego 
stopnia, że po latach niewidzenia i kiedy już poślubiłeś inną, jeszcze nie mogłam obojętnie 
słuchać twojego głosu, a przy każdym twoim zbliżeniu się do mnie czułam, że wszystko wraca... 
wszystko, cała przeszłość moja do mnie wraca! Boże! jak ja cierpiałam! Kiedy przyjeżdżałeś do 
Korczyna, nie chciałam cię widzieć i nieraz jak szalona ku brzegowi rzeki biegłam... z myślą, że 
śmierć jest lepszą niż taka walka i taka trwoga... 
— Justyno! Justyno! — z nowym wybuchem rzucił się ku niej Zygmunt. 
Ale ona rozkazującym gestem usunęła go od siebie i dalej mówiła: 
— Taka trwoga! Bo nie tyle żałowałam tego, co miałam kiedyś za najwyższe dla siebie 
szczęście, ile lękałam się... ach, jak lękałam się jakiejś złej chwili... jakiejś okropnej chwili... w 
której bym sama... która by... która by mnie wtrąciła w ostateczne już poniżenie. Poniżyć się nie 
chciałam... Tak, kuzynie, chociaż byłam bardzo upokorzoną, chociaż i ty, kuzynie, i inni 
uczyniliście wszystko, coście uczynić mogli, aby mi dać poznać moją małość, moją nicość... ja 
jeszcze byłam dumną... owszem, wtedy dopiero stałam się dumną i lękałam się tego, co mi się 
wydawało ostatnim, najgłębszym poniżeniem... Duma moja, kuzynie, duma moja kobieca czy 
ludzka, nie wiem, odtrącała mnie wtedy od ciebie, broniła mię od ciebie, wypędzała mię z domu, 
kiedy przyjeżdżałeś... Czy wystarczyłaby ona zawsze?... Może tak... może nie... ale znalazłam 
inną pomoc, silniejszą!... Kiedy wtedy, pamiętasz? przy wielu gościach do mnie mówiłeś... twoja 
żona, kuzynie, coś w tobie zauważyć musiała... może jej kto o przeszłości powiedział... patrzała 
na mnie, na ciebie, i w oczach jej łzy stanęły. Co mi ta kobieta złego uczyniła, aby miała przeze 
mnie płakać? Ja nie chcę, by ktokolwiek przeze mnie płakał! Wtedy, kuzynie, zlękłam się nie 
tylko już poniżenia i wstydu, ale nikczemności. Pomiędzy mną a tobą stanęły łzy, które 
zobaczyłam w oczach twojej żony. Pomiędzy mną a tobą stanęło moje sumienie! 
Mówiła to, profilem do niego zwrócona i nie na niego, ale w otwarte okno patrząc. Wyznania, 
które czyniła, zawstydziły ją i zmieszały. On z tego jej zmieszania, z samych nawet wspomnień 
o przebytych z jego przyczyny cierpieniach czerpał nadzieję i śmiałość. Tuż za nią stojąc, w 
samo ucho prawie, pieszczotliwie i z rozmarzeniem jej szeptał: 
— Czy podobna, aby Justyna, moja dawna, marząca, poetyczna Justyna, przywiązywała wagę 
do światowych praw i przesądów albo do zabobonnych skrupułów?... Łzy Klotyldy? Ależ 
upewniam cię, że quand méme* uszczęśliwić ją potrafię! Sumienie? Rzecz względna! Inna dla 
natur niewolniczych i poziomych, a inna dla wyższych i niepodległych! Najświętszym prawem 
na ziemi jest miłość, najwyższą cnotą brać i dawać szczęście... 
Chciała mu przerwać, ale on, roznamiętniony i nadziei zwycięstwa nie tracący, mówił, a 
raczej szeptał dalej: 
— Jestem bardzo nieszczęśliwy... zdaje mi się, że wszystko we mnie zamarło. Nie mam 
żadnego bodźca do życia... Nie mogę tworzyć. Ty jedna możesz mię wskrzesić i przywrócić 
szczęściu, życiu, sztuce... Opuść ten dom, zamieszkaj w Osowcach... ja tam teraz jestem panem. 
Moja matka wszystko dla mnie uczyni. Klotylda jest dzieckiem, które uszczęśliwić można cackami, a oślepić drobną monetą czułości... Będziemy żyć razem, nierozłączni... nie lękaj się 
nigdy nie obrażę i nie poniżę cię niczym! Będziesz tylko moją muzą, moim natchnieniem, 
towarzyszką i siostrą mojej samotnej duszy... Co świat podejrzliwy i brudny mniemać będzie o 
tym, że u boku mego staniesz, cóż nas to obchodzi, nas, którzy przebywać będziemy w krainie 
ideałów wyżsi i czystsi od świata?... 
Tchu mu zabrakło; z roziskrzonym wzrokiem i wilgotnym czołem chciał w oczy jej spojrzeć i 
już kibici jej dotknął ramieniem. Ale ona gibkim i oburzonym ruchem cofnęła się o parę kroków 
i z twarzą tak prawie białą, jak leżąca na stole chustka, przez kurczowo zaciśnięte zęby 
wymówiła: 
— On, ona i trzecia! Zupełnie jak we francuskich romansach, których kiedyś tak wiele 
czytywaliśmy razem!... 
Nagle z wybuchającym uniesieniem zawołała: 
— Za kogo mnie masz, kuzynie? O czym mówiłeś? Ależ ty chyba sam tego nie rozumiesz! Jak 
to! kogoś niewinnego, kogoś, co nam nic złego nie wyrządził, krzywdzić w tym, co jest jego 
szczęściem, honorem, może życiem; co dzień, co godzinę, co chwilę kłamać i oszukiwać, 
wiecznie chodzić w masce czując pod nią trąd i plamy... Boże! i ty mi takie życie ofiarowywać 
chciałeś... Jakim prawem? Co ja ci złego zrobiłam? Jak śmiałeś? O! jakież to szczęście, że ja cię 
już nie kocham! Ale nie! Gdybym cię i kochała jeszcze, gdybym cię jeszcze tak jak dawniej 
kochała, przestałabym w tej chwili... z gniewu, z obrazy, z ohydy... 
Teraz, gdy drżała i mięła w dłoni leżącą na stole chustkę, gdy pierś jej podnosiła się szybko, a 
oczy, w których jednocześnie przebiegały błyskawice i łzy, śród bladej twarzy świeciły jak 
czarne diamenty, poznać można było, że nie różaną wodę bynajmniej w żyłach swych miała, ale 
krew gorącą, popędliwą, dumną. Nigdy tak piękną nie wydała się Zygmuntowi. Z 
zachwyceniem, z żądzą, ale zarazem i z urazą na nią patrzał. 
— Myślałem, że miłość wszystko obmywa i uświęca... — zaczął. 
Ale ona mu przerwała: 
— Zmień nazwę, kuzynie, proszę cię, zmień nazwę... to nie jest miłość, ale... 
Zawahała się chwilę, zawstydzenie czoło jej rumieńcem oblało, prędko jednak dalej mówić 
zaczęła: 
— To jest romans... pełno go we francuskich książkach... pełno go i w życiu... O, znam go, 
znam go od dawna. Był on przekleństwem mego dzieciństwa, kiedy zabijał mi matkę, a dla ojca 
szacunek odbierał... Spostrzegałam go i potem pomiędzy ludźmi, a wszędzie, zawsze zaczynał 
się od... od gwiazd, a kończył się w błocie. O, muzy, siostrzane dusze, czyste uczucia, krainy 
ideałów... Boże! ile słów! ile pięknych, poetycznych słów! czy wy używając ich kłamiecie, czy 
nimi oszukujecie samych siebie? Może i tak bywa. Ale ta poezja jest tylko wstępem do wielkiej, 
wielkiej prozy... Powiedziałeś, że miłość uniewinnia i uświęca wszystko. Być może, ale nie taka, 
co kryje się pod ziemią i wstydzi się samej siebie. Powiedziałeś, że prawa miłości są 
najświętszymi ze wszystkich praw świata. O, tak! Ale o jakiej miłości, ty, wykształcony 
mężczyzna i artysta, mówiąc to myślałeś? Nie o tej, nie, najpewniej nie o tej, której świtanie od 
niedawna ja uczułam w sobie... Idź na mogiłę ojca, kuzynie, idź na mogiłę ojca... Kochaj to, co 
kochał twój ojciec... 
Nagle urwała. Do ostatka widać nie chciała myśli swoich wypowiadać. Zygmunt stał przed 
nią z pochyloną twarzą i zaciśniętymi zębami. 
— Filozofka! — syknął — rezonuje, waży, rozważa, rozróżnia... 
— Nie — odpowiedziała — o filozofii dokładnego wyobrażenia nawet nie znam. A za zdolność 
do rezonowania i rozróżniania pozorów z prawdą tobie, kuzynie, obowiązaną jestem... 
Ze zdumieniem i niedowierzaniem patrzał na nią. 
— Ależ to być nie może, abyś ty, Justyno, tak ognista niegdyś, poetyczna, zrobiła się nagle 
taką zimną, przesądną, poziomą! Nie! ty chcesz przemocą stłumić uczucia swoje! Dumną jesteś i 
przed samą sobą chcesz odegrać rolę bohaterki. 
Wzruszyła ramionami. 
— Powiedziałeś, że mamy oboje natury wzniosłe i niepodległe. Proszę cię, kuzynie, abyś 
zdanie swoje o mnie zmienił. Upewniam cię, że jestem kobietą zupełnie zwykłą i podległą 
zupełnie zwykłej uczciwości. Oto wszystko. 
— Wszystko! i nic mi więcej nie powiesz? nic? nic? 
— Owszem — śpiesznie odrzekła — koniecznym jest nawet, abym ci powiedziała stanowczo i 
raz na zawsze, że z uczuć, które miałam kiedyś dla ciebie, nie pozostało we mnie nic wcale, 
prócz prostej zresztą życzliwości, którą mam dla wszystkich na świecie ludzi, i że przedmiotem 
moich myśli i marzeń jest coś czy ktoś... może zarazem coś i ktoś z tobą żadnego związku nie 
mający... 
— Zapewne pan Różyc i les beaux restes* jego milionów... — wtrącił Zygmunt. 
— Być może — odpowiedziała. 
Zmieszany, obrażony, rozczarowany a jednak przez chwilę jeszcze ciekawego wzroku 
oderwać od niej nie mogący, wziął z krzesła kapelusz, oddał jej z dala ceremonialny ukłon i 
wyszedł z pokoju. 
Było już po zachodzie słońca, kiedy ładny jego koczyk wtoczył się z turkotem pod kryty i 
brukowany ganek osowieckiego domu. Pani Andrzejowej na odgłos ten zadrżały trochę ręce, w 
których trzymała książkę. Na jednym z fotelów otaczających wielki stół z książkami i 
dziennikami siedząc podniosła głowę, spuściła powieki i ze spokojnymi rysami syna czekała. W 
sali znajdującej się na dolnym piętrze domu Klotylda grała na fortepianie. Jednocześnie z 
zaturkotaniem kół u podjazdu muzyka jej umilkła, potem ozwała się znowu i znowu umilkła, aż 
brzmieć zaczęła burzliwie, bezładnie, czasem żałośnie, czasem hucznie... Była to gra istoty 
drżącej, niespokojnej, czasem prawie bezprzytomnej, a umilkła zupełnie w chwili, gdy Zygmunt 
do pokoju matki wchodził. Czuć było, że to dziecko, które tam, na dole wielkiego domu, grało z 
biegłością utalentowanej uczennicy muzycznych mistrzów, rozmowa mająca stoczyć się na 
górze przejmowała nieznośną boleścią i trwogą. 
Kiedy wchodził do pokoju matki, od pierwszego spojrzenia poznać można było, że w drodze 
z Korczyna do Osowiec zajmowały go buntownicze myśli i że pod ich wpływem powziął jakieś 
energiczne postanowienie. Obok znudzenia i niesmaku jakieś stanowcze zdecydowanie się na 
coś malowało się w jego twarzy. Pocałował rękę matki i naprzeciw niej siadając zaczął: 
— Powiedział mi Wincenty, że mama życzyła sobie widzieć się ze mną, gdy tylko do domu 
wrócę. A ja także w ten piękny wieczór z Korczyna wracając postanowiłem bardzo poważnie 
pomówić dziś z mamą o rzeczach mających dla mnie wagę wielką, niezmierną... 
Spojrzała na niego, w oczach jej zamigotał niepokój. 
— Słucham cię, mów! Może myśli nasze spotkały się i o jednym przedmiocie mówić z sobą 
pragniemy. 
— Wątpię — odpowiedział — jestem nawet pewny, że mamie nigdy nie przyszło na myśl to, co 
ja dziś mamie chcę zaproponować, a raczej o co chcę bardzo usilnie prosić. 
Uśmiechnął się do matki pieszczotliwie, z przymileniem i, schyliwszy się znowu, piękną białą 
rękę na czarnej sukni spoczywającą pocałował. 
— Parions* — zażartował — że propozycją moją mama będzie zdumioną... nawet oburzoną... oh, 
comme je te connais, ma petite, chére maman*!... ale po namyśle i spokojnej rozwadze, może... 
— Słucham cię — powtórzyła, a piękne jej oczy, których blask łzy i tęsknoty zgasiły, z 
niewysłowionym wyrazem powściąganej czułości spoczywały na tej pochylonej ku jej kolanom 
głowie, na którą, Boże! ileż nadziei, ileż jej cudownych marzeń i namiętnych modlitw spłynęło! 
Głowę podniósł, ale nie wyprostował się, tylko w poufnej i razem coś pieszczotliwego 
mającej w sobie postawie, ręki matki z dłoni nie wypuszczając mówić zaczął: 
— Nieprawdaż, najlepsza mamo, że u stóp twoich i u twojego serca dziecinne i trochę 
późniejsze nawet lata spędziłem tak, jak spędzać je musiała la belle au bois dormant*, słodko 
drzemiąca w swym kryształowym pałacu, wśród zaklętego lasu, którego nigdy nie dotykała jej 
stopa i z którego przychodziły do niej tylko wonie kwiatów i śpiewy słowików? Nieprawdaż, 
chére maman, że usuwałaś mię starannie od wszystkiego, co powszednie i pospolite, a 
przyzwyczajałaś w zamian do rzeczy pięknych, do uczuć delikatnych, do marzeń wzniosłych, 
nieprawdaż? 
— Prawda — odpowiedziała. 
— I to także jest prawdą, moja mamo, że przeznaczałaś mię do zadań i losów zupełnie 
niepospolitych, wysokich... a tak wszystko skierowywałaś, abym nie mógł i nie chciał mieszać 
się z szarym tłumem? Czy to jest prawdą, moja mamo? 
— Tak — odszepnęła. 
Z powstrzymywaną ciągle czułością, której głucha obawa zwalczyć nie mogła, słuchała jego 
mowy płynnej, pełnej wdzięku i czuła na swojej ręce pieszczotę jego ręki miękką, delikatną. 
Takim, jakim przedstawiał się w tej chwili, łagodny, rzewny, na skrzydłach poezji kołyszący się, 
Zygmunt czarował ją zawsze i nie tylko ją jedną, bo i tę także duszę kobiecą, z którą rozstał się 
on przed godziną, a która długo jak ptak upojony kąpała się w tym czarze, i tę drugą, prawie 
dziecinną jeszcze duszyczkę, która teraz na dole tego domu tonęła w łzach i trwodze, i — wiele 
zapewne innych na szerokim świecie. 
— Nieprawdaż, mon adorée maman*, że potem sama wysłałaś mię w świat szeroki, gdzie wiele 
lat spędziłem wśród najwyższych wykwintów miast, wśród najwspanialszych widoków natury, 
na łonie sztuki... że przez te lata zupełnie odwykłem od tutejszej szarości i pospolitości, do 
których zresztą i nigdy przyzwyczajony nie byłem, żyjąc w twoim idealnym świecie, tak jak 
zaklęta księżniczka żyła w swym kryształowym pałacu? Nieprawdaż, moja najlepsza, 
najrozumniejsza mamo? 
— Prawda. Ale do czego zmierzasz? 
— Zmierzam naprzód do tego, aby ci, ma chére maman, powiedzieć, że za wszystko, co 
wyliczyłem, jestem ci gorąco, niewypowiedzianie wdzięcznym... 
Tu pochylony znowu ustami dotknął jej kolan. 
— Następnie do tego, że przecież rzeczą jest niepodobną, zupełnie niepodobną, abym po takiej, 
jak moja, przeszłości, został na zawsze przykuty do tego kawałka ziemi, do tych stajen, stodół, 
obór... que sais-je*? do tego okropnego Jaśmonta, który co wieczór przychodzi mi klektać nad 
głową o gospodarstwie... do tych... tych... que sais-je? zamaszystych i razem jak nieszczęście 
znękanych sąsiadów... Czyż to podobna? Moja droga mamo, czyż ktokolwiek, po takiej, jak 
moja, przeszłości, wobec takich, jak moja, ambicji i potrzeb może wymagać tego ode mnie? 
Ręce szeroko rozpostarł, oczy mu się trochę szerzej niż zwykle rozwarły, zmarszczka 
przerznęła czoło. Silnie do głębi był przekonany, że wymaganie, o którym mówił, byłoby 
absolutnie niemożliwym i niesprawiedliwym. Pani Andrzejowa myślała chwilę. Do pewnego 
stopnia słuszności skargom syna nie odmawiała. Pamiętała wybornie o swoich własnych 
wstrętach i nieudolnościach. Po chwili z namysłem mówić zaczęła: 
— Ciernie twojego położenia rozumiem dobrze. Wszystko to, co wyliczyłeś, czyni je dla ciebie 
trudniejszym, niż bywa ono dla innych. Jednak, moje dziecko, niczyje życie na tej ziemi nie 
może być wolnym od usiłowań, walk, cierpień i spełniania trudnych... 
Prędko z krzesła wstając mowę jej przeciął: 
— Dziękuję! Mam już tych usiłowań, walk i cierpień aż nadto dosyć. Utopiłem w nich dwa 
lata mego życia. J’en ai assez*! 
— Gdybyś był wyjątkiem... Ale... wszyscy jesteśmy nieszczęśliwi... 
Stając przed matką zapytał: 
— Nie jest przecież życzeniem mamy, abym pomnażał poczet nieszczęśliwych? 
W głosie jej czuć było trochę drżenia, gdy odpowiedziała: 
— Nie ma na świecie matki, która by dziecko swoje nieszczęśliwym widzieć chciała, ale ja dla 
ciebie pomiędzy niskim szczęściem a nieszczęściem wzniosłym wybrałabym drugie. 
— Któż tu mówi o szczęściu niskim? — zarzucił — czyż przyjemności wyborowych towarzystw, 
piękności wspaniałej natury, rozkosze sztuki stanowią niskie szczęście? 
— Najpewniej nie. Ponieważ jednak tu się urodziłeś, tu są twoje obowiązki, tu żyć musisz... 
— Dlaczego muszę? — przerwał — dlaczego muszę? Ale właśnie przybyliśmy w rozmowie 
naszej, droga mamo, do punktu, na którym umieszczę moją propozycję... non *! moją najgorętszą 
prośbę... 
Zawahał się przez chwilę, patem znowu przed matką siadając znowu pochylił się ku jej 
kolanom i rękę jej wziął w swoje dłonie. Znowu też pieszczotliwie, z wdziękiem, z odcieniem 
rzewności i poetyczności, mówić zaczął. Mówił o tym, aby sprzedała Osowce, które były 
dziedziczną jej własnością, i aby z nim razem za granicę wyjechała. Mieszkać będą w Rzymie, 
Florencji albo w Monachium, każdego lata wyjeżdżać w góry lub nad morze. Kapitał osiągnięty 
ze sprzedaży Osowiec w połączeniu z tym, co Klotylda posiada i jeszcze w przyszłości od 
rodziców otrzyma, wystarczy im na życie, nie zbytkowne wprawdzie, ale dostatnie i bardzo 
przyjemne. Zresztą, on może jeszcze kiedyś i bardzo bogatym zostanie, gdy w otoczeniu 
stosownym artystyczne natchnienia i zdolność twórczą odzyska. Żyć i podróżować będą zawsze 
razem, przyjemności wysokich używać, wszystkie marzenia swoje spełniać, tylko trzeba, aby 
wydostali się stąd koniecznie, aby koniecznie i co najprędzej wynurzyli się z tego morza 
pospolitości, nudy i powszechnych złych humorów. Z lekka żartować zaczął: 
— Nieprawdaż, moja złota mamo, że tu panuje powszechny zły humor? Wszyscy po kimś albo 
po czymś płaczą, zbiedzeni, skłopotani, przelęknieni... Stąd płynie melancholia, qui me monte á 
la gorge* i dławi mię jak globus histericus tę biedną panią Benedyktową... 
Raz tylko wyjeżdżałaś za granicę, droga mamo, i to dawno... jeszcze z ojcem. Nie znasz więc 
różnicy atmosfer... nie wyobrażasz sobie, ile znalazłabyś tam rzeczy pięknych, ciekawych, 
wzniosłych, prawdziwie godnych twego wykształcenia, smaku i rozumu!... 
Milczała. Z głową podniesioną i spuszczonymi powiekami siedziała nieruchomo, nie 
odbierając mu swojej ręki, która tylko stawała się coraz zimniejszą i sztywniejszą. Na koniec 
cicho, ale stanowczo przemówiła: 
— Nie uczynię tego nigdy. 
Porwał się z krzesła. 
— Dlaczego? dlaczego? 
Podnosząc na niego wzrok głęboki i surowy odpowiedziała: 
— Dlatego właśnie, co powiedziałeś... Dla tej właśnie melancholii... 
— Ależ to jest wściek... pardon*! krańcowy idealizm! Krańcową idealistką jesteś, moja mamo! 
Skazywać się na wieczny smutek, kiedy uniknąć go można, przyrastać do zapadłego miejsca na kształt grzyba, dlatego tylko, że inne grzyby siedzieć w nim muszą — to idealizm bezwzględny, 
krańcowy idealizm! 
Patrząc mu prosto w oczy zapytała: 
— A ty, Zygmuncie, czy nie jesteś idealistą? 
On! ależ naturalnie! Uważa się on za idealistę i nie przypuszcza nawet, aby go ktokolwiek o 
materialistyczne zasady albo dążności mógł podejrzywać. Ale w tym właśnie tkwi niemożność 
pozostawania jego tutaj. Spragniony jest ideałów i wyższych wrażeń, a otacza go sama 
pospolitość i monotonia. Idealistą zresztą będąc do ascetyzmu skłonności nie posiada. Fakirem* 
ani kamedułą* zostać nie może. Jest on człowiekiem cywilizowanym i posiada potrzeby 
zaszczepione w niego wraz z cywilizacją: potrzeby uciech i rozrywek pewnego rzędu, tu do 
znalezienia niepodobnych. Dla braku wrażeń pracować nie mogąc, nie ma także żadnych 
przyjemności, a całe dnie przepędzać bez pracy i bez przyjemności jest to życie prawdziwie 
piekielne, od którego oszaleć można, nie tylko już ze zmartwienia i tęsknoty, ale z samej nudy... 
Unosił się. Od dawna już pracujące w nim niezadowolenie i zniecierpliwienie teraz, wobec 
oporu matki, grożącego ruiną jedynemu jego ratunkowemu planowi, nadwerężało w nim nawet 
zwykłą wykwintność form. Wyglądał daleko mniej żurnalowo niż zwykle. Z rękami w 
kieszeniach surduta pokój przebiegał; kilka razy gniewnie i niespokojnie własną swoją postać 
obejrzał. 
— Tu każdy — wołał — największy choćby idealista, najgenialniejszy artysta, przemienić się 
musi w opasłego wołu... Ciało prosperuje, a duch upada. Czuję w sobie okropną degrengoladę 
ducha... Prawdziwie i głęboko nieszczęśliwym jestem... Marnieję, ginę, wszystko, co jest we 
mnie wyższego, idealnego, przemienia się w żółć i tłuszcz!... 
Przy ostatnich światłach kończącego się dnia pani Andrzejowa ścigała wzrokiem gwałtowną 
przechadzkę syna po pokoju i wtedy dopiero, gdy przerwał się na chwilę potok jego 
wpółzgryźliwej, wpółżałosnej mowy, głosem, który z dziwną trudnością wychodził z jej piersi, 
zauważyła: 
— Czy zachęty do tej pracy, której pragniesz, i do tej, której nie lubisz, niejakiego 
przynajmniej wynagrodzenia braków, na które się skarżysz, nie możesz znaleźć w uciechach 
serca?... Ja kiedyś je posiadałam, znam więc ich moc i wagę. Jesteś, Zygmuncie, bardzo 
szczęśliwie ożeniony. 
— Nie bardzo — sarknął. 
Tak cicho, że zaledwie mógł ją dosłyszeć, zapytała: 
— Czy nie kochasz Klotyldy? 
Zakłopotany trochę, przechadzkę swą przerwał, stanął. 
— Owszem... owszem... mam dla niej przywiązanie... dużo przywiązania... ale nie wystarcza 
mi ona.... do duchowych moich potrzeb nie dorosła... ta wieczna jej czułość i nieustanne 
paplanie... 
Z żywością mu przerwała: 
— Jest to dziecko, piękne, utalentowane i namiętnie cię kochające, dziecko, które w słońcu 
twojej miłości i przy świetle twego umysłu dojrzeć i rozwinąć się może... Nie tylko za szczęście, 
ale i za jej moralną przyszłość odpowiedzialnym jesteś... 
— Pardon! — przerwał — na pedagoga nie miałem powołania nigdy i do kształcenia żony mojej 
nie obowiązywałem się przed nikim. Ce n’est pas mon fait*. Jest się dobraną parą lub się nią nie 
jest. Voilá*! A jeżeli w tym wypadku są jakieś nierówności, ofiarą ich z pewnością jestem ja. 
Plecami do pokoju zwrócony stanął przed oknem, za którym słońce, już niewidzialne, 
zapalało nad drzewami parku szeroki pas różowy. Przez kilka minut panowało milczenie, które 
przerwał stłumiony głos pani Andrzejowej. Czuć w nim było zdejmującą ją niewysłowioną 
trwogę. 
— Zygmusiu, chodź do mnie... chodź tu... bliżej! 
A gdy o parę kroków od niej stanął, szeptem prawie mówić zaczęła: 
— Na wszystko, co kiedykolwiek nas z sobą łączyło, co kiedykolwiek kochałeś, proszę cię, 
abyś mi odpowiedział szczerze, zupełnie szczerze... Zlękłam się, widzisz, niezmiernie myśli, 
która do głowy mi przyszła... Uczułam niezmierny ciężar na sumieniu... Jednak pragnę wiedzieć 
prawdę, aby móc jasno rozpatrzeć się w położeniu i co jest jeszcze do naprawiania, naprawić, 
czego uniknąć można, uniknąć... Czyżbyś prawdziwie i stale kochał Justynę? Czyżby to uczucie 
było przyczyną tak prędkiego zobojętnienia twego dla Klotyldy? Czy... gdybym... zamiast 
zrażać, zachęcała cię była do ożenienia się z Justyną i gdyby ona była teraz twoją żoną, czułbyś 
się szczęśliwszym, mężniejszym, lepiej do życia i jego obowiązków uzbrojonym? 
Zapytań tych wysłuchał z trochę gorzkim, a trochę lekceważącym uśmiechem, po czym z 
rękami w kieszeniach i podniesionymi trochę ramionami przechadzkę po pokoju znowu 
rozpoczynając odpowiedział: 
— Bardzo wątpię. Wie mama, że rozczarowałem się do niej zupełnie. Zimna jest, przesądna, 
ograniczona, przybiera jakieś pozy bohaterki czy filozofki... Przy tym dziś właśnie zauważyłem, 
że ma takie zgrubiałe ręce i w ogóle wygląda więcej na prostą, hożą dziewkę niż na pannę z 
dobrego towarzystwa... Już też Klotylda daleko jest dla mnie stosowniejszą... bo delikatniejsza, 
staranniej wychowana i wcale ładny talent do muzyki posiada... wcale ładny... Tylko że ja 
dziwnie łatwo oswajam się ze wszystkim, a jak tylko oswoję się, zaraz mię nudzi... Ca dépasse 
toute idée*, jaki ja mam głód wrażeń... Prawdziwie, pod tym względem nienasycony jestem i 
dlatego właśnie w tej tutejszej monotonii ginę, marnieję, przepadam... 
Mówił jeszcze czas jakiś, ale trudno było zgadnąć, czy pani Andrzejowa go słuchała. 
Odpowiedź jego upewniła ją o dwóch rzeczach: naprzód o tym, że przez Justynę odtrąconym 
został, następnie, że żadnej z tych dwóch kobiet prawdziwie i stale nie kochał. Czy kogokolwiek 
lub cokolwiek mógł kochać? Powoli, powoli wyniosła kobieca głowa żałobnym czepkiem okryta 
chyliła się na pierś, w której wzbierała hamowana jeszcze burza uczuć, i podniosła się znowu 
wtedy dopiero, gdy Zygmunt kroki swe przed nią zatrzymując, raz jeszcze ze zmieszaniem 
prośby i wyrzutu, pieszczotliwości i zniecierpliwienia pytać zaczął: czy cierpienia jego nie 
skłonią ją do wykonania planu, który ułożył? czy po namyśle, zimno na rzeczy spojrzawszy, nie 
zgodzi się na to, czego on pragnie i dla podtrzymania swoich twórczych zdolności, dla 
uniknięcia ostatecznej degrengolady ducha koniecznie potrzebuje? 
Wtedy pani Andrzejowa głowę podniosła znowu i głosem, w którym brzmiała zwykła już jej 
wyniosłość i energia, odpowiedziała: 
— Nigdy. Ja na te rzeczy nigdy zimno patrzeć nie będę. Dopóki żyję, nigdy na tej piędzi mojej 
rodzinnej ziemi, nigdy w tych ścianach obcy ludzie... obce bogi... 
Nagle wybuchnęła: 
— Wielki Boże! Ale po mojej śmierci ty to uczynić jesteś gotów... tak! ty to uczynisz pewno, 
gdy tylko ja oczy zamknę... Jak tchórz uciekniesz z szeregów zwyciężonych... jak samolub nie 
zechcesz łamać się chlebem cierpienia... Kawał Chrystusowej szaty rzucisz za srebrnik, ażeby 
kupić sobie życie przyjemne... Wielki Boże! Ależ ty chyba w chwili uniesienia... w dziwnym 
jakimś śnie okazujesz się takim... Zygmuncie, o! mój Zygmuncie! powiedz mi, że naprawdę 
inaczej myślisz, i czujesz... 
Syn, spokojny i zimny, nie dając się unieść jej wybuchowi, jakby jej prawie nie słuchając 
mówił: 
— Niech się mama nie unosi! Ależ, moja droga mamo, proszęż się tak nie unosić! Któż tu 
mówi o samych tylko przyjemnościach życia? Mnie idzie o coś wyższego, ważniejszego... o 
moje zdolności... natchnienia... 
— Czyż dusza artysty — zawołała — musi koniecznie być tylko motylem na swawolnych i 
niestałych skrzydłach przelatującym z róży na różę? Czy tu ziemia nic nie rodzi? czy tu słońce 
nie świeci? czy tu królestwo trupów? że żadnego błysku piękna i życia dokoła siebie znaleźć nie 
możesz?... że nic cię zachwyceniem czy bólem, miłością czy oburzeniem wstrząsnąć i natchnąć 
nie może? A ja marzyłam... a ja marzyłam... 
Tu głos jej drżeć zaczął powściąganymi z całej siły łzami. 
— A ja marzyłam... że tu właśnie, w otoczeniu rodzinnej natury, wśród ludzi najbliższych ci na 
świecie, twórcze zdolności twoje najpotężniej w tobie przemówią... że raczej tu właśnie 
najpotężniej przemawiać do nich będzie każda roślina i każda twarz ludzka, każde światło i 
każdy cień... że właśnie soki tej ziemi, z której i ty powstałeś, jej łzy i wdzięki, jej słodycze i 
trucizny najłatwiej wzbiją się ku twojej duszy i najpotężniej ją zapłodnią... 
Stojąc przed nią w postawie zbiedzonej, prawie skurczonej, ręce gestem zdumienia rozkładał i 
prawie jednocześnie z nią mówił: 
— Ależ ja tego wszystkiego nie znam... ja, ma chére maman, z tymi światłami, cieniami, 
słodyczami, truciznami etc., etc. od dziecinnych dni nie przestawałem... nie zżyłem się... nie 
przywykłem do nich... wcale do czego innego przywykłem... Nie możnaż z cywilizowanego 
człowieka przedzierzgnąć się na barbarzyńcę z powodu... z powodu soków ziemi, z którymi się 
do czynienia nie miało! 
Powoli, obu dłońmi opierając się o stół, bo może nogi posłuszeństwa jej odmawiały, powstała 
i zapłakała tak, jak płakała zwykle, bez łkania, bez najlżejszego drgnienia rysów, kilku grubymi 
łzami, które powoli stoczyły się po jej policzkach. 
— Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina!– powoli wymówiła. — Zbłądziłam. 
Pomiędzy tobą a tym, co powinno być najwyższą twoją miłością, nie zadzierzgnęłam dość 
silnych węzłów. Mówiłam ci wprawdzie o tej miłości zawsze, wiele... ale słowa, to widać siew 
nietrwały... Zbłądziłam... Ale dziecko moje... 
Tu białe ręce modlitewnym gestem na staniku żałobnej sukni splotła. 
— Nie karz ty mnie za mój błąd mimowolny... o, mimowolny! bo myślałam, że czynię jak 
najlepiej... Zamykałam cię w kryształowym pałacu i w dalekie światy wysyłałam, bo w myśli 
mojej miałeś być gwiazdą pierwszej wielkości, nie zaś pospolitą świecą, wodzem, nie 
szeregowcem. Widać zbłądziłam, ale ty błąd mój popraw. Pomyśl, głęboko pomyśl nad krótką 
historią swego ojca, którą znasz dobrze. Czy nie możesz z tego samego co on źródła czerpać siłę, 
męstwo, moralną wielkość? Twój ojciec, Zygmuncie, oprócz wielu innych rzeczy wielkich 
kochał ten sam lud, którym i ty otoczony jesteś, posiadał sztukę życia z nim, podnoszenia go, 
pocieszania, oświecania... 
Nagle umilkła. W zmroku, który zaczynał już pokój ten napełniać, usłyszała głos drwiący i 
pogardliwy, który jeden tylko wymówił wyraz: 
— Bydło! 
O, Bóg niech będzie jej świadkiem, że pomimo wszystkich swoich instynktownych odraz i 
niedołężności nigdy tak nie myślała, nigdy na wielkie zbiorowisko ludzi, najbliższych jej w 
świecie ludzi, takiej obelgi, w najgłębszej nawet skrytości myśli swej nie rzuciła; że zbliżyć się 
do tego zbiorowiska, przestawać z nim, pracować nad nim nie umiejąc sprzyjała mu serdecznie i 
dla najnędzniejszej nawet istoty ludzkiej miała jeszcze życzliwość i choćby bierne współczucie. 
O, Bóg tylko jeden widział burzę przerażenia, którą w niej wzniecił ten jeden wyraz z obojętnie 
wzgardliwych ust jej syna spadły, bo on tej burzy, która jej głos odebrała, ani kredowej bladości 
twarz jej oblewać poczynającej nie spostrzegł i stając przed nią, jakby z milczenia jej chciał 
korzystać, mówić zaczął: 
— Bardzo dobrze rozumiem, o co kochanej mamie najwięcej idzie. I jakże nie rozumieć? Soki 
ziemi, chleb cierpienia, Chrystusowe szaty, lud... słowem... jak mówi stryj Benedykt, to... 
tamto!... Nigdy o tym mówić nie chciałem, ażeby kochanej mamy nie gniewać i nie martwić. 
Szanuję zresztą wszystkie uczucia i przekonania, szczególniej tak bezinteresowne, o, tak 
nadzwyczajnie bezinteresowne! Ale teraz spostrzegam, że zachodzi konieczność szczerego 
rozmówienia się o tym przedmiocie. Otóż przykro mi to bardzo, j’en suis désolé*, ale ja tych 
uczuć i przekonań nie podzielam. Tylko szaleńcy i krańcowi idealiści bronią do ostatka spraw 
absolutnie przegranych. Ja także jestem idealistą, ale trzeźwo na rzeczy patrzeć umiem i żadnych 
pod tym względem iluzji sobie nie robię... a nie mając żadnych iluzji, nie mam też ochoty 
składać siebie w całopaleniu na ołtarzu — widma. Proszę o przebaczenie, jeżeli mamy uczucia 
czy wyobrażenia obrażam, ale rozumiem, doskonale rozumiem, że osoby starsze mogą zostawać 
pod wpływem tradycji, osobistych wspomnień etc. My zaś, którzy za cudze iluzje pokutujemy, 
swoich już nie mamy. Kiedy bank został do szczętu rozbity, idzie się grać przy innym stole. Tym 
innym stołem jest dla nas cywilizacja powszechna, europejska cywilizacja... Ja przynajmniej 
uważam się za syna cywilizacji, jej sokami wykarmiony zostałem, z nią przez tyle lat pobytu 
mego za granicą zżyłem się, nic więc dziwnego, że bez niej już żyć nie mogę i że tutejsze soki 
tuczą mi wprawdzie ciało w sposób... w sposób prawdziwie upokarzający, ale ducha nakarmić 
nie mogą... 
Słuchała, słuchała i może miała takie poczucie, jak gdyby ziemia spod stóp się jej usuwała, bo 
obie jej dłonie mocno ściskały krawędź stołu. 
— Boże! Boże! — kilka razy z cicha wymówiła, a potem jedną rękę od stołu odrywając i ku 
oknu ją wyciągając, z trudem, zdławionym głosem zaczęła: 
— Idź na mogiłę ojca, Zygmuncie, idź na mogiłę ojca! Może z niej... może tam... 
— Mogiła! — sarknął — znowu mogiła! Już druga dziś osoba wyprawia mię na mogiłę! Ależ ja 
za mogiły bardzo dziękuję... przede mną życie, sława... 
— Bez sławy, bez grobowca, przez wszystkich zapomniany, w kwiecie wieku i szczęścia ze 
świata strącony, twój ojciec... tam... 
— Mój ojciec — wybuchnął Zygmunt — niech mi mama przebaczy... ale mój ojciec był 
szaleńcem... 
— Zygmuncie! — zawołała, a głos jej dźwięczał zupełnie inaczej niż zwykle: przeraźliwie jakoś 
i groźnie. 
Ale i on także miał w sobie trochę popędliwej krwi Korczyńskich, którą wzburzył niezłomny 
opór matki. 
— Szaleńcem! — powtórzył — bardzo szanownym zresztą,.. ale do najwyższego stopnia 
szkodliwym... 
— Boże! Boże! Boże! 
— Tak, moja mamo. Niech mama mnie przebaczy, ale ja mam prawo mówić o tym, ja, który 
nie mogę zająć przynależnej mi w świecie pozycji, który nieraz w szczęśliwszych krajach 
czułem przybite do mego czoła piętno niższości, który o połowę uboższy jestem przez to, że mój 
ojciec i jemu podobni... 
— Wyjdź! wyjdź stąd! — nagle głos z piersi wydobywając zawołała. — Co najprędzej, o! co 
najprędzej... bo lękam się własnych ust... o!... 
Nie dokończyła, tylko z wysoko podniesioną głową i twarzą, której kredowa bladość w ramie 
czarnego czepka odbijała na tle zmierzchu, rozkazującym gestem wskazywała mu drzwi. 
— Ależ pójdę! pójdę! z mamą o tych rzeczach rozmawiać niepodobna! Mogiły, złorzeczenia, 
tragedie! Co się tu dzieje! Co się tu dzieje! I o co? za co? dlaczego? Gdyby o tym gdzie indziej 
opowiadać, nikt by nawet nie zrozumiał i nie uwierzył! 
Wyszedł i po cichu drzwi za sobą zamknął. 
Są ludzie, którzy płakać umieją tylko nad mogiłami drogich sobie istot, czym zaś jest rozpacz 
nad śmiercią uczuć i ideałów doznawana, nie wiedzą. Lecz ta wspaniała kobieta, która z twarzą 
jak opłatek białą stała śród zmroku niby w kamienną kolumnę przemieniona, czuła teraz, że na 
drodze jej życia i na dnie jej serca wznosi się druga mogiła, rozpaczniejsza jeszcze od pierwszej, 
bo nic już po sobie nie pozostawiająca. W tę drugą mogiłę kładły się na wieki i bezpowrotnie ją 
żegnały najdroższe jej uczucia i nadzieje; rozkładała się w niej, niby ciało w retorcie śmierci na 
marną parę przerabiane, wiara jej w geniusz i w szlachetność syna... Wydało się jej nawet, że 
czuje zapach trupa i że ten trup znajduje się w niej samej, zalega dno jej własnej piersi, którą 
zdjęło śmiertelne zimno. Byłażby to agonia jej wielkiej miłości dla syna? Czyżby go kochać 
przestawała? Pierś jej stygła, jakby w niej zagasł jedyny płomień, który utrzymywał jej życie. 
