ZYGMUNT KACZKOWSKI 
OLBRACHTOWI RYCERZE 
POWIEŚĆ 
TOM I 
się horen nicht die folgenden Gesange, 
Die Seelen, denen ich die ersten sang; 
Zerstoben ist das freundliche Gedrange, 
Verklungen, ach! der erste Wiederklang. 
Mein Lied ertont der unbekannten Menge, 
Ihr Beifall selbst macht meinem Herzen bang; 
Und was sich sonst an meinem Lied erfreuet, 
Wenn es noch lebt, irrt in der Welt zerstreuet. 
GOETHE 
„Wy, którym pierwsze wyśpiewałem pieśni, 
O duchy dobre, dalszych nie słyszycie; 
Kędyż jesteście bracia i rówieśni? 
W echu pobrzmiewa zapomniane życie. 
Cierpienie moje już się nie rozwieśni, 
Czymże nieznani? cóż po ich zachwycie? 
Kogóż śpiew skrzepi? jakich mam słuchaczy? 
Zmarłych jedynie, jedynie tułaczy”. 
FAUST (DEDYKACJA), PRZEKŁ. E. ZEGADŁOWICZA, 
WADOWICE 1926, S. 8. 
WSTĘP 
Pomiędzy rzekami Stryjem a Dniestrem, w kraju dziś sławnym nieprzebranymi bogactwy 
olejów skalnych, o trzy mile na przestrzał od staroruskiego miasta Drohobycza, a o sześć mil 
od szczytu Bieszczadów, w dolinie zaklęsłej a rozramienionej pomiędzy grzbietami gór, sterczą 
szeroko porozrzucane olbrzymie skaliska, które od wieków są dziwowiskiem podróżnych 
a zarazem siedzibą potwornych podań ludowych. 
Skaliska te, znane powszechnie pod nazwiskiem „Kamienia w Uryczu”, dzielą się na dwie 
odrębne gromady, nie zdradzając na pozór żadnego związku z sobą. 
Jedna z nich, leżąca po drugiej stronie doliny, składa się też w istocie z kilkudziesięciu 
większych i mniejszych kamiennych brył, poprzerastanych czarnym jodłowym lasem, leszczyną 
i jałowcami: było ich przed wiekami zapewne więcej, ale z czasem przykryły je ziemia, 
mchy i dzikie krzewiny. W tej gromadzie widać nieład natury, jakoby pobojowisko po jakiejś 
gwałtownej rewolucji żywiołów: ręka ludzka nie zostawiła tam żadnego śladu po sobie. 
Natomiast druga gromada, więcej skupiona a stercząca ze stoku góry nad bezdenną przepaścią 
od północnego wschodu, uderza na pierwszy rzut oka widokiem jakby ruin ogromnego 
i bardzo starożytnego zamczyska. 
Skalisty ten potwór, piętrzący się w chmury swymi pozostałymi basztami, a z jednej strony 
jakby nad samą paszczą piekielną zawieszony, w którejkolwiek dnia dobie widziany, przejmuje 
podziwem i grozą. Tu bowiem obok olbrzymich tworów natury, pnących się w niebo z 
zuchwalstwem niczym nie okiełznanych żywiołów a zarazem głęboko wbitych w wnętrzności 
ziemi, widoczne są ślady, że tutaj niegdyś mieszkali ludzie. 
Dość rzucić okiem na te skaliska, ażeby dostrzec, że kiedyś, zapewne jeszcze w wiekach 
zamierzchłych, człowiek opanował tę w puszczach leśnych zatopioną dzikach zwierząt siedzibę 
i pracą wielu lat i wielu tysięcy rąk ludzkich zamienił w zamek obronny. Albowiem na 
najwyższych szczytach tych skał widać izby wewnątrz wykute i wschody do nich wiodące a 
opatrzone kamiennymi gankami; gdzie indziej zaś wyglądają spod mchów i krzewin sążniste 
mury z cegły i wapna, które z wiekami także zlały się w kamień. 
Z tych skał ogromnych, które się zwycięsko oparły zniszczeniu wieków, a wyglądają jak 
baszty lub wieże w gruz zapadłego zamczyska, dzisiaj jeszcze jest cztery. Dwie mniejsze, 
sterczące od północy w odległości kilkunastu stóp jedna od drugiej, stały widocznie swojego 
czasu na straży głównego wjazdu i obejmowały pomiędzy sobą bramę zamkową. Pomiędzy 
nie wchodzi się w obszerny dziedziniec, dziś trawa i chwastem zarosły, lecz bez wątpienia 
naturalną i jednolitą płytą kamienną nakryty. Pod dziedzińcem musi być próżnia, zapewne 
ludzkimi rękami wykuta, nawet prawdopodobnie do dalszych prowadząca podziemi, bo za 
uderzeniem w posadzkę głuche odzywa się echo, powtarza się kilkakrotnie w oddali i dopiero 
po chwili ucicha. W jednym rogu dziedzińca jest studnia w skale wykuta, dziś zasypana gruzami. 
Po lewej ręce ciągnie się mur skalisty, którego posady wszakże dojrzeć nie można, 
zwiesza się bowiem nad bezdenną przepaścią, która tak jest głęboką, że rosnące po jej brzegach 
wiekowe jodły szczytami swymi zaledwie dosięgają poziomu dziedzińca. Przepaści tej, 
na której dnie leżą trupy drzew przedwiekowych i olbrzymie kawały skał, a na nich znowu 
pnie zmurszałych jodeł, jeszcze nigdy promień słońca nie przedarł i nigdy stopa ludzka nie 
dotknęła. Nad nią, w rogu dziedzińca, wznosi się najwyższa baszta zamkowa. 
Jest to wieża skalista, mierząca sto kilkadziesiąt stóp wysokości, rozdwojona u szczytu i 
piętrząca się dwiema iglicami ku niebu. O kilkanaście stóp poniżej iglic znajduje się izba w 
skale wykuta, opatrzona resztkami krużganku. Z tego krużganku, na który jeszcze niedawno 
wejść było można po kamiennych, chociaż już bardzo oślizganych progach, również w skale 
wykutych, przepyszny nawet gołemu oku przedstawiał się widok. Obejmował on bowiem 
kilkadziesiąt mil kraju, bogatego jak róg obfitości we wszystkie dary natury, płynącego od 
wieków mlekiem i miodem, a przerzniętego srebrnymi wstęgami Tyśmienicy i Stryja, Świcy i 
Dniestru, i wielu innych rzek mniejszych, wijących cię między tłustymi łąkami i cienistymi 
dąbrowy. Po prawej ręce widziałeś miasto Stryj, śpiące spokojnie na rozległej dolinie; przed 
tobą roił się handlowy gród starej Rusi Drohobycz, cokolwiek dalej na lewo gubił się w sinawej 
mgle Sambor z wspaniałymi wieżami swoich kościołów i cerkwi, z białymi jak śnieg 
ulicami, otoczony dokoła pysznymi sadami drzew owocowych i złotymi łanami pszenicy, a 
siedzący na brzegu uciekającej przed twoim okiem równiny, która jest niby pierwszym kobiercem 
stepów podolskich, ścielącym się pod nogi apostołom ludzkości i oświaty, przybywającym 
z zachodu... 
Czwarta na koniec baszta, cokolwiek niższa od poprzedzającej a stojąca w rogu zachodnim, 
lecz także niegdyś mieszkalna, dzisiaj zaś w różnych miejscach poprzerywana u szczytu, 
w dziwnych przedstawia się kształtach, które zdają się być jakoby ruchome i w wyobraźni 
przybierają rysunek ludzkich postaci. 
Tak z jednej strony, gdzie skała chyli się ku wschodowi, widzisz jakoby stojącego na jej 
szczycie rycerza, który na hełm i zbroję kaptur mnisi zarzucił i stoi tak nad przepaścią, jak 
gdyby się w nią chciał rzucić, a przed śmiercią ostatnim dumnym spojrzeniem grozi pogardzonemu 
przez siebie światu. Z drugiej strony, gdzie skała się zwiesza ku dziedzińcowi, widzisz 
jakoby dziewicę z załamanymi z rozpaczy rękami, która chciałaby z miejsca się ruszyć i 
zstąpić w dziedziniec — a nie może, bo jest skamieniałą. 
Kiedy warstwa mgły białej położy się na tych ruinach, co się często zdarza w tych górach, 
tak że tylko wierzchołki tych skał nad nią się wznoszą i zdają się wisieć w powietrzu, wtedy 
postacie te rysują się daleko wyraźniej: natenczas i dumnie w przepaść spoglądającego rycerza, 
i skamieniałą w swym ruchu dziewicę widać jakoby żywe — i jest to widowisko wspaniałe 
i groźne, przed którym oczy twoje się otwierają szeroko i oddech zapiera się w piersi. 
Widok ten wszakże staje się strasznym i przejmującym wśród jasnej nocy; natenczas bowiem 
postacie te malują się czarno na niebios błękicie, duch w nie wstępuje, zdaje się ruszać na 
swoich kamiennych podstawach — a kiedy wyobraźnia usiłuje przeczuwać ich myśli i czyny z 
tych czasów, kiedy żyły na ziemi, w piwnicach zamku głuche odzywają się echa, w głębiach 
zaś tej przepaści, gdzie stare pnie leżą przysypane drzazgami skał, słychać szumy i jęki przytłumione, 
niknące w dali, ale tak przeraźliwe i takie nieziemskie, że ktokolwiek je słyszał, 
uczuł drżenie w głębi swej duszy i uwierzył powieści ludowej, że tam mieszkają duchy pokutujące. 
Toż jeszcze nikt tam nocy nie przespał w tych strasznych ruinach, a kto przypadkiem 
o zmroku się zabłąka, żegna się krzyżem świętym, popędza konie i mija je jak najprędzej... 
Pomiędzy ludem okolicznym krążą wielorakie, lecz dziwnie zamglono i poplątane ze sobą 
podania o tym starym zamczysku. Najdawniejsze z nich sięgają tego pomroku dziejów, z którego 
na podstawie jakiejś ustnej lub pisanej wieści o jakimś chanie lub carzyku, o niezliczonych 
hordach, którym hetmanił, o wielu zamkach, które posiadał, o złotych skarbach, które 
zakopał, tak samo bajarze gminni, jak i piśmienni, wysnuwają mniej albo więcej potworna 
baśnie, nie mające żadnego wiarogodnego świadectwa za sobą. Podania te, krążące po chatach 
sąsiednich bojków, a uporządkowane cokolwiek przez ludzi piśmiennych, mówią, co 
następuje: 
Przed tylu a tylu wiekami, kiedy jeszcze Rusi nie było, a góry te były zamieszkane przez 
szczep słowiański Weletów, zwących się także Wilkami, jeden wielki żupan Weletów, który 
sam się Wilkiem nazywał, mając duchy nieczyste na swoje usługi, zmurował z tych skalisk 
odwieczny zamek obronny i kazał pod nim wykuć obszerne piwnice, w których chował swe 
skarby, a które podziemnym kanałem, idącym popod rzekę i staw, łączyły się z ową drugą 
gromadą skał, leżącą po tamtej stronie doliny. Weletowie, szczep milionowy i bardzo waleczny, 
pociągnęli dalej ku północnemu zachodowi, zalewając sobą wszystkie kraje, opierające 
się o morza północne, i sięgając nawet do wysp za tymi morzami leżących. Wilk wszakże 
tutaj pozostał, żyjąc z swą młodą żoną na swoim zamku w szczęściu i dostatkach, które za 
pomocą duchów nieczystych ustawicznie pomnażał. Biesiady, muzyka i tańce trwały po całych 
nocach na jego zamku aż do świtania: wszakże kiedy jednego zarania, nie dosłyszawszy 
piania kurów, złamał zawartą z duchami umowę, duchy zburzyły zamek i zamieniły jego i 
jego żonę w owe poprzerywane skały, które jeszcze dziś stoją na ruinach zamkowych. Jaka to 
była umowa, podanie nie wie, lecz opowiada dalej: 
W wiele lat potem Tatarzy zaleli powstałe tymczasem księstwo halickie, a na ich czele 
szedł ich chan ówczesny, Szełudywy Buniak, półczłowiek, półdemon, z czupryną wichrowatą 
jak strzecha, z brodą sięgającą do ziemi, która jego czeladź na rozkaz podnosiła złotymi widłami, 
z brzuchem otwartym i koszlawymi nogami, i podstąpił pod miasto Bycz, zbudowane 
nad rzeką Tyśmienicą, gdzie dzisiaj leży wieś Tustanowice. Mieszczanie byccy, ufając wałom 
i częstokołom, którymi było otoczone ich miasto, mając przy tym dostatek broni, zawarli się 
w mieście i postanowili stawić opór Tatarom. Buniak oblegał ich długo daremnie, aż wreszcie 
użył fortelu. Wyprawił posły do miasta z zapewnieniem, że od oblężenia odstąpi, a przyjmie 
okup i żąda niewiele: z każdego dymu tylko jednego gołębia. Byczanie zaraz na tę umowę 
przystali i posłali mu po jednym gołębiu z każdego dymu. Lecz chytry Buniak poprzyczepiał 
każdemu gołębiowi zatloną hubkę pod skrzydła i puścił je wolno. Gołębie wróciły każdy do 
swego dymu pod strzechę, a w chwili potem całe miasto stanęło w płomieniach. Tatarzy skorzystali 
z pożaru, napadli na miasto, złupili je i zniszczyli tak, że kamień na kamieniu nie został, 
mieszkańców zaś w części wymordowali, a w części wzięli w niewolę. Tymi niewolnikami 
Buniak założył nowe miasto, drugi Bycz, dzisiejszy Drohobycz. Sam zaś z swym dworem 
osiadł na zamku uryckim, który na nowo odbudował, basztami i strzelnicami opatrzył i 
napełnił nieprzebranymi skarbami. Podanie dodaje z naciskiem, iż w osadach zamkowi podległych 
pozakładał warsztaty tkackie, na których wyrabiano parczowe jedwabie 1 i sędy ze 
złota i srebra, tkając z nich przepyszne kamchy2, aksamity i złotogłowia, które sprzedawał w 
mieście Tustaniu, w Drohobyczy i we Lwowie. Tym trybem nagromadził wielkie bogactwa, 
które chował w piwnicach. Przy nich żył hucznie i szumne, wśród biesiad i tańców, ale bez 
muzyki, bo nie miał grajków pomiędzy swoimi Tatary. Była wieść głucha, że diabeł, z którym 
był w zmowie, zakazał mu grania na zamku, tylko mu śpiewać pozwolił. Aż jednego dnia 
przyszli muzykanci pod zamek, przyszli wierzchem Starego-horbu, wracając z wesela ze 
Schodnicy, a była ich cała sotnia albo i więcej. Tatarski burgrabia dał o tym znać swemu panu, a Buniak ich przyjął z ochotą. I kazał zwołać cały swój dwór i wyprawił wielką biesiadę z 
tańcami, przy której wina i miody lały się strugami. Ale muzykanci tylko udawali, że piją, w 
rzeczy zaś leli wino w zanadrze; toż kiedy Buniak tak się upił z swym dworem, że wszyscy 
leżeli bez duszy, muzykanci się spuścili do piwnic, zabrali skarbów, co mogli, a wychodząc 
obładowani, pozostawili zatlone wióry przy beczkach prochu, przechowywanych w piwnicy. 
Kiedy już wszyscy wyszli szczęśliwie poza ostatnie okopy zamku, straszliwy huk dał się słyszeć, 
prochy się zapaliły i zamek wyleciał w powietrze... Szełudywy Buniak, ile że sam był 
czarnoksiężnikiem, oszukał diabła i ocalał — a wsiadłszy na złotą koleśnicę3, do której zaprzągł 
skrzydlate konie, ujechał do Węgier. Ale diabeł dopędził go na szczycie Bieszczadu, 
zrzucił woźnicę z kozła, sam wziął lejce do ręki i koleśnicę w jar głęboki wywrócił, gdzie się razem z Buniakiem zapadła pod ziemię. Wszelako i muzykanci nie uszli bezkarnie, bo starszy 
murza Buniaka, którego podanie także zwie Wilkiem, zebrał Tatarów, leżących po wsiach 
obozem, zgonił ich, skarby odebrał i uszy im poobcinał: potomkowie ich żyją do dziś dnia we 
wsi Kruszelnicy, nazywają się Czulewicze i noszą imionisko Bezuszków. 
Są jeszcze inne podania z cokolwiek późniejszych czasów, w których na miejscu chana carzyk 
panuje na zamku, zabiera drugiemu carzykowi żonę i na zamek przywozi; zaś jego rywal, 
przyzwawszy diabła na pomoc, zdobywa zamek i carzyka zwodziciela zabija, a diabeł 
burzy zamek za pomocą ogniów piekielnych. 
Jednak w tych wszystkich podaniach występuje ktoś zwany Wilkiem i powtarza się z rozmaitymi 
zmianami powieść o diable, o muzyce i o zburzeniu zamku nadnaturalnymi siłami. 
Gdzie we wszystkich podaniach, zmieniających swe formy z wiekami, lecz przywiązanych do 
jednego miejsca, pewna treść stała się ciągle powtarza, tam w tej treści bywa zazwyczaj cokolwiek 
prawdy. 
Dlatego, napatrzywszy się do syta tym olbrzymim skaliskom i zagadkowym ruinom i wysłuchawszy 
wszystkich powieści o carzykach i chanach, którzy w wyobraźni ludowej w nich 
niegdyś mieszkali, ciekawy podróżny wchodzi jeszcze raz na dziedziniec i szuka bądź śladów 
architektury, bądź jakichkolwiek napisów, z których by mógł jakieś pewniejsze zbudować 
wnioski, tak o epoce, w której ten zamek był zaludniony, jak i o jego mieszkańcach. 
Ale z architektury owego czasu nie masz dziś prawie żadnego śladu: ani jednego filaru, ani 
jednego odłamku sklepieni, ani jednego gzymsu nie można się doszukać w nastroszonych w 
dziedzińcu drzazgach tej starożytnej budowy. Widać tylko resztki sążnistych murów z cegły i 
wapna — a mury takie mogą pochodzić z każdego wieku. Powykuwane w naturalnych skałach 
izby, krużganki, wschody, nieprzemierzone pod dziedzińcem piwnice i dla gęstego powietrza 
dziś całkiem niedostępne pieczary, każą się tylko domniemywać, że są to roboty z czasów 
przedhistorycznych, z czasów takich, gdzie praca ludzka nie miała wartości, bo ją można było 
wygwałcić, ale epoki ich nikt nie oznaczy. Znajdowane różnymi czasy w tutejszych dziuplach 
okruchy kamiennych posągów dziwotwornej postaci i kształtów, rozmaite kruszcowe i kamienne 
narzędzia, których użytku już nie można odgadnąć, wygrzebywane wreszcie kociołki 
z pieniędzmi, o których wieść niesie, dozwalają przypuszczać, że dziwne te schowki i pieczary 
służyły niegdyś poganom jako świątynie i że może niejednokrotnie przechowywali się tutaj 
opryszki, których w tych górach po wszystkie wieki nie brakło. Na tym się kończą wszystkie 
ślady widoczne z tych czasów, które następne wieki przykryły swym pyłem. 
Są wszelako napisy na ścianach skalistych. Przed laty blisko czterdziestu, kiedyśmy te ruiny 
po kilkakrotnie zwiedzali, było takich napisów, jakkolwiek już wtedy mocno zniszczonych 
i trudnych do odczytania, jeszcze bardzo wiele. Mianowicie na owej olbrzymiej skale, u 
której szczytu znajdowała się izba z krużgankiem, była jedna ściana, bardzo obszerna i dosyć 
gładka, która niemal cała była zasiana napisami, nawet w takiej wysokości, że ci, którzy po 
niej ryli żelaznym narzędziem, musieli używać drabiny. Powyżej tej ściany znajdowała się 
głęboka szczelina z progiem tak szerokim, że na nim nadzwyczaj gęsto powyrastały krzewiny. 
Pomiędzy nimi bujały przede wszystkim dzikie róże i powoje, których krzaczyste gałęzie 
zwieszały się na dół i zakrywały wyższą część ściany. Krzewy te utrzymywały cień i wilgoć 
przy ścianie, skąd poszło, że nawet dosyć głęboko wyryte litery zarastały mchem i ulegały 
zniszczeniu. 
Nowsze napisy, których zresztą i po innych miejscach była mnogość niemała, nie mogą 
nikogo zajmować. Z najdawniejszych można było jeszcze wyczytać: Ewar... Kuropat... zapewne 
Ewaryst Kuropatnicki, znany jeograf i zbieracz z końca XVIII wieku. Zaklika Tarto. 
1512. Herburth, z Fulsztyna... 1585. Byli to bez wątpienia ciekawi podróżni z bliższych okolic. 
W innym miejscu widać było bardzo wiele myśli nasuwający napis w tych słowach: Veni 
et vidi, nunc credo. J. F. Comes de Kergor...4 trzy albo cztery litery nieczytelne, a dalej rok: 1500. Tuż zaraz pod nim napis już wcale zagadkowy: Pax tibi, amice. Auctus5. Obok tych 
dwóch inny równie niejasny: Na pohybel... potem kilka słów całkiem zatartych, a pod nimi 
podpis bardzo trudny do wyczytania: Biołowus Kniaź. 
Wszelako jedna część tej ściany była nakryta obszernym napisem, który, lubo najwięcej 
zniszczony, był jednak najwięcej zajmującym. Wyglądał on jakby nagrobek albo też napis na 
nagłówku kościoła, z czego powszechnie wnoszono, że w tym miejscu, we wnętrzu skały, 
znajdowała się kaplica, a pod nią zapewne groby familijne. U góry bowiem, na parę sążni 
wysokości, widać było wyryte trzy wielkie litery: D. O. M., ponad którymi wyżłobiony był 
krzyż prawie pół sążnia wysoki. Pod literami były wyryte dwa wiersze łacińskie, ale tak 
zniszczone, że tylko z wielką trudnością można się było domyśleć tych słów: Piae menoriae... 
illustris... Dominae... ex stirpe Kmytharum.6 Pod tymi słowami znowu krzyż mniejszy, a pod 
nim cztery Wiersze polskie. Wiersze te były niegdyś bardzo starannie i dosyć głęboko wyżłobione 
w piaskowcu, a nawet, o ile się zdaje, zapuszczone jakąś smolą, zapewne w celu zachowania 
ich od zniszczenia; mimo to jednak zniszczały więcej niż inne, prawdopodobnie 
skutkiem pęknięcia skały w tym miejscu od prawej ręki u góry ku lewej na dole, przez co się 
utworzyła zaklęsłość, ściągająca wilgoć ku sobie. Wiersze te były jeszcze dlatego bardzo 
trudne do odczytania, ile że ten, który je rył, pomieszał litery gockie z łacińskimi, jak to niejednokrotnie 
w rękopismach owego czasu widzimy, tak że pozostałe fragmenty, zwłaszcza 
przy tamtoczesnej, całkiem dowolnej pisowni, stały się prawdziwymi hieroglifami. Toż z tego 
czterowierszowego hieroglifu można było jakokolwiek wyczytać tylko te słowa: 
Duscha moya ... ........... ... .... 
Zyemsską ssthrza .. ........ ..... .. .... róża 
Nath zytsyem ......... ...... ... . Panye, 
Day ........ .. .. ........ 
Pod tymi wierszami był rok, z którego wszakże tylko trzy pierwsze cyfry zostały M D C, 
dalsze nieczytelne. 
Z tych kilku napisów, chociaż tylko w maleńkiej cząstce zdecyfrowanych, zwłaszcza jeśli 
je porównamy z podaniami krążącymi pomiędzy ludem, w których koniecznie musiało być 
jakieś ziarnko prawdy, zdaje się niewątpliwie wynikać, że zamek ten, chociaż jego początki 
giną może w czasach zamierzchłych, istniał i był zamieszkanym jeszcze w wieku XV. Jeszcze 
natenczas mieszkali tu jacyś ludzie rycerscy, wrzały tu jakieś wielkie namiętności, odgrywały 
się jakieś sceny gwałtowne i zapewne tragiczne, po których nastąpiły w sposób niezwykły a 
silnie działający na wyobraźnię zniszczenie zamku i śmierć jego mieszkańców. Zaś po ich 
śmierci zostali ludzie, którzy, wiedzeni ciekawością, wiarą i niewiarą, miłością i nienawiścią, 
odprawiali tutaj pielgrzymki i zostawiali po sobie napisy. 
Jakiż to był ten zamek, którego okruchy, toczone rdzą tylu wieków i roznoszone wichrami, 
mają jeszcze dziś tak ogromne rozmiary? Jacy to byli ci ludzie, którzy takich olbrzymich skalisk 
potrzebowali na swoje mieszkanie? Jakie to były te wrzące namiętności, te wielkie cnoty 
lub zbrodnie, co sprowadziły gwałtowne zniszczenie zamku, a może i ludzi, wtenczas się tam 
znajdujących? Jakaż to wreszcie była ta nadludzka potęga, która z takich olbrzymich skał 
zbudowane zamczysko rozbiła w gruzy, a jego szczątki porozrzucała po całej dolinie? 
Za tym niejeden uczony grzebał cierpliwie po zapleśniałych pergaminach i księgach i nic 
nie wygrzebał. Nad tym niejeden zbieracz starych pamiątek, badając słowo za słowem 
wszystkie podania i składając głoskę do głoski ze wszystkich napisów, bardzo mozolnie rozmyślał 
— i nic nie wymyślił. Tu, pod tą olbrzymią skałą, która swoimi niebotycznymi iglicami porze przelatujące chmury, śród uroczystej ciszy tego cmentarza wspomnień dziejowych, 
niejeden młodzieniec, rozmiłowany w narodowej przeszłości, długie godziny przemarzył — i 
nic nie wymarzył. 
Ale jest człowiek, który to wie, i tobie opowie, twoim polskim językiem, prostym a przeźroczystym, 
ażeby ci się rozjaśniła ta przeszłość, szarą mgłą zapomnienia nakryta, i ażeby ci 
się zdawało, żeś sam żył wtedy i wszystko to widział własnymi oczyma, jak to wyczytasz 
poniżej. 
I 
ZAMEK TUSTAŃ 
Ruiny zamku, które dziś się nazywają „Kamieniem w Uryczu”, w dawniejszych wiekach 
nie nosiły tego nazwiska. Wieś Urycz, leżąca nad Zgniłą Lipą, została założoną dopiero przed 
dwustu kilkudziesięcią laty, a dawniej nie było tu żadnej osady, noszącej podobną nazwę. 
Zamek, tutaj stojący od najdawniejszych czasów, nazywał się Tustań. Nawet te skały, nim 
jeszcze je zamieniono na mieszkanie dla ludzi, a raczej cała tutejsza okolica, nosiły prawdopodobnie 
to samo nazwisko, o czym są także głuche wieści w podaniach ludowych. 
Skały te w owej przedhistorycznej dobie, kiedy ludność tutejsza nie znała jeszcze chrześcijańskiej 
nauki, służyły za świątynię poganom, w której bałwochwalcze odprawiały się nabożeństwa; 
nawet i później, kiedy tutejsze bójki, szczep mieszańców krwi słowiańskiej i wołoskiej, 
co jeszcze dziś widać po ich budowie i rysach twarzy, przyjęli chrzest pod naciskiem 
swych książąt, a w gruncie serca hołdowali jeszcze pogaństwu, w tutejszych głębokich pieczarach 
kryli się ich kapłani i odbywały się bałwochwalcze ofiary. Owe okruchy bożków kamiennych 
i rozmaitych narzędzi nie znanego dzisiaj użytku, które jeszcze niedawno tu znajdowano, 
z tamtych pochodzą czasów. 
W XIII wieku, kiedy Tatarzy pod wodzą Batu-chana po raz pierwszy rozpuścili swoje zagony 
w Ruś owoczesną, pędząc jak burza piekielna wzdłuż Wisły w kraje polskie na Kraków, 
na Szląsk i do Węgier, zrabowawszy Ruś całą do szczętu, pozostawiali za sobą załogi, które 
pilnowały skarbów zabranych. Ruś była wtedy jednym z najbogatszych krajów południowowschodnich; 
prowadząc nadzwyczajnie ruchliwy handel z Grecją, z całym Wschodem, a nawet 
lądową drogą z Indiami, nagromadziła bogactw wszelkiego rodzaju bez miary; liczni jej 
wówczas mieszkańcy, nie tylko po miastach i grodach, ale i po wsiach opływali w złoto, srebro 
i najpyszniejsze tkaniny wschodnie: dla przechowania tych cennych łupów, nimby mogły 
być przewiezione w kraje tatarskie, potrzeba było schowków obszernych i jakokolwiek 
obronnych. Owo więc wówczas Tatarzy, osadzając swoimi ludźmi co bezpieczniejsze zamki 
po kraju, opanowali tamże te skały tustańskie i zmurowali tu zamek swym obyczajem, który 
tym pewniej mógł stawić czoło jakimkolwiek napadom, ile że broniły go już od natury wzniesione, 
niedostępne skaliska. Wtedy też niewolnikami, których w kraju zniszczonym i zupełnie 
bezbronnym mogli mieć tysiącami, powykuwali te izby obszerne w skałach, porozszerzali 
dawniejsze pod skałami pieczary i przekopali kanał podziemny, wiodący popod rzekę i staw 
aż do owej drugiej gromady skał, którą jeszcze dziś widać po tamtej stronie doliny, a gdzie 
zbudowali drugie, również obronne schronisko. 
Tatarzy ci jednak, którzy tutaj osiedli, zdaje się, że jeszcze po ustąpieniu Batu-chana z 
Węgier w swe stepy zapadłe, przez długie lata tutaj siedzieli, albowiem wtedy opodal od 
zamku powstało ludne i bardzo ruchliwe miasteczko, które także nazywało się Tustań. Miasteczko 
to, którego ludność była mieszana ze skłonnych do handlu Tatarów i równie przemyślnych 
bojków, bardzo szybko się rozwinęło i przyszło do pewnego znaczenia. Mieszkańcy 
jego trudnili się głównie tkactwem, wyrabiając płótna z lnu i konopi, które wysyłali na 
Wschód, sprowadzając natomiast stamtąd bogate tkaniny wschodnie i skóry barwione. Czy 
miasteczko to jeszcze wtedy nazywali Rusini Bycz, jak utrzymuje podanie ludowe, czy była 
tu przedtem osada pod nazwą Chorostków, jak chcą kronikarze, tego dziś dociec nie można; 
wiemy tylko, iż z końcem owego wieku było ono otoczone obronnymi murami i było bogatszym 
niżeli Stryj i Drohobycz, a jego składy towarów były sławne na całej Rusi. W tym czasie 
nie było już wszakże Tatarów ani w mieście, ani na zamku. Bogaci mieszczanie zapewne 
ich w części strawili pomiędzy sobą i przerobili w Rusinów, a zresztą wykurzyli z zamku za 
pomocą swych książąt. Wtedy też zamek spustoszał, a tylko miasteczko zostało. 
Pod owe czasy zagnieździli się w zamku czarnoksiężnicy, którzy rozmaitymi gusłami 
ściągali do siebie lud okoliczny. Widywano tam wtenczas duchy, błądzące po nocy pomiędzy 
murami; czasem na najwyższych szczytach zamkowych baszt zjawiały się nieludzkie postacie, 
ziejące ogniem około siebie, a wtedy i z okien zamku wyskakiwały płomienne języki i 
czarne dymy z iskrami, które zapach siarki ścieliły po całej dolinie; innym razem słychać było 
huk głośny w zamkowych podziemiach, jak gdyby kucie młotów w hamerni.7 Byli to zapewne 
potomkowie Tatarów albo może Opryszki, którzy w dzień się zabawiali gusłami, aby odwrócić 
uwagę od swego rzemiosła, a w nocy przekuwali złoto i srebro, zrabowane pomiędzy 
ludźmi. Wielu ludzi rozumnych, których i wtedy nie brakło, było tego mniemania: wszelako 
żaden z książąt ruskich ani wołoskich o ten zaczarowany zamek się nie pokusił — i zamek 
dalej pustoszał. 
Dopiero Kazimierz Wielki, zabrawszy Czerwoną Ruś, zwrócił nań swoją uwagę, jako na 
budowę z natury i z położenia silnie obronną, tak przeciw Węgrom albo Wołochom, jak przeciw 
nawale tatarskiej; nie bojąc się zaś ani duchów, ani czarnoksiężników, kazał go na nowo 
oprawić. Tak w owym czasie, kiedy za mądrą radą tego niespracowanego króla-murarza 
wzniesiono z gruntu albo poodnawiano zamki we Lwowie, w Sanoku, w Przemyślu, w Lubaczowie, 
w Trembowli, w Haliczu i Włodzimierzu, odmurowano także zamek w Tustaniu i 
postawiono go w stanie doskonalej obrony. 
Wówczas, gdzie dzisiaj stoją ostatki dwóch baszt od północy, stała ogromna brama żelazna, 
obracająca się na żelaznych wrzeciądzach; nad nią zaś między dwiema basztami wznosiła 
się obszerna strażnica, opatrzona zewnątrz i wewnątrz kamiennym krużgankiem. Naokoło 
obszernego dziedzińca wznosiły się zabudowania zamkowe z muru grubego na sążeń, a na 
dwa piątra wysokie. Na dole znajdowały się stajnie, wozownie, lamusy, kordegarda8 i inne 
izby dla sług i żołnierzy, na pierwszym piętrze wysokie komnaty mieszkalne, na drugim zaś 
mnóstwo izb mniejszych dla fraucymeru i gości. Kilka schodów kamiennych prowadziło do 
komnat, z których główne, znajdujące się przeciw bramy wjezdnej, były szerokie na kilka 
sążni i zaczynały się już na dziedzińcu, gdzie były opatrzone podwójną balustradą kamienną i 
ogromnymi kolumnami, na których spoczywał szeroki krużganek pierwszego piętra. Na tych 
schodach czekali zwykle żołnierze i goście postronni co pośledniejsi, nim zostali wpuszczeni 
do pańskich pokojów. Z tych schodów także pan zamku miewał przemowy i wydawał rozkazy 
zgromadzonym w dziedzińcu żołnierzom, mieszczanom lub chłopom. 
Dwie baszty narożne, z których pozostały jeszcze do dziś dnia takie olbrzymie szkielety, 
były podówczas jeszcze daleko grubsze i wyższe, obydwie zaś opatrzone strzelnicami. W 
czasach późniejszych uzbrojono je w śmigownice, których było po cztery na każdej, zaraz 
powyżej zębatych dachów zamkowych. Najwyższa zaś baszta skalista, w której jest izba wykuta, 
była opatrzoną szerokim kamiennym krużgankiem, na którym można było siedzieć wygodnie 
i cieszyć się owym wspaniałym widokiem na okoliczne miasta i kraje. Ten krużganek 
basztowy, jak go też nazywano, był tak wysoki i tak górował wszystkie inne baszty i mury, że 
można było zeń widzieć jakby na dłoni, kto wchodził lub wjeżdżał w główną bramę zamkową. 
Natomiast nie można było patrzeć na dół pod basztę na zewnątrz, tam bowiem znajdowała 
się owa przepaść, dzisiaj drzazgami skał i zmurszałymi drzewy zasypana, a przepaść ta tak wtedy była głęboką, że nikt w miej nie mógł zapuścić wzroku, każdy dostawał zawrotu 
głowy i musiał się zaraz oprzeć o poręcz i oczy odwrócić. W tej baszcie, na równi z poziomem 
zamku, znajdowała się kaplica, a pod nią groby, ale próżne po wszystkie czasy, bo panowie 
tutejsi, chociaż mieszkali za życia, nie chcieli się chować w tym zamku. Chowali się 
wszyscy w Drohobyczy pod cerkwią, za Władysława Jagiełły zamienioną na kościół. Obok 
wchodu do grobów zaczynał się kamień podziemny, wtedy wycembrowany na nowo a wychodzący 
na powierzchnię ziemia w tym miejscu, gdzie dzisiaj widać drugą gromadę skał 
lasem jodłowym zarosłych. Wówczas znajdował się tam folwark zamkowy, zwany Posadą, w 
którym mało zajmowano się gospodarstwem rolnym, natomiast wszakże w bardzo obszernych 
stajniach i szopach chowano konie, bardzo piękne, silne i rosłe, które też na bujnych i 
tłustych pastwiskach leśnych tak dobrze się udawały, że w niczym nie ustępowały sławnym 
naówczas koniom stada Buczackich. 
Zamek razem z miasteczkiem i bardzo wielkim obszarem łąk, pastwisk i lasów dokoła, na 
którym jednak wtedy jeszcze niewiele było osad i wiosek, był własnością królewską — a że 
zbudowany był na to, ażeby stanowił ogniwo całego łańcucha zamków obronnych od granicy 
węgierskiej, więc nigdy nie został zamieniony w starostwo, a siedział na nim po wszystkie 
czasy rotmistrz, mianowany przez króla, należący do wojskowego dworu królewskiego i mający 
pod sobą załogę, złożoną z żołnierzy utrzymywanych sumptem9 królewskim. Był też 
zawsze zależnym tylko od króla i własną miał jurysdykcją.10 Starostowie grodowi bliższych 
okolic, stryjscy, żydaczowscy, przemyscy, wodząc się ustawicznie za łby ze sobą o granice 
swych jurysdykcyj, niejednokrotnie wyciągali rękę po zwierzchnictwo nad zamkiem tustańskim. 
Ale tutejsi rotmistrze zawsze im się umieli obronić — a w razie potrzeby król stawał w 
obronie ich niezawisłości, bo każdemu królowi, zwłaszcza od czasu kiedy rozzuchwalona 
szlachta w imię powszechnej wolności zaczęła władzę królewską coraz bardziej ukrócać, 
niemało zależało na tym, aby miał zbrojnych ludzi rozsianych po całym kraju, na których by 
w każdym wypadku mógł liczyć. Toteż bywały niejednokrotnie tarcia pomiędzy tymi rotmistrzami 
a szlachtą, urzędnicy ziemscy i wojewódzcy ich nie lubili; a chociaż im się należał 
tytuł starostów, bo w urzędowych aktach tytułowano ich capitaneus, przecież zwykle nazywali 
ich rotmistrzami. 
Kazimierz Wielki miał obok siebie powiernika i przyjaciela, który się zwał Jan Suchywilk 
ze Strzelec, herbu Grzymała, a był najprzód dziekanem krakowskim, potem kanclerzem koronnym, 
aż go w końcu król przy śmierci mianował egzekutorem swego testamentu. Kiedy 
król zabrał Czerwoną Ruś, Suchywilk był niejako jego zastępcą do wszelkich spraw tych 
krajów zabranych i dlatego powszechnie dawano mu tytuł kanclerza dla ziem ruskich. Korzystając 
ze swego owoczesnego wpływu, jako to zawsze rad pomaga swój swemu, ksiądz 
kanclerz za łaską królewską osadził swojego brata na zamku tustańskim. Brat ten się pisał 
czasem Mikołaj, a czasem Nyczko de Strzelcze et de Baranów Suchywilk Grzymalita. Grzymałowie, 
zarówno z Nałęczami, byli od dawna jednym z najpotężniejszych rodów w Wielkiejpolsce 
— wszakżeż niebawem potem prowadzili wojny ze sobą, które sam król Jagiełło 
musiał rozimać — ale byli też bardzo rozrodzeni i nie wszytkim wystarczało na suty kawałek 
chleba. 
Mikołaj pochodził tylko ze Strzelec, ale ich nie miał; miał wprawdzie Baranów, w tłustych 
ziemiach leżący nad Wisłą, ale go musiał zastawić, bo bijąc się przez cały wiek młody po 
cudzych krajach, narobił długów, z których się nie mógł inaczej wydobyć: toż to starostwo w 
Tustaniu było dla niego prawdziwym darem Opatrzności, który należało szanować i ile możności 
utrzymać. Jakoż stało się to niejako tradycyjnym przykazaniem w jego rodzinie: trzymać 
się Tustania, a Baranów wykupić. Potomkowie jego, chociaż niektórzy z nich byli już 
bliscy tego upragnionego celu, przecież Baranowa nie wykupili, bo zawsze, kiedy już grosz był uzbierany i mało co brakowało, to albo wojna wybuchła i dużo grosza napsuła, albo syna 
trzeba było w cudze kraje wyprawić, albo też córkom wypłacać posagi. Było też proroctwo w 
ich domu, które jakiś wędrowny rybałt im zostawił, napisawszy na szkaplerzu przyniesionym 
ze Ziemi Świętej te słowa: „Który z was Baranów wykupi, będzie ostatnim z rodu”. Tak ten i 
ów może by był mógł ten majątek wykupić, ale bał się proroctwa. Natomiast wszakże wszyscy 
trzymali się rękami i nogami Tustania — i stała się ta rzecz, dosyć dziwna pod owe czasy, 
że go przez króle węgierskie i książęta opolskie i przeróżne matactwa duchowne i świeckie za 
Kazimierza Jagiellończyka przetrzymali, przez sto pięćdziesiąt lat blisko nie wypuścili z ręki i 
do dziś dnia na nim siedzieli. Tak skalistą i niepożytą była naówczas ta prześwietna krew 
wielkopolska, natchniona duchem świętym miłości ziemi przez Bolesława Chrobrego, a zaprawiona 
nieustającą walką z Niemcami. Ale też ci Grzymalici Wilkowie, jak ich powszechnie 
nazywano w tym kraju, a do którego to nazwiska i podanie ludowe się przyczepiło, byli to 
ludzie twardzi, wytrwali i trzymający się ściśle swoich rodowych przykazań. Każdy z nich już 
z dziecka przykładał się do rycerskiego rzemiosła na zamku ojcowskim, wyrostkiem szedł na 
służbę do najprzedniejszych rycerzy w ojczyźnie, młodzieńcem zaś wyprawiał się w cudze 
kraje, kędy właśnie wojny bywały, i tam się bijał z Maury, Murzyny i Saraceny, aż póki nie 
wrócił z zaszczytnymi świadectwy od królów postronnych na zamek krakowski. Wtedy żaden 
król nie śmiał jemu odmówić sukcesji po ojcu — a kiedy ten zamek odzierżał, podobno już 
nikomu i na myśl nie przyszło mu go odbierać, bo tych skalisk tutejszych nikt by i zębami nie 
ugryzł. 
Za króla Olbrachta siedział na tym zamku Lenard Suchywilk Grzymalita, piszący się zawsze 
de Strzelcze et de Baranów, Rothmagister Serenissimi Regis, Capitaneus in Castro Tustań.
11Był to wtedy człek jeszcze młody, miał lat dwadzieścia sześć albo mało co więcej, 
pięknego był wzrostu, ale nie nadto wysoki, a suchej kompleksji, jak wszyscy jego przodkowie, 
z czego też i przezwisko Suchywilk jeszcze jego praszczurowi, owemu kanclerzowi ziem 
ruskich, przyrosło. Mimo to jednak kość miał potężną, muszkuły silne, a taką sprawność w 
całej postaci, że w pełnym rynsztunku wskoczyć na konia bez strzemion albo się wdrapać na 
najwyższy cypel wieży było mu prawie zabawką, do czego zresztą się przede wszystkim 
wprawiało całe owoczesne rycerstwo. Twarz także miał chudą, cerę z lekka smagławą, lecz 
zdrową, nos chrząstkowaty i równy, oczy wyraziste i zwykle bardzo łagodne, lecz czasem 
dziko błyszczące, wąs niewielki i bródkę przystrzyżoną spiczasto; zaś swój włos ciemny, bogaty 
nosił w kędziorach spadających na plecy, tylko nad czołem go krótko przystrzygał, ażeby 
w bitwie, gdzie często piersią o pierś trzeba się zetrzeć, jakiś wróg zapalczywy nie mógł 
go wziąć za czuprynę, co już dla knechta byłoby rzeczą bardzo szpetną, a dla rycerza wcale 
haniebną. Kiedy sam bywał w domu, ubierał się w kaftan łosiowy brunatny, a przepasywał się 
pasem skórzanym, nosił buty wysokie powyżej kolan, pod kolanami rzemykiem spięte i opatrzone 
w srebrne ostrogi, a na głowie kapelusz pilśniowy z szeroką krezą i strusimi piórami. 
Głowę nosił wedle humoru, który od chwili do chwili się zmieniał u niego. Czasem był cichy, 
spokojny i zamyślony, a ludzie jego zauważali, że wtedy z duchami rozmawia. W takie dnie 
często wieczorami wykradał się z zamku i nikt nigdy nie wiedział, gdzie bywał... Lecz często 
głowę nosił wysoko, męczył swoich żołnierzy musztrami konno i pieszo, kazał występować 
załodze w miasteczku, opatrywał mury i baszty, burczał wszystkich, tego i owego kazał 
wrzucić do turmy — a wtedy, choćby kto był kasztelanem lub wojewodą, musiał mu zmilczeć, 
zwłaszcza na jego terytorium, gdzie też miał jurysdykcją. Toteż w całej okolicy mówiono 
sobie, że to pan wielki, czuje króla i kardynała za sobą i kiedyś przyjdzie do wielkich dostojeństw. 
Wszelako mimo tych zmiennych humorów, czy pogoda, czy słota, ba, nawet po mrozie 
trzaskającym, codziennie rano wsiadał na koń i jechał na folwark, gdzie w obszernych dziedzińcach 
konie ujeżdżał albo swoim pacholikom kazał je musztrować przed sobą. Albowiem zawsze miał kilku, a czasem i kilkunastu młodzieży przy sobie, którzy się u niego uczyli rycerskiego 
rzemiosła. Byli to synowie drobniejszej szlachty, bogatych kmieci albo i mieszczan 
z bliższych okolic, którzy szli chętnie na służbę do niego, bo w swojej szkole umiejętnej a 
twardej bardzo prędko ich wyuczał na knechtów, zaczem w czasie wojny mogli się tym łatwiej 
odznaczyć i pasowani być na rycerzy. Toż szkoła jego, chociaż dopiero od lat kilku tu 
mieszkał, była sławną na całej Rusi, lecz jeszcze sławniejszym jego stado, prowadzone przez 
jego ojców od blisko półtora wieku z wielką skrzętnością i znawstwem. Od najdawniejszych 
czasów dwa gatunki chowano w tym stadzie: jedne ogromne, niezmiernie silne i bardzo wyniosłe, 
które nosiły na sobie zbroję żelazną i których rycerz zażywał do bitwy — a drugie 
mniejsze, równie silne, lecz szybsze do biegu, a przeto dogodniejsze do podróży i pod pacholików. 
Tamte zwane dextrarius12 — i były to konie bardzo rozumne, przytomne, waleczne, 
rozumiejące się z jeźdźcem, a często z nim razem walczące zębami i kopytami. Konie tej rasy, 
w Polsce chowane, były często już z urodzenia całkiem białej sierści i były znane i bardzo 
cenione w całych Niemczech i we Francji, o czym niemało jest wspomnień w ówczesnych 
pamiętnikach tych obydwóch narodów. Suchywilk miał zawsze kilka takich ogierów (na klacze 
żaden rycerz owego czasu nie siadał), często całe dnie z nimi trawił i wyuczał je takich 
sztuk rozmaitych, że wszystkich nimi zadziwiał. Toteż lud okoliczny opowiadał sobie o nim, 
że się mowy końskiej nauczył i z koniem tak samo rozmawiał, jak z człekiem. 
Młody Lenard ówczesnym zwyczajem rycerskim do siedmiu lat chował się w domu pod 
opieką matki, potem siedem lat strawił na dworze Kmitów na Sobniu, gdzie był bardzo kochany 
i jeszcze później czasem powracał, stamtąd się dostał na dwór królewski na pazia, ale 
niebawem przeniósł się do dworu królewicza Fryderyka, gdzie przepędził lat kilka. Jednak już 
w dwudziestym roku życia poszedł w cudze kraje, gdzie w Niemczech, we Francji i Hiszpanii 
u rozmaitych książąt trzy lata przesłużył, i dopiero w roku wstąpienia na tron króla Olbrachta 
do Polski powrócił. Wtedy, zyskawszy łaskę królewską, a zresztą za przyczyną królewskiego 
brata, który tymczasem został biskupem krakowskim, wszedł w komput13 armii królewskiej i 
jest mianowany rotmistrzem. W tej służbie przepędził jakie pół roku — a kiedy właśnie jego 
ojciec, umiera (matka już od lat kilku nie żyła), król mu oddaje Tustań po ojcu. Natenczas 
Wilczek — bo tak go nazywano jeszcze u Kmitów i to przezwisko mu na zawsze zostało — 
osiadł na zamku ojcowskim, objął komendę nad zamkiem i załogami, ale mało co zmienił w 
urządzeniach ojcowskich. 
Załogi te w czasie pokoju były bardzo nieliczne. Na zamku było tylko czterdziestu czeladzi 
konnej, razem z starszyzną, których z niemiecka nazywano knechtami. Każdy z nich miał 
na sobie kaftan łosiowy, lekki pancerz na piersi z półpłaciem na plecach, łapki żelazne na 
rękach i hełmik bez piór; uzbrojony zaś był tylko w miecz krótki, w toporek i tarczę w blachę 
okutą. Pióra na hełmie nosił tylko namiestnik, zaś obok niego tylko ci żołnierze, co pochodzili 
z rodzin szlacheckich. 
Nad nimi miał komendę pan Ramułt, który był zarazem burgrabią na zamku i rządcą całego 
obszaru i wszystkich włości, które należały do zamku. Był to szlachcic herbowny i mający 
własną posiadłość pod Drohobyczem (nagrobki jego potomków można jeszcze dziś widzieć 
w drohobyckim kościele), człowiek lat pięćdziesięciu, z pięknym wąsem szpakowatym i 
krótko podstrzyżoną czupryną, barczysty i słuszny, żołnierz doświadczony, lecz przy tym 
gospodarz wyborny, umiejący łączyć zapobiegliwość z nieposzlakowaną zacnością. Bywał on 
zwykle milczący i chmurny, ale pod tymi chmurami złote kryło się serce. Zamożny był z 
dawna, ale ponieważ jego przodkowie bywali burgrabiami na zamku i namiestnikami tamtejszych 
rotmistrzów, więc i on został w tej służbie. Wielce był niegdyś przywiązany do ojca 
Lenarda, więc czuwał także z miłością nad synem, chociaż nie zawsze był z niego zadowolony. 
Był żonaty i dużo miał dzieci; żona jego zawiadywała gospodarstwem kobiecym na zamku i często tu przebywała, ale daleko chętniej zdawała ten urząd na starą klucznicę, a sama się 
wymykała do swego dworku; wyjeżdżając zaś, zwykle mówiła na ucho swemu mężowi: 
— A piłuj tam naszego pana, aby się kędyś ożenił, bo tak niedobrze. 
Załoga w mieście powinna była wynosić sto ludzi, a między nimi dwudziestu łuczników 
konnych, reszta zaś kopijników pieszych, uzbrojonych włóczniami i toporami. Utrzymanie 
tych ludzi było właściwie obowiązkiem starosty rezydującego na zamku, ale od czasu jak 
miasto zaczęło się podnosić i urosło w bogactwa, wtłoczono ten ciężar na mieszczan, którzy 
wprawdzie mieli swojego burmistrza i radnych, ale magdeburgii nie mieli i byli podlegli tustańskiemu 
staroście. Starosta miał pewne powody nie obciążać mieszczan, a patrzeć na stan 
tej załogi przez szpary: toż zamiast ośmdziesięciu kopijników, chociaż wszyscy byli spisani i 
broń dla nich była w cekhauzie14, błąkało się tam ledwie kilkunastu halabardników, których 
cała służba ograniczała się na chwytaniu złodziejów i stróży nocnej. Natomiast wszakże musieli 
utrzymywać, wprawdzie także nie dwudziestu, ale dziesięciu łuczników konnych, bo nad 
tą miejską załogą miał komendę Biłowus, człek uparty i nieużyty. O piechotę nie dbał, ale 
tych konnych mieć musiał: proszony i podarunkami obsypywany przez mieszczan, z dwudziestu 
spuścił na dziesięciu, ale ci dziesięciu musieli koniecznie i zawsze mieć konie i całe 
uzbrojenie w porządku. Szczęściem, że z poszanowania dla dawnych tradycyj nie bronił 
zwierzchności miejskiej używać ich na posyłki i do innych służb miejskich, zwłaszcza podczas 
jarmarków — a tak ten wielki wydatek, choć w małej części, opłacał się miastu. 
Wilczek, objąwszy rządy, zrazu był się zamachnął, aby Biłowusowi tę komendę odebrać. 
Nie chodziło mu o tę dziesiątkę łuczników, lecz o to, że w obrębie swego starostwa nie chciał 
cierpieć urzędu i urzędnika nie mianowanych przez niego samego. Prócz tego Biłowus sprawował 
urząd poborcy podatków we wszytkich osadach należących do zamku — a ile razy się 
dowiedział, że Wilczek wyprawił którego z swych knechtów z listami, zawsze się zjawiał u 
niego i natarczywie upominał się o to, ażeby tylko jego wyprawiano z wszelkimi poselstwy, 
bo mu się to z dawnego prawa należy. Toż Wilczek przez blisko dwa lata ponawiał kilkakrotnie 
swoje przeciwko niemu zamachy, a mianowicie za każdym razem, kiedy po kilkomiesięcznym 
pobycie w Krakowie albo we Lwowie powracał na zamek. Ale Biłowus nigdy nie 
dał się przemóc — a jak mu tylko o ustąpieniu wspomniano, skakał w oczy jak gadzina choćby 
samemu panu, a potem jeszcze i groził. 
Rusin ten bowiem pochodził z bojarów putnych — a to bywali ludzie twardzi jak krzemień. 
Dawnymi czasy, za książąt ruskich, niektórzy z nich byli prawdziwymi bojarami dumnymi, 
miewali znaczne posiadłości i własne drużyny, ale z czasem zmaleli; niektórzy dlatego, że 
zagony tatarskie zniszczyły ich mienie do szczętu, inni zaś z tego powodu, iż wobec zalewających 
te kraje Węgrów i Polaków nie umieli im kroku dotrzymać ani w sprawach rycerskich, 
ani w utrzymywaniu swoich majątków, ani w obronie praw swoich. Tak wielu z nich zeszło 
na bojarów putnych, którzy się utrzymywali tylko przy swoich małych osadach, a których 
panowie używali zazwyczaj do poboru podatków i ważniejszych posyłek z publicznymi pismami, 
za co im dawali jurgielty15 i podarunki. 
O przodkach Biłowusa była wieść, że byli niegdyś bojarami dumnymi i posiadali w okolicach 
zamku wielkie obszary ziemi, na których ludne znajdowały się osady, lecz z czasem 
także podupadli, tak że dzisiejszy Biłowus miał już tylko dwa łany ziemi, a na nich bardzo 
skromne budynki i maleńką forteczkę, i był tylko wójtem we wsi należącej do zamku. Wójtów 
we wsiach ruskich .nazywano kniaziami, dlatego i on nosił ten tytuł. Został mu także 
urząd poborcy podatków, nie przynoszący wprawdzie miłości u ludu, ale cokolwiek dochodu, 
prawo rozwożenia listów starosty, które mu odebrano, i komenda nad miejską załogą, jak się 
już wyżej wspomniało, nadzwyczajnie zmalałą. Teraz młody starosta chciał mu i to jeszcze 
odebrać; Biłowus się bronił pazurami i kłami i wtedy nieraz okrutnie wykrzykiwał po dziedzińcu zanikowym: — A szczo to! — wołał językiem mieszanym, ale tak głośno, że szyby w 
oknach brzęczały — z bojara mnie zgnietli na kniazia, z sotnyka na dziesiatnyka, z poborcy na 
draba, bo biedni ludzie nie mają czym płacić i trzeba ich grabić — a i to jeszcze chcą mi odbierać?! 
Ej! ty panie starosto! nie graj ty ze mną, bo ja chłopom podatki daruję i zburzę czerniawę 
— a wtedy patrz! abyś się ty na swoim zamku odzierżył. Ale nie zdzierżysz, powiadam 
tobie, nie zdzierżysz! — A tak hałasując, wykrzykiwania swoje i groźby powtarzał jeszcze zza 
bramy. Tak trwały te swary przez blisko dwa lata — a wtedy załoga zamkowa pomiędzy sobą 
mówiła, że wszystko to się na nic nie zdało, ile że starosta jest twardszy od Biłowusa, znosi 
mu jego opór do czasu, bo pewnie nie chce, aby mu kniaź chłopów poburzył; ale któregoś 
dnia, jak go gniew porwie, nie tylko z miejskiej komendy, ale z jego fortecy tak go wyrzuci, 
jak by kto jabłko strącił z jabłoni. Tak to starosta sam nieraz powiadał knechtom, kiedy z nimi 
po pracy na folwarku spoczywał... 
Tymczasem, temu rok jakoś albo mało co więcej, starosta nagle dla Biłowusa się zmienił, 
ale tak nagle, jak gdyby czarownica rzuciła na niego uroki. Już odtąd nigdy ani jednego złego 
słowa nie wyrzekł o nim, owszem, nieraz go chwalił przed służbą, mówiąc: — Staroświecki to 
żołnierz, ale waleczny i może bardzo być pożytecznym. Trzeba owych sto ludzi nazad postawić 
na nogi w mieście i oddać mu nad nimi komendę. — Jakoż i w rzeczy kazał miastu z jakich 
trzydziestu kopijników uzbroić, a Biłowusa wciąż pilił, aby ich dobrze służby nauczył. 
Wtedy też niemal co dwa tygodnie go wyprawiał z listami do Sambora, do Przemyśla, a nawet 
do Lwowa, tam zaś nie zaraz go odprawiano, tak że czasem i cały miesiąc był w drodze. 
Zaczem szły zawsze sowite jurgielty od starosty na drogę, traktamenty od panów, do których 
jeździł z listami, a po powrocie znów podarunki, że się dobrze sprawił z poselstwem. Ludzie 
zamkowi bardzo się dziwowali tej szczodrobliwości, mówiąc: — Ot! jako to łaska pańska na 
pstrym koniu jeździ, a nigdy nie wiedzieć, kiedy przyjedzie, a kiedy odjedzie. 
Tylko pomiędzy babami, że to są zawsze ciekawsze od mężczyzn, rozmaite chodziły plotki. 
Tam, przy studni i przy kądzieli, opowiadano sobie, że Biłowus ma córkę, bardzo piękną 
dziewczynę, której strzeże jak oka w głowie, bo ją chce wydać za jakiego bojara, któremu by 
mógł spuścić swoje majątki i swoje urzędy. Dziewka tak jest przezeń strzeżoną, że nawet do 
cerkwi sam ją prowadzi i sam odprowadza do domu. Ale jest przy niej jakieś stare babsko, 
którą powiadają jej ciotką, a której bardzo źle patrzy z oczu. A że to baba i diabła oszuka, 
więc kto tam wie, co się tam dzieje... 
Baba ta, tak to sobie opowiadano, ma kędyś pod Wisznią, niedaleko od jakiegoś cudotwórczego 
klasztoru, swoją własną osadę, gdzie też po wszystkie czasy mieszkała. Ludzie, 
którzy chodzili do klasztoru, prosząc księży o pomoc, kiedy księża im nie pomogli, szli oni 
do niej po radę — iż tym jej bardzo dobrze się działo. A przecież porzuciła własne obejście i 
przyszła do Biłowusa, gdzie z pani stała się sługą, swej woli nie ma, a często jeszcze od tego 
starego niedźwiedzia może szturchańca oberwie. Niechże to kto wytłumaczy. Nareszcie co 
świegotliwsze kobiety jeszcze i to dodawały, że wcale nie wiedzieć, kędy się wieczorami 
wymyka starosta, że go widziano, jak przy płocie z tą starą babą rozmawiał, że nawet jednego 
wieczora zauważono, jako wszedł do Biłowusa chałupy i zniknął. Ta stara baba nazywała się 
Marucha, dziewce zaś Białowusowej było na imię Ofka — i takie to powieści o nich noszono 
po kątach zamkowych, z uszczerbkiem dobrej sławy może cale niewinnej dziewczyny i takiego 
możnego pana, jakim był młody starosta. 
Powieści te nie dochodziły do uszu knechtów zamkowych, bo ci po całych dniach byli w 
pracy, a kiedy mieli jaką godzinę wolną, to się wymykali do miasta, gdzie między pięknymi 
mieszczkami każdy znalazł sobie lepszą rozrywkę niżeli plotki o cudzych amorach. Ale był 
między nimi jeden pacholik, nazywał się Włostek i był synem zamożnego kniazia ze Synowódzka, 
który wielki handel prowadził suszonymi śliwkami, solą i winem, dorobił się 
grzecznej fortuny i chciał swego syna wyforytować na szlachcica albo i na rycerza. Włostek 
miał wtenczas lat prawie dwadzieścia, a że szedł z bojków, więc był nabity, włosy miał kru
cze, oczy czarne jak węgiel, nos orli i cerę mocno smagławą. Nie umiał ani czytać, ani pisać, 
co jednak wtedy i wielkim panom się wydarzało; ale mimo to był to chłopak setny, serdeczny 
i śmiały, a do tego rozumny, bo grał na teorbanie i takie piękne piosnki śpiewał, że inni pacholikowie 
nie mogli się ich odsłuchać, a dziewki płakały. 
Otóż ten Włostek, mając łatwiejszy przystęp do babskiej załogi, niż wszyscy inni, pierwszy 
dosłyszał owych pokątnych powieści, zaczem uszu naszczurzył — a kiedy jednego dnia 
baby przy studni podsłuchał, jako je powtarzały, okrutnie je zjeździł, mówiąc z zaciśniętymi 
pięściami: — Niechże u was raz jeszcze takie klekotanie posłyszę o pannie Biłowusowej, to 
was strzaskam jak stare garnki, a wasze czerepy rozrzucę po całym dziedzińcu! A potem sam 
powiem staroście, niech mnie każe powiesić; ale podobno starosta każe jeszcze wasze bebechy 
pozbierać i rzucić psom na pożarcie, bo też psia to jest robota! — Zaczem plotki cokolwiek 
przycichły. 
A tymczasem Biłowus był kontent z siebie i ze swego starosty. Do swoich dziesięciu konnych 
dostał trzydziestu piechoty, mieszczanie go respektowali i kłaniali mu się niżej niż kiedykolwiek, 
aby nie naglił o uzbrojenie reszty, pieczone i warzone posyłano mu z miasta, ocierał 
się o burmistrzów, komendantów i panów, kiedy jeździł z listami, pomiędzy szerokie grosze 
praskie zabłąkał się teraz nierzadko i złoty węgierski, a prócz tego miał już szeroką drogę 
otwartą do odzyskania dawnego znaczenia swych ojców: czegóż mu więcej było potrzeba? 
Toteż teraz często przychodził na zamek, szeroko się rozsiadał w kordegardzie zamkowej, 
w ożywionej rozmowie wyciął tego i owego knechta po ramieniu, niejednego pacholika nogą 
potrącił, a nawet i samemu namiestnikowi śmiało zajrzał w oczy, swojego skórzanego hełmu 
przed nim nie uchylił i często mu co takiego powiedział, za co by Ramułt nawet najstarszego 
knechta szlachcica był wsadził co najmniej na trzy dni do turmy. Jemu zmilczał, a jeno wzruszywszy 
ramionami, odchodził. Tylko raz jeden — a miało się już wtedy ku wiośnie — kiedy 
go zastał znów w kordegardzie przechwalającego się bez żadnej miary swoimi u starosty łaskami 
i kiedy rozzuchwalony Biłowus jemu samemu bryzgnął w oczy rzekomym wpływem, 
jaki miał na starostę, Ramułt przegiął się nad nim, uśmiechnął się prawie szydersko, splunął 
na ziemię i rzekł: 
— Jakom żyw, jeszczem takiego durnia nie widział! 
Śmiech głośny, chóralny wszystkich żołnierzy i pacholików, jak gdyby kto z kilkunastu 
muszkietów od razu wystrzelił, zawtórzył tym słowom Ramułta — a wtedy i Biłowusowi jakoś 
się twarz przeciągnęła, a język mu zdrewniał. Jakoż pobawił jeszcze tylko mrugnienie oka w 
kordegardzie, zaczem wyszedł milczący i zamyślony w dziedziniec i zniknął za bramą. 
I dziwna rzecz, albowiem od tego czasu przez kilkanaście dni się nie pokazał na zamku. 
A przez ten czas nowe plotki zaczęły chodzić po kuchniach i izbach kobiecych. Powiadano, 
że Biłowusa bies napadł. Szeptano sobie, że bił Maruchę i Ofkę i powytłukał wszystkie 
błony w chałupie. Inni mówili, że chciał je obydwie wypędzić i już ich szmaty powyrzucał na 
drogę, ale go jakoś Marucha udobruchała. Szła także wieść, że kazał obydwom kobietom iść 
do starosty na zamek, ale Marucha i to mu wybiła z głowy. 
Opowiadano sobie nareszcie, że te gniewy stąd poszły, że Biłowus się niespodziewanie 
dowiedział, jakoby starosta wieczorami do chałupy przychodził i usiłował bałamucić dziewczynę, 
ale nic więcej — i dlatego nie tylko żołnierze, ale i baby srodze potępiały tego starego 
niedźwiedzia, że takie gwałty wyprawia za taką rzecz marną... 
Potem się jakoś uspokoiło w chałupie. Nazajutrz zaś Biłowus wsiadł na koń i w góry pojechał. 
Jest wielkie podobieństwo, że jeździł w głębokie Bieszczady i tam się radził czarownic, 
które w niedostępnych jarugach16 pomiędzy skałami mieszkają i umieją radzić na wszystko. I 
zdaje się, że czarownice dały mu dobrą radę i dobrą przyszłość mu wywróżyły, bo kiedy po 
kilku dniach wrócił, to był wcale uspokojny i tylko czasami jeszcze wykrzykiwał z zaciśniętymi pięściami, mówiąc: — Ale jak jej nie weźmie, to was obydwie zbiję na proch i wyrzucę z 
chałupy! 
Naówczas widywano także popa z miasteczka, jako kilka razy wchodził do jego zagrody i 
długie godziny tam bawił. Biłowus zapewne także i jego się radził, bo był to człek mądry. W 
budne dnie17 szewstwem się bawił i szył buty tak piękne, że mu za nie bardzo drogo płacono, 
po trzy grosze za parę, a za trzewiki dwa grosze; zaś w niedzielę i święta, zwłaszcza gdy podpił, 
miewał takie kazania, że go się ludzie odsłuchać nie mogli. Ale i na tygodniu służył ludziom, 
gdy było potrzeba, a zawsze bardzo skutecznie, bo i chorobę zażegnał, i diabła wypędził 
z człowieka, a jeszcze i mądrą dał radę. Co jednak Biłowusowi poradził, tego się nie 
można było dowiedzieć. 
Włostek co wieczór wymykał się z zamku i biegał do Biłowusowej zagrody; do chałupy 
nie wchodził, bo Biłowus żadnego żołnierza do siebie nie wpuszczał, ale zapewne się pod 
chałupę podkradał i podsłuchiwał. Raz nawet knechtowie, powracający z miasta, widzieli go 
rozmawiającego z Maruchą, ale nie mogli dosłyszeć ich całej rozmowy, bo też i nie godziło 
się podsłuchiwać ludziom rycerskim. Dosłyszeli tylko, przechodząc z wolna, jak Włostek 
mówił do Maruchy głosem zalanym łzami: — Wiedzcież, Marucho, że nie masz rzeczy, której 
bym ja nie zrobił dla Ofki, choćby mnie ludzie wyśmiali. — A Maruchą na to: — Nie gadaj tak, 
bo ty nie wiesz wszystkiego. Bądź, jakiś był, a tylko mnie jednej się zwierzaj, bo Ofka cię nie 
chce, a Biłowus by ci kości połamał, gdybyś tu przyszedł z swatami. Niechaj no się stary 
rozmówi z starostą, a potem jaki czas minie, to wtedy ja tobie pomogę... — Kiedy Włostek 
wracał do zamku, ten i ów trącał go łokciem i rozmaite zadawał pytania. Ale on nikomu nie 
odpowiadał i słowa. Zasiadał ze wszystkimi do wieczerzy, ale nie jadł i nie pił, zaś po wieczerzy 
zasuwał się w kąt — a kiedy inni hałaśliwie gwarzyli ze sobą, on ciężko wzdychał i milczał. 
Tak minęło tych dni kilkanaście. 
Tymczasem po zimie, która w tym roku 1496 była bardzo łagodną i prawie bez śniegu, 
bardzo szybko zazieleniła się wiosna. Były to dopiero ostatnie dnie kwietnia, a lasy już wcale 
bujną się okryły zielenią, długie klucze żurawi było widać ciągnące ku Polsce, stada dzikich 
gęsi padały na stawy, bocian przechadzał się z wyciągniętym dziobem po rozległych moczarach, 
jaskółki budowały swe gniazda przy gzymsach zamkowych, jabłonie i grusze okryły się 
białymi kwiatami, bzy napełniły swoją ożywiającą wonią powietrze, a chaty w liściastych 
zanurzyły się sadach jak w lasach. Ciepło też było jak w lecie i od dni kilku jasna, tej pełną 
wiosną oddychającej ziemi, przyświecała pogoda. 
Wilczek w te czasy wstawał o świcie, o wschodzie słońca już był na Posadzie i tam do samego 
południa zabawiał się końmi, każąc je ostrzygać, podkuwać i przejeżdżać przed sobą. 
Rycerz ówczesny dbał bardzo o swoje konie i strzegł ich w domu i w polu jak oka w głowie, 
trzymając się hiszpańskiego, lecz między rycerstwem wszech krajów upowszechnionego 
przysłowia: Muerto el caballo, perdido el caballero18. Rycerz spieszony, mawiano u nas naówczas 
w Polsce, to posąg strącony. Toż pielęgnowano naówczas konie z nie znaną dziś starannością 
i uczono je z daleko większą cierpliwością niż dzieci, bo szła spadkiem od wieków 
w zamkach rycerskich nauka: że człowiek sam się może wyuczyć, a koń potrzebuje nauczyciela. 
Wszelako Wilczek i godziny popołudniowe trawił na Posadzie, bo kazał rzemienie, 
kułbaki, wędzidła i wszelkie wojenne przybory opatrywać, czyścić i w razie potrzeby naprawiać, 
ażeby wszystko było na zawołanie gotowe. Roboty te zwykle się odbywały z zaraniem 
wiosny, bo Tatarzy często już z bocianami zalewali te kraje i trzeba było być zawczasu przygotowanym 
na ich przyjęcie. Zaś wczas przed zachodem słońca wracał na zamek, bo i tutaj 
pacholikowie siedzieli w rynsztunkowej sali po całych dniach nad czyszczeniem i naprawianiem hełmów, misiurek i wszelkiej broni — a pilnowali ich starsi żołnierze, którzy wszyscy 
pod owe czasy znali się na płatnerstwie i rusznikarstwie. 
Włostek pomiędzy nimi celował, zwłaszcza w polerowaniu stali, i bardzo był rad, że miał 
zajęcie przez cały dzień, bo robota odpędzała odeń czarne myśli, które mu się wciąż naciskały. 
Toż był prawie wesół z innymi, tylko czasem zaklął na Biłowusa, nie wiadomo dlaczego, 
ale zapewne z tego powodu, że pobił Ofkę, o czym on się dopiero przed kilką dniami dowiedział. 
Tego dnia Wilczek wrócił po południu jak zwykle, pobawił jakiś czas w zbrojowni, gdzie 
Ramułt pilnował roboty, a potem z nim razem przeszedł do przyległej komnaty, pierwszej od 
wejścia, gdzie najchętniej siadywał. 
Komnata ta była duża, o bardzo wysokim pułapie, z wąskimi a wysokimi oknami, bardzo 
poważna, ale bez żadnych ozdób: ściany jej były drzewem wyłożone, niegdyś pięknie rzeźbione, 
ale dzisiaj już w wielu miejscach zmurszałe, sprzęty w niej grube, drewniane i bardzo 
niezgrabne, kilka poręczowych stołków stało przy stole, które niegdyś były skórą złoconą 
nakryte, ale dzisiaj złocenie było już starte, jakieś dwie malatury wisiały na ścianie w czarnych 
ramach drewnianych, zapewne i dawniej nie bardzo do ludzi podobne, dzisiaj już wcale 
nie do rozeznania. Daleko wspanialsze, chociaż cokolwiek niższe izby się znajdowały na drugim 
piętrze; były tam sprzęty złocone i adamaszki albo makaty na ścianach, ale tam Wilczek 
nigdy nie mieszkał. 
Teraz siadł na stołku drewnianym przy stole pod ścianą, a przy nim stanął Ramułt i patrzał 
mu w twarz z ciekawością albo też z niepokojem, jak gdyby się chciał od niego dowiedzieć, 
albo jak gdyby mu chciał coś ważnego powiedzieć i badał, azali chwila po temu sposobna. 
Tymczasem Wilczek poprawił kapelusza, odetchnął z głębi piersi i rzekł: 
— Jużem się też dzisiaj spracował jak wół, bo mi Wrony nie chciał statkować. Koń to silny 
jak niedźwiedź, mimo swego ciężaru szybki jak sarna, a rozumniejszy od niektórego chłopa, 
ale niekiedy ma swoje fochy, nie chce człowieka zrozumieć, zróbże z nim wtedy, co chcesz. 
— Nie bardzo ja trzymam za Wronym — rzekł na to Ramułt — niechby się tam kto inny nim 
bawił. 
— Cóżeś sobie do niego upatrzył? — zapytał Wilczek — przecież i sam mi nieraz mówiłeś, że 
to najlepszy koń w całej stajni. 
— Ale wrony — powiedział Ramułt — a taki koń szczęścia nie niesie. 
— To prawda — odpowie Wilczek — ale ma wielką łysinę i wszystkie cztery nogi białe po 
same kolana, więc raczej srokacz jest niżeli wrony. 
Ramułt pomyślał nad tym cokolwiek, a potem rzekł wesoło: 
— Jużci i to prawda. Kiedyż wasza miłość myśli wyjeżdżać? na podróż do Lwowa i do 
Krakowa jeszcze podobno za wcześnie. 
— Ja też jeszcze o podróży wcale nie myślę — odpowiedział mu Wilczek. — W mojej skrzyni 
pusto jak na tej wieży, gdzie puchacze mieszkają, a Kijas teraz pieniędzy nam nie da, chyba 
aż po jarmarku, jak zwykle, a do jarmarku jeszcze dwa tygodnie z okładem. Jeszcze i towarów 
nie zabrał z Tustania, więc nawet nie wiedzieć, ile nam się będzie od niego należeć. A 
potem, choćby i nie dał, to także by mi nie było dziwno, bom się już tak u niego zadłużył, że i 
sam bym nie doszedł rachunku. 
Ale na to się Ramułt uśmiechnął i rzekł: 
— Nie wiem, co on tam waszej miłości o tych długach powiada, ale ja prowadzę dokładny 
rachunek. Pilnuje on się w swym handlu, ale i ja jego pilnuję. Ot! i teraz od dwóch tygodni z 
okładem, odkąd drogi cokolwiek podeschły, dzień w dzień idą towary z Tustania do Lwowa, 
a u mnie i każda bryka jest zakarbowana, i to, co było na bryce. Jak przyjdzie kiedyś dzień 
sądny, to się okaże, że nie jegomość jemu co winien, ale raczej on nam co jeszcze dopłaci. O 
pieniądze jegomość się nie potrzebuje turbować... 
— Prawdęż to mówisz, mój stary? — zapytał go Wilczek śmiejącymi oczyma. 
— Jakem wierny sługa waszej miłości. 
— Kiedy tak, to i lepiej. Bo wiesz, żem ja w rachunkach nie mocen, nawet i wstręt mnie 
bierze mówić o pieniądzach, bo to rzecz nie rycerska. Jużem też nieraz rozumiał, że Kijas za 
łeb mnie trzyma długami. Wierzę tobie, boś mnie nigdy nie okłamał: jeno tak nie mów, jakeś 
dopiero powiedział, bo między mną a Kijasem dnia sądnego nigdy nie będzie. Jam wdzięczność 
powinien temu zacnemu Ormianinowi i nigdy się z nim nie pokłócę, a zwłaszcza też o 
pieniądze. Wiesz przecie, jakie on położył zasługi około naszego domu. Jeżeli nasze miasteczko 
jest dziś tak bogate i takie znaczne nam przynosi intraty, toż to jego robota. Już i dla 
mego ojca jego worek był zawsze otwarty, a cóż dopiero dla mnie? Małoż on mi pieniędzy 
dosyłał, kiedym sługiwał po wielkich dworach? Małoż mi on pomagał, kiedym wojował po 
Niemczech i Francji? Małoż to długów za mnie popłacił w Krakowie — a czyż i tutaj nie jest 
on moim nieomylnym podskarbim? Słuchaj mnie, Ramułt, kiedy by mi przyszło tego człowieka 
piersią moją zastawić, to bym chętnie to zrobił — a kiedy by mi przyszło zginąć za niego, 
to jeszcze by to była śmierć nie najgorsza, bo też i on mnie kocha jak syna i także by mnie 
bronił przed każdą napaścią. A ty? zaliż ty się możesz skarżyć na niego? 
— Chowaj mnie Boże — rzekł Ramułt z pośpiechem sługi, który wchodzi w myśl swego pana 
— owszem, nie miałem z nim nigdy żadnego sporu. 
— Więc czegóż mówisz o jakimś dniu sądnym? 
— Takem to wspomniał — odpowie Ramułt trochę zakłopotany — bo mi się widzi, że na naszych 
mieszczanach i chłopach wielkie zbiera bogactwa i mógłby nam jeszcze daniny postąpić. 
— Dajże mu pokój — zawołał Wilczek — na to kurka grzebie, aby co wygrzebała. Niechże 
sobie zbiera bogactwa, tym lepiej dla nas, bo tym pewniej się znajdzie pomoc u niego w potrzebie! 
Ot! i tak mi już parę razy wspominał, że co roku coś tam odkłada na wykupienie Baranowa, 
a nawet podobno już dał jakiś zadatek. 
— Coś i ja o tym słyszałem — rzekł Ramułt — ale nie pora dziś o tym mówić. Pomówimy o 
tym kiedyś, jak się wasza miłość ożeni. A na to pora i wielka, bo dziwnie tu pusto w tym 
zamku, nigdy tu tak nie bywało. Ojcowie waszej miłości żenili się młodo, zawczasu postanawiali 
swe dzieci i dobrze z tym było. 
— Jużci i mnie teraz smutno samemu — rzekł Wilczek. — Z wychowanicą Kijasa chętnie 
bym się był ożenił. Nie burzyła mi się krew na jej widok, ale cudnie wdzięczna była to 
dziewka, poczciwa, dobra, a nawet uczona, zaś przy tym wszystkim wyniosłego umysłu, 
zgoła tak, jak przystało na żonę rycerza: byłbym mógł całe życie przeżyć z nią w niezamąconej 
przyjaźni, którą też i bez tego dla niej zachowam na zawsze. Ale cóż, kiedy Kijasowi się 
uroiło z nią swego syna ożenić. Para to taka dobrana, właśnie jak gdyby kto podłego kota zaprzągł 
do jednego wozu z szlachetną lwicą; nie wiem też, jak jej tam do smaku z tym mężem, 
chociaż to jarzmo znosi cierpliwie i z wielką godnością. Mogłem ja potrzaskać te swaty, nawet 
już jednej nocy prawiem to był postanowił. Ale nad ranem ta myśl mnie odeszła: widać, 
że mnie serce nie pociągnęło w tę stronę. A dziś sobie powiadam, że tak lepiej się stało, bo 
przecie by mi było wstrętne wodzić się za łby o dziewkę ze starym Kijasem, który mi prawie 
jest drugim ojcem. 
— Szkoda to wielka — powiedział Ramułt — bo to panna wielkiego rodu i znaczne szły za 
nią w podolskiej ziemi puścizny. Ale Bóg nie chciał, więc trudno się skarżyć. Godzi się raczej 
kędy indziej obejrzeć... 
A kiedy zacny namiestnik to mówił, wszedł pacholik służbowy i rzekł: 
— Kniaż Biłowus przyszedł i prosi, aby się mógł jegomości pokłonić. 
— Biłowus? — rzekł Wilczek i trochę się zmienił, ale i Ramułt się zmienił i powiedział 
prędko: 
— A ja właśnie chciałem waszej miłości napomknąć, że z tym człowiekiem trzeba by rozumnie 
pogadać. 
— Już ja z nim pogadam — rzekł Wilczek — niech wejdzie. 
W małą chwilkę potem wszedł do komnaty Biłowus. 
Był to człowiek mający wówczas już pięćdziesiąt lat z górą, nie bardzo wielki wzrostem, 
przynajmniej tak się wydawał, bo miał plecy bardzo wypukłe, ale niezmiernie barczysty, ramiona 
tam były u niego jak u innych uda, a ręce i nogi jak u niedźwiedzia. Twarz miał szeroką, 
czuprynę i brodę kłaczyste i już siwiejące, a oczy siwe, okrągłe jak gałki. Był dzisiaj w 
wielkiej paradzie: miał na sobie cały pancerz z nagolennikami, ale wszystkie jego części z 
grubej bawolej skóry, krótki miecz w pochwie skórzanej u boku i hełm także skórzany, który 
jednakże zostawił w sieni. Rękawic także dzisiaj nie włożył, a swoje łapy brunatne niósł gołe 
przed sobą. Tak wszedł i kilkakrotnie się Wilczkowi pokłonił, uśmiechając się wdzięcznie. 
W Wilczka, jak go tylko obaczył, całkiem inny duch wstąpił. Dotąd łagodny jak dziecko i 
prawie tkliwy, wstał, naprężył się, głowę podniósł wysoko, twarz okrył surową powagą i 
oparł się o stół stojący pod oknem, rzekł jednak spokojnie: 
— Co mi tam powiesz, Biłowus? 
Na to Biłowus rozszerzył najprzód ramiona, potem klasnął z lekka w swoje szerokie dłonie, 
uśmiechnął się jeszcze raz i powiedział, rzucając wzrokiem na Ramułta: 
— Chciałem waszej miłości co powiedzieć na osobności. 
— Mów śmiało — rzecze mu Wilczek — ja przed Ramułtem nie mam sekretów, a ty masz w 
nim przyjaciela. 
— Tak i powiem — powiedział Biłowus, a klaskając od czasu do czasu w swe dłonie i 
uśmiechając się ciągle, tak mówił dalej z ruska po polsku: — U nas tutaj na Rusi jest zwyczaj, 
że dziewki same posyłają swych swatów do pana młodego, którego z wolą rodziców sobie 
upatrzą. Owoż moja Ofka upatrzyła sobie waszą miłość, naszego starostę — a ja na to zezwolił. 
Ale żeby w to cudzych ludzi nie mieszać i że ja sam jestem w łasce u wielmożnego starosty, 
bo to nasze familie żyją z sobą w zgodzie od wieków, więc ja sam przyszedłem zaswatać 
moją dziewkę waszej miłości. 
To rzekłszy, widocznie kontent był z siebie, bo jeszcze raz klasnął w dłonie i bardzo się 
wdzięcznie uśmiechnął. 
Jakoż istotnie propozycja ta musiała być śmieszną, bo i Wilczek się także uśmiechnął i 
spojrzał śmiejącymi oczyma na Ramułta; ale Ramułt się nie śmiał, tylko patrzał bardzo groźnym 
wzrokiem na Biłowusa. Wszelako putny bojar wcale na to nie zważał, natomiast zaś 
prawie jak gdyby pewnym był swego, znów klasnął w dłonie i tak mówił dalej: 
— Wiem ja dobrze, że panu staroście lackim zwyczajem ludzie będą raić jaką kasztelankę, 
ale moja familia idzie z bojarów dumnych, a nasz bojar prawdziwy dotrzyma rodem niejednemu 
lackiemu kasztelanowi, co tam na swoich piaskach mazurskich może sam chodził za 
pługiem, a tutaj zrobiono go senatorem. A fortuna kołem się toczy; jak Pan Bóg pobłogosławi, 
to prędko będzie bogacz z żebraka. A u Pana Boga ani pan lepszy, ani chłop lepszy, bo On 
błogosławi tylko ludziom uczciwym. Ot! tak, panie starosto, weźcie Ofkę do zamku, a ja wam 
pobłogosławię i będziemy sobie razem... 
Tu wszakże Wilczek stracił cierpliwość i rzekł do niego już gniewnie, ale jeszcze się powstrzymując: 
— Tobie, jak widzę — przewróciło się we łbie. Myślałem zrazu, że jakieś żarty chcesz stroić, 
ale jeżeliś z tym przyszedł naprawdę, to bądź kontent, jeżeli cię puszczę całego, a idź sobie do 
tysiąc diabłów! 
A wtedy i Biłowus twarz swoją nasrożył, nie klaskał już w dłonie, tylko powiedział surowo: 
— Nie tak, nie tak, panie starosto! — ja z tym nie pójdę... 
— Nie pójdziesz?! — zawołał Wilczek gwałtownie, a wtedy żyły mu zaczęły nabiegać na 
twarzy i dłonie mu się zacisnęły. 
— Nie pójdę! — zawołał Biłowus — bom jest ukrzywdzony na mojej sławie i plotki już chodzą 
o mojej dziewczynie. 
— Któż ciebie ukrzywdził? — rzekł Wilczek, jeszcze panując nad sobą. 
— Wy! panie starosto! — zawołał Biłowus głosem chrypliwym i jakby łzami zalanym — bo 
po cóż wy się zakradacie do mojej chałupy? Po cóż wy bałamucicie moją niewinną gołąbkę... 
A wtedy Wilczek już nie mógł się opanować. Wszystka krew mu skoczyła do twarzy, z 
oczu posypały się iskry, wargi mu konwulsyjnie zadrżały i krzyknął: 
— Ty!... mnie!... paszoł, chłopie!... 
I rzucił się jak lew rozjuszony na niego, a porwawszy go swymi żelaznymi rękami, jak 
gdyby taranem wybił nim drzwi i wyrzucił do sieni. Zaczem z progu zawołał: 
— Hej, chłopcy! a doprawcie tam temu buntownikowi i wyjedźcie na nim za bramę... i żeby 
mi tu ślad po nim zaginął! 
Ramułt krok w krok biegł za swym panem, trzymając w pogotowiu swe pięście, ażeby w 
razie potrzeby mógł mu dopomóc. 
Tymczasem chłopcy, pracujący w zbrojowni, wylecieli do sieni, jak gdyby kto groch z 
worka wysypał. A jak tylko spostrzegli, o co chodzi, wszyscy na Biłowusa zawzięci, a Włostek 
najbardziej, w kilkunastu rzucili się na niego i waląc go w łeb, w kark i gdzie go który 
mógł dorwać, a krzycząc przy tym: — Paszoł! won! paszoł! — prawie na rękach przez dziedziniec 
przenieśli i jakby snop zboża wyrzucili za bramę. 
Zaczem, wesoło gwarząc, wrócili z tryumfem w dziedziniec. 
Wilczek, u którego gniew i wesołość jak błyskawice występowały po sobie, stał już wtedy 
na ganku wychodzącym w dziedziniec i śmiał się, i rzekł do Ramułta, który stał za nim: 
— Ot i pierzchnął pan teść, jak by świecę kto zdmuchnął. Każże im beczkę piwa do wieczerzy 
wytoczyć, ażeby się poweselili za tę fatygę. 
A potem wrócił do swojej komnaty. 
Czy pop, czy czarownice dały Biłowusowi tę radę, aby starostę ze swoją córką zaswatał, o 
tym trudno się było dowiedzieć. Ale rada była dobra: bo Biłowus, zmłócony jak snop zboża 
na toku, ledwie się dowlókł do swojej chałupy — a kiedy się dowlókł nareszcie, Marucha musiała 
mu warzyć gorzałkę z miodem, leźć po drabinie do jego fortecy, smarować go całego 
olejem i nakryć go jak babę swoją pierzyną, aby się przez noc z tych opałów obaczył. 
II 
RUSINI 
Zagroda Biłowusa, chociaż to był człek stosunkowo zamożny, wyglądała na pozór bardzo 
ubogo. O kilkanaście kroków od drogi na lewo, a ledwie o jedno stajanie od zamku, stała tam 
chata, dosyć obszerna, ale z nieociosanych kloców jodłowych bardzo niezgrabnie zbudowana. 
W szpary pomiędzy tymi klocami nabito gliny z mchem pomieszanej i przybito tę masę 
drewnianymi kołkami, ażeby w zimie ciepło nie uciekało z chałupy. Kołki sterczały ze ścian, 
a końce z kloców z każdego węgła; wzdłuż ściany frontowej biegła przyzba z gliny ulepiona i 
niskim płotem podparta, ale także bardzo zaniedbana. Chata ta była nakryta strzechą, niegdyś 
z całych snopów żytniej słomy dosyć starannie utkaną, ale dzisiaj wichry ją rozczesały i rozburzyły, 
łączem tu i ówdzie przykryto ją dranicami, a przy nich pokładziono bryły kamieni, 
ażeby ją ochronić od wichrów. W chacie okna były małe i zakopconymi błonami nakryte, 
tylko w świetlicy i przyległej komorze były okna szklane, dosyć jasno umyte. W jednym 
trakcie z chatą szły obora i stajnia na konie, do której były przybudowane chlewy i kurnik. Za 
chatą stała jeszcze stara szopa na wpół otwarta, w której chowano koleśnice i trochę sprzętów 
gospodarskich drewnianych, ledwie tu i ówdzie żelazem okutych, lecz dalej żadnych zabudowań 
nie było: zboże i siano chowano w brogach. Zgoła widać było na pierwszy rzut oka, że 
Biłowus nie dbał o gospodarstwo, chociaż jego przodkowie musieli dbać o nie inaczej, bo 
cała ta dziś tak uboga zagroda tonęła w sadach bardzo bogatych i bujnych, gdzie ogromne 
jabłonie i grusze stały tak gęsto przy sobie, że ich gałęzie splatały się w dach nieprzebity, 
zwieszający się nad tym całym ogromnym sadem — a przed chatą od drogi, gdzie niegdyś zapewne 
był wał częstokołem zjeżony, łączyły się w taką samą gąszcz ze sobą ogromne bzy 
liliowe i białe, berberysy, dzikie róże krzaczyste, winograd i głogi. U wchodu była szeroka 
furta drewniana, zawsze stojąca otworem — a cokolwiek wyżej między krzakami stał krzyż 
wysoki, trzymający pomiędzy swymi ramiony znamiona Męki Pańskiej, a obwieszony tu i 
ówdzie strzępami szmat, które ubodzy ludzie jako pobożne ofiary tam zawieszali. 
Biłowus rzeczywiście niewiele dbał o swoje zagrodę i chatę. Było to według niego babskie 
mieszkanie, niewarte większego zachodu, bo żony nie miał, był wdowcem już od lat kilku, a 
córkę i tak ktoś weźmie i zaprowadzi do swojej zagrody. Dla siebie zaś nie potrzebował chałupy, 
bo jako żołnierz z dziada z pradziada miał swoje fortecę. 
O paręset kroków od zagrody, bliżej zamku niżeli miasteczka, stał dąb starożytny, istny 
potwór w rodzinie drzew, jakiego długo trzeba było szukać nawet w lasach ówczesnych, chociaż 
w nich tego rodzaju olbrzymów wcale nie brakowało. Dębowi temu liczono lat tysiąc 
albo może i więcej, bo szła wieść między ludem, że ma tyle set lat, ile głównych konarów, a 
tych miał więcej niż dziesięć. Cóżkolwiek bądź, był to dąb tak olbrzymi, że jego pień mierzył 
objętości około czterdziestu łokci kupieckich. A musiał być bardzo stary, bo był wypróchniały 
i zaraz u dołu znajdowała się w nim izba tak wielka, że Biłowus z niej zrobił stajnię. 
Chował też w niej swego konia przy drabinie i żłobie, a obok konia jeszcze dosyć miał miejsca 
na wszystkie kułbaki, łęki, munsztuki, czapraki i inne narządy, których miał z dawnych lat 
bardzo znaczne zapasy, a które w wielkim porządku były porozwieszane po ścianach tej staj
ni. A i koń jego potrzebował także niemało miejsca, był to bowiem kałmuk prawdziwy, nie ta 
wielki jak konie zbrojne rycerskie, ale duży, a tak niezmiernie szeroki w piersiach i krzyżu, że 
swoją budową był wcale do swego pana podobny. 
Ogier ten (bo i Biłowus także na klacze nie siadał) miał łeb kwadratowy z chrapą rozdartą, 
oczy ogromne i dzikie jak u morskiego potworu, grzywę kołtunowatą i długą, a ogon także 
rozczochrany i niezmiernej grubości, maści zaś był tak niepewnej, że trudno dla niej wynaleźć 
nazwę. Był bowiem właściwie żółtawopłowy, ale na grzbiecie i nogach czarną okryty 
szerścią, a do tego jeszcze tu i ówdzie miał cętki ciemnego koloru. Był to koń tak niesamowity, 
że nikt do niego nie mógł przystąpić, bo kąsał i bił nie tylko zadem, ale i przednimi nogami 
jak niedźdwiedź, toż i paść go nie było można swobodnie, tylko na linie albo w oparkanionej 
zagrodzie. Ale Biłowus był z nim jak z bratem; pokazywał nawet nieraz zdziwionym 
mieszczanom na rynku, jaki to koń spokojny i posłuszny jak dziecko i jak niesprawiedliwie 
go oczerniano: wtedy podłaził mu pod brzuch, podnosił każdą jego nogę z osobna, całował go 
w mordę, a kiedy mu to na rozum powiedział, to konisko stał sam przed domem albo gospodą, 
kędy jego pan bawił, i z miejsca nie ruszył, choćby miał całą noc czekać na niego. Biłowus 
go dostał od panów braci z Paniowa, ówczesnych starostów na Stryju i Żydaczowie, którzy 
mało co przedtem siła takich koni na Tatarach zdobyli i rozpłodzili z nich całe stado u 
siebie. Dostawszy go zaś źrebcem dwuletnim, sam go wychował i tak się z czasem do niego 
przywiązał, że gdyby już miał co stracić koniecznie, to prędzej by swoją zagrodę i wszystkie 
swoje urzędy, a może nawet i swoją córkę przebolał, niżeli swego kałmuka. 
Pień tego tak niesłychanie grubego dębu był tak wysoki, że nad stajnią jeszcze druga tak 
samo obszerna znajdowała się izba, w której Biłowus sam mieszkał. W izbie tej miał wąski 
tapczan jelenimi i niedźwiedzimi skórami nakryty, około tapczana stał stół, na którym leżały 
rozmaite rusznikarskie narzędzia, popod ścianami na ławach leżały sajdaki19 łuki, strzały, 
miecze i noże w pochwach skórzanych, a na ścianach wisiały tarcze, hełmy i siatki druciane, 
których sobie z czasem także niemało uzbierał. Znał on bowiem wszystkie rodzaje broni, których 
wówczas była moc niezliczona, i umiał z nich każdą narabiać jak którykolwiek z rycerzy, 
ale prócz łuku, który miał zawsze w poszanowaniu, niewiele do nich przywiązywał wartości: jego ulubioną bronią była pałka i topór, pałka z samorodnego dębczaka, starannie wystrugana 
i główkami graniastych gwoździ nabita, i topór krótki, ale szeroki, opatrzony z jednej 
strony w młot, a z drugiej w siekierę, mającą kształt półksiężyca. Kiedy ciągnął na wojnę, 
a nawet w dalszych podróżach w czasie spokoju, wsiadając na koń, brał pałkę na temlak,20 
topór przywiązywał rzemieniem do kułbaki pod lewym kolanem, na plecach zaś zawieszał 
łuk ze sajdakiem, a tak uzbrojony, wedle zwyczaju swych przodków, bywał strasznym żołnierzem. 
W jednym rogu swej izby pod ścianą miał skrzynię dębową mocno żelazem okutą, w której 
chował szerokie grosze praskie, półgroszki i skojce21, zaś w osobnej mecherzynie22 złote 
floreny węgierskie — a jeżeli się tam czasem pomiędzy grosze prawdziwe, zwłaszcza przy 
poborze podatków, jaki „piorunek”23 zabłąkał, to także go schował, bo przy sposobności dawał 
go Żydom, którzy puścili go w obieg. Nad skrzynią wisiały w pękach starannie związanych 
skórki kun, tchórzów, lisie i rysie, które także stanowiły majątek, bo nimi wówczas tak 
jak pieniędzmi płacono. Tak była ta izba jego sypialnią, zbrojownią i skarbcem — a były do 
niej trzy wchody: jeden po zwykłej drewnianej drabinie, która stała wewnątrz, a którą Biłowus 
tylko na noc w górę wyciągał, drugi również zewnątrz po sękach dębu, które stanowiły jakoby schody, a trzeci ze stajni po drabinie splecionej z wici, a która prowadziła do kryjomego 
wyłomu wewnątrz, łączącego wyższą izbę ze stajnią. 
Nad izbą mieszkalną, pomiędzy licznymi konarami, z których każdy był jeszcze ogromnej 
grubości, znajdowała się jakoby platforma splotami drobniejszych gałęzi nakryta. Z tej platformy 
odkrywał się widok daleki na wszystkie strony, na miasteczko, na zamek, na nieprzebyte 
puszcze leśne ciągnące się ku zachodowi i na całą dolinę ku południowi, poprzerzynaną 
kosmykami lasów i chaszczów. Tam Biłowus w pogodne dnie, nawet zimowe, chętnie siadywał 
i bawił się polowaniem, posyłając ze swego łuku śmiertelne strzały sarnom, lisom i wilkom, 
kiedy który z nich się na pole wychylił, a nieraz i niedźwiedzia położył, który rad z lasu 
wychodził na owies albo na miodową ucztę do pasiek przyległych. Chłopcy ze wsi, w której 
Biłowus był wójtem, chociaż była odległą, bo dopiero na pół stajania od jego zagrody stały 
pierwsze jej chaty, wychodzili kupkami patrzeć czy Biłowus siedzi ze swoim łukiem na 
wierzchu dębu. Wtedy czatowali cierpliwie, dopóki jego strzała nie świśnie, kiedy zaś dostrzegli, 
że zwierza położył, przybiegali z krzykiem ku niemu i dobijali go pałkami. Tak 
chłopcy wiejscy mieli uczciwą zabawkę — a Biłowus swój dwór myśliwski, który go nic nie 
kosztował. 
Biłowus miał syna, któremu wtedy było już lat dwadzieścia z okładem, a nazywał się 
Tymko, ale go nie trzymał przy sobie. Już siedmioletnim chłopięciem oddał go do młodych 
Kierdejowiczów, panów ruskich, którzy wtenczas odziedziczyli po ojcu starostwa na Trembowli 
i Pomorzanach, na służbę i na naukę, bo chciał z niego zrobić rycerza. Młody Biłowus 
wcale nie był kontent z tej nauki na zamku trembowelskim, bo Kierdejowicze, bez względu 
na jakieś tam pokrewieństwa z Biłowusami, dali jego do diaka, a diak kazał mu gęsi paść 
tymczasem, nim do nauki podrośnie. Zdarzało się to wprawdzie wtenczas i synom rycerskim: 
ale młodemu Biłowusowi, któremu ojciec tym nabił głowę, że jest potomkiem bojarów, było 
to przykro, zwłaszcza że ta niepoczesna nauka trwała lat parę, więc uciekł z Trembowli i 
wrócił o zebranym chlebie do ojca. Wszelako ojciec go przyjął bardzo niegrzecznie, bo go 
obił dębczakiem, a wsiadłszy na koń, odprowadził pieszo przy koniu nazad do Trembowli, 
powtarzając mu ciągle przez drogę: — Znaj, pesi synu, żem ja pasł świnie za młodu u Lachów, 
możesz ty popaść gęsi czas jaki u naszych ruskich starostów. — Zaczem Tymko, chociaż się 
skruszył przed ojcem, poszedł do głowy po rozum, diakowi gęsi jedna po drugiej wydusił 
udając zmyślnie przed diakiem, że przyszedł na nie pomorek — a kiedy już nie miał co paść, 
diak go wyuczył naprędce cokolwiek azbuki24 i jako już wyuczonego parobka oddał na powrót 
na zamek. 
Tam Tymko musiał jeszcze ciężkie przebywać terminy, będąc przez kilka lat poturnakiem 
zamkowych żołnierzy, ale trwał stale w tej służbie, poduczył się rycerskiego rzemiosła, dostał 
z czasem sam ubiór i zbroję, aż w końcu się wkręcił na służbę do pana Olizara Kierdejowicza, 
sławnego w tym czasie ruskiego rycerza, co wodził sto koni pod sobą, zwykle u króla polskiego, 
a czasem u ruskich książąt sługiwał, kiedy zaś u nich wojny nie było, robił wyprawy 
na własną rękę na Tatary, na Wołochy i Turki albo też i na dwory panów ruskich i polskich, 
kiedy się z nimi pokłócił. Wtedy Tymkowi już dobrze się działo, jakoż nieraz na jakie dni 
kilka wymykał się do ojca, przyjeżdżał na dobrym koniu ze swoim sługą, ubrany w pakłaki25 i 
uzbrojony dostatnio, miewał szerokie grosze w kalecie, a czerwone złote w pochwie od miecza, 
traktował mieszczan tustańskich w ojcowskiej chałupie, a ojcu się grzecznie przymawiał, 
że chciałby przy nim pozostać na jego zagrodzie. Ale ojciec go słuchał tylko półuchem i odpowiadał 
zazwyczaj: — Jużci ja zagrody ze sobą nie wezmę, kiedy mnie Pan Bóg powoła do 
siebie, abym mu niebo oganiał od diabłów. Dziewce dam garniec szerokich groszy i sorok26 
skór do wyboru — a tobie się dostaną dąb, cała zagroda i wszystkie moje urzędy; ale to jeszcze czas na to. — Po czym zawsze palnął go w papę i dodał: — A służ wiernie twojemu panu, i 
znaj, pesi synu, że jak przyjdą skargi na ciebie, to i zagrody ci nie dam, jeno sto buków i napędzę 
do trzysta diabłów, a na moich urzędach będzie zięć–po mnie dziedziczył. — Więc 
Tymko i z tego był kontent, bo policzek to furda, chociaż Biłowus niedźwiedzie miał łapy, a 
wiele warta była mu pewność, że będzie dziedziczył po ojcu. 
Tymko kochał swoją siostrę serdecznie i zawsze przywoził jej podarunki: raz sznurek korali 
i trzęsidła z szczerego złota, to znowu sztukę aksamitu i kamchy jedwabnej, a wreszcie 
poczwórny dukat węgierski i po trzy mniejsze po każdej stronie, a wszystko to nanizane na 
sznurek jedwabny do noszenia na szyi. Podarunki te mogły pewne podejrzenia obudzać, bo 
skąd żołnierz ubogi miał brać takie klejnoty? Ale na wojnach ówczesnych nietrudno było o 
łupy, więc była ekskuza27 — a zresztą Ofka była to dziewczyna tak dobra i wdzięczna, że nawet 
i cudzy młodzieniec byłby zbrodnię popełnił, aby się jej przypodobać. 
Toż w mieście Tustaniu nie było dostatniejszego parobka, któremu by się nie śniła po nocach, 
niektórzy z nich podkradali się wieczorami pod chatę i wieńce zielone zawieszali na 
furcie, a byli i tacy odważni, co nawet i swatów posyłali do ojca. Natenczas zaniesionym z 
Polski zwyczajem szlacheckim, którym chcieli zapewne Biłowusowi pochlebić, przyjeżdżało 
trzech zacnych mieszczan konno przed chatę, na ich czele zazwyczaj poważny starosta w bogatej 
opończy; ten zsiadał z konia i pukał w okno świetlicy, wołając: — Hej! kniaziu Biłowus! 
podobno tam macie dziewkę w swej chacie, której czas za mąż. My zaś mamy młodzieńca, 
który by się chciał postanowić i rad by waszej dziewce posłużyć. Jeżeli wasza wola po temu, 
otwórzcie wrota, abyśmy się wam pokłonili i mogli z wami pomówić. — Ale Biłowus zawsze 
im odpowiadał, otworzywszy okienko: — Nie masz tu dziewki w tej chacie, jedźcie z Bogiem. 
— A kiedy kilku odprawił tak stanowczą odmową, już potem nikt się nie zgłaszał, a w mieście 
powiadano sobie na ucho: — Obaczymy, jaki to rycerz albo starosta zapuka kiedyś o Ofkę. 
Ofka miała wtedy lat ośmnaście, włos lniany, oczy duże błękitne, usta jak wiśnie, zęby 
białe jakby z kości słoniowej, a chociaż mieszkała w zadymionej chałupie, cerę miała tak jasną 
i przeźroczystą, jak gdyby się w pańskich chowała komnatach. Do niedawna jeszcze bardzo 
żywe miała rumieńce, ale od niejakiego czasu cokolwiek przybladła, co byłoby wcale nie 
czyniło ujmy jej nadzwyczajnej piękności, gdyby nie to, że mimo bladości na twarzy miała 
postać zanadto okrągłą i jakoby ociężałą, co wcale nie licowało z jej ranną młodością. Osobliwie 
też od czasu, kiedy ojciec ją pobił, stała się bardzo smutną, osowiałą, milczącą, a po jej 
oczach widział kto nie chciał, że bardzo często płakała. 
Stara Marucha była to baba niegdyś zapewne budowy potężnej, ale musiała już bardzo być 
stara, bo była chuda jak szczypa, plecy miała zgarbione, twarz pooraną zmarszczkami i włosy 
mocno już posiwiałe; tylko spomiędzy jej ust przybladłych wyglądały zęby zdrowe i całe, a 
zielone jej oczy świeciły jak ślepie u kota. Pomimo starości ubierała się schludnie: miała zazwyczaj 
na głowie czerwonokwiecistą chustkę zawiązaną z turecka i kaftan sukienny, szeroki, 
ze świecącymi guzami, że wyglądała zgoła jak mieszczka. Najczęściej bywała wesoła i gadatliwa, 
że się jej nie można było odsłuchać, toż ludzie słuchali jej z ciekawością i byliby nieraz 
przy jej powieściach, jak ów Buniak przy uczcie, przesłyszeli pianie koguta; ale kiedy nocą 
wracali do domu, to ich lęk brał po drodze, bo było w niej coś takiego, czego się nie widuje u 
innych ludzi. Rzeczy te bowiem, które opowiadała, działy się zawsze w krajach takich, jakich 
żaden człowiek, żyjący na tej ziemi, nie zaznał; nawet pątnicy, wracający ze Ziemi świętej, co 
tak okrutnie łgali, że im ledwie kto wierzył, takich krajów czarownych i takich duchów 
straszliwych nie umieli wymyśleć. Czasem zaś mówić wcale nie chciała, jeno zasuwała się w 
kąt i wpadała w takie zamyślenie, że żaden hałas jej nie mógł obudzić — a kiedy się przebudziła, 
przyznawała się sama, że rozmawiała z duchami, którzy ją nawiedzili. Kiedy indziej 
szła w las i dopiero z północy, a nieraz aż nad ranem wracała, i nikt nie wiedział, czego tam w 
puszczy szukała. Domyślano się tylko, że zbierała zioła lekarskie, które trzeba rwać po północy, aby były skuteczne, bo była zawołaną lekarką. Jednak leczyła chorych nie tylko ziołami, 
bo czasem chłop przyszedł i skarżył się, że go tłucze zimnica, ona mu tylko w oczy spojrzała i 
rzekła: — Głupiś! ty nie masz zimnicy, jeno ci się przywidziało, idź sobie; — i chłop poszedł, a 
zimnica go opuściła. Innym przykładała rękę w to miejsce, gdzie gościec go trapił albo kolka 
kłuła — i ból ustępywał. Ale wszyscy opowiadali, że jej ręka ich piekła jak ogień — a byli i 
tacy, co pokazywali pięć palców jej ręki, wypieczonych na ich ciele: ten i ów był przekonany, 
że palce te widział, a kto nie widział, ten wierzył i skutek był jednakowy u wszystkich. Ofka 
zdawała się być mocno przywiązana do tej dziwnej kobiety, ale może tak tylko, jak tonący się 
trzyma ostatniej deski, która z jego czółna została. Toteż ten i ów się domyślał, że ta młoda 
dziewczyna, jak mało która do szczęścia stworzona, pomiędzy takim niedźwiedziowatym 
ojcem a taką niesamowitą babą, nie musi być bardzo szczęśliwą. 
Biłowus, wysmarowany olejem po guzach wczorajszych i pierzynami nakryty, przespał 
noc całą jak kłoda, a kiedy rano się zbudził i po całym ciele obmacał, to spostrzegł, że czul 
daleko boleśniej obrazę honoru niż guzy. Jakoż mocno się nad tym zamyślił i długo nie wychodził 
ze swej fortecy. Ale myśli jakoś nie szły mu ładem, bo często swoją kudłatą głową 
potrząsał, ręce zaciskał i mruczał pod nosem: 
— Pan, bo pan... a ty sługa: cóż jemu zrobisz? Z nim wszystkie pany trzymają, a za tobą i 
pies nie zaszczeka. Ej! gdybym ja ciebie gdzie zeszedł we cztery oczy... jeszcze bym ja tobie 
pokazał, że moja chłopska ręka mocniejsza niżeli twoja, choć pańska. Ale ty zawsze otoczony 
twoimi drabami. Chybaby strzałę wypuścić na ciebie... 
Jednak i to mu jakoś się nie zdawało, bo myślał jeszcze długo i bardzo mozolnie, aż 
wreszcie rzekł: 
— Niech radzi Marucha. 
Zaczem spuścił drabinę, zlazł po niej na ziemię i poszedł wolnym krokiem do chaty. 
W chacie Marucha siedziała przy oknie, a Ofka za piecem, bo też od niejakiego czasu 
rzadko się pokazywała przy świetle, obydwie zaś były mocno zasumowane. Zdaje się, że od 
rana rozmawiały ze sobą, a kiedy już sobie wszystko powiedziały, umilkły. Zaczem znów po 
niejakim namyśle rzekła Marucha: 
— Cóż! kiedy nie ma rady, to nie ma. Ale i tak nie zginiemy. Trzeba się rzucić do nóg staroście, 
aby się nad tobą zlitował i obmyślił ci jakie schowanie. Może się tego pan Ramułt podejmie, 
ja się zakradnę do niego. A jeśli starosta się nie zlituje, to musimy uciekać, bo ten 
bisnowaty Biłowus nas pozabija. Wymkniemy się nocą, a ja cię przechowam u siebie. Przeczą 
mi księża mojej zagrody, ale dopóki mój stary żyje, przecie mnie nie wyrzucą. 
Na to zaś rzekła Ofka: 
— On dobry, on się zlituje. 
A wtedy wszedł Biłowus do chaty. Na Ofkę ani nie spojrzał, jeno stanął jak pień przed 
Maruchą i mówił chmurno: 
— Świaszczennik i czarownice dobrą dali mi radę. Ja świaszczennikowi dębczakiem skórę 
wymłócę, a za grzech dam dwie woskowe świece do cerkwi. Czarownice z łuku wystrzelam 
jak borsuki, a w ich jamy ognia nałożę. A ty, Marucho, radź teraz, bo jak nie poradzisz, to 
was obydwie wytłukę jak gadziny i chałupę po was wykurzę. Ja za twoją radą od dziewki 
wszystkich swatów poodganiał, któż teraz ją weźmie, kiedy wszyscy już wiedzą, że do niej 
pan chodził? Chociażbym przysiągł przed carskimi wrotami, że jest niewinna, kto temu uwierzy? 
Hańby tej nikt z niej nie zdejmie — a to ty temu winna, Marucho! 
A na to powiedziała Marucha: 
— Jam niczemu nie winna, ano tyś winien. Czemuż ty jak bocian mieszkasz na dębie, a nie 
jak ojciec przy córce? Czemuż ty twojej dziewce z dziecka nabił tym głowę, że ją wydasz za 
jakiego rycerza? Gdybyś ty był siedział w chałupie, a ludzi gościł u siebie jak inni, gdybyś 
był twoje dziewkę wodził w gościnę do miasta, do burmistrza, do panów ławników, do kupców, 
i tam szukał zięcia, a nie po zamkach rycerskich, to Ofka byłaby już dawno wydana i nie 
byłoby tego wszystkiego. A potem co? Pan tu był dwa albo trzy razy wszystkiego i gadał z 
Ofka przy furcie — a tobie zaraz ludzie łeb przewrócili plotkami. Siedź jeno cicho, ludzie jeszcze 
jaki czas pogadają, a potem zapomną. 
Tak Marucha bardzo rozumnie starała się go uspokoić. I Biłowus zdawał się zrazu nad tym 
namyślać, jak gdyby się istotnie poczuwał do winy, ale w lot znowu się ocknął i rzekł gwałtownie: 
— A ja tobie powiadam, radź, a z radą nie czekaj, bo starosta zawsze w drogę jedzie na 
wiosnę, a jak wyjedzie, to będziesz go szukać jak wiatru na stepie. 
Natenczas zaś Marucha głośnym parsknęła śmiechem i zawołała: 
— Jużeś ty, jak widzę, całkiem pozbył rozumu, Biłowus! Potrzeba, aby ci starościńscy żołnierze 
wsypali jeszcze dwa razy tyle kułaków, abyś choć trochę otrzeźwiał. Czy ty wciąż 
jeszcze rozumiesz, że starosta się z Ofka ożeni? 
Zaczem Biłowus znacznie złagodniał i rzekł, przymilając się babie: 
— A czary od czego? 
Marucha na to machnęła ręką, ale się prędko spostrzegła i dodała: 
— Jeszcze czas na to. 
Biłowus z tym wyszedł, a Marucha rzekła do Ofki: 
— Z tym człowiekiem się nie dogadasz, do tygodnia nas tu nie będzie. 
Wilczek, naśmiawszy się wczoraj z Biłowusa do syta, zaprosił sobie kilku swoich pancernych 
do wieczerzy, kazał wina nanosić, bawił się z nimi wesoło przez cały wieczór, a potem 
najlepszej myśli spać się położył. Ale nie przespał całej nocy tak twardo, jak Biłowus. Zrazu 
zasnął jak zwykle, ale już w jaką godzinę się zbudził, a potem już przez całą noc tylko się z 
boku na bok przewracał. Widać go jakieś niepokojące myśli trapiły, o których sam tylko wiedział. 
Jakoż zaledwie pierwszy brzask w okna uderzył, zerwał się z loża, ubrał się w lot, jak 
gdyby się pod nim paliło, i zaraz kazał Ramułta wołać do siebie. 
— Ramułt — rzecze do niego — namyśliłem się w nocy. Jeszcze dziś w drogę ruszymy, nagotuj 
wszystko, abyśmy zaraz z południa mogli wyjechać. 
Ramułt jak gdyby spadł z nieba, ale wiedząc dobrze, że temu młodemu panu w niczym się 
nie można sprzeciwiać, zapytał tylko: 
— Dokądże wasza miłość wyrusza i na jak długo, bo według tego trzeba poczet zgotować. 
— Najprzód pojedziem do Lwowa — rzekł Wilczek — tam zabawimy mało niewiele, wedle 
potrzeby i okoliczności, a stamtąd ruszymy do Krakowa. Król pono teraz w Poznaniu, stamtąd 
ma jechać w Mazowsze, ale nim dojedziemy, będzie z powrotem. Opatrz poczet tak, jakbyśmy 
mieli zabawić w podróży trzy albo cztery miesiące. Takie też chorążemu daj dyspozycje. 
Ramułt się jakoś bardzo zamyślił; widać, że podróż ta wcale mu nie była na rękę, jakoż 
prawie w roztargnieniu zapytał: 
— Ileż ludzi weźmiemy ze sobą? 
— Sześciu towarzyszy pancernych wraz z tobą, dwóch trębaczy i czterech żołnierzy, jeden 
wóz, a cztery konie juczne, to dosyć. 
Ramułt z tym wyszedł i zaraz całą załogę zamkową pobudził, Wilczek zaś wsiadł na koń i 
z kilką żołnierzy na folwark pojechał, ażeby wybrać konie do tej podróży. 
Odtąd zawrzało na folwarku i w zamku jak w kotle: wyprowadzano konie, czyszczono je, 
myto i podkuwano, wynoszono ze zbrojowni broń, zbroje i inne wojenne przybory, z lamusów 
kułbaki, wojłoki, troki i rozmaite rzemienie; kowale, ślusarze, szewcy nie mogli nastarczyć 
roboty; zgoła hałas i tartas, i wrzawa, jak gdyby przyszła wieść o Tatarach, bo pan surowy 
i prędki gotów zabić za zwłokę, a zaraz z południa ma być wszystko gotowe. 
Pomiędzy tymi żołnierzami i pachołkami, którzy się w takim pośpiechu po dziedzińcu kręcili, 
a do których z końmi i rozmaitym wojennym narzędziem wciąż przybywali nowi z fol
warku, przechadzał się wolnym krokiem, ale z swym bystrym okiem, stary chorąży, prawdziwa 
Opatrzność Boża nad żołnierzami, bo się znał na statku wojennym jak nikt w całym 
zamku i gdzie spojrzał, tam niezawodnie mądrą dał radę, a gdzie ręką się dotknął, tam zaraz 
szła robota jak z płatka. 
Chorąży był to najstarszy żołnierz na zamku, ba, nawet może na całej Czerwonej Rusi, bo 
mu lat ośmdziesiąt liczono, a jeszcze Jagiełłowe czasy pamiętał. Nazywał się Kukuć, niewielki 
był wzrostem, ale szeroki, a na starość się roztył; czuprynę miał gęstą jak szczotka, twarz 
rumianą, brodę z wąsami białą jak mleko, oczy błękitne, bystre jak u żbika, a nos ogórkowaty 
miedzianego koloru, bo lubiał na dno garnca zaglądać. Ale mimo to pamięć miał czerstwą i 
co kiedykolwiek widział w swym życiu, to doskonale pamiętał. A widział wiele, bo jeszcze za 
Warneńczyka stanął na służbę jako pacholik u pana Przedbora Koniecpolskiego, naówczas 
przemyskiego starosty, a w chorągwi jego syna pierwsze swe żołdy czynił przeciwko Turkom 
po Węgrzech. Potem przeniósł się w służbę do dziada dzisiejszego swojego pana na zamek 
tustański i tak z nim, jak z jego synem, daleko więcej bitew odprawił, niżeli miał włosów na 
głowie. Był obecnym na koronacji Kazimierza Jagiellończyka, gdzie książęta opawscy, raciborscy, 
cieszyńscy hołd składali polskiemu królowi; w parę lat potem bił Tatarów pod Bełzem 
i Łuckiem, Krzyżaków pod Friedlandem i uganiał się za bandami krzyżackich palaczy po 
Szląsku; później oblegał Wrocław z pospolitym ruszeniem; i znów się borykał z Tatary około 
Zbaraża, aż w końcu, lat temu dopiero dwanaście, nie więcej, niósł swoje chorągiew w Multany, 
kiedy tamtejszego wojewodę Stefana Turcy ścisnęli, a Polacy z woli króla szli mu na 
pomoc. Był jeszcze z dzisiejszym królem, a wówczas królewiczem Olbrachtem, na Węgrzech, 
ale już to była jego wyprawa ostatnia. Toż przez ten czas całą Polskę, ba, i wiele krajów 
postronnych własnymi stopami przemierzył. A przez te lat kilkadziesiąt bywał na sejmach 
i wszelakiego rodzaju konwokacjach rycerskich, asystował przy uroczystych wjazdach 
biskupów i książąt, prowadzał jeńców tatarskich, tureckich, węgierskich, szląskich, krzyżackich, 
mieszkiwał po miastach, po wsiach, po klasztorach, po fortecach, po zamkach, napatrzył 
się ludzi najrozmaitszych nacyj postronnych, nasłuchał się ich niemieckich języków, nadziwował 
się ich obyczajom: szkoda, że pisać nie umiał, bo byłby wszystkich ówczesnych kronikarzy 
przepisał, którzy jeden za drugim powtarzają powszechnie znane wypadki, a od których 
ani rusz się dowiedzieć, jak wyglądał świat ówczesny i jak wyglądali ci ludzie, co na 
nim mieszkali. 
Jednakże Kukuć umiał powiadać. Toż kiedy czasem zasiadł w kordegardzie pomiędzy 
młodzieżą i jął opowiadać swe czasy, jeno dzban było przed nim postawić, to i kury zapiały 
do jego powieści, jakoż i sam starosta nieraz wieczorem kazał go wołać do siebie i słuchał go 
z ciekawością, aż póki mu oczu sen nie zakleił. Tak wtedy uczono się dziejów narodu. I była 
to daleko lepsza nauka, niż ową na akademiach i z książek, bo żywe słowo takiego nauczyciela, 
który sam widział to, co opowiada, cale inaczej się chwyta pamięci i idzie prosto do 
serca. Z nim, jako krew ciepła przelewa się z ojca na syna, przepływają z pokoleń na pokolenia 
wszystkie myśli przewodnie narodu, które go zrobiły wielkim i sławnym, przepływa jego 
duch bohaterski, uwielbienie dla cnót pradziadowskich i owa gorąca miłość, nie tylko tej ziemi, 
która rodzi pszenicę, ale tej wzniosłej duchowej ojczyzny, w której jak w skarbcu, zagospodarowanym 
starannie i skrzętnie, przechowuje się nieprzerwanymi warstwami cały duchowy 
majątek wszystkich poprzednich pokoleń. Majątek ten jest jako strumień, płynący 
wspaniale pomiędzy swymi brzegami — a utrzymać go może w jego korycie tylko żywe słowo, 
przekazywane w rodzinie z ojca na syna, a z dziada na wnuka. Biada narodom, które ten 
strumień żywego słowa przerwały; czeka je śmierć, chociaż powolna, lecz nieochybna: wtedy 
tylko wielki człowiek, który sam stanie za naród, może jeszcze go zbawić — a takich ludzi nie 
tworzą książki i akademie. 
Jakkolwiek Ramułt krzątał się skrzętnie od świtu, a Kukuć do każdej roboty sam rękę 
przykładał, przecież ubiegło ze cztery godzin z południa, nim cały poczet stanął pogotowiu w 
dziedzińcu. Wtedy Wilczek zbiegł szybkim krokiem ze schodów, sam jeszcze każdego jeźdźca 
i każdego konia obejrzał, zaczem wsiadł na koń; lecz kiedy już siedział na Wronym, jeszcze 
raz się ku żołnierzom pozostającym na zamku obrócił i zapytał: 
— Gdzie Kukuć? 
A Kukuć, z odkrytą głową, w pakłakowym kubraczku, w pasie skórzanym i ciężkich butach 
z cholewami powyżej kolan, stał o dwa kroki od niego i rzekł: 
— Sługa waszej miłości. 
— Słuchaj, Kukuć — powiedział wtedy Wilczek łaskawie — wyjeżdżam na trzy albo cztery 
miesiące i zostawiam tu wszystko na twojej opiece. Patrzajże, aby się żołnierze nie rozpuścili, 
a co dzień musztrowali — a jeśliby który co zbroił, to wiesz, co z nim robić. 
A na to Kukuć. 
— Jak bywało po wszystkie czasy, kiedym miał w zamku komendę, tak będzie i teraz. Żołnierze 
nie zapomną niczego, chyba że się jeszcze czego nauczą, jak namiestnika nie będzie. 
Tu Kukuć rzucił śmiejącym się okiem na Ramułta, ale Ramułt się nie zachmurzył na niego, 
bo wiedział, że stary lubiał żartować. Toż i Wilczek się także uśmiechnął i rzekł: 
— Ja wiem, że Ramułt psuje żołnierzy, bo nie wie, jak to dawniej bywało. Trzymajże ich w 
ryzach jak dawniej. Ale przy tym czuj duch naokoło, bo wiesz, że to wiosna. Lada dzień mogą 
się zjawić Tatarzy, żeby więc brama była nawciąż zamknięta, a straż dniem i nocą na bramie 
i na baszcie zamkowej. 
— Szkoda mówić, miłościwy paniczu — odpowiedział mu Kukuć — jak się Tatarzy na strzał 
pokażą, to się ich siekańcami ze śmigownic poparzy, a kiedy by sobie chcieli zęby połamać 
na skałach zamkowych, to będziemy się im przypatrywać z galerii. Damy też znać zawczasu 
przez folwark do miasta. 
— Pamiętajże więc o wszystkim — dodał jeszcze starosta — a miej też Biłowusa na oku. Dobrze 
by też wiedzieć, co on tam będzie gadał swoim żołnierzom w mieście. 
— Biłowus, miłościwy paniczu — odpowiedział mu na to chorąży — nieprędko się z tych guzów 
wyliże, co mu chłopcy wczoraj wsypali. A jak się wyliże, to będzie słuchał jak pies trąby, 
jak też zawsze bywało. Jeżeliby zaś raz nie posłuchał, to go wsadzę do turmy, aż do powrotu 
waszej miłości. A kiedy bym dostrzegł, że knuje jakie perfidie z daleka, to mu strzaskam 
jego dąb ze śmigownic, a nad żołnierzem w mieście innego komendanta posadzę. Szkoda 
mówić, paniczu; Kukuć nie potrzebuje rady wojennej, ażeby wiedzieć, jak ma sobie poczynać. 
— Bywajże zdrów, a miej nas wszystkich w dobrej pamięci — rzekł Wilczek, odwrócił konia 
i z całym pocztem wyjechał za bramę. 
Poczet ten, chociaż mały, wyglądał wcale wojennie, bo tak pod owe czasy jeżdżono; Wilczek 
zaś, że to był czasem lekceważony przez sąsiednich starostów, bogatych z rodu i mających 
intratne starostwa, lubił pokazywać się światu z pewną okazałością. I miał w tym słuszność, 
albowiem wówczas, daleko więcej niżeli w czasach późniejszych, powodowali się ludzie 
przysłowiem: jak cię widzą, tak cię piszą. Całym światem ówczesnym, chociaż tu i ówdzie 
już się zaczęły pojawiać pierwsze blaski myśli ludzkiej i siły duchowej, rządziła jeszcze 
przeważnie siła fizyczna. Piękność i okazałość zewnętrzna, potęga muszkułów i kości, zręczność 
w robieniu wszelkiego rodzaju bronią, wytrwałość w trudach i odwaga w bitwach zbiorowych 
lub pojedynkach, imponowały ludziom ówczesnym, dawały znaczenie i torowały 
drogę do najwyższych urzędów; toż z tym wszystkim musiały iść w parze świetność ubioru, 
wystawność w podróży i w domu, i hojność we wszystkich takich wydatkach, gdzie o to chodziło, 
ażeby podnieść blask zewnętrzny osoby i rodu. Wilczek wydawał daleko więcej na 
okazałość, niżeli na to pozwalały jego stałe dochody. Toż i teraz, chociaż w podróży, i sam 
był w pancerzu i hełmie z piórami, i jego jezdni byli w pancerzach. Lekkie to były pancerze, 
tylko z naramiennikami, a bez łapek, na których miejscu mieli wszyscy piękne rękawice łosiowe; 
nie mieli także nagolenników ni butów żelaznych, tylko spodnie i buty skórzane z 
wielkimi ostrogami, jak była moda natenczas. Ale ich pancerze i hełmy lśniły się jak kryształy 
do słońca — a Wilczek miał swoje Grzymałę na piersiach pancerza i srebrne ostrogi. Broń 
także lekką mieli przy sobie, miecz krótki u boku w pochwie okutej żelazem i jeszcze krótszy 
nóż albo sztylet, który nazywano z francuska la miséricorde, bo nim dobijano rannych, którzy 
skonać nie mogli. Reszta zbroi i broni była na wozie. Żołnierze zaś mieli tylko półpancerze na 
piersiach, ale natomiast prócz mieczów uzbrojeni byli w topory i halabardy, bardzo przydatne 
na wypadek napaści. Muszkietów jeszcze mało używano natenczas, chyba tylko na wojnie, a 
nikt ich nie woził z sobą w podróży. 
Tak jechał Wilczek na czele swego dworu, a Ramułt jechał tuż obok niego, trzymając się 
jednak za nim o pół konia. Wilczek był milczący i zamyślony; rad był temu, że z domu wyjechał, 
ale może by mu jeszcze lżej było na sercu, gdyby już miał całe swoje starostwo za swymi 
plecyma, a wieże drohobyckich kościołów obaczył. Ale jechali stępo — a tak po lewej ręce 
pokazała im się dopiero Biłowusowa zagroda. Minęli dąb, który stał opodal od drogi, i już 
minęli furtkę zagrody, która stała przy samej drodze, kiedy koń Wilczka przystrzygł uszyma, 
zżachnął się i skoczył cokolwiek na bok. Wilczek rzucił okiem w tę stronę — a wtedy całkiem 
niespodziewane pokazało mu się widowisko. 
Pomiędzy owymi gęstymi krzakami bzów właśnie kwitnących, dzikich róż i powojów, które 
odgradzały zagrodę od drogi, przy owym krzyżu z Męką Pańską, pomiędzy swymi ramiony, 
klęczała Ofka, zwrócona twarzą ku jeźdźcom. Była w tej chwili niezmiernie blada, bogate 
swe włosy miała rozpuszczone i jakby w nieładzie, oczy szeroko otwarte, lecz pełne łez, które 
jej strumieniami spływały po twarzy: złożyła ręce przed sobą jak do modlitwy i tak patrzała 
prosto w twarz Wilczka. Był to zapewne ostatni, rozpaczliwy krok tej nieszczęśliwej dziewczyny, 
ażeby obudzić nad sobą litość w sercu tego młodzieńca, którego pewnie jak drugiego 
Boga kochała. 
Wilczek, przyciągnąwszy cugli koniowi, spojrzał na Ofkę, objął cały ten obraz jednym 
rzutem oka od razu i przez jedno oka mgnienie stał w miejscu; ale w ten moment dał koniowi 
ostrogę i ruszył naprzód krótkim galopem, a jego poczet posunął za nim. Ujechawszy tak kilkanaście 
kroków, znowu osadził konia i jechał dalej stępą jak pierwej, nie przemówiwszy do 
nikogo ani słowa. 
Jednak kiedy ujechali drugich kilkanaście kroków, od zagrody dały się im słyszeć krzyki 
tak rozgłośne, jak gdyby tam kogo żywcem rzezano, krzyki dwóch kobiet, a przy nich gwałtowne 
wybuchy głosów męskich, które były tak przeraźliwe, jako wycie psów albo ryk zranionego 
niedźwiedzia. 
Wilczek może głosów tych nie dosłyszał: ale dosłyszał je Włostek, który był między żołnierzami 
jadącymi za pocztem, i zaraz spiął konia, a przyskoczywszy do Ramułta, rzekł głosem 
strwożonym: 
— Ten niedźwiedź Biłowus morduje Ofkę! Niech mi pan namiestnik pozwoli, abym skoczył 
ku jej obronie. 
Ale Ramułt był chmurny, jak gdyby jego samego spotkało jakie nieszczęście, i odpowiedział 
mu groźnie: 
— Paszoł! won do szeregu! nie mieszaj się w rzeczy, co nie należą do ciebie. 
Włostek z spuszczoną głową wrócił do szeregu; Wilczek, choć musiał słyszeć, o co Wiostek 
prosił Ramułta, udał, że nie słyszy — i jechali tak dalej w milczeniu. 
Nareszcie przyjechali do miasta Tustania, kiedy się już słońce zniżało. Wilczek, jadąc dotychczas 
także z głową spuszczoną, wyprostował się, kiedy wjechali w ulicę, i rzekł do Ramułta: 
— Trzeba zajechać na rynek i obaczyć, co się dzieje w mieście, a wydać rozkazy. 
Miasteczko to było obwarowane wałami i częstokołem, miało ulic kilkanaście dobrze zabudowanych, 
a rynek dosyć obszerny, otoczony dokoła dostatnimi domami, drewnianymi i 
murowanymi, pomiędzy którymi znajdowały się także piątrowe z wielkimi wjezdnymi bra
mami i krużgankami u piąter. Przy jednej połaci stał ratusz, okazała budowa z podsieniem, 
chociaż bardzo nieregularna; przed nim stal pręgierz, od niepamięci bezużyteczny, bo ludzie 
żyli tu po bożemu, a występki nigdy się nie zdarzały, ale jako godło sprawiedliwości koniecznie 
potrzebny. Jakoż na pierwszy rzut oka było widać, że miasteczko to jest przybytkiem 
pracy i ładu, że jest zamożne, a jego mieszkańcy bogaci, bo wszystkie domy były czysto wybielone 
albo pomalowane w rozmaite kolory, drzwi do nich opatrzone w zamki żelazne, okna 
ze szkła, a w nich firanki, zaś wszyscy ludzie ubrani dostatnio. 
W tej chwili większa połowa rynku była zawalona wozami bez koni, które nakrywano 
dziegciem nasyconymi płótnami, na inne zaś ładowano jeszcze towary, które przynoszono ze 
składów. Zgoła ruch skrzętny jak gdyby w czasie jarmarku. 
Kiedy Wilczek stanął przed ratuszem na czele swojego pocztu, zaraz rozmaici ludzie go 
otoczyli i nisko mu się kłaniali, bo wszyscy znali swego starostę. I Wilczek znał także z nich 
wielu, jakoż poznawszy jednego, krzyknął ku niemu: 
— Hej! skocz no prędko i zawołaj mi tu burmistrza. 
Chłop skoczył — a Wilczek czekał cierpliwie, rozpatrując się tymczasem ciekawie po rynku. 
Ale burmistrz nieprędko się zjawił, bo był właśnie mocno zajęty. 
Miasteczko to, jak się już rzekło, magdeburgii28 za przywilejem królewskim nie miało, ale 
mimo to rządziło się prawem magdeburskim z przywileju i w imieniu swojego dziedzica, którym 
był zawsze każdoczesny starosta tustański. Owocześni panowie dozwalali chętnie swoim 
mieszkańcom zaprowadzenia magdeburgii, prawo to bowiem utrzymując porządek, podnosiło 
zarazem znaczenie miasteczka i przyczyniało się do jego rozwoju i wzrostu; jednakże zawsze, 
ażeby stąd nie wyrosły pretensje do niepodległości, zastrzegali sobie prawo mianowania 
urzędników i sankcją wszelkich wyroków i rozporządzeń. Miasteczko to miało zatem swego 
burmistrza, swoich rajców i ławników, ale wszyscy byli mianowani przez Wilczka, a sądy 
miejskie wydawały wyroki w jego imieniu. Tutejszy burmistrz miał zatem wcale niełatwe 
zadanie przed sobą, do którego spełnienia potrzeba było nawet bardzo wiele rozumu; bo rządząc 
miastem, musiał nie tylko zadość uczynić wszelkim potrzebom jego mieszkańców, ale 
zarazem dogodzić woli, a nieraz i kaprysom swojego starosty. 
Lecz oprócz tego miał on jeszcze daleko trudniejsze zajęcie. Albowiem miasteczko zajmowało 
się bardzo skrzętnym przemysłem i prowadziło handel rozległy: wszyscy tutejsi 
mieszczanie bez żadnego wyjątku trudnili się tkactwem, a ich żony i córki hafciarstwem. Wyrabiali 
oni przede wszystkim płótna żaglowe, które szły Dniestrem do Kaffy29 i Carogrodu30, 
dalej płótna konopne i lniane, które przez Lwów rozchodziły się po całym kraju, a wreszcie 
stołową bieliznę w różne desenie i kwiaty, prawie tak piękną, jak kamchy jedwabne, a bardzo 
poszukiwaną na całej Rusi. Prócz tego wyrabiali także i sukna, pakłaki i samodziały, za które 
dobrze płacono na całym Wschodzie, kobiety zaś na misternych warsztatach, z jedwabiów 
sprowadzanych ze Wschodu i złotych nici, które przywożono z Wenecji, tkały dość piękne, 
kwieciste materie, nie mające wprawdzie odbytu za granicą, ale znajdujące kupców na krajowych 
jarmarkach. Otóż do tych wyrobów potrzeba było wielkich ilości konopi, lnu, wełny, 
jedwabiów i innych materiałów surowych — i gdyby każdy mieszczanin był zakupywał te 
materiały na własną rękę, to byliby się podkupywali wzajemnie z wielką szkodą dla wszystkich: 
dlatego od dawna taki zaprowadzili pomiędzy sobą porządek, że nikomu nie było wolno 
kupować surowych towarów dla siebie, tylko burmistrz zakupywał wszelkie zapasy dla 
wszystkich i wedle potrzeby pomiędzy nich dzielił. Na to potrzeba było magazynów i kasy 
wspólnej i prowadzenia bardzo drobnostkowych rachunków — a że wtedy mało kto umiał pisać 
i wszystko trzeba było karbować, więc była to praca bardzo żmudna i wymagająca wielkiej 
pilności i sumienności. Jednak i wtedy rozumni ludzie umieli sobie radzić na wszystko: ażeby sobie tę pracę ułatwić, wyznaczono na to wielką komnatę w ratuszu, u której stropu 
wisiało na sznurkach tyle kijów laskowych, ilu było uczestników w tych spólnych rachunkach. 
Po jednej stronie kija karbowano pieniężną wartość materiałów wydanych na kredyt, po 
drugiej sumy na ten dług uiszczone, a u końca kija wisiała kartka, na której było wypisane 
nazwisko klienta. Taka to była ówczesna książkowość kupiecka, praktykowana w całej Europie 
przez wiele wieków, a z której się później wywiązała buchhalteria podwójna, używana 
dzisiaj powszechnie. Lecz była ona na swoje czasy dostateczną: jakoż chociaż ludność miasteczka 
była bardzo mieszana, bo się składała z Rusinów, Tatarów, Wołochów i Ormian, nigdy 
żadnych sporów nie było, bo każdy miał swój kij jakoby konto osobne, karbowano zawsze 
tylko w jego obecności, kto był przezorny, ten miał drugi kij z takimi samymi karbami u siebie, 
a kto miał jaką wątpliwość, dla tego buchhalteria laskowa na ratuszu stała zawsze otworem. 
Taką samą wspólność, jak w sprawach kupna, zachowywano także co do sprzedaży. Tylko 
sprzedaż nie przynosiła ze sobą tak wiele drobnostkowego zachodu, bo stary Kijas, najbogatszy 
naówczas kupiec we Lwowie, zakupywał wszystkie towary po cenach jednakowych dla 
wszystkich, które umawiał corocznie z burmistrzem i ławnikami, a nawet miał i kontrakt pisemny 
z miastem, że nikt nie miał prawa sprzedać komukolwiek innemu ani jednej sztuki 
towaru, chyba żeby on ją wybrakował. Jego zaś ludzie przyjeżdżali do Tustania tylko dwa 
razy do roku, o wiośnie i na jesieni, i odbierali towary, płacąc za nie natychmiast gotówką i 
wysyłając najętymi brykami, jedne do Dniestru, a drugie do Lwowa. 
Toż i teraz właśnie przyjechał jego włodarz, pan Kundrat, ze skarbnikiem ze Lwowa i zasiadłszy 
na rynku, odbierał towary i kazał je zaraz przy sobie pakować na bryki. Kundrat siedział 
za wielkim stołem, a przy nim stał burmistrz ze swym karbownikiem, każdy tkacz rozłożył 
i przemierzył swój towar na stole, Kundrat w pamięci należytość obliczył, napisał cyfrę 
tkaczowi kredą na plecach i odsyłał go po pieniądze. 
Zaczem tkacz szedł do gospody, gdzie w dziedzińcu znów skarbnik siedział za stołem z 
worami pieniędzy przed sobą, ten tkaczowi napisaną sumę wypłacił, po czym mu gąbką 
przejechał po plecach i to był kwit owoczesny. 
Przy tej robocie burmistrz musiał w własnej osobie stać nieodstępnie, bo ludzie są ludźmi, 
a gdzie idzie o grosz, każdy by go rad ująć drugiemu, a przyciągnąć ku sobie; tym trybem 
przecież się robią wszystkie majątki, że co kto schował do skrzyni u siebie, to wziął komuś 
drugiemu. Toż i w tym razie Kundrat jakiego łokcia nie dorachował, to znowu tkacz łokcia 
nie domierzył; były więc spory, które tylko sam burmistrz mógł swoją powagą rozstrzygnąć, 
a rozstrzygał je zawsze i nikt mu się nie przeciwił, bo zacny był człowiek i oprócz powagi 
miał zaufanie. Z tego też powodu nie mógł się od tej roboty oderwać i biec natychmiast na 
zawołanie starosty. 
Tymczasem Wilczek czekał cierpliwie jedne chwilę i drugą, aż nareszcie się zniecierpliwił, 
bo już i słońce się schowało za lasy, i dzień znacznie poszarzał. Jakoż rzekł do Ramułta: 
— Kiego diabła ci ludzie tam jeszcze siedzą za stołem? Rozumiem dobrze, że poczętej roboty 
przerwać nie mogą, ale przecież o zmroku nikt nie odbiera towarów. Pchnij no tam jeszcze 
kogo, ażeby Daszkiewicz tu zaraz się stawił. 
Ramułt pchnął zaraz drugiego chłopa w tamte stronę rynku i jeszcze tak chwilkę czekali, 
aż wreszcie Ramułt rzekł: 
— Owo już idą. 
A wtedy widać było, jak burmistrz się z owego ścisku wozów i ludzi wydobył i szedł 
spiesznym krokiem ku ratuszowi. Była to postać bardzo poważna: człek wielki wzrostem i 
stary, ale rzeźwy jak młodzian. Twarz miał rumianą różowego koloru, nos orli, a oko sokole, 
wąs biały, przystrzyżony nad wargą, i włosy białe mu się wydobywały spod czapki. Czapkę 
miał bardzo wysoką na zawiasach z pięknego siwego baranka (siwe czapki tylko mieszczanie 
nosili, chłopi musieli przestawać na czarnych), długą opończę sukienną sinawobłękitną, obło
żoną takimże samym barankiem, pod nią krótki żupan słomianego koloru, a na nim pas skórzany 
na pół łokcia szeroki, hajdawery w butach, a buty wysokie ze skóry surowcowej tatarskiej. 
Kolory siwoniebieskie i żółtawosłomiany były już wtedy ulubione na Rusi. Podpierając 
się długą trzciną z gałką złoconą, szedł krokiem tak prędkim, że poły opończy rozwiewały się 
za nim i czapka mu się na głowie kiwała. Tak zbliżył się do starosty, a kiedy zdjął czapkę, 
pokazała się jego ogromna łysina, gładka jak dłoń, a także rumiana, która jednak wcale nie 
ujmowała jego imponującej postaci, owszem, jeszcze mu wiele przyczyniała powagi. 
Mąż ten nazywał się Jursza Daszkiewicz, pochodził ze staroruskiej rodziny mieszczańskiej, 
miał własną wioskę z dworem szlacheckim pod Stryjem, mógł był każdego czasu zająć 
poczesne miejsce na szarym końcu pomiędzy szlachtą, ale jako człowiek rozumny, wolał być 
pierwszym pomiędzy mieszczany, gdzie też był najbogatszym, a wójtem, czyli burmistrzem 
od lat przeszło trzydziestu. Nie przeszkadzało mu to wcale przyjmować szlachtę w swym domu, bo wtedy jeszcze się stany tak nie oddzielały od siebie, jak się to dziać poczęło w wieku 
następnym: toż okoliczni szlachcice często przyjeżdżali do niego, najedli się, napili, a jeszcze 
i worka mu uskubnęli na drogę, ale Daszkiewicz, chociaż umiarkowanie, jednak chętnie im 
pożyczał pieniędzy, bo wiedział, że na wszelkie wypadki dobrze mieć ludzi zbrojnych po 
swojej stronie. 
— Daszkiewicz! — rzecze Wilczek do niego — już by twój pop był cały parastas31 odprawił 
za ten czas, co tu czekam na ciebie. Myślałem, że jeszcze dziś, choćby nocą, do Komarna 
dociągnę, a przez ciebie przyjdzie mi w Drohobyczy nocować. 
— Rad bym był skoczyć zaraz na rozkaz waszej miłości — odpowie mu burmistrz — ale 
trudno mi było tkaczów zostawić samych z panem Kundratem... 
— Wiem ja dobrze — rzekł przerywając mu Wilczek — że łokieć Kundrata nie zawsze się 
zgadza z łokciem tkackim i że tylko ty umiesz obydwa wyrównać; ale mnie pilno. Słuchajże, 
Daszkiewicz, ja jadę w drogę, może i kilka miesięcy zabawię, a chciałbym, żeby się tu tymczasem 
jakie nieporządki nie wkradły. Kukuć będzie pilnować zamku, a twoja rzecz utrzymać 
ład w mieście. Trzymajże się za rękę z Kukuciem, w razie potrzeby niechaj ci da do pomocy 
żołnierzy, a gdyby zaszło co ważnego, pchnij zaraz konnego do Lwowa. A na Biłowusa także 
miej oko. Kazałem go wczoraj z zamku wyrzucić; żeby się więc do jakiej pomsty nie porwał. 
W jego zwyczajnych funkcjach mu nie przeszkadzaj, ale jeżeliby chciał nowych ludzi uzbrajać 
albo knuł jakie zmowy, rozumiesz? 
— Trzeba mi na to tylko rozkazu pana starosty, bo to i tak w ostatnich czasach zanadto mu 
się dawało wolności — odpowiedział Daszkiewicz — i chciał dalej swe skargi wywodzić, kiedy 
w tej chwili zbliżył się Kundrat i zdjąwszy z głowy swój biret niemiecki, pokłonił się Wilczkowi 
bardzo grzecznie, ale z uśmiechem i pewną poufałością. 
Kundrat był to człek koło czterdziestu lat wieku, średniego wzrostu, ale okrągły i dobrze 
żywiony, twarz miał ogoloną zupełnie, nos długi ciekawy, a oczy zielone, bardzo spokojne, 
ale wciąż uśmiechnione. Uśmiech igrał także około jego ust smacznych, a wtórowały mu dwa 
dołki po każdej stronie rumianej twarzy. Na pierwszy rzut oka widać było człowieka, któremu 
się dobrze powodzi i kontent jest z siebie. Ubrany był z niemiecka, w kaftan krótki z buchastymi 
rękawy, pludry krótkie, ale szerokie, wełniane pończochy i grube trzewiki; tak siedział 
przy robocie za stołem, ale idąc na powitanie starosty, zarzucił krótka opończę na siebie z 
szerokimi rękawy. 
Kundrat był dzieckiem mieszczańskim ze Lwowa i miał tam kram własny, z dziada pradziada; 
za miodu wysłano go do Krakowa, gdzie się dobrze wyćwiczył we wszelkich naukach 
i kunsztach i promowany jest doktorem obojga prawa; miał zamiar promować się jeszcze na 
doktora teologii i zostać kapłanem, lecz przyjechawszy na krótki czas dla wytchnienia do 
Lwowa, poczuł w sobie wokacją32 do ojcowskiego rzemiosła, do przemysłu i handlu i zasiadł zaraz sam za swoim kramem. Jednakże wkrótce namówił się ze starym Kijasem i został u 
niego pierwszym włodarzem, gdzie, zawiadując pod jego mądrym kierunkiem niezliczonymi 
przedsiębiorstwami, mógł spożytkować swoje rozległe i gruntowne nauki, a zarazem daleko 
znaczniejsze zbierać dochody, niżeli jego ubogi kram mógł mu przynosić, chociaż dlatego 
wcale go nie porzucił. Kundrat miał dom własny we Lwowie i był notariuszem lonherii33, 
więc go ludzie respektowali, a to tym więcej, ile że i worek czuli u niego; ale Wilczek traktował 
go z lekka i zawsze rad z nim żartował. 
— Mości panie doktorze — rzekł teraz do niego — widzę po twojej twarzy, żeś moich tkaczy 
porządnie ogolił, jeżeliś i mnie także podgolił, to się pobijemy ze sobą... 
A na to Kundrat: 
— Mości panie starosto, w handlu jest jak na wojnie: kiedy można kogo pobić w otwartym 
polu, to się go bije w otwartym polu, a kiedy nie można, to sztuką kozły tłuką. Na tym świat 
stoi, tak w rycerstwie, jak i w mieszczaństwie. Ale nasz dom wojuje uczciwie. 
— Już to przyznaj się między nami — odpowie mu Wilczek — że twój katechizm nie bardzo 
czytelnymi literami pisany; boć my to wiemy, że ty jak czerwony złoty obaczysz, to póty nie 
śpisz, póki go nie dostaniesz. A potem, jeśli nie w katechizmie, to w jakim statucie znajdziesz 
na to ekskuzę. Szłoby to wcale inaczej, gdyby cię Kijas na wędzidle nie trzymał. 
Więc Kundrat śmiał się i rzekł: 
— Tutaj w Tustaniu nie trzeba wcale Kijasa, bo tu pan Daszkiewicz ma jeszcze twardsze 
wędzidło. 
Słysząc to Daszkiewicz, podniósł głowę dumnie do góry, ale rzekł skromnie: 
— Na diabła się tam zda moje wędzidło na takiego czarnoksiężnika. Bo i nie wiedzieć zaprawdę, 
jak on to robi. Towar mierzy niby rzetelnie i płaci niby rzetelnie, ale jak sobie odjedzie, 
a ludzie mają czas dobrze się z sobą obliczyć, to i jednego takiego nie znajdzie, co by 
mu czegoś nie brakowało. 
A wtedy Kundrat prędko poderwał się i rzekł: 
— A tak i miasto upada, i ludzie mrą z głodu, a niebawem i burmistrzowi na opończę nie 
stanie. 
Więc wszyscy się śmieli, bo im się wszystkim dobrze działo, a Wilczek dodał: 
— Już to żeście się obydwa z Kijasem zawzięli na to miasteczko i wkrótce go puścicie z 
torbami, o tym na całej Rusi wiadomo. No, a co tam we Lwowie? Jak się ma Kijas? a Tigranes, 
a pani Formoza? 
— Wszyscy zdrowi jak jagody, tęsknią za panem starostą. 
— A pani Pachna? kiedyż wesele? bo Daszkiewicz chciałby się choć raz napić twojej małmazji 
a potańcować u ciebie, ale się jakoś doczekać nie może. 
— Jeszcze się o tym nie myśli — rzekł na to Kundrat z uśmiechem — jeszcze u pani Pachny 
ze wysokie progi dla kupca. 
— Ba! — rzecze Wilczek — ale tymczasem płacisz podatek nałożony na celibatorów. A to 
podobno cztery kopy groszy co roku. Powiedz prawdę, Kundrat, jak przyjdzie płacić, diable 
się musisz skrobać po głowie. 
Kundrat chciał coś odpowiedzieć, ale wtem łuna uderzyła na niebo i to tak nagle, jak gdyby 
kędyś, niedaleko od miasta, cała wieś stanęła od razu w płomieniach. Rycerze się obrócili 
w tę stronę, popłoch się rozniósł po całym rynku, a Daszkiewicz się rzucił ku ratuszowi i posłał 
zaraz halabardnika na dach ratusza, aby obaczył, kędy się pali. 
Tymczasem rozmawiający zgadywali, gdzie by to było. Jednakże wkrótce halabardnik zawołał 
wielkim głosem z dachu: 
— Biłowusa zagroda się pali! 
Na to Wilczek spojrzał niespokojnymi oczyma przed siebie i rzekł: 
— Nie zdaje mi się, aby to była Biłowusowa zagroda, to kędyś dalej. Ale jedźmy, bo późno. 
I zaraz ruszył ku bramie północnej, a jego poczet ruszył za nim. 
A wtedy Włostek przyskoczył na koniu, już nie do Ramułta, tylko do samego Wilczka i 
rzekł głosem głęboko wzruszonym: 
— Proszę pana starosty pozwolić mi, abym skoczył obaczyć, gdzie się to pali, ja pana starostę 
dogonię. 
Wilczek przez oka mgnienie się zastanowił, ale niebawem rzekł: 
— Ty ognia nie zgasisz. Ale jedź... a wracaj prędko do Drohobyczy, gdzie będziemy nocować. 
Tymczasem tłum wielki się zgromadził na rynku, a wszyscy patrzyli ciekawie ku południowi, 
bo już się ciemno zrobiło. Łuna im przyświecała czerwonym płomieniem, a na niebie 
widać było snopy iskier, które wyskakiwały w górę, a wiatr je unosił ku zachodowi. Daszkiewicz 
zwołał wszystkich halabardników i kazał miasta pilnować. Niektórzy ludzie wyłazili 
na wozy, na drzewa i dachy, ażeby pożar lepiej obaczyć. Inni, co śmielsi, chociaż nie mieli 
sikawek, wybiegli z miasta z hakami, nie tyle, aby ratować, lecz raczej, ażeby się cudzemu 
nieszczęściu nadziwić, i tłumem pędzili na miejsce pożaru. 
A daleko przed nimi słychać było tętent konia, pędzącego cwałem w tę samą stronę, a ilekroć 
ziemia przed nim się podnosiła, tyle razy widzieli na tle łuny czerwonej czarny cień 
jeźdźca, który, naprzód schylony, okładał harapem boki koniowi i znowu znikał w nizinach: 
był to Włostek. Pędził on na złamanie karku jak szatan Ofce na ratunek; oczy jego, prócz 
ognia w oddali, nic nie widziały przed sobą, serce mu biło tak gwałtownie, jak gdyby mu 
chciało żebra rozeprzeć i pewnie dałby za to resztę swojego życia, gdyby już był na miejscu i 
widział, że się Ofce nic złego nie stało. 
Wszelako Wilczek jechał spokojnie stępa ku Drohobyczy, obok niego Ramułt, a za nimi 
żołnierze cokolwiek w oddali, ażeby mogli ze sobą swobodnie pogwarzyć o Biłowusie i o 
jego zagrodzie. Wilczek, dopiero co taki wesoły, teraz był znowu milczący i zasępiony. Jechał 
tak kilka stajań, nie przemówiwszy ani słowa, aż przecie nareszcie rzekł do Ramułta. 
— Jakże rozumiesz, kto tam mógł podpalić Biłowusową zagrodę? 
— Męczę się nad tym jak pies, co wpadł w wodę, a pływać nie umie — odpowie mu Ramułt 
— ale niczego nie mogę wymyśleć. Bodajby jeno Biłowus sam nie zażegnął swojej chałupy. 
Nie poszło mu po jego myśli anielskiej, więc się chwycił myśli diabelskiej. 
Na to Wilczek znów umilkł; zdało się, jakoby wcale nie chciał mówić o tej sprawie, która 
mu była przykrą, może nawet nieznośną, ale na którą nie widział ratunku. Jednakże Ramułt 
innego był zdania, bo rzekł po chwili: 
— Nie moja rzecz dawać rady waszej miłości, ale gdyby tak na mnie, to wolałbym to załagodzić. 
Lecz Wilczek, rozumiejąc zapewne, że Ramułt nie wie wszystkiego, parsknął głośno od 
śmiechu i zawołał: 
— Radźże, jeżeli umiesz. Powstrzymasz ty jabłoń, ażeby nie wydała owocu, kiedy ją lato 
rozgrzeje? Już kiedy Marucha nie umiała poradzić, to i ty nie potrafisz, chyba żeś lepszy czarownik 
niż ona. 
— Na to wcale czarów nie trzeba — rzekł Ramułt. — Naszego czasu zdarzają się takie wypadki 
po wielkich dworach i po panieńskich klasztorach, a przecie je ludzie jakoś łagodzą. 
Biłowus człek dziki, z nim nie masz rozmowy, ale kiedy by na to przyszło, to można było 
Ofkę albo i jego samego kędy na jakie pół roku wyprawić. 
Wilczek, jeżdżący zawsze wielkim gościńcem, a nie znający wcale ubocznych przesmyków 
i ścieżek, pomyślał nad tym cokolwiek, lecz rzekł: 
— Pogadamy o tym we Lwowie. 
Tak dojechali już późno w nocy do Drohobyczy i stanęli przed gospodą na rynku, a jeden z 
żołnierzy, zsiadłszy z konia, zaczął kołatać do bramy, aby ją otworzono. 
A wtedy dał się słyszeć tętent kopyt końskich w ulicy i w małej chwili Włostek stanął 
przed Wilczkiem, a zeskoczywszy także z kułbaki, kłaniał mu się, ocierając pot z czoła, ale 
nie mogąc jeszcze ani słowa przemówić. 
— Cóżeś tam widział? — zapytał Wilczek. 
— Panie starosto — odpowiedział mu Włostek przerywanymi słowy — Biłowus sam spalił 
swoją chałupę. 
— Sam spalił? a to dlaczego? 
— Bo proszę jegomości, napadł na obydwie kobiety pod krzyżem i chciał je mordować, a 
one schroniły się do chałupy i zatarasowały drzwi, a Marucha czary rzucała na niego przez 
okna. Więc on strzechę podpalił, aby je stamtąd wykurzyć. A potem wylazł na swój dąb i 
patrzał stamtąd, jak jego budynki gorzały i śmiał się śmiechem końskim, bo rżał właśnie jak 
koń. Tak mi opowiadał jego parobek. 
— I wykurzył kobiety? — zapytał Wilczek. 
— Jużci wykurzył — rzekł Włostek. — Jeno jak się strzecha zapadła, Marucha wzięła Ofkę 
pod ramię i wśród dymu i iskier wyleciała z nią w powietrze. 
— Ot, gadasz — rzekł na to starosta. 
— Przysięgam Bogu — zawołał Włostek — żem je sam widział, jak ulatywały w powietrze. 
Jak tylko się strzecha z wielkim trzaskiem zapadła i wybuchnęły z niej płomienie, dymy i 
iskry, właśnie jak gdyby kto fortecę prochami wysadził w powietrze, wszyscy ludzie zaraz 
krzyknęli: owo Marucha z Ofką lecą do góry. Ja sam widziałem jakby na dłoni, jak Marucha 
Ofkę trzymała pod pachy, a ich spódnice wydymały się jak kłęby, aż póki w górze nie znikły. 
Wszyscy ludzie tustańscy na to patrzali i gotowi są przysiąc, choćby i na ratuszu przed burmistrzem 
i panami rajcami. I Biłowus to widział ze swego dębu, i jeszcze raz zarżał, że rżenie 
jego się rozległo po lasach, a po wszystkich ludziach mróz poszedł. A wtedy jaki taki się 
przeżegnał i wrócił do miasta, a jam wrócił do mego pana. 
Na to Wilczek i Ramułt także się przeżegnali, a tymczasem otworzono bramę i zapalono 
światła w gospodzie. Więc cały poczet wjechał do gospody. Wilczek położył się spać w komorze, 
a jego żołnierze jeszcze długo w noc słuchali powieści Włostka w szynkowni. Nazajutrz 
zaś rano Wilczek wyruszył do Lwowa. 
III 
DWAJ RYCERZE 
W tydzień potem albo mało co więcej Wilczek, załatwiwszy pomyślnie swoje sprawy we 
Lwowie, wyjechał o wschodzie słońca z całym swym pocztem z miasta przez Bramę Krakowską, 
którą zwano także Porta Tartarica34, i puścił się wielkim gościńcem na Gródek i 
Wisznię ku zachodowi; ale sam jeszcze nie wiedział, dokąd właściwie zmierza. Celem jego 
podróży był Kraków, gdzie jako rotmistrz, należący do królewskiego dworu, po starym zwyczaju 
musiał pełnić służbę przez parę miesięcy co roku; ale nie było mu pilno, bo wiedział, że 
króla nie było w Krakowie. Myślał zatem najprzód wstąpić do Koniecpolskich, swoich przyjaciół, 
a ówczesnych starostów w Przemyślu, gdzie by mu zeszło wesoło jakich parę tygodni, 
a potem się przebrać przez góry na zamek sobieński do Kmitów, gdzie strawił swoje lata pacholęce, 
gdzie go miłowano tak szczerze, a gdzie tak dawno już nie był. Tam mógłby znowu 
jaki czas się poweselić przy sercach poczciwych, przy tłustej kuchni i bogatej piwnicy, przy 
muzyce, tańcach a turniejach i tak by mu zeszedł cały ten czas, aż póki król nie powróci z 
Mazowsza. Więc jechał wolno, rozpatrując się po okolicy płaskiej i równej, a tak niepodobnej 
do tych gór, między którymi leżał zamek tustański. 
Ale i ten kraj płaski wcale inaczej wyglądał pod owe czasy niż dzisiaj. Wsie były rzadkie 
naówczas, dwory nieliczne, a przy nich, daleko porozrzucane od siebie, kmiece zagrody. 
Dziedzice i tenutariusze35 tych rozległych przestrzeni na próżno wystawiali wysokie pale przy 
drodze, opatrzone w tyle ramion przedziurawionych, ile zagród było we wsi do obsadzenia; 
dość było kołek zabić w jedno z tych ramion, ażeby otrzymać spory szmat gruntu, często z 
chałupą, a zawsze jeszcze wcale nie ciężkimi obarczony powinnościami. Ale rzadki to był 
osadnik, który zagrody zapragnął — a i ci nawet, którzy już osiedli, po jednym roku albo po 
kilku, zazwyczaj po pierwszym zagonie Tatarów, wynosili się w góry, gdzie mieli chudy, ale 
daleko spokojniejszy kawałek chleba. 
Natomiast lasy okrywały nieprzejrzane okiem przestrzenie, lasy częstokroć wcale nie 
tknięte, nabite jak puszcze odwiecznymi dębami, jaworami i olbrzymami drzew szpilkowych, 
a zaludnione całymi stadami dzikiego zwierza, pomiędzy którymi często było można dosłyszeć 
donośny ryk żubra i trzask łamiącego przed sobą gałęzie niedźwiedzia. Pomiędzy tymi 
lasami szerokie rozlewały się wody, zwłaszcza w tym kraju, gdzie od Komarna aż po Krakowiec 
i dalej nieprzerwane a gęstymi trzcinami pozarastałe ciągnęły się stawy. Na tych stawach 
mieszkały nieprzeliczone roje dzikiego ptastwa, które niejednokrotnie tak przeraźliwym 
krzykiem napełniały powietrze, że przejeżdżający koło nich podróżni nie mogli własnej rozmowy 
dosłyszeć. Około stawów, często na bardzo dalekie przestrzenie, grząskie błyszczały 
moczary, których latem noga ludzka nie mogła przebrodzić — a w nich gnieździły się całe roje 
potwornych gadów i płazów, których ród dzisiaj zaginął. 
Gościniec, wiodący tym krajem od Lwowa ku Przemyślowi, był wprawdzie bardzo szeroki, 
bo każdy jechał kędy mu było składniej, ale ręka ludzka nigdy go nie dotknęła; strumienie 
i rzeki w bród trzeba było przebywać, tylko w niektórych miejscach moczarnych walono kloce 
drzew jeden przy drugim, ażeby je jakokolwiek wymościć. Na tym gościńcu rzadko też 
zjawiał się jaki podróżny, chyba chłop albo szlachcic, bo kupcy ze swymi brykami radzi 
omijali wielkie gościńce, obawiając się spotkania z jakim podróżnym rycerzem, co zwykle się 
obyć nie mogło bez jakiegoś wykupu. Rzadki to był człek zbrojny naówczas, który ze spotkania 
się z kupcem nie skorzystał dla siebie — a broń Boże spotkać się z takim, co jechał z daleka, 
nie był tu znanym i tutejszych jurysdykcyj się nie obawiał, bo w takim razie kupiec się 
musiał pożegnać ze swoim towarem, a jego bryka próżno wracała do domu. Nawet sami rycerze 
mieli się na baczności w podróży, bo mogli się spotkać z drugim mocniejszym od siebie... 
a chociaż takiego prawa nie było, to był jeszcze stary obyczaj, że jeśli jeden rycerz zwyciężył 
drugiego, to nie licząc ran, które mu zadał, zabierał mu prawem zwycięzcy cały jego dobytek. 
Owóż niejeden rycerz miał tylko to, co wodził ze sobą... a któż mógł być pewnym, że się nie 
spotka z mocniejszym od siebie? Bardzo piękne to były te wieki rycerskie, pełne uczuć 
wzniosłych, bohaterskich poświęceń i cudownego uroku, ale dla kieszeni i skóry niezupełnie 
bezpieczne. 
Jakoż i Wilczek, jeżeli się tak ciekawie rozpatrywał po kraju, to nie tylko aby podziwiać 
wspaniałą i dziką naturę, ale także i z ostrożności, ażeby go jaki zacny kolega znienacka nie 
napadł. Jednak jechał od rana, popasał w Bartatowie, przy karczmie w Gródku spoczywał 
jakie trzy godziny, a teraz już się zbliżał do Wiszni i dotąd nikogo nie spotkał prócz kilku 
kmieci na furkach i dwie czy trzy kupki wielkopolskich szlachciców, którzy na chudych 
szkapach przy wózkach bardzo ubogich ciągnęli w Bełskie, gdzie się chcieli osiedlić. Dopiero 
o jakie pół mili od Wiszni zdało mu się, że dojrzał przed sobą tłum ludzi konnych, jadących z 
wolna ku Lwowu. 
Dzień był majowy, pogodny, powietrze choć trochę wilgotne, lecz czyste, wzrok niósł bardzo 
daleko, jakoż widać było wyraźnie, że był to poczet ludzi konnych i zbrojnych, za którymi 
ciągnęły wozy. Ale było to dziwne widowisko. 
Albowiem na czele pocztu szedł wolnym krokiem koń biały, ogromny jak słoń i nadzwyczajnie 
wyniosły, ale nie było na nim widać rycerza. Wprawdzie około jego łba kiwały się 
pióra, ale tak nisko, że trudno było przypuścić, aby to były pióra u hełmu rycerza, a zdało się, 
jakoby raczej łeb koński w pióra był przystrojony. Coś się tam przy kułbace czerniło, ale nie 
można było rozeznać, czy to były nogi ludzkie, czy też czapraki. Natomiast za nimi widać 
było dobrze ośmiu albo dziesięciu żołnierzy w pancerzach i hełmach albo misiurkach, dalej 
trzy albo cztery powózki, ale także jakieś dziwaczne, bo bardzo wysokie i płótnem nakryte, a 
w każdej z nich tylko jeden ogromny koń uprzężony, idący w kabłąku i wielkim spiczastym 
chomącie. Więcej dojrzeć nie było można, bo słońce się już ku zachodowi zniżało i świeciło 
temu pocztowi w plecy, więc oko blasku wytrzymać nie mogło, a do tego jeszcze promienie, 
odbijające się od polerowanych pancerzy i hełmów, ile że poczet był w ruchu, jego widok 
nadzwyczajnie mąciły. 
— Jaki to diabeł być może, co się tam wlecze gościńcem? — zapytał Wilczek Ramułta, który 
także wzrok wytężył w tę stronę — możesz rozeznać? 
— Zda mi się, że baba tam siedzi na tym białym ogierze — rzekł Ramułt — inaczej byłoby 
widać hełm nad łbem konia, choćby też jak był wyniosły. 
A Wilczek na to: 
— Diabli go wiedzą, słońce mi oczy zaślepia. Może i baba, ale to chyba która księżna, bo 
orszak nie lada. Jednak co bądź, każ no zagrać trębaczom, aby i oni wiedzieli, z kim się tu 
spotykają. 
Na rozkaz Ramułta obydwa trębacze zagrali zaraz hasło królewskie, które grać było wolno 
tylko rotmistrzom, należącym do dworu króla. Jednak zaledwie trębacze hasło odegrali, w 
zbliżającym się poczcie odezwały się także dwie trąby i odegrały odzew królewski. 
— Baba konwojona przez wojsko królewskie? — zawołał Wilczek — cóż to być może? Ramułt! 
spraw no żołnierzy, bo mi to rzecz podejrzana. 
Ramułt sprawił żołnierzy, miecze do ręki, obuchy spod kolan, a tymczasem obydwa poczty 
już się zbliżyły o kilkanaście kroków ku sobie. Tamci także błysnęli mieczami. Wilczek wytężył 
wzrok i wszystko tak znalazł, jak widział z daleka, tylko baby nie było, a na koniu siedział 
rycerz w lekkim pancerzu i hełmie z bogatymi piórami, jeno miał tułów tak krótki, że 
wszystkimi swymi piórami ledwie uszu końskich dosięgał. Wilczek się przeginał na prawo i 
na lewo, ażeby twarz jego obaczyć, ale dopiero kiedy się ich konie zrównały ze sobą, zawołał 
z głośnym śmiechem: 
— Kergolaj! niechże cię wszyscy diabli wezmą! Prędzej bym się śmierci spodziewał, niżeli 
ciebie widzieć na Rusi. Cóż ty tu robisz? 
A tamten wołał spokojniej: 
— Wilczek! Wilczek! Otóż mi spotkanie! Myślałem zawadzić o ciebie, ale mi powiedziano, 
że do twego zamku nawet nie dojechać na koniu. 
Tak więc się zaraz zbliżyli do siebie, kolano do kolana, podali sobie ręce raz, drugi i trzeci 
i zaczęli ze sobą gawędzić, a ich żołnierze stali opodal z respektem, jaki się od nich ich panom 
należał. 
Rycerz, co siedział na białym koniu, miał rzeczywiście tułów tak krótki, że zdawał się 
prawie garbatym, bo też i nogi miał cokolwiek przydługie; może nawet był niegdyś garbatym 
za młodu, ale przez usilne gimnastyczne ćwiczenia ułomność ta znikła, a zostały z niej tylko 
piersi bardzo wypukłe, barki szerokie i silne i głowa cokolwiek wgnieciona pomiędzy ramiona. 
Był to zresztą człek wcale przystojny, twarz miał białą i gładką, nos długi, ale foremny, 
oczy piwne, spokojne, wesołe, ale bardzo ciekawe, wąs ciemny, obfity i włosy czarne, bogate, 
spadające w pięknych kędziorach na szyję. Miał wtedy lat może już blisko czterdziestu, lecz 
widać było po nim, że pielęgnował starannie swe zdrowie i dbał o swą powierzchowność. 
Nazywał się Jan Felix Batard de Kergolay, pochodził z jednej z najznakomitszych rodzin 
francuskich, nosił jej herb z dewizą: Ayde toy Kergolay et Dieu t’aydera36 i był właściwie z 
pochodzenia Francuzem, ale że się rodził z matki Polski, więc naturalnie stał się Polakiem. 
Urodzenie Kergolaja (tak bowiem powszechnie nazywano go w Polsce) było cokolwiek 
zachmurzone rozmaitymi powieściami, które już wtenczas nie bardzo były jasne, a których 
dziś już wcale niepodobna rozwikłać. Żona Mikołaja Kmity, pana na Wiśniczu, Dubiecku i 
Sobniu, który zmarł kasztelanem lwowskim, zdaje się z domu Lanckorońska z Brzezia, powiwszy 
swemu mężowi czterech synów i owdowiawszy, weszła w ponowne śluby z panem 
de Kergolay, kawalerem francuskim, który się był zabłąkał na dwór Kazimierza Jagiellończyka 
i w jego wojsku wodził chorągwie. Z nim miała syna, któremu dano na imię Jean Felix, ale 
ponieważ, jak powiadano, przy tym ślubie nie było wody święconej, więc rodzina jego ojca 
odmówiła mu prawa noszenia jej miana, a dopiero król francuski Ludwik XI powrócił mu 
ojcowskie nazwisko, jednak z nie ubliżającym zresztą podówczas przydatkiem Bâtard37. Być 
może wszakże, że i woda święcona była przy ślubie, tylko zazdrośni krewni uknuli przeciwko 
niemu kabałę, ażeby go pozbawić majątku: albowiem Kmitowie, jego bracia przyrodni, nie 
zaparli się go wcale; owszem, za wolą matki dali mu wieś Niewistkę, a nawet pomagali mu 
pieniędzmi. Czytamy bowiem jeszcze dziś w aktach grodzkich sanockich, jako generosus 
Johannes Kmytha nobili Felici alias Johanni fratri suo de Niewijastka quinquaginta marcas... 
debet38. Jakoż zawsze go uważali za brata i po bratersku się z nim obchodzili. 
Matka, jak się to dzieje zazwyczaj z dziećmi upośledzonymi, kochała go więcej niżeli innych 
swych synów i wychowywała go zrazu przy sobie na Wiśniczu, gdzie się dobrze nauczył 
po polsku; dopiero później dla dalszych nauk wyjechała z nim do Francji, gdzie znowu 
swój język polski trochę skaleczył, ale mówił nim wybornie i tylko niektóre głoski wymawiał 
z francuska. Po śmierci matki dostał się na dwór książąt sabaudzkich, którzy podówczas 
utrzymywali u siebie prawie najwyborniejszą szkołę rycerską i gdzie właśnie pod owe czasy 
najsławniejszy rycerz francuski, le gentil seigneur de Bayard, le bon chevalier sans peur et 
sans reproche39, czynił pierwsze swe służby. Później się dostał na dwór króla Karola VIII, 
ostatniego ze starszej linii Walezych — a odznaczywszy się w wielu bitwach odwagą, męstwem 
i wszelkimi innymi kawalerskimi przymioty, już bardzo młodo pasowany jest na rycerza 
i otrzymuje złote ostrogi. 
Śród tego czasu, ile razy we Francji wojny nie było, zawsze przybywał do Polski i bawił 
na dworze królewskim, gdzie mianowany jest raz na zawsze rotmistrzem króla, chociaż nie 
miał własnej chorągwi. Tam poznał się z Wilczkiem i bardzo się z nim zaprzyjaźnił. W ostatnich 
latach służył znów w wojsku Karola VIII. Przed dwoma laty przeszedł z nim Alpy, 
wszedł w grudniu do Rzymu, a przeszłego roku był pomiędzy zdobywcami całego neapolitańskiego 
królestwa. Wkrótce potem zjawił się nagle na dworze królewskim w Krakowie; 
powiadano o nim, jakoby miał misją od króla Karola VIII, aby namówił króla Olbrachta do 
wspólnej wojny przeciwko Turkom. Bawił wtedy także czas mały w Niewistce i na zamku 
sobieńskim, lecz znowu zniknął. Teraz znów się pojawił i ciągnie na Ruś: bardzo to Wilczka 
zdziwiło i rad by był wiedzieć co prędzej, dokąd Pan Bóg tego kawalera prowadzi i po co. 
— Powiedzże, Kergolaj — rzecze do niego Wilczek zaraz po przywitaniu — skądże ty jedziesz 
i dokąd, bom bardzo tego ciekawy. 
Kergolaj miał głos bardzo dziwny, prawie jak klarnet, chociaż tego instrumentu jeszcze 
wtedy nie znano, i obejmował nim wszystkie trzy oktawy, a że do tego miał oczy śmiejące, 
więc nigdy nie można było wiedzieć, czy mówi prawdę, czy też drwi sobie z poczciwego 
człowieka. 
— Ja jadę daleko — odpowie mu Kergolaj. — Znudziło mi się we Włoszech, a zatęskniło do 
Polski; ale i w Polsce cicho jak mak siał i nie ma co robić. Byłem w zimie u króla, przyjął 
mnie łaskawie, ale chorągwi mi nie dał, obiecując ją dać, kiedy by wojna wybuchła. Byłem w 
Niewistce, ale znalazłem skrzynie puste; ledwie że kilka koni mi wychowano, które mi się 
przydały. Byłem u Kmity na Sobniu, tamem się trochę rozerwał, ale tam przyszły mi różne 
myśli do głowy, które chcę teraz wykonać. 
— Skarżysz się — rzecze mu Wilczek — a bez racji, bo w rzeczy chyba tylko na to skarżyć 
się możesz, że ci się zanadto dobrze powodzi. Nie rozumiem, jak taki cavaliere di gran grido40, 
jak ty, mógł się nudzić we Włoszech, zwłaszcza żeście tam zwyciężyli. Toż to tam podwiki 
musiały cię nosić na rękach, chyba żeś co u której przeskrobał. Król w tobie się kocha, 
wiem o tym pewnie i chorągwi ci nie zaprzeczy, jak będzie wojna. Niewistka nieszpetna to 
wieś, zwłaszcza że podobno należy do niej kilka folwarków nad Sanem. A jeśli ci czasem 
grzywien41 potrzeba, to Kmita pewnie ci ich nie odmówi. 
— Ba! — zaśmiał się Kergolaj — kiedy generosus Kmita zawsze marcas debet. 
— A więc ty tymczasem — rzekł Wilczek żartując — wybrałeś się na Ruś, może Pan Bóg da 
szczęście. Ale tutaj gościńce puste... 
A Kergolaj śmiał się i mówił: 
— Masz racją. Zdechłby tu z głodu, kto by się musiał żywić na gościńcach. Ale ja o tym nie 
myślę. We Francji to dawno wyszło z mody, jeno jeszcze w Niemczech rycerze łuszczą kupców po drogach. Ja zresztą nigdy nie dotknąłbym chrześcijan, tylko jeżeliby mi Żyd jaki zaplątał 
się między nogi, to bym mu nie darował, bo u Żyda zawsze się jakokolwiek obłowisz, a 
i Matka Najświętsza ci to wynagrodzi. 
A na to Wilczek: 
— Niewiele tu Żydów w tym kraju. Jest ich kupa we Lwowie, ale ja bym ci i tam nie radził 
ich łuszczyć, bo najprzód Żydzi — to oko w głowie u tamtejszego starosty, on sam ich łuszczy 
i nie pozwala, aby mu kto lazł w jego kapustę; a potem jest tam dwa sądy, miejski i starościński, 
które się wiecznie swarzą pomiędzy sobą, więc jak kogo pochwycą, to jeden drze go za 
łeb, a drugi za nogi, aż póki go nie rozedrą. 
To mówiąc Wilczek rzucił okiem na jego szyję i lewe ramię i tam swój wzrok zatrzymał 
na chwilę. A było na czym, bo Kergolaj miał łańcuch żelazny obwinięty około szyi, a jego 
koniec przykuty do naramiennika na lewym ramieniu, zaś przy tym końcu był przyczepiony 
kłąb wstążek niebieskich i białych, ułożony w kokardę, a końce tych wstążek powiewały w 
powietrzu. 
— Ej! — spostrzegłszy tę kokardę, zawoła Wilczek — to te wstążki gdzieś ciebie prowadzą! 
Jużeś pewnie stanął u jakiej damy na służbę i jedziesz gdzieś w świat, aby jakiegoś ślubu dopełnić. 
Kergolaj uśmiechnął się na to z zadowoleniem i rzekł z dobrego serca: 
— Tobie powiem, jako przyjacielowi. Zastałem u Kmity jego siostrzenicę, pannę Jagienkę, 
co się chowała u panien klarysek na Starym Sączu, a teraz ją pani Kmicina wzięła do siebie 
na zamek i u niej służbę przyjąłem. Słuchaj Wilczek, znasz ty się także na kobietach, ale pozwalam 
tobie łeb mi rozszczypać toporem, jeżeli mi powiesz, żeś widział piękniejszą. 
— Jaka to jest Jagienka? — zapytał Wilczek, szukając w swojej pamięci — przecie ja lata 
strawiłem na zamku sobieńskim, a nigdy o niej nic nie słyszałem. 
— Nie powiadano ci o niej — zaśpiewał swoim klarynetowym tonem Kergolaj — bo znając 
gorącą krew Wilczków tustańskich, pewnie się obawiano, ażebyś jej zaraz nie porwał. 
— Ale któż ona jest? 
— Córka Michała Kmity, stryjecznego sobieńskich, który jest zabit na Węgrzech. Chowała 
się, jak ci powiadam, w klasztorze, a teraz ją wzięli na zamek, bo idą na nią wielkie majątki 
na Szląsku i w Węgrzech i chcieliby ją dać za mąż wedle jej stanu. 
— O Michale Kmicie, co go zwano węgierskim i był zabit na Węgrzech, nieraz słyszałem, 
alem nie wiedział, że córkę zostawił. A więc tyś u niej stanął na służbę i jedziesz... 
— Jadę do Ziemi Świętej, bom jej obiecał przywieźć różę z Jerycho, a i Kmicie przyrzekłem, 
że mu przywiozę cierń z korony Chrystusa Pana, aby już odpokutował tych chłopów, 
co ich pozabijał. 
A na to Wilczek całkiem poważnie: 
— Różę w Jerycho dostaniesz, bo ten kwiat bujno się krzewi po tamtych krajach, ale o cierń 
z korony Chrystusa Pana to już chyba będziesz się musiał bić z tymi, co go mają, bo go nie 
znajdziesz na drodze. 
— A co mi tam na tym, że trochę Żydów natłukę! 
— Ba! — rzecze Wilczek bardzo rozumnie — kiedy bo to nie Żydy chowają te ciernie, jeno 
jeżeli jaki odpytasz, to chyba u chrześcijan. 
— Wiec się bić będę z chrześcijany. 
— Jaka to szkoda — rzekł Wilczek, zamyślając się nad tą ważną sprawą — że ja jestem przykuty 
i do mego starostwa, i do służby królewskiej właśnie jak pies na podwójnym łańcuchu, 
inaczej, zaraz bym się z tobą namówił i obrócił dyszel na Jeruzalem. Jam wprawdzie chłopów 
nie zabijał, ale i u mnie znajdą się grzechy, więc dobrze by było uderzyć czołem o grób Zbawiciela 
— a oprócz tego rad bym też i ja widzieć te święte kraje, które Chrystus Pan deptał 
swoimi stopami, o których tyle pięknych rzeczy mi powiadano, gdzie tylu chrześcijańskich 
rycerzy swoję krew przelewało — a tylko ja tam nie byłem... 
Tu Wilczek głęboko się zamyślił, widać było, że jego bujna wyobraźnia zaczęła grać w jego 
głowie i przedstawiać mu czarujące obrazy. 
Kergolaj patrzał przez chwilę na niego, a potem powiedział: 
— To nawróć. 
— Ba! — rzecze Wilczek głosem prawie żałosnym — kiedy mi się nie składa. Jestem podwójnym 
urzędnikiem królewskim, rotmistrzem u jego dworu i starostą na zamku tustańskim 
i bez jego pozwolenia w tak daleką podróż mi się jechać nie godzi. 
— To słuchaj — powie mu Kergolaj — to nawróć ze mną przynajmniej do Lwowa, bo ja i tam 
mam wypełnić jedną prośbę Jagienki, przy czym mógłbyś mi być bardzo pomocnym. Byłem 
u Koniecpolskich w Przemyślu, chcąc ich się poradzić, ale tam tak mnie poili przez cały tydzień, 
żem się dopiero w Medyce wytrzeźwił, gdziem wczoraj nocował. Więc i trudno mi 
było z nimi się rozmówić... 
— Cóż to za prośba? 
A wtedy Kergolaj taką mu rzecz opowiedział: 
— Wiesz o tym zapewne, że Michał Kmita węgierski miał siostrę, która wyszła za Murysona, 
szlachcica herbu Mora, co był wojskim trembowelskim, a na czas nawet podobno starostą. 
Muryson miał koło Trembowli rozległe majątki w ziemi podolskiej, a do tego jedyną dzieweczkę, 
którą nazywano Formoza. Otóż kilka lat temu albo może i więcej Tatarzy napadli na 
dwór Murysona, jego samego jego żonę i wszystkich jego ludzi wymordowali, a tylko dzieweczka 
uciekła i zabłąkała się na stepie. Na to nadjechał pewien lwowski Ormianin, dzieweczkę 
znalazł, zabrał ze sobą, podchował u siebie i dotąd ją trzyma w swoim haremie. A 
potem i dobra jej zabrał, przepisał w ziemstwie na siebie i także je trzyma. Formoza jest siostrą 
cioteczną Jagienki, więc Jagienka się nad nią szczerze lituje; widziałem ją nieraz, jak nad 
jej losem rzewnymi zalewała się łzami, więc to mnie wzruszyło i przysiągłem jej, że tego 
Ormianina odszukam i wezmę w moje objęcia — a jeżeli się nie upokorzy, to go na kiełbasę 
posiekam, a Formozę odbiorę razem z jej majątkami. 
Wilczek bardzo się kręcił w kulbace, słuchając tej powieści, a kiedy wysłuchał, pogodną 
twarz swoję nie dla żartu nasrożył, ale zapytał spokojnie i prawie szyderczo: 
— Któż to cię naszpikował takimi bajkami? 
— Jak to bajkami? — zawołał Kergolaj, któremu ten wyraz wcale się nie podobał — przecie o 
tym wiedzą wszyscy Kmitowie, a Jagienka nawet listy odbiera od Formozy. 
— To Kmitowie są głupi — rzekł Wilczek surowo — a twoja Jagienka czytać nie umie, bo w 
tym wszystkim nie masz krzty prawdy. Formoza Murysonówna po tatarskim zagonie została 
znaleziona na stepie, to prawda, ale poszła za mąż za Ormianina, bardzo zacnego człowieka, 
sam byłem na ślubie. 
— Piękny to musiał być ślub obyczajem ormiańskim albo też bisurmańskim! — zawołał 
Kergolaj jadowicie — nie wiem, coś tam mógł robić na takim ślubie, gdzie chyba tylko rzezańców 
biorą na świadków. 
— Dajże pokój! — zawołał na to Wilczek, a twarz mu się zaczerwieniła i oczy już błyskać 
zaczęły iskrami — daj pokój, bo ja takich rzeczy nie znoszę! Wiedz zasie o tym, że to rzecz nie 
rycerska czernić uczciwą kobietę... a choćbym był nawet rzezańcem, to jeszcze bym łeb temu 
rozpłatał, który to robi. Zresztą — krzyknął Wilczek, zapalając się coraz więcej swymi własnymi 
słowami — zresztą, i o tym wiedz także, że jeżeliś po to się wybrał, to nie pojedziesz do 
Lwowa. 
— Ja nie pojadę do Lwowa? — zawołał Kergolaj, biorąc się obydwiema rękami pod boki — 
może ty mi zabronisz?! 
— Zabronię! — wrzasnął Wilczek, pieniąc się już od złości — ja tobie zabronię! i zaraz cię 
tutaj na gościńcu położę! 
Po czym z głębi piersi odetchnął, a zmarszczywszy czoło jak Jowisz, rzekł surowo: 
— Na koniu czy pieszo? 
— Jak wola — rzekł Kergolaj, rzucając piorunowym wzrokiem na niego i chwytając prawą 
ręką za rękojeść swojego miecza. 
— To pieszo — odpowiedział mu Wilczek — bo szkoda tego białego ogiera, chciałbym go też 
bez szwanku odziedziczyć po tobie. 
I zaraz obydwa zeskoczyli z koni, jak gdyby się pod nimi paliło, a Wilczek krzyknął ku 
swoim ludziom: 
— Hej! Ramułt! odmierz no pole na bitwę pieszą, a prędko, bo słońce zachodzi, a pilno mi 
widzieć, jak wyglądają jelita tego francuskiego pamfila!42 
Jednocześnie zaś Kergolaj wołał także do swoich ludzi, ale wołał po francusku, że trudno 
go było zrozumieć, można się tylko było domyśleć, że jednemu z nich, pewno swemu namiestnikowi, 
każe mierzyć grunt razem z Ramułtem. 
A kiedy obydwa namiestnicy deptali ziemię koło gościńca, aby wynaleźć grunt gładki a 
twardy, zaś dwaj żołnierze wzięli konie swych panów za cugle, aby je odprowadzić na stronę, 
obydwa rycerze skakali jak jaszczurki do siebie, łechcąc się wzajem tą i ową grzeczności. 
— Ty weźmiesz mojego białego ogiera? — wołał Kergolaj — pierwej ja tobie łeb rozpłatam, a 
kiedy cię kruki będą pożerać, wezmę twojego srokacza, chociaż niewart trzech groszy. 
— Ty pojedziesz do Lwowa? — odpowiadał mu Wilczek — aby tam na poczciwych ludzi napadać 
i bezcześcić kobiety? Śmiać mi się chce z takiego zbawcy sierot szlacheckich! Otóż 
wiedz o tym, że Formozy dotknąć ci nie dam i jeszcze ci wezmę Jagienkę! 
To mówiąc Wilczek, zapyrzony i czerwony jak indyk, z ustami drgającymi jak w febrze, z 
oczyma gorejącymi jak dwie świece jarzące, uderzył ręką po mieczu i już go do połowy wyciągnął: 
tego zaś Kergolaj już prawie nie mógł wytrzymać i jako to miał krew gorącą francuską, 
chociaż nieraz umiał wybornie nad nią panować, w tej chwili się uniósł, jak kot od 
Wilczka odskoczył, cały miecz z pochwy wyciągnął i stanął w rycerskiej paradzie. Jeszcze 
jedno oka mgnienie, jeszcze jedno słowo dotkliwe, jeszcze jeden ruch z której bądź strony — a 
już by byli uderzyli na siebie, gdzie stali, nie czekając wcale, aż póki im ich namiestnicy po 
rycersku gruntu nie wymierzą. 
Ale w tej właśnie chwili odezwał się dzwonek gdzieś z głębi lasów na prawo. Dzwonek 
doniosły, przeciągły, drgający w powietrzu jak arfa anielska, dzwonek wołający pobożnych 
ludzi na Anioł Pański. 
W tym dzwonku wieczornym, odzywającym się tonem żałosnym wśród wiejskiej ciszy i 
skłaniającej się do snu dzienną pracą zmęczonej natury, jest coś czarującego, jest moc jakaś 
nadziemska, przenikająca serce człowieka do głębi i pochylająca jego głowę w pokorę: zdaje 
się, jakoby z jego żałosnymi tonami Anioł Pański szedł ziemią w swojej własnej osobie i 
mówił do całej przyrody: Dzień Boży się skończył, idźcie w spokoju do domu. Tylko w Polsce 
dzwonek na Anioł Pański ma taką władzę anielską nad ludźmi: zgadzają się na to wszyscy 
podróżni i jeszcze żaden z nich się nie oparł temu wrażeniu. 
Na odgłos dzwonka obydwa rycerze uklękli i zaczęli mówić Ave Maria według zwyczaju 
— a wtedy już wszyscy ich żołnierze także klęczeli i odmawiali pacierze, nawet i obydwa namiestnicy 
uklękli na gruncie, który do bitwy obrali, zdjęli swe hełmy i ręce do modlitwy złożyli. 
A kto by był miał wzrok przeszywający lasy, trzciny rosnące na stawach i sady otaczające 
zagrody, ten byłby widział, że jak daleko głos dzwonka dochodził, wszędzie w tej chwili 
klęczał z odkrytą głową lud Boży i z pokorą w sercu za własne grzechy, a z przebaczeniem 
win swoim bliźnim, gorące do nieba posyłał modlitwy. 
Kergolaj pierwszy, jako to Francuzi krótko się modlą, wstał z kolan i unikając wzroku 
swego przeciwnika, spojrzał na klęczących żołnierzy. A wtedy jego twarz się uspokoiła, 
chwilę jeszcze nie wiedział, co mówić, lecz kiedy Wilczek wstał także z klęczek, rzekł do 
niego spokojnie: 
— Niedobra to pora do bitwy. 
A Wilczek na to: 
— To dajmy pokój na teraz. Bóg nie chce. 
Tak jeszcze przez oka mgnienie stali w milczeniu, zaczem Francuz rzecze: 
— Gdzieś tu musi być jakiś kościół w tych lasach. 
— Nie kościół — odpowie mu Wilczek — jeno franciszkański klasztorek, a teraz to także 
kmitowska siedziba. 
— Tych Kmitów, gdzie nie posiejesz, to zejdą — rzecze Kergolaj — a gdzie się potkniesz, to 
potrącisz o Kmitę. Jeżeli i dalej tak rodzić się będą, jak dotąd, to niebawem w całej Polsce, co 
jaki szlachcic znaczniejszy, to będzie Kmita, a jeśli jaki inny się między nimi zabłąka, to będzie 
pewnie Tarnowski. Jakiż to Kmita siedzi w tych lasach? 
Wilczek, ile że twardszy był od Francuza, jeszcze się całkiem nie wypogodził. Żal mu było 
zapewne, że mu się taka wyborna sposobność do bitwy zdarzyła z kawalerem tak zacnym i 
tak dobrze okrytym i właśnie dzwonek zadzwonił. Mówił więc jeszcze cokolwiek cierpko:
— Niby to wiesz wszystko, a przecie są rzeczy, o których ci trzeba powiadać. Ów Michał 
Kmita węgierski, którego dziewka Jagienka ten łańcuch z wstążkami ci przyczepiła do lewego 
ramienia, a jak widzę, i łeb przewróciła z kretesem, miał starszego brata, co się urodził z 
Tęczyńskiej. Jan Chryzostom mu było na imię i był to rycerz znany po wszystkim świecie 
swojego czasu, bijał się bowiem z wielką chwałą dla swego oręża we Francji, w Hiszpanii, we 
Włoszech, a nawet po rozmaitych ziemiach murzyńskich: był wtedy także w Ziemi Świętej i 
tak jak ty nosił na sobie wstążki jakiejś damy, u której przyjął był służbę na całe życie. Ale u 
damy mu się nie powiodło, bo jej nie dostał; aż kiedy już był zmęczony wojnami i ową służbą, 
miał Boże natchnienie, ażeby wojnie i miłości dał pokój, a raczej się służbie Bożej poświęcił. 
Natenczas pancerz i miecz rzucił o ziemię, odprawił jeszcze raz pielgrzymkę do grobu 
Chrystusa Pana, ale tym razem już nie konno i zbrojne dla bitwy, tylko pieszo dla pokory i 
dla pokuty, powróciwszy zaś, wstąpił do zakonu franciszkanów w Rzymie, u nich teologii 
wysłuchał i przyjął święcenia kapłańskie. Zaczem tu wrócił, osiadł w tej puszczy i tutaj zbudował 
sobie klasztorek. 
— Dawno to być musiało — rzecze Kergolaj — bom nic o nim nie słyszał. A ta puszcza, 
kmitowskaż to własność? co by mnie wcale nie dziwiło, bo Stanisław, jak zacznie prawić o 
swoich majątkach, to utrzymuje, że i na księżycu ma posiadłości. 
A Wilczek na to: 
— Nie, ta puszcza nie należy do Kmitów. Dawnymi czasy była to królewszczyzna, aż dopiero 
Władysław Jagiełło, hojny pan na klasztory, nadał ją franciszkanom. Franciszkanie nie 
umieli z niej nic zrobić, jakoż przez lat kilkadziesiąt leżała odłogiem, a kto chciał, budował 
sobie w niej zagrodę, płacąc franciszkanom czynsz lada jaki. Dlatego Chryzostom ją łatwo 
otrzymał i tutaj się pobudował. I ten z niej coś zrobi, chociaż Panu Bogu oddany i sam żyje o 
chlebie i wodzie, nie zapomina przecież o dobrach doczesnych; jakoż za tą puszczą, co ją tu 
widzisz, a nad stawami, co za nią się ciągną, znaczne już pobudował folwarki, a osadnicy 
ciągną do niego jak muchy na lep, bo znajdują tu ziemię tłustą za życia i zbawienie duszy po 
śmierci. 
— Och! nie byłby Kmitą, gdyby nie umiał pomnażać majątku — zawołał Kergolaj, śmiejąc 
się głośno. Zaraz zaś dodał: — Jedźmy chyba do niego, bo i tak trzeba kędyś nocować. 
Na to Wilczek rozejrzał się po niebie i ziemi, a widząc, że się już dobrze zmierzchało, 
rzekł głosem niepewnym; 
— Jużci gdzieś trzeba nocować, do Wiszni jeszcze daleko, a do klasztoru ledwie jedno stajanie. 
Ale lada jaki będziemy tam mieć nocleg, o chlebie i wodzie; jeśli nam dadzą tapczany, 
to i te będziem musieli sobie wyprosić, a ludzie nasi będą musieli koczować pod gołym niebem. 
A nadto jeszcze nie wiem, czy się duchów nie boisz, bo Chryzostom mieszka z duchami. 
Więc Kergolaj się zastanowił, a potem rzekł: 
— Prawdę mówiąc, ja duchów nie lubię. Już mi się nieraz zdarzyło spotkać z nimi i zawsze 
mi to wyszło na szkodę. Niedawno temu położyłem się spać w starym zamczysku GirgentiBela i tam mnie koło północy takie straszliwe duchy opadły, żem ledwie żyw uciekł w koszuli. 
Trzebaż było jeszcze, żem nie znał tego zamczyska, któregom we dnie nigdy nie widział, 
więc uciekając śród ciemnej nocy, choć oko wykol, spadłem z muru w głęboką fosę, w 
której rosły same pokrzywy i głogi, i takem się tam poparzył i pokłuł, jak gdyby mnie kat 
wziął na tortury. Szczęściem, żem się przecież jakiegoś kamienia domacał, na którym też 
resztę nocy przesiedziałem do rana. A co rzecz najdziwniejsza, to, że moi ludzie spali obok 
mnie w sali rycerskiej i żaden z nich duchów nie widział; ale też i to prawda, że spali jak kamień, 
i chociaż na nich krzyczałem, jak gdyby mnie kto rzezał po gardle, żadnego z nich nie 
mogłem obudzić. Rozumiem tedy, że ich duchy uśpiły, aby mnie samego mogły męczyć spokojnie. 
Jakież to duchy są, co z Chryzostomem mieszkają? 
Ale Wilczek się śmiał i mówił: 
— A wiesz ty, jakie to duchy cię tak męczyły? Oto pewnie znalazłeś w piwnicach tego zamczyska 
jaki antałek lacrimae Christi43 i nalałeś go sobie w gardło po same dziurki, a wtedy 
duchy ci się pokazały. Toż widzi mi się, że i ów zamek zwie się raczej Girgenti, gdzie i ja 
byłem, a dopiero po tobie nazwano go Bela, kiedyś się w nim spił jak Bela44 i upadł w pokrzywy. 
— Jużci prawda — odpowie Kergolaj — że się tam dobre wina znalazły w piwnicy, ale i moi 
ludzie pili, co szyja strzymała, a przecież żaden z nich duchów nie poczuł na sobie. 
— Bo twoi ludzie spali na marmurach, a ty, jako cię znam, pewnieś wlazł w bety, więc wino 
w tobie się zapaliło. 
— Może i tak. Ale żem duchy widział, a nawet i czuł, jako mi siadały na piersiach i za łeb 
mnie brały, na to zaraz przysięgnę. Chyba że w duchy nie wierzysz? 
— Widziałem i ja te nieboże stworzenia, a nawet i u mnie niektóre mieszkają na zamku, ale 
mi nigdy nie czynią nic złego. Gadają ze mną przystojnie, czasem o co mnie proszą, a nieraz 
dobrą dadzą mi radę, ale kiedy im powiem, aby mnie zostawiły w spokoju, to zaraz znikają. 
Kergolaj patrzał na niego z wielką uwagą, a potem rzekł: 
— Słysz, Wilczek, może ty masz komitywę z duchami? Toż zdaje mi się, że Pan Bóg okazał 
łaskę swoją nade mną, kazawszy w samą porę na Anioł Pański zadzwonić, inaczej, byłbyś 
mnie pewnie tu na gościńcu położył, bo mnie z tobą aniby na myśl było nie przyszło kazać ci 
się odprzysiąc, że twój miecz nie jest zaczarowany. 
Ale tu trudno było rozpoznać, azali Francuz mówi z szczerego serca, czy też sobie dworuje, 
jakoż Wilczek spojrzał na niego z ukosa; ale zaraz mu odpowiedział; 
— Ot, co tam! ja się nigdy nie każę odprzysięgać nikomu, bo tak sobie mówię: jeżeli, ja jego 
zmacam mym mieczem, to choćby miał diabła przy sobie, przecie go przetnę na dwoje. 
— Masz racją — rzecze mu Francuz — każdy rycerz ma swoje cięcie albo swój sztych, który 
chowa dla siebie i nawet go duchom nie powie. Ale cóż! jedziemy do klasztoru czy nie? 
— A duchy? — zapytał Wilczek. 
— Więc jakież to duchy tam mieszkają? 
— Alboż ja wiem? — Tego nikt ci nie powie, bo tu nawet nie wiedzieć, azali sam Chryzostom 
dawno nie zginął, jak mi to powiadano, a jeno duch jego tu pokutuje. Zawsze to pewna, 
że go ludzie w najrozmaitszych postaciach widują. Kiedy mszę prawi, to światło bije od niego; 
kiedy każe z ambony, to rzuca błyskawicami, że ludzie, jakby piorunem rażeni, na ziemię 
padają — a kiedy kogo spowiada, to go bierze jak gdyby w rozpalone obcęgi i poty ciśnie i 
piecze, aż póki wszystkich grzechów zeń nie wydusi. Czasami zaś, w dnie pogodne, kiedy 
spoczywa, to rośnie w olbrzyma i głowę swoję wystawia ponad najwyższe drzewa i rozgląda się naokoło po kraju i patrzy, gdzie który człek grzeszy: już tu niejeden podróżny widział jego 
głowę sterczącą ponad lasami. Ten i ów jej nie dostrzeże od razu, ale jak jeden obaczy, to 
zaraz wszyscy ją widzą. 
Kergolaj może tak bardzo duchów się nie bał, jak sam powiadał, chociaż pod owe czasy 
wszyscy duchów się bali, bo też je widywali; ale teraz pomimo woli się przysunął do Wilczka 
i spojrzał w górę ponad lasy. 
Nie opodal koło gościńca po prawej ręce zaczynała się puszcza. Był to las gęsty prawie jak 
mur, u spodu nieprzebranymi chaszczami podszyty, a z tej gęstwiny wydobywały się olbrzymie 
drzewa, dęby, sosny, jawory i buki, także gęsto ze sobą splecione — zaś między nimi noc 
czarna jak węgiel. Niebo było pogodne, ale prawie bez gwiazd, natomiast zaś na północnym 
wschodzie przesuwały się gęste chmury, większe i mniejsze, czarne we środku, jaśniejsze po 
brzegach, spomiędzy których od czasu do czasu wypływał księżyc sierpem na niebo i białawe, 
lecz martwe światło rzucał na lasy i pola. W dali, w tej samej stronie, kędyś około Gródka, 
błyszczały szerokie płaty wody stojącej, a wysokimi trzcinami zasianej; w zwierciadłach 
tych wód księżyc chwilowo swe blade światło odbijał, które niebawem znikało — a wtedy 
szum się dawał słyszeć w tej stronie i przejmujący chłód stamtąd zawiewał. Zresztą cisza była 
w powietrzu: ale właśnie ta cisza budziła w duszy pewien niepokój. 
Niewielki wzrostem Kergolaj tak się do słuszniejszego od niego Wilczka przybliżył, że się 
prawie oparł ramieniem o niego, a przy tym wytężonym wzrokiem wciąż patrzał na najwyższy 
wierzch lasów. 
— Widzisz co? — rzecze Wilczek. 
— Zdaje mi się — odpowie Francuz — że się jakaś głowa spomiędzy wierzchołków lasu wychyla. 
— I ja coś widzę — rzekł Wilczek i obydwa jeszcze mocniej swój wzrok wytężyli. 
A wtedy już wszyscy żołnierze, wyrozumiawszy łatwo, że ich panowie się pogodzili i bić 
się nie będą, zgromadzili się za ich plecyma i także na lasy patrzali. Nawet woźnice pozłazili 
z wozów i wsunąwszy się między żołnierzy, także się zagapili w tę stronę. Ten i ów, równie 
jak Kergolaj, dojrzał coś nad lasami, a parobek, którego Kergolaj najął w Medyce za przewodnika, 
opowiadał im szeptem o różnych cudach, jakie się dzieją w tej puszczy. 
— Cóż widzisz teraz? — zapytał znów Wilczek. 
— Okrutny łeb kudłaty wychyla się z lasu ponad wierzchołki drzew — odpowiedział mu 
Kergolaj tajemniczym głosem — już i brody widać cokolwiek. Patrzy prosto na nas i gębę rozdziawia. 
Gdybym miał łuk przy sobie, zaraz bym go dzióbnął strzałą w sam nos, ciekawym, 
co by na to powiedział. 
— Otóż to rzecz — powiedział Wilczek roztropnie, biorąc go lekko za rękę — nigdy z takimi 
widziadłami bić się nie trzeba, bo strzała idzie przez nie jak przez powietrze, a choć ich nie 
boli, przecie się za to mszczą na człowieku. Kiedy zaś grzecznie się z nimi obchodzisz, to i 
one są grzeczne, jeszcze ci czasem pomogą. 
— Patrz! — rzecze Kergolaj — już całą brodę mu widać, białą jak mleko, a kłaczystą jak wełna, 
już pomału wyłażą ramiona... 
A kiedy tak z drżeniem serca i w uroczystym milczeniu patrzą na ducha wykluwającego 
się z lasu, nagle zaszumiał ruch między żołnierzami za ich plecyma, wszyscy się między konie 
i wozy rozbiegli i słychać było głosy: Bij, łapaj, hej! na koń! w pogoń za nimi! 
Kergolaj i Wilczek skoczyli zaraz na środek gościńca pomiędzy konie i fury: — A co to? — 
Ale w pierwszej chwili nie mogli się niczego dopytać, bo popłoch był między tym ludem, ten 
biegał tam i sam pieszo, inny konia dosiadał, a ci i owi biegli do wozów. Tylko Ramułt stał 
po lewej stronie gościńca na koniu i krzyczał wielkim głosem w pole: — Bierz! łapaj! tam, na 
prawo! hej! tu, między krzakami! 
Po lewej stronie gościńca szerokie rozlegało się pole, tu i ówdzie zasiane niskimi kosmykami 
łoziny, pomiędzy którymi jednak woda błyszczała miejscami. Po tym polu przelatywały 
ku lasom jakieś czarne postacie, zwierzęta czy ludzie, czy duchy, trudno było rozeznać, widać 
tylko było, iż wszystkie uciekały do lasu. Za nimi w pogoń puściło się kilku żołnierzy na koniach, 
ale były to grunta moczarne, więc najprzód pod jednym, a potem pod drugim koń się 
związał i dał sobą o ziemię, a nareszcie trzeci i czwarty tak samo się z koniem przewrócił. 
Kiedy zaś żołnierze wraz z końmi mozolnie wydobywali się z błota, owe zwierzęta czy ludzie, 
znając zapewne wszystkie przesmyki i ścieżki na tym moczarze, przebiegły jak cienie 
całe to pole i zniknęły w lasach. 
— Ramułt! — zawołał Wilczek — co tam za diabeł was napadł, żeście się tak popłoszyli? 
— Ot, co! — rzecze Ramułt, gniewny na swoich żołnierzy — kiedyśmy się zapatrzyli na tego 
ducha, co z lasu wyłazi, Cyganie się zakradli pomiędzy wozy, zdarli płótno z jednego wozu 
tego pana Francuza i cały wóz mu złupili. I jeszcze to szelmostwo drapnęło z łupem właśnie 
przez te moczary, że i nie można ich zgonić. 
Więc Kergolaj, kiedy się o tym dowiedział, okrutnie się zgniewał, zaraz skoczył do swoich 
wozów, wołając po drodze: 
— Zaraz zetnę tego szelmę żołnierza, co powinien był tego wozu pilnować. Gdzie on jest? 
który to wóz? 
Tak przybiegli do tego wozu, który im zaraz wskazano. Był to właśnie wóz z wiktuałami: 
dopiero co był napełniony najprzedniejszymi winami, wyborową wędliną i rozmaitymi innymi 
specjałami, a teraz stał wypatroszony jak zając, z którego właśnie psom dano odprawę. 
Na ten fatalny widok, który każdego owoczesnego rycerza musiał jakby kleszczami chwycić 
za serce, Kergolaj mało się nie wściekł ze złości i rzucił się jak tygrys ku żołnierzowi, co 
stał właśnie przy wozie. Kergolaj już miecz z pochwy wyciągnął, aby go ściąć własnoręcznie, 
co by było jego rozjątrzonemu sercu znaczną ulgę przyniosło. Ale żołnierz trzymał za kark 
Cyganiątko, które dopiero co spod wozu wyciągnął. Chłopczysko to było lat kilkunastu, ledwie 
na pół łachmanami okryte, o ciemnobrązowych rysach twarzy egipskich, trzęsło się ze 
strachu, jakby go tłukła zimnica, ale zdaje się, że mimo to przytomności nie straciło, bo miało 
oczy czarne szeroko otwarte i nimi spode łba na wszystkie strony rzucało. 
— Ot, złodziej! — zawołał żołnierz, zasłaniając się nim przed swoim panem — to ten płótno 
zerwał z wozu, zwinął je w trąbę i jeszcze chciał z nim uciekać. 
— A! szelmo! — zawołał Kergolaj — małmazji wam się zachciało i moich konfektów?45 Zetnij 
go zaraz. 
Żołnierz przerzucił Cygana w lewą rękę, a prawą sięgnął po miecz; ale Cygan, jak tylko 
ten wyrok Kergolaja usłyszał, zwinął się jak wąż i żołnierza w rękę ukąsił. Żołnierz krzyknął, 
jak gdyby go kto był żarem posypał, i puścił — a Cygan skoczył na bok jak kot i uciekł w moczary. 
Przez chwilę widać było, jak jego cień, to się przesuwał jak błyskawica, to znikał między 
łozami, ale nikt się za nim w pogoń nie puścił, bo już wiedziano, że koń tych moczarów 
nie uchwyci kopytem — a zresztą, kto mógł wiedzieć, co tam siedziało w tym Cyganie. 
Więc Kergolaj, bardzo niekontet, spojrzał na Wilczka i rzekł: 
— Piękny kraj, ta wasza Ruś! nie ma co mówić. Z jednej strony rycerz zastępuje ci drogę i 
nie pozwala jechać choćby nawet do Ziemi Świętej, z drugiej olbrzymie duchy się nad tobą 
wieszają, co nawet takich w całej Europie nie widać, a z tyłu cię łuszczą Cyganie. A nawet i 
nie wiedzieć, jaki to gatunek Cyganów się chowa pomiędzy wami, co w jednym mgnieniu 
oka i pośród tylu żołnierzy cały wóz złupili, tyle towaru unieśli i zniknęli właśnie jak mara. 
Tedy Wilczek się śmiał i mówił: 
— Kiedy się chcesz zabawić na Rusi, to masz o tym wiedzieć, że to nie Francja, nie Włochy, 
jeno wszystko inaczej. Nie dość tu na tych Cyganach i duchach, ale i człek tutejszy jest 
kuty a bity, i kiedy nie umiesz go zażyć, to i uszu twoich stąd nie wyniesiesz, jako to widzisz, 
bo jeszcześ ledwie próg Rusi przestąpił, a już ci diabli wzięli twoje małmazją z wszystkimi 
konfekty. 
Wszakże i Kergolaj, człek lekki, a cudzych krajów bardzo ciekawy, był dobrej myśli i 
rzekł: 
— Małmazji mi żal, bo takiej drugiej nieprędko dostanę. I konfektów mi żal, bo sama Jagienka 
pakowała je w pudła. Ale kraj mi się podoba, bo inny jak drugie, i przecie tu człek się 
może trochę rozerwać. W Przemyślu tak piją, żem nawet katedralnej wieży nie widział, chociażem 
cały tydzień tam bawił. W Medyce mi konia ukradli, niechże im będzie na zdrowie! 
Chciałem im za to wieś spalić, ale się wyprosili i przysięgli, że jak powrócę, to mi konia oddadzą. 
Tu mnie złupili Cyganie, niechże i im będzie na zdrowie. Za to znalazłem jeszcze jednego 
Kmitę, może się to na co przyda. Bo jeżeli się jakiej sukcesji dopytam u niego, to mnie 
swymi duchami od niej odstraszy. Jedźmyż do niego, ale pierwej obaczmy, czy jeszcze łeb z 
lasu wystawia. 
Więc szli obydwa na to samo miejsce, gdzie przedtem stali, ale teraz nic nie widzieli. 
Szli wszakże, ażeby inne cuda obaczyć, bo szukanie rzeczy nadprzyrodzonych, chociażby 
z narażeniem zdrowia i życia, było nieugaszoną namiętnością wszelakich ludzi ówczesnych, a 
niejako rzemiosłem i powołaniem owoczesnego rycerstwa. 
— Chryzostom już pewnie spać się położył — rzecze Kergolaj do Wilczka — kiedy jego głowy 
nie widać nad lasem. Spieszmy się, bo inaczej się nie dopukamy do niego. Ale jakże? czy 
wsiądziem na konie, czy pójdziem do apostoła per pedes apostolorum?46 
— Jest tu dosyć wygodna drożyna — odpowie mu Wilczek — którą można jechać konno i 
wozem, ale że ciemno w tej puszczy jak w kominie, więc trzeba by zapalić łuczywa. 
Więc zapalono łuczywa, które podówczas zawsze ze sobą wożono, dwóch żołnierzy szło 
pieszo przed nimi i oświecało im drogę, rycerze zaś na koniach jechali za nimi, ze swymi żołnierzami 
i wozami. 
Tak w puszczę wjechali. Jednak niedługo jechali puszczą, albowiem niebawem pokazał im 
się staw po prawej ręce, który tutaj jeszcze był wąski, tylko gęsto zarośnięty szuwarem i wysokimi 
trzcinami, zaś po jego prawym brzegu widać było las przerzedzony. W tym lesie stały 
ogromne, lecz rzadkie drzewa, a za nimi rozlegały się golizny okryte chaszczami i dalsze lasy 
za nimi. Rycerze jechali po lewym brzegu i widzieli przed sobą staw coraz bardziej rozszerzający 
swe brzegi, a w dali jego wody łączyły się z widnokręgiem jak morze. Na widok zapalonego 
łuczywa i na odgłos prychających koni, i chrzęstu zbroi dzikie ptactwo zrywało się 
spomiędzy trzcin i z przeraźliwym wrzaskiem ulatywało w powietrze, a szum jego skrzydeł 
roznosił się nad ich głowami. Czasem kruk zerwał się z drzewa i przeleciał nad nimi, krakając 
przeraźliwie, jak gdyby żer wietrzył. Gdzie indziej puszczyk czy sowa, trzepocząc skrzydłami 
na drzewie, śmiała się śmiechem diabelskim. A kiedy księżyc wychylił się z chmur, to jego 
światło płynęło jak fala wzdłuż stawu, po czym tonęło w puszczy — a wtedy płomień łuczywa 
zdawał się jeszcze czerwieńszym i przedstawiał cały ten ostęp jakoby w blasku piekielnym. 
Nieprzyjemna była to podróż, a chwilami przerażająca. Ale Kergolaj był dobrej myśli jak 
zawsze i mówił do swego towarzysza: 
— Trzeba być istnym wariatem, ażeby klasztor zakładać w takiej dzikiej pustyni. Nie wiem 
nawet, kogo on tutaj spowiada i komu każe, chyba że dzikim gęsiom i krukom. 
Na to zaś Wilczek, który był smutny i coraz się więcej zamyślał: 
— A przecież bywa tu wielki tłum ludu w niedziele i święta, nawet i we dnie powszednie 
ojciec Chryzostom rzadko bywa bez gości, bo jedni przychodzą po radę do niego, drudzy na 
pokutę, a ten i ów z jaką chorobą. Masz bowiem wiedzieć, że on leczy wszystkie choroby, 
zamawiając je czasem modlitwą, albo też przykładając choremu rękę w miejsce bolące — a tak 
czy tak, chorobę zawsze wyleczy. 
— Chwała Bogu, żem zdrów — odpowie mu Kergolaj — bo nie chciałbym tutaj chorować, 
choćby pod jego opieką. 
— On leczy także i takich, co ich diabeł opętał, poznaje drugich, co są opętani, a sami o tym 
nie wiedzą, a jeśli kto ma taki frasunek, że już sam nie wie, co ma począć ze sobą, to i takiemu 
poradzi. 
— Niechże by mi poradził, żebym dostał Jagienkę — rzecze Kergolaj na to — to bym się zobowiązał 
odmówić sto tysięcy pacierzy i jeszcze bym mu co darował na klasztor. 
— Powiedz mu, może ci poradzi. 
Zaczem Kergolaj się trochę zamyślił, a potem zawołał: 
— Słysz, Wilczek! bywają dziwne zrządzenia Boże. Może Pan Bóg w swej łasce dla mnie 
umyślnie tak zrządził, żem ciebie spotkał właśnie obok tego klasztoru. Może mnie ojciec 
Chryzostom poradzi... 
— I ja także rad temu — odpowie mu jego towarzysz, po chwili zaś dodał z głębokim westchnieniem 
i jak by sam mówił do siebie: — Głupstwo to wielkie, bo też i każdemu kawalerowi 
się zdarza... ale mi przecież ciężko na sercu. 
Zdaje się, że w tej chwili Ofka przyszła mu na myśl, z której się otrząsł z rycerską energią, 
ale której los przyszły przecież niepokoił jego sumienie. 
A wtedy już przed nimi się otworzyła niewielka polana, a na niej dojrzeli kościół i klasztor. 
Ale bardzo to biedne były te Bogu poświęcone domostwa. Kościółek zbudowany był z 
kloców nie ociosanych i lada jako ze sobą spojonych, nad nim dach z dranic, a przy nim tak 
samo zbudowana dzwonnica, na której jednak sterczał krzyż pozłacany. Ten krzyż błyszczał 
promiennie we dnie i w nocy na tle czarnych lasów i sprawiał przejmujące wrażenie; przenosząc 
swoimi ramiony najwyższe drzewa, był jako owa gwiazda biblijna, co prowadziła trzech 
króli do kolebki Chrystusa Pana. Do samego kościółka przypierał z boku tak samo ubogi, 
chociaż dosyć obszerny budynek, a to był klasztor. Dalej, o jakie sto kroków, było widać 
jeszcze jakieś zabudowania, zapewne folwark, ale może tylko sad i pasiekę, bo zagrodę tę 
otaczały olbrzymie płoty, z jodłowych gałęzi splecione, przez które nie można było przejrzeć 
do środka, zwłaszcza śród nocy. 
Kiedy płomienie łuczywa uderzyły w wąskie a długie okna klasztoru, wybiegł przeciwko 
tym niespodziewanym podróżnym braciszek, ubrany w siermięgę krojem habitu uszytą — a 
poznawszy Wilczka, oddał mu pokłon głęboki, jaki się tak wielkiemu panu od ubogiego zakonnika 
należał. Wilczek go spytał o przełożonego, a kiedy braciszek mu odpowiedział, że 
ojciec Chryzostom jest jeszcze na pacierzach w kościele, obydwa rycerze zsiedli z koni i szli 
ku wrotom kościoła. Ale ojciec Chryzostom właśnie skończył pacierze i stał już na progu 
kościoła, patrząc na nich okiem badawczym, ale z uśmiechem na twarzy. 
Ksiądz Chryzostom, światowym niegdyś nazwiskiem zwany Kmita węgierski, był to 
człowiek lat sześćdziesięciu kilku, wysoki wzrostem, niezmiernie kościsty, ale zarazem niezmiernie 
chudy, co widać było po jego franciszkańskim habicie, który na nim wisiał jak worek, 
nie mogąc znaleźć nigdzie oparcia. Głowę miał całkiem łysą, na niej dwa szramy głębokie, 
z których jeden prawie całe czoło przecinał, twarz bardzo chudą ze sterczącymi kościami, 
nos krótki, oczy czarne i duże, całkiem kmitowskie, a do tego siwą brodę, spływającą na piersi. 
Trzymał się prosto i prawie sztywnie jak żołnierz; wąs przycięty równo z wierzchnią wargą 
przy siwej brodzie i tej sztywnej postaci dawał mu pozór pewnej surowości, ale głowa w 
tej chwili naprzód pochylona i uprzejmy uśmiech na twarzy, łagodziły to wrażenie i obudzały 
sympatią dla jego poważnej osoby. 
Obydwa rycerze, a za nimi i ich wszyscy żołnierze, choć ci ostatni siedzieli jeszcze na koniach, 
zdjęli hełmy i pokłonili przed nim swe głowy; on zaś, przypatrzywszy się im bliżej 
swoim okiem szeroko otwartym, rzekł do nich łagodnie: 
— Wilczek, tak zbrojno w nocy? cóż cię do mnie sprowadza? czy nie wypłoszyli was z gościńca 
Tatarzy? 
— Nie — rzecze Wilczek — samiśmy się przepłoszyli nawzajem, a pogodziwszy się, szukamy 
spokojnego noclegu u waszej wielebności, a na czas i błogosławieństwa na dalszą drogę. 
A na to Chryzostom: 
— Któż jest ten grzeczny kawaler, co ci drogę zastąpił, a którego mi przyprowadzasz? Wilczek 
powiedział. 
— Jan Felix Kergolaj — rzekł wtedy Chryzostom — przyrodni brat Kmitów sobieńskich, jak 
niegdy słyszałem, eques auratus47, a podobno i żołnierz waleczny i sławny. 
A to rzekłszy, zaraz do Kergolaja coś z francuska przemówił. 
Kergolaj stał dotąd z głową nisko schyloną, jak gdyby pod jakimś głębokim wrażeniem, 
dopiero dźwięk jego mowy ojczystej go ośmielił, że głowę podniósł i śmiało Chryzostomowi 
odpowiedział, raz, drugi i trzeci. Po czym spostrzegłszy, że Wilczek stoi jak na niemieckim 
kazaniu, rzekł do nich obydwóch po polsku: 
— Chodźcież, przyjmę was wedle mojej możności. Ja wprawdzie żyję chlebem, jarzyną i 
mlekiem, ale mój kanafarz48 ma piwo i mięso dla gości. Wasi ludzie mogą się położyć obozem, 
a wam dam celę na nocleg. 
To mówiąc dał im znak, aby szli przed nim do drzwi klasztoru, ale obydwa rycerze, jako 
ludzie pobożni i mający się za zbrojnych kapłanów tego samego Kościoła, na żaden sposób 
nie chcieli iść przed nim. Więc ojciec Chryzostom po kilku wzajemnych ukłonach poszedł 
naprzód, a oni za nim. A w tej krótkiej chwili Kergolaj, jako to Francuzi zawsze są gadatliwi, 
trącił Wilczka swoim łokciem pancernym i rzekł półgłosem: 
— Ale to wcale nie ta głowa, którą dopiero co wyścibił był z lasu. 
A Wilczek na to: 
— Bo on się umie przerzucać i zawsze taką postać przybiera, jakiej mu właśnie potrzeba. 
Kergolaj rzucił na Wilczka wzrokiem, w którym przede wszystkim przebijała ciekawość, 
nie musiał jednak być bez pewnej obawy, bo mruknął pod nosem: 
— Nie wiem, azali to jest rzecz katolicka... Wolałbym tu nie nocować. 
I z tym weszli do celi ojca Chryzostoma. 
Była to izba dosyć obszerna, o dwóch wąskich oknach kształtem gotyckim, ściany jej nie 
były ani wybielone, ani wytynkowane, ledwie że gliną wylepione. W jednym kącie stał tapczan 
drewniany bez siennika, a tylko kocem nakryty, pod oknem stół prosty, na którym krucyfiks 
i duża książka w drewnianych kompaturkach49 na żelazne klamry zamknięta, około 
stołu cztery stołki, pod ścianą ława, a nad nią kilka półek i to było całe umeblowanie. Wszelako 
na drugiej ścianie wisiał hełm, pancerz z całym przyborem, jeden miecz długi, wężykowaty, 
a drugi krótki, topór, rotmistrzowska buława, a około niej kułbaka i inne rzemienie. 
Kergolaj najprzód rzucił okiem na te wojenne narzędzia i przypatrywał im się ciekawie, o ile 
je mógł obejrzeć przy świetle dymiącego kagańca, który zastali na stole. Chryzostom spojrzał 
na Kergolaja i rzekł: 
— To mój nagrobek, który mi przypomina, czym byłem za życia. 
Zaczem prosił ich siedzieć i sam siadł, i spytał Francuza, co go zawiodło w te strony. Kergolaj 
mu powiedział. Wtedy mnich się łaskawie uśmiechnął i rzekł: 
— Jedziesz do Ziemi Świętej, abyś się umył z twych grzechów, a tymczasem ludzi napadasz 
po drogach. 
Więc Kergolaj się protestował, koloryzując rzecz, bo nie chciał winy zwalać na Wilczka. 
Ale Chryzostom przerwał mu mówiąc: 
— Mnie nie okłamiesz. Widziałem was, jakoście miecze wyciągnęli ku sobie. Wtedy kazałem 
na Anioł Pański zadzwonić, aby was rozbroić. 
Tu Kergolaj bardzo zdziwionym okiem rzucił na Wilczka, a tymczasem mnich mówił dalej: 
— Usłuchaliście dzwonka, to dobrze, ale obydwaście winni, godziłaby się za to pokuta. 
Na to słowo: pokuta, Kergolaj się skręcił jak wąż na swoim siedzeniu, a chcąc rozmowę 
odwrócić do innego przedmiotu, zapytał: 
— Wasza wielebność już dawno w tym klasztorze? Kraj zdaje mi się tutaj dosyć dziki, a ta 
posiadłość niewiele musi przynosić intraty? 
Więc Chryzostom się na to znowu uśmiechnął i rzekł: 
— Franciszkanie nie żyją z intraty, tylko z jałmużny. Albowiem kiedy stanowiono zakony, 
dostały się lasy eremitom, góry benedyktynom, doliny cystersom, pola i łąki norbertanom, 
św. Franciszek zaś przyszedł, kiedy już wszystko było rozdane, więc kazano mu żebrać. My 
zatem żyjemy z jałmużny, a nabywanie dóbr doczesnych zostawiamy duchowieństwu świeckiemu 
i tym zakonom, którym wolno ziemię posiadać. Ale życzymy im z serca, ażeby z czasem 
wszystkie ziemie posiedli, bo wtedy dopiero nastąpiłoby królestwo Boże na ziemi, którego 
wszyscy z takim upragnieniem oczekujemy. 
Na to Kergolaj cofnął się w tył na swoim krześle, bo zapewne sobie pomyślał, że nie bardzo 
by pragnął żyć w tym królestwie, co też bystry mnich zaraz spostrzegł, bo rzekł: 
— Ja ciebie nie znam, ale cię widzę na wskroś. Ty jesteś rycerzem świeckim, nie takim, jakimi 
myśmy niegdyś bywali, cośmy książętom i królom, lecz przede wszystkim Kościołowi 
służyli. Ty służysz twojemu ciału. Ty jesteś un valereux et courtois chevalier, mais grand 
trompeur des dames50. Umiesz ty po niemiecku? 
— Rozumiem. 
Ein Kuss vom rothen Munde, 
Der freut aus Herzensgrunde, 
Dazu ein Umbevang, 
Von zwei schönen Armen blank51 
oto jest, za czym ty gonisz po świecie. Widzę ja po tym łańcuchu, co go nosisz na szyi, i po 
tych wstążkach, co ci je jakaś dziewka przyczepiła do lewego ramienia. Ty gubisz duszę. Tobie 
potrzeba pokuty. 
Kergolaj zrazu się wdzięcznie uśmiechał, bo mu te podejrzenia schlebiały, lecz widząc, że 
mnich się bierze nie żartem do niego, zaczął się przed nim usprawiedliwiać. Więc opowiedział 
mu, jako przez całe życie służy wiernie królom i Kościołowi i nigdy nie pamięta o sobie, 
jako zawsze klasztory, zakony i ludzie ubogie swoimi piersiami zasłania, jako dziś jedzie do 
Ziemi Świętej li z nabożeństwa i z gorącego pragnienia krwi pogańskiej, której jak najwięcej 
chciałby utoczyć dla chwały Chrystusa Pana, że chociaż wreszcie to prawda, iż przyjął służbę 
u panny Jagienki i obiecał jej przywieźć różę z Jerycho, ależ to przecie rzecz ludzka i pozwolona, 
ażeby rycerz przyjął służbę u jakiej damy zacnego rodu, a dosłużywszy się jej łaski, 
wszedł z nią w śluby małżeńskie. 
Ale Chryzostomowi jakoś to wszystko nie przemawiało do przekonania, bo wysłuchawszy 
go, machnął ręką i rzekł: 
— Vanitas vanitatum et omnia sunt vana!52. Byłem i ja niegdyś takim głupim, żem przyjął 
służbę u pewnej damy. Siedem lat jej służyłem, nosząc wciąż jej kolory; biłem się po wszystkich 
ziemiach całego świata za jej honor i sławę — a kiedym się jej łaski nie mógł dosłużyć, na 
drugie siedem lat stanąłem u niej na służbę. Bardzo grzeszne było to moje życie natenczas. I musiałem być wtedy przeklęty od Boga, bo przez wszystkie te lata żaden święty mi się nie 
zjawił, natomiast zaś diabeł mnie nawiedzał w nocy, kopał mnie kopytami, targał za brodę i 
bił mnie po pyskach, jak swego sługę, a nawet raz tak się rozzuchwalił, że się zamachnął, aby 
mnie nawrócić na wiarę żydowską. Baba więc w dzień swoją miłością, a diabeł w nocy 
swoimi piekielnymi kunsztami już mnie tak umęczyli, żem nie wiedział, co począć ze sobą i 
tylkom się modlił mojemu Bogu, aby mi dał zginąć w najpierwszej bitwie, jaka się zdarzy. I 
Pan Bóg się nade mną zlitował do połowy, bo w nocy przed bitwą, kiedy męczony przez szatana 
otworzyłem gębę, ażeby głębiej westchnąć do Boga, spadła mi z nieba hostia pomiędzy 
wargi — i to pokrzepiło me siły. Z bitwy jutrzejszej wyszedłem cało — a od tego dnia postanowiłem 
sobie odmawiać co dzień po sto pięćdziesiąt Salve Regina53. Przez długi czas moje 
pacierze żadnego skutku nie odnosiły: ale jednej nocy Matka Najświętsza zjawiła się nade 
mną i zaprosiła mnie do siebie na obiad. Na tej uczcie zastałem cały tłum aniołów i świętych, 
a sama Matka Najświętsza przyszła w złocistych sukniach i tak wspaniałą promieniejącą 
pięknością, żem padł na kolana, jej widokiem olśniony, i nie mogłem ani słowa wymówić. A 
wtedy Matka Najświętsza rzekła do mnie z anielskim uśmiechem na twarzy: — Patrz na mnie i 
powiedz, azali nie jestem piękniejszą od tej, której ty służysz. Masz zatem wybór: jeśli się do 
mnie nawrócisz, to porzuć tamtę, a stań u mnie na służbę. — Ja na to wstrząsłem się od grozy i 
wstrętu przed samym sobą; spostrzegłem zaraz moje zaślepienie i nawet pojąć nie mogłem, 
jakim sposobem się stało, żem przyjął służbę u pospolitej a grzesznej kobiety, mogąc służyć 
Pani niebieskiej. I już mnie odtąd piekł pancerz jakoby był rozpalony i miecz mój się ostrzem 
ku mnie obracał i serce mi krwawił. Toż rzuciłem to wszystko w Rzymie, poszedłem do mądrych 
ludzi na naukę, odprawiłem pielgrzymkę do Ziemi Świętej, a otrzymawszy święcenia, 
nareszcie tutaj założyłem sobie klasztorek. I tutaj już mi się nigdy nie zjawia ten bezczelny 
infamis54, który mię przez tyle lat męczył po nocach. Tu moje ciało się upokarza cierpieniem, 
a dusza się czyści modlitwą. Tu, służąc ludziom, służę Bogu, bo nikt sługą Bożym nie będzie, 
kto ludziom nie służy. Nie wiem ja, ile moje służby ważą u Boga, ale rozumiem, że ich nie 
odpycha od Siebie, bo Go widuję w rozmaitych postaciach i otrzymuję od Niego rozkazy. I 
powiadam wam także: Zrzućcie ze siebie pancerze i hełmy, bo w nich siedzą diabelskie pokusy. 
Wy jesteście najnieszczęśliwsi z ludzi, chociaż sami o tym nie wiecie. Wy jesteście sługami 
szatana, choć wam się zdaje, że Bogu i uciśnionym ludziom służycie. Wy coraz głębiej 
brniecie w trzęsawisko ziemskiego grzechu — i powiadam wam, że ten dzień niedaleki, gdzie 
wrota się zamkną przed wami, a wtedy nie będziecie mogli powrócić na drogę prawdy i cnoty. 
Kergolaj kręcił się coraz niecierpliwiej na stołku i prawie już tak wyglądał jak mysz, która 
wpadła w pułapkę i rzuca niecierpliwymi oczyma dokoła, kędy by mogła się wyśliznąć z tej 
klatki. Ale Wilczek zdawał się być skruszony i zbudowany, bo spytał: 
— Chcielibyśmy z całego serca zasłużyć się Bogu, ale cóż mamy robić, mój ojcze? Kto 
wziął pancerz i miecz po swoim ojcu, a przy tym i urząd w swoim królestwie, ten bez obrazy 
Boga i swego honoru nie może go rzucić. 
A na to mnich: 
— Toż nie powiadam wam, ażebyście zaraz dziś do zakonu wstąpili. Anibyście w to potrafili, 
gdybyście chcieli, bo się to czyni nie z musu, jeno z natchnienia, a natchnienie nie przyjdzie 
bez łaski Bożej. Ale powinniście o tym pamiętać, że łaska Boża przyjść może i przygotować 
się na jej przyjęcie. A do tego ja wam pomogę. Ciałom waszym pomogę umartwieniem, 
a duszom modlitwą. Zostańcie tutaj przez tydzień; modlitwy ja sam dla was urządzę, a 
o dyscypliny się postara braciszek. 
Na to Kergolaj rzucił niezmiernie zdziwionymi oczyma na Wilczka, uśmiechnął się i rzekł: 
— Dyscypliny? — i chciał dalej coś mówić, ale tymczasem ojciec Chryzostom wpatrzył się w słup obróconymi oczyma w kąt celi, wyciągnął szyję, wytężył uszy, wstał prędko ze swego 
stołka i rzekł: 
— Pan Jezus mnie woła. Idźcie do waszej celi, posilcie się, braciszek wam reszty dopowie. 
I wyszedł zaraz z pośpiechem, drzwi zostawiając otworem. 
Zaczem Kergolaj spojrzał śmiejącymi się oczyma na Wilczka i rzekł: 
— Cóż, panie Wilczek? wpadliśmy tutaj, jak w jamę zielonymi gałęziami nakrytą: na 
wierzchu kościół i krzyż wyzłocony, a pod spodem pacierze i dyscypliny. Gdyby nam przynajmniej 
dali co jeść, bo mnie już kiszki skrzypią z głodu i pragnienia. 
Ale Wilczek, człowiek niezmiernie wrażliwy, był jakby bezprzytomny, wszelako odpowiedział 
mu z przekonania: 
— Człowiek to święty. Znam jego od dawna i mam łaskę u niego jeszcze z tych czasów, 
kiedym był paziem na Sobniu. Widywałem go i później u księcia kardynała, gdzie jego rozum 
bardzo respektowano. Kto jego rady posłucha, ten źle na niej nie wyjdzie. 
A na to Kergolaj: 
— Ja jemu nie odmawiam rozumu. Ale to mnich fanatyk — a tacy ludzie, kiedy im się oddasz 
w opiekę i ciało zepsują, i duszy nie zbawią. Ziemię ci wezmą, a nieba nie dadzą. 
Chodźmy do naszej celi. 
To rzekłszy, poszli do celi dla nich przygotowanej, która się znajdowała w drugim rogu 
klasztoru, skąd wychodziła druga furtka, prowadząca ku folwarkowi. Cela ta była równie dosyć 
obszerna, ale oświecona tylko jednym małym okienkiem zakratowanym, wyciętym u 
stropu, że prawie wyglądała jak więzienie. W tej chwili była oświecona kagankiem. Stało w 
niej dwa tapczany, kilka stołków i stół, a na stole, na misie drewnianej, kawałek wędliny, bochenek 
chleba, a obok niego dzban wody i dwa kubki gliniane. Kergolaj rzucił się jak wilk na 
chleb i wędlinę, ale na żaden sposób ugryźć ich nie potrafił: wędlina była jak drzewo, a chleb 
jak kamień. Francuz się nie posiadał z niecierpliwości. 
— Nie chcę powiedzieć — rzekł z gniewem — co o nim rozumiem; ale czy to jest rzecz, dawać 
komuś takie potrawy do jedzenia? Pies by tego nie ugryzł. Bodajby ich wszyscy diabli 
wzięli, tych Cyganów! Teraz spać trzeba będzie o głodzie. 
To mówiąc, zaczął się wielkim krokiem przechadzać po celi. Lecz nagle stanął, a wpatrzywszy 
się w kąt, zawołał: 
— A co to? 
W tym kącie stało narzędzie, całkiem do pręgierza podobne. Gruby słup wbity w ziemię, a 
przed nim jakoby schód do klęczenia. W ten słup były wbite dwa haki i dwa kółka żelazne, 
przy których wisiały rzemienie opatrzone sprzączkami, na hakach zaś dwie dyscypliny. Na 
schodzie było widać plamy czerwone, a na skórzanych prętach dyscyplin krew skrzepłą. 
Na ten widok Kergolaj się wzdrygnął i zawołał: 
— Wilczek! czy widzisz, co tu stoi w tym kącie? 
— Cóż? — rzecze Wilczek spokojnie — pręgierz do biczowania. 
Kergolaj patrzał przez chwilę na ten instrument pokuty, a potem rzekł: 
— Otóż to mi sypialnia! Jeśli tu kogo diabeł bije w nocy po pyskach albo mu się śnią inne 
widziadła, to mi wcale nie dziwno. 
A wtem wszedł braciszek i stanąwszy w progu, pokłonił się nisko obydwom rycerzom. 
Kergolajowi nie bardzo miłe były te odwiedziny, jakoż spytał: 
— Czym mam służyć waszmości? 
— Przychodzę z rozkazu jego wielebności, ażeby z ichnnościami pacierze odmówić, a po 
pacierzach odprawić pokutę. 
To mówiąc, braciszek wziął do ręki książkę, która w kształcie worka w płótno oprawna 
wisiała mu obok różańca u pasa, otworzył ją i zaczął szukać modlitwy. 
— Słysz, panie bracie — odpowiedział mu Kergolaj przytomnie — ja z tobą modlitwy odmawiać 
nie mogę, bo ja się modlę po francusku, a ty nie znasz tego języka. 
— Jak wola waszej miłości. Więc proszę mnie po modlitwach zawołać. 
— A po co? do rozbierania ja mego sługę zawołam. 
— Nie — rzecze braciszek — ja też do rozbierania nie jestem. Ale na dyscypliny. 
— Na dyscypliny? — zapytał Kergolaj, mocno zdziwiony. 
— Tak — rzecze braciszek — jego wielebność zezwolił w swej łasce, ażebym jegomości 
usłużył pięćdziesięcią dyscyplinami na gołe plecy. 
Kergolaj miał zrazu wielką ochotę puknąć od śmiechu, lecz kiedy spojrzał na Wilczka i 
spostrzegł, że jego towarzysz siedzi wciąż zamyślony i na łokciu oparty przy stole, wstrzymał 
się i rzekł sztucznie: 
— Słysz, panie bracie, jam dzisiaj upalił mil kilkanaście na koniu i jestem niesłychanie 
zmęczony. Podziękuj zatem jego wielebności za łaskę, którą sobie bardzo wysoko cenię, i 
powiedz mu, że od jutra będę gotów na jego usługi. 
— Szkoda dnia — rzecze braciszek — ale jak wola. Wtedy Kergolaj jeszcze raz rzucił okiem 
poza siebie, lecz widząc, że Wilczek siedzi wciąż nieruchomy, wyprowadził wychodzącego 
braciszka z wielkimi komplementami w kurytarz i spytał go po drodze: 
— A gdzie jest ojciec Chryzostom? 
— Jego wielebność leży krzyżem przed wielkim ołtarzem w kościele. 
— Kiedyż powróci? 
— To trudno wiedzieć, ale zapewne niebawem, bo o świcie idzie znów do kościoła na jutrznię. 
— To ja się z nim rozmówię, jak wróci, bo chciałbym mu osobiście podziękować za łaskę. 
— Jegomość dzisiaj w to nie potrafisz — odpowiedział mu nauczające braciszek — bo kiedy 
jego wielebność ma święte widzenia, to do następnego dnia z nikim nie mówi. 
— Tak — rzecze Kergolaj — pokażże mi w swej łasce, kędy bym mógł wyjść do moich ludzi 
i koni, aby obaczyć, jak się ulokowali. 
Braciszek wskazał mu owe boczną furtę w rogu kurytarza, a Kergolaj mu się grzecznie pokłonił 
i rzekł: 
— A więc do jutra. Jutro zaś rano odmówię z tobą nawet łacińskie pacierze, a potem spróbujemy 
się z dyscyplinami. 
Po wyjściu Kergolaja Wilczek siedział jeszcze w zamyśleniu przez chwilę, lecz nie mogąc 
go się doczekać, złożył swój pancerz na ziemi i położył się na tapczanie. 
Z początku widział tylko ojca Chryzostoma w jego całej świątobliwości; sam się nie czuł 
godnym tak wielkiej łaski, ale myślał sobie, że ten cudotwórca, gdyby tylko chciał, mógłby 
go zrobić jakim potężnym wojewodą w królestwie, a wtedy mógłby się dobrze zasłużyć Panu 
Bogu i ludziom. Syt zasług i sławy, mógłby także na stare lata wstąpić do jakiego zakonu i 
stać się świętym człowiekiem. Potem przyśniła mu się Formoza i stary Kijas, jako są oblężeni 
przez jakiś poczet rycerski, bronią się mężnie, ale nie mogą zdzierżyć. Wilczek rzucał się we 
śnie, ale czuł Kergolaja, siedzącego na jego piersi, i nie mógł się zerwać z tapczanu. Nareszcie 
zawiesiły się nad nim dwie kobiece postacie, Ofka i Jagienka: Ofka, jak ją Marucha unosi 
powietrzem z gorejącej zagrody, i Jagienka, królująca na zamku sobieńskim w takich samych 
złocistych szatach, w jakich Chryzostomowi pokazała się Matka Najświętsza. Tak sny i widzenia 
w nocy i we dnie wieszają się nad rozżarzonym umysłem człowieka — a tymczasem 
świat rzeczywisty się toczy swym torem. 
Kiedy Wilczek się zbudził nazajutrz i rzucił okiem na drugi tapczan, niepomału się zdziwił, 
gdy spostrzegł, ze Kergolaja na nim nie było. Ubrał się prędko i pobiegł na folwark i zastał 
swoich żołnierzy, ale po Kergolaju i jego ludziach już i miejsce zastygło. Francuz dyscyplin 
nie lubiał, a nawet nie bardzo w nie wierzył — i czmychnął w nocy z klasztoru. 
Ucieczka ta dotknęła go bardzo niemile, bo mogła ojca Chryzostoma obrazić, ale go także 
zaniepokoiła, bo ten lekkoduch mógł jakiej jajecznicy nawarzyć we Lwowie. Chciałby był 
zaraz za nim pojechać: ale był zanadto skruszony napomnieniami ojca Chryzostoma, poczuł 
niektóre grzechy na swoim sumieniu i chciał się ich pozbyć; powiedział więc sobie: pierwsza 
koszula ciała — i został. 
Jakoż poszedł zaraz do kościoła, spowiadał się, leżał krzyżem przez całą mszę świętą, a 
potem przyjął ciało i krew Pańską z taką przykładnością i skruchą, że nią wszystkich mnichów 
zbudował. Jakoż ojciec Chryzostom rzekł mu po mszy we cztery oczy: 
— Za ten grzech ciężki, co wiesz, powinien bym ci cale inną wyznaczyć pokutę, ale mam 
wzgląd na to, że się śpieszysz, ażeby stanąć w obronie niewinnych ludzi przed napastnikiem. 
Wszelako zostań jeszcze u mnie przez dzień dzisiejszy, będziesz na nieszporach, jutro zaś o 
świcie odprawię dla ciebie mszę świętą — a tak może ci Pan Bóg za moim wstawieniem się 
grzech ten odpuści. 
Zaczem Wilczek został w klasztorze, a przed wieczorem miał z ojcem Chryzostomem długą 
rozmowę. Wśród tej rozmowy rozumny ten mnich dawał mu rozmaite nauki. 
— Do służby Bożej nie masz wokacji — powiedział mu Chryzostom między innymi — widzę 
to dobrze po tobie, ale ja się temu nie dziwię, boś jeszcze młody. Mając wzgląd na krew twoję, 
daję ci radę, ażebyś się jak najprędzej ożenił. Dziewek dobrego rodu w naszym kraju nie 
braknie, jest między czym wybrać i łatwo znaleźć pannę stateczną i urodziwą. Zajedź też także 
na zamek sobieński i obacz Jagienkę: moja to synowica, jestem jej opiekunem, a także coś 
znaczę u Kmitów, więc gdyby były jakie trudności, mogę ci pomóc. A o tego Francuza wcale 
się nie troszcz. To pędziwiater, nie masz tam krwi kmitowskiej w jego żyłach, nie masz i statku. 
Jakoż mi się tak widzi, że do trzech dni łańcuch ten zrzuci ze szyi, a za inną pogoni. Bądź 
zdrów, bo nie wiem, czy jutro po mszy będę się mógł z tobą pożegnać. 
Nazajutrz o świcie Wilczek wysłuchał mszy świętej i z lekkim sercem a dobrej myśli i 
prawie jak odrodzony wyruszył spiesznie do Lwowa. 
IV 
DOM KUPIECKI 
Lwów liczy daleko więcej wieków istnienia, niżeli mu ich zazwyczaj przyznają jego kronikarze. 
Istniał on bez wątpienia już jako miasto w owych wiekach, dziś całkiem zamierzchłych, 
kiedy właściwa Ruś, rozciągająca się od Sanu wzdłuż Dniestru, po brzegi morza, 
zwanego Gościnnym, a teraz Czarnym, liczyła się do najżyźniejszych i najbogatszych krajów 
całej Europy. W owych wiekach, skutkiem bądź wojen bratnich pomiędzy ruskimi książęty, 
bądź powstań bojarów, zrywających się od czasu do czasu do wybicia się spod władzy swych 
panów, przechodził on kolejno rozmaite epoki upadku i wzrostu, aż wreszcie, od chwili rozpoczynających 
się w wieku XIII zagonów tatarskich, wystawiony na ich ustawiczne napady 
trzema szlakami: czarnym, kuczmańskim i wołoskim, żyjący wtedy jak gdyby pod trzema 
strzałami, wymierzonymi w jego serce, popadł na dłuższe czasy w nieznane dotąd ubóstwo.
Ów mniemany jego założyciel, książę Lew, syn króla Daniela, był tylko jego odnowicielem, 
podniósłszy go z gruzów, w które go trzynaście lat przedtem napad tatarski był rzucił. Odnowiciel 
jednak i jego następcy nie potrafili mu zapewnić spokojnego istnienia i powrotu do 
dawnej świetności; dopiero Kazimierz Wielki, zagarnąwszy go wraz z przyległymi krajami 
pod swe panowanie, przyniósł mu stałą opiekę i możność spokojnego rozwoju. Obwarowano 
go wtenczas nowymi murami i opatrzono we wszelkie środki obrony — a miasto to stało się, 
jak było dawniej, jednym z najgłówniejszych i najbogatszych targów kupieckich, pośredniczących 
pomiędzy Wschodem a Europą Środkową. W wieku XV Lwów był miastem rządzonym 
nadzwyczaj porządnie i regularnie, w swojej kupieckiej skrzętności był nadzwyczajnie 
ruchliwym, obejmował niezmiernie bogate składy towarów, utrzymywał stosunki handlowe 
ze wszystkimi zagranicznymi targami, od Carogrodu do Gdańska, od Kaffy aż do Wenecji, a 
przeto i obfitował we wszystkie potrzebne, a nawet i zbytkowne dostatki w swych murach. 
Rynek i niemal wszystkie ulice były te same, co dzisiaj, lecz samo miasto, obwiedzione 
murami i opatrzone basztami, było o wiele ciaśniejszym, rozlegało się bowiem w kształcie 
podłużnym a wąskim tylko od szkarp dzisiejszych po Pełtew. W murach ówczesnych znajdowały 
się tylko dwie bramy, Krakowska u północnego zachodu i Halicka na południowym 
wschodzie, których na czele miejskich halabardników pilnował proconsul nocturnus55. Baszty 
i mury były opatrzone armatą, a miejski arsenał był zawsze dobrze wyładowany wszelkiego 
rodzaju bronią i amunicją. Miasto miało swą ludwisarnię, swoich płatnerzy i rusznikarzy. 
Ulice były wybrukowane, chodniki kamienne, kamienice po największej części murowane, z 
krużgankami u piąter, niektóre nawet obronne. W środku rynku stał ratusz murowany z wieżami 
i był otoczony z trzech stron kramami, które miasto wynajmowało na wieczne czasy 
swoim własnym rodzinom mieszczańskim, a które przeto ciż mieszczanie nazywali swoją 
własnością. Na ratuszu mieściła się lonheria miasta, wszystkie urzędy i sądy, tam się odbywały 
wybory rajców i ławników, tam także miasto przyjmowało znamienitszych gości i wyprawiało 
dla nich festyny i widowiska publiczne. W mieście, w rogu zachodnio-północnym, stał częścią z kamienia, a częścią z drzewa wybudowany tak zwany Niski Zamek, mieszczący 
w sobie obszerne komnaty mieszkalne i także mocno obwarowany. W tym zamku mieszkiwali 
królowie, kiedy zjeżdżali do Lwowa. 
Poza murami miasta rozciągały się obszerne przedmieścia na gruntach miejskich, które 
otaczały miasto na całą milę dokoła, a na których widać było porozsiewane wsie i folwarki. 
Na przedmieściach stały rozmaite kościoły i cerkwie, pomiędzy którymi wznosiła się na 
wzgórzu wspaniała i swymi bizantyńskimi kopułami imponująca cerkiew św. Jura. Nad tym 
zaś wszystkim panował z wyniosłej piaskowej góry Zamek, zwany Wysokim, silny sam w 
sobie i srogimi otoczony murami, a jak wieść niosła, nigdy jeszcze nie wzięty. 
Na Niskim Zamku siedział kasztelan, który był zarazem starostą, lecz w tym ostatnim 
urzędzie wyręczał się głównie podstarostą, mianowanym także przez króla. Dawnymi czasy, 
kiedy potężni Odrowążowie, protoplastowie Pieniążków i panowie z Chodcza, których ród 
prędko wyginął, zrazu jako wojewodowie przemyscy, a potem ruscy, wodzili rej po tych krajach, 
kasztelani lwowscy byli im całkiem podlegli i nie mieli prawie żadnego znaczenia. W 
tych czasach widzimy kasztelanami potomków familij ruskich. Lecz później potrafili się usamowolnić 
i władzę swoje, a zarazem i swe znaczenie dokładniej określić. Jednak i wtedy reprezentowali 
tylko osobę króla, mieli obronę obydwóch zamków na pieczy, stawali na czele 
chorągwi pospolitego ruszenia, przewodniczyli przez swoich Starostów wyborom miejskim, 
mianowali jednego burmistrza, w niektórych wypadkach powstrzymywali wykonywanie wyroków 
— i na tym kończyła się ich cała powaga nad miastem. 
Miasto rządziło się samo przez dwunastu rajców, którzy rozstrzygali zarazem spory cywilne, 
a sądziło swe sprawy kryminalne przez dwunastu ławników, i jednych, i drugich własnego 
wyboru. Rządowi miasta przewodniczyło trzech burmistrzów, jeden potwierdzony w imieniu 
króla i noszący tytuł proconsul regius56, zaś dwaj drudzy nazywali się proconsul communitatis57 
i proconsul dominorum consulum58, sprawowali zaś swój urząd, zmieniając się kolejno 
co miesiąc. Nad ławnikami stał wójt. Urzędy rajców i ławników były dożywotne, lecz wolno 
było zrzec się urzędu. Rajców nazywano powszechnie panami — i byli to rzeczywiście ludzie 
bardzo bogaci, posiadający nieruchome własności, a wyciągający nieprzeliczone dochody ze 
swoich kramów, z szynkowni, miodosytni i woskobojni, ze stęp59, blichów60 i łaźni, i z rozmaitych 
opłat od wyroków w procesach, miewali częstokroć majątki ziemskie, folwarki, wypasy 
i własne statki na Dniestrze, ale też za to dbali starannie o dobro wszystkich mieszkańców 
i utrzymywali w mieście wzorowy porządek. 
Lwów był w wiekach dawniejszych zamieszkały zapewne przez samych Rusinów, chociaż 
tak tutaj, jak i po innych miastach ruskich, widzimy już w bardzo dawnych czasach osiadłych 
Niemców, a mamy także i akta publiczne książąt ruskich, pisane w języku niemieckim. Jakoż 
nie masz wątpienia, że nie dopiero Kazimierz Wielki sprowadził za sobą Niemców do Lwowa, 
tylko równie pewną jest rzeczą, że wówczas napłynęli oni tutaj gromadniej, i odtąd kiedy 
miasto uczuło nad sobą potężną opiekę, zaczęli przypływać Ormianie, później Tatarzy, a 
wreszcie Żydzi, Serbowie, Włosi i Grecy. Z Kazimierzem Wielkim przybyli także Polacy; z 
początku mało ich było, za Ludwika Węgierskiego i Władysława Opolczyka liczba ich się nie 
pomnożyła, lecz za to gęstą ściągnęli nawalą za królową Jadwigą. Od tego też czasu, choć w 
samym mieście niewiele ich było, prędko zyskali przewagę, a z czasem swoją energią, wyższą 
oświatą i towarzyskim polorem tak wzięli górę nad wszystkimi innymi narodowościami, 
że język ich we wszystkich warstwach się upowszechnił — a kto chciał uchodzić za grzecznego 
człowieka, ten mówił, a przynajmniej usiłował mówić po polsku. Pod koniec XV wieku język ten był panującym we Lwowie, jednak obok niego utrzymywał się także język niemiecki, 
dawniej górujący, toż cały świat kupiecki umiał po niemiecku. Obok tych dwóch języków 
mówiono po rusku, co wszakże nie było już w modzie, po ormiańsku, po włosku, po tatarsku, 
po serbsku, a nawet po grecku, zaś w czasie jarmarków można było słyszeć na rynku kilkanaście 
języków obcych, do których miasto dla ułatwienia handlu utrzymywało stałych tłumaczów. 
Pomimo takiej mieszaniny ras, języków i wyznań — Polacy i Niemcy wyznawali katolicką 
religią, Rusini i Ormianie byli prawosławni, a obok nich mieszkali jeszcze muzułmańscy Tatarzy 
i Żydzi — pomiędzy mieszkańcami panowała wzorowa zgoda. Sporów religijnych nie 
było, bo fanatycznej propagandy nie było; każdy się modlił swojemu Bogu, jak chciał, a nikt 
drugi się w sprawy jego sumienia nie mieszał. I sporów politycznych także nie było, bo wszyscy 
się czuli członkami jednej gminy, a gmina, rządząc się sama i troszcząc się tylko o swoje 
własne dobro moralne i materialne, zawiadywanie publicznymi sprawami pozostawiała królowi 
i jego pełnomocnikom. Nawet zbrodni wówczas nie było: kary wymierzane za występki 
przeciwko własności i publicznemu spokojowi są bardzo rzadkie, wyroków za wykroczenia 
przeciwko wierze wcale nie znajdujemy — krwawe sądy w sprawach sumienia zaczynają się 
dopiero w wieku szesnastym. Natomiast widzimy niepoliczoną ilość bractw, stowarzyszeń i 
innych zakładów publicznych w celu niesienia pomocy ubogim, chorym albo potrzebującym 
zarobku; nad stosunkami panów do sług, czeladników do majstrów, a nawet nad zapłatą należącą 
się robotnikowi, czuwają bardzo sumiennie i pilnie władze miejskie; urząd publiczny 
może sprawować ten tylko, kto ma w mieście posiadłości, od wydatków zbytkowych strzeże 
lex sumptuaria61, utrzymaniu stosunków rodzinnych pomaga ciężki podatek nałożony na bezżennych, 
nad moralnością publiczną czuwa powaga starszyzny i kierowana przez nią opinia 
publiczna — co wszystko wydaje miłosierdziu, ludzkości i rozumowi, jakie podówczas panowały 
w tym mieście, bardzo wymowne i piękne świadectwo. 
W mieście wodzili rej mieszczanie osiadli, a mieli oni podówczas poważne znaczenie nie 
tylko w obrębie swej gminy, ale także i w kraju, albowiem posiadali niemało majątków wiejskich 
i byli panami całego przemysłu, handlu i pieniężnego obrotu. Bił na nich jeszcze, lubo 
już bledniejącymi promieniami, blask owej wielkiej i świetnej potęgi, jaką przez tyle wieków 
błyszczały rzeczypospolite włoskie i północne miasta hanzeatyckie62 — a chociaż dawne prawa 
miast polskich znacznie już wówczas podkopała wciąż wzrastająca przewaga szlachty, 
chociaż przywileje nieszawskie już bardzo silny cios zadały mieszczanom, ścieląc ich nisko 
pod stopy rycerstwa i zabraniając im nawet przystępu do wyższych dygnitarstw kościelnych: 
Statutów piotrkowskich, rozszerzających przywileje nieszawskie, jeszcze wtedy nie było, 
zaczem mieszczanie czuli się jeszcze w swoim dawnym znaczeniu i używali go z roztropnością 
i miarą, ale zarazem ze świadomością praw, które im przysługiwały. Znaczenie mieszczan 
było wtedy tak wielkie, że nawet zamożna szlachta garnęła się chętnie do Lwowa, ale 
szlachcic musiał przyjąć prawo miejskie i poddać się magdeburgii, ażeby mu pozwolono własność 
miejską zakupić. 
Jednak tych samych swobód używali i Żydzi, a nawet wolno im było dobra ziemskie posiadać, 
jakoż żyły wówczas żydowskie rodziny Szachnów, Szmuchlów, Notków, Jordanów i 
Wołczków, które posiadały bardzo obszerne majątki po całej Rusi. Było ich także cokolwiek 
w mieście, ale przeważnie gnieździli się za murami, na gruntach należących do zamku, gdzie 
trzymali gospody i szynki, trudnili się rozmaitym handlem, a głównie pośrednictwem w obiegu 
pieniędzy, i gdzie od starostów daleko łatwiej otrzymywali rozmaite dzierżawy i przywileje 
niżeli od rajców miejskich. Jakkolwiek ich lichwa dawała się temu i owemu ciężko 
uczuwać, jak dzisiaj, a ich przekupstwo, którym wtedy walczyli, przynosiło uszczerbek interesom przedmieszczan i moralności publicznej, nie miano ich jednak jeszcze podówczas w 
takiej pogardzie jak później, albowiem chociaż chciwość pieniędzy była powszechna, nie 
było zazdrości, bo konkurencja była łatwiejszą. Ziemi było pod dostatkiem dla wszystkich, 
przystęp do wszelkiego rodzaju przemysłu i handlu dla każdego otwarty; kto chciał pracować 
i zapobiegać, ten bardzo łatwo i prędko dorabiał się znacznego majątku i nie potrzebował go 
zawidzieć innym. Była więc i pod tym względem bardzo szeroka wolnomyślność w pojęciach 
i w postępowaniu. 
Wszelako pomimo tak wielkiej tolerancji we wszystkich kierunkach, nikt nie był obojętnym 
dla swej wiary, owszem, każda z nich cieszyła się głęboką czcią swoich wiernych a zarazem 
bogatym uposażeniem. Lwów był już wtenczas stolicą trzech katedr: był arcybiskup 
łaciński, Jędrzej Boryszewski, którego stolica, zwłaszcza od czasu mądrego i zapobiegliwego 
Grzegorza z Sanoka, jaśniała wielką powagą i posiadała obszerne majątki w ziemiach halickiej 
i lwowskiej a zarazem własną chorągiew zbrojną; był arcybiskup ormiański, Kilian, posiadający 
tę samą katedrę, co dzisiaj, a jego władza obejmowała całą Ruś, całe Podole i Wołoszczyznę; 
był wreszcie władyka ruski, podlegający metropolii kijowskiej. Były także zakony 
franciszkanów, dominikanów i bernardynów; Rusini mieli ośm cerkwi w samym mieście, 
nie licząc tych, które posiadali na przedmieściach. Katolicy zaś dwa razy tyle kościołów. Były 
seminaria, bursy i konfraternie63, szkoły dla organistów, diaków i rozmaitych śpiewaków, 
pomiędzy którymi pierwsze trzymała miejsce konfraternia rybałtów. Tak ta ludność niezmiernie 
mieszana, uderzająca oko najdziwaczniejszą pstrocizną strojów, a ucho babilońskim 
rozgwarem rozmaitych języków, była jeszcze gęsto przesiana niepomierną ilością księży 
świeckich i mnichów, obok których snuły się różnorodne postacie pielgrzymów w kapeluszach 
z szerokimi kresami i długich sukniach, obszytych zamorskimi muszlami, którzy szli 
albo wracali ze Ziemi Świętej, albo też z innych dalekich krajów, i napełniali miasto fantastycznymi 
powieściami o wielkoludach i dziwotworach, wszędzie ciekawie słuchani. 
W tym mieście, tak ciasnym, lecz zarazem tak tłumnym i pełnym tak różnorodnego rozgwaru, 
w rogu wschodniej połaci rynku, obok cokolwiek później zbudowanego arcybiskupiego 
pałacu, stała kamienica o sześciu oknach wychodzących na rynek, ale ciągnąca się wzdłuż 
ulicy wiodącej ku cerkwi wołoskiej aż ku ulicy Ruskiej. Był to podówczas największy i najpokaźniejszy 
dom w mieście, o dwóch piątrach, murowany u dołu z ciosowego kamienia, 
wyżej z czerwonej cegły, opatrzony kamiennymi krużgankami, a nakryty wysokim dachem z 
dachówki, który był obwiedziony zębatym murem, prawie jak forteca, a nad którym sterczały 
olbrzymie kominy, prawie jak baszty obronne. Wszystkie ówczesne domy mogły mieć tylko 
trzy okna od frontu, bo tak chciało prawo, ale właściciele tej kamienicy dzięki swojemu bogactwu 
i wpływom potrafili sobie wyrobić sześć okien, za co się wszakże zobowiązali zmurować 
ją obronnie i w danych wypadkach przechowywać w niej skarby, jakie by im do schowania 
oddano. Toż był ten dom istną fortecą. Prowadziła doń od rynku brama wjezdna żelazna, 
wszystkie okna w przyziemiach były zakratowane i zamykały się na okienice żelazne. 
Tutaj od frontu znajdował się kram otwarty, zamykany także na drzwi żelazne, W którym 
sprzedawano bakalie i rozmaite inne towary do codziennego użytku. Obok kramu był kantor, 
w którym wymieniano pieniądze i załatwiano wszelkie inne sprawy pieniężne. Dalej szły 
składy drogich tkanin tureckich, perskich, indyjskich, a z tyłu znajdowały się magazyny napełnione 
wełną, skórami, suknami, płótnem i inną tkaniną pospolitego gatunku. Wewnątrz był 
wąski a długi dziedziniec, tak że weń mogły zajeżdżać wozy, a wyjeżdżały tylną bramą, już 
nie tak bardzo forteczną. 
W tych przyziemiach trwał ruch bezustanny od rana do późnego wieczora, tak że do 
otwartych drzwi kramu czasem trudno się było przecisnąć, zaś bramą otwartą wchodzili tylko 
ci ludzie, którzy na górne szli piętra. Z tego wjazdu prowadziły szerokie, paradne schody, 
opatrzone rzeźbionym z dębowego drzewa poręczem, na pierwsze piętro, gdzie się znajdowały bardzo obszerne i bardzo bogato przyozdobione komnaty, z których największa część 
była przeznaczona na przyjmowanie gości, inne na mieszkanie rodziny. Pierwsze z tych komnat 
były napełnione pysznymi sprzętami z rzeźbionego drzewa i ozdobione makatami porozwieszanymi 
po ścianach, nad kominami błyszczały w misternych ramach wspaniałe weneckie 
zwierciadła, u stropu pająki brązowe, rzeźbione przez znakomitych sztukmistrzów włoskich, 
przy ścianach stały tu i ówdzie szafy oszklone gdańskie, nasiekiwane na czarnym 
drzewie perłową macicą, i inne niemieckie, składane z drzewa najrozmaitszych kolorów, a 
wszystkie napełnione cennymi naczyniami ze srebra, porcelany i brązu. Zgoła komnaty te 
zadziwiały swoim bogactwem: ale bywali już tutaj królowie, biskupi, posłowie papiescy i 
rozmaitych innych mocarzy i także nie mogli im się nadziwić. Na drugim piętrze znajdowało 
się jeszcze więcej komnat, bo były mniejsze, ale wszystkie dostatnio w wszelaki sprzęt opatrzone, 
tak te, w których mieszkała rodzina, jak i owe, co w nich czasem mieszczono gości. 