Ona rozumiała, co tam gaśnie, i obie dłonie mocno przyciskała do serca, chcąc może zatrzymać 
to, co z niego ulatywało. Czuła, że wraz z zanikaniem jej miłości i wiary niezgłębiona próżnia 
otwiera się przed nią, kruszą się same podstawy jej bytu, jakiś nóż ostry i nielitościwy podcina 
same korzenie jej życia. Z postawy jej, ruchów rąk i drżenia rysów widać było nieznośną mękę, 
która bolesne prądy rozsyłała od kończyn do kończyn jej ciała, siłą cierpienia, zda się, 
wywlekając z niej duszę. Wtem oczy jej oślepiło jakieś wielkie, jaskrawe światło. Był to ów pas 
na niebie, przed chwilą różowy, a teraz krwawo zaczerwieniony, który za drzewami ogrodu i nad 
nimi pozostawiło zaszłe już słońce. Szeroki, równy, gdzieniegdzie zbałwaniony, podobnym on 
był do rzeki krwi, po której przepływały kiry fioletów i nad którą niby rozwiewna gloria, 
ulatywały złotawe pary. To zjawisko przyrody dla kobiety, która patrzała na nie, przedstawiło 
jakiś symbol i uderzyło jej w oczy jakimś przypomnieniem. Z miejsca, na którym stała, widziała 
tylko wąski, daleki rąbek błękitu, do promienia ideału, do wiecznej, chociaż dalekiej nadziei 
podobny, lecz więcej nic, nic prócz tej rzeki krwi ciemnymi kroplami, jak ciężkimi łzami 
usianej, złotawą parą buchającej. Patrzała, patrzała, aż dłonie podnosząc do skroni, jak ktoś, kto 
przed gwałtownym wichrem ostać się nie może, okręciła się na miejscu i z jękiem na ziemię 
upadła. Kolana jej i ręce splecione, którymi sobie zasłoniła czoło, z głuchym stukiem o posadzkę 
uderzyły. Po pokoju rozlegać się zaczął szept, to gwałtowny, to znów tak cichy, jak gdyby z 
konającej piersi wychodził: 
— Widziałeś? Ciebie znieważył! Pamięć twoją, grób twój... Ideały nasze, wiarę, pragnienia 
zdeptał! Andrzeju! czy ty mię słyszysz? czy ty mi przebaczasz? Moja wina, moja wina, moja 
bardzo wielka wina! Ale ja tego nie chciałam... Śmierci, o! śmierci! 
Ale śmierć nie byłaby okrutną, gdyby przybywała ku tym, którzy już życia nie pragną. Silne 
jej ciało zwycięsko opierało się targającej nim rozpacznej burzy. Przed oknem zasłoniętym 
czerwonością nieba długo z twarzą przy ziemi leżała, aż gdy podniosła ją i spojrzała w górę, 
wyraz niemego, osłupiałego zachwycenia napełnił jej oczy. Po raz drugi doświadczyła wizji, 
której pragnęła i wzywała zawsze. Widziała Andrzeja. Kształty jego zaledwie rozróżniać mogła, 
bo owijały je złotawe pary, ale wypukłe rysy, w ciemnej gęstwinie włosów, z krwawiącą się 
plamą na czole, męczeńską bladością odbijały na tle krwawego obłoku. W te rysy wpatrzyła się 
ze stokroć większą jeszcze miłością niż w owym dniu dalekim, gdy ukochany zdejmował z jej 
skroni welon oblubienicy. Cisza głęboka, taka, jaka na ziemi bywa tylko przed wejściem 
jutrzenki, dokoła niej zaległa. Najlżejszy szmer ucha jej nie dolatywał; nie czuła też twardości 
ziemi, na której klęczała, ani przestrzeni rozdzielającej ją z zawieszonym pod niebem 
zjawiskiem. 
— Czy mi przebaczasz? — drżącymi usty szeptała. 
Ale on, złotawą glorią owinięty, leżał na krwawym obłoku cichy, smutny, w daleki rąbek 
błękitu zapatrzony. Zdało się jej tylko, że z mglistych obsłon wydobyte, przejrzyste jego ramię 
na mgnienie oka wyciągnęło się nad jej głową. 
— Bez ojca wzrósł — szeptała — bez ojca... bez ciebie! 
Lecz na krwawym obłoku żeglująca kropla fioletu zbliżała się, rosła, wydłużała i powoli, rys 
po rysie, zasłaniała to oblicze blade, ciche, aż do końca zapatrzone, niby w promień ideału lub w 
wieczną, chociaż daleką nadzieję, w wąski, daleki rąbek błękitu. 
III 
Dzień był znowu świąteczny i pogodny, ale rozległa równina, z jednej strony w lesiste 
pagórki, a z drugiej w półkoliste koryto Niemna ujęta, wcale inną miała postać niżeli w świetne, 
skwarne, mozolne dni upłynionego już lata. Miała wcale inną postać, bo było to święto wesołe i 
rześkie jeszcze, w zebrane plony bogate, lecz już niby u wrót rozpoczynającej się jesieni stojące. 
Zamiast świeżości, blasku i kipiątku wezbranego życia unosił się teraz nad tą równiną 
łagodny smętek natury, omdlewającej z wolna i z wdziękiem. Na spasionych miedzach, gładkich 
i pustych, zaledwie gdzieniegdzie sterczały nagie łodygi cykorii, ciemną czerwienią iskrzyły się 
bujne kity końskiego szczawiu, drobne puchy kotków* i żółknące dzięcieliny trwożnie 
przypadały ku stwardniałym krawędziom zagonów. Jak okiem zajrzeć, zdeptane przez trzody 
ścierniska żółtość swoją mieszały z ciemną szarością zoranej gleby i więdniejącą zielenią 
kartoflisk, a wszystko to razem wyglądało jak kobierzec o barwach przygasłych i spłowiałych, 
na którym tu i ówdzie łanki dojrzałej gryki kładły rdzaworóżowe plamy, a majową zielonością 
odbijał na korczyńskich polach bujający wysoki gaj końskiego zębu*. Ścieżki tajemniczo 
przedtem na dnie zbożowej puszczy utopione widocznymi teraz, chociaż mdławymi skrętami 
przepływały ciemniejszą od nich rolę, której spulchnioną powierzchnię gęsto osiadywały wrony, 
w zadumanych postawach spuszczając ku ziemi żeru szukające swe dzioby. U skraju ściernisk, 
pod laskami, wzbijały się z małych ognisk pastuszych niskie, nikłe, sinawe dymy; polne grusze, 
topole i wierzby stały jeszcze w zieleni gęstej, lecz sczerniałej i bez blasku, a kiedy niekiedy, nie 
wiedzieć skąd się biorąc, żółty liść przelatywał już powietrzem i gdzieniegdzie na polnych 
krzakach mlecznie bielały płatki pajęczyny. Zamiast upajającej woni kwitnących ziół, 
skoszonych traw, świeża zżętej słomy i z drzew ulatniającej się żywicy, czuć było naokół jeden 
tylko mocny, wilgotny, razowe pieczywo przypominający zapach ziemi, głęboko przez pługi 
wzruszonej. Zamiast ogłuszających śpiewów ptastwa i niezliczonych w rozmaitości swej 
brzęczeń owadów panowała wszędzie cisza, cisza nie śmierci jeszcze, ale wielkiego uspokojenia 
się istot i rzeczy, wśród której jednak ozywały się w górze ostre krzyki żurawi i klekot bociani, a 
w dole na mdlejących skrzydłach przelatywały spóźnione motyle, pszczoły nad łankami gryki 
brzęczały i powyżej drzew dzwoniła ciągle niewidzialna struna nadwodnych muszek. W dnie 
powszednie rozlegały się tu jeszcze przewlekłe i posępne lub ochocze i krótkie wołania oraczy; 
widać także było szybko posuwające się pługi, z cichym chrzęstem po zoranej roli wlokące się 
brony i powoli, równo, w prostych liniach, z wyprostowanymi postaciami postępujących 
siewców, których ręce rytmicznymi prawie ruchy rzucały na zagony obfitą rosę ziaren. Nad tym 
zaś wszystkim, nad zaściełającym ziemię kobiercem przygasłym i spłowiałym, a gdzieniegdzie 
tylko rdzawą różowością lub majową zielenią rozweselonym, nad pociemniałymi drzewami, u 
których stóp wiły się nikłe dymy, nad z rzadka rozsianymi oraczami i siewcami, świeciło śród 
czystych, lecz bladych błękitów ciche, przygasłe, bladozłote słońce. Zdawać się mogło, że przez 
długie wylewanie na ziemię zapładniających ogni wywabiło ono z szaty ziemi świetne jej barwy 
i samo pobladło, a teraz na piękną jeszcze, lecz uciszoną i smętną spoglądało smętnym uciszonym okiem. Tak jak ziemia, która uśmiechała się jeszcze, lecz już nie wybuchała radością, 
ogrzewało ono jeszcze, lecz już nie paliło, łaskawie zarzucało na wszystko płaszcz z bladego 
złota, lecz nigdzie nie rozniecało ognisk płomieni i iskier. Od pozbawionego tych ognisk, 
bladego błękitu nieba do spłowiałego kobierca ziemi stało powietrze niepokalanie przejrzyste, 
nieco chłodną rzeźwością przejęte, przypominające bliskie już, pajęczynowe, babie lato — do 
umieszczonego nad światem kryształowego dzwonu podobne. 
Wraz ze zmienioną postacią natury bohatyrowicka okolica nieco odmienną postać przybrała. 
Nie był to już, jak przedtem, gęsto zbity i dla oka prawie nierozwikłany pas roślinności, śród 
którego z bliska tylko i ułamkowo rozpoznawać było można granice zagród i ich domostwa. 
Teraz tylko wszystkie płoty i ściany budynków do połowy niemal tonęły w przedziwnie 
wybujałych, z niesłychanym gwałtem wzdymających się gęstwinach. Były to gęstwiny, a raczej 
wzdęte rzeki, dzikie puszcze chwastów. Były to niby księgi natury o gęsto zbitych i coraz innych 
kartach. Z wysokiej, szerokolistnej, puszystej dla oka a twardej dla ręki pościeli olbrzymich 
łopuchów, babek, chrzanów bujały tam wysoko niezliczone osty, u wierzchołków ubrane w 
bladoróżowe, misterne, kolcami zjeżone kwiaty mieszające się ze śnieżnymi koronami 
krwawników*, z ciemną czerwienią końskich szczawiów, z zaroślami psich języczków, których 
podługowate liście wysuwały się zewsząd, jakby chciały swą ostrą powierzchnią lizać odzież 
przechodniów; gdzie indziej krzaczasty, grubiański żywokost mnóstwem białych guziczków 
osypany rozpierał się tak szeroko, że nic już przy nim wzrastać nie mogło oprócz upartych mięt i 
piołunów rozlewających naokół mocne i gorzkie zapachy; gdzie indziej jeszcze zdziczałe spireje, 
ogołocone z kwiatów malwy, przekwitłe i trującymi makówkami zwieńczone psianki tworzyły 
wysoką i nieprzebitą plątaninę, której spodem kładły się krwiste liście więdnącej dzikiej lebiody, 
złociły się suche szelestuchy, puszczą rosły chwoszczaje*, ruty i pokrzywy. Ale działo się tak 
tylko u płotów, stodół i stajen; gdzie indziej wszędzie rozwidniło się, rozszerzyło, 
poprzestronniało. Najlżejszy pył, po niedawno spadłych deszczach, nie podnosił się z ziemi; w 
przejrzystym więc powietrzu, za ogrodami, z których zdjęto owsy, konopie i fasolę, domy i 
drzewa stały w wyraźnych, pełnych, odosobnionych zarysach. Pozostałe w ogrodach niskie tylko 
warzywa nic sobą nie zasłaniały, a na dziedzińcach i uliczkach, od płotu do płotu i od budynku 
do budynku, słały się już tylko niskie, zdeptane trawy. Wiśniowe i śliwowe gaje przerzedziły się 
i u dołu pustymi przestrzeniami przeświecały; stare lipy, grusze, topole i jawory, błyskając tu i 
ówdzie zżółkłymi lub zaróżowionymi liśćmi, nabrały u szczytów koronkowej prawie 
przezroczystości. Kwiaty, bardzo już rzadkie, pod gankami i oknami domów ukazywały się w 
postaci nikłych floksów albo drobnych aster; w zamian, przez puste przestrzenie gajów i 
koronkowe gałęzie drzew widać było rozłożone na trawach brunatne lny, bielały pod blaskiem 
słońca rozciągnięte płótna i niewidzialne przedtem, na kształt skrawków drogiej materii, tu i 
ówdzie przebłyskiwały błękitne smugi Niemna. 
Ranek był jeszcze, bo może trzech godzin do południa brakowało, gdy okolicę napełnił 
niezwykły gwar. Długo i nieustannie turkotały tam koła, parskały konie, rozlegały się powitalne 
wykrzyki. Ze wszystkich dróg przerzynających równinę ku Fabianowej zagrodzie zjeżdżały się 
bryczki, cwałowali jeźdźcy, pieszo dążyli mieszkańcy bohatyrowickich zagród. Na koniec 
kilkanaście nie wyprzężonych żółtych i zielonych, jedno i dwukonnych bryczek napełniło 
podwórko zagrody i kilka jeszcze najbliższych podwórek; kilkanaście osiodłanych koni stanęło u 
różnych płotów; może sto osób różnej płci i wieku pstrą i ruchliwą falą okryło ogród, zieloną 
pomiędzy ogrodem i śliwowym gajem ulicę i rozlało się aż na drogę białym pasem u pustego 
pola sunącą. Na kilka mil wokół powszechnie wiedziano, że byli to w e s e l n i k i, przez 
Fabiana na małżeńskie gody jego córki pospraszani. Szeroko w powiecie słynęła ambicja, 
mowność, tak do ochoczej zabawy, jak do zuchwałych zadzierek skłonność Elżusinego ojca; więc chętnie ci i owi, przez szacunek, ciekawość, a najbardziej nadzieję wesołych tańców i 
zalotów, dążyli do człowieka, który choć był ubogim, pokrewieństw i koneksji posiadał bez liku, 
a gdyby i z głodu miał mrzeć nazajutrz, przy okazji wystąpić musiał bucznym sobiepanem. 
Naturalną było rzeczą, że na weselu Bohatyrowiczówny i Jaśmonta Bohatyrowiczów i 
Jaśmontów znajdowało się najwięcej. Jednak przy powitalnych okrzykach, przy wzajemnym 
przywoływaniu się znajomych wiele innych nazwisk rozlegało się w powietrzu i nad trawami 
lecąc sięgało spokojnej, przezroczej wody Niemna, za którą je echa powtarzały i niosły aż w 
głębiny boru. Starzy i młodzi, przybyli tam licznie Zaniewscy ze spokojnych i w dobrej glebie 
siedzących Zaniewicz i z zaniemeńskich Obuchowców Obuchowicze złą sławę mający, bo choć 
dostatnie i pracowite chłopy, chętniej od innych awantur szukali, do bójek skłonni, a do 
maczania języków w czarkach niewstrętliwi. Zza Niemna także przyjechali Osipowicze z 
Tołoczek, po włosach jak krucze pióra czarnych i twarzach jak u posągów kształtnych 
rozpoznawać się dający, i Łozowiccy z Soroczyc, hardo w górę podnoszący wąsa, mali a zwinni, 
z rodzinnej zgody znani, bo po czterech i pięciu w jednych chatach siedzący, zwadami nie 
obrażali Boga i nie gorszyli ludzi. Staniewscy ze Staniewicz jaśnieli w tłumie wysokimi czołami, 
których wczesne łysiny przypominały podgalane głowy przeddziadów; a byli tu także z 
piaszczystych Glindzicz ubodzy Maciejewscy i z najbliższych Samostrzelnik stateczni 
Strzałkowscy. Ze Starzyn swat Starzyński przywiózł trzech swoich synów i dwie tylko córki, 
lecz wzrostem i pełnią krwi pąsowej za cztery stanąć mogące, a z Siemaszek przybyli, jak trzy 
lwy, trzej Domunci, tutejszej Jadwigi stryjeczni, szerokością bar i obfitością czupryn tak 
przenoszący wszystkich, jak od wszystkich obecnych niewiast mniejszymi i szczuplejszymi były 
przybyłe z dwoma braćmi dwie Siemaszczanki, delikatne, bladawe, nieśmiałe dziewczynki, w 
zatrwożeniu swym ciągle trzymające się razem i po przezroczystej zieloności gaju przesuwające 
swe perkalowe sukienki w błękitne i białe paski. Był tam jeszcze z dorosłymi dziećmi stary 
Koroza, dawno już z zagrodowca na właściciela osobnego folwarczku wyszły; i z wyszukanym 
imieniem Albin Jaśmont, ekonom z Osowiec, który z rotowym śmiechem o młodym swoim panu 
dziwne dziwy rozpowiadał. Był także szczupły i siwy jak gołąb felczer pobliski, o delikatnym 
profilu i filuternym uśmiechu, tytułem doktora powszechnie zaszczycany; i Józef Giecołd, mały 
dzierżawca z zapadłymi policzkami i zbiedzoną miną, którego małżonka w sterczącym kwiatami 
kapeluszu i z długim ogonem u wełnianej sukni z bryczki wysiadając wysoko ukazała grubą 
nicianą pończochę, a wnet potem papierosa zapaliła i tak już z zapalonym papierosem, oczy 
mrużąc i na nikogo nie patrząc, wyższość swą w pełni uczuwająca, przez ogród do domu dążyła. 
Widocznym zresztą było, że wszyscy tu zgromadzeni dbali wielce o to, aby odzienie ich było 
weselu przystojone, ale że pod tym względem nie krępowała ich żadna wcale moda ani żaden 
despotycznie nakazujący zwyczaj. Na sukniach dziewcząt ukazywały się gdzieniegdzie szczupłe 
draperie, niejaką pretensję do elegancji roszczące, ale powszechnie były to bardzo skromne 
spódniczki i staniki kolorowymi paskami objęte, jesienne kwiaty w gładkich warkoczach, 
gdzieniegdzie złoto udający pierścionek na palcu, a u szyi szpilka z błyszczącym szkiełkiem, u 
wędrownego przekupnia nabyta. Mężczyźni prawie różnobarwniejszy przedstawiali widok niżeli 
kobiety. Czarne tużurki mieszały się tutaj z surdutami z białego płótna, obok szarych kurt 
samodziałowych jaśniały ubrania z kanarkowej dymki, wśród ciemnych, długich kapot, które 
nosili najstarsi, na kształt równo ociosanego krzaku zieleniał trawiasty surdut Starzyńskiego; 
wszystkimi barwami świata iskrzyły się na szyjach fantazyjnie związane chustki i krawaty, a 
tylko u piersi śnieżne przody koszul i po kolana wysokie buty z wpuszczonymi w nie spodniami 
ujednostajniały w części ten lud rosły, ogorzały, jednostajnie także karki prosto, a głowy śmiało 
trzymający. 
Był to lud, ale lud, który nigdy nie podpierał strasznego gmachu przymusowej pracy ani 
twarzami w pył nie upadał pod piekielną obelgą chłosty. Był to lud, ale lud, za którym w dalekiej 
przeszłości jaśniało słońce ludzkich praw i dostojeństw, aż dotąd w dusze i na drogi życia 
kładnące mu zbladłe, lecz jeszcze nie zgasłe promienie. Był to lud namiętnie, niepohamowanie, 
do waśni zgryźliwych, aż do występku czasem chciwy tej ziemi, którą na kształt kreta kopał w 
cichości i nisko, ale lud z tą ziemią jak z matką spojony i wszystkie pulsy jej życia i losów we 
własnych losach i żyłach czujący. Był to lud ogorzały, w obfitym pocie skąpany, z grubą skórą 
na twarzach i rękach, ale z gładkimi i prostymi plecy, wielką siłą ramion i okiem, które, acz na 
ciasne widnokręgi, patrzało śmiało i bystro. Gdziekolwiek stanęła ich większa nieco gromada, 
tam zdawać się mogło, że z ziemi wyrastał las dębów. Gdziekolwiek żywo i tłumnie zagadali, 
tam, zda się, przylatywały echa tej mowy, która brzmiała wówczas, gdy Rej z Nagłowic nad 
kuflem piwa i zrazem baraniej pieczeni gościł w Czarnolesiu. Gdziekolwiek zaśmieli się, 
spomiędzy warg rumianych błyskały rzędy jak śnieg białych zębów; gdy zdjęli czapki, 
ukazywali czoła od policzków bielsze i czupryny płowe, złociste, rudawe, czarne, lecz zawsze 
jak las obfite i z fantazją mającą pozór dumy odrzucone w górę. 
Ale tak wyglądali tylko — młodzi. Starsi, niezbyt nawet starzy, chód miewali powolny, mowę 
rozważną, choć często obfitą, śmiech rzadki, oblicza zorane. Widać było, że życie, jakie wiedli, 
bardzo prędko uciszało ich, gasiło, z twarzy im wywabiało rumieńce, a nogi obciążało 
niewidzialnymi brzemiony. Grubobrzucha postać folwarcznika Korozy i apoplektyczna cera 
Starzyńskiego stanowiły tu wyjątki. W zamian, chudością ciała przy wysokim wzroście i 
wyrazem cierpliwego zmęczenia na twarzy, u której wisiały długie, czarne wąsy, uderzał 
Walenty Bohatyrowicz, siedmiorga dzieci ojciec, a właściciel dziesięciomorgowego grunciku; 
zaś drugi Bohatyrowicz, dla gorliwej pobożności swej Apostołem od dawna przezwany, 
wielkimi, ciemnymi szkłami osłaniał zaognione i wpółślepe oczy. 
Podstarzałe lub stare kobiety, tak samo jak rówieśnicy ich mężczyźni, najczęściej chude, 
czasem drobne i delikatne, sterane miały twarze i powolną, choć czasem i wpadającą w 
zapalczywość mowę, a jedną tylko posiadały cechę; której nie posiadali mężczyźni: 
ceremonialność obejścia się i poruszeń. W suto wygarnirowanych* kornetach lub 
nowożytniejszych czepkach, często nawet w prostych chustkach na głowach, w luźnych 
kaftanach i staroświeckich mantylach, z szerokimi kołnierzami u szyi i rękami pomarańczową 
prawie barwą odbijającymi od śnieżnych wygarnirowań rękawów, składały one przed 
znajomymi układne dygi, wzajem sobie pierwszeństwa na ścieżkach i we drzwiach ustępowały, 
na górną lub skromną sadziły się mowę. 
W całym tym zebraniu na parę godzin przed południem uczuć się dało niecierpliwe i trochę 
niespokojne oczekiwanie. Państwo młodzi i asysta weselna, jako to: dwaj swatowie, dwie 
swanie* i sześć par drużbów, nie ukazywali się wcale przybyłym gościom, z których bardzo 
nieliczni tylko wchodzili do domu, a prawie wszyscy przechadzali się po ogrodzie i drodze albo 
siadali na długich ławach, tu i ówdzie ustawionych, na stosie desek pod stodołą, na kamieniach, 
na niskich płotkach. Wiedziano dobrze, że panna młoda już jest do ślubu ubraną i że pora już 
była wielka wyruszać w drogę do kościoła, lecz brakowało jeszcze jednej z najważniejszych 
osób asysty, mianowicie: pierwszego drużbanta. We wszystkich siedzących, stojących i 
przechadzających się gromadkach o tym tylko opóźniającym się, a tak ważnym gościu była 
mowa. Nie dziw, że opóźniał się: taki człowiek! bogaty, przystojny i z tęgą głową, musiał 
przecież fanaberię jakąś okazać i nie dopuścić, aby go za pierwszego lepszego uważano. 
Mężczyźni mówili o tym, że Kazimierz Jaśmont najmniejszym urodzajem ze sto kop żyta i ze 
trzydzieści pszenicy na polach swoich użyna, bydła może ze dwadzieścia sztuk posiada i piękne 
kunie hoduje, a potem z zyskiem sprzedaje. Toteż dom sobie nowy niedawno zbudował i głośno 
przed wszystkimi oświadcza, że ożenić się zamyśla, bo mu już kawalerstwo nagrzewać zaczęło. 
Lat ma ze trzydzieści dwa, posażnej sobie upatruje. A jakże! On by może na to wesele i nie przyjechał wcale, gdyby nie to, że chce mu się Domuntównie z bliskości w oczy popatrzyć. 
Aktorka! Jedno do drugiego, piękną fortunę we dwoje ufundują. Tylko że u tego tańca dwa 
końce. Podobno Domuntówna z kim innym już tak jak prawie jest zaręczoną. Pogłosy o tym 
chodzą, ale może nieprawdziwe. Podstarzałe zaś kobiety opowiadały sobie wzajem, jaki to 
bogacz ten Kazimierz Jaśmont. Pracować — pracuje, bo nikomu ptaki same do garści nie lecą, z 
pługiem i kosą sam chodzi, ale dwóch parobków trzyma, złotny zegarek ma, a którejś niedzieli 
Michał Zaniewski za interesem do niego z rana przyszedłszy w szlafroku go znalazł. W 
szlafroku sobie siedział, fajkę palił i herbatę pił jak najpierwszy arystokrat. Ot jak! Czemu to 
inszym takie szczęście nigdy nie zaświeci? Ale widać już Pan Bóg tak chce, żeby jednym były 
gody, a drugim głody; jednym mąka, a drugim miękina*! 
Dziewczęta, w ścisłą gromadkę zbite, oczy sobie wyślepiały na drogę patrząc, a zajmującego 
kawalera wypatrując. Jedna utrzymywała, że pan Kazimierz pewno od Jadwiśki dostanie dudka 
na kościele, bo ona już dawno sobie Jana Bohatyrowicza obrała i żeby tam nie wiadomo co, musi 
za niego wyjść; druga twierdziła, że pan Jaśmont Janka od Jadwiśki odsadzi, bo daleko, gdzie! 
może cztery razy bogatszy; inne chwaliły bardzo oczekiwanego kawalera mówiąc, że ślicznie 
tańczy i wierszami mówi. Delikatne, bladawe, zgrabne Siemaszczanki trzymając się pod ręce 
wsunęły się w grono wysokich i barczystych Bohatyrowiczówien, Jaśmontówien, 
Zaniewszczanek i Starzyńskich, a że tu obce były i nikogo prawie nie znały, nieśmiało i cichutko 
zapytywać zaczęły, czy pierwszy drużbant orację powie, bo jeżeli taki bogaty, to może też 
dumny i oracji powiedzieć nie zechce. Jedna ze Starzyńskich i dwie Zaniewszczanki od razu 
mówić zaczęły, że to już od tego zależeć będzie, czy mu się pierwsza drużka upodoba, bo jeżeli 
nie upodoba się, to może zagrymasi i oracji nie powie, a jeżeli już powie, to bardzo piękną, bo 
jego mówienie zupełnie jak woda biegnąca, takie płynne, a do tego i wierszami przyozdabiane. 
Jak topola wysmukła, kruczowłosa Osipowiczówna nie wiedziała wcale, kto będzie pierwszą 
drużką Alżusi, ale Bohatyrowiczówny wiedziały bardzo dobrze, że będzie nią panna Justyna 
Orzelska z Korczyna, pana Korczyńskiego krewna, i mówiąc o tym uśmiechały się do siebie w 
sposób tak znaczący, że to uwagę wszystkich zwracało. 
Wtem zieloną uliczką od bramy ku domowi wiodącą coś rączego, gromkiego, świetnego 
zaturkotało, zaparskało, przegalopowało i pod gankiem domu stanęło. Pierwszy drużbant 
przyjechał. Przyjechał bryczką i jednym koniem, ale jaką bryczką i jakim koniem! Pierwsza 
świeciła nowiutkimi okuciami i najpiękniejszą majową barwą; drugi, czarny ogier (weselnicy 
pomiędzy sobą szeptali, że ze trzysta rubli można by było za niego zapłacić i że pochodził z 
własnego chowu właściciela), kark miał wygięty i szerść aksamitną. Prawie galopem jadąc — bo 
sam zapewne czuł, że się spóźnił — Kazimierz Jaśmont w jednym ręku, białą rękawiczką 
ociągniętym, trzymał rzemienne lejce, drugą nieustannie zdejmował z głowy granatową 
czapeczkę, tym sposobem wszystkich znajomych witając, a gdy to czynił, oprócz okuć bryczki i 
aksamitnej szerści konia, błyskały jeszcze pod słońcem jego złociste, kędzierzawe, w tył od 
szerokiego czoła odrzucone włosy. Jednemu z młodszych synów Fabiana wodze oddał, a sam do 
wnętrza domu wpadł, gdzie kilka minut ledwie zabawił, po czym znowu na ganek wpadając 
gromko zawołał: 
— Muzyka! 
Na ten okrzyk z tłumu wypadli trzej młodzi, szeroko naokół znani bracia Zaniewscy, którzy 
sztukę muzyczną gorliwie uprawiając, na weselach sąsiedzkich bezinteresownie i tylko dla 
własnego ukontentowania a grzecznego sąsiadom usłużenia do tańca grywali. Od paru już 
godzin o ścianę domu stały oparte dwoje skrzypiec i basetla. Amatorowie-muzykanci porwali je i 
z nimi do domu wbiegli. Ku domowi też pocisnęli się weselniki wszystkie, jedni do wnętrza jego 
wchodząc, inni otwarte drzwi i okna tłumnie obstępując. 
Świetlica Fabiana równie obszerną była, jak u Anzelma i Jana, z mniej tylko gładko 
otynkowanymi ścianami i starszą podłogą. Zwykłego jej umeblowania nie było dziś ani śladu, 
lecz każdy mógł się domyśleć, że łóżka z wysokimi pościelami, komody i skrzynie 
wyniesionymi zostały dla uczynienia z niej sali jadalnej. Pod trzema ścianami stały tam teraz 
trzy długie stoły, z desek naprędce zbite, białym płótnem ponakrywane, dobrze już napoczętymi 
pieczeniami, pierogami i serami zastawione, a zydlami i stołkami otoczone. Pomiędzy stołami, w 
głębi dość ciasnej przestrzeni, stali rodzice panny młodej i rodzice pana młodego, dwie swanie i 
dwaj swatowie. Elżusia, w sukni z białego muślinu i z kawałkiem tiulu, który jej od włosów aż 
do ziemi spadał, u boku swego miała narzeczonego, którego szyję obwiązano białym krawatem, 
tak szerokim i twardym, że najlżejszego nią poruszenia uczynić mu było niepodobna. Dalej 
plecami do drzwi stało sześć par drużbów: Kazimierz Jaśmont z Justyną, Witold Korczyński z 
Antolką Jaśmontówną, Jan Bohatyrowicz z Marylką Zaniewszczanką, Adam Zaniewski ze 
Stefką Obuchowiczówną, Władysław Osipowicz z Cecylką Staniewską i Michał Bohatyrowicz z 
Albertą Starzyńską. U drzwi, przy ścianie, stanęła muzyka. Przez otwarte okna promienie 
bladego słońca, obficie lejące się do świetlicy, padały na rozstawione po stołach i napoczęte 
pierogi, pieczenie i sery, na rydzowatą i uroczysty wyraz mającą twarz Fabiana, na śnieżny i 
krochmalnymi garnirunkami sterczący kornet Fabianowej, na trawiasty surdut swata 
Starzyńskiego, na żółtą twarz i wyfiokowaną głowę swani Giecołdowej, na zadarty i od płaczu 
zaczerwieniony nosek panny młodej, na czarne i białe surduty drużbów i białe, błękitne, różowe 
suknie drużek. Mur takich samych surdutów i sukien za otwartymi drzwiami świetlicy zaległ 
sień domu; nieruchomość wszystkich była zupełną, a cisza stała się tak wielką, że śród niej 
słychać tylko było, niby podmuchy wielkiego miecha, w jeden odgłos zlewające się, ciężkie w 
ścisku oddechy obecnych. 
Wtem swania Giecołdowa, ze szczytu swej wysokiej i cienkiej figury z dumą dzierżawczyni 
na wszystkich patrząca, rzuciła na ziemię niedopalony papieros i zdeptała go wielką stopą w 
prunelowy bucik* ubraną. To nagłe przerwanie ulubionej znać, lecz z uroczystością momentu 
niezgodnej przyjemności nastąpiło wskutek ruchu przez pierwszego drużbanta uczynionego. 
Nikt z obecnych głośno nie przyznałby się do tego, ale wszyscy z niepokojem oczekiwali, czy 
wypowie on orację albo jej nie wypowie, jak to zdarzyło mu się parę razy, gdy zagrymasił i 
wypowiedzieć jej nie chciał dla tej przyczyny, że mu się pierwsza drużka nie upodobała. Jednak 
przed kilku minutami, kiedy Fabian względem nie znającej się dotąd pary dokonał uroczystego 
aktu rekomendacji, wiele osób spostrzegło, że na Justynę bystro popatrzywszy podaną mu przez 
nią rękę z niskim ukłonem i w same koniuszki palców pocałował. Nikt nigdy nie widział, aby 
komukolwiek w ten sposób się kłaniał. Potem zaś do towarzyszy drużbantów odwracając się 
palcami pstryknął i, jak mógł najciszej, zaszeptał: 
— Szyk panna! Zdaje się, spojrzawszy, miód do gęby kapie! 
Jan spłonął cały i, jak zwykle, gdy był wzruszonym, w górę spojrzał; inni w znak 
potwierdzenia z cicha cmoknęli, głowami kiwając. Jeden tylko Władysław Osipowicz, któremu 
czarne włosy jak krucze skrzydła unosiły się nad głową, do błękitnookiej Cecylki, której był 
aspirantem, szepnął: 
— Nic ja osobliwego w tej pannie postrzec nie mogę! 
Więc upodobała się! Teraz Kazimierz Jaśmont uczynił poruszenie, które go ze zbitej w ścisk 
kampanii nieco wyosobniło, stanął naprzeciw państwa młodych, tuż obok umieszczonej na stole, 
wiązkami mirtu piętrzącej się tacy, rękę w białej rękawiczce po złocistej czuprynie przeciągnął i 
głosem tak donośnym, że go za oknami i aż w ogrodzie słychać było, mówić zaczął: 
— Oto jest wianek uwity nie z pereł ani z diamentów, ale z zielonej mirty, znak panieński, oku 
ludzkiemu przypodobujący się, a tobie, panno młoda, w dniu dzisiejszym chwalebną ozdobą być 
mający... 
Mówiąc to wskazywał na tacę napełnioną mirtem; teraz wziął z niej mały mirtowy wianek i 
delikatnie go w wyciągniętym ku państwu młodym ręku trzymając ciągnął dalej, a coraz 
dobitniej i głośniej: 
— Teraz bierz sobie na uwagę, przenajdostojniejsza paro, te kilka moich myśli, które w 
następującej zawrą się formie. Wszak widzisz, panno młoda, że już ostatni przyszedł termin, w 
którym ten wieniec, przed oczy twoje reprezentowany, nosić będziesz, bo od dzisiejszego dnia 
on zniknie i nie powróci więcej na twoją głowę. 
Tu Elżusia zaczęła z cicha chlipać i z wielką trudnością z kieszeni ślubnej sukni wydobywać 
chustkę do nosa. Ale drużbant z oczami w nią wlepionymi nieprzerwanie ciągnął: 
— Ach! piękny to jest laur być panienką i jakże go nie żałować! Trzeba go oblać rzewnymi 
łzami, bo jakież by to było serce tej pięknej panny, gdyby w dniu dzisiejszym nie płakała? Ale ja 
tak powiadam, że nic nie ma na świecie przyrodniejszego nad stan małżeński i że Bóg, który 
utworzył niebo, ziemię i złotne gwiazdy, dla szczęśliwości ludzkiej i ten stan ustanowił. Nie ma 
tu przyczyny smęcić się i biedować. Bo ty, panno młoda, choć pozbywasz się piastowania matki 
i ojca, ale nabywasz przyjaciela wiernego na wiek wieków, aż do końca. A ty, panie młody, to 
weź na uwagę, że Bóg słońcem, a mąż dobrą żoną świat sobie weseli. Gdy tedy już nadszedł ten 
dzień weselny, od całej zgromadzonej asysty i wszystkich tu znajdujących się państwa 
krewnych, przyjaciół i znajomych, tobie, najdostojniejsza paro, jako wasz pierwszy i najstarszy 
drużbant, najlepsze życzenia wypowiadam... 
Tu głos nieco zawiesił, a w ścisku już nawet głośnych oddechów słychać nie było, z takim 
wytężeniem oczekiwali wszyscy dalszych słów drużbanta, które też dobitniejsze jeszcze i 
uroczystsze niż przedtem wkrótce zabrzmiały: 
— Niechaj wam życia dzionek wije się jako wianek, w którym jasny kwiat z ciemnym się 
przemienia, ale wszystkie rozkosz czują, bo się wzajem obejmują. Troski po szczęściu i 
szczęście po troskach znosić będziecie w spokojności, jedno od drugiego czerpiąc pocieszenie w 
przyjaźni i miłości. Cieszcie się, że dnia dzisiejszego w kościele świętym złączy się para, a przez 
mężczyznę i kobietę wzajemnie sobie będzie dana wiara. Oto już grzmi muzyka... 
Tu istotnie dwoje skrzypiec i basetla zagrzmiały czymś trochę do hucznego marsza, a trochę 
do zawiesistego mazura podobnym. Tę huczną muzykę głosem przenosząc i tacę mirtem 
napełnioną w obie ręce ujmując pierwszy drużbant kończył: 
— Czas do kościoła po siódmy sakrament święty jechać, a wprzódy do kolan rodzicielskich po 
ojcowskie i macierzyńskie błogosławieństwo upaść. Proszę tedy, panno drużko, 
niezmarszczonym czołem, wesołym okiem i łaskawą ręką te mirty przyjąć i drużbującym na 
znak dnia weselnego rozdać... 
Z niskim ukłonem tacę z mirtem Justynie podawał, ona w zamian położyła na niej cienką, 
białą chustkę, z pięknie wyhaftowanymi jego cyframi. Cała twarz, wielka, różowa, piegowata, z 
szerokim czołem i zawiesistym wąsem, zapłonęła mu zadowoleniem i dumą. 
— Gdybym złotny i bryliantowy dar otrzymał, tak ukontentowanym bym nie był, jak jestem z 
tej pamiątki rączkami pani przygotowanej — wymówił z niskim ukłonem, lecz w tejże chwili 
uczuł się pochwyconym w czyjeś ramiona. Był to Witold, drugi po nim drużbant, który nagle i 
ogniście w oba policzki go pocałował. 
— Przepraszam... — mówił — może pan będzie się gniewał, że przy takiej małej znajomości, tak 
poufale... ale ślicznie pan tę orację powiedziałeś... Czy pan ją sam ułożyłeś, czy też... 
— Częściowo! częściowo... — ręce nowego przyjaciela w szerokich dłoniach tak mocno 
ściskając, że aż biała rękawiczka z chrzęstem pękła, odpowiadać zaczął, ale muzyka nagle 
umilkła i po świetlicy rozchodzić się zaczął do niepoznania zmieniony głos Fabiana. Elżusia jak 
długa do nóg mu była runęła, a pan młody ze stukiem na kolana upadł, lecz z powodu twardego i 
szerokiego krawata głowy pochylić nie mogąc pozór klęczącego kołka zachowywał. Fabian zaś, 
chociaż go zwyczaj do wypowiadania oracji koniecznie nie zobowiązywał, przez wzruszenie 
zmienionym czy też umyślnie przybranym, bardzo cienkim głosem przemawiał: 
— Dziady i przeddziady nasze na tym samym miejscu gody małżeńskie wyprawowali, gdzie i 
ja twoje, moja córko, dnia dzisiejszego wyprawuję. Masz wiedzieć, że nie powinnaś być swarna, 
marnotrawna, języczna* ani ręce za pas zakładać albo, broń Boże, bałamutniom i pustotom życie 
swoje poświęcać, ale przyjacielowi swemu dozgonnemu we wszystkim pomocna, zgodna i 
uległa... 
W tym miejscu przemowy Elżusia, pomimo że twarz przy samej ziemi prawie trzymała i 
chustką wycierała oczy, połę surduta narzeczonego mocno pociągnęła i szepnęła: 
— Proszę nachylić się! Czy to pięknie przy błogosławieństwie ojcowskim z nosem do góry 
sterczeć? 
Jak na komendę Franuś nagle i energicznie zgniótł brodą obręcz krawata i czoło ku ziemi 
pochylił. Fabian właśnie ku niemu mowę zwracał: 
— A tobie, mój zięciu, ojcowskim słowem i sercem zapowiadam, abyś towarzyszkę, którą ci 
daję, szanował i we wszystkim jej był pomocny, zgodny, nieofukliwy, nie grubian, ale... 
Tu pomimo załzawionych oczu szorstka kępa wąsów poruszyła mu się jakby do uśmiechu. 
— Ale tak samo i lejców zbytnio żonce nie popuszczaj, a to pamiętaj sobie, że zły gospodarz 
najpiękniejsze dziedzictwo niedozorem zmarnuje, a dbający i umiejętny z lada czego uczyni co 
dobrego. To wam, moje dzieci, ostatnim ojcowskim słowem i z gruntu serca powiedziawszy 
Boga Wszechmogącego o błogosławieństwo i zesłanie na was... wszystkich... łask... i... po... 
pomyślności... 
Teraz już rozpłakał się tak, że końca słów jego nikt dosłyszeć nie mógł, i z kolei 
błogosławiący młodą parę rodzice pana młodego płakali, i swania Starzyńska rozpłakała się, a 
swania Giecołdowa, gardząc tkliwością tłumów, powiekami prędko mrugała, aby spod nich łzy 
nie wypuścić, panna młoda a za nią i pan młody prawie już ryczeć zaczęli, wtem za oknem, w 
mozaice mnóstwa z zewnątrz napełniających je twarzy, ukazała się zżółkła, chuda twarz z 
ogromnymi, ciemnymi okularami i Bohatyrowicz Apostoł ramiona wznosząc żałośliwym głosem 
zawołał: 
— Przyobiecane jest królestwo niebieskie człowiekowi, który synowi swemu albo córce swojej 
małżeńskie gody wyprawił! 
Słowa te były kroplą przepełniającą czarę wzruszenia obecnych, których ogromna już 
większość wybuchnęła płaczem, a przy tym i całować się pomiędzy sobą zaczęła. Płacząc 
obejmowali się i całowali rodzice panny młodej i rodzice pana młodego, swatowie i swanie, 
drużki i drużbantowie, a w świetlicy, za oknami, za drzwiami, przez kilka minut nic więcej 
słychać nie było, jak tylko szlochania, całusy, a wśród szlochań i całusów zaczynane, urywane, 
niedokończone powinszowania, podziękowania, błogosławieństwa i życzenia. Drużki płacząc i 
razem śmiejąc się, całując i winszując kręciły się śród obecnych i wszystkim wiązki mirtu do 
sukien przypinały, a pierwszy Kazimierz Jaśmont w tym powszechnym zamieszaniu i wezbraniu 
uczuć porządek czynić zaczął. Kilka razy po wzburzonym mrowisku okiem wiodąc, szerokimi 
barami niecierpliwie poruszył, kilka razy palcami pstryknął, usta otworzył i zamknął, aż na 
koniec czupryną jak grzywą wstrząsnąwszy wyprostował się jak struna i grzmotowym głosem 
krzyknął: 
— Jazda! 
A potem, niby wieloryb wody, piersią i bokami tłum prąc, a głosem pszczolne jego brzęczenie 
przenosząc, wołał ciągle: 
— Jazda, państwo! Jaz-da! jaz-da! jaz-da! 
Więcej niżeli połowa obecnych pocisnęła się ku zaprzężonym bryczkom i osiodłanym 
koniom, ale pierwszy drużbant przed tą ściśliwą falą z rozpostartymi ramionami stanął, piersią 
własną jej nawał wstrzymując i wołając: 
— Wolniej, państwo! wol-niej! Po porządku! po porządku! 
I potem długo w tłumie głów, twarzy, surdutów, sukien, rojącym się dokoła bryczek i koni, 
przesuwała się nieustannie jego granatowa czapka, wierzch tylko kędzierzawej czupryny 
przysłaniająca, a głos nakazujący, dyktatorski wołał i dyrygował, rozlegał się w urywanych i po 
wielokroć powtarzanych wykrzykach: 
— Proszę siadać! Niechajże państwo siadają! Panna młoda ze swoją swanią! Pan młody ze 
swoim swatem! Druga swania i drugi swat razem! Pierwsza panna drużka! Gdzie pierwsza panna 
drużka? Proszę za mną! ślicznie proszę! Druga panna drużka z drugim panem drużbantem. 
Trzecia panna drużka z trzecim panem drużbantem... Muzyka! hej! słyszycie tam, muzykusy! 
Zaniewscy, hej! siadać na tę bryczkę... tam... za asystą!... 
I tak dalej, i tak dalej, przez dobry kwadrans, aż na koniec wszystko razem gruchnęło, 
zagrzmiało, zatętniało, wybuchnęło muzyką, śmiechem, krzykami, parskaniem koni i z gęstego 
tumanu kurzawy, który wzbił się nad Fabianową zagrodą, wytoczyło się na gładki, spłowiały 
kobierzec uścielający szerokie pole, pod bladozłote słońce, w przejrzyste jak kryształ powietrze. 
W zagrodzie Fabiana przecież nie zapanowała zupełna cisza Przynajmniej połowa zebranego 
towarzystwa pozostała tu i raczyła się żywnością rozstawioną na stołach, przy których potem, aż 
do zachodu słońca, coraz zmieniali się biesiadnicy. Do rosołów, pieczeni, kiełbas, naleśników, 
makaronów, przeplatanych umiarkowanie popijanym miodem i piwem, zasiadano, dla ciasnoty 
miejsca, partiami z pary dziesiątków osób składanymi. Gdy jedni w świetlicy zajadali, inni, 
czekając na kolej swoją lub ją odbywszy, w ogrodzie i na drodze przechadzali się, zalecali, 
gwarzyli. 
Fabian świetlicy nie opuszczał ugaszczając i zabawiając gości tak gorliwie, że aż oblewał się 
potem rzęsistym, który co chwilę chustką z oblicza, z łysiny i z karku ocierał. Jednak pomimo 
gościnności i zwykłej mówności każdy mógł poznać, że potajemnie dręczył go dolegliwy 
frasunek. Mniej niż zazwyczaj prawił facecji i przysłów, często obfitą mowę w połowie 
przerywał i zamyślał się czoło marszcząc, a kępkę wąsów naprzód wysuwając. Takiż sam 
frasunek, pomimo zresztą szczerego oddawania się przyjemnościom odpoczynku i zabawy, 
pomimo powolnego wychylania niedużych czarek miodu i piwa, znacznym był i na innych 
Bohatyrowiczach, starszych zwłaszcza gospodarzach i ojcach rodzin. Ci i owi z cicha albo też 
głośno i z rozmachem opowiadali znajomym z innych okolic przybyłym o procesie z panem 
Korczyńskim przegranym i o ciężkim z tej przyczyny strapieniu; niektórzy ponuro pomrukiwali, 
że po tym weselu wprędce gorzko się przyjdzie zasmęcić lub też że to wesele prędko się w płacz 
zamieni, gdy twardy i nieubłagliwy sąsiad na karkach im z egzekucją siędzie, a kiedy 
najszumniejsi i najweselsi z biesiadników Fabianowi winszowali, że takie chwalebne gody 
małżeńskie córze swej wyprawiał, on rękami zatrząsł i z wybuchającą już alteracją troskę swą 
wygadał. 
— Jezu ukrzyżowany! — ramiona rozstawiając wołał. — Żebym ja był lepiej nagle zginął, niżeli 
takiego zniszczenia i wstydu, jaki mnie wprędce spotka, doczekał! Wesele! wesele! Pewno, że 
wesele, i to córki, ot, tak samo jednej, jak ta jedna głowa na karku! Ale co z tego! Trzy dni 
wesela, a do śmierci smutku! Żeby mnie ziemia pochłonęła, nim koniec tego wesela nastąpi, daj 
Boże! 
Inni strapionych sąsiadów pocieszać usiłowali. 
— Nie bójcie się! Więcej Bóg ma, niż rozdał! — krzyczał Starzyński. 
Bohatyrowicz Apostoł, ciemne okulary ku sufitowi zwracając, skruszonym głosem prawił: 
— Czasowe to straty, marności tego świata, doczesność... znikomość... 
A poważny, niemłody Strzałkowski, w długim surducie z samodziału do siermięgi podobnym 
i z myślącymi oczami śród steranej twarzy, perswadował: 
— Cóż robić? Trapić się nie należy, bo żeby i największe trapienie się, nic nie pomoże. Pan 
Korczyński twardy jest i dla biednych ludzi nieubłagliwy, ani słowa... i my jego znamy... ho! ho! 
dobrze na swoich skórach poznali... Ale, słyszę, syna ludzkiego on ma, wilkiem na ludzi nie 
patrzącego. Może on pośrednikiem między ojcem a sąsiadami zostanie... 
— Pewno! a jakże! To już i ja sam sobie myślałem! — z wolna potwierdził Walenty 
Bohatyrowicz. 
— Już nam pewno potrzeba udania się do niego wypadnie — mówili inni. — Już inaczej nie 
będzie, tylko że jego na jednacza pomiędzy nami a panem Korczyńskim poprosim. 
Fabian przeciw temu zamiarowi burzył się i buntował. On nikogo prosić o nic nie będzie, 
ostatnią krowę sprzeda, a jak Łazarz u bogaczowego progu nie legnie. Ale zakrzyczeli go inni. 
— Co masz czuprynę jeżyć, kiedy niemocen jesteś! — wołali. — Tanio tobie przychodzi teraz 
groźno stawać, a drogo było do procesu tego sąsiadów nie namawiać albo lepszego i 
poczciwszego adwokata naleźć. Sam wszystkich na rzeź wydał, a teraz od jedynego ratunku 
ubiega... 
Fabiana wymówki te nade wszystko już mieszały i gryzły. 
— Ja siebie winnym nie sądzę! — tłumaczył się na wpół z gniewem, na wpół z płaczem — nikt 
złego nie chce. Zamyślałem jak najlepiej dla powszechności naszej uczynić i panu 
Korczyńskiemu wszystko pomścić. A że przez złego człowieka oszukany zostałem, czy dlatego 
już na wąskie paski mam być pokrajany! 
— Albo to młody pan Korczyński nożem po ciele ci pojedzie? — pokrzykiwali sąsiedzi. — Przed 
nim i upokorzyć się nie wstyd, bo on biedzie w oczy nie pluje, ludziom życzliwy jest i ludzkiej 
przyjaźni też szukający... 
— Bóg mię ubij na ciele i duszy — za głowę chwytając się wyrzekał Fabian — jeżeli 
spodziewałem się, że taki los na mnie padnie i że na starość przemienię się w Joba o zmiłowanie 
proszącego... 
A Apostoł suche ramiona w grubych rękawach kapoty ku sufitowi wznosząc, żałośliwie 
upominał: 
— Nie będą synowie pokutować i mrzeć za ojców, ale każdy w swoim grzechu i w swojej 
pokucie umrze! 
Tak nie po weselnemu trochę starsi w świetlicy gwarzyli, ale młodzieży napełniającej ogród i 
drogę nie do strapień i smętnych rozmyślań dziś było. Wieczór zbliżał się, nadchodziła pora 
rozpoczynania tańców, a naprawdę już nawet i nadeszła, bo rzeźwy chłodek wieczoru muskać 
zaczynał twarze rozgorzałe od jedzenia, rozmów i chichotów, ale zwlekało się to jakoś dla 
przyczyn różnych. Naprzód, państwo młodzi z asystą długo za obiadem przesiedzieli, bo u 
początku jego swat Starzyński wdał się był w długą orację, co słów kilka, niby grzmotem, 
śmiechem przerywaną, a u końca Apostoł wypowiadał bardzo budujące i nabożne modlitwy i 
upomnienia; potem muzykantów zawołano do stołu; a teraz, kiedy i muzykanci już podjedli, 
pierwszy drużbant znowu, niezadowolony widocznie i kwaśny, po drodze przechadzał się lub 
pośród niej stawał, ciągle jakby kogoś oczekując i wypatrując, a z nikim oprócz Domuntów 
prawie i mówić nie chcąc. Z Domuntami widać i dawniej znał się, ale teraz to już przyjaźń z 
nimi zawierał i przed nowymi przyjaciółmi popisywał się też widocznie, bo i swego czarnego 
źrebca, ze stajni go wyprowadziwszy, ze wszystkich stron im prezentował, i złoty zegarek co 
kilka minut z kieszeni kamizelki wyjmując, niby która godzina patrzał, i na koniec nogę w 
błyszczącym bucie daleko naprzód wysunąwszy podjętym z ziemi drewienkiem począł w zębach 
dłubać, zupełnie tak jak najpierwsze arystokraty po jedzeniu czynić są zwykli. Jakkolwiek 
wzrost miał dobry i nieskąpo mierzone bary, przy ogromnych Domuntach prawie małym 
wyglądał, przenosząc ich w zamian o wiele śmiałością i elegancją. Przyłączyło się ku nim 
wkrótce kilku bojaźni nie znających Obuchowiczów, podszedł w swym kanarkowym ubraniu i z 
ręką na kłębie opartą Michał Bohatyrowicz, z wąsami w górę zbliżyli się Łozowiccy, a z nimi 
razem stanął Staniewski o wysokim czole, i tak może we dwunastu utworzyli pośród drogi 
wyborową niby gromadę, odgłosami żywej rozmowy w ciche powietrze bijącą. 
Za nimi, tuż przy drodze, synowie Fabiana: rudawy i chmurny Adam, rudy, pleczysty i 
wiecznie śmiejący się Julek, śród tłoku innej młodzieży męskiej i dziewcząt na oścież i szeroko 
otwierali salę do tańca. Mieściła się ona w stojącym tuż przy drodze u krańca ogrodu gumnie. 
Stuknęły, skrzypnęły, na oścież rozwarły się wrota gumna, z ciemnej głębi jego wybuchnęła na 
ogród i drogę mocna woń napełniającego zasieki zboża. Na grube słupy rozdzielające zasieki z 
tokiem do młócki przeznaczonym młodsi synowie Fabiana wdrapywali się jak wiewiórki 
zawieszając na nich dobrze oszklone i ściśle zamknięte latarnie. W głębi toku zasiedli 
muzykanci, instrumentów swych z przeciągłymi piskami i huczeniami próbujący; z boku 
pomiędzy słupami wąskie ławki obsiadywać zaczęły podstarzałe kobiety; środkiem przechadzały 
się pod ręce się trzymając drobne i nieśmiałe, jeszcze wszystkim tu obce Siemaszczanki, na 
których pomimo delikatności kształtów i rysów znać było ubóstwo i pracę. Zresztą, wszyscy 
jeszcze na otwartym powietrzu stali, gdy z pola na drogę skręciły i ku zgromadzeniu dość szybko 
dążyć zaczęły dwie postacie: konia i kobiety. Koń był duży, utrzymany dobrze, ale mocno na 
jedną nogę kulejący, kobieta do szybszego chodu napędzała go wielką gałęzią. 
— Jezu! — w gromadce u wrót gumna stojącej ozwały się kobiece głosy — toż to Jadwiśka! Czy 
ona rozumu pozbyła się, aby w dzień weselny tak pokazywać się ludziom? 
Wysoka, pleczysta, bosa, w krótkiej samodziałowej spódnicy i różowym kaftanie, jeszcze na 
żniwa sprawionym, z rozczochraną kosą na plecach, Domuntówna kulawego konia gałęzią 
popędzała i mijała świątecznie ustrojone gromadki o nic nie dbając. Na kilka pozdrowień i 
zapytań przesłanych jej zza płotu i od otwartych wrót gumna, basowym swym głosem i drogą iść 
nie przestając odpowiedziała, że parobek wczoraj jej najlepszego konia skaleczył, więc go dziś 
sama do konowała zaprowadziła, a teraz stamtąd wraca. Parobkowi bydlęcia powierzyć nie 
chciała, boby je gorzej jeszcze zmarnował. 
— Nu! nu! — wołała, gałęzią z lekka po bokach konia uderzając i jednej z gromadek pytanie 
rzuciła: 
— Czy moje bracia z Siemaszek przyjechali? 
Pierwszemu drużbantowi zaś ledwie oczy z głowy nie wyskakiwały, tak patrzał w nią. 
Widział ją już raz przedtem, ale dziś podobała mu się więcej jeszcze niż wtedy. Obu ramionami 
uderzył się po bokach, palcami zapstrykał. 
— Szyk panna! widać zaraz, że gospodynia zawołana i cenę dobrego zwierzęcia zna! Ot, 
gdybym tego konia z bliskości mógł obejrzeć, zaraz bym mu co poradził od wszelkiego 
konowała lepiej! 
Widać było, że aż trząsł się i do panny, i do konia, że bose nogi, rozczochrana kosa i 
samodziałowa spódnica panny wcale jej w oczach jego ujmy nie czyniły, szacunek, owszem, i 
szczęśliwą ufność w przymioty jej budząc. Z bliskości jednak ani na nią, ani na jej skaleczonego 
konia popatrzeć nie mógł, bo z drogi na węższą ścieżkę, krócej do jej zagrody wiodącą, skręciła. 
Ktoś z dala ku niej zawołał pytając: czy na tańce przyjdzie? Odkrzyknęła, że może komu tańce w 
głowie, ale jej bynajmniej, bo chorego konia dopatrzyć trzeba i przy dziaduniu siedzieć. Z 
podniesioną głową i wytężonym słuchem Jaśmont odpowiedzi jej wysłuchał, po czym jedną rękę 
kładąc na ramieniu jednego Domunta, a drugą na drugiego, coś do nich poszeptał, a oni zaraz 
biegiem puścili się za stryjeczną, i z dala widać było, jak przyjacielsko z dziewczyną za ręce się 
ściskali, coś jej prawili, o coś prosili, a ona opierała się, przecząco głową trzęsła, na koniec 
znowu ścisnąwszy się z braćmi za ręce, kulawego konia dalej popędziła. Domuntowie zaś z 
odkrytymi czuprynami biegiem ku Jaśmontowi wracali, czapkami machając i z dala wołając: 
— Przyjdzie! a jakże! ma się rozumieć, że przyjdzie! Nie chciała, mówiła, że dziadunia 
pilnować musi, ale braci posłuchać musiała i obiecała, że przyjdzie! 
Usłyszawszy to Kazimierz Jaśmont wielką, różową, piegowatą twarz ukontentowaniem 
rozpromienił i naprzód na złoty zegarek spojrzał, a potem z kieszeni tużurka skórzaną 
papierośnicę wydobywszy stryjecznych Jadwigi papierosami częstował. 
W tej samej prawie chwili, z innej już strony, bo od korczyńskiego dworu, nadchodziły dwie 
kobiety; jedna bardzo wysoka, w czarnej mantyli, z wysokim grzebieniem nad włosami, druga 
znacznie niższa, w białej sukni z różową opaską. Witold, który sporej i zaciekawionej gromadce 
młodzieży z ożywieniem prawił o użyźnianiu ziemi pastwisk pozbawionej przez uprawę łubinu, 
spostrzegłszy nadchodzące kobiety rzucił się ku nim i obie w ręce ucałował. Po chwili zjawiła 
się i Fabianowa, którą dziewczęta z wielkim krzykiem z gumna wywołały, i menuetowe swe 
dygi, już o Giecołdach wspominając, przed panną Martą Korczyńską wykonywała. Działo się to 
pod samą ścianą gumna, lasem chwastów obrosłą, ku której ze strony przeciwnej od 
Anzelmowej zagrody posuwała się hałaśliwa i pełna śmiechów gromadka. Była tam panna 
młoda ślubną swoją suknią jaśniejąca i z pomocą męża jako też kilku dziewcząt i chłopców 
gwałtem na wesele swe przywodząca sąsiada Anzelma. Nie miał przyjść wcale; nie mógł 
dobrowolnie wmieszać się w gwary, w hałasy, w tłumliwe gadania; zamknął się był nawet w 
swoim przeciwku, ale go tam szarańcza weselna opadła pod przewodnictwem panny młodej, 
która pierwsza przez otwarte okno do wnętrza przeciwka wskoczyła. Dopóty go hrabią, 
mrukiem, gardzicielem i tetrykiem przezywali, dopóty prosili i piekielnie nad samymi uszami 
hałasowali, aż zgodził się pójść z nimi na godzinkę, na jedną godzinkę, byle państwu młodym tej 
ubligi nie czynić, że bliski krewny i najbliższy sąsiad weselnymi godami ich wzgardził. Tyle 
tylko uprosił sobie, że pozwolili mu nowe buty wdziać i czarnym krawatem kołnierz codziennej 
koszuli obwiązać. Teraz już nie opierał się, tylko wielkiej baraniej czapki co moment przed 
znajomymi uchylając, ze zmąconym wzrokiem i cierpiącym uśmiechem szedł tam, dokąd go 
Elżusia z jednej strony, a Franuś z drugiej pod ramiona wiedli. Wtem gwałtownym prawie 
ruchem ramiona swe uwolnił i ściślej jeszcze otulając się kapotą, z oczami w jeden punkt 
wlepionymi, ku ścianie gumna cofać się zaczął, aż plecami oparł się o nią, po kolana prawie w 
wysokich chwastach stając. Zobaczył Martę, która zobaczyła go także i kilka jeszcze szerokich 
kroków uczyniwszy stanęła. W czarnej spódnicy i mantyli, z liliową kokardą u szyi, trochę 
przygarbiona, jak ciężki słup, z podaną naprzód małą, żółtą, pomarszczoną twarzą przed nim 
stanęła. Rozswawolona gromadka z panną młodą na czele swego dokazawszy pierzchnęła w 
strony różne; oni przez całą minutę na siebie patrzali. Anzelm z wolna czapkę nad głową 
podnosząc przyciszonym i bardzo zająkliwym głosem zaczął: 
— Kopa lat... ko... ko... pa... lat.. 
A ona także zaczęła: 
— Góra z górą... góra z górą... 
I wyciągnęła ku niemu swoją dużą, ciemną rękę, którą on powolnym ruchem ujął i w obu 
dłoniach zatrzymał. Znowu milcząc na siebie patrzali; jej broda i dolna warga trząść się zaczęły, 
on głową z wolna kołysał. 
— Dwadzieścia trzy lata... dwadzieścia trzy lata... — mówiła. 
A on, w skupionej jakby i osłupiałej kontemplacji pogrążony, oczu z niej nie spuszczając 
zaczął: 
— Poranek widział kwitnącą, rumianą, a wieczór... 
Urwał, mocniej głową wstrząsnął, kędyś w bok spojrzał. Ona zarumieniła się tak, jak to w 
czasie poranku bywać musiało, i nagle, jakby otrzeźwiawszy, zaśmiała się: 
— A pan Anzelm może myśli, że nie postarzał? Oj, oj! Wieczny śmiech! Nie my jedne 
starzejemy... 
On także wyrwał się z toni wspomnień, w którą go pogrążył widok tej kobiety, rękę jej ze 
swoich rąk wypuścił i z uśmiechem zażartował: 
— Słusznie! A jakże! Starość grubianka, nikogo nie zdobi... 
Nie zauważyli, że obstąpiło ich kilku starszych bohatyrowickich gospodarzy, którzy Martę 
kiedyś znali i ku niej szli z powitaniem. Każdy jej przypominał, jak niegdyś w Korczynie ją 
często widywał; jeden nad długością upłynionego czasu zastanawiał się, drugi chciał wiedzieć, 
czy pamięta brata jego, który podówczas kędyś daleko i na zawsze z okolicy wywędrował; 
trzeci, najstarszy, z cicha coś prawił o swoim synu, o panu Andrzeju Korczyńskim i ruchami 
głowy na zaniemeński bór ukazywał. Ona wszystkim ściskała ręce, wszystko pamiętała i razem 
ze wszystkimi głową trzęsła powtarzając: 
— Stare czasy! stare czasy! 
A potem przez Fabianową zapraszana do gumna weszła i tam także pośród siedzących na 
ławie niewiast sporo dawnych i dawno nie widzianych znajomych swoich ujrzała. Rzuciła się ku 
niej w jasne barwy dnia tego ubrana Starzyńska i wpół z płaczem, wpół ze śmiechem swego 
pierwszego nieboszczyka przypominać jej zaczęła; podeszła Walentowa i oświadczyła swą dobrą 
o tym pamięć, że panna Marta niegdyś w onych starych i inszych, wcale inszych niż teraźniejsze 
czasach, troje jej dzieci czytania i pisania nauczyła; zbliżyła się też i Giecołdowa rekomendując 
się jako dzierżawczyni sąsiedniego folwarku i papierosami ją traktując; inne wypowiadały 
zdziwienie, że ją tu widzą... Ona wszystkich powitawszy na ławie pomiędzy nimi zasiadła, 
dziwiącym się odpowiadając: 
— A cóż robić? moje panie! co robić? Nie chciało się kurze na wesele, ale musiała... 
Koncept ten wywołał ogólną wesołość i poufałość. O! ona wiedziała, jak z tymi ludźmi 
mówić i mówić tak lubiła. Siedziała między nimi, o sprawach tyczących się wesela i 
gospodarstwa rozmawiała, odmłodzona jakby, choć przygarbiona, wesoła jak nigdy, choć trochę 
zmieszana, wilgotnym wzrokiem po otaczających ją postaciach i twarzach wodząc... Naprzeciw 
niej Witold, posiadający tu znajomości bez liku, Marynię Kirlankę zaznajamiał z 
Siemaszczankami, które trzymając się pod ręce nową znajomość z widoczną radością 
zawiązywały. Młodziutka panienka, w tym samym stroju, w jakim była na wielkim obiedzie w 
Korczynie, wyglądała zawsze na przedziwnie świeżą różę polną i uszczęśliwiona 
spoczywającym na niej wzrokiem przyjaciela, jego obecnością ośmielona, serdecznie obie ręce 
do nowych towarzyszek wyciągała. 
Tymczasem na słupach wznoszących się nad tokiem Julek świece w latarniach zapalił; przy 
tym świetle ukazały się w cieniu zasieki pełne zboża i wąskie pomiędzy nimi uliczki, dokoła zaś 
gumna wrzało. Słońce za bór już zapadło. W szarej godzinie za rzadkimi ogrodami Niemen tu i 
ówdzie srebrnie pobłyskiwał. Po ogrodach, trawach, gajach toczyły się męskie i kobiece głosy, 
pojedynczo, chórem, wstydliwie, to niecierpliwie wołające: 
— Panie Jaśmont! Jaśmont! Panie Kazimierzu! Kaziu! Panie Jaśmont! Jaś-mont! Jaś-mont! 
Nic już innego prócz tego nazwiska przez kilka minut słychać nie było. Starzyńska w 
rozpaczy drogą biegła. 
— Bo to — wołała — nie wiadomo czy na pogrzeb, czy na wesele ludzie przyjechali. Owszem! 
Kiedy na Jadwiśkę czeka, to niech sobie do niej idzie, ale wprzód, jak drużbantowi przynależy, 
tańce rozpocznie... Panie Jaśmont! Owszem, gdzież on przepadł? Panie Jaś-mont! Jaś-mont! Jaśmont! 
Nie przepadł, tylko aż dotąd przechadzając się po drodze, ze stryjecznymi Jadwigi rozmawiał 
i z rozmowy tej widać zadowolonym się uczuł, bo zewsząd wykrzykiwane nazwisko swe 
usłyszawszy, papieros na ziemię rzucił, nogą go zadeptał i ze Starzyńską u rękawa jego 
uczepioną w wesołych poskokach do gumna wpadł. Tu bystro wśród obecnych rozejrzawszy się, 
przed pierwszą drużką — jak to obowiązkiem jego było — stanął i do tańca ją zaprosił, a gdy ona 
w znak przyzwolenia lekko mu się odkłoniła, ku muzykantom rękę wyciągnął i huknął: 
— Zaniewscy! Rznijcie! 
Muzyka skoczną polkę zagrała; tańce od godziny już niecierpliwie oczekiwane rozpoczętymi 
zostały. Na toku wirowało par ze dwadzieścia, to jednocześnie, to gdy ścisk zbyt wielkim się 
stawał, po kilka i kilkanaście. Witold w roli drugiego drużbanta naprzód pannę młodą do tańca 
zaprosił, Elżusia zaś z ukontentowaniem z ławki poskoczyła i rękę na ramieniu mu składając 
głośno go upominała: 
— Bardzo słusznie! tylko niech pan długo tańczy i dobrze trzęsie, bo ja inaczej nie lubię! 
Marynia Kirlanka dostała się jednemu z młodych Siemaszków, a małe Siemaszczanki 
porwanymi zostały przez ogromnych Domuntów, co widząc podżyłe niewiasty na ławach 
chichotać zaczęły i dzielić się uwagą, że Domuntowie z dzbankami po wodę poszli. Zresztą pary 
zmieniały się i dobierały coraz inaczej. Niektórzy z kawalerów mieli na rękach glansowane lub 
bawełniane rękawiczki; ci zaś, liczniejsi, którzy ich nie mieli, przed rozpoczęciem tańca 
chustkami do nosa owijali sobie rękę, w której spoczywać miała ręka ich tancerki; wszyscy po 
przetańczeniu tancerki swoje ku ławom i stołkom albo przynajmniej ku ścianom przyprowadzali 
i na podziękowanie składali przed nimi grzeczne ukłony. Nie przesadzały dziewczęta 
opowiadając, że Kazimierz Jaśmont ładnie tańczy. Istotnie, tancerz był z niego ochotny i 
zgrabny, dla tancerek nadzwyczaj dworny, i wszyscy tam prawie poruszali się gibko, raźnie, z 
wielką na boki współtancerzy uwagą, tancerkami jak piórkami wywijając, a przytupując tak 
często i gromko, że pod ich stopami tok odzywał się grzmotem. Gadań też, śmiechów, 
konceptów na ławach i w tłumie, otwarte wrota stodoły zalegającym, było niemało. Raz Adam, 
który nie tańczył, ale u samych drzwi stojąc spod brwi jak zawsze schmurzonych często ku 
latarniom wzrokiem rzucał i na wszystko, co działo się w gumnie, pilną uwagę zwracał, 
wyprostował się i z gniewu zaczerwieniony donośnie krzyknął: 
— Bardzo przepraszam, ale kto tam jest taki dureń, że w gumnie papirosa pali? 
Pomiędzy niewiastami zrobił się na te słowa ruch wstydliwy i ironiczny. Żółta iskra, która zza 
rozmiotanych sukien tancerek przed Adamem była błysnęła, zgasła, a z przeciwnej strony 
rozchichotany głos Starzyńskiej rzucił odpowiedź: 
— Dobrze. Bo to pani Giecołdowa papirosa zapaliła... 
Na to znowu podniósł się i zagrzmiał chór śmiechów kobiecych i męskich, a niezmieszany 
bynajmniej Adam wcale nie po cichu zdanie swe o zdarzeniu wypowiadał: 
— Bo niechaj baba w gumnie nie smali! Hrabinia! 
Kiedy zaś polkę zamienił kontredans tańczony skocznym i przyśpieszonym krokiem, jedni z 
mężczyzn w balansach szeroko ramiona rozstawiali i na środek toku wybiegając, pilnie 
przyglądali się swoim nogom, inni zaś, do których pierwszy drużbant należał, zachowywali całą 
powagę i grację tańcowi temu właściwą, lecz po ukończeniu ostatniej jego figury, jakby kajdany 
z nóg pozrzucali, w tak siarczystą puścili się galopadę. Nie przerwał jej, lecz tylko nieco ją 
zmącił przeraźliwy pisk psa, który okrutnie przez kogoś nadeptany wymykał się spośród tłumu i 
naprzeciw którego, tłum rozpychając, biegł wielki, zwykle powolny Julek i pośpiesznie na ręce 
go schwycił. W tańcach Julek udziału nie brał. Gdzie mu tam było, leniwemu i gapiowatemu, 
puszczać się w ścisk i skoki! Stał tylko u drzwi i to na latarnie, to na tańczących patrząc, białe 
zęby w nieustającym uśmiechu pokazywał, do Sargasa, który u nóg mu się tulił, czasem 
mrugając, jakby pocieszał go i upewniał, że zaraz to wszystko się skończy, a oni znowu we 
dwóch na Niemen pójdą. Teraz sporego kundla spod nóg tańczącym wychwyciwszy, bez 
uśmiechu już, owszem, gęsto obrosłą twarz do jego czarnej szerści żałośnie przytulając, wyszedł 
z gumna i już nie ukazał się tam więcej. 
Tymczasem Władysław czy, jak go tam nazywano, Ładyś Osipowicz, ten, co miał włosy jak 
krucze skrzydła czarne i u skroni rozpostarte, z ramieniem do objęcia błękitnookiej Cecylii 
Staniewskiej już przygotowanym, niecierpliwie zawołał: 
— Zaniewscy! do roboty! Polkę grajcie! 
Polki tej Justyna już nie tańczyła. Wypadkiem sprowadzonym przez ruchliwość tłumu 
znalazła się za ławą i rzędem obsiadujących ją kobiet w znajdującej się pomiędzy zasiekami 
krótkiej, cienistej uliczce. Na drewnianych słupach wiszące latarnie rzucały tu trochę tylko 
mętnego światła, z zasieków bił zapach uschłych ziół i kłosów. Justyna głowę ubraną w grona 
jarzębin o puszystą i wonną ścianę uschłego zboża oparła i w zamyśleniu przed siebie patrzała. 
Czy zdawała sobie jasną sprawę z przyczyn głębokiego wzruszenia, którym przejmował ją 
widok tego mrowiącego się przed nią ludu? Zapewne; gdyby przed kilku jeszcze miesiącami 
znalazła się tutaj, uczułaby się nieznaną pośród nieznanych, zmieszaną, obojętną, może 
znudzoną. Dlaczegóż teraz serce jej uderzało mocno, prędko, przyjaźnie? Dlaczego? 
Boże! przychodzi czasem chwila, w której z dna duszy ludzkiej podnosi się to, co natura na 
nim posiała i co czekało tylko promienia, powiewu, aby urość w kwiat, kłos albo strzałę. 
Promień ten, powiew może nie przybyć i wówczas człowiek kładzie się do mogiły, samym sobą 
nie stawszy się nigdy. Ku niej one przybyły. Z gorzkiego morza cierpień wynurzyła się wtedy, 
gdy wśród zbóż i bławatków po raz pierwszy ujrzała ochoczego oracza i jego błękitne oczy 
utkwione w nią z tajoną, nieśmiałą tkliwością. Przypomniały się jej teraz złote łany, pośród 
których w upalny dzień lipcowy sierp z jego ręki przyjęła, i szybkie jak błyskawica wspomnienie 
zaniosło ją z tego tłumu w głębie zaniemeńskiego boru, na Mogiłę, w tej nocnej porze grubym 
zmrokiem obleczoną. Zdało się jej, że to, co teraz czuła, stamtąd podówczas w sobie przyniosła, 
że te uczucia, których doznała tam i tu doznawała — to jedno. Wszystko, co w dniach ostatnich 
usłyszała z płomiennych ust Witolda i co w samotnych godzinach przedumała sama, jednym 
także strumieniem myśli głowę jej przepływało, i przypominała sobie jasno, wyraźnie 
przypominała ów sen swój czy owo marzenie, w którym zapaloną lampą świeciła z góry tym 
domostwom i tym ludziom, a promienie jej lampy nićmi światła ślizgały się po dachach, 
ścieżkach, płotkach, szerokich polach, o starożytny grobowiec, o dwór korczyński, o leśną 
mogiłę zaczepiając i wszystkie te ułamki jednej całości jakoby w łańcuch wiążąc. Jakaś niby 
elektryczna iskra o serce jej uderzyła, na czoło płomię, a w oczy wilgoć rzucając. Wtem tuż przy 
sobie usłyszała głos przyciszony i nieśmiały, który przemówił: 
— Dziesięć lat krócej żyć chciałbym, byle wiedzieć, o czym pani tak zamyśliła się w tym 
momencie? 
Jan Bohatyrowicz nie tańczył dotąd wcale. Do pocztu drużbantów należał; jednak ani wystroił 
się po weselnemu, ani wesołości najmniejszej nie okazywał. Krótką siermiężkę swoją zielonymi 
taśmami ozdobioną przywdział, białym krawatem kołnierz cienkiej koszuli przewiązał i wcale 
nie zdawał się dbać o to, co tam ludzie o jego odzieniu i zasępieniu myśleć lub mówić będą. 
Wyglądał tak, jakby mu coś potajemnego serce zjadało. Ledwie przywitał się z tym i owym; od 
początku tańców w kącie przy muzykantach stał z ramionami u piersi skrzyżowanymi i 
poprzeczną zmarszczką na czole. Kiedy niekiedy tylko na tańczący tłum spoglądał, kogoś w nim 
upatrując i wtedy oczy błyskawicami mu połyskiwały; zresztą, pannom, które go kilka razy 
zaczepiły, oburkliwie i nawet trochę ironicznie odpowiadał, od rówieśników usuwał się jak od 
ognia; matkę przemocą do tańca go ciągnącą naprzód prosił, aby mu pokój dała, a potem wprost 
ofuknął. Nikt mu też nie dokuczał ani go nie niepokoił; ludzi było wielu i bez jednego łatwo 
wszyscy obejść się mogli. 
Jednak tu i ówdzie o nim gadano. Podstarzałe kobiety szczególniej w pochmurności jego 
węszyły jakąś niezwykłą historię. Jadwiśka Domuntówna na wesele nie przychodzi, Janek tak 
wygląda, jak gdyby wczoraj matkę i ojca pochował... Widać pokłócili się z sobą, a może też 
wszystko pomiędzy nimi już i rozerwane. Z drugiej strony, co się tam miało rozrywać, kiedy 
podobno nic, jak się należy, związanym jeszcze nie było? O zaręczynach nikt nie słyszał, tyle 
tylko, że tam jego stryjaszek i jej dziadunio, jeszcze kiedy przytomniejszym niż teraz był, 
pomiędzy sobą to małżeństwo układali. Może on i dla inszej przyczyny pokazuje się takim 
sępem? Może to u nich melancholia i tetryctwo w rodzie? Nieboszczyk jego ojciec taki był 
zawsze pogrążony w sobie i mrukowaty, stryj na ciężką chandrę w kwiecie lat swoich zapadł, a 
obaj górnie zawsze myśleli, przez co Jerzy zginął marnie, a Anzelm też niezupełnie po ludzku 
życie strawił. Może Janek przyrodził się do ojca i stryja? Zawsze wesoły bywał, do tańca i 
różańca stający, osobliwie też w śpiewaniu prześcigał wszystkich. Ale do pory dzban wodę nosi i 
na każdego taki moment przyjść musi, w którym prawdziwe jego przyrodzenie na wierzch 
wyłazi. Przyrodzenie, gdybyś i widłami odpychał, powraca. Widać, że i on taki sam będzie 
pogrążony w sobie i górnie myślący, jakimi byli jego ojciec i stryj... Przyszła jednak chwila, w 
której Jan wzrokiem ku uliczce pomiędzy zasiekami rzuciwszy, oczami błysnął, pomiędzy ławą 
a ścianą przecisnął się, w przyćmionej jej głębi się znalazł i nad głową Justyny nieśmiało, z cicha 
mówił: 
— Pani zapytuje, dla jakiej przyczyny ja markotny jestem i nie tańczę? Przed panią jedną to 
wypowiem, że podczas takie wątpliwości mnie oblegają, że ni to żywy, ni to umarły chodzę i na 
dnie Niemna prawie wolałbym leżeć niż z takimi wątpliwościami żyć... 
Justyna cichych tych słów słuchała z pochyloną głową i jak najprostsza wiejska dziewczyna 
ze zbożowej ściany, do której się przycisnęła, długie słomy i kruche źdźbła uschłych ziół 
wywlekała. Czuła, że głowę jej płomieniem ogarnia wzrok uporczywy i namiętny, i słyszała 
szept cichszy jeszcze niż przedtem: 
— Cudnie te jarzębiny czarne włoski pani ubierają... i sukienka ta sama, która była podtenczas, 
jak spólnie jeździliśmy na Mogiłę... 
Chwilę milczał, a potem poprosił: 
— Żebym ja mógł jedną gałązkę tej jarzębiny dostać... zdaje się, że już i przez to szczęśliwy 
byłbym! 
Szybkim ruchem pąsowe grono od białego stanika odpięła i podając mu je głowę podniosła. 
Kilka sekund patrzali na siebie, oboje spłonieni i prawie drżący... Potem on gestem namiętnej 
radości włosy z czoła odrzuciwszy gałązkę jarzębiny u guzika siermiężki umieścił. 
Wtem u wrót gumna zrobił się ruch niezwykły: rozstępowano się tam przed kimś, kogoś 
witano. Muzyka grać przestała; Kazimierz Jaśmont w posuwistych poskokach ku wrotom 
pobiegł; za nim skoczyli Domuntowie i kilka dziewcząt pośpieszyło. Na salę tańców weszła 
Domuntówna, ale Domuntówna w metamorfozie. Kto ją przedtem bosą, rozczochraną i 
kulawego konia pędzącą widział, z trudnością teraz poznawał. Suknię miała amarantową, 
obfitymi draperiami obwieszoną, a z tyłu w ogromną turniurę* zaopatrzoną. Było to arcydzieło 
krawca z najbliższego miasteczka, w którym też zapewne kupiła wielkie liście z pozłacanego 
papieru, przystrajające jej wysoko spiętrzone i od pomady świecące włosy. Na rękach miała 
białe rękawiczki, w ręku papierowy wachlarz malowany, a od całej jej osoby biły błyski złoto i 
srebro udających szpilek, kolczyków, bransolet. Szła wyprostowana, bardzo na twarzy czerwona, 
śmiała, lecz ponura. Dziadunio w śnieżnej kapocie we wrotach gumna przez Witolda i kilku 
innych ludzi otoczonym i zatrzymanym został, a ona zaledwie parę kroków na toku uczyniła, 
spostrzegła dwie osoby: pannę i kawalera z cienistej pomiędzy zasiekami uliczki wychylających 
się pod światło latarni. Stali bardzo blisko siebie; panna jarzębiny na głowie miała, a kawaler w 
pętlicy ubrania. Widok ten niby pięścią w pierś jej uderzył; wydęła usta, a pod sobolowymi 
brwiami szafir jej oczu roziskrzył się i naokół gniewne błyskawice cisnął. We wrotach rozlegały 
się wesołe śmiechy. Dziadunio uporczywie Witolda Korczyńskiego za ojca jego, Benedykta, 
poczytywał, a o dziadku, Stanisławie, mówił jak o obecnie żyjącym dziedzicu Korczyna. Że 
pradziad Dominik już nie żył, o tym pamiętał, a wywijając w górze zeschłym palcem, z łuną 
radości na wyłysiałym czole wspominał: 
— Dobry był z pana Dominika kompan... o! dobry... pamiętam... jakeśmy razem w 
trzydziestym i pierwszym roku... 