Właścicielem tej kamienicy był wówczas najbogatszy kupiec ormiański. Nazywał się 
Epaminondas Arzebek Chiaao, ale że nie każdy mógł łatwo jego nazwisko wymówić, więc go 
powszechnie nazywano Kijasem. O jego pochodzeniu różne chodziły wieści, o które on się 
jednak wcale nie troszczył. Jedni mówili, jakoby szedł z wyspy Chios i stąd wziął nazwisko, a 
ci powiadali go Grekiem z przodków ormiańskich, inni mienili go być potomkiem książąt 
ormiańskich, dlaczego też kładł miano Arzebek przed swoim nazwiskiem. Wszelako od starych 
Ormian, zresztą może cokolwiek zazdrosnych, chociaż zazwyczaj tej wady nie mają, 
szła także powieść, jakoby jego pradziad przyszedł tutaj piechotą z Jazłowca, z początku handlował 
koziną, potem bakalią, a wreszcie towarem cenniejszym, czym się dorobił majątku dla 
siebie i swoich potomków, którzy go wszakże wciąż pomnażali, aż wreszcie przyszli do takiego 
bogactwa, że im równego nie było ani tu, ani w Kamieńcu, ani w Suczawie, a na ich 
słowo dawano krocie w Kaffie i Carogrodzie, w Wenecji i w Gdańsku. Kijas jednak o tym 
wszystkim nawet i nie wspomniał, bo był to człowiek rozumny i wiedział, że kmieć, mieszczanin 
czy szlachcic tylko tym stać powinien pomiędzy ludźmi, co sam zaważy, a nie tym, co 
tam kiedyś ważyli jego przodkowie. 
Kijas miał wówczas lat sześćdziesiąt z okładem, duży był wzrostem, kościsty i silny, twarz 
także miał dużą, całkiem ogoloną, nos mocno garbaty, ormiański, oczy duże, siwe, krzaczystymi 
brwiami nakryte, i siwą czuprynę, dosyć bogatą, ale zazwyczaj trochę w nieładzie. Na 
jego twarzy malowała się bardzo wydatnie przytomność i świadomość siebie samego, dość 
było spojrzeć na niego, ażeby widzieć, że temu człowiekowi nie można pleść lada czego, bo 
niełatwo uwierzy; ale na tej trzeźwej twarzy odbijał się także spokój właściwy wszystkim 
ludziom wytrawnym, dobroć serca i łagodność umysłu. Toż ten uprzejmy wyraz jego twarzy 
zniewalał wszystkich do tego stopnia, że kto go poznał, zaraz miał zaufanie do niego, a chociaż 
po raz pierwszy z nim mówił, był z nim, jak gdyby go znał od lat niepamiętnych. 
Kijas był człowiekiem niezwyczajnego rozumu, który zresztą pod owe czasy, jeśli nie 
wyłącznie, to przynajmniej przeważnie znajdował się w stanie mieszczańskim, bo ten właśnie 
stan pielęgnował starannie wszelkie nauki i zawiadywał sprawami ekonomicznymi całego 
świata. Był on jednakże nie tylko ukształconym, ale także uczonym. Mówił pięciu językami 
poprawnie i płynnie, znał jeografią całej Europy na palcach, znał wszystkie targi europejskie 
pod względem ich znaczenia, ich towarów, kredytu i obyczajów, znał się sam na wszelkiego 
gatunku towarach, od żaglowego płótna do najpyszniejszych tkanin indyjskich, od żelaza i 
miedzi do złota i drogich kamieni, był namiętnym zbieraczem wszelkiego rodzaju osobliwości 
— a oprócz tego kochał się w pergaminach i książkach, których miał całą szafę, na bardzo 
misterny zamek zamkniętą. 
W tej szafie znajdowały się rękopisma bardzo cennej wartości, pomiędzy którymi Flores 
legum64 kosztujące szesnaście grzywien, przepyszne kopie Wirgiliusza i Horacego, a obok 
nich kilka pieśni Komedii boskiej Dantego, pisane na pergaminie inkaustami rozmaitego koloru, z inicjałami przedstawiającymi te figury, których opis znajduje się w tekście, i z marginesami 
pokrytymi złoconym rysunkiem. Za cenę tych pergaminów można było dobrą wieś 
kupić; ale na tym nie dosyć. Albowiem obok tych rękopismów leżały ustawione ze znawstwem 
wszystkie najnowsze druki polskie, które dopiero niedawno zaczęły się zjawiać, jak 
Diurnale secundum usum Ecclesiae Cracoviensis65, wydane dopiero przed dwoma laty, jak 
Mszał wrocławski, Mszał krakowski, drukowany w Moguncji w roku 1487, i dwa Mszały 
norymberskie Hallera. Kijas był o te książki, a zwłaszcza o pergaminy, tak zazdrosnym, że 
wprawdzie każdemu je pokazywał, czytał sam i tłumaczył, ale nikomu do ręki nie dawał z 
obawy, aby mu ich nie zabrukał. Równą słabość miał także do drogich kamieni, które namiętnie 
skupywał, ale je z zyskiem sprzedawał. 
Wszelako jego wielki rozum objawił się głównie w administracji jego niezmiernie rozgałęzionego 
handlu, a obejmującego niemal wszystkie znane towary i rozpostartego na przestrzeni 
połowy Europy. Tu trzeba było głowy nadzwyczaj zdrowej, aby tym wszystkim zarządzać. 
Kijas miał bowiem zmonopolizowane dla siebie fabryki, jak w Tustaniu i wielu innych miasteczkach, 
miał własne statki na Dniestrze, na Sanie i Wiśle, miał własne kramy i składy w 
Przemyślu, Łańcucie, Kamieńcu i Suczawie, miał własne kantory w Gdańsku, Wenecji, w 
Kaffie i Carogrodzie, a do tego mnóstwo rozmaitych przedsiębiorstw w samym Lwowie i po 
przedmieściach — a przecie ta cała administracja była jak zegarek, nie zdarzały mu się nigdy 
znaczniejsze szkody ani nieprzewidziane wypadki, a majątek się ciągle pomnażał. Kijas miał 
także w swym zawiadowstwie bardzo znaczny majątek ziemski koło Trembowli, należący do 
jego synowej; sam większych posiadłości szlacheckich nie łaknął, kupił tylko przed kilku laty 
wieś Skniłów pod Lwowem i dał za nią sześćdziesiąt grzywien, rycerskiego konia, sobolową 
czapkę i parę butów ormiańskich; ale kupił ją tylko dlatego, że jego syn, mający ambicje szlacheckie 
i zamiłowanie w koniach, naparł się jej koniecznie. 
Natomiast wszakże, idąc za śladem swych ojców, dbał o to, aby miał w mieście znaczenie 
— i miał je, bo był już proconsulem wiele razy, od kilku lat był już w odstawce i nosił tytuł 
consul antiquus66, ale mimo to tak był respektowany, jak gdyby był arcykonsulem czynnym, i 
żadna ważniejsza sprawa nie odbyła się w mieście bez jego rady. Pomiędzy miejską starszyzną 
miał zazdrosnych jak każdy, co głową przenosi innych, ale natomiast wszystkie niższe 
warstwy były mu całym sercem oddane, bo był uczynnym i miłosiernym: nikomu nigdy nie 
odmówił pomocy, często nawet sam się z pożyczką lub datkiem narzucił — a zawsze to robił 
po chrześcijańsku, że lewa ręka nigdy nie wiedziała o tym, co prawa wydaje. Lubił także robić 
basztangi osobom zamożnym (tak Ormianie nazywali podarunki), więc temu dywan dywdykowy67, 
drugiemu bursztynowy różaniec, trzeciemu chustkę indyjską dla jego małżonki, ale 
wtedy już jego głowa wiedziała, dlaczego to robi. 
Epam nondas Arzebek Chiaao nosił zwykle na głowie biret niemiecki, na sobie suknię 
długą z czarnego sukna lub aksamitu, na nogach zaś buty żółte albo czerwone, i tak go można 
było widywać siedzącego we drzwiach otwartych swojego kramu na worku pieprzu, witającego 
uprzejmie przechodniów i rozpytującego ich o codzienne nowiny lub plotki, obiegające 
po mieście. Pilnował przy tym swojego kramu, który mu wprawdzie nie przynosił ani dziesiątej 
części jego dochodów, ale o którym sam mawiał, że to jego chleb powszedni. 
Dziś wszakże o popołudniowych godzinach siedział w swej pierwszej komnacie za wielkim 
stołem, misternie z czarnego drzewa rzeźbionym, na którym leżała płaska szkatułka, 
dwie małe paczki, związane szpagatem, i rozmaite lupy w mosiądz oprawne. 
Naprzeciw niego na wskos pod oknem siedział Kundrat, który właśnie z Tustania powrócił 
i trzymając przed sobą książkę rachunkową wąską a długą, zdawał mu sprawę z towarów 
odebranych w tym mieście i wyprawionych do Dniestru. 
Zaś obok niego, ale cokolwiek opodal, w poręczowym krześle, turecką tkaniną wybitym, 
siedziała pani Formoza, jego najukochańsza synowa, słuchając obojętnie tustańskich rachunków, 
a rzucając ciekawym okiem na paczki leżące obok szkatułki. 
Formoza była kobietą tak wspaniałą i piękną, jakie się nie codziennie spotyka nawet na 
dworach królewskich. Miała lat dziewiętnaście i była wzrostem tak słuszna, że przenosiła 
głową o kilka cali starego Kijasa, formy miała okrągłe i pulchne, a w każdym ruchu tak wiele 
wdzięku i wspaniałej powagi, że zdawała się być na to zrodzoną, ażeby z królewskich krużganków 
ścielić do swoich stóp wszystkich kruszących ze sobą kopie rycerzy. Szatynka była, 
włos miała ciemny, ale błyszczący złotem do światła, oko piwne, pełne świetnego blasku, ale 
w promieniach łagodnych, rzęsy przepyszne, a cerę białą i przezroczystą, a okraszoną świeżym 
jak wiosna i wcale dziewiczym rumieńcem. Ubrana była skromnie jak na te czasy, tak 
pełne wystawności i zbytków: na głowie miała małą, złotem haftowaną duchenkę, okrągłą i 
wydatną jej kibić okrywała przypadająca do jej smukłego stanu katanka i pas miała na sobie, 
składający się ze złotych emaliowanych sprzążek, którego jeden koniec jej spadał do kolan. 
Ubiór ten nie mógł podnosić ni jej powagi, ni wdzięków: a przecież i w tym ubiorze była tak 
świetną, tak wspaniałą i tak imponującą, że kto ją pierwszy raz widział, musiał się nią zachwycić, 
a nawet ci, co ją znali od dawna, obchodzili się z nią jak z królową, której życzenia 
każdy usiłuje odgadnąć, a nikt im się nie śmie sprzeciwić. 
Jakimże niepojętym wypadkiem taka królowa niewieściej powagi i wdzięków dostała się 
w rodzinę kupiecką? Wilczek już to powiedział Kergolajowi. Córeczkę zamożnej i znakomitej 
rodziny szlacheckiej, wymordowanej przez Tatarów, Kijas znalazł zbłąkaną na stepie i w 
swoim domu przytulił. Spostrzegłszy u niej już wtedy niezwyczajne zalety umysłu i serca, 
przywiązał się do niej i dał jej wychowanie nadzwyczajnie staranne. Formoza korzystała pilnie 
z tych nauk, i kiedy na pannę wyrosła, stanęła w rzędzie najuczeńszych kobiet stolicy, a 
może nawet wszystkich ziem ruskich. Umiała doskonale po polsku, po rusku, po łacinie, po 
włosku i po niemiecku, a nawet poduczyła się dosyć dobrze prowansalskiego języka, ażeby 
najpiękniejsze ówczesne pieśni rycerskie i miłosne mogła czytać w oryginale. Toż umiała 
wiele takich pieśni na pamięć, które śpiewano jeszcze na dworze Berengarów w Tuluzie, 
umiała także niektóre pieśni Minnesaengerów niemieckich, które przy lutni albo przy gitarze 
śpiewała, ale zawsze tylko dla siebie, nigdy dla gości. Jednak najulubieńszym jej zajęciem 
było czytanie poetów łacińskich — i bodaj czy nie czytywała także ukradkiem Owidiusza Remedia amoris, które w bardzo pięknym odpisie znajdowały się w księgozbiorze jej teścia. 
Wszelako nigdy się nie popisywała ze swoją nauką, a tylko sam Kijas wiedział, jakie skarby 
rozumu i wiadomości się znajdowały w tej głowie kobiecej, jakoż już za to samo, nie tylko ją 
kochał i wielbił, ale obchodził się z nią z taką delikatnością pełną uszanowania, jak gdyby 
świętą miał w swoim domu. 
Wszelako i zacny Kijas był takim samolubnym człowiekiem, jak inni: bez wątpienia nie z 
łakomstwa na jej majątek, którego sam miał dostatkiem, ale dlatego, ażeby tej ukochanej 
istoty nie wypuścić ze swego domu, ożenił z nią swego syna. Stało się to przed rokiem. Formoza, 
młodziutka wówczas dziewczyna, wychowana z daleka od rycerskiego świata, do którego 
należała z rodu i pokrewieństwa, znająca wprawdzie bardzo wielu ludzi, ale nikogo z 
bliska, przywiązana jak siostra do swego przyszłego męża, z którym od dziecka prawie się 
razem wychowywała, wierząca zresztą w każde słowo Kijasa jak w ewangelią i przejęta 
szczerą dla niego wdzięcznością za uratowanie jej życia i majątku, przyjęła to małżeństwo 
bez żadnego oporu i z głębokiego poczucia obowiązku była wzorową żoną i jak najlepszą 
synową. Ale czy mądrze to zrobił Kijas, łącząc tych dwoje ludzi ze sobą? Złośliwe języki 
różnie o tym mówiły — a byli i tacy, co Kijasowego syna uważali za niedorodka i wcale nie
bożę stworzenie; jednak pomimo to pomiędzy żoną i mężem panowała święta zgoda, najbystrzejsze 
oko nigdy żadnej chmurki tam nie dostrzegło i w całym domu płynęły dnie w takiej 
ciszy i z taką powagą, jak msza za mszą się odprawiają w kościele. 
Kundrat właśnie kończył swój raport kupiecki, a zamykając książkę, dodał te słowa: 
— Oto są wszystkie towary, jakie odebrałem w Tustaniu. Ostatnie wozy oddałem przedwczoraj 
naszemu karawanbaszy68, z którymi zaraz poszedł do Dniestru. Dziś nasze szkuty69 
ruszyły, o czym zapewne do jutra będziemy mieli wiadomość. 
Wysłuchawszy go Kijas, milczał i myślał przez chwilę: zapewne szeregował cyfry w swej 
głowie, dodawał, odciągał i multyplikował, układając preliminarz czystego zysku; wszakże 
niebawem się z tą robotą uporał, a wtedy rzekł do Kundrata: 
— Dobrze. Zaciągnij wasze te rzeczy w księgi. Daszkiewiczowi poszlij dwanaście łokci 
sukna i chustkę turecką dla jego żony. Ramułtowi dałem dziesięć złotych węgierskich, aby 
miał zapas w podróży. Wilczkowi zaliczyłem cokolwiek więcej, niżeli mu się należało, o co 
mniejsza, wyrówna się to w jesieni; tylko że kasa baranowska się nie powiększa i jeżeli tak 
dalej pójdzie, to Baranowa nigdy nie wykupimy. Cóżeś tam wasze słyszał o Wilczku? bo imci 
pani Formoza zauważyła, że był jakiś nieswój tym razem i jakby mu coś brakowało. 
To rzekłszy, spojrzał na swoje synowę, a ona odpowiedziała: 
— Pan Wilczek ma jakiegoś mola, który go gryzie, ale nie mogłam go wyrozumieć, co by 
mu było, chociaż zazwyczaj chętnie się przede mną spowiada. Na moje pytania odpowiadał 
ciemno i enigmatycznie, mówiąc: Mężczyźni, tak jak i kobiety, mają swoje zgryzoty, o których 
nie powiadają nikomu, bo wiedzą, że im nikt nie pomoże. Nie wiem jednak, jakie by to 
były zgryzoty. 
— Cóż ci się zdaje? — zapytał Kijas. 
— Mnie się zdaje — odpowiedziała Formoza — że zgryzot nie ma, jeno mu duszno na zamku 
tustańskim. Jemu potrzeba powietrza. Potrzeba mu wojny, w której by się rozerwał i sfatygował 
cokolwiek, albo mu trzeba żony, coby rozweseliła jego zamek samotny. 
Na to zaś prędko odezwał się Kundrat, bo pilno mu było wywnętrzyć się z plotek, którymi 
się obładował w Tustaniu. 
— A ja wiem — rzecze — jaki mól gryzie naszego starostę. 
I tu opowiedział dokładnie i szczegółowo całą historią o Ofce, o Biłowusie i pożarze zagrody, 
malując im wszystkie szczegóły jakby na dłoni, jako Biłowus rżał śmiechem końskim 
na dębie, jako Marucha uniosła Ofkę powietrzem i jako Włostek, porwany miłością dla Ofki, 
pobiegł jej na ratunek, ale nic zdziałać nie mógł, bo przyjechał za późno. 
Formoza słuchała tego opowiadania z żywym zajęciem, bo i najukształceńsze kobiety lubią 
powiastki o czarownicach i zakochanych młodzieńcach, ale rozumny Kijas całkiem inaczej 
się zapatrywał na takie rzeczy, jakoż rzekł po niejakim namyśle: 
— Na toż to waszeć jesteś doktorem obojga prawa, ażebyś takie bajki powtarzał! Nie Biłowus 
tam rżał, tylko jego dziki koń w stajni, i nie Maruchę z Ofką widziano ulatujące z pożaru, 
tylko prawdopodobnie kłęby czarnego dymu, które się prostym ludziom wydały jakoby wydęte 
spódnice. Toż tak rozumiem, że te obydwie kobiety ani uleciały powietrzem, ani zgorzały 
w chałupie, bo sam powiadasz, że nie znaleziono z nich śladu na pogorzelisku, lecz bez 
wątpienia uciekły ziemią, i jeszcze kiedyś się o nich dowiemy. Ale Wilczek mi się nie podoba 
w tym razie, bo najprzód, uwodzić niewinne dziewczęta, to rzecz może rycerska, ale nieuczciwa, 
porzucać je bez ratunku, to rzecz nieszlachetna, a kiedy się już tak stało, nie umieć 
sobie poradzić, to głupio. Miał przecież zakochanego Włostka pod ręką i mógł go z nią ożenić. 
Na to zaś Kundrat: 
— Tak mi to także powiadał Daszkiewicz, dodając, że gdyby mu był starosta tylko słówko 
pisnął o tym, to byłby był wziął Ofkę do siebie, Biłowusa uchodził i Włostka ożenił, a jeśliby się w tej tkaninie była jaka dziura zjawiła, toż to nie masz takiej dziury pomiędzy ludźmi, 
której by nie można załatać szerokimi groszami. 
— Daszkiewicz mądrze powiedział — rzekł Kijas — dobrze o tym wiedzieć, bo może on się 
przysłużyć Wilczkowi, jeśliby się z tego wywiązały jeszcze jakie dalsze trudności. Ale Wilczek 
powinien się jak najprędzej ożenić. Życzę mu tego z serca jako jego przyjaciel... a 
oprócz tego zależy nam na tym, ażeby na zamku tustańskim siedział człowiek porządny i cichy. 
Jak widzę z rachunku waszeci, produkcja tego miasteczka wzmaga się coraz więcej, a 
może się jeszcze znacznie pomnożyć. 
Formoza patrzała przez ten cały czas zamyślonymi oczyma przed siebie, a kiedy ją Kijas 
zapytał: 
— A cóż na to powiada nasza najmilsza synowa? — ona odpowiedziała z westchnieniem: 
— Smutno mi słuchać tych rzeczy. Całkiem inaczej sobie wyobrażałam naszych rycerzy, a 
rozumiałam, że Wilczek pomiędzy nimi najlepszy. 
A wtedy rzekł Kijas, biorąc ją za rękę z uśmiechem zadowolenia: 
— Więc może to nie tak źle, żeś poszła za mieszczanina, z którego dopiero rycerz się robi i 
taki się zrobi, jakim go właśnie mieć chcemy. 
— Ja jestem z mego losu całkiem zadowolona — zawołała na to wesoło Formoza, z czego jej 
teść był kontent i rzekł z ojcowską dobrocią: 
— Przysuńże się teraz do nas, bo mamy tu różne rzeczy, także tymczasem mieszczańskie, 
ale którymi nie zwykli gardzić rycerze, a gdzie się też może coś znajdzie dla ciebie. 
To mówiąc, rozwinął jedne z tych paczek, szpagatem związanych, które leżały na stole, i 
wysypał z niej całą garść pereł białych i czarnych niezwyczajnej wielkości, z których jedne 
były w złoto lub srebro oprawne i widocznie z jakichś naramienników lub diademów wyłamane, 
inne zaś luźne bez żadnej oprawy. Formoza, uderzona blaskiem tych pysznych klejnotów, 
pochyliła się nad stołem, oglądając je z bliska i układając w osobne szeregi według wielkości; 
Kijas przyłożył lupę do oka i zaczął je pojedynczo ze wszystkich stron opatrywać z 
cierpliwą uwagą znawcy — a Kundrat także się ze swej strony nad stołem pochylił i biegając 
łakomymi oczyma po wszystkich perłach, uśmiechał się i oblizywał swe usta rumiane jak 
smakosz, przed którym woniejącą postawiono potrawę. 
Wszyscy byli tymi skarbami niezmiernie zajęci, jeszcze pod wrażeniem podziwu milczeli i 
właśnie chcieli sobie wzajemnych myśli udzielić, ale im przeszkodzono, bo w tym oka 
mgnieniu otwarły się podwoje od sieni i Wilczek wszedł do komnaty. Wilczek był w suknie 
codzienne ubrany bez przyborów rycerskich i wchodząc, rzekł z uśmiechem na twarzy: 
— Owo gość cale niespodziewany. 
Natenczas Kijas, niepomału zdziwiony, lecz zawsze spokojny, położył lupę na stole i rzekł 
ze zwyczajną sobie powagą, ale zarazem i bardzo uprzejmie: 
— Wszelki duch chwali Pana Boga! Licząc mile i dnie, rozumieliśmy, że wasza miłość dojeżdżasz 
dziś do Rzeszowa, a ty tymczasem z powrotem we Lwowie. Cóż się to stało? 
Kijas, znając Wilczka od dziecka, mówił mu „ty” z przyzwyczajenia, a „wasza miłość” z 
grzeczności, Wilczek zaś mianował go ojcem, ale zwyczajem niemieckim, który się jeszcze 
utrzymał we Lwowie, także go tykał. 
— Nie — rzecze Wilczek — nic się nie stało. Tylko zapomniałem tu pewną sprawę załatwić 
na zamku i musiałem się wrócić na chwilę. 
Jednak chociaż to Wilczek powiedział swobodnie i jakby nic nigdy nie było, nikt mu nie 
uwierzył. Formoza była widocznie zniepokojoną, a Kundrat, mając głowę nabitą Biłowusem 
rżącym jak koń i czarownicami ulatującymi w powietrze, patrzał nań prawie przestraszonymi 
oczyma, a nawet, jako człowiek ostrożny, pomału w kąt się zasunął. Kijas zaś rzekł dobrotliwie: 
— Słowom rycerza zawsze wierzymy, ale tym razem tak nam się zdaje, że coś koloryzujesz. 
A wtedy i teść, i synowa zaczęli go cisnąć, jednak na niego nigdy nie potrzeba było wielkiego 
nacisku, bo był prawdomównym i miał serce jakby na dłoni, więc też i teraz bez oporu 
opowiedział im prędko całą historią swego spotkania się z Kergolajem i dlaczego do Lwowa 
powrócił. 
Zaledwie skończył, Formoza, kobieta jak widać serdeczna, przystąpiła szybkim krokiem 
ku niemu i zawołała z uczuciem: 
— Dziękujemy waszmości! Anim się spodziewała, ażeby Jagienka mogła takich plotek narobić. 
A wtedy stary Kijas wstał, ścisnął go także za rękę, ale zaraz na powrót przy stole posadził, 
sam także usiadł i tak mówił: 
— Wiemy od dawna, że jesteś nam przyjacielem w dobrych, a jeszcze pewniejszym w złych 
losach i zawsze ci za to wdzięczni będziemy. Uważałem ja to niejednokrotnie, że w listach 
Jagienki, zresztą (niechaj to między nami zostanie) nie bardzo zrozumiale pisanych, które mi 
pani Formoza zawsze łaskawie komunikuje, znajdują się czasem wyrazy, którym można dawać 
rozmaite znaczenie. Ja je tak rozumiałem, że Jagienka, córka wyniosłych Kmitów i na 
kmitowskim zamku żyjąca, a mająca zapewne wszystkich ludzi, co nie chodzą w pancerzach i 
hełmach z piórami, za podłe a zarazem półdzikie zwierzęta, lituje się nad Formozą, że takiego 
człowieka, a nie rycerza, wybrała sobie za męża. Ale nigdy bym nie był przypuszczał, że pod 
tymi wyrazami kryją się takie potwarze, że ona nam przypisuje takie niecne uczynki i że się 
znajdzie rycerz półwariat, który się do Lwowa wyprawi, ażeby na nas pomścić się za nie. 
— On się tutaj nie wyprawił umyślnie — rzekł Wilczek rektyfikując70 — on jedzie do Ziemi 
Świętej, a tu tylko mimochodem zamierzył zrobić w waszej kamienicy porządek, tak jak zapewne 
w swojej wyprawie do Jeruzalem niejeden inny dwór wymiecie po drodze. 
Na to Kijas cokolwiek niecierpliwie poprawił czapkę na głowie i rzekł: 
— Czy kto umyślnie, czy mimochodem nas powybija i złupi, to jest rzecz dla nas obojętna, 
ale nieobojętna wcale, że takim rycerzom jeszcze zawsze wolno się tak samopas włóczyć po 
kraju. Bo tym panom pracować się nie chce, a żebrać się wstydzą, nuż jeszcze są zdania, że 
ludziom wojennym niewzbronno nawet w czasie pokoju używać środków wojennych. Toż 
sam słyszałem, jak jeden z nich, złupiwszy dwór we wsi, usprawiedliwiał się tymi słowy: 
„Jakże? więc chcesz, ażebym żebrał, kiedy miecz noszę u boku?” — Widujemy tu takich rycerzy 
dość często, a chociaż Lwów ma się kim bronić, przecież bywali tacy, co i nam się dali 
we znaki. A wszakże jest temu dopiero lat trzydzieści trzy, a nie więcej (sam to dobrze pamiętam, bo nawet już byłem proconsulem miasta natenczas), kiedy imć pan Szczęsny z Paniowa, 
którego zwano także Godziemba, niby to na wezwanie papieża Piusa II, zaczął zbrojnie 
włóczyć się po kraju, zaciągać ludzi pod swoje chorągwie i wkrótce nazbierał ich do dwunastu 
tysięcy, a tę armią swoją nazwał krucjatą. Miał niby także ciągnąć na Turka, ażeby go z 
Ziemi Świętej wypędzić, ale tymczasem złupiwszy niemało dworów szlacheckich i wypłukawszy 
wszystkie ziemie dokoła, nareszcie się tak rozzuchwalił, że pod Lwów podstąpił, wychędożył 
wszystkie przedmieścia, aż w końcu zaczął szturmy przypuszczać do miasta. Mogliśmy 
mu się obronić: ale zważywszy, co ta obrona będzie kosztować, a widząc prócz tego, że 
nasz kasztelan jakoś niewiele ma ochoty zetrzeć się na ostre z panem Paniowskim (jako to 
zwykle kruk krukowi oka nie dzióbie), postanowiliśmy się okupić. Ot! jaka to była krucjata: 
kto ciekawy, ten może się doczytać w książkach lonherii, ile nas kosztowała. Temu panu 
Szczęsnemu muszę zresztą oddać sprawiedliwość, bo potem poszedł rzeczywiście do Węgier, 
podjechał ze swoją krucjatą pod sztandary księcia Burgundii i Macieja Korwina, bił się walecznie 
przeciwko Turkom, a nawet, uderzywszy sam z pieśnią Bogurodzicy na obóz turecki, 
wszystkich jeńców uwolnił, za które to czyny rycerskie król Maciej później mu własną synowicę 
poślubił. Ojciec to był tych Paniowskich, co dzisiaj są starostami na Stryju i Zydaczowie. 
Rycerz bardzo waleczny, okrutny pogromca Turków, nie ma co mówić, ale kiedy Turka 
nie było, to swoim dwory i miasta rabował. Po nim bywali tu inni, którym także potrzeba było 
haracz opłacać, chociaż ich można było wybić z miasta, czego wszelako nigdy się nie robiło. 
Oto w tym właśnie wielka jest niegodność i największe bezprawie. Bo jak mi się opryszek 
dostanie w ręce, to go każę powiesić, a jeśli bardzo zuchwały, to nawet i poćwiertować: ale z 
takim paniczem, to i nie wiedzieć, co robić. Nawet i dostawszy go w garść, nielzia go ściąć, 
bo gotów jeszcze jaki książę lub król za nim się ująć i za jego głowę miasto wyłupić. 
— I miasto wyłupić, i panom consulom łby poucinać, bo i to już bywało — poderwał prędko 
Kundrat, który widocznie nie był przyjacielem rycerstwa. 
Na to Wilczek się roześmiał i rzeki do Kundrata: 
— A tobie by się to wcale nie podobało, gdyby ci kto twoje uczoną makówkę zdmuchnął z 
twego tłustego karku? hę? 
Tymczasem zaś Kijas kontynuował dalej: 
— Więc to nie rzecz jest dla miasta, ci rycerze podróżujący niby to do Jeruzalem — a jak się 
rzekło, zajeżdża ich tutaj niemało, a każdy, jak wpadnie do Lwowa, to właśnie jak mucha w 
maź, tygodnie i miesiące tu siedzi, je, pije, hula, bałamuci kobiety i długi zaciąga, a kiedy nie 
ma czym płacić, co, z przeproszeniem, wszystkim rycerzom prawie zawsze się wydarza, to 
zaczyna turbować ludzi, aż się tak wszystkim uprzykrzy, że i z długów go się skwituje i jeszcze 
się mu da poczęstne na drogę, aby sobie z Panem Bogiem do którego innego miasta pojechał. 
Ot! i teraz, już od dwóch tygodni z okładem jest tu Olizar; sześćdziesiąt ludzi przyprowadził 
ze sobą i po przedmieściach rozłożył, sam zaś bankietuje po mieście i pewnie tak będzie 
bankietował ruski miesiąc co najmniej, a nie wiem, kto za niego zapłaci. 
— Widziałem go tu przeszłego tygodnia — rzekł na to Wilczek — spotkałem go na ulicy, 
alem się z nim nie mógł dogadać, bo jak powiada przysłowie: Sereda, piatnica, Olizar pijanica. 
Cóż on tu robi? 
— Na to ci także odpowie piosenka — odpowiedział Kijas z uśmiechem — musisz ją znać: 
A jak pidesz do Bazaru, 
Pokłonysia Olizaru, 
Jordaniwka ciła skaże, 
Jak Olizar diwki priaże71. 
— Ale to dobry człowiek — zauważała Formoza — ten pewnie na nas nie napadnie, raczej by 
stanął w naszej obronie. 
Kundrat zdaje mi się nie był tego zdania, bo skrzywił się na to i rzekł: 
— Na pijanicę nigdy się spuścić nie można, zaś oprócz tego od podwiki i diabeł by go nie 
oderwał. 
Wilczek znowu rozśmiał się głośno i zawołał: 
— Niby też ty wylewasz za kołnierz, a odwracasz się od podwiki! 
Na to Kundrat mocno się zarumienił, bo bardzo bał się Kijasa, ale tymczasem Kijas znowu 
głos zabrał i tak mówił do Wilczka: 
— A o twoim Kergolaju także mamy już wiadomość, bo mamy przecież jakąkolwiek policją. 
I on także rozłożył się na Krakowskim Przedmieściu, a dzisiaj rano był z wielkim trzaskiem 
u kasztelana na zamku. Przyjmowano go tam, jak słyszę, z wielkimi honorami i tytułowano 
hrabią. Ja zaś tymczasem słyszałem — dodał Kijas złośliwie — jakoby go także tytułowano 
batardem, co przy kobietach nie godzi się tłumaczyć na polskie. 
— Jużci tak — rzecze Wilczek — tylko trzeba wiedzieć, że ci batardzi, których też siła jest w 
cudzych krajach, jeszcze dumniejsi są z swego rodu niżeli synowie ślubni, bo powiadają, że 
kiedy ich rodzice przed prawem sami uznali, to każdy wie, jaka krew płynie w ich żyłach, podczas kiedy u tych innych is pater est, quem nuptiae demonstrant72, a w rzeczy, kto tam 
wie, jak to tam było. 
— Ależ to wykręt — poderwał Kundrat — bo przecież im sakramentu brakuje, a i prawa dziedziczenia 
nie mają. 
— Wykręt albo nie wykręt — rzekł Kijas rozumnie — zawsze z ich dumą liczyć się trzeba. Bo 
i ja znałem takich ludzi i to wiem o nich, że będąc braku sakramentu świadomi, są daleko 
drażliwsi od innych i za lada co sieką dokoła siebie. Są nawet między nimi tacy, co sobie 
mówią: kiedy mi jednego sakramentu brakuje, to już mi na jedno grzeszyć przeciwko innym. 
Trzeba więc z nimi obchodzić się grzecznie. Ale ja tak rozumiem, że kiedy by Kergolaj chciał 
jakie burdy wyprawiać, to przecie mu się obronimy, a do obrony zawczasu się przygotujemy. 
Ja jeszcze przed wieczorem pomówię z naszym proconsulem nocnym i każę cichaczem halabardników 
około naszego domu postawić, a oprócz tego i Olizara każę odszukać, bo i ja też 
rozumiem, że mamy w nim przyjaciela. 
Do tego zaś dodał Kundrat: 
— A wreszcie i syn jegomości przed wieczorem przyjedzie ze swymi ludźmi, ten nam kamienicę 
dobrze obsadzi. 
Wilczek słuchał tego wszystkiego z lekkim uśmiechem na twarzy, lecz na tę uwagę Kundrata 
głośno wybuchnął i rzekł: 
— I zaraz Francuzowi łeb utnie, nieprawda? Ty bakałarzu, jak widzę, nie masz wcale pojęcia, 
jaka jest siła u takiego rycerza. Ten Kergolaj nie takie mury łamał we Włoszech i własną 
ręką zdobywał takie fortece, że wasza kamienica przy nich ani za kurnik by nie stanęła. On, 
kiedy by przyszło do tego, nie mieczem, ale packą, jak muchy wybije — a kiedy by tobie dał 
byka w nos, to byś do św. Jura poleciał. Jużci gdyby to był jaki chłystek, co go halabardnicy 
pobiją, to byłbym nie powracał do Lwowa. 
— To jakiś straszny rycerz być musi — rzekła na to Formoza — pewnie wielki jak sosna i ma 
twarz dzióbatą, a wąsy jak miotły. 
— Będziecie go widzieć niebawem — odpowie jej Wilczek — bom zajechał do jego gospody 
i zaprosiłem go, aby przyszedł do was wieczorem. 
Na to Kijas cofnął się w głąb krzesła, podparł ręką podbródek i spojrzał uważnie na 
Wilczka, Kundrat zaś zbladł i zaczął się koło siebie oglądać, zapewne za swoją czapką. Co 
widząc Wilczek, rzekł do Kijasa: 
— Zaprosiłem go do was, ażeby się waszemu domowi przypatrzył, zaczem, jak sądzę, wybije 
sobie z głowy te plotki. 
A wtedy Kijas, zastanowiwszy się nad tym, odpowiedział mu prędko: 
— Dobrze zrobiłeś. Jużci tak lepiej. A więc, pani synowo — dodał, obracając się do Formozy 
— każ nam z twej łaski dobrą przygotować wieczerzę, a nie zapomnij o tym, że taki rycerz 
pewnie lubi małmazją. 
Formoza wyszła, zaś pozostali mężczyźni prowadzili dalszą ze sobą rozmowę, a Kijas tak 
mówił: 
— Otóż to widzimy, jakie wydaje owoce to średniowieczne rycerstwo, co zasklepiwszy się 
w sobie samym i swoich dzisiaj już przestarzałych zasadach i obyczajach, zaczyna cuchnąć 
zgnilizną jako woda stojąca. A cóż dopiero powiedzieć o rycerzach bezżennych, którym ich 
domy wydają się pustką i którzy muszą się włóczyć po świecie, ażeby znaleźli jakąkolwiek 
rozrywkę. Dopóki wojna, to dobrze: biją się za swój kraj, za króla albo za wiarę, a poświęcając 
swe zdrowie za jakieś dobro doczesne lub wieczne, służą pewnemu celowi, ale w czasie 
pokoju szukają sobie rozrywki po gościńcach, po cudzych dworach, po miastach, od czego 
włosy trzeszczą ich bliźnich, a ich sumienie ciężkimi się obciąża grzechami. Ja tobie życzę z 
całego serca, mój kochany Lenardzie, ażebyś się jak najprędzej ożenił, bo i ty z czasem zbłąkasz 
się na bezdroża i czystą duszę twoje obrukasz. Masz urząd, to prawda, masz i własną siedzibę, ale twój urząd także cię tylko wtedy zatrudnia, kiedy kraju trzeba bronić od obcego 
najazdu, albo też z królem pociągnąć na wojnę... a w twojej siedzibie jaskółki się gnieżdżą 
pod dachem, a puszczyki na wieżach. A całkiem inaczej wyglądałby zamek tustański, gdyby 
w nim młoda starościna założyła swe gniazdo i gdyby koło niej zaświegotały dziecięta. Toż 
nie tak to trudno o wdzięczną żonę, a zwłaszcza kawalerowi takiego rodu i siedzącemu na tak 
wysokim urzędzie. Ot! i koło nas, gdzie spojrzysz, to dziewka jest na wydaniu. Paniowscy, o 
których dopiero co wspomniałem, na Stryju i na Zydaczowie mają córki dorodne, starosta 
samborski, Melsztyński, ma aż trzy córki, a nawet i nasz kasztelan ma dziewkę jeszcze nie 
zaswataną, tylko podobno cokolwiek ułomną. Trzeba więc obejrzeć się po sąsiedztwach... 
Ale Wilczek mu przerwał i rzekł: 
— Nie dla mnie ta dobra rada, mój ojcze. Kto żony szuka, ten jej nie znajdzie. Kogo drudzy 
ożenią, ten jakby załogę obcego żołnierza dostał do swego domu, pod której ciężarem wzdycha 
potem przez całe życie. Według mnie, żona powinna przyjść sama i niespodzianie jak 
deszcz albo pogoda, albo, co jeszcze lepiej, jak błyskawica, co olśni człowieka i potem wciąż 
jasnym świeci mu światłem do grobu. 
W tej chwili weszła Formoza i z widocznym upodobaniem słyszała te słowa, spokojny 
Kundrat ich nie rozumiał, bo błyskawic nie lubiał, a doświadczony Kijas rzekł na to: 
— Dobre i błyskawice, bo czyszczą powietrze, a więc i duszę człowieka mogą oczyścić, ale 
po błyskawicach zazwyczaj następują pioruny i grzmoty, a to niedobrze, jeżeli żona po domu 
piorunuje i grzmoci. 
Tymczasem zaś Wilczek tak mówił dalej: 
— Ja tam żony szukać nie będę. Tylko jak teraz ze Lwowa wyjadę, to wstąpię na Sobień, bo 
najprzód muszę wyspowiadać owe pannę Jagienkę, dlaczego w tym wieku (bo powiadają, że 
młoda) bawi się babuszerią, a potem, tak się przynajmniej spodziewam, wybiję jej z głowy 
tego Francuza. Bo czy to rzecz jest dla panny takiego domu (choć prawdę mówiąc, boczna to 
linia kmitowska) przyjmować takiego pędziwiatra na służbę? Jużci to rycerz nie lada jaki, 
chętnie mu to przyznaję, a nawet rotmistrz królewski, ale mnie wszyscy diabli biorą, żem się 
nie mógł z nim zmierzyć, a mógłbym ten dzwonek podeptać nogami, co naszej bitwie przeszkodził. 
A Kijas na to, mówiąc powolnie i ważnie: 
— Chwalebny jest taki ferwor rycerski, zwłaszcza w obronie niewinnych, ale jeżeli chcemy 
być sprawiedliwi, to musimy powiedzieć, że i Kergolaj także chciał bronić niewinnych, a nie 
jego to wina, że miał złe informacje. Co zaś do bitwy, to chwała Bogu, że nie przyszła do 
skutku. Nie kupiecka to rzecz sądzić sprawy rycerskie, ale ja miewam godziny, w których nie 
jestem kupcem, tylko człowiekiem, co trzeźwo rozmyśla nad tym światem i uważnie się rozpatruje 
w tym wszystkim, co się dzieje około niego. Otóż ja nigdy nie mogłem tego zrozumieć, 
jaką wy w tym znajdujecie uciechę, ażeby krew ludzką przelewać, a zwłaszcza za honor 
jakiejś damy, której czasem nawet wcale nie znacie, albo za wstążkę, którą ta dama darowała 
komuś innemu. Wiedzcież o tym, że czasy tych heroizmów dla jakiegoś kaprysu, a nie mających 
rozumnych celów, już są na schyłku, tak samo jak owe scholastyczne mądrości, o których 
nasz rozumny Grzegorz z Sanoka powiedział, że to są somnia vigilantium73 jakoby sny 
nocne na jawie. Ej! żal się Boże zawczesnej śmierci tego niezrównanego Grzegorza z Sanoka, 
którego żywot Callimachus tak pięknie opisał, którego ja znałem przez tyle lat i któremu 
wszystko zawdzięczam, co wiem i co umiem. On to pierwszym był u nas, co greckim i rzymskim 
poetom a mędrcom należytą cześć oddał, pisma ich z zapomnienia wygrzebał, mądrość 
ich wyrozumiał i nas nauczył ich czytać, pojmować i cenić. On całkiem inaczej się zapatrywał 
na te czasy, w których żyjemy, a zarazem i na te, co przyjdą niebawem. Idąc za jego śladem i 
ja też widzę daleko jaśniej to, co się dziś dzieje, i to, co się przygotowuje, niżeli wy wszyscy, 
co tylko z dnia na dzień żyjecie. Monarchowie się wyłamują spod zwierzchnictwa papieża, a narody się wybijają spod samowolnej władzy monarchów — i odtąd już nie popuszczą, aż póki 
człowiek swoich praw nie odzyska, i tak nie będzie na świecie, jak było w starożytności. Wynaleziono 
proch, który już znacznie osłabił żelazną rękę uprzywilejowanego rycerza; odkryto 
sposób drukowania, a przeto i rozpowszechnienia rzeczy pisanych, zaczem światło coraz 
szybciej przebija się przez nie przedarte od tylu wieków ciemności; nuż wreszcie Hiszpanie 
wydobywają z morza kraje dotychczas wcale nie znane, a tak i oddechu przybywa całej ludzkości. 
Zgoła, gdzie spojrzysz, wszędzie zmrok coraz niżej opada ku ziemi, po całym horyzoncie 
przelatują błyski świtania, światło dnia coraz więcej bieleje, rozum ludzki się budzi, rozpędza 
chmury przesądów i obyczajów zakrzepłych, a wzywając wszechludzi żyjących do 
pracy, odtąd już nie ustanie, aż póki dla nich i tych praw nie zdobędzie, które im dadzą możność 
pracowania spokojnie na chleb codzienny i na pożytek ogólny. Całe wasze rycerstwo, to 
już dziś ciało bez ducha, to cień czasów minionych, to nie pogrzebany umarły. Jużeście się 
nie tylko ubogim ludziom, ale i samym królom uprzykrzyli do syta, jakoż już w wielu krajach 
zastąpiono was stałymi wojskami — ten czas bardzo już niedaleki, gdzie rycerz, błąkający się 
samopas i prowadzący wojny na własną rękę, będzie jak wilk, co się zjawił pomiędzy pasterzami 
pasącymi spokojnie swe trzody i którego też pasterze jak wilka kosturami zatłuką. 
Wilczek go słuchał uważnie, lecz śmiał się i mówił: 
— Wszystko to się odnosi nie do mnie, tylko do tego Francuza, co chciał panią Formozę z 
waszej niewoli wybijać. Lecz jeśli do mnie, to ja ci powiem, że ja się w te tam świtania wcale 
nie mieszam. Jużci i ja uważałem, włócząc się przez parę lat po cudzych krajach, że się świat 
zmienia pomału. Rycerstwo się czasem ludowi uprzykrza, a nieraz i królom staje się niedogodnym. 
Król francuski Karol VII zaczął tworzyć stałą armią, a inni idą za jego tropem. Ale 
jeszcze do wytępienia rycerstwa bardzo daleko. Popatrz no, co się dzieje w Niemczech: tam, 
co zamek, to rycerz wojujący na własną rękę, a zamków jak drzew w lesie. Nie my to jeszcze 
wytępimy rycerzy — a zresztą według mojego zdania, nawet wcale ich tępić nie trzeba, bo 
przecież na nich stoi cała obrona kraju. 
Ażeby zaś przerwać tę rozmowę, która widocznie była mu nie do smaku, rzekł prędko do 
Formozy: 
— A pani Formoza co na to? czy także jest za tym, ażeby wygubić rycerzy? 
— Ja — odpowiedziała Formoza — ja wcale nie jestem uprzedzoną przeciwko rycerzom. Może 
tam czasem trochę narobią hałasu, ale życie swe ważą dla drugich ludzi, a przy tym jest to 
najpiękniejsza ozdoba kraju. 
To wszakże zniecierpliwiło cokolwiek starego Kijasa, jakoż powtórzył jej z pewną cierpkością 
dawną piosenkę niemiecką: 
An Rittern preisen die Frauen, 
Nichts anders denn hauen, 
Und Feste vorhalten74. 
Niewinna Formoza bardzo się tym zmieszała, ale Kijas rzekł zaraz do Wilczka: 
— Słuchaj, panie starosto! powiedz mi prawdę; czy wierzysz ty temu, że wszyscy ludzie się 
rodzą z kułbaką przyrośniętą na plecach, a tylko niektórzy z munsztukiem w ręku i ostrogami 
u butów, aby jeździć na tamtych? hę? 
Ale Wilczek był wesół i tak mówił: 
— Ja nie wiem wprawdzie, z czym na świat przyszedłem, bom nie miał rozeznania natenczas, 
ale to pomnę, że kiedym się koło siebie obejrzał, tom spostrzegł, że mam poddanych, 
którzy mnie bez oporu słuchają. Co tam wam mieszczanom świta po głowach przeciwko rycerstwu, 
to także mi nie wiadomo, bom ja człowiek królewski, mam słuchać mojego pana i na 
tym cały mój urząd się kończy. Ale jeżeli ci to sprawi uciechę, to ci powiem, że i naszemu królowi także coś świta w głowie przeciwko niepodległemu rycerstwu. Nauki Kallimacha nie 
poszły u niego w las, myśli on o tym naprawdę, jakim by obyczajem mógł przyjść do armii 
stojącej, którą by sam dysponował, a pozbyć się tej zbrojnej szlachty, która królewskiej trąby 
wojennej nie usłucha, kiedy się jej nie podoba, a natomiast sama wojnę zażegnie, kiedy ma 
fantazją po temu. Początek ku temu już jest zrobiony, bo dwór wojskowy królewski liczy tysiąc 
sześćset ludzi i milczkiem się ciągle pomnaża. Ale na tym nie koniec, bo i ku temu się 
czynią przygotowania, ażeby szlachtę pościągać z jej zamków i dworów i uszykować w stałe 
chorągwie, które by leżały po miastach, a po wsiach niechby tam sobie siedzieli tenutariusze, 
włodarze i chłopi. Nigdy mnie król do swojej rady nie wzywa, bom na to jeszcze za młody, 
ale takie tam wieści chodzą po kordegardach i dosyć się ich zawsze nasłucham, kiedy jestem 
na służbie w Krakowie. 
— Więc niechże mu Bóg błogosławi, kiedy ma takie zamiary — rzecze na to Kijas — bo na 
tej drodze pozbędziemy się wreszcie tej rycerskiej opresji, pod którą nieraz tak ciężko wzdychamy. 
Czy to jest rzecz zgodna z którąkolwiek wiarą, a choćby nawet z sumieniem, ażeby 
pomiędzy milionami spokojnych mieszkańców była garstka uzbrojona w ziemski przywilej 
grzeszenia bezkarnie przeciwko Bogu i ludziom? A przecie taki przywilej ma to rycerstwo. 
Król dobrze zrobi, jeżeli weźmie w żołnierskie ryzy tych panów, a odda ziemię tym, którzy na 
niej spokojnie pracują. 
— To bardzo dobrze — odpowiedział mu Wilczek — ale czy mu się to uda, to inne pytanie, a 
nawet wątpić o tym należy. Bo widzisz przecie, jak ta szlachta wciąż rośnie w prawa i przywileje 
pomimo wszystkich królów, którzy, mniej albo więcej, takie same mieli zamiary. Kazimierz 
Wielki jeszcze ją trzymał na wodzy, ale po jego śmierci już Ludwik Węgierski musiał 
jej ustępować, bo tylko przywilejami mógł się utrzymać przy polskiej koronie. Jagiełło, chociaż 
przyzwyczajony do samowolnej władzy na Litwie, jeszcze daleko droższe musiał jej 
składać okupy, a Kazimierz, syn jego, jakkolwiek także dobrze rozumiał, co jego władzę 
osłabia, podpisał Statuty nieszawskie i spętał swoje powagę sejmami. Czyż dziś, kiedy ta 
szlachta już ma swoje pisane prawa, kiedy się tak rozrodziła, a niektórzy z niej takie ogromne 
posiedli majątki, że są niemal bogatsi od samego króla, a nawet i własne wojska trzymają, czy 
dziś można przypuścić, że król ją spęta na powrót, z jej zamków i dworów pościąga i w żołnierzy 
obróci? 
— A przecie to dzieje się w Europie — rzekł Kijas. 
— Ale nie tak, jak u nas — odpowiedział mu Wilczek — bo w Europie wszystko się dzieje po 
europejsku, a w Polsce wszystko po polsku. Tam szlachta wyłamuje się także spod samowładzy 
królewskiej i różne prawa nabywa, ale razem z nimi unosi to przekonanie, że jeżeli je 
chce zachować, a zwłaszcza pomnożyć, to musi je ciągle ogrzewać w słońcu królewskim. A u 
nas przeciwnie, im więcej praw szlachta nabywa, tym więcej się oddala od tronu, tym mocniej 
butnieje i tym zuchwałej nad tym rozmyśla, jak by to każdy mógł się całkiem usamowolnić 
i sam na swym śmieciu zostać chociażby małym królikiem. U nas całkiem inaczej, mój 
ojcze. Trzeba by tobie choćby mały czas pobawić na dworze królewskim, a widzieć z bliska 
te rzeczy; dopiero wtedy mógłbyś zrozumieć, czy u nas sprawy publiczne także tym samym 
torem się toczą, jak w cudzych krajach, o których tak dobre masz wiadomości. 
Z tych kilku słów można było zaraz rozeznać, że Wilczek żył życiem dworskim i daleko 
trzeźwiej i trafniej się zapatrywał na bieżące wypadki niż stary Kijas, co lubo bardzo rozumny 
i widzący daleko, nie miał jednak styczności z tymi, którzy wtedy rządzili krajem. Mimo to 
już usta otworzył, aby mu odpowiedzieć, ale wtem dał się słyszeć tętent na bruku, Wilczek 
wstał z krzesła, zajrzał do okna i rzekł; 
— To Kergolaj przyjechał. 
Kundrat zerwał się prędko i zgarnął owe perły i inne klejnoty, które leżały porozkładane na 
stole, ażeby je schować, na co Formoza się w głos roześmiała, a tymczasem Kergolaj wszedł 
do komnaty. 
Kergolaj ubrał się bardzo pięknie i lekko na te odwiedziny. Miał na sobie tylko koszulkę z 
polerowanych kółek stalowych, wyrabianą w Yorku i bardzo drogo płaconą, hełm lekki z 
przepysznymi piórami pod pachą, bogato oprawny, lecz krótki mieczyk u boku, a na szyi ów 
łańcuch żelazny z kokardą u lewego ramienia, który włożył na siebie jako miłosny sługa Jagienki. 
Spodnie ubranie miał bardzo obcisłe, a do tego lekkie buty rycerskie ze złotymi ostrogami 
— a tak można go było wziąć dobrze na oko i widać było, że nie był wcale garbaty, tylko 
piersi i plecy miał nadzwyczajnie wypukłe i był cały nabity, silny i muszkularny, jak gdyby 
go kto wyciosał z kamienia albo wykuł z żelaza. 
Zaledwie wszedł, każdy mógł dostrzec, że był to kawaler światowy, obywały po wielkich 
dworach, grzeczny nad podziw, wesołego temperamentu, a przy tym nie próżny tej lekkiej 
ironii, z jaką częstokroć wielcy panowie traktują niższych od siebie. Albowiem zaraz się zbliżył 
do starego Kijasa i nasypał mu tyle komplementów wielkoświatowych, że trzeba się było 
dziwić, jak się to wszystko mogło w jego gębie pomieścić. Stary Kijas stał przed nim ze 
swoim biretem w ręku i uśmiechem na twarzy i widocznie był kontent z tego powitania, toż 
mu także odpowiedział komplementami, bo i jemu wymowy nie brakło, ale nie mógł się 
wstrzymać od lekkiego przycinku, dodając te słowa: 
— Jak każdego sławnego rycerza stugłośna poprzedza fama, tak i przed przyjazdem waszej 
miłości dobiegły nas wieści o jego szlachetnych zamiarach bronienia osób niewinnych, a karania 
złoczyńców. Jako ludzi czasami grzesznych i nas też na tę wieść obleciała obawa i jużeśmy 
widzieli naszą kamienicę szturmem zdobytą, a nas samych na sztuki pociętych. Lecz 
widząc teraz kawalera tak wzniosłych przymiotów umysłu i serca, a przy tym tak ujmującej 
postaci, ochłonęliśmy i pochlebiamy sobie, iż zasłużymy u niego na lepsze o nas rozumienie. 
Więc Kergolaj protestował się bardzo wymownie i zręcznie, mówiąc, że nie masz tej potęgi 
na świecie, która by mogła plotkom drogę zagrodzić, że zamek sobieński leży w takiej 
puszczy zapadłej, do której i światło dzienne z trudnością się przeciska, że już u Koniecpolskich 
się prawdy dowiedział, a Wilczkowi pod Wisznią już tylko półżartem te plotki powtórzył, 
a wreszcie śmiał się sam z siebie, że takim niedorzecznościom mógł choćby tylko na 
mgnienie oka uwierzyć. Ażeby zaś na tym już skończyć, obrócił się zaraz do Formozy, a będąc 
widocznie pod wrażeniem jej imponującej piękności, już nie komplementami, ale całymi 
bukietami najwonniejszych kwiatów wymowy tak ją obsypał, że ta młoda kobieta, chociaż do 
kadzideł przyzwyczajona, przecież musiała się zarumienić i kilkakrotnie oczy spuścić ku ziemi. 
Najprzedniejsze formy grzeczności, częstokroć nawet całkiem niezrozumiałe, a wtedy 
właśnie najwyżej cenione, były podówczas powszechnym u całego rycerstwa zwyczajem. 
Jednak Formoza odpowiedziała mu przytomnie i równie uprzejmie, lecz zaraz spytała go o 
Jagienkę, mówiąc z skromnością: 
— Bardzo dalekie wiąże nas pokrewieństwo i nigdyśmy się nie widziały, wszelako los jej 
bardzo mnie żywo obchodzi, a wasza miłość mocno mnie zobowiążesz, jeżeli mi opowiesz, 
jak wygląda i jakie prowadzi życie na zamku sobieńskim. 
Więc Kergolaj zaczął jej opowiadać. A wtedy już się zmierzchać zaczęło i w izbie jadalnej, 
do której drzwi były na ścieżaj otwarte, zaczęto już światła zapalać, ogromny pająk brązowy, 
wiszący nad stołem, już nakrytym i zastawionym, i wieloramienne srebrne lichtarze, 
stojące na stole. Tu biły jeszcze blaski zaszłego słońca w okna, patrzące na zachód, a stamtąd 
płynęły fale światła od świec jarzących. Owóż w to oświecenie wpadł nagle z drzwi bocznych 
młodzieniec i stanął zdziwiony pomiędzy Kergolajem i Formozą z jednej a Kijasem i Wilczkiem 
z drugiej strony, nie wiedząc na razie, jak i do kogo ma się odezwać. Kundrat stał jeszcze 
wciąż w kącie za stołem, trzymając pod pachą paczki z perłami i brylantami. 
Młodzieniec ten był to mały człowieczek, mniejszy od Kergolaja, szczupłej kompleksji, 
blondyn o bladej twarzy, z bogatą czupryną w tył zarzuconą, lecz spadającą w kędziorach, z 
dużymi niebieskimi oczyma, z nosem ormiańskim, lecz kształtnym, i z bardzo słodkim, chociaż 
może cokolwiek naiwnym wyrazem na twarzy. Pomimo lat dwudziestu trzech albo czte
rech nie miał jeszcze ani meszku na wąsach, ani na brodzie, a oprócz nosa całe jego pochodzenie 
ormiańskie odbijało się w cerze bardzo żółtawej. Wdał się zapewne w matkę, która 
była córką polskiego szlachcica, nazwiskiem Burza, co był pierwszym Polakiem wybranym 
rajcą lwowskim w roku 1472. Mimo szczupłości wzrostu trzymał się jednak dość żwawo, był 
ubrany z rycerska w kaftan łosiowy i miał mieczyk u boku i buty wysokie z ostrogami. 
Widząc jego chwilowe zakłopotanie, Kijas zwrócił się do Kergolaja i rzekł: 
— Mój syn Tigranes, a mąż pani Formozy. Rycerska krew matki w nim płynie, uczy się waszego 
rzemiosła, może tam kiedyś po wieloletniej służbie wysłuży sobie choć srebrne ostrogi. 
Kergolaj takim niepoczesnym kandydatem na rycerza, a jeszcze więcej tym się zadziwił, 
że to jest mąż Formozy, ale jako grzeczny kawaler podał mu rękę i rzekł serdecznie, chociaż 
trochę protekcjonalnie: 
— Witajże, przyszły rycerzu, a bądź przekonany, że nie tak to trudno dobić się ostrogów. 
Na to i łaska królewska wystarczy, boć król i przed bitwą może pasować rycerzy, evaginato 
ense, creat milites ter percutiendo75. A jeśliby pomoc starszych rycerzy mogła ci się zdać na 
co, to licz na nas jak na Zawiszę. 
Tymi grzecznymi słowy ujął sobie widocznie Kijasa i Formozę, którzy mu wdzięcznym 
dziękowali uśmiechem, a Tigranes już wcale się przykleił do niego, ściskając mu rękę po kilkakrotnie 
i opowiadając mu zaraz swoje historią. 
Był to chłopak wymowny i śmiały, czujący wielki majątek za sobą i pragnący wyjść za 
stanu mieszczańskiego, a wynieść się wyżej, być może nawet, że ta żądza wejścia pomiędzy 
rycerstwo go całkiem opanowała. Opowiadał bowiem z pewnym zapałem, że ukończywszy 
niższe szkoły w Krakowie, uczył się potem rycerskiego rzemiosła w Wiedniu, był następnie 
pazikiem u jakiegoś niemieckiego gaugrafa, a wreszcie przejechał całą Francją, Hiszpanią i 
Włochy, a nawet brał udział w rozmaitych utarczkach; teraz się przygotowuje, aby wejść w 
służbę królewską, lecz jeszcze nie wie, czy zostanie przyjętym. Bardzo to pięknie i malowniczo 
opowiadał Tigranes; ale tymczasem trzeba było iść do wieczerzy. 
Kergolaj zatem podał ramię Formozie, Kijas szedł z Wilczkiem, a Kundrat sam postępował 
za nimi, bo Tigranes szedł obok Francuza, usiłując dla niego być grzecznym i chcąc mu 
pokazać, że Lwów w wykwintnych formach obejścia nie pozostaje za Francją. 
U Kijasa jadano kopiasto i tłusto, korzenne i pieprzno, jak wówczas było w zwyczaju, a do 
tego w srebrnych dzbanach było dostatkiem starej małmazji, jaką i kardynał Fryderyk pijał 
chyba tylko we wielkie święta i kiedy miał przedniejszych gości u siebie. Kergolaj znał się na 
kuchni i na piwnicy, jadł więc smacznie i kubki do dna wychylał, a kiedy nareszcie podano 
poważny kielich trembowelski, pod owe czasy najwięcej szanowany ze wszystkich, to tak go 
przelał w swe gardło, że i sam wojewoda ruski, Mikołaj Tęczyński, najsławniejszy biba swojego 
czasu, lepiej by nie potrafił. Rozmawiał przy tym z Formozą, śmiejąc się i żartując, ale 
zarazem wypytując ją zręcznie o rozmaite stosunki rodzinne, zadawał czasem Tigranesowi 
znienacka takie pytania, na które młodzieniec nie zaraz umiał mu odpowiedzieć; obok tego 
strzelał dowcipami do Kijasa i Wilczka, a jako to, gdzie drwa rąbią, tam trzaski lecą, tak nieraz 
i Kundratowi się coś oberwało. Kiedy zaś wodę podano do umycia wąsów i rąk, co wtedy 
było niezbędnym, bo jeszcze widelców nie znano, to Francuz ze wszystkimi już się tak serdecznie 
pobratał, jak gdyby się był rodził we Lwowie, a wychowywał w domu Kijasa. 
Toż wyszedłszy razem z wszystkimi do przyległej komnaty, gdzie zapalono dwie lampy 
oliwne, był w doskonałym humorze, uśmiechał się, wąs kręcił, nogi daleko wyżej podnosił, a 
przyparłszy Wilczka do ściany, rzekł do niego półgłosem: 
— Słysz Wilczek, plotki bo plotki, nie ma co mówić. Ale że w każdej plotce jest trochę 
prawdy, o tym już i starzy Rzymianie wiedzieli. Wydać taką Formozę za takie niebożę stworzenie 
i zamknąć ją w tej kamienicy, to prawie to samo, jakby ją zatrzasnęli w haremie, tylko 
że w tym haremie, jak mi się zdaje... 
Ale Wilczek mu przerwał mówiąc: 
— Ot, co się mieszasz w nieswoje rzeczy! Przekonałeś się, miejże dość na tym. W dodatku 
zaś miej sobie za szczęście, żeś poznał taką kobietę, jakich niewiele widziałeś w twym życiu. 
Nie wiem ja, jak wygląda twoja Jagienka, ale ja, jeślibym już miał szukać róży w Jerycho, to 
wolałbym jej szukać dla Formozy niż dla Jagienki. 
Na to Kergolaj cmoknął ustami i rzekł: 
— Ba! ale to dziwnie obronna forteca. Na pierwszy rzut oka zdaje mi się, że desinit in piscem 
mulier Formosa superne76. Około takich dużo traci się czasu, a potem człowiek spostrzega, 
że gonił za wiatrem. 
— A tobie smaczniejszy chleb łatwy — zawołał Wilczek, śmiejąc się głośno. 
Na to Francuz wykręcił się na pięcie i właśnie się spotkał twarz w twarz z Kundratem. Zaczem 
palnął go po ramieniu i rzekł poufale: 
— Cóż, panie Kundrat! powiedzże mi, jakim to jesteś doktorem, prawa czy teologii, medycyny 
czy sztuk wyzwolonych? 
Kundrat, nie lubiący zetknięcia się z rycerzami, pod uderzeniem, choć bardzo lekkim, 
prawie się do ziemi nachylił, a wyprostowawszy się na powrót, twarz trochę na stronę przechylił, 
bo myślał sobie: Jak da byka w nos, to do św. Jura diable daleko. Wszelako z uprzejmym 
odpowiedział uśmiechem: 
— Jam doktor obojga prawa, do usług waszej miłości. 
— Więc, panie doktorze — rzekł na to Kergolaj — jak będę miał jaki proces z tutejszymi łyczakami, 
to tobie się oddam w obronę. 
Tymczasem Tigranes, który słuchał tej rozmowy, śmiał się w głos i mówił: 
— Z łyczakami najlepszy proces na kopie i miecze. Nigdy się nie boją; zawsze dadzą za 
wygraną i jeszcze się dobrze okupią. 
Kundrat, korzystając zręcznie z tej sposobności, odpłynął w inny kąt izby, a Francuz wziął 
młodzieńca pod ramię i rzekł serdecznie do niego: 
— Mój młody bracie, wiedz o tym, że we mnie masz przyjaciela, a moja przyjaźń, tak mi 
się zdaje, coś warta, zwłaszcza dla kandydata rycerskiego rzemiosła, bom ja jeszcze nie stary, 
ale już od lat dwudziestu miecz noszę u boku, nigdym żadnemu wrogowi z drogi nie ustąpił, a 
jeszcze włos z głowy mi nie spadł. Owo więc jako przyjaciel powiem ci, że masz żonę, co jej 
siedzieć na tronie, a jeszcze i tam by wszystkie damy rycerskie zaćmiła swym blaskiem. Tyś 
się w czepku urodził — dodał, trącając go w bok — bodajbyś tylko nie zginął na szubienicy. 
Ale Tigranes wcale na to głowy nie podniósł, owszem, rzekł z lekceważącym uśmiechem, 
a z otwartością po dziecięcemu naiwną: 
— Ot, co mi tam żona! Aniby mi na myśl nie było przyszło się żenić, gdyby mnie ojciec nie 
był wyswatał. U mnie kopia a miecz to najlepsze małżeństwo; gdyby tylko Pan Bóg dał wojnę 
jak najprędzej, abym się mógł na niej pokazać. Przeze mnie, chociażby kobiet wcale nie 
było na świecie! 
Na to Kergolaj spojrzał mu w twarz bardzo uważnie, widać, że jakaś myśl mu przeleciała 
przez głowę, jakoż powiedział już tylko, ażeby zakończyć rozmowę: 
— Ej, znam ja was, panowie mężowie. Udajecie obojętnych, ale niechby się kto do waszej 
żony przybliżył, to wy go za łeb, a potem — niechże go Pan Bóg ma w swojej opiece. Wiedzże 
o tym, że mnie nie złapiesz, bom ja lis szczwany, a do tego... po rycersku uczciwy. 
Mimo to wszakże, odwróciwszy się od niego, zaraz Formozę odszukał, która siedziała w 
poręczowym krześle pod ścianą, więc sobie drugie krzesło jak najbliżej do niej przysunął i 
zawiązał z nią długą rozmowę. Formoza miała rzeczywiście taką sławę w mieście, że jest 
śliska jak węgorz, najwymowniejszemu kawalerowi zawsze się zręcznie wywinie, a kiedy 
zręczność już nie wystarcza, jako to często się wobec owoczesnych zuchwałych natrętów 
zdarzało, to się na pewno obroni swoją majestatyczną powagą; ale dlatego właśnie, będąc siebie pewna na każdy wypadek, przypuszczała do siebie bardzo blisko wszech kawalerów i 
pozwalała im prawić sobie wszelkie możliwe androny. Tu tedy Kergolaj, lubiący jak każdy 
Francuz ożywioną rozmowę, znalazł dla siebie wyborne pole popisu i był niewyczerpany w 
komplementach i żartach. Formoza, kochająca się także w szermierce na słowa, była wymowną 
i wesołą jak rzadko, a chwilami tak głośno się śmiała, że stary Kijas, chociaż był także 
żywą zajęty rozmową z Kundratem i Wilczkiem, której Tigranes się przysłuchiwał, po 
kilkakrotnie rzucał na nią okiem, może raczej ciekawym, ale prawie jakoby zaniepokojonym. 
Otóż wśród tej rozmowy Formoza upuściła chusteczkę na ziemię i sama się za nią schyliła, 
ale Kergolaj ją uprzedził i patrząc jej w oczy, rzekł chytrze: 
— Niech się panna nie trudzi. 
Na to Formoza uśmiechnęła się z lekka i zauważyła: 
— Wasza miłość niedorzeczność powiedział. 
Kergolaj zaś zapytał odważnie: 
— Albo nie? 
A wtedy Formoza pąsowym spłonęła rumieńcem, chciała coś odpowiedzieć, ale nie mogła, 
jakoż wstała natychmiast i wyszła do drugiej komnaty. 
Za nią poszli jeden za drugim Wilczek, Tigranes i Kundrat; Kijas rozumiał zrazu, że się 
Formozie coś stało, ale się uspokoił w ten moment, bo usłyszał, że w tej drugiej komnacie 
żwawo rozmawiano, a nawet głośno się śmiano. 
Kergolaj zaś tymczasem, kontent ze siebie, jak gdyby go na sto koni kto wsadził, zbliżył 
się do Kijasa i rzekł po przyjacielsku: 
— Panie Epaminondas! Bóg ci zapłać za wieczerzę, a zwłaszcza też za małmazją, za którą 
mógłbym cię cmoknąć w sam dzióbek, bom już dawno się z taką nie spotkał. Jeno się boję, 
żeby mnie łeb nie rozbolał, bo to wino jak ołów. 
Więc Kijas był kontent jak każdy, któremu znawca chwali piwnicę, i zaraz się z nim spoufalił 
mówiąc: 
— Ot, gadasz sobie jegomość. Jest u mnie jeszcze lepsza, co ją chowam na wielkie święta, a 
przecie jeszcze nikomu od niej łeb nie rozbolał. Ale gdyby tylko taka, to powiedz prawdę, 
przecie to weselsza u mnie gościna niżeli u księdza Chryzostoma, co podobno, jak słyszę, 
chciał ci na samym wstępie pięćdziesiąt dyscyplin wypalić... 
— Ale Francuz niegłupi! — przerwał mu Kergolaj, śmiejąc się głośno. 
— Jużci to prawda — mówił Kijas dalej — ale nie wiem, czyś waszmość mądrze to zrobił, żeś 
drapnął. Boć dyscypliny bolą cokolwiek, ale ksiądz byłby ci grzechy odpuścił, a jak cię widzę, 
tak mi się zdaje, że byłoby ci nie zawadziło ulżyć sobie cokolwiek ciężaru przed przyjazdem 
do Lwowa, bo tutaj, nie wiem, ale tak sobie myślę, że się znów trochę grzechów przyzbiera... 
— A jegomość mnie także masz za głupiego, jak widzę — odpowiedział mu Kergolaj — a 
może nawet za poganina. Otóż wiedz o tym, że Kergolaj może czasem zanadto myśli o ciele, 
ale nigdy nie zapomina o duszy. Nie mogłem tego powiedzieć Chryzostomowi, bo czasu na to 
nie było, ale tobie powiem, że jadąc z Włoch do Krakowa, wstąpiłem do Inszpruku, gdzie 
ksiądz Tecel, dominikanin, właśnie dawał odpusty. Więc ja sobie kupiłem u niego odpust na 
pięć lat! A co, panie Epaminondas? Czy Kergolaj głupi? albo może mu trzeba Chryzostoma, 
co by mu był wsypa z jakie trzysta dyscyplin, a potem dał odpust może ledwie na miesiąc? 
hę? 
— A więc teraz, przez pięć lat... Panie Boże się zmiłuj nad tymi, co się spotkają z waszmością. 
Kergolaj śmiał się, ale widocznie go chciał uspokoić, bo mu przerwał mówiąc: 
— Nie bójże się mnie, panie ojcze, bom ja wcale nie taki straszny, jak mnie tu Wilczek 
wymalował przed wami. Kto jeno chce, to mnie koło palca obwinie, rad bym też i was o tym 
przekonać. 
— Siadajże tu koło mnie, a pogadajmy — rzecze mu Kijas. 
Więc Kergolaj siadł w rogu stołu na wskos naprzeciw Kijasa, a stary tak mówił dalej: 
— Kiedy łaska waszej miłości, to chciałbym się go o mego syna poradzić. Bo oto widzisz, 
co jest. Według mnie, syn kupca powinien być kupcem, a zwłaszcza kiedy dziedziczy taki 
wielki handel po ojcu. Ale w nim gra krew jego matki: kupiectwem się brzydzi, ledwie że i 
mną samym już nie pogardza i koniecznie chce zostać rycerzem. Trudno się temu sprzeciwiać, 
bo to dziecko jedyne, a przecie szczęście człowieka w tym leży, ażeby swojej własnej 
woli dogodził. Co mnie to kosztuje, o to już mniejsza, bo jest z czego. Ale jako obcy temu 
rzemiosłu, sam nie wiem, czy będzie co z niego. Bo już całą Europę przejechał, a jakoś nigdzie 
się nie osiedział, nawet i nic nie przywiózł ze sobą; chyba że guzów cokolwiek, do których 
się wszakże nie przyznał... 
— O! co guzów, to musiał się nabrać — zawołał Kergolaj, śmiejąc się głośno — bo jeszcze 
miękki, jak widzę. Ale to zwykła pazików i knechtów potrawa, dopóki się do bitwy nie 
wprawią. Cóż tedy dalej? 
— Otóż chodzi mi o to — powiedział Kijas — ażebym wiedział na pewno, czy się już dobrze 
nauczył rycerskiego rzemiosła? a potem, czy można na to liczyć z pewnością, że się dorobi 
rycerstwa, a choćby tylko szlachectwa? Bo ja już Wilczka nieraz o to pytałem, ale z nim się 
nie mogę dogadać. Wilczek zanadto mi jest przyjacielem, aby mi prawdę powiedział. 
Więc Kergolaj na to odpowiedział poważnie: 
— Jak siedzi na koniu i jak bronią robi, to ja ci to powiem za kilka dni, jak się z nim spróbuję. 
A co do rycerstwa albo szlachectwa, to tam niewielka rzecz, pogadam o tym z kasztelanem 
i z wojewodą, mogę też za moim powrotem słówko pisnąć królowi, a potem przy lada 
sposobności mu się to wyrobi. 
Ale w tej chwili ton zmienił, a przechyliwszy się przez róg stołu, zapytał nagle Kijasa: 
— Ale powiedz no mi, mój panie ojcze, tak między nami, jesteś ty pewnym, że on jest chłopem 
jak trzeba? bo na pierwszy rzut oka prawie na dziewkę wygląda. 
Kijas się może tym zakłopotał cokolwiek, ale odpowiedział z uśmiechem: 
— Jak przyszedł na świat, obejrzałem go na wszystkie strony i o ile się na tym znam, mogę 
wasze miłość zapewnić, że chłopiec. 
— Hm! — rzecze na to Kergolaj sztucznie — zajechałem ja niedawno na popas do kmiecia. 
Zastawił on przede mną bochenek chleba i kawał mięsa i dał mi nóż. Chciałem tym nożem 
ukroić chleba, ale ani rusz. A przecie to był nóż jak i drugi... 
A tu Kijas już oczywiście nadrobił miną, bo się roześmiał, uderzył Francuza chustką po ręce 
i zawołał: 
— A waszeć szperka, jak widzę! — Po czym wstał i dodał: — A przecież na noże są szlifierze. 
Zaczem Kergolaj położył mu rękę na ramieniu i rzekł znacząco: 
— Słysz, panie bracie! jeśli ty masz szlifierza na takie noże, to zamknij twój handel i jedź z 
nim w Europę, do wielkich miast i na wielkie dwory, a ręczę ci za to, że on ci daleko więcej 
przyniesie niżeli wszystkie bakalie i płótna żaglowe. 
A wtedy już tamci tu weszli z drugiej komnaty, a Kergolaj i Wilczek zaraz się żegnali; 
Kijas zaś ściskał Kergolaja za rękę, zapowiadając mu, że go niebawem na bankiet zaprosi, 
ażeby ten poznał towarzystwo lwowskie u niego. 
V 
TOWARZYSTWO LWOWSKIE 
Nazajutrz rano Wilczek, uspokojony zupełnie co do zamiarów Francuza, wyjechał w swą 
drogę, zabrawszy ze sobą listy Formozy do Jagienki, które Kijas sam swojej synowej dyktował; 
ale Kergolaj został we Lwowie. 
Lwów, zwany z niemiecka Lemburgiem, był podówczas miastem nadzwyczaj wesołym, 
jego mieszkańcy byli „bardzo mili, chociaż nad miarę lubieżni”, jak piszą o nich starzy kronikarze 
i zagraniczni podróżni; wielkie ich bogactwa pozwalały im ponosić nawet niezwyłe 
koszta zabaw i zbytków, kto żył, ten był wesół, bawił się i hulał, a biesiady i tańce nie ustawały 
nigdy, zwłaszcza też w domach ludzi zamożnych. Kergolajowi w to graj, powiedział 
sobie: Jeruzalem mi nie ucieknie, a róże tymczasem nie przekwitną w Jerycho — i zaraz tak się 
urządził, ażeby mógł dłużej zabawić w tej stolicy. 
W tym celu najął tę całą gospodę, w której się był za swoim przyjazdem na noc zatrzymał. 
Była to karczma bardzo obszerna, jakie jeszcze i dziś widzieć można w tych krajach. Położona 
tuż prawie za Bramą Krakowską, miała dwie bramy wjezdne, cztery duże izby mieszkalne, 
wielką szynkownię i stajnię na kilkadziesiąt koni. Żyd Nuchim był w niej gospodarzem, człek 
jeszcze młody, dosyć bogaty, bardzo przedsiębiorczy i chciwy, przebiegły i mądry, ale cokolwiek 
lękliwy. Kergolaj mu tylko jedne izbę zostawił, a trzy zabrał dla siebie i swoich żołnierzy, 
których miał sześciu wyglądających z rycerska, a dziewięciu w ubiorze knechtów, nie 
licząc tych, co byli przy wozach. Żyd zrazu był bardzo niekontent, mruczał jakieś boruchy 
pod nosem, a ustąpił tylko ze strachu. Lecz kiedy bliżej obejrzał pańskie statki tego rycerza i 
dowiedział się potem, że Kergolaj był na zamku u kasztelana i u starosty, a wreszcie u starego 
Kijasa, wszędzie przyjmowany z respektem, więc całkiem się uspokoił — a nawet się pysznił 
swym gościem i dworował sobie ze swego współwyznawcy sąsiada, do którego pan Olizar 
zajechał i napełnił jego gospodę, a nawet i karczmy sąsiednie takim hultajstwem, że i murzowie 
tatarscy, których tu widywano dość często, jeszcze o wiele dostatniejszych ludzi miewali 
koło siebie. Nuż kiedy Kergolaj zapowiedział Żydowi, że jego namiestnik za żywność dla 
wszystkich ludzi i koni będzie płacił co tydzień, a tylko to, co on sam ze swoim pazikiem albo 
ze swymi gośćmi zje i wypije, będzie szło na osobny rachunek, Nuchim bardzo nisko mu się 
ukłonił i zaczął go mieć w wielkim poszanowaniu, bo krajowi rycerze nie zachowywali takich 
porządków w swych pocztach, a Nuchim nieraz (Bóg tylko sam wiedział, bo i powiadać o 
tym nie było bezpiecznie) musiał się wcale wyrzec zapłaty, aby się tylko pozbyć tych gości z 
gospody. 
Nuchim był tedy całkiem uspokojony, lecz w gruncie rzeczy jeszcze wcale nie wiedział, 
kogo właściwie gości u siebie i jakie jeszcze się stąd mogą wywiązać następstwa. Albowiem 
Kergolaj nie we wszystkim tak sobie poczynał, jak inni rycerze podróżni. Tak zaraz, jak tylko 
całkiem się rozpakował i ulokował, kazał przybić przy bramie gospody swoje tarczę herbowną, 
tak wielką jak dno dużej beczki, wymalowaną i wyzłoconą, a jego herold stanął u wjazdu, 
najprzód trzy razy głośno zatrąbił, a potem ogłosił wszem wobec i każdemu z osobna: „że 
jeśliby jaki rycerz polski albo niemiecki, ruski albo wołoski, albo jakiej bądź innej nacji po
stronnej, chciał się bić konno lub pieszo, z kopią lub mieczem, na życie lub śmierć, na więzienie 
albo na zdobycz, to jego pan, Kergolaj grabią, eques auratus a rotmistrz jego królewskiej 
mości, poleca mu swoje służby”. Taki obyczaj wyzywania wszystkich, kto by miał 
ochotę po temu, zrodził się był przed wiekami we Francji i kwitnął dotychczas, stamtąd się 
przeniósł do Niemiec, a z Niemiec upowszechnił się w Polsce. Znało go całe rycerstwo, 
praktykowało go na turniejach, a zuchwalsi junacy ogłaszali takie odezwy wszędzie, gdzie się 
na jakiś czas zatrzymali; ale nie znano go wcale na Rusi, a lwowskie pospólstwo nawet o nim 
nie słyszało. Toż kiedy herold Kergolaja wyzwanie obwołał, zrobiło się zbiegowisko przed 
gospodą, mieszczanie i Żydzi, jedni sobie to tłumaczyli tak, a drudzy inaczej, ale się wreszcie 
rozeszli. 
Lecz między tym zbiegowiskiem znalazł się człowiek, który został na placu, patrzał wciąż 
z ciekawością na wywieszoną tarczę, przestępował z nogi na nogę, rzucał okiem w głąb wjazdu, 
czasem czapki poprawiał i mówił do siebie z ruska: 
— Szo to takoje? szo to za ditko?77 
Człowiek ten był miernie słusznego wzrostu, ale że był chudy, więc się wydawał dość 
słusznym. Miał na sobie dostatni kubrak sukienny, przy kołnierzu srebrem obszyty, guzy także 
srebrne u niego, szerokie hajdawery, buty rycerskie ze srebrnymi ostrogami, pas skórzany 
również srebrem nabity, czapkę pilśniową z podniesionymi uszyma i z piórkiem, i krzywą 
szablę u boku. Krzywe szable, przejęte od Tatarów i Turków, wtenczas jeszcze tylko na Rusi 
noszono. Twarz także miał chudą i cokolwiek bladawą, wąs sumiasty i włosy gęste, płowego 
koloru, kłaczyste i poburzone, lecz tu i ówdzie białymi nitkami przesiane. Oczy miał duże 
siwe, krzaczystymi brwiami nakryte, brwi te się często ściągały i sprawiały wrażenie pochmurne, 
ale oczy się z brwiami sprzeczały, bo były wesołe, jakoż i po całej twarzy był rozlany 
wyraz łagodny. Kto by się znał na ludziach ówczesnych, ten byłby powiedział, że jest to 
żołnierz hulaka, a może i zawadiaka, lecz w gruncie rzeczy człek dobry i wesoły towarzysz. 
W tej chwili zdało się, że go dłoń świerzbi i serce mu skacze, widzi dobrą sposobność do bitwy, 
a nie wie, czy bitwa się godzi, bo nie wie także, co to za rycerz i czy wyzywa na żart, czy 
naprawdę. 
Człowiekiem tym był Ostafi Olizar Kierdejowicz. Kierdejowicze byli wówczas jedną z 
najznamienitszych rodzin na Rusi, używali herbu Kierdeja, przedstawiającego trzy lilie, który 
za zasługi rycerskie otrzymali od królów francuskich, a który im później Ludwik Andegaweński 
potwierdził. Posiadali wielkie majątki i bardzo wysokie urzędy. Jeden z nich, Hryćko 
Kierdejowicz, był kasztelanem lwowskim, później wojewodą podolskim i trembowelskim 
starostą. Inny Olizar Kierdejowicz był właśnie w tym czasie marszałkiem na Wołyniu i łuckim 
starostą. Spokrewnieni byli z książętami Holszańskimi, z Buczackimi, z Dzieduszyckimi, 
z Fredrami i innymi znamienitymi rodzinami po całej Rusi, później licznie się rozrodzili i z 
nich wyszli Hosccy, Kozińscy, Dziusowie i Czaplice. 
Wtedy jedną z głównych a zarazem najdawniejszą ich siedzibą były Pomorzany z bardzo 
rozległymi dokoła ziemiami. Na nich siedział Porfiry Olizar, mający synów bez liku. Najstarszym 
z nich był Ostafi, lecz kiedy wszyscy jego bracia kędyś się osiedlili, pożenili się i pobrali 
stałe urzędy, on jakoś nigdzie się nie mógł osiedzieć, bo był, jak mówiono, neposiduszczy. 
Stało się to poniekąd z winy jego dobrego serca, ile razy bowiem jego ojciec jaką posiadłość 
nabył albo oddzielił, ażeby na niej jednego ze swych synów osadzić, to on się za nią 
nigdy nie darł, a zawsze młodszemu bratu odstąpił, mówiąc: „Niechaj on siada, ja po nim”. 
Idąc zresztą tym trybem, powinien był za swoją poczciwość doczekać się nagrody, bo jako 
najstarszemu należały mu się Pomorzany. Ale tymczasem, dopóki ojciec żył, hulał sobie po 
świecie i jak się już wyżej wspomniało, albo usługiwał książętom i królom, albo też wojny na 
własną rękę prowadził. 
Był on zresztą do tego niejako zmuszony, bo swoją własną drużynę mieć musiał (Olizar 
nie mógł z mniejszym dworem jeździć po świecie), a ojciec dał mu tylko jeden folwark przy 
Pomorzanach, folwark wprawdzie podolski, ale przecież nie można było tyle ludzi i koni na 
nim wyżywić, jak tylko przez zimę, a na przednówku trzeba było w świat ruszać. 
We Lwowie bardzo często przebywał ze swymi ludźmi. Jak miał z czego, to dawał im jurgielt, 
a jak pieniędzy nie było, to musieli się żywić własnym przemysłem, handlując rozmaitym 
towarem, pośrednicząc przy targach, a zresztą jak Bóg dał. Na co się czasem przedmieszczanie 
skarżyli, ale się im nie bronili, bo po ich stronie stały zawsze kobiety, i to do 
tego stopnia, że kiedy by jakiego Olizarczyka chciano ciągnąć do sądu, to pewnie by się cała 
płeć piękna zbuntowała, aby go odbić. Kozacy ci wszakże (bo i tak także ich nazywano) tej 
sympatii nie zawdzięczali tylko swej kawalerskiej krewkości, ale zapewne i swojej hojności, 
kiedy bowiem z wypraw wracali, to mieli zawsze kieszenie napełnione pieniędzmi i rozmaitym 
cennym rupieciem, które szczodrze rozsypywali pomiędzy dziewki i mołodyce, a wtedy 
i kupcom, i rzemieślnikom przedmiejskim także dobrze się działo. Samego zaś Olizara znano 
we Lwowie jak białego kruka i znano go także z jego zalotów, ze szczodrobliwości i z dobrego 
serca, ale zarazem także jako hulakę na węgierski kamień, i stąd to powstała pieśń o nim; 
A jak pidesz do Bazaru, 
Pokłonysia Olizaru... 
Teraz więc stał Olizar przed gospodą Kergolaja, niecierpliwił się i mówił do siebie: — Szo 
to takoje? 
A wtem przyszedł drugi żołnierz, stanął o parę kroków od niego i także zaczął ciekawie 
patrzeć na tarczę wywieszoną na karczmie. Ale ten całkiem inaczej wyglądał. Był to chłop 
duży i gruby jak słoń. Twarz miał obrzękłą, oczy ciemne, ale jakby ospałe, wąsy i brodę przystrzyżone 
według mody ówczesnej, a włosy ciemne, długie w kędziorach, wysmarowane jajami. 
Pomady tej używano wtenczas w Polsce obficie; nie była ona bardzo wonną i miała tę 
niedogodność, że w tańcu lub innej zawierusze podobnej, ten i ów się czupryną do drugiego 
przylepił, ale była bardzo cenioną dlatego, że najbogatsze kędziory trzymała w kupie i dawała 
im blask szklący i przyjemny dla oka. Około takich elegantów wojskowych chodził każdy z 
daleka, bo nietrudno było się o ich kędziory zaczepić, a wtedy czasem z tego pozostawała nie 
tylko plama na sukni, ale nieraz i krwią trzeba było za to zapłacić, bo byli oni o swoje fryzury 
bardzo zazdrośni. Jeszcze w kilkanaście lat później Goetz von Berlichingen, sławny rycerz 
niemiecki, zaczepiwszy na dworze swojego margrabi haftami o takie wysmarowane kędziory 
pewnego polskiego rycerza, został pchnięty nożem od niego i musiał się potem z nim bić o 
obrazę honoru. Zresztą żołnierz ten miał na sobie piękny kaftan skórzany, hełmik błyszczący 
na głowie, miecz krótki u boku i widać było po nim na pierwszy rzut oka, że chociaż może 
nie bardzo wysokie stanowisko zajmuje pomiędzy rycerstwem, jednak dba o swą powierzchowność 
i swoje powagę. Człowiek ten nazywał się Frącek Ajchinger, był niemieckiego 
pochodzenia, ale rodem lwowianin, z młodu sługiwał przez lat kilkanaście knechtem po dworach 
niemieckich, gdzie się zawsze odznaczał olbrzymią siłą i spokojną odwagą, ale mimo to 
się nie dobił rycerstwa, teraz zaś, po śmierci swojego starszego brata, wrócił do Lwowa i 
mianowany jest starszym nad halabardnikami na Niskim Zamku a zarazem pierwszym heroldem 
zamkowym. 
Obaczywszy Olizara, którego znał, pozdrowił go lekkim skinieniem głowy, Olizar zaś 
zbliżył się do niego, trącił go łokciem i rzekł, wskazując na tarczę Kergolaja: 
— Wystupcem, wydrubcem, wywedy tuńczyk po nimećki78. 
Frącek go zrozumiał, chociaż po rusku nie umiał, a mówił tylko łamanym językiem po 
polsku, ale widać, że propozycja mu się nie podobała, bo ruszył z lekka głową na prawo i na 
lewo na znak odpowiedzi. Wtedy Olizar uśmiechnął się drwiąco i mruknął sobie pod nosem: 
— Ne dla psa kowbasa. 
Niemiec i to zrozumiał, bo spojrzał na niego surowymi oczyma, ale Olizar się kłócić z nim 
nie chciał, jakoż zaraz zaczął go wypytywać po polsku, co to jest za rycerz i jaki to jest obyczaj, 
żeby tak wszystkich wyzywać w dzień biały i bez żadnego powodu. Więc Frącek się 
udobruchał i opowiedział mu, co wiedział o tym obyczaju, dodając zarazem, że widział Kergolaja 
na zamku i ma go za rycerza jak należy, z którym niedobrze by było wdawać się w 
bitwę. A Olizar na to: 
— A przecież mu warto pokazać, że i na Rusi są rycerze, co się nie boją mieczów francuskich. 
A wtedy nadeszły konie Kergolaja, które przeprowadzano za miastem, konie duże i doskonałe, 
ludzie ubrani dostatnio, Olizar im się przypatrzył i rzekł do Frącka: 
— Warto by się z nim spróbować, bo byłoby co wziąć po nim. 
Frącek na to pokiwał głową, a w tej chwili sam Kergolaj stanął na bramie, aby się koniom 
przypatrzeć. Frącek rzekł półgłosem: 
— To on. 
Olizar przypatrzył mu się i rzekł: 
— Chłopek nie bardzo wielki, jakby było szczęście, to by się go przecie przemogło. 
Ale znający się na tym daleko lepiej Frącek, odpowiedział mu na to: 
— Chłopek niewielki, ale nabity. A potem, taki rycerz o złotych ostrogach nie da się przemóc 
tak łatwo. Taki rycerz ma siłę w ręku, a przy tym jest jako kot: widzisz go przed sobą, 
uderzysz mieczem na niego, a cięcie pójdzie w powietrze, bo gdzieś go widział, tam go już 
nie ma, a za to z drugiej strony skoczy na ciebie i brzuch ci rozporze. 
— Chyba że charakternik, bo i to bywa — zauważył Olizar niby nie dowierzając, ale przecie 
się milczkiem przeżegnał. 
Na to nadjechał Tigranes, bardzo pięknie z rycerska ubrany, na pięknym koniu kasztanowatym, 
a za nim sługa, także w stroju żołnierskim i na koniu dostatnim. Frącek, pokłoniwszy 
się, poszedł w swoją drogę, a Olizar wysunął się naprzód i zawołał cokolwiek zdziwiony: 
— Tigranes! a gdzie ty jedziesz? może do tego Francuza? 
— Jużci do niego — rzekł dumnie Tigranes. 
— Może i chcesz się z nim spróbować? — zawołał Olizar śmiejąc się. 
— Właśnie po to jadę. 
— To chyba żartem. 
— Zacznie się żartem, a jak się skończy, to tylko Bogu wiadomo — odpowiedział mu z junacka 
młodzieniec. 
— A ty głupi — zawołał Olizar — jeżeli się z nim bić będziesz naprawdę. On jeno raz machnie, 
a już będzie po tobie. Ja tobie dawno powiadam, żebyś ty zaniechał rycerstwa. U ciebie 
dusza piękna, rycerska, ale ty nie masz kości na żołnierza. Tobie być popem, dzieci chrzcić, a 
ludziom ślub dawać; tobie kropidłem, a nie mieczem wojować. Słysz, Tigranes, ja tobie brat, 
toż mówię tobie jak brat — rycerzem w spokoju i ty być możesz, bo to i baba potrafi, ale kiedy 
byś ty chciał ich na wojnę... 
Jednak Tigranesowi niezmiernie się nie podobały te braterskie przestrogi, odwracał się 
niespokojnie od Olizara, a kiedy spostrzegł Kergolaja w bramie, ruszył ku niemu, zostawiając 
mówcę samego na placu. 
Olizar stał jeszcze chwilę przed karczmą w wielkim zamyśleniu, po chwili zaś zerwał się, 
jak gdyby powziął jakieś postanowienie; lecz zamiast iść do miasta, wrócił do swojej gospody. 
Przyszedłszy tam, kazał zaraz wołać malarza, posłał go, aby obaczył tarczę Kergolaja, i 
kazał mu swój herb wymalować tak samo na tarczy takiejże samej wielkości. W małą godzinę 
tarcza była gotowa: trzy lilie andegaweńskie bardzo pięknie na niej się wydawały, nad nimi 
hełm ze spuszczoną przyłbicą, nad hełmem korona, a nad koroną trzy strusie pióra, zgoła herb 
Kierdeja w całej swojej świetności. Zaś jak tyłku tarcza była gotowa, choć jeszcze mokra, 
kazał ją przybić na bramie swojej gospody, a Tymko Biłowus, zastępując herolda, stanął na 
bramie, zatrąbił głośno trzy razy, a potem obwołał wszem wobec i każdemu z osobna to samo, 
co Kergolaj kazał wywoływać swemu heroldowi. Olizar, schowawszy się za skrzydło 
bramy, sam podpowiadał Tymkowi, jak maje kłykaty79. 
Na odgłos trąb i wołanie Tymka mnóstwo ludzi się zbiegło, gapiąc się na to widowisko, 
ale im więcej ich było, tym więcej Olizar był zadowolony ze siebie i dumny ze swego konceptu. 
Wyszedł i Żyd gospodarz, zrazu przestraszony cokolwiek tym niesłychanym rumorem, 
i pytał Olizara, co by to było; Olizar mu opowiedział i dodał na końcu: 
— Ja jego nie wyzywam, bo ja się tylko wtedy biję, kiedym zły na kogo, ale niech wie, że 
nam honor tak samo miły, jak jemu. 
Żyd bardzo chwalił jego mądrość i umiarkowanie i rzekł: 
— Nu, cały świat wie, że wasza miłość pan honorowy. 
Olizar palnął na to Żyda płaską dłonią po plecach i przekrzywiwszy czapkę na bakier, poszedł 
na obiad do miasta, mrucząc sobie pod nosem: 
— Jak z nim stanę na placu, to musi mi się wyprzysiąc, że nie charakternik, a jak się nie 
wyprzysięgnie... hm... to i tak się z nim zetnę. Ta szczo! 
Tymczasem Kergolaj przyjmował Tigranesa u siebie, pokazując mu wszystkie swe statki i 
wojenne przybory. Poczciwy ten chłopak gorąco pragnął zostać rycerzem, tak pełen był 
uwielbienia dla tego szlachetnego rzemiosła, tak mu się każdy rycerz wydawał czymsiś niedoścignionym 
dla niego, tak wreszcie żywo, niestety! czuł niskość, a raczej, tak już naówczas 
mawiać zaczynano, całą podłość swojego urodzenia, że obchodził się z Kergolajem jak z 
świętym, patrzał na niego jak na obraz cudowny, a każde jego słowo było dla niego wyrokiem. 
Nigdy w swym życiu, chociaż widział tak wiele dworów rycerskich, a nawet w nich 
mieszkał, nie zdołał postawić się choćby z najmniejszym zagranicznym rycerzem na równi — 
a teraz dano mu jest zbliżyć się do prawdziwego rycerza di gran grido o złotych ostrogach, do 
potomka Kergolajów, Lanckorońskich i Kmitów, do przyjaciela królów i książąt i szczycić się 
jego przyjaźnią i łaską. Próżne to dziecko nie posiadało się z radości. 
I Kergolaj zrazu był z tego kontent; kto wie, jak sobie zamierzał to uwielbienie wyzyskać. 
Jednak niebawem doznał pewnego rozczarowania. Tigranes bowiem przyjechał do niego, aby 
mu pokazać, co umie. Owóż zaledwie wzięli miecze do ręki, doświadczony szermierz dostrzegł 
natychmiast, że ów tak gorący kandydat na rycerza, zna wprawdzie sztukę szermierską, 
ale nie ma ani oka, ani przytomności umysłu, ani nawet dość siły fizycznej, ażeby mógł 
choćby nawet partaczowi dotrzymać. Po tej próbie wyszli w dziedziniec, znajdujący się z tyłu 
za karczmą, tam Tigranes wsiadł na koń i wziął kopię do ręki, Kergolaj kazał mu złożyć kopię 
w pół głowy końskiej i skruszyć ją o stertę siana, stojącą w rogu dziedzińca; ale tu nastąpiła 
jeszcze daleko gorsza dekonfitura: Tigranes nie umiał przykleić się do kułbaki, nie umiał się 
zlać w jedne całość ze swoim koniem, nie umiał nawet kopii dotrzymać w ręku, koń 
wzdrachnął się pod nim, a kopia poleciała gdzie się jej podobało. Kergolaj klasnął w obydwie 
ręce i spuścił głowę ku ziemi, a kiedy Tigranes, zsiadłszy z kułbaki, wracał z nim do gospody, 
rzekł grzecznie do niego: 
— Trzeba się jeszcze uczyć cokolwiek. 
Kiedy znowu zasiedli w izbie, Tigranes miał prawie łzy w oczach, bo czuł to boleśnie, że 
mu się popis nie udał. Usprawiedliwiał się zatem, że noc miał niespokojną i dzisiaj nie jest w 
swym sosie. Opowiadał mu potem, że kupił wieś tylko dlatego, aby się tam mógł spokojnie 
przygotowywać do rycerskiego zawodu, że tam ma kilkadziesiąt koni i dużo żołnierzy, że tylko czeka niecierpliwie, ażeby wojna wybuchła, gdzie by się mógł pokazać. Kergolaj, widząc 
przed sobą człowieka słabego ciała, ale stanowczej woli, zrobił na to tylko tę uwagę: 
— Ale jeżeli pójdziesz na wojnę, to podjedź pod jaką starą chorągiew, której doświadczony 
rotmistrz przywodzi, odprawiwszy zaś pod jego bokiem jedną wojnę i drugą, z czasem się 
wprawisz i zahartujesz ciało, co bardzo ważną jest rzeczą. 
Ale Tigranes się na to prawie oburzył: 
— Ja pod cudzą komendę? — zawołał — za nic w świecie! Jak będzie wojna, ja własną wysztyftuję 
chorągiew i sam nią będę dowodził. 
— Bywają wojny, w których giną całe chorągwie — zauważył Kergolaj. 
A na to Tigranes z zadziwiającą energią: 
— Wolę zginąć, niżeli być kupcem. 
Kto inny byłby się tym może głęboko zasmucił, bo smutno jest widzieć człowieka, który 
by mógł być pożytecznym członkiem społeczeństwa w wielu innych zawodach, a chwyta się 
właśnie takiego rzemiosła, do którego nie jest stworzony. Od stworzenia świata próżność i 
nieznajomość siebie samego ubezwładnia daleko więcej sił pożytecznych, a nawet ofiar pochłania, 
niżeli się to zazwyczaj przypuszcza, i było to po wszystkie wieki smutną wadą ludzkości. 
Ale Kergolaj nie lubiał się smucić, więc uderzył Tigranesa po ramieniu i rzekł: 
— Chwalę twój ferwor młodzieńczy, a na to wszystko powiem ci tylko, że tak w życiu, jak 
na wojnie, więcej wart łut szczęścia niżeli cały kamień rozumu. 
Tigranes się tymi słowami tak uradował, że omal mu się nie rzucił w ramiona, ale w tej 
chwili dał się słyszeć odgłos trąby na placu publicznym. Kergolaj posłał zaraz swego wyrostka, 
aby obaczył, co jest. Po chwili wyrostek wrócił i opowiedział, dodając: że pan Ostafi Olizar 
Kierdejowicz, rycerz andegaweński, ogłasza, że kto by się chciał z nim bić, temu gotów 
usłużyć. Kergolaja wiadomość ta bardzo zaciekawiła, jakoż prędko zapytał: 
— Kto to jest taki? czy znasz go? 
Ale Tigranes śmiał się jak dziecko i bił się rękami po obydwóch kolanach, potem zaś mu 
powiedział: 
— Ot, głupi! widział twoje tarczę na bramie, więc zaraz swoję wystawił na swojej gospodzie. 
Dopiero wtedy się rzecz wyjaśniła. Ale Kergolaj rzekł poważnie: 
— Dobrze by mi było zostawić tutaj jaki znak po sobie, ale ja jego wyzywać nie będę, bo 
nie chcę, aby powiedziano, żem tu przyjechał, aby ludzi napadać. 
Zaczem wsiedli na konie i pojechali za Olizarena do miasta, lecz kiedy Olizar swoim zwyczajem 
poszedł do Bazaru, oni pojechali do starego Kijasa. Zaś obydwie gospody zostały, 
warcząc z boku swymi tarczami na siebie, jak dwa psy, które przysiadły do ziemi i warczą, 
nim się rzucą na siebie, czasem, ażeby się pogryźć, a czasem tylko, aby się potłumić ze sobą. 
Od tego dnia Kergolaj bywał prawie codziennie w domu Kijasa i tam przepędzał swoje 
wieczory. Formoza nadzwyczaj żywo go zajmowała. Był dla niej niezmiernie grzecznym, 
czasami nawet natrętnym. Oświadczył jej swoje miłość bez granic, używając do tego zaklęć 
na puszystych, a często nawet wcale dziwacznych, jak to było wówczas zwyczajem. Grywał 
jej na hiszpańskiej gitarze i śpiewał pieśni w prowansalskim języku o obowiązkach rycerzy: 
Al en caussar premier, 
Et al fugir dernier, 
Car tot aiso cove, 
A drut c’amor mante80. 
Niebawem zdjął łańcuch ze szyi i odpiął kokardkę Jagienki, dając jej tym do zrozumienia, 
że miłość swoje na nią przeniósł. Składał jej przy tym częstokroć najdziwaczniejsze dowody 
swego uwielbienia, jakimi ówcześni rycerze głównie wojowali: tak jednego dnia, który razem 
spędzili, przysiągł jej, że na jej cześć przez cały dzień nie weźmie do ust ani kęsa strawy, ani 
żadnego płynu; innym razem, że będzie stał na jednej nodze przez całą godzinę, a wreszcie, 
że będzie czuwał przez całą noc na bruku pod jej oknami, a rano zagra jej pieśń na gitarze... i 
zawsze wszystkiego dotrzymał. Tak postępując, chciał ją i wszystkich przekonać o swojej 
idealnej dla niej miłości... i byli tacy, co temu wierzyli. 
Ale były to czasy, kiedy ideały dawniejszych wieków już spełzły. Wieki wojen krzyżowych, 
wieki czystego zapału i uniesienia, kiedy jedna myśl wzniosła mogła poruszyć miliony, 
a te miliony zapłonęły duchem ofiary i poświęcenia, leżały już w grobie dziejowym, który 
jeszcze tylko ostatnie swe blaski rzucał na pokolenia żyjące. Zachowywały się jeszcze dawniejsze 
formy, ale dawnego ducha już w nich nie było. Rycerz ówczesny jeszcze się szczycił 
romantyczną swych przodków dewizą: „Dusza moja Bogu, życie królowi, serce kobietom, a 
honor mój dla mnie”, ale już jej nie przestrzegał tak bardzo surowo... i bardzo często duszę 
dał diabłu, życie swoje królowi bardzo drogo sprzedawał, od kobiet za swoje hołdy grzesznej 
wymagał zapłaty, a strzegł tylko pozorów honoru, któremu zresztą nadał także całkiem inne 
znaczenie. Rycerstwo europejskie było już wtedy w zupełnym upadku. We Francji i w Anglii 
goniło z niepowściągnioną niczym chciwością za doczesnymi dobrami i otrzymywało ziemię, 
pieniądze, tytuły i urzędy, czasem burząc się przeciw swym królom, lecz jeszcze częściej oddając 
się duszą i ciałem na ich usługi; we Włoszech wojowało bądź pod sztandarami książąt 
tamtejszych albo postronnych, bądź też na własną rękę, przeciwko papieżom i municypiom 
miast, jeszcze wtedy bardzo potężnych; Niemcy zaś przepełnione były jak mrowiem zbrojnymi 
pocztami szlachciców i grafów, którzy nie tylko samowolnie nakładanymi cłami, ale 
także i prostym rabunkiem gnębili kupców po publicznych gościńcach, oblegali miasteczka i 
miasta, wymuszali na nich ciężkie częstokroć okupy, a nawet napadali na siebie samych 
wzajemnie, przy czym zwycięzca brał swego przeciwnika w niewolę, obdzierał go zawsze z 
jego ruchomego majątku, a często mu i jego zamek i ziemię zabierał. Wśród takiego rozwielmożnienia 
się wszelkiego rodzaju bezprawiów a rozpasania obyczajów społecznych i towarzyskich 
i owa miłość idealna minionych wieków, o których tak piękne pieśni pozostawiali 
trubadurowie i minnesingery, ulotniła się z ziemi, a jej miejsce zajęły miłosne kabały, pragnienie 
uciech doczesnych, częstokroć nawet łamiąca gwałtem wszelkie przeszkody żądza 
zadowolenia, gorączki krwi albo imaginacji. W oddalonej od tego obyczajowego rozpasania 
się Polsce, gdzie mimo grasującej powszechnie chętki naśladowania europejskiego zachodu, 
przecież katechizm chrześcijańsko-rycerski pojmowano jeszcze w jego dawnym znaczeniu, 
miłość idealna znajdowała jeszcze dość licznych adeptów; ale nie szukać jej było pomiędzy 
tymi, którzy swą młodość strawili w obozach i na wielkich dworach Europy zachodniej. 
Nie szukać jej także u Kergolaja. Formoza przeczuła to tym dziwnym instynktem, który 
strzeże wszystkie kobiety czystego serca, i nie wierzyła ani jego przysięgom, ani mającym 
świadczyć o jego miłości ofiarom; ale jego zaloty, pełne coraz to nowych konceptów, bawiły 
ją, a może i pochlebiało jej to cokolwiek, że w takim mieście, gdzie było tyle kobiet, błyszczących 
niezwyczajną pięknością, taki rycerz przesławny, o którym już tyle pochlebnych 
wieści obiegało po całym kraju, jej samej składa swe hołdy. Trudnoż ją o to obwiniać, bo 
któraż kobieta, choćby najniewinniejsza, nie ma troszeczkę próżności? Jednak potrzeba powiedzieć 
na jej zaletę, że trwało to tylko tydzień albo mało co więcej. Niebawem bowiem 
Kergolaj stał się zanadto natarczywym — ówcześni rycerze szli do każdego szturmu co koń 
wyskoczy — a oprócz tego obudziła się w niej bardzo słuszna obawa, ażeby się z tego jakie 
plotki nie wyrodziły. Zaczęła zatem z oględnością kobiety wychowanej wykwintnie ile możności 
chłodzić jego zapały. Ale Kergolaj jej nie rozumiał. Owszem, zaślepiony jak każdy za
lotnik, który sobie nosa nie rozbił na samym wstępie, jeszcze zuchwałej ponawiał swoje natarczywe 
zapędy. Formoza już sama nie wiedziała, jak ma mu się bronić. 
Zanadto dobrego serca i delikatna w swoich uczuciach, nie mogła zdobyć się na to, aby go 
zgromić surowo i w sposób obrażający od siebie odepchnąć, zaczęła więc nad tym rozmyślać, 
czy nie mogłaby mu jakiejś sztuczki wypłatać, która by mu oczy otworzyła na prawdę. Natenczas 
niejednokrotnie bardzo puste przychodziły jej myśli: któż nie był pustym mając lat 
dziewiętnaście? Pustota zresztą była jednym z głównych rysów obyczajów ówczesnych, a 
zwłaszcza po wielkich miastach. Młodzi i starzy, panny i wdowy, mężatki i poważne na pozór 
matrony, wszyscy łaknęli śmiechu, zabawy, rozrywki, a zbytki, przechodzące wszelkie granice 
pojęć dzisiejszych, królując w strojach, w jedzeniu i piciu, panowały także jedynowładnie 
w towarzyskich zwyczajach. Stary Kijas, człek tak poważny, nie gardził także figlami, Kundrat 
zawsze do nich był gotów, a cóż dopiero panny służebne. Wszyscy widzieli niepowściągliwe 
Kergolaja zaloty; nikt za nie na niego nie rzucał kamieniem, bo było to modą ówczesną, 
że nawet bardzo poważne mężatki miały swych kawalerów, którzy jawnie wielbili ich cnoty; 
ale wszyscy się nimi bawili. Jakoż bardzo być może, że wówczas uknuto spisek przeciwko 
niemu i tylko na dobrą sposobność czekano, która się wszakże prędko zdarzyła. 
Jednego dnia, kiedy Tigranes wyjechał był na wieś, ażeby swoich żołnierzy musztrować, i 
miał dopiero nazajutrz powrócić, Kergolaj, obsypawszy Formozę swoimi kadzidłami tak gęsto, 
że ledwie jej nie udusił, zapowiedział jej, że o samej północy wlezie kominem do kamienicy, 
zakradnie się do jej antykamery i przed drzwiami jej sypialni zagra nową pieśń prowansalską 
na maleńkiej gitarze, ale tak cichuteńko, ażeby tylko ona sama mogła ją usłyszeć. 
Trzeba więc, aby czuwała, jeżeli chce, aby tony tej przecudownej pieśni doszły jej uszu i 
rozweseliły jej serce. Formoza na to się w głos roześmiała, mówiąc: 
— Wasza miłość chyba jaki czarownik, jeżeli umiesz się zmieścić w kominie, bo kominami 
tylko czarownice latają. 
— Czarownice tylko w górę lecą kominem — rzekł Kergolaj — a ja spuszczę się na dół, to 
potrafi ten tylko, co gotów się sam spalić na stosie na cześć swej uwielbionej. 
— W kominie się waszmość nie spalisz, bo teraz lato, ale się oczernisz jak diabeł, a szkoda 
by było tych pięknych atłasów i aksamitów. 
— Mam na to sposób. A zresztą bramą wchodzić to już nie moda... a to tym bardziej, że 
kamienica o północy zamknięta. 
— To prawda — odpowiedziała Formoza. I zapewne w tej chwili jej jakaś myśl przeleciała 
przez głowę, bo dodała: — Bardzo bym chciała widzieć waszmości, jak będziesz wyłaził z 
komina. Ale to niepodobna. Jednak będę słuchać o północy, czy zagrasz... 
Na te słowa Kergolaj tak się ucieszył, jak gdyby po długiej nocy promień światła błysnął 
na niego. Był pewnym swego tryumfu, już prawie nie dotykał się ziemi. Przez cały wieczór 
był wesół, że aż serce mu się rozpływało: starego Kijasa zapewnił, że rok nie upłynie, a Tigranes 
otrzyma herb i szlachectwo, Kundratowi przyrzekł solennie służyć za swata, jeśliby 
chciał się ożenić, nawet pannom służebnym, które siadały do stołu, obiecał takich mężów 
dostarczyć, o jakich im się nigdy nie śniło. Ale jak tylko się dobrze ściemniło, głowa go zabolała 
i wyszedł, rzuciwszy na Formozę umierające z bolesnej miłości spojrzenie. 
O samej północy, kiedy światła dawno już pogaszono i wszyscy spali snem twardym, Kergolaj, 
znający się tak samo z odźwiernym, jak znał wszystkie kąty i drzwi w kamienicy, wylazł 
cichaczem na długi krużganek pierwszego piętra i dostał się nim do tyłów, gdzie były 
izby mieszkalne Formozy. Oglądając się poza siebie i nadsłuchując, czy się co nie ruszy, 
wszedł najprzód do sieni, a tam otworzył drzwi do antykamery, którą znał dobrze. Była to 
izba nie bardzo obszerna, a nawet w dzień dosyć pochmurna, bo tylko jedno okno ją oświecało, 
wychodzące na mały i ciasny dziedzińczyk. Teraz było tam ciemno choć oko wykol. Ale 
ciemność mu wcale nie zawadzała, bo znal tę izbę i był już pewnym, że nikt go nie widział, 
więc szedł śmiało ku drzwiom sypialni, które się znajdowały naprzeciw. Postawił jeden krok 
dobrze, ale za drugim strasznie coś zatrzeszczało pod jego nogą i noga go zabolała. Chciał 
przez tę nieprzewidzianą przeszkodę przeskoczyć i podniósłszy nogę wysoko, skoczył silnie 
naprzód, lecz wtedy już trzask się rozległ taki ogromny, jak gdyby jakie sprzęty się druzgotały. 
Zarazem zaś gruntu nie mógł się domacać nogami. Co nogę wyciągnie i stąpi, to trzask 
się rozlega niesłychany, nogi mu się kaleczą, drą się pończochy i pludry, drzazgi się rozlatują 
pod jego nogami, ani sposób się domacać podłogi, nie sposób się utrzymać na nogach, pasuje 
się z tym diabelstwem jak opętany, nareszcie pada — i pada jakby na łoże madejowe, na jakieś 
piły czy noże, które go kolą, rzną, gniotą, że sobie miejsca znaleźć nie może. Kapelusz poleciał 
w jedne stronę, gitara w drugą, ręce pokaleczone i nogi, a tu ciemno jak w garnku i co się 
ruszy, to się trzask taki straszliwy rozlega, że pewnie już całą kamienicę obudził. Wstał 
wreszcie, głosu nie wydał ze siebie, chociaż łzy w oczach miał z bólu, nabrał jeszcze raz odwagi 
i jeszcze raz skoczył w kąt przeciwległy, lecz znowu padł na jakieś ostre rupiecie i znowu 
trzask się rozległ pod jego nogami, ziemia się pod nim zachwiała i znowu upadł na jakieś 
piły i noże. A wtedy już jęk bolesny się z jego piersi wydobył, już się tłuki tylko na miejscu, 
to sycząc, to kwiląc co chwila jak człowiek, co go wzięto na męki. Ale wtedy światło błysnęło 
we drzwiach od sieni i pokazał się Kundrat w chałacie i białej szlafmycy z kagańcem w 
ręku. 
Kergolaj się zerwał i przy świetle natychmiast znalazł miejsce próżne, na którym mógł 
stanąć pewnymi nogami. Najprzód więc rzucił okiem na antykamerę i spostrzegł, że tam na 
całą podłogę nakładziono owych drewnianych pudeł i pudełek, co je składają z cieniutkich jak 
papier deszczułek, a których Kundrat miał zawsze wielkie zapasy, bo w nich suszone owoce i 
rozmaite indyjskie a perskie tkaniny na jarmarki wysyłał. A nakładziono ich tyle, że nimi 
drzwi do sypialni Formozy założono aż do góry, gdyby Kergolaj był się aż do drzwi dołamał, 
to byłby stamtąd jak z sterty siana już wcale nie wylazł. Widząc to zgrzytnął zębami i zaraz 
piorunującym okiem spojrzał na Kundrata; Kundrat wszelako, zaledwie się mogąc powstrzymać 
od śmiechu, rzekł tymczasem do niego: 
— A waszmość kędy Pan Bóg prowadzi? Waszmość, jak widzę, wycharatał mi wszystkie 
pudełka na prach... 
Kundrat rozumiał zapewne, że Kergolaj będzie go prosił o sekret i przyjacielską usługę, 
aby go bez hałasu wyprowadził z kamienicy. Ale Kergolaj był zły, iskry mu się z oczu sypały, 
porwał za ów straszliwy sztylet, co to go zwano la miséricorde, a który zawsze nosił u boku, 
błysnął mu nim przed oczyma i zawołał: 
— To ty, drabie, mnie tu tych pudełek naścielił? Poczekaj... 
I zamachnął się, aby go w kark nim uderzyć. Ale Kundrat tak się przestraszył, że kaganek 
upuścił na ziemię, dusza też poszła mu w pięty i drapnął. Kergolaj słyszał tylko jego kroki: 
łup, łup, łup, wzdłuż krużganku. U owoczesnych rycerzy były zawsze gniew i śmiech obok 
siebie. Drapnięcie Kundrata zaraz go rozweseliło. Lecz zdawało mu się, że Kundrat uciekł 
niedaleko, bo tylko kilkanaście kroków jego dosłyszał. Szedł więc, aby go odszukać i przynajmniej 
na nim pomścić swoje dekonfiturę81. Jakoż w oka mgnieniu go znalazł. Kundrat 
mieszkał na drugim piętrze stamtąd czatował, aby Francuza w antykamerze przycupić i naśmiać 
się z niego. Ażeby się dostać do schodów, trzeba było przebiec cały długi krużganek; 
strach ma wielkie oczy i uszy, uciekając, słyszał za sobą kroki Kergolaja, choć ten się wtedy 
jeszcze nie ruszył; w rogu szerokiego krużganku stała beczka żelaznymi obręczami okuta, w 
którą w czasie deszczu woda z dachów ściekała. Kundrat dał nura w tę beczkę i w niej przycupnął. 
Było tam wody po kolana, rzecz nieprzyjemna, zwłaszcza że trzeba było w nią 
kucznąć; ale jeszcze lepsza to, niżeli spotkanie się z mizerikordią. Kergolaj szedł tedy krużgankiem, 
napotkał beczkę, zajrzał w nią i przy blasku gwiazd poznał Kundrata. 
Na to śmiech zebrał go pusty i rzekł do niego: 
— Kąpiesz się? a masz tam wody dostatkiem? 
Kundrat już dygotał na całym ciele od zimna, a teraz zęby mu szczękać zaczęły. Nuż da 
sztyletem w kark, człek ani ziewnie. Ale Kergolaj spostrzegł wiadro przy beczce, wiadro napełnione 
po same brzegi, podniósł je więc i wylał mu wszystką wodę na szlafmycę, a potem 
jeszcze próżne wiadro wsadził mu na łeb, uderzył pięścią dno i rzekł: 
— Masz i tobie pudełko! 
Po czym, śmiejąc się głośno, wyszedł z kamienicy tą samą drogą, którą był przyszedł. 
Nazajutrz cała kamienica o tych zajściach nocnych wiedziała, ale kto wie, czy nie więcej 
się śmiała z Kundrata niż z Kergolaja. Osobliwie panny służebne, które zawsze dają pierwszeństwo 
rycerzom przed doktorami choćby obojga praw, niemało się nachichotały przy owej 
beczce, w której Kundrat wziął zimną kąpiel z dołu i z góry, a jeszcze i wiadro wbito mu na 
ramiona, z którego się ledwie wydobył. Jednak także się nad nim litowano, bo wprawdzie 
zacny, ale nie bardzo waleczny Kundrat, czy to ze strachu, czy też wskutek kąpieli dostał gorączki i trzeba było po balwierza posyłać, który mu krwi upuścił i tak pomału go uspokoił. 
O Kergolaju zaś bardzo różniły się zdania: jedni się śmieli, drudzy zaś mieli mu za złe, że 
się po nocy popod sypialnie kobiet zakrada. Dopiero Tigranes tę zawikłaną kwestię rozstrzygnął, 
bo z Kundrata się naśmiał, że aż się trzymał za boki, a Kergolaja całkiem usprawiedliwił, 
mówiąc: że tylko nieznajomość obyczajów rycerskich może go potępiać. W całej Europie 
jest rzeczą powszechnie przyjętą, że rycerze przyjmują służbę miłosną u dam nawet zamężnych, 
walczą w ich kolorach, przynoszą im rozmaite ofiary i grają pieśni przed ich oknami i 
drzwiami, we dnie i w nocy i kiedy im się podoba. Trzeba być barbarzyńcą, ażeby za takie 
hołdy się gniewać, a jest to wcale dziką zabawką, ażeby na nich jak na wilki albo niedźwiedzie 
pułapki zastawiać. Stukał też za to Formozę, a nawet ojcu powiedział niegrzeczność, 
czego dotychczas nigdy nie robił, dodając cierpko, że jest to postępowanie chyba ormiańskie, 
za które on przede wszystkim musi się wstydzić i nawet sam nie wie, jak je naprawi. 
Od tego dnia Tigranes był w kwaśnym humorze i z każdym dniem jeszcze więcej kwaśniał, 
dlatego że Kergolaj się wcale nie pokazywał. Syn w złym humorze, to dla Kijasa wielka 
zgryzota; wszelako znalazł sposób na to, mówiąc: 
— Miałem zamiar dać bankiet dla imci Kergolaja, ażeby mu towarzystwo tutejsze pokazać, 
ale chciałem z tym zaczekać, aż mi przyjdą pewne towary, które są w drodze; jednak w tym 
razie nie będziemy już czekać, a damy bankiet w przyszłą niedzielę. 
Więc Tigranes się wypogodził i poszedł zaraz do Kergolaja, aby go na bankiet zaprosić. 
Rozmawiał z nim przy tym serdecznie i wcale po kawalersku, wyśmiewając Kundrata i dając 
mu z lekka do zrozumienia, że owo naścielenie pudełek to był koncept doktorski, mogący 
wyjść z głowy tylko takiego bakałarza, który nie zna obyczajów rycerskich, a nawet ich wcale 
nie lubi. Kergolaj może temu nie całkiem wierzył, ale faire bonne min82, to rzecz właśnie 
francuska, tym zresztą sposobem spadł mu kamień z serca, bo mu otworzył wrota do domu 
Kijasa, gdzie dotąd zawsze tak dobrze się bawił. 
W niedzielę tedy, zaraz po nieszporach, kiedy słońce czerwcowe jeszcze dosyć wysoko 
świeciło na niebie, otworzyły się wszystkie Kijasowe komnaty na przyjęcie gości. Kijas miał 
pięć komnat obszernych na pierwszym piętrze, z których w dzień wielkich testów dwie w 
izby jadalne zamieniał, a trzy do zabawy i tańców przeznaczał. Wszędzie przygotowano mnóstwo 
świec jarzących, bo jak dziś, tak i wówczas, mnogość światła była głównym warunkiem 
świetności przyjęcia. W izbach jadalnych pozastawiano ogromne stoły, na których na wielkich 
srebrnych, glinianych i drewnianych półmiskach i misach piętrzyły się combry jelenie i 
sarnie, uda wołowe i baranie, pieczone indyki, gęsi i kapłony, pomiędzy nimi zaś na płytkich 
talerzach misterne i suto ocukrowane pieczywa (cukier był jeszcze wtedy rzadkością i tylko w 
bardzo zamożnych domach go miewano), pierniki toruńskie, już wtedy znane, a nade wszystko 
pulchne, podługowate kukiełki, cienkimi listkami złota oblepione, najwykwintniejszy przysmak piekarski owego czasu. Wszystkie te misy i półmiski opierały się o niezliczoną 
ilość dzbanów, srebrnych konewek i butli, napełnionych miodem, małmazją i rozmaitymi 
innymi winami. Po kątach, na pięknie rzeźbionych kobylicach, stały beczki z piwem, a przy 
nich chłopcy sklepowi, w świąteczne szaty ubrani, z kubkami w ręku. Trzy inne komnaty 
były przybrane w wieńce z liści dębowych i kwiatów, w których się wtedy bardzo kochano, a 
na podłodze porozścielano dywany tureckie i perskie, w tak pyszne kwiaty dziergane, że prawie 
żal było stąpać po nich butami. Ale Kijas dziś nie żałował niczego, bo najprzód chciał 
Kergolajowi pokazać, że kupiec lwowski nie gorszy od innych, a potem właśnie dnia wczorajszego 
nowy wojewoda ruski zjechał na Niski Zamek i przyrzekł mu jego festyn swoją zaszczycić 
obecnością — a Tigranes, dbający bardzo o łaskę możnych, uprosił sobie u ojca, ażeby 
kredkę na dzisiaj w kąt rzucono i nie rachowano, co ta feta będzie kosztować. Zaczem, 
czego nigdy dotąd nie czyniono, dziś nawet wschody i wjazd do bramy zaścielono suknem 
czerwonym, w dziedzińcu zaś zastawiono także obfite stoły dla sług i żołnierzy, którzy by 
przybyli ze swymi panami. 
A wtedy już zaczęli goście się walić, jedni na koniach, drudzy w lektykach, przez wyzłoconych 
bośniaków niesionych, a trzeci pieszo, pojedynkiem i gromadami. Wojewoda, kasztelan 
i podstarosta przyjechali konno, na wielkich ogierach rycerskich, wiodąc za sobą 
knechtów konnych i pieszych. Wojewodą ruskim, niedawno co mianowanym, był wtedy Mikołaj 
Tęczyński Toporczyk, kasztelanem Stanisław z Chodcza, herbu Poraj, a podstarosta 
Rusin Łopatka, herbu Łopot, dziedzic na Ostałowicach. 
Wojewoda był to mąż potężny budową i wzrostem, z wielkim nosem i z dużymi siwymi 
oczyma, ale gołowąs, a ubrany z francuska, w kaftan z dwubarwnego atłasu z buchastymi 
rękawami i takież krótkie hajdawery, w pończochy jedwabne i długie spiczaste trzewiki z 
pozłocistymi sprzączkami. Na głowie miał kapelusz z podniesioną z jednej strony kryzą i bogatymi 
strusimi piórami. Tak trochę z błazeńska wyglądał, wszelako płaszcz, choć nie długi, 
ale sobolami podbity i wyłożony, dodawał mu senatorskiej powagi. Wąsy zawiesiste, złotolite 
żupany i pasy, i długie delije, jak w ogólności owe poważne i piękne stroje narodowe, którymi 
Polska tak świetnie błyszczała pomiędzy innymi narody, zaczęto nosić dopiero w wieku 
następnym. 
Kasztelan, ubrany w strój tej samej mody, był nie bardzo pokaźny, miernego wzrostu i 
chudy, o bladej twarzy i rzadkiej siwawej brodzie: widać było po nim, że już na nim usycha 
ten ród, niegdyś znakomity i możny, panujący na Chodczu, do którego należała część znaczna 
Pokucia, na Lubieniu, na Chłopach i wielu innych majątkach, a idący przez długie czasy z 
przemożnymi Odrowążami o lepsze, których przewagi, gwałty i wojny domowe, jeszcze natenczas, 
to w malowniczych, to w strasznych powieściach, obiegały wszystkie chaty na całej 
Rusi. 
Za to Łopatka był czerstwy i zdrów, rumiany na twarzy i jędrny, nieodrodny syn owego 
niepożytego ruskiego szczepu, który już tyle wytrzymał niedoli, a ani na duszy, ani na ciele 
nie upadł — miał białą czuprynę i krótko strzyżoną brodę, kaftan aksamitny z guzami, buty 
rycerskie i krzywą szablę u boku. Ani półmiskiem, ani kubkiem nie gardził, od gładkiej podwiki 
także oka nie odwrócił, ale był bardzo szanowany przez wszystkich jako mąż sprawiedliwy, 
a zresztą jako potomek bardzo starożytnego rodu, który od wieków był jednym z 
pierwszych na Rusi, a nawet jeszcze i potem kwitnął dość długo i niejednego władykę wydał 
ze siebie. 
Prawie jednocześnie z senatorami przybyli biskupi: Jędrzej Boryszowski, herbowny brat 
kasztelana, arcybiskup lwowski, w pozłocistej karocy o jednych drzwiczkach, a biskup ormiański Kilian i ruski władyka piechotą. Istniały już wówczas karety o dwóch drzwiczkach i 
oknach, ale arcybiskupi lwowscy jeszcze nie mogli sobie takich zbytków pozwalać. Hojnym 
był wprawdzie dla nich Władysław Jagiełło, ale jego synowie cokolwiek mniej, musieli więc 
sami, idąc za przykładem Grzegorza z Sanoka, oszczędzać grosz i dobra skupować, wszakże i 
to szło im oporem, bo ich chorągwie, które tak dla powagi, jak dla obrony utrzymywać musieli, 
prawie wszystkie oszczędności im pochłaniały. 
Arcybiskup był to mąż bardzo poważny, około pięćdziesięciu lat wieku, wysoki, z długą 
brodą, w długim jedwabnym talarze83, z czerwoną uszatą piuską na głowie. Kilian był mały i 
chudy, ale bardzo wesoły, władyka zaś prawie jeszcze młody, z czarną brodą do pasa, rubaszny, 
ciekawy, za pan brat ze wszystkimi, wielki przyjaciel ślubów, chrzcin i styp pogrzebowych; 
obydwa zresztą lubili sute wieczerze, co też niedziwno, bo obydwa nie opływali w dostatkach. 
Za biskupami przyciągnęły kobiety: kasztelanowa, podstarościna i rozmaite bogate 
mieszczki, wszystkie w lektykach, koło nich ich córki pieszo. Wszystkie starsze matrony były 
ubrane bardzo bogato, w roby84 z atłasów i aksamitów, ze złotogłowiów i adamaszków przetykanych 
srebrem, w perłowych albo w złocistych czepcach, a na tym wszystkim miały na 
sobie szuby, chociaż to było już w lecie, podszyte i obłożone sobolami, kunami lub innym 
futrem bogatym. Były przy tym obładowane złotymi kolcami, pasami, naramiennikami, klamrami 
i pierścieniami, że niektóra z nich wyglądała jak sklep bogatego złotnika. (Kieszonkowych 
zegarków jeszcze wtedy nie było). Panny ubierały się skromniej, ale także bardzo wystawnie. 
Dawano im suknie jedwabne, dziergane w kwiaty jak najżywszych kolorów, obwieszano 
je tkaninami perskimi i indyjskimi delikatności pajęczej, pozwalano im nosić trzęsidła i 
naramienniki, a nóżki zaciskać w spiczaste trzewiki z tak wysokimi korkami, żeby mysz mogła 
przebiec pomiędzy podeszwą a korkiem, inaczej trzewik nie byłby modnym. Lektykom i 
pannom towarzyszyli kawalerowie, szlacheccy i mieszczańscy, bo stany jeszcze się tak bardzo 
nie rozdzielały od siebie, niemieccy, rusińscy, ormiańscy, polscy i tatarscy, wszyscy w 
krótkich aksamitnych lub atłasowych kaftanach, w spodniach krótkich buchastych, a dalej 
całkiem obcisłych, w kolorowych trzewikach i tokach albo biretach z piórami, z wyjątkiem 
Tatarów, którzy nosili kubraki sukienne, srebrne pasy czerkieskie, czapki spiczaste, najczęściej 
białym obszyte barankiem, i krótkie szable u boku. 
Za tym zgiełkiem matron, panien i kawalerów, przypływali powoli starsi mieszczanie, 
ławnicy i rajcy, właściciele sklepów, fabryk i posiadłości wiejskich, wszyscy panowie kamieniczni 
(bo kto nie miał kamienicy w mieście, nie był uważany za mieszczanina), wszyscy z 
ogolonymi twarzami na modę niemiecką, ubrani zazwyczaj czarno, w krótkie suknie pod 
spodem i sukienny lub aksamitny krótki płaszcz z rękawami, w birety niemieckie albo florenckie 
i w czarne trzewiki ze srebrnymi sprzączkami. 
Jeszcze się ten tłum dopiero gromadził przed kamienicą Kijasa, kiedy w przeciwległym 
rogu rynku, napełnionego ciekawą gawiedzią, pokazał się rycerz na białym koniu, ubrany w 
kaftan atłasowy na poły żółty i fioletowy, takież ubranie niższe, a dalej w spodnie obcisłe i 
safianowe trzewiki na wysokich czerwonych korkach, ozdobionych złotymi ostrogami. Na 
głowie miał kapelusz z piórami i brylantową agrafą, na sobie płaszczyk rycerski z czarnego 
aksamitu... a za nim jechało sześciu żołnierzy, ubranych w hełmy i stalowe koszulki. Był to 
Kergolaj: gawiedź go sobie pokazywała palcami, bo wszyscy go już znali z imienia, a nie 
każdy go widział. 
Kijas, równie czarno ubrany jak wszyscy mieszczanie, stał z odkrytą głową przy bramie i 
gości przyjmował. Za nim stali Tigranes, w pstry strój kawalerski i Kundrat w bakałarski tabard85 
przybrany. Kijas miał piękną do senatorów przemowę, dziękując za zaszczyt, jaki mu 
wyrządzali; wojewoda sam mu odpowiedział, wynosząc cnoty i zasługi lwowskiego mieszczaństwa. 
Takie same przemowy się powtarzały przy przyjęciu biskupów i matron; za biskupów 
odpowiedział proboszcz katedralny, sławny kaznodzieją, za matrony dworzanin rękodajny 
kasztelanowej. Tymczasem już wszyscy goście się zgromadzili przed kamienicą, a między nimi widać było kilku mnichów, przełożonych rozmaitych klasztorów, niektórych księży 
świeckich, w bardzo pstre suknie poubieranych z pomadowanymi kędziorami i fryzowanymi 
brodami, a wreszcie rybałtów z rozmaitymi muzycznymi instrumentami. 
Po tych przywitaniach Kijas prowadził gości, a najprzód matrony do komnat pierwszego 
piętra. Tam przy drzwiach otwartych oczekiwała je Formoza. Była ona wbrew modom w 
ciemną aksamitną suknię bez żadnych ozdób ubrana, miała tylko na głowie złotolitą duchenkę 
i była ściśnięta powyżej bioder przepysznym pasem, z perłowych klamer złożonym: prostota 
serca wyraża się zwykle w zewnętrznym ubraniu. Matrony i panny witały Formozę jako dawną 
znajomą, u których miała wielkie zaufanie, tylko wojewoda stanął przed nią, jak gdyby 
olśniony i rzekł: 
— Nie żałowałem nigdy, żem się ożenił, ale ujrzawszy waszmość panią... obawiam się, że 
będę miał noc niespokojną. 
Był to komplement trochę zanadto otwarty, jakoż zarumienił Formozę; ale wojewoda się 
zaraz poprawił, pytając: 
— A gdzież szczęśliwy małżonek waszmości? 
Natenczas Kijas pchnął prędko Tigranesa przed siebie i polecił go łasce wojewody. A pan 
Tęczyński jeszcze więcej się zdziwił i rzekł: 
— Panie bracie, twoja jejmość, jak widzę, mogłaby cię wziąć pod pachę i igrać tobą jak łątką. 
Ale nie trzeba sądzić z pozoru. Widziałem ja ludzi jeszcze daleko podlejszej kompleksji 
od ciebie, a mieli duszę wspaniałą; dobrą głowę na karku. Owóż podobno tak jest u ciebie, co 
mi też powiadano. 
Ojciec i syn byli tedy bardzo zadowoleni i prowadzili gości do dalszych komnat, co też 
było koniecznym, bo pierwsza komnata była już przepełniona, a jeszcze się wielkie tłumy 
cisnęły od wschodów. Z nimi szedł także Kergolaj, wesół jak nigdy i głowę niosąc wysoko, 
sypnął parę komplementów Formozie, jak gdyby nic nigdy nie było, i poszedł zaraz między 
biskupy i senatory, którzy jako z rotmistrzem królewskim chętnie się z nim bratali. Po chwili 
jednak wrócił do pierwszej komnaty i stanąwszy u okien, przypatrywał się nowym gościom 
przypływającym. Już się ścisk zaczął trochę przejmować, już przychodzili tylko pomniejsi, 
już nawet weszli rybałci: a wtedy zjawiła się jeszcze jedna dama w otoczeniu dwóch kawalerów, 
jedna z tych elegantek, co zawsze na ostatku przychodzą. 
Była to kobieta jeszcze bardzo młoda, może dwadzieścia cztery lat wieku, dość słuszna, 
ale zarazem okrągła i pulchna, twarz miała białą i świeżą jak gdyby krew z mlekiem, nosek 
troszeczkę zadarty, usta cokolwiek pełne, świadczące o rozbudzonych uczuciach zmysłowych, 
a włosy ciemnoblond, bardzo bogate, dziwnie do siebie nęcące miękkością puchu i 
blaskiem jedwabiu. Kobieta ta na ludzi, którzy cenią w płci pięknej okrągłe formy, świeżość 
cery, wesołość serca i krew życiem grającą, sprawiała niezmiernie sympatyczne wrażenie; toż 
w czasach tych, gdzie okazałość zewnętrzna silnie uderzała na zmysły, a zmysły panowały 
nad duchem, rzadko kto mógł objętnie patrzeć na jej błyszczącą urodę. Była ona w towarzystwie 
jak wir w wodzie bieżącej: kto się zbliży do jego kręgów, ten musi z nim płynąć, a niezwykłej 
siły potrzeba na to, aby się odbić od niego. Jednak jej strój nie był w zgodzie z jej 
postacią zewnętrzną, miała bowiem wierzch sukni z czarnych jedwabiów, a spodni z białych 
tkanin muszlinowych, do tego zaś żadnych na sobie świecideł. Tylko czerwone trzewiczki 
rozjaśniały cokolwiek tę posępność ubioru. 
Kawalerowie, którzy przyszli w jej świcie, byli to Olizar i Frąc Ajchinger, jej szwagier; 
Olizar w czarnym aksamitnym kubraku ze złotymi guzami, Frącek zaś w czerwonym kaftanie, 
białych pludrach niemieckich i safianowych butach rycerskich. 
Dama ta uściskała zaraz serdecznie Formozę i rozpoczęła z nią żywą rozmowę, której nie 
można było dosłyszeć. Zdaje się tylko, iż się przed nią usprawiedliwiała, że właściwie nie 
powinna była przyjść — a Formoza rozgrzeszała ją mówiąc: 
— Przecie już dawno minęło pół roku... 
Zaczem obydwie wzięły się pod ramiona i poszły pomiędzy senatory i starsze matrony. 
Kergolaj rzucił na nią okiem znawcy i wąsa poprawił. Po czym pociągnął za nią do drugich 
komnat i tam znowu na nią spojrzał po raz drugi, a wreszcie obejrzał się za kimś znajomym, 
który by go oświecił, kto jest ta ładna dama. 
Tigranes mu to opowiedział. 
Była to wdowa Ajchingerowa, z domu Łopatyczówna, imieniem Pachna. 
Łopatowie, Łopatkowie i Łopatycze była to jedna i ta sama rodzina. Jednego syna Łopaty 
nazwano z polska Łopatką, a drugiego z ruska Łopatyczem i tak to zostało, bo nie królowie 
albo kanclerze koronni, ale głos publiczny i używanie tworzyły wówczas nazwiska. Tak było 
w Polsce, tak i na Rusi. Łopatkowie się prędzej spolszczyli, Łopatycze Rusinami zostali, a 
głos publiczny wyraził to w ich nazwiskach. Łopatycz, ojciec Pachny, przyjął prawo miejskie 
we Lwowie i tu się osiedlił, a prowadząc skrzętny handel z Tatarami, dorobił się znacznego 
majątku. I on miał także piękną kamienicę przy Halickiej ulicy, chociaż tylko o trzech 
oknach, ale zaopatrzoną równie bogato. Pachną, jego córka jedyna, będąc młodą dziewczyną, 
miała swoje ambicje. Chciała wyjść za polskiego rycerza, który by z czasem został senatorem. 
Jej ojciec, Rusin i demokrata, nie lubił rycerstwa, przenosił nad nie stan kupiecki, upierał się 
przy tym, ażeby wyszła za kupca i z wielkim uporem wbijał w nią przekonanie, że nie masz 
dla dziewki lepszego postanowienia jak w stanie kupieckim. Pachną się chwiała: obok wielkiej 
sympatii dla rycerzy nie pogardzała kupcami. Tymczasem los zrządził wcale inaczej. 
Ojciec jej umarł — a wkrótce po jego śmierci zjawił się we Lwowie rycerz niemiecki, Kunę 
Ajchinger, człowiek mało co więcej jak trzydziestoletni, bardzo kształtnej budowy i twarzy 
tak pięknej, że wszystkie kobiety nie mogły mu się napatrzeć. Pachna się w nim zakochała na 
umor i poszła za niego. 
Ci Ajchingerowie była to stara szlachta niemiecka, mieli bieżącą wiewiórkę w herbie na 
tarczy i taką samą wiewiórkę siedzącą nad koroną pomiędzy dwoma rogami, byli też w 
Niemczech sławni i poważani. Ale jeden z nich, Zybult, zabłąkał się do Lwowa, tu się ożenił 
z Rusinką, tu osiadł, przyjął prawo miejskie i handel założył — i to mu przyniosło pewien 
uszczerbek pomiędzy rycerstwem w Niemczech, a nawet i w Polsce. Bo wtedy jeszcze pomiędzy 
szlachcicem a rycerzem była pewna różnica. Le gentilhomme naît, le chevalier se 
fait86, powiedziano niegdyś we Francji i stało się to prawem dla rycerstwa wszystkich narodów. 
Można było być szlachcicem, a nie być rycerzem. Wolno było szlachcicowi bawić się 
jakimkolwiek rzemiosłem, ale rycerz nie mógł się imać takiego zarobku bezkarnie. Jemu było 
wolno rozbijać kupców po drogach, ale samemu kupiectwem się bawić, to nie uchodziło. Z 
dwóch synów Zybulta, jeden, Kunc, człowiek rozumny, odważny i zręczny, dobił się łatwo 
rycerstwa w Niemczech, ale młodszemu, Frącowi, już się to nie udało, był tylko knechtem, 
ale rycerstwa się jeszcze nie dobił. 
Kunc miał wszystkie zalety, jakie zazwyczaj zdobią rycerza, ale miał także i wady. Lubiał 
pić i grać w kości, a przy tym był kotem na podwiki. Z początku jeszcze jakoś dość wiernie 
trzymał się Pachny, ale kiedy mu żona spoważniała, a wreszcie i synka powiła, diabeł zaczął 
w nim palić, ledwie że rankiem wracał do domu, a za to pełno go było po gospodach, gdzie 
tańce się odbywały. Do tego stopnia nawet nie dbał o swój honor rycerski, że się tłukł po 
przedmieściach i tamtejsze dziewczęta uwodził. Owo więc przeszłej jesieni poznał był Fesię, 
córkę tkacza, mającego pod Wysokim Zamkiem mały folwarczek z gruntami. Fesia była najpiękniejszą 
ze wszystkich dziewcząt pod Zamkiem, nosiła czerwone i błękitne staniki, a w 
warkoczach wstążki wszystkich kolorów, które jak tęcza za nią w tańcu powiewały. Kunc 
uwziął się na nią jak diabeł na grzeszną duszę. Uważał wprawdzie, że z Fesią zawsze Petruś 
tańcował, syn kowala, chłopek niewielki, ale nabity i gładki, „biłe łyczko, czorny wuś”, jak 
piosnka śpiewała. Jakoż Fesia mu się stale broniła, dając mu na wszystkie propozycje odpowiedź: 
„mowyła Fesi, że obyjde si”. Ale taki rycerz niemiecki mało dba o czeladników kowalskich, a wytrwałością bije opór kobiety. Jakoż istotnie jednego wieczoru Fesia mu się wygadała, 
że przez całe lato aż do późnej jesieni sypia na brogu, co stoi pomiędzy stodołą a szopą. 
Kunc jej zapowiedział, że jeszcze tego wieczora przyjdzie na pacierze. I przyszedł. Obaczywszy 
drabinę przypartą do brogu, wskoczył na nią z radością i wylazł na górę; lecz kiedy 
już był na ostatnich szczeblach i zajrzał do brogu, zamiast Fesi pokazał mu się jakiś chłop 
wąsaty i z całej siły żelaznymi widłami wjechał mu w ślepie. Kunc, nie mogąc wytrzymać 
takiego ciosu, spadł po wszystkich szczeblach drabiny aż na dół i kości sobie połamał. A kiedy 
padł z jękiem na ziemię, ponad szczytem drabiny pokazał się ten sam diabeł wąsaty, wyszczerzył 
białe zęby, rozśmiał się głośno i zawołał; — Trysta tobi mat’... otoś sia zabyw, panyczu!
— Nad nim zaś, oparta obydwiema rękami na jego ramionach, pokazała się Fesia i także 
się śmiała. Takie to zdradliwe bywają te piękne Rusinki. 
Dobrze im było śmiać się, kiedy byli na górze, ale biedny Kunc złamał sobie krzyż pacierzowy 
i wcale bez jęku dał ducha Bogu. Nazajutrz rano znaleziono go nieżywego pod brogiem. 
Pachną wpadła w rozpacz, a zarazem i w złość i chciała ciągnąć do sądu zabójców. I 
pobiegła z tym do starego Kijasa. Ale Kijas nie był tak gorąco kąpany i odpowiedział jej najprzód: 
— O jednego Niemca tyle hałasu? jeszcze ich tu dosyć zostało. — To Pachnę ochłodziło 
cokolwiek. Jednak mu powiedziała, że sądu trzeba koniecznie, bo to hańba dla niej i jej familii, 
która spadnie na jej syna i będzie mu szkodzić. — Hańba? — rzekł na to Kijas — jeszcze to 
nie tak dawno, jak biskup krakowski, Zawisza, takuteńką śmiercią zginął przy brogu, a przecie 
to biskupom krakowskim wcale nie zaszkodziło. — Jużci to prawda — myślała Pachna; — a 
tymczasem rozumny Kijas uczucia jej w całkiem inną stronę odwrócił mówiąc: — A jejmość 
pani powinnabyś całkiem inaczej o tym rozumieć, bo mąż taki, który ma żonę tak urodziwą, a 
za dziewkami łazi po brogach, jeśli kark skręcił tak gładko, to jeszcze wcale nie otrzymał tej 
kary, na jaką zasłużył. Daj jejmość raczej na mszę do Pana Boga, że cię od niego uwolnił, bo 
byłabyś się z nim na śmierć zagryzła. — Niektóre kobiety są jako organki, co same grają, potrzeba 
je tylko nastroić, ażeby tę pieśń zagrały, co trzeba: tak też i Pachną zaraz inaczej zrozumiała 
tę sprawę i napełniła się oburzeniem przeciw temu mężowi. Zaś wkrótce potem całkiem 
o nim zapomniała, jej z nim pożycie wydawało jej się jak sen, który znikł po przebudzeniu, 
tylko synek został się po nim i obowiązkowa żałoba. 
Dowiedziawszy się o jego śmierci, jego brat Frąc przyjechał do Lwowa. Miał zamiar przeprowadzić 
tylko dział majątkowy i nazad wrócić do Niemiec; wszelako zmienił postanowienie, 
postarał się i z łatwością otrzymał wysoki urząd wojskowy na Niskim Zamku i został we 
Lwowie. Głucha wieść niosła, że się we wdzięki swojej bratowej uplatał: bardzo to było podobne, 
ale Olizar już przed nim stanął u niej na służbę — a z Olizarem nie każdy mógł chodzić 
o lepszą. 
Taką to dziwną historią opowiedział Tigranes Kergolajowi, który mu za to podziękował i 
mówił, że jest to kobieta tym więcej zajmująca, bo godna pożałowania. 
A wtem uderzono w trąby w izbach jadalnych na znak, że czas do wieczerzy. 
Jeden był głodny, a drugi łaknął, więc wszyscy szli tłumnie za biskupami i senatorami. W 
tym tłumie Łopatka się za Olizarem obejrzał, a dojrzawszy go, zawołał: 
— Wyrypaj! 
Olizar ścisnął go za rękę i rzekł: 
— Czegóż ty mnie wołasz Wyrypajem? — i dodał półgłosem — tak mnie tylko mołodyce po 
przedmieściach wołają. 
— A może i ja mołodyca. 
— Idy do ditczoj matery!88 — zawołał śmiejąc się Olizar. — Jeszcześ się nie upił, a już przystępuje 
do ciebie. 
A wtedy Łopatka trącił go w bok i zapytał: 
— No, a jak tam z Pachną? kiedyż wesele? 
— Jeszcze żałoba. 
— Ale nim żałoba minie, miałbym ciebie za ba i bardzo, gdybyś nie dał w kark temu czerwonemu 
Niemcowi, bo ma plecy takie szerokie, że i Pachny spoza niego nie widać. 
— Dam ja jemu w kark, że ziewnie duszą tak samo, jak Kunc. Niech jeno okazja się zdarzy. 
Tu wszakże Olizar skoczył prędko ku Pachnie, aby mógł siąść przy niej u stołu. I Frącek 
także trochę przyśpieszył kroku, ale powolnego Niemca zwinny Francuz uprzedził i siadł przy 
niej po drugiej stronie. Frąc poszedł ku beczkom i napił się piwa, jako to u Niemców piwo 
być musi lekarstwem na wszystko; Pachna zaś była bardzo uradowana, że koło niej usiadł 
rycerz francuski, o którym tak wiele w mieście mówiono, i bardzo żywo z nim rozmawiała. 
Olizar nie był o Francuza zazdrosnym, owszem, powziął dla niego zaraz sympatią za to, że 
Frąca nie dopuścił do Pachny — a zresztą, co do rozmowy, to jeszcze dla niego dosyć zostało. 
Do stołów siadano wówczas, tak jak i dzisiaj, według godności i wieku. Przy głównym 
stole wojewoda siedział we środku, a naprzeciw niego arcybiskup lwowski, koło nich zaś po 
jednej stronie i drugiej dygnitarze duchowni i świeccy, alternując z poważniejszymi matronami. 
Za każdym dygnitarzem stał jego paź albo wyrostek, podając mu talerze i nalewając 
kielichy, za matronami panny służebne, a czasem własne ich córki, Kijas, Tigranes, Formoza i 
Kundrat wcale nie zasiedli do stołu, tylko służyli wszystkim, pilnując zarazem, ażeby służba 
szła gładko i sporo. Młodzi kawalerowie także się kręcili koło stołów, rozbierając indyki i 
kapłony, usługując starszym i prawiąc grzeczności pannom swojego serca, a wyręczając je w 
służbie około ich matek. 
Jedzono nie żartem, a pito, co szyja strzymała: zaś po każdym daniu rybałci uderzali w instrumenty 
muzyczne i grali jakąś pieśń wesołą ku rozradowaniu serc biesiadników. Po każdej 
pieśni puszczano w kolej kielichy i pito przezdrowia starszyzny, wojewody i arcybiskupa, 
kasztelana i obydwóch władyków. Tak to się powtarzało przez pierwszą połowę wieczerzy, 
ale w drugiej połowie sam wojewoda zaintonował starą pieśń rycerską i kazał do niej brząkać 
rybałtom. Chór ten nie bardzo był harmonijny, ale bardzo wesoły. Po pieśni znowu jedzono i 
pito. Potem śpiewano znów pieśni inne, polskie i ruskie, coraz weselsze, aż wreszcie ten i ów 
zaśpiewał jakąś piosneczkę rubaszną i tłustą, której dziś by nie można powtórzyć, ale której 
podówczas zawsze wtórował śmiech homeryczny. Śmieli się senatorowie, śmiały się stare 
matrony, śmiały się panny, że aż okna brzęczały. Tylko arcybiskup się raz i drugi pokręcił na 
stołku, aż wreszcie wstał i dał znak, że godzi się koniec położyć wieczerzy. 
Wszyscy więc wstali i przeszli do drugich komnat, lecz przeto się jeszcze nie skończyła 
zabawa. Senatorowie duchowni i świeccy poszli do ostatniej komnaty, zabrawszy ze sobą co 
poważniejsze matrony, a tam zastali stoły zastawione spleśniałymi flaszami, w których się 
znajdowały najwyborniejsze małmazje i stare wina cypryjskie, hiszpańskie i włoskie. Towarzyszył 
im sam stary Kijas, a nalewając kielichy, tłumaczył im nazwę i pochodzenie każdego 
likworu, skąd się pokazało, że niektóre z nich miały po lat kilkadziesiąt, a innych nie można 
było dostać za żadną cenę. Mieli je chyba tylko Fuggerowie w Sztutgardzie albo inne, równie 
po książęcemu zamożne i zaopatrzone domy kupieckie w Gdańsku, w Genui albo w Wenecji. 
Po zamkach rycerskich bardzo rzadko tak stare i takie drogie znajdowały się wina, bo rycerze 
ówcześni mieli takie niepowściągliwe pragnienie, że żadnemu trunkowi nie dali się zestarzeć; 
tylko roztropni a zarazem umiarkowani w swoich pragnieniach kupcy takie skarby miewali. 
Kijas, nalawszy taką odwieczną małmazją kilka kielichów, podał jeden z nich wojewodzie i 
rzekł: 
— Racz wasza miłość skosztować. Nie lubię się chwalić, ale w tym razie mogę ichmościów 
zapewnić, że takiej drugiej małmazji w całej Polsce nie znajdzie. 
Zaś drugi kielich podał arcybiskupowi. Obydwa skosztowali i spojrzeli prawie ze zdziwieniem 
na starego Kijasa. Wojewoda pierwszy zawołał: 
— Panie bracie! ledwiem skosztował, a już mi się zdaje, żem wszystkich aniołów na niebie 
obaczył. 
A Kijas zatarł ręce i odpowiedział: 
— Po drugim kielichu wasza miłość samego Pana Boga obaczysz. 
Arcybiskup zaś, który miał się już żegnać i wychodzić, ażeby nie patrzeć na to, co się dalej 
dziać będzie, skosztowawszy raz jeszcze, siadł poważnie u stołu, trzymając swój kielich w 
ręku i patrząc ciekawymi oczyma na starego Kijasa. Jego twarz przybrała wtedy wyraz bardzo 
wymowny, zdało się, jakoby mówił do siebie: — Znam tego kołtuna od lat niepamiętnych, 
alem nie wiedział, że ma takie nektary w swojej piwnicy. 
Od nich przeszedł Kijas do matron, które w innym zebrały się kącie, i ponapełniał ich kielichy 
słodkim winem cypryjskim. Bardzo niebezpieczne to wino, bo się pić daje, ale rozpala 
krew, a potem się wspina do głowy. Nie wiedzieć dlaczego Kijas takim zdradliwym trunkiem 
poczęstował takie poważne kobiety. Ej, czy tylko figlarny czasami starzec nie chciał jakiej 
sztuczki wypłatać ich mężom. Ale być może, że zapragnął tylko, ażeby mu jego wino chwalono. 
Jakoż istotnie przyjęty jest przez wszystkie te damy z oklaskiem, które też zaraz około 
stołu zasiadły, popijając po kropelce, lecz często i zachęcając jedna drugą dopóty, aż póki się 
wszystkie nie rozochociły. 
Po chwili około senatorskiego stołu zaczęło się robić coraz gwarniej i głośniej. Wojewoda 
rozprawiał o królu, wychwalając jego rycerskie zalety i przepowiadając, że za maluczko cały 
świat swymi czynami zadziwi i wszystkie kraje swoją sławą napełni. Chorowity kasztelan 
skarżył się na upadek powagi szlacheckiej na Rusi, na zuchwalstwo kmieci i mieszczan i 
przyszłość w czarnych malował kolorach. Łopatka przyznawał wprawdzie, że nie wszystko 
idzie takim porządkiem, jak trzeba, że w uzbrojeniu obydwóch zamków są szczerby, które by 
trzeba jak najprędzej połatać, że drobna szlachta upada, ale jak w Krakowie zatrąbią, to jeszcze 
Ruś światu pokaże, co warta jest w polu — arcybiskup zaś widział wszystko złe w obojętności 
dla wiary, w ubóstwie księży, w niedostatku kościołów i pragnął, ażeby młody król, 
nim wszystkie kraje swoją sławą napełni, poszedł raczej w ślad swoich przodków, w ślad Kazimierza 
Wielkiego, który Polskę zmurował, w ślad Władysława Jagiełły, który dbał tak gorliwie 
o wiarę i tak szczodrobliwie wyposażał kościoły. Bardzo to tedy poważna była gawęda, 
ale w miarę wychylanych kielichów coraz głośniejsza i coraz gwarliwsza, że wreszcie kilku 
mówiło razem i jeden drugiego nie mógł dosłyszeć. 
Małmazja rozwiązała języki mężom, ale wino cypryjskie rozweseliło serca jejmościom. 
Tam było gwarniej, tu trochę ciszej, ale daleko serdeczniej. Poważnym matronom zrobiło się 
bardzo gorąco, zaczęły więc najprzód zrzucać ze siebie sobole i kuny, a potem ta i owa wzięła 
swoją sąsiadkę pod pachy i zaczęła z nią tańczyk wywodzić. Spostrzegli to mężczyźni, nuż do 
nich i dalejże w pląsy. Wojewoda pierwszy kazał zawołać rybałtów i puścił się owego powolnego 
oberka, który Niemcy tutaj przynieśli, a Rusini przyjęli. 
Arcybiskup wstał i zaczął się rozpatrywać z właściwą swojemu wysokiemu urzędowi powagą, 
kędy cieśla drzwi zrobił. Uważny na wszystko Kijas przybiegł mu na pomoc i podawszy 
mu ramię, wyprowadził go wśród rozstępujących się tłumów przez sień i schody, aż do 
jego karety. Dziękując mu za tę atencją i namyśliwszy się dobrze nad tym, co mu ma powiedzieć, 
rzekł arcybiskup do niego: 
— Dobre masz wino, panie Epaminondas, ale zdradliwe. Uważajże, aby zgorszenia nie było, 
bo jutro mi spowiedników nie starczy. 
— Illustrissime89 — odpowiedział mu Kijas — gospodarz dba o to, ażeby się goście zabawili 
u niego, a miarę musi zostawić ich własnemu sumieniu. Ale u mnie mój syn ma oko na mężczyzn, 
a pani Formoza swoją własną przyzwoitością daje przykład kobietom. 
Tymczasem, jak tylko arcybiskup odjechał, w drugiej największej komnacie całkiem inaczej 
się rozhulano. Tańczono podówczas jakiegoś menueta, taniec poważny i bogaty w rozmaite figury, do którego rycerze w pełnej zbroi stawali, a damy w ciężkich robronach, w których 
ledwie mogły się ruszać. Tym tańcem dowodził Kergolaj, idąc w pierwszą parę z Formozą 
i komenderując innymi. Grali mu rybałci na cymbałach, harfach i trąbkach i wszystko 
odbywało się przyzwoicie. Ale kiedy lepiej podpito, taniec ten nie wystarczał ochocie, zaczęto 
więc skakać, każdy według swego konceptu, a nawet według temperamentu, bo wyprawiano 
już zbytki z kobietami. Do tego jeszcze ten hukał, a drugi śpiewał, kobiety broniły się z 
śmiechem i krzykiem natarczywym mężczyznom — a młodzi tworzyli osobne kółka po kątach, 
biorąc się pod ramiona i otaczając panienki, a zmuszając je do pląsów według swojej woli. 
Cała komnata napełniła się wtedy krzykiem i piskiem, i tak chaotycznym hałasem, że już i 
muzyki nie można było dosłyszeć. Tigranes, który miewał napady swawolnego panicza, co 
gotów szyby tłuc, ażeby tylko zabawić siebie i drugich, zamiast po myśli swojego ojca mieć 
oko na mężczyzn, wpadał jak raca pomiędzy skaczących, śpiewał jakąś piosenkę ormiańską, 
której pierwszą zwrotkę ciągle powtarzał, jednego po drugim obydwiema rękami uderzał w 
piersi, innego za pas pociągnął, aby go przewrócić, a nawet i kobietom różne psoty wyprawiał. 
Na próżno mrugała na niego, a czasem i ręką kiwała Formoza, młodzieniec tak się rozszalał 
jak źrebiec, co się wyrwał ze stajni w wirydarz90 i bryka, depcąc swoimi kopytami piwonie 
i tulipany, fiołki i róże. 
Ale był tam ktoś szaleńszy od niego — a to był Olizar. Szczery ten Rusin brał wszystko na 
serio, co robił, czy w kości grał, czy dziewczęta uwodził, czy pił, czy tańcował. Jutro już o 
tym zapomniał, ale czym właśnie się zajął, to wykonywał gruntownie i z najwyższą energią. 
Jemu jeszcze to wszystko było za mało, taniec zanadto powolny, a muzyka, jak gdyby kto 
grał na drumli. Skoczył więc do drzwi i trębaczy zawołał. Trębacze z żołnierzami i dworakami 
pili w dziedzińcu, zaraz więc przyszli i według komendy Olizara uderzyli w trąby, tarabany 
i kotły. Dopieroż wtedy zaczął się modą ówczesną taniec prawdziwie szalony: już nie chodziło 
o to, kto kogo przesadzi w skokach, ale kto kogo przewróci. Wśród piekielnego hałasu i 
strzelających wybuchów śmiechu, wśród wrzasku trąb i grzmotu bębnów i kotłów, przewracano 
mężczyzn i przewracano kobiety. A wszystko to wirowało pędem szalonym wokoło 
komnaty, jak gdyby już świat miał się skończyć, jak gdyby już ziemia zapaść się miała... 
Kergolaj zrazu puścił się także w ten wir szalony. Porwał Pachnę ze sobą, objął jej kibić i 
pędził naprzód razem z innymi: ale mu ją odbił Olizar. Kergolaj wyskoczył z tłumu i stanął 
niedaleko od ściany pomiędzy oknami, ocierając pot z czoła. Olizara znowu ktoś odbił, bo 
bardzo się rwano o Pachnę, chcąc ją także przewrócić: ale wtedy Kundratowi także się zachciało 
tańcować. Namyślał się długo, ale wreszcie zebrał się na odwagę i rzucił się na przebój 
ku Pachnie. Już dobił się do niej, już prawie ramię wyciągnął, aby objąć jej kibić, ale 
wtem Olizar, oburzony zapewne tym zuchwalstwem kupczyka, podbił mu nogi. Przestraszony 
tym Kundrat, myśląc zapewne, że posadzka pod nim się zawaliła, a on leci gdzieś w przepaść 
bezdenną, chwycił się obydwiema rękami ramion Pachny, ręce mu się ześliznęły po nagich 
ramionach, ale się chwycił jej sukni: tymczasem suknia pod tym gwałtownym naciskiem jego 
pazurów puściła i to niewiele, co tam pod nią było, także się rozdarło. Olizar, chcąc bronić 
Pachnę, jeszcze raz podbił mu nogi — a wtedy Kundrat, lecąc na ziemię, obdarł Pachnę z jej 
wszystkiego odzienia jak węża ze skóry. Na swoje nieszczęście jędrna Rusinka stała twardo 
na nogach, zaczem wyłuszczyła się ze swoich białych muszlinów, jak Wenus Afrodytę z pian 
morskich, i przedstawiła się urbi et orbi91 tak prawie, jak ją matka na świat porodziła. 
Przepyszne formy jej posągowej postaci i śnieżna białość jej ciała wszystkich olśniły: Kergolaj 
stanął czym prędzej na palcach, ażeby okiem znawcy objąć ten zajmujący obraz w całości 
— Olizar mlasnął ustami i już się zaczął rozpatrywać w jego szczegółach — Kundrat, zerwawszy 
się z ziemi, otworzył oczy i usta na ścieżaj, jak gdyby jakieś cudowne zjawisko obaczył 
— nawet muzykanci grać na chwilę przestali, trębacz z trąbą od ust odjętą, bębenista z 
pałką podniesioną do góry, a wszyscy z wytrzeszczonymi oczyma, jak gdyby ich kto w drewniane 
posągi zamienił. 
Jednak to widowisko trwało tylko przez mgnienie oka i jak błyskawica zniknęło. Pachna w 
pierwszej chwili tylko instynktowo ręce wyciągnęła przed siebie, jak gdyby chciała się bronić, 
aby jej nikt nie dotknął: ale przytomniejsze od niej kobiety zaraz ją otoczyły i prawie na 
rękach wyniosły z komnaty. 
W tej chwili znowu odezwały się trąby — a że największa część gości nawet wcale nie wiedziała, 
że się coś stało, więc tańczono dalej z takim samym hukiem i trzaskiem, jak dotąd. 
Tylko Kergolaj stał wciąż na swoim miejscu, pokręcał wąsa i głęboko był zamyślony. Miłość, 
chociaż w swojej głównej istocie jest zawsze ta sama, jednak rozmaitymi furtkami się 
wkrada w serce człowieka: Kergolaj ideałów nigdy nie brał na serio, natomiast zaś umiał 
zawsze należycie ocenić rzecz taką, która zmysłom podpada i przedstawia wartość realną. 
Okrągłe formy i świetne blaski, które dopiero co widział, silne na nim sprawiły wrażenie — i 
zapewne nad tym się tak głęboko zamyślił. 
Kundrat także oszołomiony tym, co nabroił, również przybiegł w tę stronę i stanął blisko 
kotary u okna, rzucając niepewnymi oczyma wokoło siebie i widocznie nie wiedząc, czy może 
zostać, czy ma się skryć za kotarę, czy może najlepiej by drapnąć z komnaty. 
Na jego nieszczęście Frąc, Niemiec obyczajów surowych, stanął tam także, spojrzał nań 
dziwnie gniewnymi oczyma i rzekł: 
— Chociaż jesteś mój landsmann92, powinienem ci dać po czuprynie, żeś takiej zacnej damie 
wstydu narobił! 
Na te słowa pod Kundratem się ziemia zatrzęsła: Nuż palnie! a ten landsmann ma łapę jak 
niedźwiedź, człek ani ziewnie. Frąc nawet już podniósł rękę na niego. 
Ale znowu na jego szczęście przybiegł Olizar w tę stronę — a że Frąca nie cierpiał, rzekł 
zaraz do niego: 
— Daj mu pokój. Raczej dałbyś mu buzi, że ci dał widzieć co takiego, czego, jak twego nosa, 
nie obaczysz nigdy w życiu. 
A Niemiec odpowiedział mu z flegmą: 
— W Boskich to ręku. W tych rzeczach nie zuchwały, ale cierpliwy odnosi [zwycięstwo]. 
Tak Olizar nie chcący obronił Kundrata, zaczem się zwrócił do Kergolaja i rzekł wesoło: 
— Cóż panie Francuz? I na Rusi jest także co widzieć. Kupisz, nie kupisz, ale jeżeli kupisz, 
to przynajmniej się nie poskarżysz, że ci kota w worku sprzedano. 
Kergolaj chciał mu coś odpowiedzieć, ale wtem Pachna ku niemu nadbiegła. Ku zadziwieniu 
wszystkich jej przyjaciółki ją w oka mgnieniu na powrót ubrały, i to tak prędko, że mogłaby 
była nawet tym zaprzeczyć, którzy wszystko widzieli. Tak stanęła przed Kergolajem i rzekła: 
— Prędkom się zwinęła. Nieprawda? nic nie widziano. 
Przebiegły Kergolaj spojrzał na nią z uśmiechem i rzekł po francusku: 
— Rassurez vous damoiselle, on l’a vu93. 
Pachna po francusku nie rozumiała, ale instynktem jego odpowiedź odgadła, uderzyła go 
więc wachlarzem po ramieniu i zawołała: — Nieprawda! — i czym prędzej zniknęła w tłumie. 
Ale już więcej nie tańczyła, tylko przeszła do drugiej komnaty. 
A wtedy już tłum zaczął się cokolwiek przejmować. 
Olizar stał jeszcze przez chwilę przy Kergolaju i bardzo żywo mu coś opowiadał, zapewne 
jakieś szczegóły o Pachnie, o których Francuz nie wiedział. Jednak spostrzegł niebawem, że 
Frąc stoi prawie tuż przy nich i kręci się w miejscu, jak gdyby go podsłuchiwał. To go zniecierpliwiło, 
ale niesłusznie: bo Frąc tylko nie mógł się zdecydować, czy ma już wyjść, czy 
jeszcze zostać, i spoglądał na wielki ścienny zegar, który wisiał pomiędzy oknami, zegar najnowszej 
mody, który był przejściem od całego zegara do półzegara, a którego tarcza pokazywała dwanaście godzin dziennych i dwanaście nocnych. Kto się na takich zegarach nie znał, 
ten musiał się dobrze w skazówkach rozpatrzyć, ażeby wyczytać godzinę; Frąc sobie to kalkulował 
z gruntownością niemiecką, i dlatego się tak długo kręcił w tym miejscu. Spostrzegłszy 
to Olizar, trącił łokciem Kergolaja i rzekł: 
— Patrzaj no na tego niemieckiego bałwana, ani do tańca, ani do różańca, nawet i godziny 
wyczytać nie umie. 
Tymczasem Frąc, wyrozumiawszy na pewno, że wskazówka stoi na dziesiątej godzinie 
nocnej, ukłonił się obydwom rycerzom i chciał już wychodzić. Ale pustego Olizara żart załaskotał, 
zawołał tedy na Niemca: 
— A już to spać idziesz z kurami? 
A na to Frąc: 
— Ja idę z kurami spać, bo też z kurami wstaję. 
— Kiedyż idziesz spać, a kiedy wstajesz? 
— Idę spać o dziesiątej, a wstaję o piątej. 
— A to śpisz jak świszcz, po piętnaście godzin na dobę. 
— A jak to piętnaście? — zapytał Niemiec, zastanawiając się nad tym — ja tylko siedm rachuję. 
— To chyba po niemiecku rachujesz, bo u nas dziesięć a pięć, to piętnaście. 
Więc Frąc się mocno nad tym zamyślił... a kiedy Kergolaj i Olizar patrzyli ciekawymi 
oczyma na niego, on rzekł: 
— To prawda. Nie wiedziałem, że sypiam tak długo. Pójdę więc spać dopiero o jedenastej. 
— A to jeszcze gorzej — zawołał Olizar — bo jedenaście a pięć, to szesnaście. 
Tu Frącek cale już zgłupiał. Jak to? im później idzie spać, tym dłużej śpi, chociaż wstaje o 
tej samej godzinie? A przecie przeciwko Olizara addycji94 nic nie można powiedzieć. 
W tej chwili Olizar pozyskał sympatją Kergolaja, który go też wziął zaraz pod ramię i poprowadził 
do drugiej komnaty, mówiąc: 
— Teraz już wiem, dlaczego Frąc jeszcze nie został rycerzem, chociaż jest niemieckim 
szlachcicem. 
W wielkiej komnacie jeszcze cokolwiek brykano, ale już trochę spokojniej, za to w tej, 
gdzie senatorowie bawili się z matronami, bardzo było wesoło. Tam dygnitarze otoczyli 
Pachnę, która się z wielkiej komnaty między nich schroniła, i dworowali sobie z niej, że takie 
wspaniałe widowiska wydaje, a nikogo na nie nie zaprasza. Pachna nie mogąc się żartom 
obronić, uciekła między matrony, gdzie Formoza ją wzięła pod swoją opiekę. 
Olizar siadł między władyką, Łopatką a wojewodą i zaczął pić, drwiąc sobie ze wszystkich 
Niemców, jak to jest Rusinów zwyczajem, bo Rusin nie potrafiłby żyć, gdyby nie mógł sobie 
drwić z innych, co mu się też zawsze przewybornie udaje. Kergolaj zaś wymknął się z tego 
grona i przysiadł się do Pachny, gdzie Formoza z dobrego serca, a może trochę i z interesu, 
ażeby go za owe naścielenie pudełek trochę ugłaskać, ścieliła mu drogę kwiatami do tej pięknej, 
wesołej wdowy, której czas było za mąż. Kergolaj mógł z tego korzystać, bo był trzeźwym 
zupełnie: doświadczony kawaler, starający się o względy kobiety, o które się także drudzy 
starają, zachęca drugich do picia, ale sam nigdy nie pije. Czy się starał o względy Pachny 
po myśli Formozy, tego się trudno było domyśleć, ale że się o nie starał z usilnością rycerza, 
gotowego zawsze poświęcić się dla szczęścia uwielbianej przez siebie kobiety, to pewna, bo 
mówił jej takie rzeczy do ucha, że Pachna raz rumieniła się jak piwonia, spuszczała oczy ku 
ziemi i zamykała oddech w swej piersi, to znowu głośno się śmiała, raz mówiła: tak, to znowu: 
nie, aż kiedy Kergolaj jej powiedział, że już jutro do Ziemi Świętej wyjeżdża, dziwnie 
tęsknymi oczyma spojrzała na niego, umilkła i bardzo się nad tym zamyśliła. I bardzo słusznie: 
bo puścić tak pięknego rycerza w podróż do Ziemi Świętej, gdzie się będzie musiał bić z 
wielkoludami, ze skrzydlatymi smokami i ze złymi duchami i może już nigdy nie wróci... 
zawsze to rzecz godna głębszego zastanowienia. 
Kundrat z wielkiej komnaty zaglądał z daleka, co się tu dzieje, rzucając skrycie pożądliwym 
okiem na Pachnę i może spodziewając się, że ona jeszcze i tutaj jakie ciekawe widowisko 
wystawi, ale zbliżyć się nie śmiał, bo chociażby był Kergolaja w łyżce wody utopił, przecie 
wielki respekt miał przed nim, mówiąc cicho do siebie: — Tych rycerzy, oczywiście, kiedyś 
diabli wezmą, daj Boże jak najprędzej, ale dopóki są, powiada Wilczek, że trzeba się z 
nimi obchodzić ostrożnie. 
Olizar, wlawszy w biskupów i senatorów jeszcze po kilka kielichów małmazji, do reszty 
ich dobił. Ten i ów jeszcze huknął od czasu do czasu albo się roześmiał, sam nie wiedząc dlaczego, 
ale niebawem kucznął i usnął, a drugi się i za drzwi wytoczył. Pacholikowie dygnitarzy 
i słudzy Kijasa mieli baczność na wszystkich i wyprowadzali ich zręcznie ku schodom, 
będąc do takiej służby przyzwyczajeni. Łopatka i wojewoda wytrwali najdłużej, lecz w końcu 
i wojewoda dał ramię swojemu dworzaninowi i wyszedł. Łopatka jeszcze się trzymał, rozdziawił 
gębę jak wieloryb, podniósł rękę do góry, chcąc Olizarowi coś wytłumaczyć, ale już 
nie mógł: chwycił się stołu, ale stół mu się wypsnął, stoczył się więc pomału na ziemię i wyciągnął 
się na kobiercu, będąc przekonany, że już leży w swym łóżku. 
Olizar sam został na placu. Rozejrzał się koło siebie, a nie widząc nikogo, machnął ręką z 
pogardą, po czym trzymając się stołu, odwrócił się, chcąc dojrzeć Pachnę albo choć Kergolaja, 
co by mu teraz było na jedno, bo kochał oboje. Ale patrzał przed siebie szklanymi oczyma 
i nic nie mógł obaczyć. W tym drugim kącie już ani Pachny, ani Kergolaja nie było... 
I nikogo już tam nie było: tylko dwie matrony, przykrywszy się swymi szubkami, spały 
istotnie jak świszczę w dwóch kątach kanapy. 
Olizar stał jeszcze przez chwilę przy stole, ale nareszcie i jemu ciemno zrobiło się w 
oczach i zachwiał się — a wtedy ktoś wziął go pod ramię i oddał go sługom, ażeby go wyprowadzili 
w dziedziniec. 
Był to sam Kijas, który w swojej pieczołowitości o swoich gości nie ustał, aż póki wszyscy 
nie wyszli. A potem, kiedy już bramę kamienicy zamknięto, wyszedł na krużganek zewnętrzny 
i patrzał przez chwilę na to, co się działo na rynku. 
Na rynku także już cisza zaległa i tylko koło Bramy Krakowskiej słychać było szum, a 
czasem i głosy nawołujących się ludzi. Tam na czele swoich halabardników stał sam consul 
nocturnus i bramy pilnował. Nie powinien on był jej otwierać w nocy, ale tego dnia musiał 
zrobić wyjątek, bo trudnoż było tak znamienitych rycerzy, jak Kergolaj i Olizar, nie wypuścić 
do ich gospod za miastem. Jakoż Olizar przeszedł, prowadzony przez Tymka Biłowusa pod 
ramię, który z dwoma Kozakami czekał na niego przy bramie. Ale Kergolaja nie było: już i 
północ minęła, a consul czekał na próżno. Zamknął więc bramę, mówiąc do siebie: że rycerz 
francuski, jako nie znający ulic, oczywiście gdzieś zawieruszył się w mieście. 
Z północy jużi Kijas ułożył się do snu: tylko Formoza jeszcze czuwała. 
Kiedy już ostatnie matrony wyprowadzono, ona poszła obaczyć, co się dzieje z jej mężem. 
Tigranes, który trunków nie znosił, a chciał pić równo z innymi, rozchorował się jeszcze w 
czas przed północą i kazał się niespostrzeżenie zaprowadzić do siebie. Formoza stanęła w 
progu jego pokoju, ale znalazła go śpiącego snem dziecka, zmęczonego swawolą. Weszła 
więc do swojej sypialni: ale tam, zamiast iść do snu, rzuciła się w głębokie krzesło, stojące 
przy łóżku. Dziwnie ciężko jej było na sercu, pierś jej się podnosiła boleśnie, czasem zdawało 
się jak gdyby jej brakowało oddechu. Po chwili zakryła twarz obydwiema rękami i rzekła 
łzami zalanym głosem do siebie: — Boże mój! czyż wiecznie tak będzie? czyż nigdy mnie nie 
wyswobodzisz z tych więzów? — Potem łzy jej się strumieniami puściły po świeżych policzkach 
i długo płakała. Nareszcie rozpięła gors, zaczerpnęła głęboko powietrza i uklękła przed 
obrazem Matki Najświętszej do serdecznej modlitwy. I może być, że tak się modliła, aż póki 
pierwsze brzaski letniego słońca nie uderzyły w jej okna... 
Takie to były obyczaje w tych czasach i takie romanse po miastach: ponad ten poziom wystrzeliwały 
czasem uczucia i myśli wyższego rzędu, ale ich trzeba szukać gdzie indziej. 
VI 
ZAMEK NA SOBNIU 
Szlacheckie rody Tarnowskich i Kmitów sięgają bardzo odległej starożytności. Odrzuciwszy 
nawet na stronę, co o nich piszą herbarze, chociaż i w tym jakieś ziarnko prawdy może się 
znajdować, a trzymając się tylko wiarogodnych kronik współczesnych, widzimy ślady ich 
bytu i pierwszorzędnego znaczenia już w wiekach piastowskich. Mieli oni swoje siedziby w 
Krakowskiem, czyli w Małopolsce ówczesnej, i stamtąd wraz z Odrowążami, Zawiszami, 
Jordanami, Ligęzami, Gorajskimi, Lanckorońskimi, Tęczyńskimi, Barzymi, Gniewoszami i 
wielu innymi, przewodniczyli sprawom publicznym. W przeciwieństwie do bardzo licznej, 
lecz o wiele uboższej szlachty wielkopolskiej, która była przejęta duchem zachowawczości, 
zastoju, a nawet dążności wstecznych, oni przedstawiali zasady postępu i liberalnego rozwoju 
w duchu europejskim. 
Oni to już za Kazimierza Wielkiego zaczęli objawiać wolnomyślniejsze poglądy na ustrój 
wewnętrzny polskiego państwa, a mało co później stali się twórcami owego pamiętnego zjazdu 
koszyckiego, na którym zbudowano pierwsze podstawy obywatelskiej wolności i który był 
pierwszym zarysem późniejszych sejmów. Rozwijając następnie z energią każdemu postępowemu 
stronnictwu właściwą swoje konstytucyjne zasady, korzystając zanadto chciwie z uległości 
Władysława Jagiełły i jego następców popadłszy nareszcie w nie znające rozumnej 
miary wyzyskiwanie swojej potęgi, wytworzyli później owe bezgraniczną na wewnątrz, a 
wyłączną na zewnątrz wolność i równość szlachecką, która po kilku wiekach stała się grobem 
Rzeczypospolitej Polskiej. Ale pod koniec XV wieku jeszcze te rody, przewodniczące postępowemu 
ruchowi, odznaczają się niezliczonymi zaletami i kładą niepożyte zasługi około pokrzepienia, 
zjednoczenia i podniesienia ducha narodu. Mają one zarazem pewne przywary 
umysłu i temperamentu, z których się wyradzają rozliczne występki i zbrodnie, ale szerokie 
sumienie ówczesne nie było tak czułym na krew przelaną i gwałty publiczne, jak dzisiaj — a 
zresztą ich świetne i wzniosłe czyny, dokonywane dla dobra i sławy całego narodu, zaćmiewały 
zupełnie owe drobniejsze występki, zaburzające spokój publiczny tylko na chwilę albo 
czyniące krzywdę tylko sąsiadem. 
Jakoż pomimo tych przemijających wykroczeń, w domach ich gromadziło się przede 
wszystkim światło europejskiego Zachodu, przez nich gładziły i polerowały się obyczaje, u 
nich pielęgnowano cały katechizm wszelkich cnót chrześcijańskich i u nich także wyrabiały 
się w spsób sobie właściwy owe wzniosłe przymioty polskiego rycerza, które później stały się 
równie wybitną, jak znaną całemu światu, cechą całego narodu. 
W ich to umysłach i sercach nareszcie dojrzał do idealnej doskonałości ów patriotyzm 
prawdziwie polski, którego za Bolesława Chrobrego widzimy dopiero pierwsze duchowe 
tchnienie, jakoby wszechmocne „Stań się”, wyrzeczone przez Twórcę. Patriotyzm ten zgubił 
się w czasie podziałów, jasnym wprawdzie wybuchnął płomieniem za Łokietka, trwał jeszcze 
za Kazimierza Wielkiego, ale zaczął się paczyć za Ludwika Węgierskiego, a dwoić za Władysława 
Jagiełły, nie zjednoczył swoich rozszczepionych promieni ani za Kazimierza Jagiellończyka, 
a tym mniej jeszcze za Jana Olbrachta, ale za Zygmunta Starego pogasił cienie, 
zestrzelił wszystkie światła w jedno ognisko ażeby tak płonął nad całym narodem, jak słońce 
przez całe trzy wieki. Zasługa stworzenia tego patriotyzmu i ogrzania nim wszystkich części 
zjednoczonego państwowego utworu należy się tym właśnie rodom, które całą Rzeczpospolitę 
aż do ostatecznych jej kresów objęły i swoim duchem polskim natchnęły — a dzieło ich 
było zbudowane tak silnie, że wszelkie wewnętrzne rozterki i rozdwojenia, wszelkie, a takie 
liczne najazdy postronne, a nawet późniejsze ich własne, rozsadzające całość i jedność zamachy, 
nie zdołały go zniszczyć ani nawet osłabić. 
Tarnowscy, piszący się jeszcze wówczas „de Tharnow”, ale w pospolitym języku nazywani 
już Tarnowskimi, posiadali w samej Małopolsce bardzo znaczne majątki, należały do nich: 
Tarnów, Wielowieś, Rzeszów, Jarosław i Przeworsk, lecz oprócz tego zalegli już bardzo szerokie 
płaty ziemi na Rusi, a wszystkie te majątki obejmowały niezmiernie liczne przyległości. 
Kmitowie wyszli z Wiśnicza, ale za Kazimierza Wielkiego, albo może już przedtem, zalegli 
bardzo znaczną część ziemi sanockiej, od Dubiecka i Rymanowa aż po same Bieszczady, i 
zbudowali tam sobie zamek na Sobniu. Obydwa te domy były wówczas tak rozrodzono, że 
ich członków wcale się nie można doliczyć: widzimy tylko z aktów grodzkich i ziemskich, że 
było ich daleko więcej, niżeli ich znajdujemy w herbarzach. Widzimy także z procesów zapisanych 
w tych aktach, że byli to ludzie fizycznie zdrowi i silni, niezwyczajnej energii i woli, 
wyniosłej a bujnej fantazji, gorących temperamentów i żelaznej wytrwałości w swoich dążeniach. 
Mieli oni już wtedy swoje familijne tradycje, które tak wszechmocnie nimi władały, że 
nawet ci, których, bądź z natury, bądź skutkiem jakich przypadków w życiu, opanowała pewna 
ospałość, parli naprzód równym krokiem z innymi, tak jak skrzypiące koło u wozu toczy 
się tym samym pędem, jak inne, dopóki wóz jest w ruchu. Toteż szli oni w górę natenczas 
niepowstrzymanie i we wszystkich kierunkach, obsiadali najwyższe urzędy, pomnażali majątki, wzmacniali się wysokimi koligacjami — a w tym swoim wzroście, w tym ustawicznym 
rozwoju, w tym rozpieraniu się bez odetchnienia wyglądają tak prawie jak brzemienna kobieta, 
która lada dzień sklęśnie, wydawszy na świat płód dawno oczekiwany. Jakoż tak było 
istotnie z tymi obydwoma domami — a nawet wtedy było już po porodzie, albowiem już byli 
na świecie dwaj wielcy ich potomkowie: Piotr Kmita, późniejszy wojewoda krakowski i marszałek 
koronny, i Jan Magnus Tarnowski, hetman wielki koronny; pierwszy w złym, drugi 
wcale w wspaniałym kierunku i duchu, ale obydwa najwybitniejsi ludzie swojego wieku. 
Na górze sobieńskiej, sterczącej wysoko nad Sanem i nad Miastem Sanokiem, czerniły się 
od wieków ruiny jakiegoś starego zamczyska. Kmitowie, wybrawszy to miejsce na siedlisko 
dla siebie, do tych skalistych ruin przylepili swe gniazdo. Stąd była to cokolwiek nieregularna 
budowa, jednak zmurowana wedle wzorów zamków niemieckich. Otaczały ją najprzód grube 
mury obronne, do których prowadziły dwa mosty zwodzone, a w których wewnątrz znajdowały 
się stajnie, zbrojownie i mieszkania dla zamkowej załogi. Dalej rozlegały się zewsząd 
bardzo obszerne dziedzińce, a dopiero w ich środku stał zamek, znów otoczony fosami i murem obronnym z mostem zwodzonym. Kiedy by mury zewnętrzne zostały wzięte, zamek sam 
mógł jeszcze się bronić. Wszystko to było zmurowane z cegły czerwonej, mocno wypalonej, 
dachy zaś były z ołowiu. W samym zamku znajdowało się kilkadziesiąt komnat, w przyziemiach, 
na pierwszym i drugim piętrze, porozdzielanych od siebie mniejszymi dziedzińcami, a 
połączonych zewnętrznymi krużgankami. Nad zamkiem wznosiła się wieża, z której widać 
było Sanok, Załuż, Zahutyń i mnóstwo wsi dzisiejszych, które podówczas już prawie wszystkie 
istniały, ku południowi zaś niedawno co założone miasteczko Lesko z kościołem, San 
wijący się pod nim, dalej dział Suhowacki, wyniosłą górę Łopiennik i płaskie szczyty Bieszczadów. 
Był to widok otwierający przed okiem widnokręg bardzo szeroki i przysparzający 
piersi człowieka równie szerokiego oddechu: toż nie dziw, że ci ludzie ówcześni orle miewali 
myśli, jak skoro w takich orlich gniazdach siedzieli. 
Na tym zamku dziedziczył podówczas Stanisław Kmita, syn Dobiesława. Dobieslaw miał 
czterech synów, o czym Paprocki „prze szerokość tego królestwa” nie wiedział, ale których 
jako fratres germani95 widzimy w akcie fundacji miasteczka Leska: Piotra, który siadł na Wiśniczu 
i w kilka lat potem zmarł bezdzietnie wojewodą krakowskim, Jana i Andrzeja, z których 
jeden się przezwał Smolickim, i Stanisława, który w tej chwili jest kasztelanem przemyskim, 
ale ma jeszcze zostać wojewodą bełskim, a wreszcie się przesiąść na województwo 
ruskie. Ci fratres germani mieli jeszcze przyrodniego brata, kawalera de Kergolaj, któremu z 
posagu matki dali Niewistkę. Stanisław miał wówczas lat przeszło pięćdziesiąt, nie bardzo 
wielki był wzrostem, ale bardzo pleczysty, czarny jak wszyscy Kmitowie, z orlim nosem, z 
dużymi czarnymi oczyma, z brodą jeszcze czarną, chociaż cokolwiek już przyprószoną, ale 
znacznie otyły i twarzy obrzękłej, co mu dawało pozór pewnej ociężałości. 
Dawnymi czasy był to człek bardzo żywy i rzutki, energiczny i zapobiegliwy. Zmuszony 
oddać bratu Piotrowi Wiśnicz, z Dubiecka zaś i Rymanowa wyposażyć Jana i Andrzeja, uważając 
się przeto za bardzo ubogiego na samym Sobniu, chociaż należało do niego wsi kilkadziesiąt, 
brał pieniądze, skąd mógł, a wreszcie i kredyt naprężał do najwyższego stopnia, ażeby 
wioski skupywać. Toż widzimy go w aktach sanockich, przemyskich, przeworskich, bełskich, 
a nawet bieckich, ledwie nie na każdej karcie, jak dobra kupuje, mienia, zaokrągla, 
bierze w zastaw, długi zaciąga, wypuszcza w dzierżawę i znów wykupuje, jak gdyby go nie 
ugaszona paliła gorączka podbicia całej Polski i Rusi pod swe posiadanie. Tak się rzucał i 
zbierał przez całą swą młodość, co mu wszakże nie przeszkadzało służyć królowi w polu i w 
radzie, być hojnym dla sług i przyjaciół, a nawet huczne wyprawiać festyny na Sobniu. 
Ale lat temu dziesięć, albo mało co mniej, zdarzyło mu się nieszczęście. Uniósłszy się 
gniewem przy oglądaniu folwarku zabił chłopa obuchem. Zabójstwo to tak skruszyło jego 
sumienie, iż postanowił odbyć piechotą pielgrzymkę do Rzymu. Lecz w drodze, pokłóciwszy 
się przy karczmie, zabił drugiego. A to go całkiem już z nóg obaliło. Już wtedy nie szedł 
wcale do Rzymu, bo już nie miał nadziei, ażeby mu ojciec święty dał rozgrzeszenie, tylko 
wrócił do domu i popadł w melancholią. Zdawało mu się zrazu, że jest przeklęty, że go już 
odtąd bić będą wszystkie nieszczęścia, że się jego majątki rozłażą, że mu się nawet dzieci 
chować nie będą. Zgoła całkiem upadł na duchu i był już bliskim najczarniejszej rozpaczy. 
Ale na swoje szczęście miał żonę, kobietę daleko wyższego umysłu i potężniejszej woli od 
niego, i ta go podniosła. 
Żona jego była z domu Tarnowska, Katarzyna jej było na imię, a urodziła się z Gorajskiej. 
Była to kobieta już wtedy przeszło czterdzistoletnia, wyniosła wzrostem, o krótkiej twarzy, 
włos miała ciemny, po którym tu i ówdzie białe przesuwały się nitki, co jej bardzo wiele dodawało 
powagi, lecz za to miała oczy brunatne, pełne słodyczy i łagodności a zarazem bardzo 
świetnego blasku. Ubierała się zawsze bardzo poważnie i skromnie, w długie suknie ciemnego 
koloru, w czepce, tylko przez starsze matrony noszone, i w pas skórzany z torebką, w której 
zawsze nosiła pieniądze. Była bardzo dobrego serca, na jej surowość nikt się nie mógł 
poskarżyć, nawet kiedy musiała strofować, to czyniła to zawsze z uśmiechem na ustach, zaś 
dla ubogich i nieszczęśliwych była prawdziwym opiekuńczym aniołem. Nie spotkała nigdy 
żebraka na drodze, ażeby mu ze swej torebki nie dała jałmużny, opiekowała się wszystkimi 
poddanymi jak matka, jeździła konno po folwarkach i nawiedzała ich chaty, a od jej postaci 
biła taka dobroć cudowna, że od jej widoku chorzy powracali do zdrowia. Cudów nie robiła, 
ani ich nawet robić usiłowała, a przecież działała cudownie. Na kościoły i cerkwie była hojną 
po pańsku; Bóg widział, że gdyby była mogła, to byłaby na nie oddała połowę majątku, ale 
kasa zamkowa miała ogromne wydatki, a nie zawsze stykały się końce; jednak pomimo to do 
domów Bożych szły niezliczone ofiary, tu ornat, tam kobierzec przed ołtarz, tu kielich z patyną, 
a tam sprowadzona z Krakowa za oszczędzone pieniądze monstrancja. 
Przez cały wiek młody była ewangelicznie uległą mężowi, chociaż uległość ta nieraz ciężkie 
jej sercu nakładała ofiary, bo mąż nie zawsze prowadził życie pobożne, a skutkiem swego 
temperamentu czasami dzikie miewał fantazje. Chciwym był ziemi, urzędów i wszelkiego znaczenia, a nie zawsze umiał zachowywać tę godność, która wszelkiemu znaczeniu jest niezbędnie 
potrzebną. Nieraz i między fraucymerem wychodziły na jaw rozmaite jego figielki, 
które bardzo bolesne rany zadawały jej sercu, a z których przecież tylko samemu spowiadała 
się Bogu. Ale po zabiciu owych dwóch chłopów wszystko się zmieniło. Kasztelan całkiem 
opuścił ręce, a ster wszelkich spraw familijnych objęła kasztelanowa. I wtedy dopiero okazało 
się, czego dotąd się nikt nie domyślał, że ta dotychczas tylko dobra, cnotliwa, pobożna kobieta 
miała także rozum niezwykły, wielki ład w głowie a zarazem taką energią, na jaką jej 
mąż nigdy nie umiał się zdobyć. Toż odtąd wszystkie sprawy domowe i familijne weszły w 
żelazne karby wzorowego porządku: nie kupowano już dóbr za pożyczone pieniądze, 
owszem, pozwracano niektóre wioski, Bóg wie jakim prawem nabyte, pozałatwiano zgodnie 
procesy, płacąc chętnie ówczesne „myrne” za zgodę, powyznaczano nawet fundusze i opiekunów 
dla jakichś synków, którzy wprawdzie nosili inne szlacheckie nazwiska, ale których 
matki upominały się o emolumenta96 u Kmity. Jakiemuś nie znanemu bliżej Duci Jacztono 
dano nawet miasteczko Lesko, zapewne ażeby się od jego pretensji wykupić. W tych trudnych 
sprawach zastępował kasztelanową najczęściej generosus97 Petrus Derszniak de Rokythnycza, 
poważny szlachcic ziemi przemyskiej a Kmitowski przyjaciel; ale najwięcej swoim 
przebiegłym rozumem i sprytem pomocnym był w załatwianiu takich wikłanin imć pan Smolicki. 
Smolicki był to szlachcic, noszący to samo nazwisko, jakie przyjął jeden z braci Kmitowskich, 
z którymi go też wiązała tożsamość rodu, a posiadający maleńką wioseczkę w górach. 
Mimo że był sam posesjonatem, osiadł z lat młodych na zamku sobieńskim i tam się zestarzał. 
Zrazu był tylko dworskim jak inni, na wojny chodzić nie lubił, ale na polowaniach wielką 
odgrywał rolę, bo wiktuały i trunki woził za myśliwymi i wyborne bigosy gotował. Później 
na rezydenta postąpił i objął nadzór nad młodymi paziami, którym zarazem przewodniczył i 
służył. Aż wreszcie dzięki swojemu dowcipowi, którym umiał zabawić, rozśmieszyć, odciąć 
się, stanąć w obronie honoru domu, a nade wszystko w każdym trudnym terminie dać dobrą 
radę, zajął miejsce nadwornego trefnisia, którego nie trzymano na Sobniu, trefnisia, mentora i 
totumfackiego zarazem, tak że dla wszystkich stał się niezbędnym. 
Był to człowiek o parę lat starszy od kasztelana, bardzo małego wzrostu, szeroki jak brama 
zajezdna, a gruby jak beczka, siwe włosy przystrzygał, a wąs nosił zadarty, kaftan krótki, a 
buty rycerskie, twarz miał zawsze śmiejącą, ale sam nigdy się nie śmiał, owszem, udawał, że 
strasznie się sroży, chociaż inni się śmieli. Kmita bardzo go lubił i wszystko znosił od niego, 
pozwalał mu nawet mówić sobie „ty” i jego bury przyjmował, żołnierze zamkowi, dworzanie 
i paziowie nosili go na rękach, cały fraucymer za nim przepadał, a nawet sama kasztelanowa 
miała go w łaskach, bo kiedy już ona sama nie mogła przekonać męża, to on go przekonał — a 
kiedy nad czymś już wszyscy zgłupieli i cale nie widzieli sposobu, to zawsze jakiś sposób 
znalazł Smolicki. 
Obok uporządkowania spraw majątkowych, kasztelanowa zajęła się równie troskliwie 
uspokojeniem umysłu męża, który co nocy we śnie zabitych chłopów widywał, czasami nawet 
przysięgał na to, że ich widział na jawie, sam powiadał o sobie, że jest złym duchem rodziny 
i aby ją uwolnić od siebie, nosił się z myślą wstąpienia do klasztoru. Przede wszystkim 
zatem, bez czego się wówczas obejść nie mogło, ufundowano w kilku kościołach msze 
wieczne za dusze zabitych chłopów i za grzechy zabójcy. Potem kasztelan ofiarował się swemu 
patronowi św. Stanisławowi i zbudował mu osobną kaplicę na zamku, w której mu się 
modlił codziennie, aby się za nim wstawił do Pana Boga. A wreszcie, nie mogąc sam odważyć 
się na pielgrzymkę, bo był przekonanym, że kędyś w drodze jego samego zabiją zbójcy, 
najmował sobie pątników, którzy za niego chodzili do Ziemi Świętej i tam wota składali w 
jego imieniu. 
Takich pątników wysyłał wielu, ale najpierwsze miejsce pomiędzy nimi zajmował niejednokrotnie 
wspomniany w aktach ówczesnych „Xandz byali”. Był to po prostu ksiądz nazwiskiem 
Biały, który już dwakroć chodził na jego intencją do Jeruzalem, zawsze bawił rok cały, 
zawsze przez kilka miesięcy potem opowiadał przecudowne historie ze swojej podróży i zawsze 
pocieszające przynosił nowiny. 
Prócz tego kasztelanowa, aby go uspokoić o los jego synów, wyprawiła młodszego Piotra, 
na dwór cesarza Maksymiliana, starszego zaś, Stanisława, na dwór księcia Sabaudii, gdzie mu 
jego wuj Kergolaj szerokie wrota otworzył — i od obydwóch synów przychodziły co kilka 
miesięcy wiadomości, przynoszące wielkie zadowolenie rodzicom. Kiedy zaś na początku 
tych czasów pokutnych jeszcze się jeden synek urodził, to za mądrą radą księdza Chryzostoma 
ubrano go w habit franciszkański, tak go tymczasem chowano na zamku, lecz ślubowano 
go do stanu duchownego, ażeby kiedyś, jak zostanie biskupem, swoimi modłami przeważył 
szalę win swego ojca. Tak wreszcie pomału Kmita się uspokoił: zaczął już nawet pokazywać 
się na dworze królewskim i na zjazdach obywatelskich, gdzie, jak mówiono, dosyć wesoło się 
bawił; jednakże zawsze jeszcze widywał zabitych chłopów, a wieczorami w melancholią zapadał. 
Dopiero teraz ksiądz Biały, wróciwszy zimą ze swojej drugiej pielgrzymki, przyniósł mu 
zupełnie uspokojenie. Ksiądz Biały bowiem, jak to sam opowiadał bardzo wymownie, spotkał 
w Jeruzalem samego św. Stanisława i miał z nim bardzo ważną rozmowę. Olśniony jego blaskiem 
niebieskim, którego oczy ludzkie nie znoszą, padł przed nim na ziemię — a św. Stanisław, 
poznawszy go, najprzód srodze go zgromił mówiąc: — A gdzie ty tak długo się bawił po 
drodze? czy myślisz, że ja nie wiem, żeś ty na Rzym szedł do Ziemi Świętej i w Rzymie cały 
rok przesiedziałeś, bo chciałeś sobie wyskrobać kanonią, którą ci też obiecywano? A tymczasem 
ten poczciwy Kmita cierpi męki piekielne za życia i umiera z tęsknoty za tobą? hę? — 
Zaczem św. Stanisław się udobruchał i powiedział te słowa: — Nie baw się tutaj, bo taki klecha, 
jak ty, niczego tu nie wymodli. Gdybyś był przynajmniej proboszczem, to może by cię 
choć jednym uchem słuchano. Ale jużem ja wziął w moje ręce tę sprawę. Wracaj więc zaraz 
na Sobień, pokłoń się Kmicie ode mnie i powiedz mu, że już się Pan Bóg trochę nad nim 
zmiłował, a kiedy kogut przed północą zapieje mu w oczy, niechaj wie, że już ma absolucją. 
Mego czasu nie tyle chłopów nabito, a przecie nie posłano do piekła tych, co ich bili. A jak 
się już całkiem obaczy, to niech ci da probostwo na Lesku; chuda to fara, ale z głodu na niej 
nie zginiesz. — Tak mówił św. Stanisław — a trudno temu nie wierzyć, kiedy sam ksiądz Biały 
go widział i słyszał te słowa. 
Więc tedy Kmita bardzo się tym uradował i mało że się nie rozpłakał. Przecież nareszcie 
znalazł skutecznego obrońcę w niebie i klątwę z niego już zdjęto, jak skoro sam św. Stanisław 
nazwał go poczciwym Kmitą i kazał mu się kłaniać od siebie. Trzeba było tylko jeszcze zaczekać, 
aż kogut zapieje. Bardzo mu się to zdawało trudnym, bo tak rozumiał, że kogut przed 
północą nigdy nie pieje; ale w słowa powiedziane przez świętych wątpić nie wolno, więc wierzył 
i czekał. 
Aż też jednego dnia wrócił późno w noc z polowania, nie tyle zmęczony, ile niezmiernie 
zgłodniały. Na zamku wszyscy już spali, ale Smolicki zbudził klucznicę i kazał jej, aby dawała 
mu jeść nie czekając, cokolwiek ma pod ręką. Klucznica przyniosła kapłona i zastawiła 
go przed nim na stole. Kmita siadł, porwał nóż w rękę i zamierzył się na kapłona, ale jeszcze 
go nożem nie dotknął, kiedy pieczony kapłon zerwał się z misy, uderzył skrzydłami, dziób 
wyciągnął ku niemu i zapiał trzy razy... 
Kmita się zerwał od stołu i jak światłością niebieską olśniony, podniósł obydwie ręce do 
góry; obaczywszy zaś Smolickiego, który stał z dala, zawołał ku niemu: 
— Smolicki! słyszałeś? bądźże mi świadkiem, że już mam absolucją. 
Ale Smolicki, człek sztuczny, rzekł jak by nic nigdy nie było: 
— Dałbyś raczej miotełką klucznicy, że ci zastawiła koguta zamiast kapłona. 
Kmita z nadmiaru radości miał noc niespokojną, zwłaszcza że we śnie przyszli do niego 
obydwa zabici chłopi, upadli przed nim na kolana i z płaczem a jękiem błagali o przebaczenie, 
że mu tak wiele sprawili zmartwienia. Kmita im wspaniałomyślnie przebaczył: mając 
serce tak przepełnione radością, nie mógł im tej łaski odmówić — i odtąd wszystko było już 
dobrze. 
Młodzież zamkowa, żołnierze, pacholikowie i pazie, jako to zwykle u nich puste bywają 
głowy, dworowali sobie z tego pieczonego kapłona, co się przedzierzga w koguta i pieje, i 
targali o to Smolickiego za poły; ale Smolicki minę okrutnie nasrożył, podniósł palec do góry 
i powiedział im: sza! a chłopcy to zrozumieli i odtąd milczeli. Kmita tedy był już całkiem 
uspokojony — ale mimo to i dalej tak samo spokojne prowadził życie, jak w czasie pokuty. 
Jadł i pił, kazał sobie grywać swoim lutnistom, bawił się ze swoim dworem, gości chętnie 
przyjmował, często polował, a czasem folwarki lustrował, ale poza granicę dóbr swoich rzadko 
wyjeżdżał: rząd w rodzinie i wszelkich sprawach domowych prowadziła kasztelanowa, on 
się przyzwyczaił do tego, a nawet był kontent, że nie ma nic do czynienia. Szerokie o tym 
chodzą wieści po świecie, jako w Polsce przed mężczyznami prym mają kobiety; ale my 
wiemy, że dzieje się to tylko w takich rodzinach, gdzie mąż nie ma głowy albo też woli po 
temu. Lepiej tak przecie, niżeli tak, jak się to dzieje w narodach innych, gdzie jeśli mąż podupadnie, 
ginie z nim razem cała rodzina. 
Tego dnia po wieczerzy Kmita siedział w wielkiej komnacie za stołem, na którym stała 
ogromna lampa oliwna, i popijał wraz z swymi gośćmi z kubków złoconych stary miód lipcowy, 
który miał zwyczaj pić do poduszki. Miał na sobie krótki kożuszek barani, na jaki stać 
było i chłopa, jeno że srebrne guzy świeciły się przy nim, do tego pas prosty skórzany pod 
kożuchem, hajdawery z pakłaku i jałowicze buty rycerskie. Nie było dzisiaj nikogo z obcych, 
więc się nie wystroił, chociaż często i gościom się jawił w kożuchu, bo na stroje niewiele dawał 
i mawiał: Chociażbym był w chłopskiej siermiędze, tom zawsze Kmita. 
Obok niego w drugim krześle szerokim siedział ksiądz Biały w długiej sukni pielgrzymskiej, 
obszytej muszlami i innymi zamorskimi świecidłami, a kiedy Kmita miał kuczmę98 
przewieszoną na bakier na głowie, on był ubrany w kapelusz z okrągłym denkiem i szerokimi 
kresami. Był to człek pięćdziesięcioletni z długą już prawie białawą brodą, ze sterczącymi 
wąsami, z rumianą twarzą, na której się malowała pewna ciętość szlachecka, bo też i był 
szlachcicem i zwał się „de Wara”: dom to był znaczny i dość rozrodzony w tej ziemi, tylko 
jemu z niewiadomych powodów zamiast wiosek dziedzicznych dostał się kij pielgrzymi i 
duchowna pokora, której się wszakże poddał z potrzeby, chociaż się czasem z jego fantazją 
szlachecką kłóciła. 
Za krzesłem Kmity stał jego paź służebny i ulubiony, nadzwyczaj wdzięcznej postaci młodzieniec. 
Wystrzelił w górę jak modrzew o wiośnie, chociaż był jeszcze wiotki, bo też nie 
miał więcej jak lat ośmnaście. Włosy miał jasne w długich spadające kędziorach, śliczne oczy 
niebieskie, duże, otwarte, ale jakoby jeszcze nie całkiem zbudzone, twarz białą jak mleko, 
świeżutkim okraszoną rumieńcem, a na wąsach i brodzie dopiero jak gdyby wczoraj chuchnięty 
meszek, prawie jak na brzoskwini. Paziem był, ale ubrany był z pańska: miał na sobie 
kaftanik z granatowego atłasu i takież pluderki, oboje z bladożółtymi wypustkami, bladożółte 
pończochy i szklące trzewiki z pozłacanymi sprzączkami, biały jak śnieg kołnierzyk około 
szyi, pas pozłocisty i bogato oprawny sztylet u boku. 
Pańskie też było to dziecko: szedł bowiem ze znamienitej rodziny Pretficzów, herbu 
Wczele, która z Czech przyszła do Polski, a chociaż skromne miała ambicje, wkrótce wysokie 
posiadła urzędy, ale i pracą swoją szerokie posiadłości zdobyła. Ojciec jego był podkomorzym 
halickim, matka z domu Tworowskich, rodzice jego mieli dosyć rozległe ziemie, ale 
bardzo dużo dzieci, dlatego dali go najprzód do szkół do Pragi, potem do Krakowa, a wreszcie 
na dwór potężnych naówczas Kmitów, za których przemożnym wpływem mógłby sobie otworzyć drogę do jakiegoś znaczenia po świecie. I miał on w samej istocie wszystko po temu: 
albowiem oprócz rycerskiego rzemiosła, którego się już doskonale wyuczył, grał bardzo 
pięknie na lutni, a głos miał tak wdzięczny i tak ujmujący za serce, że kiedy czasem sam sobie 
śpiewał w swojej izdebce na górnym piętrze, to wszystkie panny stały przy oknach, a nawet 
sama kasztelanowa go nieraz słuchała, bo zawsze śpiewał najpiękniej, kiedy śpiewał sam 
sobie. Toż z tego powodu zwano go powszechnie zamkowym słowikiem. Ale prócz tego 
jeszcze był mistrzem innych sztuk wyzwolonych: pisał na pergaminie rozmaitymi inkaustami 
tak pięknie, jak gdyby się był uczył pisma u benedyktynów, wyrzynał z drzewa figurki świętych, 
że żaden snycerz lepszych by rzeźbić nie umiał, czasami nawet sam wiersze układał 
pięknym językiem polskim, których jednak nigdy nie można było dostać od niego, chyba że 
mu je wykradziono. 
Tego zacnego pazika wszyscy kochali jak brata, u Kmity był okiem w głowie, a kasztelanowa 
miała troskliwą baczność na niego, aby go nie zepsuto, bo była zdania razem z wszystkimi, 
że będzie z niego kiedyś znakomity kawaler, wielka dla rodziców pociecha i świetna 
ozdoba dla tego królestwa. Jakby w przeczuciu, że ludzie kochać go będą, jego rodzice z Lubomira 
go przechrzcili na Lubka, toteż był Lubkiem dla wszystkich. Do niedawnego czasu 
był wesół jak ptaszek na drzewie, na zamkowych turniejach, na polowaniach i wieczorami w 
kordegardzie albo i na pokojach nieustające figle i psoty wyprawiał. Smolicki wtedy nieraz 
zazdrosnym okiem na niego spoglądał, jak gdyby się obawiał, ażeby chleba mu nie odebrał; 
ale od kilku miesięcy znacznie spoważniał, mówił czasem jak ksiądz i często się bardzo zamyślał. 
Kasztelanowa chwaliła go za tę zmianę temperamentu, inni się temu dziwili, ale 
Smolicki, który się nigdy niczemu nie dziwił, a wszystko umiał wytłumaczyć, powiadał: — Co 
się tu dziwić? to jest pubertas99 Niechby się panny miały na ostrożności... — A to mówiąc, 
palec podnosił do góry, co zawsze czynił, kiedy chciał coś dać do zrozumienia. 
Po drugiej stronie stołu siedziała kasztelanowa, a przy niej Jagienka — i obydwie były zajęte 
wyskubywaniem złotych nici z jakiejś starej materii, słuchając przy tym uważnie powieści 
pielgrzyma. 
Jagienka była to bardzo piękna dziewczyna, ale takiej piękności, jaką nie co dzień widuje 
się w Polsce. Miała bowiem włos czarny jak heban i oczy czarne jak węgle, duże, błyszczące, 
a ozdobione tak długimi rzęsami, że cień rzucały na jej policzki. Twarz miała wdzięczną, 
ślicznie zarysowaną, a cerę porcelanową, tylko zdało się, jakby ktoś kiedyś dmuchnął na nią 
płomieniem i białość jej z lekka osmalił. Gorąca z siebie krew Kmitów, podpalona południową 
krwią matki czy babki, zdawała się płynąć w jej żyłach. Była miernego wzrostu, ale smukła 
i wiotka, kiedy szła, zdało się, że wiatr nią kołysze, a jej maleńkie stopy nie dotykają się 
ziemi. Chociaż lubiła się bawić, jeździła konno na polowania z sokołem, strzelała z łuku, a w 
tańcu była niezmordowaną, a przecież nikt bliżej jej nie znał, bo była w sobie zamknięta i 
bardzo kapryśna: natrętnych zbywała czasem wyniosłą dumą, jak jaka królowa, a czasem 
śmiechem, nieraz zaś coś powiedziała, czego nikt nie mógł zrozumieć. Toż jeszcze ten się nie 
zdarzył, co by był mógł się z nią na rozum rozmówić. Ale dobra była dla wszystkich i bardzo 
nabożna; często samotnie i długo się modliła w kaplicy i wychodziła z zapłakanymi oczyma. 
Nieznośny czasem Smolicki i o niej mówił, że jest to pubertas — i bardzo być może, że zdanie 
to podzielała kasztelanowa, bo szły głuche wieści, że tego lata mają się odbywać turnieje i 
wielkie festyny, ażeby ściągnąć kawalerów na zamek. 
Oparty o krzesło kasztelanowej stał ośmioletni jej synek ostatni, w franciszkański habit 
ubrany, i bawiąc się paciorkami, słuchał ciekawie, co starsi mówili. 
Dalej siedziały jeszcze za stołem przedniejsze panny z fraucymeru i kilku znamienitszych 
żołnierzy, a za nimi stali paziowie, synowie zamożnych rodzin szlacheckich, którzy w rycerskim 
rzemiośle terminowali na zamku. 
Smolicki chodził z kąta w kąt po miękkim kobiercu i czasem się głośno odezwał, a czasem 
coś mruczał przed sobą. 
Pielgrzymowi zaś cale się gęba nie zamykała. Co łyknie trochę, to jakąś nową opowie historią 
ze swoich podróży: o lasach złotych i srebrnych, przez które przechodził w drodze do 
Ziemi Świętej, o skrzydlatych rycerzach, których spotykał, o zbójcach murzyńskich, którzy 
go napadali, a których pobił różańcem, to wreszcie o podziemnych pałacach, napełnionych 
wszelkiego rodzaju bogactwy, w których Święci Pańscy jak w swych gospodach mieszkają, 
kiedy zstępują na ziemię. 
— Nie godzi mi się naganiać świętym — powiada dalej — ale tak mi się widzi, że jeśli się 
spuszczają na ziemię, to czynią to raczej z nieprzebranej dobroci serca, a nie po sprawiedliwości, 
bo ludzie tego niewarci, cale ich nie słuchają. Ot, św. Stanisław nakazał niejakiemu 
kasztelanowi Kmicie, ażeby biednemu księdzu dał probostwo na Lesku, ale ów Kmita, nie 
wiem, czy waszmość go znacie, cale o tym nie myśli, właśnie, jak gdyby takiego wielkiego 
świętego miał sobie za hetkę albo też za pętelkę. 
Ale Kmita tego nie słyszał, bo właśnie się zdrzymał i śniło mu się, że sam jest świętym i 
używa szczęśliwości niebieskiej, co mu się od czasu otrzymania absolucji zawsze zdarzało, 
ile razy po dobrej wieczerzy starym miodem ogrzał swoje wnętrzności. Więc Smolicki odpowiedział 
za niego mówiąc: 
— Raczej byś był w onych złotych a srebrnych lasach trochę liści naskubał, to nie potrzebowałbyś 
wcale probostwa. 
Tu Kmita się ocknął, a uśmiechnąwszy się trochę złośliwie, rzekł: 
— Pono Smolicki ma racją. 
Ale pielgrzym bardzo był z tego niekontent, a westchnąwszy głęboko, tak mówił dalej: 
— Ot, tak to bywa na świecie. Grzesznicy podobni są chorym: dopóki choroba ich tłucze, 
chwytają doktora za ręce i nogi i cale go nie chcą puścić od siebie, ale kiedy się za jego pomocą 
obaczą, to jeno czym prędzej zaprzęgaj furkę, aby go wywieźli. 
A na to Kmita się wstrząsł i całkiem się zbudził, i rzekł; 
— A już mi też bez litości przycinasz! Słuchaj że, Wara, rozmówmy się z sobą, a powiedz 
prawdę. Jesteś ty księdzem? Masz ty święcenia? bo kiedym ci kilka razy kazał mszę prawić, 
toś się zawsze wykręcał. 
— A jak to? jak to? — odpowiedział Wara przytomnie — przecież już byłem proboszczem, 
mam nawet własny kielich z patyną. 
— Jeno żeś go u Żyda zastawił i za to z probostwa cię napędzono — rzekł na to Smolicki. 
Więc Kmita się rozśmiał i dalej nacierał na Warę: 
— Ale powiedz, bo jak ty nie chcesz, to mi biskup to powie; masz ty wszystkie święcenia? 
A Wara na to się zakłopotał cokolwiek i zaczął się jąkać: 
— Bo to tam tych święceń jest dzisiaj bez liku... Jużci wolno komu powiedzieć, że mi jakiego 
święcenia brakuje... Ale co to z probostwem ma do czynienia? Można mieć przecie 
probostwo nie będąc księdzem, do służby kościelnej trzyma się wikariusza. 
Więc Kmita zawołał na to: 
— Lubek! ty człek piśmienny, powiedzże, jak tam stoi w kanonach: czy człowiek świecki 
może siąść na probostwie? 
Lubek tak się był wpatrzył w Jagienkę, że nawet wcale nie słyszał, co koło niego mówiono, 
więc się wstrząsł, jednak się zebrał i odpowiedział dosyć przytomnie: 
— Nie zrozumiałem dokładnie, co pan kasztelan chce wiedzieć. 
Kasztelan powtórzył pytanie, a Lubek na to: 
— Ludziom świeckim dają czasem prebendy, ale zawsze in spe100, że się wyświęcą na księży. 
— Więc widzisz — rzekł na to Kmita –a gdzie tobie się święcić, zwłaszcza że kielich u Żyda. 
A wtedy Wara się zniecierpliwił i rzekł: 
— Otóż ja ichmościom dowiodę, że mam wszystkie święcenia... 
Ale w tej chwili zabrała glos kasztelanowa, ażeby nie dopuścić do sporu, i tak mówiła: 
— Nie myślże, mój kochany Wara, żeśmy zapomnieli o tobie. Ani Kmitowie, ani Tarnowscy 
nie byli nigdy niewdzięczni: tym właśnie za łaską Bożą utrzymują się przy jakimkolwiek 
znaczeniu, że zawsze dbają o swoich przyjaciół. Mój mąż byłby ci dał bardzo chętnie probostwo 
na Lesku, ale dopóki to książę węgierski tam siedzi, nie godzi mu się nim dysponować. 
Ale damy ci jakie inne, a poradzimy się w tym ojca Chryzostoma... 
Jak tylko Wara usłyszał imię Chryzostoma, przeciągnął twarz i machnął ręką, kasztelanowa 
to uważała, lecz wtedy odezwała się Jagienka mówiąc: 
— I ja się wstawię za księdzem Wara i nie będziemy o to w kłopocie, bo i my mamy jakieś 
probostwa do rozdania, i tutaj, i w Węgrzech. Więc będziemy o tym pamiętać... 
— A jak dasz ślub pannie Jagience, to i dwa probostwa dostaniesz — dorzucił Smolicki. 
Jagienka brwi na to zmarszczyła, ale mówiła dalej przytomnie: 
— A nim się to stanie, niech nam ksiądz Wara opowiada dalej o swoich podróżach. Takie to 
piękne są rzeczy. Tak bym tam chciała być w tych lasach srebrnych i złotych, zaraz bym 
wszystkie liście z nich oberwała... 
— Cóż byś z nimi zrobiła? — zapytała z uśmiechem kasztelanowa. 
— Rozdałabym je rycerzom, aby szli te złote lasy zdobywać na Turkach. 
— Jużeś tam jednego posłała — rzekł na to Smolicki — zaczekajże, nim ten powróci, jeżeli 
gdzie nie ugrzązł po drodze. 
— Podobno ugrzązł — zauważała niby z niechcenia kasztelanowa. 
— To i lepiej — rzekł na to Smolicki — bo później powróci. 
Kasztelanowa uśmiechnęła się na tę uwagę z zadowoleniem, a tymczasem Jagienka mówiła 
dalej do pielgrzyma: 
— A był ksiądz Wara na górze Graal? Ja bym tam chciała być i widzieć ten zamek cudowny 
z brylantów, topazów i ametystów i przypatrzeć się tej misie z jaspisu, z której Chrystus Pan 
ostatnią spożył wieczerzę, w którą Józef z Arymatei zebrał krew Chrystusową, a którą aniołowie 
przynieśli na ziemię, aby ją oddać rycerzom... 
— Na cóż ci widzieć tę misę? — spytała kasztelanowa: 
— Kto spojrzy na tę misę, ten zaraz uzdrowiony zostanie — odpowiedziała nauczające Jagienka. 
— Aż czegóż tobie trzeba się uzdrawiać? 
Jagienka się zamyśliła, może wiedziała, ale nie chciała powiedzieć; kasztelanowa zaś powiedziała 
sentencjonalnie: 
— Zawsze chcesz czegoś, czego dostać nie można. Wiedzże o tym, dziecino, że człowiek 
tylko tego pożądać powinien, co może otrzymać, bo jeśli za tym ugania, czego dostać nie może, 
to choćby miał siły olbrzyma, rozbije się o przeszkody i zginie. 
Kasztelanowa byłaby dalej mówiła w ten sens, bo lubiła udzielać innym swego rozumu, 
ale wtem trąby się odezwały na pierwszej bramie zamkowej i zaraz się powtórzyły na drugiej. 
Był to alarm: gość albo może Tatarzy. 
Na odgłos trąb wszyscy się zerwali od stołu i Kmita, który znowu był przysnął snem błogosławionych, 
także się ocknął i zawołał: 
— Hej! biegaj no który, a popatrz, kto tam nas budzi po nocy. A niech załoga wystąpi do 
broni, bo diabli tam wiedzą... 
Wszyscy żołnierze i pazie wybiegli, a tu tymczasem zgadywano, kto by to był. Kmita mówił: 
— Wątpię, ażeby Tatarzy, bo nic o nich słychać nie było. Chyba że Węgrzy... 
— Krewni waćpanny — rzecze Smolicki do Jagienki. 
A na to Kmita: 
— Ale najpewniej Kergolaj. Gdzieś dostał po czubie i powraca się lizać. 
— Przeszedłszy przez biczowanie, nim się dostał do drzewa Krzyża Chrystusowego — dodał 
Smolicki. 
A wtedy Lubek wbiegł pierwszy, mówiąc: 
— Jegomość pan Suchywilk, starosta tustański. Przyjeżdża ze Lwowa. 
— Wilczek! Wilczek! — zawołał Kmita — przecie sobie nareszcie przypomniał, że jeszcze 
żyjemy na świecie. 
Kasztelanowa powiedziała: — Radam go widzieć — a Jagienka dodała: — Może mi powie co 
o Formozie — a po tych słowach Wilczek wszedł do komnaty. 
Wilczek wystroił się pysznie na te odwiedziny; widocznie chodziło mu o to, ażeby się 
kasztelaństwu, w których służbie był niegdyś, przedstawił stosownie do swoich dzisiejszych 
godności. 
Wdział zatem lekki srebrzysty pancerz ze swoim herbem na siebie, bramowany złotem na 
wszystkich zawiasach, hełm lśniący z bogatymi piórami, skórnie101 jak gdyby dopiero z igły i 
pyszne buty rycerskie ze srebrnymi ostrogami. Przystojny i zgrabny ten młodzian w tym 
stroju tak paradnie wyglądał, że i ci templariusze102, co strzegą św. Graala, nie mogą świetniej 
wyglądać od niego. Toż wszystkich olśnił swoją postacią — a niemało uroku i wdzięku dodawała 
mu jeszcze ta okoliczność, że w tak młodym wieku był już starostą i rotmistrzem królewskim. 
Wszyscy też ze serdecznym uściskiem się rzucili ku niemu; Kmita, kasztelanowa, a nawet 
Smolicki: jak wyrósł, jak zmężniał, jaki wspaniały rycerz jest z niego! Ksiądz Wara, chociaż 
niemało widywał rycerzy, patrzał nań z wielkim respektem — a Jagienka ze zdziwieniem, bo 
znając go z imienia, nieraz wprawdzie o nim myślała, lecz słysząc, że jest starostą, a do tego 
rotmistrzem, wyobrażała go sobie mężem już siwiejącym, z ogromnym wąsem i głosem 
chropawym. Takiż to jest ten Wilczek?... 
Kasztelan i kasztelanowa posadzili go więc między sobą, a zapewniwszy się, że nie jest 
głodny, zaczęli go wypytywać, kędy bywał przez te wszystkie lata, kogo tam poznał, co widział, 
kiedy był na zamku krakowskim, jak jest zapisany u króla i co o nim rozumie? 
Wilczek odpowiadał, jak umiał, trwało to długo, wszyscy go ciekawie słuchali, a najciekawiej 
Jagienka. W klasztorze panien klarysek nigdy obcych ludzi nie widywała, na zamku 
sobieńskim mało kto bywał, prawie sama szlachta sanocka, ludzie poczciwi, lecz prości, „do 
korda, a nie do prawa”, jak mówiło późniejsze przysłowie, a jeśli się kiedy zjawił jaki kasztelan 
lub wojewoda, to był to człek stary i niezajmujący: teraz dopiero po pierwszy raz obaczyła 
prawdziwego rycerza. Tacyż to młodzi, tak piękni, tak grzeczni są ci rycerze? Słuchając 
go, myślała nad tym i dziwnie ją to rozmarzyło. A jakiś głos, schowany w głębi jej duszy, 
którego dotąd jeszcze nigdy nie słyszała, szeptał jej cicho: Takiego rycerza mieć dla siebie 
samej, mieszkać z nim na jego zamku, móc się do jego piersi przytulić i wiedzieć, że się nie 
jest samą na świecie i że się ma rycerską przy sobie obronę — czyż może być większe szczęście 
dla biednej sieroty? 
Wilczek, chociaż targany przez wszystkich zapytaniami, na które musiał wciąż odpowiadać, 
także z wielkim zajęciem przypatrywał się Jagience — i nie dziw, była to bowiem dziewczyna 
niezwyczajnej urody i taki wzrok miała palący i tak czuć było, że pod jej cerą smagławą 
palą się jakieś ognie dziewicze, oświecające i ogrzewające a nieugaszone, że musiała zająć 
każdego, w młodym zaś a chwytliwym człowieku mogła obudzić wulkaniczne uczucia. 
Nareszcie Wilczek nie mógł się wstrzymać, a obróciwszy się do niej, rzekł grzecznie: 
— A z panną Jagienka będziemy mieć kłótnię. 
— Kłótnię? — rzekła Jagienka — nie chciałabym się kłócić z waszmością. 
— Nie kłótnia to będzie — powiedział Wilczek — lecz eksplikacja103. 
I tu opowiedział całą historią o Kergolaju, jako był przekonany, że Formoza jęczy u jakiegoś 
starszego Ormianina w niewoli i jako ją chciał wyrąbywać. Odmalowawszy zaś cały dom 
starego Kijasa i Formozę, królującą w tym przybytku bogactwa i wszelkich dostatków, dodał 
na końcu z uśmiechem: 
— Otóż to jaka jest ta rzekoma niewola pani Formozy. 
Ale Jagienka na tym nie poprzestała, tylko wypytywała go szczegółowo, jaki jest jej mąż, 
jak wygląda, czym się zajmuje i jak się z żoną obchodzi. Wilczek jej opowiedział. A wtedy 
Jagienka go zapytała: 
— I waszmość także jesteś zdania, że Formoza jest zupełnie szczęśliwą? 
— Tak mi się zdaje. 
— A ja bym nie chciała być w jej położeniu! — zawołała Jagienka — i nie wiem, czym się tak 
bardzo omyliła, mówiąc panu Kergolajowi, że jest u Ormian w niewoli. 
Wilczkowi po raz pierwszy na te dziwne stosunki w domu Kijasa otworzyły się oczy. Innym 
razem może byłby go bronił, co czynił zawsze i wobec wszystkich, ale teraz był pod 
takim wrażeniem, że nie mógłby był słów znaleźć na tę obronę. Bo teraz nie Formoza stanęła 
mu przed oczyma, ale Jagienka. I myślał sobie: co by też na to powiedział, gdyby tak Jagienkę 
wydano gwałtem za jakiegoś Tigranesa? Na samą myśl o tym krew mu się zburzyła — i 
milczał. 
Inni także milczeli. A że Kmita już znowu usnął snem błogosławionych i mały franciszkanin 
także oczy przecierał, więc kasztelanowa wstała i rzekła do Wilczka: 
— Mój Wilczku kochany, wywczasujże się po podróży. Spodziewam się, że Smolicki, twój 
dawny protektor, wygodną ci przysposobił kwaterę. 
Więc tedy wszyscy już szli na spoczynek. Wilczek pocałował kasztelanową w ręku, a ona 
położyła rękę na jego głowie. Serdeczny Kmita palnął go płaską dłonią po pancerzu i rzekł: 
— Gniewałem się na ciebie, żeś o nas zapomniał, ale kiedyś nareszcie przyjechał, to wiedzże 
o tym, że tu ruski miesiąc posiedzisz. 
Jagienka podała mu rękę na dobranoc, ale milcząc i oczy spuściwszy ku ziemi: Wilczek, 
jako grzeczny kawaler, chciał coś przemówić, ale mu także słowa zamarły na ustach. 
Ksiądz Biały kłaniał mu się z daleka i uśmiechnął się do niego uprzejmie, jak gdyby się 
chciał jego łasce polecić; Smolicki trzymał kaganiec w ręku i niecierpliwił się, aby mu jak 
najprędzej jego kwaterę pokazać; zgoła wszyscy byli ożywieni i zadowoleni: tylko Pretficz 
jakoś posmutniał i z ciężkim sercem szedł za kasztelanem do jego sypialni. 
I on także przyznawał w głębi swej myśli, że Wilczek jest bardzo pięknym rycerzem, każdy 
ruch jego jest składny, a nawet wykwintny, ma głos dźwięczny i oko wesołe, zdaje się 
nawet być dobrym człowiekiem i zapewne serdecznym jest towarzyszem — a przecież przyjazd 
jego nie był mu wcale przyjemnym, a jakieś głuche przeczucie mówiło mu, że owe spokojne 
dnie szczęścia, których dotychczas używał, już dla niego minęły, a może odtąd na jasnym 
niebie czarne zaczną gromadzić się chmury i może jego słońce się zaćmi, i może straszne 
zahuczą burze. 
Lubek się kochał w Jagience na umor. Kochał ją tą czystą, idealną miłością, do jakiej są 
zdolne tylko serca niewinne, a której różowe promienie z czasów świetności średniowiecznego 
rycerstwa padały jeszcze natenczas na dusze szlachetnych młodzieńców i odrywając ich 
wyobraźnię od warunków ziemskiego życia, dawały jej siłę tworzenia całkiem eterycznych 
obrazów. Obrazy te, strojące się tylko zewnętrznie w szaty ziemskich postaci, a istniejące 
tylko w powietrznych krainach ducha, zastępowały im często całą treść życia. Lubek się kochał 
w Jagience, ale o jakimkolwiek celu swojej miłości wcale nie myślał. Całe jego pragnienie 
ograniczało się na tym, aby ją widział, aby się mógł spokojnie w twarz jej wpatrywać, 
ażeby czasem zaczerpnął orzeźwiającej siły z jej oczu, ażeby wiedział, że jest szczęśliwą, ażeby się bez przeszkody domyślał, że nie jest jej wstrętnym: zresztą niczego nie pragnął. 
Spowiadać się jej ze swojej miłości, dotknąć się jej ręki, przycisnąć do jej twarzy swe usta, 
nigdy mu nawet na myśl nie przyszło — a gdyby się to stało, to zdało mu się, że byłby umarł z 
radości. To idealne uczucie dla niej, którym napełnił swe serce, zupełnie mu wystarczało do 
szczęścia, jakoż czuł się tak szczęśliwym, że, według niego, nawet aniołowie w niebie nie 
mogli być szczęśliwsi od niego. Czego pragnął, to tylko ażeby mu tego szczęścia nikt nie zamącił; 
jeżeli zaś czasem, kiedy długo myślał samotnie, obudziło się w nim jeszcze jakie pragnienie, 
to chciałby był się dla niej poświęcić, chciałby był wylać dla niej krew swoję lub 
umrzeć dla niej. 
Czy Jagienka wiedziała o tej jego miłości? Bardzo być może, bo takie uczucia nigdy się 
nie ukryją przed okiem kobiety. Bardzo być może, bo czasem unikała jego wzroku, a bardzo 
rzadko go o co prosiła. Choć sama dopiero co z dziecka wyrosła na pannę, uważała go zapewne 
za dziecko i wcale tego nieokreślonego lęku przed nim nie miała, który się zawsze 
odzywa w sercu dziewczyny właśnie wobec takiego młodzieńca, dla którego miłość powzięła. 
Ale być może, że w swoim wrażliwym sercu miała wdzięczność dla niego: bo często późnym 
wieczorem, kiedy wszyscy spali, a Lubek przy oknie otwartym swojej górnej izdebki grywał 
na lutni i śpiewał piosnki półgłosem, ona otwierała swe okno na dolnym piętrze, siadała przy 
nim i pilnie go słuchała. Była to rzecz niewinna, lecz nieroztropna z jej strony, bo Lubek ją 
widział, grywał wtedy i śpiewał do późnej nocy — a kiedy spać się położył, to go aniołowie na 
tęczach kołysali do rana, a nazajutrz bywał tak roztargnionym i nieprzytomnym, jak jaki hulaka, 
co całą noc przepił i przehałasował, za co też sobie gorzkie robił wyrzuty i zawsze się 
potem spowiadał. 
Owo więc teraz to błogie, anielskie szczęście miało być zamąconym. Lubek miał takie 
przeczucie i przeczucie to się sprawdziło. Przybycie Wilczka stało się hasłem do ożywienia i 
rozruszania zamku na Sobniu. Potrzeba było tego kasztelanowi, który po otrzymaniu absolucji 
zaczął już cale zasypiać w szczęśliwości doczesnej, zanim miała się dla niego otworzyć 
szczęśliwość wieczna; potrzeba było tego jeszcze daleko więcej kasztelanowej, albowiem 
gorliwie dbała o blask i znaczenie swojej rodziny, nie chciała dopuścić, ażeby jej mąż zapleśniał 
na kasztelanii niższego rzędu, i uważała za rzecz konieczną przypomnieć go znowu 
szlachcie sanockiej, która od czasu jego pokuty zaczęła już wcale zapominać o zamku sobieńskim. 
Poczęły się zatem obiady, bale, festyny, turnieje i wszelkie igry ówczesne, wśród których 
zamek zawrzał jak w ulu, a czasem się nawet pod nimi rozpierał. 
Ziemia sanocka musiała zapewne od wieków mieć jakiś czarujący urok dla ludzi, bo już 
pod owe czasy była dobrze osiadłą i bardzo gęsto zaludnioną. Niemal wszystkie wsie dziś 
istniejące, bo tylko z wyjątkiem bardzo niewielu, a i to tylko w głębokich górach, już wówczas 
istniały; tylko niektóre z nich nosiły wtenczas inne nazwiska, drugie zaś z powodu nie 
dla każdego czytelnej ówczesnej pisowni stały się trudne do zdecyfrowania. Tylko oswojony 
z pismem ówczesnym, a zarazem znający całą tę ziemię od wioski do wioski, może się doczytać, 
że tamtoczesny „Ulyechowecz” — to dzisiejsze Olchowce, „Schynycza” — to Zmiennica, 
„Coschthirowcze” — to Kostarowce, a „Vlicz” — to Ulucz. Bardzo wiele wiosek, noszących 
dziś nazwy ruskie, jak Sukowate, Serednie, Bereska, nazywały się wówczas po polsku: Sękowate, 
Średnie i Brzoska, co namacalnie dowodzi, że pierwej tu byli Polacy, a Rusini napłynęli 
dopiero później. Wszystkie te wioski były gęsto osiadłe przez szlachtę, która tylko w 
małej części się tu osiedziaia, drudzy wygaśli albo poprzenosili się w inne powiaty. Wówczas 
siedzieli tutaj Kmitowie na Sobniu i na Dubiecku, Balowie na Nowymtańcu i Średni, Chrząstowscy, 
znakomita wówczas rodzina, na Hoczwi, Fredrowie mieli Tyrawę Wołoską, Herburtowie 
Mchawę, dalej kwitnęli Jaćmierscy, Wzdowscy, Tarnawscy na wsi, od której wzięli 
nazwiska, Andrzejowicze na Szczawnem, Stankowie na Olchowcach, a wreszcie Pieniążkowie, 
Smoliccy, Konarscy, Ostrowscy, Mieroszowscy, Laskowscy, Smogorzewscy, Żmigrodzcy 
będący linią Stadnickich, Pakoszowscy, Czeszykowicze, Oziembłowscy, Krzesimowscy, 
Niedźwiedzcy, Krzywieccy, Mleczkowie, Czarnoocy, Derszniakowie, Bierzeccy i bardzo 
wielu innych, którzy jeszcze nie mieli nazwisk zrobionych, a pisali się tylko imieniem 
chrzestnym, do którego dodawali nazwisko swej posiadłości. Byli to ludzie prości, mieszkający 
w drewnianych dworach, zazwyczaj cokolwiek obronnych, chodzący w domu w kożuchach, 
drelichach i samodziałach, umiejący zaledwie czytać, a pisać z trudnością, lepiej po 
łacinie niżeli po polsku, pracujący skrzętnie na swojej roli i przestający na małym — ale chowający 
wszelkie przymioty rycerskie u siebie, dbający o honor swego imienia, występujący z 
błyszczącą wystawnością za domem, bogaci w cnoty, ale zarazem ambitni, a często pnący się 
nawet do wysokich urzędów. Jeszcze równość braterska nie dojrzała wtedy w Małopolsce do 
tego stopnia, jak później, ale już na wzór Wielkopolski silnie kiełkowała pomiędzy szlachtą, a 
liczba jej stawała już często za prawa i obyczaje. Kto ją chciał mieć po sobie, musiał jej 
schlebiać tak samo, jak w wieku następnym. 
Kasztelanem sanockim był do niedawna Henryk Kamieniecki, herbu Pilawa, rezydujący na 
zamku w bliskim Kamieńcu, który się dzisiaj zwie Odrzykoniem, ale gdy zginął pod Wiśniowcem 
przed dwoma laty i kasztelania zawakowała, zaczęli się o nią starać Maciej Bal, 
herbu Gozdawa, i Jędrzej, brat Kmity. Pomiędzy Balami i Kmitami były o to spory i niestrudzone 
u dworu kabały, kasztelania wciąż wakowała — a tymczasem Kmita sobieński, będący 
kasztelanem przemyskim, niejako uzurpował ten urząd, który miał pewną wartość, bo dawał 
mu pierwsze znaczenie w powiecie i w razie pospolitego ruszenia mógł go postawić na czele 
całej siły zbrojnej tej ziemi. Zdaje się, że za przewodem kasztelanowej właśnie to miano na 
oku i dlatego skorzystano z pierwszej sposobności, ażeby szlachtę zgarnąć ku sobie. Toż teraz 
ta szlachta roiła się wcale na zamku sobieńskim, co dzień po kilkunastu sąsiadów zasiadało 
do stołu, wino się lało strumieniami, muzyka grała przy ucztach, a wieczorem wyprawiały się 
tańce, śmiechy i różne swawole do późnej nocy. 
Po kilku tygodniach takiej zabawy zapowiedziano turnieje na zamku. Wilczek, jako bywały 
na wielkich dworach i w cudzych krajach, zajął się ich urządzeniem. Kasztelanowa była 
za tym, ażeby nie goniono na ostre, ażeby się raczej ograniczono do biegania za pierścieniem 
i ścinania głów papierowych. Pretficz wziął na siebie fabrykacją takich głów, przedstawiających 
Turków i Wołochów, a ksiądz Biały z zamkowymi chłopięty mu w tej robocie pomagał. 
Niebawem też przyozdobiono główny dziedziniec zamkowy kilkudziesięcią głów w turbanach 
i kuczmach, z ogromnymi brodami i błyszczącymi oczyma, pozawieszano pierścienie, 
przybrano mury w choiny, kolumny w wieńce zielone, a na krużgankach porozwieszano makaty, 
gdzie urządzono siedzenia dla dam, mających przyznawać nagrody. 
Przyszedł nareszcie dzień upragniony, zjechało się paręset szlachty znajomej i nieznajomej, 
niektórzy z nich byli tylko w sukniach świątecznych, uzbrojeni wystawnie, a nie do boju, 
lecz wielu przybyło w pancerzach od stóp do głowy, na koniach zakutych także w żelazo, a 
nawet ze spuszczonymi przyłbicami. Nikt nie mógł poznać, kto oni byli. Ci stanęli poza 
szrankami — a jak tylko otrąbiono otwarcie turnieju, ten i ów kazał wystąpić swojemu heroldowi 
i ogłosić przy trąbie, że jego pan, rycerz taki a taki, prosi każdego, kto łaskaw, ażeby 
raczył z nim skruszyć kopią. I zaraz kilku się starło ze sobą ku powszechnemu zdziwieniu 
dam, a przy rozgłośnych okrzykach gęsto poza szrankami zgromadzonego rozmaitego ludu. 
Który zaś rycerz zwyciężył, podnosił przyłbicę i wśród odgłosu kotłów i trąb szedł na krużganek, 
gdzie wszystkie damy go przyjmowały z oklaskiem i przypinały mu do pancerza bukiety 
kwiatów i wstążek, zaczem spijano wiwat dla niego. 
Wilczek patrzał zrazu spokojnie na te gonitwy, stojąc na krużganku obok Jagienki i tłumacząc 
jej każde uderzenie i każde cięcie, zgoła każdy ruch potykających się z sobą rycerzy. Ale 
po drugim i trzecim spotkaniu zaczęło mu brakować oddechu, nareszcie ziemia zaczęła go 
parzyć w podeszwy... tak że już nie mógł wytrzymać i zniknął milczkiem z krużganku. Jednak 
prawie z nim razem Lubek także nie mógł dostać na galerii i ścisnąwszy cichaczem 
kasztelana za nogi, prosił go ze łzą w oku i drżeniem w głosie, aby mu pozwolił wsiąść na 
koń i choć jedne kopią skruszyć z jakim rycerzem. A kasztelan, podcięty cokolwiek, bo ciągle 
spijał wiwaty, położył mu rękę na głowie i rzekł po ojcowsku: 
— Idź, moje dziecko, i pobaw się trochę. Weź tam i drugich ze sobą, ale nie bawcie się długo, 
a wymiećcie to tałałajstwo z dziedzińca, bo już czas do wieczerzy. 
Lubek poleciał, jak gdyby mu kto skrzydła przyczepił. Szczęściem, że go nie spostrzegła 
kasztelanowa, bo pewnie by nie była dopuściła, aby taki wiotki młodzieńczyk potykał się z 
takimi starymi wygami, pomiędzy którymi był pewnie niejeden taki, co i niedźwiedzia byłby 
zdusił jak kota. 
W mały czas potem wyjechał z jednej masztarni Wilczek cały zakuty w żelazo, na swoim 
karym ogierze, a z drugiej Pretficz także w zupełnej zbroi na wielkim masłowatym koniu, 
jeszcze cokolwiek smukłym jak jego pan, ale zadziwiającej piękności. Obydwa trzymali w 
ręku kopie na dwanaście stóp długie, a na lewym ramieniu mieli kokardy z wstążek niebieskich 
i białych. Były to kolory Jagienki; spostrzegli więc zaraz, że obydwa walczą za honor 
tej samej damy, ale nie robili sobie o to wyrzutów, bo było to wówczas uważanym za dowód 
bardzo gminnego smaku, jeżeli ktoś się zdradził z uczuciem zazdrości. Owszem, im więcej 
która z dam miała rycerzy, co w jej kolorach walczyli, tym wyżej była cenioną przez swych 
wielbicieli. Jednakże Lubek miał nieposkromioną, choć może nie całkiem siebie świadomą 
ochotę zetrzeć się z Wilczkiem, jakoż podjechał ku niemu, ukłonił mu się uprzejmie i rzekł: 
— Proszę waszej miłości wyrządzić mi honor i skruszyć ze mną kopią choćby raz tylko. 
Ale Wilczek rozśmiał się na to i odpowiedział mu dobrodusznie: 
— Słysz, Pretficz! Ja nie odmawiam przysługi nikomu i sam to uważam za honor, jeżeli kto 
raczy ze mną się zmierzyć. Ale jam ciebie pokochał jak brata. Więc powiem to otwarcie: u 
mnie ręka żelazna, a tyś jeszcze wiotki młodzieńczyk. Wyrządziłbym tobie szkodę, a sam 
bym za to nie zasłużył na wieniec. Ale, jeśli chcesz, to dam ci przodek przede mną, wyjedź i 
ogłoś się pierwszy — a jeśli twój przeciwnik zwali cię z konia, to ja mu za to zapłacę. 
Przykro było Lubkowi, że mu Wilczek odmówił, ale upierać się nie mógł, bo nie był jeszcze 
rycerzem — a zresztą Wilczek tak po bratersku do niego przemówił, że nie mógł mu takiej 
odmowy brać za złe. 
Lubek więc ogłosił się pierwszy przez zamkowego herolda i w szranki wyjechał. Na galeriach 
taki był hałas, że wcale nie dosłyszano jego nazwiska. Widziano tylko, że nowy rycerz 
wyjeżdża, ale go nie poznano, bo miał spuszczoną przyłbicę. Po drugiej stronie odpowiedziano 
na jego wyzwanie i zaraz obaczono wyjeżdżającego stamtąd rycerza na niewielkim bachmacie 
i w lada jakim pancerzu. Wilczek, że się cokolwiek bał o Pretficza swobodnie odetchnął. 
Tymczasem obydwa rycerze wypuścili pędem konie ku sobie i Pretficz tak zdmuchnął 
swego przeciwnika z kułbaki, jak gdyby świecę kto zgasił. Wilczek w głos się roześmiał, bo 
przeciwnik Lubka tak spadł z konia, jak worek z wozu, a jego koń dał drapaka ku bramie, 
zadarłszy ogon i obudziwszy śmiech homeryczny na wszystkich krużgankach. Dopiero wtedy 
poznano, że zwycięzcą był Lubek, i zaczęto wołać na niego z. krużganków; ale on tego wołania 
nie słyszał, tylko skoczył czym prędzej po drugą kopią. W bitwie prędko krew się rozgrzewa, 
a zwłaszcza w radosnym sercu zwycięzcy. 
Ledwie pierwszy rycerz spadł z konia, kiedy już drugi się z tamtej strony ogłosił. Ku temu 
Wilczek wyjechał, ogłosiwszy się wprzódy, wypuścił konia pędem ku niemu, ale tak go zwalił 
z kułbaki, jak gdyby piorun w niego uderzył, nawet kopia mu nie pękła w ręku, a jego 
Wrony, koń dziwnie ognisty i silny jak lew, ale jeszcze niedoświadczony w boju, przeskoczył 
przez powalonego konia i uniósł się w kąt przeciwległy dziedzińca. Wilczka zaraz poznano, 
więc hałas ogromny się podniósł na wszystkich krużgankach, uderzono w trąby i kotły, podniesiono 
kielichy — a Smolicki, stojący za plecyma Jagienki, rzekł jako znawca: 
— Tam była zręczność, a tutaj jest zręczność i siła, tylko i pana, i jeźdźca młoda krew jeszcze 
unosi. 
Jagienka go zapewne słyszała, ale tak była zajęta tą bitwą, tak oczu nie mogła oderwać od 
Wilczka, że go nie słuchała; nie potrzebowała ona zresztą niczyjej rady, ażeby wiedzieć, do 
którego rycerza rwie się jej serce. 
Tymczasem Wilczek i Pretficz już stali przy szrankach z kopiami, czekając, kto się tam 
znowu ogłosi. Ale niedługo czekali. Zaledwie bowiem rozbity przez Wilczka rycerz zszedł z 
pola, zaraz z tamtej strony dwóch wyjechało, obydwa daleko lepiej uzbrojeni i umontowani 
niż pierwsi. 
Wilczkowi się to podobało, jako rzekł do Lubka: 
— Pretficz! na tych dwóch razem uderzymy. 
— Razem — rzekł Lubek radośnie. 
Ale w tej chwili Wilczek, mając oko żołnierskie, dostrzegł, że za tymi dwoma, stoją dwaj 
inni, już także z kopiami w rękach, a za nimi jeszcze inni, tak że nawet nie można było ich 
zliczyć. A dotąd jeszcze nikt nie wiedział, jacy to ludzie, szła tylko wieść głucha po zamku, 
że mają to być szlachcice węgierscy, co zasłyszawszy, że na Sobniu będą się wyprawiać turnieje, 
przyjechali całą chorągwią, aby się tu zabawić. Ba, dobrze: ale dlaczego zbijają się w 
kupę między szrankami, kiedy na turnieju nie godzi się kupą uderzać, jeno trzeba się bić pojedynkiem. 
Ostrożny Wilczek obejrzał się więc poza siebie i zawołał: 
— Ramułt, czuj duch! każ naszym ludziom wsiąść na koń, a nas z oka nie spuszczaj. Kiedy 
by zaś oprócz tych dwóch tylko jeszcze jeden na nas uderzył, natenczas druzgotaj szranki, a 
wal w to cygaństwo, choćby i jeden z nich żyw się nie ostał. 
A Ramułt, jeszcze o wiele ostrożniejszy od niego, już dawno siedział na koniu, a za nim i 
jego sześciu żołnierzy w pełnej zbroi i z długimi mieczami u boku. 
A wtedy już obydwa rycerze węgierscy zaczęli się naprzód posuwać, więc Wilczek krzyknął: 
— Pretficz! dzierż dobrze kopią, a miecz w same piersi! 
I obydwa puścili się pędem na Węgrów. 
W tym starciu jeden Węgier zwalił się z konia, lecz drugi tylko się zachwiał i zaraz się 
wyprostował w kulbace, jakoż w tym oka mgnieniu drzewcem skruszonej kopii dał po łbie 
Wilczkowi tak silnie, że grzebień hełmu mu strzaskał; toż i tamten zwalony wyskoczył jak 
małpa na konia i zaraz na Lubka najechał. Zaczem teraz zaczęła się bitwa; jednak nie trwała 
długo, bo Lubek, dobywszy miecza, za jednym pchnięciem zwalił znów swego przeciwnika z 
kulbaki, Wilczek zaś widząc, że ma do czynienia z jakimś dzikim rycerstwem, ciął konia 
swojego przeciwnika w łeb mieczem, a tak i koń, i jeździec się razem zwalili na ziemię. Ale 
jeszcze ci ludzie nie dolecieli do ziemi, kiedy z tamtej strony przyskoczyło dwóch drugich 
rycerzy swoim na pomoc, co widząc Ramułt, wyjechał pędem ze swymi żołnierzami na plac, 
z tamtej strony znów kilkunastu przybiegło, i zaczęto się tłumić ze sobą całkiem jak na wojnie. 
A wtedy Wilczek pot poczuł, zawołał swoich, o kilkanaście kroków z nimi odskoczył, 
sprawił ich — i z wielkimi mieczami w ręku, jak w bitwie porządnej, w kupę tych Węgrów 
uderzył. 
Krzyk zgrozy i trwogi się podniósł na wszystkich krużgankach i rozległ się jak grom powtarzający 
się po wszystkich dziedzińcach, bo już krew zaczęła się toczyć, ten i ów leżał na 
ziemi jak długi i konie jeźdźców pobitych zaczęły się rozlatywać pomiędzy tłumy, a tłumy 
zaczęły uciekać. Tu i ówdzie wołano z krużganków: — Stój! na miłość Boga! idźcie rozbrajać! 
— Kasztelanowa, blada i przestraszona, składała ręce przed Smolickim i księdzem Wara, aby 
biegli w dziedziniec i bitwę wstrzymali; Jagienka przyciskała obydwie ręce do serca i szeroko 
rozwartymi oczyma patrzała na bijących się, śledząc każdy ruch pióropusza, który jej tak dobrze 
był znanym; inne kobiety mdlały, a dzieci płakały: tylko Kmita przegiął się lekko przez 
balustradę, uśmiechał się i wołał na dół: 
— Wal, Wilczek, a powyrzucaj tych drabów z dziedzińca! 
Toż Wilczek odpowiedział sumiennie życzeniu Kmity. Jak bowiem z Ramułtem i Lubkiem 
zakasał rękawy do tej roboty, tak i wytłukł Węgrów na miazgę, pozwalał ich z koni, pobił, 
potrzaskał i wyparował za bramę. Ten i ów, co się wymknął z tej siekaniny, a bramy nie mógł 
namacać, w krąg dziedzińca uciekał, a żołnierze za nim gonili — i to rozweseliło widzów tak, 
że mimo rozlanej krwi i trupów leżących na placu śmiano się w głos na wszystkich krużgankach. 
Kiedy się policzono po bitwie, okazało się, że dwóch szlachciców zabito na śmierć, jednemu 
łeb rozwalono, że jeszcze ledwie co dychał, drugiemu wypruto jelita, trzem innym poprzetrącano 
ręce i nogi — a co się Wilczkowi ludzie nabrali guzów, o tym wcale już nie mówiono. 
Ale była to wyśmienita i wcale rycerska zabawa. Zabitych kazano zaraz pogrzebać, 
rannych oddano w opiekę balwierzom, potłuczeni kazali się wysmarować olejem — i na tym 
koniec. A że pomiędzy tymi rzekomymi Węgrami znaleźli się także i polscy junacy, to powiedziano 
sobie: Dobrze im tak, po co tam leźli. Wilczek i Lubek, wyszedłszy cało z tej bitwy, 
choć pierwszy z nich miał oko czarno podbite, a drugi tak był potłuczony, że ledwie się 
mógł utrzymać na nogach, zostali na krużganku przyjęci przy odgłosie kotłów i trąb, i powszechnych 
okrzykach. Wszyscy się do nich cisnęli. Kasztelan pierwszy rzucił się Wilczkowi 
na szyję i pocałowawszy go w jeden policzek i w drugi, zawołał z zapałem: 
— Słysz, Wilczek! tak się tobą dziś cieszę, jak gdyby mi kto wieś w pszennej glebie darował 
— a gdybym miał córkę, to bym ci ją sam zaniósł do łoża. 
Lubka zaś ścisnął za głowę i kazał mu nalać starego wina, ażeby swe siły pokrzepił. 
Zaczem wszyscy obecni rwali Wilczka, każdy w swą stronę, każdy go ściskał i każdy mu 
jakiś komplement powiedział; tylko Jagienka stała oparta plecyma o balustradę, z bijącym 
sercem i spuszczonymi oczyma: ona by była wymowniej od wszystkich wypowiedziała swe 
uwielbienie dla niego, ale w tej chwili głosu w gardle nie miała. 
A wtedy wszyscy szli do wieczerzy, bo już się zmierzchać zaczęło, a niejednemu wnętrzności 
skrzypiały. Tego dnia było ze trzysta osób na zamku, nakryto więc stoły w kilku komnatach. 
Kasztelan gospodarował w pierwszej, kasztelanowa w drugiej, a już tam dalej komenderował 
Smolicki. W dziedzińcach zaś pozapalano beczki smolne, powywieszano kagańce z 
łuczywem, powytaczano beczki z miodem i piwem i pieczono przy stosach ogromnych uda 
wołowe, podświnki, barany i skopy. Do tego bito w bębny i kotły, odzywały się trąby i rogi, a 
w górnych komnatach grano na lutniach, cymbałach i arfach. Zgoła gwar, brzęk, szczęk i hałas 
jak w przedsionku do piekła, bo bez tego nie byłoby zabawy. 
Kasztelan, siadając do stołu, Wilczka obok Jagienki posadził i rzekł: 
— Co mam najpiękniejszego w domu, to sadzam przy tobie, jako dank za to, żeś walczył w 
jej kolorach. 
Wilczek był mocno uradowany. Jagience zaś zrazu całkiem zaćmiło się w oczach, bo jej 
się zdało, że już się niebo przed nią otwiera i pełnią się jej najgorętsze życzenia, z którymi 
kryła się dotąd przed całym światem — i kryła się nawet przed sobą: bo Wilczka ceniła tak 
wysoko, a siebie tak nisko, bo była przekonana, że choćby wszystko było po temu, to nigdy 
na to nie zezwoli kasztelanowa, bo wreszcie miała jakieś ciemne przeczucie, chociaż sama nie 
wiedziała dlaczego, że nie masz dla niej szczęścia na ziemi. 
Matka jej nie wiadomo kiedy umarła, ojciec zginął na jakiejś wojnie za młodu, po swoich 
rodzicach nie miała żadnych pamiątek, żadnych wspomnień dziecinnych, żadnej duchowej 
spuścizny; zaś panny klaryski uczyły ją tylko modlić się, modlić i modlić, umartwiać ciało, 
nie myśleć o żadnej ziemskiej rozkoszy, a całe doczesne życie tylko temu poświęcić, ażeby 
pozyskać zbawienie wieczne. Jej wrodzone uczucia, jej myśli, które sobie sama wyrobiła i w 
jakąś całość usnuła, jej żywa wyobraźnia, jej czułość na wrażenia zewnętrzne, a wreszcie jej 
temperament, przekonały nawet same panny klaryski, że nie jest stworzoną do sukni klasztornej. 
Odebrano ją stamtąd i przywieziono na zamek kmitowski: tu odetchnęła całkiem innym 
powietrzem, tu obaczyła ten świat, potępiony przez zakonnice, a przecie taki żywy, taki we
soły, tak piękny, tu zrozumiała, że nie dla tamtego, ale dla tego świata Pan Bóg ją stworzył, 
tutaj uczuła, że na tym świecie mogłaby znaleźć to szczęście, o jakim tylko za przewodem 
swego instynktu, tylko z głuchych, dalekich wieści, tylko z urywanych wzmianek, słyszanych 
przypadkiem, marzyła niegdyś w klasztorze. Tu mogły się ziścić wszystkie jej ideały i nie 
widziała swoim rozumem, jakie przeszkody mogłyby ich ziszczeniu stanąć na drodze. A gdyby 
nawet jakie stanęły, to zdało jej się, że ma dosyć energii, aby je wszystkie przełamać. A 
jednak zazwyczaj bardzo nieufnym okiem patrzała w swą przyszłość, a często nawet czarnym 
się poddawała przeczuciom. Lecz dziś... sam Kmita ją koło Wilczka posadził; dziś całe niebo 
otworzyło się przed nią i słyszała już weselne pienia aniołów. 
Wilczek był w niej tak rozkochany, że żył tylko dźwiękiem jej głosu i cały świat widział 
tylko w jej oczach. On nawet dotychczas nie wiedział, że taka miłość istnieje na świecie. Jakiekolwiek 
dotąd porobił doświadczenia na drodze miłości, a raczej może na jej bezdrożach, 
ta miłość go z nich otrzęsła i oczyściła — i wobec Jagienki był jakby nowo narodzonym człowiekiem. 
O swojej miłości dla niej mówił jej już nieraz dotychczas, sposobności mu do tego 
nie brakło, a z każdej korzystał; Jagienka mu dotąd nigdy nie dawała nadziei, bo sama jej w 
sobie obudzić nie mogła, jednak zawsze go wysłuchała, a nigdy go nie odtrąciła od siebie. 
Teraz dla nich obojga wybiła godzina na tym nieczytelnym dotychczas zegarze: Wilczek ścisnął 
jej rękę, a ona go także ścisnęła, ale tak silnie, tak gorączkowo, tak konwulsyjnie, że w 
tym uściśleniu wyraziły się jej wszystkie uczucia, cała ich siła płomienia, żelazna wola, wytrwałość 
skały, opór w razie potrzeby, gotowość do wszelkich ofiar, poświęceń i cierpień, na 
całe życie, na zawsze, do grobu... Tak rozumieją się dusze sobie pokrewne — a takie zrozumienie 
jest daleko wymowniejsze niżeli najczulsze dźwięki żywego słowa. Wilczek przez 
długą chwilę nie wypuścił jej ręki z swojej gorące dłoni — a kiedy z obawy, aby ich nie spostrzeżono, 
zabrał się do jedzenia, to był wesół jak dziecko, świadomy i pewien siebie jak nigdy, 
bo był przekonany, że jest stworzony do szczęścia i że to szczęście pozyska. 
Tymczasem przy stole jedzono łakomie, a pito ochotnie. Kmita miał oko na wszystkich i 
nie szczędził „prynuki”104. Po każdym daniu kazał grać pieśni wesołe, a po każdej przygrywce 
podnosił puchar, wychylał duszkiem i puszczał go wkoło. Pod koniec wieczerzy kazał sobie 
wieniec włożyć na głowę — a odtąd i puchary gęściej krążyły, i zaczęto muzyce wtórować 
chóralnym śpiewem przy stole. A kiedy nareszcie znak dano, że koniec wieczerzy, to nie każdy 
mógł wstać o własnych siłach, niektórego komornika lub chorążego musieli popod ramiona 
podnosić paziowie, drugi zaś kazał się zaprowadzić do szopy na siano, ażeby się mógł 
przespać cokolwiek. Lecz było wielu, którzy by byli mogli pić jeszcze drugie tyle, a ci się 
dobrze trzymali na nogach. Do tych ostatnich należał Kmita, tylko był wesół nad miarę, śmiał 
się wciąż śmiechem szalonym i ciskał żartami na wszystkie strony. Jednak przezorny i dbały 
o to, ażeby nie uchybił swojej powadze, nie ufając zupełnie swym nogom, kazał się zaprowadzić 
paziowi do drugich komnat, a dopiero tam, usadowiwszy się wygodnie w poręczowym 
krześle, był siebie pewnym. Za nim przewaliły się tłumy gości do tychże komnat, gdzie miały 
teraz rozpocząć się tańce. 
W największej komnacie, gdzie Kmita się usadowił, zaczęła grać muzyka przy trąbach i 
rozmaitych brzękadłach, a starsi poszli najprzód w tan z matronami, za nimi młodzi korowodem 
bez końca. Każdy skakał, jak umiał, ten i ów huknął, drugi zaśpiewał, ale się nie przewracano, 
bo w tych domach rycerskich surowsze chowano obyczaje niż w miastach, a zresztą 
tutaj nie byłaby na to nigdy pozwoliła kasztelanowa. 
Kiedy zaczęto tańcować, Kmita huknął ze swego krzesła po raz i drugi i klasnął w dłonie, 
ale później się uspokoił, przechylił głowę na plecy krzesła i przysnął swoim zwyczajem. We 
śnie był w niebie i rozmawiał w wielkiej ciszy z świętymi. Tak spał z godzinę: ale kiedy jakaś 
para dała sobą o ziemię tuż przy nim, a rycerz upadający swoją stalową koszulką okrutnego 
narobił hałasu, Kmita się zbudził i rozwarł oczy szeroko przed siebie. Z początku mu się zdało, że kiedy spał, to musi być w łóżku, więc nie mógł zrozumieć, dlaczego ci ludzie tańcują 
około niego; ale po chwili całkiem otrzeźwiał i był wesół i kontent, że jego goście tak 
wesoło się bawią. 
Wilczek tańcował jeden taniec i drugi z Jagienką i wciąż z nią rozmawiał, lecz przy tym 
ciągle rzucał okiem na Kmitę, jak gdyby czatował na tę chwilę, kiedy się zbudzi. Skoro zaś 
Kmita się zbudził, zaraz sobie krzesło przysunął do niego, siadł przy nim i zaczął z nim rozmawiać. 
Ale niecierpliwy młodzieniec nie lubił preludiów, jakoż zaraz po pierwszych słowach 
rzekł do niego: 
— Panie kasztelanie, pilno mi jegomości powiedzieć, że mi się Jagienką podoba lepiej niż 
wszystkie inne, a nie chciałbym nigdy piękniejszej za żonę. 
— To żeń się — odpowiedział mu Kmita — dziewce czas za mąż, a powiem tobie w sekrecie, 
że i moja żona rada by ją postanowić, bo zawsze to wielka odpowiedzialność trzymać taką 
ognistą dziewczynę w domu. 
Więc Wilczek był bardzo uradowany, położył mu rękę na kolanie i spytał: 
— A będzie pan kasztelan mnie protegować? 
— Ja? — rzecze Kmita — nawet sam ciebie zaswatam. Daj rękę. 
Zaczem Wilczek dał jemu rękę i zaraz wstał, bo mu się zdało, że mu się ziemia spod nóg 
usuwa, a coś go unosi w powietrze. Ale i Kmita wstał także raźnie i zaraz kiwnął na Jagienkę, 
a kiedy przyszła, wziął ją za rękę, przetańcował z nią wkoło komnaty, a potem stanął z nią 
przed muzyką i zaśpiewał starą weselną piosenkę: 
Co skocznego graj muzyka, 
Póki się drą złote łyka, 
Mam ja jeszcze wsi niemało, 
Nie chcę, by dziś co zostało. 
Widząc Kmitę z wieńcem na głowie tańcującego z Jagienką i słysząc go śpiewającego taką 
piosenkę weselną, ci i owi przestali tańcować, inni zaczęli tam i sam biegać, mówiąc: Dlaboga, 
co się to dzieje? pono się tu kroi na jakieś wesele. A byli wreszcie i tacy, którzy się już 
kłaniali Wilczkowi, a zajeżdżając z daleka, próbowali życzyć mu szczęścia. Zasapany kasztelan 
siadł na powrót w swym krześle, a patrząc w komnatę, gdzie tłumy gości zaczęły się 
grupować a szeptać ze sobą, bardzo był rad, ze im taką łamigłówkę zadał do rozwiązania. 