Witold go u ściany na stołku sadzał i sam przy nim siadając, chciwie o stare historie prosił. Z 
drugiej strony szczupłą postać staruszka, klęcząc w trawach, obejmowała Marynia Kirlanka, a 
kilku stojących obok młodych ludzi rozważało, co też tak ciekawego być może w gadaniu 
człowieka, który, jeżeli nie cały rozum, to przynajmniej dobrą jego połowę postradał. 
— Żeby tylko ktokolwiek Pacenki nie wspomniał, bo zaraz sfiksuje... — z cicha mówili. 
A w gumnie ukazanie się Jadwigi wywołało różne wrażenia. Niektóre z kobiet usta 
pootwierały dziwiąc się jej strojowi. Aż w oczach miga, tak się bogato wystroiła. Wiadomo! 
aktorka! Wśród męskiej młodzieży powstały ciche chichoty. 
— Żeby Julkowego Sargasa z tyłu jej na tej poduszce położyć, toby się zmieścił! 
— Złotnych liści we włosy nakładła i myśli, że pięknie. A to czysta trumna, galonami 
przyozdobiona! 
Ale dziewczęta wcale inaczej o stroju aktorki myślały. Najwięcej je uderzał i zachwycał 
wachlarz. Małe Siemaszczanki, trzymając się pod ręce, dokoła wspaniałej panny krążyły 
przeciągłe okrzyki wydając. 
— Jezu! otóż śliczne róże na tym wachlarzu! A te złotne liście zupełnie takie, jak w Łunnie* u 
Matki Boskiej na ołtarzu... 
Jadwigę te oględziny i dziwowania się niecierpliwiły. Wcale nie dla tych sroczek mordowała 
się nad strojem przez dwie godziny, a ten, dla kogo to czyniła, stał tam ciągle przy tej... w 
jarzębinach! Rozgniewanym wzrokiem na sukienki w błękitne i białe paski rzuciła. 
— Dziwowało ciało, czego nie widziało! — sarknęła. — Proszę mnie pozwolić przejść, bo z 
moimi braćmi przywitać się muszę... 
Razem z braćmi, którzy ją otoczyli, stanął przy niej Kazimierz Jaśmont, a że już raz gdzieściś 
u znajomych widzieli się i rozmawiali z sobą, tedy śmiele przemawiać do niej zaczął. Od braci 
już słyszała i z czułych wejrzeń, które rzucał na nią, miarkować mogła, o czym on zamyśla. 
Więc szybko wzrokiem ku Janowi rzuciwszy rozweseliła się nagle i dla Jaśmonta uprzejmą się 
stała. Kiedy tak, to tak! Niechże widzi, że i ją Bóg i ludzie jeszcze nie opuścili! Bardzo układnie 
i dobranymi wyrazami mówić zaczęła, że smętnie jest, iż lato kończy się, a zaczyna się zima, bo 
choć letnią porą roboty dużo, ale też i przyjemności więcej, a zimową porą nadmiar ją smętek 
jakiś opada... Na co Jaśmont poważnie odpowiedział, jako wszystkie czasy mają swój czas, a w 
dekretach boskich tak zapisano, aby była pora urodzenia i pora umarcia, pora cieszenia się i pora 
smęcenia; potem z nagła ją zapytał, czy da wiarę, że ona jemu aż trzy razy śniła się w tym 
tygodniu. Jadwiga o tym wątpiła, bo gdyby z panem Jaśmontem dobrze znajomą była, to co 
innego, ale trudno kogoś śnić tak mało znając. Jaśmont wtedy cicho szepnął: 
— Co kto miłuje, to i we śnie czuje... A co się tyczy małej znajomości, to bynajmniej! bo ja 
panny Jadwigi wszystkie skrytości wiem i w serduszku pani jak w otwartej książce czytam... 
Zaczął jej znowu coś z cicha mówić, a oczami rzucał w stronę, gdzie stał Janek; ona zaś 
zaczerwieniła się jeszcze mocniej, zaśmiała się głośno i głośno też odpowiedziała: 
— Niech pan będzie upewniony, że ja o tę osobę tak dbam, jak pies o piątą nogę. 
Wtedy już i z braćmi, i z niektórymi dziewczętami w głośną rozmowę się wdała, i tylko 
bacznie na nią patrząc odkryć było można, że wrzała wewnątrz i że zanosząc się czasem od 
śmiechu, końcem wachlarza to jedną, to drugą powiekę przyciskała, oczy zaś jej tak błyszczały, 
że Jaśmont je porównał do brylantów ognie sypiących, i naprawdę zapatrzył się w nie z 
upodobaniem szczerym i wielkim. Tańczyć nie chciała i długo opierała się namowom braci i 
konkurenta; jednak rozmyśliła się i przyrzekła, że raz zatańczy, ale chyba krakowiaka, więcej 
nic; jednego tylko krakowiaka. Wprzódy jednak zobaczy, co dziadunio robi i czy mu czego nie 
potrzeba. Wyszła przed wrota, a Jaśmont Witolda za ramię pochwyciwszy do ucha mu szeptał: 
— Niech pan będzie taki łaskaw i z panną Domuntówną w drugiej parze do krakowiaka stanie, 
bo ja z pierwszą panną drużką w pierwszej parze muszę... 
Potem wpadł do gumna i zakręcił się na toku wołając: 
— Niechaj do tańca grają, już się nogi zwijają! Krakowiaka, Zaniewscy! 
Zaniewscy po półgodzinnym odpoczynku na całe gumno zahuczeli raźnym krakowiakiem, ale 
tańczyć go nie zaraz zaczęto, bo nie wszyscy taniec ten umieli, więc pary dobierały się z niejaką 
trudnością. Na koniec dobrało się ich dwanaście, z pierwszym drużbantem na czele, który 
wolałby z Domuntówną, ale przez uszanowanie dla zwyczaju i osoby z pierwszą drużką przodem 
wybiegł, a wszyscy za nimi w poskokach biegli, głośne hołupce wybijając i zgrabnie, gibko 
wyginając się w strony obie. 
Justyna niczym szczególnym nie wyróżniała się z grona tancerek. Nie była piękniejszą od 
kruczowłosej Osipowiczówny ani od Antolki i Siemaszczanek zgrabniejszą, ale miała w tańcu 
większą od tamtych powagę i grację. Więc lekko na ramieniu tancerza zwieszona, z 
półuśmiechem na pąsowych ustach, jak łabędź płynęła przodem korowodu, a widzowie dokoła 
stojący i siedzący patrząc na nią głowami kiwali i szeptali, że z tak piękną panną miło by było 
tańczyć aż do końca świata. Ale najuporczywiej i coraz ogniściej znad rzędu kornetów i 
czepków ścigał ją wzrokiem Janek, coraz rozkoszniej uśmiechać się zaczynał i niecierpliwą 
stopą parę razy o tok uderzył, aż do kieszeni siermiężki sięgnął, bawełniane rękawiczki 
pośpiesznie na ręce włożył i przez obsiadujące ławę niewiasty przeskoczył. Na ławie powstał 
krzyk i pisk; łokciem jego, a uchowaj Boże! i nogą może zaczepiony czepek Giecołdowej na 
ucho jej się zsunął, co dzierżawczynię bardzo rozgniewało, a u jej sąsiadek wywołało głośne 
współubolewania i tajemne śmiechy. Ale on na zostawiane za sobą miny i gniewy wcale się nie 
oglądając, parze tańcowi przodującej drogę zabiegł, rozgłośnie w dłonie uderzył i na całe gumno 
zawołał: 
— Klaskanego! 
Wszyscy wiedzieli, co to oznacza, więc tancerze natychmiast w tył się cofać zaczęli i 
obejmować panny za nimi się znajdujące, a tancerka z pierwszej pary, jak ptak lekki i 
szczęśliwy, ze wzniesionymi ku niemu oczami, na ramię Jana spłynęła. On po raz pierwszy kibić 
jej obejmując, ukropem na twarzy się oblał i wzrokiem w górę rzucił, lecz potem, jakby radością 
i dumą szalony, z głośnym hołupcem nad ziemię się porwał i z ramieniem nieco podniesionym w 
górę, a twarzą ku twarzy tancerki schyloną, szumnie i dumnie dokoła toku taneczny korowód 
prowadził. 
— Owszem! Przecież pięty do tańca poruszył! — zawołała w tłumie Starzyńska. 
On zaś w tym miejscu, gdzie muzykanci siedzieli, stanął, przez co też wszystkie pary 
zatrzymać się musiały, i swoim pięknym głosem nie tylko na całe gumno, ale na ogród, drogę i 
szerokie pole zaśpiewał: 
Świeci księżyc, świeci 
Około północy, 
Ciebie przestać kochać 
Nie jest w mojej mocy! 
Ten przyśpiewek po prostu zachwycił wszystkich, szczególniej kobiety. Aż w dłonie uderzały 
i chichotały z uwielbienia. Póki dął się, to dął się, ale jak przestał, to już go nikt nie prześcignie, 
nawet pan Jaśmont, który ślicznie tańczy i jeszcze śliczniej mówi, ale do śpiewania to już 
bynajmniej niezdatny. Ale pierwszy drużbant, czy to ambicją powodowany, czy dla rozweselenia 
Jadwigi, która nadęta i jak nieżywa poruszała się przy nim, na tym polu także popisać się 
spróbował. Po kilku zwrotach tańca z kolei jak wryty stanął i bardzo cienkim dyszkantem, 
niezupełnie na nutę krakowiaka, zaśpiewał: 
Powierzchowność często myli, 
Szczególniej kobiety, 
Chociaż oczko łzą umili, 
Lecz serce, niestety! 
I niepotrzebnie z Jankiem w zapasy wchodził, bo pokazało się, że wcale z czym popisywać 
się nie miał, i przyśpiewek niestosowny wynalazłszy, i w słuchaczach obudziwszy nawet 
zdziwienie: jakim sposobem taki duży mężczyzna mógł taki cienki głos z siebie dobywać? W 
zamian kruczowłosy Osipowicz z błękitnooką Cecylką Staniewską, jakby umyślnie przed matką 
jej stanąwszy, prawie tak pięknie, jak Janek, zaśpiewał: 
Koło domu steczka, 
Chowaj, matko, pieska: 
Masz córeczkę ładną, 
To ci ją ukradną! 
I ogromny Domunt, znowu z malutką Siemaszczanką, jak z dzbankiem po wodę idący, więcej 
gromko niż melodyjnie huknął: 
Za rzeką, za Niemnem, 
Kukaweczka kuka, 
Mam tego za dudka, 
Kto posażnej szuka! 
Ale krakowiak już się kończył i inni, choćby chcieli, do śpiewania nie mieli czasu. A tylko 
Janek jeszcze, jak do przyśpiewków hasło dał, tak je i zakończył, nie w porę nawet, bo przed 
samym końcem tańca, krótko, lecz dobitnie wyśpiewując: 
Najpierwsze kochanie 
Kiedy serce chwyci, 
Radością i smętkiem 
Dosyć je nasyci! 
Po czym zaraz tancerkę swoją jak piórko dokoła siebie okręcił i na jedno kolano przed nią 
przypadając, rękę jej do ust przycisnął. I w tym jeszcze starszy drużbant chciał go naśladować, 
ale nie mógł, bo Jadwiga gwałtownie ręce swe mu odebrała i nie czekając, aby ją, jak to czynili 
wszyscy, ku siedzeniu jakiemu odprowadził, ze wzdętą piersią i roziskrzonymi oczami, ponura i 
groźna, plecami odwróciła się do niego i z gumna wyszła. Wychodząc niby burza, oddychała 
głośno, łokciami i piersią ludzi roztrącała, a wzrokiem ścigała wychodzącą też na otwarte 
powietrze parę. Ścigała ją wzrokiem i dobrze widziała, jak w jarzębiny ubrana głowa panny w 
szczęśliwym niby zapomnieniu pochylała się ku ramieniu kawalera, który, z jarzębiną u szarej 
siermiężki a twarzą w płomieniach, wciąż coś do niej mówił... 
Muzyka grać przestała, młodzież zmęczona i zarazem rozhulana rozsypała się pod odkrytym 
niebem, na którym gwiazdy przygasać zaczynały przed wschodzącym u dalekiego skrętu rzeki, 
jakby z jej toni wyłaniającym się ogromnym, jaskrawym księżycem. Część młodzieży z 
zapalonymi papierosami wyszła na pole, ale więcej było takich, którzy wyrzekając się 
przyjemności palenia w bliskości gumna pozostali, pojedynczymi parami rozpraszając się po 
ogrodzie, zielonej uliczce i śliwowym gaju. Gwar przycichł, rozmowy stały się cichsze, 
gdzieniegdzie zupełnie ciche; pod blednącymi gwiazdami skrzydło Erosa*, wonią miry i mirtu 
napojone, łagodnie muskało te głowy tańcem i śpiewem rozgrzane. Pod ścianą gumna na stosie 
belek i po kolana w chwastach siedząca para szeptała. 
— Jak Boga kocham — szeptał mężczyzna — stryj i brat nadaremnie lękają się i młodymi twymi 
latami mnie od szczęścia odgradzają. Czy ja zwierz jestem albo barbarzyniec, abym pracą nad 
siły kochanej kobiety zdrowie nadwerężał? Toż i u brata rączek na krzyż nie składasz, a w 
mężowskim domu więcej pracować ci nie przyjdzie, na to przysięgam! Służącą wezmę, sam 
sobie ręce mozołami okryję, a Antolka przy mnie zbytecznych męczarni nie dozna... Czy 
Antolka temu wierzy i moją stronę trzyma? czy też mam, nieszczęśliwy, długo jeszcze sierotą 
żyć na tym świecie? 
Szept kobiecy odpowiedział: 
— Pan Michał wie, że ja od stryja i brata zależę. Oni mnie wyhodowali, nijakiej krzywdy 
nigdy nie uczynili, a przeciwnie, zawsze od nich dobroci i przyjaźni doświadczałam... Co oni 
zechcą, tego i ja zechcę; jak każą, tak ja postąpię... 
— Dobrze! owszem! jaż Antolki nie namawiam, aby przeciwko stryja i brata sępem stawała*... 
Ale już chciałbym raz się dowiedzieć, już raz chciałbym tą pewność mieć, że Antolka sama jest 
za mną... 
I jeszcze ciszej pytał: 
— Czy Antolka czuje kiedy, że miłość w serduszku mruczy i spać, jak potrzeba, nie daje mój 
obraz przed oczami stawiąc? 
Nie wiadomo, jaką była odpowiedź, ale zapewne pomyślną, bo szept męski śmielszym stał się 
i nalegającym. 
— Gołąbek nawet samiczkę w dzióbek bodzie, kochanie jej chcąc pokazać! Czyż mnie tyle 
nawet nie wolno, co gołębiowi? Jak cudzemu mnie przy Antolce siedzieć wonno, ale głodno! 
Pod świrnem zaś świeciła biała suknia, a obok niej wysmukły młodzieniec z cicha 
przemawiał: 
— Tak, moja droga Maryniu, wyjadę stąd pełen szczęścia, że cię znalazłem taką, o jakiej 
marzyłem: prostą, skromną, pracującą, zdolną zrozumieć i kochać te zadania, które kobieta 
oświecona i szlachetna dziś pełnić powinna... 
— Kiedyż ja, Widziu, tak mało oświeconą jestem, tak mało jeszcze wiem i umiem... 
— Prawda, że wiele jeszcze uczyć się musisz, ale nie tylko z książek... od życia i od ludzi 
także, i najwięcej... Ludzi kochaj, ludzi badaj, z ludźmi żyj... 
— A jak pojedziesz, czy napiszesz kiedy do mnie? Czy kiedy przyślesz mi jaką książkę? 
— Będę pisał, będę ci książki przysyłał i ani przez jeden dzień nie zapomnę o tobie, moja ty 
najmilsza i najlepsza. A gdy już na zawsze wrócę i w Korczynie zamieszkam, wtedy już nigdy 
rozstawać się nie będziemy, ale zawsze razem dla naszych drogich idei walczyć i pracować. Czy 
dobrze, Maryniu? Czy chcesz tego? Dobrze? 
U białej sukni dwie splecione ręce gestem zachwycenia wzniosły się w górę. 
— O, Widziu, Widziu, ty mi niebo na ziemi ukazujesz i czuję sama, wiem, że na nie 
zapracować, zasłużyć powinnam! 
U brzegu śliwowego gaju stała Jadwiga Domuntówna w gronie kilku dziewcząt i chłopców, 
którzy wkoło niej żartobliwą rozmowę wiedli. Pierwszemu drużbantowi, który na fochy 
bohdanki swej nie zważając ani na krok jej nie odstępował, zarzucano tam niestałość, 
bałamuctwa i wyrażano wątpliwość, czy ożeni się kiedykolwiek, skoro dotąd tak wesoło 
kawalerskiego stanu kosztował. On zaś na Jadwigę spoglądając, bardzo poważnie odpowiadał, że 
i motyl z grzędy na grzędę przelatuje, nim na jednym kwiatku siędzie, że i nędznemu lżej nie samemu, a cóż dopiero kiedy człowiek ma czym podzielić się z przyjacielem dozgonnym. Potem 
kołysząc się w strony obie, niby od niechcenia, cienkim swoim dyszkantem zanucił: 
Świat mnie cały przy tobie staniał i tanieje, 
Serce me za tobą pójdzie w puste knieje! 
Ale ani przymówki, ani przyśpiewki nic nie pomagały. Jadwiga, milcząca i zasępiona, głośno 
oddychając i z wydętymi usty, zdawała się być upostaciowaniem chmury pełnej gromów tuż, tuż 
z niej wypaść mających. Jak nieprzytomna, jak oczarowana, patrzała ciągle w jedną stronę, w tę 
mianowicie, kędy opodal, plecami do niej zwrócona, na niskim płotku siedziała para ludzi. 
Rozmowy ich słyszeć nie mogła, ale w zmroku dostrzegła czerwień jarzębin strojących głowę 
panny... Ta głowa, w krucze warkocze i czerwone jarzębiny ubrana, prześladowała ją dziś jak 
mara, jak ogień parzący, jak urągliwe senne widowisko! 
Tymczasem na niskim płotku obok Justyny siedząc, Jan cicho, ale z zapałem mówił: 
— Pani zapytuje, czy doprawdy najpierwsze? Niech jutro zginę, jeżeli do tego czasu 
prawdziwe kochanie choć raz do serca mojego zajrzało! A czy to może być inaczej? Czy ja 
hrabia albo arystokrat, aby z kwiatka na kwiatek przelatywać i tylko sobie różne zabawki 
wymyślać? W naszym wieśniackim życiu do bałamuctwa ani czasu, ani ochoty nie ma. Jak nie 
przychodziło kochanie, to nie przychodziło, a jak przyszło, to już i nie przejdzie... 
— Czasem jednak przechodzi — w zamyśleniu rzekła Justyna. 
— U państwa każdą rzecz łatwiej rozwiewają wiatry niżeli u nas, a do tego wiele też i od 
charakteru zależy. Jaśmont, na przykład, gdyby Jadwiśki i nie dostał, byłoby mu o to bynajmniej, 
bo dla posagu głównie chce ją wziąć, a stryj Anzelm nie dostawszy tej, której żądał, całe życie w 
samotności strawił, i stary Jakub rozum postradał zdrady w kochaniu doznawszy... 
— A panna Domuntówna czy teraz takiej zdrady nie doznaje? 
Jak oparzony tym zapytaniem, o mało się z płotka nie porwał. 
— Ja już odgadłem, że pani mnie te pytania zadaje z przyczyny Jadwiśki. 
Spoważniał, głowę podniósł, wprost na siedzącą przy nim kobietę śmiałym wzrokiem patrzał. 
— Zakleństw i przysięgań nijakich czynić nie będę, bo gdzie wiary nie ma, tam i przyjaźni 
prawdziwej być nie może, a tylko to pani z gruntu serca mojego, żadnym ciężkim grzechem nie 
splamionego, powiem, że pomiędzy mną a Jadwiśką nigdy nic nie było, że nic jej nigdy nie 
oświadczałem i nie przyrzekałem, a tylko z namowy stryja i przez uwagę na jej poczciwość 
byłbym może ożenił się z nią w czasie, gdyby insze wcale słońce na moim niebie nie błysnęło. 
To zaś, że ona przylepiła się do mnie jak smoła i ściga mię swoim nadaremnym kochaniem, 
wybaczyć jej trzeba, bo od dzieciństwa mnie znając przyzwyczaić się mogła i odstać jej trudno... 
Jednakowoż spodziewam się, że do upamiętania przyjdzie, a ja przed nią bynajmniej winnym się 
nie sądzę... Czy pani mnie wierzy? Jak zbawienia duszy słówka tego czekam: czy pani wierzy? 
Uczuła, że na jej ręku o płotek opartym spoczęła dłoń gorąca, twardą skórą powleczona, a 
jednak dziwnie miękka, błagalnym jakby drżeniem zdjęta... Gumno, świron, chata z 
oświetlonymi oknami zakręciły się jej w oczach, ujrzała na raz wszystkie gwiazdy osypujące 
wysokie niebo i uczuła wszystką krew zbiegającą jej do serca. Z cicha odpowiedziała: 
— Wierzę! 
Wtem krzyknęła i oboje na równe nogi zerwali się z płotka. Pomiędzy głowami ich spory 
kamień jakąś silną i zręczną ręką rzucony, świsnął, przeleciał i tylko szyję Janka z lekka 
drasnąwszy o kilka kroków na zagon buraków upadł. Zewsząd rozległy się okrzyki i zapytania: 
— Co to? Kto to? Skąd to? Na co? Za co? 
Ale niemało osób widziało, że była to Domuntówna, która prędko schyliwszy się kamień z 
ziemi była podjęła i ramieniem zamachnąwszy, na rozmawiającą opodal parę go rzuciła. Trzęsła 
się przy tym tak, jak gdyby ją febra brała. Kogo właściwie ugodzić kamieniem zamyśliła: Jana 
czy jego pannę, nie wiadomym było, dość że w mgnieniu oka o jej postępku dowiedzieli się 
wszyscy, a w zielonej uliczce pomiędzy gajem i ogrodem wielka powstała wrzawa. Już i ci, 
którzy z papierosami na pole byli wyszli, powrócili i o zaszłym zdarzeniu różne podnosili głosy. 
Najwięcej było takich, którzy je ganili głośno i wyraźnie, żadnych pod tym względem ceremonii 
nie czyniąc. Już i wprzódy wyróżniający się strój, nadętość i pochmurność panny u wielu 
przychylność dla niej odjęły; niektórzy też z natury do złośliwych ucinków i żartów skłonnymi 
byli. Więc poważnie lub z pośmiewiskiem wypowiadane zdania rozlegały się naokół: 
— Sama siebie postępkiem takim zeszpeciła! 
— Śliczna panna, która ze swoim kochaniem jak dziad z torbą niechcącemu w oczy lezie! 
— Wypchała się jak harmata i kamieniami strzela! 
— Dobry aniołeczek! Teraz chyba dudek ją do ołtarza zaprowadzi! 
— Dziękuję i za dziedzictwo, kiedy od własnej żonki nieprzyrodzoną śmiercią mam umierać! 
— Jak koń cygański okryła się blachami i myśli, że ludzi ubijać jej wolno! 
Z drugiej przecież strony znaleźli się tacy, którzy się za dziewczyną ujęli. Naprzód Kazimierz 
Jaśmont, zrazu zdumiony i oszołomiony, do przytomności przyszedłszy palcami pstryknął i 
zawołał: 
— Szyk panna! Bez złego psa i bez strzelby dom od złodzieja obronić potrafi! 
Już tak widać wszystko na dobre sobie tłumaczyć umyślił. A Domuntowie, po stronie swojej 
dwóch Siemaszków mający, gromko i groźnie krzyknęli: 
— Kto o siestrze naszej jedne jeszcze złe słowo wypowie, dowie się, po czemu u nas czupryny 
targują! 
Wojnę miłującym Obuchowiczom w to tylko było grać! Jakkolwiek sami przedtem z Jadwigi 
drwinkowali, teraz skoczyli ku tym, którzy pierwsi szukali zaczepki; zaś kilku Bohatyrowiczów i 
Jaśmontów w towarzystwie Zaniewskich i Staniewskich kozłami przy swoim stali, drwinkować 
nie przestając i oświadczając głośno, że nijakich nakazywaczy się nie lękają ani napominających 
apostołów nie potrzebują. Na burzę srodze zanosić się zaczynało. Już Obuchowicze ku płotom 
się zbliżali, w zmroku wypatrując, skąd by najlepszego kołka wyrwać; już w gronie przeciwnym 
ten i ów pomrukiwał o pogruchotaniu kości i nakarbowaniu pysków, gdy spod gruszy w 
ogrodzie stojącej rozległ się głos donośny i nalegający: 
— Za pozwoleniem wszystkich panów, mnie także słówko w tym zamieszaniu rzucić wolno, 
bo nie od kogo, tylko ode mnie wszystko poszło. Ja nie wiem, kto wymyślił, że panna 
Domuntówna przez złość na mnie kamień rzuciła, bo to jest nieprawda. Co do rzucenia, ani 
słowa — rzuciła, ale nie przez jaką, broń Boże, pomstę albo zły zamiar, tylko dla zabawy, żeby 
mnie nastraszyć, a później z mojego strachu drwinkować. Mnie się zdaje, że takiego żartu, choć i 
grubowatego, za grzech śmiertelny poczytywać nie można ani też za niego na złe języki brać, 
tym więcej, kiedy panna jest zacna i nic jej wcale do zarzucenia nie ma. A jeżeli ja za ten 
postępek do panny Domuntówny żadnej pretensji nie mam, to i nikt z niej naigrawać się albo na 
gańbę dekretować* jej nie powinien i jeżeli komu jeszcze to do głowy przyjdzie, wtedy ja spólnie 
z panami Domuntami postaram się to jemu z głowy wybić! 
Pod gruszą stojąc, prawie był niewidzialnym, ale w głosie jego usłyszeli wszyscy 
stanowczość i śmiałość. Tedy wielu ramionami wzruszyło i uwierzyło albo udało wiarę w to, że 
postępek Domuntówny był tylko żartem gburowatej panny. Kiedy tak, to tak. Jeżeli temu, kto 
ubligi doświadczył, podoba się ją za płochą zabawkę uważać, to dla jakiej przyczyny insi za 
niego ujmować się mają? Z drugiej strony, Domuntowie z kompanionami także uspokajać się 
zaczęli, bo postępek Jana podobał się im bardzo i humor poprawił. Ucichli tedy i z pierwszym 
drużbantem poszli drogą ku zagrodzie Jadwigi wiodącą, u której końca połyskiwała z dala biała 
kapota jej dziadunia. Zaraz bowiem po dokonaniu postępku z kamieniem, cała trzęsąca się jak w 
febrze, poszła ona dziadunia swego szukać i znalazła go z drugiej strony gumna na stołku siedzącego i kilku starszymi ludźmi otoczonego. Właśnie tym starszym ludziom, pomiędzy 
którymi znajdował się ekonom z Osowiec, Jaśmont i dzierżawca Giecołd, historię z dwunastego 
roku o zmarłym u rodzicielskiego płotu oficerze Franusiu opowiadał, gdy wnuczka ku niemu 
przypadła i na rękach prawie ze stołka go podniosła. 
— Chodźmy do chaty, dziaduniu, chodźmy do swojej chaty! — mówiła. — Dość już my tu 
pobyli i nabawili się... czas nam we dwoje sobie ostać... 
Objęła go ramieniem, tuliła do siebie i sama do niego się przytulając, w zeschłą rękę go 
całowała, a drogą ku swojej zagrodzie wiodła. 
— Chodźmy, dziaduńku, chodźmy do własnej chaty! Rozbiorę dziaduńka, do łóżeczka 
położę... do spania zakołyszę... mój mileńki, jedynieńki, stareńki dziaduńku! 
Im więcej od Fabianowej zagrody oddalała się, tym więcej nad drepczącym w objęciu jej 
starcem kwiliła, a łzy jak paciorki z oczu jej na jego kapotę i głowę padały. 
W zielonej zaś uliczce jedni tylko Obuchowicze z niezadowoleniem jeszcze pomrukiwali, 
pięknej sposobności powojowania żałując. Jeden z nich nawet przed jednym z Siemaszków się 
zwierzał, że przeszłej nocy śniło mu się, jakoby gruszki z drzewa rwał, z czego też pewność 
czerpał, że na tym weselu guzy będą... tymczasem widać, że już na niczym wszystko zejdzie. W 
zamian zgodę lubiący, jakkolwiek hardowąsi Łozowiccy, a także stateczni Strzałkowscy sobie i 
inszym pokojowego zakończenia sprawy bardzo winszowali utrzymując, że chamy tylko byle o 
co za łby się ciągają, w dobrej zaś kompanii hałasy takie, a broń Boże bitwy, wcale są 
nieprzystojne. Zresztą zaszła okoliczność, która od świeżego zdarzenia uwagę powszechną 
zupełnie już odwróciła. Z podwórka na uliczkę wybiegł w wielkim pędzie Julek, ze sobą 
skaczącego i radośnie skomlącego Sargasa mając i na cały głos wołając: 
— Na Niemen, na Niemen! wszystkich państwa proszę na Niemen, bo już czajki* i czółna 
przygotowałem... po całej okolicy zebrawszy i u brzegu postawiwszy... Na Niemen! proszę na 
Niemen! 
Nigdy prawie nie widywano go takim pędem biegającego i wykrzykującego z takim zapałem, 
że mu się aż ruda czupryna na wsze strony rozwiewała i oczy iskrzyły się w zmroku jak u kota. 
Ale bo też zapraszał teraz wszystkich do swego właściwego domu i wzywał do zabawy, wśród 
której, jak inni w tańcach i śpiewaniu, celować mógł, przewodzić, dyrygować. Razem z nim na 
Niemen gości zapraszał Sargas, ku wszystkim radośnie się rzucając, skomląc, wyskakując, a co 
moment pyskiem zwracając się ku rzece i przylatujące od niej wiaterki nozdrzami w siebie 
wciągając. Dziewczęta pierwsze przyjaźnie odpowiedziały wezwaniu. 
— Pływać! pływać! ze śpiewaniem pływać! Panie Michale! Panie Władysławie! Panie 
Zaniewski! Panie Jaśmont! Panie Bohatyrowicz! na Niemen popłyniem! ze śpiewaniami 
popłyniem! Na Niemen! Na Niemen! 
Tym kobiecym głosom odpowiadały męskie: 
— Jestem! Idę! biegnę! do usług! A kto z kim? Panno Kaźmiro! Panno Cecylio! Panno 
Antonino! Panno Mario! 
I mnóstwo znowu imion i nazwisk leciało po trawach zroszonych, po ogołoconych ogrodach i 
przerzedzonych gajach, a nad wszystkimi wykrzykami i odpowiedziami górowało wołanie: 
— Na Niemen! na Niemen! 
Ktoś w wielkim zmieszaniu głosów potężnym basem nucić zaczynał: 
Za Niemen tam precz... 
Ach, czegóż za Niemen? 
Czy błoń tam kwiecistsza*... 
A ku rzece, której imię mnóstwem ech rozlegało się po ciemnym borze i szerokim polu, z 
wysokiej góry, w bladym jeszcze świetle księżyca, schodziło i zbiegało par kilkanaście. 
Jan szerokimi krokami ogród przebywał, widocznie kogoś szukając i we wszystkich stronach 
upatrując, gdy na rękawie swojej siermiężki uczuł czyjąś rękę i zaraz mu przed oczami błysnął 
czarny warkocz czerwonymi jarzębinami przetykany. 
— Popłyniem! 
— Popłyniem! 
— Ale sami... we dwoje... moja droga pani... moja złota! swoim czółenkiem... własnym, tym 
samym, które nas do Mogiły zawiozło. 
— Dobrze! 
Czółno to stało u stóp Anzelmowej zagrody, w gęstwinie oczeretów* ukryte, i Jan tylko 
wiedział, gdzie je znaleźć można. Więc ku Anzelmowej zagrodzie oboje pobiegli, dla pośpiechu 
płot przeskoczyli w tym samym prawie miejscu, w którym go tak często Elżusia i Antolka 
przeskakiwały, a po paru minutach byli już pod lipami. Tu w miejscu jednym gałęzie zwieszały 
się tak nisko, że Justyna, aby pod nimi przebiec, pochylić się musiała. Jan pochylił się także i 
pod tym ciemnym sklepieniem rękę, która nad zroszoną trawą białą suknię unosiła, pochwycił, 
do ust poniósł i już jej więcej z dłoni nie wypuścił. Dłoń w dłoni z wysokiej góry ku 
przybrzeżnym oczeretom biegli i ani zauważyli, że za sobą pozostawiali dwoje ludzi pod lipami 
na trawie siedzących i tak przyciszoną rozmową zajętych, że na przebiegającą w pobliżu parę ze 
swej strony także uwagi nie zwrócili. 
Byli to Anzelm i Marta. Jakim sposobem i gdzie spotkali się w tłumie po raz drugi? 
Powiedzieć by to mogły te stare wspomnienia, które ich ku sobie pociągnęły. Ale tłum prędko 
opuścili i od dawna już oboje znajdowali się w Anzelmowej zagrodzie, której dom, drzewa, ule 
Marta ciekawie i długo oglądała, jedne chwaląc, drugie krytykując, a kiedy niekiedy dawnemu 
przyjacielowi z doświadczenia zaczerpniętych rad udzielając. Odkąd ściemniało, siedzieli pod 
lipami na trawie wspólnie z żółtym Mucykiem, który u nóg swego pana rozciągnięty leżał, i 
zdawało się im, że wszystko już sobie powiedzieli, co do powiedzenia mieć mogli. Więc 
zamilkli, oboje w postawach jednostajnych, policzki na dłoniach opierając. Po kilku minutach 
przecież na bladych wargach Anzelma pod siwiejącym wąsem uśmiech drżeć zaczął. Z tym 
uśmiechem, powolnym sposobem swoim mówił: 
— Czy panna Marta pamięta, jak pierwszy raz na zaproszenie panów Korczyńskich do 
Korczyna przyszedłszy i na panią spojrzawszy, gawronem z otwartą gębą stanąłem, aż wszyscy 
śmiać się ze mnie zaczęli? 
Ona z cicha zachichotała: 
— Czemużbym pamiętać tego nie miała? Ale dlaczego wtedy pan Anzelm tak skołowaciał? 
— Ślicznością figury i ognistością oczów pani zadziwiony i oślepiony zostałem... 
— Tak, tak to kiedyś było! — głową z wysokim grzebieniem trzęsąc szepnęła stara panna. 
— Tak, tak to było! — potwierdził Anzelm. 
Potem ona przemówiła pierwsza: 
— A pamięta pan Anzelm, ile to gości zbierało się wtenczas w Korczynie? jakie to oni plany 
układali sobie, jakie sprzeczki zawodzili... jakie nadzieje mieli?... 
— Jak nieboszczyk pan Andrzej wszystkim przewodził, a nasz Jerzy niejeden raz z narażeniem 
się poradą i pomocą jemu służył? 
— A tak, tak to było! Wieczny smutek! — szepnęła. 
— Wieczne odpoczywanie racz im dać, sprawiedliwy Boże! — baranią czapkę nad głowę 
podnosząc wtórował Anzelm. 
Po paru minutach ona przemówiła znowu: 
— A pan Anzelm pamięta, że to ja panu karmazynową czapeczkę uszyłam i otoczyłam ją 
siwym barankiem? 
— A pani pamięta, czyja to rączka mnie na pagórku piaszczystym poświęcony medalik na szyi 
zawieszała? 
— Tak, tak to kiedyś było... — powtórzyła. 
— Tak, tak to wszystko przeciwne wiatry daleko od nas odniosły... 
Wtem umilkli, wyprostowali się, zaczęli patrzeć i słuchać. Przed dwojgiem tych steranych, 
prawie u kresu życia stojących ludzi, którzy jedyną złotą chwilę swojej przeszłości wspominali, 
świat oblał się morzem liryzmu roztopionego w promienie i w tony. Księżyc znacznie już 
podniósł się na niebie, zmalał, przygasł i łagodnym światłem oblewając wysoką górę i bór 
przeciwległy, oszklił powierzchnię rzeki drobnymi falami pomarszczoną. Pod napowietrzną, 
bladozłotą lampą księżyca w wodzie jakby zanurzoną stała kolumna światła, podstawą zwrócona 
ku powierzchni rzeki, a ognistą kulą dna jej sięgająca, pełna wewnętrznych drżeń i migotań. W 
tych zaś światłach marzących i drżących kilka łodzi i czółen sznurem a cicho sunęło po szlaku 
rzeki, wiosłami szkliste tonie roztrącając i krzesząc w nich złote, przemijające blaski; a znad 
łodzi i czółen wzbijał się chór głosów, to potężniej, to słabiej, to przeciąglej, to weselej rzucający 
pod niebo, w głębie boru i na wodę nuty dawne, przez świat zapomniane, w odległej przeszłości 
drzemiące, a tu zdające się budzić i zmartwychpowstawać. Zdawać się mogło, że kędyś na 
oścież roztworzyła się jakaś skarbnica pieśni i w tę kotlinę wysokimi ścianami od świata 
odgrodzoną, na tę szeroką i poważną rzekę wylewała wszystkie tęsknoty, żale, westchnienia 
minionych lat i pokoleń. Więc naprzód rozległa się tęskna piosnka o biednym żołnierzu, który 
idzie borem, lasem, przymierając z głodu czasem. Potem zleciał tu duch Szopena. Skąd, jakimi 
drogi, na skrzydłach jakiej miłości i pamięci? Zagadka! Dość, że w nutę mistrza ubrane 
popłynęły słowa: 
Lecą liście z drzew, co wyrosły wolne, 
Na mogile śpiewa jakieś ptaszę polne, 
Nie było, nie było, matko szczęścia tobie, 
Wszystko się zmieniło, a twa dziatwa w grobie!... 
I dziewczyna z zapłakanym okiem skarżyła się na kurhanie nad krynicą: 
Jak ja mogę być wesołą, 
Kiedy zdrój w żałobie? 
Jak tu z ziemi podnieść czoło, 
Kiedy matka w grobie? 
A po zapłakanej dziewczynie zaśpiewał smutny wygnaniec: 
Poleć, motylku, poleć tam dalej, 
Zaleć, motylku, w me rodzinne strony. 
Zanieś westchnienie do ulubionej, 
Zanieś mój uśmiech do ulubionej! 
Piękna Osipowiczówna, jak smukła topól w świetle księżyca pośrodku łodzi stojąca, zawiodła 
pierwsza: 
Szumiała dąbrowa, wojacy jechali, 
Mojego Jasieńka na wojnę wołali. 
Siadaj, Jasiu, siadaj, konik osiodłany! 
Przy kim mnie porzucisz, mój Jasiu kochany? 
A po prześpiewaniu tej pieśni męski już tylko chór zagrzmiał, zahuczał inną skargą, innym a 
ciężkim, w tony zaklętym postrachem: 
Jak to pięknie, jak to ładnie, 
Kiedy żołnierz z konia spadnie, 
Koledzy nie pożałują, 
Jeszcze go końmi stratują! 
Jeden woła: Ratuj, ratuj! 
Drugi woła: Tratuj, tratuj! 
Leci kula armatowa, 
Leci kula, leci kula, 
Nieszczęśliwa moja głowa! 
I tak dalej, dalej, pieśń o rozkoszach wojny, niby rotowy ogień, huczała i grzmiała, aż 
zakończyła się strofą bezbrzeżnej żałości: 
Trąba woła: Tra– ta! tra– ta! 
Nie ma ojca ani brata! 
Ni żadnego przyjaciela 
Oprócz Boga Zbawiciela! 
Nic na niebie ani na ziemi nie przeszkadzało szerokiemu rozleganiu się pieśni śpiewanych na 
łodziach i czółnach, nic ich nie mąciło; woda je srebrnie od szklistej powierzchni odbijała, echa 
podwajały i nieść zdawały się w dal coraz dalszą; lekkie wiatry pogodnej nocy latały po 
szczytach boru, który czasem szumiał z cicha, jakby w głębinach jego spoczywające duchy 
wskrzesały i długimi westchnieniami lub cichymi śmiechy niegdyś im znanym, kochanym 
pieśniom wtórzyły. 
Na wysokiej górze pod starymi lipami siedząca para ludzi patrzała i słuchała. Oczarował ją 
oddech przeszłości własnej i niewłasnej; melodia świateł i tonów we dwie kamienne figury 
zaklęła. To, że byli żywymi ludźmi, poznać można było tylko z ich oczu ścigających szlaki 
blasków, które za łodziami to powstawały, to znikały; z ruchu ręki Anzelma, machinalnie 
głaszczącej psa u nóg mu leżącego, i z głośnego, coraz głośniejszego oddechu Marty. Łodzie zaś 
dosięgły już stojącej pod księżycem kolumny światła i nad zanurzoną w wodzie ognistą jej kulą 
w chwilowym milczeniu przepływały jedna za drugą, ciemne, ciche, lekkie jak widma. Za 
kolumną i księżycem, tam gdzie rzeka wspaniałym ruchem za ścianę boru skręcała, samotny głos 
męski śpiewać zaczął: 
Wyszła dziewczyna, wyszła jedyna, 
Jak różany kwiat... 
— To Janek śpiewa... — rzekł Anzelm. 
— Pamięta pan, jakeśmy kiedyś tę piosenkę razem śpiewali?... — zapytała kobieta. 
— A ja i nie słyszałem już później takiego ślicznego głosu, jaki był podtenczas u pani... 
Zatrząsła głową: 
— Tak, tak to było! 
Od skrętu rzeki dochodziły słowa: 
Ty pójdziesz górą, ty pójdziesz górą, 
A ja doliną... 
Anzelm w polonezową nutę, poważną i tęskną, zasłuchany, z bladym na ustach uśmiechem 
sam nucić zaczął: 
Ty rozkwitniesz różą, ty rozkwitniesz różą, 
A ja kaliną! 
I Marty usta żółte, zwiędłe otworzyły się także; oboje dalekiej nucie zawtórzyli: 
Ty pójdziesz drogą, ty pójdziesz drogą, 
A ja łozami, 
Ty się zmyjesz wodą, ty się zmyjesz wodą, 
Ja mymi łzami. 
Anzelm ciągnął jeszcze: 
Ty będziesz panną, ty będziesz panną 
Przy wielkim dworze... 
Ale kobieta obok niego siedząca zakrztusiła się, pochyliła głowę, o podniesione kolana oparła 
i kaszlała... Tedy i on nucenie przerwawszy ucha ku niej przychylił. Zdało mu się, że nie tylko 
kaszel dobywał się z jej piersi... Za rękę ją wziął. 
— Nie trzeba płakać! — z powagą przemówił — płakaniem śmiechu nie odzyszczesz... ubiegła 
woda nie wraca... W kwiecie wieku rozłączyliśmy się z sobą, a znów spotkali dziadem i babą. 
Nie dziwno też, że opadły nas przypomnienia i romanse. Ale nie w czas już nam do takich 
rzeczy, a myśleć trzeba o tych młodszych, którzy jak latoroście przy zwalonych drzewach, przy 
nas wyrośli. Jedno zachodzi, drugie wschodzi. Może te słońce, które nam smętnie świeciło, dla 
nich pogodniej zaświeci. Niechże mnie tedy pani z łaski swojej powie: czy ta panna Justyna jest 
doprawdy taką dobrą i zacną panną, jaką się pokazuje? Czy można spodziewać się, aby do 
naszego wieśniackiego życia i pracy przy ziemi uzwyczaić się mogła? I czy, broń Boże, mój 
Janek przez nią nieszczęśliwym nie zostanie? Może i pan Korczyński dać mu jej nie zechce? 
Może i ona sama w ostatnim momencie od takiego losu uciecze? Może to obowiązkiem moim 
jest przystojnie, ale z gruntu serca ją poprosić, aby mojego chłopca zawczasu odtrąciła, boby on 
może przez to uleczonym mógł jeszcze zostać? 
Kiedy Anzelm mówił, Marta głowę podniosła i potwierdzająco nią kiwała. Kilka razy jeszcze 
chrząknęła, a potem odparła: 
— Prawda! słowo honoru, prawda! Przypomniała sobie baba dziewiczy wieczór! Wieczna 
głupota! Mężczyzna zawsze od baby mędrszy. Prawda! Co nam już ze śpiewania i płakania 
przyjdzie! O młodszych pogadajmy... 
O tej samej porze w domu Fabiana, którego okna zza gałęzi topoli pobłyskiwały, wrzało, 
huczało, gotowało się jak w zamkniętym i na ogniu stojącym kotle. Przed godziną, kiedy 
młodzież z wysokiej góry ku rzece zbiegała, pośród mnóstwa okrzyków brzmiał jeden, nie 
najmniej donośny: 
— Panie Witoldzie! Panie Korczyński dobrodzieju! Panie Witoldzie dobrodzieju! Prosimy! 
pokornie prosimy! 
Na koniec z przywoływanym w ogrodzie się spotkawszy Fabian rękę młodzieńca pochwycił i 
z niskimi ukłonami do wnętrza domu go zapraszał. 
— Z przyczyny interesu — mówił — z przyczyny interesu w zabawie panu dobrodziejowi 
odważam się przeszkodzić... Ale prośbę do pana zanieść umyśliliśmy... my starzy... prośbę do 
pana... 
W głosie jego słychać było wzruszenie, a pomimo że nisko się kłaniał i pokornie prosił, wąsy 
co moment jeżem mu nad wargami stawały. Witold Siemaszczankom, które trzymając się pod 
ręce w towarzystwie ogromnego Domunta nadbiegały, Marynię powierzywszy, ochotnie i 
ciekawie za gospodarzem zagrody poszedł. 
W świetlicy pomimo pootwieranych okien gorąco było jak w łaźni; na trzech stołach jeszcze 
jadłem zastawionych paliło się parę lampek, w których skąpym świetle kipiała mozaika ludzkich 
kształtów i rysów. Na pierwszy rzut oka rozpoznać tam można było tylko postacie siedzące i 
stojące, do ściany przyparte, na stołach szeroko łokcie rozkładające, ramionami i wąsami 
poruszające. Po kilku minutach dopiero z tej zwikłanej mozaiki wyłaniały się i wyosobniały 
głowy łysiejące, siwiejące, osiwiałe, czoła zarumienione i spotniałe, twarze barwą do rydzów 
albo do ziemi podobne. Tak jak pośród młodzieży bawiącej się w gumnie i na Niemnie, nikt tu 
pijanym nie był, ale panujący w świetlicy upał i przez dzień cały choć wstrzemięźliwie popijane 
miód i piwo twarze te oblewały ogniem i potem, w których z dokładnością mistrzowskiej rzeźby 
występowały nierówności skór grubych i chropowatych, niezliczone, we wszystkich kierunkach 
pokrzyżowane, cienkie jak włosy i grube jak palce zmarszczki, bruzdy, wyżłobienia. Było to 
pokolenie, po którym już długo życie przeciągało swoje pługi i brony, które też pod jego 
chłodnym strumieniem przygasło, spowolniało, jednak czymś silnie tknięte, jeszcze zapłonąć i 
wybuchnąć mogło. Zapłonęło też i wybuchnęło przy wejściu Witolda. Mnóstwo rąk wyciągnęło 
się ku młodzieńcowi, dłoń jego chcąc uścisnąć i mnóstwo głosów razem mówiło: 
— My tu pana za pośrednika i orędownika naszego zaprosili! 
— Na sędzię! 
— Na jednacza! 
— Przez panów do króla, przez świętych do Boga, a przez syna do ojca... — zaczął Fabian. 
— Abyś pan nas osądził i na śmierć albo życie zadekretował — przebił go ktoś inny. 
— W jednym gnieździe niejednaki ptak się lęgnie; a choć ociec pański pokazuje się 
krzywdzicielem i gardzicielem naszym, pan nam pokazałeś się przyjacielem i bratem... 
— Z dobrym targ dobry! — huknął ktoś spod ściany. 
— To prawda! a jakże! Przed dobrym i upokorzyć się nie wstyd! — prawił Walenty 
Bohatyrowicz. 
A Apostoł żałośliwym głosem inne głosy przenosząc, nabożnie wołał: 
— Jezusa przed Bogiem Ojcem, a pana przed srogim sąsiadem za ubłagalnika mamy! 
Witold, zdziwiony zrazu, spoważniał i spochmurniał. Jednak wybiwszy się z tłumu żwawym 
ruchem na stole usiadł i z tej wysokości wszystkie ku niemu zwrócone twarze ogarniając, głośno 
przemówił: 
— Jestem! słucham was! Dziękuję, żeście mię zawołali... 
Płomię wystąpiło mu na czoło. Mimo woli rękę w górę podniósł. 
— I niech tak w przyszłości swojej doścignę, co ścigam, jak serdecznie was kocham i wszystko 
dla was uczynić gotów jestem! 
Wtedy kilkunastu ich na raz mówić zaczęło, ale Fabian po krótkich usiłowaniach ten chaos 
głosów uśmierzył i sam sprawę przedstawić podjął się. Była to sprawa dawna, początkiem 
swoim sięgająca końca młodzieńczych zapałów Benedykta Korczyńskiego, a złożona z mnóstwa 
drobnych uraz i zajść, jak z mnóstwa atomów składa się gruba chmura. Prawdą było — i Fabian 
nie zaprzeczał temu — że pan Korczyński niejeden raz słuszność miał za sobą i że niejeden raz od 
sąsiadów, wszelkimi niedostatkami trapionych, stawać mu się mogły krzywdy i ujmy. Ale na 
różne choroby są różne sposoby, zaś te, których pan Korczyński używał, po pas w biedę ich 
wtrącały i wielką gorzkością karmiły. O komarowe sadło każdego przed sądy ciągał, za kłosek 
snopem, a za snop kopą wynagradzać sobie każąc. A wiele razy chcieli i próbowali zgodnym 
słowem, dobrowolną umową te sporki zakańczać, nigdy do tego nie dopuszczał. I nie dla tej 
przyczyny nie dopuszczał, aby w procesach smak znajdował — bo wiedzieli dobrze, że sam jak 
na krzyżu rozpięty wyglądał, ale dla tej, że nadmiar już chciwym stał się, a najwięcej dla tej, że 
uboższymi gardził, prawie ich za ludzi nie mając... 
Tu Fabian, który dotąd więcej żałosnym niż rozgniewanym głosem przemawiał, rękę na 
kłębie oparł i wąsy najeżył. 
— Niechaj mnie darowanym będzie — zawołał — że przed synem na ojca to wypowiadam... ale 
w panu dobrodzieju jedyny ratunek obaczywszy, wszystkie skrytości serca otworzyć muszę. 
Srogi na twarzy jest pan Korczyński i język ma gruby... 
— Inaczej jak mruk do człowieka i nie zagada... — przebił ktoś drugi. 
Głosy zmieszały się znowu, zawrzały. 
— Złymi słowami siecze po duszy, gorzej niżby rózgami po ciele siekł!... 
— Jakby go język od dobrego słowa bolał... 
— A jednakowoż może być, że przygłaskaniem prędzej by nas zmusił swego dobra strzec 
niżeli biciem! 
Apostoł zza tłumu ramion i głów ciemnymi okularami pobłyskując wołał: 
— Z mułu i błota ziemskiego, rodzaju myśmy ludzkiego! 
Fabiana głos znowu przeniósł i przetrwał inne. 
— I mrówka ma swój gniew! — pot z czoła i policzków ocierając wołał. — I myśmy się już dla 
pana Korczyńskiego wszelakiej życzliwości pozbyli. Jakie: „Pomagaj Boże”, takie: „Bóg 
zapłać!” Wytoczyliśmy panu Korczyńskiemu wojnę i słuszności swojej pewność mieliśmy... 
Witold, w swobodnej zrazu postawie na stole siedząc i przez to nad otaczającymi go 
postaciami i głowami górując, teraz uczynił ruch niespokojny czy niecierpliwy. 
— Moi drodzy — zawołał — czegóż wy ode mnie chcecie? co ja na to poradzić mogę? Puśćcie 
mię stąd. 
Ze ściągniętymi brwiami zeskoczyć chciał z wysokiego siedzenia swego, ale otoczono go 
jeszcze ściślej, a Fabian i za ramię go pochwycił. 
— Bóg mię ubij na duszy i ciele, kiedy jednym słóweczkiem obrazić pana zamyślałem! — z 
przerażeniem wołał. 
Inni podnieśli proszące głosy, aby wysłuchał ich i ratował. Pozostał więc, ale ruchliwe rysy 
jego zmieniły wyraz. Z wesołego i niemal swawolnego młodzieńca, jakim był przed godziną, stał 
się chmurnym, skupionym w sobie, niemal ponurym. Słuchał jednak, a raczej z natężeniem 
wsłuchiwał się to w pojedyncze, przemawiające głosy, to w wybuchające co chwilę gwary. 
Pokazywano mu jakąś bardzo starą, zżółkłą i prawie spleśniałą mapę, którą Fabian na czyimś 
strychu w jakiejś spróchniałej skrzyni znalazł, a na której wyraźnie, jak dzień jasno stać miało, 
że wielki kawał wygonu, het, tam, takimi a takimi granicami objęty, nie do pana Korczyńskiego, 
ale do bohatyrowickiej okolicy należeć powinien. Ho, ho! Gdyby oni ten wygon kiedyś im widać 
zrabowany odebrali, dopiero by im życie słodkie nastało, a przy tym pokazaliby sąsiadowi, że 
podczas i mały komar wielkiego konia do krwi kąsa! Fabianowi o to ostatnie, zdaje się, więcej 
jeszcze chodziło niż o pierwsze. Sąsiadów do procesu werbował, ale nie zwerbował ich więcej 
jak dziesięciu. Ci za wszystkich plecy nastawili i pootwierali worki. Inszym łydki ze strachu 
drżały. Ale właśnie najodważniejsi najuboższymi byli. Procesując się w długi leźli. Adwokat — 
któż mógł wiedzieć, że był to oszust, skoro tak pięknie i rozumnie gadał? — pomyślny skutek 
zaprzysięgał, przez dwa lata jak krowy ich doił, aż na koniec terminu uchybił, apelacji w porę 
nie podał i wszystko przepadło. Ale nie koniec na tym; trzeba im jeszcze wielką sumę panu 
Korczyńskiemu wypłacić i to wprędce, bo już niejeden raz i nie przed jednym człowiekiem 
oświadczał, że ani godziny zwłoki nie udzieli, ani grosza nie daruje, a egzekucją, gdy tylko czas 
przyjdzie, bez miłosierdzia cisnąć będzie. Czas zaś jest bliski; najdalej za dwa tygodnie 
egzekucja nastąpi, a razem z nią już chyba skończenie świata, bo żeby nie wiadomo jak starali 
się, takich wielkich pieniędzy w dziesięciu nie zbiorą i nigdzie nie znajdą. Więc i w nich teraz 
strach uderzył; rozpoznali, że zagrzęźli w gąszcz nieprzeniknioną i że nijakiego dla nich ratunku 
nie ma oprócz upokorzenia się i prośby o zmiłowanie. Teraz ten i ów z płaczem mówił. Fabian 
także nie tylko już pot z twarzy ocierał. Znowu w ten sam cienki i żałośliwy ton wpadł, jakim 
dziś z rana błogosławił do ślubu córkę. 
— Bogiem Ojcem świadczę się — wołał — że gorzko mnie jest na starość Łazarzem u 
bogaczowego progu żebrzącym zostawać! Na swoją biedę może bym oczy zmrużył, ale cudze 
łzy na sumieniu nosić zbyt ciężko. Cóż mam nieszczęśliwy robić? Gryźć rzemień — darmo! 
Przyszła potrzeba w pokorę uderzyć i syna rodzonego prosić, aby przed swoim ojcem naszym 
orędownikiem został... 
Tu rozpłakał się już rzewnie, ale wstydził się tej słabości, więc chustką pot i łzy po twarzy 
rozmazując przerywanym głosem uniewinniał się: 
— Płacz utrapionemu nie grzech... I pies wyje, kiedy smętny... 
Apostoł zaś wołał: 
— Przyjdzie Chrystus sądzić biednych i bogatych, żywych i umarłych... 
Z tłumu wyosobnił się nieco wysoki, chudy, z czarnymi, obwisłymi wąsami Walenty. Na 
twarzy jego zoranej i bladej wyraz jakby długiego męczeństwa mieszał się z nieograniczoną, 
cichą cierpliwością. Z cicha, spokojnie mówił, że siedmioro dzieci wyhodował, córki wyposażał, 
dla synów guwernera przez lat kilka wspólnie z sąsiadami najmował, aby choć czytać i pisać 
umieli. Niełatwoż przyszło z dziesięciomorgowego grunciku wszystko to wydmuchać! Piersi 
sobie pracą nadwerężył, że dla ciężkiego oddechu trudno mu już za pługiem chodzić. Było 
jednak, jak było. Bóg nie opuszczał, a ludzie prawie i nie słyszeli o nim, tak spokojnie w swoim 
zaciszku siedział h o r uąi za wszystko Bogu dziękując. I choć od pana Korczyńskiego, tak 
samo jak inni, niejeden raz złe słowo usłyszał, zniósł to cierpliwie i milcząc, jak ubogiemu przed 
wielmożnym przystało. Ale oto na starość zgłupiał. Namówiony, do procesu wlazł. Co teraz 
nastąpi? — nie wie. Pewno przyjdzie gruncik sprzedać, długi pozapłacać i pod kościół z torbą 
pójść. Wola boska! Niech i tak będzie! Gdyby jednak pan Korczyński zgodził się poczekać, 
wypłatę na dłuższy czas rozłożyć, może by jeszcze przy pomocy jednego z zięciów, nie bardzo 
biednego człowieka, i wyratował się... A żąda tego, bardzo żąda, bo każdemu miło myśleć, że 
zamknie oczy tam, gdzie je na ten świat otworzył, gdzie też jego dziady i przeddziady... 
Nie mógł dokończyć. Łzy toczyły się po spokojnej przecież, niezmącenie cierpliwej jego 
twarzy, a ręce chude, jak ziemia ciemne, mozolami* i dziwnymi jakimiś garbami okryte, zacierał 
i ściskał tak, że aż stawy w palcach trzeszczały. Witold pochylił się nagle i te biedne, 
spracowane, zrozpaczone ręce mocno w swoich ścisnął. Ale wnet inni ich rozdzielili, prośby swe 
przekładając. Niechby pan Korczyński kontentował się tym, że proces wygrał, a tą karą, na którą 
ich sąd zadekretował, do reszty ich nie zarzynał. Jeżeli zaś tak już nadmiar pieniędzy tych 
pożąda, to niech przynajmniej folgę jaką da, czasu popuści, żeby i swoje odebrać, i ludzi nie 
pomarnować! Ktoś ze zniechęceniem ręką rzucił: 
— Daremne gadanie! Pan Korczyński tego nie uczyni. A co jego nasza pomyślność czy nasze 
zmarnowanie się obchodzi? 
— Owszem! Barania śmierć, wilcza stypa! — z goryczą zaśmiał się ktoś u ściany stojący. 
— Trzy rzeczy są na świecie najgorsze — z grzmotowym śmiechem wtrącił się Starzyński — 
wesz za kołnierzem, wilk w oborze i chciwy sąsiad za miedzą! 
— Królowa Saba przed Salomonem przepowiadała, że szatan, zaraziciel dusz ludzkich, 
królestwo łakomstwa na ten świat sprowadzi! — żałośliwie wołał Apostoł. 
Teraz jednak Strzałkowski, ów poważny człowiek w samodziałowej siermiędze i z myślącą 
twarzą, za stołem siedząc, powoli, z zastanowieniem, ale dobitnie mówić zaczął: 
— Do mnie ani do mojej okolicy ten interes wcale nie należy, ale tak samo, jak Bohatyrowicze, 
w bliskim sąsiedztwie pana Korczyńskiego mieszkając, niejeden raz parzyłem się przy tym 
samym ogniu i sadzę od niego padającą na sobie niosłem. Jednakże ja tak mówię: żeby pan 
Korczyński po ludzku i po bratersku z nami żył i postępował, może by i sam na takiej kalkulacji 
lepiej wychodził, może by z tego i spólna korzyść wynikała. Bo ja tak mówię: u pana 
Korczyńskiego dużo ziemni, a u nas dużo rąk; u pana Korczyńskiego większy rozum, a u nas 
większa siła. Jednego on z nami rzemiosła człowiek i tyle tylko, że u niego warsztat wielki, a u 
nas maleńkie. Więc ja tak mówię: nijak być nie może, aby ręce nie przydały się ziemi, a ziemia 
rękom, albo żeby rozum nie potrzebował siły, a znów siła rozumu; albo też aby jednego 
rzemiosła ludziom nigdy już wcale nie przychodziło spólnie pogadać i pomyśleć, i poratować się 
w potrzebie. Tedy ja tak mówię... 
Ale nie pozwolono mu dokończyć. Słowa poważnego sąsiada, jakkolwiek do najmniej 
zamożnych należącego — co i po ubraniu jego poznać można było — nie tylko podobały się 
zgromadzonym, ale gdy byli już aż do płaczu rozżaleni i na sercu upadli, obudziły w nich znowu 
ambicję i wiarę w siebie. 
— A pewno! a jakże! a tak jest! ze wszech stron wołano. — Nie zawsze umierać, kiedy tłuką 
falą! i my, chwała Bogu, żyjem, choć nas wszelakie biedy i niedostatki gniotą. Z umarłego tylko 
nijakiej już korzyści osiągnąć nie można, a u żywego trzeba jej tylko poszukać. Raz pan 
Korczyński na całe pole i przed gromadą ludzi od próżniaków i hultajów nas łajał, kiedy w 
gorący czas robotnika znaleźć nie mógł, a my w najem do niego iść nie zechcieli. Pewno! 
naturalnie! a jakże! Cudzemu, a do tego i gardzicielowi, ciał naszych i dzieci naszych ani na 
jeden dzień w niewolę nie zaprzedamy i na pańskie ubligi albo, broń Boże, i ekonomskie 
popychanie dobrowolnie wystawiać się nie będziem. Lepiej już głód cierpieć i w zgniłych 
chatach mieszkać, niżeli w egipską niewolę za marny pieniądz iść! Ale gdybyśmy w panu 
Korczyńskim nie cudzego i nie gardziciela, ale przyjaciela i opiekuna naszego obaczyli, gdyby 
każdy mógł zaprzysiąc, że na jego polu obchodzenia się ludzkiego dozna, ho! ho!... 
Tu kilkanaście głosów zaśmiało się grubo i triumfująco: 
— Zobaczyłby podtenczas pan Korczyński, czy my próżniaki i hultaje! I niemnowej wodzie 
płynąć nie łatwiej, jakby łatwo gospodarstwo jego płynęło. Ot, te same kawalery i panny, co 
teraz w gumnie hulają i na Niemnie pieśni wywodzą, nieleniwie by około jego dobra chodzili, a 
jakby przez to jeden i drugi grosz z jego kieszeni na nas kapnął, toby i spólny dorobek, i spólna 
uciecha z tego wyniknęła. Alboż te kawałki ziemi, co u niego tak jak prawie marnują się, bo ani 
ich ugnoić, ani jak potrzeba zasiać niesilny! Oni by je chciwie w długoletnie dzierżawy brali, 
synów swoich rozsadzaliby na tych dzierżawkach, dobroczyńcę swego błogosławiąc i wiernie 
jemu według kontraktów uiszczając się. On mrze na pieniądze, bo ma długi i wielkie ekspensy; 
oni głód wielki na ziemię cierpią, bo małe grunciki, a wiele dzieci mają. Obydwom tedy stronom 
dogodziłby taki kompromis i Bóg to wie! może też obydwie od ostatniego zginienia wyratował. 
Bo i pan Korczyński nie jak w raju na tym świecie żyje i nie nadmiar mocno na Korczynie jest 
ufundowany. Ludziom gąb nie pozatykać: gadają! 
I wiele jeszcze różnych uwag i wniosków czynili do młodego słuchacza swego i, jak go 
nazwali, sędzi się zwracając, a zawsze kończąc wyrażeniem wątpliwości, aby właściciel 
Korczyna zechciał przychylić się do ich próśb i żądań i inaczej na nich niżeli wilk na barany albo 
król na niewolniki swoje spoglądać. 
— A ja tak mówię — raz jeszcze z zastanowieniem odezwał się poważny Strzałkowski — niechaj 
głowa nie mówi nogom, że jej niepotrzebne. Jak nędznemu, tak też i bogatemu lepiej nie 
samemu! 
A Apostoł przemawiał: 
— Anieli chcący nad inszych głowy podnieść ze wszystkim upadli! 
Teraz z pierwszego uniesienia ochłonąwszy do zwykłej powolności mowy i ruchów wracać 
zaczęli. Przycichły głosy, uspokoiły się rozmachane raniona. Wielu z tych, którzy środek 
świetlicy tłumem ruchliwym napełniali, w medytacyjnych postawach na zydlach i stołkach 
zasiadło. Policzki na dłoniach poopierali, głowami wstrząsali, ten i ów rozwodził się jeszcze nad 
wszelakimi trudnościami ogólnego ich położenia. Jednemu Fabianowi trudno było do 
równowagi ducha powrócić i językowi milczenie nakazać. Do najbystrzejszych przy tym należąc 
niektóre rzeczy, dla wielu innych obce lub zapomniane; rozumiał. Na brzegu stoła przysiadł, 
ramiona skrzyżował, głowę na pierś zwiesił i w tej melancholijnej postawie, powolniej niż 
wprzódy, lecz długo jeszcze prawił: 
— Żebyż to my onegdaj srokom spod ogonów powylatywali albo żeby ten, który pokazuje się 
nieprzyjacielem naszym, wczoraj z dopustu bożego od końca świata przybył, nie taką 
czulibyśmy gorzkość. Cudzy, to cudzy! Ale my tutaj więcej prawie jak trzysta lat siedzimy, a 
panowie Korczyńscy może półtorasta Korczyn w swoim rodzie trzymają. Jeden Bóg naszym 
ojcem i jedna ziemia matką. Tedy gorsze my niż zwierzęta: bo i między zwierzętami swój swego 
zna. Wilk wilka nie pożera i kruk krukowi oczów nie wydziobuje... 
Ktoś zza stołu przerwał: 
— Kto komu teraz swój? 
Walenty Bohatyrowicz powoli zawtórował: 
— A ma się rozumieć! Nieboszczyk pan Andrzej to był swój! 
— A jakże! — ozwały się westchnienia i głosy — jak jego nie stało, ojca i przewodnika nam nie 
stało. Krótko on żył na świecie, ale wiele dobrego zrobił, a bez niego my jak barany na rzeź 
odłączone zostali. Ni do kogo przytulić się, ni od kogo rady i światłości zaczerpnąć nie mamy. 
Zewsząd otoczyły nas granice, których przestąpić nam nie wolno, i znikąd nie spodziewamy się 
rady, jak w tym ścisku i ograniczeniu ratować się i postępować. Podczas już myśli takie nas 
nachodzą, że wnuki albo może i dzieci nasze, jak jeszcze troszkę rozmnożą się, wszystko 
porzucą, na koniec świata pójdą chleba szukać, bo tu już go dla nich nie wystarczy. Już tylko o 
dusze nasze nieśmiertelne przed Panem Bogiem ubijać się nam trzeba, aby na psie nie zeszły. 
Niejeden raz i przy każdej okazji my od pana Korczyńskiego słyszeli, że nadmiar głupi jesteśmy, 
to znów od szkodników i złodziejów on nas wyzywał. Może to nie ze wszystkim prawda, ale 
może trochę i prawda. Jednak winnymi się nie sądzim, bo i mądry zrobi się głupi, gdy go bieda 
złupi, a każdemu już wiadomo, że muchy gęściej na wrzodach siadać lubią jak na zdrowym 
ciele. 
Jak wprzódy hałas i wrzawa przemieniły się w szmer głosów rozważnie i z wolna ciekących, 
tak teraz szmer ten roztapiał się w milczenie. Fala uczuć, oburzeniem i trwogą wzdęta, opadała 
coraz cichszymi i nieśmielszymi skargami, aż na powrót do tych serc, zawsze cierpliwych, 
wróciła i umilkła. Twarze ochłodły i oschły z potu, nie pozbywając się przecież ani jednej ze 
swoich niezliczonych bruzd i zmarszczek; ręce na kolana popadały lub na stołach posplatane, od 
okrywającego je białego płótna jak grudy ziemi lub kromki razowego chleba odbijały. Fabian 
nawet ucichł i tylko ciężko dysząc, ze zjeżoną kępą wąsów, od czasu do czasu pomrukiwał: 
— Nie cudzy my tu... nie z końca świata przybłędy... nie sroce spod ogona wczoraj 
wyskoczyli... Więcej niż trzysta lat pomnik naszych fundatorów na tej ziemi stoi... więcej niż 
trzysta lat, z ojca na syna, my tę ziemię rękoma naszymi drapiem i potem swoim zlewamy!... 
Włości nijakich my nigdy nie mieli i nikogo nie gnietli i nie ssali. Dla jakiejże przyczyny teraz 
marnie ginąć i przepadać nam wypadło? Dzieci nasze pod tymi grudkami ziemi, których 
powiększyć nie jesteśmy silni, jak głodne robaki nie w czas poginą, a wnuki, z dopustu bożego, 
chyba już na psy zejdą... ród nasz jak woda z góry do głębokiego rowu z tego miejsca spłynie i 
pamięć o tym, że my tu kiedy żyli, przepadnie... 
Przez otwarte okna wlatywał do świetlicy szelest topoli, a z daleka, zza wiszącego nad wodą 
księżyca i w wodzie stojącej kolumny złotej przypływała chóralna, poważna, polonezowa nuta: 
A gdy pomrzemy, a gdy pomrzemy, 
Każemy sobie, 
Złotne litery, złotne litery 
Wyryć na grobie! 
IV 
W obszernym domu korczyńskim paliły się tylko dwa światła: jedno w buduarze pani Emilii, 
drugie w gabinecie Benedykta. Wielki salon i większa jeszcze sala jadalna pogrążonymi były w 
ciemności, którą rozpraszać zaczynało niepewne jeszcze, tu i ówdzie na okna i na posadzkę 
kładnące się światło księżyca. W tym półzmroku rozlegały się ciężkie, nieustanne kroki. Ktoś 
przechadzał się po salonie tam i na powrót, w głębokim znać zamyśleniu. Zamyślenie to czuć 
było w miarowym, monotonnym stąpaniu przechadzającego się człowieka, a ile razy mijając 
jedno z okien wchodził on w słup księżycowego światła, ukazywała się w nim na chwilę i wnet 
znowu mieszała się z ciemnością postać jego wysoka, ciężka, z pochyloną głową, założonymi w 
tył rękoma, zwisającymi na pierś wąsami, tak samotna, jak gdyby pokój ten był pustynią a on 
jedynym jej mieszkańcem. Jednak za zamkniętymi drzwiami nieustannym jego krokom 
wtórował nieustannie też dźwięczący, przyjemny i delikatny głosik niewieści. Tam, w buduarze 
oklejonym papierem w polne kwiatki, kobieta biała, cicha, cierpiąca, w białym negliżu, wpółleżąc 
na pąsowym szezlongu, przy świetle lampy coś bardzo misternego wyrabiała szydełkiem z 
włóczki i jedwabiu. Druga zaś kobieta, również delikatna, ale mniej piękna i strojna, a więcej 
zwiędła, z plastrem okrywającym dolną szczękę, śnieżną i łabędzich kształtów szyję wyciągała 
nad książką, z której głośno czytała francuskie podróże po przylądku amerykańskim, 
zamieszkiwanym przez lud Eskimosów. Jedna czytała, druga słuchała o krainie lodów, fok, 
reniferów, chałup ze śniegu, zórz północnych, podbiegunowych nieskończonych nocy. Czasem 
przerywały sobie czytanie zamienianymi pytaniami i uwagami. Ręce z szydełkiem na kolana 
opuszczając, jedna z nich zapytywała: 
— Jak myślisz, Tereniu: czy wśród Eskimosów istnieje prawdziwa, gorąca, poetyczną miłość? 
Teresa nie odpowiedziała. Zamyśliła się głęboko. Z łabędzią szyją, pod światło lampy 
wyciągniętą, końcami palców dotykała bolącej i leczniczym plastrem oblepionej szczęki. 
Erotyczne tęsknoty i marzenia dreszczami przebiegały wątłe ciała dwu tych kobiet i twarze ich 
okrywały wyrazem cierpienia. 
— Czytaj dalej, Tereniu... 
Czytała dalej, ale po kwadransie znowu czytanie przerwać musiała. Za oknem, kędyś z dołu, 
podniósł się wielki, poważny, chóralny śpiew. Pani Emilia od stóp do głowy zadrżała. Przelękła 
się. Z rozszerzonymi nieco od przestrachu źrenicami zapytywała: 
— Co to? co to znaczy? co to być może? 
Teresa, chociaż także drgnęła nerwowo, wkrótce domyśliła się prawdy i towarzyszkę 
uspokoiła. Były to pewno śpiewy tych ludzi, którzy zjechali się na wesele, na które poszła panna 
służąca, Zofia. 
— Nieznośni! czytać nam przeszkadzają! O, co za hałas! Moja Tereniu, każ zamknąć 
okiennice i zapuścić sztorę! 
Po dwóch minutach okiennica była zamkniętą i gruba sztora zapuszczoną; do zamkniętego 
szczelnie buduaru żaden już prawie odgłos z zewnątrz nie dochodził, a przy głośnym czytaniu 
Teresy, od ściany do ściany i od podłogi do sufitu, wśród zmieszanych woni perfum i lekarstw, 
napełniły go obrazy niezmierzonych lodowców, nieskończonych nocy, jaskrawych zórz 
północnych, fok, reniferów i chałup ze śniegu. 
Ale po pustym salonie przechadzający się człowiek przy dolatujących z dołu pierwszych 
dźwiękach chóralnej pieśni stanął jak wryty. Stanął w zupełnie ciemnym punkcie salonu, tak że 
go wcale widać nie było, i stał dość długo. Zapewne słuchał. Może nawet słuch natężał i 
pochwytywał słowa pieśni. 
Szumiała dąbrowa, wojacy jechali... 
Znowu chodzić zaczął. O, jak to dawno, dawno było, kiedy te dźwięki i te słowa o jego 
młode, świeże, gorące serce... 
Stanął znowu. 
Nie było, nie było, 
Matko, szczęścia tobie... 
Z ciemnego punktu salonu wydobyło się i nad ścielącymi się po posadzce smugami księżyca 
popłynęło długie westchnienie: 
— Nie było szczęścia... o, tak, nie było szczęścia... 
Wszystko się zmieniło, 
A twa dziatwa w grobie! 
Wyszedł z ciemności i przez pas światła przechodząc półgłosem powtórzył: 
— W grobie! gdybyż wszyscy... w grobie! 
Nie mógł słuchać. Nie mógł dłużej słuchać tych dźwięków i słów, które wzbijając się spod 
stóp wysokiej góry zdawały się spływać z promiennego szczytu jego życia, z dawno 
opuszczonego szczytu jego świeżej, górnej, gorącej młodości... 
Ciężkim, ciągle miarowym, choć przyśpieszonym nieco krokiem przebył sień zupełnie 
ciemną, salę jadalną, do której zaglądał księżyc, i wszedł do gabinetu oświetlonego palącą się na 
biurku lampą. Pokój ten był nie tylko pracownią, ale zarazem sypialnią i rzecz dziwna! zarówno 
jak przeciwek Anzelma, przypominał klasztorną celę. Jak tam, tak i tu czuć było życie twarde, 
samotne, z miękkich wybredności i wesołych uciech odarte. Oprócz żelaznego łóżka ze szczupłą 
pościelą i pięknym niegdyś, lecz starym dywanem, wielkiego biurka, kilku krzeseł i starej szafy 
po brzegi księgami gospodarskimi napełnionej, nic tu więcej nie było. Na ścianach tylko wisiało 
kilka rodzinnych fotografii i para strzelb pośród niedźwiedziej skóry skrzyżowanych. Przez 
wpółotwarte okno do pokoju tego naleciało mnóstwo białych nadniemeńskich motylków, 
wzbijało się pod sufit, krążyło dokoła lampy i z rozpiętymi, krepowymi skrzydły padało na 
okrywające biurko księgi i papiery. Benedykt usiadł przed biurkiem i wpatrzył się w te śnieżne, 
skrzydlate stworzonka. Coś mu one przypominały: jakiś moment bardzo odległy, lecz 
niezmiernie ważny, jakiś w życiu jego punkt zwrotny... Niegdyś, dawno temu, był wieczór 
bardzo do tego podobny, równie ciężki i ponury. Te motylki, tak samo jak teraz, kręciły się koło 
lampy i na rachunkowe książki padały... On coś wtedy postanawiał, i postanowienia nie dokonał, 
coś miał uczynić, i nie uczynił... Co to było? Brat... syn... A! brat! Wyciągnął rękę i spod 
przycisku wyjął list, już przeczytany, lecz który po raz drugi chciał przeczytać. I wtenczas było 
tak samo. Wyjmował spod przycisku list brata i czytał go, zastanawiał się nad zawartymi w nim 
radami. Potem już zaledwie kilka razy przez lat kilkanaście zamieniali się listami, i to tamten 
zawsze odzywał się pierwszy, on zaś odpowiadał czasem po paru latach, krótko, zimno... Bo po 
cóż? Dziś znowu list od Dominika otrzymał i miał takie uczucie, jak gdyby każdy jego wyraz 
spadł mu na serce ciężkim kamieniem, a w serce piekącą łzą. Już zdawało mu się nieraz, że tylko 
tyle o bracie pamięta, ile o każdym, najobojętniejszym i bardzo dawno spotykanym człowieku, 
że wcale on dla niego nie istnieje. Jednak dziś znowu się przekonał, że tak nie było. Swoja krew, 
swój ból, swoja hańba! Nic nie pomoże. Całą godzinę po salonie chodził, z myślami i 
wspomnieniami bił się, oburzał się, żółcią pluł, a teraz znowu ten list przeklęty spod przycisku 
wyjął i czytać zaczął, tak zupełnie jakby rozkosz ostrą i podniecającą w męczeniu samego siebie 
znajdował: 
Kochany bracie, 
Zdaje się, że już ze trzy lata od ciebie wiadomości nie miałem; na ostatnie moje p i s m o nie 
zaszczyciłeś mnie odpowiedzią. Ja jednak piszę, aby r o z d z i e l i ć z tobą moją radość, z 
dwóch przyczyn wynikającą. Pierwsza przyczyna ta, że już, chwała Bogu, jestem od roku tajnym 
sowietnikiem*, a jeżeli Bóg życia przedłużyć raczy, może mnie kiedy i z k r z e s ł e m w s e n a
ie p o w i n s z ue s z.a k i ey tam nie by ł y twoje przesądy iuprzedzenia, zawsze 
to miło mieć brata senatora, a tymczasem i tajny sowietnik wstydu tobie nie robi. Przy tym na 
wypadek jakiego nieszczęścia czy ważnego interesu dobrze wiedzieć, że w swoim rodzonym 
bracie masz dobre plecy. Ot tak, powiodło się mnie na służbie, za co dla naszego ojca wieczną 
mam wdzięczność, bo gdybym w uniwersytecie nie był i nauki nie miał, nigdy bym do tego 
stopnia, na którym teraz stoję, nie doszedł... 
Benedykt ręce z listem na kalana opuścił; gorzki uśmiech błądził mu pod długimi wąsami, 
oczy szklisto wpatrywały się w przestrzeń. Może przez wyobraźnię wywołana stała przed nim 
postać ojca, której zapytywał: 
— Czy w tym celu?... czy dla takiego rezultatu? Czyś mógł przewidzieć... spodziewać się?... 
Jeżeli z tamtego świata patrzysz... Widzisz... czy Stwórcy za nieśmiertelność dziękujesz? 
Drugą przyczyną radości Dominika, którą dzielił się z dawno nie widzianym bratem, było 
świetne wydanie za mąż najstarszej córki. Za pułkownika wyszła. Dla panny bez posagu była to 
partia świetna. Jakkolwiek bowiem powodziło mu się na służbie, funduszu nie zebrał i córce 
posagu żadnego dać nie mógł. Wyprawił jej tylko wesele świetne, którego opis zajmował całą 
stronicę listu. Jeden książę, dwóch baronów i czterech jenerałów wesele to zaszczyciło. Zresztą, 
zięć jego sam za lat kilka pewno jenerałem zostanie. Co się tyczy dwóch jego synów, to jeden 
był jeszcze małym, a drugi starszy, kształcił się w szkole wojennej, wielki do wojskowości 
pociąg czując. Potem kilkanaście wierszy listu zajmował opis zabaw i przyjemności, które przez 
ostatnią zimę napełniały stolicę. Włoska opera była szczytem doskonałości, a kilka balów 
przewyższyło przepychem wszystkie dotąd widziane... 