Ale kasztelanowa, której bacznemu oku nie uszedł żaden ruch w żadnej komnacie, zaraz 
spostrzegła i zrozumiała, co się stało, jakoż siadła przy mężu i zapytała go z uśmiechem na 
ustach: 
— A jegomość komu chcesz wioski rozdawać? 
A Kmita się głośno na to roześmiał i zawołał: 
— Ja?! ja nikomu nie dam ani jednego klina, raczej chyba drugiemu jego wieś wezmę. 
— A cóżeś to śpiewał? 
— Bom chciał Wilczkowi drogę do Jagienki uścielić. Przecież i ty nie będziesz mieć nic 
przeciw temu. 
Więc kasztelanowa zastanowiła się nad tym i rzekła poważnie: 
— I ja to uważam, że Wilczek się ma ku Jagience. Ale nie zdaje mi się, żeby to był stosowny 
mąż dla niej... 
— Dlaczegoż to, moja królowo? 
— Jej trzeba męża, który by ją żelazną ręką prowadził. A Wilczek zdaje mi się człek lekki. 
Nie mówię ani za, ani przeciw, lecz jestem zdania, że trzeba to czasowi zostawić, aż póki go 
bliżej nie poznamy. Rozumiesz jegomość? 
— Więc jak chcesz, moja królowo — odpowiedział jej Kmita, a kasztelanowa odeszła. 
Goście się jeszcze jakiś czas bawili tańcem, muzyką i śpiewami, ale jak północ wybiła, 
wszyscy się zaczęli rozchodzić. 
A wtedy Smolicki się zbliżył do Wilczka i palec podniósłszy do góry, rzekł tajemniczo: 
— Festina lente105. 
— Dlaczegoż to? — zapytał Wilczek. 
— Bo kasztelanowa nie jest po twojej stronie. 
— Cóż ona ma do mnie? 
— Może nie do ciebie, ale ona królewskich rotmistrzów nie lubi. 
— Śmiej się z tego, Smolicki — rzekł Wilczek, kładąc mu rękę na ramieniu — mam kasztelana, 
a w razie potrzeby będą miał i króla za sobą. Jeżeliby przyszło do wojny, chciałbym też 
wiedzieć, jakim sposobem dama pobije króla. 
A na to Smolicki z uśmiechem: 
— To jest dama kozerna106, a wobec takiej damy i król czasem jest młódką. 
Na to Wilczek znowu się głośno roześmiał i rzekł: 
— Nie znasz ty króla, a przeto nie wiesz, jak każdy człowiek jest mały przed majestatem. 
Jednak Smolicki w tym razie jakoś nie bardzo w to wierzył, bo rzekł ważnie: 
— Słysz, Wilczek! A wiesz ty, co to jest rozum? Rozum, to jest dysymulacja107. 
Z tymi słowami tłum gości ich wymiótł do sieni, zaczem i oni poszli spać razem z innymi. 
Wilczek, zmęczony bitwą i tańcem, a upojony swoją miłością, spał jak zabity noc całą — a 
nazajutrz ani pomyślał o tym, co mu dnia wczorajszego powiedział Smolicki. Dopiero jak 
kasztelanową obaczył, przypomniały mu się wczorajsze słowa tego trefnisia i mędrca zarazem 
i uważał pilnie, jak się względem niego zachowa ta dama kozerna. Jednak kasztelanowa, dama 
kozerna, ale zarazem; światowa, była dla niego tak samo uprzejmą dzisiaj, jak wczoraj, 
jak przed tygodniem i przed miesiącem. Wilczek zatem drwił sobie w duszy ze Smolickiego. 
Mimo to jednak, jako to każdy zakochany, a jeszcze swej rzeczy niepewny, jest zwykle niezmiernie 
lękliwy, powiedział o tym słówko Jagience. I znalazł u niej jakoby potwierdzenie 
tego ostrzeżenia, jakie mu dał Smolicki, bo Jagienka mu powiedziała: 
— Ja się jej boję. 
— Dlaczegoż się jej boisz? czy dała ci co do zrozumienia? 
— Nie, nic zgoła — odpowiedziała Jagienka — ona jest dla mnie zawsze jak matka i życzy mi 
jak najlepiej. Ale ja jej się boję... 
— To jest respekt, należny matce — rzekł na to Wilczek i więcej już o tym nie myślał. 
Tymczasem festyny wciąż trwały na zamku. Szlachta się ciągle zjeżdżała, co dwa lub trzy 
dni wyprawiano turnieje, a co dzień biesiady i tańce. Wilczek brał czynny udział w tych 
wszystkich zabawach, z Jagienką często na osobności rozmawiał, co dzień był pewniejszym, 
że mu jest całą duszą oddana, porozumiał się z nią zupełnie, wziął od niej słowo i już nad tym 
rozmyślał, kiedy by miał kasztełaństwu paść do nóg i jak by to zrobić. I był już prawie zdecydowany 
prosić o rękę panny bez swata, kiedy tego samego dnia Kmita, podpiwszy sobie jak 
zwykle, wziął go pod ramię, zaprowadził do kąta i rzekł mu na ucho: 
— Słysz, Wilczek, jeżeli mnie nie zdradzisz, to ci co powiem. Jeżeli chcesz dostać Jagienkę, 
to wiedz o tym, że baby jej ciebie nie życzą, wszystkie są przeciw tobie. Bądź zatem ostrożnym 
i nie puszczaj się samopas w drogę. Weź sobie jakiego statecznego senatora na swata, 
któremu by nie mogli odmówić. Może by ci Mikołaj Kamieniecki usłużył, tego tu bardzo nawidzą 
i respektują... 
Gdyby Wilczek był tylko swoją gorącą krwią pożądał Jagienki, to byłby się zapewne 
uniósł niecierpliwością, dobrą radą pogardził i jej los od razu postawił na kartę; ale on ją kochał 
wznioślejszą miłością, miał szczerą cześć dla niej i pragnął jej szczęścia — a przeto przyjął radę kasztelana z wdzięcznością i jeszcze tego dnia z jednym tylko żołnierzem do Kamieńca 
wyjechał. 
Wszelako być może, że jakiś zły duch już wtenczas mu tego szczęścia zawidził, a nie mogąc 
sam stanąć mu w drodze, babę posłał za siebie. 
Albowiem tego samego dnia po południu zjechała pani Gniewoszowa na zamek. Przyjechała 
z wielkim dworem jak druga królowa, sama na koniu ogromnym rycerskim, nakrytym 
siatką, spadającą prawie do ziemi, a ubrana w kapelusz z piórami i w suknię długą sukienną, 
spuszczającą się koniowi do kolan. Przy niej szły dwa ogromne charty kudłate, a obok niej 
jechał dworzanin na dereszowatym bachmacie, z kołczanem i łukiem na plecach. Za nią jechało 
sześciu żołnierzy na koniach wyniosłych i pięknych, w barwie czarnej i żółtej, i w półpancerzach 
na piersiach, na hełmach mieli pióra czarne i żółte, a na pancerzach szmelcowany 
herb Rawicz. Były to barwy herbowe, bo Rawicz przedstawia pannę na czarnym niedźwiedziu 
w polu żółtym. Za żołnierzami uzbrojonymi w łuki, toporki i miecze, jechały dwa wozy 
do połowy od tyłu woskowanym płótnem nakryte, a na ich przedzie ponad woźnicą siedziały 
panny służebne, pilnując naładowanej na wozach pościeli i strojów swej pani. Za wozami 
postępowało jeszcze dwóch łuczników na małych koniach węgierskich, którzy tworzyli straż 
tylną. Tak podróżowały naówczas damy rodzin rycerskich — i tak pani Gniewoszowa wjechała 
przed wielką kolumnadę zamkową. 
Jak tylko ją ogłosili trębacze, kasztelan, kasztelanowa i wszyscy goście wybiegli na dół na 
jej spotkanie i witali ją okrzykami radości, ale zarazem z wielkim respektem. Sam kasztelan z 
Pretficzem przystąpili do jej konia i zsadzili ją na swych rękach z kułbaki. 
Pani Gniewoszowa była to kobieta olbrzymich rozmiarów, o całe pół głowy słuszniejsza 
od mężczyzn dobrego wzrostu, istny kolos kobiecy; była chuda, ale bardzo koścista i mało co 
pochylona. Miała już wtedy lat blisko sześćdziesiąt, włos siwy bogaty, a oczy zielone, twarz 
cokolwiek chropawą i głos gruby, surowy, prawie męski. Toż w całej jej postaci przebijała się 
męska stanowczość, a we wszystkim, co powiedziała, rozum dojrzały, świadomy siebie, a 
często zadziwiającej przenikliwości. 
Z domu była Magierówna. Magierowie, także herbu Rawicz, był to aż do owego czasu ród 
bardzo możny i znakomity, ale jego główna linia właśnie się na niej kończyła. Dojrzałą panną 
wyszła za Stanisława Gniewosza z Oleksowa, potomka bardzo starożytnego i niegdyś świetnego 
rodu, człowieka rycerskiego, cnót wyśmienitych, który jednakże nie mógł się dobić wysokich 
zaszczytów i był tylko podkomorzym sądeckim. Później został starostą czorsztyńskim, 
ale to ona mu wniosła to starostwo, bo jak to i dziś jeszcze można czytać w metrykach koronnych, 
gdzie Casimirus Rex anno 1485 felici Mogiero de Pnievo centum marcas in oppido 
Czorsztyn inscribit108, rozrzutny król nie mógł spłacić tych grzywien i za jej przewodem dał 
jej mężowi to starostwo. Z tym mężem, od lat ośmiu spoczywającym w Bogu, miała trzech 
synów; Daniela, który siadł na Magierowie, majątku matki, Gabriela, ożenionego z Tarłówną, 
a osadzonego na Sarnowie, i Cherubina, co mając ledwie lat dwadzieścia, został starostą na 
Czorsztynie po ojcu, tak samo, jak Wilczek wziął starostwo tustańskie, a teraz także tak samo, 
jak Wilczek, był rotmistrzem królewskim. Ten Cherubin był jej najulubieńszym, na niego 
chciała zlać wszystkie splendory Magierów i Gniewoszów i zrobić z niego poważny i świetny 
filar ojczyzny. I powszechnie tak rozumiano, że jej się to uda, bo była to kobieta rozumna, 
wymowna i energiczna, gdzie ją kto nie posiał, tam wzeszła, u króla, u kardynała, u wszystkich 
biskupów i senatorów była jak w własnym domu, umiała każdego przekonać, a w razie 
potrzeby i przeprzeć, toteż zawsze wszystko przeparła, co zamierzyła. Nieoceniona, kiedy 
komu sprzyjała, niezmiernie zaś niebezpieczna, kiedy wypowiedziała wojnę, była przez 
wszystkich nadzwyczajnie respektowaną. Miała też zresztą wszystko po temu, ażeby ludzi 
przywiązywać do siebie: jadła i piła z mężczyznami zarówno, a głowę miała tak mocną, że nigdy jej sobie nie zawróciła, znała się na koniach, na broni, na łowach, na gospodarstwie, tak 
że każdy mógł się od niej czegoś nauczyć, mówiła po łacinie jak ksiądz, znała na palcach 
wszystkie kanony, statuty i prawa, wiedziała o wszystkim, co się działo na całym świecie i w 
kraju, znała nawet wszystkie ploteczki i zawsze pierwsza się dowiedziała o każdym sekrecie: 
zgoła kobieta jak trzeba, ażeby utrzymać przewagę płci słabej nad silną, za co też wszystkie 
niewiasty i panny ją nadzwyczajnie wysoko ceniły. 
Rozgospodarowawszy się na zamku sobieńskim, przez pierwszych dni kilka była bardzo 
wstrzemięźliwą i zagadkową, a nadzwyczajnie grzeczną dla wszystkich. Szukała z każdym 
rozmowy na osobności, z kasztelanem, z kasztelanową, z Smolickim i z księdzem Wara, z 
Jagienką, z Pretficzem i ze wszystkimi celniejszymi dworzany; nie jedne godzinkę strawiła 
pomiędzy służebnymi pannami, była w kuchni i w stajni, żartowała łaskawie z żołnierzami i z 
trębaczami, tu dała jakiś prezencik, tam kilka szerokich groszy, temu nawet talara, a owemu 
przyrzekła protekcją. Była oczywiście na rekonesansie, ale nikt na to nie zwracał uwagi, bo 
tak się zawsze zachowywała; tylko jeden Smolicki mruknął sobie pod nosem: 
— Starościna nabija jakąś armatę i pewno wystrzeli, ano nie wiedzieć do kogo. Trzeba się 
mieć na baczności a dysymulować. Głupi Wilczek, że właśnie teraz wyjechał... 
Aż jednego dnia rankiem, kiedy jeszcze gości nie było, poszła odwiedzić kasztelanową w 
jej osobnym apartamencie, siadła wygodnie w krześle poręczowym — a pochwaliwszy jej 
wszystko, co na zamku widziała, spytała ją poufale: 
— Cóż, moja Kasiu kochana, cóż myślicie z Jagienką? Podobno czas pannie za mąż. 
Kasztelanowa, znając starościnę prawie od swoich lat niemowlęcych i mając do niej zaufanie, 
odpowiedziała jej otwarcie: 
— I mnie się zdaje, że czas. Ale dotąd nic jeszcze. Czekamy. 
Na to zaś Gniewoszowa: 
— Imci pan Kergolaj pojechał dla niej do Jerycho po różę, przypiąwszy sobie jej wstążki do 
ramienia, ale podobno po drodze ugrzązł przy jakiejś mieszczance we Lwowie, a nie wiedzieć, 
kiedy w dalszą drogę go puszczą z tego popasu... 
Kasztelanowa na to machnęła ręką, z czego widać było,. że niewiele ma sympatii dla brata 
swojego męża, a starościna mówiła dalej: 
— Tu zdaje mi się temu małemu Pretficzowi białkiem oczy zachodzą, kiedy na nią ukradkiem 
spoziera, więc trzeba by na to mieć oko... 
Ale kasztelanowa odpowiedziała: 
— Taki ośmnastoletni paź zakochany nigdy nie jest niebezpieczny. Owszem, gdybym potrzebowała 
Jagienkę pilnować, to właśnie jego bym postawiła na straży. 
— Ty go znasz lepiej. No, ale podobno i Wilczek drepce koło niej. Cóż myślicie o Wilczku? 
Na to kasztelanowa, mimo całego zaufania, odpowiedziała ostrożnie: 
— Jeszcze się nie oświadczył, jak się oświadczy, to pogadamy. 
Ale Gniewoszowa, nie tak bardzo dyplomatyczna, wyjechała jak gdyby z rozpalonym żelazem, 
mówiąc podstępnie: 
— Może by lepiej oświadczenia nie czekać, bo zawsze to przykro odmawiać. Może by raczej 
wprzód się zainformować, bo mnie słuchy dochodzą, że Wilczek jest zaręczony z córeczką 
jakiegoś putnego bojara... 
Na to kasztelanowa się uśmiechnęła i rada, że może przecież raz zrzucić ten ciężar z serca, 
odpowiedziała znacząco: 
— Jeżeli się chcesz bliższych szczegółów dowiedzieć o tym zaręczeniu, to jest tu między 
jego żołnierzami niejaki Włostek, rywal pana starosty... 
— Jużem z nim rozmawiała — przerwała jej Gniewoszowa. 
— Więc tedy wiesz... 
— Wiem. No, tak, więc nie ma co myśleć o Wilczku. Gdzie indziej wprawdzie przymrużają 
oczy na takie rzeczy... 
— Ale nie u nas — odpowiedziała dumnie kasztelanowa. 
— Więc trzeba było mu oczy otworzyć zawczasu — zauważyła starościna — nie godziło się 
tobie brać na siebie tej roli, ale mogłaś to zrobić przez męża... 
— Och! mój mąż! — zawołała ironicznie kasztelanowa — u niego to raczej zaleta niż wada. 
Wiesz przecie, że i on sam... Ale co tam o tym powiadać! 
Tu starościna z głębi piersi westchnęła i rzekła: 
— Masz racją. Wszyscy oni jednacy. Miałam i ja z moim perepałek niemało. A przecież taka 
kobieta, jak ja, mogłaby wystarczyć jednemu chłopu... 
Tu trwało przez kilka minut milczenie, jak zwykle po zgodnej wzajemnych uczuć wymianie, 
po czym starościna zabrała głos i tak mówiła: 
— Otóż powiem ci, moja kochana kasztelanowo, po sumiennym zastanowieniu, ale nie 
przesądzając wcale twojego rozumnego zdania, że memu Cherubinowi także już czas, i tak mi 
się zdaje, że byłaby to przystojna para z waszą Jagienką. Cherubin ma teraz lat dwadzieścia i 
osiem, zdrów jak orzech, powiadają ludzie, że nawet bardzo przystojny, chłopiec złotego serca, 
nieposzlakowanej zacności, bardzo roztropny, a do tego ma wolę żelazną i wcale stworzony 
na to, ażeby dobrze poprowadzić choćby i najkapryśniejszą kobietę. Takiego męża właśnie 
potrzeba Jagience; bo ja ją znałam jeszcze u panien klarysek: bardzo poczciwe to dziecko, ale 
w tej pięknej główce gra bujna fantazja. Co się zaś tyczy pozycji mojego syna, to znasz jego 
ród, spowinowacony nawet z Kmitami, pasowany jest na rycerza przez cesarza Maksymiliana, 
jest starostą czorsztyńskim, w wielkich łaskach u króla i między nami mówiąc, obiecaną 
już ma kasztelanią. Majątku jest dosyć, ja mu go jeszcze przysporzę, Jagienką ma go także 
niemało, więc jedno z drugim złączywszy, byłoby chleba i znaczenia dostatkiem, a z czasem 
stanęliby łatwo na wysokim świeczniku. 
Więc kasztelanowa się nad tym zastanowiła i rzekła uprzejmie: 
— O twoim synu bardzo wiele dobrego słyszałam... — Jednak dodała z uśmiechem: — Ale on 
jest także rotmistrzem królewskim i powiadają mi go bardzo przywiązanym do króla: a król 
jegomość, przyznam ci się otwarcie, zaczyna mnie niecierpliwić. 
Tu Gniewoszowa spojrzała na nią świdrowatymi oczyma i zatrzymała oddech w piersi na 
chwilę; widać było z wyrazu jej twarzy, że chciałaby była jej myśli odgadnąć, a nie powiedzieć 
czegoś, co by było jej całą grę skrzyżowało. Po chwili zaś powiedziała ostrożnie: 
— Mój syn służy królowi wiernie, bo jest człowiekiem rycerskiego honoru. Gdzież ma młodzieniec 
służbę zaczynać, jeśli nie na dworze swojego króla? A co tam do tych rozmaitych projektów 
królewskich, to przyznasz sama, że nie młodzieńców to sprawa w nie wchodzić... 
Tu wszakże kasztelanowa zabrała głos i mówiła z pewną niecierpliwością: 
— Nie mówię o twoim synu i chętnie ci to przyznaję, że młody człowiek dobrze robi, 
przyjmując służbę na dworze królewskim, a skoro ją przyjął, powinien służyć mu wiernie. 
Ale ten król, ten król... co to tam się roi w tej głowie? Czy on rozumie, że my tego nie wiemy? 
czy mu się zdaje, że my nie znamy tych rad, jakie mu ten przeklęty Włoch kładzie do 
uszu? a może nawet w swym lekkim duchu wcale jest przekonany, że te rady wykona? A my, 
jak drzewa w lesie, jak chłopi, jak woły, damy się z pni naszych obalać, w kajdany kować i do 
królewskiego jarzma zaprzęgać? — Znamy my bardzo dobrze te rady Kallimachowe, znamy 
na palcach ten włoski polityczny katechizm, którym ci zbawcy ojczyzny chcą zastąpić naszych 
dziesięcioro przykazań. Z całej możniejszej szlachty porobić królewskich rotmistrzów 
(jeszcze to łaska pańska, jeżeli nie knechtów), całą szlachtę zamienić w żołnierzy, wyłamać 
się spod władzy papieża, biskupów przestroić w urzędników królewskich, mieszczan porównać 
ze szlachtą, chłopów dopuścić do funkcji koronnych, do ław poselskich, do krzeseł senatorskich 
i stolców biskupich — a w razie potrzeby postawić jeszcze armią najętą z Niemców i 
Czechów, aby stanęła na straży tego nowego państwa z armatą i mieczem: oto jest, co się tam 
dzisiaj smaży na zamku krakowskim! A my, Kmitowie, Zawiszowie, Tarnowscy, Melsztyńscy 
i całe setki, i całe tysiące innych, my, którzyśmy tę Polskę stworzyli za Bolesława Chro120 
brego, którzyśmy ją obronili od chłopskiej przewagi za Bolesława Śmiałego, którzyśmy ją, 
rozdartą na szmaty, krwią naszą znowu w całość skleili za Łokietka, którzyśmy ją ciałami 
naszymi zasłonili od andegaweńskiej niewoli za króla Ludwika, którzyśmy wreszcie wiekowymi 
ofiarami krwi i majątków wywalczyli wszystkie te wolności i prawa, na których dziś 
stoi: my teraz mamy karki nasze dać w jarzmo wielkich kniaziów litewskich? Och! ja nieszczęśliwa! 
ja nie mam męża!... 
Tu kasztelanowa ręce złożyła przed sobą i głowę opuściła na piersi, starościna zaś rzekła, 
wchodząc w jej uczucia i myśli: 
— Twój mąż się trochę przezostał... 
A kasztelanowa tak dalej mówiła: 
— Mój mąż, jak wiesz, miał nieszczęścia, które go na jakiś czas do ziemi przygniotły. Teraz 
rozgrzeszenie otrzymał, mógłby się podnieść: ale cóż jego głos może zaważyć w kasztelanii 
przemyskiej? Gdybyż przynajmniej był wojewodą, co mu się od dawna należy! Ale o tym 
podobno już nie ma co myśleć. Potrzeba będzie zaczekać, aż synowie podrosną i znowu 
splendor naszego domu podniosą. On, bardzo się o to obawiam, zapewne umrze na kasztelanii 
drążkowej109. Niechżeby przynajmniej na niej zachował konsyderacją110 swojego stanu. Ale i 
o to mam pewne obawy, bo dochodzą mnie słuchy, że nie jest w łaskach u króla. Czy nie zdarzyło 
ci się słyszeć coś o tym? 
Tu Gniewoszowa, uchwyciwszy zręcznie tę nitkę, która jej właśnie była potrzebna, a którą 
kasztelanowa jej sama podała, zabrała głos i tak mówiła: 
— Muszę ci najprzód powiedzieć, moja Kasiu kochana, że i ja znam te królewskie projekty, 
o których od niejakiego czasu ludzie tak wiele gadają. Znam przecież samego Kallimacha i 
bardzo często o tym z nim rozmawiałam. Nie takie to straszne są te zamiary, jak niektórzy 
ludzie je przedstawiają. Są tam rzeczy rozumne, są i fantazje. Ale, moim zdaniem, nie masz 
się tym co tak bardzo kłopotać. Wszystkie możniejsze domy zdjął strach wielkooki, mają się 
na baczności, opór ich będzie gwałtowny, król zmięknie... Ważniejszą jest sprawa twojego 
męża. Kochany mój Kmita sam się zaniedbał, przez cały dziesiątek lat prawie nigdzie go nie 
widziano. Żeby tam koło korony były ku niemu jakieś niechęci, nigdy o tym nic nie słyszałam, 
a byłabym przecie spostrzegła. Tylko, jak z oczu, tak z myśli, i w tym cała szkoda. Ale 
jakoś my to naprawimy. Przypomnę ja go kardynałowi i królowi wyłożę, że nie jest to rzecz, 
ażeby osiwiały już Kmita pleśniał na kasztelanii przemyskiej. Ja króla obaczę niebawem, bo 
zapewne w przyszłym miesiącu do Krakowa pojadę, a skoro z nim się rozmówię, zaraz gońca 
do ciebie wyprawię. 
Więc kasztelanowa ścisnęła starościnę za rękę, lecz rzekła dumnie: 
— Ani ja, ani nikt z naszych... o nic go prosić nie będziemy, bośmy mu tego nie darowali, 
że o nas zapomniał. Ale jeżeli mu trzecia osoba tę niesprawiedliwość przypomni, to nam wyrządzi 
przysługę, za którą będziemy wdzięczni. 
Więc tedy starościna, bardzo z tego obrotu sprawy zadowolona, zaczęła znów mówić o 
swoim synu i o Jagience z wielką oględnością, aby się kasztelanowej nie zdawało, ani że sobie 
chce kupić jej łaskę, ani też że Jagienka to tak bardzo świetna partia dla jej Cherubina. 
Mimo to jednak, a raczej właśnie dlatego trafiła jej do serca i do przekonania, tak że kasztelanowa 
na koniec powiedziała jej bardzo uprzejmie: 
— To niechże twój syn kiedyś do nas przyjedzie, może być pewnym jak najlepszego przyjęcia. 
Gniewoszowej tylko tego było potrzeba, reszta, według jej przekonania, musiała się wywinąć 
jak z płatka. 
VII 
KRÓL WE LWOWIE 
Są ludzie mający taki sam rozum, takie same zalety i takie wady, a nawet postępujący zupełnie 
tak samo, jak wszyscy inni — a przecież postępki ich całkiem odmienne pociągają za 
sobą skutki niżeli u innych. Jakaż jest tego przyczyna? Nie zawsze, lecz bardzo często, przyczyna 
ta leży w ich własnym sumieniu. Albowiem człowiek w swym życiu codziennym daleko 
więcej się rządzi nierozmyślającym instynktem, niżeli rozważającym rozumem — a trafność 
instynktu zależy głównie od mniejszej albo większej czystości i swobody sumienia. Sumienie, 
obciążone jakimś grzechem niepokojącym, traci jasną świadomość siebie, mąci się i 
zamącą zarazem ten instynkt, który jak świeca w ciemności nasze kroki prowadzi. Instynkt 
natenczas, pozbawiony jednostajnego, stałego światła przed sobą, zapomina się chwilami i 
czasem przeoczą rzeczy najzupełniej widoczne, czasem zaś otwiera widoki, gdy ich nie masz 
w rzeczywistości. Obrazowe pojęcie takiego spaczonego instynktu u Greków nazywało się 
fatum; my znamy dokładniej jego właściwą istotę, ale rzecz pozostaje ta sama. Wilczek, jak 
wiemy, miał nieczyste sumienie, a stąd i instynkt zamglony. Pod fatalnym wpływem tej mgły, 
zaciemniającej nawet jego rozsądek, zaniedbał załatwić zgodnie nieszczęsną sprawę uwiedzionej 
przez siebie dziewczyny, uniesiony niesłusznym gniewem wcale niepotrzebnie działając 
wcale bezmyślnie, wziął jeszcze Włostka w podróż ze sobą. W tym Włostku oczywiście 
duch mściciel założył sobie siedzibę, już ciężką karą go dotknął na zamku sobieńskim i bardzo 
być może, że go tak samo prześladować będzie przez całe życie. Daj mu Boże, ażeby się 
otrząsł z tej zmory, ażeby przywrócił równowagę w swoim sumieniu i wszedł na tę drogę, z 
której człowiek zdrowym wiedziony instynktem w żadnym wypadku nie zbacza. 
Wilczek nie zastał Kamienieckiego w Kamieńcu, bo właśnie dniem przedtem do Krakowa 
wyjechał, dokąd go król umyślnym gońcem powołał. Wilczek nie lubiał zasypiać sprawy, nie 
leżało to w jego energicznej naturze; zaczem, niewiele myśląc, pośpieszył się za nim na zamek 
królewski. Zdało się to bardzo rozumnym, bo miał łaskę u króla i mógł się spodziewać, 
że w razie potrzeby, zwłaszcza jeżeli mu tak Kamieniecki poradzi, będzie mógł nawet królowi 
swoje miłosną sprawę przedłożyć i pozyskać jego protekcją. W swojej bujnej fantazji widział 
już nawet króla, jak kanclerzowi każe pisać list do Kmitów, wstawiając się za nim o 
rękę Jagienki. 
Albo te wszystkie rachuby całkiem go omyliły. Albowiem król był właśnie wtenczas ważnymi 
publicznymi sprawami tak mocno zajęty, jak jeszcze dotąd nigdy w swym życiu. Zdało 
się nawet, jakoby pod poważnym ciężarem tych zajęć zmienił zupełnie swoje uczucia, swój 
temperament i swój dotychczasowy sposób obchodzenia się z ludźmi: dotychczas zawsze 
wesoły, lubiący się bawić, bardzo często swawolny, niekiedy nawet rozpustny, niezmiennie 
zaś łatwy w obejściu i przystępny dla wszystkich, teraz stał się poważnym, zamyślonym, pochmurnym, 
surowym w obejściu, a często nawet i opryskliwym. Skąd taka zmiana? Różne 
były o tym domysły, ale przyczynę jej znali tylko najbliżsi. 
W górnych komnatach zamkowych siedział ukryty zgrzybiały starzec, dogorywający fizycznie, 
ale zachowujący jeszcze w swoich szerokich barkach i czarnych, niezwykłym 
ogniem błyszczących oczach zupełnie siebie świadomą energią i wolę. Już tylko duch prawie 
zamknięty w wychudłym ludzkim szkielecie, ale duch twórczy, ożywczy i działający — i z tej 
to górnej tego konającego starca siedziby spływała na króla ta siła duchowa, która żywotnymi 
myślami rozjaśniła mu głowę, jego chwiejną dotychczas wolę w organiczne uzbroiła zasady, 
a jego młodą krew zapaliła do czynów. 
Tym duchem w ludzkim kościotrupie żyjącym był Włoch Buonacorsi, nazywający się 
Kallimachem, mędrzec znany i wysoko ceniony we Włoszech i w Grecji, od kilku lat Polak z 
swej własnej woli, jedyny ówczesny mąż stanu znający Polskę w jej najskrytszych wnętrznościach, 
widzący jasno wszystkie jej zalety i wady, zgadujący swym bystrym rozumem, jakimi 
środkami można z niej stworzyć najpotężniejsze państwo północy, a pragnący dziś tym goręcej 
tego wielkiego dzieła dokonać, ile że czuł, że upada na siłach, że jego energia omdlewa, 
że za rok, za dwa lata, już nie potrafi takiego wpływu wywierać na króla, jakim jeszcze dziś 
rozporządza. 
Toż teraz właśnie jak najsilniejszy wywierał nacisk na niego, zachęcał, prosił, naglił i groził, 
ażeby król wszelkimi siłami pomnażał, wzmacniał i organizował dworskie stronnictwo, 
ażeby coraz więcej uzbrajał dworskich chorągwi, ażeby pułki zaciężne stawiał na nogi, zwoływał 
sejm i przystępował do czynu. Toż z tych górnych komnat zamkowych przez kancelarie 
i antykamery królewskie, przez ulice Krakowa, przez zamki rycerskie, aż do ubogich dworków 
szlacheckich, coraz żywsze rozchodziły się wieści, że król wielkie w swej głowie rozważa 
zamiary, że niebawem już może nastąpią głębokie polityczne przewroty, że może nawet 
wojny wybuchną, które rozszerzą granice królestwa, blask jego sławy nowymi promieniami 
oświecą i dadzą mu niebywałą dotychczas moc i potęgę. Jednak potęga ta miała być zbudowaną 
na gruzach dotychczasowych praw i wolności — i dlatego nie króla, ale tego wyschłego 
starca, możni tego królestwa, używający wyłącznie dla siebie tych praw i wolności, nienawidzili 
jak wcielonego szatana, jak ducha niszczyciela, jak smoka z Apokalipsy. 
I nieraz wtedy, późnym wieczorem, pod murami zamku, można było widzieć zatrzymujących 
się ludzi zbrojnych, w bogate szaty przybranych, jak wskazywali palcem na pewne okno 
pod szczytem dachów zamkowych, gdzie późno w noc jasna gorzała lampa i mówili do siebie: 
— Tam smaży sobie mózg nad naszą zgubą ten Włoch przeklęty! Dopóki ta lampa nie 
zgaśnie, dopóty szczęścia w Polsce nie będzie. 
Król przyjął Wilczka uprzejmie, ale nie tak łaskawie, jak zwykle. Owszem, zburczał go za 
to, że tak późno przyjeżdża, dawszy pierwszeństwo włóczędze po zamkach kmitowskich 
przed służbą. Być może nawet, że królowi najwięcej to się nie podobało, że Wilczek tak długo 
się bawił na zamku sobieńskim, król bowiem ze wszystkich Kmitów tylko jednego Piotra 
nawidził, który był wtedy marszałkiem w. koronnym, a niebawem miał zostać wojewodą krakowskim, 
Stanisława zaś już za to samo miał w wielkiej niechęci, że prawie nigdy się nie 
pokazywał u dworu. Jakoż rzekł przy tym szorstko: 
— Lepiej byłbyś zrobił, gdybyś był ten czas przesiedział u twego króla niżeli u tego tam sanockiego 
królika, co mi się śmiać chce z jego królestwa! Odtąd tu pozostaniesz na służbie. 
Dziwnie gorzko Wilczkowi zrobiło się w ustach, a ciężko na sercu, widział, że sam wpadł 
w pułapkę, z której niełatwo mu się będzie wydobyć; ale nie godziło mu się tego nawet dać 
poznać po sobie, bo służba wolność traci, a z tym młodym królem nie można było żartować, 
zwłaszcza kiedy był zachmurzony. Skłonił mu się zatem pokornie mówiąc: — Sługa waszej 
królewskiej mości — i wyszedł. 
Nazajutrz rano poszedł odszukać Kamienieckiego. Znalazł go bardzo przyjaźnie usposobionym 
dla siebie, ale w jakimś wielkim roztargnieniu. 
Mikołaj Kamieniecki, mąż jeszcze młody, wyniosły wzrostem, ciemny blondyn, z długą w 
pas brodą i dziwnie pogodnymi niebieskimi oczyma, najświetniejszy i najzuchwalszy rycerz 
swojego czasu, lecz przy tym równie głośno wsławiony z dobroci serca i kawalerskiej grzeczności, 
był wtedy dopiero kasztelanem sandomierskim; ale cały świat wiedział i on sam miał to 
uczucie, że jeszcze bardzo daleką ma drogę przed sobą. Jakoż niebawem potem został wojewodą 
lubelskim, później sandomierskim i krakowskim, a wreszcie pierwszym w Polsce hetmanem 
w. koronnym. Był w wielkich łaskach u króla, król sam go do siebie powołał, powinien 
był zatem być wcale uszczęśliwionym — a przecie obok uśmiechu niesmak było widać na 
jego twarzy i jakby jakieś wielkie zakłopotanie. Przyjął Wilczka wprawdzie serdecznie jak 
towarzysza i brata, ale zamiast mu zaraz odpowiedzieć na jego prośbę, zaczął raczej jemu się 
zwierzać mówiąc: 
— Nie wiem zaprawdę, czy to dobra pora na swaty. Tutaj przygotowują się takie rzeczy, że 
nawet trudno je krótkimi słowy określić. Zapewne wiesz o nich, więc nie mam ci co powiadać. 
Ale to powiem, że się bardzo obawiam, ażeby się z tego nie wywiązały wielkie zaburzenia 
w ojczyźnie. Włoch, człowiek mądry, tego nie zaprzeczam; w tym, co radzi królowi, jest 
bardzo wiele projektów rozumnych, które by przyniosły pożytek naszemu królestwu, które 
nawet może mutatis mutandis111 dałyby się przeprowadzić. Ale Włoch nie zna kraju, a król 
gorący, obydwa nie liczą się z tą potęgą, w jaką nasza szlachta do dziś dnia urosła. Wywołają 
opór, to pewna, a nie wiem i bardzo wątpię, ażeby potrafili go złamać. Toż i ja pragnę z całego 
serca, ażeby król miał potężną armią stojącą, którą by można mieć zawsze pod ręką, a nie 
żebrać dopiero o łaskę pospolitego ruszenia, kiedy nieprzyjaciel już wkroczył w granice królestwa. 
I ja też uważam, że nasza szlachta ma już dosyć wolności, których też nieraz używa 
na uszczerbek władzy królewskiej, że czasem nawet trudno królowi rządzić tym państwem, a 
zawsze musi sztucznych używać sposobów, ażeby utrzymał swoje powagę wobec królestw 
ościennych. A nareszcie i tych nie chwalę, co chcą krępować i do ziemi przygniatać miasta, 
bo miasta swoją skrzętnością i swymi bogactwy wiele się przyczyniają do znaczenia i wzrostu 
królestwa, jako to widzimy w krajach postronnych, a kraj bez miast, to chyba step dziki, prawie 
jak Tatarszczyzna. Nie Kallimach te wszystkie rzeczy wymyślił, któremu też nie wiem 
dlaczego głupi ludzie je przypisują, jeno Ostroróg, dzisiejszy wielkopolski starosta, z którym 
też nie raz i nie dwa o tym mówiłem i od którego wiele się nauczyłem. Wszystko to prawda, 
do tego dążyć potrzeba. Ale chcieć na szlachcie dzisiejszej te zmiany, te ustępstwa, te ofiary 
wygwałcić, to jest istne szaleństwo; taką myśl powziąć może tylko pan tak gorąco kąpany, jak 
nasz król jegomość, a do tego doradzać może tylko taki człek obcy, co Polskę zna tylko po 
szerści, a nie wie nawet, jaka skóra jest na niej. Ja mam jeszcze nadzieję, że ta gorączka tak 
sobie odejdzie, jak przyszła, lecz nie daj Boże! aby się wzięli do eksperymentów; bo ani im 
się śni, jaką straszną burzę by wywołali, po której może by w całej Polsce ani kamień na kamieniu 
nie został... a może by i na grób dla samego króla piędzi ziemi nie stało. Bo i to jużeśmy 
tu widywali... a nie każdemu dano, jak Łokietkowi, po takich burzach do ojczyzny powrócić. 
Robię ja z mojej strony, co mogę, ażeby królowi otworzyć oczy, narażam się nawet 
na wszystkie niełaski; ale tymczasem tak jestem zafrasowany, że sobie miejsca znaleźć nie 
mogę... A co tam do owych swatów, o które mnie prosisz, toż ja nie odmawiam. Owszem, 
dziękuję za zaufanie, twój wybór pochwalam, bo dziewka to składna i dobra, wielkiego rodu i 
piękne idą na nią majątki: ale teraz nie mogę, bo się ziemia pali pode mną. Toć proszę cię, 
jakeś mi przyjacielem, pocierp jeszcze mało niewiele; jak się ta zawierucha uspokoi cokolwiek, 
pojedziemy razem na Sobień... a tak rozumiem, że komu by odmówili, to mnie nie odmówią. 
Był to cios bardzo ciężki dla Wilczka. Sam się ruszyć nie może, bo król go trzyma, ale i 
jego swat się ruszyć nie może, bo i jego król trzyma. W pierwszej chwili Wilczkowi zaćmiło 
się w głowie; jako był bardzo wrażliwy, a do tego niezmiernie bujnej fantazji, już mu się 
zdało, że wszystko przepadło. Jagienkę tymczasem porwie kto inny, a on już nigdy jej nie 
obaczy. Oddech mu zaparł się w piersiach i już mu się łzy cisnęły do oczu. Jakże chętnie byłby 
się wyspowiadał przed Kamienieckim, z jaką rozkoszą a ulgą dla siebie byłby wylał przed 
nim wszystkie swoje uczucia, które mu rozpierały wezbrane serce i wszystkie myśli mąciły w głowie, jakże by rad był mu się rzucił w ramiona i zawołał: Miej litość nade mną! Ale jego 
umyśl rycerski nie pozwolił mu przyznać się do takiej miękkości serca, choćby nawet przed 
przyjacielem. Przemógł się zatem, łez do oczu nie puścił, stłumił nawet westchnienie w piersi, 
a przybrawszy twarz męską, ścisnął go tylko za rękę i rzekł: 
— Jak być nie może, to trudno. Przyrzekłeś mi, że jak tylko będziesz mógł się uwolnić, to 
pojedziesz ze mną na Sobień, i na tym mi dosyć. 
Po czym, płacąc grzecznością za grzeczność, odpowiedział mu na jego troski o sprawę publiczną 
i tak mówił: 
— Dobrze robisz, że niecierpliwość naszego pana łagodzisz. Ale wy wszyscy króla nie znacie. 
Widziałem ja go już nieraz, jak takie czarne chmury gromadził nad swoją głową, okrutnie 
w nich wtedy grzmiało i błyskawice latały: a zawsze potem puścił się z nich kapuśniaczek. A 
moim zdaniem, szkoda to wielka, że nie trwa w swych przedsięwzięciach. O wolnościach 
szlacheckich nie mówię, bo materie status112 nie należą do mego rzemiosła. Widzi to zresztą, 
kto nie chce, że już zaczynają chodzić po głowach i jeśli sobie tych wolności jeszcze trochę 
przysporzą, to i niebawem to królestwo rozsadzą, że tyle będzie małych państewek, ile starostów 
i wojewodów, a król będzie nad nimi tak samo panował, jak papież z Rzymu panuje nad 
monarchami. Niechżeby przynajmniej nie zawidzili siły zbrojnej królowi, bo jeśli tak nadal 
zostanie, jak jest, że do obrony granic i do utrzymania swojej powagi na równi z innymi królami 
będzie miał tylko pospolite ruszenie, to i granice pękną niezadługo i jemu królestwa nie 
stanie. A wtedy nie wiem, jak ci wojewodowie swoich zamków i starostw obronią, że o całości 
królestwa już cale nie wspomnę. Jam żołnierz i regalista i tego pragnę przede wszystkim, 
ażeby król miał swój dwór wojskowy w takiej potędze, jak inni królowie, i tak rozumiem, 
żeście mu w tym nie powinni przeszkadzać. 
Więc Kamieniecki jeszcze raz się protestował, że także pragnie, ażeby król miał siłę zbrojną 
równą innym monarchom, zaczem się w dobrej przyjaźni rozeszli. 
Jednakże Wilczek wyszedł znacznie uspokojony, bo sobie przypomniał, jako mu Kamieniecki 
powiedział, że jeśli on w swaty pojedzie, to jemu Jagienki nie odmówią. Zgadzało się 
to zupełnie z tym, o czym go Kmita zapewnił. Puszczając dalej swe myśli tym torem, powiedział 
sobie, że Kamieniecki zapewne za kilka dni się z królem rozmówi, po czym będzie mógł 
prosto na Sobień pojechać. Więc wszystko dobrze. 
Ale tymczasem król kazał nazajutrz zatrąbić w podróż do Lwowa i już we trzy dni miał jechać. 
Król wybrał się z małym dworem, bo miał bawić niedługo, ale Kamieniecki otrzymał rozkaz, 
aby mu towarzyszył. Wilczek też zaraz swego żołnierza pędem na Sobień wyprawił, ażeby 
Ramułt z całym jego taborem jechał bez zwłoki do Lwowa, do Jagienki zaś list sekretny 
napisał, w którym jej jeszcze raz przysiągł, że jej nie opuści aż do śmierci, błagał o miłość 
wzajemną i o cierpliwość, a zarazem doniósł pocieszającą wiadomość, że Kamieniecki z 
wielką chęcią podjął się swatów i prosto ze Lwowa na Sobień pojedzie. 
We Lwowie król stanął na Niskim Zamku jak zwykle. Obok mieszkań dla kasztelana i 
podstarosty znajdowały się tam bardzo obszerne komnaty królewskie, zajmujące połowę 
ogromnego pierwszego piętra, w skrzydłach zaś było aż nadto pomieszczenia dla królewskiego 
dworu, dla kuchni, dla żołnierzy i koni. Małemu dworowi marszałkował Cherubin Gniewosz, 
starosta czorsztyński, pierwszy rotmistrz królewski, człowiek wielkiego ładu w głowie, 
a ręki żelaznej, którą dworzany w twardym wodził munsztunku, więc wszystko tam szło takim 
porządkiem właśnie jakby w zegarze. 
Gniewosz był to człowiek olbrzymi wzrostem, jeszcze o wiele słuszniejszy od swojej matki, 
zbudowany potężnie, o plecach szerokich i piersi wypukłej, a taką miał siłę w rękach i w 
nogach, że podjechawszy na koniu pod bramę i chwyciwszy się rękami łuku nad bramą, podnosił 
ściśniętymi kolanami konia do góry jak kota. Jednak mimo tej kolosalnej budowy był składny i zgrabny, twarz miał rysów męskich i pięknych, nos cokolwiek wydatny, lecz 
kształtny, oczy szafirowe swojego rodu bardzo świetnego blasku, ale zarazem łagodne, do 
tego włosy ciemne, krótko przystrzyżone, i wąs zakręcony do góry, śmiało, lecz skromnie. 
Miał zwyczaj głowę nosić wysoko i stąd mogła się zdawać na pierwszy rzut oka, że wielka 
duma w nim mieszka, wszelako to tylko jego uczucie godności i rycerskiego honoru się w 
tym wyrażało, bo zresztą był znany na całym dworze jako człowiek wprawdzie twardy w wykonywaniu 
swych obowiązków, ale bardzo czułego serca i dobry dla wszystkich. Swoją herkulesową 
siłą mógłby był wszystkim zaciężyć, mogąc każdego utłuc na miazgę — a przecież 
nikt nigdy nie słyszał, ażeby komu najmniejszą krzywdę wyrządził. Na wojnach, w których 
sługiwał, dwakroć przeciwko Węgrom i dwakroć przeciw Tatarom, nieraz po kolana w ludzkiej 
krwi brodził, gołą ręką ściągał żołnierzy z koni i trzaskał jednymi drugich jak lekką bronią, 
wiele już wieści chodziło pomiędzy ludźmi o jego wojennych przewagach: ale w spokoju 
nigdy muchy nie zabił i zawsze prawie dziecinny uśmiech grał na jego twarzy. Król go kochał 
jak brata i ślepe do niego miał zaufanie; Wilczek, Kergolaj i wszyscy inni rotmistrze w serdecznej 
z nim żyli przyjaźni. Pod laską takiego marszałka dwór królewski, choć mały, wielkiej 
używał powagi. 
Niespodziewany przyjazd króla bez wiadomego powodu obudził ciekawość publiczną we 
Lwowie. Ten i ów zakradł się do zamku, drugi potrafił się wśliznąć do królewskiej antykamery, 
każdy rad by się czegoś dowiedzieć; ale wszystkim odpowiadano uprzejmie, że król jegomość, 
mając kilka tygodni wolnego czasu przed sobą, przyjechał na Ruś, ażeby panom tutejszym 
pokazać swoje oblicze a zarazem i mieszczan lwowskich zapewnić o swojej łasce królewskiej. 
Taką same wieść zaniósł Wilczek do starego Kijasa, która też zaraz się po całym 
mieście rozbiegła i wszystkich wielką napełniła radością. 
Jednym z pierwszych, co przybiegli do antykamery, był Kergolaj. Obaczywszy Gniewosza, 
siedzącego z rozłożonymi nogami przy stole, przybliżył się prędkim krokiem do niego, 
wołając z francuska: 
— Niewosz! Niewosz! jakiż to wiatr was tu tak nagle przypędził? 
Więc Gniewosz wziął niewielkiego Francuza w ręce jak lalkę, posadził go na kolanach, 
pocałował go w twarz, a popatrzywszy mu w oczy, zapytał nawzajem: 
— A ty, cavaliere di gran grido, cóż tu ciebie przykuło do bruku? Słyszeliśmy, żeś pojechał 
do Jeruzalem po różę dla jakiejś Kmitównej cyganki, ale potem doszły nas wieści, żeś tutaj 
ugrzązł u jakiejś podwiki i że ci tutaj coś „pachnie”. 
A Kergolaj roześmiał się na to i zeskoczywszy z kolan, zawołał: 
— Słysz, Niewosz! Tu takie kobiety, że mnie to wcale dziwić nie będzie, jeżeli i tobie która 
zapachnie. Ale to potem. Powiedzże mi, po coście tu przyjechali, bo przecie przede mną nie 
będziecie robić sekretów. 
Więc Gniewosz odpowiedział mu na to na poły poważnie, a na poły z uśmiechem: 
— Może król ci to powie. Mnie się zdaje, żeśmy się nudzili w Krakowie, bo do sejmu jeszcze 
daleko. Ale Kamieniecki, który tu jest, tak rozumie, że król chce tutejszych panów pogłaskać 
pod brodę, aby mu co postąpili na pomnożenie jego wojskowego dworu, a może, aby się 
na rzecz siły zbrojnej jakich tam swobód wyrzekli. Za jednym zaś zamachem może i poklepie 
po ramieniu mieszczan tutejszych, ażeby miasto w razie wojny było jego ludziom powolne. 
— No, to my jemu do tego pomożem — rzekł prędko Kergolaj. — A wojna będzie? Bo powiem 
ci prawdę, że wolałbym wojnę niżeli tę tam pielgrzymkę do Jeruzalem... 
— Do pielgrzymki po różę dla innej — rzekł Gniewosz, śmiejąc się głośno — jakoś jechać nie 
wypada, na wojnę zaś jechać się musi; a może dobrze by było wypocząć trochę po tych zapachach. 
Kergolaj się protestował półżartem — a wtem dał się słyszeć dzwonek z komnat królewskich. 
Gniewosz się zerwał i pobiegł do króla. Bawił tam wszakże nie dłużej, jak jedno Ave, 
po czym otworzył drzwi antykamery i zawołał z progu: 
— Mości panie Kergolaj, król prosi. 
Kergolaj poszedł do króla — a tymczasem weszli do antykamery Wilczek, Łopatka, Olizar, 
arcybiskup lwowski, sędzia i podkomorzy, i wielu innych, którzy na wieść o podróży króla do 
Lwowa już pozbiegali się ze wsi. 
Odtąd falowały już ciągle po Niskim Zamku tłumy możniejszej szlachty z bliższych i dalszych 
okolic, bo chociaż i ci, i owi byli w opozycji, a nawet burzyli się przeciw królowi, to 
działo się to tylko natenczas, kiedy byli w kupie pomiędzy sobą, gdzie ten i ów burzy, a żaden 
nie chce za drugimi pozostać, aby nie stracił popularności; pojedynkiem zaś każdy rad się 
ogrzać cokolwiek przy gronostajach królewskich i oświecić blaskiem korony. A szlachty tej 
było już wtenczas jak mrowia na Rusi. Na ich czele błyszczeli najprzód: książęta Holszańscy 
przez Sonkę, żonę Władysława Jagiełły, krewni królewscy, książęta Hurkonowie na Łysiatyczach 
i Hurku, Koszerscy Litwini na Stroniatynie, Buczaccy na Buczaczu, Jazłowcu i Monasterzyskach, 
Chodorowscy na Chodorostawie, Kuropatnikach, Bortnikach i Dźwinogrodzie, 
Tarłowie ze Szczekarzewic na Podhajcach, Dzieduszyccy na Dzieduszycach i Pustomytach, 
Fredrowie na Pleszewicach i Niżniowie, Herburtowie na Fulsztynie i Chyrowie, Kierdejowicze 
na Przemyślanach, Pomorzanach, Tenetnikach i Oreninie, Sienieńscy na Olesku, Mużyłowie 
na Śniatynie i Kołomyi, dalej panowie na Humniskach i Zubowie, na Czartoryi i Dawidowie, 
na Podkamieniu i Zelechowie, Piotr z Branie i Jan z Niesłuchowa, których nazwiska 
się jeszcze nie ustaliły, a wreszcie Sępowie, Kajowie, Wyprotkowie, Cebrowscy, Hoszowscy, 
Czerkawscy, Czołhańscy, Różniatowscy, Swaryczewscy, Danko i Mynka z Balic, a Fedko i 
Stecko z Młyniszcza. 
Gniewosz także do tej ruskiej szlachty należał, bo jego przodkowie siedzieli niegdyś na 
Wiszni, gdzie byli sędziami, i jeszcze dotąd chowano po wielu domach ich intromisje113 w 
języku ruskim z nadpisem, jako „My, Pan Hniwosz, Starosta ruskoj Zemlii to i owo obwieszczamy. 
Szlachta więc uderzała jak w dym do Gniewosza, jako do swego, prosząc go o introdukcją znaczniejszych uprzejmie przyjmował, a i tym jeszcze nieraz dał uczuć, że z majestatem gadają. 
Nic w tym dziwnego, bo wszyscy monarchowie poznają zazwyczaj ludzi z ich stron 
najsłabszych, z próżności, chciwości i uległości, gotowej nieraz zaprzeć się nawet godności 
człowieczej, a przeto niewiele mają dla nich szacunku i poważania. Prócz tego Jan Olbracht 
już bardzo zmiennych losów doświadczał w swym życiu, bywał bardzo wysoko na górze i 
bardzo nisko na dole, świetne odnosił zwycięstwa i walne bitwy fatalnie przegrywał, był 
przecież nawet niedawno u Węgrów w niewoli; miał przy tym niektóre wady temperamentu, a 
wielkie niedostatki w swych obyczajach, o których głośno w całej Polsce mówiono: więc nie 
każdego przypuszczał do swojej poufałości i zawsze się miał na baczeniu, ażeby mu kto nie 
ubliżył. Najukochańczy zresztą synek swej matki, chociaż ta matka była jedną z najrozumniejszych 
kobiet swojego czasu, przecież cokolwiek zepsuty, zarazem zaś dumny jako potomek 
świetnego wówczas i potężnego Jagiellońskiego rodu, bywał często dziwnie kapryśny, a 
zawsze tak nieodgadniony, że nigdy nie można było wiedzieć, czy kogo pogłaska, czy ukłuje, 
czy w górę podniesie, czy przygniecie do ziemi. 
Dotąd jeszcze bezżenny, miał lat trzydzieści pięć, słusznego był wzrostu, zbudowany kościste, 
lecz kształtnie, twarz miał całkiem ogoloną i mocno smagławą, oczy czarne, otwarte, 
pod którymi widocznie niezwykłe ognie gorzały, kości nad policzkami cokolwiek wydatne, 
nos chrząstkowaty, wargi mięsiste, które wziął w austriackim po matce dziedzictwie, a do 
tego bogaty włos kruczy, spadający w kędziorach na plecy. Ubierał się najczęściej czarno, 
lecz krótko, według mody ówczesnej, na ubiór ten zarzucał równie krótką suknię aksamitną z 
rękawami, zawsze miecz nosił u boku, zamiast zaś kapelusza z piórami nosił kołpaczek litewski, 
którego nie zdejmował ani gdy gości przyjmował, ani gdy sam był w gościnie. Na pierwszy 
rzut oka było w nim widać pana wyższego nad swe otoczenie: miał bowiem bardzo szerokie maniery, mówił głośno, siadał twardo, rozpierał się szeroko, i takim był zawsze i wszędzie. 
Rozmowa z nim nie była łatwa, był bowiem swojego czasu bardzo pilnym uczniem 
Długosza i Kallimacha, a głowę miał doskonałą, bardzo wiele nauk gruntownie posiadał, nadzwyczajnie 
był biegłym w obcych językach, wymowę zaś miał niezrównaną. Gdyby był 
chciał, mógłby był każdego przekonać, lecz czasem nie chciał, a nikt nie mógł wiedzieć dlaczego; 
często zaś, może nawet zanadto często, kiedy właśnie się chciał zabawić, szły w kąt u 
niego najważniejsze sprawy publiczne. 
Najwyżsi dygnitarze duchowni i świeccy chodzili na palcach około niego, bo z wyjątkiem 
starego Ostroroga wszystkich nie lubił, rady ich lekceważył i często się na którego ofuknął; 
młodsi mieli łatwiejszy przystęp do niego, poufalił się z nimi i często ich czynił uczestnikami 
swoich rozrywek: lecz byli i tacy, którzy długo po antykamerach deptać musieli, nim na maleńką 
chwilę pokazał im swoje oblicze. 
Do takich, którzy jak zbawienia pragnęli, ażeby się mogli przedstawić królowi, należał 
przed wszystkimi innymi Tigranes. Zaraz pierwszego dnia zabrał przez Wilczka znajomość z 
Gniewoszem i z Kamienieckim i modlił się do nich jak do ołtarzy, ażeby się przez nich dostał 
do króla. Kamieniecki i Gniewosz, dla jego niewinnego umysłu i prawie dziecięcej dobroci 
serca, bardzo go polubili, a serdecznie się bawili tą sprzecznością, jaką w nim widzieli, gdzie 
w ciele tak wątłym taka gorąca dusza rycerska mieszkała. Ogromny Gniewosz sadzał go jak 
łątkę na wyciągniętej dłoni i mówił żartując do niego: 
— Chyba jak pasztet będą nieść na stół królewski, to cię wsadzę we środek, zaczem na stole 
wyskoczysz z pasztetu i tak się pokłonisz królowi. 
Tigranes płakał z żalu, że go natura tak upośledziła, i wszystkich rozczulał. Ale ich zaraz 
rozśmieszał, bo stawał twardo na swoich maleńkich nóżkach i wołał: 
— Więc cóż? więc mi nawet nie wolno zginąć za króla? Cóżkolwiek bądź, teraz kiedy wojny 
nie było, trudno było nawet jaki pretekst wymyśleć, pod którym by go można było przemycić 
do królewskiej komnaty. 
Wszakże widząc tę trudność, a nie mogąc zapewne wytrzymać żalów swojego syna, sam 
stary Kijas się wmieszał w tę sprawę, a wtedy się sztuka udała. 
Już od dnia królewskiego przyjazdu czynni consulowie miasta pukali do antykamery, pytając, 
kiedy by się mogli królowi pokłonić. Ale Gniewosz im grzecznie powiedział, że król 
najprzód panów przyjmuje, a jak czas będzie, to i na nich zatrąbią. Owo więc Kijas poszedł 
pomiędzy consulów i przede wszystkim ich przekonał, że takiemu miastu, jak Lwów, nie godzi 
się iść do króla z gołymi rękami, bo też to nigdy jeszcze nie bywało. Była opozycja przeciwko 
temu z tej racji, że król nie wjeżdżał solennie do miasta, ano milczkiem przyjechał, 
więc i prezentów nie trzeba. Ale Kijas zbił opozycją swoją wymową i postanowiono prezenty: 
dla króla łańcuch złoty i srebrną misę z nalewką, dla Gniewosza piękną skórę lamparcią i perski kobierzec, dla Kamienieckiego skórę tygrysią i dywan turecki, a że był żonaty, więc jeszcze 
kamień pieprzu do tego; innym dary pomniejsze, przy czym Wilczkowi i Kergolajowi 
także się coś oberwało. A wtedy Kijas deputacją wyznaczył i stanąwszy sam na jej czele, zaraz 
nazajutrz otrzymał audiencją u króla. Do deputacji zaś Tigranesa i Kundrata przyczepił, 
czym obydwa byli bardzo uradowani. 
Król przyjął deputacją na czele swojego małego dworu bardzo uprzejmie i zaraz na samym 
wstępie rzekł do nich z dobrego serca: 
— Nie miejcie mi za złe, żem was dotąd nie przyjął, ale na teraz jeszcze się nie mogę od 
panów szlachty opędzić. Jednak przeto nie byłbym o was zapomniał, zwłaszcza że wasze 
miasto jest perlą w mojej koronie, perłą o tyle droższą, że bisurmaństwo prawie wciąż do niej 
szturmuje, a ona przecież się broni. 
Więc tedy mieszczanom pod tymi łaskawymi słowami zaraz serce urosło — a wtedy Kijas, 
w przepyszne atłasy i aksamity ubrany, ze złotym łańcuchem na szyi, a trzymając swój aksamitny 
biret w prawicy, miał do niego łacińską przemowę. Mówił jak Cicero; król go słuchał z 
wielką uwagą i widać było po jego twarzy, że się nie spodziewał znaleźć takiego mówcę pomiędzy 
mieszczany. Zaczem po przemowie Kijasa zabrał sam głos w tym samym języku i 
mówił jak Demostenes, czym wprawdzie w kąt zapędził Kijasa, ale wszystkich niezmiernie 
ucieszył, bo niezwyczajna to łaska monarchy, zamiast im odpowiedzieć ni to ni owo przez 
swego marszałka, własnymi usty uraczyć ich taką świetną przemową. A król także był wesół, 
że zaimponował mieszczanom, bardzo na nich był łaskaw, rozmawiał z Kijasem po łacinie i 
rzucił słów kilka po grecku, na co mu Kijas także odpowiedział po grecku, po czym przemawiał 
do wszystkich przedniejszych mieszczan z osobna, mówiąc do nich wedle ich nacji po 
polsku, po rusku, po włosku i po niemiecku. Spostrzegł nawet Kundrata, który się sam naprzód 
wysuwał, ale obejrzawszy go, uśmiechnął się i zapytał: 
— A który to jest, co mu się baki tak świecą? 
Powiedziano mu, że to jest imci pan Kundrat, notariusz lonherii. A król na to bardzo łaskawie: 
— Lonheria dobrze cię karmi, jak widzę. Pilnujże, aby było co w kasie, jak moi żołnierze 
przyjdą bronić was od Tatarów, bo ty podobno niewiele Tatarstwa nasieczesz. 
Tigranes biedaczek nie miał tego czoła, co Kundrat, stał w tłumie i nie pchał się naprzód; 
król go wcale nie spostrzegł, co go niezmiernie zmartwiło, nawet już łzy mu się zaczęły cisnąć 
do oczu. Ale jak usłyszał słowa królewskie powiedziane do Kundrata, zaraz się rozweselił 
i ledwie że nie puknął od śmiechu. Toż i we dworze królewskim, kędyś pomiędzy 
Wilczkiem a Kergolajem, szmer wesoły się rozległ, zaczem król w łasce swojej mieszczan 
pożegnał, powiedziawszy jeszcze do Kijasa te słowa: 
— Spodziewam się, że nim wyjadę, jeszcze się z wami obaczę, a jeśli macie jakie dolegliwości, 
to ty, panie Kijas, czy jak tam ciebie wołają, możesz mi je przedłożyć. 
Mieszczanie tedy wyszli uszczęśliwieni i jeszcze w antykamerze przed królewskimi dworzany 
dobroć tego pana chwalili, mówiąc: 
— Wszyscy królowie polscy byli na nas bardzo łaskawi, jak świadczą przywileje, które nam 
po kolei nadali, ale ten nam najlepiej przypadł do serca i radzi byśmy mu to jako wywdzięczyć. 
Ale Kijas ich jak najprędzej wyprawił, zostawszy zaś sam z dworem królewskim, rozpoczął 
z Gniewoszem i Kamienieckim bardzo zacną rozmowę. Na kogo król łaskaw, temu i jego 
słudzy nie krzywi, więc Gniewosz bardzo był grzeczny dla niego, a Kamieniecki jeszcze daleko 
więcej; bo niech tam kto mówi, co chce, podarunki zawsze otwierają serce człowieka, 
skóra tygrysia i dywan turecki, to także nie do pogardzenia, ale kamień pieprzu, to dla całegozamku 
w Kamieńcu nieopłacona pociecha. Wszelako mądry Kijas wiedział dobrze, dlaczego 
to robił, bo pogadawszy i tak, i owak, przymówił im się nareszcie, azaliby nie byli łaskawi, 
przyjść choćby dziś jeszcze na wieczerzę do niego i wypić z nim po kubku małmazji. Dlaczego 
nie? Obiecali chętnie i przyszli. 
Kijas więc przyjmował ich wieczorem u siebie: lecz razem z nimi zaprosił tylko Kergolaja 
i Wilczka, ażeby byli pomiędzy sobą. Tigranes był mocno uradowany i całował Formozę po 
rękach, aby była bardzo grzeczną dla tych senatorów, którzy są jedyni, co by mu mogli drogę 
uścielić do króla. Formoza nie była próżną, aleć i jej by to wstrętnym nie było, aby jej mąż, 
któremu tyle innych rzeczy brakowało, został przynajmniej szlachcicem: zaczem ubrała się 
pięknie, przyjmowała gości w pierwszej komnacie u progu i była dzisiaj uprzejmą jak nigdy, 
a wymowniejszą niż kiedykolwiek. 
Ale tym razem stała się ta rzecz dziwna, że tylko zrazu była wymowną; potem zaś, spojrzawszy 
na Gniewosza po raz i drugi, jakoś jej wymowa przestała służyć, przerywała sama 
sobie i oczy spuszczała ku ziemi, jak gdyby szukała wyrazów, a znaleźć nie mogła. 
Gniewosz zaś, jak ją obaczył, pokręcił wąsa, a kiedy ją lepiej obejrzał, to oczy mu zaszły 
taką słodyczą, jak gdyby mu się z czułości serce rozlało. Ale on, jako człowiek bardzo świa
towy, zamiast stracić wymowę, jeszcze się tym więcej ożywił, miodowe słowa same mu z ust 
płynęły i mówił za wszystkich. Był to człowiek spokojnego temperamentu, ostrzelany z 
wszelkiego rodzaju niebezpieczeństwy, wyszlifowany na wielkich dworach i w towarzystwach 
najwykwintniejszych, pewien przy tym uczucia własnej godności i powagi wewnętrznej, 
a tacy ludzie nigdy przytomności nie tracą i zawsze umieją panować nad sobą. 
Ale Kergolaj, choć mniej poważny, jednak jeszcze więcej wyszlifowany od niego, zaraz 
spostrzegł kto komu wpadł w oko, zatarł więc ręce złośliwie i rzekł w duchu do siebie: 
— Ten pomści się za mnie, a ja mu do tego pomogę. 
Gniewosz siadł do stołu obok Formozy i przez całą wieczerzę jej służył, opowiadając jej 
niektóre wypadki z swojego życia i wypytując ją zręcznie o jej rodzinę. A wtedy i Formozie, 
jak pierwsze wrażenie minęło, rozwiązały się usta. Sama nie wiedziała, dlaczego to robi, 
wszakże opowiadała mu wszystko, o co ją pytał, z taką szczerością i otwartością, jakiej dotychczas, 
czując potrzebę niedowierzania ludziom, którzy by może nad nią się litowali, a czego 
ona nigdy by była nie zniosła, sama nie czuła się zdolną. Ale też po raz pierwszy w swym 
życiu obaczyła człowieka, do którego w jej sercu ufność się obudziła; po raz pierwszy uczuła, 
że ten człowiek, to mąż taki, który ją potrafi zrozumieć, któremu można każdą tajemnicę powierzyć, 
przed którym można by nawet i z grzechów się wyspowiadać: wysłucha, zrozumie, 
ukoi, utuli, pocieszy — a pewnie nie zdradzi. Kto kiedy odgadł, dlaczego pomiędzy ludźmi 
tworzy się strumień harmonii, zaufania, wzajemnej wiary i silniejszej nad wszystkie rozumowania 
sympatii? Tworzy się i jest. Taki strumień się teraz przed nią otworzył, porwał ją z sobą, 
a ona popłynęła nim pełnymi żaglami. 
Przy wieczerzy jedzono i pito jak zwykle, a każdy się bawił według swego humoru. Gniewosz 
z Formozą, Wilczek i Kergolaj dworowali sobie z Kundrata, a pusty Tigranes im z całego 
serca wtórował, Kijas zaś służył Kamienieckiemu, bo tak rozumiał, że przez niego potrafi 
sobie najpewniej zaskarbić łaskę królewską dla syna. Ale Kamieniecki, człek zacny a prosty, 
wyprowadził go z błędu, zapewniając go, że ze swojej strony zrobi z pewnością, co może, 
wszakże jego protekcja niczym jest w porównaniu z Gniewoszem, który z królem je, pije i 
mieszka, i może mu to sto razy powtórzyć, co drugi, choćby najwyższy dygnitarz, ledwie raz 
się ośmieli wybąknąć. Więc kiedy wstawali od stołu, Kijas milczkiem zbliżył się do Formozy 
i rzekł jej do ucha: 
— Instynkt kobiety zawsze więcej wart niżeli wyrachowanie najrozumniejszego człowieka. 
Waszmość bardzo mądrze zrobiłaś, żeś wzięła Gniewosza w takie serdeczne objęcia. 
Na to Formoza się mocno zarumieniła, bo nie zrozumiała od razu, co jej teść chciał powiedzieć; 
tymczasem zaś Kijas, przeprowadzając gości do drugiej komnaty, tak rzecz urządził, że 
sam zasiadł w kącie z Gniewoszem. A mówiąc rozumnie i zręcznie, w niedługiej chwili wyłożył 
mu do zrozumienia, o co mu właściwie chodziło. 
Gniewosz, siedząc wygodnie z wyciągniętymi przed sobą nogami i kręcąc wąs, odpowiedział 
mu z dobrego serca, ale nie całkiem ku jego zadowoleniu: 
— Ba, jużci ja bym nie był od tego. Ale to z naszym panem niełatwa sprawa. Biskup łucki 
już trzy dni czeka, a jeszcze się nie mógł dostać do niego. A tu dla syna jegomości niełatwo 
nawet jaki pretekst wymyśleć. 
Jednakże Kijas rzekł na to z świadomą siebie pewnością: 
— Mój syn chce tylko jego królewskiej mości oświadczyć, iż gotów jest w razie wojny własną 
wysztyftować chorągiew. 
Ale Gniewosz rozśmiał się na to, mówiąc: 
— Na taką chorągiewkę mieszczańską ty króla nie złapiesz! Nie tacy ludzie i nie takie chorągwie 
mu obiecują z tej strony i z owej, a przecie się z nim nie mogą dogadać... 
Tu Kijas uczuł głęboko całą swą małość mieszczańską i bardzo się tym zasmucił. Ale tymczasem 
Gniewosz wąs kręcił i myślał, a wreszcie rzekł jak by z niechcenia: 
— Prędzej by mi się może udało króla namówić, aby sam przyszedł do was w gościnę... 
A wtedy Kijas, właśnie jak gdyby promień słońca jego rozum oświecił, przysunął się do 
Gniewosza i zaczął jemu wykładać, jacy to potentaci już jego dom nawiedzali i jak by mu za 
to był wdzięcznym, gdyby jego zaproszenie przedłożył królowi. Gniewosz wstał i powiedział 
mu grzecznie: 
— Zaproszenie wasze przedłożę królowi, jak się zdarzy po temu sposobność... a jak się uda, 
to was zawiadomię zawczasu, jak go macie przyjmować. 
Zaczem goście się jeszcze mały czas bawili kielichem i przystojną rozmową, a potem, 
gwarząc wesoło, porozchodzili się na swoje kwatery. 
Ale i w domu Kijasa zostawili po sobie wesołość i radość, i szczęście. Albowiem stary 
niepomału się tym rozweselił, że mu się przecież udało utorować synowi drogę do laski królewskiej, 
która już teraz, czy tak, czy owak, ale go nie mogła omylić, bo miał takich dwóch 
potentatów, jak Kamieniecki i Gniewosz po swojej stronie. Tigranes się wcale nie posiadał z 
radości, albowiem jak wszyscy, u których imaginacja góruje nad wolą i rzeczywistością, był 
tego pewnym, że jak tylko będzie się mógł z królem rozmówić, zaraz zostanie rycerzem. Nawet 
Kundrat byt kontent, bo chociaż król raczył sobie zeń zażartować, ale to król: a ileż to jest 
mieszczan, nawet stokroć znaczniejszych od niego, o których król wcale nie wie, że żyją. 
Formozę zaś przepełniało takie uczucie szczęścia, jakiego dotąd nigdy nie znała: sama nie 
wiedziała dlaczego, ale tak jej było swobodnie, tak lekko, tak powiewnie na sercu i duszy, jak 
gdyby ziemia jej spod nóg ustąpiła i żywa uleciała do nieba. W tym szczęściu wszyscy się 
stali tak gadatliwi, że byliby do północy gwarzyli ze sobą, bo każdy miał coś do powiedzenia; 
ale Formoza nie czuła wcale potrzeby udzielania się drugim. W tej chwili wolała być sama ze 
sobą. 
Jakoż niebawem usunęła się i poszła do swojej sypialni. I dzisiaj także miała serce tak 
przepełnione nawałą uczuć nieodgadnionych, jak niegdyś po owym dzikim festynie: ale dziś 
nie klękała przed obrazem Matki Najświętszej. Dziś nawet zapomniała o swoich zwykłych 
pacierzach i jak najprędzej utonęła w swojej puchowej pościeli. Niebawem też słodki sen 
skleił jej powieki, a we śnie urocze mgły różowe i białe zaczęły wieszać się nad nią, a w tych 
mgłach jakiś anioł się nad jej łożem kołysał. Tyle jest w niebie aniołów, a wszyscy tak do 
siebie podobni, że trudno jednych od drugich rozeznać: ale ten, bodaj czy to nie był Cherubin, 
najogromniejszy ze wszystkich, z bardzo pięknymi wąsami i szafirowymi oczyma. 
Król, któremu światek bardzo smakował, a który hałaśliwymi festynami był już przesycony, 
natomiast zaś bardzo lubił nocne a tajne wycieczki, jak tylko mu Gniewosz powiedział, 
jaka tam kuchnia i jaka piwnica jest u Kijasa, a jaka synowica do tego, że już świat kończy się 
na niej, zaraz przyjął zaproszenie mówiąc: 
— To idźmy dzisiaj na wieczerzę do niego. Ale powiedz mu, aby nie było nikogo, tylko ty, 
Kamieniecki, Wilczek, Kergolaj i Łopatka. Łopatkę trzeba wziąć z sobą, abyśmy mieli tutejszą 
jurysdykcją przy sobie, jak będziemy w nocy powracać. Jeśliby zaś zaprosił jakie grzeczne 
kobiety, to nie zawadzi, będzie też trochę weselej. 
Gniewosz więc chciał zaraz wysyłać gońca do Kijasa, ale Kergolaj sam się nastręczył i pobiegł 
sam, ażeby dał zarazem Kijasowi instrukcją, jak ma króla do stołu posadzić, jakie przed 
nim zastawiać potrawy i jakich win mu nalewać. Wypełniwszy to poselstwo ze znawstwem 
dworaka, natchnął go zarazem tą myślą, że mieszczanek zapraszać nie trzeba, bo to nudne są 
babska, które też króla nie rozweselą, ale Pachnę trzeba zaprosić, bo to kobietka wesoła i 
pewnie króla zabawi. Kijas, który nie miał bardzo wielkiego respektu dla Pachny, spojrzał na 
to zamyślonymi oczyma na Kergolaja i pomyślał sobie w duchu: Dlaczego on mi każe Pachnę 
zapraszać? Jeżeli jest jeszcze zawsze w niej rozmiłowany, to oczywiście rad by jej nieba 
przychylić: a jeżeli się nią już przesycił, to może chce ją puścić w kurs między królewskie 
dworzany... Ale co mi tam na tym! — On byłby i samego diabła zaprosił, ażeby tylko królowi 
dogodzić. Więc wszystko wykonał według instrukcji Francuza i już wcześnie przed wieczorem 
był gotów. 
Jeszcze słońce nie zaszło, kazał już wszystkie sklepy pozamykać, kupczyków swoich porozpędzał 
na cztery wiatry, aby się nie gapili, sześciu rybałtów, śpiewaków i lutnistów schował 
w dziedzińcu, aby ich miał na zawołanie, jeśli król sobie grać każe, Tigranes dał swoich 
giermków do usługi, aby dom przecie wyglądał z rycerska — a jak tylko się zmierzchać zaczęło, 
ojciec i syn, a Kundrat za nimi, stanęli w bramie, oczekując z bijącym sercem przybycia 
króla. 
Czekali długo. Aż kiedy całkiem się zmierzchło, z przeciwległego na wskos rogu rynku, 
spoza ratusza, błysnęło światło. Zamkowi halabardnicy z Frącem Ajchingierem na czele nieśli 
zapalone pochodnie, a za nimi postępowała grupa czarno ubranych panów. Król idzie. Obaczywszy 
zapalone pochodnie, Kijas jeszcze więcej się uradował w swym sercu, bo tak przecież 
całe miasto się dowie, że król był u niego. 
Kiedy król się zbliżył do bramy, Kijas zaczął znowu go witać łacińską przemową, ale król 
jemu przerwał mówiąc: 
— Daj tam pokój łacinie. Przychodzimy do ciebie, abyśmy się zabawili po polsku, jeśliś 
więc łaskaw, to prowadź nas do twojej siedziby. 
Więc Kijas skłonił się panu, a wziąwszy od sługi woniejący kaganiec do ręki, sam szedł 
naprzód po schodach, przyświecając swym gościom. 
Przy drzwiach pierwszej komnaty, zapełnionej subtelną wonią najwykwintniejszych kadzideł 
tureckich, stały Formoza i Pachna w przepysznych strojach z bogatych tkanin indyjskich 
i perskich i pochyliwszy głowy, witały króla milczącym ukłonem, nie mając odwagi 
popatrzyć w oczy majestatowi monarchy. Śmielsza cokolwiek Pachna, zerknęła spod oka, aby 
obaczyć, jak też ten król wygląda, ale ogromny Gniewosz pierwej uderzył ją w oczy; Formoza 
byłaby rada spotkać się z szafirowymi oczyma Gniewosza, ale jej serce biło tak mocno, że 
ziemi nie czuła pod sobą. Król bardzo był łaskaw, a patrząc na Formozę, rzekł do Kijasa, zapomniawszy 
zapewne, że to jego synowica: 
— Winszuję waści córki tak pięknej, nie wątpię też wcale, że znajdziesz dla niej męża równie 
wspaniałej postaci. 
Po czym spoczął wzrokiem na Pachnie i spytał, kto jest ta dama. Powiedziano mu, że to 
jest Pachna, Rusinka, wdowa po rycerzu niemieckim, jeszcze dotąd w żałobie. 
Więc król się wdzięcznie do niej uśmiechnął i rzekł: 
— Jeżeli wszystkie lwowianki są takiej urody, to podobno mi trzeba będzie omijać to miasto, 
jak kiedy pociągnę na Turka, boby mi tu wszyscy żołnierze ugrzęźli. 
Pachną na to dziwnie uroczym spłonęła rumieńcem, na który król patrzał z zadowoleniem, 
ale zaraz zapytał: 
— A mąż jejmości pani zapewne bohaterską śmiercią zginął na wojnie? 
Tu Pachną już wcale ognistym spłonęła pąsem, Formoza zmieszana okrutnie, odwróciła się 
trochę na stronę, Tigranes, Kergolaj, Wilczek chwycili się za brzuchy, aby nie puknąć od 
śmiechu, król spostrzegł, że w jakąś łaskotliwą stronę uderzył, Pachna błagalnym wzrokiem 
rzuciła na starego Kijasa, ale na szczęście Kijas ją zrozumiał i odpowiedział przytomnie: 
— Nie bardzo bohaterską... ale zasłużoną rzetelnie... dał ducha Bogu po chrześcijańsku. 
Król się zaraz domyślił, że coś tam musi być niezupełnie w porządku, ale zaraz wszystko 
naprawił mówiąc: 
— Niechże sobie spoczywa w Bogu, my go wskrzeszać nie będziem. 
W tej chwili Gniewosz trącił Kijasa w łokieć i szepnął mu do ucha: 
— Król głodny. 
Więc Kijas zaraz się ukłonił królowi i idąc naprzód, prowadził gości do komnaty jadalnej. 
Król skłonił się lekko kobietom, chcąc je puścić przed sobą. Rezolutna Pachna mimo wszystkiego 
gotowa już była iść naprzód, a nawet podać ramię królowi, ale lepiej obeznana z obyczajami 
dworskimi Formoza, ścisnęła ją za rękę, ukłoniła się nisko monarsze i puściła go naprzód, 
co też król przyjął wdzięcznie i poszedł do komnaty jadalnej. Tam wedle instrukcji 
Kergolaja zostawiono jedne połać stołu dla króla samego, ale król prosił, ażeby damy siadły 
koło niego, co się też stało, tak że Pachna siadła po jego prawej, a Formoza po lewej. Królewscy 
rycerze siedli po obydwóch stronach bocznych, Kamieniecki z Wilczkiem po jednej, 
Gniewosz z Kergolajem po drugiej, tak że Gniewosz siedział przez róg obok Formozy. Łopatka 
siadł naprzeciwko króla, Kijas, Tigranes i Kundrat służyli gościom. 
Co najlepszego miał Kijas w swej kuchni i w swojej piwnicy, to swemu panu zastawił. 
Król jadł rzetelnie, a pił sumiennie — i bardzo chwalił mięsiwa, a zwłaszcza małmazją. Kamieniecki, 
który już wczoraj zabrał z nią dobrą znajomość, podniósł szklany kielich nią napełniony 
do światła i rzekł do króla: 
— U nas w Polsce w niektórych dworach o dobre wino nietrudno, ale takiej małmazji. Bogiem 
a prawdą, to i u Kmitów nie znajdzie. 
A król na to: 
— Już też ty, Kamieniecki, cały świat widzisz tylko przez Kmitów! Gdyby ci do nich dodać 
jeszcze Tarnowskich, to już by ci może niczego nie brakło. Jużci Tarnowskim a Kmitom niewielka 
sztuka mieć stare wina, jak skoro od dwóchset lat albo i lepiej wszystkie starostwa 
nam zabierają, ba, już im i starostw nie dosyć, bo i po całej Rusi już tak się rozsiedli, że im i 
boków nie dojrzeć. A łatwo to temu zrozumieć, kto wie, że jak królowi przyjdzie im nadać 
kawałek ziemi w tych krajach, to mu nie dadzą go mierzyć na łany, oni tej miary nie znają; 
jeno co człek na dobrym koniu od świtu do nocy objedzie, to ich najmniejsza miara. A konie 
mają rącze jak charty i wstają przed wschodem słońca, a wracają po zmroku. Z tych tedy starostw 
a nadań można sobie niemało antałków wina nakupić. Toteż u Kmitów dawnymi czasy 
dobre wina bywały. Ale teraz nie wiem, czy długo ich stanie, a zwłaszcza na Sobniu. Bo pan 
Stanisław, odkąd zabił dwóch chłopów, pił ze zgryzoty i niepomału tych tam win starych 
nadpoczął, a odkąd pieczony kapłon zapiał mu absolucją z tych grzechów, pije w dwójnasób 
na cześć swego rozgrzeszyciela. Jeszcze od niejakiego czasu i turnieje wyprawia, aby szlachtę 
hołubić do siebie... 
Kiedy to mówił król, Formoza się widocznie niecierpliwiła na swoim krześle, teraz zaś mu 
przerwała, mówiąc z godnością: 
— Kmitowie to moi krewni. 
Kamieniecki i Gniewosz, a nawet i Wilczek, mogliby byli jej rzucić się do nóg za tę odwagę, 
tak wspaniale wymówiła te słowa i sama była taka wspaniałą; jakoż i król spojrzał na nią z 
uwagą, troszkę się zachmurzył, ale spytał ją grzecznie: 
— Krewni? jakaż to jest parentela? 
Formoza mu to opowiedziała. Król przyjął wdzięcznie to wyjaśnienie i chciał coś na pochwałę 
Murysonów powiedzieć; ale właśnie w tej chwili Kergolaj, chcąc rozmowę od sztorcowatych 
przedmiotów odwrócić, a na gładszą drogę wprowadzić, rzekł głośno: 
— Taka małmazja może się jeszcze gdzie znajdzie, ale imć Epaminondas ma inną, którą 
tylko sam Wulkan pijał, kiedy do Afrodyty szedł w konkur, a nie wiem, dlaczego jej skąpi 
żołnierzom. 
Król spojrzał z uśmiechem na Kergolaja i pogroził mu palcem, Pachna rzuciła nań z lekka 
tryumfujące spojrzenie, Gniewosz, który wciąż bardzo żywo rozmawiał z Formozą, popatrzył 
na nią, jak gdyby chciał spytać: Czy nie do nas to piją? — ale tymczasem Kijas stanął z flaszą 
przy królu, a nalewając mu kielich, protestował się mówiąc: 
— Wierny poddany nawet i krwi nie skąpi swojemu panu, jeno to jest małmazja, którą się 
pije przy wetach. 
— A więc skosztujmy — rzekł król i pijąc małymi haustami, cały kielich wypróżnił, zaczem 
skinął ręką ku gospodarzowi i dodał, jak gdyby na złość Formozie: 
— Winszuję ci takiej piwnicy. Jeno Kmitów do niej nie wpuszczaj, bo niebawem twoje 
beczki by ci tak zadzwoniły, że i u św. Jura tak pięknie nie dzwonią. 
Tu Gniewosz ścisnął Formozę za rękę, jak gdyby ją chciał za króla przeprosić, ona go zrozumiała 
i spojrzała wdzięcznymi oczyma na niego — a wtedy już pić zaczęto, co szyja strzymała. 
Tigranes wziął flaszę małmazji do ręki i pilnie dolewał królowi. Zarazem mały gwar się 
zaczął robić przy stole, król się coraz więcej od Formozy odsuwał, a przysuwał do Pachny, 
już ją kilka razy tak silnie ścisnął za rękę, że musiała zęby zacisnąć, aby nie krzyknąć, ale nie 
krzyknęła, królowi oczy zaczęły się świecić jak węgle, rozparł się szeroko, przysunął się do 
Pachny tak blisko, że się ich krzesła stykały, i tak patrząc przed siebie, chwilami nie wiedział 
już, co ma powiedzieć. Zdawało się, że byłby wolał najlepiej, gdyby to tałałajstwo precz sobie 
poszło od stołu. Nareszcie widząc, iż Tigranes wciąż jego kielicha pilnuje, zapytał Wilczka 
dość głośno: 
— Któryż to jest ten jakiś wyporek, co mi tak ciągle dolewa? 
Na te słowa Pachna cofnęła się w krzesło i chustkę do ust przycisnęła, Wilczek przechylił 
się przez róg stołu i odpowiadał królowi: ale i inni te nierozmyślne słowa słyszeli i Formoza 
je także słyszała. Usłyszał je także i Gniewosz i zaraz wstał, dając przez to znak biesiadnikom, 
ażeby także wstawali. Zaczem podał sam rękę Formozie i przeprowadził ją do drugich 
komnat, a inni także za nimi ruszyli. 
Widać, że Gniewosz miał wielkie znaczenie u króla i wiedział, co robi, bo król wprawdzie 
nie wstał, ale się za to nie rozgniewał, że inni wstali, owszem, trzymając Pachnę za rękę, jeszcze 
kilka chwil z Wilczkiem rozmawiał. A rozmówiwszy się skinął na Tigranesa, aby przystąpił 
do niego. Spojrzawszy zaś na niego, choć nie wiadomo, czy przez małmazją dobrze go 
widział, rzekł do niego łaskawie: 
— Powiada mi Wilczek, że chociaż jesteś synem kupieckim, chciałbyś służyć wojskowo, a 
nawet masz swoich żołnierzy. 
A na to Tigranes odpowiedział mu bardzo wymownie i pięknie: 
— Najjaśniejszy panie! Ja jestem synem kupieckim, ale moi ojcowie bawili się dawniej także 
rzemiosłem rycerskim i z bronią w ręku przyszli do Polski, a tylko dlatego, że w kraju, 
wtenczas obcym dla siebie, nie mogli być między rycerzy przyjęci, musieli się zająć rolnictwem, 
przemysłem i handlem. Wszyscy pragną jak najgoręcej, ażeby mogli do swego dawnego 
stanu powrócić i służyć swojemu nowemu królestwu krwią swoją i zdrowiem. Zaszczytu 
tego nie każdemu dostąpić, bo i do herbu dziś przystęp niełatwy, i zawód rycerski wielkich 
wymaga nakładów. Ja tego rzemiosła uczyłem się przez lat kilka po cudzych krajach i dworach, 
a z łaski mojego ojca majątku mi także nie braknie: czego mi brak, to łaski mego najjaśniejszego 
króla i pana, ażeby mi pozwolił własną wysztyftować chorągiew i stanąć u niego 
na służbę, choćby i w rzędzie ostatnim. 
Więc król go wdzięcznie wysłuchał i rzekł najprzód doWilczka: 
— Mizerny chłopak na pozór, ale mu wymowy nie braknie i poczciwe ma sentymenty. 
A potem powiedział Tigranesowi: 
— Dziękujęć za dobre chęci, a to tym bardziej, ile żem nie czuł w tobie żołnierza. Aleć to i 
Łokietek nie był większym od ciebie, a przecie daj nam Boże każdemu oddać temu królestwu 
takie przysługi. Więc przygotuj sobie, co trzeba, a jak zaczną gadać o wojnie, co pono niebawem 
nastąpi, to zgłoś się do nas, pomieścimy cię wedle naszej możności. 
Tigranes padł do nóg królowi jak długi i zalał się łzami wdzięczności, toż i Kijas uścisnął 
pańskie kolana, król im się obronił; zaczem Kijas objął swojego syna w ramiona i spłakał się 
nad nim. Ale zaraz go zaprowadził do najbliższej komnaty, gdzie Kamieniecki, Wilczek i 
Kergolaj wzięli go między siebie, winszując mu łaski królewskiej i nauczając go, jak ma teraz 
sobie poczynać. 
Król został sam z Pachną przy stole. Nikt na nich nie zwracał uwagi, takie podobno hasło 
dał Gniewosz; tylko Kundrat, chociaż się bawił z innymi w przyległej komnacie, co chwila 
rzucał ukradkiem swój wzrok ciekawy do izby jadalnej, spodziewając się może, że ujrzy tam 
jakie niezwykłe widowisko, a może i gryząc wargi z niecierpliwości. 
Gniewosz, chcąc uwolnić Formozę od słuchania niemiłych jej rozmów, a które teraz, jako 
znał króla, mogły się stać i śliskie cokolwiek, zaszedł z nią aż do trzeciej komnaty. Formoza 
dała mu się chętnie prowadzić, bo serce jej było przepełnione wdzięcznością dla niego, którą 
rada by była jak najprędzej mu wypowiedzieć. Jakoż jak tylko znaleźli się w trzeciej komnacie, 
sama go ścisnęła za rękę i rzekła głosem dźwięcznym i całkiem swobodnym: 
— Dziękuję waszej miłości z całego serca, żeś mnie od tej niemiłej kompanii uwolnił. Jaki 
mój mąż jest, taki jest, zawsze to mój mąż, a kto ludzkie ma serce, ten nie powinien go poniewierać 
w mej obecności. Ile razy kto o tym zapomni, zawsze sama staję w jego obronie, 
ale tym razem ubliżył jemu ktoś taki, który ma przywilej poniewierania ludzi bezkarnie. Wasza 
miłość pierwszy spostrzegłeś, że chociaż krew zakipiała we mnie, byłam bezbronną i z 
szlachetnością rycerską zlitowałeś się nade mną: winnam mu wdzięczność i rada to wyznaję, 
że będę mu ją winna przez całe życie. 
Przemowa ta sprawiła na Gniewosza przejmujące wrażenie: jeżeli dotąd widok pięknej 
Formozy tylko zaprószył mu serce, to teraz w tym sercu obudziło się uwielbienie dla wspaniałego 
i wcale rycerskiego umysłu tej wyniosłej kobiety, która z takim zrzeczeniem się siebie 
dopełnia swojego obowiązku względem swojego męża. Pod tym wrażeniem Gniewosz już nie 
wypuścił jej ręki z swojej gorącej dłoni i rzekł z zapałem: 
— W tej najszczęśliwszej chwili mojego życia jestem najnieszczęśliwszym z ludzi! Bo kiedy 
bym rad życie moje waszmość pani poświęcić, nie wiem, azali będę przyjętym... 
Na to Formoza wysunęła swą rękę z jego dłoni i powiedziała głosem drżącym od żalu: 
— Na tym świecie są dusze sobie pokrewne, które muszą spotkać się ze sobą. Ale kiedy los 
jest im zawistnym, spotykają się z sobą za późno. Jestem sakramentem związaną z innym i 
przysięgi mojej złamać nie mogę. 
— Jeśliby była wola po temu — zawołał Gniewosz — to sakrament nie będzie przeszkodą. Są 
przecie rozwody... 
Formoza nigdy nie myślała o rozwodzie, nie miała do tego żadnego powodu. Teraz ta myśl 
oświeciła jej umysł jak błyskawica i całym jej wnętrzem zatrzęsła. Umiała jednak zapanować 
nad sobą i rzekła spokojnie: 
— Nie wiem, czy w tym wypadku, gdzie mnie nikt do zamęścia nie zmuszał i gdzie nie 
mam żadnej winy do zarzucenia mojemu mężowi, rozwód byłby możebny. 
Tu Gniewoszowi błysnęła myśl, którą zrazu odrzucił, potem walczył ze sobą przez oka 
mgnienie, aż wreszcie zwyciężył się, zdobył się na odwagę i rzekł: 
— Jeżeli prawdą jest, co ludzie mówią, to rozwód jest pewny. 
Na te słowa Formozie krew uderzyła do twarzy, że się stała prawie pąsową, ziemia się pod 
nią zachwiała; ale i jej nie brakło odwagi, więc chociaż oczy spuściła ku ziemi, odpowiedziała: 
— Prawda. 
Natenczas Giewosz nie umiał już zapanować nad sobą, porwał jej rękę i zawołał głosem 
pełnym radości: 
— Więc jesteś moją! 
A porwany najwyższym szałem, tym szałem wszechmocnym, co jak orkan na morzu porywa 
okręt olbrzymi i jak łupinę orzecha unosi ze sobą, porwał krucyfiks, który stał na małej 
szafce pod ścianą, i podniósłszy go w górę, zawołał: 
— Przysięgam tobie na ten krzyż Pański i na mój honor rycerski, że poty na żadną kobietę 
nie spojrzę, dopóki kapłan tego Chrystusa Pana nie połączy nas ze sobą na wieki! Resztę zaś 
mnie pozostaw: będę umiał uszanować twoje zacne uczucia i wszystko sam zrobię. 
Więc Formoza ścisnęła go z całej siły za rękę i rzekła: 
— Moje gorące modły towarzyszyć ci będą, niechaj ci Pan Bóg pomaga. 
Tak się odprawił ten ślub cywilny ówczesny — jakże niepodobny do ślubów cywilnych dzisiejszych! 
— pomiędzy szlachetnym młodzieńcem i szlachetną kobietą; zaczem uszczęśliwieni 
oboje i pełni wiary w swą przyszłość szczęśliwą, przeszli do pierwszej komnaty, gdzie Tigranes 
opowiadał swoim słuchaczom, jak uzbroi i jak ubierze swoję chorągiew, i jak będzie nią 
gromił Wołochów, Tatarów i Turków. 
Jak obaczył Formozę, przypomniał sobie nareszcie, że ma żonę, którą by jego szczęście 
mogło obchodzić, przyskoczył więc do niej i zaczął jej opowiadać, jaką miał mowę do króla i 
co mu król odpowiedział. 
Jednak Formoza tym razem słuchała go z miernym zajęciem, cieszyła się jego szczęściem, 
ale z umiarkowaniem. 
Gniewosz zaś zajrzał przez próg do izby jadalnej. Tam waleczna Pachna już całkiem króla 
zdobyła, poddał jej się widocznie na łaskę i niełaskę; jedną ręką obejmował jej ramiona, a 
drugą trzymał jej rękę w swej dłoni, a spieczonymi gorączką ustami szeptał jej jakieś tajemnice 
do ucha. Tak szeptał jej jeszcze przez chwilę, po czym usłyszawszy zapewne kroki Gniewosza, 
obejrzał się, wstał, spróbował nogami, czy ziemia kupy się trzyma, i zawołał: 
— Gniewosz! czas pono do domu. 
Zaczem wszyscy żegnali się z gospodarzami, dziękując im za gościnę, i wyszli. Formoza 
wcale nie żegnała się z królem, natomiast Pachna wyszła razem z wszystkimi, licząc zapewne 
na to, że który z mężczyzn ją odprowadzi. Kiedy stanęli przed kamienicą, obaczyli kwoczkę 
na niebie, jako już stała z północy, ale na ziemi niewiele widzieli, bo noc była ciemna. Przy 
bramie stał Frącek Ajchingier z halabardnikami, ale pochodni jeszcze nie zapalił, bo go nie 
uprzedzono. Gniewosz dał mu znak ręką, aby stał cicho, sam zaś się oglądał za królem. Ale 
obaczył Kamienieckiego, Kergolaja i Wilczka koło siebie; Łopatka był także, ale nalany 
małmazją nad miarę, trzymał dzielnie kamienicę Kijasa w obydwóch rękach, aby mu się nie 
wypsnęła, bo pewnie by gruchnęła na ziemię, i co by król na to powiedział? ale króla nie było. 
Natenczas Gniewosz wytężył wzrok naokoło i dostrzegł o kilkanaście kroków dwa cienie, 
jeden kobiecy, a drugi męski, jak przytuliwszy się do siebie, oddalały się szybkim krokiem ku 
Halickiej ulicy. I sztuczny Kergolaj dojrzał je także, a spojrzawszy mieniącymi się oczyma na 
Gniewosza, klasnął w ręce i zawołał: 
— Wierz tu kobiecie! 
Ale Gniewoszowi nie było do śmiechu, bo przecież na nim spoczywało bezpieczeństwo 
osoby królewskiej. Spojrzał więc na Łopatkę, jako na miejscowego starostę, lecz obaczywszy 
go w takich miłosnych z kamienicą Kijasa objęciach, machnął ręką i rzucił okiem na Ajchingiera. 
Zaczem go wziął za guzik od jego czerwonego kaftana i rzekł: 
— Umiesz ty milczeć? 
— Podług rozkazu — rzekł Frącek. 
— Idźże więc, kędy król poszedł, i tam stań, ale tak, aby nikt cię nie widział, zaś twoich 
halabardników porozstawiaj o kilkanaście kroków jeden od drugiego od tego domu, gdzie 
król jest, aż do samego zamku. I tak stać będziesz, aż póki król do zamku nie wróci. 
Taki mu Gniewosz dał rozkaz; rozkaz nielitościwy dla wielbiciela Pachny, jeśli miał serce. 
O tym wszakże trudno się było od niego dowiedzieć, bo był zawsze milczący i w sobie zamknięty. 
Cóżkolwiek bądź, rozkaz z sumiennością niemiecką wykonał. Gniewosz zaś poszedł 
na zamek, ale nie kładł się do snu, tylko siadł na kamieniu przy bramie zamkowej i tak dosiedział 
do rana. 
Jeszcze dopiero mało co świtać zaczęło, kiedy król przyszedł. Był lekki i kontent, i wesół 
jak rzadko, wziął Gniewosza za rękę i zaprowadził go do swojej sypialni. Tam zaś rzekł 
śmiejąc się do niego: 
— To cały diablik ta wasza Pachna. Niechże ich piorun trzaśnie tych lwowskich Rusinów, 
jakie mają kobiety. Niewiem, jakim się to stało sposobem, żem dotąd o tym nie wiedział; byłbym 
ich częściej nawiedzał. 
Gniewosz milczał. 
— A ty? — mówił król dalej — bo i tyś tam nie próżnował w tej ormiańskiej fortecy. Kobieta 
to jak wieża z słoniowej kości i patrzy z góry na człeka, jak wieża. Ale co się komu podoba. 
Nie dziwię ci się zresztą, żeś sobie w niej upodobał, bo wcale wspaniała, a pono i w korcu 
maku by takich drugich dwoje nie dobrał. Cóżeś tam zrobił? 
— Najjaśniejszy panie! — rzekł Gniewosz poważnie — jeśli mam prawdę powiedzieć, to jestem 
z nią po słowie. 
— Po słowie? — zawołał król, śmiejąc się głośno — jak to? a przecież sameś mi powiedział, 
że to kobieta zamężna, chyba żeś skłamał. 
— Jużci zamężna — rzekł Gniewosz — ale mam w Bogu nadzieję, że ją rozwiodę. Są kanoniczne 
powody, a przede wszystkim rachuję na łaskę mojego króla i pana. 
— Siadaj no — powie mu król, któremu wcale spać się nie chciało, a sprawa ta bardzo go zaciekawiła 
— siadaj no, a powiadaj, jak to tam jest. 
Gniewosz nie chciał go wtajemniczać we wszystko, a przeto starał się tylko przekonać go, 
że jeżeli on zechce, to władze kościelne mu nie odmówią rozwodu. Król kochający go szczerze, 
słuchał go bardzo uważnie i pilnie nad tym rozmyślał, po czym jako człowiek uczony i 
znający na palcach historią swojego kraju, zawołał najprzód: 
— Co tam władze kościelne! My tu jesteśmy na Rusi, a tutaj wszystkie prawa inaczej się 
praktykują. Ona jest katoliczka, a mąż jej jest prawosławny, pewnie nie w katolickim kościele 
ślub brali, więc już to samo wystarczy — a nawet i biskupa do tego nie trzeba. Jeśli mnie pamięć 
nie myli, to temu lat właśnie czterdzieści Odrowąż, wojewoda ruski natenczas, rozwiązał 
z własnej swej mocy ślub taki pomiędzy Protaszem z Chodorostawu a Fedką Rusinką, 
podobno nawet z domu Łopatyczówną jak Pachna. Gdzie jest Łopatka? wołaj go tutaj, on 
nam to dokładniej opowie. 
Tu Gniewosz musiał chcąc nie chcąc powiedzieć królowi, że Łopatka się właśnie z kamienicą 
Kijasa ożenił i pewnie się jeszcze dotąd nie rozwiódł, więc król się śmiał do rozpuku, a 
potem zawołał: 
— Ot, co tam! bądź dobrej myśli, już ja to biorę na siebie. A zresztą, kiedy by już cale inaczej 
nie można, to ci żonę kupimy. To naród kupiecki, handluje wszystkim, nawet towarem 
kosmatym. Więc my jej męża zrobimy szlachcicem, a choćby nawet rycerzem, a on ci za to 
żonę odstąpi. 
Więc Gniewosz niezmiernie się rozradował, otworzył swe serce przed królem i opowiadał 
mu wszystkie swe tajemnice. 
A wtedy całkiem już rozedniało i słońce już wzeszło — a razem ze słońcem wszedł giermek 
i oddał list Gniewoszowi, mówiąc, że z tym listem goniec od jego matki w nocy przyjechał, 
powiada, że rzecz bardzo pilna, i chciał się sam do komnat dobijać. Gniewosz list prędko 
przeczytał i jakoś mu się twarz przeciągnęła. Król spytał, co stoi w liście. 
— Moja matka jest na zamku sobieńskim — rzekł Gniewosz — i prosi, ażebym, nie czekając, 
zaraz do niej przyjeżdżał, dla jakichś pilnych spraw familijnych. Jestem pewnym, że nie masz 
tam nic tak pilnego, jeno że stąd bliżej na Sobień niż do Czorsztyna, więc chciałaby z tej okazji 
skorzystać i zobaczyć się ze mną. 
— To jedź — rzecze król łaskawie — zawsze lepiej, że ty tam pojedziesz, niżeli żeby ona tu 
przyjechała. Usłyszałbyś niejedno kazanie, a jeszcze i mnie by się przy tym co oberwało. 
Jedź, mam przecie Wilczka, który ciebie zastąpi. Słuchajże, Gniewosz, ja tutaj co najmniej z 
jakie dwa tygodnie zabawię, ten tedy czas możesz sobie na Sobniu przesiedzieć, ale potem już 
wracaj, albo tu, albo też do Krakowa, gdzie właśnie będę. Kiedyż wyjeżdżasz? 
— Zaraz — rzekł Gniewosz — ażebym jutro stanął na Sobniu. 
Więc król położył rękę na jego ramieniu i rzekł: 
— Jedżże zdrów, a wracaj nam prędko. 
Gniewosz pokłonił się królowi i wyszedł do antykamery, ażeby dworzanom królewskim i 
paziom wydać instrukcją, a zarazem zdać służbę Wilczkowi. Zastał tam wszystkich, a z nimi 
Wilczka i Kergolaja, którzy codziennie rano musieli się stawić w antykamerze, ażeby się dowiedzieć, 
jakie są na ten dzień królewskie rozkazy. Gniewosz opowiedział im, że wyjeżdża, i 
zdał swój urząd Wilczkowi. Wilczek na to westchnął głęboko i rzekł: 
— Wolałbym ja jechać na Sobień za ciebie! Myślałem już, że się wyrwę i co najpóźniej razem 
z Kamienieckim odjadę, a ono, jak widzę, całą wieczność mi tu przyjdzie przesiedzieć. 
Wszelako prawie jednocześnie z Wilczkiem zawołał Kergolaj: 
— Ty jedziesz na Sobień? Słysz, Niewosz, nie poróbże tam jakich plotek na mnie przed 
panną Jagienką. Bom ja po różę dla niej pojechał, a tymczasem się tutaj zabawiam. Powiedzże 
jej co rozumnego, powiedz jej, że mi król kazał zaczekać na siebie we Lwowie... 
Na to Wilczek spojrzał z pogardą na Francuza i rzekł szyderczo: 
— Już tam Jagienka usycha za twoją różą! 
Jednak Gniewosz nie zważał wcale na słowa Francuza, a odpowiedział Wilczkowi: 
— I ja bym się chętnie z tobą pomieniał. Ale to nie długo się będziesz męczyć tą służbą. Za 
dwa tygodnie powrócę i zdejmę z ciebie ten ciężar... 
To rzekłszy, pożegnał się z nimi, a kazawszy swoim żołnierzom nagotować się w lot do 
podróży, pobiegł do kamienicy Kijasa, aby się i tam jeszcze pożegnać. Formoza przyjęła tę 
smutną wiadomość z żalem, ale ze zwykłym sobie spokojem. Gniewosz znalazł sposobność 
szepnąć jej kilka słów pocieszających do ucha, z których powzięła, że jego wczorajsza przysięga 
nie wypłynęła z dymów małmazji, lecz z głębi serca, a jego umysł rycerski jej służył za 
świadka i będzie służyć za stróża. Formoza o tym nie wątpiła ani na chwilę, ale usłyszeć te 
same słowa nazajutrz w dzień biały było dla niej nieocenioną pociechą. Żegnać się, zawsze to 
smutno: ale dwa tygodnie, to dla cierpliwych mgnienie oka. Pożegnali się zatem prawie wesoło 
— i Gniewosz jeszcze przed południem odjechał. 
Wilczek został się na służbie przy królu jak pies na obroży. Każdy inny na jego miejscu, a 
zwłaszcza tak młody, byłby się czuł uszczęśliwionym, otrzymawszy urząd marszałka przy 
królu a zarazem zwierzchnictwo nad jego paziami, pomiędzy którymi znajdowali się Melsztyńscy, 
Koniecpolscy, Zbarascy, Herburtowie, Górkowie i inni synowie najświetniejszych 
rodzin królestwa: ale jemu ściskało się serce z tęsknoty i jak śmiertelna rana go to bolało, że 
tak wyjechał z zamku na Sobniu prawie bez pożegnania, na dzień lub dwa dni, a wpadł w taką 
długą niewolę, która nawet nie wiedzieć, kiedy się skończy. Wprawdzie Jagienka kazała go 
przez Ramułta bardzo uprzejmie pozdrowić i o ile to mogła, dać mu do zrozumienia, że tęskni 
za nim i wie bardzo dobrze, co to jest rozkaz królewski; Wilczek kazał sobie przez Ramułta 
jej słowa po dwa i trzy razy na dzień powtarzać, bo zawsze w nich wielką znajdował pociechę; 
ale gdzież jest pociecha na tę miłosną tęsknicę, która dopiero wtedy znika, kiedy się ukochaną 
osobę żywymi oczyma obaczy? Wilczek był chmurny, milczący, szorstki w obejściu, a 
nawet cierpki dla swoich podwładnych. Zanadto dumny, ażeby się komu zwierzył ze swoich 
boleści, cierpiał z godnością, nie pozwalając nikomu ani się nawet domyślać, jaki nielitościwy 
robak serce mu gryzie. Przezwyciężał się mężnie wobec obcych, ale kiedy był sam, to 
czasem taka brała go niecierpliwość, że byłby był wszystko wytrzaskał, co miał koło siebie, 
byłby był gotów samego króla znieważyć, nieraz nawet wśród nocy bezsennych przychodziła 
mu myśl wcale szalona, wszystko porzucić, uciec z Niskiego Zamku i polecieć na Sobień. 
Rano te rozpaczliwe uczucia znowu go porzucały i znowu swe bole w sobie zamykał, pełniąc 
swą służbę z chmurą na czole, ale jak gdyby nic nigdy nie było. 
Kamieniecki, który wiedział o wszystkim, mógłby był go pocieszyć; ale Kamieniecki był 
znacznie starszy od niego, żonaty i ojciec dzieciom, nie miał dla takich bólów i tęsknot dosyć 
żywego współczucia, natomiast zaś był pełen osobistych ambicji i pełen troski o sprawy publiczne, 
po całych dniach zatem był zajęty politycznymi dyskursami ze szlachtą nawiedzającą 
króla, a nawet po całych nocach śnił tylko o politycznych i wojskowych projektach. Kamieniecki 
zresztą jeszcze mu kilka razy powtórzył, że jak tylko się od służby uwolni, pojedzie w 
swaty na Sobień. Kamieniecki człek słowny, więc było w tym właśnie tyle pociechy, ile Wilczek 
mógł słusznie od niego wymagać. 
Tymczasem w mieście zaczął się coraz żywiej objawiać ruch bardzo przyjazny dla króla. 
O jego nocnych wycieczkach nikt nic nie wiedział — gdyby nawet były jakie plotki o tym 
chodziły, to nie byłyby mu żadnej ujmy przyniosły: ówcześni mieszkańcy miast bardzo liberalnie 
zapatrywali się na obyczaje. Natomiast zaś wszyscy byli zdania, że król jest bardzo 
rozumny, uprzejmy, uczynny, dobry dla wszystkich — i bodajby Bóg zawsze karał Polskę takimi 
królami. Do rozniesienia takich sentymentów dla króla najwięcej przyczynił się Kijas, 
który się uniósł uczuciem wdzięczności dla niego za jego łaskawość dla Tigranesa, ciągle 
przedniejszych mieszczan odwiedzał i przyjmował u siebie, wszędzie wychwalał wspaniałość 
i dobroć królewską i ustawicznie podnosił myśl, że należałoby uczcić tego dobrego pana jakimś 
świetnym festynem, ażeby się przecie przekonał, jakich wiernych poddanych ma w mieście 
Lemburgu — a co się im także bez wątpienia nagrodzi, bo to pan szlachetny i hojny i zawsze 
oddaje dobre za nadobne. Jakoż już w parę dni po wieczerzy Kijasa myśl ta się powszechnie 
przyjęła i chodziło już tylko o to, jak by ten festyn urządzić. 
Tu wszakże Francuz, któremu nigdy konceptów nie brakło, przyszedł mieszczanom z pomocą. 
Zdaje się, że Kergolaj miał także w tym jakiś interes, ażeby króla jak najlepiej zabawić. 
Nie miał on już zamiaru powracać ani do Włoch, ani do Francji, pragnął w Polsce pozostać, 
ale tu jeszcze odpowiedniej pozycji nie znalazł. Był wprawdzie królewskim rotmistrzem, ale 
bez chorągwi, a takie rotmistrzostwo in partibus114 nie mogło mu odpowiadać. O dwie rzeczy 
mógł się pokusić: albo o pełną chorągiew przy boku królewskim, albo o kasztelanią, z którą 
razem otrzymałby, przynajmniej w razie wojny, dowództwo nad pospolitym ruszeniem całego 
powiatu. Ale i jedno, i drugie zależało od łaski królewskiej, którą potrzeba było sobie zaskarbić. 
W tym celu przemyślny Francuz już królowi Pachnę odstąpił, a może tylko na czas jego 
lwowskiego pobytu pożyczył, ale to jeszcze niewielka usługa, trzeba oddawać mu inne. Zaczem, 
jak tylko się dowiedział, że miasto chce festyn wyprawić dla króla, poddał Kijasowi 
myśl przedstawienia na ratuszu misterium i ofiarował sam tekstu dostarczyć i urządzić całą 
scenerią. Myśl ta została przyjęta przez całą miejską starszyznę z jednogłośnym oklaskiem: 
król lubi igrzyska, mówiono, będzie nam wdzięczen za taką grzeczną rozrywkę, a przy tym 
też i miasto się przystojnie zabawi. I już się chciano z tą myślą udawać do księży dominikanów... 
Ale Kergolaj przeciw temu zaprotestował mówiąc: 
— Niechże Bóg broni! Dominikanie mają same stare misterie, co już się naszym pradziadom 
znudziły, chyba że chcecie, ażeby król na nich poziewał. Ja mam najnowsze misterie 
francuskie, które tej zimy, kiedym chorował w Krakowie, przetłumaczyłem na język polski, a 
które chciałem grać na zamku królewskim, jeno że mi tego królewicz Fryderyk zakazał. On 
sam byłby pozwolił, bo się zna na tym, ale jego kanonicy go na mnie naszczuli, mówiąc, że 
człowiek świecki nie ma misteriami się parać, bo to jest przywilejem osób duchownych. Otóż 
ja z tych misteriów co najpiękniejsze wybiorę i całe przedstawienie sam wam urządzę. 
Więc mieszczanie z Kijasem na czele, wysłuchawszy go i wyrozumiawszy gruntownie, 
kiwali jeden za drugim głowami i z wielkim respektem mu dziękowali za łaskę, prosząc go 
przy tym, aby nie szczędził wydatków, byle tylko miasto się pokazało przed królem. 
Kergolaj tedy zaraz się wziął do roboty i przez noc bardzo piękne ułożył misterium, w które 
objął trochę rzeczy dawniejszych, ale dodał także i nowszych, jakie dla ożywienia takich 
przedstawień scenicznych niedawno pomyślano we Francji. Misterium to zaczynało się starym 
zwyczajem od tego, że Bóg Ojciec siedzi na tronie, kiedy Chrystusa Pana krzyżują za 
sceną i bardzo budujący prowadzi dialog z aniołami. Potem występują na scenę cztery główne 
cnoty chrześcijańskie i trzy cnoty teologiczne, z drugiej zaś strony występuje siedm innych 
postaci, które przedstawiają siedm grzechów głównych; pomiędzy tymi dwoma zastępami 
wywiązują się dialogi, w które Kergolaj włożył bardzo wiele rzeczy dowcipnych, ażeby się król nimi zabawił; potem wprawdzie między cnotami a grzechami wszczyna się bitwa, w której 
chwilami ten i ów grzech jest niby górą i o mało że cnoty nie pobił, z czego się wyradzają 
sceny nadzwyczajnie komiczne, ale na koniec cnoty tłuką wszystkie grzechy na miazgę, spędzają 
je z teatrum i otrębują zwycięstwo. 
Kergolaj czytał główniejsze sceny Kijasowi, Kijas, niektóre zanadto pieprzne wyrażenia 
grzechów osłodził, ale całość pochwalił i pod przewództwem Kundrata oddał mu wszystkie 
swoje magazyny i wszystkich swoich kupczyków do dyspozycji, ażeby mu zwłaszcza aniołów 
nie brakło, których młodzież sklepowa mogła doskonale udawać. Kergolaj zatem dał 
Kundratowi jak najdokładniejsze instrukcje, poruczył mu zbudowanie sceny przed ratuszem, 
sporządzenie ubiorów i dekoracji, a nawet i co do wyboru osób, mających przedstawiać rozmaite 
figury, całkiem się spuścił na niego. Tak postępując, dał mu dowód swojego zaufania i 
zachęcił go do roboty: ale nie wiedzieć, czy dobrze to zrobił, że Kundratowi taką ważną rolę 
w tym przedsiębiorstwie wyznaczył i czy nie przyniesie to jakiej ujmy samej reprezentacji. 
Cóżkolwiek bądź, w tydzień potem albo mało co więcej, kiedy już wszystkie ubiory były 
uszyte, dekoracje wymalowane i wszystkie inne przybory gotowe, a aktorowie dobrze swe 
role umieli i już się miano zabierać do budowania teatru, Kijas na czele przedniejszych 
mieszczan udał się w deputacji do króla, aby go na to misterium zaprosić. Król już był o tym 
uprzedzony sekretnie, więc przyjął deputacją bardzo uprzejmie, przyrzekł, że na misterium 
przyjedzie, a nawet zapowiedział jej, że tego dnia po południu da wielki obiad na Niskim 
Zamku i zaprosił nań zaraz miejską starszyznę. Radość więc była wielka pomiędzy mieszczany 
i w całym mieście oczekiwano z niecierpliwością dnia tego, który się miał na wieczne czasy 
upamiętnić w annałach miasta. 
Nareszcie nadeszła owa tak niecierpliwie oczekiwana niedziela. Już zaraz z południa niezliczone 
tłumy ludności napełniły cały rynek tak gęsto, że ledwie się można było przez nie 
przecisnąć. Wszyscy podziwiali misterną strukturę sceny, która przed główną bramą ratusza 
była zbudowana z desek na wysokości prawie pół sążnia nad brukiem; scena była wysoko 
płótnem żaglowym nakryta, po bokach zaś zasłoniona czerwonymi firankami, gdzie były 
schody, przez które aktorowie mieli wstępować na scenę. Po jednej i drugiej stronie sceny, 
która była otoczona drewnianymi balustradami, powbijano w ziemię drewniane słupy, większe 
i mniejsze, na większych powiewały chorągwie z herbami króla, miasta Lwowa i Ziem 
Ruskich, na mniejszych były przymocowane kosze żelazne, napełnione łuczywem. Po obydwóch 
rogach sceny stały beczki ze smołą, które miano zapalić podczas reprezentacji. W głębi 
sceny stał tron wyzłocony, otoczony ze wszystkich stron białymi chmurami, zrobionymi 
bardzo zmyślnie z cieniutko rozczesanej bawełny. Takież chmury, poprzyczepiane do płóciennego 
dachu, spuszczały się z góry na tron, za którego plecyma było jeszcze jedno wyjście 
przez schody w bramę i w dziedzińce ratusza. Zgoła było to wszystko tak piękne i tak zrobione 
misternie, że publiczność nie mogła się dosyć nadziwić i bardzo żywo o tym gwarzyła na 
rynku. 
Ale jeszcze się ten nie urodził, co by wszystkim dogodził: były więc i krytyki. Ten ganił 
to, drugi owo, a byli i tacy, co same myśl naganiali, mówiąc: że świeckim ludziom misteriów 
grać się nie godzi, że to jest przeciwko dawnym obyczajom, a nawet przeciw kanonom. Takiego 
zdania jest arcybiskup, bo chociaż go zaproszono, przecie odmówił. Jakiś ksiądz albo 
pielgrzym, znajdujący się między gminem, powiadał, że arcybiskup nawet rybałtom zakazał 
mieszać się do tego misterium, ale ktoś drugi, lepiej rzeczy świadomy, zaprzeczył temu, 
utrzymując na pewno, że właśnie rybałci grać będą trzy cnoty teologiczne i niektórych aniołów. 
Inni opowiadali, że księża dominikanie zanieśli prośbę do króla, ażeby tego misterium 
zakazał. a ich teolog jemu jak na dłoni wyłożył, że przedstawienie świętych tajemnic przez 
ludzi świeckich jest świętokradztwem, a nawet infrakcją115 w przywileje duchowne; ale król 
pono im powiedział: „że on także jakieś ma przywileje, w które dominikanie swojego nosa wtykać nie mają”. Zaczem kiedy i franciszkanie przyszli z tym samym do niego, już ich 
wcale przed siebie nie puścił. W innych grupach widziano mnichów, jako coś wykładali ludowi, 
i uważano, że po takim wykładzie lud się rozchodził; ale i Kundrat szył także jak raca 
pomiędzy ludem, a gdzie on się pokazał, tam lud się znowu gromadził i wracał na rynek. 
Rzecz oczywista, że Kundrat, jako reżyser, musiał dbać o to, żeby publiczność jak najliczniej 
gromadziła się na to widowisko, które tyle pracy go kosztowało. 
Dzień ten zdawał się wszystkim niezmiernie długi, ale przecież na koniec się zmierzchać 
zaczęło. O zmroku pozapalano kagańce, łuczywa i beczki ze smołą i oświecono cały rynek 
jak we dnie. Ten sposób oświetlania teatru kopcił cokolwiek, ale wcale nie psuł efektu, 
owszem, przeciwnie czarne chmury dymu, otaczające scenę z zewnątrz doskonale harmoniowały 
z białymi chmurami porozwieszanymi na scenie, zwłaszcza że rzecz dzieje się w niebie 
znajdującym się w chmurach. Na widok światła otworzyły się okna wszystkich kamienic otaczających 
rynek i napełniły widzami, toż i cały rynek napełnił się ludem, który gęsto jak zbożem 
na łanie otoczył scenę i trzy fronty ratusza. Uliczne hultajstwo powyłaziło na słupy, na 
balustrady i na dach samegoż teatru, ażeby z bliska przypatrzeć się widowisku. Na żądanie 
niecierpliwej publiki musiano nawet przed rozpoczęciem widowiska porozsuwać boczne firanki, 
ażeby otworzyć widok sceny na wszystkie strony. 
Niebawem przybył król konno, z całym swym dworem, i stanął naprzeciw sceny. Z konia 
mógł lepiej widzieć całe teatrum — stawiania ławek piętrzących się jedna na drugą lub zgoła 
trybun dzisiejszych jeszcze wtedy nie znano. Po lewej strome króla stali na koniach kasztelan 
i Łopatka, po prawej Kamieniecki i Wilczek, dalej kilkunastu szlachty, zaproszonej przez 
króla, a wreszcie żołnierze królewscy, dworzanie i młodzi paziowie, bardzo ciekawi tej tragedii 
francuskiej napisanej przez Kergolaja, którego dla jego dowcipu mieli w wielkim respekcie. 
Przyjechał także Olizar, ale jako nie należący do królewskiego dworu, a przeto muszący 
mieć swój dwór własny, przybył na czele dwunastu kozaków, w bardzo piękne mundury poubieranych. 
Lud, widowiska ciekawy, chciał mu bronić przystępu, ale Olizar zrobił sobie rum 
koniem, a jego kozacy bardzo wygodne uczynili mu miejsce, wymiatając lud nahajkami, które 
jako broń narodową zawsze mieli za pasem. Dla consulów miasta i innych mieszczan 
przedniejszych poustawiano stołki przy balustradach oddzielających scenę od publiczności, 
pomiędzy nimi mieściły się, jak mogły, ich zacne matrony i córki — a zresztą ten i ów także 
przyniósł stołek dla swojej żony, niektórzy nawet poprzynosili stoły i powysadzali na nie 
swoje żony i dzieci. Frącek Ajchingier i consul nocturnus, lubiący porządek, bardzo kiwali 
głowami na tę swawolę, ale się odzywać nie mogli, bo król zakazał wszystkim drabom, tak 
zamkowym, jak też i miejskim (tak niegrzecznie nazywano wówczas policją) przeszkadzać 
widzom, bo chciał, aby dnia tego lud się bawił swobodnie. 
Lud też przez wdzięczność powitał króla przeciągłym okrzykiem i ruchem bałwanowatym, 
jako fale na morzu, bo każdy chciał go zobaczyć; ale zaledwie się te bałwany uspokoiły, odezwał 
się dzwon za sceną wewnątrz ratusza — i zaczęło się widowisko. 
Tu zaraz na samym wstępie stał się cud cale dziwny, którego nikt sobie nie umiał wytłumaczyć, 
bo kiedy publiczność na odgłos dzwonu odwróciła oczy od króla na scenę, to tam na 
owym próżnym dotychczas tronie między bawełnianymi chmurami już siedział Bóg Ojciec — 
a nikt nie wiedział, jak się tam dostał. A że Boga Ojca, boć rolę tak ważną trudno miał komu 
innemu powierzyć, grał sam Kergolaj, o czym już wszyscy wiedzieli, więc obok szmeru 
zdziwienia odezwały się także różne uwagi pomiędzy ludem. Jedni mówili: — Diabeł nie 
Francuz — drudzy zaś dodawali: — Pewno że charakternik, jak wszyscy Francuzi. — Trzeci zaś, 
mniej ukształceni, pytali: — Jestli to sam Bóg Ojciec czy jaki święty? — na co odpowiadali 
uczeńsi: — Może być Bóg Ojciec albo też Jupiter tonans116, bo trzyma piorun w swych ręku. 
Tymczasem Kergolaj był wcale imponująco ubrany: miał długą białą brodę z bawełny i 
złotą koronę na głowie, suknię białą, fałdzistą z szerokimi rękawy i cały pęk błyskawic przy sobie, bardzo misternie wyciętych z pozłocistego papieru. Oparty wygodnie o tył czerwono 
wyścielonego tronu, tymczasem spał sobie. 
Jednak niebawem schodami z obydwóch stron zaczęli wchodzić na scenę aniołowie rozmaitego 
wieku i wzrostu. Były pomiędzy nimi wyrostki, inni mniejsi, a wreszcie i małe chłopięta, 
wszyscy biało ubrani, ci ze skrzydłami, a drudzy bez skrzydeł, jeden niósł lutnię, drugi 
harfę, a trzeci trąbę mosiężną. Pomiędzy widzami szeptano sobie, że są to poprzebierani rybałci, 
którzy grać będą hejnał przed Bogiem Ojcem. Jakoż istotnie teraz odezwała się muzyka, 
ale za tronem, muzyka bardzo cichutka, jak gdyby tylko wiatr przebiegał po harfach, ale 
tym głębsze czyniąca wrażenie: publiczność przycichła, jak mak siał, a nastrój jej podniósł się 
bardzo wysoko. 
A wtedy wyszedł wielki anioł na scenę z długimi skrzydłami u ramion i długim wężykowatym 
mieczem w prawicy, pokłonił się nisko przed Bogiem Ojcem i rzekł 
— Boże Ojcze! Żydzi twojego syna krzyżują! 
Na to Bóg Ojciec się zbudził, ale oczy tylko przez połowę otworzył, tymi na wpół przymrużonymi 
oczyma spojrzał chmurnie na anioła i zawołał: 
— Czego mnie budzisz, gałganie! Idź sobie do diabła i daj mi spokój. 
Anioł zeszedł ze sceny. Król się głośno roześmiał, a za nim jego wszyscy dworzanie; ale 
pomiędzy publicznością zaczęto szemrać i sarkać. Dwóch mieszczan, przy samej balustradzie 
stojących, zaczęło się nawet spierać ze sobą, a jeden z nich, w dużym birecie niemieckim, 
rzekł głośno: 
— Nie godzi się przecie, ażeby jakiś Francuz, co nawet Bóg wie, kto on tam jest, tak poniewierał 
aniołów Pańskich. 
Ale drugi odpowiedział mu na to: 
— Jaki z waści symplicjusz!117 Przecie to nie Francuz mówi, jeno Bóg Ojciec, a przecie panu wolno wytuzać swojego sługę, kiedy co zbroi. 
Więc pierwszy zrozumiał i rzekł: 
— A! to Bóg Ojciec obruszył się na anioła, więc tedy nie ma co mówić. 
Mimo tej eksplikacji szemranie wciąż trwało, czym jednak Bóg Ojciec nie dał się wcale 
zbić z tropu i grał dalej wybornie swą rolę. Jakoż kiedy anioł zeszedł ze sceny, on się znów 
oparł o tył swojego tronu, zamrużył oczy i zasnął, a we śnie tak mówił: 
— Już mi tu św. Piotr tyle nawpuszczał tych aniołów, że przez nich ani się nawet wyspać 
nie mogę. Zmyję ja jemu za to łysinę, jak go obaczę; jeno że się kryje przede mną, pewno 
znów co przeskrobał. Albo może Żydów nawraca, jako to jego jest pasja. Diabli mnie tam po 
Żydach wychrzczonych, jeszcze ani jeden z nich się tutaj nie dostał... 
Kergolaj bardzo pięknie odegrał ten ustęp, bo zrazu mówił głośniej, potem zaś jako człowiek 
usypiający głos zniżał, a ostatnie słowa już tylko wyszeptał, że ledwie je można było 
dosłyszeć. Znawcy też bardzo admirowali tę grę wyborną i kiwali głowami; ale pomiędzy 
publicznością, na nieszczęście aktorów, znawców bardzo niewiele, więc znowu szmer poszedł 
po niej i głośne sarkanie. Mieszczanin w birecie znów się oburzył i zaczął wołać: 
— A co to? mówić o św. Piotrze z takim lekceważeniem! myć jemu łysinę? a jakie to prawo 
ma Francuz do tego? 
Na próżno jego sąsiad znowu go zrobił uważnym na to, że to nie Francuz mówi, tylko Bóg 
Ojciec, mieszczanin wszakże trwał ciągle przy swoim i mruczał dalej: 
— A potem, dlaczego Żydom przygarną? my z nimi żyjemy w zgodzie: bodajby wszyscy 
się nawrócili... 
Taki rozgowor odzywał się także po innych miejscach, z czego już było widocznym, że to 
misterium publiczności się nie podoba, a bardzo wielu nawet oburza. Nuż wtedy krzyknął 
ktoś z tłumu ogromnym głosem: 
— Ej! panie Francuz! trzymaj ty lepiej twój język na smyczy, a nie powiadaj bluźnierstwa! 
bo my ci tu prędko zaswędzimy pod nosem, a jeszcze i tobie się co dostanie, choć Boga Ojca 
udajesz! 
Nie można było dociec kto to tak wołał, choć wszyscy za nim się obejrzeli; niektórzy tylko 
się domyślali po głosie, że miał to być kaznodzieja księży dominikanów. Kergolaj jednak 
mało dbał o dominikanów i grał dalej bez przerwy. 
A wtedy ów anioł z wężykowatym mieczem znów wszedł na scenę, teraz się jeszcze niżej 
Bogu Ojcu pokłonił, ale zaraz się wyprostował i wielkim głosem zawołał: 
— Boże Ojcze! twojego syna już Żydzi ukrzyżowali! 
Natenczas Bóg Ojciec zerwał się z tronu jak oparzony i krzyknął: 
— Jak to? mego syna już ukrzyżowano? Niechże mnie wszyscy diabli wezmą... a jam nic o 
tym nie wiedział! 
Kergolaj miał zapewne dalej coś deklamować, ale już nie dokończył. W tej chwili bowiemhałas taki się wzniósł między publiką, jak gdyby pod nią samo piekło zawrzało. Ów mieszczanin 
w birecie (powiadano potem, jakoby to miał być szwagier Kundrata) pierwszy na stołek 
wyskoczył, a zaperzywszy się jak indyk i grożąc pięścią Kergolajowi, ogromnym głosem 
zawrzeszczał: 
— To herezja! a co to! nie potrzebujemy tu takich misteriów! to contra fidem!...118 
Ale już dalej trudno i jego było dosłyszeć, bo w tej chwili lud cały od tej strony ratusza 
przewalił się jak fala ku scenie, pod jego naciskiem balustrada pękła z trzaskiem jak szkło, 
poprzewracano kobiety i dzieci, wśród ogromnego hałasu wylatującego z tysiącznych gardzieli 
dał się słyszeć krzyk, jęk, pisk pokaleczonych ludzi — a jednocześnie kilkudziesięciu 
hultajów wpadło na scenę i rzuciło się z pięściami i maczugami na tron Boga Ojca. Pod ciężarem 
tej masy zaczęły deski trzeszczeć na scenie — a tymczasem ktoś rzucił zapalone łuczywo 
na chmury, bawełniane chmury się zapaliły, płomienie rzuciły się na dach płócienny, który 
także się zajął, a tak śród tego pożaru hultaje ci przewrócili tron z Kergolajem i wszystko to 
przewaliło się w bramę ratusza. A wtedy nikt już nie wiedział, co się tam działo: słychać tylko 
było hałas i trzask ogromny i razy pałek, które tam tak gęsto jak grad na kogoś leciały. Bóg 
Ojciec już tam pewnie leżał na ziemi, lecz może być, że i aniołom Pańskim się trochę tych 
pałek dostało. 
Król patrzał na tę ubijatykę i śmiał się, że aż się trzymał za boki, a jego dworacy także się 
śmieli. Ale był tam ktoś między widzami, któremu szemrania i wykrzykiwania publiki już z 
samego początku się nie podobały, bo przeszkadzały mu patrzeć i słuchać spokojnie tak pięknego 
misterium, zaś jak tylko obaczył Kergolaja w niebezpieczeństwie, zaraz mu przyszedł z 
sukursem. Tym zacnym człowiekiem był Olizar. Olizar, czy to w poczuciu, że sam był rycerzem 
francuskim, czyli też szczerą dla Kergolaja uniesiony przyjaźnią, jak tylko usłyszał 
trzask balustrady i obaczył publikę walącą się na scenę, zaraz zeskoczył z konia i dziesięciu 
swoim kozakom zsiąść kazał i na ich czele, z nahajkami w prawicy, rzucił się na przebój ku 
scenie. Waląc na prawo i na lewo i nie zważając wcale kogo wytnie nahajką, consul nie consul, 
a choćby nawet i pielgrzym z muszlami, porozbijał to tałałajstwo, zrobił rum sobie i 
wdarł się z kozakami na scenę. Wtedy to właśnie scena się zawaliła i chmury się zapaliły, 
kozacy padali na ziemię, a tu się iskry im sypią na głowy, tron już się zwalił wraz z Kergolajem 
w bramę ratusza, pałki się sypią na Boga Ojca i na aniołów, ale Olizar przecie się przebił, 
całą masę hultajstwa zamiótł przed sobą i zniknął w bramie za sceną. Przez palące się rusztowania 
i dachy nie można było dojrzeć, co się tam dalej stało w bramie i w dziedzińcu ratusza. 
Król widząc, że bójka trwa ciągle za sceną, zawołał na Wilczka: 
— Wilczek! weź no trochę żołnierzy i paziów i uspokój te nieporządki. 
Zaczem Wilczek konno się rzucił w płomienie, za nim żołnierze i pazie wymietli resztę 
publiki, a niebawem i sami zniknęli w szerokiej bramie ratusza. 
Po czym król ruszył się także i odjechał markotny na Niski Zamek, rozmawiając po drodze 
z Kamienieckim i z kasztelanem. 
Wypadek ten wprawdzie wielu zabawił, a wszystkich rozerwał, ale przecie nieprzyjemne 
zostawił po sobie wrażenie. Cóżkolwiek bądź, zawsze to nie było zaszczytnym dla miasta, 
taką burdę wyprawić w obliczu króla. Zaczem przede wszystkim władze, starościńska i miejska, 
zakazały wszelkich z tego powodu procesów i zaniechały wszelkich dochodzeń, kto temu 
był winien, ażeby o tym nie gadano i nic nie pisano. Tak uduszono tę sprawę i nigdzie po niej 
żaden ślad nie został. Jakoż i dzisiaj nikt by o niej nie wiedział, gdyby nie to, że w aktach 
sądowych miejskich znalazł się pozew z późniejszej cokolwiek daty, w którym czytamy w 
języku łacińskim: „jako Żyd Nuchim pozywa Jana Feliksa de Kergolay, ex stirpe Kmytharum, 
który przy reprezentacji misteriów został poturbowany i leczył się z guzów w jego gospodzie, 
o zapłacenie dziewięciu złotych węgierskich”. Jednak pomimo przygłuszenia tej 
sprawy dalszy pobyt we Lwowie już króla nie cieszył, jakoż w parę dni potem zabrał się z 
całym dworem i do Krakowa powrócił. 
Ale kto tymi wypadkami był najwięcej zdziwiony, to Kijas. Mądry ten człowiek, który 
zawsze wszystkiego chciał rozumem dochodzić, nie mógł żadnym sposobem dociec, dlaczego 
się ta spokojna a tak dobroduszna publiczność lwowska tym razem tak nagle zburzyła. 
— Ktoś te ekscesy nastroił i ktoś je wywołał — mówił on sam do siebie — bo przecież umysły 
nie mogły się zburzyć takim misterium, które, jak sam to widziałem, prawie dosłownie 
jest przetłumaczone z francuskiego konceptu, a które we Francji ciągle reprezentują i zawsze 
ku wielkiemu zadowoleniu króla, panów tamtejszych i wszystkich spektatorów... 
Kijas spodziewał się, że mu Kergolaj to wytłumaczy, ale Kergolaj, na teraz przynajmniej, 
nie miał wcale ochoty wdawać się w konwersacje. 
Albowiem kiedy Olizar, rozbiwszy publikę, dotarł do niego, to zastał go leżącego w bardzo 
opłakanym stanie na ziemi. Broda, mocnymi sznurkami przywiązana do uszów, jeszcze 
się wprawdzie trzymała, ale była osmalona do niepoznania, korona zdarta z głowy, a na głowie 
guzów bez liku, ta piękna suknia fałdzista na strzępie na nim podarta, a pioruny nawet i 
diabli wiedzą, gdzie się podziały. Olizar kazał swoim kozakom zebrać go z ziemi, ale kipiał 
na jego widok ze złości — i słusznie, bo czy to słychana rzecz, ażeby taka miejska hołota 
śmiała tak fatalnie sturbować takiego walecznego rycerza. Olizar nigdy niczego nie dowodził 
rozumem, ale miał ów przedziwny instynkt kozacki, który często prawdę wykrywa daleko 
prędze; niż rozum; więc i on także, tak jak i Kijas, miał to uczucie, że te ekscesy ktoś musiał 
sztucznie nastroić. 
A1e kto taki? 
Kiedy omdlałego Kergolaja zbierano z ziemi, Kundrat był przy tym i sam kozakom pomagał. 
Tak, bardzo chytrze sobie postąpił, bo tym sposobem od siebie podejrzenie odsuwał, jakoby 
on to nastroił. 
A przy takiej chytrości trzeba umieć zupełnie nad sobą panować, a Kundrat tego nie umiał. 
Pochyliwszy się nad Kergolajem i pomagając go podnieść, kiedy Kergolaj jęknął, on, nie mogąc 
powstrzymać swojej z tego uciechy, rozśmiał się szyderczo. Na jego nieszczęście Olizar 
ten śmiech dosłyszał i wyraz jego twarzy obaczył — a wtedy zaraz żelazną ręką chwycił go za 
łeb i krzyknął: 
— To ty, psiawiro, nawaryw toho barszczu! 
A jako prędki był z niego kawaler, razem z tym wykrzyknikiem ściągnął go nahajką po jego 
różowych policzkach. Kundrat z bólu aż przysiadł do ziemi, ale przytomności nie stracił, 
wypsnął mu się z ręki i zaczął w kąt dziedzińca uciekać. A wtedy Olizar za nim i jak długo 
starczyło dziedzińca, prażył go swoją nahajką; ile mu ich wsypał, nie można się było dokładnie 
dowiedzieć, jedni mówili, że tylko pięćdziesiąt, ale drudzy utrzymywali, że się cała kopa 
zmieściła. 
Kergolajowi, który choć stał już na nogach, jeszcze nie był całkiem przytomny, chciano 
nalać w nos okowity, co jest najskuteczniejszym środkiem na omdlenie; ale on, jak tylko obaczył, 
z jaką energią i sumiennością Olizar Kundratowi plecy garbuje, zaraz otrzeźwiał, a nawet 
się rozśmiał. 
I bardzo słusznie, bo tym sposobem, chociaż cnota cierpiała niewinnie, jednak występek 
został ukarany. 
Kundrat to może cokolwiek za drogo okupił, bo kopa nahajek, choćby nawet niespełna, 
zawsze to cena wysoka; ale za tę cenę uwolnił się od podejrzenia, jakoby to on wywołał te 
ekscesy. Albowiem potem nikt o tym nie wiedział, a nawet i Olizar się nie przyznawał do 
tego, że to on go pobił w dziedzińcu, powiadano tylko, że razem z Kergolajem został pobity — 
a kiedy pobity, to oczywiście niewinny. 
Kergolaja przyniesiono na płaszczach do jego gospody i położono na łóżku, poczciwy Kijas 
przysłał mu pierzyn a zarazem i butel prawdziwej greckiej oliwy, aby się nią wysmarował: 
Olizar zaś już wcale go nie odstąpił i po bratersku pilnował, póki się nie wyliże. Choroba jego 
trwała z jakie dwa tygodnie albo więcej, ale nareszcie rycerska natura zwyciężyła te guzy, 
które zresztą byłyby daleko mniej bolały, gdyby był je otrzymał w turnieju od równego sobie 
rycerza, niżeli w tym razie, gdzie podły gmin się poważył podnieść rękę na niego. Ale i na to 
się znalazło lekarstwo, nim bowiem jeszcze zupełnie wyzdrowiał, przyniesiono mu list z kancelarii 
królewskiej, w którym król mu wyraża swą kondolencją i zaprasza go, ażeby zaraz do 
Krakowa przyjechał, jak tylko stanie na nogach. Miał jeszcze jedną troskę niemałą, bo wydał 
wszystkie pieniądze, którymi miał odbyć swą podróż do Jeruzalem, a jeszcze i długów narobił 
w gospodzie i w mieście, ale na to mu znowu Kijas poradził, pożyczając mu dostateczną sumę 
pieniędzy na owe pięćdziesiąt grzywien, które mu Kmita był winien. 
Tak więc jednego dnia mógł spokojnie i z czystym sumieniem kazać zatrąbić na odwrót ze 
Lwowa. Już jego namiestnik rozpłacił się z Żydem, już jego żołnierze siedzieli na koniach, 
już jego biały ogier stał osiodłany przed bramą, już nawet pożegnał się z Olizarem, ściskając 
mu rękę powyżej kostki, przysięgając mu przyjaźń dozgonną i polecając mu Pachnę jego 
czułej opiece — a Nuchim stał jeszcze przy nim, patrzał mu w oczy i przestępował ciągle z 
nogi na nogę, jak gdyby mu chciał coś powiedzieć, a nie śmiał. 
— Czegóż ty tak patrzysz na mnie spode łba? — rzekł Kergolaj do niego, niecierpliwiąc się 
także, że go podsłuchuje — możeś niekontent, że wyjeżdżam spokojnie, a nie zostawiam ci 
parę guzów na pamiątkę po sobie? 
Na to Żyd, uśmiechnąwszy się, powiedział grzecznie: 
— Jeszcze mi się coś za osobisty rachunek od jegomości należy. 
— Patrz! byłbym zapomniał w tym roztargnieniu — zawołał Kergolaj do Olizara, a potem do 
Żyda — ileż ci się należy? 
— Dziewięć czerwonych złotych — powiedział Nuchim. 
— Zaraz ci to zapłacę! — zawołał Kergolaj, a to mówiąc, chwycił za rękojeść swojego miecza, 
aby go z pochwy wyciągnąć. 
Żyd zbladł jak ściana, a chwyciwszy Kergolaja za rękę, zawołał ze strachem: 
— A co jegomość chce robić? gwałt! to niekoniecznie zaraz płacić, to można i innym razem, 
to ja mogę poczekać... 
— Ale ja twego czekania nie potrzebuję! ja ci zaraz zapłacę! — krzyknął Kergolaj i znowu 
chwycił za miecz. 
Ale teraz już Nuchim porwał go obydwiema rękami za rękę i trzęsąc się cały, a udając, że 
niby się śmieje, zaczął niezrozumiale bełkotać: 
— Gwałt! na co to? Jegomość mnie nie zrozumiał. Ja tylko tak żartem powiedział, że kto 
inny byłby jegomości narachował... Ale ja, chowaj Boże! Mnie już namiestnik zapłacił... Ja 
kontent, że jegomość u mnie nocował... Niech Pan Bóg szczęśliwie prowadzi. 
— Jak nie chcesz, to ja cię gwałcić nie będę — rzekł Kergolaj — miejże mnie w dobrej pamięci. 
Nuchim jeszcze go podprowadził, a zginając się przed nim we dwoje, rzekł jeszcze w bramie 
cokolwiek złośliwie: 
— Niech Pan Bóg da wielkie szczęście po drodze. 
Kergolaj zatem wsiadł na koń i Olizar już miał wsiadać, ale przecie nie mógł wytrzymać, 
ażeby sobie z Żyda nie zadrwił, przyskoczył więc do niego, trącił go w bok i zapytał: 
— A ty głupi Żydzie, czego ty nie brał zapłaty? 
— Nu — rzecze Żyd dumnie, widząc już Kergolaja na koniu — dziękuję za taką zapłatę, milsza 
mi moja szyja niżeli dziewięć dukatów. 
— Ale ty głupi, Żydzie! przecie on nosi dukaty w pochwie od miecza! — zawołał Olizar i 
śmiejąc się z Żyda, wsiadł na koń i z Kergolajem odjechał. 
Żyd zbladł znowu jak ściana, ale tym razem z żalu i targał sobie pejsy ze złości, a potem 
Kergolajowi proces wytoczył. 
Olizar odprowadził Kergolaja aż do św. Jura i gwarzył z nim wesoło przez drogę, chwaląc 
Lwów, jako jest zabawny i wyrażając nadzieję, że Kergolaj znowu niebawem tutaj zawita. 
Ale Kergolaj jakoś był chmurny, nie przeczył mu przez grzeczność, ale przecież mruknął 
przez zęby: — „Lwów nie każdemu zdrów”, a jam tu o mało duszą nie beknął... — Jednak to 
mu przypomniało przysługę, jaką mu oddał Olizar, zaczem jeszcze raz mu dziękował i pożegnali 
się bardzo serdecznie. 
Po odjeździe Olizara Kergolaj puścił swoich żołnierzy naprzód, a sam jechał z tyłu, zwiesiwszy 
głowę i bardzo jakoś zamyślony. Jednak wyjechawszy na wzgórze za św. Jurem, skąd 
całe miasto widać jakby na dłoni, ocknął się, obrócił się z koniem ku miastu, podniósł ku 
niemu pięść zaciśnioną i zawołał: 
— Bodajże cię piorun trząsł, panie Lemburg! dałeś mi się dobrze we znaki. Daj Boże ci to 
odpłacić! 
Dobrze, że Lwów nic o tym nie wiedział, bo byłby się pewnie okrutnie przestraszył. 
VIII 
ŚREDNIOWIECZNA TRAGEDIA 
Na zamku kmitowskim od czasu wyjazdu Wilczka już niedługo trwały festyny. Wilczek 
był jedynym rycerzem pomiędzy gośćmi, co się znał na swoim rzemiośle i był duszą turniejów, 
wszyscy inni byli to sami szlachcice wiejscy, bardzo waleczni w bitwach, gdzie chodziło 
o życie, ale mało obeznani z obyczajami i zabawami wykwintniejszego rycerstwa, w których 
szło o popisanie się zręcznością i siłą i gdzie się zwykle kończyło tylko na guzach. Zaś bez 
rycerskich zapasów nie było wówczas prawdziwie rycerskiej zabawy. Prócz tego kasztelanowa 
rozumiała, że dosyć już nakarmiono i napojono panów sąsiadów, ażeby zadość uczynić 
potrzebom popularności — a sam kasztelan nigdy nie przywiązywał zbyt wiele wagi do wykarmiania 
sobie stronników, bo był przekonanym, że jeśli się zjawi na sejmiku w Sanoku i 
krzyknie: — Górą ziemia sanocka, a Kmita na czele! — to szlachta kołek w kołek podjedzie pod 
jego chorągiew i ani jednego nie braknie. Kiedy więc ostatni goście się porozjeżdżali do domów, 
już nowych nie zapraszano. Ale pani Gniewoszowa się jeszcze została. 
Gniewoszowa prowadziła swą sprawę nadzwyczaj rozumnie i zręcznie. Kasztelanowę pozyskała 
zupełnie dla siebie, co jej się udało tym łatwiej, ile że wyrozumiała jak najdokładniej 
jej żale, jej smutki i obawy i potrafiła wpoić w nią wiarę, że ona jedna ma na to wszystko 
pewne i niezawodne lekarstwa. Z Kmitą miała sprawę jeszcze daleko łatwiejszą, bo on, prócz 
pomnażania i utrzymania swoich majątków, na wszystkie inne interesa, choćby nawet swej 
własnej rodziny, niewiele zwracał uwagi. Wilczka miłował szczerze i rad by go był ożenił z 
Jagienką, uważał go bowiem za zacnego człowieka, mającego wszystko po temu, aby pójść 
bardzo wysoko, a przeto mogącego przynieść i szczęście, i zaszczyt Kmitównie; prócz tego 
byłoby go to zabawiło, gdyby był figla wypłatał żonie, dlatego też dał radę Wilczkowi, aby 
wziął sobie Kamienieckiego za swata; ale zresztą... świat na tym nie stał u niego. W gruncie 
zaś jego przekonań wydanie panny za mąż babska to sprawa, jeżeli się Wilczkowi nie uda, a 
Jego żona postanowi inaczej, to niech sobie tak będzie. Gniewoszowa go pod tym względem 
doskonale wyrozumiała i była z niego zupełnie zadowoloną. 
Z Jagienką postępowała także rozumnie, ale zarazem bardzo oględnie, bo w swoich rozmowach 
z gadatliwymi pannami fraucymeru łatwo się dowiedziała, że Wilczek jej się podobał, 
ale tego nie mogła z nich wyrozumieć, do jakiego stopnia dojrzały jej sympatie dla niego 
— a była tego przekonania, że z miłosnymi uczuciami młodych panienek, chociaż według niej 
były to tylko kaprysy, trzeba się obchodzić bardzo ostrożnie. Miała wprawdzie nieomylny 
środek oburzenia jej przeciw Wilczkowi: potrzebowała rzucić jej tylko słóweczko o jego stosunkach 
z córką tego tam jakiegoś putnego bojara i byłaby zaraz wywołała rewolucją w jej 
głowie. Ale na to była ona zanadto głęboką znawczynią ludzkiego serca. Wiedziała dobrze, że 
tym Jagienkę na Wilczka oburzy, ale ją i na siebie oburzy, zwłaszcza jeżeli się już w nim zakochała: 
bo kochająca kobieta rozgniewa się na swego ulubionego, jeśli się dowie o nim coś 
złego, ale zazwyczaj mu prędko przebaczy, temu wszelako nigdy nie przebaczy, który jej to 
złe o nim powiedział, albowiem czy tylko ją upokorzył przed sobą, czy wcale rozwiał jej ukochane 
złudzenia, zawsze zostanie wstrętnym jej sercu. 
Gniewoszowa zatem bardzo rozumnie wzgardziła tym środkiem, a natomiast tylko jak 
mogła najzręczniej wybadywała Jagienkę o jej sentymenty dla Wilczka. Ale tutaj jej zręczność 
ją całkiem zawiodła. Albowiem Jagienka wychowywała się w klasztorze i wychowywano 
ją do klasztoru, do którego wcale nie była stworzoną. Zakonnnice, chcąc jej temperament i 
jej charakter do reguł zakonnych przerobić, strofowały ją zawsze bardzo surowo za górny 
polot jej myśli, za jej światowe uczucia, nawet za jej otwartość i szczerość — a tak już zawczasu 
nauczyła się ukrywać swe myśli przed ludźmi i przed nikim swych uczuć nie zdradzać. 
Gniewoszowa więc nie odkryła w niej ani śladu jej miłości dla Wilczka — a zrozumiawszy 
tym trybem, że Jagienka nie pomyślała jeszcze wcale o żadnym młodzieńcu, powzięła przekonanie 
u siebie, że cel swój osiągnie bez żadnej trudności. 
Co by się było stało, gdyby Jagienka, wychowana inaczej, była powzięła zaufanie do 
Gniewoszowej i wyspowiadała się przed nią otwarcie, że Wilczek już się stał gorącym pragnieniem 
jej serca, ideałem jej myśli, jej Bogiem? Być może, że wtedy ta rozumna i wszystko 
przewidująca kobieta byłaby tę sprawę puściła w odwlokę, a tymczasem byłyby się zmieniły 
okoliczności i zaszły inne wypadki. 
Ale to stać się nie mogło — i nie był to także fatalizm tylko konieczność, wypływająca z 
nieubłaganą logiką z natury rzeczy. 
Gniewoszowa zwróciła także baczną uwagę na Smolickiego, bo nie mogła nie spostrzec, 
że człowiek ten, chociaż jakąś nieokreśloną rolę odgrywał na zamku, bo był niby to krewnym, 
niby gospodarzem a zarazem niby trefnisiem, miał możność wywierania pewnego wpływu na 
wszystkich. Jakoż istotnie wpływ jego był rzeczywistym, a nawet polegał na dwóch bardzo 
silnych podstawach: najprzód na tym, że ten opasły, a czasem pozornie niby zaspały szlachcic 
odgadywał niezmiernie trafnie każde położenie i zawsze o wszystkim swoje własne miał zdanie, 
co mu dawało pewną wyższość nad innymi; a po wtóre, że sobie wyrobił przywilej wypowiadania 
swoich zdań bez ogródki i często bardzo ciętych do tego używał wyrazów. Tacy 
ludzie bywają niebezpieczni, bo nieraz jednym słowem zmieniają usposobienie umysłów. 
Starościna czorsztyńska to wszystko wiedziała, a nawet zauważała, że kasztelanowa miała 
szczególniejsze względy dla niego, w codziennych sprawach często go się radziła, a te narady 
tak się wciąż powtarzały, iż się zdawało, jakoby pomiędzy nimi trwała ciągła wymiana myśli. 
Ale zarazem i to było widocznym, że Smolicki był nadzwyczajnie przywiązanym do domu 
Kmitów, a kasztelanowę tak kochał, jak własną córkę. Z tej też ostatniej okoliczności Gniewoszowa 
wywnioskowała sobie, że Smolicki może tam ma jakie dawne sympatie dla Wilczka, 
z którymi się zresztą nie taił, ale dlatego że Jagienkę wydadzą za tego lub owego rycerza, 
przecie rewolucji nie zrobi. I tu zapewne trafnie osądziła rzecz i człowieka. 
Z księdzem Białym wcale się nie liczyła. Rozmówiwszy się z nim kilka razy, chociaż zaraz 
spostrzegła w nim awanturnika, lubiącego kabały, przyszła do przekonania, że w razie 
potrzeby będzie mogła go kupić za kilkanaście złotych węgierskich. Ale go nie kupiła — a to 
było może błędem z jej strony. 
Tak rozum ludzki, choćby najbystrzejszy i najrozleglejszy, nigdy nie może liczyć na swą 
nieomylność. W świecie teorii jest zawsze w stanie tworzyć prawdy i osadzać je na granitowych 
podstawach, których żadna potęga nie wzruszy; ale w życiu praktycznym, w wykonaniu 
teorii, jego rachuby bardzo często go mylą — a ilekroć znajdzie się wobec zagadki skomplikowanej, 
na której rozwiązanie inni ludzie przeciwne mogą wywierać wpływy, jeden jedyny z 
tych ludzi, zamknąwszy przed nim swój umysł i serce, bardzo często wystarcza, ażeby go w 
błąd wprowadzić i pokrzyżować jego przewidywania. Wszelako ten świat jest tak urządzony, 
że ludzie i takim niedostatecznym rozumem osięgają swoje zamiary — a osięgają je nawet 
wbrew przeciwnym okolicznościom, jeżeli tylko odpowiednią swemu zadaniu rozwiną energią. 
Cóżkolwiek bądź, Gniewoszowa, uścieliwszy drogę swoim zamiarom wedle swego rozumu, 
pchnęła bez zwłoki gońca do syna, ażeby zaraz przyjeżdżał na Sobień. 
Gniewosz po otrzymanym wezwaniu przyjechał we dwa dni — i przyjechał tak samo pod 
wieczór, jak niegdyś Wilczek. I tak samo, jak Wilczek, sprawił na wszystkich bardzo przychylne 
dla siebie wrażenie. Gniewosz, jak go już znamy, nie mógł nawet na pierwszym wstępie 
nie obudzić dla siebie sympatii, albowiem jego postać zewnętrzna imponowała swoją męską 
pięknością, każdym swym ruchem znamionował uczucie swojej godności, był nadzwyczajnie 
grzecznym dla wszystkich, a przy tym w każdym jego słowie przebijała się dobroć 
serca i skromność. Ta dobroć serca była w nim czymś nadspodziewanym, bo nie licowała z 
jego kolosalną budową, znamionującą na pierwszy rzut oka olbrzymią siłę fizyczną; ale właśnie 
ta sprzeczność, jaka leżała pomiędzy jego tytaniczną postacią a dziecięcą słodyczą temperamentu, 
podnosiła jeszcze obudzoną dla niego sympatią tym uczuciem szacunku, jakie 
mamy zazwyczaj dla tych, którzy widocznie mogliby nam dać uczuć swoje przewagę, a nie 
chcą. Tak w małą godzinkę Gniewosz zniewolił wszystkich dla siebie — a idąc do wieczerzy, 
miał to uczucie, że między tymi ludźmi, których dopiero co poznał, jest jakby w swej własnej 
rodzinie. Jego matka nie spuściła żadnego szczegółu z oka i była z tego bardzo zadowolona. 
Ale na tym świecie tylko miłość może być bezwzględną, bezwarunkową i płynąć jednolitym 
strumieniem bez żadnych w swym wnętrzu odcieni. Wszelkie inne uczucia ludzkie są 
zawsze względne, mieniące się w sobie i zmienne. Do sympatii dla siebie można ludzi na 
samym wstępie zniewolić, lecz przeto się jej jeszcze nie pozyskało na zawsze, bo trwałą sympatią 
można sobie tylko wysłużyć. Przeciwko wyniewolonej sympatii bardzo prędko podnosi 
się opozycja, bo każdy człowiek ma to w swojej naturze, że nie lubi być zniewalanym, choćby 
nawet do czegoś takiego, co sam uznaje za słuszne. Poddaje się łatwo pierwszemu wrażeniu, 
ale jak tylko uczuł, że mu się dał opanować znienacka, zaraz przeciwko niemu się burzy. 
Tak było także z Gniewoszem. Wszyscy ulegli pierwszemu wrażeniu, ale jak tylko zeń 
ochłonęli, każdy zaczął szukać, co by mu mógł zarzucić. Pierwszy w ton taki niestrojony uderzył 
Kmita. Pan małopolski, mający od wieków ducha opozycyjnego we krwi, zaczął się z 
lekceważeniem wyrażać o królu, co Gniewoszowi nie mogło być miłym, a jak się przy gęstych 
kielichach rozgadał, to i królewskim dworakom niejedną łatkę przyczepił. Smolicki, czy 
to chcąc kasztelanowi wtórować, czyli też przeczuwając w Gniewoszu współzawodnika 
Wilczka, przyciął kilka razy dosyć dotkliwie tym kawalerom, co to są w łaskach u króla i niby 
to pomagają mu rządzić, ale jeszcze daleko lepiej mu służą w jego miłostkach. 
— Rządzą, bo rządzą — powiadał Smolicki — ale o tych rządach podobno daleko więcej wiedzą 
mieszczki krakowskie niżeli całe królestwo. Mało niewiele, a dowiemy się nagle, że się 
król z jaką Gretą na lewą rękę ożenił, a potem już chyba i jego kawalerowie, ażeby nie pozostać 
za panem, także się z niemieckimi mieszczkami pożenią. 
Ośmielony takimi przycinkami, nawet skromny zazwyczaj ksiądz Wara przepił także po 
kilka razy do tej szlacheckiej młodzieży, co zamiast siedzieć na wsi i sprawować obywatelskie 
urzędy, wiesza się przy królu i uczy się spełniać jego rozkazy. 
— Bodajby im tylko kiedyś — mówił ksiądz Wara — nie przyszło na własnych ojców i braci 
uderzać i brać ich w łyka, aby ich zamieniać w poddanych króla. 
Jagienka, obok której posadzono Gniewosza, dotychczas tylko bardzo ciekawie mu się 
przypatrywała. Już jak tylko go obaczyła, jej żartka wyobraźnia zaczęła grać i przedstawiać 
jej nie widziane dotąd obrazy. Zdawało jej się, że widzi żywego przed sobą jednego z tych 
bajecznych rycerzy, co piją z rogu kąpiącego się w morzu, co mają głos taki, jak Stentor Homera, 
którym pięćdziesięciu wołających mężów przekrzyczą, co w gniewie ogromne skały 
rozdzierają na dwoje, co w bitwie porywają w żelazo okute konie w swe ręce i nimi swych 
nieprzyjaciół druzgocą, co ranni słyszą głos sławy, wołający ich z nieba, i umierają w zachwycie, 
z niebiańskim uśmiechem na ustach. Gniewosz zdawał jej się być jednym z takich 
rycerzy, więc patrzała nań z ciekawością, ale zarazem i z grozą. Gniewosz trzymający się 
zawsze tej starej rycerskiej zasady, "że rycerz powinien głośno bić, a cicho mówić”, odpowiadał 
tak słodkim głosem na jej pytania i towarzyszył swym słowom tak m pogodnym 
uśmiechem, jak gdyby ją ze słonecznego rogu obsypywał kwiatami. Bardzo ją to bawiło jako 
rzecz ciekawa i nowa, ale przecież słuchała go z niepokojem, ile razy spojrzała mu w oczy, 
zawsze zadrżała jak gdyby ze strachu, a ile razy on ręką ruszył, nagle się odsuwała od niego, 
bo ją opanowywało takie uczucie, że jeżeli się tylko jej sukni dotknie, to ją stłucze jak miskę 
glinianą. Bardzo ją zajmował ten człowiek, byłaby go chętnie wypytywała o różne sprawy 
rycerskie i pilnie słuchała, ale byłaby chciała, żeby gdzieś siedział daleko i żeby na nią nie 
patrzał... 
Starościna czorsztyńska to uważała i wyprowadziła stąd wniosek, podobno nie całkiem 
trafny, że Jagienka nie ma wstrętu do jej syna. To było bardzo dobrze. Ale nie uszły także jej 
uwagi owe rozmaite uszczypliwości Kmity, Smolickiego i księdza Wary — a to ją zniecierpliwiło. 
Wprawdzie kasztelanowa była nadzwyczajnie uprzejmą dla jej syna, sama wyznaczyła 
mu miejsce obok Jagienki i wśród rozmowy nie szczędziła grzeczności, co w tym położeniu 
miało pewne znaczenie; ale kasztelanowa słuchała także bez wstrętu owych przycinków do 
króla i jego dworaków, a to znów było niedobrze. Gniewoszowa tedy powiedziała sobie: Tu 
nie masz czasu do stracenia, bo za parę dni mogą się zacząć kabały... I wstała pierwsza od 
stołu, aby przerwać te konwersacje. 
Po wieczerzy mało już rozmawiano i niebawem zaczęto rozchodzić się na spoczynek. 
Wszyscy szli jednym wielkim korytarzem, z którego do wszystkich skrzydeł rozchodziły się 
drogi. Gniewosz podprowadził matkę do jej apartamentu, a kiedy jej powiedział: — Dobranoc 
— ona mu rzekła półgłosem: 
— Jeżeli nie jesteś bardzo sfatygowany, to przyjdź jeszcze do mnie na pogadankę; mam 
wiele rzeczy, o których bym się chciała z tobą rozmówić. 
W tej samej chwili Smolnicki, podprowadzając Jagienkę wraz z fraucymerem, rzeki do 
niej na osobności: 
— Waćpanna nie masz szczęścia do tych królewskich rycerzy. O tamtym powiedziano, że 
lekki, a ten mi się zdaje trochę za ciężki. 
A na to Jagienka: 
— Pan Smolicki zawsze jest krotochwilny. Przecież pan Gniewosz nie przyjechał do mnie 
w konkury. 
A Smolicki jej odpowiedział z naciskiem: 
— On zapewne o tym nie myślał, ale po to go tu powołano. Trzeba zawczasu przygotować 
się na to, aby ten szturm mężnie wytrzymać. 
Na te słowa Jagienka zbladła jak chusta i serce jej mocno bić zaczęło, a myśli jej tak się 
zaćmiły, że sama nie wiedziała, którędy i jak się dostała do swojej sypialni. Znalazłszy się 
sama, była przez chwilę prawie bez przytomności. Wiedziała bowiem dobrze, jak absolutną i 
jak zazwyczaj bezwzględną jest władza rodziców i opiekunów nad dziećmi. Jak postanowią, 
tak się stać musi, dziecko przeciwko ich wyrokowi protestować nie może i nawet mu się nań 
skarżyć nie wolno... Na tę same myśl zimny dreszcz przejął wszystkie jej członki i odjął jej 
władzę myślenia. Nieokreślony lęk, który ją opanował, bezdenna przepaść, która przed nią się 
otworzyła, widok uciekającego raju szczęścia, który sobie z Wilczkiem marzyła, i wiecznej 
śmierci duchowej, która ją czekała z Gniewoszem, zamąciła jej zmysły do tego stopnia, że 
ziemia jej zniknęła sprzed oczu i nie wiedziała, gdzie jest i co się z nią dzieje. 
Kiedy znowu oprzytomniała i myśleć zaczęła, to znienawidziła Gniewosza, jak piekielnego 
wysłańca, a całą duszą i na wiek wieków przylgnęła do Wilczka, jak do zbawczego anioła. 
Myśląc potem spokojniej, zapytywała się siebie: Może to być, ażeby ten zacny kasztelan, 
najlepszy człowiek pod słońcem, co mnie tak kocha serdecznie, jak własną córkę... może to 
być, aby kasztelanowa, taka poczciwa, taka szlachetna, taka dobra dla wszystkich... może to 
być, aby ci ludzie gwałtem mnie oderwali od tego, który mi szczęście przynosi, a któremu nic 
nie mają do zarzucenia, i przykuwali mnie gwałtem do tego, który mi jest obcy jak ta turma 
zamkowa, którego się boję jak zwierza, dla którego mam tylko wstręt i pogardę... A po namy
śle, któremu przyświecała bujna jej wyobraźnia i jeszcze z klasztoru wyniesiona skłonność do 
czarnego zapatrywania się na świat i ludzi, odpowiadała sobie z boleścią: Że to być może... że 
tak jest pewnie... Smolicki powiedział, on wszystko wie. Wszyscy się na mnie sprzysięgli... 
Po takim rozmyślaniu zapadła w ciężką i bolesną zadumę, a jej wszystkie uczucia snuły się 
około tej myśli czarnej i rozpaczliwej: że jest sama jedna, opuszczona, porzucona przez 
wszystkich, i na całym zamku nie masz jednej duszy ludzkiej, która by miała dla niej choć 
jedno tchnienie litości. 
W tej chwili, wśród ciszy grobowej pomiędzy zamkowymi murami, doszły jej uszu tony 
lutni grającej. Te dźwięczne tony, spływające gdzieś z góry, sprawiły na niej zachwycające 
wrażenie. Wstała i przystąpiła do okna. To Pretficz siedział na górnym piętrze w otwartym 
oknie swojej izdebki i grał na lutni dźwięczne piosenki. Jagience, kiedy go obaczyła, zdało 
się, jak gdyby od niego bił promień światła do jej ciemnicy. Przecież jest jedna poczciwa dusza, 
która ma dla niej współczucie! Uczucie wdzięczności tak ją opanowało w tej chwili, że 
porwała bukiecik róż, który miała pod ręką i rzuciła mu go w jego otwarte okno. Pretficz go 
pochwycił w powietrzu i coś jej powiedział: ale słów jego nie można było zrozumieć, słychać 
tylko było, że mówił przez łzy... Jagienka się cofnęła w głąb izby. 
Po chwili milczenia Pretficz zaczął grać znowu i grał jeszcze długo. Ta cicha i wdzięczna 
muzyka uspokoiła ją i nareszcie uśpiła. Po tych silnych wzruszeniach spała snem twardym, 
dopiero nad ranem zaczęły się jej jakieś sny pokazywać. A wtedy, jak niedawno Formozie, i 
jej także śnił się Cherubin, ale ten był straszny jak syn Erebu, cały w czarne zakuty żelazo 
siedział na wspinającym się koniu skrzydlatym i przeszywał kopią pierś leżącego na ziemi 
białego rycerza — a rycerz ten zwyciężony miał anielską twarz Wilczka. 
Starościnie dano pokoje gościnne obok tej małej kaplicy, którą niedawno zbudowano na 
cześć św. Stanisława. Sama o nie prosiła, miała bowiem zwyczaj także na zamku czorsztyńskim 
odprawiać swoje modlitwy w kaplicy. Kaplica tutejsza była bardzo maleńka, raczej dosyć 
szeroka, lecz płytka alkowa, w której na wysokości trzech schodów zbudowano ołtarz z 
obrazem patrona Kmity, przed którym we dnie i w nocy palił się zawieszony u stropu kaganiec 
i gdzie się tylko sam ksiądz mógł pomieścić z ministrantami. Podczas nabożeństwa 
otwierano na ścieżaj szerokie drzwi, które wychodziły do dużej, wysokiej i rzeźbionymi z 
drzewa figurami poważnie przystrojonej komnaty, a w tej komnacie gromadzili się pobożni 
dla wysłuchania mszy świętej. Za tą komnatą znajdowały się dwa gościnne pokoje, w których 
zazwyczaj mieszczono biskupów i innych dygnitarzy kościelnych, odwiedzających zamek 
sobieński, teraz dano je Gniewoszowej. 
Wróciwszy do swoich pokojów, starościna, jak miała zwyczaj, zaraz się do modlitwy 
przebrała. Zrzuciła więc najprzód, co miała na sobie ze złota i drogich kamieni, bo nie godziło 
się wówczas z takimi świecidłami pokazywać się Bogu, potem wdziała na siebie suknię 
ciemną, z grubego sukna krojem zakonnym uszytą, na głowę włożyła czarny czepiec ze 
spuszczonymi uszyma, jakie w fioletowym kolorze nosili wówczas biskupi, zawiesiła na piersiach 
duży krzyż ze słoniowej kości, który był poświęcany w Rzymie, a dłużej niżeli od wieku 
chował się w jej rodzinie, do ręki wzięła różaniec, który jej przyniósł pielgrzym pobożny 
ze Ziemi Świętej, potarłszy go wprzódy o grób Chrystusa Pana — a tak przystrojona i uzbrojona, 
uklękła przed ołtarzem otwartej kaplicy do swoich modłów wieczornych. 
Modliła się długo i szczerze, prosząc zapewne Boga, ażeby pobłogosławił jej zacnym zamiarom, 
które właśnie zabierała się spełnić w celu podniesienia i uświetnienia rodziny Gniewoszów, 
rodziny nie jej własnej, bo w nią weszła z domu Magierów, ale której tradycją, ducha 
i wszystkie uczucia wzięła w siebie zupełnie i obyczajem chrześcijańskiego świata zrosła 
się z nią, jak z swoją własną. 
Gniewosz, wszedłszy do tej komnaty, będącej w tej chwili jakoby nawą kościoła, i obaczywszy 
matkę zatopioną w modlitwach, przybliżył się na palcach do kaplicy, a ukląkłszy w 
jej progu, zaczął także się modlić. Albowiem Gniewosz był także nabożnym: ale sposobem 
ówczesnych rycerzy, którzy mieli się za żołnierzy, obowiązanych bronić powagi korony, której 
blask opromieniał ich pancerze i hełmy, i całości królestwa, które ich chlebem karmiło, 
lecz zarazem czuli się zbrojnymi kapłanami tej świętej wiary, która im otwierała królestwo 
niebieskie, a za którą zawsze byli gotowi przelać krew swoję. Pod owe czasy te dwa urzędy 
były nierozdzielne w rozumieniu chrześcijańsko-katolickich narodów: biskupi w złociste 
ubierali się zbroje, pasowali szlachecką młódź na rycerzy i prowadzili wojny w obronie Kościoła 
i swoich episkopatów — a świeccy rycerze zostawali niejednokrotnie proboszczami, 
prałatami i biskupami, chociaż kapłańskich święceń nie mieli. Obyczaje te przejęliśmy w części 
od Europy zachodniej, w części zaś od Krzyżaków, o którycheśmy się od lat tak wielu 
wciąż ocierali; ale Gniewosz miał je głębiej wpojone niż inni, bo przez lat kilka uczył się 
wojennego rzemiosła u królów i książąt niemieckich i tam pasowan był na rycerza. Religijne 
pojęcia tych kapłanów-rycerzy nie były bardzo głębokie. Wiara ich była wprawdzie na pozór 
bardzo gorąca, ale nie całkiem ślepa: modlili się przed bitwą, nosili amulety, czynili śluby, 
ofiarowali się swoim patronom, ale przede wszystkim wierzyli w pięść swoje, byli przekonani, 
że tylko temu Pan Bóg pomaga, kto sam sobie pomaga, a Kergolaja dewiza: Ayde toi et 
Dieu t’aydera była ich wszystkich dewizą. Ale wiara ich, utopiona w religijnych obrządkach, 
była niezmiernie przesądną: obok swej pięści wierzyli w działanie sił nadprzyrodzonych, w 
istnienie duchów, cudów i czarów, lada gra wyobraźni wywierała na nich rewolucyjne wrażenie 
— a te żelazne postacie, nie tylko przed rozumnym rozkazaniem, ale przed jakimkolwiek 
kaprysem ojca lub matki, przed groźbą fanatycznego księdza z ambony, przed lada zaklęciem 
na karę Boską lub duszy zbawienie, uginały się jak lalki woskowe i dawały się prowadzić jak 
dzieci. 
Kiedy starościna skończyła swoje pacierze i wstała z klęczek, to miała twarz wypogodzoną 
i głowę podniosła do góry, jak gdyby modlitwa ulżyła jej sercu i rozjaśniła jej umysł — a kiedy 
i syn jej skończył swój pacierz wieczorny, siadła w głębokim krześle obok kaplicy, posadziła 
go naprzeciw siebie i zawiązała z nim długą rozmowę. 
— Jakże ci się powodzi od czasu, jakem cię nie widziała? — spytała go z wielką powagą. 
— Mnie się powodzi jak zwykle — odpowiedział jej Gniewosz — czasem muszę pracować za 
innych, bo król na mnie łaskaw, ale nie skarżę się na to, boć to mój obowiązek. 
— Na pracę nigdy się skarżyć nie trzeba, idzie tylko o to, ażeby znachodziła nagrodę. Jakież 
tam masz teraz widoki? 
— Na teraz żadnych. Sądzę, że jeśliby jaka mniejsza kasztelania zawakowała, to król by mi 
jej nie odmówił, ale dotychczas nie masz wakansu. 
— Przecież wakuje kasztelania sanocka. 
— Och! o tej nie ma co myśleć — rzekł Gniewosz — wodzą się o nią za łby Balowie z Kmitami, 
chociaż ja tak rozumiem, że i z nich żaden jej nie dostanie. 
— Dlaczegoż tak rozumiesz? 
— Bo król oprócz Piotra wszystkich Kmitów nie lubi, a Balowi jej nie da, bo Kmitowie nie 
cierpią Balów, więc znowu król nie chciałby Kmitów do żywego urazić. 
— Więc może by właśnie teraz o nią uderzyć? 
— Myślałem o tym aż do lwowskiej podróży. Ale teraz się rozmyśliłem, bo mi się zdaje, że 
król wziął we Lwowie kogoś na oko i temu ją przypnie. 
— Któż to jest taki? 
— Kergolaj. 
Tu Gniewoszowa się przez oka mgnienie zastanowiła, widać było, że ta nowina była dla 
niej niespodziewana, ale nie dała tego poznać po sobie, owszem, powiedziała przeciwnie: 
— Chociaż Kergolaj nie jest całym Polakiem i bardzo wielu jest lepszych od niego, jednak 
by mnie to wcale nie zadziwiło, bo ma koligacje. Kmitowie i Lanckorońscy, a do tego ci 
wszyscy, co z nimi są spokrewnieni, to jest potęga, z którą i królowie liczyć się muszą, choć 
czasem nie chcą. I myśmy mieli koligacje i jeszcze nam coś z nich zostało, ale wszystko to 
zaprzepaścił pan Gniewosz z Dalewic... 
Gniewosz milczał, a jego matka tak dalej mówiła: 
— Przez tyle wieków przodkowie nasi krwią swoją i zdrowiem zarabiali na sławę, a ich 
potomkowie ją pomnażali, on wszystkich zaćmił — i odtąd cała nasza wiekowa sława się zapomniała, 
a my żyjemy jego niesławą. Sto lat od tego czasu minęło, twoi ojcowie oddzielili 
się od: jego szczepu, zmienili herb, zaczęli pisać się z Olexowa, ale i to się na nic nie zdało. 
W tych wszystkich powiastkach o jego oszczerstwach przeciw królowej Jadwidze nie masz 
ani jednego słowa prawdy, owe hańbiące sądy i wyroki na niego były haniebnym jego wrogów 
wymysłem, nigdy go nikt nie oskarżał, nikt go nigdy nie sądził, został przecież jeszcze 
potem starostą ruskim i podkomorzym krakowskim, a i na grunwaldzkiej sam swojej własnej 
hetmanił chorągwi... Ale cóż z tego, kiedy ludzie, jak skoro jaką plotkę ukochają, to nie tylko 
prawdy nie widzą, ale nawet widzieć jej nie chcą. Co więcej, ktokolwiek chce z nimi żyć w 
zgodzie, musi im tę plotkę powtarzać, bo prawdą jeszcze by ich oburzył na siebie. Ot, jeszcze 
niedawnym czasem ksiądz Długosz, chociaż człek taki rozumny i mógł się prawdy od ludzi 
współczesnych dowiedzieć, także tę plotkę, jak słyszę, w swoje kroniki włożył, a nawet jeszcze 
ją przyozdobił. Niech mu Bóg nie pamięta: nam wielką krzywdę wyrządził, a nie wiem 
zaprawdę, komu tym dogodził... 
Na to zaś rzecze Gniewosz, chcąc to cierpkie uczucie swej matki ile możności osłodzić: 
— Jużci i mnie ta plotka o naszym stryjecznym pradziadzie daje się czasem uczuwać i gdybym 
nie miał ręki tak silnej, że z nią nie każdy chciałby się mierzyć, to może już nie raz byłoby 
mi przyszło bronić jego dobrej sławy żelazem. Ale ja tam tymi plotkami nie bardzo się 
gryzę, bo tak rozumiem, że dobre są koligacje, ale przecież najwięcej waży własna zasługa. 
Toż ja na protekcje, jakie by z koligacjami na mnie spłynęły, wcale się nie oglądam, jeno służę 
mojemu panu uczciwie i wiernie i tak się spodziewam, że mi to swego czasu policzonym 
zostanie. Nie równam się z Kergolajem, ani go sobie biorę za przykład, bo to tam inny umysł 
jest u tego człowieka, ale to muszę powiedzieć, że i on nie przez protekcje zakradł się w łaskę 
królewską, jeno tym, że knuje tam po Włoszech i Francji jakieś polityczne kabały dla króla, a 
może mu jeszcze i inne oddaje przysługi... 
Jednak to zapatrywanie się zapewne nie całkiem odpowiadało starościnie w tej chwili, bo 
na to tak mu odpowiedziała: 
— Mój drogi, nikt mocniej ode mnie na tym nie stoi, ażeby człowiek swoich zaszczytów 
dorabiał się własną zasługą. A przecież dlatego, ażebyś mógł służyć skutecznie, pilnowałam 
ciebie z taką troskliwością, a nawet i z surowością w naukach w Krakowie, dlatego także, 
kiedyś już podrósł, wyprawiłam cię z takim sumptem, może nawet nad moje siły, a może także 
z małą krzywdą dla twoich braci, na dwory książąt i królów niemieckich, gdzieś się też 
służby rycerskiej tak dobrze wyuczył, że ją znasz lepiej od wszystkich innych. Niełatwo to 
było otrzymać dla ciebie zaszczytną funkcją u dworu, ale moim usilnym staraniem i to się 
udało. Wielką to było dla mnie pociechą, żeś umiał naszemu dzisiejszemu królowi przypaść 
do serca, a dumną byłam z tego i jestem, żeś się walecznością u jego boku odznaczył nad innych, 
żeś go w potrzebie własną piersią zasłaniał, żeś nawet z nim dobrowolnie poszedł w 
niewolę, chociaż, jak wielu innych, mogłeś się od niej ochronić... Tak, jeszcze raz to powtarzam, 
dumną jestem z tych twoich uczynków i wdzięczną ci jestem, żeś moje trudy i poświęcenia 
tak sowicie nagrodził. 
Tu Gniewoszowi, człowiekowi czułego serca, łzy zakręciły się w oczach, zerwał się z 
krzesła, ukląkł przed matką, a całując obydwie jej ręce, zawołał wzruszony: 
— Nie syn, moja matko, ale Bóg tylko potrafi waszej miłości te wszystkie trudy nagrodzić. 
Nieraz to rozważałem u siebie, dlaczego mi się cokolwiek więcej macierzyńskiej miłości dostało 
niż moim braciom — i było to zawsze i będzie potężną dla mnie ostrogą, ażeby tę miłość 
wdzięcznie odsłużyć. Czy dojdę kiedyś do tego, w Boskich to ręku. Mnie wszakże pewnie ani 
woli, ani wytrwania nie braknie — a jeśli o co się najgoręcej modlę do Pana Boga, to o to, ażebym 
mógł każdym moim postępkiem rozradować serce mojej najukochańszej matki. 
Gniewosz to mówił głosem głęboko wzruszonym, ale na starościnie nie widać było prawie 
żadnego wzruszenia: wyglądała ona jak mistrz grający na lutni, z której wydobywa płacz, 
jęki i tony radosne, pod jego palcami drżą wszystkie struny po jego woli, ale on sam jest zimny 
i tylko patrzy, aby mu która struna nie wydała rozdźwięku. Starościna ścisnęła swojego 
syna za głowę i rzekła: 
— Dziękuję ci za tę miłość synowską, o której wszakże nie miałam nigdy powątpiewania, 
ale usiądź sobie na powrót i mówmy dalej spokojnie. Ty masz wszystkie zalety, jakich można 
wymagać po szlachetnym młodzieńcu, ale jeszcze ci brak doświadczenia. Ty lekceważysz 
koligacje, protekcje i wpływy rodzinne — a przeto nie znasz tej Polski, której jesteś obywatelem. 
Ty nie znasz nawet i króla, chociaż go codziennie widujesz i szczycisz się jego ufnością. 
O tym królu i o tym królestwie najwierutniejsze bajki chodzą po kraju i wszyscy je powtarzają: 
bo wszyscy się ślizgają po wierzchu, a nikt się nie stara dno zmacać, bo też i nie każdemu 
do niego się dostać. Grzegorzów z Sanoka, Kallimachów i Ostrorogów niewielu jest 
między nami — a jeśli są, to ich głosy się nie rozchodzą po kraju, bo ledwie się z ich ust wydobędą, 
wrzaskliwa szlachta je zaraz przekrzyczy. O królu najrozmaitsze i najsprzeczniejsze 
obiegają powieści. Powiadają o nim, że panów chce podbić pod swoje władzę, że szlachtę 
chce obrócić w żołnierzy, że dąży do absolutum dominium119. Azaliż był jaki król na tym 
świecie, który by nie pragnął w swym sercu wzmocnienia i rozszerzenia swej władzy? Ale nie 
o to idzie, tylko o to, co rzeczywiście zrobić chce i co zrobić może. A nad tym się nikt nie 
zastanawia rozumnie; ale ja ci to powiem. Król wie bardzo dobrze, czego tej naszej Polsce 
potrzeba, ażeby się wewnątrz wzmocniła i stanęła na równi w drugimi królestwy, i także wie 
dobrze, czego jemu potrzeba, ażeby tą Polską mógł rządzić bez wstrętów, a ku pożytkowi 
korony i kraju. Nikt temu panu, kto go zna bliżej, nie odmówi doskonałego rozumienia celów, 
do których dążyć powinien; ale do osiągnięcia tych celów stoją mu dwie przeszkody na drodze. 
Jedna w tym leży, że zanadto lubi swawolę, zaczem idzie, że bardzo często od takiej roboty, 
którą sam mądrze rozpoczął, która może się udać, tylko by nad nią trzeba posiedzieć, 
oderwie go jakaś pustota, o której nawet nie godzi się mówić. Pustota by mu nie uciekła, ale 
robota uciekła, a potem niepodobna już do niej powrócić. Czy nie tak? 
— Czasem i to się wydarza — powiedział Gniewosz, a starościna mówiła dalej: 
— Nie czasem, lecz bardzo często. Druga zaś przeszkoda jest w tym, o czym Kallimachowie 
i Ostrorogowie nie wiedzą, że każdemu królowi najprzód na tym zależy, ażeby się przy 
swojej koronie utrzymał i aby ją swoim przekazał następcom, co też jest jego obowiązkiem 
względem jego ojczyzny, bo nie masz państwa bez króla, jakeśmy to już w czasach przedłokietkowych 
widzieli — a dopiero potem ma o to się starać, ażeby królestwo swoje wzmocnić i 
naprawić. Owóż ta naprawa nie taka to rzecz łatwa, jak się królewskim doradcom wydaje, bo 
aby rząd wzmocnić, potrzeba by szlachtę wziąć w kluby — a ta szlachta już tak się rozrosła i 
przyszła do takiej potęgi, że aby ją zmniejszyć, potrzeba ją łamać, a jakby się łamać zaczęło, 
to kto wie, co by tam pękło, czy prawa szlachty, czy prawa korony. Łatwo to Kallimachowi 
mieć do tego odwagę, bo on nie ma nic do stracenia: co by to jemu szkodziło, gdyby król zaburzenie 
wywołał, gdyby musiał uciekać z kraju i gdyby tymczasem obcy rozdrapali królestwo, 
cośmy już także widzieli? Ale król takiej odwagi mieć nie może i mieć nie powinien. I 
ja tobie powiadam, że głupi są ci, co się boją królewskich zamachów na prawa szlacheckie: 
on zawsze będzie miał rozmaite rozumne zamiary i zawsze będzie się zapędzał, aby je wykonać, 
ale nigdy ich nie wykona, bo szlachta z prawdziwym strachem albo z udanym zawsze 
przeciwko tym zamiarom postawi się jeżem, a król zawsze się cofnie, bo nie zechce wystawić 
na szwank swojej korony. Jest w tym mądrość, jest głupstwo, jest obojga po trosze, jak zwykle 
we wszystkim, z czego rozum ludzki się składa. 
Tu starościna odetchnęła cokolwiek, a potem taki zwrot nadała swej mowie: 
— Król nie rozumie panów, stojących na czele szlachty, a panowie nie rozumieją króla — i 
w tym leży klucz do tej zagadki, nad którą sobie nieraz głowy łamiemy. Jeżeli bowiem panowie 
naprawdę obawiają się królewskich zamachów, to jest to strach urojony, bo przecież mają 
swoje miecze przeciw tym zamachom i wiedzą dobrze, że król, mający tylko półtora tysiąca 
ludzi swojego zbrojnego dworu, musi koniecznie się liczyć z ich mieczami. Jeżeli zaś król się 
obawia, ażeby mu panowie nie przewrócili tronu i nie rzucili Polski w nowe podziały, to także 
się boi upiora, którego sam tylko widuje: bo dzisiejsi panowie nie tacy próżni, ażeby ten 
tron przewracali, z którego spływają na nich starostwa, urzędy i wszelkie zaszczyty, a którego 
promienie są jedynym światłem, w którym ich maleństwo wyrasta w oczach ludzkich do jakiejś 
wielkości. Najmożniejsi panowie zmaleliby w karły, gdyby przestali być filarami tego 
tronu, na którym pomazaniec Boży siedzi w swym majestacie, a nawet prędko by swoje majątki potracili, gdyby nie stanowili wspólnymi interesami spojonego ze sobą stanu i gdyby ten 
stan nie miał w królu pewnej obrony. Tak obydwie strony boją się stracha, którego sobie same 
zmyśliły: jakoż tak rozumiem, że z obojej strony ten strach jest udany. Ale jeżeli która z 
tych stron ma słuszne powody do pewnych obaw, a przeto do ostrożności w postępowaniu, to 
król, a nie panowie. Bo panowie ze szlachtą stanowią tłum wielki — a tłumy to mają do siebie, 
że trudno im o rozwagę, zaczem często dają się porywać namiętnościom i zaślepieniu. Dlatego 
król, który wie o tym, zawsze będzie się liczył z panami i zawsze będzie ulegał ich wpływom. 
Cóż tedy stąd dla ciebie wynika? Oto, że dobrze mieć króla za sobą, ale że nie należy 
na tym przestawać, bo pańska łaska na pstrym koniu jeździ, dziś jest, jutro jej nie ma, a często 
nawet i wiedzieć nie można, dlaczego nas opuściła. Król ma swoje humory, ktoś mu jakąś 
plotkę powiedział, ktoś inny oddał mu milszą przysługę: wczoraj mu Gniewosz przyrósł do 
serca, a dzisiaj zakochał się w Kergolaju. Obok łaski królewskiej trzeba mieć koligacje, bo 
przez nie ma się protekcje i wpływy; kiedy łaska pańska się odwróciła, to one i tylko one mogą 
ją nazad przywrócić... Przywrócić, a w razie potrzeby nawet do niej zniewolić. Koligacje, 
to ważna rzecz wszędzie, a w naszej Polsce niezbędna, bo u nas są one potęgą, która o losie 
każdego człowieka stanowi, a której nawet sam król się oprzeć nie może. Kmitowie i Tarnowscy 
najpierwsze dziś miejsca zajmują w tym naszym królestwie, są spokrewnieni ze wszystkimi 
najmożniejszymi rodami, kto ich ma, ma wszystkich za sobą. Ja bym to uważała za największe 
szczęście dla ciebie, gdybyś się z nimi spokrewnił. Powiedzże mi, jak ci się podobała 
Jagienka? 
Gniewosz zrazu wcale się nie domyślał, do czego ta przemowa jego matki zmierzała. I teraz 
jeszcze jej nie całkiem zrozumiał, wszelako te ostatnie słowa bardzo go niemile piknęły. 
Jednak odpowiedział ze zwykłym sobie spokojem: 
— Jagienka bardzo wdzięczna dziewczyna. Zdarzą się tacy, którym się może nawet bardzo 
podoba, ale mnie wcale nie przypadła do serca. 
— Co tam serce! — zawołała na to przytomnie starościna — nawiększe głupstwo ten robi, kto 
w sprawie postanowienia radzi się serca. Widziałam ja już takich małżeństw niemało: gorące 
szczęście na razie zawsze tam potem w gorących łzach utonęło. Po jednej słonecznej wiośnie 
na wszystkie późniejsze pory roku dżdżyste mgły się pokładły i w takich mgłach potem całe 
życie minęło. Szczęście to jeszcze, jeżeli serdeczna miłość nie zamienia się w serdeczną nienawiść, 
bo wtedy i występków, a czasem i zbrodni nie brakło. Mogłabym ci całe setki takich 
zaliczyć przykładów. Kiedy tymczasem wszystkie małżeństwa zawarte z rozwagą, wszystkie, 
jakie znam, a znam ich daleko więcej, trwają w niezamąconym szczęściu. Szczęście to zresztą 
łatwo daje się wytłumaczyć: albowiem takie małżeństwa zawierają się zwykle z wyboru rodziców, 
temu wyborowi przyświeca jako gwiazda przewodnia szczera i żadnymi ubocznymi 
względami niezamącona miłość dla ich dziecka, wola ich wypływa zatem z Bożego natchnienia 
i dlatego też takim małżeństwom towarzyszy błogosławieństwo Boże... 
Gniewosz miał temperament nadzwyczajnie spokojny. Najwięcej niespodziewane zdarzenia 
przyjmował zazwyczaj tak zimno, że ani jedna żyłka mu nie drgnęła na twarzy, owszem, 
im więcej nieprzewidziane go spotkało nieszczęście (bo i to już mu się nieraz zdarzało), z tym 
zimniejszą krwią patrzał mu w oczy, a zawsze z uśmiechem na ustach. Prócz w bitwie, gdzie 
krew unosi człowieka i gdzie żaden rycerz jej w sobie nie chłodzi, bo ona go niesie do sławy, 
raz tylko go serce uniosło, a to przed trzema dniami, kiedy porwany miłosnym szałem przysiągł 
wierność Formozie. Ale teraz tak mu się duszno zrobiło, że musiał rozpiąć swój kaftan 
pod szyją, a zarazem tak mu się w głowie zaćmiło, że nawet swojej matki nie widział przed 
sobą. Wszakże ile możności nie dał poznać tego wzruszenia po sobie; tymczasem zaś starościna 
przychyliła się cokolwiek ku niemu i z nieprzebraną dobrocią w sercu a żywą radością 
w głosie tak dalej mówiła: 
— Kiedy ty służysz twemu królowi we dnie i w nocy i nawet nie masz czasu pomyśleć o 
sobie, ja upatrzyłam żonę dla ciebie, a Pan Bóg tak mi pobłogosławił, że gdybym była 
przedeptała całe królestwo, to nie byłabym znalazła nic wspanialszego. A nie myśl, żebym 
sobie postępowała lekko w tym ważnym terminie, bom bardzo skrzętnie wszystkie informacje 
zebrała i nie zapomniałam o niczym. Wiedzże o tym najpierwej, że matka Jagienki szła z rodu 
Hunyadów, w którego żyłach królewska krew płynie i że tam w całym królestwie węgierskim 
mało jest domów książęcych, którym przez matkę nie byłaby krewną. Z ojca zaś jest Kmitówna, 
a przeto jej parenteli w Polsce nikt nie przewyższy. Majątków ma trzy: jeden w Węgrzech, 
drugi pod Bieczem, a trzeci na Szląsku, podobno wszystkie trzy średniej wartości, ale 
majątek da się łatwo pomnożyć i zaokrąglić. Natomiast zaś ma przedziwne zalety umysłu i 
serca. Widywałam ją, kiedy jeszcze była u panien klarysek, poczciwe i śliczne było to dziecko, 
panny chciały ją do klasztoru sposobić, nie udała im się ta sztuka, bo umysł zanadto górny 
i dumny był w tej dziewczynie, co też inaczej nie mogło być, jak skoro z ojca i z matki urodzoną 
jest do książęcych splendorów, a nie do klasztornej pokory. Ale panny dały mi o niej 
jak najlepsze świadectwo. Tutaj mam ją od kilku tygodni wciąż przed oczyma, wybadywałam 
ją jak inkwizytor o wszystkie jej sentymenty i wszystkie opinie, a wiesz, że znam się na ludziach: 
otóż ci powiem, że jest zacna do gruntu, nigdy żadna myśl nieszlachetna nie postała w 
jej głowie, nigdy żadne niechrześcijańskie uczucie się nie odezwie w jej sercu, umysł ma 
wzniosły i wie, że nieostatnie miejsce jej się należy pomiędzy ludźmi, ale tego nam właśnie 
potrzeba. Wstań zatem — skończyła starościna z lekko tryumfującym uśmiechem — i nie mnie, 
ale tu przed ołtarzem podziękuj Bogu, że takie szczęście zesłał na ciebie. 
Ale Gniewosz nie ruszył się z miejsca. Może jeszcze nie zmierzył przepaści, nad którą jego 
matka go postawiła, bo jeszcze nie wiedział, jak daleko posunęła tę sprawę, ale trafnym 
wiedziony instynktem, zajął od razu stanowisko obronne. 
— Dziękuję z całego serca waszej miłości — odpowiedział jej z wdzięcznym uśmiechem — 
żeście się tak szczerze moim losem zajęli. Nie masz wątpienia, że Jagienka przyniesie swemu 
mężowi znaczny majątek, wysokie koligacje i wpływy. Ale gdybyśmy się z naszej strony już 
na to zdecydowali, to jeszcze nie wiemy, jak tam te rzeczy stoją z jej strony. Pannie podobno 
konkurentów nie braknie. Powiadano mi o tym różne historie we Lwowie. Kergolaj stanął 
jawnie u niej na służbę i pewnie go nie odprawiono, bo inaczej, jako jest człowiek rycerski, 
sam by o tym nie gadał. A oprócz niego jest jeszcze i Wilczek, o którym mi Kamieniecki 
wspominał... 
Starościna, jako kobieta rozumna, umiała podleźć, gdzie nie mogła przeskoczyć, ale jak co 
postanowiła, to trwała z męskim uporem przy swoim postanowieniu, a gdzie czuła władzę 
przy sobie, tam nie zniosła oporu. Jakoż przerwała synowi i zawołała z niecierpliwością: 
— Kergolaj! Wilczek! a co waść gadasz? Przecieżem ci już powiedziała, żem się pierwej 
zainformowała jak najdokładniej, nimem powzięła decyzją. Nie po tom ci tu kazała przyjeżdżać, 
ażebyś sobie nos rozbił o jaką przeszkodę. Kergolaj, to tam żarty niewczesne, a nawet i 
nieuczciwe. Przecież to człowiek czterdziestoletni, a do tego jeszcze jest stryjem Jagience. 
Zresztą wiedzą to już i tutaj, że w drodze po różę do Jerycho uszczknął jakąś piwonię we 
Lwowie... Wilczek tu był, to prawda, przysiadał się często do panny, różne tu supozycje obudził; 
ale Wilczek, może ty o tym nie wiesz, tu jednak wróble o tym świstają, jest zaręczony z 
córką jakiegoś putnego bojara, a jeślim jego gadatliwego sługę dobrze wyrozumiała, to nawet 
więcej niż zaręczony... Mimo to byłam przecież przezorną jak matka, która niezamącone 
szczęście pragnie sporządzić swojemu dziecku i bardzo pilnie wybadałam Jagienkę o Wilczka. 
I mogę ci na to przysiąc, że Wilczek tak jest jej obojętnym, jak Smolicki albo ksiądz Wara. 
Przeciwnie zaś uważałam, że na ciebie z upodobaniem patrzała i jestem pewną, że za dzień 
albo dwa dni będziecie z sobą, jak gdybyście się znali od dziecka. 
Ta energiczna przemowa sprawiła ckliwe na Gniewoszu wrażenie, bo widział, że matka się 
upiera przy swoim, jednak bronił się dalej jak mógł, mówiąc spokojnie: 
— Jam tego wcale po Jagience nie spostrzegł. Owszem, zdawało mi się, żem się jej ani kęs 
nie podobał. Ale choćby tam może, z czasem... to mi i to jakoś nie bardzo się zdaje, aby mnie 
kasztelaństwo tak zaraz przyjęli, zwłaszcza że panna jeszcze bardzo młodziutka i nie potrzebuje 
się śpieszyć. Gniewoszowie tam wprawdzie nie ustępują Tarnowskim i Kmitom w starożytności, 
ale im do nich dosyć daleko w świetności i wszelakim znaczeniu. A ja tam znowu 
tak bardzo wiele nie rozumiem o sobie. Rotmistrz królewski i starosta czorsztyński, takich 
dygnitarzy jest w Polsce jak mrowia, a Kmitowie wcale nie potrzebują schylać się do nich po 
zięcia... 
Ale starościna mu znów niecierpliwie przerwała, mówiąc z ironią: 
— A już mi znowu usiłujesz dowodzić, żem głupia. Przecież dopiero co powiedziałam ci 
dość zrozumiale, żem cię nie po to tu zawezwała, ażebyś się na przeszkodach potykał. 
Wszystko to już jest ułożone. Kasztelan się w takie sprawy nie miesza, jeno je zdaje na żonę, 
a z kasztelanową mówiłam o tym nie raz, ale dziesięć razy, i co dzień o tym mówimy. Jesteś 
przyjęty, choćby i jutro się deklarować. 
Dopiero te ostatnie słowa uderzyły jakby piorunem w flegmatyczny temperament Gniewosza. 
Na te słowa jasno mu się zrobiło w głowie i wszystka krew mu uderzyła do twarzy. Jak 
to? dopiero przed trzema dniami przysiągł Formozie miłość i wierność do grobu — a tu już 
jutro ma się deklarować o inną? Jego miłość dla Formozy może w tej chwili umilkła, ale za to 
tym raźniej stanęła mu przed oczyma przysięga na krzyż Pański i na honor rycerski. On miałby 
złamać taką przysięgę? Nigdy, za żadną cenę. Jakoż gdyby kto inny mu był myśl taką podsunął, 
to już by go był pochwycił w swoje żelazne ręce i rozdarł na ćwierci, a ćwierci porozrzucał 
na cztery wiatry. 
Ale tę myśl poddawała mu matka. Matki rozdzierać nie można, co więcej, matki słuchać 
potrzeba, bo tak nakazuje dziecięcioro Bożych przykazań, a te przykazania są ewangelią dla 
każdego rycerza. Matki nawet obrażać nie można, bo temu sprzeciwia się już nie tylko Boże 
przykazanie, ale nawet wrodzone uczucie ludzkie. Ale czy matka wie o tym, jaką myśl mu 
poddaje? Oczywiście nie wie. Więc trzeba jej to powiedzieć. 
Gniewosz wstał i przeszedł się dwa albo trzy razy wzdłuż komnaty, ażeby się namyślić, 
jakimi słowy ma przed nią się wyspowiadać z tej tajemnicy swojego serca — a tymczasem 
starościna, spojrzawszy z niemałym zdziwieniem po raz i drugi na niego, spuściła głowę na 
piersi, złożyła ręce przed sobą i mówiła jakby do siebie: 
— Jakżeż niewdzięczna jest rola rodziców na świecie! Jam tyle trudów, często wcale nieznośnych, 
tyle prac, nieraz z upokorzeniem mojej godności, tyle wysileń niejednokrotnie 
nadludzkich, nałożyła na swoje barki kobiece, ażeby ci drogę uścielić do szczęścia; ja teraz, 
także z trudem niezwykłym, otrzymałam dla ciebie panienkę, której związki rodzinne postawią 
cię od razu pomiędzy najpierwszymi panami królestwa — a ty to przyjmujesz tak zimno i 
obojętnie, jak gdyby wszystkie wojewodzianki się darły o ciebie. Cóż to jest? — spytała budząc 
się i patrząc ciekawie na niego — czyś tam tak zbutniał na dworze królewskim, a tylko 
skromnego udajesz? czy może inni cię kędy indziej swatają? Przecież przed matką nie będziesz 
chował tajemnic. 
Zaczem Gniewosz siadł na powrót naprzeciw matki, przegiął się ku niej, a nabrawszy odwagi, 
rzekł głosem pełnym szczerości: 
— Moja matko kochana, do czegom się miał przyznać dopiero po czasie, to już teraz muszę 
powiedzieć. Nie może to być, abym się żenił z Jagienką, bom właśnie teraz poznał inną dziewicę 
we Lwowie i tę chciałbym pojąć za żonę. 
— Inną? — zapytała starościna, odsuwając się w głąb krzesła od niego — któż to jest taki? 
— Jest to panna Murysonówna, herbu Mora, daleko wspanialsza od Jagienki, a idą też na 
nią daleko znaczniejsze majątki. 
— Nie słyszałam nigdy o Murysonach — rzekła na to cierpko Gniewoszowa — musi to być 
jakaś szlachta z wielkopolskich chodaczków, co się zbogacili na Rusi. Nigdy też na to nie 
pozwolę, abyś się umorysał Murysonami. 
— Ale to bardzo słuszna jest szlachta — powiedział jej Gniewosz — ojciec panny Formozy 
był trembowelskim starostą, a matka jej była właśnie Kmitówna. 
— Kmitówna? — zawołała starościna zgryźliwie — musiała to być jakaś Kmitówna z bardzo 
szarego końca, kiedy poszła za Murysona! — Po czym dodała sucho, ale jeszcze nie bardzo 
stanowczo: — Ja na takie małżeństwo mojego pozwolenia ci nie dam. Podobała ci się, więc o 
niej zapomnisz — a z tą się ożenisz. 
Tu Gniewosz rozumiał, że zamach ten teraz jednym słowem odeprze, bo zaczerpnąwszy 
oddechu, powiedział głosem pogodnym i dźwięcznym: 
— Jużci bym ja rad pójść za wolą mojej kochanej matki, ale nie mogę, bo z tamtą jestem po 
słowie. 
— Jak to? — zawołała starościna, przechylając się ku niemu i patrząc mu w oczy — po słowie? 
po deklaracji? i po zaręczynach? i to wszystko bez opowiedzenia się matce? Ach! takiego 
despektu przecieżem się nie spodziewała po tobie! 
Na te słowa, nie będąc na nie przygotowany, Gniewosz się zmieszał i odpowiedział głosem 
niepewnym: 
— Dałem słowo od siebie i wziąłem od niej, zaręczyn jeszcze nie było... 
— Więc cóż? — zawołała starościna z niecierpliwością i z gniewem — bo ze mną trzeba gadać 
na rozum. Panna chce iść za ciebie, ale panu Murysonowi pan Gniewosz za mały? he? i 
nie chce zezwolić? Albo są jakie inne przeszkody? 
Na to pytanie Gniewosz uczuł, że jego broń, którą się spodziewał zwyciężyć, zaczyna się 
kruszyć, jakoż już prawie jąkając się odpowiedział: 
— Jest jedna przeszkoda, bo panna jest tymczasem zamężna... 
— Zamężna! — zawołała starościna z niecierpliwym zdziwieniem — cóż to ma znaczyć? Coś 
mi tu bredzisz. Panna... zamężna tymczasem... niechże to kto zrozumie. Cóż to jest? Wytłumacz 
się jasno. 
Tu Gniewosz już dobrze zrozumiał, że tymi argumentami nie obroni swej sprawy przeciwko 
trzeźwemu rozumowi swej matki, mówił jednak jak mógł: 
— Moja matko kochana, sprawa to bardzo prosta i jasna. Panna Murysonówna, po zamordowaniu 
jej rodziców przez Tatarów, dostała się sierotą w dom zacny ormiański, ale tam ze 
zbytecznej troskliwości o jej los przyszły wydano ją przeciw jej woli za ormiańskiego młodzieńca, 
z którym ona żyć nie chce, a nawet nie może. Ta kobieta mi bardzo przypadła do 
serca, zmówiłem się z nią... 
Ale w tej chwili starościna zerwała się jak oparzona z krzesła, chwyciła się obydwiema rękami 
za głowę, potem obydwie ręce podniosła do góry, a chodząc wielkimi krokami po komnacie, 
wołała do siebie: 
— Ach! ach! ach! otóż to jest historia! Murysony! Ormiany! Panna, kobieta, mężatka! Tam 
szuka się żony! 
Po czym przystąpiła do syna, który wstał także, i z wielką niecierpliwością, a głosem bliskim 
rozpaczy tak do niego mówiła: 
— Ależ ty, panie bracie, jak widzę, na czysto zwariował! Ciebie Pan Bóg, ciebie już nawet i 
rozum odstąpił! Gniewosz, pan z panów, najstarożytniejszy szlachcic w królestwie, pasowany 
na rycerza przez niemieckiego cesarza, rotmistrz królewski i jeden z najpierwszych starostów... 
ty włazisz w domy ormiańskie, ty się do mężatki zakradasz, ty się z nią zmawiasz — i 
to tam ślub ma być z tego? Komuż ty takie brednie wyplatasz?... Jeżeliś już upadł tak nisko, 
że się nie wahasz kumać z kupiecką hołotą, jeżeliś twe obyczaje tak oplugawił, że się nie 
wzdrygasz uwodzić kobiety zamężne, jeżeliś tak zgłupiał, że przy wszeteczeństwach roją ci 
się śluby małżeńskie po głowie, toż przynajmniej mnie nie miej za taką głupią, ażebym takim 
powieściom wierzyła! 
Zaczem znów ręce łamiąc i mocno sapiąc od gniewu i oburzenia, zaczęła chodzić wielkimi 
krokami po izbie. 
Natenczas Gniewosz już zwiądł zupełnie. Był wprawdzie tego świadomy, że miał czyste 
sumienie, lecz widział zarazem jasno, że tego kroku, jaki zrobił we Lwowie, nie zdoła obronić 
przed matką. Jej rozum, zgodny z duchem obyczajów ówczesnych, jej silna wola, jej temperament 
gwałtowny, wzmocnione i podniesione macierzyńską powagą, która pod owe czasy 
była władzą istotną, wzięły nad nim górę jak najzupełniej. Gniewosz czuł, że siła oporu całkiem 
go opuściła. Bronił się jeszcze, aby się przynajmniej usprawiedliwił, i zaczął mówić: 
— Ale, moja matko kochana, takich tam ciężkich grzechów nie masz na moim sumieniu. 
Murysonowie to naprawdę ród starożytny i zacny. Córka ich błyszczy najwspanialszymi 
cnotami i w całym mieście w wielkim jest poważaniu. Ten dom ormiański zasypałby swymi 
bogactwy niejednego wojewodę lub kasztelana: przecież sam król był tam z nami w gościnie. 
Panna jest wprawdzie zamężna, ale przeciwko swej woli — a na to są przecież rozwody. Sam 
król mi obiecał... 
— Głupiś! — zawołała na to starościna, nie umiejąc już wcale opanować swojego oburzenia 
— rozwody! głupiś jak but, kiedy takie rzeczy powiadasz. A przecież my jesteśmy członkami 
katolickiego Kościoła — a w naszym Kościele nie masz rozwodów! Trzeba być poganinem, 
ażeby o tyra nie wiedzieć. Król! właśnie też król może coś Kościołowi rozkazać! Jak podłą 
gadzinę rozdeptałby papież takiego króla, co by mu się chciał wtykać w jego sprawy kościelne. 
Głupstwo i głupstwo jedno na drugim, że człowiek własnym uszom nie wierzy. Albo i to? 
mężatka, a panna — czy słyszał kto kiedy co podobnego?! 
— Ależ, moja matko — wybąknął znów Gniewosz — ja tylko to mówię, co wszyscy wiedzą 
we Lwowie, i co ona sama mi potwierdziła. Jest od roku zamężną, ale... 
— Ale co? — krzyknęła na to starościna, przyskakując do niego i prawie już pieniąc się od 
gniewu — od roku z młodzieńcem zamężna i panna? A toś ty już zgłupiał, jak chłop, co mu 
kołtuny mózg ze łba wyssały! Ona sama ci się do tego przyznała? A toż to musi być baba 
bezczelna, co jeszcze samego diabła by w pole wywiodła!... I takie rzeczy się tam dzieją w 
tym Lwowie, co go też słusznie zwą drugą Gomorą! I sam król swoich młodzików w takie 
spelunki prowadzi! Nie, mój kochany, dosyć już tego. Wiem ja już dobrze, kogo tu widzę 
przed sobą. Dziękuję Bogu, że mnie natchnął tą myślą, ażebym zawczasu pomyślała o tobie. 
Zmówiłam ci pannę, chciałam cię teraz tylko zaswatać, a ślub odłożyć do zapust, ażeby się 
też odprawił z odpowiednią naszemu imieniu godnością. Ale kiedy tak, kiedy ty z mężatkami 
miłosne stroisz kabały i takiemu plugastwu rozwodami przyświecasz, i króla w to mieszasz, i 
diabli tam wiedzą co jeszcze: to tu ani jednego dnia czekać nie można, bo tu już piekło wisi 
nad tobą. Patrz! — zawołała starościna i wskazała mu ręką ołtarz w otwartej kaplicy — tu klęknij 
i módl się, aby ci Pan Bóg przepuścił twe bezeceństwa. Jest tu ksiądz jakiś na zamku, podobno 
niecały, ale lepszy taki niż żaden. Jutro o świcie przed nim się wyspowiadasz, jutro cię 
deklaruję i jutro ślub! Jutro! zrozumiałeś mnie? Ani jednej doby nie dam ci stać nad tą piekielną 
przepaścią, nad której brzegiem cię chyba sam diabeł postawił! 
To rzekłszy, odwróciła się i chciała prędkim krokiem wyjść do swojej sypialni. Gniewosz 
właśnie dopiero w tej chwili całą przepaść zmierzył oczyma, nad którą postawiła go matka: a 
przecież przysiągł Formozie! Wstrząsł się więc i zawołał: 
— Ależ jam przysiągł tamtej! 
— Przysiągłeś? — zawołała starościna, zatrzymując się w biegu i odwracając się z podniesioną 
prawą ręką ku niemu — przysięga! a komu to przysiągłeś? kobiecie, która ma męża. A 
cóż to jej przysięgałeś? że ją uwiedziesz, jej, która ciebie uwiodła! Jeżeli to nie jest zbrodnia, 
toż to wierutne błazeństwo! Za złamanie takiej przysięgi jeszcze ci Pan Bóg wszystkie inne 
grzechy odpuści. Złamanie tej przysięgi ja biorę na moje sumienie i ja za nie odpowiem przed 
Bogiem. Jutro ślub! bez oporu i bez apelacji. 
Z tymi słowami zniknęła we drzwiach i drzwi zatrzasnęła za sobą. 
Gniewosz został sam w tej komnacie, pustej i głuchej, i wyglądającej teraz już wcale jak 
kościół zamknięty. Matka kazała mu się modlić, kaplica stała otworem, ołtarz zwykł nęcić do 
siebie ludzi pobożnych, zwłaszcza w chwilach takich, kiedy ich jakie nieszczęście uciska; ale 
on nie czuł się wcale usposobionym do modłów, bo chociaż był niemniej nabożnym od innych, 
był przede wszystkim człowiekiem czynu. Był przy tym i fatalistą cokolwiek, jak wszyscy 
ludzie owego czasu. W każdym przeciwieństwie i w każdym nieszczęściu miał zwyczaj 
wyczerpać najprzód wszystkie środki ratunku, a dopiero potem spuszczał się na wolę Bożą. I 
zawsze jakoś mu się to udawało — i wychodził szczęśliwie ze wszystkich trudności. Ale teraz 
w sposób wcale niezwykły mu się serce ścisnęło, bo na razie nie widział żadnego środka ratunku. 
Sprzeciwić się tak stanowczej woli swej matki, o tym nie mógł ani pomyśleć: znał on 
dobrze jej zapamiętałość, dopiero co widział ją własnymi oczyma, w razie oporu matka by go 
przeklęła — a na to nie mógł się w żaden sposób narazić. Rozpatrzywszy się głębiej w swym 
położeniu, musiał nawet przyznać, że matka ze swego punktu widzenia ma słuszność, bo jużci 
popełnił on krok lekkomyślny, który nawet dość głupio wygląda, a którego przeto ani bronić 
nie można: zapłonąć miłością dla kobiety zamężnej, a jeszcze do tego przysiąc jej wierność. 
Uwaga ta zaciążyła mocno na jego nieskazitelnym sumieniu i może przygłuszyła do pewnego 
stopnia jego uczucie miłości; ale przysięgę wykonał na krzyż Pański i honor rycerski i tak 
samo nie mógł jej złamać, jak się narazić na przekleństwo swej matki. 
Pod nieznośnym ciężarem tej matni, z której wyjścia nie widział, siadł w krześle, zaczął 
wąs kręcić i uśmiechać się swoim zwyczajem, chociaż tym razem bardzo boleśnie, i rozmyślał 
nad środkami ratunku. Pierwsza myśl, która mu przyszła, była czysto ludzka: wybiec w 
dziedziniec, kazać konie kułbaczyć i uciec ze zamku. Rzecz się odwlecze i prawdopodobnie 
uciecze. Ale była to myśl nie rycerska, rycerz nie ucieka, więc ją odrzucił. Potem mu przyszła 
myśl inna, równie ludzka, ale wypływająca z wpojonych weń uczuć religijnych: upokorzyć 
się przed matką, wytłumaczyć jej swe położenie krytyczne, prosić o przebaczenie, błagać o 
łaskę. Ale temu sprzeciwiło się także uczucie godności rycerza, trzymające przodek przed 
wszystkimi innymi. Rycerz nie upokarza się przed nikim, chyba przed pomazańcem Bożym — 
a i to jeszcze. Zresztą na nic by to się nie zdało, matka by go nawet nie wysłuchała. Myślał 
więc dalej — a tak pomału mu świtać zaczęło w skołatanym umyśle. Przysięgi dotrzymać musi: 
ale czy nie mógłby jej dotrzymać, choćby się nawet ożenił? Dlaczegoż nie? Tigranesem 
wprawdzie nie jest, ale każdy nim być może, gdy zechce. Są rzeczy, do których mężczyznę 
żadna moc ludzka zniewolić nie zdoła. Więc tak; ożeni się, jeżeli go matka zmusi do tego, ale 
przysięgi nie złamie. 
Rozumowanie to było może scholastyczne cokolwiek: ale scholastyka panowała jeszcze na 
dworach i w całej dyplomacji ówczesnej i całe rycerstwo sobie nią pomagało w potrzebie. 
Właśnie podczas pobytu Gniewosza w Niemczech jeden z tamtejszych rycerzy, zadłużywszy 
się u Żyda w gospodzie i nie mając go czym zapłacić, aby nie umarł z głodu ze swymi ludźmi, 
musiał dać słowo rycerskie Żydowi, że nie przestąpi progu gospody, póki go nie zaspokoi; 
progu nie przestąpił, ale kazał przejście wykopać pod progiem, przez które jego ludzie go 
przeciągnęli, a sami, nie będąc słowem związani, gwałtem się za nim wydarli z gospody — i 
dowcip ten został po całych Niemczech przyjęty z jednogłośnym oklaskiem, a filut ten pozostał 
nadal wzorem słownego rycerza, jak nim był dotąd. On nie chce przecież oszukać Formozy, 
owszem, przysięgi święcie dotrzyma, a nawet w trudniejszych okolicznościach. Prócz 
tego jeszcze położenie ich obojga całkiem się zrówna: ona zamężna i jemu wierna, on żonaty 
i jej wierny — a zresztą, niech tam Bóg radzi o swojej czeladzi. Ale i o to nie należy rozpaczać. 
Dotąd ażeby się mógł ożenić z Formozą, potrzeba było rozwodu, odtąd potrzeba będzie 
dwóch rozwodów; jeżeli król jeden rozwód wyrobi; to i dwa także wyrobi, kanoniczna przeszkoda 
będzie w obydwóch wypadkach ta sama. Więc co tam! — powiedział sobie Gniewosz — 
postępujmy zawsze uczciwie, a resztę zostawmy losowi... I z tym poszedł spać — i spał jak 
kamień do rana. 
Starościna przespała tę noc także bardzo spokojnie. Była ona przekonana, że zmuszając 
syna do tego małżeństwa, dopełniła obowiązku troskliwej i przewidującej matki jak najsumienniej. 
Co więcej, była nawet wysoce z siebie zadowoloną, bo nikt by był jej nie odebrał 
tego uczucia, że spełniła czyn heroiczny a zarazem bardzo pobożny, bo ochroniła potomka 
świetnego rodu i chrześcijańskiego rycerza od zaprzepaszczenia swej duszy i sponiewierania 
swego imienia w niskich warstwach kupieckich. Nazajutrz rano z umysłem pogodnym, jaki 
się zawsze miewa po osiągnięciu zamierzonego celu, z uśmiechem na twarzy i z głową podniesioną 
do góry, poszła odwiedzić kasztelanowę. 
Kasztelanowa już ją oczekiwała, zdaje się nawet, że z pewną niecierpliwością, bo nim jej 
jeszcze krzesło podała, zapytała ją żywo: 
— Cóż tedy? miałaś podobno już wczoraj wieczorem długą z twym synem rozmowę, jakiż 
rezultat? 
— Rezultat nie mógł być inny — odpowiedziała jej starościna, siadając spokojnie na krześle 
— jak tylko ten, któregom oczekiwała. Mój syn jest uszczęśliwiony nad wszelki wyraz... Ale 
muszę tobie powiedzieć, że i ja jestem tym małżeństwem daleko więcej uradowaną, niżelim 
się spodziewała, a raduję się dla mnie i dla ciebie. Bo jużci to sama przyznasz, że Jagienka 
była w wielkim niebezpieczeństwie. Z takim Wilczkiem, co jest taki rozpustny, a do tego 
jeszcze ma tę tam jakąś bojarównę na karku, nie mogłaby być nigdy szczęśliwą — i byłaby z 
nim zapewne dożyła wielkich zgryzot i fatalności. Ty byś się zapewne była sprzeciwiała temu 
małżeństwu, ale mów tam sobie, co chcesz! gdyby się Kamieniecki, gdyby się król w to 
wmieszał... my kobiety jesteśmy słabe stworzenia, opieramy się jakiś czas, ale w końcu zawsze 
ustępujemy. Jagienkę tedy ochroniliśmy od wielkiego nieszczęścia, a ciebie od wielkich 
nieprzyjemności. Ale wyobraź sobie, że i mój syn także był w pewnym niebezpieczeństwie. 
Już go tam teraz we Lwowie o mało co nie uwikłano w jakieś kabały z tą tam Murysonówną, 
co to ją gwałtem wydano w jakiś dom ormiański. Ma to podobno być bardzo piękna kobieta, 
ale... pożal się Boże! 
— Pożal się Boże! — odpowiedziała kasztelanowa z litościwym westchnieniem. 
— Tak tym wszystkim niebezpieczeństwom łeb utniemy od razu — rzekła Gniewoszowa z 
zadowoleniem i zaraz spytała: — Więc może by teraz zawołać Jagienkę? 
— Zawołajmy ją — rzekła kasztelanowa i zaraz po nią posłała. 
Jednak w tej chwili wymalował się pewien niepokój na jej twarzy. Wstała, spojrzała przez 
okno w dziedziniec, jak gdyby tam kogoś dojrzeć pragnęła, po czym zwróciła się do starościny 
i powiedziała jej głosem cokolwiek zmienionym: 
— Ale wiesz, moja droga, muszę cię z góry uprzedzić, że ja wszystko zrobię, co mogę, aby 
Jagienkę przekonać, aby ją zresztą namówić. Ale gdyby się opierała, gdyby ją zmuszać potrzeba, 
to przyznam ci się... 
— Zmuszać! zmuszać! — zawołała starościna — któż o tym mówi? Przecież jej nikt za kark 
brać nie będzie, aby ją gwałtem prowadzić do ślubu. Wola rodziców i opiekunów jest tylko 
prawem, nie trzeba jej nazywać niewolą — a prawu każdy poddać się musi, inaczej by się 
świat wywrócił do góry nogami. My przecież wszyscy żyjemy pod pewnymi prawami, a chociaż 
niektóre z nich nam się zdają uciążliwymi, przecież się im poddajemy. Dzieciom dyktują 
prawa rodzice — a kiedy dzieci same zostają rodzicami, to znowu one dyktują prawa swym 
dzieciom. Takim porządkiem rzeczy stoją i utrzymują się rodziny w tym znaczeniu i w tym 
duchu, w jakim istniały od wieków — a na rodzinach stoi całe królestwo i zresztą cały ród 
ludzki. Czy mogłyby się po wiek wieków utrzymywać rodziny w swojej własnej istocie, gdyby 
dzieciom wolno było się żenić i iść za mąż według ich chwilowych kaprysów? Nigdy, 
przenigdy. Gdyby małżeństwa się kojarzyły według miłosnych zachcianek, gdyby następujące 
po sobie rodziny tworzyły się z obcych sobie żywiołów, niedobranych ze sobą według rodzinnych 
tradycyj, tylko według wybryków krwi lub fantazji, to już syn nie byłby podobny do 
ojca, a wnuk już by wcale nie wiedział, jakiemu Bogu modlił się jego dziadek. Ale że u nas 
jest chwała Bogu inaczej, że u nas rodzice wybierają zięciów dla swoich córek, a żony dla 
swoich synów, że tylko rodem, znaczeniem, wiarą, tradycją i sposobem myślenia pokrewne 
łączą się z sobą żywioły, więc też mamy rodziny, które niezmienne trwają od niepamięci, a 
trzymając się z sobą jak sieć nieprzedarta, niosą na swoich barkach to nasze królestwo, już je 
przez bardzo wiele burz i powodzi w całości przeniosły i tak je na sobie w całości doniosą aż 
po dzień ostateczny. Wobec takiego celu, cóż tam znaczy jakiś kwaśny humorek, co opanuje 
panienkę w dzień deklaracji, a choćby nawet i jakaś łezka, którą uroni w dzień ślubu? A 
zresztą, pomnijmy na siebie samych. Ja mego męża pierwszy raz obaczyłam, kiedy z wielkim 
dworem do Magierowa przyjechał, aby mnie poprowadzić przed ołtarz. A ty, zaliż sama wybrałaś 
sobie twojego męża? A przecież pomimo drobnych, przemijających zgryzotek, bez 
których nigdy się nie obchodzi w małżeństwach, nie możemy się skarżyć, bo dobrze nam było 
na świecie. Toż jeszcze za naszą przyczyną Kmitowie znacznie podrośli, a Gniewoszowie 
przynajmniej nie podupadli — a ja ci powiadam, że obydwa te rody jeszcze pójdą bardzo wysoko, 
jeżeli postępować będziemy z naszymi dziećmi tak samo, jak niegdyś z nami postępowali 
nasi ojcowie. 
— Wszystko to dobrze — rzekła na to kasztelanowa, pochwalając zupełnie zapatrywania się 
swej przyjaciółki — ja ci tylko chciałam powiedzieć, że Jagienki zmuszać nie mogę, nie mam 
nawet do tego prawa, bo my nie jesteśmy jej opiekunami... 
Na te słowa Gniewoszowa spojrzała niezmiernie zdziwionymi oczyma na kasztelanowę. 
Widać było po jej przeciągniętej twarzy i ustach wpółotwartych, że o tym szczególe nie wiedziała: 
ale w tej chwili weszła Jagienka. 
Jagienka miała twarz bladą jak ściana, na jej cerze przebijał się odcień zielony, widocznie 
całą noc strawiła bezsenną, w strasznej grozie, w najstraszliwszej walce przeciwko przemocy, 
na którą żadnego nie znalazła ratunku. Jeszcze teraz drżały w niej wszystkie wnętrzności, 
była podobną temu nieszczęśliwemu, któremu mają ogłaszać wyrok na śmierć: ale widać było 
po niej zarazem, że wszystkie swe siły zebrała, że była sobie najzupełniej przytomną i powzięła 
bohaterskie postanowienie, cios ten wytrzymać z odwagą. Tak weszła, nie z głową 
podniesioną do góry, nie z dumą w swojej postawie, owszem, pokornie schylona, i tak stanęła 
przed ciotką. 
Kasztelanowa, która już przedtem przeczuła, że Jagienka nie przyjmie z dobrą chęcią deklaracji 
Gniewosza, jednym rzutem oka odgadła jej obecny stan duszy i dlatego z bardzo łagodnym 
wyrazem na twarzy i wielką słodyczą w głosie prosiła ją, aby usiadła, zapowiadając 
jej, że chce z nią o bardzo ważnych rzeczach pomówić. 
Ale Jagienka nie siadła, mówiąc sucho: 
— Wysłucham stojąc, jakem powinna, rozkazu mojej ciotki. 
Kasztelanowa zaprotestowała przeciwko tym słowom natychmiast, mówiąc z dobrocią serca: 
— Ale, moja droga Jagienko, tu nie masz żadnego rozkazu. Chcę tylko, co też moim jest 
obowiązkiem, powiedzieć ci, co mi właśnie oświadczyła pani starościna. 
Tu zabrawszy głos, wyłożyła jej z wielką łagodnością, jako przeznaczeniem każdej dziewczyny 
jest wyjść za mąż, a im wcześniej, tym lepiej, jako ród Gniewoszów należy do najświetniejszych 
w królestwie, a Cherubin, chociaż tak młody, pasowan jest na rycerza przez 
niemieckiego cesarza, zajmuje wysoki urząd w Polsce, cieszy się łaską królewską i niezawodnie 
wielką ma przyszłość przed sobą, jako nareszcie jest człowiekiem wspaniałego umysłu 
i tak dobrego serca, jakiego na próżno by szukać pomiędzy dzisiejszym rycerstwem, o 
czym też wczoraj w rozmowie z nim zapewne sama się przekonała. Kasztelanowa byłaby 
swoje przemowę zapewne zakończyła w tym samym łagodnym tonie, ale Gniewoszowa patrzała 
na nią wzrokiem tak surowym i tak imponującym, że się przed nim ugięła i powiedziała 
z rodzicielską powagą i stanowczością: 
— Naradziwszy się tedy z moim mężem, ile że cię jak własne dziecko kochamy i prawdziwego 
szczęścia dla ciebie pragniemy, postanowiliśmy przyjąć pana Gniewosza i dać tobie za 
męża. 
W tej chwili obydwie matrony wpatrzyły się w nią jak w posąg wydający wyrocznie, zaparły 
oddech w piersiach i czekały jej odpowiedzi. 
Jagienka, ścierpnięta z bólu, a przekonana, że opór jej na nic się nie zda i tylko sceny wywoła, 
w których ją ból całkiem rozbierze i nie dozwoli jej utrzymać się w swojej godności, 
odpowiedziała sucho jak pierwej, ale z przerażającą cierpkością w głosie: 
— Jak skoro już takie postanowienie zapadło, to mnie nie pozostaje nic, jak tylko przed nim 
się skłonić. 
Na to Gniewoszowa wstała raźniej niż zwykle z siedzenia i otwierając ku niej ramiona, 
rzekła z wzruszeniem: 
— Przyjmujesz więc, moja najdroższa... 
Ale Jagienka cofnęła się od niej i odpowiedziała głosem ciętym: 
— Przyjmuję, bo tak chcą ci, którzy mną dysponują, ale nie z mojej woli. 
Zaczem zaraz ukłoniła się ciotce i starościnie, zginając się przed nimi prawie we dwoje, i 
wyszła z komnaty. 
Wyszedłszy w korytarz i idąc do swego mieszkania, miała krew skrzepłą w żyłach i 
wszystkie myśli zmącone: jednak była jeszcze o tyle sobie przytomną, że rzekła do siebie z 
zaciśniętymi zębami: — Jeśli mi gwałt zadają, to niechże choć wiedzą, że to jest gwałt i że się 
dzieje przeciw mej woli! — Lecz powiedziawszy te słowa, straciła całkiem przytomność, była 
jak człowiek znajdujący się w ciemnicy i nic nie widząc przed sobą, doszła prawie jak po 
omacku do drzwi swego apartamentu. 
Wszakże przy samych drzwiach ktoś ją chwycił za rękę. Spojrzała nań, był to Smolicki. 
— Cóż tam? — zapytał Smolicki, patrząc na nią z współczuciem — czy już dzisiaj deklarowano? 
— Wydają mnie gwałtem za Gniewosza! — zawołała Jagienka. I w tej chwili serce jej skrzepłe, 
dotychczas silną wolą na uwięzi trzymane, rozpłynęło się w żalu: rzuciła się Smolickiemu 
w ramiona i głośnym płaczem wybuchła. 
Szydzący nieraz cierpko ze wszystkich, Smolicki miał przecież serce i przycisnął ją do 
swej szerokiej piersi: ale miał także przytomność umysłu, która go nigdy nie opuszczała. Badać 
zaś niezmiernie ostrożnym z obawy, aby nie stracił łaski swych panów, otworzył drzwi, 
wepchnął ją do jej apartamentu i sam wszedł za nią. 
— Nieszczęście! nieszczęście! — rzekł do niej półgłosem, zamknąwszy drzwi za sobą — 
kasztelan duda, cale już zapomniał o Wilczku. A potem, co to, kiedy się przy czym uprą kobiety! 
Ale nie trzeba jeszcze rozpaczać. Przecie to nie kasztelaństwo są twoimi opiekunami, 
tylko twój stryj ojciec Chryzostom. Bez niego nie mogą stanowić o tobie... 
Na te słowa Jagienkę jakby błyskawica olśniła. Chwyciła Smolickiego konwulsyjnie za rękę 
i zawołała: 
— Ojciec Chryzostom! to prawda, ani mi to na myśl nie przyszło, bo też się nie znam na 
prawach. Ojciec Chryzostom taki dobry, on mnie tak kocha, on nie da mnie zgwałcić. Ale cóż 
zrobić? 
— Trzeba w lot posłać po niego — rzecze Smolicki. 
— Kogóż ja poszlę — zawołała rozpaczliwie Jagienka. — Prócz ciebie na całym zamku nie 
mam żywej duszy, która by miała litość nade mną... 
— Ksiądz Wara pojedzie. 
— Pojedzie!? — krzyknęła Jagienka z radością — to bądźże łaskaw, przyszlijże mi go natychmiast. 
— Zaraz go przyszlę — rzekł Smolicki, a biorąc za klamkę, dodał te słowa: — Ale słuchaj, 
waćpanna, trzeba mieć rozum we wszystkim. Niech Wara nie jedzie wprost od waćpanny do 
o. Chryzostoma, bo mogłoby się to potem wydać, a za to tutaj by się pogniewano na nas 
oboje. Wilczek jest we Lwowie, niechaj więc jedzie do Wilczka, a Wilczek niechaj sam skoczy 
do Wiszni. Niedaleka to droga, na jednym dniu nic nie zależy; przecież tu jeszcze się 
ziemia nie pali pod nami, a kiedy zechcesz, to małej odwłoki ci nie odmówią. 
Smolicki z tym wyszedł. Jagienka była jakby na węglach, łamała ręce z niecierpliwości, 
łzy jej się toczyły po licach: czy Wara przyjdzie, czy zechce się podjąć tego poselstwa? czy 
nie będzie się obawiał kasztelanowej? — Jednak za jakie kilka pacierzy Wara przyszedł. 
— Mój drogi Wara — zawołała do niego Jagienka, kładąc mu obydwie ręce na ramionach — 
Smolicki już ci powiedział... Pojedziesz? 
— Dlaczegoż nie? — odpowiedział jej Wara — ja pannę Jagienkę tak kocham, że i do piekła 
bym dla niej pojechał. Byłaś przecie tak dla mnie łaskawa, żeś mi obiecała probostwo... 
— Nie obawiaszże się kasztelanowej? 
— Ja o ten cały zamek dbam tyle, co o źdźbło słomy, które leży na drodze. Pięknie mnie 
nagrodzili! Kiedy kasztelan jęczał pod grzechem śmiertelnym zabójstwa... 
Ale Jagienka mu przerwała, mówiąc: 
— To jedżże. Ale jedź prędko. Jedź prosto do pana Wilczka i powiedz mu... przecie już 
wiesz, już ci powiedział Smolicki. 
— Wiem wszystko — rzekł Wara — i dobrze się sprawię. Nie nowina mi jeszcze daleko trudniejsze 
sprawiać poselstwa. Jutro w nocy, a najdalej pojutrze będę we Lwowie. Tylko ja biedny... 
— Ach — zawołała Jagienka — jestem dziedziczką trzech kluczów, a nie mam ani grosza 
przy sobie! Ale tu masz... 
To mówiąc pobiegła prędko do szkatułki, co stała na stole, wyjęła z niej złoty łańcuch i 
dając mu go, zawołała: 
— Masz! Ktoś ci tam na to pożyczy pieniędzy. Jedżże już jak najprędzej... 
Ale Wara stał jeszcze, spojrzał na nią, a potem rzekł: 
— Wiem ja, że pannie Jagience to nie bardzo wypada. Ale przecie, gdybym miał jaki listek 
do pana Wilczka... 
— Nie wypada? — zawołała Jagienka — co mnie nie wypada! Tu śmierć wisi nade mną! Ja 
umrę, jeżeli mnie za Gniewosza wydadzą! Ja gwałtu nie zniosę i pierwej się w łóżku własną 
ręką zadławię! Ja przed żadnym środkiem ratunku się nie ulęknę... Zaraz ci list napiszę. 
To rzekłszy, siadła natychmiast do stołu, porwała papier i pióro i wzięła się do pisania. Ale 
pisanie nie było wówczas rzeczą tak łatwą, jak dzisiaj. Zaczęła jeden list i podarła, podarła 
drugi i trzeci. Zaczem obróciła się z krzesła do Wary i rzekła: — Jakoś mi nie idzie. Może ty 
za mnie napiszesz. Ja ci powiem, co trzeba w liście położyć, a potem podpiszę. 
Ale te słowa niezmiernie zakłopotały Warę. On nie miał także wprawy do pisania, tylko 
wiele czytywał, zwłaszcza gdy nie miał weselszej rozrywki. Zaczął się jąkać mówiąc, że 
przecież lepiej by było, gdyby listek był własnoręczny... 
Więc Jagienka, decydując się prędko, odpowiedziała mu: 
— Nie masz tu czasu na długie pisanie, ale dam ci mój podpis. 
Po czym na małej kartce papieru napisała te słowa: 
W smyennych lossach nyesmyenna Yagienka. 
— Masz! — zawołała, oddając mu kartkę — to ci wystarczy. Reszty sam mu dopowiesz. Jedżże 
więc. A jedź prędko, na dzień i noc. I powiedz Wilczkowi, niech zaraz po odebraniu tej 
kartki jedzie do Wiszni. Niech prosi króla o pozwolenie, a jeśli król nie pozwoli, to niech jedzie 
bez pozwolenia, choćby miał stracić łaskę królewską. Choćby i urząd miał stracić! Co 
tam! mamy dóbr dosyć, będziemy żyć szczęśliwie bez urzędów królewskich. Jedżże, jedź 
zaraz... 
— Za godzinę będę już siedział na koniu — rzekł Wara i ucałowawszy ręce Jagienki, wyszedł 
z komnaty. 
Po jego wyjściu Jagienka, chociaż jeszcze głęboko wzruszona, przecież się uspokoiła cokolwiek. 
Do ciemnej kaźni więźnia skazanego na śmierć promyczek światła uderzył przez 
kraty — i świeci. 
Po wyjściu Jagienki z komnaty kasztelanowej obydwie matrony spojrzały po sobie, lecz 
żadna z nich nie wiedziała, co by miała powiedzieć. Starościna przybrała taki wyraz twarzy, 
jak gdyby kasztelanowa coś przeciw niej zawiniła i powinna się przed nią usprawiedliwić. 
Kasztelanowa to zrozumiała i rzekła: 
— Moja droga, cóżem ja temu winna? To jest dziewczyna dumna z natury i opozycją ma we 
krwi. Zakonnice nie potrafiły sobie z nią dać rady, pokora, której ją nauczyły, jest u niej tylko 
zewnętrzna, a wewnątrz, kto tam wie, jakie ma myśli. Ja to wiem z dawna, że się czuje Kmitówną 
i chciałaby sama dysponować swym losem. Czy i o ile myśli o Wilczku, to trudno wiedzieć; 
według mnie już to samo, że ktoś inny dla niej wybiera męża... 
Tu wszakże przerwała jej Gniewoszowa, mówiąc sucho: 
— To mniejsza. Każdej z nas się takie myśli roiły za młodu. Ale dlaczegożeś mi nie powiedziała 
zawczasu, że nie przy was jest nad nią opieka? Któż to jest jej "opiekadlnikiem”? 
— Jej stryj, ojciec Chryzostom. 
Tu Gniewoszowa podniosła głowę do góry, oczy otworzyła szeroko i usta do połowy rozwarła: 
widać było, że ta wiadomość była dla niej całkiem niespodziewaną. Jednak po chwili 
namysłu ocuciła się i spytała: 
— Tenże to jest Jan Chryzostom Kmita, co jako rycerz długo się błąkał po świecie, a potem 
wstąpił do franciszkanów? 
— Ten sam — rzekła kasztelanowa — a teraz siedzi w swoim własnym eremie120 koło Wiszni. 
— To ja go znam — odpowiedziała jej Gniewoszowa żywo i prawie z wyrazem zadowolenia 
na twarzy. — Znałam go dobrze za młodu. Był to rycerz przedziwnej piękności, ale duch niespokojny 
i zapamiętały wielbiciel kobiet. Kochał się w Salomei Rytwiańskiej, nie dano mu 
jej, bo ojca obraził, a kiedy potem poszła za Lanckorońskiego, został jej wiernym i dziwy za 
nią wyprawiał. Chodził podobno dwa razy do Ziemi Świętej, zawsze na jej intecją. Aż wreszcie 
przyjął święcenia kapłańskie i przywdział habit zakonny. Nie wiedziałam o tym, że koło 
Wiszni erem założył... 
— To człowiek święty — rzekła kasztelanowa — ten pewnie się nie pomyli... 
— Za młodu zdawał mi się być sowizdrzałem — mówiła dalej starościna — ale wielkiego ducha 
i bardzo dobrego serca. I mnie się tam swego czasu niejeden komplement dostał od niego. 
Być jednak może i bardzo chętnie w to wierzę, że za pomocą pokuty łaski Bożej dostąpił. 
Więc cóż teraz zrobić? Kiedy on jest "opiekadlnikiem” Jagienki, to bez niego się obejść nie 
można. Czy sądzisz, że przyjechałby tutaj, gdybyśmy go zaprosiły? czy trzeba jechać do niego? 
Na to zaś rzekła kasztelanowa z uczuciem zadowolenia: 
— Właśnie go oczekuję. Bo muszę ci się przyznać nareszcie, że jakem się tylko dowiedziała, 
żeś posłała po twego syna, zaraz pchnęłam zaufanego cichaczem do niego, napisawszy 
mu, co jest, i prosząc go, ażeby bez zwłoki przyjeżdżał. Ja moich praw bronię, jak mogę, ale 
w cudze prawa się nigdy nie wdzieram. A potem, nie miałabym przez całe życie spokojnego 
sumienia, gdybym Jagienkę do małżeństwa namówiła i gdyby później... przepraszam cię, że 
ci to powiadam otwarcie... i gdyby później w tym małżeństwie nie była szczęśliwą. Przeciwko 
Wilczkowi byłam i jestem, bo jakem się dowiedziała o tej tam bojarównie, nabrałam przekonania, 
że jej nie godzien. Ale jej męża narzucać, którego nie znam, to znów co innego. 
Niech o tym stanowi ten, przy którym jest prawo... 
Starościna mogłaby była za tę wiadomość rzucić się kasztelanowej w ramiona, bo czuła to 
dobrze, że każda zwłoka mogła się dla niej stać niebezpieczna: Cherubin nie chce i Jagienka 
widocznie nie chce, jedno słowo wymienione pomiędzy nimi mogłoby ich do wspólnej rewolucji 
pobudzić, zwłoka dni kilku mogła zatem jej plantę121 przewrócić i zniszczyć. Ostatnie 
słowa kasztelanowej, wyrażające brak zaufania do jej syna, wprawdzie ją ochłodziły cokolwiek, 
ale zawsze była jej głęboko wdzięczną za zawezwanie o. Chryzostoma na Sobień, jakoż 
odpowiedziała jej na to z zapałem: 
— Zawsze jesteś rozumna a sumienna i zacna nad podziw! Więc tedy tak dobrze, więc będziemy 
czekać na o. Chryzostoma. Ale powiedzże mi z twej łaski o nim coś więcej, bo 
chciałabym wiedzieć, jak mam z nim mówić... 
Stąd wywiązała się pomiędzy obydwiema matronami bardzo długa rozmowa, która trwała 
aż do samego obiadu. 
Od czasu jak istniał zamek sobieński, jeszcze na nim takiego ponurego obiadu nie było. 
Izba jadalna zamieniła się jakby w klasztorny reflektarz, ba, nawet gorzej, bo nie tylko że nikt 
prawie nic nie jadł, nie tylko że żadna nie mogła się zawiązać rozmowa, ale nad stołem biesiadnym 
wisiała chmura gradowa, która przyciskała powietrze i ukrócała oddech jedzącym. 
Wszyscy to czuli, że chmura ta pęknie może dziś jeszcze, ale co z niej wyleci, czy deszcz 
ulewny, czy gradobicie, czy pioruny i błyskawice, nie wiedzieli nawet ci, którzy sami ją 
sprowadzili nad głowy mieszkańców zamku. Gniewosz, najspokojniejszy i najwięcej dworski 
ze wszystkich, na próżno się silił opowiadaniem różnych historyj rycerskich zgromadzenie 
cokolwiek ożywić, nikt go nie słuchał. Jagienka, przejęta uczuciem dumy, a może nawet pogardy 
dla swych gwałcicieli, udawała pogodę myśli, ale ponieważ musiała unikać spotkania 
się ze wzrokiem kasztelanowej, starościny i jej syna, więc widać było po niej aż nadto, że 
siedzi jakby na szpilkach. Starościna była milcząca i zamyślona: widocznie się uzbrajała w 
argumenty i wszelką inną broń oratorską, którą by mogła skaptować dla siebie opiekuna Jagienki. 
Kmita wiedział zapewne, co się przygotowuje, i było mu dość obojętnym, ale był 
chmurny, że mu te babskie historie psują apetyt. Nawet Smolicki, zawsze taki wymowny, nie 
umiał ani jednego słowa wydobyć ze siebie. Do tego jeszcze cały fraucymer był jak zwarzony: 
wszystkie kobiety i panny wiedziały dobrze, że się toczy kabała, ażeby wydać Jagienkę za 
niemiłego jej kawalera, i wszystkie serdecznie się litowały nad tą nieszczęśliwą. Tylko jeden 
niewinny Pretficz, przyciskając od czasu do czasu do serca ów mały bukiecik kwiatów, który 
wczoraj od Jagienki otrzymał, a teraz miał pod kaftanem, stal z twarzą wesołą i uszczęśliwioną 
za krzesłem kasztelana, pilnował służby daleko żwawiej niż zwykle i rzucał od chwili do 
chwili ukradkiem radosny wzrok na Jagienkę, która jeżeli była dziś roztargnioną, to oczywiście 
dlatego, że o nim myślała. 
Wszakże pod koniec tego mniszego obiadu dały się słyczeć trąby na bramach zamku, zapowiadające 
przyjazd nowych gości. Odgłos tych trąb wstrząsł Jagienkę radośnie: odezwało 
się w niej przeczucie, że to Wilczek przyjechał. Przeczucie ją omyliło, niebawem bowiem 
wszedł bronny i zapowiedział z otwartych drzwi, że ksiądz Chryzostom właśnie zsiada z kułbaki 
w dziedzińcu. Natenczas jej radość nie ustąpiła, ale jej się w oczach ściemniło: zdało jej 
świętych widywał, o czym nikt nie śmiał wątpić, Chryzostoma przez chmury z Wiszni na 
Sobień zczarował. Pod tym wrażeniem pierwsza zerwała się z krzesła, co zresztą było jej 
obowiązkiem, i ku drzwiom pobiegła — a kiedy o. Chryzostom pokazał się w przyległej komnacie, 
pobiegła pędem ku niemu i rzuciła mu się do kolan, jak wtenczas dzieci zazwyczaj 
swoich rodziców i opiekunów witały. O. Chryzostom podniósł ją z ziemi, po ojcowsku przycisnął 
do piersi i przyprowadził za rękę do izby jadalnej. 
A wtenczas już wszyscy wstali od stołu oprócz kasztelana, który uważał siebie jako głowę 
nad całym narodem Kmitów, a podobno ich wszystkich nie bardzo nawidził, owszem, nacisnął 
jeszcze kuczmę na głowie, poprawił się w krześle i czekał, póki Chryzostom do niego nie 
przyjdzie, Tymczasem Chryzostom witał się najprzód z kasztelanową, potem poznał starościnę 
i przypomniał jej wspólne czasy młodości, a dalej się wcale do Kmity nie śpieszył, tylko 
spojrzał wdzięcznie na Gniewosza, którego starościna zaraz mu przedstawiła i rzekł uprzejmie: 
— Bardzo grzecznego jejmość wychowałaś nam kawalera, wszystkich nas głową przenosi, 
nie wątpię o tym, że i w służbie około tego królestwa nas wszystkich wyprzedza. 
Dopiero potem do Kmity przystąpił, ścisnął pana brata za rękę, a zaproszony przezeń, zaraz 
obok niego usiadł do stołu. Z drugiej strony, tuż przy nim, siadł Gniewosz — a ks. Chryzostom, 
wymieniwszy kilka słów z kasztelanem, jedząc przy tym i pijąc pod miarę, zaczął zaraz 
wypytywać Gniewosza o jego służbę za granicą i w kraju i o jego dzisiejsze stanowisko u 
dworu. Starego rycerza, chociaż już to rzemiosło porzucił, niezmiernie zajmowały myśli i 
czyny jego dzisiejszych następców, a przy tym zapewne chciał wyrozumieć, który jest ten, co 
mu go zalecają na męża dla Jagienki. Jakoż Gniewosz musiał dobre sprawić na nim wrażenie, 
bo kiedy wstano od stołu, rzekł do starościny: 
— Trudno tego nie przyznać, że nasze rycerstwo robi progresy. Syn jejmości bardzo słuszny 
kawaler. Nie taki to pędziwiater, jakimi, panie Boże nam odpuść, myśmy byli za młodu. Zna 
on swoje rzemiosło ledwie nie lepiej, niż myśmy je znali, ale ma przy tym rozumienie swych 
obowiązków i obywatelskie uczucia, których myśmy w tym Etopniu nie mieli, dlatego też 
szukaliśmy Bóg nie wie czego po cudzych krajach, zamiast po prostu służyć własnej ojczyźnie. 
Więc starościna była tym bardzo uradowana, dziękowała Chryzostomowi za jego opinią o 
jej synu i rozmawiając z nim dalej, prowadziła go wolnym krokiem do drugiej komnaty. 
Ale Jagienka te słowa także słyszała, a na nią sprawiły one niemal przerażające wrażenie. 
Już się Gniewosz jej stryjowi podobał, to bardzo złe omen. Do tego jeszcze starościna go 
wzięła zaraz w swoje obroty i pewnie go już nie wypuści, dopóki go nie przerobi dla siebie. 
Jagienka weszła także do drugiej komnaty i kręciła się tam przez chwilę; lecz widząc, że obydwie 
matrony posadziły Chryzostoma pomiędzy sobą i bardzo ożywioną z nim rozpoczęły 
rozmowę, zniecierpliwiona i gniewna, z ściśnionym sercem i prawie ze łzami w oczach, nie 
patrząc już na nikogo, poszła do swego apartamentu. 
Gniewosz także nie spuścił oka z tego wszystkiego, co się działo przed jego oczyma. Nie 
miał on już żadnej nadziei wyłamania się spod wyroku, jaki jego matka rzuciła na niego. 
Poddał mu się bez stanowczego oporu, bo został przychwycony znienacka i jako wzorowy 
syn nie mógł postąpić inaczej; lecz przeto nie pozostał bezczynnym. Od rana starał się wszelkimi 
środkami dowiedzieć, jakie są tutaj na zamku stosunki rodzinne, i szukał pilnie sposobów, 
za pomocą których mógłby ten ślub ukartowany podkopać i pomału przewrócić albo 
przynajnwej odwlec. Rozmawiał zaraz rano ostrożnie z kasztelanem, ale znalazł go tylko niechętnym 
dla siebie, a zresztą niczego nie mógł się od niego dowiedzieć. Mówił z starszymi 
żołnierzami i z pannami z fraucymeru, ale żołnierze nic nie wiedzieli, a panny dawały mu 
odpowiedzi wymijające. Mówił nareszcie ze Smolickim. Ale miał z nim bardzo trudną rozmowę, 
bo Smolicki, nie wiedząc nic o tym, w jakim on znajduje się położeniu, domyślając się 
wcale przeciwnie, że on sam pragnie poślubić Jagienkę, a licząc przy tym także cokolwiek na 
to, że Chryzostom tę kabałę potarga, zamiast go o wszystkim oświecić, był tylko pełen przycinków 
dla niego i dawał mu złośliwie do zrozumienia, że podobno nic z tego nie będzie. 
Gniewosz, na nieszczęście, jako przed obcym człowiekiem, nie mógł się przed nim rozpiąć 
zupełnie; ale jednak z tych jego przycinków dowiedział się, że Chryzostom jest opiekunem 
Jagienki i tylko on sam nią dysponuje, a z niektórych jego półsłówek wyciągnął wniosek, że 
Jagienka mu wcale nie jest przychylną, a może nawet myśli o Wilczku. Złożywszy sobie te 
wiadomości, powziął zamiar rozpocząć jakieś działanie: gdyby tylko miał choć dwa lub trzy 
dni przed sobą! 
Gdyby był w swojej rozmowie przy obiedzie przedstawił się Chryzostcmowi choćby tylko 
jako człek lekki a wierny achates122 króla we wszystkich jego swawolnych rozrywkach, to 
byłby tą sztuczką niezawodnie zwłokę uzyskaj bo Chryzostom byłby się nad tym zastanowił i 
co najmniej zapragnął przez kilka dni mu się bliżej przypatrzyć — a wtedy mógłby się był 
otwarcie przyznać do przysięgi ślubowanej Formozie, mógłby był nawet przed nim się wyspowiadać 
i wyznać mu to na spowiedzi. Ale takich chytrości nie był on zdolen, nie zgadzało 
się to z jego umysłem szlachetnym i zawsze czystym sumieniem. 
Jednak kiedy starościna i kasztelanowa zaprowadziły Chryzostoma do przyległej komnaty 
i tam z nim zasiadły do długiej rozmowy, oczywiście, ażeby wziąć słowo od niego, zdjął go 
lęk przed zbliżającą się stanowczą chwilą i powziął myśl heroiczną: postanowił się zbliżyć do 
Jagienki i przyznać się, że jej nie kocha i że go do tego małżeństwa zmuszają. Ale ludzie najznamienitszej 
odwagi wojskowej nie zawsze mają odwagę moralną, postanowienie uderzenia 
na nieprzyjacielskie szeregi jak iskra się w nich zapala i jak błyskawica w czyn się zamienia, 
ale nieraz długo się nad tym zastanawiają, nim zrobią jakie wyznanie kobiecie. 
Tak się stało i Gniewoszowi: kiedy się zdecydował i ruszył z miejsca, aby do Jagienki 
przemówić, Jagienki już w tych komnatach nie było. Iść zaś z tym do jej apartamentu, to by 
już był krok otwarcie buntowniczy przeciwko matce, na to nie mógł się zdobyć. Wszelako 
wyszedł i zaczął się błąkać po wszystkich komnatach i korytarzach, azali gdzie Jagienki nie 
spotka — ale jej nigdzie nie spotkał. 
Tymczasem obydwie matrony już uchodziły o. Chryzostoma. Kasztelanowa, jako kobieta 
wprawdze silnego charakteru, ale bardzo delikatnego sumienia, niewiele się do tej rozmowy 
mieszała; ale tego nawet nie było potrzeba, bo Gniewoszowa nie miała zwyczaju liczyć na 
cudzą pomoc, gdzie o to chodziło, ażeby komuś rzecz jakąś zręcznie i jasno wyłożyć. Toż ks. 
Chryzostom ją doskonale zrozumiał, a zastanowiwszy się nad tym wszystkim w swoim rozumie, 
obrócił się do kasztelanowej i rzekł z łagodnym uśmiechem na twarzy: 
— Więc tedy ofertę tę można by przyjąć. Ale przecież pozostaje mi jeszcze jedna kwestia 
do wyjaśnienia. Był tutaj u was Wilczek w takich samych zamiarach, wiem o tym pewnie, 
bom go sam tutaj posłał w tej myśli. Cóż on tu zrobił? 
— Wilczek? — rzekła kasztelanowa, ważąc starannie swe słowa — Wilczek tu bawił przez 
cały miesiąc albo i dłużej. Jagience się trochę przymilał. Ale potem nagle wyjechał na parę 
dni — i dotąd nie dał żadnej wiadomości o sobie. Zdaje się zatem, że jeśli o Jagience myślał, to 
się rozmyślił... 
— Ale ja bym to chciał wiedzieć na pewno — rzekł o. Chryzostom — bom go sam tutaj posłał, 
a więc to dotyka mojego sumienia. 
Tu wszakże zabrała głos starościna i tak zaczęła: 
— Mój ojcze kochany, nie mamy my tej łaski Bożej, jaka na ciebie spłynęła, dlatego we 
wszystkim poddajemy się twojej woli, ale ile sił naszych strzeżemy także czystości naszego 
sumienia. Jam się tu zaraz dowiedziała, że imć pan Wilczek smalił cholewki do panny, i dlatego 
starałam się o nim zainformować, bo mój syn zdaje mi się być dobrym, ale mogą być 
lepsi od niego — a nigdy bym sobie tego nie darowała, gdybym się komukolwiek stała prze122 
achates (gr.) — zwolennik, wierny towarzysz 
szkodą do osiągnięcia lepszego losu. Otóż na podstawie tych informacyj mogę ci z czystym 
sumieniem powiedzieć, że Wilczek Jagienki niegodzien i nawet cale o nim nie powinno być 
mowy. 
A tu opowiedziała całą historią o bojarównie, przedstawiając Wilczka jako człowieka, którego 
dusza się piekłu należy. 
Wiadomość ta nie sprawiła na Chryzostomie tak głębokiego wrażnia, jakiego Gniewoszowa 
się spodziewała: być może, że o tym wiedział, boć przecie Wilczek się przed nim spowiadał. 
Cóżkolwiek bądź, zdaje się, że udzielenie mu tej wiadomości nie pozostało bez skutku, 
bo na to tak odpowiedział: 
— Ja na tego rodzaju wybryki muszę się zapatrywać inaczej. Młodzież, co ich się dopuszcza, 
odpowie za nie swego czasu przed Bogiem, ale my ludzie i my kapłani nie powinniśmy 
ich za nie zaraz ze społeczeństwa wyklinać, bo tym sposobem zamknęlibyśmy im drogę do 
poprawy. Przed chwilą byłbym ten jego postępek położył na inną wagę, ale kiedy wy o nim 
wiecie, to znowu rzecz inna. Porównawszy go z imć Cherubinem, oczywiście, że trzeba się 
przechylić na stronę syna jejmości. Tak każe rozum: ale pozwólcie mi, abym się Panu Bogu 
pomodlił — a dopiero potem ogłoszę wam moje postanowienie. 
Zaczem wstał zaraz i szedł do wielkiej kaplicy na modły. 
Obydwie matrony rozmawiały jeszcze przez chwilę ze sobą, ale starościna nie mogła 
oprzeć się ciekawości, która ją piekła. Jakoż rzekła do kasztelanowej: 
— Pójdę chyba i ja się pomodlić, trzeba mi łaski Boskiej, abym wiedziała, jak mam postępować 
w każdym wypadku. 
A to rzekłszy, zaraz odeszła; ale nie poszła do tej małej kapliczki, która się znajdowała 
przy jej mieszkaniu. i w której się zawsze modliła, tylko do owej wielkiej kaplicy, która była 
prawie jak kościół, a do której poszedł Chryzostom. Tam siadła w ostatniej ławce przy samym 
konfesjonale i uklęknąwszy, zaczęła się modlić. Kiedy weszła, o. Chryzostom klęczał 
na najniższym schodzie przed ołtarzem i modlił się ze złożonymi rękami. Potem wstał i położył 
się krzyżem na posadzce — i tak leżał z jakie dziesięć pacierzy. Gniewoszowej się zdało, 
jakoby przez ten czas głośno z sobą rozmawiał albo może z kim innym, którego widział lub 
przywoływał do siebie; ale zapewne jej się to tylko zdawało, a on tylko głośno odmawiał pacierze. 
Nareszcie wstał, przeżegnał się, skłonił się przede ołtarzem ku ziemi, a obróciwszy się, 
szedł krokiem prawie żołnierskim i z głową podniesioną do góry ku drzwiom kaplicy. 
Na jego widok Gniewoszowę wziął taki lęk przed nim, że chciała się ukryć; być może, że 
jego surowa a zarazem wspaniała w tej chwili postać przejęła ją zgrozą, być może także, że 
wśród modlitwy zachwiało się jej własne sumienie: ale przed jego orlim wzrokiem nigdy się 
nic nie ukryło. Spostrzegł ją zaraz, skinął ku niej głową, a wyprowadziwszy ją za próg kaplicy, 
rzekł do niej z pogodnym uśmiechem na twarzy: 
— Podziękujże Bogu. Miałem takie natchnienie, że trzeba dać Jagienkę twemu synowi. 
Na to starościna pochyliła się nad nim, pocałowała go w ramię i rzekła: 
— Niechże się dzieje Jego wola. Ale zwracam twoje uwagę na to, że ze strony Jagienki może 
być opozycja. 
Na to o. Chryzostom wyprostował się i rzekł głosem stanowczym a zarazem wyniosłym: 
— Przeciwko mnie opozycji nie będzie. Kiedy ja idę z rozkazem Pana, to idę jak burza, 
żadna potęga ludzka mi się sprzeciwić nie może, kamienie się w proch rozsypują pod moimi 
stopami, a dęby stuletnie gną się przede mną jak trzciny. 
W tej chwili o. Chryzostom tak wyrósł w jej oczach, że zdawał się głową dosięgać pułapu. 
Gdyby jej kto był teraz powiedział, że z swojej puszczy czasem głowę wystawia ponad 
wierzchołki lasu, to byłaby uwierzyła na ślepo. Ale zarazem napełnił ją wiarą i zaufaniem do 
siebie. Zaczem powiedziała mu jeszcze: 
— Więc kiedyś już tak łaskaw na twoje sługę, mój ojcze, to jeszcze cię o coś poproszę. Oto 
ażeby ślub odbył się jutro. Bo widzisz, mój syn jest na służbie przy osobie królewskiej, wy169 
rwał się tutaj za pozwoleniem swojego pana i lada chwila może być odwołany. Gdybyż go 
odwołano, to wiesz, co to jest służba i jak król czasem jest nieużyty... Kto tam wie, co by się 
mogło wywiązać z takiej zwłoki. 
Ojciec Chryzostom się nad tym przez chwilę namyślił, a potem rzekł: 
— Najwłaściwiej by było, gdyby im dał ślub biskup przemyski. Ale biskupa tam teraz nie 
ma, katedrę tę trzyma tymczasem arcybiskup lwowski... a do Lwowa daleko. Ale ja także nie 
mam czasu tu wysiadywać. Więc masz jejmość racją, więc jutro ślub. 
To rzekłszy, odszedł prędkim krokiem, jak gdyby istotnie mu się bardzo śpieszyło. Starościna, 
uradowana nadspodziewana, pobiegła czym prędzej do kasztelanowej, aby się z nią tą 
radosną nowiną podzielić. O Jagience tam ani mowy nie było. Dziecko, skutkiem przeciwnego 
naturze urządzenia rodziny, datującego się jeszcze z czasów pogańskich, skutkiem niewłaściwego 
zastosowania do niej ustaw chrześcijańskiej religii, która ile możności tolerowała 
obyczaje znalezione pomiędzy nawróconymi ludami, skutkiem nareszcie tradycji, która się z 
tych dwóch pierwiastków wyrobiła i z wiekami stężała, dziecko było naówczas rzeczą martwą 
w rękach rodziców i opiekunów, którzy też nim rozporządzali całkiem według swej woli. 
Synowie i córki, dopiero gdy utworzyli własną rodzinę, wyzwalali się spod tego żelaznego 
prawa — a i wtedy jeszcze wola ojcowska dawała się często uczuwać żonatemu synowi, tylko 
córki podlegały już odtąd wyłącznie woli swych mężów. 
Jagienka strawiła te parę godzin w wrzącej, ale zarazem głęboko bolesnej niecierpliwości. 
Tam stanowiono o przyszłości całego jej życia — a ona nawet odezwać się nie mogła. Hardy 
jej umysł burzył się przeciw tej barbarzyńskiej niewoli: postanawiała sobie chwilami podnieść 
bunt jawny, powiedzieć wszystko, niechaj się dzieje, co chce, rzucić się wreszcie na 
ziemię i dać się wlec jak zarżnięte bydlę do ślubu. Może się jej stryj nad nią zlituje, może i 
Gniewosz takiej żony nie zechce. Ale dusza jej upadała po każdym takim postanowieniu. Jej 
czarne zapatrywanie się zabijało jej wolę. Stryj nie zlituje się nad nią, bo jest zakonnikiem i 
wobec zasady obediencji123 wszystko zniknie u niego; Gniewosza nic wzruszyć nie zdoła, bo 
idzie mu o majątek i koligacją; ona sama nareszcie nie będzie miała siły po temu — jest sama 
jedna, nie ma nikogo po swojej stronie i nikt się za nią nie ujmie. Tak chwiejącą się między 
ożywczą pochucią buntu a odbierającą jej resztę sił rezygnacją zastał ją o. Chryzostom. 
Obaczywszy go wchodzącego Jagienka się wstrząsła, objęło ją jakieś nieświadome uczucie, 
nad którym ból tylko górował świadomie, i rzuciła mu się do kolan, a dwa strumienie łez 
potoczyły się po jej twarzy. Chryzostom, nie wiedząc wcale, co się w niej dzieje, a rozumiejąc, 
że jest to zwykłe wszystkim dziewczętom wzruszenie w chwili tak ważnej, podniósł ją z 
sercem ojcowskim z ziemi, objął lewym ramieniem, pocałował w czoło, pogłaskał po twarzy i 
rzekł: 
— Uspokój się, moje dziecko, ja z dobrą przychodzę nowiną. Nie dam ja ciebie pierwszemu 
lepszemu, boś też ze wszystkich względów warta doskonałego męża. Wiem całkiem dokładnie, 
kto jest imć pan Gniewosz, jaki jest jego ród i jakie ma łaski u króla, prócz tego wybadałem 
go jak na spowiedzi, ma umysł wyniosły, a serce wyborne: jego tobie przynoszę i jestem 
pewny, że będziesz za nim szczęśliwą. 
Na te słowa, potwierdzające jej czarne przeczucia, Jagience ciemno zrobiło się przed 
oczyma, wszystkie siły ją opuściły, tylko tyle przytomności jej jeszcze zostało, że się po sukni 
Chryzostoma zsunęła, upadła mu do nóg i zawołała łzami zalanym głosem: 
— Mój ojcze! 
Tu Chryzostom przypomniał sobie, o czym go starościna ostrzegła, podniósł ją z kolan, 
posadził przy sobie i zapytał głosem łagodnym, ale oczywiście z myślą podstępną: 
— Powiedzże mi otwarcie, moje dzieciątko, Gniewosz nie bardzo ci się podoba, może byś 
wolała którego innego? 
To niespodziewane pytanie ocuciło Jagienkę i dodało jej cokolwiek odwagi, przechyliła się 
na piersi swojego stryja i rzekła półgłosem: 
— Wolałabym Wilczka. 
Więc Chryzostom posadził ją znów z dobrocią koło siebie i rzekł: 
— Dobrze, żeś mi to powiedziała. Słuchajże, moja dziecino, a wiedz najprzód o tym, że ja 
sam pierwszy pomyślałem o Wilczku dla ciebie. Ale tak samo sumienne wziąłem o nim informacje, 
jak o Gniewoszu, i muszę ci powiedzieć, że Wilczek ciebie niegodzien. Wilczek ma 
występek na swoim sumieniu, występek taki, który by ci zatruł całe twoje życie... 
Przy tych słowach Jagienka, cała łzami zalana, cofnęła się od niego i podniosła rękę do góry, 
jak gdyby chciała stanowczo temu zaprzeczyć, ale Chryzostom, wyborny znawca serc 
ludzkich, widząc już dobrze, że Jagienka jest Wilczkiem zajęta, że każda zwłoka jest niebezpieczną, 
że powinien działać raźnie i użyć w ten moment całej swojej powagi, wstał i dodał 
głosem stanowczym i uroczystym: 
— Każdy inny, tylko nie Wilczek. Na Wilczka nigdy ci nie pozwolę. A żebyś o nim zapomniała 
tym prędzej, wybrałem dla ciebie Gniewosza. Jutro sam was pobłogosławię. Przygotuj 
się więc do tego aktu — a wiedz o tym, że za maluczko tak samo padniesz mi do nóg za to, 
żem tobą tak rozporządził. 
I z tymi strasznymi słowami wyszedł prędkim krokiem z pokoju. 
Jagienka była tym ostatecznym wyrokiem jak odurzona. Jednak w pierwszej chwili ból i 
lęk przed Gniewoszem ustąpiły z jej serca, a natomiast zdjęło ją oburzenie, że ktoś śmie taką 
potwarz rzucać na Wilczka. Załamała ręce przed sobą, oczy podniosła ku niebu i zawołała do 
siebie: 
— Wilczek! występek!... O Boże! takich ohydnych środków używają ci ludzie, ażeby swemu 
gwałtowi drogę do mnie uścielić!... 
Potem to oburzenie ją opuściło. Natomiast zaś cała groza jej położenia przed nią się ujawniła. 
Stało się. Nie było już dla niej żadnego ratunku. Zniknęły ostatnie promienie nadziei. To 
śmierć. Czarna otchłań napełniła jej izbę — a na progu kat stoi... 
Niebawem potem kasztelanowa i starościna weszły do jej pokoju. 
Obaczywszy te dwie matrony, Jagienka zupełną odzyskała przytomność. Uczucie dumy ją 
ożywiło i powróciło jej władzę nad sobą. Jeśli mam zginąć — mówiła sobie w głębi swej duszy 
— to niechże zginę z godnością niewinnej ofiary i z pogardą dla tych, którzy mnie gubią. I 
zacięła się tak, jak dziś rano. Nie wypuściła ani jednej łzy z oka, ani jednego z piersi westchnienia 
— a wszystkich grzeczności, perswazyj i powinszowań słuchała w milczeniu, a nawet 
z udaną obojętnością. Kasztelanowa i starościna, przekonane najgłębiej, że humory rozpierzchną 
się po weselu, były z niej dosyć zadowolone i tak ją poprowadziły do wieczerzy. 
Przy wieczerzy obydwie matrony, a nawet sam Kmita usiłowali rozbudzić wesołość. Jagienka 
temu wcale nie przeszkadzała. Chociaż nie rozgłoszono jeszcze, że deklaracja już się 
odbyła, a ślub ma się jutro odprawić, posadzono ją przy Gniewoszu; ona była bardzo grzeczną 
dla niego, a nawet kiedy on się zamyślił, po kilka razy sama z nim rozpoczynała rozmowę. 
Ale wesołość się nie da narzucić. O. Chryzostom, widząc tę niestrojność humorów, zabrał 
głos i opowiadał o swoich podróżach do Ziemi Świętej — a tak uwolnił wszystkich od wymuszonych 
uśmiechów. W czas przed północą wszyscy udali się na spoczynek. 
Nazajutrz rano odbył się ślub w zamkowej kaplicy — a po południu wesele. 
Na tym naszym świecie, odkąd ludzie na nim poukładali się w społeczeństwa, gdzie nad 
uczuciem i wolą człowieka muszą koniecznie górować prawa i obyczaje, bo inaczej by społeczeństwa 
nie było, częstokroć w najważniejszych pomiędzy ludźmi układach zupełnie inną 
jest właściwa treść aktu, a inne pozory. Bywają pogrzeby, które dla ich uczestników są prawdziwym 
weselem — i bywają wesela, które dla łączących się ślubem dozgonnym są prawdziwym 
pogrzebem. To pamiętne w dziejach sobieńskiego zamku wesele, z którego poezja 
gminna stworzyła powieść ludową, a którą tradycja aż do naszych czasów doniosła, grzebało 
także szczęście tych dwojga ludzi, jeżeli nie na zawsze, to pewnie na długo. Czuli to oni 
oboje i szli przed ołtarz jak na rusztowanie: Jagienka blada jak śmierć, pochylona cokolwiek 
naprzód, jak gdyby się uginała pod przenoszącym jej siły ciężarem niedoli, patrząca przed 
siebie i unikająca wzroku swych gnębicieli — Gniewosz z uśmiechem na twarzy i niby całkiem 
siebie świadomy, lecz widać było po nim, że krew w nim zastygła i idzie naprzód nie 
własną siłą, ale moralną przemocą wleczony, której się oprzeć nie może. 
Na to wesele zbębniono cokolwiek szlachty z bliższych okolic — i wyprawiono sowitą biesiadę 
z muzyką i tańcami. Jagienka wytężyła wszystkie swe siły i trzymała się, jak mogła, 
ażeby nikt nie dostrzegł, co się w niej dzieje; tańcowała nawet zarówno z wszystkimi, choć jej 
się serce krajało. Gniewosz także tańcował i pił ze szlachtą ochotnie, odpowiadając wesoło i 
głośno na jej szumne wiwaty. 
Już sama załoga zamkowa stanowiła tłum bardzo liczny — pomnożona okolicznymi gośćmi 
przepełniła wszystkie komnaty; nie żałowano trunków, hałaśliwej muzyki i wszelkiej ochoty: 
wszczęły się więc hałas, tarłaś i wrzawa, tak że trudno było siebie samego dosłyszeć. Jagience 
dobrze było w tej wrzawie; mówiła sobie: Gdyby to wesele trwało tak wciąż, choćby do grobu... 
Ale obyczaje ówczesne chciały, ażeby wśród trwającego wesela odbyły się pokładziny. 
Zaczem o samej północy pozapalano wieloramienne lichtarze, po jednej stronie stanęły matrony 
i drużki, po drugiej starostowie i drużbowie, we środku zaś państwo młodzi — i tak ten 
tłum różnobarwny przy świecach jarzących doprowadził ich do łożnicy. 
Była to chwila najstraszniejszej grozy i najwyższej boleści dla Jagienki. Natenczas krew 
całkiem się ścięła w jej żyłach, czuła obiegające po całym ciele jak gdyby lodowate strumienie, 
zimna dreszcz ją objęła od stóp do głowy, trzymała się już tylko bezwiednie na nogach, w 
głowie czuła próżnię, jak gdyby w niej już żadnej myśli nie było. A przecież jeszcze się tam 
jakieś myśli błąkały, ostatnie wysiłki jej woli. Bo mówiła sobie: Rzucę się przed nim na kolana 
i będę go błagać, jest przecie szlachetnym rycerzem, może się nade mną zlituje — a jeśli 
nie, to niech mnie rozedrze; tak lepiej. 
Na tymczasowe mieszkanie dla państwa młodych Gniewoszowa odstąpiła swojego apartamentu. 
Przeprowadzono ich więc przez tę wielką komnatę, w której była kaplica, potem 
jeszcze przez jedne izbę, przepełnioną sprzętami, i zatrzymano się u progu sypialni, w której 
środku, nagłowieni o jedne ścianę oparte, stało szerokie łoże pod baldachimem z otwartymi 
ze wszystkich stron firankami. Tam jeszcze jakiś starosta miał dosyć długą przemowę, oddając 
Gniewoszowi pannę młodą, potem starościna i kasztelanowa uścisnęły Jagienkę, a wreszcie 
wprowadzono ich oboje do sypialni i drzwi za nimi zamknięto. Teraz ma się jej los zdecydować: 
życie lub śmierć. 
Jagienka stanęła przy nogach łoża, oczy spuściwszy ku ziemi i ręce opuściwszy ściśnięte 
przed sobą, gotowa jednak podnieść je w swojej obronie. 
Gniewosz stał przed nią, ale wcale tak nie wyglądał, jak gdyby ją chciał atakować. 
Owszem, przeciwnie, sam niezmiernie zakłopotany, milczał przez chwilę. A kiedy uczuł, że 
to milczenie już jest za długie, rzekł do niej grzecznie: 
— Waćpanna zdajesz się być wzruszoną i mocno zmęczoną, może byś chciała w samotności 
odpocząć. 
Te słowa ożywiły Jagienkę, złożyła przed nim ręce i zawołała z pokorą: 
— Jeżeli mam tylko cokolwiek łaski u mego męża i pana, to proszę o to. 
Natenczas Gniewosz rad bardzo, że mu się ta wymówka udała, ukłonił jej się i wyszedł — a 
w zbytku radości zapomniał nawet drzwi przymknąć za sobą. 
Jagienka odetchnęła z głębi piersi i rzekła do siebie: Być może, że jeszcze nie dzisiaj! 
Ale niebawem dostrzegła, że drzwi nie zamknięte, więc znowu ją przejął lęk niewymow
ny: Nie zamknął drzwi, zapewne powróci. Siadła więc w głowach łóżka, schowała się za fi
rankę i oddech w piersi zaparła, mówiąc sobie: On pewno siedzi w pierwszej izbie i czeka, jak 
usłyszy, że nie śpię, to gotów wrócić. — Tak w niewysłowionej trwodze czuwała dobrą godzinę. 
Tymczasem zaczęło ją morzyć zmęczenie, powieki ciężyły jej ołowiem na oczach, wysilała 
się, aby sen od siebie odpędzić, lecz czuła zarazem, że ciało jej mdleje. Zebrała więc 
znowu wszystkie swe siły i przystąpiwszy na palcach do drzwi otwartych, nie miała odwagi 
do pierwszej izby zaglądnąć, ale drzwi lekko zamknęła i zasunęła zasuwkę. Czuwała jeszcze 
przez chwilę, ale nic w pierwszej izbie się nie ruszyło; Gniewosz nie wrócił. Po czym, nie 
rozbierając się, jak żołnierz na czatach, chociaż w nieustających dreszczach i trwode, siadła 
na krześle przy łóżku, oparła głowę o poduszki i zasnęła. 
Bóg tylko wiedział, jakie piekielne przez tę noc przeszła męczarnie. Jeszcze w tym śnie 
dorywczym najstraszliwsze mary pastwiły się nad nią, którym chciała się bronić, ale siły po 
temu nie miała. Tak męczyła się z sobą i z tymi marami, aż póki światło w oknach nie zabielało. 
Ze świtem uspokoiła się cokolwiek, bo jej się zdało, że teraz już Gniewosz nie przyjdzie. 
Dopiero promienie słońca, uderzając w jej szyby, obudziły ją z tego snu, który ją zmorzył, ale 
nie mógł pokrzepić. 
Gniewosz przemrzał noc całą w tym samym krześle obok kaplicy, w którym usłyszał wyrok 
swej matki, skazujący go z macierzyńskiej miłości na małżeńską niewolę na całe życie. 
Nazajutrz rano panny służebne niepomału były zdziwione, że zastały Jagienkę nierozebraną 
i w wczorajszej sukni weselnej — i różnie o tym pomiędzy sobą gadały; ale ubrały ją milcząc 
wedle jej woli. Po czym Gniewosz przyszedł także przebrany i poprowadził ją pod ramię 
do komnat, gdzie na nich czekano z obiadem. 
Oboje byli na teraz zadowoleni ze siebie, chociaż tego po nich widać nie było. Jagienka 
miała cerę jakby zwarzoną, powypiekane rumieńce na twarzy i oczy podbite niebieskimi łukami; 
Gniewosz zaś miał twarz obrzękłą i był cały jak z krzyża zdjęty: dowcipni ludzie, mrugając 
na siebie, robili sobie o tym rozmaite uwagi — ci mądrzy ludzie, co rozumieją, że nic 
przed nimi się nie ukryje, rzadko kiedy co wiedzą, zawsze sądzą z pozorów, lecz mimo. to 
tworzą opinią. 
Jednak cały ten dzień przeszedł na przystojnej zabawie, wszystko się rozwijało na pozór 
jak najpomyślniej i obiecywało ziszczenie wszystkich nadziei: jakoż istotnie dotychczas zdarzył 
się tylko jeden niespodziewany wypadek. 
Oto dnia wczorajszego, właśnie w tej samej chwili kiedy ogłoszono całemu dworowi, że 
pan Gniewosz żeni się z panną Jagienka i że wszyscy dworzanie mają w wielkiej gali wystąpić 
do asystencji przy ślubie, młody Pretficz został porażony jakąś niesamowitą niemocą: 
padł jakby piorunem zabity bez zmysłów na ziemię i długo nie można go było docucić. 
Wszyscy już rozumieli, że umarł. Jednak nareszcie go docucono, balwierz zamkowy upuścił 
mu krwi, położył do łóżka i dał mu pić jakieś zioła — ale nie ręczył za to, że go wyleczy, bo go 
objęła mózgowa gorączka, która teraz mu zmysły odjęła. Biedny Lubek, z bukietem Jagienki 
na sercu, oczywiście bujał po niebie; na wieść o jej ślubie spadł nagle w piekło i tam się teraz 
borykał ze złymi duchami. Tak trzeba było domyślać się z tego, co teraz w gorączce bredził. 
Tak się domyślał Smolicki — i dlatego wczoraj wieść o jego ciężkiej chorobie udusił, a nawet 
samemu kasztelanowi tylko powiedział, że Lubek lekko zaniemógł: dopiero dziś się to jakoś 
rozniosło, wszyscy go żałowali, ale więcej się tym nie zajmowano. Tylko starościna, której 
bacznemu oku żaden szczegół nie uszedł, powiedziała kasztelanowej na stronie: 
— Widzisz, moja kochana niebogo, jakie niebezpieczeństwa tu was otaczały. Ten chłopiec 
oczywiście się rozchorował z miłości. Tam Wilczek, tu Pretficz... a jeszcze do tego i Kergolaj, 
który nie ku pomnożeniu jej dobrej sławy hałasuje po świecie. Przyznasz mi sama, żeśmy 
w sam czas tym kabałom głowę ucięli. 
Kasztelanowa ścisnęła jej rękę w milczeniu — i więcej o tym już nie mówiono. 
Odtąd Gniewoszowie jeszcze trzy dni bawili na zamku. Wszystkie te dnie były zupełnie do 
siebie podobne. Co wieczór Gniewosz odprowadzał swoje żonę do sypialni, powiedział jej 
kilka słów obojętnych, oddał dobranoc i wychodził, ażeby całą noc przespać w krześle obok 
kaplicy. 
Jagienka nie umiała sobie wytłumaczyć tego postępowania i przypisywała je jego delikatnym 
uczuciom rycerskim, które mu nakazywały mieć wzgląd na jej zdrowie, na które ciągle 
się sama skarżyła. Nie oddawała się wszakże żadnym złudzeniom, albowiem w swoim ciężko 
zbolałym sercu miała to przekonanie, że chwila gwałtu, a zatem i chwila śmierci, na którą 
była stanowczo przygotowaną, tylko się z dnia na dzień odwleka, lecz przyjdzie niechybnie. 
Ale zawsze ta zwłoka przynosiła jej pewną ulgę, która skołatany jej umysł cokolwiek krzepiła. 
Prócz tego, skutkiem wypływającym z natury ludzkiego serca, za względy doznane dotąd 
od męża, odezwało się w niej uczucie wdzięczności i szacunku dla niego — a po tym uczuciu, 
zakradł się do jej serca promyczek nadziei, że w chwili stanowczej, rzuciwszy mu się do nóg, 
a choćby nawet przyznając się do swojej miłości dla Wilczka, może potrafi sobie wybłagać 
litość u niego. Tak wśród najczarniejszej rozpaczy, gdzie rozum ludzki nie może dojrzeć żadnego 
środka ratunku, serce człowieka, pragnące życia, dopatrzy jeszcze jakiś blask szary, w 
którym jego wyobraźnia wymaluje nęcącą postać nadziei... 
Dla Gniewosza te noce przespane w twardym, skórzanym krześle były równie nieznośne. 
Już nie czuł kości w sobie — a tylko jego młodość i nadzwyczajna siła fizyczna trzymały go 
jakokolwiek na nogach. Jakże się uradował, kiedy mu matka nareszcie zapowiedziała, że intercyza 
jest już spisana i że jutro mogą wyjechać. Podróż go uwolniła od tych nieznośnych 
męczarni. 
Podróż tę urządził on według swego rozumu. Matka i żona jechały w landarze, za nimi 
wozy z fraucymerem i pakunkami, a on z żołnierzami na koniu, czasem na przedzie, a czasem 
za kobietami. Noclegi porozkładał po gospodach, gdzie nigdy dostatkiem miejsca nie było, 
ledwie jedna izba jakokolwiek wygodna, którą zawsze dawał matce i żonie; sam zaś sypiał 
gdzie bądź, byle nie w jednej izbie z Jagienka — a o to mu głównie chodziło. Podróż ta trwała 
cały tydzień, bo drogi ówczesne były bardzo nie sposobne dla ciężkiej landary, a często nawet 
dopiero ich trzeba było szukać, objeżdżając pagóry i puszcze; aż dopiero ósmego dnia wieczorem 
pokazał się im na zachodnim tle nieba wspaniały zamek czorsztyński. 
Zamek na Czorsztynie, jeden z najstarszych w Polsce, jeszcze rzymskie czasy pamiętał i 
wtedy nazywał się Carrodunum. Położony na samej granicy Węgier, nad brzegiem Dunajca, 
na wyniosłych czerwonych skałach, był wielokrotnie przebudowywany i powiększany: przez 
Bolesława Wstydliwego, który się tutaj chronił przed najazdem Mongołów, przez św. Kingę, 
księżnę ziemi sądeckiej, przez Kazimierza Wielkiego, przez Władysława Jagiełłę, a wreszcie 
przez Zawiszę Czarnego, który, będąc starostą spiskim, tu rezydował. Teraz była to wprawdzie 
nieregularna, ale ogromna budowa, z trzema zębatymi wieżami, sterczącymi tylko cokolwiek 
wyżej nad dachy miedziane, a z czwartą o wiele wyższą od wschodu, opatrzoną kilkoma 
krużgankami i dachem spiczastym. Ściana wschodnia była też ze wszystkich najszerszą 
i najokazalszą i widać było w niej cały szereg ogromnych okien gotyckich. Czarne lasy otaczały 
z trzech stron to zamczysko, tylko od południa w rozległej dolinie błyszczał niebieską 
wstęgą szeroki Dunajec, odgradzający Polskę od Węgier. 
Noc już zapadła, niebo było zasiane mdlejącymi gwiazdami, których słabe światło wcale 
nie zmniejszało ciemności; tylko zachodni kres widnokręgu jeszcze szarzał cokolwiek i pozwalał 
ludzkiemu oku dojrzeć poważną i surową postać zamczyska, rysującą się ostro na tle 
puszczy lesistej. Jednak w tej chwili wszystkie okna zamku były rzęsisto oświetlone i rzucały 
wstęgi żółtawego światła na czerwone skały i gęste drzewa liściaste, skupione grupami u stóp 
murów zamkowych. 
Widok tej zatopionej w nieprzebytych lasach rycerskiej siedziby, w której wnętrzu płomienne 
ognie gorzały, sprawił na zbolałą ogromem swojego nieszczęścia Jagienkę przeraża
jące wrażenie; cała jej przyszłość straszliwa stanęła jej przed oczyma, westchnęła z głębi ściśnionej 
piersi i rzekła do siebie: Jeśli to nie jest mój grób, to będzie to moje wieczne więzienie... 
Tymczasem Gniewosz, jak tylko stanął na zamku, prawie do niepoznania się zmienił. Był 
on tu panem samowładnym i panem nie lada, bo do jego starostwa należało wsi kilkanaście i 
ogromne przestrzenie, a prócz tego, na zamku stała załoga z kilkudziesięciu zbrojnych ludzi 
zlożona, nad którymi miał komendę namiestnik, człowiek poważny, szlachcic herbowny i 
mający swe własne dobra w sąsiedztwie. Namiestnik ten rządził w jego imieniu całym starostwem 
i zamkiem i nikt nie mógł się mieszać do jego rządów, bo on był za nie odpowiedzialny 
przed królem. Jego matka miała tu tylko mieszkanie, wszelki respekt i wszelkie wygody, 
ale żadnej władzy nad nikim, bo przecie obrona granic, rządy i sądy nad całym tak znacznym 
kraikiem, nie mogą być rzeczą kobiety. Kiedy więc tutaj całkiem inny duch w niego wstąpił, 
jego matka dziwnie przed nim zmalała. Pod wpływem tego uczucia nie mógł sam tego zrozumieć, 
jak nisko upadł na duchu na zamku sobieńskim. Rozmyślał nad tym i znalazł, że niepotrzebnie 
się ugiął tak prędko: głupstwo zrobił, że przyznał się matce do niedorzecznej na 
pozór przysięgi danej Formozie, przez co odkrył jej słabą stronę swoich zamiarów i wykonanie 
przymusu ułatwił, ale zawsze mógł jeszcze się uprzeć i odwlec wesele. Dlaczego tego nie 
zrobił, sam dzisiaj nie wiedział. Podchwycono go w słabej chwili i w takim miejscu, gdzie nie 
czuł ziemi pod swymi stopami. Ale stało się: trzeba się teraz obejrzeć, jak by się z tej matni 
wydobyć, a na teraz ulżyć sobie istnienie. 
Jakoż przede wszystkim tak urządził mieszkanie dla siebie i dla Jagienki, aby nikt nie mógł 
wiedzieć, co się dzieje pomiędzy nimi. Potem zaś zajął się musztrą żołnierzy, rewizją zbrojowni, 
rynsztunków, rachunków i objeżdżaniem folwarków tak skrzętnie, że zwykle dopiero 
późno w nocy powracał, kiedy wszyscy już spali. 
Zarazem zajął się napisaniem listu do Formozy. Bardzo to trudne było zadanie: najprzód z 
powodu niesforności pióra, które bardzo było nieposłusznym ówczesnym rycerzom, a po wtóre 
dlatego, że sam zwątpiwszy o tym, czy musiał się poddać swej matce, czy mógł się oprzeć, 
nie mógł znaleźć argumentacji, którą by swój postępek mógł usprawiedliwić. Ale jego 
otwarty charakter mu pomógł: powiedział jej całą prawdę, jak to nieszczęście się stało, ponowił 
jej swoje przysięgę, Ją od wszystkich przyrzeczeń uwolnił, resztę oddał na wolę Bożą — i 
wyprawił z tym listem zaufanego człowieka do Lwowa. 
Tak minął mu jaki tydzień w Czorsztynie — a po tygodniu przybiegł goniec z Krakowa z listami, 
ażeby natychmiast przyjeżdżał do króla. 
Natenczas Gniewosz, uradowany niezmiernie, że choć na jakiś czas może się wyrwać z tej 
matni, jeszcze tego samego dnia do Krakowa wyjechał — a jeśli był kto na zamku, który z 
szczerego serca mu życzył szczęśliwej podróży, choć sam zostawał w więzieniu, to była nim 
pewnie Jagienka. 
IX 
ŚREDNIOWIECZNA IMAGINACJA 
Wara, pobożny pielgrzym po zamkach i dworach, będący w łaskach u św. Stanisława, 
znający jak własną kieszeń Rzym, Palestynę i górę św. Graala, w istocie rzeczy nigdy nosa 
nie wytknął poza granice Polski, a żył z przesyconej zabobonami łatwowierności szlachty. 
Mundus vult decipi124, to było jego zasadą a zarazem środkiem do życia. Pełen żywej imaginacji 
i nieprzebranej w pomysłach, umiejący kłamać z zuchwalstwem swojemu wiekowi właściwym, 
a do tego odgrywać z wielką zręcznością każdą rolę, jaka mu właśnie była potrzebna, 
przywłaszczywszy sobie charakter sługi Bożego w tych czasach, gdzie Kościół jeszcze nie 
mógł się otrząść z niezliczonej ilości pasożytów najrozmaitszego rodzaju, mógł był sobie 
istotnie wykłamać jakie intratne probostwo: ale, na swoje nieszczęście, fatalną miał kondu
itę125 
. 
Wyrwawszy się z zamku na Sobniu, gdzie mu widoki na jakąś tłustą prebendę już całkiem 
się zachmurzyły, i schwyciwszy na drogę łańcuch złoty wielkiej wartości, najpierw ten łańcuch 
zastawił u Żydów w Sanoku i pił sobie przez całą noc w tym wesołym miasteczku. Kiedy 
nazajutrz rano doszła go głucha wieść, jakoby już dziś miało się na zamku odbyć wesele, 
chociaż tej wieści nie wierzył, zerwał się i czym prędzej w dalszą podróż pośpieszył. Ale mimo 
to jechał rzemiennym dyszlem126. Albowiem tutaj, zajechawszy do szlachcica na popas, 
zagadał się z nim przy dzbanie, wieczorem przyjechali sąsiedzi, ani podobna było im się wymówić, 
przepił więc z nimi dzień jeden i drugi; tam znowu wpadł między bogatych kmieci, 
którzy właśnie wyprawiali wesele i przenosiny i zabawił się z nimi cokolwiek — a kiedy wyrwał 
się spomiędzy kmieci, to znowu mu szlachta zajechała drogę przy samej gospodzie. 
Spieszył się bardzo: ale cóż, kiedy go wszędzie na rękach noszono, a jak wziął opowiadać, to 
mu i konia w stajni zamknięto i nie wypuszczono, aż póki nie skończył opowiadania. Tak 
przemarudził cały tydzień i ani się spostrzegł, że zamiast jechać prosto na Przemyśl, zajechał 
aż gdzieś koło Komarna i dopiero stamtąd się puścił wielkim gościńcem do Lwowa. Przyjechał 
nareszcie: ale gdy zsiadł z kułbaki przy bramie Niskiego Zamku, dowiedział się ku swemu 
zdziwieniu, że Wilczek właśnie przed dwoma dniami odjechał z królem do Krakowa. 
Na tę wiadomość naprawdę mu się cokolwiek ckliwo zrobiło, bo spostrzegł, że przecież to 
nie jest rzecz, wziąwszy poselstwo w sprawie tak nagłej, tak wiele dni przemarudzić w podróży. 
I Jagienka gotowa się na niego pogniewać, i chociaż pójdzie za Wilczka, nie dać mu w 
swoich dobrach probostwa, i Wilczek gotów go sfukać — aż takim rycerzem nie dobrze żartować, 
bo czasem, jak się rozfuka, to zaraz i kości połamie. Trzeba się będzie z tej zwłoki jakoś 
zręcznie wykłamać. Jednak teraz już wziął rzecz na serio, sprzedał Kmitowskiego konia we 
Lwowie razem z kułbaką — a najmując sobie furki od miasta do miasta i nakładając nocą w 
podróży, czwartego dnia w nocy stanął w Krakowie. Przespawszy się w bursie rybałtów, gdzie jako między wesołą gawiedzią jest po bratersku przyjęty, nazajutrz rano poszedł na zamek 
i kazał się zamkowym rycerzom zameldować u Wilczka. 
Wilczek od czasu swego wyjazdu ze Lwowa popadł w bardzo pochmurne usposobienie 
umysłu. Już podczas jego pobytu w tym mieście, zwłaszcza od chwili wyjazdu Gniewosza na 
Sobień, kiedy już widział, że nie tak łatwo się wyrwie od króla, gorąca niecierpliwość żarła 
mu serce, a czasem nawet w chwilach samotnych w czarną zamieniała się rozpacz. Zaciął się, 
jego uczucie rycerskiej godności, podsycane słuszną obawą, ażeby obojętni na cudze cierpienia 
dworacy, zamiast mu ulżyć współczuciem, nie naigrawali się z jego miłości, nie pozwalało 
mu przyznać się komukolwiek do tych piekielnych boleści, które mu duszę targały. Nie 
przyznał się do nich nawet przyjaciołom tak szczerym, jakich miał w domu Kijasa. Zaciął się 
więc, zamknął się w sobie i stał się nieprzystępnym dla wszystkich. 
Tak nawet zachował się względem Kamienieckiego, bo nie mógł mu tego przebaczyć, że 
mu nie przychodzi z pomocą, chociaż wie dobrze, jak by mu ulżył, gdyby tylko od czasu do 
czasu mu się usprawiedliwił, że jeszcze wyjechać nie może. Kiedy król kazał zatrąbić na odwrót 
we Lwowie, przemógł swoje zaciętość i dał Kamienieckiemu do zrozumienia, że teraz 
król by mu zapewne pozwolił skoczyć na Sobień; przyśpieszywszy cokolwiek podróży, 
mógłby deklaracją odprawić na Sobniu i prawie razem z królem zdążyć na zamek krakowski, 
boć niedaleka droga. Ale Kamieniecki wyściskał go i wycałował i zapewnił słowem rycerskim, 
że tego zrobić nie może: król waży teraz w swej głowie bardzo doniosłe projekty na 
sejm niedaleki, więc jego obowiązek obywatelski nie pozwala mu go ani na chwilę odstąpić. 
Tej jego sprawie małżeńskiej nie grozi przecież żadne, a zwłaszcza tak nagłe niebezpieczeństwo; 
jak tylko będzie można najprędzej, obydwa razem na Sobień pojadą... Taka była odpowiedź 
Kamienieckiego. 
— Niechże was jasne pioruny zatrzasną z waszą przyjaźnią! — pomyślał sobie Wilczek w 
swojej piekącej niecierpliwości, ścisnął swą boleść pomiędzy żebrami jak w kleszczach żelaznych, 
zamilkł jak mnich, czoło pokrył pochmurnymi zmarszczkami, dumę swą jeszcze wyżej 
napiętrzył i rzekł do siebie: Pierwej samemu diabłu się oddam w opiekę, niżeli którego z was 
o pomoc poproszę! 
W takim usposobieniu zastał go Wara. 
Jak tylko Wilczek tego Kmitowskiego dworaka obaczył, zerwał się z krzesła, przystąpił 
żwawo ku niemu i zawołał: 
— Wara! Wara w Krakowie! jakiż zły duch ciebie tutaj przynosi? skądże ty jedziesz? ze 
Sobnia? 
— Dobry duch mnie przynosi — odpowiedział Wara z uśmiechem — przyjeżdżam w sekretnym 
poselstwie od panny Jagienki do pana starosty. 
— Więc cóż? z czymże cię przysyła Jagienka? czy tam się co stało? 
— Nic, wszystko dobrze — powie mu Wara — panna Jagienka sercem miłuje pana starostę i 
bardzo tęskni za waszą miłością, ale się boi, aby jej nie zaswatano z kim innym. 
— Z kimże to? — zawołał Wilczek, bledniejąc jak ściana — przecie tam nie było nikogo. 
— Nie było dotąd, ale teraz jest tam pan Gniewosz i jego matka jest także, prawdę mówiąc 
z piekła rodem... matrona i oboje myszkują około panny. 
— Gniewosz! — zawołał Wilczek, zamyślając się na oka mgnienie — Gniewosz? nie może to 
być. Nigdy by Gniewosz nie zajeżdżał do panny, którą ja zmówiłem dla siebie. 
Na to zaś rzecze Wara: 
— Ale być może, że pan Gniewosz nic o tym nie wie... 
— Nie wie? — rzekł Wilczek jakby do siebie — jużci nie wie, bom mu nic nie powiedział. 
Więc gadajże prędko, co się tam dzieje? 
Tu opowiedział mu Wara ze szczegółami, jako Gniewoszowa tego samego dnia zajechała 
na Sobień, kiedy on do Kamieńca wyjechał, jak tam cały miesiąc przesiedziała widocznie w 
tym celu, ażeby swemu synowi drogę do Jagienki uścielić, jak potem swojego syna na Sobień 
wezwała — i owóż rzecz. 
Wilczek go słuchał z taką ciekawością, że prawie jego słowa połykał, tu wszakże porwał 
go drżącą ręką za rękaw i spytał: 
— Więc cóż się stało? nic jeszcze? 
— Już się coś stało — rzekł Wara — i właśnie dlatego za jegomością tak gonię na dzień i noc. 
Zdaje się, ba, i rzecz pewna, że kasztelaństwo stanęli po stronie Gniewosza, bo właśnie pani 
kasztelanowa zaprosiła pannę Jagienkę do swojej komnaty i zapowiedziała jej, że postanowili 
ją dać Gniewoszowi. 
— Już postanowili? — zawołał Wilczek ustami drżącymi od gniewu i oburzenia — więc z tym 
do mnie przyjeżdżasz? z tym cię Jagienka do mnie przysłała? Czegóż więc ona chce ode 
mnie? Niechże ją Bóg błogosławi, oto moja odpowiedź. 
— Panie starosto! — powie mu na to Wara ze spokojnym uśmiechem — nie potrzeba rozpaczać. 
Gdyby tak było, to Wara by tu nie przyjeżdżał. Można jeszcze temu zapobiec... 
— Cóż ty mi gadasz! — zawołał Wilczek, porwany w tej chwili zupełnie uczuciem rozpaczy 
— kiedy kasztelaństwo stanęli po stronie Gniewosza, to wszystko przepadło. Nigdy u nas 
dziewka nie oprze się woli swych opiekunów. A potem, co tam! Widzę ja dobrze, jak się to 
stało. Gniewoszowa, co by wszystkie krakowskie przekupki potrafiła przegadać, ich wszystkich 
opanowała. Kasztelanowa sobie do mnie coś upatrzyła, wiem o tym, dlategom też do 
Kamieńca pojechał: zawzięła się na mnie, nawinął się Gniewosz, więc jemu dać Jagienkę; 
komukolwiek, byle nie mnie. Kasztelan, duda jak zawsze, najniższy sługa jejmości, jejmość 
tak postanowiła, więc i on za tym. Jak Zawisza podpisze, to i Pakosz takoż. A Jagienka... Panie 
Boże jej odpuść. Prędko się zapomniało, co się sto razy przysięgło! 
Te ostatnie słowa powiedział Wilczek głosem zalanym łzami, widać było, że obok uczucia 
rozpaczy, głęboki żal go porywa: ale Wara mu nie dał dokończyć, mówiąc prędko: 
— Nie tak, panie starosto. Co Wara mówi, to prawda. Można jeszcze temu zapobiec, bo 
kasztelaństwo nie mają nad panną Jagienka opieki. Jej opiekunem jest stryj, O. Chryzostom — 
i właśnie z tym mnie panna do jegomości przysłała. A tu jest znaczek, napisany jej własną 
ręką, abyś mi jegomość uwierzył. 
To mówiąc, podał mu kartkę Jagienki. 
Wilczek, wyrwawszy mu kartkę z ręki i przeczytawszy na niej te słowa: „W zmiennych losach 
niezmienna Jagienka” jak gdyby nagłym światłem olśniony, całkiem się zmienił. Jego 
twarz się rozpromieniła, oczy błysnęły blaskiem nadziei, w całą jego postać nowe wpłynęło 
życie; tak spojrzał w twarz Warze i rzekł: 
— Więc cóż ci Jagienka powiedziała? powiedz mi jeszcze raz, chciałbym wiedzieć każde 
jej słowo. 
Zaczem Wara opowiedział mu szczegółowo, ażeby widział to wszystko jak na dłoni, jako 
Jagienka na tę zapowiedź kasztelanowej rozpłynęła się we łzach, jako już zrozpaczyła o 
wszystkim, jako ją Smolicki nauczył, że to wszystko nie ma żadnego znaczenia, bo tylko sam 
o. Chryzostom dysponuje jej losem, jako jej zaraz poradził wysłać zaufanego człowieka do 
Lwowa, jako Smolicki jego na tego posła nastręczył, jako Jagienka sama mu to poselstwo 
zleciła, jako mu powiedziała wyraźnie, że to jej śmierć, jeśliby ją za Gniewosza zmusili — a 
wreszcie jako mu nakazała pędzić na dzień i noc i Wilczka ubłagać, ażeby bez odetchnienia 
jechał do o. Chryzostoma i za jego pomocą ją wyratował. 
Wilczek słuchał go z rozczuleniem, pożerając chciwie jego wszystkie wyrazy, ale widocznie 
już sobie układał w głowie, co i jak ma przedsięwziąć, bo wysłuchawszy go, zawołał: 
— Jużci mnie o to błagać nie trzeba! Mnie nie żyć bez niej. Ja cały świat przewrócę do góry 
nogami, abym ją dostał — a jeśliby mi się sprzeciwiali Kmitowie, to im zamek najadę i w 
proch go zetrę, że kamień na kamieniu tam nie zostanie! Jeszcze ja zbiorę taką chorągiew, jak 
trzeba — a choćbym miał diabłu duszę zapisać, to podruzgocę tę budę Kmitowską na miazgę, 
a jego ciurów jak podłe psy podepcę! Dla Jagienki żadna mi cena nie będzie za droga... Ale 
Chryzostom mnie przecie nie zdradzi. Byłem się tylko stąd wyrwał! Bywajże zdrów. Panie 
Boże ci zapłać za tę usługę — a jeżeli czego będziesz potrzebować ode mnie, to licz na mnie 
jak na Zawiszę. 
To rzekłszy, szedł zaraz do króla. 
Chociaż to było jeszcze bardzo rano, król siedział już z Kamienieckim w swym gabinecie i 
ważną był z nim zajęty rozmową. 
Kamieniecki prawdę powiedział Wilczkowi, że nie może opuścić króla ani na chwilę, ale 
niecałą, bo cała prawda w sprawach publicznych objawia się dopiero w czynach. We wszelkich 
o nich dyskusjach wychodzi na jaw tylko jej cząstka, ta cząstka, jaką każdy z dyskutujących 
objawić musi w swym interesie, bo dobro publiczne każdy zawsze pojmuje ze swego 
własnego punktu widzenia, a rzeczpospolita — bardzo rzadkie są od tego wyjątki — była po 
wszystkie czasy i we wszystkich narodach tym polem, na którym człowiek goni za podniesieniem 
siebie samego, zaś tylko to uważa za korzyść publiczną, co zadowalnia zarazem jego 
własne ambicje. Ci wielcy ludzie duszy anielskiej, co wszystkie swe interesa i całą swą miłość 
własną, nic zgoła nie wymagając dla siebie, złożyli na ołtarzu ojczyzny, są bardzo rzadko 
posiani w dziejach wszystkich ludzkich pokoleń... 
Co król istotnie zamierzał w głębi swojego skrytego umysłu, co było prawdą z tego, co 
mówił, a co mówił dlatego, ażeby osłonić swoje zamiary, co przedsiębrał w celu rzeczywistego 
przeprowadzenia, a które jego postępki służyły mu tylko do odwrócenia uwagi publicznej 
od jego rzeczywistych zamysłów, to było jego wyłączną tajemnicą, z którą się nie wydawał 
przed nikim: albowiem prawdą jest, co sam powiedział o sobie: „że gdyby jego koszula wiedziała 
o jego zamiarach, to by ją zrzucił ze siebie i spalił”. Ze wszystkich królów, którzy rządzili 
Polską, on był najskrytszym, a mimo przystępności dla wszystkich i bardzo łatwego 
obejścia najwięcej w sobie zamkniętym. Żaden z jego braci, ani król węgierski i czeski, z którym 
niedawno zbrojnie się spierał, ani Aleksander, który mu zawadzał na Litwie, ani Fryderyk 
kardynał, któremu dla jego bystrego rozumu nie ufał, ani Zygmunt, którego kochał, ani 
nawet Kallimach, któremu się zdało, że jest jego jedynym inspiratorem, żaden z nich nigdy 
jego tajemnych myśli nie wiedział; toż tym mniej mogli go przejrzeć jego dworzanie, z którymi 
wprawdzie w swoich swawolnych rozrywkach jak najpoufalej się bratał, ale których 
zawsze tylko jako swoje narzędzia uważał i tak się z nimi obchodził. 
Kamieniecki się silił na próżno, aby odgadnąć jego zamiary względem przyszłego sejmu. 
Chociaż codziennie po kilka godzin z nim trawił i nieraz mu się zdawało, że go przejrzał do 
gruntu, przecież na koniec musiał sobie powiedzieć, że w gruncie rzeczy nic nie wie. To tylko 
miał za rzecz pewną, że król usiłuje tak przez niego, jak i przez wielu innych, kaptować średnią 
i drobną szlachtę dla siebie, ażeby przez nią opanować sejmiki, a w nich znaleźć przewagę 
przeciwko możnowładcom, których wprawdzie nie podejrzywał o to, ażeby kiedykolwiek go 
chcieli korony pozbawić, ale którzy, wzrastając ciągle w majątki i samoistne znaczenie, coraz 
więcej mu się narzucali na protektorów i kontrolerów jego politycznych zamiarów i coraz 
nieznośniej mu we wszystkim ciążyli. Z jego dążnością przywiązania tłumów szlacheckich do 
siebie łączyła się myśl utworzenia armii stojącej ze szlachty, myśl w głowie absolutnego i 
niedostatecznie kraj znającego Kallimacha może całkiem dojrzała, ale w jego subtelnym a 
ostrożnym rozumie jeszcze bardzo chwiejna co do sposobu przeprowadzenia. Jednak ta myśl 
zajmowała Kamienieckiego daleko więcej niż wszystkie inne: albowiem będąc żołnierzem 
może najznamienitszym w tym czasie a zarazem nadzwyczaj popularnym u szlachty, miał 
dosyć ugruntowaną nadzieję, że jakąkolwiek król armią postawi na nogi, jemu powinna się 
dostać nad nią buława. Ta więc nadzieja go trzymała przy królu i nad jej ziszczeniem głównie 
pracował. 
Toż i teraz o tym z królem rozmawiał, wykładając mu swoje zapatrywania w ten sposób, 
że należy przed wszystkim królewski dwór pomnażać i wzmacniać, częścią ochotnikami ze 
szlachty, a częścią żołnierzem zaciężnym; tak z wolna utworzy się armia — a im więcej ta armia 
będzie wzrastać i im do większego będzie przychodzić znaczenia, tym więcej młodzież 
szlachecka będzie się do niej garnąć, a tym mniej będą znaczyć pańskie załogi po zamkach i 
zwoływane przez nich pospolite ruszenia. Takim sposobem przyszli do armii cesarz niemiecki 
i król francuski, i książę sabaudzki, a wreszcie i papież, droga to zatem ubita i na nią wejść 
trzeba. 
Król temu rozumowaniu nie przeczył, ale miał zdanie odmienne, które tymi słowami wyraził: 
— Droga to wprawdzie ubita, lecz długa. U nas nie można się opierać na takich robotach, 
które pożywne owoce przynoszą dopiero po czasie, bo u nas co rok, co dwa lata, to Tatarzy, 
to Turcy, to Wołosi, to Moskwa włamuje się w nasze granice, toż my nie mamy czasu do 
sztyftowania armii, która by dopiero w lat kilka mogła coś znaczyć. 
— Jedno drugiemu nie powinno by wadzić — rzekł Kamieniecki — armie się składa w pokoju, 
ale także i w wojnie, mając zaś tę myśl dobrze na oku, można by nawet z wojny z większą 
armią powrócić, niżeli się na nią wyprowadziło, boć to po wojnie niemało zostaje rozbitków, 
które tym łatwiej wcisnąć w szeregi. 
A król na to, idąc wciąż swoim torem: 
— U nas też inni są ludzie i inne stosunki. Skarb teraz wprawdzie nie bardzo ubogi, chociaż 
nam wykup Zatora niemało pożarł pieniędzy i jeszcze co roku pożera. Jeszcze by się trochę 
grosza znalazło na wystawienie kilku dworskich chorągwi, aleć to ziarnko piasku wobec tych 
tłumów rycerstwa, którym hetmanią kasztelani i wojewodowie. Te tłumy wziąć w rękę, w 
tym sztuka... 
— Jużci to byłoby pewnie najlepiej — rzecze mu Kamieniecki — aleć prawdę mówiąc, to te 
tłumy są w ręku waszej królewskiej mości, jeno by trzeba nad nimi postawić hetmana... 
Na te słowa król spojrzał na niego, a Kamieniecki zaraz się spostrzegł, że się za daleko zapędził. 
Albowiem urzędu w. hetmana jeszcze wtedy nie było, a chociaż myśl utworzenia 
wielkiej buławy już nieraz podnoszono, popierając ją niektórymi dziejowymi wspomnieniami 
z epok dawniejszych, opór przeciw niej, zwłaszcza pomiędzy wojewodami, był tak stanowczy, 
że ani myśleć nie można było o jej przeprowadzeniu. Hetman w. koronny zjawił się dopiero 
we dwanaście lat potem, przeparty wielką powagą Zygmunta Starego, a został nim tenże 
sam Kamieniecki; ale wtedy, kto nie chciał wszystkich senatorów oburzyć przeciwko sobie, 
nie mógł nawet wymówić tego nazwiska. Kamieniecki się zaraz poprawił i dodał prędko: 
— Albo jakiegoś takiego urzędnika, który by z ramienia króla przynajmniej w czasie pokoju 
miał nadzór nad chorągwiami... 
Ale król na to machnął ręką i rzekł: 
— Na nic by się to nie zdało. Inaczej trzeba się brać do tej sprawy. Słysz, Kamieniecki, ja 
tobie powiem, czegom jeszcze nie powiedział nikomu. Jużci ja i z wojewodami niemało mam 
wstrętu, bo mi się na te urzędy wciskają ludzie, którzy nie tak są przywiązani do tronu, jak 
być powinni. Urzędy te są u nas jeszcze prawie dziedziczne. Czyj ojciec a dziad albo pradziad 
był wojewodą, to i on sobie rości prawo do województwa. A jak to się wychowują ci młodzi 
panicze? Najprzód już w domu przy niańce nabiją mu głowę tym, że urodził się senatorem, 
potem go z wielkim sumptem wyprawiają na dwory postronne i każą go tam czcić jak udzielne 
książątko, więc kiedy wróci do Polski, ani mu gadaj, że powinien się służbą a pracą dorabiać 
zaszczytów, jeno zaraz dawaj mu krzesło przy samym królu. Ot, masz tam zaraz w 
twoim sąsiedztwie imci pana Kmitę, co ma dwóch synów dorosłych, cóż z nimi zrobił? oto 
jednego wysłał na dwór cesarza, a drugiego do księcia Sabaudii — a swemu królowi jeszcze 
żaden z nich nawet się nie pokłonił. Skręcę ja z czasem łeb tym obyczajom — i tak tobie powiadam, 
że do wszystkich urzędów tylko tych będę przypuszczał, którzy tu u mnie, na moim 
dworze, odbędą terminowanie. Wszelako i o tych wojewodów, jacy tam są, jeszcze mnie 
głowa nie boli. Obronię się im, bo ich nie wielu, mam zresztą na nich starostwa. Ale na kasz180 
telanów pilne muszę mieć oko, bo oni wodzą chorągwie powiatów i mają szlachę w swych 
ręku, a jest ich dużo w tej Polsce. Przede wszystkim więc trzeba kasztelanie pewnymi ludźmi 
obsadzać — a za ich przewodem daleko prędzej armia królewska się złoży, choćby nawet 
wbrew wojewodom. Kallimach mówi, że armia królewska stać powinna po wielkich miastach, 
ale to nic do rzeczy dla Polski; jak będzie jedna chorągiew królewska w każdym powiecie, 
to lepiej. Reszty tam sobie dopełnij twoim własnym rozumem... 
Więc Kamieniecki się nad tym zamyślił, a potem rzekł: 
— Miłościwy królu! myśl to wyborna. Gdzie kasztelania vacat127, tam ją można wedle woli 
obsadzić. Ale co zrobić z takim, co na swojej kasztelanii siedzi, a ani do tańca, ani do różańca? 
— Jak właśnie Kmita — rzecze mu król — ale ja tobie powiem. Takiemu kasztelanowi, jak się 
wojna zakurzy, doda się rotmistrza — a po wojnie już my w tym będziemy, ażeby rotmistrz 
pozostał przy swojej buławie. Tak z wolna możemy doprowadzić do tego, że kasztelani tylko 
przy tytule pozostaną, a chorągwiami w powiatach będą rządzić nasi rotmistrze: lepsza to rada 
niżeli Kallimachowa, do której wykonania prawie gwałtu potrzeba... 
A w tej chwili wszedł Wilczek i z mocno bijącym sercem stanął o kilka kroków przed 
królem. 
Wilczek, chociaż do jego posępnego humoru już się w ostatnich czasach przyzwyczajono, 
dziś jeszcze daleko pochmurniej wyglądał niż dotąd. Na jego wybladłej twarzy przebijał się 
ból bardzo głęboki, ale zarazem powaga i rezygnacja: widać było po nim na pierwszy rzut 
oka, że cierpi, ale zarazem, że w ważnej przychodzi sprawie i że jest zdecydowany na 
wszystko. Nastrój ten stąd pochodził, iż mu się zdało, co zresztą każdemu dworakowi zawsze 
się zdaje, że jest królowi niezbędnym i że go król niełatwo puści od siebie. Karmieniecki, 
obaczywszy taki surowy wyraz na jego twarzy, a mając go przy tym do pewnego stopnia na 
swoim sumieniu, przestraszył się go, obawiając się jakiejś sceny niemiłej, a może nawet 
gwałtownej: ale król zwrócił się ku Wilczkowi łaskawie i spytał go bardzo uprzejmie: 
— Cóż nam przynosisz, mój Wilczek? 
— Miłościwy królu — rzekł Wilczek głosem przerywanym, w którym odbijał się cały jego 
nastrój bolesny — przychodzę z pokorną prośbą, którą bym rad waszej królewskiej mości 
przedłożyć. Od stu lat przeszło służą Wilczkowie swym panom a przodkom waszej królewskiej 
mości pilnie i wiernie i żaden z nich jeszcze nigdy swym obowiązkom nie chybił. I ja 
też, ile mam siły, służę memu miłościwemu panu od mojej rannej młodości bez odetchnienia. 
Stawałem w ogniu razem, a nieraz i przed innymi, nie żałowałem krwi mojej, nie żałowałem 
niewoli, za honor mojego króla — i nigdy nie prosiłem o wypoczynek. Ale teraz ciężkie przyszły 
na mnie terminy. Sprawa to nagła, może na jednym dniu stoi, a może na jednej godzinie. 
Potrzeba mi za nią pobiec koniecznie a bez odwłoki. Proszę zatem waszej królewskiej mości 
a mego miłościwego pana, aby mi łaskawie pozwolił jeszcze dzisiaj wyjechać. Za parę tygodni 
powrócę albo też waszej królewskiej mości doniosą, żem nie żyw. 
A na to król mu odpowiedział z ojcowską dobrocią: 
— Jeśli tylko o to ci chodzi, toż się nie frasuj — a wiedz o tym, że choćbym się już cale nie 
mógł obejść bez ciebie, to jeszcze bym ci nie odmówił. Jednak tak nie jest, albowiem jest tu 
Kergolaj, a potem zaraz każę zawołać Gniewosza. Ale powiedzże nam, jakie to ciężkie terminy 
przyszły na ciebie? może będziemy mogli ci pomóc, co byśmy też z wielką chęcią zrobili. 
Na te łaskawe słowa, a zwłaszcza też na wiadomość, że król Gniewosza odwoła, Wilczek z 
głębi piersi odetchnął i tak odpowiedział: 
— Miłościwy królu! nie omieszkam ja upaść do nóg waszej królewskiej mości, jak będę 
potrzebował łaski mojego króla i pana. Ale na teraz tylko jeden człowiek może mi pomóc, a 
to ksiądz Kmita, co siedzi na swoim eremie około Wiszni, albowiem o jego synowicę tu chodzi, 
którą chowają na Sobniu. On sam mnie wysłał z wiosną do Kmitów, abym ją sobie obej127 
vacat (łac.) — jest nie zajęta, wolna 
rzał. Pojechałem — a dzieweczka mnie chwyciła za serce, właśnie jak gdyby rozpalonymi 
kleszczami. Chciałem zaraz się zdeklarować, ale przyjaciele mi powiedzieli, że pani Kmicina 
będzie wstręty mi czynić, zaczem za ich dobrą radą skoczyłem za swatem, którego mi naraili. 
Za tym swatem zapędziłem się aż do Krakowa — i musiałem już zostać na służbie przy moim 
panu. Tymczasem dzisiaj dzieweczka przysłała mi gońca z nowiną, że tam do niej forytują 
Gniewosza na gwałt, żebym więc zaraz jechał do księdza Kmity, który jest jej opiekunem i 
sam jeden może na to poradzić. Muszę więc popędzić do niego, choćbym miał skrzydła sobie 
przyprawić... 
Tu król się obrócił do Kamienieckiego i rzekł: 
— Przyznam ci się, że nie rozumiem Gniewosza. Dopiero co przysiągł tej tam Ormiance we 
Lwowie wierność i czystość do grobu — a jeszcze kur nie zapiał trzy razy, już poszedł w konkur 
do innej. Nie wiem też, jakimi kunsztami go tam uchodziły te kury czubate na Sobniu... 
Zaczem rzekł znowu bardzo łaskawie do Wilczka: 
— Jedźże więc, kiedy tak chcesz, zabaw się tam wedle potrzeby, ale wracaj nam w czas, 
bobyśmy radzi mieć ciebie przy naszej osobie na sejmie. 
Więc Wilczek ze łzami wdzięczności w oczach rzucił się do nóg królowi, Kamienieckiemu 
ledwie że głową kiwnął z daleka i wybiegł prędko z komnaty. 
A kiedy już był za drzwiami, król się znowu obrócił da Kamienieckiego i rzekł: 
— Gniewosz już się z tą dziewką ożenił. Jego matka przysłała mi z tą nowiną gońca z drogi 
na zamek czorsztyński, ekskuzując się, że dla nagłości nie mogła mnie prosić o błogosławieństwo 
przed ślubem. Wilczkowi już żaden ksiądz nie pomoże. Ale wolę, ażeby wyparskał się 
na świeżym powietrzu, niżeli żeby mi tu kwilił pod nosem. 
Kamieniecki zbladł trochę na tę wiadomość, ale król na to nie zważał, tylko prowadził z 
nim dalej dyskurs o rzeczach publicznych. 
W godzinę potem Wilczek wyjechał z Krakowa tylko z jednym żołnierzem i z jednym koniem 
podwodnym — a wziął ze sobą lekkie bachmaty i ubrał się lekko, aby mógł dobrze pośpieszać. 
Jakoż śpieszył się bardzo, gdzieniegdzie tylko przystanął na parę godzin, raczej we 
dnie dla wielkich upałów niżeli w nocy, a nie żałował ani siebie, ani swych koni. W gruncie 
rzeczy był dobrej myśli; bo o. Chryzostom oczywiście nie może go zdradzić, sam go przecież 
niejako zaswatał i opiekuńczą ma władzę, gdyby zaś Kmitowie z jakich tam familijnych powodów 
lub kabał robili trudności, to przecież król mu swą pomoc obiecał. A jednak wrzący 
niepokój go męczył przez całą drogę. Chwilami czuł jakąś boleść nieokreśloną, która mu serce 
targała i głębokie z zbolałej piersi wydobywała westchnienia; tęskno mu było, że od tak 
dawna nie widział Jagienki, a nawet nie wie, co się z nią dzieje? Czy jeszcze ją kiedyś obaczy? 
czy wolno mu będzie ją przycisnąć do serca? — To znowu czarne myśli się nad nim wieszały 
i zdawało mu się, że Chryzostom go zdradził, Kmitowie bardzo dumny to naród, patrzą 
wysoko, on dla nich za mały, jeśli się uprą przeciwko niemu, to może i sam Chryzostom ich 
nie przemoże, oprą się nawet samemu królowi. Jedyną pociechę w tym jeszcze znajdował, że 
Jagienka go kocha i pewnie go nie porzuci. Jeśli ona się oprze, to przecież jej gwałtu zadawać 
nie będą. Ale czy zdoła się oprzeć? czy będzie miała do tego odwagę? czy wytrwa w oporze? 
czy nie da się ugiąć? czy nie upadnie na siłach? — Tak się chwiejąc w swoich przewidywaniach, 
dręczony na przemian to chwiejącą się przed nim nadzieją, to nieodstępną obawą, z 
gorączką w głowie, ze spieczonymi ustami, z ognistym krwiogorzem w piersi, trzeciego dnia 
o samym zachodzie słońca wjechał w tę puszczę, w której stał Chryzostoma franciszkański 
klasztorek. 
Były to dnie bardzo gorące sierpniowe. Niebo było pogodne bez chmurki, od kilkunastu 
dni ani jedna kropla deszczu nie padła, ziemia była spalona na popiół, trawy pożółkły, liście 
na drzewach pozwijały się w trąbki, powietrze było rozpalone jak w piecu, a złoty pył się po 
nim unosił, który, jak gęsta a sucha mgła, widok nieba zasłaniał. Duszno było na ziemi, jak 
gdyby była szklaną banią nakryta, i ani z puszczy, ani od stawu najlżejszy chłód nie zawiewał. 
Na stawie, który wąskim klinem się wbijał pomiędzy klasztor stojący po lewej a przerzedzoną 
puszczę po prawej, woda pożółkła, nad nią sterczały po brzegach powysychane szuwary 
i trzciny, po jej powierzchni powyzdychane ryby pływały, a od niej zawiewał przejmujący 
odór zgnilizny i śmierci. W dali, gdzie staw rozszerzony łączył się z widnokręgiem, otwierała 
się próżnia bez dna i bez końca, jakoby przejście z tej ziemi w nieskończoną otchłań nicości. 
Wilczek spojrzał w tę otchłań i westchnął: może by teraz najchętniej wjechał w tę nicość bezdenną 
i zostawił za sobą na wieki tę ziemię, gdzie wśród tak gwarnego ludzkiego mrowiska 
nie miał ani jednego człowieka, który by mu był bratem, co by uczuł ból jego i podał mu rękę 
pomocną... 
Chryzostom siedział na przyzbie przy drzwiach klasztoru i patrzał zamyślonymi oczyma w 
żółte a nieruchome w swojej zgniliźnie zwierciadło stawu. Miał twarz spokojną i uśmiechnioną: 
może na wód powierzchni widział dusze tych zmarłych, którym odpuścił grzechy w godzinie 
śmierci i przeprowadził je w wybielonej postaci w krainę wiecznego szczęścia i spokoju 
— a może tylko się lubował w tej ciszy, jako w obrazie swojej własnej przyszłości za 
grobem, do której starcy, zmęczeni ciężarem życia, nieraz tak tęsknie wzdychają. Jednak kiedy 
obaczył Wilczka, wjeżdżającego w obejście klasztoru, wzdrygnął się i twarz niemile przeciągnął; 
wstał i powitał go grzecznym skinieniem ręki, ale widać było po nim, że tego niespodziewanego 
gościa nierad widzi u siebie. 
— Wilczek! — zawołał ku niemu — nie spodziewałem się widzieć ciebie w tych czasach. 
Skądże to Pan Bóg prowadzi? 
Tymczasem Wilczek zeskoczył z konia, pocałował go w ramię, a jako był niecierpliwy, 
wpadł zaraz in medias res128, mówiąc: 
— Jadę z Krakowa. Jadę na dzień i noc, bo mnie wieść doszła, że tam na zamku sobieńskim 
knują się przeciw mnie i przeciw Jagience jakieś kabały. 
Z tych kilku słów Chryzostom zaraz zrozumiał, że Wilczek jeszcze nic nie wie o ślubie Jagienki 
z Gniewoszem, zebrał więc w ten moment całą swoje przytomność umysłu, a widząc 
zarazem, że Wilczek jest rozgorączkowany, postanowił obejść się z nim po ludzku i po chrześcijańsku 
i nie podać mu od razu całego kielicha goryczy. Rzekł więc do niego łagodnie: 
— Siadaj no sobie przy mnie, a spocznij. O jakichże to kabałach słyszałeś? 
— Zajechała tam Gniewoszowa i swego syna do siebie zwołała, a teraz tam chodzi około 
tego, aby kasztelaństwo dla siebie pozyskać i syna zaswatać z Jagienką. 
— Powiedzże mi, ale spokojnie — zapytał go Chryzostom — a cóż ty zrobiłeś na zamku sobieńskim? 
— Com zrobił? — rzekł Wilczek spokojnie — zrobiłem to, coś mi wasza wielebność z swego 
własnego natchnienia rozkazał. Pojechałem na Sobień, upodobałem sobie Jagienkę i ona mnie 
także, zmówiliśmy się; ale że mi dopowiedziano, że kasztelanowa mi wstręty robi, a że Kamieniecki 
ma tam wpływ wielki, więc skoczyłem do Kamienieckiego, nie zastałem go, pojechałem 
za nim do Krakowa — a tam mnie król zatrzymał do dziś dnia. 
— Któż to tobie dał taką radę, ażebyś jechał do Kamienieckiego. 
— Sam Kmita — rzekł Wilczek z naciskiem. 
— Sam Kmita — powtórzył Chryzostom, mówiąc powoli i ważąc każde słowo — toż Stanisław 
o tym nie wiedział, że nie Kamieniecki, tylko ja jestem „opiekadlnikiem” Jagienki? 
— Może on wiedział — rzekł Wilczek — toż i nie wiem, dlaczego mi taką dał radę. Ale jam 
nie wiedział, boś mi wasza wielebność tego nie powiedział. Żałuję teraz, żem zamiast na Kamieniec, 
tu nie przyjechał... 
Tu Chryzostom zastanowił się chwilkę, a potem rzekł z wolna: 
— Nie żałuj. Nie my sami, ale Bóg rządzi naszymi losami. Gdyby wola Boża była po twojej 
stronie, to byłby cię tak natchnął, ażebyś tutaj przyjechał... 
— Nie przyjechałem, żałuję — rzekł Wilczek — niemałom się też za to nacierpiał. Żałuję i 
przepraszam, jeżelim wasze wielebność tym obraził. Ale naprawiam złe i teraz przyjeżdżam. 
A na to Chryzostom: 
— Każde złe da się przebaczyć, ale nie każde naprawić. 
— Jakże to, mój ojcze? — zawołał Wilczek niecierpliwie — przecież nie będziesz mnie za to 
karał, żem czegoś nie wiedział. 
— Ja nikogo nie karzę, mój miły, ale Bóg karze. 
Na to Wilczek spojrzał z bolesnym uśmiechem na niego i rzekł z lekkim wyrzutem: 
— Wy wszędzie zastawiacie się Bogiem, jak gdybyście zawsze wiedzieli, czego On chce, a 
czego nie chce. Za cóż by Pan Bóg mnie karał? 
— Wiesz ty to lepiej ode mnie. 
— Nic nie wiem. 
— Nic nie wiesz? — zapytał Chryzostom — a któż to uwiódł niewinną dzieweczkę bojara? 
Tu Wilczkowi twarz mocno się zmieniła, jednak powiedział przytomnie: 
— To za to mnie Pan Bóg ma karać? A przecieżem się z tego spowiadał i waszmość sameś 
mi grzech ten odpuścił. 
— Jam odpuścił, ale Bóg nie odpuścił. 
— A już mi znowu wyjeżdżasz z Bogiem! — zawołał Wilczek z niecierpliwością i chciał 
dalej coś mówić, ale zgorszony takim wyrzutem Chryzostom, przerwał mu i powiedział stanowczo: 
— Myśl ty sobie o tym, co chcesz, i grzesz dalej myślą i czynem. A tymczasem tak będzie, 
jak jest. Ja tobie Jagienki dać nie mogę i nie dam. 
Tu Wilczek zbladł i wargi mu zaczęły dygotać, ale jeszcze się opanował i spytał głosem 
drżącym, ale spokojnym: 
— Nie dasz? i to już jest wasze postanowienie niezmienne? 
— Niezmienne — rzekł sucho Chryzostom. 
Usłyszawszy ten wyrok zabójczy, Wilczek zerwał się z przyzby, stanął z zaciśniętą pięścią 
przed księdzem i zawołał głosem pełnym wrzącego bólu, ale zarazem i złości: 
— Nie dasz? i dlatego mi nie dasz, żem uwiódł córkę bojara? A skąd to waszmość wiesz o 
tym grzechu mojej młodości? Z mojej spowiedzi. To księdzu wolno używać sekretu konfesjonału, 
ażeby ludziom szczęście zagradzać? 
Ciężki to był zarzut, ale Chryzostom nie czuł nim się wcale dotkniętym. Albowiem z tym 
sekretem konfesjonału postąpił sobie sumiennie: nie użył go wcale przeciw Wilczkowi, dopóki 
rozumiał, że o nim wie tylko ze spowiedzi — a dopiero wtenczas wziął go w rachubę, 
kiedy się dowiedział, że o nim skądinąd wiedziano na Sobniu. Odpowiedział mu więc spokojnie: 
— Nie bluźnij przeciwko mojemu kapłańskiemu sumieniu. Jam przeciw tobie nie użył żadnego 
sekretu. Opiekun Jagienki głuche uszy ma na to, o czym jako ksiądz dowiaduje się przy 
spowiedzi. Zresztą idź, rozejrzyj się po świecie, popytaj ludzi, a dowiesz się prędko, że taki to 
sekret, o którym wróble świstają po całej Polsce. 
Ale Wilczek tych słów ostatnich nie słyszał. Miał przed oczyma tylko postępek kapłana, 
który mu się zdawał ohydnym. Siadł twardo na przyzbie, załamał zaciśnione pięście przed 
swoją twarzą i zawołał: 
— Taki to Kościół mamy nad sobą! takich duchownych! Spowiadajże się tutaj przed księdzem 
— a on ci w obliczu całego świata twój grzech rzuci pod nogi, ażeby na ciebie sprowadzić 
nieszczęście! Ej! pono lepszy rozum mają ci, co złego ducha biorą na pomoc, niżeli wasze 
ołtarze i konfesjonały... 
Tu wszakże Chrystom się zniecierpliwił, wstał i powiedział z wielkim naciskiem: 
— Pleciesz jak opętany — a może on cię naprawdę opętał! Jakimże sumieniem możesz ty mi 
zarzucać, żem użył sekretu konfesjonału przeciwko tobie, kiedym ja ciebie już po spowiedzi 
na Sobień wyprawił? Ciebie już rozum opuszcza. Na ciebie zstępują złe duchy i diabelskie 
myśli tobie poddają. Wstań, oto kościół otwarty, idziemy właśnie na wieczorne modlitwy, 
chodź, połóż się krzyżem, po modlitwie ulży ci się na sercu i w głowie wyjaśni. Miłość ziemska 
walcząca z przeszkodami na zabój, to upór cielesny, to bunt podniesiony przez zmysły — a 
zmysły ludzkie to arsenał diabelski, napełniony wszelką bronią przeciwko duszy człowieka. 
Chodź ze mną, w modlitwie znajdziesz klucz, którym zamkniesz drzwi tego arsenału, wzbronisz 
złym duchom przystępu, a sam z niej wyjdziesz pokrzepiony na duszy — i własnymi 
oczyma obaczysz diabła wijącego się w prochu ze złości, a uśmiechy strzegących ciebie 
aniołów w niebiosach. 
A wtedy słońce już zaszło. Na wieżyczce kościelnej odezwał się dzwonek i mnichy zaczęli 
wychodzić z klasztoru, idąc jeden za drugim do kościoła. Chryzostom rzekł raz jeszcze do 
niego: Chodź! — lecz widząc, że on wcale nie patrzy na niego, poszedł także do kościoła. 
Wilczek sam został na przyzbie. On ostatnich słów Chryzostoma nawet wcale nie słyszał. 
W jego uszach brzmiała jeszcze nielitościwego opiekuna rekuza. W głowie mu się pusto zrobiło, 
żadna myśl w niej nie wstawała, widział bezdeń przed sobą pełną nicości, może nawet 
nie wiedział, gdzie jest: tylko tętna mocno mu biły, usta paliła gorączka i czuł jakby kurcz w 
rękach, pragnących pomścić się na kimś tej krzywdy. Wszystka krew się w nim burzyła przeciwko 
temu srogiemu losowi, chciałby był go złamać przemocą, jaką bądź bronią, choćby 
nawet diabelską, byle zwyciężył, byle posiadł Jagienkę: ale nie wiedział, co począć. 
W tej chwili przystąpił do niego braciszek, mówiąc, że ks. Chryzostom prosi go, aby szedł 
do kościoła. Wilczek spojrzał na niego szklanymi oczyma, lecz zaraz błyskawice się zapaliły 
w tych oczach i rzekł głosem pełnym szyderstwa i gniewu: 
— Przed wami się będę spowiadać! abyście mnie znowu zdradzili ? Idź sobie. 
Braciszek odszedł. Po chwili przyszedł drugi z tym samym wezwaniem; ale na tego już ani 
spojrzał, tylko wstał, odsunął go ręką od siebie i odszedł, aby się od dalszych posłów uwolnić. 
Nie wiedząc sam, dokąd ma iść, szedł tą samą drogą, którą przyjechał, po lewym brzegu 
wody. Tak doszedł z wolna aż do końca stawu, ale chociaż żywego ducha nie było na drodze, 
przecież droga zdawała mu się zanadto ludną: zapewne jego wyobraźnia zapełniała ją podróżnymi 
— a on chciałby być sam, sam jeden, gdziekolwiek bądź, choćby pod ziemią. W tym 
miejscu spostrzegł ścieżkę ubitą, wiodącą w puszczę po prawym brzegu stawu, poszedł więc 
nią pomiędzy drzewa. 
Idąc dalej tą ścieżką, doszedł niebawem do miejsca, na którym znowu się zbliżył do 
klasztoru, tylko był przedzielony od niego klinem stawu. Tu stanął, oparł się o drzewo i 
wśród zapadającej nocy patrzał bezwiednie na klasztor, na ten grób jego wszystkich nadziei. 
Patrzał także na kościół, z którego drzwi szeroko otwartych teraz jasne światło uderzało 
żółtym strumieniem w dziedziniec. Razem ze światłem wypływały z tych drzwi przeciągłe 
tony organów. Była to wstępna muzyka do nowej pieśni nabożnej. Jakoż niebawem zabrzmiał 
chór mnichów stentorowymi głosami i dały się słyszeć wyraźnie te słowa: 
Te, lucis ante terminum, rerum Creator ...129 
Wilczek słuchał uważnie; tak bowiem zaczynał się hymn, który w owych czasach śpiewano, 
aby Bóg wiernych ochronił od nocnych duchów i wizyj, hymn wszystkim rycerzom dobrze 
znany. Po chwili jeszcze daleko głośniej dała się słyszeć strofa następna: 
Procul recedant somnia et noctium phantasmata, 
Hostemque nostrum comprime, ne polluantur corpora...130 
Ten chór poważny z towarzyszeniem organów, wypływający śród ciemnej nocy z oświe
conych drzwi kościoła, jakby z odwiecznej krynicy światła, sprawiał przejmujące wrażenie. 
Pobożni ludzie zasyłali tam z szczerej miłości bliźniego hymn serdeczny do Boga, ażeby złe 
myśli, złe duchy i wszelkie pokusy odegnał od grzesznego człowieka. Zachwiany w wierze 
mógł się w tej chwili nawrócić. Ale Wilczek przestał już wierzyć. Doświadczywszy takiego 
straszliwego pogromu właśnie od sługi Kościoła, przekonany przy tym najgłębiej, że ten sługa 
Boży ukuł z sekretu spowiedzi zabójczą broń przeciw niemu, zbuntował się przeciw Kościołowi 
i zburzył przeciwko samemu Bogu. 
Na ten hymn śmiech go porwał, zaczem zawołał szyderczo: 
— Hostemque nostrum!... Mocniejszy on od was. Gdybym go tylko gdzie znalazł!... 
Ledwie wymówił te słowa, kiedy coś zaszeleściło o kilka kroków od niego. 
Spojrzał na ścieżkę: Marucha tam stała — i patrzała jak gdyby zdziwionymi oczyma na niego. 
Byłali to istotnie Marucha? czy tylko skutkiem bezwiednego rodzenia się myśli, skutkiem 
przypomnienia mu Ofki przez Chryzostoma, która zniknęła z Marucha, a teraz go pozbawiała 
Jagienki, skutkiem nareszcie głęboko rozdrażnionego sumienia, ta czarownica wymalowała 
się teraz tak żywo w jego pamięci? Sam tego nie wiedział. Bardzo ciemno już było, trzeba 
było wzrok mocno natężyć, ażeby przy szarym odblasku zamarłych świateł zachodnich 
przedmioty rozeznać. Ale jeżeli to była Marucha, to się strasznie zmieniła. Była bowiem prawie 
w łachmanach, całą twarz miała zmarszczkami pokrytą, jej oczy zielone już tylko jak 
próchna świeciły, przy tym plecy jej się wydęły, zgarbiła się, jak gdyby jej od kilku miesięcy 
lat dwadzieścia przybyło. Musiała przez ten czas bardzo wiele wycierpieć. 
Wilczek wiedział wprawdzie, że Marucha ma kędyś w tych stronach swój futor, podobno 
nawet na gruntach klasztornych, ale przecież go jej zjawienie się w tej puszczy śród nocy, 
niepomału zdziwiło, a zarazem wstrętnie dotknęło. Wolałby był jej nie widzieć, więc milczał. 
Ale ona nie ustąpiła, a przypatrzywszy mu się raz jeszcze, rzekła do niego: 
— Jegomość tutaj? pewnie nocuje w klasztorze. 
— W klasztorze — rzekł Wilczek — a ty skąd wracasz tak późno? 
— Wracam z Wiszni, gdziem trochę szmatek nakupiła dla dziecka. 
Na wspomnienie dziecka Wilczkowi wargi się przekrzywiły, chciał to czym prędzej zagadać 
i spytał: 
— Ale tak idziesz sama po ciemku? 
— Nie sama — rzekła Marucha — mam towarzysza, co się czasem w naszej chałupie przytula. 
A dalej będą mi przyświecać moje światełka... 
Tu Wilczek spojrzał koło niej i zdało mu się, że jakiś cień dojrzał. Wytężał wzrok i spostrzegł 
człowieka średniego wzrostu w zgrzebnym kubraku i skórzanym hełmiku na głowie, 
miał twarz bez zarostu, nos spiczasty, oczy rybie i włos ryży, krótko strzyżony przy samej 
głowie. Ale lepiej dojrzeć go nie mógł, bo kiedy mu się chciał bliżej przypatrzeć, ten cień czy 
człowiek jakby się rozpłynął w ciemnościach. Zaczem powie jej Wilczek: 
— Dobrze robisz, że nie sama idziesz tą puszczą. Niesamowito tutaj wygląda, właśnie jak 
gdyby diabłów siedziba, jeno żem jeszcze z nich żadnego nie spotkał. 
— Jest ich tu dosyć — odpowiedziała mu Marucha — czasem tak się tu tłumią, a takie kozły 
wywracają po ścieżce, że trudno się przez nich przecisnąć. 
A na to Wilczek: 
— Widziałem złe duchy po zamkach i innych starych murzyskach, nawet i u mnie niektóre 
mieszkają, ale nie wiem, co by tutaj robiły w takiej odludnej pustyni. 
— Jest ich tu dosyć — powtórzyła raz jeszcze Marucha — jak wszędzie koło klasztorów. 
Wiedz bowiem jegomość o tym, że gdzie ksiądz mieszka, co diabłów wypędza z ciał ludzkich, 
tam oni się najwięcej gromadzą. Wypędzić go z człowieka, do tego księża moc mają, ale 
mieszkania mu zabronić nie mogą, choćby nawet u progu samego klasztoru. Tutaj też oni 
najlepszy targ mają, bo kto na swoje biedę nie znalazł pomocy u księdza, to do nich się udaje 
o pomoc. Czasem i sami księża nieszczęsnych do nich odsyłają, odpędzając ich od konfesjonału 
albo i wyklinając z ambony... 
Wilczek ją słuchał z wielkim zajęciem, jej słowa zaczęły rozbudzać jego wyobraźnię, która 
już nieraz duchy widywała, lecz chcąc się czegoś więcej od niej dowiedzieć, rzekł niby nieufnie: 
— Małe to jakieś diablęta muszą tędy się chować; on sam, co ma moc człowiekowi statecznie 
usłużyć, nigdy by w takim dzikim ostępie nie siedział. 
A na to Marucha: 
— I on tutaj bywa: przecież o. Chryzostom sam nieraz powiada, że go widuje i jest odeń kuszonym. 
Jeno że niełatwo go poznać, bo coraz to inną postać na siebie przybiera. To dziad, to 
żołnierz — a czasem i kutę131 zarzuci na siebie... 
— Żołnierz — rzekł Wilczek do siebie i rzucił okiem koło Maruchy, ale nic nie obaczył. 
Tymczasem Marucha mówiła dalej: 
— A jegomość zabawi jakiś czas w tym klasztorze? stąd do nas niedaleko. Za tą puszczą 
moczary, a za moczarami zaraz nasza chałupa. Ofka już ozdrowiała — a i chłopczysko zdrów, 
jakby go kto wykuł z żelaza. Widać zaraz dziecko rycerskie. Mógłby też jegomość i do nas 
zaglądnąć. 
Wilczek znowu się skrzywił i spytał prędko: 
— Macież żyć z czego? 
— Dopóki mój stary żyje, nie umrzemy z głodu. A potem, to już jak łaska klasztoru. Jeno 
tak mi się widzi, że ja mego starego pono nie przeżyję — a na Ofkę się tam oglądać nie będą. 
Jegomość by powinien o tym pamiętać... 
Na te słowa Wilczek się trochę zamyślił. Najlepsze miał chęci, Marucha oczywiście ma racją, 
po jej śmierci mnichy bez wątpienia wyrzucą Ofkę z futoru, on będzie o niej pamiętać. 
Chciał to starej powiedzieć: ale kiedy spojrzał w to miejsce, gdzie stała, już jej tam nie było. 
Słuchał potem jeszcze przez chwilę i zdawało mu się, jakoby słyszał dwa głosy rozmawiające 
ze sobą, zatrzymujące się w miejscu, a potem znowu oddalające się ku moczarom. 
Raz nawet obiły się o jego uszy te słowa: — Starosta, pan z panów, ma na swym zamku załogę... 
Ale potem znów to przycichło. A po chwili sam już nie wiedział, czy kogo widział, czyli 
z kim innym, czy z samym sobą rozmawiał. W głowie mu się coraz gorzej paliło, skronie go 
piekły jak ogniem, nic nie widział przed sobą, cały zamknął się w sobie — a tam rozpacz i niecierpliwość 
targały mu wszystkie wnętrzności. 
— Gniewoszowa mi wojnę wydała... Gniewoszowi się uśmiechają trzy klucze i koligacja z 
Kmitami... Kmitowie się przeciw mnie obrócili... Kamieniecki mnie opuścił! Chryzostom 
mnie zdradził! Tylko Jagienka mi wierna. Jagienka! Jagienka! Życie moje dam za to, abym ją 
mógł choć raz do piersi przycisnąć — a potem niech się cały świat na mnie zawali! — Ale co 
począć? 
Natenczas już noc zupełna pokryła ziemię czarnym jak węgiel całunem. Nieba wcale widać 
nie było, albowiem między niebem a ziemią porozkładały się grubymi warstwami gęste 
mgły kurzu. Przez te mgły tu i owdzie przebijały się gwiazdy, ale tylko jak iskry mlecznego 
koloru, świadcząc o tym, że są, ale nie posyłając żadnego blasku na ziemię. Na ziemi parno 
było jak w łaźni. Wysuszone dziennymi upałami powietrze rozdymało płuca, nie orzeźwiając 
piersi, a wypędzając krople potu na czoło. Od rozpalonej ziemi biło gorąco, jak gdyby się 
ognie pod nią paliły. Nad zgniłą powierzchnią wody unosiły się rzadkie szarawe mgły i zdawały 
się płynąć w dal — a w dali, gdzie staw zlewał się z widnokręgiem, od czasu do czasu 
powietrze się zapalało pożarem i zaraz gasło jak błyskawica, rozszerzając jeszcze czarniejszą 
noc po całej ziemi. W puszczy olbrzymie drzewa, obrośnięte dzikim chmielem i powojami, 
stały nieruchomie jak przedstworzenne skały opodal od siebie, opierając swoje gałęzie o 
młodsze drzewiny i tonąc głęboko w nieprzebrodzonych chaszczach leszczyny i głogów. Tu leży spróchniały tułów jakiegoś wiekowego starca tej puszczy, cały gęstymi mchami zarosły, 
na próżno czekając pogrzebu; tam świerk wyniosły, przeżywszy półtora wieku, zwalił się z 
nóg, lecz nie doleciał do ziemi, tylko padł na dąb rozłożysty, a dąb go objął w swoje ramiona 
i będzie tego trupa w nich trzymać, aż póki sam z nim nie runie. Ucichły śpiewy w kościele, 
pogasły światła w klasztorze, sen zamknął powieki wszelkiemu stworzeniu, co żywię. Cisza 
zaległa powietrze i całą puszczę, że ani jeden listek się nie ruszy na drzewie. Cisza w całej 
naturze; tylko w piersi człowieka wyją nieokiełzane orkany, namiętności i żądze kłębią się z 
sobą jak rozhukane bałwany na morzu i miotają jego sumieniem jak maleńkim okrętem z potrzaskanymi 
masztami i podartymi żaglami; raz go widać na wierzchu spienionej fali, to znowu 
spada jak strzała w przepaść sycząc; ale czy jest tam jeszcze sternik na jego pokładzie? 
czy okręt się dobije do brzegu? czy zginie w bezdennej głębi cyklonów? nikt nie wie. Wilczek 
stał nieruchomy i chciał myśleć nad sobą. Ale gdzie człowiekiem gwałtowne miotają uczucia, 
kiedy wściekające się namiętności go porywają ze sobą, tam wszelkie myślenie ustaje. Wilczek 
nie był sobie przytomnym, tylko żądze się w nim odzywały, unosząc cały jego umysł za 
sobą. Chwilami tak gwałtowna wstrząsała nim niecierpliwość, że chciałby był skały rozdzierać 
na dwoje i tłuc je na miazgę. To znów żałował, że nie ma swoich żołnierzy ze sobą: byłby 
był napadł na klasztor i spalił, a upiekł w jego płomieniach tego mnicha-rycerza, który jak 
mur niewziętej fortecy zagrodził mu drogę do szczęścia. Lecz potem opanowywała go zupełna 
bezwładność woli i mówił do siebie: Najnędzniejsze stworzenie na świecie, to człowiek. 
Stoi na własnych nogach, dopóki może się bronić, ale kiedy go przemoc obali, a nie chce się 
poddać, jak najsłabsze zwierzątko musi szukać pomocy u obcych. A i tak jeszcze zginie, bo 
człowiek zwierzątko przytuli do siebie, ale swemu bliźniemu nigdy nie pomoże... 
Tak mówiąc, czuł, że jakaś bezwiedna siła go ciągnie w tę stronę, kędy zniknęła Marucha. 
Miał wstręt od tej baby — a przecież go za nią ciągnęło. Już raz mu pomogła na jego zgubę, 
niechby go zgubiła na wieki, byle i teraz pomogła. Popchany tą żądzą, szedł dalej za ścieżką — 
i uszedł z jakie pięćdziesiąt kroków. Tam puszcza już się zaczęła przerzedzać, stare drzewa 
już stały z dala od siebie, krzaczyska jeszcze się lęgły gęstwiną, lecz przez nie już było widać 
szarzejące moczary. 
Tu Wilczek stanął nagle niezmiernie zdziwiony, bo cale niespodziewany widok się przed 
nim otworzył. Za puszczą, po całym moczarze biegały jasne płomyki, jedne nisko nad ziemią, 
drugie w miarę wysokości człowieka, niektóre goniły za sobą i ulatywały w powietrze, inne 
uderzały o puszczę i gasły. Wilczek, zrodzony w górach, nigdy takiego widowiska nie widział. 
Oczy mu się otworzyły szeroko, patrzał ciekawie i widział, że to są duchy z płomiennymi 
twarzami, igrające ze sobą po powierzchni moczaru. Widział jak najwyraźniej ich szaty 
szarawe, ich ręce, ich nogi, ich twarze, czasem dziecięce, a czasem szkaradne jak maszkary. 
Nareszcie jeden większy płomyk rozpędził się prosto ku niemu, uderzył o kierz i zgasł, zostawiwszy 
czarną ciemnicę po sobie. Wilczek wpatrzył się w ten kierz — i ujrzał między liściami 
twarz ludzką, tę samą twarz z rybimi oczyma, którą dopiero co widział obok Maruchy. 
Tylko teraz hełmu nad nią nie było, a na jego miejscu jeżyła się ryża czupryna. Była to twarz 
przejmująca brzydotą, ale teraz uśmiechała się ku niemu wyszczerzonymi zębami, kłaniając 
mu uniżenie. 
Wilczek tak był chciwy znalezienia jakiejś nadludzkiej pomocy, że się wcale nie przestraszył, 
tylko przeciwnie, rad, że mu się zjawia, rzekł do siebie: To on! Zaczem zapytał z niecierpliwością: 
— Kto tu jest? 
— Biedny diabeł — odpowiedziała mu ta twarz z niemiecka — Marucha przysyła mnie do jegomości... 
Wilczek pomyślał w duchu: Mówi po niemiecku, to on. Wszystkie diabły przychodzą z 
Niemiec do Polski. To on. — Zaczem wpatrzył się w niego i widział wyraźnie, jako mu się 
uszy przedłużyły powyżej głowy, rogi się pokazały na głowie, a oczy wielkie jak dwa talary 
kręciły się między powiekami jak koła we młynie. Widok ten zaparł mu oddech w piersi na 
chwilę, ale zebrał w ten moment wszystkie swe siły, ochłódł zupełnie i rzekł: 
— Któż jesteś? jak się nazywasz? 
— Ludzie mnie wołają Kostruban. 
— Kostruban! — zawołał Wilczek, rozśmiawszy się zimno — gdzież twoje kumpany? 
— Nie ma wojny, moje kumpany się także rozeszli po świecie. 
— Ale Węglik i Smółka? co zawsze się kupy trzymacie. 
— Ja sam umieram z głodu, głupi bym był, gdybym jeszcze drugich wodził ze sobą. 
— Ciężkie czasy i na was przyszły, jak widzę! — zawołał Wilczek — Księża wam chleb odebrali, 
a jeszcze i święconą wodą was kropią i napędzają w lasy i puszcze. Czegóż ty chcesz 
ode mnie? 
— Szukam służby. Jestem żołnierzem z regimentów niemieckich, co je porozpuszczano. 
Umiem dobrze narabiać wszelaką bronią, czy człowieka, czy konia, czy wóz z wojłokami, 
obsłużę jak trzeba, a w bitwie mało kto mi wyrówna, bom też już dosyć się nawojował, a 
jeszczem nigdy nie był raniony... 
Na to Wilczek w głos się roześmiał, mówiąc: 
— Już by też chyba świat się przewrócił do góry nogami, gdyby diabła kto ranił. Bywają 
charakternicy, co nie są diabłami, a przecież ich żadną bronią zmacać nie można. Więc szukasz 
służby? 
— Marucha mnie powiedziała, że jegomość mnie przyjmie. Ja jegomości do wszystkiego 
się nadam, a służę wiernie... 
— Ba! — rzecze Wilczek — ale u mnie będzie służba ciężka dla ciebie, bo wszystkie ziemskie 
potęgi się na mnie sprzysięgły. Kiedyś tu przyszedł, to wiesz, czego mnie trzeba. Namyślże 
się więc dobrze, a powiedz prawdę: dostaniesz ją dla mnie czy nie? Mów prędko, dostaniesz? 
Tu diabeł jakoś się skręcił i myślał przez oka mgnienie, lecz odpowiedział przytomnie: 
— Ja dla jegomości wszystkiego dostanę. Ja wszystkim moim panom zawsze przynosiłem 
szczęście, wszystkim się przy mnie zawsze wiodło po myśli... 
Na te słowa Wilczkowi się serce podniosło; więc rzekł radośnie: 
— Dostaniesz? Jak zechcesz, to pewnie dostaniesz. Więc cóż chcesz za to? 
To zapytanie jakoś diabła skonfudowało, skręcił się znowu i odpowiedział: 
— Co łaska. Ja się z moimi panami nigdy nie targowałem, a zawsze mnie nagrodzili przystojnie. 
— Co łaska! — zawołał Wilczek — toś głupio powiedział. A nie myśl, abyś mnie złapał na 
głupstwo. Ty za nią chcesz wziąć duszę moje. A najlepiej byś ją wziął, choćby i zaraz, a nie 
dał Jagienki. Ale ze mną w to nie potrafisz. Duszę weźmiesz, ale musimy pakt zawrzeć, o to, 
kiedy ją weźmiesz? 
Diabeł milczał. 
Wilczkowi milczenie to było wcale na rękę, bo sam chciał się nad tym namyśleć. A myśląc, 
przypomniał sobie owe starożytne powieści, które o dawnych panach tustańskiego zamku 
krążyły pomiędzy okolicznym ludem, a według których we wszystkich ważnych wypadkach 
tamtejszych główną rolę odgrywała muzyka. Wspomnienie to podsunęło mu myśl, której 
szukał w swej głowie, zerwał się więc i rzekł raźnie: 
— Wiesz co, niechaj tak będzie, jak za moich poprzedników bywało. Jak muzyka zagra na 
moim zamku, to wtedy wolno ci jest wziąć duszę moję. Rozumiesz? Ale słuchaj mnie dobrze, 
abyś nie zapomniał: Jeżeli nie dostanę Jagienki, to duszy mojej nigdy nie weźmiesz. A jeżeli 
muzyka nie zagra do mojej śmierci, to jej także nie weźmiesz. Taki mój pakt. Czy zgoda? 
A diabeł na to: 
— Ja z jegomościa na wszystko się zgadzam. 
— Więc zgoda — zawołał Wilczek — więc odtąd jesteś u mnie na służbie i możesz się wziąć 
choćby dzisiaj do roboty. 
Diabeł wyszczerzył zęby ku niemu, pokłonił mu się i zniknął. 
W tej chwili jakiś łopot rozgłośny dał się słyszeć na wierzchołku drzewa, pod którym stał 
Wilczek, zdało się, jak gdyby tam puchacz uderzył skrzydłami i zleciał na niższe gałęzie: ale 
Wilczek widział własnymi oczyma, że to diabeł się w puchacza zamienił i ponad staw poleciał 
w tę stronę, gdzie leżał zamek sobieński. Zaczem rozśmiał się śmiechem serdecznym i 
zawołał: 
— Las nie las, wieś nie wieś! Biesie nieś, a bywaj w czas! 
Po tym pakcie zawartym Wilczkowi daleko lżej się zrobiło na sercu. Uśmiechnął się sam 
do siebie i myślał głośno. Teraz już pewnie Jagienkę dostanie: przecież diabeł mocniejszy 
niżeli cały ród Gniewoszów razem ze wszystkimi Kmitami. A oprócz tego i z diabłem zawarł 
pakt taki, że choćby całe piekło stanęło po jego strome, to duszy jego nie dostanie. Bo jużciż 
to w jego własnej jest mocy: na jego zamku muzyka nigdy nie zagra. 
Tak myśląc, wrócił powolnym krokiem w to miejsce, gdzie z początkiem nocy dostrzegł 
był Maruchę. Tam stanął i myślał dalej. Myślał o Jagience. Chociaż cieleśnie był bardzo zmęczony, 
usta miał spieczone gorączką, a oczy mu się pomimo woli co chwila do snu sklecały, 
był rzeźwy na duchu i teraz jakieś więcej ludzkie się w nim odzywały uczucia. Nad nimi 
wszystkimi wszakże górowała tęsknota za Jagienką. Dlaczegoż tak chciało nieszczęście, że z 
Sobnia wyjechał właśnie w tej chwili, kiedy matka Gniewosza miała tam przyjechać? Dlaczego 
mu przyszła myśl nieszczęśliwa gonić za Kamienieckim do Krakowa? Dlaczego jest w 
służbie królewskiej i nie mógł się od tej służby oderwać? Biedna, nieszczęśliwa Jagienką, 
przez jakie ona tam teraz musi przechodzić serca i duszy męczarnie? Kto wie, jak się to skończy. 
Ale niechaj się dzieje, co chce, gdyby ją przynajmniej mógł widzieć! Gdyby ją mógł ujrzeć 
choćby tylko na chwilę, choćby tylko jej obraz, chociażby tylko jak senne widzenie... On 
chce ją widzieć koniecznie — i musi ją widzieć, choćby miał zaraz pojechać na Sobień. 
Tak wysilając gorączkowymi myślami swą wolę, patrzał bezwiednymi oczyma na klasztor 
przez staw, ale nic przed sobą nie widział. Jeszcze noc czarna okrywała ziemię: jednak od 
wschodu niebo już szarzeć zaczęło. Tam gdzieś daleko za wschodem słońce toczyło się z 
grzmotem po niebieskim sklepieniu i jeszcze daleką drogę miało przed sobą do ziemi, ale 
parte naprzód jego rydwanem zimne pokłady powietrza już dolatywały ku ziemskim przestrzeniom. 
Od wschodu chłód zaczął zawiewać. Nad stawem zaczęły się kurzyć białawe 
mgły, które najprzód się rozlegały nad wodą, a potem w wielkich okrągłych kłębach unosiły 
się w górę i odpływały ku szerszym przestrzeniom stawu. 
Te mgły, przybierające w ciągłym ruchu rozmaite postacie, uwięziły całą uwagę Wilczka 
przy sobie: wpatrzył się w nie i zdawało mu się, że ludzkie twarze się na nich rysują i kłębi 
się w nich tłum ludzi. Wytężył wzrok tak silnie, że wszystkie władze jego zbolałej duszy się 
w nim skupiły — a wtedy ujrzał wyraźnie Jagienkę, jako z tych mgieł wypływała ku niemu... 
Miała długą białą suknię na sobie, białe kwiatki we włosach, za jej plecyma powiewały 
długie warkocze, anielski wyraz na twarzy, promiennymi oczyma patrzała na niego i ręce 
wyciągała ku niemu, jak gdyby chciała ten brzeg stawu przepłynąć i rzucić się mu w ramiona. 
Za nią o kilka kroków stał Gniewosz, cały w szarą żelazną zbroję zakuty, w hełmie z długim 
końskim ogonem i z piórami na głowie, z podniesioną przyłbicą, twarz miał spokojną i 
uśmiechnioną jak zwykle, stał nieruchomy na mgłach, ale prawą rękę podniósł ku Jagience, 
jak gdyby ją żegnał i rad był, że od niego odpływa. Za nimi w głębi rysowały się jeszcze jakieś 
twarze, jakoby Kmity śmiejącego się tryumfalnie, Gniewoszowej i kasztelanowej załamujących 
ręce, ale ich postacie rozpływały się w mgłach. Z głębi tych mgieł odzywały się 
tony cichej muzyki, które porywały za serce, właśnie jak gdyby Pretficz tam grał na lutni 
swoje pieśni anielskie... 
Wilczek się wpatrzał w ten obraz zachwyconymi oczyma, usta na wpół otworzył i stał tak 
nieruchomy przez oka mgnienie, jak gdyby własnym oczom nie wierzył. A przecie widział — i 
widział istotnie, bo nie tylko na ziemskim świecie, ale i w świecie ducha pokazują się fata 
morgana. 
Objąwszy wreszcie całą postać Jagienki szeroko rozwartymi oczyma, wyciągnął ku niej 
ramiona, chcąc ją pochwycić w swoje objęcia — a wtedy muzyka odezwała się głośniej, promień 
jasnego światła się przebił przez mgły — i obraz mu zniknął sprzed oczu. 
Wilczek spojrzał przed siebie i ujrzał to samo światło, wypływające szerokim strumieniem 
z otwartych drzwi kościoła w dziedziniec, które widział wieczorem. Zarazem usłyszał poważne 
tony organów i stentorowy chór mnichów, śpiewający pieśń: 
Stabat Mater dolorosa 
Juxta crucem lacrimosa, 
Dum pendebat Filius...132 
O. Chryzostom, mający szczególniejsze nabożeństwo do Matki Najświętszej, zawsze tą 
pieśnią swoje poranne modły zaczynał. 
Chłód ranny coraz mocniej zawiewał od wschodu. Wilczek zaczął się cokolwiek otrzeźwiać 
i myśleć nad tym, co czuł i widział tej nocy, ale jego umysł wzburzony przynosił mu 
tylko bałamutne wspomnienia. Był w tej chwili, jak człowiek, który się upił do bezprzytomności, 
a wytrzeźwiwszy się, niektóre rzeczy sobie przypomina, a innych wcale sobie przypomnieć 
nie może. 
Tymczasem w kościele ciągle śpiewano, przeplatając strofy chóralne akordami organów. 
Zaczem patrząc na kościół, przypomniał sobie, że jest w gościnie u tego nielitościwego mnicha, 
który świadomie i własnowolnie zniszczył szczęście jego całego życia na zawsze. Przecież 
u niego nie może zostać w gościnie. Powinien nawet wyjechać jak najprędzej, bo czuje 
to, że gdyby go spotkał, to mógłby go zabić jak każdego innego człowieka — a takiego zabójstwa 
nie dopuszczało jego uczucie poszanowania dla Kościoła, które mu od dziecka wpojono. 
Zabójca św. Stanisława, chociaż królewską odziany purpurą, miał tak jednogłośnie przeklętą 
sławę w narodzie, że nikt jej nie mógł zapragnąć. Rzucił więc jeszcze raz okiem wzdłuż wody, 
azali Jagienka znów mu się nie pokaże, a nie mogąc nic dojrzeć, obszedł szybkim krokiem 
klin stawu i szedł do pasieki, gdzie jego żołnierz z końmi nocował. Przechodząc obok kościoła, 
usłyszał ostatnią zwrotkę powyższej pieśni, którą właśnie śpiewano: 
Quando corpus morietur, 
Fac, ut animae donetur 
Paradisi gloria...133 
Pierwsza msza dopiero się miała zaczynać, zaczem miał jeszcze czas wyjechać tak, aby go 
nikt nie zatrzymał. 
Stanąwszy u wrót pasieki, spostrzegł, że jego konie właśnie pojono u studni, a jego żołnierz, 
jakieś poczciwe chłopczysko, podbiegł ku niemu i powitał go bardzo radośnie. 
— Chwałaż Bogu, że jegomość przecie przychodzi! Ja przez całą noc ażem dygotał od strachu 
za jegomościa, bo mi powiedzieli w kuchni, że jegomość poszedł w puszczę... a tu niesamowito 
koło tego klasztoru, tutaj więcej złych duchów niżeli ludzi, a niektórego z nich nawet 
i od człowieka rozpoznać nie można. Przecież że się jegomości nic złego nie stało. 
— Co by mi się tam stało! — rzekł Wilczek — kułbacz w lot konie, bo zaraz jedziemy. 
— Konie już nakarmione i pokułbaczone — odpowie chłopak — jeno popręgi przeciągnąć a 
pokiełznać. Właśnie je poją. 
— Przecież zwinąłeś się dziś prędzej niż zwykle. 
— Bo proszę jegomości, jakiś żołnierz się do nas przyplątał. Przyszedł jeszcze na czas 
przed świtem i powiedział mi, że jegomość go przyjął na służbę, i zaraz się wziął do roboty. 
Wszystkie trzy konie sam w lot obrobił, a zgrzebło i szczotka tak mu w rękach latały, jak 
gdyby się pod nim paliło, zaraz też konie nakarmił, a teraz je poi. Trudno się z nim zrozumieć, 
bo mówi z niemiecka, ale że zna służbę stajenną, to i nie ma co gadać. 
— Gdzież jest ten żołnierz? 
— Owo wraca z końmi od studni. 
Na to Wilczek postąpił o kilkanaście kroków ku wrotom stajennym i stanął jak wryty. Albowiem 
właśnie wchodził w te wrota wraz z końmi ten sam niby to żołnierz, którego tej nocy 
widział w puszczy i z którym miał długą rozmowę. Ten sam nos spiczasty, te same rybie 
oczy, ta sama ryża czupryna. Tak samo nawet zęby wyszczerzył ku niemu, kłaniając mu się 
do ziemi. Wilczkowi się jakoś dziwnie zrobiło, prawie tak samo, jak gdyby miał sen jakiś w 
nocy, a teraz ten sen mu się sprawdził na jawie. 
— To ja, proszę jegomości — rzecze mu żołnierz — Kostruban, co mnie Marucha przysłała. 
Wilczek patrzał jeszcze na niego przez oka mgnienie, sam nie wiedząc, co myśleć, ale nie 
chcąc dać tego poznać po sobie, rzekł prędko: 
— Wiem. Siadaj na podwodnego konia i jedź ze mną. 
Zaraz więc wszyscy trzej wsiedli na konie i wyjechali milczkiem z klasztoru. Przez puszczę 
puścili konie kłusem i niebawem stanęli na gościńcu, prawie w tym samym miejscu, 
gdzie o wiośnie Wilczek spotkał się z Kergolajem. Tu Wilczek się zatrzymał, namyślając się 
nad tym, dokąd ma jechać. Do Krakowa jeszcze mu niepilno, król mu dał pozwolenie na parę 
tygodni; dobrze by spocząć trochę we Lwowie, może by nieźle z mądrym Kijasem o swoich 
zgryzotach pogadać: zwrócił więc w lewo i pojechał do Lwowa. 
Niedaleka to droga: ale Wilczek, zmęczony fizycznie do tego stopnia, że nie czuł swych 
kości, stargany na duszy boleścią, a prawie całkiem rozbity rozpaczą, dwa razy w tej drodze 
popasał, Kostruban na każdym popasie okazał się niezmiernie usłużnym i zapobiegliwym: 
wszędzie rum robił dla swego statku, powyrzucał chłopskie konie ze stajni, a swoje jak najlepiej 
umieścił, wszędzie osobną izbę znalazł dla swego pana, naznosił mu poduszek i betów, 
aby mógł przysnąć cokolwiek, postarał się o jedzenie i napój, pilnował, aby nikt go nie budził, 
zgoła jak gdyby myśli jego zgadywał, a pielęgnował go jak matka swoje najukochańsze 
niemowlę. Widząc to Wilczek, powiedział sobie; Diabeł nie diabeł, ale człowiek usłużny i 
sprytny, widać, że u wielkich panów sługiwał. — I był rad z tego nabytku — i tak nad wieczorem 
zajechał przed kamienicę Kijasa. 
U Kijasa płynęło codzienne życie spokojnie i tym samym trybem, jak zawsze. Toż i teraz 
siedział on w pierwszej komnacie za stołem i na zakończenie dnia przed samym wieczorem 
słuchał raportów Kundrata o towarach wyprawionych i sprzedanych, o zakupionych i sprowadzonych 
i o wpływach pieniędzy do kasy. Formoza siedziała opodal od niego i przysłuchiwała 
się pilnie rozmowie w tej myśli rozumnej i zacnej, ażeby kiedyś, po najdłuższym 
życiu teścia, mogła zastąpić swojego męża, który nie cierpiał kupiectwa. Kto by się jej pilnie 
przypatrzył, byłby dostrzegł, że twarz jej cokolwiek przybladła i jakaś chmurka osiadła na jej 
czole, ale nie było tego widać w jej rozmowie, bo głos jej był dźwięczny i jasny, a właściwy 
jej spokój nie opuszczał jej ani na chwilę. Tigranes całe dnie na wsi przepędzał, zajęty sztyftowaniem 
swojej chorągwi. 
— Więc tak — rzecze Kijas, oddając Kundratowi książkę wąską a długą z notatkami bieżących 
rachunków — dobrze to wasze prowadzisz, jak zawsze. Gdyby cię czasem bzik nie napadał, 
to mógłbyś sam taki handel prowadzić. Ale te bziki mieszania się w nieswoje rzeczy 
osłabiają moje zaufanie w rozum waszeci. Gdzie kto nahajkę podniesie, to ty musisz mu zaraz 
swoich pleców nadstawić. Kergolaj sprawił ci kąpiel, że ci aż bańki trzeba było przystawiać, 
ażeby cię z niej wylizać. Teraz znów cała beczułka oliwy wyszła, aby cię wysmarować z batów 
Olizarowych. A to i boli, i nie przysparza respektu, zwłaszcza dla notariusza lonherii. A 
grosza nie dałbym za to, że mimo to wszystko jeszcze skóra cię swędzi. 
— Skóra mnie wcale nie swędzi — odpowiedział mu Kundrat — a nawet prawdę mówiąc, to 
się na Olizara nie gniewam i jużem się z nim przeprosił. To swój, dzisiaj on mnie da po łbie, 
jutro ja jemu. 
— Tylko że to jutro jakoś nigdy nie przychodzi — przerwał mu Kijas — bo co chwila się dowiaduję, 
że ci ktoś skórę wyłoił, ale jeszczem nigdy nie słyszał, żebyś ty kogo wyczubił. 
— Przyjdzie to, przyjdzie — powie mu Kundrat — a pierwszy, co weźmie ode mnie trzepanie, 
to będzie ten Francuz przeklęty, co tutaj wszędzie tyle narobił zgorszenia. Człowiek to jak 
kot, co zawsze pada na nogi, alem ja sobie go nakarbował jak trzeba i pewnie go złapię, a 
wtedy dam mu za swoje... 
— Goń wiatra w polu! — zawołał Kijas — gdzie ty go złapiesz? A jeszcze tak mi się zdaje, że 
jak go złapiesz, to dopiero wtedy przed nim uciekniesz. Nie nam to mieszczanom próbować 
się z rycerzami na miecze, a choćby też na batogi, mocniejsi oni są od nas w tym rzemiośle. 
Jeśli ich kiedy pobić możemy, to chyba rozumem a sztuką. Zresztą nietrudno mi się domyśleć, 
za coś się tak zagniewał na niego, zaczem mogę ci dać dobrą radę. Dlaczegoż się już nie 
deklarujesz? Kobieta majętna i piękna, cokolwiek lekka, ale dobre ma serce, dostawszy rozumnego 
męża, może dobrą być żoną... 
Na to Kundratowi zaświeciły się oczy i zarumieniły policzki, liznął się językiem po swoich 
ustach wiśniowych i rzekł: 
— Doskonałe to piwko, ale jeszcze nie wyszumiało. Jak z czasem wyszumi... 
Ale Kijas mu przerwał, mówiąc: 
— Jak jeszcze jaki czas tak poszumi, to ledwie drożdże dla ciebie zostaną. Ty głupi. Raczej 
ci się dziś deklarować niżeli jutro. 
Więc Kundrat westchnął i rzekł: 
— Jeszcze tam trochę pstro w głowie, jeszcze by mnie nie przyjęła. Trzeba z tym mieć cierpliwość. 
Kto najcierpliwszy, ten ją dostanie. A potem, nie mieszczańska to rzecz, jak się obaczy 
kobietę zaraz się żenić, ot, właśnie jak pan Gniewosz teraz zrobił na Sobniu. Jeno rycerze 
tak hazardownie grają o los całego życia, prawie tak samo, jak na wojnie. Co to tam może być 
z takiego małżeństwa! 
Na te słowa Formoza się zarumieniła i oczy spuściła ku ziemi, a Kijas powiedział: 
— Trudno to wiedzieć w małżeństwie, kto lepiej robi, czy ten, co się śpieszy, czy ten, co się 
namyśla. Zawsze to gra w ciuciubabkę. Wilczek się namyślał, a tymczasem Gniewosz 
zdmuchnął mu pannę — a który z nich lepiej na tym wyjdzie, to dopiero przyszłość pokaże. 
— Tymczasem obydwa źle na tym wyszli –– rzekła na to Formoza; zaczem zaczęto rozmawiać 
o kabałach, jakie się miały odegrać na zamku sobieńskim, a o których już cokolwiek 
wiedziano na Niskim Zamku we Lwowie. 
Wśród tej rozmowy wszedł Wilczek. 
Formoza pierwsza się zerwała ku niemu — i kiedy Kijas witał go spokojnymi słowy jak 
zwykle, ona mu rękę ścisnęła, mówiąc żywo: 
— Cieszymy się bardzo, żeś waszmość do nas przyjechał. Smuciliśmy się jeszcze jego 
zmartwieniem. Chcieliśmy pisać, aleśmy nie wiedzieli, dokąd listy posyłać. 
Wilczkowi się bardzo błogo zrobiło na sercu, że ma jeszcze na tym świecie przyjaciół, ale 
zarazem go to zdziwiło, że już tutaj o nim coś wiedzą, jakoż uśmiechnąwszy się spytał: 
— Moim zmartwieniem? cóż wy o tym wiedzieć możecie? 
— Jużci wiemy wszystko, bo tu był pokojowiec pana Gniewosza na Niskim Zamku, był też 
i u nas i opowiedział nam bardzo dokładnie o tym weselu. 
— O jakim weselu? — zawołał Wilczek niecierpliwie, a strach niewymowny wymalował się 
na jego twarzy i usta drżeć mu zaczęły. 
— O weselu Gniewosza z Jagienką — rzekł Kijas — podobno nie bardzo się tam weselono... 
— Gniewosza z Jagienką! — zawołał Wilczek głosem mocno zmienionym, chociaż widocznie 
usiłował się opanować — Gniewosz już się ożenił? Któż to wam taką bajkę powiedział? 
— Jak to? — rzekł Kijas — to waszmość jeszcze nic o tym nie wiesz? to nie jest bajka. Powiadam 
przecież waszmości, że nam jego własny pokojowiec, który tam był, a którego on tu 
przysłał z Czorsztyna, wszystkie szczegóły opowiedział, jakoż wiedzą już o tym wszyscy na 
Niskim Zamku. Już temu dwa tygodnie albo i więcej, jak Gniewosz wziął ślub z Jagienką na 
Sobniu, o. Chryzostom sam mu go dawał, po czym państwo młodzi wyjechali natychmiast na 
zamek czorsztyński, gdzie też dotychczas się bawią. 
Na te słowa Wilczek skostniał cały jak posąg drewniany, piekielna boleść mu całą twarz 
straszliwie wykrzywiła, oczy się w słup obróciły, a z ust ścierpniętych wyrwały mu się tylko 
te słowa: 
— Sam Chryzostom ślub jemu dawał... 
Kiedy w klasztorze dowiedział się tylko o tym, że mu Chryzostom Jagienki dać nie chce, 
co jeszcze mogło się zmienić, to boleść targała duszę jego na wszystkie strony, a umysł wzburzony 
przeciwnościami szukał ratunku choćby w siłach nadprzyrodzonych; teraz kiedy weń 
cios stanowczy uderzył, ciało jego całkiem zakrzepło, wszystkie władze umysłu stanęły i 
umilkł. 
Miał tylko tyle instynktownej przytomności, że odszedł machinalnie od stołu, ażeby ci ludzie 
nie patrzali na niego, chwiejącym się krokiem poszedł w przeciwległy kąt tej wielkiej 
komnaty i tam stanął przy oknie, oparłszy czoło o szyby. 
Formoza z głębokim wzruszeniem patrzała na niego, bo sercem swoim wszystko odgadła. 
Jakoż zaraz poszła za nim, stanęła obok niego, wzięła go za rękę i rzekła do niego półgłosem: 
— Uspokój się waszmość. Powróć do siebie. Na nic się nie zdało tracić przytomność w 
zmartwieniu. Inni ludzie mają także zmartwienia, a przecie nie poddają się rozpaczy. 
Wilczek patrzał na nią przez chwilę oczyma bez blasku, jak gdyby jej zrazu nie poznał, a 
potem rzekł na pozór spokojnie: 
— To nie jest zmartwienie, to śmierć, na którą nie masz ratunku. 
W tej chwili przyszli mieszczanie do Kijasa w gościnę, a zarazem dano znać do wieczerzy. 
Formoza rzekła do Wilczka: 
— Jak długo człowiek żyje, nie powinien mówić o śmierci. Wielkie to dla waszmości nieszczęście, 
ale nie masz takiego nieszczęścia, którego by Bóg nie odwrócił, jak zechce... 
— Ale kiedy się już stało — rzekł sucho Wilczek. 
— Coś się stało, a coś się nie stało — odpowiedziała mu Formoza — chodź waszmość do 
wieczerzy. Zachowaj się tak, ażebyś nie dał poznać po sobie, co cierpisz. Nie wszyscy ludzie 
godni są wiedzieć, co się dzieje w skrytościach naszego serca. A po wieczerzy może ci co 
powiem, co cię pocieszy... 
Przy wieczerzy Wilczek siadł obok Formozy i usiłował panować nad sobą. Udawał, że je i 
pije, i rozmawiał z nią o Krakowie i królu. Kijas z pomocą Kundrata układał jakieś sprawy 
handlowe z mieszczany, a tak nikt na niego nie zwracał uwagi. Po wieczerzy zaś, kiedy Kijas 
dopiero naprawdę zajął się mieszczanami, Formoza zaciągnęła Wilczka do tej samej odległej 
komnaty, gdzie kilka tygodni temu odebrała ślub od Gniewosza, posadziła go w wygodnym 
krześle koło siebie i rzekła: 
— Wielka to ulga naszemu sercu, jeżeli z naszych frasunków możemy się wyspowiadać 
komuś takiemu, co nas przyjaźnie wysłucha i naszym smutkiem miłośnie się z nami podzieli. 
Waszmość nie masz żywej istoty na całej ziemi, która by ci lepiej życzyła ode mnie. Powiedzże 
mi, jak to tam było na Sobniu i jak się to stało, żeś właśnie wtedy wyjechał, kiedy postanowiono 
Gniewosza gwałtem ożenić z Jagienką? 
— Gwałtem! — zawołał Wilczek — jużci Jagienkę zgwałcono, tak się przynajmniej spodziewam, 
bo jej nie mogę posądzić o zdradę, a zresztą przysłała mi karteczkę przed ślubem; ale 
któż mógł zgwałcić Gniewosza? 
— Może go przecie zgwałcono — odrzekła Formoza — mam i ja także o tym karteczkę. Powiedzże 
mi waszmość najpierwej, jak Jagienką wygląda, bo podczas twojej ostatniej bytności 
we Lwowie tak byłeś zamknięty przede mną, że nawet i tegoś mi nie powiedział. 
To pytanie rozwiązało usta Wilczkowi, jakoż zaczął jej najprzód opisywać Jagienkę, a zabrawszy 
raz głos i rozegrzawszy się swoją własną wymową, opowiedział jej wszystkie wypadki 
ze szczegółami, aż do swego przybycia do eremu Chryzostoma i otrzymanej od niego 
rekuzy, Wśród tego opowiadania Wilczek się niejednokrotnie unosił, to zapałem, to gniewem, 
to znowu żalem i oburzeniem, a jego głos obejmował kolejno bardzo szerokie oktawy, czasem 
szepcąc żal cichy i kwiląc przez łzy, to znowu się wznosząc jak organ kościelny i 
grzmiąc potężnie jak tarcza miedziana, uderzana mieczem rycerskim. 
Formoza słuchała go z pochłaniającą każde jego słowo uwagą, kilkakrotnie łzy jej się puściły 
strumieniem po wzruszonych policzkach, aż wreszcie się w głos rozpłakała, przyciskając 
chustkę do oczu i szlochając jak dziecko. 
Wilczek tak samo był przywiązany do Formozy, jak ona do niego: znali się przecież od lat 
dziecięcych ze sobą, wyrośli oboje w bardzo bliskich stosunkach rodzinnych, ich myśli opierały 
się na tych samych zasadach, ich uczucia najczęściej do tego samego nastrajały się tonu, 
z biegiem lat i wypadków niejednokrotnie już sobie robili zwierzenia, nawet mówili sobie ty, 
kiedy nikt obcy nie słuchał ich rozmowy. Te łzy zatem Wilczka wzruszyły, ale zarazem niepomału 
zdziwiły, więc wziął ją za rękę i rzekł z uczuciem wdzięczności: 
— Dlaczegoż ty płaczesz nade mną? twoje łzy tobie sprawiają ból, a mnie nic nie pomogą. 
A wtedy Formoza nie mogła się już opanować i rzekła z pełnego serca: 
— Ja płaczę nad sobą. 
Po czym otarła łzy, chustkę odjęła od twarzy i dodała spokojnie: 
— Płaczę nad sobą, chociaż wiem dobrze, że i mnie łzy nie pomogą. 
Wilczek patrzał na nią przez chwilę i myślał, jak gdyby sobie przypomniał jakieś ubiegłe 
wypadki, a zarazem chciał ich potwierdzenie wyczytać z jej twarzy, a potem tak mówił: 
— Kiedym tu był z królem we Lwowie, zdawało mi się po kilka razy, że ci się Gniewosz 
podobał. Podobno nawet i Kamieniecki raz mi coś o tym nadmienił. Ale byłem wtedy tak 
roztargniony, a samym sobą zajęty, żem na to wcale nie zwracał uwagi. Nie wiedziałem 
zresztą, a nawet byłbym na sam domysł w to nie uwierzył, że ci tak bardzo przypadł do serca. 
Nad to zaś wszystko, masz męża... a tak mi się te rzeczy przedstawiały całkiem inaczej. 
— Przecież nie z uszczerbkiem mojego honoru? — zawołała Formoza, prostując się w krześle. 
— To pewnie nie — rzekł Wilczek z uspokajającym uśmiechem — przecież cię znam i wiem, 
jak mężnie stoisz na straży swej godności. Dlatego też właśnie miałem to twoje upodobanie 
za niewinną i przelotną rozrywkę, bo jeśliby to miała być miłość, to nie byłbym zrozumiał i 
dziś nie rozumiem, jakie by mogła mieć widoki na przyszłość. 
Uwaga ta zakłopotała cokolwiek Formozę, jednak po chwili odpowiedziała mu głosem 
przytomnym: 
— Bywają położenia w tym życiu, które wobec rozumu zdają się niedorzeczne, a przecież 
się rozwiązują po myśli, jeżeli je wiara prowadzi, bo wiara jest mocniejszą od wszystkich 
rozumów i stwarza takie środki działania, jakich żaden rozum nie znajdzie. Ja wierzę — a jeśli 
mnie moja wiara nie zbawi, to zginę za nią, ale jej nie porzucę. Gniewosz mi przysiągł wierność 
do grobu. Nie zaniedba pewnie niczego, co by mu mogło dopomóc do spełnienia przysięgi: 
resztę trzeba zostawić Bogu... 
Stanowczość, z jaką Formoza powiedziała te słowa, wpoiły w Wilczka taką cześć dla niej, 
że przez chwilę się nie śmiał odezwać, dopiero po niejakim namyśle rzekł z oględnością: 
— Niechaj cię to nie boli, co powiem, ale przecież muszę powiedzieć, że Gniewosz ci przysiągł, 
ale już w kilka dni potem ślub wziął z Jagienką. Powiadasz, że go zgwałcono, zapewne 
tak było, ale ja niewielki mam respekt przed taką wiernością, co tak łatwo zgwałcić się dała. 
— Ależ wierność się zgwałcić nie dała! — zawołała z żywością Formoza — tylko go do ślubu 
zgwałcono. Mam list od niego, list obejmujący kilka arkuszy, tam wszystko jest opisane ze 
szczegółami. Matka go zgwałciła w kaplicy — a właśnie ta przysięga, którą tutaj wykonał, a do 
której nierozważnie się przyznał, dostarczyła jej najsilniejszej broni, którą mu wreszcie cios 
stanowczy zadała. Stało się. Byłabym pewnie wolała, gdyby się był oparł na razie, sprawę 
odroczył, a potem do króla się udał o pomoc; ale rozważywszy dobrze, jak się to stało, nie 
mogę go o to obwiniać, że się matce nie oparł, która by go pewnie była zaraz przeklęła. 
Wilczek zamyślił się nad tym, układając sobie zapewne wszystkie szczegóły w głowie, 
lecz nagle otwartą dłonią uderzył się w czoło i zawołał: 
— To prawda. Król wie o tym. Teraz sobie dopiero przypominam, jako powiedział w mojej 
obecności do Kamienieckiego, że Gniewosz tobie wykonał przysięgę. Król więc wie o tym... 
— Wie, bo mu to Gniewosz zaraz nazajutrz powiedział, i król mu obiecał, że mu dla mnie 
rozwód wyrobi. 
To słowo: rozwód — otworzyło Wilczkowi cały horyzont widoków, którego dotąd nie mógł 
nawet przeczuwać. Myślał więc nad tym mozolnie, kręcąc się niespokojnie na krześle i spoglądając 
od czasu do czasu na Formozę. Ale po chwili zapadł na powrót w ciężką zadumę i 
rzekł: 
— Ślubował ci wierność i czystość, to prawda, ale niełatwo to uwierzyć, że tego ślubu dotrzyma. 
Jagienką taka piękna, że takiej drugiej nie masz na całym świecie. Zamieszkał z nią 
pod jednym dachem, ma prawo, ma krew gorącą jak drugi... 
— Nie tylko ślubował, lecz przysiągł na rany Chrystusa Pana — przerwała mu głosem stanowczym 
Formoza — a kiedy przysiągł, to dotrzyma. Wątpić się o tym nie godzi. 
To rzekłszy, wstała i zrobiła kilka kroków ku ścianie komnaty, jakoby jej duszno było od 
słów Wilczka, który nie wierzył. Jakoż i teraz rzekł jeszcze: 
— Być to może, ale ja w to nie wierzę... 
Na te słowa Formoza porwała ze szafy ten sam krucyfiks w rękę, na który Gniewosz jej 
niegdyś przysięgał, a podniósłszy go w górę, zawołała z zapałem: 
— Czy chcesz, ażebym ci przysięgła za niego? 
Formoza była wspaniałą w tej chwili: można było przed nią uklęknąć, jak przed posągiem 
wiary w zacność człowieka: 
Wilczek się upokorzył przed tym widokiem, umysł mu się rozjaśnił cokolwiek, serce się 
ożywiło, wiary w sobie obudzić nie mógł, ale zapragnął, aby ją kto inny w nim zbudził. 
— Chodź — rzekł do Formozy głosem zbolałym, ale spokojnym — siadaj tu przy mnie i 
mówmy dalej. Twój głos jest jak balsam, co bole uśmierza. 
Kiedy zaś siadła przy nim, ujął jej rękę w swoje ręce i mówił dalej: 
— Twoja ręka tak ciepła, taka żywa krew w niej obiega, tak czuć w niej zdrowie twojego 
serca, tak bije od niej wiara i nadzieja: jam skrzepły jak rzeka zmarznięta, a lodowata krew 
płynie w mych żyłach. Chciałbym wierzyć, kiedy ty wierzysz, ale nic nie widzę przed sobą, 
czego by się mój rozum mógł chwycić: cóż teraz mam począć? dajże mi radę. 
— Nic — rzekła Formoza — nic, czekać cierpliwie, aż póki Bóg się nie zlituje nad nami. 
— Czekać — odpowiedział jej Wilczek — otóż to właśnie nie moja robota. Mnie niecierpliwość 
piersi rozpiera, a rozpacz mną miota na wszystkie strony. Prędzej bym gołą ręką na 
Czorsztyn uderzył, niżelibym miał czekać bezczynnie. Wczoraj, nocując w eremie, całą noc 
brodziłem po puszczy, gdzie same wiedźmy a duchy mieszkają. Widziałem ich też niemało, a 
zwłaszcza tych, co mają twarze płomienne. I on sam mi się pokazał i rozmawiałem z nim 
właśnie tak samo, jak z tobą rozmawiam. Powiedziałem mu, że mu oddam duszę moje, jeżeli 
to zrobi, żebym dostał Jagienkę. Obiecał mi i zaraz stanął u mnie na służbę. Ale jeżeli to był 
on w samej rzeczy — dodał Wilczek z bolesnym uśmiechem — to musi to być jakiś diabeł piekielnie 
głupi, kiedy się podjął mnie z taką dziewką ożenić, która już poszła za mąż... 
Formoza go słuchała bez zdziwienia, było to bowiem wówczas rzeczą bardzo zwyczajną 
słyszeć ludzi opowiadających, jako widzieli duchów i miewali z nimi rozmowy. Ona sama 
jednak tylko w połowie w duchy wierzyła, jakoż odpowiedziała mu na to: 
— Pleciesz coś sobie, właśnie jak gdybyś leżał w gorączce. Diabeł nie chodzi po ziemi, a 
gdyby chodził, to chyba na to, ażeby ludzi kusił do złego, ale nie na to, ażeby ich żenił pomiędzy 
sobą. Jużci człowiek nie wie wszystkiego, co się dzieje około niego, a czego nie widzi, 
ale mnie się tak zdaje, że te wszystkie duchy, co je ludzie widują, strach płodzi, bo też i 
wielkie ma oczy. I tyś tam pewnie żadnego ducha nie widział, jeno tak ci się zdawało. Ale 
jeżeliś ty tam w tej puszczy tak gadał, jak tutaj mówisz, choćby do siebie samego, toś ciężkim 
grzechem obładował sumienie, bo i myślą człek grzeszy. 
— Zgrzeszyłem myślą — rzekł Wilczek, zatopiony w swoich nocnych wspomnieniach. 
— Zgrzeszyłeś myślą — powtórzyła Formoza — i powinieneś się z tego spowiadać a uczynić 
pokutę. Inaczej trudno się masz spodziewać, że Pan Bóg pobłogosławi twoim zamiarom. 
— A potem — mówił Wilczek, wciąż zatopiony w swoich nocnych wspomnieniach — kiedy 
złe duchy się rozpierzchnęły, pokazała mi się Jagienka. Przypłynęła do mnie na mgłach i wyciągnęła 
ku mnie obydwie ręce, jak to nieraz czyniła, kiedy mnie samego spotykała na Sobniu. 
Za nią stał Gniewosz, cały w zbroi żelaznej, jak gdyby miał iść na wojnę, i odtrącał ją 
ręką od siebie, jak gdyby jej się chciał pozbyć. I inni także tam byli, jedni się śmiali, a drudzy 
ręce załamywali jakby w rozpaczy, jak gdyby już tylko ulatującą duszę Jagienki widzieli... 
— Gniewosz tam był? — zawołała Formoza, przysuwając się bliżej do niego, bo w to widzenie 
uwierzyła — odtrącał ją ręką od siebie? sam to widziałeś? 
— Tak widziałem, jak ciebie tu widzę. 
— Bo tak jest — rzekła głosem stanowczym Formoza — oni się z sobą rozejdą. Bądź dobrej 
myśli. Jeszcze nam może przyjdzie przez ciężkie przechodzić terminy, ale je przebrodzimy i 
wypłyniemy na sucho. 
— Ty może wypłyniesz — rzekł Wilczek — ale ja?... 
— Jakiś ty dziwny — powiedziała mu na to Formoza — jeżeli ja wypłynę, toż i ty musisz wypłynąć. 
Jeżeli Jagienka się od Gniewosza uwolni, to się uwolni dla ciebie. 
Ale Wilczek był wciąż w rozpaczliwym usposobieniu i rzekł smutno: 
— Czasem się mąż uwalnia od żony przez rozwód, a czasem przez śmierć... 
Na te słowa Formoza się niecierpliwie rzuciła na krześle, ale wtem wbiegł do komnaty Tigranes 
i na tym się ich rozmowa urwała. 
Wilczek bawił jeszcze przez cały tydzień we Lwowie — a potem, wedle rozkazu, wrócił na 
służbę do króla. 
KONIEC TOMU PIERWSZEGO 
TOM II 
X 
SPRAWY PUBLICZNE 
Ród Pretficzów, chociaż już od stu lat z górą znany po całej Polsce, nie liczył się ani do 
sławnych, ani do znamienitych, bo jeszcze do owego czasu niczym się nie wywyższył nad 
inne. Trzymając się swojej rodzinnej tradycji, dotychczas nawet wcale wywyższenia nie szukał. 
Była to szlachta rycerskiego zawodu jak wszyscy, ale skromnych ambicji: wiek młody 
przesłużyć pod chorągwiami, w dojrzałych latach ożenić się zacnie i oddać się całym sercem 
służbie obywatelskiej, kochać serdecznie a pielęgnować starannie swoje własną rodzinę, nie 
żałować nakładu na wychowanie swych dzieci, dbać po ojcowsku o dobro swoich sług i poddanych, 
ubogiego przytulić, głodnego nakarmić, łaknącego napoić, nie uszczuplony majątek 
zostawić swoim następcom, a resztę poruczyć Bogu — oto były zasady, którymi ten zacny ród 
się rządził po wszystkie czasy. 
Pretficzowie otrzymali jeszcze za Władysława Jagiełły obszerne ziemie na Podolu, próbowali 
tam mieszkać, ale nie mogąc swym sumptem utrzymywać dostatecznej załogi, która by 
ich broniła przed częstymi napadami Tatarów, wynieśli się stamtąd i poruczyli wyzyskiwanie 
tych stepów swoim gubernatorom. Natomiast zaś zakupili od ruskich bojarów szeroki płat 
ziemi nad Świcą, założyli na nim wieś Sokołów i tu zamieszkali. Była to ziemia bardzo bogata 
we wszystkie dary Boże: przepysznych lasów więcej niż trzeba, wody obfitujące w ryby 
wszelkiego rodzaju, gruntów ornych niewiele, bo i osad niewiele, lecz za to łąk tłustych, ciągnących 
się po obydwóch brzegach Świcy aż ku Żórawnu, nieprzejrzane przestrzenie. Było 
tam z czego utrzymać choćby i najliczniejszą rodzinę i było z czego jeszcze i drugich zapomóc. 
Na tym majątku, zwłaszcza przy wpływach ze stepów podolskich, poczciwi ci ludzie żyli 
zawsze w dostatkach, ale dopiero dzisiejszy dziedzic, Mikołaj Pretficz, poznał się na jego 
wartości i wziął się umiejętnie i skrzętnie do pracy. Miał on już teraz lat blisko sześćdziesiąt, 
ale był czerstwy i zdrów jak dąb okryty gęstą zielenią, a nie mający ani jednego suchego konaru 
na sobie. Nie bardzo wielki był wzrostem, ale zbudowany barczyste i już cokolwiek zażywny, 
miał krótką ciemną czuprynę i brodę przystrzyżoną spiczasto, a w nich ledwie gdzieniegdzie 
włos siwy, twarz rumianą i wyrazistą z nosem pokaźnym, a oczy jasne, otwarte, pełne 
tego spokojnego rozumu, który się może czasem kogo poradzi, lecz w gruncie rzeczy sam 
polega na sobie. Z młodu, przez lat prawie dwadzieścia, mieczem służył ojczyźnie, że zaś był 
wyćwiczony w obcych językach, towarzyszył niejednokrotnie posłom królewskim do Pragi, 
do Wiednia i Rzymu. Będąc żołnierzem, był jednym z najzaufańszych kazimierzowskich rycerzy, 
a w poselstwach, choć nieuczony, niejedną zawiłą kwestią rozwiązał swoim gospodarskim 
rozumem. 
Przed laty dwudziestu ożenił się — a widząc, że go Bóg błogosławi licznym potomstwem, 
wziął się do pracy, aby też trochę majątku przysporzyć dzieciom. A było tam tych dzieciaków 
jak bobu. Najstarszy Lubek dosługiwał się właśnie godności rycerskiej na zamku kmitowskim. 
Dwóch młodszych uczyło się w Pradze, trzeci zaprawiał się do nauk w Krakowie, potem 
szły trzy dzieweczki, które chowały się w domu — a Bernard, ten sławny Bernard, który 
za króla Zygmunta siedemdziesiąt zwycięskich bitew stoczył z Tatary, który się za tym hultajstwem 
zapędził aż do Krymu i tam mu zalał polskiego sadła za skórę, a o którym na wieczne 
czasy zostało przysłowie: „Za czasów pana Pretfica, spała od Tatar granica”, ten polski 
rycerz bez trwogi i zmazy jeździł jeszcze natenczas na drewnianym koniku. 
Żona Mikołaja była z domu Tworowska, z tych samych Tworowskich herbu Leliwa, którzy 
mało co później wzięli w posagu całą fortunę Buczackich, a nawet przejęli ich nazwisko, 
ale wtedy jeszcze tak samo, jak Pretficzowie, nie wydobyli się ponad poziom tłumów szlacheckich. 
Była to kobieta już blisko czterdziestu lat wieku, ale jeszcze tak piękna i świeża, jak 
gdyby poszła za mąż dopiero przed rokiem. Słuszna blondynka, pociągłej twarzy, z niebieskimi 
oczyma dziwnej słodyczy, wyniosłego czoła i wcale majestatycznej postaci, byłaby 
mogła wszelakie hołdy zdobywać dla siebie po zamkach sąsiedzkich; ale skromnego serca jak 
sługa sług pańskich, pełna czci i miłości dla męża, najtroskliwsza matka dla swoich dzieci, 
klucznica wszelkich domowych dostatków, szczodra dla wszystkich, a prawie skąpa dla siebie, 
rzadko kiedy opuszczała swą ulubioną zagrodę, tak że ją tylko z jej cichej a dobrej sławy 
znano po kraju. 
On w dreliszkowym kubraku i butach myśliwskich, ona w płóciennej sukni domowej roboty, 
od świtu do nocy byli tylko gospodarstwem a dziećmi zajęci, przyjmowali otwartymi 
ramiony gościa u siebie, ale niechętnie wychylali się z domu. Były tam w skrzyniach bogate 
szaty od atłasów i aksamitów, były błyszczące a drogie klejnoty, były landary w wozowni, 
było i koni, i służby dostatkiem, było więc z czym się pokazać przed ludźmi, a nawet niektórych 
przesadzić: ale takie paradne wizyty się rzadko kiedy zdarzały. On tylko sam, będąc 
pierwszym podkomorzym halickim i używając dla swej zacności wielkiej powagi w powiecie, 
musiał częściej wyjeżdżać, to na sądy graniczne lub polubowne, to wreszcie na sejmiki i sejmy, 
których też nigdy nie zaniedbywał. 
Pretficz podniósł dochody swego majątku do nie znanej dotychczas wysokości. Jakie tam 
były nieprzeliczone stada koni u niego, jakie bydła rogate, jakie tysiące owiec wełnistych, 
jakie pasieki i stawy, temu się ludzie nie mogli nadziwić, bo też i najmożniejszy z panów nie 
miał tego u siebie. 
Gospodarstwo rolne było bardzo trudne natenczas w tych krajach, bo wielki był brak robotników. 
Kmieci, sołtysów i kniaziów było jeszcze dużo, ale tych nie można było dotychczas 
zmuszać do pracy — a chłop nie trzymał się roli, bo ziemi było dostatkiem wszędzie, a 
zwłaszcza w górach, gdzie wprawdzie chleb chudy, ale większe bezpieczeństwo od tatarskich 
zagonów. Osadnicy przypływali dość licznie z Mazowsza i z Wielkopolski, ale ich sobie odmawiano 
nawzajem, najsurowsze prawa przeciw nim na nic się nie zdały, bo wykonanie ich 
było trudne, toż tylko prawem niemieckim można ich było przyciągnąć, a dobrym obchodzeniem 
się z nimi utrzymać. Pretficz, człowiek rozumny a przy tym łagodny, byt mistrzem w tej 
sztuce: osadnicy, co osiedli w jego majątku, nigdy nie opuszczali swych zagród, bo im łatwe 
nakładał warunki, dbał o nich jak ojciec w złej i dobrej doli, umiał ich przywiązywać do dworu, 
a przez kmieci, z którymi żył w dobrej zgodzie jak gdyby z młodszymi braćmi, sprawował 
nadzór nad nimi i. wywierał wpływ na nich, tak że dwór, kmiecie i chłopi stanowili u niego 
jakoby jednę rodzinę. Postępując tym trybem, pomnożył do tego stopnia swe grunta orne, że 
kiedy ten i ów z jego sąsiadów ledwie tyle zbóż zbierał, ile sam zjadł ze swoją czeladzią, u 
niego nieprzebrodzone łany falowały pszenicą i żytem i prawie wszystkie okoliczne miasteczka 
się jego chlebem żywiły. Tak też pomału się zabudował: jego stajnie, obory, stodoły, 
szpichlerze a pomieszkania dla sług, rezydentów i gości, wyglądały prawie jak miasto — tylko 
stare dworzysko, tak jak go jego ojcowie pobudowali i wciąż powiększali, pozostawił nietknięte. 
Była to ogromna, prawie jak jaki zamek rozłożysta budowa, z trzema gankami u frontu, z 
przyzbami dokoła i piąterkiem w jednym, a z wieżą w drugim rogu, ale cała drewniana, a tu i 
owdzie nawet tylko dranicami i słomą pokryta. Nad wieżą był dach baniasty z krzyżem u 
szczytu, jakby na cerkwi, bo tam się znajdowała domowa kaplica. Wszystkie gospodarskie 
budynki stały z tyłu za dworem, po prawej stronie ciągnęły się sady jak lasy, a w nich pasieki 
i woskobojnie, przynoszące niemało złotych węgierskich owego czasu; po lewej wielki wirydarz 
z grzędami wysadzonymi bukszpanem, na których rozrastały się malwy, wysmukłe ślazy, 
winogrady, słoneczniki i inne zioła lekarskie, zaś w środku obszernego dziedzińca błyszczała 
okrągła sadzawka, obsadzona dokoła tak gęsto różami, że przez nie ani wąż nie mógłby 
się przecisnąć. Tylko naprzeciw środkowego ganku dworzyska róże przecięto i rzucono mostek 
na małą wysepkę, która się znajdowała na środku sadzawki, a na której rosły cztery 
ogromne brzozy płaczące, kąpiąc swoje zielone warkocze w kryształowym zwierciedle sadzawki. 
Pomiędzy brzozami stały ławy rzeźbione z drzewa, na których gospodarstwo czasem 
odpoczywali po zachodzie skwarnego słońca, oddychając balsamicznym zapachem róż, który 
im ochłodzone wodą wietrzyki przynosiły od brzegów, i sytną wonią dojrzewających owoców, 
która zawiewała od sadów. Całe to zacne a piękne obejście razem ze wszystkimi ogrodami 
i budynkami było otoczone wysokim wałem, wzniesionym z ziemi a najeżonym palisadami 
i częstokołem, spoza którego można było się bronić, we środku wału stała wysoka brama drewniana z pomieszkaniami dla stróżów, zaś po obydwóch stronach pobudowano strażnice 
— a tak w tym ziemskim raju poczciwych ludzi, pomimo rozgwaru pracy na bliskich polach 
i łąkach, panowała niezamącona cisza, ta cisza ziemska, lecz jakby przeniesiona z pól 
elizejskich, podnosząca umysł i radująca serce, a do prawdziwego szczęścia tak niezbędna. 
I był to rzeczywiście raj ludzki. Po tym starym dworzysku, po oficynach, kuchniach, oborach 
i stajniach, roiło się jakie kilkadziesiąt ludzi albo i więcej: nauczyciele i piastunki do 
dzieci, rezydenci i rezydentki, sieroty przytulone do dworu, włodarze, ciwuny1, parobki i sługi 
zbrojne, wszystko to było w ruchu od świtu do nocy, ale każdy pełnił swą służbę sumiennie 
i bez hałasu, bo każdy ją pełnił z czci i miłości dla pana i pani. Winęło się też tam wszystko 
jak z płatka, a wiodło nad podziw: rok w rok nowy folwark budowano w wykarczowanych 
lasach, rok w rok pomnażały się stada, rok w rok spuszczano nową baryłkę szerokich groszy 
do zamkniętej na drzwi żelazne piwnicy, ni ojca, ni matkę nie turbowały żadne troski lub niepokoje, 
dzieci chowały się pięknie i zdrowo, nigdy ani jedna łza tam nie padła, chyba nad 
cudzą niedolą, zgoła słońce tam wciąż świeciło, a życie płynęło jak dzień pogodny i jasny, 
nigdy nie zasępiony chmurami. Dopiero teraz na tym pogodnym niebie pokazała się chmurka 
i nabawiła rodziców nie znanego dotychczas zmartwienia... 
Oto właśnie przed kilku dniami przyjechał Lubek ze Sobnia: przyjechał blady, wycieńczony 
na siłach i niby to tylko na rekonwalescencją po przebytej ciężkiej chorobie, ale nieomylne 
rodzicielskie przeczucie zaraz odgadło, że pod tą chorobą fizyczną jeszcze coś innego się 
kryje. Wypytywano go z oględnością, azali skutkiem jakiegoś lekkomyślnego kroku nie popadł 
w niełaskę u Kmitów, azali się z kim nie pokłócił lub pobił, ale kiedy Lubek tym 
wszystkim przypuszczeniom zaprzeczył, uwierzono mu, bo znano jego nieskazitelną poczciwość 
i miłość serdeczną a pełną ufności do swoich rodziców. Przywiózł on zresztą list od 
obojga kasztelaństwa do państwa Pretficzów, list pełen pochwał dla niego, a zapewniający 
niedwuznacznymi wyrazy, że jego zwątlone zdrowie potrzebuje dłuższego spoczynku w zaciszu 
i na łonie własnej rodziny. Matka, namówiwszy się z mężem, podjęła się sekret ten z serca 
swojego syna pomału wydobyć. 
Dotychczas się jej to wcale nie udawało: Lubek był całkiem w sobie zamknięty i ani jednym 
słowem stanu swej duszy nie zdradził — a kiedy potrącono o jaki przedmiot, który mu 
przypomniał Jagienkę, i uczuł, że mu serce wzbierać zaczyna, to zawsze rozmowę zręcznie 
odwrócił i sam zabrawszy głos, potrafił własną wymową odzywający się ból swego serca zagłuszyć. 
Dopiero teraz zdarzyła się sposobniejsza chwila po temu. 
Przed samym zachodem słońca stary Pretficz zasiadł w narożnym ganku z dwoma kmieciami 
i kapelanem domowym i rozmawiał z nimi o sprawie niezmiernie ważnej, bo o zbudowaniu 
rzymskokatolickiego kościoła, którego dotąd jeszcze w Sokołowie nie było. Ci obydwa 
kmiecie, pożeniwszy się z Polkami, dzięki wpływowi swych żon już przeszli na katolicyzm; 
w dobrach Pretficza było już katolików wielu, bo między nowymi osadnikami byli Mazury i 
Wielkopolanie; nie chodziło mu wcale o fundusze, bo tak koszta budowy, jak i dotacje kościoła 
postanowił opędzić z własnej szkatuły: ale wiele zależało mu na tym, ażeby ta erekcja 
została przeprowadzoną wspólną pracą i wspólnym zachodem, bo tylko tym sposobem mogła 
się utworzyć katolicka gmina, która wiedziona tym przekonaniem, że kościół jest jej wspólną, 
a nie tylko pańską własnością, mogła była swą własną siłą się dalej rozszerzać. Każdy szlachcic, 
osiadający w tych ziemiach i dalej, był nie tylko kolonizatorem, krzewicielem cywilizacji 
zachodniej i rycerskim obrońcą ziemi, ale czuł się zarazem apostołem i misjonarzem rzymskokatolickiego 
Kościoła — a byli pomiędzy nimi i tacy, którzy tę ostatnią misją uważali za 
najwyższą i najważniejszą, bo spełniając ją gorliwie i skutecznie, nie tylko przymnażali swojej 
ojczyźnie wiernych obywateli, łączących się z nią obok wspólności interesów także 
wspólnością wiary, ale przyczyniali się zarazem do zbawienia duszy tych ludności, nad którymi 
los im powierzył opiekę. Do takich gorliwych apostołów należał Pretficz i spełniał to 
posłannictwo rozumnie, skrzętnie i z prawdziwie apostolskim zaparciem się siebie — a kiedy 
był rozmową o takich sprawach zajęty, nikt by go od niej nie potrafił oderwać. 
Po dziedzińcu około sadzawki igrały dzieci z piastunkami i nauczycielkami, a dozór nad 
nimi miała zakonnica Ormianka, która także przeszedłszy na wiarę rzymskokatolicką, opuściła 
swój klasztor we Lwowie i w Sokołowie przyjęła urząd ochmistrzyni. Pomiędzy dziećmi 
i sierotkami, które się razem z nimi chowały, hasał na kiju sześcioletni naówczas Bernard i 
szablą drewnianą ścinał łby łodygom i krzakom: rycerska krew, szukająca ochłody w zniszczeniu 
i mordach, już wtedy w nim grała, bawiło to wszystkich i dlatego na wszystko mu pozwalano. 
Matka zaś siedziała z Lubkiem na wysepce pomiędzy płaczącymi brzozami i rozmawiała z 
nim o zamku sobieńskim. Słońce już się zaczęło chować poza góry i lasy, pomiędzy którymi 
o jakie pięć mil odległości na przestrzał stał zagrzebany w ich cieniu zamek tustański, nie 
zamącona cisza panowała w powietrzu, od ogrodów i sadów zawiewał ten silny zapach dojrzałych 
jarzyn i usychających liści, który smętne w naszej duszy wywołuje uczucia, a umysł 
usypia i do smutnych marzeń nastraja. Omdlewają natenczas wszystkie rośliny i krzewy, życie 
ulatuje z nich z wolna, krzepną i umierają, aż wreszcie nielitościwa zima je chwyci w 
swoje śmiertelne objęcia i w kościotrupy zamieni — a co wiedzieć, który z tych tworów Bożych 
na wiosnę nowym zazieleni się życiem, a który w wiecznym pozostanie pogrzebie? 
Człowiek, związany z roślinną naturą niezliczonymi węzłami, to czuje, taki sam los jego czeka 
nie dziś, to jutro, rozmarza się tym widokiem swojej przyszłości, dusza jego zanurza się w 
smutku, a serce radziej się wtedy niż kiedykolwiek dzieli swym smutkiem z innymi. 
Lubek opowiedział już matce wszystko, co wiedział o Kmicie, zbawionym za życia i nie 
łaknącym już żadnych nowych zaszczytów, o kasztelanowej, bardzo zacnej matronie, ale niezmiernie 
górnych ambicyj, o Smolickim, o wszystkich zamkowych żołnierzach, o księdzu 
Białym, o całym fraucymerze, ale jeszcze dotąd ani słowem nie wspomniał o Jagience. Dopiero 
teraz matka sobie ją przypomniała i o nią spytała. Lubek zrazu odpowiadał krótkimi 
słowy, ale naglony zapytaniami, rozegrzał się i wymalował jej obraz taki uroczy i taki zachwycający, 
że matka sama uczuła się dla niej ujętą i prawie wzruszoną. A kiedy mówił, głos 
jego drżał jak struny harfy eolskiej, kiedy grają hymn wzniosły na cześć wspaniałej, radością 
żywego życia przepełnionej natury, a pod nim jęczy cichymi dźwiękami boleść ludzkiego 
ducha, uwięzionego w mękach pracy i trudu w tej nieodgadnionej i nieczułej dla niego naturze. 
To drżenie w jego głosie odgadła matka swoim miłosnym sercem i kiedy jej syn swoje 
opowiadanie skończył spytała go, patrząc w twarz jego zarumienioną zapałem: 
— I tę Jagienkę wydano teraz za pana Gniewosza? 
Na te niespodziane dla niego słowa Lubek chciał zaczerpnąć powietrza, lecz nie mógł, natomiast 
zaś z dotkniętego tym bolesnym wspomnieniem serca dwa gorące strumienie łez wytrysnęły 
mu z oczu i potoczyły się jak górskie potoki po jeszcze mocniej zarumienionych policzkach. 
Poczuwszy zaś łzy, nie mógł się już opanować i rzucił się przed matką na ziemię, 
kryjąc swoję twarz na jej kolanach. Tak klęcząc, płakał jeszcze, ale płaczem cichym, tłumionym 
połykanymi łzami i był jak dziecko, które się już wypłakało i żal swój objawia tylko 
kwileniem. 
A teraz matka już wszystko wiedziała. 
Wzruszona do głębi boleścią swego ukochanego chłopięcia, ale zawsze spokojna, położyła 
rękę na jego głowie i rzekła z szczerym współczuciem: 
— Uspokój się, Lubku. Nie masz w tym żadnego występku, takie nieszczęścia chodzą po 
ludziach. Wstań, pomówimy o tym spokojnie. 
Natenczas Lubek wstał, siadł na powrót na ławie, a ośmielony tym, że matka mu za tę miłość 
nie robi wyrzutów, zawołał ze łzami w głosie: 
— Jeszcze w wilią swojego ślubu, właśnie jak gdyby z swej trumny, rzuciła mi bukiecik 
róż, który dotychczas noszę na piersiach. 
Te słowa zwróciły szczególniejszą uwagę rozumnej matki na siebie, jakoż powiedziała mu 
bez wyrzutu, a raczej z macierzyńską dobrocią: 
— Bardzo to niedobrze zrobiła Jagienka, że ci bukiecik rzuciła, bo przecież już wtedy wiedziała, 
że idzie za Gniewosza, a nawet gdyby nie to, to nie mogła nie wiedzieć, żeś ty jeszcze 
za młody na męża. 
Usłyszawszy tak ciężki zarzut przeciw Jagience, która w jego oczach była aniołem nieskazitelnej 
czystości duszy i serca, Lubek zapłonął szlachetnym ogniem i wymową płynącą jak 
rzeka wspaniałym korytem, stanął w jej obronie. Zaczem opowiedział matce, że on nigdy 
Jagience nie dał powodu do przypuszczenia, jakoby ją kochał w jakichkolwiek zamiarach, bo 
jej swojej miłości nigdy ani jednym słowem nie zdradził; że ona także miłowała go tylko jak 
brata bez żadnej myśli o jakimkolwiek wspólnym szczęściu na ziemi: ale że ją gwałtem do 
zamęścia zmuszono, że na całym zamku nikt nie miał dla niej litości, że nikt nawet nie rozumiał 
jej krwawego zmartwienia, że tylko on jeden miał dla niej współczucie, czego ona była 
pewną, i tylko przez wdzięczność za to współczucie rzuciła mu ten bukiecik. Ażeby wreszcie 
matkę o jej zupełnej niewinności przekonać, dodał z naciskiem, że Jagienka mu ani słowem 
nie wspomniała o gwałcie, jaki jej zadają jej opiekunowie, on się o nim od dworzan dowiedział, 
bukiecik jemu przez nią rzucony był tylko jak gdyby słowem: Bóg zapłać! za jego 
szczere modlitwy, które zawsze zasyłał do Boga, aby się tylko jej własne życzenia spełniły. 
I znowu w tym opowiadaniu dźwięczny głos jego brzmiał jak harfa eolska, aż póki się nie 
zniżył do cichego tonu boleści bez skargi... i nie zakończył tymi słowami: 
— Popełniłem grzech ciężki i nieodpuszczony. bo dusza moja zabłąkała się na bezdroża, ale 
gotów jestem pokutować przez całe życie, byleby tylko ona była szczęśliwą... 
Te słowa, świadczące o duszy rozdartej młodzieńca, a zawieszonej nad brzegiem rozpaczy, 
znowu wzruszyły matkę do głębi, wzięła go za rękę i usiłowała pocieszyć, mówiąc, iż zdarza 
się to nieraz młodzieży, że sobie upatrzy nie tego lub nie tę, którą Bóg jej przeznaczył, że 
wprawdzie takie obłędy serca zdarzają się tylko wtedy, kiedy się zapomniało o Bogu, którego 
woli nie należy nigdy wyprzedzać, a zawsze tylko od Niego wyczekiwać natchnienia, że jednak 
takie obłędy są tylko zapomnieniem, są niekiedy nieszczęściem, lecz nie są wcale grzechem, 
a zwłaszcza nieodpuszczonym. Bóg w swojej nieprzebranej miłości daleko cięższe 
grzechy przebacza, a nie zamyka nikomu drogi do poprawy. Poprawa czasem jest bardzo 
trudną, bo serce ludzkie ma trwalszą pamięć niż rozum, a nieraz nawet toczy walki z rozumem: 
ale dobra wola, poznanie błędu i skrucha są pewnymi środkami do poprawy, a czas im 
zawsze skutecznie pomaga. 
— Walka rozumu z sercem zbłąkanym — kończyła ta rozumna i pełna miłości matka nieszczęśliwego 
młodzieńca — jeżeli ma być skuteczną, cierpliwości wymaga. Nie pochwaliłabym 
takiego, który by chciał gwałtem wydzierać ze swego serca rozbudzone w nim żywe 
uczucie miłości, bo serce także ma swoje wolę, choć nieświadomą, i często jej broni rozpaczliwymi 
środkami; ale rozum, który wie zawsze o sobie, właśnie jest na to, ażeby serce powoli 
przekonać i uspokoić — a życie czynne, zajęcie się innymi, a ważniejszymi obowiązkami, których 
na nas cięży tak wiele, zadowolenie ciasnego sumienia dopełnianiem tych obowiązków, 
przynosi ulgę skołatanemu sercu i pozwala mu z czasem swoje ciężką żałobę utulić. Jeżeli 
zapominamy z czasem krwawymi łzami na razie opłakiwanych umarłych, chociaż nam byli 
najdrożsi, i poprzestajemy na cichym żalu za nimi, dlaczegoż byśmy nie mieli tak samo żałować 
żywych, którzy dla nas umarli? Ale ty nawet nie potrzebujesz zapominać Jagienki, do 
czego przeciw twej woli nikt cię zmuszać nie będzie. Jeżeli jej los cię obchodzi, to będziesz 
mógł zawsze cieszyć się jej szczęściem, a smucić jej smutkiem, ale dlatego jeszcze nie potrzebujesz 
nad jej niedolą rozpaczać... Ale Lubek rzekł na to głosem rozdzierająco bolesnym: 
— Jeżeli ją Bóg jakim cudem nie wyzwoli z tego więzienia, w które ją Kmitowie tak nielitościwie 
wrzucili, to i dla mnie nie masz szczęścia w tym życiu! 
Matka patrzała na niego przez chwilę, milcząc. Rozumiała ona dobrze tę miłość idealną, 
która wówczas tak często zawracała głowy młodym rycerzom, a o której, zwłaszcza pomiędzy 
tymi, co młodość swą przepędzili na wielkich dworach Europy zachodniej, tak piękne i 
tak urocze krążyły powieści; któraż zacna kobieta zresztą jeszcze i dziś w taką miłość nie 
wierzy? Dlatego nie powiedziała nic takiego, co by mogło to święte uczucie jej syna obrazić. 
Lecz była przekonaną, że taka miłość, jak każdy ideał nie mogący zamienić się w rzeczywistość, 
nie może być szkodliwą i prędzej później się w świecie duchowym ulotni — a z tego 
powodu nie usiłowała już dalej go przekonywać, natomiast zaś tylko go jeszcze spytała: 
— Powiedzże mi, mój Lubku, kiedy się tak szczerze przede mną spowiadasz, dlaczegożeś 
ty wyjechał ze Sobnia? Czy też Kmitowie się nie spostrzegli, żeś się rozmiłował w Jagience, i 
czy nie oni sami w sposób grzeczny wypowiedzieli ci służbę? 
— Nie — zawołał Lubek z nieukrytą goryczą w głosie — nie! ja sam im się wyprosiłem od 
dalszej służby, bom nie mógł patrzeć na tych ludzi, którzy się stali katami Jagienki! Gdybym 
był musiał tylko jeszcze jeden tydzień tam mieszkać, to byłbym umarł ze wstrętu, tak mi tam 
wszyscy obrzydli. Nie powiedziałem tego ojcu, bom nie mógł. I ten grzech mam także na 
sumieniu. Ale mu powiem... muszę mu to powiedzieć, bo choćby mnie zabił, ja do Kmitów 
więcej nie wrócę. 
— Chodź — rzekła na to matka, biorąc go za rękę i wstając z ławy — chodźmy, już czas do 
wieczerzy. Pomówimy o tym jeszcze obszerniej i obaczymy, jak na to radzić. 
To rzekłszy, poszli oboje do dworu, gdzie w izbie jadalnej wszyscy domownicy byli już 
zgromadzeni. Siadało tam co dzień ze trzydzieści osób do stołu, bo u Pretficzów nie było tej 
etykiety, jak po zamkach rycerskich, gdzie po dwa i trzy stoły bywało dla różnych kategoryj 
załogi zamkowej, tam dzieci i nauczyciele, żołnierze i rezydenci, wszyscy razem jadali. Stary 
Pretficz był przy wieczerzy swoimi kmieciami zajęty, lecz kiedy kmieci odprawił, a Lubek 
zaczął igrać z Bernardem, którego kochał serdecznie, matka zasiadła z nim w kącie drugiej 
komnaty i opowiedziała mu wszystko, co się dowiedziała od Łubka. Pretficz wysłuchał jej z 
wielką uwagą, a nawet o niektóre szczegóły wypytywał dwukrotnie, ale nie zajął się tą sprawą 
tak żywo, jak ona się spodziewała, bo w końcu odpowiedział jej tylko w tych słowach: 
— Te służby po pańskich zamkach są u nas konieczne, bo tylko tam młodzież się poleruje i 
tylko stamtąd otwiera sobie drogę do dalszej promocji, ale ma to także swą niedogodność, bo 
nadzór nad młodzieżą nie wszędzie jest dosyć surowy i niektórzy z nich się bałamucą. Ale to 
potem mija... 
Matka nie miała odwagi więcej na niego naciskać, aby go przekonać, że trzeba coś na to 
radzić. Pretficz widocznie innego był zdania, albo też o innych środkach zaradczych pomy
ślał, bo przeciw jej spodziewaniu ani tego wieczora, ani w dniach następnych ani słowa o tym 
z Lubkiem nie mówił. Zdaje się, że nie naganiając wcale takich poufałości pomiędzy synem a 
matką, nie uważał je przecież jako odpowiedne godności i powadze ojcowskiej. 
Widząc to matka, trochę się tym niecierpliwiła: kobiety zawsze zajmują się daleko żywiej 
takimi sprawami; ale jej niecierpliwość nie trwała długo. Albowiem już w kilka dni potem 
zaczęto zwoływać sejmiki, a zarazem rozesłano wici królewskie na sejm do Piotrkowa: Pretficz 
wyjechał do Halicza, a stamtąd do Piotrkowa i wziął Łubka ze sobą. 
Już od ostatnich dni sierpnia poszedł ogromny krzyk po całej Polsce: Na sejm! Na sejm! 
Pierwsze hasła do tego okrzyku odezwały się w Małopolsce, gdzie jeszcze od czasu Ludwika 
Węgierskiego najzapaleńsi obrońcy szlacheckiej wolności gęsto przy sobie osiedli. Stamtąd 
rozległy się najprzód po Wielkopolsce, zrywając na nogi nieprzeliczone mrowiska drobniejszej 
szlachty aż do Wiślicy i Gopła — od brzegów Nidy przewaliły się przez całe Mazowsze i 
odbiły się o nieprzebyte puszcze litewskie, wywołując stugłośne echa pomiędzy drżącymi o 
swoje udzielność Gedyminowymi wnukami — drugim zaś szlakiem zalały całą Ruś, najeżoną 
już wtedy polskimi dworami i zamkami, a pędząc jak wicher wzdłuż Karpat, gubiły się w nie 
znających granicy stepach podolskich, gdzie duch rozpierającej się Polski nie znał także granicy, 
bo już natenczas przez swoich biskupów położył jedne rękę na ziemiach wołoskich, a 
drugą dotknął się Kaffy, kąpiącej się w wodach Czarnego Morza. 
Na sejm! na sejm! wołano jednogłośnie po wszystkich zamkach i większych dworzyskach, 
po małych dworkach i szlacheckich zaściankach: na sejm mają jechać wszyscy viritim2, na 
najlepszych koniach, z najlepszą bronią i z gotowością położyć zdrowie i życie za wolność i 
całość ojczyzny. Od zamku do zamku, od dworu do dworu, biegali jak race zadyszani achatesowie3 
możnych i sejmikowi krzykacze, rozwożąc pieniądze, odzież i broń, budząc ospałych, 
zachęcając młodzieńców, zagrzewając starców, ściągając chorych z łoża boleści, ledwie że 
nie wskrzeszając umarłych, ażeby wszyscy stawali pod chorągwiami, jak gdyby wszystkie 
potencje świata się na nią sprzysięgły, jak gdyby już samo piekło rozwarło nad nią swą paszczę... 
Skądże ten strach wielkooki, skąd ten zapał taki płomienny, skąd taka jednomyślność zapału? 
— Oto z tej samej Małopolski wydano hasła pewne i nieodmienne, jakby król już zupełnie 
uległ diabelskim radom Kallimachowym, jako już postanowił, z wolą albo i przeciw woli, 
cały naród zakuć w poddaństwo, narzucić jemu absolutum dominium, sam odtąd wszystkie 
prawa dyktować, władzę wykonawczą wziąć w własną rękę, szlachtę schłopić albo ją w 
zbrojnych drabów zamienić — a sam zostać cesarzem jedynowładnym, jak ma być w Turczech, 
jak jest w Tatarszczyżnie. Na dowód, że to jest prawda nieomylna, rozwożono w niezliczonych 
odpisach cały rejestr Rad Kallimachowych, po łacinie spisany, w którym można 
było wyczytać jeszcze daleko więcej żelaznych kajdan na szlachtę, a o którego autentyczności 
nikt nie mógł wątpić, bo w każdym egzemplarzu był ten sam tekst co do joty. Te Rady we 
wszystkich dworach i dworkach, na wszystkich zgromadzeniach, we wszystkich winiarniach, 
ze stołów i beczek czytano, jedne artykuły z jednogłośnym oburzeniem witano, drugie kazano 
sobie tłumaczyć, nad innymi sporne się wywiązywały dyskusje, ale summa summarum w 
zdradzieckie zamiary króla na razie wszędzie uwierzono — i dlatego po całej Polsce tak jednomyślny 
rozległ się okrzyk: Na sejm! na sejm! 
Jak to zwykle bywa po takim gorącym zapale, ogień ten nie wszędzie dopalił się do końca, 
a ten i ów przecie na sejm nie pojechał: jeden się namyślił i wolał pozostać w domu dla dopilnowania 
reszty żniw i zimowych zasiewów, drugi się z workiem obliczył i nie znalazł w 
nim dosyć szerokich groszy na koszta tak dalekiej podróży, a trzeci po gruntownej rozwadze 
zrozumiał, że z tego sejmu mogłaby się wywiązać wojna domowa, więc wolał się w te roboty nie mieszać. Prócz tego szyli także po kraju poplecznicy królewscy, którzy zapewniali każdego, 
kto ich chciał słuchać, że te Rady Kallimachowe są fabrykatem nieprzyjaciół królewskich, 
że w tym wszystkim nie masz ani jednego słowa prawdy, że to są wymysły panów niesfornych 
a chciwych rozwielmożnienią własnej potęgi, którzy by chcieli zaćmić do reszty majestat 
polskiej korony i sami rządzić królestwem na szkodę wszystkich praw i wolności szlacheckich. 
Agitacje te także ochłodziły gorący ferwor niejednego szlachcica i wpoiły weń 
przekonanie, że lepiej zaczekać w domu, aż póki nie nadejdą pierwsze wiadomości ze sejmu. 
Lecz mimo to tłumy niezmiernie liczne i okazałe pociągnęły ze wszystkich prowincyj na sejm 
— a najstarsi ludzie nie pamiętali tak rozgwarnego, tak srodze groźnego a zarazem tak tłumnego 
zjazdu szlachty polskiej i ruskiej w Piotrkowie. 
Piotrków, leżący na szerokiej płaszczyźnie, wtedy już z dala przedstawiał się bardzo 
wspaniale nadciągającym pocztom szlacheckim. 
Z odległości o dwie i trzy mile uderzał w oczy ogromny zamek królewski, otoczony czterema 
wyniosłymi basztami, spomiędzy których ostrą iglicą wystrzeliwała ku niebu gotyckim 
kształtem zbudowana wieża środkowa; na szczycie wieży błyszczał orzeł biały, kąpiący swe 
srebrne pióra w promieniach słońca. Niejedno w Polsce wyschło od tego czasu, dzisiaj już 
nawet zaczyna wysychać ciepła krew w naszych żyłach, toż i wspaniała niegdyś rzeka Strawa 
teraz już ledwie wąską, błotnistą wstęgą się sączy pod ruinami w gruz zapadłego zamczyska, 
lecz wtedy płynęła ona szerokim korytem i szumiącymi falami podmywała zębate mury tej 
królewskiej siedziby, która takimi samymi murami była ze wszystkich stron otoczoną. Popod 
murami ciągnęły się z trzech stron głębokie fosy, a dobrze obronny most zwodzony prowadził 
pod bramę środkową. 
Kiedy i kto ten imponujący swoją wiekową powagą zamek zbudował, to utonęło tak samo 
w niepamięci dawno już pogrzebanych pokoleń, jak ów jeszcze daleko starszy zamek książęcy, 
który tu niegdyś stał na Bugaju i w ziemię się zapadł, a którego resztki sążnistych murów 
widać jeszcze do dziś dnia na dnie tutejszego stawiska. Teraźniejszy zamek piotrkowski, 
opatrzony nowymi basztami przez Kazimierza Wielkiego, liczył już wtedy niemało takich 
wspomnień dziejowych, które wielkimi głoskami się zapisały w pamięci narodu. Tu bowiem 
po bohaterskiej śmierci Warneńczyka niecierpliwa szlachta wielkopolska okrzyknęła jednogłośnie 
królem Bolesława Mazowieckiego, a Kazimierz Jagiellończyk tylko dzięki energicznym 
zabiegom swej matki Sonki potrafił mu wydrzeć ojcowską koronę; tutaj ten król wszystkie 
sejmy odprawiał i tutaj, przemożony przez zuchwałego kardynała Oleśnickiego, zaprzysiągł 
szlachcie zachowanie jej praw i wolności, uświęcając tą przysięgą później w prawo kardynalne 
narodu zamienione Pocta coraventa4; tutaj przed laty czterdziestu odbył się ów wielki 
synod, na którym po długich naradach postanowiono walną wyprawę przeciwko zdradzieckim 
Krzyżakom; tutaj tenże sam król na wielkim sejmie przed laty dwudziestu siedmiu wysłuchał 
prośby Czechów i dał im swojego najstarszego syna na króla; tu, na tymże samym 
sejmie, wielki mistrz krzyżacki wykonał królowi przysięgę poddaństwa, którą w rok później 
jego następca ponowił; tu wreszcie teraźniejszy król Jan Olbracht tak samo, jak jego ojciec, 
przeciwko mazowieckiemu książęciu i również tylko dzięki rozumnej energii swej matki Elżbiety 
włożył na swoje głowę polską koronę. Te wielkie wspomnienia wywierały niewysłowiony 
urok na ściągającą się szlachtę: toż nie dziw, że i teraz wszyscy się spodziewali jakiegoś 
wielkiego dziejowego wypadku, a mocą rozbudzonych reminiscencyj tym łatwiej wierzyli 
potwornym wieściom o zamierzonych, zamachach królewskich. 
Miasto Piotrków składało się wówczas z trzech dzielnic: z śródmieścia, z jurydyki5 i z 
Wielkiej Wsi, a należały doń także wioski, stanowiące piotrkowskie starostwo. Śródmieście, otaczające zamek, było zbudowane ówczesnym zwyczajem bardzo ciasno. Kilkopiątrowe 
domy, opatrzone mnóstwem krużganków i w znacznej części wjezdnymi bramami, stały gęsto 
przy sobie, zaglądając sobie w okna nawzajem. Ulice główne: Grodzka, Sieradzka, Rwańska, 
Warszawska, były zawsze pochmurne, duszne, gdzieniegdzie nawet ciemne śród dnia, tylko 
na rynku, otoczonym podsieniami dokoła, było cokolwiek więcej powietrza i światła, ale i ten 
jeszcze był prawie w połowie zawalony ratuszem, którego boki podpierały kramy kupieckie. 
Dopiero na przedmieściach: Krakowskim, Bykowskim, Rokszyckim, nie brakowało przestrzeni, 
tam też się porozsiadały obszerniejsze gospody, mogące znaczniejsze poczty pomieścić. 
Ale teraz nie wystarczały gościom nawet przedmieścia. 
Przede wszystkim bowiem sami ci wichrowaci panowie, co przy każdej okazji lubili burzyć 
po kraju jakby po swoich własnych folwarkach, zwalili się z tak ludnymi taborami wozów 
i koni jucznych i zbrojnymi hufcami, że i w Warszawie nie byliby znaleźli dostatkiem 
dachów dla siebie. 
Pomiędzy tymi trzymali prym dwaj bracia Rytwiańscy, którzy już wtenczas zaczęli się 
zwać Zborowskimi, Mikołaj i Jędrzej, jeden dopiero starosta odolanowski, a drugi kasztelan 
wieluński, sami jeszcze bez zasług, ale niezmiernie zuchwali i butni, bo też i bardzo obszerne 
posiadali majątki, bardzo głośną mieli już przeszłość i bardzo licznie się rozradzali. Jeden z 
niedawnych ich przodków miał dwudziestu synów, z których ośmiu zginęło w wojnach krzyżackich, 
a dwunastu zostało kasztelanami. Rytwiańscy występowali wszędzie kopno i namłotno, 
toż i dzisiaj przyprowadzili ze sobą do pięciuset zbrojnego ludu — a Mikołaj, ożeniony 
niedawno z Litwinką, córką Aleksandra Jurgiewicza, księcia olszańskiego, kasztelana wileńskiego, 
co go zwano Centaurus, wziąwszy tam obszerne ziemie za żoną, przywiódł ze sobą 
całą sotnię okrutnie kudłatych Litwinów, w baranich kołpakach a wilczych kożuchach, z 
krzyżackimi mieczami u boku a kołczanami na plecach, którzy też siedzieli na koniach tak 
dzikich, że rżeniem swoim wypłaszali lud z wiosek, przez które ciągnęli. To przyprowadzenie 
Litwinów nawet przeciwnicy królewscy brali mu za złe, bo Litwa, mająca wtedy własnego 
książęcia, nie miała się mieszać do polskich sejmów; ale widać, że Rytwiańscy chcieli koniecznie 
groźnie wystąpić, bo i drugi brat, Jędrzej, naprowadził ze sobą ludzi zaciężnych, a 
takich niesfornych, że się stali postrachem dla Żydów i Ormian, co porozkładali swe kramy 
po przedmieściach i nieraz musieli uciekać przed nimi do gwardii marszałkowskiej, co porządku 
pilnowała w całym starostwie piotrkowskim. 
Z Rytwiańskimi przybyli: Odrowąż, pan równie potężny, Zebrzydowscy i Sieniawscy, 
wszyscy w asystencji zbrojnego ludu i wszyscy niespokojnego ducha a dziwnie ognistych, i 
temperamentów. Toż przeciwnicy królewscy głównie na Rytwiańskich liczyli, że staną na 
czele opozycji i będą twardo przy prawach a wolnościach obstawać, bo im potęgi nie brakło, 
a opozycją mieli w krwi swojej z dziada, z pradziada. Był to przecież ich stryj rodzony, ów 
rozgłośny Jan z Rytwian,co przed laty trzydziestu siedmiu w tym samymi Piotrkowie tak 
ogniście się oponował przeciwko wojnie, że jego mowa, miana wtedy do króla, obiegła całą 
Polskę w odpisach. Król mu dał wielką laskę koronną, zaczem też umilkł i na wojnę pozwolił: 
ale ta mowa zrobiła Rytwiańskim wielką sławę pomiędzy burzliwą szlachtą, której też wciąż 
używali. Jakoż i dziś między nimi najhałaśliwiej trzaskano na króla i na Kallimacha, wszyscy 
sejmikowi szczekacze się przy nich wieszali, niektórzy z nich odgrażali się kandydatami do 
korony, których wymawiali nazwiska, a drudzy nawet prelegowali, że królestwo polskie to 
jest Res publica, która się wcale może obejść bez króla, jako to w Grecji i w Rzymie bywało. 
Wielcy Polacy przybyli tłumnie, a mali świetnie, jako to już mieli w dawnym zwyczaju. 
Jan Amor i Jan Szram Tarnowscy, jeden kasztelan krakowski, drugi zaś wojewoda sendomirski, 
a z nimi Spytek Jarosławski, wojewoda krakowski, ich krewny, przybyli każdy na czele 
swojej nadwornej chorągwi, złożonej z paniąt i urodziwej młodzieży szlacheckiej, w błysz
czących pancerzach i hełmach z piórami, na wymuskanych koniach, karacenami6 okrytych, 
wszystko to takie bogate a składne, a uderzające karnością i ładem, że ani we Francji, ani we 
Włoszech przystojniejszych hufców nie było — a nad tymi hufcami powiewały ich rodowe 
sztandary z herbem Leliwa, bo tam natenczas nikt pod chorągwiami województw nie stawał, 
jeno się wszyscy familiami trzymali. 
Wraz z nimi, hetmaniąc także takim pocztom przystojnym, przyciągnęli Tęczyńscy pod 
znakiem Topora, Kościelecki Ogończyk, Mikołaj z Ostrowa Rawicz, Jędrzej z Kutna Ogończyk, 
Jakub z Golenina herbu Biała, Jędrzej z Lubienia Doliwa, jako wojewodowie ruski, 
inowrocławski, lubelski, rawski, mazowiecki i brzeski-kujawski, lecz wszyscy dzierżący się 
społem z małopolskimi panami. 
Nie gorzej od wojewodów wystąpili co przedniejsi kasztelanowie, jako Piotr i Mikołaj z 
Kurozwęk herbu Poraj, jeden sendomirski, a drugi lubelski, Jędrzej Tęczyński — wojnicki, 
Wacław Nieborowski, Prawdzie — bełski, Jan Grot ze Słupce i Konar — sądecki, Zawisza z 
Konradzie — płocki, Jan z Potulic, Grzymała — rogoziński, Ludwik Mortęski — chełmiński i 
wielu innych, bo też prócz Kmity żadnego z nich nie brakowało — a było ich wtedy, większych 
i mniejszych, blisko czterdziestu. Tam wiał duch bardzo wyniosły i szły hasła z ust do 
ust: obstawać przy wszystkich prawach, swobodach i przywilejach, ani na włos nie ustąpić, 
owszem, jeszcze nowych wymagać przeciwko miastom, kmieciom, chłopom i Żydom, żądać 
odprawienia Kallimacha, nie dowierzać w niczym królowi, domagać się gwarancji i zaprzysiężenia 
praw starych i nowych. Była tam więc opozycja stanowcza i zasadnicza, ale spokojna, 
szanująca majestat królewski i pełna miłości dla całej wielkiej ojczyzny, której nienaruszalność 
granic, potęgę państwową i wierność dla rzymskokatolickiego Kościoła uważano 
jako pierwsze przykazanie obywatelskie. 
Zaś Wielkopolska stawiła się wcale inaczej, bo tam było daleko ludniej niżeli we wszystkich 
innych prowincjach, a drobnej szlachty prawie jak mrowia. Stamtąd sami Ostrorogowie, 
Czarnkowscy i Szamotulscy przyprowadzili jaki tysiąc albo i więcej szaraków, samych Nałęczów 
jako swych własnych braci herbownych, bo też i oni byli Nałęcze; toż Wieniawici i 
Grzymalici, nuż wreszcie Poraje, Korabici i inni zwalili się mało co mniejszymi kupami. A 
już tam pomiędzy nimi były i zbroje, i stroje tak rozmaite i takie pstrokate, jakby ich kto po 
wszystkich krajach świata był zbierał, że Małopolanie, a zwłaszcza Rusini nie mogli im się 
wcale napatrzeć. Bo to ten w kurcie z pakłaku, a ów z karmazynu, ten w siwej, a tamten w 
czerwonej opończy, trzeci zaś zgoła w stalowej koszulce; ten wsadził na głowę hełm z grzywą 
albo z piórami, ów znowu kapelusz kolisty z kryzą zadartą i z piórem, a trzeci ubrał się w 
biret mieszczański, ten z mieczem, ów z samopałem, a inny z halabardą i z tarczą albo też z 
okrutnym rapierem — a wszystko z niemiecka, bo też i z Niemiec brali swe mody. Z wyjątkiem 
familiantów trochę chudobnie wyglądała ta szlachta, bo też tam u nich ziemi i chleba nie 
było do zbytku, czasem ich i po kilku na jednym łanie siedziało. Ale animusz pomiędzy nimi 
był wcale inny — inny od wieków — a teraz podobno Ostrorogowie ich takim duchem natchnęli, 
ażeby wiernie trwali przy królu, bo król jest w wielkiej opresji od panów, rad by rozszerzyć 
dawne swobody i przywileje dla szlachty, ale niechby to było dla wszystkich zarówno, 
właśnie jako napisał Ostroróg: Unus regni rex est, unum juss fiat, unum pondus et una 
mensura — jeden ma być król, jedno prawo, jedna waga i jedna miara dla wszystkich — a nie 
tylko dla panów, siedzących po zamkach obronnych, a mających już z swej własnej potęgi 
daleko więcej swobód niż trzeba. Toteż tam gardłowano nie tylko za utrzymaniem, ale 
owszem, za wzmocnieniem władzy królewskiej, a przeciwko Małopolanom, których podejrzywano, 
że chcą skrępować króla, a opanować Koronę, ażeby sami rządzili, ażeby nigdy 
żadnej wojny nie było, ażeby nie płacili podatków, a mogli po swojej woli rozdrapywać starostwa. 
Obok tych tłumów: wielkopolskich, wyznających opinie demokratyczne, ale raczej konserwatywne, 
a stanowczo monarchiczne, i małopolskich, przejętych duchem liberalnym, postępowym, 
cywilizacyjnym i konstytucyjnym, równie monarchicznym, ale z dążnością dania 
przewagi arystokracji, zwaliła się także dość licznie szlachta z sejmików, pomiędzy którymi 
znajdowali się także mieszczanie, biorący jeszcze wtedy udział w sejmikach, wszyscy ludzie 
osiadli i zamożni, poważni i roztropni ojcowie rodzin, właściwe jądro społeczeństwa już w 
owych czasach, ale bez wybitnych politycznych opinij, właśnie jak łan dojrzałej pszenicy, 
który w tę stronę skłania swoje dorodne kłosy, w którą wiatr nimi powionie. Ani tak tłumni, 
jak Wielkopolanie, ani tak świetni, jak małopolscy panowie, było ich jednak także około sześciuset 
albo i więcej, a z swoją służbą stanowili siłę wcale nieszpetną. 
Za nimi przyciągnęli panowie ruscy: książęta Zbarascy i Holszańscy, Buczaccy i Tworowscy, 
Paniowscy i Herburtowie Odnowscy, Fredrowie, Cebrowscy, Szumlańscy, Czołhańscy, 
Swaryczowscy, Kierdejowicze, Dymitr książę Puciatycz wojewoda kijowski, Paweł Koło z 
Dalejowa wojewoda podolski i wielu innych, na czele bogato przybranych, ale nie bardzo 
licznych pocztów, w sobolich i kunich kołpakach z agrafami z drogich kamieni, w błyszczących 
pasach, w lamowanych żupanach, w deliach i burkach czerwono podbitych i z krzywymi 
szablami, błyszczącymi od srebra i złota. Najbogatsze tam u nich siądzenia7 na koniach, kropierze8 
na nich od dywdyków i haftów, a i same konie tu owdzie z farbowanymi grzywami i 
ogonami, zgoła widać po nich, że z Turczyzną graniczą i do tamtejszych obyczajów nawykli. 
Ci wszyscy są po staremu królewscy, jako byli po wszystkie czasy, bo też tylko z łaski królów 
mieli takie szerokie ziemie na Rusi i tylko w imieniu krółów mogli bronić skutecznie 
tych ziem i tych krajów. 
Z nimi także przyjechał Olizar na czele czterdziestu doborowych kozaków, ażeby też choć 
raz sejm polski obaczyć, do niego przyczepił się w kilka koni Tigranes z workiem pełnym 
czerwonych złotych węgierskich na wyżywienie Olizarowych koni i ludzi i obydwa z całym 
swym pocztem zajechali prosto na zamek, ofiarując się na służbę około osoby królewskiej, 
gdzie od Gniewosza, mającego komendę na zamku, są otwartymi ramiony przyjęci i zameldowani 
samemu królowi jako wolontariusze regaliści, gotowi głowy położyć za zdrowie królewskie. 
Każdy z tych pocztów, przyciągnąwszy do Piotrkowa, próbował ulokować się w mieście, 
ale żaden z nich ani jednej izby dla siebie nie znalazł. Przed wszystkimi innymi bowiem polokowali 
się tam biskupi, którzy wszyscy (a było ich wtedy właśnie dwunastu), przyjechali z 
liczną asystencją, jaka książętom Kościoła przystoi, niektórzy zaś nawet ze zbrojnymi hufcami, 
jako Jan IV Lubrański, biskup potocki, który prócz swego dworu stu pancerników przywiódł 
ze sobą; Uriel Górka, poznański, pan równie wojenny, z konwojem dwóchset żołnierzy; 
a wreszcie metropolita ruski, Józef Sołtan, co przedtem był marszałkiem litewskim, a teraz 
swoimi bojarami i rozmaitym kozactwem dwie pierzeje9 rynku zawalił. Do tego jeszcze 
urzędnicy koronni i inni przedniejsi senatorowie, co sami mieszkali na zamku, ludzi swoich 
pokwaterowali w mieście — a tak tam i szpilki nie było gdzie wetknąć, nie chcąc nią ukłuć 
albo osobę duchowną, albo też regalistę. 
Mikołaj z Rytwian ze swoim bratem wdarł się pierwszy do miasta i chciał tam mieszkać 
koniecznie, choćby miał, jako sam z konia krzyczał wielkim głosem na rynku, wszystkich 
kantorów10 i altarystów11 powyrzucać z ich betów. Ale Jan II Pudełko, biskup naówczas lucki, 
nienawidzący panów, nastających na biedny lud wiejski, z którego sam wyszedł, słysząc 
go z krużganku swojej gospody pieniącego się na kułbace ze złości, powiedział jemu na rozum: — Jeżeli waść chcesz, ażebyśmy ci tu twoich kudłatych Perkunasów na bigos polski 
usiekli, to jeno uderz, a ani jedna noga ich stąd nie wyjdzie; ale ja tobie radzę, abyś poszedł 
spać na przedmieście, gdzie jeszcze aż nadto przystojna jest ubikacja dla panów starostów. 
Tak nie było co robić. Wszyscy panowie musieli lokować się po przedmieściach, a jeszcze 
i tam nie dla wszystkich starczyło miejsca, jakoż niektórzy z nich, zwłaszcza ci, co mieli dwory 
liczniejsze, musieli się mieścić po bliższych wioskach za miastem, panowie Tarnowscy u 
norbertanów w Witrowie, Tęczyńscy na Bugaju, a Rusini w Bykowie. Drobniejsza szlachta 
mieściła się po chałupach i dworkach przedmiejskich, Wielkopolanie zaś stanęli obozem na 
polu. Ruch tam był wielki, hałas, tartas, wrzawa i ustawiczny szczęk broni, w nocy zaś czaty i 
obozowe ogniska, prawie tak samo jak wśród wojny. Przejeżdżający człowiek postronny nigdy 
by się nie domyślił, że to jest zjazd posłów na narodowy parlament, a kiedy by mu to powiedziano, 
to zaraz by spostrzegł, że tak sejmuje tylko naród wojenny. 
Król mieszkał na zamku i miał tylko cztery chorągwie swojego dworu ze sobą, nad którymi 
mieli komendę Kamieniecki, Gniewosz, Wilczek i młody Ostroróg. Kamieniecki hetmanił 
wszystkim, Gniewosz porucznikował straży około zamku i osoby królewskiej. Oprócz tego 
Leszczyński, marszałek nadworny koronny, miał paręset ludzi gwardii, którą nazywano marszałkowskimi 
drabami, a którzy, więcej dla obrony kramów przed napaścią hultajstwa niżeli 
dla przeszkodzenia burdom żołnierskim, wodzili ronty po mieście, bo też i żadnej burdy nie 
byli w stanie ukoić; uzbrojona od stóp do głowy szlachta, gdyby się na niech do broni porwała, 
byłaby ich wydeptała butami. 
Jan Ostroróg, kasztelan poznański a zarazem jenerał wielkopolski, byłby daleko lepiej 
usłużył utrzymaniu porządku, bo przyprowadził bardzo słuszną chorągiew pancerną ze sobą, 
a do tego miał wszystkich wielkopolskich szaraków po swojej woli; ale król się żadnych burd 
politycznych nie obawiał, a kiedy mu donoszono, jako tam ta i owa szlachta trzaska pałaszami 
przeciwko niemu, jakie perory miewają niektórzy po kościołach i rynkach i jako się odgrażają 
przeciwko wzmocnieniu władzy królewskiej, to się jeszcze śmiał z tych pogróżek i mawiał: — 
Szlachta nasza jednej nocy by nie przespała spokojnie, gdyby nie miała przeciw czemuś się 
burzyć; jak nie ma strachu, to sobie go zmyśli, ale my tam tych strachów się nie boimy. — Być 
może, że inaczej rozumiał rzeczy w swym wnętrzu i wobec swych konfidentów, ale tak zawsze 
mówił, kiedy go liczna otaczała kompania. 
Sejmy ówczesne, jakkolwiek już wtedy istniały prawnie, nie odbywały się jeszcze tym porządkiem, 
jak później. Obydwie izby nie miały jeszcze stałej organizacji, ani ubezpieczonej 
ustawami, ani uświęconej zwyczajem; porządek obradowania także jeszcze nie był dokładnie 
określony i ustalony. Istnienie izby poselskiej polegało wówczas tylko na prawie przyznanym 
powiatom, że każdy z nich może dwóch posłów wybierać i posyłać na sejm, ale jakie prawa 
przysłużały tym posłom, tak samo jak i powiatowym sejmikom, to jeszcze bardzo dowolnej 
ulegało interpretacji. W powiatowych sejmikach brali udział jeszcze aż do owego czasu 
mieszczanie, mogli być obierani posłami, jeżeli posiadali dobra ziemskie, i przyjeżdżać na 
sejmy, nawet choćby tylko jako deputaci miast — i jeżeli tych swoich praw dotąd nie uświęcili 
zwyczajem, a teraz stracili, to w rzeczywistości było to w wielkiej części winą ich własnego 
niedbalstwa. Posłowie ziemscy nie mieli także ani własnej izby na zamku, ani swego marszałka, 
zbierali się zazwyczaj po kościołach, gdzie ołtarz zakrywano płachtami, a ambona 
służyła im za mównicę. Perorował kto chciał i perorował tak długo, jak długo go słuchano, 
czasem mówcę zagłuszano tumultem — a kiedy posłom zanadto duszno się zrobiło w kościele, 
to się wysypywali na rynek i tam kontynuowali swoje obrady. O jakimkolwiek wetowaniu12 
w izbie poselskiej jeszcze wtedy mowy nie było. 
Senat zgromadzał się na posiedzenia na zamku królewskim. Była tam wtedy ogromna sala 
jak kościół, do której prowadziły szerokie wspaniałe schody, a na której ścianie naprzeciw głównych drzwi był wymalowany obraz Chrystusa Pana na krzyżu w kolosalnych rozmiarach. 
Te malowidła były jeszcze z początkiem niniejszego wieku widoczne. Pod tą ścianą 
wznosiło się obszerne podwyższenie, zaścielone suknem czerwonym, na które wchodziło się 
po trzech schodach, a w którego głębi pod baldachimem stał wyzłocony stolec królewski, 
otoczony niższymi cokolwiek krzesłami dla królewiczów i dygnitarzy nadwornych, składających 
ministerium królewskie. U góry ścian ciągnęły się galerie, które jednak zapełniała tylko 
młodzież będąca w służbie królewskiej, a do których nie przypuszczano arbitrów13, bo posiedzenia 
nie były publiczne. Na brzegu estrady stało za stołem krzesło, na którym zasiadał marszałek 
wielki koronny, przewodniczący obradom. Na krzesłach, ustawionych w półkolu, zasiadali 
w pierwszych rzędach dygnitarze kościelni i świeccy według zwyczajnego porządku, a 
za nimi siedzieli kasztelanowie mniejsi. Wszystkich senatorów, mających wtedy prawo do 
zasiadania w senacie, było stu z górą, ale jeżeli się między nich wmieszał jaki starosta i głos 
zabierał, to mu nikt tego nie bronił. Czasem przybywały deputacje od posłów ziemskich do 
senatu, przyjmowano je zawsze bez wstrętu, a wtedy posłowie perorowali rozem z senatorami. 
Król bywał zwykle obecny obradom senatorów, którzy też nigdy nie przemawiali do izby, 
tylko do niego, chyba że który z mówców w oratorskim ferworze apelował do zgromadzenia. 
Król swoją obecnością mitygował zbyteczny zapał mówców, ale sam nigdy nie przemawiał; 
w razie potrzeby mówił za niego kanclerz lub podkanclerzy, marszałek nadworny albo podskarbi, 
czasem zaś który z dygnitarzy duchownych lub świeckich, uproszony do tego przez 
niego. Wnioski motywowano w izbie, ale nie wetowano nad nimi, tylko wysyłano deputacją 
do króla, zazwyczaj z trzech senatorów złożoną, którą król przyjmował w komnacie osobnej i 
tam je z nimi sam dyskutował. Zrobiony wniosek, często dopiero po długich targach, czasem 
nawet dni kilka trwających, ostatecznie przez króla przyjęty, kazano po łacinie spisywać podkanclerzemu, 
który go potem czytał głośno w senacie, a senat wtedy już bez dyskusji jednogłośnie 
przyjmował. Ta jednogłośność, będąca wtedy naturalnym wynikiem sposobu obradowania, 
stała się później podstawą i źródłem do nieszczęsnego warunku jednomyślności i liberum 
veto. 
Wnioski, przez króla i senat przyjęte i ostatecznie zredagowane w formie artykułów statutu, 
ogłaszano posłom zgromadzonym w kościele albo na rynku, którzy je zwykle przyjmowali 
przez aklamacją. Jednak niejednokrotnie, tak król jak i senat, nim się na jaki wniosek zgodzili, 
chcieli wiedzieć, co o nim rozumieją posłowie ziemscy — a takie porozumienia odbywały 
się przez pośredników, nie urzędowych, których nie było, tylko takich, którzy swoją powagą i 
popularnością do takiej służby najlepiej się nadawali. 
Takim pośrednikiem pomiędzy królem i senatem z jednej a ziemskimi posłami z drugiej 
strony na tym sejmie byt stary Pretficz. Rozumny, roztropny, łagodny z temperamentu, obdarzony 
z natury sercem pełnym miłości dla wszystkich, a do tego nadzwyczajnie wymowny, 
pozyskal on zaufanie króla tym łatwiej, ile że z Ostrorogiem dawną związany przyjaźnią, 
przez niego został mu zalecony. Senatorowie zaś wszyscy od młodości go znali i mieli szczery 
szacunek dla niego, bo też wszyscy wiedzieli, że w obywatelskiej zacności jeszcze go nikt 
nie przesadził, a nawet mało który mu zdołał dorównać. Pretficz zatem, pewien zaufania senatu 
i króla, a umiejący działać z tą spokojną energią, która nic nie zepsuje zbytecznym pośpiechem, 
ale nic nie zaniedba, już przed zaczęciem obrad sejmowych wziął górę nad szlachtą 
i tak ją umiał do siebie przywiązać, że zajął nad nią stanowisko jakoby jej marszałka. Od czasu 
zaś, kiedy się rozpoczęły obrady, przewodniczył jej posiedzeniom, a zarazem po dwa i trzy 
razy na dzień bywał na zamku, tam przysłuchiwał się obradom senatu i przypuszczony jest do 
boku króla w tych nawet chwilach, kiedy król z deputatami senatu miewał sekretne, a często 
nawet bardzo ożywione dyskusje. Z zamku biegł zwykle pomiędzy posłów ziemskich, w razie potrzeby zwoływał ich zgromadzenie, komunikował im wiadomości o tym, co się dzieje w 
senacie, i usposabiał ich umysły do przyjęcia postanowień zapadłych pomiędzy senatem a 
królem. 
Pierwszą sprawą wziętą pod rozwagę była ugoda zawarta z księciem mazowieckim Konradem, 
który, choć lennik królewski i pozbawiony już wtedy przemożnej protekcji kardynała 
Oleśnickiego, zawziętego nieprzyjaciela Jagiellonów, knuł ciągle kabały z Moskwą i stał się 
niebezpiecznym dla Polski, a to jeszcze tym więcej dlatego, ile że Oleśnicki zostawił po sobie, 
mianowicie pomiędzy małopolskimi panami, niemało adeptów swojej warcholskiej polityki, 
którzy w danym razie mogli podać rękę mazowieckiemu przeciwko prawowitemu królowi. 
Ugoda ta, wiążąca na wieczne czasy Konrada, z tym większym została przyjęta aplauzem, 
ile że przyłączała zaraz do korony księstwo płockie z ziemiami: warszawską, zakroczymską, 
wyszogrodzką, łomżyńską, ciechanowską i nowogrodzką. Ale odtąd, kiedy wzięto 
pod obrady prawa i przywileje szlacheckie, zaczęły się burze w senacie. 
Najgwaltowniej występowali przeciwko królowi bracia Rytwiańscy, a zwłaszcza Mikołaj, 
który chociaż był dopiero starostą, gwałtem się wdarł do senatu, z deputacjami się wciskał do 
komnaty królewskiej, i tu, i tam tak niepomiarkowane miewał perory, że czasem nawet sami 
przeciwnicy królewscy mu przerywali albo go rwali za poły, aby go mitygować. Taka ognista, 
a zwłaszcza opozycyjna wymowa jest zaraźliwą, bo właśnie jak ogień słomy chwyta się swoich 
słuchaczy, toż i Mikołaj wywoływał niejednokrotnie w senacie grzmiące aplauzy i często 
się zdało, że całą izbę porwie ze sobą i cały zamek wraz ze stolcem królewskim przewróci. 
Sekundowali mu brat jego Jędrzej, któremu zapewne na kasztelanii drążkowej było za ciasno, 
Zebrzydowscy, Kościeleccy, Odrowążowie — a zrazu małopolscy panowie cale mu się nie 
sprzeciwiali. Bardzo wspaniałym widowiskiem byłaby była taka ognista obrona narodowych 
praw i wolności, gdyby była windykowała14 te prawa dla całego narodu — a nie dla jednej 
tylko warstwy społecznej, która już od całego wieku miała wyłącznych przywilejów dostatkiem. 
Jednak król wobec tej burzy postępował sobie nad wszelki podziw rozumnie, albowiem 
nie tylko nie mitygował mówców, ale, owszem, sam stawał w obronie wolności słowa, dodając 
tylko czasem może cokolwiek złośliwie: "że ponieważ ci, co najpierwsi stają do obrony 
swych praw, także najpierwsi stają do przelewu krwi swojej za ojczyznę, więc im się to 
słusznie należy, ażeby się mogli wygadać”. A jak się już wygadali i kiedy przystąpiono do 
dyskusji artykułów, tak tych, które z dawnych statutów miały być potwierdzone, jak i tych, 
które do starych dodać zamierzano, król jeszcze więcej wszystkich zadziwił swą uległością, 
bo mało któremu wnioskowi się stanowczo sprzeciwił, tylko tu i ówdzie coś zmienił, a zresztą 
wszystkie postulata przyjął i zatwierdził. 
Tak zatwierdził na nowo wszystkie trzydzieści trzy artykuły Statutu nieszawskiego z roku 
1454, a nadto zobowiązał się trzymać się wszystkich ustaw, przez jego poprzedników wydanych, 
na nowo zaś przyrzekł: nikogo nie więzić nisi jurę victum15 i nie zabierać mu mienia — 
każdemu szlachcicowi, biorącemu udział w pospolitym ruszeniu, zapłacić pięć grzywien — nie 
nadawać żadnemu ze swoich starostów, z wyjątkiem krakowskiego, godności wojewody lub 
kasztelana — rozdawać dygnitarstwa tylko szlachcie rodowej — nie wydzierżawiać grodów i 
ziem, w których znajdują się starostwa — nie wymagać więcej podatków jak po dwa grosze z 
łanu — nie przesądzać wyroków sądowych — określić dokładnie władze starostów grodowych 
— zaprowadzić w każdej ziemi księgi wyroków i aktów sądowych — a wreszcie, nie wzywać 
szlachty do pospolitego ruszenia bez poprzedniego zwołania sejmu, co się niejako równało 
zrzeczeniu się prawa wypowiadania wojny. 
Tymi artykułami król pozbawiał się już prawie całkiem władzy prawodawczej, lecz następnymi 
rozszerzał jeszcze bardzo znacznie przywileje szlachty, albowiem: uwalniał ją od 
wszelkich opłat celnych, nadawał jej wyłączne prawo propinacji i rozszerzał wolność żeglugi aż do Gdańska, zapewnił wyższe godności kościelne tylko posesjonatom, wykluczając od 
nich plebejuszów, zakazał stanowczo kmieciom przenosić się z miejsca na miejsce, pozwolił 
im tylko jednego syna do szkół posyłać, zakazał dobra ziemskie mieszczanom kupować, a 
nakazał jeszcze i te wyprzedać, które odziedziczyli po przodkach, przy czym się w końcu i 
Żydom dobre poczęstne dostało, bo postanowiono krótko a węzłowato, ażeby nadane im 
swobody odebrane zostały, jako sprzeciwiające się prawu Bożemu. 
Nadanie narodowi takich szerokich praw i wolności, o jakich wówczas w żadnym państwie 
europejskim nikt nawet nie śmiał pomyśleć, jakich zresztą i dzisiaj jeszcze nie wszystkie posiadają 
narody, wywołało nie widziany dotychczas entuzjazm dla króla. Już zaraz po przyjęciu 
pierwszych artykułów panowie Rytwiańscy i Zebrzydowscy bardzo przycichli, a potem 
nawet sami zaczęli się przymilać królowi. Przywódcy Małopolanów: Tarnowscy, Jarosławscy, 
Tęczyńscy, Zawiszowie, Kamienieccy, Kurozwęccy i inni, ludzie rozumni, troszczący się 
żywo o pomnożenie swobód szlacheckich, lecz miłujący przede wszystkim ojczyznę, widząc 
tę szczodrobliwość królewską, przestali wcale naciskać na niego, owszem, jeszcze mitygowali 
tych, którzy, zacietrzewieni przeciw królowi, nie znali miary w swoich żądaniach. Zaś 
Wielkopolanie, końcem końców taka sama szlacha, jak wszyscy inni, także się nie skarżyli na 
pomnożenie swobód szlacheckich; kiedy im zaś ogłoszono, że król pospolitakom będzie płacił 
po pięć grzywien, że to byli ludzie po największej części ubodzy, tak głośnymi wiwatami 
tę wiadomość przyjęli, że się całe miasto od nich zatrzęsło, a w końcu jeszcze tak tłumną deputacją 
wyprawili z podziękowaniem do króla, iż na zamku myślano, że jakaś burza pomiędzy 
nimi się rozszalała. 
Wśród tego ogólnego zadowolenia nie brakło wprawdzie i malkontentów. Biskup Pudełko, 
syn kmiecy, perorował ogniście przeciwko wszystkim artykułom, ścieśniającym tak nielitościwie 
dotychczasowe swobody wiejskiego ludu i mieszczan — a kiedy te artykuły mimo to 
zostały postanowione, zasmucił się mocno jak chmura gradowa, przepowiadał wielkie nieszczęścia, 
a nawet upadek tego królestwa, i w takim nieukojonym gniewie, nie pożegnawszy 
się z nikim, do Łucka odjechał. Ostroróg znowu zasępił się tym artykułem, który zakazywał 
komulacji urzędów ze starostwami, bo będąc kasztelanem poznańskim a zarazem wielkopolskim 
jenerałem, czyli starostą, musiał złożyć swe jeneraistwo. Gniewosz także trochę wargi 
przygryzał, bo spodziewał się na pewno teraz jaką kasztelanię otrzymać, a dzięki temuż samemu 
artykułowi, będąc czorsztyńskim starostą, musiał tę nadzieję porzucić. Byli i inni, co 
na kasztelanią liczyli, których wakowało około dziesięciu, ale się zawiedli, bo król na teraz 
ani jednej nie rozdał. 
Ale tych drobnych chmurek ani dostrzec nie było można i wśród tych jasnych promieni, w 
których wspaniałym blasku ten sejm został zamkniętym. Niewysłowiona radość z szczodrobliwości 
królewskiej była powszechną — a wśród niej zamanifestowały się jak może jeszcze 
nigdy dotychczas przywiązanie do króla, jednomyślność w pojmowaniu obowiązków obywatelskich 
i patriotyczna gotowość poświęcenia się dla całości i szczęścia ojczyzny. 
Myśl polityczna, która przewodniczyła temu sejmowi, była według dzisiejszych pojęć w 
swojej zasadniczej istocie ciasną i jednostronną, w dalszym swym rozwinięciu stalą się omylną 
i błędną, a w ostatecznych swych rezultatach musiała się z konieczności stać zgubną, ale 
była ona dzieckiem swojego czasu — i jako taka, jako powrót do dawnych tradycyj słowiańskich 
rządzenia narodu przez jego starszyznę, jako określająca granice władzy królewskiej, 
jako zapewniająca narodowi pewne nienaruszalne prawa i swobody, była zorzą nowej epoki 
bytu dla wszystkich narodów, a przedświtem wspaniałej i świetnej potęgi dla Polski. Jakoż 
istotnie, zygmuntowskie słońce jeszcze wtedy nie wzeszło, ale jego promienie już jasne brzaski 
rzucały na Polskę — a po tych senatorach wyniosłych i dumnych, zakutych w błyszczące 
pancerze a okrytych w skóry lamparcie i rysie, kipiących gorącą krwią, lecz umiejących swe 
namiętności miarkować rozumem, gotowych swą piersią żelazną uderzyć o tron królewski, 
ale gotowych także roztrzaskać ją o nieprzyjaciół ojczyzny, widać już było, że ich synowie o 
całą głowę ich przerosną, a oparłszy granice Polski o dwa morza odległe, zbudują w jej środku 
tron ze szczerego złota, przed którym będą bić czołem podbite książęta, który będzie otoczon 
czcią i miłością całego narodu i który nawzajem w ten naród taką miłość ojczyzny zaszczepi. 
że w nim trwać będzie po wszystkie wieki. 
Taką przyszłość pełną zaszczytów i stawy przepowiadano już wtedy powszechnie temu 
królestwu. Ale dlaczego król, uczeń tak zawziętego na przywileje szlacheckie Kallimacha, 
wyznawca wszystkie stany niwelujących zasad, prelegowanych przez Ostroroga, pragnący 
sam zresztą wojsk stałych w celu wzmocnienia władzy królewskiej, dlaczego ten król tak nagle 
i niespodzianie takie szerokie nadal tej szlachcie swobody, tego nikt wytłumaczyć nie 
umiał, a wszyscy dociekali na próżno. Pretficz lubiący wszystko wiedzieć dokładnie, niemało 
sobie głowy nad tym nasuszyt, wypytywał się wszystkich, macał i Ostroroga po kilka razy, 
ale niczego się nie dowiedział. Wszelako był także z Gniewoszem w poufałości i tego wziął 
także na konfesaty16;Gniewosz mu się długo opierał, ale jednego wieczora, kiedy z nim rozmawiał 
bez świadków, zmiękł przecie, a wziąwszy go za rękę, zapytał: 
— A nie powiesz nikomu? 
— Wiem przecie, co są sekreta status17 . 
— Więc tobie powiem — rzekł Gniewosz — ale na słowo rycerskie. Niebawem będziemy 
mieć wielką wojnę, król na tę wojnę chce mieć cały naród po sobie. 
Więc Pretficz na to pokiwał głową i odpowiedział: 
— Zawszem cenił wysoko rozum naszego pana, lecz teraz widzę, że jego rozum jest także 
przewidującym, a to jest niezwyczajna zaleta. Dziękujęż ci za tę wiadomość, trzebaż będzie 
zawczasu o pomieszczeniu mojego chłopca pomyśleć. 
— Jeżeli chcesz — rzecze mu Gniewosz, rad zawsze każdemu usłużyć — to może nam się uda 
pomieścić go na dworze królewskim. Słaby to jeszcze chłopczyna, a w mojej chorągwi bardzo 
ciężkie pancerze, inaczej wziąłbym go zaraz do siebie. Ale mogę pomówić z królem, aby 
go wziął do siebie na pazia. 
Pretficz mu serdecznie podziękował za tę gotowość do przyjacielskiej usługi, mówiąc: 
— Całe życie będę ci wdzięcznym za twoje pomoc braterską i jeśli Bóg zdarzy sposobność, 
to sowicie odpłacę. Ale tymczasem proszę cię o czas do namysłu i do wyrozumienia mego 
chłopięcia, bo nie chciałbym mu takiej funkcji narzucać, do której nie miałby sentymentu. 
Tymczasem Lubek wcale o tym nie myślał, ażeby się na jakiejkolwiek funkcji publicznej 
pomieścić. Wszystko, co tchnęło polityką, było mu wstrętnym. Wrzaskliwe zgromadzenia 
zawsze czymsiś zacietrzewionej szlachty obudzały w nim obrzydzenie, jakoż nigdy na nie nie 
chodził, chociaż ojciec go ciągnął ze sobą, chcąc go wdrożyć zawczasu w sprawy publiczne. 
Posiedzeniom senatu przypatrywał się często z galerii, ale tylko dlatego, że go malownicze 
figury senatorów zajmowały, które też sobie rysował ukradkiem. Natomiast wszakże, poznawszy 
się z Tigranesem, związał się z nim bardzo czułą przyjaźnią. 
Gołębie te serca, szlachetne, czyste, bez zmazy i grzechu, a pełne miłości dla ludzi, dla 
zwierząt i dla wszystkiego, co żywie — chociaż pomiędzy nimi wielka zachodziła różnica, bo 
jeden koniecznie chciał zostać rycerzem, a nie miał po temu usposobienia, a drugi mógł był 
nim zostać, lecz nie chciał — tak ściśle się spoiły ze sobą, jak gdyby ich przyjaźń już nigdy się 
nie miała rozerwać. Tigranes był także uczony i w sztukach wyzwolonych ćwiczony i biegły, 
chociaż do nich nie przywiązywał żadnej wartości; umiał wiele języków i pisał nadzwyczaj 
pięknie: więc za namową Łubka wcisnęli się do kancelarii królewskiej i tam ex propria diligentia18 
przepisywali tworzące się na tym sejmie statuty. Tigranes spisywał na pergaminie 
pięknymi gotyckimi literami każdy artykuł, a Lubek malował farbami inicjały i ozdabiał marginesy 
rozmaitymi floresami i figurami, w których łatwo można było poznać portrety wybitniejszych senatorów duchownych i świeckich. Sporządziwszy pod koniec sejmu kompletny 
nowych statutów egzemplarz, ofiarowali go osobiście królowi, za co są przypuszczeni razem 
z senatorami do królewskiej wieczerzy i bardzo chwaleni, zwłaszcza przez tych senatorów, 
którzy sami pisać umieli — a chociaż ich posadzono przy szarym końcu, kędy już tylko próżne 
dochodziły półmiski (tak mało respektu miano podówczas dla sztuk wyzwolonych!), Tigranes 
się nie posiadał z radości i byłby Łubka za ten koncept ozłocił, gdyby Lubek przywiązywał 
był jakąkolwiek wartość do złota. 
Jednak pomimo tej czułej przyjaźni, kiedy ojciec Łubkowi powiedział, że zamierza go dać 
na służbę królowi, to Lubek, zastanowiwszy się nad tym mało niewiele, cale temu się nie 
sprzeciwił, przyszła mu bowiem zaraz ta myśl sekretna, że mieszkając w Krakowie, przecież 
będzie mógł łatwiej i częściej coś o Jagience usłyszeć. Kiedy się zaś Tigranesa poradził, to 
Tigranes, pomimo swych uczuć idealnych, miał we krwi tyle zmysłu kupieckiego, iż zaraz 
dostrzegł, że mu to wcale nie zaszkodzi, jeżeli będzie miał tak szczerego przyjaciela na takiej 
wysokiej funkcji u dworu i tak blisko przy osobie królewskiej. Owszem, nawet niebawem 
zaczęła w nim grać jego bujna fantazja, przedstawiając mu dobitnie i jasno, jak teraz już niezawodnie 
przez Łubka uzyska szlachectwo, a może i będzie na rycerza pasowan. Miał ci on 
wprawdzie obietnice od Gniewosza, od Kamienieckiego i od samego wojewody, o których 
już i samego króla zawiadomiono: ale co to? to sami wielcy panowie, obiecują wszystko, a 
nic nie dotrzymują, traktują człowieka jak chłopca, jeszcze i za plecyma się śmieją — a potem, 
co to tamci dygnitarze królewscy? Król nimi tak samo pomiata, jak zamkowymi drabami, a 
żaden z nich nie jest z nim w konfidencji. Paź królewski, co stoi przy królu i w dzień, i w nocy, 
co zna jego sekrety, co każdej chwili może do niego przemówić, to jest figura — a potem, 
Lubek to człowiek, pewnie będzie pierwszym paziem, a wkrótce zostanie i sekretarzem królewskim. 
Rzecz tedy jasna, że on to najprędzej wyrobi. Tak sobie myślał Tigranes i podniósł 
głowę okrutnie do góry: będąc dla Lubka, przyszłego pazia, z ogromną deferencją19, uczuł 
prawie pogardę dla wszystkich innych, nawet na samego Kergolaja patrzył już z piętra, na 
Kergolaja, co mu chciał dawać nauki w rzemiośle rycerskim! a Olizara już miał ledwie za 
Boże stworzenie. 
Król przyjął starego Pretficza nadzwyczaj uprzejmie, był nawet zdziwiony, że Pretficz za 
takie cenne zasługi tak lichej żąda nagrody. Na dworze królewskim było do pięćdziesięciu 
młodzieży, a między nimi synowie rodzin wcale niewiele znaczących, bo pierwszorzędne 
rodziny ex puncto20 moralności królewskiej nie bardzo się do niego wpraszały ze swymi synami. 
Lubek więc jest stante pede21 przyjęty, z tym rozkazem wydanym podkomorzemu w 
obecności ojca, że ma być pomiędzy czterech pierwszych paziów wliczony, którzy pilnują 
komory królewskiej. 
Tigranes dowiedziawszy się o tym, Lubka serdecznie wycałował, a ścisnąwszy go żartem 
za kolano, dodał z zapałem: 
— Głowę moję dam za to, że za rok sam podkomorzym zostaniesz, oddaję się zatem łasce 
jegomości — a wiesz, o co chodzi. 
Równie naiwny Lubek przyjął tę prośbę tylko półżartem i przyrzekł mu całkiem na serio 
swoje wysoką protekcją. 
Sejm trwał do końca października, kiedy się już pluty jesienne zaczęły. Szlachta, przepełniona 
uczuciami wdzięcznóści i uwielbienia dla króla, rozjechała się wesoło gwarząc do domów. 
Król wrócił do Krakowa dopiero w pierwszych dniach listopada. 
Pierwszym ważnym przypadkiem, jaki się zdarzył po jego powrocie, była śmierć Kallimacha. 
Wyschły ten starzec nie wstawał już z łoża od kilku miesięcy, nie zmieniając się wcale. 
Nikt nie wiedział, na jaką chorobę zaniemógł, jakoż rozumiano powszechnie, że może tak 
leżeć będzie jeszcze lat kilka, czuwając ze swego poddasza jak zły duch nad zgubą duszy 
królewskiej. Jednak za powrotem króla zrobiło mu się gorzej, zaczem oddał „swojego pogańskiego 
ducha”, jak powiadano, „swoim bogom łacińskim czy greckim”. Szła wieść, ale bardzo 
niepewna, że ostatniego dnia zwołał króla do siebie i obrzucił go swymi pogańskimi 
przekleństwy. Pewniejsza to, że dowiedziawszy się, jak król na sejmie jego wszystkie rady 
nogami podeptał i przywileje szlachty jeszcze tak znacznie rozszerzył, umarł z żalu: z żalu 
nad losem Polski, którą szczerze ukochał, a której przyszłość, wraz z Ostrorogiem, widział 
tylko w porównaniu wszystkich stanów przed prawem, w wzmocnieniu władzy królewskiej i 
postawieniu armii stojącej. Cóżkolwiek bądź, król mu wspaniały pogrzeb wyprawił na zamku, 
na który wszakże bardzo mało zgromadziło się ludu, a szlachty, nie należącej do dworu, 
wcale nie było. 
Lecz za to po pogrzebie, wieczorami o zmroku, znowu niektórzy szlachcice stawali w ulicy 
pod zamkiem i spoglądali ciekawie w owo okno pod dachem, gdzie dawniej po całych 
nocach paliła się lampa. Teraz ta lampa na wieczne czasy zagasła. Szlachta patrzała, azali 
jego duch jeszcze tam się nie błąka i czy nie zaświeci zagasłej lampy; lecz widząc, że okno 
nieprzedartą zakryte ciemnością, mówiła do siebie: 
— Zagasła! zły duch się rozpłynął w ciemnościach: Polska się go pozbyła nareszcie, teraz 
może odetchnąć spokojnie. 
Taki zazwyczaj los spotyka tych wielkich mężów, którzy zbawienne myśli przynoszą narodom 
— za wczesne. Niekiedy narody odgrzebują te myśli, a znalazłszy w nich nici przewodnie 
do swego zbawienia, oddają cześć zasłużoną ich twórcom; ale daleko częściej zostawiają 
ich w zapomnieniu, utrzymując w pamięci tylko ich zniesławione nagrobki, które pod przewodem 
obłędu wystawiły im złość i nienawiść. Tak stało się także i w Polsce: mvśli zbawienne 
ziawiły się nad nią tylko jak lampa, która przez jakiś czas gdzieś na poddaszu płonęła 
i wywoławszy tylko nienawiść i wzgardę, na wieczne czasy zagasła... 
Ostroróg umarł także w parę lat potem, przekonawszy się, że jego zbawienne rady nie zajęły 
nikogo oprócz drukarzy — a Frycz Modrzewski, chociaż dopiero w pół wieku potem, wystąpił 
z daleko umiarkowańszymi radami, został za nie za kacerza ogłoszony w Rzymie, a w 
Polsce pozbawiony urzędów i wszelkich godności, musiał spędzić o żebranym chlebie ostatnie 
lata swojego życia. 
Król, obdarzony obok niezwykłego rozumu bardzo lekkim temperamentem, prędko się pocieszył 
po stracie tak znacznej części swej władzy — i zaczął się zajmować rozmaitymi myślami, 
mającymi na celu poddanie siły zbrojnej ile możności jego bezpośredniemu wpływowi. 
Jedną z jego myśli tej kategorii było, jak się z tym już przed Kamienieckim wygadał, obsadzenie 
kasztelanii ludźmi zupełnie mu oddanymi. O tej myśli króla dowiedział się sprytny we 
wszelkich kabałach Kergolaj już dawniej, a że gorąco pragnął jaką kasztelanią uchwycić, w 
każdym zaś razie otrzymać przynajmniej jaką przyzwoitą komendę na wypadek wojny, którą 
także w krótkim czasie przeczuwał, więc się zbliżył do króla i jako jego poufny był mu w tej 
pracy pomocnym. 
Król lubił Kergolaja dla jego humoru, a więcej jeszcze dla jego usłużności, przechodzącej 
w razie potrzeby nawet granice zazwyczaj bardzo drażliwego rycerskiego honoru, i byłby mu 
chętnie dał choćby najlepszą z kasztelami mniejszych, ale stała temu na trakcie ustawa, dozwalająca 
każdemu tylko w tym powiecie być kasztelanem, w którym miał posiadłości. Owóż 
Kergolaj miał posiadłości tylko w ziemi sanockiej — a tam już od dawna czyhali na kasztelanią 
Balowie, ludzie przemożni i popularni, którzy by byli całą szlachtę sanocką zburzyli, gdyby 
im król był narzucił człowieka na pół obcego, a do tego jeszcze krewnego Kmitów, którzy 
i tak już z wysokich krużganków Sobnia — zanadto z góry patrzali na tę ziemię, ceniącą od 
wieków nade wszystko równość szlachecką. Po długich wszakże kabałach, przy pomocy 
Gniewosza, Wilczka i Kamienieckiego, którzy wszyscy nie lubili Kmitów, Kergolaj potrafił 
przekonać króla, że Stanisław Kmita, zupełnie już zaśniedziawszy na Sobniu, a zresztą nawet 
wcale już niesposobny do wojny, bardzo będzie szczęśliwy, jeżeli król mu doda zastępcę w 
jego osobie, który mu jego kasztelamii nie zabierze, a tylko w razie wojny weźmie za niego 
komendę nad pospolitym ruszeniem ziemi przemyskiej. 
Król, lubo przekonany zupełnie, a nawet bardzo uradowany tym projektem, który by mógł 
stworzyć precedens wcale po jego myśli, wziął tę sprawę jeszcze ad deliberandum22 i wyjechał 
w pierwszych dniach stycznia do Lublina, aby odebrać przysięgę na nową ugodę od 
księcia mazowieckiego Konrada; ale jak tylko powrócił, kazał podkanclerzemu wygotować 
list odpowiedni do Kmity i cum honore23 dworzaninem królewskim go wyprawić na Sobień. 
Kergolaj, ostrożny jak kot, sam wziął udział w redakcji tej ekspedycji, bo zdało mu się, że 
wypadało Kmitę jak najdosadniej okadzić, nie tyle dla niego, jak dla ambitnej a często trochę 
drażliwej kasztelanowej: ale nareszcie wygotowano tę skrypturę, spisano ją bardzo pięknie na 
regatowym papierze, przypieczętowano najpiękniejszą pieczęcią i z własnoręcznym podpisem 
królewskim, przez bardzo grzecznego dworzanina, wyprawiono na Sobień. 
Na Sobniu płynęły dnie w niezamąconej ciszy i wielkiej powadze. 
Pozbyto się niespokojnej Jagienki, która była troską dla wszystkich, uwolniono się od 
księdza Wary, który się tak nieznośnie naprzykrzał o leskie probostwo, nie żałowano także i 
Łubka, którego melancholia byłaby wszystkich nudziła — i spędzano dnie na zwykłych domowych 
zajęciach, a wieczory na przystojnej całego dworu rozmowie. 
Kasztelanowa była bardzo zadowolona z tej ciszy, bo przy niej zmniejszały się wydatki, a 
pomnażały oszczędności dla synów; Kmita zaś nigdy nie skarżył się na to, jeżeli mógł jeść i 
pić bez przeszkody, a trawić spokojnie, w niezamąconym uczuciu swojej wysokiej godności. 
Jakoż bardzo rzadko się z domu wyruszał, czasami tylko wyjeżdżał na łowy, wymijając starannie 
chłopów po drodze, ażeby którego nie zabił, i opowiadając potem przez cały wieczór, 
jak się walecznie borykał z dzikiem albo niedźwiedziem, czego nawet Smolicki słuchał ciekawie, 
bo chociaż go na krok nie odstąpił na łowach, przecież tego borykania nie widział. 
Kasztelanowa zrazu nie bardzo była z tego zadowolona, że jej mąż na sejm nie pojechał, 
ale zastanowiwszy się nad tym spokojniej, uznała, że czasem dobrze jest zabłyszczeć nieobecnością. 
Po sejmie rozmawiano wiele o królu, dziwiono się razem z innymi, że ten pan, 
okrzyczany po całej Polsce za zawziętego nieprzyjaciela szlachty, jeszcze tak znacznie pomnożył 
jej przywileje, ale także razem z innymi nie umiano odgadnąć powodów, które go do 
tego skłoniły. 
Kasztelanowa nie dowierzała tym wieściom, które prawiły, że kroi proprio motu24 zmienił 
swe przekonania, a przechylała się raczej ku przypuszczeniom, które także dość żywo oblegały 
po kraju, że król się ugiął przed imponujcą postawą małopolskich magnatów. Smolicki ją 
utwierdził w tych podejrzeniach, mówiąc: 
— Schował na teraz pazury, próżno dociekać, dlaczego; ale że je znowu wyciągnie, to pewna, 
byle tylko nas nie podrapał. 
Kmita zaś traktował tę sprawę jak zawsze z wysoka, określając swe zdanie w ten sens: 
— Czy tam Paweł, czy Gaweł siedzi na tronie, ni mnie to ziębi, ni grzeje, ja zawsze Kmita. 
Smolickiego ta obojętność czasem niecierpliwiła, a wtedy mawiał: 
— Ty Kmita, bo nie możesz być ani Pelką, ani Niemirą, ale w tym nie masz żadnej zasługi. 
Są już Kmitowie, co siedzą na jednym zagonie — i twoim synom się mało co więcej dostanie, 
jeżeli nie postarasz się o to, abyś się naprzód posunął. 
Bardzo przychylnie słuchała takich rozumnych uwag kasztelanowa i potwierdzała je zawsze 
skinieniem głowy. Wszelako, rozpatrując postanowienia królewskie na sejmie piotrkowskim, zauważano z zadowolenem, że król tam nie rozdał ani jednego urzędu, a były teraz i 
województwa w wakansie. Mówiono o tym często, a zawsze z żywym zajęciem, bo już czas 
był dla Kmity, przesiąść się z kasztelanii na województwo, choćby pomniejsze. Z tego punktu 
widzenia kasztelanowa żałowała, że jej mąż nie był w Piotrkowie, a wtedy powiadała, że powinien 
był tam z wielkim dworem pojechać, aby się przecie królowi i światu pokazać, bo 
wcale mądre to jest przysłowie: „Jak z oczu, tak z myśli”. Król teraz pewnie będzie konferować25 
wiele urzędów, ten i ów kasztelanem zostanie, niejeden kasztelan pomknie na województwo, 
a drugi wojewoda przesiądzie się na województwo większe, o nas tam i mowy nie 
będzie, bo któż o takim pamięta, co sam zapomina o sobie? — Ale kasztelan powiadał na to: 
— Kmita nie potrzebuje się włóczyć po sejmach, ażeby o nim wiedziano, że żyje. Widzę ja 
z mojej wieży zamek królewski, toż i król z swego zamku widzi zamek sobieński. Jak tam 
zaczną posuwać senatorów na szachownicy, to nie przeskoczą przez Sobień — a goniec królewski, 
co go poszlą do mnie z nominacją na wojewodę, nie będzie potrzebował się pytać o 
drogę do rezydencji kmitowskiej. 
Ten goniec królewski uwięznąl w uszach całemu dworowi: nie oczekiwano go jeszcze, bo 
jeszcze nic nie było słychać o nowych nominacjach, lecz wszyscy byli pewni, że jak tylko 
król zacznie wakujące urzędy rozdawać, goniec królewski się nieomylnie otrąbi na Sobniu. 
Wśród takich rozmów i oczekiwań jednego zimowego wieczora trębacze uderzyli larum 
niezwykłe, a niebawem wpadł bronny do komnaty, w której cały dwór był zgromadzony, z 
oznajmieniem, że goniec królewski z ekspedycją przyjechał. 
Na tę wiadomość wszyscy się z krzeseł porwali, nawet i Kmita się ruszył i zdjął kuczmę z 
głowy — a kiedy wszedł szlachcic przystojny w barwie królewskiej z ogromnym listem w ręku, 
przyjęto go nadzwyczaj uprzejmie, obsypano komplementami, wypytywano o zdrowie 
króla, o Gniewosza, o Wilczka i oddano go zaraz Smolickiemu w opiekę, aby mu w małej sali 
jadalnej sowitą usłużył wieczerzą. 
Z czytaniem listu się nie śpieszono: bo najprzód, nie było żadnego wątpienia, że to jest 
województwo, zachodziło tylko pytanie, czy bełskie, z którego Tarnowski się może na które 
wyższe posunął, czy też zgoła podolskie, na którym Jędrzej Fredro właśnie co umarł — a potem, 
czytanie listów, zwłaszcza łacińskich, była to praca naówczas, która nie każdemu łatwo 
się udawała. Kasztelanowa wszakże była ciekawa, więc rzekła do męża: 
— Czytajże już nareszcie, bo przecie to nie jest rzecz obojętna, które to województwo? 
Kmita otworzył list i zaczął czytać, ale jakoś mu nie szło. List, okrutnie długi, zajmował 
całe trzy strony, a do tego jeszcze pisany pismem gotyckim. Kmita przebiegł oczyma pierwszą 
stronę, potem drugą i trzecią, ale nic nie wyczytał, zaczem go położył przed sobą, spojrzał 
na żonę i rzekł: 
— W tej kancelarii królewskiej piszą teraz jak kury, same ogonki, krzyżyki a kreski, diabli 
ich tam wiedzą, co popisali; jeno mi to dziwno, że taki list długi, chyba że w nim położyli 
jakieś instrukcje. 
— Ale któreż jest województwo? — spytała niecierpliwie kasztelanowa. 
— Diabełże ich wie — rzekł Kmita — ja tu nic o województwie nie widzę. 
Mu to kasztelanowa zbladła — a jako to zawsze była bardzo przytomna, rzekła najprzód do 
dworu: 
— Idźcie waszmość spać, jużeśmy się dość nagadali. 
A kiedy wyszli, powiedziała do męża: 
— Czytajże teraz głośno od deski do deski. Ja niewiele po łacinie rozumiem, ale coś przecie 
połapię, a reszty się domyśle. To nie jest nominacja, to już wiem pewnie. To jakaś instrukcja 
albo pozew, albo ja wiem? Czytaj! 
Kmita się mocno wpatrzył w pierwsze litery, wyczytał: Generoso Domino, potem swoje 
nazwisko i tytuły, ale dalej ani rusz. Natomiast zaś rzekł: 
— Chyba posłać do Sanoka po pisarza albo po księdza. 
— Jeszcze tego potrzeba — zawołała kasztelanowa — aby to roztrąbili po całym świecie. 
Smolicki przeczyta. 
Zwołano więc Smolickiego, a tak wszystko troje przy dwóch lampach zasiedli i zaczęli 
czytać słowo za słowem. Napocili się jak w łaźni, nasprzeczali się niemało o znaczenie słów i 
frazesów, ale nareszcie przecie wyczytali i zrozumieli. 
List ten był napisany z nadzwyczajną zręcznością. Dyplomacja ówczesna nie stała wcale 
niżej od tegoczesnej w sztuce pisania, owszem, czytając akta dyplomatyczne z tej epoki, nieraz 
nie możemy się dosyć nadziwić subtelności myśli, ścisłości rozumowania i umiejętności 
wyrażania najpozytywniejszych twierdzeń w formie niezmiernie delikatnej, a zawsze 
uwzględniającej stanowisko, wrażliwość i czułość osoby, do której akt jest wystosowany, 
często nawet łagodzącej już z góry przewidywane wrażenie. Tak i ten list był przepełniony 
pochwałami dla zasług Kmity; rozkaz oddania faktycznej komendy Kergolajowi był wprawdzie 
kategoryczny, ale za to cała trzecia strona zawierała same zapewnienia, że to zastępstwo 
nie ma przynosić uszczerbku jego wysokiemu stanowisku, owszem, przeciwnie, jak każde 
zastosowanie się do woli królewskiej, może liczyć na nieomylną wdzięczność swojego czasu. 
Toż ten list cale niejednakowe sprawił wrażenie na swoich trzech czytelnikach. Zmyślny 
Smolicki rozumiał, że można by skorzystać z tej okoliczności, iż Kergolaj jest w takich łaskach 
u króla, odstąpić mu jaką wioskę w ziemi przemyskiej i niechby go król zaraz tam zrobił 
kasztelanem, a za to od króla jakie województwo wykręcić: ale będąc bardzo ostrożnym, 
nie wyrywał się z tym, tylko milczał. Kmita jakoś trochę posmutniał, ale nie bardzo. A kasztelanowa 
była oburzoną do najwyższego stopnia. 
— Och! Kergolaj! Kergolaj! — zawołała z zaciśniętymi pięściami przed sobą — zawszem 
nienawidziła tego znachora, niechże mi się jeszcze raz tutaj pokaże, to mu bramę zatrzasnę 
przed nosem! 
Po czym stanęła przed mężem, wyprostowała się przed nim, głowę podniosła do góry i zapytała: 
— Cóż więc jegomość myślisz zrobić z tym wiechciem królewskim? 
Kmita pokręcił głową, namyślił się dobrze, a potem rzekł: 
— Jużci to rzecz nieprzyjemna przyjmować zastępcę, kiedy się nie jest kaleką. Zdarzaly się 
takie wypadki i dawniej, ale zawsze w dobrym porozumieniu: a tu mi narzucają zastępcę. Ale 
i to znowu zważyć należy, że to mój brat... 
— Ale co myślisz zrobić z tą ekspedycją? — zawołała kasztelanowa już w bardzo wielkiej 
niecierpliwości. 
— Trzeba się będzie nad tym namyśleć — rzekł Kmita. 
Na to kasztelanowa już nie mogła powstrzymać swojego podwójnego oburzenia, bo mąż ją 
jeszcze więcej oburzał, porwała list ze stołu, rozdarła go do połowy, potem zmięła jak chustkę 
od nosa i rzuciła pod komin, mówiąc w szlachetnym gniewie do męża: 
— Ot, co się robi z takimi ekspedycjami! 
Ten list, do połowy rozdarty i zmięty, przechował się przez wszystkie wieki następne w 
archiwach Kmitowskich. 
Kmita może nie bal się żony, ale nie lubił widzieć jej w gniewie, zaczem zaczął ją łagodzić, 
mówiąc: 
— Ale, moja Kasieńko, dlaczegoż zaraz się gniewać? Takie zastępstwa w czasie wojny zdarzają 
się niemal codziennie, a na polu bitwy nawet zdarzać się muszą, boć i kasztelanowie 
bywają ranni, a nawet padają czasem na placu. Moim zdaniem — a ja się przecież znam cokolwiek 
na wojnie — przy każdym dowódcy powinien być naprzód mianowany zastępca, bo 
jak go nie masz, a dowódca zginie, to zaraz cała chorągiew idzie w rozsypkę. Prawdę zaś 
mówiąc, to wolę ja mieć Kergolaja przy boku niż kogo innego, bo mów tam sobie o nim, co 
chcesz, żołnierz to doświadczony jak mało... 
— Przy boku! — zawołała kasztelanowa — ale to nie przy boku, tylko nad tobą! Przecież 
czytałeś instrukcją. On będzie hetmanił — a ty czym przy nim będziesz? namiestnikiem, oboźnym, 
strażnikiem, chorążym czy ciurą? Ciurą! ty, kasztelanie, pod komendą francuskiego 
znachora! A jak cię raz zdegradują na ciurę, to wiedz o tym, że już niczym więcej nie zostaniesz 
w tym życiu; jeżeli zaś masz tylko szczyptę ambicji, to powinieneś nawet z tej kasztelami 
ustąpić. Cóż tedy myślisz zrobić z tym pismem jego królewskiej mości? 
Kmita milczał, uśmiechając się z lekka, ale nie wiedzieć, co sobie myślał. Zachodziła tu, 
jak się zdaje, bardzo głęboka różnica zdań pomiędzy mężem i żoną: podczas kiedy on miał się 
za jednego z najpierwszych magnatów królestwa, chociażby nawet nie miał żadnego urzędu, 
ona, ceniąc zapewne równie wysoko ród Kmitów, jego samego miała po prostu za niedołęgę. 
Ale mimo sprzeczności zdań, oboje mieli słuszność, albowiem opinia o tego rodzaju kwestiach 
zależy zawsze od punktu widzenia. U niego już sam ród do znaczenia wystarczał; u niej 
także ród znaczył, ale pod warunkiem, ażeby i człowiek coś znaczył — i to ostatnie przekonanie 
było właśnie głównym artykułem wiary owoczesnych wielkich rodów, które się tak wysoko 
wyniosły. Ta różnica przekonań wyraziła się też niebawem w dalszym rozwoju tych 
obydwóch rodzin: Kmitowie tylko raz jeszcze błysnęli, a i to tylko blaskiem mniej niż wątpliwej 
wartości, i zgaśli, Tarnowscy zaś wkrótce świetną okryli się sławą i przeszli w wieki 
następne. 
Milczenie Kmity oburzyło kasztelanową, spłonęła gniewem i zawołała: 
— Gdybym synów nie miała, tobym cię zostawiła w tym barszczu królewskim! Dla twoich 
synów cię zeń wydobędę: ale biada tym rodom, których potęgę i sławę muszą ratować kobiety! 
Na te słowa Kmicie krew uderzyła do twarzy, zerwał się i zapewne chciał stanąć w obronie 
swego honoru: ale kasztelanowa obróciła się plecyma do niego, dała znak Smolickiemu, aby 
szedł za nią, i wyszła z komnaty. Znalazłszy się zaś z Smolickiem w kurytarzu, dała mu rozkaz, 
ażeby kazał natychmiast porostawiać konie aż do Krakowa i przygotować wszystko co 
potrzeba do tej podróży. 
Król prowadził tryb życia pełen pańskich fantazyj. Jadał ówczesnym zwyczajem o godzinie 
dziesiątej rano i do tego obiadu, prócz osób należących do jego dworu, rzadko kogo zapraszał. 
Po obiedzie zajmował się publicznymi sprawami i przyjmował suplikantów wszelkiego 
rodzaju, ale nie co dzień, często bowiem zaraz po obiedzie konno wyjeżdżał i wracał 
dopiero o zmroku, zmęczywszy konie i ludzi na umor, ale tym ich pocieszał, że takie ćwiczenia 
ciała są dla zdrowia koniecznie potrzebne. W dnie słotne zamykał się na cały dzień w 
swym gabinecie i nikogo nie przypuszczał do siebie; powiadano, że wtedy po całych dniach 
księgi wertował. Czasem zaś zamiast książkami bawił się szermierstwem, każąc młodzieży 
szermować przy sobie albo też i sam z nią szermując — a że był bardzo sprawny w robieniu 
wszelką bronią, więc zwykle młodzików potężnymi pookładał guzami; lecz że to były guzy 
królewskie, więc nie bardzo bolały, zwłaszcza że często jeszcze król na nie jaki plaster przyłożył, 
co się często zdarzało, bo był hojnym aż prawie do rozrzutności, jak wszyscy Jagiellonowie. 
Wieczerzę dawano o zmroku, a wtedy król zwykle więcej osób zapraszał do swego stołu. 
Czasami zasiadali do niej także mieszczanie, z którymi bardzo chętnie po niemiecku rozmawiał. 
Język ten był zresztą bardzo upowszechniony na dworze królewskim, boć żyła jeszcze i 
mieszkała na zamku matka jego, Elżbieta Rakuszanka, otoczona zawsze Niemcami, która 
zawsze prowadziła dwór całkiem osobny i z wyjątkiem wielkich festynów, nie zasiadała nigdy 
do stołów biesiadnych swojego syna. Prócz tego, od szwagrów królewskich, króla bawarskiego, 
elektora brandenburskiego, Bogusława pomorskiego i Jerzego, księcia saskiego, na
zwanego później Brodatym, przyjeżdżali często kawalerowie niemieccy, którzy długo bawili 
w gościnie na zamku. Do wieczerzy przychodził także czasem królewicz Fryderyk, kardynał i 
biskup krakowski, i przyprowadzał ze sobą kilku ze swojej młodzieży, pomiędzy którą już był 
natenczas Jan Tarnowski, późniejszy hetman wielki koronny, i Stańczyk, jeszcze także młody 
naówczas, lecz już z młodu obdarzony rozweselającym wszystkich humorem. 
Po wieczerzy grano w szachy, w kości i karty, a w tej rozrywce przygrywali zazwyczaj 
gędźbiarze, których król utrzymywał całą kapelę, a których mu dostarczała krakowska bursa 
rybałtów. Po wieczerzy król często znikał, zostawiając gości na opiece swego podkomorzego. 
Gdzie wtedy bywał, nikt o tym nie wiedział ani śmiał kogokolwiek wypytywać: wiedziano 
tylko, że król zwykle bardzo późno na zamek powraca, czasem nawet dzwon katedralny zawołał 
wikariuszów na jutrznię, a jego jeszcze nie było. Lecz kiedykolwiek wrócił, choćby 
najpóźniej, zawsze z porannym brzaskiem był już ubrany i siedział w komnacie poprzedzającej 
jego izbę sypialną, posilając się winną polewką. 
Wtedy nie przyjmował nikogo: za drzwiami tej komnaty siedział paź dyżurny i czekał, póki 
król go nie zawoła i nie każe zaprosić do siebie tego albo owego z panów dworskich albo 
postronnych, którzy w dalszej antykamerze czekają. Albowiem przed tą antykamerą niewielką, 
w której zawsze tylko jeden paź siedział, była inna, bardzo obszerna, ledwie nie jak nawa 
skromnego kościoła, w której się gromadziła służba królewska. Tam mieli swe locum standi26 
rotmistrze i inni urzędnicy królewscy, gdzie podkomorzy ich w izbie przyległej także częstował 
winną polewką. Tam zwykle już o świtaniu gromadzili się ci i owi panowie, którzy właśnie 
bawili w Krakowie, a zarazem szlachta, dygnitarze kościelni, zakonnicy, przejeżdżający 
rycerze i rozmaici inni podróżni, którzy tego dnia chcieli mieć audiencją u króla. 
Tego poranku w tej pierwszej antykamerze było bardzo ludno i gwarno, bo wielu już przeczuwało, 
że się zanosi na wojnę, zaczem ten i ów chciał pewniejszych wiadomości zasięgnąć, 
drugi zaś to lub owo sobie u króla uprosić. Podkanclerzy, marszałek, podkomorzy, Kamieniecki, 
Gniewosz, Kergolaj, Wilczek, Myszkowski, stali w grupach z gośćmi, rozmawiając z 
nimi żywo o rzeczach publicznych: kiedy drzwi się otworzyły pomału, ale na ścieżaj, i weszła 
poważnym krokiem kasztelanowa przemyska. 
Pani Kmitowa miała na głowie czepiec ze spuszczonymi uszyma, przetykany złotem, 
około szyi białą kryzę miernej szerokości, na piersi krzyż drogimi kamieniami sadzony na 
złotym łańcuchu, około bioder pas z klamer złotych szmelcowanych, bardzo misternej roboty, 
z jednym końcem wiszącym poniżej kolan, na sobie suknię długą z ciężkiej jedwabnej materii, 
ciemnego i jednostajnego koloru, a na tym wszystkim przepyszną szubę sobolową, ciemnokarmazynowym 
atłasem nakrytą. Ubiór, choć nie błyszczący pstrokato wedle mody ówczesnej, 
przy jej wzroście i zwykłej powadze, dodawał jej tak wiele okazałości, iż zdało się w 
niej widzieć postać królewską. 
W tej antykamerze rzadko zjawiały się damy, a zwłaszcza o tak rannej godzinie, wszyscy 
więc na nią zwrócili oczy i umilkli, zaś Kamieniecki i Gniewosz, poznawszy ją zaraz, przybiegli 
do niej, prezentując jej swoje ukłony i ofiarując swoje usługi. Wilczek także ją poznał, 
ale cofnął się w kąt i zachmurzył się jeszcze bardziej niż zwykle. Kergolaj zaś był jej zjawieniem 
się niezmiernie zdziwiony, patrzał na nią ciekawie, ale stanął tak, aby go nie spostrzegła. 
Kamieniecki dowiedziawszy się od niej, że się chce widzieć z królem, wiedząc dobrze, że 
król jeszcze nikogo nie zawołał do siebie, a zatem, że jeszcze nie pora iść do niego, a nawet 
jeszcze nie pora prosić o audiencją, zawiadomił ją o tym z kawalerską grzecznością, zapewniając 
ją, że król za lada chwilę zacznie przyjmować, a wtedy sam podkomorzy albo nawet 
marszałek ją zamelduje. Ale ona podnosła prawą rękę jak gdyby na znak zaprzeczenia i rzekła 
z uśmiechem: 
— Spodziewam się, że król jegomość raczy mnie przyjąć przed innymi suplikantami. 
A to rzekłszy, poszła tym samym poważnym krokiem do następnej komnaty i tam zatrzymała 
się przed samym Lubkiem. 
Lubek spostrzegłszy ją, zarumienił się powyżej uszu i prawie się przestraszył, chociaż sam 
nie wiedział dlaczego, tymczasem ona rzekła do niego: 
— Cieszę się, że cię widzę na takiej funkcji zaszczytnej. Czy król jest już ubrany? 
— Ubrany — odpowiedział Lubek — bo już ze trzy pacierze, jak mu zaniesiono polewkę, ale 
jeszcze nie przyjmuje, bo też i nie zawołał nikogo do siebie. 
— Mnie przyjmie — rzekła kasztelanowa, sama sobie drzwi otworzyła i weszła do królewskiej 
komnaty. 
Lubek miał dla niej tyle respektu, że jej nie przeszkodził, co było bardzo nieroztropnie na 
pazia będącego na służbie i mającego ścisłe instrukcje. 
Król w małym kołpaczku na głowie, w krótkim aksamitnym płaszczyku z rękawami i z 
mieczykiem u boku, siedział przy stole plecyma obrócony do drzwi i nad czymś rozmyślał. 
Usłyszawszy kogoś wchodzącego bez rozkazu, obrócił się gniewnie do drzwi, a już wcale 
brwi zmarszczył, kiedy obaczył kasztelanową. Rzadko ją wprawdzie widywał, ale ją poznał, a 
zapewne nie bardzo chętnie ją teraz widział u siebie, bo nie ruszając się z krzesła, rzekł do 
niej: 
— Jejmość pani kasztelanowa przemyska. Nie opowiedziano mi, że waszmość pani jesteś w 
Krakowie. Cóż to jejmość do mnie sprowadza tak całkiem niespodziewanie? 
— Miłościwy panie — odpowiedziała mu kasztelanowa — niespodziewanie spadł nam na 
głowę upokarzający nas dekret waszej królewskiej mości, toż równie niespodziewanie musiałam 
stanąć u stopni tronu, ażeby wnieść protest przeciwko tej krzywdzie, którą, być może, 
że bez wiedzy waszej królewskiej mości nam wyrządzono. 
— Jaki dekret? jaka krzywda? — zawołał król, wstając raźnie i patrząc prosto w twarz kasztelanowej 
— ja nigdy nikogo nie krzywdzę. 
— Dlatego też powiedziałam, że mogło się to stać mimo wiedzy waszej królewskiej mości. 
— Mimo mojej wiedzy nikt tutaj żadnych nie wydaje dekretów — rzekł król, niemile tą 
uwagą dotknięty — jaki to dekret? 
Na to odpowiedziała mu kasztelanowa spokojnie: 
— Onegdaj przyjechał na Sobień goniec z kancelarii królewskiej i przywiózł memu mężowi 
papier z podpisem waszej królewskiej mości, który zawiera jego destytucją27 z kasztelanii 
przemyskiej. 
— Destytucją! — zawołał król jakoby bardzo zdziwiony — a toście źle ten papier czytali. Nie 
jest to destytucją, tylko substytucja28, a i to tylko w dowództwie nad pospolitym ruszeniem. 
Ani godności, ani urzędu imci pana Kmity to nie dotyka, mąż waszmość pani, jak był kasztelanem, 
tak i nadal nim będzie. 
— Miłościwy królu — rzekła kasztelanowa na to sucho, ale stanowczo — w takich warunkach 
mój mąż kasztelanem nie będzie. Raczej mu być niczym, raczej mu być tylko Kmitą, to jeszcze 
będzie znaczyć coś więcej, aniżeli będąc ciurą pod rotmistrzowską buławą imci pana batarda 
de Kergolay! 
Na to jakiś nieokreślony uśmiech przeleciał po twarzy króla, zaczem Jan Olbracht wziął 
głos, lecz mówił niecierpliwie i górnie: 
— Waszmość przypisujecie sobie zdanie o rzeczach, których nie rozumiecie. Moje postanowienia 
nie wypływają ani z królewskich kaprysów, ani ze względów ubocznych na osoby 
albo rodziny. U mnie moc i potęga tego królestwa idzie przed wszystkim. Dlatego u mnie 
Kergolaj tyle wart, co imci pan Kmita albo którykolwiek inny pan małopolski, jakie bądź nosi 
nazwisko, a każdy waży tylko podług zasługi, jaką oddaje temu królestwu. Mąż waszmość pani zasiedział się na wsi, zapleśniał, ociężał, przywykł do wczasów. Jeżeli wojna wybuchnie, 
to mnie będzie potrzeba nie panów, co tylko błyszczeć mogą swoim imieniem i dworem, ale 
żołnierzy, co dobrze sprawiają chorągwie i sami łba swego nadstawią za tę ojczyznę, w której 
wam tak dobrze się dzieje. Dlatego też tym kasztelanom, co zapleśnieli, substytucję rotmistrzów, 
którzy im zostawią wszystkie honory, a za nich chorągwie ich sprawią i zdrowie 
swoje wystawią. Figurować będziecie mogli, ile wam się podoba, nikt wam w tym nie przeszkodzi, 
ale wasze poczty bić się będą, jak trzeba. Jeżeli zaś mężowi waszmość pani dodałem 
Kergolaja do boku, to właśnie dlatego, że to jego powinowaty i że z nim łatwiej się zgodzi niż 
z którym innym. Już trzem kasztelanom dodałem rotmistrzów i wszyscy się na to bez szemrania 
zgodzili, toż i imci pan Kmita może na to się zgodzić, a mnie zostawić w spokoju. 
— Miłościwy panie — rzekła kasztelanowa znowu równie stanowczo — mój mąż nie pójdzie 
pod komendę imci pana de Kergolay. 
— Więc to tam macie coś z sobą na pieńku — rzekł król niecierpliwie — więc dobrze, więc 
dam mu kogo innego. 
— Miłościwy królu — powiedziała kasztelanowa tym samym tonem — mój mąż żadnego 
substytuta nie przyjmie, choćby nim był sam Kamieniecki. Dość już dla niego, że wojewoda 
go będzie gniótł z góry; żaden pan sprawiedliwy po nim wymagać nie będzie, aby go jeszcze 
narzucony mu rotmistrz gniótł z dołu. Miałby tak między dwoma komendantami zawisnąć w 
powietrzu, miałby się z kasztelanii drążkowej przesiąść na kasztelanią tylko imienną i imię 
Kmitów wydać na pośmiewisko całego świata, to raczej by podziękował swojemu panu za 
służbę i pocieszył się tym, że może jeszcze pozostać panem w swoim własnym królestwie. 
Zdaje się, że te słowa przepełniły króla pewną goryczą, bo mówił jak gdyby z żalem: 
— Nie wiem już zaprawdę, jaki ten król być powinien, aby wam potrafił dogodzić! Natkalem 
was prawami i przywilejami w Piotrkowie, jakicheście się sami nie spodziewali. Już odtąd 
chłop będzie u was w niewoli, już mieszczaninowi nie wolno dóbr szlacheckich kupować, 
już tylko szlachta ma się rozsiadać na wszystkich duchownych i świeckich urzędach, jużeście 
wszystko zabrali, już jesteście wyłącznymi panami tego królestwa: i na tym wam jeszcze nie 
dosyć! Czegóż wam się jeszcze zachciewa? Wiem ja to dobrze, nie potrzebujecie mi tego 
powiadać. Jeszcze za mało hojni byli na was Jagiellonowie, jeszczeście ich nie ze wszystkiej 
władzy wyzuli, trzebaż ich wyzuć do reszty. „Tylko król ma być wybieralny, a urzędy i starostwa 
dziedziczne”, tego wam jeszcze potrzeba i o to wam chodzi. Niechże wam Bóg dopomaga! 
Może jeszcze i to dostaniecie, nie ode mnie, ale od którego z moich następców — a wtedy 
już rozniesiecie to królestwo pomiędzy siebie, ba, wtedy już wam i królów nie będzie potrzeba. 
Będziecie sami królować na waszych zamkach: tu Tarnowski, tu Kmita, i tak każdy u siebie. 
Ano nie wiem, skąd wtedy ten blask brać będziecie, który na was spływa z Jagiellońskiej 
korony, i nie wiem, kto będzie bronił waszej królewskiej chudoby! 
Bardzo cierpkie były to słowa, mogły każdego skruszyć i zniewolić do pokory należnej koronie: 
ale kasztelanowę, o ile się zdaje, bardzo głęboko dotknęło wspomnienie o blasku, spadającym 
z Jagiellońskiej korony na jej rodzinę, albowiem jeszcze wyżej głowę podniosła i 
mówiła głosem pełnym pewności siebie i prawie królewskiej powagi: 
— Miłościwy panie, coś wasza królewska mość uczynił dla szlachty w Piotrkowie, to, jak 
słyszałam, znalazło powszechne uznanie, które też bez wątpienia przy danej sposobności wyrazi 
się w czynach. Jednak nie mnie kobiecie te sprawy rozbierać a sądzić, których zawiadywanie 
od wieków poruczone jest senatorom. Jakoż, jeżelim śmiała zapukać do drzwi królewskiej 
komnaty, to tylko jako żona i matka, której mężowi a synom wyrządzono krzywdę w 
kancelarii królewskiej, jako właśnie się dowiaduję, z rozkazu samego króla. Na taką krzywdę 
zasłużyliśmy sobie tak mało, jak na te drugie zarzuty, jakobyśmy Jagiellonów chcieli wyzuć z 
ich władzy, a między siebie rozdrapać królestwo. Jeszcze mój mąż dotychczas nie wziął ani 
jednego starostwa, nawet nigdy o żadne nie prosił, a jeśli panuje na obszerniejszych majątkach 
niż inni, to je dostał nie od Jagiellonów, tylko po swoich ojcach, zaczem je własną za28 
biegliwością a pracą rozszerzył. Kasztelania drążkowa, na której mąż mój od kilkunastu lat 
siedzi i mimo swych siwych włosów o awans nie błaga, także nie bardzo się kąpie w tym blasku 
Jagiellońskiej korony, który z lasów litewskich na Polskę zaświecił. Mój królu a panie, 
nie przyszłam tu po to, ażeby cenzurować rządy korony, ale kiedy mnie krzywda się dzieje, a 
zamiast sprawiedliwości jeszcze spada na mnie królewska cenzura, to mam sobie za obowiązek 
powiedzieć, że Kmitowie a Tarnowscy dawniejsi są w tym polskim królestwie niżeli Jagiellonowie, 
blasku od nikogo pożyczać nie potrzebują, zasługiwali się zawsze według sił 
swoich ojczyźnie i mają miłość swych bliźnich — a jeżeliby podobało się Bogu na tron ich 
powołać, to ludzie pewnie takich wstrętów im nie uczynią, ażeby ich trzeba aż gwardią królewską 
rozganiać... 
Był to bardzo cierpki przytyk do obioru Jana Olbrachta, gdzie gwardia królewska rozpędziła 
istotnie mazowieckie zastępy. Zaczem król stracił cierpliwość, przerwał jej i zawołał 
żałośnie: 
— Dobrze już, dobrze. Znam ja te pieśni, co mi się nieraz przelewają uszyma. Więc czegóż 
waszmość pani chcesz? Co ma król zrobić, ażeby sobie zasłużył na łaskę Tarnowskich i 
Kmitów? 
— Nic, najjaśniejszy panie — odpowiedziała mu kasztelanowa — Stanisław Kmita błaga tylko 
swojego króla, aby go zostawił w spokoju... i aby mu pozwolił dopełniać osobiście tych 
obowiązków, jakie na niego wkłada jego kasztelania drążkowa. 
— Więc dobrze — rzekł król — więc każę ten dekret odwołać. 
— Będę czekać w Krakowie, póki mi kancelaria tego odwołania nie przyszle. 
— Dziś, zaraz — powiedział król — niech Pan Bóg prowadzi. 
Kasztelanowa ukłoniła się nisko królowi i wyszła, zostawiwszy drzwi nie zamknięte za sobą. 
Król patrzał za nią, pełen gniewu i oburzenia — a kiedy spostrzegł, że weszła już do tej 
wielkiej antykamery, gdzie czekający dygnitarze znowu ją otoczyli, wyskoczył przez drzwi 
otwarte i trzęsąc się cały od złości, rzucił się na młodego Pretficza. 
— Tak to drzwi moich pilnujesz? masz! — krzyknął król i udcrzyl go z lekka po twarzy — ruszaj 
precz i zawołaj mi tutaj podkomorzego. 
Biedny Lubek struchlał, uczuwszy rękę królewską na sobie, a jego twarz, nie z bólu, ale ze 
wstydu, oblała się ciemnokarmazynowym rumieńcem. Pobiegł zawołać podkomorzego, ale 
kiedy wszedł w tłum dworaków, zalał się łzami i ledwie potrafił wylkać mozolnie, z czym go 
król posłał. 
Młodsi i starsi zaraz go otoczyli, tuląc go w żalu i nauczając, że taki policzek od króla żadnej 
ujmy nie czyni. Królewska ręka według zwyczajów dworskich nie obraża honoru sług 
jego: nawet nie masz ani jednego pazia, coby od króla choć raz po gębie nie dostał. Ale mimo 
że wszyscy usiłowali go uspokoić, mimo że najwyżsi dygnitarze okazywali mu jawnie swoję 
życzliwość, mimo że nawet sam król kilka razy do niego łaskawie przemówił, on się nie mógł 
pocieszyć. Już tylko parę tygodni bawił na dworze królewskim, po czym podziękował za 
służbę i wyjechał, nie powiedziawszy wszakże nikomu, dokąd wyjeżdża. 
XI 
OBÓZ POD LWOWEM 
Na zamku królewskim w Krakowie jeszcze nigdy takiej ciszy i takiej powagi a zarazem 
tak skrzętnej pracy nie było, jak w drugiej połowie zimy roku 1497. 
Król wszystkie zabawy i wszystkie rozrywki porzucił, rzadko kiedy wyjeżdżał, sam po 
kilka godzin codziennie w kancelarii przepędzał, a zresztą najrozmaitszych ludzi w swoim 
gabinecie przyjmował. Podkanclerzy zwyczajną liczbę swoich pisarzy i gońców podwoił, tyle 
tam teraz ekspedycyj musiano spisywać i w różne strony królestwa, a często i za granicę wysyłać. 
Ludzie, których król u siebie przyjmował i zwykle sam na sam z nimi rozmawiał, byli 
to senatorowie z odległych okolic, rotmistrze i starostowie, rezydujący na zamkach granicznych, 
posłowie litewscy, krzyżaccy, węgierscy i czescy, czasem zaś nawet indywidua całkiem 
nieznane, o których tylko tyle wiedziano, że przyjeżdżali z ziemi wołoskiej, tatarskiej albo też 
z turecczyzny, a których przeto miano za tajnych ajentów królewskich lub szpiegów. Kamieniecki 
przez cały ten czas nie ruszył się krokiem z Krakowa, codziennie miewał z królem narady, 
czasem bywał obecny rozmowom króla z królewiczem Zygmuntem i kardynałem Fryderykiem, 
kilkakrotnie w jakichś poselstwach od króla wyjeżdżał, ale nigdy się nikt od niego 
nie mógł dowiedzieć, ani z czym jeździł, ani do kogo. Wszyscy przoczuwali, że jakieś niezwykłe 
przygotowują się rzeczy, domyślono się prawie powszechnie, że jakaś wielka wojna 
sekretnie się ściele, ale nikt nawet nie śmiał o niej wspominać z obawy przed królem, który 
widocznie nie chciał, aby o tym mówiono, a w tym czasie był niezmiernie surowy dla 
wszystkich i w swych nagłych wyrokach zawsze nieubłagany. 
Pomnażano także młodzież służbową na zamku, kompletowano chorągwie rycerskie, składające 
wojskowy dwór króla, i przyjmowano każdego, który jakokolwiek z rycerska się prezentował. 
Wszystka ta młodzież przechodziła przez ręce Gniewosza, który ją oglądał i egzaminował, 
jednych przyjmował, drugich odsyłał, a wszystkich przyjętych wieczorami w wielkiej 
zamkowej kordegardzie zgromadzał i tam im z rozkazu króla katechizm rycerski wykładał. 
Bardzo ciekawe już dla samego oka były te zgromadzenia, albowiem można tam było widzieć 
najrozmaitsze rynsztunki i zbroje, wedle tych rozmaitych krajów, w którym każdy z 
nich odbywał nauki albo też terminował: tutaj więc hełmy z piórami, z grzebieniem zjeżonym 
szerścią stojącą, z blaszanymi skrzydłami albo też uszyma, pancerze całkowite lub półpancerze, 
polerowane, szmelcowane, wykładane srebrem lub złotem, z herbami, obrazkami świętych 
albo innymi insygniami, jedne z wielkich płatów złożone, drugie z wąskich pierścieni 
albo też w kształcie koszulek, ten z krótkim mieczem, ów z długim, a inny z młotem do rozbijania 
hełmów i pancerzy, wielu zaś w sukniach świeckich, barwnych nad podziw, krojem 
węgierskim, czeskim, niemieckim albo francuskim. Ale jeszcze ciekawsze były prelekcje 
Gniewosza, który obok ogromnego komina, na którym się cale kłody jasnym paliły płomieniem, 
w wysokim poręczowym krześle zasiadał i wykładał im wszystkie artykuły rycerskiego 
kodeksu jeden po drugim. 
Artykułów tych było blisko trzydzieści, a celniejsze z nich brzmiały w ten sens: Każdy rycerz 
ma bać się Boga, bić się zawsze i wszędzie za wiarę i raczej męczeńską śmierć ponieść, 
niżeli wyrzec się chrześcijańskiej religii. Ma służyć wiernie swojemu królowi i bić się za niego 
i za ojczyznę ze wszystkich sił swoich. Ma bronić słabszych we wszystkich ich prawach, a 
mianowicie wdów, dziewic i sierót, jednak ani przeciwko swemu, ani przeciwko ich własnemu 
królowi. Nie ma nikogo obrażać w złości ani jego dobra pożądać, owszem, najeżdżać na 
takich, którzy to czynią. Nie ma nigdy nic przedsiębrać z pożądliwości albo dla marnej nagrody, 
tylko zawsze dla pomnożenia czci swojej i swego honoru. Ma zawsze bez szemrania 
wypełniać rozkazy swych przełożonych. Ma mieć zawsze w poszanowaniu urząd, godność i 
cześć swych towarzyszy i zawsze ich bronić. Nie ma nigdy samowtór albo zgoła samotrzeć na 
jednego uderzać i nigdy nie używać w pojedynku ani podstępu, ani też żadnej chytrości. W 
bitwie ma tylko jednego miecza używać, chyba gdyby był nagabany przez kilku. W turnieju 
nigdy ostrza nie używać. Wzięty w niewolę w turnieju, ma święcie dotrzymać wszystkich 
warunków, pod którymi go jego zwycięzca wypuści na wolność. Wiary ma dotrzymywać 
zawsze i wszędzie i strzec, aby jej jego bracia także dotrzymywali. Rycerze mają się między 
sobą czcić i szanować, i zawsze sobie pomagać. Jeżeli rycerz jakie wotum29 uczyni, które ma 
bronią spełnić, nie powinien się nigdy rozbrajać, chyba że do snu się kładzie. Jeżeli w celu 
spełnienia swojego wotum musi się przebijać przez niebezpieczne wąwozy, gdzie by się mógł 
spotkać z mocniejszymi rycerzami, z dzikimi bestiami, z diabłami, strzygami lub upiorami 
(co tak często się zdarza), to nie wolno mu dlatego takiego wąwozu omijać pod utratą czci i 
honoru. Rycerz nie ma nigdy przyjmować żołdu ani żadnej nagrody od postronnego króla 
albo książęcia. Ciągnąc na czele chorągwi, nie powinien dopuszczać, ażeby jego żołnierze 
jakiekolwiek krzywdy czynili mieszkańcom. Jeżeli mu powierzone jest bezpieczeństwo kobiety 
lub panny, ma raczej zginąć, niżeli dopuścić, aby ją obrażono. Jeżeli mu się zdarzy zdobyć 
w niewolę kobietę lub pannę, nie powinien naruszać jej czci, chyba żeby się sama na to 
zgodziła. Komukolwiek równemu sobie nie powinien nigdy uczciwej bitwy odmawiać. Wróciwszy 
z wojny albo wyprawy, ma zgodnie z prawdą opowiedzieć królowi swe czyny; który 
by kłamał, ma być wytrącony spomiędzy rycerstwa. Rycerz ma być zawsze wierny, pokorny i 
grzeczny, głośno bić, a cicho mówić i zawsze dotrzymać słowa, choćby chodziło o życie, albowiem 
na tym jego wysoka godność polega i niezrównana cześć, jakiej używa. 
Takie były przedniejsze artykuły rycerskiego kodeksu; lecz był jeszcze inny, niejako 
ujemny, a wyrażający, czego się rycerz kajać30 powinien, a ten wykładał Gniewosz młodzieży 
starym wierszem niemieckim w ten sens: 
Welch Ritter bei einer Messe steht 
Und nicht zum Opfer geht, 
Und Schüsseln spült und spielt mit Schälken, 
Und beginnt die Küh’zu melken, 
Und geflickte Schuh'antheit, 
Und einen Armen verschmeit, 
Und seine Kleider schickt, dass man się wendt, 
Der hat seine Ritterschaft geschändt31. 
Od tego czasu wieki minęły — a ten wierszowany kodeks rycerski pozostaje jeszcze do dziś 
dnia katechizmem szlacheckim. Ale Gniewosz to wówczas bardzo pięknie wykładał, tak pięknie, że na jego prelekcje do kordegardy chodzili nie tylko nowozaciężni młodzi żołnierze, 
ale cisnęła się także wszystka szlachta, która choćby tylko w przejeździe się znajdowała w 
Krakowie. Nawet sam Kamieniecki często się zjawiał, zabierał głos i Gniewoszowi pomagał. 
Niejednokrotnie i inni mówili, opowiadając świetne czyny rycerskie, jakich sami byli świadkami, 
bo znajdowało się między tą młodzieżą niemało takich, co już przez kilka lat żołdy 
czynili w Niemczech, Sabaudii, w Hiszpanii i Francji. Wilczek także prawie codziennie na te 
rozgowory przychodził, ale był smutny i milczący, w sobie zamknięty i zachmurzony. 
Nie znalazł on dotąd żadnej pociechy na swoje nieprzatrawione boleści. Nie miał dotychczas 
jeszcze żadnej wiadomości od Jagienki ani nawet nie usiłował od niej jaką wiadomość 
otrzymać, bo jego honor rycerski nie pozwalał mu szukać jakiejkolwiek relacji z żoną swojego 
towarzysza i przyjaciela. Wiedząc o tym na pewno, że Gniewosz został do tego małżeństwa 
przeciwko swej woli zmuszonym i domyślając się, że i on chciałby się od tych ślubów 
uwolnić, usiłował pokilkakrotnie zbliżyć się do niego, zniewolić go do konfidencji i razem z 
nim jakie środki obmyśleć, za pomocą których można by rozwiązanie tych ślubów sprowadzić. 
Ale Gniewosz, stojący pilnie na straży swego honoru, nie dopuścił mu nigdy ani jednego 
słowa aluzji do swojej żony — a kiedy Wilczek raz zdobył się na odwagę i wprost go o Jagienkę 
zapytał, to Gniewosz odpowiedział mu bardzo uprzejmie, lecz sucho: 
— Pisuje do mnie co miesiąc, a z jej listów widzę, że jest zdrowa i dobrze jej się powodzi. 
Po czym zaraz rozmowę odwrócił do innego przedmiotu. Wilczek był w gruncie rzeczy z 
tego zadowolony, że Gniewosz ani sam jechać na Czorsztyn, ani też żony do Krakowa sprowadzać 
nie myśli. Potwierdzało to przypuszczenia Formozy, na które chciała mu przysiąc. 
Pocieszał go także cokolwiek jego sługa Kostruban, który się nadzwyczajnie do niego przywiązał, 
służył mu wiernie jak pies, jego myśli zgadywał i jego zupełne zaufanie pozyskał. 
Kostruban wiedział już o wszystkim i co dzień go zapewniał, że rzeczy te dziś na jutro wezmą 
obrót niespodziewany i on Jagienkę dostanie. Wilczek mu nie wierzył, ale go słuchał, bo któż 
nie słucha wróżby miłej swojemu sercu? Czasem zaś z nim cierpko żartował, mówiąc: 
— Jeśliś jest diabeł prawdziwy, to przecie mi powiesz, jakim sposobem ją dla mnie dostaniesz. 