Nie dokończywszy czytania Benedykt rzucił list na biurko. Jak te motylki fruwają, fruwają 
dokoła lampy i na rachunkowe księgi padają! Rzeźwy wiatr wnika przez wpółotwarte okno. W 
domu i w sercu cicho, ciemno, ponuro. Kiedy to był taki sam wieczór? A! po owej rozmowie z 
żoną, w altanie. Pamięta. Wtedy po raz pierwszy dokładnie rozpoznał ten słodki egoizm i tę 
wdzięku pełną niedołężność ciała i ducha. Wtedy też powiedział sobie, że nie ma już żadnego 
brata. Trzech ich było, on jeden pozostał. Cóż? Wszędzie to samo. Z trzech, a gdzieniegdzie i z 
dziesięciu, niekoniecznie braci, ale rówieśników, przyjaciół, jeden pozostał. Zupełnie tak, jakby 
z kogoś wyciekł strumień krwi, a tylko tu i ówdzie pozostałe jej krople tułały się po żyłach z 
osobna, skurczone, skrzepłe... Ale co stało się wtedy, owego wieczora, który do dzisiejszego tak 
był podobnym? Coś go wtedy pocieszyło, podźwignęło... do tego miejsca przykuło... Syn! I jak 
obraz ze zmroku na jasny dzień wysunięty stanął przed nim wyraźny, doskonale widzialny 
moment dalekiej przeszłości. Otworzyły się drzwi pokoju, wbiegła przez nie istota ludzka 
młodziutka, swawolna, skacząca i ze szczebiotem, z pieszczotą wskoczyła mu na kolana. Drobne 
ramiona objęły jego szyję, niewinne oczy zajrzały w posępne źrenice, świeże, dziecięce usta 
pocałunkami rozgładziły wszystkie zmarszczki i wszystkie chmury pozdejmowały mu z twarzy. 
„Widziu! Kochasz ty Niemen? lubisz ty te motylki? lubisz ten bór za Niemnem, w którego 
głębi, w cieniu jodeł, zapomniany i nieuczczony twój stryj usypia snem wiecznym?” 
Dziecko już wtenczas to wszystko kochało, a on, pokusy i rady gdzie indziej go wabiące 
odepchnąwszy, wziął znowu krzyż swój na barki i — jeden z trzech — tu pozostał... 
Co to? Spieszne kroki ozwały się w przyległym pokoju, otworzyły się drzwi — te same, co 
wówczas — do gabinetu wbiegł zgrabny, wysmukły, młody człowiek. Znowu on! tylko dorosły 
teraz i tak dojrzały, jakby każdy rok przez niego przeżyty w widokach i wrażeniach życia, na 
kształt ziarna w sokach ziemi, rósł nad miarę i nabrzmiewał. Przez pokój przyległy biegł, ale u 
drzwi gabinetu zatrzymał się i prędko oddychając, chustką powiódł po rozognionej i spotniałej 
twarzy. Przybywał widać z miejsca napełnionego upałem i ściskiem, a gdy twarz odsłonił, 
zdawać się mogło, że było ono także miejscem męczarni. Niewysłowiona męka biła mu z oczu i 
zmarszczkami występowała na czoło. Benedykt żywy ruch na fotelu uczynił, naprzód się podał. 
— Witold! 
Wejście syna było dla ojca niespodzianką. 
— A co? skąd przychodzisz? czegożeś taki rozgrzany i zmęczony? 
Młody człowiek nie odpowiadając naprzód postąpił i przed ojcowskim biurkiem stanął. 
— Mój ojcze... 
Zawahał się, oczy spuścił i po kilku sekundach dopiero, zwykłym sobie ruchem determinacji 
ręce w tył zakładając, z cicha dokończył: 
— Przychodzę, mój ojcze, z ustami i sercem pełnymi... skarg! 
— Na kogo? czyich? — zapytał Benedykt. 
— Ludzkich... na ciebie, ojcze! 
Benedykt oczami błysnął. 
— Na mnie, cóż? Czy kogo na drodze zrabowałem albo czyje dziecko na śniadanie zjadłem? 
— Na wszystko cię błagam, ojcze — zawołał Witold — porzuć ten ton drwiący i rozjątrzony, z 
jakim przemawiasz, ilekroć pewnych stron życia, dla mnie nad życie droższych, dotykamy!... 
Młody jestem, to prawda... lecz cóżem winien temu, że natura zamiast serca nie włożyła mi w 
piersi busoli z igłą zwróconą ku drodze użycia, zysków i... świetnej kariery. 
Wzrok Benedykta przemknął po leżącym na biurku liście Dominika, jakby go ku niemu 
ostatnie wyrazy syna pociągnęły. 
— No dobrze — zaczął — czyż ja kiedy tego pragnąłem, czyż wymagam od ciebie, abyś bił 
pokłony złotym cielcom? Czego chcesz? 
— Dla siebie, ojcze, nic nie chcę, dla ludzi... wiele! 
— Androny! — krzyknął Benedykt i żywo podnosząc się z fotelu, z płomieniem w oczach, z 
brwią namarszczoną mówił, a raczej wołał dalej: — Wiem, gdzie byłeś! domyślam się, co ci tam 
nagadali! Skarżą się, że dobro ich zagrabiłem, że ich ze skóry obdzieram, prawda? 
— Tak, ojcze! 
— Czekajże więc! 
Z tymi słowami ku szafie się rzucił, spory zwój papierów z niej wyjął i do biurka wracając, 
mówił: 
— Popatrz i przeczytaj! Musisz popatrzeć i przeczytać! Musisz przekonać się, że ten kawał 
ziemi, o który mi oni proces wytoczyli, do Korczyna zawsze należał... Musisz zawstydzić się za 
posądzenie, że twój ojciec kogokolwiek okradać chce... Do tego jeszcze nie doszedłem... Nie! 
Jakimkolwiek jestem, do tego jeszcze nie doszedłem... Musisz zawstydzić się!... 
Gdy plan Korczyna na biurku rozkładał, wielkie ręce jego drżały, ale hamując się długo, po 
planie palcem wodził, ze starych dokumentów wyjątki czytał, mówił, dowodził. Potem prostując 
się i wzrok na syna podnosząc zapytał: 
— Cóż? wstydzisz się teraz? a? 
— Nie, ojcze! — odparł Witold. 
— Jak to? nie przekonałem cię? 
— I wprzódy przekonany byłem, że myśl nawet o przywłaszczeniu sobie cudzej własności 
przejść ci, mój ojcze, przez głowę nie mogła... 
— Więc cóż? więc o co chodzi? więc czyjaż w tej sprawie wina? 
Witold ręce w tył założył i śmiałymi oczami pałający wzrok ojca spotykając odpowiedział: 
— Twoja, ojcze! 
— Facecja! — wybuchnął Benedykt. — Oni, jak tabaka w rogu ciemni, wierzą każdemu 
pokątnemu doradcy, który z nich sobie trzodę dojnych krów chce uczynić; oni na każdym kroku 
wyrządzają mi psoty i szkody... 
— Przebacz, ojcze — przerwał Witold — dlaczego oni ciemni jak w rogu? dlaczego chciwością 
pazerni? dlaczego nieprzyjaźni?... Czy niczyjej, niczyjej winy w tym nie ma, tylko ich jednych? 
Czy treść tych zapytań, czy szczególny dźwięk głosu syna tak uderzyły Benedykta, że umilkł, 
z ciężkim westchnieniem rzucił się na fotel i wahającym się głosem przemówił: 
— Dlaczego? dlaczego? Ha! gdybyż to można było wszystkie czarne mary i ciężkie plagi życia 
zapytywać: skąd? za co? dlaczego? 
— My je zapytujemy — podchwycił Witold — tak, mój ojcze, całą siłą umysłów i serc naszych 
zapytujemy, a one czasem nam odpowiadają! Ta, o której teraz mówimy, odpowiada: „Zrodziły 
mię omamienia i nienawiści wieków; zagłada moja w świetle i w miłości”... 
Teraz wszystko, co uzbierał z książek i od ludzi, wszystko, co włożyła w niego natura, a 
rozjaśniła i potwierdziła nauka, wylewać mu się zaczęło z ust wymownych i drżących. W 
szerokich zarysach kreślił demokratyczne idee i teorie, od których urzeczywistnienia, zdawało 
się mu, zależy skrzepnienie i odrodzenie narodów, jego narodu nade wszystko. Podporę dla 
najwyższych myśli i podbojów, na które w ciężkiej, wiekowej pracy zdobyła się ludzkość — a 
którymi u szczytów miotały podmuchy chciwości i okrucieństwa — ratunek dla krwawych 
cierpień, które lasem rąk do nieba o pomstę wyciągniętych wyrastały z gruntu oranego przez 
złość i przemoc, widział on w ludzkim zrównaniu się i zbrataniu, w ukuciu spójnego łańcucha z 
ogniw, dotąd przez pychę, zawiść, chciwość, niewiedzę z sobą rozdzielanych. Od abstrakcji 
mających dla niego urok taki, że mówiąc o nich wyglądał jak człowiek w niebo zbawienia 
zapatrzony, niespokojnie przebiegł do powszedniej, palącej go rzeczywistości, opowiadał 
wszystko, co widział i słyszał tam, skąd przybył, powtarzał prośby, z którymi go tu przysłano, 
skargi i obwinienia, które szumiały mu jeszcze w uszach i paliły serce. 
Benedykt nie przerywał już, milczał, a biegły chyba znawca dusz mógłby odgadnąć, jakie 
uczucia zapalczywa mowa młodzieńca budziła w jego przedwcześnie uwiędłej duszy. W fotelu 
zagłębiony, przygarbionymi trochę plecami do poręczy jego jakby przyrósł; od bledszej niż 
zwykle i w tysiąc zmarszczek połamanej twarzy długie wąsy nieruchomo na pierś mu zwisały; 
oczy jego czasem mąciły się aż do dna i powieki na nie opuszczał, to znowu podnosił je i 
namiętne płomienie na syna z piwnych źrenic ciskał. Jak grób milczał i jak w grobie odbywały 
się w nim rzeczy posępne i tajemnicze. Czy przejmujące go z kolei uczucia były wstydem, żalem 
lub gniewem — to pewno, że cierpiał, a cierpiąc czuł jednak, że z obfitych i gorących słów syna 
powstawała i o pierś mu uderzała jakaś fala błękitna, śpiewna, niegdyś mu dobrze znana, lecz 
przez życie pochłonięta, a teraz niby z przepaści życia ku niemu powracająca. Z daleka, bardzo z 
daleka dochodziły tu jeszcze urywane nuty starych pieśni nad osrebrzoną powierzchnią Niemna 
chórem śpiewanych; u okna białe motylki z lekkim stukiem na biurko padały, krepowymi 
skrzydłami o księgi rachunkowe i rozłożony plan Korczyna trwożliwie bijąc. Rzucał na nie 
czasem wzrokiem i spotykał nim także ku brzegowi biurka odrzucony i szeroko rozwarty list 
Dominika. Ilekroć spojrzenie po tym liście przesunął, tylekroć usta, mające już gwałtownym 
słowem wybuchnąć, zamknął, zmącony wzrok ku ziemi spuścił i znowu milcząc, coraz pilniej, z 
coraz boleśniejszym prawie wytężeniem wsłuchiwał się w mowę syna. Witold bardzo blady, z 
drżącymi rysami, przytłumionym głosem mówił: 
— Ty o tym wszystkim nie wiedziałeś, ojcze? prawda, że nie wiedziałeś? O ich strapieniach, 
opuszczeniu, niebezpieczeństwach... o tych złorzeczeniach, którymi cię okrywają... o tych 
dobrych uczuciach, którymi są gotowi każde twe dobrodziejstwo, każdy promyk światła, który 
by od ciebie padł na nich, odpłacić... nie wiedziałeś? Powiedz mi, mój ojcze, o, powiedz mi, żeś 
o tym wszystkim nie wiedział i że tylko niewiadomość... Jak oni stryja Andrzeja wspominają... 
za miłość, z jaką zbliżył się do nich, za trochę światła, za to, że duszę ludzką w nich budził... jak 
go wspominają! Ale ty o tym nie wiedziałeś, ojcze, nie myślałeś... i tylko dlatego... 
Nagle umilkł. Coś mu głos zerwało, może łzy z całej siły powstrzymywane czy ściśnięcie się 
serca oddech tamujące. Po zbladłym czole dłonią powiódł, plecami oparł się o ścianę, na której 
śród skóry niedźwiedziej połyskiwały skrzyżowane strzelby. 
Benedykt zdawał się jeszcze słuchać i czekać. W ziemię patrzał. 
— Cóż — odezwał się — cóż dalej? Mów... sędzio! słucham! chcę cały swój wyrok usłyszeć... 
Czy na gardło mię skażesz, czy tylko — na wieżę? a? 
Ile w tych słowach było bezdennego smutku, Witold nie dosłyszał; zrozumiał tylko ich ironię 
i szał bólu zaświecił mu w oczach. Wyprostował się, drżał cały. 
— Nie masz prawa, mój ojcze, igrać tak z najświętszymi uczuciami mymi! — zawołał. — Młody 
jestem! cóż stąd? Nam, dzieciom czarnej nocy, jak żołnierzom w porze wojny, rok za dwa liczyć 
się powinien! W upale cierpień prędko dojrzewamy! 
Wpół ze zdumieniem, wpół z ironią Benedykt sarknął: 
— Cierpień! ty... ty cierpiałeś? 
— Więc myślisz, ojcze, że ci, których młodość gotowa istotnie w każdej jaśniejszej chwili 
wytrysnąć swawolą i śmiechem, nie rozglądają się przecież wkoło siebie, nie rozumieją, nie 
czują kurczów chłostanej dumy, nie mają litości, która w nich płacze, i trwogi o rzeczy drogie, 
która w nich krzyczy: „Ratunku!” i o ten ratunek zapytywać im każe wszystkich dróg czynu i 
wszystkich otchłani myśli? Kto tak mniema, niech o to zapyta naszych w poranku 
przekwitających twarzy, oczu od wpatrywania się w oblicze wiedzy przedwcześnie znużonych i 
tego, czego nikt dojrzeć nie może: tych wulkanów żalu, obrazy, nadaremnych porywów i 
złorzeczeń, które wrą nam w piersiach! Młody jestem! cóż stąd? Kiedy już z życia tyle wyssałem 
piołunowych soków, ile ich trzeba, ażeby w głowie szumiały pytania: skąd? za co? dlaczego? w 
takich pytaniach dusze dojrzewają prędko!... 
Teraz w szerzej niż zwykle rozwartych oczach Benedykta malowało się osłupiałe prawie 
zdziwienie. Ten chłopak, ten mały — jak go dotąd jeszcze w myśli swej nazywał — już z bliska 
dotknął kąpieli cierpienia, w której on sam nurzał się od tak dawna; co więcej, z jednego źródła 
biły dla nich obu kipiące i gorzkie jej wody. Przypomniał sobie teraz, że po wielekroć uderzały 
go były i niepokoiły jakieś blade cienie po twarzy tego młodzieńca błądzące, mgły znużenia 
przyćmiewające czasem ognistość jego wzroku, pierwsze zarysy zmarszczek na czole, które, 
według praw natury, jaśnieć powinno było nieskazitelną świeżością poranku i wiosny. Pochylił 
się, szyję wyciągnął, wpatrzył się w syna. Tak; było to istotnie dziecię dnia burzliwego i ciemnej 
nocy. Nigdy w jasną pogodę pąki kwiatów nie rozwierają z tak męczeńskim pośpiechem tak 
purpurowych kielichów. Łatwo było poznać, że ta rozmowa z ojcem sprawiała mu nieopisaną 
mękę i że ku tej męce popychała go, tak jak niezawodnie ku wszelkiej innej popchnąć by 
musiała, siła przekonań i uczuć, pracująca w nim z nieprzezwyciężonością i bezwiednością krwi, 
w żyłach człowieka krążącej. Dłonią szczupłą, taką, jaką miewają ofiary górnych marzeń, ale 
której namiętne ujęcie silnym i uporczywym być musiało, wodził po czole strapionym, 
udręczonym, nad rozgorzałymi źrenicami bladym. 
— Ciężko... straszno... straszno mi tak mówić do ciebie, ojcze! Rozdarty jestem pomiędzy tobą 
a tym, co mi nad ciebie, siebie, nad wszystko droższe... Nie jam jeden taki! Co sprawiło, że pełni 
jesteśmy bezbrzeżnej litości nad maluczkimi mrówkami i kretami ziemi, że w ciemne i ciasne 
ich podziemia iść pragniemy i idziemy, choćby śród nich oczekiwało nas całopalenie własnego 
ciała i serca? Co sprawiło, że nie możemy, choćby w pokładzie złota, tkwić z nieruchomością 
grzybów, ale pragniemy biec, ratować, pocieszać, uczyć, budzić, wskrzeszać? Co to sprawiło? 
Czy pochód wieku, którego jesteśmy dziećmi? Czy wezbrane morze myśli ludzkich, którego 
sami jesteśmy żeglarzami? Czy to inne morze cierpień, które zalewając nam serca i gardła, budzi 
w nas jasną i wczesną świadomość powszechnego bólu świata i bezbrzeżne dla niego 
współczucie? Ale to współczucie, te święte dla nas idee, razem z krwią krążą nam w żyłach, z 
mózgiem myślą, z sercem tętnią... one są epopeją naszą, z nich powstają nasze tragedie... One też 
są naszą jedyną nadzieją! Jaką nadzieją! O, jej imienia, ty, ojcze, wspominać zabraniasz... tu nie 
wolno żadnego świętego imienia wspominać, bo ciągnie ono za sobą bladą marę strachu! a ten 
strach wieczny... ta ostrożność niewolników, których drżeniem przejmuje sam nawet brzęk ich 
łańcuchów... to zagrzebanie szlachetnej duszy w prochu bojaźni i interesu... ta obojętność dla 
wszystkiego, co nie żywi i nie odziewa ciała... ten brak miłości dla ziemi i ludzi... 
— Witoldzie! 
W tym wykrzyku, który Benedykt rzucił w mowę syna, był taki gwałt i bólu, i gniewu, że 
młodzieniec umilkł nagłym zamyśleniem ogarnięty. Pochylił głowę. 
— Wiem, ojcze, że bardzo byłem zuchwały — dziwnie zmienionym głosem zaczął — pomiędzy 
sobą i tobą wzniosłem zapewne ścianę nieprzebitą i która rozdzieliłaby nas na zawsze, gdybym 
po tym, co się stało, żył jeszcze... Ale jeżeli martwy u nóg twoich padnę, przebaczysz mi... 
prawda? Przebaczysz? i znowu tak samo kochać mię będziesz jak niegdyś?... Tylko umarłemu 
dziecku przebaczyć można taką zuchwałość i taką obrazę... Coś mam w sobie, ojcze, co mię ku 
ciemnym otchłaniom popycha... 
Mówił to cicho i z tym cichym żarem źrenic, którym się objawiają najniebezpieczniejsze, 
skupione w sobie szały; przy tym ruchem powolnym, a coś stanowczego w sobie mającym, 
wyciągnął rękę ku jednej z wiszących na ścianie strzelb. Benedykt porwał się i jak płótno blady 
w mgnieniu oka za ramiona go pochwycił. 
— Wariacie! dziecko! co ty robisz! Czemuż nie? Ty i na to gotów jesteś! U was nawet taka 
zaraza panuje... Tuziny was teraz kule w łeb sobie pakują! Ach, ty! Mądryś taki, a zielono ci w 
głowie... O, te idee, ideały... te... to, tamto... które tych błaznów do takich nawet rzeczy 
doprowadzają... Boże miłosierny! 
Strzelbę, którą dziś sam w obecności syna nabijał, z rąk mu wyrwał, na ścianie zawiesił, lecz 
w zamian obie ręce młodzieńca pochwycił i z całej siły w szerokich swych dłoniach je ścisnął. 
Prawie straszną była w tej chwili jego twarz ciemna, pomarszczona, wąsata, której groza myśli i 
przewidywań szeroko rozwierała oczy i podnosiła włosy nad zbladłym jak chusta a kroplami 
potu świecącym czołem. Z wyciągniętą ku synowi szyją oczy w nim zatapiał, szeroko otwarte, 
przerażone. 
— Wiesz ty? — szeptał — wiesz? może nie wiesz! ale ja to wiem... widziałem... wszak ty 
zginiesz! czy słyszysz? z tą zapalczywością swoją, z tym ogniem... z tym... to... tamto... 
zginiesz!... 
I coraz mocniej ręce syna ściskając, powtórzył jeszcze po wielekroć: 
— Zginiesz! zginiesz! niechybnie zginiesz! 
Aż z ogromnym westchnieniem, które jak wicher do samego nieba, zda się, dotrzeć chciało, 
wymówił: 
— Boże! Boże! 
Tak samo niegdyś, z tą samą grozą w chacie Anzelma przed oknem ciemnością nocy 
zasłoniętym imienia boskiego przyzywał. Ale tym razem z ciemności, które mu przed oczami 
zapadły, wydobył się głos młodzieńczy, łagodny i dziwną jakby melodią przejęty: 
— Ojcze mój, nie lękaj się i nie żałuj, jeżeli dziecko twoje zginie na mlecznej drodze 
przyszłości, w blasku jutrzenki, w ogniu ofiary! Nie sąż także zginionymi ci, którzy chodzą po 
nizinach samolubstwa, zaprzaństwa, rozkoszy ciała i nędzy ducha? 
Słowa te niezmożoną siłą pociągnęły znowu wzrok Benedykta ku szeroko na biurku 
rozwartemu listowi. Przez chwilę wspominał, myślał, aż serce jego gwałtownym rzutem 
skoczyło od tego brata, który dumny, zadowolony, dostojeństwami okryty po świecie żywy 
chodził, ku temu, który od dawna z krwawą plamą na młodym czole pod wilgotną ziemią starego 
boru spoczywał. Długo jeszcze patrzał na syna, aż ręce jego z żelaznego dotąd uścisku 
uwalniając obie dłonie ku czołu podniósł i głucho wyszeptał: 
— Krwi moja! młodości moja! Falo, która nas niosłaś... powracająca falo!.. 
Z głową schylaną, z dłońmi u czoła, ze zgmatwaną gęstwiną włosów, odchodził ku biurku, 
niby w śnie powtarzając: 
— Powracająca fala! powracająca fala! 
Były w tym szepcie groza i — zachwycenie. 
Potem odkrył twarz i jedną rękę o biurko wspierając wyprostował się, głowę podniósł. 
Zmienił się dziwnie. Blask oczu jego wilgotny był i jakby rozmarzony, postawa dumną. Na syna 
patrzał. 
— Słuchaj — zaczął — jeżeli wam się zdaje, że wy to pierwsi wymyśliliście wszystkie 
szlachetne uniesienia i wzniosłe idee, że wy pierwsi poczęliście kochać i ziemię, i lud, i 
sprawiedliwość, popełniacie błąd gruby i grzech przeciw sprawiedliwości... 
Zatrzymał się na chwilę; tak już dawno w ten sposób i o takich przedmiotach nie mówił, że 
może słów mu zabrakło albo myśli splątały się w głowie. Ale powracająca fala odnosiła mu 
wszystko, co życie zabrało, i przypominała wszystko, co niegdyś umiał, wiedział, czuł. 
— I w naszych ustach — mówił dalej — brzmiało niegdyś hasło poety: „Młodości! ty nad 
poziomy ulatuj!”, i myśmy latali na mleczne drogi i w blaski jutrzenki, i w ognie ofiary! Ten 
lud... to wasze bożyszcze... Boże wielki! tożeśmy się ku niemu jak szaleńcy rzucili, jak w słońce 
w niego wierzyli, jak w zbawienie zapatrzyli, na rękach prawie podnieść go usiłowaliśmy, dobro 
nasze i samych siebie słaliśmy przed nim... Krzywdy przez ojców jeszcze zrządzone własnymi 
choćby ciałami pragnęliśmy zmieść ze świata i z jego pamięci... A ziemia! Boże! dzieckiem, 
chłopięciem, młodzieńcem, ja każdą roślinkę, każdą kroplę wody, każdy jej kamień kochałem... 
mógłżem być wrogiem ludzi, którzy z niej powstali? to ja... ale niemało, nie mało nas takich 
było! Śmiech bierze na wspomnienie! Młodzi mędrcy... poeci... rycerze... apostoły... 
wskrzesiciele... górne marzenia... wielkie nadzieje... ogniste zapały! Wszystko jak w wodę 
wpadło! Śmiech na wspomnienie bierze! 
Zaśmiał się istotnie z oczami pełnymi łez. Drżącym głosem, lecz z głową podniesioną zaczął 
znowu: 
— Słuchaj! Korczyńskim braku ideałów, braku miłości dla... dla... 
Stare przyzwyczajenie język mu splątało. Zająknął się. 
— Dla... to... tamto... — jąkał. 
Ale powracająca fala znowu go błękitem i ogniem oblała: 
— Braku miłości dla ideałów Korczyńskim zarzucić nikt nie ma prawa. Jeden ją życiem 
opłacił... drugiego zawiodła ona tam, gdzie honor i ludzką cześć stracił... trzeci... trzeci przebył 
życie zazdroszcząc temu, który w mogile leży! 
Teraz dopiero te łzy, które napełniały mu oczy, spadły z nich dwoma wielkimi kroplami i ze 
zmarszczki na zmarszczkę toczyły się po policzkach. Ręką machnął, na fotel opadł i szeroką 
dłonią zasłonił sobie czoło i oczy. O dwa kroki od niego na krześle siedzący Witold, osłupiały, 
niemy, chciwymi oczami wpatrywał się w ojca, domyślając się istoty i natury tej siły, która go 
tak dziwnie wśród rozmowy z nim przetworzyła. Zresztą, w domysłach tonąć nie potrzebował. 
Jak kipiątek długo i szczelnie zamknięty po zerwaniu pokrywy z gwałtem i szumem wylewa się 
na zewnątrz naczynia, tak gorycze, żale, gniewy napełniające to strute i chmurne serce 
wybuchały zeń obfitymi i namiętnymi słowy. Natura nie stworzyła go milczącym i skrytym. Był 
czas, w którym dom ten rozlegał się cały od dźwięku jego głosu, hojnie wśród zbierających się tu 
tłumów rozrzucającego hasła, nauki, namowy, rozprawy, sprzeczki. Ale potem strasznie uciszyło 
go życie. Sto przyczyn na sto zamków zamknęło mu usta. Płynęły dnie za dniami, lata za latami 
— on milczał. Z czasem i z samym sobą rozmawiać przestał o tym wszystkim, o czym dawniej 
rozmawiał z mnóstwem ludzi. Tak już przywykł. Dziś dopiero rozmowa z synem zerwała z jego 
serca kamienną pokrywę i otworzyła mu usta. Byłoż to opowiadanie? byłaż to spowiedź? byłoż 
to usprawiedliwianie się przed tym dzieckiem tak niezmiernie kochanym, a które mu dziś w oczy 
rzuciło gradem wyrzutów, prawie obelg? Potrzebę tego ostatniego podszeptywało mu sumienie: 
„Wytłumacz, wytłumacz, dlaczego cię to dziecko znalazło takim, jakim się stałeś, i dlaczego 
straciłeś to wszystko, co je napełnia, a coś i ty w równej mierze niegdyś posiadał!” Serce w nim 
także wołało: „Mów! bo inaczej nie pęknie i nie runie nigdy ta ściana, która wzniosła się 
pomiędzy tobą a tym dzieckiem, tą krwią krwi twojej, tym powtórzonym obrazem twojej 
młodości, tą — powracającą falą wiary, nadziei, czarodziejskich i bohaterskich snów o nowych 
jutrzenkach i ofiarnych stosach!” 
Mówił, opowiadał, co stało się i działo potem, gdy wszystko wpadło w wodę. Dawne to 
dzieje. Zdaje mu się, że nie dwa dziesiątki, ale dwie setki lat od tego czasu upłynęły, tak 
wszystko dokoła niego zmieniło się i w nim samym. Zmienił się zaś on nie od razu, nie nagle, 
ale stopniowo, jak stopniowo rdza gasi blask i wyszczerbia ostrze zakopanego w ziemi żelaza; 
jak stopniowo szczupleją, tracą siłę i znikają nie używane do ruchu członki ciała; jak stopniowo 
zmierzch wieczoru pochłania światło dnia; jak stopniowo ciemnieje w sobie, słabnie, gaśnie 
człowiek ciężko i nieustannie smutny... 
Mógł był odejść w wesołe strony, nie uczynił tego. Mógł w lichych przysmakach życia 
szukać przypadającej nań cząstki szczęścia, nie używał ich wcale. Z górnej, lotnej jego młodości 
pozostało mu tyle, że podłości i zaprzaństwa nie popełnił, a w pracy, choć poziomej i ciasnej, 
pogrążył się z surowością mnicha i zapalczywością taką, z jaką rozbitek chwyta i ściska jedyną 
deskę ze strzaskanego statku pozostałą. Na tę pracę, acz poziomą i ciasną, padał przecież i z góry 
jakiś promień. Jak ktoś, kto dziwi się i usprawiedliwia, Benedykt ręce rozkładał i zapytywał: 
— Cóż było robić? co było robić? Mówiono, wołano, zaklinano: „Ziemia! ziemia!” Trzymałem 
ziemię... 
Trzymał ją i dla siebie, bo w nią wrósł, i przez chmurną ambicję postawienia na swoim, i 
przez myśl o synu. 
Ale w jeden punkt zapatrzony, inne z oczu tracił; jak wół ze schyloną pod jarzmem głową 
jedną bruzdę depcąc, inne dostrzegać przestawał; w jednym namiętnym usiłowaniu skupił 
wszystkie siły i na nic innego już mu ich nie stało. Żelazo nie czuje osiadającej na nim rdzy, ale 
człowiek łzami zrazu oblewa każdą na własnej duszy dostrzeżoną jej plamę. Gdy nie mógł żyć 
tak, jakby pragnął, gdy potem już i pragnienie innego życia w nim gasło, gdy nad rozwartą 
książką oczy mu do snu kleić się zaczynały, gdy spory i kłótnie różnić go z ludźmi poczęły, gdy 
zrazu ścigać wzrokiem, a potem i rozumieć przestawał różne oddalone drogi i myśli świata — 
długo we środku mu coś płakało. Jak długo? nie pamięta, wie jednak, że z czasem przywykł do 
wszystkiego, tylko ten płacz wewnętrzny, którego już w sobie nie czuł, przemienił się w głuchy i 
gorzki war, co chwilę wybuchający zeń gniewem, rozjątrzeniem, niby ciężką przeciw życiu i 
światu obrazą. Czasem jeszcze tylko daleka, nieosobista nadzieja błąkała się mu po sercu. 
— Może on? może dla niego... przez niego... z nim?... — o synie myślał. 
Była to już jedyna jego nadzieja... ... ... ... ... . . 
... ... ... ... ... ... ... ... . 
... ... ... ... ... ... ... ... . 
... ... ... ... ... ... ... ... . 
Dwa razy w cichym domu zegar ścienny ogłaszał popółnocne godziny, a Benedykt jeszcze 
rozmawiał z synem, lecz już inaczej niż wprzódy. Jak niegdyś, przed wielu laty, Witold ramiona 
na szyję ojca zarzucił i rozpalonymi usty scałował grube łzy, które po tej twarzy ściemniałej, 
spalonej, ze zmarszczki na zmarszczkę ściekały. Myślał on, że bez zaprzeczenia samemu sobie 
wolno mu było z miłością przycisnąć się do tej szerokiej piersi, która przyjęła w siebie wiele 
ostrych grotów i coś wyższego, szerszego nad własny interes osłaniała albo osłaniać mniemała; 
że bez zaprzeczenia samemu sobie wolno mu było ze czcią całować te ręce, których nie 
wybieliły próżniactwo i zbytki. Przypomniał sobie, że to nawet, co w sobie nosił i nad własne 
życie cenił, jemu był winien. 
— Ojcze mój! do grobu, do ostatniego tchnienia wdzięcznym ci będę, żeś mię nigdy od reszty 
ludzkości nie oddzielał, piedestałów mi nie budował, na królewicza i samoluba mię nie chował. 
Gdyby nie ty, od kolebki pewno owinięto by mię w watę zbytku i zamknięto w klatkę przesądu. 
Byłbym dziś może, jak ten nieszczęsny Zygmuś, lalką z żurnalu mód wyciętą i niedoszłym jakim 
artystą, albo jak Różyc, kartką welinu w roztworze morfiny umoczoną! 
Benedykt, ręką jeszcze oczy zasłaniając, z poczynającym się na ustach uśmiechem pod 
wąsami mruczał: 
— No, tak, tak, chłopcze! Nie zgłupiałem przecież do tego stopnia, aby myśleć, że syn mój z 
innej gliny niż inni ludzie ulepiony, i nie spodlałem tak, aby poddać się woli bab, które by z 
mego dziecka zrobiły ładnie ufarbowany gałganek! 
Z wahającymi się jeszcze uśmiechami na siebie patrzali. Więcej niż kiedy czuli, jak 
niezmiernie kochali się wzajem, zrozumieli też, jak bardzo byli do siebie podobni. Chwili jednej 
wielkiego uniesienia i piorunującego wspomnienia trzeba było na to, aby z jednego z nich 
spłynęła ta rdza, która mu przez długie lata osiadała duszę, i aby to podobieństwo wystąpiło 
jawnie i jasno. Nagłym ruchem głowę w tył odrzucając i palcami ocierając wilgotne jeszcze 
oczy, Benedykt zawołał: 
— Jakby ciężar stupudowy spadł ze mnie, kiedy wszystko przed tobą wygadałem. Nie wiesz i 
bodajbyś nie dowiedział się nigdy, co to jest długie lata cierpieć z zaciśniętymi zębami i nie mieć 
na świecie jednej żywej duszy, przed którą człowiek mógłby śmiało, ufnie, wszystko, co ma w 
sobie, pokazać, pociechy, rady, a czasem prawie i ratunku wezwać. Może i to przyczyniło się 
wiele do mego ściemnienia i zdziczenia, żem takiej duszy przy sobie nie miał. Marzyłem nieraz, 
że ty mi tym wszystkim będziesz, a kiedy tego lata zdawało mi się, że i te marzenia, jak 
wszystkie inne, diabli wezmą, nachodziła mię taka rozpacz, żem nie tylko już Andrzejowi, ale 
wszystkim pomarłym grobów ich zazdrościł... 
— Ale teraz wiesz już, ojcze, co nas dzieliło! — zawołał Witold. — I w przywiązanie moje dla 
ciebie wierzyć musisz... 
Zawahał się nagle, zmieszał się, posmutniał znowu. 
— Jednak, mój ojcze — zaczął — jednak powiedz mi, co myślisz... zamierzasz... z tymi ludźmi... 
Więcej niż cokolwiek innego zapytanie to przekonywać mogło, że istotnie w tym młodzieńcu 
pewne uczucia i myśli jak krew krążyły, jak pulsa tętniały, część a może i samą podstawę życia 
jego stanowiąc. W najuroczystszej nawet chwili, w najgłębszym dla innego przedmiotu 
rozrzewnieniu ich zapomnieć i pozbyć się nie mógł. Benedykt długo na niego popatrzył. 
Uśmiech zadowolenia pod długim wąsem mu błądził. 
— Uparty jesteś — zaczął — widzę dobrze, że śmiejąc się i płacząc, śpiąc i jedząc, zawsze o 
swoim myśleć i przy swoim stać będziesz! Moja natura! I mnie to stanie przy swoim kością w 
gardle nieraz zasiadało, a jednak i niebieskie rozkosze wzruszyć by mię zeń nie zdołały! Nasza, 
Korczyńskich natura! 
Zamyślił się, w przeszłość patrzał. 
— Niegdyś postanowiliśmy byli wszyscy karczmy nasze pozamykać, aby chłopów do 
pijaństwa nie kusić. Wielu to uczyniło. Darzecki nie chciał. Andrzej różnił się z nim o to długo, 
ale potem przestał i myśleliśmy, że za wygraną dał, zapomniał. Jednak raz po długim milczeniu 
znowu zawziętą sprzeczkę o nie zamknięte karczmy i rozpijających się w nich chłopów ze 
szwagrem rozpoczął, i tu, ot, w tej samej sali jadalnej, przy wieczerzy, w uniesieniu tej sprzeczki 
na Darzeckiego nożem cisnął... Szczęściem, nóż mimo głowy szwagra przeleciał. Taki uparty 
był. Nie mówi już czasem o czymkolwiek, nie wspomina rok i dwa... zdaje się, że dał spokój... 
aż tu nagle znowu zaczyna swoje... I ty taki... 
Po chwilowym milczeniu zaczął znowu: 
— Korczyńskich krew! Dziad nasz, legionista, sześćdziesiąt lat z górą mając jeszcze na wojnę 
chodził... A! przypominam sobie teraz! Towarzyszył mu jakiś Jakub Bohatyrowicz, którego 
starcem już przed dwudziestu kilku laty widywałem. Trochę obłąkany był, Pacenki jakiegoś, 
który mu żonę uwiódł, szukał... różne stare podania i zdarzenia opowiadał! Ja i Andrzej 
lubiliśmy go bardzo. Dominika tylko nudziła trochę jego gadanina. On był z nas na te rzeczy 
zawsze najobojętniejszy... Za wiele i za wesoło bawił się w wielkiej stolicy... Czy żyje jeszcze 
stary Jakub? 
Jeszcze raz w sali jadalnej ścienny zegar wybił nocną godzinę, a Witold odpowiadając na 
coraz liczniejsze zapytania ojca mówił, opowiadał. Benedykt zapytywał krótko, parą słowy, 
potem słuchał syna, z czołem na dłoni, ze wzrokiem wpatrzonym w przeszłość, która z serca, z 
mózgu, ze słów jego syna wypływając ogarniała go, podnosiła, prawie upajała. Kiedy na koniec 
wstał z fotelu i przy dogasającej na biurku lampie przed oknem stanął, błękitny świt ukazał go 
tak wyprostowanym, rześkim, pogodnym, jakim może od skończenia się złotej godziny jego 
życia ani razu nie był. 
— No, no! — rzekł — prawdziwe dziwy! Jakby mię fala jakaś z dna wód gorzkich i zimnych na 
ciepłą murawę wyrzuciła!... Ale teraz, chłopcze, spać idźmy... na parę godzin tylko... na parę 
godzin... byle trochę przespać się i odpocząć. Potem pójdziesz tam do nich i powiesz im, że tej 
kary sądowej nie żądam już... nie żądam... Istotnie, za wielką jest, a w tym, że ich oszuści 
wyzyskują i do złego prowadzą — moja wina! O miedzę z nimi żyję i palcem, aby temu zapobiec, 
nie poruszyłem... 
Uśmiechnął się smutnie. 
— Andrzej by na mnie za to nożem cisnął! Ale nie siedź tam długo — mówił dalej — bo przecież 
wspólnie ułożyć musimy różne projekty i plany na dalszą przyszłość... a potem, pod wieczór, 
może razem popłyniem na... to... tamto... 
Zająknął się. 
— Na Mogiłę! — dokończył. 
Niewysoko jeszcze słońce podniosło się na niebie, gdy Witold wbiegł do świetlicy Fabiana, w 
której dokoła śniadania zgromadziła się spora gromadka weselników, którzy jeszcze do domów 
swoich nie odjechali. Cienka i długa Giecołdowa z zapalonym papierosem w wąskich ustach 
oraz żwawa Starzyńska we fruwającym wstążkami czepcu dokoła stołów chodząc zapraszały na 
jadło, które według zwyczaju ich kosztem i staraniem zastawione było. Fabian, pozbywszy się na 
tę chwilę obowiązków gospodarza, ze spuszczonym na kwintę nosem wśród starszych sąsiadów 
siedział. Na widok wchodzącego Witolda porwał się i z niepokojem nadaremnie przez 
okazywane uradowanie pokrywanym ku niemu podbiegł. Zaledwie jednak przybyły kilkanaście 
słów półgłosem przemówił, na twarz mu wybuchnęła radość szczera i prawie gwałtowna. 
— Wiwat! — z całej siły krzyknął i ku sąsiadom zwracając się obu rękami jak młyńskimi 
skrzydłami zamachał. — Psom dajcie, co na duszy macie! — wołał dalej. — Już nam godzina 
nieprzyrodzonej śmierci nie wybije! Zmiękło serce Dawida, gdy o Jonatanie w żałość 
przyobleczonym usłyszał. Anioł niebieski z grobu naszego kamień odwalił! Alleluja! 
O aniele mówiąc, na Witolda ukazywał, do którego też przystępować zaczęli inni. 
Z godzinę trwał tam gwar wielki, z zapytań, odpowiedzi, śmiechów, okrzyków złożony. 
— Wiwat pan Korczyński! Wiwat pośrednik nasz i orędownik! — co moment wykrzykiwał 
Fabian. 
— Chwała Panu na wysokościach, na ziemi pokój ludziom dobrej woli! — modlił się Apostoł. 
— A ja tak mówię: że z tego zasiewku, da Pan Bóg, pięknego plonu doczekamy... — przebijał 
się powolny, poważny głos Strzałkowskiego. 