Kostruban nie umiał mu jeszcze tego powiedzieć, ale przecie od czasu do czasu przynosił 
mu wiadomości, które go zajmowały. Tak raz mu doniósł, jako Gniewosz się zwierzył przed 
swoim pacholikiem, że się stara u kardynała, ażeby jego ślub mógł być unieważniony. Innym 
zaś razem zapewnił go, jako król Gniewoszowi obiecał, że do papieża napisze, aby ten ślub 
skasował. Były to rzeczy prawdopodobne i dlatego czasem wypogadzały cierpki humor niepocieszonego 
młodzieńca, ale zawsze tylko na chwilę. Rozebrawszy tę sprawę rozumem, który 
mu mówił, że w katolickim Kościele nie masz rozwodów, a oprócz tego będąc przekonanym, 
że król o takich sprawach tylko tak długo myśli, jak długo właśnie o nich jest mowa, 
znów w czarną rozpacz zapadał. A wtedy mówił do siebie: — Gdyby tylko wojna wybuchła! 
tam znajdę dla siebie niezawodny ratunek. — Dlatego od czasu, jak zaczęto szeptać o wojnie, 
ożywił się trochę, mówił o niej z zapałem i nieraz się zdradził przed swymi towarzyszami z tą 
myślą: że kto zdrów wróci z tej wojny, temu niech Pan Bóg da szczęście, ale on pewno nie 
wróci... 
Aż jednego dnia, jeszcze przed końcem lutego, król go kazał zawołać do siebie i dał mu 
rozkaz, ażeby zaraz wyjeżdżał do Tustania. Kasztelania halicka wakowała natenczas. Król dał 
mu zatem już wygotowany dokument do wojewody ruskiego, mocą którego mianuje go zastępcą 
kasztelana i nakazuje wojewodzie, ażeby go zainstalował, jemu zaś wydał instrukcją, 
ażeby z pospolitaków, których będzie mógł zebrać w sekrecie, wysztyftował zawczasu porządną 
chorągiew, zaczem jak swego czasu zatrąbią na koń, obejmie komendę nad pospolitym 
ruszeniem powiatu. 
Na tę wiadomość Wilczkowi uderzyło serce z radości tak gwałtownie, że mu się twarz roześmiała 
i ścisnął króla za kolana. To śmierć pewna i śmierć chwalebna na czele rycerstwa 
tak znamienitego powiatu! Wilczek uczuł się uniesionym szczęściem anioła: dla niego śmierć 
była dzisiaj zwiastunem zbawienia. 
Król, widząc tę radość, położył mu łaskawie rękę na ramieniu i rzekł: 
— Słysz, Wilczek! jam zawsze był ciebie pewnym, tak jak Gniewosza, żeś gotów za mnie 
skoczyć choćby w ogień. Ale wiedz o tym, że ja teraz liczę na ciebie, że mi tam zawczasu 
taką złożysz chorągiew, którą dobrze w garść weźmiesz panów pospolitaków. 
— Najjaśniejszy królu! — zawołał Wilczek z zapałem — za miesiąc a sześć tygodni taką wystawię 
chorągiew, że nią ścisnę szlachciców jak w kleszcze żelazne. Chorągwi Gniewosza ja 
nisko nie cenię, ale za to waszej królewskiej mości odpowiem, że gdzie ja z moją chorągwią 
uderzę, tam dla Gniewosza i źdźbło nie zostanie. 
— Słuchajże mnie, mój Wilczek — dodał król kontent z jego zapału — a jak przez Lwów będziesz 
przejeżdżał, to pomóż tam trochę Kergolajowi, ażeby także tam jakąkolwiek złożył 
chorągiew. Bo tutaj mi się z nim nic nie udało — a szkoda człowieka. Kmita go na zastępcę nie 
przyjął, a może rycerstwo także nie rade by iść pod buławę cudzoziemskiego rycerza. Zaczem 
go wyprawiłem do Lwowa, aby tam z tych wielkopolskich chodaczków, co w jesieni chmurami 
pociągnęli w Bełskie, tam się nie mogli osiedlić, a teraz siedzą na bruku we Lwowie, 
także złożył chorągiew. Dałem mu trochę pieniędzy, resztę kazałem mu wypłacić we Lwowie, 
spodziewam się, że da sobie radę, ale jeżeliby się trącał o jakie trudności, to ty mu pomożesz. 
Wilczek przyrzekł święcie królowi, że Kergolajowi wedle sił swoich pomoże — i jeszcze 
tego dnia wyjechał z całym swym pocztem z Krakowa. 
Brodząc z wielkim mozołem przez nieprzebrane śniegi, jakimi Polska w tej porze roku 
była zazwyczaj nakryta, ósmego dnia dobił się wreszcie do Lwowa — i przede wszystkim 
Kergolaja odpytał. Kergolaj najął sobie poza murami miasta zaraz pod Niskim Zamkiem obszerną 
gospodę, rozłożył się w niej bardzo wygodnie wedle swego zwyczaju i werbował ludzi 
dla swojej chorągwi. Jego werbunek, choć jawny, nie sprawił w mieście żadnego wrażenia i 
nie stał się powodem do żadnych plotek o bliskiej wojnie. W owych czasach, kto chciał, werbował 
sobie ludzi po miastach i nikt mu tego nie bronił. A sztyftowanie konnej chorągwi nie 
było łatwym zadaniem z powodu wielkiego ubóstwa tej drobnej szlachty, pomiędzy którą 
jedynie można było znaleźć ludzi do konnej służby już jakokolwiek wprawionych. Kergolaj, 
przyjmując skutkiem swego temperamentu nawet przeciwieństwa zawistnych losów z humorem, 
opowiadał Wilczkowi i ten swój zawód wesoło, mówiąc: 
— Król chyba mnie się chciał pozbyć z Krakowa, dając mi patent i trochę pieniędzy na 
sztyftowanie konnej chorągwi we Lwowie. Jużci tu tej małej szlachty jest dosyć, wszystkie 
przedmieścia są nią przepełnione, ale tym ludziom nie tylko koni i broni brakuje... Tu całkiem 
innych sum na to potrzeba, ażeby nimi nakryć chorągiew. Wyobraź sobie, jest tu trzech braci 
Bernatowiczów, chłopy jak drągi i wcale przystojni żołnierze, ale w takiej są biedzie, że 
wszyscy trzej tylko jedne pludry mają i jak jeden z nich wychodzi na miasto, to drudzy dwaj 
muszą siedzieć za piecem. Słysz, Wilczek! — wołał Francuz swoim klarynetowym głosem, 
uderzając go z lekka ręką po drucianej koszulce — trzech braci o jednych pludrach, przecie coś 
takiego można znaleźć tylko we Lwowie. 
Być może, że w tej przypowieści Kergolaja było cokolwiek przesady, ale pomiędzy tą 
drobną szlachtą wielkopolską, która się wtedy całymi bandami na Ruś ściągała, panowała 
częstokroć istotnie niewysłowiona nędza. Obok błyszczącego aksamitami i złotem bogactwa i 
iskrzącej się wszelkimi zbytkami wystawności, jaką Polska pomiędzy wszystkimi europejskimi 
krajami w pierwszym rzędzie się odznaczała, głód i łachmany... Takie skrajne ostateczności, 
tuż obok siebie leżące, a nawet pomieszane ze sobą, były zresztą najwięcej uderzającym 
rysem wieków ówczesnych. 
Wilczek wzruszył się w swym dobrym sercu tą nędzą szlachty, a zarazem go i krytyczne 
położenie Kergolaja dotknęło, bo nie tylko sam tę zasadę wyznawał, że rycerz rycerzowi 
zawsze i wszędzie pomagać powinien, ale wiedział zarazem, chociaż to było dla republiki 
sekretem, że Kergolaj tę chorągiew ma sztyftować nie dla siebie, tylko dla króla. Spytał go 
więc bardzo zafrasowany: 
— Jużci ja ciebie w tym dziegciu tak nie zostawię, ale pytam się ciebie, co począć? bo przecie 
wiesz, że trzeba sekret zachować, a przeto i pozór, jako ty tę chorągiew zbierasz dla siebie. 
A Kergolaj na to: 
— Trzeba się nad tym namyślić. Mam trochę pieniędzy od króla, mam asygnacją do Łopatki. 
Łopatce musiałem kłamać jak z książki, jako robię wyprawę do Ziemi Świętej po drzewo 
krzyża Chrystusowego dla kardynała i dlatego król mi pomaga, aby się nie domyślił, że to 
werbunek dla króla i że się na wojnę zanosi. Łopatka mi te grzywny wypłaci. Ale to wszystko 
ani na ćwierć chorągwi nie starczy, jak skoro na trzech szlachciców tylko jeden ma pludry. 
Król o tym zapewne nie wiedział, a rozumiał, że ta szlachta jest uzbrojona i siedzi na koniach. 
Apelować teraz do króla, to droga daleka i długa; w złym razie mogłaby nawet z tego wyniknąć 
dla mnie brzydka dekonfitura, żem się na coś zamachnął, czegom nie dokazał. Już mi się 
tu raz noga powinęła w tym przeklętym Lemburgu, za zdrowie królewskie jakoś to uszło i 
przycichło: wszelako teraz nie chciałbym wcale, ażeby mnie pięć nacyj tutejszych pięcioma 
językami jednogłośnie wyśmiało. Ale słuchaj mnie, jest na to sposób, jeżeli ty mi pomożesz. 
Oto ten wasz ormiański wyporek, co go tak wszyscy kochacie, zebrał sobie sto ludzi i ma ich, 
doskonale ubranych i uzbrojonych — a nie potrzebuję tobie powiadać, że on i stu kotom nie 
godzien hetmanić. Od kilku dni przybrał sobie wprawdzie młodego Pretficza za porucznika, 
który drapnął z Krakowa, a wstydząc się powracać do ojca, pokumał się z Tigranesem i pojechał 
pod jego chorągiew. Pretficz jest dobrze wyćwiczony w rycerskim rzemiośle i spoi mu 
jakokolwiek jego zbieraninę, ale to także młode chłopczysko, co nawet jeszcze nigdy w ogniu 
nie było. Otóż ja tak rozumiem, że gdyby Tigranes oddał tę chorągiewkę pod moje komendę, 
to ja bym miał z czego ją wzmocnić i okryć dostatnio, tak żeby król miał z niej pociechę. 
Ale Wilczek się na to uśmiechnął i rzekł: 
— A ty zawsze modą francuską wyciągasz rękę po chleb gotowy. Najprzód chciałeś zabrać 
Kmicie pospolitaków przemyskich, a teraz znowu chciałbyś Tigranesowi wziąć jego własną 
chorągiew. Ale jak tamto ci się nie udało, tak i to ci się nie uda. Wiesz przecie, że Tigranes na 
to sztyftuje chorągiew, aby nią sobie na szlachectwo albo też i na pasowanie zasłużył, a ty go 
chcesz wziąć pod twoje buławę; to właśnie, jak gdybyś mu chciał głowę zdjąć z karku. Nie 
tędy droga, mój bracie. 
— Więc cóż zrobić? 
— Trzeba by się nad tym naradzić z Łopatką, przecie jest tutaj królewskim starostą. 
Ale Kergolajowi jakoś nie smakowała ta rada, bo rzekł: 
— Ja bardzo kocham Łopatkę, bo chłop z niego serdeczny i przywiązany do króla. Ale 
wiesz, co powiada wasze przysłowie: „Noga w szczudle, a mysz w pudle, koza w sadzie, Rusin 
w radzie, cztery rzeczy nie do rzeczy”. Zresztą nie bardzo bym się zwierzał Łopatce, bo 
on piwo i wino jeszcze jakokolwiek przemoże, ale małmazja mocniejsza od niego, więc jak 
małmazji w czuprynę naleje, to gotów z samej serdeczności i grzech śmiertelny wypaplać. 
— Masz racją — rzekł Wilczek, zastanowiwszy się nad tym i dodał żartem — a potem nie 
wiem, czy Łopatka ciebie kocha tak bardzo, jak ty jego, przynajmniej ja w jego miejscu wcale 
bym cię nie kochał za to, coś z Pachną nabroił. 
— Ja to teraz naprawię — odpowiedział mu Kergolaj, patrząc na niego swoimi mieniącymi 
się oczyma. 
Ale Wilczek się na to roześmiał i rzekł: 
— Piękna to będzie naprawa. Może by lepiej, żebyś już wcale nie naprawiał... Bo ty tam 
grasz w szubieniczkę — a wiesz, jak się to kończy: tu się pisze, tu się maże, ale nareszcie przecie 
napiszą i powieszą. 
— Jeszcze ja to potrafię — rzekł Kergolaj — że za mnie kogo innego powieszą. Jeśli zaś mnie 
tutaj przyjdzie zawisnąć, to chyba już na Formozie. 
Na to Wilczek spojrzał na niego ciekawymi oczyma, po czym je spuścił ku ziemi i mały 
czas milczał. Kiedy zaś Kergolaj rozumiał, że on tak rozmyśla nad jego chorągwią, on podniósł 
oczy ku niemu i rzekł: 
— Najrozumniejszy człowiek we wszelkich sprawach przecie w miłości jest głupi. 
Kergolaj na to w głos się roześmiał i zawołał: 
— Rozumiałem, że mi dasz radę na moje chorągiewne kłopoty, a ty mi dajesz radę w miłości. 
Tak mi się widzi, że ci jeszcze Jagienka wciąż chodzi po głowie. Otóż ja tobie dam inną 
radę, abyś ją dobrze spamiętał. Każdy rozumny człowiek musi się kochać koniecznie, bo inaczej 
niewart jest, aby żył na tym świecie. Każdemu wolno robić największe głupstwa z miłości, 
a to tym bardziej, ile że im większe głupstwa się robi, tym więcej się ma satysfakcji. Ale 
przy najgorętszej miłości każdy ma o tym pamiętać, że za jedną kobietą siedzi druga, a za tą 
trzecia i czwarta, a za najpiękniejszą jeszcze piękniejsza. Zaczem weź to sobie na rozum i 
jedź do Jerycho po różę dla Jagienki, ale jak w drodze spotkasz Formozę, to zostań w Lemburgu; 
jak Formoza ci nastawi pudełek, to weź Pachnę, a jak Formoza przestanie ci nastawiać 
pudełka, to wróć znów do Formozy... 
Wilczka mocno raziły te słowa Francuza. Byłby go chętnie jego własnemu losowi zostawił 
i więcej o nim nie myślał, ale chodziło o sprawę królewską. Zaczem wstał i zaczął się przechodzić 
wzdłuż izby. Kergolaja wcale nie słuchał, jeno myślał o środkach pomocy. Jakoż po 
chwili stanął przed nim i rzekł: 
— Słysz, Kergolaj, chciałbym ja innej drogi spróbować. Staremu Kijasowi można przecie 
się zwierzyć, bo pewnie nie zdradzi. Jemu wiele na tym zależy, ażeby mógł zaskarbić dla 
swego syna łaskę królewską, miasto się także rade przypodoba królowi; miasto bogate, jak 
Kijas zechce, to ci pomoc uzyska od miasta. Chyba ja o tym pomówię z Kijasem. 
Kergolaj chętnie na to się zgodził. 
Zaczem Wilczek poszedł zaraz do Kijasa — i jest, jak zawsze, bardzo wdzięcznie w tym 
domu przyjęty. 
Z Formozą niewiele mieli sobie do powiedzenia. Formoza z żywą radością a zarazem z 
pewnym tryumfem dowiedziała się od Wilczka, że Gniewosz nie ruszył się krokiem z Krakowa 
i tylko raz na miesiąc pisuje do żony; zresztą czekała, wierząc w przysięgę Gniewosza 
jak w ewangelią, a zarazem ufając ślepo swemu przeczuciu, że się jakiś cud stanie, który ją z 
nim połączy: wiara zbawia każdego, a przeto i dla niej była zbawieniem. Wilczek oczekiwał 
także zbawienia, ale tylko przez śmierć, której pragnął na polu bitwy za ojczyznę i króla i 
którą już widział przed sobą; ale się z tym przed Formozą nie zwierzał. Natomiast miał drugą 
rozmowę z Kijasem. 
Kijas obliczył zaraz swoim przenikliwym rozumem, jakie z pomocy, danej Kergolajowi, 
wypłyną dla niego i dla miasta korzyści: król dowie się o tym i zakarbuje to jako zasługę jemu 
a zarazem i miastu; tym środkiem będzie mógł łatwiej otrzymać dla Tigranesa szlachectwo; 
prócz tego jeszcze w tej Kergolaja komendzie, której choć do pewnego stopnia nada się 
charakter chorągwi miejskiej, Tigranes w czasie wojny znajdzie oparcie i obronę, o co Kijas 
zawczasu się z Kergolajem umówi. Obok tych pięknych widoków były niejakie trudności. 
Oto rajcom nie można się zwierzyć z sekretem, trzeba tę sprawę z konsulami załatwić, skąd 
idzie, że można użyć tylko tych pieniędzy, które są w kasie podręcznej; w arsenale jest broni 
dostatkiem, ale zbroi niewiele, trzeba zatem zaprząc do roboty płatnerzy, a to może się stać 
powodem do plotek; skór w składach miejskich jest dosyć, ale sukno jest tylko czarne, a nie 
wiedzieć, czy Kergolaj na ten kolor się zgodzi. Ale Kijas na to wszystko poradzi — a zresztą, 
od czegóż Kundrat, notariusz lonherii, człek taki przemyślny i sprawny? 
Cóżkolwiek bądź, Kijas wziął to na siebie, że Kergolajowi wszystkiego dostarczy, czego 
mu do wystawienia przystojnej chorągwi zabraknie — a tak się stało, że Kundrat (jak to los 
bywa czasem złośliwy!) musiał znów zaprząc się do roboty, aby nienawistnemu dla siebie 
Francuzowi, którego by był raczej w łyżce wody utopił, jeszcze do znaczenia i sławy pomagać. 
Wilczek, zadowolony ze siebie, że królowi ponad swój obowiązek wyrządził przysługę, 
wyjechał czym prędzej na Tustań. 
Król o tym czasie skoczył był do Parczewa, gdzie miał zjazd i naradę z bratem swym 
Aleksandrem, wielkim księciem litewskim, jakie posiłki Litwa mu na tę wojnę ma przysposobić 
— a skoro tylko do Krakowa powrócił, zaraz rozbiegły się wieści, jako Turcy zaczynają 
się zrywać jak ptacy ze ziemi i ciągną już lotem powolnym, lecz tłumnym, ku Podolowi i Rusi, 
ażeby całą Polskę zalać swymi wojskami i wszystkie jej kraje wypalić i złupić, a z jej dworów 
i miast zostawić tylko kupy popiołów... 
Zima była twarda w tym roku, więcej mroźna niż śnieżna, ale za to wiosna bardzo pochopna 
i ciepła. Już w marcu stajały śniegi po polach otwartych, a nawet po lasach, wezbrane 
strumienie i rzeki szparkimi bałwany toczyły swe wody do morza, a wiatry prawie gorące, 
pędzone jakby umyślnie z południa na Polskę, osuszały nadzwyczaj prędko gościńce i drogi. 
W kwietniu już słońce zaczęło dobrze dogrzewać i łąki zielonymi trawami zaścielać, zakwitły 
sady, rozweseliły się lasy, dzikie ptastwo, przylatujące zza morza, padało czarnymi chmurami 
z rozgłośnym wrzaskiem na moczary i stawy, bocian powrócił i zasiadł znowu swe gniazdo 
na wierzchu strzechy u kmiecia. 
Z gorącym wiatrem, wiejącym z południa, i z dzikim ptastwem, przylatującym od wschodu, 
tym szerzej i głośniej rozbiegały się wieści o Turkach ciągnących na Polskę. Szlachcic, co 
nos wystawił poza wrota swojego dworku, czuł piżmo w powietrzu, którym cuchnęły namioty 
tureckie — a kiedy ucho przyłożył do ziemi, to słyszał tętent kopyt i rżenie ich koni. Byli ludzie, 
co widzieli we śnie, ale jakby na jawie, nieprzejrzane zastępy tureckie, z krzywymi szablami 
w prawicy, kapiące od drogich kamieni i złota, na białych koniach z czerwonymi grzywami, 
jako z rozwiniętymi sztandary barwy zielonej leciały powietrzem i właśnie jak owe 
stada dzikiego ptastwa z przerażającym wrzaskiem spadały na polskie krainy: gdzie padły, 
tam wszyscy ludzie umierali jak od pomoru, a cała ziemia się obracała w wielkie pogorzelisko. 
Były także i znaki, których Opatrzność nigdy nie szczędzi swym wiernym, aby ich ostrzec 
przed wielkim nieszczęściem. Na południowym niebie, co dzień po zachodzie słońca, było 
widać wyraźnie dwa skrzyżowane ze sobą u dołu tureckie sztandary, a między nimi u góry 
półksiężyc, obrócony swymi ostrymi rogami ku Polsce. Szlachcica, co z dwunastą koni pod 
namiotem stał w polu, piorun zastrzelił i wszystkie konie za jednym wystrzałem. W Małopolsce 
powiła baba umarłe dziecko, co je wąż zagryzł w jej łonie, jeszcze i po porodzie siedział 
mu na plecach i gryzł je: wróżono z tego wielką zawziętość Turków, że pastwić się będą jeszcze 
nad umarłymi. Na Rusi urodziło się cielę z dwiema głowami i obydwoma pyskami okrutnie 
ryczało: tak, powiadano, my ryczeć będziemy pod uciskiem tureckim. We Lwowie zjawił 
się chłop brodaty a blady jak śmierć, który pod białą płóciennicą pokazywał krwawą ranę 
Chrystusową na piersiach, miał też rany na rękach i nogach, jakoby na świadectwo, od kogo 
jest posłań, i przepowiadał ciężkie pokuty dla Polski... 
Wobec tych znaków głębokie niepokoje i drżenia wnętrzności objęły całe królestwo: jedni 
obwarowywali na nowo swe dwory i gotowali się do obrony, drudzy zagrzebywali w ziemi 
klejnoty i uzbierane pieniądze, a wszyscy się oglądali, kędy by mieli przechować swoje żony i 
dzieci. Zgoła, mało niewiele, a cała Polska byłaby wyglądała jak zmartwychwstali umarli, co 
się na dolinie Jozafata zgromadzą i czuć będą przed sobą po znakach na niebie i ziemi zbliżający 
się do nich dzień sądny. 
Ale król czuwał. Jak tylko te straszne wieści się po całej Polsce rozeszły, już w kwietniu 
rozesłał bardzo szybkimi gońcami wici do wszystkich województw, ziem i powiatów, przedstawiając 
gorące niebezpieczeństwo i rozkazując pospolite ruszenie, a prosząc jak najusilniej, 
ażeby, kto żyw i broń może udźwignąć, wsiadał na koń i śpieszył zastawić swymi piersiami 
zagrożoną od Turków ojczyznę. Już czas — dodawali do tego ustnie urzędnicy królewscy — już 
czas pomścić na tych poganach nielitościwą śmierć króla Władysława i naszych ojców męczeństwo, 
którzy wszyscy polegli pod Warną. A lepszego czasu nigdy nie będzie, bo zwycięstwo 
jest pewne: albowiem bracia królewscy, Aleksander, wielki książę litewski, Władysław, 
król węgierski a czeski, nuż wreszcie Krzyżacy, związani są sojuszami i armie swe przyślą, 
nawet i cesarz Maksymilian obiecał posiłki, a Wenetowie wybierają się już na Turków z 
mnogimi okręty i niechybnie na nich uderzą od tyłu. Jeżeli więc Polacy chcą aby im drudzy 
nie odebrali sławy tego zwycięstwa, jeżeli pragną (co bardzo ważne jest zwłaszcza dla ubogich 
żołnierzy), ażeby im żołdacy węgierscy a czescy nie wzięli łupów tureckich sprzed nosa, 
to niechże się śpieszą, ażeby pierwsi a przed wszystkimi innymi ruszyli w pole. 
Obawa przed najazdem tureckim, a zwłaszcza te wrzące proklamacje królewskie odniosły 
skutek, przechodzący wszelkie nadzieje. Jeszcze nigdy, jak Polska Polską, szlachta wielka i 
mała nie okazała się tak posłuszną swemu królowi, jeszcze nigdy tak jednomyślnie, bo prawie 
od kołka do kołka, nie stanęła w tak krótkim czasie do broni, jeszcze nigdy królestwo polskie 
nie wystawiło tak świetnej a zarazem tak licznej armii do boju. 
Już bowiem w maju ośmdziesiąt tysięcy rycerstwa i trzydzieści tysięcy ciurów stanęło w 
pełnej zbroi pod Lwowem — a tak olbrzymiej potęgi wojskowej nie mieli wówczas ani król 
francuski, ani sam cesarz niemiecki. Pyszne te wojska, przenoszące liczbą swych głów prawie 
trzy razy całą ludność stolicy Rusi, rozłożyły się obozem pod miastem, ku podziwieniu 
wszystkich mieszkańców, nawet tych, co we Włoszech, we Francji i w Niemczech najznamienitsze 
armie widzieli. Świetność tego obozu podniosła jeszcze o wiele ta okoliczność, iż 
niebywałym dotąd zwyczajem niektórzy panowie i znamienitsi rycerze poprzywozili swe żony 
ze sobą, które z wrodzonej sobie próżności tym się zajęły, ażeby jak najpiękniej przystrojono 
namioty, ażeby piwnice i kuchnie były dobrze zaopatrzone i aby na wszelkich innych nie 
brakowało rozrywkach. 
Kto życie swe waży za spokój i szczęście swych braci i może już jutro położy swą głowę 
za wolność i całość ojczyzny, temu się godzi i pieczeń wonniejsza, i lepszy dzban wina, i 
wszelka inna uciecha; tak zawsze bywało na świecie i nikt tych obyczajów żołnierskich nie 
zmieni; ale tam już na pierwszy rzut oka trzeba się było obawiać, azali tych uciech nie będzie 
zanadto. Albowiem każda żona zamożniejszego rycerza przyprowadziła za sobą jaki taki 
fraucymer; czego możny sobie pozwolił, tego się i uboższemu zachciało, a za żonami poprzyciągały 
także rozmaite sieroty i wdowy, które dopiero mężów szukały w obozie... Za nimi zaś 
markietanki i ich pomocnice, szwaczki a praczki, porozkładały się w osobnych namiotach z 
rozmaitymi trunkami i towarami, tak że ich namioty były wciąż w oblężeniu od żołnierstwa 
wszelakiej broni, że nieraz i starszym trudno się było przez nie przecisnąć. 
Gdzie wino, tam i muzyka być musi; toż za markietankami nawaliło się do obozu gęślarzy, 
lirników, teorbanistów, skoczków, kuglarzy i błaznów wszelkiego rodzaju — a z nimi i kupców, 
przekupniów, handlarzy, którzy bądź pozakładali swe kramy, bądź też pomiędzy namioty 
roznosili swoje towary. Cieszyli się z tego mieszczanie, bo z tego obozu sowicie się 
napełniały ich worki; ale starzy żołnierze bardzo na to mruczeli, mówiąc, że gdzie kobiety a 
grajki rej wodzą w obozie, tam rygor wojskowy rozłazi się prędko i licha służba z takiego 
żołnierza. 
Obóz ten był ogromny, jakiego dotąd jeszcze w Polsce nie było. Zaraz za Niskim Zamkiem 
stanęły pierwsze namioty i ciągnęły się pomiędzy Zniesieniem a Kleparowem, przez 
Zamarstynów do Zboisk, a stamtąd popod Sroki i Łaszki aż ku Malechowu. Spojrzawszy nań 
z Wysokiego Zamku, zdało się widzieć jakieś miasto ogromne, jakiego nie masz na całej ziemi. 
Namioty zrazu szły szeregami, tworząc szerokie ulice, główne i boczne, jak w mieście, a 
dalej kupiły się w gromady, jak sobie województwa albo powiaty stanowiska obrały. Były 
namioty tak wielkie, jak domy, z osobnymi wewnątrz izbami, niektóre z nich poopinane materiami 
najrozmaitszych kolorów. Województwa trzymały się razem ze swymi powiatami i 
ziemiami, a nad ich głównymi namiotami powiewały sztandary ich własne: nad województwem 
poznańskim orzeł biały bez korony, nad sandomierskim trzy pola czerwone i białe z 
gwiazdami w trzech rzędach, nad kaliskim ukoronowana żubrza głowa z pierścieniem w pysku, 
nad kijowskim po jednej stronie anioł z mieczem i pochwą, po drugiej niedźwiedź w 
polu białym. Tak samo powywieszały powiaty swoje sztandary nad namiotami swych kasztelanów 
— a biskupi, którzy ze zbrojnymi pocztami przybyli, herby swych biskupstw: Uriel 
Górka poznański sztandar ze św. Piotrem, trzymającym dwa klucze w prawicy, Lubrański 
płocki z Najświętszą Panną, trzymającą Pana Jezusa na rękach, Jan II Pudełko łucki z Trójcą 
św., gdzie Bóg Ojciec trzyma przed sobą Chystusa Pana na krzyżu, a Duch św. w postaci gołębia 
unosi się nad jego głowami. Żaden z panów nie wywieszał tam swoich rodowych sztandarów, 
jak to było w Piotrkowie, bo na wojnie się to nie godziło; byli tylko woluntariusze, 
którzy własnym sumptem powystawiali większe lub mniejsze poczty, było także kilku kawalerów 
cudzoziemskich z własną służbą — a ci mieli sztandary według swej własnej fantazji. 
Ilekroć taki woluntariusz wjeżdżał na czele swojego pocztu do obozu, zawsze go witało 
okrutne bicie w kotły i bębny i niezmiernie wrzaskliwe trąbienie, a otaczało go zbiegowisko 
wszelakiej broni żołnierstwa, robiąc uwagi nad uzbrojeniem i umontowaniem jego chorągwi. 
Tak zaraz w pierwszym tygodniu wjechał Tigranes z pocztem stu koni. On sam jechał na 
czele, a prawe skrzydło pierwszego szeregu trzymał młody Pretficz jako porucznik. Wszyscy 
ci ludzie byli w pancerzach i hełmach, a na pancerzach mieli płaszcze jasnoniebieskie, podbite żółtą podszewką. Tigranes zrobił tę koncesją miastu, iż przyjął jego kolory, toż i sztandar, 
co nad jego chorągwią powiewał, mieścił na sobie okręt żółty w niebieskim polu, jako starodawny 
emblemat rodziny Chiaao, przyjęty przez nią znak, jako była kupiecką i przybyła zza 
morza. Sztandar ten bardzo wielkich rozmiarów i suto ozdobiony długimi wyzłacanymi wstęgami, 
wyhaftowała własnymi rękami z swym fraucymerem Formoza, jakoż powszechnie 
dziwiono się jego okazałości, chociaż ten i ów bąknął, że kupiec, lubo taki bogaty, mógłby 
był na skromniejszej chorągiewce poprzestać. Jego oddział także chwalono, ale więcej z 
piękności koni i zbroi niżeli z rycerskiej postawy — a jakiś żołnierz pozwolił sobie nawet głośno 
powiedzieć: 
— Co piękne, to smaczne, Turek to sobie połknie na pierwsze śniadanie. 
Ale Tigranes nic sobie z tego nie robił, owszem, kiedy mu doniesiono, że żołnierze sobie 
dworują z tej chorągiewki kupieckiej, odpowiedział butnie: 
— Głupi żołnierze! Niech zaczekają — a obaczą, co się z czasem z niej zrobi. A przecież ów 
dzisiaj tak sławny zakon joanitów, a teraz rodyjski, został także założony przez kupców. 
Tigranes stanął z swym hufcem na Zamarstynowie, gdzie kupiec lwowski imci pan Sommerstein, 
od którego też tę posiadłość nazwano Sommersteinhof, miał tak obszerne zabudowania, 
że w nich jeszcze i parę innych hufców się mogło pomieścić. 
Za nim wjechał do obozu Kergolaj, ale ten całkiem inną modą wstawił swój hufiec. Miał 
on także tylko sto koni, ale u niego koń w konia na silnych nogach i z piersią szeroką, toż i 
chłop w chłopa, wszyscy ubrani i uzbrojeni ze znajomością rycerskiego rzemiosła. Kto się 
znał na tym, poznał zaraz na pierwszy rzut oka, że to żołnierz wytrawny a doświadczony ten 
hufiec prowadzi. Jeno ubranie i uzbrojenie mieli dziwne cokolwiek. Każdy żołnierz miał tylko 
półpancerz na sobie, z przodu okryty żelazem, a na plecach tylko półpłacie32; płatnerze nie mogli w tak krótkim czasie całych pancerzów dostarczyć — a zresztą Kergolaj nie dbał o to, 
bo mówił: że jak żołnierz jest na plecach okryty żelazem, to łacniej tył podaje nieprzyjacielowi. 
Za to uzbrojenie ich było bardzo dostatnie, bo każdy żołnierz miał krótki miecz i mizerykordią 
u boku, drewnianą, ale żelazną blachą pokrytą tarczę na lewym ramieniu, pod kolanem 
koncerz33 na sześć stóp długi i żelazny młot u kułbaki, młot, który z jednej strony był młotem, 
a z drugiej siekierą do rąbania murów fortecznych. Na pancerzach zaś mieli płaszcze czarne — 
i to było rzeczą niezwykłą. Takie płaszcze rycerskie szły tylko do kolan, a miały rękawy tylko 
po łokcie, Kergolaj kazał na nich poprzyszywać białe krzyże ośmioramienne, joanickie albo 
też rodyjskie — a to im dawało pozór wcale uderzający. Kergolaj sam także taki płaszcz przywdział 
i tak jechał na czele swojej chorągwi, w niskim uszatym hełmie z czarnymi piórami i 
takie hełmy mieli wszyscy jego żołnierze. 
Prawe skrzydło trzech pierwszych szeregów trzymali trzej bracia Bernatowicze, szlachta 
wielkopolska bardzo starożytnego rodu o własnym herbie, chociaż ubodzy, ale teraz już dobrze 
odziani, toż każdy z nich miał już swoje własne czarne pludry na sobie, z blaszanymi 
nagolennikami i butami okutymi w żelazo. Jeden z nich niósł sztandar także czarny, bramowany 
złocistymi frędzlami, w którego środku widać było złotego lewka w niebieskim polu. 
Kergolaj, nie mogąc wystawić pełnej chorągwi, równającej się chorągwiom dworskim, nie 
miał odwagi wywiesić królewskiego orła na swoim sztandarze; chciał środkiem przepłynąć i 
długo się upierał przy ukoronowanej kawce halickiej, ale złośliwy Kundrat podszczuł konsulów, 
którzy niemało na tę chorągiew wysypali pieniędzy, ażeby nie odstąpili od swego lewka, 
a tak Kergolaj musiał dla miłej zgody ustąpić, a Kundrat miał jeszcze z tego i tak niemało 
zgryzot, bo tę piękną chorągiew z lewkiem haftowała własnymi rękami Pachna, o czym pomału 
całe miasto się dowiedziało. Kergolaj, wjeżdżając do obozu, kazał trąbić hasło królewskie 
— a to już cale obałamuciło nawet najstarszych żołnierz 
— Świętojański krzyż sobie przyszył na piersiach — pytał jeden drugiego — na sztandarze ma 
herb miasta Lemburga, a trąbi hasło królewskie; co to za diabeł być może? 
Drudzy zasie mówili: 
— Mają mizerykordią u boku, to pewno ci, co kwatery nie dają, a rannych rzeżą po gardle. 
Ale inni temu przeczyli mówiąc: 
— W żałobie się czernią, to może ci rycerze-kapłani, co pielęgnują rannych, a grzebią 
umarłych, jako są właśnie rycerze jerozolimscy. Może papież ich przysłał naszemu królowi. 
Jednakże Kergolaj, jadąc stępą wielką ulicą przez gęste tłumy ryceratwa, tu i ówdzie dostrzegł 
znajomych i pozdrawiał ich mieczem, a ci mu także głowami kiwali, a tak od nich 
rozeszła się wieść po obozie: 
— Francuz, powinowaty Kmitów i Lanckorońskich, Kergolaj grabia, eques auratus, rycerz 
rodyjski, a na czas rotmistrz królewski. 
Jeszcze zaledwie Kergolaj skręcił ku Zamarstynowu, gdzie Tigranes dał mu gościnę, a 
mieszczanie mieli mu dostarczać furażów, kiedy Kierdejowicz Olizar wjechał na czele swojej 
sotni kozaków do obozu. Ci wszakże znowu się zaprezentowali inaczej. Siedzieli bowiem na 
małych koniach, trochę chudych, ale za to niezmiernie ognistych, obrotnych i rączych, widać 
było po nich, że jak ruszą z kopyta, to jak wiatr świsną, a i wiatr ich nie dogoni. Ludzie też 
byli młodzi jeden w drugiego, ledwie po skrzydłach widać było starych kozaków ze siwymi 
wąsami, ubrani zaś byli lekko, w brunatnych kubrakach, w baranich czapkach, ale uzbrojeni 
dostatnio, bo każdy miał krzywą szablę i kindżał u boku, topór przy kułbace, a w ręku spisę z 
długim stalowym grotem jak szpilka. Tylko Olizar miał na sobie bogato srebrem haftowany 
aksamitny kaftan, kudłatą burkę przewieszoną przez ramię, błyszczącą szablę w prawicy, kołpaczek 
z piórem, a siedział na tak ognistym tureckim ogierze, że i sam król byłby się go nie 
powstydził. Sotnia ta była prawie sowito okryta, bo było w niej najmniej półtora sta koni, a szło za nią jeszcze kilkanaście koni podwodnych i jucznych: zgoła hufczyk bardzo lekki, ale 
nakryty i syty, bo lud był rześki, a prawie na każdym z nich było widać i pas pozłocisty, i 
rozmaite świecidła, i dobrze wyładowane wojłoki za terlicami34. Olizar, jeżeli mu ojciec nie 
pomógł, niemało grzywien musiał naskubać we Lwowie, nim ten hufiec uzbroił, ale się pięknie 
postawił. Jakoż był w złotym humorze, witał wszystkich szablą, czy kogo znał, czy nie 
znał, ale miał też dużo znajomych, którzy go głośnymi wiwatami witali, zatrzymywali po 
drodze i żartowali z nim serdecznie, bo go wszyscy kochali. Poważni rycerze, obejrzawszy 
dobrze jego żołnierzy, mówili sobie: 
— Do uderzenia nieprzyjaciela w czoło niewiele to warte, właśnie jak by go mucha ukąsiła, 
ale rwać go po bokach nikt lepiej nie potrafi od niego. Nuż kiedy nieprzyjaciel pobity, to 
chroń go Boże od tych Rusinów, bo go pewnie bez miłosierdzia dobiją, a potem i koszuli na 
nim nie zostawią. Jeno nie wiedzieć, gdzie będą chować klejnoty a makaty tureckie, bo mają 
wojłoki tak napchane, że i tureckiej mycki by w nich nie zmieścił. 
Słysząc to Olizar, spojrzał na nich z litościwą pogardą i podkręciwszy wąsa, rzekł: 
— Szkoda howoryty! W mene kożdyj kozak maje porożnyj mich pid terłyciow35. 
Więc wszyscy się śmiali — a tymczasem Olizar pociągnął także na Zamarstynów. 
Nazajutrz przyciągnęli Krzyżacy. Przyjechali z północy od Żółkwi — i cały obóz przeciw 
nim wyrunął w ulice, bo też było co widzieć. Mieli tylko czterysta koni, dwieście rycerzy a 
dwieście knechtów, ale jakie tam konie, a jakie zbroje, to ledwie najprzedniejsze chorągwie 
królewskie mogły się z nimi porównać. 
Na czele ich jechał sam wielki mistrz tego rycerskiego zakonu, Jan Tiefen, starzec już 
prawie zgrzybiały, z białą w pas brodą, mąż wzrostem wyniosły, ale żółtawej cery na twarzy i 
prawie jak gdyby był chorowity; koło niego zaś komtur, Ludwik von Steinsheim, równie potężny 
wzrostem, ale zdrów i w pełni sił męskich. Za nimi ciągnęły ściśnięte szeregi rycerstwa, 
wszyscy na koniach ogromnych, zakutych w żelazo, sami zaś w pełnych pancerzach i hełmach 
z piórami a w długich białych płaszczach z wielkimi czarnymi krzyżami na piersiach. 
Wszystko tak lśniło się na nich, jak gdyby dopiero co wyjechali z płatnerskiego warstatu, bo 
nawet knechtowie ich byli ubrani bardzo dostatnio i mieli konie takie ogromne i takie przystojne, 
że u nas i dobry rycerz nie pochwali się lepszym. 
Tak ciągnęli z wolna z dobytymi mieczami i rozwiniętymi sztandary przez cały obóz — a 
nasi żołnierze witali ich milczącym zdumieniem, bo wyglądali wcale jak rycerze biblijni, co 
smoków tratują swoimi końmi, a dławią kopiami, i niewielu było, zwłaszcza pospolitaków, co 
tych rycerzy kiedykolwiek własnymi oczyma widzieli. 
Ale w tej wielkiej powadze tylko przeciągnęli przez obóz i zatrzymali się dopiero w mieście 
pod Niskim Zamkiem, gdzie ich piękną perorą w imieniu króla witał arcybiskup lwowski, 
otoczony swym klerem, królewskimi urzędnikami, rajcami miasta i niezliczonym tłumem 
pospólstwa. Zaczem im dano kwatery w mieście, traktując ich z wielkim respektem, bo wielkiego 
mistrza, komtura i kilku starszych wziął arcybiskup do siebie, zaś innych przedniej 
szych porozbierali prałaci i kanonicy a proboszczowie wszystkich obrządków, resztę zaś 
mieszczanie do siebie, tak że i niejednemu knechtowi dostało się spać pod kołdrą jedwabną a 
nalać się miodem po same gardło. Ale bawili niedługo, bo odpocząwszy mało niewiele, pociągnęli 
do Halicza, gdzie się też rozłożyli obozem, czekając na rozkazy królewskie. 
Wszelako podczas tego przyjęcia ich pod Niskim Zamkiem stało się trochę zgorszenia. 
Wybiegło tam bowiem za nimi niemało żołnierstwa z obozu, a z nim Olizar, zawsze wszystkiego 
bardzo ciekawy, i Kergolaj, który także jeszcze nigdy Krzyżaków nie widział. Owo stał 
tam także i Frąc i patrzał na te Krzyżaki z otwartą gębą, a widać, że musiał się nadąć wielką 
pychą z tych swoich braci niemieckich, bo spostrzegłszy Olizara przy sobie, trącił go w łokieć 
i rzekł: 
— Owo to tacy są rycerze niemieccy; w Polsce nie ujrzeć ani jednej chorągwi, coby im mogła 
służyć choćby za knechtów. 
Bardzo to nieroztropnie zrobił Frąc, że właśnie Olizarowi taką rzecz obraźliwą powiedział, 
bo Olizar nigdy nie mógł cierpieć tego tłustego Niemca, a i bez tego był dosyć porywczy, 
więc odpowiedział mu szorstko: 
— Ot! nie plótłbyś lada czego! Widziałem ja w Piotrkowie daleko piękniejsze chorągwie, a 
jeszcze do tego rotmistrzują im nie tacy starzy dziadowie, co chyba piece nimi zatykać. 
To znowu dotknęło Frąca, jakoż się zarumienił i rzekł: 
— W Piotrkowie nie byłem, ale znam wszystkie polskie chorągwie i to powiadam waszmości, 
że nie masz tu ani jednej takiej, co by choć mogła wodę wozić za Krzyżakami. 
Na to zaś Olizar ćwiknął mu w oczy: 
— Nie masz żadnej takiej chorągwi? A ja tobie powiadam, że ani ich nie policzysz. A 
Gniewoszowa, a Myszkowskiego, a Lanckorońskiego, a Tęczyńskich, Tarnowskich, Kmitów... 
I cóż ty mi gadasz takie głupstwa niemieckie? 
Wszakże flegmatyczny Frąc także już wtedy pot poczuł i zawołał z drwinami: 
— Gniewoszowa? Jeśliby Jan Tiefen swymi rycerzami na nią uderzył, to by się tak właśnie 
po niej przejechał, jak ja bym się przejechał po tobie. 
— Ty po mnie? taki synu! — krzyknął na niego Olizar, skoczywszy zaraz ku niemu i chwytając 
za szablę — dobyj miecza, ty knechcie niemiecki! dobywaj miecza, bo cię tu wypatroszę 
jak kota! 
Frąc cofnął się o pół kroku i chwycił ręką za głownię swojego miecza — i już by byli uderzyli 
na siebie, ale w tej chwili rzucili się ku nim Kergolaj i Łopatka i rozerwali ich, stając 
pomiędzy nimi, Kergolaj przed Frącem, a Łopatka przed Olizarem. 
— Panie knecht — zaśpiewał Kergolaj Frącowi w twarz — idź wasze na szyldwach i tam pilnuj 
twego urzędu, a nie porywaj się na rycerzy, do którycheś jeszcze nie dorósł. 
Łopatka zaś trzymał Olizara za obydwa ramiona, perswadując mu po rusku, że wprawdzie 
króla nie masz na zamku, ale zawsze dobycie szabli pod zamkiem królewskim, zwłaszcza w 
obliczu takich wysokich dygnitarzy duchownych i świeckich, to rzecz niebezpieczna i mogłaby 
łatwo pobudzić króla do gniewu. 
Frąc prędko się opamiętał, zagryzł wargi i poszedł ku bramie Niskiego Zamku, ale Olizar 
parskał i fukał, jak gdyby go gad jadowity ukąsił. Nareszcie uspokoili go z wolna obydwa 
przyjaciele, a Łopatka rzekł: 
— Ej! wyrypaju! ty jeszcze kiedy będziesz ziemię gryzł za kobiety! Bo to i twoja złość do 
tego Niemca cię bierze za Pachnę. A tak mi się widzi, że żaden z was jej nie dostanie. 
— Za Pachnę albo i nie za Pachnę! — zawołał Olizar, sapiąc mocno i patrząc z boku na Kergolaja 
— ot! i ten Francuz smali do niej cholewki, a ja mu jej nie zazdroszczę, bo jest zacny 
kawaler i mój dobry przyjaciel. Ale temu Niemcowi nie dam jej nawet powąchać — a jeśli go 
kiedy przy niej przydybię, to go na bigos posiekam. 
Na to zaś Kergolaj powiedział sentencjonalnie: 
— Kiedy się dwóch ludzi nienawidzi ze sobą, co między żołnierzami często się zdarza, to 
nie ma na to innego sposobu, jak ich spuścić ze sobą. Ale w tym razie nie doradzałbym tej 
bitwy Olizarowi, bo Frąc, chociaż podobno idzie ze szlachty niemieckiej, przecie jest tylko 
knechtem, a rycerzowi nie godzi się dobywać miecza na knechta, chyba żeby byl napadnięty 
przez niego. 
Kundrat, który tam także stał z bliska i słyszał to wszystko, zrazu już ręce zacierał z radości, 
bo myślał, że Frąc i Olizar pobiją się ze sobą, przy czym by się było może i Kergolajowi 
co oberwało: gdyby się jego trzej rywale byli dobrze potłukli, zwłaszcza bez jego przyczyny, 
to byłoby to nieocenioną gratką dla niego. Choćby się nawet pozabijali! — myślał sobie po 
cichu, odwracając się trochę na stronę i zatykając ręką swoje usta wiśniowe, aby kto jego myśli 
nie dosłyszał — tym lepiej, byłoby o tyle mniej tych zawalidrogów na świecie. — Bardzo był 
niekontent z Łopatki, że ich rozbroił: po co ten głupi Rusin miesza się w nie swoje rzeczy? — 
Ale nareszcie musiał się zgodzić z swym losem i nadrobić ironią, mówiąc do siebie: 
Śmiać mi się chce z tych zawadiaków, co się chcą bić między sobą o moje własność: niechże 
się biją — a przecie Pachną będzie moją, jak tylko jeszcze cokolwieczek wyszumi. 
A kiedy tak cały zatopiony w samym sobie trzymał się jeszcze ręką za swoje rumiane policzki, 
nagle uczuł kędyś poniżej pleców but twardy, pewnie rycerski, może nawet okuty żelazem, 
bo aż mu się świeczki w oczach zapaliły od tego dotknięcia, a zarazem usłyszał głos 
gromki nad sobą: 
— Paszoł! won! czego tu drogę ludziom zawalasz! 
Kundrat skoczył w bok jak zając po strzale i aż kucznął przy ziemi ze strachu, patrząc 
okrągłymi oczyma, co by to było. I obaczył, że to był Olizar z Kergolajem, którzy się trzymali 
pod boki i szli do Bazaru, aby sobie tam podpić trochę na ten frasunek. 
Obaczywszy, że sobie poszli i dali mu spokój, Kundrat odetchnął — o Pachnie w tej chwili 
wcale nie myślał — tylko pomacał się poniżej krzyżów i znalazł, że dziwnie twarde buty mają 
ci przeklęci rycerze. 
— Rycerze! — zawołał do siebie, patrząc z pogardą za nimi — a są właśnie jak konie, co im 
kowają kopyta. 
Ale kiedy już byli daleko, wpadł w złość okrutną, o co nietrudno było u niego, zwłaszcza 
w chwilach, kiedy nikogo się nie bał, wydobył bykowiec zza pasa, co go nosił przy sobie dla 
utrzymania dla siebie respektu pomiędzy sklepowymi chłopcami, podniósł go w górę i zawołał 
za Olizarem: 
— Koniu jeden, co ci podkuto kopyta! dam ja tobie nie takie poczęstne, jak kiedy wpadniesz 
w moje pazury! 
Miejska publika, która się tam także zgromadziła gęstymi tłumami, przyjęła te śmiałe słowa 
ze szmerem zadowolenia, co w Kundracie ducha podniosło i do tego stopnia, że się do niej 
obrócił i dodał: 
— Zaliż to nie wstyd człowiekowi, zwłaszcza kiedy się mieni szlachcicem, dać sobie kować 
kopyta jak koń, co go z innymi bydlęty w stajni chowamy! Ale też i bydlęta są ci rycerze i 
jeszcze my ich kiedy jak bydło wyrżniemy... 
Na to publika odpowiedziała mu jeszcze głośniejszym szmerem zadowolenia: zaczem 
Kundrat był kontent i mógł sobie był odejść spokojnie. Ale na swoje nieszczęście był on niezmiernie 
ciekawy — a tu właśnie teraz zaczęły się toczyć krzyżackie spiże i owe przepyszne 
niemieckie wozy, wszystkie polerowanym żelazem okute, malowane olejno, woskowanymi 
płótnami nakryte, jakich u nas nie dostrzec nawet w królewskim obozie. Kundrat więc wcisnął 
się między publikę i stanął w pierwszym szeregu, aby też wszystko mógł dokładnie obejrzeć. 
Kiedy człowiek ostrożny wciśnie się w tłum, bardzo dobrze zrobi, jeżeli się oglądnie, jacy 
ludzie stoją około niego, bo w ścisku czasem o jaki zbytek nietrudno. Tak zrobił także i Kundrat. 
Po jego lewej stał jakiś rzemieślnik, okryty skórzanym fartuchem, nie warto było nawet 
patrzeć na niego; ale po jego prawej stał knecht krzyżacki, cale niezwykła we Lwowie figura. 
Krzyżak był pewnie, bo na białawo lśniącym pancerzu miał czarny krzyż bramowany mosiądzem 
i takiż krzyżyk na hełmie; przy tym zaś był zapewne płatnikiem, bo z prawego ramienia 
na lewy bok miał przewieszoną torbę skórzaną, na której też lewą rękę wciąż trzymał. Kundrat 
spojrzał na niego ciekawie i widział, że jest to chłop duży, o całą głowę większy od niego, 
chudy, ale haniebnie kościsty; miał tylko półpancerz na piersiach, a zresztą był cały w 
skórę ubrany, buty miał ciężkie na nogach powyżej kolan i także żelazem okute. Przy torbie 
miał miecz wielki krzyżacki, zdaje się w srebro okuty, a tuż przy mieczu u pasa różaniec. 
Kundrat oglądał to wszystko bardzo ciekawie, ale ostrożnie, bo stał tuż przy nim, co mu bylo 
niedogodnym, a nawet, prawdę mówiąc, to i nie bardzo mu było przyjemnie stać tak blisko 
przy tak haniebnie uzbrojonym i tak ogromnym dragonie. Z tego powodu chciał także wie
dzieć, jak mu też z oczu patrzy, temu krzyżackiemu drabowi, zaczem podniósłszy pomału 
głowę, zajrzał mu w twarz. A wtedy już się go wcale przestraszył: Krzyżak ten bowiem miał 
twarz tak chudą, że mu policzki zapadły, skórę na niej brunatnożółtawą, nos jak kułbakę, a do 
tego ogromne wąsy ryżego koloru, które mu jak szczecina od warg odstawały. Na widok takiej 
straszliwej twarzy jakoś ckliwo mu się zrobiło, a że mu i w gębie zaczęło zasychać, zaczął 
więc ślinę przełykać i przestępywać z nogi na nogę, przy czym też wciąż łypał niespokojnymi 
oczyma na twarz tego Krzyżaka. 
Tymczasem Krzyżak, spostrzegłszy jego niespokojne ruchy i ciągłe łypanie oczyma, przycisnął 
torbę lepiej do siebie i już go odtąd z oka nie spuścił. Kundrat, czując na sobie oczy 
tego diabelskiego człowieka, które go jakby dwa węgle jarzące w głowę paliły, zaczął coraz 
więcej się kręcić na miejscu: chciałby się był odsunąć od niego, ale ani sposobu, albowiem z 
tyłu zbity tłum ciśnie go w plecy, a z przodu chodzą starościńscy halabardnicy i parzą każdego 
kijami, co wystąpi z szeregu. Tak wzięty jakby w kleszcze ogniowe, już tylko wciąż spoglądał 
spode łba na tego fatalnego Krzyżaka, ażeby mu niespodzianie co złego nie zrobił. 
Lecz Krzyżak, nie rozumiejąc wcale, dlaczego ten człowiek się tak kręci na nogach i ciągle 
w twarz mu zagląda, także się zniecierpliwił, obrócił się raźnie ku niemu, a zajrzawszy mu w 
oczy, dwa albo trzy razy okrutnie zgrzytnął zębami. Ten zgrzyt już wcale diabelski takim 
okrutnym strachem przejął Kundrata, że się wzdragnął i obydwie ręce wyciągnął przed siebie: 
Krzyżak zaś, myśląc zapewne, że on torbę chce zdzierać z niego, niewiele myśląc, rznie go w 
papę, raz od prawego i zaraz potem na odlew. Na taki traktament Kundratowi ziemia się pod 
nogami zachwiała i już miał upaść na lewo, gdzie by był właśnie wpadł prawie pod nogi tym 
przeklętym starościńskim halabardnikom, którzy by mu za wystąpienie z szeregu byli pewnie 
wsypali z jakich kilkanaście kosturów, ale na jego szczęście Krzyżak rznął go jeszcze raz 
płaską ręką po czubie, a tak mu nie chcący równowagę przywrócił. Więc Kundrat, jak tylko 
znowu grunt uchwycił nogami, zaraz przytomność odzyskał — a wtedy, już nie czekając, uderzył 
w tłum, który mu się też z respektem rozstąpił, przebił się przezeń jak szydło i niebawem 
potem znalazł się na chodniku w ulicy, gdzie też sobie trochę odsapnął. 
A odsapnąwszy, kontent był z siebie, bo jużci uszedł wielkiego niebezpieczeństwa: taki 
pogański Krzyżak gotów zabić człowieka, a teraz, czasu wojny, nawet pies by za nim nie 
szczeknął. Mając zaś to w naturze, że się zapatrywał różowo nawet na przykre wypadki, 
uśmiechnął się jeszcze i rzekł sam do siebie: — Niechaj tam kto mówi co chce, przecie to w 
bitwie nie ma jak drapnąć. Coś człowiek oberwie, ale choć duszę wyniesie. Nie tak jak ci głupi 
żołnierzyska, co się biją do ostatniego oddechu, że ich potem z placu bitwy niosą prosto na 
cmentarz... 
Jednak idąc sobie powoli chodnikiem, wzruszył jednym ramieniem i drugim i uczuł, że mu 
jakoś niedobrze. W krzyżach czuł ból od Olizarowego kopyta, policzki go piekły jak ogniem, 
a i w uszach coś mu szumiało, widać, że Krzyżak ciężką miał rękę. Dobrze by się czym wysmarować, 
ano nie wiedzieć czym, oliwą czy okowitą, czy też jaką driakwią36. Najlepiej podobno 
zrobi, jeżeli pójdzie do medyka, aby go się poradzić. A kiedy tak sobie mówi, patrzy — 
a tu własne medyk idzie ulicą ku niemu. 
Był to medyk miasta, bardzo respektowany w domu Kijasa, człowiek już trochę podeszły, 
nie bardzo wielki, ale barczysty, z twarzą wielką a ogoloną z mieszczańska, w czarnym akademickim 
tabardzie i czarnym birecie, w czarnych pończochach i błyszczących trzewikach z 
wielkimi stalowymi sprzączkami. Nazywał się Arystoteles Dunder i był Grek z pochodzenia 
(Dunder, Grek oczywiście, co też zaraz widać z nazwiska), jakoż z Kijasem zawsze rozmawial 
po grecku. Był on bardzo rozumny, prawie jakby czarownik, jak tylko spojrzał na chorego, zaraz wiedział, co mu brakuje; ale że dawniej z chorągwiami chodził na wojny, więc też 
był wesół z żołnierska i nieraz swymi żartami lepiej pomógł choremu niżeli drugi bańkami albo jaką driakwią. Kundrata znał jak zły szeląg, jakoż skoro go spostrzegł, sam się do niego 
uśmiechnął, a Kundrat na to: 
— Magnificus37 
jak z nieba mi spadasz, bo właśnie chciałem sam iść do jegomości. Coś w 
sobie mnie boli, chciałbym się czym wysmarować. 
Więc medyk spojrzał na niego uważnie i rzekł: 
— Czy jeno waści znowu kto boków nie wysmarował kosturem albo i pięścią, bo jakoś policzki 
masz mocno czerwone. 
A Kundrat na to trochę skonfundowany: 
— Poszedłem przypatrzyć się Krzyżakom, więc w tłumie zawsze człowiekowi boki obszturkają 
cokolwiek. 
— A! więc to stamtąd powracasz? Maszże gorączkę? 
— Jużci trochę sucho mi w gębie. 
— Pokaż no język. 
Kundrat pokazał język. 
— Wyciągnij cały język — zawołał medyk — bo inaczej nic nie obaczę. 
Kundrat wyciągnął język aż poniżej podbródka. 
— Zamknij oczy — zawołał medyk. 
Kundrat zamknął oczy. 
Zamknął oczy i stoi. Ale stoi tak jedno Ave, ba, już się i drugie zaczyna, a medyk nic nie 
powiada. Przecież nie może tak stać przez dziesięć pacierzy. 
Otworzył pół oka ostrożnie: ale jakże się zdziwił! Po medyku już i miejsce zastygło — a 
natomiast kilkunastu chłopców ulicznych, jako to tego licha zawsze pełno jest wszędzie, 
gdzie są zbiegowiska, otoczyło go półkolem, wszyscy powywalali języki, patrzą na niego i 
stoją. 
— Ach! szelmy! — zawołał Kundrat — to jeszcze i wy będziecie mi się wydrzeźniać! 
Takie zuchwalstwo ulicznych hultajów głęboko go oburzyło, jakoż natychmiast jowiszowym 
zapłonął gniewem, wydobył bykowiec zza pasa i puścił się w pogoń za hultajami. 
Chłopcy ci, chociaż jeden niósł dzbanek, drugi konewkę, a trzeci parę butów miał w ręku, 
lżejsi byli od niego, więc mu się porozbiegali i mało który co od niego oberwał, ale jeden z 
nich trochę sporszy, a przeto i zuchwalszy od drugich, jakoś nie bardzo uciekał, tego więc 
Kundrat przycupił. Chłopak ten na swoje nieszczęście miał bardzo gęstą i kudłatą czuprynę, 
Kundrat więc wraził mu lewą rękę w czuprynę, ścisnął co siły mu stało, a prawą swoim bykowcem 
okrutnie mu skórę wyłoił. Zaczem, chociaż był zasapany, głowę podniósł do góry i 
już zdrów wtedy jak ryba krokiem tryumfującym poszedł sobie do domu. 
Olizar dał mu butem żelaznym takie poczęstne, że mu świeczki w oczach się zaiskrzyły, 
Krzyżak go zmłócił tak po łbie, że mu się na chwilę ziemia spod nóg usunęła, ale na koniec 
przecie odszedł z tryumfem, bo znalazł takiego, na którym odbił to wszystko w dwójnasób. 
Bo to tak jest między ludźmi: każdy ma kogoś nad sobą, co go z góry w łeb wali, trudno mu 
się obronić od niego, bo jest mocniejszy, ale za to szuka sobie słabszego, którego on znów 
sobą przygniecie — a wtedy już wszystko dobrze, bo tym sposobem utrzymuje się równowaga 
socjalna. I na takiej to równowadze, niestety! cały świat stoi — i na niej podobno stać będzie 
na wieki. 
Stanisław Kmita stawił się także bardzo w czas do obozu. I stawił się bardzo pokaźnie, 
buńczuczno i huczno, tak że na widok jego chorągwi tylko jeden głos poszedł po całym obozie: 
"Poznać pana po cholewach”. Sam jego dwór bowiem wynosił sto pancerników na koniach 
wybornych: miewał on zawsze na swoim zamku sowitą garść doświadczonych żołnierzy, 
w jego arsenałach było zbroi i broni dostatkiem, a szlachty, służącej chętnie na cudzym 
żołdzie, w ziemi sanockiej nie brakło. Jego dworska chorągiew była zatem dobrze okrytą, a dodawała jej jeszcze niemało wspaniałości spora garsteczka paniąt, którzy u niego terminowali, 
a między którymi znajdował się także jego syn starszy, Stanisław, umyślnie przez matkę 
na tę wyprawę sprowadzony z Sabaudii, wtedy dopiero dwudziestodwuletni, lecz bardzo 
piękny, a w sprawach rycerskich już nawet cokolwiek sławny młodzieniec. 
Ale nie na tym koniec, albowiem za jego dworem przyciągnęło pospolite ruszenie ziemi 
przemyskiej, jedno z najświetniejszych pod względem koni i zbroi, bo szlachta tamtejsza była 
już wtedy niepomału bogata (bogaciły ją przede wszystkim jej pszenne ziemie i spławy do 
Gdańska), a byli pomiędzy nią nawet książęta ruscy, jako Hurkonowier Holszańscy i inni. Za 
tym rycerstwem konnym ciągnęli pospolitacy piesi, łucznicy i kopijnicy, których kmiecie i 
szlachta, posiadająca włości nadaniem lennym, musiała dostarczyć, za nimi wozy czterokonne 
od miast i miasteczek, co spiże wiozły za wojskiem, a wreszcie inne z namiotami, pakunkami 
i wiktuałami. 
W sześciokonnej pozłocistej karecie, otoczonej konną młodzieżą dworską, przyciągnęła 
nareszcie kasztelanowa, którą miała partykularne powody towarzyszyć mężowi w tej wyprawie. 
Kmita stanął z całym swym dworem i z pospolitym ruszeniem w Zboiskach, których właścicielką 
naówczas była jakaś comitissa38 Anna, nikomu zresztą nie znana, ale znali ją pewnie 
Kmitowie. Stało tam wtedy na środku dosyć długiego wzgórza stare obszerne dworzysko, 
które razem z licznymi budynkami było okopane i jakokolwiek obronne. Tam Kmita się usadowił 
z swym dworem, pospolite ruszenie rozłożyło się obozem pod namiotami wzdłuż 
grzbietu wzgórza po obydwóch stronach dworzyska. Z najwyższego szczytu dachów tej szlacheckiej 
fortecy powiewał ogromny sztandar ziemi przemyskiej, przedstawiający białego orła 
dwugłowego o jednej koronie, w polu błękitnym. Tak ta kasztelańska kwatera, panująca nad 
znaczną częścią obozu i miasta, przedstawiała się bardzo wspaniale, nawet zanadto wspaniale, 
na co też niektóre województwa sarkały, jakoby to było contra aequalitatem39. 
Jednakże Kmita, wyborny znawca serc ludzkich, prędko te sarkania przygłuszył, albowiem 
przyprowadził ze sobą kuchnię i piwnicę i dawał codziennie obiady, przy których po sto osób 
siadało, wieczorami wyprawiał muzyki i tańce przystojne, na które bawiące w obozie szlachcianki 
zapraszał, od czasu do czasu i małych podarunków nie szczędził — a tak pomału nie 
tylko sarkania ucichły, ale jeszcze go pokochano i wkrótce powszechnie chwalono, podając 
sobie od namiotu do namiotu te słowa: „Nie ma co mówić, co Kmita to Kmita”. Kasztelan 
tedy bardzo kontent był z siebie, bo poczuł się w sobie i widział, że inni go także czują, zaczem 
nabrał takiej pewności siebie, że gdyby mu kto był drogę zastąpił, to gotów by mu w 
nos dmuchnąć, choćby to był wojewoda, a choćby też i sam król jegomość. Już nawet zaczął 
żałować, że dla tych głupich dwóch chłopów dziesięć lat na wsi przekwasil, podczas w razie 
gdyby był jeździł na sejmy i na wyprawy jak inni, byłby się przecież zabawił, jeszcze bardziej 
rozjaśnił splendor swojego imienia i pewnie dawno już by był wojewodą. 
Ale kasztelanowa nie była tak bardzo zadowoloną. Przyjechała ona z swym mężem nie 
dlatego, dlaczego inne żony do obozu zjechały, przez ciekawość i dla niezwykłej rozrywki, 
ale z tej ważnej racji, iż się obawiała, azali jej mąż, od pewnego czasu ospały i obojętny na 
wszystko, wszystkich swych obowiązków dopełni. Ona to sama wyrwała niejako królowi z 
rąk dla niego buławę nad ziemią przemyską: umarłaby była ze wstydu, gdyby król mógł powiedzieć, 
że miał racją, bo Kmita niezdolen pospolitemu ruszeniu hetmanić. Owo z tej strony 
się wprawdzie całkiem uspokoiła, bo jej mąż stanął twardo na straży swojego osobistego znaczenia 
i rodu — a o tym, że tak samo stać będzie w ogniu, nie wątpiła ani na chwilę, bo przecież 
krew rycerska jak najprzedniejsza w jego żyłach płynęła, za młodu we wszystkich bitwach 
odznaczał się ślepą odwagą, zwłaszcza kiedy się zgniewał, taka krew nigdy się nie starzeje, 
a zresztą — jeszcze żaden Kmita nie stchórzył. Zaczem z tej strony nie miała żadnej obawy: jej mąż na tej wyprawie nową się sławą okryje i swemu synowi wspaniałym zaświeci 
przykładem. 
Ale z innego powodu dotknęło ją bardzo głębokie zmartwienie. Oto skutkiem obecności 
tak wielu kobiet, być może także skutkiem bliskości tak wesołego miasta, jakim Lwów był 
natenczas, haniebna swawola się rozszalała po całym obozie. Kasztelanowa nie mogła tego 
dostrzec od razu, ale pobywszy tylko tydzień w Zboiskach, ku wielkiemu swemu zgorszeniu 
dowiedziała się jak najdokładniej o wszystkim. Dosyć jej było zresztą rozpytać się o najbliższych 
znajomych, ażeby powziąć wcale nieomylne wyobrażenie o tej niesłychanej rozpuście. 
Do takich najbliższych jej znajomych należał przede wszystkim Kergolaj. 
Owóż Kergolaj stał z Tigranesem i Olizarem na Zamarstynowie, gdzie Tigranes zajął bardzo 
obszerne Sommersteinów domostwo — a będąc bardzo bogatym i próżnym cokolwiek, 
rozgospodarował się tam prawie jak mały Kmita. Sprowadził kuchnię ojcowską, nie żałował 
piwnicy i wydawał obiady, do których także po sto osób siadało — a bodaj czy jego kuchnia, a 
zwłaszcza piwnica nie była lepsza niżeli kmitowska. W każdym zaś razie muzyka u niego 
była szumniejsza, bo jego kapelę nastroił i złożył taki wyborny znawca tych rzeczy, jak 
ksiądz Wara. „Xandz byali” nie mijał nigdy domu, gdzie się kurzyło z komina, jakże by nie 
miał być w takim obozie, gdzie cała Polska się zgromadziła? Do Kmity nie poszedł, bo się 
bał, aby go tam nie spytano o tego konia, co go sobie na Sobniu na dni kilka pożyczył, a potem 
sprzedał we Lwowie razem z kułbaką. Do innej wysokiej szlachty także się nie pchał, bo 
to wszystko są ludzie równie niewdzięczni, jak Kmita: noszą człowieka na rękach, kiedy im 
trzeba oczyszczać się z grzechów śmiertelnych, a potem mu nawet mizernego probostwa nie 
dadzą. Ale się przyczepił do Tigranesa, bo to pan zacny i hojny i jeszcze nie zepsuty jak inni. 
Tigranesowi Wara był także na rękę, bo mu to pochlebiało mieć kapelana przy swojej chorągwi, 
którego inni nie mieli — a zresztą był to człek sprawny i bardzo usłużny, wcale niepospolitą 
mu złożył kapelę, umiał zarządzić kuchnią i stołem jak najlepszy marszałek, dyrygował 
tańcami i w razie potrzeby nawet sam rewerendę zakasał, smutnego pocieszył, chorego 
wyleczył, a jeśli kto miał jaki grzech na sumieniu, to go i wyspowiadał, a nawet i bardzo lekką 
się kontentował pokutą. Za przyczyną Wary dwór Tigranesa przybrał postać nieledwie 
pańską, zachodziło do niego bardzo wielu rycerzy, często nawet on jaki kasztelan zawadził, z 
czego Tigranes mocno był kontent, bo będąc już za pan brat z Kergolajem i Olizarem, mając 
nawet takiego karmazyna, jak Pretficz, pod swoją komendą, pobratał się teraz prawie z całym 
rycerstwem. 
Formoza odwiedzała swojego męża prawie codziennie, lecz nie chcąc przejeżdżać sama 
przez obóz, a nie mogąc mieć co dzień do swej dyspozycji swojego teścia, który zresztą 
swych sklepów nie chciał opuszczać ani na chwilę, boć to były wielkie żniwa dla kupców, 
przywoziła Pachnę ze sobą — a Pachna rada zawsze się bawić, a zresztą wiedząc, że jej nieprędko 
się zdarzy jeszcze raz hulać na takim weselu, stała się duszą biesiad u Tigranesa i ledwie 
że cały dom nie przewróciła do góry nogami. 
Gdzie wesoło, tam ludzie radzi się garną: tak też widząc w tym domu osoby takie bogate i 
słuszne, jak Formoza i Pachna, niejeden szlachcic przyprowadził swą żonę, a zarazem i niejedna 
mieszczanka lwowska przyczepiła się do Pachny lub do Formozy i przyjechała na Zamarstynów, 
aby się trochę pobawić. Widząc to ten i ów żołnierz pancerny, że aby być u Tigranesa 
przyjętym, nie potrzeba legitymować się ani z herbu, ani też z intercyzy40, przyprowadził 
jaką Szlachciankę albo mieszczankę cokolwiek niższego stanu, aż wreszcie tak się tam 
pomieszały godności, urzędy i stany, jak to kiedyś będzie w dzień sądny, jak zawsze bywa po 
bitwie, gdzie wojewodzina, pielęgnująca swojego rannego męża, brata się z chłopką, obwiązującą 
rozbitą głowę swojego ciury, jak zresztą bywa pomiędzy żonami żołnierzy przed wojną, 
o której wiedzą, że na niej Turek tą samą szablą rozpłata łeb wojewodzie, którą dopiero co rozpruł brzuch jego knechtowi. Tylko w szczęściu ludzie się dzielą na stany i z góry spoglądają 
na siebie; w nieszczęściu, a nawet już w obawie nieszczęścia, przyznają się bez oporu do 
zupełnej równości. 
Pomiędzy płcią piękną, zbierającą się u Tigranesa na te biesiady, uważano młodą przedmieszczankę, 
która się odznaczała nad wszystkie inne swoją skromnością i nadzwyczajnym 
blaskiem urody. Była to kobieta, mająca dwadzieścia dwa albo trzy lata wieku, pięknego 
wzrostu, włosów kruczych, bardzo sympatycznego połysku, o twarzy rysów przepysznie 
pięknych, o cerze porcelanowej, chociaż cokolwiek smagławej, i dużych czarnych oczach, z 
niezmiernie długimi rzęsami a pełnych niewysłowionej słodyczy. Miała formy może cokolwiek 
zanadto okrągłe i pełne, ale było jej z nimi całkiem do twarzy, zwłaszcza że nosiła 
czerwono-kwiecistą jedwabną chustkę na głowie, bardzo wdzięcznie w kształcie turbanu 
związaną, kilka rzędów w złoto oprawnych korali na szyi bielszej od najpiękniejszych marmurów, 
inderaki i spódnice zawsze nadzwyczaj kształtnie skrojone i piękne czerwone buciki 
na nogach. Z tą prześliczną urodą i pewną naturalną powagą w każdym ruchu i każdym słowie 
mogła być księżną albo wojewodzina i najwykwintniejsze towarzystwo ozdobić, ale po 
jej ubiorze widać było na pierwszy rzut oka, że jest przedmieszczanką, a po jej skromności, że 
nawet niczym więcej być nie chce. Jakoż skromną była nadzwyczaj: kiedy ją prawie gwałtem 
przyprowadzano do obiadu, to siadała zawsze na końcu stołu, tańcować nigdy nie chciała, a 
kiedy inni tańcowali, ona siadała w kąciku i przypatrywała się tańcom z lubością; kiedy zaś 
Olizar był w komnacie, to oczu nie odwróciła od niego, a wpatrywała się weń jak w obraz, z 
tym uczuciem szczerej a ciepłej miłości w swych pięknych oczach, nad którym jednak panuje 
cześć i uwielbienie. W rozmowie skąpiła słów jakby z obawy, żeby nie powiedziała jakiej 
niedorzeczności, mówiła jednak zawsze z uśmiechem na twarzy i zawsze takim tonem, jak 
gdyby przepraszała, że niegodna się w takim towarzystwie znajduje, kiedy zaś czasem Formoza 
do niej przemówiła, to ją całowała w rękę i kłaniała się jej do kolan, co jednych bawiło, 
drugich zaś ujmowało. 
Z tą kobietą wszyscy chętnie mówili, chociaż mało kto wiedział, z kim mówi. Ale byli tacy, 
co wiedzieli, że była to ta sama Fesia, dla której swojego czasu niemiecki rycerz Kunę 
Ajchinger, mąż Pachny, złamał sobie krzyż pacierzowy pod brogiem. Dla uratowania swej 
dobrej sławy zaraz potem poszła za mąż za tego samego kowalczuka Petrusia, i co tak nielitościwie 
Kuncowi wjechał pomiędzy ślepie żelaznymi widłami. 
Ale Petruś był wielki ladaco: zamiast pilnować tak pięknej żony, chodził po szynkach, pił i 
bójki wyprawiał, aż też i on trafił na swego: pobiwszy się bowiem z Tatarami w gospodzie, 
został od nich usieczon. 
Fesia tak mało go żałowała, jak Pachna swojego Kunca, ale przyzwoiciej odprawiła żałobę, 
bo żyła spokojnie, a nawet i w pracy, zwłaszcza że i tkackie warsztaty odziedziczyła po 
ojcu, i kowalskie po mężu, ba, i folwark ojcowski, co wszystko razem stanowiło bardzo piękny 
majątek. Jakoż przez długi czas nigdzie jej nie widywano, chyba że czasem Olizar z nią 
żarty wyprawiał w Bazarze; dopiero teraz się tutaj zjawiła, nie wiedzieć kogo tu odwiedzała, 
ale ci, co plotki lubili, zazdrościli jej Olizarowi. Łopatka nawet, kiedy był w dobrym humorze, 
otwarcie go nią prześladował, a wtedy mawiał: 
— Ot! dałbyś pokój tej dymce41. Ona nieszczęście wodzi za sobą: Kunc dla niej kark skręcił, 
a jej męża posiekali Tatarzy, jeszcze i ciebie do nieboszczyków Olizarów wyprawi... 
Olizar, trochę przesądny jak wszyscy Rusini, nie lubiał takich wróżb i odpowiadał: 
— Na psa uroki, nie mów tak, abyś nie powiedział w złą godzinę — ale zaraz mu dodawał do 
ucha — a potem, znajesz, raz maty rodyła... 
Z czego Łopatka wnosił, że Olizar, choć wicher w polu, przecie się do niej przywiązał. 
Tak samo rozumiano także o Kergolaju i Pachnie, jednakże uważano, że Pachna nie z takim 
głębokim a szczerym uwielbieniem patrzy na niego, jak Fesia na Olizara. Jakoż istotnie 
Pachna zbyt często rzucała okiem na Niski Zamek, azali sztandar z białym orłem w czerwonym 
polu nie powiewa z jego dachów, co by było znakiem, że król już przyjechał. Sztandaru 
jeszcze dostrzec nie mogła, trzymała się więc Kergolaja — a wiedząc dobrze, że to także wicher 
w polu, tak surowo a pilnie go strzegła, że kiedy Francuz, zapewne tańcami zmęczony, 
czasem się wymknął z gościnnej komnaty, to i ona znikała, a wtedy, choćby już północ biła 
na miejskim zegarze, ani ze świecą byłby jej nikt nie odszukał. 
Takie to stosunki i stosuneczki się pozawiązywały w obozie. Formoza, jak każda zacna 
kobieta, patrzała na nie z pobłażaniem, lecz w gruncie serca przecież to czuła, że nie powinna 
znajdować się w takim towarzystwie. Ale nie mogła na to poradzić, bo swemu mężowi nie 
miała nic do zarzucenia, a zarazem nie godziło się jej go nie odwiedzać, jak skoro to czyniły 
wszystkie inne kobiety. Chciała się kogo poradzić, ale nie znalazła nikogo, który by obudził 
w niej zaufanie, bo wszyscy się radzi bawili; próbowała zbyteczną swawolę naganiać, ale 
jeszcze sobie z niej żartowano; pozostało jej chyba tylko się przed kim poskarżyć, ale i takiego, 
który by ją zrozumiał i jej skargi wysłuchał, znalazła tylko jednego — a tym jednym był 
Lubek. 
Lubek, przywiązawszy się do Tigranesa i widząc, że w tym kawalerze przymioty rycerskie 
nie dotrzymują kroku pięknym zaletom jego umysłu i serca, przyjął w jego chorągwi miejsce 
porucznika, ale przyjął je dlatego, ażeby służbą w polu nauczyć się praktyk wojennych, a 
wcale nie na to, ażeby ciało i duszę brukać w obozowej swawoli. Toż nie brał on nigdy 
udziału ani w pijatyce, ani w tańcach, ani też w innych hałaśliwych rozrywkach, natomiast 
zaś po parę godzin codziennie musztrował Tigranesową chorągiew, chował się w swojej izdebce 
i grał sobie cichutkie piosenki na mandolinie, a kiedy już musiał być obecnym w gościnnych 
komnatach, to siadał w odległym kąciku i patrzał na te dzikie, chociaż rycerskie, 
pląsy zamyślonymi oczyma i z właściwą jego wznioślejszej duszy dla takiej bezmyślnej 
swawoli pogardą. Pokrewne serca prędko się z sobą znalazły: Formoza się zaraz w pierwszych 
dniach sama zbliżyła do niego, im bliżej go poznawała, tym żywszą dla niego budziła 
w sobie sympatią, często po całych godzinach z nim rozmawiała — a kiedy wieczorem sama 
wracała do domu, to zawsze Pretficz ją odprowadzał. Czynił on to zawsze z wielką ochotą, bo 
najprzód, bardzo mu miłą była rozmowa z cioteczną siostrą tej, której wszystkie swoje uczucia 
i myśli poświęcił — a potem, powracał zawsze stępą do obozu i mógł spokojnie marzyć o 
Jagience, bez obawy, że obozowe hałasy przerwą mu jego marzenia. 
Co się działo na Zamarstynowie, to samo i tak samo się działo po całym obozie, nawet im 
dalej, tym gorzej, o Srokach i Łaszkach opowiadano już rzeczy ledwie do uwierzenia — a taka 
sama swawola rozlała się także po całym mieście. Wszystkie te wiadomości doszły prędko do 
uszu kasztelanowej i nadzwyczajnie ją zaniepokoiły. Jako równie zacna kobieta była ona także 
pełną pobłażliwości, ale bywają zgorszenia, na które nikt obojętnie patrzeć nie może, a 
nawet i nie powinien, jeżeli mu jest miłą cześć społeczeństwa, do którego należy, i jeżeli kocha 
swój naród, którego istoty moralnej i podstaw duchowych powinien bronić wszelkimi 
siłami, bo na nich jego przyszłość spoczywa. Kasztelanowa była głęboko przekonaną, i słusznie, 
że naród, który kazi swe obyczaje, otwiera sobie drogę do niechybnego upadku i zguby — 
i już to samo było dla niej aż nadto dostatecznym powodem, ażeby się z odpowiednią tak 
ważnemu celowi energią o poskromienie tej swawoli postarać. Wszelako jeszcze szczególnym 
bodźcem do tego była dla niej ta okolicczność, że w tym rozpustnym obozie znajdował 
się i musiał na to wszystko patrzeć jej syn Stanisław, młodzieniaszek niewinny jak panna, 
rzadkich przymiotów umysłu i serca (których też później świetne złożył dowody) i rokujący 
najpiękniejsze nadzieje. Ale skąd wziąć odpowiednią powagę, gdzie znaleźć skuteczne wpływy 
na obóz, złożony ze stu tysięcy ludzi i porwany od końca do końca szałem nieokiełznanej 
swawoli? 
Król bawił jeszcze wtedy w Przemyślu i wcale się nie pokazywał we Lwowie. Piotr Kmita, 
starszy brat jej męża, pan na Wiśniczu, marszałek wielki koronny, mąż wielkiej powagi, 
wcale nie pociągnął na tę wyprawę. Krzesław z Kurozwęk, biskup kujawski, najpoważniejszy 
z senatorów duchownych, pojechał był właśnie w poselstwie do wołoskiego wojewody Stefana. 
Kamieniecki, który choć jeszcze młody, był bardzo respektowany przez szlachtę, bawił 
ciągle przy królu. Kasztelanowa udawała się z tym do biskupów; ale biskupi, nie czując po 
sobie protekcji króla, bo też i rzeczywiście duchowieństwu nie bardzo sprzyjał, zresztą nie 
wiedząc wcale, co on o takiej swawoli rozumie, nie chcieli na własną rękę z żołnierstwem 
zadzierać, zaczem tylko wtórowali po cichu jej skargom na tę nowożytną Sodomę i Gomorę i 
tylko nabożeństwa odprawiali po kościołach, ażeby Bóg tę plagę odwrócił. W tym położeniu 
pozostał jej jeszcze tylko oboźny wielki koronny, jako jedyny senator mający autoritatem w 
obozie. 
Oboźnym na tę wyprawę był Jan Fredro, do niedawna jeszcze wojewoda ruski, który 
wszakże dla podeszłego wieku, a może raczej z familijnych powodów, tego województwa 
Tęczyńskiemu odstąpił i od lat kilku dobrze zasłużonego wczasu zażywał w Niżniowie. Jednakże 
kiedy się taka wielka wojna zakurzyła na Turka, w której mieli wziąć udział Litwini, 
Krzyżacy, Węgrzy, Czechowie, Niemcy, a nawet i doża wenecki, nie mógł usiedzieć w domu 
i sam ofiarował swe służby królowi — a to tym jeszcze skwapliwiej, ile że lubo opływał w 
wszelakiej czci i dostatkach na zamku niżniowskim, bezustannie skarżył się Bogu i ludziom, 
że mu nie było dano zginąć śmiercią rycerską w otwartym polu i przyjdzie mu jeszcze umierać 
jak starej babie w pierzynach. 
Jan Fredro bowiem był jednym z najznamienitszych a wcale niespracowanym rycerzem 
swojego czasu. Gdzie jakie bitwy były za jego życia w Niemczech, we Włoszech, w Hiszpanii, 
we Francji, jeżeli tylko podówczas spokój był w Polsce, wszędzie widziano jego hełm z 
białymi i błękitnymi piórami górujący nad wszystkie inne, a jego pancerz ze srebrnym jednorożcem 
na piersiach znano w tych wszystkich krajach tak dobrze, jak orła dartego niemieckiego 
cesarza albo lilie andegaweńskie. A ile razy wdarł się najpierwszy na mury forteczne, 
ile wstążek i serc niewieścich zdobył po rozmaitych turniejach, ilu zuchwałych rycerzy, 
hersztów zbójeckich, straszliwych smoków, upiorów i samych diabłów w bitwach ręcznych 
położył, o tym pomiędzy Angielczykami nieskończone krążyły powieści, a nawet i pieśni 
śpiewano. Ile zaś razy bito się w Polsce, od lat pięćdziesięciu, Fredro stawał zawsze w pierwszych 
szeregach, a ostatni konia zawracał do domu, rzucając zawsze żałosnym okiem na pole 
bitwy, że się już wojna skończyła. O sprawy dyplomatyczne niewiele się troszczył, polityką 
wcale się nie zajmował, do żadnych stronnictw nigdy nie należał: zawsze mu tylko o to chodziło, 
ażeby się serdecznie wygrzmocił, najprzód za honor Matki Najświętszej, do której 
szczególne miał nabożeństwo, a potem za zdrowie królewskie, niewiele pytając o to, jak się 
ten król nazywa. 
Fredro miał wówczas już lat siedmdziesiąt, duży był wzrostem, niezmiernie chudy, ale 
mocno kościsty, niby zawiędły i zasuszony, nos miał wydatny, oczy siwe, krzaczystymi 
brwiami nakryte, włos biały, krótko strzyżony, i brodę białą, spadającą na piersi. Znał się na 
wojnie i na wszelkim rycerskim rzemiośle jak nikt koło niego, dla swoich ludzi był dobry i 
hojny, ale zarazem niesłychanie surowy, dawał im jeść i pić po same szyję i na swawolę patrzał 
przez palce, ale kiedy karał, to nielitościwie, a zawsze miał przy tym oczy śmiejące. 
Żołnierze go czcili jak Boga, chociaż go się bali jak ognia, bo każdy wiedział, że jak Fredro 
wyda wyrok na kogo, to chybaby ziemia się zapadła pod jego nogami, aby go nie wykonał: 
każe ściąć albo powiesić, albo i poćwiertować, niechby to nawet był jaki kasztelan lub wojewoda, 
jeszcze się przy tym naśmieje. 
Objąwszy urząd oboźnego, chociaż ten obóz nie był okopany, kazał u wstępu wielką bramę 
wystawić, a przy niej dwie szubienice, na znak swojej jurysdykcji, miał też owoczesnym 
zwyczajem księdza i kata pod ręką: ale dotąd jeszcze nikogo nie kazał powiesić — a na szu
bienicach wieszano tylko rzeczy znalezione w obozie, do których jeszcze nikt się nie przyznał. 
Sam mieszkał w namiocie przy samej bramie (chociaż domków w sąsiedztwie nie brakło), 
nad którym powiewała chorągiew z orłem białym królewskim w czerwonym polu z jednej 
strony, a z drugiej z białym jednorożcem w polu błękitnym, pod chorągwią zaś były na krzyż 
przybite dwa nagie miecze, pomiędzy nimi u góry hełm ze spuszczoną przyłbicą, a u dołu 
pancerz żelazny także z Bończą na piersiach. Przed namiotem stało we dnie i w nocy dwóch 
knechtów z halabardami na warcie, siadywało tam także na ławach i krzesłach polowych 
mnóstwo urzędników wojskowych i innych rycerzy, co przychodzili z raportami lub ze skargami, 
za namiotem zaś stało również we dnie i w nocy dwunastu żołnierzy przy koniach osiodłanych, 
na posyłki i na wypadek alarmu. 
Oboźny dużo gości przyjmował u siebie, bo miał kuchnię i piwnicę ze sobą, a jako stary 
kawaler, nie potrzebował się oszczędzać; najpierwsi dygnitarze bywali u niego, bywał także 
Olizar, bo Fredro, rodząc się z jego babki Kierdejowiczównej, był jemu jakoby wujem. Codziennie 
sam jakąś część obozu objeżdżał i wszystko z bliska oglądał, ale nikomu żadnego 
wstrętu nie czynił. Kiedy czasem spostrzegł żołnierzy bijących się z sobą, to im się przypatrywał 
ciekawie, bo bitwę lubiał niezmiernie, a kiedy spotkał jaką młodą kobietę, to zawsze 
się do niej uśmiechnął, a często i zwitał ją takim żartem, że i trudno by go powtórzyć. Wszelako 
i sam starszyznę odwiedzał po jej namiotach i dworkach, gdzie go też chętnie widywano, 
bo był jak słońce, co chmury rozpędza i rozwesela serce człowieka. Bywał także czasem u 
Kmitów. 
Taką tedy sposobność uchwyciła kasztelanowa i jednego dnia przedłożyła mu wszystkie 
swe skargi na obozową swawolę. Fredro ją wysłuchał cierpliwie, ale z ciągłym uśmiechem na 
twarzy, a kiedy skończyła, rzekł do niej: 
— Bardzo to ciężkie gravamina42. Cóż tedy zrobimy z tymi hultajami? to chyba każę ich 
wszystkich pościnać. 
Kasztelanowa widząc, że oboźny nie tylko nie podziela jej oburzenia, ale jeszcze sobie 
żartuje, zabrała znowu głos i przedstawiła mu bardzo wymownie, że tu nie chodzi wcale o 
karanie żołnierzy, tylko o poskromienie swawoli. 
— Nie chcecie ich karać — rzekł na to Fredro — a przecie żądacie kary. Bo jeżeli ja żołnierzowi 
zakażę rozrywki, której on pragnie, a która mu się Bogiem a prawdą należy, to właśnie 
jak gdybym go zamknął do ciupy... a ciupa to kara. 
— Rozrywki! — zawołała kasztelanowa — ależ to przecież nie można nazwać rozrywką, 
gdzie obce kobiety po całych nocach hulają w obozie, a niektóre z nich dopiero nazajutrz rano 
wracają do domu. 
— Obce? — zapytał Fredro — a jeśli to swoje? 
Kasztelanowa zacisnęła ręce przed sobą i przeszła się po komnacie, bo już nie wiedziała, 
co na to powiedzieć. Zaczem oboźny uśmiechnął się znowu i rzekł: 
— Pomówmyż o tym rozumnie. Jejmość, jak widzę, po raz pierwszy w swym życiu jesteś w 
obozie. Gdyby nie to, to byś już dawno wiedziała, że obóz to nie klasztor, chociaż i po klasztorach, 
jako to wiem z doświadczenia, nie wszystkie rozrywki według katechizmu się odprawiają. 
A cóż dopiero żołnierz? A wiesz waszmość pani, co to jest żołnierz? Żołnierz, to człowiek 
na śmierć skazany. Dzisiaj jest zdrów i wesół, a jutro go krucy dzióbią na pobojowisku. 
Owoż u nas jest taki zwyczaj, że nawet złoczyńcy na śmierć skazanemu, jeżeli nie był gorącym 
sądem sądzony, dajemy trzy dni przed śmiercią, aby sobie pohulał. Mieliżbyśmy tego 
żołnierzowi zabronić, co nie jest złoczyńcą, a karku nastawia za ojczyznę i króla? Ale taka to 
jest nielitościwość u kobiet. Żołnierz ma najprzód służyć płci pięknej — a wtedy służ twardo a 
wiernie i daj za nią swe zdrowie, bo inaczej cię wypchnie i weźmie innego, zaś za ojczyznę i króla daj życie, a nie śmiesz się nawet poweselić przed śmiercią. Powiedzże mi jejmość sama 
na twoje sumienie, czy chciałabyś być żołnierzem za takim kontraktem? 
Kasztelanowa się coraz więcej niecierpliwiła, aż zawołała nareszcie: 
— Ale mój syn! mój syn, co musi patrzeć na takie zgorszenie! 
— Słuchajże, moja troskliwa mateczko — rzekł na to Fredro — powiem ci coś, co cię może 
od zawodu ochroni. Jeżeli twój syn ma być takim żołnierzem, co wciąż mówi pacierze, a oczy 
odwraca od takiego namiotu, spod którego trzewik wygląda, to daj go lepiej Panu Bogu na 
służbę, bo na wojnie niczego się nie dosłuży. 
— Nie miałam o tym wyobrażenia — zawołała na to rozdrażniona kasztelanowa — że między 
wami takie są obyczaje! To niech tam... to niech tam już starsi robią sobie, co chcą, ale niechże 
przynajmniej nie dopuszczają się takiej rozpusty, z której takie gorszące rodzą się skutki. 
— Więc dobrze — rzecze oboźny — więc ja się z twoim mężem poradzę, a potem takie postanowimy 
prawo, że każdy żołnierz, co spłata coś takiego, z czego się jaki skutek urodzi, 
będzie ćwiertowany. Ale to będzie można wiedzieć dopiero za dziewięć miesięcy... 
Na ten żołnierski żart kasztelanowa już wcale gniewem spłonęła i zawołała: 
— Jaki pan, taki kram! Pod tym królem podobnoście wszyscy jednacy... 
Szczęściem, że na to inne nadeszły osoby — a tak się ta rozmowa przerwała. 
Tej nocy, rozmyślając nad tą rozmową, kasztelanowa jeszcze sobie robiła wyrzuty, że z 
Fredrem o tym gadała. — Nigdy sobie tego nie daruję — mówiła do siebie — żem na taką niedorzeczną 
myśl wpadła, ażeby od niego wymagać poskromienia żołnierskiej swawoli. Jak gdybym 
też nie wiedziała, z kim mam do czynienia! Przecie cały świat wie o tym, że pięćdziesiąt 
pojedynków odbył w swym życiu, a wszystkie za kobiety. Przecie to on odpowiedział starej 
królowej, kiedy go zapytała, czemu dotąd się nie ożenił, że pięćdziesiąt razy już szedł do ślubu, 
ale nigdy nie mógł dojść do ołtarza, bo zawsze się wpół drogi zaplątał w jakąś spódnicę i 
upadł. Piękny to będzie oboźny! Obaczymy, jaką to walecznością się wsławią ci jego żołnierze, 
co także wpół drogi się tak poplątali w spódnice... 
Tak sobie myślała kasztelanowa wśród nocy bezsennej, ale mimo to nie porzuciła swojego 
zamiaru. Była w tej chrześcijańskiej matronie rzymska wytrwałość w zasadach i przedsięwzięciach. 
Po dokładniejszym rozmyśle zdawało jej się nawet, że Fredro, człowiek rozumny i 
zacny, w gruncie serca nie może pochwalać tej obozowej rozpusty. Jeżeli jej nie poskramia 
surowo, to musi mieć do tego jakieś inne powody, może nawet instrukcje od króla, o którym 
ciągłe chodziły wieści, że wszelkimi środkami pracuje nad zdemoralizowaniem szlachty, aby 
ją mógł tym łatwiej okiełznać. Fredro może by zresztą coś zrobił, gdyby z innej strony nacisk 
na niego wywarto, ale stary żołnierz uważałby to za słabość, gdyby usłuchał rady kobiety... 
Idąc tym torem myśli, przyszła do przekonania, że na drodze urzędowej nic zrobić się nie da. 
A wtedy przyszła jej myśl, że może by o. Chryzostom coś na to poradził. Jakoż zaraz nazajutrz 
pchnęła zaufanego gońca do Chryzostoma. 
Ojciec Chryzostom od przeszłej jesieni, od swego powrotu z zamku na Sobniu, nie ruszał 
się ani na krok ze swego eremu. Prowadził życie bardzo spokojne, trawiąc dnie i wieczory na 
modłach, na czytaniu ksiąg świętych, na rozmyślaniu i na rozmaitych pokutach, które sam 
sobie zadawał. Zajmował się przy tym gorliwie biednymi ludźmi, którzy z daleka i z bliska 
przychodzili do niego po naukę, po radę, po błogosławieństwo, po pomoc w duchowych i 
cielesnych potrzebach. Sława jego świątobliwości, rozumu i mocy leczenia wszelkich dolegliwości 
coraz bardziej się rozszerzała: jakoż nie było dnia, w którym by się u niego nie zjawiło 
choć kilkunastu nieszczęśliwych, pomiędzy którymi można było widzieć szlachtę i 
kmieci, czasem nawet kobiety z zamożnych domów, a którzy wszyscy szli do spowiedzi i 
jedni przystępowali do Stołu Pańskiego, a drudzy pozostawali na rekolekcjach. Zaś w niedzielę 
i święta odprawiały się nabożeństwa solenne, na które tak liczne zbiegały się tłumy, że 
ani dziesiąta ich część nie mogła się w kościółku pomieścić, zaczem zalegały szerokie brzegi 
stawu i puszczy, radzi, jeżeli mogli przynajmniej dzwonek kościelny usłyszeć. 
O. Chryzostom kontent był z siebie, codziennie dziękował Bogu, że jego praca przynosi 
ludziom pożytek, i niczego nie pragnął, jak żeby mógł ją dalej prowadzić w spokoju. Wtedy 
też zwykle przed zachodem słońca zasiadał samotnie na przyzbie klasztoru, wpatrywał się w 
staw i w niebo, łączące się z wodami stawu, i marzył w pokorze i skrusze o tym dniu wielkim 
i świętym, w którym anioł śmierci mu zamknie powieki, a jego dusza, wybielona z grzechów 
ziemskich pokutą, uleci w niebo i będzie oglądać promieniste oblicze tej Matki Najświętszej, 
która go swoim zjawieniem się we śnie wyrwała z światowych obłędów i sprowadziła na drogę 
prawdy i cnoty. Taki spokój duszy z takim widokiem za grobem jest najwyższym szczęściem 
człowieka na ziemi: bodajby go każdy dostąpił, a dostąpiwszy, nigdy nie stracił. 
Ale dopóki człowiek żyje na ziemi, choćby się duchem podniósł najwyżej, zawsze ludzkim 
losom ulega. Od czasu jak król wojnę ogłosił, a cała Polska się wstrzęsła pochodem pospolitego 
ruszenia, spokój duszy Chryzostoma się także zamącił. Człowiekiem był i rycerzem, na 
odgłos wojny krew w nim zawrzała; był przy tym kapłanem, wojna przeciwko wrogom Chrystusowego 
krzyża zaczęła działać na jego imaginacją. Bisurmańscy wyznawcy półksiężyca 
zabrali Carogród, zdobyli Białogród43 i Kilią , położyli swoje plugawą rękę na Krymie i Wołoszczyźnie 
i coraz dalej się posuwają w kraje chrześcijańskie, ba, wcale już jak chmura gradowa 
zawiśli nad Chrystusowym królestwem na ziemi; teraz nareszcie taka potężna wojna się 
przeciwko nim podniosła — a on by miał nie być pomiędzy tymi, którzy za Chrystusa będą 
krew swoję przelewać? — Te myśli dręczyły go we dnie i w nocy i zrazu nie umiał im się 
obronić. Jednakże po dokładniejszym rozmyśle powiedział sobie, że już jest stary, że mu 
krew w żyłach zakrzepła, że mu ręce zgrabniały, że w swoim ciele nie ma już siły, że wreszcie 
rzemiosło rycerskie przestało być jego powołaniem — a tak pomału dawny spokój duszy w 
sobie przywrócił. 
Wszelako niebawem zaczęty go dolatywać zrazu głuche, lecz potem coraz wyraźniejsze 
wieści o niesłychanej swawoli, ba, nawet rozpuście, która się rozwielmożyła w obozie pod 
Lwowem. Kmiecie, co mieli synów w służbie wojskowej u panów, przejeżdżający kupcy ze 
Lwowa, szlachcianki wreszcie, co powracały z obozu i u niego się spowiadały, wszyscy mu tę 
swawolę w tak jaskrawych malowali kolorach, jak gdyby to już była Kapua albo zgoła Sodoma 
i Gomora. Jeśliby to tak było w istocie, to położyłby ten wielką zasługę wobec Boga i 
swojej ojczyzny, kto by tę swawolę poskromił — a do tego on czuł w sobie dostatkiem siły i 
posłannictwo takie byłoby wcale zgodnym z jego dzisiejszym powołaniem kapłańskim. Zaczem 
zaczął nad tym rozmyślać, wieściom tym wierzył i nie wierzył, szukał oświecenia w 
swoim rozumie, ale go nie znalazł: podwoił więc swoje modlitwy i czekał Bożego natchnienia. 
Wśród takiego usposobienia zastał go goniec od kasztelanowej. Przeczytawszy jej listy, nie 
mógł już wątpić ani na chwilę, że te trudne do uwierzenia wieści są prawdą — i postanowił bez 
zwłoki do obozu wyjechać. 
Ale Chryzostom miał zwyczaj, jak w swoim rozumie powziął jakie postanowienie, nimby 
je miał wykonać, pierwej się Pana Boga poradzić, który zawsze w ten lub ów sposób zsyłał na 
niego natchnienie. Tak i teraz postąpił, i strawił całą noc na modlitwach, leżąc krzyżem w 
kościele. I miał takie natchnienie, ażeby szedł do Lwowa i opowiadając słowo Boże, zażegnał 
rozpustę w obozie. 
Ale miał przy tym widzenie: albowiem wśród modlitwy usłyszał szmer u ołtarza — a kiedy 
głowę podniósł z prochu, obaczył ołtarz płonący tak jasną światłością, iż olśniał i znowu 
twarz położył na ziemi, bo czuł, że nie jest godzien oglądać tej promienistej twarzy, która u 
ołtarza objawiła się w ogniach. Wszelako chociaż miał oczy zamknięte i przyciśnięte do ziemi, widział Bożego anioła, który stał na ołtarzu, ognisty miecz trzymał podniesiony do góry 
w prawicy, a białe szaty jego spływały z ołtarza jak fala wody spadającej ze skały. A wtedy 
usłyszał głos, jakoby arfy grającej, który mówił do niego: — Idź, a niechaj słowo twoje będzie 
„głośnym dzwonem i trąbą nauki Bożej”, albowiem Pan Bóg daje tobie taką moc, jakiej ani 
aniołom, ani archaniołom zlecić nie chciał. Idź i szafuj tym, co jest w niebie: a jeśli „obronisz 
to miasto dla mnie i dla Dawida sługi mego”, będzie ci dano położyć głowę twoje za twojeę 
wiarę i zmieszać krew twoję z krwią Chrystusową. 
Z niektórych słów tej przemowy poznał zaraz, że był to sam św. Jan Chryzostom, który mu 
się w postaci anioła objawił, ale powiedział mu słowa nie swoje, tylko te, z którymi był posłań 
do niego. Zaczem duch jego nastroił się bardzo wysoko, albowiem otworzył mu się widok 
męczeńskiej śmierci za wiarę, widok tak słodki a wzniosły, że o nim nie śmiał dotąd zamarzyć... 
Dlatego nazajutrz rano zapowiedział swym mnichom, że za maluczko wyjeżdża z poselstwem 
Bożym, z którego może już nie powróci. Przez cały dzień był zajęty sprawami swego 
eremu, przejrzał inwentarz tego ubogiego przybytku, wzbogacił go swym testamentem, zamianował 
swojego namiestnika, kazał swoje zbroję i broń oczyścić, konie nakarmić, juki 
przysposobić — a na dzień następny urządzić solenne nabożeństwo w kościele. 
Nabożeństwo to trwało z małymi przerwami od świtu do ciemnej nocy. Mały kościółek był 
przepełniony, a nieprzejrzane tłumy ludu zalegały brzegi stawu i puszczy naokoło klasztoru. 
W kościele odprawiały się msze św. jedna za drugą — a około kościoła siedzieli księża zakonni 
i świeccy, co z okolic przybyli, za drewnianymi stołami, spowiadając pobożnych i udzielając 
odpustów. Dopiero o zmroku się te tłumy powoli rozeszły: jedni z ciężkim smutkiem na 
sercu, że ten przezacny klasztorek zostanie na jakiś czas osierocony; inni ze łzami w oczach, 
bo głucha wieść się rozeszła pomiędzy nimi, że jego przełożony może nie wróci; trzeci zaś, 
oglądając się tęsknymi oczyma za siebie, widzieli jawnie jako o. Chryzostom w olbrzymiej 
postaci wychylił się powyżej pasa nad puszczę leśną i podniesioną ręką kiwał ku Lwowu, 
jakoby zapowiadając miastu i obozowi swoje rychłe przybycie. W ręce tej widać było wyraźnie 
krzyż i różaniec, na plecach jego kaptur się wzdymał jak żagiel okrętu, a brodę rozwiewał 
wiatr jak gdyby ogon komety. 
Następnego dnia o samym świcie Chryzostom wsiadł na koń, wziął dwóch fratrów ze sobą 
i ruszył ku Lwowu. A jak tylko wyjechał na wielki gościniec, ze wszystkich osad i wsi okolicznych 
zbiegały się ku niemu gromady wiejskiego ludu, z rozwiniętymi chorągwiami ich 
kościołów i cerkwi i ze swymi księżami w ornatach na czele i kłaniały się przed nim, klękając 
na kolana i spuszczając chorągwie ku ziemi, właśnie jak łany pszenicy się słońcu kłaniają. 
Niektóre z nich odprowadzały go aż do kopców granicznych, a inne, które mieszkały w pobliżu 
Lwowa, ciągnęły za nim aż do bram, a nawet w ulice samego miasta... 
W obozie już dnia poprzedniego wieczorem przeleciała głucha wieść od końca do końca, 
że ma się zjawić jakiś biskup albo też wielki kaznodzieja pośród żołnierzy, ażeby ich gromić 
za obozową swawolę i napominać do skruchy, a wieść do poprawy. Jedni powiadali, że król, 
drudzy zasie, że papież, dowiedziawszy się, że żolnierstwo skaziło swe obyczaje i ugrzęzło w 
grzesznej rozpuście, przysyła swojego legata, ażeby te wykroczenia poskromić. Wieść ta 
wionęła przez wszystkie namioty jak wichr gorący i jak wichr taki warzy liście zielone krzewin 
i traw, tak ona zwarzyła rozweselone serca i pokruszyła zuchwałe sumienia grzeszników. 
Jakoż już tego wieczora ten i ów uderzył się w piersi, drugi odwołał biesiadę już zapowiedzianą 
u siebie, niektóry rotmistrz kazał powypędzać białogłowy z namiotów — a w jednym 
pułku halabardników pieszych, których też zwano husytami, żołnierze się zburzyli i dziesiętnika 
ubili, który im zakazywał swawoli. 
Musiał też i między starszyzną jakiś inny duch zawiać w tej samej chwili, bo nazajutrz 
oboźny zerwał się bardzo rano, otoczył się rotmistrzami i porucznikami i pojechał do tych 
husytów, którzy stali w polu pod samymi Łaszkami. Jadąc zaś, wziął dwunastu pancerników 
ze sobą, a zarazem kazał gewaltigerowi44 wsiąść na koń, ten zaś kazał jechać katowi za sobą, 
który, w czerwone szaty i czerwoną uszatą czapkę ubrany, miał miecz i topór błyszczący za 
szerokim pasem skórzanym, za nim zaś jechali również na koniach dwaj butle45, z toporami u 
siodeł i pękami postronków. Przyjechawszy do Laszek Fredro złożył zaraz gorący sąd na husytów 
i jednego z nich, którego przekonano świadkami, jako pierwszy się rzucił na dziesiętnika, 
zasądził na śmierć i kazał go stante pede powiesić. Kiedy zaś husyci na to mruczeli, 
podjechał ku nim sam jeden, ażeby widzieli, że się wcale nie boi ich buntowniczych pogróżek, 
i powiedział im wielkim głosem z niemiecka: jako nie zabrania im żadnej przystojnej 
rozrywki, jako nawet na mniej przystojne patrzy przez szpary, ale jeśliby który ukradł, zrabował, 
zgwałcił lub mężobójstwo popełnił, to go każe tak samo obwiesić. — Po tej przemowie 
mruczenie między tymi pogany ustało, zaczem Fredro, zawsze otoczon tą samą świtą, z gewaltigerem 
i katem za sobą, objeżdżał wszystkie chorągwie, zatrzymując się przy każdej, u 
kasztelana, rotmistrza lub porucznika, rozmawiając z każdym na osobności i powiadając im, 
że dopełniły się czasy tej obozowej swawoli, zaczem powinni ją powstrzymać, bo wstyd i 
hańba, i kara Boża już są niedaleko. 
Wracając do swego namiotu, widział wielkie zbiegowisko żołnierzy i rozmaitego innego 
ludu w głównej obozowej ulicy — a kiedy się doń przybliżył, obaczył owego chłopa o którym 
od dawna już wieści chodziły, ale którego jeszcze nie widział, jako stał pośród tłumów i kazał. 
Chłop to był jak drugi, z długimi włosami, spadającymi w nieładzie na plecy, i z długą 
brodą, jeno że twarz miał bardzo bladą, właśnie jak gdyby już jaki czas w grobie przeleżał. 
Miał też długą białą płóciennicę na sobie, ale razem z koszulą szeroko rozwartą na piersiach, 
a na boku piersi miał ranę, która we krwi zakrzepła, a była cale podobną do rany Chrystusa 
Pana, którą otrzymał na krzyżu od włóczni pogańskiej; na rękach zaś i na bosych nogach miał 
także plamy czerwone. 
O tym chłopie mówiono, co też i później pisano, "jakoby miał głowę skażoną”; ale po jego 
mowie tego widać nie było, a od jego postaci, że przypominał obraz Ukrzyżowanego, szła 
groza i lęk między ludzi, jakoż go wszyscy z wielką ciekawością słuchali. On zaś ich napominał, 
aby się opamiętali w swawoli, groził im niebieskimi karami, a czasem i słowa Pisma 
św. nawoływał, chociaż nie bardzo uczenie. Wszelako powtarzał wciąż, ażeby porzucili biesiady 
i czynili pokutę, a Boga się bali, bo (mówił) idzie ktoś za nim, co jest mocniejszy od 
niego, a który rozpustnych smagać będzie Duchem Świętym a ogniem. 
Fredro pytał tych ludzi, dlaczego się tak kupią, i już chciał ich rozpędzać a płoszyć, ale widząc, 
że on chłop ich do poprawy namawia, dał im pokój, a objechawszy ich, zsiadł z konia 
przed swoim namiotem. 
Zaraz też usiadł na krześle polowym dla wypoczynku, a jego oficerowie jedni także usiedli, 
drudzy zaś stali, wiodąc z nim stateczną rozmowę, ucząc się od niego albo też z nim się 
weseląc, bo Fredro był bardzo wymowny: kiedy dał komu jaką naukę, to warto ją było pamiętać, 
a kiedy żartował, to wszystkim serce się radowało. A kiedy tak rozmawiali ze sobą, 
nimby się na wieczerze rozeszli, bo wtedy już słońce zaczęło zachodzić, ludzie, co zbiegowisko 
czynili, zaczęli odbiegać chłopa, a gromadzić się około wielkiej bramy obozu, albowiem 
właśnie przez tę bramę inni goście wjeżdżali. 
A który jechał na przedzie, siedział na koniu białym jak mleko a bardzo wspaniałym. Był 
to koń pewno już stary, ale wielki, rycerski, on prawdziwy dextrarius, co z młodu swoją szeroką 
piersią o niejednę fortecę uderzał: dzisiaj szedł krokiem rozważnym, ale nogi jeszcze 
wysoko podnosił i głowę niósł górnie jako król, który zgrzybiały, co chociaż mu gtowa się 
trzęsie, przecie nią jeszcze jak orzeł z obłoków spogląda na ludzi. 
Na koniu zaś siedział o. Chryzostom w pancerzu i hełmie. 
Pancerz to był bardzo misterny, z samych wąskich pierścieni złożony, teraz już zardzewiały 
cokolwiek, jeno na jego piersi błyszczał złoty obrazek Matki Najświętszej, na hełmie 
zaś siedział widoczny po piersi lew bez korony pomiędzy dwiema trąbami, a nad nim powiewały 
pióra czerwone i białe. Na pancerz, zamiast rycerskiego płaszcza, zarzucił habit franciszkański 
z kapturem, jeno z przodu całkiem otwarty, zaś na piersi habitu przyszyty miał 
biały krzyż rodyjski, ośmioramienny. W lewej ręce razem z cuglami trzymał krzyż dosyć duży 
ze znakiem Męki Pańskiej, a w prawicy ogromny miecz wężykowaty, mocno błyszczący. 
Za nim jechało dwóch fratrów na koniach, prowadząc pomiędzy sobą konia obciążonego jukami; 
w tych jukach znajdowały się ornat, stuła i komża, a przy nich inna skromniutka chudoba 
tego rycerza-kapłana. 
Kiedy go Fredro tak wjeżdżającego obaczył, wstał z krzesła i przyłożył rękę do skroni, aby 
się od promieni zachodzącego słońca zasłonić; ale w oka mgnieniu go poznał; bo zaraz przystąpił 
do niego i zawołał: 
— Kmita! stary druh, Kmita! 
Ścisnąwszy go zaś za rękę i spojrzawszy na jego miecz archanielski, rzekł żartobliwie: 
Ou vas-tu, avec ton grand couteau? 
Couper les tetes, je suis bourreau46. 
Była to pierwsza zwrotka starej prowansalskiej pieśni, którą obydwa umieli na pamięć i 
może nieraz razem śpiewali. A Kmita mu odpowiedział na to z uśmiechem: 
Couper les tetes, sauver les âmes...47 
Więc na to znów Fredro serdecznie się rozweselił i rzekł: 
— Bóg ciebie natchnął, żeś tu przyjechał. Kiedym cię spostrzegł, właśnie jak gdyby mi lat 
czterdzieści ubyło.Gdzie te czasy a te nasze młode lata, we Francji, we Włoszech a w Ziemi 
Świętej! A po zamkach niemieckich, a między niemieckimi pannami... Zsiadajże z konia, a 
chodź do mego namiotu, bo u mnie zamieszkasz. 
Na to się Chryzostom cokolwiek zamyślił i rzekł: 
— Chciałem jechać do Zboisk. 
— A co byś ty tam robił w Zboiskach pomiędzy babami? Chodź do mnie. A kiedy zechcesz, 
to ci każę całe Zboiska tu przyprowadzić, dla ciebie zrobię nawet takie niepospolite ruszenie. 
Na to więc Chryzostom spojrzał na niego, uśmiechnął się i spytał: 
— Spodziewam się przecie, że nie masz białogłów u ciebie, jak to podobno po innych namiotach... 
A na to Fredro: 
— U mnie białogłowy już dawno do mitologii należą: nawet i ty takiego cudu nie zrobisz... 
— Więc tedy stanę u ciebie — rzekł Kmita — bo też każdemu miło być pod oboźnego opieką. 
Zaczem zsiadł z konia i szli do namiotu. 
A kiedy pod namiotem, jako starzy przyjaciele i towarzysze, jeszcze raz się powitali: 
— Słysz, Fredro — rzecze jemu Chryzostom — chodzą wieści po kraju, że w waszym obozie 
okrutna panuje rozpusta. Wiem, że ty mi nie skłamiesz: jestli to prawda? 
— Jużci ludzie się rozhulali cokolwiek, tak szlachta, jak i żołnierze... 
— Czemuż ty temu nie radzisz? Przecie jako oboźny masz autoritatem, a nawet i prawo 
miecza w potrzebie. 
— Jużci mam, ale mam też od króla instrukcje, abym się nie naprzykrzał żołnierzom. 
— Ale ja nie mam od króla instrukcyj — rzecze na to Chryzostom, głowę podnosząc do góry. 
— Cóż zrobisz? — spyta go Fredro — trudno ci wypowiadać wojnę władzy królewskiej. 
A na to mu odpowie Chryzostom prawie słowami swego św. patrona: 
— Będę tym ludziom ofiarował kadzenie, bom jest sprawiedliwy. Król za swoim płotem zostanie, 
albowiem inne są granice królewskie, a inne kapłańskie. Moje królestwo większe jest 
niżeli to, nad którym on króluje. Azaliż król nie schyla swej głowy pod ręką kapłańską? azaliż 
i w Piśmie starym nie pomazują królów kapłani? Król sprawuje to, co na ziemi jest, a kapłańskie 
prawo z nieba zstępuje. Nie będę cale pytał o króla, a spełnię to, czym mnie Bóg natchnął 
i z czym mnie posłał do tego obozu. A ty mi z twego urzędu do tego pomożesz. 
— Jurysdykcja jest tutaj przy mnie — rzecze mu Fredro — ale jeżeli kto chce karcić swawolę 
słowem Bożym, temu wstrętu czynić nie będę, owszem, rad jemu pomogę. 
Po czym zasiedli do wieczerzy i jedli i długo w noc się namawiali ze sobą. 
Nazajutrz rano, o samym świcie, zaczęto budować ołtarz w środku obozu. Postawiono go 
na małym wzgórzu, a zbudowano z drzewa, ozdobiono makatami poznoszonymi z przedniejszych 
namiotów i obwieszono chorągwiami, których sobie pożyczono w pobliskich cerkiewkach. 
Obok ołtarza zbudowano ambonę, którą także przyozdobiono makatami i dywanami. 
We dwie godziny na dzień przyjechał arcybiskup lwowski w asystencji kanoników katedralnych 
i ołtarz poświęcił — a już wtedy bardzo liczne tłumy żołnierstwa i ciurów, przekupniów, 
szynkarzy i rozmaitego innego ludu, zaczęły się około ołtarza zgromadzać i przypatrywać 
bardzo ciekawie tym przygotowaniom. Rozmaite głosy szły między tłumem: wszyscy widzieli, 
że się na jakieś wielkie nabożeństwo zanosi, ale różnie je sobie tłumaczono. Jedni mówili, 
że legat papieski przyjechał, drudzy, że jakiś cudotwórca, co leczy chorych i wskrzesza 
umarłych, inni, że przybyli misjonarze i apostołowie, co jadą Turków na wiarę chrześcijańską 
nawracać, a wojska polskie mają ciągnąć za nimi. Wieści te, że się dziać będzie coś nadzwyczajnego, 
rozsiewały bojaźń Bożą po sercach i przygotowywały sumienia grzeszników do 
skruchy. 
Arcybiskup, poświęciwszy ołtarz, odjechał do Lwowa — a w mały czas po jego odjeździe 
o. Chryzostom w ornacie i w otoczeniu księży franciszkanów w kapach, komżach i stułach, 
wstąpił na najwyższy stopień ołtarza i zaczął prawić mszę świętą. Msza była solenna, śpiewana 
jak suma, a chór rybałtów lwowskich pod przewodnictwem katedralnego kantora towarzyszył 
jej gędźbą i śpiewem. 
Natenczas około ołtarza zgromadziła się już prawie cała starszyzna obozu, wojewodowie i 
kasztelani, rotmistrze i porucznicy, rycerstwa wszelakiej broni, tysiączników i sotników, tak 
wielka gromada, zaś między nimi ich żon tak wielkie mnóstwo, że już tam żaden człek prosty 
ani na tysiąc kroków się nie docisnął, bo też halabardnicy wszelkie tałałajstwo kijami płoszyli, 
odmiatając je jak najdalej od obozowej starszyzny. Tłumy te odpływały na wszystkie strony 
i gromadziły się na miejscach cokolwiek wynioślejszych, skąd by mogły ołtarz obaczyć, 
inni zaś wyłazili na drzewa i dachy domów, porozrzucanych po tych przedmieściach. Wszelako 
nic widzieć nie mogli krom dymów kadzideł, co się ponad ołtarzem chmurami wznosiły, 
słyszeli także niektóre akordy gędźby a śpiewów, o ile im wiatr je przynosił. 
Po sumie skończonej o. Chryzostom wstąpił na ambonę, ażeby prawić kazanie. Natenczas, 
ile że ambona była bardzo wysoka, dojrzały go tłumy nawet oddalone; natomiast zaś gromady 
starszyzny, już przedtem gęsto zbite przy sobie, tak się ścisnęły koło ambony, że najbliżsi już 
twarzy kaznodziei widzieć nie mogli, tylko głos jego słyszeli. 
Ojciec Chryzostom, stanąwszy na ambonie, podniósł głowę do góry i powiódł okiem dokoła, 
jak daleko wzrok jego mógł donieść — a wtedy ujrzał widowisko, jakie tylko niewielu 
wybranym mówcom kościelnym a chyba apostołom zdarzyło się widzieć. 
Albowiem nie tylko ta cała równina, co stanowiła środek obozu, była tak gęsto nabita ludem, 
że i szpilki nie było gdzie rzucić, nie tylko że wszystkie drzewa i dachy wszelakich budynków 
były ludźmi jakoby rojącymi się pszczołami nakryte, ale i na wszystkich wzgórzach 
odległych rozlegały się rzesze wiejskiego ludu, właśnie jak gdyby już przyszedł dzień ostateczny 
i nie słowo Boże miało być opowiadane przez usta sługi Kościoła, ale jak gdyby 
aniołowie mieli lecieć powietrzem i uderzyć w trąby na sąd wszystkich zmarłych pokoleń. 
Widząc to Chryzostom, uczuł dreszcz po wszystkim swym ciele, bo nie wiedział ani się 
nie spodziewał, że będzie powołany, ażeby kazać takim rzeszom nieprzeliczonym: jakoż 
przejęty do szpiku kości wdzięcznością za taką łaskę Bożą i przepełniony bojaźnią Bożą, 
ukląkł na kazalnicy, a oparłszy głowę o poręcz, zaczął się modlić. 
Kiedy się modlił, wszyscy oddech zaparli w piersiach — a niektórzy widzieli, jako biała 
gołębica zleciała z obłoków i unosiła się przez małą chwilę nad jego głowami: zaczem bogobojny 
szmer dał się słyszeć pomiędzy rzeszami i powiadano, że Duch Święty spływa na kaznodzieję. 
A kiedy skończył modlitwę, wstał raźnie, jak gdyby jakimś cudownym ogniem wewnątrz 
rozgorzał, i wielkim głosem zawołał: 
— Surrexit Helias propheta guasi ignis, et verbum eius sicut facula ardebat! 
„Powstał Eliasz prorok jako ogień, a słowo jego jako pochodnia gorzało!” Słowa te uderzyły 
jak grom błyskawiczny w słuchaczy, głośny szmer zawrzał pomiędzy nimi i jak hucząca 
fala na morzu przebiegł po tłumach, odzywając się echem pomiędzy rzeszami na wzgórzach. 
Niektórzy bliscy rzucili się na kolana, inni schylili głowy, czując w swym wnętrzu, że oczy 
ich nie mogą znieść tej światłości, która w tej chwili biła od kaznodziei. 
Natenczas Chryzostom, mając zapewne takie natchnienie, że ma wiernych słuchaczów 
przed sobą, których sumienia będzie mógł miesić swym słowem jak ciasto swymi rękami, 
znowu wielkim głosem zawołał: 
— Albowiem jam jest ten, o którym napisano: „Oto ja posyłam sługę mojego przed obliczem 
twoim, aby zgotował drogę twą przed tobą”. 
A potem rozpoczął kazanie swoje od słów: 
— Biada tobie Korozaim, biada tobie Bethsaido: bo gdyby się były w Tyrze i w Sydonie 
cuda stały, które się stały w was, dawno by byli w włosiennicy i w popiele pokutę czyniły. 
Tak mówi Pismo: ale te cuda w was się nie stały, boście ich niegodni. Okryliście wasze piersi 
pancerzem, przypasaliście miecze do boku, opuściliście wasze zagrody i domy, ażebyście 
zawojowali ziemie niewiernych, ażebyście zburzyli ich plugawe bożnice i na ich gruzach zatknęli 
krzyż Chrystusowy. A ledwieście się pierwszym rozłożyli obozem, jużeście zapomnieli 
o Bogu, który kazał aniołom swoim was na tę wojnę prowadzić. Jużeście zatonęli w obżarstwie 
i opilstwie, w błazeńskich gędźbach a tańcach, w cudzołóstwie, porubstwie a wszelkiego 
rodzaju sprosnościach! Odtąd żaden cud Boży się w was nie stanie, ale spadnie na was 
grom Boży! Albowiem wiedzcie, że aniołowie Boży już odwrócili się od was i nie będą wam 
w tej wojnie hetmanić — a natomiast powiadam wam, jako mi jest objawiono, pędzi ku wam z 
dna piekieł rogaty anioł z czarnymi skrzydlami, którego zowią Esterminans — a który wiedzie 
na was nieprzejrzane zastępy pogan, ażeby wasze ziemie zawojowali. I zawojują was. I dwory 
wasze wypalą. I sługi wasze wybiją. I niemowlęta wasze w krwi ich potopią. I łany wasze 
końskimi kopytami wydepczą. I wasze sady powyrywają z korzeniem, i waszę ojczyznę w 
głuchą puszczę zamienią. I z waszych głów wielką mogiłę usypią, a na jej szczycie swój bisurmański 
księżyc zaszczepią. I będzie puszcza, zasypana kamieniami i piaskiem, gdzie były 
kraje kwitnące. A na tę puszczę gorące wiatry wiać będą z dna piekieł, ażeby na niej żaden 
owoc nie dojrzał i trawka uschła w korzeniu. A jeśli będą, co skrywszy się w jamy podziemne, 
tę karę Bożą przeżyją i jako gady wypełzną na suchą, u tych ssącym przyschnie język do 
podniebienia. Dzieci o chleb żebrać będą, a nie będzie, kto by go im podał. Którzy jadali po57 
trawy rozkoszne, umrą śmiercią głodową. A którzy sypiali w szkarłatach, ducha swego wyzioną 
na gnoju... 
Na te słowa wielki lęk poszedł po rzeszach: z tych, co stali bliżej ambony, jednym szeroko 
otworzyły się oczy, a zdjęte strachem biegały jak gałki ruchome w orbitach, drugimi trząsł 
zimny dreszcz jak w febrze i nie mogli ustać na miejscu, bo im się zdało, że się ziemia zapada 
pod nimi, inni darli szaty na sobie, a rzucając się na ziemię, bili się w piersi, wołając: — Boże 
wielki i miłosierny, zmiłuj się nad nami! 
Od tych, co słowa słyszeli, ten lęk straszliwy udzielał się tym, co słów nie słyszeli, ale ducha 
ich zrozumieli — a od tych, jak Duch Święty, co wieje na niewinne i nieświadome, jak 
wiatr, co kłosy skłania ku ziemi i wierzchołkami lasów potrząsa, szedł aż ku wzgórzom, gdzie 
stały gromady ludu i tam objawiał się szmerem i lękiem, a czasem przeciągłym okrzykiem, 
jak gdyby grzmotem podziemnym. 
Tymczasem o. Chryzostom, odetchnąwszy czas mały, ażeby jego słuchacze mogli wejść w 
siebie i poczuć się w grzechach, znów podniósł głowę i znowu zawołał: 
— Powstał Eliasz prorok jako ogień, a słowo jego jako pochodnia gorzało! 
I mówił dalej — a wtedy już jego słowa spadały na głowy słuchaczów, jak potok spadający 
ze skały, i szumiały jak burza, i kwiliły jak dziecko, i otwierały jawnie samo dno piekieł pełne 
szatanów, i pokazywały promienistą twarz samego Boga w obłokach, Boga łaski i miłosierdzia, 
mogącego jeszcze grzesznikom przebaczyć. 
Wszyscy to jawnie widzieli — i czuli gorąco otchłani piekieł, jako na nich buchało, i światłość 
niebieską, unoszącą się nad ich głowami. 
A wtedy Chryzostom już wiedział, że ich wszystkich ma w ręku i może z nimi zrobić, co 
zechce: może za jednym skinieniem ręki rzucić sobie w objęcia tych, co od lat niepamiętnych 
się gryźli ze sobą, może kazać zagniewanemu mężowi, ażeby padł do nóg swej żonie, którą 
od siebie wypędził, może nakładać pokuty i posty, a będzie bez szemrania usłuchan, może 
ślepego uczynić widzącym, a głuchemu słuch wrócić, może wszelkie chore uzdrawiać i przywoływać 
duchy umarłych. 
Zaczem zabierał głos jeszcze dwa albo trzy razy — a wciąż z wzrastającą potęgą słowa i z 
coraz głębszym skruszeniem słuchaczów, tak że po jego ostatniej przemowie już wszyscy 
leżeli na ziemi i tarzali się w prochu, i nikt nie śmiał oczu podnieść ku kazalnicy. 
A kiedy po długiej chwili wstawać zaczęli, jego już nie było na ambonie — i nikt nie wiedział, 
kędy się podział. 
Więc namawiali się z sobą i powiadali: — Byłli to kaznodzieja jak inni? czy legat stolicy 
świętej? czy apostoł Chrystusa Pana? czy anioł Boży, co zstąpił na ziemię, ażeby poskromić 
obozową swawolę i nadać pokutę? Ale nikt na to nie umiał dać odpowiedzi. 
Tylko tego dnia już w całym obozie ani biesiad rozgłośnych, ani też pląsów nie było — a 
wszyscy strawili wieczór na przystojnych rozmowach, zalecając jeden drugiemu, że trzeba się 
bać Pana Boga, wyspowiadać się z grzechów, a wszelkie rozrywki ukrócić, bo może jeszcze 
jest czas, ale już za maluczko może przyjść płacz i zębów zgrzytanie, jako jest napisano. 
Nazajutrz cudowny ten kaznodzieja także nikomu się nie pokazał. Zaczem dziwne wieści 
chodziły o nim po obozie. Mówiono, że pozaprzeszłej nocy nocował u Fredry, ale wczoraj 
zniknął bez śladu. Ci zasię, co go widzieli wjeżdżającego do obozu, powiadali, że na próżno 
go szukać, bo to był anioł Boży, siedział na białym koniu, co nie dotykał się ziemi i trzymał w 
prawicy miecz płomienisty, zaczem nie z tego był świata. Tym wreszcie, którym się zdało, 
jakoby go wczoraj widzieli wieczorem u Kmity w Zboiskach, wszyscy przeczyli, mówiąc; — 
Są tutaj pobożniejsi panowie niżeli Kmita, raczej więc tam byłby się zjawił. Mimo to jednak 
każdy dopuszczał, że mógłby się zjawić, choćby nawet w ulicy, jako i Chrystus Pan, i apostołowie 
nieraz kazali po ulicach i rynkach: zaczem wszyscy bardzo się bali, a który miał jaki 
grzech na sumieniu, nierad sam na ulicę wychodził, bo mógłby mu ten kaznodzieja stanąć 
nagle na trakcie, a wiedząc dobrze, jaki grzech na nim cięży, rzucić go swoją wszechmocą w 
proch, z którego by może nie powstał. Stąd też całe żołnierstwo objął wielki niepokój: każdy 
by był chciał się wyspowiadać — a tu księży nie było. 
Dopiero kiedy się to pobożne pragnienie objawiło w całym obozie i kiedy żołnierze zaczęli 
się niecierpliwić, a nawet i we Lwowie do biskupów szturmować o spowiedników, trzeciego 
dnia o samym świcie, właśnie jak stado ptastwa, co nagle z chmur spada na błota, kilkudziesięciu 
franciszkanów i bernardynów, co sobie są braćmi w zakonie, spadło na ten obóz błotnisty 
— i zaczęli żołnierzy spowiadać. Natenczas przy ołtarzu odprawiały się msze św. jedna za 
drugą, a około ołtarza nastawiano konfesjonałów, wystruganych naprędce, w których spowiednicy 
zasiedli. Widziano wówczas, co ledwie komu dano było obaczyć, rotmistrzów i 
poruczników, i inną zacną szlachtę, piastującą wysokie urzędy, jako własnymi rękami nosili 
belki i deski i brali topory do ręki, ażeby czym prędzej konfesjonały budować, inni zaś znosili 
makaty ze swoich namiotów, aby je spowiednikom ścielić pod nogi. A kiedy już księża zasiedli 
w konfesjonałach, taki ścisk się zrobił koło nich, że żołnierze się bili pomiędzy sobą, który 
by miał pierwszy do spowiedzi przystąpić. Jakoż było i trochę kalectwa, zwłaszcza że i prosty 
lud, i rozmaici żebracy także się do księży cisnęli, za co temu i owemu dostało się po łbie i 
było jęku i pisku niemało. 
Tak więc kto się pierwszy docisnął, ten pierwszy się wyspowiadał. A który absolucją 
otrzymał, ten szedł do ołtarza i przystępował do Stołu Pańskiego. Ale było wielu takich, którym 
na ten raz absolucji nie dano: ci kładli się przed ołtarzem krzyżem na ziemi i jęcząc mówili 
pacierze, inni zaś na gościniec wracali, tam rzucali się na kolana i stamtąd czołgali się na 
klęczkach ku ołtarzowi, bijąc się w piersi, przyznając się jawnie do grzechów i wołając głośno 
o zlitowanie się Boże nad nimi. A było to wszystko ku wielkiemu zbudowaniu patrzących, 
bo nawet i ci, co z daleka patrzali, kiedy spostrzegli grzeszników jęczących w niebogłosy 
o miłosierdzie Boże, żegnali się krzyżem świętym i głośno odmawiali pacierze, aby się Pan 
Bóg zlitował nad nimi. 
Takie spowiedzie i nabożeństwa powtarzały się co dzień bez odpoczynku — i już się rzeczy 
zaczęły trochę lepiej układać w obozie. Ucichły owe srogie hałasy i sarabandy, biesiadowano 
już tylko przy drzwiach zamkniętych, zawstydzona swawola ukryła się w kąt przed ludzkimi 
oczyma, tylko jeszcze białych głów się nie pozbyto z obozu. 
Lecz wtedy kasztelanowa przemyska, jak była pierwszą, co się zgorszyła tą obozową rozpustą, 
tak też i pierwszy dała przykład ze siebie. Jednego dnia, zabrawszy ze sobą cały swój 
fraucymer, pożegnała się z mężem i synem i wyjechała z obozu. A wyjechała jawnie, aby ją 
wszyscy widzieli, jadąc sześciokonną landarą, otoczoną swymi dworzany, i prowadząc za 
sobą swoje wozy ze służbą, i jadąc noga za nogą wzdłuż całego obozu aż do bram miejskich. 
Miała ona niejedną zgryzotę w swym życiu, miała czasem ze swym mężem ciężki krzyż do 
zniesienia, ale za wszystkie swoje cierpienia i poświęcenia otrzymała dzisiaj sowitą nagrodę: 
albowiem uwoziła ze sobą to przekonanie, że miała myśl zacną i od Boga natchnioną, przywołując 
o. Chryzostoma do obozu, który też swoim zjawieniem się i jednym śmiałym kazaniem 
zatrząsł skażonym sumieniem całego obozu i stu tysiącom grzeszników otworzył drogę 
do skruchy i do poprawy. 
Kasztelanowa nie była wprawdzie jedyną kobietą w Polsce, która ku wyjściu z obłędów, w 
jakie społeczeństwo się uwikłało, znalazła drogę zbawienną: albowiem u nas, pod owe czasy i 
później, wśród mężów zawsze skłonnych do zgnuśnienia w używaniu dóbr doczesnych i zapomnienia 
o obowiązkach wyższego urzędu, niejednokrotnie kobiety odszukiwały zagrzebane 
w przeszłości ideały narodu i uderzały w ton czynu, który się potem przelewał z pokoleń na 
pokolenia. Ale tej zacnej matronie nie chodziło o współzawodnictwo z innymi, a nawet o rozgłos: 
owszem, jeżeli była zadowolona ze swej zasługi, to jeszcze więcej właśnie to ją uszczęśliwiało, 
że ta jej zasługa jest tylko samemu Bogu wiadoma i że nikt ze śmiertelnych nie będzie 
mógł jej zazdrościć. 
Przykład dany przez kasztelanową niemal takie same sprawił wrażenie, jak kazanie Chryzostoma: 
albowiem od tego dnia wszyscy zaczęli powoli swoje żony wyprawiać z obozu i co 
dzień było widać ładowne wozy z kobietami, przeciągające przez Lwów i wyjeżdżające na 
wieś, ku wielkiemu żalowi kupców lwowskich i rzemieślników. Powypędzano też owe praczki 
i szwaczki z namiotów, co ich się już namnożyło tak wiele, że prawie więcej ich było niżeli 
koszul w obozie. Zaczem pozamykano także niektóre garkuchnie i szynki, w których żołnierze 
zgrywali się w kości, a gdzie na czas i srogie bójki bywały, zaś za tymże samym zamachem 
dostało się także i onym kuglarzom a błaznom, co rozmaite nie bardzo przystojne igry 
wyprawiali żołnierstwu, a kunszty swoje pieprzyli opowiadaniem takich sprośności, że każdy 
grzeczny młodzieniec musiał się zarumienić, a nawet i starsi musieli sobie uszy zatykać. Tak 
środek obozu, gdzie stały chorągwie powiatów a hufce możniejszych panów, został oczyszczeń 
z wszelkiego plugastwa i już wyglądał jakoby na wielkie święto umieciona komnata: 
tylko jeszcze po krańcach, poza Zniesieniem, w Srokach i w Łaszkach, gdzie wojska zaciężne 
miały swe leże, prawie że jeszcze gorsza grasowała rozpusta, bo też to śmiecie, co je pobożny 
wicher zdmuchnął ze środka obozu, prawie wszystko tam poleciało. 
A wtedy znowu się zjawił o. Chryzostom w obozie. I znowu miał wielkie a potoczyste kazanie, 
w którym jeszcze gromił nieprawości i wszelkie inne występki przeciwko dziesięciorgu 
Bożych przykazań, ale już obiecywał, że dla sprawiedliwych, co uczynili pokutę, chociaż ich 
jest bardzo maluczko, może Bóg będzie łaskaw i dla nich nie da zgubić Niniwy. A po kazaniu 
chciał brać Przenajświętszy Sakrament i iść z procesją do Srok i do Łaszek i wypędzać stamtąd 
białogłowy, kostery48, kuglarze i błazny. Ale Fredro na to mu nie pozwolił, mówiąc: 
— Nie może to być, abyś tam szedł do tych ludzi, bo to tam wielka dzicz a sami poganie. 
Nie z Sakramentem trzeba iść do nich, ano z batogiem — a to nie godzi się kapłanowi, który 
ma wszędzie jawić się tylko ze słowem Bożym. Wszelako oni nie boją się ani Boga, ani batoga, 
a respektują tylko kata z butlami, zwłaszcza jeżeli za nimi stoi sto pancerników. Pójdę ja 
tam dziś albo jutro i każę znowu kilku z nich obwiesić, a to ich na jaki czas uspokoi. Ale tobie 
iść nie pozwolę, bo tak rozumiem, żebyś zdrów stamtąd nie wyszedł i stałoby się wielkie 
zgorszenie. 
O. Chryzostom, wierząc w potęgę swojego słowa, rwał się do tych pogan koniecznie i 
mówił: że kiedy by się na Przenajświętszy Sakrament porwali, to stałby się cud i wszyscy 
zostaliby porażeni. Ale Fredro, jako to żołnierze, choć w Boga wierzą, przecie idą za swoim 
rozumem, rzekł mu raz jeszcze: 
— Powiadam tobie, że nie pójdziesz do tych ludzi. Jesteś kapłanem, więc wiesz, że nie trzeba 
Pana Boga wyzywać. Cudowi mogłoby stanąć co na przeszkodzie — a kat porazi ich bez 
przeszkody, bo też i ja tam będę z sukursem, a ja nie chybię. 
Więc o. Chryzostom musiał mu ulec. I poszedł do Lwowa, i kazał tam najprzód w katedrze. 
A kiedy ludzie zaczęli się tak cisnąć na jego kazania, że kościół nie mógł ich objąć, za 
pozwoleniem arcybiskupa kazał pod gołym niebem na placu Ducha Św. Tam znowu takie 
nieprzeliczone gromadziły się rzesze, jak w obozie — a chociaż tam było miejsca dostatkiem, 
przecież się ludzie tłumili pomiędzy sobą, że niektórych na śmierć poduszono, inni zasię powpadali 
do Pełtwi i potonęli. Toż jego kazania właśnie jak ogień chwytały wiernych, ba, i 
niewiernych za serce: synowie mieszczańscy przywdziewali suknie zakonne, wielu Tatarów 
zostało przyjętych na łono katolickiego Kościoła, nawet i kilkunastu Żydów ochrzczono. 
A wtedy król przyjechał do Lwowa. 
XII 
WOJNA 
Król, chcąc dać dobry przykład ze siebie, jak tylko rozesłał wici na pospolite ruszenie, natychmiast 
sam ruszył z całym swym dworem wojskowym i zatrzymał się w Przemyślu, postanowiwszy 
sobie, jak powiadano, tam bawić tak długo, aż póki się wszystkie wojska nie 
zbiorą pod Lwowem. Sam stanął na zamku u Koniecpolskich, dygnitarze dworscy polokowali 
się w mieście, a chorągwie nadworne porozkładały się po przedmieściach, poobsadzawszy 
zaciężną piechotą wioski po obydwóch stronach Sanu. 
W pierwszych dniach pobytu jego w Przemyślu odprawiały się na zamku sceny cierpkie i 
przykre, a czasem nawet gwałtowne. 
Albowiem choć cała szlachta ruszyła na tę wojnę bez żadnego oporu i stawiła się pod chorągwiami 
prawie od kołka do kołka, byli niektórzy panowie, którzy tej wojnie byli przeciwni. 
Nie byli oni liczni, ale bardzo potężni, bo na ich czele stał brat królewski, kardynał Fryderyk, 
człowiek bardzo rozumny, rozważający sprawy publiczne daleko spokojniej i głębiej i widzący 
daleko dalej od niego — a tuż obok niego stał Krzeslaw z Kurozwęk, biskup kujawski i 
kanclerz wielki koronny, tak rozumem, jak i powagą, jeden z najpotężniejszych ówczesnych 
książąt Kościoła, miłośnik ojczyzny bardzo gorący, ale zarazem równie roztropny mąż stanu. 
Chodziło o rzeczy nadzwyczaj ważne, bo o honor i szczęście, i przyszłość polskiego królestwa 
— a więc i spory były bardzo gorące. 
Król jeszcze przed trzema laty zawarł był w Lewoczy na Spiżu ze swoim bratem Władysławem, 
królem węgierskim i czeskim, sojusz odporny i zaczepny przeciwko Bajazetowi, 
cesarzowi tureckiemu, a myślą przewodnią tego sojuszu było skojarzenie się z cesarzem niemieckim 
i z Wenetami, wypowiedzenie wojny na zabój w imieniu chrześcijańskiego krzyża 
bardzo groźnej już wówczas potędze tureckiej i wyrugowanie jej z Europy. Prawie natychmiast 
po zjeździe w Lewoczy rozmaite okoliczności zniewoliły króla do zawarcia z Bajazetem 
trzechletniego pokoju: te trzy lata teraz właśnie minęły, zaczem król, w innych sprawach 
częstokroć bardzo roztropny, w tej jednak gorący i niecierpliwy, zerwał się zaraz do wojny. 
Ale okoliczności jeszcze i teraz nie były po temu. Ani z cesarzem Maksymilianem, ani też 
z Wenetami nie było żadnych sojuszów, wielki książę litewski przyrzekł wprawdzie posiłki, 
ale musiał zachować pewne względy dla cara moskiewskiego, swojego teścia. Krzyżacy przysłali 
zaledwie kilkaset ludzi, lecz co najgorsza, nawet na Węgrów nie można było liczyć z 
pewnością. Król Władysław, bardzo łatwo się godzący na wszystko, przyrzekł był wprawdzie 
w Lewoczy razem z królem Olbrachtem uderzyć na Turka, ale już stany węgierskie, niepróżne 
pewnych zazdrości względem Polski, nie były tak bardzo skore do wojny: zaś oprócz tego 
powstało tam podejrzenie, jakoby król Olbracht miał skryty zamiar zabrania Wołoszczyzny 
dla królewicza Zygmunta, a Węgrzy byli stanowczo temu przeciwni, ażeby te kraje przeszły 
pod panowanie Polaków. 
Królewicz Fryderyk swoim bystrym rozumem osądził trafnie te niepomyślne warunki, w 
których ta wojna miała się toczyć, i już w Krakowie starał się króla nakłonić, ażeby jej na 
teraz zaniechał: ale król tych rad słuchał z niecierpliwością, a nawet się uniósł przeciwko 
bratu, mówiąc: „że biskupi a kardynałowie mają brewiarza pilnować, a nie mieszać się w 
sprawy publiczne”. Zaczem kardynał, przejęty trafnością swoich przekonań, nastawił na króla 
niektórych panów, pomiędzy którymi trzymali prym Krzesław z Kurozwęk i Mikołaj Podlodowski, 
kasztelan radomski, a ci mu wsiedli na kark w Przemyślu, ażeby tę wojnę odroczył. 
Król jednak, widząc, że ich obawy opierają się głównie na tym podejrzeniu, jakoby on szedł 
tylko rzekomo na Turka, a w rzeczy chciał Wołoszczyznę wojować, nadzwyczaj zręcznie 
sobie postąpił, albowiem właśnie tych dwóch głównych oponentów wyprawił w poselstwie 
do wojewody Stefana, ofiarując mu sojusz i proponując wspólne działanie przeciw Bajazetowi. 
Tym zręcznym zwrotem pozbył się niewygodnych doradców, a zarazem w innych wpoił 
to przekonanie, że nie ma wojennych zamiarów przeciwko Stefanowi, a przeto, że i na pomoc 
Węgier można liczyć z pewnością. 
Krzesław z Kurozwęk i Podlodowski wyjechali z małym dworem, lecz z wielkim pośpiechem; 
starostowie: Melsztyński samborski, Wilczek tustański i Paniowski stryjski, otrzymali 
rozkazy przez gońców pośpiesznych, ażeby im po stacjach nagotowali podwody i konie, ale 
zarazem, ażeby im sami towarzyszyli, bo dobra jest ufność, ale tym razem król chciał mieć 
swoich własnych starostów, których całkiem był pewnym, naocznymi świadkami, jak ci oponujący 
posłowie wywiążą się z swego poselstwa. Obliczywszy, że wojewoda wołoski powinien 
by już w pierwszych dniach czerwca jego posłów odprawić, wysłał za nimi rozstawionymi 
końmi gońca do Suczawy, ażeby prosto do Lwowa wracali, a gońcowi dał rozkaz, ażeby 
również rozstawionymi końmi przywiózł od nich pisemną wiadomość. Sam zaś także natenczas 
ruszył z Przemyśla i stanął niebawem na Niskim Zamku we Lwowie, rozłożywszy swoje 
chorągwie w mieście i po przedmieściach. 
Ledwie król stanął na Niskim Zamku, kiedy już Wilczek przyjechał z Suczawy. Jeżdżono 
wówczas, kiedy tego była potrzeba, tak szybko, że dzisiaj, zwłaszcza na dalsze odległości, 
ledwie by kto to potrafił, bo chociaż koni nie braknie, to ludzie dzisiejsi nie są tak jędrni i tak 
wytrwali. Pod owe czasy jeździec, kiedy sobie konie rozstawił, ujeżdżał po pięćdziesiąt mil 
na jedną dobę. Wilczek zaraz po odprawieniu posłów, ażeby królewskiego gońca uprzedzić, 
wsiadł na koń i puścił się wielkim pędem do Lwowa. Koni rozstawnych nie miał, ale jako 
królewski starosta brał najlepszego konia w którymkolwiek szlacheckim dworze i zostawiał 
go w dworze następnym. 
Tak pędził jak opętany na dzień i noc, mijając jak widmo góry i skały, przesadzając strumienie 
i rzeki, prując powietrze jak raca przez stepy — a przed jego koniem unosiła się w 
mgłach postać Jagienki. Nie dla siebie bowiem przedsięwziął on sztukę tak karkołomną, ażeby 
pierwszy przywiózł królowi wiadomość o rezultacie poselstwa, lecz dla niej: nie miał on 
żadnej nadziei otrzymania kiedyś Jagienki, ani w cud Boski, którego nie czuł się godnym, ani 
w kunszty diabelskie nie wierzył, ale... jeżeliby się miała stać rzecz niepodobna, to tylko król 
mógłby ją zrobić. Zaskarbienie sobie łaski królewskiej otwierało mu jedyny widok nadziei. 
Toteż tą myślą niesiony upalił te czterdzieści mil prawie bez żadnego zmęczenia i stanął 
przed królem czerstwy, lekki i wesół, jak gdyby wyszedł z orzeźwiającej kąpieli. 
Król go przyjął bardzo uprzejmie, położył mu rękę na ramieniu i rzekł: 
— Jużeś mi teraz prawie przyjacielem, nie sługą. Gdyby mi wszyscy tak wiernie służyli, to 
bym nie tylko Turków wraz z wojewodą zwojował, ale bym cały świat podbił. Powiadajże mi 
prędko, jak tam ten wojewoda powyrzucał za drzwi tych posłów. Może ich nawet kazał na 
pale powbijać? 
Wilczka zadziwiło cokolwiek to królewskie pytanie, ale zdał mu raport, jak umiał najlepiej. 
Wojewoda przyjął posłów jak najuprzejmiej, słuchając ich pochylił po kilkakroć głową 
przed majestatem królewskim, błogosławił króla za myśl szczęśliwą podniesienia broni na 
Turka, jego najzawziętszego tyrana i wroga całego chrześcijaństwa, składał ręce i modlił się, 
ażeby jak najprędzej ślad Turka w Europie nie został, obiecał święcie z całym swym wojskiem 
połączyć się z armią królewską — protestował się tylko, że sam jest za słaby, ażeby 
mógł wojnę poczynać, bo też siedzi z całym swym krajem jakoby w paszczy u Bajazeta, i 
prosił króla jak najpokorniej, ażeby szedł na Białogród, a jak tylko stanie pod Białogrodem, 
on ruszy zaraz z całym swym ludem. 
Kiedy Wilczek powiadał, król coraz więcej posępniał na twarzy, a kiedy skończył, on rozśmiał 
się gorzko i spytał: 
— A jakże on może łączyć się z nami przeciwko Turkom, kiedy ma syna w zakładzie u tureckiego 
cesarza? Przecież Bajazet, jak tylko się dowie, że on jest z nami, najprzód każe gardło poderżnąć jego synowi, 
Wilczek nie umiał mu na to dać odpowiedzi, rzekł tylko: 
— Opowiedziałem waszej królewskiej mości, com słyszał. 
Natenczas król zapewne się spostrzegł, że powiedział za wiele, bo zabrał głos znowu i zaczął 
w ten sens: 
— Ale to nie moja rzecz pilnować gardła wołoskiego wojewodzica... 
A kiedy król powiedział te słowa, królewicz Zygmunt wszedł przez otwarte drzwi do tej 
komnaty. 
Zygmunt, później jeden z najznamienitszych i najszczęśliwszych królów, jakich miała ta 
Polska, był wówczas trzydziestoletnim młodzieńcem. Jeszcze wspanialszej urody niżeli Jan 
Olbracht, z długimi włosami w kędziorach, z krótko przystrzyżoną brodą i bardzo wyrazistymi 
choć łagodnymi oczyma, był on siły tak wielkiej, że targał postronki i łamał podkowy, 
miewał też gniew prędki i prawie ognisty, ale umiał nad sobą panować, bo miał rozum głęboki 
i bystry, a przeto i sąd zawsze spokojny, zwłaszcza w sprawach publicznych. Jeżeli król w 
skrytości swego umysłu miał zamiar przede wszystkim Wołoszczyznę zwojować, to zamiar 
ten powziął właśnie dla niego, ażeby jego, nie mającego dotąd żadnej własnej siedziby, na 
tym zdobytym księstwie osadzić. Los jego był zatem, jeżeli nie głównym, to najbliższym celem 
tej wojny — i dlatego, usłyszawszy zapewne z przybocznej komnaty, że król niebacznie 
się zdradza ze swymi skrytymi myślami, wszedł do królewskiego gabinetu, aby być świadkiem 
dalszej rozmowy. 
Król, spostrzegłszy swojego brata, sam sobie przerwał i rzekł: 
— Bardzo ciekawe wiadomości przywozi nam Wilczek z Suczawy. Wojewoda z całym 
swym ludem chce ruszać z nami na Turka. Bardzo mu za to jesteśmy wdzięczni. Tylko nad tą 
kompensatą, której od nas żąda za to, że nam garść chłopów wołoskich przyszle na sukurs, 
pozwolimy sobie trochę się zastanowić... 
— Czegóż on żąda? — zapytał Zygmunt. 
— Przepisuje nam drogę — odpowiedział mu król z nie ukrytą ironią — każe nam iść prosto 
do Białogrodu, zapewne na Kamieniec, bo nie wiem... 
Więc królewicz zaczął sam wypytywać Wilczka, każąc mu opowiadać słowo za słowem 
całą rozmowę posłów z wojewodą Stefanem, bardzo być może, że tylko z ciekawości, ale 
daleko pewniej w tym celu, ażeby król tymczasem się uspokoił. Wilczek już teraz był zbity z 
toru i odpowiadał nie bardzo przytomnie, jakoż król dalej już nie nastawał na niego i rzekł: 
— Dowiemy się o tym wszystkim dokładniej, jak posłowie powrócą. 
Wilczka te słowa królewskie dotknęły bardzo boleśnie, że aż zbladł i spuścił oczy ku ziemi, 
co wszakże król spostrzegł i położywszy mu rękę na ramieniu, dodał łaskawie: 
— Dziękuję ci za fatygę, której podjąłeś się dla mnie. Odpocznij że sobie u nas mało niewiele 
i wracaj na Tustań, a tak się tam urządź, abyś się z nami połączył w Haliczu. 
Wilczek wyszedł od króla jak struty. Widział on jawnie, że przywiózł królowi niepomyślną, 
ba, nawet wcale wstrętną wiadomość. Bodajby piorun trząsł w tę godzinę, kiedy mu przyszła 
myśl pędzenia na złamanie karku z Suczawy do Lwowa. Znał on króla na wylot: postępuje 
on zawsze swym własnym trybem, nie zważa nigdy na złe albo dobre intencje, zawsze 
tylko skutek waży u niego, ledwie że nie wrogiem mu każdy, co mu złe wiadomości przynosi. 
Teraz już wszystko przepadło: chybaby zgłupiał zupełnie, gdyby jeszcze o tym pomyślał, że 
mu król w jego miłości pomoże. Wszystko mu idzie na wywrót: czego się ręką dotknie, to się 
w proch rozsypuje; co by drugiemu szczęście przyniosło, to jego w przepaść strąca i gasi 
ostatni promyk nadziei. Taki człowiek lepiej by był zrobił, gdyby się był nie narodził — a kiedy 
jest na tym świecie, to mu nic nie zostaje, jak tylko zginąć za jaką poczciwą sprawę. 
Szczęściem, że wojna się zakurzyła; byleby jej tylko nie odwlekano: ta mu przyniesie zbawienie... 
Tak z duszą znowu do samej głębi rozdartą, unikając ludzkiego wzroku, poszedł bocznymi 
korytarzami do swojej zamkowej kwatery, aby cokolwiek odpocząć. 
A kiedy tam wszedł i usiadł w krześle, razem z umysłem tak ciężko stłumionym odezwało 
się w nim fizyczne zmęczenie. Przechylił głowę na poręcz i zaczął mrzeć owym snem gorączkowym, w którym zbolała dusza, szukając na próżno spoczynku w zbolałym ciele, wytwarza 
te fantastyczne marzenia jakby nie z tego świata, których rozum, nie może pojąć ani 
pamięć nie może uchwycić. Zbudzonemu zostaje po nich tylko wrażenie, że we śnie wieszały 
się nad nim jakieś widziadła, ale nie może znaleźć ani jednego słowa, którym by mógł je 
określić. 
Kiedy Wilczek z tego ołowianego snu na jakiś szelest się zbudził, ujrzał starego Kijasa i 
Tigranesa przed sobą. Potrzeba mu było blisko trzy Ave Maria, ażeby otrzeźwiał i wiedział, 
gdzie jest. Tymczasem obydwa Ormianie byli bardzo uprzejmi dla niego, a daleko grzeczniejsi 
niż zwykle, i wypytywali go o zdrowie i powodzenie, na co Wilczek ledwie że im odpowiadał, 
aż wreszcie mu Kijas wyłożył, że jego syn bardzo piękną wysztyftował chorągiew, 
która już stoi w obozie i prosił go, aby ją raczył obejrzeć. Ale Wilczek nie bardzo był jej ciekawy, 
bo rzekł: 
— Na co mi tam widzieć waszą chorągiew. Wierzę wam na słowo, że piękna, ale to wam 
powiadam, że w tej wojnie ani jednego strzępla z niej nie zostanie. 
Spokojny Kijas uśmiechnął się na to, bo widział, że tylko zły humor przemawia z Wilczka; 
znając zaś jego dobre serce i przyjaźń dla siebie, wrócił znów do swojej materii i wyłożył mu, 
że w tej chorągwi jest dużo szlachty, nawet i znacznej, jak Pretficz, że Tigranes sam jej rotmistrzuje 
i chciałby rotmistrzostwo zachować, więc jest to prawie koniecznym, aby go król, co 
najmniej, zrobił szlachcicem, jeśliby nie chciał w swej łasce uczynić dla niego co więcej. 
Wilczkowi sprawa ta była zawsze obojętną, chociaż ją zawsze uważał za śmieszną, bo mu 
Tigranes wcale na żołnierza nie wyglądał: ale w tej chwili to gonienie za szlachectwem albo 
zgoła za rycerstwem wydało mu się tak poziomym, tak płaskim, tak nawet wstrętnym, że 
spojrzał na nich prawie z pogardą i rzekł: 
— Niechby raczej każdy tym był, czym go Bóg stworzył. Gdybyście wiedzieli, jaka to jest 
cierniowa korona te obowiązki rycerskie, to byście jej pewnie nie zapragnęli. Wolałbym ja 
być dziś kupcem niżeli rycerzem. 
— Ludzka to rzecz, mój kochany starosto — rzecze mu Kijas — że każdy tego pożąda, czego 
mu nie dostaje. 
Zaczem przedłożył mu oględnie swą prośbę, ażeby się za jego synem wstawił u króla. 
Ale Wilczek odpowiedział mu cierpko: 
— Ja u króla dziś nawet tyle nie ważę, co ten jego piesek, co go ma na pokojach. Macie już 
wojewodę po sobie, macie Gniewosza i Kamienieckiego, czegóż wam więcej potrzeba? 
— Cóż tedy waszmość rozumiesz — spytał go Kijas — czy ta protekcja nam wystarczy? 
— Ale wystarczy, pewnie wystarczy — rzekł Wilczek, chcąc się ich jak najprędzej pozbyć 
od siebie. 
Jednak w tej chwili się spostrzegł, że był zanadto szorstkim dla tych swoich przyjaciół, 
którzy jego zgryzoty wcale nie byli winni, a zawsze tak dobrzy byli dla niego; zaczem ścisnął 
Tigranesa za rękę i rzekł głosem wzruszonym: 
— Król będzie wielu rycerzy pasował, więc i ty się tam wkręcisz. Gdyby były trudności, to 
dam ci radę: niechaj cię Gniewosz przyjmie do swego herbu, a wtedy ci pójdzie jak z płatka. 
Życzę ci z serca, aby ci się z twoją chorągwią powiodło. Ale to ci powiadam i pamiętaj to 
sobie jako ostatnią naukę ode mnie, że wojna to nie igraszka dla bogatych paniczów — a 
zwłaszcza w tej wojnie pewnie żartować nie będą. Król idzie wojewodę Stefana wojować, 
aby mu jego ziemie zabrać dla królewicza Zygmunta — a wojewoda pierwej mu Turków i Tatarszczyznę 
na kark sprowadzi, niżeliby się miał dobrowolnie wyzuć ze swego księstwa. Pójdzie 
tam ząb za ząb, a oko za oko. Król familijną politykę prowadzi — a my mamy gardła nasze 
dać za to, ażeby książątko bez ziemi na hospodarskim stolcu usiadło! I damy gardła bez 
wstrętu, bo jesteśmy jak psy, którym nawet skomleć nie wolno. Oddałem królowi usługę, 
nogą za nią mnie kopnął, mówiąc, że lepiej się tych rzeczy dowie od posłów: teraz zginę za 
niego, choć wiem, że za mną nawet nie westchnie. Owo, jaki jest los prześwietnego rycerstwa. 
Bywajcie więc zdrowi. Dziękuję wam za wasze przyjaźń, w której mi zawsze byliście 
wierni. Zachowajcie mnie w dobrej pamięci — a jak się dowiecie, żem sobie łeb roztrzaskał o 
mury Suczawy, zmówcie za moje pokutującą duszę modlitwę. 
Ojciec i syn byli tymi słowami głęboko wzruszeni, Kijas go ściskał za rękę i zaczął mówić: 
— Waszmość jesteś podróżą i bezsennością zmęczony, dlatego masz czarne widzenia, ale 
Bóg je odwróci. 
Ale Wilczek przybrał postawę poważną i tak imponującą, że dalej mówić nie śmieli, zaczem 
ich obydwóch pożegnał. 
Kiedy już byli w korytarzu, Kijas obejrzał się poza siebie i rzekł do syna: 
— Ten człowiek ma już śmierć w kościach i mówi głosem umarłych. Niechaj go Bóg ma w 
swojej opiece, ale ja jestem pewny, że z tej wojny nie wróci. 
Ale Tigranes, duchem rycerskim już na wskroś przejęty, odpowiedział mu na to: 
— Będę go miał ciągle na oku — a jak będzie w niebezpieczeństwie, przyjdę jemu z pomocą. 
Z tym poszli odwiedzać innych królewskich rycerzy. 
Tymczasem Wilczek zamknął drzwi na zasuwkę, aby nikt do niego nie przyszedł, bo mu 
wstrętną była każda twarz ludzka — wyspał się — a o świcie, nie widziawszy nikogo na zamku, 
wsiadł na koń i pojechał na Tustań. 
Kiedy się dowiedziano w obozie, że król jest na Niskim Zamku, cała starszyzna się zbiegła 
do niego, bo każdy pragnął mu się osobiście pokłonić. Ale król kazał wszystkich przeprosić, 
że dziś nie może przyjąć nikogo, a tylko Fredrę wezwał do siebie. Fredro mu zdał raport o 
stanie armii i wyliczył mu ośmdziesiąt tysięcy uzbrojonego żołnierza, nie biorąc wcale ciurów 
i sługi w rachubę. Opisując mu szczegółowo wszystkie wypadki zaszłe w obozie, wspomniał 
także o owych swawolach i o Chryzostomie, opowiedziawszy zaś, jaki wpływ nieodparty 
wywierały jego kazania na żołnierzy, dodał radosnym sercem te słowa: 
— Powiadam waszej królewskiej mości, że od czasu, jak św. Jan Kapistran kazał w Krakowie, 
nie mieliśmy w Polsce takiego kaznodziei. Gdybyśmy wówczas, kiedy Chryzostom powiedział 
swoje pierwsze kazanie w obozie, byli zaraz uderzyli na Turka, to byśmy byli przelecieli 
jak burza przez całe cesarstwo turecke i nie oparli się aż o grób Chrystusa Pana, aby 
Mu podziękować za zwycięstwo. 
Więc król, wziąwszy to na uwagę, kazał zaraz szukać Chryzostoma i nie czekając, prowadzić 
na zamek. A kiedy Chryzostom przyszedł, król bardzo uprzejme go prosił, ażeby został 
w obozie i szedł na wyprawę. Chryzostom protestował się w swojej skromności, mówiąc, że 
sam nie wie, jakim się to stało sposobem, że swoim kazaniem taki wpływ wywarł na obóz, 
czuł bowiem tylko dreszcze po całym ciele, a słowa wylatywały z ust jego bez jego wiedzy, 
zaczem rozumie, że chyba Pan Bóg sam użył go za narzędzie i mówił jego ustami; ale się 
chętnie poddał woli królewskiej — i mianowany jest kaznodzieją pospolitego ruszenia. 
Nazajutrz rano król jechał ze wszystkimi nadwornymi dygnitarzami i rotmistrzami, ażeby 
obóz oglądał. Wszystkie chorągwie, regimenty i sotnie wystąpiły pod rozwiniętymi sztandarami, 
każda na swoim miejscu — a wtedy było co widzieć: bo obóz wyglądał właśnie jak las 
drzew ruchomych, a poprzybieranych w błyszczące pancerze, tarcze, hełmy, kopie i różnobarwne 
proporce, a najstarsi żołnierze nie pamiętali, ażeby kiedy tak liczną armię polską widzieli. 
U ołtarza w środku obozu odprawiono mszę św., a celebrował sam arcybiskup lwowski, 
otoczony nieprzeliczonym mnóstwem biskupów i kanoników, że ich tak wielu razem także 
nieczęsto zdarzało się widzieć. Kazania nie było, bo królowi niemało czasu było potrzeba, 
ażeby cały obóz objechał. Natomiast mieszczanie uświetnili to nabożeństwo, bo wytoczyli 
dwanaście armat na Wysoki Zamek i bili z nich przez całą mszę prawie bez upamiętania, tak 
że ziemia się trzęsła, a słychać ich było pewnie do Żółkwi. A mieli bardzo piękne armaty spiżowe, 
pomiędzy którymi jedna darowana im przez kardynała Fryderyka z jego herbami, artylerzyści 
byli także bardzo przystojnie ubrani, w białych kabatach, w czerwonych pludrach i w 
sapeluszach skórzanych, w mosiądz oprawnych a ozdobionych pióropuszami. Owo szalone 
bicie z armat było nastrojone przez starego Kijasa, o czym też doniesiono królowi. Po mszy 
św. król jechał do każdej chorągwi i rozmawiał łaskawie z wojewodą, kasztelanem albo rotmistrzem, 
kto właśnie stał na jej czele. Taką samą rozmową zaszczycił także Kergolaja, Tigranesa 
i Olizara, wszakże przy tym ostatnim się najdłużej zatrzymał, bo mu się bardzo podobali 
jego kozacy, że mieli konie takie zwinne a szybkie, a i ludzie byli nad podziw zuchwali, 
co im też i z oczu patrzało. 
Król kazał im zrobić kilki obrotów, a widząc, że są właśnie jak wiatr, co go nikt zgonić nie 
może, nie mógł się nimi nacieszyć i rzekł do Olzara: 
— Niechże ci będzie na zdrowie, mój panie Olizar! toż ty latasz jak ptak z tym twoin kozactwem. 
Chciałbym, abyś miał takich choć z dziesięć tysięcy, a wtedy rozumiałbym, żebyś mi 
wszystkich Tatarów utrzymał na wodzy. Pomyślimy też o tym swojego czasu; ażebyś nam 
takich sotni przymnożył. 
Potem król jechał aż do Srok i do Łaszek — a wszędzie witany jest i żegnany rozgłośnymi 
okrzyki, bo też swoją wymową, znajomością wszelakiej broni i dobrocią serca wszystkich 
sobie pozyskał. 
Mieszczanie, także za namową starego Kijasa, chcieli wyprawić wielki festyn dla króla, ale 
król im się na teraz grzecznie wyprosił, mówiąc, że przed wojną nie czas się weselić; natomiast 
wszakże u niego co dzień po kilkadziesiąt osób siadało do stołu, których przyjmował i 
raczył z jagiellońską hojnością. 
Niebawem potem powrócili posłowie z Suczawy. Krzesław z Kurozwęk i Podlodowski 
zdali sprawę ze swego poselstwa dosłownie tak samo, jak Wilczek, zaczem król im powiedział: 
— Widzicie więc, że w Stefanie mamy sprzymierzeńca, nie wroga. 
Jakoż ani przy tej audiencji, ani też potem, w żadne dalsze dyskusje się z nimi nie wdawał, 
a milczał, tak że wszyscy byli przekonani, że Wołosza jest z nami, a my idziem na Turka. 
Natomiast król już nazajutrz kazał otrąbić pochód i dal pospolitemu ruszeniu ośm dni czasu 
do zwinięcia namiotów. 
A wtedy król przystąpił do pasowania niektórych szlacheckich młodzieńców na rycerzy. 
Było ich wszystkich tylko dziewięciu, którzy wtedy dostąpili tego zaszczytu: dwóch Koniecpolskich, 
młody Herburt z Fulsztyna, dwóch kniaziów Olszańskich, Sienko Łopatka de Ostałowice, 
brat Pachny, Lubek Pretficz, Frąc Ajchinger własnego herbu i przyjęty przez Kamienieckiego 
do herbu Tigranes Chiaao de Skniłow. 
Piękna ta uroczystość odprawiła się jeszcze według dawnych zwyczajów. 
Dniem przedtem wszyscy dziewięciu służyli królowi u stołu, podając mu potrawy, nalewając 
napoje i przynosząc po wieczerzy wodę do umycia rąk i ręczniki. Po wieczerzy król w 
obecności wszystkich swych biesiadników, którzy kołem za nim stanęli, uderzył każdego z 
nich lekko ręką po twarzy na znak, jako odtąd wyzwoleń jest od służby paziowskiej i wszelkiej 
innej, stawiającej go niżej od któregokolwiek rycerza, a zarazem na świadectwo, jako 
zmyte są zeń wszelkie hańbiące kary, jakie dotychczas od swego pana otrzymał. Obrzęd ten 
zdjął wielki ciężar z serca Pretficza i widać to było po wdzięcznym uśmiechu na jego twarzy. 
Nazajutrz przed świtem szli wszyscy do łaźni, zaczem każdy wracał do siebie i ubierał się 
w bieliznę i suknie całkiem nowe, których nikt jeszcze nigdy nie nosił. O wschodzie słońca 
każdy szedł do spowiedzi, katolicy do zamkowego kościoła, Olszańscy i Łopatka do ruskiej 
cerkwi, ale Tigranes, który przy tej sposobności przeszedł na katolicki obrządek, także do 
zamkowego kościoła, i wszyscy przystępowali do przyjęcia Ciała i Krwi Pańskiej. Potem 
każdy znów wracał do domu i ubierał się w pełną zbroję rycerską, w pancerz i hełm, tylko bez 
miecza. Natenczas szli na mszę św., która na ich intencją się odprawiała w kościele św. Katarzyny, 
znajdującym się wewnątrz Niskiego Zamku, i słuchali całego nabożeństwa, klęcząc 
przy drzwiach za plecyma rycerstwa. 
Po mszy rycerstwo się rozstąpiło, a oni stanęli w środku kaplicy i słuchali kazania, które 
miał dla nich tym razem Krzesław z Kurozwęk, biskup kujawski, chociaż duchowny, jednak 
sam bardzo wspaniałym duchem rycerskim przejęty. 
Po kazaniu król zasiadł pod baldachimem w zamkowym dziedzińcu, po jego prawej stanęli 
w półkolu dygnitarze koronni i nadworni, duchowni i świeccy, po lewej co najprzedniejsi 
rycerze, w głębi naprzeciw króla owi dziewięciu młodzieńców ze swymi chrzestnymi ojcami. 
Z krużganków patrzałi na tę uroczystość goście świątecznie przybrani, pomiędzy którymi 
widać było starego Kijasa i Formozę. Każdy z młodzieńców miał obok siebie dwóch chrzestnych 
ojców albo też swatów (jak ich u nas po staremu wołano), za których instancją zaszczyt 
ten otrzymywał: Tigranesowi służyli za swatów Kamieniecki i wojewoda ruski Tęczyński. 
Gniewosz mu się tak od przyjęcia go do swego herbu, jak i od tej służby, bardzo zręcznie 
wymówił (zapewne się obawiał, ażeby z tego jakich plotek nie było), ale mu za to dał tak 
znamienitych i sławnych rycerzy, że lepszymi swatami nikt się nie mógł pochwalić. 
Potem każdy z młodzieńców przystępował ze swymi swatami do królewskiego tronu i klękał 
na ostatnim stopniu przed królem. Król uderzył go gołym mieczem trzy razy po lewym 
ramieniu i mówił: "W imię Boga wszechmogącego, a z naszej łaski królewskiej pasujemy cię 
na rycerza i wkładamy na ciebie obowiązek, ażebyś zawsze i wszędzie stawał walecznie i 
mężnie w obronie św. wiary chrześcijańskiej, majestatu naszej królewskiej korony, czci twojej 
własnej i twoich braci i wszelkiej niewinności a cnoty pomiędzy ludźmi”. Natenczas młody 
rycerz podnosił prawą rękę do góry, wymawiał uroczyście te słowa: „Tak mi Panie Boże 
dopomóż!” i kłaniał się niziuteńko królowi, zaczem jego swatowie zawieszali mu miecz jego 
przez prawe ramię i prowadzili go między rycerstwo, gdzie jest uprzejmie witany przez 
wszystkich braterskim ściśnięciem ręki. 
Koniecpolscy, Herburt i inni odprawili tę uroczystość z uśmiechem na ustach, jak ludzie 
mający przekonanie, że tylko to otrzymali, co im się należy; Ajchinger był nastrojony bardzo 
poważnie, bo chociaż był szlachcicem niemieckim i lekce sobie ważył rycerstwo polskie, 
przecież czuł, że mu tego rycerstwa nie dostawało i że przez nie został wywyższon w znaczeniu: 
ale Tigranes był do głębi wzruszony i łzy miał w oczach, kiedy go co przedniejsi rycerze 
ściskali za rękę. Chociaż już od lat kilku za granicą i w kraju przez wielu młodszych rycerzy 
był traktowany jako ich równy, a jego bogactwa, wspaniałomyślność i hojność odznaczały go 
nieraz nawet bardzo korzystnie pomiędzy nimi, przecież dotychczas miał to uczucie, jak gdyby 
był tylko jakimś zwierzątkiem cierpianym przez szlachtę — a dopiero teraz narodził się 
całym człowiekiem. Toż ochłonąwszy cokolwiek z pierwszego wrażenia, spojrzał z nieopisanym 
wyrazem szczęścia, a nawet cokolwiek dumy na zamkową galerią, skąd jego ojciec i 
jego żona spoglądali na niego. Stary Kijas, dojrzawszy go w tłumie, złożył ręce ku niemu i 
podniósł oczy do góry, i zdało się, jak gdyby mówił: Stało się, Panie! teraz puść duszę moję 
w spokoju. Formoza go także dojrzała i pozdrowiła go ręką, ale zdawała się roztargnioną, co 
tym się tłumaczy, że za nią stał Gniewosz i pokazując jej niektóre znamienitsze osoby królewskiego 
dworu, opowiadał jej, kto są i co znaczą. 
Po tym obrzędzie król mianował kilkunastu rotmistrzów i poruczników, wszelako przed 
wszystkimi innymi Olizar uczyniony jest pułkownikiem, a przy nominacji zaszczycony bardzo 
grzecznymi komplementami od króla. Był to pierwszy pułkownik kozacki mianowany z 
ramienia korony polskiej. 
Tego wieczora stary Kijas wyprawił haniebnie sutą biesiadę, ażeby uczcić rycerski chrzest 
swego syna. Niewielu gości mógł sprosić, bo jako w przeddzień ruszenia obozu niemal u 
wszystkich możniejszych panów były biesiady. Przybyli tylko wszyscy młodzi rycerze ze 
swymi swatami, a z nimi Kergolaj i Olizar. Było i kobiet cokolwiek, i panien, a między nimi 
Pachn a, różowa, uśmiechniona, wesoła i pusta jak zawsze. Pomiędzy gośćmi znajdowali się 
Tęczyński i Fredro, zaczem było dwóch wojewodów ruskich żywych za jednym stołem, czego 
jeszcze ludzkie oko nigdy nie widziało i czym się bardzo bawiono. Rybałci grali i śpiewali 
podczas biesiady, zaś wyborowi błaznowie powiadali wesołe rymy polskie, niemieckie i włoskie. 
Pito wielką gębą owę przedziwną malmazją, jakiej i w piwnicy królewskiej nie było. 
Fredro przepyszne żarty wyprawiał z błaznami, przekręcając ich rymy we wszystkich językach 
i dodając swoje do tego, a każąc im kozły wywracać przed sobą, jeden za drugim rozgłośnymi 
wybuchami śmiechu witane, lecz przy tym miał także oko na piękne kobiety, bo 
chociaż już to kawalerskie rzemiosło zarzucił, przecie lubił z nimi żartować — a bodaj czy się 
zawsze na żartach kończyło, bo jak diabeł w jakim piecu wziął palić, to i na to nie uważa, że 
się piec już podstarzał. Dostało się też i Pachnie niemało dosadnych komplementów od niego, 
bo swawolnicy się zawsze zaraz na sobie poznają, chociaż była jak gdyby w oblężeniu od 
Kergolaja i Ajchingera, do których i Olizar się przyczepił, podobno już nie tyle z miłości dla 
niej, ile ze złości na Frąca, któremu tej nimfy serdecznie zawidził, a teraz go już wcale zniecierpiał, 
kiedy nie wiedzieć za czyją protekcją pasowan jest na rycerza. Jakoż mu ciągle docinał, 
mówiąc: 
— Już cię ktoś wywindował na rycerza, mógłbyś się teraz ściąć z tym Francuzem; ale podobno 
masz przed nim respekt i ja ci to chwalę. 
— Z Francuzem albo i z tobą — odpowiadał mu Frąc, który już teraz miał fantazją po temu. 
— Więc jutro — zawołał Olizar, przyskakując do niego. 
— Jak wola, choćby i dziś. Jeno między rycerstwem jest taki obyczaj, że się przed wojną 
pojedynkiem nie biją, potrzeba pierwej trochę Turków nasiekać... 
— Będę ja tobie dobrze patrzał na ręce, ile to tam tych Turków nasieczesz. Jakoż to wiedz, 
że jeśli stchórzysz, to będziesz miał świadka. A potem, wiesz... ja sam własnymi rękami ci 
czepiec wsadzę na głowę. A będzie to widowisko, że cały obóz się będzie trzymał za boki. 
I Rusin śmiał się, a Niemiec się gniewał. 
Obok nich z dala, w odległości, jaką nakazywała na doświadczeniu oparta roztropność, stał 
Kundrat, podtrzymywał ręką swój tłuściutki podbródek i mówił z cicha do siebie: 
— Przecież nie wszyscy trzej wrócą z tej wojny — a może i wszyscy trzej dostąpią tej łaski 
Boskiej, że dadzą gardła za zdrowie królewskie. Niechże im Pan Bóg pomaga. A jeśli który z 
nich wróci bez ręki albo bez nogi... to mu dam łóżko w miejskim szpitalu. 
I śmiał się Kundrat, ale zaraz w kąt się zasunął, aby który nie spostrzegł jego uśmiechu. 
Tak w rozmaitych grupach rozsypali się goście po wszystkich komnatach, pijąc, śmiejąc 
się, śpiewając i hałasując, zaś w największej komnacie ci i owi zaczęli taniec przystojny i 
skromny, we dwoje albo we czworo, któremu starsi wtórowali gestami i śpiewem. 
Jednakże w tej komnacie było dwoje ludzi, którzy nie hałasowali z innymi. Byli to Formoza 
i Gniewosz. Zasiedli oni w kąciku, a korzystając z ogólnej wrzawy, rozmawiali spokojnie 
ze sobą. 
Gniewosz, od czasu jak z królem przyjechał do Lwowa, bywał codziennie u starego Kijasa 
i co dzień widywał Formozę. Będąc w wielkim poszanowaniu u jej teścia, mógł z nią zawsze 
rozmawiać bez przeszkody: ale też tyle było ich szczęścia, ile im przynosiła ta swobodna 
rozmowa. 
Owszem, poznawszy się teraz bliżej i wymieniwszy ze sobą wszystkie swe myśli i wszystkie 
uczucia, miłość ich, która z początku pociągała ich wprawdzie gwałtownie, ale tylko instynktowo 
ku sobie i tlała tylko jak iskra, mocno paląca i nieugaszona, ale szczelnie zamknięta 
w ich sercach, rozlała się teraz po całym ich ciele, objęła umysł i duszę i spoiła ich 
tak nierozerwalnie ze sobą, jak gdyby w nich obojgu tylko jedna myśl żyła i jedno ożywiało 
ich tchnienie. Duchowy ich związek był tak potężny, że żadne z nich ani sobie wyobrazić nie 
mogło, ażeby istniała jakaś taka nadludzka siła, która by ich potrafiła rozerwać — chociaż 
oboje razem także dostrzec nie mogli, jakich by na to potrzeba wypadków, ażeby się mogli 
kiedyś przed Bogiem i ludźmi połączyć. Była w tym sprzeczność wobec rozumu; ale ta miłość, 
na której świat stoi, rodzi uczucia tak sprzeczne, a przecież społem idące ze sobą, bo 
rodzi zarazem tę wiarę, że jest od Boga natchnioną i że oparte na niej nadzieje muszą się 
spełnić, chociażby się przeciw nim całe piekło sprzysięgło. Formoza miała dotychczas gorętszą 
wiarę niżeli jej ulubieniec, ale dziś była smutną i nie taiła przed nim tych rzewnych uczuć, 
którymi była przejętą. 
— Dzisiaj wszyscy się cieszą — mówiła do niego — jedni otrzymali tytuły i honory, drudzy 
radują się życiem, które im płynie po myśli, tylko nas ciężka przygniata żałoba, bo nie wiemy, 
jakie jutro nas czeka. A nadto jeszcze i nasze chwilowe szczęście już nas porzuca: 
waszmość już jutro będziesz w drodze Bóg sam wie dokąd — a ja tu sama zostanę i chyba w 
moich łzach znajdę pociechę. 
— Ufajmy Bogu — rzekł Gniewosz — jakeśmy dotąd ufali. Bóg widzi, że jesteśmy bez grzechu, 
że nie budujemy naszych nadziei na cudzym nieszczęściu, że nawet żadna myśl taka w 
nas nie powstała, do której byśmy się przyznać nie mogli — a On znajdzie sposób, aby nam to 
nagrodzić. 
— I ja nigdy inaczej o tym nie myślę — mówiła dalej Formoza — toż nie to mnie dzisiaj zasmuca. 
Ale waszmość jedziesz na wojnę, a z wojny (bodajbym tego nie wymówiła w nieszczęśliwą 
godzinę) nie każdy zdrowo powraca. 
Lecz na to Gniewosz ścisnął ją żywo za rękę i rzekł głosem czystym i pewnym: 
— Nie frasujże się tym, moja najmilsza. Jużci na wojnie śmierć chodzi po ludziach, ale i na 
nią jest sposób. Na wojnie mam ja pancerz na sobie, co go żaden młot nie rozwali. Mam też 
miecz i siekierę, a moja ręka tak do nich przyzwyczajona, żem jeszcze takiego nie widział, co 
by do mnie przystąpił, chociażem na niejednej wojnie już bywał, a Bóg mi świadkiem, żem 
nie uciekał przed bitwą. Teraz zaś mam jeszcze moje własną chorągiew, każdy tam człowiek 
jak wieża żelazna, a wszyscy się siebie trzymają, jak gdyby byli skuci łańcuchem; chciałbym 
też widzieć tych Turków, co by się o nas nie rozbili jak garniec gliniany. I wojna się przegra, 
jeżeli Bóg zechce, i z całego pospolitego ruszenia tylko strzęple zostaną, a ja z moją chorągwią 
tak samo tu wrócę, jakem wyjechał. 
Więc Formoza odetchnęła z głębokiej piersi i spojrzała nań oczyma pełnymi wesela i 
uwielbienia, boć wprawdzie zawsze wiedziała, że to nie taki rycerz, jak inni, ale teraz on sam 
to potwierdził, on, który nigdy nic nie udaje, on, który ma rozum bystrzejszy niż którykolwiek 
z ludzi żyjących, on, który wie wszystko i nigdy się w niczym nie myli... 
Te słowa jego ją całkiem uspokoiły. Widząc to, Gniewosz także się rozweselił i tak mówił 
dalej: 
— Nie chciałem ci tego powiadać, bo nie lubię budować na piasku, ale ci powiem, bo słowo 
królewskie to przecie nie piasek. Podczas rycerskiego obrzędu król nas spostrzegł na zamkowej 
galerii, a po obrzędzie na osobności ze mną rozmawiał, mówiąc: — Słysz Gniewosz! widziałem 
ciebie za plecyma tej damy, co cię chwyciła za serce i żal mi się was zrobiło, bom 
czytał na waszych twarzach jak w książce, że oboje dalibyście życie za siebie. Z powodu tego 
tam sejmu i teraźniejszej wojny nie miałem czasu tym się zatrudnić, ale daję tobie moje słowo 
królewskie, że jak tylko z tej wojny powrócim, zaraz się zajmę tą sprawą — a choćbym miał 
którego biskupa z tym posłać do Rzymu, to poszlę, ażeby wam obojgu rozwód wyrobić. Mój 
brat kardynał zaprzęgnie co najmądrzejszych teologów do tej roboty, ażeby papieżowi do 
zrozumienia wyłożyli wasze gravamina, a ja też także za tym przemówię. A potem już cię i z 
rotmistrzostwa wypuszczę i dam ci jaką kasztelanią, ażebyś też sobie po trudach wojennych w 
małżeńskim szczęściu wypoczął... 
Kiedy Gniewosz to mówił, Formoza go z całej siły cisnęła za rękę, aż też i sobie wycisnęła 
łzy z oczu. Ale te łzy spłynęły po rozpromienionej twarzy — i wyglądały jak brylantowe krople 
rosy na listkach róży, patrzącej swoją radosną twarzą na słońce wschodzące. 
A wtedy starsi już tak podpili, że dalej nie mogli, zaczem żegnali się ze starym Kijasem na 
środku komnaty i zabrawszy młodzież ze sobą, wyszli tłumnie z gościny. 
Gniewosz tylko jeszcze raz ścisnął Formozę za rękę i wyszedł także z innymi. 
A nazajutrz rano królewskie chorągwie pierwsze ruszyły w pochód, stanowiąc straż przednią 
obozu. 
W obozie już od samego świtu wszczął się ruch wielki, rumor i hałas jak w piekle. Trąbiono 
i bito w bębny na wszystkich punktach, od Niskiego Zamku do Malechowa, a od Zboisk 
do Łaszek. Chorągwie się ściągały jedna za drugą, za nimi regimenty piesze zaciężne, niemieckie 
i czeskie, armaty na wozach uprzężonych wołami, a wreszcie wozy wyładowane namiotami, 
kuchnią, piwnicą, a strzeżone przez służbę pańską i ciurów. 
W czas rano król z wielkim dworem zjechał do obozu i słuchał z konia mszy św. — po 
mszy zaś puścił się w drogę mijając miasto, a za nim cały obóz wyruszył. 
Natenczas były znowu złe znaki, z których trwożliwi wywodzili złe wróżby. Ksiądz przy 
mszy św. w obozie upuścił był sakrament na ziemię i ledwie go mógł odszukać; szły nawet 
głosy, że go cale nie znalazł. Po nabożeństwie jeszcze raz on chłop ze skażonym rozumem się 
zjawił i zastępując chorągwiom drogę, wołał do nich: „Na swe złe jedziecie, żaden z was 
stamtąd nie wróci, lepiej wracajcie do domu.” Królewski koń biały, co szedł na podwodzie, w 
bardzo mizernym potoku utonął. Nuż wreszcie woły, co spiże wiozły, a których było ze dwieście, 
wiatr porozpędzał po polach, że aż konnych pachołków trzeba było za nimi wysyłać, aby 
je spędzić do wozów. Niektórym więc serce zmiękło do tego stopnia, że jęli przedkładać 
królowi, aby zaniechał tej wyprawy. Ale król jeszcze na nich się zgniewał i sfukał ich, mówiąc: 
— Kto chce wróżb słuchać, niech idzie do wróżki — a jeśli kogo tchórz oblatuje, to niechaj 
wraca do domu. 
Zaczem jak tylko król wspomniał o tchórzu, zaraz wszyscy umilkli. 
Ale w dalszym pochodzie zdarzył się inny wypadek, który był także złym znakiem, tylko 
zupełnie innej natury. Albowiem kiedy król do Halicza przyciągnął, zastąpili mu drogę posłowie 
od wojewody Stefana. Było ich trzech: wszyscy trzej bardzo zacni bojarowie wołoscy, 
o ogorzałych twarzach, orlich nosach, czarnych oczach jak gałki; w atłasach i aksamitach, i 
czapkach uszatych, węgierskich, z piórami, na koniach wielkich, tureckich, z długimi grzywami 
— a jechali pod rozwiniętym sztandarem, na którym było widać czarną głowę bawolą w 
jasnym polu. 
Po tym sztandarze król ich poznał z daleka i zaraz się srodze zachmurzył, zaczem rzekł do 
Kamienieckiego, który jechał po jego lewej: 
— Imć pan wojewoda pewno mi znowu upomnienia posyła, ale teraz nie czas na dysymulacje. 
Kamieniecki, będąc wtajemniczony we wszystkie skryte zamiary królewskie i przeczuwając 
zapewne, co się w tym razie stać może, zrobił mu na to półgłosem jakąś uwagę, ale król 
odpowiedział mu dumnie: 
— Co król polski, to nie wielki książę litewski, nie będzie też wchodził w traktaty z hospodarem 
wołoskim. 
Był to przycinek do brata królewskiego, Aleksandra, który ciągle przyjmował posłów Stefana 
i ponawiał z nim zapewnienia przyjaźni, a posiłków jeszcze dotąd nie przysłał, o czym 
król dobrze wiedział i nie mógł mu tej dwoistości przebaczyć. 
Zaczem Kamieniecki umilkł — a tymczasem posłowie wołoscy zbliżyli się do króla, pokłonili 
mu się z wielkim respektem i zaraz zaczęli przedkładać swoje poselstwo. 
Mówili po rusku: język rumuński na Wołoszczyźnie i Multanach krył się jeszcze natenczas 
pomiędzy ludem, bojarowie znali wprawdzie język łaciński, ale niedostatecznie, zaczem górował 
tam język ruski, tym też językiem mówiono powszechnie i w nim spisywano dokumenty 
publiczne. Posłowie powtórzyli królowi te same oświadczenia wojewody, jakie mu 
niedawno przywieźli Krzesław z Kurozwęk i Podlodowski, ale była w ich wykładzie znaczna 
różnica, albowiem określiwszy dosyć pobieżnie gotowość Stefana połączenia się z królem i 
uderzenia z nim razem na Turka, zażądali z naciskiem, ażeby król szedł na Kamieniec prosto 
do Białogrodu, a Wołoszczyznę ominął, a dodali już prawie groźnie: "że jeżeliby król wtargnął 
w ziemie wołoskie, tedy wojewoda Stefan mu każe powiedzieć, że będzie tego żałował”. 
Kiedy król usłyszał tę groźbę, spłonął tak srogim gniewem, w jakim go jeszcze nikt nigdy 
nie widział. Oczy mu się zaiskrzyły jak dwie gromnice, usta mu drgały jak w febrze, prawą 
ręką kapelusz przesunął na prawe ucho i tylko pojedyncze słowa mu wylatywały spomiędzy 
zębów jak kule z armaty: 
— Zuchwalcy!... Cygany!... Ten wójt wołoski... mnie będzie groził! Ja piekło mu zrobię na 
jego wójtostwie, a ogniem i krwią mu odpowiem na jego groźby. W dyby tych panów posłów! 
Jakoż zaraz krzyknął na Kamienieckiego, aby ich całą chorągwią otoczył. Kamieniecki 
skoczył, gdyby go kto z procy wystrzelił, w jednym mrugnieniu oka odciął Wołoszę od króla 
i ścisnął ją w środku swojego rycerstwa. 
Na próżno posłowie protestowali się przed Kamienieckim i nawoływali swą nietykalność, 
na próżno niektórzy panowie polscy usiłowali gniew króla uspokoić i przywodzili racje polityczne, 
ażeby posłów nie więzić: król nikogo nie słuchał — a natomiast dał rozkaz, ażeby posłów 
pod dobrą strażą odprowadzono do Lwowa i zamknięto do turmy, który to rozkaz natychmiast 
jest wykonany. 
Owo więc na ten choleryczny postępek króla zaczęto mruczeć w całym obozie, a zwłaszcza 
pomiędzy starszyzną. Jednogłośnie wyrokowano, że posłów nie godzi się imać i więzić, 
bo jest to przeciwko powszechnemu prawu narodów. Jedni uważali to za znak najgorszy i 
ominowali49 z tego nieszczęścia, inni zaś wpadali na rozmaite domysły o powodach, które tak 
nagle zmieniły przyjacielskie sentymenty Stefana. Ale pomiędzy znaczniejszymi panami, 
którzy się na własną rękę trudnili politycznymi sprawami i mieli po zagranicznych dworach 
swoich przyjaciół, a często i szpiegów, szła już wieść głucha, jakoby Węgrzy, nie chcąc dopuścić, 
ażeby król zabrał ziemie wołoskie dla Polski, ostrzegli Stefana o sekretnych zamiarach 
królewskich, a nawet jakoby mu na ten wypadek już posłali zbrojne posiłki. Tak też było 
w samej istocie. 
Wprawdzie w obozie tylko niektórzy znaczniejsi panowie o tym wiedzieli, ale jak to zazwyczaj 
zły humor spływa nieświadomie z większych na mniejszych, tak i tym razem nieukontentowanie 
rozniosło się po całym pospolitym ruszeniu, szlachta bardzo cierpko sarkała 
za to na króla (o czym Wilczek dawniej już wiedział), że prowadzi politykę dynastyczną, jagiellońską, 
ale nie polską, że szafuje krwią polskiego narodu dla osadzenia swojego brata na 
księstwie wołoskim, że żadnych z nikim nie pozawierał sojuszów, że wcale nie myśli o wojnie 
w obronie wiary przeciwko niewiernym Turkom, że, owszem, chrześcijańskich chce zawojować 
Wołochów, że wreszcie tą wojną tylko jeszcze całą potęgę turecką ściągnie na Polskę... 
Król, dowiedziawszy się o tych kwasach w obozie, kazał pospolitego ruszenia bystrzej pilnować i pochód przyspieszył; ale mimo to ten i ów szlachcic wspomniał sobie na żonę i 
dzieci i wymknął się chyłkiem z obozu — a kiedy armia do Śniatyna przybyła, nie było już 
całych ośmdziesięciu tysięcy żołnierzy. 
Jednakże od Czerniowiec znowu lepszy duch wstąpił nawet w pospolite ruszenie, albowiem, 
straże przednie zastały miasto całkiem wyludnione, wszyscy mieszkańcy wynieśli się 
w lasy i nikt go nie bronił i takie opustoszone wsie spotykano w całym dalszym pochodzie. 
Zaczem poszedł głos po całym obozie: Jakeśmy wzięli Czerniowce, tak i Suczawę weźmiemy, 
nigdzie Stefan nie postawi nam czoła. 
Ale Suczawa, położona na górze, była fortecą, jak na owe czasy nawet bardzo silnie obwarowaną. 
Panując nad rozległą doliną, rozciągającą się pomiędzy pochylistymi wzgórzami, 
była ze wszystkich stron otoczoną wałami i nadzwyczajnie silnymi murami, na których gęste 
wznosiły się baszty, armatami zjeżone. Zdobycie jej nie było łatwym zadaniem, nawet dla tak 
potężnej armii, jak polska. 
Król, myśląc zrazu, że znajduje się w niej tylko słaba załoga, rozwinąwszy całą swą armią 
opodal pod lasem, tak aby ją z murów widziano, posłał parlamentarzy, wzywając załogę do 
poddania się, obiecując w takim wypadku nie tknąć żadnej osoby ani niczyjej własności, lecz 
na wypadek oporu grożąc srogimi karami. Ale komendanci kazali mu odpowiedzieć: że wojewoda 
Stefan zagroził im również srogimi karami, jeżeliby się poddali, zaczem bronić się 
muszą do ostatniego oddechu. Natenczas król postanowił oblec Suczawę. 
Fredro, jako najdoświadczeńszy ze starych rycerzy, z dodatkiem Kamienieckiego, bardzo 
uczonego żołnierza, otrzymał od króla rozkaz urządzenia oblężenia. Fredro wywiązał się bardzo 
rozumnie ze swego zadania. Podzieliwszy całe pospolite ruszenie na cztery obozy, otoczył 
nimi ze wszystkich czterech stron tę rozległą fortecę. Każdy obóz okopał się na swoim 
stanowisku, okrążył się z trzech stron swymi wozami, wytoczył dwanaście armat przed siebie 
i został opatrzony w zaciężną piechotę i ciurów, uzbrojonych w młoty i siekiery do rąbania 
murów. Wszystkie cztery obozy zostały powiązane ze sobą łańcuchem czat, bardzo pilnie 
strzeżonych. Naczelne dowództwo nad tymi obozami wzięli czterej wojewodowie: Spytek 
Jaroslawski — krakowski, Jan Szram Tarnowski — sandomierski, Ambroży Pampowski — poznański, 
a teraz jenerał wielkopolski, i Mikołaj Tęczyński — ruski. 
Król stanął od wjazdu pod lasem i oprócz dwunastu dział zatrzymał przy sobie cały swój 
dwór wojskowy. Dwór ten składał się z przeszło pięciu tysięcy samego konnego rycerstwa z 
knechtami, lecz było przy nim więcej niż drugie tyle piechoty, ciurów i rozmaitej służby królewskiej. 
Z dworem królewskim stanęli razem biskupi ze swymi pancernymi pocztami — a 
przyłączyły się doń także wszystkie chorągwie woluntariuszów, jak Kergolaja, Tigranesa i 
Olizara. Do dworu należał także Wilczek, na czele bardzo pięknej chorągwi, złożonej z jego 
własnych żołnierzy, z okolicznej szlachty i niektórych mieszczan tustańskich. 
Przy jego chorągwi wisiał także Biłowus z pocztem swoich dziesięciu żołnierzy i był dziwowiskiem 
dla wszystkich dworskich paniczów, tak okrutnie dziko wyglądał. Był bowiem 
ubrany w pancerz i hełm skórzany, tarczę miał także skórzaną, siedział zaś na swoim kudłatym, 
cętkowanym ogierze, z łukiem na plecach, z toporem pod lewym kolanem i z pałką na 
temlaku — i tak samo byli przybrani jego wszyscy żołnierze, bo nawet i konie takiego samego 
miotu, chociaż niejednakowej maści, im podobierał. Biłowus nienawidził Wilczka jak wcielonego 
szatana, nosił nawet w skrytości swojego serca zamiary zemsty przeciwko niemu za 
uwiedzenie swej córki, którego mu nie mógł przebaczyć; gdyby się z nim znalazł sam na sam, 
to kto wie, czyby go złość nie uniosła i czyby się nie rzucił na niego, aby go zabić: ale Wilczek 
był jego panem. Kazał mu się stawić z swym pocztem i ciągnąć z nim razem na wojnę. 
Biłowus chybaby nie był Rusinem, gdyby był tylko o tym pomyślał, aby się sprzeciwić rozkazowi 
swojego pana. Długoletnia niewola tak samo się zamienia w tradycją i żyje we krwi 
następujących po sobie pokoleń, jak duma rodowa, opozycja przeciwko władzy monarszej i 
żądza niepodległości. 
Urządzenie oblężenia trwało przez cały tydzień, po czym się wzięto do szturmów. Obozy 
polskie biły koleją z armat w mury Suczawy — a Wołosi odpowiadali im z murów działowymi 
kulami. Kule te niewielką szkodę wyrządzały sobie wzajemnie, bo pod owe czasy o strzał 
celny nie było łatwo. Czasem kula wołoska porwała kilku żołnierzy w polskim obozie, pogrzebano 
ich z żalem; czasem kula polska zerwała kilkunastu Wołochów z murów i wielki 
popłoch uczyniła pomiędzy nimi — a wtedy rozgłośny śmiech wybuchał w polskim obozie i 
rozlegał się przez straże po innych obozach. 
Artyleria polska była lepszą od wołoskiej, byli pomiędzy nią artylerzyści za granicą wyćwiczeni 
w tej służbie. Toż kilka, ba, nawet kilkanaście razy udało się jej, strzelając przez 
cały dzień bez ustanku, wybić pod wieczór dostateczny wyłom w murze fortecy, ażeby weń 
rzucić piechotę z drabinami i siekierami. Wtedy przygotowywano się do szturmu nazajutrz 
rano: ale zawsze Wołosi przez noc wyłom zamurowali na nowo, tak że nazajutrz trzeba było 
znowu kazać grać działom, ażeby nowy wyłom wystrzelić. 
W tej oblężniczej robocie było dużo opieszałości z naszej strony: naczelni dowódcy obozów 
nie rozwijali należytej energii. Król na nich wcale nie naglił, sam bardzo rzadko się pokazywał 
w obozach, powiadano, że jacyś obcy posłowie przyjeżdżają do jego namiotu, że z 
nimi układy prowadzi, że wojewoda Stefan kryje się z swymi wojskami po lasach pobliskich, 
że sam prosi o pokój, że król węgierski przez swoich wysłanników także do pokoju namawia, 
że więc to wszystko się skończy na niczym. Stąd szlachta także się nie bardzo śpieszyła z 
wzięciem Suczawy, pozwalała sobie wczasów, jak gdyby w własnym kraju leżała, jedzono i 
pito, grano w karty i w kości, a rozpoczynano strzelanie do murów dopiero z południa, jak 
gdyby tylko dla rozrywki po dobrym obiedzie. 
Byli wprawdzie i niecierpliwsi, co przyszedłszy na wojnę, pragnęli się wybić. Ci podjeżdżali 
bliżej pod mury fortecy i wyzywali Wołochów na harce, usiłując ich w pole wywabić 
dosadnymi komplementami i wołając do nich na mury: 
— Murdziaki! Cygany! wielcy rycerze za murem! wyleźcie no z tej wilczej jamy, a dajcie 
nam pole! Ty taki synu, z tym garnkiem dziurawym na łbie a kogucimi piórami, sam do mnie, 
a spróbuj się ze mną! 
Inni wyrabiali im różne psoty, podnosząc łby bawole na kopiach jakoby na drwiny z sztandarów 
Stefana, wywieszając czepce kobiece na tykach i strzelając do nich z samopałów, nabitych 
śmieciem rozmaitego rodzaju. Wołosi się też czasem zniecierpliwili, otwierali nagle 
bramę i wybiegali ku naszym, po kilkunastu, po kilku, nawet i pojedynkiem, a wtedy w 
oczach tego albo owego obozu staczały się bitwy, czasem bardzo piękne, nieraz zaś ku śmiechowi 
całego rycerstwa. Na te harce wyjeżdżało bardzo wiele młodzieży, nawet z domów 
najpierwszych, bo jest to wyborna szkoła dla młodego rycerza, wszakże pomiędzy nimi i 
wielu starszych, ten z nudów, ów dla popisania się z swoją zręcznością, a trzeci dla łupu, bo 
wyjeżdżali przeciw nim często bojarowie na bardzo pięknych koniach i ubrani w wyzłacane 
pancerze i hełmy, czasem w jedwabie i aksamity jak na wesele. 
Dlatego też i Biłowus nigdy przy takich harcach nie chybił: wyjeżdżał w dziesięć koni, 
sam nie wyzywał nikogo, tylko się gdzie za krzakami przyczaił — a w danej chwili jak lew z 
chaszczów wypadał, nie zważając wcale na obyczaje rycerskie, Wołoszę pałką zabijał, wołając 
za każdym uderzeniem: „Kyrie elejson! Chryste elejson!” — zabitych lub ogłuszonych obdzierał 
do naga, zabierał konie i z tryumfem powracał do królewskiego obozu. 
Wszelako w tych podjazdowych potyczkach najdzielniej się odznaczał Olizar: ten nieczęsto 
podjeżdżał pod mury fortecy, natomiast zaś na czele dwudziestu albo trzydziestu kozaków 
zapuszczał się w dalsze kraje poza fortecę, tam czasem zdobył jakich kilka wozów z żywnością, 
czasem jaki dworzec bojarski wytrzebił, a zawsze niemylnie i nieochybnie przyprowadził 
z sobą języka. Od tych języków dowiadywano się przeróżnych rzeczy. Wieści te zrazu 
były bałamutne i sprzeczne, lecz z czasem wyłoniła się z nich ta ważna a zarazem niepokojąca 
wiadomość, że wojewoda Stefan na czele bardzo znacznych i dobrze uzbrojonych hufców 
włóczy się naokoło Suczawy, że styka się z Tatarami, którzy się całymi chmurami błąkają po 
obydwóch brzegach Seretu i że są wieści, jakoby Turcy ciągnęli od Multan ku północnemu 
zachodowi. Olizar przyprowadził dwóch języków tatarskich, których Tęczyński, znający ich 
mowę, sam badał i którzy mu potwierdzili te wieści... 
Oblężenie trwało już wtedy dwa miesiące z okładem i wszystkim się uprzykrzyło. Te wieści 
zatrważające rzuciły popłoch pomiędzy starszyznę pospolitego ruszenia — a wtedy się dowiedziano, 
że król już od miesiąca jest chory, nabawił się febry mołdawskiej, schudł, pożółkł 
na twarzy i prawie jak stwór już wygląda, zwłaszcza że nie mogąc wstać z łoża, nawet i brodę 
zapuścił. 
Więc województwa jęły się niecierpliwić, zaczęły się wyrzekania na króla, sprzeczki ze 
stronnikami dworu, nieposłuszeństwa i sejmikowania — i miano już posłów wysyłać do króla: 
kiedy jednego dnia otrąbiono po wszystkich obozach, że król za pośrednictwem posłów węgierskich 
zawarł pokój z wojewodą Stefanem i cała armia ma się wybierać do domu. 
Zaczem wszyscy chwalili Pana i króla: bo wtedy już się zabrało na drugą połowę października, 
ojcowie rodzin od sześciu miesięcy nie widzieli żon swoich i dzieci, już żołnierze 
objedli wszystkie wsie okoliczne i głód się dawał uczuwać w obozie, regimenty zaciężne, 
niemieckie i czeskie, powyłamywały się całkiem z karności, wyprawiały się na rabunki w 
głąb kraju, paliły i rabowały wsie, popełniały najdziksze okrucieństwa na poddanych wołoskich, 
a nawet buntowały się przeciw swym przełożonym. Już i tchórze się zjawiać zaczęli, 
których ubierano w czepce niewieście i tak oprowadzano po wszystkich obozach; już się 
wreszcie i zdrajcy zdarzyli, których pochwytano, jako się przekradali do Wołoszy, a których 
król kazał przez kata żywcem ćwiertować. Kto zatem kochał ojczyznę i króla, choćby mu się 
serce krajało z bólu, że taka świetna wyprawa tak spełzła na niczym, ten musiał przecie z 
wdzięcznością westchnąć do Boga, że się nareszcie ta niepoczesna wojna skończyła. 
Ośm dni trwało zwijanie namiotów, ładowanie spiżów i wszelakich pakunków na wozy i 
przygotowywanie się do pochodu, aż wreszcie na pięć dni przed końcem tego miesiąca cała 
armia ruszyła w pochód. 
Do tego odwrotu król miał dwie drogi przed sobą: jedne położystszą, lecz dłuższą, brzegami 
rzeki Suczawy — a drugą górzystą, lecz krótszą, przez las zwany Bukowiną. Król, nie 
ufając chytremu Stefanowi, pomimo rozpoczętych pokojowych układów, a wiedząc już, że 
Tatarzy gromadzą się nad brzegami rzek gęstymi chmurami, obawiając się zatem nad rzeką 
zasadzek, obrał drogę przez las. A wtedy już wszędzie czyhały na niego zasadzki... 
Król, zawsze wiedziony szlachetnym duchem rycerskim, nie chcąc dopuścić, ażeby ktokolwiek 
go mógł posądzić, że sam pierwszy uchodzi z pola, a szlachtę zostawia za sobą, chociaż 
z powodu choroby leżał na wozie, kazał województwom iść naprzód i między nie porozdzielał 
piechotę i spiże. Tak szli naprzód Mazury, za nimi Wielkopolanie, potem Małopolska, 
a Ruś na końcu. A szli wygodnie, broń poskładawszy na wozy; niektórzy nawet pozdejmowali 
ze siebie pancerze albo koszulki i poruczyli je swoim woźnicom. Zgoła odprawowano 
ten odwrót z tak spokojnym umysłem, jak gdyby żadnego niebezpieczeństwa nie było. 
Tymczasem kiedy pospolite ruszenie weszło w sam środek lasu, którego było więcej niżeli 
na dwie mile, zaczęły się zjawiać na bokach zbrojne gromady, z prawej strony i z lewej, ba, 
nawet i z przodu, i hałasować z naszym żołnierstwem. Popłoch poszedł po całym pospolitym 
ruszeniu: zagrano w trąby, uderzono w bębny i kotły, dając znać jedni drugim, że są napadnięci 
i muszą się bronić. A wtedy wszczął się gwałt, hałas i nieład, i zamieszanie, jakiego 
jeszcze nikt nigdy nie widział w armii tak licznej i tak obciążonej wozami. Ten szuka swojego 
pancerza, ten broni, a znaleźć nie może; ów woła na swoich ludzi, ale nikt go nie słyszy; wojewodowie, 
kasztelani, rotmistrze latają na koniach tam i sam, krzyczą wniebogłosy na swych 
towarzyszy, ażeby ich zebrać i sprawić, ale towarzysze się zebrać nie mogą pomiędzy drzewami, 
rzucają się w tę stronę i w owe, nie poznają się, wpadają jedni na drugich, nie mogą ani 
głosu dosłyszeć, ani też dojrzeć swojej chorągwi, której chorąży między drzewami rozwinąć 
nie może. Zgoła wre, kipi i przewraca się to wszystko na całomilowej przestrzeni jak w kotle 
— a z tego wrzątku wylatują tysiączne wołania i głosy, właśnie jak gdyby się dno piekieł rozwarło 
i wylatywały zeń rozpaczliwe jęki dusz potępionych. 
A tu tymczasem z prawej, lewej i z przodu chmury cudzego żołnierstwa rozmaitej broni, 
pomiędzy którym wszakże widziano dobrze siedmiogrodzkich Szeklerów, gromady chłopów 
wołoskich, uzbrojonych w siekiery i noże, i całe ściahy50, ba, nawet czambuły Tatarów, właśnie 
jak roje pszczół rozigranych rzucają się na nas, obsiadają nasze rycerstwo, gromadzące 
się w grupy, uderzają z wściekłością dzikiego zwierza, kłują, rąbią, mordują. Tu i ówdzie 
ponadcinane drzewa walą się na nas, druzgocą ludzi, konie i wozy, na obalonych wpadają 
chłopi wołoscy z nożami, wykłuwają im oczy i wypruwają wnętrzności... 
W lesie ani pomyśleć o tym nie można, ażeby bronić się kupą, każdy więc broni się pojedynkiem 
jak może, inny wymyka się z lasu i chce się ratować ucieczką, ale niebawem, zgoniony, 
pada pod toporem chłopów wołoskich na polu... 
Pomiędzy walczącymi stary Fredro był pierwszym, który się w tym straszliwym popłochu 
obaczył, całą przytomność umysłu odzyskał i młodzieńczą rozwinął energią. W mały czas po 
pierwszym napadzie, widząc, że w gęstym lesie hufca sformować nie może, rzucił się z trębaczami 
na najbliższą polanę i rozwinąwszy tam swoję chorągiew, wołając przy tym ze wszystkiej 
piersi a trąbiąc, zgromadził przecie około siebie blisko sto jezdnych. Z tym hufcem zaczął 
na najezdników uderzać, gdzie tylko do nich mógł dotrzeć i swoją siarczystą a uporną odwagą 
prawie cudów dokazał. Podruzgotał bowiem kilka oddziałów wołoskich i tatarskich na miazgę, 
które się po kolei na niego rzucały, potratował ich niedobitki, a trupy ich wdeptał w ziemię 
końskimi kopyty. Niemało swoich, co byli już w łykach, z pazurów tatarskich uwolnił, 
wołoskiego hetmana Szoszumiła, murze Mulasza, jego brata Jadyna i dziesięciu murdziaków 
zabrał w niewolę i z takim samym zuchwalstwem na dalszych najeżdżał: ale siedm razy w 
tych bitwach w bok ranny i dwa razy w głowę, opadł na siłach, zsunął się z konia i został 
przez Tatarów nielitościwie dobity. 
Fredro zginął! — rozleciał się głos po obozie i nową grozą napełnił serca rozpaczliwie się 
broniącego rycerstwa. 
Jego przykładem zagrzany, Mikołaj Tęczyński, wojewoda ruski, poszedł za jego śladem. 
Także wypruł się z lasu z kilkoma towarzyszami, pomiędzy którymi był Kmita, i w czystym 
polu przystojny hufiec zgromadził. Ale raz tylko na siedmiogrodzkich Szeklerów uderzył, 
złamał ich i rozproszył — a w rozsypce, uganiając się za ich hetmanem, uderzony młotem żelaznym 
w głowę, spadł z konia, ażeby już nie wstać. 
Kmita, który w niebezpieczeństwie poczuł swoje krew młodą, wściekł się ze złości na tych 
chłopów węgierskich, którzy młotem śmieli uderzać na pana, zebrał hufiec na nowo i od 
siedmiu tysięcy diabłów na Węgrów uderzył: ale ranny w pierwszym ataku, szczęśliwie uniesiony 
jest z pola przez swego syna i swoich zamkowych żołnierzy. 
Tęczyński zginął! — rozbiegł się znowu głos złowrogi po całym obozie — a odtąd już takie 
przerażające głosy się wciąż powtarzały: Gabriel Tęczyński zabity! Piotr Murdelio usieczon! 
kasztelan sądecki Grot ze Słupca i Konar na drzewie powieszon! Tarnowiecki, Pruchnicki, 
Humieński, zginęli! Odrowąża uprowadzili Tatarzy! Strach wielkooki zdejmuje coraz bardziej 
walczących: ale mordercza bitwa trwa dalej. 
Król, stojący jeszcze w tym samym miejscu, na brzegu lasu od strony Suczawy, gdzie 
przez cały czas oblężenia leżał obozem, na wieść tego niespodziewanego napadu niezmiernie 
się przeraził i zrazu chciał ruszać na odsiecz pospolitemu ruszeniu. Miał on wszystkie swoje 
chorągwie nietknięte pod ręką — a była to siła nieszpetna, zwłaszcza że tam człek w człeka i 
koń w konia były w wielkim porządku i doskonałej karności, było też przy tym i kilka tysięcy 
piechoty w odwodzie. Ale po naradzie ze starszyzną odsiecz okazała się niemożebną, bo chyba 
było jeszcze i tę resztę armii rzucić w tę paszczę piekielną, aby ją pojedynkiem wybito. 
Król posłał Kamienieckiego w las, aby mu przyniósł wiadomość, ale Kamieniecki nie 
wrócił. Nie pozostało tedy nic innego, jak porozstawiać chorągwie po brzegach lasu, a zarazem 
mieć oko na Suczawę, ażeby przynajmniej z tyłu nie dopuścić napadu. Chorągwie tedy 
przechadzały się po brzegach lasu, ta i owa starła się z jakim hufcem wołoskim albo ściahem 
Tatarów i powracała z wiadomościami do króla. 
Potem zaczęły przylatywać do niego wieści o tych, co zginęli. Śmierć Fredry głębokim 
dotknęła go bólem — a kiedy mu doniesiono, że Tęczyński zginął, łzy mu w oczach stanęły. 
Rannego Kmitę kazał przynieść do swego wozu i zapomniawszy dawnych niechęci, żałował 
go szczerze i kazał opatrzyć przez swoich lekarzy. 
Niebawem potem i Kamienieckiego przyniesiono na derkach, ranny był w rękę i w głowę. 
Król go pytał, co robić? 
— Nic — odpowiedział mu Kamieniecki — w lesie drzewa popodcinane, właśnie jakoby cały 
las był napełniony wilczymi jamami. Padliśmy ofiarą naszej nieopatrzności. Połowa Polski 
tam zginie. My patrzmy, abyśmy w czystym polu zostali, gdzie się można obronić, a wreszcie 
nie żal i zginąć. 
Król się odwrócił od niego, bo Kamieniecki pewnie mu także tej wojny odradzał i cokolwiek 
teraz powiedział, to brzmiało mu w uszach jak gdyby wymówka, zatwierdzona krwią 
tylu szlachetnych. 
Tak przylatywały wciąż wieści z lasu i uderzały w króla jak kule armatnie: ten został usieczon, 
drugi powieszon, a trzeciemu wypruto jelita. I było tych pobitych i pomordowanych już 
całe setki, ba, nieledwie tysiące. Gdyby mu całe piekło było runęło na głowę, to byłby nie 
czuł więcej palącego ciężaru na swoim sumieniu: jakoż otaczający wóz jego panowie i senatorowie 
duchowni mieli już litość nad nim i nie powiadali mu, kto tam znów zginął. 
Jednak niebawem zaczęły tak samo gonić za sobą wieści jeszcze daleko straszniejsze. 
Oddział Wołochów, złożony z jakich trzech tysięcy jazdy, uderzył na czoło obozu i wyciął 
sześćset Mazurów do nogi, że ich ledwie kilku uciekło. 
Ci sami Wołosi prą dalej w las, pozabierali armaty i wywożą je z lasu... 
Nasze własne piechoty niemieckie i czeskie zaczynają się burzyć. Owi okrzyczani husyci 
spod Łaszek napadają na nasze własne wozy i zaczynają rabować... 
A wreszcie Olizar, który najdalsze robił wycieczki i głównie miał na oku fortecę, przyleciał 
pędem tak wściekłym, że się koń pod nim rozpierał, i przyniósł wiadomość, że kędyś 
znad brzegów Seretu ciągną znaczne oddziały wojsk ku Suczawie, jedne zajmują stanowiska 
opuszczonych przez nas obozów, a drugie wchodzą w bramy fortecy, jakoż widać dobrze 
coraz wzmagający się ruch zbrojnego ludu na murach... 
Trudnoż już było tych wiadomości nie powiedzieć królowi. Kiedy bowiem pospolite ruszenie, 
co chociaż się tylko broniło, jednak usiłowało przeć naprzód, mogło zostać rozbitym i 
rozproszonym przez tych Wołochów, co uderzyli na Mazurów, a ci Wołosi, wsparci świeżymi 
posiłkami, mogli dotrzeć przez las aż do królewskiego obozu; wojska ściągające się ku Suczawie 
mogły nań z tyłu uderzyć — a tak dwór królewski mógł zostać wziętym w dwa ognie. 
Zważywszy to położenie, król już się nie namyślał, tylko wysłał co najodważniejszych towarzyszy 
w las z rozkazem, ażeby się pospolite ruszenie, gdziekolwiek jest, cofało ku brzegom 
lasu i oparło o obóz królewski. 
A wtedy już słońce zaczęło zapadać — i bitwa w lesie zaczęła ustawać. 
Wołosi, co Mazurów wycięli, cofnęli się sami, Szeklerzy i chłopi wołoscy powychodzili 
także z lasu, uprowadziwszy wiele armat i wozów z łupami, pospolite ruszenie mogło się zatem 
zgromadzić spokojnie i cofnąć bez wstrętu w tę stronę lasu, gdzie leżał obóz królewski. 
Znajdowały się tam dosyć liczne, chociaż nie bardzo rozłożyste polany, na których chorągwie 
mogły się jakokolwiek pomieścić, porozkładawszy swoich żołnierzy i wozy po lesie i otoczywszy 
się silnymi strażami. 
Ale usposobienie pospolitego ruszenia było jak wśród pomoru, gdzie trupy leżą jeszcze nie 
pogrzebane, co chwila ktoś z jękiem boleści duszę oddaje Bogu, a przeto każdemu się trzęsą 
wnętrzności, bo czuje, że i on w pół pacierza może dać sobą o ziemię. Nieuniknione po takim 
pogromie żale, niechęci, obawy i narzekania zaczęły się rozlegać po całym pospolitym ruszeniu, 
a tu i owdzie srogie się podnosiły lamenty. A nikt nikogo nie koił, bo każdy sam miał za 
czym żałować. Ten stracił ojca, ten syna, ów szwagra lub przyjaciela, jednemu zabrano wozy 
z ładunkiem, drugi sam został spieszony, a trzeci nie miał już ani kawałka broni przy sobie... 
Strach nie tylko odbiera serce, ale i wyobraźni nasuwa niestworzone widziadła — a tak z 
zapadającą nocą rozeszła się straszliwa dla wszystkich wieść po tym rozbitym obozie, że król 
umyślnie wydał szlachtę na rzeź, ażeby ją zmniejszyć w królestwie i podbić, zaś teraz po rzezi 
ujechał milczkiem brzegami lasu i nie masz go już w obozie. Ci i owi towarzysze powiatowych 
chorągwi przylatywali doń z wybladłymi twarzami i wystraszonymi oczyma, przynosząc 
mu tę wiadomość i zapowiadając, że jeśli temu nie zapobieży, to albo bunt wybuchnie w 
obozie, albo nim słońce zejdzie, całe pospolite ruszenie się na cztery wiatry rozleci... 
Natenczas król, chociaż tak bardzo niemocen, że ledwie się mógł utrzymać na nogach, 
zlazł z wozu i kazał sobie dać konia. Razem z nim wsiedli na koń co najwaleczniejsi rotmistrze 
jego chorągwi, biskupi i dygnitarze nadworni, król kazał swoim halabardnikom pozapalać 
łuczywa i świece woskowe i w tym otoczeniu, wśród ciemnej nocy, pojechał w las, objeżdżając 
wszystkie chorągwie pospolitego ruszenia, zatrzymując się przy każdym wojewodzie, 
rotmistrzu lub kasztelanie, pokazując się wszystkim przy jasnym blasku łuczywa, przemawiając 
do każdego powiatu, dodając serca żołnierzom i zapewniając ich: że jest przy nich, że 
zginie z nimi, jeżeli jest taka wola Boża, ale ma w Bogu nadzieję i waleczności swoich chorągwi, 
że się obronim i klęskę tę wynagrodzim sowicie tym zdrajcom... 
Tuż za orszakiem królewskim, na swoim białym koniu, w pancerzu a hełmie i z mniszym 
habitem przewieszonym przez plecy, z krzyżem w lewym ręku, a z wężykowatym mieczem w 
prawicy, jechał o. Chryzostom — i zaraz przy pierwszym powiecie, jak tylko król skończył 
swoje krótką przemowę, zabrał głos z konia i swoją zlotoustą wymową miotał na nich zaklęcia 
i błogosławieństwa, które tak na nich padały, jak gdyby po czarnym niebie jasne błyskawice 
biegały. Zaczem z natchnienia Bożego świetne im zapowiadał zwycięstwo — a kiedy im 
to proroctwo wykładał, to wszystkim się zdało, że niebo się wyjaśniło, a od zachodu do 
wschodu jasna tęcza się na nim rozpięła... 
Chryzostom tej nocy kazał jeszcze daleko wymowniej i świetniej niżeli ongi w obozie pod 
Lwowem. Słowa wylewały się z ust jego jako srebrzysty potok, wytryskujący ze skały, a czasem 
wyskakiwały z przerażającym grzmotem jak gromy. Przypominał im, jako we Lwowie za 
obozową rozpustę przepowiedział im karę Bożą — i ta kara Boża spadła teraz na obóz; ale 
dzisiaj im przepowiada, że gniew Boży już jest przebłagany — i będzie zwycięstwo... A nim 
słońce zajdzie nazajutrz, orzeł polski obali na ziemię wołoskiego bawoła i będzie pić ciepłą 
krew jego w obliczności Suczawy. A w końcu swego kazania wielkim głosem zawołał; 
— Bóg zbudził ze snu swojego sługę i kazał mu iść, ażeby widział, jaka jest wiara wasza i 
jakim sercem będziecie iść do tej sprawy. A jeślibym nie wskrzesił w was wiary i widział, że 
się chwiejecie przed wypełnieniem Bożego rozkazu, jam winien, żem nie był godzien przelać 
na was tej łaski, z którą mnie do was posłano. Natenczas ten miecz podniosę przed wami i 
sam was powiodę na nieprzyjacioły i wszystką krew moję przeleję, ażebym was odkupił z tej 
haniebnej niewoli i aby naród wasz odrodził się z miecza, jako jest napisano, i żył w łasce 
Bożej po dzień wszystkich dni i po wiek wszystkich wieków. 
A mówiąc te słowa, podniósł miecz w górę nad głowami cisnących się ku niemu żołnierzy. 
A przy czerwonym blasku płonącego łuczywa i wśród dymów bijących w górę wszystkim się 
zdało, że jego miecz goreje płomieniem i jasne światło bije od całej jego postaci, jak gdyby 
był Boskim rycerzem, przysłanym z nieba na ziemię. Toż jedni spuszczali oczy ku ziemi i bili 
się w piersi, drudzy rzucali się na kolana, a inni patrzali nań zachwyconym i rozpromienionym 
obliczem, jak gdyby już odnieśli zwycięstwo. 
Ten las, w którym król z Chryzostomem i małą garstką swoich rycerzy, otoczony ze 
wszystkich stron płomieniami gorejącego łuczywa, błądził od jednej chorągwi do drugiej, 
gdzie ku niemu ze wszystkich zakątków lasu zbiegali się żołnierze najrozmaitszej broni, gdzie 
wreszcie tu i owdzie trup leżał, co dopiero co skonał, gdzie indziej wóz przewrócony, a spod 
drzew odzywały się jęki umierających, ten las, tak oświetlony i zaludniony wśród nocy, 
przedstawiał zaprawdę widok jakby nie z tego świata. Ktokolwiek patrzał nań z dala, temu się 
ziemia usuwała sprzed oczu i był przekonany, że go złe duchy przeniosły powietrzem w jakiś 
kąt czyśćca, gdzie także w dzikich ostępach, skalistych i leśnych, szatani męczą dusze grzeszników 
ogniem piekielnym, pędząc je przed sobą takimi samymi obłędnymi drogami, jakimi 
chodzili za życia. I w tym lesie było natenczas także grzeszników niemało, którzy cierpieli 
męki czyśćcowe, krwawiąc swe serca w bólu za poległymi i w groźnej obawie o własne swe 
życie. 
Wszelako królowi udało się niebawem uspokoić umysły — a o. Chryzostom orzeźwił serca 
i obudził nadzieję. Król wrócił także z spokojniejszym umysłem do swego obozu, rad temu, 
że odjął pospolitemu ruszeniu ubliżające mu podejrzenia i pełen wdzięczności dla Chryzostoma, 
może nawet, chociaż niełatwo uwierzył w siły nadprzyrodzone, z uczuciem poczynającej 
się wiary w cudowność jego wymowy. 
Zaczem obydwa obozy przepędziły noc, wprawdzie bezsenną, ale spokojną — bo tylko po 
krańcach słychać było hałasy, gdzie regimenty zaciężne się buntowały i trzeba było używać 
gwałtu, aby je jakokolwiek poskromić. 
Nazajutrz rano, już o pierwszym świtaniu, wielki ruch się wszczął w królewskim obozie. 
Już w nocy poczty konnicy, patrolujące po brzegach lasu, dawały znać po kolei, że mniejsze 
i większe oddziały wojsk wołoskich, tatarskich i siedmiogrodzkich ściągają się ku Suczawie: 
teraz, przy brzasku dnia, dojrzano jakby na dłoni, że pod murami fortecy, obrócona 
frontem ku królewskiemu obozowi, rozłożyła się cała armia, obejmująca co najmniej dwadzieścia 
tysięcy ludzi, konnych i pieszych, wołoskich i siedmiogrodzkich. Była więc prawie 
pewność, że ta armia ma zamiar na króla uderzyć, w każdym zaś razie wsiąść nam na kark i 
jechać na nas, aż póki nas nie wyparuje poza granice kraju. 
Na odwrót pod naciskiem takiej nawały, za którą prawdopodobnie kryły się całe chmury 
Tatarów, a może nawet i posiłki tureckie, na żaden sposób nie można się było zgodzić. 
Król zwołał radę: jednakże na tej radzie nie było żadnej dyskusji, bo postanowiono jednogłośnie 
i bez namysłu dać bitwę Wołochom pod murami Suczawy. 
— Tu zginiemy lub zwyciężymy! Niech żyje król! — zawołał pierwszy Krzesław z Kurozwęk, 
biskup kujawski i kanclerz wielki koronny, a za nim zawołali wszyscy jakby z jednego 
gardła: — Niech żyje król! — i na tym radę zamknięto. 
Ten okrzyk Krzesława z Kurozwęk, który już wtedy był starcem z białą brodą jak mleko, a 
w pozłocistym pancerzu i hełmie nie jak książę Kościoła, ale jak archanioł Michał wyglądał i 
swoją wspaniałą postacią prawie nad wszystkimi górował, o tyle więcej porywające wywarł 
na całej starszyźnie wrażenie, ile że powszechnie wiedziano, że najzawzięciej się oponował 
przeciwko tej wojnie. Oponował przed wojną: ale teraz, kiedy rycerstwo polskie wpadło w 
tak haniebną zasadzkę i cześć i przyszłość całego narodu były w niebezpieczeństwie, pierwszy 
się podniósł szlachetnym duchem nad wszystkich i dał hasło do czynu, którego po nas 
wymagali Bóg i ojczyzna. Toż jego okrzyk przejął świętym dreszczem wszystkich obecnych i 
jak blask błyskawicy uderzył we wszystkie chorągwie — i słychać było przez długą chwilę 
wybuchające na polu i odpowiadające im z lasu okrzyki jak strzały działowe: — Niech żyje 
króli! 
Za szczęśliwym przewodem rycerskiego biskupa nowy duch wstąpił we wszystkie chorągwie, 
a niektórych porwał niepowściągnionym zapałem: jedni się rzucali ku niemu i ściskali 
go za kolana, drudzy klękali przed nim i o błogosławieństwo prosili. Spokojny Gniewosz patrzał 
z uwielbieniem na niego, Wilczek trząsł się z niecierpliwości, ażeby jak najprędzej uderzyć. 
A miękkiego serca Tigranes gorącymi rozpłakał się łzami i szlochał jak dziecko. Widzieli 
to starsi i mówili między sobą: 
— Zacny to młodzieniaszek! Daj jemu Boże, ażeby odbył ten krwawy chrzest z chwałą dla 
swego imienia. 
Potem król kazał się znowu wsadzić na konia i otoczony starszyzną, począł zasięgać rady 
doświadczeńszych żołnierzy, jak uszykować chorągwie i jakim porządkiem stoczyć bitwę z 
Wołoszą. Ci i owi proponowali, ażeby całą armią uszykować do boju, a zostawiwszy co najsilniejsze 
chorągwie dworskie przy królu, wszystkimi siłami od razu uderzyć. Ale król się 
temu sprzeciwił, mówiąc: 
— Nigdy ja na to nie pozwolę, ażebyśmy wszystko od razu postawili na jedną kartę. Ani się 
na to nie zgodzę, ażeby województwa znów pierwsze się narażały. Już mi tam nie szczędzono 
przymówek, że zanadto szafuję krwią szlachty, nie daj tego Boże, ażebym na takie przymówki 
rzeczywiście zasłużył. Dwór królewski a ja — to jedno, mój dwór dzisiaj pierwszy uderzy. 
Zaczem idąc za zdaniem króla, które też było i szlachetne, i mądre, postanowiono, ażeby 
województwa stanęły pod bronią i były gotowe do uderzenia, ale nie wychylały się z lasu, 
ażeby Wołosza nie mogła wiedzieć, jakie są nasze siły, i rozumiała, że nas czapkami zarzuci. 
Kto się w swojej rachubie przeliczy, ten potem za to zapłaci. Zaś chorągwie królewskie niechaj 
społem uderzą. 
Natenczas wszakże Gniewosz wysunął się naprzód na koniu, pokłonił się królowi i starszym 
i zabrał głos, mówiąc w ten sens: 
— Uchyliwszy czoła przed zdaniem jego królewskiej mości, proszę o łaskę, ażebym też 
mógł co dodać do niego. Dwór królewski niewielkiego bohaterstwa dokaże, jeżeli zbitym 
szykiem uderzy, boć tak rozumię za wolą Bożą, że się Wołoszy rozerwać nie da. Ale też uderzywszy 
społem, tej ćmy wołoskiej nie zbije, bo nec Hercules contra plures51. A co potem na 
to województwa powiedzą? — Uderzyli, bo wiedzieli, że ich Wołosi nie zjedzą. Poradziwszy 
się z naszymi rotmistrzami, prosiłbym waszej królewskiej mości o łaskę, ażeby swoim chorągwiom 
kazał pojedynkiem uderzać. Mamy w Bogu nadzieję, że jak w kilkanaście chorągwi 
jedna po drugiej w różne punkty ich linij uderzym i jak się z nimi pomłócimy czas jaki, to tak 
ich poszarpiemy a pomęczymy, że województwa ich potem bez wielkiej pracy jakby niewodem 
zagarną. Jeżeli zaś jest napisano, że nas po jednemu zjeść mają, to zginiemy: ale wtedy 
nikt w Polsce nie powie, że król krew szlachecką wydał na pastwę, a swojej oszczędzał! 
Dwór królewski a jego pan miłościwy, to jedna dusza i jedno ciało, jako już powiedziano. 
Damy się pierwej wszyscy wyciąć do nogi, niżelibyśmy mieli dopuścić, ażeby na nas obelgi 
rzucano: tak nam Boże dopomóż! Niech żyje król! 
Ten okrzyk: niech żyje król! rozległ się znowu jak gromy bijące jeden po drugim po 
wszystkich chorągwiach królewskich i powtórzyli go, jak gdyby z jednej piersi, Wilczek, 
Myszkowscy, Lanckorońscy, Tęczyńscy, Kergolaj, Tigranes i wszyscy rotmistrze i porucznicy 
królewscy. 
Król spojrzał na Gniewosza wilgotnymi oczyma i pewnie by go był rad do piersi przycisnął, 
zaczem się obrócił do Krzesława z Kurozwęk, jak gdyby go pytał, co on o tym rozumie. 
A biskup kujawski rzekł: 
— Przed takim sentymentem rycerskim chyba już tylko kapelusza uchylić, idźmyż za wolą 
tych, którym Bóg dal takie natchnienie. 
Zaczem król w miejsce rannego Kamienieckiego oddał Gniewoszowi komendę nad chorągwiami 
swojego dworu, zostawiając hetmaństwo przy sobie. A Gniewosz zaczął zaraz chorągwie 
szykować, stawiając je tam i sam, kryjąc je jedna za drugą albo za kosmykami lasu, ażeby 
Wołosza nie mogła sił naszych policzyć i nie ściągnęła zawczasu posiłków, jeżeli ma jakie 
za miastem. Niektóre z nich tylko po ich proporcach, wiejących na drzewcach na dwanaście 
stóp długich, można było poznać, gdzie stoją. 
Słońce już zaczęło dobrze dogrzewać. Już było widać jakby na dłoni, jako Wołosza się 
wyciągnęła pod murami fortecy w linią niezmiernie długą i dobrze wewnątrz podszytą, hufce 
konne na przedzie, za nimi piechoty, tatarskie ściany, błąkające się za obydwoma skrzydłami 
— a kto wie, co się tam jeszcze kryło w mieście i z drugiej strony Suczawy. Duch zdawał się 
między nimi być dobry (co zawsze oko wprawnego żołnierza odgadnie), ich hetmani przelatywali 
na dobrych koniach przed frontem konnicy, wesoły szmer czasem od nich dochodził, 
zdawało się, że nas lekceważą i są pewni zwycięstwa. 
U nas wesołości nie było, owszem, nastrój bardzo poważny, zwłaszcza pomiędzy dworem 
królewskim, gdzie każdy czuł, że dzisiaj ma raczej dać duszę za honor znaku, pod którym 
służy, niżeliby sobą miał podrwić. 
Już więc chorągwie stanęły każda na swoim miejscu, już Gniewosz rozważał w sobie, którą 
miałby zaczynać: kiedy wtem po prawej ręce królewskiej dał się słyszeć hałas tak wielki, 
szczęk żelaza, nawoływania i jęki, jak gdyby tam całe piekło zawrzało. 
Wszyscy zwrócili w tę stronę swe oczy, co by to było — a wtedy cale niespodziewany i 
bardzo przykry widok im się otworzył. 
Po tej stronie ciągnęły się wzgórza, na tych wzgórzach jeszcze przed świtem zatoczono 
resztę armat nie wziętych i rozłożono obozem piechoty. Owoż pomiędzy piechotami był regiment 
owych husytów spod Laszek, regiment silny, bo go liczono na cały tysiąc, a złożony 
był z samych Czechów, co w lasach mieszkali, a nie mając co jeść u siebie, najmowali się 
radzi do każdej wojny. Byli to ludzie tak dzicy (jak opowiadają świadkowie współcześni), że 
trzeba ich było nieraz zakuwać w żelaza, aby się nie pozabijali pomiędzy sobą, dlaczego też 
zawsze za nimi wożono łańcuchy na wozach. Kudłaci byli okrutnie i z rozczochranymi brodami, 
ubierali się w kożuchy sierścią wywrócone na zewnątrz, niektórzy mieli przy kożuchach 
i łby tych bestyj, z których pozdejmowali skóry, jedni w butach kowanych, z cholewami 
powyżej kolan, drudzy zaś w łapciach z rzemieniami, którymi sznurowali swe łydki, a 
wszyscy z halabardami, opatrzonymi w siekiery i z ogromnymi toporami u pasów. Nieocenieni 
byli przy szturmach do fortec i zamków. Kiedy już wyłom był wystrzelony armatą, to z 
niesłychanym zuchwalstwem się wdzierali na mury i jak dzikie zwierzęta nie dali się niczym 
odstraszyć. Ale niechby Bóg bronił to miasto, do którego się wdarli, bo ich topór krwiożerczy 
nie znał litości dla niewiasty ni starca, a tak zawzięta była ich żądza niszczenia, że zawsze sto 
razy więcej podruzgotali dobytku, niżeli go zjedli albo ze sobą unieśli. Toż i karności nie 
można było pomiędzy nimi utrzymać, bo mimo najsroższych kar ciągle się buntowali i zabijali 
swoich setników. 
Wczorajszego dnia, myśląc zapewne, że nasza armia już jest pobitą, rzucili się w lesie na 
polskie wozy. Zamiast się bronić Wołochom, musiano na nich uderzać, jakoż ich kilkunastu 
zabito, a niemal całą setkę zakuto w kajdany. Tak ich przyprowadzono w nocy na owe wzgórza, 
gdzie się rozłożyli obozem, ogromny stos drzewa zapalili w środku obozu, jedli i pili 
przez resztę nocy, o świcie jęli się burzyć, a teraz zaczęli się wzajemnie z kajdan rozkuwać i 
znowu zabijać swych starszych. 
Pierwszy, który spostrzegł ten bunt, był Frąc Ajchinger, który na czele dwóchset porządnej 
i karnej piechoty niemieckiej stał przy armatach; ale ani się ruszył, tylko patrzał spokojnie na 
to widowisko, właśnie jak gdyby był na teatrum. Dopiero stary Pampowski, jeneral wielkopolski, 
co właśnie sam działa szykował, krzyknął na niego: 
— Ruszże się przecie, bałwanie! a podeptaj to chłopstwo, co się na swoich starszych rzuciło. 
Natenczas Frąc, po rozkazu, skoczył na koniu do swoich ludzi, sprawił ich raźnie i bardzo 
porządnym szykiem na obóz husytów uderzył. Ale husyci, równie sprawni do boju, odrzucili 
go swymi halabardami jak piłkę od siebie, ubiwszy mu kilku ludzi. Frąc odskoczył jak pies od 
jeża i stanął na boku, patrząc, azali mu kto na sukurs nie przyjdzie, bo widział, że swymi 
dwiema sotniami nie da im rady. Ledwie Frąc odskoczył, młody Herburt z Odolanowic, który 
po drugiej stronie husytów właśnie zbierał piechotę i miał już około stu ludzi, młodzieniec 
żartkiej fantazji, ale niedoświadczony, z tym, co miał, rzucił się na nich. Ale także jest odrzucony 
jak jabłko od skały i stanąwszy w oddaleniu, zaczął nawoływać dalszą piechotę. 
Owóż w owej to chwili husyci tak piekielny hałas podnieśli — a czy to był krzyk buntowniczy, 
czy ogłoszenie tryumfu, że dwa ataki tak gładko odbili, trudno było zrozumieć. 
Lecz wtedy temu hałasowi w obozie husytów także dwudziestotysięczny okrzyk spod murów 
Suczawy zawtórzył: Wołosza dostrzegła zapewne z murów, że Polacy się biją pomiędzy 
sobą, i powitała ten widok szyderczym okrzykiem. 
Wtedy król przyzwał Wilczka do siebie i dał mu rozkaz, ażeby na husytów uderzył, powiadając 
mu, jak ma to zrobić; Wilczek skoczył do swojej chorągwi, która się właśnie szykowała 
pod lasem. 
O. Chryzostom modlił się od świtu przed ołtarzykiem obozowym, który się znajdował w 
królewskim namiocie, potem miał mszę św., której wszelako tylko kilkunastu starszych rycerzy 
słuchało, a potem niektórych spowiadał i dawał im absolucją. Przed namiotem czekał koń 
jego, a słudzy trzymali pancerz i hełm z mieczem na pogotowiu, bo Chryzostom miał zamiar 
przewiesić stulę przez pancerz, objechać wszystkie chorągwie królewskie i każdej dać absolucją 
bez spowiedzi, jaką daje się in extremis52. Tymczasem ów hałas piekielny doszedł do 
jego uszu — a usłyszał go lepiej niż wszyscy, bo namiot królewski znajdował się bliżej obozu 
husytów niżeli to miejsce, na którym stał król ze starszyzną. 
Chryzostom wybiegł tedy co prędzej przed namiot i zaraz się dowiedział od stojących tamże 
żołnierzy, co jest. Nawet mu obóz husytów wskazano, który stamtąd było widać jakby na 
dłoni. 
— Bunt w obozie! — zawołał Chryzostom, chwytając się obydwiema rękami za głowę — 
bunt w obozie, to pół bitwy przegranej! 
Jakoż już nie pytając o nic nikogo, tak jak był, w habicie, w komży i stule, tylko krzyż 
wziąwszy do ręki, wskoczył na koń i pędem poleciał do obozu husytów. 
We dwa pacierze przybiegł do szańca i wskoczył na swoim białym koniu w sam środek 
obozu, jawiąc się szalejącym husytom jak anioł Boży, który właśnie spadł z nieba. Osadziwszy 
konia, podniósł krzyż w swojej prawicy i zaczął do nich przemawiać w języku niemieckim, 
karcąc ognistymi słowy ich zbrodnie i nawołując ich w imię Boga do posłuszeństwa. 
Husyci otoczyli go kołem, zrazu bardzo zdziwieni: ale kiedy się spostrzegli, że to ksiądz katolicki, 
i usłyszeli, że ich karci niewybrednymi słowami, poganie ci zaczęli mruczeć, a potem 
wołać na niego, że nie ma do nich żadnego prawa, a wreszcie i lżyć go najohydniejszymi 
przekleństwy. 
Słysząc to, bogobojny a zarazem rycerskim duchem przejęty Chryzostom, świętym gniewem 
zapłonął, a wierząc silnie i niezachwianie w potęgę swojej natchnionej wymowy, rzucił 
na nich klątwę kościelną i wielkim głosem zawołał, że będą wybici do nogi i diabeł ich duszę 
na dno piekła zabierze, jeżeli przed nim na kolana nie padną i do karności nie wrócą. 
A wtedy pierwszy poganin, który stał przy nim, uderzył go żelazną halabardą w odkrytą 
głowę, tak że krew wytrysnęła i strumieniem pociekła po twarzy. Chryzostom jeszcze przeto 
przytomności nie stracił, owszem, podniósłszy oczy ku niebu zaczął wołać: 
— Jeruzalem! Jeruzalem! które zabijasz proroki i kamienujesz te, którzy do ciebie są posłani... 
Ale dalszych słów już nie domówił, bo ten sam poganin jeszcze raz halabardą uderzył go 
w głowę, zaczem cała tłuszcza się rzuciła na niego, zerwali go z konia i rohatynami rozerwali 
na sztuki. 
Kto by był wtedy jego męczeńskie zwłoki obaczył, nigdy by był nie poznał, że to jest ciało 
zabitego człowieka. Czego zapewne przestraszywszy się ci poganie, zebrali jego członki porozrywane, 
zawinęli je w habit jego i na stos płonący rzucili, gdzie natychmiast zgorzały. 
Koń Chryzostoma, kiedy zeń jego pana zerwano, wspiął się do góry, przystrzygł uszyma, 
rozwarł szeroko swe chrapy i zęby wyszczerzył, jak gdyby chciał pożreć morderców. Był 
wtedy tak strasznym, że nawet ci rozwściekleni poganie odskoczyli od niego. Zaczem zwrócił 
się na tylnych nogach i poleciał jak wiatr ku królewskiemu dworowi, gdzie stanął z rozwianą 
grzywą i krwią zaszłymi oczyma, grzebiąc ziemię kopytem i rżąc tak przeraźliwie, że zdało 
się, jak gdyby wył z bólu za swym opiekunem. 
Król i cała starszyzna, którzy to morderstwo widzieli, a teraz ten koń dał mu tak niewątpliwe 
świadectwo, zostali nim tak przerażeni, że na chwilę oddech zaparli w piersiach i nikt 
nie mógł słowa wymówić. Dopiero po chwili biskup kujawski powiedział: 
— Bóg najlepszego z nas wziął na ofiarę, ufajmy mu, że miara się dopełniła. 
A wtedy właśnie Wilczek na husytów uderzył. Spadł on na nich co koń wyskoczy w dwieście 
pięćdziesiąt pancernych z dobytymi mieczami i stratował ich tak, jak gdyby zboże kto 
zmłócił, siekąc i koląc ich z taką szybkością i siłą, że o obronie ani mogli pomyśleć. Mało co 
potem Ajchinger i Herburt uderzyli na nich z pieszymi sotniami i dokończyli tych pogan, tak 
że prawie połowa ich padła śmiercią pod kopytami i pod ostrzem żelaza, a resztę porozdzielano 
pomiędzy inną piechotę. 
Wilczek, zjechawszy z pola i wracając do swoich, rzekł do siebie: 
— Tyś mi życie odebrał, jam się pomścił twej śmierci, wstawże się za mną do Boga, abym 
się długo nie męczył w tym ziemskim więzieniu. 
Lecz wtedy już trzeba było uderzać bez zwłoki, bo wszyscy to czuli, że Wołosza się z nas 
naśmiewa, rozumiejąc na pewno, że już tylko niedobitki zostały przy królu, a i te jeszcze się 
buntują przeciwko sobie. 
Wszyscy spojrzeli na nieprzyjaciela i obaczyli, że i on już się do roboty zabiera i harcowników 
wysyła, po jednemu, po dwóch, albo po kilkunastu. Niektórzy z nich byli nawet tak 
zuchwali, że na rzucenie kamieniem ku nam podjeżdżali i nawoływali, lżąc ohydnymi słowami 
polskie rycerstwo, biskupów i króla. 
Król dał znak Gniewoszowi, który niedaleko od niego stał na czele swojej chorągwi, mając 
też kilkunastu szlachetnych młodzieńców przy sobie na posyłki, ażeby zaczął puszczać chorągwie. 
Gniewosz posłał młodzieńca do Kergolaja, ażeby pierwszy uderzał, będąc pewnym, że ten 
doświadczony rycerz złotej ostrogi swoich ludzi koń przy koniu utrzyma i jak kula armatnia 
uderzy, co powinno by na Wołochach dobre sprawić wrażenie. 
Ale w tej chwili Tigranes przyskoczył do króla, niziuteńko mu się z konia pokłonił i prosił 
go bardzo wymownie, ażeby mu pozwolił przed wszystkimi uderzyć. 
Król był bardzo zdziwiony tak piękną odwagą tego młodzika, ale go zarazem ujęło, zaczem 
podniósł rękę prawie nad jego głowę i rzekł: 
— Bijże więc w Boży czas, Bóg z tobą! 
Tigranes zaraz ruszył ze swoją chorągwią i bardzo pięknie się sprawił. Ścisnął dobrze 
swoich żołnierzy pomiędzy siebie i młodego Pretficza i ruszył stępa, w pół stajania puścił się 
kłusem, potem sam na czoło swojego hufca wyskoczył i całym pędem w sam środek Wołoszy 
uderzył. 
Trudno było dojrzeć, czy przebił wołoskie szeregi, czy zdradliwa Wołosza sama mu się 
rozstąpiła, ale to było widać, że się w niej utopił, a za nim znów się wołoska linia zamknęła. 
Jednak nim jeszcze Tigranes dobiegł do szeregów wołoskich, już Gniewosz zawołał takim 
ogromnym głosem, że go powtórzyły lasy i skały: 
— Kergolaj naprzód! 
Kergolaj, któremu dusza się śmiała na takie wesele, gdzie mu kazano w sto ludzi na całą 
armią uderzać, uderzył istotnie tak, jak gdyby kto kamień z procy wypuścił i także się między 
Wołosza utopił. 
Za nim wyrwał się zaraz Myszkowski ze swoją chorągwią, prosząc ze łzami w oczach 
Gniewosza, aby go puścił, za Myszkowskim Zawisza z Konradzie, za Zawiszą Mikołaj z Lubienia 
Doliwczyk, wszyscy młodzi rycerze ze szkoły niemieckiej albo sabaudzkiej, a dziś 
woluntariusze, co z własnymi pocztami przyczepili się do armii królewskiej i radzi byli w 
obliczności dwóch armij popisać się swoją odwagą. Gniewosz ich puszczał, wołając: 
— Myszkowski naprzód! Zawisza naprzód! Lubieniecki za nimi! 
I znowu wołał: 
— Wolno! pomału! nie wyprzedzać się! o pięćset kroków jeden za drugim! 
A po chwili zawołał po rusku: 
— Olizaru! rypaj! 
Olizar stał ze swoją sotnią kozaków opodal także w pogotowiu, ale nie myślał wcale, że i 
jemu każą w murowane czoło Wołoszy uderzać. Tamte chorągwie to rzecz cale inna: tam 
żołnierze zakuci w żelazo, na ciężkich koniach, choćby ich było tylko stu razem, jeżeli dobrze 
się ścisną, to mogą swymi ogromnymi kopiami i swoim ciężarem najpotężniejszą linią przełamać. 
Ale on, na lekkich konikach, z ludźmi w sukiennych kubrakach i z lekkimi spisami — 
jemu chyba rwać nieprzyjaciela po bokach albo gonić uciekających, ale nie w takie zbrojne 
mury uderzać. Rozkaz Gniewosza wcale mu nie był po myśli. Ale trudno mu się sprzeciwić, 
bo wydaje rozkazy po woli króla. 
Tak sobie Olizar ten dziwny rozkaz przez oka mgnienie rozważał w swojej głowie: kiedy 
wtem na bardzo pięknym koniku a w srebrzystym pancerzu przyskoczył paniczyk Górka ku 
niemu, siostrzeniec Buczackich, co nie miał jeszcze lat siedemnastu, maluczko szeplenił, a 
bardzo był krotochwilny, i pokłoniwszy mu się swoim mieczykiem, rzeki z wesołym uśmiechem 
na twarzy: 
— Pan Gniewos kaze, zęby pułkownik napsód rypał. 
Kiedy Olizar obaczył tego młodzika, co jeszcze jakby sobie drwił z niego, złość go wzięła 
okrutna, naszczurzył się z pałaszem ku niemu i zawołał przedrzeźniając go w gniewie: 
— Hniwos każe! Howoryty newmije, a wże wozyt rozkazy! Idy do ditczoj matery... 
I jeszcze dalej coś klął sobie pod nosem. 
Górka rozśmiał się głośno, spiął konia, pokłonił mu się i odjechał galopem do starszyzny. 
Tymczasem Olizar odsapnął, poprawił wąsa i stanął na czele swojej sotni. Rad nierad, musiał 
uderzać. Widząc, że inni rotmistrze, nim z miejsca ruszyli, przemawiali do swoich chorągwi, 
więc i on także obrócił się do swoich kozaków i poprawiwszy czapkę na bakier, miał do 
nich przemowę. Oratorem nie był, bo to nie jego rzecz, ale w ciężkich chwilach mądry człowiek 
sobie radzi fantazją. 
Zaczem, wezwawszy na pomoc Demostenesa, a zwłaszcza Senekę, ulubionego mędrca 
Rusinów, wypalił do nich oracją w ten sens: 
— Chłopci! rypaty, ta rypaty. Korol każe, ta rypajmo. Ano tak szczob’sia skry posypaly. 
Trysta im mat’ mordowało! hurra! 
Kozacy krzyknęli: „Hurra!” on zaś, zwróciwszy konia na tylnych nogach, podniósł krzywą 
szablę do góry i nie zważając cale na niemieckie reguły: stępą, kłusem i pędem, świstnął wraz 
z nimi od razu z kopyta prosto na wyciągniętą linią Wołochów. Jego sotnia, pędząca naprzód, 
a nie bardzo w sobie ściśnięta, wyglądała z daleka jak stado koni spłoszonych, bo w cienkiej 
mgle kurzu widać było tylko zady końskie, a ponad nimi w górę pozadzierane ogony. Pal ich 
kat! tak rypie Olizar. 
A wtedy Gniewosz zaczął już puszczać coraz cięższe chorągwie królewskie, które uderzały 
w masę Wołochów jak kule. 
Wołosza zaczęła już spostrzegać, że to nie żarty. Jej harcownicy, na których zresztą nikt 
nie zważał, dawno już uciekli pod mury. Jej linia frontowa była już w kilku miejscach złamana, 
poza nią, pod samymi wałami, już kipiało jak w kotle, bo się tam bito ząb za ząb i oko za 
oko, ale luki wybite w linii frontowej jeszcze się zapełniały i linia zawsze się zamykała na 
nowo. 
Wszelako wtenczas już całym naszym rycerstwem zawładnęła owa moc niepojęta, co w 
ważnych chwilach całe armie jednym duchem przejmuje i nieprzepartą siłą ciągnie za sobą. 
Tą siłą ciągnione, już wtedy wszystkie chorągwie królewskie posuwały się naprzód: nawet 
sam Gniewosz nie mógł się z swoją chorągwią oprzeć temu prądowi i z wolna się naprzód 
posuwał. 
Jednocześnie też i chorągwie wojewódzkie zaczęły wykluwać się z lasu, wyglądając same 
ze swymi najeżonymi kopiami jak lasy ruchome, nad którymi wszakże powiewały barwiste 
proporce; nawet i król z biskupami i ich zbrojnymi pocztami także powoli posuwał się naprzód. 
Widząc to Gniewosz, rozesłał swoich młodzieńców do wszystkich chorągwi, ażeby na 
miłość Boga kamieniem leżały na miejscu, aż póki ich nie zawoła — a zarazem i swoje zatrzymał, 
sam zaś wytężył wzrok ku Suczawie, aby widzieć dokładnie, co się tam dzieje. 
A kiedy tak patrzał z podniesioną przyłbicą, nagle oddech zaparł w piersi i zbladł jak ściana. 
Musiało się tam stać coś wcale niezwyczajnego, bo w tej samej chwili ogromny okrzyk 
się rozległ pomiędzy Wołoszą, okrzyk tryumfujący albo szyderczy, bo zdało się, jak gdyby 
cała ich armia się śmiała. 
W tej wszakże chwili Wilczek przyskoczył do Gniewosza na koniu z zachmurzonym czołem 
i wielką boleścią na twarzy i rzekł do niego: 
— Gniewosz! nie pastwże się nade mną. Wiesz przecie, jak mi śmierć pilna, puszczajże 
mnie nareszcie! 
Lecz Gniewosz spojrzał chmurno i jakby w roztargnieniu na niego i odpowiedział mu sucho: 
— Stać! przyjdzie kolej na nas obydwóch. Śmierć sobie wybierze którego zechce. Niech 
pierwej lekkie chorągwie uderzą. 
Gniewosz oczywiście nie chciał, aby go pomówiono, że Wilczka umyślnie na większe niebezpieczeństwo 
naraził i posłał go w ogień pierwej, niż sam uderzył. 
Wilczek z gniewnymi oczyma i z chmurą gradową na czole odjechał. 
Gniewosz siadł twardziej na siodle, dobył szkiełko z zanadrza i wysilając swój wzrok do 
najwyższego stopnia, wpatrzył się w to samo miejsce, gdzie dopiero co coś niezwykłego obaczył. 
Już przedtem, nim Wilczek do niego przyskoczył, dojrzał on rzecz niesłychanie oburzającą: 
na przednim wale fortecy pal wbity w ziemię i rycerza wbitego na pal. Wzrok jego wtedy 
nie doniósł, ale przeczucie mu powiedziało, że musi to być jeden z polskich rycerzy. Teraz 
wytężywszy wzrok przez szkiełko przybliżające, poznał tego nieszczęśliwego rycerza: był to 
Tigranes. 
Czy wzrok miał tak bystry, czy wyobraźnia dopomogła wzrokowi, ale widział wyraźnie na 
palu Tigranesa w pancerzu, lecz z gołą głową, jako miał oczy zamknięte, twarz spokojną jak 
gdyby snem słodkim uśpioną, a wiatr mu jego jasne włosy rozwiewał. 
Wołosi, widząc, jak na nich pierwszy z maleńkim pocztem uderzał, otworzyli mu sami 
swoje szeregi, po czym oczywiście bez trudu zerwali go z konia — a rozumiejąc jeszcze natenczas, 
żeśmy wszyscy tak słabi, na urągowisko naszej armii rozbitej, wbili go na pal na naj
wyższym miejscu wałów fortecznych. Jeszcze teraz zbiegowisko ogromne otaczało i ten pal i 
wydawało takie rozgłośne okrzyki, że aż tu dochodziły. 
Na ten widok Gniewoszowi ani nawet ciemne przeczucie nie powiedziało, jak pomyślne 
dla niego ze śmierci męża Formozy mogą się wywinąć następstwa; owszem, tylko niepowstrzymane 
zdjęło go oburzenie na takie barbarzyńskie zuchwalstwo Wołoszy, zacisnął zęby 
i zawołał do siebie: 
— Psia wasza mać! Daj wam Boże odpłacić. 
I z tym szlachetnym gniewem w swym sercu spuścił przyłbicę i zaraz sam ruszył naprzód z 
swoją chorągwią. 
Była to straszna chorągiew. Gniewosz sam ją kosztem królewskim złożył, uzbroił i wyćwiczył 
według najwyborniejszych wzorów, jakie sam widział we Włoszech i w Niemczech. 
Stu rycerzy, prawie wszyscy takiego wzrostu i siły, jak on, od stóp do głów zakuci w brązowane 
pancerze, siedzieli tam w pierwszym szeregu na koniach ogromnych jak słonie i także 
zakutych w żelazo. Rycerze mieli obok piór, każdy swego koloru, końskie ogony przy hełmach 
— a konie żelazne groty osadzone w naczółkach, tak że kiedy rycerz kopią w swego 
przeciwnika uderzył, gdy kopią skruszył, koń w jego konia uderzał tym grotem. Za tymi rycerzami 
siedziało dwóchset knechtów na równie potężnych koniach, także z przodu zakuci w 
żelazo, bez kopij, ale z szerokimi mieczami. Sam ciężar takiej chorągwi był tak ogromny, że 
uderzając całym pędem i w zbitych szeregach, mogła była nieledwie murowane miasto obalić. 
Gniewosz, przemówiwszy ogniście do swych towarzyszy i wskazawszy im Polaka wbitego 
na pal na wałach fortecy, taki gniew w nich zapalił, że jego chorągiew zlała się z sobą jak 
gdyby w jedną bryłę żelazną — i uderzyła w Wołoszę z takim grzmotem ogromnym, jak gdyby 
się cały świat na nią zawalił. Jakoż bardzo szeroki wybiła w niej wyłom, jakoby paszczę ziejącą, 
w której zaraz zawrzało i zakipialo jakby w kraterze wulkanu. 
Król stanął teraz na miejscu cokolwiek wyniosłym, skąd bitwę tę pod murami fortecy 
można było widzieć jakby na własnym dziedzińcu. Jakoż wszyscy widzieli, jak Gniewosz 
jakiegoś Wołoszyna kopią zgiął z konia i podniósł na kopii na jej całą wysokość w tę stronę 
wałów, gdzie na palu wisiał Tigranes. Na ten widok król zatarł ręce i rzekł do biskupów: 
— Dał im poznać królewskich rycerzy, ale jeszcze to na tym nie koniec. 
Jakoż towarzysze Gniewosza, rozparłszy się między Wołoszą, całe kupy Wołochów nakładli 
kopiami — a kiedy je pokruszyli, dobyli mieczów na sześć stóp długich i jak zwierciadła 
błyszczących i nimi wokoto siebie rąbali i kłuli: miecze ich odbijały na sobie promienie słońca, 
że się zdawało, jakby tam ustawicznie błyskawice latały, aż póki miecze krwią zlane nie 
mogły już rzucać błyskawic od siebie. 
Wołosza, stęknąwszy ciężko pod chorągwią Gniewosza, usiłowała jeszcze zawrzeć ją w 
sobie i wypuściła naprzód z prawej strony i z lewej mnogie hufce konne, ażeby wybity wyłom 
załatać i połknięte chorągwie między sobą zadusić. 
Ale natenczas Wilczek na czele swojej chorągwi, wzbogaconej szlachtą halicką, z takim 
impetem w te hufce uderzył, że się przed nim rozbryzgnęły tak właśnie, jak woda się rozbryzgiwa, 
kiedy kto kamień w nią wrzuci. 
Za Wilczkiem uderzyły jeszcze dwie chorągwie królewskie i linią wołoską już szeroko 
rozwarły, przeciąwszy Wołochów prawie na dwie połowy i utrzymując oddech dla bijących 
się polskich rycerzy z tej strony. 
A wtedy ruszyli stojący około króla biskupi. 
Z nich pierwszy biskup kujawski podniósł miecz w górę i w dwieście pancerników swojego 
dworu z takim samym impetem na Wołoszę uderzył, jak gdyby był świeckim rycerzem; za 
nim wspanialej postaci Jędrzej Boryszewski, arcybiskup lwowski, we dwieście pięćdziesiąt 
koni, nuż Jakub Buczacki, biskup kamieniecki, pan jeszcze młody, ale wielkiej powagi, w 
czterysta lekkiej konnicy samych Rusinów. Złociste i srebrzyste pancerze biskupów i ich 
rozwinięte sztandary, dzierzgane również srebrem i zlotem, opromieniły jakby cudownym 
blaskiem armią królewską — a może jej i szczęście przyniosły, bo od tej chwili Wołosza się 
całkiem zachwiała i jakby pochyliła ku ziemi: nad nią wypływały coraz gęściej na wierzch 
nasze chorągwie, które też jej widocznie na karkach siedziały. 
Ale natenczas zaczęły wyskakiwać spoza Suczawy świeże hufce wołoskie i ściahy tatarskie. 
Pod owe porę już wszystkie wojewódzkie chorągwie powykluwały się z lasu i poustawiały 
się po wzgórzach i w czystym polu. Po klęsce wczorajszej, poniesionej w lesie, nikt by się nie 
był spodziewał, że mamy jeszcze tak wielką potęgę. Król spojrzał na nią z wielkim zadowoleniem. 
Jednak wiedziony miłością własną i rozumiejąc, że pokona Wołoszę swym własnym 
dworem, czego gorąco pragnął, posłał Jana Potulickiego, kasztelana rogozińskiego, ażeby te 
chorągwie się nie ruszały, aż na nie zawoła. Ale zaraz pierwszy Spytek Jarosławski Leliwita, 
wojewoda krakowski, srodze się na to oburzył i odpowiedział bardzo rozumnie: 
— Nie dosyć królowi na jednym grzechu, chciałby zaraz i drugi popełnić! A jak Wołosza 
dwór jego potłumi, co wtedy będzie? I tamtych ludzi nam braknie, i u nas duch podupadnie. 
A potem, i my byśmy też chcieli być na tych godach, bo i myśmy tym rozbójnikom co winni. 
I zaraz sam ruszył z całym województwem krakowskim. 
A wtedy już niepodobna było żadnej chorągwi utrzymać. Wszystkie rzuciły się na oślep na 
wojska wołoskie i prawie je sobą nakryły. 
Toż dopiero wtedy zaczęła się bitwa prawdziwa, bardzo nieregularna, bo nie było żadnej 
komendy, lecz niesłychanie zawzięta. 
Obydwa wojska porozrzucały się prawie na całe pół mili albo i więcej, Wołochom przybyły 
jeszcze posiłki zza murów miasta, zjawili się także Tatarzy nieledwie całymi chmurami: 
bito się chorągwiami, pułkami, drobniejszymi hufcami, a nawet i pojedynkiem, gdzie kogo 
kto dopadł i gdzie go własna ciągnęła fantazja. 
Król, stojąc zawsze na tym samym miejscu pod lasem z królewiczem Zygmuntem i kilkunastą 
urzędników swojego dworu, miał prócz piechoty pod komendą Ajchingera już tylko 
jedne dworską chorągiew przy sobie, którą starszy Górka dowodził, a która nazywała się 
„gończa”: wszystkie inne w bój poleciały. Stamtąd też było widać jak na talerzu tę rąbaninę i 
wszystkie gonitwy, o ile ich nie zasłaniały kosmyki lasów i porozrzucane tam i sam gęste 
zarośla: ale było tych utarczek i tych pogoni tak wiele, że im oko jednego człowieka nie mogło 
nastarczyć. Toż ten i ów z urzędników, stojących przy królu, zwracał jego uwagę na to 
lub owo widowisko, które przed innymi wpadało w oczy. 
Tak spostrzeżono, że Spytek Jarosławski całym swym województwem, które ku podziwieniu 
wszystkich utrzymał w kupie, oderwał całkiem prawe skrzydło Wołoszy, przez długą 
chwilę tłumił je na miejscu — a kiedy mu tył podało, pojechał na jego karkach brzegami lasu 
ku zachodowi. Za Krakowiakami jeszcze jedno województwo ruszyło, nie można było rozpoznać, 
które to było, ale już nikt o tym nie wątpił, że tam z tego kawałka Wołoszy ledwie nuntius 
cladis53 zostanie. 
Województwo ruskie po śmierci Tęczyńskiego nie miało wodza, więc się rozproszyło, ale 
ziemia przemyska trzymała się kupy, widać ją było dobrze po rozwiniętym sztandarze, rzucała 
się na prawo i na lewo, a zawsze zbita ze sobą koń przy koniu. Ktoś jej tam bardzo rozumnie 
hetmanił, a nie wiedziano który, bo jej kasztelan był ranny: dopiero potem się dowiedziano, 
że był to syn jego, młodziutki Stanisław Kmita, co na tę wyprawę z Sabaudii przyjechał, 
późniejszymi czasy rycerz znamienity czasu króla Zygmunta. 
Wilczka widziano, jako się tłumił z dwoma chorągwiami Szeklerów na lewym skrzydle 
wołoskim, Biłowus wisiał wciąż przy nim ze swymi ludźmi, poznano go po jego pałce i koniu 
kudłatym: oczyścili wały w tym miejscu, a potem, wsiadłszy na kark tymże Szeklerom, popędzili 
za nimi aż poza mury Suczawy. Widząc to król, rzekł do Potulickiego: 
— Chwalę taką zaciętość w bitwie, bo też i znam ją od dawna u Wilczka; ale niepotrzebnie 
się zapędza za miasto, bo może tam wpaść w jaką zasadzkę. 
Wilczek właśnie to miejsce wałów fortecznych oczyścił, gdzie na ich grzbiecie wisiał na 
palu Tigranes. Jakoż zaraz widziano, jak przybiegła w to miejsce jakaś pomieszana chorągiew, 
jedni żołnierze mieli na sobie płaszcze czarne, drudzy błękitne, biegła z nimi razem 
także piechota z halabardami i toporami, drudzy zaś nieśli drabiny. Niektórzy rycerze pozeskakiwali 
z koni i zaczęli się drapać na wały. Już ci i owi wdarli się na sam grzbiet wałów, już 
ich całą garść było widać około pala — a wtedy Wołosza uderzyła na nich z wewnątrz wałów i 
zaczęła się tam zawzięta ubijatyka halabardami, mieczami i toporami. Jednym i drugim przybywały 
posiłki, już się wały tak mnogim ludem okryły, jak gdyby chmura much na nie opadła, 
bito się z wielkim hałasem i zaciętością, strącano się z wałów, obalono pal z trupem — a 
nie można było zgadnąć, o co tam idzie. Królowi się zdało, że dojrzał tam Kergolaja na 
szczycie wału i jego ludzi, ubranych czarno z białymi krzyżami, ale w głowę zachodził, po co 
tam Kergolaj wlazł na te wały. Zaczem się śmiał, chociaż przy febrze mu wcale nie było do 
śmiechu, i rzekł: 
— Po co ten Francuz drapie się sam do fortecy? przecie tam musi być silna załoga. Jeszcze 
go pojmają i wbiją na pal jak tamtego. 
A Potulicki na to: 
— Brano już lepsze fortece. A zawsze się to stało za przewodem jednego człowieka, który 
obudził fantazją u innych. 
— Już bym się też zaraz otrząsł z mojej gorączki — powiedział król — gdybyśmy temu wołoskiemu 
wójtowi jeszcze jego wilczą jamę zabrali. 
A wtedy przewaliła się znowu bitwa w tę stronę. Najprzód Szeklery, których Wilczek za 
mury fortecy przepędził, wzmocniwszy się silnym czambułem Tatarów, co kędyś tam stali za 
lasem, oparli mu się i z wielkim hałasem, tak że się jego echo kilkakrotnie obiło o skały, wjechali 
na nim znowu na czoło fortecy; z drugiej zaś strony kilka naszych chorągwi przewaliło 
się także w to miejsce i wszyscy razem wzięli się bić bez ładu i składu. 
Wołosi i Węgrzy trzymali się karniej od naszych, niełatwo się dawali rozrywać, tworzyli 
ciała zbite ze sobą i plecy sobie dawali, była tam u nich jeszcze jakaś komenda; z naszych 
tylko jeden Wilczek utrzymał jakokolwiek w kupie swój hufiec, doświadczony Ramułt dzielnie 
mu w tym pomagał — inne nasze chorągwie się poszarpały, a rycerze i knechci uderzali 
pojedynkiem albo małymi garstkami. 
W tym tłumie, który zajął sobą więcej niż całe stajanie, łatwo było poznać żelaznych rycerzy 
Gniewosza. Gniewosz oczywiście, może zresztą przez Tatarów tu wparty, przyszedł 
Wilczkowi na pomoc. Ale jego chorągiew była prawie zupełnie poszarpana i tak rozrzucona, 
że prawie każdy towarzysz pojedynkiem najeżdżał. Jużci tam każdy towarzysz był sam jak 
wieża żelazna i mógł się bronić bez cudzej pomocy, ale przecież i między nimi było widać 
niektórych dobrze już nadpoczętych, temu hełm potrzaskano, z drugiego pancerz poodlatywał 
częściami, na koniach potrzaskano kropierze, a ten i ów nawet już był spieszony. 
Dziwnie zawzięcie broniła się ta zbierana hołota. Tak bito się z jaką godzinę albo i więcej, 
tłumy się zaczęły przerzedzać, zaczem Wołosi i Węgrzy, jedni padli pod naszymi mieczami, 
drudzy uciekli, tylko jeszcze Tatarzy z niesłychanym zuchwalstwem się nam naprzykrzali. 
A wtedy było widać Gniewosza, którego też po żółtych i czarnych piórach u hełmu sam 
król poznał od razu, jako się za jakimś pozłocistym murzą tatarskim albo może i baszą tureckim 
odsądził i z mieczem podniesionym do góry, grzbietami wzgórza za nim pogonił. Słońce 
już wtedy zaszło za góry i jeszcze tylko jasne blaski rzucało na ziemię, zaczem na ciemniejącym 
tle wschodniego nieba widać ich było obydwóch, jak czarne cienie na dnie ciemnobłękitnym. 
Tatar pędził co koń wyskoczy i od czasu do czasu mu się krzywą szablą odjadał, on 
za nim, trzymając miecz w podniesionej prawicy, tuż prawie nad nim, a nie mogąc go dostać 
albo też może chcąc go wziąć żywcem w niewolę — i tak obydwa zniknęli w zaroślach. 
Co się z Gniewoszem stało, tego już nie dojrzano: widziano tylko już przy zapadającym 
zmroku rycerskiego konia, kulejącego, z rozdartymi chrapami, grzbietem tego samego wzgórza, 
kędy Gniewosz za Tatarem popędził. Jedni mówili, że koń byt bez jeźdźca, drugim się 
zasię zdawało, że koń niósł na sobie jeźdźca bez głowy... 
Noc była pogodna i ciepła. Księżyc jasno przyświecał, kiedy chorągwie zaczęły się ściągać 
około królewskiego obozu. Chaos tam był niesłychany jak przed stworzeniem świata, trąby, 
tarabany i nawoływania wzniecały hałas i wrzawę jak na dniu sądnym, ściąganie się też 
trwało aż do północy, bo nie z jednego pola, ale z niezliczonych pól bitew wracano. Trudno 
tam było się wszystkim rozeznać, a cale niepodobna policzyć. Szedł tylko głos po całej armii, 
że Wołosza jest na miazgę pobita, a z naszych mało kto zginął. 
Król pytał tylko o swoje chorągwie. Z tych każda po kilku towarzyszy straciła, mało co 
więcej. 
Wilczek powrócił nietknięty — a chociaż, Bóg jemu świadkiem, uderzał zawsze, gdzie było 
najgęściej, i śmierć z rozpaczliwym zuchwalstwem wyzywał, ani go nawet nikt nie zadrasnął. 
Nawet i ze swojej zbroi ani jednego płatka nie stracił, tak że ci, co go w tej ciężkiej robocie 
widzieli, a sami byli haniebnie podarci, patrzali na niego spod oka i mówili sobie: — Jeżeliż 
ten nie jest charakternikiem, to chyba że już nie masz charakterników na świecie. 
Biłowus także cały powrócił, a wszyscy jego żołnierze byli tak obładowani łupami, jak 
gdyby z jarmarku wracali. 
Olizar również mało żołnierzy stracił, tylko jego kozacy uronili wszystkie swe dzidy, połamawszy 
je na karkach Wołochów. Natomiast wszakże przyprowadził kilka wozów z żywnością 
i rozmaitą inną zdobyczą, które Szeklerom odebrał, a zarazem siedmiu Tatarów i dwa 
wielbłądy, które zdobył na jakimś murzie tatarskim. Z wielbłądów okrutnie się śmiano i pytano 
go, na co je brał? Ale on tylko ramionami wzruszał na taką płytkość rozumów i odpowiadał: 
— Ot, głupi! Na cóż człowiek się bije? Najprzód za króla, to prawda — przy tych słowach 
czapki uchylał — a potem, to przecież na to, aby co wziął. A wy, kogoście wzięli w niewolę? 
Kergolaj dosyć dziwne widowisko wyprawił królewskiemu dworowi. Jego małą chorągiew 
fatalnie mu poszarpano, prawie trzecia część jego żołnierzy zginęła, co też niedziwno, bo nią 
na całą armią wołoską uderzył, został w nią zawarty i musiał na wszystkie strony się bronić. 
Kiedy Tigranesa pojmano i niesiono na wały, aby go stracić, on nawołał Pretficza do siebie, 
który już leżał na ziemi, i wziął resztę Tigranesowych ludzi z nim samym pod swoją komendę. 
Potem się bił z różnym szczęściem i wiele ludzi natracił, a między nimi i Pretficz mu zginął. 
Kiedy Wilczek tę stronę wałów oczyścił, on zebrał swoich i cudzych ludzi, co mógł, i 
wdarł się na wały — a wiedział dobrze, dlaczego to czyni. W tym wielkim popłochu mogło mu 
się udać zrobić wyłom w fortecy i wziąć ją, zwłaszcza że jeśliby mu się udało utrzymać na 
wałach, to by go pewnie drugie chorągwie poparły. Widywał on nieraz, ba, nawet był przy 
tym, jak brano daleko mocniejsze zamki bez porównania słabszymi siłami. Sztuka ta mu się 
nie udała, bo żadnej komendy nie było, która by jego zamiar spostrzegła i dała mu zaraz silne 
poparcie. Ale kiedy już tam był, odbił przynajmniej trupa Tigranesa, największą, a przy tym 
hańbiącą dla nas trofeę Wołochów: czyn heroiczny, za który cała armia powinna mu być 
wdzięczną, a za który jeszcze jaka inna mogła się zdarzyć nagroda. Toż przywiózł istotnie 
zwłoki tego biedaka ze sobą — a położywszy je przed dworem królewskim na ziemi, rzekł z 
nie tajonym uczuciem zadowolenia : 
— Nie godziło mi się zostawiać zwłok tej ofiary w rękach Wołoszy, aby jeszcze dalej z nas 
urągała; dlategom zdrowie zaważył, ażeby je dostać. 
Królewscy dworzanie, obstąpiwszy to corpus exsangue54 Tigranesa dokoła, który z twarzą 
białą jak z wosku i w pancerzyku błyszczącym leżał na krzyżach przed nimi, bardzo mu ten 
czyn rycerski chwalili, mówiąc: 
— I Polak nie stanąłby lepiej w obronie narodowego honoru. Dank mu się od nas za to należy 
i trzeba, aby mu sam król podziękował. 
Ale Wilczek uśmiechnął się na to złośliwie. On jeden rozumiał, że wie, dlaczego Kergolaj 
karku nadstawił, ażeby to corpus exsangue a zarazem i corpus delicti od Wołoszy wydobyć, i 
na czyje wdzięczność za to on liczy, jeżeli je przywiezie do Lwowa. Ale machnął ręką i rzekł 
do siebie: 
— Właśnie tak samo, jak ja Jagienkę, tak ty ją dostaniesz!... 
Zaczem bardzo tym zachmurzony, że jeszcze żyje, poszedł do swojej chorągwi, aby jej 
stanowisko na nocleg wytyczyć. 
Na chorągiew Gniewosza bardzo długo czekano. Król już nie mógł na koniu dosiedzieć, 
usiadł więc przed swoim namiotem na krześle polowym, i tam niemoc go tak rozbierała, że 
się przed sobą na mieczu opierał — a przecie czekał. Nareszcie i ta chorągiew wróciła. Jej towarzysze 
bardzo byli potrzaskani, wielu spieszonych, kilkunastu knechtów stracili, z nich 
samych żaden nie zginął — ale Gniewosza nie było. 
Król tak się tą wiadomością przeraził, że ręce załamał i zawołał: 
— Na Boga żywego! cóż się z nim stało? 
— Tatarzy na nas z wielką siłą natarli — odpowiedzieli mu Gniewoszowi rycerze — rozbiliśmy 
ich, nacięli i podeptali, ale murza nam uszedł, Gniewosz się za nim wysadził, zapewne 
wpadł na drugi czambuł tatarski i tam jest usieczon. 
— Na miłość Boga! — zawołał król — wsiadajcież na koń, którzy są mniej pomęczeni, i idźcie 
go szukać. Nie sługa mi to był, ano przyjaciel, nie rozweseli mnie to zwycięstwo, jeśli on 
zginął. 
Ale rycerze mu odpowiedzieli: 
— Miłościwy panie! jużeśmy go wszędzie szukali, dlatego też tak późno wracamy. Widzieliśmy 
własnymi oczyma wielki czambuł tatarski za miastem, do którego się niedobitki wołoskie 
i siedmiogrodzkie ściągają, tam zginął. 
Zaczem król ze spuszczoną głową poszedł do swego namiotu — i powiadano, że całą noc 
nie spał, swojego kapelana wciąż trzymał przy sobie i kazał mu czytać modlitwy za duszę 
Gniewosza. 
XIII 
PO WOJNIE 
Wielkie to było zwycięstwo nasze pod murami Suczawy! Daleko większe niżeli owa rozgłośna 
klęska w lesie bukowym, którą nienawiść do króla i polityczne kabały w późniejszych 
czasach rozdmuchały do tak ogromnych rozmiarów i nadały jej tak głęboko tragiczne znaczenie. 
Zwycięstwo to było o tyle jeszcze świetniejsze i godne wiecznej pamięci, ile żeśmy tam 
mieli przed sobą wielkiego wojewodę Stefana, człowieka potężnej głowy, niezwalczonej 
energii i niesłychanej chytrości, który natenczas cały swój lud do broni powołał, bardzo 
znaczne posiłki ze Siedmiogrodu skrycie sprowadził, około czterdzieści tysięcy Tatarów miał 
po swej stronie, drugie tyle Turków w odwodzie i stanął przeciw nam w niezmiernie silnej 
pozycji pod murami Suczawy — z naszej zaś strony tylko królewskie chorągwie były nietknięte 
i w dobrym ładzie, a całe pospolite ruszenie, choć jeszcze dość liczne, jednak rozbite i 
przerażone do najwyższego stopnia niespodziewanym w lesie napadem. Do tego jeszcze król 
chory, Fredro, najdoświadczeńszy i najprzytomniejszy z wodzów ówczesnych, zginął dniem 
przedtem wśród lasu, Mikołaj Tęczyński, najlepszy po nim, także zabity, nawet i Kamieniecki, 
który miał ducha po temu, ażeby objąć naczelne dowództwo nad całą armią, ranny musiał 
zejść z pola: zgoła tak było, żeśmy dnia tego jeszcze nie ochłonęli z popłochu i nie mieli żadnej 
komendy. Chorągwie uderzały i biły się potem każda wedle własnej fantazji — a przecie 
zbiliśmy tę ogromną potęgę Wołochów, Tatarów i Węgrów na miazgę; zostały się z niej tylko 
niedobitki, z których jedne skryły się do fortecy, drugie uciekły za miasto do Tatar, a trzecie, 
jak powiadano, pod wodzą samego Stefana pociągnęły jeszcze w dość znacznych kupach 
brzegami lasu kędyś ku północnemu zachodowi. 
Jakkolwiek te rozproszone kupy Wołochów mogły się jeszcze gdzieś zebrać za lasem i 
nam drogę zastąpić, jednak na teraz nie było wcale obawy nowego napadu. Armia nasza się 
rozłożyła obozem pod lasem w obliczności Suczawy i po różnych polanach leśnych, porozstawiano 
silne czaty dokoła z takich chorągwi, które wcale w boju nie były, długo w noc jeszcze 
nawoływano się, trąbiono, bębniono, karmiono konie i posilano się, gdzie kto mógł jak 
kawałek jadła uchwycić — a potem całodzienną bitwą zmęczeni żołnierze ułożyli się do snu. 
Wilczek, wytyczywszy stanowisko dla swojej chorągwi pomiędzy dworem królewskim i 
zdawszy resztę na Ramułta, jak tylko mu namiot rozpięto, wyciągnął się na swoich wojłokach 
i także zasnął snem twardym. 
Spał wygodniej od innych, bo miał wiernego sługę, który niezmordowaną swą usłużnością 
wszystkich innych wyprzedzał, jego namiotów i pakunków jak pies pilnował, zawsze wszystko 
przewidział i nigdy nie zapomniał o niczym, toteż i teraz, kiedy inni dopiero swoich namiotów 
szukali, on dawno już rozpiął namiot swojego pana i bardzo wygodne mu łoże wyścielił. 
Tym sługą był ów Kostruban, którego Wilczek przeszłego roku spotkał był w lesie 
przy Chryzostoma eremie i przyjął do siebie na służbę. 
Wilczek się tak przyzwyczaił do niego, że gdziekolwiek się znajdował, w podróży czy w 
domu, na służbie u króla czy też na wojnie, zawsze go miał nieodstępnym przy sobie. Jego 
dworzanie i pacholikowie zrazu śmieli się z niego, bo najprzód znajdowali go okrutnie brzyd
kim — z tym długim nosem, ze swymi rybimi oczyma i z ryżą czupryną, ledwie był do człowieka 
podobny — a potem mówił łamano z niemiecka i często takich dziwacznych używał 
wyrazów, że kto nie znał gwary niemieckiej, nie zawsze mógł go zrozumieć. Ale i oni się z 
czasem przyzwyczaili do niego, zwłaszcza też widząc, że jest w łaskach u pana. Prócz tego 
Kostruban uwalniał ich od wielu trosk i zachodów, bo pracował za wszystkich, każdemu 
chętnie usłużył, w każdym trudnym termine umiał sposób wynaleźć, a gdzie już nikt nie poradził, 
to on jeszcze zawsze człowieka jakąś sztuką wykręcił. 
Wilczek przypominał sobie czasami wśród jakich okoliczności go wziął do siebie na służbę. 
Przesądny, jak wszyscy jego współcześni, niejednokrotnie, kiedy Kostruban jakimś niezwykłym 
odznaczył się sprytem, przypuszczał u siebie, że albo to sam diabeł jest, albo ma 
diabłów przy sobie, dlatego nigdy całym sercem go nie polubił, a czasem nawet uczuwał jakby 
wstręt jakiś do niego. Ale zarazem czuł, że już by nie mógł się obejść bez niego, co więcej, 
pomimo braku przywiązania i wbrew wstrętom chwilowym, tak przylgnął do niego, wśród 
swego rozpaczliwego usposobienia miał jakieś nieokreślone, ale tak silne przeczucie, że ten 
człowiek mu jeszcze kiedyś jakąś wielką wyrządzi przysługę, że gdyby go był jakim przypadkiem 
utracił, to byłby całkiem zrozpaczał, bo byłby miał przekonanie, że ten słaby brzask 
jeszcze gdzieś w dali migocącej nadziei już zgasł na zawsze przed jego oczyma. Tak nieraz 
widzimy, jako niektóry człowiek, zacny i niezawisły, przywiązał się do takiego indywiduum, 
którego w gruncie serca nie lubi, od którego czasem wstręt go porywa, którego nawet się boi 
— a przecie go ciągnie do niego: filozofowie takie niewytłumaczone pociągi nazywają psychologiczną 
zagadką albo szukają ich źródła w nie dającym się dojrzeć duchowym powinowactwie; 
my wszakże, szukający każdej prawdy nie spekulacją, tylko naszymi żywymi 
oczyma, widzimy jasno, że źródłem takiego zagadkowego pociągu jest zawsze jakiś pożytek 
albo przynajmniej nadzieja pożytku. 
Toż takim samym, choć może nie całkiem świadomym pociągiem wiedziony Wilczek, nie 
tylko się do Kostrubana przywiązał, ale już dawno mu się zwierzył ze wszystkimi swymi tajemnicami. 
Kostruban już znał bardzo dokładnie nie tylko jego wszystkie interesa w Tustaniu 
i jego stosunki z Kijasem, ale wiedział o jego nieugaszonej miłości dla Jagienki i jego nieprzepartym 
pragnieniu, ażeby ją dostać. Wilczek nawet czasem o tym z nim mówił, a Kostruban 
go zawsze pocieszał, zapewniając go na wszystkie zaklęcia, że jego pragnienie będzie 
zadowolonym. 
— Niech pan starosta będzie tylko cierpliwy — powiadał mu wtedy — znajdzie się na to sposób 
swojego czasu, dostaniemy Jagienkę. 
Kiedy Wilczek czasami nastawał na niego, aby mu powiedział, czyli i jakich szuka na to 
sposobów, zmyślny ten sługa, a nie bardzo sumienny, ofiarował się przekraść do niej z listami, 
umówić z nią schadzkę dla niego, a nawet go kusił, ażeby nieposłuszną fortunę wziął za 
łeb i wykradł Jagienkę z Czorsztyna. Ale Wilczek zawsze sfukał go za to, mówiąc: 
— Głupiś! Do takiego sposobu nie potrzebowałbym ciebie. Ale nie rycerska to rzecz. 
Gniewosz mi towarzyszem i przyjacielem, choć nie wiem, co mi tam życzy w tej swojej 
przyjaźni. Wszelako nie mnie w to wchodzić. Ja się dlatego nie zmienię i pierwiej zginę, niżelibym 
miał wykroczyć przeciwko temu zakonowi, pod którego prawami żyję. 
Kostruban zapewne sobie głowę łamał nad wynalezieniem innego sposobu, ale dotąd nic 
nie wymyślił. 
Tej nocy, kiedy Wilczek spał pod namiotem, on, wyspawszy się w dzień, przechadzał się 
po królewskim obozie, gdzie słudzy rycerscy jeszcze tu i owdzie ze sobą gwarzyli, wąchał na 
wszystkie strony, rozmawiał z nimi, podsłuchiwał, szpiegował. Nareszcie w jednym miejscu 
coś dojrzał, czegoś się tam dowiedział — a była to pewnie rzecz ważna, bo zaraz potem pobiegł 
do namiotu swojego pana. 
Wtedy jeszcze ciemna noc była, księżyc już zaszedł, gwiazdy pobladły, jeszcze daleko 
było do świtu. Kostruban niecierpliwił się przed namiotem, co chwila kotarę odchylał i zaglą
dał wewnątrz namiotu, i znowu powracał, przestępował z nogi na nogę i podsłuchiwał. Ale 
jak tylko na wschodzie cokolwiek szarzeć zaczęło, zebrał w sobie odwagę, wszedł do namiotu 
i zaczął chrząkać. 
Wilczek się zbudził, spojrzał, na niego i spytał, czy już oświtło. 
— Panie starosto! — rzekł mu Kostruban — wstawaj jegomość, wielka nowina. 
— Cóż tam takiego? — zapytał Wilczek, wstając raźno z posłania. 
— Pan Gniewosz zginął. 
— Gniewosz zginął?! — zawołał Wilczek, chwytając go rękami za obydwa ramiona — Gniewosz 
zginął? gdzie? kiedy? skąd ta nowina? 
— Zginął kędyś za miastem — powiadał mu prędko Kostruban — wczoraj wieczorem ze 
swoją chorągwią nie wrócił, a w nocy koń jego okulawiony przywlókł się na trzech nogach do 
naszego obozu. Żołnierze konia dobili, a teraz plądrują wojłoki pana Gniewosza. 
— Chodź! — rzecze Wilczek, trzęsąc się cały z wzruszenia i z niecierpliwości — chodź, gdzie 
jest koń i gdzie są ci żołnierze? 
Kostruban wybiegł pierwszy z namiotu, Wilczek za nim i obydwa szli prędkimi krokami 
za namioty królewskie, gdzie nocowała chorągiew Gniewosza. 
Przyszedłszy niebawem w to miejsce, do którego biegł pierwszy Kostruban, spostrzegli 
pomiędzy krzakami kilku żołnierzy, należących zapewne do służby dworskiej, jako wypatroszywszy 
kilka sporych wojłoków, leżących przed nimi na ziemi, dzielili się znalezionymi w 
ich wnętrzu rzeczami. Jeden z nich, przeszukując wojłok już wypróżniony, znalazł w nim 
kieszeń, a wydobywszy z tej kieszeni jakoby skórzany pulares, pokazywał go drugim. Obaczywszy 
to Wilczek, krzyknął na nich surowo: 
— A co to tu plądrujecie, złodzieje! Gdzie jest koń pana Gniewosza? 
A kiedy to mówił Wilczek, Kostruban wyrwał żołnierzowi z ręki ów skórzany pulares i został 
przy wojłokach, zaś wystraszeni żołnierze poprowadzili Wilczka do konia. 
O kilkadziesiąt kroków od tego miejsca leżał istotnie na ziemi zabity koń Gniewosza. Już 
wtedy świtać zaczęło. Wilczek obszedł konia dokoła, aby go dobrze obejrzeć i poznał go bez 
wątpienia, bo go znał dobrze: był to bułany dextrarius 
Gniewosza, jeden z największych a 
zarazem najszybszych koni w całym dworze królewskim, którego rozum i zręczność podziwiali 
nawet cudzoziemscy rycerze. Teraz miał nogę przednią złamaną i łeb zakrwawiony, 
który mu roztrzaskali żołnierze. 
— Teraz wierzę, że go zabito, jak skoro koń pod nim szwankował — rzekł Wilczek do siebie 
i zaraz szedł do wojłoków. 
— Popakujcie nazad te rzeczy — zawołał do żołnierzy — i zanieście je za mną do namiotu porucznika. 
A tam was każę zakuć w łańcuchy! To wy tacy słudzy, co okradacie własnego pana? 
I łajał ich dalej, obiecując im srogie kary za to łotrostwo. 
A wtedy Kostruban przystąpił do niego i podając mu ów skórzany pulares, rzekł: 
— I to także ukradli. 
Wilczek, wziąwszy pulares do ręki, rzucił nań okiem i dostrzegł, że była na nim żółtawa 
pergaminowa kartka, przyszyta lub przyklejona, a na niej napis. Przypatrzył się bliżej temu 
napisowi i wyczytał na niej te słowa: 
„IMĆ Pana Gniewoschowy testhament”. 
Wilczek otworzył prędko pulares i wydobył zeń dużą ćwiartkę pergaminową, złożoną we 
czworo, którą też zaraz rozwinął; lecz kiedy ją rozwijał, coś z niej wypadło i brzękło na ziemi, 
uderzając o jakieś metalowe przybory. 
Kostruban się pochylił i podał mu ten przedmiot. 
Wilczek go wziął do ręki i niepomału się zdziwił: była to bowiem połowa złotej obrączki 
ślubnej, nie przepiłowanej, tylko przełamanej gwałtownie. Wilczek nie mógł zrozumieć, co 
by ta połowa obrączki miała znaczyć, zaczem wyprostował na kolanie kartkę pergaminową i 
zaczął ją czytać. I czytał w ten sens: 
„Chwała Panu Bogu wszechmogącemu w Trójcy szwienthey yedynemu, Panu Jezusowi y 
Duchowi szwenthemu. Nayszwienthszey Pannie, opyekuntse chrzestyanskyego rycerstwa, 
nuszky całuye y oblewam ye łzami, ażeby za yey przyczyną testhament then był wypełnyony. 
A oto moy testhament. Kthoby nalazł tę okruschyenę moyey schlubney obrątschky, proschę 
go, aby yą zanyosł żenię moyey, Yejmość Paniey Agnieschce Gniewoschowey z domu Kmythów, 
Stharoszczynye na Zamku w Cszorschtynye, w Małey Polsce, nad Dunnaytsem, przy 
scianye wengyerskiey. Z czego pozna, jako pomyendzy namy yesth umówiono, żem na they 
voynye zabith yesth. Zaczem dawschy odprawycz przysthoyne nabożeństhwo za zbawyenye 
duschy moyey, thoż darowawschy mnie grzechy a wyny moye, z dopuschczenya Bożego 
przeczyw nyey popełnyone, nyech nye czekayąc ydzie w drugye małżeństwo według swego 
natchnyenya, czem theż za łaską Bożą skruci moye menki tschystcowe. A kthory yey te okruschynę 
zaniesie, yestli yesth rycerz, zdobendzye sobye łaskę u Panny Maryey nayschwientszey; 
yestli zasie yesth pachołyk albo drugy tschłek pospołyty, wynna mu dać z moyey 
schkathuły sowytą nagrodę, o co yą proschę dla nyego. Boże! zmyłuy ssyę nade mną, a nye 
sądź thych, co mnie sądzyli za życya, nye wyedząc wschystkich sspraw moych. Cherubyn 
Gniewosch z Olexowa, Rothmagister Jego Kr. M. a Stharosta Csorschtynski”. 
Kiedy Wilczek ten list przeczytał, łzy mu w oczach stanęły. Żal mu się zrobiło tego zacnego 
człowieka: jakiekolwiek się w jego sercu chwilowo dla niego obudziły uczucia, dziś musiał 
przyznać, że był to jeden z najlepszych — a zginął tak młodo. Żal mu było także Formozy: 
los ją właśnie uwolnił od męża, upadła połowa przeszkód połączenia się z swym ulubionym — 
a niebawem będzie musiała się dowiedzieć o śmierci swego oblubieńca i pogrzebać na zawsze 
swoje najpiękniejsze nadzieje. 
Jednak te łzy ustąpiły po chwili: bo przecież on sam, który o ziszczeniu swych własnych 
nadziei już wcale nie myślał i w najczarniejszej utonął rozpaczy, skutkiem tego samego wypadku 
śmierci całkiem niespodziewanie otwarte niebo przed sobą obaczył. Jagienka wolna: 
teraz już nie masz żadnej przeszkody dla niego. Matka Gniewosza żadnej już władzy mieć 
nad nią nie może. Chryzostoma, jej opiekuna, już nie ma na świecie, o wolę Kmitów sobieńskich 
wcale nie potrzebuje się pytać. Jagienka jest wdową, panią swej woli, zrobi, co zechce. 
Wilczek odżył na nowo, stanął silnie na nogach, był siebie pewnym, był w niebie. Obejrzał 
jeszcze raz okruszynę obrączki, zawinął ją w testament, włożył do pularesu, pulares w zanadrze 
— i poszedł do króla po rozkazy jak zwykle. 
Nie potrzebując już teraz niczyjej protekcji, podniósł głowę jeszcze wyżej, niżeli ją nosił w 
swoim nieszczęściu, ale pomimo to nie chciał dumnym być w szczęściu i postanowił sobie 
postępować rozumnie i honorowo jak zawsze: Gniewoszowym żołnierzom zasłużoną karę 
darował, Kostrubanowi kazał milczeć o wszystkim, co widział i sam nikomu, ani nawet królowi, 
nie wspomniał nic o tym, co znalazł. 
Nie była to zresztą pora na sprawy miłosne. O wschodzie słońca obóz zaczął się zbierać do 
pochodu. Gdyby król nie był chory, to po tym świetnym zwycięstwie byłby się może jeszcze 
raz pokusił o wzięcie Suczawy. Ale po wczorajszych wzruszeniach i wysileniach jego niemoc 
się wzmogła do tego stopnia, że ledwie mógł doleżeć na wozie. Prócz tego cała okolica była 
już tak objedzona i wyniszczona, że nie można było o tym ani pomyśleć, ażeby tak liczną 
armią wyżywić. 
Armia zatem puściła się w pochód, przez ten sam las bukowiński. Wśród tego pochodu 
pozbierano jeszcze niemało naszych żołnierzy, rannych i zdrowych, którzy się pochowali w 
gęstwinach, zabrano z sobą ciała niektórych zabitych, które ich krewnym lub przyjaciołom 
udało się poodszukiwać, poodbijano jeszcze dużo wozów z namiotami i bronią; tylko straconych 
armat blisko sześćdziesiąt już nie odbito, które dopiero w kilkanaście lat potem wielki 
hetman Tarnowski odebrał i w wielkim tryumfie przywiózł do Krakowa. 
U wyjścia z lasu Wołosi jeszcze raz próbowali nam drogę zastąpić, a nad Prutem zebrali 
się wraz z Szeklerami i mając Tatarów w odwodzie, bitwę nam dali; ale już wtedy żadna potęga 
nie mogła się na nas porywać bezkarnie, bo duch w całej armii był wielki i ognista przeciwko 
Wołochom zawziętość; toż ich tam haniebnie pobito nad Prutem, a jeszcze im i ich kraj 
spustoszono i niemało nabrano zdobyczy. 
Tak cała armia, opłakawszy swe straty, a powetowawszy je za Bożą pomocą w dwójnasób 
na skórze wołoskiej, z dobrą fantazją stanęła w Śniatynie, gdzie król na kilka dni spoczął i 
całe pospolite ruszenie rozpuścił. 
W Śniatynie Wilczek się już zniecierpliwił, bo rad by był na skrzydłach polecieć na 
Czorsztyn. Jakoż zaraz nazajutrz poszedł do króla i prosił go uniżenie, aby także i jego na 
mały czas puścił do domu. 
Król spojrzał zrazu chmurnie na niego i milczał przez oka mgnienie. Widać było po jego 
twarzy, że mu się nie podobała ta prośba. Ale niebawem się ocknął, a wtedy już łagodniejszymi 
oczyma patrzał na Wilczka i rzekł: 
— Twoja panna dziś wdową jest na Czorsztynie, to pewnie dlatego ci się tak śpieszy. 
— Jużci dlatego — rzekł Wilczek — bo inaczej by mi ani na myśl nie przyszło oddalać się od 
mego miłościwego króla, zwłaszcza kiedy jest chory. 
Zaczem król jeszcze trochę pomyślał, a potem tak mówił: 
— Słysz, Wilczek! widziałem ciebie, jakeś twojego zdrowia dla mnie nadstawiał pod murami 
Suczawy, i tak ci powiadam, że nigdy tego ci nie zapomnę, bo nikt tam lepiej nie stawał 
od ciebie i takem czuł, patrząc na twoję odwagę i pracę, że się bijesz za honor twego króla. 
Powiedzą ci to naoczni świadkowie, żem nawet raz krzyknął za tobą, spostrzegłszy, żeś się za 
daleko zapędził, żebyś nie wpadł w jaką połapkę, jak się to właśnie mało co potem temu 
biednemu Gniewoszowi zdarzyło. Aleś mi też dlatego tak przyrósł do serca, że już nie widzę, 
kogo bym miał wierniejszego od ciebie. Do tego popatrz, co się tu stało koło mnie! Kamieniecki 
jeszcze się nie obaczył, Gniewosz spoczywa w Bogu, inni moi rotmistrze i porucznicy, 
co nie zginęli, to młodzież i sami panicze, jako ich znasz, cały mój dwór jest jakby w rozsypce... 
Pospolite ruszenie się rozjechało, królewicz, brat mój, dziś do Krakowa wyjeżdża, jam 
chory: jeżeliby mnie w drodze kto napadł, to nawet nie wiem, kto by mnie bronił. Słysz, Wilczek! 
rozumiem dobrze, jak ci pilno do twojej wdowy, ale ona ci nie ucieknie — a ja bym tu 
cale już osierociał bez ciebie. Owo więc, o co cię proszę: zdaj twoję chorągiew twemu namiestnikowi, 
weź rotmistrzowską buławę nad chorągwią Gniewosza, weź komendę nad moim 
dworem i odprowadź mnie jeszcze do Lwowa. A ze Lwowa już cię puszczę na Czorsztyn i 
zabawisz się tam, jak długo zechcesz. 
Wilczek, wierny sługa królewski, słuchał z wzruszonym sercem tej serdecznej mowy 
swojego pana. Jużci taka gorąca miłość, jaką on miał dla Jagienki, grzeje okrutnie; ale łaska 
królewska i grzeje, i łechce, i opromienia. Jagienka mu nie ucieknie, sam król to powiedział. 
Zaczem ucałował rękę królewską — i został. 
Król jeszcze trzy dni leżał w Śniatynie — a potem krótkimi noclegami ruszył do Lwowa. 
Bardzo to smutny był pochód. Dwór jego, chociaż zwycięski, a nawet świadomością 
swych przewag wysoko podniesiony na duchu, zdarł się okrutnie. Bardzo wielu rycerzy miało 
tak potrzaskane zbroje, że nawet ich przywdziać nie mogli, niektórzy z nich potracili swoje 
pakunki i poubierali się w pakłakowe kubraki, a nawet i w chłopskie opończe, wszyscy byli 
zmizerowani, wynędzniali, wychudli, a ten i ów nawet pożółkł jak wosk, nabawiwszy się febry 
wołoskiej, która mu wyżerała wnętrzności. Konie ich wyglądały już jak szkielety, zwłaszcza 
też owe wielkie ogiery rycerskie, przyzwyczajone do wygód, wiele z nich nawet wyginęło 
w tych trudach niezwykłych, a panowie ich siedzieli na małych bachmatach albo też na zdobycznych 
koniach wołoskich i siedmiogrodzkich, z pięknymi grzywami prawie do kolan, ale 
z łbami jak cebry i garbatymi nosami. Wleklić oni za sobą niemało wozów z rozmaitą zdoby
czą, prowadzono w tej karawanie bawoły i kilkanaście wielbłądów, między nimi i jeńców 
cokolwiek: ale wieźli za sobą takż i trupy. 
Ciało walecznego Fredry, które odszukano na pobojowisku, a nad którym cała armia płakała, 
zostało po drodze w Niżniowie; ale zwłoki dwóch Tęczyńskich, wojewody ruskiego i 
jego synowca, wieziono w trumnach na wielkim wozie sześciokonnym, woskowanymi płótnami 
nakrytym, w otoczeniu sług tego znakomitego domu Toporów. 
Za nimi ciągnął Kergolaj z wozem, na którym była złożona trumienka z ciałem Tigranesa. 
Chorągiew Kergolaja była zdarta do niepoznania, chociaż przed wojną była tak znakomicie 
złożona. Ale ten rycerz francuski „bez lęku ni zmazy” był w okrutnych opałach pod murami 
Suczawy, bił się jak lew ze wszystkich stron osaczony, a chociaż poszarpany na szmaty, powziął 
jeszcze myśl heroiczną Tigranesa zdjąć z pala, aby tę smutną trofeę nie zostawić w rękach 
Wołochów. Krew swoich i Tigranesowych żołnierzy tak mało ważył, jak swoje własną, 
gdzie chodziło o honor: zaczem prawie trzy czwarte części tych ludzi wytracił — a teraz zostało 
mu swoich żołnierzy ledwie trzydziestu, pomiędzy którymi wszyscy trzej Bernatowicze, 
chociaż także obdarci, pozostali nietknięci. Jednak jeszcze i z ich czarnych płaszczów tyle 
zostało, że otaczając wóz z trumną wyglądali właśnie jak owi żałobni rycerze, co kruszą tarcze 
herbowe po zmarłych ostatnich potomkach rycerskich rodów i odprowadzają ich zwłoki 
do grobu. Nad tym pogrzebowym konduktem powiewała czarna chorągiew Kergolaja ze złotym 
lewkiem, z której wprawdzie także już strzępie wisiały, ale której nie dał sobie wydrzeć, 
chociaż Bóg sam wie tylko, ile razy był z nią w takiej ciasnocie, że po sto ramion po nią sięgało. 
Za wozem postępowała reszta Tigranesowych żołnierzy. Stracili swojego rotmistrza i 
swoję chorągiew także stracili: w podartych płaszczach błękitnych i żółtych, w poszczerbionych 
pancerzach siedziało ich ledwie dwudziestu na koniach, ale Pretficza pomiędzy nimi nie 
było... 
Za tymi trumnami ciągnęło jeszcze sporo piechoty pod komendą Frąca Ajchingera. On 
sam siedział na dobrym koniu i rumiane wyglądał, bo mu się też tak szczęśliwie udało, że w 
żadnej bitwie się nie bił: ale jego łucznicy i halabardnicy byli już prawie w łachmanach, wychudli 
i poobdzierani, jak gdyby istna armia żebraków. 
Olizar ze swoją sotnią kozaków był także przy tym pochodzie, ale wcale się ładu nie trzymał, 
tylko się odsądzał od armii to w tę stronę, to w owe i po dworach nocował, gdzie i on 
sam, i jego kozacy bardzo dobrze się mieli. Jednak z wszystkimi razem przyciągnął do Lwowa. 
Biłowus, obładowany tak ciężkimi łupami, że jego ludzie musieli iść pieszo, ażeby konie 
mogły udźwignąć wojłoki, już w Śniatynie pokłonił się Wilczkowi, prosząc go, aby go puścił 
do domu. Na co mu Wilczek pozwolił, zaczem Biłowus najął sobie dwa wozy w Śniatynie i 
pojechał stamtąd prosto na Tustań. 
Kiedy król przyciągnął nareszcie do Lwowa, z Bramy Halickiej wyrunęli przeciwko niemu 
wszyscy halabardnicy miejscy i niezliczone gromady ludu. We Lwowie mało jeszcze wiedziano 
o odniesionym zwycięstwie, ale natomiast miano już nieprzeliczone i najpotworniejsze 
wieści o klęsce w lesie bukowym, do których przymieszały się także wiadomości o stratach 
poniesionych pod murami Suczawy. Ci, co pierwsi uciekli z lasu, roznieśli już taki popłoch 
po mieście, iż zrazu zrozumiano, że w tym lesie piekielnym, gdzie według tradycji Polacy już 
za Kazimierza Jagiellończyka równie tragiczną klęskę ponieśli, po prostu wszyscy zginęli. 
Lecz z pierwszymi przybywali drudzy, a potem pospolite ruszenie ziemi lwowskiej i bełskiej 
przez Lwów przeciągnęło — a tak miano już i całkiem wiarogodne podania od świadków naocznych. 
Zaczem już wiedziano na pewno, jaka śmierć Tigranesa spotkała, i że Gniewosz 
został od Tatar zabity, a jego koń okaleczony do obozu powrócił. Wiedziano także, że Kergolaj 
wiezie zwłoki Tigranesowe. 
Stąd poszło, że z ludem miejskim, który się na przyjęcie króla za Bramę Halicką wysypał, 
wybiegli także stary Kijas i Kundrat. 
Lud przyjął króla z spuszczonymi głowami i bez żadnych okrzyków, przypatrywał się 
jeszcze przez jakiś czas ciągnącym za królem chorągwiom i wozom i pomału nazad się wcisnął 
do miasta: ale Kijas i Kundrat czekali z godzinę. nim wreszcie Kergolaj z trumną nadciągnął. 
Kijas był bardzo zgryziony, wszelako jako człowiek rozumny, wytrawny i już licznymi 
klęskami doświadczany przez swoje życie, zdawał się być spokojnym i zrezygnowanym. Ale 
o wiele młodszy od niego Kundrat, który zresztą nigdy nie mógł zrozumieć, dlaczego się ludzie 
zabijają między sobą, kiedy by jedni z drugimi mogli żyć w szczęściu i w zgodzie, był 
jak na sprężynach, nie mógł ustać na jednym miejscu, patrzał wytrzeszczonymi oczyma na 
poszarpane chorągwie, otwierał gębę na ścieżaj, kiedy obaczył którego z bogatych panów w 
łachmanach, a kiedy nadciągnął wóz ze zwłokami Tęczyńskich, podparł sobie ręką podbródek 
i mówił półgłosem do siebie: 
— Taki pan wielki! wojewoda ruski, jego zamków i włości nikt by nawet nie zliczył! I trzeba 
mu było iść między Wołochów i dać się im zabić, jak prosty chłop, jak halabardnik, co nie 
ma w gębę co włożyć... 
A kiedy nareszcie Kergolaj nadjechał z trumną Tigranesową, jemu już ledwie oczy nie wyskoczyły 
z powiek, przybliżył się do wozu, podniósł płócienne nakrycie i patrzył na trumnę 
zadziwionymi, ale zarazem niedowierzającymi oczyma. Kergolaj nie cierpiał, miał go za 
awanturnika, co gotów sobie zadrwić z rzeczy najświętszych, chciałby był podnieść wieko od 
trumny, aby obaczyć, czy Tigranes istotnie tam leży. Szczęściem, nadjechał właśnie w tej 
chwili Olizar. Kundrat spojrzał na niego i od wozu odskoczył; przypomniał sobie zapewne 
jego buty kowane, z którymi nie chciał się jeszcze raz spotkać. 
Tymczasem wszakże Kergolaj, podniósłszy głowę miernie do góry, zabrał głos i bardzo 
wymownymi słowy do Kijasa przemówił, opowiadając mu krótko, jak jego syn zginął śmiercią 
bohaterską a zarazem męczeńską, za co już dotąd otrzymał niebieską nagrodę. Potem delikatnie 
nadmienił, jako on sam swoje życie zaważył, ażeby jego zwłoki spomiędzy barbarzyńców 
wyrąbać i przywieźć je jego rodzinie — a w końcu pięknym zwrotem dołożył, że jego 
misja w tej chwili się kończy, oddaje mu ciało swojego towarzysza i przyjaciela i prosi, aby je 
obyczajem rycerskim kazał pochować. 
Wśród tej przemowy Kijas rozpłakał się rzewnymi łzami, chciał odpowiedzieć, ale na 
próżno się silił, jego słowa zawsze mu łzy w gardle zalały. Co widząc Olizar, człowiek złotego 
serca, zeskoczył z konia, objął go w swoje ramiona i rzekł: 
— Ta szczo! nie ma co płakać! Twój syn zginął śmiercią poczciwego człowieka. Taki los 
jest każdego żołnierza. Dziś jemu, a jutro mnie. I ciebie także niebawem czort weźmie, choćeś 
nie żołnierz... 
Chociaż Olizar był także bardzo wzruszony, a nawet i łzy mu się w oczach kręciły, jednak 
tą swoją przemową uspokoił Kijasa. Który też, odzyskawszy całą swoje przytomność i powagę, 
serdecznie podziękował Kergolajowi za tak wielką usługę, oddaną jego rodzinie, i odciągnąwszy 
go trochę na stronę, zaczął z nim rozmawiać półgłosem. Zdarzyła się bowiem pewna 
trudność co do pogrzebu, w której stroskany ojciec chciał się z tym doświadczonym rycerzem 
poradzić. 
Kijas, jak tylko się na pewno o śmierci swojego syna dowiedział, zaraz pomyślał o przyzwoitym 
pogrzebie i chciał go w ormiańskiej cerkwi pochować, gdzie miał niejako swój grób 
familijny, bo już jego ojciec tam leżał. Ale biskup ormiański, wiedząc już o tym, że Tigranes 
przeszedł na łono katolickiego Kościoła, chociaż mu był przyjacielem, powiedział stanowczo: 
— Quod non!55 — i przyjęcia zwłok do swej cerkwi odmówił. Zaczem Kijas udał się do katedry 
łacińskiej; ale tam kanonicy także mu odmówili, zastawiając się tym, że o przejściu Tigranesa 
na wiarę katolicką urzędownie nie wiedzą. Wychrzcił się tam gdzieś w zamkowym kościele — powiadali mu zgryźliwie — i to Bóg wie po jakiemu, niechże go tam także pogrzebią. Żądali 
dokumentów — a dokumentów nie było, bo się to stało naprędce. Stroskany Kijas, znalazłszy 
się w takim kłopocie, udał się do kościoła N. Panny Marii i proboszcz tamtejszy po długich 
błaganiach wprawdzie go przyjął, ale tylko pozwolił, ażeby zwłoki Tigranesa pochowano 
tymczasowo na tamtejszym cmentarzu, do kościoła zaś dopiero wtedy go przyjmie, jak mu 
Kijas urzędowne świadectwa przedłoży, jako jego syn został po wszelkiej formie na łono katolickiego 
Kościoła przyjęty. Główna trudność została zatem usuniętą, ale mimo to jeszcze 
ciężka troska mu pozostała, albowiem kościółek N. Panny Marii była to wtedy bardzo mizerna 
budowa, leżąca extra muros56, pomiędzy Wysokim a Niskim Zamkiem, na terytorium starościńskim, 
niezawisłym od miasta, i nie używająca w mieście żadnej konsyderacji. 
Takie spospolitowanie jego godności, oddanie zwłok syna pod jurysdykcją starostów i odroczenie 
paradnego pogrzebu dla niego, kto wie na jak długo, bardzo go zabolało. Więc radził 
się Kergolaja, co by miał zrobić, mówiąc, że mógłby się teraz udać z tą sprawą do arcybiskupa 
Boryszewskiego, który właśnie z królem powrócił, ale nie może sobie robić wielkich nadziei, 
bo i arcybiskup nie załatwi tej sprawy na razie. Kijas opowiadał mu te swoje boleści ze 
łzami w oczach, a już mu prawie głos w gardle zamierał, kiedy dodał na końcu te słowa: 
— Nie dziwuj się wasza miłość, że mi głosu nie staje na moje skargi. Ale zważ tylko, jaka 
to nie przetrawiona boleść dla ojca, którego syna nielitościwy los prześladuje tak strasznie. Z 
pierwszego mieszczanina, gdzie by był w szczęściu i znaczeniu opływał, stał się rycerzem — i 
za to wbito go na pal na wałach Suczawy; porzucił wiarę swych ojców i przeszedł na wiarę 
łacińską — za to łacinnicy mu odmawiają ludzkiego pogrzebu! 
I płakał biedny starzec jak dziecko. Ale Kergolaj odpowiedział mu na to przytomnie i trafnie: 
— Nie skarż się waszmość na Pana Boga, bo On wie lepiej, co robi. Im więcej twój syn 
ucierpiał na ziemi, tym lepiej będzie mu w niebie. A na sprzeczki z księżami także teraz nie 
pora. Idź zatem za moją radą. Pochowajmy go zaraz na cmentarzysku u Panny Marii — a potem 
już ja się sam o to postaram, ażeby go przyjęto do katedralnego kościoła. 
Tak się też stało. Ci sami żołnierze z Kergolajem na czele odprowadzili zwłoki Tigranesa 
przez miasto na cmentarzyk około kościoła Panny Marii i tam je pochowali w cichości. 
Wśród wielkiego rozgwaru w mieście nikt na ten skromniutki kondukt nie zważał. Za 
trumną szli tylko oprócz Kijasa i wiernego Kundrata Kergolaj, Olizar i Frąc Ajchinger, który 
po starej dla domu Kijasa przyjaźni w mieście się do nich przyłączył. Trumnę pokropił wikary 
i odmówił cichą modlitwę. Zaczem każdy rzucił grudkę ziemi na trumnę i wszyscy się w 
milczeniu rozeszli. 
Kergolaj, Frąc i Olizar, zapomniawszy niektórych wzajemnych niechęci przy tak smutnym 
obrzędzie, wziąwszy się pod ramiona, poszli sobie do Bazaru — na stypę. 
Kijas zaś, oparłszy się na ramieniu Kundrata, poszedł wolnym krokiem do domu. 
Kijas w smutnych utonął myślach: jedyny jego syn, cała jego nadzieja, która miała oświe
cać ostatnie dnie jego życia, marnie zszedł z tego świata; on, starzec bezdzietny, został osierocony 
i nie ma nawet nikogo ze swoich, kto by mu zamknął powieki... Kundrat także był 
bardzo zamyślony, także się na swój los skarżył i także był przepełniony goryczą; ale jemu 
przychodziły myśli więcej światowe. Rzucając gniewliwym okiem na owych trzech rycerzy, 
co poszli się poweselić ze sobą, powiadał sobie: 
— Ot, głupi ludzie, że się biją ze sobą, ale też i swoje wojny po głupiemu prowadzą. Dali 
wbić na pal Tigranesa, co nigdy nikomu wody nie zmącił; dali zabić Gniewosza, takiego zacnego 
pana, ba, i najpiękniejszego rycerza, co był tak grzeczny dla wszystkich: a z tych trzech 
drabów żaden nie zginął, ba, nawet i po łbie nie dostał... Nie wiem ja, kto tam rządzi tymi 
wojnami, ale to widzę, że nie masz sprawiedliwości na świecie. 
Kergolaj, wyspawszy się po sutej libacji w Bazarze i urządziwszy nazajutrz rano swoje 
kwaterę na Niskim Zamku, uczuł się bardzo zadowolonym ze siebie. Wybił się pod Suczawą 
od stu tysięcy, był w tak gorących opałach jak mało kiedy w swym życiu, i wyszedł z nich 
cało, zaś nadto jeszcze dokazał takiej sztuki rycerskiej, na jaką nikt inny się nie odważył: to 
wszystko razem czyniło go tak szczęśliwym ze siebie i dumnym, że każdy rycerz musiał mu 
tego szczęścia zazdrościć. Bo taki rycerz ówczesny nigdy niczego więcej nie pragnął, jak wybić 
się setnie, stawić odważnie czoło największym niebezpieczeństwom, a wreszcie czegoś 
niezwyczajnego dokonać: mniejsza o to, czy ta rzecz nadzwyczajna służyła jakiemuś wyższemu 
celowi i czy się komu na co przydała, dobre i to, ale niekoniecznie o to chodziło, tylko 
o to, aby to była sztuka nad sztuki. To się więc stało: on jeden wdarł się na wały Suczawy i 
zdjął z pala ofiarę, kroniki o tym będą pisać i sława jego dojdzie do Francji i do Sabaudii. Ale 
za takie przewagi należała się rycerzowi nagroda od dam, bo ta, według pojęć ówczesnych, 
była niejako bukietem jego czynów rycerskich. Jednak i taka nagroda była, jego zdaniem, 
gotowa i tylko czekała na niego. 
Formoza została wdową — i oczywiście teraz zechce wyjść za mąż powtórnie. A komuż by 
chętniej oddała rękę niż jemu, który życie swoje zaważył, aby jej się przysłużyć? Formoza 
jest nadzwyczaj piękną kobietą, piękności tak doskonałych i tak świetnego blasku bardzo jest 
mało na całym świecie. Diana i Juno musiałyby się wzajemnie dopełnić, ażeby tak wykończoną 
całość utworzyć. W promieniach jej oczu serce się topi i mdleje, okrągłość i miękkość 
jej form wlewają jakby lawę kipiącą w żyły człowieka. Jakie tam ciało cudowne! — a do tego 
jest jeszcze jak Wenus Afrodite, co dopiero co wypłynęła z pian morskich w niepokalanej 
czystości. Dusza także wspaniała, może nawet zanadto. Ma trochę za mało humoru... za wiele 
surowej powagi: ale kiedy mnie nie chciała dopuścić do swojej sypialni, to i humor się znalazł, 
i dzisiaj sam z tego się śmieję, jakem jej wtedy te pudełka wytrzaskał. O majątku już 
nawet i wspominać nie trzeba: Kijas nie ma już dzieci, nawet i o krewnych nigdy nic nie słyszałem, 
wszystko ona zabierze i będzie to krezusowa fortuna. Więc... 
To rzekłszy, zatarł ręce, ubrał się bardzo paradnie i z południa poszedł odwiedzić Kijasa. 
Kijas go przyjął bardzo serdecznie, objął go w swoje ramiona, spłakał się nad nim i zapewnił 
go, że jest mu wdzięcznym i będzie do śmierci. 
— Moja kasa chudobna — rzekł Kijas — moje magazyny i sklepy, mój cały dom, moje 
wszystkie usługi są na rozkazy waszej miłości. Siadaj waszmość tu przy mnie, jak ciebie widzę, 
to mi mój syn staje przed oczyma jak żywy, jest to jedyna moja pociecha, och! jakżebym 
pragnął go tylko raz jeszcze obaczyć, a potem już pójść za nim w te kraje, gdzie nie masz 
żadnej zgryzoty!... 
Kergolaj był tym przyjęciem niezmiernie uradowany, wszakże to było prawie już oświadczenie, 
jakoby go chciał mieć wiecznie przy sobie. 
Zaczem siadł przy nim i podał mu się do bardzo długiej rozmowy. Albowiem Kijas wypytywał 
go bardzo ciekawie o wszystkie szczegóły śmierci swojego syna. Kergolaj mu opowiadał 
wszystko, co wiedział, czego nie wiedział, to zmyślił, a aby go wreszcie pocieszyć, 
zapewnił go, że Tigranes był już zabity, kiedy go zawieszono na palu, zaczem żadnej męki 
nie cierpiał. 
Bardzo to uspokoiło nieszczęśliwego ojca, po czym już o wiele swobodniej rozpytywał go 
o tę wojnę nieszczęsną, która jego zdaniem była bardzo lekkomyślnie poczętą, a prowadzoną 
tak niezdarnie i głupio, że nawet trudno zrozumieć, jakim sposobem król, taki rozumny, mógł 
za jednym zamachem tyle błędów popełnić. Kergolaj usprawiedliwiał króla, jak mógł, lecz 
przy tym starał się Kijasowi wytłumaczyć, że piękność i całą wartość wojny nie należy sądzić 
po skutkach, tylko po tym, z jakimi niebezpieczeństwy miało się w niej do walczenia. Owóż 
on, chociaż już ze trzydzieści wojen odprawił, może go zapewnić, że na tak pięknej wojnie 
jeszcze nigdy nie bywał: bo to tam nie tylko, że się miało najrozmaitszych nieprzyjaciół na 
wybór: Wołochów, Szeklerów, Węgrów, Tatarów, a nawet i chłopów, nie tylko, że na pale 
wbijano i bito się młotami i siekierami, ale jeszcze i popodrzynane buki na żołnierzy leciały — 
a to jest rzecz, z jaką tylko taki rycerz się spotkał, co nadzwyczajne miał szczęście. 
Kijas tylko z wielką trudnością pojmował te rycerskie wyobrażenia o szczęściu — a Kundrat, 
który był przy tym, cale go nie rozumiał i mówiąc sobie, że albo ten człowiek już do 
reszty rozum utracił, albo też może ma diabła przy sobie, jeszcze głębiej w kąt się zasunął. 
Tymczasem Kergolaj, nabawiwszy się z tymi mieszczany do woli, bo też ich miał ledwie 
za Boże stworzenia, zaczął się niecierpliwić i wreszcie rzekł do Kijasa, że chciałby się pokłonić 
pani Formozie. Ale Kijas odpowiedział mu na to z bolesnym, uśmiechem: 
— Tej sztuki wasza miłość trudno dokażesz. Formoza od śmierci męża czerni się w żałobie 
i oprócz księdza nikogo nie wpuszcza do siebie. Nawet i ja bardzo ją rzadko widuję. Biedna 
kobieta! jeśli ten ciężar, co serce jej gniecie, nie ulży się, jak się dowie, żeśmy jego ciało tu 
pogrzebali i że będzie się mogła modlić na jego grobie, to bodajby Bóg to odwrócił, ale tak 
mi się zdaje, że jego śmierci pewnie nie przeżyje. 
Kergolaja, znawcę ludzkiego serca, bardzo to zadziwiło. Jużci wiedział, że wdowy ówczesne 
bardzo surową po swoich mężach zachowywały żałobę, ale żeby ona do tego stopnia i to 
jeszcze za nominalnym mężem bolała... jakoś mu się to nie zdawało. Zaczął więc na Kijasa 
mocno nalegać: ale na próżno. Kijas mu odpowiedział, że go Formozie oznajmi i wstawi się 
za nim, lecz bardzo wątpi, ażeby to jaki skutek odniosło. Może za sześć miesięcy, jak minie 
połowa żałoby; ale pierwej, to będzie trudno... 
— Za sześć miesięcy! — zawołał Kergolaj, udając, że go to śmieszy — ja za sześć godzin 
byłbym wziął Suczawę, gdyby mi był król tylko trochę dopomógł. 
— Ale w tym razie i król nie pomoże waszmości — rzekł Kijas — bo żałobna komnata wdowy 
to kościół, a do kościoła i król się przemocą nie wdziera. 
Korgolaj myślał zrazu, że z niego żartują, ale teraz się postrzegł, że nie, bo dlaczegoż by 
Kijas miał z niego żartować? Dlaczegoż by wreszcie miał mu bronić przystępu do tej kobiety, 
która teraz już nawet nie jest jego synową? Ale go to dziwnie zniecierpliwiło. 
— Voyons!57 
— zawołał do siebie — jam dla niej łba nastawił i przywiozłem jej zwłoki jej 
męża, a ona by mnie nawet nie przyjęła u siebie? To przecie jest niemożebnym. 
Jakoż teraz poszedł, ale nazajutrz znów przyszedł i dnia następnego, a potem codziennie 
przychodził przez cały tydzień, jednak zawsze bez skutku. Formoza kazała mu podziękować 
przez teścia za oddane usługi, ale go nie przyjęła. 
A wtedy Kergolaj już całkiem stracił cierpliwość. Tego postępowania sam nie mógł zrozumieć, 
musiał się kogoś poradzić i poszedł na radę — do Pachny. 
Tymczasem Formoza była istotnie w bardzo ciężkiej żałobie. 
Kiedy nowiny z pola bitwy zaczęły dobiegać do Lwowa, wiadomość o okrutnej śmierci 
Tigranesa przyszła najpierwsza, zaraz po przerażających powieściach o niesłychanej klęsce 
na Bukowinie i po wiadomości o śmierci Tęczyńskiego i Fredry. Wiadomość o śmierci 
Gniewosza przyszła dopiero nazajutrz. 
W zniepokojone serce Formozy uderzyły dwa gromy jeden po drugim. 
Po pierwszym gromie, acz go uczuła boleśnie, niebo rozgorzało płomieniem w jej oczach i 
świeciło przed nią jasną światłością. Ból przejął jej serce za przyjacielem i zacnym człowiekiem, 
ale otworzył zarazem widok na lepsze nadzieje w przyszłości. 
Ale drugi grom, uderzając w nią jeszcze daleko gwałtowniej, olśnił oczy jej ducha zupełnie 
i zostawił po sobie noc czarną dokoła. Grom ten rozdarł jej duszę do dna, zagasił świtające z 
daleka blaski nadziei i zostawił bezdenną rozpacz po sobie. 
Dwa takie gromy, jeden po drugim, był to cios tak gwałtowny i nielitościwy, że Formoza 
znieść go nie mogła i upadła pod jego ciężarem, który ją zmiażdżył i przygniótł do ziemi. 
Nawet i ziemia jej się spod nóg usunęła, jej umysł się rozchwiał, straciła zupełnie świadomość 
siebie, była bez czucia i myśli i nie wiedziała wcale, co się z nią dzieje. 
Kiedy nazajutrz rano wróciła do przytomności i spostrzegła, że jeszcze żyje, kazała wybić 
swoję sypialnię czarnym suknem od góry do dołu, łóżko swe czarną kapą nakryła, czarną 
suknię przywdziała na siebie, wszystkie sprzęty błyszczące kazała wynieść do innych pokojów, 
zostawiła tylko klęcznik przy łóżku i zapowiedziała wszystkim domownikom przez teścia, 
że zgoła nikogo nie przyjmuje u siebie. Nawet sługi swe oddaliła od siebie, sprowadziła 
sobie mniszkę z ormiańskiego klasztoru panien do zwykłej usługi — a do swojej sypialni 
wpuszczała tylko księdza franciszkanina, który codziennie rano i wieczorem przychodził i 
czytał jej łacińskie modlitwy za dusze zmarłe. Zgoła za życia zamknęła się w grobie: tak w 
owych czasach wdowy za swymi mężami odprawiały żałobę. 
W ciągu następnych dni jej umysł zaczął z wolna się uspokajać. Modlitwy czytane przez 
pobożnego mnicha w języku łacińskim, który rozumiała, wywierały na nią wpływ bardzo 
zbawienny. Ten język martwy, a przy tym język kościelny przynosił jej głosy jakby nie z tego 
świata i przypominał jej, że za tą ziemią jest jeszcze świat inny, w którym po śmierci żyć będziemy 
na wieki. W tym świecie znajdziemy tych wszystkich, którycheśmy stracili na ziemi, i 
tam połączymy się z nimi, aby już nigdy się nie rozłączyć. Słowa te, którymi mnich do niej z 
książki przemawiał, zdawały jej się być słowami tych, którzy już są na tamtym świecie i tam 
na nią czekają. Na ziemi już się wszystko skończyło, ale jest inne życie — i tam będzie lepiej... 
Wszelako mimo tej rezygnacji, im więcej odzyskiwała władzę myślenia i czucia, tym częściej 
przychodziły jej myśli ziemskie. Po modlitwach wypytywała mnicha o dalsze wiadomości 
z teatru wojny: kto jeszcze zginął? azali który, miany za poległego, nie odszukał się później? 
— Mnich wiedział wszystko; ale nie miał dla niej wiadomości pocieszających. Nie tylko 
że kogo miano za poległego, ten pewnie zginął, ale okazuje się jeszcze, że wielu innych zginęło, 
o których rozumiano, że żyją. Podobno tam niemało Wołochów, Węgrów i Tatar nabito, 
aleśmy to zwycięstwo bardzo drogimi opłacili ofiarami. Mnich zdawał się nie być stronnikiem 
królewskm, bo już wtedy powiadał jej, jako ludzie sobie powtarzają dictum: „Za króla 
Olbrachta wyginęła szlachta”. 
Nie było więc żadnej nadziei!... 
Wśród tego czasu król wrócił do Lwowa. 
Kiedy Formoza się dowiedziała, że z królem Wilczek przyjechał, przyjęła tę wiadomość 
prawie z radością. Kergolaja kazała przeprosić, ale gdy Wilczek się zameldował, zaraz go 
przyjęła. 
Kiedy Wilczek wszedł do jej sypialni, serce jej roztajało, rzuciła mu się z rozgłośnym jękiem 
w ramiona i całe strumienie łez jej się potoczyły po twarzy. 
Dotychczas jeszcze ani jedna łza nie wytrysnęła jej z oka, z wielkiego bólu, w którym zakrzepło 
jej ciało, wszystkie łzy w jej piersiach zamarzły: dopiero teraz, na widok duszy przyjaznej 
i sobie pokrewnej, serce jej się rozgrzało i wszystkie łzy wyskoczyły jak wodotrysk z 
jej oczu i całą twarz jej zalały. 
Biedna ta męczennica długo nie mogła słowa przemówić, płacząc głośno, oparta głową na 
jego ramieniu, tak że i żelazny Wilczek, który, jak długo żył, nie miał nigdy łzy w oku, był do 
głębi wzruszony i uczuł wilgoć w swych oczach. 
Po tym gwałtownym wybuchu żalu, który rozgrzał od dawna zakrzepłą krew w jej żyłach, 
usiadła w głębokim krześle naprzeciw Wilczka i nie śmiejąc spojrzeć mu w oczy, zawołała 
rozdzierającym głosem, spuszczając rękę, w której łzami zwilżoną chustkę trzymała, na swoje 
kolano: 
— Miałam wiarę, ale mnie moja wiara zawiodła. Pan Bóg rozporządził inaczej!... 
Na to Wilczek powiedział jej, może nierozmyślnie cokolwiek : 
— Wierz dalej. Wiara czasem góry przenosi. 
Wtedy Formoza zadrgnęła, otworzyła oczy szeroko, wpoiła je w twarz Wilczka i zapytała 
spokojnie, usiłując panować nad sobą: 
— Czy mogę mieć jeszcze jaką nadzieję? 
Tu Wilczek się spostrzegł, że owe słowa niebacznie powiedział: będąc zaś przekonanym, 
że po stracie doznanej robienie sobie próżnych nadziei jest podwojeniem nieszczęścia, bo też 
według tej samej zasady po stracie Jagienki postępował ze samym sobą, odpowiedział jej głosem 
wdzięcznym, ale stanowczym: 
— Dałbym pół życia za to, gdybym cię mógł pocieszyć, ale nie mogę. Gniewosz zginął z 
pewnością, nie może być o tym najmniejszego wątpienia. 
Słowa te jednakże nie sprawiły spodziewanego wrażenia na Formozie. Albowiem przyszło 
jej na myśl w tej chwili, że jeżeli ona pragnie, ażeby wiadomość o śmierci Gniewosza okazała 
się mylną, to on, przeciwnie, musi sobie życzyć, ażeby była prawdziwą, inaczej bowiem Jagienka 
nie będzie wdową. Pod wpływem tej myśli zaczęła patrzeć z niedowierzaniem na niego. 
Byłaby poniosła największą ofiarę, aby mogła pierś jego rozedrzeć i na jej dno zajrzeć, 
ażeby widzieć, co on istotnie o tym rozumie. Ale wydrzeć mu tę tajemnicę było niepodobieństwem, 
bo choćby nawet dopuszczał, że Gniewosz może żyć jeszcze, to mimo najserdeczniejszej 
przyjaźni nawet jej tego nie powie. Wszelako ciekawość jej nad nią całkiem zapanowała i 
zaczęła go wypytywać, mówiąc: 
— Powiedzże mi otwarcie i szczerze... wiesz przecie, że ciebie nie zdradzę, bo zresztą tym 
samym i siebie bym zdradziła; powiedz mi, czy nie masz już żadnego podobieństwa, ażeby 
się Gniewosz odszukał? Przecież tyle a tyle razy słyszeliśmy, że ten i ów zginął, już go jego 
krewni opłakali i requiem 
kazali za niego odprawić, i podzielili się jego dobrami — a on żyw 
wraca z jakiejś niewoli... 
Tu przyjaźń Wilczka dla Formozy ustąpiła jego miłości dla siebie samego, jej przewidywania 
zaczęły go niecierpliwić, jakoż odpowiedział jej sucho: 
— Jużci to czasem się zdarza, ale tym razem się zdarzyć nie może, bo Gniewosz zginął na 
pewno, jego konia ze złamaną nogą sam widziałem, jak do obozu powrócił... 
Na te słowa Formozę znowu żal ścisnął za serce i rzekła smutno, prawie bez myśli: 
— Mógł jeszcze pieszo się bronić, ani siły, ani odwagi mu pewnie nie brakło... 
Wtedy Wilczek już cale się niecierpliwił i rzekł porywczo: 
— Jużci pewnie się bronił, ale się nie obronił. A tu masz dowód, że zginął... To mówiąc, 
wydobył z zanadrza ów znaleziony pulares Gniewosza, pokazał jej połowę jego obrączki, a 
testament dał jej do przeczytania. 
Formoza wzięła pergamin z żywością do ręki i lotem błyskawicy go przeczytała. Przy 
czytaniu jej kolory się dziwnie mieniły, lecz kiedy skończyła, twarz jej się nagle rozpromieniła 
— i tutaj przenikliwy rozum kobiety odniósł świetne zwycięstwo nad rozumem zaślepionego 
swym interesem mężczyzny. Albowiem Formoza raźnie zerwała się z krzesła i pokazując 
mu ten pergamin, zawołała z zachwycającą energią: 
— Jak to? to dowód? Cóż to za dowód, że zginął? To dowód, że zrobił testament przed 
wojną i że ten testament znaleziono w jego wojłokach. To dowód, że był człowiekiem szlachetnym 
i zacnym do uwielbienia, bo nie chciał dopuścić, ażeby jego żona zagrzebała się w 
wiecznej po nim żałobie. To może dowód, że w owej chwili zacnymi uczuciami był przejęty 
dla ciebie. Ale gdzie tu jest dowód, że zginął?... O! wy mężczyźni! wy macie bardzo mądre 
głowy, ale nie zawsze je nosicie na karku! 
Na te słowa Wilczek zbladł jak ściana i zdrętwiał. Dotąd ani mu przez myśl nie przeszło, 
aby ten pergamin nie był niezbitym dowodem śmierci Gniewosza. Zerwał się z krzesła i wyjął 
Formozie pergamin z ręki, składając go i chcąc go schować na powrót w zanadrze. 
Formoza przeszła się parę razy niespokojnym krokiem po swojej sypialni. W jej wnętrzu 
kipiało jak w kotle. Niebo nadziei i piekło rozpaczy chodziły tam w walce zażartej z sobą o 
lepsze. Nie zwyciężyło wszakże ni jedno, ni drugie, tylko głębokie rozrzewnienie wzięło górę 
nad nimi. Formoza odebrała znowu Wilczkowi testament, mówiąc: 
— Pokaż mi jeszcze to pismo. Są to jego słowa ostatnie... Ja nie mam żadnej od niego pamiątki... 
oprócz tego krucyfiksu, na który wierność mi przysiągł, a który tu widzisz na moim 
klęczniku. Modląc się przed nim, jestem pewną, że Zbawiciel mnie słyszy i on, nieszczęsny, 
mnie słyszy... 
Powiedziawszy te słowa, przeczytała jeszcze raz cały testament. A kiedy czytała te słowa: 
„Boże! zmyłuy syę nademną, a nye sądź tych, co mnie sądzyli za życya...” głośnym wybuchnęła 
płaczem i konwulsyjnie przez długą chwilę szlochała. Po czym mu pergamin oddała. 
Ale oddając go i widząc, że Wilczek go drżącą ręką odbiera, a przy tym wygląda jak struty, 
znowu się jej twarz rozpromieniła i zawołała do niego znów z wielką energią i prawie jakby 
w natchnieniu: 
— Jedź! jedź, nie trać czasu i żeń się! Jedź, żeń się! przynajmniej wy oboje będziecie szczęśliwi! 
Wilczek patrzał na nią nieświadomymi oczyma, bo sam nie wiedział, co się w nim działo. 
Tu go brał jakiś lęk, którego sam nie mógł określić, tu znowu żal krajał mu serce na widok tej 
męczennicy. Wiedziony lękiem, chciał zerwać się z krzesła i lecieć zaraz na Czorsztyn, ale 
żywe współczucie dla Formozy ciężyło na nim i nie chciało go puścić. Tymczasem Formoza, 
patrząc na niego z miłością siostry, tak dalej mówiła: 
— Słuchaj, Lenarcie! Oprócz mojego spowiednika ty jeden tylko znasz wszystkie tajemnice 
mojego serca. Niechże ci jeszcze co powiem. Dla mnie już się wszystko skończyło na tym 
świecie. Na próżno ludzie będą mi gadać, że żałoba przeminie, że żal się zapomni, że świat 
się znowu dla mnie otworzy. Dla mnie na tej ziemi już się nic nie otworzy. Ja tylko jego mam 
w sercu, mam w duszy, mam jego w całej krwi mojej. Bez niego świat dla mnie nie istnie... 
Postanowienie moje jest już prawie powzięte. Nie mogąc usłużyć ni sobie, ni ludziom, stanę 
na służbę u Pana Boga. Jak się moja żałoba skończy i ten ostatni obowiązek światowy się 
spełni, za mój majątek zbuduję klasztor i w nim się zamknę na całe życie. Nie mam nikogo na 
całym świecie, czyj los by mnie bliżej obchodził, ludzie o mnie prędko zapomną, ja o nich — i 
dobrze mi będzie w tej samotności. Ale jeżeli ty się z Jagienką ożenisz, to przy was osiędę, 
będę wam opiekunką i matką, będę wam dzieci niańczyć, będę je wychowywać i będę żyć 
waszym szczęściem. Jedź, żeń się — i przysyłaj mi lotem wiadomość, że już jesteście po ślubie... 
Wilczek bardzo był roztargniony. Patrzał nie widząc, słuchał nie słysząc, jakiś wewnętrzny 
niepokój mącił mu zmysły. Wszakże te ostatnie słowa dosłyszał. Jakoż zerwał się z krzesła i 
rzekł znów nieopatrznie: 
— Masz racją! nie tracić mi czasu i jechać zaraz na Czorsztyn. Czasem i cuda bywają na 
świecie... 
I z tymi słowami wybiegł prawie bez pożegnania z sypialni. 
Dlaczego Formoza tak nagliła na Wilczka, ażeby jechał czym prędzej żenić się z Jagienką: 
czy tylko z szczerego pragnienia, ażeby jak najprędzej dostąpił tego szczęścia, które już miał 
za stracone? czy więc zrobiła to z bezinteresownego uczucia przyjaźni?... Czy odezwała się w 
niej ta cudowna przytomność umysłu, która jest tylko kobietom właściwa, a która jej podszepnęła; 
że trzeba, ażeby się Wilczek jak najprędzej ożenił, bo w takim razie i z tamtej strony 
zostanie usunięta przeszkoda na wypadek, jeżeli Gniewosz nie zginął?... Czy zatem było to 
u niej natchnieniem interesownego instynktu? Na to ona sama nie mogła odpowiedzieć. 
Po jego wyjściu miała tylko to jedno uczucie, że jej się lżej cokolwiek zrobiło. Wypłakała 
się przy nim — a łzy zawsze ulgę przynoszą. Rozbudziła w sobie przeróżne myśli, które ją 
zajmowały — a każde zajęcie także koi żałobę. A wreszcie zaczęły się w jej wyobraźni snuć 
rozmaite obrazy, wprawdzie na tle bardzo ciemnym, ale jak tylko choćby na najczarniejszym 
tle rysują się jakieś kształty, to już przez to samo się widok rozjaśnia. Dotąd żyła tylko samą 
rozpaczą: odtąd tę rozpacz zaczęły przerywać jakieś senne marzenia... 
Tragedia, którą matka Gniewosza, wiedziona zbyteczną gorliwością o przyszłość swojego 
syna, odegrała na zamku sobieńskim, jeszcze się tam nie skończyła. Dalsze jej sceny przeniosły 
się na zamek czorsztyński. Było to w głównej rzeczy winą jej samej, lecz przyczyniła się 
do tego także Jagienka. 
Kiedy Gniewoszowa przywiozła państwa młodych na Czorsztyn, serce jej było przepełnione 
tym niewysłowionym uczuciem szczęścia matki, która ożeniła świetnie swojego syna, a 
zarazem uczuciem dumy, że to małżeństwo dzięki swojej energii i przytomności umysłu 
przeparła przeciwko tak wielu trudnościom. Tryumf ten jednak trwał zaledwie dni kilka. Albowiem 
ta tak rozumna i tak przenikliwym wzrokiem obdarzona matrona nie mogła już w dni 
kilka nie spostrzec, że pomiędzy małżonkami nie wywiązują się takie stosunki, jak to zazwyczaj 
bywa u państwa młodych. Gniewosz był zanadto grzeczny dla żony, Jagienka za mało 
rozweselona; po nim nie było widać tej ciepłej czułości dla żony, jaką młody małżonek 
wszystkich uderza, a często nawet i nudzi — a po niej tego uczucia zadowolenia, jakim młoda 
małżonka zazwyczaj sama jaśnieje i rozpromienia wszystkich, którzy dobrze jej życzą. Gniewoszowa 
była pewna, że małżonkowie jeszcze dotychczas są sobie obcy... 
Smutne to spostrzeżenie ją mocno zniepokoiło. Jak kobieta się czym zniepokoi, to ją zaraz 
i korcić zaczyna, najprzód, ażeby się całej prawdy dowiedzieć, a potem, ażeby na to coś radzić. 
Bardzo ją też korciło z synem o tym pogadać, ale nie mogła się zrazu zdobyć na tę odwagę: 
są to przecież rzeczy, o których kobieta, chociażby matka, niełatwo może wspomnieć 
mężczyźnie, chociażby ten mężczyzna był własnym jej synem. Zwróciła się zatem z tym do 
Jagienki: kobiety mogą przecież mówić ze sobą o wszystkim. 
Ale Jagienka okazała się dla niej zamkniętą jak skrzynia żelazna. Kiedy Gniewoszowa zaczęła 
ją wypytywać o jej szczęście małżeńskie, Jagienka odpowiedziała jej z lekkim przekąsem: 
— Stała się wola waszej miłości — a więc musi być dobrze. 
A kiedy zaczęła mocniej naciskać na struny swej lutni i uderzać w aluzje, Jagienka jej nie 
mogła zrozumieć. 
Powtórzyła takie same ataki po kilka razy, ale zawsze z tym samym skutkiem. 
Musiała zatem zdobyć się na odwagę i zwrócić się do swego syna. 
Syn ją wysłuchał, nie udawał, że nie rozumie, ale mając już teraz także więcej odwagi, od
powiedział jej z cierpkim uśmiechem: 
— Wypiłem posłusznie to piwo, coś mi jejmość dobrodziejka raczyła nawarzyć, ale nie powiem, 
aby mi to smakowało. 
— Ale czyś tylko wypił? — zapytała go matka. 
Na to wszakże Gniewosz bez wahania odwrócił się od niej i wyszedł. 
Gniewoszowej, jak każdemu, co chciałby kielich goryczy odwrócić od siebie, jeszcze wtedy 
przyszła myśl, że jej syn może się sromał jej odpowiedzieć i dlatego wyszedł z komnaty. 
Postanowiła przy drugiej sposobności jeszcze raz go o to samo zapytać: ale nazajutrz właśnie 
przybiegł goniec królewski — i Gniewosz w ten moment do Krakowa wyjechał. 
Ze sposobu, w jaki pożegnał się z żoną, a jeszcze bardziej z tej okoliczności, że ani wspomniał 
o tym, jakoby miał zamiar żonę do Krakowa sprowadzić, musiała koniecznie wysnuć 
sobie wniosek, że jej podejrzenie jest zupełnie ugruntowane: małżeństwo to jest chybione — 
Jagienka ma oczywisty wstręt od swego męża, o co jeszcze by mniejsza — ale jej syn nie może 
znieść swojej żony, a to jest wielkie nieszczęście. Zamiast uszczęśliwić swojego syna, zawiązała 
mu świat i zrobiła go nieszczęśliwym — i kto wie jeszcze, jakie stąd później mogą się 
wywiązać nieszczęścia. 
Dalsze zachowanie się jej syna względem swej żony, a nawet względem niej samej, 
utwierdziło ją wreszcie jak najzupełniej w jej przekonaniu. Gniewosz tylko raz na miesiąc 
przysyłał gońca na Czorsztyn z listami do żony i matki: dla żony był grzeczny i o jej spokój 
troskliwy, dla matki uniżony, lecz zimny — a w żadnym liście nie było najmniejszego wyrazu 
tęsknoty za żoną... 
Gniewoszowa była w gruncie rzeczy bardzo zacną matroną. Nie było nigdy żadnej skazy 
na jej sumieniu ani w jej uczuciach, ani w jej myślach. Była tylko dzieckiem swojego wieku i 
odbijała w sobie wiernie jego wyobrażenia. Miała potężny rozum — a to nie jest wadą; miała 
temperament zdolen wielkiej energii — a i to nie jest grzechem; nie kajała się kabał, aby cel 
swój osiągnąć — a to jest nieodłącznym przymiotem prawie wszystkich ludzi rozumnych i 
energicznych. Żeniąc syna według swego wyboru i zmuszając go do tego małżeństwa, nie 
miała sobie nic do wyrzucenia, bo wedle pojęć ówczesnych było to jej prawem a zarazem jej 
obowiązkiem. Ale zobaczywszy skutki tego małżeństwa, dojrzała jasno, że się omyliła w wyborze. 
A tego nie mogła sobie darować. Uczuła się strasznie upokorzoną w swej dumie, że ją 
jej rozum tak fatalnie omylił — i uczuła nieprzeparty, śmiertelny ból w swoim poczciwym 
sercu, że unieszczęśliwiła swojego syna. Sumienie jej zaczęło się kruszyć pod tym ciężkim 
brzemieniem. 
Nie przyzwyczajona zaraz rozpaczać w nieszczęściu, usiłowała na to coś poradzić: ale na 
próżno. Rozwodów nie ma. Albowiem Chrystus Pan powiedział Szymonowi Bariona, budując 
na nim kościół swój: „A cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane i w niebiesiech...”. 
I powiedział faryzeuszom: „A tak już nie są dwoje, ale jedno ciało. Co tedy Bóg 
złączył, człowiek niechaj nie rozłącza”. Chrześcijanin, bojący się Boga, nie może nawet myśleć 
o rozwodzie bez grzechu. Nie masz na to żadnego ratunku. 
Jakkolwiek ciężko jej było radzić się drugich, bo jest to zawsze upokorzeniem, jednak w 
tym razie, gdzie już zwątpiła o swoim własnym rozumie, musiała i na to się zdecydować. 
Miała dwóch ludzi pod ręką, którym nie odmawiała rozumu i dla których miała szacunek. 
Jednym z nich był namiestnik Gniewosza, rezydujący na zamku. Był to człowiek mający 
pięćdziesiąt lat z górą, potężny budową i wzrostem, z ogromnymi siwymi wąsami, z głębokimi 
siwymi oczyma, które ocieniały brwi siwe, żołnierz z profesji a przy tym surowy biurokrata 
wojskowy. Nazywał się Paweł Zaklika Wolski, był herbu Topór, pochodził od tej najstarszej 
szlachty małopolskiej, której jedna para wyszła z arki Noego, miał przodków świetnych 
i sławnych, miał własną posiadłość pod Starym Sączem, mógł był się piąć na wyższe 
urzędy, ale służąc od pacholęcia wojskowo, pozostał w tej służbie i nie tylko był rad, ale nawet 
dumny był z tego, że się zawczasu dosłużył urzędu namiestnika na zamku czorsztyńskim. 
Według jego rozumienia był też to urząd nie lada, albowiem Czorsztyn był jednym z najznamienitszych 
zamków granicznych w królestwie (z jego krużganków patrzało się Węgrom 
w sam brzuch aż do nerek). Było to także najznamienitsze starostwo wojskowe. Starosta bawił 
się zawsze kędyś przy królu, namiestnik go zastępował we wszystkim, a grzeczni ludzie 
tytułowali go nawet podstarostą. Kiedy się sam na jakim dokumencie podpisywał vicecapitaneus, 
to mu także nikt tego nie bronił. Miał zawsze do stu żołnierzy pod swoją komendą, 
kilkanaście wiosek należało do zamku, miał starościńską jurysdykcją nad nimi, kilka mil 
ściany węgierskiej było na jego pieczy, mucha tamtędy nie mogła przelecieć, jeśli nie miała 
glejtu od niego — a więc to był w samej istocie urząd, respektowany nie żartem po obydwóch 
stronach Dunajca, a o którym też i w całej Polsce wiedziano. 
Wolski był to człowiek bardzo surowy dla innych, ale też i sam pracowity. Wszyscy jego 
żołnierze byli zawsze tak ubrani i uzbrojeni, jak gdyby dziś mieli się popisywać przed królem. 
W jego zbrojowniach panował zawsze taki ład jakby w sklepie, administracja starościńskich 
majątków szła jak ten zegar, co bił regularnie godziny na wieży, sądy się odprawiały każdej 
soboty i nigdy nikt na sędziego nie czekał, a ład, porządek służby i pracy i czystość na całym 
zamku były tak wielkie, że nawet zamek królewski w Krakowie, jak mu to nieraz powiadali 
gońcy królewscy, musiałby się przed Czorsztynem w kąt schować. 
Ale też Wolski bardzo mało troszczył się o to, co się działo poza granicami czorsztyńskiego 
starostwa. Wiedział ci o tym, że jest król w Krakowie i jest polskie królestwo, co ledwie 
nie co rok zmienia z którejś strony swoje granice, że w Polsce są wielcy panowie, co mają 
własne chorągwie i chodzą z nimi na wojny, że wreszcie jest szlachta, która w razie potrzeby 
zbiera się pospolitym ruszeniem, ażeby Polskę od obcych najazdów oganiać; ale od ściany 
węgierskiej jest Czorsztyn, tutaj granica się nigdy nie zmienia — a gdyby kiedy, co nie daj 
Boże, to węgierskie hultajstwo przełamało tę ścianę, natenczas bywaj zdrów, królu, bo wtedy 
nie pomogą ci ani panowie, ani pospolite ruszenie. Czorsztyn był, według niego, najpierwszą 
twierdzą i głównym puklerzem całego królestwa, jego żołnierze pierwsi żołnierze świata, a 
niemały to był honor dla młodego człowieka dostać się na służbę pod jego komendę. Jego 
najstarszy syn służył u niego prostym żołnierzem, byli i drudzy synowie szlacheccy w terminie 
na zamku, ale nie każdemu się dostał ten zaszczyt, kto go zapragnął... 
Taki był horyzont Wolskiego i taki zakres jego zajęcia. Zresztą wszystko mu było obojętnym. 
Oprócz Gniewosza nikogo zbytecznie nie kochał, lecz oprócz Węgrów nikogo też nie 
nienawidził. Matkę Gniewosza respektował, miał pilne oko na to, aby jej na niczym nie brakowało, 
ale w jej sprawy się nigdy nie mieszał. Dla Jagienki był jeszcze z większym respektem, 
bo tak mu Gniewosz nakazał, ale ani mu na myśl nie przyszło zastanawiać się nad tym, 
jakie są między nią a jej mężem stosunki. 
Babskie to sprawy, żołnierz nie powinien się tym zajmować. 
Drugim człowiekiem, którego Gniewoszowa miała pod ręką, był proboszcz w Krościenku, 
najgłówniejszej osadzie w starostwie czorsztyńskim, która już wtedy była miasteczkiem. Nazywał 
się Jędrzej Pudełko i był młodszym bratem owego przezacnego biskupa łuckiego, który 
na sejmie piotrkowskim był jednym z senatorów duchownych i świeckich, co występywał w 
obronie dawnych swobód wiejskiego ludu. Był on w wieku Wolskiego i także był silnej budowy, 
lecz chudy; jako pochodzący z rodu kmiecego nosił całą twarz ogoloną, miał gęstą 
siwą czuprynę i oczy siwe, ale pełne słodyczy i nigdy niezmąconego spokoju. Od tego kapłana 
bił jakby jakiś duch apostolski, tak był pracowitym, tak troskliwym o wszelkie dobro 
swych gromad i tak niezmordowanym w swoim nauczycielskim zawodzie. Obok kościoła 
założył z własnej ochoty szkółkę dla dzieci wiejskich, które do wyższych szkół przygotowywał. 
Jak w całej Polsce w tym wieku, tak i u niego tak tłumny był napływ synów chłopskich 
do nauki, że jak w szkołach wyższych musiano prawem ograniczyć liczbę uczniów, tak i on 
musiał się od nich opędzać; ale on dla tych, których jego szkółka nie mogła pomieścić, miewał 
wykłady w otwartym polu albo gdziekolwiek się po temu zdarzyła sposobność. 
Jakoż niejednokrotnie można go było widywać na rynku, na górnym pastwisku pod lasem, 
nad brzegiem rzeki, gdzie bydełko pojono, nawet i na drodze publicznej, jako pastuszkowie 
go obskoczyli, a on ich nauczał, jako trzeba Pana Boga kochać ze wszystkiej myśli i ze 
wszystkiej duszy swojej, a swego bliźniego jak siebie samego. Widząc go starsi, porzucali 
robotę i także się gromadzili około niego — a on ich odsyłał mówiąc: „Nie porzucajcie pracy 
dla słuchania słów moich, bo z pracy człek żyje, a wy macie żony i dzieci do wyżywienia, ale 
przyjdę do was o zachodzie słońca i będę wam słowo Boże powiadał, a wtedy mnie słuchać 
będziecie choćby do nocy, bez szkody dla waszego dobytku.” — Żył też ze swymi gromadami 
jak z braćmi, strzegł zbawienia ich duszy i opiekował się ich dobrem doczesnym, pomagał im 
dobrą radą w ich gospodarstwach, zachęcał wymownym słowem do wytrwania w nieszczęściu, 
ostatni grosz swój wydawał na wspomożenie ubogich, sam żył w ubóstwie, a może i 
cierpiał, bo często widywano go w połatanych trzewikach i w sukni tak wyszarzanej, że był 
raczej żebrakowi podobien. 
Pomiędzy nim a Wolskim wielka była zażyłość. Pudełko bywał w piątek na zaniku, odprawiał 
mszę św. w zamkowej kaplicy, spowiadał żołnierzy i komunikował, potem zostawał 
na postnym obiedzie u namiestnika, a po obiedzie miewał z nim długie rozmowy. Jakoż bardzo 
często mu mawiał : 
— Mam ja jeszcze poszanowanie dla waszmości, a to dlatego, że umiałeś swojemu zawodowi 
pewien zakres naznaczyć i nie wychylasz się poza te granice. Albowiem powiadam tobie, 
że człowiek nie jest na to stworzony od Pana Boga, ażeby się dziesięciorgiem rzemiosł 
zajmował i gromadził na sobie dziesięcioro urzędów — a który to czyni, nie zasłuży się ani 
Panu Bogu, ani też ludziom. Może to dogadzać próżności człowieka, jeżeli występuje z hałasem 
na wielkiej arenie i swoim tygrysim kożuchem a pióropuszem nawet i tam zabłyśnie, 
kędy go nie posiano; jego praca nie wyda pożywnych owoców, a Pismo mówi: „Poznacie ich 
po ich owocach”. Ale jeżeli człowiek oddał się jednemu rzemiosłu, a pracy swej słuszny zakres 
naznaczył, to owoce tej pracy będą pożywne dla ludzi i podobają się Bogu. Jakoż powiadam 
tobie: Będą się tam ponad nami zmieniać króle jeden po drugim, będą swymi wojskami 
toczyć wojny z nieprzyjacielem, będą zwyciężać i znów będą pobici, będą odpierać najazdy 
albo też im ulegać, będą burzyć stare rządy, a nowe budować, będą dawne prawa odsuwać, a 
inne narzucać, zgoła całe królestwo się na nice wywróci i takie przyjmie oblicze, że gdyby 
ojce z grobu powstali, toby go nie poznali — ale to, co my tutaj zbudujem, co zaszczepimy w 
serca i sumienia tych gromad naszego ludu, nad którymi piecza nam jest powierzona, to się 
nie ruszy z miejsca, tak jak ta czerwona skała, na której ten zamek stoi, bo jest napisano: „Że 
ziemia przeminie i gwiazdy przeminą, a co Syn człowieczy w imię Boże zbuduje, to nigdy nie 
minie”. 
I miał słuszność Pudełko: bo żołnierz-rolnik, co uczył młodzież ziemię ojców uprawiać i 
bronić orężem jej granic, daleko głębiej podmurowywał niepożyte podstawy narodu niżeli ci 
wszyscy, co na sejmikach i sejmach gardłowali o nowe prawa — a kapłan-apostoł, nauczający 
ludzi wszech stanów, aby się między sobą kochali, tkał niespracowanie i utrzymywał w całości 
tę więź społeczną, która wieki przetrwała i trwa jeszcze do dziś dnia. 
Byli to zatem bardzo rozumni ludzie: ale mieli swoje rozumy na to, ażeby budować, a nie 
rozwalać, ażeby prawa Boże utrzymywać w powadze i poszanowaniu, a nie wynajdywać sposoby, 
jak by je złamać bezkarnie lub obejść. 
Gniewoszowa nie znalazła u nich pomocy na zgryzoty swego sumienia. 
Wolski, wyrozumiawszy rzecz, zbył ją cierpką uwagą, mówiąc; 
— A co jejmość pani się mieszasz w nie swoje rzeczy! Rzeczą rodziców jest związać przystojnie 
małżeństwo — a co się tam między małżonkami dzieje, to już nie należy do ich jurysdykcji. 
Chyba żeby się bili pomiędzy sobą; ale i wtedy jeszcze nie godzi się męża chwytać za 
rękę, kiedy żonę strofuje, boć to jest jego prawo. Wszelako tu tego nie było. Jeżeliś zaś jejmość 
co przeskrobała przy tym swataniu i masz to na swoim sumieniu, to już z tym raczej się 
udaj do księdza, a nie do żołnierza. 
Wszakże z proboszczem poszło jej jeszcze daleko gorzej, albowiem Pudełko, wypytawszy 
ją o wszystkie okoliczności, bardzo głową pokiwał i rzekł: 
— Pan Bóg dał władzę rodzicom nad dziećmi, ażeby jej używali, ale nie, aby gwałty im zadawali. 
Pani starościna nadużyłaś swej władzy, bo kiedy ci syn twój powiedział, że ma wstręt 
od tej dziewki, ba, nawet, że się dał innej uplatać, to trzeba było stemporyzować, ażeby mieć 
czas do wyrozumienia obojga i do perswazji... 
— Ale tam nie było ani jednego dnia do stracenia! — przerwała mu starościna. 
— A więc jejmość nie oglądałaś się wcale na wolę Bożą — odpowiedział jej Pudełko — bo 
gdzie jest wola Boża, tam jest i czas, aby ją spełnić. Jest tu zatem, jak widzę, więcej grzechów 
niż jeden. Trzeba będzie te rzeczy zbadać bardzo sumiennie, nim się będzie mogło powiedzieć, 
ilekroć jejmość tym jednym czynem zgrzeszyłaś. Tymczasem zaś radzę jejmości najprzód, 
wcale nie myśleć o tym, jak by złe dokonane odrobić, bo tu jest dopełniony sakrament 
— a kto podkopuje sakrament, ten swoje sumienie nowym obładowuje grzechem. Grzechów 
już jejmość masz dosyć, nie trzeba do nich nowych dodawać. Druga zaś rada jest ta, ażebyś 
jejmość odprawiła pokutę, a Pana Boga prosiła, ażeby On się nad jej dziećmi zmiłował, bo 
tylko On może na to poradzić. 
Te słowa świątobliwego kapłana uderzyły jak grom w starościnę. Łudziła się dotąd w 
swoim rozumie, że potrafi wynaleźć środek, którym złe wyrządzone naprawi, środek taki, 
który cel zamierzony osięgnie, a nie będzie wierze przeciwny — a tymczasem nieodwołalny 
sędzia ludzkich uczynków i stróż jej sumienia nauczył ją, że już sama myśl o takim środku 
zaradczym jest nowym grzechem. Starościna była nie tylko pobożną, ale głęboko przejęta 
wiarą: wyrok ten skruszył jej sumienie do reszty i obalił ją w proch. Przekonana dotychczas o 
swojej nieskazitelnej zacności, uczuła się teraz grzesznicą. Dumna ze swego roumu, imponująca 
innym swoją mądrością, zdolna rządzić nie tylko rodziną, ale może nawet całym królestwem, 
zrozumiała sama w swym wnętrzu, że odtąd nie pozostaje jej nic jak pokuta. Ten kolos 
świadomej siebie i energicznej kobiety padł teraz na ziemię jak dąb niebotyczny, co burza 
go powaliła, i odtąd, niższy od krzewin najmniejszych a żywych, będzie trupieszeć i nie wypuści 
nigdy zielonej gałązki ze siebie: na jego pniu obalonym igrać będą najdrobniejsze zwierzątka, 
a płaz maluczki, co dotąd nie mógł dojrzeć jego wierzchołka, roztoczy jego potężne 
słoje na popiół, który wichry rozniosą po lesie. 
Starościna, palona wewnątrz, jak ogniem, wyrzutami sumienia, że unieszczęśliwiła swojego 
syna, rozdarta rozpaczą, że tego błędu nigdy nie zdoła naprawić, skruszona wreszcie nauką 
kapłana, że jest pełną grzechów przeciwko Kościołowi i Bogu, oddała się dobrowolnie jak 
najcięższej pokucie. 
Przywdziała włosiennicę, nałożyła sobie post nieustanny i prawie całe dnie trawiła na modłach, 
bądź w zamkowej kaplicy, bądź w swojej sypialni. 
Wszelako modły przynosiły jej tylko tę ulgę, że odwracały jej myśli od ziemi. Natomiast 
wszakże każda wiadomość od syna z Krakowa, nie wspominająca ani słowem. o tym, że albo 
zamierza na Czorsztyn przyjechać, albo też żonę sprowadzić do siebie, przygniatała ją nową 
boleścią. 
Cierpienia jej były wielkie i niewysłowione: ale do ich nieznośnej goryczy przyczyniała 
się jeszcze niemało Jagienka. 
Jagienka, przecierpiawszy także męki piekielne, jak długo Gniewosz bawił na zamku, po 
jego wyjeździe odetchnęła cokolwiek. 
Nie potrzebowała się przynajmniej tego obawiać, że swoją miłość i wierność dla Wilczka 
będzie musiała opłacić życiem. 
Kto uniknął szczęśliwie większego nieszczęścia, ten chociaż pozostał w mniejszym i choć 
to nieszczęście niezmiernie go boli, przecież czuje pewne zadowolenie, znosi łatwiej swoje 
zmartwienie i pomału się przyzwyczaja do niego. Tak i Jagienka, urządziwszy sobie wygodne 
mieszkanie w skrzydle wschodnim, o całą szerokość zamku odległym od mieszkania macochy, 
zaczęła się przyzwyczajać do swego więzienią i wyczekiwać spokojniejszym umysłem, 
swojej przyszłości od dalszych wypadków. Wyglądała codziennie całymi godzinami przez 
wąskie okno swojej komnaty na wschód, marzyła o nim, snuła sobie rozmaite fantastyczne 
widoki, skubała listki kwiatków zerwanych w ogrodzie: Wróci? nie wróci? e, wróci! A jeśli 
wróci, to przyjedzie stamtąd, gdzie słońce wschodzi, gdzie między tymi czarnymi lasami leży 
zamek tustański... 
Czasami, w dniach cięższej tęsknoty, robiła mu ciche wyrzuty. Gdzie jest? co robi? dlaczego 
mi nie przysyła wiadomości o sobie? Dlaczego nie napadnie na czele zbrojnych na 
Czorsztyn i nie porwie mnie z tego więzienia? Grzeszne to myśli, ale tak mi tu ciężko, że już 
się nawet grzechu nie boję. Niechby mnie porwał, niechbyśmy jedne chwilę z sobą przeżyli i 
niechby się potem świat zawalił pod nami... 
Wszakże po takich paroksyzmach niecierpliwości znowu się uspokajała, bo Wilczka gorąco 
i szczerze kochała — a szczerze kochająca kobieta wierzy, że jej ulubiony jest najzacniejszy 
i najrozumniejszy ze wszystkich. On wie, co robi: czekajmy. Tak żyjąc nadzieją i wiarą, spę
dzała swe dnie w znośnym spokoju, będąc przy tym dobrą dla wszystkich, obsypując podarunkami 
żołnierzy, mając zawsze garść groszy szerokich dla księdza proboszcza, aby je rozdawał 
ubogim, żartując nawet czasem ze starym Wolskim i rozweselając go swymi figlarnymi 
komplementami. Z czasem stała się też oblubienicą wszystkich zamkowych mieszkańców 
i była dla nich jak promień słoneczny, co gdziekolwiek zabłyśnie, radość i szczęście rozsiewa. 
Ale kogo cierpieć nie mogła, to swojej macochy. Dość jej było dzwonek usłyszeć, który 
dawał znak do obiadu i do wieczerzy, aby jej całą twarz zmienić i osadzić gradowe chmury na 
jej czole. Toż przychodząc do stołu, zawsze z daleka kłaniała się swojej macosze, zginając się 
pokornie ku ziemi, nigdy nie dotykała jej ręki, przy stole milczała. Jeżeli byli jacy goście, to z 
nimi rozmawiała z żywością, lecz obracając się zawsze plecyma do Gniewoszowej. Jeżeli 
musiała jej odpowiedzieć, to odpowiadała krótko, sucho i cierpko — a wstawszy od stołu, 
znowu jej się kłaniała z daleka, zgięta we dwoje, i odchodziła krokiem człowieka, który ucieka 
od wstrętnego widoku. 
Z początku starościna próbowała po kilka i kilkanaście razy wciągnąć ją w dłuższą rozmowę 
i nie szczędziła pięknych słów i słodyczy. Czuła to, że i przeciw niej także jest winną i 
szczerze pragnęła gorycz jej położenia przynajmniej dobrym słowem złagodzić. Ale Jagienka 
była tak zaciętą i tak niewzruszoną w swojej zaciętości, że nigdy się nie dała w żadne konfidencje 
uwikłać, zawsze stawała od niej z daleka, zawsze ją tytułowała waszą miłością i zawsze 
odpowiadała tak sucho, ażeby z jej odpowiedzi nie wywijały się dalsze pytania. 
To zachowanie się Jagienki bardzo jej macochę bolało, bo jej przypominało, do jakiego 
stopnia i ją także nieszczęśliwą zrobiła: ale na to nie było ratunku. 
Kiedy Jagienka spostrzegła, że jej macocha się gryzie, że pości, że włosiennicę przywdziała, 
że ustawicznie się modli i pokuty odprawia, wcale nie ulitowała się nad nią, nie przyczyniła 
się niczym, aby jej ulżyć albo ją czym pocieszyć, owszem przeciwnie, kazała jej powiedzieć, 
że ona nie ma żadnego powodu do martwienia się postem i odtąd będzie jadać 
osobno. 
A kiedy po raz pierwszy sama ze swymi służebnymi pannami do stołu zasiadła, rzekła do 
nich: 
— Ja się tu w mojej samotności zagryzę, ale ona się pierwiej zagryzie! 
Odtąd widywała starościnę tylko co niedzielę na mszy w zamkowej kaplicy. 
Tam także zawsze się jej tylko z daleka ukłoniła i nigdy do niej słowa nie przemówiła; 
natomiast wszakże uważnie się jej przypatrywała, jak wygląda. 
I bardzo być może, że znajdowała w tym swoję pociechę, widząc, jak starościna niknie z 
dniem każdym. Jakoż istotnie do tego czasu zrobił się stwór z tej kobiety. Już wtedy się właśnie 
wiosna rozzieleniła, każdy twór Boży odetchnął ciepłym powietrzem i ożywił skrzepłą 
od zimy krew w swoich żyłach: a ona miała twarz wychudłą do niepoznania, skórę na niej jak 
stary pomarszczony pergamin, pod jej suknią, skrojoną w kształcie habitu, czuć było tylko 
chodzący kościotrup, ledwie że jej oczy się jeszcze niedogasłym blaskiem świeciły. 
Wtedy też przyszła wiadomość, że król ciągnie na wojnę. Goniec przywiózł dwa wielkie 
listy od Gniewosza, jeden do matki, a drugi do żony. 
Kiedy Jagienka ten list odebrała i otworzyła, znalazła w nim najprzód połowę złotej obrączki, 
co ją niezmiernie zdziwiło. Oglądnęła ją pilnie i poznała: ale nie mogła zgadnąć, co by 
ta połowa przełamanej obrączki miała znaczyć. Serce jej uderzyło gwałtownie, a twarz jej 
zaczęła się mienić, przechodząc z ciemnego pąsu w bladość śmiertelną. Czuła, że nie ma siły 
listu przeczytać. Odetchnąwszy po chwili, wzięła się do czytania. Nie będąc biegłą w czytaniu, 
po kilka razy zaczynała i skończyć nie mogła, potem zaczynała we środku, to znowu niecierpliwie 
ostatnie wiersze czytała i znów do początku wracała. Trwało to bardzo długo: aż 
nareszcie skończyła i zrozumiała. Po czym list opuściła na kolana, na twarzy jej odbiło się 
bardzo głębokie wzruszenie i długo myślała. A w końcu łzy jej zakręciły się w oczach i strumieniami 
spłynęły po twarzy i rzekła do siebie: 
— Nie życzę mu śmierci... Bóg widzi. Prosi o przebaczenie... padł tak samo, jak ja, tyrańską 
ofiarą tej nielitościwej kobiety. Bóg łaskaw... może to inaczej obróci. 
Przesiedziawszy tak jeszcze długą godzinę z listem na kolanach, zawinęła weń na powrót 
połowę obrączki, schowała go do srebrnej szkatuły, która stała przy jej łóżku, szkatułę na 
klucz zamknęła i klucz schowała do kieszeni, czego dotąd nigdy nie czyniła. 
Starościna także listem swojego syna została głęboko wzruszoną. Nikt nie wiedział, co w 
nim stało, bo i ona go także po przeczytaniu zamknęła do skrzyni. Ale wszyscy widzieli, że 
ten list ją dotknął bardzo boleśnie. Albowiem od tego listu już tylko kilka dni się trzymała na 
nogach. 
Jednej niedzieli wyspowiadała się i przystąpiła do stołu Pańskiego, po mszy posłała po 
panny klaryski do Starego Sącza — a sama się położyła do łóżka. Nazajutrz dwie mniszki 
przyjechały na zamek i już przy niej zostały. Odtąd nie mogła już podnieść się z łoża, ale i 
umrzeć nie mogła. Ciało jej bardzo powolnie, ale bezustanku niszczało. W kilka miesięcy 
stała się kościotrupem żyjącym, zawiniętym we wlosiennicę, włosy jej pobielały jak mleko, 
pomarszczona skóra na twarzy przybrała kolor żółtawobrunatny jak u mumii egipskiej, usta 
jej pobielały, jej oczy błyszczały już tylko jak próchna, w końcu już ledwie się mogła o własnej 
sile przewrócić na łóżku: ale potężne jej ciało jeszcze opierało się śmierci. 
Tak przyszły pierwsze dnie listopada — a wtedy zaczęły przybiegać pierwsze wieści o klęsce 
na Bukowinie. 
Wiadomość o śmierci Gniewosza przybiegła wraz z nimi. Wolski czekał z nią dzień jeden i 
drugi: ale kiedy przyjechał szlachcic z pospolitego ruszenia, który się zaklął na słowo rycerskie, 
że sam widział Gniewosza jak został usieczon od Tatar, Wolski kazał strąbić całą załogę 
w zamkowy dziedziniec, ogłosił jej urzędownie śmierć swego starosty, a ks. Pudełko odprawił 
nabożeństwo za jego duszę w zamkowej kaplicy. 
A wtedy ta przerażająca wiadomość musiała się donieść do starościny. Sam ks. Pudełko do 
jej łoża przystąpił i powiedział jej, że jej syn zginął śmiercią walecznych. 
Kiedy starościna go zrozumiała, energicznym ruchem podniosła się do połowy na swoim 
łożu, jej twarz się ożywiła, oczy zabłysły, usta się do połowy rozwarły, podniosła rękę do 
góry, aby coś powiedzieć: ale w tej samej chwili znów między poduszki upadła. 
Ks. Pudełko się nad nią pochylił: matka Gniewosza nie żyła. 
A wtedy ten zacny kapłan podniósł oczy i ręce do nieba i rzekł do mniszek: 
— Niech będzie Bóg pochwalony! Tak umierają tylko ludzie poczciwi. 
W małą chwilę potem zapalono dwie świece woskowe przy ołtarzyku, który stał przy jej 
łożu, wszyscy zamkowi mieszkańcy zbiegli się do jej sypialnej komnaty, a uklęknąwszy, modlili 
się za zbawienie duszy swej pani. 
Im więcej się wieść o jej śmierci rozbiegała po skrzydłach i dalszych zabudowaniach zamkowych, 
tym gęściej się napełniały nawet dalsze komnaty, a ktokolwiek przybiegł, zaraz rzucał 
się na kolana i składał ręce do modłów: aż wreszcie tak mnogie nagromadziły się tłumy, 
że nikt by się przez nie nie potrafił przecisnąć — ale Jagienki pomiędzy nimi nie było. 
Razem z owym szlachcicem, co przyniósł pewną wiadomość o śmierci Gniewosza, zjawił 
się ksiądz Wara na zamku. 
Wara, jedząc i pijąc przy stołach rycerskich w obozie pod Lwowem, odgrażał się okrutnie, 
że i on także pójdzie na wojnę. Na ten rachunek jeden z bogatszej szlachty darował mu konia, 
drugi kawałek pancerza, trzeci opończę, a ten i ów kilka groszy. Ale Wara niegłupi nadstawiać 
łba za to, ażeby jakiś królewicz otrzymał osobny kraik dla siebie: królewiczów bez ziemi 
jest po świecie bez liku, gdyby przyszło dla wszystkich ziemie zdobywać, to by człowiekowi 
nareszcie i łba dla nich nie stało. 
Warę już brzuszek zabolał w Śniatynie i został tam z tymi, którzy politykować zaczęli, a 
wyłożywszy jedni drugim do zrozumienia, że król wielki błąd popełnił, uwięziwszy posłów 
wołoskich, że, Bogiem a prawdą, nie ma żadnych sojuszów, że sam jeden porywa się na Wo
łochów, Tatarów i Turków, właśnie jak z motyką na słońce, że wreszcie zażegnał tę wojnę w 
celach osobistych a familijnych, także się tam zatrzymali i stamtąd jeden za drugim wracali 
milczkiem do domów. Czekał więc spokojnie w Śniatynie, powiadając sobie: Jeśli zwyciężą, 
toż mi niewielka rzecz za nim pośpieszyć i przybyć zawczasu do podzielenia z nimi sławy i 
łupów; jeśli zaś będą pobici, to i ja z pobitymi powrócę i znajdę takiego, co mnie nieszczęśliwego, 
obdartego na wojnie, do siebie przytuli. — Tymczasem zaś bacznie rozważał, gdzie by 
się mógł przytulić. Wara był jak ów wół, co pasąc się na łące, jak jedno miejsce wypasie, już 
na nie nie wraca, chyba żeby tymczasem znów trawa podrosła. Tak wiedział, że na Sobniu 
musi się już nie pokazywać, boby go tam o konia Kmitowskiego spytano, do Tigranesa i Kergolaja 
także nie lża mu było powracać, bo go tam ubrano i uzbrojono, a nie widziano go potem 
na wojnie, Jagienkę zaś już mu chyba objeżdżać na milę, bo łańcuch wziął od niej i przehulał, 
a zabałamuciwszy się, poselstwa jej nie sprawił na czasie. 
Ale wypadki tak zrządziły, że właśnie na łące Jagienki świeża mu trawa odrosła. Otrzymując 
w Śniatynie wiadomość z pola bitwy, dowiedział się jednego dnia, że Gniewosz został 
zabity. Gniewosz zabity, Jagienka wdowa, może teraz pójść za mąż za swego ulubionego; 
jeśli jej pierwszy tę wiadomość przywiezie, to Jagienka nie tylko mu tamtego łańcucha zapomni, 
ale jeszcze da drugi. A może też da dawno obiecane w swych dobrach probostwo. W 
każdym zaś razie zwiastuna tak pomyślnej nowiny za drzwi nie wyrzuci... 
Zerwał się więc, wsiadł na koń i kopnął się najkrótszą drogą na Czorsztyn. I gdyby nie to 
fatalne nieszczęście, co go tak zawsze i wszędzie prześladowało, to byłby istotnie pierwszy 
przyjechał z tą wiadomością. Ale to nieszczęście... Po drodze miał tu i ówdzie takie dwory, 
gdzie dawniej już coś przeskrobał, musiał je zatem omijać i drogi nakładać, tam zaś, gdzie 
jeszcze trawy nie wypasł, zatrzymywano go, kazano sobie opowiadać wszystkie szczegóły 
klęski i odniesionego zwycięstwa, a Wara, jak tylko mógł kłamać przy pełnym dzbanie i woniejącej 
pieczeni, tracił siłę nad sobą i nie mógł się oderwać od swoich słuchaczy. Był on, jak 
wszyscy fałszywi prorocy, którzy zawsze nadużywają swojej wymowy i choćby najliczniejsze 
rzesze zgromadzili około siebie, wykładają im swoje brednie tak długo, aż póki się próżnia 
koło nich nie zrobi. Jednak przyjechał jeszcze zawczasu, bo właśnie w dzień otrzymanej 
pewnej wiadomości o zabiciu Gniewosza i w chwili śmierci jego matki na zamku. 
Zsiadłszy z konia w zamkowym dziedzińcu, szedł zaraz do pokojów Jagienki. 
Jagienka znajdowała się w tej chwili w tak niesłychanym rozstrojeniu umysłu, przez jakie 
przechodził rzadko który z ludzi żyjących. 
Śmierć męża i śmierć macochy uderzyły w nią tak potężnym gromem i olśniły ją tak rażącymi 
błyskawicami, że całkiem straciła przytomność. Najprzeciwniejsze uczucia się krzyżowały 
w jej sercu, najdziwaczniejsze myśli przelatywały jej przez głowę. Mąż zginął, spadły z 
niej więzy i otworzyły się przed nią widoki szczęścia — a przecie nie godziło się radować jego 
śmiercią, bo był to człowiek nieszczęśliwy jak ona i niewątpliwie szlachetny. Macocha uległa 
nielitościwej karze za fatalny błąd popełniony, którym dwoje ludzi rzuciła w przepaść niewysłowionych 
boleści — ale już teraz nie żyje, a umarła dlatego, że nie mogła przeżyć tych nieszczęść, 
które na drugich ściągnęła. Gniewosz zginął, ale i tylu innych zginęło: cóż z Wilczkiem 
się dzieje? Na tę myśl brał ją lęk niesłychany, który ją dreszczem przejmował i targał 
wnętrzności. Natenczas ręce łamała przed sobą z obawy i grozy — i w takich chwilach czuła 
się prawie nieszczęśliwszą, niżeli była przez cały czas swego więzienia. 
W takiej chwili wszedł Wara do jej komnaty. 
Warze powodziło się dobrze w ostatnich czasach, był zatem ubrany dostatnio, a nawet dosyć 
pokaźnie. Miał na sobie żupan długi poniżej kolan z przedniego sukna, na nim pas wyzłacany 
klamrowy i mieczyk w srebro oprawny, a na tym wszystkim opończę sukienną, pięknymi 
łasicami podbitą, i czapkę aksamitną ze stojącymi uszami a bramowaną kunami. Ażeby 
zaś każdy poznał od razu, że jest osobą duchowną i bywał pątnikiem do Ziemi Świętej, przyszył 
sobie kilka muszli na piersiach żupana i dwie muszle u czapki. Być może nawet, że miał 
cienką koszulę na sobie, bo jakąś białą kryzę mu było widać u szyi. Wyglądał przy tym rumiano 
i zdrowo i miał brodę uczesaną starannie, a długie siwe włosy spadały mu w kędziorach 
na plecy. 
— Wara! Wara! — zawołała Jagienka do niego, rzucając się szybkim ruchem ku niemu, że 
ledwie mu nie padła w ramiona — Bóg ciebie przynosi! skąd jedziesz? pewnie z wojny. Powiadajże 
mi prędko, coś słyszał. 
— Miłościwa pani — rzekł Wara, spuszczając głowę ku ziemi, ale uśmiechając się przy tym 
spode łba — smutne wieści przynoszę. Stała się wola Boża, pan Gniewosz jest pod Suczawą 
usieczon. 
— Wiesz pewnie? — spytała, zmuszając się do powagi, Jagienka. 
— Wracam z Śniatyna — rzekł Wara — widziałem tam kilkuset szlachty, co własnymi oczyma 
na jego śmierć heroiczną patrzyli. 
— Biedny człowiek! — zawołała z szczerego serca Jagienka — być może, że się umyślnie dał 
zabić. Ale gdzie Wilczek? cóż słyszałeś o Wilczku? 
— Pan Wilczek zdrów — odpowiedział jej Wara na domysł — wraca z królem do Lwowa. 
— Prawda to? skądże wiesz o tym? 
— Sam go na własne oczy widziałem w Śniatynie. Poklepał mnie po ramieniu i rzekł: — 
Wara! leć, nie czekając, na Czorsztyn i powiedz Jagience, żem zdrów, a Gniewosza wziął Pan 
Bóg do swojej chwały, muszę mały czas zostać przy królu, ale jak tylko król mnie puści, zaraz 
do niej polecę. 
Na tę wiadomość, chociaż się jej spodziewała, Jagienka nie mogła słowa przemówić, tylko 
drżała na całym ciele, a łzy radości potoczyły się po jej licach. Dopiero po małej chwili zawołała 
z niecierpliwością: 
— To czemuż już nie przyjeżdża? Co tam król! Ja mam swoje własne królestwo. Jemu także 
majątku nie braknie. Słysz, Wara! jedź lotem do niego. Dam ci pieniędzy, dam koni, weźmiesz, 
co chcesz, jedź dzisiaj, zaraz, i powiedz mu, teraz wdowa, żem jego własna, jakem mu 
ślubowała, niechaj wszystko porzuca, a zaraz przyjeżdża. 
— Miłościwa pani — rzekł Wara — jam jest najniższy sługa waszej miłości, gotów lecieć na 
dzień i noc, ale to niepotrzebne. Bo najprzód jegomość Wilczek sam mi powiedział, że jak 
tylko król go uwolni, zaraz na skrzydłach tutaj przyleci. Znam ja pana starostę i wiem, że tam 
się ziemia pali pod jego nogami, więc go też wcale naglić nie trzeba. A potem — mówił dalej 
Wara z uśmiechem zadowolenia — mam ja też łaskę u niektórych św. Pańskich, którzy mi się 
też objawiają i powiadają, co trzeba... 
— Widziałeś może św. Agnieszkę, moję patronkę? — zapytała porywczo Jagienka. 
— Nie — rzecze Wara — do św. Agnieszki nie trzeba się w takich sprawach udawać. To jest 
trzynastoletnia panienka, co poślubiwszy czystość dziewiczą Panu Jezusowi, sama wzgardziła 
Semproniusza, syna rzymskiego starosty, i za to śmierć męczeńską poniosła. Gdybym się do 
niej udał, ażeby mi dopomogła skojarzyć małżeństwo, pewnie by mnie napędziła i jeszcze by 
mi może drzwi do innych św. Pańskich zaparła. 
— Prawdaż to? — zawołała Jagienka — a jam się zawsze do niej modliła! Teraz już wiem, 
dlaczego mi się tak nie wiodło dotychczas! To może widziałeś św. Lenarda? 
Tu Wara, kuty na cztery nogi in puncto żywotów świętych, litościwie się nad nią uśmiechnął 
i rzekł: 
— Takiego świętego nie masz w całym Królestwie Niebieskim, które, nie chwaląc się, 
znam przecie od kołka do kołka. Być może, że kiedy będzie, ale dotąd jeszcze żaden Lenard 
nie został przyjęty na służbę do dworu Chrystusa Pana. 
— Więc kogóż widziałeś? mów prędko. 
— Nocując wczoraj w gospodzie pod Starym Sączem — powiadał Wara — jakom to był tą 
nagłą jazdą bardzo zmęczony, trochę twardo przysnąłem nad ranem. Aż tu czuję, że mnie ktoś 
targnął za ucho. Otwieram oczy i patrzę, a tu mój stary dobrodziej, św. Stanisław stoi nade 
mną i mówi: „Wstań Wara, a nie zasypiaj gruszek w popiele. Jeszczem też nie miał takiego 
durnia, jak ty, pomiędzy moimi sługami, co mieszkają na ziemi. I tak tobie powiadam, że 
podobno już durniem zostaniesz, aż póki cię nie wezmę na dwór mój własny do nieba. Owom 
tobie dla Kmity odpuszczenie grzechów śmiertelnych wyrobił, co mnie też kosztowało niemało 
deptania, a uczyniłem to tylko dlatego, ażeby ci Kmita dał to mizerne probostwo na Lesku 
— a ty z twojej głupiej dobroci serca odbiegłeś tej sprawy, właśnie kiedy ci Kmita na 
przekór swojej żonie miał dać tę prebendę”. I powiada mi św. Stanisław: „A poleciałeś z poselstwem 
tej tam Jagienki do tego tam Wilczka, co była rzecz bardzo głupia, a czym nawet o 
mało, że nie popełniłeś brzydkiego grzechu, bo kiedyś do Wilczka przyjechał, Jagienka już 
była po ślubie. Pięknaż by to była rzecz, zwłaszcza dla księdza, nosić listki od kobiety zamężnej 
do gacha! Szczęście, żeś o tym nie wiedział, zaczem ci tego za grzech nie nakarbowano, 
inaczej byłbym się musiał kryć pod stół ze wstydu, że takiego kalafaktora mam swoim 
sługą na ziemi”. Więc mówi mi św. Stanisław: „Tak więc znowu i teraz, niby to śpieszysz się 
do Jagienki, jakom cię natchnął, abyś jej pierwszy przywiózł wiadomość, że owdowiała, za co 
by ci pewnie dała dobre probostwo u siebie, jako ci obiecała — a ty, nie dosyć żeś przez twoje 
uczciwość nie wziął jednego rączego bachmata w Śniatynie, ano się wleczesz na twojej chudej 
szkapie na Czorsztyn, jeszcze i takeś sobie chrapnąl w tej gospodzie, że aż sam muszę cię 
budzić. Wiedzże o tym, że Wilczek już wyjechał ze Lwowa — a on jeździ inaczej na swoim 
Wronym niżeli ty na twoim woziwodzie. Niechże przyjedzie przed tobą, to ci znów wszystkie 
twoje zasługi przepadną, wyrzucą cię za drzwi z twoją starą nowiną i jeszcze wyśmieją, a 
potem, jak twego ucha, tak i twego probostwa nie obaczysz na życiu. Zaczem — powiada mi 
św. Stanisław — zostaniesz już pątnikiem do śmierci, a ja będę musiał dalej przestawać na 
takim mizernym słudze, co lada wczorajszy święty, co mi nie dorósł do pasa, nawet by się nie 
przyznał do niego...” Więc z tego wnoszę — zakończył Wara — że jegomość pan Wilczek już 
jest na drodze. I tak rozumiem, że za trzy, a najdalej za cztery dni upadnie do nóg waszej miłości, 
jeżeliby zaś zaszła jaka przeszkoda, to św. Stanisław znów mi się objawi. 
— Słysz, Wara! — zawołała do niego, trąc ręce Jagienka — dam tobie wszystko, co chcesz, i 
dam ci najlepsze probostwo, ale idź, módl się do św. Stanisława, aby Wilczek jeszcze dzisiaj 
przyjechał. On przecie może to zrobić. Idź, Wara, idź módl się — dziś jeszcze. 
Więc Wara się mile uśmiechnął i mówił: 
— Pojmuję ja niecierpliwość waszej miłości, chociażem sam miłości nie zaznał, bo my duchowni 
nie zażywamy tych rzeczy. Będę się też modlić rzetelnie. Ale chciałbym waszej miłości 
powiedzieć, że nie trzeba się świętym Pańskim zanadto naprzykrzać, zwłaszcza kiedy już 
dla nas coś uczynili. Albowiem nie trzeba myśleć, że oni tam siedzą z rękami założonymi za 
pasem, jako to prostaczkowie sobie wyobrażają, co ich też bezustannie molestują prośbami. 
Mają oni niemało roboty, że nawet i trudno człowiekowi zrozumieć, jak się z nią mogą uporać. 
Bo zważ tylko wasza miłość, że to tysiące a tysiące próśb do nich codziennie dochodzi, a 
przecie każdą trzeba jakoś załatwić. Dalej więc każdy z nich ma tysiące kościołów, po całej 
ziemi rozsianych, a zbudowanych pod jego wezwaniem, więc na każdy z nich musi mieć oko, 
ażeby też wiedział, jak tam w nim księża gospodarują. Nuż wreszcie te nabożeństwa solenne, 
co się w niebie wciąż odprawiają, którym każdy z nich asystować musi, a czasem i sam celebruje 
— że już nie wspomnę nic o aniołach, których także trzeba utrzymać w ryzach, a to jest 
rzecz cale niełatwa, bo to młodzież bardzo zacna, to prawda, ale czasem pusto w ich głowach, 
co też niedziwno, bo im się dobrze dzieje — a są ich chmury nieprzeliczone i wszyscy skrzydła 
mają, więc też i Bóg sam wie tylko, kędy czasem latają. Zgoła, chociaż to człowiek widział na 
własne oczy, przecie mu się ani w głowie pomieścić nie może, jak taki święty Pański może 
nastarczyć takiej robocie. Jakoż ja sobie nieraz tak myślę, że jeśliby mnie łaska Boska... 
Ale tu mu Jagienka przerwała, mówiąc: 
— Słysz, Wara! ja bym ciebie do ciemnej nocy słuchała, ale nie mogę ustać na nogach. Idź, 
módl się, a zrób to, ażeby Wilczek jeszcze dzisiaj przyjechał. A jeśli już dzisiaj na żaden spo112 
sób nie może być, to jutro. Trzy dni czekać, to wieczność, ja zginę z niecierpliwości. Idź, Wara, 
jest tu na zamku kaplica... 
Więc Wara musiał już iść. I poszedł, obiecawszy Jagience, że zaraz się weźmie do modłów, 
a może być, że będzie widział św. Stanisława jeszcze tej nocy. 
Ale do kaplicy nie poszedł, tylko, jako człowiek przezorny i mądry, szedł pokłonić się imć 
panu Wolskiemu, najprzód, aby sobie zaskarbić łaskę komendanta fortecy, a potem, aby się 
też trochę dowiedzieć, jacy tu ludzie są na tym zamku, co wiedzą o Gniewoszu i jak są usposobieni 
dla jego wdowy. 
Wolskiemu prezentował się jako ksiądz Biały, szlachcic possessionatus 
w ziemi sanockiej, 
pielgrzymujący tymczasem po miejscach świętych, zanim na stare lata odpocznie na jakiej 
kanonii albo może i na stolcu biskupim. 
Wolski był człowiek surowy, ale niepodejrzliwy, a przy tym bardzo nabożny, przyjął go 
więc bardzo uprzejmie i zapewnił, że nie masz gościnniejszego zamku na świecie jak 
Czorsztyn. 
Wara mu opowiedział, że wiosną wracał właśnie ze Ziemi Świętej i już był doszedł do 
Lwowa, ale zastał tam obóz, skąd go już nie puszczono, najprzód dla jego świątobliwości, 
którą ludzie radzi mu przypisują, a potem dla osobliwszego daru, który ma z łaski Bożej, 
wpajania w ludzi ducha odwagi. 
— Choćby największy tchórz, jako to bywa — powiada Wara — jak go wyspowiadam raz, 
drugi i trzeci, a dam mu naukę, jakoś Pan Bóg tak daje, że potem z niego najwaleczniejszy 
rycerz się robi, któremu rzadko kto na placu dotrzyma. 
Na co Wolski odpowiedział mu sucho: 
— U nas tu, chwała Bogu, tego nie potrzeba. My rzniem na sieczkę każdego, kto nam drogę 
zastąpi. A który by się wybrał z takim kazaniem, do moich żołnierzy, temu by się mogło co 
zdarzyć, bo żołnierze wzięliby to pewnie za obrazę i poleciałyby z niego otręby, nimby się 
jeszcze obaczył. To tam dobre dla pospolitego ruszenia w obozie, ale tutaj tylko ja miewam 
kazania do moich żołnierzy. 
Wara spojrzał na niego z uwagą i znalazł, że jest to człowiek bardzo zajmujący, ale lepiej 
jest siedzieć od niego z daleka. 
Po czym Wolski wypytywał go o Chryzostoma, o którego cudach we Lwowie i śmierci 
pod Suczawą już wiedział. Chciał się teraz dowiedzieć, jaki to był człowiek i jak przyszedł do 
tego, że takie porywające kazania miewał w obozie pod Lwowem i w mieście. Wara mu to 
wytłumaczył bardzo dokładnie. 
— Chryzostom Kmita — powiadał Wara — mój powinowaty, bo wszyscy Kmitowie to moi 
krewni, był swego czasu bardzo pięknym rycerzem, ale głowę do nauk miał trochę przytępą. 
Kiedy poczuł wokacją do stanu duchownego, jam go uczył w Rzymie św. teologii, z czym 
miałem trący niemało; ale że był dwa razy u grobu Chrystusa Pana i miał niejakie zasługi, 
więc mi się udało wyrobić mu kapłańskie święcenia, pomiędzy nami mówiąc, raczej honoris 
causa. Wymowę miał bardzo piękną, ale kazania sobie wymyśleć nie umiał. Ja więc koncypowałem 
jemu wszystkie kazania, które miał z takim cudownym skutkiem w obozie i we 
Lwowie. I tak było dobrze. Ale jak pod Suczawą raz tylko przemówił z własnego konceptu, 
zaraz go zabito. Prawda, że było to nierozważnie iść między zbuntowanych husytów, bo to są 
poganie — a już i Pismo przed niewiernymi ostrzega, mówiąc u Mateusza: „I nie uczynił tam 
cudów wiele dla niedowiarstwa ich”. 
Potem skierował zręcznie rozmowę na Jagienkę i dotknął oględnie kwestii Wilczka, bo to 
bardzo łatwo mu było przewidzieć, że Wilczek prędzej lub później przybiegnie na Czorsztyn i 
wdowę zaswata, a on chciałby był przecie odegrać jak najważniejszą rolę przy tych swatach. 
Ale stary żołnierz odpowiedział mu na to całkiem otwarcie: 
— Już tu i wróble świszczą o tym na dachach, że nasza młoda pani była pierwej zmówiona 
z panem starostą tustańskim. I o tym wiemy, że nasza stara pani, Panie Boże świeć nad jej 
duszą! swaty te rozerwała i prawie gwałtem ożeniła swojego syna z Jagienką. Człowiek złączył 
— a Pan Bóg rozłączył. Starosta zginął, Jagienka wdową, jeżeli więc Wilczek wyszedł 
żyw z wojny, to mogą się teraz pożenić ze sobą. Babskie to rzeczy, ja się tam w takie sprawy 
nie mieszam. Jeśliby Wilczek chciał brać zamek spode mnie, albo mi zabierać armaty, albo 
wysnuwać moich żołnierzy z załogi, ach!... to bym mu drogę zastąpił i tak waści powiadam, 
żeby się o mnie roztrącił. Ale jeżeli babę zabierze — i owszem. Baba z wozu, konikom lżej. 
Więc Wara rzecze mu na to łaskawie, obdarzając go swym zaufaniem: 
— Kiedy waszmość, jak widzę, wiesz już o wszystkim, więc mu jeszcze powiem cokolwiek. 
Ów Kmita węgierski, ojciec pani Jagienki, był ze mną od młodu w nierozerwanej 
przyjaźni. Przez całe życie byliśmy z sobą jak dwa palce u ręki. Kiedy na wojnie został usieczon 
od Turków, byłem przy nim, wyspowiadałem go i pomazałem olejem świętym. Owóż, 
konając na moich rękach, zlecił mi opiekę nad swoją dzieweczką, mówiąc do mnie te słowa: 
„Wydaj ją za mąż jak możesz najlepiej, a wedle twego własnego wyboru”. — Zaczem ja dla 
niej wybrałem Wilczka, co jest pan wielki i kawaler wielkiego serca, nie przymierzając prawie 
jak nieboszczyk pan Gniewosz. 
— Już to tam do Gniewosza pono jemu daleko — powie mu Wolski. 
— To też właśnie powiedziałem: „nie przymierzając” — poprawił się Wara. — Więc tedy zaswatałem 
ich jak należy i była rzecz ułożona. Ale licho nadało, że właśnie kiedy Wilczek pojechał 
poszukać swatów, a ja tymczasem poszedłem był w góry, ażeby kazać tamtejszemu 
ludowi, i jak to z woli Bożej zawsze już bywa, takie nieprzeliczone rzesze się do mnie zbiegły, 
żem się spomiędzy nich nie mógł cale wydobyć; owo więc właśnie wtedy licho nadało, 
że starościna nieboszczka, niechajże jej tego Bóg nie pamięta! spadła jak jastrząb na zamek 
sobieński, sprowadziła tam syna bodaj nie powietrzem, sprowadziła i Chryzostoma także Bóg 
nie wie jakim sposobem, i ożeniła go, bez zapowiedzi, bez indultu, a między nami mówiąc, 
nawet i bez spowiedzi... 
— Już to tam pono nie całkiem po katolicku odbyły się te śluby — rzekł Wolski z uśmiechem 
— ale co nam do tego. 
— Owo więc Wilczek — powiadał dalej Wara — dowiedziawszy się o tym, tak się tym nieszczęściem 
sfrasował, że byłby pewnie rozum utracił, gdyby nie to, żem go od tego czasu ani 
na krok nie odstąpił. 
— A co to waść gadasz? — przerwie mu Wolski — dopieroś powiedział, żeś wracał ze Ziemi 
Świętej, kiedy się obóz zbierał pod Lwowem, teraz zaś mówisz, żeś był ciągle przy Wilczku. 
— Toż to ja właśnie dlatego chodziłem do Ziemi Świętej — rzekł prędko Wara — ażeby u 
Pana Boga łaskę uprosić dla niego, żeby się przecie ożenił z Jagienką. 
— A toś się tam modlił o śmierć dla pana Gniewosza! — zawołał Wolski, marszcząc brwi i 
patrząc surowym wzrokiem na niego. 
— Chowajże Boże! — zawołał Wara, zmuszając się do uśmiechu — co też waszmość powiadasz! 
przecież ja pana Gniewosza znałem także od dziecka i kochałem go jak mego własnego 
syna. Co waszmość gadasz! Obraziłeś mnie ciężko tą myślą, niechże ci Pan Bóg przebaczy! 
Ja bym jemu był nieba przychylił — a waszmość mnie o taką zbrodnię przeciwko niemu obwiniasz. 
Ja właśnie dlatego poszedłem do Ziemi Świętej, że mi tak ciężko było na sercu, a 
chwiejne w moim sumieniu, aby mnie też Pan Bóg oświecił. Bo tu miałem obowiązki względem 
nieszczęśliwej Jagienki, aby też ją z tego pieprzu wydobyć, a tu znów respekt dla nieboszczyka 
Gniewosza... 
— Coś tam waść bałamucisz, jak widzę — przerwał mu Wolski — ale co mnie do tego. Powiedziałem 
już waści i jeszcze raz mówię, że ja się tam w wasze babskie kabały mieszać nie 
myślę, bo to nie należy do mego włodarstwa. Ani wam przeszkadzać, ani pomagać nie będę, 
bo to nie moja rzecz. Ale ponieważ mi waść wspomniałeś o tym, że rad rzesze gromadzisz po 
górach, aby im kazać, więc i to waści powiem, że w tutejszym starostwie nikomu kazać nie 
wolno, bo tu jest ks. Pudełko, który ma jurysdykcją duchowną nad całym ludem — a gdybyś ty 
chciał jakie nauki wykładać jego ludowi, to on by ci dopiero takiego dał pieprzu, żebyś się z 
niego, jak żyw, nie wykichał. Dobrze to wiedzieć zawczasu. A tak, jeśli wola, zostań sobie 
gościem na zamku, w skrzydle pani Jagienki. Ona ma dwór swój i kuchnie, i sługi, i wszystko, 
co trzeba, więc ci tam niczego nie braknie. A jeśli poczciwe rzeczy macie na myśli, to 
niech wam Bóg dopomaga. 
Tak więc Wara dowiedział się już teraz wszystkiego. Słyszał on z dawna o wielkiej zacności 
i surowych obyczajach Gniewosza i musiał sobie powiedzieć: „Jaki pan, taki kram”. Ten 
Wolski za byle co gotów zerżnąć człowieka na sieczkę, a to jest jurysdykcja wojskowa i cywilna; 
zaś jurysdykcją duchowną ma jakiś ks. Pudełko, co gotów znowu za byle co dać pieprzu, 
że się człowiek z niego jak żyw nie wykicha. Trzeba tu po tym starostwie chodzić na 
palcach. Wszelako w gruncie rzeczy był kontent, bo się upewnił, że będzie mógł odgrywać 
rolę protektora i swata, a przy tym też tę i ową pieczeń upiec dla siebie. 
We dwa dni potem odprawił się pogrzeb starościny. 
Z księży, których zresztą w bliskości było niewiele, tylko jeden proboszcz z Starego Sącza 
przyjechał. Wara był zatem gościem upragnionym. Ksiądz Pudełko w innym razie byłby go 
widział niechętnie i z nieufnością, bo nie lubił tych księży bez parafii i bez locum standi58, 
których się wówczas po wszystkich krajach włóczyło tak wielu, a o których nawet nie można 
było wiedzieć dowodnie, czyli i jakie mają święcenia; ale dziś, pragnąc ile możności podnieść 
splendor pogrzebu swej kolatorki, przyjął go rad, zaprosił do uczestnictwa w tej uroczystości i 
kazał mu dać ornat, który się znajdował w kaplicy, leżącej na Podzamczu pod lasem. Wara 
uderzył w strunę skromności, wypraszał się od ornata, mówiąc, że przy tak świątobliwym 
prałacie, jak ks. Pudełko, przystoi mu raczej poprzestać na komży; ale Pudełko chcąc, aby 
było przynajmniej trzech księży, uparł się przy swoim — i Wara figurował na pogrzebie w 
ornacie. 
Szlachty się także bardzo mało zjechało, bo jeszcze mało kto z wojny powrócił. Natomiast 
wszakże zbiegły się takie tłumy wiejskiego ludu, że się nie mogły w zamkowych dziedzińcach 
pomieścić. Załoga zamku wystąpiła także w wielkiej paradzie pod komendą Wolskiego 
— a tak temu smutnemu obrzędowi przybyło cokolwiek świetności. Jagienka była także na 
pogrzebie, modliła się klęcząc i rzewnymi łzami płakała: nieboszczka wprawdzie ciężką wyrządziła 
jej krzywdę, ale teraz już stała przed Bogiem — a zresztą, już to minęło i teraz się 
wszystko zmieniło. 
Starościnę pochowano w grobach zamkowych, gdzie się starostowie czorsztyńscy chowali 
— a po pogrzebie tłumy się w cichości rozeszły. 
Po pogrzebie, który się skończył dopiero z południa, Jagienka wróciła do swoich pokojów. 
Zaledwie przestąpiła próg swojej sypialni, już zapomniała o swojej macosze — a natomiast 
coraz większa zaczęła ją brać niecierpliwość, że dotąd nie masz jeszcze żadnej wiadomości 
od Wilczka. Kazała wołać Warę do siebie, ale jej powiedziano, że Wolski dla znamienitszych 
gości małą stypę u siebie wyprawił i Wara, naturalnie, nie mógł mu się wymówić. Jagienka 
przystąpiła do okna i stęsknionymi oczyma patrzała na drogę, która od Krościenka wiodła do 
zamku. Jeżeli przyjedzie, to stamtąd powinien przyjechać... 
Późna jesień już była natenczas: niebo ołowiane, cały świat szary, dzień już zaczynał zapadać, 
tylko jasne blaski padały od śniegów, które już grubymi warstwami leżały na górach. 
Jagienka wytężała swe biedne oczy, ile siły im stało, ale nic dostrzec nie mogła. Jeszcze dużo 
ludzi się snuło po drodze, ale byli [to] wracający z pogrzebu, wszyscy szli od zamku, gubiąc 
się tu i owdzie po drodze. Nareszcie i ludzi już brakło, droga stanęła pustką. Jagienka ręce 
opuściła po sobie, mówiąc z ciężkim westchnieniem do siebie: 
— Już dziś nie przyjedzie, jeszcze jedna noc takiej męczarni... 
Jednak dalej patrzała. Już się zmierzchać zaczęło, ale wzrok bystry mógł jeszcze rozróżniać 
przedmioty. Jej wzrok tak się wytężał, że byłby najmniejszy ruch na tej drodze dojrzał 
śród ciemnej nocy. Lecz jeszcze zmrok całkiem nie zapadł, a śniegi dobrze błyszczały. Tak 
patrząc, nagle zadrgnęła. Jacyś jeźdźcy się pokazali na drodze. Było ich trzech albo czterech. 
Jechali rysią, jak gdyby się wielka kula toczyła po drodze i w oczach wzrastała. Jeden z nich 
jechał na przedzie, widać hełm jego, na którym się pióra kołyszą. Koń kary z białymi nogami... 
To on! Jagience serce uderzyło tak mocno, że jej się w oczach zaćmiło: musiała się 
uchwycić żelaznej poręczy u okna, aby na ziemię nie padła. 
Kiedy jej się wzrok znowu rozjaśnił i wyjrzała przez okno, rycerze już w bramę wjeżdżali. 
Jagienka stanęła na środku komnaty i oddech w piersi zaparła. Teraz już nie wzrok, ale 
słuch wytężyła: byłaby usłyszała muszkę brzęczącą w dziedzińcu. 
Przez chwilę cisza. 
Służebna weszła i postawiła oliwny kaganiec na stole. 
— Idź sobie — powiedziała do niej Jagienka. 
Służebna wyszła. Cisza znowu zapanowała. Potem usłyszała jakieś głosy pod bramą. Głos 
Wolskiego, który jakoby witał kogoś z wielkim respektem, jakoby raport mu zdawał... 
— Na Boga! co to jest?... Gniewosz?... 
Ta myśl jej przeleciała jak błyskawica przez głowę. Jagienka cała zakrzepła. 
Potem znów cisza. Jagienka stała jakby w głaz zamieniona na środku komnaty. Myśl jej 
zamarła i bicie serca stanęło. Raz czuła niebo nad swymi głowami, to znowu piekło pod nią 
się otwierało. Cisza trwała przez chwilę. Potem usłyszała kroki butów rycerskich z ostrogami 
na kamiennych posadzkach. Serce jej znów uderzyło. Aż wreszcie drzwi się rozwarły — i Wilczek 
prędkimi krokami wszedł do komnaty. 
Wilczek otworzył szeroko swoje ramiona, Jagienka z krzykiem, jak gdyby jej się serce 
rozdarło z radości, rzuciła mu się na piersi — i stali tak chwilę jak posąg podwójny w nierozerwanych 
ze sobą objęciach. 
Wilczek pierwszy przyszedł do przytomności i rzekł: 
— Bóg łaskaw! nad wszelkie nasze nadzieje... 
Jagienka zbudziła się, a wysunąwszy się z jego ramion, ale trzymając go silnie za rękę, zapytała: 
— Zginął? wiesz pewnie? 
— Wszyscy już wiedzą. Mam zresztą dowody. Masz okruszynę obrączki? 
— Obrączki? — zawołała Jagienka, przypominając sobie list swego męża — mam. Ale gdzie 
druga połowa? 
— Jest u mnie — rzekł Wilczek. 
— Masz? pokaż? — krzyknęła Jagienka i skoczyła do swojej szkatuły. 
Otworzyła ją prędko i przyniosła list męża z połową obrączki. Tymczasem Wilczek wydobył 
z zanadrza testament Gniewosza i drugą połowę obrączki. Jagienka wyrwała mu ją z ręki i 
pobiegła do kagańca, gdzie zaraz obydwie połowy ze sobą złożyła. Wilczek patrzał na to i 
oboje widzieli, że były to dwie połowy tej samej obrączki. Jagienka spojrzała z zachwyceniem 
na Wilczka — a on jej podał testament Gniewosza do przeczytania. 
— Czytaj — powiedziała Jagienka. 
Wilczek także nie bardzo biegły w czytaniu, jąkał się trochę, ale nareszcie przeczytał. 
A wtedy Jagienka sama mu się rzuciła na szyję, wołając; 
— Teraz już nas nikt nie rozłączy! 
Wilczek ją znowu przez długą chwilę trzymał w swoich objęciach, a czując bicie jej serca 
na swojej piersi i jej oddech gorący przy swoich ustach, wszystka krew mu uderzyła do twarzy, 
co było bardzo niedobrze. 
Toż nie chciał jej już wypuścić, ale mu się sama wydarła. Zaczem oboje usiedli naprzeciw 
siebie i zaczęli sobie opowiadać urywanymi słowy, ile cierpieli. 
Wilczek mało mówił, tylko trzymając jej rękę w swojej gorącej dłoni, połykał jej słowa i 
patrzał jej w twarz rozpłomienionymi oczyma. Natomiast Jagienka opowiadała mu wszystko: 
jak ją na Sobniu zgwałcono do ślubu, jak nikt nie miał nad nią litości, jak sobie święcie przysięgła, 
że raczej się da rozedrzeć w kawałki, niżeliby miała dopuścić, ażeby Gniewosz się 
tylko dotknął jej ręki, jak jednak Gniewosz przez czas podróży i swego pobytu na zamku obchodził 
się z nią jak z świętą. 
Opowiedziawszy to wszystko, zerwała się z miejsca i zawołała z zapałem: 
— Pan Bóg dopomógł mojej stałości. Dziś jestem twoją — a chociaż wdowa, jestem jak 
gdybym dopiero dzisiaj na ten świat przyszła! 
Natenczas Wilczek spłonął ogniem miłości jak kierz Mojżeszowy, porwał ją jak łąteczkę w 
swoje żelazne ramiona, ona go objęła za szyję i na jego piersi zawisła — a wtedy ziemia im się 
spod nóg usunęła, niebo się otworzyło przed nimi, trzydzieści sześć gwiazd zapłonęło w ich 
oczach, a aniołowie grali im hymny niebieskie — do świtu. 
XIV 
UMARLI WSTAJĄ 
Pod zamkiem czorsztyńskim leżały porozrzucane niektóre chaty a inne budynki, co nazywano 
Podzamczem, a między nimi obszerna i bardzo dostatnio zaopatrzona gospoda, w której 
mieścili się podróżni, mający sprawy do załatwienia na zamku, i kupcy węgierscy, przejeżdżający 
wciąż z towarami do Polski. Jakkolwiek Wolski przyjął Wilczka z rewerencją królewskiemu 
rotmistrzowi należną, zdał mu raport ze stanu rzeczy w tej królewskiej fortecy i 
zaprosił go, ażeby stanął ze swymi ludźmi na zamku (co Wilczka zatrzymało tak długo pod 
bramą zamkową), jednakże Wilczek podziękował mu za gościnę, dając do zrozumienia, że 
mu się nie godzi u młodej wdowy zamieszkać. Wolski, człek obyczajów surowych, zrozumiał 
tę delikatność rycerską i kazał zaprowadzić jego sługi i konie do owej gospody, zapewniając 
go, że arendarz, jako zależny od zamku, otrzyma dokładną instrukcją, jak się ma obchodzić z 
gościem tak wysokiej godności. Ludzie Wilczka umieścili się zatem w gospodzie: ale było 
ich tylko dwóch, Włostek i drugi żołnierz, i dwa konie podwodne. Inni żołnierze Wilczka 
dopiero w kilka dni mieli przyjść za nim. 
Albowiem kiedy Wilczek otrzymał pozwolenie od króla pojechać na Czorsztyn, wyprawił 
Ramułta ze swoją chorągwią na Tustań, do swojej służby zachował tylko dwunastu zbrojnych 
— a że pomiędzy nimi była większa połowa młodzi szlacheckiej, których potrzebował dla okazałości 
swojego dworu, a którzy jeszcze nie bardzo umieli się rządzić w podróży, więc zostawił 
przy nich Kostrubana, aby im był na wysłudze. Ci ludzie, idąc zwykłymi etapami, powinni 
byli przyjść po nim we trzy dni, ale dopiero piątego dnia nadciągnęli, bo Kostruban kazał 
im leżeć przez całą dobę w Wiszni, a sam przez ten czas wałęsał się kędyś po puszczach 
tamtejszych. 
Kiedy Wilczek nazajutrz po ich przybyciu kazał im wystąpić przed sobą na popis, znalazł 
wszystko w porządku, lecz zauważał, że Włostek był zapłakany, ba, nawet i w jego obecności 
się na nowo rozpłakał. 
— Czego ten błazen tak beczy? — zapytał Wilczek. 
Kostruban poskoczył na to ku niemu i rzekł: 
— Nic to. Opowiem potem jegomości. 
Ale Wilczek byt ciekawy i pociągnął zaraz Kostrubana na stronę. A wtedy Kostruban powiedział 
mu, że się stało nieszczęście z Ofką i Włostek dlatego tak płacze. 
— Cóż się tam stało? — zapytał Wilczek, blednąc cokolwiek. 
— Proszę jegomości — powiadał mu Kostruban — kiedy mnichy się dowiedzieli, że ks. 
Chryzostom zabity, zaraz kazali Marusze, aby się wynosiła ze swojej zagrody. Właśnie niedawno 
jej mąż był umarł, więc powiadali, że ona nie ma prawa do tej zagrody. Marucha nie 
chciała — i tak to jakiś czas było. Ale przeszłego tygodnia jacyś zbrojni ludzie napadli na 
chatę Maruchy i wszystkich wymordowali, a chatę złupili. 
— Kogoż zabili? 
— I Maruchę, i Ofkę. 
— A dziecko? 
— Także zabili. 
— Byłeś tam? widziałeś? 
— Byłem, a powiadali mi to ci ludzie, co Maruchę grzebali. 
Więc Wilczek się nad tym zamyślił, a potem rzekł: 
— Cóż ty mi gadasz? przecie księża takiej rzeczy by nie zrobili. 
— Ale to nie księża — rzekł Kostruban — księża ją tylko chcieli napędzić. Jeno jak to zazwyczaj 
po wojnie dużo rozpuszczonego żołdactwa się włóczy po kraju, co nie mają żyć z czego, 
więc tak rozumiem, że to oni chałupę złupili, a baby pomordowali. 
Wilczek jeszcze trochę nad tym pomyślał, a potem rzeki do siebie: 
— Jam temu nie winien. Bóg wie, co robi. Panie, świeć nad jej duszą. 
Żołnierze Wilczka rozlokowali się w tej obszernej gospodzie i bardzo dobrze im się tam 
działo. Wolski, oddając królewskiemu rotmistrzowi, co mu się należało na stacji królewskiej, 
przysłał im wina, mięs, chlebów i furażów dla koni, w gospodzie także im win przednich węgierskich 
nie brakło; Wilczek, w rzeczach służby niezmiernie surowy, ale po pańsku hojny 
dla swoich ludzi, nie żałował im grosza, było im więc daleko lepiej w tej gościnie niż w domu. 
Wara, mający okrutny respekt przed Wolskim i nie chcąc mu się naprzykrzać, przepędzał u 
nich długie zimowe wieczory, jedząc jak wilk, pijąc jak wór dziurawy i opowiadając im bardzo 
ciekawe historie ze swoich niezliczonych podróży. Gdzie on nie był, czego nie widział, 
ile razy był w Rzymie i u grobu Chrystusa Pana, ile dobrych rad dał papieżowi, ile ufundował 
klasztorów, ile pogan nawrócił, ile świętych relikwij z rąk ich wydobył, ilu świętych Pańskich 
widział na swoje oczy, ile absolucyj od grzechów śmiertelnych przez nich dla biednych ludzi 
wyrobił: tego nie potrafiłby nawet przez cały rok opowiedzieć. A opowiadania te płynęły z 
ust jego właśnie jak ten Dunajec, co się sączył bez zatrzymania prawie pod ich stopami. Były 
to rzeczy bardzo zajmujące — a po staremu tym więcej podziwiane przez jego słuchaczy, ile że 
w nich ani krzty prawdy nie było. Ale i najsłodszy piernik nareszcie się przeje... Tak więc i tej 
młodzi żołnierskiej zaczęły się przykrzyć pomału te piękne powieści, zwłaszcza że były jak 
dwie krople wody do siebie podobne; bo jak dziś jest, tak i dawniej bywało, że rób, co chcesz, 
i nadrabiaj coraz to nowym konceptem, wymyślaj niesłyszane dotąd zdarzenia, zmieniaj za 
każdym razem i ton, i tok twego opowiadania, przecie z jednego dzbana zawsze ten sam płyn 
płynie. Tego prawa natury żadna moc ludzka nie zmieni: całe zadanie ludzkiego rozumu tylko 
w tym leży, ażeby miarę zachować. Ale Wara nie miał rozumu — a więc nie miał i miary. 
Młodzież więc zaczęła się nudzić — a to tym bardziej, ile że już zima nie żartem ziemię ścisnęła, 
zaczęły się śnieżne zawieje i czasem przez cały dzień nie można było nosa wyścibić za 
bramę. 
A tu Wilczek siedzi i siedzi w Czorsztynie: niby to mieszka w gospodzie, ale całe dnie i 
całe wieczory przesiaduje na zamku, ba, nawet i noce kędyś przepędza, bo zwykle wraca dopiero 
o świcie. 
Żołnierze z nudów zaczęli już sobie żartować, mówiąc: 
— Pan się przy swoich swatach nie nudzi, może się też obejdzie i bez wesela. 
Któryś złośliwy a niecierpliwy powiedział: 
— Będziem tu siedzieć tak długo, aż póki małe wilczątko nie powieziemy na Tustań. 
Zaś Włostek był zły naprawdę i mówił: 
— Taki to pański obyczaj. Przed nim żadna się nie utrzyma. Co zrobił tej biednej Ofce, to i 
tej zrobi. 
Słysząc takie niepoczciwe gadania, Kostruban starał się je łagodzić, wykładając żołnierzom, 
że obyczajów rycerskich nie znają, że rycerz nie tak się żeni, jak chłop, co jeno raz 
dziewkę obaczył, zaraz też ze swatami przychodzi, rycerz się pierwiej na wszystko ogląda, 
aby też wyrozumiał, z kim się wiąże na całe życie; dlatego też panowie żyją w zgodzie ze 
swymi żonami, nie tak jak chłopi, co biją swe żony zaraz po ślubie, a potem się rozpijają z 
rozpaczy, że się na nich zawiedli. Ale żołnierze, jako to głowy u nich zazwyczaj są puste, 
nawet i z tego się śmieli, mówiąc: 
— Chyba że tam u was pomiędzy Niemcami takie przewrotne są obyczaje. Bo u nas chłop, 
pan i rycerz spowiada się, pości i suszy przed ślubem, aby też potem się poweselił, pan zaś się 
najprzód weseli, chyba że po weselu mają przyjść post i suchoty. 
Kostruban tak się tym niecierpliwił, że postanowił rzucić o tym słówko Wilczkowi; ale zabierał 
się po kilka razy — a nigdy nie miał odwagi. Wilczek późno się kładł spać i późno 
wstawał, potem nagle się zrywał, czy deszcz, czy śnieżyca, czy zawierucha, kazał na koń 
wsiadać żołnierzom, odprawiał z nimi musztry i marsze, do Krościenka, do wiosek przyległych, 
czasem nawet do Węgier — a kiedy wrócił, zawsze mu było tak spieszno na zamek, że 
już trudno mu było jedno słowo powiedzieć. 
Tak minęło trzy tygodnie. 
Jagience przesunęły się te trzy tygodnie jak sen wiosenny, na zielonym kobiercu wonnej 
zieleni, wśród róż i latających motyli, przy odgłosie anielskich harf, które rozkoszą przejmowały 
jej duszę, a nie budziły jej ze snu. Nie znająca rzeczywistego świata, przyzwyczajona z 
dziecka nienawidzić każde prawo, co wiąże swobodę człowieka, czująca się teraz nieograniczoną 
panią swej woli — a nad to wszystko, dostąpiwszy teraz tego szczęścia, o którym przez 
półtora roku w swoim więzieniu w łzach ustawicznych i niewymownych cierpieniach marzyła, 
ani na chwilę nie pomyślała o tym, gdzie jest i co robi. Upojona swym szczęściem, zamykała 
oczy do snu pełnego marzeń rozkosznych — a kiedy się przed południem zbudziła, jej 
rozkosznym uczuciom przewodniczyła tylko równie rozkoszna tęsknota, ażeby jej ulubiony 
przyszedł jak najprędzej i ażeby jej serce stęsknione mogło się znowu rozpłynąć w jego gorących 
objęciach. Jeżeli kiedy w chwili samotnej przyszła jej myśl, że mógłby się zjawić ktoś 
taki, jakiś zły duch, może Gniewosz albo kto inny, co by chciał przerwać jej szczęście, to 
wtedy budziła się w niej tak silna wola i powstawała w niej taka energia, iż miała pełną świadomość, 
żeby go potrzaskała w kawałki. 
Ale był ktoś na zamku, który tam, gdzie chodziło o dopełnienie obowiązku, nie bał się 
żadnej woli opornej, ani żadnej energii. 
Po trzech tygodniach, jednego rana, bardzo rano, kiedy Wilczek dopiero co się chyłkiem 
wyślizgnął ze zamku, zjawił się Wolski w pokojach Jagienki i rzekł do służebnej, że się chce 
z panią rozmówić. Służebna mu odpowiedziała, że pani śpi jeszcze, nie wolno nikomu jej 
budzić, póki nie zadzwoni. Ale Wolski rzekł na to surowo: 
— Przy twojej pani jest dzwonek, a przy mnie trąba. Jak ja zatrąbię, kto mieszka na zamku 
musi wstawać w tym oka mgnieniu, a bez oporu. Idź i zbudź starościnę. 
Służebna poszła. Jagienka przetarta oczy niechętnie, a dowiedziawszy się, kto kazał ją 
zbudzić, rzekła kwaśno: 
— Czego mnie nudzi tak rano? Powiedz mu, niech przyjdzie w południe. 
— Wolski czeka — rzekła służebna — jakoś straszno wygląda, musi być coś ważnego. 
Wtedy Jagienkę lekki dreszcz przeszedł i serce jej bić zaczęło. Ubrała się prędko i kazała 
zawołać Wolskiego. 
— Moja miłościwa pani — rzekł Wolski — wiadomo jest waszej miłości, że ja się w babskie 
rzeczy nie mieszam. Pan Gniewosz zginął. Nie wiem ja naprawdę, czy zginął... 
— Jak to nie wiesz? — zawołała blednąc Jagienka, a krew niej zaczęła zastygać. 
— Nie wiem, bom ani sam nie był przy jego śmierci, żadnego naocznego świadka nie widział. 
Ale mam z kancelarii królewskiej, jako pod Suczawą jest zabit, więc zginął. A kiedy 
zginął, to wasza miłość jesteś wdową i możesz sobą rozporządzać do woli, mnie tam nic do 
tego. 
Jagienka odetchnęła cokolwiek. 
— Przyjechał tu imć pan Wilczek — mówił dalej Wolski — bywa na zamku, powiadają, że 
idzie w konkur o rękę jejmości: to mnie tam nic do tego, niech Bóg błogosławi. 
Jagience się całkiem lekko zrobiło i rzekła: 
— Tak jest, więc o cóż chodzi? 
— Ale imć pan Wilczek wylega się tutaj po nocach — powiadał dalej Wolski tym samym tonem 
— i już o tym zgorszeniu głośno jest na zamku i po wszystkich gromadach. Owo więc, ja 
mam instrukcje względem imci pana Wilczka jeszcze od pana Gniewosza i mam obowiązki, 
których sam jestem świadom, i deklaruję waszej miłości, że na to pozwolić nie mogę. 
A wtedy Jagienka się straszliwie zmieszała, ale się zebrała, jak mogła, i zaczęła mówić w 
pomieszaniu, ale z pewną niecierpliwością: 
— Każdemu wolno plotki nosić, jeśli mu się to podoba. Ale nic nie masz w tym złego. Tobie 
wiadomo, mój panie Wolski, że jeśli się jest po zrękowinach, to nikt nie ma prawa liczyć 
zmówionym godziny i zaglądać przez okna, czy słońce już zaszło... 
Ale Wolski jej przerwał, mówiąc: 
— To tam ekskuzy dla innych. Jam pana Wilczka sam dzisiaj widział, jako się z zamku wykradał 
dopiero o świcię, i deklaruję waszej miłości, że ja tu w tych murach porubstwa nie 
znoszę. 
Na to słowo, chociaż ewangeliczne, Jagience wszystka krew uderzyła do twarzy. Porwały 
ją razem gniew i oburżenie, ścisnęła pięści, usta jej drgały i zawołała: 
— Ty śmiesz! precz! za drzwi! 
Ale Wolski stał jak mur i rzekł spokojnie, ale dobitnie: 
— Daję waszej miłości dzień cały, ażebyś zarządziła, wedle swej woli, co trzeba, mnie tam 
nic do tego; lecz deklaruję, że jeżeliby imci pan Wilczek chciał wejść do zamku o zmroku, to 
bramę przed nim zatrzasnę. 
To rzekłszy wyszedł. 
Po jego wyjściu Jagienka otrzeźwiała zupełnie. 
Trzechtygodniowy raj unosił się wprawdzie nad nią w całej swej pełni czarownej, ale czuła 
się odgrodzona od niego gorzkim zbudzeniem. Przejrzała instynktem całą nielitościwość rzeczywistego 
świata, zmierzyła niezaćmionym wzrokiem całą głąb tej przepaści, w którą się 
nieświadomie zsunęła. Przyszła od razu do przekonania, że tak dalej zostać nie może. Ale 
przypomniała sobie zarazem, że Wolski powiedział, jako nie jest całkiem pewnym śmierci 
Gniewosza. Ta myśl, lubo całkiem nieprawdopodobna, przecież przejęła ją dreszczem. A 
wtedy powiedziała sobie: Niech się dzieje, co chce, tu nie masz jednej chwili do stracenia. 
I posłała w ten moment po Wilczka. 
Kiedy opowiedziała Wilczkowi, co się stało, młody jej oblubieniec w pierwszej chwili 
strasznym zapłonął gniewem. Jego godność rycerska się w nim odezwała, a ręka rycerska, 
gotowa zawsze bronić tak dobrze prawa, jak i bezprawia, uderzyła o miecz. Jak to! taki mizerny 
ciura, taki zamkowy namiestnik, śmie mnie prawo dyktować? Kroki moje nadzorować? 
bramę zatrzasnąć przede mną?... I gdyby nie wzgląd na położenie, gdyby nie poczucie się do 
występku, gdyby nie wzrok zatrwożonej Jagienki, byłby pewnie Wolskiemu łeb mieczem 
rozszczypał, a zapewne i zamek zabrał pod swoje komendę. 
Ale Jagienka stała nad nim drżąca i wystraszona i takimi oczyma na niego patrzała, że nie 
mógł dalej się gniewać. 
A wtedy i on się z tego snu obudził, w którym, równie jak ona, bez świadomości siebie, 
bez myśli, a w upojeniu rozkoszy, prześnił całe trzy tygodnie tak prędko, że ani się spostrzegł. 
I wtedy sam się zasmucił i rzekł: 
— Moja to wina. Ta nagła zmiana, żem ciebie, już stokroć opłakaną przeze mnie, znowu 
obaczył, odebrała mi zmysły, a miłość mnie ogłupiła do reszty. Teraz sam nie wiem i nie 
pojmuję, jak mogłem zapomnieć o tym, że przede wszystkim trzeba było o ślubie pomyśleć. 
Wciąż o tym myślałem, ażeby się za swatami obejrzeć i wciąż odkładałem z dnia na dzień, 
bom się ani na jednę chwilę nie mógł od ciebie oderwać. Sama myśl o tym, że będę cię musiał 
na dni kilka porzucić, napełniała mnie strachem, że może potem znowu cię nie obaczę, i odbierała 
mi odwagę o tej podróży. Ale nie mamy czego żałować, teraz się to zrobi bez zwłoki. 
— Ale dziś! — zawołała Jagienka — ja się czegoś boję, sama nie wiem czego i kogo, ja ani 
jednego dnia czekać nie będę. 
— Jakże dziś? — zapytał Wilczek — do ślubu potrzeba swatów i drużbów, i księży i godzi się 
przecież odprawić wesele. 
— Nie potrzeba żadnego wesela — wołała niecierpliwie Jagienka, nie mogąc ustać na miejscu 
— ja jestem w żałobie. Nie potrzeba i swatów. Drużbów ty masz przy sobie, ja znajdę 
drużki między moimi pannami. Ks. Pudełko jest w Krościenku, to dobry człowiek, da nam 
ślub zaraz bez zapowiedzi. Mój Lenardzie! dzisiaj, dziś jeszcze! 
Wilczek zastanowił się nad tym, ale jako był prędkiej determinacji, rzekł zaraz: 
— Więc dobrze. Dziś, zaraz. Nagotujże sobie suknię do ślubu i drużki i każ do karocy zaprzęgać 
— a ja pójdę się przebrać i moich drużbów namówić. 
Jagienka się rozpłakała z radości, wielki ciężar spadł jej ze serca. Wilczek, objąwszy ją w 
swoje ramiona, wybiegł także z radosnym sercem do swojej gospody. 
Wróciwszy do siebie, posłał przede wszystkim jednego ze swojej szlachty do Krościenka, 
do ks. Pudełka, zapowiadając mu, że się żeni z Jagienka, i prosząc, aby mu dał ślub dzisiaj z 
południa. 
Z południa zaś, kiedy już wszystko było gotowe, wyruszył orszak weselny do Krościenka: 
Wilczek ze swoją młodzieżą naprzód na koniach, Jagienka w poszóstnej karocy ze swymi 
drużkami za nim. 
Zajechawszy przed kościół, Wilczek i jego żołnierze pozeskakiwali z koni, kobiety wysiadły 
z karocy, Wilczek wziął Jagienkę za rękę i szli do kościoła. 
Kościół zastali otwarty i spostrzegli, że ks. Pudełko oczekiwał ich w kruchcie zaraz przy 
samej bramie. Ta rewerencja powinna była ująć państwa młodych: ale Wilczek zauważył, że 
Pudełko nie miał ani komży, ani stuły na sobie, tylko był w swojej wytartej rewerendzie, w 
której chodził codziennie. To spostrzeżenie go trochę ubodło; ale nie zważał na to, tylko, 
zbliżywszy sę do niego, opowiedział mu, po co przyjeżdża, i prosił go, aby się pośpieszył ze 
ślubem. 
Pudełko mu się bardzo pokornie ukłonił, ale odpowiedział opornie, mówiąc: 
— Jestem zawsze gotów wypełniać rozkazy urzędników królewskich, ale ja jestem przede 
wszystkim sługą Kościoła i muszę wykonywać prawa Boże. Ja nie wiem o tym na pewno, że 
pan Gniewosz nie żyje; czy wasza miłość masz na to jakie dowody? 
— Jak to, nie wiesz? — zawołał Wilczek niecierpliwie — przecież Wolski otrzymał instrukcje 
królewskie, w których o śmierci Gniewosza stoi wyraźnie. 
— To dla mnie nie wystarcza — rzekł mu spokojnie Pudełko — rzekomo zabici na wojnie 
często po latach w dobrym zdrowiu wracają. Czy masz wasza miłość jaki akt śmierci albo też 
akt pogrzebu? 
Na te słowa Jagienka zbladła jak śmierć i chwyciła Wilczka pod ramię, aby nie upadła, W 
Wilczku zaczęła się krew niepokoić, raz mu się zimno robiło, to znowu gorąco, przez oka 
mgnienie nie wiedział, co robić: czy ma księdza bić w łeb, czy też mu perswadować. Jednak 
w tej samej chwili przypomniał sobie, że za namową Jagienki wziął z sobą testament Gniewosza 
z okruszyną obrączki i list jego, do Jagienki pisany, z drugą połową obrączki: zaczem 
dobył to wszystko z zanadrza, dał księdzu i rzekł: 
— Masz dowód. 
Ks. Pudełko, stojąc ciągle w kruchcie przy samym progu, jak gdyby im nawet chciał bronić 
wejścia do kościoła, wziąl te obydwie skryptury do ręki i przeczytał z uwagą. Lecz przeczytawszy, 
zwrócił je Wilczkowi i rzekł: 
— To nie jest dowód. To pisał pan Gniewosz, kiedy żyl jeszcze. 
— Głupiś! — rzekł Wilczek ze złośliwym szyderstwem — przecież po śmierci nikt do ciebie 
listów pisać nie będzie. Więc czegóż ci trzeba? 
Ale Pudełko wcale się tym nie obraził — ludzie nieszlacheckiego stanu byli przyzwyczajeni 
do gwałtowności owoczesnych rycerzy — owszem, odpowiedział mu z cierpliwością i pokorą, 
chociaż zarazem z powagą kapłańską: 
— Rad bym waszym miłościom dopomóc, choćby tylko dlatego, ażeby drogę zawalić dalszemu 
zgorszeniu; ale praw Bożych nawet dla samego króla łamać nie mogę. W takich wypadkach, 
gdzie nie masz dokumentnych dowodów, jako umarł, wdowa ma czekać rok i sześć 
niedziel. A i wtedy dopiero biskup może dać pozwolenie do wejścia powtórnie w śluby małżeńskie, 
chociaż urgente necessitate59 może takie pozwolenie dać także i wcześniej. 
A wtedy Wilczek, jako był zawsze okrutnie porywczy, już kipiał. 
— Rok i sześć niedziel! — zawołał drżącym głosem od gniewu — ani sześć godzin! Dasz ślub 
w ten moment, czy nie dasz? 
— Nie dam — odpowiedział mu Pudełko, rozszerzając ramiona — nie dam! ani was nawet do 
kościoła nie wpuszczę, chyba że chcecie iść do spowiedzi. 
Na te słowa Wilczek już wściekł się ze złości. Twarz jego stała się sinawoczarną, jak gdyby 
była z żelaza, oczy piorunami zagrały, wargi mu się tak trzęsły, że aż zęby szczękały. 
— Nie dasz! — zawołał głosem przerywanym, a jego słowa wylatywały sylabami jak kule 
spomiędzy zębów — nie dasz! Otóż ja ci pokażę, że dasz! Albo dasz — albo zaraz cię zetnę! 
A to mówiąc, dobył miecz z pochwy i świsnął nim w górze. 
Natenczas Pudełko padł przed nim na kolana, jak gdyby do ścięcia, a złożywszy ręce, za
wołał: 
— Tnij w imię złych duchów, co nad tobą panują. Panie! w ręce Twoje oddaję duszę moją! 
Ale w tej samej chwili Jagienka z podniesionymi w górę rękami rzuciła się jak błyskawica 
pomiędzy niego i księdza i tym silnym rzutem zachwiała go na nogach; tymczasem zaś jego 
młodzi żołnierze, przejęci zgrozą, nabrali odwagi, chwycili go silnymi rękami za ramię i porwali 
na próg kościoła, sprowadzając go jak pijanego ze schodów. 
Widząc ich odchodzących, Pudełko wstał z kolan, poszedł wolnym krokiem przed ołtarz, 
tam klęknął na pierwszym schodzie i modlił się długo, dziękując Bogu, że go cudownie ratował 
od śmierci, ale ofiarując Mu się zarazem, że zawsze gotów jest swoje krew przelać za 
Jego prawa odwieczne, i prosząc pokornie o taką śmierć świątobliwą. 
Tak o tych dwóch ludzi, bardzo maluczkich, ale żelaznej woli i niewzruszonego sumienia, 
roztrąciła się nieokiełzana samowola takiego potężnego rycerza, jak Wilczek. Bo też tak było 
po całej Polsce natenczas: u góry szumiały, jak wichry śród burzy, najgwałtowniejsze namiętności, 
wypiętrzone ambicje, rwanie się o zaszczyty i władze, gwałty o dziedzictwa, o posagi, 
o wiana, niejednokrotnie występki i zbrodnie — a na tych maluczkich, co w imię czy to praw 
Boskich, czy ludzkich sprawowali sumiennie swe obowiązki, nie wychodząc poza obręb 
swoich urzędów, opierała się jak na opoce moralność publiczna i na nich stała rodzina i społeczeństwo, 
i naród, i państwo. 
Wilczek, sprowadzony prawie gwałtem ze schodów kościoła, był w samej istocie jak 
człowiek pijany. Jego gorąca krew, rozpalona do żaru, odebrała mu przytomność umysłu. Dał 
się bez oporu prowadzić, bo w tej chwili nie wiedział, co się z nim dzieje. 
Jagienka, chociaż wcale krwi w sobie nie czuła, była przecież przytomniejszą od niego. Za 
jej radą wsiadł z nią do karocy, żołnierze pobrali panny służebne i powsadzali je na swoje 
kułbaki przed siebie, trzymając je wpół, aby nie spadły, i tak ta kawalkada weselna puściła się 
wolnym krokiem nazad na Czorsztyn. 
Wilczek, trzymając Jagienkę za rękę i cisnąc ją konwulsyjnie, patrzał przez długą chwilę 
przed siebie w milczeniu. A oprzytomniawszy cokolwiek, rzekł do niej: 
— Nie wiem zaprawdę, jaki zły duch nas prześladuje, że nam się tak wszystko nie wiedzie. 
Cóż teraz robić? 
Jagienka odpowiedziała mu na to przytomnie: 
— Ofiarujemy te przeciwieństwa Panu Bogu za grzechy nasze. Taki jest świat! Jeżeli ten 
świat będzie nam wstręty czynił, abyśmy żyli z sobą po ludzku, to pluniemy mu w twarz — a 
przecie żyć będziemy ze sobą, bo teraz żadna moc ludzka już nas nie rozłączy. 
To mówiąc, mocno go ścisnęła za rękę. Wilczek oddał jej uścisk i rzekł: 
— To pewna. Ale co robić? bo przecie zawsze lepiej żyć w zgodzie ze światem. 
A na to Jagienka: 
— Uważałam, jako Pudełko powiedział, że biskup może wyjątkowo dać pozwolenie na ślub 
takiej wdowie, co nie może dokumentnie dowieść śmierci swojego pierwszego męża. Trzeba 
by więc udać się do jakiego poczciwego biskupa. 
Te słowa otrzeźwiły Wilczka, jakoż odpowiedział jej na to: 
— Masz rację. Ale ja nawet takiego poczciwego biskupa długo szukać nie potrzebuję. Jest 
przecie królewicz Fryderyk, biskup krakowski i kardynał, służyłem trzy lata na jego dworze, 
kochał mnie bardzo, ma on władzę nad wszystkie biskupy, a potem nie jest to kapłan takiego 
ciasnego łba i takiego nieużytego serca, jak inni; on sam sobie wielu rzeczy pozwala, na które 
nie dały mu pozwolenia kanony... Zaraz jadę do niego. 
To rzekłszy, zaczął kręcić się w powozie, ażeby jak najprędzej wyskoczyć. 
Jagience przyniosły ulgę te słowa, ale na myśl, że Wilczek odjedzie, zarazem ciężka ją porwała 
tęsknota. Prawie już żałowała, że mu to powiedziała. Ścisnęła go znowu za rękę, łzy jej 
w oczach stanęły i rzekła: 
— Ty jedziesz! a ja tu sama zostanę? Lenardzie! ja nie chcę. Ja nie wyżyję bez ciebie. A 
potem, ja się boję. Albo nie jedź, albo ja z tobą pojadę. 
Wilczek zastanowił się nad tym, a potem rzekł: 
— Czegóż się boisz? To tam bajki, co o Gniewoszu gadają. Nie chciałbym ja tak żyć, jak on 
żyje. Umarli z grobu nie wstają. A co do twojej podróży, to byłaby rzecz także niemądra. Widzisz, 
jakie śniegi pozawalały drogi: nimbyś ty przyjechała do Krakowa, ja już nazad powrócę. 
— Ja wsiądę na koń i przy tobie pojadę — zawołała Jagienka. 
Ale Wilczek się na to uśmiechnął, objął ją w swoje ramiona, pocałował ją w czoło i rzekł: 
— Wszystkoś dla mnie zrobić gotowa! Ale dzisiaj na koniu ty byś umarzła. Ja sam może 
nieraz piechotą będę się musiał przebijać przez zaspy. Ale już ja się przebiję. Nie pośpieszę, 
jak w lecie, ale tak sądzę, że za dwa dni tam będę, dwa dni na powrót, a więc czwartego, a 
najdalej piątego dnia będę nazad w Czorsztynie. I da Bóg z dokumentnym rozkazem, a z tęgim 
nosem dla ks. Pudełka! 
Z tymi słowami przyjechali przed Wilczkową gospodę. Tutaj się rzewnie żegnali i jeszcze 
raz im się serce z bólu rozdarło. Jagienka zalała się łzami i tak mu się uwiesiła na szyi, że jej 
nie mógł od siebie oderwać. Ale nawet i nie chciał jej od siebie odrywać, bo i jemu łzy zakręciły 
się w oczach, i tak zwiądł cały, że nie czuł sił w sobie. Dopiero po długiej chwili wypuścili 
się z objęć: Jagienka, rozpłynięta we łzach, odjechała na zamek — a Wilczek został w 
gospodzie i kazał sobie konie kułbaczyć i juki gotować. 
Zima onego roku nie była mroźna, lecz śnieżna. Cała Małopolska tak była zasypana śniegami, 
jak gdyby ją białą płachtą kto nakrył. Cały Kraków ugrzązł jak w puchu, na dachach 
kamienic leżały grube płachty białego śniegu, zwieszając się zębatymi rąbkami ze strzech i 
krużganków, cały zamek królewski wyrastał jak gdyby z góry białych obłoków, trzy wieże 
katedry były śnieżnymi płachtami nakryte, a w ulicach widać było tylko wąskie drożyny pomiędzy 
napiętrzonymi wałami śniegu. Jasno i biało było dokoła choć w nocy, niebo się wyiskrzyło 
gwiazdami, powietrze zdało się być jakoby przejrzystym morzem opałów, cisza ob
jęła wszystkie dzielnice miasta — a nad miastem unosił się w tym opałowym powietrzu uroczy 
obraz Matki Boskiej Śnieżnej. 
Kiedy Wilczek, kopiąc się przez trzy dni przez śniegi, wjeżdżał do miasta, właśnie północ 
wybiła, a na Wawelu zadzwoniono na jutrznię. Nabożeństwo zaczynało się wtenczas o samej 
północy. Jak tylko dzwon zamkowy uderzył na jutrznię, budziły się za nim natychmiast 
wszystkie klasztory męskie i żeńskie i zaczynały nabożne śpiewy każdy w swoim kościele. 
Przodowała im wszystkim w drogie kamienie, w srebro, złoto i Sw. Pańskich relikwie niezmiernie 
wówczas bogata, a już pięć wieków licząca katedra — a nabożeństwa w jej murach, 
ze wszystkich stron we wspaniałe nagrobki ozdobnych, nie ustawały ani na chwilę. Po jutrzni 
i Laudes60, które przez dwie godziny trzydziestu wikariuszów śpiewało, intonowali inni kapłani 
Officium61 św. krzyża, Officium za dusze zmarłe, a w końcu Officium B. Virginis Mariae. Następnie ośm mszy się odprawiało jedna po drugiej, po których psałterzyści śpiewali 
Psałterz aż do nieszporów, zaś po czworakich nieszporach znów psałterzyści wracali i śpiewali 
psalmy do samej północy. Tak przez cały dzień Boży, od jednej jutrzni do drugiej, i tak 
przez cały rok i po wszystkie lata Kraków brzmiał chwałą Pańską bez odetchnienia, czego nie 
można było widzieć w żadnym mieście całego świata. 
Wilczek zajechał na zamek i tam przenocował. 
Nazajutrz wstał rano i chciał iść zaraz do kardynała. Ale ani do kardynała, ani do kogo innego 
dostać się nie mógł, był to bowiem trzynasty dzień grudnia, dzień św. Łucji w którym 
właśnie z rozporządzenia królewicza Fryderyka odbywały się solenne nabożeństwa w katedrze. 
Królewicz został pierwotnie mianowany kardynałem św. Sergiusza i Bacha, ale że tytuł 
Bacha z powodu jego zamiłowania w kielichach i nimfach kusił złośliwych ludzi do rozmaitych 
konceptów, papież mu zmienił tego tam Bacha na św. Łucją, za co wdzięczny królewicz 
obrał sobie tę świętą patronkę i jej dzień święcił nabożeństwem tak uroczystym, jakich rokrocznie 
niewiele bywało w katedrze. 
Kto zatem żył na zamku i w mieście, wszyscy byli w kościele. Nawet i król, w pozłociste 
szaty przybrany, z koroną na głowie a berłem w ręku, siedział pod baldachimem na tronie po 
prawej stronie wielkiego ołtarza, a otoczony całym swym dworem, błyszczącym od aksamitów, 
srebra, złota i drogich kamieni, dotrwał aż do końca uroczystości. 
Już było dobrze z południa, kiedy król, wróciwszy na swoje pokoje i przebrawszy się w 
suknie codzienne, siadł do obiadu. Wilczek przyszedł także do stołu, jako miał prawo i obowiązek. 
Król, spostrzegłszy go między panami, sam przystąpił do niego i rzekł: 
— Jakże tam? czy już mi cię witać kosmato? 
Wilczek odpowiedział mu, że jeszcze się to przewleka i że właśnie dlatego do Krakowa 
przyjechał. A król na to: 
— Przyjdźże po obiedzie do mnie na pokój, rad bym się tobą nacieszyć. 
Obiad trwał ze dwie godziny, już i świece pozapalano, a król jeszcze kazał wina dolewać 
swoim dworzanom i bawił się z nimi. Wilczek siedział jakby na węglach. Wstano wreszcie od 
stołu, król poszedł na swoje pokoje, ale poszedł za nim najprzód kanclerz koronny, potem 
marszałek, nuż Kamieniecki za nimi, który siedział niezmiernie długo u króla. Wilczkowi już 
mdło się robić zaczęło od samego czekania. Przecież na koniec przyszła kolej na niego. 
Król przyjął go, stojąc o stół oparty i bardzo zamyślony. Ale jakoś nie bardzo go wypytywał 
o to, gdzie przez ten czas bywał, tylko mu opowiadał, jako jego dworskie chorągwie są 
teraz w nieładzie i że trzeba je uporządkować przez zimę, bo bardzo być może, że na wiosnę 
znowu będziemy mieć wojnę, teraz już nie z wojewodą wołoskim, z którym za wdaniem się 
króla węgierskiego zawarł sojusz bezpieczny, ale z Tatarami, a może nawet z Turkami. 
Wilczek skorzystał z tej sposobności i powiedział mu, że na taki wypadek lepiej by było, 
gdyby mu król rozkazał zostać u siebie, bo zamek tustański jest najsilniejszą fortecą na całej 
Rusi w tych stronach, o który się pogańska nawała pewnie pokusi. Król mu odpowiedział: 
— Właśnieśmy o tym z Kamienieckim mówili i podobno tak będzie. 
Dopiero potem spytał: 
— Jakże tam? czy już jesteś po ślubie? 
Więc Wilczek mu odpowiedział, koloryzuując rzecz wedle potrzeby: jako z powodu pogrzebu 
matki Gniewosza trzeba było przeczekać czas jakiś, jako potem pani młoda potrzebowała 
cokolwiek czasu dla przygotowania się do wesela — a kiedy nareszcie pojechali do ślubu, 
owo więc co mu się stało. 
Król myślał nad tym przez oka mgnienie, a potem rzekł: 
— Ci nasi księża, gdzie tylko mogą, wstręty nam czynią. Cóż teraz zrobisz? 
— Chcę iść do księdza kardynała, przecie jest od tego biskupem, aby prawa dyktował proboszczom. 
— Idźże więc do niego — rzekł na to król prędko — a powiedz mu, że ja go proszę, aby to 
stante pede załatwił, bo jest periculum in mora62 . 
Więc Wilczek bardzo się uradował, ale to periculum in mora trochę go przeraziło, zaczem 
spytał: 
— Czy może są jakie wieści o Gniewoszu? 
Tu król znowu się małą chwilkę namyślił i rzekł: 
— Nie. Ale żeby Kmitowie tymczasem się w to nie wmieszali. Idźże więc zaraz, zastaniesz 
teraz mojego brata przy dobrej myśli, jak się rączo weźmiesz do niego, to ci jeszcze dzisiaj da 
indult i pozwolenie do ślubu. 
Wilczek pobiegł więc zaraz na ulicę Kanonną do biskupiego pałacu. 
Jako dawny dworzanin królewicza jest zaraz przez wszystkie sługi poznany, bardzo serdecznie 
witany i prowadzony na pokoje, do których pierwsze drzwi mu otworzono na ścieżaj. 
Wilczek wiedział dobrze, jakie życie prowadził ten młody kardynał. 
Bardzo wyniosłej postaci, o pięknej twarzy, o płci wiele jaśniejszej od króla, a pełnej wy
razu ujmującej dobroci, chociaż także niepróżnej uczucia swojej wysokiej godności, o dużych, 
szeroko otwartych oczach i ciemnych bogatych włosach, spadających na kark w 
wdzięcznych kędziorach, umiał on wszędzie, gdzie tego była potrzeba, zachować prawdziwie 
książęcą powagę i budzić rzetelny respekt dla siebie u wszystkich: ale kiedy siedział z przyjaciółmi 
przy stole biesiadnym, gdzie nie było mowy ani o sprawach kościelnych, ani nawet 
publicznych, bo trzymał się ściśle zasady ne misceantur sacra profanis63, tam był najweselszym 
ze wszystkich i każdego traktował jak brata. Bardzo rozumny i ukształcony, może najrozumniejszy 
ze wszystkich swych braci, znający jak najdokładniej prawa i interesa Kościoła, 
widzący bardzo daleko i trafnie we wszelkich sprawach publicznych, ilekroć urzędowo wystąpił, 
zawsze trafił w rdzeń rzeczy i sprawił swój urząd sumiennie, dokładnie i z niezwyczajną 
energią; ale w życiu prywatnym miał temperament niepowściągliwy do swawoli i zbytków 
i swojej konduity fatalnej nie umiał na żaden sposób utrzymać w szrankach. Królewicz z rodu, 
udzielny książę siewierski, kardynał Stolicy Świętej, biskup krakowski i kanclerz Akademii 
Krakowskiej, arcybiskup gnieźnieński, prymas i pierwszy senator królestwa, wszystkim 
tym tak rozlicznym obowiązkom czynił zadość sumiennie, z hojnością wielkiego pana i z 
dobrocią serca najzacniejszego człowieka: ale za jego czasu nikt go nie przesadził w najwyuzdańszej 
swawoli, nikt nie był zapaleńszym i niepowściągliwszym wielbicielem płci pięknej, 
nikt nie potrafił więcej wypić od niego. 
Dzień w dzień wieczorami gromadziły się tłumy duchów hulaszczych u niego, noc w noc 
wyprawiały się orgie przy instrumentach dętych i rzniętych do brzasku, a o wschodzącej jutrzence 
wymykały się z jego pałacu wystrojone kobiety, nakrywając głowy kapturem, jak 
duchy ponocne, nie mogące znieść jasnych promieni słońca... 
Wilczek już w pierwszych komnatach spotykał grupy takich biesiadników, którzy królewiczowi 
nie mogli dotrzymać, jednych śmiejących się do rozpuku, drugich kłócących się z sobą, 
a innych trzymających się muru, bijących się w piersi i żałujących za grzechy. 
W komnacie jadalnej tłum jeszcze był gęsty, ale już wszyscy stali na nogach około stołu. 
Już świece się dopalały, drugie pogasły, napełniając komnatę swędem i dymem, już powietrze 
w komnacie było gęste i siwe, w którym stojące osoby szarzały tylko jakby we mgle. Już 
wtedy grubego i korzennego piwa Piątkowskiego wypito jednę beczkę i drugą, już wypróżniono 
dzbanów wina niemało, już muzykanci tylko ochrypłymi się odzywali głosami, już w 
dalszych komnatach słychać było szelesty sukien jedwabnych, już każdy musiał stołu się 
trzymać, aby nie upadł — a królewicz w kardynalskiej purpurze stał jeszcze twardo na nogach, 
trzymał czarę napełnioną winem w podniesionej prawicy i wołał: 
— Bibamus papaliter!64 jeszcze jedna, a potem was puszczę. 
Wtedy wszedł Wilczek do komnaty. 
Królewicz spojrzał na niego szklanymi oczyma, ale go poznał zaraz i zawołał; 
— Wilczek! mój stary druhu, jakiż duch ciebie przynosi? Masz, wypij tę czarę na powitanie 
i niech ci będzie na zdrowie! 
To mówiąc podał mu swoje czarę, którą właśnie trzymał w ręku. 
Inni biesiadnicy, korzystając z tej sposobności, pousuwali. się i jedni usiedli, pochyliwszy 
głowy nad stołem, a drudzy patrzali, kędy mogli się wynieść. 
Wilczek wypił czarę duszkiem — a nie chcąc czasu tracić, zaraz powiedział kardynałowi, że 
przychodzi od króla. 
Na to królewicz stanął mocniej na nogach i oparł się ręką o wysoką poręcz swojego krzesła 
— a chociaż był nalany po samę szyję, widać było po jego twarzy, że usiłuje zebrać swoję 
przytomność. 
— Cóż mi więc przynosisz od króla? — zapytał Wilczka. 
Wilczek, jak mógł najprędzej, opowiedział mu swoję sprawę, prosząc o rezolucją. 
— Tak ci to pilno? — zapytał kardynał. 
— Eminentissime65 — odpowiedział mu Wilczek, zmuszając się do uśmiechu — tak mi pilno, 
że chciałbym tam jeszcze dziś lecieć, choćby powietrzem. Jest periculum in mora, sam król to 
powiedział. 
Kardynał nad tym się zastanowił. Widać było, że niełatwo zbiera swe myśli, ale je zebrał, a 
potem rzekł: 
— Rad bym ci pomóc. Ale takich rzeczy tak primo impetu66 rezolwować nie można, bo 
przecież są prawa kościelne. Maszże jakie dowody na to, że Gniewosz nie żyje? 
— Mam — rzecze Wilczek, a sięgnąwszy w zanadrze, podał mu dokumenty. 
Ale kardynał te papiery odsunął od siebie, wszelako rzekł bardzo łaskawie: 
— Więc dobrze. Więc kiedy ci tak pilno, to idźże zaraz do Konarskiego, on jeszcze nie śpi, i 
powiedz mu ode mnie, żeby się w tej sprawie rozpatrzył. Ale dokument ci wydam przecież 
dopiero jutro rano, bo ponieważ ci tam proboszcz wstręt czyni, więc dla większej powagi muszę 
sam go podpisać. 
Kardynał był tak głęboko przejęty swymi obowiązkami, iż mimo to że prawie był nieprzytomnym, 
przecież zachował wszelką ostrożność. 
Bardzo się to Wilczkowi nie podobało, ale pokłoniwszy się, poszedł do Konarskiego. 
Królewicz miał swój dwór duchowny, który za niego pracował w sprawach kościelnych. 
Kanclerzem krakowskiego biskupstwa był wtedy Zygmunt Targowicki, ale był to człowiek 
już bardzo stary, nie mógł pracować i prosił od dawna o uwolnienie od służby. Król Tomickiego 
na kanclerza zawołał, ale Tomicki był wtedy w Rzymie i nie przyjeżdżał. Na czele duchownego 
dworu stał zatem ks. Jan Konarski, ten sam, który po kardynale Fryderyku pod 
imieniem Jana XLI został biskupem krakowskim. 
Konarski miał wtenczas lat równo pięćdziesiąt, był prawie słusznego wzrostu i silnej budowy, 
nosił krótko ostrzyżoną siwą czuprynę i całą twarz ogoloną, był poważny bez surowości 
i zawsze jednostajnego humoru, niezmiernie był pracowity, ale niewiele się ruszał, bo niedomagał 
na nogi, dlaczego też wszystkich siedząc przyjmował. 
Pochodził ze starożytnego wielkopolskiego rodu, herbu Abdank, miał senatorów w swym 
rodzie i miał sam trochę majątku, ale należał do tych kapłanów, którzy zawód swój opierają 
wyłącznie na pracy i rzeczywistej zasłudze. Wolny od fanatyzmu, był w rzeczach wiary nieubłaganie 
surowym dla siebie i drugich i był w owym czasie jednym z najpotężniejszych filarów 
Kościoła w Polsce. On pierwszy postawił dla wszystkich tę gruntowną naukę: „że takie 
bogactwo najlepsze, co go złodziej nie wyniesie, a woda nie zabierze, ani ogień nie spali”. 
Będąc podówczas kanonikiem krakowskim i proboszczem u św. Michała, był niejako duchownym 
majordomus u kardynała, zawiadywał wszystkimi jego dobrami, zarządzał wszystkimi 
kościelnymi sprawami jego obydwóch episkopatów i był stróżem jego sumienia. Od 
swawoli powstrzymać go nie mógł, bo żadna siła ludzka nie byłaby w to potrafiła, ale patrzał, 
aby królewicz nie zaniedbywał przeto swoich obowiązków duchownych, aby ludzie uczeni 
miewali poszanowanie u niego, ażeby młodzież szlachecka, co się na jego dworze chowała, 
nie psowała się jego zbytkami: jakoż sam kardynał tak go poważał, że kiedy go spostrzegł 
wchodzącego na pokoje podczas biesiady, to roztruchany się pod stół chowały i wszyscy 
udawali, jakoby nic złego nie było. 
Konarski Wilczka znał z dziecka, a ceniąc wedle wartości jego rycerskie zalety i rygor 
wojskowy, dosyć go lubił, zaczem uprzejmie go przyjął, naprzeciw siebie za stołem posadził, 
a rozpytawszy o wszystko, wziął się do przeczytania dokumentów i obejrzenia na dwie połowy 
rozłamanej obrączki. 
Lecz przeczytawszy, oddał mu te pergaminy na powrót i rzekł głosem jasnym i pewnym: 
Panie bracie, nic z tego nie będzie. Pani Gniewoszowej pozwolenia do ślubu na teraz nie 
damy. Te pergaminy nic nie dowodzą. Ks. Pudełko miał racją, jak zawsze. 
Na ten piorunujący wyrok Wilczek zbladł, jak gdyby wszystka krew mu z twarzy uciekła, i 
na chwilę zaparł mu się głos w gardle. Zaczerpnąwszy powietrza, zaczął mu dowodzić 
wszystkimi możliwymi argumentami, że nie masz najmniejszego wątpienia, jako Gniewosz 
nie żyje. Ale Konarski był niewzruszony i stał tak przeciw niemu, jako bazylika św. Piotra 
stoi niewzruszenie na swych fundamentach i najwścieklejsza burza nigdy nią nie zachwieje. 
— I ja tak rozumiem — powiadał mu ten niezachwiany sędzia w rzeczach religii — i ja tak 
rozumiem, że Gniewosz nie żyje. Król, który go tak kochał, że dałby wszystkich swoich rotmistrzów 
za niego, pewnie nie zaniedbał niczego, aby go odpytać, jeśliby był w niewoli — a i 
on go już także opłakał. Ale to są dowody dla ludzi świeckich. Kościół zaś, znając kruchość 
ludzkiego rozumu, a wiedząc, że z woli Bożej bardzo często dzieją się rzeczy, których najrozumniejsi 
ludzie nie przewidzieli, nie poprzestaje na takich dowodach. Kościół nie może 
ścielić drogi ciężkiemu grzechowi bigamii i obładować się odpowiedzialnością za to, co by 
właśnie się stało w tym razie, gdyby dla ciebie prawo przełamał i gdyby potem Gniewosz 
powrócił. 
Ale Wilczek już tych rozumnych wywodów wcale nie słuchał. Jemu już wtedy znowu jego 
niespokojna krew puściła się w obieg po żyłach i żółć mu się zaczęła przelewać. 
— Więc nie? — zapytał, patrząc gniewnie na Konarskiego. 
— Nie — odpowiedział mu stanowczo Konarski — poczekacie rok i sześć niedziel, a potem, 
jeżeli przez ten czas żadna wieść o Gniewoszu nie przyjdzie, potrafimy to od księcia kardynała 
otrzymać, że na te śluby zezwoli. 
— Od kardynała! — zawołał Wilczek szyderczo, nie umiejąc już powściągnąć swego oburzenia 
i zrywając się z krzesła — od tego kardynała, co się tak spił, że ledwie mnie poznał? od 
tego kardynała, co swój pałac zamienił na dom publiczny, na dom obżarstwa, opilstwa i 
wszelakiej rozpusty? To są ojcowie waszego Kościoła? To są wasze powagi, które mają rozrządzać 
losami swych wiernych? Niech żeby raczej piorun trząsł w wasze kardynalskie pałace... 
Konarski słuchał zrazu tego niepowściągliwego wybuchu tylko z głębokim oburzeniem, a 
z jowiszowym wyrazem na twarzy. Ale w tej chwili zerwał się raźnie i stojąc odpowiedział 
mu głosem wielkim od gniewu w ten sens: 
— Waść jesteś głupi jak stołowa noga, jeżeli rozumiesz, że Kościół Boży ma takie kruche 
podstawy, jak ułomna natura ludzka z ciała i krwi! Ty błazen jesteś, jeżeli myślisz, że on się 
opiera na takich biskupach, co ze względu na związki rodzinne otrzymali swe pastorały! Albo 
na takich książętach, co w swojej królewskiej kolebce prymasostwa znaleźli! Albo i na takich 
papieżach, którym, na przestrogę dla innych, nie była dana od Boga moc poskromienia gorącej 
krwi swojej! Właśnie na tych wyjątkowych wypadkach, że bywali i zawsze będą tacy 
książęta Kościoła, co, uwiedzeni zbytkiem doczesnych dostatków, puścili wodze swoim ludzkim 
namiętnościom, a mimo to nie przynieśli uszczerbku naszej świętej wierze, owszem, nawet 
nie przeszkodzili jej ustawicznemu wzrostowi — właśnie w tym każdy rozumny człowiek, 
choćby nawet poganin, powinien widzieć niezbity dowód, na jak niewzruszonej opoce Kościół 
nasz stoi! A opoką tą nie jest ciało i krew ludzka, u każdego człowieka ułomnościom 
podległe, ani są ludzkie rozumy, zawsze skłonne do błędów, a bardzo chwiejne w swoich 
postanowieniach: tylko jest nią słowo Boże, które jest wieczne! A fundamentem ludzkim, na 
którym opiera się Kościół i żyje bez przerwy, i wciąż się dalej rozwija, nie są ci książęta Kościoła 
albo też obłąkani kapłani, co jak pasożyty się uczepili Chrystusowego drzewa i ciągną 
zeń soki dla siebie: ale te tysiące i drugie tysiące ubogich sług Bożych, co w wytartych chodzą 
sutannach albo też gruby habit przywdziali, co się ciała wyrzekli, a Bogu poślubili swe 
dusze, co z zaparciem się siebie, a przepełnieni miłością ludzi, w pocie swojego czoła, o głodzie 
i chłodzie, w dzień i w nocy, bez przestanku i bez odetchnienia pracują nad tym, ażeby 
ludzie wzajemną dla siebie miłością a uczynkami swymi mnożyli chwałę Bożą na ziemi i 
sobie ścielili drogę do wiecznego zbawienia! Opoki nie wzruszysz, bo ona jest słowem — a 
słowa ludzkimi rękami nie dotkniesz! Tych zaś tysiąców i drugich tysiąców także nie pokruszysz, 
bo jest ich na ludzkie ręce za wiele. Jeżeli zaś którego zabijesz, to z krwi jednego wyrastają 
nowe tysiące, bo sanguis nartyrum est semen Christianorum67 Musiałeś ty umysł twój 
dziwnie obłąkać — zakończył łagodnie Konarski — albo też diabła masz w sobie, jeżeliś się nie 
udławił tymi bluźnierstwy, które dopiero co wyleciały z twej krtani. Idź i pomódl się Bogu, 
ażeby twój łeb zagorzały oświecił! 
Mówiąc te słowa Konarski, wyglądał wspaniale i imponująco, jak każdy człowiek, co w 
dopełnieniu swych obowiązków mówi z głębi swoich przekonań, i jak właśnie wtenczas mówili 
ci, co się czuli reprezentantami i obrońcami katolickiego Kościoła. 
Wszelako wymowne te słowa obiły się o Wilczka jak o skałę. Słuchał ich stojąc, kręcąc się 
w miejscu i posuwając się z wolna ku drzwiom komnaty. Zaś kiedy Konarski skończył, zawołał 
niepowściągliwie ku niemu: 
— Co mi tam wasze wywody! Stara to pieśń — a przecie jej nuta fałszywa. Kiedy czas na 
was przyjdzie, to was nie mieczem wojować będą, lecz także słowem, jakoście na tych widzieli, 
coście ich popalili na stosach. Ale co mnie tam na tym! Nie o wasz Kościół mi idzie, tylko o mnie samego. Ja chcę żyć uczciwie — a wy się murem kładziecie przede mną. Jeżeli 
mi pozwolenia do ślubu nie dacie, to wiedzcież o tym, że ja przeto jej nie opuszczę, a będę z 
nią żył w konkubinacie. 
Konarski mu na to odpowiedział spokojnie: 
— Ja radzę cierpliwość i wstrzemięźliwość. Ale rób, co chcesz. Konkubinat jest wielkim 
zgorszeniem: robimy też, co możemy, aby mu ułatwiać poddanie się pod prawa Kościoła. Ale 
bigamii za żadną cenę dopuścić nie możemy, niechaj się dzieje, co chce! bo małżeństwo jest 
sakramentem, na którym stoi rodzina, a na rodzinie opiera się chrześcijańska społeczność. Idź 
i pomódl się Bogu... 
Jednak Wilczek dalej już słuchać nie chciał. Zawołał jeszcze: 
— Jam chciał jak najlepiej. Wyście nie chcieli, wy za to odpowiecie przed Bogiem. 
— Odpowiemy! — zawołał stanowczym głosem Konarski. 
Tymczasem Wilczek rzucił się do drzwi i zniknął z komnaty. 
W drodze do zamku okrutnie mu ciężko było na sercu. Chciał jak najlepiej, ale czekać nie 
chciał. Według swego uczucia nawet czekać nie mógł, bo przecie zupełnej pewności nie było, 
że Gniewosz nie wróci — a tak jego najlepsze chęci musiały się rozbić o przepisy Kościoła. 
Rozmyślał nad tym, czy jeszcze jakiego ratunku nie znajdzie, ale go nie znalazł. Konarski 
odmówił, więc i kardynał odmówi, z królem już mówił, a król go odesłał do kardynała. Na 
nich dla niego kończył się świat. 
Wilczek przespał się na zamku — nazajutrz przed świtem puścił się nazad na Czorsztyn. 
Tego dnia nowa się puściła śnieżnica, Wilczek musiał się przekopywać przez zaspy od wsi 
do wsi, idąc więcej piechotą, niż jadąc na koniu, i dopiero szóstego dnia rano dokopał się do 
zamku Gniewosza. 
Jagienka spędziła te kilkanaście dni w śmiertelnej tęsknocie i w śmiertelnej obawie. 
Dzień jeszcze jakokolwiek jej mijał na wyglądaniu przez okno, na rozmowie ze swymi 
pannami i na rozmaitych rojeniach. Ale kiedy noc przyszła, niewysłowione zaczynały się męki. 
Do północy zasnąć ani sposobu, potem sen jej kleił powieki, ale wzburzony umysł snu nie 
dopuszczał; kiedy zaś nad ranem usnęła, przywidywały jej się takie straszliwe mary, że się co 
chwila ze snu zrywała... 
Raz zdało jej się, że Gniewoszowa stoi nad jej łóżkiem, z trupią twarzą a otwartymi oczyma, 
białą kościstą ręką jej grozi i ciężkie jej robi wyrzuty, że zamek ten, który po wszystkie 
wieki był niepokalanym przybytkiem zacności i cnoty, oddała na bożnicę bezcześci i obyczajów 
pogańskich. Jagienka broniła się we śnie przed tym straszliwym upiorem, wznosiła 
ręce przed siebie, uderzała całym swym ciałem o łóżko, chciała uciekać — a nie mogła się 
zbudzić... 
Innym razem zdawało jej się, że jest gdzieś na nieskończonej pustyni, zaścielonej gruzem i 
popiołami, a zarośniętej głogami i cierniem. Jest sama jedna w koszuli, bosa i z rozpuszczonymi 
włosami. Z dala jakiś rycerz się zjawia w brązowej zbroi na karym koniu — to Gniewosz. 
Uderza na nią i goni, ona przed nim ucieka, kaleczy sobie nogi o ostre kamienie, koszula 
się na niej rozdziera o ciernie, ona wciąż pędzi, już jest prawie naga, już całe jej ciało 
jest zakrwawione, że jej oddechu nie staje; czuje nareszcie, że śni, ale oczu otworzyć nie może... 
W innych chwilach miała sen spokojniejszy. Lecz wtedy nieznośny ból ściskał jej serce i 
krajał je jak gdyby ostrym żelazem. Zdawało jej się, że Wilczek już nie powróci. I widziała 
go wtedy, jak stał w własnej osobie na zamku w Krakowie, ręce założył przed sobą, patrzał na 
nią szyderczymi oczyma i śmiał się. Brało ją takie oburzenie natenczas, że chciała go zabić, 
ale nie mogła. Po czym ją lęk zdejmował i uciekała od niego — i ukryła się w jakiejś jaskini, 
zarośniętej gęstymi krzewami, i w tej jaskini wydała na świat dzieciątko, i musiała się kryć 
przed ludźmi, i była szyderstwem i pośmiewiskiem całego świata... 
Były to wszystko wytwory rozgrzanej imaginacji, nieokiełzanej oświeconym rozumem, a 
podniecanej przesądami owego wieku. Ale być może, że niezwyczajność i nieregularność jej 
położenia jeszcze daleko więcej się przyczyniała do takich nieposkromionych rzutów jej wyobraźni. 
Albowiem rzeczywistość także w sposób nieposkromiony rzucała jej losem. Poszedłszy 
za mąż, została panną, owdowiawszy, została kobietą, a może jeszcze czymś więcej, a nie 
była zamężną: dziś już na pozór wszystko się ułożyło po temu, ażeby była żoną i matką jak 
inne — a tu całkiem niespodziewane stanęły temu na drodze przeszkody. Nadto zaś wszystko 
jeszcze i Wilczek pojechał i tak długo nie wraca... 
W same niedzielę, na dwa dni przed wilią Bożego Narodzenia, wrócił nareszcie: 
Jagienka mu się rzuciła na szyję i długo na jego piersiach płakała. Smutne miała przeczucia, 
ale radość je zwyciężyła: przynajmniej jest przy niej, jeżeli ma zginąć, to razem z nim 
zginie. 
Jednak kiedy po tym długim uścisku w twarz mu spojrzała, zbladła jak ściana, bo wtedy 
już wyraźnie z niej wyczytała, że Wilczek z niczym powrócił. 
Był on także blady, zwiądł jak powismo68 i widać było po nim, że sam nie wie, od czego 
ma zacząć. 
Ale wtedy Jagienka się ożywiła. Na jej twarzy zajaśniała determinacja, stanowczość i zadziwiająca 
energia — a mówiła nie jak nieszczęśliwa, uwiedziona dziewczyna, ale jak matka, 
— Odmówili ci? — spytała go głosem jasnym i czystym. 
— Odmówili na teraz. 
— Boją się, że Gniewosz powróci? 
— Nie tyle tego się boją, bo wszyscy wiedzą, że zginął, ale mają tam jakieś kanony. 
— Więc dobrze — powiedziała Jagienka — oni mają kanony, a my obowiązki. Słysz, Lenard! 
a słuchaj dobrze, abyś zrozumiał. Ja ani jednej doby nie zostanę w tym położeniu. Albo jadę 
zaraz z tobą na Tustań, choćbym miała brnąć pieszo przez śniegi, albo zaraz ślub ze sobą 
weźmiemy. A czy jedno, czy drugie, dziś, zaraz. 
Na to Wilczek, doświadczywszy już tyle zawodów, spojrzał na nią bolesnymi oczyma i 
rzekł: 
— Zażądaj życia mego ode mnie i bierz je. Ale nie żądaj cudu albo też zbrodni. Z tych śniegów 
tylko ptak dzisiaj może wylecieć — a ja ci księdza nie stworzę, ani mu głowy nie utnę. 
Czekajmy. Jak tylko drogi się trochę przetrą, ja najprzód przed tobą wyjadę i kędyś znajdę 
jakiegoś księdza, co nam ślub da jak trzeba. Wyjeżdżać razem, cóż by świat na to powiedział? 
A księdza także nie wydobyć spod ziemi, kiedy go nie ma. 
A na to mu powiedziała Jagienka: 
— Może jest, ano go nie widzimy. Był u mnie wczoraj Kostruban, człek zmyślny, a rozumniejszy 
ode mnie i od ciebie, i tak mi powiedział: „Pan starosta niepotrzebnie się porwał do 
miecza na tutejszego proboszcza, bo ludzie za to sarkają na niego. Niepotrzebnie też do Krakowa 
pojechał, bo to tam wszystko kurki czubate, prędzej by kazali jejmości do sądnego dnia 
czekać na nieboszczyka pana Gniewosza, niżeliby mieli na ten ślub zezwolić. A tu jest przecie 
ksiądz Biały, ten pewnie tej posługi nie odmówi. Jeśliby zaś chciał się namyślać, to niech 
pan starosta weźmie w jednę rękę miecz, a w drugą worek czerwonych złotych i każe mu wybrać, 
jak znam księdza Warę, tak myślę, że worek wybierze”. 
Na tę wiadomość Wilczek uderzył się w czoło i zawołał: 
— Człek zawsze głupi! Ani mi to na myśl nie przyszło... 
Jagience się twarz rozpromieniła z radości, tymczasem Wilczek się trochę namyślił i rzekł: 
— Ba, dobrze. Ale ks. Pudełko kościół zatrzaśnie przed nami. 
A na to Jagienka: 
— Na Podzamczu pod lasem jest słuszna kaplica, odprawiają się w niej msze po kilka razy do 
roku, jest tam ołtarz, są ornaty, są świece, jest wszystko. 
Więc Wilczek już prawie nie mógł się posiąść z radości, objął Jagienkę w swoje ramiona, 
rozpłakali się oboje uśmiechnionymi twarzami, po czym Wilczek rzekł: — Ubierajże się zaraz 
do ślubu! — i wybiegł do swojej gospody. 
W gospodzie żołnierze siedzieli już przy rannym obiedzie, a Wara między nimi rej wodził. 
Wilczek kazał go zaraz zawołać do swojej izby. 
— Słysz, Wara! ty przecie jesteś księdzem jak trzeba! 
— A jakżeż, panie starosto! — zawołał Wara — przecież Kmitowie mnie znają od wieków i 
wiedzą, ile mszy świętych odprawiałem za nich u grobu Chrystusa Pana, nimem dla Kmity 
rozgrzeszenie otrzymał. Kmita mi nawet dawał probostwo na Lesku, jeno że to chuda fara... 
— Więc dobrze. Gotujże się w lot, dasz mi ślub z panią Jagienką. 
Na ten cale niespodziewany rozkaz Wara jakoś jakby zdechł pies. Otworzył gębę, patrzał 
na Wilczka, zaczął się jąkać, ale nic nie wyjąkał. 
— Więc cóż? — zagrzmiał Wilczek ku niemu — coś ci się to nie podoba, chyba że księdzem 
nie jesteś, tylko jakimś oszustem a drabem, co księdza udaje. 
— Chowajże Boże! — zawołał Wara, obawiając się, ażeby go za jednym rzutem nie wyrzucono 
z jego przybranej roli — chowajże Boże. Tylko że ludzie rzadko mnie proszą do dania 
ślubu, bo to zawsze proboszcz miejscowy... 
— W Czorsztynie nie masz miejscowego proboszcza — rzekł Wilczek — jeno w Krościenku, 
a ten się na mnie pogniewał, jak wiesz. Więc ty mi dasz ślub. 
Wara się jeszcze namyślał, chciał coś powiedzieć, ale nie miał odwagi. Wilczek mu przerwał, 
mówiąc: 
— Nie rozmyślaj o rzeczach, które ciebie nie tyczą. Urgente necessitate każdemu chrzcić 
wolno, toż i innych sakramentów udzielać. Będzie worek złotych węgierskich i probostwo w 
dobrach pani Jagienki na wybór. Śpiesz się więc, idź do kaplicy i czekaj nas, my tam zaraz 
przyjdziemy. 
Wnrn, choć jeszcze zamyślony, ale już z uśmiechem na twarzy, wyszedł do sieni, aby iść 
do kaplicy. 
I to jeszcze nie było łatwo, bo i do kaplicy nie można było się dostać przez śniegi. Wilczek 
posłał swoich żołnierzy, ażeby drogę rozmietli. Żołnierze przywiązani do niego a radzi, że się 
im już kończy nareszcie to czorsztyńskie więzienie, przekopali drogę w godzinę. 
Jagienka przyszła pieszo ze swymi pannami. 
Orszak weselny był jeszcze dość okazały. Że to była niedziela, więc i z zamku, i z podzamcza 
nagromadziło się rozmaitego ludu niemało — a tak i świadków nie brakło. 
Wara w komży i stule oczekiwał młodą parę u ołtarza, dziadek pilnujący kapliczki mu służył. 
Zaczem dał im ślub po wszelkiej formie, zamienił perścionki i pobłogosławił. 
Nie było nikogo, coby się na tym znał, więc nie można było wiedzieć, czy przy tym obrzędzie 
się w czym nie pomylił: natomiast wszakże, kiedy po dopełnieniu obrzędu ze stopni ołtarza 
jął prawić kazanie, jednogłośnie uznano, że takich predykantów nie co dzień się słyszy 
nawet i w Krakowie, które to miasto w całym chrześcijaństwie jest sławne ze swych kaznodziei. 
W tym kazaniu wprawdzie mniej mówił o obowiązkach małżeńskich, a natomiast zajechał 
do Rzymu i do Ziemi Świętej, na czas nawet wstąpił do nieba i opowiadał, jak wyglądają 
święci Pańscy, z którymi z woli Bożej dobrą ma komitywę: ale to właśnie tak wzruszające 
sprawiło na słuchaczach wrażenie, że wszyscy płakali. 
Stary szafarz zamkowy, człowiek nieufny, a znany powszechnie ze swego gderania, zauważył 
wprawdzie, że jakiś to dziwny ksiądz musi być z niego, kiedy ślub daje w sam adwent, co jest przeciwko wierze, a nawet i niepotrzebne, bo przecie niedaleko Trzech Króli. 
Ale inni powiedzieli mu na to, że taki ksiądz, co zna samego papieża, a nawet i świętych wi
duje, wie przecie dobrze, co robi, ludziom zaś świeckim nie wolno jest dyskutować o wierze. 
A tak i ta gderliwa opozycja umilkła — i wszystko odbyło się bardzo pięknie ku powszechnemu 
zadowoleniu. 
Jagienka i Wilczek odetchnęli przecież swobodnie. 
Już teraz nie pozostało im nic, jak gotować się do wyjazdu. Ale o tym jeszcze nie można 
było ani pomyśleć dla śniegów. Po wszystkich wąwozach i przesmykach pomiędzy górami 
takie ogromne zaspy leżały, że ani pieszo nie można ich było przebrodzić — a tymczasem co 
drugi lub trzeci dzień nowe zrywały się burze ze śniegiem i leżące już zaspy jeszcze wyżej 
spiętrzały. Żadna siła ludzka nie była w stanie walczyć zwycięsko z tą dziką i nielitościwą 
naturą, przeciwko której człowiek jako jedyną broń ma tylko cierpliwość. 
Małżonkowie zatem musieli czekać. A to czekanie, jak każda niewola, nie tylko że im się 
niesłychanie przykrzyło, ale jeszcze i dlatego stało się dla nich nieznośnym, że Wilczek nie 
mógł widywać swej żony wieczorem. 
Juźci wziął ślub po wszelkiej formie, miał wszelkie prawa, lecz mimo to liczył się z Wolskim. 
Wolski powiedział, że go o zmroku nie wpuści do zamku, nieużyty ten człowiek nie był 
nawet na ślubie, kto wie, co on tam rozumie o księdzu Warze, gotów jeszcze jaki gwałt zrobić 
i wywołać procesy z duchownymi sądami: kto przeszedł już tyle przeciwieństw i nareszcie je 
zwalczył, ten nie mógł się narażać na nowe zgryzoty. Wilczek niejednokrotnie się niecierpliwił, 
mówiąc: że Czorsztyn to stacja królewska, a on jest rotmistrzem królewskim, jak zechce, 
to w zamku zamieszka, a biada temu namiestnikowi, co by śmiał mu się sprzeciwić. Ale Jagienka 
zawsze go ugłaskała, odpowiadając: że tej małej ofiary wymaga po jego miłości, że 
śniegi przecie na wieki leżeć nie będą, a jak tylko drogi się przetrą, zaraz wyjadą. 
Miłość przeszkód nie lubi: im więcej zapór spotyka, tym więcej się wzmaga i choć pozornie 
przycicha, tym gorętszymi w głębi serca się żarzy ogniami. Miłość Jagienki i Wilczka nie 
potrzebowała takiej podniety: ale to ograniczenie, ta niewola widywania się tylko w dzień 
biały, a spędzanie wieczorów samotnie i w odosobnieniu, jeszcze ją bardziej rozpłomieniła i 
otoczyła tym niewyslowionym urokiem, jaki tworzy tęsknota. Szczęście ich nie było jeszcze 
zupełnym: pragnęli gorąco, aby się mogli jak najprędzej z tej niewoli wydobyć. 
Cały miesiąc z okładem trwała ta zima, pamiętna po wszystkie czasy swoimi nieprzebytymi 
śniegami. Dopiero na Pannę Gromniczną mróz ścisnął ziemię, niedźwiedź swoją budę 
rozwalił, nastały dnie pogodne i ciepłe — a wtedy i drogi przebito. 
Toż w parę dni potem nowożeńcy ruszyli w podróż, bardzo ludnym i okazałym taborem. 
Najprzód jechało pięciu żołnierzy Wilczkowych, ażeby drogę torować, patrzeć, azali nie masz 
jakiego niebezpieczeństwa i przygotowywać noclegi. Za nimi jechała Jagienka w sześciokonnej 
karocy, położonej na saniach, za tą karocą troje czworokonnych ogromnych sani z jej 
fraucymerem i bagażami. Zaś za tą kawalkatą na samym końcu jechał sam Wilczek konno na 
czele reszty swoich żołnierzy, nad którymi starszym był Włostek. 
Wolski pożegnał swoję starościnę z wielkim respektem na czele całej zamkowej załogi, 
dziękując jej za łaski, jakie na niego zlewała, życząc jej szczęścia i powodzenia i zgoła, jak 
gdyby pomiędzy nimi nic nigdy nie było. 
Wara, wziąwszy worek złotych węgierskich, o probostwo wcale się nie upominał na teraz, 
zastrzegając je sobie wszakże na później, tymczasem zaś wziął sobie tylko dobrego konia ze 
stajni zamkowej i razem z nowożeńcami wyjechał; ale gdzieś został po drodze: żołnierze 
opowiadali sobie, że go w Starym Sączu zaproszono na chrzciny. 
Długi a ciężki ten konwój wlókł się bardzo pomału, po dwie mile na dzień, po cztery najwięcej. 
Jagienka, dla dróg sposobniejszych, musiała często kołować. Uważano także za rzecz 
rozsądną ominąć zamek sobieński. Zaczem musiano Góry Chwaniowskie objeżdżać na Przemyśl 
i Sambor i stamtąd dopiero spuszczać się ku Drohobyczy. 
Wilczek czasem brał krótszą drogę, czasem zaś odskakiwał, nawiedzając przyjaciół, opowiadając 
wszędzie, jako się z wdową po Gniewoszu ożenił i wiezie ją na Tustań. Gdzieniegdzie 
z nią nawet na zamki zajeżdżał i nocował, jako w Przemyślu u Koniecpolskich i w Samborze 
u Melsztyńskich, tamtejszych starostów. Wszyscy jego przyjaciele witali go kosmato i 
szczerze mu szczęścia życzyli. Ci, którzy znali Jagienkę dawniej na zamku sobieńskim, znajdowali, 
że wypiękniała nad podziw, stała się nawet wspaniałą, zaczem winszowali mu, mówiąc: 
że chociaż kawalerowi jego rodu i tak wysokiego znaczenia zacna dziewka się należała, 
przecież musiał się w czepku urodzić, dostawszy damę tak gładką, Kmitównę z domu, a jeszcze 
do tego dziedziczkę trzech kluczów. Wilczek rósł jak na drożdżach i nie posiadał się w 
szczęściu. 
Wyprawiwszy Jagienkę z Sambora raniutko, ażeby mogła wygodnie do Drohobyczy na 
noc zajechać, sam jeszcze zabawił się z Melsztyńskimi i dopiero o południu wyjechał. Jadąc 
stępa, był wesół i miał serce rozradowane jak nigdy: albowiem rozważywszy wszystkie okoliczności, 
co dla tej swojej miłości przecierpiał, jak wszystko było przeciwko niemu i z jak 
zupełnym zwycięstwem wydobył się z tych przeciwności, przyszedł do przekonania, że teraz 
już skończyly się wszystkie jego zgryzoty. Jagienki mu teraz już żadna moc ludzka nie wydrze, 
tustańskiego zamku spod niego nikt nie dobędzie — a gdyby nawet i Gniewosz, przeciwko 
wszelkiemu podobieństwu, kiedyś po latach się zjawił, to nie masz najmniejszego wątpienia, 
że ani mu na myśl nie przyjdzie odbierać mu żonę, owszem, rad będzie, że się jej pozbył. 
Tak więc jego życia widokręg, według jego uczucia i przekonania, jak najzupełniej się wypogodził, 
słońce na nim w pełnym blasku świeciło i nie powinno było się zaćmić najmniejszą 
chmurką aż do zachodu. 
Ale widokręg rzeczywistości nie zawsze jest w zgodzie z widokręgiem naszego umysłu. 
Kiedy Wilczek śród takiej jasnej pogody w swej duszy dojeżdżał do Drohobyczy, słońce 
już zaszło, niebo było okryte ciężkimi chmurami barwy żelaznej, duszno było w powietrzu, 
ziemia okryta topniejącymi śniegami błyszczała tym światłem szarawobiałym, w którym 
wszystkie przedmioty wyglądają jak widma i które też duszę smutno nastraja, bo ustawicznie 
ciemnieje, ustępując miejsca nocy czarnej i głuchej, w której tylko duchom żyć, ale nie ludziom. 
Wilczek właśnie ścisnął kolanami swojego konia, ażeby kroku przyśpieszył, kiedy wtem 
usłyszał za sobą głos Kostrubana, który coś pokazywał jego żołnierzom. Wilczek zatrzymał 
konia — a wtedy po prawej stronie drogi dziwny widok go w oczy uderzył. 
Pod częstokołem, który w lesie jakąś pasiekę ogradzał, a teraz był w znacznej części porozrywany, 
na białym śniegu leżała wyciągnięta na plecach kobieta, wyglądająca jakby 
umarła. Twarz miała żółtawobiałą jak z wosku, usta zsiniałe, oczy zamknięte, a jasne jej włosy 
leżały porozwiewane około jej głowy po śniegu. Jakkolwiek ciało jej było wypłowiałymi 
łachmanami nakryte, widać było po jej nadzwyczaj pięknej twarzy i delikatnej cerze, że dawniej 
nie była żebraczką i musiała być córką zamożniejszych rodziców. Leżąc nieruchomie, 
lewą rękę trzymała przy swoim ciele, a prnwą wyciągniętą i odrzuconą daleko: zdawało się, 
jak gdyby przed śmiercią chciała się tą ręką częstokołu uchwycić, ale w tej chwili siły ją opuściły 
i padła. Pomiędzy tym wyciągniętym ramieniem a ciałem stało na nogach dziecko, mające może półtora roku albo cokolwiek więcej, o ile się zdawało, chłopaczek, dobrze żywiony, 
starannie wełnianymi łachmanami okryty, w dostatnich skórzanych trzewikach, o bardzo 
pięknej okrągłej twarzyczce, z niebieskimi oczyma i bogatych ciemnoblond włosach, porozrzucanych 
w nieładzie. Na częstokole siedziało kilkudziesięciu kruków i jeszcze inne do nich 
się zlatywały, kracząc na żer. Trzy albo cztery z tych kruków już spadły na ziemię blisko ciała 
kobiety i skakały na miejscu, kracząc ku sobie i wyciągając dzioby, jakby się naradzały pomiędzy 
sobą, który z nich pierwszy ma rozpocząć biesiadę. Na starym zmurszałym drzewie, o 
kilkanaście kroków odległym, żbik siedział i patrzał swoimi zielonymi oczyma, kiedy by 
mógł zeskoczyć na ziemię, żarłocznych ptaków rozpędzić i sam pożreć ofiarę. 
Dziecko patrzało na te kruki szeroko otwartymi oczyma, pełnymi łez, które jednak nie 
chciały mu z oczu wypłynąć, bo zapewne ból nieświadomy i strach zatrzymywał mu je w 
powiekach... Ta młoda i piękna kobieta, która ze znużenia i głodu umarła, i to dziecko, którego 
niewinna duszyczka przeczuwała zapewne, że będzie świadkiem, jako żarłoczni krucy 
będą jego matkę pożerać, przedstawiały widok wzruszający serce do głębi i dziwnie przerażający. 
Kiedy Wilczek ten obraz obaczył, zrazu tylko się mocno zadziwił; ale kiedy się wpatrzył w 
twarz umarłej kobiety, wszystka krew się w nim ścięła i stał tak nieruchomy przez chwilę, jak 
gdyby go jakaś wyższa potęga wraz z koniem zamieniła w posąg kamienny. 
Tymczasem kiedy Kostruban się śmiał swoimi rybimi oczyma i pokazywał żołnierzom to 
widowisko, Włostek pierwszy zawołał takim głosem, że wszystkim poszedł jak gdyby zgrzyt 
po wnętrznościach: 
— Dla Boga! to Ofka! 
Na te straszliwe słowa Wilczek się zbudził, zatrząsł się, jak gdyby go sam szatan za duszę 
zatargał, i zawołał ku swoim żołnierzom: 
— Hej! zbierzcie tę kobietę i zawieźcie wraz z dzieckiem do wsi — a nie żałujcie pieniędzy 
na pogrzeb i na opatrzenie dla dziecka. 
I dawszy koniowi ostrogę, popędził cwałem ku Drohobyczy. 
Waleczny Wilczek nigdy nie uciekał przed wrogiem. Zawsze każdemu nieprzyjacielowi 
stawił czoło z nieprzepartym zuchwalstwem i raczej by się dał w kawałki posiekać, niżeliby 
mu na jeden krok gruntu ustąpił. Ale teraz parł ostrogami swojego konia, co mu tchu stało — a 
chociaż pędził jak opętany, że śnieg się rozbryzgiwał pod kopytami na wszystkie strony, zimny 
dreszcz mu przebiegał przez cały krzyż pacierzowy: zdało mu się, że Ofka pędzi za nim 
powietrzem i dziecko mu wtyka pomiędzy ramiona, a stado kruków leci nad nimi, kracząc mu 
w uszy najohydniejsze bluźnierstwa. 
Włostek był pierwszy, co Ofkę poznał i pierwszy zeskoczył z konia, aby ją ratować. Przypadłszy 
do niej, porwał ją w swoje żylaste ramiona, przykląkł na ziemi, oparł na swoich kolanach 
i zaczął ją trzeźwić. Ofka jeszcze była ciepła. 
Włostkowi serce uderzyło gwałtownie, zawołał na żołnierzy, aby mu podali gorzałki. Porwawszy 
prędko manierkę, nalał jej w zaciśnięte usta gorzałki i zaczął jej skronie nacierać. 
Ofka odetchnęła i oczy otworzyła pomału. Na widok jej oczu otwartych poczciwy Włostek 
głośnym płaczem wybuchnął. Po czym zaczął jej twarz okrywać pocałunkami, oblewając 
gorącymi łzami jej blade policzki. 
Wszyscy żołnierze mieli łzy w oczach i raźnie mu pomagali. Okryli Ofkę ciepłymi burkami, 
nacierali jej ręce i dali jej wina, aby się pokrzepiła. Napiwszy się wina i ogrzawszy się, 
spowita po samę szyję burkami i wojłokami, zaczęła oddychać i patrzeć szeroko otwartymi 
oczyma, co się z nią dzieje. 
Wkrótce potem, wpatrzywszy się pilnie w twarz Włostka, powiedziała te słowa: 
— Niech ci Bóg nagrodzi... a jemu niech Bóg nie pamięta. 
A potem spytała: 
— I on był tutaj? 
— Był! — zawołał Włostek przez łzy — był, ten zbój, ukradł żonę takiemu drugiemu zbójowi, 
jak sam, i wiezie ją sobie na Tustań. 
Ofka myślała przez chwilę, a potem rzekła jakby do siebie: 
— Nie o mnie mi chodziło, tylko o dziecko. 
Po czym zaraz się wyswobodziła z powicia, wzięła dziecko do siebie i okryła go wojłokami. 
Włostek, trzymając ją wciąż na kolanach, rzekł do niej: 
— Nie bójże się już teraz. Już ja ci nie dam zginąć, choćbym miał służbę porzucić i niechby 
ojciec mnie przeklął. 
Potem znowu dano jej wina i kawałek kołacza, a kiedy już całkiem przyszła do siebie, 
Włostek ją wypytywał, jakim sposobem się tutaj znalazła na drodze. 
Bardzo to zwykła była historia, chociaż bardzo bolesna. Ofka kryła się przez półtora roku 
u starej Maruchy, która ją chowała u siebie jak własną córkę. Pod jesień Maruszyn mąż umarł 
i wypowiedziano jej zagrodę. Marucha, mając dosyć pieniędzy, nie bardzo się tym zafrasowała 
i zaczęła się zbierać pomału, aby się przenieść do Wiszni. Ale tymczasem włóczący się 
około Lwowa żołnierze, co z wojny wrócili, napadli na zagrodę Maruchy i ją zabili, a chatę 
złupili. Ofka przez zmiłowanie Boże nad niewinnym dzieciątkiem ocalała w komorze i przez 
jakiś czas jeszcze żyła w zagrodzie z resztek niezłupionych dobytków Maruchy. Ale niedawno 
nielitościwy włodarz klasztoru wypędził ją z zagrody. Szła o zebranym chlebie, ażeby się 
dostać do miasteczka Tustania i tam już zginąć, ale przynajmniej dziecko oddać pod opiekę 
starosty. Tak doszła aż do tej wsi nieszczęsnej, którą stąd widać, ale tam niepoczciwi ludzie 
nie dali jej chleba i psami wyszczuli. Myślała, że jeszcze dojdzie do Drohobyczy, ale tutaj 
opuściły ją siły — a dalej już nie wie, co się z nią stało. 
Włostek, wysłuchawszy tej smutnej powieści, płacząc ciągle szczerymi łzami, kiedy skończyła, 
rzekł do niej: 
— Już ja cię do tej diabelskiej wsi nie powiozę, a chyba ją spalę. Ale cię zawiozę do Drohobyczy 
i tam opatrzę — a potem już nie zapomnę o tobie. 
Zaczem otulił ją w burkę i posadził na koń przed siebie, drugi żołnierz zawinął dziecko i 
pomieścił go u siebie na łęku, i tak ciemną nocą pojechali do Drohobyczy. 
A odtąd, dzięki zacności Włostka, nie było już obawy, ażeby Ofka z głodu umarła. 
Wrażliwy Wilczek, przyjechawszy do Drohobyczy, tak byt przerażony widokiem umarłej 
Ofki i swego dziecka pomiędzy krukami a trupem matki, że zaproponował Jagience, aby tutaj 
nie nocowali, tylko jechali zaraz na Tustań, choćby na całą noc. Drogi były utarte, konie wypoczęte 
i nakarmione, lepiej nocą nadłożyć, a w domu wypocząć, niżeli nocować w brudnej 
gospodzie. Jagienka nie pragnęła niczego goręcej, jak spocząć nareszcie we własnym zamku, 
więc propozycją tę radosnym sercem przyjęła. Zaczem wyjechali w nocy — i nad ranem stanęli 
w Tustaniu. 
Jagienka tak była uradowana przybyciem na miejsce, że już tego dnia cale spać się nie kładła, 
pragnąc jak najprędzej rozgospodarować się u siebie. Rozejrzawszy się po wszystkich 
murach i skrzydłach, znalazła, że zamek czorsztyński ani się równać może z tustańskim. Bo 
najprzód czorsztyński, chociaż cokolwiek większy, przecież nie jest taki skalisty i tak silnie 
obronny, a potem tamto na poły kordegarda żołnierska, na poły klasztor. W tych zakopconych 
wiekami murzyskach, pomiędzy tymi drewnianymi sprzętami, które jeszcze od czasów Łokietka 
tam stoją, najweselsze serce musi wpaść w melancholią; podczas gdy tutaj całe drugie 
piętro nabite jest złoconymi sprzętami a makatami, które trzeba tylko z prochu odmuchać, aby 
się roześmiały weselem, a dość wyjrzeć przez okno, ażeby się oko i dusza rozradowały promienistym 
widokiem krajów, miodem a mlekiem płynących i uszczęśliwionych wszelakimi 
darami Bożymi. Jeżeliby Jagienka ze swoim najukochańszym Wilczkiem była i w najuboższej 
chacie szczęśliwą, to tutaj, w tej wspaniałej rycerskiej siedzibie, była jeszcze stokroć 
szczęśliwszą i czuła, że aby przeżyła całe swe życie jak w raju, nic jej brakować nie będzie. 
I odtąd zaczęli żyć tym niezmąconym szczęściem, co każdą chwilą się cieszy, a o jutrze 
nie myśli, bo jutra jest pewnym. 
Wszelako na tym pogodnym niebie zjawiła się niebawem mała chmureczka, bo gdzież jej 
nie ma? — Wilczek, pragnąc do szczęścia Jagienki przyczynić także trochę rozrywki, a jak 
najwięcej świetności, chciałby był dwór wielki prowadzić, na co miał teraz aż nadto majątku, 
bywać z wielką paradą po wszystkich sąsiedztwach i przyjmować u siebie po pańsku. Myślał 
o tym, ale sam nie wiedział, jak by się wziąć do tego, bo jakiś głuchy wewnętrzny głos mu 
mówił, że może by wypadało się nad tym namyśleć. Tymczasem, nim się jeszcze namyślił, 
zajechał do niego Paniowski, starosta stryjski, jego serdeczny przyjaciel. Wilczek, ugościwszy 
go po staremu, zwierzył mu się z tą myślą. Paniowski był zrazu tym zakłopotany cokolwiek, 
ale potem wywnętrzył mu się z szczerego serca i rzekł: 
— Słysz, Wilczek! wiesz, żem ci jest przyjacielem, co gotów ci nawet krwią swoją usłużyć; 
zaczem przyjmij ode mnie tę radę, żebyś się z tym nie śpieszył, bo to tam ludzie teraz jeszcze 
różnie o tym gadają. 
— Cóż mówią? — zapytał Wilczek, chmurząc się trochę. 
— Ot, głupstwa, jak zwykle. Powiadają, żeś był u biskupa w Krakowie, aby ci dał dyspensę 
czy indult, czy jak to tam nazywają: ale że ci odmówił — a tyś się przecie ożenił. Więc mówią: 
co to tam za ksiądz być musiał, co mu dał ślub przeciw prawu i przeciw zakazowi biskupa? A 
jeszcze do tego w sam adwent: cóż to go tak nagliło, zwłaszcza że niedaleko mu było do 
Trzech Króli? Takie to rzeczy tam sobie plotą. Więc ja tak mówię, że lepiej może niewiele 
zaczekać, aż się to utrze, bo żeby tam prawowierne matrony nie kręciły nosem na twoją żonę. 
Wilczek się na to zaraz okrutnie zgniewał i rzekł szyderczo: 
— Może też jeszcze kto gada, że Gniewosz nie zginął! 
— To nie — rzecze Paniowski — bośmy przecie wszyscy tam byli i wiemy, że zginął. Ale 
tak... wedle tego tam ślubu, co przeciw prawu. Jakoż, jakem tobie przyjaciel, tak tobie mówię: 
dajże im wyczekać ich rok i sześć niedziel, a potem już nikt o tym nie piśnie. 
— Jeśli tak — zawołał Wilczek — to poczekają sobie przez całe życie. Ani Wilczkowie, ani 
Kmitowie nie potrzebują nikogo, aby żyć sobie szczęśliwie i coś znaczyć w królestwie. Zaczem 
tak sobie mówię i możesz im to powiedzieć, niechże się te baby mojej żonie nie pokazują, 
bo i po roku, i po trzech latach drzwi przed nimi zatrzaśnie. 
Po wyjeździe Paniowskiego Wilczek się trochę smucił, ale niebawem gniew smutek zadusił, 
bo powiedział sobie: Niechże ich jasny piorun powybija do nogi! Ani ja nigdzie nie pojadę, 
ani nikogo u siebie nie przyjmę; obaczą wprędce, że się bez nich obejdę. 
Wszelako kiedy w parę dni potem, kiedy jeszcze śniegi leżały, pani Pretficzowa ze Sokołowa 
przyjechała na zamek, serce mu uderzyło z radości i sam wybiegł w dziedziniec, aby ją 
wysadzić z powozu. 
Jagienka i Wilczek przyjęli tę zacną matronę nadzwyczajnie serdecznie. Zdało się im, że 
przez nią serce wszystkich sąsiadów się dla nich otwarło. Pretficzowa ich sobie jeszcze tym 
bardziej ujęła, ile że po kilkakrotnie ściskała Jagienkę, przy tych uściskach łzy jej w oczach 
stawały i widać było, choć nie wiedzieli dlaczego, że żywą a szczerą uczuła dla niej sympatią: 
stało się to oczywiście dlatego, że jej syn tę kobietę tak serdecznie ukochał, a miłość ukochanego 
syna znalazła odgłos w sercu poczciwej matki. Przez cały obiad poranny rozmawiano o 
wszystkim, a zawsze serdecznie; ale pod koniec obiadu Pretficzowa wydała się, z czym 
przyjechała. Chciała się od Wilczka dowiedzieć, czy nie masz jeszcze jakiego podobieństwa, 
że Lubek może nie zginął. O to pytała się Wilczka, mówiąc: 
— Mój mąż nie chce na żaden sposób w to uwierzyć, że zginął, a jako doświadczony żołnierz, 
powiada, że byłby ktoś przecie jego trupa obaczył, a to tym bardziej, że miał bardzo 
lśniący pancerz na sobie, płaszcz jasnobłękitny, żółto podbity, a białe i żółte, bardzo puszyste 
pióra na hełmie, jako je niesie herb Wczele. Co wszystko tak wpada w oko, że niepodobna 
przypuścić, ażeby w bitwie, która trwała dzień cały, nie dojrzał go ktoś leżącego na ziemi. Ta 
śnieżna zima nas zaskoczyła tak nagle, żeśmy nic zrobić nie mogli, ale jak tylko śniegi tajać 
zaczęły, mój mąż puścił się w drogę pomiędzy tych wszystkich rycerzy, którzy tam byli, był i 
w Krakowie, nigdzie się nic nie dowiedział, właśnie wczoraj powrócił, ale trochę zaniemógł, 
że nie może się ruszyć, więc mnie do waszmości wyprawił, abym się go rozpytała o Lubka. 
Wszyscy nam powiadają, że waszmość byłeś prawie przez cały ten dzień pod murami Suczawy, 
widziano waszmości po kilka razy właśnie w tym miejscu, gdzie Lubek miał zginąć, powiedzże 
nam w swej łasce: widziałeś go zabitego? widział go który inny? i co sam o tym rozumiesz? 
Wszakże Wilczek nie wiedział o tym więcej, jak wszyscy inni, co też jej opowiedział. Jednak 
namyśliwszy się, dodał: 
— Na pal go Wołosi nie wbili, bobyśmy o tym wiedzieli. Jam go zabitego nie widział i nie 
słyszałem, aby go widział kto inny, alem nie słyszał także, aby go uprowadzono w niewolę. 
Jednak, jeżeliby kto mógł o tym co wiedzieć, to chyba ten rycerz francuski, co zaraz za nimi 
na Wołoszę uderzył, a po południu zebrał Tigranesowych ludzi i wdarł się z nimi na wały, 
ażeby trupa Tigranesa zdjąć z pala. On mógł co widzieć, albo też ci ludzie, którzy z nim byli 
— Już nam o tym francuskim rycerzu mówiono — rzekła na to Pretficzowa — ale nie mogliśmy 
się dowiedzieć, gdzie bywa. Memu mężowi powiadano, że w Krakowie, że jest rotmistrzem 
królewskim i ma być w Krakowie, a jeśli go nie ma, to chyba już wrócił do Francji. 
Mój mąż go nie mógł odpytać na razie. Różni też różnie go nazywają, drudzy zaś powiadają, 
że się zwie Kmita. 
Na to zaś odpowiedział jej Wilczek: 
— Rycerz ten zwie się Kergolaj, a tylko z matki krewny jest Kmitom; znam go tak z bliska, 
właśnie jak pana Pretficza. Jeśli wrócił do Francji, tego ja nie wiem, ale rozumiem, że jeśli 
jest w kraju, a nie bywa w Krakowie, to ani chybi, że się zabawia we Lwowie. Tam także 
można odpytać tych ludzi, co razem z Lubkiem służyli. A z tym się trzeba udać do kamienicy 
starego Kijasa, gdzie jest jego włodarz, nazwiskiem Kundrat, ten tych ludzi dla Tigranesa 
spisywał, ubierał ich i żołd im wypłacał, musi zatem znać wszystkich, którzy żywi wrócili. 
Jak tylko Pretficzowa dowiedziała się tych ważnych rzeczy, zaraz wstała, a podziękowawszy 
za przyjacielską gościnę, brała się do wyjazdu. Już było dobrze z południa, a sześć mil do 
Sokołowa, zaczem oboje Wilczkowie bardzo ją prosili, ażeby przenocowała. Ale ona na żaden sposób nie chciała, wszystkim naleganiom uparcie się obroniła i wyjechała. 
Po jej wyjeździe Wilczek mocno się zafrasował. Nie dlatego, że swymi informacjami może 
otworzył drogę kwerendom, które jemu samemu mogły zaszkodzić, bo o tym wcale nie 
myślał, ale dlatego, że Pretficzowa nie chciała na zamku nocować. Wilczek, zbudzony przez 
Paniowskiego ze swoich snów o niebie bez żadnej chmurki, stał się niezmiernie drażliwym. 
Matrona ta przyjechała nie w odwiedziny, ale po interesie, a upaliwszy już sześć mil drogą 
zimową do południa, woli jeszcze drugie sześć mil męczyć się w drodze, niżeli u nich nocować; 
bardzo to przykro Wilczka dotknęło. Być może, że było to tylko przywidzenie śledzienne, 
bo przecież matce, poszukującej syna, musi być pilno: ale jemu to sprawiło niewysłowioną 
zgryzotę. 
Odtąd już nikt więcej nie przyjechał na zamek. Już się wiosna rozzieleniła, już i lato zaczęło, 
a ani żywy duch się u nich nie zjawił. Młodzi małżonkowie musieli przyzwyczaić się 
do samotności. Ale się nie skarżyli. Po tylu burzach życia spokój nie był im wstrętnym. Dobrze 
im było, byli ze sobą szczęśliwi — a szczęście ich miało już wkrótce do najwyższego wynieść 
się szczytu, bo z końcem sierpnia, a najdalej z początkiem września oczekiwali bociana, 
co miał im przynieść maleńkie dzieciątko i, zawinięte w puchowe koronki, złożyć na zamku. 
Obeszli się bez sąsiadów, gdy byli sami, obejdą się bez nich jeszcze daleko łatwiej, jak między 
nimi zamieszka aniołek Boży, co doda ich serdecznej miłości rodzicielskiej powagi i silniej 
niżeli jakikolwiek sakrament, o który nielitościwe matrony takie wstręty im robią, zwiąże 
ich serca w ich dziecku na zawsze. 
U Pretficzów, na Sokołowie, wszystek ten czas przepłynął w jednostajnej ciszy jak zawsze. 
Tam nigdy nie ustawały: praca około roli, troska około dzieci, ażeby je jak najlepiej wychować 
i jak najwięcej dobytku im zostawić, i pieczołowitość około poddanych i domowników, 
powierzonych opiece dworu. Sejmy nie sejmy, wojny nie wojny, obowiązki te musiały tam 
być wypełniane przynajmniej o tyle, o ile wypadki, silniejsze od ludzkiej woli, nie postawiły 
im przemijającej przeszkody. 
Wszelako Pretficz, przesłużywszy całą swą młodość wojskowo, a nie wymawiając się 
jeszcze i teraz od żadnej służby obywatelskiej, dźwigając zaś na swych barkach obowiązki 
względem swej własnej rodziny, uważał za rzecz godziwą nawet od takich przemijających 
przeszkód się ile możności ochraniać. Kiedy król przeszłej zimy zaczął się gotować na wojnę, 
konferował mu kasztelanią halicką, wakującą właśnie natenczas. Pretficz chciał się zrazu od 
niej wyprosić, mówiąc: że ani się podjąć nie może jakokolwiek porządne pospolite ruszenie 
zwołać w tej ziemi, ani się czuje na siłach, zależawszy pole od lat tak wielu, powiatowym 
chorągwiom rotmistrzować jak trzeba. Jednak natenczas o zwołaniu pospolitego ruszenia w 
halickiej ziemi nie mogło być mowy, bo najprzód w tych stronach jeszcze niewiele było 
szlachty pomniejszej, a prawie sami panowie, co własne mieli chorągwie; ile zaś drobnej 
szlachty się między nimi znalazło, tę zawsze przed wojną porozrywali pomiędzy siebie starostowie 
stryjscy, haliccy, tustańscy, samborscy i lwowscy, tak że na pospolite ruszenie nic nie 
zostało. Pretficz zatem przyjął kasztelanią, ale tylko z tym, obowiązkiem, że w czasie wojny 
będzie czuwał nad królewskimi stacjami i bezpieczeństwem publicznym w powiecie. Swojego 
syna rad by był lepiej pomieścić niżeli na urzędzie porucznika w małej chorągwi mieszczańskiej, 
ale nareszcie nie sprzeciwiał się temu, bo był zdania wszystkich doświadczonych 
rycerzy, że wojennego rzemiosła najlepiej ten się nauczy, który od knechta zaczyna. Tak więc 
siedział spokojnie u siebie przez cały czas wojny, aż do powrotu armii spod Bukowiny. 
Kiedy wieść o śmierci Lubka przybiegła do Sokołowa, wielki lament się rozległ po całym 
dworze. Matka nie mogła utulić się w żalu — a cały niewieści dwór obyczajem Rusinów głośnym 
płaczem za nim zawodził. Tylko mały Bernard otarł łzy prędko i ku wielkiemu zgorszeniu 
swojej nauczycielki mniszki powiedział: — Źle się bił Lubek, kiedy się dał zabić chłopom 
wołoskim. 
Rozumny a doświadczony ojciec także się nie od razu poddał żalowi i nie pozwolił nawet 
odprawić mszy żałobnej za jego duszę, mówiąc: — Że Fredro zginął i Tęczyńscy, i Chryzostom 
Kmita, o tym nie wątpię, bo też ich trupy widziano. Ale jego ciała nikt nie widział — a 
nieprzyjaciel nie zbiera trupów po polu. — Potem, jak tylko się drogi przetarły, do Krakowa 
wyjechał, ale z dobrą wiadomością powrócił, bo nikogo nie znalazł, kto by zabitego Lubka 
był widział. Powróciwszy, zaniemógł, ale tylko trochę pocierpiał i za skazówką, przywiezioną 
przez jego żonę od Wilczka, do Lwowa pojechał. 
We Lwowie Kergolaja nie zastał, bo ten rycerz francuski, służący z upodobania Wenerze, 
lecz z obowiązku Marsowi, już się był wtedy dowiedział, że król zamierza nową armią wystawić 
na wiosnę, pobiegł więc do Krakowa, ażeby sobie u króla wyrobić komendę, a potem 
do Niewistki zajechał, aby zebrać trochę szerokich groszy i konie swoje odświeżyć, Wszelako 
Pretficz zastał Kundrata, a przez niego wszystkich żołnierzy odszukał, którzy z Lubkiem służyli 
i zdrowo wrócili. 
Żołnierze ci mocno się teraz rozhultaili, stali się nawet prawdziwą plagą miasta i przedmieść, 
jedząc i pijąc na kredkę, biorąc gwałtem, gdzie kredka już pisać nie chciała, łuszcząc 
nawet prawie w sposób zbójecki przedmieścia: trudno więc było z takimi hultajami dojść 
czegoś pewnego. Ale przecież pomiędzy nimi znalazł jednego, który mu opowiedział dokładnie 
i wiernie: jako widział na własne oczy, że Lubka, tak samo jak Tigranesa, Wołosi zerwali 
z konia, ale trupa Lubka nie widział, chociaż się w owej chwili bił w tym samym miejscu, aż 
póki Kergolaj nie uderzył, a potem znów z Kergolajem w tym samym punkcie się wdzierał na 
wały i zdaje mu się, że tam Lubek był z nimi. 
Natenczas Pretficz był przekonany u siebie, że Lubek, jeżeli nie został zamęczony w fortecy, 
musi się znajdować w niewoli. 
I wówczas bez zwłoki, znów za pomocą Kundrata, wyszukał bardzo zmyślnego i zaufanego, 
chociaż ubogiego Ormianina we Lwowie, który za handlowymi sprawami Kijasa jeździł 
po całym Wschodzie, wyrobił mu królewski glejt u wojewody i kredyty u Kijasa na Suczawę, 
na Kaffę i na Carogród i wyprawił go na kwerendę za Lubkiem. 
Wtedy Formoza dowiedziała się o tym i kazała bardzo prosić Pretficza, aby ją na chwilę 
odwiedził, co też Pretficz z chęcią uczynił. 
Formoza była jeszcze zawsze w ciężkiej żałobie, ale już się z swym bólem cokolwiek 
przegryzła, bo nie porzuciła nadziei. Pretficz był trochę tym zdziwiony, że go Formoza tak 
szczegółowo wypytuje o sposoby i środki, jakich użyć zamyśla, ażeby nabyć pewności o losie 
Lubka, bo przecież jej mąż leżał już na cmentarzu we Lwowie, jakoż spytał ją o to; na co 
Formoza mu odpowiedziała niebacznie: 
— Chciałabym się dowiedzieć na pewno o losie pana Gniewosza, bo jego ciała także nie 
znaleziono. 
Powiedziawszy to, spostrzegła się i żałowała, że się niepotrzebnie zdradziła, ale słówko już 
wyleciało. Jednakże Prctficz tylko machnął ręką na wspomnienie Gniewosza, mówiąc: 
— To rzecz całkiem inna. 
Formoza zaczęła bardzo ciekawie rozpytywać Pretficza, jakie jest jego zdanie o rzekomej 
śmierci Gniewosza; ale to, co jej powiedział, niezmiernie ją zasmuciło. Ażeby ukryć ten 
smutek, zaczęła mu opowiadać o Lubku, jako go znała, wiele z nim rozmawiała i pokochała 
go jak brata — a tym jego stroskanego ojca tak za serce chwyciła, że stary Pretticz po kilkakrotnie 
ją ściskał za rękę i wyszedł od niej pełen szczerego współczucia dla tej nieszczęśliwej 
kobiety, która, jak się trafnie domyślał nieszczęśliwie wyszedłszy zamąż, straciła męża, lecz 
oddawszy serce innemu i tego także straciła, a teraz łudzi się próżną nadzieją, że jeszcze go 
kiedyś obaczy. 
Odkąd Pretficz powrócił ze Lwowa, w Sokolowie niecierpliwie czekano, kiedy i z czym 
też ów Ormianin powróci. 
Ale minęły wiosna i lato, i jesień, i już się zima zaczęła — przez ten czas nowa wojna się 
zakurzyła na Rusi i także się już skończyła — a o Ormianinie żadnej wieści nie było. Przy 
zbliżającym się Bożym Narodzeniu rozumiano już prawie na pewno, że i Lubka nie znalazł, i 
jego zabito. Tymczasem w sam dzień św. Szczepana jeszcze przed zmrokiem zajechały małe 
saneczki przed ganek środkowy — a z nich wysiedli najprzód Ormianin, a za nim Lubek. 
Wielkaż tedy pociecha i radość bez wszelkiej miary. Ojciec i matka wydzierali go sobie z 
kolei, a cały dwór zbiegł się do ostatniego sługi, bo każdy chciał tego prawdziwego zmartwychwstańca 
własnymi oglądać oczyma. Najserdeczniej zaś i najhałaśliwiej cieszyły się nim 
dzieci, wieszając mu się na szyję i macając jego dziwaczny ubiór, uszyty modą turecką — a 
mały Bernard, co często wszystkich zadziwiał nad wiek swój trafnymi spostrzeżeniami, rzekł 
z wielką powagą: — Jak Turcy dostali od nas po skórze, tak i ciebie puścili, takem to sobie 
rozumiał. 
Przy wieczerzy, do której przeszło trzydzieści osób zasiadło, Lubek miał opowiadać historią 
swojej niewoli; wszelako z jego opowiadania dowiedziano się tylko bardzo wielu ciekawych 
szczegółów, ale bez związku, bo ze wszystkich stron rzucano mu zapytania, na które 
musiał odpowiadać wyrywkiem. 
Dopiero po wieczerzy, kiedy domownicy się po pokojach rozeszli, a on sam z rodzicami 
został przy stole, ojciec kazał mu tę całą historią opowiedzieć porządnie. Lubek opowiedział 
więc wszystko z wielką szczerością, a często i z tą naiwnością, która była głównym przedmiotem 
jego zacnego serca i prostego umysłu. 
— Bogiem a prawdą — mówił ten młody rycerz, w którym wszakże więcej było trubadura 
niżeli rycerza — dopiero na tej wojnie zrozumiałem, że podobno Pan Bóg nie stworzył mnie na 
żołnierza. Jużci siedzę na koniu nie gorzej jak inni, umiem narabiać wszelaką bronią tak samo, 
jak drudzy, i strach mnie przed nieprzyjacielem nie bierze; ale widok krwi ludzkiej mnie 
ściska za serce, a kiedy na kogo uderzam, to czuję drżenie w moim sumieniu, że niewinnego 
człowieka chcę zabić i tak moję rękę prowadzę, abym go, nie bardzo uszkodził. A potem nie 
mam przytomności umysłu, tom dobrze widział na sobie. Kiedy Wołosi tego poczciwego Ti140 
granesa zerwali z konia i jak dzikie zwierzęta zaczęli krzyczeć: „Na pal! na pal!” mnie się tak 
serce ścisnęło, żem nie wiedział, co się ze mną dzieje, a dopiero wtedym się ocknął, kiedym 
już sam leżał na ziemi. 
Stary Pretficz się nad tym bardzo zamyślił, a Lubek tak i dalej powiadał: 
— Nie bardzo też wiem, co potem działo się ze mną, bo mi okrutnie w głowie szumiało, 
musiał mnie któryś zaćmić młotem żelaznym. Pomnę tylko, żem jeszcze raz szedł do szturmu 
i jeszcze raz zwalono mnie z konia, potem Wołosi zdarli ze mnie cały rynsztunek i wrzucili 
mnie do ciemnych piwnic, których mają dosyć pod wałami fortecy. Trzymano mnie tam o 
chlebie i wodzie, na co nie bardzom się skarżył, ale to mnie serce krwawiło i spać nie dawało 
po nocach, że było tam dużo drugich żołnierzy, co mieli członki poszarpane i kości podruzgotane 
i umierali w jękach takich bolesnych, że mi się darły wnętrzności, a nie mogłem im 
pomóc. I musiałem spać z ich trupami, a dusze ich się nade mną wieszały. W kilkanaście dni 
potem wojewoda Stefan przyjechał, kazał wszystkich jeńców prowadzić przed siebie i sam 
każdego oglądał. Wojewoda, człowiek już stary, ze siwą brodą i przeszywającymi do głębi 
duszy czarnymi oczyma, spokojnego rozumu, ale nielitościwie okrutny, niektórych jeńców 
kazał zaraz pościnać, mianowicie Rusinów z Pokucia, mówiąc, że to jego poddani; innych zaś 
kazał w jarzma zaprzęgać i orać nimi jak wołami, których też orzących na polu mało co potem 
sam na własne oczy widziałem. Kiedy na mnie kolej przyszła, że to już po moich łachmanach 
nie można było poznać, jakiegom jest rodu, powiedziałem, że jestem synem ubogiego 
mieszczanina ze Lwowa, ale że umiem kilka języków i piszę barwnymi inkaustami na pergaminie. 
Więc wojewoda kazał mnie na bok odstawić: a potem dano mnie do kancelarii i kazano 
mi różne listy łacińskie tłumaczyć na język ruski i przepisywać. Wtedy już lepiej mi było — 
i dano mi szaty i jużem nie cierpiał głodu. A niebawem wojewoda, mając swego syna Negrula 
zakładnikiem u cesarza Bajazeta, wyprawił poselstwo do Carogrodu, z raportami o wojnie do 
carza, a z upominkami do syna — i mnie z tymi posłami wyprawił, zakazując pod stryczkiem 
wydania się z tym, że jestem jeńcem Polakiem, a pozwalając mi zostać przy Negrulu, jeśliby 
chciał mnie zatrzymać. Więc Negrul upodobał mnie sobie, każąc sobie grać na cytrze i na 
mandolinie i już mnie od siebie nie puścił. Zaczem jesienią ów Ormianin przekradł się do 
mnie, wysiedziawszy parę miesięcy w Suczawie, nim się wywiedział, żem posłan jest do Negrula, 
a potem znowu parę miesięcy w Stambule, nim się mógł do mnie przedostać. A przedostawszy 
się do mnie, chciał zrazu Negrulowi ofiarować za mnie okup sowity; aleśmy się 
namyślili, że Negrul, sam będąc w więzieniu, nie potrzebuje pieniędzy, więc Ormianin zaczął 
na niego podarunkami najeżdżać, aż mu nareszcie serce tak zmiękczył, że mnie wypuścił. 
Puścił mnie już z początkiem zimy, jeno że śród tej wojennej powodzi musieliśmy nieraz manowcami 
wielkie trakty objeżdżać, a Suczawę z daleka omijać, więceśmy dopiero teraz zdążyli. 
Taka była historia niewoli Lubka. Rodzice bardzo nad tym cierpieli, że ich syn musiał 
przez takie poniewierki przechodzić; ale miawszy go już za umarłego, chwalili Pana Boga, że 
się na tym skończyło. Zaczem stary Pretficz wąsa poprawił i brodę sobie pogłaskał i rzekł: 
— Niechaj tam ludzie mówią, co chcą, przecież to zawsze rozum jest najprzedniejszym sługą 
człowieka. Mój rozum nie chciał w to nigdy uwierzyć, żeś ty tam zginął. Pokazało się teraz, 
że miałem słuszność. 
A potem spytał: 
— Powiedzże nam, mój Lubku, czy zasłyszałeś tam co o innych Polakach, co są u Turków 
w niewoli? 
— Jest ich tam trochę — rzekł Lubek — ale niewielu. Jedni pływają na tureckich galarach, inni 
się zasię sturczyli. W więzieniu u Bajazeta tylko kilku ich siedzi. 
— Którzyż to są? bo byłaby to ludzka rzecz, zawiadomić o tym ich krewnych. 
— Jest ich tam ośmiu albo dziesięciu, bo tam w tym więzieniu, wewnątrz carskich pałaców, 
gdzie Negrul siedzi, tylko co najprzedniejszych chowają — a że nam nie wolno było z nimi się 
komunikować, więc też i nie wiem, jak ich wołają. Wiem tylko, że jest między nimi wojewodzic 
ruski Odrowąż, jest także Cherubin Gniewosz. 
— Gniewosz tam jest? — zawołał Pretficz, niezmiernie zdziwiony — wieszże to pewnie? 
— Jużci wiem pewnie, jak skoro mówią. 
— Ej, Lubku! — rzecze mu ojciec — pono plotkę ci w ucho włożono. Gniewosz, to nie taki 
chudzina, jak ty, co nikt się nie pyta o niego, jeno pan wielki a ulubieniec królewski, gdyby 
on tam był, już by król był się dawno o tym dowiedział i byłby posłał okup za niego, choćby i 
dziesięć tysięcy czerwonych. 
— Ale jest pewnie — rzekł Lubek — przecie go nieraz z daleka na własne oczy widziałem, a 
raz nawet z nim rozmawiałem. 
Więc stary Pretficz krzesło sobie przysunął do niego i rzekł: 
— Powiadajże mi wszystko, co o nim wiesz i co on ci powiadał. Jakimże więc sposobem 
dostał się w ręce tureckie? 