Może tam Witolda ściskano, całowano, może mu różne na przyszłość projekty i rady 
podawano, może nawet na rękach podnoszono, bo zdyszany od zmęczenia i ogniście 
zarumieniony z chaty Fabiana wybiegł, młodzież po zielonej uliczce i dokoła gumna 
przechadzającą się ukłonami lub ściśnieniami rąk powitał, najkrótszymi ścieżkami śpiesznie ku 
dworowi poszedł i więcej już dnia tego w okolicy się nie ukazał. Z dala go tylko potem widziano 
po drogach pole przerzynających z ojcem chodzącego. Przez dzień cały syn i ojciec ani na 
godzinę nie rozstawali się z sobą. Długo w gabinecie Benedykta nad rozłożonym na biurku 
planem Korczyna obaj siedzieli, z cicha pomiędzy sobą naradzając się, linie jakieś i cyfry na 
papierze kreśląc: a przed zachodem słońca kilku weselników u samej krawędzi zielonej góry 
stojących ujrzało na Niemnie łódkę wiozącą dwóch ludzi, z których młodszy wiosłem robił. 
Za Niemnem obaj na żółtą ścianę wstąpili i w borze zniknęli. 
Przed zachodem słońca gody weselne Elżusi miały się ku końcowi. Więcej niż o połowę 
zmniejszona kompania przechadzała się po zagrodzie i drodze; w gumnie, tak jak wczoraj na 
oścież otwartym, Zaniewscy jeszcze od czasu do czasu na skrzypcach rzępolili i basetlą 
pohukiwali, a przy tej niedbałej i przerywanej muzyce dwie lub trzy pary od niechcenia czasem 
pokręciły się na toku. U ścian obrosłych chwastami, u płotków, w śliwowym gaju, na wąskim 
ganku świrna rozmowy toczyły się ożywione, we włosach dziewcząt iskrzyły się kwiaty, ale 
kawalerowie nie mieli już na rękach białych rękawiczek ani tej rześkości i zamaszystości w 
postawach i ruchach, które początek zabawy obudzał. Zbliżając się do końca swego wesele 
cichło, leniwiało, z wielkiego hałasu roztapiało się w szmer wesołymi nutami jeszcze 
przetykany, lecz który — czuć to było — zaraz, zaraz utonąć miał w szarym, jednostajnym jeziorze 
codziennej troski i pracy. 
Na podwórku ożywienie było największe. Zaprzęgano tam do bryczek i wózków konie, a 
czynność tę spełniali sami ich właściciele, z wyjątkiem tylko dzierżawcy Giecołda i ekonoma 
Jaśmonta, którzy jednak hałasowali najwięcej, parobkom za furmanów im służącym głośne 
rozkazy wydając. Pierwszy drużbant komenderował należytym uszeregowaniem orszaku 
mającego państwu młodym do domu ich, więc do jaśmontowskiej o trzy mile odległej okolicy, 
towarzyszyć. Naprzód tedy na drogę dotykającą pola wyprawił wóz muzykantów wieźć mający. 
Za nim ustawił parokonną bryczkę państwa młodych; potem te, którymi według zwyczaju jechać 
mieli rodzice pana młodego, dwie swanie i dwaj swatowie. Teraz następowała kolej na 
pierwszego drużbanta. Więc Kazimierz Jaśmont sam za uzdę poprowadził swego pięknego, 
czarnego konika, ładną uprzężą połączonego z bryczką na majowozielony kolor pomalowaną, po 
czym już ustawianiem ordynku zajmować się przestał, bo co do dalszego jego ciągu, żadne 
przepisy nie istniały. Kto łaskaw czy też zaproszony, pojedzie sobie, jak zechce, na czele czy z 
tyłu, osobno czy hurtem — wszystko jedno. Kto niełaskaw albo nie zaproszony, pozostanie lub 
uda się w inną stronę, a grzeczności i obyczajowi nie ubliży. Tylko jeszcze u końca orszaku 
jechać koniecznie powinien brat panny młodej z kuframi i skrzyniami, wyprawę jej 
zawierającymi. To już niezbędne. Jeżeli brata nie ma, najbliższy krewny spełnić tę czynność 
musi. Ale Elżusia miała kilku braci, z których najstarszego obowiązkiem było wieźć za 
orszakiem weselnym wyprawę siostry. Już też na drabiniastym wozie, w zielonej uliczce 
stojącym, Julek umieścił dwa kufry z bombiastymi wierzchami na zielono pomalowane i 
gapiowatym głosem upominał się o trzeci, którego przecież długo mu nie dawano. Panna młoda 
z pomocą matki i swań kończyła napełniać go skarbami, które z sobą uwieźć miała: kraciastymi i 
pasiastymi spódnicami, fartuchami, kilimkami własnej roboty, motkami uprzędzionych przez 
siebie nici lnianych i wełnianych, ścianami utkanych też w domu grubszych i cieńszych płócien. 
Kazimierz Jaśmont od bryczek wracając tu i ówdzie po zagrodzie się okręcił, aż u zamkniętych 
drzwi domu stając, z całej siły zawołał: 
— A teraz, panny drużki i panowie drużbantowie, pożegnanie pannie młodej zaśpiewajmy! 
W mgnieniu oka po obu stronach drzwi utworzyły się dwie gromadki, jedna z młodych 
mężczyzn, druga z dziewcząt złożone. Nie byli to konieczne sami drużbowie i drużki, ale 
wszyscy, którzy pożegnanie panny młodej na pamięć umieli i śpiewać chcieli. Chór męski, w 
którym wyraźnie wyróżniały się: cienki dyszkant pierwszego drużbanta, piękny głos Jana i tak 
basowe, że prawie grobowe buczenie Domuntów, na nutę butną, urywaną, prawie rozkazującą 
rozpoczął: 
Siadaj, siadaj, moje kochanie, 
Nic nie pomoże twoje płakanie, 
Nic płakanie nie pomoże: 
Stoją konie, stoją wrone, 
Już założone!* 
Jak uciął, umilkli. Po kilku zaś sekundach chór dziewcząt nad którym rej prowadził donośny i 
jak srebro dźwięczny głos pięknej Osipowiczówny, a który przerzynały słabe, cieniutkie, lecz 
czyste głosiki małych Siemaszczanek, wzbił się smętną, przewlekłą nutą: 
Jeszcze nie będę siadała, 
Jeszczem ojcu swemu nie dziękowała. 
Dziękuję ci, miły ojcze, 
Żem u ciebie chodziła w złocie, 
Teraz nie będę! 
Mężczyźni huknęli znowu tą samą co pierwej rozkazującą strofą. Dziewczęta zaś 
odpowiedziały: 
Jeszcze nie będę siadała, 
Jeszczem swej matce nie dziękowała. 
Dziękuję ci, moja matko, 
Żem żyła przy tobie gładko, 
Teraz nie będę! 
Po trzecim rozkazie siadania odpowiedź brzmiała: 
Jeszcze nie będę siadała, 
Jeszczem swemu bratu nie dziękowała. 
Dziękuję ci, drogi bracie, 
Że mieszkałam w jednej chacie, 
Teraz nie będę! 
Tu rozwarły się ze stukiem drzwi od sieni i panna młoda, wysoki próg przeskakując, spod 
czarnej wełnianej sukni białą pończoszką błysnęła. Zapłakana, zakłopotana, wśród śpiewających, 
na nikogo nie spojrzawszy, przebiegła, między śliwowe drzewa wpadła i płótno kużelne* 
wąskimi pasami u brzegu gaju rozesłane, z trawy ściągać zaczęła. Ściągała, zwijała, śpiesząc się 
bardzo, aż na koniec z jednym zwojem nie dobielonego płótna pod ramieniem a dwoma w ramionach z powrotem ku domowi biec zaczęła. Wszyscy z niejakim zdziwieniem na nią 
patrzali. Kazimierz Jaśmont palcami pstryknął. 
— Szyk gospodynia! I na weselnych godach o kużelu nie zapomniała! 
Stojący za nim Michał Bohatyrowicz, wąsa w górę podkręcając, zaśmiał się: 
— A jakże! gdyby ją aniołowie do nieba zabierali, to ona by patrzała, czy nie ma jeszcze czego 
z ziemi uchwycić. 
— To nie tak jak panna Cecylia, która wczoraj taką śliczną stążkę z szyi sobie zdjęła i 
przyjaciółce nijakiego przystrojenia nie mającej podarowała! — zawołał kruczowłosy Ładyś 
Osipowicz na błękitnooką Cecylkę Staniewską rozkochanym wzrokiem spoglądając. 
Po czym nagle huknęli znowu: 
Siadaj, siadaj, moje kochanie, 
Nic nie pomoże twoje płakanie. 
Nic płakanie nie pomoże: 
Stoją konie, stoją wrone, 
Już założone! 
A dziewczęta odpowiedziały: 
Jeszcze nie będę siadała, 
Jeszczem stołom, ławom nie dziękowała. 
Dziękuję wam, stoły, ławy, 
Żeście były zawsze białe. 
Teraz nie będziecie! 
Dziękuje wam, rodzone progi, 
Że chodziły po was moje nogi, 
Teraz nie będą! 
Julek trzecią skrzynię w wielkie kwiaty pomalowaną wspólnie z braćmi z domu wynosił i na 
wóz windował. 
Na drodze u wyciągniętych szeregiem bryczek i wozów podniosła się wrzawa pożegnań, 
pocałunków, zaprosin, przywoływań, nawet sprzeczek. Nie tak to łatwo było wszystkich w porę i 
w należytym porządku usadowić. Muzykanci kłopotu nie sprawiali, pierwsi umieścili się na 
przodującym wozie i smyczki wysoko wznieśli, aby je w czas, a ostro, na struny móc spuścić. 
Ale pan młody gdzieś się w ostatniej chwili zawieruszył, więc siedząca już na bryczce Elżusia 
wniebogłosy wołała: „Franuś! Franuś!”, a gdy nadbiegł, mocno strofować go zaczęła. Potem 
Giecołdowa, kwaśna i zmarszczona, bo papierosów jej zabrakło, nie chciała siadać na bryczkę 
Starzyńskiej, z którą jechać była powinna, i upierając się przy jechaniu swymi końmi i ze swoim 
mężem, głośno i szydersko dowodziła, że wszystkie te porządki i ordynki są przesądami nigdzie 
już z wyjątkiem prostych i ciemnych ludzi nie zachowywanymi. A gdy na koniec pierwszy 
drużbant mocą ukłonów i otworzeniem na oścież zasobnej papierośnicy dumną swanię ułagodził 
i do zajęcia przypadającego jej miejsca nakłonić zdołał, nowe przeciwności zaszły w gronie 
odprowadzających państwa młodych drużek i drużbantów. Ta z tym, a ten z tą jechać żądał; tu 
było za ciasno, tam niewygodnie... Kazimierz Jaśmont na chwilę cierpliwość stracił, ręką 
machnął, zrozpaczonym wzrokiem po szlaku drogi powiódł i nagle nieopisana błogość na twarz 
mu spadła. Z głębi okolicy ścieżkami wśród płotków wijącymi się szła, na drogę weszła i ku 
gromadzie dokoła bryczek stojącej skierowała się — Domuntówna. Nikt jej nie spostrzegł oprócz 
Jaśmonta, który też asystę, ordynek i wszystko, co żyło, opuszczając na jej spotkanie pośpieszył. 
Ona szła prędko, więc spotkali się w tym miejscu, gdzie stała jego majowa bryczka, z czarnym, 
pięknym, zgrabną nóżką o ziemię bijącym konikiem. W bogatej aktorce nowa zmiana zaszła. 
Miała na sobie czarną suknię, bardzo prostą, której gładka spódnica i obcisły stanik szczuplejszą 
nieco czyniły jej zbyt silną i rozrosłą kibić. Na ogorzałej szyi — zapewne w znak zasmucenia — 
wiła się i na pierś opadała żałobna wstążeczka. Gładko spleciona kosa niby wiankiem brunatnej 
pszenicy wznosiła się nad twarzą mniej rumianą jak zwykle, a szafirowe oczy spod sobolowych 
brwi i zarumienionych trochę powiek rozglądały się dokoła, strapione i roztargnione. Tak stanęła 
przed Jaśmontem, który granatową czapeczkę z kędzierzawej czupryny zerwawszy, niskim 
ukłonem i czułym wejrzeniem ją witał. 
— Czy mnie próżna nadzieja zwodzi — zaczął — czy też pani w jedną drogę z nami puścić się 
zamyśla? 
Czerwone ręce na czarną suknię opuszczając grzecznie dygnęła. 
— Za zaprosiny dziękuję — odrzekła — ale mnie teraz na zabawy nie w czas. Żyto na nasienie 
jeszcze nie wymłócone i dziadunia pilnować muszę, bo niedomaga. 
I znowu roztargnionym wzrokiem pomiędzy ludźmi wodziła kogoś upatrując. Była dziwnie 
grzeczną, łagodną, cichą, nawet mówiła półgłosem. Jaśmont na bryczkę swoją ukazywał: 
— Gdyby pani mojej kałamaszce* ten honor zrobiła i spólnie ze mną nią pojechała, może by 
spacer na zdrowie posłużył. Dobrze niesie... jak na sprężynach!... 
— Dziękuję. Dziadunia pilnować muszę... 
Widocznie zmartwiony, pomyślał chwilę. 
— A jeżeli ja odważę się kiedy tam przyjechać, gdzie od tego czasu wszystkie myśli moje 
mieszkać będą, czy mogę spodziewać się, że niezbyt niemile ujrzanym zostanę? 
Dygnęła znowu. 
— Owszem. Dziadunio bardzo lubi, kiedy do niego goście przyjeżdżają... 
— Ale pani czy przez to ambarasu nie uczynię? 
— O ambaras bynajmniej! Owszem. Ja zarówno w grzecznej kompanii gustuję. 
Już rozpływać się miał w podziękowaniach za to pozwolenie bywania u niej, gdy w orszaku 
wzniosło się mnóstwo wzywających go głosów. Wszyscy na koniec na bryczkach i wozach 
siedzieli, bez pierwszego drużbanta przecież odjeżdżać nie mogli. Tyle więc tylko miał czasu, 
aby Jadwigi rękę ucałować, a do jej braci, obok których przebiegał, szepnąć: 
— Szyk panna! Dalibóg, takiej wspaniałej talii i takich oczu cudnych, jak żyję, nie widziałem! 
Na majową bryczkę swoją wskakując wołał: 
— Ot tak! nikt ze mną jechać nie chciał, sierotą opuszczonym zostałem! Dobrze! Sam sobie ze 
mnie pan i hetman! 
Siadł prosto, z fantazją czapkę na głowie poprawił, bicz wcale niepotrzebny przy koziołku 
umocował, rzemienne lejce silnie ujął i na cały głos zakomenderował: 
— Muzykanci! rznijcie! Jazda, panowie! 
Na przodzie orszaku smyczki, dotąd w powietrzu sterczące, na struny opadły; z dźwiękami 
skrzypiec i basetli wygrywających marsza zmieszał się turkot kół i tętent koni. Bryczki jedna za 
drugą skręcały na drogę przerzynającą pole, a od każdej, niby rozwiewne skrzydło, leciał na 
jedną stronę złotawy tuman kurzu; dwu czy trzech jeźdźców konno brzegami ściernisk 
cwałowało; ostatni jechał wóz wyładowany pękatymi kuframi, na których, jak na wieży, w 
wiecznym uśmiechu białymi zębami śród rudej gęstwiny zarostu błyskając siedział Julek, a obok 
wozu galopował, co moment ku panu głowę podnosząc i radośnie poszczękując, czarny, kudłaty 
Sargas. Zachodzące słońce bladym blaskiem spłowiały kobierzec ziemi ozłociło i wyrastającym 
zeń drzewom wróciło chwilową świeżość; niebo roiło się na tle błękitnym mnóstwem białych 
smug i różnobarwnych obłoków. 
Kilka minut wystarczyło, aby na drodze tak przedtem gwarnej zaległa zupełna cisza. Jedni 
rozjechali się, innych widać jeszcze było z wolna rozchodzących się po zagrodach. Jan, który 
odjeżdżający orszak wzrokiem odprowadzał, odwrócił się i oko w oko spotkał się z 
Domuntówną. Stała u samej krawędzi zagonów pokrytych ściernią, obok ogromnych ostów, 
które kupą rosły, wysokością prawie do jej ramienia sięgały, na kształt siwych, brodatych 
starców całe mlecznymi, połyskliwymi puchami obwieszone. Po twarzy Jana przemknęło 
przykre wrażenie. Ona to spostrzegła. 
— Niech pan Jan nie lęka się — zaczęła — ja nie dla tej przyczyny tu przyszłam, aby jakie 
nieprzyjemności panu robić, ale dla tej... 
Spuściła oczy, ręce jej pomimo woli szukały fartucha, ale go przy świątecznej sukni nie 
znalazłszy, z najbliższego ostu puch oskubywać zaczęły. 
— Dla tej przyczyny ja tu dziś przyszłam — z cicha mówiła dalej — żeby z panem Janem 
zobaczyć się i powiedzieć, że do grobowej deski wdzięczną panu pozostanę. 
— A za cóż ta wdzięczność? — zdumiał się młody człowiek. 
— A za to — odpowiedziała — że kiedy wszyscy mnie czernili i wyśmiewali, pan Jan, który miał 
prawo gniewać się i dekrety na mnie wydawać, ujął się i obronił. Bracia mi wszystko 
opowiedzieli i takoż pana Jana bardzo pochwalili. 
— Nijakich ja pochwał godzien nie jestem — odpowiedział Jan — i nijakiego prawa gniewać się 
na pannę Jadwigę nie mam, pewnym będąc, że przez te rzucenie kamienia tylko zażartować ze 
mnie chciała. 
Szkarłatem oblała się, a mnóstwo połyskliwego puchu, który z ostów wyskubała, wymknęło 
się z jej palców i w powietrze uleciało. Wzrok jej, zawstydzony i niedowierzający, po twarzy 
jego przemknął. 
— Niech pan Jan nie udaje i mnie do kłamstwa nie kusi. Co zrobiło się, tego już nie odrobić, a 
łganiem gorzej jeszcze człowiek plamę swoją uczerni, że już jej prawie i nie wyprać. Co się 
zrobiło, to zrobiło się. Nie dla tej przyczyny ja przyszłam, żeby łgać i swojego postąpienia 
wypierać się, ale dla tej, żeby powiedzieć, że ja do pana Jana nijakiego już żalu ani gniewu i 
nijakiej pretensji nie mam. Serce nie sługa, nie zna co to pany. Co pan Jan winien temu, że w 
inszej stronie dla pana słońce weszło? Owszem. Daj Boże panu szczęście, zdrowie i 
powodzenie... 
Znowu trochę połyskliwego puchu z palców jej w powietrze uleciało; na towarzysza lat 
dziecinnych podniosła oczy, łzami oszklone. 
— Z gruntu serca ja panu Janowi wszystkiego dobrego życzę! — szepnęła. 
Ujęty i wzruszony, z zapałem odpowiedział: 
— Ja także dla panny Jadwigi, jeżeli tylko zechce, na zawsze szczerym przyjacielem 
pozostanę, a mam nadzieję, że i pannę Jadwigę szczęście na tym świecie nie ominie... 
— Spodziewam się — odszepnęła — spodziewam się, że i mnie Bóg nie opuści... 
— A wprędce też może i dozgonnego przyjaciela, takiego, który panny Jadwigi wart będzie, 
ześle... 
Łza stoczyła się po rozognionym jej policzku i na wiszące u szyi końce żałobnej wstążeczki 
spadła, ale z głową spokojnie i trochę dumnie podniesioną Jadwiga powtórzyła: 
— Spodziewam się, spodziewam się, że tego dostąpię. Kiedy już takie przeznaczenie kobiety, 
żeby jak tyka sama w świecie nie tkwiła, to i mnie go nie ominąć... 
— Tedy i ja z gruntu serca pannie Jadwidze wszystkiego dobrego życzę, a proszę, żeby do 
mnie nijakiego gniewu nie miała... 
— A ja pana Jana o dobre wspominanie proszę... 
— A jakże! całe życie przyjacielem pani ostanę... 
Rękę do niego wyciągnęła, on z uszanowaniem ją pocałował. 
— Do chaty mi pora — rzekła — parobek żyto na nasienie młóci, jeszcze źle wymłóci, i 
dziadunio niedomaga! 
Z wolna odwróciła się i z wolna, w czarnej swej sukni, wyprostowana i silna, w grubym 
warkoczu jak w wieńcu brunatnej pszenicy na głowie, w głąb okolicy ścieżkami odeszła. 
Jana jakby przypomnienie jakie w serce uderzyło, tak wstrząsnął się cały i tak szybko ku 
zagrodzie swojej prawie biec zaczął. Przed rozmową swą z Domuntówną widział Justynę ze 
stryjem jego w bramie ich zagrody rozmawiającą. Ale gdzież teraz była? Może już odeszła? 
Może widziała, że on tak długo z Domuntówną rozmawia, i Bóg wie, co sobie myśli! Zdyszany i 
niespokojny przebiegł ogród i wpadł na podwórko. Anzelm w skurczonej trochę postawie na 
jedynej schodce małego ganku siedział, plecy o słupek opierając. 
— Gdzie panna Justyna, stryjku? Tylko co tu była, a teraz nigdzie nie widać. Gdzie poszła? 
Może do domu?... 
Stary ku brzegowi góry ręką rzucił. 
— Zdaje się, że nad Niemen poszła... 
Jan rzucił się już we wskazanym kierunku, kiedy go głos stryja zatrzymał. 
— Janek! poczekaj trochę! posłuchaj! Czego ty latasz jak zwariowany i rozum tracisz? Co z 
tego będzie? czy z tego co będzie? 
Mówił to z surowością, którą wielki niepokój pokrywał; Jan też przystanął zrazu i widać było, 
że słowa stryja wyrozumieć usiłował, ale nie mógł, takie go niecierpliwości paliły i tak go coś z 
miejsca podrywało. 
— Aj, aj! stryjku! niech już później! czasu teraz nie mam! — zawołał i pędem puścił się we 
wskazaną stronę. 
Zaledwie na krawędzi zielonej góry stanął, gdy niżej, w połowie jej stoku, pod rozłożystą 
topolą srebrną, białą suknię i czarne włosy w grona czerwonych jarzębin zdobne, zobaczył. W 
mgnieniu oka obok Justyny stanął. 
— Strasznie zląkłem się! — mówił — myślałem, że pani może już do domu poszła... bez 
pożegnania! 
Justyna ruchem ręki ukazała mu roztaczający się przed nimi widok. Był on wspaniałym i 
olśniewająco świetnym. Blade słońce jesienne w momencie zachodu swego ustroiło się w takie 
blaski i barwy, jakich na zenicie nawet królując nie posiadało nigdy. Tarczy słonecznej widać nie 
było, bo kryła ją płachta złota, purpurą i fioletem zakończona, wyżej zaś po całym błękicie nieba 
rozsiały się puchy obłoków, szkarłatem i złotem nalanych i nierówne, podarte, krepowe niby 
smugi srebra i fioletu. Wszystko to było ruchome, niby żywe, płynęło, przelewało się, mieniło i 
jak w zwierciadle odbijało się w szerokich, przejrzystych, prawie nieruchomych wodach rzeki. 
Więc i ona od dalekiego zakrętu płynęła zrazu samym czystym złotem, a potem na dnie swoim 
ukazywała rozrzucone w nieładzie rubiny, opale, ametysty i agaty. Wydawała się rozwartą i 
kryształową szybą przysłoniętą kopalnią klejnotów. W zarzecznym borze, także blaskami 
przenikniętym, żółte pnie sosen wyraźnie oddzielały się od siebie, a pomiędzy nimi z dala nawet 
dostrzec było można krwistą rdzawość usychających paproci i dno lasu opływającą srebrzystość 
siwych mchów. Górą po koronach sosen, prawie czarnych, tu i ówdzie ślizgały się i kładły złote i 
seledynowe rąbki. Wszystko to zaś, niby zaklęty obraz, stało w zupełnej ciszy i pustce powietrza. 
Rybitwy, morskie wrony i jaskółki już w dalekie strony odleciały; inne ptastwo po gniazdach 
usypiało i tylko w rozłożystej topoli srebrnej czasem jeszcze ćwierkało coś, szeleściło i wnet 
milkło. 
Jan patrzał na wodę, bór, niebo. 
— Cudności! — rzekł. 
— Cudności! — powtórzyła Justyna. 
Spojrzeli na siebie i wnet znowu utopili wzrok w rozwartej u stóp ich kopalni klejnotów. Z 
nieba i spod wody padały na nich i od stóp do głów oblewały ich blaski gorące i świetne. Stali w 
nich nieruchomi, milczący, z tym wewnętrznym drżeniem, którym napełnia ludzi zbliżanie się 
wielkiej chwili ich życia. Tak nadlatujący z oddali wicher wstrząsa głębiny lasów i tak przed 
wejściem słońca dreszcz rozkoszy i trwogi przebiega po obudzonej ziemi. 
Zaczynali rozmawiać, ale rozmowa im nie szła; głosy cichły, czymś przytłaczane, i słowa 
urywały się w połowie. Zdawać się mogło, że o czymkolwiek mówić zaczynali, wszystko nie 
było tym, o czym mówić pragnęli — a nie mogli. Jeszcze nie mogli. Pod ogorzałą skórą twarzy 
Justyny przepływały co chwilę rumieńce zawstydzenia; oczy Jana co chwilę zwracały się ku niej 
i nieśmiało lub z chmurną trwogą odwracały się w inną stronę. Było to tak, jakby oczekiwali, 
aby z nich spłynęły i na świecie przygasły te wielkie blaski, które każdy rys i każde drgnienie ich 
twarzy ukazywały z wypukłością rzeźby śród jaskrawego tła umieszczonej. Wkrótce też 
przygasać one zaczęły na niebie, a jednocześnie i wody rzeki powlekały się szarością, po której 
już tylko tu i ówdzie błądziły fioletowe lub czerwonawe smugi. Drzewa boru zmieszały się i 
utworzyły czarną, nieprzebitą dla oka ścianę. Zmrok przezroczysty łagodnymi falami spływać 
zaczął od gwiazd, które stopniowo pozapalały się na pociemniałym sklepieniu. Cisza panowała 
wielka. 
Wtem wśród ciszy od dalekiego punktu okolicy doleciał przeciągły, kilka razy powtórzony 
okrzyk. Ktoś kogoś wołał. Niby w borze przyczajony duch psotny a smętny wołanie to porwał i 
niósł w głębie boru powtarzając je długo, przeciągle, srebrnie. 
— Echo! — szepnęła Justyna. 
— Z tego miejsca, gdzie my teraz stoim, najlepiej echa słyszeć się dają — odpowiedział Jan i 
jakby towarzyszce przyjemność chciał zrobić, donośnie zawołał: 
— Ho! ho! 
Za rzeką po głębinach boru poniosło się długo, raźnie, wesoło: 
— Ho! ho! ho! ho! ho! 
Ostatni dźwięk doleciał tu już tylko przeciągłym, rozwiewnym westchnieniem. 
— Niech pani teraz trochę z echem porozmawia! — poprosił Jan. 
Zbliżył się do Justyny tak, że ramieniem rękawa sukni jej dotykał; w przytłumionym głosie 
jego czuć było, że drżał. 
— La! la! la! — zawołała. 
Śpiewnie, figlarnie echo aż pod koniec firmamentu poniosło nutę: 
— La, la, la, la, la! 
Znowu jednak nie było to tym, o czym mówić chcieli. 
— Panno Justyno! — zaczął Jan — niech pani echu powie te imię, które dla pani najmilsze jest 
na świecie! Proszę, proszę, na wszystko proszę zawołać tego, kto dla pani miły!... 
Pod spadającymi na jej czoło listkami topoli stała prosta i tak wzruszona, że na chwilę oddech 
zatrzymał się jej w piersi. Aż nad coraz więcej ciemniejącą rzeką w coraz ciemniejszym 
powietrzu zabrzmiało imię: 
— Janku! 
Bór przeciągle, głośno, śpiewnie trzy razy odpowiedział: 
— Jan-ku! Jan-ku! Jan-ku! 
Justyna na rozśpiewany bór patrzała, lecz czuła, że kibić jej otacza ramię drżące, niecierpliwe, 
a przecież jeszcze nieśmiałe. Zalękniona także, rumieńcem w zmroku płonąca, z uśmiechem 
zmieszania próbowała jeszcze z echem rozmawiać: 
— Janku! — zawołała jeszcze. 
Ale echo nie odpowiedziało, tak wołanie było ciche i tak prędko na jej ustach stłumił je 
pocałunek. Powoli uwalniając się z jego objęcia, twarzą w twarz przed nim stanęła, obie dłonie 
położyła mu na ramionach i dobrowolnie, z dreszczem szczęścia, z rozkoszą ufności bez granic, 
głowę na jego pierś pochyliła. 
— Królowo moja! najdroższa! jedyna! czy moja ty? czy moja? moja? 
— Na zawsze! — odpowiedziała. 
Nad dalekim zakrętem Niemna jakby z wody wypłynął ognisty sierp wschodzącego księżyca, 
prędko powiększał się, zaokrąglał, podnosił, aż nad rzeką zawisł ogromną, pałającą tarczą. 
Gwiazdy gasły, świat tonął w ciszy i rozwidniał się łagodną, marzącą światłością. Pod srebrną 
topolą szemrały szepty tak ciche, że nie słyszał ich nawet człowiek, który w grubej kapocie i 
wielkiej, kosmatej czapce u szczytu góry pod rzędem lip nieruchomych siedział z głową opartą 
na ręku i twarzą ku księżycowi obróconą. 
V 
Nazajutrz wiele na raz gości Korczyn nawiedziło. Naprzód o dość wczesnej 
przedpołudniowej godzinie przed gankiem domu stanął zgrabny koczyk*, z którego w 
najmodniejszym płaszczu i fantazyjnym kapeluszu wyskoczył Zygmunt Korczyński, 
kredensowego wyrostka, który na spotkanie jego wyszedł, niecierpliwie o stryja zapytując. 
Benedykt był w domu i zaprosił synowca do gabinetu, w którym też wnet słyszeć się dała wielce 
ożywiona rozmowa przez trzy głosy prowadzona. Zygmunt dowodził czegoś rozdrażnionym 
głosem, nalegał i prosił. Szło mu o to, aby Benedykt przekonać usiłował panią Andrzejową o 
konieczności wydzierżawienia, jeżeli już nie sprzedania Osowiec i wyjechania z nim za granicę. 
On z żoną za parę miesięcy wyjechać postanowił, ale żal mu matki i ma niejaki skrupuł 
pozostawiać ją samotną i w stanie ostrego, jak mówił, nerwowego rozdrażnienia. Benedykt o 
dawaniu podobnych rad bratowej słuchać nie chciał, wręcz odmawiał i synowca z powagą 
upominał; Witold wybuchał, mówił prędko, zdając się stryjecznego brata o czymś przekonywać i 
o coś go błagać. 
W niespełna godzinę po przybyciu Zygmunta zgrabną najtyczanką* i pięknymi końmi do 
Różyca należącymi nadjechał Kirło. Przybywał widocznie od bogatego kuzyna, z 
Wołowszczyzny. Nie wiedzieć dlaczego, dla facecji zapewne i rozśmieszenia stojącej na ganku 
Leoni, na palcach i chyłkiem prawie do sieni wszedłszy płaszcz, naśladujący te, które tego lata 
nosili Darzecki i Zygmunt, na wieszadłach umieścił, do Leoni się zwrócił i z palcem uroczyście 
podniesionym cicho zapytał: 
— A panna Justyna śpi? 
Dziewczynka odpowiedziała, że Justysi dziś jeszcze nie widziała, ale zapewne od dawna już 
ona nie śpi, szyje może albo ubiera się do zejścia na dół. 
— Niechże nic ciężkiego na siebie nie kładzie — szepnął gość — aby jej lekko było pod sufit 
skakać... 
Leonia szeroko oczy otworzyła. 
— Dlaczegóż to Justysia skakać dziś ma aż pod sufit? 
— Z radości, panno Leoniu, z radości! — uśmiechał się Kirło. — Zobaczy panna Leonia, jaka to 
radość dziś tu panować będzie, a potem... weselisko nastąpi... weselisko! 
Zatarł ręce i dziewczynkę do najwyższego stopnia zaciekawioną poprosił, aby go matce 
swojej oznajmiła. Pani Emilia, zaledwie przed kwadransem obudzona, piła w łóżku kakao, lecz 
dowiedziawszy się o przybyciu miłego sąsiada prosić go do buduaru kazała, a sama pośpiesznie i 
ze staraniem w biały, długi, bufami i koronkami okryty negliż przyoblekać się zaczęła. Kirło z 
kapeluszem w spuszczonym ręku, z wydętym przodem koszuli, z tryumfującą postawą i 
tajemniczym wyrazem twarzy przez salon przechodził. 
Na koniec podjechała pod ganek bryczka, prosta, trzęsąca bryczka przez parę fornalskich koni 
ciągnięta, z parobkiem w siermiędze na kozłach, znaczną ilością istot różnej płci i wieku 
napełniona. Napełniali ją: kobieta z głową i twarzą białym muślinem owiniętą, podrastająca dziewczynka w słomianym kapeluszu, dwaj chłopcy w szkolnych bluzach i śniade, czarnowłose, 
czteroletnie dziecko. Benedykt i Witold, przez okno poznawszy Kirłową, na spotkanie jej 
wybiegli. W sieni woalkę z głowy odwijając i gromadkę swą ukazując Kirłowa, bardzo 
zmieszana, mówiła: 
— Przepraszam, bardzo przepraszam, że z taką gromadą przyjeżdżam, ale u Teofila dwa dni 
bawiliśmy wszyscy i stamtąd jedziemy. Na pół godzinki tylko zajechałam, aby moją Marynię 
zabrać i o ważnym interesie pomówić. 
Pomimo zmieszania widocznie czymś uradowaną była; ku małej Broni, która zaraz po 
wysadzeniu jej z bryczki chwyciła fałdy starej jedwabnej sukni matczynej, pochyliła się, twarz 
jej chustką z pyłu otarła, rozczochrane włosy, o ile się dało, przygładziła i na ziemi przysiadłszy 
związywała tasiemki nowych widocznie bucików. Gdy podniosła się z ziemi, Benedykt z 
uprzejmością wielką do salonu ją zapraszał. Widocznym było, że dla tej kobiety miał wiele 
szacunku, a może i współczucia. Ale Kirłowa wymawiać się zaczęła. Wiedziała, że panią 
Benedyktową fatygują wszelkie rozmowy i wizyty, uprzykrzać się więc nie chciała; przybyła tu 
zresztą tylko na pół godziny dla zabrania córki i pomówienia o interesie z gospodarzem domu i 
Justynką. Do nich dwojga tylko interes miała, więc może by gdzie na stronie, w ubocznym jakim 
pokoju... Benedykt wskazywał jej swój gabinet, ale w tejże chwili ze wschodów zbiegła 
najstarsza córka Kirłowej, która od dni paru bawiąc w Korczynie, z Martą i Justyną w pokoju na 
górze mieszkała. Świeża, wesoła, rzuciła się matce na szyję i, rozszczebiotana, zaraz opowiadać 
zaczęła, jak wybornie bawiła się na weselu, o tańcach, w których udział brała, o śpiewach na 
Niemnie itd. Kirłowa z rozrzewnieniem na nią patrzała, dłonią gładząc jej jasne włosy. 
— Pierwszy raz w życiu rozstaliśmy się na tak długo — do Benedykta się zwróciła — ale to 
dobrze, że dziecko zabawiło się trochę. U nas w Olszynce życie bardzo jednostajne i pracowite, a 
młodość rozrywki potrzebuje... 
Nie skończyła jeszcze mówić, kiedy na wschodach ukazała się Justyna i szybko ku Kirłowej 
podbiegłszy w rękę ją pocałowała. Od dawna już okazywała jej zawsze niezwykłe uszanowanie i 
sympatię mówiąc, że spostrzega w niej żywe podobieństwo do swej wcześnie utraconej matki. 
Ale dziś twarz młodej panny była tak rozpromienioną, taki wyraz pogody i szczęśliwego 
rozmarzenia okrywał jej śniade czoło i napełniał oczy, że Kirłowa z uwagą popatrzała na nią i 
szyję jej obejmując do ucha szepnęła: 
— Domyślasz się, z czym przyjechałam... i wszystkie chmurki na suche lasy od ciebie frunęły! 
Cieszę się... o, jak cieszę się! Tak szczerze pragnę twego szczęścia i jeszcze czyjegoś... czyjegoś! 
Justyna nie odpowiedziała nic, tylko filuterny uśmiech przemknął jej po ustach i w źrenicach. 
— A teraz, dzieci! — ku swojej gromadce zwróciła się Kirłowa — ruszajcie do ogrodu! Nim ja z 
panem Benedyktem i Justynką rozmówię się, popatrzcie sobie na śliczny korczyński ogród. 
Tylko cicho, grzecznie, nie hałasować, bo to by pani Benedyktowej przykrość zrobić mogło! 
Chłopcy ruszyli się zaraz, Rózia małą Bronię za rękę wzięła, chcąc i ją uprowadzić. Ale 
dziecko przerażone oczy ku siostrze zwracając, obu już piąstkami spódnicę matczyną 
pochwyciło. 
— Ja tu... ja z mamą! — z koralowych ustek wydobyła się prośba żałosna. 
Kirłowa ramionami wzruszyła. 
— Niech już zostaje... co z tym czarnym rozczochrańcem robić? Zresztą, takie to jeszcze małe 
i głupie, że wszystko przy nim mówić można. Nic nie zrozumie i nic nie powtórzy najpewniej! 
Gromadka z najstarszą Marynią na czele ku ogrodowi ruszyła. Przez salon przechodzili 
wszyscy na palcach, bo zamknięte drzwi od pokojów pani Emilii sprawiały na nich rodzaj 
groźnego i uroczystego wrażenia. Witold, który dnia tego po raz pierwszy młodziutką 
przyjaciółkę swoją zobaczył, do ogrodu też za nią pobiegł. Zygmunt, niedbale ręce w tył 
założywszy, powoli, sztywnie po pustym salonie przechadzać się zaczął. 
W gabinecie Benedykta Kirłowa przy stole, na którym leżało kilka książek Witolda, usiadła; u 
kolan jej przykucnęła Bronia, której różowa sukienka i śniade, nagie ramiona wypukle odrzynały 
się na tle czarnej matczynej sukni. Justyna obok, a gospodarz domu naprzeciw gościa miejsce 
zajęli. Zaledwie przecież Kirłowa, ze zmieszania i ze wzruszenia aż po brzegi jasnych włosów 
zarumieniona, kilka słów wybąknąć zdołała, we drzwiach stanęła pani Emilia, białym, długim, 
koronkami okrytym peniuarem opłynięta i w szczególny sposób ożywiona. Za nią ukazał się 
Kirło, z kapeluszem w ręku, uśmiechnięty, tryumfujący, zza niego zaś, z miodową błogością w 
błękitnych oczach, z plastrem na szczęce, a jesiennym kwiatkiem w rudym warkoczu, wysunęła 
się Teresa. Podlotek zaś zgrabny, ufryzowany, wystrojony, z bladawą twarzyczką, od kilku już 
chwil w kątku niepostrzeżenie przykucnąwszy, szeroko z ciekawości oczy otwierał. 
Gospodyni domu, ze zwykłą sobie słodyczą gościa powitawszy, opuściła się na stojący u 
biurka fotel mężowski. 
— Mam nadzieję — z cicha i tonem prośby przemówiła — że państwo pozwolicie mi wziąć 
udział w swojej poufnej rozmowie. Wiem, że idzie tu o los Justynki, który mnie także 
obchodzi... 
Teresa nie mówiąc nic w nieśmiałej postawie za przyjaciółką stanęła. Wszakże tu mowa o 
miłości być miała! Wszak tu o miłość szło! Wiedziała o tym, i postawą, wejrzeniem, 
splecionymi dłońmi błagać zdawała się, aby jej stąd nie oddalano. Kirło we dwoje giął się przed 
Justyną i tak mocno usta do ręki jej przylepił, że aż ją cofnąć musiała. 
Kirłowa, tym powiększeniem się towarzystwa do najwyższego stopnia już zmieszana, 
rumieniła się i niespokojnie poruszała się na krześle. Po chwili jednak, używając całej swojej 
odwagi i energii, głośno przemówiła: 
— Moi państwo! tego, z czym przyjechałam, w bawełnę obwijać nie będę. Prosto z mostu 
najlepiej! Posłem jestem. Kuzyn mój, Teofil Różyc, prosi przeze mnie o rękę Justynki. Osobiście 
nie oświadcza się dlatego, że to by go zanadto wzruszyło i zdenerwowało, a przy tym niepewny 
jest, jaką odpowiedź otrzyma, ale jeżeli tylko będzie ona pomyślną; natychmiast sam 
przyjedzie... natychmiast! 
Nikogo słowa te nie zadziwiły, bo wszyscy już je przewidywali. Pani Emilia jednak splotła 
śliczne ręce i słabym głosem zawołała: 
— Co za szczęście dla Justynki! Jakże pięknym, szlachetnym, wzniosłym jest postąpienie pana 
Różyca! 