Zaczem Lubek opowiadał w ten sens: 
— Jak mi to sam Gniewosz opowiedział naprędce, pod Suczawą zapędził się był za jakimś 
znacznym Tatarem, chcąc go koniecznie wziąć jeńcem, ale koń upadł pod nim, złamawszy 
nogę na pniu przewróconym. Nim Gniewosz w swej ciężkiej zbroi się spod konia wydobył, 
cała chmura Tatarów się rzuciła na niego i nakryli go sobą, właśnie jak gdyby kto cały ul 
pszczół na niego wysypał. Wstawszy na nogi, chociaż bez broni, mógł ich i pięścią natłuc 
niemało, ale rozważywszy u siebie, że przecie go w końcu przemogą, a z niewoli może się 
jeszcze wykręcić, dał im się wziąć. Tatarzy, rozumiejąc po jego wzroście i zbroi, że może 
samego króla albo choć królewicza złowili, pomknęli z nim zaraz na całą noc i potem dalej, 
aż póki się nie przebrali do Turków — a tam go Turkom oddali, posyłając go w darze tureckiemu 
carzowi. To mi powiedział sam Gniewosz — a potem nasi słudzy tureccy bardzo dziwne 
rzeczy mi o nim opowiadali. Kiedy carz się o tym dowiedział, powiadali mi słudzy, że mu 
przywieziono jeńcem jakiegoś polskiego chana, kazał go najprzód zaprowadzić do pałacowego 
więzienia i zakuć w kajdany, a potem wprowadzić przed siebie. Gniewosz zakuć się dał, 
ale jak go zakuto, zaraz kajdany potargał jak nici. A kiedy mu drugie, jeszcze grubsze kajdany 
włożono, on i drugie potargał jak nici. Zaczem im rzekł: „Widzicie, że mógłbym was wszystkich 
pobić jak myszy, a przecie wam szkody nie czynię, powiedzcież więc waszemu carzowi, 
że i jemu nic złego nie zrobię, a jako pan z panem zachowam się wobec niego przystojnie.” — 
Carz zatem, namyśliwszy się mało niewiele, bo bardzo był ciekaw go widzieć, kazał go wolno 
przywieść przed siebie, a przyjął go w ganku, otoczony wielkim dworem pomniejszych 
sułtanów i baszów. Zaczem obejrzawszy go dobrze, rzekł do sułtanów: "Azaż to dziwno, że 
tym Polakom nie możemy dać rady, kiedy ich armia składa się z takich olbrzymów? Ten jeden 
mógłby cały mój dwór wyharatać, jeno widzi mi się jest dosyć pokorny”. — A potem carz 
rzekł do Gniewosza: „Twój Bóg chrześcijański dał tobie wzrost i siłę nad podziw. Musisz ty 
być albo bratem królewskim, albo też jakimś wielkim hetmanem, a pewno niewielu takich 
jest między wami”. — A Gniewosz na to: „Nie wiesz ty, carzu, co mówisz. Jam jest tylko polskim rycerzem, jakich jest u nas więcej niżeli ciurów u ciebie, a jam jest między nimi najmniejszy; 
są, którzy mię wzrostem o dwie głowy przenoszą, a dęby stuletnie wyrywają z korzeniami, 
właśnie jak gdyby tobie twój balwierz ząb wyrwał”. — Więc na to carzowi oczy 
wywróciły się białkiem, a język zaczął mu latać w gębie jak pytel we młynie, sułtanom i baszom 
także oczy latały jak gałki i bełkotali coś z sobą przez trzy pacierze. Zaczem carz rzecze: 
„Nie boję ja się twoich Polaków, bo mam tyle żołnierzy, że jak ciebie zasypali Tatarzy, 
tak ja nimi całą Polskę zasypię. Ale z tobą obejdę się grzecznie, bo chcę, aby cię moi baszowie 
mogli co dzień oglądać, ażeby też wiedzieli, z jakimi żołnierzami będą się musieli borykać, 
kiedy na wiosnę na Polskę najadę. Powiedzże mi więc, jak mam się z tobą obchodzić, 
abym cię zachował żywego, a wiedz o tym, że ja znajdę na ciebie takie kajdany, których nie 
przerwiesz”. — A Gniewosz na to: „Bardzo mądrze to czynisz, że się chcesz ze mną układać, 
albowiem masz wiedzieć o tym, że rycerz polski jest tobie równy, możesz więc, jak pan z 
panem, zawrzeć z nim traktat, nic ci to nie ubliży. Więc najprzód, kiedy chcesz ze mną żyć w 
zgodzie, masz mnie trzymać u siebie z respektem, jaki się panu należy. A potem, jeżeli ty się 
względem mnie zobowiążesz, że mnie u siebie przetrzymasz przez rok i sześć niedziel i przez 
ten czas to w sekrecie zachowasz, jakom jest u ciebie w poniewolnej gościnie, tedy ja tobie 
dam parol rycerski, że ci nie ucieknę, a i w twoich ludziach ci szkody nie zrobię”. — Więc carz 
się znowu z sułtanami naradzał, a potem rzekł: „A co będzie po roku i sześciu niedzielach? 
Albowiem wiedz o tym, że jeśliby mi twoi Polacy w tej wojnie, na którą się właśnie gotuję, 
wzięli, co nie daj Boże! jakiego zacnego sułtana albo zgoła krewnego w niewolę, to ja będę 
wolał dać ciebie w zamian za niego, niżelibym miał okup posyłać”. — A na to Gniewosz: 
„Kiedy panowie zawierają ze sobą traktat na czas oznaczony, to nigdy sobie nie wymawiają, 
co ma się stać po ekspiracji69 traktatu. Potem stanie się to, na co się znowu ze sobą namówią”. 
— Zaczem carz i sułtani, i wszyscy baszowie na to kiwali głowami i cmokali ustami, mówiąc, 
że ten rycerz polski przedni ma rozum i zdaje się być godzien respektu. A tak pomiędzy carzem 
Bajazetem a panem Gniewoszem stanął traktat, który też między sobą dotąd chowają. 
Stary Pretficz słuchał tego opowiadania z wielką uwagą, a potem rzekł: 
— Powiadajże nam teraz, jakoś sam widział Gniewosza i jako z nim rozmawiałeś. 
Więc Lubek opowiadał dalej w ten sens: 
— Negrula tam w tym samym więzieniu trzymają, co i Gniewosza, ale każdego osobno i 
każdy ma sługi osobne. Jeno że jeden jest ogród, więc oba po tym samym ogrodzie się przechadzają. 
Carz taki dał rozkaz, ażeby zakładnicy albo też jeńcy nigdy się z sobą nie spotykali, 
zaczem my zabawialiśmy się w ogrodzie o innych godzinach, a Gniewosz o innych. Ale żem 
ja do sług Negrula należał, więc mi też nie broniono zabawić się w ogrodzie o każdej porze, 
kiedy mnie Negrul przy sobie nie trzymał. Tak nieraz Gniewosza z daleka widziałem i Odrowąża 
także zajrzałem, chociaż jego nie z takim respektem trzymają. I Gniewosz musiał także 
mnie poznać, bo uważałem, że na mnie spogląda i pewnie chciałby do mnie przemówić, jeno 
że mu to nie wolno dla straży. Aż jednego dnia w lecie, kiedy okrutny upał panował, a jego 
strażnicy posnęli pod drzewem, dał mi znak i sam zbliżył się do mnie i rzekł: „Tyś to jest ów 
Pretficz, coś był mały czas paziem u króla, a potem cię król na rycerza pasował we Lwowie?” 
— Ukłoniłem mu się niziutko i odpowiedziałem: „Tak jest, jak wasza miłość powiadasz”. — A 
on na to: „Przecz mi się kłaniasz tak nisko? Takiś ty rycerz, jak ja, a dzisiaj taki sam niewolnik”. 
— Potem mnie pytał, jakim sposobem dostałem się do niewoli. A kiedym mu opowiedział, 
rzekł: „Mądrześ to zrobił, żeś się małym uczynił, będziesz się mógł wypsnąć przy jakiej 
okazji, jako to muszka i przez gęstą sieć się prześliźnie, a bąk w niej uwiąźnie”. — Więc ja mu 
na to: „Wszelako częściej muszka w sieci uwiąźnie, a bąk się przebije. Jakoż już nieraz głowę 
sobie nad tym łamałem, jakim sposobem wasze miłość wzięto żywego”. — A wtedy Gniewosz 
mi opowiedział, jak się to stało. Po czym rzekł, kładnąc mi rękę na ramieniu: „Słysz, Pretficz! 
Wiesz o tym, że my, rycerze, jesteśmy jako mnichowie jednego zakonu, co zawsze i wszędzie 
stają wszyscy za jednego, a jeden za wszystkich. Jest też i obediencja, którą młodszy powinien 
starszemu. Owo więc ja biorę od ciebie parol rycerski na to, że jeślibyś się wypsnął z tej 
niewoli, a wrócił do domu, tedy do roku i sześciu niedziel nie powiesz nikomu, żeś mnie tu 
widział i żem żyw na tym świecie. Mam wiadomości od drugich jeńców, co ich pod Czerniowcami 
zabrano, że cała Polska rozumie, jakom jest zabił pod Suczawą, potrzeba, aby tak 
rozumiano przez cały ten czas dla szczęścia ludzkiego. Zaczem liczę na ciebie, że nic nie powiesz, 
choćby cię kto rzezał po gardle”. — Zaczem dałem mu rękę, a on sobie poszedł. A potem 
jeszcze go nieraz widziałem, alem już z nim drugich dyskursów nie miewał. 
Stary Pretficz, wysłuchawszy reszty tego opowiadania, wstał i dał znak Ormianinowi, który 
się z dworzanami w rogu komnaty zabawiał, aby szedł za nim i poszedł z nim do ostatniej izby w lewym skrzydle dworzyska, gdzie miał swoje kancelarią i swoje archiwa. Tam, siadłszy 
przy stole i posadziwszy Ormianina naprzeciw siebie, zaczął go rozpytywać, azali słyszał 
co o jeńcach polskich, znajdujących się w ręku tureckich. Ale Ormianin nic o tym nie wiedział 
i odpowiedział mu krótko: 
— Ani wiem, ani nawet o nich się nie pytałem z obawy, aby się nie dowiedziano, że jestem 
z Polski. Albowiem jak skoro mi syn waszej miłości powiedział, że mu wojewoda zakazał 
pod stryczkiem przyznawać się do tego, że jest Polakiem, zaczem on przed Turkami udaje się 
za Niemca, tak też i ja powiedziałem się Grekiem i nigdy słówka nie pisnąłem o Polsce. 
Na co rzecze mu Pretficz: 
— Siedźże sobie spokojnie, a pocierp tutaj cokolwiek, zaczem cię o coś poproszę. 
Potem zaraz jął pisać i napisał list bardzo długi, zamknął go w jedną kopertę, a potem w 
drugą, wielką pieczęć na kopercie przyłożył, a oddając mu go, rzekł: 
— Chciałem, abyś tu u nas dzień jaki odpoczął, ale zważywszy, żem się powinien pośpieszyć 
z uregulowaniem moich rachunków z domem Kijasa, proszę cię, abyś jutro raniutko 
jechał do Lwowa. A tu masz list, który tam oddasz, gdzie też będą wiedzieć, co mają z nim 
zrobić. 
Ormianin, rad w duszy, że go nie zatrzymują i że będzie mógł pośpieszyć do żony i dzieci, 
pobiegł zaraz do Lubka, aby się z nim pożegnać, i jeszcze tej nocy wyjechał do Lwowa. 
Lubek, kiedy go ojciec samego z matką zostawił, kręcił się przez chwilę na krześle, bladł i 
czerwieniał, ale nareszcie zdobył się na odwagę i spytał matkę, co się stało z Jagienką. 
Matka mu powiedziała. 
Na tę niespodziewaną wiadomość Lubkowi szumiało w głowie, nieopisany chaos uczuć i 
myśli zaczął się kłębić w jego sercu i duszy, a śród tego chaosu całkiem stracił przytomność. 
Kiedy się swego czasu o zamęściu Jagienki z Gniewoszem dowiedział, za zbawienną pomocą 
nerwowej gorączki cios ten jakokolwiek przebolał, przyznał sam, że był dla niego nieuniknionym, 
oswoił się z swym położeniem i pocieszał się żywym a nieustającym w swym sercu 
życzeniem, ażeby przynajmniej ona była szczęśliwą. Domysł albo wiadomość, bo to nie było 
sekretem dla ludzi ciekawych, że Gniewosz z Jagienką nie żyje, obudziła w jego sercu dwa 
dziwnie ze sobą niezgodne uczucia: pod wpływem szczerej przyjaźni dla niej, bolał nad tym, 
że nie jest szczęśliwa — a pod wpływem miłości znajdował w tym pewne zadowolenie. Na 
wiadomość o śmierci Gniewosza odetchnął lekko, jego żartka wyobraźnia grać w nim zaczęła, 
otwierając mu tak rozkoszne widoki, o jakich dotąd nigdy nie śmiał zamarzyć. Kiedy 
Gniewosza obaczył żywego, znowu ból głęboki go przejął, bo znowu z nieba upadł na ziemię; 
jednak po dokładniejszej rozwadze znów się pocieszył, bo Gniewosz był jeńcem i zdało się, 
że sam się nie śpieszył, ażeby się wydobyć z niewoli. Jakkolwiek Lubek nie był człowiekiem 
czynu, tylko marzycielem, a marzycieli zawsze więcej pociąga ku sobie marzenie niż rzeczywistość, 
częstokroć nawet, chociaż bezwiednie, sami opóźniają spełnienie się rzeczywistości, 
ażeby marzeń nie stracić; jednak w podróży ze Stambułu do domu jego marzenia zaczęły 
pewne kształty przybierać i przeczuwać, że może teraz zamienią się w rzeczywistość. Tymczasem 
właśnie teraz się dowiedział od matki, że Jagienka poszła powtórnie za mąż za 
Wilczka! Kto tak kochał, jak Lubek, kto cały swój świat widział tylko w Jagience, a poza nią 
nic, tylko puszczę bezludną, śmierć i nicestwo, temu nie można się dziwić, że pod ciosem tej 
wiadomości zakłębiło się w jego umyśle i całkiem stracił przytomność. 
Spostrzegła to matka po jego twarzy i milcząc dała mu czas, aby przyszedł do siebie. 
Lubek potrzebował długiego czasu, nim zebrał swe myśli, po czym rzekł z przejmującą goryczą 
w głosie: 
— Jakże oni się mogli pożenić, kiedy Gniewosz żyje? 
A wtedy matka, chcąc go uspokoić, odpowiedziała mu zapewne wbrew swemu przekonaniu: 
— Ależ oni byli pewni, co też i wszyscy mówili, że Gniewosz jest zabit, zaczem grzechu 
nie mają. 
Patrząc zaś nań, po chwili dodała: 
— I tak rozumiem, że Jagienka jest zadowoloną z swojego męża. 
Natenczas Lubek, już oprzytomniawszy zupełnie, powiedział z ciężkim westchnieniem: 
— Ja też niczego nie pragnę, jak tylko, ażeby ona była szczęśliwą. 
W tej chwili wszedł Ormianin, ażeby się z nim pożegnać, a za nim stary Pretficz do jadalnej 
komnaty. 
Żegnając się z poczciwym Ormianinem, który mu tak ważne oddał usługi, Lubek rozczulił 
się, lecz widząc go odjeżdżającego i spojrzawszy w twarz ojcu, jakieś złowrogie przeczucie 
ukłuło go w serce, uderzył się ręką w czoło i rzeki do ojca: 
— Znowum głupstwo zrobił! Nawet nie głupstwo, tylko po prostu występek. Dałem Gniewoszowi 
parol rycerski, że go nie zdradzę, a przecież się z tym wygadałem. Spodziewam się 
przecież, że ojciec tego nikomu nie powie. 
Ale stary Pretficz się na to uśmiechnął i rzekł: 
— Twój ojciec twego parolu nie złamie, ale i tyś go nie złamał, jenoś się z czasem nie obliczył. 
Przecież od owej pory, kiedy Gniewosz dostał się do niewoli, minęło już więcej jak rok i 
sześć niedziel. 
Lubek nad tym się zastanowił, odetchnął swobodniej i rzekł: 
— Ale zawsze nie trzeba o tym nikomu powiadać. 
Lubek w tej chwili więcej o tym nie myślał, ale mimo to miał noc niespokojną. 
Jakież to zmiany zaszły podczas jego nieobecności. 
Lubek potrzebował kilku dni czasu, nim się wmyślił w ten nowy stan rzeczy. Lecz jak się 
wmyślił, powiedział sobie, że właściwie się nic nie zmieniło. Przecież on nigdy o tym nawet 
nie marzył, ażeby mógł posiąść Jagienkę. A czy ona tego ma męża, czy którego innego, to w 
gruncie rzeczy jest jedno. Owszem, ta zmiana wyszła jej bez wątpienia na lepsze. Gniewosza 
nienawidziła — a kiedy poszła z własnej woli za Wilczka, to przecież musiała wiedzieć, dlaczego 
to robi. Jak to tam było w rzeczywistości, Lubek nie wiedział. Stąd wpadł na domysł, iż 
może być, że Jagienka tylko dlatego poszła za Wilczka, aby się od Gniewosza uwolnić. A 
wtedy przypomniał sobie, jak zawsze na Sobniu miłościwymi oczyma na niego patrzyła i jak 
mu w tej ciężkiej chwili, kiedy ją gwałtem za mąż wydano, bukiecik kwiatów rzuciła do okna. 
A potem grał jej na lutni, a ona go do późnej nocy słuchała. Jakiekolwiek później zaszły wypadki, 
Jagienka go nie mogła zapomnieć. Zaczem uczuł tęsknotę i zapragnął ją jak najprędzej 
obaczyć, i postanowił sobie w przyszłą niedzielę pojechać na Tustań. 
Od czasu jak Wilczek przywiózł Jagienkę na Tustań, zamek tustański nabrał dziwnej reputacji 
w bliższych i dalszych sąsiedztwach. 
Ludzie ówcześni, mimo to że im ich rozum nie tylko do życia, ale do spełnienia tak wielkich 
czynów wystarczał, na jakie późniejsze wieki nie mogły się zdobyć, byli niezmiernie 
przesądni i zawsze skłonni do uwierzenia każdej plotce, którą inni opowiadali. Lada drobna 
bajeczka, którą ktoś zmyślił, przebiegając z ust do ust, bogacąc się w ustach każdego w nowe 
dodatki, wyrastała w legendę, która stawała się wprędce artykułem wiary dla całego powiatu, 
często nawet dla całego kraju i nieraz później przechodziła w kroniki jako najprawdziwsza, 
bo wszystkim znajoma historia. Tak i o Wilczku, nie wiadomo skąd, urosła powieść, jako 
nieludzkim sposobem wziął Gniewoszowi żonę z Czorsztyna. Opowiadano o nim, że diabłu 
duszę zapisał i diabeł zabił Gniewosza pod murami Suczawy; inaczej nie rozumiano. jakim 
sposobem taki żelazny rycerz mógł się dać zabić chłopom wołoskim, których Biłowus tłukł 
pałką, ile mu się podobało. Mówiono dalej, że diabeł się przebrał za księdza i dał mu ślub w 
czorsztyńskiej kaplicy przeciwko prawu i na przekór zakazowi biskupów. Inni zasię utrzy
mywali, że diabeł nie zabił Gniewosza, tylko go trzyma ukrytego w lasach wołoskich i jednego 
dnia puści go, aby odebrać żonę Wilczkowi... 
Te bajki otoczyły zamek tustański, jak gromady złych duchów, i zamieniły go w wyobraźni 
okolicznego ludu jakoby w jakąś zaczarowaną siedzibę, którą trzymają w swych ręku moce 
piekielne i już jej nie wypuszczą, aż póki ludzie w niej mieszkający nie odpokutują swych 
grzechów. Stąd poszło, że zamek ten już w owe czasy każdy chrześcijanin omijał i żaden gość 
nigdy doń nie zajechał. Wilczek z Jagienką znaleźli się zatem całkiem odosobnieni od ludzi — 
i widywali tylko swoich własnych sług i żołnierzy, i mieszczan z Tustania. Nawet Auctus 
Paniowski, jedyny wierny przyjaciel Wilczka, jeżeli czasem przyjechał, to tylko na to, aby go 
z obowiązku przyjaźni próżnymi słowami pocieszyć i do cierpliwości zachęcić, ale i on bawił 
zawsze tylko kilka godzin i nigdy za żadną cenę nie chciał nocować. 
Wilczek i Jagienka czuli to przez kilka pierwszych miesięcy głęboko i bardzo boleśnie. 
Przyzwyczaili się z czasem. Niczym nie zamącona ich miłość im wystarczała do szczęścia. 
Prześliczne i zdrowiuteńkie dzieciątko rozpędzało swoim anielskim uśmiechem wszystkie 
powieści o duchach, które czasem im dochodziły do uszu, i rozpościerało w ich uczuciu jakoby 
niebieską opiekę nad zamkiem. Wiodło im się zresztą wszystko nad podziw. Wilczek kazał 
pozbierać nagromadzone pieniądze po kluczach Jagienki i najprzód Baranów wykupił. 
Potem przez Ramułta wyrównał wszystkie zaległe rachunki z domem Kijasa. Nikomu nic nie 
był winien, jego zapasy się wciąż pomnażały, dom jego opływał we wszelkie dostatki, zaczem 
mu wszelakiego szczęścia nie brakło. Ale to nieszczęśliwe odosobnienie przecież napełniało 
ich smutkiem, bo i najzupełniejsze szczęście jeszcze nam nie wystarcza, jeżeli nie 
możemy się nim z innymi podzielić. Często z nieopisaną tęsknotą wyglądali przez okna, mówiąc 
sobie: „Gdyby już wreszcie ktokolwiek bądź, choćby jaki rybałt wędrowny albo szlachcic 
ubogi, którego by można nakarmić i odziać”. Ale nigdy żywa dusza się nie zjawiła... 
Toż kiedy między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem Lubek wjechał w dziedziniec 
zamku, oboje Wilczkowie wydzierali go sobie i nie mogli miejsca mu znaleźć. Jagienka porwawszy 
go za rękę, nie chciała jej wcale wypuścić z swojej gorącej dłoni, jak gdyby się 
obawiała, że jak ją wypuści, to i on sam się ulotni. Lubek uczul ciepło jej krwi, a wtedy taka 
błogość jego duszę objęła, jakiej jeszcze nigdy nie doznał w swym życiu. 
Przez cały wieczór musiał im opowiadać, przez jakie losy przechodził czasu swojej niedoli 
i jak się z niej nareszcie wydobył. Jagienką go słuchała z natężoną uwagą i czasem dziwny 
jakiś niepokój malował się na jej twarzy; zdało się, jakoby go chciała o coś zapytać, ale nie 
miała odwagi. Wszelako Lubek na to nie zważał. Kiedy go zaś Wilczkowie zaprosili, ażeby 
na noc pozostał, a on zaproszenie przyjął radosnym sercem, wszyscy troje byli tym nadzwyczajnie 
uszczęśliwieni — a Lubek najwięcej. 
Lubek bawił trzy dni na zamku. Przez ten czas spostrzegł, że Jagience niczego nie brakuje 
do szczęścia. Stąd powziął w swoim poczciwym sercu szczerą sympatią i szacunek dla 
Wilczka. Lecz obok tego jego miłość dla Jagienki także się ożywiła. Jagienką mówiła mu „ty” 
jak dawniej, rozmawiała z nim sercem otwartym jak z bratem, opowiadała o przebytych przez 
siebie cierpieniach i swoim szczęściu dzisiejszym, a czasem go brała za rękę i mówiła głosem, 
który jak dźwięk natchniony przebiegał po wszystkich strunach jego duszy zbolałej: 
— Po wszystkie czasy myślałam o tobie, bom zawsze wiedziała, że oprócz mojego męża ty 
jesteś jedynym na całym świecie, który mnie kocha jak siostrę. 
Lubek nie umiał na to nic odpowiedzieć, ale czuł się niewymownie szczęśliwym. 
Trzeciego dnia Jagienka, dręczona zapewne niepokojem wewnętrznym, znalazłszy się z 
nim sam na sam, zebrała się na odwagę i zaczęła go wypytywać natrętnie, czy nie masz jeszcze 
innych jeńców polskich u Turków, u Tatar, albo gdziekolwiek indziej w tych krajach. 
Lubek umiał się opanować i odpowiedział spokojnie, że nic o nich nie słyszał. Ale kiedy Jagienka 
ostro spojrzała mu w oczy i zapytała wprost: — Czy nie słyszał co o Gniewoszu? — 
nadzwyczajnie się zmienił, twarz mu się zarumieniła i oddech mu się zaparł na chwilę. Od
powiedział wprawdzie stanowczo: — Nie, z pewnością nie — i dodał, że śmierć Gniewosza jest 
niewątpliwie stwierdzoną — ale jego pomieszanie nie uszło uwagi Jagienki i pewne podejrzenie 
w niej pozostało. 
Zauważał to Lubek i z obawy, ażeby mu Jagienka tych pytań nie powtarzała, jeszcze tego 
samego dnia do Sokołowa odjechał. 
Od tego czasu jeździł co tydzień na Tustań. 
Jego ojciec, przypatrzywszy mu się uważniej i przyszedłszy do przekonania, że on ani do 
zawodu wojskowego, ani też do żadnej służby publicznej nie jest stworzony i że najszczęśliwszym 
jest w samotności, dał mu folwark należący do Sokołowa i zostawił mu jak najzupełniejszą 
swobodę. Lubek, zamieszkawszy pod swoją strzechą, spędzał czas według swego 
upodobania: grywał sobie na lutni albo na mandolinie, rysował obrazki, układał wiersze, wyrzynał 
figurki z drzewa, zaglądał do chat ubogich ludzi, dawał im rady i bawił się z ich 
dziećmi, które daleko więcej go zajmowały niżeli ich rodzice. Ale w rzeczywistości wcale nie 
wiedział, czy słońce świeci, czy niebo jest pokryte chmurami, czy jeszcze dzień jest, czy noc 
już zapadła, tylko dnie liczył i pragnął, ażeby jak najprędzej nadeszła niedziela — a w niedzielę 
jechał na Tustań. 
Przyjmowany zawsze serdecznie, mogąc swobodnie patrzeć w czarujące oczy Jagienki, 
oddychać tym samym powietrzem, co ona, czasem się dotknąć jej ręki, czuć ciepło jej krwi, 
pełne sympatii dla niego, i widzieć ją w szczęściu niczym niezamąconym, był sam tak szczęśliwym, 
że wcale wyższego szczęścia nie pragnął dla siebie. Ludzie, goniący za innymi uciechami 
w tym życiu, nazywają takie niewinne szczęście złudzeniem: ale czyż szczęście, któreśmy 
sobie stworzyli, które z całą świadomością czujemy i którym jesteśmy zupełnie zadowoleni, 
nie jest taką samą rzeczywstością, jak każda inna, o której nam się zdaje, że jej jesteśmy 
świadomi? Co w naszej duszy jest rzeczywistością a co urojeniem, tego jeszcze nigdy 
nikt nie określił. Lubek był tym szczęśliwy, co miał, i tylko pragnął, aby tak został na wieki. 
XV 
ŻYWI GINĄ 
Ten rok 1498, co nastąpił po bukowińskiej wyprawie, nie przeszedł tak spokojnie we 
Lwowie, jak w Tustaniu i Sokołowie. Był to owszem na całej Rusi rok bardzo wojenny, chociaż 
to, co o nim kroniki nam przekazały, było widocznie raczej niszczeniem i łupieniem 
kraju niżeli wojną. 
Wojewoda wołoski, pozbywszy się Polaków ze swego kraiku, chociaż za pośrednictwem 
Węgrów zawarł podobno z Polską jakiś rozejm czy pokój do czasu, nie chciał, a nawet i nie 
mógł na takiej niedostatecznej umowie poprzestać. Albowiem położenie jego było niezmiernie 
trudne i niebezpieczne: państwowy byt Wołoszczyzny nie był wcale zapewniony, rościły 
sobie do niej pretensje trzy wielkie mocarstwa: Polska, Węgry i Turcja, co chwila któreś z 
nich wymagało od niej poddania się i złożenia hołdu przez księcia, popierając swe wymagania 
groźbami, a często i siłą zbrojną — i tylko książę tak bystrego rozumu, takiej niezwyczajnej 
chytrości i tak niepożytej energii, jak Stefan, za co też w dziejach swego narodu nazywa 
się Wielkim, mógł przez lat przeszło trzydzieści swoje państewko bronić zwycięsko przeciwko 
trzem takim potęgom i zostawić je swoim następcom. Po bukowińskiej wyprawie, nie 
mając żadnej pewności, że Polacy znów się zerwą na niego, postawił się na stopę przyjazną z 
Węgrami, skojarzył się z Turcją i zebrawszy około czterdziestu tysięcy zbrojnego ludu, złożonego 
z Wołochów, Tatarów i Turków, najechał Ruś, należącą do Polski. Celem jego było 
bez żadnego wątpienia, nie zdobycz ziemi, tylko zniewolenie Polski i Węgier do zawarcia z 
nim stałego pokoju: ale tymczasem pod jego najazdem ruskie kraje cierpiały. 
Król Olbracht, którego postępki, skutkiem lekkości ducha i niepowściągliwego temperamentu, 
bardzo często w rażącej były niezgodzie z jego rozumnymi myślami i zamiarami, tym 
razem wcale o obronie swych krajów nie myślał. Przeleżawszy po powrocie z wojny wołoskiej 
kilka tygodni we Lwowie, wrócił do Krakowa i zaniedbując zupełnie sprawy publiczne, 
jak gdyby chciał sobie wstrzemięźliwość, którą mu nałożyły przeszłoroczna wojna i nastąpiona 
po niej choroba, w dwójnasób nagrodzić, oddał się najwyuzdańszej swawoli. W całym 
jego życiu nie masz drugiej epoki, w której by się tak zupełnie dał unieść swojemu swawolnemu 
temperamentowi — i właśnie w owym to czasie zdarzyło mu się, że kiedy nocą zakradał 
się do jakiejś swawolnicy, pobił się w ciemnej ulicy z pijanymi pachołkami i został od nich 
czekanem w głowę raniony, którą to ranę jego balwierze mu przez cały miesiąc leczyli. 
Nie czując żadnej ze strony króla obrony, starostowie i inni zamożniejsi panowie pozamykali 
się przed najazdem w swoich zamkach i dworach obronnych i tak samo także uczyniły 
obronne miasta, naprawiając swe mury i gromadząc u siebie na swój koszt ludzi zbrojnych, 
skądkolwiek mogły ich dostać. Lwów stał się wtedy zbiegowiskiem żołnierstwa wszelakiej 
broni i wszelkich narodowości, pomiędzy którym nie brakło także drobniejszej szlachty, nie 
mogącej się bronić w swoich drewnianych dworkach i nie brakło także wszelkiego rodzaju 
awanturników, dla których takie czasy i takie miasta najpożądańszym i najobfitszym są żniwem. 
Miasto więc samo było tymi gośćmi nabite, pełne ich były wszystkie gospody i domy, 
gwar nieustanny, pijatyka, bójki, kalectwa, nie ustawały ni w dzień, ni w nocy: drabowie 
miejscy rąk nie mogli nastarczyć, ażeby jakikolwiek utrzymać porządek — a tylko szynkarze i 
kupcy dobrze się mieli. 
Wszelako na przedmieściach działo się jeszcze daleko gorzej. Kiedy bowiem do miasta 
ściągali się tylko ci, co mieli pieniądze albo choć kredyt, lub wreszcie tacy, co na to liczyli, że 
sobie filuterią grosz i gościnę u drugich wykręcą, po przedmieściach włóczyli się sami tacy 
hultaje, co nie wahali się kraść, a kiedy ukraść nie było można, to wzięli gwałtem, nawet i w 
biały dzień, a jeszcze i zrabowanego wyśmiali. Nabrawszy towarów, sprzedawali je Żydom, a 
nawet i po żydowskich gospodach mieszkali; inni zaś, że to: już ciepło było, bo wiosna w tym 
roku była wczesna i prawie od razu gorąca, nocowali sobie po przedmiejskich ogrodach, po 
cmentarzach i po krzach, otaczających góry zamkowe. 
Do Łopatki, że to do jego starościńskiej jurysdykcji należały przedmieścia, z początkiem 
wiosny dzień w dzień przybiegali przedmieszczanie z lamentem, że temu wypłukano komorę, 
innemu spichrz przetrzebiono, a trzeciemu nawet wyprowadzono jałówkę z obory. Łopatka 
kazał swym drabom robić na nich obławy, ale bez skutku, bo chociaż już kilku, złowionych 
na gorącym uczynku, kazał wrzucić na dno wieży, jednak to wcale nie pomagało: kradzieże te 
i łupiestwa mimo to ciągle się powtarzały — a co najgorsza, to że bardzo mało tych hultajów 
chwytano i było wielkie podejrzenie, że Żydzi ich protegują, a drabi zamkowi, na nocne ronty 
wysyłani, zamiast ich śledzić i chwytać, po całych nocach wysiadują przy dzbanach w żydowskich 
gospodach. Łopatka o tym wiedział przez szpiegów, bardzo się tym frasował, ale 
nie umiał sobie na to poradzić. 
Tak jednego dnia rano, po nabożeństwie — a był to właśnie dzień św. Stanisława biskupa — 
siedział sobie na ławie kamiennej przy bramie Niskiego Zamku, przy nim siedzieli Olizar i 
Frąc, a on im opowiadał swoje kłopoty, chcąc zasięgnąć ich rady. 
— Wiem wszystko — powiadał zafrasowany Łopatka — wiem, kiedy co komu ukradną, 
wiem, kędy idą ukradzione towary, wiem nawet, gdzie odbywają swoje noclegi, a przecie ich 
dopaść nie mogę. 
A na to rzecze Olizar bardzo podstępnie: 
— Najlepiejbyś zrobił, gdybyś kazał zlustrować żydowskie gospody, tam byś znalazł niemało 
nakradzionych towarów, przynajmniej mógłbyś je oddać poszkodowanym. 
Łopatce ta propozycja cale nie była do smaku, bo Żydzi byli w wielkich łaskach w starostwie, 
starostowie ich nawet nieraz protegowali przeciwko miastu, więc odpowiedział mu na 
to niechętnie: 
— Trudnoż nam Żydów lustrować komory, jak skoro nikt się na nich nie skarży. Na tym 
zresztą niewiele zależy, ja bym chciał wyłapać złodziejów. 
— Powiadają w Krakowie — rzecze mu na to Olizar — że kruk krukowi oka nie wydzióbie, a 
u nas we Lwowie taka jest gadka, że starosta nie wydzióbie oka Żydowi. 
Więc Łopatka się tym uczuł dotknięty, lecz rzekł niby żartem: 
— A tobie by się to nie podobało, żebym wyłapał złodziejów, bo wyłapawszy ich w nocy, a 
przypatrzywszy się im do słońca, może by się pomiędzy nimi znalazło kilku Olizarowych 
kozaków. 
Ale Olizar się śmiał naprawdę i mówił: 
— Słysz, Łopatka, jak którego z nich złapiesz, to ja cię sam proszę, abyś go zaraz kazał powiesić, 
bo taki kozak i mnie się na nic nie przyda, co się przy takim bzdurstwie, jako właśnie 
to łuszczenie bezbronnych przedmieszczan, da złapać. Ale nie myśl ty tak o moich kozakach. 
Przywieźli oni sobie dosyć zdobyczy z wojny wołoskiej, że jeszcze mają żyć z czego, a nawet 
wyżyją o tym choćby do zimy. A nie myśl także, żeby moi kozacy, co są przecież żołnierze, 
żyli w przyjaźni z takimi hultajami, co przedmieszczan rabują. Gdybym ja był z tym hultajstwem 
w przyjaźni, to Fesia mieszkałaby sobie spokojnie na swoim folwarku pod Wysokim 
Zamkiem — a ja sam dałem jej radę, aby sobie najęła domek na Halickiej ulicy w sąsiedztwie 
Pachny, a jej folwarku pilnują moi kozacy. 
— Ot, pleciesz! — rzecze do niego, przymrużając jedno oko, Łopatka — na seło ludyj duryty70 
— Obawiałeś się, żeby ci hultaje nie zbałamucili ci Fesi, albo żebyś od nich w nocy po łbie 
nie dostał, jako się to właśnie naszemu panu zdarzyło w Krakowie — i dlategoś ją przeprowadził 
do miasta i oddał pod opiekę Pachny. Ne zdurysz ty Seneki. Pachny teraz już nie dostaniesz, 
bo głupia by była, gdyby to brała dla siebie, co po Fesi zostanie. Powie ci ona także, jak 
mawiał Seneka. Ale co mnie tam do tego! 
Na te słowa Frąc pogładził się z zadowoleniem po brodzie, a Łopatka tak mówił dalej: 
— Ale co robić? w tym sęk i dlatego chciałbym się was poradzić. Ja sobie myślę, że trzeba 
by na tych hultajów gęstą sieć utkać z żołnierzy i wszystkich do sieci napędzić. 
Na to Olizar się rozśmiał i rzekł: 
— Widać zaraz starostę, co na to szablę nosi u boku, aby przy niej zasiadał na sądach, ale 
nigdy nie bywał na wojnach. Jeżelibyś ty chciał gęstą sieć utkać choćby tylko na tych, co się 
włóczą po Krakowskim Przedmieściu, to trzeba by ci na to co najmniej z pięć tysięcy żołnierzy. 
Chyba że wiesz, gdzie się zbierają. 
— Jużci wiem — rzecze Łopatka. — Przy kościółku N. Marii Panny jest cmentarz mało co 
okopany a zarośnięty chaszczami, zaś za cmentarzem ciągną się w górę pomiędzy dworkami 
warzywne ogrody probostwa aż prawie pod górę Piaskową. Na probostwie tylko stary ksiądz 
siedzi z organistą i dwoma dziadami, a wszyscy spać idą z kurami. Owo więc na tym cmentarzu 
ci złodzieje się zbierają, zwłaszcza w niedziele i święta, kiedy im łatwiej kraść i zdobywać 
komory, i tam się dzielą kradzieżą. A tak są przy tym zuchwali, że czasem koło północy, 
albo też i nad ranem nawet, i ognie nakładają, i jedzą przy nich, i piją, co w nocy ukradli. 
Na to rzekł Frąc: 
— No, to tam posłać tylko z pięćdziesięciu halabardników, aby na nich za krzakami albo za 
sąsiednimi domami zasiedli, a potem ich otoczyli i wzięli. 
— Ba! — rzecze Łopatka — jużem tego próbował, ale nigdy mi się nie udało. Zawsze halabardnicy 
uciekli, mówiąc, że to nie złodzieje, tylko dusze umarłych przy tych tam ogniach 
odprawiają swoje biesiady. Widzieli na własne oczy, jak z grobów wybuchały płomienie i 
chmury dymów, a z nich występowali umarli. Raz nawet zaczekali, aż kur zapieje; ale jak kur 
zapiał, wszystkie te mary zniknęły i moi żołnierze po nich nic nie znaleźli... 
To mówiąc Łopatka, zrobił krzyż święty na piersiach i rzekł: 
— Nie wiem więc, czy się godzi na dusze zmarłe najeżdżać, bo żeby za to potępienia nie 
było. 
Ale niewierny Frąc się na to uśmiechnął i rzekł: 
— Takie to dusze zmarłe, co kradną. A potem, chciałbym ja widzieć te dusze, co przede 
mną nie pierzchną, kiedy na nie z gołym mieczem najadę. 
Łopatka spojrzał zadziwionymi oczyma na niego i rzekł półgłosem do Olizara: 
— Chyba że husyta albo też charakternik. A ty, co powiadasz? 
A Olizar, nienawidzący Frąca, a jako Rusin zawsze pełen sztucznych konceptów, powiedział 
na to te słowa: 
— Mogą być dusze, co o północy z grobów wyłażą, jako to bywa, ja jednak rozumiem, że 
prędzej złodzieje. Jednak czy dusze, czy złodzieje, nic ty im piechotą nie zrobisz, bo człowiek 
zawsze około północy strachów się boi, jeno koń nie dba o strachy, i choćby nawet na dusze, 
zawsze śmiało najeżdża. Zaczem tak sądzę, że Frąc powinien by co w tym pomóc. Siedzi on 
teraz jako komendant na Wysokim Zamku i ma sześćdziesiąt ciężkich koni pod sobą. Niechże 
więc przed północą milczkiem pod górą Piaskową zasiędzie, a ty postaw swych drabów w 
zasadzce od Niskiego Zamku i niech mają oko na cmentarz. A jak tam ruch jaki obaczą, niechże 
więc dadzą znak, wystrzeliwszy z muszkietu, wtedy Frąc z swymi konnymi ludźmi z całym impetem uderzy na cmentarz i których złodziejów nie potratuje, tych twoim drabom w 
same paszczę napędzi. 
Więc Łopatka, kiedy myśl Olizara zrozumiał, tak się nią uradował, że mu się rzucił na 
szyję i zawołał: 
— A ty, Wyrypaju, masz zawsze sposób na wszystko! Więc cóż, panie Frąc, uderzysz, jak 
mówi Olizar? 
— Dlaczego nie — odpowiedział Frąc — przecie to mój obowiązek. 
— Więc dziś! — zawołał Łopatka — bo to dziś święto i pewnie ich tam złowimy. Więc na 
strzał z muszkietu od Piaskowej góry w pięćdziesiąt koni uderzysz, a już ja sam będę z moimi 
drabami na dole i przypilnuję, aby się wszystko wywinęło jak z płatka. 
— Będę i ja tam — dodał do tego Olizar — nie dla złodziejów, jeno jeżeli to będą dusze, to 
chciałbym widzieć, jaki też opór postawią koniom. 
Zaczem Łopatka ich do siebie na obiad zaprosił i gościł serdecznie — a przed wieczorem 
rozeszli się, aby się o północy znowu obaczyć. 
Pomimo tak bardzo ożywionego ruchu w mieście i w swoich sklepach, pomimo obaw nowej 
wojny i niebezpieczeństw nowej łupieży, stary Kijas nie zdołał się otrząść z ciężkiej żałoby, 
w którą popadł od śmierci swojego syna. Zrazu zniósł wprawdzie ten cios z odwagą i 
wyrozumieniem doświadczonego męża, który wie, że wszystko mija w tym życiu, a przeto na 
wszystkie nieszczęścia jest z góry przygotowany. Jednak im więcej myślał nad obecnym 
swym położeniem, tym cięższy smutek opanowywał jego umysł znękany i tym niżej go przygniatał 
do ziemi... 
Już sam ten wypadek, że zwłokom jego syna nie pozwolono krypty w żadnej cerkwi i żadnym 
kościele i Tigranes leżał dotąd na ubogim cmentarzu przy drewnianym kościółku, był dla 
niego niewysłowionym zmartwieniem. Prowadził o to proces z biskupem ormiańskim, lecz 
bez nadziei, albowiem biskup, chociaż jego przyjaciel, bronił się zawzięcie i był w swoim 
prawie: on, jak powiadał, ludzi innych obrządków nie nawraca na prawosławie, ale przerzucania 
się swoich parafian na inne obrządki nie może przebaczać, a jeszcze do tego niejako 
swą własną ręką uświęcać. Tigranes wystąpił z gminy kościelnej ormiańskiej, niechże więc 
jego zwłoki ci wezmą do siebie, co go do swojej gminy przyjęli. Kijas toczył także proces z 
arcybiskupem lwowskim, ale również bez skutku. Ks. Boryszewski miał dwa powody, dla 
których zwłok Tigranesa nie chciał przyjąć do piwnic katedralnych: najprzód, chciał dać naukę 
proboszczowi zamkowego kościoła, który się wciąż wyłamywał spod jego władzy biskupiej, 
a uważając siebie jako urzędnika królewskiego, rewindykował eksterytorialność dla siebie 
— a po wtóre, uznaniem przejścia Tigranesa na łono katolickiego Kościoła, które w samej 
istocie stało się Bóg wie po jakiemu, nie chciał obrażać biskupa ormiańskiego, unikając w 
tym razie, jak zresztą zawsze i wszędzie, ażeby nie był posądzonym o nawracanie podstępem 
lub gwałtem wyznawców innych obrządków na katolicyzm. Rządy polskiego Kościoła znajdowały 
się jeszcze wtedy wyłącznie i w zupełności w rękach duchowieństwa świeckiego, 
które, dalekie od fanatyzmu a pełne rozumu, wyniosłych pojęć o wierze i obywatelskiej miłości 
ojczyzny, usiłowało swoją powagą, miłością, ludzkością i światłem łączyć ze sobą sąsiednie 
narody i społeczeństwa — a łapanie dusz podszeptami, kabałą, gwałtem albo prześladowaniem 
odtrącało od siebie jako ubliżające swojej wysokiej godności, nie przynoszące ani zaszczytu, 
ani pożytku katolickiemu Kościołowi, a uwłaczające dobrze zrozumianym interesom 
polskiego narodu. Kijas przeto stracił już zupełnie nadzieję przeniesienia zwłok swego syna 
do jakiejś poważnej świątyni i wystawienia mu marmurowego nagrobku w kościele, i to go 
niezmiernie bolało. 
Rozmyślając dalej nad tym, jako jego syn zginął marnie w tak młodym wieku, nie osiągnąwszy 
swojego celu i zostawiwszy tak znakomity dom handlowy i jego samego w sieroctwie, 
jak to zazwyczaj się zdarza poczciwym ludziom, robił sobie wyrzuty, że przez słabość 
do jedynaka, a może trochę przez własną próżność na to zezwolił. Po co się kupiec ma pchać 
między rycerstwo, kiedy ma swoje własne powołanie, wcale nie gorsze, a bez wątpienia pożyteczniejsze 
od żołnierskiego zawodu? Gdyby był zachował w tej sprawie swój rozum, jak 
go umiał mieć w każdej innej, i gdyby był nie zrobił ustępstwa z swej władzy ojcowskiej, 
jego syn byłby żył dotąd, on by był nie osierociał na starość, a jego dom byłby się utrzymał w 
jego rodzinie może na wiele wieków. Kijas nie mógł sobie tych grzechów darować i gryzł się 
nimi do tego stopnia, iż miewał chwile, w których mu się zdawało, że był swojego syna zabójcą. 
Stękając ciężko pod tymi wyrzutami rozdrażnionego sumienia, wytwarzał sobie wyrzuty 
inne, które go rozczulały. Niejednokrotnie człowiek poczciwy i czuły, ale zajęty nieustającą 
pracą, nie mając czasu do zajmowania się uczuciami, trzyma na wodzy swe serce przez cały 
wiek męski i jest tak samo twardym dla innych, jak dla siebie samego: lecz kiedy starość nadeszła, 
twarda praca z konieczności ustała, chwile spoczynku się coraz przedłużają, a do tego 
zjawiły się te i owe nieszczęścia, w starcu rozbudza się serce i staje się często tak tkliwym, 
jakim nie było nawet w wieku dziecięcym. Taka tkliwość rozbudziła się teraz w starym Kijasie. 
Wyrzucał sobie, że kiedy już tak być musiało, że jego syn miał sobie obrać zawód wojskowy, 
to on temu winien, że wystawił tak słabą chorągiew, on winien, że go nie zniewolił 
poddać się pod rozkazy jakiegoś doświadczonego rotmistrza, on wreszcie winien, że wszystko 
poszło tak nieszczęśliwie. A nadto jeszcze, jakże się względem swojego syna w ostatnich 
czasach zachował? Kiedy Tigranes przez dwa miesiące leżał w obozie, on ledwie go dwa lub 
trzy razy odwiedził, a kiedy wyjeżdżał na wojnę, to nawet go do swej piersi nie przycisnął, a 
pożegnał się z nim tak, jak gdyby go za tydzień miał znowu obaczyć. Gdyby mu się ten czas 
powrócił, ani na chwilę by go nie odstąpił, A nawet by go odprowadził przynajmniej do granicy 
królestwa. Dziś mu się pamięć tak mąci, że prawie już nie może sobie przypomnieć, jak 
syn jego w ostatnich czasach wyglądał. Gdybyż go mógł obaczyć choć tylko raz jeszcze W 
tym życiu! 
W chwilach kiedy Kijas nie męczył siebie wyrzutami sumienia i nie myślał o swoim synu, 
myślał o sobie. Starość już przyszła. Siły go z każdym dniem opuszczają. Życie się kończy. 
Jego dom, jego składy kupieckie, jego bogactwa, wszystko stało mu się obojętnym. Nawet i 
na tym mu nic nie zależy, kto to po nim zabierze. Niech to weźmie Formoza, jedyna po jego 
synu dziedziczka. Niech Kundrat jego dom dla niej dalej prowadzi albo niechaj go zwinie i na 
pieniądze albo na dobra zamieni, nic go to nie obchodzi. Ale co się z nim samym stanie po 
śmierci? 
Kijas należał dawniej do tych ludzi, co się nie zajmują takimi zagadnieniami. Wiedział, że 
jest chrześcijańska religia, przyznawał jej wyższość nad każdym pogaństwem, uważał, że 
religia jest dla ludzi koniecznie potrzebną, pomiędzy jej obrządkami nie znajdował wielkiej 
różnicy, obowiązków względem swego Kościoła sumiennie dopełniał, na mszę chodził co 
niedzielę i święto, rzadko się spowiadał, to prawda, ale natomiast bardzo był szczodrym dla 
swojej cerkwi, dla księży i dla ubogich ludzi przede wszystkim — a zresztą był tego zdania, że 
człowiek powinien pracować bez odetchnienia na pożytek dla siebie, dla swojej rodziny i dla 
swego narodu, nie tracąc czasu na dociekanie zakrytych przed nim tajemnic, bo po śmierci 
stanie się z nim w każdym razie to tylko, na co zasłużył, a czego on żadnym dociekaniem nie 
zmieni. Taki był jego katechizm i taka filozofia dotychczas — i to mu wystarczało zupełnie. 
Ale teraz, w tym smutnym usposobieniu umysłu i widząc już grób otwarty przed sobą, nie 
mógł na tym poprzestać i zaczął prawdy dociekać. Sam nic nie mógł wymyśleć, bo nie miał 
ani nauki, ani wprawy do takiego rozmyślania — a jak zaatakował tę kwestią swoim prostym 
rozumem kupieckim, to mu się zdało, że nawet nie ma nad czym rozmyślać, bo jest rzeczą 
oczywistą, że dusza ludzka, dusza bez ciała, dech, tchnienie, nie może żyć po śmierci człowieka. 
Nawet nie wiedzieć, na co by się komu przydała, nie mając ani nóg, ani rąk, ani głowy, 
nie mogąc zatem pracować, ani żadnego przynieść pożytku, ni sobie, ni komukolwiek. 
Wszelako taki rezultat nie mógł go zadowolić, bo niepodobna mu było pogodzić się z tą myślą, 
że po nim się nie zostanie nic więcej, jak tylko garść prochu — a i ten proch jeszcze prędzej 
lub później wiatry rozwieją. Czy to tak być może? A jego rozum, jego wola, jego wewnętrzna 
istota, tak doskonale siebie świadoma, gdzież się to wszystko wtedy podzieje? 
Tej sprzeczności, którą znalazł w samym sobie, nie umiał swoim rozumem rozwiązać. Ale 
miał trochę książek, które dotychczas czytywał lekko, bez zagłębiania się w myśl ich autora, 
raczej dla przyozdobienia swego umysłu niż dla nauki: teraz więc zaczął je czytać z uwagą i 
postanowił w nie się zagłębić. Najpierw wpadło mu w ręce kilka dialogów Platona, które go 
żywo zajęły, bo dojrzał w nich człowieka dobrej woli i z szerokim na świat duchowy poglądem. 
Niezmiernie mu się podobało w Platonie, że przepisuje kupcom umiarkowanie i panowanie 
nad sobą, a uległość istniejącym ustawom i prawom. On zawsze był umiarkowany we 
wszystkim i zawsze się uginał przed prawem, a zatem dopełnił swych obowiązków: Platon by 
kontent był z niego — i to mu przyniosło wielkie uspokojenie. Natomiast wcale mu się nie 
podobały trzy dusze Platona, bo mówił sobie, że jeżeli człowiek ma trzy dusze, to tak właśnie, 
jak gdyby żadnej nie miał: „Moje trzy dusze się porozlatują każda w swoje stronę, a gdzież ja 
się zostanę?”. 
Zaczem odłożył Platona na bok, a wziął Danta do ręki, którego miał w niekompletnym, ale 
bardzo pięknym odpisie na pergaminie; kawałek Nieba 
w nim brakowało i kilka pieśni o 
Czyśćcu, ale Pieklo 
było całe od początku do końca. Ktokolwiek, jak wszyscy ludzie, co nie 
mają wyrobionych własnych przekonań, wierzy w to święcie; co czyta, tego żaden z pisarzy 
całego świata nie przekona tak łatwo, jak Dante, że dusza ludzka żyje indywidualnie po 
śmierci człowieka, bo jest ona tam przedstawiona z porywającą potęgą wyższego nad zwykły 
poziom ludzkiej inteligencji geniuszu i widzi ją oko czytającego, jak wygląda i jak jej się powodzi 
w niebie, w czyśćcu i w piekle. Sytuacja duszy ludzkiej, zwłaszcza w piekle; jest całkiem 
nie do wytrzymania: gdyby takie męki miała cierpieć na ziemi, to by w kilka godzin 
umarła — a przecież i w piekle jest żywa i żyje, nawet całkiem w postaci ludzkiej, na wieki. 
Kijas się w Dantem jakby na nowo odrodził. Do piekła się nie dostanie, bo był zawsze uczciwym 
człowiekiem. Może mu się co w czyśćcu oberwie, bo kto narabia łokciem a miarką, ten 
zawsze się może na szkodę ludzką omylić. Jednak i za to, nie on, tylko Kundrat będzie brał 
basy, bo to on łokciem i miarką manipulował, Kijas sam ich się nigdy nie dotknął. Ale jakkolwiek 
bądź, dusza ludzka żyje po śmierci, o tym już wątpić nie można — a to jest rzecz kapitalna. 
Potem wziął jeszcze w rękę kilka pisarzy kościelnych, których miał w kopiach, miał i 
ewangelie w fragmentach, pisane po grecku, czytał to wszystko pilnie, z rozumieniem i przejęciem 
się ich autorami, i wszędzie znalazł potwierdzenie tego, co w Dantem wyczytał. 
Kijas pod zgryzotami i pod ciężarem starości, prawie nieznacznie, lecz bezustannie, upadał 
na siłach fizycznych: zgarbił się, zgrzybiał, po wschodach chodził z trudnością, czasem musiał 
się nawet na kimś opierać, ażeby przejść z jednej komnaty do drugiej; ale wewnętrznie 
znacznie się uspokoił. Od czasu do czasu, w chwilach pochmurnego humoru, nasuwały mu 
się jeszcze niejakie wątpliwości, czy dusza ludzka jest nieśmiertelną, i dlatego bardzo lubił o 
tym rozmawiać. W końcu, cokolwiek bądź mu kto przeciwko jego przekonaniom powiedział, 
zawsze to sobie Dantem rozproszył. Wszelako jeszcze inna go trapiła wątpliwość, na którą w 
żadnej książce wyjaśnienia nie znalazł: a to, czy po śmierci swojego syna obaczy? — Bo jużci, 
dusze są nieśmiertelne, Tigranes w błyszczącym pancerzu i hełmie a w płaszczu niebieskim, 
żółto podbitym, gdzieś sobie tam żyje pomiędzy chmurami: ale czy dusze, na tej niezmiernej 
przestrzeni, gdzie tyle milionów gwiazd koło siebie się mieści, a jedna drugiej nie tyka, mogą 
tak łatwo spotkać się z sobą? To jest rzecz godna głębszego zastanowienia. Miasto Lwów 
przecie niewielkie, gdzie mu się tam równać do nieba? człowiek co dzień na ulicę wychodzi — 
a przecie czasem i przez cały rok drugiego znajomego nie spotka? cóż to dopiero musi być w 
niebie? 
Kijas swoimi konwersacjami o nieśmiertelności duszy okrutnie męczył wszystkich swoich 
znajomych. Z początku zimy znamienitsi mieszczanie, księża, a nawet i przedniejsi żołnierze 
bardzo gęsto go odwiedzali, raz, aby go z obowiązku przyjaźni w jego ciężkiej żałobie pocieszać, 
a potem, aby z nim rozumnie pogadać i wypić kubek małmazji. Ale jak zaczął ich bombardować 
nieśmiertelnością duszy i swymi zapytaniami, jak też oni to rozumieją, czy on po 
śmierci potrafi duszę Tigranesa odszukać pomiędzy tymi niezliczonymi gwiazdami — tak ich 
wszystkich wypłoszył. Najzawołańsi bibosze, jak Łopatka, Olizar i inni, woleli się wyrzec 
najprzedniejszej małmazji, niżeli za każdym haustem brać w łeb Platonem lub Dantem i przyznawać 
się do tego, że o nich nigdy nic nie słyszeli — a oprócz tego jeszcze i słuchać, jaką 
sarabandę diabli wyprawią ich duszom w czyśćcu i w piekle i na jakich instrumentach będą 
im do tego przygrywać. Wkrótce też Kijas znalazł się zupełnie osamotnionym; nawet i Kergolaj, 
nie mogąc się nigdy u Formozy doprosić, aby go u siebie przyjęła, bardzo rzadko się 
pokazywał: do rozmowy zostali mu tylko Formoza i Kundrat. 
Formoza umiała się jego niedorzecznym pytaniom jeszcze jakokolwiek obronić, albowiem 
pojmując religią z wyższego punktu widzenia i nie zapuszczając się w bliższe badanie takich 
artykułów wiary, które w ustach osób świeckich a nieuczonych przybierają zawsze pozory 
guseł lub bajek, sprowadzała go do prawd religijno-moralnych, a wreszcie do spraw familijnych 
i gospodarskich. Miała ona zresztą taką nad nim powagę, że cokolwiek zrobiła lub powiedziała, 
jeżeli to tylko nie była przesadzona pochwała dla niemiłego jemu rycerstwa, to 
zawsze na wszystko się zgodził. 
Ale Kundrat był z nim bardzo nieszczęśliwy. To już kwiecień się kończy, już trzeba szkuty 
spławiać Dniestrem do Kaffy, do Kilii i Białogrodu, tu jeszcze ze wszystkich miast zalegają 
rachunki, tu miejskie sklepy nie mogą dostarczyć towarów, gwar, nieład, nie wiedzieć komu 
dać kredyt i jak się pozbyć natrętnych, tu, jak słychać, Wołosza już najechała Pokucie, tu 
wreszcie Pachna jakieś zdradliwe knuje przeciwko niemu zamiary, zgoła sam nie wie, do 
czego ma pierwiej rękę przyłożyć i jak jego głowa temu wszystkiemu da radę — a tu go Kijas 
nieraz po całych godzinach prawie trzyma za poły i dyskutuje z nim kwestią nieśmiertelności 
duszy, tudzież — jeszcze daleko ważniejszą kwestią swojego spotkania się z Tigranesem. 
Wszyscy diabli mogliby wziąć człowieka za życia, kiedy się znajdzie w takich tarapatach. 
Kundrat sobie bardzo mozolnie suszył głowę nad tym, jaki by na to sposób wynaleźć, ażeby 
zamknąć gębę staremu i przynajmniej na jakiś czas go uspokoić, myślił nad tym i myślił, i 
nareszcie coś bardzo mądrego wymyślił. 
Tego dnia — a było to już w pierwszych dniach maja — Kijas właśnie go męczył daleko 
nielitościwiej, jak zwykle, mówiąc: 
— Ale ty mnie nie rozumiesz, bo też i nie słuchasz jak trzeba. Ja tobie o takich ważnych 
rzeczach powiadam, ty niby słuchasz — a ja widzę po twojej twarzy, że myślisz o czym innym. 
Pewnie o Pachnie, pożal się Boże. Dusza ludzka jest nieśmiertelną, to jest rzecz pewna. 
Dusza ludzka żyje i tak właśnie wygląda, jak wyglądała za życia, jeno zrzuciwszy ciało ze 
siebie, nie da się chwycić rękami. Jakim sposobem można ją palić rozmaitymi ogniami, kiedy 
ciała nie ma, to mi się jakoś nie ochapia, ale musi to tak być, kiedy tak napisano. Cóżkolwiek 
bądź, zawsze i to jest rzecz pewna, że można by ją widzieć, gdyby tu przyszła, jeno nie wiem, 
czy kiedy przychodzi na ziemię. 
— Przychodzi — rzekł Kundrat głosem stanowczym — tych ludzi, co dusze widzieli, nawet 
by nikt nie policzył. 
— I mnie to powiadano — odpowiedział mu Kijas, bardzo tą sprawą zajęty — chociaż sam 
nigdy żadnej nie widziałem. Czekajże więc, bo nie o to teraz mi chodzi, tylko o to, czy dusze 
mogą być tego pewne, że się z sobą spotkają po śmierci. Bo uważasz mnie, dusza Tigranesa, 
co, jak wiesz, nie miał żadnego grzechu na sobie, a do tego jeszcze i zginął śmiercią męczeńską, 
pewnie jest w niebie. Formoza także mi zawsze powiada, że jest w niebie. A ja... ucho154 
waj Boże, ale przecie być może, że się do czyśćca dostanę: a to nie jedna droga. Więc myślę 
sobie: Czy ja też jego odszukam? Cóż ty o tym rozumiesz? 
— A czy ja wiem? — rzecze mu Kundrat — trudno to zgadnąć, jak to tam będzie na tamtym 
świecie. Jeno to mogę jegomości powiedzieć, że to, co jegomość robisz i gadasz, jest contra 
fidem. Bom ja się tych rzeczy uczył w Krakowie i wiem dokumentnie (bo też i żaden biskup 
inaczej nie powie), że człowiekowi świeckiemu nie wolno dyskutować artykułów wiary. Jeno 
jeżeli ma jaką wątpliwość, tedy powinien poradzić się księdza, a co mu ksiądz powie, w to ma 
wierzyć — i basta. Jeżeliby zaś dyskutował, tedy już za to samo pójdzie do czyśćca — a tam mu 
za to daleko lepiej natargają czupryny niżeli za jaki grzech pospolity: bo kto dyskutuje, ten 
wątpi, kto wątpi, ten nie wierzy, a kto nie wierzy, ten grzech śmiertelny popełnia, więc diabeł 
go za łeb i do czyśćca! A tam go ogniem z tych wątpliwości oczyszczą, co też jest środek 
pewny i niezawodny. 
A na to Kijas: 
— Wszelako czytałem u jakiego świętego, że in dubiis libertas 71. 
— In dubiis libertas — rzekł Kundrat — ale to nie jest dubium, że dusza jest nieśmiertelna. 
— Ależ ja wierzę — zawołał Kijas — że dusza jest nieśmiertelna i chroń mnie Boże! abym 
miał o tym najmniejsze powątpiewanie. Jeno o to mi chodzi, czy się dusze mogą i odszukać 
po śmierci. 
— Jegomość tego nie rozumiesz — rzekł Kundrat — boś ślę teologii nie uczył. A co tam wasi 
ormiańscy teologowie o tym popisali, to nawet szkoda i czytać, bo to tam niepomału jest zaprószone 
kacerstwem. Według naszej teologii, dusza ludzka nie jest przywiązana do miejsca, 
jak człowiek, bo to jest duch; więc może być wszędzie, gdzie chce. Więc też i nie masz żadnego 
szukania. Ja to jegomości wytłumaczę. Przypuśćmy na ten przykład, co nie daj Boże! że 
jegomość umierasz, więc Tigranes, co o tym wie, bo dusza wie wszystko, a co jegomości tak 
kochał, już jest przy jego łóżku i czeka — a jak jegomość duszę ze siebie wypuścił, więc zaraz 
obydwie dusze się widzą i idą sobie razem, gdzie chcą. 
— Więc on i teraz tu jest? — rzecze Kijas, zamyślając się nad tym. 
— Jużci jest, jeżeli chce, jeno że go nie widzimy. 
Więc Kijas mocno nad tym się zastanowił, a potem rzekł: 
— Widzisz, widzisz, mój Kundrat, jak to każda rzecz na tym świecie ma dwie strony, często 
całkiem sprzeczne ze sobą. My, ludzie pracy, mamy tę zaletę, że przynosimy sobie, naszym 
współbraciom i całemu królestwu pożytek, ale mamy tę wielką wadę, że bezustanną pracą 
zajęci, nie myślimy o duszy. Tak mnie dopiero na starość przychodzi się uczyć tych rzeczy, o 
których powinienem był myśleć co dzień przez całe życie... 
Po czym się znowu przez chwilę namyślił, westchnął głęboko i rzekł: 
— Nie wątpię ja o tym, że jeśli łaska Boża będzie po temu, to go obaczę po śmierci, ale 
przeciebym go chciał widzieć, nim umrę. Czy nie masz na to jakiego sposobu? Trzeba by się 
o to zapytać jakiego księdza... 
Kijas się oczywiście obawiał, że pójdzie do czyśćca. Zatem Kundrat powiedział mu, patrząc 
tryumfującym wzrokiem na niego: 
— Jużem ja się o to wypytał. 
— Wypytałeś się? — zawołał Kijas — a nic nie powiadasz. Powiadaj że mi, co wiesz. Ja myślę, 
że każdy ksiądz może duszę wywołać. 
— Może — rzekł Kundrat — jeżeli chce; ale nie chce — i w tym właśnie jest trudność. Mówiłem 
ja o tym z kilkoma księżami, ale wszyscy mi odmówili, składając się Pismem. Niektórzy 
mnie nawet wytuzowali — a niech to pomiędzy nami zostanie, ale uważam to za prawdziwy 
cud Boży, że mi się przy tym jeszcze co nie oberwało. Albowiem widząc, że z naszymi księżami 
się nie mogę dogadać, choć mówiąc z nimi miałem zawsze kiesę przy sobie, wezwałem Pana Boga na pomoc i poszedłem onegdaj do naszego księdza arcybiskupa. Pan to wielki, 
głowę nosi wysoko, chudy pachołek przy nim czuje się ledwie maleńkim robaczkiem; alem 
sobie myślał, że ksiądz arcybiskup bywa czasem u jegomości, zawsze łaskaw jest na nas, 
więc się może nad nami zlituje. A miałem szczerą intencją, kiedy by o złote węgierskie na 
kościół chodziło, obiecać choćby i sto, a choćby i więcej, i nawet potem dotrzymać, bom 
wiedział, że jegomość złota pewnie nie pożałujesz. 
— Dobrześ zrobił — rzecze mu Kijas — wiesz, że mi o złoto nie chodzi. 
— Ba! dobrześ zrobił! — powiadał Kundrat dalej — ziem zrobił. Albowiem, słuchaj jegomość, 
co mi się stało. Kiedym się księdzu arcybiskupowi w jego pałacu pokłonił, przyjął 
mnie bardzo łaskawie i rzekł mi: „Panie notariuszu lonherii, cóż mi tam dobrego przynosisz? 
czy nie namyśliłeś się wreszcie i czy nie przychodzisz prosić o pozwolenie na ślub i dać kiesę 
złota na zapowiedzi? boć wiem ja dobrae, kędy żonka ci pachnie, a tak mi się zdaje, że już 
wielki czas jest po temu”. — Tak mnie to nawet najwięksi panowie kochają i wszyscy życzą 
mi Pachny. Ale kiedym mu się raz jeszcze pokłonił i opowiedział, jako jegomość chorujesz na 
śmierć swego syna i pewnie umrzesz na tę chorobę (takem mu to umyślnie powiedział), więc 
żeby rozkazał księżom jego duszę wywołać, bo tylko to jedno mogłoby jegomości dawne 
zdrowie powrócić; więc ksiądz arcybiskup zerwał się na równe nogi i wyrósł tak wielki, że 
głową się oparł o pułap, a takim srogim gniewem zapłonął, jak gdyby samego antychrysta 
obaczył, i zawołał takim głosem, że aż się podłoga pode mną zatrzęsła: „Durniu jeden! kołtunie! 
kacerzu! won! za drzwi! a jak mi się tu jeszcze raz z taką supliką pokażesz, to każę cię 
wziąć moim żołnierzom, a oni ci tyle wsypią batogów, że dusze twoich wszystkich pradziadów 
obaczysz, jeżeli ich miałeś!” — I jeszcze coś tam dalej grzmiał za mną: ale jam już tego 
nie słyszał, bo prawdę mówiąc, dusza w pięty mi poszła od strachu, więc przycupnąłem do 
ziemi i w nogi... Nawet i sam nie wiem, jakem się tam bez szwanku przecisnął przez tych 
drabów arcybiskupich, co w pancerzach i hełmach, z rohatynami w ręku, a z różańcami u pasa, 
zalegają tam wszystkie korytarze i schody. Szczęście, że mi się noga nie pośliznęła, bo 
jako to ci rycerscy hultaje zawsze są okrutnie łakomi na skórę mieszczańską, byliby mi pewnie 
dali takiego łupnia, żebym był pradziadka obaczył, jako więc sam arcybiskup mi w swojej 
łasce powiedział. A że i brama była otwarta, więc ja chlust na ulicę — i jakoś nic mi się nie 
stało. Jenom w tym pośpiechu mojej aksamitnej czapki kędyś odbieżał, nie wiem, czy na pokojach, 
czy też na schodach; dwa czerwone złote mnie kosztowała, oni ją pewnie za dwa szerokie 
grosze przepiją: ale trudnoż, miałem za nią wracać między tych rozbójników... 
Więc Kijas mocno się nad tym zamyślił, a potem rzekł sentencjonalnie: 
— Gdzie kto kij podniesie, waść zawsze swoich pleców nastawisz. Człowiek z ciebie niby 
rozumny, ale miewasz głupie koncepty, właśnie jako to mówią: „W butach chodzi, a bose 
ślady robi”. Po co tobie było chodzić z tym do arcybiskupa? Myślałeś, że go wzruszysz moim 
zmartwieniem — a nie zastanowiłeś się nad tym, że i ja, i cały mój dom, i cała moja rodzina, to 
okrutne bzdurstwo u niego. To rycerz i biskup — a ja mieszczanin: dalej ode mnie do niego 
niżeli od ziemi do słońca. Takie nam czasy nadeszły, cóż robić? Łokciem a miarką nie pobijesz 
ani miecza, ani krzyża, a cóż dopiero, jeżeli krzyż i miecz w jednych znajduje się ręku. A 
jeśli myślisz, że w nich respekt obudzisz twoimi pieniędzmi, to i w tym się mylisz. Bo najprzód, 
mają oni dóbr daleko więcej niżeli my, a potem, mają przecie garść swoje, tak silną, że 
taki kupczyk nie miałby czasu ani ziewnąć, kiedy by się jej dostał pomiędzy palce. Głupstwoś 
zrobił, mój bracie, żeś z tym poszedł do arcybiskupa. Mniejsza tam o to, że ci strachu napędził, 
boś już z niego ochłonął, a konfuzja się z czasem zapomni. Ale to źle, że teraz już trudno 
będzie znaleźć takiego księdza, co by nam duszę Tigranesa wywołał. 
Ale Kundrat rzekł na to wesoło: 
— A ja przecież takiego znalazłem i mogę jegomości zapewnić, bo się też na tym znam jak 
potrzeba, że jest lepszy do takich rzeczy od wszystkich. Znałem ja jego już dawniej, bo był u 
Tigranesa w obozie, alem się dopiero teraz dowiedział, jaką ma moc nad duszami. Nazywa 
się ksiądz Biały albo też Wara, bo i tak go wołają. Jest księdzem jak trzeba, ofiarowano mu 
już rozmaite probostwa, a nawet kanonie, ale nie przyjął, bo pielgrzymstwem się bawi, co 
roku jest w Rzymie i Ziemi Świętej i tam ze świętymi obcuje. Jakich już rzeczy dokazał, o 
tym się nie można dosyć nasłuchać. On Kmicie na Sobniu, co zabił dwóch chłopów, chociaż 
tym dwa grzechy śmiertelne popełnił, absolucją wyrobił i teraz Kmita jest, jak każdy inny 
człowiek, bez grzechu... 
Na to opowiadanie obudził się w nawróconym Kijasie jego człowiek dawny, trzeźwy i tylko 
w to wierzący, co widzi, i rzekł: 
— Jeśli to był odpust pisany, to takich rzeczy w dzisiejszych czasach i za pieniądze dostanie. 
— Ale gdzież tam! — zawołał Kundrat i opowiedział mu, jak to było, że na znak, jako jego 
grzechy są odpuszczone, kapłon pieczony zatrzepotał skrzydłami i zapiał. A Kijas na to z bolesnym 
uśmiechem na twarzy: 
— Jeśliby tego kapłona było upieczono w mojej kuchni, to ręczę ci za to, że nie byłby zapiał. 
Wszakże Kundrata, jako człowieka przekonanego, takie uwagi niecierpliwiły, zaczem 
rzekł: 
— Było przy tym więcej niżeli dwadzieścia osób, więc nie ma co oponować. A zresztą 
Kmita ofiarował Warze probostwo na Lesku, a Wara nie przyjął, więc nie godzi się go podejrzywać 
o żadne nieuczciwości. Ale to jeszcze nic. Albowiem tenże sam Wara, będąc w przyjaźni 
z Wilczkiem, uprosił to u Pana Boga, że Gniewosz zginął... Gdybym to był wiedział, 
byłbym Kergolaja zarekomendował jego modlitwom. Owo więc: że Gniewosz zginął i że 
stara Gniewszowa umarła, a potem sam dał ślub Wilczkowi. 
— On to jemu dał ślub? — rzecze Kijas — ale to tam różnie mówią o tym ślubie. I podobno 
dlatego Wilczek jeszcze nas nie odwiedził, chociażeśmy mu przyjaciółmi, a jego żona bliska 
krewna pani Formozy... 
— Jegomość bałamucisz cokolwiek — powiedział mu Kundrat, nabierając coraz więcej odwagi 
wobec zrozpaczonego starca — przecież sam byłem niedawno na zamku tustańskim i 
mówiłem jegomości, jako Wilczek mnie prosił, abym jegomości powiedział: że dlatego jeszcze 
się do nas nie wybrał, że on jest w szczęściu, a u nas żałoba, że się więc ekskuzuje, ale 
później przyjedzie. A potem słabość pani Wilczkowej, maleńkie dzieciątko w domu i co tam 
dalej, jegomość wiesz. 
— Prawda, prawda — rzekł Kijas — widzisz, jak to ja już nie mam pamięci. Więc tedy cóż 
tam ksiądz Wara? Wywoła duszę mojego syna? 
— Wywoła. Ale... 
— Ale pewnie chce być wynagrodzonym. 
— Chce kiesę złota, w której ma być sto czerwonych złotych węgierskich. 
— To daj mu. 
— Obiecałem, ale... 
— Ale i to mu za mało. To daj mu dwie kiesie. Co mi tam na tym! byle mi syna wywołał, 
byłem już wiedział na pewno, że jest w niebie, i byłem się mu wytłumaczył, dlaczegom zwłok 
jego jeszcze dotąd do kościoła nie przeniósł, bo mi to okrutnie cięży na sercu. 
— Nie — rzecze Kundrat — jedna kiesa wystarczy. 
— Więc jedna, ale spodziewam się po tobie, że przecie z nim zawrzesz umowę, że tylko 
wtedy kiesę dostanie, jeżeli ja duszę mojego syna obaczę. 
— To się rozumie. Umowa już zawarta w tych samych słowach, na com mu też wydał cerograf. 
— Więc o cóż jeszcze idzie? Więc niech jeszcze dziś tu przychodzi i niechaj duszę zawoła. 
— Nie tak to ma się odprawić — rzekł Kundrat — bo duszy tak zawołać nie można, jak jakiego 
pachołka. Więc najprzód, Wara tutaj nie przyjdzie. On mieszka na Krakowskim Przedmie157 
ściu pomiędzy żołnierzami, z którymi ma komitywę, do miasta się pokazywać nie może, bo 
go tu księża nie lubią za to, że cuda robi, lepsze jak oni. Potem, duszy wywołać gdzie indziej 
nie może, tylko z własnego jej grobu, więc będziemy musieli pójść na cmentarz... 
— Ja bym i do Krakowa pojechał — przerwał mu Kijas — to mniejsza. 
— Potem, nie może jej zaraz wywołać — powiadał dalej Kundrat — bo się o to modli do św. 
Stanisława biskupa, a jeszcze sobie odpowiedzi nie wymodlił. 
— Więc zaczekamy. 
— A wreszcie jest jeszcze inny warunek. Oto jegomość masz iść do spowiedzi i oczyścić 
się z grzechów, bo człowiekowi grzesznemu dusze się nie pokazują, chyba żeby go za uszy 
wytargać za winy, które przeciw nim popełnił. A po spowiedzi masz jegomość chodzić co 
dzień do cerkwi i modlić się, a wciąż myśleć o swoim synu, ażeby też wiedział, że jegomość 
pragniesz go widzieć. A potem ta rzecz tak się odbędzie: w dzień oznaczony przez Warę, na 
godzinę przed północą, pójdziemy na cmentarz i tam Wara Tigranesa z grobu wywoła, jegomość 
go na własne oczy obaczysz, ale nie będziesz się z nim wdawał w żadne dyskursy. Jednak 
kiedy wrócisz do domu, Tigranes się jegomości pokaże nad łóżkiem, a wtedy będziesz się 
mógł z nim nagadać do woli. 
Kijas nad tym trochę pomyślał, a potem tak odpowiedział: 
— Słysz, Kundrat! gdyby mi to arcybiskup powiedział albo nieboszczyk o. Chryzostom, tobym 
na ślepo wierzył. Bo jużci dusze żyją na tamtym świecie, o tym żaden chrześcijanin nie 
może wątpić, a już sam rozum mówi, że kiedy żyją, to mogą się pokazywać. Ten twój ksiądz 
Wara jest mi podejrzany cokolwiek, zwłaszcza że pielgrzymuje, bośmy tu już takich pielgrzymów 
i do turmy sadzać musieli, prawda, że każdy z nich się jakimś cudem z turmy wyłamał. 
Ale powiadam sobie: Co mi to szkodzi? Wywoła Tigranesa, to dobrze — a jeśli go nie 
wywoła, to sobie spokojnie wrócimy do domu. Ja duszy nie obaczę, on kiesy nie dostanie, dla 
niego i dla mnie będzie to lucrum cessans72, ale nie damnum emergens73, i na tym wszystko 
się skończy. 
Na tym także skończyła się ich dzisiejsza rozmowa. 
Nazajutrz dzień Kijas szedł do spowiedzi i potem co dzień raniutko chodził do cerkwi i 
dopiero koło południa powracał. Zniepokoiło to cokolwiek Formozę, a to tym bardziej, ile że 
teść jej dawniej nigdy nie był tak bardzo nabożnym, teraz zaś nie tylko że się modlił tak pilnie, 
ale nadto bywał tak zamyślonym, że czasem trzeba było kilka razy do niego przemawiać, 
nim się dorozumiał, o co go zapytywano. Zaś jak się rozgadał, to nie było mu końca i opowiadał 
takie rzeczy o duszach ludzkich, o niebie, o czyśćcu i piekle, jakich nigdy od niego nie 
słyszano. Formoza, zawsze rozsądna, choć tak głęboko przytłumiona żałobą, uważała to za 
znak jakiś niedobry, bardzo się tym zajęła i usiłowała dowiedzieć się od Kundrata, co on o 
tym rozumie. Ale Kundrat miał z Kijasem umowę, że jej ani słówka o tym nie powiedzą, co 
się przygotowuje: bo obydwa wiedzieli, że ona nigdy by na to nie zezwoliła, ażeby w jaki 
bądź sposób niepokojono dusze umarłych. 
Kijas, choć niby Warze nie ufał, przecież z każdym dniem więcej się niecierpliwił; ale nareszcie 
nadszedł dzień św. Stanisława biskupa i Kundrat już przybiegł zaraz z południa, ażeby 
zapowiedzieć Kijasowi, jako mu Wara właśnie oznajmił, że dzisiaj w nocy duszę Tigranesa 
wywoła. Dziś, mówił Wara, sam św. Stanisław mu się objawił i powiedział mu, że dziś, w 
dzień swoich imienin, pozwoli Tigranesowi, aby się swemu ojcu pokazał. 
Wara powiedział także Kundratowi, że ma ciężkie zmartwienie, bo ku swemu wielkiemu 
zdziwieniu dowiedział się, że Tigranes jest w czyśćcu. Ot! jacy to ludzie są na tym świecie! 
Kto go znał, byłby przysiągł, że tam najmniejszej skazy nie masz na jego duszy, a tu tymczasem 
tyle się nagrzeszyło, że nawet i pal męczeński nie pomógł i trzeba było skąpać się w czyśćcu. Nic to nie szkodzi. Tylko Wara zapowiada z góry, iż z tego powodu dusza Tigranesa 
pokaże się tak, jak jest w czyśćcu, w ogniach i dymach, więc żeby się tego nie przestraszyli. 
Kundrat nie chciał martwić zacnego ojca i nie powiedział mu tej fatalnej nowiny, tylko 
rozmawiając z nim o tym przez całą godzinę, wspomniał mu nawiasowo, że dusze rozmaicie 
się objawiają, czasem w chmurze, a czasem w ogniu i dymie. Kijas nielitościwie męczył 
Kundrata, ażeby mu wszystko szczegółowo wyłożył, co mu powiadał Wara; Kundrat byłby 
rad jaki pozór wymyślił, aby się wymknąć z tej inkwizycji, ale nie mógł, bo było to święto, 
wszystkie składy i sklepy pozamykane i nie można było zmyślić jakiej roboty: jednak na 
szczęście pod wieczór Kergolaj, który właśnie wczoraj znów do Lwowa przyjechał, przyszedł 
z odwiedzinami i konwersacja się odwróciła do innych przedmiotów. 
Zaproszono go, aby został na wieczerzy, przyszła także Formoza, Kergolaj od czasu wojny 
dziś po raz pierwszy obaczyl Formozę, usiłował ją ile możności rozerwać, opowiadał rozmaite 
ciekawe historie i wieczerza się długo przeciągnęła. Kundrat bardzo kontent był z tego. Po 
dziesiątej na półzegarzu Formoza pokłoniła się i odeszła do swoich pokojów; ale Kergolaj 
został, pił małmazją wielkim pucharem, był dobrej myśli, rozgadał się i ani myślał odchodzić. 
Już pół do jedenastej, już jedenasta się zbliża, a on jeszcze wciąż pije i gada. Kijas i Kundrat 
coraz więcej się niecierpliwią, już się kręcą na krzesłach, już siedzą jakby na węglach, rzucają 
oczyma na siebie, nie wiedząc, co począć, aż wreszcie porozumiewają się z sobą i decydują, 
że nie masz innego sposobu, tylko trzeba Kergolajowi powiedzieć, że muszą wyjść, bo mają 
duszę Tigranesa obaczyć. 
— Duszę Tigranesa! — zawołał Kergolaj — to ja pójdę z wami. Widziałem ja dusz niemało, 
niektóre z nich dały mi się dobrze we znaki, ale mnie przecie nie zjadły. Tigranesa zaś bardzo 
rad będę oglądał, bom go też kochał jak brata. 
— Waszmość dusze widywałeś? — zapytał Kijas ciekawie. 
A Kergolaj na to wziął go rękami za obydwa ramiona, spojrzał mu w oczy i rzekł: 
— Panie Epaminondas! masz ty jeszcze dość gęstą czuprynę, ale przecie ci powiem, że nie 
masz ty tyle włosów na głowie, ile ja dusz w moim życiu widziałem. Są między nimi niektóre 
okrutnie złośliwe, co jak ci w nocy siędą na piersiach, to i sapnąć nie możesz i jużeś jest pewien, 
że cię uduszą; zerwiesz się z łóżka i uciekniesz, one gonią za tobą i nie uwolnisz się od 
nich, aż sobie łeb na jakim kamieniu rozbijesz. Wtedy znikają: ale przeciem nie słyszał, ażeby 
kogo na śmierć zamęczyły — a widzieć je, zawsze to rzecz bardzo ciekawa, choć się przy tym 
jakiego guza oberwie. 
— Tym razem żadnego guza nie oberwiemy — rzecze mu Kijas z uśmiechem — boć mój syn 
przecie nam nic złego nie zrobi. 
Zaczem szli wszyscy trzej jak najlepszej myśli na cmentarz. 
Było to właśnie dni kilka po pełni, noc była pogodna, lecz ciemna. Światła we wszystkich 
oknach były już pogaszone. Przez wąskie ulice miasta przeszli bez żadnej przeszkody, bo je 
znali dokładnie. Wyszedłszy za bramę, trochę trudniej im było, ale Kundrat znał drogę. Tak 
minęli kościółek N. Panny Marii i weszli na cmentarz. Kundrat zalecał ostrożność, bo tu i 
owdzie znajdowały się groby pozapadane, inne sterczały wysoko nad ziemię, a być może, że 
tu i owdzie dopiero wczoraj jaki świeży grób wykopano, o czym nie można było wiedzieć na 
pewno. Zaś między grobami sterczały krzyżyki i rosły krzaczyska, które trzeba było wymijać. 
Grób Tigranesa, pielęgnowany staranniej, także się zapadł cokolwiek na wiosnę, ale był 
obsadzony gęstą krzewiną. Choć było ciemno, Kijas już o trzydzieści kroków go poznał. 
Tu się też zatrzymali — a Kundrat, nie bez strachu, bo tak dygotał zębami, że można było je 
słyszeć, poszedł ku temu grobowi, ażeby powiedzieć Warze, że Kijas już jest i czeka. 
Kergolaj był w złotym humorze, bardzo go ta wyprawa bawiła, jakoż usłyszawszy, jak 
Kundrat zębami klekotał, rozśmiał się głośno i rzekł do Kijasa: 
— Owo rycerz od łokcia i miarki! jeszcze nic nie obaczyt, a już go tłucze zimnica. 
Ale Kijas, przejęty ważnością chwili, kiwnął ręką na niego, ażeby milczał. 
W tej chwili Kundrat zniknął — a niebawem dały się słyszeć szepty za krzakami, które się 
przedłużały. Kergolaj zapytał Kijasa: 
— A z kim to tam Kundrat rozmawia nad grobem? Bo jakoś mi się to nie podoba. 
Ale Kijas, nie odwracając oczu od grobu, ścisnął go mocno za ramię, dając mu znowu 
znak tym sposobem, ażeby milczał. 
Na to przybiegł Kundrat, ciągle dygocąc zębami, i rzekł szeptem do Kijasa: 
— Postąp jegomość naprzód. 
Kijas postąpił naprzód, a Kundrat wziął Kergolaja za rękę, zatrzymując go w miejscu i 
prawie się opierając o niego. 
Kergolaj się trochę odsunął i chciał Kundrata od siebie odtrącić, bo mu widok zasłaniał: 
ale w tej chwili dał się słyszeć okrutny szelest za krzakami i głos się odezwał: 
— Ojcze mój! ojcze! 
Był to oczywiście głos Tigranesa, głos przytłumiony, jęczący, jak gdyby się wydobywał 
spod ziemi. 
Wszystkich dreszcz przeszedł. 
Kergolaj uczuł się także wzruszonym, otworzył usta, dech zaparł i wytężył wzrok w te 
krzaki, skąd się ten głos odezwał. 
Kundratowi wszakże mdło się zrobiło, obejrzał się koło siebie, ustąpił na bok o kilka kroków 
i wlazł w gęste krzaki, które tam stały, przycupnąwszy do ziemi. 
Jeszcze jedno oka mgnienie — a wtem na grobie Tigranesa pomiędzy krzewami buchnął 
ogromny ogień, właśnie jak gdyby garniec strzelnego prochu się spalił, jasny płomień olśnił 
oczy patrzących, iskry całymi snopami wystrzeliły do góry i chmury białego dymu osiadły na 
grobie, podnosząc się z wolna w powietrze. 
Kijas złożył ręce przed sobą i zawołał: 
— Synu mój! synu! 
Zapewne w tej chwili duszę Tigranesa obaczył. 
Kergolaj jeszcze mocniej oczy wytężył i nic nie widział — a w tym momencie dał się słyszeć 
strzał z potężnego muszkietu kędyś poniżej cmentarza, w kierunku Niskiego Zamku. 
Kergolaj ten strzał doskonale usłyszał i odwrócił się w tę stronę, wytężając oko i ucho: ale 
w tej samej chwili ziemia zaczęła tętnić w stronie przeciwnej. 
Kergolaj, mając ucho niezmiernie wprawne do takich rzeczy, poznał natychmiast, że od 
góry Piaskowej puściła się kłusem konnica, właśnie jak gdyby w kierunku cmentarza. Słuchał 
przez chwilę, lecz kiedy galop usłyszał, nie namyślał się długo, tylko w lot na bok uskoczył, 
usiłując się przedrzeć przez krzewy i wybiec z cmentarza. 
Ale choć bardzo był szybkim w swych ruchach, już było za późno. Konna chorągiew, złożona 
z czterdziestu lub pięćdziesięciu ludzi na ciężkich koniach, przeleciała galopem jak burza 
przez cmentarz i popędziła na dół ku Niskiemu Zamkowi. Kergolaj został obalony końskimi 
piersiami, padł zaczmielony na ziemię, a chorągiew przeleciała ponad nim jak wiatr. 
Jednak rycerz, przyzwyczajony do takich wypadków, zaraz wrócił do przytomności. Na 
swoje szczęście, porwany tylko skrzydłem tej konnicy, odleciał na stronę i wpadł w grób zapadnięty, 
zaczem czuł tylko kontuzje, lecz, obmacawszy się, znalazł, że żadnej rany nie odniósł. 
Wylazłszy więc z grobu, rozejrzał się naokoło i pomyślał nad tym, co to się stało. 
Według jego przekonania, była to oczywiście jakaś zmowa na niego. Mieszczanie się 
zszepnęli przeciwko niemu i wprowadzili go w matnię. To ten drab Kundrat, co by go za 
Pachnę w łyżce wody utopił, to wszystko ułożył — a on taki głupi, że się dał złapać... 
Tak sobie mówiąc, zaczął się rozglądać po cmentarzu. Cisza była w tej chwili, jak na polu 
śmierci śród nocy. Księżyc wypłynął na niebo i zaczął po cmentarzu swe światło rozlewać. 
Światło było słabe, lecz dostateczne, ażeby taki rycerz, co i w nocy widzi jak kot, mógł dobrze 
rozeznać przedmioty. Kergolaj chciał dojść do grobu Tigranesa i obaczyć na własne 
oczy, jakie to ognie tam się spaliły. Lecz idąc, spostrzegł Kundrata przycupniętego w krza
kach, którego właśnie te krzaki ocaliły. Tego mu też było potrzeba. Kergolaj był także chytry 
jak lis, więc rzekł po przyjacielsku do niego: 
— Wyłaź no, panie bracie, z tych krzów, teraz przecie już nic ci się nie stanie. 
Kundrat kontent, że przecież się jakaś żywa dusza zjawiła, wylazł z gęstwiny i rzekł wesoło: 
— Jacyś konni tu przelecieli przez cmentarz, pewnie duchy diabelskie, ale Kundrat niegłupi... 
Jednak jeszcze tych słów nie dokończył, kiedy Kergolajowi zaokrągliły się oczy, porwał 
go lewą ręką za piersi, podniósł w górę jak łątkę i srogim głosem zawołał: 
— To ty, hultaju, wprowadziłeś mnie w taką połapkę! Bekniesz ty za to twoją duszą diabelską! 
A to mówiąc, podniósł swoje drapieżną prawicę do góry i oczywiście chciał go bić w papę. 
Ale kiedy Kundrat, wiszący w powietrzu, tę straszliwą prawicę nad sobą obaczył, zwiądł 
jak powismo, przymknął oczy, a w jego wnętrzu coś tak okrutnie zabulkotało, właśnie jak 
gdyby jakiś grzmot mu przeleciał po kiszkach. Bardzo przestraszył się nieboraczek... 
Jednakże Kergolaj, w gruncie serca dobre chłopisko, kiedy ten grzmot wewnętrzny usłyszał, 
rozśmiai się w głos i rzucił go jak czapkę na ziemię, mówiąc: 
— Masz dosyć i na tym. 
A to rzekłszy, spokojnym krokiem precz poszedł z cmentarza. 
Kundrat leżał przez długą chwilę z zamrużonymi oczyma. Już mu się zdało, że zamiast duszę 
Tigranesa obaczyć, swoje własną wypuścił. Dopiero po chwili wrócił do przytomności. 
Ale wtedy usłyszał głosy opodal, zerwał się więc na równe nogi — a obaczywszy jakichś 
ludzi idących z latarniami w tę stronę, szedł ku nim śmiało, będąc pewnym, że mu pomogą 
starego Kijasa odszukać. 
Jednak ci ludzie, jak tylko jego spostrzegli, rzucili się jak opętani ku niemu, jeden go porwał 
za lewe, drugi za prawe ramię, a trzeci za kołnierz, i kiedy mu czwarty zaświecił w oczy 
latarnią, piąty krzyknął nad nim takim okrutnym głosem, że wszystka krew w nim zamarzła: 
— To ty, złodzieju! miewasz tu schadzki z tymi rabusiami i ty im odkupujesz porabowane 
towary! Poczekaj! znajdzie się tu w starostwie szubienica na ciebie, choć jesteś notariuszem 
lonherii! 
Kundratowi znowu się w oczach zaćmiło. Nie miał ani przeczucia, co by to miało znaczyć 
i co by to byli za ludzie. Zdało mu się, jakoby tak wołał na niego Łopatka, bo wolał z ruska, 
ale nie mógł dopuścić, ażeby pan, zawsze tak grzeczny, traktował go tak niegrzecznymi słowami. 
Jednak wtem inny zajrzał mu w oczy — a to był Olizar — i rzekł: 
— Ja ciebie zawsze miałem za wielkiego złodzieja, ale przeciem nie myślał, żebyś ty handlował 
zrabowanym towarem. 
Kundrat dopiero teraz zrozumiał, że się znajduje na gruncie jurysdykcji starościńskiej, z 
którą nie można było żartować: bo to tam szubienica jest zawsze nagotowana, a biedny człowiek, 
jeszcze się ledwie dowiedział, za co go wzięto, już wisi. Były też ciągłe spory pomiędzy 
starostą a miastem, a każdy mieszczanin unikał jak morowej zarazy, aby się nie dostał w 
drapieżne pazury drabów zamkowych. Wszystko to przeleciało teraz jak błyskawica przez 
głowę Kundrata i zdjął go strach wielkooki. W tym strachu rzucił się na kolana przed Łopatką 
i trzęsąc się cały a płacząc, zaczął się przed nim tłumaczyć. Urywanymi słowy i z wielką 
trudnością, lecz przecie mu opowiedział, dlaczego tak późno w nocy znajduje się na cmentarzu 
i że sam Kijas zaświadczy, jako to prawda, trzeba go tylko odszukać. Na to Łopatka obrócił 
się do Olizara i rzekł: 
— A widzisz, com ci powiedział, że tu dusze chodzą po tym cmentarzu. 
Ale Olizar patrzał bardzo gniewnymi oczyma na Kundrata i odpowiedział: 
— Dusze to co innego. Ale to nie jest dusza, jeno Niemiec a kołtun, co wszyscy znamy jego 
kabały, jakie na naszych rycerzy zastawia, zaś całe miasto go zna z jego drapiestwa. Oszukuje 
na miarze i wadze, a już niejednego puścił lichwą z torbami. Jak skoroś go złapał na gorącym 
uczynku, to go każ przypiąć do szubienicy, bo i tak już cię te miejskie kołtuny za nic nie mają. 
Łopatka może się chwiał w swoim sumieniu, lecz odpowiedział groźnie: 
— Jużci ja z takiej obławy nie wyjdę z próżnymi rękami, a ten Niemiec nałoży szyją, choćby 
też dla przykładu. Jeno przecie chciałbym wiedzieć na pewno, po co ten drab tu chodził na 
cmentarz po nocy. 
— Co go tam będziesz pytał! — zawołał Olizar — po co tu chodził? kraść chodził — a wszystko, 
co on ci powie, to brechnia. Ten szelma tak łże, że i księdza na spowiedzi obelga. Na hak 
z nim przed świtem, bo i tego nie godzien, aby go słońce zastało żywego. 
Bardzo więc krucho już było z Kundratem. Już w nim nie grzmiało, jeno oczy zaszły mu 
białkiem, a dusza siedziała mu na ramieniu. Już nie dygotał zębami, jeno się, trząsł całym 
ciałem, jak gdyby go spod lodu wyjęto. Ale go Frąc wyratował. 
Albowiem Frąc już od chwili stał za Łopatką i przypatrywał się tej tarapacie, w jakiej się 
Kundrat znajdował, A jako to swój zawsze trzyma za swoim, teraz się naprzód wysunął i 
rzekł z niemiecką powagą: 
— Nie trzeba go wieszać bez inkwizycji. Jeżeli się bowiem wywiedzie, że tu przyszedł z 
Kijasem, ażeby duszę Tigranesa obaczyć, to oczywiście nie winien. 
I zaraz się zbliżył do niego i spytał: 
— Gdzież Kijas? 
Zaczem Kundrat odetchnął, spojrzał wdzięcznymi oczyma na Frąca i opowiedział im jeszcze 
raz, jak to było. 
Więc wszyscy szli szukać Kijasa. 
Szukali go długo i znaleźć nie mogli. Kundrat już był w rozpaczy i mówił: 
— Nie wiedzieć gdzie się zaprószył w tym strachu pomiędzy końmi. Zapewne się ratował 
ucieczką i poszedł do domu. Jeżeli więc nie dziś, to jutro wam zezna. Zresztą i pan Kergolaj 
był tutaj z nami, a świadectwo takiego rycerza przecież u pana starosty coś znaczy. 
A wtem krzyknął jeden z żołnierzy: 
— Ot! jakiś człowiek tu leży. 
Wszyscy się zbiegli w to miejsce, przyświecili latarnią i wszyscy zaraz Kijasa poznali. 
Leżał on rozciągnięty na plecach, z rozkrzyżowanymi ramiony i nie ruszał się wcale. Rany 
żadnej na nim nie było, tylko na jego czarnych aksamitnych sukniach widać było błotniste 
ślady kopyt końskich i suknia była w jednym miejscu rozdarta. Natomiast wszakże twarz jego 
wyglądała okropnie. Albowiem cera na niej była żółtawoblada jak stary pergamin, pod którym 
ani śladu krwi nie ma, oczy miał otwarte i w słup obrócone i gębę miał rozwartą. Ten 
strach, który go objął, kiedy go nagle z ogromnym rumorem najechała konnica, odbił się na 
jego twarzy i zakrzepł, jak gdyby go śmierć zamroziła. 
Olizar pochylił się nad nim, potrząsł go, ale Kijas się nie obudził. Zaczem Olizar rzekł: 
— Poszedł ad patres74, chyba że na dzień sądny się zbudzi. 
Kundrat zacisnął obydwie ręce przed sobą na piersiach i wpatrzył się wytrzeszczonymi 
oczyma w martwą twarz swego patrona. 
A wtedy już nie strach, ale zgroza jego duszę przejęła, w której też skostniał, bo już sam 
nie wiedział, co się z nim dzieje. 
Pod tym wrażeniem zaczął drżeć na całym ciele, bo mu straszliwa myśl przeszła przez 
głowę, że go teraz pewnie uznają winnym tej śmierci i bez sądu powieszą. 
Wszyscy obecni także byli przejęci żalem za tym poczciwym człowiekiem i przez chwilę 
milczeli. 
Dopiero Olizar ich zbudził, bo przystąpił do Kundrata, trącił go pięścią w ramię i zawołał: 
— To ty, kołtunie, wyprawiłeś tego człowieka na tamten świat! Czy słyszał kto kiedy, ażeby 
takiego starego dziada prowadzić o północy na cmentarz? Ty duszę chciał wywoływać?... A 
czy to ty jesteś czarownik, czy cudotwórca? Ty jego tu zaprowadził, aby go zabić. Dałbym ja 
tobie pierwej pięćset batogów, a dopiero potem założyłbym ci stryczek na szyję. 
Jednak Łopatka, chłop w gruncie rzeczy dobrego serca, a do tego niegłupi, inaczej osądził 
tę sprawę. Z jednej strony, żal mu było starego Kijasa, w którego gościnnym domu był zawsze 
kubek małmazji dla niego, a z drugiej, nie zdało mu się, aby to było rzeczą roztropną, 
rozgłaszać przed całym światem, że zamkowa konnica, wyprawiwszy się na złodziejów, nie 
tylko że nie schwytała ani jednego złodzieja, ale jeszcze roztratowała niewinnego człowieka i 
tak zacnego obywatela. Zaczem odwrócił się do Kundrata i spytał: 
— Na cóż ty chciał wywoływać tę duszę? 
— Bo Kijas mi spokoju nie dawał — odpowiedział mu Kundrat ze łzami w oczach, a kłaniając 
się nisko — i zawsze mi mówił, że dopiero wtedy go na jakiś czas uspokoję, jeżeli to zrobię, 
ażeby duszę swojego syna obaczył. 
— Jużci duszę swojego syna obaczył — rzecze Łopatka — może się nią nacieszyć do woli, 
aleś go też uspokoił na zawsze. Jakże ty teraz rozumiesz? dlaczego Kijas umarł tu na cmentarzu? 
— Jużci go roztratowali żołnierze — rzekł Kundrat. 
— A co ty powiedział, gałganie! — krzyknął na niego okrutnym głosem Łopatka — a gdzie ty 
tu widział żołnierzy? Tu żadnych żołnierzy nie było. Rozumiesz? Kijas obaczył duszę swojego 
syna i umarł ze strachu. A jak będziesz gadał inaczej, to dopiero wtenczas będą batogi. 
Zabierzże teraz twojego dziada i każ go zanieść do kamienicy, moi żołnierze ci dopomogą. A 
pamiętaj, com ci powiedział! 
To rzekłszy, Łopatka wziął Olizara pod ramię i obydwa odeszli do zamku. Jak o kilkanaście 
kroków się oddalili, słychać ich było, jako się śmiali i wesoło ze sobą gwarzyli. 
Frąc został przez grzeczność i dopilnował, ażeby żołnierze włożyli zwłoki Kijasa na płaszcze 
i sam ich odprowadził do bramy miejskiej, za co Kundrat mu bardzo był wdzięczny. 
We trzy dni potem pochowano Kijasa przy wielkim napływie ludu w piwnicach cerkwi 
ormiańskiej. 
Formoza odziedziczyła po nim cały jego majątek. Zostawiła zarząd przy Kundracie, ale 
wydała mu rozkaz, ażeby wszystkie sklepy i składy pozwijał, a otrzymane za nie pieniądze 
złożył w jej kasach. 
Kundrat, bezpieczny zupełnie na gruncie miejskim, gdzie też miał urząd, dający mu pewne 
znaczenie, postawiony odtąd sam jeden na czele tak ogromnego majątku i rozporządzający 
losem tak wielu ludzi, prędko zapomniał swojej konfuzji, a natomiast poczuł się teraz tym 
więcej w swojej potędze i wpływach, ile że był tego pewnym, że wszystkie sklepy i składy 
sam od Formozy kupi i zajmie tym jeszcze znaczniejsze stanowisko w mieszczaństwie lwowskim. 
Trwożliwy i mały wobec mocniejszych od siebie, był on zawsze despotycznym i niezmiernie 
butnym wobec tych, których się nie bał: toż teraz już wcale nie wiedział, którą nogą 
ma stąpać naprzód i jak wysoko ma nosić swoją okrągłą głowę. 
W takim usposobieniu umysłu, w dzień po pogrzebie Kijasa, otrzymał karteczkę od Wary, 
w której Wara żąda od niego, ażeby go osobiście odwiedził w takiej a takiej gospodzie, na 
Krakowskim Przedmieściu. 
Kundrat tę kartkę przeczytał z pogardą i zawołał: 
— Niegłupi! ja na grunt starościński? niegłupi! 
I odprawił posłańca bez odpowiedzi. 
Ale nazajutrz sam Wara się zjawił u niego. 
Jak Kundrat nie uważał za rzecz roztropną pokazywać się w obrębie jurysdykcji starościńskiej, 
tak znowu Wara, o ile się zdaje, nie czuł się całkiem bezpiecznym na gruncie miejskim, 
gdzie szynkarze i kupcy znani są z swego grubiaństwa i gotowi najzacniejszego człowieka 
kazać wsadzić do turmy za to, że sobie na niego sami napisali coś kredką. Ale w tym ważnym 
wypadku Wara zebrał się na odwagę. Zresztą ubrał się w ubiór pielgrzymski, dla którego nawet 
i szynkarze mają poszanowanie, a który jest jeszcze i z tego względu dogodnym, że przy 
nim nosi się drąg ogromny, który może być i dębowy, i żelazem okuty, i tak stawił się przed 
Kundratem. 
Kundrat siedział szeroko rozparty w poręczowym krześle i ani się ruszył do niego, natomiast 
zaś spytał go szorstko: 
— Czego waść mnie nachodzisz? 
Na to zaś Wara dosyć pokornie: 
— Przychodzę po kiesę złota, w której ma być sto czerwonych, jako jest umówiono. 
Na takie zuchwalstwo Kundrat zerwał się z krzesła, przyskoczył jak wściekły do niego i 
grożąc mu pięścią pod nosem, zawołał: 
— Tobie sto czerwonych? sto batogów ci się należy! sto złotych? a za co? może mnie będziesz 
łgał, żeś duszę wywołał? Przecie tam byłem. Jeszcze tego zacnego człowieka na tamten świat posłał! Ruszaj sobie do tysiąc diabłów, bo cię każę strącić ze schodów. 
Ale Wara, człowiek wytrawny a zarazem spokojny, jak wszyscy ludzie, co są w swoim 
prawie, odpowiedział mu cicho, ale jasno i zrozumiale: 
— Powoli, panie Kundrat, powoli! Najprzód popatrz na ten pastorał pobożnego pielgrzyma, 
jest to dębczak śmigły i goździami nabity, nim ty mnie każesz strącić ze schodów, za każdy 
złoty węgierski dostaniesz raz po łbie tym pastorałem, a wątpię, ażeby twój łeb dziesięć takich 
razów wytrzymał... 
Więc Kundrat odskoczył od niego, spojrzał wystraszonymi oczyma na ten pastorał i rzekł: 
— Taki ty pielgrzym? rozbójnik, nie pielgrzym... Więc i czegóż chcesz? Oszukałeś mnie, 
duszy nie wywołałeś, ani szerokiego grosza ci nie dam! 
— Dasz, panie Kundrat — rzecze mu Wara — poczytaj sobie trochę w tym cerografie, który 
mi wydałeś. Tam stoi jak najwyraźniej, że mi dasz kiesę złota, „jeżeli Kijas duszę swojego 
syna obaczy”. Powiedzże więc, jak jesteś katolik, i azaliż Kijas nie obaczył jeszcze tej samej 
nocy duszy swojego syna? Chyba że jesteś heretyk i w nieśmiertelność duszy nie wierzysz. 
Więc w takim razie inna to sprawa, pójdziemy z tym do sądów duchownych. 
Na to Kundrat spojrzał na niego zdziwionymi oczyma, a potem zawołał: 
— Kręt szelma, nie pielgrzym! kręt, jak najgorszy torbifer!75 Ale ode mnie ty nic nie wykręcisz 
takimi kruczkami. Sądy duchowne! Minęły te czasy! Jan Olbracht dobrze okroił ich 
władzę, nikt się ich dzisiaj nie boi. A potem, powinieneś wiedzieć, że ja sam jestem doktorem 
obojga prawa, ze mną procesu nie wygrasz. 
A na to Wara: 
— Wygram przed sądem duchownym, który cię pewnie potępi, jeżeli będziesz oponował, że 
Kijas nie obaczył duszy swojego syna. Żaden król ci w tym nie pomoże. Ale ja wygram także 
przed sądem świeckim, bo masz wiedzieć o tym, żem ja nie taki głupi, abym cię pozywał 
przed sądy miejskie. Jużem ja się o to poradził Łopatki — a wiesz przecie, że jest tu proconsul 
regius i są judicia burgrabialia76, które od niego zależą. 
Na ten argument Kundrat zbladł trochę; ale się opamiętał i zmieniwszy ton, tak teraz mówił: 
— Czego ty szedł do Łopatki? co ty się masz radzić Łopatki! Przecież sprawę masz ze mną. 
Do mnie trzeba było przyjść z tym najpierwiej. Ja jestem wprawdzie człowiek gorący i bardzo 
niebezpieczny dla tych, co mnie napastują niewinnie, bo mam pięść daleko silniejszą od każdego 
rycerza, a do tego i dobrą głowę na karku, czym się nie każdy rycerz poszczyci. Ja bym 
ci twój pastorał tak strzaskał jak garnek glinany, a każdy proces tak ci wygram, właśnie jak gdybym grał w kości. Zważ przecie, że jako notariusz lonherii muszę mieć komitywę z sędziami, 
właśnie jak ty masz komitywę z tymi żołnierzami, co chędożą przedmieścia. Proconsul 
regius! Judicia burgrabialia! śmiać mi się chce z tego! ja ich mam wszystkich w kieszeni. 
Ale ja jestem człowiek poczciwy i bardzo miękkie mam serce dla ludzi ubogich. Ty ubogi, 
nieprawda? bo między nami mówiąc, żebraniną się żywisz, więc ja mam litość nad tobą. Ale 
co tobie w łeb wlazło gadać mi o stu złotych węgierskich! Ty mnie masz chyba za jakiego 
głuptasa. A czy miał ty kiedy choć dziesięć złotych węgierskich? Nie miałeś, więc widzisz. A 
potem, ty masz rozum. Zaczem wiesz dobrze, żeś duszy nie wywołał, jeszcześ i na tamten 
świat puścił staruszka. Tego ty nigdy mi nie dowiedziesz, że Kijas duszę obaczył, bo on nie 
stanie za świadka — a ja ci przed każdym sądem dowiodę, że go roztratowali żołnierze. Strata 
to wielka... są też i koszta pogrzebu. Mógłbym cię wykwitować, choćby ci sąd nawet sto złotych 
przysądził, i nie miałbyś ani złamanego szeląga. Ale jam twój przyjaciel i mam litość 
nad tobą: więc dam ci, ażebyś wiedział, z kim masz do czynienia, więc dam ci pięćdziesiąt 
złotych. 
Wara go wysłuchał cierpliwie, ale na teraz jeszcze nie widział powodu do robienia koncesji, 
owszem, nowego jeszcze użył argumentu, mówiąc: 
— Do czego to takie gadanie! Ty przecież nie będziesz oskarżał Łopatki, że swoimi żołnierzami 
roztratował Kijasa. Byłem ja tam za krzakiem i słyszałem, co się gadało. Tam żadnych 
żołnierzy nie było. Kijas duszę obaczył i umarł ze strachu. Ani jednego szerokiego grosza ci 
nie opuszczę. Nie dasz? to sąd duchowny i proconsul regius. 
Tu Kundrat wprawdzie już uczuł, że trudno będzie co wytargować od tego rabusia, ale 
spróbował jeszcze raz się rozgniewać i napędzić mu strachu i zawołał ogromnym głosem: 
— Ani grosza ci nie dam! A co to? czy ty myślisz, że ja nie wiem, co ty tam robisz po 
przedmieściach? Wiedzże o tym, że jesteś na gruncie miejskim... 
Wszelako Wara, gracz lepszy od niego, przerwał mu, mówiąc z uśmiechem na ustach: 
— Ale Łopatka, panie bracie, Łopatka! 
Na to Kundrat rzeczywistym zapłonął gniewem, ale bezsilnym: ten pielgrzym, to łotr z 
piekła rodem i ma za sobą takiego drugiego draba, Łopatkę! — Kundrat musiał się ugiąć i 
krzyknął: 
— Dawaj cerograf! 
Wara wydobył cerograf z zanadrza, Kundrat wydobył kiesę złota ze skrzyni, zamienili ze 
sobą dobre za nadobne, Wara mu się ukłonił i wyszedł. 
Kundrat się nie posiadał ze złości. Targnął się za czuprynę, przejechał niecierpliwą ręką po 
twarzy, nie mógł się uspokoić. Skoczył więc ku drzwiom i wybiegł do sieni, a widząc Warę, 
schodzącego wolnym krokiem po schodach, zawołał za nim: 
— Wziąłeś sto złotych? 
— Jużci wziąłem. 
— Bodajżeś się nimi udławił! 
To rzekłszy, wrócił do swojej izby, siadł twardo na swoim krześle za stołem, sapał czas jakiś 
bez myśli — a jak się wysapał, zaczął nad tym się zastanawiać: jakim sposobem się dzieje, 
że mu się tak wszystko nie wiedzie. 
W przemyśle, w handlu, w kupiectwie, w wszelakich sprawach pieniężnych i majątkowych, 
winie mu się jak z płatka; ale jak tylko czegokolwiek innego dotknie się ręką, zaraz się 
jakiś diabeł w to wmiesza — i nie tylko, że rzecz mu się nie uda, ale jeszcze najczęściej w łeb 
weźmie, a nieraz, mówiąc Bogiem a prawdą, ledwie że z duszą ucieknie. Była to rzecz bardzo 
prosta: albowiem człowiekowi tylko w takim zawodzie się dobrze powodzi, który dokładnie 
rozumie — a wcale mu się powodzić nie może w takim rzemiośle, którego z gruntu się nie 
nauczył. Kundrat o tym nie wiedział. Co więcej, na tym biednym świecie, który tak ciężko 
wzdycha pod nieskończonym ciężarem niepowodzeń, przeciwności i zmartwień, twórcami 
największej ilości nieszczęść są właśnie ci ludzie, którzy przez próżność, zarozumiałość lub 
lekkomyślność biorą się do takich zawodów, których nie rozumieją. Ileż to ruiny majątków, 
ile gorzkich zawodów, ile łeez, ile krwi nawet dałoby się ludzkości oszczędzić, gdyby każdy 
człowiek ograniczył swoją działalność tylko do tego rzemiosła, do którego gruntownie się 
usposobił. Ale Kundrat i tego nie wiedział — i dopiero teraz miał się o tym dowiedzieć. 
We trzy tygodnie potem siedział on sobie na swoim wygodnym krześle w tej samej izbie i 
właśnie nad tymi samymi rzeczami, ale daleko spokojniej i wcale filozoficznie rozmyślał. 
Czuł on teraz grunt daleko silniejszy pod sobą: prowadził handel bardzo rozległy od Jarosławia 
do Kaffy, korespondował z Gdańskiem, z Genuą, Wenecją, Cyprem i Carogrodem, w 
mieście wiódł prym w wszelakim handlu i obrocie pieniężnym, tysiące ludzi zależało od niego, 
miał zatem teraz daleko szersze poglądy, więcej stanowcze opinie i daleko upartsze zarozumienie. 
Myślał przede wszystkim o ogólnych sprawach krajowych, od których powodzenie 
w przemyśle i handlu, los każdej warstwy społecznej, a nawet i każdego człowieka zależy; ale 
ponieważ przede wszystkim innym nienawidził rycerstwa, więc wszystkie jego rozmyślania 
albo z tego punktu wybiegały, albo do niego wracały. Tak mówił sobie: Co to się w ostatnich 
czasach z tej Polski zrobiło! Jużci i w dawnych wiekach bywali u nas rycerze, bo jak długo i 
w krajach sąsiednich są ludzie, co prowadzą to rozbójnicze rzemiosło, to któż by ściany tego 
królestwa przed nimi oganiał? Ale wiedzą to starzy ludzie, a i w kronikach się można tego 
doczytać, że dawniej było inaczej. Dawniej obok rycerstwa i miasta coś przecie znaczyły, i 
kmieć był panem na swojej roli, a nawet i chłopu dobrze się działo. Każdy chłop, kmieć i 
mieszczanin, jeżeli miał kwalifikacją po temu, mógł zostać rycerzem, senatorem albo biskupem, 
a miasta miały swe przywileje i tak przy nich stały, że rycerzowi i nosa nie wolno było 
wetknąć w ich sprawy. Dziś co? chłop w niewoli, kmieć pod jurysdykcją szlachcica, a w miastach 
pozaprowadzali sądy burgrabskie, że nam mieszczanom wolno tylko brukować ulice, a 
śmiecie na nich wymiatać. Chłop, kmieć, mieszczanin niczym już zostać nie może — a jeśli 
którego z nich dopuszczą do rycerskiego zawodu, to go poszłą na pierwszy ogień i wbić go 
dadzą na pal. Ej, nie wiem ja, jak to tam było z tym Tigranesem... 
Nuż tedy rycerstwo, mówił sobie Kundrat, w jaką to butę urosło! kto nie rycerz, ten niewart 
za bydlę. Osiadły mieszczanin, consul, advocatus, notariusz, baccalaureus77, a choćby i 
doktor prawa, niewart u nich za psa. Niech tylko stanie koło nich: paszoł! won! i zaraz z pięścią, 
z kowanym butem albo i z batogiem na niego. Wszystkie gospody dla nich, w winiarni i 
miejsca nie znajdziesz, a choćbyś je znalazł, to musisz ich prosić, aby ci pozwolili usiąść przy 
sobie — a o kobietach to już nawet nie ma co mówić. Ej, te kobiety! gdyby one nie były takie 
głupie, że im prym dają przed wszystkimi innymi, inaczej by było na tym świecie. Temu niesłychanemu 
zuchwalstwu rycerstwa najwięcej winne kobiety. Jeszczeż, jeżeli to kobiety rycerskie, 
to niech ich tam... ale i nasze mieszczki! co przecież są nasze. I jaki one tam smak 
znajdują w tych ludziach żelaznych, co się ich dotknąć nie można, ażeby sińca nie dostać! 
Niechże mi to kto wytłumaczy. A do tego jeszcze jaka ich konduita! Jedzą i piją jak smoki, 
biją się między sobą jak rozbójnik!, grają wciąż w karty i w kości, że żaden z nich nigdy nie 
ma ani grosza przy duszy, mają żony, a bałamucą inne kobiety, nieraz i panna przed nimi się 
nie utrzyma; jakie to czasy! jakie to obyczaje! I nie masz nikogo, co by to hultajstwo utrzymał 
w ryzach. Król? Panie Boże mu odpuść! chroń Boże tego, co by miał gładką żonę lub córkę i 
jemu ją pokazał. Biskupi? Juści biskupi powinni by temu zaradzić, ich to jest obowiązek, 
mają też władzę po temu. Ale w każdym naszym biskupie jest prawie więcej rycerza niżeli 
księdza, a co najmniej obydwa się w nim równoważą. Sami rycerscy synowie, to krew z ich 
krwi i kość z ich kości, na wszystko patrzą przez szpary, a do tego jeszcze i sami trzymają 
żołnierzy na swoich dworach, że człek spokojny nawet nie może do nich przystąpić! 
Kundrat westchnął z głębokiej piersi i zaczął myśleć o Pachnie. Pachna — mówił do siebie 
— głupi bym był, gdybym to taił przed sobą, bezpowrotnie dla mnie przepadła. Prawdę mówiąc, 
byłem dosyć głupi i dawniej, żem sobie robił nadzieje. Nuż teraz kiedy już zaręczyła się 
z Frącem, nie ma nawet co o tym myśleć. Jużci mam ją niby w mych ręku, ale Frącowi ani jej 
nie wydrę, ani jej nie wykręcę. Wprawdzie teraz Kergolaj znów jest we Lwowie i znowu do 
niej zachodzi, bardzo ostrożnie, bo pewnie Frąca się boi: Frąc chłop jak niedźwiedź... 
Wymówiwszy te słowa, Kundrat poprawił się w krześle, podparł sobie ręką podbródek i 
zaczął się do siebie uśmiechać — i myślił dalej po cichu. 
Sytuacja Pachny rzeczywiście się znacznie zmieniła. Była to zamożna kobieta, miała dość 
znaczny majątek, lecz rozrzucony, trudny do zawiadywania. Ona sama nie umiała go rządzić, 
a do tego, od czasu jak owdowiała i zaczęła się bawić, stała się niepomału rozrzutną. W przeciągu 
jednego roku narobiła tyle długów, że sama nie wiedziała, jak się z nich wydobędzie. 
Udała się do Kundrata po radę — a Kundrat chwycił za tę sposobność, podjął się zawiadowstwa, 
ale zarazem w taką ją wziął kuratelę, że nie tylko folwarki i sklepy, ale i dom jej, i sługi 
zagarnął pod swoją opiekę. Sługi, naturalnie, dla siebie przekupił, wchodził do jej domu we 
dnie i w nocy i nic się tam stać nie mogło bez niego: ale cóż z tego? Serca jej przez to jeszcze 
nie zyskał — a Pachna umiała go mimo to wszystko utrzymać w takim respekcie dla siebie, że 
nawet jej nie śmiał uczynić wyznania. Nie miał rycerskiego zuchwalstwa, był sobie potulnym 
mieszczukiem, jak sobie to sam nieraz wyrzucał, trudno było co na to poradzić. 
Nieraz już zbierał się z oświadczeniem, ale zawsze mu coś przeszkodziło. To Kijas go zaprzągł 
do jakiej roboty, to musiał za towarami wyjechać, to właśnie ktoś przyszedł — a kiedy 
kilkakrotnie tak się zdarzyło, że sam na sam był z Pachną, już spojrzał na nią miłościwymi 
oczyma, już rękę podniósł i położył na piersiach, już nawet usta otworzył: to zawsze Pachna 
jakimś takim nieokreślonym wzrokiem spojrzała na niego i jakiś taki niby szyderczy uśmiech 
miała na ustach, że go mróz przeszedł i całkiem opuściła odwaga. 
Tymczasem, Bóg sam wie, jak się to stało, bo nawet i nie wiedzieć, dlaczego to tak nagle 
się stało, Pachna sama mu powiedziała, że właśnie dała słowo Frącowi. A w tydzień potem 
odbyły się zaręczyny — i ślub naznaczono na św. Piotra i Pawła. Zaczem klamka zapadła, 
Kundrat nie widział na to żadnego ratunku i musiał się zgodzić z swym losem. 
Ale tymczasem Kergolaj przyjechał. Zaraz po pogrzebie Kijasa był po południu u Pachny. 
Kundrat ich podsłuchiwał z drugiego pokoju. Pachna robiła Kergolajowi jakieś wyrzuty, Kergolaj 
się z czegoś przed nią usprawiedliwiał, potem się śmiali, a potem się znowu ze sobą 
sprzeczali. Diabli tam wiedzą, co ci ludzie mają ze sobą! 
Kundrat, będąc sam na sam ze sobą w swoim mieszkaniu, zastanawiał się nad tym filozoficznie 
i za pomocą sylogizmów scholastycznych przyszedł do przekonania, że się to na takich 
niewinnych wizytach nie skończy. Oni pewnie namówią się na to, ażeby Frącowi przyprawić 
rogi, nim się jeszcze ożeni. Dotychczas nie mogli sobie pozwolić takiej swawoli, bo... 
ale teraz jest już pokrywka. W dzień trudno, ale Kergolaj pewnie do niej zakradnie się w nocy, 
albo też przyjdzie którego wieczora, skryje się, a potem już nie wyjdzie, chyba o świcie. 
Zresztą okna tam niewysokie, zwłaszcza od ogrodu, taki rycerz jest jak linoskok, wdrapie się 
choćby na dach, zaś w razie niebezpieczeństwa na lada sznurze spuści się z okna, a nawet i na 
równe nogi wyskoczy. 
A może się to już stało?... Kundrat zamyślił się nad tym; ale ledwie trochę pomyślił, uderzył 
się ręką w czoło i zawołał: — Ja głupi! Właśnie też na mnie czekali! Oczywiście, że się do 
niej zakrada w nocy. — To rzekłszy porwał czapkę i pobiegł do Pachny. 
Było to już przed samym wieczorem. 
Pachny nie było w domu, tym lepiej. Zaczem zawołał sobie jej pierwszą pannę służebną, 
zaciągnął ją do ogrodu i zaczął ją brać na konfesaty. Panna, dla niego ujęta, na wszystkie jego 
pytania się uśmiechała. 
— Więc się nocą zakrada? — zapytał Kundrat niecierpliwie — więc jakże to robi? 
— Ot, jak! — mówiła panna — jak wszyscy. Jak stróże zawołają: „Ostrożnie z ogniem!” — 
pani staje w otwartym oknie swojej sypialni, on siedzi w krzakach w ogrodzie i jak panią 
obaczy, zbliża się chyłkiem do okna i po kołkach, co je sam ponabijał w ścianę, włazi do niej 
przez okno. 
— Oto zuchwalec! — zawołał Kundrat — właśnie jak złodziej. Jeszcze i kołków ponabijał w 
ścianę cudzego domu. A potem co? 
Na to panna się zaczęła chichotać i rzekła: 
— A potem przecie ja nie wiem. 
— Ale co potem? — mówił Kundrat, drepcąc nogami — kiedyż znów stamtąd wychodzi? i jak 
to robi? 
— Zawsze przed świtem. Otworzy sobie okno, obejrzy się na wszystkie strony, a potem 
buch w krzaki i koniec. 
— Oto szelma! — zawołał Kundrat — czy słyszał kto kiedy o takich sztukach złodziejskich! 
A tu jest proconsul nocturnus i sześćdziesięciu drabów trzymamy, ażeby pilnowali bezpieczeństwa 
kamienic. „Buch w krzaki i koniec!” A ja tobie powiadam, że na tym nie koniec. 
Dam ja jemu: buch w krzaki, że sobie pradziadka przypomni... 
Tu panna się przestraszyła, mówiąc: że gdyby Kundrat, uchowaj Boże! ją zdradził, toby ją 
na całe życie unieszczęśliwił. Ale Kundrat ją uspokoił i potem się z nią jeszcze bardzo długo 
namawiał. 
A potem wyszedł i chodził długo jak błędna owca po ulicach, namyślając się mocno. Oto 
hultaj! — mówił półgłosem do siebie — a przecie to adulterium in flagranti78, a jeszcze do tego 
przed ślubem, o czym jeszcze nikt nigdy nie słyszał. Adulterium przed ślubem! to chyba tylko 
taki łotr Francuz coś podobnego wymyśli! ale są przecie na to sądy duchowne... Tu stanął i 
spytał się siebie: Gdybym z tym poszedł do arcybiskupa? dałby mu łupnia... — Ale potem się 
zastanowił, mówiąc: Do arcybiskupa? Niegłupi. To pan zanadto prędki. Zaraz się gniewem 
unosi i żolnierzyska stoją u niego na schodach. Niech tam idzie do niego kto inny... Ale przecie 
Frąc, to jego rzecz. Dla Frąca mam nawet obowiązek wdzięczności, bo życie mi wyratował. 
Nie mogę przecie dopuścić, aby mu rogi przyprawiano, a jeszcze do tego przed ślubem... 
Na tę myśl się uśmiechnął, a rozważywszy rzecz głębiej, tak sobie mówił: Frącowi muszę 
powiedzieć, bom mu to winien. Jeżeli mu powiem, to Frąc tego Kergolajowi nie daruje. Są 
przecie obydwa rycerze i o swój honor dbać muszą. Ani chybi, że się z sobą pobiją. Frąc 
chłop jak niedźwiedź, pewnie Francuza zabije. Ja nic na tym nie zyskam, ale przynajmniej 
pomszczę się na tym przeklętym Francuzie, co mnie w beczkę wpakował, a jeszcze i zimną 
wodą mnie polał. Jeżeliby Francuz Niemca zamordował, to może byłoby lepiej. Ale nie. Bo 
przecie, jak się Frąc naocznie przekona, że jego narzeczona go oszukuje, to jużci się z nią nie 
ożeni. A wtedy Pachna... 
To rzekłszy, uśmiechnął się znowu, zatarł ręce z radości i poszedł poszukać Frąca. 
Znalazł go zaraz, bo wiedział, gdzie go ma szukać. Frąc siedział w piwiarni w Bazarze, już 
dobrze piwem nalany, ale właśnie co nowy garniec nadpoczął. Chociaż piwiarnia była żołnierzami 
nabita, siedział sam jeden, bo od czasu, jak został rycerzem, stał z rygorem niemieckim 
na straży swego honoru i ludzi niższych rangą od siebie nie przypuszczał do swojej poufałości. 
Z kupcem, nie mającym żadnej rangi, mógł się pobratać, chociaż go miał za stworzenie o 
wiele niższe od siebie. A potem, kupiec zawsze żołnierzowi się przyda. Kundrat siadł przy 
nim i najprzód dziękował mu po raz dziesiąty, że na cmentarzu tak dzielnie stanął w jego 
obronie. 
Frąc mu odpowiedział z godnością: 
— Nie masz za co dziękować, bo jest to obowiązek rycerski stawać w obronie niewinnych, 
chociażeś ty na sztrof zasłużył za to, że chciałeś wywoływać dusze umarłych. Ty nie wiesz, jaka to straszna jest rzecz dusza ludzka, co błądzi nocą po ziemi. Gdybyś był duszę obaczył, 
byłbyś tak samo umarł ze strachu, jak Kijas. Żaden człowiek podłej kondycji widoku dusz nie 
wytrzyma, bo też i żołnierz niełatwo do nich się przyzwyczaja. Na Wysokim Zamku, po starościńskich 
komnatach, dusze chodzą co nocy, dzwonią łańcuchami i zieją z gęby płomieniem. 
Spałem ja tam trzy noce, ale przecie mi się sprzykrzyło i teraz sypiam w moim dawnym 
mieszkaniu na Niskim Zamku, gdzie mnie też potrzebuje Łopatka, bo wśród tego natłoku 
żołnierzy i rozmaitego hultajstwa obejść się beze mnie nie może. Ale nie mów tego nikomu, 
bom ja powinien i w nocy siedzieć na Górnym Zamku. 
— Bądź waszmość spokojny — rzecze mu Kundrat — u mnie każdy sekret jak w grobie. A co 
to pijesz takiego? 
— Piwo przemyskie. Bardzo dobre, napij się ze mną. 
— Ja piwa nie pijam, bo od tego żyły miękną w człowieku. Ale jeżeli pozwolisz, to każę 
dać wina. 
Frąc przyjął łaskawie, postawiono przed nimi dzban wina i pili. Kundrat chciał już przystąpić 
do rzeczy, ale nie było sposobu. Albowiem Frąc, nalawszy się winem, stał się gadatliwym 
i zaczął mu opowiadać szeroko i długo, jak ciężką służbę ma teraz. Ma komendę na 
Wysokim Zamku, trzeba mu tam prawie cały dzień bawić, w nocy zaś musi przedmieść doglądać, 
gdzie się tak wiele nagromadziło hultajstwa i takie bójki bywają po nocach, że trzeba 
by Bóg wie wiele mieć żołnierzy, aby je uspokajać. Ale on na to sposób wymyślił, albowiem 
uzbroił zamkowych żołnierzy w muszkiety, które się siekańcami nabija, więc jak się to hultajstwo 
zgromadzi w kupę i ze sobą pobije, każe do nich palić z muszkietów: środek to doskonały, 
bo siekańcem nikogo nie zabije, ale ich wszystkich popstrzy — a tak zaraz się z jękiem 
porozbiegają. Czasem i śmiechu jest z tego niemało... 
Kundrat, człek ludzki, widział w tym wielkie barbarzyństwo, jeżeli ktoś z tego się śmieje, 
że komuś drugiemu nasypał siekańców za skórę: ale się jeszcze więcej tym niecierpliwił, że 
Frąc się tak nieskończenie rozgadał. Podobno niemądrze to zrobił, że mu kazał dać wina, bo 
oto już oczy zaczynają mu białkem zachodzić — a tu już północ, ba, może i więcej, a on jeszcze 
nie mógł przystąpić do rzeczy. 
Nareszcie Frąc oparł się plecyma o gzyms ściany, pod którą siedzieli, głowę wyciągnął, 
oczy trochę przymrużył i przestał mówić; Kundrat więc chwycił za tę sposobność, zabrał głos 
i pomału opowiedział mu rzecz. Kundrat mówił bardzo rozumnie, najprzód rozbudził w nim 
jego uczucia dla Pachny, potem podłechtał w nim jego sentymenty rycerskie, a dopiero na 
końcu opowiedział mu haniebną zdradę Francuza. 
Frąc niby go słuchał z uwagą, ale zdaje się, że wcale go nie zrozumiał, bo mu odpowiedział 
z uśmiechem: 
— Jużci ja wiem od dawna, że Kergolaj się mizdrzy do mojej bratowej, tak jak i o tobie 
wiem dawno... 
Tu Kundrat się trochę odsunął od niego — a tymczasem Frąc skończył: 
— Ale to w tym nie masz nic złego. 
— Jak to nie masz nic złego? — zawołał Kundrat, przysuwając się znowu ku niemu — przecie 
mówię waszmości, chyba że mnie nie rozumiesz, że Kergolaj się do niej zakrada, kiedy stróże 
wołają: — "Ostrożnie z ogniem!” — a wychodzi dopiero o świcie. 
Teraz Frąc go zrozumiał. Ale teraz zerwał się jak oparzony i zaraz go porwał za gardło, 
wołając: 
— Łżesz drabie jeden! łżesz jak pies! Nigdy by Pachna... Wiem dobrze, dlaczego to mówisz... 
A tak wołając i trzymając go lewą ręką za gardło, prawą zaczął czegoś szukać około siebie. 
Czy go diabli nadali! Kundratowi wszystka krew uderzyła do twarzy, już zaczął się krztu
sić, zebrał więc całą swoje energią i wydarł mu się z jego łapy drapieżnej. A wydarłszy się, 
stanął twardo przeciwko niemu i zawołał: 
— Czego mnie dusisz! Ja tobie chcę po przyjacielsku usłużyć, a ty mnie dusisz. 
Ale wtedy Frąc stał już nad nim, wielki jak wieża, chwycił go lewą łapą za ramię i wołał: 
— Zaraz mi tego dowiedziesz! A jeśli mi nie dowiedziesz... 
A to mówiąc, wciąż prawą ręką czegoś szukał za sobą. 
— Dowiodę ci — rzekł mu Kundrat — ale siadaj i mówmy rozumnie. 
Więc siedli. Frąc zapyrzony, Kundrat uspokojony cokolwiek. 
— Gadaj! — zawołał Frąc. 
— A czego to tam szukasz za sobą? — zapytał Kundrat. 
— Muszkiet tu miałem — odpowiedział mu Frąc — może mi go już ukradli. 
To rzekłszy, wstał i obejrzał się za swoim muszkietem. Ale znalazł go w kącie, postawił go 
między kolanami i sapiąc, rzekł do Kundrata: 
— Teraz gadaj, co wiesz. 
Ale Kundrat wciąż patrzał na muszkiet i rzekł: 
— Dlaczego trzymasz ten muszkiet między nogami, może jeszcze nabity i strzeli. 
Kundrat tak mówił niby z obawy, ale się po diabelska przy tym uśmiechał, bo widział dobrze, 
że jeżeliby muszkiet wystrzelił, toby Frącowi wpakował wszystkie siekance w jego tłusty 
podbródek, w czym by też była wola Boża, na którą nie wolno się skarżyć. 
— Bez lontu nie strzeli — rzekł Frąc. 
— Ja tam nie wiem, ale z prochem podobno nie można żartować. 
— Nie zagaduj! — zawołał Frąc groźnie do niego — jeno powiadaj, co wiesz. 
Więc Kundrat opowiedział mu wszystko dokładnie, co się dowiedział od panny. 
Frąc, który swojego czasu dał w siebie wmówić, że śpi godzin piętnaście, kiedy idzie spać 
o dziesiątej, a wstaje o piątej, wszystko Kundratowi uwierzył. A że był pijany, tym sroższym 
zapłonął gniewem, zerwał się z ławy, muszkiet podniósł do góry i rzekł: 
— Więc on i teraz tam jest? Więc chodźmy. Obaczysz, jak ja naszpikuję tego Francuza — a 
potem się z nim wybiję, jak zechce. Ale pierwej go naszpikuję, abym miał dowód, bo inaczej 
się wyprze. 
Jednak Kundratowi wcale się nie podobała ta propozycja. Jakoż mu odpowiedział: 
— Po co ja tam mam chodzić? Ty znasz tę drogę lepiej ode mnie, a teraz już wiesz, co masz 
robić. Stań pod sztachetami ogrodu, zaczekaj do brzasku (i tak już niedaleko), a jak Kergolaj 
pokaże się w oknie i zechce buchnąć w krzaki, pal do niego z muszkieta. 
To rzekłszy, zatarł ręce i patrzał na niego z uśmiechem zadowolenia. 
Ale Frąc na to pokiwał mu swoim ogromnym indeksem79 trzy razy pod samym nosem i 
rzekł: 
— Ty musisz iść za mną, bo muszę cię mieć pod ręką, jeżeliś skłamał. Chodź — a jeśli nie 
chcesz, to cię wezmę jak kota pod ramię i zaniosę ze sobą. 
Nie było to Kundratowi do smaku, ale trudno się było wykręcić, więc wyszli obydwa. 
Niebawem przyszli na ulicę Halicką i stanęli przed domem Pachny. 
Jeszcze było ciemno, chociaż na wschodzie już troszeczkę szarzało. Dom Pachny był od 
ulicy o trzech oknach, na jednego chłopa, jak wówczas mawiano, ale był długi, a jego główne 
okna wychodziły na ogród, który był także na jednego chłopa od ulicy, ale ciągnął się w głąb 
dosyć daleko. Dom był piątrowy, ale piąterko było niepokaźne, opatrzone krużgankami, i 
służyło tylko na mieszkanie dla sług i nianiek, które pilnowały jej synka. Pachna sama miała 
wyniosłe i piękne apartamenty w przyziemiach, na bardzo wysokim podmurowaniu, tak że jej 
duże okna pomimo krzaków w ogrodzie było dobrze widać z ulicy. Ostatnie okno w samej 
głębi oświecało właśnie jej sypialnię. Ogród był odgrodzony od ulicy niskimi sztachetami, 
popod które wewnątrz ogrodu gęste ciągnęły się krzewy. Chociaż noc była ciemna, wszystko 
to było widać z ulicy jakby na dłoni. 
Kiedy obydwa przy sztachetach stanęli, pijany Frąc wymierzył muszkiet w okno sypialni i 
rzekł do Kundrata: 
— Więc tam trzeba walić? 
— Tam — odpowiedział mu Kundrat — ale zaczekaj, aż póki okno się nie otworzy i póki go 
nie obaczysz w oknie, bo inaczej strzelisz na wiatr i tylko hałasu narobisz. 
Jednak kiedy to powiedział, spostrzegł się w tym, co robi, i jakoś ckliwo mu się zrobiło. 
Pomyślał sobie: Jak strzeli, oczywiście, ludzie się zbiegną, gwałt, rozbój, on strzelił, ale ja 
przy nim, więc obydwóch nas wezmą do turmy. To gardłem pachnie w tych czasach. Co tu 
począć w takim terminie? Bodajże mnie wszyscy diabli wzięli, żem się sam wraził w taką 
brzydką połapkę... — Kundrat byłby się wyrzekł Pachny na wieki, gdyby tylko mógł uciec, ale 
się bał Frąca, pijanego wariata. — Jeśli drapnę, jak Bóg na niebie, palnie za mną z muszkietu. 
Co więc robić w tym razie? 
Tymczasem Frąc, chociaż pijany, ale od dawna zaprawiony do takich zasadzek, daleko lepiej 
zrozumiał położenie od niego. Na niebie już szarzeć zaczyna, za jakie dziesięć pacierzy 
już świtać zacznie, Francuz nie wyłazi, może zaspał — a może go wcale tam nie ma i Kundrat 
go tylko okłamał. Obrócił się więc do niego i rzekł: 
— Słysz, Kundrat, ja tu nie będę czekać do świtu. Trzeba wystraszyć Francuza. Idź więc, 
zakradnij się do pokojów i wystrasz go stamtąd. To złodziej, na lada rumor zaraz wyskoczy 
przez okno. Ale mi daj znak, jak go wystraszysz, bo muszę lont nagotować zawczasu. 
Na te słowa Kundrat aż podskoczył z radości i zawołał: 
— Co rozum, to rozum. Słuchajże, panie Frąc, ja się w lot wsunę do domu i wejdę aż do tej 
izby, co przytyka do jej sypialni. Tam sobie najprzód cichutko okno otworzę, widzisz to okno 
przedostatnie, co jest trochę zaklęsłe, a tamto od jej sypialni razem z murem wystaje. Otworzywszy 
to okno, zacznę rumorzyć — a jak tylko dosłyszę, że Francuz otwiera okno od sypialni, 
ja ci się w moim oknie pokażę i kiwnę białą chustką na ciebie. Wtedy on buch w krzaki, a 
ty pal do niego z muszkietu. 
— Gut!80 — rzecze mu Frąc — tylko się śpiesz, aby nie zaświtało tymczasem. 
Kundrat skoczył jak zając, w oka mgnieniu dopchnął się do drzwi (a może i klucz miał w 
kieszeni) i zniknął za drzwiami. 
Frąc czekał niedługo. Albowiem po małej chwili otworzyło się przedostatnie okno, wychodzące 
na ogród. Zaraz potem dał się słyszeć rumor w tej izbie, jak gdyby kto sprzęty z 
miejsca na miejsce przesuwał, właśnie jak kiedy słudzy zaczynają już sprzątać. Jeszcze 
chwila — a wtedy Frąc dosłyszał wyraźnie, jako się okno sypialni otwiera. W tej samej chwili 
w przedostatnim oknie Kundrat się energicznie całą piersią na dwór wychylił i zawiał białą 
chustką trzy razy. 
I w tejże samej chwili Kergolaj się z ostatniego okna wychylił, ażeby w ogród wyskoczyć. 
Natenczas Frąc dobrze wymierzył, przytknął lont i palnął z muszkieta. 
W jedno mrugnienie oka po strzale dał się słyszeć krzyk męski, krzyk taki, jak gdyby się 
komu wnętrzności rozdarły, gdzieś koło okien — a Frąc w głos się roześmiał, właśnie jak gdyby 
bawół zaryczał, i wytężył wzrok w ogród, aby obaczyć, gdzie tam Kergolaj leży pomiędzy 
krzakami. 
Ale w tej chwili otworzyły się także wszystkie okna i drzwi w kamienicach sąsiednich i 
lud zaczął na ulicę wybiegać. 
Razem z tym ludem wybiegł także Olizar z sąsiedniego domu od Fesi, wybiegł na wpół 
tylko ubrany i przestraszony, bo się to działo w czasach wojennych, zaczem zapewne myślał, 
że na miasto najechali Tatarzy. Ale kiedy lud tylko ciekawie się koło Frąca gromadził, on, 
żołnierz, zaraz zrozumiał, co się stało, bo Frąc trzymał muszkiet w ręku, a z muszkieta się 
jeszcze kurzyło. Więc Olizar wściekł się ze złości, przyskoczył jak tygrys do Frąca, porwał go lewą ręką za gardło, a prawą, jako to Rusin zawsze skory do bójki, zaczął go pięścią bić w 
gębę, wołając: 
— Zbóju niemiecki! to ty strzelasz tu po ulicach! A strzelasz do kobiet albo do innych poczciwych 
ludzi, aby się po zbójecku mścić na nich! Duszę tu z ciebie wypędzę! 
Frąc tak zgłupiał, że w pierwszej chwili się nawet nie bronił. Dopiero wziąwszy cały pęk 
pięści po gębie, odrzucił Olizara od siebie, który wszakże jeszcze wciąż skakał jak osa do 
niego. 
Tymczasem zbiegowisko zrobiło się wielkie, do domu Pachny wpadło już mnóstwo ludzi, 
inni zeń wybiegali i oblegali Frąca, wołając: 
— Zbój! Niemiec! zabił pana notariusza lonherii, co nocował u Pachny! 
Frąc się znalazł w okrutnych opalach. Lud, nie lubiący żołnierzy zamkowych, a rozwścieklony 
tym strzałem śród miasta, zaczął się rzucać na niego, Olizar ich szczuł, jak się psy 
szczuje na zwierza, i byliby go pewnie rozdarli: ale wtem nadszedł consul nocturnus z rontem 
halabardników i zaraz przywrócił porządek. 
Consul nocturnus był to człowiek okrutnie surowy i respektowany przez wszystkich. 
Ogromnie wysoki a chudy jak szczypa, z zapadniętymi policzkami, z okiem siwym, nakrytym 
krzaczastymi brwiami, i z wąsem miotlastym, przystąpił poważnie do Frąca i rzekł: 
— A czego to waść strzelasz po ulicach po nocy? Pewnie chciałeś kogoś milczkiem wyprawić 
ad patres. Chodź no ze mną do kordegardy, tam cię weźmiemy na konfesaty. 
I zaraz go otoczył halabardnikami. 
Frąc dał się wziąć jak baranek, najprzód z uległości dla legalnej władzy w obrębie jurys
dykcji miejskiej, a potem że się czuł bezpieczniejszy pomiędzy halabardnikami niżeli pomiędzy 
ludem. Lecz prowadzony przez nich, opamiętał się, obejrzał się za Olizarem i zawołał za 
nim: 
— A ty mi zdasz sprawę rycerską z twojego chłopskiego postępowania! 
— Zdam tobie sprawę! — odpowiedział mu Olizar — jeno ty pierwiej zdasz sprawę z swego 
rozbójniczego rzemiosła. 
Lud jeszcze przez jakiś czas stał na ulicy. Olizar zaś poszedł do domu Pachny, aby się dokładnie 
dowiedzieć, co się tam stało. 
A kiedy honoratiores81 miasta także do domu Pachny przybyli, on im takie species facti82 
przedłożył: Francuz buch w krzaki i uciekł — Kundrat dostał w łeb cały nabój siekańców — a 
Frąc siedzi w kordegardzie, gdzie będzie badany przez sądy miejskie o zamierzone zabójstwo. 
Bardzo to smutne były wypadki. Ale Olizar miał w nich swoję pociechę: bo najprzód Kergolaj, 
jako serdeczny przyjaciel, wyszedł cało z tego niebezpieczeństwa; potem nabił się Frąca 
pięścią w gębę, ile mu się podobało, a wreszcie, ot! i ten kołtun tu leży w tym piwie, co 
sam sobie nawarzył. 
Albowiem właśnie balwierz rozebrał Kundrata do naga i wyjmował mu spoza skóry siekance, 
którymi miał połowę twarzy i cały bok prawy, od głowy do pasa, jak indycze jaje, 
upstrzony. 
A jako to Olizar był chłop prawdomówny, że mu się zawsze serce przelewało ustami, pochylił 
się nad nim i kiedy Kundrat jęczał z bólu pod szczypcami balwierza, a krew się strumykami 
po jego ciele sączyła, zawołał do niego: 
— Trysta tobi mat’ mordowdto, jaki z ciebie filozof! Kergolaj sprawił ci zimną kąpiel, żeś 
ruski miesiąc na nią wyleżał, chciałeś go zgubić, a jam ci za to wsypał tyle nahajek, żem się 
ich sam nie doliczył — nuż wyprawiłeś twojego pana w taką podróż za duszą syna, że już z 
niej nigdy nie wróci — a teraz i sam leżysz do samego diabła podobny, że rodzona mać by cię 
nie poznała! 
Frącowi w szponach sądów miejskich niedobrze się powodziło. Wójt, sceptrum argenteum 
manu gestans83, i panowie ławnicy, wywiedli przeciwko niemu proces kryminalny „o gwałtowne 
najście domu i razy śmiertelne” i koniecznie chcieli go sądzić. Uciskani często nieznośnie 
przez zamkowych żołnierzy, pamiętni tego, że to właściwie Frąc swymi końmi roztratował 
Kijasa, podszczuwani nareszcie przez mściwego Kundrata, uparli się przy tym, ażeby 
postanowić exemplum84, zwłaszcza też w tym wypadku, gdzie byli w swym prawie. Długie 
były o to spory pomiędzy starostwem a miastem, lecz próżne, i bardzo już krucho było z tym 
zamkowym rycerzem. Więcej niż trzy tygodnie przesiedział w turmie, już się indagacje skończyły 
i już miano go sądzić. 
Ale na jego szczęście zjechał właśnie do Lwowa nowy wojewoda ruski, Jan Amor Tarnowski, 
brat rodzony pani Kmitowej, kasztelanowej przemyskiej, pan wielkiej powagi i bardzo 
ludzki dla wszystkich, i ten go z turmy wydobył. Przedłożywszy bowiem mieszczanom, 
że w czasach wojennych nie należy osłabiać swojej własnej obrony, że Frąc im to zapewne 
niebawem w dwójnasób nagrodzi, bijąc się za nich przeciw Wołochom albo Tatarom, że 
wreszcie nikogo nie zabił, tylko popstrzył człowieka, co stroił kabały, a nawet i sam na karę 
zasłużył, otrzymał to od nich, że Frąca puścili, wymieniwszy go za kilku mieszczan, co w 
turmie zamkowej za przemytnictwo siedzieli. Frąc prędko się otrząsł z pleśni więziennej, bo 
zaraz nazajutrz zaniósł skargę do Łopatki za ukrzywdzenie, którego doznał, mówiąc: 
— Mieszczanom, co mi chcieli wziąć szyję za to, com zrobił po pijanemu, daruję, bo byli w 
swoim prawie. Kergolajowi, co mi narzeczoną zbezcześcił, daruję, bom sam temu winien, 
żem jej nie pilnował. Kundratowi, co mnie do tego strzału namówił, daruję, bo już dostał za 
swoje. Ale Olizarowi nie daruję, bo mnie bił w gębę — a taką krzywdę każdy rycerz krwią 
zmazać musi. 
Zaczem prosił Łopatkę, ażeby, jeżeli łaska, wyzwał w jego imieniu Olizara do walki: „na 
śmierć lub niewolę, na krótkie miecze albo na długie, konno lub pieszo, pojedynkiem albo 
samotrzeć”. 
Łopatce bardzo przykra była ta prośba. Odmówić mu nie mógł tej posługi, bo pod jednym 
znakiem z nim służył i w nim został obrażony honor jego własnego starostwa — a tymczasem 
Olizar bliższym mu był przyjacielem i zdałomu się, że walka będzie nierówna. Próbował więc 
odwieść go od tego zamiaru, a przynajmniej walkę odroczyć, opierając się na tej racji, że 
wojewoda jest w zamku i czasy wojenne, więc by to było bardzo źle widziane przez starszych. 
Frąc, zawsze pełen respektu dla wyższej władzy, na zwłokę zezwolił, ale we dwa dni 
potem wojewoda wyjechał, więc już nie było żadnego pretekstu do dalszej zwłoki. Łopatka 
więc poszedł sam do Olizara, przedłożył mu z żalem wyzwanie Frąca i prosił go, aby mu 
wymienił swojego przyjaciela, z którym by miał kartel85 omówić. 
Olizar w gruncie serca nie był kontent z tego wyzwania. Odwagi mu pewnie nie brakło, o 
życie niewiele dbał, wszakże je już tyle razy narażał! bitwę nawet lubił namiętnie, czy to na 
wojnie, czy w jakim napadzie, czy w gospodzie, czy na ulicy: ale taka uroczysta bitwa z ceremoniami 
jakoś mu nie była do smaku. Jednak nie dał tego poznać po sobie, nawet Łopatce. 
Owszem, przyjął go wesoło, powiedział mu, że mu to wszystko jedno, czy na koniu, czy pieszo, 
czy na długie miecze, czy krótkie, i odesłał go do Kergolaja, jako do swego świadka. 
Kergolaj, jako doświadczony mistrz w tym rzemiośle i szczerze przywiązany do Olizara, 
już wszystko bardzo rozumnie obmyślił. Zaczem powiedział Łopatce: najprzód, że Olizar nie 
będzie walczył konno, tylko pieszo, bo Frąc ma tylko ciężkie konie, a Olizar lekkie, więc by 
nie było równości; po wtóre, że Olizar nie chce się bić w rynsztunku, bo ma także tylko lekkie 
półpancerze, a Frąc bardzo ciężkie, więc i w tym by nie było równości; a po trzecie, że nie 
będzie się bić ani na krótkie miecze, ani na długie, tylko na średnie, długości trzy stopy, bo, jako przyzwyczajony do szabli, taki miecz będzie jemu najdogodniejszy, a Frąe do każdego 
miecza jest sprawny. Ponieważ Frąc przyjął z góry wszelkie warunki, byle nie były z jego 
widoczną krzywdą, więc Łopatka na żądania Kergolaja bez oporu się zgodził. Po czym postanowiono, 
że bitwa odbędzie się jutro, na trzy godziny przed zachodem słońca, kiedy się upał 
już trochę ochłodzi, przy drodze do Hołoska wiodącej, w pustym polu, gdzie stoi krzyż męki 
Pańskiej i mała mogiłka, na gruncie suchym, a nie należącym do lwowskiego starostwa. 
Kiedy już wszystko było umówione, Łopatka mocno się zasumował i rzekł do Kergolaja: 
— Cóż myślisz? czy nasz Olizar się Niemcowi obroni? 
— Zrobimy, co można — odpowiedział mu na to Kergolaj poważnie. 
— Słysz, Kergolaj — rzecze mu Łopatka — ja wiem, co to obowiązek rycerski, ja Frącowi 
usłużę sumiennie. Ale sercem ja z wami. Olizar mi brat, bardzo się boję o niego. Gdyby tak 
Niemca można czym zestraszyć, aby nie bardzo na niego najeżdżał? 
A Kergolaj na to: 
— Niemca nie strasz, bo Niemiec, jak się przestraszy, to zaraz zabije. Olizar już wie, jakim 
sztychem może go zmacać. Jakoż tak sądzę, że mu się obroni. Tymczasem zaś sekret, aby 
nikt o tym nie wiedział. 
Łopatka jeszcze trochę się posumował, a potem wyszedł z jakąkolwiek nadzieją. 
Pomimo to że postanowiono dzień bitwy i miejsce utrzymać w sekrecie, jeszcze dnia tego 
się to po mieście rozniosło — a nazajutrz już zaraz z południa nieprzejrzane rzesze rozmaitego 
ludu ciągnęły ku Hołosku w to miejsce, gdzie bitwa miała się odbyć. W mieście i między ludem 
wytworzył się nastrój bardzo poważny, bo wszyscy wiedzieli, że to nie taka bójka, jaką 
można widzieć w gospodzie albo i na ulicy, jeno panowie się będą bić z sobą, na koniach w 
pełnej zbroi i rycerskimi mieczami. Rozeszła się nawet wieść między rzeszami, że ci rycerze 
mają walczyć o honor Matki Najświętszej: taką wieść bez wątpienia księża roznieśli, ażeby 
usprawiedliwić rozlew krwi między chrześcijańskimi panami, którego nie mogli powstrzymać. 
Jakoż widziano pomiędzy rzeszami kilku mnichów w habitach, jeden z nich, z odkrytą 
głową, niósł nawet kościelną chorągiew przed sobą, a chłopiec w komży szedł za nim: był to 
zapewne ksiądz, który tam szedł dlatego, ażeby umierających spowiadać albo też in extremis 
dać im ostatnie pomazanie. 
Miejsce, gdzie bitwa miała się odbyć, było wyniosłe, lecz równe, a otoczone z daleka olszyną, 
przesianą wyniosłymi świerkami. Po prawej ręce szła droga, po lewej za drogą stał 
krzyż ogromny drewniany, z Chrystusem Panem malowanym na blasze, pod krzyżem zaś 
stała mogiłka, ledwie na sążeń wysoka: powiadano, że kiedyś, dawnymi czasy, jakiś kniaź 
ruski tu zginął w bitwie, którego pochowano w mogile i krzyż postawiono koło niej. 
Dzień był skwarny okrutnie, lecz z dala, od północy i od zachodu, gromadziły się chmury 
żelaznego koloru na niebie jak gdyby w porozrywanych kawałach i stamtąd cokolwiek chłodniejsze 
zawiewało powietrze. Czasem płat czarnej chmury przeciągnął przez słońce, zaćmił je 
i także na chwilę skwar słoneczny ochłodził. Na trzy godziny przed zachodem nadciągnęli, 
każdy z osobna, wszyscy rycerze, którzy mieli stanąć do walki. 
Frąc w całej zbroi, w hełmie z piórami, z podniesioną przyłbicą, na ogromnym koniu karym 
z bogatą grzywą, co mu spływała do kolan. Obok niego jechał Łopatka, na pięknym koniu 
kasztanowatym, ale bez zbroi, bo miał tylko sukienny kubrak na sobie, pilśniową kuczmę 
z piórkiem na głowie i szablę u boku. Za nimi jechali w pierwszym szeregu trębacz Frąca z 
trąbą opartą o prawe biodro, a obok niego żołnierz z rozwiniętą chorągwią czerwoną i żółtą, 
na której było widać herb Ajchingerów, czerwoną wiewiórkę pomiędzy dwoma rogami w 
złotym polu. Dalej jechało sześciu knechtów w półpancerzach i hełmach bez piór, a na końcu 
dwóch pacholików Łopatki. 
Niebawem za Frącem nadciągnął Olizar. Siedział na dziwnie pięknym koniu tureckim srebrzystosiwym, 
był całkiem bez zbroi: wszelako bardzo świetnie wyglądał. Miał bowiem na 
sobie aksamitny żupan, bramowany złotem i zapięty na guzy złote, drogimi kamieniami sadzone, 
pas także zloty i prawie już rubinami a brylantami nabity, złoty ryngraf pod szyją z 
Boga Rodzicą na nim rzeźbioną, czapkę aksamitną z piórkiem na bakier i bogatą szablę u 
boku. Olizar wyjechał jak na wesele i miał też minę wesołą, bo obaczywszy lud zgromadzony, 
poprawił wąsa i śmiejąc się, coś powiedział Kergolajowi. Obok niego jechał Kergolaj na 
wielkim białym koniu, ale na wszelkie wypadki był uzbrojony, miał bowiem hełm na głowie, 
drucianą koszulkę na sobie i krótki miecz razem z mizerikordią u boku. Za nimi, pod wodzą 
Tymka Biłowusa, jechało ośmiu Olizarowych kozaków, także świątecznie ubranych: z nich 
jeden służył trębaczem, drugi niósł chorągiew Olizara czerwoną, błękitną i białą, z trzema 
andegaweńskimi liliami, sześciu następnych mieli tylko szable u boku — a dalej jechało 
dwóch knechtów Kergolaja w pancerzach i hełmach. 
Po obydwóch więc stronach były siły zupełnie równe, bo tego przestrzegały surowo prawa 
rycerskie. 
Frąc stanął ze swymi ludźmi u dołu od miasta, Olizar zaś o jakie sto kroków wyżej, zaczem 
najprzód obustronni trębacze ich otrąbili, jako są już na placu. 
Potem Kergolaj i Łopatka, każdy ze swymi knechtami i pachołkami, zeskoczyli z koni i 
odmierzyli plac bitwy, na sześć sążni długi, a na cztery szeroki, i obłożyli go ze wszystkich 
stron kamieniami. Jeden szereg kamieni dotykał prawie mogiły i krzyża, jakoż niektórzy ludzie 
z tłumu zaczęli wyłazić na mogiłę i po krzyżu się wspinać, ale żołnierze ich rozpędzili i 
kazali im stać z daleka, inaczej końmi na nich najadą, z którego to powodu lud się rozleciał 
daleko, i kiedy jedni się ogromadzili na wzgórkach odległych, inni powyłazili na drzewa i 
stamtąd patrzali na to, co się teraz dziać miało. 
Kiedy żołnierze pole bitwy obkładali kamieniami, Frąc i Olizar także zeskoczyli z koni, 
Frąc zrzucił hełm i pancerz ze siebie, jak było umówiono, i został się tylko w łosiowym kaftanie, 
Olizar zaś tylko czapkę rzucił na ziemię, bo nie miał żadnego rynsztunku na sobie. 
Tak wprowadzili ich w szranki, Frąca Łopatka od dołu, Kergolaj Olizara od góry, a ich 
żołnierze stanęli na koniach o kilkanaście kroków za polem bitwy za nimi. 
Jak tylko stanęli w szrankach, Olizar pierwszy klęknął na ziemi, przeżegnał się trzy razy, a 
potem wziął prawą ręką grudkę ziemi, włożył ją w usta otwarte i połknął. Zaczem zawołał 
głośno: 
— Tak mi Boże dopomóż, że nie mam żadnej mocy nieczystej przy sobie. 
Ruscy rycerze taki mieli obyczaj odprzysięgania się, jako nie mają broni zaczarowanej. 
Frąc jednak nie klękał, tylko podniósł dwa palce wraz z prawą ręką do góry i rzekł: 
— Przysięgam na rany Chrystusa Pana, jakom się nie uciekał do złych duchów o pomoc. 
A wtedy Kergolaj dał im dwa miecze, jeden Olizarowi, a drugi Frącowi, na trzy stopy długie, 
jak było umówiono. 
Zaczem zaraz stanęli do walki. 
Frąc natarł pierwszy, ale bardzo spokojnie. Po jego natarciu widać było wyraźnie, że 
przede wszystkim chce wyrozumieć, z jakim przeciwnikiem ma do czynienia, ażeby też wiedział, 
jak go ma zażyć. Kergolajowi bardzo się to nie podobało: albowiem liczył na to, że 
Frąc uderzy gwałtownie, a jako jest tłusty i ciężki, że prędko się zmacha, zaczem Olizar świeżymi 
siłami przeciwko gwałtownemu natarciu łatwo się obroni, a zmachanego potem równie 
łatwo gdzieś zmaca. 
Ale Niemiec miał flegmę. 
Olizar z początku z wielką fantazją się bronił, nawet dwa razy bardzo zręcznie miecz Frąca 
sparował i już o mało go nie zachwycił, ale taką obroną on pierwiej się zmachał, a Niemiec 
też zaczął coraz gwałtowniej najeżdżać. 
Olizar może miał siłę gdzie indziej, ale nie w ręku, toż coraz słabiej się bronił, tak że w 
jednej chwili Kergolaj już się zaczął obawiać o niego i mimo woli zawołał: 
— Eh, eh, eh! 
W tej samej chwili i Łopatka dostrzegł, że źle z Olizarem, a rozumiejąc, że mu potrzeba 
zachęty, chociaż tego robić był nie powinien, zawołał ku niemu: 
— Olizar! Derżyj sia krepko! 
Ale jeszcze tych słów nie skończył, kiedy Frąc niezmiernie zręcznym zamachem z dołu 
Olizarowi miecz z ręki wytrącił i tym samym zamachem ciął go z całą siłą w sam środek 
głowy. 
Cięcie to było tak silne, że mu głowę na dwoje rozszczypał jakby rzeźniczym toporem, z 
rozszczypanej czaszki mózg z krwią wyskoczył i Olizar na wznak upadł na ziemię. 
Szmer zgrozy przeszedł po rzeszach, a ci i owi zaczęli się do placu boju bliżej przysuwać, 
lecz obustronni żołnierze także się przysunęli z jednej i z drugiej strony do szeregów kamieni. 
Łopatka, widząc Olizara padającego bez duszy na ziemię, zakrył sobie twarz obydwiema 
rękami i głośno jak dziecko zapłakał. 
Kergolaj, chociaż do takich widoków przyzwyczajony, także był silnie wzruszony, wąs 
kręcił i opuścił głowę ku ziemi, ale spod oka wciąż patrzył na Frąca. 
Tymczasem Frąc, rzuciwszy miecz na bok, przystąpił do trupa Olizara, przyłożył mu kolano 
do piersi i zaczął go własnymi rękami z jego drogich kamieni odzierać. 
Na to wszakże Kergolaj przybliżył się do niego i rzekł głosem surowym: 
— A co to robisz, panie Ajchinger? 
Ale Frącowi, którego zapewne rozzuchwaliło zwycięstwo, ten gniewny ton wcale się nie 
podobał, jakoż odpowiedział mu szorstko: 
— Biorę zdobycz, a tobie nic do tego. 
Natenczas Kergolaj powiedział mu głosem stanowczym: 
— Tym razem żadnej zdobyczy nie weźmiesz. Frąc na to srogim zapłonął gniewem, zerwał 
się z kolan jak wściekły i nastawiwszy się z pięścią do Kergolaja, zawołał trzęsąc się cały od 
złości: 
— Wszystką zdobycz wezmę, brylanty i konie, i wszystkich jego żołnierzy wezmę w niewolę, 
jak jest rycerskie prawo — a ty mi w tym nie przeszkodzisz! 
Na te słowa Frąca, jako Olizarowych żołnierzy zabierze w niewolę, Tymko Biłowus, nie 
zasypiając gruszek w popiele, co nie jest rzeczą kozaka, mrugnął na swoich żołnierzy, skropił 
swojego konia nahajką po żebrach i ruszył z kopyta, zaczem jego kozacy za nim i zaraz drapnąwszy 
— że tylko ziemia się zakurzyła za nimi. 
Ale wtedy już Kergolaj był pąsowy na twarzy jak rak i tak drżał na całym ciele, że mu zęby 
dygotały; wyrwał swój krótki miecz z pochwy i trzymając go klingą ku ziemi, a ścisnąwszy 
rękojeść w pięści, tą pięścią Frąca w piersi uderzył, wołając głosem okrutnym: 
— Praw nie znasz, ty knechcie niemiecki! żadna zdobycz ci się nie należy, boś mu miecz 
pierwiej z ręki wytrącił i bezbronnemu głowę rozszczypał, jak zbój! Żadnej zdobyczy nie 
weźmiesz! 
Na to znów Frąc się zapyrzył okrutnie i zawołał: 
— Knecht! ty mnie będziesz praw uczył?! ty mnie zabronisz? stawaj mi zaraz do sprawy! 
— Chodź! stawaj! zaraz ja ci usłużę! — zawołał Kergolaj i zaraz dał znak żołnierzom, ażeby 
trupa Olizara uprzątnęli z placu. 
Żołnierze porwali Olizara i położyli go obok mogiły — a Kergolaj stanął na jego miejscu z 
krótkim mieczem w ręku. 
Frąc porwał swój dłuższy miecz, który był pierwej odrzucił, i stanął naprzeciw niemu. Ale 
Kergolaj krzyknął groźnie na niego: 
— Na krótkie miecze rycerskie, panie knecht! nie z kozakiem to sprawa! 
Frąc się zmieszał cokolwiek, lecz mając krótki rycerski miecz u boku, tamten miecz odrzucił, 
a ten wziął do ręki i stanął: ale był blady i zdało się, że go złość całkiem już opuściła. 
W tej chwili nieznaczny uśmiech jak błyskawica przeleciał po twarzy Francuza, krew 
ustąpiła mu z twarzy i widać było po nim, że ze świadomością doświadczonego szermierza 
całą swą siłę fizyczną zestrzelił w nogach i w ręku, a całą siłę duchową w oku. 
Tak przeciw sobie stanęli. 
Kergolaj czekał spokojnie, aż Frąc na niego uderzy: Frąc uderzył, lekko i zręcznie, miecze 
ich się wciąż krzyżowały, czasem było słychać klekot jak w kuźni, czasem zgrzyt jednego 
miecza po drugim, w jednej chwili stykali się z sobą pierś do piersi, a w drugiej odskakiwali 
od siebie, ażeby się znów rzucić ku sobie. 
Frąc liczył wyraźnie na swoję siłę fizyczną i uderzał po kilka razy całą piersią w mniejszego 
od siebie Francuza, chcąc go na ziemię obalić, a nawet usiłował go lewą ręką zachwycić: 
ale Francuz był jak kot i jak piskorz zarazem, odskakiwał o kilka kroków jak piłka, a lewą 
ręką ani mu się dał dotknąć. 
Tak trwały te linoskokie zapasy z jakie trzy pacierze albo i więcej — i Frącowi już pot grubymi 
kroplami wystąpił na czoło i strumykami ściekał po twarzy. 
Czując wszakże, że mu już ręka drętwieje, chciał skończyć, upatrzył chwilę sposobną i dał 
Francuzowi katowskie cięcie w sam kark: ale Francuz zamiar spostrzegł zawczasu, odskoczył 
jak strzała i kucznął ku ziemi — a jak cięcie Frąca poleciało w powietrze, skoczył jak tygrys ku 
niemu i wepchnął mu obydwiema rękami swój krótki miecz w samo gardło. 
Frąc pod ciężarem uderzenia i dławiąc się mieczem, upadł na wznak — a wtedy Kergolaj 
siadł na nim i targnąwszy mieczem w jego szyi w prawo i w lewo, do reszty go dorznął. 
Frąc upadając, rozkrzyżował ramiona i teraz tak leżał, kąpiąc się w ogromnej kałuży krwi, 
która się jeszcze wciąż z niego sączyła. 
Kergolaj, oddawszy miecz swojemu knechtowi, ażeby ze krwi go otarł, przystąpił do Łopatki 
i uderzywszy go po ramieniu, rzekł: 
— Zdrów, panie Łopatka! Ten Niemiec wyprawił nam Olizara do starych Kierdejewiczów, 
ale jam go posłał w też tropy za nim, aby go też zaraz przeprosił. 
Ale Łopatka, Rusin miękkiego serca, z żalu, z bólu i ze wstrętu do krwi, cały roztopił się w 
łzach i ledwie wiedział, co się z nim dzieje. Jego pacholikowie wsadzili go prawie bezprzytomnego 
na koń — a że i Kergolaj już nie miał co robić na placu boju, więc wsiadł także na 
koń i obydwa razem odjechali do miasta. 
Zamkowi żołnierze zabrali zwłoki Frąca ze sobą i odjechali za nimi. 
Już wtedy się zmierzchać zaczęło. Czarne chmury w grubych płatach, nadpowietrznymi 
wichrami pędzone, przelatywały jak zaświatowe okręty po niebie, księżyc w pełni, z twarzą 
bladą i szeroko rozwartymi oczyma, wznosił się z wolna na strop niebieski, a malejąc wciąż i 
bielejąc, czasem krył się za chmury, zostawiając ziemię w nieprzepartej ciemnicy, a czasem, 
kiedy się chmury przed jego twarzą rozdarły, rzucał blask prawie dzienny na ziemię.
Ów mnich, który przyszedł z chorągwią i z chłopcem w komży, dowiedziawszy się, że pobici 
rycerze nie czekali na niego i bez wiatyku odjechali na tamten świat, ukląkł pod lasem i 
odmówił modlitwę za dusze zmarłe. Rzesze ludu także się z nim na kolanach modliły, ale 
niebawem, z zapadającą nocą, rozeszły się spiesznie po wsiach i przedmieściach. 
O zabraniu zwłok Olizara nikt nie pomyślał. 
Noc ciemna zapadła, cisza zaległa plac boju, zdawało się, że już żywej duszy tam nie ma. 
A jednak kiedy chwilami księżyc wypłynął zza chmur, widać było na wierzchu owej mogiłki, 
która stała pod krzyżem przy drodze, a pod którą zwłoki Olizara złożono, siedzącą jakoby 
postać kobiety. Miała chustkę kwiecistą, z turecka zawiązaną na głowie, biały inderak 
na sobie i twarz młodą, dziwnej piękności, ale łzami zalaną. 
Była to Fesia: jedyna poczciwa dusza, wierna jeszcze po śmierci swemu kozakowi. Siedziała 
na szczycie mogiłki — a u nóg leżał jej miły, złotem i brylantami okryty, ale bez duszy. 
Chwilami patrzała na niego i milczała, lecz czasem budziła się jakby ze snu i zawodziła 
żałośnie po rusku: 
Olizaru, Wyrypaju! hdeż ja, tebe pochowaju? 
Maty moja, maty! 
Po tej zwrotce jęczała długo, a echo jej jęków odzywało się w lesie. Ucichła, lecz po chwili 
znów zaśpiewała: 
Pochowaju pid werboju, taj nakryju perynoju, 
Maty moja, maty! 
I jeszcze raz jej głos dał się słyszeć: 
Pochowaju na mohyli, szczob po tobi wouki wyli, 
Maty moja, maty... 
Potem chmury się ściągnęły na niebie, noc czarna jak płachta pogrzebowa objęła ziemię i 
już nic ani widać, ani słychać nie było. 
A kiedy około północy wiatr chmury rozpędził i jasny księżyc wypłynął na niebo, kobieta 
z mogiłki zniknęia i zwłoki Olizara zniknęły. 
XVI 
UMARLI I ŻYWI 
Od czasu jak Frąc, zawróciwszy swoje niemądrą głowę zazdrością i trunkiem, strzelił do 
Kergolaja, a ranił Kundrata, po całym mieście rozniosły się głośne i bardzo uszczypliwe 
szemrania na Pachnę. 
Wesoła ta wdówka bawiła się od śmierci swojego męża wedle swojej fantazji i uchodziło 
jej to bezkarnie, bo w miastach nie było tak surowej cenzury na obyczaje, jak po zamkach 
rycerskich i dworach szlacheckich — a że była młodą, bogatą, piękną i miłą dla wszystkich, 
więc oprócz starszych matron, które sobie w kąciku to i owo o niej szeptały, miała wszystkich 
po sobie i wszyscy się nią bawili. Ale kiedy taki gorszący gwałt stał się w jej domu, kiedy 
jawnie się okazało, że podczas gdy była już zaręczoną z Frącem, przyjmowała Kergolaja o 
podejrzanych godzinach w swym domu, a nadto jeszcze i Kundrat przebywał nocą w jej 
apartamentach, czego już wcale nie umiano sobie wytłumaczyć, potępiono ją jednogłośnie, 
mówiąc: że, cóżkolwiek bądź, przecie to się nie godzi takie zbytki wyprawiać, a jeszcze do 
tego tak mocno bałamucić swoich amantów, ażeby aż zasiadali nocą na siebie i strzelali po 
mieście z muszkietów. Pod takim sarkaniem opinii publicznej Pachna znalazła się opuszczoną 
przez wszystkich, nikt do niej nie przychodził, nikt do siebie jej nie zapraszał — a że oczywistym 
faktom trudno było zaprzeczyć i jej własne sumienie ją potępiało, więc też i ona nie 
śmiała się nigdzie pokazać. 
Nadto, w parę dni po tym nieszczęsnym strzale, sądy miejskie zasiadły na Frąca i ją wezwały 
na świadka. Sądy ówczesne były wprawdzie bardzo grzeczne dla kobiet: kobieta nie 
była obowiązaną stawić się osobiście przed sędzią, mogła robić zeznania przez swoich zastępców, 
lecz zwykle sam sędzia przychodził do jej mieszkania. Ale to wcale nie umniejszyło 
jej wstydu, bo chociaż w swym własnym mieszkaniu, musiała przecież przyznać się do tego, 
że kiedy jej narzeczony strzelił z muszkietu o samym świcie, dwóch innych kawalerów znajdowało 
się ukrytych w jej apartamentach. Instygatorowi86 i panom ławnikom pobladły od 
tego zeznania łysiny, kiwali do siebie głowami, mówiąc z niepohamowanym zdziwieniem: — 
Co to za smok musi być ta kobieta! Bo gdyby jeszcze jeden, co się też zdarza, ale dwóch razem... 
rzecz niesłychana! — Na próżno Pachna płakała rzewnymi łzami i klęła się na wszystkie 
bogi, że Kergolaj, przyszedłszy późnym wieczorem, jak to Francuz jest gadatliwy, po prostu 
zagadał się — a jako to noc jest bardzo krótka w tej porze, więc ani się spostrzegł, kiedy świtać 
zaczęło; Kundrat zaś zakradł się bez jej wiedzy z zazdrości: ani instygator, ani ławnicy na 
żaden sposób nie chcieli temu uwierzyć. Bo już to tak jest na tym świecie, że kiedy ludzie 
powezmą podejrzenie na kogo, to wtedy podejrzeniom ich już nie ma końca. 
Pachna była bardzo nieszczęśliwą, a to tym bardziej, ile że nie mogła się nawet przed nikim 
poskarżyć. Albowiem Kundrat leżał w łóżku po owych siekańcach, a nawet i poszedłszy 
do niego, nie bardzo by się można było z nim dogadać, bo tak był bezkrwisty, jak gdyby mu 
kto był dopiero co sto pijawek przystawił; Kergolaj, uszedłszy szczęśliwie muszkietu i słysząc, jakie plotki chodzą o nim ex puncto Pachny, nawet wcale nie pokazywał się w mieście: 
zresztą zaś wszyscy obchodzili jej dom z daleka, jakby był zapowietrzony. W tym ciężkim 
ucisku serca, nie mogąc wytrzymać samotności. Pachna zebrała się na odwagę i poszła do 
Formozy. 
Formoza nie pochwalała nigdy prowadzenia się Pachny; od czasu tych scen gorszących, o 
których całe miasto mówiło, wcale nie pragnęła jej widzieć: ale kiedy Pachna przyszła do niej 
w odwiedziny, mając serce bardzo dobre a tkliwe na cudze nieszczęścia, chętnie ją u siebie 
przyjęła i słuchała jej spowiedzi ze szczerym udziałem. Formoza, surowa dla siebie, była pobłażliwą 
dla innych, lecz czy ją usprawiedliwiała, czy nie, z czego zresztą nie musiała się 
przed nią spowiadać, jako kobieta rozsądna i zacna, pragnęła dla niej, aby się poprawiła i 
usiłowała jak najprędzej przebłagać swoim postępowaniem wzburzoną przeciw niej opinią 
publiczną. W tym celu dała jej radę. Rada ta była krótka i zwięzła, jak wszystko, co jest rozumne, 
i zamykała się w tych słowach: 
— Idź za mąż, jak możesz, najprędzej. 
Pachna ją zrozumiała tym łatwiej, ile że i jej nie brakowało zdrowego rozsądku. Wpośród 
nieustającej swawoli, przy lekkim usposobieniu serca, umysł jej przyćmił się trochę, bo swawolna 
kobieta, wybrawszy się na wyprawę dla podboju serc męskich a zarazem dla dogodzenia 
swojej miłości własnej, tak samo, jak rycerz, wojujący dla zdobyczy i sławy, bardzo łatwo 
się zwycięstwami upaja i często w tym szale zapomina o tym, że za zbytkiem zwycięstw jest 
zguba: ale umysłowi zdrowemu lekkie wstrząśnienie wystarczy, ażeby wrócił do siebie i 
prawdę obaczył. Takiego wstrząśnienia doznała Pachna na radę Formozy i dlatego odpowiedziała 
jej energicznie: 
— Jak tylko Frąc wyjdzie z więzienia, zaraz z nim idę do ślubu — a jeśli będzie można, to go 
nawet przyśpieszę. 
— A jeżeli Frąc nie zechce? — zauważyła nieśmiało, ale z przyjaznym uśmiechem Formoza. 
Na to Pachna się zarumieniła, ale z równą odpowiedziała energią: 
— Nie zechce? Ja jego zmuszę. 
— A jak nie zmusisz? 
— Jak nie zmuszę... to mam drugiego. I ten może się zechce wykręcać, ale ja tego mam w 
ręku. 
Formoza dalej nie nastawała na jej tajemnice, ale jej energia się jej podobała, dlatego odtąd 
ją przyjmowała codziennie i chętnie z nią rozmawiała o środkach, jakimi by Frąca w razie 
oporu można zmusić do ślubu. W końcu pomiędzy obydwiema kobietami stanęło na pewno, 
że Frąc, człek dosyć głupi, a więc łatwowierny, nie będzie się tak zawzięcie upierał w swych 
uprzedzeniach, da się przekonać i pójdzie do ślubu. 
Ale tymczasem Frąc (kto by się był tego spodziewał!) ani z Kergolajem, ani z Kundratem, 
ale pokłócił się z Olizarem i jego wyzwał na rękę. Wieść o tym zasmuciła i zniepokoiła Formozę: 
dlaczego ma się krew ludzka przelewać? Jeszcze z tego nowa plotka powstanie, że i 
Olizar był Pachny amantem. Czy nie można by temu zapobiec? Ale swawolnej a próżnej 
Pachnie to pochlebiało. Miała ona i Olizara na pieńku za to, że także się starał o jej względy a 
— wstyd powiedzieć — dla takiej Fesi ją rzucił. Niech się z sobą pobiją. Co to szkodzi? Przecie 
wszyscy nie zginą — a zresztą, mężczyzn jest dosyć na świecie. Tylko ją nieprzeparta ciekawość 
paliła, kto kogo zabije... 
Dlatego w dzień pojedynku już wcześnie z południa do Formozy przybiegła i tam oczekiwała 
wiadomości z pola bitwy: Formoza ze smutkiem i bólem nad tym, co zginie, ona trąc 
ręce z niecierpliwości i zaglądając co chwila do okna. 
Kundrat, który się już z siekańców wyleczył, i tylko prawy policzek miał cętkowany czerwono, 
wyprawił kilku chłopców sklepowych do Hołoska z rozkazem, ażeby w czwał przybiegali 
z wieściami, sam zaś siadł w pierwszej komnacie w tym samym kąciku, w którym zwykle 
siadywał za czasów starego Kijasa. I jemu także to było na jedno, kto zginie. A choćby się 
i wszyscy wytłukli! O tyle mniej będzie hałaburdów i napastników na świecie. Jakoż wcale 
nie mógł zrozumieć, dlaczego Formoza się smuci — a bardzo pochwalał Pachnę, tak zgodną z 
nim w sentymentach. 
Wróżono tak i owak, przepowiadano śmierć to temu, to owemu, tylko Pachna wciąż trwała 
przy swoim, mówiąc: 
— Obaczycie, że Olizar zginie. Ani mu równać się z Frącem. Frąc tylko raz machnie mieczem 
i zaraz go na dwoje rozetnie. 
Kundrat nie mógł Olizarowi darować kowanego buta, dlatego nie miałby był nic przeciw 
temu, ale rad by był dać pierwszeństwo Frącowi, więc zrobił uwagę: 
— A w mieście wszyscy tak rozumieją, że Frąc żyw nie powróci, bo na karym koniu wyjechał, 
a kary koń, to nieszczęście. 
Pachna rzuciła pogardliwym okiem na niego — a wtem wbiegł chłopiec, wołając ze drzwi: 
— Olizar zginął! Frąc go przeciął na dwoje. 
— Widzicie więc. A nie mówiłam? — zawołała Pachna, trap ręce i patrząc na Kundrata tryumfującymi 
oczyma. 
Formozie łzy w oczach stanęły, założyła ręce przed sobą i rzekła: 
— Biedny Olizar! poczciwy człowiek, lecz na nieszczęście niestatek, a tacy ludzie zawsze 
tak giną. 
Z tymi słowami wyszła do drugiej komnaty, ażeby za jego duszę zmówić modlitwę. 
Pachna spojrzała znów na Kundrata, lecz teraz już okiem badawczym i rzekła: 
— A waszmość byłby sobie życzył, ażeby Frąc zginął? 
— Ja nikomu śmierci nie życzę — rzekł Kundrat pokornie — owszem, życzę tylko jejmość 
pani, ażeby ten został przy życiu, który ją uszczęśliwi. 
— Więc ten właśnie został przy życiu, jako słyszałeś — odpowiedziała mu Pachną — zapewne 
niebawem wjedzie z tryumfem do miasta. 
To rzekłszy, przystąpiła do okna, patrząc na rynek. 
Ale wtem drugi chłopiec wbiegł do komnaty, wołając ze drzwi: 
— Frąc zginął! Francuz go zabił za Olizara. 
— Frąc zginął? Francuz go zabił? — zawołała Pachna, przyskakując do chłopca i biorąc go 
za obydwa ramiona. — Co ty gadasz? mów jak to było. 
Formoza przybiegła z załamanymi rękami z drugiej komnaty i stanęła obok Pachny przed 
chłopcem. 
Kundrat wcale się nie ruszył z miejsca, tylko się misternie uśmiechał przed siebie i bębnił 
sobie z lekka palcami na stole. 
Chłopiec im opowiedział bitwę pomiędzy Kergolajem a Frącem z fantastycznymi dodatkami, 
które natychmiast pomiędzy naocznymi świadkami urosły, a potem i w kroniki przeszły. 
— Bo proszę państwa — powiadał chłopiec — bo też to i nierówna była ta bitwa pomiędzy 
Francuzem a Niemcem. Bo pan Olizar i pan Ajchinger obydwa przysięgali przed bitwą, jako 
czarta nie mają przy sobie — a Francuz nie przysiągł, bo też i miał go. Więc najprzód diabeł 
tak Frąca oślepił, że nawet i od Francuza nie żądał, aby się go wyprzysiągł. A kiedy do bitwy 
stanęli, co Frąc uderzył mieczem w Francuza, to miecz leci w powietrze; Francuza nie ma, 
chociaż dopiero stał przed nim. Patrzy, gdzie Francuz, a on siedzi przy ziemi o sto kroków od 
niego. Tak Frąc, nieborak, wciąż machał na próżno. Ej! żeby go był tylko raz zmacał, byłby 
go pewnie rozszczypał na dwoje jak Olizara, ale gdzie się tam kto diabła domaca. A kiedy 
Frąc jeszcze raz machnął na próżno, Francuz, co siedział z daleka, kucznąwszy przy ziemi, 
bęc! naraz przerzucił się w kota, skoczył Frącowi na piersi, wepchnął mu cały miecz w gardło 
i rzucił go zaraz na ziemię, a potem, z przeproszeniem państwa, dorzezał. Co też wszyscy na 
własne oczy widzieli i bardzo się temu dziwują, że to tak diabłu wolno chodzić po ziemi i 
krew katolicką rozlewać, a nikt mu tego nie broni. 
Pachnę śmierć Frąca bardzo żywo dotknęła. Zbladła, załamała ręce przed sobą i podobno 
nawet już na łzy jej się zbierać zaczęło. Ale kiedy chłopiec jął opowiadać, jak to tam Kergolaj 
sobie poczynał, co też wszyscy ludzie na własne oczy widzieli, zapomniała o Frącu, a całkiem 
zajęła się Kergolajem. A wtedy bardzo dziwne myśli się jej snuły po głowie... 
Już nieraz dawniej myślała sobie i miała do tego jej samej tylko, ale zapewne dobrze wiadome 
powody, że w tym Francuzie sam diabeł siedzi. Albowiem przyjmuje na siebie, wedle 
potrzeby, najrozmaitszych zwierząt przymioty: raz śpiewa jak słowik, że się przy jego śpiewie 
prawie omdlewa, to znowu zarży jak koń i staje dęba z taką potęgą, że żadna ludzka siła mu 
się oprzeć nie może; potem znowu zakwili jak najmilszy skowronek, że się serce przy nim 
rozpływa, to znów się wspaniale podnosi jak lew, potrząsa grzywą, a swoim potężnym ogonem 
cały świat by roztrzaskał — a przy tym wszystkim zawsze jest dobrej myśli i nigdy nie 
znać na nim znużenia. Sama nie wiedziałam, co mam — mówiła Pachna do siebie — dopiero 
teraz jasno to widzę i czuję we wszystkich tętnach krwi mojej. Czy jemu diabeł pomaga, czy 
nie, to mi tam wszystko jedno: dwóch takich amantów nie masz na świecie, tego człowieka 
muszę na wieczne czasy przykuć do siebie. 
W tej właśnie chwili wszedł Kergolaj do komnaty. 
Nie mogąc widywać Formozy tak często, jak tego pragnął, nie zdoławszy dotychczas ani 
podbić jej serca, ani nawet obudzić w niej tej części dla swoich rycerskich przymiotów, z której 
zazwyczaj potem miłość się rodzi, teraz, pokonawszy takiego rycerza, który powszechnie 
za Achillesa uchodził we Lwowie, chciał jej się pokazać w świeżuteńkim. blasku swej sławy. 
I wszedł z głową podniesioną do góry jak duch Ajaksa na Ajanteje87, będąc pewnym, że 
cała Grecja do nóg mu padnie — a przede wszystkim uwielbiona przez niego Greczynka włoży 
mu wieniec dębowy na głowę i odda mu swoje serce i rękę na zawsze. 
Obok wspaniałej Greczynki zastał mieszczankę Pachnę, od której już żadnego wieńca nie 
pragnął; to go niemile dotknęło — ale dlatego nie stracił wcale fantazji. Gdyby dla takich zjawisk 
trzeba zaraz tracić fantazję, to grzeczny kawaler chybaby się już nie mógł w żadnym 
towarzystwie pokazać. Więc też i Kergolaj, z wdzięcznym uśmiechem na twarzy, trzymając 
lewą rękę na mieczu, a hełmik swój w prawej, ukłonił się z rycerską powagą Formozie, oczekując 
tych komplementów, które się z jej ust miodopłynnych miały na niego posypać. 
Rycerska sława, a zwłaszcza po świeżym zwycięstwie, sprawia na każdej kobiecie podniosłe 
wrażenie i obudzą w szlachetnym jej sercu uczucie uwielbienia; dlatego i Formoza, rozpromieniwszy 
twarz swoję, postąpiła ku niemu, chcąc pewnie go ścisnąć za rękę i wypowiedzieć 
mu swoje radość, że wyszedł cało z tej bitwy: ale uprzedziła ją niepowściągliwa w 
swoich zapędach Pachna. Pachna rzuciła mu się jak strzała w ramiona, wołając z zapałem: 
— Obrońco mojej sławy i mego szczęścia na ziemi! Byłam nieczułą na wszystkie twoje zaklęcia 
i wszystkie błagania, bom ciebie miała za lekkiego człowieka, który kocha kobietę li 
dla rozrywki, ale zdrowia swojego dla niej na szwank nie wystawi. Przyrzekłam rzekomo 
moje rękę Frącowi, aby ciebie na próbę wystawić. Lecz widząc teraz, żeś życie twoje za mnie 
na ostre miecze naraził, przyznaję ci się, żem tylko ciebie jednego kochała i byłabym raczej 
na wieki wdową została, niżelibym miała oddać rękę innemu. Dziś ci się za to należy nagroda: 
jestem twoją — i możesz mnie jeszcze dzisiaj prowadzić do ślubu. 
Na tę apostrofę, choć pewnie z szczerego serca wylaną, co też widać było po błyskawicowej 
szybkości wymowy, Kergolajowi w objęciach Pachny tak się twarz przekrzywiła, właśnie 
jak gdyby się był napił octu siedmiu złodziejów. Kawaler takiej wysokiej krwi, rycerz złotej 
ostrogi, który po innych miastach z nie takimi kobietami nieraz morze przepłynął i nic mu nie 
było — miałby teraz z taką niepoczesną Rusinką utonąć w Pełtwi? 
— W Pełtwi? — rzekł sobie Kergolaj i zimno mu się zrobiło. 
Lecz przeto przytomności nie stracił. Odsunął Pachnę z grzecznym uśmiechem od siebie i 
odchrząknął, nimby miał jej odpowiedzieć. 
Kundrat patrzał na nich ciekawymi oczyma, co też to z tego będzie? Ale że każdy to tylko 
pamięta, co mu właśnie jest miłym, więc i jemu słowa Pachny, jak dawniej była nieczuła na 
Kergolaja zaklęcia, dobrze uwiązły w pamięci i był z tego bardzo zadowolony. 
Tymczasem Kergolaj, odchrząknąwszy raz jeszcze i spuściwszy oczy ku ziemi, odpowiedział 
jej swoim klarynetowym głosem w ten sens: 
— Moja miłościwa pani! nikt nie jest czulszym ode mnie na wdzięki tak zacnej kobiety, jak 
waszmość pani. Jakoż Bóg mi jest świadkiem, żem gotów przy niej pełnić służbę rycerską do 
śmierci. Ale na moje nieszczęście o sakramencie małżeństwa mi myśleć nie wolno. Jestem 
rycerzem rodyjskim, przysięgałem na czystość i tego ślubu złamać nie mogę pod karą hańby i 
śmierci. 
Słysząc to Kundrat, mało się nie zakrztusił od śmiechu, skręcił się na swoim krześle i rzekł 
do siebie: 
— Oto kret szelma, prawie jak Wara... 
Ale w tej samej chwili przymknął sobie usta ręką, ażeby go nie dosłyszano. 
Wszelako Pachna się wcale nie śmiała, tylko skoczyła ku niemu jak lwica, wołając głosem 
szyderczym: 
— Ty na czystość przysięgał? ty!... czystość!... mogłabym puknąć od śmiechu. Słysz, Kergolaj! 
przecież mnie nie będziesz takich rzeczy powiadał! 
Ale Kergolaj stał niewzruszony jak mur. Byłby mógł także puknąć od śmiechu, ale się 
wstrzymał, tylko świdrując ją błyszczącymi oczyma, rzekł niby poważnie: 
— Jeżeli waszmość pani możesz mi dowieść, jakom mój rodyjski ślub złamał, to proszę... 
Na to Pachna mogłaby już była pęknąć ze złości. Zaczerwieniła się pąsem, z jej oczu się 
iskry sypały, ściskała pięście jak gdyby w konwulsji, lecz nie wiedziała sama, co począć w 
tym razie. Gdyby była mogła, to byłaby na proch starła tego bezczelnego Francuza. Ale 
oczywiście nie mogła. Uczucie bezsilności pierś jej ściskało. Aby sobie ulżyć, obróciła się do 
Formozy i zawołała głosem kipiącym od gniewu: 
— Łotr! kłamca! szubiennik! A jakim to głosem śpiewał ten wisus, kiedy u nóg mi leżał! 
Och! jakże żałuję, że mu Frąc łba nie rozszczypał na dwoje! Niechby był potem sam zginął, 
ale przynajmniej byłby pomstę wziął za mnie. Cóż ja teraz pocznę z tym drabem? 
Formoza, choć pełna smutku i wcale nie usposobiona do mieszania się w cudze sprawy, 
przypatrywała się z zajęciem temu zajściu pomiędzy Kergolajem a Pachną, bo była to dla niej 
rzecz nowa. Sercem swoim nie stawała ani po jednej stronie, ani po drugiej, bo obydwie osoby 
były jej obojętne: ale kiedy Pachna ją zapytała, co robić, odpowiedziała jej rozsądnie jak 
zawsze: 
— Trudno zmusić mężczyznę do ślubu, jeżeli nie chce. Trzeba ci teraz znaleźć innego. 
Na te słowa Pachna stanęła przed nią, spojrzała na nią szerokimi oczyma, a jako to u lekkomyślnych 
kobiet decyzja jest prędką, zawołała: 
— Masz racją! Za mąż iść muszę, niechże ten zdrajca wie, że mi i bez niego konkurentów 
nie braknie. 
To rzekłszy, zaraz zwróciła się do Kundrata, mówiąc: 
— Panie Kundrat! Wiem o tym dobrze, jakie sentymenty masz dla mnie, chociażeś mi tego 
nigdy nie powiedział, za co też miałam szacunek dla jegomości. Próżność moja mnie oślepiła, 
żem w rycerzach wzór mężów widziała, ale teraz wiem dobrze, jaki to ród przeniewierczy i 
jacy zdrajcy w nim siedzą. Jeżeli wola... zaraz ci złożę przysięgę, że nigdy okiem nie spojrzę 
na żadnego rycerza. 
Więc Kundrat skoczył do niej, jak gdyby się dopiero na świat narodził, chwycił jej rękę, 
przycisnął do ust z zapałem i tak się rozczulił, że nie mógł ani słowa wymówić. Tylko tyle 
miał przytomności, że kiedy już Pachnę mocno trzymał za rękę, a ona go także ściskała, spoj
rzał tryumfującym wzrokiem na Kergolaja, jak gdyby mu mówił: Widzisz więc, panie rycerzu, 
nie dla kota szperka. 
Kergolaj czuł się tym bardzo upokorzony, ale, jak zwykle, kontenansu nie stracił. Przybliżył 
się do Kundrata, a uderzywszy go z francuska płaską ręką po brzuszku, rzekł: 
— A ty, panie Kundrat, jak widzę, frant kuty na cztery nogi. Bo kiedy tylu rycerzy starało 
się z wielkim hałasem i trzaskiem o względy pani Pachny i jedni się za nią pozabijali, a drudzy 
odesłani są z kwitkiem, tyś się tymczasem milczkiem jak kret do jej serca dogrzebał. 
Wiedziałem ja coś o tym, alem przez delikatność rycerską milczał jak grób — a teraz tak mówię: 
dobrze jest na świat przyjść przy ostrogach, ale daleko lepiej urodzić się w czepku. 
Te słowa uspokoiły Pachnę cokolwiek, bo były pięknym kawalerskim duchem natchnione. 
Widząc to Kergolaj, obrócił się do niej i rzekł: 
— Wszystkich świętych biorę na świadków, jakom chciał przy waszmość pani w rodyjskiej 
obyczajów czystości pełnić służbę rycerską do końca życia. Gdybyś była moję służbę przyjęła, 
byłbym na twoję cześć nosił żelazny łańcuch na szyi i byłbym ci z wojny przyniósł dwanaście 
głów saraceńskich w ofierze. A gdybym był zginął na wojnie, ty byłabyś przypięła czarną 
wstęgę do twego ramienia, na wieczną pamiątkę, że ten, który był wielbicielem twych wdzięków 
i twoich cnót niepożytych, zginął na polu sławy, unosząc z sobą do nieba promienny 
obraz twojego wdzięcznego oblicza, Aleś waszmość pani moją służbą wzgardziła, tak rozumiejąc, 
że najpiękniejsze służby rycerskie powinny ustąpić obowiązkowi małżeństwa. Zakon 
mój mnie zabrania tego obowiązku dopełnić, nad czym będę cierpiał bardzo boleśnie do grobu: 
ale w tym moim zmartwieniu mam przecież tę wielką pociechę, że się gorące życzenia 
waszmość pani spełniły i masz męża, który posiada szacunek całego miasta, a któremu i ja 
dałem mojej przyjaźni niejednokrotne dowody. Będąc jako rycerz rodyjski zarazem kapłanem, 
daję wam moje błogosławieństwo — i niech was Bóg ma w swojej opiece. 
Ta piękna przemowa wzruszyła Pachnę do głębi. A żeby zaraz dać dowód, jako już nigdy 
o rycerzach myśleć nie będzie, obróciła się do Formozy i rzekła: 
— Zdrajcy są, o tym wie każdy, ale to trzeba im przyznać, że dla kobiet w każdej okoliczności 
pełni są sentymentów rycerskich. 
Niewierny Kundrat, słysząc tę sztuczną przemowę, powiedział sobie: Skórka na buty. — 
Ale w tej chwili był tak uszczęśliwiony, że i jego kupieckie serce się wzniosło nad poziom 
społecznych walk i osobistych zazdrości i musiał sobie pomyśleć: że ci rycerze wprawdzie 
dawno już zasłużyli, aby ich wszystkich powywieszano, ale trudno zaprzeczyć, że w danych 
chwilach dają się na nich spostrzegać pewne zalety. Tym sentymentem wiedziony, zbliżył się 
do niego, podał mu rękę i dziękował mu za jego kawalerskie uczucia. 
Z tej chwili skorzystała Formoza — a rada temu, że Pachna przecie nareszcie weszła na 
zwyczajny i przyzwoity tor życia, wzięła ją pod ramię, odprowadziła na stronę i rzekła do niej 
z szczerego serca: 
— Nie uwierzysz, moja kochana Pachno, jak się cieszę, że się nareszcie to małżeństwo złożyło. 
Wierz mi, że będziesz miała doskonałego męża, bo Kundrat to bardzo dobry człowiek; 
czasem chciał komuś figla wypłatać i zawsze się jakoś tak stało, że się na nim skrupiło, ale 
wszystko to robił z miłości dla ciebie. Dziś, kiedy już jego żoną zostałaś, figlów robić nie 
będzie i będziesz w nim miała najtroskliwszego męża i najwierniejszego sługę. Tylko trzeba, 
ażebyś i ty już figlów zaprzestała i dała pokój rycerzom. 
A na to Pachna również z szczerego serca: 
— Jużci bym chciała, Bóg świadkiem. Zawsze to sobie sama powiadam. Ale wiesz... między 
nami... jakoś nigdy nie mogę. Jak obaczę takiego pięknego rycerza, co cały zakuty w żelazo 
i sam jakby z żelaza, kawalerska postawa, twarz jak u Bożego anioła, wąs wymuskany, 
śliczne na plecach kędziory, a na ustach same miodowe słowa: kiedy na mnie spojrzy swoimi 
rycerskimi oczyma, a zwłaszcza kiedy do mnie przemówi, tak mi się zaraz mdło robi na sercu... 
cóż chcesz? nie mogę. 
— To bardzo źle — rzekła z uśmiechem Formoza — źle dla świata i ludzi i źle dla duszy zbawienia, 
bo za to są kary wieczne. 
— Jużci ja wiem — odpowiedziała jej Pachna na pół melancholicznie, a na połowę z uśmiechem 
— jużci ja wiem: ale cóż? kiedy nie mogę. Ludzie są bardzo źli, niepotrzebnie się w te 
rzeczy mieszają. A co do zbawienia duszy, to tak sobie myślę, że i Magdalenie jest przebaczono, 
bo bardzo kochała. 
Na to Formoza głośno się roześmiała, mówiąc; 
— Magdalenie jest przebaczono dlatego, bo Pana Boga bardzo kochała, ale nie dlatego, że 
jerozolimskich kawalerów kochała. Takie znaczenie tej biblijnej powieści tylko ci dają, co źle 
ewangelią czytają. 
— Już ja tam nie wiem, jak oni ewangelią czytają, ale to wiem, że nie mogę, nie mogę, na 
żaden sposób nie mogę. Zresztą, powiedzże sama, ale mów prawdę, czy jest jaka kobieta na 
świecie, co by się takiemu rycerzowi oparła, takiemu jak Kergolaj albo jak Gniewosz? 
Tu już Formoza musiała sama przerwać tę rozmowę. 
Z tych kilku słów łatwo było zrozumieć, jaka przyszłość ścieliła się Kundratowi. Ale mimo 
to Formoza była dobrej myśli, posłała zaraz po Łopatkę i kilku bliższych znajomych Kundrata, 
i nowożeńcom sutą wydała biesiadę. 
We trzy tygodnie potem Kundrat ożenił się z Pachną. Ślub odbył się skromnie, bo Kundrat 
nie będąc pewnym, czy panowie ławnicy i rajcy zechcą przyjść na wesele tej samej Pachny, 
którą niedawno tak surowo cenzurowali, nikogo z przedniejszych mieszczan nie zaprosił. 
Prócz tego godziło mu się uszanować żałobę Formozy. 
Kergolaj miał mu drużbować, ale się także nie stawił. Albowiem za zabicie Frąca, które 
przypisano jego sztukom diabelskim, pospólstwo, zapewnie podszczute przez zamkowych 
żołnierzy, srodze się przeciw niemu zburzyło i zaczęło już wieczorami oblegać jego gospodę. 
Zaczem Kergolaj, nie chcąc mieć po raz drugi do czynienia z motłochem lwowskim, wyjechał 
milczkiem z miasta, zachowując się na lepsze czasy Rzeczypospolitej polskiej. Ale, jako 
wdzięcznego serca kawaler, nie zapomniał o Pachnie — w roku następnym był jeszcze raz z 
królem we Lwowie i znowu się przypomniał jej łasce — a w lat kilkanaście potem, za panowania 
Zygmunta Starego, wyrobił dla jej syna szlachectwo polskie, które też możesz czytać 
we wszystkich herbarzach. 
Wszystko to działo się w czasach, kiedy cała Ruś bardzo ciężko stękała pod podwójnym 
najazdem. Albowiem o samej wiośnie, jak to już powiedziano, przeniewierczy wojewoda 
wołoski wpadł na Pokucie, niszcząc i paląc kraj cały — a w też tropy za nim wpadli Tatarzy na 
Ruś i zapuścili swoje zagony pod Przemyśl, Radymno, Łańcut i Przeworsk. Miasta, statecznymi 
murami obronne, mijali, lecz takie, co leżały otwarte, palili i rabowali: wtedy też wygorzał 
Drohobycz do szczętu, a w Samborze tylko sam zamek się ostał. 
Król, oddany swawolnym rozrywkom w Krakowie, nie tylko że się sam z miasta nie ruszył, 
ale zrazu nawet żadnych nie wydał rozkazów w celu obrony kraju. Natomiast zaś kazał 
na gwałt naprawiać mury Krakowa, właśnie jak gdyby cały kraj ze wszystkimi miastami wydał 
na łup najezdnikom, a tylko samej stolicy chciał bronić. Kraków na tym skorzystał, bo 
wtedy oprawiono mury forteczne bardzo porządnie, zbudowano obronną bramę św. Floriana, 
wzniesiono wał murowany od strony Kleparza i wpuszczono Rudawe między wały a mury. 
Ale kraj został się bez obrony. Wojewodowie, kasztelani i starostowie pozamykali się z swymi 
żołnierzami w swoich zamkach rycerskich, zamożniejsza szlachta okopała się w swoich 
dworach, a błąkający się po kraju żołnierze i drobna szlachta, nie mogąca się bronić w swych 
dworkach, pościągali do miast obronnych, oczekując tam wici królewskich. Nareszcie król 
zwołał pospolite ruszenie do Sandomierza, zebrało się tam szlachty wielko- i małopolskiej 
dostatkiem, ażeby z niej stateczną armią utworzyć, ale żadnej komendy nad nią nie było: 
szlachta objadła tylko pograniczne powiaty — a tymczasem Wołosza i Tatarzy, nabrawszy 
łupów w towarach, w bydle i w ludziach, wrócili bez wstrętu do domu. 
Król zaczął wtedy traktować o zawarcie sojuszów ze swymi braćmi, Władysławem, królem 
węgierskim i czeskim, i Aleksandrem, w. księciem litewskim, a zarazem i z wojewodą 
wołoskim, który u tych panów chrześcijańskich wtedy już szczerze szukał obrony przeciwko 
Turcji; sojusze te zostały istotnie zawarte; ale wtedy cesarz turecki w siedmdziesiąt tysięcy 
żołnierza uderzył na Ruś. Zuchwały Bajazet był pewnym, że mając przed sobą Polskę, osłabioną 
przeszłoroczną wojną na Bukowinie, a teraz przez Wołochów i Tatarów znów do połowy 
zniszczoną, nie znajdzie statecznego oporu i pójdzie do Krakowa i dalej bez żadnej przeszkody, 
i przejdzie przez nią jak wiatr, co trawy i trzciny swoim podmuchem ugina. Dlatego, 
tak samo jak Tatarzy, miasta obronne i zamki omijał i parł naprzód niepowstrzymanie; jego 
przednie straże już Lwów pominęły i zbliżały się do brzegów Sanu. Polska była bezbronną i 
nigdzie nie czyniła mu wstrętu: wszelako szczęśliwy przypadek tak zrządził, że Turcy nie 
tylko żadnej nie wynieśli zdobyczy, ale jeszcze tak dosadną a krwawą klęskę ponieśli, jakiej 
nie zaznali od czasu, jak zaczęli na Europę napadać. 
Bajazet bowiem, uderzając podówczas po raz pierwszy na Polskę, nie policzył się z porami 
roku, w których na te ziemie można wygodnie najeżdżać — a tymczasem Polakom polska zima 
przyszła na pomoc. Tureckie wojska wpadły do Polski dopiero w listopadzie i ledwie się 
zbliżyły do Lwowa, kiedy mrozy ściskać zaczęły. Zima w tym roku była jeszcze daleko sroższą 
niż przeszłoroczna: takie same śniegi nawalne, ale obok nich mrozy tak silne, jakich od 
dawna nie pamiętano. Wszystkie rzeki, nawet i najbystrzejsze górskie potoki, stanęły lodem, 
ziemia stężała tak silnie, że była nakryta jakby skorupą z żelaza, cała roślinność wyschła do 
szczętu i była do tej skorupy jakby przykuta, a powietrze ścięło się takim zimnem sybirskim, 
że ptak upadał zmarznięty na ziemię, a dziki zwierz leżał martwy przy drodze ze szklanymi 
oczyma. 
Turcy, nie przywykli do takich mrozów i niedostatecznie odziani, nie mając czym swoich 
koni pokarmić, ani nawet napoić, nie mogąc się nigdzie przytulić, bo wsie były wypalone i 
wyniszczone, palili lasy, żywili się mięsem swych własnych koni, lecz mimo to ginęli z zimna 
i z głodu jak muchy. A wtedy rycerze z zamków i niektórzy żołnierze z miast ku nim wypadli 
i zaczęli ich tępić bez miłosierdzia. Tylko co najprzedniejszych baszów brano w niewolę, 
resztę do nogi wybito. Czterdzieści tysięcy ich na samej Rusi zginęło — a tych, co się przez 
Dniestr przebrali, wojewoda wołoski, siedzący na nich w zasadzce, pobił i pobrał w niewolę. 
Do Bajazeta, z tych siedmdziesięciu tysięcy, którymi chciał Polskę zwojować, ledwie tylu 
dotarło, ażeby mu opowiedzieć dokładnie, na jaki naród i na jakie królestwo się zerwał — i 
jeżeli jeszcze pamiętał, co mu Gniewosz, według powieści młodego Pretficza, o polskich rycerzach 
powiadał, to się teraz przekonał, że Gniewosz nie kłamał. 
Po tym tak niesłychanym zwycięstwie nad straszną wówczas dla całej Europy potęgą turecką, 
król zjechał do Lwowa, raz, aby się z miastem, które nic wcale nie ucierpiało, tym tryumfem 
nacieszyć, potem, ażeby środki obmyśleć, którymi by popalonym miasteczkom 
przyjść z pomocą, a wreszcie, ażeby stamtąd obaczyć, azali nie da się zawrzeć jakiś korzystny 
pokój z upokorzoną, lecz jeszcze nie pokonaną potęgą turecką. 
Przyjechawszy w samo Boże Narodzenie z małym dworem do Lwowa, stanął jak zwykle 
na Niskim Zamku, święta w cichości przepędził, ale po świętach już się bardzo ludno zrobiło 
na zamku, bo rycerstwo z bliższych, a potem i z dalszych okolic zaczęło się zjeżdżać do niego, 
ażeby mu opowiadać wszelakie szczegóły o odniesionym nad Turkami zwycięstwie i o 
zachowaniu się wojewody Stefana, które tym więcej go zajmowały, ile że sam jeszcze nie 
wiedział, jak i przez kogo ma rozpocząć układy z Turkami. 
Działo się to właśnie w tę same porę, kiedy ów Ormianin, co przywiózł Lubka z niewoli, 
przyjechał do Lwowa i przywiózł Formozie list od starego Pretficza z wiadomością, że Gniewosz 
żyje i jest u Bajazeta w niewoli. 
Formoza w pierwszych czasach po wojnie wołoskiej miała, jakeśmy to uważali, niejako 
instynktowe przeczucie, że Gniewosz nie zginął. Przeczucie to wszakże nie miało żadnej realnej 
podstawy — a opierało się tylko na tym, cokolwiek dziecinnym, lecz zakochanej dziewicy 
bardzo właściwym wyobrażeniu, że taki rycerz żelazny, co rwie podkowy jak nici i jednym 
zamachem mógłby dziesięciu żołnierzy obalić na ziemię, taki przy tym rozumny, przezorny, 
spokojny i taki mistrz niezrównany w rycerskim rzemiośle, nie może być przez nikogo zabitym. 
Taki rycerz, jak Gniewosz, jest nieśmiertelnym, ze wszystkich walk wychodzi zwycięsko, 
musi koniecznie późnej doczekać starości, ażeby był wzorem dla wszystkich młodszych 
rycerzy, ażeby go po śmierci wykuto z kamienia w katedralnym kościele, i aby się wszystkie 
pokolenia późniejsze do niego modliły. Wiara w to, że Gniewosz niewątpliwie gdzieś żyje, 
stała się jej doczesną religią — i jak we wszystkich religiach, za przewodem głównego artykułu 
wiary, wysnuwały się w jej wierzącym umyśle rozmaite legendy o tym, co się z nim 
stało. Tak uroiła sobie, że się dostał w niewolę Tatarom, że Tatarzy pewnie go Turkom sprzedali, 
że potem dostał się na tureckie galary, ale z galar musiał się oczywiście wyłamać — a 
teraz gdzieś wojuje po morzach, może jest w Ziemi Świętej, może w innych krajach murzyńskich, 
wybija się z nich, smoki, złe duchy i inne potwory stają mu w drodze, musi z nimi walczyć, 
ażeby sobie rum zrobić, ale jak tylko te wstręty pokona i dobije się do ojczyzny, to 
pewnie powróci do niej i jednego dnia zjawi się przed nią, tak jak jego duch teraz jej się zjawia 
po nocach. 
Jednak jeżeli główne artykuły wiary mogą trwać wiecznie, a nawet znaleźć wyrozumowaną 
podstawę, tak znowu takie z czystej imaginacji wysnute legendy zazwyczaj nie wytrzymują 
próby czasu, jeżeli żadne rzeczywiste zdarzenia nie podtrzymują ich życia, i bledną z 
wolna wobec trzeźwiejącego rozumu — a rozum bardzo prędko trzeźwieje w nieszczęściu. Tak 
i Formoza, im więcej swoim rozumem. zastanawiała się nad tym, co się stać mogło, i kiedy 
żadna wieść nowa nie utwierdzała jej wiary, tym więcej się chwiała i tym jaśniej dostrzegała, 
że jej wszystkie legendy są tylko wymysłem jej wyobraźni. Zaczem, odrzucając pomału jedną 
po drugiej, zaczęła nareszcie powątpiewać o prawdzie głównego artykułu swej wiary. Postępując 
tym trybem, rozbierając szczegółowo prawdopodobieństwo swoich pierwotnych przypuszczeń, 
im więcej nad nimi pracowała swoim rozumem, tym częściej przychodziła do przekonań 
całkiem przeciwnych. Gniewosz nie zginął? — mówiła sobie natenczas — więc cóż się z 
nim stało? Mąż tak wysokiej godności, jeden z najpierwszych urzędników królewskich, ulubieniec 
samego króla, mający tylu przyjaciół u dworu, znany nawet po wszystkich krajach 
postronnych, gdziekolwiek by był, azaliżby dotąd, od czternastu miesięcy, nic się o nim nie 
dowiedziano? Azaliżby król, który pewnie kazał się dowiadywać o niego, nie był dotychczas 
choć jakiej głuchej wieści o nim otrzymał? azaliżby on sam nie znalazł dotąd sposobu, ażeby 
dać wiadomość o sobie? azaliż stary Pretficz, mąż taki roumny i tak doświadczony, nie powiedział 
jej sam: że co do Gniewosza, to rzecz całkiem inna, że gdyby żył, to król byłby już 
dawno się o tym dowiedział? — A zatem wszystko, co dotąd o nim sobie roiła, wszystkie obrazy 
o niewoli u Turków, o galarach, o przebijaniu się jego przez ziemie murzyńskie, wszystko 
to były. próżne marzenia! 
Ale takie grzebanie w legendach, które nam wiara przynosi, jest niebezpiecznym: albowiem 
każda wiara właśnie i głównie opiera się na tych legendach, które opanowując wyobraźnię 
człowieka i przywiązując jego serce do siebie, utrzymują w jego umyśle jej ducha. 
Kto zacznie te legendy odrzucać jedne po drugiej, ten w końcu i same wiarę w sobie zachwieje. 
Tak stało się także Formozie: poodrzucawszy wszystkie swe przypuszczenia jedno 
po drugim, zachwiała się wreszcie w swojej niegdyś tak silnej wierze, że Gniewosz jest jeszcze 
przy życiu. I tak jak we wszystkich ludziach, usiłujących wszystkiego dochodzić rozumem, 
kiedy nie mogą na to znaleźć dowodów, w co niegdyś wierzyli, ale w swym zacnym 
sercu nieradzi porzucać ideałów swojej młodości, pozostaje tylko jakiś oderwany od ziemi i 
całkiem eteryczny duch wiary, którym się już nie rządzą w swym życiu, a który się już tylko 
nad ich myślami unosi: tak i z jej wiary już tylko tyle jej pozostało. Gniewosz gdzieś jest, na 
ziemi lub w niebie, może go jeszcze kiedyś obaczę, może zgrzybiałym starcem przed grobem, 
a może dopiero po śmierci... 
Wśród takiej walki we wnętrzu jej duszy, w której trzeźwe poglądy usuwały coraz więcej 
w głąb jej idealne nadzieje, zaszły wzruszające wypadki: niespodziewana śmierć starego Kijasa, 
krwawe zabójstwo Olizara i Frąca, ożenienie się Kundrata, konieczność zajęcia się osobiście 
majątkowymi sprawami — a wtedy i myśli jej musiały się spuścić na najniższy poziom 
tej ziemi i iść za przewodem zimnego rozumu. Ciężka, zabijająca to praca dla takiej kobiety, 
której serce ogromne swoją miłością i umysł wyniosły, patrzący z wysoka na ziemię, pragnęły 
zawsze i godne były daleko wyższych celów w tym życiu! Lecz właśnie za przewodem 
tego serca i tego umysłu, poddających się kornie nieubłaganemu losowi, dojrzało w niej 
wtenczas zupełnie postanowienie zbudowania jakiegoś wielkiego klasztoru, urządzenia w nim 
spokojnego przytułku dla bogobojnych dziewcząt, zajęcia się nędzą ubogich i nieszczęśliwych. 
Przez zimę miała się zająć wypracowaniem tych wszystkich projektów, a na wiosnę 
zabrać się do ich wykonania. 
Owo więc wtedy, jednego dnia przed samym wieczorem, pomiędzy Bożym Narodzeniem a 
Nowym Rokiem, zjawił się u niej ów Ormianin z listem starego Pretficza. 
Nieznajomy jej dotąd Ormianin powiedział jej najprzód, że to on jeździł za Lubkiem do 
Turcji, że teraz dopiero powrócił i że go pan Pretficz do niej przysyła. 
Na tę wiadomość Formoza się trochę zmieszała, twarz jej się zarumieniła, serce jej uderzyło, 
ale się opanowała i zapytała Ormianina: 
— Tyś to jeździł za Lubkiem? cóżeś tam zrobił? 
— Po długich kwerendach — odpowiedział jej Ormianin z uśmiechem zadowolenia — odszukałem 
pana Lubomira w niewoli, wykupiłem go, przywiozłem do Sokołowa, a teraz wróciłem 
do Lwowa. 
— Więc Lubek ocalał! — zawołała Formoza — z całego serca się cieszę, bom też tego zacnego 
chłopca szczerze kochała. Co to tam za radość musiała być w Sokołowie! Więc z tą wiadomością 
cię pan Pretficz do mnie przysyła? 
— Z tą wiadomością i z listem — rzecze Ormianin i to mówiąc, wydobył list zza szerokiego 
pasa i oddał go jej, dodając te słowa: — Oddawszy list, polecam się łasce waszej miłości, bo 
mi się śpieszy do żony i dzieci, którychem prawie od roku nie widział. 
— List do mnie? — zawołała Formoza, niezmiernie tym zadziwiona, bo listy pisywano owego czasu tylko w bardzo ważnych wypadkach — List? jak to? idziesz już? Czekaj... 
Trzymała list w ręku i drżała na całym ciele. Sama nie wiedziała, co się z nią działo. Tysiące 
myśli jej przeleciało przez głowę, tysiące uczuć skrzyżowało się w sercu. 
— Czekaj... Dlaczegoż się tak śpieszysz? Chciałam się z tobą rozmówić. Czekaj... albo idź, 
ale bądź tak dobry, przyjdź, jak cię każę zawołać. 
Ormianin wyszedł. Formoza trzymała list w ręku i nie miała odwagi oderwać pieczęci z 
koperty. Ale po chwili odetchnęła z głębi piersi, mówiąc do siebie: Jakaż jestem dziecinna! a 
czas by mieć rozum. Pretficz mi oczywiście o Lubku donosi... — To mówiąc, zerwała pieczęć, 
otworzyła list i przystąpiła do okna, bo się już wtedy zmierzchało, aby go spokojnie przeczytać. 
Lecz ledwie pierwszy wiersz odczytała, otworzyła usta, jakiś niezrozumiały głos z ust jej 
wyleciał, oddech zupełnie zaparł się w piersiach, w oczach jej się zaćmiło, oparła się o uszak 
okna i rękę wraz z listem opuściła ku ziemi. List starego Pretficza zaczynał się od słów: 
„Pospyescham donyeść waschej miłości czo prendzey, że yegomość pan Gniewosch yest 
przy życyu, bendonc w niewoley u Thurka. Muy syn Lubek, czo właśnye powrucił, sam go 
widział na własne ocszy y myał z nym dyskurs”... 
Pod pierwszym wrażeniem krew w niej zastygła z radości i wszystkie władze umysłu stanęły. 
Trwało to jednak tylko przez oka mgnienie, po czym serce jej uderzyło gwałtownie, 
krew jej zaczęła się przelewać po całym ciele jak wzburzone morskie bałwany, ręce jej dygotały, 
podniosła list ku oczom, chciała dalej czytać, ale nie mogła: nie mogła listu utrzymać 
w ręku i zmrok już zapadł natenczas. Zaczem przyskoczyła do stołu, porwała za dzwonek i 
zadzwoniła tak silnie, że trzy służebne wpadły z różnych drzwi razem do komnaty. 
— Światła! — zawołała Formoza — kaganiec... wielką lampę oliwną... nie! lichtarz z woskowymi 
świecami. Albo co bądź... 
Sama nie wiedziała, co mówi, chciałaby była, ażeby słońce teraz wzeszło w całym blasku 
promieni. 
Służebne wybiegły i za chwilę wróciły, zastawiwszy cały stół kagańcami i świecznikami. 
— Idźcie sobie teraz, proszę was, aż was zawołam. 
Kiedy służące wyszły, siadła do stołu, aby list czytać. Lecz chociaż biegłą była w czytaniu, 
jakoś jej nie szło. Pierwsze wiersze przeczytała trzy razy, sześć razy, i nie mogła dalej postąpić. 
Pomimo świateł jarzących w oczach jej się ćmiło, litery się chwiały, całe wiersze się zlewały 
ze sobą. Po kilka razy podnosiła głowę do góry, zaczerpywała powietrza i znów do 
czytania wracała. Radość ją tak zupełnie opanowała, że żaden zmysł nie chciał jej służyć po 
woli. Ale po chwili, widząc, że list jest tak bardzo długi, przyszła jej myśl przerażająca, że 
może dalej znajdują się jakie złe wiadomości, i to ją otrzeźwiło: siadła więc silniej na krześle, 
oparła się o stół obydwoma łokciami i cały list prędko przebiegła. Złej wiadomości aż do 
końca nie było, były tylko szczegóły niezrozumiałe, zaczem odetchnęła i zaczęła list czytać 
na nowo, zastanawiając się nad każdym szczegółem z osobna. Próżne usiłowanie! Ten i ów 
szczegół ją silniej uderzył, inny obudził w niej uwielbienie dla jej oblubieńca, ale myśleć nad 
tym wszystkim nie była w stanie. Dowiedziała się tylko całości — i na dziś musiała na tym 
poprzestać. 
Noc nie rozjaśniła także jej głowy. Sen nie chciał skleić jej powiek. Przez całą noc tylko 
najdziwniejsze marzenia snuły się po jej głowie: była w Carogrodzie, widziała Gniewosza, 
rwącego żelazne kajdany jak nici, stojącego przed carzem tureckim, imponującego całemu 
dywanowi88 swoją wspaniałą postacią, zmuszającego Turków swoją godnością do poszanowania 
dla siebie... Ale dlaczego Gniewosz zażądał sam, aby go tam trzymano przez rok i 
sześć niedziel, kiedy prawdopodobnie mógł się pierwiej wydobyć? Czy był to czas próby, 
który jej miłości wyznaczył?... Ta niepojęta zagadka zmorzyła ją nareszcie nad ranem i sprowadziła 
na nią kamienny sen, z którego się obudziła dopiero w dzień biały. 
Przetarłszy oczy, najpierwiej pochwyciła za list, który pod poduszkę schowała, i jeszcze 
raz go przeczytała. Wszystko tam tak stało, jak wczoraj wyrozumiała. Jest, żyje i nic mu się 
nie stało. Cóż teraz zrobić, aby go z tej niewoli wydobyć? 
Pierwsza jej myśl była zaraz dziś jechać do Carogrodu. Wolną jest, nikt jej tej podróży za 
złe nie weźmie; pieniędzy ma dosyć, może go łatwo wykupić. Ale czy dobrze to będzie? Czy 
dobrze to, żeby kobieta, nie będąca żoną Gniewosza, za nim jechała? i czy Gniewosz nie 
znajdzie w tym pewnego upokorzenia, jeżeli ona go zechce wykupić swoimi pieniędzmi? — 
Boże! mój Boże! — wołała wtedy, łamiąc ręce przed sobą i zalewając się łzami — co ja tu pocznę? 
— Zastanowiła się nad tym, nie umiała sobie dać odpowiedzi, chciałaby była kogoś się 
poradzić. Ale kogo? starego Pretficza? Pretficz daleko, człowiek zanadto rozważny, odradzi 
jej jechać, każe czekać — a tu jej ziemia pali się pod nogami. Poradzić się Kundrata? Kundrat 
zmyślny, lecz głupi, nieszczęśliwą ma rękę, jeszcze jej jakieś głupstwo poradzi. Radzić się 
ludzi obcych? Za nic w świecie. I źle jej poradzą i jeszcze plotek narobią. W tym wielkim 
kłopocie przeczytała jeszcze raz list starego Pretficza i dopiero teraz spostrzegła, że Pretficz 
jej radzi wiadomość tę donieść bez zwłoki królowi. Zaczem uderzyła się w czoło, mówiąc do siebie: Jużci Pretficz ma racją. Jest przecie król! Król wie o wszystkim. Gniewosza kocha, on 
da jej radę najlepszą i niezawodnie pomoże. — Postanowienie było zatem powzięte. 
Ubrała się więc zaraz bardzo pięknie i wziąwszy ze sobą dwie panny służebne, poszła na 
Niski Zamek. Było to już z południa, w królewskiej antykamerze był cały tłum senatorów, 
prałatów, rycerzy, szlachty i mieszczan. Formoza nie znała nikogo z dworzan królewskich, na 
widok tylu panów brodatych, pancernych, w świąteczne suknie przybranych, rumieniec jej na 
twarz wystąpił, wzrok jej się błąkał po obcych twarzach, nie wiedziała, co ma począć ze sobą. 
Na szczęście jednak Kamieniecki ją poznał, zaraz do niej przystąpił, powiedział jej dobre 
słowo, sam ją zameldował królowi i sam jej drzwi do jego komnaty otworzył. 
Król, gdy ją obaczył, chociaż już wiedział, kto wchodzi, niezmiernie jej widokiem był uderzony. 
Albowiem Formoza, lubo w bardzo skromną suknię ciemnego koloru ubrana, z wąską 
białą kryzą około szyi i w jedwabnym czepcu na głowie, wyglądała tak wspaniale, jej twarz 
zarumieniona, na której było widać głębokie wzruszenie, jej oczy skromne, lecz pełne tego 
poważnego wyrazu, co świadczy o uczuciu swej własnej godności, jej usta prawie zachwycone 
w tej chwili, musiały sprawić na każdym przejmujące wrażenie — a tym bardziej na królu, 
tak umiejętnym i doświadczonym znawcy wszelakich odcieni kobiecego uroku. Zaczem 
wstał, a objąwszy swym wprawnym wzrokiem całą jej postać, rzekł do niej: 
— Ceres albo Diana! krewna Kmitów... Pamiętam dobrze, żem waszmość panią widział 
przed dwoma laty, kiedym był u jej teścia w gościnie, bo takich piękności się nigdy nie zapomina; 
lecz muszę przyznać, że od tego czasu jej wdzięki, jeśli to być może, nabrały jeszcze 
daleko więcej świetności i blasku. Od tego czasu, jak dla mnie, tak i dla waszmość pani, to i 
owo się zmieniło. Mąż zginął, a teraz się dowiaduję, że i teść życie postradał. Masz pewnie 
jakieś familijne trudności, będziemy radzi, jeżeli potrafimy jej w czym pomóc. 
— Miłościwy królu — odpowiedziała Formoza, panując świetnie nad swoim wzruszeniem — 
w ostatnich dwóch latach podobało się Bogu dotknąć mnie całym szeregiem umartwień. 
Zniosłam je z poddaniem się i z pokorą, jak chrześcijance przystoi. Dotknęły mnie także różne 
niepowodzenia, ale nie są one tego rodzaju, ażebym musiała nimi zatrudniać mojego miłościwego 
pana i króla. Jeżelim się ośmieliła stawić się przed obliczem waszej królewskiej mości, 
to dlatego, żem otrzymała wiadomość, która mnie bardzo z bliska dotyka, a która zapewne 
i waszej królewskiej mości nie powinna by być obojętną: imć pan Gniewosz żyje i jest u 
Turka w niewoli. 
— Gniewosz żyje?! — zawołał król, przystępując do niej o jeden krok bliżej i wpatrując się 
silnie w jej oczy — któż to waszmość pani powiedział? Rad bym pewnie, ale nie może to być, 
bobym się był przecie o tym dowiedział. 
Na to Formoza dobyła list starego Pretficza z kieszeni, ale nie dając go jeszcze królowi, 
rzekła te słowa: 
— Miłościwy królu! W ludzkim sercu bywają uczucia, które nie są grzechem, a przecie nie 
godzi się, ażeby ludzie o nich wiedzieli, bo mogliby je na naszą krzywdę tłumaczyć. Z takich 
uczuć odkrywam się dzisiaj przed waszą królewską mością, przynosząc memu miłościwemu 
panu o Gniewoszu wiadomość. Zaczem liczę na rycerską szlachetność waszej królewskiej 
mości, jako będziesz miał wzgląd na cześć i dobre imię kobiety. Oto jest list, w którym stoi 
świadectwo, jako Gniewosz jest w Carogrodzie. 
Te słowa wzruszyły króla, jakoż wziąwszy Formozę za rękę, rzekł do niej głosem serdecznym: 
— Nie bójże się, moja zacna pani, żadnej niedyskrecji ode mnie, a wiedz o tym, że honor 
rycerski stoi u mnie nad wszystko; strzegę go jak oka w głowie u moich dworzan, a tym bardziej 
u siebie. Siadajże sobie i spocznij, bo widzę łzy w twoich oczach. Pamiętam dobrze, że 
mi Gniewosz wspominał o tobie. Los nim pokierował inaczej, dziś by się to mogło znów naprostować. 
Życzę z serca, ale by mnie to bardzo dziwiło... 
To mówiąc, siadł u stołu i czytał list Pretficza z uwagą. 
A przeczytawszy go, rzekł: 
— Zaprawdę, dziwna to rzecz! Jużci prawda, że przez cały ten czas nie mieliśmy z Turcją 
żadnych relacyj, bo Bajazet gotował się na nas do wojny i ani przez Wołochy, ani przez Tatarszczyznę, 
nie mogliśmy się do Carogrodu przedostać. Być zatem może... zwłaszcza że widzę 
z tego listu, jako Gniewosz sam pragnął swoje niewolę przechować w sekrecie przez rok i 
sześć niedziel. 
— Jaki miał powód do tego — rzekła na to żywo Formoza — tego się nie mogę domyśleć. 
— Więc ja ci to wytłumaczę, odpowiedział jej bystry król z uprzejmym uśmiechem — jest w 
tym dowód miłości, którą wiernie chowa dla waszmość pani. Ma przecież żonę, prawo wymaga, 
ażeby wdowa złożyła dowód, jako jej mąż nie żyje, jeżeli zaś dowodu nie złoży, to 
musi czekać rok i sześć niedziel. Zaczem tak mi się zdaje, że Gniewosz chciał dać swojej żonie 
rok i sześć niedziel, ażeby za mąż pójść mogła. Ale ona, jak ci to pewnie wiadomo, nie 
czekała tak długo... 
— Cóż teraz będzie, jak Gniewosz powróci? — zapytała Formoza, bledniejąc jak ściana, bo 
dotąd o tej przeszkodzie nie pomyślała. 
Ale ją król uspokoił, mówiąc: 
— Nic nie będzie. Rok i sześć niedziel minęły. Jeżeliby zaś księża chcieli się w to mieszać, 
to już ja w tym będę, abyśmy wstrętów nie mieli. 
Na to Formoza wstała, a odetchnąwszy z głębi piersi, nisko się ukłoniła królowi. Król także 
wstał i rzekł: 
— Już ja to biorę na siebie, bo też i Gniewoszowi pewnie niczego nie odmówię. Ale co teraz 
zrobić, najprzód, ażeby mieć pewność, że on żyje, a potem, aby go stamtąd wydobyć? 
Formoza, złożywszy ręce przed sobą, zawołała ze łzami w oczach: 
— Najjaśniejszy panie! Turcy są łakomi pieniędzy, ja jestem teraz bogatą i każdą ofiarę poniosę 
dla niego. Dam wszystkie pieniądze, sprzedam ostatni klejnot ze skrzyni, ostatnią wioskę, 
ostatnie bydlę z obory... byle tylko powrócił. 
Formoza wyglądała jak bóstwo w tym szlachetnym zapale, a mogłaby była wzruszyć kamienie, 
kiedy po tych słowach łzy jej się strumieniami potoczyły po twarzy. 
Królowi, chociaż nie był czułym do zbytku, także łzy w oczach stanęły i rzekł: 
— Dałbym i ja także coś za Gniewosza, jakoż nie o to tu chodzi. 
Po czym znowu kazał usiąść Formozie i sam siadł, i myślał przez chwilę. A potem powiedział: 
— W tym liście Pretficza stoi, jako Bajazet sam Gniewoszowi powiedział, że go w danym 
razie za jakiego słusznego baszę wymieni. Owo mam ja tu w zamku jakiegoś tureckiego murdziaka, 
co długo nie wiedziano, który on jest, dopiero wczoraj się z tym wygadał, jako jest 
Bajazeta synowcem. Prawdęli mówi, czy kłamie, trudno to dociec. Ale jeżeli jest Bajazeta 
synowcem, to musi przecie wiedzieć, co się dzieje w pałacach cesarskich, a przeto powinien 
by także wiedzieć, azali Gniewosz tam jest, którego, jak Pretficz pisze, trzymają tam z takim 
respektem. 
To rzekłszy, król klasnął w ręce, a kiedy paź drzwi otworzył, krzyknął do niego: 
— Zawołaj pana Kamienieckiego! 
Na to Formoza zerwała się z krzesła, złożyła ręce do króla i rzekła głosem błagalnym: 
— Prosiłam waszej królewskiej mości o sekret! 
Ale król znowu ją uspokoił, mówiąc: 
— Zostawże to mnie, moje dziecko. Za Kamienieckiego ręczę ci, jak za siebie samego, a 
potem, przecież to najserdeczniejszy przyjaciel Gniewosza i pewnie wie lepiej od ciebie, co 
kiedykolwiek w jego sercu się działo. 
Na to wszedł Kamieniecki. Kiedy król mu powiedział, co jest, Kamieniecki niezmiernie się 
ucieszył, a serce mu się nawet rozradowało do tego stopnia, że kilkakrotnie Formozę ścisnął 
za rękę, mówiąc: 
— Byłem ja spowiednikiem Gniewosza i wierz mi waszmość pani, że na jej miłość zasłużył. 
Bądźże nam waszmość pani spokojną, już my go stamtąd wydobędziemy, a nawet tak 
rozumiemy, że go nam Turcy z wielkimi honorami odeszlą. 
Do króla zaś rzekł: 
— Jeżeli Gniewosz tam jest, toż to bardzo szczęśliwa dla nas okazja... 
Król wszakże mrugnął na niego nieznacznie i powiedział: 
— Idź no przede wszystkim sam do tego murdziaka z dobrym tłumaczem, a ażeby ci się do 
dna wyspowiadał, daj mu do zrozumienia, że go za Gniewosza wymienimy. 
Kamieniecki wyszedł, a król kazał czekać Formozie, wypytując ją tymczasem o śmierć 
starego Kijasa, o Frąca i Olizara i kwilił nad tym, że tak marnie zginęli. 
— Nade wszystko mi żal Olizara — powiadał jej poufale — bo myślałem o pewnej funkcji dla 
niego, na której i sam byłby się dobił niemałych zaszczytów, i naszemu królestwu byłby 
przyniósł pożytek. Ale ci ludzie sami sobie winni, jeżeli dotąd nie zrozumieli, jak ogromna 
zachodzi różnica pomiędzy rycerzem, co z dziecka sposobił umysł i ciało do tego rzemiosła, a 
takim domorosłym mołojcem, co jakokolwiek siedzi na koniu i gęsto macha szabelką. U takiego 
rycerza, jak Kergolaj, a zwłaszcza Gniewosz, kości są jakby z żelaza, a żyły ze stali, 
oko i ucho, i zręczność jak u dzikiego zwierza, przytomność umysłu, co nigdy go nie zawodzi, 
a nadto jeszcze i dusza inaczej wyniosła niżeli u takiego kozaka. Widzimy przecież, jak 
taki rycerz nieraz w całej zbroi równymi nogami wskakuje z ziemi na konia, czego drugi 
człek nagi by nie potrafił. Niedawno temu jeden z moich rycerzy skoczył w pełnym rynsztunku 
w szyb solny w Wieliczce, mówiąc do mnie, że skacze za zdrowie królewskie: rozumieliśmy, 
że tam z niego tylko takie strzępie zostaną, co je miotłą zamiecie — a przecie zdrów wyszedł 
ze szybu i nic mu nie było. A gdybyś waszmość pani była widziała, z jaką fantazją 
Gniewosz stanął pod Suczawą w obronie mojego honoru i jak potem uderzył, tobyś go dziesięć 
razy więcej kochała. Jakoż to muszę waszmość pani powiedzieć, że krom jej zacnego 
serca, które wysoko cenię, mam także niemałe uznanie dla jej rozumu, żeś sobie takiego męża 
wybrała. Żelazny to człowiek, chłop zacny na wskroś, jakich niewielu, a przy tym, o ile to 
będzie od naszej możności zależeć, ma też i przyszłość przed sobą. 
Formozie, na te pochwały królewskie ogromnie serce urosło — a wtedy wszedł Kamieniecki. 
Kamieniecki zdał sprawę królowi w ten sens: jako murdziak rad się do tego przyznaje, że 
jest Bajazeta synowcem, obiecuje okup za siebie w pieniądzach, jaki sam król na niego nałoży, 
zaręcza za to, że jego stryj a carz turecki da każdego polskiego jeńca w zamian za niego, 
którego by sobie wybrano; zaś co do jeńców, to mówi, że wie z pewnością, bo też sam nieraz 
go widział, jako jest w carskim więzieniu jeden rycerz polski ogromny wzrostem, którego 
trzymają z wielkim respektem i czasem gościom go pokazują. 
— Więc to się zgadza z listem Pretficza — rzekł na to król — cóż ty o tym rozumiesz? 
— Zdaje mi się, że to jest Gniewosz — odpowiedział mu Kamieniecki. 
— Gniewosz, z pewnością! — zawołała Formoza — nie może inaczej być, jużci młody Pretficz 
takiej rzeczy nie skłamał. 
— Kłamano nam już w sprawach daleko ważniejszych — rzekł na to król — kłamano umyślnie, 
ale co gorsza, niektóremu się coś przywidziało, przysięgał na rany Chrystusa Pana, że 
prawda, a potem się pokazało, że mu się coś chyba przyśniło, a gęba reszty dosnuła. Ten młody 
Pretficz, o ile go pomnę, cale mi na takiego człowieka wygląda, co w biały dzień rozmaite 
sny miewa... Ale tym razem i ja tak rozumiem, że to może być Gniewosz. 
Zaczem zbliżył się do Formozy, wziął ją za rękę i rzekł bardzo łaskawie: 
— Wróćże sobie waszmość pani spokojnie do domu, a resztę nam zostaw. Jutro, a najdalej 
pojutrze wyjedzie nasz poseł do Bajazeta i wszystko ze sobą powiezie, co trzeba, ażeby 
Gniewosza wydobył. Nie zapomnimy o niczym, a tylko o cierpliwość prosimy. 
— Najjaśniejszy królu — zapytała Formoza — czy poseł waszej królewskiej mości weźmie 
tego murdziaka ze sobą? 
Na co król się uśmiechnął i rzekł: 
— To nie, boby mu Turcy murdziaka wzięli, a Gniewosza nie dali. Ale się z Bajazetem o tę 
wymianę umówi, a potem zaraz ich wymienimy. 
Formoza na to spuściła oczy ze smutkiem ku ziemi, co król spostrzegłszy, powiedział jej 
grzecznie: 
— Moja droga pani, gdybyśmy ptaków mieli na nasze usługi, tobyśmy ich pewnie w tym 
razie użyli, ale we wszystkich rzeczach ludzkich musimy posługiwać się ludźmi. 
Więc Formoza zrozumiawszy, że inaczej nie może być, odpowiedziała królowi: 
— Miłościwy królu, czekałam cierpliwie czternaście miesięcy, jeszcze i na drugie tyle mi 
cierpliwości nie braknie, bylem tylko wiedziała na pewno, że Gniewosz żyje i wróci. 
To rzekłszy ukłoniła się nisko królowi, podziękowała za łaskę i powróciła do siebie. 
Od tego czasu Formoza się całkiem zmieniła. Uczuła się jakby odrodzoną na nowo, jej 
żałoba ustąpiła zupełnie z jej myśli i serca, świat żywy i słoneczny, do którego była stworzoną, 
zaczął się teraz do niej tak wesoło uśmiechać, jak dotąd nigdy w jej życiu: ale pomimo to 
nie miała spokoju. 
Król wypowiedział wątpliwość, może ma racją; Lubek, jak go w obozie poznała, zdawał 
się i jej także być takim człowiekiem, co dla pieśni i pięknej powieści gotów rozminąć się z 
prawdą: zresztą tak wiele bajek krąży po świecie, na które wszyscy gotowi przysiąc, a które 
przecież na końcu okazują się czystym zmyśleniem. Uwagi te zachwiały jej przekonanie, 
chociaż się opierało na liście Pretficza i na zeznaniu murdziaka, zaczem postanowiła przede 
wszystkim wiadomość o Gniewoszu zachować przed ludźmi w sekrecie. 
— Jeżeli im powiem — mówiła sobie — to będą mojemu szczęściu zazdrościć — a jeśli potem, 
co nie daj Boże! wiadomość ta się okaże zmyśloną, to będą się cieszyć moim nieszczęściem. 
Natomiast wszakże zapragnęła ile możności wiadomość tę stwierdzić. Do murdziaka się 
dostać nie mogła. Do Pretlicza jechać nie chciała, bo obawiała się Pretficzowej, która by jej 
zbyteczne krzątanie się za Gniewoszem mogła wziąć za złe. Ale napisała list do starego Pretficza, 
prosząc go, aby jej przysłał Lubka na dzień jeden do Lwowa. 
Lubek przyjechał i wszystko jej dosłownie potwierdził. Widział Gniewosza na własne 
oczy, sam z nim rozmawiał, sam Gniewosz wziął parol kawalerski od niego, że o tym nikomu 
nie wspomni. Lubek, mający głowę zajętą czym innym, nie wiedząc wcale, a nawet nie pytając 
o to, dlaczego Formoza wypytuje go o Gniewosza, tylko wiedziony instynktownym przeczuciem, 
prosił ją i zaklinał, ażeby wiadomość tę zgodnie z wolą Gniewosza zachowała w 
sekrecie. 
Więc wszystko dobrze, Formoza się całkiem uspokoiła i czekała cierpliwie. 
Tak minął jej styczeń, luty i marzec w spokoju, lecz w kwietniu zaczęła się znów niecierpliwić. 
Starała się coś dowiedzieć na Niskim Zamku, ale na próżno. Król był wtedy na sejmie 
w Piotrkowie i wszyscy dygnitarze byli na sejmie. Na zamku rezydował tylko sam Łopatka — 
a Łopatka miał wobec niej gębę zamkniętą na kłódkę. — Poseł do Bajazeta? — pytał jej niby 
zdziwiony — a gdzież by też król posłów posyłał do Turków, których pobił na miazgę? toż 
chyba prędzej pobici Turcy przyszlą swoich posłów do króla. — Murdziak, Bajazeta synowiec, 
jeńcem na zamku? — Łopatka nic o tym nie wiedział. — Było tu kilku łapserdaków tureckich — 
powiadał Formozie — ale ich szlachta porozbierała pomiędzy siebie, a myśmy ich chętnie porozdawali, 
co i na ten chleb nie umieli zarobić, co u nas zjadali. — Więc nie masz już żadnych 
jeńców tureckich na zamku? — Nie masz ani jednego. 
— Cóż to ma znaczyć? — zapytywała siebie stroskana Formoza. — Miałżeby król mnie 
okłamać? miałżeby Kamieniecki zdradzić Gniewosza? mieliżby go obydwa zostawić w niewoli, 
aby tam zgnił w tureckich więzieniach? 
W kwietniu jej niecierpliwość wzrosła do tego stopnia, że już snu w nocy nie miała. Lecz 
przyszedł maj — a i w maju także jeszcze żadnej wiadomości nie było. 
W Sokołowie już bardzo wcześnie zaczynały się skrzętne prace wiosenne. 
Jak tylko śniegi stajały, a i ziemia cokolwiek podeschła, sto pługów okrywało jak mrowie 
szerokie łany ornego pola, tysiące owiec wełnistych się pasło po wzgórzach, nieprzeliczone 
stada bydeł i koni tłumiło się wesoło po łąkach, a lasy dymiły się ogniskami nałożonymi 
przez karczowników. Skowronek unosił się nad rolami, dodając swoim dźwięcznym świegotem 
oraczom ochoty do pracy, żarłoczne wrony postępowały poważnym krokiem za pługami, 
oczyszczając świeżo wyorane skiby z robactwa, a od krzaczystych brzegów Świcy pastuszkowie 
przygrywali na fletniach, które sobie misternie wycięli z soczystej wierzbiny. 
Stary Pretficz już w kwietniu wrócił z Piotrkowa ze sejmu, gdzie po raz pierwszy zasiadł 
między senatorami, i już od tego czasu codziennie o wschodzie słońca sam wyprawiał pługi 
na pole, bacząc pilnie, ażeby każdy postronek i każdy kołek był w swoim miejscu; potem 
przez cały dzień konno orne pola, pastwiska i lasy objeżdżał — a po południu wracał do domu, 
aby pod jego okiem przygotowano zawczasu dostatnie pożywienie dla bydła i ludzi. Pańszczyzna 
jeszcze wtedy nie wystarczała do obrobienia takich gospodarstw, gdzie się po tysiąc 
korcy siewało, wolnych kmieci jeszcze było dużo na Rusi, a osadników niesporo, trzeba było 
trzymać liczne zaprzęgi i licznych parobków — i dla nich to już zaraz z południa pracowały po 
gumnach sieczkarnie, a słupy dymów podnosiły się w górę z kuchien folwarcznych. 
Toż i dziś, kiedy słońce dopiero zaczęło złocić powietrze za jodłowymi lasami na niebie 
zachodnim, on już odpoczywał w środkowym ganku po pracy, czekając cierpliwie, kiedy 
usłyszy turkot wozów na drodze i odgłos dzwonków, którymi ciężkie krowy podolskie ogłoszą 
swój powrót z paszy majowej do przewietrzonej tymczasem obory, gdzie dziewki rumiane, 
gwarząc wesoło ze sobą, czekają na nie z czysto wypłukanymi skopcami. 
Koło niego siedziała matka, cicha i spokojna jak zawsze, a naprzeciw niego Lubek, oparty 
plecyma o poręcz ławy, z świeżymi rumieńcami na twarzy, ale z zamyślonymi oczyma. 
Lubek gospodarował na swoim folwarku, ale zdaje się, że nie bardzo umiejętnie swe gospodarstwo 
prowadził, bo ojciec wziąwszy go dzisiaj ze sobą w pole i pokazawszy mu, jak się 
powinno sprawować rolę, teraz mu opowiadał, jak trzeba chodzić około bydła i koni, ażeby 
obora i stajnia przynosiły pożytek swą pracą i oddawały co roku odpowiedny przychówek. 
Jednakże Lubek, chociaż go słuchał niby z uwagą słowom ojca należną, patrzał w dziedziniec, 
gdzie brzozy płaczące już kąpały swoje zielone warkocze w sadzawce, a róże, w większej 
połowie już rozkwitnięte, łączyły swoje woń prawie odurzającą, a przypominającą powietrze, 
wiejące w pałacach tureckich, z świeżym zapachem majowej zieleni. Spostrzegłszy 
to ojciec, rzekł do niego łagodnie, choć z pewnym wyrzutem: 
— Ja tobie daję pożyteczne nauki, a ty patrzysz gdzie indziej: róże są na twoje usługi przez 
cały dzień, a ja bardzo rzadkie mam chwile, w których mogę spokojnie z tobą pogadać. 
— Nie — rzecze Lubek — ja słucham ojca uważnie, tylko mnie taka woń zaleciała od stawu, 
że mi się przypomniało moje carogrodzkie więzienie, gdzie nieraz ciężko się wzdycha w niewoli, 
ale gdzie wszystko pachnie różami. A czując ten zapach, myślałem o tych nieszczęsnych, 
którzy tam po mnie jeszcze zostali i może nigdy nie wrócą do swoich... 
Na to stary Pretficz, człek bardzo zacny, ale wcale nieskłonny do marzeń, machnął ręką z 
niechęcią i rzekł: 
— Dobrze jest towarzyszyć nieszczęściu współczuciem, ale pierwszym obowiązkiem człowieka 
i obywatela jest praca na chleb powszedni, aby go mieć dostatkiem dla siebie i drugim 
udzielić. 
Ale w tej chwili Lubek wstał raźnie, wytężył oczy ku braminie i zawołał: 
— Ktoś wjeżdża w bramę, jacyś rycerze. 
Natenczas wszyscy w bramę spojrzeli i obaczyli istotnie, jako w nią wjeżdżał przystojny 
poczet rycerzy. 
Było ich sześciu. Na czele ich jechał na wielkim koniu rycerskim rycerz bardzo wielkiego 
wzrostu, był cały w zbroi brązowego koloru, miał taki sam hełm z barwnymi piórami i końskim 
ogonem na głowie i podniesioną przyłbicę, ale jego twarzy nie można było poznać, było 
to za daleko. W pierwszym szeregu za nim jechał trębacz, a dalej czterech żołnierzy, w półpancerzach 
i hełmach, a na koniach tureckich. Na pierwszy rzut oka było widać, kto się znał 
na tym, że był to poczet ubrany i uzbrojony porządnie, a tak błyszczący, jak gdyby na popis 
wyjechał. 
Ledwie ci ludzie wysunęli się z bramy, trębacz uderzył w trąbę i zagrał odzew królewski. 
— Paniowski albo też Wilczek! — zawołał stary Pretficz, przykładając prawą rękę do czoła, 
aby zasłonić oczy od promieni zachodzącego słońca. 
Ale Lubek zbladł na to i krzyknął mocno zmienionym głosem: 
— Gniewosz! to Gniewosz, poznaję go po brązowanym pancerzu. 
Tymczasem poczet zajechał stępą przed ganek — a kiedy stanął przed gankiem, wszyscy od 
razu jego rotmistrza poznali: był to Gniewosz. 
Zaraz więc obydwa Pretficze ku niemu skoczyli, a ojciec zawołał: 
— Wszelki duch chwali Pana Boga! Przecie nam wracasz! A myśmy tu już rozumieli, żeś 
tam sobie zdobył jakie królestwo między pogany i już nigdy nie wrócisz... 
Gniewosz zsiadł z konia, podał prawą rękę staremu Pretficzowi, lewą położył na ramieniu 
Lubka i rzekł: 
— Do niewoli się prędko dostaje, ale nieprędko się z niej powraca. 
Po czym kłaniał się Pretficzowej, której nie znał dotychczas, powiadając jej komplementy 
po kawalersku i zapewniając ją, że dla jej cnót, znanych całemu krajowi, zawsze był pełen 
uwielbienia. 
Gniewosz wyglądał czerstwo i świeżo. Jego szafirowe oczy świeciły prawdziwym blaskiem 
szczęścia i spokoju, na jego białych policzkach błyszczały lekkie rumieńce, około ust 
igrał ten uśmiech swobodny, po którym widać człowieka, pełnego miłości dla wszystkich i 
przejętego uczuciem zadowolenia. Widząc to Pretficz, zawołał do niego: 
— Bodajże nam tak wszyscy wracali z niewoli! Jednak podobno tobie nie tak bardzo źle się 
tam powodziło, jak innym, bo jak wszystkich, tak też i Turków potrafiłeś do respektu dla siebie 
zniewolić, jak nam to Lubek powiadał. 
— Jużci mnie tam nie męczono, ale niewola zawsze jest gorzka — odpowiedział mu Gniewosz. 
A na to Pretficz: 
— Nie widać tego po tobie, bo wracasz z niewoli tak pięknie okryty, jak gdybyś przyjechał 
z Czorsztyna, co mnie też dziwi. 
— Jeszcze się bardziej zadziwisz — rzekł Gniewosz — kiedy ci powiem, że ten koń wielki rycerski, 
co na nim jadę, i te dwa przednie konie tureckie, na których siedzą ci dwaj szlachcice, 
com ich także wyprosił z niewoli, to prezent, którym mnie obdarował sam cesarz turecki. 
Na to znów Pretficz: 
— Więc to tam przyjaźń się ściele pomiędzy nami a Turecczyzną? co by też było bardzo 
pożądanym, bo nie życzyć nam wojny z tym mocarstwem, co ma zbrojnego ludu jak mrowia, 
a do tego jeszcze i Tatar, i Wołoszczyznę na zawołanie. Jeżeliś tam pokój z Bajazetem ułożył, 
choćby tylko na jakie lat kilka, abyśmy też odetchnęli po tych dwóch latach wojennych, tobyś 
tym wielką położył zasługę około naszego dziś bardzo wycieńczonego królestwa. 
— Nasz pan miłościwy nosi się z tymi myślami — odpowiedział mu Gniewosz — ale mu się 
zdało za prędko, że ja tę sprawę załatwię. Ofiarując cesarskiego synowca w zamian za mnie, 
przysłał mi kredytywy do Bajazeta, a mnie instrukcje, ażebym zaraz o pokój traktował. Zrobiłem, 
co mogłem, ale to nie tak prędko idą te rzeczy, bo carz turecki czuje się bardzo potęż195 
nym, a w nasze potęgę nie bardzo wierzy, chociaż dosadne cięgi wziął w Polsce przeszłego 
roku; zaczem to jeszcze dużo pracy i innych posłów będzie potrzeba, nim się go do pokoju 
namówi. Czyli i o ile mnie się udało wygładzić drogę do tych układów, to się dopiero później 
pokaże; ja tylko wiem tyle, że gdyby mi król niebyt nałożył tej misji, to byłbym już w marcu 
powrócił, a tak powracam dopiero w maju. 
Wszakże to rzekłszy, zapewne nie chcąc się dalej spowiadać z tych rzeczy, położył znów 
rękę na ramieniu Lubka i spytał: 
— Powiedzże mi, młodzieńcze, dotrzymałeś sekretu, jakeś mi to obiecał? 
Na to zapytanie Lubek zbladł i zająknął się, mówiąc: 
— Nie mogłem mieć sekretu przed ojcem... 
Jednak w tej chwili ojciec go wyrwał z kłopotu, mówiąc do Gniewosza: 
— Bądźźe sobie spokojny. Nikt o tobie nic nie wie — a jeśli się kto swego czasu o tym dowiedział, 
żeś jest w niewoli, to ci to wyszło na dobre... 
Gniewosz się nad tym zamyślił, a potem zapytał: 
— Powiedzże mi otwarcie, któż się o tym od was dowiedział, że żyję? 
— Król jeden — odpowiedział mu Pretficz — a oprócz niego może tylko jedna osoba. Zresztą 
w całym kraju nikt nie wie o tobie i wszyscy cię mają za umarłego. 
— Jedna osoba w Polsce — rzekł na to Gniewosz z gorzkim uśmiechem — to cała Polska bez 
mała... 
Tu już sam Pretficz nie wiedział, o co mu chodzi, jednak rzekł głosem stanowczym: 
— Pogadamy o tym. Tymczasem zaś tylko tyle ci powiem, że ci ręczę za tę osobę... 
Z tym poszli do wieczerzy. Przy stole, wobec tak wielkiej liczby domowników, stary Pretficz 
tak się urządził, że mu wciąż opowiadał o rzeczach publicznych, które bardzo go zajmowały, 
a ani jednym słowem nie dotknięto spraw osobistych i familijnych. Jednak zaraz po 
wieczerzy domowników odprawił, a przy stole zostali tylko on z żoną, Gniewosz i Lubek. 
Pretficz widząc, że Gniewosz jest zajęty jakimiś tajemnymi myślami, które go niepokoją, 
chcąc go w lepszy humor wprowadzić, tak się do niego odezwał: 
— Nikt w całym kraju nie wie, żeś żyw i jużeś powrócił, ani nawet, że wracasz, ale ty także 
nie wiesz, jak się kraj cały ucieszy, kiedy się o tym dowie, i jakie gody ci sprawi, kiedy ciebie 
obaczy. Boś też i prawdę mówiąc, rzetelnie na to zasłużył. 
— Nie wiem zaprawdę — rzekł Gniewosz — czym bym sobie na to zasłużył. 
— Jużci tym — powie mu Pretficz — żeś twoją przemową, a potem i czynem tak dzielnie pod 
Suczawą wystąpił, zaczem i upadłego ducha w całej armii podniosłeś i uratowałeś honor królewski, 
a jak wszyscy to powiadają, sprowadziłeś tak świetne zwycięstwo. 
Na to mu Gniewosz odpowiedział ze zwykłą sobie skromnością: 
— Cóżem tam zrobił tak niezwyczajnego? wypełniłem mój obowiązek — i na tym wszystko 
się kończy. 
Zaczem Pretficz zabrał głos i tak mówił: 
— Jużci tak: ale dopełnienie swych obowiązków jest też najwyższym czynem, jakiego 
człowiek może dokonać w tym życiu. Zapewne, że wiele od tego zależy, jak kto swoje obowiązki 
zrozumiał i sobie ich dopełnienie określił, ale kto je pojął rozumnie i zacnie i szeroko 
ogarnął, a w najszerszym zakresie sumiennie dopełnił, ten, choćby był bardzo maluczkim 
obywatelem tej ziemi, a jego zakres działania bardzo skromniutki... ten tulit 
punctum89 i wierz 
mi, że nie masz większego człowieka nad niego. Zapewne, że ten i ów, obdarzony zuchwałą 
fantazją, może czasem coś zrobić ponad swój obowiązek, w czym świat znajdzie upodobanie 
i za co go też głośnym obsypie aplauzem: ale jeżeli się czynom takich śmiałków z bliska 
przypatrzysz, to zawsze znajdziesz, że były one natchnione duchem więcej; awanturniczym niżeli obywatelskim. Jakoż ci ludzie są to po prostu gracze, co grają nie kośćmi albo kartami 
o złote węgierskie, ale krwią ludzką o losy państw i narodów, a co najgorsza, to, że ich grą 
często kieruje nie dobro ludzi, lecz miłość własna. Jakoż świat ich traktuje jak graczy: jeśli 
wygrali, rzadko sami zbierają owoce swojej wygranej — a jeśli przegrali, świat nie bierze w 
rachubę ich dobrych intencyj, tylko za krew bezskutecznie przelaną płaci im klątwą, w najlepszym 
zaś razie imiona ich zapomnieniu oddaje. Natomiast zaś człowiek, co swoich obowiązków 
dopełnił, sowitą znajduje nagrodę w swym własnym sumieniu i we czci swoich 
bliźnich, którą mu dadzą za życia; jeśli zaś padł śród zawodu, naród stawia mu niepożyty pomnik 
w pamięci wszystkich następnych pokoleń, a jego imię trwa wiecznie jako wzór cnoty 
obywatelskiej. Tak jest i tak być powinno: bo nie na tych świat stoi, co jak gwiazdy spadające 
niezwykłym blaskiem zabłysną i zgasną, lecz na tych, co w niezmordowanej pracy dopełniają 
swych obowiązków, w dzień i w nocy służą tej społeczności, do której należą, a swymi własnymi 
rękami toczą naprzód rydwan tego królestwa, które, ochraniając ich swymi prawami, 
daje im możność życia ze sobą i spożywania owoców swej pracy w bezpieczeństwie, w spokoju 
i zgodzie. 
Tak mówił Pretficz. Ale Gniewosz słuchał go w roztargnieniu. Był on widocznie innymi 
myślami zajęty, a może nawet zniepokojony. Co widząc Pretficz, zapytał go: 
— Powiedże mi, jako przyjacielowi, który ci rad we wszystkim usłużyć, wieszże ty o tym, 
co się tu stało podczas twojej nieobecności? 
— Jużci wiem — rzecze Gniewosz — bo Kamieniecki z rozkazu króla wszystko mi napisał. 
Moja matka umarła... Moja żona poszła za Wilczka... Miała prawo do tego, bo Wilczek znalazł 
mój testament w obozie, w którym ja sam ją do zamężcia upoważniłem. Pośpieszyli się, 
powinni byli czekać rok i sześć niedziel, może będą o to korowody z Kościołem: ale król mi 
pisze, żebym się tym nie frasował, bo on to sam bierze na siebie, ażeby ślub został uznany za 
ważny. Potrzeba tylko mojej deklaracji, jako tej mojej żony reklamować nie będę... 
W tej chwili Pretficzowa wstała od stołu i odeszła, Pretficz zaś rzekł: 
— Daszże tę deklaracją? 
— Jużci dam. Jakoż nie o to mi chodzi, tylko o to, jak by to zrobić. 
— Toż to rzecz bardzo prosta — rzekł Pretficz — złożysz deklaracją u arcybiskupa we Lwowie 
albo u kardynała w Krakowie, który jest zarazem prymasem, i koniec. 
— Ba! — rzecze Gniewosz — jeszcze to na tym nie koniec. Bo przecież trzeba i Wilczków o 
tym zawiadomić zawczasu. Najprzód dlatego, że pewnie od nich będą wymagać dowodów, 
jako ślub wzięli, gdzie, jak i kiedy? A potem, mam sobie za obowiązek sumienia uprzedzić 
ich o tym, jakie są moje zamiary, ażeby nie rozumieli, dowiedziawszy się skądinąd o moim 
powrocie, jako będę im wstręty wyprawiał i aby mnie przez ten czas nie przeklinali. Tego 
bym nie zniósł — a oprócz tego, Bogiem a prawdą, zachowanie takich względów jestem im 
winien, bo Wilczek zawsze mi był przyjacielem, a Jagienka poczciwa, skromna a nieszczęśliwa, 
także mi nigdy nie zrobiła nic złego. Owszem, możem ja jej co winien — i jeśli mogę ją 
czym za jej dobre serce nagrodzić, to chyba tym tylko, jeżeli jej zgryźliwości oszczędzę. 
Więc stary Pretficz mocno zastanowił się nad tym. Przez delikatność nie chciał Gniewoszowi 
powiedzieć, że jeżeli Wilczkowie będą musieli dowodzić, jako ze sobą regularny ślub 
wzięli, to mogą się z tego nowe wywiązać trudności, ale tym bardziej musiał mu przyznać, że 
trzeba koniecznie Wilczków tak o jego powrocie, jak też o jego dobrej woli uprzedzić. Zaczem 
namyśliwszy się, powziął zacne postanowienie i rzekł: 
— Słysz, Gniewosz! Ja nigdy nikogo nie swatam, nawet i powaśnionych małżeństw nigdy 
nie godzę, bo i za to ci czasem niewdzięcznością zapłacą, ale w tym trudnym terminie już 
chyba sam ci się z moją usługą narzucę. Jeżeli wola, to pojadę sam jutro do Wilczka, a tak 
rozumiem, że dosyć składnie dopełnię tego poselstwa. 
Teraz znów Gniewosz mocno nad tym namyśliwszy się, rzekł: 
— Dziękuję ci z całego serca za twoję przyjaźń, ale nie wiem, czy powinienem przyjąć ofiarowaną 
usługę. Ty nie znasz Wilczka. Był on od najmłodszych lat swoich zawsze pochmurny, 
w sobie zamknięty, nie ufający nikomu, a podejrzliwy przeciwko wszystkim — i takim już 
będzie przez całe życie. Do tego jeszcze jest to człowiek uparty, niezmiernie wrażliwy i nie 
odstępujący za nic w świecie od swego pierwszego wrażenia: kto wie, jak cię przyjmie, i kto 
wie, czy ci uwierzy? Bywacież często u siebie i macie dobrą przyjaźń ze sobą? 
Na to pytanie stary Pretficz mocno się zmienił i zaczął się jąkać: 
— Wilczkowie się całkiem odosobnili... Zamknęli się u siebie... Nie byli u nas... 
— Więc widzisz — rzekł na to Gniewosz, a nie wiedząc o tym, że nie Wilczkowie się przed 
sąsiadami, ale sąsiedzi się przed nimi zamknęli, dodał do tego — owo masz Wilczka, jakim był 
zawsze. Obawiając się zapewne, ażeby kto nosem nie skrzywił na jego żonę za to, że poszła 
za niego, nie czekając prawnego terminu, odgrodził się murem od całego świata i pewnie psy 
wiesza na wszystkich. 
Ażeby tę cierpką uwagę złagodzić, odezwał się stary Pretficz, mówiąc: 
— Nie tak całkiem się odgrodzili od świata... Mój Lubek co niedzielę tam bywa. 
— Bywasz u nich? — rzekł Gniewosz żywo — jakże więc żyją ze sobą? 
Lubek przez cały czas tej rozmowy był bardzo zniepokojony. Na pierwszy widok Gniewosza 
tak się przestraszył, że wszystka krew w nim zakrzepła; kiedy się dowiedział, że Gniewosz 
żony reklamować nie myśli, uspokoił się trochę: ale przecie w jego sercu najprzeciwniejsze 
się krzyżowały uczucia, a w jego głowie niesłychanie bezładne myśli goniły za sobą. 
Bladł i czerwieniał i oddech mu się zapierał w piersi, i sam nie wiedział, co się z nim dzieje. 
Teraz się ocknął, ale tylko wymówił te słowa: 
— Bardzo są z sobą szczęśliwi... 
— Cóż ty rozumiesz — spytał go Gniewosz — jeżeli twój ojciec im powie, że ja ich separować 
nie myślę, czy uwierzą? 
— Sam nie wiem — rzekł na to Lubek — może się Wilczek zrazu rozgniewa, bom to uważał, 
że zaraz w wielką złość wpada, kiedy kto wspomni o jego ślubie. Dlatego też nierad kogo 
przyjmuje u siebie i zawsze brama w zamku zamknięta. Jużci, kiedy mu ojciec to powie, to 
zapewne uwierzy... ale co potem będzie gadał, jak ojciec odjedzie, to trudno zgadnąć. 
— Mnie uwierzy, za to ci ręczę — rzekł Pretficz ze stanowczością człowieka, który nie pozwala, 
aby temu nie wierzono, co mówi. 
— Jużci uwierzy — rzekł Gniewosz — o tym ja ani na chwilę nie wątpię. Ale zawsze potem z 
tego wynikną długie ceregiele, bo jużci trzeba, abym ja z Wilczkiem ułożył wspólną akcją w 
dobrym porozumieniu, ażeby jego śluby zostały uznane; przez pośredników, choćby najrozumniejszych, 
porozumienie takie będzie dłuższego wymagać czasu — a ja jednego dnia nie 
mam do stracenia. Zważywszy więc wszystko, jaką myśl miałem, kiedym moją drogę tędy 
obrócił, do tej też wracam — i raczej sam pojadę na Tustań. 
— Jak cię obaczą tak niespodzianie, dziwnie się przestraszą — rzekł Pretficz. 
— Więc się przestraszą — odpowiedział mu Gniewosz — ale przecie ze strachu nie umrą. 
Zresztą, nie dam im nawet czasu do strachu, bo pierwsze słowo, które do nich przemówię, 
będzie to, że przyjeżdżam, ażeby zgodę ułożyć. 
— Żeby tylko Wilczek się nie uniósł przeciwko tobie, nim jeszcze to słowo usłyszy — rzekł 
Pretficz — bo był zawsze bardzo porywczy, a teraz podobno stał się tak drażliwy, że nawet 
nikt nie może do niego przystąpić. 
— Przeciwko mnie Wilczek się nie uniesie — rzekł Gniewosz, podnosząc dumnie głowę do 
góry — a potem, od czegóż przezorność? Mogę mu przecież, jak na wojnie i jak jest obyczaj 
rycerski, przez trębacza ogłosić, że przyjeżdżam po zgodę. 
Stary Pretficz już sam nie wiedział, co ma o tym rozumieć, obrócił się więc do Lubka i 
rzekł: 
— Cóż ty na to powiadasz? boć ty ich znasz lepiej od nas wszystkich. 
A Lubek, który teraz całkiem się już uspokoił i był dobrej myśli, powiedział na to: 
— Podobno najlepiej, ażeby pan Gniewosz sam jechaŁ Zrazu się przestraszą, ale jak się 
dowiedzą, że ze zgodą przyjeżdża, bardzo się uradują, a potem się uspokoją na zawsze. A 
przecież do ich szczęścia tylko tego im jeszcze brakuje... 
— Bardzo rozumnie mi radzisz — rzekł Gniewosz — więc tak! Ja sobie jutro wyjadę o świcie, 
wezmę tę małą drogę na dwa popasy, przed zachodem słońca stanę w zamku tustańskim, a da 
Bóg, przy wieczerzy wypijemy wielkim kielichem za zdrowie nas wszystkich. 
I tak się stało. Nazajutrz rano Gniewosz wyjechał — a w Sokołowie czekano z gorączkową 
niecierpliwością wiadomości o tym, co się tam stanie w Tustaniu. 
Na czym polega najwyższe szczęście człowieka na ziemi? Odkąd ludzkość goni za szczęściem 
świadomie i nad tym się zastanawia, bardzo różne o tym są zdania. Wszelako wszystkie 
mniej więcej w tym się zgadzają, że człowiek dostąpił szczytu swojego szczęścia natenczas, 
kiedy się w zupełności spełniły jego najgorętsze życzenia. Jakoż jeżeli tak się zapatrzymy na 
szczęście Wilczków, to musimy powiedzieć, że byli to ludzie najszczęśliwsi na świecie. 
Wilczek, potomek jednego z najznamienitszych rodów, miał jako starosta królewski takie 
stanowisko społeczne, na którym naówczas był równym każdemu dygnitarzowi; jeśliby chciał 
mieć dygnitarstwa, to potrzebował tylko rękę po nie wyciągnąć, a nawet, choćby się o nie nie 
starał, to nie mogły go one swego czasu ominąć. Od czasu ożenienia się miał majątek ogromny, 
a stąd tak obfite dostatki, że nie potrzebował ich najbogatszym zazdrościć. Dwór też u 
niego był wielki i ludny, a przy jego hojności, której się z ojca i dziada od Jagiellonów nauczył, 
kto żył na jego zamku, ten we wszelki dar Boży opływał. Kiedy za czasów kawalerskich, 
właśnie z powodu tej rycerskiej hojności, nie zawsze się końce stykały u niego, jego 
duma nieraz nad tym mocno cierpiała, że musiał się zapożyczać u Ormian; ale teraz skrzynie 
u niego były tak pełne, że mógł jeszcze drugim pomagać — a przeto jego umysł z tego względu 
bardzo się wypogodził i przynosi. mu wielkie zadowolenie. Los zrządził, że zawrzał nieprzepartą 
miłością dla kobiety, która mu się wydała najlepszą, najpiękniejszą i najwspanialszą 
ze wszystkich, bo też istotnie blaskiem swojej urody górowała nad inne, a swoim imieniem 
stała z najwyższymi na równi. Były trudności, zdawały się nawet niezwyciężone; ale on się 
nie cofnął przed nimi, owszem, wytoczył im walkę, a poniósłszy umartwień i trudów, i ofiar 
bez końca, odniósł zwycięstwo. Uczucie to, że mimo niezwyciężonych trudności, własną zasługą 
dobił się wreszcie do celu, podwoiło mu wartość dostąpionego szczęścia. Jagienka odpowiedziała 
jego oczekiwaniom nad wszelkie najidealniejsze marzenia. Kochała go i ceniła 
jak bóstwo, na cały świat patrzała tylko jego oczyma, wszystkie jego uczucia odczuwała w 
swym sercu, wszystkie sprawy sądziła tylko jego rozumem. Przez cały czas ich pożycia nigdy 
żadnej chmurki pomiędzy nimi nie było. Owszem, przeszłej jesieni niebo się otworzyło nad 
nimi, bo mieli maleńkie dzieciątko, według ich zdania, jednocześnie i do ojca, i do matki jak 
dwie krople wody podobne, a piękne, wesołe, uśmiechnione i rozumne jak anioł. O cóż im 
jeszcze chodziło? O to, aby tylko żadna chmurka się na tym jasnym niebie nie pokazała, aby 
nic nie zakłóciło ich niebieskiego spokoju, ażeby się jaki wąż jadowity nie wśliznął do ich 
raju i nie zwarzył swoim zatrutym oddechem tych róż wiecznie kwitnących, które go napełniały. 
Wśród tego szczęścia Wilczek przecież miewał czasami chwile, w których pochmurne 
zmarszczki się gromadziły na jego wypogodzonym czole. Był on skłonnym z natury do czarnego 
zapatrywania się na świat i życie człowieka na ziemi — a tacy ludzie nie mogą znieść 
długo jasnej i jednostajnej pogody: muszą koniecznie mieć coś, czym by się gryźli, a jeśli 
zgryzoty w rzeczywistości nie mają, to sobie ją stworzą w swej wyobraźni. Jest coś w ich 
wnętrzu, co tam żyje świadomie albo i nieświadomie, i te mary w nich płodzi — a to coś jest 
najczęściej wyrzutem sumienia, czasem o jakiś występek, a czasem tylko o błąd popełniony, 
który wszelako zostawił ciemną plamę na jasnej karcie przeszłości ich życia. Wilczek miewał 
takie chwile pochmurnego zamyślenia się — a wtedy czasem w ciężki, melancholiczny smutek 
zapadał, a czasem niepowściągliwym wybuchał gniewem na kogo bądź, kto mu się właśnie 
przed oczy przesunął, nie wiedząc nigdy, za co się gniewa. 
W takich chwilach najrozmaitsze myśli mu przychodziły do głowy, które wszelako zawsze 
przedstawiał sobie w takim znaczeniu, aby się nimi mógł nagryźć do syta. Tak czasem gryzł 
się tym, że mimo swego bogactwa i swego znaczenia, tak jest odosobniony. Co sobie ci głupi 
ludzie upatrzyli do niego? Zarzucali mu zrazu ślub jego, niby nieregularny i przeciw prawu. 
Więc dobrze, mogli wtenczas mieć jakąś racją za sobą. Ale teraz, kiedy już nie rok i sześć 
niedziel, ale półtora roku minęło? I teraz kiedy już nie masz najmniejszego wątpienia, że 
Gniewosz nie żyje? Tego ludziom nie mógł przebaczyć i wtedy pragnął, aby go odwiedzali, 
chociaż sam pierwszy nie pojechał do nikogo. 
Od czasu do czasu jednak się zdarzało, że go ktoś odwiedził. Miał przecie jurysdykcją dosyć 
obszerną, a w niej szlachty i kmieci, i kniaziów, i wójtów bardzo wielu, nad którymi sądy 
sprawował, musiał się znosić w sprawach publicznych ze starostami zamków pobliższych, a 
wreszcie czasem się zdarzył jaki rycerz lub szlachcic podróżny. Ale zawsze mu tak się zdarzało, 
że kiedy gościa zameldowano, rad mu był bardzo i serdecznie go przyjął, lecz jak się z 
nim tylko trochę rozgadał, już go gość znudził i rad by był, żeby sobie jak najprędzej odjechał. 
Albowiem czy tak było w istocie, czy tylko tak mu się zdawało, wszyscy ci goście byli 
niezmiernie zimni dla niego, w głosie każdego z nich czuć było, że jest przed nim zamknięty i 
trzyma się z dala od niego — a jeśli który się z serca przed nim otworzył, to zawsze mu dał do 
zrozumienia, jakoby jego ślub w opinii publicznej podlegał cenzurze, że wprawdzie w tym 
nie masz nic złego, ale że trzeba by z tym coś zrobić takiego, ażeby uczynić zadość życzeniom 
tych, którzy go radzi szanują i zawsze go bronią. 
Na takie mowy, chociaż one były tylko dowodem, do jakiego stopnia opinia publiczna w 
wyższych warstwach; społecznych była już silną natenczas w sprawach obyczajowych, Wilczek 
wpadał w złość cale niepowściągliwą. — Z czego mnie bronić? Przed kim mnie bronić? 
niechże was wszyscy diabli porwą z waszą obroną! Jeślibym się dowiedział, że mnie kto broni, 
tobym mu pierwszy łeb rozpłatał na dwoje! — Takimi słowy odpowiadał na tego rodzaju 
uwagi swoich przyjaciół — a ile razy mu się zdarzyło tak się na kogoś rozgniewać, zawsze 
przez parę dni potem krew miał zburzoną i nie mógł powrócić do swego zwykłego spokoju. 
Z tego powodu coraz mniej swoich przyjaciół u siebie przyjmował i nie wyjeżdżał nigdzie 
w sąsiedztwa, z tego powodu nie był dotychczas nawet we Lwowie i nie przedstawił Formozie 
swej żony, chociaż Jagienka była jej siostrą cioteczną, lecz z tegoż samego powodu owe 
pochmurne zmarszczki się gromadziły na jego czole i miewał częstokroć chwile bardzo czarnego 
usposobienia umysłu. 
Pomiędzy zamkową załogą, a nawet i między starszyzną po okolicznych wsiach i miasteczkach 
bardzo dobrze o tych jego pochmurnych chwilach wiedziano, chociaż nie wszędzie 
te same im przypisywano powody. Jedni mówili, jak gdyby o tym wiedzieli na pewno, że 
Wilczek ożenił się przeciw wyraźnemu zakazowi prymasa i króla, że za to nałożono na niego 
pokutę i dlatego nie śmie opuścić swojego zamku do czasu. Inni szli dalej i utrzymywali, jakoby 
Wilczek był w wojnie z Kościołem, jakoby dlatego zakazano mu żenić się z Jagienka, 
że uwiódł Ofkę i nielitościwie porzucił, że kiedy się pomimo to ożenił, Kościół rzucił klątwę 
na niego, zaczem nie może się nigdzie pokazać, bo gdzie by go przychwycono, zaraz by mu 
szyję ucięto. Zaś między ludem najpotworniejsze chodziły wieści, jakoby Wilczek diabłu 
duszę zapisał, jakoby czart zabił Gniewosza na wojnie, zdjął z trupa ślubną obrączkę, zaniósł 
ją do Jagienki i tym sposobem skłonił ją do ślubu przeciwko zakazowi Kościoła — i kto wie, 
czy wieści te nie utworzyły się z opowiadań samegoż Kostrubana, który rad włóczył się między 
chaty, chłopom i babom rozmaite wyrządzał przysługi, przez wszystkich chętnie był 
przyjmowany i nagradzany, chociaż i o nim niesamowite chodziły wieści pomiędzy zadymionymi 
chatami. Zwłaszcza gdzie mądre mieszkały baby, którym psował ich czarownicze rze
miosło, tam bardzo podejrzaną miał reputacją: tam go już miano wcale za sługę tego, którego 
nazwisko można wymówić tylko po przeżegnaniu się krzyżem świętym, i tam przepowiadano 
na pewno, że jednego dnia starosta tak zniknie, jak gdyby świecę kto zgasił, ale i Kostruban z 
nim zniknie, bo sam jego duszę zaniesie do piekła. 
O tych wieściach nikt nie śmiał wspominać Wilczkowi. 
Lubek, zajmujący się żywo bajkami krążącymi pomiędzy ludem, wiedział je wszystkie; dla 
Wilczka wprawdzie miał tylko przyjaźń za to, że był wybornym mężem dla swojej żony, ale 
Jagienkę tak kochał i tak ją ubóstwiał, że za nic w świecie nie byłby takiego słówka wypuścił 
z ust swoich, które by mogło na jedno mrugnienie oka zaniepokoić jej serce. Dlatego ani sam 
się nie podjął misji zawiadomienia Wilczków, że Gniewosz żyje, ani też za tym wotował, 
ażeby jego ojciec pojechał z tym fatalnym poselstwem, a natomiast Gniewoszowi dał radę, 
ażeby sam własną pierś na ten gwałtowny cios wystawił, którym mu Wilczek na razie za tę 
wiadomość zapłaci. 
Ramułt, szczwany lis dworski, nie tylko sam o tych rzeczach ani słówkiem nie pisnął 
swojemu panu, ale nawet surowo karał żołnierzy za to, jeżeli tylko pomiędzy sobą o tym gadali. 
Wszystkich innych dworaków, nawet tych, co z nim do stołu siadali, Wilczek trzymał tak 
od siebie z daleka, że żaden nie śmiał mu nawet wspomnieć o rzeczach dotyczących jego 
osoby. 
Tylko jeden stary Kukuć, dla swego wieku i zasług bardzo przezeń respektowany, mógł 
czasem z nim o takich sprawach rozmawiać. Niejednokrotnie nawet sam Wilczek, kiedy się 
mocno zgniewał na kogo, a potem wysapał, rad przemówił do niego, zasiadł z nim w ganku 
albo na przyzbie stajennej i wywnętrzał się przed nim, skarżąc się cierpko na świat i ludzi, 
jako są źli i nielitościwi, i człowiekowi dla stu zalet i cnót nawet jednego marnego błędu nie 
przebaczą. 
Kukuć, jako dworak jeszcze daleko doświadczeńszy niż Ramułt, także się nie poważył z 
łaską pańską żartować: ale że Wilczek sam przed nim przypuszczał, że może nie jest bez błędu, 
więc mu czasem coś rzucił, czego by mu kto inny nie był powiedział. Plotek mu nie powtarzał, 
które by go tylko gniewały, a nie nauczyły niczego: ale mu bąknął po raz i drugi, że 
nie masz takiego błędu, którego by człowiek rozumny nie mógł naprawić. Dawniej wyrażał 
się tylko ogólnikowo, ale teraz, ku wiośnie, czasem na swoje uwagi większy nacisk położył, 
aż wreszcie Wilczek raz go zapytał: 
— Więc cóż z tym robić? 
— Ot, co! — rzecze mu Kukuć — rok i sześć niedziel minęło, prawu stało się zadość, pojechać 
do Lwowa i wziąć ślub w katedralnym kościele, a niechaj sam arcybiskup pobłogosławi. A 
wtedy chyba psi pysk jeszcze jakie plotki siać będzie. 
Wilczek bardzo zastanowił się nad tym. Ale po zastanowieniu ta myśl mu się nie podobała. 
Jeżelibym wziął ślub powtórnie — mówił do siebie — to dopiero teraz powiedzieliby wszyscy, 
że tamten był dany Bóg wie po jakiemu, i dopiero teraz zaczęłoby się wielkie szczekanie... 
Nie! tego nie zrobię, tej satysfakcji nie doczekają ode mnie. — Jego miłość własna i duma oburzyły 
się na to i dały mu, jak zwyczajnie, złą radę, że lepiej trwać w błędzie, niżeli się przyznać 
do błędu, choćby go zarazem naprawić. Rozmawiał o tym dalej z Kukuciem, bo lubił go 
słuchać, lecz tylko na to, aby go zbijać: zdawało mu się, że jak jego przekona, to już wszystkich 
swych przeciwników przekonał. 
Niedawno temu sam zaczął o tym rozmowę z rozumnym staruszkiem i mocno się przy 
swoim upierał. Kukuć tym razem był więcej stanowczy niż kiedykolwiek, a wyczerpawszy 
wszystkie swe argumenty, na koniec rzekł: 
— Niech pan starosta to zrobi. Ja dobrze radzę. Bo jeśli ja wiem, że ktoś na mnie z boku 
zgrzyta zębami, to sam mu podam sposobność, aby się wyszczekał — a jak się wyszczeka, to 
potem na zawsze umilknie. Tak będzie i z tymi ślubami. A jeśli tam oprócz tego będzie potrzeba 
i co innego naprawić, to i o tym się myśli, i to się także naprawi. 
Tych ostatnich słów Wilczek nie słyszał. Jeszcze tamte w uszach mu brzmiały, nie chciał 
ich słuchać i odszedł, ale podobno już bardzo w sobie zachwiany. 
Wszelako wtedy wmieszała się w tę sprawę Jagienka. 
Jagienka, szczęśliwa tym szczęściem, które każdej mężatce, nie obałamuconej obcymi jej 
naturalnemu powołaniu myślami, za cały świat starczy, nigdy się dotąd nie zastanowiła nad 
ważnością swojego ślubu. Wiedziała wprawdzie swojego czasu, że proboszcz w Czorsztynie i 
biskupi w Krakowie robili jakieś trudności i że dlatego dał im ślub ksiądz Wara, ale dawno 
już o tym zapomniała — a czy tam Kościół z tego jest kontent, czy nie, i co tam o tym myślą 
sąsiedzi, było jej zupełnie obojętnym i nawet nie miała żadnego powodu nad tym się zastanawiać. 
Miała męża, którego mieć chciała i całą duszą wielbiła, miała swoje dzieciątko, które 
do szaleństwa kochała i którym się nigdy nie mogła dosyć nacieszyć, opływała we wszystkie 
dostatki, jakich tylko może zapragnąć najwybredniejsza fantazja, czegóż jej jeszcze było potrzeba? 
Zaś ta okoliczność, że mało kto u nich bywał, a oni krokiem nie ruszali się z domu, w 
jej nieznajomości świata jej wcale nie uderzała: ona nie czuła dotąd żadnej potrzeby udzielania 
się światu i zdało się jej, że każda młoda mężatka ma pilnować męża i dzieci, a dopiero 
potem, kiedy już jest matroną, zaczyna się włóczyć po świecie. Jej serce i umysł były zatem z 
tego względu jak najzupełniej spokojne. 
Ale nie mogły ujść jej uwagi owe pochmurne zmarszczki na czole jej męża i owe chwile 
ciężkiego smutku, które go napadały, a których nie znała przyczyny. Już dawniej go nieraz o 
to pytała, ale on zawsze ją uspokoił, mówiąc, że przy gospodarstwie jakokolwiek rozległym i 
przy tak licznej załodze wojskowej nie może się obejść bez zgryźliwości, które wszakże mijają. 
Wszelako pod wiosnę, odkąd Wilczek zaczął swoje dysputy z Kukuciem, nie tylko że 
owe chwile zamyślania się częściej się powtarzały, ale widać było po nim stały niepokój, który 
już wcale nie ustępował. To ją niezmiernie zniepokoiło. 
Zapytała go kilka razy — a kiedy nie otrzymała odpowiedzi, jej bujna wyobraźnia grać w 
niej poczęła i przyniosła jej myśl rozpaczliwą, że może Wilczek otrzymał jaką wiadomość o 
Gniewoszu i dlatego nie chce jej powiedzieć, co go tak gryzie. Z tym podejrzeniem długo się 
nosiła, w dzień była roztargnioną, w nocy się ze snu budziła, ale je w sobie tłumiła, bo bała 
się choćby tylko wymówić to słowo. 
Wszakże przyszedł dzień taki, kiedy wypytując swego męża o jego troski, drżała na całym 
ciele i on musiał spostrzec ten jej straszliwy niepokój. A wtedy, naciśnięta przez męża, powiedziała 
mu, co ją tak niepokoi. Natenczas też i Wilczkowi nie pozostało nic innego, jak 
wyspowiadać się przed nią, był to bowiem jedyny sposób, aby jej próżne obawy stanowczo i 
raz na zawsze rozprószyć. 
Wilczek jej tedy powiedział, co jest, a spowiadając się przed nią całkiem otwarcie, tak dalej 
mówił: 
— Owo więc takie to rzeczy! Jużci mnie nieraz nie żartem to mierzi, że my, mając i wszelkie 
dostatki, i znaczenie po temu, aby nas znano na świecie, siedzimy zamknięci w tych murach 
jak borsuki w swej norze. Nie o mnie mi chodzi, bom ja się już dosyć naszastał pomiędzy 
ludźmi, a nawet zanadto, boć Bogiem a prawdą cale tego niewarci, aby się im dać z bliska 
ocierać o siebie. Ale kiedy patrzę na ciebie, żeś taka wielka pani, co takiej drugiej nie masz na 
całej Rusi, i taka piękna, że całe rycerstwo powinno by u nóg ci leżeć, a mimo to kwasisz się 
w samotności w tym starym zamczysku, to mi się serce kraje z boleści i chciałbym szczerze 
temu zaradzić. Jest na to sposób, jako ci już powiedziałem. Ale jechać teraz do Lwowa i dawać 
na zapowiedzi, kiedyśmy już od półtora roku z sobą zamężni i kiedy dziecko kwili w 
kołysce, to mi się przecież nie zdaje. Kiedy się z tym zgłoszę do arcybiskupa, jak znam surowość 
imć księdza Boryszewskiego, jestem pewny, że dopiero teraz się zaczną kwerendy. Będą 
pisać od konsystorza do konsystorza, będą się pytać Pudełka, dlaczego nam ślubu odmó202 
wił, rozeszłą posłów za księdzem Wara i może go znajdą w której garkuchni pod ławą... zgoła 
sprawa ta będzie się wlokła przez kilka miesięcy — a przez ten czas wszystkie stare baby będą 
sobie nami gęby wycierać. Rad bym z duszy gęby te raz pozamykać, ale przyznam ci się, że 
do takiego środka, który mi przyniesie niezliczone zmartwienia, nie mam odwagi. 
Ta spowiedź Wilczka otworzyła Jagience całkiem nowe horyzonty. Przede wszystkim bowiem 
dowiedziała się, że ważność ich ślubu ulega jakimś powątpiewaniem i że z tego powodu 
są jakby pod klątwą w opinii sąsiadów, o czym dotychczas się jej ani śniło. To ją wstrzęsło 
do gruntu i niezmiernie zaniepokoiło. Uczuła się upośledzoną, postawioną moralnie niżej od 
którejkolwiek chłopki, której pop zamienił pierścionki, narażoną na to, że lada jaka szlachcianka 
czuje się w prawie spojrzeć na nią z ukosa. Taka pozycja wydała jej się nieznośną i 
domagającą się naprawy choćby za cenę najdroższą. Lecz przy tym Wilczek ją zawiadomił, 
że jest na to sposób, który z pewnością zaprowadzi do celu, a tylko może im sporządzić 
przemijające zmartwienia. Młodej kobiecie, obdarzonej bujną imaginacją, nie można otwierać 
bezkarnie widoków łechcących jej próżność lub miłość własną, a cóż dopiero jak najzupełniej 
usprawiedliwioną ambicją: kto jej taki widok otworzył, ten może być pewnym, że się jej nie 
pozbędzie, dopóki jej rozbudzonych nadziei nie spełni. Tak samo stało się także Wilczkowi. 
Jagienka, wzburzona do najwyższego stopnia odkryciem, że ktoś śmie podejrzywać prawność 
jej ślubu, chwyciła się obydwiema rękami otworzonego jej przez męża widoku, że to złe 
można naprawić. I odtąd Wilczek już nie miał od niej spokoju ani jednego dnia, ani jednej 
godziny. Bronił się jeszcze czas jakiś, ale na próżno. Jego wszystkie uwagi przeciwko ponowieniu 
ślubu Jagienka pobiła silnymi argumentami — a gdzie jej argumentów zabrakło, walczyła 
prośbą i łzami. Argumentom jeszcze można się oprzeć, ale kto kiedy się oparł prośbom 
i łzom ukochanej przez siebie kobiety? — Wilczek uległ i przyrzekł, że jak tylko drogi podeschną, 
zaraz do arcybiskupa pojedzie. A wtedy Jagience już tylko chodziło o to, ażeby jak 
najprędzej przyszedł dzień jego wyjazdu. 
Wszelako wtedy jeszcze większa brała ją niecierpliwość: liczyła dnie i godziny. Już się 
ciepło zrobiło, zazieleniły się lasy i pola, ale na górach jeszcze śniegi leżały i powiadano, że 
wielka jest rozkal na drogach. Jagienka w popołudniowe godziny, kiedy już słońce dobrze 
ogrzało powietrze, wychodziła na którąkolwiek basztę lub wieżę, czasem sama, a czasem z 
swoim ukochanym dzieciątkiem w ramionach, i stamtąd, zaczerpując świeżego powietrza, 
rozpatrywała się po drogach dalekich, czy oschły już dostatecznie, ażeby jej mąż mógł w podróż 
wyruszyć, nie narażając się na zbyteczne trudy i niewygody. Nareszcie maj przyszedł, 
zapanowała stała pogoda, Wilczek oznajmił żonie z radością, że już pojutrze wyjeżdża. 
Cały ranek dnia następnego Wilczek strawił w swoich odległych stajniach, wybierając konie 
i przeznaczając knechtów i pacholików, którzy mają z nim jechać do Lwowa. Po obiedzie 
zaś zasiadł pod balustradą kamienną w dziedzińcu i wydawał dyspozycje starszym żołnierzom 
i folwarcznym włodarzom, co się ma dziać podczas jego nieobecności. 
Jagienka przysłuchiwała się przez jakiś czas tym dyspozycjom, ale że bardzo długo trwały, 
duszno jej się zrobiło w dziedzińcu: gorące słońce popołudniowe rozpaliło płyty kamienne i 
mury i sprawiło parność między murami — a oprócz tego szczegółowe a nieskończone rozkazy, 
wydawane włodarzom, wcale jej nie mogły zajmować. Wzięła zatem swoje maleńkie 
dzieciątko od niańki na ręce i rzekła do męża: 
— Gorąco mi tutaj. Pójdę tymczasem na który krużganek, ażeby zaczerpnąć powietrza. 
— Idź, moje dziecko — odpowiedział jej Wilczek — jak skończę, to cię poszukam. 
Zaczem odeszła i wydrapała się z dzieckiem na ręku na owę wieżę skalistą, w której u 
szczytu była izba wykuta w skale a otoczona od północy i wschodu szerokim kamiennym 
krużgankiem. Niańka szła za nią pomału na wieżę. 
Wieża ta była, jak wiemy, na sto kilkadziesiąt stóp wysoka, a stała nad ową głęboką przepaścią, 
która była zasypana drzazgami skał i zmurszałymi drzewami, a w którą promień słońca 
jeszcze się nigdy nie przedarł. Niedobrze było spoglądać w tę przepaść, bo można było 
dostać zawrotu głowy: ale też nikt w nią nie potrzebował zaglądać, bo patrząc w dal, mógł ku 
rozweseleniu swej duszy bujać swym wzrokiem po bardzo rozległych a przepysznych widokach. 
Tak także zrobiła Jagienka. Stanęła z dzieckiem na ręku trochę opodal od kamiennych poręczy 
i puściła swój wzrok w tę dal niezmierzoną, w której leżała przed nią cała Ruś święta, 
uśmiechająca się do niej jak mołodyca przekrasna swoją majową zielenią. Słońce jej nie raziło, 
bo właśnie się chyliło ku zachodowi za plecyma tej wieży, owszem, tym jeszcze jaśniejszym 
światłem oświecało i uwydatniało ciemnawe smugi odległych lasów i srebrzyste strumienie, 
szerokie łąk jasnozielonych kobierce i porozsiewane pomiędzy nimi wsie i miasteczka. 
Blisko Drohobycz leżał teraz w popiele, do ogromnego cmentarza podobny, na którym 
wszakże już nowe budziło się życie, zaczem ten cmentarz raczej jak mrowisko wyglądał, które 
niebaczny przechodzień nogą roztrącił, ale na którym skrzętne mróweczki już nowe budują 
osady. Po lewej leżał Sambor, lecz widać tam było także tylko tak samo ruchliwe mrowisko, 
wśród którego sterczały mury okopconego tatarskim pożarem zamczyska. Po prawej ręce 
Stryj, który przeszłego roku także ogorzał, ale teraz się dziwnie, pięknie wybielił. Jagienka 
puściła swój wzrok pomiędzy Sambor a Stryj prosto ku Lwowu. Nie było stąd widać tei 
czerwonoruskiej stolicy, tylko jakieś ciemne plamki na krańcu widnokręgu szarzały — może to 
Wysoki Zamek, może kościół św. Jura — Jagienka wytężyła swe oczy co siły i nie dojrzała nic 
więcej; ale te ciemne plamki wypełniła sobie w swej wyobraźni, mówiąc w duchu do siebie, 
że jutro tam jej mąż ukochany pojedzie i stamtąd jej szczęście i niezamącony spokój przywiezie. 
Jej i jej najdroższemu dzieciątku, które takie śliczne, tak patrzy rozumnie w dal swymi 
anielskimi oczkami, tak się uroczo uśmiecha, że tylko my skrzydełek brakuje, ażeby tym 
wonnym powietrzem poleciało za ojcem... 
A wtem, kiedy oczyma rozpłyniętymi w świętej macierzyńskiej miłości patrzała w twarz 
dziecka, na drodze wiodącej od wschodu do bramy zamkowej, którą widać było w jasnym 
świetle słonecznym jakby na dłoni, usłyszała trąbę rycerską i odzew królewski, który tak dobrze 
znała. 
Uderzona tym niespodziewanym odgłosem trąby, zrobiła krok naprzód ku kamiennej poręczy 
i spojrzała na drogę: a tam obaczyła poczet rycerski, wpoiła wzrok w rotmistrza stojącego 
na czele i za pierwszym rzutem oka go poznała: to jej mąż, Gniewosz! 
Na ten widok przerażający tak silnie się strzęsła, że jej ręce omdlały, dziecko się jej z rąk 
wyśliznęło i padło przez poręcz w tę przepaść bezdenną, gdzie jeszcze promień słońca się 
nigdy nie przedarł. 
A wtedy gdy nad poręczą sama została z rozkrzyżowanymi ramiony i szeroko od zgrozy 
rozwartymi oczyma, zdjęła ją rozpacz bezmyślna i bezprzytomna, miłość i żal ją porwały za 
dzieckiem, chwyciła się obydwiema rękami za głowę — i sama nie wiedząc, co robi, rzuciła 
się za nim w tę bezdeń... 
Gniewosz to widział. 
Poznał także swą żonę — i zrazu wszystka krew się w nim ścięła. 
Otworzył usta, ażeby zaczerpnąć powietrza i patrzał nieruchomymi oczyma w to miejsce, 
co, zarosłe po brzegach gęstymi drzewy i krzewinami, unosiło się nad tą bezdenną przepaścią, 
w której Jagienka zniknęła. 
I stał tak przez chwilę na koniu i w zbroi jak posąg z brązu ulany, któremu już nie ruszyć 
się z miejsca, aż póki go rdza wieków nie przeżre, a wichry w gruz nie przewrócą. 
Po chwili — z tej przepaści, na której teraz, o samym zachodzie słońca, owa wyniosła wieża 
czarny cień rzuciła — wyleciała biała gołębica, podniosła się nad zamkowe dziedzińce, maleńki 
czas nad nimi krążyła, jak gdyby jeszcze raz tam chciała kogoś obaczyć i może ostatnie mu 
rzucić spojrzenie... po czym wzbiła się w górę i zniknęła w obłokach. 
Gniewosz widział tę gołębicę, jak się nad zamkiem jej białe pióra w czerwonych promieniach 
zachodzącego słonca złociły i jak się potem rozpłynęła w błękitach. Widzieli ją wszyscy 
jego żołnierze — ale zapewne i inni ludzie widzieć ją musieli: bo pozostała wiara między 
okolicznymi chatami, że dusza Jagienki, jako niewinna ofiara zwodziciela rycerza, z zamkowej 
przepaści uleciała do nieba, gdzie wybielona z swych grzechów na łonie wszechmogącego 
Stwórcy spoczywa. 
Gniewosz na widok tej gołębicy miał także takie objawienie w swej duszy, którym też 
przejęty, ściśniętą dotychczas piersią trochę swobodniej odetchnął. 
Po czym jeszcze czekał przez kilka pacierzy, zali mu bramy nie otworzą. 
Jeśliby go kto chciał winnym uczynić tej śmierci, byłby mu chętnie obyczajem rycerskim 
zdał sprawę i swoją krwią odpowiedział za winę. 
Ale brama się nie rozwarła. 
Natomiast zaś usłyszał ogromną wrzawę w zamkowych dziedzińcach, rozgłośne wołania, 
lamenty i jęki, które już nie ustały... 
Zaczem złożywszy ręce przed sobą, zaczął mówić pacierz za dusze zmarłe: Dies irae, dies 
illa90, który umiał na pamięć w ówczesnym pięknym polskim przekładzie: 
Dzyen gnyevu, dzyen on nomny, 
Kthorrgo vslhanye z przyczyny 
Na sąd Boży człovyek vynny. 
O yaky sthrach thedy bądze, 
Gdy on gromny sędzya szyędze, 
Chczącz vyvyedzecz o mym bladze... 
A kiedy domówił słów: 
Bo yako ktho czynyąc z pysze, 
Thak Bóg w szve kzągy napysze, 
Słovo sądne nyezmyeny szye... 
przeżegnał się, odwrócił konia i w głębokim zamyśleniu odjechał ku Lwowu. 
XVII 
ŚREDNIOWIECZNE WESELA 
Formoza, nie mogąc się niczego od Łopatki dowiedzieć, bo też zapewne sam nic nie wiedział, 
ani o Gniewoszu, ani o owym tureckim murdziaku, ani o żadnych rozporządzeniach 
króla, które by się odnosiły do uwolnienia jej oblubieńca, znów w ciężki smutek a zarazem i 
wcale nieznośny niepokój popadła. Poruczywszy tę sprawę królowi, sama nic rozpoczynać 
nie mogła, a nie wiedziała, co myśleć. 
Natenczas miewała chwile, w których powątpiewała o wszystkim, lecz mimo to nie mogła 
się oddać zupełnemu zwątpieniu. Miałożby to wszystko być tylko snem, po którym nic nie 
zostaje oprócz wspomnienia? Miałżeby Lubek upleść bajkę z samych przywidzeń? miałżeby 
własnego ojca okłamać? miałżeby murdziak potwierdzić wieść o Gniewoszu tylko dlatego, 
ażeby go wymieniono choćby za jakiego innego rycerza? mieliżby król i Kamieniecki w błąd 
dać się wprowadzić — a jeśli tak, mieliżby ją dotychczas utrzymywać w niewiadomości tego, 
co się im wydarzyło? Wszystko to jest możebne, ale czy także prawdziwe? — Formoza suszyła 
sobie głowę nad tymi pytaniami, nie mogąc sobie żadnej dać odpowiedzi. I zaczęły się wówczas 
te straszne niepokoje z gwałtownym biciem serca chwilami, to znowu z krwią zastygającą 
w żyłach a z ustawicznym drżeniem wnętrzności, godziny długie i nudne jak dzień bez 
chleba, dnie nieskończone jak wieczność, noce bez snu, jak noce więźnia skazanego na 
śmierć, a nie wiedzącego, czy z brzaskiem dnia go wypuszczą na wolność, czy każą głowę 
położyć na klocu. A brzask dnia powraca co dobę — a drzwi więzienia ciągle zamknięte... 
Ale odtąd miały już szybko następować po sobie bardzo wzruszające wypadki. 
Jednego dnia wbiegł do niej Kundrat i przyniósł przerażającą wiadomość, że Jagienka 
umarła. 
Kundrat utrzymywał ciągłe stosunki z miastem Tustaniem, burmistrz tamtejszy, Daszkiewicz, 
jego przyjaciel a człek wiarogodny, przysłał mu swego własnego parobka z listem, w 
którym stoi wyraźnie: „że starościna, bawiąc się z dzieckiem na szczycie wieży, spadła z 
krużganku w przepaść i pewnie się tam zabiła, chociaż jej zwłok nie znaleziono do drugiego 
dnia rano, co też starostę tak odurzyło, że prawie rozum już stracił i tak szaleje, jak gdyby go 
diabeł opętał”. 
Formoza, chociaż Jagienki nigdy nie widziała na życiu, ale ją kochała jak siostrę, tak się 
przeraziła tą wiadomością, że się łzami zalała, a kiedy ten list sama czytała, to ręce jej się 
trzęsły jak w febrze. Lecz mimo że list po kilka razy czytała, przecie nie chciała uwierzyć. 
Kazała sobie zawołać parobka, co z tym listem przyjechał. 
Parobek, człek wcale niegłupi, bo inaczej nie byłby w służbie u samego burmistrza, lecz 
bardzo gadatliwy, opowiadał jej takie rzeczy, które ją jeszcze daleko więcej zdziwiły. 
Już wtedy w całej tustańskiej okolicy wszyscy w to wierzyli, że Wilczek, ażeby cudzą żonę 
mógł dostać, złym duchom duszę zapisał — i że złe duchy bez ustanku krążą około niego, 
ażeby go wpędzić w jaką połapkę i czym prędzej zabrać mu duszę. Widzą to przecież bardzo 
często jego właśni żołnierze, a nawet i mieszczanie z Tustania, że kiedy się zacznie wściekać 
na kogo, to z gęby mu piana się toczy, język mu z niej wyskakuje długi do pasa, z oczu iskry 
się sypią i włosy mu dębem wstają na głowie, a między nimi widać wyraźnie dwa rogi diabelskie. 
W takich napadach gniewu sam nieczysty włazi w niego i z niego się tak miota na ludzi. 
— Owo więc pozawczoraj — opowiadał parobek — diabeł za rycerza się przebrał i przyjechał 
do niego w gościnę — a temu rycerzowi nadał taką postać, jaką miał nieboszczyk mąż starościny. 
Starostowie bardzo się go przestraszyli, ale on udał się dobrym dla starościny, całował 
ją w rękę i przyrzekł, że ją zostawi staroście, jenoby chciał wiedzieć, czy starosta ma dosyć 
majątku, aby ją wedle jej godności utrzymał. Zaczem starościna za jego namową wyprowadziła 
go na wieżę, ażeby mu stamtąd całe państwo pokazać, nad którym panuje starosta: a on, 
wyszedłszy z nią na wierzch wieży, powiedział jej: „Jakoś mnie zdradziła, także giń teraz” — i 
strącił ją w przepaść. Kiedy się starosta o tym dowiedział, wpadł w złość okrutną, ale sam nie 
wiedział, kogo ma szukać najpierwej, czy tego zbója rycerza, czy żonę. Porozbiegali się żołnierze 
po wszystkich kątach całego zamku, ale nie znaleźli rycerza: zniknął gdzieś, jak by go 
nigdy nie było, chociaż go wszyscy widzieli. Pewnie, jak tylko strącił panią z krużganku, jako 
to sam diabeł był, uleciał zaraz powietrzem. Natenczas starosta kazał szukać żony w przepaści: 
ale jej nie znaleźli. Bo też musiała upaść na samo dno — a tam jeszcze się nikt nigdy nie 
dostał. Gdyby nawet kto mógł się tam dostać, to przecieżby nie szedł, bo dopiero tam jest 
właściwa złych duchów siedziba, jako też i ich wycia słyszeć można po nocy. A wtedy już 
starosta wcale wściekł się ze złości. Jednemu żołnierzowi, co nie chciał spuszczać się w przepaść, 
głowę rozszczypał czekanem, z drugiego mieczem, co go zawsze nosi u boku, wypruł 
wnętrzności, innych także się nabił, bo przez całą noc tak się wściekał. I byłby bez mała 
wszystkich wytłukł do nogi, w czym mu pewnie i diabeł pomagał, jeno że nad ranem już mu 
sił w rękach nie stało, upadł na ziemię, więc go ludzie zanieśli na łóżko, gdzie też teraz leży 
na wznak, zsiniał cały jak blacha żelazna, oczy ma otworzone, a piana mu się z gęby wciąż 
toczy. Jedni mówią, że umarł, jeno że jeszcze dusza nie chce wyjść z niego, bo widzi diabłów, 
co na nią czyhają, ale przecie wszyscy chodzą koło niego na palcach i trzymają się z dala, bo 
się boją, że jak się zerwie, tak ani chybi, że wszystkich na miazgę wytłucze... 
Tak powiadał parobek. 
Formoza swoim zdrowym rozsądkiem zaraz dostrzegła, że na tym, co się tam stało w zamku 
tustańskim, przesądna imaginacja ciemnego ludu nadzierzgała niedorzecznych bajek bez 
końca. Trudno jej było dojść samym rozumem, co tam było istotną prawdą, a co zmyślonym 
dodatkiem. Wszelako ten fakt zdawał się nie ulegać wątpieniu, bo przecież inaczej by z nim 
gońca nie był wysyłał Daszkiewicz, że Jagienka jakimś przypadkiem spadła z wysokiej wieży 
i śmierć znalazła w przepaści. Zdarzenie to ją głęboko dotknęło, raz dla biednej Jagienki, która 
tak młodo musiała świat ten porzucić, lecz także dla Wilczka, któremu zawsze wszelkiego 
szczęścia życzyła, a który teraz zapewne wije się z bólu w tak ciężkiej żałobie. Na toż oboje 
tyle się nacierpieli i tyle ciężkich walk stoczyli z przeciwnościami tego świata, ażeby to słońce, 
które dla nich nareszcie zabłysło, tylko mało co więcej jak jeden rok im świeciło i zaraz 
zagasło? Formozie bardzo się smutno zrobiło na widok znikomości tego ziemskiego szczęścia, 
o które wszyscy z takim trudem i ofiarami się dobijamy. Azaliż nie lepiej i nie rozumniej 
o to szczęście wcale się nie dobijać, ale tylko o to się starać, ażebyśmy sobie zapewnili szczęśliwość 
wieczną? — Puściwszy swoje myśli tym torem, przypomniała sobie swoje dawne zamiary 
usunięcia się od świata i ludzi, założenia klasztoru i poświęcenia się służbie około 
dusznego dobra swych bliźnich. I bardzo długo i szczerze nad tym myślała... 
Ale młodość niełatwo się uczy cudzym doświadczeniem. Młodość, ciepłą krwią swoją i 
czułością umysłu na wrażenia zewnętrzne, zanadto blisko jest spojona z tą ziemią, ażeby się 
mogła tak łatwo od niej oderwać dla takich szczęśliwości nadziemskich, których nie może 
objąć swoimi zmysłami. Młodość swoim lotnym geniuszem sięga po ideały do nieba, lecz na 
to, ażeby te ideały na ziemię sprowadzić — a wcale nie na to, ażeby tę piękną ziemię, która się 
jej oczom tak uroczo przedstawia, zupełnie i na zawsze porzucić, a za ideałami całą swoją 
istotą unieść się w niebo. Pobożne i idealne myśli Formozy wkrótce się roztrąciły o przypo
mnienia niektórych szczegółów z opowiadania gońca. Jakiś rycerz się zjawił na zamku tustańskim, 
co miał taką postać, jak nieboszczyk mąż starościny: to Gniewosz! Przecież prosty 
parobek takiej wieści sobie z palca nie wyssał, jakiś rycerz zjawił się tam rzeczywiście: to on! 
Jużci Gniewosz Jagienki z krużganku nie strącił, to rzecz niepodobna: ale za jego zjawieniem 
się mogło się stać coś takiego, z czego taka wierutna bajka urosła. Formoza się zaczęła nad 
tym wysilać, ażeby się jakiegoś prawdopodobieństwa domyśleć; najrozmaitsze przypuszczenia 
snuły się jej po głowie i już była bardzo niedaleką domyślenia się prawdy — ale to mniejsza. 
Główną rzeczą to było, że owym nieznanym rycerzem musiał być Gniewosz. A wtedy jej 
wszystkie marzenia o szczęściu wiecznym rozbiły się o ten ziemski ideał — i już jej tylko o to 
chodziło, co robić, aby się prawdy dowiedzieć. 
Ale wtedy król znów był we Lwowie, już od kilku dni mieszkał na Niskim Zamku i już się 
szlachta zaczęła zjeżdżać do niego. 
Wszyscy monarchowie ówcześni rządzili swoimi krajami niejako na wózku, przenosząc 
się bezustannie z miejsca na miejsce i bawiąc mianowicie po większych miastach często po 
kilka tygodni. W średnich wiekach było to u nich modą, raz dlatego, że osobiście odprawowali 
sądy, po wtóre, dla tej politycznej potrzeby, ażeby ciągle przygarniać do siebie bądź 
miejskie, bądź szlacheckie żywioły, a w Niemczech nawet najniższe warstwy wiejskiego ludu, 
które się bardzo często przeciwko ich władzy burzyły, a na koniec i z tego powodu, że 
ówcześni królowie lubili żyć i wesoło się bawić, szukając według pojęć ówczesnych zabawy 
w rozpuście i zbytkach. Owo więc po rozpustę i zbytki trzeba się było w tych czasach nie na 
zamki rycerskie, gdzie surowe cnoty chowano, ale do wielkich miast udawać, które opływając 
w bogactwa, kochały się w wszelkiego rodzaju zbytkownej swawoli, a obyczaje miały tak 
rozwolnione, że nawet temu, co o nich opowiadają samiż świadkowie współcześni, nie chce 
się wierzyć. 
Cóżkolwiek bądź, naszych Jagiellonów można by śmiało nazwać podróżującymi królami — 
a między nimi Jan Olbracht pod tym względem prym trzyma. Prym mu się także i z tego 
względu należy, że daleko więcej, niż którykolwiek z jego poprzedników albo następców, dla 
celów politycznych lubił się mieszać w sprawy rodzinne, a w zamiłowaniu czy to okazałych 
rozrywek, czy pokątnej swawoli, nie znał żadnego umiarkowania. Z tych wszystkich powodów 
był on prawie wstrętnym Formozie: obawiała się jego śliskich komplementów, od których 
niełatwo się obronić królowi, zwłaszcza kiedy się go potrzebuje, obawiała się nawet, 
ażeby jej nie zbałamucił Gniewosza, którego teraz tak gorąco ukochał i może go zechce ożenić 
gdzie wyżej... Iść do króla, była to dla niej bardzo ciężka ofiara. Wszelako musiała na nią 
się zdecydować: tylko że jej potrzeba było cokolwiek czasu, aby się zdobyć na tę odwagę, 
więc jej zeszedł dzień jeden i drugi nad tym, co ma mu powiedzieć i o co właściwie może go 
prosić. 
Jednak natenczas już szczęście przechyliło się na jej stronę. 
Nim jeszcze się wybrała do króla, jednego dnia zameldowano jej pana Kamienieckiego. 
Formoza bardzo się ucieszyła tymi odwiedzinami i sama wyszła aż do pierwszych drzwi 
przeciw niemu. 
Kamieniecki ją powitał z tą poufałą przyjaźnią, która kazała jej dobrze wróżyć o wiadomościach, 
z jakimi do niej przychodzi. Jakoż i w swej dalszej rozmowie był wesół, miał same 
miodowe słowa na ustach i te jasne a miłościwe promienie w oczach, które tylko wtedy się 
pokazują, kiedy poczciwy człowiek cudzym szczęściem się cieszy. 
Formoza nie śmiała go wprost o Gniewosza zapytać — jej dziewiczy srom trzymał jej usta 
na wodzy, chociaż serce się rwało — ale zapytała go o wiadomości z Tustania. 
Kamieniecki się na to lekko zasmucił i rzekł: 
— Król i my wszyscy bardzo żałujemy Wilczka, aleśmy też zawsze taki koniec przeczuwali 
dla niego, był to bowiem jeden z tych ludzi, za którymi chodzi nieszczęście. Szkoda jego i 
szkoda tej pięknej Jagienki, która też była warta lepszego losu. 
— Ale dlaczego ona spadła z wieży? — zapytała Formoza — mnie takie potworne bajki o tym 
opowiadano, że im nie mogę uwierzyć. 
Na to zaś Kamieniecki, patrząc jej w oczy z uśmiechem: 
— Przestraszyła się jakiegoś błędnego rycerza, co właśnie obok zamku przejeżdżał. 
— Któryż to był ten rycerz? — spytała Formoza, rumieniąc się lekko i oczy spuszczając ku 
ziemi. 
— To trudno wiedzieć — rzekł Kamieniecki z bardzo figlarnym blaskiem w swych oczach — 
bo i o nim są takie wieści, co im także nie można uwierzyć. Ale może się coś o nim dowiemy, 
jak przyjdzie pora po temu... 
Natenczas w sercu Formozy miłość wzięła górę nad sromem dziewiczym, zarumieniła się 
mocno, przyskoczyła do Kamienieckiego, wzięła go za obydwie ręce i zawołała głosem błagalnym: 
— Powiedz mi pan kasztelan... przecie wiesz... to Gniewosz? 
— Nie wiem — rzekł Kamieniecki, patrząc to na jej twarz, to na zegar wiszący na ścianie — 
trudno to wiedzieć, ale może jeszcze dzisiaj się dowiem... 
Na te nielitościwe słowa Formozie dwa zmarszczki się ściągnęły na czole, już się chciała 
rozgniewać na niego: ale wtem drzwi się otwarły na ścieżaj i sam Gniewosz wszedł do komnaty. 
Miał lśniącą stalową koszulę na sobie z obrazem Matki Najświętszej na piersiach, srebrzysty 
krótki mieczyk u boku i lekki hełmik na głowie: tak stanął przed nią, z twarzą mocno zarumienioną, 
z oczyma, w których łzy się kręciły, z wpół otwartymi ustami, a nie mogąc ani 
słowa wymówić, w milczeniu szerokie ku niej otworzył ramiona. 
Na jego widok Formozie wszystka krew uderzyła do twarzy, tylko zapał długo tłumionej 
miłości na niej się wymalował, i bez słów, i bez oddechu, z otwartymi ramiony rzuciła mu się 
na piersi. 
Gniewosz ją objął i głowę nad nią pochylił — a ona, objąwszy go wpół prawym ramieniem, 
oparła głowę na obrazku Matki Najświętszej. Krew ustąpiła z jej twarzy, a został tylko lekki, 
przecudnej dziewiczości rumieniec, oczy się na połowę przymknęły, nakrywszy się bogatymi 
rzęsami, jej usta się na wpół otwarły: tak przycisnęła się mocno do niego i widać było po niej, 
że objęło ją to miłosne omdlenie, którego szczęściu nic się nie równa na ziemi. 
Tak go też trzymała przez długą chwilę — a pomimo swojej posągowej budowy ciała i mimo 
całej potęgi swojej wiary i woli, była jak miękki powój, co się miłośnie około potężnego 
dębu owinął, była — jak być powinna kobieta. 
Te chwile niewysłowionej. a tak czystej rozkoszy przerwał im Kamieniecki, mówiąc przez 
łzy, które mu spłynęły po twarzy: 
— Bądźcież mi zdrowi, bo z wami już bym się chyba we łzach rozpłynął, co nawet i nie 
przystoi żołnierzowi. Powiedzcie sobie beze mnie, ileście się oboje nacierpieli dla waszej 
miłości — i niech wam Pan Bóg da tyle szczęścia przez całe życie, ileście go zaznali w tej 
chwili. A pośpieszajcie ze ślubem, bo król wam każe przeze mnie powiedzieć, że chciałby też 
być na waszym weselu. 
Król rzeczywiście, obaczywszy Gniewosza z powrotem,. postanowił sobie uchwycić tę 
sposobność i wyprawić mu świetne wesele, ażeby się zetknąć ze szlachtą i połechtać cokolwiek 
jej miłość własną. 
Albowiem Gniewosz był w owej porze najpopularniejszym człowiekiem w całym królestwie. 
Nie zapomniano mu tego, z jaką wspaniałą odwagą wystąpił w obronie honoru ojczyzny 
na Bukowinie i jako był prawie jedynym, co w tej wojnie na wieniec dębowy zasłużył. 
Opłakiwano go szczerze, kiedy się wieść o jego śmierci rozeszła — a kiedy już wszyscy w to 
uwierzyli, że zginął śmiercią walecznych i że teraz na Ajantejach obok Ajaksów i Achillesów 
niesie wysoko sztandar polskiego rycerstwa, zaczęto już pieśni o nim układać rymem łacińskim 
i polskim, które wędrowni rybałci śpiewali przy gęśli po dworach i zamkach, a ślepe 
dziady opowiadali o nim epopeje rycerskie po wiejskich gospodach i chatach. A był on przecie 
rycerzem królewskim i swoim męstwem przyniósł prześwietną sławę ojczyźnie, lecz 
przede wszystkim jasnym promieniem oświecił dzielność królewskiego rycerstwa. Król, podnosząc 
go w górę, czcił szlachtę, która tak potężnego wydała rycerza, ale i siebie podnosił, 
pokazując całemu światu, jak dzielni obrońcy tronu i kraju wychowują się pod opieką jego 
korony. 
Nie chcąc zbyt długo bawić we Lwowie, król sam się wstawił za nim do arcybiskupa, aby 
mu dał dyspensę od zapowiedzi: ale ksiądz Boryszewski okazał się niewzruszonym. Duchowieństwo, 
ukrócane przez Jagiellonów niejednokrotnie w swej władzy, niechętnie ustępowało, 
gdzie było w swym prawie. W tym zwłaszcza wypadku arcybiskup mógł się powołać na 
ożenienie się Wilczka, które w całej Polsce, a zwłaszcza na Rusi wiele narobiło zgorszenia. 
Bóg sam to pogańskie małżeństwo rozwiązał, do czego ludzie nie mieli odwagi — a tym zrządzeniem 
swoim dał sługom Kościoła naukę, jak surowo powinni przestrzegać praw jego. Lepiej 
to nawet dla ludzi, jeżeli takich wykroczeń unikną, bo kara Boża jest srogą, karząc nie 
tylko winnych dla ich winy, ale dla winy drugich, a dla przykładu dla wszystkich. Powaga 
króla rozbiła się o władzę arcybiskupa — i państwo młodzi musieli czekać trzy tygodnie z weselem. 
Ale nikt się na to nie skarżył. Król bardzo chętnie bawił we Lwowie, gdzie panowie najznamienitszych 
rodów, mający szerokie posiadłości w tych krajach, uświetniali dwór jego, 
bogaci mieszczanie obsypywali go podarunkami i sute mu wyprawiali wieczerze, a piękne 
oczy Rusinek przyświecały jak gwiazdy jego swawolnym rozrywkom. Szlachta ruska, mając 
rok cale spokojny, rada była na Niskim Zamku w stolicy Rusi swoje dostatki pokazać i zabłyszczeć 
świetnością swych strojów w promieniach korony. Formoza dziękowała Panu Bogu 
po trzykroć, bo do wesela wcale nie była przygotowaną, a przyćmiwszy świetność swojego 
rodu w swoich związkach mieszczańskich, uważała za rzecz konieczną w wielkim blasku 
wystąpić, zwłaszcza że dzięki tak znacznym majątkom, które odziedziczyła, nie brakło jej do 
tego wszelkich zasobów. Ale i Gniewosz był także kontent z tej zwłoki, bo i jemu, zwłaszcza 
wracającemu po tak długiej nieobecności z niewoli, potrzeba było cokolwiek czasu, ażeby 
sobie odpowiedny dwór złożyć, a zarazem i zamek czorsztyński na przyjęcie żony należycie 
przystroić. 
Jakoż kiedy nareszcie przyszedł dzień wesela, było co widzieć, bo też i najstarsi ludzie, co 
Lwów od stu lat zapamiętali, a nawet i ci, co po krajach postronnych bywali, takich przepychów 
jeszcze nigdy nie widzieli. 
Już o ósmej godzinie rannej Gniewosz wyjechał z Niskiego Zamku po pannę młodą. Sam 
siedział na wielkim koniu rycerskim, maści tarantowatej, o karku bardzo wyniosłym, a z 
grzywą tak długą, że mu do kolan sięgała, koń był nakryty pysznym kropierzem z przedniego 
sukna, ale zasianym tak gęsto pozłocistymi haftami, że i dna prawie nie było widać; rząd na 
nim z szerokich rzemieni, okutych w srebro, a kamieniami sadzonych, a wędzidło miał także 
ze srebra i srebrny łańcuszek pod brodą. Gniewosz miał na sobie pancerz zupełny ze srebrnych 
łusek złożony, na nim płaszcz aksamitny prawie czarnego koloru, na piersiach otwarty, z 
szerokimi a krótkimi rękawy, a po wszystkich brzegach bogato złotem bramowany i żółtym 
atłasem podbity. U szyi miał złoty ryngraf, a na piersiach pancerza błyszczała podługowata 
blacha z obrazem Matki Najświętszej w złotym polu. Na głowie zaś miał srebrny hełm, w 
złoto oprawny, a ozdobiony bogatymi piórami barwy czarnej i żółtej. 
Około niego po prawej jechał sam wojewoda ruski Tarnowski, na równie wielkim koniu 
sobolowatym, zadziwiającej piękności, i on, i koń jego byli także świetnie przybrani, ale tak, 
aby nie gasić blasku pana młodego, jako nakazywała rycerska uprzejmość. Zaczem miał jasnobrunatny 
aksamitny płaszcz na pancerzu, a tylko strusie pióra na jego hełmie, barwy błękitnej 
i żółtej, i tych samych kolorów herb Leliwa na piersiach, bardzo świetnie błyszczały. 
Po jego lewej jechał na wielkim koniu kasztanowatym z konopiatą grzywą Piotr z Kurozwęk, 
podskarbi wielki koronny, delegowany przez króla, ażeby zastępował jego osobę: zaczem 
miał na pancerzu płaszcz aksamitny czerwony, białym atłasem podbity, a na lewym 
ramieniu tarczę polerowaną ze stali, w której środku widać było znak królewski, białego orła 
w czerwonym polu. 
Za nimi jechali wszyscy, w świąteczne szaty przybrani, rotmistrze i starostowie królewscy, 
więc: Koniecpolscy, Melsztyńscy, Paniowscy, Górkowie, Pampowscy, Kościeleccy, Kergolaj 
i inni, a między nimi wielu młodzików z zamożnych rodów, których rodzice wyprawili do 
Lwowa, ażeby się pokłonili królowi, a zarazem przypatrzyli festynom, turniejom i innym 
krotochwilom rycerskim, którymi król, panowie i miasto uczczą zasługi znamienitego żołnierza. 
Mieszczanie i stołeczne pospólstwo, zawsze świetnych widowisk ciekawi, zapełnili sobą 
cały rynek tak gęsto, że trudno się było pieszo przez nich przecisnąć, a cóż dopiero tak licznemu 
pocztowi rycerstwa, który sam sobą ze swoją służbą byłby zapełnił prawie czwartą 
część rynku. Zaczem consul nocturnus, w świąteczny kaftan przybrany a ze srebrnym ryngrafem 
na szyi, wziąwszy sam swoje odświętną halabardę do ręki, stanął ze wszystkimi swymi 
halabardnikami do służby utrzymania porządku — a że był człowiek surowy, więc kazał młócić 
drzewcami sławetną publiczność, zwaną wtedy niegrzecznie motłochem, bez względu na 
to, jaki tam kto urząd piastował, a choćby to był nawet jaki consul diurnus91. Szkoda to wielka, 
bo tym sposobem poczciwi ludzie, co tylko tym zgrzeszyli, że byli zanadto ciekawi, 
otrzymali zaraz z początku festynu daleko więcej guzów niżeli przysmaków, a jęki bólu mąciły 
cokolwiek uczucia radości. 
Zrobiwszy sobie nareszcie rum przez te tłumy zebrane na rynku, Gniewosz ze swoim orszakiem 
zajechał przed dom Formozy. 
Zsiadłszy z koni przed bramą, szli wszyscy na pierwsze piętro. 
Zaledwie weszli w bramę, mile zostali uderzeni rozmaitymi dekoracjami, którymi na ich 
przyjęcie bramę wjezdną, szerokie schody, a nawet i główne komnaty przybrano; albowiem 
na co się tylko mogły zdobyć wirydarze miejskie i magazyny nieboszczyka Kijasa, niczego 
tam nie szczędzono, ażeby wszystkie ściany tego obszernego domostwa uświetnić i rozweselić. 
Już w bramie wjezdnej stały w dwóch szeregach drzewa cytrynowe i pomarańczowe, a 
znad stropu zwieszały się nad głowy przechodniów girlandy i wieńce z zieleni, podłoga zaś 
była suknem czerwonym wysłana. Schody były jeszcze piękniej przybrane, albowiem okryto 
je pysznymi perskimi dywanami, girlandy kwiatów się snuły po ścianach, a cały strop był 
jakby gęstą makatą z róż i konwalij zakryty. Nuż dopiero w samych komnatach nawieszano 
po ścianach, przy drzwiach i oknach, tyle bogatych festonów ze złotogłowiu i z rozmaitych 
kwiecistych tkanin tureckich i perskich, że najbogatsi panowie, idąc pomału i oglądając się na 
wszystkie strony, nie mogli im się nadziwić, a najbywalsi z nich powiadali, że tyle jedwabiu, 
złota i woni można spotkać chyba tylko w pałacach sułtanów. 
Formoza czekała na pana młodego dopiero w komnacie ostatniej, w tej samej, gdzie niegdyś 
Gniewosz jej na krucyfiks przysięgał, że jej miłość i czystość dochowa do śmierci. 
Nie była to z komnat największa, ale ją najcudniej przybrano, bo ściany jej obwieszono 
najpyszniejszymi tkaninami indyjskimi, pajęczej delikatności, a zasianymi srebrnym i złotym 
dzierzganiem, przedstawiającym najrozmaitsze kwiaty stref południowych i nie widziane u 
nas motyle. Jasne blaski różowe, błękitne i białe i zapachy najwyborniejszych wschodnich 
kadzideł zapełniały powietrze tej komnaty, tak że gościom się zdało, jakby byli w zaczarowanym 
pałacu jakiejś indyjskiej królewny. 
Na środku tej komnaty stała Formoza w całym blasku swojej olimpijskiej urody i w całej 
świetności swego ślubnego stroju, i swoją wspaniałą postacią tak wszystkich chwyciła za 
oczy, jak gdyby na nocnym niebie nagle południowe słońce powstało. 
Suknię zwierzchnią z długim ogonem, wyglądającą prawie jak płaszcz królewski, chociaż 
w staniku była obcisła, miała z białego brokatu, zasianego złotymi kwiatami, zaś suknię 
spodnią, która u boków i przy buchastych rękawach wyglądała spod zwierzchniej, z czerwonego 
atłasu. Obydwie suknie powiązane były ze sobą złotymi sznurami, które na ramionach i 
w pasie splatały się z sobą w węzły pełne fantazji i wdzięku. W tym pysznym stroju jej 
wzrost wspaniały i kibić form okrągłych i pełnych o tyle mocniej wpadały w oko, ile że od 
tyłu głowy spadał na całą jej postać jakoby płaszcz z białej gazy indyjskiej, tak delikatnej i 
przezroczystej jak pajęczyna, a zasianej drobniutkimi złotymi gwiazdkami, że się widzom 
zdawało, jakoby ku nim spływała w przedświtowym obłoku, w którym się już odbijają brzaski 
wschodzącego słońca, a jeszcze gwiazdy nie zgasły. 
Uważali to wszyscy, co obyczajem ówczesnym kochali się w figurach, że nie mogła lepiej 
przedstawić obecnej chwili swego własnego życia, w której już miała za sobą gasnące gwiazdy 
nocy, w ciężkich przespanej boleściach, a wschód słońca dopiero się jej zapowiadał. Przy 
tym ubiorze miała na sobie moc niesłychaną drogich kamieni w manelach92, naramiennikach i 
kolcach, sznur pereł uriańskich93 na szyi i rycerską koronę we włosach, bardzo misternie złożoną 
z brylantów, rubinów i pereł, na której w środku było widać maleńką główkę Murzynka, 
herb Murysonów. Lecz nadto wszystko, jak niegdyś królowa Dąbrówka po rozłączeniu się z 
mężem, włożyła wieniec dziewiczy na głowę, czym wszyscy zostali uderzeni i uradowani, bo 
dopiero teraz się przekonali, że owe głuche wieści, które o jej dziewictwie pomimo jej mieszczańskiego 
małżeństwa po mieście krążyły, były istotną prawdą, której też teraz już nikt nie 
śmiał zaprzeczyć. 
Za nią stały jej drużki, także bardzo wspaniale ubrane, jako wysoki ich ród tego wymagał: 
księżniczka Eufemia Zbaraska Mokosiejewiczówna i księżniczka Paraska Puciatyczówna, 
wojewodzianka kijowska. 
Obok niej, cokolwiek na przedzie, stat Kamieniecki — a za nim cały tłum szlachty ruskiej, 
bliżej lub dalej spokrewnionej z Murysonami, jako Biszowscy, Wątróbkowie Strzeleccy, Zbrożkowie, 
Dzieduszyccy, Buczaccy, Fredrowie, Kierdejowicze, Chodeccy i inni, wszyscy w 
pełnych zbrojach rycerskich, którzy oczywiście się tak licznie zgromadzili koło Formozy, 
ażeby jej jawne wydać świadectwo, jako jest orlęciem z ich gniazda, z ich krwi i kości. 
Kiedy panowie, wiodący wśród siebie Gniewosza, powitali niskim ukłonem Formozę, a 
ona wraz z swym otoczeniem równie nisko się im odkłoniła, natenczas wojewoda ruski wysunął 
się cokolwiek naprzód po prawej Gniewosza i w bardzo pięknej mowie łacińskiej, 
przedstawiwszy starożytność i świetność rodu pana młodego, a dalej jego wszystkie zalety i 
cnoty, poniesione cierpienia i położone zasługi, prosił o rękę panny młodej dla niego. Tarnowski, 
mówca bardzo misterny a gładki, musnął także, ale niezmiernie delikatnie i sztucznie, 
owe dziwne zrządzenia Boże, jako tu niby wdowiec żeni się z wdową, a przecie, komu było 
dane wiedzieć wszystkie skrytości nieprzejrzanych ludzkimi oczyma przeciwnych losów, 
którym oboje państwo młodzi musieli się poddać, ale się nie dali zwyciężyć, ten musi życzyć 
wszystkim młodzieńcom i pannom, ażeby swe wieńce dziewicze donieśli do ślubnego ołtarza 
w takiej czystości, jako ci właśnie, którzy za wolą Bożą dzisiaj się łączą ze sobą. 
W weselnych mowach ówczesnych nie mogło się nigdy obejść bez gęstych aluzyj do najskrytszych 
tajemnic małżeństwa. Im więcej śliskie, a nawet rubaszne były te aluzje, tym głośniej 
przyklaskiwano mówcom i była to tak niezbędna przy takich obrzędach przyprawa, że 
nawet królowie nie umieli jej sobie odmówić przy swoich weselach. Ale wykwintnych obyczajów 
i podniosłych myśli starosta Gniewosza, choć musiał w swej mowie poddać się także tej modzie, to przecież umiał się tak zręcznie wywiązać z tej roli, że uczynił zadość łaknącym 
takich przysmaków słuchaczom, a przecież nie obraził niczyich uszu — i tak pięknie przystroił 
swą mowę, że mógłby był ją powiedzieć w kościele. 
Od panny młodej odpowiadał Kamieniecki po polsku. 
Był on także jednym z najlepszych mówców swojego czasu, ale miał swadę cokolwiek 
żołnierską. Jakoż wychwaliwszy ród, wyniosłość umysłu i wszelkie zalety Formozy do tego 
stopnia, że się prawie zdawało, jakoby Gniewosz ledwie był wart takiej żony, rozgadał się tak 
szeroko i długo o nieszczęściach i umartwieniach, przez które przeszła Formoza, że się prawie 
zdawało, iż owa bajka wierutna, którą opowiadano po kraju, a w którą i Kergolaj swego 
czasu uwierzył, jakoby Formoza była przez Ormian porwaną, w więzieniu trzymaną i do małżeństwa 
gwałtem zmuszoną, była istotną prawdą. 
— Jednak od czasu — powiadał Kamieniecki w swym oratorskim zapale — jak nasz pan miłościwy 
na sejmie piotrkowskim ubezpieczył wspaniałomyślnie rycerstwu jego przyrodzone 
swobody i prawa, a stanom podłego pochodzenia i rodu te, w których odtąd żyć mają, zakreślił 
granice, takie perturbacje i gwałty od mieszczan już dziać się nie mogą, za co naszemu 
najmiłościwszemu królowi i panu serdeczna wdzięczność się od nas należy — a kto tę 
wdzięczność czuje wraz ze mną, niechaj też za mną wykrzyknie: Niech żyje król! 
Stugłośny okrzyk: „Niech żyje król!” rozległ się po komnacie, zbiegł między służbą przez 
schody ku bramie i rozbiegł się jak huk morskich bałwanów pomiędzy pospólstwem na rynku: 
a Kamieniecki tymczasem skończył swą mowę, przyjmując w imieniu Formozy deklaracją 
Gniewosza. 
Szczęściem, że w tej komnacie mieszczan nie było, bo byliby się pewnie bardzo zmartwili, 
widząc i słysząc na własne uszy ten grzmot pancerzy, którym się nawet przy festynach rodzinnych 
zapowiadała nowa epoka ich bytu, przedstawiając się w postaci rycerstwa, które 
mieszczanina i kmiecia przygniotło kolanem do ziemi i odtąd miało go trzymać w takim upośledzeniu 
przez całe trzy wieki. Wszelako był jeden mieszczanin, który to słyszał. 
Kundrat, sprawujący jeszcze wciąż urząd pierwszego włodarza w domu Formozy, wśliznął 
się do tej komnaty, a mając niekłamany respekt przed kowanymi butami i ostrogami rycerzy, 
skrył się cały za wielką kotarą u okna i stamtąd przysłuchiwał się ciekawie perorom. Nie bardzo 
wygodnie mu było w tym schowku, a nawet i niebezpiecznie, bo nuż dojrzy go który z 
tych żelaznych olbrzymów i da ręką po czubie, od takiego dotknięcia można by i duszę wyzionąć, 
bo tam każda ręka w rękawicy żelaznej: ale jako nieubłagany wróg wszelakiego rycerstwa, 
nie mógł sobie odmówić przypatrywania się z bliska tym straszliwym potworom, a 
jako notariusz i sam orator, chciał też słyszeć tę elokwencją rycerską, o której tak wiele gadano, 
a której on jeszcze nigdy nie słyszał. 
Jakoż dopóki mówił wojewoda ruski, Kundrat słuchał spokojnie i z pewnym uznaniem, 
szepcząc do siebie: Mówi dość ochędożnie; kto by nie wiedział, że to jest żołnierzysko jak 
inni, mógłby rozumieć, że jaki doktor utriusque juris94 albo sanctae theologiae95. — Ale kiedy 
Kamieniecki zaczął huczeć na mieszczan, Kundrat, niezmiernie takowym zuchwalstwem 
zdziwiony, wyścibił łeb zza kotary i słuchał tak, że mu uszy się przedłużyły. A kiedy się rozległ 
okrzyk: Niech żyje król! — takie zdjęło go oburzenie, że już nie mógł wytrzymać i 
chrząknął dwa razy: Hem, hem! — z ironią i gniewem, po czym prędko się spostrzegł i schował 
się znów za kotarę. 
Jednak na jego nieszczęście młody Górka, co jako najmłodszy ze wszystkich stał z tylu i 
właśnie blisko kotary, usłyszał to chrząkanie, a jako to nigdy się nie mógł obejść bez figlów, 
dobył mieczyka i zaczął nim dżgać w tę kotarę. Kundrat, widząc przez brzegi kotary, a nawet 
i czując na własnym brzuchu, jako ten panicz, widocznie jakiś półgłówek, a także cały zakuty 
w żelazo, dżga gołym mieczem ku niemu, gotów oko wyłupić albo i kiszki wypruć z człowieka, tak okrutnie się przeląkł, że mu aż w gardle zaschło, a oczy jak dwie cebule na wierzch 
wylazły. Co robić w takim terminie? Zasunął się w kąt. Górka dżga w kąt, przycupnął do 
ziemi, Górka dżga od dołu, zebrał się więc na odwagę ze strachu, odchylił z drugiej strony 
kotarę, wyskoczył spoza niej jak zając, zgiąwszy się we dwoje, uderzył w boczne drzwi, które 
do mniejszych prowadziły pokojów, i zniknął tam w korytarzach. 
Górka, widząc go dającego tak dzielnie drapaka, wziął się za boki i śmiał się tak, że się 
trząsł cały od śmiechu. Śmiech jego przygłuszały okrzyki: Niech żyje król! — ale go przecie 
spostrzegł Paniowski i rzekł do niego: 
— Czego u diabła się śmiejesz? 
A on na to, chowając mieczyk do pochwy: 
— Jakaś dusa miescańska się skryła tu za kotarę, alem ją wydzgał miecykiem. 
Więc i inni śmiali się z Górką, bo go też wszyscy bardzo kochali. 
Kiedy Kamieniecki skończył swoje pancerną przemowę, sam Gniewosz przemówił do 
Formozy po polsku, dziękując jej w wyrazach bardzo foremnych i pięknych, że przyjęła jego 
ofiarę, i przyrzekając jej, jako wedle obyczajów rycerskich będzie jej służył w czci i miłości 
do grobu. 
Po jego mowie już wszyscy myśleli, że na tym koniec: ale natenczas Formoza sama zabrała 
głos i ku wielkiemu zdziwieniu wszystkich obecnych przemówiła po łacinie. Wyborowymi 
słowami i w formach utoczonych na wzór najprzedniejszych oratorów starego Rzymu 
podziękowała najprzód wojewodzie ruskiemu za przyprowadzenie jej takiego miłego gościa, 
którego z takim upragnieniem czekała, potem dziękowała Kamienieckiemu, że jej ojca i matkę 
zastąpił, a wreszcie, obróciwszy do Gniewosza, oddała mu cześć za stałość i wierność i 
deklarowała, że jakkolwiek zna wszystkie splendory, w jakich rycerze chowają swe żony, ona 
żadnych świetności ni blasków nie pragnie, a serce jej będzie w zupełności zadowolone, jeżeli 
będzie mogła przez całe życie pozostać wierną sługą swojego męża i pana. 
Mówiła krótko, ale takim wybornym językiem, a głosem tak dźwięcznym i pełnym niemal 
królewskiej powagi, że zapał dla siebie obudziła u wszystkich: najpierwsi senatorowie ją otoczyli 
i ręce jej całowali, młodzież podniosła okrzyk zapału i wtenczas, gdyby była na to zezwoliła, 
byliby ją sami wojewodowie na rękach zanieśli do kościoła. 
Natenczas Gniewosz urósł prawie jeszcze o głowę i cały się tak rozpromienił, że wyglądał 
jak kolumna słonecznego światła, w której środku rysuje się postać rycerza. 
Wtedy i Kundrat znów swoje okrągłą głowę wyścibil z przyległego pokoju, nie tyle, aby 
się tryumfem swojej pani nacieszyć, ile żeby tego młodego wartogłowa dobrze obejrzeć, co 
go dżgał mieczem i przy danej sposobności, zemścić się na nim. 
Nie wiadomo czy dostrzegł go w tłumie, bo wtedy już Gniewosz podał rękę Formozie i 
prowadził ją przez wszystkie komnaty i schody przed jej dom, ażeby z nią jechać do ślubu. 
A na rynku, przed domem, stała szklana i cała pozłocista kareta, którą król przysłał dla 
niej, ażeby w niej do katedry jechała. Kareta ta stała w wozowniach Niskiego Zamku blisko 
od wieku, bo mieszczanie kazali ją z wielkim kosztem sporządzić dla królowej Jadwigi, a 
odtąd raczej ją na pamiątkę niżeli dla użytku chowano. Była to prawdziwa arka Noego, zawieszona 
na pasach bardzo wyniosłych, ale nadzwyczaj paradna, bo wszystko żelazo i drzewo 
na niej było wyzłacane, na czterech rogach jej dachu wznosiły się cztery królewskie korony, a 
wewnątrz była białą jedwabną kamchą wybita ze złoconymi brzegami. Zaprzężono do niej 
cztery konie ogromne ze stajni królewskiej, które były nakryte białymi kropierzami z królewskimi 
herbami w rozmaitych kolorach i złocie, rzędy na nich złocone z andegaweńskimi liliami 
z czasów Władysława Opolczyka, a na ich głowach pióra strusie we wszystkich kolorach. 
Przy koniach szło czterech królewskich pajuków w barwie czerwonej i białej, na wysokim 
koźle siedział woźnica w kapeluszu z piórami, a za karetą stało znowu dwóch takich samych 
pajuków. Do karety wsiadła Formoza z Kamienieckim i dwiema drużkami, a za nią 
jechała na koniach jej szlachta ruska w błyszczących pancerzach i hełmach. 
Za jej orszakiem jechał Gniewosz konno tym samym ładem, jakim przyjechał z Niskiego 
Zamku. 
Przyjechawszy wolnym krokiem przez niezliczone tłumy pospólstwa przed główne drzwi 
katedry, Gniewosz podał rękę Formozie i prowadził ją do kościoła. 
W kościele jeszcze nikogo z gości nie było, bo zamkowi żołnierze obsadzili bramę i żywej 
duszy wewnątrz nie wpuścili. Wszelako pod baldachimem, stojącym po prawej stronie ołtarza, 
na tronie złoconym siedział król świątecznie ubrany, aksamitnym płaszczem odziany a 
otoczony całym swym dworem. U ołtarza stał arcybiskup in pontificalibus96, a służyli mu 
wszyscy kanonicy i altarzyści. Zaś po lewej stronie ołtarza w ławach siedzieli biskup ormiański 
i władyka ruski i kilku poważnych popów ich obrządków, z długimi brodami i złotymi 
łańcuchami na szyjach. 
Kiedy Gniewosz wszedł do kościoła z Formozą, zaraz za nimi cały kościół napełnił się rycerstwem 
i niektórymi damami, oni zaś oboje najprzód przystąpili przed króla, uklękli przed 
nim, a król powstawszy, dał im swoje błogosławieństwo w zastępstwie ich rodziców, których 
oboje nie mieli. 
Zaczem, podniósłszy się z kolan, przystąpili przed ołtarz" a ks. Boryszewski dał im ślub z 
wielką przystojnością i arcybiskupią powagą — a po ślubie ze stopni ołtarza miał do nich bardzo 
piękną przemowę na temat: Crescite et multiplicamini97 
Po tej przemowie król wstał pierwszy ze swego tronu i wyszedł z kościoła, zaś przed kościołem, 
wsiadł na koń i otoczony swym dworem jechał bardzo powolnym krokiem przez 
rynek ku Niskiemu Zamkowi, gdzie dla państwa młodych i weselników był ranny obiad nagotowany. 
Potem Gniewosz wsiadł z panną młodą do owej pozłocistej karety i jechał również powolnym 
krokiem za królem. 
Zaczem rycerstwo zaczęło wsiadać na koń, ażeby jechać za Gniewoszową karetą, ale się 
musieli zatrzymać, bo wtedy od placu Św. Ducha zaczęły zajeżdżać na wozach, na koniach i 
na innych przyswojonych zwierzętach, rozmaite maszkary, które przyjaciele Gniewosza i 
mieszczanie przygotowali, ażeby ile możności przyozdobić i uświetnić to wesele, raz dla 
uczczenia rycerskich zasług Gniewosza, a potem dla przypodobania się królowi, który się 
kochał w wszelakich tego rodzaju pustotach. 
Najprzód tedy na małym wozie, obwieszonym ze wszech stron makatami a przez cztery 
niedźwiedzie ciągnionym, jechał Hymen: bardzo piękny młodzieniec, w białe obcisłe szaty 
ubrany, ze skrzydłami u ramion, z wieńcem na głowie, z weselną pochodnią w jednej, a zasłoną 
w drugiej ręce. Hymen przedstawiał śluby dozgonne, a niedźwiedzie mu przydano jako 
godło herbu Gniewosza. 
Potem wyjechał wóz wielki, cały złocony a uprzężony w cztery białe konie, jego koła były 
w kształcie sfer, a wasąg był napełniony obłokami, bardzo misternie zrobionymi z bawełny: 
w tych zaś obłokach siedział po prawej stronie Jupiter, z białą brodą i w złotej koronie, a koło 
niego Minerwa, w pozłocistym hełmie na głowie, Jupiter trzymał wielką tarczę przed sobą z 
herbem Rawicz, a Minerwa drugą taką tarczę z herbem Mora: przed nimi zaś siedział ukryty 
w obłokach jakiś bożek pośledniejszy, zapewne pacholik Jowisza i puszczał na wszystkie 
strony okrutnie ogniste łyskania. 
Dalej jechał, również na wielkim złocistym wozie, uprzężonym w cztery woły węgierskie 
ze złoconymi rogami, Saturnus z długą kłaczystą brodą i kosą w ręku — a przed nim widać 
było na wozie dwanaście maleńkich chłopiąt, które miał niby pozjadać, ale które tymczasem, 
śpiewając i skacząc około niego, okrutny hałas czyniły. Saturnus, jadący wołami, miał wyrażać 
życzenie, ażeby państwu młodym powoli czas schodził. 
Za Saturnem jechał na wielkim koniu rycerskim Mars, bożek wojny, w ciężkiej zbroi spiżowej 
i w hełmie bez piór, z długą dzidą w prawej ręce i z tarczą na lewym ramieniu — a koło 
niego szło pieszo po trzech łuczników z każdej strony, którzy jeden za drugim strzelali z 
muszkietów, czym naczynili takiego dymu, że i twarzy Marsa nie można było rozeznać i jeszcze 
te dymy zasłaniały Dianę. 
Albowiem za Marsem, na płaskim wozie, nakrytym suknem zielonym a uprzężonym w 
cztery przyswojone jelenie, pomiędzy krzewinami, które poustawiano na wozie, jechała Diana, 
bardzo wyniosła i piękna kobieta, prawie jak Formoza, z półksiężycem na czole, oparta 
lewą ręką na luku, a trzymająca w prawej dwa wielkie harty na smyczy. Miałli Mars przedstawiać 
Gniewosza, a Diana Formozę, o tym różnie opinowano; to wszakże było wiadomo, że 
owych pięknych jeleni dostarczył Auctus Paniowski, starosta stryjski, który umiał nad wszelki 
podziw oswajać dzikie zwierzęta. 
A za Dianą już szły rozmaite żartobliwe maszkary. 
Więc najprzód na sześciu wielbłądach, które szlachta okoliczna pozabierała Tatarom, jechało 
sześciu dorodnych parobków, poprzebieranych za chanów tatarskich, za baszów tureckich 
i maharadżów Ziemi Ognistej, w baranich szłykach98, kwiecistych turbanach i pierzastych 
koronach, z łukami i kołczanami na plecach albo też z pozłocistymi dzidami. Za nimi 
biegły nieprzeliczone tłumy ulicznej gawiedzi — a że na Tatarów i Turków, co dopiero przeszłego 
roku ruskie ziemie tak nielitościwie złupili, wielka złość była we Lwowie, więc też i 
na tych niewinnych parobków okrutnie huczano, miotano piaskiem, a nawet i kamykami za 
nimi, że aż miejscy halabardnicy musieli znów grzmocić publikę drzewcami, a niektórych 
nawet wziąć za łeb i zaprowadzić do kordegardy, gdzie im miotełką ich patriotyczną fantazją 
ochłodzono. 
Dalej jechały na osłach, na mułach i jakichkolwiek konikach rozmaite inne maszkary, jaka 
była czyja fantazja, aż wreszcie i samego Bachusa nie brakło. Ten wszakże, mąż haniebnie 
otyły, z ogromnym brzuchem i obwisłymi policzkami jak połcie słoniny, z nagimi ramiony i z 
wieńcem na głowie, szedł pieszo, a raczej zataczał się, pijanicę udając, ale go rozmaite satyry 
i nimfy popod boki trzymały. A koło niego i za nim ciągnęli w niepowściągliwych pląsach, z 
muzyką i również niepowściągliwymi pieśniami, rozmaici skoczkowie i błazny, posuwając 
się także z tym korowodem ku Niskiemu Zamkowi, chociaż ich tam pewnie nie zaproszono. 
Wszelako najweselsza maszkara zjawiła się dopiero na końcu. Przeszłej zimy. Buczacki, 
wuj młodego Górki, zdobył był słonia na Turkach, którego jako niebywałą trofeę chował na 
swoim zamku w Buczaczu: krotochwilny Górka sobie tego słonia u wuja wyprosił i przyprowadził 
na wesele Gniewosza. Tu kazał bardzo misterną wieżę w kształcie przeźroczystej kapliczki 
zbudować, którą przymocował na grzbiecie słonia, zaś do tej wieży wsadził jakąś tłustą 
szynkarkę, którą, jak powiadano, własnoręcznie umalował na czarno i ubrał jako królowę 
murzyńską. Do tego nałowil sobie dwunastu miejskich chłopaków, których także poczernił i 
poubierał z murzyńska — i z takim biblijnym orszakiem, dotychczas jeszcze nigdy nie widzianym 
we Lwowie, wjechał na rynek, sprawując nim niesłychane gaudium99 
publice. Przed słoniem 
szedł wielki Murzyn, wyczerniony od stóp do głów i ledwie nie nagi zupełnie, bo tylko 
jakiś strzępiasty fartuszek wisiał mu koło pasa: Murzyn, wiejąc palmową gałęzią na wszystkie 
strony, wołał ogromnym głosem: — Mości panowie! ustąpcie się! królowa Saba jedzie na pana 
Gniewoszowe wesele! — Królowa wyszczerzyła zęby i kłaniała się publiczności, Murzynkowie 
tańcowali i hałasowali około słonia, publika zbiegała się ku nim, krzycząc wniebogłosy z 
radości — a mały Górka jechał z tyłu za słoniem i cieszył się, że aż się trzymał za boki. Ale mu 
jeszcze nie było dość na tym, bo koło niego szło jeszcze kilku drugich Murzynów, którzy 
nieśli pod pachą skopce napełnione sadzą rozpuszczoną w oliwie, a kwacze100 w ręku. Nuż kto zanadto ciekawy się do nich przybliżył, więc go kwaczem po gębie i w oka mgnieniu go 
poczernili z murzyńska: tak między publiką napłodzili Murzynów bez liku, z czego znów 
drugie gaudium dla łaknącej takich dosadnych figlów publiki, a niewysłowiona uciecha dla 
zbytkującego młodzika. 
Wszakże za królową Sabą już ruszyło rycerstwo, które dotychczas przypatrywało się temu 
korowodowi z daleka, i całe to weselisko się zwaliło na zamek. 
Król przyjął Gniewoszów z wesołą twarzą i z wielkim respektem, bo ich do obiadu przy 
osobnym stole posadził, przy którym zasiadł tylko on sam, państwo młodzi, obydwie drużki i 
dwaj drużbowie, wojewoda ruski i Kamieniecki. Rycerstwo, pomiędzy którym znajdowały się 
niektóre damy, a tylko trzech mieszczan, wójt, proconsul regius i proconsul communitatis, 
jadło przy innych stołach, które pozastawiano po innych komnatach. 
Natomiast wszakże przed zamkiem ponastawiano pod gołym niebem wiele stołów z mięsiwem 
i chlebem i powytaczano beczki z piwem, miodem i winem, gdzie też pospólstwo niebawem 
tak się rozweseliło, że Bachus, spiwszy się pierwszy ex officio101 jak cztery dziewki, 
poszedł w taniec z królową Sabą, za nimi Jupiter z Minerwą, a Mars z Dianą, nuż potem satyrowie, 
nimfy, Murzyni, Tatarzy, Turcy i Indianie i taki okrutny uczynili hałas, zgiełk i publikę, 
takie przewracanie się i drugie nieprzystojności, że nawet obydwa charty Diany uciekły 
od tej piekielnej wrzawy — a stanąwszy na boku przy mądrym słoniu i obyczajnych jeleniach, 
dziwiły się ludziom, że znajdują upodobanie w takiej rozpustnej swawoli, do której nigdy by 
się nie poniżyły zwierzęta. 
Tymczasem król po obiedzie, przy którym także wypito puchar jeden i drugi, ale tylko pod 
miarę, ofiarował dary Formozie: obraz Przenajśw. Trójcy malowany na złocie, a w drogie 
kamienie oprawny, i zegar złocisty, bardzo misterny, w którym brzmiało granie, trąbienie i 
tarabany się na czas odzywały. Zaczem i drudzy także wystąpili z darami: wojewoda ruski dał 
złotego pawia z rozpostartym ogonem, barwistymi kamieniami sadzonym, Kamieniecki czarę 
złotą podłużną, spoczywającą na skrzydłach dwóch gryfów, a wewnątrz rubinami sadzoną, 
inne rozmaite kosztowne noszenia — a mieszczanie ofiarowali jej dwie sztuki złotogłowu na 
szaty i sorok soboli. Nuż dopiero po wszystkich pan młody wystąpił ze swymi darami, które 
jego słudzy tymczasem porozkładali na stole –' a były tam takie bogactwa w kolcach, manelach, 
rozmaitych drogich noszeniach, a wreszcie w perłach i kosztownych kamieniach, które 
całymi garściami leżały w złocistych czarach, że nawet sam król im się przypatrywał ze 
zdziwieniem. Ale nie było czemu się dziwić, boć to tam były wszystkie klejnoty, które w 
dwóch tak możnych rodzinach, jak Gniewoszowie i Magierowie, od kilku wieków się nazbierały. 
Więc wszyscy na Gniewosza spoglądali, jedni z ukontentowaniem, a ten i ów może 
z zazdrością — Gniewosz zaś wąsa pokręcił i rzekł: 
— A srebra domowe, co ich mam na piętnaście kamieni, czekają na pannę młodą w 
Czorsztynie. 
Zaczem już nie czekając, jechano na ratusz, gdzie po obydwóch stronach głównej bramy 
przygotowano dla króla i jego gości wyniosłe siedzenia, bo po południu na rynku, który prawie 
na grubość stopy wysypano białym piaskiem z góry zamkowej, miały się odbyć turnieje — 
a po turniejach festyn z tańcami w ratuszu, który mieszczanie urządzili dla króla i państwa 
młodych. 
Jak tylko król ze swymi gośćmi zasiadł na owych wysokich ławach pod ratuszem, które 
suknem i makatami okryto, a gdzie dla niego wzniesiono bardzo paradny baldachim z aksamitów 
i złota, zaraz obydwie ulice, Halicką i Krakowską, prowadzące ku zachodniej połaci 
rynku, zamknięto szrankami i postawiono szranki po obydwóch bokach ratusza, ażeby publika, 
jako to zwykle niewstrzemięźliwa w swej ciekawości, nie przewaliła się na plac turnieju.
Natomiast nie było jej wzbronno zapełnić okna i bardzo gęste krużganki kamienic, otaczają
cych rynek, a nawet i wyłazić na dachy, z czego też korzystał kto mógł i cały; 
rynek ze swymi dachami, oknami i krużgankami w owe}; 
chwili tak właśnie wyglądał, jak gdyby chmura szarańczy spadła na miasto. 
Trwało to bardzo długo, może z dziesięć pacierzy, albo i całą mszę cichą, nim pierwszy 
herold wjechał w szranki i otrąbiwszy się, wielkim głosem oznajmił, że pan Koniecpolski, 
staroście przemyski, i pan Auctus z Paniowa, starosta stryjski, skruszą kopie ze sobą. Zaczem 
znowu dopiero pa chwili wjechali obydwa rycerze w szranki, jeden z ulicy Krakowskiej, a 
drugi z Halickiej, i w całym pędzie swych 
koni uderzyli na siebie. Ale za pierwszym uderzeniem obydwa się chybili, tylko konie z 
wielkim chrzęstem się otarły o siebie, z czego głośny śmiech poszedł po dachach. Obrażeni 
tym śmiechem rycerze odskoczyli od siebie, zajęli miejsca przy szrankach przeciwnych i 
znów uderzyli — a teraz Paniowski skruszył swoje kopią o pierś swego przeciwnika, Koniecpolski 
spadł z konia w tył, ale się zebrał w oka mgnieniu i wskoczył w całej zbroi równymi 
nogami na konia, za co, chociaż zwyciężonemu, publiczność zapłaciła ogromnym aplauzem. 
Do drugiego turnieju wyjechali przeciwko sobie młody Buczacki i równie młody Kościelecki 
Ogończyk, wojewodzie inowrocławski, do trzeciego Henryk Fredro z Jakubem Mortęskim, 
do czwartego Jan Raba z Waplewa, kasztelanie elbląski, z Danaborskim, kasztelanicem 
bydgoskim, a ci obydwa, tłumiąc się z sobą bardzo długo, najprzód konno, a potem pieszo, 
już piasek tak zryli na rynku, że bruk zaczął się pokazywać, zaczem król zakazał dalszym 
jeźdźcom wyjeżdżać. 
Wszelako piasek na nowo ubito, a potem niektórzy młodsi rycerze i szlachetni pacholikowie 
potykali się pieszo ze sobą, aż wreszcie publika przecie szranki przełamała i przewaliła 
się na plac turnieju, na którym też ci i owi parobcy, naśladując swych panów, zaczęli także się 
tłumić. Niebawem też Bachus, zaprosiwszy się do królowej Saby na słonia, wjechał na rynek, 
a za nim wtłoczyła się wszystka owa publika spod zamku, z Jowiszem i Marsem, z Minerwą i 
Dianą, z Turkami i Murzynami, wszyscy spici do niepamięci, odarci i poczernieni, z muzyką i 
tłustymi pieśniami, a w pląsach już wcale gorzej niżeli zwierzęcych — zaczem król zaraz wstał 
i wszedł do ratusza, wiodąc wszystkich gości za sobą. 
Już też się wtedy zmierzchać zaczęło. 
Wszystkie sale ratusza były bogato przybrane i oświecone rzęsiste woskowymi świecami — 
a w ostatnich były stoły nakryte do wieczerzy. 
Król jadł i pił bez mała nie lepiej niż drugi człowiek śmiertelny, muzykanci, pochowani po 
kątach, grali alterraatwe102 rozmaite melodie hiszpańskie i włoskie, błaznowie, śpiewacy i 
rymotwórcy obiegali stoły i przepowiadali królowi, państwu młodym, starostom i drużkom 
wesołe rymy, a na czas takie tłuste, że nawet sam król natenczas spuszczał oczy i w talerz 
spoglądał. Aż wreszcie wszystkim już było dosyć tej krotochwili: król wstał, podał rękę Formozie 
i poszedł z nią w taniec w drugiej komnacie, gdzie z obszernego krużganku odezwała 
się kapela z pięćdziesięciu grajków złożona pod przewodnictwem uczonych rybałtów. 
A nim król poszedł w taniec, stanęło o jakie dziesięć kroków przed nim dwóch rajców 
miejskich do tańca. Ci byli w długie czerwone szaty ubrani, jeno rękawy mieli z białego atłasu, 
złociste łańcuchy na szyi i czarne aksamitne birety na głowie, wzięli się za ręce i szli naprzód, 
tańcując wokoło sali. Za nimi dopiero tańcował król z panną młodą, potem szedł 
Gniewosz z księżniczką Puciatyczówną, potem drudzy z rozmaitymi matrony i panienkami, a 
na końcu, kiedy już kobiet nie stało, bo też i niewiele ich było na tym weselu, brało się po 
dwóch mężczyzn za ręce i łączyli się z tym korowodem. Przetańcowawszy jakie kilkanaście 
kroków, owi dwaj mieszczanie, co szli na przedzie, stawali, a objąwszy się w ramiona, całowali 
się wzajem po obydwóch stronach twarzy, co też i inne pary za nimi powtarzały. Drudzy ludzie poważni, jak król i wojewoda ruski, tylko się przy tym nachylali po obydwóch stronach 
swojej damy, nie dotykając jej twarzy: ale ten i ów tanecznik serdeczny cmoknął naprawdę, 
czemu się niektóre panienki broniły, ale że takie było prawo, a tanecznicy przy nim 
się upierali, więc z tego zawsze powstawał śmiech wielki i wrzawa, aż się też sala tak przepełniła 
ciekawymi, że się tłum zrobił i korowód taneczników zaczął się tu i owdzie przerywać. 
A kiedy już było tak tłumno, że prawie i szpilka nie byłaby doleciała do ziemi, Gniewosz i 
Formoza zniknęli, a z nimi wysunęli się także wojewoda ruski i Kamieniecki. 
Wszystko to było najprzód tak nastrojone, bo tak wymagał obyczaj: toż kiedy państwo 
młodzi ze swymi starostami zeszli ze schodów przed bramę ratusza, już tam w dwa szeregi 
ustawieni czekali na nich słudzy z zapalonymi pochodniami i prowadzili ich pieszo do domu 
Formozy. Przyszedłszy przed kamienicę, Formoza z Kamienieckim poszła najprzód do górnych 
komnat, gdzie grono matron na nią czekało; zaczem kiedy Gniewosz z wojewodą przyszedł 
do pierwszej komnaty, Kamieniecki piękną przemową oddawał mu pannę młodą, a wojewoda 
za niego dziękował. 
A potem wszyscy odprowadzili ich do łożnicy i drzwi za nimi zamknęli. 
Tymczasem w wielkiej sali ratuszowej rum uczyniono królowi — i król tańcował dalej. Był 
dobrej myśli, kazał na czas do siebie przepijać, brał jedne panienkę po drugiej i szedł z nią w 
taniec, nie pytając wcale o to, jakiego która jest rodu, byle była urodziwa a zwinna do tańca. 
Zaczem się i niejednej córeczce mieszczańskiej dostało, bo też i bardzo urodziwych cale między 
nimi nie brakło. Niektóra z nich i sama wysunęła się naprzód i mile się uśmiechnęła, nie 
tyle z zamiłowania swawoli, ile z niewinnej próżności, ażeby też mogła na starość powiedzieć 
swoim sąsiadkom: Oto król ze mną tańcował na pana Gniewoszowym weselu. Matki, rade 
choćby i nieba przychylić swoim pisklętom, nieraz i same pomagały do tego. Ale niektórzy 
starzy mieszczanie srodze się tym gorszyli, zwłaszcza że ta i owa panienka, nie mogąc się 
docisnąć do króla, poprzestała na jakim młodym rycerzu i widać było po jej radośnie zarumienionej 
twarzy, że jej wcale dobrze było w jego objęciach. A trwały te tańce swawolne ze 
dwie godziny albo i więcej, król sam nie ustawał, jeszcze i drugich zachęcał, a nawet sam 
różne nowe tańce wymyślał. 
Kundrat, niezmiernie takich rzeczy ciekawy, które nie co dzień mógł widzieć, stał przez 
cały ten czas pod ścianą, przypatrywał się tej swawoli tak chciwie, że ledwie oczy mu nie 
wylazły, uśmiechał się złośliwie, brał się za tłusty podbródek — a kiedy który rycerz jaką 
miejską panienkę zanadto serdecznie uścisnął, to nie mógł ustać na miejscu ze złośliwej uciechy, 
śmiał się nawet głośno i oglądał się za kim, komu by mógł co o tym powiedzieć. 
Tak jednej chwili stanął obok niego jakiś zacny mieszczanin, ogromny wzrostem, starzec 
białowłosy, skromnie, ale chędogo ubrany w długą suknię zwierzchnią z ciemnego sukna, w 
czarne pończochy i grube trzewiki ze srebrnymi sprzączkami, w łańcuchu na szyi, który nosili 
consitles antiqui; ale musiał bardzo być stary, bo na jego wielkiej, ogolonej twarzy, choć 
jeszcze czerstwej i chociaż spod jego białych krzaczystych brwi wyglądały wielkie oczy siwe, 
pełne bystrości i życia, malowało się co najmniej jakie lat ośmdziesiąt albo i więcej. 
Mieszczanin ten, szukając sobie miejsca pod tąż ścianą, spojrzał z góry na Kundrata, jak 
gdyby go lekceważył, i chciał się od niego odwrócić; ale kiedy Kundrat także spojrzał na niego 
i zrobił mu z uszanowaniem miejsce koło siebie, zatrzymał się i rzekł: 
— A waść się śmiejesz, jak gdyby to było twoje własne wesele. 
Natenczas Kundrat przybrał minę poważną i odpowiedział mu: 
— Cóż, panie Sztecher, człowiek i ze złych rzeczy się śmieje, kiedy nie może ich zmienić. 
Już to rycerstwo tak w pychę urosło, że nas nie ma ani za Boże stworzenie. Borykałem ja się z 
nimi, ile sił mi starczyło, ale widząc, żem jest sam jeden i że nie dam im rady, dałem im pokój 
— a teraz się śmieję z tych, co ich jeszcze proszą, aby im kołki ciosali na głowie. 
— Tyś się z nimi borykał? — rzekł Sztecher — nie wiem zaprawdę o co, chyba że o jaką 
podwikę — a i to jeszcze kwestia, czy ta podwika była warta tych guzów, coś je za nią otrzymał. 
Aleś się o prawa tego stanu, do którego należysz. z nikim nie borykał, bobym był przecie 
o tym coś wiedział... 
— Już jak tam bądź — przerwał mu Kundrat, trochę skonfundowany — wzięli nas za łeb i koniec, 
a teraz już tak dokazują, że człowieka śmiech zbiera z samego żalu. 
A na to Sztecher: 
— Za łeb nas wzięli, to prawda. Ale kto temu winien? Oto tacy ludzie, jak ty i ci, którym 
służyłeś i jeszcze służysz. Wasza to wina, żeście tak nisko upadli, że kto tylko nogę podniesie, 
ten, choćby nie chciał, musi wam na kark nastąpić. Nie mówię o dawnych czasach, kiedy 
to miasta używały wielkiego znaczenia, kiedy miały swe armie i floty i nikt nie śmiał nastąpić 
na ich swobody i prawa, bo ich walecznie broniły na lądzie i na morzu. Aleć jeszcze za mojej 
pamięci byliśmy czymś w tym Polskim Królestwie. Kiedy królowa Jadwiga zabrała Lwów po 
raz wtóry i przyłączyła do Polski, to Władysław Jagiełło prawie jak równy z równym z nami 
traktował. Potwierdził miastom dawne ich przywileje, jeszcze i nowych im dodał, hojnie 
opatrzył kościoły, szkoły, szpitale, bursy i kolegiaty, mieszczan miał sobie na równi ze 
szlachtą i sam obydwiema rękami pomagał, ażeby miasta się podnosiły w bogactwach, a 
utrzymywały w swych prawach. Tak samo było jeszcze za jego starszego syna i jakiś czas za 
Kazimierza — a dlaczego? Oto, bo mieszczanie strzegli pilnie praw swoich, trzymając wiernie 
z koroną, służyli jej za hamulec przeciwko wybujaniu rycerstwa, a swoją nauką, pracą, bogactwem 
i godnością swych obyczajów zasługiwali na poszanowanie. Wolno im było wtedy 
razem ze szlachtą zasiadać na konwokacjach103 i zjazdach, radzili wspólnie o dobru tego królestwa 
i podpisywali traktaty z sąsiednimi mocarstwy i nikt by im nie bronił, gdyby się byli w 
tym pilnowali, stawać viritim 
na sejmikach i wysyłać swoich delegatów na sejmy. A jakeście 
wy się w tym pilnowali? Oto zamiast pozostać tym, czym byli wasi ojcowie i czym sami jesteście, 
i zamiast bronić praw waszych mieszczańskich, usunęliście się z tej areny, na której 
mogliście być samymi sobą, a natomiast ugięliście się przed przewagą rycerstwa i zaczęliście 
się wpraszać pod ich sztandary i znaki, woląc być ostatnimi pod ich rozkazami niżeli pierwszymi 
pomiędzy sobą. Każdy stan w społeczności takiego zażywa losu, jaki sam sobie zgotował 
i na jaki zasłużył. Cóż się więc stało? Oto, kiedyście sami się wykluczyli z konwokacyj i 
sejmów, teraz oni was wykluczyli od biskupstw, od koronnych i ziemskich urzędów, a nawet 
już od własności dóbr ziemskich. A za to, że im stopy jak psy liżecie, macie też swoje nagrody: 
który sobie u nich wyżebrze szlachectwo, tego w pierwszej wojnie poszła na zgubę, ażeby 
go poganie powiesili na palu — a któremu się zachce ze szlachcianką ożenić, to mu ją dadzą, 
ale taką, co już wszyscy diabli się z nią żenili i której też sam diabeł nie upilnuje. I waść byś 
zrobił daleko lepiej, gdybyś swojej żony pilnował, zamiast puszczać bąki pod nos poczciwym 
ludziom, jako się ze szlachtą o prawa mieszczańskie borykasz! 
Kundrat bardzo nisko opuścił nosa na takie surowe kazanie, lecz rad, że może rozmowę 
odwrócić do innego przedmiotu, zawołał wesoło: 
— Już tam co do pilnowania żony, to Kundrat niegłupi. Mojej żonie, dopóki była wdową, 
zazdrośnie sąsiadki czasem jaką łatkę przypięty, ale odkąd jest moją, jest mało nie lepiej jak 
święta, krokiem się z domu beze mnie nie ruszy, bo też, pomiędzy nami mówiąc, i ja jej ani 
na chwilę z oka nie spuszczam. 
Tu stary Sztecher spojrzał na niego z wyraźną pogardą i rzekł: 
— A toś się już chyba na te tańce rycerskie tak zagapił, żeś oślepł. Bo kiedym tu szedł po 
schodach — a jest już temu dobre dwie godziny — tom widział na własne oczy, jako imć pani 
Pachna ramię w ramię z tym francuskim rycerzem, co zabił Frąca, właśnie zbiegała ze schodów 
i z nim gdzieś zniknęła na rynku. 
— Moja żona? — zawołał Kundrat, rumieniąc się jak burak — anoż dopiero co tańcowała w 
drugiej komnacie. 
— Może jeszcze i teraz tańcuje, jeno nie tutaj w ratuszu — rzekł Sztecher i odwrócił się do 
niego plecyma. 
Kundrat skoczył pomiędzy tańcujących, ażeby żony poszukać, bo przecież Sztecherowi nie 
wierzył. Ale w głębi swojego serca i Pachnie nie wierzył — i niezmiernie się tym zniepokoił. 
Wprawdzie, według jego przekonań, adulterium 
po ślubie nie było zbrodnią tak monstrualnie 
niezwykłą, jak przed ślubem: ale niechby się to stało komu innemu, nie jemu. Kundrat biegał 
jak raca po wszystkich komnatach, roztrącał ludzi, we wszystkie kąty zaglądał, niektórych 
nawet zapytywał o żonę — ale wszystko na próżno: Pachny niet. — Czekajcie szelmy! — mówił 
do siebie, sapiąc jak miech — jak was złapię, obaczycie, jaką kurtę wam skroję! przecie mam 
prawo za sobą! 
I to mówiąc, wpadł jak strzała do sieni, zabębnił nogami po schodach, jak gdyby mu kto na 
pierwszym schodzie dał butem kowanym w krzyż pacierzowy, przeleciał przez sień na dole i 
wybiegł na rynek, ale tam stanął. Na rynku było ciemno jak w garnku, a rynek miał cztery 
rogi: diabeł sam wie, w którą stronę za nimi uderzyć. Trudnoż miał lecieć na oślep w Lwów. 
Tak stał, właśnie jak gdyby mu kto oczy zawiązał — i stał, nie jak posąg zazdrości, ale jak 
głupi Kundrat, który znów wpadł w rycerską połapkę: kipiało w nim wewnątrz jak w kotle, 
gniewał się okrutnie, zaciskał pięście przeciwko całemu rycerstwu, ale pięście bezsilne, jak 
zawsze... 
Bal na ratuszu trwał prawie do rana, bo król się bawił wybornie i dopiero kiedy świt w 
okna uderzył, wyszedł, odprowadzony pieszo przez całe rycerstwo, na Niski Zamek. 
Nazajutrz był równie świetny festyn na Zamku, który dla państwa młodych wydał kasztelan 
— trzeciego dnia wielki obiad u arcybiskupa, a tańce znowu w ratuszu — i tak się te festyny 
miały przedłużać przez cały tydzień, jak było wówczas zwyczajem. Ale czwartego dnia nadbiegły 
do Lwowa, natenczas wprawdzie jeszcze dość głuche, ale tak niesłychane i tak przerażające 
wieści o Wilczku i zamku tustańskim, że wszystkich zmroziły: król zasmucony zakazał 
dalszych rozrywek i sam zaraz do Krakowa wyjechał — i Gniewoszowie także natychmiast 
wyjechali na Czorsztyn. 
Odtąd tam zamieszkali. A tak Formoza i Gniewosz, oboje zawsze rozumni, roztropni i zacni, 
chociaż musieli przejść przez tak ciężkie próby i doświadczenia, że nieraz im przyszło o 
swojej lepszej przyszłości rozpaczać i losy swe poruczać samemu Bogu, przecież na koniec 
ziścili swoje najdroższe nadzieje — i odtąd żyli długo w dostatkach, spokoju i szczęściu, w 
błogosławieństwie Bożym i w wielkim poszanowaniu u ludzi. 
Kiedy Ofkę znaleziono leżącą prawie bez duszy przy drodze na śniegu i za przewodem 
Włostka zawieziono wraz z dzieckiem do Drohobyczy, poczciwy ten parobeczek zajął się jak 
najgorliwiej, a nawet i z poświęceniem, wyszukaniem dla niej jakiegokolwiek przytułku. Kochał 
on ją bowiem miłością ślepą i bez pamięci, kiedy rozumiał, że jest grzeczną dziewczyną 
jak inne; lecz obaczywszy ją w takim nieszczęściu, w jakim ledwie nie wszyscy ludzie odmawiają 
kobiecie swojej litości, dlatego jej wcale nie znienawidził. Owszem, przeklinając w 
duszy tych, co ją w taką poniewierkę rzucili, ją miał zawsze za niewinną ofiarę — a że była tak 
bardzo nieszczęśliwą, może przylgnął do niej jeszcze daleko więcej niż przedtem. 
Albowiem prosty ten chłopak, taki sam dotąd jak go Bóg stworzył, a chrześcijańscy rodzice 
wychowali w miłości bliźniego, miał wielkie serce dla ludzi, szedł drogą prawdy i poczciwości, 
nie znał ani próżności, ani też zawiści, a już dla nieszczęśliwych, to gotów by był zdjąć 
ostatnią koszulę ze siebie. Prawdziwy Hucuł pokucki, niewielkie miał poszanowanie dla cudzej, 
a zwłaszcza dla pańskiej własności, czuł ciężko niewolę, a o wolności miał swoje rodzime 
wyobrażenia, z powymyślanymi przez ludzi uczonych prawami nie bardzo zgodne; 
gdyby mu jaki człek wolny z Czernohory był przemówił do serca, to gotów by był wziąć za
raz siekierkę do ręki i pójść za nim do lasu: ale na widok biednego łez w swoich oczach powstrzymać 
nie umiał i gdyby miał tylko jeden bochenek chleba w torbie, to by go oddal 
chrześcijaninowi i rad sam głodem przymarł za niego. A cóż dopiero dla Ofki!... tej nieszczęśliwej 
ofiary starościńskiej rozpusty. Ej! gdyby nie Ramułt ze swoim okiem świdrowatym, co 
człowiekowi patrzy na samo dno jego sumienia, gdyby nie rygor na zamku taki nielitościwy, 
jak na tureckich galarach, gdyby nie pop, co by nigdy nie odpuścił zabójstwa... to byłby może 
już dawno swoją siekierą staroście za Ofkę zapłacił. Ale jeszcze i tak! dzban nosi wodę do 
czasu. 
Niełatwo było Włostkowi śród nocy znaleźć przytułek dla Ofki. Albowiem najprzód musiał 
niejako uciec od pocztu swojego pana, ażeby przy niej pozostać. Co na to powie starosta? 
Może go zaraz ściąć za to, bo i o to u niego nietrudno. Ale niech go już zetnie, przecie dlatego 
Ofki on nie opuści. Potem, ci głupi ludzie są tak nielitościwi, zaczną pytać: Kto? skąd? jaka 
kobieta i jakie dziecko? Zaczem jedni z obawy przed starostą, a drudzy może nie chcąc z Biłowusem 
zadzierać, zamkną mu drzwi przed nosem. A wreszcie nie miał pieniędzy. Kilkanaście 
szerokich groszy w skórzanym pasie, to wszystko. Ale miłość podnosi odwagę, a czystej 
chęci poświęcenia się rozum przyświeca. 
— Kto by mi Ofkę obraził — powiadał Włostek — temu łeb rozszczypię toporem, cały mój 
pas dla niej wypatroszę, a kiedy to nie wystarczy, to przecie każdy wie, że w Synowódzku u 
mego ojca są beczułki ze srebrem w piwnicy, a jam jedynakiem u niego, to mi też i nieużyty 
człowiek zawierzy. — Uzbrojony w taką determinacją, uprosił sobie u swych towarzyszy, że 
mu tymczasem pilnowali Ofki i dziecka, a sam poszedł szukać gospody. 
I znalazł niebawem, boć dobrych ludzi na świecie nie braknie. Znalazł zacnego przedmieszczanina 
i przedmieszczankę, którzy do swego własnego dworku przyjęli Ofkę wraz z 
dzieckiem i obiecali pielęgnować ją u siebie jak własną córkę, lecz mu zapowiedzieli, że ją 
udadzą za swoje krewną i nikt nie ma wiedzieć, że to jest dziewka starego Biłowusa z Tustania. 
Zaczem Włostek, uszczęśliwiony jak każdy, co spełnił poczciwy uczynek, odjechał nazajutrz 
z innymi żołnierzami na zamek starosty. 
Tak Ofce dosyć dobrze się działo u tych zacnych przedmieszczan i sekret się utrzymał 
przez całą wiosnę i lato. Włostek się czasem wymykał z zamku, bardzo rzadko, bo do Drohobyczy 
było daleko, ale przecie choć raz na miesiąc i Ofkę odwiedzał. 
Ofka się pomału uspokoiła, a nawet i wypiękniała nad podziw. Z ledwie co dorosłej, delikatnej 
i wiotkiej dziewczyny zrobiła się teraz urodziwa kobieta, zawsze jeszcze młodziutka i 
więcej wysmukła niżeli silna, ale przecie zmężniała znacznie, krew się w niej odżywiła, na 
białą twarz wystąpiły żywe i zdrowe rumieńce i zgoła wyglądała tak cudnie, że mogła znowu 
zaprószyć serce jakiemu staroście: tylko w jej oczach żałosny przebijał się smutek, a często 
także i ciężki smutek się odzywał w jej głosie. 
Włostek, choć sam zazwyczaj nie wiedział, co mówi, kiedy obok niej siedział na przyzbie, 
starał się ją pocieszać, mówiąc: że co najgorsze, to się już przebyło, a Pan Bóg łaskaw, jeszcze 
to wszystko obróci na dobre. Oświadczeń jej żadnych nie robił, bo jakoś tak dziwnie z 
nim się zrobiło, że wprawdzie ją kochał do niepamięci, czuł, że ją kocha, boć wiedział, że jest 
najszczęśliwszym, kiedy ją widzi przed sobą, ale o tej swojej miłości wcale nie myślał jak 
inni: raz mu tak było, jak gdyby, siedząc koło niej, był jak w kościele, gdzie grzech śmiertelny 
słowo nieświęte wymówić, to znów mu się zdało, choć także nie wiedział dlaczego, że 
Ofka już dziś nie jest z tych kobiet, co za mąż idą. On wtedy miał tylko jedno świadome 
uczucie, to, że nieszczęśliwe stworzenie Boże wyratował z nieszczęścia, że spełnił zacny 
uczynek i ten uczynek go tym większą napełnia radością, im częściej to Boże stworzenie widuje 
nasycone, ubrane i spokojne. 
Co Ofka o nim myślała, to tylko samemu Bogu mogło być wiadomo, bo ona sama nigdy 
się nad tym nie zastanawiała. Że mu była wdzięczną, to pewna, bo ile razy się zjawił, zawsze 
go bardzo radośnie witała i serdecznie pragnęła, ażeby jak najdłużej zabawił — a kiedy go długo 
nie było, bardzo za nim tęskniła i nieraz całymi godzinami wysiadywała na przyzbie, patrząc 
jak najdalej sięgającymi oczyma wzdłuż drogą, która wiodła z Tustania. Ale chociaż 
często o nim myślała, to jednak nigdy w ten sposób, jakoby to mógł być mąż dla niej. Albowiem 
najprzód, sama wcale nie przypuszczała, ażeby jeszcze kiedy mogła pójść za mąż; w 
pokorze, pochodzącej ze świadomości swej winy, miała to niewyrozumowane, ale naturalne 
uczucie, że z nią nikt się ożenić nie zechce, jeżeli zaś kiedykolwiek w ogólności myślała o 
mężach, to mimo woli przypominał się jej piękny, wyniosły i w swoim obejściu wykwintny 
Wilczek, a za nim śnili jej się sami rycerze, w błyszczących pancerzach i hełmach z piórami. 
Ale to tylko sny były. Jeżeli zaś czego swoim żywym sercem pragnęła, to tylko pogodzenia 
się z ojcem, przeciwko któremu czuła się winną, a wina ta była wielkim i nieustającym ciężarem 
na jej sumieniu. Niechby nigdy za mąż nie poszła, niechby jej tylko ojciec przebaczył, 
niechby ją wziął nazad do siebie, ażeby mogła żyć przy nim i dziecko swoje wychować: to 
było najwyższe szczęście, o jakim marzyła. Ale to nigdy się stać nie może. Ojciec się jej zaparł 
na zawsze, nawet Tymko, jej brat, o niej zapomniał i nigdy o nią nie spytał. Włostek dla 
niej bardzo wiele zrobil, za to go też czci i szanuje jak swego anioła stróża i wdzięczną mu 
będzie do śmierci: ale Włostek więcej dla niej uczynić nie może. Jakim sposobem on mógłby 
jej ojca przebłagać? On, który jest tylko knechtem drugiego rzędu, bo chociaż syn kniazia, 
przecież nie jest szlachcicem. Jej ojciec nawet i dawniej wszystkich knechtów miał za nic a 
cóż dopiero teraz, kiedy tak wielkie pozdobywał bogactwa?... Zaczem smutna jej dola i bez 
żadnej nadziei — a już to będzie wielkie szczęście dla niej, jeżeli Pan Bóg jej da znaleźć taką 
służbę dla siebie, gdzie by jej pozwolono dziecko zachować przy sobie. 
Takie rozmowy toczyły się czasem pomiędzy nią i Włostkiem, lecz bardzo rzadko, bo 
oboje ich unikali: ona, bo nie chciała tego dobrego człowieka swoimi smutkami napawać, on 
bo się czuł bezsilnym i biednym, i Bogu dziękował za to, że ze swojej lafy104 i zapomogi 
swojego ojca mógł tyle oszczędzić, aby opłacić jej wyżywienie. 
Tymczasem w lecie nielitościwy los uderzył w nich nowym nieszczęściem. 
Tatarzy na Drohobycz napadli, miasto złupili i spalili do szczętu, a mieszkańców w wielkiej 
części wymordowali albo uprowadzili w niewolę... 
Rozbójnicy ci napadli także na dworek jej gospodarzy, oboje staruszków nielitościwie zamordowali, 
jej dziecko porwali z łóżeczka i wziąwszy za nogi, główkę mu roztrzaskali o ścianę 
— a potem dom podpalili... 
Ofka, zerwawszy się z łóżka na pierwsze larum105 i skrywszy się za wielką skrzynię, która 
na kobylicach stała opodal od ściany, na wszystkie te okrucieństwa patrzała. Tatarzy, rozbiwszy 
skrzynię, zakryli ją wiekiem, i dlatego jej nie dostrzegli. Gdyby ją byli dojrzeli, byliby ją 
wzięli jako snop zboża, bo ze strachu i zgryzoty zmysły się jej zamąciły: widziała tylko osłupiałymi 
oczyma straszliwe postacie tych zbójców, w wywróconych baranich kożuchach i 
czapkach spiczastych, z ogorzałymi twarzami i wyszczerzonymi białymi zębami; widziała 
trupy obojga staruszków, leżące na ziemi, widziała czerwoną krew swego dziecka na białej 
ścianie i czuła, że jego ciałko roztrzaskane gdzieś tam leży na ziemi pod tą skrwawioną ścianą... 
Potem Tatarzy zniknęli jak duchy nocne na pianie koguta — a ją mdłości opanowały i 
całkiem pamięć straciła. 
Dopiero kiedy Tatarzy dom podpalili, a płomienne języki zaczęły się wdzierać przez okna 
rozbite do izby, lizać podłogę i pułap i chwytać drewniane sprzęty w swoje piekielne objęcia, 
gorąco ją obudziło. Zerwała się i uciekając z tej paszczy ognistej, rzuciła się ku tylnym 
drzwiczkom alkierza, przez które dostała się w ogród, a potem już ogrodami biegła bez pamięci ku lasom, które szerokimi smugami ciągnęły się od Drohobyczy ku miastu Tustaniu. 
Noc była ciemna, bez gwiazd i księżyca, ale jej drogę oświecał pożar miasta, które jak wielka misa, napełniona smolnym łuczywem, za jej plecyma gorzało: nad płomieniami czarne podnosiły 
się dymy, a ich swąd aż ku lasom dochodził, swąd przeraźliwy, bo czuć w nim było 
odór gorejących ciał ludzkich... 
Uciekając jak najdalej od tego piekła, które sobie dzikość człowieka sama zapala na ziemi, 
dobiegła nocą na najwyższy grzbiet wzgórzy, ciągnących się pomiędzy Drohobyczem a Tustaniem. 
Sama nie wiedziała, skąd się w niej tyle sił wzięło, ażeby pieszo i boso ujść taki 
ogromny kęs drogi; ale to strach i zgroza i każdemu człowiekowi wrodzony popęd ratowania 
swojego życia, potroiły jej siły. 
Kiedy świtać zaczęło, obaczyła z całego Drohobycza tylko kościół stojący pośród dymiących 
się zgliszczów, a za Drohobyczem podnosiły się słupy dymów nad gorejącymi wioskami. 
Od strony Tustania cisza i spokój jak zwykle. Tylko tu i ówdzie widać było małe oddziały 
zbrojnych na koniach, które się snuły po wzgórzach, błyszcząc dobytymi mieczami i pancerzami 
do słońca. Były to hufce Wilczka, które strzegły granic jego starostwa. Jakoż istotnie 
Tatarzy, jak się nie pokusili o jego zamek, tak i nie tknęli żadnej z wiosek, które do jego jurysdykcji 
należały. Zdaje się, że Wilczek ich do tego respektu zniewolił zawczasu, bo tu i 
ówdzie przy kopcach granicznych, mianowicie od strony Stryja, było widać z daleka powbijane 
słupy, a na nich pozawieszanych Tatarów. Wilczek już na parę dni przedtem wyprawiał 
forpoczty w te strony i kazał chwytać języków — a jakiegokolwiek Tatara chwycono, zaraz go 
zawieszono na granicy starostwa. Zaczem chanowie postanowili raczej temu staroście dać 
pokój... 
Ofka przepędziła cały dzień w lesie, ratując się jagodami od głodu i nie wiedząc, co ma 
począć ze sobą. Zapomniała o wszystkim, nie myślała nawet o dziecku straconym, bo musiała 
myśleć o sobie. Świat ten nieraz bardzo jest brzydki, a ciężar życia staje się czasem wcale 
nieznośnym, ale to tylko dla tych, co młodość przeżyli: młodemu życie zdaje się lekkie, a 
świat zawsze tak piękny, choć czasem łzami zalany. Gdyby który z tych hufców się do niej 
przybliżył i wziął ją w swoje opiekę... Gdyby Włostek się jakim cudem dowiedział, że ona tu 
jest, pewnie by zaraz do niej przyleciał... Ale trudno się tego spodziewać. Ofka jeszcze jedną 
noc przepędziła w lesie. 
A nazajutrz znowu to samo: hufce daleko, Włostek nie może wiedzieć, że ona żyje, miasteczko 
Tustań widać jakby na dłoni — ale do kogo tam iść? wszyscy ją znają, wszyscy wiedzą, 
jaką niesławę przyniosła sobie i ojcu, każdy za drzwi ją wypchnie i jeszcze nogą potrąci... 
Ale co robić? Cóżkolwiek bądź, przecież wciąż w lesie mieszkać nie może, ażeby umarła 
z głodu, albo ażeby ją dzikie zwierzęta pożarły. 
Ofka rozmyślała nad tym bardzo mozolnie. W mieście Tustaniu są dobrzy ludzie, sama ich 
znała tak wielu. Dzisiaj by jej może to zapomnieli, że niegdyś jako panna Biłowusówna nosiła 
głowę wysoko, może by jej przebaczyli jej winę, bo przecie ludzkie w nich serca, a ona 
teraz tak jest nieszczęśliwą. Ale cóż? kiedy wszyscy się boją jej ojca. Nikt by jej nie wziął do 
siebie, wiedząc dobrze, że ojciec ją wyklął i sam z domu wypędził. Jeden człowiek, co się jej 
ojca nie boi, to stary Daszkiewicz. Ba, gdyby Daszkiewicz chciał ująć się za nią, to w całym 
mieście nikt by nie śmiał mruknąć na nią, a nawet i ojciec musiałby zmilczeć, taka tam wielka 
jest u niego powaga. Ale Daszkiewicz, to wielki pan, w obyczajach bardzo surowy, najmniejszej 
swawoli w mieście nie cierpi, a jeszcze do tego i córki ma w domu. Daszkiewicz pierwszy 
mnie za drzwi wyrzuci... a potem co? Wyrzuci, nie wyrzuci, mówiła sobie Ofka — i sama 
nie wiedziała, co myśleć. Ale jak strach dodaje siły, tak nieszczęście podwaja odwagę: Ofka 
rozbudziła w sobie odwagę i poszła do miasta. 
Nieszczęśliwa sierota wyglądała wówczas nie lepiej, jak jakakolwiek żebraczka: bosa, na 
zmiętej i obrukanej koszulce miała tylko perkalową i równie obrukaną spódnicę, a na plecach 
starą chustkę wełnianą, pierwszą lepszą, co w ucieczce jej wpadła pod rękę. Bogate i nader 
piękne jej jasne włosy spadały jej w wielkim nieładzie na ramiona i plecy, zarzuciła na głowę 
tę starą chustkę spłowiałą, zakryła nią twarz do połowy, aby nikt jej nie poznał, i tak się wśli
znęła zaułkami przed dom Daszkiewicza. 
Właśnie słońce się miało ku zachodowi. 
Daszkiewicz, jako wójt dbały o bezpieczeństwo swojego miasta, miał teraz bardzo wiele 
roboty. Chmura tatarska, dzięki sprężystej zapobiegliwości Wilczka, któremu mieszczanie, 
uzbroiwszy się także, dzielnie pomogli, wprawdzie ominęła miasto, ale jeszcze ta chmura 
mogła powrócić — a tymczasem wiele ludzi, równie jak Ofka, uciekło z drohobyckiego pożaru 
i niemal wszyscy, wychyliwszy się ze swoich leśnych kryjówek, chronili się do Tustania, 
wiedząc dobrze, że to miasto bogate, a jego mieszkańcy, pełni ludzkości, ba, i znani stąd szeroko 
po kraju, chętnie ich przez czas jakiś przeżywią. Daszkiewicz, pomimo swojej powagi i 
wieku, nieleniwy do pracy, sam tych nieszczęśliwych przyjmował, wypytywał się o ród i 
rzemiosło, aby się jaki złodziej przy nich nie przekradł, i sam ich tym i owym mieszczanom 
poruczał w opiekę, odsyłając co pośledniejszych do ratusza, gdzie ich w kordegardzie mieszczono 
i na koszt miasta żywiono. Właśnie cała kupa takich biedaków sprzed jego domu do 
ratusza odeszła, Daszkiewicz stał w progu, patrzał za nimi i ocierał chustką kroplisty pot z 
swojej zarumienionej łysiny, kiedy Ofka w swoich łachmanach przed nim stanęła i drżąc na 
całym ciele, a zakrywając twarz swymi bogatymi włosami, nisko mu się pokłoniła,. 
Daszkiewicz spojrzał na nią i rzekł: 
— Ot, jeszcze jedna sierota. Skądżeś ty? z Drohobyczy? 
Ale Ofce tymczasem łzy się rzuciły do oczu i głos jej zalały, tak że tylko wyłkała: 
— Z Drohobyczy... 
Wszakże te łzy zacnego Daszkiewicza wzruszyły, przybliżył się do niej, zajrzał jej w twarz 
i zapytał: 
— Któż ty jesteś, biedna dziecino? bo mi się zdaje, jakobym cię już raz widział. 
A wtedy Ofka rzuciła się przed nim na kolana i powiedziała przez łzy: 
— Ja jestem Ofka, córka Biłowusowa. 
Na to Daszkiewicz cofnął się od niej i podniósł obydwie ręce do góry. Ale się zaraz znowu 
do niej przybliżył, podniósł ją własnymi rękami z kolan i rzekł głosem pełnym, ojcowskiej 
dobroci: 
— No, toż ty musiałaś się niemało biedy nacierpieć, kiedyś aż zeszła na takie łachmany! 
Powiedzże mi, cóż to się z tobą działo przez te wszystkie czasy? 
Ale Ofka płakała, zatulając się chustką i nie mogąc głosu wydobyć z siebie. Więc poczciwy 
Daszkiewicz ją miłościwie utulił, mówiąc: 
— Nie płaczże już, bo ci się tu nic złego nie stanie. Wiem ja, bo i wszyscy to wiedzą, coś ty 
za przewodem tej zdradliwej Maruchy pobroiła z starostą. Bardzoś to niedobrze zrobiła i nie 
wiem, jak się tam o to rozrachujesz z Panem Bogiem. Ale mnie nic do tego. Ja człowiek, 
mnie ludzi nie spowiadać z ich grzechów, jeżeli innym nie szkodzą; mnie raczej koić ludzkie 
nieszczęścia, bo też i dość ich jest na tym świecie. Powiedzże mnie, jak ojcu, kędy żeś to bywałą 
po te wszystkie czasy? 
Więc Ofka na te ludzkie słowa odetchnęła cokolwiek i opowiedziała w krótkości, co się z 
nią działo aż do napadu Tatarów... 
Zaczem Daszkiewicz spytał: 
— A kędyż dziecko? 
Ofka mu powiedziała, że je Tatarzy roztrzaskali o ścianę, i znowu się rozpłakała. 
Więc Daszkiewicz bardzo się nad nią litował, ale się także i gorszył, bo rzekł: 
— Owóż to taka tych naszych panów robota. Zbałamucić niewinną dziewczynę, a potem 
porzucić, już to samo jest wielki występek, co by go ludzie karać powinni, choćby się największemu 
panu wydarzył. Nuż jeszcze swoją własną krew na taką poniewierkę puszczają — 
nie wiem też, czy kara Boska za to nie będzie... 
Potem mądry Daszkiewicz zastanowił się trochę i spytał: 
— A powiedzże mi, czy nie myślisz ty upominać się u starosty o krzywdę? 
A Ofka na to: 
— Dawnom mu zapomniała. Niech też i Pan Bóg mu nie pamięta... 
— Więc tak dobrze — rzecze uspokojony Daszkiewicz — głupi ten, co z mocniejszym się bierze 
do wojny. Za swoje krzywdę jeszcze i po łbie dostanie, a sprawiedliwości nie znajdzie, jak 
to ja zawsze Kundratowi powiadam. A powiedzże mi jeszcze, cóż to tam Włostek? Jeśli tobie 
pomagał, zali też to było poczciwie? 
— Włostek się ze mną obchodził jak ze świętą — odpowiedziała mu jasnym głosem Ofka — 
nawet i nie wiem, dlaczego się tak mną opiekował, jak siostrą. 
— Bo to jest poczciwy parobek — rzecze Daszkiewicz — bez mała nie najlepszy ze wszystkich 
starościńskich żołnierzy. Więc dobrze, więc się to jakoś ugładzi, więc ja ciebie przytulę, 
ano nie wiem jeszcze, do kogo bym cię miał dać w gospodę, aby ci dobrze tam było. 
Wszelako na to Ofka złożyła przed nim ręce, jak do pacierza i zawołała: 
— Święty panie Daszkiewicz! nie masz tu w całym mieście takiej gospody, z której by mnie 
mój ojciec nie wydobył, choćby ją miał łucznikami oblegać. A ojciec mój taki na mnie zawzięty, 
że jak mnie wywlecze, to pewnie mnie zaraz zabije... 
Więc Daszkiewicz patrzał na nią i myślał, a potem rzekł: 
— Jużci zbutniał od tej ostatniej wojny, to prawda, że już nie ma pana nad niego. Ale domy 
mieszczańskie łucznikami oblegać... to znów co innego. Kiedy by się na to poważył, tobym 
go kazał wziąć jak barana i wrzucić do turmy, a kiedy by na to przyszło, to i łeb uciąć na klocu, 
bom ja tu panem, nie on i nie kto inny, a starosta by mój urtel106 na niego obydwiema rękami 
podpisał. To tam strachy na lachy te napadania z łucznikami na mieszczan. Ale mógłby 
hałaburdy wyprawiać... a tego nam nie potrzeba. Więc tedy... więc ja cię tymczasem u siebie 
przytulę, a tu pan Biłowus i do okna nie zajrzy, jeśli mu nie pozwolę, chyba że pod oknami 
zaszczeka. 
Więc zaraz wziął Ofkę ze sobą i zaprowadził do izby. 
Ofka była niezmiernie uradowana, już jakby pół nieba otworzyło się przed nią; jeno jeszcze 
się obawiała, jak ją przyjmie pani Daszkiewiczowa i jej dzieweczki, ją, która niegdyś 
pierwszą była pomiędzy miejskimi pannami, a teraz ciężką winą obładowana i prawie w 
łachmanach. 
Ale tam cały dom był taki ludzki i taki poczciwy, że chyba ich wszystkich jeno do ran było 
przykładać. Daszkiewiczowa spłakała się nad jej nieszczęściem jak matka nad własnym 
dzieckiem, a jej dzieweczki wzięły ją zaraz pomiędzy siebie, zaprowadziły na pięterko do 
swoich izdebek, dały jej bielizny, obuwia i sukien na wybór, jeszcze i wyprzedzały się wzajem, 
która ma jej pierwsza usłużyć. Toż na wyścigi ją pocieszały, mówiąc: 
— Nie gryźże się już twoim nieszczęściem. Mogło się to i drugiej wydarzyć: taki to straszny 
pan ten starosta — a potem, wszyscy to mówią, że czary rzuca na biedne dziewczęta. Chybaby 
kamienne miał serce, kto by cię za to przeklinał. Zostaniesz tu u nas, będziemy cię kochać 
i pielęgnować jak siostrę, a już cię stąd nie puścimy, aż póki się nie pogodzisz z ojcem. 
Więc Ofce bardzo się lekko zrobiło na sercu — i żyła u nich spokojnie, kryjąc się przed ojcem 
i niewiele pokazując się ludziom. W mały czas wszyscy też w domu Daszkiewicza bardzo 
ją polubili, bo była cichą i pracowitą, i uprzejmą dla wszystkich: w dzień bardzo misterne 
hafty robiła dla swych opiekunek, a wieczorami opowiadała im dziwnie piękne bajki, których 
ją niegdyś nauczyła Marucha, i zgoła każdemu umiała się czymsiś przysłużyć. Jakoż zdawało 
się wszystkim, że jest wcale szczęśliwą, bo nikt nigdy jej smutku nie widział na twarzy. 
Ale tak przecie nie było, bo ona ze swym smutkiem tylko się kryła. Nieraz, kiedy się mogła 
skryć w jakim kąciku; rzewnymi zalewała się łzami: raz, że nie miała żadnej nadziei pogodzenia 
się z ojcem, co, jako grzech nieodpuszczony, nieznośnie ciężyło na jej sumieniu i wobec ludzi było wielkim dla niej upokorzeniem, a potem, że choć kniaziówna i córka tak 
bogatego człowieka, musi żyć u innych ludzi na łasce. Jedyną ulgę w tym znajdowała, że jej 
się zdawało, że tylko jeden Bóg wie o tym, jak ciężko pod tą zgryzotą wzdychało jej chrześcijańskie 
sumienie i jak się na to jej miłość własna burzyła. 
Ale to jej się tylko tak zdawało. Albowiem już w parę tygodni po jej przybyciu do Daszkiewiczów, 
Biłowus się o niej dowiedział, Bóg nie wie czego nie wygadywał i całe miasto o 
tym wiedziało. 
Biłowus od czasu wojny na Bukowinie zmienił się prawie do niepoznania. Dumny zawsze 
na swój ród i znaczenie, bywał dawniej pokornym, a przynajmniej pokorę udawał, bo był od 
starosty zawisłym i czuł się bezsilnym; lecz na tej wojnie, nałupiwszy cudzych i swoich, stał 
się przede wszystkim bogatym — a już to samo wbiło go w taką dumę szaloną, jaka się może 
zrodzić tylko w głowie głupiego i półdzikiego człowieka. 
Powiadano o nim, że z wojny przywiózł beczkę złota i beczkę klejnotów — i musiało być w 
tym coś prawdy, bo chociaż był skąpym, i dawniej, kiedy także nie był bez grosza, ledwie 
jakiego piorunka wypuścił z ręki, teraz niejednokrotnie rzucił hojnie pieniędzmi, a nawet i 
dzbany stawiał mieszczanom, aby się tylko pokazać. Sam mieszkał zawsze na dębie i tylko 
przyjął dwóch łuczników na służbę, aby mu pilnowali jego fortecy; ale na miejscu spalonej 
zagrody zaczął murować dwór wałem i fosą obronny, który zamkiem nazywał, a przy tym 
wyjeżdżał w sąsiedztwa i wsie targował, które były na sprzedaż. 
W mieście bywał dość często, ale prawie tylko na to, ażeby ludzi roztrącać i poniewierać. 
Kiedy bowiem szedł miastem, to trzymał się pod boki jak pan, nogi podnosił tak wysoko, że 
mu widać było kowane podeszwy, kto mu z drogi nie uszedł, tego ściągnął nahajem — a kiedy 
zasiadł w winiarni, to wprawdzie wszystkich traktował, ale też naklął każdemu, mając ich 
wszystkich za kołtunów, łyczaków, charłaków, co i niewarci przy nim siedzieć na ławie. Najulubieńszym 
przedmiotem jego rozmowy był Wilczek: łotr, rabuś, rozbójnik, zwodziciel, co 
ukradł żonę swemu przyjacielowi i zrobił z niej swoją nałożnicę. Nikt tyle Wilczkowi nie 
szkodził, co nieubłagany i zaciekły na niego Biłowus, bo nawet jeździł po dworach sąsiedzkich 
i na zamki się wciskał, wymyślał i kłamał niestworzone rzeczy na niego i nigdy i nigdzie 
suchej nitki na nim nie zostawił. A kiedy go reflektowano, to się jeszcze tym bardziej wściekał 
ze złości, wołając spienionymi wargami: — Ja tego rozbójnika jak psa kiedyś zabiję — a 
potem całe jego starostwo zakupię i sam siądę na zamku! 
Kiedy się o tym dowiedział, że Ofka znalazła przytułek u Daszkiewicza, zrazu się wściekał 
na niego ze złości, tłukł szklanki w winiarni i wołał: że Daszkiewicz mu na złość to zrobił, 
ażeby całe miasto widziało na własne oczy tę hańbę, którą mu córka zrobiła. Wtedy czasem 
sam pod jego okna podchodził i klął na niego ostatnimi słowami, wołając z dala: — Ej, ty 
Daszkiewicz, psi synu! nie graj ty ze mną, bo ja ci którego dnia twoje niedźwiedzią budę 
rozwalę i spalę jak kupę łuczywa! Oddaj mi córkę, abym ją zabił jak sukę, za hańbę mojego 
imienia. Oddaj mi tego starościca bękarta, abym go roztrzaskał o węgieł ratusza, a jego trupa 
powłóczył po mieście! 
Kiedy usłyszano glos jego na rynku, poczciwe dzieweczki uprowadzały Ofkę pod jakimkolwiek 
pretekstem w tył domu albo też do ogrodu za domem, ażeby nie słyszała tych przekleństw 
— a Daszkiewicz uszy sobie zatykał i bardzo się smucił, ale mówił do siebie: Mógłbym 
ja jemu zamknąć tę wściekłą paszczękę, ale tym jeszcze większej narobię publiki. 
Wszelako z czasem Biłowus się dowiedział, że dziecko zostało przez Tatarów zabite, a 
Ofka jest sama — a to go umitygowało cokolwiek. Już wtedy nie chodził pod dom Daszkiewicza, 
już nie przeklinał, ale kiedy się upił w winiarni, to czasem płakał jak dziecko, potem 
znowu się niecierpliwił i włosy sobie darł z głowy i wołał: — Ej, ty starosto! przecie ja ciebie 
zabiję i jak psa na płocie powieszę! — Ludziom, którzy go tak rozpaczającego widywali, zdawało 
się, że go szatan opętał i już chyba nie umrze, póki nie zabije starosty. Drudzy wszakże 
go pocieszali, mówiąc: ażeby nie rozpaczał, chodzą takie nieszczęścia po ludziach, Ofka bar
dzo kształtna dziewczyna, zdarzy się mąż i wszystko to się załagodzi. — Ba! — wołał Biłowus 
— gdyby ją kto wziął, dałbym mu czapkę złotych węgierskich, dałbym mu jeszcze jaką wioszczynę, 
bo dla Tymka zamek buduję, ale kto weźmie takiego łacha, co sobie nim gębę ucierał 
starosta? — A kiedy czasem w niego wmówiono, że się mąż znajdzie, to wtedy całkiem się 
zmieniał, opierał się plecyma o ścianę, nogi rozkładał szeroko i mówił: — Ale ja nie dam jej 
lada komu, bo to przecie Biłowusówna! — Tak dziwnie się w głowie tego człowieka ze sobą 
kłębiły nieubłagana nienawiść do Wilczka, głęboki żal i chęć zemsty nad córką, jakaś 
szczypta miłości ojcowskiej i wypiętrzona duma rodowa — i nigdy nie można było przewidzieć, 
co z niego wyskoczy. 
Przez ten czas Włostek bardzo rzadko bywał u Daszkiewiczów. Przybiegł czasem wieczorem, 
przypatrzył się Ofce, trącił ją w łokieć z uciechy, że tak pięknie wygląda i tak dobrze jest 
opatrzoną, zagrał na teorbanie, zaśpiewał jedne piosnkę i drugą i znikał, nie powiadając nigdy, 
kiedy znów przyjdzie. 
Daszkiewicz byłby go chętnie częściej widywał w swym domu, bo go lubił, znał jego ojca 
jako zamożnego i rozsądnego człowieka, z którym można by się porozumieć, zaczem mu się 
zdawało, że może by się tu dało ułożyć małżeństwo: ale Włostek, mimo najlepszej chęci, nie 
mógł częściej przychodzić. 
Były to bowiem czasy wojenne — służba była zawsze twarda u Wilczka, a cóż dopiero 
wśród wojny. Tatarzy i Wołosza jeszcze wciąż grasowali po kraju, Wilczek miał się ciągle na 
ostrożności: jego hufce patrolowały bezustannie po granicach starostwa, docierały często do 
Stryja i Żydaczowa, nawet i do Sambora, aby się znosić z hufcami tamtejszych starostw. Wilczek 
sam nieraz ze swymi hufcami wyjeżdżał: rzadki to zatem był dzień, gdzie żołnierz mógł 
się choćby na parę godzin oddalić. 
Miasto Tustań stało także przez te wszystkie czasy pod bronią, lada chwila mogło być napadnięte, 
wszyscy byli zatem niebezpieczeństwem życia zajęci, nikt wtedy się nie żenił, nikt 
nawet w konkur nie chodził. A ledwie Tatarzy z Wołoszą ustąpili, niebawem Turcy zalali Ruś 
— a dopiero w zimie ciężkie mrozy zaczęły ich gubić. Natenczas starostowie zaczęli na nich 
wypadać z swych zamków, bić ich i gonić aż poza granice Rusi. Wilczek razem z innymi wypadał, 
a gonił dalej niż inni — a kiedy się już Turków pozbyto, przecie jeszcze nie było bezpieczeństwa 
przeciw Wołoszy. Tak ta bezustanna a twarda służba trwała na zamku do samej 
wiosny. 
O wiośnie zdarzyło się to wielkie nieszczęście na zamku, że pani spadła z wieży narożnej i 
śmierć znalazła w przepaści: a wtedy i służba u Wilczka się tak rozwolniła, że Włostek mógł 
ledwie nie co dzień przybiegać do miasta. 
Zaczem dopiero natenczas, mając czas z bliska przypatrzyć się Ofce i widząc, jako jest 
piękna jak obraz a świeża jakoby krew z mlekiem, a do tego taka stateczna, że wszystkie inne 
dziewczęta wyglądają przy niej jakby jej sługi, krew się w nim naprawdę rozgrzała. Jego miłość 
przyszła do świadomości i zamieniła się w pożądliwość — a wtedy już mu się zdało, że 
nie może żyć bez niej i że się musi z nią ożenić. Ale jak by to zrobić? — O ile mu się zdawało, 
Ofki był pewnym; ale też tyle wszystkiego. Jego ojciec dałby pozwolenie ożenienia się z Biłowusówną, 
bo to wielka familia, a i posagu nie braknie; ale jak się dowie, że ta Biłowusówną 
coś przeskrobała ze starostą, o czym nawet może coś słyszał, to go pewnie za drzwi wyrzuci, 
gotów jeszcze dać admonicją nahajem. Nuż z drugiej strony stary Biłowus! jak go zna, tak ani 
marzyć o tym nie może, żeby dał córkę za knechta. Otóż taki to świat i taki on nędzny jest na 
tym świecie! Gdzie który inny nie wziąłby może tej dziewki za górę złota, on swoim biednym 
rozumem nawet nie widzi sposobu, jak by ją dostać... 
Ale Włostek przy biednym rozumie miał dziką energią, owe energią ruską, co wszystko 
gwałtem chce zdobyć, wierzy w fatalizm opiekujący się silną wolą człowieka, lecz przy tym 
posługuje się także chytrością. Więc zamknął oczy na wszystkie przeszkody i powiedział sobie, 
że musi ją dostać, choćby miał zamordować każdego, co mu stanie na drodze. Ale tym
czasem udał się do Daszkiewicza po radę. Daszkiewicz w swojej niewyczerpanej dobroci 
serca przyjął go dobrze i rzekł: 
— Już tam twojego ojca, to ja biorę na siebie. Z Biłowusem będziemy mieć perepałki, ale 
jakoś go uchodzimy. Bądź dobrej myśli, za trzy, a za cztery tygodnie najdalej, będzie wesele. 
Jakoż Daszkiewicz zaraz nazajutrz sam do Synowódzka pojechał, a za parę dni z dobrą 
wiadomością powrócił: ojciec Włostka dał się przekonać, jeno sobie zastrzegł, że sam do Tustania 
przyjedzie, bo chciałby też przedtem swoje przyszłą synowę obaczyć. 
Potem Daszkiewicz wziął się do Biłowusa. U tego niesamowitego człowieka roztrącił się 
najprzód o jego dziką a nieświadomą swojej dzikości naturę. Biłowus zaraz na samym wstępie 
prawie wściekł się na niego, o mało nawet że go nie ściągnął nahajem, przeklinając go 
ostatnimi słowami za to, że się miesza w jego domowe sprawy, że jego hańbę, o której już 
zapomniano, na rynek publiczny wywłóczył, że go chce zgubić, że na jego życie nastaje. 
Zgoła gadał jak każdy niepowściągliwy człowiek, co sam sobie winien, a nie umie pohamować 
swej złości i sam nie wie, na kogo i za co się gniewa. Daszkiewicz wrócił nazajutrz i w 
dnie następne do niego. Biłowus się trochę miarkował, ale o wydaniu swej córki za Włostka 
ani słyszeć nie chciał, mówiąc w swej zawziętości: 
— Jaka jest, taka jest, ale wiedz o tym, że jej nie dam za knechta, co nie ma nawet własnej 
chałupy, a jest chłop z chłopów i nigdy niczym nie będzie. 
— Więc cóż z nią zrobisz? — pytał Daszkiewicz. 
— Oddaj mi córkę! — wołał Biłowus — a wtedy obaczysz. 
— Słysz, głupi Biłowus — powiedział mu zacny Daszkiewicz — ty człek bisnowaty, ja ci 
córki nie wydam, ażebyś ją skrzywdził. Jam tu wójt na to, ażebym nie dopuszczał występków, 
kiedy je mogę przewidzieć. Więc to na próżne takie gadanie. A potem powiedz rozumnie, 
gdybyś ją miał w swoim domu, to cóż byś z nią zrobił? Dziewka jest na to, aby szła za 
mąż — a powiedzże przede mną jak na spowiedzi, gdzież ty dla twojej dziewki znajdziesz lepszego 
męża jak Włostek? 
Tu Daszkiewicz go trącił w kolano i dodał: 
— Nie bądźże głupi, a bierz, co Bóg daje. Tak się od razu pozbędziesz tej zmory, co ciebie 
dusi, a i nam wszystkim niemało cięży na sercu. 
A na to Biłowus odwrócił się od niego i mruknął przez zęby: 
— Jeszcze ja mam dosyć pieniędzy, abym jej kupił szlachcica na męża. 
Słysząc to Daszkiewicz, zniecierpliwił się, wstał, splunął na ziemię i wyszedł z winiarni, a 
przestępując próg, rzekł półgłosem do siebie: 
— Już to szlachectwo pozawracało łby nawet takim chamom, jako ten niedźwiedź, co 
mieszka na dębie. Zamiast poczciwością a pracą na dobre imię zarobić, własne dziecko by 
zaprzedali, ażeby mogli na swoim domu jaką karmazynową łatę przylepić. Sam Pan Bóg musiałby 
chyba cud zrobić, jeśliby chciał pomóc takim bydlętom! 
I odtąd już on sam zrozpaczył, ażeby mógł tego dzikuna ze spaczonym rozumem na prostą 
drogę sprowadzić. 
Lecz wtedy, właśnie jak promień słońca z chmurnego nieba, spadł Tymko Biłowus na Tustań 
— i zjawił się w takiej świetności, że wszystkich zadziwił i olśnił. 
Tymko, jako potomek kniazów, miał także swoje ambicje, ale ku ich ziszczeniu szedł drogą 
uczciwą i prostą. Sponiewierany niegdyś przez ojca, lekceważony przez panów, do których 
nie mógł się zbliżyć, jak tylko się dostał do Olizara, postanowił sobie służyć mu wiernie i 
jego łaskę sobie zaskarbić. To mu się całkowicie udało, bo już pod jego komendą miał rangę 
setnika, a jako taki stanął na równi z niższymi oficerami. Kiedy Olizar zginął, on wszystkie 
siły wytężył, ażeby jego sotnię, która już wtedy nazywała się pułkiem, utrzymać w kupie a 
zarazem i w należności do królewskiego dworu. W czasach wojennych łatwo mu się to udawało, 
pobierał żołd i starał się swój pułk pomnożyć, co także nie było trudno w tym czasie, 
gdzie było tyle żołnierzy bez chleba. Potrafił on nawet kilkakrotnie odznaczyć się odwagą i 
roztropnością, zwłaszcza w ostatniej pogoni za Turkami, skąd poszło, że już był znany z nazwiska 
królowi, a jego dwór wojskowy miał go za swego. Natenczas Tymko zapragnął, ażeby 
go król w spadku po Olizarze zamianował swym pułkownikiem. Ranga pułkownika niewiele 
wówczas znaczyła, w armii polskiej jej wcale nie znano, utrzymywała się tylko w tradycjach 
ruskich, w Polsce właściwie nikt nawet nie wiedział, kędy i jakie miejsce przypada pułkownikowi 
— a nawet i na Rusi pułkownik znaczył tylko tyle, ile człowiek ten znaczył, który się tak 
tytułował. Mimo to wszakże Tymko napotkał na wielkie trudności: był wprawdzie żołnierzem 
walecznym i serdecznym chłopakiem, za co go też wszyscy lubili, ale ledwie umiał cokolwiek 
czytać, a podpisywał się krzyżem św., o jego ruskim szlachectwie jakoś niewiele ludzie 
wiedzieli, a wtedy już trzeba było mieć całkiem niezwykłe protekcje, ażeby, nie będąc szlachcicem, 
dostąpić jakiegokolwiek urzędu. Szło mu zatem jak z kamienia. Ale kiedy król teraz 
do Lwowa przyjechał, Tymko wziął Pana Boga na pomoc i sam mu do nóg się rzucił, przedstawiając 
swoje zasługi, przysięgając na wierność i prosząc o tę zachętę do dalszej wiernej 
służby koronie i panom. Więc król to wziął pod rozwagę i poradził się z panami, a zwłaszcza 
tymi, co mieli wielkie posiadłości na Rusi — a ci panowie, pragnąc wraz z królem, ażeby lud 
ruski garnął się do nich i stawał w obronie granic królestwa, przychylili się za nim. Tak Tymko 
został pułkownikiem, otrzymał żołd regularny na trzysta ludzi i koni i wliczon jest w komput 
żołnierzy królewskich, a na teraz zostawion pod rozkazami wojewody ruskiego we Lwowie. 
Dobiwszy się takiej wysokiej rangi z niczego i chcąc się przecie pokazać ojcu i tustańskim 
mieszczanom, haniebnie buńczuczno i huczno wjechał na rynek miasteczka. Sam był ubrany 
w aksamitny kaftan, krojem kozackim ze srebrnymi guzami, i miał pas, srebrem kowany, na 
biodrach, a na tym burkę kosmatą, czerwonym muzułbasem107 podbitą, a na srebrną klamrę 
zapiętą, na głowie kuczmę pilśniową, z uszyma podniesionymi do góry i z piórem, a u boku 
szablę kamieniami sadzoną. Koń pod nim siwo-jabłkowity z długą a cienką grzywą i przystrzyżonymi 
uszyma, prawie do dzianeta podobny — a za nim trębacz, sześciu kozaków na 
dobrych koniach i dwóch parobków z jukami. Tak stanął przed ową winiarnią, gdzie przedniejsi 
mieszczanie zasilali się miodem i kazał odzew królewski zatrąbić. 
Na odgłos trąby wszyscy goście wybiegli, a z nimi i stary Biłowus. Ten zaraz go poznał i 
zawołał takim wesołym głosem, jakiego dawno już nie słyszano u niego: 
— Tymko! trzysta ci mać!... ta ty się już na rycerza wyrąbał! 
Zaczem wziął się pod boki i śmiał się — a jego twarz błyszczała jasnymi promieniami jak 
słońce. 
Więc Tymko, posiedziawszy jakie pół pacierza na koniu, ażeby go wszyscy dobrze obejrzeli, 
zsiadł wreszcie z kulbaki i przystąpił do ojca, aby go w rękę pocałować; ale ojciec trącił 
go w ramię kułakiem i rzekł: 
— Trzysta ci mać! Czymże ty został, rotmistrzem albo też starostą? Gadajże więc, jak to 
było, aby też i ludzie słyszeli. 
Tak szli do winiarni, a tam Tymko im opowiedział, jako jest pułkownikiem kozackim, co 
prawie to samo znaczy, jak by był rotmistrzem królewskim. 
Więc Biłowus kazał wina nastawiać w największych dzbanach, traktował wszystkich, 
choćby kto był najuboższy, i trącał pięścią jednego po drugim, każąc mu patrzeć na Tymka. 
Spił się też niebawem jak suseł — a kiedy go Tymko przez rynek prowadził do domu, wszystkie 
piorunki, a nawet i grosze szerokie, ile ich miał w kieszeni, pomiędzy ubogie ludzie rozrzucił, 
śmiejąc się z nich pogardliwie, jako się o nie rozbijali pomiędzy sobą. 
Nazajutrz, wytrzeźwiwszy się na swoim dębie, kazał Tymkowi jeszcze raz opowiadać, jak 
się to stało, że się na takiego pana wyrąbał, potem oglądał jego konie, moderunki i ludzi, każdemu z nich co podarował, kazał ich gościć jak panów u siebie, a Tymka klepał wciąż po ramieniu 
i śmiał się, mówiąc: 
— Przecie ja tobie dębczakiem dobrego rozumu napędził do głowy. Teraz ty pan — a ja już 
nic. Już teraz i miejskiej komendy po mnie nie weźmiesz i zagrodą pogardzisz, chociażem na 
niej zamek zmurował dla ciebie. Kogóż tam teraz posadzić? 
I tak się też stało, jak Biłowus powiedział i jak w takich wypadkach zawyczaj się zdarza: 
nie ujeżdżony przez nikogo ojciec zmalał zupełnie przed synem, co się daleko wyżej od niego 
wydrapał, zaparł się nawet samego siebie wobec niego, sam już niczym nie dysponował i już 
tylko to się dziać miało, co Tymko rozkaże. 
Więc Tymko, dowiedziawszy się wszystkiego, co się tymczasem z jego siostrą stało i co 
teraz się święci, poszedł do Daszkiewicza. Ofce wyrzutów nie robił, bo był z niego człek 
ludzki i litościwy, ale też z nią niewiele rozmawiał, bo sam za nią się wstydził, że tyle hańby 
przyniosła jego rodzinie, a ojcu tyle zmartwienia: natomiast wszakże długo, spokojnie, 
uczciwie i mądrze namawiał się z Daszkiewiczem. 
Zaczem Daszkiewicz w kilka dni potem urządził u siebie sutą biesiadę, sprowadził na nią 
Włostkowego ojca ze Synowódzka, zaprosił Tymka i Biłowusa, i Włostka. 
Włostek przyprowadził ze sobą kilkunastu starościńskich żołnierzy, samych setnych mołojców, 
którym stary Kukuć przywodził, a do których się i Kostruban przyczepił, jako to 
wszędzie umiał się wkręcić i był dosyć lubiony, choć mowę ludzką kaleczył z niemiecka. 
Przyszedł pop, porzuciwszy natenczas dratew i szydło, przyszli także niektórzy mieszczanie 
z żonami i dzieweczkami, bo już wszyscy wiedzieli, że się tam nie obejdzie bez tańców, 
gdzie też i wszystkich muzykantów spędzono. 
Dom Daszkiewicza był wprawdzie drewniany, ale bardzo dostatni. Na górze były izdebki 
mieszkalne, opatrzone bardzo pięknymi krużgankami, a na dole dwie wielkie świetlice, z misternie 
rzeźbionymi ścianami, na których też dla ozdoby i dla powagi porozwieszano rozmaite 
tureckie dywdyki i inne makaty, na półkach zaś stały dzbany i misy farfurowe, co wszystko 
przyzbierało się z czasem z darów nieboszczyka Kijasa. 
Jedzono i pito wielką gębą przy dwóch wielkich stołach, a muzyka przygrywała im z kąta. 
Pani Daszkiewiczowa, w złotolitym czepcu i z pozłocistym łańcuchem na szyi, i jej dzieweczki 
usługiwały gościom, przynosząc combry baranie, należycie czosnkiem wyszpikowane, 
i prosięta pieczone, napełnione mamałygą z rodzenkami, i stawiając je przed kawalerami, 
aby je ćwiartowali — a Daszkiewicz sam, z twarzą okrytą potem kroplistym, wino i miód z 
wielkich dzbanów nalewał, zachęcając do picia. 
Łechcąca podniebienie woń mięsiw pieczonych i korzenne zapachy starego miodu i wina 
napełniły izbę, rozweseliły się twarze, głośne śmiechy rozlegały się koło stołów i wszyscy się 
wybornie bawili: tylko Daszkiewicz i Tymko byli trochę zasumowani i niespokojnymi oczyma 
spoglądali ku drzwiom, bo Biłowusa jeszcze nie było. A przecie to przede wszystkim w 
tym celu dana była ta biesiada, aby go z córką pogodzić... 
Dopiero kiedy już stoły wynosić zaczęto i jeszcze stojący wychylano puchary, Biłowus 
wszedł bez hałasu do izby. Przyszedł, ale był jakiś nieswój i widać było po nim, że nierad 
przychodzi. 
Patrzał w ziemię, jak gdyby się obawiał spotkać ze wzrokiem swej córki. 
Co widząc Daszkiewicz, podbiegł ku niemu, a trzymając właśnie puchar nalany w ręku, 
podał mu go i rzekł: 
— A my już zjedli, a ty dopiero przychodzisz. Napijże się ze mną, abyś robaka zatopił. 
A Biłowus wtedy się trochę ośmielił i rzekł z udanym uśmiechem na twarzy: 
— Już to taka moja natura. Ja do cerkwy, a pop błohostawiut, ja do karczmy, a do mene 
piut. 
Więc Daszkiewicz się śmiał i wlał w niego ten puchar. 
Biłowus wypił i szedł dalej, ale trzymał się ściany, ledwie że gospodynią pozdrowił, na 
córkę ani nie spojrzał i zasiadł zaraz w odległym kącie, gdzie przed nim mały stół postawiono 
z dzbanami wina. Stary Kukuć z jednej, a pop z drugiej strony się przysiedli do niego i pili, 
bawiąc się z nim rozmową, jak gdyby sami byli w świetlicy. 
Tymczasem muzykanci stanęli pomiędzy oknami, zaczęli grać kołomyjki — a młodzież z 
dziewczętami poszła w taniec. 
Tańcowano wesoło i skocznie, z hołubcami i z prysiudami, i śpiewano przy tym pieśni huculskie, 
bardzo piękne, prawie do krakowiaków podobne, choć czasem cokolwiek rubaszne. 
Mykitycha chlib sadżaje, 
A My kita dumku hraje: 
Cy ty to, Mykito? 
Nie ja to, mij tato 108. 
Potem dalsze zwrotki śpiewano, a jak te prześpiewano, zaczęto inne: 
Każut meni kaszu isly, 
A ja ne hołoden, 
Każut meni babu braty, 
A ja diwki hoden. 
Mene maty porodyła, 
Taj kazała: synu, 
Luby w noczy metodycy, 
A diwczata w dnynu109. 
Zaczem śpiewano znów zwrotki inne o wesołej wdówce: 
Wże try dni i try ncdiły 
Jak moho muża komary zjiły, 
A szcze każut ludę, szczo ja ne żurusia: 
Oj, a ja żurusia, pidu utoplusia, 
Utoplusia nyni, nyni 
W czerwonym wyni. 
Ach, horę, horę, zażuryłam sia, 
Skrypkami, dudkami, nadsadyłam sia. 
Taj szcze każut lude, szczo ja ne żurusia, \ 
Oj, a ja żurusia, pidu uduszusia, 
Uduszusia nym, nyni, 
W puchowyj peryni. 
Włostek prosił Ofkę do tańca, ale ona nie chciała, jeszcze i ramionami wzruszywszy, odwróciła 
się od niego. 
Włostek, czuły na każde jej spojrzenie, mocno się zasmucił. Serce niespokojnie mu biło, 
tak by był chciał z nią potańcować i co pięknego zaśpiewać, aby też ludzie wiedzieli, jakie są 
jego zamiary: ale Ofka ani rusz. Głowę spuściła ku ziemi, skubie fartuszek, a czasem spod 
oka spogląda na ojca, jak gdyby Włostkowi chciała dać do zrozumienia, jaki robak ją gryzie i 
komu się powinien o nią oświadczać: ale zapamiętały Włostek jej nie rozumiał. Owszem, 
jeszcze siadł przy niej i zaczął jej prawić miłosne komplementy. 
Już ją trzy razy trącił w łokieć i już jej przysiągł trzy razy, że ją tak kocha, że zaraz by dla 
niej spalił ojcowską chałupę: ale Ofka go wcale nie słucha i wciąż patrzy w ziemię a skubie 
fartuszek. Nuż właśnie w tej chwili ktoś zaśpiewał przed muzyką; 
Oj, kuje zazułeczka, 
Kuje ta wahuje, 
Ta chto idę do starosty, 
Nechaj si waruje111. 
Ofce się zdawało, że to do niej ktoś przepił. Spłonęła pąsem, łzy jej w oczach stanęły ze 
wstydu, odtrąciła Włostka od siebie i odsunęła się prawie o cały krok od niego. 
Więc tedy Włostek, który tej piosnki nie słyszał, a gniew miał siarczysty, sczerwieniał cały 
od złości i oburzenia, porwał pierwszą lepszą dziewczynę do tańca, stanął przed muzyką i 
zaśpiewał z całego gardła: 
Oj, piszow ja do diwczyny, 
Diwczyna sia duje, 
Ja szepczynu pid paszynu: 
Naj ty mat’ morduje!112 
Śpiewanie to wszyscy słyszeli i zrozumieli: więc na to wielki zgiełk i publika. Ci się cieszą 
złośliwie, ci z Włostka się śmieją, inni patrzą na Ofkę, bo jej nie mogą zrozumieć. 
Tymko przyskoczył do Ofki: 
— Na miłość Boga, cóżeś zrobiła? jeżeli Włostka nie chcesz, toż trzeba było to zaraz powiedzieć. 
Więc Ofka przyznała się bratu, że Włostka dosyć nawidzi, ale słowa mu nie da, dopóki ojciec 
się gniewa: jeżeli będzie musiała, to pójdzie z przekleństwem ojca do grobu, ale nie pójdzie 
z nim na wesele. 
Zatem Tymko wziął ją za rękę i zaprowadził do ojca — a ona mu się do nóg rzuciła. 
Nieubłagany Biłowus nie ruszył się z miejsca, oparł się o ścianę i nogi rozłożył przed sobą, 
co wszystkich bardzo zgorszyło. 
Jednak przytomny Tymko zawołał do niego przez głowy wszystkich: 
— Bat’ku! niech tam Bóg karze ludzi — a rzecz ojcowska przebaczyć dziecku i pobłogosławić. 
A tymczasem Daszkiewicz pchnął Włostka, ażeby ukląkł przy Ofce. 
A kiedy już oboje przy sobie klęczeli, Biłowus się zmiękczył, wstał, pochylił się nad nimi i 
rzekł: 
— Tymko tak każe, najże tak bude. 
Tak więc nareszcie odbyły się te zaręczyny. 
Zaczem wielki huk się zrobił w świetlicy. Jedni poszli znów w taniec, drudzy pieśni weselne 
śpiewają, ci piją za zdrowie bądź czyje — a ojciec Włostka przysiadł się do Biłowusa i 
powiada mu, że rad Włostka wraz z żoną weźmie do siebie, ażeby się przy nim handlu i gospodarstwa 
nauczył i po nim dziedziczył. 
Ojciec Włostka był to mąż wzrostem niewielki, ale haniebnie barczysty, z ogorzałą twarzą 
o rysach rzymskich, z dużymi czarnymi oczyma, które na żółtawych białkach się obracały, z 
długimi czarnymi, mocno wymaszczonymi włosami, w których białe nici się przebijały, i z 
zawiesistym wąsem nad kształtnie zakrojonymi ustami; miał na sobie kożuszek barwnymi 
skórkami i jedwabiami wyhaftowany i pas szeroki, w posrebrzany mosiądz okuty, a rozmaitymi 
pieniążkami nabijany. Widać było po nim na pierwszy rzut oka bogatego Hucuła, co by 
zapewne i niejednego szlachcica zapłacił. 
Toteż Biłowus traktował go z należytym respektem i wypytywał o obszar jego gruntów, o 
jego chudobę i rozległość handlu, który prowadzi. I zdało się, jakoby się zgadzał, ażeby Włostek 
służbę porzucił i osiadł z żoną przy ojcu. 
We Włostku także się odezwała jego huculska natura: na ostatek dobrze mu było wszędzie, 
ale przecież w Synowódzku najlepiej. Jakoż trącił Ofkę w łokieć z radości i powiadał jej, jak 
to tam ładnie w tych górach — a drudzy sobie z nią żartowali, mówiąc, aby się wybierała, bo 
zaraz po weselu z teściem i mężem do Synowódzka pojedzie. 
Ale Ofce jakoś to wcale nie było do smaku. Z kniaziównej zejść na chłopską synowę i zakopać 
się w dalekich Beskidach, na tę samą myśl łzy jej w oczach stawały. Sama się odezwać 
nie śmiała, ale błagającymi oczyma raz po raz rzucała na Tymka, aż wreszcie zebrała się na 
odwagę, poszła w taniec z Włostkiem i sama przy muzyce zaśpiewała tę piosnkę: 
Jakże ja majusia wyberaty, 
Taj z wami jichaty, 
Maju batenka, 
Jak sokolenka, 
Żal mi ho pokidaty!113 
Kiedy Biłowus tę piosnkę usłyszał, ojcowskie serce się w nim ruszyło — a że zapewne i 
Tymko jakieś słówko do tego dorzucił, wstał, przystąpił do Ofki, objął ją w swoje ramiona i 
rzekł: 
— Już ja ciebie od siebie nie puszczę, bo Tymko pan, pójdzie w świat, aby ludziom panować, 
a mnie by smutno było na stare lata samemu. 
Więc te słowa znów wielkim powitano okrzykiem, wypito jeden puchar i drugi i Ofka poszła 
znów w taniec. 
Ale wtedy już się rozhulała z wielkiej radości, że jej ojciec przebaczył, serdeczna pustota 
ją wzięła i tańcowała drobniuteńko, po pańsku. 
Wszyscy się jej pańskiemu tańcowi dziwili i patrzali na nią z upodobaniem; tylko pop, 
chociaż się ledwie trzymał na nogach, patrzał na nią z ukosa, pokiwał głową, uśmiechnął się 
trochę złośliwie, a potem baranim głosem zaśpiewał: 
Oj, ne tańciuj, oś tak dribno. 
Tobi toho ne potribno. 
Więc na to śmiech rozgłośny i hałas się podniósł w całej świetlicy, właśnie jak gdyby już 
dom miał się zawalić. Wszystkim się ten mądry przycinek podobał, bo wszyscy to czuli, że 
kiedy Ofka swojego czasu zaczęła po pańsku tańcować, to jej to wcale nie wyszło na dobre. 
Ale się śmiano z dobrym sercem dla Ofki, jakoż wszyscy się rwali, aby z nią potańcować, z 
czego poznała, że za przewodem jej ojca wszyscy jej przebaczyli. 
Tymczasem w kącie, koło Biłowusa i ojca Włostka, naradzano się bardzo poważnie, jak by 
to małżeństwo postanowić. A wtedy Tymko głos zabrał i powiedział: że Włostek służby na 
zamku porzucać nie może, bo się to żołnierzowi nie godzi, a nawet i sam starosta pewnie by 
go nie puścił; ale on jemu ustępuje ojcowskiej zagrody, a Biłowus mu ustąpi wszystkich 
swoich urzędów — a tak wszystkim stanie się zadość, bo Ofka na ojcowiźnie osiędzie, Włostek 
w znaczeniu postąpi i pewną samoistność uzyska, a stary ojciec będzie mógł sobie przy 
dzieciach odpocząć. 
Tymko tak każe, więc tak ma być, na co się też wszyscy zaraz zgodzili. Zaczem postanowiono, 
że wesele się zaraz jutro rozpocznie — i ułożono, co się ma dziać którego dnia i o której 
godzinie, ażeby w niczym nie wykroczyć przeciwko starym zwyczajom. 
A kiedy wszystko już ułożono, natenczas Kostruban wystąpił z bardzo ważną uwagą, mówiąc: 
że weselnicy powinni pójść do starosty po błogosławieństwo, bo przecie wszyscy są 
jego poddani, i nie godziłoby się, gdyby nie poszli z korowajem do swego pana. 
Słysząc te słowa, Biłowus się okrutnie oburzył, uderzył pięścią w stół i zawołał: 
— Co mi tam starosta! Bodaj go jasne pioruny zabiły! Ja nie pójdę do niego! A jeślibym poszedł, 
to chyba po to, abym mu łeb toporem rozwalił! 
Na to Kostruban się po diabelsku uśmiechnął, wziął Biłowusa za klapę kubraka i rzekł: 
— A wy głupi, panie Biłowus! 
A potem mu bardzo wymownie dowodził, że trzeba koniecznie iść do starosty, ba, nawet i 
groził, że starosta, kiedy by się na nich pogniewał, to mógłby im ślubu zakazać. 
Tymko się chwiał w swoim zdaniu nie dlatego, żeby złość swego ojca podzielał, ale z tego 
powodu, że nie wiedział, jakim by głosem miał do starosty przemówić, któremu on teraz prawie 
jest równy, a który, w swej pańskiej dumie, może go zechce traktować jak chłopa. 
Rozważny Daszkiewicz również się wahał i prawie był przeciw temu, podsuwając tę racją, 
że starosta jest w świeżej a ciężkiej żałobie, nawet i nie pokazuje się swoim własnym dworzanom, 
jest przy tym porywczy, gotów kogo obrazić: wszelako nie upierał się przy swoich 
obawach, a odnosił się z tym do Kukucia, a przede wszystkim do rady ojców państwa młodych. 
Ale Kukuć, wierny sługa starosty, poparł Kostrubana, obstając za powagą i honorem swojego 
pana, i dodawał do tego: że chociażby starosta weselników nie przyjął, to zawsze trzeba, 
aby przynajmniej wiedział, że byli u niego. Bardzo mu ten argument pochwalił Kostruban. 
Tak ważyły się zdania aż do północy i dłużej, nie mogąc przeważyć szali na żadną stronę. 
Z którego to powodu Kostruban, nie mogąc w żaden sposób dopuścić, ażeby taki despekt 
zrobiono staroście, zwrócił się do popa, a przypomniawszy mu, że każda władza pochodzi od 
Boga, a zwłaszcza ta władza, co jest kolatorem, zaraz go ujął dla siebie. Zaczem, jeżeli pop 
jeszcze trochę podpije i język dobrze rozpuści, to może być, że opór Biłowusa przełamie: a 
wtedy uczyni się zadość wszystkim starym zwyczajom i wesele odbędzie się tak samo, jak je 
po wszystkie wieki odprawiali ojcowie i dziady. 
XVIII 
OSTATNIE OFIARY 
Kiedy owego fatalnego dnia, podczas gdy Wilczek, siedząc na ganku zamkowego dziedzińca, 
wydawał swoim ludziom rozporządzenia, co się ma dziać po folwarkach przez cały 
czas jego podróży, Jagienka z dzieckiem i z niańką odeszła na wieżę, nikt nie miał najmniejszego 
przeczucia, ażeby się miało stać jakie nieszczęście. Wszyscy byli tak przyzwyczajeni 
do tego, że starościna przesiaduje często całe godziny po rozmaitych zamkowych krużgankach, 
iż nawet nikt nie zwracał na to uwagi. Tylko Wilczek pośpieszył się ze swymi rozporządzeniami, 
bo chciał jak najprędzej pójść sam za żoną i dzieckiem i spędzić z nimi jaką 
godzinkę na świeżym powietrzu. Zaczem gdy skończył, wstał ze stołka, kazał sobie podać 
żelazny toporek, który brał zwykle ze sobą, kiedy się drapał po wieżach, i już miał odejść: ale 
wtem dała się słyszeć trąbka rycerska przed zamkiem, trąba i hasło królewskie. 
Hasło królewskie Wilczka niezmiernie zdziwiło, bo starostowie sąsiedni, którzy mieli 
prawo tego hasła używać, kiedy przyjeżdżali do niego, nigdy nie ogłaszali się trąbą, tylko po 
prostu kazali zakołatać do bramy. Podejrzliwy Wilczek wpadł na myśl, że może to być jakieś 
podejście Wołochów, zaczem krzyknął na swoich żołnierzy: 
— Nie otwierać bramy! A wleź tam który do bronnego na górę i powiedz mu, aby się dobrze 
tym gościom przypatrzył i przekonał dowodnie, kto są. 
Kilku żołnierzy pobiegło zaraz na wierzch bramy, ale czy to nie znaleźli na niej bronnego, 
czy też, że go zastali zamroczonego snem śród skwarnego upału, cokolwiek dłużej się zabawili. 
Trwało to ze trzy pacierze albo i więcej. Wilczek swoim zwyczajem zaczął się już niecierpliwić, 
stukając toporkiem w płyty kamienne i wołając za nimi na bramę: kiedy wtem niańka, 
zbiegłszy jak strzała z wieży, przypadła ku niemu bez tchu, a z rozkrzyżowanymi ramiony, 
wołając urywanymi słowami: 
— Dla Boga! ratujcie! pani spadła wraz z dzieckiem z krużganku! 
Słysząc to Wilczek, przyskoczył ku niej, szarpnął ją lewą ręką za ramię i zawołał: 
— Gdzie? co? gdzie pani? mów zaraz. 
Niańkę zdjął strach wielkooki, już prawie całkiem oddech straciła; ale jeszcze opowiedziała, 
jak mogła, że pani stała przy dziuple, ale się wychyliła przez poręcz i spadła w przepaść 
wraz z dzieckiem. 
Natenczas Wilczka przede wszystkim złość zdjęła okrutna na niańkę, podniósł w górę toporek, 
zawołał sinymi usty: — Tak to pilnujesz pani! — ciął ją z wściekłym zamachem z góry i 
głowę jej rozszczypał na dwoje. Zakrwawiony mózg z rozłupanej czaszki wyskoczył, niańka 
padła nieżywa na płyty kamienne, a jej krew zaczęła strumieniem ściekać ze schodów. 
Na straszną wiadomość o śmierci pani i na widok takiej okrutnej zbrodni popełnionej przez 
pana piekielny hałas się rozniósł pomiędzy ludźmi stojącymi w dziedzińcu i między całą załogą. 
Płacz, jęki, wołania i zawodzenia kobiet zamkowych zawrzały po wszystkich kątach 
dziedzińca, wszyscy biegali jak opętani, a nikt nie wiedział, co robić. 
Wilczek, zamordowawszy niańkę, stał przez oka mgnienie jak posąg na ganku, z zsiniałą 
twarzą, z obłąkanymi oczyma, trzymając zakrwawiony toporek w prawicy. Wszakże po małej 
chwilce się zbudził, toporek odrzucił i krzyknął do żołnierzy: 
— Zatarasować bramę i nikogo nie wpuszczać1 Potem się chwycił obydwiema rękami za 
głowę i zawołał: 
— Na Boga żywego, cóż się to dzieje! 
W tej samej chwili się zerwał i pobiegł sam prędkimi krokami na wieżę. 
Przytomny Ramułt skoczył w też pędy za nim — a chociaż Wilczek pędził bez opamiętania, 
biorąc drżącymi nogami po dwa i trzy strome schody za jednym krokiem, Ramułt wszystkie 
siły wytężył, ażeby mu w tym szalonym biegu wyrównać. 
Tak wbiegli obydwa na szczyt wieży i stanęli między poręczom krużganku a dziupłem: ale 
obydwa nie mieli już wcale oddechu w piersiach. 
Wilczek, chociaż się ledwie trzymał na nogach, rzuciwszy okiem wewnątrz dziupła i widząc, 
że Jagienki tam nie ma, oparł się obydwiema rękami o skalistą poręcz krużganku i spojrzał 
na dół: ale nic dojrzeć nie mógł, bo tam przepaść tak była głęboka, że nawet dna widać 
nie było. Już od połowy przepaści, zjeżonej po brzegach sterczącymi skałami i pniami, tylko 
czarna otchłań ziewała. 
Natenczas tylko w głowie mu zaszumiało i równie czarna noc jego umysł objęła: cofnął się 
instynktowo i oparł się bezwiednie plecyma o ścianę wieży. 
Ramułt stał tuż przy nim z nagotowaną prawą ręką przy jego boku, aby go w danym razie 
podtrzymać albo uchwycić w swoje ramiona. 
Wilczek wyciągnął prawe ramię przed siebie, wskazał nim przez poręcz kamienną na 
przepaść i rzekł głosem ochrypłym bez dźwięku: 
— Tam spadła! 
W tym głosie odbiła się cała jego boleść niezmierna, której umysł człowieka ani objąć nie 
zdoła — i był to głos przerażający, jakim nigdy żywi ludzie nie mówią, a który wydobywa się 
chyba tylko z piersi umarłych. 
Te słowa jednak, zdaje się, że go ocuciły, bo porwał się zaraz tą samą ręką za czoło i tak 
rozgłośnym wybuchnął płaczem, jak gdyby mu się z dusznego bólu wszystkie wnętrzności 
rozdarły. Zarazem łzy mu się puściły z oczu i całą twarz mu zalały. Jak długo świat stoi, nikt 
nigdy takiego żelaznego rycerza tak płaczącego nie widział: były to łzy w płomieniach najczarniejszej 
rozpaczy kipiące, a tak obfite, jak powódź wezbranego strumienia, że można było 
nimi zmyć grzechy całego życia. 
W tych łzach Wilczek się cały rozpłynął i widać było po nim, że przytomność całkiem go 
opuściła. 
Ramułta te łzy tak głęboko wzruszyły, że sam się głośno rozpłakał; ale on przytomności 
nie stracił: wziął Wilczka wpół i wprowadził go wewnątrz dziupła. 
Wilczek był w tej chwili jakby zupełnie bezwładny. Wewnątrz dziupła stał stół kamienny 
na środku, a naokoło ścian stały ławy kamienne. Ramułt go posadził na ławie, Wilczek oparł 
się obydwoma łokciami o stół, ścisnął głowę obydwiema rękami i płakał. 
Wszelako po dłuższej chwili takiego płaczu już mu łez w piersiach nie stało. Oparł się plecyma 
o ścianę skalistą, patrzał przez chwilę jak gdyby bezwiednymi oczyma na Ramułta, i 
rzekł głosem zbolałym: 
— Stamtąd nikt nigdy nie wrócił? 
— Panie starosto — odpowiedział mu Ramułt — daj to Boże! ale ani kosteczki z niej nie znajdziemy. 
Nie było jeszcze tego człowieka, co by się choć do połowy przepaści tej dostał. 
Na to Wilczek zebrał swe siły, wstał, wziął Ramułta za rękę i rzekł: 
— Chodź! każemy jej szukać. Moi żołnierze muszą ją znaleźć. Dam garniec złota temu, który 
ją znajdzie. Niech bym tylko jej ciało choć jeszcze raz przycisnął do piersi, niechbym jej 
usta miodowe okrył pocałunkami... Słysz, Ramułt! ja ją wskrzeszę do życia w moich objęciach! 
Chodź! żołnierze ją znajdą. 
Ramułt dał mu się prowadzić. Lecz wiedząc dobrze, że przepaść ta jest bezdenną i że z 
żadnej strony nie masz do niej przystępu, znając przy tym Wilczka, jako jest uparty, niepowściągliwy 
w swych żądzach, a do tego piekielnie gwałtowny, bał się tego, co się teraz stać 
może, i starał się go uspokoić, przedstawiając mu, że wszelkie usiłowania pozostaną bez 
skutku. 
Ale Wilczek go wcale nie słuchał. 
Tak zeszli na dół. 
W dziedzińcu byli zgromadzeni wszyscy zamkowi żołnierze, stali grupami i rozmawiali 
półgłosem z kobietami z fraucymeru Jagienki, bądź o tym straszliwym wypadku ich pani, 
bądź o zabitej niańce, której zwłoki jeszcze leżały na schodach, bądź wreszcie o tym, co też 
teraz pocznie starosta. 
Wilczek stanął na ganku i jakoś dziwnie był ożywiony w tej chwili. 
Ale najprzód się srodze na żołnierzy rozgniewał, że dotąd jeszcze nie uprzątnęli zwłok 
niańki, i nakląl im niepowściągliwymi wyrazami za to niedbalstwo. Ramułt nawołał kilku 
żołnierzy i kazał te zwłoki uprzątnąć. 
Zaczem Wilczek stanął na najwyższym schodzie ganku i kazał żołnierzom, ażeby zaraz, w 
sij czas115 , zabrali wszystkie drabiny i sznury, jakie się znajdują na zamku, i spuścili się w 
przepaść, a wynieśli stamtąd trupa Jagienki i dziecka. Wszyscy otrzymają nagrody; kto znajdzie 
ciało jego żony i dziecka, ten dostanie kiesę złotych węgierskich, a kto by służbę odmówił, 
tego ściąć każe natychmiast. 
Ale żołnierze przyjęli ten rozkaz mruczeniem, a ci i owi odezwali się głośno, że nie masz 
takiego chrześcijanina w całym starostwie, który by się chciał spuścić w tę przepaść, gdzie 
jeszcze nigdy nie stanęła noga żywego człowieka i gdzie mieszkają złe duchy — a zwłaszcza 
teraz, kiedy noc właśnie zapada i kiedy każdy, kto nie chce, może słyszeć tych duchów jęczenia 
i wycia. 
W samej istocie wtedy słońce już zaszło i zmrok zaczął zapadać. 
Na to Wilczek, nie mogący znieść żadnego oporu, zwłaszcza od własnych żołnierzy, zesiniał 
cały, wargi mu drgać zaczęły od gniewu: 
— Bunt! — krzyknął do nich trzęsącym się głosem — bunt! hej! Kukuć! Każ mi zaraz kloc 
postawić na środku dziedzińca! A który to pierwszy śmie oponować? Sam do mnie! 
Ale tam nie jeden, tylko wszyscy się razem zburzyli. Gwar na to powstał ogromny, ci wołają 
w głos, że służbę przyjęli jako żołnierze przeciwko drugim żołnierzom, ale nie przeciw 
złym duchom, a inni już bramę odtarasowali i zaczynają się milczkiem wymykać. 
Natenczas Wilczek już prawie wściekł się ze złości, podniósł toporek do góry, krzyczał jak 
opętany, ale już sam nie wiedział, co krzyczy, bo słowa wylatywały z drżących ust jego jak 
kule, bez żadnego związku ze sobą. 
Śród jego krzyku kobiety się pochowały, już większa połowa żołnierzy wyszła za bramę, a 
im głośniej krzyczał, tym więcej ich wychodziło. 
Widząc to Ramułt, zbliżył się do niego i zawołał: — Panie starosto! — chcąc mu zapewne 
wyperswadować, że żołnierzy do rzeczy niemożebnej zmuszać nie można. 
Ale Wilczek już był wtedy jak opętany, bez świadomości i bez pamięci, podniósł toporek 
na Ramułta i z wściekłym zamachem w sam łeb go uderzył. Przytomny Ramułt zasłonił się 
ręką, toporek ześliznął się po jego ramieniu — a tymczasem Wilczka poraziła jakaś moc niewidoma: 
zachwiał się na nogach i upadł jak długi na kamienną posadzkę. 
Ramułt był tak oburzony, że się odwrócił od niego i zaklął: ale Kostruban i Kukuć przyskoczyli 
do niego, a zawoławszy kilku żołnierzy, zanieśli go na pierwsze piętro i złożyli na 
łóżku. 
Wilczek był bezprzytomny. Twarz jego obciągnęła się kolorem żelaznym, zęby miał zaciśnięte, 
około ust piana osiadła, oczy miał na wpół otwarte, ale jak gdyby ze szkła. Strasznym 
był wtedy, wyglądał bowiem jak trup jeszcze żywy. 
Żołnierze od niego uciekli. Kostruban z Kukuciem zostali i próbowali go nacierać, a gorzałkę 
lać w zęby. Wilczek od czasu do czasu ruszył ręką albo i głową, ale do przytomności 
nie wracał. 
Kukuć odszedł, mówiąc: 
— Pójdę balwierza poszukać, aby mu krwi upuścił; ale i tak nic mu nie będzie, bo jak złość 
się w nim przeżre, to sam się obaczy. 
Kostruban został. 
Kukuć nie wrócił, zapewne balwierza nie znalazł; ale Kostruban, niezmordowany w służbie 
a wierny jak pies, wytrwał przy nim do rana. 
Przez całą noc był ustawiczny, lecz cichy ruch na zamku. Niektóre zamkowe kobiety pakowały 
swoje manatki i wynosiły się z zamku, niektórzy żołnierze także zabierali swe rzeczy 
i wymykali się milczkiem za bramę, teraz już nawciąż otwartą; ale to wszystko odbywało się 
bardzo cicho, bo wszyscy się obawiali, że jak się starosta zbudzi, to bramę zatrzaśnie i 
wszystkich pościna. 
Nazajutrz rano taki sam stan rzeczy: tylko Wilczek częściej się ruszał, czasem wydymał 
pierś i przez zaciśnięte zęby oddychał, a czasem oczy na chwilę otwierał, ale pewnie nic nie 
widział, bo nie przemówił. Te i owe kobiety, co śmielsze, a z nimi i żołnierze, co nie wiedzieli, 
co zrobić ze sobą, zakradali się na palcach na górę i zaglądali ostrożnie przez drzwi 
otwarte do sypialnej komnaty Wilczka i nie mogli się dosyć nadziwić, że starosta umrzeć nie 
może. Jakoż jedni powiadali: — Coś jeszcze trzyma jego duszę przy ziemi, a nie wiedzieć co, 
bo już go wszyscy przeklęli. — Ale drudzy mówili: — Strach trzyma duszę w ciele, bo oto Kostruban 
wciąż przy nim siedzi i na nią czatuje; gdyby Kostruban odszedł tylko na chwilę, to 
dusza zaraz by wyszła i uleciała. — Jednak jak Wilczek tylko ręką ruszył, zaraz wszyscy na łeb 
na szyję uciekali ze schodów. 
Tak minął cały poranek: a niedaleko południa Wara się zjawił na zamku. 
Wara do tego czasu wypasł już wszystkie swoje pastwiska aż do korzenia. Kiesę złota, co 
ją sobie wykręcił za wywołanie duszy Tigranesa, dawno już przepił. Kundrat zanadto uczciwie 
z nim sobie postąpił: dał mu nieoberznięte dukaty, a taki dukat całkiem okrągły bardzo 
prędko się toczy. W obrębie jurysdykcji lwowskiego starostwa nie mógł się już zabawiać, bo 
ten bisnowaty Łopatka coś sobie do niego upatrzył, uwierzył w plotkę, jakoby on miał spółkę 
z tymi rozpuszczonymi żołnierzami, co plądrowali przedmiejskie komory, i kazał mu zapowiedzieć, 
że jak go w swoje garść dostanie, to go będzie sądził gorącym sądem i zaraz każe 
katowi, aby go obwiesił. W mieście się także nie śmiał pokazać, bo tam znów ten przeklęty 
Kundrat czyhał na niego i pewnie by go oddał w ręce wójta, a wójt ma także kata przy sobie. 
Prócz tego na całej Rusi już ani takiego szlachcica, ani takiego kmiecia nie było, co by sobie 
także czegoś nie upatrzył do niego: bo też dziwni to ludzie na tej Rusi Czerwonej! Kraj niby 
mlekiem a miodem płynący, a człowiek tam przecie może umrzeć z głodu, jeżeli nie ma szerokich 
groszy w kalecie. Co począć w tym dziwnym kraju? 
Wara się mocno nad tym namyślał: aż wreszcie sobie Wilczków przypomniał. Niemałe on 
im oddał usługi: Przecie to on pierwszy przywiózł Wilczkowi do Krakowa wiadomość, że 
Jagienka go kocha, chociaż ją za Gniewosza wydają. Co by było, gdyby on mu owej karteczki 
od Jagicnki nie przywiózł? Wilczek byłby dawno o niej zapomniał i nie byłby się z nią nigdy 
ożenił. Zaczem Wilczek mu wdzięczność powinien. On potem pierwszy przywiózł Jagience 
na Czorsztyn wiadomość, że Wilczek zdrów wrócił z wojny i pędzi do niej na swoim Wro
nym. Zaczem Jagienka mu wdzięczność powinna. A wreszcie to on sam im ślub dawał. Co by 
było, gdyby był nie dal im ślubu? Alboby się byli nie pożenili, alboby żyli w konkubinacie. A 
przeto oboje mu jeszcze raz wdzięczność powinni. Jużci i oni może sobie co upatrzyli do niego, 
bo ci ludzie dzisiejsi to wszystko kurki czubate: ale już by też chyba wcale wdzięczności 
nie byto na świecie, gdyby jeszcze i oni go nie przytulili u siebie, choćby na jakiś czas, póki 
mu się znowu nie trafi jaki uczciwy zarobek. 
Bardzo kuso było wtedy koło niego: jak się tu w takiej sytuacji na pańskim zamku pokazać? 
jak nawet dobić się aż do Tustania? — Nie miał ani mizernego półgroszka w kalecie, ba, 
nawet i kalety już nie miał, co mu dawniej u pasa wisiała, bo i pas diabli wzięli, i musiał się 
teraz przepasywać postronkiem. Jego pielgrzymską opończę, ostatnie bydlę z obory, nielitościwy 
Żyd mu zabrał w gospodzie, chwała Bogu jeszcze, że mu za nią rzucił jakiś krótki kaftan, 
wprawdzie niegdyś rycerski, ale dzisiaj tak poszarpany, że gdyby ów postronek nie 
utrzymywał go w pasie, toby prawie jak stary ornat wyglądał. Pludry jeszcze miał jakieś, bo 
jużci trudno go miał Żyd puszczać bez pluder, ale za to obydwa buty fatalnie ziewały, a jeszcze 
do tego jednej cholewie coś się stało, że wciąż opadała. Na głowie miał swój dawny pielgrzymski 
kapelusz, któremu krysy wprawdzie także już służbę wypowiedziały, że wyglądał 
jak straszydło na wróble, ale za to dwie muszle jeszcze się dosyć dobrze na nim trzymały. Do 
tego miał ów kij ogromny pielgrzymski, okuty żelazem, którym niegdyś w Kundracie taki 
respekt dla siebie obudził, a który i sam miał w poszanowaniu, bo się nim już z niejednej tarapaty 
wydobył. Ot! i teraz miał prawe oko podbite i długi czerwony szram przez cały lewy 
policzek. Oberwało mu się to w karczmie sknilowskiej, gdzie miejskie draby wziąwszy go za 
zbója, chciały go chwytać i jeden z nich już mu nawet obdarł kawałek rękawa: prawda, że ten 
kij dawał mu pozór dla głupich ludzi cokolwiek niepokojący, ale gdyby był tego kija nie miał 
przy sobie, nigdy by się tym drabom nie był obronił. 
W takim stroju, trochę wróżąc babom po drodze, a trochę żebrząc między gospodarzami, 
stanął Wara nareszcie w zamkowym dziedzińcu w Tustaniu — i, jako istne straszydło, zaraz 
jest otoczony gromadnie przez zamkowych żołnierzy. 
Ten go pyta: — Kto jest? — a drugi: — Po co tu przyszedł? — on się rwie do starosty, żołnierze 
się śmieją — a już niewiele chybiło, że go nie wyrzucili za bramę. Ale na ten gwar nadbiegli 
niektórzy pacholikowie, co go znali z Czorsztyna, ci go więc obronili, wszelako jeszcze 
więcej się z niego naśmiali, wołając: 
— Wara! Wara! oto cię ktoś oporządził, że już jak żebrak wyglądasz! a może też i sam rozbijasz 
po drogach? 
Ale Wara nadsztukował humorem, mówiąc: 
— Fortuna kołem się toczy! Bawię się rycerką jak drugi — a i rycerzom się to nieraz wydarza, 
że kiedy go mocniejszy napadnie, to go puszcza w koszuli. Alem się tu dobił do braci, 
zaczem rozumiem, że mnie ogarniecie. 
Na to nadszedł Ramułt, poznał go, bo go znał także, ale że był przepełniony goryczą wczorajszego 
wieczora, rzucił na niego okiem pełnym pogardy i rzekł: 
— Oto ten łapserdak staroście ślub dawał! I miał to Pan Bóg takich rzeczy nie skarać? 
Ale tymczasem pacholikowie, bardzo poczciwe chłopaki, wzięli Warę pomiędzy siebie, 
zaprowadzili do kordegardy i tam go jakokolwiek przebrali. Ten mu dał kaftan, ten pas, ten 
pludry, ten buty, a nawet przyzwoita opończa się znalazła, że Wara niebawem tak się wystroił, 
iżby się mógł i największemu panu pokazać. Wszelako przy przebieraniu się opowiedziano 
mu także, co się od wczorajszego dnia stało na zamku. 
Więc Wara się tym niezmiernie zasmucił, bo mimo swej konduity przecie ludzkie miał 
serce, a nieszczęście Wilczka było tak ogromne, że i kamień powinien był się nim wzruszyć. 
Jakoż wysłuchawszy chłopaków, rzekł zaraz: 
— Trzeba na to coś radzić. Uratujemy jeszcze, co się da uratować. 
Z tymi słowami poszedł prędkimi krokami do Wilczka. 
Obejrzawszy go pilnie, jako człek doświadczony, natychmiast odgadł, co trzeba robić. Zaczem 
rozebrał go i upuścił mu krwi całą misę. Było to bardzo dobre lekarstwo, bo osłabiwszy 
jego fizyczny organizm, wywołało w nim naturalną reakcją. W kilka pacierzy potem Wilczek 
otworzył usta i oczy, odetchnął z głębi piersi, sam się na poduszkach podniósł cokolwiek wyżej 
— a w małą godzinę przyjął trochę pożywienia. Po południu jeszcze był osłabiony, ale 
wieczorem zasnął i spał przez całą noc jak kamień. 
Na wiadomość, że pan ożył, jego zwyczajna służba się zgromadziła koło niego, pełniąc 
swe obowiązki jak dawniej i patrząc na Warę jak na cudotwórcę. 
Wara przeczuwał przy nim większą część nocy, nakazał służbie, ażeby mu rankiem nagotowano 
dobrej winnej polewki, i poszedł się przespać, bo też i sam był niepomału zmęczony. 
Kiedy zaś nazajutrz rano przyszedł do Wilczka, to zastał go na pół ubranego i siedzącego 
w krześle poręczowym obok stołu. 
Był bardzo blady, czarna chmura mu siedziała na czole, patrzał nieruchomymi oczyma 
przed siebie, ale na jego twarzy przebijała się raczej gorycz niż boleść. 
Obaczywszy Warę, spojrzał na niego, ale go nie powitał. Wara siadł opodal od niego po 
drugiej stronie stołu i milczał. 
Po chwili Wilczek znów spojrzał na niego i rzekł: 
— Skądże się tu wziąłeś tak niespodzianie? 
Wara zaczął kłamać swoim zwyczajem, opowiadając mu, jako już przed tygodniem we 
Lwowie miał widzenie, z którego powziął, że na zamku tustańskim ma się stać jakieś nieszczęście. 
Zaczem wybrał się zaraz na Tustań z całym swoim taborem, wiodąc dwa wozy ze 
sobą i konie podwodne. Ale wjechawszy w lasy, spotkał się z jakimiś błędnymi rycerzami, 
którzy się złakomili na jego pański dobytek i wszystko mu złupili, a jego samego do koszuli 
obdarli. 
Na to Wilczek jeszcze raz spojrzał na niego i uśmiechnąwszy się gorzko, rzekł: 
— Musieli to być jacyś rycerze, co się biją na suche razy, bo widzę, że ci oko podbili i jakimś 
kosturem ci dali po pysku. Przynajmniej, żeś z duszą wyszedł z rąk tego rycerstwa... 
Wara nie śmiał mu odpowiedzieć, bo widział, że się zna dobrze na razach. 
Wszakże po chwili Wilczek znów się odezwał, mówiąc: 
— Słysz, Wara! Czy mogłeś się kiedy spodziewać, że moje małżeństwo w takie nic się obróci? 
Tyleśmy się nacierpieli oboje, tyleśmy trudów, tyle ofiar ponieśli i tyle niezwykłych 
rzeczy się stało, ażeby to małżeństwo przyszło do skutku; miałem żonę tak cudną, takie śliczne 
dzieciątko i tyle szczęścia w tym domu: i z tego wszystkiego w jednym mrugnieniu oka, za 
jednym wiatru powiewem, nic? nic zgoła? Czarna przepaść pod zamkiem i przepaść bólu w 
mym sercu... 
Wara milczał. 
— Powiedzże ty mi, Wara — mówił Wilczek dalej po chwili — czym jest człowiek na ziemi? 
Najnieszczęśliwsze stworzenie, przez jakiegoś nielitościwego stwórcę na ten przeklęty padół 
rzucone! Rodzi się jako bezbronne niemowlę, gorzej niż każdy najdrobniejszy robaczek, bo 
jeśli go mamka na dzień jeden odstąpi, to ginie. Nie umiałby chodzić, gdyby go przez kilka 
miesięcy nie wodzono na pasku, musiałby wyć albo szczekać, gdyby go mowy nie nauczono, 
a przy tym męczą go wciąż niezliczone choroby, na które mu nie poradzi natura, jeno mu 
trzeba lekarstwa. Pracuje potem przez lat dwadzieścia jako murzyn-niewolnik, aby się dobił 
kawałka chleba i jakiegokolwiek znaczenia, ale bez łaski ludzkiej niczego się nie dobije — a 
łaska ludzka bardzo drogo kosztuje, bo musisz ją okupywać upodleniem siebie samego. Jeżeli 
zaś który bez łaski ludzkiej się czegoś dobije, natenczas ci sami ludzie otaczają go jak złe 
duchy, aby ryć pod nim, aby go trapić i męczyć, aby mu we wszystkim niezwyciężone stawiać 
zapory, aby go wreszcie przewrócić. A jeśli przewrócić się nie da, jeżeli wszystkie zapory 
przełamie i w końcu takiego szczęścia dostąpi, które powinno by trwać przy nim do grobu, 
to wtedy jakiś wróg inny, jakiś duch niewidomy, jakiś wichr, wypuszczony przez odwieczne241 
go wroga ludzkości, dmuchnie ci na to szczęście i zgasi jak świecę. Człowiek się rodzi, bo 
musi, lecz gdyby nie musiał, a wiedział, co go tu czeka na ziemi, nie wiem, azaliby był który, 
co by chciał się urodzić. 
Wara nie podzielał tych czarnych myśli Wilczka, ale się uczuł nimi cokolwiek skruszonym, 
zaczem zabrał głos i tak mówił: 
— Według mojego zdania, życie na tej ziemi nie jest tak bardzo nieznośne, jak jegomość 
powiadasz. Są przecie uciechy i rozmaite rozkosze, którymi się raduje serce człowieka. Nic 
darmo, zaczem za to przykrościami się płaci. Życie jest kunsztem jak każde inne rzemiosło — 
a w tym cała sztuka, ażeby zdobyć jak najwięcej uciechy, a jak najmniej przykrości. Ludzie są 
źli, o tym nikt wątpić nie może, kto z nimi przestaje: ale przy złości są oni głupi — a przeto są 
na nich sposoby. Zgoła wszystko w tym życiu się równoważy — a na to człowiek ma rozum, 
ażeby szalę pożytków zawsze na swoje stronę przeważył. I rozumu także każdy człowiek ma 
dosyć, ażeby się nim ku swemu pożytkowi posłużył: jeno że rozum nie zawsze mu dopisuje, 
bo są w samej rzeczy jakieś złe duchy, które mu w tym przeszkadzają. Ale, mówiąc pomiędzy 
nami a szczerze, tak mi się widzi, że te złe duchy nie gnieżdżą się poza nami, jeno mieszkają 
w nas samych. A tymi złymi duchami są nasze własne namiętności a żądze, których nie 
umiemy powściągnąć. Mówiąc tak, sam się w piersi uderzam — dodał Wara z westchnieniem 
— bom też i ja przyszedł na świat szlachcicem, dziedzicem wsi dobrze osiadłej i z bardzo 
piękną parentelą, i mogłem posiąść wielkie majątki i wszelakie honory, gdybym był tylko 
umiał się umartwić, a tych i owych uciech sobie odmówić... 
Tu wszakże przerwał mu Wilczek, mówiąc: 
— Powiadasz właśnie jak ksiądz. Wciąż tylko umartwienia ciała i wyrzekanie się uciech! 
Jak gdyby na to została stworzona ta ziemia ze wszystkimi swymi uciechami, ażeby zgniły 
bez pożytku dla ludzkiego stworzenia! Jak gdyby na to człowiek miał ciało i zmysły, i wszelkie 
pożądliwości, ażeby ich nigdy nie zaspokoił! I na co? Ażeby po śmierci poszedł do takiego 
królestwa, gdzie nie masz ani ciała, ani zmysłów, ani żadnych pożądliwości? Trzeba się 
wyrzec uciech w tym życiu na to, ażeby ich w tamtym nie dożyć? Cóż ty mi gadasz, mój Wara! 
Miałem ciebie za wielkiego hultaja, ale za rozumnego człowieka — a tobie, jak widzę, piątej 
klepki brakuje! 
Wara wiedział, co mu ma odpowiedzieć: nie używania uciech, ale zbytku uciech zabrania 
tak dobrze rozum, jak wiara. Jednak, widząc, że mówi z wielką niecierpliwością, nie chciał go 
drażnić i milczał. Tymczasem Wilczek mówił po chwili dalej: 
— I jeszcze do tego powiadasz, że złe duchy siedzą w nas samych! Toż ja byłem tym złym 
duchem, co Gniewoszowę sprowadził na Sobień? I ja natchnąłem czorsztyńskiego proboszcza, 
że mi ślubu odmówił? A może i ja Jagienkę strąciłem z krużganku? Śmiać mi się chce z 
tych złych duchów, co siedzą w człowieku! Ale z tych się wcale nie śmieję, co w postaci 
ludzkiej albo diabelskiej wciąż krążą koło mnie i sprowadzają na mnie takie nieszczęścia. 
Jeżeli znasz te złe duchy, co siedzą we mnie, to gadaj, chciałbym też i ja z nimi się poznać. 
Zaczem Wara mówił ostrożnie: 
— Ja nie wiem wszystkiego, ale coś się też i o moje uszy oparło. Tak sądzę, bo mi też powiadano 
na Sobniu, że Gniewoszowa nie byłaby nigdy dokazała tej sztuki, żeby dostać Jagienkę 
dla swego syna, gdyby nie to, że wasza miłość sam przywiozłeś ze sobą plotkę o jakiejś 
tam bojarównie. Ks. Pudełko musiał jegomości ślubu odmówić, bo było to przeciw prawu, 
a było też przy tym cokolwiek zgorszenia, do którego żaden zły duch z zewnątrz się nie 
przyczynił. A Jagienki także żaden zły duch nie strącił z krużganku, tylko jej własny strach, 
który ją zdjął w jej sumieniu, kiedy obaczyła Gniewosza, zajeżdżającego na Tustań. 
— Jakiego Gniewosza? — zawołał Wilczek — cóż ty znów pleciesz? 
— Jużci żywego Gniewosza, co z niewoli powrócił — rzeki Wara. 
I tu mu opowiedział, co słyszał od pacholików, jako to Gniewosz był, co się przedwczoraj 
otrąbił przed zamkiem i jak go żołnierze z krużganku bramy poznali. 
— To Gniewosz się wtedy otrąbił! — zawołał Wilczek, załamując ręce przed sobą — więc 
Gniewosz żyje! Zawszem się tego domyślał, alem sam sobie nie wierzył. Teraz już wiem, 
dlaczego Jagienka spadła z krużganku... 
Potem zatopił się w myślach na chwilę, poprawiał się w krześle po kilka razy, spoglądał na 
Warę, a wreszcie rzekł: 
— Więc widzisz! Po cóż Gniewosz tu jechał? Czyż to nie zły duch jego natchnął, aby się tu 
zjawił niespodziewanie? 
Wara milczał. 
Zaczem Wilczek wstał, przechadzał się powolnym krokiem po izbie i myślał głośno, wy
mawiając jakieś niezrozumiałe słowa do siebie, aż w końcu rzekł głośniej: 
— Diabeł go natchnął, to pewna: ale przecie mi za to odpowie... 
Zdaje się, że ta myśl, iż może się na kimś zemścić swojego nieszczęścia, trochę go ożywiła, 
bo przechadzał się przez chwilę cokolwiek żywszym krokiem wzdłuż izby. Lecz potem 
znów zapadł w swe czarne myśli, siadł na powrót przy stole, zwiesił głowę na piersi i rzekł: 
— Wszystko to już się na nic nie przyda! Robiłem, co mogłem, abym się im obronił, ale 
mnie przecie przemogli. Udałem się do Chryzostoma, świętego człowieka, a święty człowiek 
mnie zdradził; zapisałem diabłu duszę — i diabeł mnie zdradził! 
Na te słowa Wara spojrzał na niego szerokimi oczyma i odsunął się z krzesłem, nie spuszczając 
wszakże oka z jego pochmurnej twarzy. 
Wilczek to spostrzegł i rzekł: 
— Powiadasz, że w duchy nie wierzysz, a jak o diable tylko jest mowa, to w kąt się zasuwasz. 
— Nie zrozumiałem dobrze pana starosty — rzekł Wara, nie wiedząc na razie, co ma powiedzieć. 
— Zapisałem diabłu duszę — rzekł Wilczek niecierpliwie — azaliż to tak trudno zrozumieć? 
— Ale jakiemu diabłu? — zapytał Wara, bardzo tą wiadomością zniepokojony. 
— Jakiemu diabłu! — zawołał Wilczek — diabeł zawsze jest jeden i ten sam, chociaż w tysiącznych 
postaciach. Ten, co mnie służy, jest tutaj na zamku. Jeżeli go chcesz obaczyć, to ci 
go każę zawołać. 
Ale Wara jakoś nie miał ochoty obaczyć się z diabłem, jednak widocznie coraz bardziej się 
niepokoił. Patrzał na Wilczka bardzo niepewnymi oczyma, a przy tym widać było po jego 
twarzy, że jakieś ważne myśli w swej głowie rozbiera. 
— Cóżeś się tak zasumował? — zapytał Wilczek. 
— Myślę nad losem pana starosty — rzekł Wara — bo niechaj tam sobie kto mówi, co chce, z 
diabłami przecie nie można żartować. Ci święci, co ich widuję, te dusze, co je wywołuję, to 
tam furda... ale z diabłem się wdawać nie można, bo kto tylko raz się z nim wdał, ten przepadł 
na pewno. 
— Bądźże sobie o mnie spokojny — rzekł Wilczek. — Jagienkę mi wziął, bo trafił na nieopatrznego 
Gniewosza, ale mnie nie weźmie, bo przecie wiem, jaką mam z nim umowę. 
Wszakże Wara na to pokręcił głową i rzekł: 
— Hm, hm! gdyby to diabeł trzymał się umowy! ale to w tym właśnie sęk, że on bierze 
swoje ofiary wbrew zawartej umowie. 
— Jakże? — rzekł Wilczek — więc żywcem mnie weźmie, choć nie ma prawa do tego? 
— Jeżeliś się jegomość z nim tylko wdał w jakieś umowy, to weźmie żywcem, jak Pan Bóg 
na niebie. 
— Jakżeż mnie weźmie? przecież mu się nie dam wziąć jak snop słomy, ano mu się obronię. 
— Co też jegomość nie gadasz! któż się kiedy diabłu obronił?... 
Więc Wilczek przesądny, jak wszyscy owego czasu, mocno się nad tym zamyślił. Wrodzony 
instynkt zachowania siebie samego wziął w nim górę nad ciężką żałobą. Spojrzał po 
kilka razy spod oka na Warę, a potem zapytał: 
— Więc powiadasz, że weźmie? 
Na to Wara wstał i rzekł z naciskiem: 
— Nie masz nad czym się zastanawiać, jegomość przepadł. 
Na te stanowcze słowa Wary tego żelaznego rycerza porwał lęk niewysłowiony. Zginąć na 
wojnie lub w jakiej bądź bitwie śmiercią walecznych, w tym widział ideał i niejako apoteozę 
rycerza, ale dać się zadusić jakiejś mocy niewidomej, przeciwko której nie można się bronić, 
do tego nie miał odwagi. Zbladł jeszcze bardziej, ręce mu drżeć zaczęły i spytał Warę: 
— Jakże mnie weźmie? 
A na to Wara: 
— A kto tam może odgadnąć sztuki diabelskie! Widziałem ja rzeczy, od których włosy stają 
na głowie... Ale jest na to sposób. 
— Więc mów — rzecze Wilczek — zrobię, co powiesz. 
— Jest na to sposób — rzekł Wara. — Jegomość wstąpisz na tercjarza do franciszkanów i 
wdziejesz poświęcany habit na siebie. A wtedy zje diabła, czy jegomości co zrobi. 
— Więc tak — odpowiedział Wilczek, dając mu się powodować — ale któż mi to tercjarstwo 
wyrobi? Mnie franciszkanie nawet wcale nie znają. 
— Już ja to biorę na siebie — rzekł Wara z żywością — każ mi jegomość natychmiast rozstawić 
konie do Wiszni. Tamtejsi franciszkanie jegomości znają — a są to ludzie chudobni; jak 
im się co da na kościół, to mi tę rzecz stanie pede załatwią. Za dwa lub trzy dni wszystko jegomości 
przywiozę. 
— Więc rób jak chcesz — odpowiedział mu Wilczek — a nie baw się długo, bo co ja tu pocznę 
bez ciebie? 
— Jadę natychmiast, na dzień i noc — rzekł Wara — jutro o ten czas będę już w Wiszni. Każ 
mi jegomość dać dobre konie i jaki mieszek złotych węgierskich. A jeśli tu jest jaki diabeł na 
zamku albo też jaki kalafaktor diabelski, to każ go jegomość natychmiast napędzić i nakazać 
mu pod gardłem, aby się tu więcej nie pokazywał. 
Jak Wara chciał, tak się stało. 
Rozstawiono mu konie do Wiszni, dano mu mieszek czerwonych złotych i wyprawiono go 
w tę drogę natychmiast. 
Wilczek zaś kazał Kostrubana w tym oka mgnieniu odprawić, dawszy mu lafę sowitą, ale z 
tym wyraźnym dodatkiem, że wpadł w niełaskę u pana i nie śmie się pod gardłem pokazywać 
na zamku. 
Kostruban, nie mogąc się nawet domyśleć, jaki tam piorun tak nagle w niego uderzył, 
okrutnie się zmartwił tą niełaską. Tak mu dobrze było w tej służbie — a teraz w jednym mrugnieniu 
oka znalazł się na bruku. Chciał upaść do nóg staroście, aby na powrót się wprosić, 
ale go do niego nie dopuszczono. Domyślał się, że Wara mu tego stołka przystawił: byłby i 
jemu padł do nóg, ale Wara już wtedy wyjechał. Mimo to wszakże Kostruban jeszcze nie 
stracił nadziei. Zabrawszy swoje manatki, osiadł tymczasem w mieście Tustaniu, przedsiębiorąc 
sobie mieć cierpliwość i wszystkie swe siły wytężyć, ażeby się na powrót wśrubować w 
łaskę starosty. Z tego powodu, ile tylko miał wymowy i zapobiegliwości, rozsiewał sławę 
Wilczka po mieście, podnosił w niebiosy jego dobroć serca i szlachetność umysłu i obudzał 
pomiędzy mieszczany litość nad jego nieszczęściem. W tym też celu zapewne, a z myślą, że 
się to doniesie do Wilczka, na zrękowinach Włostka z Ofką u Daszkiewicza podniósł myśl i 
uparł się przy niej, ażeby państwo młodzi poszli z korowajem na zamek i pokłonili się panu, 
prosząc go o błogosławieństwo. 
Wara, o ile się zdaje, działał w najlepszej wierze. Kto w owe czasy nie bał się diabła chodzącego 
po ziemi? i kto mógł mieć więcej partykularnych powodów od niego, obawiać się 
jego pazurów? — Wziąwszy kilka dobrych koni i mieszek czerwonych złotych, mógł z nimi 
uciec, jak mu się to już nieraz zdarzało: ale teraz nauczony cierpkim doświadczeniem, poszedł 
po rozum do głowy — i powiedział sobie: że największe głupstwo by zrobił, gdyby się 
kontentował taką nędzotą. Wilczek jest zbity nieszczęściem do niepamięci, zapewne już nigdy, 
a przynajmniej nieprędko, wróci do dawnej swojej energii, w tym usposobieniu umysłu 
daje mu się powodować jak dziecko, fortuna u niego pańska, a wszelkiego bogactwa do zbytku: 
Wara by głupi był jak garniec gliniany, gdyby na jakiś czas u niego nie osiadł i gdyby 
przez ten czas nie uciułał sobie pięknej fortunki. Zaczem wrócił we trzy dni i przywiózł mu 
pergamin z klasztorną pieczęcią, jako jest tercjarzem przyjęty, a zarazem i habit, który poświęcono 
rzetelnie w jego obecności. 
Wilczek oczekiwał z niecierpliwością powrotu Wary — a za jego przyjazdem serdecznie go 
zwitał. Zaraz też przywdział habit franciszkański na siebie — i zdaje się, że ten habit znacznie 
go uspokoił, bo pochodziwszy w nim z jaką godzinę, powiedział do Wary: 
— Nie wiem ja tam, jaką moc ma woda święcona, ale tak mi się zdaje, że mi się trochę 
ulżyło. Przynajmniej już diabeł nie będzie miał do mnie przystępu, co też i on sam wiedzieć 
musi, bo mnie nawiedzał po nocach i śmiał się z habitu. 
Natomiast wszakże ból za Jagienką znowu w nim się odezwał. 
Ale był to ból taki, jaki z jego cieplej krwi mógł się urodzić, bo wtedy nieraz powiadał 
Warze: 
— Dziecko jeszcze bym z czasem przebolał, bo byłoby drugie. Ale jej nigdy nie przeboleję: 
bo takich słodziutkich oczątek, takich ustek miodowych, takiego aksamitnego ciałka, nie 
masz u żadnej kobiety. 
Zaczem niejednokrotnie się zrywał i chciał koniecznie szukać jej trupa. 
Wtedy wychodził z Warą za mury zamkowe i błąkał się z nim nad brzegami tej przepaści, 
w którą spadła Jagienka, szukając sposobów, jak by się można na jej dno dostać. Ale wszystko 
na próżno: z brzegów za najlżejszym dotknięciem usuwała się ziemia i kruszyły się skały — 
a przepaść była bezdenna. 
Powróciwszy z takiej wycieczki, wdrapywali się obydwa na ów fatalny krużganek i spoglądali 
w dół, azali tam nie obaczą jakiego światlejszego przedmiotu, ale także na próżno: dno 
tej przepaści było zawsze czarne jak noc. 
Jednego dnia Wara wpadł na myśl, ażeby rzucać w tę przepaść zapalone pochodnie, których 
płomienie głębsze brzegi przepaści oświecą, a jeśli dolecą do dna, to będzie można widzieć, 
jak głęboka jest przepaść, a może się też i ciało Jagienki obaczy. Ale Wilczek wzdrygał 
się na to i odpowiadał mu z uczuciem ludzkim: 
— Na Boga! nigdy na to bym nie pozwolił. Te zapalone pochodnie popiekłyby biedną Jagienkę. 
Natenczas, przekonawszy się wreszcie, że Jagienki nigdy już nie obaczy, Wilczek, przepełniony 
żałobą, kazał na zewnętrznej skalistej ścianie zamkowej kaplicy ryć jej nagrobek: 
najprzód krzyż wielki, potem D.O.M. a dalej: Generosae Dominae... ex stirpe Kmytharum... 
Ludzie, którzy go w tym czasie w mnisim habicie, bądź błąkającego się nad przepaścią, 
bądź na szczycie zamkowej wieży widzieli, przypatrywali mu się z uczuciem pewnej obawy i 
zgrozy — i powiadali o nim, że został mnichem, że już o swoim starostwie wcale nie myśli, że 
albo niebawem do klasztoru wyjedzie, albo też zamek na klasztor obróci. 
Jakoż Wilczek podówczas w samej istocie wcale o swoim urzędzie nie myślał. A skutkiem 
tego opuszczenia się pana, służba nadzwyczajnie się rozluźniła na zamku. Niektórzy żołnierze 
porozłazili się — a ci, co zostali, jedli i pili, co szyja strzymała, bawili się w domu i poza domem, 
wychodzili do miasta i często dopiero nad ranem wracali. Brama była dla nich dniem i 
nocą otwarta. Nawet stary Kukuć, widząc, że starosta już wcale nie dba o służbę, także się 
chętnie zabawił — a Ramułt... Ramułt, nie mogąc Wilczkowi przebaczyć, że za jego wierne 
służby całego życia chciał go poczęstować toporkiem, nie chciał już wcale wiedzieć o zamku. 
Przesiadywał więcej u siebie na wsi niżeli w Tustaniu, pokazywał się czasem, lecz rzadko, 
starosty wcale już nie widywał i tylko nad tym rozmyślał, jak by najprędzej mógł się od tej 
służby uwolnić na zawsze. 
Tak minął miesiąc. 
Wilczek przez ten czas już znacznie się uspokoił. Do swoich dawnych zatrudnień nie wracał, 
Wary prawie ani krokiem od siebie nie puszczał i bardzo wiele z nim rozmawiał. Ale w 
jego wszystkich rozmowach przebijał się ból ciężki, nie zagojony, jak rana otwarta, a ciężący 
jak czarna noc nad jego umysłem: ból za Jagienką, której nigdy już nie obaczy — ból za tym, 
że miał wszystko po temu, ażeby posiąść najwyższe urzędy i ludziom z wysoka przyświecać, 
a teraz jest starty na proch, który nigdy już nie ożyje — ból wreszcie nad tym, że nie użył tego 
pięknego życia, a dzisiaj, jeszcze tak młody, schodzi z tego świata, czy to w grób śmierci, czy 
w grób klasztoru, zaledwie pokosztowawszy jednej jedynej z rozkosznych uciech tej ziemi... 
Jednego dnia po południu stał z Wara przy oknie otwartym, z którego widać było doliny i 
wzgórza, okryte świeżuteńką zielenią i kąpiące się w jasnych promieniach słońca, a nad nimi, 
na kresach dalekich, rysowały się na błękitnym niebie bez chmurki wspaniałe swą wyniosłością 
Bieszczady. Cała ta ziemia oddychała przezroczystym, wiosennym powietrzem, odurzająca 
woń górskich kwiatów unosiła się nad nią, nieprzebrane jej dary ścieliły się do nóg człowieka, 
jak gdyby mówiły do niego: Bierz i używaj i bądź szczęśliwy na wieki. 
Wilczek patrzał długo na ten obraz uroczy, zaczerpywal pełną piersią tej woni ożywczej, 
zapuszczał swój wzrok pomiędzy owe odległe skały Bieszczadów, nad którymi z rozpostartymi 
skrzydły ogromne unosiły się orły, ucząc swoje pisklęta, jak mają patrzeć w same tarczę 
słoneczną, a oka nie zmrużyć — a potem ciężko odetchnął i powiedział do Wary: 
— Człowiek by się nie skarżył na Stwórcę, że mu dał tak wspaniałe i tak we wszystko bogate 
mieszkanie, gdyby mu tylko wolno było tych wszystkich darów bez przeszkody używać! 
Ale jak róży nie uszczkniesz, ażebyś się przedtem do krwi nie pokłuł, tak żadnej nie użyjesz 
uciechy, ażebyś jej twoją krwią nie opłacił. Powiedz mi, Wara, jaki to duch złośliwy stworzył 
ten świat? Jaki to duch jest, co przede mną takie rozkosze roztoczył, co mnie nimi odurzył, co 
we mnie niepowściągliwe żądze za nimi rozbudził — a kiedym rękę po nie wyciągnął, nie w 
rękę, ale w same pierś mnie uderzył i rzucił na ziemię, ażebym z niej już nigdy nie powstał! 
Zaprawdę, dziwnie szatańska to sztuka swoim własnym stworzeniom wonne podawać owoce, 
a kazać im w krwawym pocie nieustającej pracy o nie się dobijać — i kazać dziewięćdziesięciu 
dziewięciu ginąć w pragnieniu i głodzie, ażeby setny szczęśliwy się nimi pożywił. Być może, 
że są tacy szczęśliwi! Jużci są, boć ich czasami widzimy. Ale mnie nie masz pomiędzy nimi!... 
— Jegomość młody — rzekł Wara — jeszcze się szczęście może przywrócić. 
— Jam młody — rzekł Wilczek — ale ten świat, ta piękna, ziemia ze wszystkimi swymi darami 
już się na zawsze odwróciły ode mnie. Nikt nie wie i nikt się tego ode mnie nie dowie, 
ale ty widzisz, co się dzieje w głębi mej duszy. Ciało moje może by jeszcze było sposobne do 
życia, ale tam — noc się rozległa, tam już nie ma tego świętego płomienia, co ciałem porusza i 
prawa mu daje. Jestem bezwładny jak trup, boleść mi wszystką władzę wyżarła. Jakież by u 
mnie 'jeszcze mogło być życie! Jestem umierającym starcem w młodzieńczym ciele. Ze strachem 
kładę się do snu, bo we śnie najstraszliwsze mary się nade mną wieszają, powykrzywiane 
twarze ze zwierzęcymi oczyma, pootwierane paszczęki bez zębów, z nich długie czerwone 
wyskakują języki i liżą mnie po policzkach, przyciskają mi swoje długie uszy do piersi, 
aby podsłuchać, czy jeszcze serce w niej bije, kłują mnie w gardło swymi diabelskimi rogami, 
ażeby tę resztę towi ze mnie wypuścić. O Wara! nie życzę takiej jednej nocy mojemu najzawziętszemu 
wrogowi. A moja śliczna Jagienka nigdy mi się nie pokazała! Natomiast Ofka 
wciąż mi się zjawia. A tymczasem Ofka podobno żyje... 
— Żyje — rzekł Wara, rad go weselszą myślą rozerwać — żyje i wcale dobrze jej się powodzi. 
Jak słyszę, Daszkiewicz uwziął się na to, aby ją z ojcem pogodzić, i pewnie mu się to 
uda. A oprócz tego jest jeszcze inna dobra wiadomość: Ofka kawalera znalazła i ślub się 
układa. 
— To pewnie Włostek? — zapytał Wilczek. 
— Podobno Włostek — rzekł Wara — ale to jeszcze sekret dotychczas. 
— Słysz, Wara — powiedział mu Wilczek — ktokolwiek bądź, wiedz o tym, że mu rad będę. 
Sam na wesele nie pójdę i widzieć jej nie chcę, ale jej mężowi chętnie pomogę, a dla niej sowite 
wiano wyznaczę. 
— Jeszcze podobno czas na to — rzekł Wara. 
— Czas — rzecze Wilczek — ale im prędzej, tym lepiej, może mi się przestanie jawić po nocach. 
A na to Wara z misternym uśmiechem: 
— Więc się to ile możności przyśpieszy. 
Wilczek myślał nad tym przez chwilę, ale potem znów napadł w swoje czarne widzenia. 
— Po takich nocach — powiadał dalej — łatwo zrozumiesz, że wstaję rano jak z krzyża zdjęty 
albo i gorzej, bo właśnie jak gdyby mnie spuszczono z tortury. A kiedy już czuwam, jeszcze 
się nocne widzenia nade mną wieszają. I potem już taki dzień cały! Do południa wspomnienia 
tych mar, co je przeszłej nocy widziałem — a od południa strach mnie bierze przed tymi, które 
w przyszłej obaczę. A w ciągu całego dnia w głowie taka próżnia, że ani jednej myśli uchwycić 
nie mogę. W sercu się odzywają życzenia, ale czuję zarazem, że żadna ludzka potęga ich 
spełnić nie zdoła. I to jest życie? Niechże w nie raczej wszystkie pioruny uderzą! Nieznośnym 
ciężarem mi jest takie życie! Śmierci mi trzeba i tylko śmierć mnie może wybawić! 
Wilczek był tak strasznym, kiedy to mówił, że Wara nie śmiał się do niego odezwać. 
Lecz Wilczek mówił dalej: 
— Gniewosz mi ją mógł dać pod Suczawą, błagałem go o to, lecz nie chciał! Teraz kiedy 
zapewne w szczęściu opływa, ja, śmierć chodząca po ziemi, kościstą ręką do jego weselnej 
komnaty zapukam i sam ją jemu przyniosę! 
Wara, wyborny znawca serc ludzkich, wiedział o tym dobrze, że aby Wilczka do zwykłego 
powrócić życia, dosyć by było, gdyby go tylko na powrót wtrącić pomiędzy ludzi. Otarłszy 
się o nich, rozbudziłby w sobie prędko dawnego człowieka. Spór jaki z kimkolwiek byłby 
oczywiście najlepszym środkiem do tego. Ale Warze jeszcze to było za wcześnie, bo dotąd 
jeszcze nie pomyślał o sobie, a wiedział także, że jak Wilczek znów w świat wyleci, to i jego 
łaska dla niego może się skończyć. Zaczem usiłował go odwieść od tej myśli na teraz i rzekł: 
— Co tam Gniewosz winien temu wszystkiemu? Był to czysty przypadek... 
— Żonę mi zabił! — zawołał Wilczek, klekocąc zębami ze złości — nigdy tego mu nie daruję! 
A ty mi się w moje sprawy nie mieszaj, boś do nich nie urósł. 
Wara niemal z pogardą spojrzał na niego, ale zacisnąl zęby — i zmilczał. 
A wtem muzyka dała się słyszeć w zamkowym dziedzińcu. 
Na odgłos muzyki Wilczek zbladł i zawołał: 
— Muzyka u mnie? co to ma znaczyć? 
Wara wstał i powiedział: 
— Pójdę obaczyć. 
— Nie odchodź — rzekł Wilczek głosem gromkim, w którym się jakoby przestrach przebijał. 
A w tej chwili wszedł Kukuć bardzo wesoły, z radosnym uśmiechem na twarzy, bo też radosną 
przynosił wiadomość. 
— Panie starosto! — rzekł — Ofka, córka Biłowusa, idzie za mąż za Włostka. Przecie nam się 
szczęśliwie udało to małżeństwo skojarzyć! Weselnicy przyszli właśnie z korowajem na zamek 
i chcieliby się swojemu panu pokłonić. 
Wilczek jakoś dziwnie był roztargniony. Stał na środku komnaty i zdało się, jak gdyby 
sam nie wiedział, co ma robić. Chwiejąc się tak przez chwilę, odpowiedział mu: — Czekaj! — i 
wyszedł do przyległej komnaty. 
Niebawem wrócił ze skórzanym woreczkiem w ręku, przystąpił z nim do Kukucia, dał mu 
go i rzekł, ale głosem tak prędkim, że prawie się jąkał: 
— Słysz, Kukuć! Daj to Biłowusównie na wiano ode mnie i powiedz weselnikom, że ich 
przyjąć nie mogę, bom chory, ale im błogosławię... błogosławię, szczerze im błogosławię. 
Kukuć odszedł. Ale jeszcze był zaledwie za drzwiami, kiedy Wilczek wybiegł za nim i 
zawołał: 
— Kukuć! a zrób tak, aby sobie zaraz precz poszli. I muzyka niech więcej nie gra, rozumiesz? 
muzyka niech nie gra, bo u mnie żałoba. 
Kiedy Wilczek wracał, Wara znowu do drzwi się zerwał, mówiąc: 
— Pójdę ja sam i wyproszę ich grzecznie, a starostę wyekskuzuję. 
— Nie odchodź! — zawołał znów Wilczek — nie odchodź! mam ja ważniejsze rzeczy na 
głowie. 
Słowa te powiedział znów w roztargnieniu, ale zarazem, jak by był czymś zaniepokojony. 
Wara rzekł trochę złośliwie: 
— Przecież Wara, choć głupi, jeszcze na coś się przyda. 
Wilczek poszedł ku oknu, a idąc, powiedział do Wary: 
— Nie chciałem cię przecież obrażać. 
Zaczem przystąpił ku oknu, pomyślał chwilę, a potem rzekł: 
— Słysz, Wara! Ty się przecie znasz na tych rzeczach, powiedzże mi, co ty o tym rozumiesz? 
Kiedym go spotkał w puszczy przy Chryzostoma eremie, tom sam mu powiedział, że 
wtedy ma prawo wziąć duszę moję, kiedy muzyka zagra na moim zamku. Zakazałem muzyki, 
kiedym tu osiadł z Jagienką, ale teraz się zapomniało i owo wszyscy diabli to weselisko przynieśli. 
Cóż ty o tym rozumiesz? 
Na to Wara przystąpił ku niemu i rzekł: 
— Jakże to było? dałeś mu to jegomość na piśmie? 
— Słowo rycerskie warte więcej niż pismo — rzeki Wilczek. 
— Więc to tam furda! — zawołał Wara — w piekle, a między nami mówiąc, to nawet i w niebie, 
na słowo rycerskie nic nie dają. Ja w takich kwestiach trzymam się teologii, a ta nas uczy: 
że diabłu duszy zapisać nie można ani pismem, ani słowem, jeno mu się ją zapisuje swymi 
własnymi grzechami. A nie wiem, jakie to grzechy jegomość masz na swoim sumieniu, za 
które diabeł mógłby wziąć duszę jegomościną. A zresztą weselnicy już sobie poszli... 
— Ale przecie zagrali — rzekł Wilczek. 
— Taka tam kołomyjka się nie rachuje — odpowiedział mu Wara, usiłując go uspokoić. 
Wilczek umilkł, ale był wciąż roztargniony i w tym roztargnieniu patrzał przez otwarte 
okno na wyniosłe szczyty Bieszczadów. 
Słońce wtedy już się zniżało ku zachodowi, mocno poczerwieniało, ale jeszcze jasno świeciło. 
Jego czerwone promienie, padając na ziemię okrytą świeżą zielenią i zlewając dwa 
sprzeczne ze sobą kolory, tworzyły światło niestrojne i przykre dla oka. Ciężka duszność panowała 
w powietrzu. Niebo było jasne, lecz blade, jak gdyby błękit spłowiały. Na to niebo u 
samego szczytu Bieszczadów wypłynęła maleńka chmurka, zrazu szarawa, ale ciemniejąc 
ciągle, przybrała najprzód kolor żelaza, a potem stała się prawie czarną: postać jej była dziwna, 
wyglądała bowiem jak nawa okrętu bez masztów i steru, której porozdzierane brzegi w 
czerwonych promieniach słońca się jak ogień złociły. Było coś dziwnie strasznego w tej 
chmurze, bo na jasnym niebie tak wyglądała, jak gdyby była istotnie okrętem, który z zaziemskich 
światów wypłynął i przelatuje nad ziemią. 
Takie gradowe chmury, zjawiające się nagle na czystym niebie, można często widywać w 
Bieszczadach; ta wszakże zwróciła całą uwagę Wilczka na siebie, jakoż rzekł do Wary: 
— Widzisz tę chmurkę? powiedziałby kto, że to jest jakiś statek nadpowietrzny, którym jakieś 
duchy sterują. 
Wara się tej chmurce przypatrzył z uwagą i chciał coś powiedzieć; ale wtem w samym 
brzuchu tej chmurki błysnęło, błyskawice się w niej skrzyżowały i piorun z jej brzucha wystrzelił. 
Wara się tego huku tak przestraszył, że się przeżegnał i rzekł: 
— A słowo stało się ciałem... 
A wtem na zamkowym folwarku, który zwano Posadą, płomień podniósł się w górę: 
oczywiście piorun tam strzelił i strzechy zapalił. 
Wara zawołał: 
— Dla Boga! Folwark się pali! Niechże biegną ratować! 
A to mówiąc, rzucił się ku drzwiom. 
Ale Wilczek go chwycił za ramię, mówiąc: 
— Nie chodź! Żołnierze wiedzą, co mają robić. 
Wara mu się instynktowo wyrywał, Wilczek bezwiednie go trzymał — a wtem piorun uderzył 
w dziedziniec, zapewnie w kamienną posadzkę, bo z tak ogromnym hukiem i trzaskiem, 
jak gdyby kto z działa w dziedzińcu wystrzelił, a echo strzału się o cztery zamkowe ściany 
odbiło. 
Takie same czarne chmury się zapewne tymczasem zgromadziły nad zamkiem, ale Wilczek 
i Wara nie mogli z tego okna ich dojrzeć. 
Wilczek, trzymając Warę za ramię, rzekł: 
— Widzisz! to burza się zbliża, trzeba ją spokojnie przeczekać. 
Wara był blady jak śmierć, sam nie wiedział, co robić: a wtem uderzył w zamek drugi piorun 
i trzeci, i czwarty, i piąty, tak że się zdało, że cały zamek się już trzęsie na swoich podstawach. 
Wara zrobił ruch rozpaczliwy, chcąc się wydrzeć Wilczkowi; ale Wilczek wpoił swoje żelazne 
palce jak kły w jego ramiona i zawołał: 
— Głupiś! gdzie się rwiesz? przecie ten zamek jest zbudowany ze skały i kamienia. 
I w tej postawie zostali obydwa na środku komnaty. 
Tymczasem pioruny, uderzające jeden po drugim w mury zamkowe, wystraszyły wszystkich 
ludzi z zamku. Ani jedna żywa dusza w nim nie została. Wszyscy, jak stali, kobiety, żołnierze, 
pacholikowie i chłopcy, wylecieli za bramę i biegli, gdzie ich oczy poniosą, nie wiedząc 
sami, gdzie lecą, a tylko to czując w strachu, że trzeba jak najdalej uciekać. Ale że tylko 
jedna była szeroka droga, do której wszyscy nawykli, wiodąca popod Biłowusową zagrodę do 
miasta Tustania, więc wszyscy nią biegli bez odetchnienia. Pędząc, co im tchu stało, dopędzili 
jeszcze weselników i z nimi się połączyli. 
Tak znalazłszy się razem i w większej kupie, nabrali cokolwiek odwagi i zatrzymali się 
niedaleko od Biłowusowej zagrody. Tam naradzili się z sobą. Co odważniejsi zrobili uwagę, 
że gromy biją tylko w sam zamek, więc mogą się stąd temu widowisku bez niebezpieczeństwa 
przypatrzeć. Nie opodal od drogi było wzgórze, z którego można było objąć okiem całe 
zamkowe obejście. Tam więc wyleźli i stamtąd patrzali, otwierając szeroko oczy i usta, strachem 
i zgrozą przejęte. 
Choć wtedy słońce dopiero co zachodziło, sroga ciemnica całą ziemię zaległa. Całe niebo 
było tak czarne, jak gdyby je kto kirem obciągnął. Tylko nad samym zamkiem srogie błyskawice 
biegały, olśniewając oczy patrzących tak, że je musieli zamykać, a zarazem i oddech w 
piersi zapierać. Kobiety trzymały w strachu żołnierzy za poły, inni bili się w piersi, ci klęczeli 
ze złożonymi rękami, a drudzy leżeli krzyżem na ziemi. Zdawało się wszystkim, że sąd Boży 
się zapowiada i przychodzi dzień ostateczny. 
Tymczasem z błyskawic pioruny biły bez upamiętania jeden za drugim. Już uderzyło ich 
dziesięć i pięćdziesiąt, i sto — aż wreszcie niebo się zapaliło nad zamkiem, a z tego płomiennego 
otworu już się ognie sypały, właśnie, jak gdyby strumień ognisty się wylewał na zamek. 
W tym oświetleniu piekielnym widać było jak w biały dzień, jako południowe skrzydło 
zamku, gdzie właśnie Wilczek schował się z Wara, rozsypało się w proch i tylko przy samej 
ziemi szczerbate szczątki murów z niego zostały. 
Za chwilę runęło skrzydło zachodnie, zostawiając tylko wał gruzów po sobie. 
Potem ogromny huk dał się słyszeć i snop płomieni, wyżej niż wszystkie wieże, wystrzelił 
z zamku do nieba: to prochy się zapaliły w piwnicach i wysadziły wschodnie skrzydło zamkowe, 
zrzuciwszy wszystkie te mury w przepaść i wymiótłszy z gruzów dziedziniec. 
A potem już i łyskania, i pioruny ustały — i puściła się taka sroga ulewa, że wody strumieniami 
lały się z nieba, jak gdyby już miały cały świat zatopić. 
Zamkowi ludzie i weselnicy uciekli ze wzgórza i schronili się do miasta Tustania. 
Ulewa trwała do samej północy, albo i dalej. Ale nazajutrz znów piękna zajaśniała pogoda. 
Słońce zeszło na jasnym błękicie nieba promieniste, wesołe, śmiejące się radośnie ku ziemi, 
jak gdyby się nic na niej nie stało. 
Lecz kiedy swoimi promieniami oświeciło to wzgórze, na którym od wieków stała, żadną 
siłą ludzką nie wzięta, starostów tustańskich siedziba, to tam z tego wszystkiego, co ludzka 
ręka stworzyła, leżały tylko prochy rumowisk na ziemi — gwałtownemu wybuchowi żywiołów 
tylko to się oparło, co zrodziła natura — a z całego, tak niegdyś dumnego i bogatego zamczyska 
zostały tylko te same skaliste ruiny, które widziałeś u wstępu. 
Jak dziś, tak i wtedy, świat toczył się zwykłym swym kołem. Jedni ludzie ginęli, a ich myśli 
i czyny zlewały się z czasów potokiem — a obok ich grobów i ruin ich zamków zuchwałych 
inni budowali sobie swoje siedziby i rozpoczynali wesoło bieg swego żywota. 
W kilka dni potem Ofka poszła za Włostka i osiadła z nim w nowym dworzysku, zbudowanym 
na miejscu dawnej Biłowusowej zagrody, chociaż było dopiero do połowy skończonym. 
Biłowus, nimby sobie jaką wieś kupił, na której by mógł jak szlachcic panować, siadł 
przy nich, ciesząc się tymczasem ich szczęściem, pułkownikostwem swojego syna i swoim 
własnym bogactwem. 
O straszliwym zniszczeniu zamku, czy ono było karą Bożą, jak rozumieli ludzie pobożni, 
czy też sztuką diabelską, jak utrzymywał prawie cały lud okoliczny, czy wreszcie tylko niezwykłym 
wypadkiem wzburzonych żywiołów, przy czym się koniecznie upierał rozsądny 
Daszkiewicz, bardzo wiele, ba, nawet ustawicznie gadano. 
Wszyscy byli ciekawi wnętrze ruin zamkowych obaczyć, bo i nie każdemu chciało się wierzyć, 
ażeby tyle bogatych sprzętów, tyle żelaznych i stalowych narzędzi, tyle naczyń srebrnych 
i złotych, ażeby to wszystko także bez śladu zginęło. Były tam przecież wielkie bogactwa 
w srebrnych i złotych pieniądzach, zamknięte w skrzyniach żelaznych: azaliż i to się spaliło? 
A choćby je nawet ogień roztopił, to przecież kruszec złota i srebra zawsze ma wartość. 
Niejednemu też na to wspomnienie ślinka do ust płynęła: jakże rad by się tam dostał! — Ale 
mimo to nikt nie miał odwagi ani nawet zbliżyć się do tej zaklętej ruiny: albowiem szła wieść 
między ludźmi, przez nikogo nie zaprzeczona, że tam mieszkają złe duchy, które tych skarbów 
pilnują, a kto by tam tylko nogę postawił, zaraz go śmiercią porażą. Nie można nawet 
było wątpić o tym, bo jak tylko się zmierzchło, widziano zawsze Wilczka, jako zamieniony w 
skalę, w rycerskim pancerzu, a w mnisim kapturze, stoi na wierzchu wieży i niby chce rzucić 
się w przepaść, a tymczasem dumnym spojrzeniem grozi całemu światu; toż i Jagienka tam 
stoi, także wykuta ze skały, stoi nieruchoma z załamanymi rękami, ale widocznie chce zstąpić 
w dziedziniec. Niechby Bóg bronił tego, którego by jedno z nich tylko ręką dotknęło, zginąłby 
jak mysz pod takim kamiennym dotknięciem... 
Toż ludzie tylko w dzień biały stawali czasem na wzgórzach pobliskich i zaglądali ciekawie 
wewnątrz zamku. Cisza tam była zazwyczaj jak na cmentarzu i nie było widać żadnego 
ruchu. Wszelako byli tacy, którym się zdawało, że widzą jakąś postać przechadzającą się po 
zamkowym dziedzińcu. Drugim zasię się wydawało, że ta postać się wydrapuje na skalistą 
podstawę tej wieży, z której spadła Jagienka, i tam nieraz po całych godzinach wisi przy ścianie 
wewnętrznej, właśnie jak ptak, co się gałęzi uczepił. Co jedni widzieli, to zaraz i drudzy 
dojrzeli: ale nikt nie mógł dojrzeć, jak ta postać wygląda i do kogo podobna. Zaczem różne 
chodziły domysły: jedni mówili, że to musi być jakiś złodziej odważny, co się chce dostać do 
skarbów, ale drudzy byli pewni, że to jest ten sam zły duch, co zamek piorunami potrzaskał: 
przechadza się teraz po tych ruinach i cieszy się swoim dziełem — a jest to tym więcej podobne 
do prawdy, ile że Kostruban właśnie w dzień tego nieszczęścia gdzieś sczezł bez śladu i 
dotąd o nim nie słychać. 
Wśród takich gadek minęło ze dwa tygodnie, albo i więcej. 
Przez ten czas było tu kilku panów z sąsiedztwa, był także i Kundrat, co umyślnie przyjechał 
z Tustania: ale nikt z nich do zamku nie chodził. Panowie przypatrzyli się z konia ruinom 
i odjechali — a Kundrat zdaje się, że tylko po to przyjechał, aby się dokumentnie przekonać, 
że Warę także diabli wzięli żywego. Albowiem kiedy mu zamkowi żołnierze opowiedzieli, 
jak to było, to zatarł ręce i czapkę na bakier przekrzywił i rzekł: 
— Kręt szelma, ale tu przecie się nie wykręcił. Masz zatem poczęstne za śmierć starego 
Kijasa i za moje dukaty! 
A potem bardzo wesół odjechał — i odtąd już nikt nie przyjeżdżał. 
Aż jednego dnia, już po zachodzie słońca, znowu tak nagła spadła ulewa, choć teraz już 
bez piorunów. Jednak niebo się straszliwie zaćmiło, wicher łamał gałęzie drzew, a deszcz z 
gradem jak kurze jaja nieznośnie w błony chałup uderzał. W Biłowusowym dworzysku Włostek 
i Ofka się przytulili do siebie ze strachu i razem pacierz mówili, aby Bóg litościwy nie 
dopuścił jakiego nowego nieszczęścia, a Biłowus siedział przy ścianie za stołem i jako nie 
bardzo nabożny, całkiem spokojnie posilał się miodem domowym. A wtem zapukało coś do 
drzwi. 
Włostek i Ofka wzdrygnęli się, Biłowus odsunął na bok kaganiec, stojący przed nim na 
stole, aby mógł drzwi lepiej obaczyć, kiedy tymczasem drzwi się otworzyły nieśmiało i do 
świetlicy wszedł jakiś człowiek, mówiąc: 
— Niech będzie pochwalony. 
Na te słowa Włostek i Ofka ochłonęli ze strachu, odpowiedzieli: — Na wieki wieków! — i 
spojrzeli na tego nieproszonego przychodnia, lecz wtedy się całkiem uspokoili. 
Był to bowiem człowiek, wprawdzie dosyć smukłego wzrostu, ale bardzo pokornie, a nawet 
i dosyć mizernie wyglądał. Miał na sobie kaftan z prostego pakłaku i buty mocno zbłocone, 
na kaftanie opończę bardzo już wyszarzałą, jaką miewają ci ludzie chudobni, co się nią 
w nocy nakrywają, żadnej broni przy nim nie było, natomiast zaś niósł sporą torbę skórzaną w 
prawicy, po której widać było, że jest mocno napchaną jakimś rupieciem. Człowiek ten był 
przy tym bardzo młody, ledwie że mu się rzadki wąs puścił i bródka jasnolnianego koloru, 
twarz miał niezmiernie bladą, prawie jakby schorzałą, tylko oczy mu się jak świętojańskie 
robaczki świeciły; natomiast zaś włos miał bardzo bogaty, jasny i miękki, który mu też w 
długich kędziorach, teraz cokolwiek zmoczonych, wdzięcznie spadał na plecy. 
Kaganiec bardzo chmurno oświecał świetlicę, Włostek nie mógł go wziąć dobrze na oko, 
mimo to wszakże rzekł do niego z dobrego serca: 
— Wy z drogi, może i głodny, siadajcie sobie, moja żona wam chleba przyniesie. 
Tymczasem młody przychodzień tak mocno się zakaszlał, że przez chwilę nie mógł słowa 
przemówić — a wtedy Biłowus rzekł: 
— Jakiś charłaczyna, dajcie mu mleka i kawałek kołacza i niech się prześpi w stodole. 
Młodzieniec, wykaszlawszy się i zaczerpnąwszy powietrza, pokłonił mu się i rzekł grzecznie: 
— Dziękuję wam, rad u was spocznę i za gościnę zapłacę, co chcecie. 
Ale Biłowus na to rozłożył nogi przed sobą, oparł się plecyma o ścianę i rzekł górnie i 
chmurnie: 
— Tu nie gospoda! Tu nikt za gościnę nie przyjmie zapłaty. I w chłopskiej chałupie chrześcijanina 
za darmo ugoszczą, a nie dopiero w pańskim dworzysku. 
Wszelako tymczasem Włostek przypatrzył się bliżej podróżnemu, a wtedy klasnął w obydwie 
ręce i zawołał: 
— Dla Boga! taż to miłościwy pan Pretficz! nigdy bym jegomości nie poznał. 
I zaraz się obrócił do teścia i dodał: 
— Syn pański z Sokołowa i sam na rycerza pasowany przez króla. 
Natenczas Ofka przybliżyła się do niego, a wziąwszy rąbek fartuszka w rękę, przypatrywała 
mu się ciekawymi oczyma. Ale Biłowus rzekł: 
— Może tam panem był kiedyś, ale teraz przyszło mu na pohybel. I tak im wszystkim 
przyjdzie swojego czasu! 
I z tymi słowami odwrócił się od nich i już więcej na nich nie patrzał. 
Włostek zaciągnął Lubka w drugi kąt wielkiej świetlicy, a Ofka zastawiła zaraz przed nim 
mleko, miód przaśny i kołacz, pytając go, azaliby nie wolał posilić się jaką ciepłą strawą. 
Ale Lubek jej podziękował, mało co się posilił i prosił Włostka, aby mu pozwolił przespać 
się w stodole, bo, jak powiadał, bardzo jest strudzony, burza go napadła w ruinach zamku, a 
stamtąd szedł pieszo wśród deszczu i gradu aż do Biłowusowej zagrody. 
Włostek odpowiedział mu na to: 
— Już bym też oczu nie śmiał ludziom pokazać, gdybym panicza do stodoły odesłał. Mamy 
przecież jedną komorę i drugą i łóżko także się znajdzie. 
To powiedziawszy, a będąc bardzo ciekawy, co to się stało takiego, że Lubek, którego sam 
widywał w takich błyszczących pancerzach, że i sam starosta nie miał piękniejszych, w takie 
popadł ubóstwo i tak się opuścił, zaczął o to go wypytywać. 
Ale Lubek dawał mu odpowiedzi wymijające, z których nic nie mógł zrozumieć. Kaszlał 
przy tym co chwila i widać było po nim, że rozmowa go męczy. Zaczem po chwili wstał i 
położywszy rękę na ramieniu Włostka, rzekł głosem człowieka, co nie chce się z swoich tajemnic 
wywnętrzać, a przy tym czuje się w prawie niedopuszczenia lada kogo do swojej poufałości: 
— Słysz, Włostek! jeżeli chcesz mi się przysłużyć, to zaprowadź mnie do tej tam komory, 
którą mi dacie na nocleg, bom bardzo zmęczony. 
Trudnoż mu było nie usłuchać tej prośby, która też prawie była rozkazem. Zaczem Włostek, 
wziąwszy jego torbę do ręki, zaprowadził go do odległej komory, gdzie było łóżko dosyć 
wygodne, i tam go zostawił samego. 
Lubek się położył na łóżku, i może być, że przysnął cokolwiek, ale niebawem kaszel go 
zbudził. Zaczem wstał, siadł na brzegu łóżka, wziął głowę w obydwie ręce, łokcie oparł na 
kolanach i tak długi czas siedział w milczeniu. Wyglądał on wtedy jak jakieś nieszczęśliwe 
stworzenie, które ciężką złożone chorobą oczekuje zmiłowania Bożego, ale go oczekuje z 
pokornym poddaniem się swemu losowi i ze spokojnym sumieniem. 
Ale być może, że tylko tak wyglądał zewnętrznie — a w głębi jego zbolałej duszy srogie 
szalały burze, nad którymi jednak umiał panować. 
Tak też było w samej istocie. 
Wyobraźnia jest siłą cudowną ludzkiego umysłu, która najdrobniejszą myśl albo najlżejsze 
uczucie sto, tysiąc i milion razy powiększa i tworzy całe światy, które nie istnieją, chociaż 
czasem istnieć by mogły. Jeżeli opanuje umysł takiego człowieka, co, ufny w swe siły, wesołym 
okiem na ten świat patrzy, to w najtrudniejszych położeniach, gdzie rozum już ustępuje 
rozpaczy, otwiera mu coraz to nowe widoki, rodzi w nim niezwyczajną odwagę i często do 
zwycięstw prowadzi. Ale jeżeli się rozwinie w takim umyśle, który nie ma energii, a skłonny 
jest do czarnego zapatrywania się na świat i ludzi, natenczas lada drobny wyrzut sumienia 
rozpiera do potwornych rozmiarów, przywodzi rozpacz za sobą, a za rozpaczą bezwładne i 
korne poddanie się przeciwnemu losowi. Lubek, nadzwyczaj tkliwy i łatwo przystępny 
wszelakim wrażeniom, umiał sobie w swej wyobraźni wszystkie swoje uczucia malować najkraśniejszymi 
barwami, ale niewielką miał ufność w swe siły, a brakowało mu prawie zupełnie 
siły oporu. 
Kiedy się dowiedział, że Jagienka na widok Gniewosza spadła z wieży i śmierć znalazła w 
przepaści, to został jak gdyby piorunem rażony. Jakaś błyskawica olśniła mu oczy czerwonym 
płomieniem i całą jego duszę zanurzyła w ciemnościach. Jagienka nie żyje, zdmuchnięta 
jak błędny ognik ze ziemi: tej straty nie mógł zrazu objąć swoim umysłem, choć mu się serce 
krajało z bólu. A pod tym bólem i w tej duchowej ciemnicy, zaczęła grać wyobraźnia. Nie 
aksamitne ciałko Jagienki, jak u Wilczka, budziło w nim niezgłębiony ból i rozpaczającą tęsknotę, 
ale jej dusza: ta dusza, według jego uczucia, tak piękna i wzniosła, i tak serdecznie 
jemu przyjazna — jedyna i ostatnia, jaką miał na tej ziemi! — I dusza ta uleciała do nieba: cóż 
mu dziś jeszcze zostaje? — Ziemia pustynią, cały świat niczym, cała ludzkość bezmyślnym a 
jemu obcym mrowiskiem. O, jakże by i on rad swoją duszą ulecieć w te światy, gdzie by się z 
nią mógł połączyć! Życie mu się stało ciężarem, śmierć wybawieniem. 
Jednak, miewając czasami jaśniejsze chwile i rozmyślając nad tym, co się stało, zaczął 
uczuwać dreszcze, które go przerażały. 
Wszakże to w gruncie rzeczy Gniewosz strącił Jagienkę z wieży, nie własną ręką, ale 
swoim zjawieniem się przed bramą zamkową. 
Na tę myśl zatrzęsło się jego tkliwe sumienie, a wyobraźnia reszty dosnuła. Krew w nim 
zakrzepła na widok tych obrazów, które mu się teraz zaczęły przedstawiać. A przecie to on, 
chociaż Gniewoszowi dał słowo rycerskie, że będzie milczał, nierozmyślnie wypaplał przed 
ojcem, że Gniewosz żyje i jest w niewoli — a ojciec posłał tę wiadomość Formozie. Na Boga 
żywego! dlaczegoż to zrobił? Gdyby był tajemnicy nie zdradził, Gniewosz byłby nie wrócił — 
choćby kiedyś tam wrócił, to byłoby się to stało wśród innych okoliczności i Jagienka jego 
powrotu z pewnością nie byłaby opłaciła swym życiem. On złamał słowo rycerskie, zaczem 
jest spodlonym człowiekiem, niegodzien broni nosić przy sobie, niegodzien nawet wdziać 
rycerskiego kaftana: on Gniewosza sprowadził, zaczem otworzył Jagience wrota do śmierci. 
Wszelako, grzebiąc tak coraz głębiej w swoich wspomnieniach, na inną myśl już się 
wstrząsł cały do głębi, bo się siebie samego przestraszył. A wszakże to on Gniewoszowi dał 
radę, ażeby, nie uprzedziwszy Wilczków, sam jechał na Tustań. Przebóg! to on własną ręką 
zabił Jagienkę! Bo gdyby była uprzedzona o jego powrocie, to byłaby się go nie przestraszyła 
i z wieży nie spadła. On sam jest Jagienki zabójcą! 
A wtedy jego zbolała dusza się do dna rozdarła, a czarna rozpacz cały jego umysł zaćmiła. 
Zhańbiony złamaniem słowa, pozbawił się godności rycerza, otworzywszy wrota Gniewoszowej 
niewoli, uścielił drogę nieskończonym nieszczęściom, wyprawiwszy Gniewosza na 
Tustań, swą własną ręką zamordował Jagienkę. Wytrąciwszy się spomiędzy rycerstwa, nie 
jest nawet godzien stąpać po tej ziemi, bo już na jego czole jest wypisano: Przeniewierca i 
zbrodzień. 
Te rozpaczliwe wyrzuty sumienia żarły mu serce jak rdza jadowita i paliły się w piersiach 
piekielnymi ogniami. W tym stanie duszy nie chciał się już własnym rodzicom pokazać, unikał 
wzroku ludzi obcych, a nawet i w swoim domu nie mógł usiedzieć. Przywdział ubogie 
szaty na siebie i wyszedł, zrazu sam nie wiedząc, gdzie idzie. 
Jakaś siła niewidoma go pociągnęła na zamek, błąkał się przez dni kilkanaście w jego ruinach 
— a teraz, wypędzony stamtąd gradową burzą, wprosił się na nocleg do Włostka. 
Ale nie spał przez całą noc, tylko męczył się z sobą — a jak tylko pierwszy brzask w okno 
uderzył, okrył się swoją opończą, wziął torbę do ręki i wyszedł milczkiem, tak że go nikt wychodzącego 
nie spostrzegł. 
Kiedy Włostek nazajutrz rano przyszedł do tej komory, ażeby mu przy ubraniu posłużyć, 
niesłychanie się zdziwił, że go już w niej nie było. Zdało mu się nawet, że łóżko było nietknięte. 
Bardzo więc nad tym się zamyślił i powiedział to zaraz żonie i Biłowusowi, mówiąc: 
— Dziwna to rzecz, bo już teraz sam nie wiem, czy to był Pretficz, czy tylko duch jego, bo 
tak tylko duchy znikają. 
Ofka była zdania, że to pewnie był duch, bo też był taki blady i oczy tak mu się świeciły, 
że wcale na ducha wyglądał. 
Ale Biłowus kiwał na to głową z niedowierzaniem i mówił: 
— Jużci upiory a duchy to u nas nie nowina, teraz nawet będzie ich jeszcze więcej, od czasu 
jak diabeł się znowu rozgospodarował na zamku. Ale ten charłaczyna, co tu był wczoraj, to 
prędzej na złodzieja wygląda, co grzebie w gruzach zamkowych, aby się jakiego skarbu dogrzebał. 
Na tę uwagę Włostek całkiem zapomniał, że ten rzekomy złodziej miał postać młodego 
Pretficza, bo go nawet sam poznał, natomiast zaś przypomniało mu się, że kiedy wczoraj wieczorem 
niósł za nim torbę do komory, to widział na własne oczy, że z niej wyglądały młotki i 
jakieś inne żelazne narzędzia. 
— Widzisz! — zawołał na to Biłowus — może był kiedy panem, ale teraz kraść chodzi. 
Więc naradzano się nad tym przez jedną godzinę i drugą, a wreszcie postanowiono, aby o 
tym dać znać do miasta. 
Daszkiewicz, kiedy mu to doniesiono, ile że w duchy nie bardzo wierzył, zaraz się dał 
przekonać, że to może był złodziej, zwłaszcza że nosi z sobą żelazne narzędzia: mimo to 
wszakże poddał tę sprawę pod sąd ławników i rajców. 
Ławnicy i rajcy zgromadzili się jeszcze przed wieczorem u niego i przez cały wieczór nad 
tym radzili. 
Dopóki słońce świeciło, prawie wszyscy byli tego zdania, że to muszą być złodzieje: ale 
kiedy się zmierzchło, zdania zaczęły się dzielić — a kiedy noc ciemna zapadła, to wprawdzie 
nie zaprzeczano, że mogliby to być złodzieje, ale przecie daleko większe prawdopodobieństwo 
widzieli, że to są duchy. Zaczem ci i owi mówili: 
— Kto by tam chodził do tych ruin po nocy? 
Na to Daszkiewicz się zniecierpliwił i rzekł: 
— Ależ was tam nikt nie wysyła w ten czas, jeno jutro po dniu tam pójdziemy. Zbierzcież 
się jutro raniutko na ratuszu, a tam uradzimy, co robić. 
Nazajutrz rano dzień wstał słoneczny, zaczem znów wszyscy byli zdania, że to są złodzieje. 
A tak przed południem wybrali się wszyscy rajcy i ławnicy, a wziąwszy ze sobą pisarza i 
dwudziestu halabardników dla bezpieczeństwa, poszli pod przewodem Daszkiewicza na zamek. 
W bramę, która się także w proch rozsypała, ale z niej dwie baszty zostały, wchodzili bardzo 
ostrożnie, bo diabeł nie śpi i we dnie: lecz widząc, że na dziedzińcu, zawalonym gruzami, 
cisza jak w grobie, szli dalej śmiało. 
I obeszli cały dziedziniec — i nic nie zoczyli. 
Aż kiedy przyszli pod ścianę owej skalistej wieży, z której spadła Jagienka, a w której 
wnętrzu na dole znajdowała się zamkowa kaplica, spostrzegli człowieka leżącego na ziemi. 
Był to człek młody, wysmukły, miał na sobie wytarty kaftan z prostego pakłaku i leżał na 
wznak na rozpostartej opończy. Jego blada twarz teraz się wypełniła i wyglądała tak świeżo, 
jak gdyby był pełen zdrowia i zasnął snem słodkim na chwilę: ale miał on oczy zamknięte na 
zawsze i zasnął snem śmiertelnym na wieki. Jego zbolałej głowie służyły bogate, jasne kędziory 
za pościel: lecz jego dusza klęczała już wtedy u stóp duszy Jagienki, błagając ją o 
przebaczenie za to, że jej otworzył podwoje śmierci. 
Włostek zaraz go poznał, zawołał żałosnym głosem: — To Pretficz! — i usiłował go zbudzić, 
ale tylko gorzko zapłakał, mówiąc: 
— Bóg się nad nim zlitował i wziął go z tej ziemi, gdzie wszystkie jego drogi były cierniem 
wysłane. 
A potem opowiedział krótkimi słowy mieszczanom, czego się o nim domyślał, jako kochał 
Jagienkę miłością świętą i niczego od niej nie pragnął, ciesząc się tylko jej szczęściem — i 
jako nie mógł przeżyć jej śmierci i umarł tam, gdzie ona grób swój znalazła. 
Zaczem jedni mieszczanie tylko ciekawie słuchali, a drudzy się litowali, inni zaś się rozpatrywali 
po tej ścianie skalistej, gdzie już wtedy były jakieś napisy. Daszkiewicz zaś spostrzegł 
przy najniższym napisie drabinkę, zaczem rzekł: 
— To on musiał wyryć ten napis, gdyby to kto przeczytał? 
A wtedy pisarz miejski się przybliżył do ściany i czytał najprzód ten napis, co go Wilczek 
kazał ryć dla Jagienki: D.O.M. Generosae Dominae... 
A potem zasię czytał te słowa: 
Duscha moya sstrhrapyona, ssłuszebnitsa Boża, 
Zyemsską sthrzałą ranyona, padła na besdroża, 
Nath żytsiem bez dzyenki, ssmiłuy ssyę o Panie! 
Day ssmyerc z thwoyey renki... 
Ostatnich słów brakowało: Bóg się tymczasem zlitował nad życiem bez dzięki — śmierć mu 
je przerwała. 
Paryż, 12. lipca 1887. 
KONIEC 