Teresa wydawała się wniebobraną; Kirło na krześle siedząc, naprzód nieco podany, postawą, 
oczami, uśmiechem cieszył się i tryumfował. Na twarzy Justyny najlżejsze nie odbiło się 
wzruszenie; powieki miała spuszczone i zamyślony uśmiech na ustach. Kirłowa, po chwilowym 
milczeniu znowu na odwagę się zebrawszy, mówiła dalej: 
— Teofil szczerze upodobał Justynkę i zdaje mi się, że krok, który czyni, najlepiej tego 
dowodzi. Jestem pewna, że byłaby z nim ona szczęśliwą, bo to złote serce i głowa też nie byle 
jaka... Jednak zanim przyrzekłam, że tu posłem od niego zostanę, otwarcie i stanowczo mu 
powiedziałam, że wszystko o nim Justynce powiem, całą prawdę... Jeżeli o wszystkim wiedząc 
zgodzi się tego biedaka wyratować i uszczęśliwić, to dobrze; jeżeli nie, to cóż robić? Ale ja 
oszukiwać nikogo za żadne skarby świata nie mogę. Teofil zgodził się, a nawet prosił mię, abym 
Justynkę o wszystkim uprzedziła... 
— Cóż? burzliwa przeszłość? zmarnowany majątek? — tonem zapytania rzucił Benedykt. 
Kirło usta krzywił, ręką znaki niezadowolenia dawał pomrukując: 
— Niepotrzebnie! niepotrzebnie! głupie skrupuły! 
Na twarz Kirłowej wystąpił wyraz wielkiego zmartwienia. Zmąconymi oczami po obecnych 
wodziła. Widocznym było, że wolałaby przed mniejszą znacznie kompanią mówić. Nie było 
jednak rady. Wszyscy obecni znajdować się tu mieli prawo. 
— Nie — na zapytanie Benedykta odpowiedziała — nie to wcale! Majątek jest jeszcze piękny, 
można powiedzieć, wielki, a przeszłość... no! co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr. Jaką ona 
była, to była, ale żałuje on jej teraz i wyratował z niej jednak swoje złote serce. Jest rzecz inna... 
Teofil... Teoś... 
Zająknęła się, zarumieniła się ogniściej niż kiedykolwiek i szeptem prawie dokończyła: 
— Teoś jest mor... morfi... Boże, jakże się to nazywa? zawsze zapominam!... mor... morfinistą! 
Benedykt wielkimi oczami na nią patrzał. 
— A cóż to za diabeł? — zapytał. — Nigdy nie słyszałem... 
Cicho, jąkając się, z wielkim żalem Kirłowa wyszeptała to, co o tym przedmiocie od kuzyna 
swego wiedziała, usprawiedliwiać go usiłując. Chorował bardzo przed parą laty, zagraniczni 
doktorowie ten przeklęty zwyczaj mu zaszczepili... 
Benedykt wąsa w dół pociągnął. 
— Prosto z mostu mówiąc... pijakiem jest! — sarknął. 
Kirłowa aż wstrzęsła się, tak ją wyraz ten zabolał. Ależ doprawdy, on nie winien, że go ten 
wielki świat do tego doprowadził i wielka fortuna na takie pokuszenia i awantury naraziła. 
Pragnie wyleczyć się, próbował już nieraz, bo wstyd mu samego siebie i życia młodego żal... ale 
dotąd nie mógł. Chyba go kobieta, którą pokochał, uleczy... klin klinem wybijać najlepiej... 
Szczęśliwym się czując nudzić się przestanie, domowe, porządne, regularne życie powróci mu 
zdrowie i chęć do zajęcia się majątkiem. Justynka prawdziwe zadanie siostry miłosierdzia 
spełnić przy nim może, jeżeli ją to, o czym dowiedziała się, nie zraziło... 
Tu pani Emilia splecione ręce w górę wzniosła. 
— Zrażać! o Boże! — zawołała. — To, o czym dowiedzieliśmy się, czyni pana Różyca więcej 
jeszcze interesującym... obudza jeszcze żywszą dla niego sympatię, bo świadczy o naturze 
pragnącej wyrwać się z więzów szarej rzeczywistości, upajać się choćby snami o tym, co piękne, 
wzniosłe, poetyczne! Z takim człowiekiem dzielić życie, razem z nim kochać, marzyć... 
— Może i upijać się! — mruknął pod wąsem Benedykt, którego oświadczyny te najmniej 
zdawały się zachwycać. 
— To prawdziwe szczęście! — dokończyła pani Emilia. 
— Doprawdy! Od takiego szczęścia umrzeć można! — za poręczą fotelu zadzwonił cienki 
głosik Teresy. 
— Fortuna pańska... nazwisko piękne... stosunki... co to i mówić! — z błogim uśmiechem 
szeptał Kirło. 
Kirłowa zaś ze łzami w oczach zwróciła się do Justyny: 
— Złote ma serce, kobietę poczciwą i przywiązaną ocenić i uszczęśliwić potrafi. Gdybyś ty, 
Justynko, wiedziała, jaki on dla nas dobry! Inny na jego miejscu i znać by nie chciał ubogich 
krewnych, a on przyjacielem jest, prawie bratem i... dobroczyńcą nawet, bo wiesz? Czemuż bym 
do tego przyznać się nie miała? bieda przecież wstydu nie czyni! — chłopcami naszymi 
zaopiekować się przyrzekł i w szkołach za nich płacić... raz już za jedne półrocze zapłacił, ale to 
nic nie znaczy — wobec serca i przychylności! Bronkę naszą bardzo lubi i czasem na rękach ją 
nosi... Onegdaj przyjechał do Olszynki i jak zaczął nas prosić: „Przyjedźcie wszyscy do 
Wołowszczyzny na parę dni przynajmniej!” Toteż całe dwa dni bawiliśmy teraz u niego całą 
gromadą, a jak on nas przyjmował!... O przysmaki i inne pańskie przyjemności mniejsza... ale 
sam usługiwał nam, z dziećmi bawił się i chwilami tylko w tę swoją nieszczęsną apatię wpadał. 
Złote serce i bardzo biedny człowiek... choć bogaty! 
Wilgotne oczy otarła i do Justyny zwrócona, wpółproszącym, a wpółzniecierpliwionym 
tonem zapytała: 
— Cóż Justynko? 
Co zdarzało się bardzo rzadko, pani Emilia wybuchnęła: 
— Ależ naturalnie, że Justynka przyjmuje... to cud prawdziwy... niespodzianka losu... 
— To już chyba święty Antoni sprawił!... — zadzwoniła Teresa. 
— Ja zawczasu, zawczasu przyszłej pani Różycowej do nóżek się ścielę! — z niskim na krześle 
ukłonem umizgnął się Kirło. 
Benedykt milczał, wąs na palec zakręcał, aż z kolei zapytał: 
— Cóż, Justynko? mówże! 
Justyna podniosła powieki; była zupełnie spokojną i przyjazne wejrzenie na Kirłową 
zwracając, z lekkim ku niej ukłonem zaczęła: 
— Bardzo wdzięczna jestem panu Różycowi za jego uczciwe i zobowiązujące względem mnie 
postąpienie. Wiem jednak, że niemało namów i wpływów trzeba było na to, aby go do tego 
kroku nakłonić; domyślam się też, że niemało walczyć z sobą musiał, nim się na ten krok 
zdecydował. Zupełnie to zresztą rozumiem. Ani położenie moje, ani wychowanie, ani 
przyzwyczajenia i gusta nie czynią mię odpowiednią dla niego towarzyszką życia. Na wielką 
panią i światową kobietę nie mam kwalifikacji żadnych ani też żadnej do takiego stanowiska 
pretensji... 
— Tym więcej, tym więcej ocenić powinnaś to bohaterstwo miłości — wtrąciła pani Elmilia. 
— Tym większy w tym cud Opatrzności Boskiej! — zawtórowała Teresa. 
— Wszystko to — ciągle do Kirłowej zwrócona kończyła Justyna — już by mnie przyjęcie tej 
ofiary, za którą jednak wdzięczną jestem, niemożliwym uczyniło... ale najważniejszą i 
stanowczo w tym wypadku rozstrzygającą rzeczą jest to, że od wczoraj jestem zaręczoną... 
Na chwilę oniemieni, wszyscy obecni jednogłośnie zawołali: 
— Co? kiedy? jak? z kim? z kim? 
Justyna powstała. Coś ją z krzesła podniosło i warem oblało. 
— Z sąsiadem Korczyna, właścicielem kawałka ziemi w bohatyrowickiej okolicy, z panem 
Janem Bohatyrowiczem! — wypowiedziała z wolna, głosem trochę od wzruszenia drżącym. 
Teraz dopiero w obecnych uderzył grom zdumienia. Pokój napełnił się wykrzykami: 
— Co to? jak to? kto to? Żartujesz? ona żartuje! Pani żartuje! 
Widać było jednak po Justynie, że nie żartowała wcale. Brwi jej ściągnęły się, z podniesioną 
głową, błyskającym wzrokiem po obecnych wodziła. Na koniec Benedykt ręką machnął. 
— A poczekajcież, państwo! — zawołał — niech ja się u niej o wszystko rozpytam! 
Do siostrzenicy się zwrócił: 
— Nie żartujesz, Justysiu? serio mówisz? Zaręczyłaś się naprawdę z jakimś Bohatyrowiczem? 
Pokazała mu swoją rękę. 
— Widzisz, wuju, pierścionka matki mojej na palcu nie mam. Wczoraj mu go oddałam. Serce, 
ręka i przyszłość moja do niego należą. 
Benedykt dziwnie jakoś czmychnął, coś zamruczał, na siostrzenicę popatrzał i znowu zapytał: 
— Jakimże wypadkiem poznać się z nim mogłaś? 
Trochę smutny uśmiech po ustach jej przebiegł; pilnie przez kilka sekund wujowi w oczy 
popatrzała. 
— Prawda, wuju, że tylko wypadkiem my i oni poznawać się z sobą możemy! 
— No, no! — mruknął Benedykt — te filozofie co innego, a twój los co innego! Czy zakochałaś 
się w tym człowieku, ha? Naprawdę kochasz go? 
Znowu jakby elektryczna iskra w serce jej uderzyła, płomień na czoło a wilgoć w oczy 
rzucając. Podniosła głowę. 
— Kocham go z całego serca i jak w to, że żyję, wierzę, że jestem kochaną — odpowiedziała. 
Pani Emilii zrobiło się niedobrze. Nagle i niespodziewanie globus do gardła podchodzić jej 
zaczął. Zdławionym głosem i z oczami już łez pełnymi zawołała jednak: 
— Justynko! jak to? ty taka dumna! ty, co przez dumę nic ode mnie przyjąć nie chciałaś, kiedy 
ja ciebie, jak wypadało, ubierać pragnęłam! Ty, co przez dumę najniewinniej zażartować z siebie 
nie pozwalałaś! ty odrzucasz teraz los świetny, wysokie stanowisko w świecie, a wyjść chcesz za 
chłopa... tak! za chłopa... O Boże! cóż to za tajemniczość! jakie zagadki serc ludzkich! 
Justyna uśmiechała się. 
— Zagadki w tym żadnej nie ma — odpowiedziała.– Właśnie dlatego, że dumną jestem, nie 
chcę być wziętą za żonę przez wspaniałomyślność i bohaterstwo, przez cud Opatrzności albo 
świętego Antoniego, z łaski, z namowy... Wolę zawdzięczać byt i szczęście sercu człowieka, 
który mię kocha, i wspólnej z nim pracy... 
— Androny! — zawołał Benedykt — te wszystkie cuda, tajemniczości, zagadki za grosz sensu 
nie mają! Podobała się paniczowi poczciwa i przystojna dziewczyna — cud szczególniejszy! 
Dziewczyna zakochała się w ładnym i może poczciwym chłopcu — także mi tajemniczość i 
zagadka! Wszystko to funta kłaków nie warte! Co w tym jest rzeczywistego, moje dziecko — do 
Justyny się zwrócił — to to, że może nie znasz dobrze tego życia, na które się decydujesz... 
— Poznałam je z bliska i dobrze, mój wuju... 
— Poczekaj! A praca! Czy ty wiesz, jaka cię praca tam czeka? 
Tym razem uniosła się. 
— Ależ, mój wuju — z mocą odparła — brak pracy właśnie był mi od dawna trucizną i wstydem! 
O, jakże wdzięczną jestem temu, który mię pod niski, ale własny dach swój biorąc daje nie tylko 
zadowolenie serca, ale zajęcie dla rąk i myśli, zadanie życia, możność dopomagania komuś, 
pracowania na siebie i dla innych!... 
Oczy Benedykta miękły, rozjaśniały się, coraz cieplejszym wejrzeniem w twarzy krewnej 
tkwiły. Wahającym się przecież głosem zaczął jeszcze: 
— No... a z tą... z tą niestosownością umysłową jakże będzie? 
— Nie ma jej, mój wuju; kto by tu niestosowność tę znalazł, sądziłby z pozorów. Uczoną nie 
jestem ani artystką; żadnych niepospolitych zdolności ani talentów nie mam i tylko tyle rozsądną 
jestem, by to znać i wiedzieć. Z tego, co umiem, bez wahania i żalu odrzucę to, co ani mnie, ani, 
jak mi się zdaje, nikomu pożytku by żadnego nie przyniosło. A jeżeli światła, z łaski twojej, mój 
wuju, otrzymanego, zostanie mi jeszcze trochę więcej niż on... niż oni go posiadają... 
Wzruszenie głos jej zatamowało; drżącymi ustami, ale z rozpromienionym czołem 
dokończyła: 
— Z jakimże szczęściem pomiędzy nich je wniosę!... o! z jakim szczęściem trzymać będę nad 
nimi ubogą moją lampkę, aby tylko im trochę widniej, jaśniej, weselej było!... 
Benedykt wstał. Wąsa do góry podkręcał. 
— Wy, młodzi, wszyscy teraz w jedną dudkę gracie! Ale — dodał — macie rację... nie ma co 
mówić! macie rację! 
Pani Emilia uczuła kłucie w łopatkach, w boku, w piersi, wszędzie, i tyle tylko miała siły, aby 
zawołać: 
— Tereniu! pomóż mi podnieść się! Tereniu! 
Teresa pośpiesznie z fotelu wstać jej dopomogła i ku drzwiom ją uprowadzała. Kirło — co w 
wypadkach podobnych nie zdarzało się nigdy — ku osłabłej i rozbolałej gospodyni domu żadnego 
poruszenia nie uczynił. Jak do krzesła przykuty, jak skamieniały siedział, z ustami rozwartymi, z 
osowiałym wzrokiem. Nie rozumiał tego, co zaszło, co dokoła niego mówiono; po prostu nie 
rozumiał. Nie mógł ani dziwić się, ani gniewać, ani oburzać, bo wszystkie myśli z głowy mu 
pouciekały, oprócz jednej, uporczywie po niej krążącej: 
— Teoś Różyc harbuza dostał... on, Różyc, dziedzic Wołowszczyzny, siostrzeniec księżny, 
harbuza dostał od tej... tej... 
Ustami poruszył i z cicha wymówił: 
— Teoś harbuza dostał... 
Na kształt automata z krzesła wstał i z kapeluszem w spuszczonym ręku, z otwartymi usty i 
osowiałym wzrokiem przez salon przechodził. Otwierając drzwi od buduaru pani Emilii znowu 
powtórzył: 
— Teoś harbuza dostał... 
Do salonu zaś z impetem wbiegał z ogrodu Witold. Przed paru minutami niepostrzeżenie, 
leciuchno Leonia z gabinetu ojca wyfrunęła, przez salon przebiegając kilkanaście słów 
wyszczebiotała do Zygmunta, który tam przy stole stare albumy i ilustracje przeglądał, i z ganku 
zbiegłszy, w ogrodzie na cały głos wołać zaczęła: 
— Widziu! Widziu! 
Wszystko, co z kątka gabinetu wysłuchała, bratu opowiedziała i tu zadanie swoje już 
spełniwszy, po wschodach na górę do Marty frunęła. Witold zaś, siostry wysłuchawszy, pędem 
do domu wpadł, Zygmunta w osłupiałej postawie pośród salonu stojącego minął i do gabinetu 
wbiegłszy Justynę za obie ręce pochwycił: 
— Justynko! duszko! siostrzyczko! ja trochę spodziewałem się tego, ale tylko trochę, bo 
myślałem, że Buszmanka górę w tobie weźmie i pięknych tatuażów pożałujesz... Zdecydowałaś 
się więc tego zacnego chłopca uszczęśliwić, pracownicą drogiej ziemi naszej zostać, światło 
swoje pomiędzy biednych braci wnieść! Brawo! winszuję! cieszę się, ach, jakże się cieszę! 
I porwawszy ją wpół, śmiejąc się, w ręce ją całując, dwa razy się z nią dokoła pokoju okręcił. 
Ale potem spoważniał i ręce krewnej silnie w swoich ściskając serdecznie w oczy jej patrzał: 
— Pamiętaj — rzekł — że masz we mnie brata, nie tylko ze krwi, ale i z ducha. Spólnikami i 
nawzajem pomocnikami sobie będziemy. Za przyjaciela i brata miej mię... miejcie mię oboje! 
Benedykt z tą pogodą, która od kilku dni pomarszczoną jego twarz łagodziła i wygładzała, na 
uniesienie syna patrząc uśmiechał się. 
— Facecja! facecja z tymi młodymi! — pod długim wąsem mruczał. — Myślą, że świat do góry 
nogami wywrócą i cudów dokonają... a! 
Smutek przyćmił mu oczy; ręką machnął. 
— Cóż, Justynko? — odezwał się — czy to jest stanowcze postanowienie twoje? 
— Tak, stanowcze — odpowiedziała — że nic w świecie, nawet twoja wola, mój dobry wuju i 
opiekunie, odwieść mię odeń nie zdoła. 
Pochyliła się w ręce go całując. On głowę jej do piersi przycisnął. 
Wtedy i Kirłowa z krzesła się podniosła i mówić chciała, ale tym ruchem obudziła małą 
Bronkę, która wstając zaplątała się o rozwiązane tasiemki bucików, i jak długa u stóp matki 
upadła. Że jednak zdarzało się jej to bardzo często, więc najlżejszego głosu z siebie nie wydając, 
na czworakach naprzód stanęła, potem całkiem wstała i ciemne, drobne, obnażone ramiona 
szeroko rozkładając z powagą wymówiła: 
— Mamo, do domu! 
Ale Kirłowa wcale ani na upadnięcie jej, ani na objawione przez nią życzenie nie zważając, 
do Justyny podeszła i za ręce ją wzięła. Twarz miała całą w ogniu i łzach. 
— Żal mi, wielki żal biednego i dobrego kuzyna mego! — zaczęła. — Jednak nie umiem kłamać: 
może i rozumnie postąpiłaś, dobrze wybrałaś... może i szczęśliwą będziesz... 
Ucałowała ją serdecznie. 
— Kiedy rozgospodarzysz się już w swojej chacie — cicho szeptała — oddam ci moją Rózię... do 
twojej chaty ją oddam, aby ci pomocnicą i uczennicą była, a własnymi rękami pracować przy 
ziemi uczyła się i przywykała... 
Przez łzy uśmiechała się i jeszcze ciszej dodała: 
— A może z czasem znajdziesz tam dla niej, jak dla siebie znalazłaś, jakiego ładnego i 
poczciwego chłopca... Wiesz co? dla biednych dziewcząt, które ani hrabinami, ani doktorkami 
zostać nie mogą, dobry to los... jedyny może los... 
Jeszcze coś chciała do ucha Justynie szeptać, ale uczuła się silnie za suknię pociągniętą. Mała 
Bronia u stóp jej śniade ramionka szeroko rozłożyła i ze wzniesionymi ku niej, czarnymi jak 
węgle oczami z powagą powtórzyła: 
— Kiedyż, mamo, ja chcę do domu! 
Istotnie, Kirłowej pora było wracać do domu, gdzie ją różne zajęcia i kłopoty oczekiwały; 
musiała przy tym dziś jeszcze choć na chwilę do Wołowszczyzny zajechać. Poszła więc z 
Witoldem do ogrodu gromadki swojej szukać. Benedykt do odchodzącego syna zawołał: 
— Powiedz tam komu, Widziu, aby Marty do mnie poprosił. 
A do Justyny zwrócił się: 
— Ojcu mówiłaś już o tym? 
Nie miała jeszcze na to czasu, bo Orzelski późno wstawał i długo w swoim pokoju jadł 
śniadanie, a kiedy jedzeniem był zajęty, o niczym z nim rozmawiać nie było można. 
— Idźże do niego teraz i powiedz... zawsze to ojciec! A ja z Martą pomówić muszę... rozpytać 
się! 
Justyna przeszła pustą salę jadalną i kierowała się ku wschodom na górę prowadzącym, gdy 
usłyszała wymówione za sobą swoje imię. Obejrzała się i zobaczyła Zygmunta, który u ściany 
stojąc zwracał ku niej twarz widocznie pobladłą i przerażoną. 
— Czego sobie życzysz, kuzynie? — zapytała. 
— Chwili rozmowy z tobą... na wszystko, co ci jest świętym na ziemi, o chwilę rozmowy cię 
proszę! 
— Owszem — z obojętną grzecznością odpowiedziała i zbliżyła się ku niemu. 
— Kuzynko! czy to prawda... czy prawda, że odmówiłaś Różycowi, a wychodzisz za 
jakiegoś... jakiegoś.. que sais– je? zagonowca... chłopa? 
— Prawda — spokojnie odrzekła. 
— Wielki Boże! taki mezalians... taki mezalians popełnić, to narazić się na wieczną niezgodę 
myśli i gustów, wiesz? Jest to popełnić niemoralność! 
Bystro, z nietajoną ironią w twarz mu popatrzyła. 
— Czy mnie słuch myli, czy istotnie ty, kuzynie, ty... o zgodę w małżeństwie i o moralność 
troskę swą wyrażasz? 
Zmieszał się trochę, ale wzburzenie i przerażenie z twarzy i postawy mu nie ustąpiło. Był, jak 
zwykle, żurnalowo ubrany, ale na tę chwilę żurnalową poprawność i sztywność utracił. Justyna 
odejść chciała, on rękę jej, którą ona wnet usunęła, pochwycił. 
— Cóż więcej? — zapytała chłodno. 
— To — zawołał — że odgaduję cię, odgaduję wybornie motywy, pod których wpływem 
szalonego tego kroku dokonać postanowiłaś. Rozumiem... chcesz ścianą nieprzebytą rozdzielić 
się z dawnym wspomnieniem... z uczuciem... ze mną! Gdybyś za Różyca wyszła, należelibyśmy 
do jednego świata, musielibyśmy spotykać się ze sobą... widywać... Więc uciekasz w inną 
sferę... mieszasz się z motłochem dlatego, aby zniknąć dla mnie, abym ja zniknął dla ciebie! 
Patrzała na niego szeroko otwartymi oczami, znaczenia słów jego zrazu formalnie zrozumieć 
nie mogąc, a potem własnym uszom jakby nie dowierzając. 
On miotał się i, szczerze przerażony, temperament swój i zwykły układ zmieniać się zdawał. 
Za głowę się schwycił. 
— Nie czyń tego! — zaklinam cię! Nie gub siebie i nie obarczaj tak strasznie mego sumienia... 
Jak widmo zamordowanej przeze mnie istoty zawsze widziałbym cię przed sobą! Zlituj się nade 
mną i nad sobą samą! Przyrzekam ci, że oddalę się, że unikać cię będę, że niczym nie narażę cię 
na walkę, która straszną w tobie być musiała, skoro cię aż do tak rozpaczliwego kroku 
przywiodła! 
Teraz dopiero zrozumiała, uszom swoim uwierzyła; tysiąc daremnie wstrzymywanych 
uśmiechów na twarzy jej zadrgało, aż parsknęła głośnym, do powstrzymania niepodobnym, jak 
srebro dźwięcznym śmiechem. Był to śmiech młodej piersi i szczęśliwej duszy, tak szczęśliwej, 
że byle co wywołać z niej mogło dziecinną prawie wesołość. Z tym śmiechem jak z perlistą, 
nieposkromioną gamą odwróciła się od niego, sień przebiegła i na wschody szybko wstępować 
zaczęła. Zniknęła już za załomem wschodów, a śmiech jej jeszcze w wielkiej sieni słyszeć się 
dawał, chociaż zmieszały się z nim figlarne także, to staccato, to znów allegro* wygrywane, 
dźwięki skrzypiec. Zygmunt wyprostował się, usta trochę otworzył, według zwyczaju, którego 
nabierać zaczynał, własną, zaokrąglającą się postać wzrokiem obrzucił i przez zęby syknął: 
— Prostaczka! 
W niewielkim pokoju, pomiędzy łóżkiem z rozrzuconą pościelą a stołem okrytym przyborami 
do golenia się i ubierania, Orzelski w kwiecistym, przybrudzonym szlafroku na skrzypcach grał. 
Okno było otwarte; błękitne oczy grającego przesuwały się po widzialnych przez nie szczytach 
drzew, uśmiechał się, na palcach nóg czasem stawał, jakby z falami tonów w górę leciał; wiatr 
przez okno wlatujący podnosił mu i kołysał nad głową białe jak mleko włosy. 
Justyna z oczami jeszcze pełnymi śmiechu, który tylko co w piersi jej umilkł, gorąco 
zarumieniona, do zatopionego w muzyce ojca podeszła. 
— Mój ojcze — rzekła — mam do pomówienia z ojcem o czymś ważnym, bardzo dla mnie i dla 
ojca ważnym. 
Grać nie przestając z roztargnieniem na nią spojrzał. 
— Co tam takiego? aha! wiem... pan Różyc... ale poczekaj! niech wprzódy te... serenadkę 
skończę! 
Justyna przy oknie usiadła, czekała, a dźwięki serenady długo jeszcze to staccato, to allegro, 
to znów andantissimo* 
rozlegały się po pokoju. Na koniec skończył, ustami cmoknął i koniec 
smyczka całując uśmiechnął się błogo. 
— A co?... caca te... serenadka! 
Tymczasem wkrótce po odejściu Justyny bocznymi drzwiami do gabinetu Benedykta wsunęła 
się Marta. Nie weszła jak zwykle ze stukiem i impetem, ale wsunęła się dziwnie cicho, 
zmieszana, ciemną chustką otulona. 
— Przysyłałeś po mnie, Benedykcie — zaczęła — ale ja bym i sama przyszła, bo wielką prośbę 
mam do ciebie... tylko nie wiem... słowo honoru, jak to powiedzieć... 
— Cóż? może i ty zaręczyłaś się z jakim ładnym chłopcem? — zażartował Benedykt. 
Ręką machnęła, naprzeciw krewnego na brzeżku krzesła usiadła. 
— Tak już głupią nie jestem, aby o takich rzeczach myśleć... — z dziwną pokorą i uciszeniem 
odpowiedziała — ale widzisz... Justynka za mąż wychodzi i jeżeli zgodzisz się... pozwolisz, ja 
przy niej, w jej... w ich chacie zamieszkam sobie... 
— Co? co? — zawołał Benedykt. 
— Słowo honoru! bardzo chcę przy nich zamieszkać — ze spuszczonymi oczami i splecionymi 
na kolanach rękami mówiła dalej. — Chleba darmo im jeść nie będę; bo i doświadczenie w 
gospodarstwie mam, i siły do pracy jeszcze trochę... Im, gołąbkom, moje ręce przydadzą się, a 
może i głowa cokolwiek doradzi... A tu ja niepotrzebna... wieczny smutek! niepotrzebna 
nikomu... nikomu... nikomu... 
— Jak to niepotrzebna? Co ty wygadujesz? — niecierpliwić się zaczął Benedykt. 
Głową z wysokim grzebieniem silnie wstrząsając twierdziła: 
— A niepotrzebna! Cóż? dzieci podorastały... twojej żonie nigdy dogodzić ani przypodobać się 
nie mogłam... a co do gospodarstwa... wielkie rzeczy! ochmistrzynię sobie na moje miejsce 
weźmiesz... Justynka zaś sprzyja mnie, lubi... ona zawsze najwięcej ze wszystkich mnie lubiła... 
Przy tym i tych ludzi, pomiędzy których ona idzie... 
Zająknęła się, palcem po wilgotnej rzęsie powiodła. 
— I tych ludzi znałam kiedyś... lubiłam... sam los mię kiedyś do nich prowadził... ale go nie 
posłuchałam, nie poszłam... za to teraz pójdę, popracuję z nimi trochę, a potem pewno..., już 
niedługo, oni dla mnie sami cztery deski zbiją i na mogiłki sami poniosą... ot, czego mnie chce 
się... Justynka i Janek za dwa miesiące pobrać się postanowili... przez ten czas, ty Benedykcie, 
ochmistrzynię sobie znajdziesz... Uf! nie mogę! 
Zakrztusiła się i zakaszlała. 
Benedykt patrzał, słuchał, aż wybuchnął: 
— Facecja! niedługo cały Korczyn do Bohatyrowiczów się przeniesie! No — z uśmiechem 
dodał — już chyba tylko moja żona i panna Teresa tam nie pójdą! 
Wstał, do Marty zwrócił się. 
— Co ty wygadujesz? Jakie głupstwo do głowy ci przyszło! Ty tu niepotrzebna! Boże 
kochany! A toż my z tobą od dwudziestu kilku lat we dwoje pracujem! tylkoż nas tu dwoje 
pracujących było! Niepotrzebna! A cóż ja bym był począł, gdybym ciebie przy sobie nie miał? 
Toż ja nie tylko swojej, ale i twojej pracy zawdzięczam, że utrzymałem się przy Korczynie! 
Kobieta uczciwa, pracowita, rządna, życzliwa w domu i w gospodarstwie — bagatela! 
Niepotrzebna! Ależ ty dzieci moje na rękach swych wynosiłaś i wyhodowałaś! ty je jak matka i... 
za matkę... kochałaś i pieściłaś: a nie po głupiemu pieściłaś! Witold wiele ci winien, bo dobre, 
ludzkie rzeczy w głowę mu kładłaś... Moja Marto, za przyjaciółkę cię zawsze miałem i 
serdecznie cię lubiłem, tylko, widzisz, kłopoty i różne biedy takim ponurym i smutnym mię były 
zrobiły, że i okazywać mi się nie chciało tego, co czułem. Alem ja wdzięczen ci, do grobu 
wdzięczen, i nie puszczę cię od siebie, jak sobie chcesz, nie puszczę... Facecja! ona 
niepotrzebna! Przez całe życie jak wół pracowała i niepotrzebna! Jej nikt tu nie lubi! A ja? 
Wyhodowaliśmy się razem, pracowaliśmy razem... 
Szerokimi krokami po pokoju chodził, wąsy w dół pociągał, ramionami rozmachiwał. Marta 
podniosła na niego swoje czarne, bystre, ogniste oczy, które z kolei napełniały się wyrazem 
zadziwienia, rozczulenia, radości. 
— Królu mój! — zawołała — i ty doprawdy tak myślisz, jak mówisz? ty nie z litości nad starą 
krewną, nie z grzeczności tak mówisz? 
— Ależ, jak Boga kocham! — krzyknął Benedykt — upamiętaj się! sama pomyśl!... 
— Bożeż mój, Boże! — zawołała i w zwykły już sobie sposób jak wicher porwała się z krzesła, 
do krewnego przypadła, ręce jego pochwyciła. 
— Królu mój! braciszku! otożeś mię uszczęśliwił! Wieczna pociecha! A ja myślałam, że stary 
grat ze mnie, nikomu tutaj niepotrzebny, a wszystkim obrzydły! Ty bo nie wiesz, braciszku, co 
to jest życie przebyć bez serca kochającego przy sobie, bez dobrego słowa ludzkiego! Wieczny 
smutek mię jadł, tęsknota, ponurość taka, że wolałabym czasem w grobie gnić! I perswadowałam 
sobie, a ciągle gryzło żądanie, aby dusza jaka serdecznie mi sprzyjała, aby komu do życia i 
szczęścia przyczynić się! Chciałam spróbować tam... Ale teraz już nie chcę... słowo honoru, nie 
chcę, nie pójdę... Wieczny śmiech! po cóż ja mam stąd iść, jeżeli tobie potrzebną jestem i jeżeli 
ty mnie, jak brat siostrę, lubisz?... Oj, królu mój, jakże ty mnie pocieszyłeś, jak uszczęśliwiłeś! 
Wieczna pociecha! 
Garnęła się do niego, w ramiona go całowała, płakała, aż zakaszlała się tak, że przez minut 
parę do słowa przyjść nie mogła. 
— Teraz — uspokoiwszy kaszel zaczęła — teraz, braciszku, musisz pozwolić, abym parę koni na 
parę dni ci zabrała... Do miasta pojadę, do doktora... leczyć się muszę, aby ci jeszcze móc jak 
najdłużej służyć... Ze trzy lata już temu przeziębiłam się, w piwnicy warzywa na zimę układając, 
ale nie dbałam o to. „Po co mam leczyć się? na co? wieczny smutek!” — myślałam. I ambarasu 
nie chciałam nikomu robić... Czasem i bardzo źle ze mną bywało, taiłam się z tym jak grzechem 
śmiertelnym... „Im prędzej, tym lepiej!” — myślałam. Ale teraz co innego. Jeżelim ja tobie 
potrzebna, jeżeli ty mnie lubisz i szanujesz, leczyć się muszę, aby jak najdłużej ci służyć, a może 
jeszcze... Uf, nie mogę! 
Śmiała się i kaszlała. 
— A może jeszcze i na weselu twoich dzieci potańcować! Wieczny śmiech! wieczny śmiech! 
Benedykt serdecznie ją w głowę i czoło ucałował. 
— Uspokój się — rzekł — siadaj i mów mi wszystko, co wiesz o Bohatyrowiczach w ogóle, a o 
tym narzeczonym Justynki w szczególności. Opiekunem jej jestem, a choć dziewczyna 
pełnoletnia, energiczna i niegłupia, na wiatr przyzwolenia swego dawać nie mogę. Witoldowi nie 
bardzo ufam, bo różowe okulary na nosie mu siedzą, ale wiem dobrze, że ty interesowałaś się 
zawsze tymi ludźmi, teraz na weselu u nich byłaś, widziałaś, słyszałaś — mówże mi wszystko, co 
o nich wiesz! 
Martę znowu wezwanie to uszczęśliwiło, bo znowu przekonywało ją, że na coś potrzebną 
była, że krewny ufa jej i w rozsądek wierzy. Cicho też na krześle usiadła i ze skupieniem, z 
rozwagą długo mówiła, opowiadała i nie skończyła jeszcze mówić i opowiadać, kiedy naprzód w 
sali jadalnej dały się słyszeć śpieszne kroki, a potem w drzwiach gabinetu ukazał się Orzelski. 
Szlafrok na sobie miał, w pasie sznurem przewiązany; smyczek w ręku trzymał. Rumiana, 
dobroduszna zawsze twarz jego wyrażała teraz gniew i wzburzenie. 
— Panie dobrodzieju! — od progu zawołał — to jest te... głupstwo, na które pan dobrodziej 
pewno pozwolenia swego nie dasz! Pan dobrodziej opiekunem Justynki jesteś i nie 
spodziewałem się, nie spodziewałem się, aby w domu pana dobrodzieja córkę moją taka te... 
kompromitacja spotkała... 
Sapał głośno, okrągłą postać dumnie prostował, smyczek do góry wzniósł. 
— Tu kompromitacji żadnej dla Justynki nie ma — powstając zaczął Benedykt. — Dziewczyna 
jest pełnoletnia, wolę swoją ma, za kogo zechce, wyjdzie... 
— Wyjdzie! za te... a panu Różycowi, który jest te... całą gębą panem, odmówiła! A jaż, panie 
dobrodzieju, ja... te... te... co zrobię? czy ja za nią do te... te... te... prostej chaty pójdę? Ja, panie 
dobrodzieju, te... te... te... te... nie przywykłem... tam pewno nawet fortepianu postawić gdzie nie 
ma... mnie tam te... te... te... to... głodem zamorzą! 
Łzy mu oszkliły oczy; z gniewu wpadł w żal, prawie zaszlochał. Benedykt rękę mu na 
ramieniu położył i z czołem zmarszczonym, z niesmakiem w wyrazie ust, spokojnie jednak 
rzekł: 
— Bądź pan spokojny; jak mieszkałeś w Korczynie, tak mieszkać będziesz. Pewno, że tam 
wyżyć byś nie mógł. Ale ja z największą przyjemnością panu dom swój nadal ofiaruję. Zresztą, 
macie u mnie swoją sumkę, którą Justysi częściami tylko będę mógł spłacać... 
Orzelski chciwie tych słów wysłuchał i uspokoił się znacznie. 
— Ale widzi pan dobrodziej, zawsze to jakoś nie te... aby panienka taki mezalians robiła... 
Benedykt zamyślił się na chwilę. 
— Mój kochany panie — odpowiedział — przypomnij sobie swoją własną młodość... Może też 
Justynka szczęśliwszą będzie w tym mezaliansie, niż moja cioteczna siostra była w małżeństwie 
z panem... zupełnie przecież stosownym. 
Orzelski usta trochę otworzył, zmieszał się. Jakieś przypomnienie ugodziło weń i trochę nim 
wstrząsnęło. 
— Serce, panie dobrodzieju... — zaczął — serce nie... te... jeżeli z mojej strony były jakie te... to 
przez te... 
— No — przerwał Benedykt — o przeszłości nie ma co mówić, a o przyszłość swoją bądź pan 
spokojny. Idź na górę, graj sonatki i serenadki, a Marta ci tam zaraz śniadanie pośle... 
Pomyślał chwilę, na smyczek swój spojrzał. 
— Kiedy tak — zaczął — to niech już sobie Justynka te... ale zawsze to nie wypada, aby 
panienka za jakiegoś te... te... nie wypada... nie wypada! 
Głową kołysząc i wyraz ostatni powtarzając, zupełnie już jednak uspokojony, odszedł. 
Benedykt długo jeszcze rozmawiał z Martą i z Witoldem, który Kirłową i jej gromadkę do 
bryczki wsadziwszy i pożegnawszy, śpiesznie do ojca przybiegł. Potem w sali jadalnej 
nakrywanie do stołu usłyszawszy Marty poprosił, aby o parę godzin podanie obiadu 
powstrzymała, a Witoldowi Justynę zawołać kazał. 
Nadbiegła zarumieniona, niespokojna. Sprzeczki i poróżnienia z wujem lękała się. 
— Chodź! — rzekł do niej Benedykt, kapelusz słomiany na głowę włożył i ramię jej podał. 
Odgadła, dokąd ją miał prowadzić, i z okrzykiem radości do rąk mu się rzuciła. 
Poszli drogą sunącą białym szlakiem u spłowiałego kobierca pól. Niebo było białe od 
okrywających je obłoków, pod nim leciały stada jaskółek i gdzieniegdzie kołysały się jastrzębie. 
W powietrzu panowała chłodna, smętna, łagodna cisza jesieni. 
Kiedy Benedykt i Justyna weszli do zagrody Anzelma i Jana i prędko przebywali 
przerzynającą duży ogród drogę, na której teraz usychały trawy i żółkły więdnąc białe 
dzięcieliny, siedząca na sapieżance białoczarna sroka zakrakała, kogut za płotem zapiał i żółty 
Mucyk wybiegł z podwórka z wielkim szczekaniem. Ale pogładziła go Justyna i pies lisi swój 
pyszczek do sukni jej tulić a kiściastym ogonem wywijać zaczął, z miłością w oczy jej patrząc. 
Potem spostrzegł ich wysoki, zgrabny, złotowłosy chłopak w głębi ogrodu u wrót podwórka 
odrosłą trawę koszący. Spostrzegł ich i zrazu trwoga uczyniła go jakby martwym, a wszystką 
krew z ogorzałych policzków spędziła. Ale w mgnieniu oka domyślił się, co znaczyło to wspólne 
z wujem przybycie Justyny. Niezmierna radość błyskawicami wytrysnęła mu z oczu, kosa z rąk 
jego na trawę padając błysnęła i brzęknęła. Paru skokami przed Benedyktem się znalazł, 
przykląkł i gorące usta do ręki jego przycisnął. Benedykt nie na niego jednak patrzał, ale na 
Anzelma, który pod okapem ganku w grube floresy rzeźbionym stojąc przygarbiony trochę, w 
długiej swej kapocie, powolnym ruchem rękę ku wielkiej baraniej czapce podnosił. Oczy tych 
dwu ludzi spotkały się z sobą; przez chwilę milcząc na siebie patrzyli. Na koniec, Benedykt, 
kładąc dłoń na pochylonej przed nim głowie Jana, tonem zapytania wymówił: 
— Syn Jerzego? 
Anzelm wyprostował się i głowę odkrył. Ze snopa zmarszczek leżącego mu pomiędzy 
brwiami na wysokie czoło i aż na skronie cienkie nici rozbiegły się niby ukośne promienie. Rękę 
z wielką czapką wzniósł nieco, na zaniemeński bór nią wskazał i trochę jąkając się 
odpowiedział: 
— Tego sa... samego, który z bratem pańskim w jednej mogile spoczywa! 
KONIEC